background image

MARGIT SANDEMO

ŚWIATEŁKO NA WRZOSOWISKU

Ze szwedzkiego przełożyła

LUCYNA CHOMICZ - DĄBROWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1998

background image

ROZDZIAŁ I

Zabłądził, w końcu musiał spojrzeć w oczy okrutnej prawdzie.

Zapewne już kilka dni temu zboczył z właściwej drogi, bo od tego czasu nie natknął 

się na ludzkie siedziby i na próżno szukał jakiegoś znaku, który mógłby go utwierdzić w 

przekonaniu, że posuwa się w dobrym kierunku.

Teraz jednak, kiedy coraz wyraźniej słyszał huk morskich fal, sprawdzały się jego 

najgorsze obawy: jechał dokładnie w przeciwną stronę.

Po kilku latach wojaczki wracał do swej ojczyzny, do rodzinnego domu. Z początku 

wierzył, że walczy w słusznej sprawie, ale rychło zrozumiał, że coś takiego jak wojna w imię 

szlachetnych ideałów nie istnieje. Tylko tyle, a może aż tyle.

Ów młody mężczyzna o imieniu Roland miał długie jasne włosy i łagodne oczy w 

kolorze nieba, z których teraz wyzierało niezadowolenie. Przybiła go świadomość, że choć 

tak długo już był w drodze, cel jego podróży ani trochę się nie przybliżał. Mimo że znużony i 

głodny, wciąż trzymał się prosto w siodle i wyglądał niezwykle dostojnie.

Kiedy znalazł się na rozległym  wrzosowisku,  już  zmierzchało, tylko na zachodzie 

złoty blask podświetlał ciężkie ciemne chmury.

Jak okiem sięgnąć  rozpościerała się  naga równina, na  której  wiało niemiłosiernie. 

Tamtejsi ludzie powiadają, że w tej okolicy wichry urządzają sobie harce. Roland, choć nic o 

tym nie wiedział, sam uznał, ze to miejsce nie nadaje się na postój. Głuchy huk fal w oddali 

kazał mu się domyślić, że wrzosowisko ciągnie się wysoko nad poziomem morza, a spienione 

wody z wielką siłą podmywają ląd i kształtują wysokie, urwiste klify.

Zmarnowałem życie, myślał Roland, a w kącikach jego ust pojawił się wyraz goryczy. 

Tyle straconych lat.

W młodzieńczym zacietrzewieniu i naiwności ruszył na wojnę przeciwko papistom. 

Był za młody, by wstąpić do wojska we własnym kraju, ale ponieważ postanowił walczyć za 

wszelką   cenę,   zaciągnął   się   jako   najemnik,   bo   w   armii   zaciężnej   nikt   nie   pytał   o   wiek. 

Nienawidził wszystkich, którzy ośmielali się wyznawać inną niż on wiarę, póki nie zaczął 

myśleć samodzielnie. Uświadomił sobie wówczas, że jest tylko jeden Bóg, bez względu na to, 

jak go ludzie nazywają  ani jakie formy kultu obierze religia. I że zabijając  wrogów, nie 

przysparza się swemu Panu nowych wyznawców. W ten sposób można raczej stracić własną 

duszę.

Kiedy został poważnie ranny w biodro, nikt nie czynił mu przeszkód, by porzucił 

służbę i wrócił do domu.

background image

Wojna   religijna   to   najgłupszy   rodzaj   wojny,   uznał.   Rok   pański   1640   jest   tego 

najlepszym dowodem.

Może   ludzie   to   w   końcu   zrozumieją   i   przestaną   wojować   tylko   w   tym   celu,   by 

narzucić innym swoje przekonania? Rozmarzył się, wyobrażając sobie nowy świat, na którym 

zapanuje pokój pomiędzy przedstawicielami wszystkich ludów i religii. Bo przecież kiedyś 

musi skończyć się to piekło długoletniej wojny pomiędzy protestantami i katolikami!

Nagle Roland wstrzymał gwałtownie konia, bo na jego drodze stanęła sarna, równie 

zaskoczona   jak   on   sam.   Zastrzygła   lękliwie   aksamitnymi   uszami   i   popatrzyła   nań 

rozszerzonymi ze strachu oczami.

Powinienem ją ustrzelić, pomyślał żołnierz. Od trzech dni nie miałem nic w ustach.

Ale nie mógł się na to zdobyć. Sarenka była taka piękna i taka bezbronna!

Trudno, dalej będę żuł korzonki i popijał wodę ze strumyków, zadecydował Roland i 

westchnąwszy ciężko, pospieszył konia. Dość mam już zabijania!

Jasne pasmo na horyzoncie kurczyło się coraz bardziej i wreszcie nad wrzosowiskiem 

zapadły ciemności. Równina poddała się władaniu nocy.

Roland wytężył wzrok. W oddali, skąd dochodził najgłośniejszy szum fal, dostrzegł 

światełko.   Migotało,   to   stawało   się   jaśniejsze,   to   znowu   prawie   zanikało.   Czyżby   jakaś 

gwiazda? Nie, znajduje się zbyt nisko.

Popędził zdrożonego wierzchowca, aż zabrzęczały uprząż i strzemiona.

Tak, to na pewno jest światło! pomyślał z radością i zawołał:

- Gnaj, przyjacielu! Jeszcze chwila i pochylisz się nad żłobem.

Morze grzmiało teraz z ogromną siłą. Rolandowi zdawało się, że ziemia pod nim drży.

Zapewne dotarłem już dość blisko brzegu, pomyślał i wyobraził sobie strome klify 

podmywane przez fale.

Światełko   było   coraz   bardziej   widoczne.   Migotało   dość   wysoko   nad   ziemią,   ale 

Roland miał już całkowitą pewność, ze to nie gwiazda.

Zatrzymał się i zdumiony patrzył na wyłaniające się z gęstego mroku kontury. Wieża? 

Tak, rzeczywiście, nawet dwie. A może to latarnia morska, stoi wszak tuż przy brzegu?

Nie, oczy,  przywykłe do ciemności, rozróżniły na tle granatowego nieba sylwetkę 

potężnego zamczyska.

Zamek na takim odludziu? zdziwił się Roland, przyglądając się pogrążonej w mroku 

twierdzy. Tylko wysoko na wieży migotało światełko.

Roland   utwierdził   się   ostatecznie   w   przekonaniu,   że   znajduje   się   z   dala   od   swej 

ojczyzny. Tam nie wznoszono tak okazałych budowli.

background image

W miarę jak zbliżał się do murów, zamczysko coraz bardziej przytłaczało go swoją 

wielkością. Podjechał do wrót przypominających szczerzącą kły paszczę i zeskoczył z siodła. 

Trzymając konia za uzdę, zastukał do bramy. Odpowiedziało mu głuche, budzące grozę echo. 

Odniósł wrażenie, że nagle cały zamek wstrzymał oddech.

Cofnąwszy   się   kilka   kroków,   popatrzył   w   górę   na   wieżę.   Światełko   migotało   i 

przesuwało się, tak jakby ktoś schodził po schodach, trzymając przed sobą świecę, a potem 

całkiem znikło. Po chwili Roland usłyszał odgłos kroków zbliżających się do bramy.

- Kto tam? - wyszeptał cieniutki zalękniony głos.

Roland znał ten język. Nauczył się go od towarzyszy broni.

- Jestem żołnierzem. Wracam z wojny do swej ojczyzny! - odparł. Nie mam złych 

zamiarów. Chciałbym się posilić i przenocować. Czy użyczycie mi na noc dachu nad głową i 

odrobinę jadła?

Za bramą zapadła cisza, a potem znów rozległ się szept:

- Niestety, to niemożliwe. Spróbujcie, panie, we wsi, tam jest gospoda.

- We wsi? - zdziwił się Roland, rozglądając się wokół. Dopiero teraz spostrzegł kilka 

chat,   które  dotąd   skrywało   wzgórze.  -  Dziękuję  -  powiedział.   -  Proszę   mi  wybaczyć,   że 

niepokoiłem.

- Ciesz się, żołnierzu, że nikogo nie zbudziłeś - dobiegł go szept zza bramy, po czym 

lekkie kroki oddaliły się w głąb dziedzińca.

Roland westchnął ciężko i zawrócił konia.

Pół godziny później gniadosz posilał się owsem w ciepłej stajni, a jego właściciel, 

któremu wiadomość o wolnym pokoju zdecydowanie poprawiła humor, zasiadł nad gorącym 

posiłkiem.   Roland   uważał   wprawdzie,   że   określenie   „zajazd”   jest   w   przypadku   tych 

skromnych   pomieszczeń   trochę   przesadzone   -   po   prostu   w   zwykłej   chacie   jakaś   rodzina 

przyjmowała ludzi na noc - ale musiał przyznać, że było schludnie. W przestronnej izbie o 

nierównych ścianach stały dwa długie stoły. Ogień buzował w palenisku, rozgrzewając nie 

tylko   wnętrze   chaty,   ale   i   duszę   zdrożonego   żołnierza.   Posiłek   smakował   wyśmienicie. 

Roland zjadł miskę zupy rybnej, pogryzając chlebem odłamywanym z wielkiego bochna. 

Usługująca mu dziewczyna przyniosła też puchar czerwonego wina najlepszego gatunku. Po 

wypiciu kilku łyków trunku Roland ujrzał świat w jaśniejszych barwach.

Dziewczyna, wyraźnie zafascynowana przystojnym gościem, a szczególnie niezwykła 

w tych stronach barwą jego włosów, uśmiechała się zalotnie, dając mu do zrozumienia, że 

gdyby zechciał, gotowa jest na wszystko.

Ale   Roland,   który  nosił   w   sercu   mocno   wyidealizowany  obraz   kobiety,   za   nic   w 

background image

świecie nie zniżyłby się do tego rodzaju umizgów. Dla niego każda panna była uosobieniem 

cnoty. Zresztą obawiał się, że nim zdąży ująć jej dłoń, przybiegną rodzice i zażądają, by się z 

nią ożenił. A tak naprawdę był zbyt wyczerpany, by myśleć o dziewczętach. Wykorzystując 

jednak okazję, że krzątała się wokół niego, postanowił zadać jej kilka pytań.

- Powiedz, panienko, jak nazywa się ta osada? - odezwał się.

- Osada? - zdumiała się. - Po prostu wieś. - Roland domyślił się, że wioska położona 

jest na odludziu, a dziewczyna dodała pośpiesznie: - Chyba Castel de la Mer.

Zamek nad Morzem.

- Czy daleko stąd do sąsiedniej wsi?

- Nie, w zatoce jest przystań i tam też stoi kilka chat. Życzysz, panie, więcej wina?

- Nie, dziękuję. Skoro macie zajazd, to znaczy, że zatrzymują się tu jacyś podróżni?

Przez twarz dziewczęcia przemknął cień.

- Przypływają tu łodzie - mruknęła zmieszana.

- A zamek? - wypytywał dalej Roland. - Czy także zwie się Castel de la Mer?

- Nie, to Castel de la Silence.

Zamek Ciszy. Nazwa nasunęła Rolandowi jakieś mgliste, acz niemiłe wspomnienia.

Nie mógł sobie jednak przypomnieć nic bliższego.

- Kto w nim mieszka? - zapytał. - Właściciel tych ziem?

Dziewczyna zawzięcie szorowała stół.

- Nie znamy mieszkańców zamku - powiedziała tonem, który kazał mu uznać pytanie 

za zbyt obcesowe.

Reakcja dziewczyny jednak tylko zaostrzyła jego ciekawość.

- Czyżby się tu dopiero wprowadzili?

Dziewczyna wyprostowała się i spojrzawszy z lękiem, pośpiesznie zaprzeczyła:

- Ależ skąd, mieszkali tu od... od... zawsze.

Dwaj rybacy przy sąsiednim stole podsłuchiwali zrazu ciekawie, zwłaszcza że Roland 

nie posługiwał się zbyt biegle ich językiem, kiedy jednak rozmowa zeszła na temat zamku, 

ostentacyjnie odwrócili się do obcego przybysza plecami.

Roland zamyślił się. Skądś znał nazwę Castel de la Silence. Tylko skąd?

Podziękował   uprzejmie   za   strawę   i   wstał   od   stołu.   Zmęczony,   udał   się   prosto   na 

spoczynek.

W   pokoju,   który   mu   wskazano,   unosiła   się   przyjemna   woń   roślin   zebranych   na 

wrzosowisku.   Wielka,   miękka   pierzyna   wabiła   znużonego   przybysza   do   łóżka.   Nie 

pozostawało mu nic innego, jak zrzucić buty i zakurzone ubranie.

background image

Kiedy się położył, poczuł że ogarnia go błogość, a myśli wędrują ku przeszłości.

Castel de la Silence? Może ta nazwa często używana jest we Francji?

Nagle   otworzył   szeroko   oczy.   Przecież   nie   po   francusku   prowadził   rozmowy 

wieczorem. Rozumiał jednak tych ludzi i oni także go rozumieli, choć trochę kaleczył ich 

język.

Ależ tak! Że też wcześniej na to nie wpadłem! łajał się w duchu, przypomniawszy 

sobie   Gastona,   wojennego   kamrata,   od   którego   właśnie   usłyszał   po   raz   pierwszy   nazwę 

zamku. Gaston pochodził z Bretanii. Dzielili żołnierskie trudy, póki przed pięciu laty nie 

zabiła go kula wroga. Roland ciężko przeżył śmierć przyjaciela, z którym przegadał tyle nocy, 

choć z początku nie całkiem się rozumieli, bo Gaston mówił tylko po bretońsku. Roland 

jednak dość szybko się poduczył ojczystej mowy Gastona i z czasem stali się nierozłączni.

Z tego wynika, że jestem w Bretanii, daleko, bardzo daleko od rodzinnego domu. Jak 

to, u licha, się stało, że przygnało mnie aż tutaj? zachodził w głowę Roland.

Opuścił szeregi armii na terenie Francji i wciąż nie mógł pojąć, w jaki sposób zboczył 

tak daleko na zachód. Całkiem nieświadomie omijał wioski, wybierając niegościnne trakty, 

ciągnące się wśród nagich skał i pustkowi.

Roland wstał z łóżka i stanął przy oknie, skąd zapewne w dzień rozpościerał się widok 

na wrzosowisko i morze. Teraz jednak w gęstym mroku nie widział nic prócz maleńkiego 

światełka w oddali, zniekształconego przez szybę i częściowo skrytego w oparach mgły.

Światełko na wieży i słaby głosik, szepczący słowa: „Ciesz się, żołnierzu, że nikogo 

nie zbudziłeś”.

Kiedy tak stał zamyślony, światełko zgasło.

Zamek Ciszy? zastanawiał się, wracając do łóżka.

Znów przypomniał sobie Gastona i jak żywe stanęły mu przed oczami wydarzenia 

sprzed kilku lat. Wśród łoskotu toczonych armat i ciężkich westchnień znużonych potyczkami 

żołnierzy posuwali się na koniach wzdłuż rzeki Ren.

- Zamek Ciszy - mruknął nagle Gaston, ujrzawszy rysujące się na tle nieba ruiny 

starego zamczyska.

Roland, kierując wzorem przyjaciela spojrzenie w stronę ponurej budowli, stwierdził:

- Rzeczywiście, nikt tam pewnie nie mieszka. Wygląda tak, jakby miał lada chwila 

runąć.

- Nie to miałem na myśli - przerwał mu Gaston. - Przypomniałem sobie legendę o 

nazwanym tak zamku w Bretanii. Nigdy go nie widziałem na oczy, ale tak właśnie go sobie 

zawsze wyobrażałem.

background image

-  Z   tonu  twego  głosu  wnioskuję,  że   to  jakaś   niezwykła   legenda  -  uśmiechnął  się 

Roland.

Był   wtedy   taki   młody,   miał   zaledwie   dwadzieścia   lat   i   podobne   historie   mocno 

pobudzały jego fantazję. Od tamtej rozmowy upłynęło sześć długich lat, podczas których 

życie nie skąpiło mu pełnych napięcia przeżyć. Teraz marzył już tylko o tym, by wrócić do 

domu, położyć się i spać, spać wieczność całą.

Gaston nie kazał się zbyt długo prosić i zaczął snuć swą opowieść:

-   Jak   wiesz,   pochodzę   ze   środkowej   Bretanii.   Legenda   mówi   o   starym   celtyckim 

zamczysku,   który   stoi   nad   samym   brzegiem   morza   w   miejscu,   gdzie   fale   uderzają   z 

największą siłą. Pobudowano go zapewne w celach obronnych, miał chronić przed wrogiem 

od strony wody. Wielka szkoda, że tak słabo znamy historię Bretanii. Jej dzieje, choć bez 

wątpienia burzliwe i barwne, pogrążone są w mroku tajemnicy. Historia Zamku Ciszy ma 

swój początek w tak odległych czasach, że znane są tylko nieliczne fakty z nim związane.

Powiadają,  że zamek ów  jest siedliskiem grzechu, nikt jednak nie potrafi określić 

jakiego. Legenda ostrzega, że biada temu, kto się doń zbliży. W pobliżu zamkowych murów 

na wrzosowisku wznosi się menhir

1

, których tak wiele spotkać można w moim kraju.

Powiadają... ale to musi być jakaś bzdura... że ten, którego szczątki tam spoczywają, 

nadal krąży po zamku.

- Brzmi to dość nieprawdopodobnie - wszedł mu w słowo Roland. - Pewnie ktoś 

wymyślił ten zamek.

- Nie! Wcale nie uważam, by Castel de la Silence był wytworem wyobraźni.

I oto Roland odnalazł zamczysko, o którym mówił Gaston.

Siedemnaście   lat   temu   zamkowa   brama   zatrzasnęła   się   przed   spojrzeniami 

ciekawskich.

Tylko głuchoniemy sługa przychodzi do wsi na zakupy.

Pan na zamku zwie się Etienne Blanc. Okoliczni mieszkańcy powiadają, że jego córka 

Dionne opuściła kiedyś rodzinne gniazdo. Więcej nic nie wiadomo poza tym, że grzech od 

zawsze kojarzy się z tym miejscem. Krąży legenda o dawnych czasach, kiedy na zamku 

panował celtycki władca Dongard. Podobno porywał on młode dziewice, po których ginął 

potem wszelki ślad. Ludzie zaklinają się, że widzieli, jak w jasne księżycowe noce z murów 

zamkowych kapie krew, słyszeli też jęki niewinnych dziewcząt. Nikt również nie wątpi, że 

duch Dongarda nadal krąży po zamku, choć jego doczesne szczątki spoczywają w ziemi.

1  Menhir - w języku bretońskim oznacza pojedynczy, ustawiony na sztorc prastary blok kamienny 

(przyp. tłum.).

background image

Te i inne informacje przekazał Rolandowi następnego ranka miejscowy odmieniec. 

Poza nim nikt nie chciał rozmawiać z obcym przybyszem o Zamku Ciszy.

Coś tu się nie zgadza, pomyślał Roland, odwracając głowę w stronę zamczyska. Chaty 

zasłaniały mu widok, więc powoli ruszył na skraj wsi. Te plotki o mieszkańcach zamku nie 

mogą być prawdą, rozważał, przypomniawszy sobie lekkie kroki na dziedzińcu. Osoba, z 

którą rozmawiał przez zamknięte wrota, była bardzo młoda. Czyżby na zamku mieszkał ktoś 

jeszcze poza Blankiem i służbą?

Gdzieś w dole grzmiało morze, z wielką siłą uderzając o skały. Ze spienionych fal 

wyłaniały się  głazy  o groteskowych  kształtach.  Było  pochmurno,  wiał  silny  wiatr,  ale  w 

powietrzu nie czuło się chłodu.

Pofałdowaną, usianą niewysokimi pagórkami przestrzeń, porośniętą przez wrzosy i 

jaskry, urozmaicały wystające tu i ówdzie głazy o gładkich, jakby oszlifowanych przez wodę 

krawędziach, i karłowate, powykręcane przez wichry drzewa.

Stąd widać było dobrze potężne zamczysko, które nie po raz pierwszy tego ranka 

przyciągnęło wzrok Rolanda. Choć powinien już oswoić się nieco z przytłaczającą budowlą, 

ilekroć   na   nią   spojrzał,   dreszcze   przechodziły   mu   po   plecach.   Gaston   się   nie   mylił.   To 

zamczysko do złudzenia przypominało ruiny rycerskiej posiadłości, którą razem oglądali nad 

Renem.   Tyle   że   Castel   de   la   Silence   pomimo   wyrw   w   murze   i   widocznych   rys   i   tak 

znajdowało się w dużo lepszym stanie i nadawało się do zamieszkania.

Roland   szedł,   lekko   kulejąc.   Nadal   pobolewało   go   biodro,   choć   rana   się   zagoiła. 

Medycy uprzedzili go, że nigdy już nie będzie tak sprawny jak dawniej, a ból może pojawiać 

się i nasilać co pewien czas.

I tak miał szczęście. Rana długo ropiała i dopiero kiedy jakiś felczer usunął z niej 

kilka odprysków kości, zaczęła się goić. Ale nie odzyskał całkowitej sprawności w nodze.

Z tego powodu znacznie lepiej czuł się na końskim grzbiecie, bo wtedy nikt nie mógł 

dostrzec jego ułomności.

Daleko   na   horyzoncie   zauważył   coś,   co   łamało   łagodną   linie   wrzosowiska.   Jakiś 

kamień niczym statua wystawał ku niebu, a tuż obok wznosiła się jakby piramida z odciętym 

czubkiem.

Co   to   jest?   pomyślał   zaintrygowany.   Może   to   właśnie   kopiec,   miejsce   wiecznego 

spoczynku doczesnych szczątków legendarnego króla Dongarda?

Tak, to zapewne jest to miejsce. Kopiec znajduje się wszak w pobliżu zamku, choć w 

pewnej odległości od wież ponurej budowli zamieszkanej z pewnością nie tylko przez pana 

tych   ziem.   Nawet   służąca   w   gospodzie,   mówiąc   o   mieszkańcach   zamku,   używała   liczby 

background image

mnogiej.

Roland miał rację, snując takie przypuszczenia.

Kiedy   spacerował   zamyślony   po   wrzosowisku,   z   izdebki   na   wieży   zamkowej 

obserwowała go żałosna niewysoka dziewczyna.

Bez   trudu   odgadła,   że   jest   obcy   w   tych   okolicach.   Nie   znała   nikogo,   kto 

dorównywałby mu wzrostem, nikt też nie kulał w podobny sposób.

To na pewno on pukał poprzedniego wieczoru do bramy zamku.

Głos... Przyjemny i głęboki... gdyby tak mogła otworzyć wrota i wpuścić znużonego 

żołnierza do środka... Tak bardzo pragnęła porozmawiać z jakimś człowiekiem.

Ale klucz do bramy jest gdzieś starannie ukryty.

Nikomu   nie   wolno   wejść   na   zamek!   Nikt   nie   może   się   dowiedzieć   o   złu,   które 

zapanowało tu niepodzielnie. Straszliwy grzech ciąży na całym rodzie Blanca, nie są wolni od 

niego także ludzie zamieszkujący okolicę.

Taka jest prawda.

Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach.

W jej samotnej duszy na nowo zagościło przygnębienie i apatia.

background image

ROZDZIAŁ II

I rzeczywiście nie tylko Blanc mieszkał w zamku.

Poza  odmieńcem wiedziała o  tym  większość  mieszkańców wioski. Tyle   że  to był 

zakazany   temat.   Zło,   grzech   i   zgnilizna!   szeptano   po   kątach.   Nawet   innym   panom   nie 

przyszłoby do głowy, by się zadawać z fanatycznym Blankiem. Zresztą brakowało po temu 

okazji, bo właściciel Zamku Ciszy odciął się od świata. Wydawało mu się, że strzeże wielkiej 

tajemnicy. Sądził, że nikt nie wie o tym, co kryją ponure mury.

Pewnej nocy przed siedemnastu laty Dionne, marnotrawna córka Blanca, wróciła do 

rodzinnego domu z nieślubnym dzieckiem na ręku.

Przez całe dzieciństwo zmuszana do niemal zakonnego życia, w którym posty, ciężka 

praca   i   pokuta   za   grzechy   stanowiły   chleb   powszedni,   uciekła   w   końcu   od   ojca   i   jego 

przesadnej pobożności.

Ale okrutny świat nie przyjął jej z otwartymi rękoma. Nie była przygotowana na takie 

spotkanie. Naiwna i dobra, stała się łatwą zdobyczą. Jak kwiat spragniony wody, oddała całą 

miłość komuś, kto na nią nie zasługiwał.

Została sama, bez dachu nad głową, bez środków do życia, za to z maleńką córeczką, 

którą powiła w lesie na skraju miasta.

Zdarzyło się to w samym środku zimy, gdy welon marznącej mgły spowijał Bretanię. 

Ze   względu   na   dziecko   musiała   wrócić   do   rodzinnego   domu,   ono   potrzebowało   ciepła, 

odzienia i strawy.

Strach ją paraliżował, a serce waliło jak młotem, kiedy z maleństwem na ręku stanęła 

w najdalszym kącie zamkowej sieni. Drżącym głosem rzuciła ojcu w twarz:

- Ojcze, jeśli mnie wyrzucisz, pójdę prosto do wsi i wszystkim opowiem o hańbie, 

jaka   ciąży   nad   naszym   rodem.   To   prawda,   że   skalałam   nasze   nazwisko,   ale   jeśli   mnie 

odepchniesz, wstyd stanie się nie tylko moim udziałem.

Ojciec zacisnął usta, a na jego szczupłej twarzy uwydatniły się kości policzkowe. 

Czarne jak węgiel oczy zalśniły bezlitośnie.

W   tym   momencie   losy   mieszkańców   Castel   de   la   Silence   zostały   przesądzone; 

zamkowe wrota zatrzasnęły się na zawsze, odcinając ich od świata.

Tego   wieczoru   Dionne   czytała   z   twarzy  ojca   jak   z   otwartej   księgi.  Wiedziała,   że 

najchętniej pozbyłby się jej i dziecka. Nienawistne, zamyślone spojrzenie, jakim obrzucił 

maleństwo, napełniło ją lękiem. Z całych sił przytuliła mała i wykrzyknęła:

- Niech ogień piekielny pochłonie tego, kto zabije moje dziecko!

0

background image

-   Zhardziałaś,   córko!   -   Lodowaty   wzrok   ojca   spoczął   na   Dionne.   -   Idź   do   swej 

komnaty i trzymaj bachora! Pewnie znajdziesz dla niego ubrania w kufrach twej matki, bo ta 

głupia kobieta gromadziła je po tobie. a potem zejdź na dół.

W jego głosie nie zabrzmiała nawet nuta miłosierdzia. Widok wnuczki nie zmiękczył 

ani odrobinę serca z kamienia.

Zanim Dionne wróciła do sieni, cała niemal służba została już wypędzona, by nikt się 

nie   dowiedział,   że   córka   pana   na   zamku   wróciła   z   bękartem.   Pozostało   tylko   czterech 

służących: głuchoniema kobieta, jej głuchy syn, a także dwóch stajennych, najgorsze kanalie.

Blanc   trzymał   w   ręku   dyscyplinę   -   krótki   bat   o   kilku   rzemieniach   zakończonych 

ostrymi kawałkami ołowiu, i czekał na córkę.

Nakazawszy   stajennym   opuścić   sień   i   trwać   w   gotowości   na   wezwanie,   Blanc 

poprowadził Dionne do komnaty, z której nikt nie mógł usłyszeć jej krzyków.

Gdy stamtąd wyszła, słaniała się i broczyła krwią, a na całym ciele miała krwawe 

pręgi. Włosy wisiały jej w nieładzie, z sukni zaś zostały tylko strzępy.

- Weźcie ją! - Ojciec wskazał córkę stajennym. - Teraz jest wasza, możecie z nią 

zrobić, co zechcecie. Idźcie do stajni, potem po nią przyjdę!

Jeden z mężczyzn uśmiechnął się szeroko, ukazując bezzębne dziąsła, i zadowolony 

pociągnął dziewczynę. Drugi szedł za nią i obmacywał ją lubieżnie.

Tej nocy Dionne straciła rozum.

Po tym zdarzeniu Blanc zabił obu stajennych, a ich zwłoki wrzucił do morza. Żaden 

świadek hańby jego córki nie miał prawa ostać się przy życiu. Bynajmniej nie chodziło mu o 

upokorzenia, jakich dziewczyna doznała owej nocy, ale o wstyd, jaki sprowadziła na jego 

dom.

Niepokorna córka została ukarana!

Rzeczywiście,  bezwzględny ojciec osiągnął swój  cel.  Do cna  zniszczył  jej  serce i 

rozum.

Wyrzuciła   z   pamięci   tęsknotę   za   wolnością,   marzenia,   własne   przemyślenia   i 

mimowolnie stała się wierną kopią swego ojca.

Normy zachowania, jakie narzuciła maleńkiej Nicolette, przekraczały wszelkie granice 

zdrowego rozsądku.

Każdego dnia Nicolette musiała ćwiczyć się w pokorze.

- Jesteś grzeszna, wywodzisz się z grzechu - powtarzała nieustannie Dionne. - Twoja 

matka, a moja siostra, była ladacznicą, a ty zostałaś poczęta w nierządzie.

Pod wpływem straszliwych przeżyć pomieszało jej się w głowie i odrzucała prawdę, 

1

background image

że jest matką dziewczynki. Wszystkimi winami obarczała wymyśloną siostrę, znajdując w ten 

sposób ujście dla swej nienawiści i sprawiając ulgę własnemu sumieniu.

Nicolette nie była bita, posłusznie bowiem wykonywała wszystko, co jej nakazano. 

Każdego ranka i wieczora, a często wielokrotnie w ciągu dnia, na kolanach musiała modlić 

się do Matki Najświętszej o miłosierdzie, a także wyznawać na głos grzechy, by uzyskać od 

dziadka rozgrzeszenie. A nazajutrz wszystko powtarzało się od nowa.

Nicolette nie wolno było wychodzić poza mury zamku, bo Dionne mówiła ciągle, że 

wioska to gniazdo rozpusty.

Ponieważ całą służbę zwolniono, a do pomocy pozostała jedynie głuchoniema kobieta 

i jej syn, rozumiało się samo przez się, że znaczna część zamku była opuszczona i na co dzień 

korzystano ze stosunkowo niewielu pomieszczeń.

Nicolette jednak dość szybko, jeszcze jako dziecko, odkryła, że z korytarza prowadzi 

tajemne przejście na jedną z baszt. Natrafiła na nie przypadkowo, kiedy szukała kota, którego 

miauczenie   dochodziło,   jak   się   jej   zdawało,   z   jednej   z   pustych   komnat.   Zwierzęcia   nie 

znalazła, bo okazało się, że to tylko wiatr świszcze przez szczeliny w murach. Nicolette 

jednak zaintrygowana ruszyła na górę.

Baszta   stała   się   jej   azylem,   miejscem,   gdzie   szukała   ucieczki   od   ponurej 

rzeczywistości. Ciotka i dziadek nic nie wiedzieli o kryjówce Nicolette, bowiem jedyne okno 

wieży wychodziło na wrzosowisko i z dziedzińca nie można było dostrzec zapalonej świecy.

Mijały lata. Dziewczyna dorastała i coraz więcej obowiązków spadało na jej barki.

Głuchoniema   służąca   traciła   siły,   a   jej   syn   wykonywał   głównie   ciężkie   prace   w 

gospodarstwie. Tak więc Nicolette, nadzorowana przez ciotkę, jak - nieświadoma prawdy - 

nazywała swą własną matkę, musiała przejąć wyczerpujące zajęcia domowe.

Ten szczególny dzień zaczął się podobnie jak inne.

Dziadek przyszedł do komnaty dziewczyny, by wysłuchać jej porannej spowiedzi.

- Wyznaj grzechy, które popełniłaś w nocy - odezwał się surowo. - Wiem, że w czasie 

snu nurzałaś się w grzechu.

Nicolette z doświadczenia wiedziała, że dziadkowi nie warto się sprzeciwiać. Kiedyś, 

gdy była młodsza, ośmieliła się zapytać, jakie to są grzeszne sny i w jaki sposób ma je 

rozpoznać, by ich na przyszłość unikać. Została jednak surowo ukarana za swe zuchwalstwo - 

trzykrotnie szorowała kamienną posadzkę w zamkowej sieni - i nigdy więcej już nie zadawała 

podobnych pytań.

- Contritio!

Contritio,   inaczej   żal   za   grzechy.   Nicolette   wyrecytowała   akt   żalu   i   odmówiła 

2

background image

stosowne modlitwy.

- Confessio!

Wyznanie grzechów. To było najgorsze. Dziewczyna, choć usilnie się zastanawiała, 

nie mogła nic wymyślić. Jedynym prawdziwym jej przewinieniem było zatajenie przed ciotką 

i   dziadkiem   odkrycia   przejścia   na   basztę,   ale   tego   akurat   za   nic   w   świecie   nie   chciała 

zdradzić.

- Miałam grzeszne myśli, dziadku - wymamrotała, spuściwszy głowę. - Wczoraj po 

kolacji chciałam zjeść jeszcze jedną kromkę chleba.

- A twoje sny? - zagrzmiał ostry głos. - Wyznaj swe grzeszne sny, Nicolette!

Dziewczyna odważyła się podnieść wzrok na dziadka.

- Ale ja nic nie pamiętam!

Etienne Blanc zacisnął mocno szczęki, a na jego kościstym obliczu odmalowała się 

złość. Fanatyzm i ascetyczny tryb życia odbiły się niekorzystnie na jego wyglądzie. Miał 

dopiero pięćdziesiąt siedem lat, ale siwizna i surowość bardzo go postarzały.

Nicolette, śmiertelnie przestraszona, patrzyła na dziadka, pewna, że zaraz ją uderzy. 

Blanc powstrzymał się jednak, uznawszy, że sprzeniewierzyłby się zasadom wiary, jakie starał 

się jej wpoić. Dlatego od razu udzielił jej  satisfactio, rozgrzeszenia. Jako zadośćuczynienie 

Panu Bogu nakazał dziewczynie pościć przez cały dzień - tylko dlatego, że ośmieliła się 

pragnąć   dodatkowej   kromki   chleba   na   wieczerzę   -   a   oprócz   tego   miała   wyprać   brudną 

bieliznę  z  ostatniego tygodnia.  Polecił  jej  też  odmówić kilka  litanii  i  zapowiedział,  że  o 

zachodzie słońca zjawi się ponownie, by wysłuchać, jakie grzechy popełniła w ciągu dnia.

Przystąpienie do sakramentu pokuty wymagane jest przez Kościół raz w roku, ale 

Blanc oczywiście nigdy nie powiedział tego wnuczce, która trwała w przekonaniu, że jest to 

codzienny obowiązek.

Ten dzień upływał dziewczynie jak inne dni w ponurym zamczysku. Ciotka Dionne 

pilnowała, by Nicolette nie zaniedbywała pracy i modlitwy. Ale choć dziewczyna nie znała 

innego   życia   i   sądziła,   że   wszyscy  ludzie   wiodą  podobny  żywot,   to  jednak   nie   potrafiła 

opanować   niepojętej   tęsknoty,   która   coraz   częściej   przepełniała   jej   serce.   Ukończyła 

siedemnaście  lat  i   sama  dostrzegła,  że   w  ostatnim  czasie   bardzo  się  zmieniła.  Była  taka 

samotna, nikt nawet słowem nie wyjaśnił  jej,  że dorasta, wszystkiego musiała dochodzić 

sama. Nic dziwnego, że obraz świata miała niepełny i wypaczony. Ale w tamtych czasach jej 

przypadek nie był odosobniony. Większość dzieci wywodzących się z wyższych sfer wiodła 

samotne   życie   w   odgrodzonych   od   świata   murami   ponurych   gmaszyskach.   Wpajano   im 

surowe zasady wiary i suchą książkową wiedzę. Jeśli chodzi o tak zwaną mądrość życiową, w 

3

background image

znacznie lepszej sytuacji znajdowały się dzieci biedoty.

Nicolette  czuła w  sercu  palącą  tęsknotę,  W  samotne  wieczory wsłuchiwała  się  ze 

zdumieniem w smętne zawodzenie wiatru, które odbijało się echem w jej duszy.

O zmierzchu znów wymknęła się do baszty, bo pomimo zmęczenia potrzebowała tych 

krótkich chwil spędzonych w swej samotni. Głód doskwierał jej niemiłosiernie, ale starała się 

o tym nie myśleć, wdrapując się po krętych schodkach.

Baszta znajdowała się najbliżej wrót zamkowych, komnaty zaś mieściły się w głębi, 

od strony wewnętrznej dziedzińca. Nikt jej więc tu nie przeszkadzał.

Usiadła przy oknie tak jak zwykle i w zapadającym zmroku powiodła spojrzeniem w 

stronę wioski.

„Gniazdo rozpusty” - tak ciotka Dionne nazywała wioskę, utrzymując, że żyją w niej 

kanalie obciążone najgorszymi wadami, brudasy, biedaki i zbóje.

„To siedlisko chorób, nędzy, złodziejstwa, fałszu i bezbożności!” - wykrzykiwała, w 

sposób szczególny kładąc nacisk na słowo „bezbożność”.

Czasami Nicolette obserwowała hasające na wrzosowisku dzieci. Gdy była młodsza, 

zaciskała   dłonie   na   ramach   okna,   z   trudem   powstrzymując   się,   by  nie   przywołać   swych 

rówieśników.   Ich   śmiech  i   rozbawione   głosy  dochodziły  na   sam   szczyt   wysokiej   baszty. 

Niekiedy  starała   się   sama   roześmiać,   ale   nie   potrafiła   wykrzesać   z   siebie   wesołości.   Jej 

śmiech brzmiał sztucznie, tak samo jak i głos już dawno pozbawiony radosnych nut.

Z czasem nauczyła się rozpoznawać wszystkich wieśniaków. Nieopodal zamku wiodła 

droga do wsi, często więc widziała ich przejeżdżających wozami zaprzężonymi w woły lub 

dosiadających   starych   chabet.   Kobiety  zbierały  chrust   na   opał,   a   mężczyźni   czaili   się   w 

zaroślach, by coś upolować. Na tym terenie prawo do odstrzału przysługiwało wyłącznie 

Etienne   Blancowi,   panu   na   zamku,   a   każdemu   schwytanemu   na   gorącym   uczynku 

kłusownikowi groziła szubienica. Tak było w latach, gdy Blanc trzymał liczną służbę, która 

rygorystycznie pilnowała, by chłopi nie łamali prawa. Jednak od kiedy odciął się od świata, 

pragnąc ukryć rodową hańbę, wszystko się zmieniło.

Nicolette   widywała   także   kondukty   żałobne,   a   potem,   obserwując   wieśniaków, 

próbowała się domyślić, kogo zabrała śmierć.

Mieszkańcy zamku nie utrzymywali z nikim kontaktu, tylko głuchoniema służąca i jej 

syn chodzili czasem do wsi.

Bywało jednak, że i Blanc, przeważnie podczas sztormu, opuszczał zamkowe mury. 

Stawał wówczas na skraju urwiska i wpatrywał się w spienione morze. Unosił ręce, tak jakby 

chciał okiełznać żywioł.

4

background image

W okropnej samotności upływał Nicolette rok za rokiem.

Dziewczyna coraz bardziej zamykała się w sobie, nawet w snach przestała marzyć. 

Świat poza zamkową bramą przerażał ją, nie tęskniła już do niego. Nieświadoma, powoli 

wpadała w pułapkę zastawioną przez dziadka, pogrążając się w coraz większej pobożności.

Zresztą czy pozostawiono jej jakiś wybór?

Blanc zadbał o jej wykształcenie. Potrafiła więc czytać i pisać, ale to, czego się uczyła, 

miało   wyłącznie   głęboko   religijny   charakter.   Surowo   broniono   jej   dostępu   do   wiedzy   o 

świecie.   Zresztą   dziewczyna,   odizolowana   od   wszystkiego,   nawet   nie   była   jej   specjalnie 

ciekawa.

Tylko czasami, widząc z okna baszty obcych, zastanawiała się, skąd pochodzą i dokąd 

się   udają.   Przypływające   co   jakiś   czas   żaglowce,   tak   wielkie   w   porównaniu   z   łodziami 

rybaków, do których widoku przywykła, wzbudzały w niej lęk.

Zapytała nawet kiedyś o nie ciotkę, ale ona tylko machnęła ręką i próbowała ją zbyć, 

mówiąc, że to nie jej sprawa. Dodała jednak, że wymyślili je ludzie, których coś bez sensu 

gna po świecie.

A więc na pokładach żaglowców znajdowali się ludzie?

W jakimś miejscu na ziemi, za horyzontem, żyje ich więcej niż w sąsiedniej wiosce. 

Ta myśl oszołomiła dziewczynę.

Tego   wieczoru,   który  odmienił   jej   życie,   Nicolette   jak   zwykle   o   zmroku   zapaliła 

świecę w izdebce na szczycie baszty. Chciała jeszcze trochę poczytać przed snem. Ciotka 

Dionne na ogół nie wstawała wcześnie, lubiła wylegiwać się o poranku. Dziadek za to był na 

nogach już o świcie i nie mógł ścierpieć, gdy Nicolette jeszcze spała. Dziewczyna bardzo się 

lękała, że mogłaby zasnąć w baszcie. Wiedziała, że miałoby to dla niej katastrofalne skutki.

Właśnie   z   tego   powodu   bała   się   przesiadywać   zbyt   długo   na   górze,   poza   tym 

potrzebowała snu po ciężkiej pracy.

Tamtego wieczoru odczuwała szczególne zmęczenie.  Po generalnych  porządkach  i 

wielkim praniu strasznie bolały ją ręce. Na podrapanych i spuchniętych dłoniach pojawiły się 

odciski, a nawet otwarte rany.

Nagle Nicolette drgnęła. Ktoś stukał do bramy.

Kto to może być? O tej porze?

Dziadek... Ciocia Dionne... ogarnęła ją panika. Żeby tylko się nie obudzili!

Szybko na dół! Co będzie, jeśli mnie tu zastaną?

W pośpiechu zbiegała ze świecą w ręku po krętych stopniach. Nawet nie zdążyła 

poczuć łęku przed obcym, w ogóle nie zdążyła pomyśleć.

5

background image

Na szczęście chyba nikt się nie obudził, komnaty ciotki i dziadka znajdowały się dość 

daleko od głównej bramy. Nicolette zawahała się.

Czy odważy się podejść do wrót?

Musi. Ktokolwiek to jest, trzeba go ostrzec. Nikomu nie wolno przekroczyć progu 

tego zamku!

Serce waliło jej jak młotem na myśl o tym, że ma rozmawiać z kimś obcym.

Czy starczy jej odwagi?

- Kto tam? - wyszeptała.

Głęboki męski głos odpowiedział:

- Jestem żołnierzem. Wracam z wojny do swej ojczyzny. Nie mam złych zamiarów. 

Czy znajdzie się tu dla mnie kąt do spania i ciepła strawa?

Żołnierz?   Żołnierz!  W  jej   wyobraźni   pojawiły  się   obrazy  walczących.  Wiele   razy 

słyszała o wojnie, nigdy jednak nie zdołała pojąć, dlaczego ludzie zabijają się nawzajem.

Ten człowiek na pewno jest niebezpieczny!

Ale przecież mówił, że nie ma złych zamiarów!

Przez szczelinę w drzwiach dostrzegła ciemną sylwetkę. Przybysz był wysoki, wyższy 

od ludzi we wsi, ba, wyższy nawet od dziadka. A jego włosy sięgały do ramion. Więcej 

szczegółów nie zdołała rozróżnić.

Obcy mówił inaczej niż ludzie w tych stronach, zresztą wspomniał, że wraca z wojny 

do swego ojczystego kraju.

Brzmiało to jakoś dziwnie. I niebezpiecznie.

Ale   ten   głos!   Poruszał   każdy   nerw   w   jej   ciele.   Nicolette   wydawało   się,   że   jego 

właściciel jest bardzo młody.

Musi mu coś odpowiedzieć! Serce wali jej tak mocno, że omal nie rozsadzi piersi.

- Nie mogę ci pomóc - ledwie wydobyła z siebie szept. - Spróbujcie, panie, we wsi, 

tam jest gospoda.

Słyszała   o   gospodzie   od   ciotki   Dionne,   która   w   kółko   powtarzała,   że   to   siedziba 

samego diabła. Ale może sprzedają w niej jedzenie? Ludzie zatrzymują się przecież tam na 

nocleg. Żołnierz, wysoki i silny, na pewno da radę diabłom. Na zamek w każdym razie nie 

może wejść. Broń Boże! Dziadek wpadło w straszliwą złość!

-   Dziękuję   -   odpowiedział   głęboki,   piękny   głos.   -   Proszę   mi   wybaczyć,   że 

niepokoiłem.

-   Ciesz   się,   żołnierzu,   że   nikogo   nie   zbudziłeś   -   szepnęła   odruchowo,   ale   tak   ją 

przeraziła własna śmiałość, że czym prędzej uciekła da swej komnaty, słysząc jeszcze, jak 

6

background image

nieznajomy   odchodzi   od   bramy.   Jego   kroki   wprawiły   w   drżenie   każdy   skrawek   ciała 

Nicolette. Zdawało się jej, że mężczyzna utyka na jedną nogę.

Pośpiesznie przebrała się i położyła do łóżka. Długo leżała, rozdygotana, przerażona 

własną reakcją. Co za uczucia nią targają? Nie pojmowała ich, ale była pewna, że dziadek i 

ciotka Dionne by jej nie pochwalili.

Złożywszy   dłonie,   zaczęła   wznosić   gorące   modlitwy   do   Maryi   Panny.   Czuła,   że 

grzech splamił jej duszę, choć nie potrafiła tego grzechu nazwać.

Jakie to szczęście, że nikt nic nie usłyszał! Dzięki, Najświętsza Panienko!

Wiedziała, że nigdy się nie odważy wyznać dziadkowi, iż spotkała się potajemnie w 

nocy z obcym mężczyzną. Może dlatego czuła się taka występna?

Zauważyła żołnierza następnego dnia z okna baszty, gdy przechadzał się w pobliżu 

wioski,  i  zrozumiała,  że  jej  życie  już  nigdy  nie  będzie takie  jak  przedtem.  Nieokreślona 

tęsknota, która przepełniała jej serce, stała się trudna do zniesienia.

Przecież życie to coś więcej aniżeli modlitwa i umartwienia, uświadomiła sobie, poza 

zamkiem i wioską istnieje inny świat.

Z tej odległości nie mogła przyjrzeć się twarzy obcego, ale sam fakt, że był istotą z 

krwi i kości, pozostawił w niej zdumienie, ciekawość, rozpacz i gorycz. W pewnym sensie 

czuła   się   tak,   jakby   ją   oszukano.   Po   raz   pierwszy   w   swym   życiu   pomyślała   o   matce, 

nieznajomej   kobiecie,   która   przed   wielu   laty   stąd   uciekła.   Czy   rzeczywiście   jej   czyn 

zasługiwał na potępienie?

Nicolette nagle zrozumiała lepiej decyzję matki.

Do tej pory granice świata dziewczyny wyznaczały zamkowe mury. Ciotka Dionne 

powtarzała ciągle, że spotkał ją przywilej, iż pozwolono jej zamieszkać w zamku. Zresztą 

Nicolette podzielała to przekonanie.

Ale teraz?

Teraz świat za murami wabił ją i kusił. Zapewne tak samo jak niegdyś jej matkę.

Przeraziła się jednak tej zmiany, bo nagle poczuła, że grunt usuwa jej się spod stóp.

7

background image

ROZDZIAŁ III

Zazwyczaj Nicolette nie wchodziła na basztę w ciągu dnia, obawiając się, że ktoś 

mógłby ją zauważyć Ale tego popołudnia ciotka Dionne zamknęła się, w swej komnacie, a 

dziadek uciął sobie, jak zwykł to czynić codziennie, poobiednią drzemkę. Nic dziwnego, że 

zrywał się wczesnym świtem, skoro mógł to potem odespać.

Tego dnia jednak dziewczyna czuła przemożną potrzebę, by rozejrzeć się po okolicy. 

Miała nadzieję, że zobaczy nieznajomego, z którym rozmawiała poprzedniego wieczoru.

Okazało   się,   że   przeczucie   jej   nie   myliło.   Jasnowłosy   mężczyzna,   lekko   kulejąc, 

spacerował po wrzosowisku. Mogłaby przysiąc, że spojrzał w stronę baszty.

Czy   powinnam   do   niego   pomachać?   zastanawiała   się,   schodząc   pośpiesznie   po 

schodach. Nie, i tak by tego nie zauważył, a gdyby nawet, to co by sobie o mnie pomyślał?

Baszta, w której Nicolette miała swoją kryjówkę, przylegała do wrzosowiska. Druga, 

zwana basztą Dongarda, wznosiła się na krawędzi urwistego klifu. Od wieków krążyły o niej 

budzące grozę legendy. Ale teraz wisiało nad nią całkiem realne niebezpieczeństwo: skała 

podmywana przez wzburzone fale mogła lada dzień runąć w morskie odmęty, zabierają ze 

sobą fragment murów wraz z basztą, na której widać było wyraźne pęknięcie. Część murów 

spotkał już taki los.

Plan zamku Castel de la Silence

8

background image

1 - Komnata dziewic

2 - Pomieszczenia o niewiadomym przeznaczeniu

3 - Komnata Dionne

4 - Przedsionek

W   zamku   na   dolnej   kondygnacji   mieściły   się:   kuchnia,   gorzelnia,   stajnia   i 

pomieszczenia gospodarskie, a także pokoje dla służby. Alkowy i komnaty dzienne łącznie z 

salą rycerską znajdowały się na piętrze.

Nicolette nie lubiła poruszać się ciemnym, korytarzami zamkowymi. Udając się do 

baszty,   musiała   przejść   przez   długą   galerie   zewnętrzną.   Niewielkie   otwory   strzelnicze 

wpuszczały   do   środka   skąpe   smugi   światła.   W   miejscach   gdzie   mur   był   wzmocniony 

machikułami, znajdowały się większe otwory w podłodze, przez które kiedyś obrońcy miotali 

kamienne pociski, płonące pakuły i wylewali gorącą smołę. Gdzieniegdzie leżały jeszcze 

przedmioty   stanowiące   świadectwo   minionych   okrutnych   czasów   Galeria   zewnętrzna 

przerażała dziewczynę, ale tysiąc razy bardziej lękała się przechodzić obok zamkniętych na 

cztery spusty drzwi do komnaty dziewic, gdzie, jak głosiła legenda, okrutny Dongard więził 

młode   dziewczęta   uprowadzone   z   pobliskiej   wioski   i   okolic.   Powiadano,   że   ściany   tej 

9

background image

komnaty zbroczone  są ich  krwią,  a  nocą,  gdy sztorm szaleje  na  morzu,  wydobywają   się 

stamtąd przeraźliwe krzyki.

Nicolette   wprawdzie   nigdy   nie   słyszała   żadnych   niepokojących   odgłosów,   ale 

opowieść ciotki Dionne na zawsze zapadła jej w pamięć.

Nic   dziwnego,   ciotka   bowiem   z   nieskrywaną   lubością   snuła   historie   sprzed   kilku 

wieków o okrutnym Dongardzie i jego rycerzach, torturujących i pozbawiających życia młode 

dziewczyny. Trudno dociec, ile było w nich prawdy, Nicolette jednak wierzyła w każde słowo 

ciotki.

Ani Blanc, ani Dionne nie domyślali się nawet, że Nicolette odkryła przejście z sali 

rycerskiej do zewnętrznej galerii, od bardzo dawna już nie używanej. Była posłusznym i 

pokornym dzieckiem, nawet więc im do głowy nie przyszło, że odważyłaby się przechytrzyć 

dorosłych   i   działać   na   własną   rękę,   a   na   domiar   złego   zataić   ten   grzech   na   codziennej 

spowiedzi

Dziewczyna   nie   miała   odwagi   zbyt   długo   przebywać   w   baszcie   wieczorami. 

Wystarczało jej pół godziny, może godzina. Nim zegary wybiły północ, starała się wrócić do 

swej komnaty, żeby przypadkiem nie natknąć się na pojawiające się podobno o tej porze w 

zamkowych korytarzach duchy zamordowanych dziewic. Nicolette wolała nie wchodzić im w 

drogę.   Rozdygotana,   z   łomoczącym   sercem   kładła  się   do   łóżka,   by  ochłonąć   ze   strachu. 

Wędrówka po pogrążonym w ciemnościach zamku nie należała do przyjemności. W mroku 

wszystko wyglądało inaczej, a w każdym zakamarku czaiły się groźne cienie.

Ale tego dnia zapomniała o lęku, bo dojrzewała w niej ważna decyzja. Dziewczyna 

uznała,   że   powinna   wieczorem   czuwać   przy   bramie.   Jeśli   nieznajomy   znów   przyjdzie   i 

zastuka do wrót, musi być na miejscu, by powstrzymać go, nim pobudzi innych mieszkańców 

zamku. Przecież to jej obowiązek!

Sama   świadomość,   że   planuje   zrobić   coś   na   własną   rękę,   na   dodatek   coś 

wymagającego   dużej   odwagi,   wprawiła   ją   w   gorączkowe   podniecenie.   Nawet   więc   nie 

przejęła się gderaniem ciotki, że spóźnia się z wypełnieniem codziennych obowiązków.

- Gdzie byłaś? - wykrzykiwała ze złością Dionne. - Dlaczego jeszcze nie nakryte do 

stołu? Czy zdaje ci się, że życie składa się tylko z przyjemności?

Nicolette  nic   nie  odpowiedziała.  Miała   swoją   tajemnicę.  To  sprawiało,  że   przykre 

słowa ciotki nie były w stanie jej dotknąć.

Roland   tymczasem   nie   przestawał   się   zastanawiać,   z   kim   rozmawiał   przez   bramę 

zamku poprzedniego wieczora. Czy to była służąca? A może jakiś chłopiec?

Nic tu się nie zgadzało. Ze zdawkowych odpowiedzi wieśniaków wynikało, że na 

0

background image

zamku mieszka tylko stary właściciel z córką i dwoma głuchoniemymi służącymi, a przecież 

głuchoniemi nie mogliby z nim rozmawiać.

Że nie był to duch jakiejś zamordowanej dziewicy, o których wspominał odmieniec, 

był   pewien.   Roland   wprawdzie   nie   do   końca   kwestionował   istnienie   duchów   i   elfów, 

wabiących podróżnych w lasach i w górach czy przy wodopojach, w tym przypadku jednak 

mógłby przysiąc, że rozmawiał z człowiekiem z krwi i kości.

Zdecydował się pozostać w zajeździe jeszcze przez jedną noc, bo zarówno on sam, jak 

i jego koń, potrzebowali wytchnienia.

W ciągu dnia kilkakrotnie próbował podpytać usługującą dziewczynę o mieszkańców 

zamku, ale bez powodzenia.

- Nie mam pojęcia o tym, co się dzieje na zamku - odpowiadała wymijająco, lękliwie 

rozglądając się na boki. - Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Jej reakcja tylko utwierdziła Rolanda w przekonaniu, że jednak coś wie, i postanowił 

ją podejść, kierując rozmowę pozornie na inne tory.

Ale przyniosło to rezultaty, jakich zupełnie nie oczekiwał. Dziewczyna, przekonana, 

że młodzieniec smali do niej cholewki, z uśmiechem dała mu do zrozumienia, że zamierza 

odwiedzić go w jego pokoju.

Roland przeraził się nie na żarty, a ponieważ nie chciał urazić dziewczyny, skłamał, że 

wieczorem wychodzi.

- Może jutro po zmierzchu? - zaproponował nieszczerze, gdyż sądził, że wtedy będzie 

już daleko stąd.

Chcąc nie chcąc, musiał więc wyjść po południu na przechadzkę. Konia zostawił w 

stajni, by odpoczął i nabrał sił, a sam ruszył w stronę wrzosowiska. Nie miał pojęcia, co 

będzie robił przez cały wieczór, w gospodzie w każdym razie nie mógł pozostać. Pragnął 

trzymać się z daleka od niewinnej prostej dziewczyny. Zasługiwała na lepsze traktowanie.

Roland   zachowywał   się   zawsze   rycersko   wobec   kobiet   i   nawet   mu   w   głowie   nie 

postało,   że   owa   panna   z   zajazdu   prowadzi   znacznie   bardziej   swobodne   życie   niż   on, 

powracający   z   wojaczki   żołnierz.   Choć   doświadczył   okrucieństw   wojny,   zachował   duszę 

idealisty i uważał, że uczucia między kobietą a mężczyzną powinny być piękne i czyste. 

Inaczej życie nie miałoby sensu.

Roland   rozejrzał   się   wokoło   i   westchnął   z   zachwytu.   Jego   zmysły   dopiero   teraz 

otworzyły się na urok wrzosowiska. W ciągu kilku ostatnich dni, kiedy przemierzał Francję, 

zmęczony,   głodny   i   poirytowany,   niezdolny   był   do   odbierania   wrażeń   estetycznych. 

Tymczasem wrzosowisko  tylko  z pozoru wydawało  się monotonną  równiną. Gdy mu się 

1

background image

bliżej   przyjrzeć,   zaskakiwało   swą   różnorodnością.   Łagodne   wzniesienia   przełamywały 

monotonię krajobrazu. Porośnięte szmaragdowozieloną trawą pagórki unosiły się pomiędzy 

kobiercem liliowego i żółtego kwiecia, tu i ówdzie rosły poskręcane od wiatru karłowate 

drzewa.   Wszystko   to   trwało   pod   sklepieniem   niebios,   które   o   tej   przedwieczornej   porze 

przybrało barwę zgaszonego fioletu. Wiatr od morza roznosił woń słonej wody i wodorostów.

Roland bezwiednie ruszył w stronę zamku, jakby przyciągany jakąś nieznaną siłą. 

Popatrzył na odcinające się na tle nieba baszty. W jednej z nich, tej, która znajdowała się tuż 

przy urwisku, utworzył się groźny wyłom, pęknięcie sięgało na wysokość górnej kondygnacji. 

W drugiej baszcie w okienku na górze nie dostrzegł nikogo, zresztą nawet nie miał takiej 

nadziei.

Zamek sprawiał wrażenie niegościnnej warowni. Droga prowadząca do jego wrót była 

mocno zarośnięta, jedynie wydeptana wąska ścieżka i ślady kół świadczyły o tym, że od 

czasu do czasu ktoś z zamku wyprawiał się do wsi.

Przez głowę przemknęła mu nagle myśl, że mógłby podejść do bramy,  zastukać i 

zapytać, kim jest ta młoda osoba, z którą rozmawiał poprzedniej nocy.

Ale oczywiście tego nie zrobił. Postanowił najpierw dowiedzieć się czegoś więcej o 

mieszkańcach zamku. Zastanawiał się, dlaczego ludzie milkną i odwracają spojrzenia, kiedy 

kieruje rozmowę na ten temat. Roland nie miał wątpliwości, że wiedzą niejedno, ale coś ich 

powstrzymuje przed mówieniem.

Zdążył   obejść   dookoła   warownię,   gdy   zaczęło   zmierzchać.   Wrzosowisko,   którym 

dopiero co tak się zachwycał, stało się nagle przerażająco ponure. Zaczął się odpływ. Morze 

huczało   i   grzmiało,   wiatr   dmuchał   pomiędzy   krzewami   szczodrzeńca.   Wśród   odgłosów 

żywiołu niknęły wszelkie inne dźwięki.

Roland szedł przed siebie, jakby kierowany wewnętrznym impulsem. Coś go ciągnęło 

do wysokiego menhiru, wzniesionego niedaleko zamkowych murów. Wieśniacy twierdzili, że 

tam pochowane są doczesne szczątki króla Dongarda.

Wspiąwszy się na niewielkie wzniesienie, zobaczył tuż przed sobą wysoki smukły 

głaz, samotny i majestatyczny. Emanowała z niego niema groźba. Na tle ciemniejącego nieba 

wyglądał jak strażnik, któremu nakazano strzec tego miejsca aż po kres dziejów.

Z niezwykłym szacunkiem Roland podszedł bliżej. Nieopodal menhiru znajdował się 

kopiec   przypominający   kształtem   piramidę   o   ściętym   wierzchołku.   Przyjrzawszy   się   mu 

uważnie,   żołnierz   zorientował   się,   że   to   grobowiec   zbudowany   z   potężnych   głazów, 

przykrytych płaskim blokiem kamiennym, i przysypany ziemią. Wydawał się tu obcy w czasie 

i   przestrzeni.   To   nie   mógł   być   grób   celtyckiego   władcy   Dongarda,   który,   jak   powiadali 

2

background image

miejscowi ludzie, zmarł w połowie piątego wieku, bowiem w takich grobowcach chowano 

zmarłych na długo przed narodzeniem Chrystusa.

Zamek  z   pewnością  nie   jest  aż   tak  sury,  aczkolwiek   kilka  stuleci   to  wiek  bardzo 

szacowny dla każdej budowli. A może fragmenty murów są starsze? Może w piątym wieku 

została wzniesiona wewnętrzna część warowni, a potem wielokrotnie ją rozbudowywano? 

Roland nie wykluczał, że król Dongard rzeczywiście panował kiedyś na zamku, ale to miejsce 

nie mogło być miejscem wiecznego spoczynku tego okrutnego władcy. Grobowiec strzeżony 

przez menhir był starszy o wiele stuleci. Chyba że pogrzebano zwłoki Dongarda w prastarej 

mogile?

Wątpił jednak, by ośmielono się popełnić takie świętokradztwo.

Surowy   głaz   górował   nad   głową   Rolanda   i   zdawał   się   ożywać   pod   wpływem 

pomarańczowej   poświaty   ostatnich   promieni   zachodzącego   słońca.   Dreszcz   przebiegł 

żołnierzowi po plecach. Nagle w sposób szczególny stał się podatny na nastrój tego wieczoru, 

na niewyraźny lęk, który podpełzał i wnikał do samego środka jego duszy.

Roland odwrócił się plecami do menhiru i przeszedł kilka kroków w stronę kopca. 

Potężne   głazy,   przysypywane   przez   wieki   kolejnymi   warstwami   ziemi   i  porośnięte   trawą 

wciskającą się w każdą najmniejszą nawet szczelinę, zdawały się z wolna zapadać.

Roland odkrył jednak, że ów grobowiec powstał na skalnym podłożu w naturalnym 

zagłębieniu   pomiędzy   położonymi   równolegle   niewysokimi   pagórkami   Pod   płaskim 

kamiennym blokiem wśród zarośli odkrył wejście.

Nie bez lęku Roland zajrzał do środka. Wszedł do ciemnego korytarza prowadzącego 

w   dół   Z   lekko   pochyloną   głową   posuwał   się   naprzód.   Ciasny  zrazu   tunel   rozszerzał   się 

stopniowo i nagle Roland znalazł się w przestronnym pomieszczeniu, w którym było trochę 

jaśniej. Słabe światło wieczoru przenikało przez szczeliny pomiędzy głazami.

To na pewno grobowiec jakiegoś prehistorycznego władcy, pomyślał.

Dokładnie   nie   wiedział,   kiedy   Celtowie   przybyli   do   Bretanii,   ale   nie   ulegało 

wątpliwości,   ze  ten   grobowiec  pochodzi  z  okresu  na  długo   przed  wędrówką  ludów.  Cóż 

wiadomo o społeczności, która postawiła tu menhir? Czy została wyparta czy wchłonięta 

przez napierające ludy? Nikt nie potrafi odpowiedzieć na takie pytania.

Roland rozejrzał się uważnie i dostrzegł jakieś ciemne otwory. Może to nisze, a może 

korytarz ciągnie się dalej? Ruszył w głąb wybranego korytarza, pogrążonego w kompletnych 

ciemnościach, ale wnet drogę odcięła mu skała.

Może tutaj pochowano króla Dongarda - o ile w ludzkim gadaniu tkwi ziarno prawdy?

Roland  dokładnie  obmacywał  ściany  niszy,   ale  nie  wyczuł  palcami  ani  kamiennej 

3

background image

tablicy, ani niczego, co wskazywałoby na grób.

Nagle w ciszy rozległo się delikatne drapanie.

Roland zamarł w bezruchu, wsłuchując się intensywnie.

Pewnie to jakieś zwierzę, pomyślał w końcu.

Po chwili odgłosy szurania dały się słyszeć ponownie, tyle że chyba poza grobowcem. 

Nie był jednak tego do końca pewien.

Z miejsca, gdzie stał, widział spory fragment pomieszczenia, z którego odchodziły 

odnogi korytarzy, na tyle oczywiście, na ile można zobaczyć coś w mroku. Nasilające się 

odgłosy  docierały  chyba   gdzieś   z   zewnątrz.   Roland   zastanawiał   się,   czy  nie   wyjść  i   nie 

sprawdzić, co się tam dzieje, gdy nagle uwiadomił sobie, że słyszy kroki zbliżające się w jego 

kierunku. Potem mignął mu jakiś cień i zniknął w otworze prowadzącym na wrzosowisko.

Roland zmarszczył czoło.

To   nie   było   zwierzę,   lecz   istota   poruszająca   się   na  dwóch   nogach,   człowiek.   Nie 

wiadomo tylko, żywy czy umarły.

Przypomniały  mu   się   słowa   odmieńca;   „Tam   straszy!   Król   Dongard   błąka   się   po 

dziedzińcach zamkowych i w okolicach grobowca”.

Bzdura!

Ale skąd dochodził odgłos kroków?

Z sąsiedniej niszy! Tak!

Czy się odważę tam wejść?

A co mam do stracenia? dodawał sobie otuchy.

Hmm... życie, może rozum, uśmiechnął się, czując, że drży. Bagatelka!

Wszedł   jednak   do  sąsiedniej   niszy,   która   ku  jego   zaskoczeniu  okazała   się   długim 

korytarzem. Pożałował, że nie ma pochodni lub świecy, by sobie oświetlić drogę. Korytarz 

przez cały czas się obniżał.

Roland   nabrał   odwagi   i   przyspieszył   kroku.   Ta   pewność   siebie   okazała   się   dlań 

zgubna, bo potknął się i upadł, rozbijając mocno kolano. Rękami obmacał przestrzeń wokół 

siebie, ale wyczuł jedynie skałę i porozrzucane kamienie.

W tym miejscu korytarz się kończył.

Kto   to   mógł   być?   zastanawiał   się   Roland.   Kto   ukrył   się   w   grobowcu   i   uciekł 

wystraszony odgłosem moich kroków?

Może bezdomny? Albo kłusownik bądź inny przestępca, pragnący uniknąć kary?

No   cóż,   tego   się   teraz   nie   dowie,   ale   przynajmniej   zbadał   dokładnie   wnętrze 

grobowca.

4

background image

Kiedy Roland wydostał się na zewnątrz, otoczył go wieczorny mrok. Przemykał się 

ostrożnie, trochę się obawiając, że ktoś czai się w zaroślach, gotów go zaatakować.

Ale wrzosowisko trwało pogrążone w ciszy. Roland skierował się w stronę morza. Po 

kilku krokach zatrzymał się i ukrył w niewielkim zagłębieniu, słysząc ujadanie psa.

Nagle tuż przed nim przemknęła zmęczona sarna. Roland usłyszał krótki, urywany 

oddech zwierzęcia.

Natychmiast przypomniał sobie sarenkę, którą widział w pobliżu zamku poprzedniego 

wieczoru, i uczucie wspólnoty, jakie nim zawładnęło, gdy przez moment spotkały się ich 

spojrzenia.

Niewiele   się   zastanawiając,   rzucił   się   na   nadbiegającego   psa,   który   aż   zawył   z 

rozczarowania i zaskoczenia. Jego agresja natychmiast zwróciła się przeciwko człowiekowi, 

ale żołnierz złapał psa za łeb i przycisnął mocno do ziemi.

Zwierzę   wiło   się   wściekle,   próbując   się   uwolnić,   rzucało   się   i   drapało   ostrymi 

pazurami, warcząc złowrogo.

Ale   Roland   nie   zwolnił   żelaznego   uścisku,   choć   nie   zamierzał   skrzywdzić 

czworonożnego   myśliwego,   który   przecież   tylko   uległ   swym   pierwotnym   instynktom 

drapieżnika.

Upewniwszy się, że sarna zniknęła po drugiej stronie wzgórza powoli zaczął zwalniać 

uścisk, jednak przez kilka minut nie puszczał psa.

Był to zwykły wiejski kundel.

- Dobrze już, dobrze - przemówił do niego Roland - Tylko spokojnie.

Pies   był   wyczerpany.   Kiedy   Roland   uznał,   że   zwierzę   się   poddało,   podniósł   się 

ostrożnie najpierw na kolana, a potem całkiem wstał. Nie przestając przemawiać przyjaźnie, 

powoli zwalniał chwyt. Na wszelki wypadek uskoczył w tył, gdy całkiem puścił psa, ale on 

nie zamierzał atakować człowieka. Otrząsnął się tylko, jakby chcąc zrzucić z siebie wstyd, i 

czmychnął w bok z nosem przy ziemi, szukając śladu sarny. Ale niedawny zapał prędko 

zniknął, pies zrezygnował z łowów i zawrócił w stronę wioski.

Roland tymczasem ruszył ścieżką wzdłuż zamku. Dotarłszy do frontonu budynku, 

zauważył, że w baszcie miga maleńki płomyk. Zatrzymał się, niepewny, co robić. Nie może 

znów   pukać   do   bramy.   Istota,   z   którą   rozmawiał,   nie   życzyła   sobie   tego.   Bała   się,   że 

mieszkańcy zamku mogliby się zbudzić

Ale kiedy tak stał ukryty w mroku, dostrzegł, że światełko zaczyna się przesuwać, 

jakby ktoś oświetlał sobie drogę po schodach prowadzących spiralnie w dół. Dokładnie tak 

samo jak poprzedniej nocy.

5

background image

Roland bez zwłoki ruszył w stronę bramy. Po przygodzie z psem utykał mocniej, ale 

starał się iść jak najszybciej, by dotrzeć na czas. Odczuwał osobliwą więź z tą nieznajomą 

istotą z wieży - identycznie jak z sarną - wspólnotę, nić porozumienia coś co przemawiało 

wprost do jego serca, W jego wrażliwej duszy bezbronna, pełna gracji sarna utożsamiała się z 

człowiekiem, którego szept usłyszał poprzedniego wieczoru.

Intuicja   podpowiadała   żołnierzowi,   że   obie   istoty,   przerażone   i   samotne   w 

niebezpiecznym   świecie,   potrzebują   jego   pomocy.   Wierny   swoim   zasadom,   pragnął   je 

ochraniać.

Dotarł na czas. Kiedy płomyk świecy zamigotał w dole, zastukał lekko do bramy.

Płomyk zatrzymał się raptownie, a potem zniknął.

Roland czekał, intuicyjnie wyczuwając, że nieznajoma istota śmiertelnie się lęka, iż 

ktoś z mieszkańców zamczyska go usłyszy.

Odgłos zbliżających się kroków. Mrok i przerażony, tłumiony oddech.

Właściwie nie wiedział, co powiedzieć. Nawet nie zdążył się nad tym zastanowić.

- Czy mogę.,. Czy mogę wejść do środka? - wydukał wreszcie.

- Nie... - usłyszał w odpowiedzi drżący głos. - Nie mam klucza.

- Chciałbym porozmawiać.

Zapadło dłuższe milczenie, po którym istota po drugiej stronie wrót odrzekła tęsknym 

głosem:

- A czy moglibyśmy porozmawiać przez bramę?

- Oczywiście - odparł Roland poruszony. - Usiądźmy i porozmawiajmy!

Usłyszał delikatny odgłos ocierającej się o kamienie tkaniny.

- Ale najpierw proszę mi pozwolić się przedstawić. Zwą mnie Roland, a ciebie?

- Nicolette.

A wiec to była dziewczyna.

- Jesteś żołnierzem? - wyszeptała.

- Tak, byłem tu wczoraj. Ile masz lat?

- Siedemnaście.

Roland uśmiechnął się do siebie. Nieoczekiwanie odpowiedź dziewczyny wydała mu 

się wielce obiecująca.

Postanowił pozostać przez kilka dni w wiosce Castel de la Mer.

Ktoś go potrzebował. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości

6

background image

ROZDZIAŁ IV

Czuł   się   dość   niepewnie,   gdy   tak   siedział   przy   bramie   i   rozmawiał   szeptem   z 

dziewczyną, której nigdy nie widział na oczy i o istnieniu której część wieśniaków w ogóle 

nie miała pojęcia.

- Czy nikt nas nie usłyszy? - szepnął.

- Służba nie, są głuchoniemi. A ciotka i dziadek mają alkowy w głębi dziedzińca. 

Chyba że się obudzą i przyjdzie im ochota na spacer.

- W takim razie musimy być ostrożni Kim jesteś, Nicolette?

Ja? - zapytała drżącym z przerażenia głosem. - Ja... jestem grzechem...

„W zamku rozpanoszył się grzech”, mówili mieszkańcy wioski.

Biedna dziewczyna!

A  może   to   duch?   Błąkająca   się   dusza   nieszczęśliwej   dziewicy   uwiedzionej   przez 

Dongarda?

Nie, to niemożliwe!

- Kto powiedział, że jesteś grzechem?

- Ciotka Dionne. I dziadek.

Nareszcie jakieś konkrety, pomyślał i pytał dalej, pragnąc za wszelką cenę dowiedzieć 

się możliwie najwięcej.

- A cóż takiego uczyniłaś, by mieli prawo cię tak nazywać?

-   Jestem   owocem   nierządu   -   odrzekła   zgnębiona.   -   Moja   matka   była   ladacznicą. 

Choćbym nie wiem jaką pokutę odprawiła, nie zdołam nigdy zmyć hańby, którą przywlokłam 

na zamek. Błagam, nie mów o tym nikomu! Ludzie we wsi nie mogą się niczego dowiedzieć.

Ależ oni wiedzą, pomyślał Roland, ale nie wyrzekł tego na głos, by nie potęgować 

przytłaczającego dziewczynę poczucia winy.

- Opisz mi, Nicolette, jak wyglądasz?

Nie od razu odpowiedziała.

- Nie wiem. Nie wolno mi się przeglądać w zwierciadle. Ciotka Dionne uważa, ze to 

grzech. Mówiła, że nie powinnam sobie wyobrażać, że jestem ładna, bo to nieprawda.

Słowa dziewczyny tylko utwierdziły Rolanda w przekonaniu o jej wyjątkowej urodzie. 

Miała   zresztą   taki   słodki   głos,   nieśmiały,   przepraszający,   pełen   tęsknoty   za   drugim 

człowiekiem.

Trochę rozmarzony westchnął:

- Wydaje mi się, że cię widzę. Masz długie czarne włosy.

7

background image

- Tak - odezwała się żałośnie.

- I jesteś niewysoka.

- Widzisz mnie naprawdę? - zdumiała się.

- Nie, tylko zgaduję. Więcej już nic nie potrafię dodać.

- Ja także nie. A ty? Widziałam cię z daleka. Masz włosy, które lśnią jak złoto.

- Pochodzę z obcych stron. Mam błękitne oczy.

- Błękitne? Ależ to niemożliwe! Nikt nie może mieć oczu w kolorze nieba.

-   Ależ   tak!   W   mojej   ojczyźnie   niemal   wszyscy   mają   takie.   Powinnaś   częściej 

opuszczać mury zamku. Przecież nie możesz tu spędzić całego życia.

- Brama jest zawsze zamknięta.

- W takim razie sam cię stąd wydostanę - zapewnił z żarem, podnosząc wzrok na 

mury.

Chociaż jeszcze nie mam pojęcia w jaki sposób, dodał w myślach.

- Nie zdołasz. Oprócz bramy nie ma innego wejścia.

- Droga nieznajoma istoto - zaczął. - Wkrótce będziesz dorosła. Musisz ruszyć w 

świat. Masz prawo spotykać swoich rówieśników. Masz prawo zakochać się, a potem, jeśli 

zechcesz, wyjść za mąż.

- Moja matka tak właśnie zrobiła. Uciekła. Ale nic dobrego z tego nie wyszło. Na 

własnej skórze doświadczyła, że świat jest pełen niebezpieczeństw.

- Ale to nie była jej wina. Ani tym bardziej twoja.

Milczała przez chwilę. A potem rzekła:

- Nikt mnie nie zechce. Jestem nic nie warta.

- Nieprawda! Po twoim głosie poznaję, że jesteś dobra, pełna ciepła.

Znów milczenie.

- Czy... czy to piękne uczucie zakochać się?

- Bardzo piękne.

- A moja matka została tak bardzo upokorzona.

Trudno mu było coś na to odpowiedzieć, bo przecież nie znał dokładnie całej historii, 

ale rzekł:

- Miłość do drugiego człowieka nigdy nie jest upokarzająca ani brudna, Nicolette. 

Wydaje mi się, że twoja mama była osobą głęboko nieszczęśliwą.

- Mnie też. Dopiero teraz to pojmuję.

Roland nie do końca był pewien, co przez to rozumieć.

- Rycerzu...

8

background image

- Nazywam się Roland, a co do rycerzy, już nie istnieją.

- Tak? - zdumiała się i dodała z roztargnieniem w głosie: - Rolandzie... Powiedz mi... 

Wiem, że nigdy nie zdołam się wydostać z zamku. To po prostu mi się nie uda. A ty pewnie 

podążysz niedługo w dalszą drogę do ojczyzny?

- Tak.

Zamilkła na chwilę.

- Rolandzie, jesteś moim przyjacielem, prawda?

Jak wielka tęsknota pobrzmiewa w głosie tej istoty!

- Przecież wiesz.

Czy mogę cię dotknąć? Tak bardzo bym chciała... się upewnić, że to wszystko mi się 

nie śni - szepnęła żałośnie.

- Dobrze.

Odgarnął kamyki i wsunął dłoń w ciasną szparę między bramą a podłożem. Wyczuł 

drobne, chłodne palce dziewczyny, które zadrżały pod wpływem dotyku, i usłyszał głębokie 

westchnienie, pełne zdumienia i radości.

Nie   ruszał   się,   głęboko   wzruszony   losem   tej   istoty.   Dopiero   teraz   pojął   rozmiar 

nieszczęścia, które ją dotknęło. Przez siedemnaście długich lat ukryta przed światem niczym 

wyrzut sumienia. Jak można być takim okrutnym, żeby własny prestiż stawiać wyżej aniżeli 

życie drugiego człowieka? Kim są ci ludzie, dziadek i ciotka dziewczyny, którzy obojętnie 

przyglądają się, jak na ich oczach marnuje się życie tego dziecka? Może im się zdaje, że 

czynią to, co dla niej najlepsze? W takim razie to chyba jacyś chorobliwi fanatycy?

- Nicolette, jesteś pobożna?

- Oczywiście. Codziennie błagam Pana o wybaczenie.

- Za co?

- Za to, że w ogóle przyszłam na świat.

- Ach, Nicolette, nie wolno ci myśleć w ten sposób - zaprotestował. - Nawet jeśli 

byłby to grzech, to Bóg już dawno ci wybaczył, w chwili gdy się narodziłaś.

- Nie. To nieprawda - odparła drżącym głosem. - Dziadek powiada...

- Twój dziadek nie jest Bogiem - przerwał jej Roland tonem ostrzejszym niż zamierzał.

Dziewczyna cofnęła dłoń.

- Muszę już iść - powiedziała.

- Nie! Poczekaj, Nicolette!

- Muszę wracać do swej komnaty. Już zbyt długo tu jestem.

Słyszał, jak wstaje, i uczynił to samo.

9

background image

-   Będziesz   jutro   wieczorem   w   baszcie?   Jeśli   tak,   to   rozejrzyj   się   za   mną   po 

wrzosowisku. Potem możemy się spotkać tu o tej samej porze co dziś. Chcesz?

- O, tak - odrzekła z przeciągłym westchnieniem. - Oczywiście, ze chcę, ale...

- W takim razie do zobaczenia. Postaram się przez ten czas obmyślić sposób, jak cię 

wydostać z tego więzienia. W ostateczności zapukam do bramy i zażądam rozmowy z twoim 

dziadkiem.

-  Nie,   nie!  Nie  rób  tego!   -  zawołała  spłoszona.  -  Bo  wtedy  nigdy więcej  cię   nie 

zobaczę.

A czy teraz, mnie widzisz? pomyślał z rozczuleniem, a głośno zapewnił ją:

- Dobrze, nie zrobię tego... Na razie! Dobranoc Nicolette, najlepsza przyjaciółko.

- Dobranoc - odpowiedziała z zachwytem, a potem niemal bezgłośnie oddaliła się od 

bramy. Serce przepełnione całkiem nowymi uczuciami, omal nie rozsadziło jej piersi.

Rozmawiała z drugim człowiekiem, trzymała go za rękę, czuła ciepło bijące od niego. 

Dzieliła się swymi myślami.

Czy może istnieć większe szczęście?

Ponieważ   zdmuchnęła   wcześniej   świecę,   szła   teraz   po   omacku   przez   ciemne 

korytarze. Była jednak tak podekscytowana, że nawet nie zauważyła, kiedy minęła drzwi do 

komnaty nieszczęsnych dziewic.

Mam przyjaciela! Mam przyjaciela! myślała z radością w czasie tej nieprzyjemnej 

wędrówki po pogrążonym w nocnym mroku zamku.

Zdawało się jej, że lekka jak piórko unosi się nad ziemią.

Kiedy jednak dotarła do drzwi swej komnaty, usłyszała dochodzący z jadalni odgłos 

ciężkich kroków.

Boże, dziadek już wstał!

Zbyt długo siedziała przy bramie.

Serce zabiło jej mocniej.

Nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy usłyszała jego głos:

- Kto to?

Nicolette przełknęła z wysiłkiem ślinę.

- Ja.

Zbliżające się kroki były zdecydowane. W świetle świecy ukazała się surowa twarz 

dziadka.

- Czemu łazisz po nocy? - warknął ze złością. Nigdy jeszcze nie widziała go w tak 

złym humorze.

0

background image

- Ja... nie mogłam spać - wyjąkała przerażona niczym małe dziecko przyłapane na 

psocie. - Chciałam napić się wody.

- To idź! - warknął. - I żebyś mi się tu więcej nie kręciła.

Nicolette przemknęła obok niego do jadalni i nalała do kubka wody.

Dziadek pozostał przy drzwiach jej komnaty, a kiedy dziewczyna wróciła, zatrzasnął 

je za nią z hukiem. Nicolette usłyszała zgrzyt przekręcanego w zamku klucza.

Uwięziona we własnym pokoju!

Nie zdarzyło się to po raz pierwszy, przeciwnie, wiele, wiele razy dziadek ją zamykał. 

Nigdy nie stosował kar cielesnych wobec wnuczki. Posługiwał się bardziej wyrafinowanymi 

metodami,   by   ją   złamać.   Bo   jemu   chodziło   o   duszę   Nicolette.   Chciał   ją   upokorzyć   i 

sponiewierać, tak jak swą córkę Dionne. Uznał to za najważniejszy cel swego życia, był 

bowiem przekonany, że ten uczynek przyniesie mu nagrodę u Pana. Przypominał pod tym 

względem hiszpańskich inkwizytorów.

Tak więc Nicolette dobrze znała charakterystyczny odgłos przekręcanego w zamku 

klucza. Mijał  niekiedy długi czas, nim dziadek, uznawszy, że dostatecznie odpokutowała, 

otwierał drzwi.

Nie dzisiaj! błagała w duchu. Przecież o zmroku znów mam się spotkać z Rolandem. 

Co będzie, jeśli dziadek nie wypuści mnie do wieczora?

Niejednokrotnie trzymał ją w zamknięciu nawet przez kilka dni i nocy, nieczuły na 

cierpienia,   na   jakie   ją   narażał.   Głód   w   tym   wszystkim   najmniej   jej   dokuczał.   Żołądek 

Nicolette   przywykł   do   ciągłych   postów.  Ale   kiedy   świeca   się   wypaliła,   dziewczyna,   z 

rozmysłem   umieszczona   w   komnacie   pozbawionej   okien,   siedziała   w   kompletnych 

ciemnościach. Poza tym w pomieszczeniu cuchnęło od nie uprzątanych nieczystości.

Zwykle to najbardziej ją męczyło, teraz jednak była zdolna myśleć tylko o Rolandzie. 

Tak  się   obawiała,   że   kiedy  nie   zastanie   jej   wieczorem  przy  bramie,   więcej   nie   powróci. 

Opuści Castel de la Silence. Na zawsze odjedzie z Zamku Ciszy.

Boże, spraw, by dziadek nie trzymał mnie długo w zamknięciu! modliła się gorąco.

Ale   wydawał   się   taki   rozgniewany!   Chyba   bardziej   niż   pewnego   zimowego 

popołudnia, gdy zapomniała dołożyć do ognia w palenisku i kiedy dziadek się obudził, jego 

grzane wino całkiem ostygło. Wtedy zamknął Nicolette na trzy doby.

Nie ma się więc co łudzić, że tym razem będzie inaczej.

Straciwszy wszelką nadzieję, Nicolette opadła na posłanie i wybuchnęła płaczem.

Krótka chwila szczęścia przemknęła przez jej życie niczym błyskawica.

W baszcie nie świeciło się!

1

background image

Roland długo czekał na wrzosowisku. Zapadł zmrok, a on wiele razy podchodził do 

bramy. Szeptał imię dziewczyny, ale nikt mu nie odpowiadał. Słyszał jedynie huk morskich 

fal rozbijających się o skały gdzieś w dole.

Przez   cały   dzień   penetrował   teren   na   północ   od   wioski,   a   więc   w   kierunku 

przeciwnym niż był położony zamek. Wąską ścieżką wijącą się w dół dotarł do zatoki, gdzie 

niektórzy rybacy z wioski Castel de la Mer trzymali łodzie. Niezbyt imponujący port, ale 

Roland pozostał w nim przez dłuższą chwilę, gdyż było to niezwykle malownicze miejsce, a 

przy tym zaciszne i ciepłe.

Rybacy bardzo chętnie opowiadali o połowach, kiedy jednak zagadnął ich o zamek, 

umilkli.

- Nie znamy dobrze Etienne Blanca - tłumaczyli się.

Ponieważ   była   właśnie   pora   odpływu,   Roland   powędrował   wzdłuż   plaży   aż   do 

półwyspu wrzynającego się w morze. Stamtąd lepiej mógł się przyjrzeć zamczysku. Dopiero 

teraz   zobaczył   dokładnie,   jak   niebezpieczne   zniszczenia   poczynił   żywioł.   Potężne   bloki 

kamienne   osuwały   się   w   odmęty   fal   podmywających   klifową   skałę,   na   której   został 

zbudowany Castel de la Silence. W murze tuż przy wieży Dongarda, pod którym skała została 

niemal  całkowicie  rozmyta,  ziała  przepastna  czeluść.  Na  samą  myśl   o tym,  że  w   zamku 

przebywa Nicolette, Roland poczuł dreszcze przebiegające mu po plecach.

Morze zaciekle napierało na zamkową skałę i zdołało utworzyć w niej potężną grotę. 

Aż trudno było uwierzyć, że do tej pory fundamenty pozostały nienaruszone.

Obraz zniszczeń napełnił Rolanda głębokim bólem. Odwrócił więc wzrok i popatrzył 

w   stronę   horyzontu.   Zauważył   łódź   rybacką   i   zakotwiczony   w   pobliżu   żaglowiec. 

Przypomniało mu się, że poprzedniego dnia również widział fregatę płynącą ku brzegowi 

Teraz bujała się na falach w pobliżu groteskowych słupów skalnych wynurzających się z 

wody w pobliżu mielizn. Te formacje, powstałe w wyniku wietrzenia skał o różnej twardości, 

kształtem przypominały niemych strażników, którzy niejako ostrzegali przed niewidocznymi 

pod powierzchnią wody płyciznami.

Nagle Roland poczuł, że woda zalewa mu stopy. Nadchodził przypływ. W żadnym 

zakątku świata przypływy nie są tak groźne jak na wybrzeżach Bretanii, nigdzie nie ma tak 

gwałtownej różnicy pomiędzy przypływem i odpływem.

Jak   szalony   ruszył   wzdłuż   zwężającego   się   błyskawicznie   pasma   plaży   w   stronę 

zatoki. Woda sięgała mu już do cholewek, a przed nim całkiem zakryła resztki lądu.

Już dawno nie biegł tak szybko. Z dala zauważył rybaków, spoglądających w jego 

stronę. Zdawało mu się, że coś do niego wykrzykują. Może jednak tylko oceniali między 

2

background image

sobą, czy ma szanse na bezpieczny powrót.

W wielu miejscach woda sięgała mu już do kolan. Kawałek zmuszony był podpłynąć. 

Widział, że rybacy wchodzą do łodzi, choć i łodzie wcale nie były bezpieczne w czasie 

przypływu. Woda mogła je przecież pchnąć prosto na skalną ścianę.

Był już prawie u celu, gdy nagle stracił grunt pod nogami. Potężna fala, cofająca się w 

głąb morza, zabrała go ze sobą. Wiedział doskonale, że jeśli nie zdoła się wyrwać, będzie 

stracony.

Z całych sił wymachiwał rękoma, próbując oprzeć się kipieli, a gdy podeszła kolejna 

fala prąca w stronę brzegu, ustawił się tak, by go uniosła, choć myślał z obawą, czy nie 

rozbije się o kamienie. W tym momencie decydował się jego los, bo czuł już, jak traci siły.

Nagle ktoś chwycił go pod ramię, a gdy spojrzał w górę, ujrzał rybaka, wychylającego 

się przez rufę łodzi. Roland uchwycił się burty. Kilka zręcznych życzliwych rąk wciągnęło go 

do środka.

Przemoczony, z trudem dochodzi} do siebie.

-  A  niech   to!   Jaka   to   potworna   siła!   -   jęknął   i   dodał:   -   Dziękuję!   Dziękuję   za 

uratowanie mi życia.

Rybacy wysadzili go potem na ląd i poczęstowali francuskim likierem o mocnym 

korzennym smaku, sporządzonym zapewne według starej receptury mnichów.

Po tej przygodzie mężczyźni nabrali do niego sympatii i chętniej rozmawiali.

Rzeczywiście w zamku mieszka więcej osób, przyznali, a potem Roland usłyszał całą 

tę historię o Dionne, która zhańbiła się i wróciła do domu z nieślubnym dzieckiem. O dwóch 

stajennych, którzy zniknęli bez śladu. Sądzono, że ich zwłoki zostały wrzucone do morza. 

Właściwie rybacy nawet byli tego pewni, bo ciało jednego z nich fala wyniosła na brzeg. 

Ludzie powiadają,  że Dionne zwariowała tamtej  nocy.  Tak, córka Dionne też mieszka w 

zamku. Co prawda jest to starannie ukrywane, ale ludzie i tak swoje wiedzą. Teraz liczy sobie 

około   siedemnastu   lat.   Ta   biedaczka   nie   ma   pewnie   lekkiego   życia   z   matką   wariatką   i 

dziadkiem potworem. Szkoda też Dionne, zawsze tyranizowana przez ojca, na koniec popadła 

w takie nieszczęście.

Etienne Blanc to okrutny człowiek. Wielu wieśniaków doznało od niego fizycznych 

kar w czasie, kiedy jeszcze opuszczał mury zamku i miał do dyspozycji licznych służących, 

gotowych wypełnić jego rozkazy. Przez ostatnich siedemnaście łat nie widywano go jednak 

często - chyba że w sztormowe noce, kiedy stał na brzegu, jakby chciał uspokoić żywioł.

- Ale... - zaczął jeden z rybaków, szybko jednak urwał, uciszony przez innych. A więc 

jeszcze jakaś tajemnica. Roland czuł instynktownie, że więcej już niczego się od tych łudzi 

3

background image

nie dowie. Nie chciał też ich zrażać nadmierną ciekawością.

Póki co cieszył się z tego, że go zaakceptowali, a przede wszystkim był im wdzięczny 

za uratowanie życia.

Pożegnał więc swych rozmówców i zaczął się wspinać stromą ścieżką.

Tego   ranka   nie   poszedł   w   stronę   menhiru.   Uznał,   że   wystarczająco   już   zbadał   to 

miejsce.

Przez cały dzień wędrował więc bez celu, trzymając się z dala od gospody, gdyż 

dziewczyna, która tam usługiwała, rzucała mu powłóczyste spojrzenia, wzdychając przy tym. 

Na   domiar   złego,   mrugała   do   niego   porozumiewawczo.   I   to   go   chyba   najbardziej 

denerwowało.

Miał   tego   dość.   Zapłacił,   pożegnał   się   z   oberżystą   i   wyczekawszy   moment,   gdy 

dziewczyna gdzieś się oddaliła, zabrał ze stajni konia i odjechał.

Pogoda   zrobiła   się   piękna,   było   bardzo   ciepło.   Niedaleko   zamku   zauważył   spory 

szałas i postanowił się tu zatrzymać. Kiedyś, zapewne w czasie polowań, korzystał z niego 

sam pan na zamku. Teraz szałas stał nie używany, chyląc się ku upadkowi Na szczęście był na 

tyle wysoki, że można było wprowadzić tam konia.

Uwiązał więc zwierzę i szepnął mu do ucha, że wkrótce wróci. A Roland zawsze 

dotrzymywał obietnic.

Tymczasem baszta stała pogrążona w ciemnościach.

Co z Nicolette? Gdzie ona jest?

Roland, bezradny, podchodził do bramy, a potem wracał na wrzosowisko, skąd mógł 

obserwować wieżę. Odważył się nawet raz zapukać do wrót zamku, ale chociaż echo, jakie 

się rozległo, jego samego przeraziło, dziewczyna się nie zjawiła.

Umówiona pora spotkania dawno minęła. Było już grubo po północy.

Roland   poczekał   jeszcze   trochę,   a   potem   odszedł   zrezygnowany,   kierując   się   do 

szałasu.

Czuł   się   głęboko   rozczarowany.   Nie   wierzył   jednak,   że   Nicolette   dobrowolnie 

zrezygnowała ze spotkania. Przypomniał sobie ożywienie w jej dziecinnym głosie, prośbę, by 

mogła znów z nim porozmawiać, pełen desperacji uścisk dłoni.

Bardzo chciała przyjść, dlaczego więc się nie zjawiła?

Nie przypuszczał, że może to go tak zaboleć. Uświadomił sobie, że przez ostatnią 

dobę po prostu bez przerwy myśli o dziewczynie, której nawet nie widział na oczy. Przecież 

to czyste szaleństwo, łajał się w duchu. Przecież znam jedynie brzmienie jej głosu!

Oczywiście widział tę dziewczynę oczami wyobraźni. Drobna i krucha, z długimi 

4

background image

czarnymi   włosami   i   piwnymi   oczami.   Na   pewno   ma   piękne   szlachetne   rysy   -   przecież 

wywodzi się z arystokratycznego rodu - i nienaganne maniery! Musi ją ujrzeć!

Roland tak dalece dał się ponieść fantazji, że zdawało mu się, iż widzi przed sobą 

twarz Nicolette, mały nosek i słodkie, pięknie wykrojone usta o różanej barwie.

Nagle drgnął, usłyszawszy tętent koni, i odruchowo skrył się w wysokich wrzosach.

Na tle mrocznego nieba dostrzegł  ciemne sylwetki  trzech  jeźdźców. Uląkł  się, bo 

przez moment zdawało mu się, że zmierzają wprost na niego. Na szczęście konie skręciły w 

stronę menhiru i zaraz skryły je pagórki. Roland, schowany we wrzosach, widział jedynie 

czubek smukłego głazu.

Przeczekał chwilę i zamierzał właśnie wstać, gdy tętent rozległ się ponownie. Jeszcze 

mocniej przywarł ciałem do ziemi. Jeźdźcy zawracali.

Roland   zmarszczył   czoło,   zdezorientowany,   bo   zdążył   zauważyć,   że   tylko   jeden 

spośród trzech koni niesie jeźdźca.

Co się stało z dwójką pozostałych? W tak krótkim czasie?

Zagadka   rozpaliła   jego   ciekawość.   Kiedy   odgłos   końskich   kopyt   ucichł,   Roland 

przemknął   się  przez   zarośla   i   pagórki   w   stronę   menhiru.   Zatrzymał   się   w   miejscu,   skąd 

roztaczał się widok na całe wrzosowisko. Położył się w trawie, żeby jego sylwetka nie była 

widoczna na tle nieba.

Z krzaków czmychnęła sarna.

Ta noc nie była tak ciemna jak poprzednie. Roland wyraźnie odróżniał kontury zamku 

na tle spienionych fal, widział menhir i kurhan, a także niższe pagórki i skały, za którymi nikt 

nie zdołałby się skryć.

Gdzie zatem zniknęli dwaj mężczyźni, którzy tu przybyli konno?

Z całą pewnością nie zdążyliby w tak krótkim czasie dojść do zamku, a tym bardziej 

do wioski.

Były więc tylko dwie możliwości Albo tak jak i on ukryli się gdzieś w zaroślach - 

tylko po co mieliby to robić? - albo schowali się w grobowcu.

Po   chwili   namysłu   Roland   uznał   to   ostatnie   za   najbardziej   prawdopodobne.   Nie 

potrafił jednak znaleźć odpowiedzi, czemu ludzie naruszali spokój tego miejsca.

Postanowił to sprawdzić. Jego koń był bezpieczny w szałasie, spokojnie więc ruszył w 

stronę kurhanu. Musiał zachować teraz większą ostrożność. Przecież nie wpadnie do środka i 

nie zawoła:

„Jest tu kto?”

Ci ludzie zachowywali się zbyt tajemniczo, by mógł sobie pozwolić na taką beztroskę.

5

background image

Pod kradł się bliżej.

Cisza, żadnych głosów, żadnego poruszenia.

Stanął za menhirem i wyjrzał ostrożnie.

Oprócz uderzenia fał o skały i szeptu wiatru wśród traw nie było nic słychać.

6

background image

ROZDZIAŁ V

Od morza wiał słaby wiatr, ale noc była ciepła. Blady księżyc świecił mistycznie nad 

spowitą w odwiecznej mgle Bretanią.

Roland   jeszcze   raz   rozejrzał   się   uważnie,   a   ponieważ   nic   nie   wzbudziło   jego 

niepokoju, odważył się przemknąć przez odkryty teren w stronę menhiru. Wychyliwszy lekko 

głowę zza kamiennego głazu, z duszą na ramieniu obserwował otoczenie. Obawiał się, że w 

każdej chwili mogą go zaatakować zaczajeni gdzieś w pobliżu nieznajomi.

Nic takiego się jednak nie zdarzyło, co tylko utwierdziło Rolanda w przekonaniu, że 

obcy musieli wejść do grobowca.

Ciekawość była silniejsza niż strach. Żołnierz podczołgał się do ukrytego w zaroślach 

wejścia, oparł się na moment plecami o zimny głaz, a potem wszedł do mrocznego korytarza.

Po kilku krokach zatrzymał się i nastawił uszu.

Zdawało mu się, że cały świat poddał się wszechogarniającej ciszy.

Ale oto z głębi grobowca doszedł go jakiś dźwięk. Roland drgnął, rozpoznał odgłos, 

który po raz pierwszy usłyszał poprzedniego wieczoru, stojąc w niemej niszy. Przypomniał 

sobie, że cichy chrzęst ocieranych o siebie kamieni usłyszał krótko przed tym, nim tajemnicza 

postać wyszła pospiesznie z jednego z korytarzy i rzuciła się ku wyjściu.

Wprawdzie teraz Rolandowi się wydawało, że dźwięk dochodzi z większej odległości, 

ale nie był tego do końca pewien. By nie dać się zaskoczyć, przemknął do tej samej co 

wczoraj niszy. Tu nie groziło mu niebezpieczeństwo.

Czekał dość długo, ale wokół panowała cisza. W końcu zebrał się na odwagę. Cofnął 

się  do  głównego  pomieszczenia  i   wszedł   do  obniżającego   się  korytarza,  którego   długość 

ponownie wprawiła go w zdumienie.

Korytarz   zamykała   kamienna   ściana.   Roland   macał   rękoma   nierówną,   szorstką 

powierzchnię, wyczuwając kamienne bloki i ziemię. Wydawało mu się, że doszedł do kresu 

podziemnego przejścia, gdy nagle...

Kiedy się cofnął o kilka kroków, żeby się obrócić, lewą ręką natknął się na pustkę. 

Czyżby w tym miejscu znajdowała się jakaś odnoga? Ostrożnie przeszedł kilka kroków, klnąc 

w duchu, że nie wziął krzesiwa.

A jednak! Na lewo od głównego korytarza znajdowało się przejście. Niestety, było 

bardzo krótkie i Roland znów natknął się na ścianę. Dłonią wyczuł, że niektóre kamienie są 

ruchome.   Obmacywał   teraz   pilnie   i   szukał.   Jeden   z   kamieni   odcinał   się   kanciasto   od 

powierzchni i kształtem przypominał drzwi.

7

background image

Roland położył dłonie w miejscu, gdzie wyczuwał krawędzie. Obmacywał cierpliwie 

centymetr  po centymetrze,  gdy nagle  ciężka płyta  zwaliła się  na niego. Roland  uskoczył 

odruchowo w bok, ale nie zdążył cofnąć nogi i kamienne drzwi zawadziły o jego stopę. 

Ledwie  zdołał stłumić  krzyk. Zacisnął  zęby z bólu,  ale  nie odważył  się nawet jęknąć  w 

obawie, że ktoś go usłyszy. Ciągle przecież nie wiedział, czy jeźdźcy, którzy zniknęli w 

czeluści grobowca, nie kryją się gdzieś w pobliżu.

Choć ból mu dokuczał, Roland i tak był zadowolony: miał wolną drogę.

Ostrożnie, krok po kroku, wyruszył w nieznane. Może ci ludzie zamieszani są w jakieś 

konflikty polityczne i dlatego się ukrywają?

Próbował sobie przypomnieć, co w minionych latach wydarzyło się we Francji.

Niestety,   wiedział   tylko   tyle,   że   Francja   opowiedziała   się   po   stronie   Szwedów   w 

wielkiej wojnie przeciwko Habsburgom. Władzę we Francji faktycznie sprawował kardynał 

Richelieu, który miał bardzo silny wpływ na króla. Jako dostojnikowi kościelnemu nie w 

smak   mu   była   wojna   u   boku   protestantów   przeciwko   katolikom.  Ale   Roland   już   dawno 

zorientował się, że w tej wojnie tak naprawdę nie o religie toczył się spór, ale o inne, znacznie 

mniej wzniosłe sprawy: władzę, terytoria i wpływy. Poza tym słyszał jeszcze, że ów kardynał 

dość brutalnie zwalcza arystokrację. Na tym się kończyła wiedza Rolanda.

Ostatecznie doszedł do wniosku, że nie znani mu ludzie ukrywali się tu z powodów 

czysto osobistych.

Czuł chłodny powiew i zapach wrzosów, przenikający do korytarza przez otwory na 

górze. Z wrzosowiska nie sposób ich było zauważyć wśród traw i kamieni, gdyby jednak nie 

one, człowiek by się udusił w tym podziemnym tunelu.

Po pokonaniu dość długiego odcinka Roland nieoczekiwanie stanął przed drzwiami. 

Właściwie o ich istnieniu dowiedział się w sposób niezbyt przyjemny - po prostu rozbił o nie 

czoło. Wszystko wskazywało na to, że dotarł do zamku.

Przez chwilę trwał całkiem nieruchomo, zapominając o bożym świecie.

Przejście między zamkiem a wrzosowiskiem?

Podziemne przejście, pobudowane zapewne przed wiekami, samo w sobie nie było 

właściwie   niczym   niezwykłym,   ale   fakt,   że   korzystano   z   niego   obecnie,  i   to   pod  osłoną 

ciemności, dawał do myślenia.

Kim są ci ludzie, którzy chodzili tędy do zamku?

Rybacy   nie   wspominali,   żeby   prócz   Blanca,   jego   córki   i   wnuczki   oraz   dwóch 

głuchoniemych sług ktoś jeszcze mieszkał w Castel de la Silence.

Ale   przecież   poprzedniego   wieczoru   Roland   widział   jakiegoś   człowieka 

8

background image

wychodzącego chyłkiem z grobowca. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości, że obcy tą 

drogą opuszczał mury zamku. Jeśli jednak wczoraj mógł sądzić, że to któryś z mieszkańców, 

to   dzisiaj   na   własne   oczy  widział,   że   przybyło   tu   konno   trzech   jeźdźców,   a   tylko   jeden 

zawrócił wraz z końmi

A przecież we wsi ludzie gadali, że pan zamku nie utrzymuje kontaktów ze światem.

Co prawda jeden z rybaków w zatoce sugerował, że w zamku dzieje się to i owo, ale 

nic konkretnego na ten temat nie pisnął.

Roland  ostrożnie  dotknął  drzwi i przesuwając  dłońmi, wyczuł  palcami dziurkę od 

klucza. Klucza od środka nie było.

Popchnął mocniej, ale drzwi ani drgnęły. Spodziewał się tego.

Najważniejsze jednak, że znalazł wejście do tej twierdzy. Ze względu na Nicolette 

musiał się za wszelką cenę dostać do środka i wyjaśnić, dlaczego nie przyszła na umówione 

spotkanie. Niczego więcej nie pragnął.

Przeżycia minionego dnia utwierdziły go w postanowieniu, że wydostanie dziewczynę 

z okrutnego więzienia, a potem się z nią ożeni.

Wszelkie plany i działania podporządkował temu szlachetnemu zamiarowi. Zawsze 

wszak zachowywał się po rycersku wobec dam, więc i teraz nie mógł wykraść dziewczyny, a 

potem pozostawić ją własnemu losowi. Sumienie nakazywało mu spełnić to, co nakazuje 

przyzwoitość,   to   znaczy   ożenić   się   z   Nicolette.   Pragnął   bowiem   jej   dobra.   Dość   już 

wycierpiała   od   swych   bezwzględnych   opiekunów.   A   poza   tym...   Nicolette   poruszała 

najczulsze struny w jego duszy, była uosobieniem nieszczęśliwej księżniczki z bajki

Nagle Roland usłyszał dobiegające z głębi tunelu odgłosy i odruchowo rzucił się w 

bok.

Gorączkowo szukał jakiejś kryjówki, ale w tym miejscu nie było się gdzie schować. 

Wpadł w pułapkę! Co gorsza, osoba, która nadchodziła, oświetlała sobie drogę pochodnią.

Roland przykucnął pod jedną ze ścian, z której wystawały kamienie. Skulił się, żeby 

było   go   jak   najmniej   widać,   ale   zdawał   sobie   sprawę,   że   nie   ma   żadnych   szans.   Mimo 

wszystko starał się upodobnić do głazu o łagodnych krawędziach, przypadkowo leżącego w 

przejściu tuż przy drzwiach.

Dzięki Bogu, ten ktoś jest sam! Roland poznał to po odgłosach stawianych kroków.

Teraz jest już blisko! Zaraz mnie zauważy! myślał w panice.

Przybysz   zatrzymał   się   tuż   przy   drzwiach.   Roland   kątem   oka   dostrzegł   dłoń 

odliczającą kamienie w ścianie obok framugi... Nagle dłoń zatrzymała się, a palce rozwarły.

Zauważył mnie, przemknęło przez głowę Rolandowi. Nie mam wyboru: albo on, albo 

9

background image

ja!

To na pewno jakiś spisek.

Zerwał się i uderzył. Obcy runął na ziemię, nie wydając z siebie żadnego jęku.

Pochodnia upadła gdzieś na bok. Roland podniósł ją i wtedy z przerażeniem zobaczył, 

że   na   ziemi   leży   młoda   kobieta   w   połyskującej   złotem   sukni   i   szerokiej,   narzuconej   na 

wierzch pelerynie.

Teraz dopiero pojął, dlaczego cios, którego się spodziewał, na niego nie spadł.

Nie mogę jej tu zostawić, jeszcze ktoś ją odkryje! myślał gorączkowo. Co robić?

Kobieta liczyła kamienie...

Do jakiego doszła miejsca?

Przesunął ręką po zimnej ścianie. Tak, tu mniej więcej się zatrzymała, ale gdyby go 

nie zauważyła, zapewne odliczałaby dalej.

Jest! Luźny kamień, a pod nim ukryty klucz.

Niechętnie zgasił pochodnię, ale ostrożność nakazywała mu to uczynić.

Klucz bezgłośnie przekręcił się w zamku. Drzwi się otworzyły!

Roland znalazł się w jakimś pomieszczeniu, w którym panował półmrok Przez wąskie 

szpary w murze wpadało słabe światło. Kiedy oczy Rolanda przywykły znów do ciemności, 

zorientował się, że znajduje się w ciasnej piwnicy, która służyła jako łącznik z podziemnym 

przejściem.

Takie pomieszczenia mają zwykle mnóstwo mrocznych zakamarków. Roland, niemo 

prosząc o wybaczenie, wciągnął ogłuszoną kobietę do środka. Ułożył ją za stosem jakichś 

rupieci i znalezionym w kącie grubym sznurem skrępował jej dłonie i nogi. Jako knebla użył 

jej własnego cienkiego szala.

Przypuszczał, że nieprzytomna za chwilę się ocknie, a nie mógł pozwolić na to, by jej 

krzyki sprowadziły mu na głowę pościg.

Przemknął się do wyjścia na korytarz i niepewnie przeczołgał się po schodach na górę 

do drzwi. Sprawdziwszy, że wychodzą na dziedziniec, zawrócił.

Ciemno, wszędzie ciemno!

Jeszcze jedne drzwi, a obok nich znów schody prowadzące na górę. Drzwi? Pewnie 

można przez nie dostać się na niższą kondygnację, domyślił się i przypomniał sobie, jak 

wieśniacy opowiadali, że na dole mieszczą się tylko spiżarnia, kuchnia, pomieszczenia dla 

służby i stajnia. Alkowy i komnaty dzienne znajdowały się na piętrze.

Więcej nie zdążył pomyśleć, bo oto zza drzwi dobiegły go jakieś głosy.

Nie pozostawało mu nic innego, jak wspiąć się bezgłośnie po schodach na piętro, 

0

background image

Dłonie zanurzył w grubej warstwie kurzu, palcami wymacał zmurszałą deskę.

Czy zdążę się ukryć? Czy nie pozostawiłem po sobie jakichś śladów?

Ledwie udało mu się wejść na górę, gdy drzwi na dole zostały otwarte. Roland poczuł 

lekki przeciąg i odetchnął z ulgą, bo znaczyło to, że się nie znalazł w ślepym zaułku.

Płomień   świecy  oświetlił   przejście   i   schody.   Roland   wtulił   się   w   mur,   by  go   nie 

zauważono, ale mężczyźni, którzy weszli, nie patrzyli w jego stronę.

Poczuł   woń   skóry   i   końskiego   nawozu.   Najwyraźniej   za   tamtymi   drzwiami 

znajdowała się stajnia.

Roland wsłuchał się w urywki rozmowy.

- ...nie mam pojęcia, co zatrzymało moją żonę - powiedział czystą francuszczyzną 

jeden z przybyłych. - Przecież jechała tuż za nami.

Roland ze swej kryjówki nie widział przechodzących mężczyzn, jedynie ich cienie 

przesuwały się po ścianach.

- O, moja siostra zapewne zatrzymała się gdzieś po drodze, żeby przypudrować twarz - 

ze śmiechem odrzekł mu drugi, choć w jego głosie wyczuwało się napięcie.

Trzeci głos, zimny i twardy, z wyraźnie bretońskim akcentem, warknął:

- Za długo nie możemy czekać. Przypływ określa porę odpłynięcia statku.

Ten   głos   należał   do   starszego   człowieka,   najprawdopodobniej   do   Blanca.   Roland 

ogromnie żałował, ze nie może niepostrzeżenie rzucić na niego okiem. Po chwili mężczyźni 

zniknęli za drzwiami piwnicy. Głosy ucichły. Roland modlił się w duchu żarliwie, aby kobieta 

jeszcze   chociaż   przez   chwilę   nie   odzyskała   przytomności.   Potem   po   omacku   dotarł   do 

ciężkich rzeźbionych  drzwi, które,  lekko pchnięte,  ustąpiły bez trudu. Wszedł  szybko  do 

środka i zamknął je za sobą.

Po krokach poznawał, że ze stajni wyszły cztery osoby, choć dosłyszał głosy tylko 

trzech. Przypuszczał, że tym czwartym mógł być głuchoniemy służący. Uznał więc, że on sam 

najbezpieczniejszy będzie teraz na piętrze.

Wszystko wskazywało na to, że dwaj Francuzi, którzy szli z Blankiem, to jeźdźcy 

widziani przez Rolanda wcześniej na wrzosowisku.

Wygląda   na   to,   że   Blanc   pomaga   im   potajemnie   opuścić   granice   Francji.   Pewnie 

wybierają się do Anglii.

Ale w takim razie jego czyn jest ze wszech miar szlachetny! Kardynał Richelieu z 

uporem   tępi   arystokrację,   kazał   nawet   spalić   kilka   pałaców.   Nie   ma   się   co   dziwić,   że 

niektórzy wysoko urodzeni pragną uciec z kraju!

Roland jednak nie zastanawiał się nad tym dłużej, najważniejszym bowiem dla niego 

1

background image

zadaniem było odnalezienie Nicolette.

Przypuszczał, że w zamku są teraz oprócz dziewczyny jeszcze dwie kobiety. Dionne, 

matka Nicolette, którą ta nazywała ciotką, i głuchoniema służąca, kręcąca się zapewne gdzieś 

na parterze.

Roland wyostrzył wszystkie zmysły, by zorientować się w swym położeniu.

Lękał   się   stąpać   po   podłodze,   niepewny,   czy   nie   zarwie   się   pod   jego   ciężarem. 

Przemykał się więc tuż przy ścianie. Początkowo przypuszczał, że znajduje się w jednym z 

nie używanych pomieszczeń mieszkalnych. Nagle dostrzegł wąski otwór, przez który wpadało 

powietrze. Nim się jednak do niego zbliżył, zauważył, że ściana pochyla się ukośnie. Czy to 

możliwe,   żeby   dotarł   w   pobliże   baszty,   na   której   szczycie   Nicolette   chętnie   szukała 

schronienia? Jeśli tak, to znaczy, że przez wąską szparę powinien zobaczyć dziedziniec.

Tak! Miałem rację, pomyślał zadowolony.

W świetle księżyca dostrzegł schody prowadzące z dziedzińca na piętro do części 

mieszkalnej zamku, a także owianą złą legendą basztę Dongarda, wznoszącą się na skraju 

urwistego klifu. Nawet w mroku widoczne były wyraźnie pęknięcia i wyłom w murze,

Przecież to niemal ruina, pomyślał z łękiem.

Ale gdzie jest dziewczyna?

Odwrócił się od otworu w ścianie i ruszył na drugą stronę pomieszczenia. Potykając 

się   bez   przerwy  o   jakieś   porozrzucane   graty,   doszedł   do   kolejnych   drzwi.   Pewny,   że   są 

otwarte, popchnął je ramieniem. Ku jego zdziwieniu, nie ustąpiły.

Zastanowiło   go,   dlaczego   zamyka   się   na   cztery   spusty   takie   składowisko 

niepotrzebnych i bezwartościowych przedmiotów.

Może   chodziło   o   to,   by  utrzymać   w   tajemnicy   istnienie   wejścia   do   podziemnego 

tunelu prowadzącego na wrzosowisko?

Ale pozostaje jeszcze droga przez stajnię! Roland miał nadzieję, że mężczyźni nie 

zamknęli za sobą drzwi na klucz i że zdoła się jakoś wydostać na zewnątrz. Nie przestając 

wodzić palcami wokół futryny, natrafił na wiszący na gwoździu klucz.

A więc drzwi zostały zamknięte od tej strony!

Stanowiło to dla niego nie lada ułatwienie. Do pokrytej rdzą dziurki wsunął klucz, 

który ze zgrzytem, jakby od stuleci nikt go nie używał, obrócił się w zamku.

Gdy   wszedł   do   środka,   powiało   chłodem.   Zauważył   długi   szereg   szczelin 

strzelniczych i domyślił się od razu, że jest na galerii, z której broniono niegdyś dostępu do 

warowni.

Tędy też zapewne przemykała się potajemnie Nicolette do swej kryjówki w baszcie.

2

background image

A może by wejść na wieżę, skoro jestem tak blisko? pomyślał Roland. Chociaż to bez 

sensu, przecież nie ma tam Nicolette.

Zaraz   jednak   przyszło   mu   do   głowy,   że   może   w   tym   czasie,   gdy   on   błądził   w 

podziemnym korytarzu, dziewczyna zjawiła się w baszcie.

Tak późno? Przecież już niedługo północ!

Ale   jednak   zdecydował   się   zobaczyć   miejsce,   w   którym   jego   księżniczka   szukała 

samotności.

Nim upłynęła chwila, znalazł się na samym szczycie. Kręte schody zachowały się w 

zadziwiająco   doskonałym   stanie   w   porównaniu   ze   zniszczeniami   widocznymi   w   innych 

rejonach zamku.

To właśnie płomień zapalonej tutaj świecy przywrócił mi nadzieję na spotkanie ludzi 

na bezkresnym wrzosowisku, pomyślał ze wzruszeniem Roland. Czy to naprawdę wydarzyło 

się zaledwie przed dwoma dniami?

W blasku księżyca rozejrzał się po baszcie i wyobraził sobie w tej scenerii Nicolette.

Siada pewnie na tym krześle. Ciekawe, czy sama wniosła je tu po schodach z dołu? 

Kufer spełniał funkcję stolika. Na jego wieku stał pusty świecznik, ze świecy pozostały tylko 

kawałki wosku. No i było tu kilka książek, których tytułów nie udało mu się odczytać. Nie 

miał jednak najmniejszych wątpliwości, że są to książki o tematyce religijnej. W murach 

Castel de la Silence z pewnością nie ma innych.

Znów ze współczuciem pomyślał o losie Nicolette.

Musi ją znaleźć, i to jak najprędzej! Pośpiesznie zbiegł więc na dół. Póki poruszał się 

po   tej   części   zamku,   która   od   łat   była   wyłączona   z   użytkowania,   był   bezpieczny.   Przez 

moment zastanawiał się, dokąd powinien się teraz skierować.

Może   gdyby   udało   mu   się   przemknąć   galerią   dla   łuczników,   odnalazłby   drogę 

prowadzącą do komnaty dziewczyny?

Roland dostrzegł w mroku kolejne drzwi...

Nie miał pojęcia, co znajduje się za nimi, ale kiedy chciał je otworzyć, intuicyjnie 

wyczuł, że bije od nich jakaś dziwna aura. Nie wiadomo czemu, nabrał nagle pewności, że 

stoi pod komnatą nieszczęśliwych dziewic. Zaskoczony swą reakcją skłonił z szacunkiem 

głowę i szeptem odmówił krótką  modlitwę za pozbawione czci, a  potem życia  niewinne 

istoty. Jakże wstydził się w tej chwili, że jest mężczyzną!

Czy to możliwe? Zza drzwi słychać jakiś szum, jakby szept.

Nie, to na pewno tylko świszcze wiatr wpadający przez nieszczelne mury, uspokajał 

się Roland. Pośpiesznie ruszył dalej korytarzem galerii. Minąwszy kolejne zamknięte drzwi, 

3

background image

skręcił i przypuszczalnie znalazł się w południowej części zamku.

Galeria,   do   której   przez   otwory   strzelnicze   wpadało   skąpe   księżycowe   światło, 

ciągnęła się jeszcze kawałek. Znowu dwoje drzwi... Wreszcie ściana zawalona stertą jakichś 

gratów. Gdzie jest to tajemne przejście Nicolette?

Może dziewczyna przechodzi po prostu przez drzwi, za każdym razem zamykając je 

na klucz? zastawiał się Roland. Nie, to by było zbyt proste! Skoro tak, pozostaje szukać 

przejścia między rupieciami.

Uznawszy,   że   jest   na   właściwym   tropie,   żołnierz   zaczął   dokładnie   przyglądać   się 

ścianie.

Jakieś belki i chrust, stara broń i...

Między   belkami   dostrzegł   nagle   wąski   otwór.   Szczupłe   dziewczę   mogło   się   tędy 

przecisnąć bez trudu, ale jak jemu ma się to udać?

Powinien zachować ostrożność, bo jeden nieuważny ruch może spowodować, że cały 

ten stos runie z wielkim hukiem. Powoli usunął kawał drewna, tak że znalazło się miejsce dla 

jego szerokich ramion. Niczym wąż wśliznął się w poszerzony otwór i wyczuł dłońmi drzwi.

Ku jego zaskoczeniu były otwarte, zaraz zresztą przekonał się, dlaczego. Przeżarty 

rdzą zamek rozsypał się i odpadł.

Roland   rozejrzał   się   po   niewielkim   pomieszczeniu,   w   którym   się   znalazł:   ciasne, 

duszne i zaśmiecone, sprawiało wrażenie nie zamieszkanego.

Można   by   nabrać   przekonania,   że   w   tym   starym   zamczysku   są   same   rupiecie, 

pomyślał   Roland,   Po   śladach   poznał,   że   drzwi   od   środka   musiały   być   wcześniej   zabite 

deskami. Domyślił się, że to Nicolette wyrwała deski, by zrobić sobie przejście do baszty. 

Miał nadzieję, że i kolejne drzwi, które pozostały mu do sforsowania, ustąpią bez trudu.

Nie, jednak są zamknięte! Na szczęście niezbyt dokładnie.

Przytrzymywane zapewne tylko przez haczyk czy słabą zasuwkę, otworzyły się, gdy 

pchnął je mocniej.

Rozejrzał się dokoła. Jeszcze nie zdecydował, co powinien teraz zrobić, gdy nagle w 

pobliżu usłyszał tłumiony szloch.

Nicolette! To ona! Jest gdzieś blisko, za ścianą! Przyłożył ucho do muru i nabrał 

pewności, że tuż obok mieści się komnata dziewczyny. Ale jak się tam dostać?

Bał się zawołać w obawie, że zostanie odkryta jego obecność.

Postanowił wyważyć drzwi znajdujące się z drugiej strony pomieszczenia. I one, jak 

wyczuł, również były zamknięte jedynie na słabą zasuwkę. Powoli acz zdecydowanie naparł 

na   nie   całym   ciałem.   Zrazu   nie   ustępowały,   ale   potem   rozległ   się   cichy   trzask.   Zamek 

4

background image

poluzował się i nie czyniąc na szczęście dużego hałasu, spadł na kamienną posadzkę.

Roland prześliznął się do niewielkiego korytarza.

Można stąd było wejść do jadalni ze stołem, wokół którego stały krzesła.

Teraz już Roland bez trudu zorientował się w rozkładzie pomieszczeń. Był prawie 

pewien, w której komnacie przebywa Nicolette. Zresztą gdy przyłożył ucho do drzwi, doszedł 

go cichy płacz. Nie miał już najmniejszych wątpliwości! Do jego uszu dotarły jeszcze jakieś 

inne dźwięki z drugiego końca korytarza. Głośne chrapanie... Czyżby to Dionne?

Roland   zrozumiał,   że   Nicolette   została   uwięziona.   Poznał   już   przyzwyczajenia 

właściciela zamku i przypuszczał, że klucz znajduje się na ścianie gdzieś w zasięgu ręki.

Rzeczywiście, leżał wetknięty za framugę. Roland włożył go do dziurki, i wówczas 

usłyszał, że płacz ustał. Otworzył drzwi.

W ciemnościach słychać było jedynie przerażony oddech.

- Cii - odezwał się żołnierz. - To ja, Roland. Chodź! Musimy się spieszyć.

Nicolette   wydała   głośny   jęk,   ale   bez   zwłoki   poderwała   się   i   zaczęła   się   ubierać. 

Roland tymczasem czuwał na zewnątrz.

Potem dziewczyna wyszła, Roland podał jej rękę i poprowadził w kierunku, z którego 

przyszedł.

Nagle oboje zamarli w bezruchu. Gdzieś w pobliżu usłyszeli męskie głosy, wśród 

których wyróżniał się znajomy głos Blanca.

5

background image

ROZDZIAŁ VI

Nicolette usłyszała zgrzyt przekręcanego w zamku klucza i przestraszona usiadła na 

łóżku.

Dziadek? Ciekawe, w jakim jest nastroju? Czy nałoży na nią kolejne kary? Oby tylko 

nie nazbyt surowe. Była już taka zmęczona! Taka zrezygnowana.

Jakie  było jej  zdumienie,  gdy zamiast dziadka ujrzała  w drzwiach Rolanda,  który 

szeptem poprosił, by poszła za nim.

W   co   ja   się   ubiorę?   pomyślała   dziewczyna,   gdy   opanowała   pierwszą   radość   i 

wzruszenie Jak ja wyglądam? Cała twarz spuchła mi od płaczu.

A rozejrzawszy się bezradnie wokół siebie, przeraziła się jeszcze bardziej. Żeby tylko 

Roland nie zechciał wejść do środka. W pokoju tak okropnie cuchnie!

Zresztą czego oczekiwać, skoro przez całą dobę nie mogła stąd wyjść.

Ale Roland sunął w progu i pilnował, czy nikt nie zbliża się korytarzem. Dziewczyna 

zarzuciła szybko na siebie wierzchnie ubrania i w krótkiej chwili była gotowa.

Chciałabym   mieć   na   sobie   jakąś   piękną   suknię,   żeby   mu   się   spodobać,   starannie 

wybraną na to spotkanie. Wyglądam okropnie! Moje włosy?

Ale przecież nie ma czasu! Roland co prawda nie wyjaśnił, dlaczego ma pójść razem z 

nim, jednak Nicolette mu ufała. Przecież obiecał, że uwolni ją z tego więzienia i weźmie ze 

sobą. Wiedziała, że poza murami zamku szerzy się zgnilizna moralna, a na młodą dziewczynę 

czyhają liczne niebezpieczeństwa, a mimo to pragnęła jechać z tym dopiero co poznanym 

mężczyzną.

Ciekawe, co na to powie ciotka Dionne? Nie może się o niczym dowiedzieć! Jakie to 

wszystko przerażające!

Nagle Nicolette poczuła na swej ręce silną dłoń wybawiciela i zadrżała. Była tak 

podekscytowana wydarzeniami ostatnich dni!

Roland   pociągnął   ją   w   stronę   ukrytych   drzwi   prowadzących   na   galerię,   z   której 

niegdyś broniono zamku, gdy nagle rozległ się głos Blanca.

O Boże! Dziadek! Dlaczego nie śpi, przecież jest późna noc! Poprzedniej nocy było to 

samo! I z kim on rozmawia? Obce głosy, tu, w zamku?

Niczego nie pojmowała. Wiedziała tylko, że dziadek nie może zobaczyć jej razem z 

Rolandem.

Roland stanął bezradny, nie wiedział, którędy iść. Gdyby teraz otworzył drzwi, tamci 

na pewno usłyszeliby skrzypienie, a wówczas tajemne przejście zostałoby odkryte. Nie można 

6

background image

do tego dopuścić!

Nicolette  instynktownie   pociągnęła   swego  wybawcę  w   przeciwną  stronę.  Znała  tu 

przecież każdy zakamarek i orientowała się doskonale nawet po ciemku. Prowadziła go przez 

korytarze i pomieszczenia o których istnieniu nie miał w ogóle pojęcia, i wreszcie ukryli się w 

kącie.

Z daleka słyszeli zirytowany głos dziadka: „Poczekamy tutaj! Ale nie za długo!”

Nicolette nie rozumiała zupełnie, o co w tym wszystkim chodzi.

Roland stał nieruchomo, obejmując dziewczynę ramieniem, jakby chciał ją ochronić 

przed niebezpieczeństwem. Nie odzywał się ani słowem. Nicolette, jak mało kto spragnionej 

bliskości i czułości, których nigdy nie zaznała, do oczu napłynęły łzy szczęścia.

Ale oto ciszę przeszył inny głos:

- Co tu robicie?

Ciotka Dionne! Obudziła się!

Nicolette,   przekonana,   że   ciotka   zwraca   się   do   nich,   omal   nie   umarła   ze   stracha 

Tymczasem Dionne znajdowała się w drugim końcu korytarza, a jej słowa były skierowane 

do Blanca i jego gości.

Dziadek odpowiedział jej podniesionym głosem:

- Ucisz się! Bo obudzisz...

Odgłos kroków ciotki i głośny krzyk:

- Gdzie jest La Péché?

Roland z niedowierzaniem wyszeptał:

- „La Péché”? Grzech? Jak można tak nazywać własne dziecko?

Stali pogrążeni w mroku, z daleka dostrzegając jedynie migotanie zapalonych świec.

- Nie możemy tutaj zostać - szepnęła Nicolette - Będą mnie szukać!

- Masz rację. Ale gdzie się ukryjemy?

- Są takie drzwi, których nigdy nie wolno mi otwierać.

- W takim razie idźmy tam!

Dziewczyna ścisnęła mocniej dłoń Rolanda, dając mu znak, by podążał za nią, po 

czym   bezgłośnie   ruszyli   korytarzem   do   przedsionka.   Nicolette,   obmacując   dłonią   ścianę, 

wyczuła niewielkie drzwi. Roland pomógł jej znaleźć klucz, z wdzięcznością myśląc w tej 

właśnie chwili o Blancu, który miał nawyk wieszania kluczy zawsze w tym samym miejscu. 

Drzwi otworzyły się z cichym zgrzytem.

Roland zamknął je od środka, żeby opóźnić pościg.

I oto znaleźli się w części zamku, która była już zniszczona do tego stopnia, że lada 

7

background image

chwila groziło jej zawalenie.

Poczuli chłodny powiew i w srebrnej poświacie księżyca  zauważyli, że w ścianie 

naprzeciwko   brakuje   sporego   kawałka   muru.   Przez   dość   duży   otwór   widzieli   lśniące, 

rozkołysane morze.

- Ani kroku dalej - szeptem ostrzegł dziewczynę Roland. - W podłodze są wyrwy.

Pokiwała głową, ale zaraz uświadomiła sobie, że Roland nie może tego zobaczyć, i 

zachrypniętym głosem wyszeptała:

- Widzę.

Dygotała   z   podniecenia.   W   jednej   chwili,   wraz   z   pojawieniem   się   Rolanda,   jej 

dotychczasowe   życie   uległo   całkowitej   przemianie.   Nicolette   targały   sprzeczne   uczucia. 

Ogromnie się bała swych opiekunów, którzy ruszyli za nią w pogoń. I dziadek, i ciotka 

Dionne byli naprawdę rozgniewani. Właściwie ich rozumiała - nie dość, że wydostała się ze 

swej   komnaty,   w   której   ją   więzili,   to   na   dodatek   Roland   próbował   teraz   umożliwić   jej 

ucieczkę   z   zamku.   Bardzo   tego   pragnęła,   jednak   wciąż   dręczyła   ją   niepewność,   jak   jej 

postępowanie osądza Bóg. Okazała nieposłuszeństwo, będzie musiała wyznać ten grzech na 

jutrzejszej spowiedzi... Nie! Jutro odjedzie daleko stąd! Ale przecież nie wolno jej opuszczać 

tego miejsca! To niebezpieczne, bardzo niebezpieczne!

- Chodź! - powiedział Roland, przerywając rozterki Nicolette.

Trzymał ją mocno za rękę, kiedy posuwali się po wąskiej krawędzi wzdłuż ściany. 

Przez cały czas szeptem ją uspokajał, jakby wyczuwając jej strach, strach nie tylko przed 

realnym niebezpieczeństwem - przepaścią, która czaiła się pod nimi - ale przede wszystkim 

przed niepewnością jutra.

- Wydostanę cię stąd, Nicolette - szeptał. - Jeśli zechcesz, pojedziesz ze mną do mojej 

ojczyzny. Przedstawię cię rodzicom. Gdybyś jednak wolała żyć we Francji, zostanę z tobą, bo 

jesteś mi droższa nad wszystko.

- Och, Rolandzie! - westchnęła dziewczyna, niepewna, jak zareagować na jego słowa.

Cała sytuacja wydawała jej się taka nierzeczywista. Nie mogła wprost uwierzyć, że to 

dzieje się naprawdę.

Dotarli   do   ściany,   która   przylegała,   jak   oboje   doskonale   wiedzieli,   do   baszty 

Dongarda.   W   ciemności   zamajaczyła   mroczna   czeluść   w   murze.   Niegdyś   zapewne 

znajdowały się tu drzwi. Roland nie wahał się długo.

- Nie możemy zostać w tej sali. Musimy iść dalej! Chodź!

Nicolette z prawdziwą determinacją podążyła za nim. Był teraz dla niej wszystkim, 

stanowił jedyny punkt oparcia w świecie. Zdała sobie sprawę, że spaliła za sobą mosty, bo ani 

8

background image

dziadek, ani ciotka Dionne nigdy jej nie wybaczą takiej samowoli.

Świadomość tego faktu przeraziła dziewczynę, mimo to jednak wiedziała, że musi się 

wziąć w garść, by sprostać nowej sytuacji. Odwrotu nie było.

Klucząc wśród gruzu i kamieni, dotarli do baszty Dongarda. Nicolette odwróciła się i 

popatrzyła raz jeszcze za siebie. Przez całe życie ostrzegano ją, by trzymała się z daleka od tej 

części zamku. Teraz mogła się przekonać na własne oczy, że nie bez powodu. Nagle we 

fragmencie muru, który wyglądał stosunkowo solidnie, Nicolette dostrzegła kontury drzwi. 

Wydawało się jej, że za nimi znajduje się alkowa dziadka, ale nie miała co do tego pewności. 

Była tu wszak po raz pierwszy, dziadek zawsze powtarzał, że nie wolno jej się kręcić w 

pobliżu baszty Dongarda.

Nicolette   wytężyła   wzrok   i   w   ciemnościach   zobaczyła   długie   pęknięcie   w   murze, 

ciągnące się zygzakiem jak błyskawica z góry w dół. Odruchowo cofnęła się o krok, bo 

wydało jej się, że za chwilę cała konstrukcja runie.

Roland znów uścisnął jej dłoń i rzekł:

- Jesteś tu bezpieczna. Podłoga wygląda solidnie, a poza tym nikt nie będzie nas tu 

szukał.

Ale   przecież   musimy   wydostać   się   z   zamku,   cisnęło   jej   się   na   usta.   Jednak   nie 

powiedziała tego na głos, powodowana starym nawykiem, by nie mówić niczego, co mogłoby 

zirytować rozmówcę. Dziadek pozwalał jej jedynie odpowiadać na pytania, nie miała prawa 

sprzeciwiać się ani jemu, ani ciotce.

Jakie to dziwne, że nie odczuwa nawet odrobiny tęsknoty za tymi, którzy byli jej 

jedynymi towarzyszami przez całe życie. Przeciwnie, na myśl, że mogłaby zostać zmuszona 

do powrotu, ogarnęła ją panika. Mimowolnie przysunęła się do Rolanda w obawie, że jej 

wybawca może zniknąć.

Najwyraźniej   to   zauważył,   bo   otoczył   dziewczynę   ramieniem,   jakby   chciał   ją 

uspokoić. Nicolette z wrażenia przymknęła oczy. Omal nie zakręciło jej się w głowie od 

przenikającego ją na wskroś uczucia szczęścia.

Nareszcie człowiek, który ją rozumie, człowiek bliski.

Roland, rozglądając się wokół, rzekł niepewnie:

-   Nie   mam   najmniejszego   zaufania   do   trwałości   tej   budowli,   podejrzewam,   że 

wspinaczka na basztę grozi nam obojgu śmiercią. Sprawdźmy lepiej schody, które prowadzą 

w dół! Odważymy się pójść tamtędy?

Ale Nicolette, powstrzymawszy go ruchem dłoni, wyszeptała:

- Cicho! Zobacz!

9

background image

Stali nadal przy wejściu do wieży, mogli stąd obserwować drzwi, mieszczące się po 

przeciwnej stronie zrujnowanej sali.

Ale nie tylko. Ponieważ podłoga w wielu miejscach była uszkodzona, przez zmurszałe 

belki i zniszczony strop widzieli także fragmenty pomieszczenia znajdującego się pod nimi na 

dolnej kondygnacji.

Na moment mignęły im sylwetki trzech mężczyzn, Blanca i dwóch Francuzów, którzy 

schodzili   po   krętych   schodach   w   dół.   Po   drodze   natknęli   się   na   wchodzącego   na   górę 

czwartego mężczyznę.

Nicolette przycisnęła się mocno do Rolanda. Jej oczy były okrągłe z przerażenia i 

zdumienia. Naprawdę nie pojmowała, co działo się tej nocy w zamku.

A  może   podobne   rzeczy   miały   tu   miejsce   już   wcześniej?   Czy   dlatego   nigdy   nie 

pozwalano   jej   chodzić   po   tej   części   zamku,   czy   też   opiekunowie   kierowali   się   troską   o 

bezpieczeństwo dziewczyny?

Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Mężczyźni zatrzymali się na schodach.

-  Zaraz  podnosimy kotwicę  - oznajmił  przybyły potężnym  basem, który  odbił  się 

echem od murów. - Już jesteśmy spóźnieni!

- Wiem, wiem o tym - odpowiedział zirytowany Blanc. - Wszystko przez tę głupią 

kobietę, która się spóźnia.

Jeden z Francuzów poruszył się gwałtownie.

- Panie! Mówisz o mojej żonie.

- A mojej siostrze - dodał równie ostro drugi.

Blanc, nie zważając na protesty Francuzów, po raz kolejny kazał im się pośpieszyć.

- Nie ma na co czekać, woda przybiera!

- Nigdzie nie popłynę bez żony!

- Zrozum, panie, tu chodzi o życie! - Blanc zmienił ton. - Proszę się nie martwić, 

zajmiemy  się   pańską   żoną,   kiedy   uzna   za   stosowne   się   tu   pojawić,   i   zadbamy  o   to,   by 

bezpiecznie dotarła do Anglii. A teraz, jeśli chcecie skorzystać z przypływu, idźcie już!

Nicolette i Roland  słyszeli  każde  słowo,  choć  w półmroku nie  widzieli dokładnie 

mężczyzn. Dostrzegli jedynie jakiś ruch i domyślili się, że Francuzi dali się przekonać.

- Zaczynam mieć wyrzuty sumienia - mruknął Roland.

- Dlaczego?

- E, nieważne. Chodźmy lepiej na dół.

- Po co?

- Chcę zobaczyć, co się tam będzie działo.

0

background image

Nicolette kurczowo ścisnęła jego dłoń i z lękiem stąpała po schodach.

- Tylko jak my się stąd wydostaniemy? - zastanawiał się Roland.

- Sama chciałabym wiedzieć - odrzekła dziewczyna drżącym głosem.

Nie mogła się skupić. Przez cały czas dźwięczały jej w uszach słowa Rolanda o tym, 

że chce ją zabrać ze sobą, bo jest mu droższa nade wszystko. Poczuła wzbierającą w sercu 

tęsknotę i czułość. Tyle razy słyszała z ust ciotki Dionne, że jest nikim, po prostu owocem 

grzechu, la Péché! „Nie wyobrażaj sobie, że jesteś ładna! - powtarzała ciągle ciotka. - I tak się 

nigdzie stąd nie ruszysz! Jak sobie poradzimy bez ciebie, kiedy się zestarzejemy? To twój psi 

obowiązek zatroszczyć się o dziadka i o mnie na stare lata, bo to przez ciebie nie możemy 

mieć nawet porządnej służby i wszystko musimy robić sami”.

Nie   bardzo   to   rozumiała.   Przecież   już   teraz   ona,   Nicolette,   wykonywała   wszelkie 

prace w gospodarstwie. Robiła to, czego nie mieli siły bądź nie potrafili zrobić głuchoniemi. 

Ale może ciotka ma jakieś inne zajęcia, o których Nicolette nie wie? Nie powinna osądzać 

niesprawiedliwie swej opiekunki'

Schody były w kiepskim stanie, uciekinierzy stąpali więc bardzo ostrożnie. Roland 

szedł przodem i uprzedzał dziewczynę  o przeszkodach. Na samym dole brakowało kilku 

stopni, zeskoczył więc i objąwszy Nicolette w pasie, pomógł jej zejść.

W sercu dziewczyny wywołało to prawdziwą burzę. Poczuła, jak przenika ją dotąd nie 

znany, cudowny dreszcz. A przecież ciotka tyle razy ją ostrzegała, że wszelkie tego rodzaju 

cielesne przyjemności wywołują gniew Boga i z takiego grzechu trudno oczyścić duszę!

Roland przytrzymał dziewczynę odrobinę dłużej, niż to było konieczne, jej tymczasem 

zabrakło woli, by wyrwać się z jego objęć, tak jak powinna uczynić. Wszystko to trwało 

zaledwie   parę   sekund,   które   Nicolette   zdawały   się   wiecznością.  Wiedziała,   że   nigdy   nie 

zapomni tej chwili

Czegoś tak pięknego dotychczas nie przeżyła.

Wybacz   mi,   Święta   Matko!   Wiem,   że   zgrzeszyłam,   jestem   najnędzniejszą   istotą 

zasługującą jedynie na pogardę. Ze wszystkiego się później wyspowiadam Mogę szorować 

posadzki w całym zamku, ale teraz...

-   Czy   tędy   przejdziemy?   -   szepnął   Roland,   wskazując   na   widniejącą   przed   nimi 

zrujnowaną salę.

- Chyba nie możemy tam iść, to niebezpieczne! - powiedziała, patrząc mu w twarz.

Do   tej   pory   nie   miała   okazji   przyjrzeć   się   mu   dokładniej.   W   półmroku   ledwie 

rozróżniała rysy jego twarzy. Wyobrażała sobie jednak, że test bardzo przystojny.

- Niebezpieczne - powtórzył Roland z namysłem. - Chociaż podłoga wydaje się dość 

1

background image

solidna, zresztą tuż pod nią jest twarda skała. Ale może nam coś spaść na głowę, tyle tu 

jakichś rupieci, a belki stropowe też trzymają się na słowo honoru. Zresztą możemy zostać 

dostrzeżeni, gdy będziemy przechodzić przez tak duże pomieszczenie.

- Albo natknąć się na tych ludzi na dole.

- Rzeczywiście. Jak myślisz, dokąd prowadzą schody, którymi schodzili?

- Chyba... do piwnicy?

- Piwnica w skale? W tak starym zamczysku? Raczej w to wątpię. Ale czy wiesz, że od 

strony  morza   znajduje   się  prawdopodobnie   wyjście   z   zamku?   Dziś  rano   byłem  na   plaży 

niedaleko zatoki. Zwróciłem uwagę, całkiem przypadkowo, że w skale pod zamkiem wykute 

są niewielkie wgłębienia. Początkowo myślałem, że skała jest niejednorodna i widać warstwy 

różnych minerałów. Nie zdążyłem się przyjrzeć dokładniej, bo właśnie zaczął się przypływ, a 

plaża w tym miejscu znika dosłownie w okamgnieniu. Teraz jednak przyszło mi na myśl, że 

może w skale wykuto schodki.

- Sądzisz, że tamtędy uciekinierzy schodzą do morza? - spytała Nicolette.

- Tak, pod osłoną nocy. Widziałem duży żaglowiec zacumowany niedaleko brzegu.

- Ja też często go tu widzę.

- Codziennie?

- Nie... pojawia się co jakiś czas, mniej więcej w jednakowych odstępach. Chyba 

przypływa tu już od kilku lat, a może jeszcze dłużej.

-   Wygląda   na   to,   że   twój   dziadek   pomaga   arystokratom   w   ucieczce   do  Anglii   - 

stwierdził Roland. - Chwała mu za to. Okazuje się, że jest lepszy, niż przypuszczałem.

Nicolette nic na to nie odpowiedziała, było to dla niej zbyt trudne. Z jednej strony 

czuła, że powinna zachować lojalność wobec swej rodziny, jednak...

-   Lepiej   tutaj   poczekajmy   -   przerwał   jej   ponure   rozmyślania   Roland.   -   Próba 

przemieszczenia się po tej ruszającej się podłodze zakończyłaby się pewnie niewesoło. Nie 

powinniśmy tak ryzykować. Obejrzyjmy sobie lepiej basztę króla Dongarda.

- Chcesz wejść na górę? - przerwała mu dziewczyna przerażona.

- Nie, nie. Tu na dole mignęły mi jakieś drzwiczki... Jesteśmy teraz na wysokości 

parteru. Jak myślisz, czy to jest wyjście na dziedziniec?

- Możliwe - odpowiedziała Nicolette po chwili namysłu. - Od strony dziedzińca jest 

wejście do baszty, ale nie używane. Małe żelazne drzwi.

- A niech to! Żelazo tak strasznie zgrzyta. Nie odważę się ich otworzyć. Zresztą po co 

mielibyśmy wchodzić na dziedziniec, przecież i tak nie masz klucza od głównej bramy.

- Nie.

2

background image

- Wygląda na to, że utknęliśmy tu na dobre. Nie odważyłbym się schodzić w dół po 

skale.   Mam   dość   po   porannych   zmaganiach   z   silną   falą   przypływu.   Cii...  Twój   dziadek 

wchodzi na górę - szepnął dziewczynie do ucha i pociągnął ją w mroczny kąt.

Nicolette   znów   targnęły   niepojęte   doznania,   kiedy   tak   stała   w   jego   objęciach. 

„Mogłoby   to   trwać   wieczność   całą!”   To   była   jedyna   myśl,   jaka   wyłoniła   się   z   chaosu 

panującego w jej głowie.

Dziadek   pośpiesznie   wszedł   na   górę   po   wąskich   schodach   i   zniknął   im   z   pola 

widzenia.

- Jego kroki wydały mi się takie zdecydowane - szepnął Roland - Zdaje się, że teraz 

zacznie cię szukać.

-  Ja  też  odniosłam  takie  wrażenie  -  przyznała  dziewczyna   żałośnie   i  poczuła,  jak 

ogarnia ją fala strachu.

- Tutaj jesteśmy bezpieczni - uspokoił ją Roland, a ona pokiwała tylko głową, nie 

spuszczając wzroku z drzwi, niewyraźnie odcinających się w mroku.

- Nie, one nie prowadzą na dziedziniec - zastanawiała się głośno. - Musi tam być 

jeszcze jakieś pomieszczenie.

- Właśnie myślę a tym samym. Chodźmy to sprawdzić!

Po ciemku potykali się o porozrzucane na podłodze belki i kamienie, czyniąc hałas. 

Nicolette usłyszała nagle jęk Rolanda i jakieś wypowiedziane w obcym języku słowa, których 

na szczęście nie zrozumiała.

- Och, Rolandzie - szepnęła ze współczuciem - Uderzyłeś się.

- Tak... - wykrztusił i trudem i zamilkł, czekając, aż najgorszy ból ustąpi. - Odezwała 

się stara rana wojenna. Po raz pierwszy, odkąd tu przybyłem.

- Pozwól, że ci pomogę. Gdzie cię boli?

Wyciągnęła ręce i nieporadnie starała się go podtrzymać. Roland, choć z trudem, wstał 

jednak sam i zapewnił, że to bagatela. Że czuje się już lepiej.

Nicolette zorientowała się, że kłamie, ale skoro nie przyjął jej pomocy, nie chciała się 

narzucać.

Roland   domyślił   się,   że   sprawił   jej   przykrość.   Kładąc   dłonie   na   ramionach 

dziewczyny, powiedział z powagą:

- Nicolette, nie chcę, byś traktowała mnie jak kogoś obcego ani byś się mnie bała. 

Jesteśmy przyjaciółmi, najlepszymi w świecie. Cokolwiek się stanie, nie zostawię cię samej. 

Myślę   o  tobie   poważnie  i   chciałbym  ci  wyznać,  że   pragnę  cię  poślubić.   O   ile  mnie  nie 

odrzucisz.

3

background image

Dziewczyna   ze   zdumienia   na   moment   straciła   mowę.   Po   długiej   chwili   milczenia 

zdołała tylko wyjąkać:

- Najlepiej będzie, jeśli porozmawiamy o tym później, po wszystkim.

-   Oczywiście   -   przytaknął   jej   ochoczo.   -  Teraz   sprawdzimy,   co   się   kryje   za   tymi 

tajemniczymi drzwiami!

Ostrożnie pokonali ostatni odcinek.

- Zamknięte - zdziwił się Roland. - Nie pojmuję, po co zamykać drzwi w tej części 

zamku, gdzie i tak nikt nie chodzi.

Odruchowo   powiódł   dłonią   wokół   framugi   i   wyczuł   pod   palcami   chłodny   metal 

klucza. Zmarszczył czoło i stwierdził:

- Twój dziadek tu przychodzi, a to oznacza, że nie jesteśmy tak bezpieczni, jak z 

początku sądziłem. Musimy się czym prędzej stąd wydostać.

Nicolette nerwowo dreptała w miejscu.

Drzwi   otworzyły   się   lekko.   Roland   wsunął   rękę   i   delikatnie   tuż   przy   framudze 

wymacał półkę, na której stała świeca.

Zapalił ją i rozejrzał się wokół.

- Matko Święta - westchnęła Nicolette, a Roland jej zawtórował.

W  blasku   świecy  ujrzeli   połyskujące   kosztowności   zajmujące   całe   pomieszczenie, 

cenne przedmioty, uporządkowane i starannie poukładane, tak jakby ich właściciel lubował 

się w ich dotykaniu i przeliczaniu. Szaty z jedwabiu i aksamitu, haftowane złotem, dwa kufry 

wypełnione po brzegi biżuterią, dwie skrzynie ze złotymi i srebrnymi monetami w ilości, 

jakiej   jeszcze   nigdy   nie   widzieli,   inne   cenne   przedmioty   najwyższej   jakości,   ozdobne 

przedmioty codziennego użytku, zgromadzone osobno.

- Dobry Boże! - wyszeptał Roland. - Cofam słowa o szlachetności Blanca.

- Nie rozumiem, co to za rzeczy, niektóre są zupełnie nowe! Nigdy ich nie widziałam!

- To może znaczyć tylko jedno - pokiwał głową Roland. - Twój dziadek udaje, że 

pomaga arystokratom w ucieczce do Anglii, a tymczasem gdzieś na pełnym morzu pozbawia 

ich życia, a następnie kradnie ich dobytek.

Nicolette odebrało mowę, a serce wypełniło się bólem.

-   Nie   działa   sam   -   ciągnął   Roland,   pragnąc   choć   trochę   pocieszyć   dziewczynę.   - 

Kapitan statku wyglądał mi na opryszka, pewnie jego załoga też jest w to zamieszana. Ale jak 

widać, największe zyski czerpie z tego niecnego procederu sam gospodarz.

Nicolette słyszała jego słowa jak przez mgłę, nie zastanawiała się też nad ich sensem. 

Wpatrywała   się   bowiem   zafascynowana   w   Rolanda   i   pod   wpływem   nagłego   impulsu 

4

background image

wyszeptała urzeczona:

- Och, jakiś ty piękny! O wiele piękniejszy, niż sobie wyobrażałam.

Zapewne   nigdy  nie   odważyłaby  się   powiedzieć   tych   słów,   gdyby  się   choć   trochę 

zastanowiła, teraz jednak dała się ponieść emocjom.

Roland także na nią patrzył i choć starał się ukryć zawód, jakiego doznał, Nicolette 

bez trudu zauważyła, jak blask powoli gaśnie w jego oczach.

Odwróciła się zrezygnowana.

Zrozumiała.

5

background image

ROZDZIAŁ VII

W tym właśnie ułamku sekundy Roland uświadomił sobie, jak wielki figiel spłatała 

mu   fantazja.   Z   natury  marzyciel,   w   wyobraźni   przypisywał   dziewczynie   grację   i   wdzięk 

napotkanej kilka razy na wrzosowisku  sarny.  Tymczasem prawdziwa  Nicolette wyglądała 

całkiem inaczej.

Rzeczywiście była niewysokiego wzrostu i miała długie czarne włosy, ale jej rysy w 

niczym nie zdradzały arystokratycznego pochodzenia. Okrągła, pulchna twarz, perkaty nos, 

masywna szyja i szerokie barki... Duże dłonie o krótkich palcach... Naprawdę, trudno się było 

doszukać w tej dziewczynie choćby odrobiny wdzięku. Nawet oczy, które odwróciła teraz od 

niego, głęboko nieszczęśliwa, okazały się nad wyraz pospolite.

Nicolette po prostu była brzydka. A on obiecał, że się z nią ożeni!

Robię   jej   przykrość,   pomyślał   znękany.   Odetchnąwszy   głęboko,   uśmiechnął   się   z 

przymusem i rzekł:

- Ty także mi się podobasz, Nicolette, bardzo mi się podobasz!

Ale było już za późno i jego słowa nie mogły nic zmienić. Zranił dziewczynę boleśnie. 

Rozczarowanie, jakie odmalowało się na jego twarzy, zgasiło krótką radość ze znalezienia 

przyjaciela, człowieka, któremu mogła zaufać.

Pocałował   ją   delikatnie   w   czoło,   zły   na   siebie,   że   nie   zapanował   nad   własnymi 

reakcjami, a potem rzucił na pozór lekko:

- Co teraz zrobimy? Powinniśmy tak szybko jak to możliwe uciec z zamku. Tyle tylko, 

że w piwnicy tuż przy wyjściu do podziemnego korytarza leży związana przeze mnie kobieta. 

Nie mogę jej tak zostawić.

Zamilkł na dłużej. Zastanawiał się nad sytuacją, w jakiej się znaleźli, gdy nagle doznał 

olśnienia.

- Nicolette! - niemal wykrzyknął. - Wydaje mi się, że ogłuszając tę kobietę ocaliłem 

jej życie. Ale co się stanie z arystokratami, którzy weszli na pokład żaglowca?

Zalękniona dziewczyna ukryła twarz w dłoniach i wyszeptała:

- Święta Maryjo! Musimy ich ratować. Pośpieszmy się, nim zostaną zabici na morzu.

- Masz rację, musimy się pośpieszyć - zgodził się z nią Roland. Wciąż jednak nie 

ruszał się z miejsca. Czuł się taki bezradny... Zdawał sobie sprawę, że zamknięci w murach 

zamku nic właściwie nie mogą zdziałać...

- Chodź - rzekł wreszcie. - Wejdziemy na basztę. Przez szparę w murze popatrzymy, 

co się dzieje przy brzegu.

6

background image

Zdmuchnął   płomień   i   zamknął   drzwi.   Szybko   ruszyli   na   górę.   Wspinanie   się   po 

schodach w baszcie Dongarda wiązało się z dużym ryzykiem, ale oni, trzymając się mocno za 

ręce, omijali leżące luzem kamienie i jakieś rupiecie. Muru bali się dotknąć, bo odnosili 

wrażenie, że wystarczy się lekko oprzeć, a runie z hukiem.

- Jest żaglowiec - odezwał się Roland, wyglądając przez wyłom. - Podpłynął bliżej 

brzegu. O, popatrz tam! W stronę żaglowca płynie jakaś łódź.

- Zdążymy?

- Jedyne co możemy uczynić, to poprosić rybaków, by wyruszyli na morze i ostrzegli 

arystokratów. Pojęcia jednak nie mam, jak tego dokonamy. Boję się, że żaden z rybaków nie 

odważy się płynąć po ciemku. Nie wolno nam zresztą narażać ich na takie ryzyko! Najpierw 

jednak musimy wydostać się z zamku, Jak to zrobić?

Nicolette się zamyśliła.

- Chyba nie powinniśmy wracać tą samą drogą. Obawiam się, że jeśli otworzymy 

drzwi prowadzące do sieni, natychmiast nas zauważą. Ciocia i dziadek przecież mnie szukają.

- Chyba masz rację.

- Ale...

-   Rozjaśniłaś   się   -   rzekł   Roland   przyjaźnie,   patrząc   na   twarz   dziewczyny.   Ciągle 

myślał jednak o jednym: Nie, ja nigdy nie przyzwyczaję się do jej wyglądu!

- Tak, mam pewien pomysł. Otóż obie baszty łączy wąskie przejście tuż nad bramą 

wejściową. W dawnych czasach używano go bodajże do celów obronnych.

- Na wysokości piętra?

- Tak, nie wiem tylko, jak dostaniemy się na górę. Te schody są strasznie zniszczone.

- Poradzimy sobie! Jesteś pewna, że uda się nam tamtędy przemknąć?

- Chyba tak. Kiedyś nawet próbowałam dostać się na basztę Dongarda, ale bałam się, 

że mnie ktoś zobaczy przez okno.

Roland badał uważnie schody prowadzące na górę.

- Sądzisz, że teraz też będą mogli nas dojrzeć z któregoś okna?

- Jeżeli będziemy się czołgać, zasłoni nas wąski murek.

- W takim razie spróbujmy! Podsadzę cię, a potem ty mi podasz rękę. Tylko ostrożnie. 

Dokładnie sprawdzaj, gdzie stawiasz stopy!

Roland znowu objął Nicolette w pasie i uniósł silnymi rękoma. Tym razem jednak 

dziewczyna czuła się zupełnie inaczej. Cudowne podniecenie już nie wróciło, coś umarło na 

zawsze w jej duszy, w gardle ściskał ją płacz. Roland nie uznał jej za godną swej miłości. Co 

prawda zawsze jej powtarzano, że jest brzydka i nic nie warta, jednak przy Rolandzie całkiem 

7

background image

o tym zapomniała, a wszystko dlatego, że odnosił się do niej z taką sympatią i przyjaźnią.

Najchętniej ukryłaby się teraz w jakimś ciemnym kącie z dala od wszystkich, żeby 

wypłakać swój ból.

I żeby umrzeć.

Nie, czy rzeczywiście tego pragnie?

Ach, nie, chciałaby jeszcze kilka chwil spędzić u boku tego wspaniałego mężczyzny, 

choćby jako pomocna i rozsądna przyjaciółka.

Zresztą   dobrze   się   stało,   pomyślała   surowo.   Niespokojne   drżenie   ciała,   dreszcz 

rozkoszy... Przecież to zakazane! Jakie to szczęście, że nie będzie już narażona na pokusy!

Tak   rozmyślając,   stanęła   na   najniższym   zachowanym   stopniu   i   podała   rękę 

Rolandowi, drugą zaś z całych sił uchwyciła się trzeszczącej poręczy. Zwinnie podciągnął się 

w górę i podziękował za pomoc. Z jego oczu zniknęło już owo porażające rozczarowanie, 

znów był sobą, ale Nicolette doskonale rozumiała, że niedawna zażyłość między nimi nigdy 

nie powróci.

Po zdewastowanych schodach dostali się na piętro. Nicolette ujęła dłoń Rolanda i 

poprowadziła go do drzwi, za którymi, jak jej się zdawało, powinno znajdować się wąskie 

przejście, o którym wspomniała.

Drzwi,   pchnięte   lekko,   otworzyły  się   bez   trudu.   Blanc   nie   zamknął   ich   na   klucz, 

najwyraźniej nie przyszło mu nawet na myśl, że ktokolwiek spróbuje się tędy przedostać.

Po   kilku   ostatnich   godzinach   spędzonych   w   ciemnościach   ponurego   zamczyska 

cudowny bretoński świt mile ich zaskoczył. Co prawda dopiero szarzało, a mgła nadal broniła 

dostępu pierwszym promieniom wschodzącego słońca, ale nie było zimno.

Roland rzucił okiem na wąskie przejście łączące obie baszty, które wyglądało tak, 

jakby od lat nikt go nie używał.

- Trzeba się położyć na brzuchu, przeczołgamy się na drugą stronę. Idziesz za mną?

- Jasne.

Powoli, z wysiłkiem przesuwali się naprzód pod osłoną niskiego murku. Nicolette ze 

strachem pomyślała, jak po tej wyprawie będzie wyglądać jej suknia.

Drzwi   w   drugiej   baszcie   także   otworzyły  się   bez   trudu.   Przez   chwilę   poczuli   się 

bezpieczni.

Nie zdążyli jednak wstać, gdy niespodziewanie posłyszeli ostry głos ciotki Dionne.

- Ona tu była! Ta mała, nędzna kreatura jakimś cudem odnalazła drogę i przesiadywała 

tutaj. O, czytała coś! Na pewno jakieś niemoralne księgi!

Ciekawe, skąd by je wzięła, pomyślał z sarkazmem Roland.

8

background image

- Na dodatek marnowała cenne świece!

Ciotka   nie   przestawała   wykrzykiwać,   dając   upust   nagromadzonej   złości,   ale 

uciekinierzy bynajmniej nie mieli zamiaru jej dłużej słuchać Pędem ruszyli w stronę galerii z 

otworami strzelniczymi. Niestety, Roland w pośpiechu pomylił drzwi.

Nicolette ścisnęła go za rękę.

- To nie tutaj! - wyszeptała z lękiem, ale nim zdążyła dokończyć, znaleźli się w jakiejś 

komnacie.

Roland rozejrzał się wokół siebie, ale nie rozpoznawał pomieszczenia. Na pewno nie 

był tu wcześniej.

Przez moment stali nieruchomo. W komnacie panowały ciemności, tylko słaba strużka 

światła przedostawała się przez wąski otwór wysoko u pułapu.

Ale to nie ciemność napełniła ich lękiem, lecz panujący w pomieszczeniu mroczny 

nastrój.   Oboje   odnieśli   wrażenie,   że   nie   są   tu   całkiem   sami.   Przez   moment   Rolandowi 

zakręciło się w głowie i poraził go niezrozumiały strach. Zdawało mu się, że jakaś zbłąkana 

dusza, a raczej wiele dusz, opętało jego własną, a on nie jest w stanie znieść tego, co mu 

przekazują.

- Precz! - zawołał. - Uciekajmy stąd! Natychmiast!

Nicolette wypadła na korytarz, Roland za nią. Co sił w nogach biegli do piwniczki, 

gdzie leżała skrępowana arystokratka.

On, taki trzeźwy, zawsze stąpający po ziemi, zaprawiony w bojach żołnierz, ciągle nie 

mógł   dojść   do   siebie   po   doznanym   wstrząsie.   Wciąż   nie   był   pewien,   w   jakim   świecie 

przebywa.   Ze   ścian   komnaty   dziewic   wyraźnie   wszak   słyszał   jęki   cierpiących   niewinnie 

dziewcząt. Po raz pierwszy w życiu przeżył coś takiego, Poznawał po Nicolette, że i ona czuła 

to samo.

Teraz jednak Roland musiał wziąć się w garść, bo nie miał czasu na analizowanie 

własnych   reakcji.   Po   omacku   torował   sobie   przejście   wśród   porozrzucanych   gratów,   gdy 

nagle dotknął stopą czegoś miękkiego.

O Boże, chyba jej nie zabiłem? przemknęło mu przez myśl, ale uspokoił się, gdy 

poczuł kopnięcie leżącej kobiety. Nachylił się i zaczął luzować sznur krępujący jej ręce i 

stopy. Wyjaśniał po cichu, że grozi jej niebezpieczeństwo, i prosił, by nie robiła hałasu. Na 

pytanie, czy nie będzie krzyczeć, kobieta pokręciła głową i coś jęknęła. Nicolette wyczuwała 

jej rezygnację pomieszaną z wściekłością.

- Wyjeżdżam razem z mężem i bratem - syknęła, gdy Roland wyjął jej z ust knebel. - 

Muszę się śpieszyć!

9

background image

- Nie - wyszeptał Roland. - Żaglowiec już odpłynął, a pani najbliżsi znaleźli się w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie! Musimy jak najprędzej wydostać się tajnym korytarzem na 

wrzosowisko. Szybko!

W   kilku   słowach   opowiedział   jej,   co   się   wydarzyło,   wspomniał   także   o   planach 

zamordowania arystokratów na pełnym morzu. Kobieta nie kryla przerażenia. Patrzyła na 

niego błagalnie.

- Jeszcze nie wiem, co zrobię - przyznał Roland. - Ale przyrzekam, że ich uratuję! 

Nawet jeśli będę musiał przytknąć Blancowi nóż do gardła.

Wszyscy troje jednak zdawali sobie sprawę, że jest już za późno.

Na   szczęście   okazało   się,   że   uratowana   kobieta   wiedziała,   jaką   trasą   popłynie 

żaglowiec.

- Wiem, że ma zawinąć do Saint - Pol - de - Léon - wtrąciła z ożywieniem - żeby 

stamtąd zabrać jeszcze kilku uciekinierów. Jak sądzicie, jest nadzieja...?

- Czy to daleko stąd?

Nie wiedziała; mała Nicolette także nie, wszak nigdy nie była poza murami zamku.

- Rybacy nam powiedzą - rzucił gorączkowo Roland. - Teraz musimy...

- Nic nie musicie? - rozległ się nagle groźny głos Blanca. - Nie ruszać się! Muszkiet 

jest załadowany.

Żołnierz zasłonił swym ciałem obie kobiety. Blanc najprawdopodobniej zdołał zejść 

po schodach w tej krótkiej chwili, gdy Roland z Nicolette znajdowali się w komnacie dziewic. 

Roland wyczuwał, że za Blankiem stoi ktoś jeszcze. Jakby na potwierdzenie odezwała się 

Dionne:

- Kim on jest? Skąd się tu wziął?

- Nie wiem - odpowiedział zdenerwowany Blanc, nie kryjąc, że obecność Rolanda 

bardzo mu nie w smak.

- Kochanek! - wykrzyknęła Dionne. - Ten nędzny pomiot zdołał sprowadzić sobie 

kochanka! Jak on się tu dostał?

- Zamknij się, kobieto! - przerwał jej Blanc. - Kłopot raczej w rym, że on za dużo wie. 

No, podejść mi tu bliżej! Zobaczymy, jakie ziółko sprowadziła nam na głowę ta nędzna, 

brudna żmija! Madame, panią także zapraszam!

Cóż było robić? Trójka niedoszłych uciekinierów znalazła się po chwili w zewnętrznej 

galerii dla strzelców, gdzie przez wąskie otwory wpadały pierwsze smugi budzącego się dnia. 

Roland mógł wreszcie przyjrzeć się dokładnie gospodarzowi zamczyska.

Okropny człowiek! Ascetyczny fanatyk o kościstej twarzy, z której wyzierały ciemne 

0

background image

oczy,   palące   niczym   dwa   rozżarzone   węgle.   Zaciśnięte   usta   przypominały  cienką  kreskę, 

podbródek zdradzał niezwykłą stanowczość. Ten człowiek z całą pewnością nie kierował się 

w życiu litością.

-   Co   zamierzasz,   panie,   uczynić   z   całym   tym   bogactwem,   jakie   zgromadziłeś, 

okradając niewinnych ludzi w tak niegodziwy sposób? - zapytał Roland. - Przecież nawet nie 

opuszczasz murów zamku.

- Ani się waż nazywać mnie rabusiem! Jesteś żołnierzem, jak widzę, cóż więc tu 

robisz, ty bezbożny łotrze?

- Zamierzam wyrwać Nicolette z pełnego upokorzeń życia, jakie tu wiedzie.

- Ty nędzna dziwko! - krzyknęła Dionne. - Zaraz....

Ale Roland przerwał jej gwałtownie:

- Nicolette to dobra i uczciwa dziewczyna, pragnę ją poślubić.

Gdy to mówił, serce ścisnęło mu się z bólu, jedynym bowiem uczuciem, jakie żywił 

do dziewczyny, było współczucie.

Dionne   i   Nicolette   były   właściwie   bardzo   do   siebie   podobne,   choć   matka   miała 

bardziej zbolałą i zniszczoną twarz. Wyrył na niej ślady nie tylko upływ czasu, ale przede 

wszystkim pozbawione wszelkiego sensu życie w Castel de la Silence.

- Co? Chcesz poślubić La Péché? W życiu nie słyszałam czegoś równie zabawnego! 

Zabraniam! Nie dopuszczę do takiej rozpusty!

- Małżeństwo nazywasz, pani, rozpustą? - wszedł jej w słowo Roland, choć zdawał 

sobie sprawę, że cała ta rozmowa zakrawa na groteskę. Właściwie chodziło mu o to, by 

zyskać na czasie. Może uda mu się znaleźć jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji?

-   Każde   dotknięcie   kobiety   i   mężczyzny   to   ohyda!   -   z   fanatyzmem   w   oczach 

wykrzykiwała Dionne.

- Nie ma czasu na pozbawione sensu dysputy - przerwał jej Roland. - Jeśli natychmiast 

nie wyruszymy, dwóm mężczyznom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

- Doprawdy jesteś bezczelny, żołdaku! - odezwał się przez zaciśnięte zęby Blanc i 

potrząsnął lekko muszkietem. - Stoisz tu i rozkazujesz mi? Ci nędzni grzesznicy zasłużyli na 

śmierć.   Jestem   sługą   kardynała,   a   zgromadzone   przeze   mnie   kosztowności   zostaną 

przeznaczone na kościół. Pobudujemy za nie świątynię w tej bezbożnej części kraju. Czy to 

nie jest więcej warte niż nędzny ludzki żywot?

- Jestem zupełnie innego zdania - odparł Roland. - Ale to w tej chwili bez znaczenia. 

Jeśli chcesz, panie, uratować swą duszę od ognia piekielnego, pomóż nam czym prędzej 

odnaleźć męża i brata tej madame.

1

background image

Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jego wysiłki pójdą na marne. Blanc miał nad nim 

druzgoczącą przewagę, ale zastanowiło go jedno: dziadek Nicolette mógł przecież od razu ich 

zastrzelić,   z   pewnością   uczyniłby   to   bez   skrupułów.  Ale   najwyraźniej   wahał   się   co   do 

Rolanda. Nie wiedział przecież, kim jest, skąd pochodzi, czy przybył sam, czy może pojawią 

się jego kamraci i zaczną stawiać niewygodne pytania.

Tak, Roland domyślał się, że tylko to powstrzymuje Blanca przed naciśnięciem na 

spust.

Chudy ascetyczny mężczyzna cofnął się i otworzywszy drzwi do budzącej trwogę 

komnaty dziewic, zakomenderował:

- Do środka, wszyscy troje!

I w tej chwili w głowie Rolanda zaświtał pewien pomysł.

- Madame Dionne... - zaczął, obejmując Nicolette.

Chętnie oszczędziłby dziewczynie tej sceny, ale teraz toczyła się gra o ich życie.

- Mademoiselle - poprawiła go Dionne.

- Jak sobie życzysz, pani. Powiedz jednak, czy ty także chcesz uwięzić i skazać na 

śmierć w mękach swą własną córkę?

Usłyszał wściekły pomruk Blanca.

- No nie, na co sobie pozwalasz, żołnierzu?! To bezczelność! Nie zapominaj, z kim 

rozmawiasz!

-   Mówię   do   matki   Nicolette   -   odrzekł   Roland,   osłaniając   dziewczynę   przed 

rozwścieczonym Blankiem. - Doskonałe wiesz, pani, że to ty urodziłaś Nicolette w tajemnicy 

przed światem.

Dziewczyna szlochała coraz rozpaczliwiej. Boże, czemu jestem zmuszony ranić tę 

biedaczkę tak dotkliwie, w taki sposób!

Głos Dionne zabrzmiał lodowato, gdy cedziła przez zęby:

- Ja miałabym dopuścić się takiego grzechu? Miałabym urodzić bękarta? Postradałeś 

rozum, nędzny żołdaku?!

- Ja nie. To, co mówię, jest prawdą. Dopuściłaś się, pani, grzechu, nie dlatego, że 

urodziłaś dziecko, ale dlatego, że je odrzuciłaś. Winę za to jednak ponosisz nie ty, pani, lecz 

twój   ojciec.  To   on  wtedy  przed   siedemnastu   laty  całkowicie   zniszczył   twoje   życic.  A  to 

niewybaczalne!

Dionne   rzuciła   się   na   Rolanda   z   pięściami   i   przeraźliwym   krzykiem   usiłowała 

zagłuszyć jego słowa. Francuska arystokratka cofnęła się rozdygotana, osłaniając się rękami. 

Wciśnięta w kąt, obserwowała przerażona rozgrywające się na jej oczach sceny.

2

background image

Blanc uniósł muszkiet, ale Roland doskonale wiedział, że naładowanie broni zajmuje 

trochę czasu, więc, przekrzykując Dionne, zawołał:

- Wiesz, pani, że kocham Nicolette. Kiedyś i ty kochałaś mężczyznę, pamiętasz, co się 

wtedy czuje. Twoja córka przecież...

- Strzelam! - ryknął Blanc. - Odsuń się od dziewczyny, bo zastrzelę ją zamiast ciebie!

Roland jeszcze dokładniej zasłonił własnym ciałem Nicolette i dalej przemawiał do jej 

matki:

- Mademoiselle Dionne, proszę, przypomnij sobie tamtą noc, kiedy ojciec targnął się 

na twe ciało i duszę. Pamiętasz, pani, baty, jakie wówczas ci spuścił? A stajennych, którym 

pozwolił cię sponiewierać?

Tego wszystkiego Roland dowiedział się od rybaków. Głuchoniemi służący pomimo 

swego kalectwa zdołali zdradzić wieśniakom szczegóły tej ponurej historii.

- To kłamstwo! Kłamstwo! - nie przestawała krzyczeć Dionne, a jednak kiedy Blanc 

wycelował   w   młodych,   odtrąciła   lufę   muszkietu   i   pocisk   ze   strasznym   hukiem   trafił   w 

posadzkę. Oszalały ze złości Blanc rzucił się na Rolanda i uderzył go kolbą w głowę.

Oszołomiony  żołnierz   na   moment   stracił   kontrole   nad   sytuacją,   a   wówczas   Blanc 

popchnął wnuczkę do komnaty dziewic.

Ale Dionne okazała się szybsza od ojca. W przypływie wściekłości popchnęła go za 

dziewczyną, którą w tym samym czasie Roland zdołał wyszarpnąć ze środka. Dionne ruszyła 

z pięściami na ojca, wprost oszalała ze złości. Ten, zaskoczony, dopiero po chwili odzyskał 

równowagę i odwrócił się do córki.

Zapanowało nieopisane zamieszanie.

-   Przestań,   pani!   -   krzyknął   Roland   do   Dionne.   -   On   jest   mi   potrzebny!   Trzeba 

zatrzymać żaglowiec.

Dionne na moment uspokoiła się, jakby usiłując zrozumieć, co Roland do niej mówi, 

ale wówczas ojciec pchnął ją z całych sił na ścianę.

W krótkiej   chwili   ciszy,  jaka  potem  zapadła,  wszyscy  nagle   wyczuli  niesamowity 

nastrój panujący w pomieszczeniu.

Nie wiadomo skąd dał się słyszeć cichy szum, który z wolna narastał i wdzierał im się 

w mózgi. Atmosfera zdawała się zagęszczać. Roland, ciągle jeszcze oszołomiony ciosem w 

skroń, usiłował pomóc Dionne, która nie mogła wstać. Zatrzymał się jednak w pół kroku i jak 

pozostali   zamarł,   wsłuchując   się   w   osobliwe   odgłosy.   Wydawało   mu   się,   że   słyszy 

niesamowite szepty, jakby odległe w czasie i przestrzeni.

Nieoczekiwanie   milczenie   przerwał   Blanc,   który,   wpatrzony   w   podłogę,   wyjąkał 

3

background image

chrapliwie:

- Krew! Między kamieniami bulgoce krew!

Nicolette   i   Roland   popatrzyli   na   siebie,   nic   nie   rozumiejąc.   Co   prawda   wąskie 

świetliki  przepuszczały  niewiele  światła,   ale   przecież  gdyby działo  się   coś  dziwnego,  na 

pewno by to zauważyli.

Napotkali równie zdumione spojrzenia Dionne i arystokratki. Najwyraźniej i one nie 

dostrzegły nic osobliwego.

Blanc tymczasem zachowywał się jak szaleniec. Cofał się i uciekał przed czymś, co 

tylko on widział na kamiennej posadzce.

Pozostali  poczuli dziwne  zawroty głowy.  W przypadku  Rolanda  i  Dionne było  to 

usprawiedliwione,   oboje   wszak   przeżyli   silne   uderzenie   w   głowę,   jednak   także   Nicolette 

wszystko zawirowało przed oczami.

- Uciekajmy! - zawołał Roland i chwycił dziewczynę za ramię. - Wszyscy uciekajmy!

Razem pomogli Dionne wstać i niemal siłą wypchnęli ją na korytarz. Arystokratka 

jako pierwsza wycofała się z komnaty, gdy tylko zrozumiała, że dzieje się tu coś dziwnego.

Roland  zawrócił,  by wyciągnąć  także Blanca, ale  nim zdążył  dobiec  do drzwi,  te 

poruszone siłą przeciągu zatrzasnęły mu się tuż przed nosem. Potężny huk poniósł się echem 

po całym zamczysku. W ostatniej chwili żołnierz zdołał dostrzec, jak dziadek Nicolette nagle 

stracił równowagę i upadł z krzykiem.

Usłyszeli   rozpaczliwe   wołanie   o   ratunek.   Kierowani   odruchem,   rzucili   się   ku 

drzwiom, ale daremnie próbowali je otworzyć. Gdyby nie wiedzieli, co się stało, sądziliby, że 

są zaryglowane od środka. Roland naparł z całej siły barkiem, ale drewno, choć zatrzeszczało, 

nie ustąpiło.

Oniemiali   z   przerażenia   i   trwogi   słuchali   dobywających   się   ze   środka   wrzasków. 

Blanc, potężny właściciel Castel de la Silence, krzyczał, jakby ujrzał samego diabła...

Nagle zapadła cisza.

- Dziadku? - zawołała Nicolette.

Roland nacisnął na klamkę i oto drzwi ustąpiły.

W   komnacie   na   podłodze   leżał   Blanc   z   szeroko   otwartymi   oczami   patrzącymi 

nieruchomo wprost na nich. Jego serce już nie biło.

Pomieszczenie, w którym teraz panowała martwa cisza, zdawało się niczym nie różnić 

od innych zamkowych komnat.

4

background image

ROZDZIAŁ VIII

Wpatrzeni w martwego Blanca, zastygli w bezruchu niczym kamienne posągi.

-   Święta   Maryjo,   Matko   Boża   -   wyszeptała   Dionne   blada   jak   kreda.   -   Nigdy  nie 

zostanie mi to odpuszczone!

- Tobie, pani? Przecież to nie twoja wina.

Dionne uderzyła w rozpaczliwy szloch.

-  Ja  go  wepchnęłam  do  środka!  Ach,  jestem  zgubiona!  A tak   się  modliłam  przez 

wszystkie te lata, błagałam Boga o miłosierdzie, pragnęłam odpokutować ten straszny grzech, 

jaki popełniłam w młodości.

- Jaki grzech? - odezwał się Roland.

- Wielki, wielki grzech! Nie mogłam sobie przypomnieć, jaki! Wiedziałam jedynie, że 

dopuściłam   się   czegoś   niewybaczalnego.   Teraz   dopiero   wróciła   mi   pamięć!   Urodziłam 

bękarta!

Roland chwycił za ramię rozhisteryzowaną kobietę i mocno nią potrząsnął. Jego twarz 

pociemniała z gniewu.

- To prawda, pani, popełniłaś grzech, ale zupełnie inny, niż wyznajesz. Razem ze 

swym ojcem dręczyłaś biedną, niewinną istotę. I to jest ów grzech! Nie żałuj, że urodziłaś 

dziecko, bo to tylko dowodzi, że kiedyś potrafiłaś odczuwać jak normalny człowiek.

Dionne znów zaczęła coś wykrzykiwać, ale Roland nie przestawał mówić:

- Mała Nicolette okropnie cierpiała, trudno nawet wyobrazić sobie wszystkie krzywdy 

zadane temu dziecku. Domyślam się jednak, że i ty, pani, doznałaś wielu upokorzeń. Całą 

winę za wasze cierpienia ponosi Blanc. Spotkała go za to kara. Nie my ją mu wymierzyliśmy, 

lecz niewinne dziewczęta, które ongiś poniosły tu męczeńską śmierć. Wiem, nazywasz je, 

pani, grzesznicami, ale nie masz racji. One były ofiarami!

- Nie... one kusiły, wabiły mężczyzn - zaprotestowała Dionne. - Ojciec opowiadał mi o 

tym.

- Bzdura! O tobie, pani, też mówił, że skusiłaś mężczyznę?

- T - tak.

- Dobry Boże, co można wytłumaczyć ludziom, którzy w ten sposób rozumują? Oni 

nie odróżniają grzechu od tęsknoty za miłością!

Odwrócił   się  od  Dionne  i  poszukał   wzrokiem  Nicolette.  Kątem  oka   zauważył,   że 

francuska arystokratka stoi oparu o ścianę korytarza i poruszając drżącymi ustami, odmawia 

półgłosem modlitwy.

5

background image

Tymczasem Nicolette przystanęła z dala od wszystkich przy wąskim otworze w murze 

i zapatrzyła się na wrzosowisko. Że nie zachwyca się porannym pejzażem, Roland był niemal 

całkowicie pewien. Oczy miał wilgotne, a zakurzone policzki nosiły ślady łez.

Z ociąganiem podszedł do dziewczyny.

- Rozpaczasz z powodu dziadka? - zapytał zdumiony.

Potrząsnęła głową.

- W takim razie dlaczego?

Dziewczyna nie zdradzała ochoty na odpowiedź.

- Powiedz, Nicolette - poprosił najłagodniej jak potrafił.

Długo połykała łzy, nim wreszcie wykrztusiła:

- Tak... tak przykro człowiekowi usłyszeć, że nikt go nie chce.

Czy chodzi o to, że rodzona matka się jej wypiera, czy też dziewczyna kieruje te słowa 

do niego?

Nie   wiedział,   co   ma   jej   odpowiedzieć.   Gdyby   zaczął   zapewniać,   Że   wszyscy   ją 

kochają, zabrzmiałoby to nieszczerze.

Zrozumiał, że dziewczyna, pozbawiona wszelkiej nadziei, na powrót zamknęła się w 

sobie, pragnąc odgrodzić się od wszystkiego, co sprawiało jej cierpienie. Gdyby teraz Dionne 

podeszła do córki, zapewne zadałaby jej jeszcze większy ból.

Ale Dionne bynajmniej nie zdradzała takiego zamiaru.

Roland   stał   bezradny,   na   próżno   szukając   odpowiednich   słów,   którymi   mógłby 

pocieszyć   dziewczynę.   Nagle   arystokratka,   hrabina,   jak   kazała   na   siebie   mówię,   nie 

zdradzając swego nazwiska, przypomniała nieśmiało:

- Mój mąż i brat... Musimy...

- Oczywiście - przytaknął Roland nerwowo. - Musimy natychmiast ruszyć do zatoki, 

do rybaków, i postarać się o łódź. Tylko czy zdołamy doścignąć fregatę?

- Masz konia, panie?

- Tak.

- W takim razie jedź do Saint - Pol - de - Léon! Wydaje mi się, że lądem będzie 

szybciej. Madame Dionne, wiesz, pani, gdzie leży ten port?

- Mademoiselle! - poprawiła Dionne.

- Daruj sobie, pani, te fanaberie - odrzekła hrabina. - Masz przecież dziecko. Może byś 

się w końcu przyznała do tego? Powiedz lepiej, czy wiesz, którędy jechać do Saint - Pol - de - 

Léon?

Szara twarz Dionne stężała, kobieta zdołała jednak  powstrzymać  się od kolejnego 

6

background image

wybuchu i odpowiedziała:

- Wiem, na południe. O ile dobrze pamiętam, to kawałek drogi.

Beznamiętnym   głosem  wyjaśniła  Rolandowi,   jak  powinien   jechać.  Hrabina   dodała 

jeszcze, że żaglowiec prawdopodobnie zawinie do portu Saint - Pol - de - Léon dopiero po 

zmroku.

- Mam nadzieję, że zdążysz, żołnierzu - rzekła.

Popatrzyli po sobie bez słowa, jakby obawiając się wypowiedzieć na głos dręczące ich 

oboje   pytanie:   Czy   znajdą   obu   mężczyzn   wśród   żywych,   czy   zdążą   uratować   ich   przed 

łotrami Blanca?

-   Zabiorę   z   sobą   Nicolette   -   oznajmił   Roland   tonem   nie   znoszącym   sprzeciwu.   - 

Jestem teraz za nią odpowiedzialny i nie zostawię jej tu samej.

Nicolette nie odwróciła głowy, ale pod wpływem tych słów jeszcze bardziej skuliła się 

w   sobie.   Czuła   strach,   niedowierzanie.   Dlaczego   on   to   robi?   Z   obowiązku   czy   ze 

współczucia? zdawała się pytać.

Biedactwo!

Ku ogólnemu zaskoczeniu Dionne oznajmiła, że ona także zamierza udać się z nimi.

- W stajni stoi dość koni! - oświadczyła.

Roland   domyślał   się,   że   Dionne   boi   się   zostać   w   zamku   sama   po   tym,   co   się 

wydarzyło.

A  kiedy  hrabina  usłyszała  o koniach,  ona  także  postanowiła  jechać.  Przecież  cała 

sprawa dotyczyła jej bliskich!

Roland pomyślał, że z trzema mało obeznanymi z siodłem kobietami czas jazdy do 

portu znacznie się wydłuży, ale nie protestował. Rozumiał je doskonale, sam także nie miałby 

ochoty zostać w ponurym, zrujnowanym zamku, w którym na dodatek straszy.

Przenieśli ciało Blanca do przedsionka. Dionne zbudziła oboje służących i za pomocą 

władczych gestów wytłumaczyła im, że Blanc wyzionął ducha i że należy się nim zająć. 

Kiedy   Roland   zobaczył   gwałtowne,   zdradzające   skłonności   do   okrucieństwa   zachowanie 

Dionne w stosunku do obojga służących, położył dłoń na ramieniu nowej właścicielki zamku 

i łagodnie potrząsnął głową.

- Madame Dionne, jesteś, pani, kobietą! Spróbuj o tym pamiętać!

Prychnęła gniewnie, ale Roland zauważył później, że jednak stara się kontrolować 

swoje reakcje.

Zanim wyruszyli w drogę, wyjął jej z dłoni ciężki obraz przedstawiający Madonnę z 

Dzieciątkiem. Dionne zamierzała taszczyć go ze sobą do Saint - Pol, bo, jak twierdziła, nie 

7

background image

może wyruszać w drogę bez błogosławieństwa niebios.

-   Czy   ten   obraz   pomógł   wcześniej   tobie,   pani,   albo   Nicolette?   -   zapytał   Roland 

łagodnym głosem. - Obraz Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi winno się nosić w sercu. 

Nic nie znaczy zewnętrzny przepych, jeśli nie ma się pokory w duszy.

- Czy nie dość pokornie modliłam się przez wszystkie te lata?

-  Może.  Ale  liczy się   także  pokora  wobec  bliźnich,   madame  Dionne.  Czy można 

nazwać sprawiedliwym kogoś, kto jedną ręką robi znak krzyża, a drugą bije człowieka?

Dionne pochyliła głowę, uciekając spojrzeniem.

Krótko po tym jechali już przez rozległe wrzosowisko: przodem posuwała znająca 

dobrze drogę Dionne i hrabina, a za nimi Roland razem z Nicolette, która, zalękniona i spięta, 

w ogóle się nie odzywała.

Nikt się nie odwrócił za siebie, by rzucić ostatnie spojrzenie na Zamek Ciszy. Nigdy 

bardziej niż teraz ta nazwa nie pasowała do budowli!

Nie otrząsnęli się jeszcze z szoku, jaki przeżyli, choć starali się skoncentrować na 

czekającym ich zadaniu.

Dzień zapowiadał się piękny i ciepły, mimo że na razie nad ziemią unosiła się mgła. 

Roland wyobraził sobie zamek za ich plecami. Spowity w welon mgły, przytłaczał i przerażał 

niczym wyłaniający się z dymów groźny potwór.

Nagle Nicolette zawołała zduszonym głosem:

- Popatrzcie! Sarna! Jaka piękna!

Roland wstrzymał konia, a dziewczyna poszła za jego przykładem.

Wysoko na wzgórzu, dość daleko od nich, na tle nieba odcinała się sylwetka smukłego 

zwierzęcia, które wydawało się patrzeć w ich stronę spłoszone i zdumione zarazem.

- Znam tę sarenkę - powiedział Roland z serdecznym uśmiechem. - Co prawda nie 

mam pewności, czy za każdym razem właśnie ona pojawia się na mojej drodze, ale pragnę w 

to wierzyć. Raz nawet uratowałem jej życie. Nie, dwa razy!

Zamyślony przypomniał sobie pierwsze spotkanie na wrzosowisku, kiedy to pomimo 

głodu nie ośmielił się jej zastrzelić.

- Jaka piękna - szepnęła Nicolette w nabożnym zdumieniu, zapominając na moment o 

lęku. Roland wyczuwał, że dziewczyna dusi w sobie paraliżujący strach i zdaje się wołać: 

„Go będzie teraz ze mną?” Ale z udawaną lekkością zapytała: - Nie mógłbyś jej ze sobą 

zabrać?

„Ty”. Wyraźnie unika formy „my”, zauważył Roland.

- Nie wolno oswajać saren, ich miejsce jest na wolności - powiedział. - Wiesz, patrząc 

8

background image

na nią, myślałem o tobie. Wyobrażałem sobie, że ona i ty to ta sama istota.

Roześmiał się, nieco zakłopotany, ale Nicolette zachowała powagę.

- Zanim mnie zobaczyłeś - stwierdziła tylko.

- Droga Nicolette! - zawołał z przejęciem. - Wygląd nic nie znaczy! Każdy człowiek 

ma osobowość, własny niepowtarzalny urok. Było mi dane poznać twą piękną czystą duszę. 

Jesteś wspaniałą przyjaciółką. Oddałbym dla ciebie wszystko.

Dziewczyna nic nie odrzekła, ale czytał w jej twarzy jak w otwartej księdze. Nie 

kochasz mnie jednak, zdawała się mówić. Żałujesz, że obiecałeś się ze mną ożenić. Nie 

martw się, nie musisz dotrzymywać słowa, Rolandzie,

Jakże cierpiał, że prócz litości i współczucia nie potrafi wzbudzić w sobie innych 

uczuć do tej dziewczyny, którą los tak dotkliwie doświadczył.

Popatrzył jeszcze na sarnę i uniósł dłoń w geście pożegnania. Żal ścisnął mu serce.

Niestety, grupka złożona z czworga jeźdźców posuwała się powoli, bo wśród kobiet 

tylko hrabina potrafiła dobrze jeździć konno.

Roland   odnosił   wrażenie,   że   Dionne   straciła   nieco   ze   swej   surowości.   Być  może 

wiadomość o tym, że jest matką Nicolette, bardziej ją poruszyła, niż dawała to po sobie 

poznać. Czyż można się zresztą temu dziwić? Przecież nie można w jednej chwili zmienić 

całkowicie swego stosunku do kogoś, kogo się przez siedemnaście lat nienawidziło. Przed 

drzwiami   do   komnaty   dziewic   Dionne   wpadła   w   prawdziwy   szał,   chyba   właśnie   pod 

wpływem silnych emocji wróciła jej pamięć. Czy jednak zdoła przełamać niechęć wobec 

dziecka?

Zerknąwszy na nią ukradkiem, Roland nagle nabrał złych przeczuć. Kobieta nawet 

najmniejszym spojrzeniem nie zdradzała zainteresowania Nicolette, a przecież łagodny gest 

czy drobny wyraz czułości mogłyby przebić szczelny pancerz, jakim dziewczyna odgrodziła 

się od świata.

Chociaż nie wiadomo, czy Nicolette pragnęła być zaakceptowana przez Dionne. Jej 

tak zwana ciotka przez te siedemnaście lat nie uczyniła nic, by zasłużyć na miłość dziecka.

W nagłym odruchu Roland wyciągnął rękę i ujął dłoń dziewczyny. Była zaskoczona, 

ale jej twarz rozjaśniła się w niepewnym uśmiechu.

Roland nie wiedział, CO powinien uczynić. Czy sympatia stanowiła wystarczającą 

podstawę dla związku, który zawierało się przecież na cale życie? Oczywiście Roland nie był 

aż tak lekkomyślny, by zwracać uwagę wyłącznie na walory zewnętrzne swej przyszłej żony, 

cóż jednak miał poradzić na to, że nie czuł nic do Nicolette? Dziewczyna wcale nie musi być 

szczególnie urodziwa, by się podobać. Nicolette jednak nie miała w sobie nawet odrobiny 

9

background image

wdzięku!

Ach, jakże sobą gardził z tego powodu!

Rycerz, który miał uwolnić piękną dziewicę ze szponów złego smoka. Oswobodzić ją 

z więzienia w wieży. Co się stało z rycerzem i jego szlachetnymi pobudkami?

Roland przeżywał prawdziwą udrękę. Rozczarowanie i wyrzuty sumienia męczyły go 

okrutnie, nie potrafił przestać o nich myśleć.

Po  południu   dotarli  do  niewielkiego   miasteczka   portowego,  które  co   prawda  było 

znacznie   większe   od   Castel   de   la   Mer,   ale   panowała   w   nim   taka   sama   atmosfera.   Przy 

nabrzeżu kołysały się łodzie rybaków, a na tle nieba widać było rozwieszone suszące się sieci.

Trochę   dalej   od   brzegu   stał   na   kotwicy   żaglowiec,   który   Roland   i   Nicolette   już 

widzieli...

Hrabina drżała na całym ciele, a jej oczy pociemniały z rozpaczy i niepokoju.

- Sami nic tu nie poradzimy - westchnął Roland - Musimy sprowadzić jakiegoś stróża 

prawa.

- Mam pomysł - rzekła hrabina. - Tak się składa, że znam tych ludzi, których ma 

zabrać stąd żaglowiec. Pochodzą z południa, ale słyszałam, jak mój mąż kiedyś wspomniał, że 

zabierzemy  ich   z   Saint   -   Pol   -   de   -   Léon.   Przypuszczam,   że   zatrzymali   się   w   którejś   z 

tutejszych gospód.

- Pod własnymi nazwiskami?

- Wątpię. Musimy sprawdzić.

Szczęście im dopisało. Już w pierwszej gospodzie, do której zajrzeli, dostrzegli w 

mrocznym kącie cztery osoby, które starały się udawać plebejuszy. Mistyfikacja jednak od 

razu rzucała się w oczy.

Kiedy   podróżni   zauważyli   hrabinę,   w   ich   oczach   pojawił   się   wyraz   zdumienia 

pomieszany z lękiem. Nerwowym szeptem zaczęli pytać, co się stało, że nie jest na żaglowcu.

W kilku zdaniach wprowadziła ich w sytuację.

Trzej mężczyźni i kobieta przerazili się, usłyszawszy, że wyprawa statkiem do Anglii 

może zakończyć się dla nich tragicznie. Kobieta zaczęła płakać. Po krótkiej naradzie niedoszli 

uciekinierzy postanowili działać. Jeden z nich udał się do władz w miasteczku, nakazując 

pozostałym czekać.

Najgorzej znosiła to hrabina, zadręczając się z powodu męża i brata.

Na szczęście do tego niewielkiego miasteczka nie sięgały macki kardynała Richelieu, 

zagorzałego przeciwnika arystokracji. Tutaj kierowano się własnymi zasadami, nakazującymi 

pomóc w potrzebie każdemu człowiekowi Tak się stało i tym razem.

0

background image

Po kilku godzinach przygotowań, tuż po zmierzchu, trzy łodzie rybackie odbiły od 

brzegu.   Na   pozór   nie   wyróżniały   się   niczym   szczególnym,   ale   siedzący   w   niej   ogorzali 

mężczyźni  byli  uzbrojeni  po  zęby.   Nikt  przecież  nie  wiedział,  ilu  członków  liczy załoga 

żaglowca.   Łodzie,   niby   przypadkiem,   podpłynęły   w   pobliże   fregaty   z   różnych   stron,   a 

rzekomi rybacy najspokojniej w świecie zaczęli połów.

Na nabrzeżu tymczasem czekała grupka ludzi.

W gęstym mroku zauważyli światełko przybliżające się do lądu, a potem usłyszeli 

plusk wioseł. Po uciekinierów podpływała szalupa z dwoma marynarzami. Gdy mężczyźni 

wyskoczyli na brzeg, jeden z czworga arystokratów wyszedł z cienia i ich pozdrowił, po czym 

wskazał   na   wypełnione   kosztownościami   kufry.   Marynarze   zajęci   załadunkiem,   nie 

zauważyli, że z mroku wyłonili się zaczajeni rybacy. Bez hałasu ogłuszyli łotrów, związali ich 

i zakneblowali im usta, po czym ukryli ich w ciemnych portowych zakamarkach. Teraz nie 

mogli się dłużej nimi zajmować.

Czworo arystokratów wsiadło do szalupy, której nową „załogę” stanowili dwaj silni 

rybacy. Pozostali wsiedli do innej szalupy, która nie popłynęła śladem pierwszej. Właśnie w 

niej   płynęli   Roland   i   hrabina.   Ku   rozpaczy   Rolanda   Dionne   i   Nicolette   uparły   się   mu 

towarzyszyć. Dionne twierdziła, że może się przydać, bo jest silna jak mężczyzna, a poza tym 

pragnie naprawić grzechy ojca.

Co do tężyzny fizycznej tej damy Roland nie miał wątpliwości, martwił się bardziej jej 

zmiennymi nastrojami Ale z dwojga złego wolał ją mieć na oku.

Natomiast niemej prośbie Nicolette, która patrzyła na niego wzrokiem skrzywdzonego 

psa, nie potrafił się oprzeć.

Na szczęście w szalupie płynęło jeszcze dwóch silnych mężczyzn.

Łódź sunęła miękko, niemal bezgłośnie, prawie nie było słychać uderzeń wioseł.

Roland siedział obok Nicolette. Obserwował jej przerażoną twarz i strach czający się 

w dużych ciemnych oczach. Pojął, że dziewczyna panicznie boi się wody. Otoczył ją więc 

ramieniem i przytulił do siebie.

W pierwszym odruchu próbowała się odsunąć, zaraz jednak posłusznie ustąpiła.

Rozumiał   jej   uczucia.  Wiedział,   że   zranił   ją   śmiertelnie   w   chwili,   gdy  nie   zdołał 

opanować rozczarowania, jakiego doznał na jej widok. Nie uczynił nic, by pozostawić jej 

choć   promyk   nadziei,   że   jest   inaczej.   Miał   świadomość,   że   bezpowrotnie   zniszczył   coś 

nieskończenie pięknego - kruchą przyjaźń i poczucie wspólnoty, jakie zawiązały się między 

nimi.

Tego nie da się naprawić!

1

background image

Nie było na świecie istoty bardziej samotnej niż ta, która siedziała skulona obok niego.

Łódź płynęła w bezpiecznej odległości od szalupy oświetlonej na dziobie latarnią. 

Chodziło o to, by nie dostrzeżono ich z żaglowca. Na szczęście księżyc tej nocy nie roztaczał 

dość blasku, by dało się policzyć płynące łodzie.

Było cicho, bezwietrznie, tylko morze poddawało się odwiecznemu kołysaniu fal.

Wymarzona   noc   dla   tych,   którzy   zdecydowali   się   położyć   kres   zbrodniczej 

działalności kompanów Blanca.

Roland poczuł bolesny skurcz żołądka. Czuł się w tej łódce taki bezradny, gdyby mógł 

wybierać, wolałby stoczyć walkę na lądzie. Chociaż...

Czy rzeczywiście pragnął walczyć? Czy nie wybrał z premedytacją szalupy, która w 

mniejszym stopniu była narażona na atak? Nie należał do tchórzy, jednak po kilku łatach 

spędzonych na wojnie, czuł wstręt do zabijania. Tymczasem chyba wisiało nad nim jakieś 

fatum, bo znowu trafił w sam środek konfliktu.

Kolejny raz powrócił myślą do tej  chwili, która miała zadecydować o przyszłości 

Nicolette.   Zachował   się   wobec   niej   fatalnie,   zdawał   sobie   sprawę,   że   to   plama   na   jego 

rycerskim honorze.

Wysoki, ciemny cień żaglowca wyrósł tuż przed nimi. Roland usłyszał tylko drżące 

westchnienie zdenerwowanej hrabiny. Czy jej najbliżsi są jeszcze na pokładzie? Zaraz się to 

wyjaśni. A jeśli ich już nie będzie? Czy starczy jej sił, by przyjąć i taką prawdę? Nicolette zaś, 

zapomniawszy o nieśmiałości, mocno, z całych sił, ścisnęła jego dłoń.

Wszyscy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Nie wiedzieli, ilu członków liczy załoga 

fregaty, ale zdawali sobie sprawę, że ich jedyną szansą jest zaskoczenie przeciwnika. Ze 

zgrozą spoglądali na majaczące w ciemnościach sylwetki armat, z których salwy mogłyby bez 

trudu roznieść w proch ich niewielką szalupę.

Dla kogoś, kto nie potrafił pływać, sama myśl o takiej ewentualności wywoływała 

drżenie. Roland wyczuwał bezgraniczny lęk Nicolette przed morzem, które dotąd widywała 

jedynie przez wąskie zamkowe okna.

2

background image

ROZDZIAŁ IX

Pod osłoną ciemnej nocy łodzie rybackie podpłynęły z boku do fregaty. Mniejsze łódki 

ustawiły się za jej rufą. Załoga żaglowca zgromadziła się przy burcie zwróconej ku brzegowi. 

Od tej właśnie strony zbliżała się szalupa.

-   Ahoj!   Jesteśmy   przyjaciółmi   Gwiazdy   Polarnej!   Możemy   wejść   na   pokład?   - 

krzyknął głośno arystokrata.

Najwyraźniej tak brzmiało hasło. Z żaglowca padła jakaś odpowiedź, a potem latarnia 

stojąca na dziobie szalupy oświetliła ciemne deski burty.

Nicolette siedziała obok Rolanda. Łódź kołysała się bezgłośnie na wodzie. Zgodnie z 

planem mieli czekać do chwili, gdy Roland otrzyma znak, że może wejść na pokład żaglowca.

O ile wszystko ułoży się po ich myśli.

Z daleka mignęła jakaś postać wchodząca po trapie, potem czworo uciekinierów.

Ustalono   wcześniej,   że  mężczyźni   z  pozostałych  łodzi  wykorzystają   moment,  gdy 

uwaga załogi skupi się na arystokratach, i postarają się nie zauważeni wejść na pokład od 

strony przeciwległej burty.

Gdyby nie zdążyli tego uczynić, dwaj mężczyźni, którzy zajęli miejsca przy wiosłach 

szalupy   zamiast   obezwładnionych   członków   załogi,   znaleźliby   się   w   śmiertelnym 

niebezpieczeństwie.

Nicolette siedziała niespokojna, zaciskając nerwowo palce, i z obawą zadawała sobie 

pytanie, co będzie, jeśli tamci zobaczą ich łódź.

Przecież to zwykła łódź rybacka, która ma prawo tu pływać! starała się uspokoić. Ale 

czy tamci niczego się nie domyśla?

Drgnęła   przestraszona,   kiedy   od   strony   żaglowca   doszedł   ich   nagle   zgiełk   i 

strzelanina.   Zatkała   uszy,   żeby   nie   słyszeć   głuchych   uderzeń,   okrzyków   strachu   i   bólu 

cierpiących i umierających ludzi. Roland uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu.

Ach, Roland...

Czuła w sercu dotkliwy ból, tak jakby miała tam wielką jątrzącą się ranę. Pokochała 

go całą duszą, nic na to nie mogła poradzić.

- Podnieść kotwicę!

Dramatyczne wołanie rozległo się nagle i zaraz ucichło.

Ciotka Dionne niewzruszona wpatrywała się w mrok, wyraźnie niezadowolona, że tak 

niewiele może zobaczyć.

Ciotka? Nie, przecież to moja matka, pomyślała dziewczyna. Poczuła ucisk w gardle i 

3

background image

znów zebrało się jej na płacz.

Nawet własna matka nie chciała przyznać się do niej, jakże więc mogła oczekiwać, że 

Roland...?

Nicolette dopiero teraz, kiedy poznała Rolanda, zrozumiała lepiej swą matkę. Pojęła, 

że można tak bardzo miłować mężczyznę, iż pragnie się uczynić dla niego wszystko. Wraz ze 

zrozumieniem   przyszło   przebaczenie,   ba,   nawet   poczuła   coś   na   kształt   czułości   dla   tej 

nieszczęsnej kobiety.

Ale ciągle do niej nie docierało, że jej matką jest ciotka Dionne. Jak to możliwe, by 

żyć obojętnie obok swego dziecka i przez siedemnaście lat nie zdobyć się na okazanie choćby 

odrobiny ciepła? Co prawda Roland wspominał, że ciotce trochę pomieszało się w głowie po 

strasznym   przyjęciu,   jakie   zgotował   jej   ojciec   tyran,   i   jakby   w   odpowiedzi   na   jego 

oczekiwania ubzdurała sobie, że to nie jest jej dziecko.

Zły Blanc, znów o nim myśli... Ciągle pojawia się w jej myślach niczym złowrogi 

cień.

Odsłoniwszy uszy, usłyszała jakiś plusk. Ktoś chyba tonie, przeraziła się. Trzeba go 

ratować!

Ucichło.

A więc nie żyje, pewnie został wyrzucony za burtę. Kto to był? Po czyjej stał stronie?

- Roland! - rozległo się wołanie.

Już? Przecież walka jeszcze się nie skończyła! Roland nie może jeszcze wejść na 

pokład. Muszę go powstrzymać!

Ale   Roland   już   odpowiedział   i   kazał   siedzącym   w   łodzi   mężczyznom   wiosłować 

szybciej.

Nie, Rolandzie, kołatało jej w głowie. Co będzie, jeśli wpadniesz do tej lodowatej 

wody? Nie rozumiesz, że nikt nie jest w stanie ci pomóc?

Ciotka Dionne siedziała wyprostowana, teraz na jej twarzy malowało się ożywienie. 

Od chwili gdy prawda wyszła na jaw, ani razu nie spojrzała na córkę.

Ta kobieta pokochała kiedyś mężczyznę, ale została oszukana. Gdy znalazła się w 

biedzie, wróciła do ojca, do domu, lecz zamiast pomocy spotkała tam jedynie fanatyczną 

nienawiść. Jednak gdy Blanc, za wszelką cenę pragnąc uniknąć wstydu, podniósł rękę na 

niemowlę, Dionne stanęła w obronie dziecka. Ten jeden jedyny raz przed siedemnastoma laty.

Na   skutek   tortur,   jakim   została   poddana,   straciła   poczucie   rzeczywistości.  Aż   do 

minionego ranka, kiedy Roland rzucił jej w twarz gorzką prawdę.

Jego   słowa   obudziły   Dionne   z   letargu,   a   tłumiona   przez   lata   agresja   obróciła   się 

4

background image

przeciwko ojcu, największemu winowajcy.

Ale do Nicolette nie odezwała się ani jednym słowem, nie posłała jej ani jednego 

spojrzenia.

Dziewczyna nie mogła tego pojąć, świadomość, ze tak niewiele jest warta, sprawiała 

jej wielki ból.

Łódź, w której płynęli, uderzyła głucho o burtę żaglowca. To przywołało Nicolette do 

rzeczywistości.

Na pokładzie panował teraz spokój. Ktoś podał rękę Rolandowi i pomógł mu wejść. 

Za nim wspięli się dwaj mężczyźni, którzy siedzieli u wioseł.

Bądź ostrożny, Rolandzie! Niema prośba Nicolette nie dotarła do adresata.

- Pozostańcie na swych miejscach! - zawołali mężczyźni z góry.

- Och, nie! - zaprotestowała hrabina i chwyciła za reling.

Nie dała za wygraną, póki i ona nie znalazła się na pokładzie, a wówczas mężczyźni 

uznali, że nie ma sensu pozostawiać Nicolette i Dionne samych.

Kiedy Nicolette wspięła się na pokład, zobaczyła rozbujaną latarnię, rzucającą blade 

światło na zakrwawione deski i leżących ludzi - zabitych, rannych i zmęczonych.

Walka się zakończyła, ale zwycięstwo nie przyszło łatwo.

Najtragiczniejszy los spotkał ludzi Blanca, którzy nie spodziewali się ataku i nie byli 

przygotowani do obrony.

- Gdzie jest mój mąż? Znaleźliście go? - zawołała hrabina piskliwym głosem.

-   Na   razie   nie,   madame   -   odpowiedział   jej   ktoś.   -   Nie   schodziliśmy  jeszcze   pod 

pokład.

Arystokratka rzuciła się w stronę schodków prowadzących do kajut.

- Stać! - zawołał jakiś władczy głos. - Na dole mogli się ukryć jacyś bandyci!

Stanęli gromadą przy trapie. Roland i dwaj ludzie z jego lodzi trzymali w rękach 

załadowane pistolety, więc ustalono, że pójdą przodem.

Kolejny raz Nicolette chciała krzyknąć, by był ostrożny, ale nie śmiała zwracać na 

siebie uwagi.

Uklękła wiec obok rannych rybaków i w słabym świetle latarni usiłowała niezdarnie 

im pomóc.

Dionne odepchnęła dziewczynę na bok.

- Zobacz, jak to się robi - odezwała się chrapliwym głosem.

To były pierwsze słowa wypowiedziana przez matkę do córki.

Nicolette wydawało się, że powinna poczuć wdzięczność i ulgę, a tymczasem nie 

5

background image

czuła nic.

- Lepiej idź za nimi, zamiast tu obmacywać obcych - warknęła Dionne. - Poza tym 

niedobrze mi się robi, gdy patrzę na twoją nieporadność. Czy niczego się nie nauczyłaś przez 

te wszystkie lata?

- Owszem - odrzekła dziewczyna cicho. - Być nieporadna w obawie, że coś zrobię źle.

Skąd,   na   Boga,  zdobyła   się  na   odwagę,   by  odpowiedzieć?  Nie   wiedziała...   Nagle 

jednak wszystko straciło dla niej znaczenie.

Dionne   popatrzyła   na   Nicolette   oczyma   szeroko   otwartymi   ze   zdumienia,   ale   nie 

wyrzekła   ani   słowa.   Jej   dłonie   znieruchomiały   nad   zranioną   nogą   rybaka.   Zaraz   jednak 

wszystko wróciło do normy i Dionne, odwracając się demonstracyjnie plecami do swej córki, 

zajęła się rannym.

Nicolette   wstała   i   powoli   ruszyła   w   kierunku   trapu   prowadzącego   pod   pokład. 

Pozostali byli już na dole, słyszała ich nawoływania.

W pierwszym odruchu skierowała się w stronę, skąd dochodził głos Rolanda, Ale 

zaraz pomyślała, że wątpliwe jest, by ucieszył się na jej widok.

Pozostało jej więc zająć się hrabiną.

Ciekawe, czy odnalazła swych bliskich?

Zanim jednak Nicolette zdążyła się o tym dowiedzieć, w wąskim przejściu padł strzał. 

Przestraszona dziewczyna odruchowo się skuliła. Jacyś mężczyźni walczyli tuż obok niej, 

hrabina krzyknęła, rozległy się ciężkie uderzenia, jakby kogoś okładano kijem.

W ciszy, jaka potem nastąpiła, Nicolette usłyszała szept hrabiny:

- Otwórz drzwi!

- Są zamknięte - odparł Roland.

- W takim razie je wyważ!

Drzwi   ustąpiły,   wyłamane   wraz   z   framugą.   Do   korytarza   wpadło   słabe   światło   z 

kajuty.

- Nie wchodzić, bo strzelam! - zawołał ktoś po francusku.

- To oni! Żyją! Uwolniliśmy was!

- Uwolniliście, o czym ty mówisz? - zdumiał się mąż hrabiny. - Przecież to w Anglii 

czeka nas wolność!

Hrabina   pośpiesznie   wyjaśniła,   że   Blanc   ich   oszukał,   a   dzięki   temu,   iż   Roland 

nieumyślnie pozbawił ją przytomności, wszyscy uszli z życiem.

Nicolette dłużej nie słuchała. Myśli znów plątały jej się w głowie, przytłaczały ją, 

powodując prawdziwą udrękę duszy. Wszyscy byli szczęśliwi, dla oszukanych arystokratów 

6

background image

koszmar się skończył, tylko jej nikt nie chciał. Nawet nie zauważyli, że weszła do dusznej 

kajuty. Ludzie obejmowali się i płakali, układali plan, w jaki sposób dostać się z powrotem na 

ląd.

Dziewczyna wymknęła się cicho...

Znów   siedzieli   w   łodziach,   które   teraz   płynęły   ku   brzegowi.  Arystokraci   przejęli 

żaglowiec i namówili kilku rybaków, by za sowitą zapłatą przeprawili ich do Anglii.

Nicolette płynęła razem z Dionne i Rolandem. Kilku rannych z Saint - Pol - de - Léon 

leżało na dnie łodzi. Był wśród nich sam prefekt miasteczka.

Płynęli w milczeniu. Wykonali zadanie, aresztowali winnych, część łotrów pozbawili 

życia, Najważniejsze jednak, że położyli kres ohydnemu procederowi.

Właściwie   nie   wiadomo,   na   ile   ciotka   Dionne   była   w   to   wszystko   zamieszana. 

Nicolette nie chciała tego wiedzieć. Nie teraz. Pragnąc odpędzić męczące myśli, uklękła obok 

rannych i zapytała z nienaturalnym ożywieniem, jak się czują.

Kiedy z nimi gawędziła, kątem oka dostrzegła jakiś ruch.

Ciotka Dionne.. Tak, nadal ją tak nazywała, bo słowo „matka” nie przechodziło jej 

przez gardło. Gdzie ona się podziała? Przecież dopiero co siedziała na rufie, a teraz rufa jest 

pusta!

- Ciociu Dionne! - zawołała, podrywając się z miejsca.

Pozostali pasażerowie nie zdążyli zareagować, bo Nicolette z okrzykiem: „Ona nie 

może umrzeć!” rzuciła się do morza.

Zetknięcie z lodowatą wodą okazało się prawdziwym wstrząsem. Zachłysnęła się, w 

płucach zabrakło jej powietrza, coś ciągnęło ją w dół. Nigdy nie uczyła się pływać, nigdy 

wszak   nie   opuszczała   murów   zamku.   Wskoczyła   do   wody   w   nagłym   odruchu,   bez 

zastanowienia, zapominając o strachu przed morzem oglądanym jedynie z wysokiej baszty. 

Teraz opadała na dno, nie wyczuwając stopami gruntu. Nagle opanował ją porażający lęk. W 

panice zaczęła wymachiwać bezładnie rękoma, na szczęście szybko się zorientowała, że nie 

powinna otwierać ust.

W górę!   Musi  wydostać  się   na  powierzchnię!  Nie   było   to  jednak  takie  łatwe,  bo 

marszczona obficie suknia ciągnęła ją w dół. Nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić.

Nagle stopą dotknęła czegoś miękkiego. W pierwszej chwili przestraszyła się, że to 

jakiś okropny morski potwór, ale zaraz przyszło jej na myśl, że to na pewno ciotka Dionne. 

Mimo rozsadzającego bólu w płucach zdołała chwycić tonącą ciotkę za nogę.

Nie   dam   rady,   przemknęło   jej   przez   myśl.   Czuła,   że   znów   opada   w   dół,   ale   nie 

zwolniła   uścisku,   nie   poddała   się   rosnącej   panice.   Walczyła   ze   wszystkich   sił,   by   się 

7

background image

wynurzyć. Wirowało jej przed oczami, w głowie huczało... Wreszcie ktoś chwycił ją za ramię, 

pomógł mu ktoś drugi i w chwili gdy bliska już była rezygnacji znalazła się na powierzchni. 

Złapała głęboki oddech, ale płuca natychmiast zareagowały kaszlem.

Dionne   była   w   jeszcze   gorszym   stanie,   ale,   choć   półprzytomna,   szarpała   się   z 

rybakami.

- Uspokój się, madame! - krzyknął Roland - Twoja córka uratowała ci życie, chociaż 

nie potrafi pływać!

Dionne przestała walczyć. Bezwładną niczym worek rybacy wciągnęli przez burtę, 

położyli na dnie łodzi i zaczęli ją cucić.

Nicolette zaś kasłała i kasłała. Zdawało się jej, że za chwilę wypluje płuca, Osłabiona 

uwiesiła się u burty, a Roland otoczył ją delikatnie ramieniem i przemawiał uspokajająco.

Strasznie się wstydziła swej słabości, chociaż jednocześnie rozpierała ją duma, że 

uratowała człowieka. Dopiero po chwili zastanowienia zrozumiała, że to rybacy uratowali je 

obie. W łodzi pełno było przemoczonych ludzi. Ktoś rzucił hasło, żeby chwycić za wiosła, i 

niebawem dopłynęli do brzegu.

Przez ten czas Dionne doszła trochę do siebie, W płucach jej nadal świszczało, ale 

zdołała usiąść o własnych siłach. Twarz ukryła w dłoniach, cała jej skulona postać wyrażała 

bezgraniczną rozpacz. Nicolette kucnęła przed nią i powiedziała:

- Nie martw się, ciociu Dumne, już dobrze.

Na te słowa nieszczęśliwa kobieta wybuchnęła rozpaczliwym szlochem. Roland dał 

rybakom znak, że najlepiej będzie zostawić ją na jakiś czas w spokoju. Mężczyźni wyszli 

więc sami na ląd i wyciągnęli rannych, Roland zaś, Dionne i Nicolette nadal siedzieli w łodzi.

Dionne  odwróciła się  ku córce i  przytuliła  ją do siebie  z desperacją.  Dziewczyna 

poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Czuła się zakłopotana i dziwnie poruszona. Dionne 

nigdy   nie   okazała   jej   cienia   czułości   czy   oddania.   Nigdy   nie   dotknęła   córki,   chyba   że 

wymierzała jej policzek albo biła po plecach. Dziewczyna bardzo chciała zdobyć się na jakieś 

uczucie wobec kobiety, która ją urodziła, ale nie potrafiła. Wiedziała jedynie, że nie chce, by 

Dionne umarła. Pośpieszyła jej na ratunek, kierowana impulsem. Pragnęła wierzyć, że jest to 

znak, iż gdzieś w głębi żywi jakieś cieplejsze uczucia w stosunku do matki. A może jedynie 

nie chciała, by śmierć tej biednej kobiety była równie nędzna jak jej życie?

Jedno w każdym razie zrozumiała: Dionne przeżyła cierpienia znacznie większe niż 

ona sama. Nicolette przypomniały się słowa Rolanda o młodej zhańbionej Dionne, która dla 

dobra dziecka wróciła do zamku. Tymczasem ojciec potraktował ją tak, że straciła rozum. 

Nicolette czuła, jak krwawi jej serce. Nienawiść do dziadka była tak straszliwa, że aż ją to 

8

background image

przeraziło.   Powstrzymywała   się   od   płaczu,   jednak   tłumiony   szloch   przedzierał   się   przez 

zaciśnięte usta. Pochyliła się nad przemoczoną do suchej nitki matką i dotknęła wargami jej 

siwiejących włosów. Wyobraziła sobie młodziutką Dionne z dzieckiem na ręku, daremnie 

żebrzącą o zrozumienie.

Roland szczerze współczuł obu kobietom, ale taktownie milczał, nie wtrącając się w 

ich sprawy.

Kiedy po kilku minutach szloch Dionne trochę zelżał, wymienił znaczące spojrzenie z 

Nicolette,   po   czym   wspólnymi   siłami   wyprowadzili   rozdygotaną   kobietę   na   brzeg,   gdzie 

czekał już prefekt miasteczka. Zaprosił ich do swego domu, by mogli się osuszyć, ogrzać i 

nieco   odpocząć   Z   radością   na   to   przystali,   bo   po   nie   przespanej   nocy   i   ostatnich 

dramatycznych wydarzeniach czuli się naprawdę zmęczeni

Po drodze wspierali Dionne, która ledwie trzymała się na nogach, Szli w milczeniu, 

tylko raz Dionne rozpaczliwie ścisnęła dłoń córki i głosem, od którego serce pękało, poprosiła 

o wybaczenie. Nicolette pokiwała głową, ale choć starała się przyjaźnie uśmiechnąć, jej twarz 

wykrzywiła się tylko w ponurym grymasie.

Następnego   ranka   dla   Rolanda   i   Nicolette   nastał   decydujący   moment.   Kiedy   po 

zjedzonym śniadaniu stanęli na dziedzińcu gotowi do drogi, Dionne zrozumiała, że Roland 

zamierza zabrać ze sobą Nicolette.

Uczepiwszy się jego ramienia, wykrzyknęła z rozpaczą:

- Miej litość nade mną i nie zabieraj mi córki! Dopiero co ją odzyskałam, nie miałam 

pojęcia przez wszystkie te lata, że to ona, przysięgam!

- Wierzymy, że mówisz prawdę, madame Dionne - zapewnił Roland z powagą. - Te 

straszne zdarzenia, za które winę ponosi pani ojciec, zmąciły ci rozum. Ja jednak przyrzekłem 

Nicolette, że zabiorę ją do mojego kraju, i obietnicy tej zamierzam dochować.

- Ach, nie, nie teraz! - błagała desperacko Dionne. - Nie kierują mną tylko egoistyczne 

pobudki. Proszę o szansę, bym mogła wszystko naprawić. Chcę ofiarować córce uczucie, 

którego tak długo jej odmawiano. Proszę, panie! Moje życie było takie ubogie w miłość i 

troskę o innych.

Nicolette   bez   trudu   dostrzegła   zakłopotanie   Rolanda.   Nic   nie   mówiąc,   ważył   w 

myślach prośbę Dionne.

- Ale zamek jest taki ponury. Nie możecie w nim mieszkać - zaprotestował niepewnie 

po chwili.

- Ten zamek jest naszym domem - odparła Dionne. - Teraz, kiedy przestały krążyć nad 

nim cienie i złe moce, wypędzimy stąd smutek.

9

background image

- Czy jednak nie mogłabyś, madame... - zaczął powoli.

Ale Nicolette czytała w jego myślach. Choć prosił, by Dionne pojechała z nimi, była 

to ostatnia rzecz, jakiej pragnął. Obserwowała go przez cały ranek i widziała wyraz jego 

twarzy. Nie miała żadnych złudzeń - od chwili gdy zobaczył ją w świetle świecy, żałował 

swego przyrzeczenia i z wyraźną niechęcią myślał o ślubie. Był jednak zbyt uczuciowy, by 

cofnąć dane słowo.

Dlatego też przerwała mu pośpiesznie:

- Pozwól mi zostać z matką, Rolandzie! Potrzebuje mnie, zresztą musimy się poznać 

bliżej. Chętnie otoczę ją opieką, tak samo jak ona pragnie zająć się mną. Rolandzie, słowa, 

które   szeptaliśmy  pod   osłoną   nocy,   nie   były  niczym   innym   jak   młodzieńczymi,   pełnymi 

egzaltacji marzeniami. Czyż nie? To były cudowne chwile, pełne radości, ale przecież sam 

doskonale wiesz, że nie mogły trwać długo. Jesteś szlachetnym rycerzem, a ja byłam bardzo 

samotna. I to nas połączyło.

Kiedy mówiła te słowa, serce jej krwawiło.

Rolandzie, ach, Rolandzie! Czy wierzysz w to, że chcę wracać do zamku? Sądzisz, że 

pragnę rozstania z tobą? Jak zdołam żyć, jak oddychać, gdy ciebie zabraknie w pobliżu?

Ale   jeszcze   większym   brzemieniem   byłaby   dla   mnie   twoja   litość,   zakłopotanie, 

obojętność.

Roland długo milczał. Nicolette bardzo pragnęła, by powiedział cokolwiek. Rozumiała 

jednak, że toczy wewnętrzną walkę z samym sobą, że sam tak naprawdę nie wie, czego chce.

Już tylko to wystarczyło, by boleśnie ją zranić,.

Patrzył to na nią, to na Dionne, jakby je oceniał. Nicolette domyślała się, że niepokoi 

go zwłaszcza stan Dionne. Czy możliwe, że w jej udręczonej duszy dokonała się zmiana? W 

ciągu zaledwie jednej  doby? Z drugiej  strony, czy powinno się ją zostawić samą w tym 

okropnym zamku? Nie wiadomo, co mogłoby jej przyjść do głowy. Matka i córka potrzebują 

siebie nawzajem. Tylko czy słusznie postąpi, skazując Nicolette na taki los?

- Błagam cię, panie - powtórzyła Dionne.

- Ja także cię proszę, Rolandzie - poparła ją Nicolette.

Wreszcie się ocknął.

-   Madame   Dionne,   czy   nie   byłoby   najlepszym   rozwiązaniem,   gdybyście   obie 

pojechały razem ze mną do mojego kraju? Przyrzekam, że uczynię wszystko, by było wam 

dobrze.

- To bardzo miło z pańskiej strony - odpowiedziała Dionne. - Ale Castel de la Silence 

jest moim domem, nie znam innego. Kiedy raz w życiu stąd wyjechałam w świat, życie 

0

background image

obdarzyło mnie jedynie bólem i smutkiem. Nie chcę opuszczać zamku, nie mam odwagi. Za 

jego murami jestem bezpieczna.

- Ale Nicolette - wtrącił Roland, zwracając się ku dziewczynie.

- Chcę zostać - oświadczyła zdecydowanie. - I tak nie mogłabym przestać myśleć, jak 

miewa się moja cio... to znaczy moja matka.

Z jakim trudem przeszły jej te słowa przez gardło!

W milczeniu pożegnali się na rozstaju dróg niedaleko wsi. Nicolette dostrzegła smutek 

malujący się na twarzy Rolanda i domyśliła się, że żołnierz toczy wewnętrzną walkę z samym 

sobą.   I   rzeczywiście   tak   było.   Roland   czuł   się   okropnie,   przygnębiła   go   własna   małość. 

Zaproponował jeszcze, że pozostanie przez parę dni z Nicolette i Dionne w zamku, póki obie 

nie oswoją się z nową sytuacją, jakby w ten sposób chciał zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Nicolette,   jako   osoba   niezwykle   wrażliwa,   odgadywała   jednak   doskonale   jego 

nastroje. Wiedziała, że bardzo tęskni za swymi najbliższymi i że pragnie możliwie najszybciej 

wrócić do domu rodzinnego. Za nic w świecie nie chciała zatrzymywać go na siłę.

Dlaczego to wszystko jest takie trudne, dlaczego? łkała w duchu.

Gdyby Roland wykonał jakikolwiek gest, choćby najdrobniejszy, który by świadczył, 

że naprawdę mu na niej zależy, poszłaby z nim bez wahania nawet na koniec świata. Ale jego 

mdłej uprzejmości nie mogła znieść.

Tak więc same skręciły w stronę Zamku Ciszy.

Nicolette   nie   wiedziała,   czy   Roland   odprowadza   je   spojrzeniem,   bo   ani   razu   nie 

obejrzała się za siebie.

1

background image

ROZDZIAŁ X

Nicolette się nie myliła. Roland czuł się jak ostatni nędznik, odjeżdżając samotnie. Nie 

mógł się pozbyć uczucia, że zdradził, zawiódł tę biedną dziewczynę, która jak nikt inny na 

świecie potrzebowała właśnie teraz jego wsparcia.

Ale   przecież   nie   mógł   nic   zrobić,   skoro   ona   sama   zrezygnowała   ze   wspólnego 

wyjazdu, utrzymując, że jedynym jej życzeniem jest opiekować się matką. Nie zgodziła się 

też, by został przez jakiś czas w Castel de la Silence. Domyślała się, że tęskni za swymi 

rodzinnymi stronami. Wyczytała też chyba w jego oczach, że poza zwykłą serdeczną troską 

nic więcej do niej nie czuje. Nie chciała litości.

Dionne z wielką gorliwością doradzała mu wyjazd, przywołując wszelkie możliwe 

argumenty, by go przekonać. Z trudem kryła, że traktuje go jak rywala w walce o względy 

odzyskanej córki.

Był taki rozdarty! Rozumiał Nicolette, rozumiał też Dionne, nie chciał pozbawić ich 

radości odnalezienia się po tylu latach. A jednak czuł, że popełnia błąd.

Galopował co koń wyskoczy ku wschodnim rubieżom Francji. Mijając nowe okolice, 

odnosił wrażenie, że z wolna wraca mu spokój, a sumienie przestaje go dręczyć. Wytłumaczył 

sobie, że  uczynił  wszystko, co  było  w  jego mocy.  Zresztą  Bogiem a prawdą ulżyło  mu, 

cieszyła go świadomość, że uniknął związku z panną tak kompletnie pozbawioną wdzięku i 

urody.

Znów był wolny! Wolny! Nareszcie wracał do swego kraju! Od tak dawna o niczym 

innym nie marzył! Był ciekaw, co się wydarzyło w domu, czy rodzice i rodzeństwo są zdrowi, 

czy żyją?

Po drodze jednak musiał jeszcze zajechać do Rennes, bo obiecał hrabinie, że odwiedzi 

jej siostrzenicę mieszkającą nieopodal traktu, którym zdążał. Miał jej przekazać wiadomość, 

że ciotka wraz z mężem i bratem popłynęła do Anglii.

Było mu to nawet na rękę, bo dzięki temu miał się gdzie zatrzymać na noc. Garść 

miedziaków w kieszeni nie wystarczyłaby mu na opłacenie pokoju w zajeździe, a po tylu 

latach tułaczki dość miał już spania pod gołym niebem.

Nim jednak skręcił do pałacu, zajechał nad rzekę i doprowadził się trochę do ładu.

Dopiero teraz poczuł chłodny powiew zbliżającej się zimy. W Bretanii stracił trochę 

poczucie czasu, bo w łagodnym klimacie tamtych stron o tej porze roku było jeszcze dość 

ciepło.

Roland podziękował opatrzności, że cało i zdrowo dotarł pod dach, a jego koń znalazł 

2

background image

miejsce w ciepłej stajni. Potem skierował się do przestronnej sieni.

Jakiż   to   rażący   kontrast   z   Zamkiem   Ciszy!   Pałac   mimo   swej   lekkiej   konstrukcji 

wydawał się solidny w porównaniu z popadającym w ruinę Castel de la Silence. Wnętrza 

jaśniały, bogato oświetlone.

Roland drgnął, usłyszawszy za plecami ciche kroki, a kiedy się obejrzał, zobaczył 

pannę do złudzenia przypominającą Nicolette z jego marzeń. Miała długie czarne włosy, a 

duże   ciemne   oczy   błyszczały   niczym   dwie   gwiazdy   w   twarzy   o   szlachetnych   rysach! 

Szczupła, ubrana w suknię w kolorze słodkiego różu, poruszała się z wrodzonym wdziękiem.

Na powitanie wyciągnęła do niego dłoń, którą z wielką ochotą ucałował. Po spojrzeniu 

jej pięknych oczu poznał, że i on przypadł jej do gustu.

-   Jak   dobrze   usłyszeć,   że   moim   krewnym   udało   się   bezpiecznie   opuścić   Francję. 

Ludzie kardynała Richelieu deptali już im po piętach - powiedziała Didi - Marie, rozkładając 

dłonie. - Na szczęście uważają mój skromny dom za zbyt ubogi, by się nim interesować... Ale 

proszę, przejdźmy do salonu. Chyba uczynisz mi, panie, ten honor i zostaniesz na noc?

Roland podziękował gorąco za zaproszenie i ruszył za właścicielką pałacu, która po 

drodze opowiadała mu o sobie.

- Jestem wdową - zaczęła. - Mój mąż poległ na wojnie, pozostawiając mi w spadku tę 

posiadłość i przyległe ziemie.

Roland zastanawiał się, ile lat liczy sobie jego rozmówczyni. Doprawdy trudno było to 

ocenić. Miała figurę młodej dziewczyny, ale malująca się w jej oczach powaga mówiła o 

doświadczeniu życiowym. Domyślał się więc, że jest mniej więcej w tym samym wieku co 

on.

Didi - Marie zrobiła na nim wielkie wrażenie. Była prawdziwą damą obeznaną ze 

sztuką konwersacji. Po dramatycznych zdarzeniach, jakie Roland przeżył w Zamku Ciszy, 

miejsce,   do   którego   przybył,   wydało   się   mu   rajem,   tym   bardziej   że   swą   atmosferą 

przywodziło mu na myśl jego rodzinny dom na Północy.

W  pałacu   Didi   -   Marie   pozostał   znacznie   dłużej,   niż   planował,   urzeczony  piękną 

właścicielką, która tak bardzo przypominała ucieleśnienie jego marzeń z tamtej nocy, gdy po 

raz pierwszy dotykał dłoni Nicolette.

Gdyby tylko zechciał, mógłby w każdej chwili znaleźć się w alkowie Didi - Marie, ale 

idealista Roland odnosił się do kobiet z wielkim szacunkiem, Darzył Didi - Marie tęsknym 

uwielbieniem, a pożądanie, jakie także w nim budziła, ostro trzymał, na wodzy, nie na tyle 

jednak, by piękna Francuska nie zorientowała się w czasie z pozoru niewinnych konwersacji, 

co się dzieje z jej gościem.

3

background image

Ku obopólnej radości spędzali ze sobą mnóstwo czasu.

Didi - Marie nie była rannym ptaszkiem, więc przed południami Roland wędrował 

samotnie po polach, dziwiąc się, że w tych stronach, znanych z łagodnego klimatu, nastał już 

ostry mróz.

Któregoś   dnia   spadł   nawet   śnieg   i   wtedy   Roland   znów   zatęsknił   za   domem   na 

Północy. Ożyły w nim wspomnienia z dzieciństwa, wróciła pamięć o beztroskich zabawach 

na śniegu. Powoli smutek sączył się do jego samotnej duszy.

Ale w południe spotykał Didi - Marie i zasiadali wspólnie do stołu. Na swój sposób 

stanowił   oparcie   dla   tej   młodej   kobiety,   ona   zaś   rozkwitała   przy  nim   i   jak   nigdy   dotąd 

popisywała się błyskotliwymi replikami. Świadoma podziwu, jaki w nim wzbudza, pewna 

wygranej, postanowiła cierpliwie czekać na chwilę, kiedy to Roland nie będzie już w stanie 

dłużej walczyć ze swymi uczuciami.

Ta swoista gra działała na nią podniecająco. Dostrzegała jednak, ze jej gościa coś 

wyraźnie niepokoi.

- Czy coś cię dręczy, drogi przyjacielu? - zapytała aksamitnym głosem, który zawsze 

go tak cudownie nastrajał. - Tęsknisz za domem?

- Owszem - odpowiedział śpiesznie, speszony, że nie zdołał ukryć melancholii, która 

zagnieździła się w jego sercu.

Ale to nie tęsknota za rodzinnymi stronami tak go męczyła. Nie do końca to sobie 

uświadamiając, wcale nie z powodu słodkiej Didi - Marie odwlekał swój wyjazd z Francji 

Powodowały nim inne, dosyć niejasne pobudki.

Czasami,   gdy   siedział   przy   stole   i   patrzył   w   piękne   oblicze   Didi   -   Marie,   jej 

nienaganne rysy nagle zacierały się i pojawiała się mu przed oczyma całkiem inna twarz, oczy 

przepełnione lękiem i bezradnym zdumieniem. Czuł wówczas ukłucie w sercu.

Ponieważ powtarzało się to coraz częściej, jego niepokój się nasilał.

Widział twarz Nicolette, spacerując po zamarzniętym ogrodzie przy pałacu, a także 

kiedy   leżał   samotny   w   wytwornej   alkowie,   wsłuchując   się   w   ciszę...   Zaczyna!   nawet 

przypuszczać, że pod wpływem napięcia nerwowego zapada na zdrowiu.

Didi - Marie zdążyła już przywyknąć do tego, że Roland czasem odpowiadał jej z 

roztargnieniem   bądź   w   ogóle   nic   nie   mówił,   tylko   marszczył   czoło,   zniecierpliwiony,   i 

dopiero gdy ocknął się z zamyślenia, znów stawał się uprzejmy.

Wreszcie   nadszedł   dzień,   w   którym   Roland   zrozumiał,   że   to   nie   Didi   -   Marie 

zawładnęła jego sercem. W tym właśnie dniu ujrzał w wyobraźni Nicolette, małą bezbronną 

istotę, i poczuł bezbrzeżną radość, że ktoś taki naprawdę istnieje.

4

background image

Tego dnia uznał, że Didi - Marie, choć taka ładna i pełna wdzięku, jest po prostu 

nudna.

Dionne   tymczasem   robiła   wszystko,   by   odzyskać   zaufanie   córki.   Po   siedemnastu 

latach niełatwo było jednak wyrugować dawne przyzwyczajenia.

Sytuację pogarszał dodatkowo fakt, że Dionne po fatalnej kąpieli w zimnej morskiej 

wodzie   nabawiła   się   poważnej   choroby   płuc.   Wiele   czasu   spędzała   w   łóżku   starannie 

opatulona, okropnie bowiem marzła.

Między   dwoma   kobietami   dochodziło   ciągle   do   jakichś   zgrzytów.   Kiedy   tylko 

Nicolette spóźniała się bądź zrobiła coś nie tak, Dionne z przyzwyczajenia fukała na nią i 

obrzucała   wyzwiskami.   Natychmiast   jednak   żałowała   swych   słów   i   błagała   córkę   o 

przebaczenie, wykazując nadmiar trudnej do zniesienia matczynej troski. Ale było wyraźnie 

widać, że jest szczęśliwa, mając córkę przy sobie. Wprawdzie nieraz narzekała i użalała się 

nad sobą, ale wprost wychodziła z siebie, by dogodzić Nicolette.

Dziewczyna   natomiast   miała   wyrzuty   sumienia   i   czuła   do   siebie   bezgraniczną 

pogardę. Mimo iż się starała, nie mogła wzbudzić w sobie szczerego uczucia do matki. Rana 

w sercu była zbyt głęboka. Zajmowała się Dionne tylko z poczucia obowiązku.

Poza tym zamek...

Nicolette już wcześniej bała się ciemności, choć pewnie nie bardziej niż inne dzieci. 

Teraz jednak zdawało jej się, że w każdym zakamarku czai się coś groźnego. To ją całkowicie 

paraliżowało, zabijało w niej wszelki zdrowy rozsądek.

Dionne chciała mieć córkę nieustannie pod ręką, dlatego nie pozwoliła jej mieszkać w 

dawnej komnacie. Dziewczyna przeniosła się do komnaty sąsiadującej z alkową matki. Nie 

chciała spać z Dionne w jednym pomieszczeniu, ale z kolei nie czuła się dobrze w pokoju, 

który do tej pory stał pusty. Często leżała, nie mogąc zmrużyć oka, i nasłuchiwała z lękiem. 

Tak  wiele   nieprzyjemnych   wspomnień  wiązało  się  z   tym  zamkiem,  nocami  Nicolette  się 

zdawało, że tłoczą się one przy drzwiach do jej komnaty i napierają na nie z całej siły.

A poza tym tęskniła. Roland pokazał jej, że poza murami zamczyska istnieje świat, 

który   i   przed   nią   może   się   otworzyć.   Ale   Dionne   nie   chciała   nawet   o   tym   słyszeć. 

Zdecydowała, że Nicolette zostanie z nią, nie godziła się za nic na jej odejście.

Wraz z upływem dni matka coraz rzadziej wstawała z łóżka. Leżała i błagała córkę, by 

jej   nie   opuszczała.   Setki   razy   prosiła   o   przebaczenie   za   całe   zło   wyrządzone   maleńkiej 

córeczce.   Zanosiła   modlitwy,   wpatrzona   w   krzyż   wiszący  tuż   nad  jej   łóżkiem,   modlitwy 

przerywane coraz gwałtowniejszymi atakami kaszlu.

Nicolette opiekowała się matką pilnie i troskliwie, ale sumienie nie przestawało jej 

5

background image

wyrzucać, że nie jest w stanie wykrzesać z siebie nic poza współczuciem. Dionne była zawsze 

i nadal pozostała dla niej obcą kobietą. Dziewczyna nie była zdolna pomyśleć o niej jak o 

matce.

Codziennie, kiedy Dionne zapadała w drzemkę, Nicolette wymykała się za bramę na 

krótki spacer. Już pierwszego dnia natknęła się na wrzosowisku na sarenkę. Zwierzę stało na 

pagórku i spoglądało w stronę zamku.

Nicolette domyśliła się, że sarna może być głodna. Przyniosła wiązkę siana i wyłożyła 

ją we wgłębieniu między wieżą a murami zamku od strony wrzosowiska, żeby nie zauważyli 

tego głuchoniemi słudzy.

Słudzy   pozostali   w   zamku   po   pogrzebie   Blanca   i   wykonywali   te   same   prace   co 

wcześniej,   ale   polecenia   przyjmowali   jedynie   od   Dionne.   Nicolette   traktowali   jak   kogoś 

równego im stanem, a nie jak dziedziczkę. Dziewczyna bała się ich tak samo, jak wcześniej 

dziadka i ciotki.

Następnego   ranka   Nicolette   poszła   sprawdzić,   czy   sarna   znalazła   siano.   Siano 

zniknęło, a na wzgórzu stały już dwie sarny.

Nicolette uśmiechnęła się wzruszona. Nigdy jeszcze nie czuła się taka szczęśliwa.

Od   tej   pory  wykładała   siano   codziennie.   Nieduże   ilości,   bo   przecież   konie,   które 

trzymali w stajni, także potrzebowały pożywienia. Codziennie też obserwowała przez okienko 

wrzosowisko. Ku nieopisanej radości dziewczyny coraz więcej głodnych saren przychodziło 

pod   zamkowe   mury.   Nieśmiałe   ciche   cienie   o   zmierzchu   lub   o   brzasku...   Uznały   ją   za 

przyjaciela, stały i czekały, aż położy siano, a potem podbiegały, ledwo zdążyła zniknąć za 

rogiem.

Pewnego ranka Nicolette zobaczyła śnieg. Od wielu lat w Bretanii śnieg nie padał, ze 

zdumieniem więc przypatrywała się uśpionemu pod białą puchową pierzyną krajobrazowi.

Dionne już nie wstawała z łóżka, więc Nicolette mogła wychodzić o dowolnej porze. 

Kiedy szła z wiązką siana, w białym śniegu odcisnęły się jej ślady. Trochę ją to niepokoiło, bo 

ktoś mógł się dowiedzieć o celu jej wypraw, ale gdy dotarła na miejsce, zapomniała o swych 

obawach. Tego dnia sarenka Rolanda podeszła wyjątkowo blisko. Nicolette przemawiała do 

niej najłagodniej jak potrafiła i wyciągnęła rękę z sianem.

Sarenka  poruszyła  się  niespokojnie,  ale  nie odważyła  się jeść  dziewczynie z ręki. 

Nicolette więc położyła siano i cofnęła się o kilka kroków. Szczęście przepełniało jej serce.

Tego dnia umarła Dionne. Nicolette nie spodziewała się tego. Nikt nie uświadomił tej 

żyjącej w izolacji dziewczynie, że matka jest tak poważnie chora.

Musiała sama pójść po pomoc do wsi. Ona, która nigdy jeszcze tam nie była, musiała 

6

background image

teraz rozmawiać z obcymi ludźmi.

Nie wiedziała, do kogo się udać, weszła więc do pierwszej z brzegu chaty.

Nikt   nie   był   zaskoczony,   kiedy   jąkając   się,   wyjaśniła   z   jaką   przybywa   sprawą. 

Wieśniacy z ciekawością przyglądali się dziewczynie, którą widzieli po raz pierwszy.

- A to panienka mieszka w zamku! - odezwał się gospodarz. - Dobrze, pomożemy.

Przyjęli   wiadomość   ze   spokojem,   przywykli   do   tego,   że   ludzie   umierają.   Dionne 

została pogrzebana, ksiądz pięknie przemówił nad jej grobem...

I tak Nicolette została w zamku sama.

Śmiertelnie się bała ciszy panującej w tej ogromnej budowli Nocą kładła się do łóżka, 

zatykając   sobie   uszy,   żeby   nic   nie   słyszeć,   zaciskała   oczy,   by   nie   widzieć   cieni.   Długo 

rozmyślała nad swoją nową sytuacją.

W końcu któregoś dnia wzięła do pomocy głuchoniemych służących i zaprowadziła 

ich do skarbca, gdzie nadal leżały skradzione kosztowni, których nie mogła przecież oddać 

prawowitym właścicielom. Obdarowała hojnie służących i odprawiła ich, a potem załadowała 

cały wóz klejnotami i złotymi monetami i pojechała do wsi. Wędrując od chaty do chaty, 

rozdzieliła sprawiedliwie między chłopów to, co zrabował jej okrutny dziadek.

Ludzie we wsi dziwili się tej cichej dziewczynie o przeraźliwie smutnym spojrzeniu i 

zakłopotani przyjmowali kosztowne dary, świadomi, że oto nadchodzą nowe dobre czasy dla 

ich wioski Castel de la Mer.

Dziewczyna  miała   do  wieśniaków  tylko   jedną  prośbę.  Opowiedziała,   że  dokarmia 

stadko saren pod murami zamku, i poprosiła, by do końca zimy robili to samo. Błagała, by nie 

strzelać do tych pięknych zwierząt, które już się trochę oswoiły. Kiedy wieśniacy przyrzekli 

spełnić jej prośbę, uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Potem Nicolette zawróciła do zamku. Nie miała ochoty dłużej żyć.

Od dnia, w którym umarła Dionne, chodziła codziennie na skraj skały i spoglądała w 

morską otchłań. W dole huczała woda, uderzając z wielką siłą o brzeg. Dziewczynie zdawało 

się, że morska głębina ją wabi. Coś ciągnęło ją w dół.

To nie będzie trudne, przekonywała samą siebie.

Roland pożegnał się z Didi - Marie, która nie kryła zawodu.

- Wiedziałam, że kiedyś zechcesz pojechać dalej do swej ojczyzny. Nie spodziewałam 

się jedynie, że to nastąpi tak szybko. Czy nie mógłbyś...?

- Czekałem już zbyt długo - przerwał jej z uśmiechem. Niepokój i bezradność nie 

znikały z jego oczu. - Niech się więc to już raz stanie!

-   Wiesz,   że   będziesz   tu   zawsze   mile   widzianym   gościem,   Rolandzie,   A   jeśli 

7

background image

zdecydujesz, że chcesz dzielić ze mną posiadłość i wszystko, co mam, to wracaj tu.

Właściwie były to klasyczne oświadczyny, Roland zdołał jednak wybrnąć z trudnej 

sytuacji, starannie dobierając słowa. Nie chciał urazić tej pięknej kobiety.

A potem podążył na zachód, z powrotem w stronę wybrzeża.

Pędził co koń wyskoczy, jakby poganiany jakimś wewnętrznym nakazem. Czuł, że 

musi jak najprędzej dotrzeć do Zamku Ciszy, by powiedzieć Nicolette, ile dla niego znaczy.

Jak mógł być taki zaślepiony i głupi, że nie uświadomił sobie tego od razu? Ale może 

po prostu potrzebował trochę czasu? Chyba za wiele marzył na jawie. Jakże wdzięczny był 

losowi,   że   postawił   mu   na   drodze   Didi   -   Marie!   Dopiero   przy   niej   doznał   objawienia, 

zrozumiał, że tak naprawdę miłość można dostrzec jedynie wtedy, kiedy się patrzy na tę drugą 

osobę oczyma duszy.

Patrząc w ten sposób na Nicolette, dostrzegł najcudowniejsze stworzenie na świecie.

Cienka   pokrywa   śniegu   powoli   topniała   pod   wpływem   ciepłego   powiewu 

bretońskiego wiatru. Roland już z daleka dostrzegł zamek: ciężki i złowrogi górował nad 

wrzosowiskiem na samym skraju urwistego brzegu, dalej stał menhir i grobowiec.

Nigdy nie przypuszczał, że kiedyś jeszcze zobaczy te ponure pamiątki z przeszłości.

Ale „jego” sarenka nie wyszła mu na spotkanie. Chyba nie stało jej się nic złego? 

Roland poczuł nagły strach, lecz w tej samej chwili ją zauważył, i to nie samą. Oczywiście nie 

mógł wiedzieć, która sarna była tą, którą nazywał swoją. Pod murami zamku zgromadziło się 

stado tych zwierząt, jadły wyłożone dla nich siano. Czyżby to Nicolette? pomyślał i zrobiło 

mu się ciepło na sercu.

Nagle na krawędzi skały dostrzegł siedzącą drobną postać. Pochylała się w przód, 

wpatrzona w otchłań, zupełnie jakby... Chyba... Chyba nie zamierza rzucić się w dół?

Nie, nie rób tego, Nicolette!

Popędził konia i zawołał dziewczynę po imieniu. Sarny uciekły spłoszone, ale Roland 

nie zważał na to. Wśród huku fal dziewczyna nie słyszała jego głosu, ale on nie przestawał 

krzyczeć.

Nicolette, najdroższa! Nie ruszaj się, poczekaj jeszcze chwilę! Och, co ja narobiłem? 

myślał   zrozpaczony.   Jak   mogłem   cię   zostawić   w   tym   strasznym   otoczeniu?   Powinienem 

wsłuchać   się   dokładnie   w   ton   twego   głosu,   kiedy   przekonywałaś   mnie,   że   pragniesz 

zaopiekować się matką... Usłyszałbym wówczas, że tak naprawdę wcale tego nie chcesz.

Wreszcie   dotarł   na   miejsce,   zeskoczył   z   konia   i   rzucił   się   w   przód,   z   całych   sił 

chwytając ją za ramiona.

Nicolette krzyknęła ze strachu i bólu, ale Roland, nie zważając na nic, odciągnął ją w 

8

background image

bezpieczniejsze miejsce.

Wreszcie podniósł dziewczynę i ciężko dysząc, potrząsnął nią mocno. Nie był w stanie 

wydobyć z siebie głosu. Nie tak wyobrażał sobie to spotkanie. Pragnął być przecież delikatny, 

okazać   Nicolette   miłość   i   czułość.   Ułożył   sobie   nawet   mowę   powitalną.   Tymczasem 

zachowywał się jak brutal

Wreszcie się opanował.

- Roland? - wydobyło się z ust Nicolette, a na jej bladych policzkach pojawił się 

gwałtowny rumieniec. - Roland? Jeszcze jesteś we Francji? Myślałam, że już dawno wróciłeś 

do domu.

Wreszcie odzyskał mowę, a do oczu napłynęły mu łzy, których wcale się nie wstydził.

-   Musiałem   wrócić,   Nicolette   -   wykrzyknął.   -   Musiałem,   ponieważ   cię   kocham. 

Jechałem   tak   szybko,   jak   tylko   mogłem,   żeby   znów   ujrzeć   twą   twarz.   Jesteś   o   wiele 

piękniejsza, niż cię zapamiętałem. - Przyciągnął dziewczynę do siebie i mocno objął. Gładził 

jej włosy i z pośpiechem mówił dalej: - Nawet jeśli nie pozwolisz mi tu zostać, to i tak 

zostanę. Ale najbardziej pragnąłbym wziąć cię z sobą. Spróbujemy razem przekonać Dionne, 

żeby pojechała z nami, bo nie opuszczę cię teraz już nigdy. Boże, boję się nawet pomyśleć, co 

by się stało, gdybym przybył za późno!

- Dionne nie żyje - powiedziała cicho Nicolette i dopiero wtedy Roland zauważył, że 

dziewczyna płacze. Ale kiedy popatrzyła na niego, jej oczy zalśniły radością i szczęściem.

Płakali i śmiali się na przemian, kiedy Nicolette opowiadała chaotycznie o wszystkim, 

co się wydarzyło: o swym lęku, tęsknocie za nim, chorobie Dionne i o jej śmierci, o sarnach i 

samotnym życiu, jakie wiodła w tym okropnym zamczysku. O tym, jak postanowiła z sobą 

skończyć, uznawszy, że nie ma po co ani dla kogo dłużej żyć. Opowiedziała też, że rozdzieliła 

pomiędzy wieśniaków dobra skradzione przez dziadka i że ci obiecali jej zadbać o sarny. 

Zapłakała nad gorzkim losem Dionne, zapewniając, że matka była bardzo szczęśliwa pod 

koniec, choć życie z nią nie było łatwe.

Roland pomyślał, że może dobrze, że stało się tak, jak się stało. Dionne przynajmniej 

umarła w przeświadczeniu, że córka jej wszystko wybaczyła.

Nicolette nagle zmieniła temat na bardziej prozaiczny.

- Ależ, Rolandzie, ja wszystko oddałam. Nie mam posagu! Chyba że zechcesz przyjąć 

w dowód wdzięczności zamek.

Roland poczuł gęsią skórkę.

- O, nie, dziękuję - roześmiał się. - Najlepiej będzie, jeśli przekażesz go wójtowi. Już 

on coś postanowi. Jeśli chcesz, pojedź ze mną do mej ojczyzny!

9

background image

- Zgoda, Rolandzie - odpowiedziała mu z powagą. - Teraz mnie już tu nic nie trzyma. 

Koniec z wyrzutami sumienia. I... dziękuję ci za to, że żyję. Chociaż sama nie wiem, czy 

zdobyłabym się na skok w otchłań. Już od wielu dni chciałam ze sobą skończyć.

Wraz z wiosną dotarli do ojczyzny Rolanda. Powitano ich z otwartymi ramionami. 

Radość najbliższych była tym większa, że zaczynali powoli tracić nadzieję, iż Roland w ogóle 

wróci z tej okropnej wojny. Nikt nie powiedział mu, że wybrał na żonę mało urodziwą pannę. 

Nicolette, ta miła i dobra dziewczyna, której oczy promieniały niewysłowionym szczęściem, 

urzekła wszystkich.

A Roland? Cóż... on sam był przekonany, że poślubiając Nicolette, zdobył największy 

w kwiecie skarb. Często wracał myślami do tamtej nocy, kiedy zobaczył w ciemnościach 

migoczący płomyk. Światełko na wrzosowisku wskazało mu właściwą drogę. Dzięki niemu 

uratował   życie   wielu   ludziom,   ale   przede   wszystkim   odnalazł   nieszczęśliwą   dziewczynę, 

która stała się dla niego najwspanialszym darem losu.

0


Document Outline