background image

A

GATHA

 C

HRISTIE

M

ORDERSTWO

 

W

 M

EZOPOTAMII

P

RZEŁOŻYLI

: J

AN

 Z

AKRZEWSKI

, E

WA

 K

RASNODĘBSKA

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 

ANGIELSKIEGO

 „M

URDER

 

IN

 M

ESOPOTAMIA

background image

P

RZEDMOWA

 

DOKTORA

 G

ILESA

 R

EILLY

Niniejsza   opowieść   dotyczy   wydarzeń   sprzed   czterech   lat.   W   moim   przekonaniu 

opublikowanie jej stało się konieczne, by wyjaśnić i sprostować pewne fakty. Krążą bowiem 
monstrualne   i   po   prostu   śmieszne   plotki   o   zatajaniu   dowodów,   i   tym   podobne   bzdury. 
Podobne sugestie pojawiły się głównie w prasie amerykańskiej.

Z oczywistych powodów wskazane było, by opis przebiegu wydarzeń nie wyszedł spod 

pióra żadnego z członków ekspedycji, mógłby bowiem zawierać osobiste uprzedzenia.

Dlatego też zaproponowałem pannie Amy Leatheran, aby podjęła się tego zadania. Była 

ona   idealną   kandydatką.   Reprezentuje   wysoki   poziom   etyki   zawodowej,   nie   ma   żadnych 
uprzedzeń i nie stoi po niczyjej stronie, gdyż nic jej nie łączyło z przedsięwzięciem znanym 
jako:   Ekspedycja   do   Iraku   Uniwersytetu   Pittstown.   Ponadto   panna   Leatheran   okazała   się 
inteligentnym świadkiem o żywym zmyśle obserwacyjnym.

Niełatwo   ją   było   jednak   namówić,   by   podjęła   się   tego   trudu.   A   nawet,   kiedy   już 

osiągnąłem cel i dokument powstał, panna Leatheran wykazywała przedziwne opory, by mi 
pokazać manuskrypt.  Odkryłem,  że jednym  z powodów były  krytyczne  uwagi w tekście, 
dotyczące   mojej   córki,   Sheili.   Z   tą   przeszkodą   uporałem   się   szybko,   zapewniając   pannę 
Leatheran, że skoro w dzisiejszych czasach dzieci tak ochoczo krytykują rodziców, ci z kolei 
mogą mieć jedynie satysfakcję, gdy ktoś skrytykuje ich pociechy.

Inna jej obawa wynikała z wielkiej skromności — miała zastrzeżenia co do własnego stylu 

pisania. Wyraziła też nadzieję, że „poprawię jej gramatykę i inne rzeczy”. Okazało się, że nie 
musiałem zmienić nawet przecinka. W moim przekonaniu panna Leatheran wykazuje dużą 
indywidualność stylu, pisze żywo i bardzo trafnie ocenia fakty. Jeśli nawet Herkulesa Poirota 
w jednym akapicie nazywa „Poirotem”, a w następnym „Panem Poirot”, to jedynie pobudza 
myślenie.   W   pewnych   momentach   autorka   wydaje   się   być   bardzo   uczulona   na,  jakby  to 
określić,   „formy   zachowania”   (trzeba   pamiętać,   że   szpitalne   pielęgniarki   zwracają   dużą 
uwagę na etykietę), w innych zaś pogrąża się w głęboko „ludzki” opis i pochłonięta nim 
zapomina o wykrochmalonym pielęgniarskim czepeczku z dystynkcjami siostry oddziałowej.

Pozwoliłem   sobie   jedynie   napisać   pierwszy   rozdział,   korzystając   z   listu,   który 

grzecznościowo dostarczyła  mi  osoba z kręgu przyjaciół  panny Leatheran.  Założyłem,  że 
będzie on miał charakter frontyspisu — to znaczy stanie się opisem narratorki.

background image

F

RONTYSPIS

W   hallu   bagdadzkiego   hotelu   „Tygrys”,   noszącego   imię   rzeki,   pielęgniarka   kończyła 

pisanie listu. Stalówka wiecznego pióra wędrowała szybko po papierze.

…a więc, moja droga, to już chyba wszystkie wiadomości. Muszę przyznać, że przyjemnie 

było zobaczyć kawałek świata — chociaż dla mnie nie ma jak Anglia! Dziękuję za wszystko 
inne. Nie uwierzyłabyś, jak w tym Bagdadzie brudno. To wcale nie jest romantyczne miasto, 
jakbyś   mogła   sądzić   z   arabskich   „Opowieści   z   tysiąca   i   jednej   nocy”.   Owszem,   ładnie 
położone nad rzeką, ale ulice okropne. I właściwie nie ma żadnych prawdziwych sklepów. 
Major   Kesley   obwiózł   mnie   po   bazarach.   Nie   można   zaprzeczyć,   że   niezwykłe.   Bardzo 
osobliwe. Ale właściwie to sama tandeta. Poza tym nieustannie walą w miedziane gary, aż 
uszy puchną i głowa boli — a ja to bym nigdy takich naczyń nie używała, no bo wiesz — jak 
to czyścić! Przy miedzianych naczyniach zawsze są kłopoty z grynszpanem.

Jeśli   coś   wyjdzie   z   tej   pracy,   o   której   mi   mówił   doktor   Reilly,   zaraz   Ci   napiszę. 

Powiedział, że ten amerykański dżentelmen już przyjechał do Bagdadu i może nawet jeszcze 
dziś   po   południu   przyjdzie   się   ze   mną   zobaczyć.   Chodzi   o   jego   żonę   —   doktor   Reilly 
powiedział,  że  ma  „przywidzenia”.  Już ja wiem,  moja  kochana,  co to naprawdę  oznacza 
(chociaż mam nadzieję, że nie chodzi o narkotyki!). Doktor Reilly nie zdradził się słowem, 
ale jak spojrzał! A ty wiesz, co to znaczy. Ten doktor Leidner jest archeologiem. Dla jakiegoś 
amerykańskiego muzeum rozkopuje pagórek gdzieś na pustyni.

Teraz  to już naprawdę kończę! Dosłownie aż mnie zatkało, kiedy przeczytałam, coś mi 

napisała o tym Stubbinsie! Co na to siostra przełożona?

Naprawdę skończyłam, ściskam,

Twoja

Amy Leatheran

Włożyła   list   do   koperty,   którą   zaadresowała   do   siostry   Curshaw,   na   adres   Szpitala 

Świętego Krzysztofa w Londynie.

Gdy zakręcała wieczne pióro, podszedł do niej śniady chłopiec hotelowy.
— Pewien dżentelmen chce się z panią widzieć. Doktor Leidner.
Siostra   Leatheran   odwróciła   głowę   i   ujrzała   mężczyznę   w   średnim   wieku,   o   nieco 

spadzistych ramionach, łagodnych, zmęczonych oczach i rudobrązowej brodzie.

Doktor Leidner natomiast ujrzał kobietę koło trzydziestki — o energicznej, pewnej siebie 

postawie. Dostrzegł też wesołą z natury twarz, okoloną ciemnymi, błyszczącymi włosami. 
Oczy   ciut   wyłupiaste.   Pomyślał   sobie,   że   wygląda   dokładnie   tak,   jak   powinna   wyglądać 
pielęgniarka nerwowo chorej osoby. Pogodna, krzepka, praktyczna.

Tak, siostra Leatheran taka właśnie była.

background image

A

MY

 L

EATHERAN

Nie pretenduję do miana pisarki i nie znam się na pisaniu. Robię to tylko dlatego, że prosił 

mnie doktor Reilly, a jest to człowiek, któremu trudno odmówić.

Mimo to szczerze mu powiedziałam, kiedy mi to zaproponował:
— Nie jestem tam żadną literatką, panie doktorze. Na pewno nie jestem literatką!
— To żadna sztuka — odparł. — Niech to siostra potraktuje jako robienie szpitalnych 

notatek albo historii choroby.

Oczywiście można i tak na to spojrzeć.
Doktor Reilly mówił dalej. Tłumaczył, że bardzo jest potrzebny prosty, nieubarwiony opis 

wszystkich wydarzeń w Tell Jarimdża!

— Jeśli autorem będzie ktoś z osób bezpośrednio zainteresowanych, to relacja okaże się 

nieprzekonywająca — stwierdził. — Wszyscy powiedzą, że jest stronnicza.

Trudno było temu zaprzeczyć. Mimo że tkwiłam w całej sprawie po uszy, nie należałam do 

nich.

— A dlaczego pan tego nie opisze, doktorze? — spytałam.
— Mnie tam nie było. Siostra zaś tak. A poza tym — dodał wzdychając — córka mi nie 

pozwoli.

To oburzające, jak on się pozwala wodzić za nos tej dziewczynie. Już miałam ochotę mu to 

powiedzieć,   kiedy   zobaczyłam   jakieś   chochliki   w   jego   oczach.   To   właśnie   jest   w   nim 
okropne. Nigdy nie wiadomo, kiedy żartuje, a kiedy jest poważny. Zawsze mówi w ten sam, 
jakby melancholijny sposób, ale często ma te iskierki w oczach.

— Bo ja wiem — odparłam z powątpiewaniem. — Może bym i dała radę…
— Jestem pewien, że siostra potrafi.
— Tylko zupełnie nie wiem, jak się do tego zabrać.
— Istnieją wypróbowane metody. Trzeba zacząć od początku, pisać aż do samego końca i 

dopiero wtedy przestać.

— Kiedy ja nawet nie wiem, gdzie to się zaczęło. I kiedy…
— Proszę   mi   wierzyć,   siostro,   że   znacznie   łatwiej   jest   zacząć   pisać   niż   skończyć.   W 

każdym razie ja mam zawsze takie kłopoty, kiedy przygotowuję odczyt lub przemówienie. 
Ktoś musi mnie łapać za połę marynarki, żebym wreszcie zamilkł i usiadł.

— Pan żartuje, doktorze…
— Mówię bardzo poważnie, siostro. No i co, zgoda? Napisze siostra?
Dręczyła mnie jeszcze jedna sprawa. Po chwili zastanowienia spytałam:
— A co będzie, jeśli… Bo pan wie, doktorze, że mogę wydać się czasami, niestety, jak to 

nazwać, obcesowa? Robić bardzo osobiste uwagi.

— Niech mnie anioły, kobieto droga! Im więcej osobistych uwag, tym lepiej! To ma być 

historia,   która   rozegrała   się   wśród   żywych   ludzi,   a   nie   w   gabinecie   figur   woskowych. 
Osobiste   uwagi,   docinki,   zjadliwe   obserwacje,   wszystko!   Czego   dusza   zapragnie!   Niech 
siostra pisze po swojemu. A potem przeczytamy i wytniemy to, co mogłoby narazić nas na 
proces o zniesławienie! A więc do dzieła! Jest siostra kobietą rozsądną, więc napisze rozsądną 
wersję tego, co się wydarzyło.

Tak to się stało. Obiecałam, że spiszę wszystko jak najdokładniej.
I teraz właśnie zaczynam, ale, jak to już powiedziałam doktorowi, zupełnie nie wiem, od 

czego należy zacząć.

Chyba parę słów powinnam powiedzieć o sobie. Mam trzydzieści dwa lata i nazywam się 

Amy Leatheran. Szkolenie przeszłam w szpitalu u Świętego Krzysztofa, a potem przez dwa 
lata byłam na położniczym. Trochę pracowałam prywatnie, a cztery lata spędziłam w lecznicy 
panny   Bendix   przy   Devonshire   Place.   Do   Iraku   przyjechałam   z   panią   Kelsey,   którą 

background image

opiekowałam   się   po   porodzie.   Właściwie   nie   tyle   nią,   co   noworodkiem.   Pani   Kelsey 
wybierała się z mężem na dłuższy pobyt w Iraku. Miała tam już zamówioną niańkę, która 
przez   wiele   lat   była   u   mieszkających   w   Bagdadzie   przyjaciół   pani   Kelsey.   Dzieci   tych 
przyjaciół wyjeżdżały do szkół w Anglii i niania zgodziła się pójść po ich wyjeździe do pani 
Kelsey. Pani Kelsey jest osobą bardzo delikatną i bała się wybrać w daleką drogę z malutkim 
dzieckiem, więc major Kelsey zorganizował wszystko tak, żebym ja mogła z nimi jechać i w 
drodze zajmować się panią Kelsey i maleństwem, a potem pan major miał zapłacić mi za 
drogę   powrotną   do   Anglii,   chyba   żebym   znalazła   kogoś,   kto   potrzebowałby   opieki 
pielęgniarskiej w czasie podróży.

Właściwie to nie ma po co szczegółowo opisywać Kelseyów. Dzidziuś był prześliczny, a 

pani   Kelsey   całkiem   miła,   chociaż   z   gatunku   kapryśnych.   Podróż   wspaniała.   Nigdy   nie 
płynęłam tak długo po morzu.

Na statku poznałam doktora Reilly. Miał czarne włosy, smutną twarz i opowiadał śmieszne 

historyjki bardzo ponurym głosem. Cichutko. Chyba lubił ze mnie żartować, bo wygadywał 
nieprawdopodobne historie, żeby zobaczyć, czy dałam się nabrać. Był lekarzem w Hassanieh, 
o półtora dnia drogi z Bagdadu.

Spotkałam go przypadkowo niecałe cztery tygodnie po przybyciu do Bagdadu i doktor 

Reilly   spytał   mnie   wtedy,   jak   długo   jeszcze   będę   u   Kelseyów.   Powiedziałam   mu,   że   to 
zabawne, że on mnie o to pyta, bo właśnie Wrightowie (ci od niani) zdecydowali się wyjechać 
wcześniej i ona mogła wcześniej przyjść do Kelseyów.

Na to doktor Reilly odparł, że słyszał o wcześniejszym wyjeździe Wrightów i właśnie 

dlatego zadał mi to pytanie.

— I jest bardzo prawdopodobne, siostro, że mam dla siostry propozycję pracy.
— Przy chorym?
Skrzywił twarz zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Trudno   to   nazwać   chorobą.   Chodzi   o   opiekę   nad   damą,   która   ma,   nazwijmy   to… 

przywidzenia.

— Ooo? — wyrwało mi się.
(Przeważnie wiadomo, o co chodzi — alkohol albo narkotyki!) Doktor Reilly nic więcej 

nie powiedział. Bardzo był powściągliwy. Natomiast wspomniał, o kogo chodzi.

— To pani Leidner. Mąż Amerykanin. Dokładnie mówiąc — amerykański Szwed. Stoi na 

czele amerykańskiej ekspedycji. Wielkie wykopaliska…

I   wyjaśnił   mi,   że   doktor   Leidner   prowadzi   prace   na   terenie   ruin   asyryjskiego   miasta 

wielkości,   no,   powiedzmy,   Niniwy.   Dom,   w   którym   mieszkają   członkowie   ekspedycji, 
położony jest nawet niedaleko Hassanieh, ale stoi w odosobnieniu. Od pewnego czasu doktor 
Leidner niepokoi się zdrowiem żony.

— Niezbyt dokładnie to wyjaśnił, ale z jego słów wynika, że ma ona częste napady lęku.
— Czy ona spędza całe dni jedynie z tubylcami? — spytałam.
— Na   pewno   nie.   Jest   tam   ich   chyba   osiem   osób   w   tej   ekspedycji.   Wątpię,   żeby 

kiedykolwiek  była  zupełnie  sama.  Bez  wątpienia  jednak jej  stan budzi  niepokój. Leidner 
pracuje   jak   szaleniec,   ale   również   jak   szaleniec   kocha   żonę.   Zamartwia   się   jej   stanem. 
Pomyślał sobie, że byłby znacznie spokojniejszy, gdyby ona znalazła się pod stałą opieką 
fachowej osoby.

— On tak pomyślał, a co na to jego żona? Doktor Reilly odparł z wielką powagą:
— Pani   Leidner   jest   wyjątkowo   uroczą   kobietą.   Na   każdy   temat   ma   codziennie   inne 

zdanie. Jednakże w zasadzie pomysł męża jej odpowiada. I doktor dodał:

— To   bardzo   dziwna   osoba.   Niesłychanie   uczuciowa,   a   ponadto,   jak   mi   się   wydaje, 

straszna kłamczucha. Leidner chyba uwierzył, że z jakiegoś powodu ona obawia się o swoje 
życie…

— Ale co ona panu powiedziała, doktorze?

background image

— Ooo! Nie zasięgała mojej porady. Poza tym z wielu powodów mnie nie lubi. To Leidner 

do mnie przyszedł. No i co siostra na to? Dzięki temu mogłaby siostra obejrzeć kraj przed 
powrotem do Anglii. Bo oni tu mają jeszcze zostać przez dwa miesiące. A wykopaliska to 
bardzo interesująca sprawa.

Po chwilowym zastanowieniu odpowiedziałam z wahaniem:
— No cóż, mogłabym chyba spróbować.
— Wspaniale! — oświadczył doktor Reilly wstając. — Leidner jest obecnie w Bagdadzie. 

Powiem mu, żeby wpadł do hotelu i porozmawiał z siostrą o warunkach.

Doktor Leidner przyszedł tego samego popołudnia. Był to mężczyzna w średnim wieku, o 

niezbyt   pewnym   siebie   i   dość   nerwowym   sposobie   bycia.   Na   jego   twarzy   malowała   się 
dobroć, a oprócz tego jakaś bezradność.

Wydał się bardzo oddany żonie, lecz strasznie mętnie mówił o tym, co jej dolega.
— Bo   widzi   siostra   —   wyjaśniał   szarpiąc   w   zakłopotaniu   brodę   (później   dopiero 

zorientowałam się, że zawsze tak robi, kiedy czuje się zagubiony) — moja żona jest w stanie 
ciągłego napięcia nerwowego. Ja… Mnie to bardzo martwi.

— A jak się czuje fizycznie? — spytałam.
— Ooo!   Fizycznie?   Cóż,   chyba   dobrze.   Nie,   nie   sądzę,   żeby   miała   jakieś   fizyczne 

dolegliwości. Ona tylko, jak to powiedzieć, wyobraża sobie rzeczy, których nie ma…

— Jakie rzeczy? — spytałam.
Nie odpowiedział mi wprost, tylko z wielkim niepokojem wymamrotał:
— Przed czym, doktorze Leidner?
— Ooo, wie siostra, takie nerwowe lęki — odparł mało precyzyjnie.
Założę się, pomyślałam, że to narkotyki. A ten biedak nawet nie ma pojęcia co się dzieje! 

Bardzo wielu mężczyzn jest ślepych na takie sprawy. Tylko się dziwią, dlaczego ich żony 
robią się nerwowe ł popadają w nagłe zmiany nastrojów.

Spytałam wprost, czy pani Leidner aprobuje pomysł mojego zatrudnienia.
Twarz mu się rozjaśniła.
— Tak,   tak.   Nawet   byłem   zdziwiony.   Bardzo   mile   zdziwiony.   Powiedziała,   że   to 

doskonały pomysł. Powiedziała, że będzie się czuła znacznie bezpieczniejsza.

Uderzyło   mnie   to   słowo.   Bezpieczniejsza?   W   tym   kontekście   bardzo   dziwne   słowo. 

Zaczęłam się zastanawiać, czy pani Leidner nie jest przypadkiem umysłowo chora.

Doktor Leidner, nagle dziwnie rozgorączkowany, ciągnął dalej:
— Jestem pewien, że siostra doskonale się zrozumie z moją żoną. Ona jest urocza. — 

Uśmiechnął się rozbrajająco. — I wierzy, że siostra będzie dla niej wielkim wsparciem. Ja to 
samo poczułem od razu, jak tylko siostrę zobaczyłem. Siostra wygląda, jeśli wolno mi tak 
rzec, na niezwykle zdrową i bardzo, bardzo rozsądną. Takiej osoby potrzeba Luizie…

— No cóż, możemy spróbować, doktorze Leidner — odparłam wesoło. — Mam nadzieję, 

że będzie to z korzyścią dla pańskiej żony. A może ją denerwują kolorowi tubylcy…?

— Ach,   nie!   —   Pokręcił   przecząco   głową,   wydał   się   wprost   rozbawiony   moim 

przypuszczeniem. — Moja żona bardzo lubi Arabów, ich bezpośredniość i poczucie humoru. 
Jest tu dopiero rugi raz, pobraliśmy się niespełna dwa lata temu, ale już nieźle mówi po 
arabsku.

— Czy nie mógłby mi pan precyzyjniej określić, doktorze, czego właściwie boi się pańska 

małżonka?

Chwilę się wahał, a potem odparł:
— Mam nadzieję, a właściwie jestem pewien, że ona sama siostrze to powie.
I nic już więcej nie mogłam od niego wyciągnąć.

background image

P

LOTKI

Ustaliliśmy, że do Tell Jarimdża pojadę w następnym tygodniu.
Pani Kelsey urządzała się w nowym domu w Alwiyah. Byłam zadowolona, że mogę jej 

jeszcze przed wyjazdem pomóc.

W   czasie   tych   dni   u   pani   Kelsey   dowiedziałam   się   paru   rzeczy   o   ekspedycji   doktora 

Leidnera. Znajomy domu, młody major lotnictwa, wydął ze zdumieniem wargi i wykrzyknął:

— Piękna Luiza! Więc to jest jej ostatni wyczyn! A raczej pomysł. — Obrócił się do mnie: 

— Tak ją nazywamy, siostro. „Piękna Luiza”. Zawsze ją tak nazywano.

— Rzeczywiście jest taka ładna? — spytałam.
— Ona tak uważa. To jej własna opinia.
— Nie bądź złośliwy, John! — powiedziała pani Kelsey. — Wiesz przecież dobrze, że nie 

tylko ona tak uważa. Bardzo wielu mężczyzn zachwyca się jej urodą.

— Może   masz   i   rację.   Chociaż   dla   mnie   odrobinę   przechodzona.   Ale   przyznam,   że 

owszem, ma pewien urok.

— Ty też byłeś pod jej wrażeniem. I to jak! — odparła pani Kelsey śmiejąc się głośno.
Major zaczerwienił się i z pokorniejszą już miną stwierdził:
— Rzeczywiście,   ona   ma   w   sobie   „coś”.   Leidner   po   prostu   ją   uwielbia.   A   pozostali 

członkowie ekspedycji też mają obowiązek składać jej hołdy. To wymaganie szefa. No nie, 
może raczej szefowej.

— Ile osób liczy ekspedycja? — spytałam.
— Sporo i to różnych narodowości, droga siostro — odparł ochoczo major. — Jest wśród 

nich angielski architekt, francuski  padre  z Kartaginy… zajmuje się napisami. No, na tych 
glinianych tabliczkach, wie siostra! I jest tam panna Johnson, też Angielka, taka osoba do 
wszystkiego, do mycia butelek i tym podobne. I jeszcze niski tłuścioch, który zajmuje się 
fotografią. Amerykanin. I pewne małżeństwo. Nazywają się Mercado. Bóg jeden wie, jakiej 
są narodowości. W każdym razie jacyś Latynosi. Pani Mercado jest jeszcze zupełnie młoda. 
Cwana sztuka. A jak nienawidzi kochanej Luizy! Jest jeszcze para żółtodziobów i to chyba 
wszystko. Osobliwa zbieranina, ale w sumie znośna gromadka, prawda, Pennyman?

Z   powyższym   pytaniem   major   zwrócił   się   do   starszego   mężczyzny,   który,   głęboko 

zamyślony, bawił się binoklami. Usłyszawszy pytanie podniósł głowę.

— Tak,   tak,   rzeczywiście   mili   ludzie.   To   znaczy   niektórzy   z   nich.   Ten   Mercado   na 

przykład, to dziwna postać…

— Ma taką przedziwną brodę — zgodziła się pani Kelsey. — Jakby mu zwiędła.
Major Pennyman nie zwrócił uwagi na jej słowa.
— Tych dwóch młodych, całkiem miła para. Amerykanin prawie nigdy się nie odzywa, za 

to Anglik mówi za dużo. Śmieszne, prawda? Powinno być na odwrót. Leidner to uroczy 
człowiek.   Skromny,   bez   pretensji.   Tak,   tak,   biorąc   każdego   z   osobna   to   naprawdę 
sympatyczni ludzie. Ale kiedy ostatni raz ich odwiedziłem, miałem takie dziwne wrażenie, 
może to przywidzenie, że dzieje się tam coś niedobrego. Nie potrafiłbym sprecyzować, o co 
mi właściwie chodzi. Wszyscy zachowywali się tak jakoś dziwnie. Panowało napięcie, jakby 
powietrze  było  naelektryzowane.  Ooo, już wiem,  jak to powiedzieć.  Zachowywali  się po 
prostu nazbyt grzecznie.

— Jeśli ludzie zbyt  długo przebywają razem, zamknięci w ograniczonej  przestrzeni, to 

zaczynają  sobie  grać na  nerwach — powiedziałam  i zaczerwieniłam  się przy tym  lekko, 
ponieważ   nie   zwykłam   wyrażać   głośno   swoich   opinii.   —   Znam   to   dobrze   z   pracy   w 
szpitalach.

— To prawda — zgodził się major Kelsey. — Ale przecież jest dopiero początek sezonu 

wykopaliskowego, niedawno przyjechali. Za wcześnie na podobne objawy.

background image

— Taka ekspedycja to prawdopodobnie życie w miniaturze — stwierdził major Pennyman. 

— Kliki, koterie, rywalizacja i zazdrość.

— Zdaje mi się, że w tym roku doszło kilku nowych ludzi — wtrącił major Kelsey.
— No, zobaczmy — major lotnictwa zaczął liczyć na palcach. — Młody Coleman jest tu 

po   raz   pierwszy.   Tak   samo   Reiter.   Emmott   był   w   zeszłym   roku,   Mercado   z   żoną   też. 
Nowicjuszem   jest   również   ojciec   Lavigny.   Przyjechał   na   miejsce   doktora   Byrda,   który 
zachorował i zrezygnował. Carey to stara ekipa. Przyjeżdża tu od pięciu lat. A panna Johnson 
była chyba tyle razy co Carey.

— Zawsze wydawało mi się, że w Tell Jarimdża wszyscy żyją ze sobą bardzo zgodnie — 

odezwał się major Kelsey.  — Sprawiali wrażenie wielkiej szczęśliwej rodziny.  Co nawet 
mnie dziwiło. Biorąc pod uwagę ludzką naturę… Siostra Leatheran na pewno się ze mną 
zgodzi.

— No cóż — odparłam. — Trudno mi się z panem nie zgodzić. Intrygi i awantury, jakie 

widywałam w szpitalu… I to często bez powodu. Czasami poszło o głupi czajnik do herbaty.

— Tak,   tak,   ludzie   stają   się   strasznie   małostkowi   w   zamkniętych   środowiskach   — 

stwierdził major Pennyman. — Jednakże sądzę, że w tym wypadku chodzi o coś zupełnie 
innego. Leidner jest takim łagodnym, skromnym człowiekiem, ma wiele taktu. Zawsze mu się 
udawało   utrzymać   dobry   nastrój   i   znakomite   stosunki   między   wszystkimi   członkami 
ekspedycji. A jednak ostatnim razem zauważyłem objawy jakiegoś napięcia.

Pani Kelsey roześmiała się.
— I nie domyśla się pan, dlaczego, majorze? Przecież to jasne.
— Co pani ma na myśli?
— Panią Leidner, oczywiście.
— Dajże spokój, Mary! — wykrzyknął  jej mąż. — To urocza kobieta. Zupełnie nie z 

gatunku kłótliwych.

— Ja nie powiedziałam, że ona jest kłótliwa. Ona jest źródłem kłótni.
— W jaki sposób? Dlaczego miałaby wywoływać niesnaski?
— Pytasz, dlaczego? Bo jej się nudzi. Sama nie jest archeologiem, tylko żoną archeologa. 

Odcięta od rozrywek, organizuje własne. Bawi się w intrygi.

— Mary, nie opowiadaj takich niedorzeczności. Wcale tego nie wiesz, tylko wymyślasz 

teoryjkę.

— Oczywiście,  ale  zobaczysz,  że mam  rację. Nie na  darmo  Piękna  Luiza  przypomina 

Monę Lizę. Może nawet nie ma nic złego na myśli i nie chce nikomu wyrządzić krzywdy, ale 
lubi patrzeć na rezultaty swoich eksperymentów.

— Jest bardzo oddana Leidnerowi.
— Ooo, przecież ja nie sugeruję żadnych wulgarnych intryg. Ale mówię ci: ta kobieta to 

allumeuse

1

!

— Kobiety są wobec siebie takie słodkie — zauważył major Kelsey.
— Wiem, wiem. Kocica z pazurami. Mężczyźni zawsze tak mówią. Ale po prostu my, 

kobiety, dobrze siebie znamy.

— Mimo wszystko — odezwał się w zamyśleniu major Pennyman — nawet jeśli mało 

życzliwe   przypuszczenia   pani   Kelsey   miałyby   okazać   się   prawdą,   nadal   nie   tłumaczy   to 
owego dziwnego napięcia. Coś takiego odczuwa się przed burzą. Tak, odniosłem nieodparte 
wrażenie, że burza może przyjść lada chwila.

— Proszę nie straszyć siostry Leatheran — powiedziała pani Kelsey. — Ona tam jedzie za 

trzy dni. To znaczy, pojedzie, jeśli jej pan nie zniechęci.

— O nie, ja tak łatwo nie ulegam nastrojom — odparłam ze śmiechem.
Niemniej   wiele   myślałam   o   tej   rozmowie.   Przypomniałam   też   sobie   owo   dziwne 

stwierdzenie   doktora   Leidnera,   że   jego   żona   będzie   się   czuła   bezpieczniejsza   w   moim 

allumeuse — [fr.] prowokatorka

background image

towarzystwie. Czy to lęki jego żony, nieuświadomione lub może okazywane, wpływały tak na 
członków ekspedycji? A może to napięcie (lub jego nieznany powód) działało jej na nerwy?

W słowniku szukałam słowa allumeuse użytego przez panią Kelsey, ale to, co znalazłam, 

nie miało najmniejszego dla mnie sensu.

„No cóż, poczekamy, zobaczymy!”, powiedziałam do siebie.

background image

M

ÓJ

 

PRZYJAZD

 

DO

 H

ASSANIEH

W trzy dni później opuściłam Bagdad.
Z   przykrością   żegnałam   panią   Kelsey   i   dziecko,   które   było   naprawdę   rozkoszne   i 

wspaniale  rosło przybierając co tydzień  przepisową ilość gramów.  Major Kelsey odwiózł 
mnie na stację i umieścił w wagonie. Następnego ranka ktoś miał na mnie czekać w Kirkuk.

Źle spałam, nigdy nie śpię dobrze w pociągu. Poza tym męczyły mnie złe sny. Kiedy 

jednak rano wyjrzałam przez okno wagonu i zobaczyłam, jaki piękny jest dzień, odzyskałam 
humor i z niecierpliwością oczekiwałam spotkania z ludźmi, do których jechałam.

Stanęłam   na   peronie   i   zaczęłam   się   niepewnie   rozglądać.   Ujrzałam   idącego   w   moim 

kierunku młodego mężczyznę. Miał owalną różową twarz i daję słowo, że w życiu jeszcze nie 
widziałam   osoby,   która   byłaby   tak   podobna   do   młodzieńca   z   książek   pana   P.   G. 
Wodehouse’a.

— Dzień dobry, dobry, dobry! — odezwał się młody człowiek — Czy siostra Leatheran? 

To znaczy, na pewno tak. Widzę przecież. Ha, ha! Któż by inny. Nazywam się Coleman. 
Przysyła mnie doktor Leidner. Jak się pani ma? Pewno źle, straszna podróż, prawda? Znam 
dobrze te pociągi. No, ale już jesteśmy na miejscu, prawda? Śniadanie pani jadła? To cały 
pani bagaż, siostro? No no, jaki skromny. Pani Leidner miała cztery walizy i jeden kufer. Że 
już nie wspomnę pudła na kapelusze, nadmuchiwanej poduszki i co tam było jeszcze. Czy nie 
mówię za dużo? No to chodźmy do naszego starego grata.

Zobaczyłam   pojazd   podobny   trochę   do   furgonetki,   ale   przypominał   też   samochód. 

Wyjaśniono mi potem, że jest to typowy amerykański samochód używany przez farmerów. 
Pan Coleman pomógł mi wsiąść radząc przedtem, żebym zajęła miejsce koło kierowcy, bo 
tam mniej trzęsie.

Mniej! Wolne żarty. Jeszcze się dziwię, że cała ta machina nie rozpadła się na drobne 

kawałki.   A   droga?   To   nie   była   żadna   droga   —   po   prostu   trakt   składający   się   z   dziur   i 
wybojów.   Cudowny   romantyczny   Wschód!   Kiedy   sobie   przypomniałam   nasze   wspaniałe 
szosy, od razu poczułam wielką tęsknotę za Anglią.

Pan   Coleman   pochylił   się   ku   mnie   z   tylnego   siedzenia   i   przez   cały   czas   coś   mi 

wykrzykiwał w ucho.

Z tonu jego głosu wnioskowałam, że mówi zupełnie poważnie:
— Taki masaż jest wprost doskonały na wątrobę. Siostra powinna dobrze o tym wiedzieć.
— Wymasowana   wątroba   niewiele   mi   pomoże,   jeśli   będę   miała   rozłupaną   głowę!   — 

odkrzyknęłam mu.

— Trzeba, żeby siostra przejechała się tędy po deszczach! Ależ poślizgi. Przeważnie jedzie 

się bokiem.

Na to już nic nie odpowiedziałam.
Następnie musieliśmy przeprawić się na drugą stronę rzeki promem nie zasługującym na 

taką nazwę. Cud boski, że się udało, chociaż wszyscy dokoła uważali, że wszystko jest, jak 
być powinno.

Cztery godziny trwała nasza podróż do Hassanieh, które, ku mojemu zdziwieniu, okazało 

się   sporym   miasteczkiem.   Od   strony   rzeki   wyglądało   wcale   ładnie   —   białe   domki   z 
bajkowymi   minaretami.   Prawda   była   mniej   romantyczna,   gdy   po   pokonaniu   mostu 
wjechaliśmy w wąskie uliczki. Straszny odór, jedna wielka zaniedbana ruina, brud i błoto.

Pan Coleman zawiózł mnie do domu doktora Reilly twierdząc, że oczekują mnie tam z 

obiadem.

Doktor Reilly był miły, jak zawsze, mieszkał w uroczym domu z łazienką, gdzie wszystko 

błyszczało czystością. Zaraz się wykąpałam i kiedy zeszłam na dół w świeżym pielęgniarskim 
stroju, czułam się już świetnie.

background image

Poszliśmy od razu do jadalni, bo obiad był gotów. Doktor przepraszał za córkę, która — 

jak mnie poinformował — zawsze się spóźnia. Byliśmy już po znakomitych jajkach w sosie, 
kiedy przyszła. Doktor zwrócił się do mnie:

— Siostro, to jest moja córka, Sheila!
Podałyśmy sobie ręce, dziewczyna wyraziła nadzieję, że miałam dobrą podróż, zrzuciła z 

głowy kapelusz, chłodno skinęła głową panu Colemanowi i usiadła.

— No i co, Bill, jak tam idzie?
Coleman   zaczął   opowiadać   o   jakiejś   zabawie   organizowanej   w   klubie,   a   ja   się 

przyglądałam Sheili.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że poczułam do niej większą sympatię. Jak na moje 

wyczucie, była chłodna i zbyt bezceremonialna, chociaż wcale przystojna. Ciemne włosy i 
niebieskie oczy, twarz bladawa i uszminkowane usta. Raczej denerwował mnie jej zimno–
sarkastyczny sposób mówienia. Miałam raz u siebie taką praktykantkę — dziewczyna dobrze 
pracowała, to muszę przyznać, ale zawsze złościło mnie jej zachowanie.

Wyglądało mi na to, że ona bardzo się podoba panu Colemanowi, który zaczął się trochę 

jąkać i mówił jeszcze większe głupstwa niż w rozmowie ze mną. Jeśli w ogóle można jeszcze 
bardziej pleść! Robił na mnie wrażenie wielkiego głupawego psa, który macha ogonem, żeby 
się przypodobać.

Po obiedzie doktor Reilly udał się do szpitala, a pan Coleman miał do załatwienia jakieś 

sprawy w mieście. Panna Reilly spytała mnie, czy chciałabym trochę pozwiedzać okolicę, czy 
też wolę zostać w domu. Dodała, że pan Coleman przyjdzie po mnie za jakąś godzinę.

— A czy jest tu coś do obejrzenia? — spytałam.
— Mamy kilka malowniczych zakątków — odparła panna Reilly — ale nie wiem, czyby 

siostrę interesowały. Wszystko jest strasznie brudne.

Jej uwaga dziwnie mnie ubodła. Nigdy nie uważałam, że brud przekreśla malowniczość.
W   końcu   zabrała   mnie   do   klubu   położonego   bardzo   przyjemnie   nad   rzeką.   Były   tam 

angielskie gazety i periodyki.

Kiedy   wróciłyśmy   do   domu,   pana   Colemana   jeszcze   nie   było,   więc   usiadłyśmy   i 

zaczęłyśmy rozmawiać. Z początku szło nam opornie.

Sheila zapytała czy poznałam już panią Leidner.
— Nie — odparłam. — Tylko pana Leidnera.
— Ooo! — wyrwało się jej. — Ciekawa jestem, co siostra o niej powie. — Ponieważ 

milczałam, ciągnęła dalej: — Bardzo lubię doktora Leidnera. Wszyscy bardzo go lubią.

Mogłam łatwo z tego wywnioskować, że panna Reilly nie lubi pani Leidner.
Nadal się nie odzywałam, więc po chwili milczenia panna Reilly zapytała znienacka:
— Co   jej   właściwie   jest?   Doktor   Leidner   nic   nie   powiedział?   Nie   miałam   zamiaru 

plotkować na temat pacjentki, której nawet jeszcze nie poznałam, więc wykręciłam się:

— Chyba jest przemęczona i trzeba się nią zająć.
Panna   Reilly   roześmiała   się.   Był   to   śmiech   bardzo   nieprzyjemny.   Taki   jakiś   ostry   i 

złośliwy.

— Boże drogi! — powiedziała. — Czyż mało osób już się nią zajmuje? Dziewięć! Jeszcze 

i to nie wystarczy?

— Pewno każdy ma coś do roboty…
— Oczywiście,   że   mają   wiele   do   roboty.   Ale   Luiza   jest   najważniejsza!   Już   ona   tego 

zawsze dopilnuje!

„O nie, ty jej złotko, nie lubisz!”, powiedziałam do siebie.
— Mimo   wszystko   naprawdę   nie   rozumiem   —   ciągnęła   panna   Reilly   —   po   co   jej 

zawodowa pielęgniarka.  Sądziłabym  raczej, że bardziej  by jej odpowiadał  jakiś opiekun–
amator, a nie osoba wtykająca do ust termometr, mierząca puls i sprowadzająca opiekę do 
prozaicznych czynności.

background image

Muszę przyznać, że zaczęło mnie to wszystko bardzo interesować.
— Sądzi pani, że nic jej nie jest?
— Oczywiście, że nic! Ta kobieta jest zdrowa jak koń. „Biedna Luiza źle spała”, „Biedna 

Luiza ma  podkrążone oczy!”  Oczywiście,  że ma!  Podmalowane  szminką!  Wszystko  byle 
zwrócić na siebie uwagę, byle wszyscy tańczyli dokoła, nieustannie się troszczyli.

Coś   w   tym   mogło   być.   Miałam   do   czynienia   z   wieloma   hipochondrykami   (która 

pielęgniarka tego nie doświadcza!) czerpiącymi radość życia z tego, że wszyscy dokoła nich 
skaczą. I gdyby jakiś lekarz albo pielęgniarka im powiedzieli: „Nic wam nie jest, jesteście 
zdrowi”,   to   po   pierwsze   by   nie   uwierzyli,   a   po   drugie   ich   oburzenie   byłoby   absolutnie 
autentyczne.

Istniała   możliwość,   że   pani   Leidner   należy   do   tej   kategorii   „pacjentów”.   A   mąż, 

oczywiście,   pierwszy   we   wszystko   by   uwierzył.   Stwierdziłam,   że   mężowie   są   strasznie 
łatwowierni,   jeśli   idzie   o   choroby.   Z   drugiej   strony   to   jednak   niezupełnie   pasowało   do 
wszystkiego,   co   poprzednio   słyszałam.   Nie   pasowało,   na   przykład,   do   owego   słowa 
„bezpieczniejsza”!

Śmieszne, prawda, jak podobne słowo potrafi utkwić człowiekowi w głowie!
Po głębszym zastanowieniu, spytałam:
— Czy pani Leidner jest bardzo nerwowa? Czy, na przykład, denerwuje się tym, że musi 

mieszkać na pustkowiu?

— A dlaczegóż miałaby być nerwowa z tego powodu? Jest ich tam dziesięcioro! I mają 

strażników. To są cenne wykopaliska. Nie, nie, samotność jej nie doskwiera, chyba że…

Pod wpływem jakiejś myśli zamilkła, by dopiero po paru minutach odezwać się zupełnie 

innym głosem:

— To bardzo znamienne, co siostra powiedziała.
— Dlaczego?
— Któregoś dnia pojechaliśmy tam z kapitanem Jarvisem. Większość z nich pracowała 

przy wykopalisku. Luiza została w domu i pisała list. Nie słyszała, jak weszliśmy. Nie było 
posługacza,   który   zwykle   wprowadza   gości.   Udaliśmy   się   prosto   na   werandę.   Luiza 
najwidoczniej   zobaczyła   na   murze   cień   sylwetki   kapitana   Jarvisa.   Krzyknęła   ze   strachu. 
Oczywiście zaraz przeprosiła. Wydawało jej się, że to ktoś obcy. Dziwne, prawda? Dlaczego 
wejście nawet obcej osoby miałoby ją tak przestraszyć?

W zamyśleniu pokiwałam głową.
Panna Reilly długo milczała, potem nagle popłynął z jej ust potok słów:
— Co się z nimi wszystkimi stało w rym roku? Wszyscy mają kota, są jacyś nienormalnie 

pobudzeni, nerwowi! Johnsonka chodzi ponura i ledwo otwiera usta. Dawid, jeśli tylko może, 
to   się  w   ogóle   nie   odzywa.   Bill,   oczywiście,   nie   przestaje   paplać,   ale   to   tylko   pogarsza 
sytuację. Carey chodzi jakby lada chwila miało mu coś spaść na głowę. Wszyscy wzajemnie 
siebie pilnują… Ooo, już nic nie wiem, ale to jest po prostu nienormalne.

I bardzo dziwne, pomyślałam sobie, że dwie tak różniące się od siebie osoby, jak panna 

Reilly i major Pennyman, odniosły podobne wrażenie.

W tym momencie pojawił się pan Coleman. Właściwie wpadł — to jest znacznie lepsze 

określenie. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nagle wywalił język i zaprezentował psi ogon, 
którym zacząłby machać.

— Dzień dobry, dobry, dobry! — obwieścił. — Jak zwykle okazałem się najlepszym na 

świecie   klientem   tutejszych   sklepów.   Czyś   pokazała   naszej   drogiej   siostrze   całe   piękno 
naszego miasta?

— Nie była nim nadmiernie poruszona — powiedziała panna Reilly sucho.
— Wcale   jej   się   nie   dziwię   —   odparł   ochoczo   pan   Coleman.   —   Ze   wszystkich 

najpodlejszych wiosek całego świata…

— Malowniczość   i   przeszłość   niezbyt   cię   jakoś   interesują,   Bill   —   powiedziała   panna 

background image

Reilly. — Zupełnie nie rozumiem, jak mogłeś zostać archeologiem.

— To naprawdę nie moja wina, tylko mojego opiekuna. Uczony osobnik, wykładowca na 

uniwersytecie, w jego domu brodzi się po kostki w książkach, taki z niego mądry typ. Bardzo 
przejmował się, kiedy dostał mnie pod opiekę.

— Uważam,   że   to   bardzo   głupio   z   twojej   strony   dać   się   wciągnąć   w   coś,   co   ci   nie 

odpowiada — powiedziała cierpko Sheila.

— Nikt mnie nie wciągał ani nie zmuszał. Opiekun zapytał, czy upatrzyłem sobie jakąś 

profesję, ja mu odpowiedziałem, że nie, a on mi wtedy załatwił jeden sezon tutaj pośród 
staroci.

— I naprawdę zupełnie nie wiesz, co chciałbyś w życiu robić?
— Oczywiście,   że   wiem.   Najchętniej   chciałbym   mieć   dużo   pieniędzy   i   brać   udział   w 

wyścigach samochodowych.

— Kompletna bzdura! — oświadczyła panna Reilly. Z jej głosu wyczułam, że jest bardzo 

zła.

— Oczywiście,   przecież   wiem,   że   to   nie   wchodzi   w   grę   —   zgodził   się   ochoczo   pan 

Coleman.   —   Skoro   więc   sytuacja   wymaga,   bym   jednak   coś   robił,   gotów   jestem   robić 
cokolwiek, byleby to nie polegało na wysiadywaniu przez cały dzień za jakimś biurkiem. I 
pomyślałem sobie, że może warto tu przyjechać i zobaczyć kawałek świata. Niech będzie, 
pomyślałem, no i przyjechałem.

— Ha! Wątpię, żebyś się do czegokolwiek przydawał.
— Aaa! Nie masz  racji, roztropne  stworzenie.  Potrafię stanąć  na skraju wykopaliska  i 

krzyczeć „Jalla! Dalej!” nie gorzej od innych. I chyba nieźle daję sobie radę z rysunkami. 
Moją  specjalnością   w  szkole  było   podrabianie   cudzego  pisma.   Byłby   ze  mnie  doskonały 
fałszerz. Kto wie, może jeszcze się zdecyduję. Jeśli któregoś dnia mój rolls–royce opryska cię 
błotem, kiedy będziesz czekała na autobus, to znaczy, że uległem pokusie.

— Czy   nie   uważasz,   że   zamiast   tyle   mówić,   powinieneś   już   ruszyć   w   drogę?   — 

powiedziała zimno panna Reilly.

— Gościnna osóbka, prawda, siostro?
— Jestem pewna, że siostra Leatheran chciałaby już znaleźć się na miejscu — odparła 

Sheila.

— Jesteś zawsze wszystkiego absolutnie pewna — odciął się pan Coleman z uśmiechem 

na twarzy.

Zgodziłam się z tym w myślach. Zarozumiała impertynentka.
— Chyba czas ruszyć w drogę, panie Coleman — powiedziałam sucho.
Pożegnałam się z panną Reilly i pojechaliśmy.
— Piekielnie   ładna   dziewczyna   ta   Sheila   —   stwierdził   pan   Coleman.   —   Tylko   musi 

zawsze dociąć człowiekowi.

Po opuszczeniu miasteczka wjechaliśmy na trakt wiodący wśród zielonych pól. Był bardzo 

wyboisty i pełen kolein.

Po pół godzinie jazdy pan Coleman wskazał na spory pagórek nad rzeką i powiedział:
— Tell Jarimdża!
Na zboczu pagórka zobaczyłam czarne punkciki kręcące się jak mrówki po mrowisku. 

Nagle wszystkie zaczęły zbiegać zboczem w dół.

— Arabscy kopacze — wyjaśnił pan Coleman. — Koniec pracy. Przerywamy roboty na 

godzinę przed zachodem słońca.

Baza ekspedycji znajdowała się nieco dalej od rzeki.
Kierowca skręcił ostro i samochód podskakując na pełnym wybojów podjeździe wjechał w 

wąziutką, sklepioną łukiem bramę. Byliśmy na miejscu.

Budynki ekspedycji otaczały dziedziniec. Niegdyś  zajmowały tylko stronę południową. 

Powoli zaczęto stację powiększać ł w ten sposób powstał czworobok. Ponieważ plan całości 

background image

będzie  miał  znaczenie  w  dalszej  części  opowiadania,  dołączam  sporządzony przeze  mnie 
szkic.

Wszystkie pokoje miały wyjście na dziedziniec. Podobnie większość okien z wyjątkiem 

tych w głównym skrzydle, gdzie były także okna na otwarty teren, ale zabezpieczone kratami. 
W południowo–zachodnim rogu dziedzińca znajdowały się schody wiodące na płaski dach 
południowego skrzydła, nieco wyższego niż trzy pozostałe. Wzdłuż dachu, na jego skraju 
biegł niski murek.

Pan   Coleman   poprowadził   mnie   do   wielkiej   otwartej   werandy   zajmującej   cały   środek 

centralnej   części   kompleksu.   Otworzył   boczne   drzwi   i   weszliśmy   do   pokoju,   gdzie   dość 
liczne grono siedziało wokół stołu przy herbacie.

— Witam, witam, witam! — wykrzyknął pan Coleman. — Oto nasza pielęgniarska dusza!
Dama siedząca u szczytu stołu wstała i ruszyła w moim kierunku.
Tak to po raz pierwszy ujrzałam Luizę Leidner.

background image

T

ELL

 J

ARIMDŻA

Nie wstydzę się przyznać, że moją pierwszą reakcją było wielkie zdziwienie. Człowiek 

buduje sobie obraz osoby na podstawie opowiadań innych ludzi, a potem okazuje się, że to 
nie tak. Nie wiem dlaczego wbiłam sobie do głowy, że pani Leidner jest brunetką niechętnie 
spoglądającą   na   świat   i   ludzi,   że   jest   wyraźnie   rozstrojona   i   nerwowa,   a   ponadto 
spodziewałam się, szczerze mówiąc, osoby nieco wulgarnej z wyglądu.

Zupełnie   nie   była   taka,   jak   sobie   wyobrażałam!   Po   pierwsze   —   miała   zupełnie   jasne 

włosy. Chociaż nie była Szwedką, jak jej mąż, śmiało mogłaby nią być. Miała właśnie taką 
bardzo   rzadką,   typowo   skandynawską   urodę.   I   wcale   nie   była   taka   młoda.   Tak   między 
trzydziestką a czterdziestką. Twarz nieco zmizerowana, między włosami blond pojawiały się 
już siwe. Oczy miała naprawdę piękne. Pierwsze oczy, które z czystym sumieniem mogłam 
nazwać fiołkowymi. Były wielkie i naprawdę podkrążone. Pani Leidner sprawiała wrażenie 
wiotkiej   i   delikatnej.   Może   to   zabrzmi   głupio,   ale   wydawała   mi   się   znużona   a   zarazem 
niesłychanie żywotna. Tak to odebrałam. A poza tym od pierwszej chwili wiedziałam, że 
mam do czynienia z prawdziwą damą. To coś znaczy! Nawet w dzisiejszych czasach!

Uśmiechając się wyciągnęła do mnie dłoń.
— Bardzo się cieszę z pani przyjazdu, siostro! Napije się siostra herbaty? Czy woli siostra 

najpierw iść do swego pokoju?

Mówiła głosem przyciszonym, melodyjnym, z amerykańskim akcentem.
Powiedziałam, że chętnie napiję się herbaty, a pani Leidner przedstawiła mnie siedzącym 

przy stole.

— Panna Johnson… i pan Reiter.  Pani Mercado. Pan Emmott, ojciec Lavigny. Mój mąż 

wkrótce tu przyjdzie. Proszę usiąść między ojcem Lavigny a panną Johnson.

Panna Johnson zaczęła mnie wypytywać o podróż i tym podobne.
Spodobała mi się. Przypominała siostrę przełożoną z lat mojej szpitalnej praktyki. Bardzo 

ją lubiłyśmy i byłyśmy gotowe wszystko dla niej zrobić.

Panna   Johnson,   nieco   męska   w   zachowaniu,   miała   około   pięćdziesiątki   i   siwe   krótko 

przycięte włosy. Mówiła urywanymi zdaniami, głosem miłym, dość niskim. Zdecydowanie 
brzydka twarz o nieregularnych  rysach, z prześmiesznie zadartym  nosem, który nerwowo 
pocierała, ilekroć coś ją dziwiło lub niepokoiło. Miała na sobie tweedowy kostium o wyraźnie 
męskim kroju. W czasie rozmowy dowiedziałam się, że pochodzi z Yorkshire.

Natomiast ojciec Lavigny raczej wytrącił mnie z równowagi. Był to wysoki mężczyzna z 

wielką czarną brodą i w binoklach. Słyszałam od pani Kelsey, że wśród członków ekspedycji 
jest francuski zakonnik. I rzeczywiście  miał  na sobie biały wełniany strój  zakonny.  Jego 
obecność raczej mnie zdziwiła, bo zawsze myślałam, że zakonnicy mieszkają w klasztorach, 
których nigdy nie opuszczają.

Pani Leidner rozmawiała z nim głównie po francusku, ale on odzywał się do mnie zupełnie 

poprawną angielszczyzną. Zauważyłam, że miał bystre, przenikliwe spojrzenie. Przenosił je 
nerwowo z jednej twarzy na drugą.

Pozostała trójka siedziała naprzeciwko mnie, po drugiej stronie stołu. Pan Reiter był tęgim 

jasnowłosym młodzieńcem w okularach. Włosy miał dość długie i kręcone, oczy zupełnie 
okrągłe, niebieskie. Pomyślałam sobie, że musiał być uroczy jako niemowlę, teraz nie było na 
co   patrzeć.   Właściwie   to   przypominał   prosiaka.   Drugi   młodzieniec,   pan   Emmott,   był 
ostrzyżony bardzo krótko. Miał nieco wydłużoną, raczej wesołą twarz i ładne zęby. Kiedy się 
uśmiechał,   był   bardzo   przystojny.   Zarówno   on   jak   i   pan   Reiter   pochodzili   z   Ameryki. 
Ostatnią   osobą   przy   stole   była   pani   Mercado.   Właściwie   to   nie   mogłam   dobrze   jej   się 
przyjrzeć, ilekroć bowiem zerkałam w jej kierunku, napotykałam wlepiony we mnie wzrok. 
Jakby chciała mnie przejrzeć na wylot. Poczułam się niezręcznie. Patrzyła na mnie tak, jakby 

background image

pielęgniarka stanowiła ciekawy okaz zoologiczny. Co za maniery!

Miała  najwyżej  dwadzieścia  pięć  lat,  smagłą  cerę  i jakąś  przebiegłość  w  twarzy,  jeśli 

rozumiecie, co chcę powiedzieć. Owszem, wcale przystojna, ale w taki sposób, który moja 
mama określała jako „muśnięcie ciemną farbą”. Miała na sobie bardzo jaskrawy pulower i 
tego samego koloru lakier na paznokciach. Do tego wszystkiego wąska, ptasia twarz o dużych 
oczach i zaciśniętych, podejrzliwych ustach.

Herbata   była   bardzo   smaczna.   Aromatyczna,   mocna   mieszanka,   a   nie   jakaś   chińska 

słabizna, którą ku mojemu utrapieniu zawsze podawała pani Kelsey.

Były   też   tosty,   dżem,   talerz   bułeczek   i   ciasto.   Pan   Emmott   z   niezwykłą   grzecznością 

wszystko mi podsuwał. Zawsze widział, kiedy mam pusty talerzyk.

Zjawił się też pan Coleman, a właściwie wpadł jak burza. Usiadł po drugiej stronie panny 

Johnson. Na nim żadne napięcia nie robiły najmniejszego wrażenia. Znów zaczął pleść piąte 
przez dziesiąte.

Pani Leidner westchnęła głęboko i znacząco spojrzała w jego kierunku, ale nie zwrócił na 

to   najmniejszej   uwagi.   Nie   przejmował   się   również   faktem,   że   pani   Mercado,   do   której 
głównie się zwracał, niemalże go ignorowała wpatrując się bez ustanku we mnie.

Kiedy już prawie kończyliśmy, pojawił się doktor Leidner w towarzystwie pana Mercado.
Doktor Leidner przywitał się ze mną grzecznie. Zauważyłam, że z niepokojem spojrzał w 

stronę żony, ale wyraźnie go uspokoił wyraz jej twarzy. Zajął miejsce na przeciwnym końcu 
stołu, pan Mercado zaś usiadł na wolnym krześle koło pani Leidner. Mercado był wysokim, 
chudym mężczyzną o smutnej twarzy, bladej, niezdrowej cerze i dość dziwnej, miękkiej i 
bezkształtnej brodzie. Był dużo starszy od żony. Z zadowoleniem powitałam jego przyjście, 
ponieważ natychmiast pani Mercado przestała się we mnie wpatrywać przenosząc uwagę na 
męża. Spoglądała na niego z jakimś niespokojnym wyczekiwaniem, co wydało mi się dość 
dziwne. W zamyśleniu mieszał łyżeczką herbatę nie odzywając się do nikogo ani słowem. 
Ciasto leżało na jego talerzyku nietknięte.

Pozostało jeszcze  jedno wolne miejsce.  Wkrótce  otworzyły  się drzwi i wszedł  jeszcze 

jeden mężczyzna.

Gdy go ujrzałam, pomyślałam, że Richard Carey jest najprzystojniejszym mężczyzną ze 

wszystkich, których ostatnio widziałam. Czy jednak naprawdę był taki urodziwy? To dość 
ryzykowne twierdzenie, że ktoś, kto przypomina trupią czaszkę, jest przystojny. A jednak! 
Cała   jego   głowa   sprawiała   wrażenie   czerepu   ciasno   obciągniętego   skórą.   Była   jednak 
niezwykle kształtna. Szczęki, skronie, czoło rysowały się wydatnie, przypominając rzeźbę w 
brązie.   Ze   szczupłej,   smagłej   twarzy   wyzierała   para   nieprawdopodobnie   błyszczących 
niebieskich   oczu.   Miał   około   180   centymetrów   wzrostu   i   chyba   nie   dobiegał   jeszcze 
czterdziestki.

— To pan Carey, nasz architekt — przedstawił go doktor Leidner.
Pan Carey wymruczał coś cicho miłym głosem z angielskim akcentem i usiadł obok pani 

Mercado.

— Obawiam się, że herbata już nieco ostygła, panie Carey! — odezwała się pani Leidner.
— Nic nie szkodzi. To moja wina, że się spóźniłem. Chciałem skończyć kreślenie murów 

— odparł.

— Trochę dżemu, panie Carey? — spytała pani Mercado. Pan Reiter przysunął tosty.
Przypomniałam sobie słowa majora Pennymana: „zbyt grzecznie podawali sobie masło”.
W istocie, było w tym coś ze sztucznej grzeczności.
Jakby przy tym stole spotkało się grono zupełnie obcych ludzi, a nie wieloletnich — w 

większości wypadków — współpracowników.

background image

P

IERWSZY

 

WIECZÓR

Po herbacie pani Leidner zabrała mnie do mojego pokoju.
Może warto, bym teraz opisała układ wszystkich pomieszczeń. Był bardzo prosty i łatwo 

się w nim zorientować za pomocą dołączonego przeze mnie szkicu.

Po obu stronach otwartej werandy znajdowały się drzwi do dwu głównych pomieszczeń. 

Drzwi po prawej prowadziły do jadalni, gdzie piliśmy herbatę. Drzwi po przeciwnej stronie 
prowadziły   do   pokoju   identycznej   wielkości   (który   na   planie   określiłam   mianem   pokoju 
dziennego) wykorzystywanego zarówno jako miejsce odpoczynku, jak i pracy. Tam właśnie 
sporządzano niektóre rysunki (z wyjątkiem architektonicznych) oraz klejono co delikatniejsze 
skorupy. Tamtędy przechodziło się również do magazynu wykopalisk. Znoszono tu wszystko 
z terenu i układano na półkach z przegródkami lub rozkładano na ławach i stołach. Magazyn 
wykopalisk miał tylko jedno wyjście — przez pokój dzienny.

Za magazynem wykopalisk znajdowała się sypialnia pani Leidner, dostępna jedynie od 

strony dziedzińca. Podobnie jak inne pokoje od strony południowej, miała dwa zakratowane 
okna z widokiem na zaorane pola. Tuż za rogiem, dotykając sypialni pani Leidner, ale nie 
łącząc się z nim, był pokój doktora Leidnera. W tym samym skrzydle były jeszcze cztery 
pokoje, z których  trzy miały wejścia również  od dziedzińca.  Pierwszy — mój, następnie 
pokoje panny Johnson i pani Mercado. Ostatni pokój w tym rzędzie należał do pana Mercado 
i wchodziło się do niego od korytarzyka oddzielającego dwie tak zwane łazienki należące już 
do północnego skrzydła czworoboku.

(Kiedy raz nazwałam te pomieszczenia „tak zwanymi łazienkami” w rozmowie z doktorem 

Reilly, on roześmiał się i powiedział, że łazienka albo jest łazienką, albo nią nie jest. A ja 
uważam, że kiedy człowiek przyzwyczai się do kurków, umywalek i wanien, to trudno mu 
potem nazywać łazienką cztery gliniane ściany z blaszaną wanienką po pępek i mulistą wodą 
przynoszoną w puszkach po nafcie. Też mi łazienka!)

Całe   skrzydło,   w   którym   mieszkałam,   zostało   dobudowane   przez   doktora   Leidnera   i 

dotykało   pierwotnej   arabskiej   budowli   od   strony   południowej.   Wszystkie   sypialnie   były 
jednakowe, z podobnymi drzwiami i miały po jednym oknie od strony dziedzińca. Tylko 
wejście   do   pokoju   pana   Mercado,   jak   już   to   powiedziałam,   znajdowało   się   od   strony 
korytarzyka.   W   skrzydle   północnym   oprócz   owych   niby–łazienek   mieściły   się   jeszcze: 
kreślarnia, pracownia archeologiczna, pracownia fotograficzna i na końcu ciemnia.

W zachodnim skrzydle znajdowały się rzędem sypialnie w podobnym układzie, jak we 

wschodnim.

Powróćmy jeszcze do głównego budynku od strony południowej. Z jadalni prowadziły 

drzwi   do   pomieszczenia   biurowego,   gdzie   znajdowała   się   cała   dokumentacja   i   gdzie 
katalogowano wykopaliska oraz pisano na maszynie. Tuż za ścianą biura, na przeciwległym 
skraju  od  sypialni   pani   Leidner,   znajdowała  się  sypialnia  ojca  Lavigny.  Było   to  jedno  z 
największych pomieszczeń, które służyło ojcu Lavigny za pracownię. Odcyfrowywał tam, czy 
jak to się tam nazywa, tabliczki.

W południowo–zachodnim narożniku znajdowały się schody wiodące na dach. Za nimi, 

już w zachodnim skrzydle, w pierwszym pomieszczeniu mieściła się kuchnia, a w czterech 
następnych sypialnie „młodzieży”: Careya, Emmotta, Reitera i Colemana.

Za sypialnią Colemana zaczynało się już skrzydło północne. Poczynając od wymienionej 

już przeze mnie ciemni z wejściem do sąsiadującej z nią pracowni fotograficznej, następnym 
pomieszczeniem   była   pracownia   archeologiczna,   dotykająca   sklepionej   bramy,   ponad 
jedynym   wjazdem   na   dziedziniec.   Na   zewnątrz   czworoboku,   za   bramą,   znajdowały   się 
pomieszczenia miejscowej służby, strażnica dla żołnierzy, stajnie dla koni wożących wodę i 
coś tam jeszcze. Z drugiej strony przylegała do bramy kreślarnia zajmująca całą przestrzeń do 

background image

szeroko omówionych „łazienek”.

Dość szczegółowo wszystko to opisałam, ponieważ nie chcę już do tego wracać.
Jak wspomniałam, pani Leidner osobiście oprowadziła mnie po wszystkich zakamarkach i 

wreszcie wskazała mi mój pokój wyrażając nadzieję, że będzie mi tu wygodnie.

Pokój był miły, choć bardzo skromnie umeblowany: łóżko, komoda, miednica na stojaku i 

krzesło.

— Przed   obiadem   i   kolacją   służący   przynoszą   gorącą   wodę   —   wyjaśniła.   —   No   i 

oczywiście rano. Jeśliby siostra potrzebowała gorącej wody w innej porze, proszę wyjść na 
dziedziniec, klasnąć w dłonie, a kiedy służący przyjdzie, powiedzieć dżib maj hor. Siostra to 
zapamięta?

Powiedziałam, że chyba tak, i kilka razy powtórzyłam, tylko troszkę się zająknąwszy.
— Dobrze   —   pochwaliła.   —   I   należy   krzyczeć.   Arabowie   nie   rozumieją   nic 

wypowiedzianego normalnym „angielskim” głosem.

— Języki to śmieszna rzecz — odparłam. — Dziwne, że jest ich aż tyle.
Pani Leidner uśmiechnęła się.
— W Palestynie jest kościół, w którym Ojcze Nasz wypisano w dziewięćdziesięciu chyba 

językach — powiedziała.

— Co pani mówi? — zdziwiłam się. — Muszę o tym napisać mojej ciotce. Bardzo ją to 

zainteresuje.

Pani Leidner w zamyśleniu obróciła nieco dzbanek z wodą, dotknęła miednicy i przesunęła 

mydelniczkę.

— Mam nadzieję, że będzie tu siostrze dobrze — powiedziała.  — I że siostra się nie 

zanudzi.

— Bardzo rzadko się nudzę — odparłam. — Życie jest na to za krótkie.
Nic na to nie odpowiedziała. Nadal bawiła się bezmyślnie umywalką.
W pewnej chwili utkwiła swoje fiołkowe oczy w mojej twarzy.
— Co właściwie powiedział siostrze mój mąż? — spytała.
— Z jego słów zrozumiałam, że jest pani trochę wyczerpana. I że chciała pani mieć przy 

sobie kogoś, kto by się panią zaopiekował i po prostu pomógł w bieżących  sprawach — 
odparłam rutynowo.

W zamyśleniu pochyliła powoli głowę.
— Tak — potwierdziła. — Mniej więcej o to chodzi.
Było to nieco tajemnicze, ale nie prosiłam o wyjaśnienie. Natomiast dodałam:
— Mam   nadzieję,   że   pozwoli   mi   pani   zająć   się   wszystkim   w   domu?   Nie   znoszę 

bezczynności. Uśmiechnęła się blado.

— Oczywiście, siostro! Bardzo siostrze dziękuję. Następnie usiadła na moim łóżku i ku 

mojemu   wielkiemu   zdziwieniu   zaczęła   mnie   dokładnie   wypytywać.   Powiedziałam,   że   ku 
mojemu   zdziwieniu,   bo   od   pierwszej   chwili   uznałam,   że   pani   Leidner   jest   damą.   A   z 
własnego   doświadczenia   wiem   przecież,   że   damy   bardzo   rzadko   ciekawi   prywatne   życie 
innych.

Pani Leidner chciała jednak wiedzieć o mnie wszystko. Gdzie się uczyłam zawodu i jak 

dawno temu. Co mnie sprowadziło na Bliski Wschód. Jak to się stało, że doktor Reilly mnie 
polecił.   Spytała   nawet,   czy   kiedykolwiek   byłam   w   Ameryce,   i   czy   mam   tam   krewnych. 
Zadała  mi  też parę pytań,  które wówczas  wydawały mi  się bez sensu, ale  ich znaczenie 
zrozumiałam później.

Nagle jej zachowanie zupełnie się zmieniło. Uśmiechnęła się — ciepły, słoneczny uśmiech 

wykwitł  niespodziewanie   na  jej   twarzy  —  i   słodkim  głosem   powiedziała,   że  jest   bardzo 
zadowolona z mojego przyjazdu, i że z pewnością będę dla niej dużą pomocą.

Wstała   z   łóżka   i   spytała,   czy   chciałabym   wejść   na   dach   i   zobaczyć   cudowny   zachód 

słońca.

background image

Chętnie się zgodziłam.
Gdy wychodziłyśmy z pokoju, zadała następujące pytanie:
— Czy było wielu podróżnych w pociągu z Bagdadu? Może jacyś mężczyźni?
Odparłam, że nikogo specjalnie nie zauważyłam. Tamtego wieczoru siedziało w wagonie 

restauracyjnym dwóch Francuzów i trzech mężczyzn, z których rozmowy wywnioskowałam, 
że mają coś wspólnego z rurociągiem.

Skinęła głową i jakby odetchnęła z ulgą.
Poszłyśmy na dach. Była tam pani Mercado siedząca na murku i doktor Leidner pochylony 

nad rzędami jakichś skorup i kamieni. Niektóre z tych naczyń  były wcale spore ł doktor 
Leidner pokazując mi je kolejno nazywał żarnami, tłuczkami i kamiennymi siekierami. W 
życiu nie widziałam takiej ilości potłuczonych glinianych skorup. Do tego z najdziwniejszymi 
wzorami.

— Niech siostra podejdzie! — zawołała pani Mercado. — Czyż to nie przepiękny widok?
Zachód słońca był rzeczywiście bardzo ładny. W oddali na horyzoncie widniało Hassanieh 

jak gród z bajki z czerwoną tarczą słońca w tle. Rzeka Tygrys, rozlana szeroko, też bardziej 
przypominała bajkowe rozlewisko niż prawdziwą rzekę.

— Jakież to cudowne, Eryku! — powiedziała do męża pani Leidner.
Doktor   podniósł   głowę,   spojrzał   nieprzytomnie,   wymruczał   zdawkowo   „cudowne, 

cudowne” i zajął się układaniem skorup.

— Archeologowie patrzą jedynie na to, co mają pod stopami — powiedziała z uśmiechem 

pani Leidner. — Niebiosa dla nich nie istnieją.

— Archeologowie to dziwacy. Wkrótce się o tym siostra przekona — zachichotała pani 

Mercado.

Milczała przez chwilę, a później zwróciła się do mnie po raz wtóry:
— Jesteśmy wszyscy bardzo zadowoleni z przyjazdu siostry. Okropnie się martwiliśmy o 

naszą drogą panią Leidner. Prawda, Luizo?

— Czyżby?
Pani   Leidner   wypowiedziała   to   jedno   słowo   tonem   mało   zachęcającym   do   dalszej 

rozmowy.

— O tak! Pani Leidner była naprawdę w złej formie, siostro. Mieliśmy wiele powodów do 

niepokoju. Bo siostra wie, że jak mi ktoś mówi „to tylko nerwy”, to ja zaraz pytam: „co może 
być gorszego?” Nerwy to sam rdzeń i głębia ludzkiej istoty, prawda, siostro?

„Tere fere”, pomyślałam sobie.
— Od tej chwili możesz się mną więcej nie martwić, Mario — powiedziała sucho pani 

Leidner. — Siostra się mną zajmie.

— Oczywiście — odparłam wesoło.
— Jestem   pewna,   że   to   pomoże   —   powiedziała   pani   Mercado.   —   Wszyscy   byliśmy 

zdania, że panią Leidner powinien zbadać doktor albo ktoś w tym rodzaju. Jej nerwy były w 
strasznym stanie. Prawda, droga Luizo?

— W takim stanie, że aż tobie się to udzieliło. Może porozmawiamy o czymś innym niż o 

moich żałosnych dolegliwościach.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że pani Leidner łatwo przysparza sobie wrogów. 

Mówiła tonem tak chłodnym, że prawie niegrzecznym (mając zresztą po temu powody), aż na 
blade policzki pani Mercado wystąpiły rumieńce. Coś tam wyjąkała, ale pani Leidner wstała i 
dołączyła  do męża  na drugim końcu dachu. Chyba  nawet jej nie zauważył,  póki mu  nie 
położyła dłoni na ramieniu. Wtedy dopiero podniósł szybko głowę. W jego oczach widać było 
czułość i nieme pytanie.

Pani Leidner skinęła łagodnie głową. Ujęła męża pod rękę i oboje ruszyli w kierunku 

odległej części murku, a potem zeszli schodami na dół.

— Jest jej bardzo oddany, nieprawdaż? — powiedziała pani Mercado.

background image

— Tak. Bardzo to miło widzieć — odparłam.
Pani Mercado dość natrętnie spoglądała na mnie z ukosa.
— Czy siostra potrafi powiedzieć co jej właściwie jest? — spytała.
— Nie sądzę, aby coś poważnego — odparłam lekko. — Po prostu jest trochę wyczerpana.
Pani Mercado świdrowała mnie oczami zupełnie jak podczas popołudniowej herbaty.
— Siostra się specjalizuje w chorych umysłowo? — odezwała się nagle.
— Drogi   Boże,   nie!   Skąd   pani   to   przyszło   do   głowy?   Długo   milczała.   Wreszcie 

odpowiedziała pytaniem:

— Doktor Leidner nie mówił siostrze, jak się dziwnie zachowywała? Nic siostra nie wie?
Nie mam zwyczaju plotkować o moich chorych. Wiem jednak z doświadczenia, jak trudno 

dowiedzieć się prawdy od rodziny. A póki się nie zna prawdy, pracuje się często po omacku, 
bez żadnego pożytku dla chorego. Kiedy chorym zajmuje się bezpośrednio lekarz, to inna 
sprawa. On mówi pielęgniarce, co trzeba robić. Ale w tym przypadku go nie było. Doktora 
Reilly nie proszono o konsultację. I tak naprawdę, to wcale nie byłam pewna, czy doktor 
Leidner powiedział  wszystko,  co powinien powiedzieć.  Mężowie są często  instynktownie 
bardzo   powściągliwi,   co   oczywiście   zasługuje   na   szacunek.   Jednakże   wiedząc   więcej   na 
pewno bardziej potrafiłabym pomóc. Pani Mercado (którą zaliczyłam do kategorii wstrętnych 
żmij) aż się paliła  do rozmowy.  Przyznaję,  że zarówno ze względów zawodowych,  jak i 
osobistych chciałam usłyszeć co ma do powiedzenia. Cóż, jestem równie ciekawa, jak każdy.

— Rozumiem, że ostatnio pani Leidner nie była w dobrej formie? — spytałam.
Pani Mercado roześmiała się zjadliwie.
— W   dobrej   formie!   Z   pewnością   nie.   Śmiertelnie   nas   wystraszyła.   Co   też   ona 

wygadywała. Pewnej nocy jakieś palce stukały w jej okno. To znów ręka, a raczej sama dłoń. 
Kiedy zaczęła opowiadać o żółtej twarzy przyklejonej do szyby, wtedy dopiero ciarki nas 
przeszły! Oczywiście kiedy podbiegła do okna, nie było tam nikogo.

— Może ktoś jej specjalnie robi kawały — podsunęłam.
— O nie! Wszystko to wymyśliła. A trzy dni temu podczas kolacji! Rozległy się jakieś 

strzały w wiosce. Prawie półtora kilometra stąd. Zerwała się i zaczęła krzyczeć. Wystraszyła 
nas okropnie. Doktor Leidner podbiegł do niej i też zachowywał się jak postrzeleniec. „To 
nic, kochanie! To nic, kochanie!” powtarzał w kółko. Wie siostra, co myślę? Że mężczyźni 
czasami   zachęcają   kobiety   do   histerii.   A   histeryczne   wybuchy   nikomu   dobrze   nie   służą. 
Przywidzenia trzeba tępić.

— Chyba że to nie są przywidzenia — odparłam sucho.
— A cóż innego to mogło być?
Na to nie znalazłam odpowiedzi. Wszystko to było dziwne. Strzały i potem krzyki. Rzecz 

normalna, gdy chodzi o osobę w złym stanie nerwów. Natomiast ta historia z twarzą i dłonią, 
to zupełnie inna sprawa. Albo pani Leidner wszystko wymyśliła (tak jak czasami dziecko 
chwali się opowiadając wierutne kłamstwa na temat czegoś, co nigdy nie miało miejsca, po 
to, żeby znaleźć się w centrum zainteresowania), albo — tak jak już to powiedziałam — był 
to  czyjś   głupi  żart.  Pomyślałam  sobie,   że  takie  kawały  pasowałyby,   na  przykład,  do  nie 
posiadającego   zbytniej   wyobraźni   pana   Colemana.   Byłby   przekonany,   że   jest   strasznie 
dowcipny. Postanowiłam bliżej się przyjrzeć panu Colemanowi. Nerwowego pacjenta można 
na śmierć przestraszyć głupim żartem.

Spoglądając na mnie z ukosa pani Mercado powiedziała:
— Ona wydaje się bardzo romantyczną osobą, prawda, siostro? Należy do kobiet, którym 

przytrafia się wiele rzeczy.

— A czy dużo rzeczy przytrafiło się pani Leidner?
— No cóż, jej pierwszy mąż zginął podczas wojny, kiedy miała zaledwie dwadzieścia lat. 

To bardzo patetyczne i romantyczne, prawda, siostro?

— Jak kto chce, dostrzeże w kaczce łabędzia — odparłam sucho.

background image

— Siostro! Co za oryginalna uwaga!
I jaka prawdziwa. Ileż to słyszy się kobiet, które mówią: „Ach, gdyby Donald — a może 

Artur, czy jak tam mu na imię — żył!” A ja sobie myślę, że gdyby Donald żył, to byłby 
otyłym, zawsze wściekłym i mało romantycznym panem w średnim wieku.

Ściemniało się, więc zaproponowałam, byśmy zeszły na dół. Pani Mercado spytała, czy 

chciałabym zwiedzić pracownię, gdzie zastaniemy jeszcze jej męża.

Chętnie się zgodziłam i poszłyśmy w tamtym kierunku. W pracowni paliło się światło, ale 

nie było nikogo. Pani Mercado pokazała mi sprzęt oraz miedziane ozdoby, które poddawano 
właśnie renowacji, a także kości powleczone woskiem.

— Gdzie też podział się Józef? — rozmyślała głośno pani Mercado.
Poszłyśmy sprawdzić, czy .nie ma go w kreślarni. Pracował tam jeszcze pan Carey, który 

ledwo spojrzał w naszym kierunku. Uderzyło mnie jakieś olbrzymie napięcie widoczne na 
jego twarzy. Nagle pomyślałam: „Ten człowiek jest u kresu wytrzymałości! Wkrótce coś w 
nim pęknie.” I przypomniałam sobie, że ktoś inny już zauważył ten stan rzeczy wcześniej.

Wychodząc z kreślarni raz jeszcze rzuciłam nań okiem: siedział pochylony nad jakimś 

dokumentem.  Usta miał zaciśnięte,  a twarz jeszcze bardziej niż poprzednio przypominała 
maskę. Być może to zbyt wybujała wyobraźnia podsuwała mi obraz dawnego rycerza, który 
szykuje się do bitwy, wiedząc, że nie wyjdzie z niej żywy.

Odniosłam   jednocześnie   wrażenie,   że   ten   człowiek   dysponuje   jakąś   olbrzymią   siłą 

magnetyczną, z której nie zdaje sobie nawet sprawy.

Znaleźliśmy  pana  Mercado w  pokoju dziennym.  Wyjaśniał  pani Leidner  tajniki nowej 

technologii konserwacji zabytków. Pani Leidner siedziała na prostym drewnianym krześle i 
jedwabną   nitką   haftowała   kwiaty.   Uderzył   mnie   jej   dziwny,   uduchowiony   wygląd. 
Przypominała bardziej zjawę, niż istotę z krwi i kości.

— Ooo,   tu   jesteś,   Józefie!   Miałeś   być   w   pracowni!   —   wykrzyknęła   pani   Mercado 

piskliwym głosem.

Zerwał się na równe nogi, zaskoczony i zmieszany, jakby wejście żony zakłóciło jakieś 

odbywające się tu misterium.

— Ja… Ja muszę już iść… — odparł jąkając się. — Jestem w trakcie… w trakcie…
Nie skończywszy nawet zdania, ruszył ku drzwiom.
— Opowie mi pan o tym następnym razem! To bardzo interesujące! — zawołała za nim 

pani Leidner miękkim, melodyjnym głosem.

Spojrzała  na nas, jakby nieobecnym  wzrokiem,  uśmiechnęła  się słodko w  przestrzeń  i 

powróciła do swojego haftu.

— Tam na półce leżą książki, siostro — odezwała się po paru minutach. — Mamy sporą 

bibliotekę. Proszę sobie coś wybrać i usiąść.

Podeszłam, żeby przejrzeć książki. Pani Mercado stalą jeszcze przez parę chwil, potem 

obróciła   się   na   pięcie   i   wyszła.   Dostrzegłam,   kiedy   mnie   mijała,   wyraz   jej   twarzy.   Nie 
podobał mi się. Biła z niej dzika wściekłość.

Aczkolwiek niechętnie, przywołałam z pamięci słowa pani Kelsey dotyczące pani Leidner. 

Wolałabym nie dawać im wiary, ponieważ polubiłam panią Leidner. Niemniej głęboko się 
zastanowiłam, czy przypadkiem w opiniach pani Kelsey nie tkwiło źdźbło prawdy.

Zapewne nie wszystko było winą pani Leidner, lecz fakt pozostawał faktem, że dalece 

przewyższała   urodą   kochaną   brzydulę,   pannę   Johnson,   oraz   tę   ognistą   prostaczkę,   panią 
Mercado.   Nie   tylko   urodą,   ale   ogładą.   A   mężczyźni   pozostają   zawsze   mężczyznami. 
Napatrzyłam się na to w moim zawodzie.

Mercado nie był wart zachodu. Wątpię, aby pani Leidner cokolwiek na nim zależało. Jego 

atencje w ogóle jej nie obchodziły. Najwidoczniej jednak obchodziły jego żonę. I to jak! Pani 
Mercado chętnie by spłatała jakiegoś dotkliwego psikusa pani Leidner.

Przyglądałam   się   uważnie   pani   Leidner   pochylonej   nad   haftem,   zamkniętej   w   sobie, 

background image

chłodnej, traktującej otoczenie z rezerwą. Przyszło mi do głowy, że powinnam ją ostrzec. 
Pomyślałam   sobie,   że   może   ona   nie   wie,   jak   daleko   potrafią   zaprowadzić   zazdrość   i 
nienawiść. I może nie wie również, jak niewiele potrzeba, by je rozniecić.

A potem powiedziałam sobie: „Moja droga Amy Leatheran, jesteś głupia. Pani Leidner nie 

jest niewinnym dziewczątkiem. Jak nic ma czterdziestkę. Życie zna na wylot.”

A może wcale dobrze nie zna życia?
Ma taki przedziwnie nieskalany wygląd.
Zaczęłam   się   zastanawiać,   jakie   też   mogła   mieć   życie.   Podobno   wyszła   za   doktora 

Leidnera   dopiero   przed   dwoma   laty.   Pani   Mercado   powiedziała,   że   pierwszy   mąż   pani 
Leidner umarł piętnaście lat wcześniej.

Usiadłam blisko niej z książką w ręku.
Po   krótkiej   chwili   wstałam,   aby   umyć   ręce   przed   zbliżającą   się   kolacją.   Posiłek   był 

smaczny. Podano curry. Niedługo potem wszyscy poszli spać. Bardzo mi to odpowiadało, 
gdyż czułam się nieco zmęczona.

Pan   Leidner   odprowadził   mnie   do   pokoju,   żeby   sprawdzić,   czy   mam   wszystko,   co 

potrzeba.

Uścisnął mi serdecznie dłoń.
— Ona   siostrę   lubi.   Naprawdę!   —   powiedział   zadowolony.   —   Polubiła   siostrę   od 

pierwszej chwili. Strasznie się cieszę. Wiem, że teraz wszystko ułoży się już dobrze.

Zachowywał się zupełnie jak uradowany chłopak.
Mnie się też wydawało, że pani Leidner mnie polubiła, i cieszyłam się z tego.
Natomiast nie podzielałam pewności doktora Leidnera co do drugiej sprawy. Zaczęłam 

podejrzewać, że cała ta historia jest bardziej skomplikowana.

Coś się za tym wszystkim kryło, coś, czego nie potrafiłam zrozumieć.
Łóżko okazało się bardzo wygodne, ale spałam źle, gdyż zbyt wiele mil się śniło.
Przez głowę przelatywały mi fragmenty jednego z wierszy Keatsa. Uczyłam się go jako 

dziecko. Jednak słowa wciąż mi się plątały, co mnie bardzo martwiło. Był to poemat, którego 
szczególnie nie lubiłam. Prawdopodobnie dlatego, że kazano mi się go wykuć na pamięć. Ale 
kiedy w środku nocy nagle się obudziłam i słowa poematu stały się bardziej wyraziste, po raz 
pierwszy dostrzegłam jego piękno,

„Rzecz proszę, co ci dolega, rycerzu mój, któryś samotnie (i co dalej?) z licem bladym…”? 

Po raz pierwszy miałam przed oczami twarz rycerza, twarz pana Careya. Sroga, zacięta, lecz 
wcale nie blada, a opalona. I bardzo mi przypominała twarze tych biednych młodych ludzi, 
których jako dziewczynka widywałam podczas wojny… Zrobiło mi się go bardzo żal, znów 
zasnęłam i wtedy zobaczyłam, że La Belle Dame sans Merci jest panią Leidner, która pochyla 
się na koniu trzymając w rękach swoje haftowane kwiaty. Koń się potknął i rozsypały się 
wszędzie kości powleczone woskiem, a ja się obudziłam przerażona i roztrzęsiona. Od razu 
pomyślałam, że nie powinnam była jeść na noc curry. Nigdy mi to nie służyło.

background image

M

ĘŻCZYZNA

 

POD

 

OKNEM

Lepiej, żebym na samym wstępie wyraźnie zaznaczyła, że w mojej opowieści nie będzie 

żadnej egzotyki. Na archeologii nic się nie znam i nie bardzo mnie ona pociąga. W ogóle 
szperanie w kościach i w tym, co już zostało pogrzebane nie ma dla mnie sensu. Pan Carey 
często mi powtarzał… Aha, że nie mam archeologicznej żyłki. Bez wątpienia miał rację.

Pierwszego ranka po moim przyjeździe pan Carey spytał mnie, czy mam ochotę obejrzeć 

pałac, który, jak oświadczył, właśnie rozplanowuje. Zupełnie nie rozumiem, jak można robić 
plany czegoś, co istniało tak dawno temu. Powiedziałam mu, że chętnie obejrzę. Nawet mnie 
to zainteresowało, bo ten pałac miał być sprzed trzech tysięcy lat. Zastanawiałam się, jakie to 
mogli   mieć   wtedy   pałace   i   czy   trochę   podobne   do   komnat   z   meblami   w   grobowcu 
Tutenchamona, które oglądałam na zdjęciach. Wierzyć nie chciałam, kiedy zobaczyłam, że do 
oglądania jest tylko glina! Murek z brudnej gliny na trzy czwarte metra wysoki i to wszystko! 
Pan   Carey   prowadził   mnie   opowiadając,   gdzie   był   wielki   podwórzec,   komnaty,   nad 
niektórymi  wyższe  piętra,  dalej jeszcze  jakieś izby z wyjściami  na centralny dziedziniec. 
Przez cały czas zadawałam sobie pytanie, skąd on to wszystko wie, ale jestem zbyt grzeczna, 
żeby go wprost zapytać. Całe to wykopalisko wyglądało po prostu jak rozkopana glinianka. 
Żadnego marmuru ani złota. Po prostu nic ładnego.

Dom   mojej   ciotki   w   Criclewood   stanowiłby   znacznie   ciekawszy   obiekt.   A   ci   dawni 

Asyryjczycy, bo tak się chyba nazywali, mieli czelność nazywać się „królami”! Kiedy pan 
Carey już pokazał mi swoje „pałace”, oddał mnie w ręce ojca Lavigny, który oprowadził mnie 
po   reszcie   wykopaliska.   Troszkę   się   bałam   ojca   Lavigny,   bo   to   i   osoba   duchowna,   i   w 
dodatku cudzoziemiec, miał przy tym taki tubalny głos. Okazał się jednak bardzo uprzejmy, 
chociaż mówił dziwnie ogólnikowo. Chwilami miałam wrażenie, że dla niego wszystko jest 
równie mętne jak dla mnie.

Pani Leidner później mi to wyjaśniła. Powiedziała, że ojciec Lavigny interesuje się jedynie 

„dokumentacją spisaną”, tak to nazwała. Ci Asyryjczycy zapisywali wszystko na glinie. Ryli 
dziwne pogańskie znaki, ale dość wyraźne.  Były  nawet gliniane  tabliczki,  na których  po 
jednej stronie nauczyciel pisał zdanie, a po drugiej uczeń dawał odpowiedź. Przyznam się, że 
to mnie nawet zainteresowało.

Ojciec Lavigny oprowadził mnie po całym terenie i pokazał, gdzie stały świątynie i pałace, 

a   gdzie   prywatne   domy.   Zobaczyłam   też   miejsce,   które   podobno   miało   być   wczesnym 
akadyjskim cmentarzem,  jak to określił  ojciec Lavigny.  Tak jakoś  chaotycznie  mówił  — 
rzucał skrawek informacji to o tym, to o tamtym i zaraz wracał do ogólnej rozmowy.

— Dziwne, że siostra tu przybyła  — mruknął. — A więc pani Leidner jest naprawdę 

chora?

— Trudno to określić mianem choroby — odparłam ostrożnie.
— Bardzo dziwna kobieta. I sądzę, że niebezpieczna — zauważył.
— Jak mam to rozumieć? Niebezpieczna? W jakim sensie?
— Wydaje mi się, że potrafi być bezwzględna. — W zamyśleniu pokiwał głową. — Tak, 

tak, chyba jest bezlitosna.

— Bardzo ojca przepraszam, ale ojciec mówi głupstwa! — odparłam.
Potrząsnął przecząco głową.
— Siostra nie zna tej kobiety tak jak ja — powiedział.
Pomyślałam sobie, że to dość zabawne słyszeć coś podobnego z ust zakonnika. Czyżby 

tyle się nasłuchał podczas spowiedzi? Bardzo mnie to zdziwiło, poza tym nie byłam pewna, 
czy zakonnicy spowiadają, czy też wolno to robić tylko księżom. On chyba był zakonnikiem, 
bo chodził w białym habicie zamiatając kurz. No i miał też różaniec.

— Tak, ona potrafi być bezlitosna — powtórzył w zamyśleniu. — Jestem tego pewien. Ale 

background image

chociaż jest twarda jak kamień, jak marmur, to czegoś bardzo się boi. Ale czego?

Ba! Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć!
Możliwe, że doktor Leidner wiedział, lecz chyba nikt inny.
Ojciec Lavigny spojrzał na mnie badawczo.
— No  i  co   siostra   myśli?   Wszystko   tu  jest   normalnie?   Czy  też   coś   dziwnego  wisi  w 

powietrzu?

— Jest coś niepokojącego — odparłam po chwili zastanowienia. — W zasadzie wszystko 

toczy się, jak powinno, bardzo składnie, ale człowiek ma takie dziwne uczucie…

— Dziwne uczucie i mnie ogarnęło! Myśl mnie taka naszła — ojciec Lavigny zaczął nagle 

używać obcej składni — że coś się święci. I doktor Leidner też chodzi osowiały. Coś go 
bardzo martwi.

— Może po prostu zdrowie żony — podsunęłam.
— Prawdopodobnie. Ale jeszcze coś więcej. Jakby to powiedzieć… w powietrzu wisi coś 

dziwnego…

Ojciec Lavigny chyba utrafił w sedno.
Już więcej nic sobie nie powiedzieliśmy, bo właśnie nadszedł doktor Leidner i pokazał mi 

dopiero  co   odkopany  grób  dziecka.  Bardzo   wzruszające.   Malutkie  kości  i   parę  naczyń   z 
jakimiś okruchami. Doktor Leidner powiedział, że to szczątki naszyjnika z koralików.

Bardzo mnie rozśmieszyli tutejsi robotnicy. Trudno wprost wyobrazić sobie taką bandę 

straszydeł.   W  koszulinach   i  jakichś  szmatach,  głowy zaś   mieli  tak   obwiązane,   jakby ich 
bolały zęby. I raz po raz, kiedy tak chodzili tam i z powrotem dźwigając te swoje koszyki z 
ziemią, zaczynali śpiewać. To znaczy, mnie się wydawało, że śpiewają. Było to przedziwne, 
monotonne   zawodzenie,   które   się   nagle   urywało   i   rozlegało   na   nowo.   Zauważyłam,   że 
większość  miała   oczy  w   okropnym   stanie.   Ropiały,   a   niektórzy   chyba   byli   na  pół   ślepi. 
Właśnie sobie pomyślałam, jacy oni są biedni, kiedy doktor Leidner odezwał się: — Prawda, 
że oni są wspaniali?

Dziwny jest ten świat, kiedy dwoje ludzi zupełnie odwrotnie ocenia to, co widzi. Może 

niezręcznie to sformułowałam, ale chyba można zrozumieć, co miałam na myśli.

Po  pewnym   czasie   doktor   Leidner   powiedział,   że   wraca   do   domu   na   popołudniową 

herbatę. Poszliśmy więc razem i doktor wiele mi opowiadał. A kiedy on wyjaśniał, cały obraz 
wydał mi się nagle inny. Zupełnie jakbym wszystko widziała! Jak tu dawniej było. Ulice i 
domy.  Doktor pokazał  mi  nawet piece,  w  których  pieczono chleb. Powiedział  też, że do 
dzisiaj Arabowie pieką chleb w prawie takich samych piecach.

Po powrocie do domu stwierdziliśmy, że pani Leidner już wstała. Wyglądała dziś znacznie 

lepiej — nie była taka wymizerowana i zmęczona. Herbatę podano prawie natychmiast. Gdy 
ją piliśmy, doktor Leidner opowiedział żonie, co tego poranka znaleziono podczas kopania. 
Potem wrócił do pracy, a pani Leidner spytała mnie, czy chciałabym obejrzeć, co dotychczas 
znaleziono.   Odpowiedziałam,   że   bardzo   chętnie.   Pani   Leidner   zaprowadziła   mnie   do 
magazynu  wykopalisk. Stało tam bardzo dużo przedmiotów  — głównie skorup, chociaż i 
sporo posklejanych i powiązanych garnków. Według mnie wszystko to można było z czystym 
sumieniem wyrzucić.

— Ojej! — powiedziałam. — Jaka szkoda, że wszystko jest potłuczone. Czy to warto 

trzymać?

Pani Leidner lekko się uśmiechnęła.
— Całe szczęście, że Eryk nie słyszy siostry — powiedziała. — Najbardziej go interesują 

właśnie te naczynia. To najstarsze nasze wykopaliska. Niektóre mają z siedem tysięcy lat.

Następnie pani Leidner wyjaśniła mi, że część tych skorup wydobyto z dużych głębokości, 

prawie   z   dna   pagórka   i   że   przed   tysiącami   lat,   kiedy   się   takie   naczynie   rozbiło,   to   je 
reperowano   sklejając   ziemną   smołą,   co   wskazuje,   jak   bardzo   wówczas   ludzie   cenili   swe 
sprzęty, nie mniej niż obecnie.

background image

— A teraz — zapowiedziała — pokażę siostrze coś niezwykle interesującego!
Zdjęła   z   półki   pudło   i   moim   oczom   ukazał   się   złoty   sztylet   z   rękojeścią   wysadzaną 

szafirowymi kamieniami. Wydałam okrzyk zachwytu. Pani Leidner się roześmiała.

— Tak, każdy kocha złoto. Z wyjątkiem mego męża.
— Dlaczego pan Leidner nie lubi złota? — spytałam.
— Między innymi  dlatego, że jest bardzo kosztowne. Robotnikom, którzy znajdą złoty 

przedmiot trzeba zapłacić równowartość jego wagi w złocie.

— Dobry Boże! — wykrzyknęłam. — A dlaczegóż to?
— Taki   zwyczaj.   Zapobiega   kradzieżom.   Bo   widzi   siostra,   jeśliby   oni   ukradli   taki 

przedmiot, to nie dla jego wartości zabytkowej, ale dla wartości samego kruszcu. Taki sztylet 
po prostu by stopili. Płacąc, dajemy im szansę zachować uczciwość.

Pani   Leidner   zdjęła   z  półki   tackę,   na   której   stał   przepiękny   pucharek,   także   ze   złota, 

zdobiony głowami baranów.

I znów nie mogłam powstrzymać okrzyku zachwytu.
— Piękne, prawda? Maż to znalazł w grobie księcia. Odkryliśmy liczne królewskie groby, 

ale   w   większości   były   splądrowane.   Ta   czarka   to   nasze   najlepsze   znalezisko.   Jeden   z 
najpiękniejszych   przedmiotów   tego   typu   dotychczas   odkrytych.   Wczesnoakadyjski. 
Unikatowy.

Marszcząc brwi pani Lełdner podniosła nagle czarkę bliżej oczu i poskrobała złoty skraj 

paznokciem.

— Bardzo dziwne! — powiedziała. — Kropla wosku. Był tu ktoś ze świecą. — Oderwała 

woskowy sopelek i odstawiła czarkę.

Następnie pani Leidner pokazała mi  cudaczne figurynki  z terakoty,  przeważnie bardzo 

nieprzyzwoite. Muszę przyznać, że ludzie tamtych czasów mieli bardzo sprośne myśli.

Gdy   wróciłyśmy   na   taras,   zastałyśmy   tam   panią   Mercado   malującą   paznokcie   u   rąk. 

Daleko przed siebie wystawiła dłoń, aby podziwiać efekt. Pomyślałam sobie, że chyba nie ma 
okropniejszego koloru, niż ten pomarańczowy, jakiego używała.

Z magazynku pani Leidner przyniosła bardzo delikatny spodek w kilku częściach i zabrała 

się do klejenia. Przez parę minut przyglądałam się, a potem spytałam, czy mogłabym pomóc.

— Naturalnie! Jest ich znacznie więcej. — Przyniosła sporo kawałków i zaczęłyśmy obie 

sklejać. Bardzo szybko się zorientowałam, jak to trzeba robić i pani Leidner mnie pochwaliła.

— Najwidoczniej pielęgniarki mają zręczne palce — powiedziała.
— Wszyscy są dziś strasznie zapracowani — odezwała się pani Mercado. — Okropnie się 

czuję nic nie robiąc. Z natury jestem leniwa.

— Dlaczego nie miałabyś być, moja droga, skoro ci to sprawia przyjemność — odparła 

pani Leidner zupełnie obojętnym tonem.

Lunch był  o dwunastej w południe. Po posiłku doktor Leidner i pan Mercado czyścili 

gliniane naczynia polewając je roztworem kwasu solnego. Jedno z naczyń odzyskało nagle 
prześliczny   śliwkowy   kolor,   a   na   drugim   pojawiły   się   bycze   rogi.   Jak   za   dotknięciem 
czarodziejskiej różdżki. Zaschnięta glina, której nie usunęłoby żadne szorowanie i zmywanie, 
nagle spieniła się i spłynęła.

Pan Carey i pan Coleman powrócili na wykopaliska, a pan Reiter poszedł do pracowni 

fotograficznej.

— Co zamierzasz  robić, Luizo?  — doktor Leidner  spytał  żonę. — Może sobie trochę 

odpoczniesz?

Domyśliłam się, że pani Lełdner ma zwyczaj kładzenia się po południu.
— Może z godzinkę — odparta. — A potem wybiorę się na krótki spacer.
— Świetnie. Pójdziecie razem z siostrą, prawda?
— Oczywiście! — odezwałam się.
— Nie, nie! — zaprotestowała pani Leidner. — Lubię chodzić sama. Siostra nie musi być 

background image

cały czas przy mnie.

— Miałabym ochotę na spacer — powiedziałam.
— Nie, nie! Wolę iść sama. — Pani Leidner była bardzo stanowcza, więcej: apodyktyczna. 

— Czasami muszę być sama. Jest mi to potrzebne.

Nie nalegałam dłużej. Ale kiedy szłam do pokoju na drzemkę, pomyślałam, że to bardzo 

dziwne: pani Leidner czegoś się boi, a jednocześnie nie czuje zagrożenia idąc na spacer bez 
opieki.

Kiedy wyszłam z pokoju o wpół do czwartej dziedziniec był pusty. Tylko jakiś chłopiec 

przemywał gliniane naczynia w miedzianej wanience, a obok pan Emmott sortował i układał 
skorupy. Idąc w ich kierunku zobaczyłam, że pani Leidner wchodzi na podwórzec z bramy. 
Najwidoczniej wracała ze spaceru. Jeszcze jej nie widziałam takiej ożywionej — roziskrzone 
oczy, mina zadowolona, prawie wesoła.

Z   pracowni   wyszedł   doktor   Leidner   i   podszedł   do   żony.   Pokazał   jej   spore   naczynie 

zdobione rogami byka.

— Na poziomach  prehistorycznych  zaczęliśmy znajdować wiele ciekawych  okazów — 

powiedział.   —   Dotychczas   mamy   świetną   passę.   A   odkrycie   tego   grobu   już   na   samym 
początku było szczęśliwym trafem. Jedyną osobą, która może narzekać, jest ojciec Lavigny. 
Tabliczek jak na lekarstwo.

— Ale z tymi paroma, które znaleźliśmy, jakoś się zbytnio nie posunął — odparła sucho 

pani  Leidner.   Być   może   jest  doskonałym   epigrafistą,  ale  leń   z  niego  straszny.   Przesypia 
wszystkie popołudnia.

— Tak, bardzo nam brakuje Byrda — zgodził się doktor Leidner. — Lavigny  zadziwia 

mnie… odbiega od utartych wzorów…

Nie jestem na tyle znawcą, by ocenić jego przekłady. Chociaż parę z nich bardzo mnie 

zaskoczyło. Wprost trudno uwierzyć w znaczenie tekstu na cegle, ale przecież Lavigny wie, 
co mówi.

Po popołudniowej herbacie pani Leidner spytała, czy miałabym  ochotę przejść się nad 

rzekę. Prawdopodobnie obawiała się, że jej wcześniejsza odmowa troszkę mnie uraziła.

Nie chciałam wyjść na osobę obrażalską, więc bez wahania się zgodziłam.
Zbliżał się cudowny wieczór. Ścieżka nad rzekę wiodła przez obsiane jęczmieniem pola, a 

następnie   wśród   kwitnących   drzew   owocowych.   Wreszcie   dotarłyśmy   nad   brzeg   rzeki 
Tygrys. Po naszej lewej ręce był Tell, skąd dobiegało monotonne zawodzenie robotników. 
Nieco po prawej znajdowało się skrzeczące koło wodne. Z początku od tego skrzeko–pisku 
bolały mnie uszy, ale — rzecz ciekawa — wkrótce polubiłam ów odgłos, który w przedziwny 
sposób uspokajał. Trochę dalej za kołem wodnym zaczynała się wioska, z której w większości 
pochodzili robotnicy pracujący na terenie wykopaliska.

— Prawda, że jest tu bardzo pięknie? — spytała pani Leidner.
— I kojąco — dodałam. — Mam dziwne uczucie, że znajduję się z dala od wszystkiego.
— Z   dala   od   wszystkiego!   —   powtórzyła   pani   Leidner.   —   Tak.   Tutaj   człowiek   ma 

nadzieję, że jest bezpieczny.

Spojrzałam na nią bacznie, ale doszłam zaraz do wniosku, że powiedziała to raczej do 

siebie   niż  do  mnie,  a  może  nawet   nie  zdawała  sobie   sprawy,  że   wypowiedziała   tę   myśl 
głośno.

Ruszyłyśmy w drogę powrotną.
Już w pobliżu domu, gdzie ścieżka skręcała ku zabudowaniom, pani Leidner ścisnęła mnie 

za ramię tak gwałtownie, że niemal krzyknęłam.

— Kto to jest, siostro? Co on robi?
W pobliżu muru od strony południowej stał mężczyzna w europejskim ubraniu. Wspinał 

się na palcach i próbował zajrzeć przez któreś okno.

Gdy tak stałyśmy, przyglądając mu się, obrócił głowę i widząc nas bez chwili wahania 

background image

ruszył ścieżką w naszym kierunku. Poczułam wpijające się w ramię palce pani Leidner.

— Siostro! — wyszeptała. — Siostro…!
— Wszystko w porządku, droga pani, wszystko w porządku — odparłam pokrzepiająco.
Mężczyzna zbliżył się i obojętnie nas minął. Był to Irakijczyk. Gdy tylko pani Leidner to 

zobaczyła, natychmiast rozluźniła uścisk.

— To tylko tubylec — powiedziała.
Poszłyśmy dalej. Przechodząc w pobliżu południowej ściany stwierdziłam, że okna są nie 

tylko okratowane, ale znajdują się zbyt  wysoko,  by nawet stojąc na palcach można było 
cokolwiek zobaczyć, ponieważ dom stał na pagórku i teren, którym wiodła ścieżka, znajdował 
się o wiele poniżej poziomu podwórza.

— Jakiś ciekawski — powiedziałam. Pani Leidner skinęła głową.
— Chyba tak. Chociaż przez chwilę myślałam, że to… Zamilkła, a ja pomyślałam sobie: 

„Że kto, że co? Chciałabym to bardzo wiedzieć. O czymże pani Leidner myślała? A raczej o 
kim?”

Teraz już byłam pewna, że pani Leidner bała się żywego człowieka z krwi i kości, a nie 

żadnych duchów.

background image

N

OCNA

 

TRWOGA

Właściwie   nie   wiem,   co   powinnam   jeszcze   zapisać   z   wydarzeń   pierwszego   tygodnia 

pobytu w Tell Jarimdża.

Wspominając   ten   czas   z   perspektywy   dnia   dzisiejszego   i   tego   wszystkiego   co   zaszło, 

dostrzegam   pewne   znamienne   wskazówki   i   na   pozór   drobne   fakty,   które   wówczas 
lekceważyłam.

Aby jednak wszystko opowiedzieć, jak należy, powinnam zachować ten punkt widzenia, 

jaki miałam wówczas. Byłam zaintrygowana, niespokojna i coraz bardziej przekonana, że coś 
złego wisi w powietrzu.

Co do jednego nie miałam wątpliwości: istniało napięcie i pewne skrępowanie, realne i 

niewydumane. Nawet Bill Coleman to zauważył.

— Zalazło mi to już za skórę — powiedział. — Czy oni zawsze są tacy ponurzy?
Rozmawiał wtedy z drugim asystentem, panem Emmottem,  którego wieczne milczenie 

wcale nie wynikało z wrogości do ludzi. Przeciwnie, emanowały z niego pewność i spokój, co 
łatwo wyczuwało się w tej atmosferze, w której człowiek nigdy nie był pewien, co kto czuje i 
co myśli.

— Nie — odparł pan Emmott na pytanie pana Colemana. — W ubiegłym roku wszyscy 

byli zupełnie inni.

Nie rozbudował jednak tej odpowiedzi i w ogóle nie powiedział nic więcej.
— Nie mogę zrozumieć, o co tutaj chodzi — powiedział pełnym pretensji głosem pan 

Coleman.

Emmott wzruszył tylko ramionami.
Miałam   dość   ciekawą   rozmowę   z   panną   Johnson.   Bardzo   polubiłam   tę   praktyczną   i 

inteligentną kobietę. Zauważyłam też, że ona po prostu uwielbia doktora Leidnera.

Opowiedziała mi jego historię począwszy od młodych lat. Znała, na pamięć miejsca, gdzie 

kiedykolwiek pracował. Znała dokładnie rezultaty każdej z jego wypraw. Byłabym gotowa 
przysiąc,   że   zna   na   pamięć   każdy   z   jego   wykładów.   Powiedziała   mi   wręcz,   że   jest   on 
najwspanialszym archeologiem wszechczasów.

— I  jest—  taki  bezpośredni.   Bezpretensjonalny.   Nie  zna  pojęcia   zarozumiałość.  Tylko 

wielki człowiek, naprawdę wielki, potrafi tak się zachowywać.

— Święta prawda — odparłam — Wielcy ludzie nie muszą się puszyć.
— 1 jaki on potrafi być pogodny! Mogłabym siostrze opowiadać, a opowiadać, jak myśmy 

się bawili… Doktor Leidner, Richard Carey i ja… podczas pierwszych lat naszego tu pobytu. 
Jaki to był  zgrany,  szczęśliwy zespół ludzi.  Richard  Carey jeszcze wcześniej pracował z 
doktorem Leidnerem w Palestynie. Przyjaźnią się od ponad dziesięciu lat. Ja go znam od 
siedmiu.

— Cóż to za przystojny mężczyzna z tego pana Careya — zauważyłam.
— Taak… chyba tak — odparła dość sucho.
— Tylko troszkę za spokojny, nie uważa pani?
— Przedtem wcale taki nie był — odparła szybko panna Johnson. — To dopiero od… — 

urwała nagle.

— Od kiedy? — nalegałam.
— O,   mój   Boże!   —   panna   Johnson   znacząco   wzruszyła   ramionami.   —   Wiele   zaszło 

zmian.

Nie odezwałam się, mając głęboką nadzieję, że panna Johnson powie coś jeszcze. Tak się 

też stało. Zachichotała, jakby to, co miała dodać, nie było aż takie ważne.

— Chyba jestem starą konserwatywną babą — powiedziała. — Tak czasami sobie myślę, 

że jeśli żona archeologa nie interesuje się jego pracą, to powinna zostawać w domu, kiedy 

background image

mąż   jedzie   na   wykopaliska.   Tak   podpowiada   rozsądek.   W   przeciwnym   wypadku   można 
spodziewać się tarć…

— Pani Mercado? — podsunęłam.
— Ona? — Panna Johnson zbyła dość lekceważąco moją sugestię. — Myślałam w tym 

wypadku  o pani Leidner. Jest bardzo uroczą kobietą  i łatwo można  zrozumieć,  dlaczego 
doktor Leidner „poleciał na nią”, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Niemniej, moim zdaniem, 
ona tu nie pasuje. Jakby… Wytrąca wszystkich z rytmu.

A więc panna Johnson była tego samego zdania, co pani Kelsey, że to pani Leidner winna 

jest ogólnemu napięciu. No dobrze, ale skąd w takim razie biorą się lęki pani Leidner?

— Wytrąca  z  rytmu!  —  dodała  panna  Johnson.  — Wiem,   że  przemawia   przeze  mnie 

wierna, ale i zazdrosna pomocnica. Jestem mu bardzo oddana i przykro mi się robi, gdy widzę 
jego znużenie i niepokój. Przecież powinien móc się skoncentrować na pracy. A nie myśleć 
ciągłe o głupich przywidzeniach swojej żony. Jeśli ona tak źle się czuje wśród obcych, to 
powinna była zostać w Ameryce. Nie cierpię ludzi, którzy z własnej woli gdzieś wyjeżdżają, a 
potem tylko narzekają, że jest im źle.

Po  chwili,   jakby  zaniepokojona,  że   powiedziała  więcej,  niż  powinna  była   powiedzieć, 

dodała:

— Ja ją oczywiście podziwiam. To przemiła kobieta, która potrafi oczarować, jeśli tylko 

chce.

Na tym temat został wyczerpany.
Pomyślałam sobie, że zawsze tak bywa, ilekroć kilka kobiet zmuszonych jest przebywać 

razem. Powstają spięcia i budzą się zazdrości. Było dla mnie jasne, że panna Johnson nie lubi 
żony swego szefa (co należy uznać za normalny objaw), a pani Mercado wręcz jej nienawidzi.

Jeszcze   jedna   osoba   nie   darzyła   sympatią   pani   Leidner   —   Sheila   Reilly.   Parokrotnie 

odwiedzała teren wykopalisk. Raz przyjechała  samochodem i dwa razy konno z młodym 
człowiekiem. To znaczy, przyjechali na dwóch koniach. Coś mi podpowiadało, że wpadł jej w 
oko młody milczący Amerykanin — Emmott. Jeśli pracował w terenie, to spędzała z nim 
sporo czasu na rozmowie. Miałam wrażenie, że i on jest nią zachwycony.

Któregoś   dnia   pani   Leidner   bardzo   niefortunnie   zrobiła   na   ten   temat   uwagę   podczas 

lunchu.

— Ta młoda Reilly nadal ugania się za Dawidem — zauważyła ze śmiechem. — Biedny 

chłopcze, ona cię nawet ściga na wykopalisku. Jakież te dziewczęta są niemądre!

Pan   Emmott   nic   nie   powiedział,   ale   zauważyłam,   że   poczerwieniał   pod   opalenizną. 

Podniósł wzrok i spojrzał bardzo dziwnie na panią Leidner — prosto w oczy, poważnie i 
jakby z wyzwaniem.

Pani Leidner słabo się uśmiechnęła i odwróciła wzrok.
Ojciec Lavigny coś zamruczał, ale kiedy go spytałam: słucham? potrząsnął głową i nie 

powtórzył swej uwagi.

Tego samego dnia po południu zwrócił się do mnie pan Coleman:
— Prawdę mówiąc na początku to wcale nie przepadałem za panią L. Ilekroć otworzyłem 

usta, skakała mi do gardła. Ale teraz znacznie lepiej ją rozumiem. To wspaniała kobieta. Nie 
spotkałem   drugiej   takiej.   Człowiek   łapie   się   na   tym,   że   ni   stąd,   ni   zowąd   zaczyna   jej 
opowiadać o sobie i swoich przygodach. Ja wiem, że jest cięta na Sheilę Reilly, ale Sheila też 
nie takie niewiniątko. Parokrotnie zachowała się bardzo niegrzecznie wobec pani L. Właśnie 
mam to za złe Sheili. Jest wprost niewychowana. A język ma diablo ostry.

Byłam skłonna się z tym zgodzić. Doktor Reilly rozpuścił córeczkę jak dziadowski bicz.
— Oczywiście Sheilę usprawiedliwia fakt, że będąc jedyną młodą kobietą w całej paczce, 

uważa… — zaczął wyjaśniać pan

Coleman. — No, może nie uważa, ale trochę to jej uderzyło do głowy. Właściwie to Sheili 

też nie usprawiedliwia. Niby z jakiej racji odnosi się do pani Leidner jak do jakiejś starej 

background image

baby. Pani L. kociakiem nie jest, zgoda, ale to nadal piękna kobieta. Zupełnie jak rusałka, co 
zjawia się nagle cała świetlista w oparach mgły nad bagnami, a potem znika wraz z tym, 
którego zwabiła. Nie wyobrażam sobie Sheili tak kogoś wabiącej. Ona tylko zalicza facetów. 
Jednego po drugim.

Przypominam   sobie   jeszcze   tylko   dwa   incydenty,   które   mogły   mieć   jakiekolwiek 

znaczenie.

Pierwszy wydarzył się wtedy, kiedy poszłam do pracowni, żeby wziąć trochę acetonu i 

zmyć sobie klej z palców po reperowaniu garnków. W końcu pracowni siedział pan Mercado i 
ponieważ trzymał głowę na złożonych ramionach, pomyślałam, że śpi. Wzięłam butelkę z 
acetonem i wyszłam.

Ku memu ogromnemu zdumieniu wieczorem pani Mercado po prostu na mnie napadła:
— Czy siostra zabierała aceton z pracowni?
— Tak — odparłam. — Wzięłam.
— Siostra dobrze wie, że w magazynie wykopalisk jest mała buteleczka acetonu?
— Naprawdę? Nie wiedziałam.
— A ja myślę, że siostra dobrze wiedziała! — pani Mercado była wściekła. — Siostra 

poszła na przeszpiegi. Dobrze ja znam szpitalne pielęgniarki!

Patrzyłam na nią zdumiona.
— Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym pani mówi! — odparłam z godnością. — Nie 

mam absolutnie zamiaru nikogo szpiegować!

— Czyżby! Nie ma siostra zamiaru! To ja niby nie wiem, po co siostra tu przyjechała?
Przez  dłuższą  chwilę  myślałam,  że pani  Mercado jest po prostu pijana. Odeszłam  nie 

mówiąc nic więcej. Ale pomyślałam sobie, że to wszystko było bardzo dziwne.

Drugi   incydent   był   właściwie   bez   znaczenia.   Kawałkiem   chleba   chciałam   znęcić 

kundlowate szczenię, ale było strasznie nieufne, jak wszystkie arabskie psy, i myślało, że 
mam wobec niego złe zamiary. Szczenię zawróciło, a ja poszłam za nim — przez bramę i za 
róg frontowego budynku. Nim się spostrzegłam, wpadłam niemal na ojca Lavigny, który stał 
z jakimś mężczyzną. Po chwili zdałam sobie sprawę, że był to ten sam mężczyzna, którego 
zauważyłyśmy wracając z panią Leidner ze spaceru. Ten, który chciał zajrzeć przez okno.

Przeprosiłam ojca Lavigny. Uśmiechnął się, pożegnał krótko mężczyznę i wrócił ze mną 

na dziedziniec.

— Wie .siostra, co? — powiedział. — Strasznie mi wstyd. Jestem niby uczony w językach 

Wschodu, a nie mogę się porozumieć z żadnym z robotników na wykopalisku. Prawda, że to 
upokarzające? Wypróbowywałem moją arabszczyznę na tym człowieku; tutejszy, ale lepiej 
wykształcony. I też nie powiodło mi się o wiele lepiej. Leidner mówi, że mój arabski jest zbyt 
literacki.

I to wszystko. Przemknęło mi tylko przez głowę, że to dość dziwne, iż ten sam człowiek 

kręci się od dłuższego czasu koło naszego domu.

Tej nocy najedliśmy się strachu.
Musiała już być  druga nad ranem.  Śpię bardzo lekko i czujnie, tak jak powinna spać 

pielęgniarka. Kiedy uchyliły się drzwi mego pokoju, natychmiast obudziłam się i usiadłam na 
łóżku.

— Siostro! Siostro! — usłyszałam stłumiony i przestraszony głos pani Leidner.
Potarłam zapałkę i zapaliłam świecę.
Ubrana w niebieski szlafrok pani Leidner stała w drzwiach, zdrętwiała z przerażenia.
— Ktoś jest…! Ktoś się kręci w pokoju za ścianą… Słyszałam… Skrobanie…
Wyskoczyłam z łóżka i podeszłam do pani Leidner mówiąc:
— Już wszystko w porządku. Jestem przy pani. Niech się pani nie boi!
— Trzeba zawołać Eryka! — wyszeptała.
Skinęłam   głową,   wybiegłam   z   pokoju   i   zastukałam   do   drzwi   doktora.   Zjawił   się   po 

background image

minucie. Pani Leidner siedziała na moim łóżku, oddychała urywanie.

— Ja go słyszałam — powiedziała. — Skrobał cicho w ścianę.
— Ktoś   w   magazynie   wykopalisk?   —   wykrzyknął   doktor   Leidner   i   szybko   wybiegł. 

Uderzyło mnie, jak każde z nich odmiennie reagowało. Pani Leidner bała się o siebie, doktor 
Leidner natychmiast pomyślał o swych cennych skarbach.

— Magazyn wykopalisk! — wyszeptała pani Leidner. Jakże głupio z mojej strony, że od 

razu o tym nie pomyślałam.

Wstała,   otuliła   się   szlafrokiem   i   skinęła   na   mnie,   bym   też   poszła.   Wszelkie   ślady 

przerażenia zniknęły.

W   magazynie   znaleźliśmy   doktora   Leidnera   w   towarzystwie   ojca   Lavigny,   który   też 

usłyszał jakieś szmery i wstał, żeby sprawdzić co się dzieje. Wydawało mu się nawet, że w 
magazynie błyska światełko. Chwilę go zatrzymało wkładanie nocnych pantofli i szukanie 
latarki. Kiedy nadszedł, nikogo już w magazynie nie zastał. Co więcej, drzwi były zamknięte, 
tak jak powinny na noc.

Ojciec Lavigny zaczął  sprawdzać, czy coś nie zginęło. Przyłączył  się do niego doktor 

Leidner.

I   niczego   więcej   już   się   nie   dowiedzieliśmy.   Brama   z   dziedzińca   była   też   zamknięta. 

Strażnik przysięgał, że nikt nie zauważony nie mógł koło niego przejść, ale ponieważ pewno 
spał jak zabity, trudno było w pełni uwierzyć jego słowom.

Było rzeczą zupełnie możliwą, że panią Leidner zaniepokoił ojciec Lavigny — zdejmował 

z półek pudła, by stwierdzić, czy wszystko jest.

Z drugiej strony ojciec Lavigny był pewien, że (a) słyszał jakieś kroki za swoim oknem 

oraz (b) widział błysk światła, może latarki, w magazynie.

Nikt inny nic nie słyszał i nic nie widział.
Ten incydent jest o tyle istotny, że pośrednio sprowokował następnego dnia panią Leidner 

do zwierzeń.

background image

O

POWIEŚĆ

 

PANI

 L

EIDNER

Waśnie skończyliśmy lunch. Pani Leidner jak zwykle poszła do swego pokoju odpocząć. 

Ułożyłam ją wygodnie na łóżku okładając poduszkami i podałam książkę.

— Proszę zostać — powstrzymała mnie w chwili, gdy miałam wyjść. — Coś chcę siostrze 

powiedzieć.

Odwróciłam się.
— Proszę zamknąć drzwi. Posłuchałam.
Wstała   z   łóżka   i   zaczęła   się   przechadzać   po   pokoju.   Wiedziałam,   że   się   nad   czymś 

zastanawia i w milczeniu czekałam aż podejmie decyzję. Była wyraźnie niezdecydowana.

Wreszcie nabrała odwagi. Obróciła się do mnie.
— Proszę usiąść — powiedziała.
Nic nie mówiąc usiadłam przy stoliku.
— Pewno się siostra zastanawia, co to wszystko ma znaczyć — zaczęła dość nerwowo.
Skinęłam głową.
— Postanowiłam   wszystko   siostrze   powiedzieć.   Muszę   to   komuś   wyznać,   bo   inaczej 

oszaleję.

— To chyba słuszna decyzja. Znacznie łatwiej postanowić, co i jak robić, kiedy sprawę się 

przedtem uporządkuje.

Przerwała spacer po pokoju i stanęła naprzeciwko mnie.
— Czy siostra wie, czego się boję?
— Jakiegoś człowieka.
— Tak, ale ja nie spytałam kogo, tylko czego. Czekałam na dalszy ciąg.
— Boję się, że ktoś mnie zamorduje — powiedziała.
Sprawa stała się jasna. Nie chciałam nic po sobie dać poznać, pani Leidner bowiem i tak 

już była bliska histerii.

— Boże drogi! Więc o to chodzi! — powiedziałam tylko.
I wtedy pani Leidner zaczęła się śmiać. Śmiała się i śmiała, aż łzy zaczęły spływać jej po 

policzkach.

— Sposób, w jaki to siostra powiedziała! — wykrztusiła. — Sposób, w jaki to siostra…
— Spokojnie, spokojnie — odparłam. — Tak nie wolno. — Starałam się mówić surowo. 

Pchnęłam ją lekko na krzesło, podeszłam do umywalki, wzięłam gąbkę, zmoczyłam ją w 
zimnej wodzie i obmyłam pani Leidner czoło i nadgarstki.

— Dość tych głupstw! Proszę mi wszystko opowiedzieć od początku.
To jej dobrze zrobiło. Usiadła prosto i zaczęła mówić zupełnie spokojnym głosem:
— Siostra   jest   prawdziwym   skarbem.   Poczułam   się   jak   sześciolatka.   Zaraz   siostrze 

wszystko opowiem.

— Bardzo dobrze — odparłam. — Spokojnie, nie ma żadnego pośpiechu.
Zaczęła mówić wolno i z namysłem:
— Miałam dwadzieścia lat, kiedy wyszłam za mąż. Za młodego człowieka, który pracował 

w ministerstwie. Było to w 1918 roku.

— Wiem — odrzekłam. Pani Mercado mi opowiedziała. Zginął na wojnie.
Pani Leidner przecząco pokręciła głową.
— Ona   tak   myśli.   Tak   wszyscy   myślą.   Prawda   jest   nieco   inna.   Byłam   niesłychaną 

patriotką, pełną zapału. Po paru miesiącach małżeństwa odkryłam, zupełnie przypadkowo, że 
mój   mąż   jest   niemieckim   szpiegiem.   Dowiedziałam   się,   że   informacje   przez   niego 
dostarczone   spowodowały   zatopienie   amerykańskiego   transportu   wojskowego   na   morzu. 
Zginęły setki, setki ludzi. Nie wiem, co zrobiłby kto inny… Powiem siostrze, co ja zrobiłam. 
Poszłam prosto do mojego ojca, który pracował w Departamencie Wojny i wszystko mu 

background image

opowiedziałam. Fryderyk zginął w czasie wojny. Ale zginął w Ameryce. Rozstrzelany jako 
szpieg.

— Boże drogi! Boże drogi! — wykrzyknęłam. — To straszne!
— Tak, to rzeczywiście straszne — powtórzyła. — On był dobry, łagodny i serdeczny… A 

przez cały ten czas… Ale się nie zawahałam. Może postąpiłam źle.

— Trudno   powiedzieć   —   odparłam.   —   Pojęcia   nie   mam,   co   ja   bym   zrobiła   na   pani 

miejscu.

— To, co siostrze opowiedziałam, nie było wiadome nikomu poza kilkoma pracownikami 

Departamentu Wojny. Oficjalnie mój mąż pojechał na front i tam zginął. Jako „wojennej 
wdowie” okazywano mi wiele sympatii i serdeczności.

Pani Leidner mówiła to wszystko z wielką goryczą. Kiwałam głową ze zrozumieniem.
— Wielu   mężczyzn   prosiło   mnie   o   rękę,   ale   wszystkim   odmawiałam.   Przeżyłam   zbyt 

wielki szok. Wydawało mi się, że nie potrafię już nigdy więcej zaufać żadnemu.

— Świetnie panią rozumiem.
— Ale   któregoś   dnia   zdałam   sobie   sprawę,   że   żywię   poważne   uczucia   do   pewnego 

młodego człowieka. I zdarzyła się wówczas nieprawdopodobna rzecz. Otrzymałam list. Od 
Fryderyka! Napisał, że mnie zabije, jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż.

— Od Fryderyka? Od tego rozstrzelanego męża?
— Tak. Z początku myślałam, że zwariowałam, albo że to jakiś straszny żart… Wreszcie 

jednak   poszłam  do  ojca.  Powiedział  mi  wtedy prawdę.   Mój   mąż  nie   został   rozstrzelany. 
Uciekł. Ale ta ucieczka — wiele mu nie pomogła. W kilka tygodni potem zginął w katastrofie 
kolejowej. Znaleziono jego ciało wraz z innymi ofiarami. Mój ojciec trzymał przede mną w 
tajemnicy ucieczkę Fryderyka, a potem, kiedy po wypadku zidentyfikowano ciało, nie widział 
potrzeby o tym w ogóle wspominać. Jednakże list, który otrzymałam, zmienił całkowicie stan 
rzeczy.  Czy to możliwe,  aby mój mąż nadal żył?  Ojciec bardzo skrupulatnie  zbadał całą 
sprawę. A następnie powiedział, że pogrzebane ciało było ponad wszelką wątpliwość ciałem 
Fryderyka. Jednakże nie można było mieć stuprocentowej pewności ze względu na obrażenia. 
Niemniej ojciec zapewniał mnie solennie, bez najmniejszych wątpliwości: Fryderyk nie żyje, 
a list jest okrutnym żartem.

— I zdarzyło  się to kilka razy — kontynuowała pani Leidner po chwili milczenia. — 

Ilekroć nawiązałam z kimś romans, otrzymywałam list z groźbami.

— Pisany ręką pani męża?
— Trudno powiedzieć — odparła powoli. — Nie zachował się żaden jego list. Musiałam 

polegać jedynie na pamięci.

— I   w   tych   listach   nie   było   żadnych   aluzji   lub   słów,   które   by   pani   pomogły   nabrać 

pewności?

— Nic takiego nie było. Mieliśmy oczywiście pewne zwroty znane tylko  nam.  Gdyby 

któregoś użył, to bym wiedziała…

— No tak — odparłam w zamyśleniu. — Bardzo dziwna sprawa. Ale wszystko wskazuje, 

że listy nie są od niego. Czy to mógłby być ktoś inny?

— To   możliwe.   Był   jeszcze   młodszy   brat   Fryderyka.   Chłopiec   miał   dziesięć,   może 

dwanaście lat, gdy braliśmy ślub. Uwielbiał mojego męża, a Fryderyk też bardzo go kochał. 
Nie mam pojęcia, co się z chłopcem stało. Na imię miał Wiliam. Teoretycznie jest możliwe, 
że fanatycznie wielbiąc brata dorastał w nienawiści do mnie, obarczając winą za jego śmierć. 
Wiliam był zawsze o mnie zazdrosny i mógł wymyślić historię z listami, żeby mnie ukarać.

— Bardzo możliwe — odparłam.— Zadziwiające jak dzieci potrafią zapamiętać przeżyty 

szok.

— Wiem. Chłopiec mógł z zemsty uczynić cel życia.
— Proszę mówić dalej — zachęciłam.
— Wiele   już   nie   pozostało   do   opowiedzenia.   Eryka   poznałam   przed   trzema   laty.   Nie 

background image

miałam w ogóle zamiaru wychodzić za mąż. Eryk wpłynął na zmianę tego postanowienia. Do 
samego dnia ślubu czekałam na kolejny list z pogróżkami. Nie nadszedł. Pomyślałam sobie, 
że ich autor albo już nie żyje, albo zmęczył się tym okrutnym procederem. W dwa dni po 
ślubie otrzymałam ten oto anonim…

Sięgnęła po małą teczkę leżącą na stole, otworzyła ją i wyjęła list. Podała mi go.
Litery były już nieco wyblakłe. Powiedziałabym, że charakter pisma był raczej kobiecy, 

pochyły.

Nie   posłuchałaś.   Już   mi   nie   umkniesz.   Byłaś   żoną   Fryderyka   Bosnera.   Teraz   musisz 

umrzeć.

— Zlękłam się — ciągnęła pani Leidner. — Chociaż nie tak bardzo, jak przy poprzednich 

listach.   Mając   obok   siebie   Eryka   czułam   się   bezpieczniejsza.   Po   miesiącu   otrzymałam 
następny list.

Nie zapomniałem. Czynię przygotowania. Musisz umrzeć. Czemu byłaś nieposłuszna?

— Czy pani mąż o tym wie? — spytałam.
— Wie, że otrzymuję groźby — zaczęła mówić wolno. Dwa pierwsze listy mu pokazałam. 

Był skłonny sądzić, że to jedynie głupi żart. Albo też, że ktoś próbuje szantażu. Niby że 
pierwszy mąż żyje, a ja wychodzę za mąż.

Przez chwilę milczała.
— W parę dni po otrzymaniu drugiego listu — podjęła wątek — niemalże zatruliśmy się 

gazem. Gdy spaliśmy, ktoś dostał się do mieszkania i odkręcił gaz. Na szczęście w porę się 
obudziłam.   Ale   to   mnie   zupełnie   wytrąciło   z   równowagi.   Wtedy   dopiero   opowiedziałam 
Erykowi wszystko. Że od lat jestem prześladowana, że z pewnością ten szaleniec naprawdę 
chce mnie zabić.

I chyba po raz pierwszy pomyślałam wówczas, że to naprawdę jest Fryderyk.  Za jego 

dobrocią zawsze wyczuwałam coś bezlitosnego.

— Eryk   nadal   przejmował   się   tym   mniej   ode   mnie   —   ciągnęła   pani   Leidner.   — 

Zaproponował, żeby z całą sprawą iść na policję. Nie chciałam o tym słyszeć. Ustaliliśmy 
wreszcie, że przyjadę z nim tutaj, a na lato nie wrócę do Ameryki, ale pozostanę w Paryżu lub 
Londynie.  To wydawało się najrozsądniejsze. Tak też zrobiliśmy i wszystko  układało się 
świetnie. Byłam pewna, że wreszcie będę już miała spokój. Pół świata dzieliło mnie przecież 
od mego prześladowcy. — Umilkła na chwilę, by następnie obwieścić:

— 1 niespodziewanie ponad trzy tygodnie temu nadszedł kolejny list. Na kopercie widniał 

iracki znaczek.

Podała mi zapisaną kartkę.

Myślałaś,   że  uda  ci  się  umknąć.   Myliłaś   się.  Nie możesz   żyć,   skoro  mnie  zdradziłaś. 

Wielokrotnie cię ostrzegałem. Śmierć wkrótce nadejdzie.

— A po tygodniu jeszcze to! Znalazłam tu, na stoliku. Nawet nie musiałam odbierać z 

poczty!

Podała mi kartkę z nabazgranym jednym zdaniem:

Już tu jestem.

Pani Leidner wpatrywała się intensywnie w moją twarz.
— Widzi   siostra?   Rozumie   siostra?   On   mnie   zabije.   Może   to   Fryderyk,   może   mały 

background image

Wiliam. Jeden albo drugi mnie zabije! — mówiła coraz bardziej rozhisteryzowanym głosem.

— Spokojnie,   spokojnie,   proszę!   —   powiedziałam   ostrzegawczo,   chwytając   ją   za 

nadgarstek. — Proszę nie poddawać się panice. Pilnujemy panią. Ma pani tutaj sal volatitis

2

?

Skinęła głową wskazując na umywalkę. Zaaplikowałam jej odpowiednią dawkę.
— No, już lepiej, prawda? — spytałam, gdy kolory wróciły jej na twarz.
— Tak, czuję się nieźle. Ale rozumie teraz siostra, dlaczego jestem w takim stanie? Kiedy 

zobaczyłam tego człowieka pod oknem — pomyślałam sobie: już się zjawił… Z początku 
podejrzewałam nawet siostrę myśląc, że to mężczyzna w przebraniu…

— Cóż za pomysł!
— Wiem, wiem, że to brzmi absurdalnie. Ale pomyślałam też, że siostra może jest jego 

wspólniczką, nie żadną pielęgniarką…

— To przecież nonsens!
— Być może, ale zaczęłam już tracić rozsądek.
— Czy rozpoznałaby pani własnego męża? — spytałam uderzona nagłą myślą.
— Nie jestem tego pewna — odparła mówiąc powoli. — Minęło ponad piętnaście lat. 

Mogłabym go nie poznać.

Zadygotała.
— Którejś nocy zobaczyłam jego twarz! Ale to była maska śmierci. Usłyszałam pukanie w 

szybę. Puk, puk, puk. Spojrzałam i ujrzałam za oknem trupią, wykrzywioną, wyszczerzoną 
maskę. Zaczęłam bardzo głośno krzyczeć… Powiedziano mi, że nikogo tam nie było…

Przypomniałam sobie opowieść pani Mercado.
— Czy nie mogło się to pani przyśnić? — spytałam.
— Z całą pewnością nie!
A  ja  wcale   nie  byłam  tego  taka   pewna. W  opisanych  okolicznościach   było  to  bardzo 

prawdopodobne. Napięcie, zdenerwowanie. Ja jednak nigdy nie zaprzeczam temu, co mówi 
pacjent. Uspokoiłam panią Leidner,  jak tylko  mogłam  najlepiej, a ponadto zwróciłam jej 
uwagę, że każdy obcy pojawiający się na terenie ekspedycji byłby natychmiast przez kogoś 
zauważony.

Myślę,   że   udało   mi   się   nieco   ją   pocieszyć.   Poszłam   poszukać   doktora   Leidnera   i 

powtórzyłam moją rozmowę z panią Leidner.

— Bardzo   dobrze,   że   ona   tę   całą   historię   siostrze   opowiedziała   —   skomentował.   — 

Okropnie   mnie   to   wszystko   martwi.   Jestem   pewien,   że   te   twarze   i   pukania   to   wytwory 
wyobraźni. Nie miałem pojęcia, co trzeba robić w podobnej sytuacji. Co siostra o tym myśli?

Nie bardzo zrozumiałam o co mu właściwie chodzi, ale odpowiedziałam bez wahania:
— Jest prawdopodobne, że te wszystkie listy są po prostu okrutnym żartem.
— To   rzeczywiście   prawdopodobne   —   zgodził   się.   —   Ale   co   powinniśmy   w   takiej 

sytuacji zrobić? Listy doprowadzają ją do szaleństwa. Nie mam pojęcia, co myśleć i co robić.

Ja również tego nie wiedziałam. Pomyślałam sobie tylko, że być może w całą sprawę jest 

zamieszana   jakaś   kobieta.   W   tych   pogróżkach   było   coś,   co   wskazywało   na   kobietę. 
Przemknęła mi przez myśl pani Mercado.

Przypuśćmy,   że   pani   Mercado   dowiedziała   się   przypadkowo   o   okolicznościach 

towarzyszących pierwszemu małżeństwu pani Leidner. I przypuśćmy, że daje ujście swojej 
nienawiści doprowadzając do szaleństwa drugą kobietę?

Postanowiłam jednak nie dzielić się moimi przypuszczeniami z doktorem Leidnerem. Nie 

wiadomo, jakby zareagował.

— No cóż — powiedziałam z udaną wesołością. — Musimy mieć nadzieję, że wszystko 

się   ułoży.   Pani   Leidner   już   czuje   się   lepiej,   kiedy   wyrzuciła   z   siebie   całą   tę   historię. 
Podzielenie   się   z   kimś   problemami   zawsze   pomaga.   Tłamszenie   wszystkiego   w   sobie 
pogarsza tylko stan nerwów.

sal volatitis — [łac.] sole trzeźwiące

background image

— Jestem naprawdę niesłychanie szczęśliwy, że Luiza zwierzyła się siostrze — powtórzył 

raz jeszcze. — To bardzo dobry znak. Pokazuje, że ona siostrę lubi i że jej ufa. Już zupełnie 
nie wiedziałem, co mam robić.

Na końcu języka  miałam pytanie,  czy nie przyszło  mu  do głowy dyskretnie  dać znać 

tutejszej policji, ale go nie zadałam i później byłam z tego bardzo zadowolona.

Coś się bowiem wydarzyło. Następnego dnia pan Coleman udawał się do Hassanieh po 

pieniądze na wypłaty dla robotników. Zabierał również na pocztę do wysłania nasze listy. 
Wrzucało się je do drewnianej skrzynki stojącej na parapecie okna w jadalni. W przeddzień, 
późnym  wieczorem,  pan Coleman  wyjął  ze skrzynki  wszystkie  listy i  układał  je w  małe 
paczki, zakładając gumowe opaski.

Nagle wydal krótki okrzyk.
— Co się stało? — spytałam.
Z uśmiechem na twarzy podał mi list.
— Nasza piękna Luiza najwyraźniej dostaje fisia. Zaadresowała do kogoś list: 42–ga ulica, 

Paryż, Francja. Pomieszał się jej Nowy Jork z Paryżem. Czy siostra byłaby łaskawa pójść do 
niej i spytać, co to ma być? Dopiero co poszła do swojego pokoju.

Poszłam do pani Leidner, która natychmiast poprawiła adres.
Po   raz   pierwszy   widziałam   jej   pismo.   Przemknęło   mi   przez   głowę,   że   już   je   gdzieś 

widziałam. Wydawało się bardzo znajome.

Obudziłam   się   w   nocy   pewna,   gdzie   je   widziałam.   Tylko   nieco   powiększone   i   jakby 

wypracowane.   Pismo   pani   Leidner   było   niesłychanie   podobne   do   pisma   w   tajemniczych 
listach.

Zupełnie nowe myśli przemknęły mi przez głowę.
Czyż  było  możliwe,  by pani Leidner  sama  do siebie pisała te pogróżki?  I czy doktor 

Leidner to podejrzewał?

background image

S

OBOTNIE

 

POPOŁUDNIE

Pani Leidner opowiedziała mi swoją historię w piątek. W sobotę rano nastąpiła zmiana w 

nastrojach. Zwłaszcza pani Leidner zachowywała się wobec mnie wręcz ozięble i wyraźnie 
unikała tête–à–tête. To mnie wcale nie zdziwiło. Już wielokrotnie mi się przydarzała taka 
sytuacja.   Pacjenci   często   opowiadają   swoim   pielęgniarkom   różne   rzeczy   pod   wpływem 
jakiegoś rozczulenia czy pragnienia zwierzeń, a potem się tego wstydzą i żałują. Już taka jest 
ludzka natura.

Bardzo się pilnowałam, aby jej niczym nie przypomnieć o tym, co mi powiedziała, żadnym 

słowem do tego nie nawiązywać. Rozmowy dotyczyły wyłącznie bieżących spraw.

Pan Coleman wyjechał z samego rana ciężarówką do Hassanieh z listami w plecaku. Miał 

jeszcze załatwić kilka spraw dla członków ekspedycji. Był to dzień wypłat, więc czekała go 
wizyta w banku, skąd miał odebrać pieniądze w bilonie i banknotach o niskim nominale. 
Wszystko to wymagało czasu i dlatego spodziewano się jego powrotu późnym popołudniem. 
Podejrzewałam, że będzie jadł lunch w towarzystwie Sheili.

W sobotę po lunchu praca na wykopalisku posuwała się w zwolnionym tempie. O trzeciej 

trzydzieści rozpoczynała się wypłata.

Abdullah,   chłopiec,   który   zmywał   naczynia,   jak   zwykle   siedział   pośrodku   dziedzińca 

wyśpiewując przez nos swoją pieśń podobną do zawodzenia.

Pan   Emmott   i   doktor   Leidner   postanowili   zająć   się   skorupami   aż   do   powrotu   pana 

Colemana, pan Carey zaś udał się w stronę wykopaliska.

Pani   Leidner   poszła   do   swego   pokoju   odpocząć.   Jak   zwykle   ułożyłam   ją   wygodnie   i 

udałam się do siebie zabierając książkę, gdyż  nie byłam  senna. Była  wtedy za kwadrans 
pierwsza.   Dwie   godziny   minęły   bardzo   przyjemnie.   Czytałam   powieść   „Śmierć   w 
sanatorium”, nadzwyczaj ciekawą, wciągającą historię, chociaż o prowadzeniu sanatorium 
autor nie miał wielkiego pojęcia. W każdym razie sanatoria, które ja widziałam w życiu, 
różniły się znacznie od opisanego przez niego. Miałam ochotę napisać w tej sprawie do autora 
i wytknąć mu kilka błędów.

Kiedy wreszcie odłożyłam książkę (zbrodnię popełniła ruda pokojówka, której w ogóle nie 

podejrzewałam) i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam ze zdumieniem, że zrobiła się już za 
dwadzieścia trzecia.

Wstałam, poprawiłam mój pielęgniarski strój i wyszłam na dziedziniec.
Abdullah nadal szorował naczynia i wydawał te przygnębiające dźwięki, a Dawid Emmott 

stał przy nim sortując oczyszczone przedmioty i odkładając potłuczone do oddzielnych pudeł. 
Podeszłam do nich w chwili, gdy doktor Leidner zaczął schodzić schodami z dachu.

— Niezłe popołudnie — powiedział, gdy się zbliżył. — Zrobiłem trochę porządków na 

górze. — Był w doskonałym humorze. — Luiza będzie zadowolona. Ostatnio narzekała, że 
kroku nie może zrobić, żeby na coś nie nadepnąć. Pójdę i powiem jej. Podszedł do drzwi 
sypialni żony, zapukał i wszedł.

Chyba upłynęło półtorej minuty, gdy pojawił się z powrotem w drzwiach. Właśnie na nie 

wtedy   patrzyłam.   Sama   nie   wiem,   dlaczego.   Ujrzałam   zjawę.   Przed   kilkudziesięciu 
sekundami wchodził do pokoju roześmiany mężczyzna.. Teraz wyszedł, zataczając się, ze 
zmartwiałym wyrazem twarzy.

— Siostro! — zawołał przedziwnym, zachrypłym głosem. — Siostro!
Natychmiast  się zorientowałam,  że coś  się stało i pobiegłam  w jego stronę. Wyglądał 

okropnie.   Twarz   miał   szarą,   zniekształconą   nerwowym   tikiem.   Bałam   się,   że   za   chwilę 
upadnie.

— Moja żona! O Boże, moja żona! — wykrztusił. Odepchnęłam go i wpadłam do pokoju. 

Stanęłam jak wryta, serce skoczyło mi do gardła. Pani Leidner leżała na ziemi koło łóżka, 

background image

podobna do zmiętej sterty szmat.

Pochyliłam się nad nią. Nie żyła. Nie żyła co najmniej od godziny. Przyczyna śmierci była 

oczywista. Silny cios z przodu głowy tuż nad prawą skronią. Musiała wstać z łóżka i w tym 
momencie została uderzona.

Stwierdziwszy zgon, cofnęłam rękę i więcej jej nie dotykałam. Rozejrzałam się po pokoju 

sprawdzając, czy nie zobaczę żadnych śladów pobytu mordercy. Wszystko wydawało się być 
na miejscu, nie poruszone. Okna były zamknięte i zabezpieczone. Nie było miejsca, w którym 
morderca mógłby się skryć. Dawno już go tu nie było.

Wyszłam zamykając za sobą drzwi.
Doktor Leidner załamał się całkowicie. Dawid Emmott stał obok niego. Odwrócił się do 

mnie z pobladłą twarzą, z niemym pytaniem w oczach.

Powiedziałam mu w paru słowach, co się stało.
Tak, jak się tego spodziewałam, pan Emmott okazał się niezawodny w trudnej sytuacji. 

Zachował całkowity spokój i opanowanie.

Przez chwilę się zastanawiał, a potem powiedział:
— Chyba trzeba jak najszybciej zawiadomić policję. Bill powinien lada moment wrócić. 

Co zrobimy z Leidnerem?

— Może mi pan pomoże zaprowadzić go do pokoju — poprosiłam.
Skinął głową.
— Ale przedtem trzeba zamknąć drzwi… — Przekręcił zamek w drzwiach pokoju pani 

Leidner, wyjął klucz i oddał go mnie.

— Niech to lepiej ma siostra. Zajmijmy się teraz doktorem.
Razem go prawie zanieśliśmy do pokoju i ułożyliśmy na łóżku. Pan Emmott poszedł po 

koniak. Gdy wrócił, towarzyszyła mu panna Johnson.

Widać było po wyrazie twarzy, że przeżyła wstrząs, ale zachowywała spokój i była gotowa 

we wszystkim pomóc. Wiedziałam, że mogę pozostawić doktora Leidnera pod jej opieką.

Pośpieszyłam   na   dziedziniec.   Właśnie   przez   bramę   wjeżdżał   samochód   z   panem 

Colemanem. Było dla nas pewnym szokiem, gdy zobaczyliśmy jego roześmianą różową twarz 
i usłyszeliśmy wesołe pokrzykiwania:

— Hej tam, wszyscy! Przywiozłem forsę. Żadnych bandytów po drodze… — Nagle urwał 

widząc   nasze   twarze:   —   Co   się   z   wami   stało?   Wyglądacie   tak,   jakby   wam   kot   zjadł 
ukochanego kanarka.

— Pani Leidner nie żyje. Zabita — odparł krótko pan Emmott.
— Co takiego? Wyraz twarzy Billa uległ zupełnej zmianie. Jakby mu oczy wyszły nagle z 

orbit. — Matka Leidner nie żyje? Nabieracie mnie!

— Nie żyje? — usłyszałam za sobą nagle piskliwy krzyk. Obejrzałam się i zobaczyłam tuż

— tuż panią Mercado. — Czy ja dobrze słyszę, że pani Leidner nie żyje?

— Tak, zamordowana — odpowiedziałam.
— Nie, nie! — krzyknęła. — Nie wierzę w to. Pewno popełniła samobójstwo.
— Samobójcy nie roztrzaskują sobie sami głów. Nie ma wątpliwości, że to morderstwo, 

pani Mercado! — odparłam sucho.

Pani Mercado usiadła na obróconej pustej skrzyni, jakby nagle opadła z sił.
— Ależ to straszne, to okropne — powiedziała.
Oczywiście, że to było okropne. Wiedzieliśmy to bez niej. Zastanawiałam się, czy ona nie 

odczuwa czasem pewnych wyrzutów sumienia z powodu insynuacji, które wygadywała na 
panią Leidner.

Po paru minutach spytała ni stąd, ni zowąd:
— No i co teraz zrobicie?
Pan Emmott w ten swój nie narzucający się sposób objął przewodzenie.
— Bill,   natychmiast   wracaj   do   Hassanieh.   Nie   znam   procedury   w   takich   sprawach. 

background image

Najlepiej odszukaj kapitana Maitlanda. Chyba on jest szefem tutejszej policji. Ale przedtem 
zawiadom doktora Reilly. On będzie wiedział, co robić.

Pan   Coleman   przytakiwał   głową.   Na   jego   twarzy   nie   było   nawet   cienia   uśmiechu. 

Wyglądał po prostu jak bardzo młody i bardzo przestraszony chłopak. Bez słowa usiadł za 
kierownicą i odjechał.

Pan Emmott odezwał się do pozostałych niepewnym głosem:
— Chyba powinniśmy zorganizować jakieś poszukiwania, pościg…? — Podniósł głos i 

zawołał: — Ibrahim!

— Jestem, panie! — przybiegł arabski chłopak.
Pan Emmott zaczął do niego mówić po arabsku. Wkrótce rozwinął się ożywiony dialog. 

Chłopak wydawał się czemuś energicznie zaprzeczać.

Pan Emmott obrócił się do nas i jakby zdziwiony powiedział:
— On twierdzi, że dziś po południu nikt się tu nie pojawił. Absolutnie żadnych obcych. 

Pewno mordercy udało się przeniknąć niezauważonym…

— To przecież jasne! — powiedziała pani Mercado. — Skorzystał z chwili, gdy chłopak 

gdzieś sobie poszedł.

— Chyba   tak  —  zgodził  się   pan  Emmott,  ale  w   jego  głosie  brzmiało   powątpiewanie. 

Spojrzałam na niego uważnie.

Odwrócił się i znów coś mówił do chłopaka od szorowania wydobytych skorup.
Ibrahim coś mu długo tłumaczył.
Wyraz zdziwienia na twarzy pana Emmotta pogłębił się.
— Nic już z tego nie rozumiem — mruknął tak, że ledwo usłyszałam. — Absolutnie nic 

nie rozumiem.

Jednakże nie wyjaśnił nam o co chodziło.

background image

B

ARDZO

 

DZIWNA

 

SPRAWA

Staram się ograniczyć moją opowieść do osobistych obserwacji i doświadczeń opuszczając 

wydarzenia, których nie byłam świadkiem. Pominę też wszystko, co działo się przez następne 
dwie   godziny   —   przyjazd   kapitana   Maitlanda   i   doktora   Reilly.   Było   wiele   zamieszania, 
rozpytywania i różnych czynności, jak przypuszczam, rutynowych.

Moim zdaniem dopiero koło godziny piątej przystąpiono poważnie do sprawy, gdy doktor 

Reilly   zaprosił   mnie   do   biura.   Zamknął   drzwi   i   usiadł   za   biurkiem   w   krześle   doktora 
Leidnera, a następnie wskazał mi miejsce po drugiej stronie.

— A więc, siostro, do rzeczy — powiedział z ożywieniem. — Jest coś bardzo dziwnego w 

tej całej sprawie.

Poprawiłam sobie mankiety i spojrzałam na niego pytająco. Wyciągnął z kieszeni notatnik.
— Pytam dla zaspokojenia własnej ciekawości. O której godzinie doktor Leidner znalazł 

ciało żony?

— Była dokładnie za kwadrans trzecia — odparłam.
— Skąd siostra to wie?
— Spojrzałam na zegarek, kiedy wstałam. Była wówczas za dwadzieścia trzecia.
— Proszę mi pokazać zegarek.
Zdjęłam zegarek z ręki i podałam doktorowi.
— Co do minuty. Brawo, siostro! No dobrze, jedno ustaliliśmy. Idziemy dalej. Jak długo 

według siostry pani Leidner nie żyła, w chwili kiedy siostra ujrzała ciało?

— Wolałabym nie wyrażać mojej opinii, doktorze. Nie jestem specjalistką.
— Niechże siostra nie będzie taką perfekcjonistką. Chcę po prostu wiedzieć, czy siostry 

przypuszczenie pokrywa się z moim.

— No dobrze, jestem skłonna uznać, że nie żyła już co najmniej od godziny.
— To by się zgadzało. Zbadałem ciało o wpół do piątej i jestem skłonny przypuszczać, że 

śmierć   nastąpiła   między   pierwszą   piętnaście   a   pierwszą   czterdzieści   pięć.   A   więc 
najprawdopodobniej o pierwszej trzydzieści. Co całkowicie odpowiada ocenie siostry.

Umilkł i zabębnił palcami po blacie.
— Bardzo dziwna sprawa, bardzo dziwna! — powtórzył. — Niech mi siostra wszystko 

dokładnie opowie. Po południu siostra odpoczywała? Czy coś siostra słyszała?

— O wpół do drugiej? Nie, doktorze. Nic nie słyszałam ani o wpół do drugiej, ani o innej 

godzinie. Leżałam w łóżku od za kwadrans pierwsza do za dwadzieścia trzecia i nie słyszałam 
nic prócz zawodzenia tego arabskiego chłopaka i od czasu do czasu głosu pana Emmotta 
wołającego coś do doktora Leidnera, który był na dachu.

— Ten młody Arab, tak… Zmarszczył brwi.
Otworzyły się drzwi i wszedł doktor Leidner, a za nim kapitan Maitland. Kapitan Maitland 

był drobnym, ruchliwym mężczyzną o przenikliwych stalowych oczach.

Doktor Reilly ustąpił miejsca doktorowi Leidnerowi. Właściwie to jakby siłą usadził go na 

krześle.

— Siadajże, człowieku! — powiedział do niego. — Dobrze, żeś przyszedł. Jesteś nam 

potrzebny. Muszę ci powiedzieć, że coś tu dziwnie pachnie.

Doktor Leidner tylko pochylił głowę.
— Wiem — powiedział po chwili. — Moja żona zwierzyła się siostrze Leatheran. Siostro, 

w tej sytuacji trzeba powiedzieć całą prawdę. Nic nie należy ukrywać. Proszę opowiedzieć o 
wczorajszej waszej rozmowie doktorowi Reilly i kapitanowi Maitlandowi.

Jak mogłam najdokładniej zreferowałam przebieg rozmowy. Kapitan Maitland parokrotnie 

wydawał krótkie okrzyki zdumienia. Gdy skończyłam, zwrócił się do doktora Leidnera:

— To wszystko prawda, Leidner, co?

background image

— Każde słowo siostry Leatheran było szczerą prawdą.
— Cóż za niezwykła historia! — wykrzyknął doktor Reilly. — I może nam pan pokazać te 

listy?

— Na pewno znajdziemy je wśród papierów mojej żony.
— Wczoraj wyjmowała je z teczki — wtrąciłam.
— I tam je pewno znajdziemy  — powiedział  doktor Leidner.  Obrócił  się do kapitana 

Maitlanda. Jego zwykle pogodna twarz była zbolałą maską. — Żadnego tuszowania sprawy, 
kapitanie! Morderca musi być schwytany i ukarany!

— Czy pan naprawdę wierzy, że mordercą pani Leidner jest jej były mąż? — spytałam.
— Siostra tak nie sądzi? — odezwał się kapitan Maitland.
— Przypuszczam, że mogą być co do tego duże wątpliwości.
— Tak czy inaczej ten, kto napisał te wszystkie listy jest mordercą — powiedział doktor 

Leidner. — Chory umysłowo osobnik. Należy go złapać! Musi go pan koniecznie złapać, 
kapitanie Maitland! To nie powinno być trudne.

— To może być trudniejsze, niż myślisz… Prawda, Maitland? — powiedział wolno doktor 

Reilly.

Kapitan   Maitland   nerwowo   szarpał   swój   wąs   nic   nie   mówiąc.   Coś   mi   się   nagle 

przypomniało.

— Panowie pozwolą… muszę wam o czymś opowiedzieć!
I opowiedziałam im o Irakijczyku, który usiłował zajrzeć przez okno, i o tym, jak go w 

dwa dni później ponownie zobaczyłam, kiedy o coś wypytywał ojca Lavigny.

— Świetnie! — oświadczył kapitan Maitland. — Zapamiętamy to. Policja będzie miała 

cenną wskazówkę. Ten człowiek mógł mieć coś wspólnego z całą tą sprawą.

— Może   zapłacono   mu   za   szpiegowanie   —   podsunęłam.   —   Miał   informować,   kiedy 

najlepiej uderzyć… Kiedy będzie bezpiecznie…

— Hmm.   Cały   sęk   właśnie   w   tym   —   odezwał   się   doktor   Reilly   pocierając   jakby   w 

zatroskaniu nos. — A jeśli nie było bezpiecznie?

Spojrzałam na doktora zdziwiona.
— Niech   mnie   pan   słucha   uważnie,   Leidner.   Oto   fakty,   które   ustaliliśmy   do   chwili 

obecnej. Po lunchu, który podano dokładnie o dwunastej, a który skończył się o dwunastej 
trzydzieści pięć, pańska żona udała się do swojego pokoju w towarzystwie siostry Leatheran, 
która ułożyła  ją, podsunęła poduszki i tak dalej. Pan wszedł od razu na dach, gdzie pan 
spędził następne dwie godziny, tak?

— Tak.
— Czy w ciągu tych dwu godzin schodził pan na dziedziniec?
— Nie.
— Czy ktoś do pana przychodził na dach?
— Tak. Parokrotnie Emmott. Właściwie kursował między tym chłopakiem na dziedzińcu a 

dachem. Chłopiec czyścił gliniane garnki.

— Czy spoglądał pan na dziedziniec?
— Parę razy zerkałem. Wtedy, kiedy chciałem coś powiedzieć Emmottowi.
— I chłopiec zawsze siedział pośrodku dziedzińca czyszcząc te naczynia?
— Tak.
— W czasie której ze swych wędrówek na dach Emmott pozostawał z panem najdłużej?
— Nie wiem w czasie której — Leidner się zamyślił. — Ale nigdy nie pozostawał dłużej 

niż dziesięć minut. A może mniej. Po paru minutach wracał. Chociaż mogło mi się tak tylko 
wydawać, bowiem z doświadczenia wiem, że zupełnie tracę poczucie czasu, kiedy jestem 
pogrążony w pracy. Zwłaszcza interesującej.

Kapitan Maitland spojrzał znacząco na doktora Reilly, który skinął głową.
— Trzeba   to   ostatecznie   ustalić   —   powiedział.   Kapitan   Maitland   wyjął   mały   notes   i 

background image

otworzył go.

— Niech pan słucha, Leidner. Odczytam panu, co każdy z członków pańskiej ekspedycji 

robił dziś między pierwszą a drugą po południu.

— Przecież chyba pan…
— Chwileczkę. Zaraz pan zobaczy, do czego zmierzam. Najpierw państwo Mercado. Pan 

Mercado twierdzi, że był w pracowni. Pani Mercado mówi, że była w swoim pokoju myjąc 
głowę. Panna Johnson oświadczyła, że czas ten spędziła w pokoju dziennym robiąc woskowe 
odciski   cylindrycznych   pieczęci.   Pan   Reiter   oświadczył,   że   w   tym   czasie   wywoływał   w 
ciemni negatywy. Ojciec Lavigny powiedział, że pracował w swojej sypialni. Jeśli idzie o 
dwóch pozostałych członków ekspedycji, Careya i Colemana, to pierwszy znajdował się przy 
wykopalisku, a Co— leman był w Hassanieh. Tyle, jeśli idzie o członków ekspedycji. Teraz 
służba. Kucharz, ten Hindus, siedział tuż za bramą i skubał drób rozmawiając ze strażnikiem. 
Ibrahim i Mansur, chłopcy do pomocy, dołączyli do niego o pierwszej piętnaście i razem 
rozmawiali do godziny drugiej trzydzieści. A o tej porze pańska żona już nie żyła.

Doktor Leidner pochylił się do przodu.
— Nie rozumiem, pan mnie zaskakuje… Co pan insynuuje, kapitanie?
— Czy poza tymi drzwiami na dziedziniec jest inny dostęp do sypialni pańskiej żony?
— Nie ma. W pokoju są dwa okna, ale zakratowane. Poza tym były chyba zamknięte. — 

Doktor Leidner spojrzał na mnie pytająco.

— Tak, były zamknięte na zasuwkę od wewnątrz — odparłam.
— To nieistotne — zauważył kapitan Maitland. — Nawet gdyby były otwarte, nikt nie 

mógłby tamtędy wejść i wyjść. Moi ludzie już to sprawdzili. To samo dotyczy pozostałych 
okien   wychodzących   na   zewnątrz   zabudowań.   Wszędzie   są   kraty   i   to   w   dobrym   stanie, 
nienaruszone. Aby dostać się do pokoju pańskiej żony, każdy obcy musiałby wejść przez 
bramę na dziedziniec. Ale mamy zgodne oświadczenia strażnika, kucharza i obu chłopców, że 
nikt tamtędy nie przechodził.

Doktor Leidner zerwał się z krzesła.
— Co pan chce przez to powiedzieć? Co pan chce powiedzieć, kapitanie?
— Opanuj się, człowieku — odezwał się spokojnie doktor Reilly. — Wiem, że to jest dla 

ciebie  szokiem,  ale   musisz  stawić   temu   czoło.  Morderca   nie  pojawił  się   z  zewnątrz.   On 
przyszedł z wewnątrz. Wygląda na to, że pani Leidner została zamordowana przez któregoś z 
członków twojej własnej ekspedycji.

background image

N

IE

 

WIERZYŁAM

— Nie! To niemożliwe!
Doktor Leidner zaczął miotać się po pokoju niesłychanie wzburzony.
— To niemożliwe, nie wierzę w to, co mówisz, Reilly! Absolutnie niemożliwe! Ktoś z 

nas? Wszyscy byli niesłychanie oddani Luizie…

Doktor   Reilly   skrzywił   się.   W   obecnych   okolicznościach   trudno   mu   było   cokolwiek 

powiedzieć, ale jego milczenie wyrażało więcej niż słowa.

— Jest to absolutnie niemożliwe! — powtórzył doktor Leidner.
— Wszyscy   bardzo   ją   lubili.   Luiza   była   taka   czarująca.   Wszyscy   pozostawali   pod   jej 

nieodpartym urokiem.

Doktor Reilly odchrząknął.
— Wybacz mi, Leidner, ale to jest tylko twoja opinia. Jeśli któryś z członków ekspedycji 

nie żywił do twojej żony przyjaznych uczuć, to na pewno się z tym nie afiszował i nie chwalił 
przed tobą.

Doktor Leidner wyglądał na człowieka zupełnie zdruzgotanego.
— Tak, masz na pewno rację. Niemniej twierdzę, że się mylisz. Jestem przekonany, że 

wszyscy lubili Luizę.

Przez dłuższą chwilę milczał, by nagle wybuchnąć:
— To haniebne podejrzenie. Absolutnie… nieprawdopodobne.
— Trudno zaprzeczyć faktom — wtrącił kapitan Maitland.
— Faktom? Jakim faktom? Kłamstwom kucharza i paru arabskich chłopców. Znacie tych 

ludzi nie gorzej  ode mnie.  Ty ich aż za dobrze znasz, Reilly,  i pan, kapitanie,  również! 
Prawda   nie   ma   dla   nich   najmniejszego   znaczenia.   Powiedzą   wam   zawsze   to,   czego 
oczekujecie. Bo tak jest grzecznie. Zawsze chcą być grzeczni.

— W tym wypadku mówią to, czego nie chcielibyśmy usłyszeć — odparł doktor Reilly 

sucho. Poza tym znam dość dobrze obyczaje twojej służby, Leidner. Obszar tuż za bramą jest 
jakby ich klubem. Miejscem spotkań i rozmów. Ilekroć tu przyjeżdżałem po południu, zawsze 
zastawałem większość służących przed bramą. Tam koncentruje się ich życie towarzyskie.

— Nadal sądzę, że zbyt wiele suponujesz. Dlaczegóżby ów człowiek, ten diabeł wcielony, 

nie mógł zakraść się wcześniej i gdzieś się schować?

— Zgadzam się, że teoretycznie to jest możliwe — odparł spokojnie doktor Reilly.  — 

Załóżmy, że to zrobił i nikt go nie zauważył, gdy wchodził. Musiałby się gdzieś schować i 
czekać w ukryciu (a nie mógł tego zrobić w pokoju pani Leidner, bo tam nie ma żadnego 
schowka) aż można by niepostrzeżenie wyjść, dokonać przestępstwa i umknąć. I w każdym 
wypadku wiele by ryzykował, gdyż na dziedzińcu prawie przez cały czas był arabski chłopak.

— Chłopak! Właśnie! Zupełnie o nim zapomniałem. Ależ to upraszcza sprawę, kapitanie 

Maitland — odezwał się doktor Leidner. — Chłopak przecież musiał widzieć mordercę, gdy 
wchodził do pokoju żony?

— Niestety, to właśnie zostało wyjaśnione. Chłopak czyścił naczynia prawie przez całe 

popołudnie. Około wpół do drugiej, ściślej tego nie możemy ustalić, Emmott poszedł na dach 
i przebywał tam z panem około dziesięciu minut. Prawda,

Leidner?
— Tak. Mniej więcej o tej porze.
— Otóż chłopak skorzystał z nieobecności Emmotta i wyskoczył na pogawędkę do swych 

towarzyszy za bramą. Kiedy Emmott wrócił z dachu, zobaczył, że chłopaka nie ma. Ostro go 
przywołał i obrugał za opuszczenie pracy. Moim zdaniem pańska żona została zamordowana 
właśnie w czasie tych dziesięciu minut.

Zapadło milczenie. Doktor Leidner z głębokim jękiem opadł na krzesło i ukrył twarz w 

background image

dłoniach.

Głos zabrał teraz doktor Reilly.
— To by się zgadzało z moimi ocenami — powiedział rzeczowym tonem. — Kiedy ją 

badałem, nie żyła już od około trzech godzin. Pozostaje więc tylko to jedno pytanie: kto to 
zrobił?

Ponownie  zapadło  milczenie.   Doktor   Leidner   wyprostował   się  i  przeciągnął  dłonią  po 

czole. Po dłuższej chwili odezwał się cichym głosem.

— Przyznaję,   że   rozumujesz   logicznie,   Reilly.   Wygląda   rzeczywiście   jakby   zbrodni 

dokonał ktoś, jak to się mówi „z wewnątrz”. Niemniej nadal uważam, że popełniacie panowie 
jakiś błąd. Być może wyciągacie zbyt pochopne wnioski. Wysuwacie interesującą teorię, ale 
zakładacie nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

— Użyłeś   ciekawego   słowa,   Leidner   —   odparł   doktor   Reilly.   Doktor   Leidner   nie 

zwracając uwagi na ów wtręt ciągnął dalej:

— Moja żona otrzymuje listy z groźbami. Ma podstawy obawiać się konkretnej osoby. I 

oto zostaje zabita. A wy teraz żądacie, abym uwierzył, że wcale nie została zamordowana 
przez maniaka, którego się bała, tylko przez kogoś zupełnie innego? Twierdzę, że to wprost 
śmieszne.

— Tak by się pozornie wydawało — powiedział doktor Reilly w zamyśleniu. Spojrzał na 

kapitana. — Zbieg okoliczności? Co ty o rym sądzisz, Maitland? Zgadzasz się z tą teorią? 
Może przedstawimy Lełdnerowi naszą propozycję, o której wspomnieliśmy?

Kapitan Maitland skinął głową.
— Proszę, mów!
— Słyszałeś kiedyś o człowieku nazwiskiem Herkules Poirot?
— Chyba   kiedyś   to   nazwisko   obiło   mi   się   o   uszy   —   odparł   Leidner   ze   zdziwionym 

wyrazem twarzy. — Tak, raz słyszałem, kiedy zachwalał go bardzo Van Aldin. To prywatny 
detektyw, prawda?

— Właśnie, ten sam.
— Ale on przebywa w Londynie, więc jak mógłby nam pomóc?
— Na   stałe   rzeczywiście   mieszka   w   Londynie.   Ale   oto   mamy   prawdziwy   zbieg 

okoliczności — wyjaśnił doktor Reilly. — Obecnie przebywa w Syrii i jutro ma przejeżdżać 
przez Hassanieh w drodze do Bagdadu!

— Skąd to wiesz?
— Powiedział mi Jean Berat, francuski konsul. Był u nas wczoraj na kolacji i wspomniał o 

nim. Ten Poirot podobno rozwikłał jakiś wojskowy skandal w Syrii. Ma zamiar zwiedzić 
Bagdad, a potem przez Syrię wraca do Londynu. Prawda, jaki niezwykły zbieg okoliczności?

Doktor Leidner przez chwilę się wahał, a potem spojrzał na kapitana Maitlanda i spytał z 

lekką obawą w głosie, jakby sądził, że kapitan Maitland mógłby się czuć urażony:

— Co pan o tym sądzi, kapitanie?
— Bardzo   chętnie   skorzystam   z   pomocy   tego   dżentelmena.   Moi   ludzie   są   dobrzy   w 

tutejszym   terenie,   kiedy  zajmują  się  porachunkami   między  Arabami,   ale  sprawa pańskiej 
żony, Leidner, powiem szczerze, to skomplikowana zagadka. Nie gram w tej lidze. I cała 
sprawa wygląda bardzo dziwnie. Coś tu brzydko pachnie. Chętnie się zgadzam, żeby ten 
człowiek rzucił na to okiem.

— A więc proponujesz, żebym się zwrócił do tego Poirota o pomoc? — Leidner spytał 

doktora Reilly. — A jeśli odmówi?

— Nie odmówi — odparł krótko doktor Reilly.
— Skąd ta pewność?
— Ponieważ ja również jestem zawodowcem. Jeśli mi się przytrafi jakiś skomplikowany 

przypadek, na przykład zapalenie opon mózgowych, to na pewno z niego nie zrezygnuję. Po 
prostu nie potrafiłbym. A tu mamy do czynienia z niezwykłą zbrodnią, doktorze Leidner!

background image

— W istocie — odparł doktor Leidner. Spazm bólu ściągnął mu twarz. — W takim razie, 

czy byłbyś łaskaw w moim imieniu zaprosić tutaj tego Poirota?

— Zrobię to.
Doktor Leidner podziękował ruchem ręki.
— Jeszcze nie potrafię zaakceptować faktu, że Luiza nie żyje. Nie mogę w to uwierzyć.
Dłużej już nie mogłam wytrzymać:
— Doktorze Leidner! — niemal wykrzyknęłam. — Niech mi wolno będzie wyrazić panu 

moje   współczucie.   To   moja   wina,   zawiodłam   pana!   Nie   wypełniłam   należycie   moich 
obowiązków! Miałam pilnować pani Leidner. Chronić ją przed nieszczęściem…

Doktor Leidner smutno pokiwał głową.
— Nie, siostro! Nie ma co sobie siostra wyrzucać. To ja, niech mi Bóg wybaczy, jestem 

wszystkiemu winien. Nie wierzyłem! Przez cały czas jej nie wierzyłem… Ani przez chwilę 
nie sądziłem, że grozi jej prawdziwe niebezpieczeństwo…

Wstał. Skurcz przebiegł mu po twarzy.
— Jaja skazałem na śmierć… Tak, ja jej pozwoliłem umrzeć! Nie wierzyłem!
Zataczając się opuścił pokój. Doktor Rełlly spojrzał na mnie.
— Ja też się czuję winny — powiedział. — Byłem przekonany, że Luiza Leidner jest po 

prostu histeryczką.

— Ja także nie traktowałam całej sprawy poważnie — przyznałam.
— Wszyscy się pomyliliśmy — dodał doktor Reilly.
— Na to wygląda — zgodził się kapitan Maitland.

background image

H

ERKULES

 P

OIROT

 

PRZYBYWA

Nigdy chyba  nie zapomnę pierwszego wrażenia, jakie zrobił na mnie Herkules Poirot. 

Później oczywiście przyzwyczaiłam się do niego, ale z początku doznałam szoku i chyba 
wszyscy pozostali także.

Sama nie wiem, kogo oczekiwałam. Może kogoś podobnego do Sherlocka Holmesa — 

wysokiego,   szczupłego,   ze   szlachetną   i   mądrą   twarzą.   Wiedziałam   naturalnie,   że   jest 
cudzoziemcem, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, jeśli właściwie się wyrażam.

Gdy   go  zobaczyłam,   miałam   ochotę   parsknąć   śmiechem.   Każdy   chyba   tak   reagował. 

Wyglądał jak ktoś ze sceny lub filmu. Po pierwsze, był niziutki. Może miał półtora metra 
wzrostu. Śmieszny, stary, gruby człowieczek z wielkimi wąsami i jajowatą głową. Wyglądał 
jak fryzjer w jakiejś farsie.

I ten człowiek miał odkryć, kto zamordował panią Leidner?
Najprawdopodobniej wszystkie te wątpliwości odmalowały się na mojej twarzy, gdyż z 

miejsca oświadczył mi z takim dziwnym błyskiem w oczach:

— Nie zdobyłem uznania siostry! — Powiedział po francusku: „Ma soeur”. To znaczy 

siostra. I dodał: — Ale proszę poczekać, jakości tortu dowodzi się tylko przy jedzeniu!

Pewno chciał powiedzieć, że jakość tortu można poznać przy jedzeniu.
W   zasadzie   to   bardzo   trafne   powiedzenie,   ale   skłamałabym,   gdybym   powiedziała,   że 

miałam zaufanie do tego małego detektywa.

Doktor   Reilly   przywiózł   go   swoim   samochodem   po   lunchu   w   niedzielę.   I   ten   Poirot 

natychmiast kazał nam wszystkim zebrać się razem.

No więc usiedliśmy za stołem w jadalni, pan Poirot u szczytu stołu, po jego jednej ręce 

zajął miejsce doktor Leidner, a po drugiej doktor Reilly.

Kiedyśmy   się   już   zebrali,   doktor   Leidner   odchrząknął   i   przemówił   łagodnie,   jakby   z 

lekkim wahaniem:

— Chyba wszyscy słyszeli o panu Herkulesie Poirot. Przejeżdżał dziś przez Hassanieh, ale 

łaskawie zgodził się odłożyć dalszą podróż, aby nam pomóc. Policja iracka i kapitan Maitland 
robią, co mogą, jestem tego pewien, ale… są pewne okoliczności tej sprawy… — zająknął się 
i jakby szukając ratunku spojrzał na doktora Reilly — są pewne trudności… komplikacje…

— Nie wszystko pasuje jak wół do karety, co, nie? — odezwał się głos ze szczytu stołu.
Przecież on nawet nie mówi przyzwoicie po angielsku, pomyślałam sobie.
— Trzeba go koniecznie złapać! — wykrzyknęła pani Mercado. — To byłoby okropne, 

gdyby uciekł!

Spostrzegłam, że śmieszny cudzoziemiec wlepił swoje oczka w panią Mercado.
— On? Kto jest on, madame? — spytał.
— Jak to kto? Morderca oczywiście!
— Aaa, morderca! — powtórzył Herkules Poirot.
Powiedział to tak, jakby osoba mordercy nie była tu w ogóle ważna.
Wlepiliśmy w niego wzrok. Spoglądał kolejno na każdego.
— Jest możliwe — powiedział — że żadna z waszych osób w kontakcie z morderstwem 

jeszcze nigdy nie była, tak?

Wszyscy zamruczeli, że nie. Herkules Poirot uśmiechnął się.
— Jasne jest więc — powiedział — że nikt nie rozumie całej sytuacji. Bardzo w niej wiele 

nieprzyjemności. Tak, czeka bardzo wiele nieprzyjemności. Na początek: suspition!

— Suspition? — odezwała się panna Johnson.
Pan Poirot przyjrzał się jej uważnie, jakby z aprobatą. Wyglądał zupełnie tak, jakby chciał 

powiedzieć: oto rozsądna, inteligentna osoba.

— Tak, mademoiselle, podejrzenie. Nie przelewajmy na ten temat w próżne. W tym domu 

background image

jesteście   wszyscy   podejrzani.   Kucharz,   jego   pomocnik,   pomywacz,   ten   chłopiec   od 
czyszczenia naczyń, a także członkowie ekspedycji.

Pani Mercado zerwała się ogromnie podniecona.
— Jak pan śmie! Jak pan śmie rzucać podobne oskarżenia? To ohydne! Po prostu wstrętne! 

Doktorze   Leidner,   przecież   nie   może   pan   spokojnie   siedzieć   i   pozwalać   temu…   temu 
człowiekowi…?

— Uspokój się, Mario! — powiedział doktor Leidner zmęczonym głosem.
Pan Mercado także wstał. Ręce mu się trzęsły i oczy miał przekrwione.
— Zgadzam się z Marią. To skandaliczne, po prostu obraźliwe…!
— Nie, nie! Ja nikogo nie chcę obrażać. Ja tylko proszę przyjrzeć się dokładnie faktom. W 

domu,   w   którym   morderstwo   zostało   popełnione,   wszyscy   niosą…   aha…   mają   na   sobie 
kawałek podejrzenia. Ja zapytam was: jakie są dowody, że morderca zjawił się z zewnątrz?

— Oczywiście, że przyszedł z zewnątrz! — wykrzyknęła pani Mercado. — Przecież to 

logiczne.   Skąd…   —   zamilkła   i   potem   powiedziała   z   wahaniem:   —   Przecież   to   byłoby 
niewiarygodne…!

— Z pewnością ma pani rację! — odparł Poirot chyląc głowę w ukłonie. — Ja tłumaczę 

tylko, madame, jak rzeczy mogą być widziane. Najpierw muszę się upewnić, że nikt z ludzi w 
tym pokoju… że każdy jest niewinny. A potem zacznę szukać gdzie indziej.

— Czy wówczas nie będzie za późno? — zapytał ojciec Lavigny uprzejmie.
— Żółw, mon pere, przegonił zająca!
Ojciec Lavigny wzruszył ramionami.
— Oddajemy się w pańskie ręce — powiedział. — A więc niech się pan jak najszybciej 

upewni o naszej niewinności.

— Zrobię to, jak najszybciej będę mógł. Obowiązkiem moim było sprawę postawić jasno, 

aby nikt do siebie nie wziął obrazy za natarczywe pytania, które zadawać mogę. Może więc 
Kościół, mon pere, przykładem zaświeci?

— Niech pan zadaje, jakie pan chce, pytania — odparł poważnym głosem ojciec Lavigny.
— Ojciec jest tu po raz pierwszy?
— Tak.
— A kiedy ojciec przyjechał?
— Chyba dokładnie trzy tygodnie temu. Dwudziestego siódmego lutego.
— Skąd?
— Z zakonu ojców białych w Kartaginie.
— Dziękuję, mon pere. Czy przed przyjazdem tutaj znał ojciec panią Leidner?
— Nie. Wcześniej nigdy jej nie widziałem.
— Łaskawie proszę powiedzieć, co ojciec robił w chwili tragedii?
— Pracowałem w moim pokoju. Odczytywałem pismo klinowe z tabliczek.
Zauważyłam, że Poirot ma szkic budynku z planem pomieszczeń.
— Ojciec   zajmuje   pokój   w   południowo–zachodniej   części   budynku   po   przeciwległej 

stronie od pokoju pani Leidner?

— Tak.
— O której godzinie udał się ojciec do pokoju?
— Zaraz po lunchu. Była wtedy chyba za dwadzieścia pierwsza.
— I pozostał ojciec w pokoju do kiedy?
— Wyszedłem tuż przed trzecią. Usłyszałem, jak powraca samochód… A potem, że znów 

odjeżdża. Zastanowiło mnie, dlaczego i wyszedłem sprawdzić.

— Wcześniej nie opuszczał ojciec pokoju nawet na chwilę?
— Ani razu.
— I nie widział ojciec ani nie słyszał nic, co miałoby związek ze sprawą?
— Związek ze sprawą? Nie.

background image

— Okien na dziedziniec z pokoju nie ma?
— Nie, oba okna wychodzą na pola.
— A dochodziły odgłosy z dziedzińca?
— Niewiele. Słyszałem, jak koło mojego pokoju przechodził pan Emmott w drodze na 

dach. Parę razy.

— Nie pamięta ojciec o której godzinie?
— Nie, niestety nie. Byłem  pogrążony w pracy.  Nastąpiła  chwila milczenia,  po której 

Poirot zapytał:

— Czy   miałby   ojciec   coś   do   powiedzenia   albo   do   sugerowania   na   temat   tragicznego 

wydarzenia? Czy na przykład coś ojciec zauważył w dniach poprzedzających morderstwo?

Ojciec Lavigny  okazał lekkie zakłopotanie. Spojrzał z ukosa na doktora Leidnera, jakby 

oczekiwał jego wsparcia.

— Raczej trudne pytanie, monsieur. — Mówił z głęboką powagą. — Skoro mnie pan o to 

pyta, muszę powiedzieć, że moim zdaniem pani Leidner żyła w strachu przed kimś albo przed 
czymś.   Była   bardzo   nieufna   wobec   obcych.   Jestem   przekonany,   że   miała…   że   istniały 
głębokie przyczyny jej lęków. Ale to są tylko przypuszczenia. Nie zwierzała mi się.

Poirot odchrząknął i rzucił okiem na notatki trzymane w ręku.
— Z tego, co dano mi do zrozumienia, dwie noce temu podejrzewaliście włamanie.
Ojciec Lavigny potwierdził ten fakt i wspomniał o światełku, jakie dostrzegł w magazynie 

wykopalisk, a także opisał bezskuteczne poszukiwania.

— Ojciec sądzi więc, że jakaś nieupoważniona  osoba znajdowała się w tym  czasie na 

terenie?

— Nie wiem, co mam o tym sądzić. Nic nie zginęło, wszystko było na swoim miejscu. 

Może któryś ze służących.

— Albo członków ekspedycji?
— Albo   członków   ekspedycji.   Ale   w   tym   ostatnim   wypadku   nie   stałoby   nic   na 

przeszkodzie, by osoba ta przyznała się do tego.

— Ale również mógłby to być ktoś z zewnątrz?
— Przypuszczam, że tak.
A więc zakładamy, że obcy był na terenie. Czy ten osobnik zdołałby ukrywać się przez 

cały następny dzień, aż do popołudnia kolejnego dnia?

Pytanie to Poirot kierował zarówno do ojca Lavigny,  jak i do doktora Leidnera.  Obaj 

mężczyźni zamyślili się.

— To chyba nie byłoby możliwe — odparł po chwili doktor Leidner. Było widać, że czyni 

to wyznanie wbrew sobie. — Nie wyobrażam sobie, gdzie mógłby się ukryć, prawda, ojcze 
Lavigny ?

— Tak, naturalnie, nie widzę gdzie…
Obaj bardzo niechętnie rezygnowali z podobnej możliwości.
— A mademoiselle uważa to za prawdopodobne? — zwrócił się Poirot do panny Johnson.
Po chwili zastanowienia panna Johnson przecząco potrząsnęła głową.
— Nie. To niemożliwe — przyznała. — Gdzieżby się schował? Wszystkie sypialnie są 

zajęte   i   poza   tym   bardzo   skromnie   umeblowane.   Ciemnia,   pracownia   i   kreślarnia   były 
następnego dnia wykorzystywane. Podobnie jak jadalnia i pokój dzienny. Nie ma tu szaf, nie 
ma zakamarków, komórek. Gdyby w zmowie byli służący…

— Możliwe, ale mało prawdopodobne — przerwał Herkules Poirot i ponownie zwrócił się 

do   ojca   Lavigny.   —   Jest   jeszcze   jedna   drobna   sprawa.   Któregoś   dnia   siostra   Leatheran 
widziała, jak ojciec rozmawiał za domem z jakimś człowiekiem. A jeszcze przedtem widziała, 
jak ten sam człowiek usiłował zajrzeć przez któreś okno. Wygląda na to, że ów osobnik kręcił 
się koło domu.

— To jest oczywiście możliwe — odparł ojciec Lavigny po zastanowieniu.

background image

— Czy ojciec odezwał się pierwszy do tego człowieka, czy też on rozpoczął rozmowę?
— Chyba on. Tak, to on pierwszy coś powiedział.
— A co takiego?
Ojciec Lavigny czynił wyraźny wysiłek, by sobie przypomnieć.
— Pytał, czy to jest dom amerykańskiej ekspedycji naukowej. A potem coś chyba jeszcze, 

że Amerykanie  dają pracę wielu ludziom.  Właściwie  to go dobrze nie zrozumiałem.  Ale 
usiłowałem podtrzymać rozmowę, żeby poćwiczyć mój arabski. Pomyślałem sobie, że skoro 
to jest człowiek z miasta, to może mnie lepiej zrozumie niż robotnicy na wykopalisku.

— Jeszcze o czym była mowa?
— Z tego, co sobie przypominam, to powiedziałem mu, że Hassanieh to jest duże miasto, 

ale potem ustaliliśmy, że Bagdad jest większy. A on chyba spytał, czy ja jestem armeńskim 
czy syryjskim katolikiem. O coś takiego spytał.

Poirot skinął głową.
— Proszę opisać tego człowieka.
— Raczej   niski.   Dość   silnie   zbudowany.   —   Ojciec   Lavigny   zmarszczył   brwi   usiłując 

uprzytomnić sobie szczegóły. — Miał wyraźnego zeza i dość jasną cerę.

Pan Poirot zwrócił się do mnie:
— Czy to się zgadza z tym, co siostra widziała? — spytał.
— Niezupełnie. Powiedziałabym, że był raczej wysoki. I miał smagłą cerę. Moim zdaniem 

był dość szczupłej budowy. Nie zauważyłam żadnego zeza.

Pan Poirot jakby z rozczarowaniem wzruszył ramionami.
— Tak   jest   zawsze.   Gdybyście   państwo   pracowali   w   policji,   znalibyście   podobne 

przypadki.   Opis   tego   samego   człowieka   przez   dwie   różne   osoby   nigdy   się   nie   zgadza. 
Wszystkie szczegóły sobie przeczą.

— Jestem pewien co do zeza — odezwał się ojciec Lavigny. — Być może co do innych 

punktów   rację   ma   siostra   Leatheran.   Kiedy   powiedziałem,   że   ma   dość   jasną   cerę,   to 
myślałem, że dość jasną jak na Irakijczyka. Dla siostry była to oczywiście cera smagła.

— Bardzo smagła — upierałam się. — Sinociemna twarz. Zauważyłam, że doktor Reilly 

przygryza wargi i uśmiecha się. Poirot podniósł ręce do góry, jakby się poddawał.

— Possons! — powiedział. — Ten obcy, który tu się kręcił, jest być może ważny, a może 

nie jest. Trzeba go jednak znaleźć. Prowadźmy dalej dochodzenie…

Przez dłuższą chwilę jakby się wahał spoglądając po naszych twarzach, a potem szybko 

podjął decyzję i wskazał na pana Reitera.

— Zaczynamy, drogi przyjacielu! Niech no pan opowie wszystko na temat wczorajszego 

popołudnia!

Różowa, okrągła twarz Reitera oblała się purpurą.
— Ja?— spytał.
— Pan, przyjacielu. Najpierw nazwisko i wiek.
— Carl Reiter, lat dwadzieścia osiem.
— Amerykanin, tak?
— Tak, pochodzę z Chicago.
— Pierwszy raz uczestniczy pan w ekspedycji?
— Tak. Moim zadaniem jest robienie zdjęć.
— Aha. A czym się pan zajmował wczoraj po południu?
— No więc… prawie przez cały czas byłem w swojej ciemni.
— Prawie przez cały czas?
— Tak, najpierw wywoływałem klisze. Potem ustawiałem przedmioty do fotografowania.
— Na dworze?
— O nie, w pracowni obok.
— Więc ciemnia łączy się z pracownią?

background image

— Tak.
— I nie wychodził pan wcale na dziedziniec?
— Nie.
— Więc w ogóle nie widział pan, co się dzieje na dziedzińcu?
Młody człowiek potrząsnął przecząco głową.
— Nic   nie  widziałem.   Byłem   bardzo  zajęty.   Słyszałem,   jak  przyjechał  samochód.   Ale 

dopiero gdy się uporałem ze wszystkim, wyszedłem, żeby sprawdzić, czy nie ma dla mnie 
listów. Wtedy właśnie dowiedziałem się…

— A kiedy dokładnie zabrał się pan do pracy?
— Za dziesięć pierwsza.
— Czy znał pan panią Leidner przed przyłączeniem się do ekspedycji?
— Nie,   proszę   pana.   Nie   widziałem   jej   nigdy   przed   przybyciem   tutaj!   —   powiedział 

potrząsając przecząco głową.

— Czy coś przychodzi panu na myśl? Cokolwiek, jakiś incydent, drobny nawet, coś, co 

mogłoby nam pomóc?

Carl Reiter ponownie zaprzeczył.
— Chyba nic nie wiem, proszę pana!
— Pan Emmott? — spytał Poirot.
Dawid Emmott mówił przejrzyście i składnie swoim miękkim, miłym głosem:
— Od za kwadrans pierwsza do za kwadrans trzecia byłem na dziedzińcu. Nadzorowałem 

Abdullaha,  segregowałem   naczynia  i  od  czasu  do czasu  wchodziłem  na  dach,  by pomóc 
doktorowi Leidnerowi.

— Ile razy chodził pan na dach?
— Chyba cztery. — Na jak długo?
— Na parę minut. Ale raz, po półgodzinnym pobycie na dziedzińcu, wszedłem na górę i 

zostałem tam dobre dziesięć minut.

Zastanawialiśmy się z doktorem Leidnerem, co zatrzymać, a co wyrzucić.
— Rozumiem, że właśnie wtedy, po powrocie na dół, zobaczył pan, że chłopaka nie ma?
— Tak. Byłem zły. Głośno go zawołałem, zaraz się zjawił zza bramy. Poszedł plotkować z 

koleżkami.

— I to był jedyny raz, kiedy opuścił dziedziniec?
— No   nie,   parę   razy   wysyłałem   go   na   dach   z   naczyniami.   Poirot   poważnym   głosem 

zapytał:

— Chyba zbędne będzie pytanie, panie Emmott, czy widział pan kogoś, kto by w tym 

czasie wchodził albo wychodził z sypialni pani Leidner?

— Nie   widziałem   nikogo   —   odpowiedział   bez   wahania   pan   Emmott.   —   Przez   dwie 

godziny nikt też nie pojawił się na dziedzińcu.

— I   jest   pan   pewien,   że   jedynym   czasem,   kiedy   ani   pana   ani   chłopca   nie   było   na 

dziedzińcu, pozostaje te dziesięć minut w okolicy godziny wpół do drugiej?

— Tak. Około wpół do drugiej. Dokładniej nie potrafię sprecyzować czasu.
— Czy to się zgadza z ustalonym czasem zgonu? — Poirot zwrócił się do doktora Reilly.
— Tak — odparł doktor Reilly.
Pan Poirot głaskał wspaniałe, zakręcone wąsy.
— Myślę, że możemy uznać, iż panią Leidner śmierć spotkała w czasie tych dziesięciu 

minut — powiedział poważnie.

background image

J

EDNO

 

Z

 

NAS

?

Na chwilę zapadła cisza. Wszystkich nas ogarnęło przerażenie. I chyba właśnie wtedy po 

raz pierwszy pomyślałam, że doktor Reilly miał rację. Poczułam, że morderca jest wśród nas. 
Siedział wśród nas, słuchał. Był jednym z nas.

Być może pani Mercado pomyślała to samo. Wydała nagle krótki pisk.
— Nie mogę się opanować — załkała. — To takie potworne!
— Odwagi, Mario! — powiedział jej mąż. Wzrokiem prosił nas o wybaczenie zachowania 

żony.

— Ona jest bardzo uczuciowa. Wszystko tak silnie przeżywa.
— Tak… bardzo… lubiłam Luizę — załkała głośniej pani Mercado.
Nie  wiem,  czy cokolwiek  z  tego,  co  w  tej   chwili  pomyślałam,  pojawiło  się na  mojej 

twarzy, ale spostrzegłam, że pan Poirot przygląda mi się bacznie i że lekki uśmiech wygina 
jego usta.

Spojrzałam na niego chłodno i natychmiast powrócił do swojego przepytywania.
— Proszę mi powiedzieć, madame — zwrócił się do pani Mercado — jak szanowna pani 

spędziła wczorajsze popołudnie?

— Myłam głowę — chlipała pani Mercado. — To straszne myć głowę i nie wiedzieć, że 

dzieje się taka okropna rzecz. Byłam szczęśliwa, pochłonięta głupstwem.

— U siebie w pokoju?
— Tak.
— I nie opuszczała go pani?
— Dopiero kiedy usłyszałam samochód. Wtedy wyszłam i dowiedziałam się, co się stało. 

Och, to było straszne!

— Zdziwiło to panią?
Pani Mercado przestała łkać. Szeroko otworzyła oczy i z niechęcią spojrzała na Poirota.
— Co pan chce przez to powiedzieć, panie Poirot? Co pan imputuje…?
— Jak to, co chcę powiedzieć,  madame? Przed chwilą pani powiedziała, że tak bardzo 

lubiła panią Leidner. Z tego wnoszę, że mogła się pani zwierzać.

— Ooo, rozumiem, nie… Kochana Luiza nigdy mi nic nie mówiła. To znaczy nie mówiła 

nic konkretnego. Oczywiście widziałam, że jest bardzo niespokojna i podenerwowana. No bo 
i były takie różne dziwne wydarzenia… ktoś pukał do okna i tym podobne…

— Nazywała   je   pani   przywidzeniami   —   wtrąciłam   nie   mogąc   dłużej   wytrzymać   w 

milczeniu.

Z zadowoleniem stwierdziłam, że na chwilę straciła kontenans.
Znowu poczułam na sobie spojrzenie pana Poirota i zauważyłam jego uśmieszek.
Podsumował rzeczowo wypowiedzi pani Mercado:
— A więc z tego, co wiemy, madame, myła pani głowę, nie widziała pani nic, nie słyszała 

pani nic. Czy mogłaby pani coś dodać?

Pani Mercado nawet przez moment się nie zastanawiała.
— Nie, absolutnie nic — odparła. — Jest to dla mnie jedna wielka tajemnica. Ale nie mam 

żadnych wątpliwości, najmniejszych wątpliwości, że morderca przyszedł z zewnątrz. Jestem 
tego całkowicie pewna. To logiczne.

Poirot zwrócił się do jej męża:
— A co pan ma do powiedzenia, monsieur?
Pan Mercado drgnął nerwowo i zaczął bezmyślnie targać swoją brodę.
— Na pewno, z całą pewnością! — powiedział. — Ale któż by jej chciał zrobić krzywdę. 

Taka łagodna, taka dobra, taka miła kobieta! — Potrząsnął głową. — Musiał ją zabić jakiś 
maniak, tak, maniak albo straszny potwór!

background image

— A jak pan spędził wczorajsze popołudnie?
— Że co? — spojrzał nieprzytomnie Mercado.
— Byłeś w pracowni — podpowiedziała mu żona.
— A tak, rzeczywiście, tak jest, przy codziennej robocie.
— O której pan tam poszedł?
Mercado spojrzał bezradnie w kierunku żony.
— Za dziesięć pierwsza, Józefie!
— A tak, tak, za dziesięć pierwsza.
— Czy w czasie pracy wychodził pan na dziedziniec?
— Nie…   Chyba   nie   wychodziłem.   —   Chwilę   się   zastanawiał.   —   Na   pewno   nie 

wychodziłem.

— Kiedy usłyszał pan o tragedii?
— Przyszła   żona   i   powiedziała   mi.   Wstrząsająca   wiadomość!   Nie   chciałem   wierzyć. 

Nawet teraz trudno mi w to uwierzyć.

Zaczął się nagle cały trząść.
— Wstrząsające, wstrząsające… — powtarzał. Pani Mercado szybko do niego podeszła.
— Oczywiście, Józefie. Wszyscy tak uważamy.  Ale nie wolno się poddawać. To tylko 

pogorszy stan doktora Leidnera…

Przez  twarz Leidnera przemknął  spazm bólu. Pomyślałam  sobie, że w tej histerycznej 

atmosferze nie jest mu łatwo uspokoić się. Spojrzał z ukosa na Poirota, jakby w niemym 
apelu. Detektyw szybko zareagował:

— Mademoiselle Johnson?
— Nie   mam   wiele   do   powiedzenia   —   odparła   panna   Johnson.   Jej   kulturalny   głos 

zabrzmiał kojąco po histerycznym  dyszkancie pani Mercado. — Pracowałam w dziennym 
pokoju robiąc w plastelinie odciski cylindrycznych pieczęci.

— Nic pani nie widziała, nic nie zauważyła?
— Nie. i Poirot obrzucił ją krótkim spojrzeniem. Jego ucho wychwyciło to samo co i moje 

— leciutkie wahanie.

— Jest pani pewna, mademoiselle? Czy jest coś, co nie daje pani spokoju?
— Nie, nie, chyba nie… i
— Coś, co pani dostrzegła, powiedzmy kątem oka, nie zdając j sobie z tego nawet sprawy?
— Nie, z pewnością nie — odparła zdecydowanie.
— Może   więc   jakiś   odgłos?   Coś,   co   pani   usłyszała?   Coś,   czego   nawet   pani   nie   jest 

zupełnie pewna?

Panna Johnson krótko zachichotała.
— Bardzo pan natarczywy, panie Poirot. Zmusza mnie pan do j napomknięcia o czymś, co 

być może jedynie sobie wyimaginowałam…

— A   więc   było   coś   wyimaginowanego,  mademoiselle?   Panna   Johnson,   ważąc   każde 

słowo, powiedziała…

— Tak, właśnie, wydawało mi się, że usłyszałam po południu j jakiś krótki krzyk… To 

znaczy, że chcę powiedzieć, że… Tak, J krótki krzyk… Okna dziennego pokoju były otwarte. 
Wtedy często słychać nawet ludzi, którzy pracują na polach… I myślałam, że to na polu. Ale 
potem, jak się dowiedziałam o pani Leidner, pomyślałam, że to mogła być ona… Bardzo się 
przejęłam tą myślą, bo gdybym wtedy pobiegła do jej pokoju, to kto wie, może bym zdążyła. 
Więc gryzło mnie to, że tak późno o tym pomyślałam…

Zainterweniował doktor Reilly:
— Niech   pani   nie   ma   wyrzutów   sumienia,   panno   Johnson.   Nie   ma   najmniejszych 

wątpliwości,   że   pani   Leidner   (wybacz   mi,   Leidner,   że   o   tym   mówię)   otrzymała   cios 
natychmiast, gdy napastnik wszedł do jej pokoju. I ten jeden cios ją zabił. Nie było drugiego. 
Gdyby ten pierwszy był słabszy, zaczęłaby wołać o pomoc i wszyscy by pośpieszyli…

background image

— Ale mogłabym nakryć mordercę — upierała się panna Johnson.
— O której to było godzinie, mademoiselle? — spytał Poirot. — Blisko wpół do drugiej?
— Tak, chyba właśnie o tej porze. Tak. — Chwilę się zastanawiała. — Na pewno tak.
— To by się zgadzało — stwierdził Poirot. — I nic więcej pani nie słyszała? Na przykład 

otwierania czy zamykania drzwi?

Panna Johnson przecząco potrząsnęła głową.
— Nic takiego sobie nie przypominam.
— Zakładam,  że siedziała pani przy stole. W jakim kierunku była  pani zwrócona? Ku 

dziedzińcowi? Ku werandzie? A może w stronę pól?

— W stronę dziedzińca.
— Czy z tego miejsca mogła pani widzieć chłopca Abdullaha, jak czyścił naczynia?
— O tak, gdybym podniosła głowę. Ale byłam pochłonięta pracą i całą uwagę skupiłam na 

niej.

— Ale jeśliby ktoś pod oknem przechodził, to by pani widziała?
— O tak, jestem prawie pewna.
— Nikt nie przechodził?
— Nie.
— A jeśliby ktoś szedł nie za blisko okna, tylko przez środek dziedzińca? Zauważyłaby 

pani?

— Myślę, że… chyba nie… No owszem, gdybym akurat patrzyła przez okno.
— Widziała pani, kiedy Abdullah, ten chłopiec, odszedł od pracy, żeby porozmawiać z 

kolegami?

— Nie.
— Dziesięć minut! — zamyślił się Poirot. — Fatalne dziesięć minut.
Na chwilę zapanowała cisza.
Panna Johnson podniosła nagle głowę i powiedziała:
— Wie pan co, panie Poirot? Chyba bezwiednie wprowadziłam pana w błąd. Jeszcze raz 

się zastanowiwszy dochodzę do wniosku, że nie mogłam z miejsca, w którym siedziałam, 
usłyszeć   krzyku   dochodzącego   z   pokoju   pani   Leidner.   Między   jej   sypialnią   a   pokojem 
dziennym  znajduje się jeszcze magazyn  wykopalisk, a z tego, co słyszałam,  okna u pani 
Leidner były zamknięte.

— Proszę się nie frasować, chere mademoiselle — powiedział uprzejmie Poirot. — To nie 

ma wielkiego znaczenia.

— Nie, oczywiście, że nie. Po prostu ma znaczenie dla mnie, bo pomyślałam, że może 

mogłabym była coś zrobić…

— Nie dręcz się tym, droga Anno — odezwał się ciepło doktor Leidner. — Bądź rozsądna. 

To, coś usłyszała, to były pewno arabskie kłótnie gdzieś na polu.

Panna Johnson aż poczerwieniała słysząc życzliwość przebijającą w jego głosie. Do oczu 

napłynęły jej łzy. Odwróciła głowę i odparła bardziej burkliwie, niż to było w jej zwyczaju:

— Być   może.   Tak   bywa   pod   wpływem   silnych   emocji.   Człowiek   zaczyna   widzieć   i 

słyszeć rzeczy, których nie było…

Poirot ponownie zagłębił się w swoje notatki.
— Chyba ten temat całkowicie wyczerpaliśmy. Teraz pan Carey!
Ryszard Carey zaczął mówić bardzo powoli i nieco sztucznie:
— Obawiam   się,   że   nie   wniosę   nic   interesującego.   Przez   cały   czas   byłem   przy 

wykopalisku nadzorując robotników. Tam przyniesiono mi wiadomość o tragedii.

— A może pan wie coś albo domyśla się czegoś? Coś, co wydarzyło się w dniach przed 

morderstwem?

— Zupełnie nic.
— Pan Coleman?

background image

— Mnie przy tym wszystkim nie było! — odparł młody Coleman, z ledwo dostrzegalną 

nutką żalu. — Wczoraj rano pojechałem do Hassanieh, żeby pobrać pieniądze na wypłaty dla 
ludzi.   Kiedy   wróciłem,   Emmott   powiedział   mi,   co   się   wydarzyło,   i   zaraz   wróciłem   do 
Hassanieh po doktora Reilly i po policję.

— A wcześniej?
— Jakby tu powiedzieć, proszę pana? Nerwowo było. Ale to już pan wie. Był ten alarm w 

związku z magazynkiem. Światło, stukanie. A jeszcze przedtem twarze w oknie, pukanie w 
szyby, prawda, panie doktorze? — zwrócił się do doktora Leidnera, który skinął tylko głową. 
—  Ja   myślę,   proszę   pana,   że   szybko   dojdzie   pan  do   wniosku,   że   jakiś   spryciarz   jednak 
przedostał się z zewnątrz. Musiał to być chytry typ.

Chyba przez dwie minuty Poirot przyglądał się panu Colemanowi nic nie mówiąc.
— Pan jest Anglikiem, panie Coleman? — zapytał wreszcie.
— Tak   jest,   sir!   Stuprocentowy   Brytyjczyk.   Mogę   panu   pokazać   znak   fabryczny. 

Gwarantowany, autentyczny!

— Jest pan tu po raz pierwszy?
— Zgadza się.
— Archeologia to pańska pasja?
Pytanie wyraźnie wprawiło pana Colemana w lekkie zakłopotanie. Zaczerwienił się i jak 

przestraszony uczniak rzucił wzrokiem na doktora Leidnera.

— Archeologia,   oczywiście,   rzecz   interesująca   —   wyjąkał.   —   To   znaczy,   chciałem 

powiedzieć,   że   za   mądry   to   ja   nie   jestem,   ale…   —   urwał   nie   mając   nic   więcej   do 
powiedzenia.

Poirot dalej nie nalegał. W zamyśleniu stukał końcem ołówka o blat stołu i pieczołowicie 

poprawiał stojący przed nim kałamarz.

— Wygląda na to — powiedział — że dalej to my chwilowo nigdzie nie dojdziemy. Jeśli 

ktoś coś sobie przypomni, to bez wahania proszę do mnie przyjść. A teraz dobrze byłoby, 
gdybym mógł na osobności zamienić parę słów z doktorem Leidnerem i doktorem Reilly.

Był to sygnał do zakończenia przesłuchania. Wszyscy wstaliśmy i wyszliśmy z jadami. 

Byłam właśnie w drzwiach, kiedy usłyszałam wzywający mnie głos pana Poirota.

— Może i siostra Leatheran będzie na tyle łaskawa, by z nami zostać. Myślę, że jej pomoc 

okaże się dla nas cenna.

Wróciłam więc do stołu i usiadłam.

background image

P

OIROT

 

SKŁADA

 

PROPOZYCJĘ

Doktor   Reilly   wstał   z   krzesła   i   kiedy   już   wszyscy   wyszli,   starannie   zaniknął   drzwi. 

Następnie, otrzymawszy znak od Poirota, pozamykał kolejno wszystkie okna wychodzące na 
pola. Pozostałe były zamknięte przez cały czas. Wreszcie ponownie zajął miejsce przy stole.

— Bien! — powiedział Poirot. — Jesteśmy teraz sami i nikt nam nie przeszkodzi. Mówić 

możemy swobodnie. Słyszeliśmy, co nam mieli do powiedzenia członkowie ekspedycji, no 
i… Właśnie, Ma soeur, co siostra myśli?

Zaczerwieniłam   się.   Trzeba   przyznać,   że   ten   człowiek   używający   słów   w   przedziwny 

sposób miał bystry wzrok. Potrafił dostrzec, jak biegną moje myśli. Wiele z nich odbiło się 
zapewne na mej twarzy.

— To nic takiego… — powiedziałam z wahaniem.
— Proszę, proszę, siostro! — odezwał się doktor Reilly — Niech pani nie każe długo 

czekać naszemu ekspertowi!

— Kiedy to naprawdę zupełne głupstwo — odparłam szybko — ale przemknęło mi przez 

głowę,   jeśli   wolno   mi   się   tak   wyrazić,   że   jeśli   nawet   ktoś   coś   wiedział,   czy   wie,   albo 
podejrzewa, to nie powie nic przy innych. A nawet przy samym doktorze Leidnerze.

Ku mojemu zdziwieniu pan Poirot pokiwał głową z głęboką aprobatą.
— Właśnie!   Właśnie!   Jest   dokładnie   tak,   jak   to   siostra   powiedziała.   Ale   wyjaśniam. 

Zebranie, które właśnie zakończyliśmy,  spełniło swój cel. W Anglii jest taki zwyczaj, że 
przed wyścigami paraduje się konie, tak? Konie idą przed trybuną, żeby każdy miał okazję 
zobaczyć  i ocenić.  I taki  był  cel  naszego  zebrania.  Jak to  mówią  sportowcy:  wybieranie 
faworytów.

Nagle wyrwał się doktor Leidner:
— Nie wierzę ani przez moment — niemalże wykrzyknął — że którykolwiek z członków 

ekspedycji mógłby być w to zamieszany.

Co powiedziawszy, obrócił się ku mnie i powiedział tonem nakazu:
— Siostro, będę bardzo zobowiązany, jeśli siostra dokładnie powtórzy panu Poirot treść 

rozmowy, jaką siostra przed dwoma dniami odbyła z moją żoną!

W ten oto sposób skłoniona do zabrania głosu, nie zwlekając zaczęłam opowiadać usiłując 

jak najdokładniej powtarzać słowa i zdania użyte przez panią Leidner.

Kiedy skończyłam, pan Poirot mnie pochwalił:
— Bardzo   dobrze!   Bardzo   dobrze.   Umysł   uporządkowany.   Będzie   mi   siostra   wielką 

pomocą!

— Czy ma pan te listy? — zwrócił się do doktora Leidnera.
— Są tutaj. Przyniosłem sądząc, że pan będzie chciał je zobaczyć.
Poirot wziął listy, przeczytał przyglądając się jednocześnie pismu i kartkom. Byłam raczej 

rozczarowana, że nie posypuje papieru jakimś proszkiem, czy coś w tym rodzaju, albo że nie 
ogląda ich przez lupę, ale zdałam sobie sprawę, że Poirot jest już niemłodym człowiekiem i 
pewno stosuje staroświeckie metody. Po prostu przeczytał listy tak, jakby to uczynił każdy z 
nas.

Skończywszy, odłożył je i odchrząknął.
— A teraz — zaczął — przystąpimy do układania faktów jeden po drugim! Pierwsze listy 

żona pańska otrzymała w Ameryce zaraz po ślubie z panem. Było ich jeszcze więcej, ale je 
zniszczyła. Po pierwszym liście przyszedł następny. Wkrótce po nim oboje prawie zostaliście 
zatruci   gazem.   Wtedy   wyjechaliście   za   granicę   i  przez   prawie   dwa   lata   nie   ma   żadnych 
listów! Listy zaczynają się tutaj w tym roku. W ciągu ostatnich trzech tygodni! Tak było?

— Dokładnie tak.
— Pańska żona zdradza objawy lęku. Jest w panice. Po konsultacji z doktorem Reilly 

background image

angażuje pan siostrę Leatheran, żeby opiekowała się żoną i łagodziła jej obawy. Tak było?

— Tak.
— Zdarzają się różne incydenty. Pukanie do okna, twarz zjawy, odgłosy z magazynu. Nie 

był pan świadkiem żadnego z tych fenomenów?

— Nie.
— Tylko pani Leidner?
— Ojciec Lavłgny też widział światło w magazynie.
— Tak. Nie zapomniałem o tym.
Przez parę minut Poirot siedział pogrążony w myślach. Potem spytał:
— Czy pańska żona zostawiła testament?
— Wątpię.
— A dlaczego nie?
— Uważała, że to nie ma sensu.
— Czy nie była kobietą… zamożną?
— Za   życia   tak.   Ojciec   pozostawił   jej   sporą   sumę   w   formie   funduszu   powierniczego. 

Samego funduszu nie miała prawa tknąć. Z chwilą śmierci miał przejść na jej dzieci. Gdyby 
ich nie miała, na rzecz muzeum w Pittstown.

Poirot w zamyśleniu bębnił palcami po stole.
— Można więc — oświadczył — wyeliminować jeden motyw. Rozumie chyba każdy, że 

najpierw szukam motywu. Kto korzysta ze śmierci zamordowanej osoby? W tym wypadku 
muzeum.   Gdyby   było   inaczej,   gdyby   pani  Leidner  umarła   bez  testamentu,   ale   z  fortuną, 
miałbym bardzo interesujący problem do rozwiązania: kto dziedziczyłby ową fortunę. Pan, 
doktorze   Leidner,   czy  poprzedni  mąż?  Ale  wówczas  powstałby  inny  problem.   Były  mąż 
musiałby najpierw  zmartwychwstać,  by zgłosić roszczenie,  a wtedy,  voila: groźba, że go 
aresztują za dawne przewinienia. Chociaż wątpię czy po tylu latach wymierzono by mu karę 
śmierci, prawda? Jednakże zbędne spekulacje, bo sprawa pieniędzy jest już wyjaśniona. Mój 
kolejny krok to podejrzewać małżonka zmarłej osoby. W tym wypadku po pierwsze, jest pan 
czysty, bo dowody wskazują, że po południu wczoraj nie było pana w pobliżu pokoju żony. A 
po drugie, raczej pan traci niż zyskuje na jej zgonie. Po trzecie…

— Co po trzecie? — spytał doktor Leidner.
— Po trzecie potrafię dostrzec… jak się mówi? Przywiązanie! Miłość do żony była też 

pana pasją, doktorze. Oprócz wykopalisk. Prawda, że tak było?

Doktor Leidner odpowiedział jednym słowem „tak”.
Poirot skinął głową.
— Wobec tego, możemy iść dalej! — obwieścił z powagą.
— Popieram   ten   zamiar!   Zabierzmy   się   do   rzeczy   —   odezwał   się   doktor   Reilly   ze 

zniecierpliwieniem.

Poirot spojrzał na niego karcąco.
— Proszę   nie   pośpieszać,   przyjacielu.   W   takiej   sprawie   najważniejszy   jest   porządek   i 

metoda. Mam lepsze słowo: ład! Nawet w mniejszych sprawach muszę mieć ład i metodę. 
Pewne rzeczy już wykluczone, teraz zbliżamy się do ważnego punktu. Teraz jest istotne, 
żeby, jak wy to mówicie, wszystkie karty znalazły się na stole. Nic nie może być schowane.

— Zgadzam się. Karty na stół! — wykrzyknął doktor Reilly.
— Dlatego żądam całej  prawdy!  — dokończył  pan Poirot. Doktor Leidner spojrzał na 

niego ze zdziwieniem.

— Zapewniam pana, panie Poirot, że niczego przed panem nie ukryłem. Powiedziałem 

wszystko, co wiem. Niczego nie zataiłem.

— Tout de meme, nie powiedział mi pan wszystkiego!
— Powiedziałem! Nie przypominam sobie najmniejszego szczegółu, który bym opuścił! 

— doktor Leidner wyglądał na całkowicie zdezorientowanego.

background image

Poirot z wyrozumiałością pokręcił głową.
— Nie,   nie   wszystko   pan   powiedział.   Nie   powiedział   mi   pan,   na   przykład,   dlaczego 

ściągnął pan tu siostrę Leatheran.

Doktor Leidner wydawał się jeszcze bardziej zdezorientowany.
— Przecież już to wyjaśniłem! Sprawa jest oczywista! Zdenerwowanie mojej żony,  jej 

nieustanne lęki…

Poirot pochylił się do przodu. Wolno i dobitnie pogroził doktorowi palcem.
— Nie, nie, nie! Jest w tym coś niejasnego. Pana żonie coś grozi. Tak, grozi jej śmierć. 

Pan nie posyła po policję, nie po prywatnego detektywa, ale po pielęgniarkę! To nie ma 
najmniejszego sensu!

— Ja… ja… — zaczął doktor Leidner i utknął. Na policzki wystąpiły mu wypieki. — Ja 

myślałem… — i znów zamilkł.

— Nareszcie się zbliżamy! I co dalej? — zachęcał go Poirot. — Myślał pan, że co?
Doktor Leidner nadal milczał. Widać było, że jest zmieszany.
— Bo widzi pan — ciągnął Poirot tonem niemalże apelującym o zwierzenia — wszystko 

się zgadza w tym, co pan mi powiedział, z wyjątkiem tej jednej rzeczy. Dlaczego posłał pan 
właśnie po pielęgniarkę? Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź: pan nie wierzył, że pańska 
żona jest w niebezpieczeństwie!

I w tym momencie doktor Leidner załamał się.
— Niech mi Bóg wybaczy! — załkał. — Nie uwierzyłem jej! Nie uwierzyłem!
Poirot przyglądał mu się wzrokiem kota czatującego przy mysiej dziurze.
— A co pan w takim razie myślał? — spytał.
— Sam nie wiem. Zupełnie nie wiem…
— Nieprawda!   Pan   dobrze   wie!   Może   pomogę   panu   zgadując.   Czy   przypadkiem   nie 

przypuszczał pan, doktorze Leidner, że te listy żona pisała sama do siebie?

Nie było potrzeby słyszeć odpowiedzi doktora Leidnera. Wyraz jego twarzy potwierdzał 

przypuszczenia Herkulesa Poirota.

A dłoń, którą w przerażeniu podniósł, jakby chciał błagać o wybaczenie, dopowiadała 

resztę.

Wstrzymałam oddech. A więc nie myliłam się. Przypomniałam sobie ów dziwny ton, jaki 

pojawił się w głosie doktora Leidnera, kiedy mnie pytał, co ja o tym wszystkim sądzę. W 
zamyśleniu kiwałam głową i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że pan Poirot skierował 
na mnie wzrok.

— Czy siostra to samo podejrzewała?
— Taka myśl przemknęła mi przez głowę — przytaknęłam.
— Dlaczego?
Powiedziałam mu o podobieństwie pisma pani Leidner na liście oddanym  do wysłania 

panu Colemanowi. Poirot zwrócił się do doktora Leidnera:

— Czy pan również zauważył to podobieństwo? Doktor Leidner skinął głową.
— Tak. Pismo na anonimowych listach było mniejsze i bardziej gęste, ale niektóre litery 

były bardzo do siebie podobne. Zaraz panu pokażę…

Z wewnętrznej kieszeni marynarki doktor Leidner wyjął kilka listów i wybrawszy jeden 

podał go panu Poirotowi. Była to kartka z listu od żony. Poirot uważnie porównał ów list z 
anonimami na stole.

— Mh, tak! — mruknął. — W istocie. Wiele podobieństw. Specyficzny sposób pisania 

litery s, n, o i e. Nie jestem grafologiem. Definitywnie nic nie mogę powiedzieć. A tak przy 
okazji wspomnę, że nie spotkałem dwu ekspertów od pisma, którzy mieliby to samo zdanie. 
Jedno widzę: istnieje duże podobieństwo obu charakterów. Jest rzeczą możliwą, że pochodzą 
spod jednej ręki. Pewności jednak nie ma. Musimy, jak to się mówi, wziąć wszystko pod 
rozwagę — pan Poirot usiadł wygodnie w krześle i zamyślił się. — Są trzy możliwości. 

background image

Pierwsza: podobieństwo obu charakterów jest czysto przypadkowe. Druga: listy z groźbami 
pisane były z nieznanych nam powodów przez samą panią Leidner. Trzecia możliwość jest 
taka, że pogróżki wysyłał ktoś, kto świadomie naśladował pismo pani Leidner! W jakim celu? 
Pozornie nie ma to sensu. Jedna z trzech możliwości jest prawdziwa.

Zastanawiał się przez parę minut, a następnie zwrócił się z pytaniem do doktora Leidnera:
— Gdy po raz pierwszy pomyślał pan, doktorze, że to żona sama pisze do siebie te listy, co 

panu przyszło do głowy?

Doktor Leidner potrząsnął głową.
— Pomyślałem, że to absurdalne.
— Nie szukał pan wyjaśnienia?
— Sądziłem, że być może ciągłe przeżywanie przeszłości lekko ją… spowodowało pewne 

zakłócenia… w psychice. Że może pisała te listy do siebie nie będąc nawet świadoma swych 
działań. Taka rzecz jest możliwa, prawda? — zwrócił się z pytaniem do doktora Reilly.

Doktor Reilly wydął wargi.
— Ludzki umysł jest zdolny do wszystkiego — odparł wymijająco. I spojrzał jednocześnie 

znacząco na Poirota, który zrozumiawszy ostrzeżenie natychmiast zmienił temat.

— Te   listy   to   sprawa   interesująca,   ale   na   problem   trzeba   patrzeć   globalnie.   Są   trzy 

możliwe wyjaśnienia…

— Trzy? — spytał doktor Leidner.
— Tak, trzy. Pierwsze najprostsze: pierwszy mąż pańskiej żony nadal żyje. Najpierw jej 

grozi,   a   potem   spełnia   groźbę.   Jeśli   przyjmiemy   to   rozwiązanie,   to   pozostaje   nam   tylko 
dowiedzieć   się,   jak   się   tu   dostał   i   później   wydostał.   Rozwiązanie   drugie   jest   bardziej 
skomplikowane   —   kontynuował   pan   Poirot.   —   Pani   Leidner   z   niewiadomych   powodów 
(bardziej zrozumiałych dla lekarza niż detektywa) pisze sama listy z pogróżkami. Cała ta 
historia z gazem jest przez nią wyreżyserowana. Przecież to ona pana obudziła mówiąc, że 
czuje gaz! Ale jeśli pani Leidner sama do siebie pisała listy, to przecież nic jej nie groziło od 
domniemanego ich autora! W takiej sytuacji gdzie indziej należy szukać mordercy! Musimy 
go odnaleźć wśród członków ekspedycji i personelu. Niestety — odparł w odpowiedzi na jęk 
protestu ze strony doktora Leidnera. — To jest jedyne logiczne rozwiązanie! Ktoś ją zabił 
powodowany gwałtowną nienawiścią. Osoba ta była najprawdopodobniej świadoma istnienia 
listów, a w każdym razie była świadoma lęków pani Leidner i jej obaw. W opinii mordercy 
ten fakt ubezpieczał mordercę. Można było liczyć, że winą zostanie obarczony nieznany autor 
listów. Osoba z zewnątrz.

I wariant drugiego rozwiązania — ciągnął Poirot. — Autorem listów był morderca, który 

poznał   przeszłość   pani   Leidner.   Ale   jeśli   przyjmiemy   taką   ewentualność,   taką   wersję 
wypadków,   to   nadal   pozostaje   niejasne,   po   co   kopiował   charakter   pisma   pani   Leidner? 
Pozornie wydaje się, że z korzyścią dla mordercy jest sprawienie wrażenia, że listy pisał ktoś 
obcy.

W   moim   przekonaniu   najbardziej   interesujący   jest   wariant   trzeci   —   mówił   Herkules 

Poirot. — Zakładam, że listy z groźbami są autentyczne. Zostały napisane przez pierwszego 
męża pani Leidner albo jego młodszego brata. A ich autor jest członkiem ekspedycji.

background image

P

ODEJRZANI

Doktor Leidner zerwał się na równe nogi.
— Niemożliwe! Absurdalne. Całkowity nonsens! Poirot spokojnie mu się przyglądał nic 

nie mówiąc.

— Chce pan powiedzieć, panie Poirot, że były mąż mojej żony jest członkiem ekspedycji, 

a ona go nie poznała?

— Właśnie! Zastanówmy się nad faktami. Przed piętnastu laty pańska żona żyła z tym 

człowiekiem przez kilka miesięcy. Czy po takim czasie mogłaby go rozpoznać? Myślę, że 
nie. Twarz ma zmienioną. Sylwetkę również. Głos mógł pozostać ten sam, chociaż to jest 
szczegół, który on sam potrafiłby, jak to się mówi, zamaskować. I jeszcze jedno: ona się go 
nie spodziewa w najbliższym otoczeniu! Wyobrażała go sobie Jako groźbę z zewnątrz! Jako 
kogoś obcego. Ja nie sądzę, aby mogła go poznać. I jeszcze druga możliwość: młodszy brat. 
Wówczas   dziecko,   i   to   bardzo   oddane   swojemu   starszemu   bratu.   Ale   dziecko   stało   się 
mężczyzną!   Czy   pani   Leidner   mogła   rozpoznać   w   mężczyźnie   koło   trzydziestki 
parunastoletniego chłopca? Tak, nie wolno zapominać o młodym Wilłamie Bosnerze. I trzeba 
pamiętać, że brat w jego oczach nie jest zdrajcą, ale prawdopodobnie patriotą, męczennikiem 
i bohaterem swojego narodu, niemieckiego. W jego pojęciu zdrajczynią jest pani Leidner, 
potworem, który posłał brata na śmierć. Wrażliwy chłopiec zdolny jest fanatycznie uwielbiać 
bohatera, zwłaszcza gdy bohaterem jest jego własny brat. Młody umysł  może łatwo ulec 
obsesji.

— Święta prawda! — potwierdził doktor Reilly.  — Istnieje popularne przekonanie, że 

dzieci   łatwo   zapominają.   To   nieprawda.   Wielu   ludzi   zostaje   na   całe   życie   naznaczonych 
przeżyciami dzieciństwa.

— Bien. Tak oto pozostały nam dwie możliwości. Fryderyk Bosner, mężczyzna, jeśliby 

żył, blisko pięćdziesiątki, oraz Wiliam Bosner, który miałby obecnie około trzydziestu lat. 
Zajmijmy się teraz członkami pańskiej ekspedycji właśnie pod tym kątem.

— Nieprawdopodobne!   —  mruknął   doktor  Leidner.  —  Moi  ludzie!  Członkowie  mojej 

własnej ekspedycji!

— Czy dlatego mieliby być poza wszelkimi podejrzeniami? — spytał sucho pan Poirot. — 

Byłby to bardzo wygodny punkt widzenia. Commencons! Kto na pewno nie jest Fryderykiem 
lub Wiliamem?

— Kobiety!
— Oczywiście. Możemy skreślić pannę Johnson i panią Mercado. Kogo jeszcze?
— Careya! Pracowaliśmy razem wiele lat przedtem, nim poznałem Luizę.
— Poza tym ma niewłaściwy wiek. Powiedziałbym trzydzieści osiem lat? Za młody na 

Fryderyka, za stary na Wiliama. Teraz pozostali. Mamy ojca Lavigny i pana Mercado. Każdy 
z nich mógłby być Fryderykiem Bosnerem…

— Ależ mój drogi panie! — wykrzyknął doktor Leidner głosem na pół rozbawionym, na 

pół zirytowanym. — Ojciec Lavigny jest znany na całym świecie jako wybitny epigrafista i 
kryptograf, zaś Mercado od bardzo wielu lat pracuje w znanym nowojorskim muzeum. To po 
prostu niemożliwe, by któryś z nich ukrywał swą tożsamość.

Poirot lekceważąco machnął ręką.
— Niemożliwe!   Niemożliwe!   To   słowo   dla   mnie   nie   istnieje.   Im   coś   jest   bardziej 

niemożliwe, tym wnikliwiej należy je zbadać. Ale pozostawmy to na chwilę. Kto nam jeszcze 
pozostał? Pan Carl Reiter, młody człowiek o niemieckim nazwisku, i Dawid Emmott…

— … Który jeździ ze mną od dwu lat, proszę o tym pamiętać.
— Ale   to   młody   człowiek   obdarzony   darem   cierpliwości.   Jeśli   to   on   miałby   popełnić 

zbrodnię,   nie   spieszyłby   się.   Wszystko!   musiałby   przygotować   w   najdrobniejszych 

background image

szczegółach.

Doktor Leidner wykonał gest rezygnacji.
— I na koniec pozostał pan Wiliam Coleman.
— To przecież Anglik — wtrącił doktor Leidner.
— Pourquoi pas? Czyż pani Lełdner nie powiedziała, że chło piec wyjechał z Ameryki i 

ślad po nim zaginał? Mógł zostać wychowany w Anglii.

— Pan ma na wszystko gotową odpowiedź — stwierdził doktor Leidner.
Zastanowiło mnie to, co powiedział o Colemanie. Od początku myślałam sobie, że on 

zachowuje się bardziej jak osoba z książki pana P. G. Wodehouse’a niż jak prawdziwy Anglik 
z krwi i kości. Czyżby grał?

Poirot coś pisał w swoim notesiku.
— Postępujmy,  jak nakazuje ład i metoda — oświadczył.  — W pierwszym  przypadku 

mamy   dwa   nazwiska.   Ojciec   Lavigny   i   pan   Mercado.   W   drugim   trzy:   Reiter,   Emmott, 
Coleman. A teraz przeciwległy aspekt całej sprawy. Środki i okazja. Kto pośród członków 
ekspedycji miał środki i okazję popełnienia zbrodni? Carey był przy wykopalisku. Coleman w 
Hassanieh, pan, doktorze, na dachu. To nam pozostawia do dyspozycji ojca Lavigny, pana 
Mercado, panią Mercado, Dawida Emmotta, Carla Reitera, pannę Johnson i siostrę Leatheran.

— Ooo! — nie mogłam się powstrzymać.
Pan Poirot spojrzał na mnie oczami, w których tliły się iskierki rozbawienia.
— Tak   jest,  Ma   soeur,   obawiam   się,   że   musimy   włączyć   tutaj   i   siostrę.   Siostra   bez 

najmniejszych trudności mogłaby wejść do pokoju pani Leidner i zabić ją w czasie, kiedy na 
dziedzińcu nikogo nie było. Siostra jest muskularna, silna, a pani Leidner niczego by się nie 
spodziewała do chwili zadania ciosu.

Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam wydobyć głosu. Zauważyłam, że doktor Reilly 

jest niezwykle rozbawiony.

— Byłaby to całkiem interesująca historyjka. Pielęgniarka, która jednego po drugim zabija 

swoich pacjentów — mruknął.

Chwilowo rzuciłam mu spojrzenie, które zabija. Myśli doktora Leidnera pobiegły innym 

torem.

— Emmott odpada, panie Poirot. Nie może pan w to włączyć Emmotta — zaprotestował. 

— Podczas tych dziesięciu tragicznych minut był ze mną na dachu.

— Niemniej go nie skreślamy. Mógł zejść z dachu, pójść prosto do pokoju pani Leidner, 

zabić ją i wtedy dopiero zawołać Abdullaha. Mógł ją też zabić wtedy, kiedy wysłał chłopaka 
na górę!

Doktor Leidner potrząsnął głową.
— Co za koszmar! To wszystko wydaje się wprost niewiarygodne.
Ku mojemu zdziwieniu Poirot z tym się zgodził.
— Tak,   to   prawda!   Niewiarygodna   historia!   Nieczęsto   się   taką   spotyka.   Zwykle 

morderstwo   jest   nikczemne   i   proste.   Ale   to   jest   niezwykłe   morderstwo…   Podejrzewam, 
doktorze Leidner, że pańska żona była niezwykłą kobietą.

Trafił w dziesiątkę. Aż skoczyłam z wrażenia.
— Czy   to   prawda,   siostro?   —   spytał   mnie.   Doktor   Leidner   powiedział   zmęczonym 

głosem:

— Niech mu siostra powie, jaka była Luiza. Siostra jest osobą bezstronną, z zewnątrz.
— Wspaniała kobieta! — powiedziałam szczerze. — Trudno było jej nie podziwiać. Miało 

się ochotę wszystko dla niej zrobić. Nigdy nie spotkałam kogoś takiego.

— Dziękuję — odparł doktor Leidner i uśmiechnął się do mnie.
— Bardzo wartościowe świadectwo od osoby z zewnątrz — powiedział  grzecznie  pan 

Poirot.   —   Idźmy   dalej.   Pod   nagłówkiem   środki   i   okazja   mamy   siedem   nazwisk.   Siostra 
Leatheran,  mademoiselle  Johnson, pani Mercado, pan Mercado, pan Reiter, pan Emmott i 

background image

ojciec Lavigny. — Ponownie odchrząknął.

Zawsze  uderzało  mnie,  że cudzoziemcy  oprócz  kaleczenia  języka  angielskiego  wydają 

dodatkowo przedziwne dźwięki.

— Założyć nam teraz okazja przychodzi — powiedział pan Poirot jakby na potwierdzenie 

moich   zastrzeżeń   co   do   błędów   popełnianych   przez   cudzoziemców   —   że   nasze   trzecie 
rozwiązanie ma miejsce. To znaczy mordercą jest albo Fryderyk albo Wiliam Bosner i że 
któryś z nich jest członkiem ekspedycji. Porównując obie listy, możemy liczbę podejrzanych 
ograniczyć do czterech. Ojciec Lavigny, pan Mercado, Carl Reiter i Dawid Emmott.

— Należy wykluczyć Lavigny — odezwał się doktor Leidner — To jeden z białych ojców 

z Kartaginy.

— I jego broda jest prawdziwa — dodałam.
— Ma soeur — zwrócił się do mnie Poirot. — Morderca pierwszej kategorii nigdy nie nosi 

fałszywej brody.

— A   skąd   pan   wie,   że   mamy   do   czynienia   z   mordercą   pierwszej   kategorii?   — 

zaprotestowałam.

— Bo jeśliby nim nie był, to cała sprawa byłaby jasna dla mnie, Herkulesa Poirot, już teraz 

a nie jest.

Co za straszna zarozumiałość, pomyślałam wtedy.
— A w każdym razie — powróciłam do tematu brody — jej zapuszczenie musiało trwać 

bardzo długo.

— Poprawny wniosek — stwierdził Poirot.
— To   jest   śmieszne,   ale   to   zupełnie   śmieszne!   —   z   irytacją   wyrwało   się   doktorowi 

Leidnerowi. — Zarówno ojciec Lavigny, jak i pan Mercado to od lat znane postacie w sferach 
naukowych.

— Nie patrzy pan, panie doktorze, na całość obrazu — zwrócił się ku niemu Poirot. — Nie 

dostrzega pan więc istoty rzeczy. Jeśli Fryderyk Bosner żyje, to przecież coś musiał robić 
przez te minione lata! Musiał przyjąć inne nazwisko. Stworzyć nową osobowość. Pracować.

— Jako ojciec biały? — spytał sarkastycznie doktor Reilly.
— To może wydać się fantastyczne — przyznał pan Poirot. — Ale nie możemy, jakby to 

powiedzieć, wyrzucić ojca Lavigny z naszego podwórka. Poza tym są inni podejrzani…

— Młodzi, co? — odezwał się Reilly. — Jeśli chce pan usłyszeć moją opinię, to spośród 

wszystkich dostrzegam tylko jednego prawdopodobnego przestępcę…

— A kogóż to?
— Młodego Reitera. Właściwie to nic przeciwko niemu nie mam, ale gdy się człowiek 

zaczyna   przyglądać,   to   nagle   dostrzega   kilka   spraw.   A   mianowicie:   odpowiedni   wiek, 
niemieckie nazwisko, a w dodatku jest tutaj po raz pierwszy i miał okazję! Musiałby tylko na 
chwilę wyskoczyć z tej swojej ciemni, przebiec przez dziedziniec, wykonać brudną robotę i 
wrócić, póki nikogo nie było na podwórzu. A gdyby w tym czasie ktoś zajrzał do pracowni 
fotograficznej i nie zastał go, to Reiter tłumaczyłby się potem, że właśnie był w ciemni i nic 
nie słyszał.

Pan Poirot nie wydawał się bardzo przekonany. Poważnie, ale z powątpiewaniem pokiwał 

głową.

— Tak — odparł — to wygląda prawdopodobnie, ale sprawa nie jest taka zupełnie prosta. 

— Następnie dodał: — Chwilowo zakończmy rozważania. A teraz chciałbym, jeśli można, 
obejrzeć pokój, w którym dokonano zbrodni.

— Oczywiście — odparł doktor Leidner i zaczął grzebać po kieszeniach, a potem spojrzał 

na doktora Reilly.

— Kapitan Maitland zabrał klucz?
— Maitland mi go oddał — odparł Reilly. — Musiał jechać w tych kurdyjskich sprawach. 

— Wyjął z kieszeni klucz.

background image

— Czy pan pozwoli, że ja nie… — zaczai z wahaniem doktor Leidner. — Może siostra 

Leatheran z panem pójdzie?

— Oczywiście,   naturalnie!   —   zgodził   się   szybko   Poirot.   —   Bardzo   dobrze   pana 

rozumiem. W żadnym razie nie chcę przysparzać panu bólu. Jeśli mogę prosić, Ma soeur!

background image

P

LAMA

 

PRZY

 

UMYWALCE

Ciało pani Leidner zabrano wcześniej do Hassanieh w celu dokonania sekcji. W pokoju 

niczego nie ruszano. Zresztą znajdowało się tam tak niewiele sprzętów, że policja bardzo 
szybko go przeszukała.

Na prawo od drzwi stało łóżko. Na wprost drzwi znajdowały się dwa zakratowane okna 

wychodzące   na   pola.   Przestrzeń   między   nimi   zajmował   prosty   dębowy   stół   z   dwiema 
szufladami. Służył  on pani Leidner za toaletkę. Na ścianie wschodniej wisiały na hakach 
płócienne worki–pokrowce z sukniami oraz stała komoda z sosnowego drewna. Tuż koło 
drzwi na lewo była umywalka. Pośrodku pokoju królował spory dębowy stół, na nim suszka, 
kałamarz i teczka. W tej właśnie niedużej teczce pani Leidner przechowywała anonimowe 
listy.   Krótkie   zasłony   na   okna   zrobione   były   z   jakiejś   ludowej   tkaniny   —   białej   w 
pomarańczowe pasy. Podłoga była kamienna. Leżało na niej kilka futrzaków z kozich skór. 
Trzy mniejsze pstrokate  z biało–brunatnymi  plamami,  pod oknami  i pod umywalką,  oraz 
jeden   większy,   w   znacznie   lepszym   gatunku,   uszyty   z   biało–brązowych   pasów,   między 
łóżkiem a stołem pośrodku pokoju.

Nie było tu wnęki, szaf ani zasłon do ziemi, żadnego miejsca, gdzie można by się schować. 

Najzwyklejsze żelazne łóżko, przykryte  bawełnianą narzutą. Jedyny luksus stanowiły trzy 
puchowe poduszki. Tylko w pokoju pani Leidner były takie poduszki.

W   paru   krótkich   słowach   doktor   Reilly  wyjaśnił,   gdzie   znaleziono   ciało.   Luiza   leżała 

skulona na koziej skórze obok łóżka. Aby lepiej zilustrować swoje słowa, skinął na mnie.

— Siostra pozwoli, dobrze? — wskazał skórę.
Nie jestem przeczulona, więc ułożyłam  się na podłodze dokładnie tak, jak leżała pani 

Leidner.

— Kiedy Leidner  ją tu  znalazł,  uniósł  jej  głowę — wyjaśnił  doktor.  — Pytałem  go i 

twierdzi, że nie zmienił pozycji ciała.

— Wygląda na rzecz prostą — odezwał się Poirot. — Leżała na łóżku. Odpoczywała albo 

spała. Ktoś otwiera drzwi, ona spogląda, wstaje…

— I wtedy otrzymuje cios — dokończył doktor Reilly. Uderzenie odbiera jej przytomność, 

a śmierć następuje wkrótce potem. Bo widzi pan…

Doktor wyjaśnił rodzaj odniesionych obrażeń.
— Wiele nie krwawiła? — spytał Poirot.
— Wylew był głównie wewnętrzny — odparł doktor Reilly.
— Eh bien! Wygląda na rzecz prostą — powtórzył detektyw. — Z wyjątkiem jednego 

szczegółu. Jeśli do pokoju weszłaby obca osoba, to pani Leidner powinna zdążyć wezwać 
pomoc. Ktoś usłyszałby jej krzyk. Siostra Leatheran, Emmott i ten chłopak.

— Na to pytanie łatwo odpowiedzieć — zauważył sucho doktor Reilly. — Osoba, która 

weszła, nie była obca.

Poirot pokiwał głową.
— Tak — powiedział zamyślony. — Być może zdziwiła się widząc tę osobę, ale się jej nie 

przeraziła. A kiedy uderzył, to może jęknęła, ale zbyt późno.

— Ten krzyk czy jęk, który słyszała panna Johnson?
— Właśnie. Jeśli rzeczywiście cokolwiek słyszała. Ale ja w to wątpię. Te gliniane ściany 

są bardzo grube, a okna były zamknięte.

Poirot podszedł do łóżka.
— Kiedy siostra odeszła wczoraj po lunchu, czy pani Leidner leżała na łóżku?
Dokładnie wyjaśniłam, jak ją ułożyłam.
— Miała zamiar spać czy czytać?
— Podałam   jej   dwie   książki.   Jedną   lekką   powieść,   a   drugą   autobiografię.   Przeważnie 

background image

trochę czytała, a potem ucinała sobie drzemkę.

— I wczoraj była, jakby to powiedzieć, w normalnym stanie? Chwilę się zastanawiałam.
— Tak. Była w dobrej formie. I w bardzo dobrym humorze. Może tak troszeczkę, bo ja 

wiem, speszona, ale ja to kładłam na karb pewnego rozstrojenia w związku ze zwierzeniami z 
poprzedniego dnia. Po takich rozmowach ludzie czasami się czują trochę nieswojo.

W oczach Poirota zamigotały iskierki.
— O tak, rzeczywiście, bardzo dobrze o tym wiem. Rozejrzał się po pokoju.
— A kiedy siostra tu weszła po morderstwie, czy wszystko wyglądało tak jak teraz?
Rozejrzałam się dookoła.
— Tak, chyba wszystko jest na swoim miejscu. Nie przypominam sobie, by cokolwiek 

przedtem leżało inaczej.

— Ani śladu narzędzia zbrodni? — Nie.
Poirot spojrzał na doktora Reilly.
— Musiało   to   być   coś   potężnego   —   odpowiedział   bez   zwłoki   doktor.   —   Sporych 

rozmiarów.   Żadnych  kantów   i  ostrych  brzegów.  Na  przykład  okrągła  podstawa  statuetki. 
Właśnie coś takiego. Nic nie sugeruję. Mówię tylko, że tego typu przedmiot. Cios był zadany 
z wielką siłą.

— Silne ramię? Ramię mężczyzny?
— Tak… chyba że…
Doktor Reilly zaczął mówić powoli:
— Jest jeszcze prawdopodobne, że pani Leidner klęczała. W takim wypadku cios zadany z 

góry, ciężkim narzędziem, nie musiałby wymagać takiej fizycznej siły.

— Pani   Leidner   klęczała?   —   mruczał   do   siebie   Poirot.   —   Oto   ciekawa   hipoteza, 

ciekawa…

— To tylko taka myśl, niczym nie poparta — pośpieszył z wyjaśnieniem doktor. — Nie 

mam żadnych przesłanek.

— Ale tak mogło być.
— Tak. I biorąc pod uwagę określone przez nas okoliczności nie jest to wcale fantastyczne 

przypuszczenie. Strach mógł ją raczej skłonić do padnięcia na kolana, do błagania o litość, niż 
do wołania o pomoc, na co było już zresztą za późno. Nikt by nie zdążył.

— Owszem — odparł w zamyśleniu Poirot. — Jest to myśl… Moim zdaniem całkiem 

błędna. Ani przez chwilę nie wyobrażałam sobie pani Leidner klęczącej przed kimkolwiek.

Poirot obchodził cały pokój. Otwierał okna, sprawdzał moc krat, wsadził głowę między 

pręty i upewnił się, że w żaden sposób nie przeciśnie ramion.

— Okna były zamknięte, kiedy ją pani znalazła. Czy były również zamknięte, kiedy ją 

pani tu zostawiła za kwadrans pierwsza? — spytał mnie.

— Tak. Po południu te okna są zawsze zamknięte. Rama okienna nie jest obciągnięta gazą 

jak w pokoju dziennym czy w jadalni. Więc ta szyba musi chronić przed muchami.

— I tak nikt nie mógłby się tędy dostać — mruknął Poirot. — A ściany są wyjątkowo 

solidne. Cegły z gliny. W suficie nie ma wyjścia na dach, w podłodze nie ma schodków w 
dół.   Wydostać   się   można   tylko   przez   drzwi.   A   do   drzwi   jedyna   droga   prowadzi   przez 
dziedziniec. A na dziedziniec jest tylko jedno wejście. Sklepioną bramą. A przed nią siedziało 
pięciu   ludzi   i   wszyscy   twierdzą   to   samo.   Na   pewno   nie   kłamią.   Nikt   ich   nie   przekupił. 
Morderca był na miejscu.

Nic nie odpowiedziałam. Czyż nie o tym pomyślałam, kiedy siedzieliśmy wszyscy wokół 

stołu…?

Poirot dalej wędrował po pokoju. Z komody wziął fotografię przedstawiającą starszego 

mężczyznę z kozią białą bródką. Spojrzał pytająco w moim kierunku.

— Ojciec pani Leidner. Mówiła mi — odparłam.
Odłożył   fotografię   i   zaczął   przeglądać   przedmioty   na   toaletce.   Leżał   tam   elegancki 

background image

komplet przyborów  w szylkretowej  oprawie, ale dość skromny.  Przejrzał rząd książek na 
półce, odczytując głośno tytuły: „Kim byli Grecy?”. „Wstęp do teorii względności”.  „Życie 
lady Hester Stanhope”. „Crewe Traine”.  „Powrót do Matuzalema”. „Linda Condon”. Tak, 
może te książki coś nam powiedzą! Niezwyczajna to była kobieta, ta pani Leidner. Nie była 
głupia.

— O tak, to była bardzo mądra kobieta! — zgodziłam się bez chwili wahania. Oczytana, 

dysponowała szeroką wiedzą. Na pewno nie była pospolita.

Poirot uśmiechnął się do mnie.
— Tak — zgodził się. — Już się o tym przekonałem.
Ruszył dalej i na chwilę zatrzymał się przy umywalni, na której stało sporo flakoników i 

słoików z kremami.

Nagle się schylił, ukląkł i zaczął skrupulatnie oglądać kozią skórę.
Szybko podeszliśmy z doktorem Reilly.
Herkules Poirot przyglądał się małej brunatnej plamce, prawie niewidocznej na nieco tylko 

jaśniejszym brązie skóry. Właściwie był to tylko skrawek plamy — tam gdzie rozlała się na 
biały płat.

— I co pan sądzi, doktorze? — spytał Poirot. — Krew? Doktor Reilly też ukląkł.
— Być może — odparł doktor. — Jeśli pan chce, to zbadam.
— Jeśli byłby pan tak uprzejmy.
Pan Poirot podniósł się i obejrzał dzbanek oraz miednicę. Miednica była sucha, ale koło 

umywalki stała puszka po nafcie pełna wody z mydlinami.

Obrócił się ku mnie.
— Niech siostra sobie przypomni czy ten dzbanek stał koło miednicy jak teraz, czy też w 

miednicy? Wtedy, kiedy siostra wychodziła od pani Leidner?

— Nie   jestem   pewna.   —   Długo   się   zastanawiałam.   —   Ale   wydaje   mi   się,   że   stał   w 

miednicy.

— Aaa.
— Ale widzi pan, ja tak mówię tylko dlatego, że zwykle dzbanek stał w miednicy. Arabscy 

posługacze zawsze tak stawiają dzbanek po lunchu. I wydaje mi się, że gdyby nie stał w 
miednicy, to bym zauważyła.

— Tak, rozumiem. — Z zadowoleniem pokiwał głową. — Szpitalny nawyk! Gdyby coś w 

pokoju   było   inaczej,   niż   powinno   być,   siostra   by   zauważyła,   no   i   nawet   nieświadomie 
poprawiła zaledwie sobie z tego zdając sprawę. A po morderstwie? Dzbanek stał jak teraz?

— Wtedy nie zauważyłam. Zastanawiałam się tylko czy ktoś mógł się ukryć w pokoju, i 

czy jeszcze tam jest, oraz czy nie zostawił po sobie jakiegoś śladu.

— To jest krew — powiedział doktor Reilly wstając z kolan. — Ma to duże znaczenie?
Poirot w zamyśleniu zmarszczył brwi. Uczynił gest rękami.
— Tego  nie  wiem.   Skąd  mam   wiedzieć?  Może   to  coś   znaczy,   a  może   nie.   Mógłbym 

powiedzieć, że morderca dotknął pani Leidner, że mu została krew na dłoni, troszkę krwi, ale 
jednak, więc podszedł do umywalki, żeby ją zmyć. Tak mogło się to odbyć. Ale nie mogę 
wyciągać pochopnych wniosków i mówić, że tak było. Ta plamka może nie mieć żadnego 
znaczenia.

— Krwi było bardzo mało — powiedział doktor Reilly z powątpiewaniem. — Krew nie 

trysnęła,   nic   takiego   nie   miało   miejsca.   Może   troszkę   wyciekło   z   zewnętrznej   rany. 
Oczywiście, gdyby morderca zaczął obmacywać głowę…

Wzdrygnęłam się. Przed oczami stanął mi straszny obraz. Jakiś człowiek, być może ten 

chłopak,   którego   twarz   kojarzyła   mi   się   z   ryjkiem   świńskim,   zadaje   cios   tej   wspaniałej 
kobiecie,   a   potem   pochyla   się   nad   dogorywającą   i   z   dzikim   zadowoleniem   na   twarzy 
obmacuje ranę… A może na jego twarzy maluje się nie tyle zadowolenie, co szaleństwo i 
nienawiść?

background image

Doktor Reilly zauważył moje wzdrygnięcie.
— Co się stało, siostro?
— Nic, nic, dostałam tylko gęsiej skórki — odparłam. — Ktoś przeszedł po moim grobie.
Pan Poirot obrócił się w moją stronę.
— Wiem, czego siostrze potrzeba! — powiedział. — Kiedy skończymy i ruszymy w drogę 

powrotną do Hassanieh, to zabierzemy siostrę ze sobą. I doktor zaprosi siostrę Leatheran na 
herbatę, prawda?

— Z wielką przyjemnością.
— Ależ dziękuję, doktorze, skąd znowu. Nie będę się narzucać. Pan Poirot poklepał mnie 

przyjaźnie po plecach. I to zupełnie po angielsku, wcale nie po cudzoziemsku.

— Siostra zrobi, co się siostrze każe! — oświadczył.  — Poza tym  to dla mnie wielka 

korzyść. Chcę porozmawiać o wielu rzeczach, a nie mogę tutaj, gdzie trzeba przestrzegać 
pewnej  ceremonii,  ponieważ   doktor  Leidner,  który  uwielbiał  tak   bardzo  swoją  żonę,   jest 
pewien, że wszyscy pozostali też ją uwielbiali. Moim zdaniem taka jednomyślność nie leży w 
naturze ludzkiej. Nie, i dlatego chcę porozmawiać o pani Leidner, jak to powiedzieć, bez 
rękawiczek. Więc ustaliliśmy! Kiedy skończymy, zabieramy siostrę do Hassanieh.

— Przypuszczam, że tak czy inaczej nie mam tu nic więcej do roboty. Wszystko się tak 

skomplikowało.

— Trzeba przeczekać parę dni — powiedział doktor Reilly. — Przed pogrzebem nie może 

siostra wyjechać.

— Wszystko bardzo pięknie — odparłam. — Ale nie chciałabym tu zostać zamordowana.
Powiedziałam  to półżartem  i tak  też  zrozumiał  to doktor Reilly.  Miał już w podobny 

sposób odpowiedzieć,  kiedy ku mojemu zdumieniu pan Poirot stanął jak wryty pośrodku 
pokoju i głośno klepnął się dłońmi w czoło.

— Ach, czyżby to było możliwe? — mruknął. — Czy istnieje takie niebezpieczeństwo? 

Oczywiście, że tak i to wielkie! I co można zrobić? Jak się przed rym zabezpieczyć?

— Ależ,   panie   Poirot,   ja   tylko   żartowałam.   Kto   by   tam   chciał   mnie   zabijać   i   po   co, 

ciekawa jestem?

— Siostrę albo kogoś innego — powiedział i wcale mi się nie podobał sposób, w jaki to 

zrobił.

Znów dostałam gęsiej skórki.
— Ale dlaczego? — nalegałam.
Pan Poirot spojrzał mi prosto w oczy:
— Ja też żartuję, mademoiselle. I ja się śmieję. Ale są rzeczy nie do śmiechu. Mój zawód 

wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tej jednej strasznej prawdy, że morderstwo wchodzi w 
nałóg…

background image

H

ERBATKA

 

U

 

DOKTORA

 R

EILLY

Przed wyjazdem Poirot obszedł cały dom dookoła i obejrzał wszystkie budynki z zewnątrz. 

Przez   pośrednika   zadał   też   kilka   pytań   służącym.   Tłumaczem   był   doktor   Reilly,   który 
przekładał pytania na arabski, a odpowiedzi z arabskiego na angielski.

Pytania dotyczyły przede wszystkim owego obcego mężczyzny, którego spostrzegłyśmy z 

panią Leidner podczas spaceru, kiedy usiłował zajrzeć przez okno i z którym ojciec Lavigny 
rozmawiał następnego dnia.

— Czy  pan   sądzi,   że   ten   mężczyzna   miał   coś   wspólnego   z   morderstwem?   —   zapytał 

doktor Reilly, gdy tłukliśmy się samochodem w drodze do Hassanieh.

— Ja chcę mieć zawsze ogrom informacji — odparł swoim dziwnym językiem Poirot.
I rzeczywiście ta odpowiedź określała bardzo dokładnie jego metodę działania. Już później 

się zorientowałam, że nie było takiej rzeczy — skraweczka papieru czy najmniejszej plotki — 
którą by zignorował. Mężczyźni zwykle nie bywają tacy ciekawscy.

Muszę przyznać,  że z rozkoszą napiłam się herbaty po przyjeździe  do doktora Reilly. 

Zauważyłam, że pan Poirot wrzucił do swojej filiżanki aż pięć kostek cukru.

Mieszając herbatę oświadczył:
— A   teraz   porozmawiajmy,   dobrze?   Możemy   w   naszych   umysłach   rozważać,   kto 

najprawdopodobniej popełnił morderstwo.

— Lavigny, Mercado, Emmott czy Reiter? — spytał doktor Reilly.
— O nie! To była teoria numer trzy. Chciałbym się teraz skoncentrować na teorii numer 

dwa, zapomnieć o istnieniu tajemniczego pierwszego męża i brata i o tym, że się mogli nagle 
wynurzyć z przeszłości. Po prostu zastanówmy się, kto z członków ekspedycji miał środki i 
okazję do popełnienia zbrodni, i kto najbardziej pasuje na mordercę.

— Myślałem, że rozwiązanie drugie odrzucił pan jako bardzo mało prawdopodobne? — 

odezwał się doktor Reilly.

— Wcale nie. Ale cechuje mnie, jak to powiedzieć, pewna wrodzona delikatność. Jakże 

mogłem w obecności doktora Leidnera dyskutować na temat motywów  prowadzących do 
zamordowania pani Leidner przez któregoś z jego podwładnych? To nie byłoby uprzejme. 
Podtrzymywałem   teorię,   że   pani   Leidner   była   powszechnie   kochana   i   że   wszyscy   ją 
uwielbiali. Fikcja, nieprawdaż? Wcale tak nie było. Teraz możemy być brutalni, zapomnieć o 
uczuciach i powiedzieć, co myślimy. Już nie musimy liczyć się z tym, co ktoś pomyśli. I w 
tym   bardzo   nam   pomoże   siostra   Leatheran.   Wykazała   się   już   wcześniej   jako   doskonała 
obserwatorka.

— Wcale nie jestem tego pewna — odparłam skromnie.
— Proszę   się   wzmocnić   —   powiedział   doktor   Reilly   podając   mi   paterę   z   gorącymi 

biszkoptami. Były znakomite.

— No, zaczynamy! — odezwał się pan Poirot. — Teraz chcę usłyszeć, Ma soeur, co każdy 

z członków ekspedycji naprawdę myślał o pani Leidner.

— Byłam tam tylko przez tydzień, panie Poirot — odparłam.
— Bardzo wiele czasu dla osoby o tak żywej inteligencji. Pielęgniarka ocenia ludzi bardzo 

szybko. Dochodzi do pewnych wniosków i zgodnie z nimi postępuje. Jazda, zaczynamy od 
początku! Na przykład ojciec Lavigny?

— Jeśli o niego chodzi, trudno mi powiedzieć. Wydawało mi się, że pani Leidner lubiła z 

nim rozmawiać, a on z nią. Zwykle dyskutowali po francusku, a ja słabo znam ten język, 
chociaż uczyłam się go w szkole. Wydaje mi się, że głównie mówili o książkach.

— Można powiedzieć, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie?
— Tak, chyba tak można powiedzieć. Ale mnie się też wydaje, że ojciec Lavigny był jakby 

zaintrygowany panią Leidner. I jakby zły na siebie, że jest zaintrygowany, jeśli pan rozumie, 

background image

co ja chcę powiedzieć.

I następnie powtórzyłam mu rozmowę, jaką miałam z ojcem Lavigny pierwszego dnia na 

wykopalisku, kiedy nazwał panią Leidner „niebezpieczną kobietą”.

— Oo, to jest bardzo interesujące! — skomentował pan Poirot. — A ona? Co ona sądziła o 

ojcu Lavigny?

— Trudno mi powiedzieć. Niełatwo było stwierdzić, co pani Leidner sądziła o ludziach. 

Chwilami  wydawało się, że on ją też intryguje. Pamiętam, że mi powtórzyła  słowa pana 
Leidnera: takiego duchownego jeszcze nie widział.

— Czyżbyśmy mieli zamawiać już sznur dla ojca Lavigny? — zażartował doktor Reilly.
— Drogi przyjacielu — zwrócił się do niego pan Poirot. — Nie ma pan przypadkiem 

jakiegoś   pacjenta,   którego   należałoby   odwiedzić?   Za   żadne   skarby   nie   chciałbym 
powstrzymywać pana przed obowiązkami.

— Mam   pełen   szpital   pacjentów   —   odparł   doktor   Reilly.   Wstał,   mrugnął 

porozumiewawczo i wyszedł zaśmiewając się.

— Teraz już lepiej. Możemy już jeść ser z dziurami — powiedział ni w pięć, ni w dziewięć 

pan Poirot. — Nikt nam nie będzie przerywał naszego tête–à–tête. Ale proszę nie zapominać 
o herbacie.

Pan Poirot podał mi talerz z kanapkami i zaproponował drugą filiżankę herbaty. Jak na 

cudzoziemca miał wcale dobre maniery.

— A teraz porozmawiamy dalej o wrażeniach siostry. Kto z tego towarzystwa nie lubił 

pani Leidner?

— No cóż, to jedynie moja opinia i nie chciałabym, żeby się rozeszła.
— Oczywiście, że nie!
— Moim zdaniem pani Mercado wręcz jej nie znosiła.
— Aaa! A pan Mercado?
— Na jej widok przewracał oczami. To jest taki człowiek, na którego kobiety nie zwracają 

specjalnej uwagi. Oprócz żony, oczywiście. A pani Leidner umiała pokazać, że interesuje się 
ludźmi i tym, co do niej się mówi. Trochę biedakowi uderzyło do głowy.

— I pani Mercado nie była zadowolona?
— Była po prostu zazdrosna. Trzeba być bardzo ostrożnym, kiedy się ma do czynienia z 

mężem i żoną, to święta prawda. Mogłabym panu niejedno opowiedzieć, co też kobietom 
przychodzi do głowy, gdy chodzi o ich mężów.

— Ani   na   chwilę   nie   wątpię   w   słuszność   słów   siostry.   A   więc   pani   Mercado   była 

zazdrosna? I nienawidziła pani Leidner?

— Patrzyła na nią z mordem w oczach… O Boże, co ja mówię! — Wyprostowałam się na 

krześle. — Nie miałam zamiaru tego powiedzieć, panie Poirot. To znaczy…

— Oczywiście, doskonale rozumiem. Siostrze się wymknęło. Bardzo odpowiednie zdanie. 

Odpowiednie do sytuacji. A pani Leidner? Trapiła się wrogością pani Mercado?

— Hmm — zastanowiłam się. — Chyba wcale się tym nie przejmowała. A nawet nie 

wiem,   czy   zdawała   sobie   sprawę   z   nieprzyjaznych   uczuć   pani   Mercado.   Raz   to   nawet 
pomyślałam,   żeby   ją   ostrzec.   Ale   zrezygnowałam.   Lepiej   za   dużo   nie   mówić.   Zawsze 
uważałam, że milczenie jest złotem.

— Bardzo rozsądnie, bardzo. Czy może mi siostra dać jakieś przykłady objawów zazdrości 

pani Mercado? No i jej wrogich uczuć do pani Leidner?

Przytoczyłam mu naszą rozmowę na dachu.
— A   więc   wspomniała   o   pierwszym   małżeństwie   pani   Leidner…   —   powiedział   w 

zamyśleniu pan Poirot. — Może siostra sobie przypomina, czy kiedy o tym mówiła, patrzyła 
na siostrę tak, jakby sprawdzając, czy na przykład ktoś opowiedział siostrze inną wersję całej 
sprawy?

— Pan podejrzewa, że ona znała prawdę?

background image

— To prawdopodobne. To ona mogła pisać listy i pukać do okna.
— Ja też się nad tym zastanawiałam. Taka podła zemsta nawet mi na nią wyglądała.
— Tak, ludzie potrafią być okrutni. Ale od tego do morderstwa z premedytacją jest jeszcze 

daleko, chyba że…

Zastanawiał się przez chwilę, a potem dodał:
— Swoją drogą to bardzo dziwne, co ona wtedy siostrze powiedziała. Jak to było: Ja wiem, 

dlaczego siostra przyjechała. Co ona przez to chciała powiedzieć?

— Nie mam pojęcia — odpowiedziałam szczerze.
— Ona myślała, że siostra przyjechała w jakimś ukrytym celu. Ale w jakim? I dlaczego 

była tym tak przejęta? Co ją to obchodziło? I dziwne też było to wpatrywanie się w siostrę w 
dniu przyjazdu, przy stole.

— Cóż, nie jest damą i tyle, panie Poirot — wyjaśniłam mu.
— To może być wytłumaczenie, ale nie wyjaśnienie, Ma soeur! Przez dłuższą chwilę nie 

mogłam zrozumieć, co on ma na myśli. Ale zaraz zaczął pytać dalej:

— No a pozostali członkowie ekspedycji? Zastanowiłam się.
— Nie sądzę, aby panna Johnson zanadto lubiła panią Leidner. Ale była w tej sprawie 

bardzo   szczera.   I   właściwie   przyznała,   że   jest   do   niej   uprzedzona.   Bo   widzi   pan,   panna 
Johnson to bardzo oddana pracownica doktora Leidnera i to od wielu lat. A bywa, że jak szef 
się ożeni, to wszystko się zmienia…

— Tak. I z punktu widzenia panny Johnson nie była to odpowiednia żona dla doktora 

Leidnera. Byłoby bardziej na miejscu, gdyby doktor Leidner poślubił pannę Johnson.

— Chyba tak — zgodziłam się ochoczo. — Ale tacy są właśnie mężczyźni. Jeden na sto 

dba  o to,  by ożenić   się  z właściwą  osobą.  Trudno  zresztą  winić  samego  doktora.  Panna 
Johnson, nieboraczka. Cóż, nie ma na co patrzeć! A pani Leidner była naprawdę piękna. Już 
niemłoda, ale co za klasa. Szkoda, że jej pan nie poznał. Było w niej coś takiego… Używając 
słów pana Colemana była niby rusałka wodna czy nimfa, co rzucając czar na ludzi zwabia ich 
w bagna. Może to niezbyt trafne, ale właśnie, niech się pan ze mnie nie śmieje, panie Poirot, 
było w niej coś takiego niezwykłego, zupełnie nie z tej ziemi.

— Potrafiła rzucić, jakież to słowo, aha, urok, prawda? Tak, tak, rozumiem.
— Poza tym nie wydaje mi się, żeby ona i pan Carey byli w dobrej komitywie. Tak myślę 

sobie,   że   pan   Carey   był   zazdrosny   o   panią   Leidner   podobnie   jak   panna   Johnson   — 
kontynuowałam. — Zachowywali się wobec siebie strasznie oficjalnie. Wie pan, jak to jest, 
przy stole grzecznie podawała mu to czy tamto, ale zawsze zwracała się do niego bardzo 
formalnie,   zawsze   „panie   Carey”.   On   jest   wieloletnim   przyjacielem   jej   męża,   a   niektóre 
kobiety nie znoszą takich zadawnionych wiernych przyjaźni. Nie tolerują nikogo, kto znał ich 
mężów, zanim one same ich poznały. Może niezbyt jasno się wyrażam…

— Doskonale   rozumiem.   A   trzej   młodzi   ludzie?   Pan   Coleman   był,   jak   to   siostra 

powiedziała, poetycki na jej temat?

Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.
— To naprawdę było zabawne, panie Poirot. Bo pan Coleman to taki rzeczowy człowiek.
— A pozostali dwaj?
— Zupełnie   nic   nie   wiem   na   temat   pana   Emmotta.   Zawsze   taki   cichy   i   niewiele   się 

odzywa.   Pani   Leidner   odnosiła   się   do   niego   bardzo   miło.   Tak   przyjaźnie.   Nazywała   go 
Dawidem i zawsze żartowała na temat jego i panny Reilly, i takich tam.

— Co siostra mówi? A jak on to przyjmował?
— Nie  jestem  tego  pewna —  odparłam   z wahaniem.   — Patrzył   na  nią  dość  dziwnie. 

Trudno powiedzieć, co myślał.

— A pan Reiter?
— Nie zawsze była dla niego miła. Myślę, że działał jej na nerwy — powiedziałam po 

zastanowieniu. — Robiła na jego temat sarkastyczne uwagi. I to w jego obecności.

background image

— Jak reagował?
— Bardzo się czerwienił, biedny chłopak. Ale przecież ona nie miała złych intencji…
Nagle we współczucie do biednego pana Reitera wkradła się myśl, że to on mógłby być 

bezlitosnym mordercą i że przez cały czas odgrywał tylko rolę biednego chłopca.

— Och! — wykrzyknęłam. — Panie Poirot, czy pan się już domyśla, kto to zrobił?
Pokręcił w zamyśleniu głową.
— Niech mi siostra powie, nie boi się siostra wrócić tam na noc? — spytał.
— Ależ skąd! — odparłam. — Pamiętam, co pan powiedział, ale któż by chciał mnie 

zabijać.

— Już teraz jestem pewien, że nikt — odparł powoli. — To był częściowo powód, dla 

którego chciałem z siostrą porozmawiać i usłyszeć wszystko, co siostra ma do powiedzenia. 
Chciałem się upewnić. Teraz już wiem, że siostra jest bezpieczna.

— Gdyby ktoś mi coś szepnął w Bagdadzie… — zaczęłam i urwałam.
— Słyszała  siostra jakieś  plotki o Leidnerach  i ekspedycji  przed przyjazdem tutaj? — 

spytał.

Powiedziałam mu, jak nazywano panią Leidner i trochę z tego, co mi mówiła pani Kelsey.
W trakcie mojego opowiadania weszła panna Reilly.  Najwidoczniej grała w tenisa, bo 

miała w ręku rakietę.

Z tego, co zrozumiałam, pan Poirot już ją poznał po przybyciu do Hassanieh.
Panna Reilly przywitała mnie niedbale i wzięła kanapkę z talerza.
— No i co, panie Poirot? — spytała. — Jak tam wyjaśnianie naszej lokalnej tajemnicy?
— Idzie powoli — odparł.
— Widzę, że ocalił pan z pożogi siostrzyczkę.
— Siostra Leatheran udzielała mi bardzo istotnych informacji na temat poszczególnych 

członków   ekspedycji.   A   przy   okazji   dowiedziałem   się   wiele   o…   ofierze.   A   ofiara, 
mademoiselle, jest bardzo często kluczem do całej tajemnicy.

— Bardzo mądrze  pan mówi, panie  Poirot. W tym  przypadku  sprawdziło  się, bo jeśli 

kiedykolwiek jakaś kobieta zasługiwała na zamordowanie, to właśnie pani Leidner.

— Panno Reilly! — wykrzyknęłam do głębi oburzona. Panna Reilly zaśmiała się krótko i 

nieprzyjemnie.

— Widzę z tego, że siostra też się dała nabrać. Obawiam się, panie Poirot, że siostra 

Leatheran wpadła w sidła czaru pani Leidner. Wie pan co, panie Poirot? Nie tracę nadziei, że 
tym razem nie odniesie pan sukcesu. Właściwie to bym chciała, żeby mordercy udało się 
umknąć bezkarnie. Sama chętnie przyłożyłabym się do wyprawienia pani Leidner na tamten 
świat.

Byłam   więcej   niż   oburzona.   Trzeba   powiedzieć,   że   Poirot   nawet   nie   mrugnął   okiem. 

Skłonił się i powiedział uprzejmie:

— Mam więc nadzieję, że pani ma alibi na wczorajsze popołudnie?
Nastąpiła chwila ciszy, którą zakłóciło uderzenie tenisowej rakiety o ziemię.
Panna Reilly nawet nie próbowała jej podnieść. Niechlujna i niedbała jak one wszystkie.
— Oczywiście! — odpowiedziała jakby zdyszanym głosem. — Grałam w klubie w tenisa. 

Ale poważnie mówiąc, panie Poirot, czy pan wie cokolwiek o pani Leidner?

Znów się tak śmiesznie skłonił i powiedział:
— Pani mi o niej opowie, mademoiselle.
Trochę się zawahała, ale potem bez najmniejszej przyzwoitości zaczęła mówić rzeczy, od 

których zrobiło mi się słabo:

— Utarło się, że o zmarłych nie należy mówić źle. Uważani, że to głupi obyczaj. Prawda 

zawsze pozostaje prawdą. Lepiej już nie mówić źle o żywych, ponieważ można im wyrządzić 
krzywdę. Ale zmarłym nic już nie zaszkodzi. Natomiast zło, które za życia wyrządzili innym, 
nie da się wymazać. Szekspir może tego nie powiedział dokładnie w ten sposób, ale jakoś 

background image

podobnie.   Czy   siostra   powiedziała   panu,   panie   Poirot,   o   niezdrowej   atmosferze,   jaka 
panowała w Tell Jarimdża? Czy mówiła, jak wszyscy byli rozstrojeni? Jak patrzyli na siebie 
spode łba? Oto dzieło Luizy Leidner! Przed trzema laty, kiedy odwiedzałam wykopaliska 
jeszcze jako smarkula, wszyscy sprawiali wrażenie jednej, szczęśliwej, wesołej rodziny. Ale 
w tym roku zawisła nad nimi jakaś czarna chmura. To jej sprawka! Należała do kobiet, które 
nie mogą ścierpieć, by ktokolwiek w ich kręgu czuł się szczęśliwy. Zawsze musiała wszystko 
zepsuć. Dla zabawy, a może z chęci okazania swej przewagi. Albo dlatego, że po prostu taka 
była. Musiała podporządkować sobie każdego mężczyznę w zasięgu wzroku.

— To   wszystko   nieprawda,   panno   Reilly!   —   krzyknęłam.   —   Dobrze   wiem,   że   to 

nieprawda.

— Nie wystarczało jej mieć męża, który ją uwielbiał. — Mówiła nie zwracając na mnie 

najmniejszej uwagi. — Musiała zrobić durnia z tego pokracznego Mercado. Potem uczepiła 
się Billa. Bill to w zasadzie rozsądny chłopak, ale ona go kompletnie ogłupiła. Zabawiała się 
dręczeniem Carla Reitera. On był łatwą zdobyczą. To bardzo uczuciowy chłopak. I na całego 
dopadła Dawida. Dawid był odporniejszy i potrafił się bronić. Czarowała go, ale nie dał się. 
Był  na tyle  mądry,  by dostrzec,  że jej właściwie na nim nie zależy.  I dlatego ja jej  tak 
nienawidzę.   Ona   nic   nie   czuła,   nie   była   nawet   zmysłowa.   Nie   pragnęła   romansu.   Ją 
interesowały podboje. Przeprowadzała eksperymenty zupełnie na zimno i dla zabawy, aby 
zobaczyć, co się będzie działo, jeśli podbechta ludzi przeciwko sobie. Cieszyła się widząc 
rezultaty swych gier. To była kobieta, która w życiu z nikim się nie pokłóciła, ale potrafiła 
skłócić wszystkich. Wokół niej wybuchały kłótnie. Ona je prowokowała. Był z niej Jagon w 
spódnicy. Karmiła się napięciem. Ale sama nie chciała w rym uczestniczyć. Zawsze tylko 
pociągała za sznurki. Patrzyła i napawała się. Rozumie pan to, co chciałam powiedzieć?

— Może dostrzegam nawet więcej, niż pani sądzi, mademoiselle! — odparł Poirot.
Nie   potrafiłam   zrozumieć   tonu   jego   głosu.   Powiedział   to   tak,   jakby   wcale   nie   był 

oburzony. Jakby… Do licha, nie potrafię tego wyjaśnić.

Panna Reilly chyba zrozumiała, bo się mocno zaczerwieniła.
— Może pan sobie myśleć, co pan chce — powiedziała. — Ale ja wiem, że mam rację. 

Była niesłychanie przebiegła, nudziła się i przeprowadzała doświadczenia na ludziach. Tak 
jak inni robią to z chemikaliami. Z upodobaniem dręczyła biedną Johnsonkę, która zaciskała 
zęby,   bo   to   kobieta   z   klasą.   Doprowadzała   małą   Mercado   do   szaleństwa.   Próbowała   też 
dobrać się do mnie. Potrafiła nieźle dopiec. Uwielbiała zbierać informacje o ludziach, by 
potem ich szantażować. Nie, nie myślę o takim ordynarnym szantażu, dasz mi to, to ja ci nic 
nie zrobię. Nie. Po prostu lubiła napomknąć człowiekowi, że coś o nim wie, i ten człowiek 
pozostawał w niepewności, co też ona zamierza. Była mistrzynią intrygi. Prawdziwą artystką 
w swoim rzemiośle. Operowała delikatnie jak najcieńszym skalpelem.

— A jej mąż?
— Jemu  nigdy nie robiła krzywdy — dodała panna Reilly.  — Dla niego zawsze była 

słodka. Chyba go lubiła. To kochany człowiek, pogrążony w swoim własnym świecie mumii i 
starych   skorup.   A   on   ją   ubóstwiał   i   uważał   za   chodzący   ideał.   Bardzo   to   denerwowało 
niektóre kobiety. Ale jej się bardzo podobało. Doktor Leidner żył w innym wymiarze. W 
jakimś wyimaginowanym  świecie. Chociaż niezupełnie, bo przecież w stosunku do niego 
Luiza była naprawdę cudowna. Trudno to jednak pogodzić z faktem… — zamilkła.

— Słucham,  mademoiselle!   —   nalegał   pan   Poirot.   Panna   Reilly   zwróciła   się   w   moją 

stronę.

— Co siostra powiedziała o Ryszardzie Careyu?
— O panu Careyu? — spytałam zdumiona.
— O niej i o Careyu!
— No, powiedziałam, że nie przepadali za sobą… Ku mojemu zaskoczeniu wybuchnęła 

śmiechem.

background image

— Nie przepadali za sobą! Ależ siostra naiwna. On był w niej zakochany po uszy. I to go 

niesłychanie   dręczyło,   ponieważ   żywi   olbrzymi   szacunek   dla   doktora   Leidnera.   Można 
powiedzieć, że go uwielbia. Są przyjaciółmi od bardzo wielu lat. I to właśnie było jej nie w 
smak. Postanowiła stanąć między nimi i skłócić ich. Niemniej wyobrażam sobie…

— Eh bien, mademoiselle?
Zatopiona w myślach marszczyła czoło.
— Sądziłam, że tym razem trochę się zagalopowała. Wpadła we własne sidła. Carey jest 

przystojny. Bardzo przystojny! A ona to zimna diablica. Ale myślę, że przy nim trochę się 
rozgrzała.

— Uważam, że to skandaliczne, co pani mówi! — wykrzyknęłam. — Przecież oni ledwo z 

sobą rozmawiali.

— Czyżby? — Obróciła się do mnie. — Guzik siostra wie na ten temat. Wiem, że w domu 

było grzeczniutko „panie Carey” i „pani Leidner”, tylko że oni spotykali się poza domem! 
Ona   schodziła   ścieżką   nad   rzekę,   a   on   opuszczał   na   godzinkę   wykopalisko.   Na   miejsce 
schadzek wybrali sad.

Po chwili dokończyła:
— Raz go widziałam, jak się z nią żegnał, a potem ruszył ku wykopalisku. Ona stała i 

patrzyła   za   nim.   Wiem,   wiem,   jestem   podłą   podglądaczką.   Miałam   właśnie   przy   sobie 
lornetkę, więc ją wyjęłam i przyjrzałam się wyrazowi twarzy pani Leidner. Jeśliby mnie kto 
spytał, to bym powiedziała, że piekielnie jej zależało na Careyu…

Przerwała i spojrzała na Poirota.
— Przepraszam, że się wtrąciłam do prowadzonej przez pana sprawy — powiedziała z 

kwaśnym   uśmiechem   —   ale   zależało   mi   na   sprostowaniu   pewnych,   powiedzmy, 
niedokładności obrazu.

Co powiedziawszy wyszła z pokoju.
— A ja nie wierzę ani jednemu jej słowu, panie Poirot! — oświadczyłam.
Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział (bardzo znacząco, moim zdaniem):
— Nie zaprzeczy siostra, że panna Reilly w dość specyficzny sposób wyjaśniła nam parę 

spraw?

background image

N

OWA

 

POSZLAKA

Skończyliśmy rozmowę, ponieważ wrócił doktor Reilly zawiadamiając nas żartobliwie, że 

pozabijał co uciążliwszych pacjentów.

Zasiadł   zaraz   z   panem   Poirotem   do   rozmowy   na   temat   stanu   umysłowego   autora 

anonimowych   listów   oraz   aspektów   medycznych   i   psychologicznych   dotyczących   tego 
zjawiska. Doktor przytaczał znane mu przypadki, a pan Poirot opowiadał historie z własnego 
doświadczenia.

— Sprawa nie jest taka prosta — zakończył mały detektyw. — Czasami motywem bywa 

pragnienie zawładnięcia czymś, a często mamy do czynienia z kompleksem niższości.

Doktor Reilly pokiwał głową.
— Dlatego też niekiedy autor anonimowych listów jest ostatnią osobą, którą by się o to 

podejrzewało. Bywa to skromniutki osobnik, który na pozór muchy nie skrzywdzi, słodziutki, 
pomyślałby ktoś, że reprezentuje wszystkie chrześcijańskie cnoty, a wewnątrz aż kipi złością i 
nienawiścią.

— Czy panią Leidner można określić jako osobę z kompleksem niższości? — spytał pan 

Poirot.

Doktor Reilly chrząknął rozbawiony.
— Ostatnia z kobiet na tej ziemi, którą bym tak nazwał. Żadnych zahamowań. Żyć, żyć i 

jeszcze raz żyć. Tego pragnęła i to zresztą miała.

— Czy uważa pan za możliwe, z psychologicznego punktu widzenia, by to ona sama pisała 

te listy?

— Owszem.   Ale   jeśli   to   robiła,   powodowała   nią   podświadoma   chęć   ubarwienia, 

udramatyzowania   własnego   życiorysu.   W   prywatnym   życiu   pani   Leidner   była…   jakby 
gwiazdą filmową. Musiała zawsze znajdować się w centrum uwagi. W świetle jupiterów. 
Wyszła   za   Leidnera   na   zasadzie   odwrotności   charakterów.   Leidner   to   jeden   z 
najskromniejszych i najmniej narzucających się ludzi, jakich znam. Uwielbiał ją, ale dla niej 
uwielbianie   przy   domowym   kominku   to   było   za   mało.   Musiała   być   oprócz   tego   jeszcze 
prześladowaną heroiną.

— Czyli w rzeczy samej nie podpisuje się pan pod teorią, że ona te listy sama pisała, ale 

potem o tym nie pamiętała? — spytał Poirot z uśmiechem.

— Zdecydowanie nie. Nie chciałem tego poruszać w obecności Leidnera. Jakoś nie można 

tak prosto z mostu mówić człowiekowi, który dopiero co utracił ukochaną żonę, że była ona 
bezwzględną ekshibicjonistką i że doprowadzała go na skraj rozpaczy, by zaspokoić swoje 
aktorskie aspiracje. Prawdę mówiąc nie należy żadnemu mężczyźnie mówić prawdy na temat 
jego żony. To niebezpieczne. Najśmieszniejsze w tym jest to, że żonom można powiedzieć 
wszystko o ich mężach. Kobiety są zdolne akceptować fakt, że ich mąż jest zepsuty, jest 
narkomanem,  oszustem,  kłamcą  lub zwykłym  bydlakiem.  Nawet nie mrugną  okiem i nie 
wpłynie to na zmianę ich uczuć. Kobiety są wspaniałymi realistkami.

— Mówiąc zupełnie szczerze, doktorze Reilly. Co pan naprawdę myślał o pani Leidner?
Doktor Reilly rozparł się w krześle niespiesznie pykając fajkę.
— Mówiąc zupełnie szczerze, trudno mi sprecyzować. Nie znałem jej aż tak dobrze. Miała 

urok. Mnóstwo uroku. Bardzo inteligentna, w zasadzie sympatyczna… Cóż jeszcze? Na oko 
żadnych pospolitych wad. Nie była też nazbyt zmysłowa. Ani też leniwa czy próżna. Zawsze 
natomiast ją uważałem, chociaż nie miałem na to dowodów, za bardzo sprytną kłamczuchę. 
Blagowała po mistrzowsku.  Czego nie wiem,  a chciałbym  się dowiedzieć,  to, czy bujała 
wyłącznie siebie, czy też i innych. Ja mam dość specyficzny pogląd na tę sprawę. Kobieta, 
która nie kłamie, jest istotą bez wyobraźni, pozbawioną ludzkich odczuć. Nie sądzę, aby pani 
Leidner polowała na mężczyzn w sensie dosłownym. Nie, ona po prostu uprawiała „strzelanie 

background image

do mężczyzn” i godzenie ich „własną strzałą”. Jeśliby pan porozmawiał na ten temat z moją 
córką…

— Już mieliśmy tę przyjemność — odparł pan Poirot lekko się uśmiechając.
— Hmm! — mruknął doktor Reilly. — Widzę, że nie traciła czasu. Wyobrażam sobie, że 

nieźle przejechała się po pani Leidner. Młode pokolenie nie przestrzega zasady oszczędzania 
zmarłych.   Co   za   szkoda,   że   młodzi   są   tacy   pryncypialni.   Potępiają   „starą   moralność”,   a 
następnie   ustanawiają   własne   skomplikowane   kodeksy.   Gdyby   pani   Leidner   miała   z   pół 
tuzina kochanków, to prawdopodobnie Sheila akceptowałaby ją jako osobę „korzystającą z 
życia”  albo też „posłuszną instynktowi  krwi”. Sheila nie dostrzega,  że pani Leidner  żyła 
zgodnie ze swoim kodeksem. Kot jest posłuszny „instynktowi krwi”, kiedy igra z myszą. Kot 
jest tak stworzony! A dorośli mężczyźni to nie mali chłopcy, których trzeba osłaniać i strzec. 
Idąc przez życie spotykają i kocice, i wierne spanielki, i stale utyskujące jędze z wiecznymi 
pretensjami.   Życie   to   pole   walki,   a   nie   piknik.   Chciałbym,   aby   Sheila   zeszła   ze   swego 
wysokiego konia i przyznała szczerze, że nienawidziła panią Leidner ze starych jak świat 
osobistych powodów. Sheila jest właściwie jedyną niezamężną młodą kobietą w okolicy i 
oczywiście   zakłada,   że   może   postępować   jak   chce   wobec   wszystkiego,   co   chodzi   w 
spodniach. Bardzo ją złości, kiedy kobieta, którą uważa za osobę w średnim wieku i która na 
swoim koncie zapisała już dwóch mężów, pojawia się nagle i pokonuje Sheilę na jej własnym 
terenie. Sheila to dobre dziecko. Jest w miarę przystojna, więc odmienna płeć interesuje się 
nią, jak powinna. Ale w tej dziedzinie pani Leidner przedstawiała coś unikatowego. Była 
obdarzona   nieszczęsną,   niemalże   magiczną   umiejętnością   komplikowania   i   psucia 
wszystkiego. Taka Belle Dame sans Merci!

Aż skoczyłam w krześle. Co za zbieg okoliczności, że on użył tych słów!
— Pańska   córka,   doktorze,   to   niedyskretne   pytanie,   odczuwa   może  tendresse  wobec 

któregoś z młodych ludzi tu na miejscu? — spytał Poirot.

— Nie,   chyba   nie.   Obskakiwali   ją   oczywiście   Emmott   i   Coleman.   Ale   nie   wiem   czy 

któregoś z nich woli. Jest tu jeszcze dwu młodych lotników. Myślę, że chwilowo Sheila nie 
wyrzuca do morza żadnej rybki, która trafi do jej sieci. Chyba że jest po prostu wściekła, iż 
młodość   została   wyzwana   przez   pełną   dojrzałość.   Sheila   nie   zna   jeszcze   świata   i   życia. 
Dopiero w moim wieku umie się ocenić dziewczęcą cerę, promienny wzrok młodości i jędrne 
ciało. Kobieta powyżej trzydziestki potrafi uważnie słuchać słów młodzieńca, wtrącić słówko 
tu i tam, by mu powiedzieć, jaki to z niego wspaniały mężczyzna. Bardzo niewielu młodych 
ludzi potrafi się temu oprzeć. Sheila jest ładną dziewczyną, ale pani Leidner była piękną, 
dojrzałą kobietą. Cudowne oczy i wspaniałe blond włosy. Była wręcz urzekająca!

Doktor   Reilly   ma   rację,   pomyślałam.   Piękno   to   wspaniała   rzecz.   Pani   Leidner   była 

naprawdę piękna. To nie była uroda, której można zazdrościć, ale taka, przed którą się klęka i 
podziwia. To właśnie od razu poczułam pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłam. Byłam gotowa 
wszystko dla niej zrobić.

Niemniej   tego   wieczoru,   kiedy   jechałam   z   powrotem   do   Tell   Jarimdża   (doktor   Reilly 

zatrzymał   mnie   jeszcze   na   wczesną   kolację),   parę   rzeczy   przyszło   mi   do   głowy   i   nieco 
popsuło humor. Wówczas nie wierzyłam jeszcze ani jednemu słowu z oskarżeń Sheili Reilly. 
Potraktowałam jej wybuch jako złośliwą i niegodną napaść na dobre imię pani Leidner.

Jednakże właśnie w drodze przypomniałam sobie, jak to pani Leidner nalegała, że sama 

pójdzie   na   spacer,   i   w   ogóle   nie   chciała   słyszeć   o   moim   towarzystwie.   Zaczęłam   się 
zastanawiać,  czy może  jednak rzeczywiście  spotykała  się z panem Careyem?…  I jak się 
zastanowić,   to   rzeczywiście   było   bardzo   dziwne,   takie   oficjalne   zwracanie   się   do   siebie. 
Większość pozostałych j pani Leidner nazywała po imieniu.

I przypomniałam sobie, że on nigdy nie patrzył na nią. Może dlatego, że jej nie lubił, a 

może wprost przeciwnie…

Aż musiałam samą siebie skarcić — wymyślam różne takie rzeczy tylko dlatego, że durna 

background image

dziewczyna   nawygadywała   głupstw,   co   potwierdza   jak   niegodne   i   niebezpieczne   jest 
pomawianie ludzi.

Pani Leidner wcale taka nie była!
Nie   ulega   wątpliwości,   że   nie   lubiła   Sheili   Reilly.   I   bez   ogródek   wyjawiła   to   panu 

Emmottowi podczas lunchu.

Spojrzał wtedy na nią bardzo dziwnie. Spojrzał w taki sposób, że człowiek właściwie nie 

wiedział, co pan Emmott myśli. Zawsze taki cichy i spokojny i bardzo miły. Człowiek, na 
którym można polegać.

Natomiast pan Coleman jest całkiem niepoważny. I na tym właściwie skończyłam moje 

rozważania,   bo   dojechaliśmy   na   miejsce.   Zbliżała   się   już   dziewiąta.   Główna   brama   była 
zamknięta i zaryglowana.

Ibrahim wybiegł z wielkim kluczem, żeby mnie wpuścić. W Tell Jarimdża chodziliśmy 

spać wcześnie. W dziennym  pokoju już nie paliło się żadne światło. Jasno było  tylko w 
kreślarni i w biurze doktora Leidnera. Wszyscy musieli  rozejść się jeszcze wcześniej niż 
zwykle.

Kiedy   w   drodze   do   mojego   pokoju   zajrzałam   przez   okno   kreślarni,   zobaczyłam   pana 

Careya ślęczącego nad jakimś planem.

Pomyślałam sobie, że wygląda bardzo źle. Zmęczony i spięty.
Bardzo mnie to zasmuciło. Nie wiem, co takiego było w panu Careyu, że człowiek jakoś 

zwracał na niego uwagę. Nie to przecież, co mówił, ponieważ prawie się nie odzywał, a jak 
już   się   włączył   do   rozmowy   to   tylko   na   błahy   temat.   I   nie   to,   co   robił,   ponieważ   nie 
zachowywał się jakoś nadzwyczajnie. Ale wszystko w nim wydawało się jakby ważniejsze, 
niż u innego człowieka. Po prostu pan Carey się liczył, jeśli można tak powiedzieć.

Obrócił głowę i spostrzegł mnie. Wyjął z ust fajkę i powiedział:
— No co, siostro, wróciliśmy z Hassanieh?
— Tak, proszę pana. Jeszcze pan pracuje? Widzę, że wszyscy inni poszli już spać.
— Pomyślałem sobie, że nieco podgonię robotę. Ostatnio troszkę ją zaniedbałem. A jutro z 

samego rana trzeba być na wykopalisku. Wznawiamy kopanie.

— Już? — zapytałam zaskoczona. Dziwnie na mnie spojrzał.
— Tak chyba będzie najlepiej — odparł. Zaproponowałem to Leidnerowi, który spędzi 

jutro   większość   dnia   w   Hassanieh   załatwiając   wszystkie   niezbędne   formalności.   Reszta 
zajmie się pracą. W tej sytuacji to lepsze niż siedzieć z założonymi rękami i wpatrywać się w 
siebie.

Bez   wątpienia   miał   rację.   Zwłaszcza   biorąc   pod   uwagę   stan,   w   jakim   wszyscy   się 

znajdowali. Podenerwowani, zagubieni.

Pogrzeb, jak wiedziałam, miał się odbyć pojutrze.
Pan Carey znów pochylił się nad planem. Nie wiem dlaczego, ale bardzo mu współczułam. 

Wiedziałam, że tej nocy nie będzie spał.

— Jeśliby pan chciał jakiś środek nasenny? — spytałam z wahaniem.
Uśmiechnął się i potrząsnął przecząco głową.
— Dam sobie radę, siostro. Pomaganie sobie środkami nasennymi to zły nawyk.
— No   to   dobranoc,   panie   Carey   —   powiedziałam.   —   Jeśli   mogłabym   coś   dla   pana 

zrobić…

— Nic mi nie trzeba, dziękuję, siostro. Dobranoc!
— Tak okropnie mi przykro! — wyrwało mi się.
— Przykro? — spytał zdziwiony.
— Przykro z powodu tego, co się stało. Wszystkim bardzo współczuję, ale najbardziej 

panu.

— Dlaczego właśnie mnie?
— Był pan przyjacielem obojga…

background image

— Jestem przyjacielem Leidnera. Z nią się nadmiernie nie kontaktowałem…
Powiedział to tak, jakby jej rzeczywiście nie lubił. Szkoda, że panna Reilly nie mogła tego 

usłyszeć.

— No to dobranoc — powtórzyłam i poszłam szybko do mojego pokoju.
Przed rozebraniem kręciłam się jeszcze trochę po sypialni. Uprałam chustki i skórzane 

rękawiczki,   zapisałam   kilka   rzeczy   w   dzienniczku.   Przed   pójściem   do   łóżka   wyjrzałam 
jeszcze na dziedziniec. W kreślarni i w biurze dalej paliły się światła.

Doktor Leidner pewno jeszcze pracował. Zastanawiałam się, czy by do niego nie pójść, 

żeby powiedzieć dobranoc. Nie chciałam się jednak narzucać. Mógłby tak właśnie pomyśleć. 
Może   był   zajęty   i   nie   należało   mu   przeszkadzać.   W   końcu   postanowiłam   pójść.   Co   to 
szkodzi? Powiem tylko dobranoc, spytani, czy mogę mu w czymś pomóc, i wrócę.

W   biurze   zastałam   tylko   pannę   Johnson.   Doktora   Leidnera   nie   było.   Panna   Johnson 

siedziała z głową opartą o blat stołu i płakała. Strasznie płakała, jakby pękło jej serce.

Poczułam się zmieszana. Panna Johnson, zawsze taka opanowana kobieta? Wzbudziła we 

mnie litość.

— Co   się   stało,   moja   droga?   —   wykrzyknęłam.   Objęłam   ją   ramieniem   i   uspokajałam 

poklepując. — No już, już, tak nie można… Nie można tak siedzieć samotnie i płakać!

Wcale nie zareagowała i nadal wstrząsał nią szloch.
— No już, proszę przestać, moja droga! — mówiłam dalej. — Musi się pani wziąć w 

garść. Pójdę do kuchni i zaparzę pani filiżankę dobrej herbaty.

Podniosła głowę i powiedziała:
— Nie, nie, nie potrzeba, siostro! Wszystko jest w porządku. Po prostu się rozkleiłam.
— A co panią tak wytrąciło z równowagi? — spytałam.
Nie od razu odpowiedziała, dopiero po dłuższej chwili prawie wyszeptała:
— To wszystko jest zbyt straszne…
— Trzeba przestać o tym myśleć — powiedziałam. — Co się stało, to się nie odstanie. Nie 

ma sensu tak rozpaczać.

Usiadła prosto i zaczęła przygładzać sobie włosy.
— Rzeczywiście robię z siebie widowisko — przyznała swoim mrukliwym głosem. — 

Porządkowałam   i   układałam   papiery   w   biurze.   Musiałam   czymś   się   zająć.   I   nagle   mnie 
napadło…

— Tak, tak, rozumiem — odparłam. — A teraz potrzebna jest pani filiżanka herbaty, a 

potem termofor z gorącą wodą do łóżka.

I dostała ode mnie jedno i drugie. Nie słuchałam żadnych protestów.
— Dziękuję za wszystko, siostro — powiedziała, kiedy już ją opatuliłam w łóżku, podałam 

filiżankę  z herbatą i włożyłam  termofor  pod kołdrę. — Jest siostra  bardzo dobrą, mądrą 
kobietą. Ja naprawdę rzadko się tak rozklejam.

— Każdemu się to zdarza od czasu do czasu — odparłam. — W życiu się różnie układa. A 

teraz ten szok, emocje, policja, wszystko razem. Ja też czuję się dość nieswojo.

— To, co siostra powiedziała, to szczera prawda. Co się stało, to się nie odstanie… — 

mówiła wolno jakimś dziwnym głosem.

Milczała dobrą minutę, a potem dodała dość nieoczekiwanie:
— Ona nigdy nie była uprzejma.
Nie miałam zamiaru dyskutować z nią na ten temat. Od samego początku uważałam za 

rzecz naturalną, że panna Johnson i pani Leidner się nie lubią.

Zastanawiałam   się,   czy   przypadkiem   panna   Johnson   nie   jest   w   duchu   zadowolona   ze 

śmierci pani Leidner i czy nie wstydzi się tego.

— A teraz proszę iść spać i już więcej się niczym nie trapić! — zarządziłam.
Przed   wyjściem   jeszcze   trochę   uporządkowałam   jej   pokój.   Kostium   powiesiłam   na 

wieszaku, pończochy przerzuciłam przez oparcie krzesła. Na podłodze leżała kulka zmiętego 

background image

papieru, która pewno wypadła z kieszeni.

Rozprostowałam papier, żeby sprawdzić, czy można to z czystym sumieniem wyrzucić, 

kiedy zawołała:

— Proszę mi to oddać!
Byłam bardzo zaskoczona. Tak na mnie krzyknąć?! Wyrwała mi papier z ręki, dosłownie 

wyszarpnęła, a potem trzymała nad świecą, aż się prawie cały spopielił.

Jak już powiedziałam, byłam zupełnie zaskoczona. Nic nie mówiąc patrzyłam na nią.
Nawet nie zdążyłam zobaczyć, co to za papier, tak mi go szybko wyrwała. Ale niezwykły 

zbieg   okoliczności   sprawił,   że   płonąc   papier   wybrzuszył   się   i   zobaczyłam   słowa   pisane 
atramentem.

Dopiero, kiedy kładłam się spać, uświadomiłam sobie, dlaczego te słowa wydawały mi się 

takie znajome.

Ten sam charakter pisma co w anonimowych listach!
Czy dlatego właśnie panna Johnson się rozkleiła? Czy to były wyrzuty sumienia? Czy to 

ona od samego początku pisała te anonimy?

background image

P

ANNA

 J

OHNSON

PANI

 M

ERCADO

PAN

 R

EITER

Muszę wyznać, że myśl ta bardzo mnie poruszyła. Nigdy przedtem nie przyszło mi do 

głowy, by łączyć pannę Johnson z anonimowymi listami. Panią Mercado — tak, być może. 
Ale panna Johnson była prawdziwą damą, osobą tak opanowaną i rozumną.

Jeśli autorką anonimowych  listów  była  panna Johnson, to wyjaśniało  się wiele  spraw. 

Nawet   przez   sekundę   nie   sądziłam,   że   panna   Johnson   ma   cokolwiek   wspólnego   z   tym 
morderstwem,   ale   zdałam   sobie   sprawę,   że   jej   wielka   niechęć   do   pani   Leidner   mogła 
spowodować, że mówiąc wulgarnie chciała jej napędzić porządnego stracha.

Może spodziewała się, że tym sposobem wygoni panią Leidner z terenu wykopaliska.
Po   morderstwie   panna   Johnson   poczuła   straszliwe   wyrzuty   sumienia.   Po   pierwsze,   z 

powodu okrucieństwa listów, a po drugie dlatego, że stanowiły one doskonałą tarczę czy 
osłonę dla prawdziwego mordercy. Nic dziwnego, że się teraz załamała. Byłam pewna, że 
panna Johnson jest w gruncie rzeczy poczciwą duszą. Dlatego tak ochoczo uczepiła się moich 
słów pocieszenia, że co się stało, to się nie odstanie.

I ta jej enigmatyczna uwaga, jak gdyby samousprawiedliwienie, że „ona nigdy nie była 

uprzejma”.

Powstało pytanie, co mam z tym wszystkim zrobić?
Wierciłam   się   w   łóżku   i   wreszcie   zdecydowałam,   że   przy   pierwszej   okazji   opowiem 

wszystko panu Poirotowi.

Przyjechał do nas nazajutrz, ale nie miałam okazji, żeby z nim porozmawiać na osobności.
Gdy wreszcie zostaliśmy na chwilę sami, nim zdołałam się przygotować do opowiedzenia 

mu całej historii, pan Poirot podszedł do mnie i na ucho wyszeptał:

— Będę rozmawiał z panną Johnson, i być może innymi, w pokoju dziennym. Czy siostra 

nadal ma klucz do pokoju pani Leidner?

— Tak, mam.
— Tres bien! Proszę tam iść, zamknąć za sobą drzwi i krzyknąć. Nie wrzeszczeć, ale tylko 

krzyknąć.   Rozumie   siostra,   co   ja   mówię?   Chcę,   żeby   siostra   wyraziła   niepokój,   wielkie 
zdziwienie,   ale   nie   straszne   przerażenie.   I   proszę   też   wymyślić   jakieś   wytłumaczenie. 
Przycięty palec czy coś podobnego.

W tym momencie pojawiła się na dziedzińcu panna Johnson i nie mogłam już nic więcej 

powiedzieć.

Wiedziałam bardzo dobrze, o co chodzi panu Poirotowi. Jak tylko wszedł z panną Johnson 

do dziennego pokoju, ja udałam się do sypialni pani Leidner. Otworzyłam drzwi z klucza, 
weszłam i zamknęłam je za sobą.

Muszę powiedzieć, że czułam się bardzo głupio stojąc pośrodku pustego pokoju mając bez 

powodu krzyczeć. Poza tym nie wiedziałam, jak głośno trzeba krzyczeć. Zawołałam więc 
„Och”, a potem jeszcze raz ciszej i następnie głośniej.

Wyszłam przygotowując alibi.
Szybko  się jednak zorientowałam,  że żadnego  tłumaczenia  nie potrzebuję fabrykować, 

ponieważ nikt mnie o nic nie pyta. Pan Poirot i panna Johnson pogrążeni byli w rozmowie, 
której nic im nie zakłóciło. Żadne moje krzyki.

To wyjaśnia sprawę, pomyślałam sobie. Albo panna Johnson wyimaginowała sobie, że 

słyszała krzyk pani Leidner, albo to było zupełnie co innego.

Nie chciałam wchodzić do dziennego pokoju i przeszkadzać. Usiadłam na werandzie w 

leżaku. Dochodziły do mnie głosy rozmawiających:

— Sytuacja jest delikatna, pani to rozumie — mówił Poirot. — Pan Leidner uwielbiał 

swoją żonę…

— O tak — zgodziła się panna Johnson. — Uwielbiał.

background image

— No i uważa, że cały personel bardzo ją lubił. Wszyscy to wiedzą i co mogą powiedzieć? 

Oczywiście potwierdzą jego słowa. Są bardzo grzeczni. Tak nakazuje przyzwoitość. Zresztą 
to   może   być   prawda,   że   wszyscy   ją   lubili.   Ale   może   i   nieprawda.   Jestem   przekonany, 
mademoiselle, że kluczem do zagadki jest zrozumienie charakteru pani Leidner. Gdybym 
mógł otrzymać opinię, taką uczciwą opinię, od każdego członka ekspedycji, to mógłbym z 
kawałków zbudować obraz całości. Szczerze mówiąc po to właśnie tutaj dziś przyjechałem. 
Wiem, że doktor Leidner jest w Hassanieh. Łatwiej mi jest odbyć z każdym rozmowę na 
osobności prosząc o pomoc.

— To wszystko bardzo pięknie… — zaczęła pannna Johnson i urwała.
— Tylko proszę nie karmić mnie brytyjskimi cliches — odezwał się Poirot. — Proszę nie 

mówić, że to nie po sportowemu, że to nie fair play, że o zmarłych mówi się tylko dobrze, że 
—  enfin  —  istnieje  taka  sprawa  jak  lojalność.   Przy  zbrodni  lojalność  to   zgubny  grzech. 
Zasłania prawdę.

— Nie poczuwam się do żadnej lojalności wobec pani Leidner — odparła sucho panna 

Johnson. Powiedziałabym, że nawet nie sucho, ale wręcz zjadliwie. — Doktor Leidner to inna 
sprawa, No cóż, ona była jego żoną.

— Właśnie! Właśnie! — ucieszył się pan Poirot. — I rozumiem, że nie chciałaby pani źle 

mówić o żonie swego przełożonego. Ale tu nie chodzi o wystawianie komuś, jak to się mówi, 
laurki. To jest sprawa nagłej  i tajemniczej  śmierci. Mam wierzyć,  że zabito udręczonego 
anioła? W takim razie moje zadanie robi się trudniejsze.

— Nigdy  bym   nie   nazwała   jej   aniołem!   —   prychnęła   panna   Johnson   jeszcze   bardziej 

zjadliwie.

— Proszę więc o szczerą opinię o pani Leidner jako o kobiecie!
— Hmm! Przedtem jednak uprzedzę pana, panie Poirot, że nie będę bezstronna. Jestem, 

wszyscy   jesteśmy,   bardzo   oddani   doktorowi   Leidnerowi.   No   a   kiedy   pojawiła   się   pani 
Leidner,   chyba   poczuliśmy   wielką   zazdrość.   Nie   podobało   się   nam,   że   ona   tak   bardzo 
absorbuje jego uwagę. To tak, jakby go nam zabierała. Irytowały nas objawy jego adoracji. 
Mówię   prawdę,   panie   Poirot.   Bardzo   nieprzyjemną   dla   mnie   prawdę.   To   prawda,  że   nie 
podobała mi się jej obecność tutaj, przyznaję, chociaż starałam się nigdy tego po sobie nie 
pokazywać. Jej obecność bardzo tu nam przeszkadzała.

— Nam? Powiedziała pani nam?
— Panu Careyowi i mnie. My tu jesteśmy od lat, pan to wie. Nie podobał się nam nowy 

porządek. To chyba zupełnie naturalne, chociaż małostkowe. Ale różnica była ogromna.

— W czym różnica?
— We   wszystkim.   Przedtem   było   tu   wspaniale.   Wesoło,   szczęśliwie.   Byliśmy   zgrani, 

żartowaliśmy swobodnie, no wie pan, jak ludzie, którzy razem pracują i dobrze się znają. 
Doktor Leidner potrafił dokazywać jak mały chłopiec.

— A pani Leidner to wszystko zmieniła?
— Może to nie była jej wina. W zeszłym roku nie było jeszcze tak źle. I niech mnie pan 

dobrze zrozumie, panie Poirot. Tu nie chodzi o to, że ona coś robiła nie tak, jak potrzeba, albo 
że coś takiego mówiła. Zawsze była dla mnie czarująca. Naprawdę czarująca. Dlatego też się 
tak czasami wstydziłam. To nie jej wina, że niektóre jej słówka czy postępki budziły we mnie 
nieprzyjazne reakcje. Prawdę mówiąc, zachowywała się bez zarzutu.

— Niemniej wszystko się zmieniło w tym roku? Zapanowała inna… atmosfera?
— Zupełnie inna. Sama nie wiem, co się stało. Wszystko zaczęło iść źle. Nie w pracy, ale 

między   nami.   Zaczęły   puszczać   nerwy.   Następowały   spięcia.   Wszyscy   byli   nieustannie 
zdenerwowani. Czuliśmy się jak przed wielką burzą.

— I to było w wyniku obecności pani Leidner?
— Przecież wcześniej nigdy tak nie było! — powiedziała sucho panna Johnson. — Wiem, 

wiem,   że   jestem   starą   wiedźmą   i   wiecznie   narzekam.   I   jestem   konserwatywna.   Lubię 

background image

wszystko tak, jak było przedtem. Niech pan nie zwraca uwagi na to, co mówię, panie Poirot.

— A jak by pani określiła charakter i temperament pani Leidner?
Panna Johnson długo się wahała, a potem zaczęła wolno mówić:
— Temperament to miała! Nagłe wzloty i upadki. Jednego dnia bardzo dla wszystkich 

miła, a następnego dnia nie otwiera ust. Ale myślę, że na ogół była dobra. I troskliwa dla 
innych.   A   jednocześnie   widać   było,   że   przez   całe   życie   rozpieszczano   ją.   To   wieczne 
usługiwanie  Leidnera przyjmowała jako rzecz naturalną. Właściwie  to chyba  nie zdawała 
sobie sprawy, jakiego wspaniałego, no i wielkiego człowieka poślubiła. Czasami bardzo mnie 
to złościło. Poza tym była nerwowa i nieustannie spięta. Ta jej imaginacja i stany, do jakich 
się   doprowadzała!   To   wprost   niewiarygodne!   Dziękowałam   Bogu,   kiedy   doktor   Leidner 
sprowadził tutaj siostrę Leatheran. Zajmowanie się pracą i stanami emocjonalnymi swojej 
żony było dla niego zbyt wielkim ciężarem.

— Co pani sądzi o tych anonimowych listach, które otrzymywała?
Pochyliłam   się   w   krześle   do   pozycji,   w   której   mogłam   widzieć   profil   twarzy   panny 

Johnson zwróconej w stronę Poirota. Nie potrafiłam się powstrzymać.

Wydawała się całkowicie opanowana.
— Myślę, że ktoś w Ameryce zawziął się na nią i chciał ją przestraszyć albo po prostu 

dręczyć.

— Nic poważniejszego?
— Tak mi się wydaje. Pan wie, że ona była bardzo przystojna, l Taka kobieta łatwo robi 

sobie wrogów. Myślę, że listy pisała jakaś | zazdrosna rywalka. A pani Leidner będąc z natury 
pobudliwa wzięła wszystko na serio.

— To prawda — powiedział pan Poirot. — Ale proszę pamiętać, że ostatni list przyszedł 

bez pośrednictwa poczty…

— Przypuszczam, że łatwo to było zorganizować, jeśli ktoś się chciał potrudzić. Kobiety 

czasami posuwają się bardzo daleko i poświęcają wiele wysiłku, by zaspokoić pragnienie 
zemsty.

Święta racja, moja pani, pomyślałam sobie.
— Być może, mademoiselle. Słuszna uwaga, że pani Leidner była przystojna. A tak przy 

okazji, zna pani Sheilę Reilly, córkę doktora Reilly?

— Sheilę? Oczywiście!
— Słyszałem plotkę, a nie chciałem o to pytać doktora — zaczął Poirot konfidencjonalnym 

tonem — że pomiędzy nią a jednym z członków ekspedycji była… tendresse? Wie pani coś o 
tym?

Panna Johnson wydawała się raczej rozbawiona tym pytaniem.
— Obaj młodzi ludzie, Coleman i Emmott, skakali wokół Sheili. Wiem, że rywalizowali 

między   sobą,   który   z   nich   ma   być   jej   partnerem   na   jakimś   tam   balu.   Obaj   regularnie 
odwiedzali klub w soboty wieczorem. Ale nie mam pojęcia, czy z jej strony… To jedyna 
młoda osoba w okolicy, pan chyba o tym wie, i korzysta z przywilejów stąd płynących. W jej 
orszaku kawalerów do tańca są również młodzi oficerowie lotnictwa.

— Ale uważa pani, że to nic poważnego?
— Naprawdę nie wiem. — Panna Johnson zaczęła się zastanawiać. — To prawda, że ona 

tu   dość   często   ostatnio   przyjeżdża…   Na   wykopaliska.   Pani   Leidner   nawet   sobie   z   tego 
żartowała któregoś dnia niedawno. Żartowała z Dawida Emmotta mówiąc, że dziewczyna za 
nim lata. To było nieładnie z jej strony, taka złośliwa uwaga. Widziałam, że mu się bardzo nie 
podobało… Tak, zjawiała się tu ostatnio bardzo często, nawet tego tragicznego popołudnia 
widziałam ją w drodze na wykopaliska. — Kiwnęła głową w kierunku otwartego okna. — 
Ale tego popołudnia ani Coleman, ani Emmott nie mieli dyżuru na wykopalisku! Wtedy był 
tam Ryszard Carey! Tak, może ma pan rację, że podoba się jej któryś z chłopców, ale ona jest 
taką nowoczesną, mało sentymentalną młodą kobietą, że człowiek nie wie, do jakiego stopnia 

background image

brać poważnie to, co ona robi czy mówi. I nie mam pojęcia, który by to miał być. Bill jest 
bardzo   miły.   I   wcale   nie   jest   takim   głupcem,   jakiego   udaje,   Dawid   Emmott   to   kochany 
chłopak. Ma bardzo dobrze ułożone w głowie. Cichy, spokojny, ale swój rozum ma. Jaki to 
wszystko ma związek ze zbrodnią? — spojrzała pytająco na Poirota.

Detektyw wzniósł ręce do góry. Taki bardzo typowy francuski gest.
— Bardzo się czerwienię, mademoiselle — odparł. — Odkryła pani, jaki ze mnie jest stary 

plotkarz. No ale cóż, zawsze mnie interesowały miłosne przygody młodych ludzi.

— O tak — odparła panna Johnson wzdychając. — To miło patrzeć jak miłość rozkwita 

bez przeszkód.

Poirot zrewanżował się westchnieniem. Zastanawiałam się, czy panna Johnson myślała 

właśnie o jakiejś swojej przygodzie  miłosnej  za młodu. I zastanawiałam się też, czy pan 
Poirot jest żonaty i czy żyje tak, jak się zawsze słyszy, że żyją cudzoziemcy — to znaczy 
utrzymuje metresy. Wyglądał jednak tak komicznie, że nie mogłam sobie tego wyobrazić.

— Sheila Reilly ma silny charakter — powiedziała panna Johnson. — Jeszcze młoda i bez 

manier, ale to dobra dziewczyna.

— Wierzę pani na słowo, mademoiselle! — odparł Herkules Poirot.
— Czy są obecni inni członkowie ekspedycji? — spytał wstając.
— Gdzieś   powinna   być   Maria   Mercado.   Wszyscy   mężczyźni   wybrali   się   dziś   na 

wykopaliska. Myślę, że po prostu nie chcieli zostawać w domu. Rozumiem ich. Jeśli chciałby 
pan iść do nich… — Wyszła na werandę, zobaczyła mnie i powiedziała z uśmiechem: — to 
siostra Leatheran na pewno chętnie pana zaprowadzi.

— Oczywiście, panno Johnson! — odparłam.
— I wróci pan na lunch, panie Poirot?
— Będę zachwycony, mademoiselle! — odpowiedział.
Panna Johnson wróciła do pokoju dziennego, gdzie zajęła się katalogowaniem.
— Pani   Mercado   jest   na   dachu   —  poinformowałam   pana   Poirota.   —  Chce   pan   z   nią 

najpierw porozmawiać?

— Myślę, że to dobry pomysł — odparł. — Chodźmy na dach.
— Zrobiłam, co pan mi kazał — powiedziałam mu idąc schodami na górę. — Czy coś pan 

słyszał?

— Absolutnie nic.
— Przynajmniej panna Johnson przestanie się zadręczać. Przez cały czas wyrzuca sobie, że 

wtedy nie zareagowała.

Pani Mercado siedziała na murku, z nisko opuszczoną głową, tak zamyślona, że nawet nas 

nie usłyszała do chwili, gdy Poirot stając tuż za nią wypowiedział słowa powitania.

Zaskoczona podniosła głowę.
Wyglądała bardzo źle. Szczuplutka twarz jakby jeszcze bardziej zmalała, postarzała się i 

poszarzała.. Pod oczami pojawiły się wielkie ciemne sińce.

— Encore moi — powiedział Poirot. — Przychodzę dziś w specjalnym celu.
I zaczął dalej urabiać ją sobie, podobnie jak poprzednio pannę Johnson. Długo tłumaczył, 

jakie to ważne dla niego mieć prawdziwy wizerunek pani Leidner i tak dalej.

Jednakże pani Mercado nie była taka uczciwa, jak jej poprzedniczka. Zaczęła na wszystkie 

strony wychwalać panią Leidner w sposób daleki od tego, co naprawdę myślała.

— Droga,   kochana   Luiza!   Jakże   trudno   opisać   ją   komuś,   kto   jej   nie   znał!   To   była 

wyjątkowa, niesłychanie egzotyczna istota. Inna od wszystkich. Siostra to od razu wyczuła, 
prawda? Oczywiście była niewolnicą swoich nerwów, no i miała przywidzenia. Ale człowiek 
był gotów jej pobłażać i wybaczyć, tak jak nikomu innemu. I była dla nas wprost słodka, 
prawda, siostro? I taka pokorna. Nie mając wielkiego pojęcia o archeologii bardzo pragnęła 
wszystkiego się uczyć. Zawsze wypytywała mojego męża o chemiczne preparaty i sposoby 
czyszczenia metali, a pannie Johnson pomagała kleić gliniane naczynia. Byliśmy jej wszyscy 

background image

niesłychanie oddani!

— Nie   jest   więc   prawdą,  madame,   co   słyszałem,   że   były   tu   jakieś   tarcia   i…   niemiła 

atmosfera?

Pani Mercado otworzyła szeroko swe czarne, dość mętne oczy.
— Ooo! A któż mógł mówić takie rzeczy? Siostra? Doktor Leidner? Jestem pewna, że ten 

biedaczysko nic nie widział!

I pani Mercado rzuciła w moim kierunku bardzo nieprzyjazne spojrzenie.
Poirot uśmiechnął się.
— Mam   swoich   szpiegów,  madame!   —   odparł   wesoło.   Wydawało   mi   się,   że   mu 

zatrzepotały powieki. Wyraźnie zamrugał.

— Nie sądzi drogi pan — spytała pani Mercado bardzo słodziutko — że w takich jak ten 

wypadkach ludziom zawsze wydaje się, że widzieli i słyszeli coś co było tylko wytworem ich 
bujnej   fantazji?   Wie   pan   jak   to   jest!   Powstają   napięcia,   specjalna   atmosfera,   ludzie 
wyobrażają   sobie,   że   „mieli   przeczucie,   iż   coś   się   stanie”   i   tym   podobne.   To   wszystko 
wymyślają już po fakcie.

— Wiele jest prawdy w pani słowach, madame! — odparł Poirot.
— Żadnych tu napięć nie było, stanowiliśmy jedną wielką szczęśliwą rodzinę.
— Ta kobieta jest największą kłamczuchą, jaką kiedykolwiek widziałam! — powiedziałam 

z   oburzeniem   do   pana   Poirota,   kiedy  opuściwszy   zabudowania   szliśmy   ścieżką   w   stronę 
wykopaliska. — Jestem pewna, że ona nienawidziła pani Leidner z całego! serca.

— To chyba nie jest prawdomówna osoba — zgodził się Poirot.
— Rozmowa z nią to strata czasu! — warknęłam.
— Co to, to nie! Kiedy ktoś ustami wypowiada kłamstwa, często prawdę mówi oczami. 

Czego się boi mała pani Mercado? Widziałem strach w jej spojrzeniu. O tak, ona się czegoś 
bardzo boi. Interesujące!

— Mam coś panu do powiedzenia, panie Poirot — zaczęłam.
I opowiedziałam  mu  o moim  powrocie  minionego  wieczoru  i przekonaniu,  że autorką 

anonimowych listów była panna Johnson.

— Czyżby i ona kłamała? — spytałam. — Z takim spokojem i pewnością mówiła o tych 

listach dziś rano.

— Właśnie — zgodził się Poirot. — To było bardzo ciekawe, ponieważ się przyznała, że 

wie o listach! Dotychczas nie rozmawiałem z nikim na ich temat. Jest oczywiście możliwe, że 
doktor Leidner powiedział jej wczoraj o nich. Są zaprzyjaźnieni od wielu lat. Ale jeśli nie on 
powiedział, to ciekawe, skąd ona wie.

Moja opinia o panu Poirocie wyraźnie się poprawiła. Bardzo sprytnie sprowokował pannę 

Johnson do wzmianki o listach.

— Będzie pan z nią o tym rozmawiał? — spytałam. Pan Poirot był wyraźnie zaskoczony.
— Ależ nie! Jest rzeczą nierozsądną przyznać, że coś się wie. Do ostatniej chwili chowam 

wszystko tutaj — powiedział i postukał się w czoło. — W ostatniej chwili, jak pantera rzucam 
się na ofiarę i wtedy, i, wielka konsternacja!

Roześmiałam się trochę w duchu na to porównanie pana Poirota do pantery.
Dotarliśmy do wykopalisk. Pierwszą napotkaną osobą był pan Reiter, który z zapałem 

fotografował szczątki jakiegoś muru.

W   moim   przekonaniu   robotnicy,   którzy  pracowali  w   glinianym  wykopie,  szukali  tam, 

gdzie im się podobało. Tak to w każdym razie wyglądało. Pan Carey mi tłumaczył, że od razu 
można wyczuć różnicę, kiedy się uderza małym kilofem, i nawet próbował to pokazać. Ale ja 
żadnej różnicy nie zauważałam. Kiedy taki Arab po swojemu krzyczał „cegła”, to dla mnie 
była identyczna glina, jak przedtem.

Pan Reiter skończył robienie zdjęć, oddał aparat i kliszę w futerale pomagającemu mu 

chłopakowi i kazał odnieść do pracowni.

background image

Pan Poirot zadał panu Reiterowi kilka pytań na temat klisz i czasu naświetlania. Pan Reiter 

chętnie na wszystko odpowiadał. Był wyraźnie bardzo zadowolony, że ktoś interesuje się jego 
pracą. Po jakimś czasie zaczął przepraszać, że musi odejść, ale właśnie Poirot powtórzył swój 
wstęp na temat potrzeby odnalezienia prawdziwego oblicza pani Leidner. Właściwie to nie 
był ten sam wstęp, gdyż za każdym razem Poirot zmieniał to i owo w zależności od osoby, do 
której się zwracał. Ale wszystko było do siebie podobne i nie mam zamiaru za każdym razem 
tego samego powtarzać. Z osobami rozsądnymi, takimi jak panna Johnson, Poirot od razu 
przystępował do rzeczy, z innymi musiał najpierw długo owijać w bawełnę. Zawsze jednak 
chodziło o to samo.

— Tak, tak, rozumiem — odparł pan Reiter. — Ale niestety, zupełnie nie wiem, jak bym 

mógł panu pomóc. Jestem tutaj nowy. To mój pierwszy sezon na wykopaliskach. Wiele nie 
rozmawiałem z panią Leidner. Żałuję bardzo, ale nic panu nie mogę na ten temat powiedzieć.

Była w jego sposobie wyrażania się jakaś sztywność i coś cudzoziemskiego, chociaż nie 

miał nawet śladu obcego akcentu. To znaczy miał akcent amerykański.

— Może mi pan przynajmniej powiedzieć, czy pan ją lubił czy nie? — spytał Poirot z 

uśmiechem.

Pan Reiter się zaczerwienił i wyjąkał:
— To była urocza kobieta, naprawdę. I mądra. Miała niezwykły umysł. O tak.
— Bien! A więc ją pan lubił. A ona pana lubiła?
Pan Reiter jeszcze bardziej poczerwieniał.
— Ooo! Ja… ja zupełnie tego nie wiem. Nie wiem, czy mnie w ogóle dostrzegała. Miałem 

parę potknięć. Zawsze coś nie wychodziło,  kiedy chciałem coś dla niej zrobić. Chyba ją 
złościłem   J   moją   nieporadnością…   niezręcznością…   To   nie   było   zamierzone.   Zrobiłbym 
wszystko, żeby…

Poirot zlitował się nad biedakiem.
— Doskonale,   wspaniale!   Mówmy   o   czymś   innym.   Czy   w   zespole   panowała   dobra 

atmosfera?

— Że co?
— Czy wszyscy byli w dobrych nastrojach? Czy żartowano i dużo rozmawiano?
— Nie…   właściwie   nie.   Trochę   było   jakby   sztywno…   Zamilkł   i   chyba   zmagał   się 

wewnętrznie z sobą.

— Bo widzi pan, ja nie jestem zbyt towarzyski — wreszcie wyrzucił z siebie — ludzie 

mnie krępują. Doktor Leidner był zawsze dla mnie niesłychanie miły. To strasznie głupie, ale 
zawsze coś źle powiem. Stale coś przewracam, mam po prostu pecha…

Rzeczywiście przypominał wielkie nieporadne dziecko.
— Wszystkim nam się to zdarza za młodu — pocieszył go pan Poirot uśmiechając się 

łagodnie. Pewność siebie i savoir faire przychodzą z wiekiem.

Pożegnaliśmy go i odeszliśmy.
— Ten młody człowiek, ma soeur, jest albo bardzo naiwny albo to wspaniały aktor.
Nic nie odpowiedziałam. Ponownie uświadomiłam sobie, że jedna z łych osób, z którymi 

rozmawiamy,   jest   niebezpiecznym   mordercą.   Nieprawdopodobne!   Zupełnie 
nieprawdopodobne zwłaszcza w ten piękny słoneczny poranek!

background image

P

AN

 M

ERCADO

, R

YSZARD

 C

AREY

— Widzę, że praca odbywa się w dwu odrębnych sektorach — zauważył pan Poirot.
Pan   Reiter   robił   zdjęcia   na   nowym   terenie   nieco   mniejszym   od   głównego.   Robotnicy 

kręcili się jak mrówki, nosili koszyki pełne ziemi lub wracali z pustymi.

— To jest tak zwane głębokie wykopalisko — pochwaliłam się swoją wiedzą. — Wiele tu 

nie   znajdą.   Jedynie   stare   potłuczone   skorupy,   ale   doktor   Leidner   twierdzi,   że   są   bardzo 
interesujące, więc to chyba prawda.

— Podejdźmy bliżej!
Szliśmy wolno, gdyż było bardzo gorąco.
Przy głównym wykopie dyżurował pan Mercado. Zszedł do dołu, żeby porozmawiać z 

brygadzistą, starym człowiekiem podobnym do żółwia — na bawełnianej koszuli w paski 
sięgającej ziemi miał tweedową kurtkę.

Nie było łatwo do nich się dostać, gdyż w dół prowadziła wyrąbana w glinie ni to ścieżka 

ni schodki, którymi tam i z powrotem wędrowali arabscy chłopcy z koszykami. Zachowywali 
się tak, jakby byli ślepi niby nietoperze i nigdy nie ustępowali z drogi.

Gdy tak szłam powoli na dół za panem Poirot, zadał mi nagle pytanie:
— Czy pan Mercado jest praworęczny, czy leworęczny?
— Praworęczny   —   odparłam   po   dłuższej   chwili   namysłu.   Poirot   nie   był   łaskaw   mi 

wyjaśnić, dlaczego go to interesuje.

Poszedł dalej, a ja za nim.
Ale muszę powiedzieć, że było to przedziwne pytanie!
Pan Mercado wydawał się zadowolony z naszego przyjścia.
Jego zwykle pełna melancholii twarz rozjaśniła się uśmiechem.
Poirot   okazywał   zainteresowanie   archeologią,   choć   byłam   pewna,   że   wcale   go   nie 

odczuwa, a pan Mercado natychmiast chwycił przynętę.

Zaczął   nam   wyjaśniać,   że   udało   się   już   zejść   poniżej   dwunastu   poziomów   niegdyś 

zamieszkiwanych przez ludzi.

— Jesteśmy teraz bez wątpienia w czwartym milenium — powiedział z dumą.
Zawsze myślałam, że określenie milenium stosuje się tylko do przyszłości, czasu, kiedy 

już wszystko zaczyna układać się dobrze.

Mercado wskazywał nam czarne pasma popiołów (jakże mu się trzęsła przy tym ręka: 

czyżby   miał   malarię?)   i   wyjaśniał,   jak   zmieniły   się   kształty   naczyń.   Opowiadał   też   o 
zwyczajach   związanych   z   grzebaniem   zmarłych   i   że   na   jednym   poziomie   znaleziono 
cmentarzysko wyłącznie małych dzieci — biedne maluchy! — i coś jeszcze o orientacji i 
łamanej pozycji, co miałoby niby oznaczać, jak leżały znalezione kości.

Nagle, kiedy się schylił, żeby podnieść coś, co przypominało krzemienny nóż, leżący w 

rogu wraz z jakimiś garnkami, skoczył do góry i przeraźliwie krzyknął.

Obrócił się do nas. Staliśmy zdumieni.
Złapał się dłonią za lewe przedramię.
— Coś   mnie   ugryzło!   Jak   rozpalona   igła!   Okropne!   Poirot   nie   stracił   przytomności 

umysłu.

— Szybko, mon cher, proszę pokazać! Siostro Leatheran! Zbliżyłam się.
Poirot chwycił rękę pana Mercado i szybko podwinął rękaw koszuli khaki do samej góry.
— O tu! — wskazał pan Mercado.
Jakieś osiem centymetrów poniżej ramienia widać było drobne ukłucie, z którego sączyła 

się krew.

— Ciekawe — powiedział Poirot. Obejrzał dokładnie rękaw koszuli. — Nic nie widać. 

Najmniejszej dziurki. Może mrówka?

background image

— Chyba   lepiej   zajodynować   to   miejsce   —   zaproponowałam.   Zawsze   noszę   z   sobą 

jodynowy sztyft. Wyjęłam go z torebki i posmarowałam miejsce ukłucia. Kiedy to zrobiłam, 
moją   uwagę   zwróciło   zupełnie   coś   innego:   całe   przedramię   pana   Mercado   aż   po   łokieć 
pokryte było śladami drobnych ukłuć. Wiedziałam dobrze, co to znaczy — ślady po igłach od 
strzykawki.

Pan Mercado odwinął z powrotem rękaw koszuli i wrócił do swoich wyjaśnień. Pan Poirot 

słuchał grzecznie i wcale nie próbował skierować rozmowy na temat pani Leidner. W rzeczy 
samej nie zadał panu Mercado ani jednego pytania.

Wkrótce się z nim pożegnaliśmy i wróciliśmy tą samą ścieżką na górę.
— Dobra robota, nie uważa siostra? — spytał mój towarzysz.
— Co, dobra robota?
Pan Poirot wyjął coś z klapy marynarki i przyglądał się temu z rozczuleniem. Właśnie, z 

rozczuleniem! Zorientowałam się po chwili, że jest to długa igła do cerowania, zamieniona w 
szpilkę dzięki dużej kropli laku.

— Panie Poirot! — wykrzyknęłam. — To był pan? — Tak, to ja byłem kłującą mrówką. I 

dobrze to zrobiłem, prawda? No, niech siostra powie? Nic siostra nie zauważyła, co? Święta 
prawda.   Zupełnie   nic   nie   zauważyłam.   I   jestem   pewna,   że   pan   Mercado   też   nic   nie 
podejrzewał. Pan Poirot zadziałał jak błyskawica.

— Ale po co, dlaczego? Odparł mi pytaniem:
— Czy siostra coś spostrzegła? Skinęłam powoli głową.
— Ślady po zastrzykach.
— I już coś wiemy o panu Mercado. Podejrzewałem, ale nie byłem pewny. Zawsze trzeba 

wiedzieć.

Cel uświęca środki, pomyślałam sobie, ale nic nie powiedziałam.
Poirot trzepnął się nagle dłonią po kieszeni. — Ach, upuściłem tam chusteczkę. W niej 

miałem ukrytą szpilkę.

— Pójdę jej poszukać — powiedziałam i pośpieszyłam z powrotem na dół.
Doszłam   już   do   tego,   że   uważałam   pana   Poirota   i   siebie   za   parę,   tak   jak   doktor   i 

pielęgniarka, którzy opiekują się chorym. A może raczej byliśmy jak para przy operacji, on w 
roli chirurga, a ja — instrumentariuszki. Może nie powinnam tego mówić, ale zaczęło mnie to 
nawet bawić.

Przypomniałam   sobie,   jak   to   zaraz   po   skończeniu   kursów   pielęgniarskich   i   praktyki 

pracowałam w prywatnym domu i nagle zaistniała konieczność natychmiastowej operacji. 
Mąż   pacjentki   miał   uraz   do   szpitali.   Nie   chciał   nawet   słyszeć,   żeby   żonę   tam   zabrano. 
Zażądał, żeby dokonać zabiegu w domu.

Dla   mnie   to   było   wspaniałe   doświadczenie.   Nikt   mi   nie   zaglądał   przez   ramię.   Sama 

odpowiadałam   za   wszystkie   przygotowania   do   operacji.   Oczywiście   byłam   niesłychanie 
podniecona   i   zdenerwowana.   Niby   pomyślałam   o   wszystkim,   czego   doktor   mógł 
potrzebować, a jednak bałam się, że o czymś zapomniałam. Z lekarzami nigdy nie wiadomo. 
Czasami potrafią zażądać czegoś, co by człowiekowi w ogóle do głowy nie przyszło. Ale tym 
razem poszło wspaniale. Każda rzecz, o którą poprosił doktor, była pod ręką. Po operacji to 
mi nawet powiedział, że przygotowałam ją na piątkę z plusem. Większość lekarzy nawet by 
dziękuję nie powiedziała. Ten był bardzo miły. I sama ze wszystkim sobie poradziłam!

Pacjentka szybko wyzdrowiała i wszyscy byli zadowoleni. Teraz czułam się podobnie. Pan 

Poirot przypominał  mi tamtego  chirurga. I był  nawet równie niski. Brzydactwo o twarzy 
małpki,   ale   wspaniały   chirurg.   Instynktownie   wiedział,   gdzie   co   ciąć.   Spotykałam   wielu 
chirurgów i wiem, jak są różni.

Powoli wzbierało we mnie zaufanie do pana Poirota. Czułam, że on też dokładnie wie, do 

czego zmierza, i co robi. I wierzyłam, że moim świętym obowiązkiem jest mu pomagać, żeby 
miał zawsze, kiedy potrzeba, pod ręką — niech mi wolno będzie powiedzieć — skalpel, 

background image

klamry,   sączki,   nożyczki   i   co   tam   jeszcze.   Dlatego   też   było   w   moim   pojęciu   zupełnie 
naturalną rzeczą zejść na dół i poszukać mu zagubionej chusteczki. Bo to zupełnie to samo, co 
podnieść z ziemi ręcznik upuszczony przez lekarza.

Kiedy znalazłam  chustkę i wróciłam na górę, w pierwszej chwili  nigdzie nie mogłam 

dostrzec   pana  Poirota.   Wreszcie   go  ujrzałam.   Siedział  w   pobliżu   pagórka  rozmawiając  z 
panem   Careyem.   Arabski   pomocnik   stał   z   boku   z   takim   długim   drągiem,   na   którym 
oznaczone były metry. Pan Carey coś powiedział do chłopca, który odszedł zabierając drąg. 
Widocznie już nie był potrzebny.

Chciałabym, żeby nie było żadnych niejasności, jeśli chodzi o tok wydarzeń. I mój opis. 

Bo nie byłam bardzo pewna, czego ode mnie wymaga pan Poirot. Co mam robić, a czego nie. 
Mogło być tak, że on mnie celowo posłał po tę chustkę. Żeby się mnie pozbyć.

I   znów   można   to   porównać   z   operacją.   Trzeba   lekarzowi   zawsze   podawać   to,   czego 

potrzebuje, a nie podsuwać niepotrzebnie zbyt wiele. Na przykład, przypuśćmy, że poda mu 
się   klamry   arteryjne   w   nieodpowiedniej   chwili,   a   spóźni   z   nimi,   kiedy   są   natychmiast 
potrzebne.   Dzięki   Bogu   znam   dobrze   swoje   obowiązki   na   sali   operacyjnej!   Mało 
prawdopodobne, abym tam popełniła błąd.

Ale   w   tym   przypadku   byłam   dopiero   początkującą   praktykantką.   Musiałam   więc 

zachowywać wielką ostrożność, by nie popełnić jakiegoś głupstwa.

Oczywiście ani przez chwilę nie myślałam, że pan Poirot chce przede mną ukryć treść 

swojej rozmowy z panem Careyem, ale pewno uważał, że ten więcej powie, jeśli mnie tam 
nie będzie.

Nie chciałabym, aby ktokolwiek pomyślał, że należę do kobiet lubiących podsłuchiwać 

cudze rozmowy. Taka nie jestem. Naprawdę. Chociaż teraz, na przykład, bardzo chciałam 
słyszeć, o czym  mówią. Ale sytuacja była  nieco inna. Chodzi mi o to, że gdyby to była 
rozmowa prywatna, to nigdy bym nie zrobiła tego, co w tym wypadku — otwarcie przyznaję 
— uczyniłam.

Oceniając sytuację nie mogłam nie dostrzec, że jestem w uprzywilejowanej sytuacji. Jako 

pielęgniarka słyszę niejedno, co mówią pacjenci po narkozie. Często wcale by nie chcieli, 
żeby ich kto słyszał  i przeważnie  nie wiedzą, że ich słyszano.  Fakt pozostaje faktem — 
pielęgniarka słyszy. Potraktowałam pana Careya jako pacjenta. Uznałam, że nie zaszkodzi mu 
moja obecność, ponieważ nie będzie o niej wiedział. A jeśli kto pomyśli sobie teraz, że jestem 
strasznie ciekawska, to przyznaję się, ponieważ rzeczywiście chciałam wiedzieć wszystko, co 
tylko można, w sprawie morderstwa.

Wobec powyższego zawróciłam, obeszłam pagórek od tyłu za wysypiskiem i znalazłam się 

o pół metra od rozmawiających, niewidoczna za stertą ziemi. A jeśliby ktoś powiedział, że to 
niehonorowo,   to   ośmielam   się   być   innego   zdania.   Nie   wolno   niczego   ukrywać   przed 
pielęgniarką obarczoną odpowiedzialnością za chorego! Choć oczywiście lekarz mówi, co 
należy zrobić.

Nie miałam pojęcia, jaką linię działania wybrał tym razem pan Poirot, ale kiedy się koło 

nich znalazłam, to już zbliżał się do sedna sprawy.

— Doskonale   rozumiem   głębokie   oddanie   doktora   Leidnera   żonie.   Urocza   kobieta   — 

mówił Poirot. — Niemniej często można dowiedzieć się znacznie więcej o człowieku od jego 
wrogów niż przyjaciół.

— Czy pan sugeruje, że wady człowieka są ważniejsze od jego cnót? — zapytał pan Carey 

ironicznym i suchym tonem.

— Sons doute. Tak jest wówczas, gdy ma się do czynienia z morderstwem. Być może to 

bardzo dziwne, ale nie zajmowałem się jeszcze wypadkiem, gdy zamordowano kogoś dlatego, 
że miał anielski charakter. Chociaż przyznam, że anielskość bywa czasami irytująca.

— Chyba powinien pan wybrać kogoś innego, by oświecił pana w tej kwestii — odrzekł 

pan Carey. — Mówiąc szczerze niezbyt dobrze układały się stosunki między mną a panią 

background image

Leidner. Nie chcę przez to powiedzieć, że byliśmy do siebie wrogo nastawieni. Nie byliśmy 
jednak przyjaciółmi. Wydaje mi się, że pani Leidner była nieco zazdrosna o moją wieloletnią 
bliską zażyłość z jej mężem. Jeśli natomiast o mnie chodzi, to, mimo iż ją podziwiałem i 
dostrzegałem   jej   wielką   urodę,   miałem   jej   nieco   za   złe   zbyt   wielki   wpływ   na   doktora 
Leidnera, W efekcie byliśmy dla siebie bardzo grzeczni, ale nic ponadto.

— Bardzo   jasno   wyłożone   —   stwierdził   pan   Poirot.   Dostrzegałam   tylko   ich   głowy   i 

zauważyłam, że po ostatnich słowach pana Poirota pan Carey bystro spojrzał w jego stronę, 
jakby uderzyło go coś niezbyt przyjemnego w tonie detektywa. Pan Poirot kontynuował:

— Czy doktor Leidner trapił się tym, że pan i jego żona są w niezbyt dobrej komitywie?
Carey przez chwilę wahał się z odpowiedzią.
— Właściwie to nie wiem — powiedział. — Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Miałem 

nadzieję, że po prostu tego nie dostrzega.

— Więc właściwie nie lubił pan pani Leidner? Carey wzruszył ramionami.
— Prawdopodobnie bardzo bym ją polubił, gdyby nie była żoną doktora — roześmiał się, 

jakby rozbawiony własnym oświadczeniem.

Poirot układał jakiś wzór z glinianych skorupek. Odezwał się rozmarzonym, zupełnie nie 

pasującym do niego głosem:

— Dziś   rano   rozmawiałem   z   panną   Johnson.   Przyznała,   że   była   uprzedzona   do   pani 

Leidner i serdecznie jej nie znosiła, chociaż, jak przyznała, pani Leidner była wobec niej 
uprzedzająco grzeczna.

— Tak chyba właśnie było — zgodził się pan Carey.
— Za to później uciąłem sobie pogawędkę z panią Mercado, która mi szeroko opowiadała 

o swoim oddaniu dla pani Leidner i wielkiej dla niej sympatii.

Carey nie zareagował. Po minucie milczenia Poirot kontynuował:
— Nie uwierzyłem jednak pani Mercado. Potem przyszedłem tutaj porozmawiać z panem. 

Wysłuchałem tego, co pan powiedział i znowu nie wierzę…

Carey zesztywniał. W jego głosie wyczułam z trudem hamowany gniew:
— Trudno mi odpowiadać za to, w co pan wierzy czy nie. Usłyszał pan prawdę i jeśli o 

mnie chodzi, może pan z nią robić, co się panu żywnie podoba.

Poirot wcale się nie rozgniewał. Przeciwnie, na pozór wydał się zbity z tropu i nieco 

zdeprymowany.

— Rzeczywiście to tylko ode mnie zależy w co wierzę albo nie wierzę. Wie pan jednak, że 

mam   bardzo   wyczulone   ucho.   A   poza   tym   tyle   rzeczy   ludzie   opowiadają.   Tyle   plotek! 
Człowiek słucha i czasami się czegoś dowiaduje. O tak, bardzo dużo się słyszy…

Carey zerwał się na równe nogi. Dostrzegłam pulsującą żyłkę na jego skroni. Wyglądał 

cudownie! Szczupły, ogorzały. Co za sylwetka! A jaki wspaniały profil! Nic dziwnego, że 
kobiety za nim szalały.

— Co takiego się słyszy? — zapytał ostro. Poirot spojrzał na niego z ukosa.
— Może pan zgadnie. Zwykła historia. O panu i pani Leidner…
— Jakież brudne myśli mają ludzie!
— N’est–ce pas? Ludzie są jak ujadające psy! Ale wiadomo też, że choćby nie wiem jak 

głęboko zakopało się kość, to pies ją wygrzebie…

— I pan wierzy temu, co opowiadają?
— Ja zawsze daję się przekonać… prawdzie — odparł Poirot bardzo poważnie.
— Tylko czy pan potrafi poznać prawdę? — Carey zaśmiał się nieprzyjemnie.
— Niech pan zaryzykuje — powiedział Poirot, pilnie przyglądając się swemu rozmówcy.
— No   to   panu   powiem.   Niech   pan   usłyszy   tę   swoją   prawdę!   Nienawidziłem   Luizy 

Leidner! Nienawidziłem jej z całego serca!

background image

D

AWID

 E

MMOTT

OJCIEC

 L

AVIGNY

 

I

 

ODKRYCIE

Obracając się na pięcie Carey odszedł długimi zdecydowanymi krokami.
Herkules Poirot długo za nim patrzył i wreszcie wymamrotał:
— Aha! Rozumiem.
Nie odwracając głowy odezwał się nieco głośniej:
— Jeszcze przez chwilę niech siostra się nie pokazuje, siostro Leatheran. Na wypadek, 

jakby miał odwrócić głowę. Teraz już można. Ma siostra moją chusteczkę? Bardzo dziękuję. 
Jest siostra niesłychanie uprzejma.

Nie powiedział ani słowa na temat  tego, że byłam  w pobliżu i słuchałam.  I nie mam 

pojęcia, skąd o tym wiedział. Ani razu nie spojrzał nawet w moim kierunku. Odetchnęłam z 
ulgą, że nie miał pretensji. Ja nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, ale gdyby zapytał 
czemu to zrobiłam, głupio byłoby mi się tłumaczyć.

— I myśli pan, że on jej naprawdę nienawidził, panie Poirot? — spytałam.
Na twarzy Herkulesa Poirota malował się bardzo dziwny wyraz.
— Chyba tak — kiwnął głową. — Myślę, że tak.
Następnie się zerwał i ruszył w kierunku wykopalisk, gdzie pracowali robotnicy. Poszłam 

za   nim.   Najpierw   widzieliśmy   tylko   Arabów,   ale   potem   dostrzegliśmy   pana   Emmotta 
leżącego   plackiem   na   ziemi   i   zdmuchującego   pył   z   jakiegoś   szkieletu,   który   właśnie 
odkopano.

Kiedy nas zobaczył, uśmiechnął się swym miłym, poważnym uśmiechem.
— Przyszliście państwo obejrzeć? Za minutę będę do dyspozycji. Usiadł, wziął do ręki nóż 

i zaczął odskrobywać glinę z kości.

Przerywał   często,   brał   do   ręki   miech   i   dmuchał.   Niekiedy   używał   do   tego   również 

własnych ust, co moim zdaniem było bardzo niehigieniczne.

— Nałyka się pan całej masy różnych zarazków, panie Emmott — ostrzegłam go.
— Zarazki to mój codzienny pokarm, siostro — odparł. Archeologowi najgorsze nawet 

zarazki nic nie zrobią. Szybko rezygnują.

Poskrobał kość udową, po czym wydał brygadziście jakieś polecenie.
— No dobrze — powiedział wstając. — Wszystko przygotowane dla Reitera. Po lunchu 

może zabrać się za robienie zdjęć. Ta kobieta miała przy sobie ładne przedmioty. — Pokazał 
małą spatynowaną miedzianą miseczkę i kilka szpilek. I dużo złotych i niebieskich koralików, 
pozostałość po naszyjniku.

Wszystko to razem z oskrobanymi kośćmi czekało na fotografa.
— Kim ona była? — spytał Poirot.
— Pierwsze milenium. Być może dama znacznego rodu. Czaszka wyglądała dość dziwnie. 

Mercado musi rzucić na to okiem. Prawdopodobnie śmierć z nienaturalnych przyczyn.

— Pani Leidner sprzed dwu tysięcy lat? — zasugerował Poirot.
— Kto wie — powiedział Emmott.
W pobliżu pan Coleman stukał małym kilofem w resztki muru. Dawid Emmott coś do 

niego zawołał, ale nie zrozumiałam, o co chodzi, i następnie zaczął oprowadzać pana Poirota. 
Gdy zakończył rolę przewodnika, spojrzał na zegarek.

— Kończymy pracę za dziesięć minut. To co, ruszamy w stronę domu? — spytał.
— Bardzo   mi   to   odpowiada   —   odparł   pan   Poirot.   Ruszyliśmy   powoli   już   mocno 

wydeptaną ścieżką.

— Chyba wszyscy są zadowoleni z wznowienia prac — powiedział Poirot.
— O tak, to najlepsze co teraz  można zrobić. Straszne jest to kręcenie się po domu  i 

udawanie, że się rozmawia.

— … ze świadomością, że jedno z was jest mordercą — dość obcesowo dodał Poirot.

background image

Emmott nic na to nie odpowiedział. Nawet nie uczynił gestu wyrażającego protest. Teraz 

już wiedziałam, że Emmott podejrzewał prawdę od pierwszej chwili, kiedy tak wypytywał 
służących.

— Czy jest pan bliski rozwiązania? — spytał po paru minutach spaceru.
— Pomoże mi pan jeszcze bardziej się do niego zbliżyć? — odparł poważnie pytaniem 

Poirot.

— Ależ oczywiście!
— Kluczem   do   rozwiązania   jest   pani   Leidner   —   powiedział   Poirot   przyglądając   się 

bacznie Emmottowi. — Chcę o niej wszystko wiedzieć.

— Co pan ma na myśli?
— Nie chodzi mi o to, skąd pochodzi i jakie było jej panieńskie nazwisko. Nie mówię o 

owalu jej twarzy i kolorze oczu. Chcę wiedzieć jaka była naprawdę!

— Myśli pan, że to takie ważne w tym wypadku?
— Jestem tego pewien.
Emmott chwilę milczał.
— Chyba ma pan rację — stwierdził wreszcie.
— I tu mi pan właśnie może pomóc.
— Czy naprawdę mogę? Nie wiem. Sam się często zastanawiałem, jaka ona właściwie jest.
— I doszedł pan do jakichś wniosków?
— W końcu chyba tak.
— Eh bien?
Jednakże pan Emmott bardzo długo milczał, zanim zaczął mówić.
— A co siostra o niej myśli? Kobiety dość szybko potrafią ocenić przedstawicielki swojej 

płci, a pielęgniarka ma chyba duże doświadczenie.

Poirot nie dał mi żadnej szansy odpowiedzieć, nawet gdybym chciała.
— Mnie interesuje to, co myśli o pani Leidner mężczyzna — powiedział szybciutko.
Emmott uśmiechnął się blado.
— Myślę, że wszystkie oceny mężczyzn będą do siebie podobne. — Chwilkę milczał. — 

Choć nie pierwszej młodości była to, moim zdaniem, jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie 
widziałem w życiu.

— To nie jest odpowiedź na pytanie, panie Emmott.
— Ale jestem bardzo blisko odpowiedzi, panie Poirot! — I znów milczał nim ponownie 

zabrał głos. — Jako dziecko czytałem kiedyś bajkę o Królowej Śniegu i małym Kayu. Myślę, 
że pani Leidner była bardzo podobna do Królowej Śniegu. Sypała śniegiem w oczy małemu 
Kayowi.

— Chyba  znam tę bajkę.  Hans Andersen, prawda?  Ale tam w bajce jest jeszcze mała 

Gerda, prawda?

— Może, już nie pamiętam.
— Mógłby pan wyrazić się nieco jaśniej? Dawid Emmott potrząsnął głową.
— Nie   jestem   pewien,   czy   dobrze   scharakteryzowałem   panią   Leidner.   Trudno   ją   było 

rozgryźć. Jednego dnia robiła straszne rzeczy, następnego zachowywała się wręcz uroczo. Ale 
myślę, że pan ma w pełni rację, mówiąc, że kluczem do rozwiązania zagadki jest właśnie pani 
Leidner. Właściwie  to ona zawsze chciała tym  być. Kluczem do wszystkiego. Zajmować 
centralną pozycję na scenie. Być najważniejsza! I uwielbiała dobierać się do innych ludzi. Jej 
nie   wystarczał   zwykły   podziw   innych.   Chciała   każdemu   wypruć   bebechy,   żeby   im   się 
przyjrzeć.

— A jeśli ktoś nie pozwolił nic sobie wypruć? — spytał Poirot.
— Wtedy stawała się groźna. — Zacisnął wargi.
— Nie   przypuszczam,   panie   Emmott,   aby   zechciał   pan   wyrazić   swoją   osobistą,   choć 

nieoficjalną, opinię na temat mordercy! pani Leidner? Kto to mógł być?

background image

— Nie wiem. Nie mam najmniejszego pojęcia. Myślę jednak, że gdybym był na miejscu 

Carla, Carla Reitera, to bym spróbował ją dopaść. Była dla niego okrutna. On się oczywiście 
o to prosił, był taki czułostkowy. On się zawsze prosi, żeby go kopnąć w zadek.

— No i pani Leidner… kopnęła go?
Emmott niespodziewanie wykrzywił twarz w uśmiechu.
— Nie. Raczej od czasu do czasu kłuła szpilką. To była  jej stała metoda. Carl potrafi 

oczywiście każdego zirytować. Ale z drugiej strony szpilka to bolesna broń.

Rzuciłam   krótkie   spojrzenie   na   Poirota   i   wydawało   mi   się,   że   mu   wargi   drgają   w 

ukrywanym śmiechu.

— Ale przecież pan nie wierzy, że Carl Reiter zamordował panią Leidner?
— Nie. Nie sądzę, aby człowiek mordował kobietę tylko dlatego, że przy posiłkach robiła 

z niego idiotę.

Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.
Moim zdaniem pan Emmott zrobił z pani Leidner nieludzką istotę. Bardzo jednostronna 

ocena.   Bardzo.   Było   wiele   argumentów   wprost   przeciwnych,   usprawiedliwiających   jej 
zachowanie.

Pan   Reiter   był   przecież   okropnie   irytujący.   Dziwnie   podskakiwał,   kiedy   się   do   niego 

zwracała   i   podawał   jej   raz   po   raz   marmoladę.   Idiotyczne!   Pani   Leidner   nigdy   nie   jadła 
marmolady i dobrze o tym wiedział. Też bym w takiej sytuacji miała ochotę powiedzieć mu 
kilka ostrych słów.

Mężczyźni zupełnie nie rozumieją, jak potrafią denerwować kobiety swoim bezmyślnym 

zachowaniem. Często człowiek ma ochotę dobrać się im do skóry.

Pomyślałam sobie, że w odpowiedniej chwili muszę to powiedzieć panu Poirotowi.
Weszliśmy na dziedziniec i pan Emmott zaproponował detektywowi, by ten odświeżył się 

w jego pokoju. Poirot przyjął zaproszenie, a ja poszłam szybko do siebie.

Wyszłam ponownie na dziedziniec prawie jednocześnie z oboma panami. Szliśmy właśnie 

w kierunku  jadalni,  kiedy na progu swej  sypialni  pojawił  się ojciec  Lavigny zapraszając 
Poirota do siebie. W tej sytuacji do jadalni dotarliśmy tylko z panem Emmottem. Były tam już 
panna Johnson i pani Mercado, a po paru minutach dołączyli też panowie Mercado, Reiter i 
Coleman.

Już mieliśmy wszyscy zasiąść do stołu, a pan Mercado wydawał polecenie arabskiemu 

służącemu,   by   zawiadomił   ojca   Lavigny,   że   podano   do   stołu,   kiedy   usłyszeliśmy   słaby, 
tłumiony krzyk.

Nasze nerwy musiały być  jeszcze napięte,  ponieważ wszyscy aż podskoczyli,  a panna 

Johnson strasznie zbladła.

— Co to było? Co się stało? — wykrzyknęła.
Pani Mercado spojrzała na nią ciekawie i spytała:
— Co się z tobą dzieje, moja droga? To tylko jakiś odgłos z pola.
Wtedy właśnie do jadalni weszli ojciec Lavigny i pan Poirot.
— Myślałam, że komuś coś się stało — powiedziała panna Johnson.
— Tysiąckroć   przepraszam,  mademoiselle  —   zawołał   Poirot.   Wina   jest   wyłącznie   po 

mojej stronie. Ojciec Lavigny pokazywał mi tabliczki i opowiadał o nich. Wziąłem jedną do 
ręki i poszedłem z nią do okna, żeby lepiej się przyjrzeć, no i przez nieuwagę uderzyłem się 
strasznie w duży palec u nogi. Ma foi, bardzo boleśnie. Nie wytrzymałem i krzyknąłem.

— A nam przyszło do głowy, że to kolejne morderstwo — powiedziała wesolutko pani 

Mercado i zachichotała.

— Mario! — skarcił ją mąż.
Pani Mercado zawstydziła się, zaczerwieniła i przygryzła wargi.
Panna Johnson szybko zaczęta coś mówić na temat wykopalisk i o tym, co ciekawego tego 

dnia odkopano. Podczas całego lunchu wszystkie rozmowy dotyczyły wyłącznie archeologii.

background image

Wszyscy doszliśmy do wniosku, że to najbezpieczniejsze.
Po kawie przeszliśmy do pokoju dziennego, a następnie panowie — z wyjątkiem ojca 

Lavigny — odeszli znowu na wykopaliska.

Ojciec Lavigny zabrał pana Poirota do magazynu. Poszłam za nimi. Czułam się już niemal 

członkiem ekspedycji i dość dobrze orientowałam się w eksponatach, dlatego też wręcz z 
dumą   przyglądałam   się,   jak   ojciec   Lavigny   prezentuje   Poirotowi   złoty   pucharek.   Poirot 
zachował się odpowiednio i wydał okrzyk zachwytu.

— Jakie piękne! To dzieło sztuki!
Ojciec Lavigny zgodził się ochoczo i z wielkim znawstwem zaczął wyjaśniać znaczenie 

elementów zdobniczych.

— Dziś nie ma śladów wosku — stwierdziłam.
— Wosku?   —   zapytali   równocześnie   Poirot   i   ojciec   Lavigny,   spoglądając   na   mnie   w 

zdumieniu.

Wyjaśniłam.
— Ach, je comprends — powiedział ojciec Lavigny. — Tak, tak, ze świecy! Stearyna!
I to przywołało natychmiast temat nocnej wizyty w magazynku. Zapominając o mnie obaj 

panowie   zaczęli   mówić   po   francusku,   więc   zostawiłam   ich   i   przeszłam   z   powrotem   do 
dziennego pokoju.

Pani   Mercado   cerowała   skarpetki   męża,   a   panna   Johnson   czytała   książkę.   Raczej 

niezwykłe jak na nią, zawsze przecież miała tyle do roboty.

Po   pewnym   czasie   z   magazynku   wyszli   ojciec   Lavigny   i   pan   Poirot.   Ten   pierwszy 

przeprosił, że musi iść, bo czeka na niego praca, Poirot zaś usiadł z nami.

— Bardzo   interesujący   człowiek   —   stwierdził   po   wyjściu   ojca   Lavigny   i   spytał,   czy 

zakonnik ma tutaj dużo zajęć.

Panna Johnson wyjaśniła, że dotychczas nie znaleziono wielu tabliczek i zaledwie kilka 

cegieł z napisami i cylindrycznych pieczęci. Jednakże ojciec Lavigny dyżuruje również przy 
wykopalisku i nauczył się sporo potocznego arabskiego.

Zaciekawiony Poirot spytał  o te cylindryczne  pieczęcie,  więc panna Johnson wyjęła  z 

szafy arkusz plasteliny na tacce. W plastelinie odciśnięte były wzory pieczęci.

Kiedy staliśmy nad nimi podziwiając bardzo ciekawe rysunki, uzmysłowiłam sobie, że 

owego fatalnego popołudnia panna Johnson właśnie nad tymi pieczęciami pracowała.

Zauważyłam też, że Poirot miętosi w palcach małą kulkę plasteliny.
— Pani używa dużo plasteliny, mademoiselle? — zadał śmieszne pytanie pannie Johnson.
— Sporo. W  tym roku zużyliśmy nawet bardzo dużo. Nie wiem, jak i kiedy poszła już 

ponad połowa zapasów.

— A gdzie przechowuje się plastelinę, mademoiselle?
— Tu, w tej szafie.
Po   odłożeniu   tacki   wskazała   mu   półkę   z   laskami   plasteliny,   durofixem,   klejem 

fotograficznym i materiałami biurowymi. Poirot pochylił się.

— A cóż to takiego?
Włożył rękę w głąb półki i wyciągnął coś zmiętego.
Kiedy   to   wyprostował   i   wygładził,   zobaczyłam   prymitywną   maskę   —   oczy   i   usta 

narysowane tuszem, dość nieporadnie, a zarys głowy wysmarowany miękką plasteliną.

— Co za przedziwna rzecz! — wykrzyknęła panna Johnson. — Nigdy tego przedtem nie 

widziałam. Skąd się tu wzięło? I co to jest?

— Na pytanie, skąd się wzięło, odpowiedź prosta: każdy schowek jest dobry. Tej szafy 

nikt by nie uprzątał do końca sezonu. Jeśli idzie o pytanie, co to jest, to również odpowiedź 
łatwa, mademoiselle: mamy tutaj twarz, którą pani Leidner opisała jako zjawę w oknie. Sama 
twarz widziana o zmroku, twarz bez ciała.

Pani Mercado wydała krótki ni to okrzyk, ni to pisk.

background image

Pannie Johnson zbielały usta.
— A więc to nie było przywidzenie! — wyszeptała. — To był kawał. Wstrętny kawał. Kto 

to zrobił?

— Właśnie! — podchwyciła pani Mercado. — Kto byłby zdolny; zrobić taką straszną, 

potworną rzecz?

Poirot nie zamierzał odpowiadać. Ze ściągniętą twarzą poszedł do magazynu, skąd wrócił z 

pustym tekturowym pudełkiem, do którego włożył maskę.

— Trzeba to pokazać policji — oznajmił.
— To okropne! — powiedziała panna Johnson. — Okropne!
— Czy   pan   sądzi,   że   wszystko   inne   jest   też   gdzieś   tutaj   schowane?   —   wykrzyknęła 

ochryple pani Mercado. — Czy nie myśli pan, że narzędzie… maczuga czy coś tam, czym 
została zabita, pewno jeszcze zakrwawione, też może…?  O Boże, ja się strasznie boję… 
Okropnie się boję…

Panna Johnson ujęła mocno jej ramię.
— Uspokój się! — powiedziała dość ostro. — Przyjechał doktor Leidner. Nie możemy go 

denerwować.

W   tej   chwili   rzeczywiście   na   dziedziniec   zajechał   samochód.   Wysiadł   z   niego   doktor 

Leidner   i   ruszył   prosto   ku   drzwiom   dziennego   pokoju.   Miał   zmiętą,   zmęczoną   twarz   i 
wyglądał dwa razy starzej niż przed trzema dniami.

Podszedłszy bliżej powiedział cicho:
— Pogrzeb jutro o jedenastej. Major Deane odczyta modlitwy. Pani Mercado szepnęła coś 

niezrozumiale i wymknęła się z pokoju.

Doktor Leidner zwrócił się do panny Johnson:
— Pojedziesz, Anno?
— Oczywiście, mój drogi. Wszyscy pojedziemy.
Nie powiedziała nic więcej, ale twarz jej wyrażała to wszystko, czego język nie był zdolny 

wypowiedzieć. Doktor Leidner to szybko dostrzegł i zrozumiał, gdyż na chwilę twarz mu się 
rozjaśniła.

— Moja   droga   Anno   —   powiedział.   —   Jesteś   dla   mnie   wielkim   pocieszeniem   i 

wsparciem. — Oczy błysnęły mu tłumionym uczuciem. Położył dłoń na jej ramieniu. — Moja 
droga przyjaciółko!

Zaczerwieniła się po uszy i wymamrotała chrapliwym głosem:
— Nic nie mów, daj spokój.
Uchwyciłam jej spojrzenie i wiedziałam, że przez tę krótką chwilę panna Johnson była 

bardzo szczęśliwą kobietą.

Przemknęła mi przez głowę nowa myśl. Być może wkrótce, naturalnym biegiem rzeczy, 

profesor Leidner, szukając wsparcia w starej przyjaciółce, odnajdzie spokój ducha i szczęście,

Nie jestem swatką, z pewnością nie. Poza tym było niemalże nieprzyzwoitością myśleć o 

czymś  podobnym  jeszcze przed pogrzebem dopiero co zmarłej  żony.  Niemniej  to byłoby 
dobre rozwiązanie! Doktor Leidner miał wobec niej ciepłe uczucie, a ona była mu bez reszty 
oddana,   i   byłaby   jeszcze   szczęśliwsza   mogąc   mu   oddać   resztę   życia.   Pod   warunkiem, 
oczywiście,   że   będzie   gotowa   wysłuchiwać   przez   cały   czas   hymny   pochwalne   na   cześć 
absolutnie doskonałej Luizy. Ale kobiety gotowe są wiele wytrzymać, skoro zdobędą to, co 
chciały.

Następnie   doktor   Leidner   przywitał   się   z   panem   Poirotem   pytając   go   o   postępy   w 

śledztwie.

Panna Johnson stała za plecami doktora Leidnera i wpatrując się intensywnie w pudełko 

trzymane przez Poirota przecząco potrząsnęła głową. Zdałam sobie sprawę, że jest to nieme 
błaganie, by Poirot nic nie mówił o masce. Uważała z pewnością, że jak na jeden dzień doktor 
miał   już   dość   silnych   wrażeń.   Poirot   zastosował   się   do   jej   życzenia.   —   Tego   typu 

background image

dochodzenie nie posuwa się szybko, monsieur — odparł.

I po kilku grzecznościowych uwagach opuścił pokój.
Towarzyszyłam mu aż do samochodu.
Miałam masę pytań, które chciałam mu zadać, ale kiedy Poirot się obrócił i spojrzał na 

mnie, nie otworzyłam nawet ust.

Tak samo, jak po operacji nie zapytałabym chirurga, jak mu poszło. Stałam cierpliwie, 

czekając na instrukcje. Ale usłyszałam tylko:

— Pilnuj się, moje dziecko! — I po chwili — Zastanawiam się, czy siostra powinna tu 

zostać…

— Będę rozmawiała z doktorem Leidnerem na temat mojego odejścia, ale pomyślałam, że 

poczekam z tym do jutra. Po pogrzebie.

Aprobująco pokiwał głową.
— Do tego czasu proszę zbyt wiele nie… jak to się mówi… nie myszkować. Rozumie 

siostra, o co mi chodzi? Nie chcę, żeby siostra starała się przechytrzyć mordercę. — I dodał 
jeszcze z miłym uśmiechem: — Siostra ma przygotowywać sączki, a ja będę operował.

Czy to nie zabawne, że coś takiego przyszło mu do głowy? Potem jeszcze zapytał ni stąd, 

ni zowąd:

— Ojciec Lavigny to bardzo interesujący człowiek, prawda?
— Zakonnik archeologiem, mnie się wydał raczej dziwny — odparłam.
— Ach, prawda, siostra jest protestantką. Ja jestem dobrym katolikiem i wiem coś niecoś o 

księżach i zakonnikach.

Zmarszczył brwi, zawahał się i wreszcie powiedział:
— Niech siostra pamięta, że on jest bardzo sprytny i potrafi jak nic siostrę przenicować…
Co   za   dziwne   powiedzenie!   Co   ten   Poirot   miał   na   myśli?   Jeśli   ostrzegał   przed 

plotkowaniem, to mógł sobie darować.

Bardzo mnie rozzłościł. Chociaż nie pytałam go o nic z tego, co chciałam usłyszeć, to 

jednak nie było powodu nie zwrócić mu uwagi:

— Panie   Poirot,   po   angielsku   nie   mówi   się   „myszkować”.   „Przenicować”   też   brzmi 

niezręcznie.

— Aaa! Bardzo dziękuję, Ma soeur.
— To głupstwo. Zawsze lepiej używać poprawnych wyrażeń.
— Zapamiętam — odpowiedział, jak na niego bardzo pokornie.
Wsiadł do samochodu, szofer od razu ruszył z miejsca, a ja powoli poszłam z powrotem 

przez dziedziniec rozmyślając o wielu sprawach.

O śladach ukłuć na ramieniu pana Mercado i jakiego to narkotyku używa. O tej okropnej 

masce   wysmarowanej   żółtą   plasteliną.   Pomyślałam   też,   że   to   bardzo   dziwne,   iż   panna 
Johnson i pan Poirot nie słyszeli poprzedniego dnia mojego krzyku z pokoju pani Leidner, a 
tak dobrze wszyscy słyszeliśmy w jadalni krzyk pana Poirota, a przecież pokój ojca Lavigny 
znajdował się w tej samej odległości od jadalni, co pokój pani Leidner od pokoju dziennego.

I wreszcie odczuwałam wielkie zadowolenie,  że skorygowałam  błędne wyrażenia  pana 

Poirota.

Może sobie być wielkim detektywem, ale nie wie wszystkiego.

background image

Z

ABAWIAM

 

SIĘ

 

W

 

JASNOWIDZA

W sumie pogrzeb był bardzo wzruszający. Oprócz nas wszystkich z Tell Jarimdźa przyszło 

wielu Anglików mieszkających w Hassanieh. Zjawiła się nawet Sheila Reilly. Cicha i jakby 
zasmucona, w ciemnym kostiumie. Miałam nadzieję, że odczuwa wyrzuty sumienia z powodu 
wszystkich rzeczy, które naopowiadała.

Kiedy wróciliśmy do domu, poszłam do doktora Leidnera i poruszyłam sprawę mojego 

odejścia. Był dla mnie miły i dziękował mi za wszystko, co zrobiłam (co zrobiłam! Byłam 
gorzej niż bezużyteczna) i nalegał, bym przyjęła wynagrodzenie za dodatkowy tydzień.

Jednakże nie chciałam o tym słyszeć.
— Nie   uważam,   abym   na   to   zasługiwała.   Chcę   powiedzieć…   Zawiodłam.   Ona…   mój 

przyjazd nie ocalił jej… Nie zrobiłam nic, aby zasłużyć na ekstra pieniądze. Wolałabym nic 
nie brać. Proszę mi tylko zwrócić koszty podróży…

Protestowałam tak, ponieważ naprawdę nie uważałam, bym zasługiwała na cokolwiek. Nic 

przecież nie zrobiłam.

O tym z kolei doktor Leidner nie chciał słyszeć.
— Proszę tak nie myśleć, siostro! — powiedział. — Przecież nie angażowałem siostry jako 

detektywa. Nie wierzyłem, by mojej żonie groziło niebezpieczeństwo. Byłem przekonany, że 
to nerwy, może nawet początki choroby psychicznej. Siostra zrobiła wszystko, co mogła. Nikt 
by nie uczynił więcej. Luiza siostrę lubiła, ufała siostrze. I myślę, że w tych ostatnich dniach 
życia była szczęśliwsza i czuła się bezpieczniejsza właśnie dzięki obecności siostry. Nie ma 
najmniejszych podstaw, by siostra cokolwiek sobie wyrzucała.

Zadrżał mu głos, a ja domyślałam się, o czym myślał. Sam siebie obarczał winą, ponieważ 

nie traktował poważnie lęków

swojej żony.
— Doktorze Leidner — spytałam niesłychanie zaciekawiona — czy w efekcie doszedł pan 

do jakiegoś wniosku na temat tych anonimowych listów?

Westchnął głęboko.
— Już nie wiem, co mam myśleć. Czy pan Poirot coś sugerował?
— Wczoraj jeszcze nie — odparłam dość chytrze lawirując między prawdą a niewinnym 

kłamstwem.   Prawdą   było   przecież,   że   do   żadnych   wniosków   nie   doszedł,   póki   mu   nie 
powiedziałam o pannie Johnson.

Przyszła   mi   do   głowy   myśl,   żeby   podsunąć   doktorowi   Leidnerowi   ziarenko   prawdy   i 

zobaczyć, jak zareaguje. Przyjemnie poruszona wczorajszą wymianą słów między doktorem 
Leidnerem a panną Johnson, na śmierć zapomniałam o tych listach. Nawet teraz byłoby z 
mojej strony bardzo brzydko wyciągać tę sprawę. Jeśli to panna Johnson pisała anonimowe 
listy, to przecież strasznie potem cierpiała z powodu śmierci pani Leidner. To była okropna 
kara.   Chciałam   jednak   wiedzieć,   czy   podobna   myśl   w   ogóle   kiedykolwiek   zaświtała 
doktorowi Leidnerowi.

— Listy anonimowe są przeważnie autorstwa kobiet — powiedziałam, chcąc zobaczyć, jak 

to przyjmie.

— Przypuszczam, że tak — odparł z westchnieniem. — Ale siostra zapomina, że mogą to 

być listy autentyczne. Mógł je napisać Fryderyk Bosner.

— Nie zapomniałam o tym. Ale prawdę mówiąc nie bardzo w to wierzę.
— A ja tak. To nonsens przypuszczać, że mordercą jest członek ekspedycji. Taką mądrą 

teorie   wysunął   pan   Poirot.   Moim   zdaniem   prawda   jest   znacznie   prostsza.   To   był   jakiś 
szaleniec. Kręcił się tutaj dokoła siedziby ekspedycji. Może nawet w przebraniu. I w jakiś 
sposób tamtego fatalnego popołudnia dostał się na dziedziniec. Służący mogą kłamać… jeśli 
ktoś ich przekupił…

background image

— Myślę, że to możliwe — odparłam z powątpiewaniem. Doktor Leidner ciągnął dalej z 

cieniem irytacji w głosie:

— Bardzo łatwo jest panu Poirotowi podejrzewać kogoś z członków ekspedycji. Ale ja 

jestem absolutnie pewien, że to nikt z nich. Pracowałem z wszystkimi. Znam tych ludzi! — 
Zamilkł   nagle   i   potem   spytał:   —   Z   doświadczenia   to   siostra   wie?   Że   anonimowe   listy 
przeważnie pisują kobiety?

— Nie zawsze — odparłam. — Ale jest taki rodzaj kobiecej zawiści, która znajduje ujście 

w pisaniu anonimów.

— Pewnie siostra myśli o pani Mercado? — Potrząsnął przecząco głową. — Nawet gdyby 

miała   tyle   nienawiści,   by   pragnąć   krzywdy   Luizy,   to   nie   znałaby   faktów,   by   mocje 
wykorzystać.

Przypomniałam   sobie   wcześniejsze   listy,   które   pani   Leidner   trzymała   w   teczce.   Pani 

Mercado mogła zostać któregoś dnia sama w domu, znaleźć listy i przeczytać. Mężczyźni 
nigdy nie pomyślą o najprostszym rozwiązaniu.

— Oprócz   niej   pozostawałaby   jedynie   panna   Johnson   —   podsunęłam   pilnie   mu   się 

przyglądając.

— Absolutna bzdura! — odparł.
Uśmieszek, z jakim to powiedział, wyjaśniał sprawę. Myśl o tym, że autorką anonimów 

mogła być panna Johnson, nigdy nie powstała w jego głowie! Przez chwilę się wahałam, ale 
ostatecznie nic nie powiedziałam. Kobieta nie powinna wydawać kobiety, a poza tym byłam 
świadkiem wzruszającego szczerego żalu i wyrzutów sumienia panny Johnson. Co się stało, 
to   się   nie   odstanie.   Po   co   odbierać   doktorowi   Leidnerowi   złudzenia?   Ma   dość   innych 
problemów.

Uzgodniliśmy,   że   wyjadę   następnego   dnia.   Załatwiłam   też,   za   pośrednictwem   doktora 

Reilly, że przez parę dni pozostanę u przełożonej pielęgniarek w szpitalu wykorzystując ten 
czas na załatwienie spraw związanych z powrotem do Anglii przez Bagdad albo bezpośrednio 
przez Nissibin samochodem i koleją.

Doktor Leidner był tak uprzejmy, że prosił, abym wybrała sobie coś na pamiątkę spośród 

rzeczy jego żony.

— Ach nie, doktorze Leidner! — odparłam. — Nie mogę, naprawdę. To nadmiar dobroci z 

pańskiej strony.

Jednakże on nalegał.
— Naprawdę chciałbym, żeby siostra coś wzięła, I jestem pewien, że Luiza by sobie tego 

życzyła.

I zaproponował, żebym zabrała szylkretowy komplet toaletowy.
— Ach nie, doktorze Leidner! To bardzo kosztowna rzecz. Nie mogę, naprawdę!
— Ona nie miała rodzeństwa, siostra przecież wie. Nie miała nikogo, kto chciałby to mieć. 

Siostra jest naprawdę jedyną osobą…

Byłam przekonana, że doktor Leidner po prostu nie chce, aby ten komplet wpadł w chciwe 

łapska pani Mercado. A nie sądziłam przecież, że chciałby to ofiarować pannie Johnson.

— Niech to siostra przemyśli — powiedział bardzo miło. Aha, a tu jest klucz do szkatułki 

z biżuterią Luizy.  Może tam siostra znajdzie coś, co by siostra wolała. I byłbym  siostrze 
bardzo wdzięczny,  gdyby  siostra była  łaskawa zapakować jej ubrania.  Jestem pewien, że 
Reilly znajdzie potrzebujących z biedniejszych chrześcijańskich rodzin w Hassanieh.

Byłam zadowolona, że mogę się czymś przysłużyć doktorowi Leidnerowi i bez zwłoki 

zabrałam się do roboty.

Pani Leidner miała bardzo skromną garderobę i szybko się uporałam z zapakowaniem 

wszystkiego do dwu walizek. Wszystkie jej papiery zgromadziłam w teczce. W kasetce na 
biżuterię było jedynie kilka prostych przedmiotów: pierścionek z perłą, diamentowa broszka, 
sznur pereł i dwie złote broszeczki w kształcie agrafek. Aha, jeszcze sznur bursztynów.

background image

Oczywiście nie miałam zamiaru zagarniać dla siebie pereł czy diamentowej broszki, ale 

zawahałam się nad wyborem między bursztynami a tym szylkretowym zestawem toaletowym. 
Ostatecznie jednak, pomyślałam sobie, dlaczego nie ten komplet? Doktor Leidner zachował 
się bardzo uprzejmie proponując mi taki prezent i byłam pewna, że robi to z dobrego serca, a 
nie   litości.   Przyjmę   podarunek   w   duchu,   w   jakim   został   ofiarowany,   nie   odmawiając   z 
powodu fałszywej dumy. Ostatecznie przecież bardzo lubiłam panią Leidner.

No,   wszystko   zostało   wreszcie   załatwione.   Walizki   spakowane,   a   szkatułka   ponownie 

zamknięta na klucz. Odstawiłam ją na bok, by wraz z fotografią ojca pani Leidner i paroma 
drobiazgami osobiście oddać ją doktorowi.

Ogołocony z rzeczy osobistych pokój wyglądał smutno. Nie miałam już tu nic więcej do 

roboty, a mimo to coś mnie powstrzymywało przed wyjściem, zupełnie jakby coś tu jeszcze 
należało zrobić. Jakbym coś jeszcze powinna zobaczyć! Albo czegoś się dowiedzieć. Nie 
jestem przesądna, ale przyszło mi do głowy, że unosi się tu duch pani Leidner próbujący 
wejść ze mną w kontakt.

Pamiętam przed laty w szpitalu kilka z nas, dziewcząt, wygrzebało skądś okrągły stolik i 

bawiłyśmy się w seanse spirytystyczne.

Nigdy o tym przedtem nie myślałam, ale może jestem medium?
Tak się zasugerowałam, że gotowa byłam uwierzyć w te bzdury.
Niepewnie kręciłam się po pokoju. Nie było tu jednak nic oprócz gołych mebli. Nie było 

nic   za   szufladami,   nic   pod  szufladami.   Nic   nigdzie   wetkniętego.   Zresztą   niczego   się   nie 
spodziewałam.

Wreszcie (może to zabrzmi dość głupio, ale jak już wcześniej powiedziałam, człowiek 

potrafi się zasugerować) zrobiłam raczej dziwną rzecz.

Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Świadomie starałam się zapomnieć, kim jestem 

i co tu w tej chwili robię. Myślami usiłowałam powrócić w owo tragiczne popołudnie. Byłam 
panią Leidner, która sobie leży, odpoczywa, spokojna i niczego nie podejrzewa.

Nieprawdopodobne, jak człowiek potrafi doprowadzić się do tak nierzeczywistego stanu.
W zasadzie jestem zupełnie normalną, przeciętną osobą, nie wierzę w żadne duchy, ale 

teraz leżąc tak przez pięć minut na jej łóżku poczułam się bardzo dziwnie.

Wcale nie usiłowałam z tym stanem walczyć, wprost przeciwnie.
Powtarzałam   sobie:   „Jestem   panią   Leidner.   Jestem   panią   Leidner.   Leżę   na   łóżku, 

zasypiam. Wkrótce, już za chwilę, otworzą się drzwi.”

Powtarzałam   to,   jakbym   chciała   się   zahipnotyzować.   „Jest   prawie   wpół   do   drugiej… 

nadchodzi czas… Drzwi się otworzą… drzwi zaraz się otworzą… Zobaczę, kto wejdzie…”

Wzrok miałam utkwiony w drzwi. Za chwilę drzwi miały się otworzyć. Będę widziała, jak 

się otwierają. I zobaczę osobę, która wejdzie.

Tego popołudnia musiałam być nieco przemęczona i rozbita wszystkimi wydarzeniami, 

skoro mogłam przypuszczać, że w ten sposób rozwiążę tajemnicę.

I głęboko w to wierzyłam. Poczułam mrowienie w krzyżu. Dreszcz spłynął mi aż do nóg, 

które jakby zupełnie sparaliżowane straciły czucie.

„Wpadasz w trans. I w tym transie zobaczysz…”, mówiłam do siebie.
I tak w kółko powtarzałam jedno i to samo.
„Drzwi się zaraz otworzą… Drzwi się zaraz otworzą…”
Czułam coraz bardziej lodowate zimno.
I nagle, powolutku, drzwi zaczęły się otwierać!
To było przerażające.
Nigdy przedtem ani potem nie przeżyłam czegoś podobnie okropnego.
Byłam całkowicie sparaliżowana, na wskroś zlodowaciała.! Nie mogłam ruszyć palcem. 

Nie potrafiłabym drgnąć nawet wówczas, gdyby od tego zależało moje życie.

Byłam przerażona. Czułam zimny, przenikający mnie lęk!

background image

Te wolniutko otwierające się drzwi.
Bezszelestnie.
Za chwilę zobaczę…
Powolutku, powolutku, coraz szerzej!
Do sypialni cichutko wszedł Bill Coleman.
Musiał się na śmierć przerazić.
Z przeraźliwym krzykiem zerwałam się z łóżka i rzuciłam ku drzwiom.
Pan Coleman skamieniał, czerwona twarz jeszcze bardziej mu poczerwieniała, otworzył 

usta ze zdumienia.

— Rety, rety! — powiedział. — Co tu się dzieje, siostro? Nagle powróciła rzeczywistość.
— Na miłość boską, panie Coleman! Ale mnie pan przestraszył!
— Przepraszam! — powiedział wykrzywiając twarz w przelotnym uśmiechu.
W tym momencie zobaczyłam, że trzyma w ręku małą wiązankę szkarłatnych jaskrów. 

Takie ładne kwiatki, które rosły dziko wokół Tell Jarimdża. Pani Leidner bardzo je lubiła.

Spłonił się, był czerwieńszy od raka, kiedy powiedział:
— W Hassanieh nie można dostać żadnych kwiatów ani nic. Przykro mi było nie położyć 

wiązanki na grobie, więc sobie pomyślałem, że tutaj zerwę, zrobię bukiecik i wstawię do tego 
naczynia,   w   którym   ona   zawsze   trzymała   te   kwiatki   na   stole,   żeby   pokazać,   że   jej   nie 
zapomniano, prawda? Głupie to może, ale wie siostra, co chcę powiedzieć…

Pomyślałam sobie, że to bardzo miło z jego strony. Ale jak on się zaczerwienił ze wstydu! 

Anglicy zawsze purpurowieją, kiedy są wzruszeni. To było wprost słodkie ze strony pana 
Colemana.

— Bardzo   dobrze   pan   zrobił.   To   strasznie   miło   z   pana   strony,   panie   Coleman   — 

powiedziałam.

Wzięłam wazonik, wlałam do niego wody i wstawiliśmy kwiaty. Po tym, co pan Coleman 

zrobił, zaczęłam go bardziej cenić. Potrafił okazać serce i miło się zachował.

Nie pytał mnie, dlaczego tak strasznie krzyknęłam i dzięki Bogu. Czułabym się głupio.
Zapowiedziałam sobie, że w przyszłości już nigdy więcej nie będę robić takich głupstw z 

wymyślaniem sobie różnych rzeczy. Poprawiłam mankiety i wygładziłam fartuch. I jeszcze 
pomyślałam, że wcale nie jestem stworzona do kontaktów ze światem duchów, żadne tam ze 
mnie medium.

Zabrałam się z kolei do pakowania moich rzeczy i w ogóle byłam dość zajęta przez resztę 

dnia.

Ojciec   Lavigny   wyraził   wielki   żal   z   powodu   mojego   wyjazdu.   Bardzo   był   miły. 

Powiedział, że moje pogodne usposobienie i zdrowy rozsądek bardzo wiele dla wszystkich 
znaczyły.   Zdrowy   rozsądek!   Co   za   szczęście,   że   nic   nie   wiedział   o   moim   idiotycznym 
zachowaniu w pokoju pani Leidner.

— Nie widzieliśmy jeszcze dzisiaj pana Poirota — zauważył. Powiedziałam mu, że pan 

Poirot będzie cały dzień zajęty wysyłając różne telegramy.

Ojciec Lavigny podniósł brwi.
— Telegramy? Do Ameryki?
— Prawdopodobnie.   Powiedział,   że   na   cały   świat.   Ale   ja   myślę,   że   to   cudzoziemska 

skłonność do przesady.

I   powiedziawszy   to   zaczerwieniłam   się,   bo   sobie   uświadomiłam,   że   ojciec   Lavigny 

również nie jest Anglikiem.

Nie wydawał się jednak urażony, a nawet uśmiechnął się lekko i zapytał, czy są jakieś 

nowiny na temat tego człowieka z zezem.

Nie słyszałam jednak nic na ten temat.
Ojciec   Lavigny   zapytał   mnie,   o   której   godzinie   zauważyłyśmy   z   panią   Leidner   tego 

człowieka i czy rzeczywiście wspinał się na palce chcąc zajrzeć przez okno.

background image

— Wydaje mi się oczywiste — powiedział w zadumie — że człowiek wykazywał duże 

zainteresowanie panią Leidner. Zastał nawiałem się, czy to nie mógł być jednak Europejczyk 
przebrany za Irakijczyka.

Była   to   zupełnie   nowa   dla   mnie   myśl.   Zaczęłam   ją   dokładnie!   rozważać.   Dotychczas 

zakładałam,   że   to   był   tubylec,   ale   kiedy   tak   naprawdę   się   zastanowić,   to   opierałam   się 
wyłącznie na jego stroju i nieco smagłej cerze.

Ojciec Lavigny wyraził gotowość wyjścia za dom do tego miejsca, gdzie widziałyśmy z 

panią Leidner owego osobnika.

— Nigdy   nie   wiadomo,   może   coś   upuścił.   W   powieściach   kryminalnych   przestępca 

zawsze coś upuszcza — powiedział.

— Sądzę, że prawdziwi złoczyńcy są ostrożniejsi — odparłam. Na stół w pokoju dziennym 

wyłożyłam  zacerowane  przeze  mnie  skarpetki. Kiedy przyjdą  panowie, to sobie wybiorą, 
każdy swoje. Ponieważ nie miałam już nic więcej do roboty, wyszłam na dach.

Stała tam panna Johnson, ale nie spostrzegła mnie.  Obróciła się dopiero wtedy,  kiedy 

podeszłam zupełnie blisko.

Nim to jednak nastąpiło, zdałam sobie sprawę, że dzieje się coś złego.
Panna Johnson stała pośrodku dachu patrząc prosto przed siebie i miała okropny wyraz 

twarzy. Jakby ujrzała ducha, w co w ogóle nie można uwierzyć.

Byłam wstrząśnięta.
Widziałam ją zupełnie rozklejoną tamtego wieczoru, ale tym razem to było zupełnie coś 

innego.

— Co się stało, moja droga? — wykrzyknęłam przyśpieszając kroku.
Patrzyła na mnie tak, jakby mnie nie widziała. Stała jak skamieniała.
— Co się stało? — powtórzyłam pytanie.
Wykrzywiła twarz w jakimś dziwnym grymasie, jakby chciała przełknąć, ale nie mogła, bo 

jej zaschło w gardle. I powiedziała ochrypłym głosem:

— Właśnie coś zobaczyłam.
— Co pani zobaczyła, panno Johnson? Niech mi pani powie! Cóż to tak bardzo panią 

przeraziło?

Uczyniła wysiłek, żeby się wziąć w garść, ale nadal miała okropny wyraz twarzy.
Powiedziała tym samym zduszonym głosem:
— Zobaczyłam, jak ktoś mógł się tutaj dostać z zewnątrz i nikt by tego nie zobaczył.
Spojrzałam w kierunku, w którym patrzyła, ale nic nie dostrzegłam.
Na progu pracowni fotograficznej stał pan Reiter, a przez dziedziniec przechodził ojciec 

Lavigny. Oprócz nich nic nie widziałam.

Bardzo zdziwiona obróciłam się ku pannie Johnson i napotkałam jej wzrok wlepiony we 

mnie.

— Nadal nic nie rozumiem. Czy mogłaby mi pani wyjaśnić?
Potrząsnęła tylko głową.
— Muszę to sama przemyśleć — powiedziała.
I odpychając mnie pobiegła w stronę schodów.
Nie poszłam za nią, ponieważ najwidoczniej nie życzyła sobie tego. Usiadłam na murku i 

próbowałam sama rozwiązać zagadkę. Ale nic mi nie przychodziło do głowy. Na dziedziniec 
prowadziło   tylko   jedno   wejście   —   przez   sklepioną   bramę   od   frontu.   Tuż   za   bramą   stał 
woziwoda ze swoim koniem i rozmawiał z kucharzem — Hindusem. Nikt nie mógł więc 
wejść niezauważony.

Pokręciłam głową z zakłopotaniem i zeszłam na dziedziniec.

background image

M

ORDERSTWO

 

STAJE

 

SIĘ

 

NAWYKIEM

Tego wieczoru wszyscy poszli wcześniej spać. Panna Johnson pojawiła się przy kolacji i 

zachowywała dość normalnie. Miała tylko nieco nieprzytomne spojrzenie i parokrotnie nie 
dotarło do niej to, co do niej mówiono.

Nastrój nie był nadzwyczajny. Można by oczywiście powiedzieć, że wcale nie należy się 

innego spodziewać w dniu pogrzebu, ale mnie chodzi o coś jeszcze.

Ostatnio wspólne posiłki też przebiegały w smętnej i przytłaczającej atmosferze. Jednakże 

widać   było   jakieś   koleżeństwo,   wszystkich   jednoczyło   współczucie   dla   biednego   doktora 
Leidnera przeżywającego ciężkie chwile po śmierci żony. Świadomość, że wszyscy jedziemy 
na tym samym wozie, była łącząca, jeśli tak można powiedzieć.

Tym razem kolacja przypominała mój pierwszy posiłek w Tell Jarimdża, kiedy to pani 

Mercado   tak   mnie   świdrowała   wzrokiem,   a   ja   miałam   wrażenie,   że   lada   chwila   coś   się 
wydarzy.

Po   raz   drugi   poczułam   to   samo,   tylko   jeszcze   silniej,   gdy   wszyscy   siedzieli   wokół 

jadalnego stołu, u którego szczytu zajmował miejsce pan Poirot.

Tego wieczoru jednak napięcie  doszło do zenitu!  Wszyscy byli  jacyś  podekscytowani, 

ledwo nad sobą panowali.

Jak już powiedziałam, wszyscy bardzo szybko się ulotnili. Ja też i zaraz poszłam spać. 

Ostatnie, co usłyszałam przed zaśnięciem, to głos pani Mercado tuż przed moimi drzwiami 
mówiącej dobranoc pannie Johnson.

Spałam jak kamień, zmęczona wszystkim, a najbardziej moim niemądrym eksperymentem 

w pokoju pani Leidner.

I   nagle   ze   snu   wytrąciła   mnie   świadomość   mającej   nastąpić   straszliwej   katastrofy. 

Usłyszałam jakiś dźwięk. Usiadłam na łóżku i oczekiwałam na jego powtórzenie.

I usłyszałam: okropne agonalne charczenie. Natychmiast zapaliłam świecę i wyskoczyłam 

z łóżka. Chwyciłam też, na wszelki wypadek, latarkę, jeśliby świeca miała zgasnąć. Wyszłam 
przed drzwi  i nasłuchiwałam.  Ten odgłos  dochodził  z  bliska. Powtórzył  się  — z pokoju 
sąsiadującego z moim. Z pokoju panny Johnson!

Pośpieszyłam   tam.   Panna   Johnson   leżała   na   łóżku,   wijąc   się   w   straszliwych   bólach. 

Pochyliłam się nad nią odstawiwszy uprzednio świecę na stolik. Poruszała wargami, usiłując 
coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywał się tylko straszliwy charkot. Zauważyłam, że kąciki 
ust i skórę na brodzie ma sinobiałą.

Oczami wskazała szklankę leżącą na posadzce. Pewno wypadła jej z ręki. W miejscu, 

gdzie rozlał się płyn, kozia skóra była splamiona na czerwono. Podniosłam szklankę i palcem 
przeciągnęłam po jej wnętrzu. Z cichym okrzykiem wyjęłam palec. Następnie rozchyliłam 
usta panny Johnson,

Nie było najmniejszej wątpliwości. Przypadkowo czy też nie, wypiła jakiś żrący kwas, 

szczawiowy albo solny. Tak podejrzewałam.

Wybiegłam, by obudzić doktora Leidnera, który z kolei obudził pozostałych. Usiłowaliśmy 

zrobić wszystko co się dało, żeby uratować pannę Johnson, ale przez cały czas czułam, że nic 
z tego nie wyjdzie. Poiliśmy ją roztworem sody, następnie oliwą z oliwek. Aby złagodzić ból, 
zrobiłam jej zastrzyk z morfiny.

Dawid   Emmott   pojechał   do   Hassanieh,   by   przywieźć   doktora   Reilly,   ale   nim   zdążyli 

powrócić, było już po wszystkim.

Nie   będę   opisywała   szczegółów.   Powiem   tylko,   że   wypicie   roztworu   kwasu   solnego 

(okazało   się   bowiem,   że   to   właśnie   było   w   szklance)   powoduje   śmierć   w   straszliwych 
mękach.

Kiedy pochylałam się nad nią ze strzykawką, panna Johnson uczyniła ostateczny wysiłek, 

background image

by coś powiedzieć. Dotarł do mnie zduszony szept:

— Okno… Siostro, okno…
I to było wszystko. Zabrakło jej sił.
Nigdy tej nocy nie zapomnę. Przyjazd doktora Reilly. Potem przyjazd kapitana Maitlanda. 

I wreszcie o świcie pojawienie się Herkulesa Poirota.

On właśnie ujął mnie delikatnie pod łokieć i poprowadził do jadalni, gdzie kazał mi usiąść 

i wypić kubek mocnej herbaty.

— Już dobrze, mon enfant! — powiedział. — Teraz siostra poczuje się lepiej. Siostra już 

padała z nóg.

Słysząc jego słowa wybuchnęłam płaczem.
— To zbyt okropne! — mówiłam łkając. — To był istny koszmar! Jak ona cierpiała! I jej 

oczy! Panie Poirot, jej oczy…!

Poklepał mnie po ramieniu. Żadna kobieta nie byłaby serdeczniejsza.
— Tak, tak, rozumiem. Proszę już o tym nie myśleć. Siostra zrobiła wszystko, co było 

można.

— To był strasznie żrący kwas.
Wtedy mi właśnie powiedział, że wypiła kwas solny.
— Ten sam roztwór, którego używają do czyszczenia wykopanych skorup?
— Tak. Panna Johnson prawdopodobnie wypiła łyk, nim się w pełni rozbudziła. Chyba 

że… zrobiła to z rozmysłem.

— Ależ panie Poirot, co za pomysł! — wykrzyknęłam.
— Teoretyczna możliwość. A co siostra myśli? Zastanawiałam się przez chwilę, a potem 

zaprzeczyłam.

— Nie wierzę. Absolutnie nie wierzę! — Chwilę się wahałam, a potem powiedziałam — 

Wczoraj po południu chyba coś odkryła.

— Co siostra mówi? Panna Johnson coś odkryła?
Opisałam mu przedziwną rozmowę, jaką odbyłyśmy na dachu.
Poirot cichutko zagwizdał.
— La pauvre femme! — wykrzyknął. — Powiedziała, że chce przemyśleć, tak? I podpisała 

tym swój wyrok śmierci. Gdyby tylko powiedziała o co chodzi od razu, wtedy na dachu… 
Niech mi siostra jeszcze raz powtórzy dokładnie jej słowa.

Powtórzyłam mu.
— Zobaczyła, jak ktoś mógł się tutaj dostać z zewnątrz tak, by nikt go nie zobaczył? 

Idziemy,  Ma   soeur!   Idziemy   na   dach   i   siostra   mi   pokaże,   gdzie   dokładnie   stała   panna 
Johnson.

Poszliśmy razem i pokazałam panu Poirotowi miejsce, gdzie stała panna Johnson.
— Tu, właśnie tu? — spytał Poirot. — Co my stąd widzimy? Widzimy połowę dziedzińca, 

widzimy bramę, drzwi do kreślarni, drzwi do pracowni fotograficznej i pracowni ogólnej. Czy 
ktoś wtedy był na dziedzińcu?

— Ojciec Lavigny szedł właśnie w kierunku bramy, a pan Reiter stał w drzwiach pracowni 

fotograficznej.

— W   dalszym   ciągu   nie   widzę   sposobu,   w   jaki   ktokolwiek   mógłby   wejść   będąc 

niewidoczny… Ale ona zobaczyła… Wreszcie się poddał potrząsając głową.

— Do diabła ciężkiego! Cóż ona zobaczyła?
Słońce   dopiero   wschodziło.   Na   wschodnim   skraju   nieba   malowała   się   istna   orgia 

czerwieni, pomarańczy i odcieni szarości.

— Co za piękny wschód słońca! — westchnął Poirot.
Na lewo od nas wiła się rzeka, wysoki brzeg miał w pierwszych promieniach barwę złota. 

Po stronie południowej kwitły drzewa owocowe i zieleniły się pola. W oddali skrzypiało koło 
młyńskie. Od północy wznosiły się ku niebu strzeliste minarety i bielały mury Hassanieh.

background image

Przepięknie!
I nagle dobiegło mnie z boku westchnienie Poirota.
— Jakimże byłem głupcem! — wyszeptał. — A prawda jest taka oczywista!

background image

S

AMOBÓJSTWO

 

CZY

 

MORDERSTWO

?

Nie   miałam   czasu   zapytać   pana   Poirota,   co   ma   na   myśli,   ponieważ   zaczął   nas   wołać 

kapitan Maitland prosząc, abyśmy zeszli. Pośpieszyliśmy schodami na dziedziniec.

— Są komplikacje, Poirot! — powiedział kapitan Maitland.— Zakonnik zniknął.
— Ojciec Lavigny?
— Nikt tego przedtem nie zauważył. Wreszcie ktoś zwrócił uwagę, że wszyscy już się 

zebrali, a jego do tej pory nie ma, więc poszedłem sprawdzić do pokoju. Łóżko wygląda na 
nietknięte, a po zakonniku ani śladu.

Wszystko to razem zaczynało przypominać senny koszmar. Śmierć panny Johnson, teraz 

zniknięcie ojca Lavigny.

Przesłuchano   służbę,  ale  nikt  nie  potrafił   udzielić  żadnej   pomocnej  informacji.   Po  raz 

ostatni widziano ojca Lavigny około ósmej wieczorem poprzedniego dnia. Powiedział wtedy, 
że wybierze się na spacer przed snem.

Nikt nie widział, by wrócił.
Wielką   bramę   wejściową   jak   zwykle   zamknięto   i   zabezpieczono   na   noc   o   dziewiątej 

wieczorem. Natomiast nikt nie przypominał sobie, by otwierał bramę rano. Z obu służących 
każdy myślał, że to ten drugi odsunął zasuwki.

Czy   więc   ojciec   Lavigny   powrócił   poprzedniego   wieczoru?   Czy   też   może   podczas 

wcześniejszej przechadzki odkrył coś podejrzanego i wyszedł ponownie, aby to zbadać, i stał 
się, być może, trzecią ofiarą?

Kapitan Maitland obrócił się w kierunku zbliżającego się szybko doktora Reilly, za którym 

szła pani Mercado.

— Jak się masz, Reilly? Czego się pan dowiedział?
— Kwas z tutejszej pracowni. Sprawdziliśmy z panem Mercado stan zapasów. To jest na 

pewno stąd.

— Z pracowni? Nie była zamknięta?
Pan Mercado potrząsnął głową. Ręce mu  się trzęsły,  przez twarz przebiegały skurcze. 

Wyglądał jak ruina człowieka.

— Nigdy nie zamykaliśmy — wyjąkał. — Bo widzi pan… teraz to… kwasu przez cały 

czas… i nikomu nie przyszło do głowy…

— A czy na noc zamykacie pomieszczenie na klucz?
— Tak. Wszystkie drzwi są zamykane. A klucze wiszą w pokoju dziennym…
— To   znaczy,   że   gdyby   ktoś   wziął   klucz   do   pracowni,   miałby   dostęp   do   kwasów   i 

wszystkiego?

— Tak.
— Domyślam się, że klucz jest zwyczajny.
— Jak najbardziej.
— Czy możliwe, żeby panna Johnson sama wzięła kwas z pracowni?
— Na pewno nie — wtrąciłam głośno i zdecydowanie. Poczułam ostrzegawcze dotknięcie 

na ramieniu. Poirot stał tuż za mną.

I   nagle   wydarzyło   się   coś   niesamowitego.   To   znaczy   samo   wydarzenie   nie   było 

niesamowite, a jedynie w zestawieniu z naszą rzeczywistością wydawało się jakby z innego 
świata.

Na dziedziniec wjechał samochód i wyskoczył z niego drobny mężczyzna w tropikalnym 

hełmie i krótkiej, grubej kurtce.

Podbiegł prosto do doktora Leidnera, który stał tuż koło doktora Reilly, pochwycił dłoń 

archeologa i energicznie nią potrząsał.

— Vous   voilà,   mon   cher!  —   wykrzyknął.   —   Jestem   szczęśliwy   mogąc   cię   zobaczyć! 

background image

Przejeżdżałem tędy w sobotę po południu, I w drodze do Włochów w Fugimie. Wpadłem na 
wykopalisko, ale nie było tam ani jednego Europejczyka. Helas, nie mówię po arabsku. Nie 
miałem czasu, żeby wpaść do ciebie do domu. Dziś wyjechałem z Fugimy o piątej rano, mam 
dwie godziny na wizytę tutaj, a potem doganiam konwój i dalej w drogę. Eh bien, opowiadaj 
jak idzie praca?

To była scena jak z innego świata.
Ów wesoły, niefrasobliwy głos uzmysłowił nam jak bardzo ostatnie wydarzenia oddaliły 

nas od powszedniej codzienności. Ten człowiek nie zdawał sobie sprawy z tego, co u nas 
zaszło, niczego się nie domyślał ani nie zauważył. Był pełen radości życia.

Nic więc dziwnego, że doktor Leidner tylko się zachłysnął i z niemym błaganiem spojrzał 

na doktora Reilly. Ten stanął na wysokości zadania.

Zabrał na bok drobniutkiego mężczyznę (a dowiedziałam się później, że był to francuski 

archeolog o nazwisku Verrier, który wykonywał prace archeologiczne na wyspach greckich) i 
naświetlił mu całą tę sytuację.

Verrier był przerażony. Przez parę dni przebywał w gościnie u włoskich archeologów, na 

całkowitym luzie, i nic nie słyszał o nieszczęściu.

Zaczął gorąco przepraszać i składać kondolencje, wreszcie powrócił do doktora Leidnera i 

chwycił jego obie dłonie.

— Co za tragedia! Mój Boże, co za tragedia! — powtarzał. — Brak mi słów. Mon pauvre 

collegue!

Potrząsając mocno głową w bardzo nieskutecznej próbie wyrażenia głębi swoich uczuć 

wsiadł do samochodu i odjechał.

Muszę powiedzieć,  że  wdarcie  się na tę  krótką chwilę  elementu  komicznego  w  naszą 

tragedię stworzyło efekt zupełnie makabryczny.

— A   teraz,   proszę   państwa,   trzeba   zjeść   śniadanie!   —   zdecydował   stanowczo   doktor 

Reilly. — Leidner, pan musi coś zjeść!

Biedny   doktor   Leidner   był   całkowicie   załamany.   Poszedł   z   nami   do   jadalni,   gdzie   w 

pogrzebowym nastroju spożyliśmy posiłek. Myślę, że gorąca kawa i smażone jajka dobrze 
wszystkim   zrobiły,   chociaż   właściwie   nikt   nie   miał   wielkiej   ochoty   najedzenie.   Doktor 
Leidner wypił trochę kawy i siedział sztywno, obracając w palcach kawałek chleba. Twarz 
miał zszarzałą, ściągniętą i pełną bólu, a także jakby czymś zdumioną.

Po śniadaniu kapitan Maitland zaczął o wszystko nas wypytywać.
Powiedziałam mu, jak mnie coś obudziło, jak usłyszałam dziwne charczenie i poszłam do 

pokoju panny Johnson.

— Powiedziała siostra, że szklanka była na podłodze?
— Tak, widocznie musiała ją upuścić po wypiciu.
— Potłuczona?
— Szklanka? Nie, była cała. Upadła na kozią skórę. — Dodałam, że kwas wypalił futro. — 

Podniosłam szklankę i postawiłam na stole.

— Bardzo dobrze, że nam to siostra mówi. Na szklance są odciski palców dwóch osób. 

Jedną z nich z pewnością była panna Johnson. Drugą siostra.

Przez chwilę się zastanawiał, a potem poprosił, abym mówiła dalej.
Opowiedziałam dokładnie, co zrobiłam i jakich sposobów próbowałam, żeby ją ratować, a 

mówiąc  zerkałam  w  stronę  doktora  Reilly  oczekując  z  jego  strony aprobaty.   Udzielił   jej 
skinieniem głowy.

— Zrobiła siostra absolutnie wszystko, co mogłoby pomóc — dodał.
A   chociaż   i   bez   jego   potwierdzenia   byłam   tego   pewna,   z   ulgą   przyjęłam   świadectwo 

lekarza.

— Czy siostra wiedziała, co było w szklance? — spytał kapitan Maitland.
— No nie, ale w każdym razie domyślałam się, że to jakiś żrący kwas.

background image

— Jak siostra sądzi, czy panna Johnson świadomie napiła się tego kwasu? — kapitan zadał 

kolejne pytanie bardzo poważnym głosem.

— Ach nie, ani przez chwilę tak nie pomyślałam! — wykrzyknęłam.
Sama   nie   wiem,   dlaczego   byłam   tego   taka   pewna.   Częściowo   z   powodu   uwagi   pana 

Poirota, kiedy powiedział, że morderstwo staje się nawykiem. Dobrze to zapamiętałam. A 
poza   tym   trudno   jest   uwierzyć,   że   ktoś   będzie   popełniał   samobójstwo   w   sposób 
sprowadzający takie cierpienie.

Powiedziałam to kapitanowi, który pokiwał głową.
— Zgadzam się, że takiej śmierci się nie wybiera. W zasadzie. Ale powiedzmy, że dostaje 

się rozstroju nerwowego, pomieszania zmysłów, a pod ręką jest taki środek, to kto wie…

— Żadnego pomieszania u niej nie dostrzegłam — odparłam.
— Pani   Mercado   twierdzi   wprost   przeciwnie.   Mówiła   mi,   że   podczas   kolacji   panna 

Johnson   dziwnie   się   zachowywała.   Że   nie   odpowiadała,   gdy   się   do   niej   zwracano.   Pani 
Mercado jest pewna, że pannę Johnson coś dręczyło i że było właściwie widać, iż myśli o 
samobójstwie.

— Absolutnie w to nie wierzę — odparłam bez ogródek. Pani Mercado! Wstrętna kocica!
— A więc co siostra sądzi?
— Sądzę, że została zamordowana.
Następne pytanie kapitan Maitland wypowiedział ostrym tonem, jakby był w koszarach. 

Tak w każdym razie odczułam.

— Z jakiego powodu? Jakie siostra ma uzasadnienie dla takiego twierdzenia?
— Po prostu wydaje mi się to jedyną możliwością.
— To   jest   tylko   prywatna   opinia   siostry.   Z   jakich   to   powodów   ktoś   miałby   tę   panią 

zabijać?

— Pan kapitan wybaczy, ale jest powód. Panna Johnson coś odkryła.
— Coś odkryła! A co ona odkryła?
Słowo w słowo powtórzyłam rozmowę, jaką miałyśmy na dachu.
— Ale nie powiedziała siostrze, o co konkretnie chodziło?
— Nie. Powiedziała, że musi to jeszcze przemyśleć.
— Ale była tym bardzo poruszona?
— Tak.
— Sposób dostania się z zewnątrz… — Kapitan Maitland zastanowił się głęboko nad tymi 

słowami. — I nie domyśla się siostra do czego panna Johnson zmierzała?

— Nie. Głowiłam się nad tym i głowiłam, ale zupełnie nic mi do głowy nie przyszło.
— A pan co sądzi, panie Poirot?
— Myślę, że jest to prawdopodobny motyw.
— Morderstwa?
— Morderstwa.
Kapitan Maitland zmarszczył brwi.
— Przed śmiercią nie mogła już mówić?!
— Nie, ale udało jej się wykrztusić jedno słowo — odparłam.
— Jakie?
— Okno… okno.
— Okno? — powtórzył kapitan Maitland. — O jakie okno jej chodziło?
Potrząsnęłam głową.
— Ile jest okien w jej pokoju?
— Tylko jedno.
— Wychodzi na dziedziniec?
— Tak.
— Było   zamknięte   czy   otwarte?   Aha,   przypominam   sobie:   otwarte.   Ale   może   ktoś   z 

background image

państwa je otworzył?

— Nie. Było otwarte przez cały czas. Tak sobie myślę… — urwałam.
— No dalej, siostro…!
— Sprawdzałam okno, ale nic nie zauważyłam. Tylko teraz tak sobie myślę, czy nikt nie 

podmienił szklanek przez okno…

— Podmienił szklankę?
— Właśnie.   Bo   widzi   pan,   kapitanie,   przypomniałam   sobie,   panna   Johnson   zawsze 

zabierała ze sobą na noc wodę do picia. Myślę, że może ktoś tę szklankę zabrał, a podstawił 
drugą z kwasem.

— Co pan na to, Reilly?
— Jeśli mamy do czynienia  z morderstwem,  to chyba  właśnie i w ten sposób zostało 

dokonane — odparł natychmiast doktor l Reilly. — Żadna nawet średnio rozgarnięta osoba 
nie   wypije   kwasu   solnego   zamiast   wody,   jeśli   jest   w   pełni   przytomna.   Natomiast   osoba 
przyzwyczajona do wypijania szklanki wody w środku nocy, to zupełnie co innego. Taka 
osoba   rozespana,   albo   nawet   w   półśnie,   sięga   po   omacku   po   szklankę   i   nim   zdoła 
oprzytomnieć wypija sporo płynu, nie zdając sobie w ogóle sprawy z tego, co pije.

Kapitan Maitland zadumał się.
— Muszę tam pójść i obejrzeć to okno. Jak daleko się znajduje od wezgłowia?
— Zastanowiłam się.
— Sięgając głęboko można dotknąć stojącego przy łóżku stolika.
— Stolika, na którym stała szklanka?
— Tak.
— Czy drzwi były zamknięte na klucz?
— Nie.
— A więc zamiany szklanek można by dokonać również wchodząc po prostu drzwiami?
— Oczywiście.
— Ale z tym łączyło się większe ryzyko — powiedział doktor Reilly. — Osoba nawet 

głęboko śpiąca potrafi się obudzić na odgłos stąpania. Jeśli rzeczywiście przez okno można 
dosięgnąć stolika, to jest znacznie bezpieczniej…

— Myślę nie tylko o szklance — powiedział kapitan Maitland z roztargnieniem.
Po chwili jednak skoncentrował się i spytał:
— A więc siostra jest zdania, że ta biedna kobieta, świadoma, że umiera, postanowiła 

przekazać   informację,   iż   ktoś   zamienił   szklanki   korzystając   z   otwartego   okna?   Znacznie 
lepszym sposobem byłoby podać nazwisko sprawcy.

— Mogła go nie znać — odparowałam.
— Albo co innego: mogłaby coś nadmienić na temat swojego odkrycia z poprzedniego 

dnia.

— Kiedy   się   umiera,   Maitland   —   wtrącił   się   doktor   Reilly   —   traci   się   świadomość 

właściwych proporcji. Umysł potrafi być zaprzątnięty jakimś szczegółem. To, że w oknie 
pojawiła się ręka mordercy, mogło być jedynym faktem, który w tym czasie zaprzątał jej 
myśli. Mogła sądzić, że przekazanie tej wiadomości jest niezwykle istotne. I miała rację. To 
było bardzo ważne. Może obawiała się, że siostra pomyśli, że ona popełniła samobójstwo? 
Gdyby   mogła   lepiej   mówić,   to   prawdopodobnie   powiedziałaby:   „Słuchajcie!   To   nie 
samobójstwo. Ktoś musiał postawić koło mnie szklankę sięgając zza okna.”

Kapitan Maitland bębnił palcami po stole w milczeniu. Wreszcie powiedział:
— Można   na   to   patrzeć   różnie.   Albo   samobójstwo,   albo   morderstwo.   Co   pan   sądzi, 

doktorze Leldner?

Doktor Leidner nie od razu odpowiedział. Po dłuższej chwili stwierdził zdecydowanie:
— Morderstwo. Anna Johnson nie należała do kobiet, które by mogły odebrać sobie życie.
— Oczywiście, że nie — zgodził się Maitland. — W normalnych warunkach. Tutaj jednak 

background image

powstały okoliczności, które mogłyby skłonić ją do targnięcia się na własne życie.

Kapitan Maitland schylił się, żeby podnieść z ziemi pakunek, jaki poprzednio położył koło 

swego krzesła. Z pewnym wysiłkiem dźwignął go na stół.

— Tutaj mam coś, o czym państwo nie wiecie — powiedział. — Znaleźliśmy to pod jej 

łóżkiem.

Rozwiązał supeł, odsłonił zawartość i ujrzeliśmy cieżkie żarna.
Nie była to żadna rewelacja, ponieważ podczas kopania znaleziono już wiele podobnych.
Ale naszą uwagę przykuła brunatna plama na kamieniu i coś, co było podobne do resztek 

włosów.

— Robota dla ciebie, Reilly — powiedział Maitland. — Chyba jednak możemy założyć, że 

tym właśnie narzędziem zabito panią Leidner.

background image

N

ASTĘPNA

 

BĘDĘ

 

JA

To było okropne. Doktor Leidner wyglądał, jakby miał za chwilę zemdleć, a i mnie zrobiło 

się słabo.

Doktor Reilly z zawodową pasją oglądał plamę.
— Żadnych odcisków palców oczywiście nie było? — pytał.
— Żadnych.
Doktor Reilly wziął szczypczyki.
— Hm.   Skrawek   ludzkiej  skóry.   I   włos.  Włos   blond.   Mówię   oczywiście   nieoficjalnie. 

Będę musiał wykonać testy. Grupy krwi i tak dalej. Ale właściwie nie ma wątpliwości. I 
znaleziono   to   pod   łóżkiem   panny   Johnson?   Hmm.   A   więc   to   było   tak.   Więc   to   ona   ją 
zamordowała. Potem przyszły wyrzuty sumienia i biedna kobieta, niech Pan Bóg zapewni 
spokój jej duszy, odebrała sobie życie. Ale to tylko teoria! Nawet ładna.

Doktor Leidner bezradnie potrząsnął głową.
— Nie Anna, na pewno nie Anna! — powtarzał.
— Ciekawe tylko, gdzie ona to początkowo schowała — odezwał się kapitan Maitland. Po 

pierwszym morderstwie przeszukaliśmy wszystkie pomieszczenia.

Przyszło mi do głowy, że narzędzie zbrodni mogło być schowane w szafie z materiałami 

kancelaryjnymi. Ale nic nie powiedziałam.

— Nieważne teraz, gdzie schowała. Ważne, że niezadowolona ze schowka, przeniosła to 

do   swojego   pokoju,   który   był   już   przecież   przeszukany.   A   może   dopiero   wtedy,   kiedy 
postanowiła popełnić samobójstwo?

— A ja temu wszystkiemu nie wierzę — powiedziałam głośno.
Po prostu nie mogłam uwierzyć, że ta miła panna Johnson rozwaliła głowę pani Leidner. 

Nie wyobrażałam sobie tego. I jeśli nawet pewne fakty pasowały do tej teorii, na przykład ów 
napad płaczu tamtej nocy, to mimo to nie wierzę. Przecież to ja sama mówiłam o wyrzutach 
sumienia panny Johnson, ale myślałam wówczas o wyrzutach sumienia z powodu czegoś 
znacznie mniej poważnego — jakiegoś drobnego wykroczenia.

— Nie wiem, co o tym sądzić — powiedział kapitan Maitland. — A w dodatku znika nam 

jeszcze francuski zakonnik. To również trzeba wyjaśnić. Moi ludzie przeszukują teren, bo 
możliwe, że ktoś go napadł i ciało stoczyło się do kanału irygacyjnego.

— Ooo, teraz sobie przypominam! — powiedziałam. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku.
— Wczoraj po południu! Ojciec Lavigny wypytywał  mnie o człowieka z zezem, który 

usiłował zajrzeć przez okno. Tego, którego widziałyśmy z panią Leidner. Ojciec Lavigny 
pytał mnie, w którym miejscu ten człowiek stał, i powiedział, że pójdzie rozejrzeć się. W 
powieściach kryminalnych mordercy zawsze coś gubią.

— Niestety, moi nigdy nic nie gubią i nie zostawiają żadnych śladów — smutno zauważył 

kapitan Maitland. — A więc po to poszedł! Na Jowisza, ciekaw jestem, czy coś znalazł. 
Byłby to ciekawy zbieg okoliczności, gdyby prawie w jednym czasie panna Johnson i ojciec 
Lavigny natrafili na wyraźny ślad prowadzący do mordercy.

Po chwili jakby poirytowany dodał:
— Człowiek z zezem? Właśnie! To jakaś tajemnicza postać. Moi ludzie nie mogą natrafić 

na żaden ślad. Ciekawe co się za tym kryje?

— Nie   mogą   go   znaleźć,   ponieważ   nie   ma   zeza   —   odezwał   się   pan   Poirot   bardzo 

spokojnie.

— Chce pan powiedzieć, że udawał? Nie wiedziałem, że zeza można udawać.
— Zez to bardzo pożyteczna wada — odpowiedział nie wprost Poirot.
— Czyżby? Wiele bym dał, żeby wiedzieć, gdzie ten człowiek teraz jest, zezowaty czy też 

nie.

background image

— Moim zdaniem przeszedł syryjską granicę — powiedział Poirot.
— Zawiadomiliśmy punkty graniczne Tell Kotchek i Abu Kemal. I nie tylko te. Wszystkie.
— Myślę, że pojechał przez góry, drogą, którą jeżdżą ciężarówki z kontrabandą.
Kapitan Maitland mruknął:
— Może należy wysłać telegram do Deir ez Zor?
— Już to zrobiłem  wczoraj  informując,  by mieli  baczenie  na samochód,  którego dwaj 

pasażerowie będą wyposażeni w paszporty bez zarzutu.

Kapitan Maitland obrzucił Poirota przenikliwym spojrzeniem.
— Wysłał pan telegram? Dwaj pasażerowie? Poirot skinął głową.
— Są w sprawę zamieszani dwaj mężczyźni.
— Dochodzę do wniosku, panie Poirot, że chowa pan w rękawie parę asów.
Poirot potrząsnął przecząco głową.
— Nie,   nie,   nic   właściwie   nie   chowam.   Prawda   oświeciła   mnie   dopiero   dziś,   kiedy 

obserwowałem wschód słońca. Bardzo piękny wschód słońca.

Chyba nikt nie zauważył, że jest wśród nas pani Mercado. Musiała się wślizgnąć wtedy, 

kiedy zajęci byliśmy tymi okropnymi żarnami.

I teraz nagle bez żadnego ostrzeżenia rozdarła się jak prosię, któremu podrzynają gardło.
— O mój Boże! — wrzasnęła. — Teraz wszystko widzę! Jasne jak słońce! To był ojciec 

Lavigny! Szalony człowiek. Ma religijną manię. Myśli, że wszystkie kobiety są grzeszne. On 
je wszystkie zabija. Najpierw panią Leidner, potem pannę Johnson. Następna będę ja!

Z krzykiem rzuciła się przez pokój i dopadła doktora Reilly czepiając się jego marynarki.
— Ja   tu   nie   zostanę!   Ani   jednego   dnia   dłużej!   Wisi   nad   nami   groźba!   On   się   gdzieś 

ukrywa! Czatuje, czyha! W każdej chwili może zaatakować!

Otworzyła szeroko usta i znów zaczęła się głośno wydzierać.
Pośpieszyłam do doktora Reilly, który pochwycił panią Mercado za przeguby. Trzepnęłam 

ją mocno w każdy policzek i z pomocą doktora Reilly usadziłam w krześle.

— Nikt   pani   nie   zabije   —   powiedziałam.   —   Jest   pani   pod   opieką.   Proszę   spokojnie 

siedzieć. Zachowywać się przyzwoicie. Dość tego!

Przestała krzyczeć. Zamknęła usta i patrzyła na mnie zdumionymi głupimi oczami.
Potem nastąpiło nowe zamieszanie, bowiem weszła Sheila Reilly. Twarz miała bladą i 

bardzo poważną. Podeszła prosto do Poirota.

— Poszłam wcześniej na pocztę i był tam telegram dla pana… Więc go przywiozłam.
— Dziękuję, mademoiselle.
Wziął telegram do ręki, rozerwał kopertę. Sheila Reilly pilnie obserwowała jego twarz. Ale 

ta pozostała nieruchoma. Po przeczytaniu telegramu złożył go starannie i schował do kieszeni.

Pani Mercado też się przyglądała panu Poirot. Zdławionym głosem spytała:
— Czy to… telegram z Ameryki?
— Nie, madame — odparł. — Z Tunisu.
Przez chwilę patrzyła, jakby nie rozumiejąc, a potem z głębokim westchnieniem opadła na 

oparcie krzesła.

— Ojciec   Lavigny   —   powiedziała.—   Miałam   rację.   Zawsze   sądziłam,   że   jest   bardzo 

dziwny. Rzeczy, które mi raz mówił… Przypuszczam, że to szaleniec. — Na chwilę zamilkła, 
a potem dodała: — Będę już spokojna. Ale muszę stąd wyjechać. Możemy pojechać z mężem 
do Domu Gościnnego.

— Cierpliwości, madame — odezwał się Poirot. — Wszystko wyjaśnię.
Kapitan Maitland patrzył na Poirota z wielką ciekawością.
— Uważa pan, że rozwiązał już zagadkę? — spytał. Poirot skłonił się głęboko.
Był to ukłon iście teatralny. Chyba rozzłościł kapitana Maitlanda.
No więc — burknął. — Mówże, człowieku! Poirot jednakże wyznawał inne zasady. Nie 

miałam   wątpliwości,   że   urządzi   nam   prawdziwe   przedstawienie.   Ciekawiło   mnie,   czy 

background image

naprawdę znał już prawdę, czy też się tylko przechwalał.

Detektyw obrócił się do doktora Reilly. — Będzie pan łaskaw, doktorze, zawołać resztę? 

Lekarz zerwał się, by spełnić prośbę.

Wkrótce pozostali członkowie ekspedycji zaczęli przybywać. Najpierw Reiter i Emmott, 

następnie Bill Coleman, wreszcie Ryszard Carey i za nim pan Mercado.

Pan  Mercado   wyglądał   jak  chodząca  śmierć.  Przypuszczam,  że   bał  się   śmiertelnie,   że 

zarzucą mu niefrasobliwość w przechowywaniu niebezpiecznych chemikaliów.

Wszyscy obsiedli stół dookoła podobnie jak za pierwszym  razem po przyjeździe pana 

Poirota. Zarówno Bill Coleman jak i Dawid Emmott wahali się chwilę, spoglądając ku pannie 
Reilly. Stała odwrócona od nich plecami i wyglądała przez okno.

— Krzesło, Sheilo? — spytał Bill.
A Dawid Emmott spytał swym miłym głosem:
— Będziesz łaskawa usiąść, Sheilo?
Obróciła się wówczas i przez dłuższą chwilę przyglądała się obu młodym ludziom. Każdy 

ofiarowywał jej odsunięte od stołu krzesło. Zastanawiałam się, które przyjmie.

W rezultacie odmówiła obu.
— Tutaj   usiądę   —   powiedziała   krótko   i   zajęła   miejsce   na   stołu   w   pobliżu   okna.   — 

Oczywiście, jeśli kapitan Maitland ma nic przeciwko temu, abym została.

Nie wiem, co odpowiedziałby kapitan Maitland, ponieważ Poirot go uprzedził:
— Ależ oczywiście, mademoiselle. Proszę z nami zostać. Jest nawet konieczne, aby pani 

została.

Uniosła brwi.
— Konieczne?
— Takiego słowa użyłem, mademoiselle. Mam kilka pytań, które pragnę pani zadać.
Ponownie uniosła brwi, ale nic już nie powiedziała. Znowu obróciła się w stronę okna, 

jakby chciała podkreślić, że nie obchodzi jej to, co dzieje się w pokoju.

— Może   wreszcie   zajmiemy   się   odkrywaniem   owej   prawdy   —   odezwał   się   kapitan 

Maitland z wyraźną niecierpliwością w głosie. Należał do ludzi czynu. I w chwili obecnej był 
przekonany, że niepotrzebnie traci czas, że powinien być w terenie kierując poszukiwaniami 
ciała ojca Lavigny lub też wysyłając ludzi w celu schwytania i aresztowania mordercy.

Obrzucił też Poirota wzrokiem dalekim od przyjaznego.
Jeśli ten facet ma coś do powiedzenia, to dlaczego, do diabła, jeszcze tego nie mówi? 

Niemalże go słyszałam.

Poirot przyjrzał się nam wszystkim bacznie, a następnie wstał.
Nie wiem,  jakich na początek słów spodziewałam się z jego ust. Z pewnością jednak 

czegoś niesłychanie dramatycznego. Taki był bowiem Poirot.

Nie spodziewałam się jednak zdania po arabsku.
Wypowiedział je powoli i uroczyście, z namaszczeniem, jeśli tak można powiedzieć.
Bismillahi ar rahman ar rahim.
I następnie przetłumaczył je na angielski:
— W imię Allacha, Litościwego i Współczującego.

background image

P

OCZĄTEK

 

PODRÓŻY

— Bismillahi ar rahman ar rahim. Tak mówią Arabowie, kiedy ruszają w podróż. Eh bien

my taże wyruszamy w coś w rodzaju podróży.  Do przeszłości. W przedziwne zakamarki 
ludzkiej duszy. Do tej chwili chyba nigdy nie odczuwałam tego, co nazywane jest „czarem 
Wschodu”. Tak szczerze mówiąc to widziałam jedynie wszechobecny bałagan. Jednakże po 
słowach pana Poirota pojawiła się przed moimi oczami inna wizja. Rozpamiętywałam takie 
nazwy jak Samarkanda i Isfahan, przed oczami pojawiały się twarze brodatych kupców i 
klękające wielbłądy; uginający się pod ciężarem bel tragarze, którzy podtrzymywali ładunek 
sznurową pętlą zarzuconą na głowę, kobiety o farbowanych henną włosach i tatuowanych 
twarzach,   klęczące   nad   Tygrysem   i   piorące   bieliznę,   ich   dziwne   zawodzące   śpiewy   i 
skrzypienie koła wodnego.

Wszystko  to  przecież  już przedtem  widziałam  i słyszałam,  a jednocześnie  jakbym  nie 

dostrzegała i nie doceniała. Ale teraz, nagle, każde wspomnienie nabrało barwy. Zupełnie tak 
jakbym wyjęła z mrocznej szafy jakiś staroć, uniosła do światła i zachwyciła się pięknem 
haftu. Rozejrzałam się po pokoju, w którym siedzieliśmy i odniosłam przedziwne wrażenie, 
że to, co powiedział Poirot, to absolutna prawda — rzeczywiście wybieraliśmy się wszyscy w 
podróż. Ale chociaż byliśmy razem, każdy jechał w innym kierunku.

I patrzyłam na ludzi zebranych wokół stołu też zupełnie inaczej — jakbym widziała ich po 

raz pierwszy, a jednocześnie ostatni. Może to było bardzo głupie, ale właśnie tak czułam.

Pan Mercado nerwowo splatał palce spoglądając swymi wyblakłymi oczami na Poirota. 

Pani  Mercado  wpatrywała   się  w  swego  męża.  Miała   dziwnie  czujny wzrok  — tygrysicy 
szykującej się do skoku. Doktor Leidner jakby się skurczył, zrobił się mniejszy. Ostatni cios 
zupełnie go przygniótł. Można było nawet powiedzieć, że był jakby nieobecny, znajdował się 
gdzieś daleko, w sobie tylko znanym świecie. Bill Coleman spoglądał prosto na Poirota. Miał 
lekko otwarte usta i nieco wybałuszone oczy. Właściwie to wyglądał niesłychanie głupio. Pan 
Emmott wpatrywał się w swoje stopy i dobrze nie widziałam jego twarzy. Reiter sprawiał 
wrażenie   człowieka   bezgranicznie   zdumionego.   Usta   zwinął   w   świński   ryjek,   przez   co 
bardziej niż kiedykolwiek przypominał prosiaka. Panna Reilly uparcie wyglądała przez okno. 
Nie miałam pojęcia, co czuje albo co myśli. Spojrzałam na pana Careya i to, co ujrzałam w 
jego twarzy, sprawiło mi ból, więc odwróciłam wzrok. Pomyślałam sobie, że kiedy pan Poirot 
skończy mówić, każde z nas będzie już nieco inne. Przedziwne uczucie…

Poirot mówił spokojnie, nie przerywając. Jego słowa były jak rzeka spokojnie płynąca 

między dwoma brzegami, dążąca hen do morza…

— Od samego początku uważałem — mówił pan Poirot — że aby zrozumieć to, co się 

wydarzyło, nie należy szukać fizycznych śladów, ale poszlak subtelniejszych, wynikających 
ze zderzenia charakterów i tajemnic serc.

— I   chciałbym   na   wstępie   wyjaśnić,   że   chociaż   w   moim   przekonaniu   znalazłem 

prawdziwe rozwiązanie zagadki, nie posiadam konkretnych dowodów. Wiem jednak, że tak 
jest, ponieważ tak musi być, bowiem inaczej nic do siebie nie pasuje: ani fakty ani miejsca. 
Dlatego też moja wersja wydarzeń jest jedyną logiczną.

Zamilkł na chwilę, by zaraz wznowić opowieść: Rozpocznę moją podróż od chwili, kiedy 

włączyłem się do sprawy, kiedy mi ją przedstawiono jako czyn już dokonany. Moim zdaniem 
każda tego typu sprawa ma swój kształt i formę. W tej konkretnej wszystko obracało się 
wokół osobowości pani Leidner. Wiedziałem, że póki nie dowiem się, jaką naprawdę kobietą 
była pani Leidner, nie dotrę do motywów i osoby mordercy. Tak więc punktem wyjścia była 
osobowość pani Leidner. Istniało tu jeszcze jedno ciekawe zjawisko natury psychologicznej. 
Opisany mi przedziwny stan napięcia, jaki istniał wśród członków ekspedycji. Potwierdzali to 
liczni świadkowie. Niektórzy nawet spoza zespołu. I chociaż stwierdzenie powyższego nie 

background image

mogło stanowić punktu wyjścia do dalszych poszukiwań, to jednak postanowiłem mieć je 
przez   cały   czas   na   uwadze.   Według   powszechnej   opinii   bezpośrednim   źródłem   napięcia 
panującego między członkami ekspedycji miała być pani Leidner, ale z powodów, które nieco 
później wyjaśnię, nie mogłem się z tym całkowicie zgodzić.

Jak już powiedziałem, na samym początku skoncentrowałem się wyłącznie na osobowości 

pani Leidner.  Docierałem  na różny sposób do faktów. Przede  wszystkim  miałem  reakcje 
licznych osób, różne w zależności od temperamentu i charakteru moich rozmówców. No i 
własne obserwacje i wnioski wypływające z tych reakcji. Oczywiście ograniczone, bo, jak to 
się mówi, otrzymywałem informacje z drugiej ręki. Niemniej dowiedziałem się paru istotnych 
rzeczy.

Pani Leidner miała bardzo skromne wymagania. Ktoś nawet powie, że żyła w niezwykle 

spartańskich warunkach. Zdecydowanie nie należała do luksusowych kobiet. Z drugiej strony 
ostatni   haft,   który   wykonywała,   świadczył   o   wybornym   smaku   i   wyrobionym   poczuciu 
piękna.   Wskazywało   to   na   kobietę   o   zmyśle   artystycznym.   Z   książek   w   jej   pokoju 
wyciągnąłem kolejny wniosek. Była to kobieta bardzo inteligentna, a także, pozwolę sobie 
powiedzieć, wielka egoistka.

Sugerowano, że pani Leidner była kobietą, której podstawowym celem było uwodzenie 

płci przeciwnej, innymi słowy, że była zmysłowa. Nie podzielałem tego zdania.

W   jej   sypialni   zauważyłem   następujące   książki:   „Kim   byli   Grecy”,   „Wstęp   do   teorii 

względności”, „Życie lady Hester Stanhope”, „Powrót do Matuzalema”, „Linda Condon”, 
„Crewe   Traine”.   Interesowała   ją   kultura   i   nauki   społeczne.   Była   więc   wyrobiona 
intelektualnie.   Dwie   powieści,   „Linda   Condon”   i   „Crewe   Traine”,   wskazywały,   że   pani 
Leidner   interesuje   się   problemem   kobiet   niezależnych,   samodzielnych,   nie   dających   się 
wciągnąć   w   pułapki   zastawiane   przez   płeć   przeciwną,   nie   obciążonych,   jeśli   tak   wolno 
powiedzieć, związkiem z mężczyznami. Była także zainteresowana osobowością lady Hester 
Stanhope. Ale trzeba również pamiętać, że „Linda Condon” jest misternym studium kobiety 
zakochanej w swojej urodzie. „Crewe Traine” z kolei studium namiętności indywidualistki. 
„Powrót   do   Matuzalema”   opowiada   się   raczej   za   intelektualnym   niż   emocjonalnym 
podejściem do życia. Poczułem, że zaczynani rozumieć panią Leidner. Następnie zacząłem 
analizować reakcje osób z najbliższego jej otoczenia.  I mój  obraz zmarłej  kobiety zaczął 
nabierać barw. Na podstawie słów doktora Reilly i innych stało się dla mnie jasne, że pani 
Leidner należała do kobiet obdarzonych przez naturę nie tylko urodą, ale i fatalną, zgubną 
magią,   która   często   towarzyszy   urodzie,   ale   może   też   istnieć   od   niej   niezależnie.   Takie 
kobiety   pozostawiają   na   ścieżce   swojego   życia   tragiczne   wydarzenia.   Sprowadzają 
nieszczęścia, czasami na innych, często na siebie.

Doszedłem do wniosku, że pani Leidner była kobietą, która przede wszystkim uwielbiała 

siebie,   a   także   ponad   wszystko   ceniła   sobie   panowanie   nad   innymi.   Gdziekolwiek   się 
pojawiła, musiała być ośrodkiem zainteresowania. Manipulowała mężczyznami i kobietami 
podporządkowując ich sobie. Z niektórymi szło jej niesłychanie łatwo. Na przykład siostra 
Leatheran, kobieta dobra i szlachetna, pełna romantycznych wyobrażeń, dała się natychmiast 
pochwycić w sidła i gotowa była wystawiać pani Leidner entuzjastyczną opinię. Był jeszcze 
inny sposób, jakim pani Leidner utrwalała swoje panowanie. Strach. Jeśli podbój okazywał 
się zbyt łatwy, pani Leidner ujawniała okrutniejsze cechy charakteru. Chciałbym tu jednak 
zdecydowanie   podkreślić,   że   nie   było   to   w   żadnym   wypadku   świadome   okrucieństwo. 
Postępowała żywiołowo, zgodnie ze swoją naturą, tak jak kot kiedy bawi się z myszką. Tam, 
gdzie wchodziło w grę działanie świadome, pani Leidner była dobra i życzliwa, a często 
wychodziła wprost z siebie, żeby być pomocna innym ludziom.

Pierwszym   i   podstawowym   problemem   domagającym   się   rozwiązania   była   sprawa 

anonimowych listów. Kto je pisał i po co? Zadałem sobie pytanie: czy ich autorką była sama 
pani Leidner? Abym mógł na to odpowiedzieć, musiałem wykonać, jak to się mówi, podróż w 

background image

czasie. Cofnąć się do okresu pierwszego małżeństwa pani Leidner. I właściwie od tamtych dni 
powinniśmy teraz rozpocząć naszą wspólną wyprawę. Wyprawę poprzez życie pani Leidner.

Przede wszystkim  musimy zrozumieć,  że Luiza  Leidner  tamtych  lat była  właściwie tą 

samą kobietą, którą poznaliście.

Wówczas tylko była bardzo młoda i bardzo piękna. Miała tę samą olśniewającą urodę, 

która   podbijała   dusze   mężczyzn   i   opanowywała   ich   zmysły   znacznie   silniej   i   bardziej 
bezwzględnie   niż   najpiękniejszy   przedmiot   na   świecie.   A   już   wtedy   Luiza   Leidner   była 
egoistką.

Tego   rodzaju   kobiety   odstręcza   instytucja   małżeństwa.   Mężczyźni   stanowią   wielką 

atrakcję, to prawda, ale one wolą niezależność. Jak  La Belle Dame sans Merci  z legendy. 
Niemniej pani Leidner wyszła za maż. I należy założyć, że jej mąż miał silny charakter.

Jednakże pani Leidner dowiedziała się o jego hańbiącej zdradzie. Zareagowała wówczas 

tak, jak to opowiedziała siostrze Leatheran. Zawiadomiła władze, że jej mąż jest niemieckim 
szpiegiem.

Pozwalam sobie wysunąć hipotezę, że postępowanie Leidner ma podtekst psychologiczny. 

Powiedziała mianomwicie siostrze Leatheran, że była dziewczyną pełną ideałów i patriotką, 
co też pchnęło ją ku decyzji zadenuncjowania męża. Znanym jest jednak faktem, że każdy z 
nas   ma   skłonności   do   oszukiwania   samego   siebie.   Instynktownie   wybieramy   najlepiej 
brzmiącą wersję. Pani Leidner być może nawet wierzyła, że działa z pobudek patriotycznych, 
ja  natomiast   uważam,  że  było   to  nieświadome  pragnienie  pozbycia   się  męża.  Nie  mogła 
ścierpieć   męskiej   dominacji   ani   faktu   przynależności   do   kogokolwiek.   Pani   Leidner   nie 
znosiła   grania   drugich   skrzypiec.   Wybrała   więc   ową   patriotyczną   drogę   do   odzyskania 
wolności.

Jednakże podświadomie coś ją gryzło. Poczucie winy, które następnie miało odegrać rolę 

w jej przeznaczeniu.

A   teraz   przejdźmy   do   kwestii   listów!   Pani   Leidner   miała   wielkie   powodzenie   u   płci 

brzydkiej. Wielokrotnie też podobali się jej różni mężczyźni. W każdym wypadku jednakże 
list z groźbami ucinał romans. Kto pisał te listy? Fryderyk Bosner? Jego brat, Wiliam? Czy 
też sama pani Leidner?

Każda z tych wersji jest możliwa. Wydaje mi się jasne, że pani Leidner była kobietą, która 

wywołuje u mężczyzn pragnienie służenia jej. Oddanie, które prowadzi do obsesji. I mogę 
uwierzyć we Fryderyka Bosnera, dla którego jego żona, Luiza, znaczyła więcej niż cokolwiek 
innego na świecie. Zdradziła go. Bosner nie odważył się ujawnić, niemniej postanowił, że 
skoro   nie   może   być   jego,   pozostanie   niczyja.   Wolał   jej   śmierć   niż   poślubienie   innemu 
mężczyźnie.

Można też przypuszczać, że skoro pani Leidner kryła w głębi duszy niechęć do wejścia w 

związki   małżeńskie,   uznała   historię   o   anonimach   za   sposób   wybrnięcia   z   niezręcznych 
sytuacji. Była jak myśliwy, który dopadłszy ofiary, nie wie co z nią począć. W poszukiwaniu 
emocjonującego   i   bogatego   życia   wynalazła   sobie   bardzo   wygodny   rekwizyt: 
zmartwychwstałego   męża,   który  uniemożliwia   ślub.  Zaspokajało   to   jej   potrzebę   dramatu. 
Czyniło z niej romantyczną postać. Tragiczną heroinę. I pozwalało nie wychodzić powtórnie 
za mąż.

Ten stan rzeczy trwał przez wiele lat. Ilekroć powstawała groźba małżeństwa, nadchodził 

list z pogróżkami.

Zbliżamy się jednak do nowej interesującej sytuacji. Na scenie pojawia się doktor Leidner. 

I   żaden   list   nie   nadchodzi.   Nic   nie   stoi   na   przeszkodzie   stania   się   panią   Leidner.   List 
nadchodzi dopiero po ślubie!

Natychmiast zadajemy sobie pytanie: dlaczego? Rozpatrzmy kolejno różne teorie.
Jeśli   to   pani   Leidner   sama   do   siebie   pisała   listy,   odpowiedź   jest   łatwa.   Pani   Leidner 

zapragnęła wyjść za mąż za doktora. No i wyszła. Ale w tym wypadku powstaje pytanie: 

background image

czemu pisała listy po ślubie? Czy tak pragnęła owej emocji i bogatego życia, że się nie mogła 
oprzeć pokusie? I jeszcze, czemu nadeszły tylko dwa listy? Potem przez półtora roku cisza, aż 
do teraz.

Oto druga teoria: listy pisał Fryderyk Bosner (albo jego brat). Dlaczego listy z groźbą 

przyszły po ślubie? Przecież Fryderyk  nie życzył  sobie, by wyszła za mąż. Dlaczego nie 
przeszkodził małżeństwu? Przecież  tak dobrze mu  się to udawało poprzednio. I dlaczego 
wznowił groźby, skoro odczekał, aż ślub się odbył?

Odpowiedź,   choć   niezbyt   zadowalająca,   brzmi,   że   z   jakiegoś   powodu   nie   mógł 

interweniować wcześniej. Może przebywał w więzieniu, może go nie było w kraju?

Należy   teraz   rozpatrzyć   sprawę  otrucia   gazem.   Wydaje   się   mało   prawdopodobne,   aby 

mógł to spowodować ktoś z zewnątrz. Osobami, które to mogły zaaranżować byli jedynie 
doktor Leidner i jego żona. Nie widzę logicznego powodu, dla którego miałby to zrobić 
doktor.   Płynie   stąd   wniosek,   że   autorką   i   reżyserką   pomysłu   była   pani   Leidner.   Po   co? 
Pragnęła więcej emocji?

Następnie doktor Leidner z małżonką wyjeżdżają za granicę i przez osiemnaście miesięcy 

prowadzą szczęśliwe, spokojne życie. Są przeświadczeni, że zatarli za sobą ślady, ale jest to 
przypuszczenie absurdalne. W naszych czasach wyjazd za granicę nie wystarcza, aby zmylić 
ewentualnego   prześladowcę.   Zwłaszcza   w   przypadku   Leidnerów.   Doktor   Leidner   był 
kierownikiem ekspedycji. Zadając jedno proste pytanie w muzeum Fryderyk Bosner mógłby 
uzyskać adres. Nawet zakładając, że miał ograniczone możliwości poruszania się, nic mu nie 
przeszkadzało wysyłać kolejne listy. A wydaje mi się, że człowiek, którym rządzi obsesja, nie 
zrezygnowałby z tego.

Tymczasem nic o nim nie słychać prawie przez dwa lata. Nagle listy znowu nadchodzą.
Dlaczego?
To jest trudne pytanie, ale najłatwiej na nie odpowiedzieć zakładając, że to pani Leidner 

się znudziła i pragnęła nowych emocji. Ale ja nie byłem zadowolony z takiej odpowiedzi. 
Wydawało   mi   się   to   zbyt   wulgarne   i   niedojrzałe   w   zestawieniu   z   jej   wybredną   i 
skomplikowaną osobowością.

Na razie pytanie pozostawimy bez odpowiedzi.
Były trzy możliwości: pierwsza, że listy pisała sama pani Leidner; druga, że ich autorem 

był Fryderyk Bosner lub jego brat; wreszcie trzecia, że choć tamte dawne listy były pisane 
albo przez panią Leidner, albo przez Fryderyka czy Wiliama Bosnera, to obecne pisała trzecia 
osoba wiedząca o poprzednich.

Zajmijmy się teraz otoczeniem pani Leidner.
Najpierw sprawdziłem możliwości. Jaką możliwość popełnienia morderstwa miał każdy z 

członków ekspedycji.

Właściwie  mógł  to być  każdy (jeśli idzie  o okazję), z wyjątkiem  trzech osób. Doktor 

Leidner ani na chwilę nie zszedł z dachu, co potwierdzają liczni świadkowie. Pan Carey miał 
dyżur przy wykopalisku. Pan Coleman zaś był w Hassanieh.

Ale owe alibi, moi przyjaciele, wcale nie są niepodważalne, jak może się wydawać na 

pierwszy rzut oka. Z wyjątkiem doktora Leidnera. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że przez 
cały   czas   przebywał   na   dachu   i   zszedł   dopiero   w   pięć   kwadransów   po   popełnieniu 
morderstwa.

Czy   jednak   możemy   być   pewni,   że   pan   Carey   przez   cały   czas   przebywał   przy 

wykopalisku? I że pan Coleman był rzeczywiście w Hassanieh w chwili popełnienia zbrodni?

Bill Coleman poczerwieniał, otworzył usta, zamknął je i niepewnie rozejrzał się wokół. )
Poirot kontynuował z niezmąconym spokojem: — Brałem pod uwagę jeszcze jedną osobę, 

która, jak się upewniłem, byłaby zdolna popełnić morderstwo pod wpływem silnych emocji. 
Panna   Reilly   ma   odwagę,   inteligencję   i   charakteryzuje   ją   pewna   bezwzględność.   Kiedy 
rozmawiała ze mną na temat pani Leidner, powiedziałem do niej żartem, że mam nadzieję, iż 

background image

posiada alibi. Wydaje mi się, że panna Reilly zdawała sobie sprawę ze swej podświadomej 
chęci usunięcia pani Leidner. Na moje żarty odpowiedziała bardzo niemądrym i bezcelowym 
kłamstwem.   Twierdziła,   że   tego   popołudnia   grała   w   tenisa.   Następnego   dnia   odkryłem 
podczas przypadkowej rozmowy z panną Johnson, że panna Reilly nie tylko nie grała w 
tenisa, ale w czasie, gdy popełnione było morderstwo, znajdowała się w pobliżu tego domu. 
Przyszło mi do głowy, że choć panna Reilly nie jest winna zbrodni, mogłaby powiedzieć mi 
coś użytecznego.

Poirot przerwał opowieść i zwrócił się cichym głosem do dziewczyny:
— Czy   powie   nam   pani,   co   pani   zobaczyła   owego   popołudnia?   Sheila   nie   od   razu 

odpowiedziała.   Nadal   patrzyła   przez   okno   nie   odwracając   głowy,   a   kiedy   się   wreszcie 
odezwała, mówiła obojętnie, ale z rozwagą.

— Po lunchu pojechałam do wykopaliska. Dotarłam tam chyba za kwadrans druga.
— Czy spotkała pani któregoś ze swoich przyjaciół?
— Nie, nie było nikogo oprócz arabskiego brygadzisty.
— Więc nie spotkała pani pana Careya?
— Nie.
— Ciekawe   —   powiedział   pan   Poirot.   —   Nie   spotkał   go   również   pan   Verrier,   kiedy 

przyjechał tam tego samego popołudnia.

Poirot spojrzał pytająco na pana Careya, ale ten nie poruszył się i nie odezwał.
— Czy może pan to wyjaśnić, panie Carey?
— Poszedłem na spacer. Nie działo się nic interesującego.
— W jakim kierunku pan się udał?
— Nad rzekę.
— Nie w stronę domu?
— Nie.
— Przypuszczam, że nad rzeką czekał pan na kogoś, kto się nie pojawił? — odezwała się 

panna Reilly.

Spojrzał na nią wymownie, ale nic nie powiedział. Poirot nie nalegał dalej. Raz jeszcze 

zwrócił się do dziewczyny:

— Czy jeszcze coś pani zaobserwowała?
— Tak. Byłam już niedaleko domu ekspedycji, kiedy zobaczyłam ciężarówkę należącą do 

ekspedycji stojącą w wadi.

— W wadi? W wyschniętym korycie rzeki?
— Tak.   Widziałam   pana   Colemana.   Szedł   powoli   z   głową   opuszczoną,   jakby   czegoś 

szukał.

— Chwileczkę!   —   przerwał   pan   Coleman.   —   Ja…   Poirot   uciszył   go   zdecydowanym 

gestem.

— Proszę poczekać! No i co, rozmawiała pani z nim, panno Reilly?
— Nie. Nie rozmawiałam.
— Dlaczego? Odpowiedziała bardzo powoli:
Ponieważ od czasu do czasu podnosił głowę ł rozglądał się dokoła, jakby chciał sprawdzić, 

czy nikt go nie widzi. Sprawiał bardzo dziwne wrażenie. Zawróciłam konia i odjechałam. 
Chyba mnie nie spostrzegł. Na szczęście za bardzo się nie zbliżyłam, a on był pochłonięty 
tym, co robił.

— Teraz ja powiem! — nie wytrzymał pan Coleman. — Mogę wytłumaczyć… tę scenę, 

która,   zgadzam   się   z   tym,   pozornie   wydaje   się   dziwna.   Otóż   poprzedniego   dnia   na 
wykopalisku   włożyłem   do   kieszeni   rewelacyjną   pieczęć   cylindryczną   i   zapomniałem   ją 
odnieść do magazynu. A później zobaczyłem, że nie mam jej w kieszeni. Pomyślałem sobie, 
że   mi   wypadła,   kiedy   ją   niosłem.   Nie   chciałem   tego   rozgłaszać,,   obawiałem   się 
nieprzyjemności, więc postanowiłem sam jej szukać. Byłem pewny, że wypadła mi z kieszeni 

background image

w   drodze   z   wykopaliska   albo   w   drodze   na   wykopalisko.   Załatwiłem   szybko   interesy   w 
Hassanieh,   chłopaka   posłałem   po   sprawunki   i   wróciłem.   Zostawiłem   wóz   w   osłoniętym 
miejscu i przez ponad godzinę łaziłem szukając. Niestety nie znalazłem tej cholernej pieczęci. 
Wsiadłem do wozu i zajechałem na dziedziniec. No i wszyscy myśleli, że wracam prosto z 
Hassanieh.

— Nie wyprowadził ich pan z błędu? — spytał Poirot słodziutko.
— W sytuacji, jaka powstała, nie uważałem tego za wskazane, to chyba zrozumiałe?
— Trudno mi podzielać pańską opinię — odparł Poirot.
— Niech pan da spokój! Moje motto brzmi zawsze „nie szukaj guza”. Nic mi pan nie 

przyczepi, panie Poirot. Nie wchodziłem w ogóle na dziedziniec i nie znajdzie pan żadnego 
świadka, który mógłby twierdzić coś podobnego.

— W tym leży pewna trudność — powiedział Poirot. — Służący stwierdzają, że nikt nie 

wszedł   na   dziedziniec   z   zewnątrz.   Ale   po   zastanowieniu   wpadło   mi   do   głowy,   że   oni 
właściwie  nie to mieli  na myśli.  Przysięgali,  że  nikt obcy nie wszedł na  podwórko. Nie 
zadano im pytania, czy wchodzili członkowie ekspedycji.

— No to niech ich pan zapyta! — rzucił wyzywająco Coleman. — Zjem mój kapelusz, 

jeśli widzieli mnie lub Careya.

— Niestety   powstaje   kolejna   wątpliwość.   Służący   bez   wątpienia   zwróciliby   uwagę   na 

obcego. Ale czy zauważyliby członka ekspedycji? Ci przecież kręcą się przez cały dzień. 
Służący tego nie zapamiętują, właściwie nie dostrzegają. Uważam, że jest możliwe, by pan 
Coleman czy pan Carey wszedł i by żaden ze służących tego nie zapamiętał.

— Bzdura! — odparł pan Coleman.
— Z obu panów większą szansę przejścia bez zauważenia miał pan Carey — spokojnie 

kontynuował Poirot. — Pan Coleman rano wyjechał do Hassanieh samochodem i miał wrócić 
po południu. Gdyby po prostu wszedł na dziedziniec, byłby raczej zauważony.

— Bez wątpienia! — wykrzyknął pan Coleman.
Ryszard Carey uniósł głowę. Niebieskie oczy wbił w Poirota.
— Czy oskarża mnie pan o popełnienie morderstwa, panie Poirot? — spytał spokojnie, ale 

w głosie zabrzmiała niebezpieczna nuta.

Poirot skłonił się w jego kierunku.
— Chwilowo zabieram wszystkich państwa w podróż. W podróż do krainy prawdy. Na 

razie ustaliliśmy jeden niezbity fakt, a mianowicie, że wszyscy, dosłownie wszyscy, w tym 
także   siostra   Leatheran,   mogą   być   podejrzani,   ponieważ   mieli   fizyczną   sposobność 
popełnienia   przestępstwa.  Jest  sprawą  zupełnie  drugorzędną,  czy  jest  prawdopodobne,  by 
niektórzy z podejrzanych to uczynili.

Ja po prostu sprawdziłem sposobność. Następnie przeszedłem do sprawy motywu zbrodni i 

doszedłem do wniosku, że każdy z tutaj obecnych miałby powody owej zbrodni dokonać

— Ach, panie Poirot! — wykrzyknęłam. — Chyba nie ja? Jestem osobą obcą. Dopiero co 

przyjechałam!

— Eh bien, ma soeurt Czy właśnie nie tego pani Leidner się obawiała? Osoby z zewnątrz?
— Ale…   ale,   przecież   doktor   Reilly   wszystko   o   mnie   wiedział!   To   właśnie   on 

zaproponował mi przyjazd tutaj…!

— Co tak naprawdę wiedział o siostrze? Głównie to, co mu siostra sama opowiedziała! 

Nie raz oszustki przedstawiały się jako pielęgniarki.

— Może pan napisać do szpitala Świętego Krzysztofa! — zaczęłam.
— Chwilowo proszę siedzieć cicho! — powiedział surowo. — Niepodobna kontynuować 

całej sprawy, kiedy siostra ze mną tak polemizuje. Wcale nie powiedziałem, że siostrę nadal 
podejrzewam! Powiedziałem tylko, że, jak to się mówi, mając umysł otwarty na wszystkie 
możliwości, nie wykluczałem, że siostra mogła być kimś innym, a nie osobą, za którą się 
podawała. Kobiety doskonale potrafią stroić się w cudze  piórka! Można tak powiedzieć? 

background image

Świetnie   umieją   udawać   mężczyzn.   I   odwrotnie.   Młody   Wiliam   Bosner   mógł   udawać 
kobietę?

Miałam wielką ochotę powiedzieć mu coś do słuchu. Ja jako mężczyzna przebrany za 

kobietę! Też pomysł! Ale Poirot podniósł głos i z takim ferworem zaczął mówić dalej, że 
zrezygnowałam.

— A teraz, proszę państwa, będę brutalnie szczery! Jest to absolutnie konieczne. Odsłonię 

wszystkie i tajemne sprawki.

Niezbyt   dobrze   zrozumiałam,   co   chciał   powiedzieć   w   tej   swojej   dziwnej   czasami 

angielszczyźnie.

— Zastanawiałem   się   nad   każdym   z   tutaj   obecnych.   Dokładnie   mu   się   przyjrzałem. 

Zacząłem od doktora Leidnera  i wkrótce stwierdziłem,  że miłość do żony była…, jak to 
powiedzieć,   istotą   jego   egzystencji.   Stał   się   człowiekiem   rozdartym   przez   miłość   i 
niszczonym przez rozpacz. O siostrze Leatheran już mówiłem. Jeśli była kimś innym i tylko 
udawała, to chapeau bas! Mamy do czynienia z wielką artystką. Założyłem więc, że jest tylko 
tym, kim zdaje się być: bardzo kompetentną pielęgniarką.

— Zdaje się, że powinnam być za to wdzięczna — odparłam z goryczą.
— Moją   uwagę   natychmiast   przyciągnęli   pan   i   pani   Mercado.   Oboje   ujawniali   wielki 

niepokój wewnętrzny i znajdowali się w stanie ciągłego napięcia. Najpierw zająłem się panią 
Mercado. Czy jest to osoba zdolna popełnić morderstwo, a jeśli tak, to z jakich powodów.

Pani Mercado jest delikatnej budowy. Na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, by 

miała siłę zadać cios ciężkim kamiennym przedmiotem. Gdyby jednak na przykład klęczała, 
to stawało się to już fizycznie możliwe. Jedna kobieta potrafi niekiedy skłonić drugą, by ta 
uklękła. Nie potrzeba żadnych  tam emocjonalnych  sztuczek. Można poprosić o przysługę 
podpięcia szpilką skraju sukni.

No a motyw? Siostra Leatheran mówiła mi o pełnych nienawiści spojrzeniach, jakie pani 

Mercado posyłała pani Leidner. Można założyć, że jej mąż łatwo uległ i wpadł do sieci pani 
Leidner. Jednakże nie sądziłem,  aby tę zbrodnię można było wyjaśnić  zazdrością. Byłem 
pewien, że pani Leidner absolutnie nie interesowała się panem Mercado, a pani Mercado 
musiała być tego świadoma. Mogła być wściekła na panią Leidner, ale morderstwo wymaga 
większej   prowokacji.   Pani   Mercado   jest   osobą   o   silnie   rozwiniętym   instynkcie 
macierzyńskim.  Ze sposobu, w jaki patrzyła  na męża, wywnioskowałem,  że nie tylko  go 
kocha, ale byłaby gotowa walczyć  o niego. Co więcej: że zakładała możliwość stoczenia 
takiej walki. Zawsze była czujna i niespokojna. Niepokój nie dotyczył własnej osoby. A kiedy 
przyjrzałem się bliżej panu Mercado, łatwo odkryłem źródło problemu. Pan Mercado jest 
narkomanem i to zaawansowanym, jeśli tak można powiedzieć.

Chyba nie muszę państwu mówić, że dłuższe zażywanie narkotyków powoduje znaczne 

stępienie   zasad   moralnych.   Pod   wpływem   narkotyków   człowiek   potrafi   popełniać   czyny, 
jakich by nigdy nie dokonał wcześniej, zanim zaczął je zażywać. W wielu wypadkach ludzie 
popełniali morderstwa i trudno było powiedzieć, czy zachowywali świadomość tych czynów i 
czy byli za nie w pełni odpowiedzialni. Co do tego ostatniego prawodawstwa różnych krajów 
różnie   się   ustosunkowują.   Cechą   charakterystyczną   przestępców–narkomanów   jest   ich 
absolutne przekonanie o własnym sprycie.

Pomyślałem sobie, iż jest rzeczą możliwą, że w przeszłości pana Mercado zaistniała jakaś 

sprawa lub incydent, który pani Mercado udało się ukryć! Jednakże gdyby rzecz wydała się, 
kariera pana Mercado zawisłaby na włosku. Pani Mercado była więc niesłychanie czujna. 
Miała niestety do czynienia z panią Leidner, kobietą inteligentną i żądną władzy. Może nawet 
skłoniła nieszczęśnika, by się jej zwierzył. Uzyskanie władzy nad człowiekiem przez wejście 
w posiadanie jego tajemnicy, której ujawnienie miałoby katastrofalne skutki, sprawiłoby jej 
dużą przyjemność.

Mamy oto możliwą motywację morderstwa. Byłem pewny, że pani Mercado nie zawaha 

background image

się   przed   niczym   byle   ochronić   męża.   Oboje   zresztą   mieli   sposobność.  W   czasie   owych 
dziesięciu minut, kiedy nikogo nie było na dziedzińcu.

— To nieprawda! — wykrzyknęła pani Mercado. Poirot nie zwrócił na nią uwagi.
— Następnie   wziąłem   pod   lupę   pannę   Johnson   —   kontynuował.   —   Czy   była   zdolna 

popełnić morderstwo? Moim zdaniem tak. Panna Johnson to osoba o silnej woli i żelaznej 
samokontroli. Tacy ludzie nieustannie się hamują i powstrzymują, ale pewnego dnia tama 
pęka. Jeśli jednak panna Johnson miała popełnić tę zbrodnię to jedynie w związku z panem 
Leidnerem. Gdyby panna Johnson doszła na przykład do wniosku, że żona niszczy życie 
doktora, to skrzętnie ukrywana nawet przed sobą samą zazdrość mogłaby się nagle ujawnić, 
stanowiąc dostateczną  motywację  do popełnienia  morderstwa.  Tak, panna Johnson mogła 
wchodzić w grę!

Mamy jeszcze trzech młodych panów. Najpierw Carl Reiter. Jeśliby jednym z członków 

ekspedycji miał być Wiliam Bosner, to Reiter najbardziej pasował do tej roli. Ale musiałby 
być  jednocześnie doskonałym  aktorem. Gdyby natomiast Carl Reiter był  jedynie sobą, to 
jakie mógłby mieć powody do dokonania zbrodni?

Z   punktu   widzenia   pani   Leidner   Reiter   stanowił   zbyt   łatwą   zdobycz   dla   prawdziwej 

sportsmenki. Był przecież gotów paść przed nią plackiem i głośno wielbić. Pani Leidner nie 
znosiła tak prostackiej adoracji. Widok mężczyzny na kolanach budzi w kobietach najgorsze 
emocje.   Trudno   zaprzeczać,   że   pani   Leidner   okazywała   wobec   Carla   Reitera   świadome 
okrucieństwo. Tu szyderstwo, tam kpina. Zamieniła życie młodego człowieka w piekło.

Poirot nagle przerwał opowieść i zwrócił się do Carla Reitera konfidencjonalnym tonem:
— Niech to będzie dla pana nauczką,  mon ami! Jest pan mężczyzną, niech więc się pan 

zachowuje po męsku! To jest przeciwko naturze, żeby samiec się czołgał. Kobiety reagują 
zgodnie z naturą. Niech pan pamięta, że w takich sytuacjach najlepiej jest wziąć najpełniejszy 
talerz, jaki jest w zasięgu ręki i cisnąć jej w twarz, a nie wić się niby robak, ilekroć ona na 
pana spojrzy!

Poirot porzucił osobisty ton i powrócił do opowieści:
— Czy Carl Reiter mógł zostać doprowadzony do takiego stanu, że obrócił się przeciwko 

swojej prześladowczym i zabił ją? Cierpienia wywołują ciekawe reakcje u człowieka. Nie 
miałem więc pewności, że jest niewinny.

Następnie   mamy   pana   Wilłama   Colemana.   Jego   zachowanie,   jak   nam   to   powiedziała 

panna Reilly, było w istocie podejrzane. Czyżby maska beztroskiej osobowości kryła Wiliama 
Bosnera?  Gdyż  prawdziwy Wiliam  Coleman  nie mógłby być  mordercą.  Jego grzeszki są 
innego rodzaju. Aha! Może siostra Leatheran nam pomoże w tej sprawie?

Jakże ten Poirot to robi? Jestem pewna, że moja twarz jest bez wyrazu, a on jakby odgadł 

moje myśli.

— To właściwie nic takiego — odparłam z wahaniem. — Ale skoro mamy mówić całą 

prawdę… Sam pan Coleman powiedział mi, że byłby z niego dobry fałszerz.

— Otóż to! I jeśliby pan Coleman natrafił na jakieś stare listy z pogróżkami, to bez trudu 

potrafiłby je podrobić.

— Ojej! — wykrzyknął pan Coleman. — To się nazywa stawianiem człowieka pod ścianą 

bez wyroku.

Poirot mówił dalej:
— A   jeśli   idzie   o   to,   czy   pan   Coleman   był   czy   też   nie   był   Wiliamem   Bosnerem,   to 

naprawdę niesłychanie trudno to sprawdzić.

Jest jeden ciekawy element. Pan Coleman wspomniał raz o swoim opiekunie. Nie o ojcu. 

Tak więc sprawa pozostaje otwarta.

— Co za bzdury!  — zirytował się pan Coleman. — Zupełnie nie rozumiem, dlaczego 

wszyscy słuchają tego faceta.

— Pozostał nam jeszcze pan Emmott — ciągnął Poirot niewzruszenie. — I w niego mógł 

background image

się   wcielić   Wiliam   Bosner.   Już   na   samym   początku   zorientowałem   się,   że   jeśliby   miał 
osobiste powody, jako autentyczny Emmott, by pragnąć śmierci pani Leidner, to od niego się 
nic nie dowiem. Mówi się o człowieku, że trzyma wszystkie karty blisko siebie. Pan Emmott 
trzymał je przy samej piersi. Nie było żadnej szansy sprowokowania go ani zaskoczenia, żeby 
się   zdradził.   Ze   wszystkich   członków   ekspedycji   okazał   się   najlepszym   i   najbardziej 
bezstronnym   sędzią.   Świetnie   odczytał   charakter   pani   Leidner   i   przejrzał   jej   osobowość. 
Wydaje mi się, że od samego początku właściwie ją ocenił. Natomiast trudno było zgadnąć, 
jakie wrażenie zrobiła na nim pani Leidner. Mam przeświadczenie, że ona sama czuła się 
sprowokowana i rozzłoszczona stosunkiem Emmotta do niej. Szczerze tutaj wyznam, że ze 
wszystkich  członków  ekspedycji  pan Emmott  był  najbardziej  kwalifikowany,  by dokonać 
sprawnie i w doskonale wybranym czasie trudne morderstwo. Mówię to na podstawie oceny 
jego charakteru i, powiedzmy, umiejętności.

Po raz pierwszy pan Emmott oderwał wzrok od czubków swoich butów.
— Dziękuję — powiedział, a w jego głosie wyczułam ślad rozbawienia.
— Na mojej liście znajdują się jeszcze dwie osoby — ciągnął pan Poirot. — Ryszard 

Carey i ojciec Lavigny.

— Według zeznań siostry Leatheran i innych pan Carey i pani Leidner bardzo się nie 

lubili. Ledwo ze sobą rozmawiali. Natomiast jedna osoba, panna Reilly, optuje za zupełnie 
inną teorią wyjaśniającą ich chłodne publiczne stosunki.

Wkrótce musiałem uznać, że teoria panny Reilly jest słuszna. Sprawdziłem to prowokując 

pana Careya do nieostrożnych i nierozważnych wypowiedzi. Nie było to trudne. Jak szybko 
zauważyłem, pan Carey żył  w stanie silnego nerwowego napięcia. Był  i chyba nadal jest 
bliski całkowitego załamania. Człowiek u kresu wytrzymałości z rzadka stawia wielki opór. 
Bardzo szybko opadły wszystkie jego osłony. Powiedział mi ze szczerością, w którą ani na 
chwilę nie wątpię, że nienawidził pani Leidner. Bez wątpienia był szczery. Nienawidził pani 
Leidner. Ale dlaczego?

Wspomniałem o kobiecie i jej fatalnej aurze. Ale są i mężczyźni, którzy mają podobną siłę 

przyciągania.   Nie   muszą   nawet   nic   robić,   by   kobiety   padały   przed   nimi   plackiem.   W 
dzisiejszych   czasach   nazywa   się   to   te   sex   appeal   Pan   Carey   ma   tego   bardzo   dużo.   Na 
początku był bardzo oddany swemu przyjacielowi i pracodawcy, a zupełnie obojętny wobec 
jego żony. Bardzo to nie odpowiadało pani Leidner. Ona musiała dominować. Postanowiła 
więc schwytać i ujarzmić pana Careya. Ale wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Ona 
sama, być może po raz pierwszy w życiu, padła ofiarą zmysłów. Zakochała się, naprawdę 
zakochała, w panu Ryszardzie Careyu.

A  on? On nie był  w stanie  oprzeć się jej. Oto cała prawda na temat  tego okropnego 

napięcia, w jakim żył. Był człowiekiem rozdartym przez dwie pasje. Kochał Luizę Leidner, 
ale jednocześnie jej nienawidził. Nienawidził jej za zniszczenie lojalności wobec przyjaciela. 
Nie ma większej nienawiści, niż nienawiść mężczyzny do kobiety kochanej wbrew swej woli. 
Miałem więc kompletną motywację. Jestem przekonany, że były chwile, kiedy Ryszard Carey 
miał   nieprzeparte   pragnienie   zamordowania   pani   Leidner.   I   doszedłem   do   wniosku,   że 
właśnie on mógł uderzyć ciężkim przedmiotem, z całą siłą, w głowę kobiety, która rzuciła nań 
czar.

Przez   cały   czas   nie   opuszczało   mnie   przekonanie,   że   mamy   do   czynienia   z  crime 

passionne! W panu Careyu znalazłem idealnego kandydata na mordercę.

Ale mam jeszcze jednego kandydata. Ojca Lavigny. Już na samym początku moją uwagę 

na dobrego ojczulka zwrócił fakt, że zupełnie inaczej niż siostra Leatheran opisał mi sylwetkę 
owego   przedziwnego   człowieka,   który   usiłował   zajrzeć   przez   okno.   We   wszystkich 
zeznaniach świadków bywają zawsze jakieś niezgodności, ale w tym wypadku były one zbyt 
jaskrawe. Ponadto ojciec Lavigny usiłował wmówić nam, że człowiek ten miał pewne cechy 
charakterystyczne, na przykład zez, co miało uczynić rozpoznanie łatwiejszym.

background image

Wkrótce jednak okazało się, że opis siostry Leatheran jest prawidłowy, a charakteryzacja 

ojca Lavigny nie. Wyglądało mi na to, że zakonnik chciał nas świadomie wprowadzić w błąd, 
jakby obawiając się, by owego mężczyzny nie złapano.

Jeśli to prawda, to w takim razie musiał coś bliżej wiedzieć na temat tej arcyciekawej 

postaci. Widziano jak rozmawiali, ale informację, o czym mamy tylko od Lavigny’ego.

Co  robił   ów   Irakijczyk,  gdy zobaczyły  go  siostra   Leatheran  i   pani  Leidner?   Usiłował 

zajrzeć w okno. Obie panie myślały, że chodziło o okno pokoju pani Leidner, ale ja zdałem 
sobie  sprawę, kiedy stanąłem  tam,  gdzie  one stały,  gdy dostrzegły owego mężczyznę,  iż 
równie dobrze może chodzić o okno do magazynu wykopalisk.

Następnej  nocy podniesiono  alarm,  że  ktoś  się zakradł  do magazynu  wykopalisk!  Nie 

stwierdzono, by coś zginęło, to prawda. Bardzo ciekawe jest to, że kiedy doktor Leidner 
przybiegł do magazynu, zastał już tam ojca Lavigny, który opowiadał o jakimś światełku. Ale 
na to również mamy tylko jego słowa.

Ojciec  Lavigny   zainteresował   mnie.   Kiedy   zasugerowałem,   że   zakonnik   może   być 

Fryderykiem Bosnerem, doktor Leidner mnie wyśmiał. Powiedział, że ojciec Lavigny jest 
bardzo znaną osobistością. Mam prawo założyć, że Fryderyk Bosner mając dwadzieścia lat na 
stworzenie   sobie   nowej   tożsamości,   pod   zupełnie   nowym   nazwiskiem,   też   mógł   się   stać 
znanym   człowiekiem.   Tak   czy   inaczej   nie   przypuszczam,   aby   Bosner   spędził   owe 
dwadzieścia lat w zakonnym gronie. Narzuca się znacznie lepsze rozwiązanie.

Czy ktokolwiek z tu obecnych znal ojca Lavigny przed jego pojawieniem się tutaj? Nikt. 

Dlaczego więc nie mógłby to być osobnik podszywający się pod ojca Lavigny? Stwierdziłem, 
że do Kartaginy wysłano telegram zawiadamiający o nagłej chorobie doktora Byrda, który 
miał towarzyszyć ekspedycji. Cóż bardziej prostego niż przechwycić telegram. A jeśli chodzi 
o samą pracę: ekspedycja nie miała innego specjalisty od pisma klinowego, a więc człowiek 
sprytny,  posiadający jaką taką wiedzę, może  dać sobie radę przy odrobinie bezczelności. 
Dotychczas znaleziono niewiele tabliczek, a dowiedziałem się także, że interpretacja tekstów 
przez ojca Lavigny wzbudziła pewne zdumienie.

Wszystko wskazywało na to, że ojciec Lavigny nie był tym, za kogo chciał uchodzić.
Ale czy był Fryderykiem Bosnerem?
Fakty nie układały się tak, by potwierdzić tę teorię. Prawda leży chyba gdzie indziej.
Przeprowadziłem długą rozmowę z ojcem Lavigny.  Jestem praktykującym  katolikiem i 

znam wielu księży oraz braci zakonnych. Ojciec Lavigny zachowywał się jak aktor, który 
niezbyt dobrze gra swoją rolę. Uderzyło mnie natomiast, że robi wrażenie człowieka obytego 
w   innej   dziedzinie.   Często   spotykałem   ludzi   jego   pokroju.   Ale   nie   byli   oni   członkami 
religijnej wspólnoty. Raczej nie!

Zacząłem wysyłać telegramy.
W  pewnym  momencie  siostra  Leatheran  zupełnie  nieświadomie  wręczyła  mi  klucz  do 

zagadki. Wtedy, kiedy oglądaliśmy złote ozdoby w magazynie wykopalisk, wspomniała o 
śladzie wosku znalezionym  na złotym  kubku. Ja pytam  „wosk?”, a ojciec Lavigny mówi 
„wosk?”, no i ton jego głosu wszystko zdradził. W jednej chwili pojąłem, co on tutaj robi.

Poirot przerwał opowieść i zwrócił się bezpośrednio do doktora Leidnera:
— Przykro mi pana poinformować, panie doktorze, ale złoty kubek, złoty sztylet, szpilki 

do włosów i inne ozdoby nie są przedmiotami, które pan odkopał, ale doskonałymi odlewami. 
Z telegramu, który dziś otrzymałem,  dowiedziałem się, że nasz ojczulek to Raul Menier, 
jeden z najsprytniejszych złodziei znanych francuskiej policji. Okrada muzea. Specjalizuje się 
objects d’art. Działa wspólnie z niejakim Ali Jusufem, pół–Turkiem, który jest znakomitym 
złotnikiem. Dowiedzieliśmy się sporo o panu Menier wówczas, kiedy okazało się, że kilka 
eksponatów w Luwrze to współczesne kopie. Wyszło na jaw, że każdy z tych przedmiotów 
był   uprzednio  za  zgodą  dyrekcji   wypożyczany   do dokładnego   obejrzenia   przez  sławnego 
archeologa, osobiście nie znanego przedtem dyrekcji. Wszyscy owi sławni archeologowie 

background image

zaprzeczyli później, by kiedykolwiek cokolwiek wypożyczali bądź by odwiedzali Luwr w 
czasie, o jaki chodziło.

Dowiedziałem się także, że kiedy pan wysłał telegram do Kartaginy, w Tunisie przebywał 

właśnie   ów   Menier   przygotowując   się   do   tak   zwanego   skoku   na   muzealia   klasztoru   w 
Kartaginie. Prawdziwy ojciec Lavigny był bardzo chory i odmówił panu, ale Menier w jakiś 
sposób   przejął   i   ten   telegram   wysyłając   swój.   Mógł   to   zrobić   z   pełnym   poczuciem 
bezpieczeństwa. Nawet jeśliby zakonnicy przeczytali w jakiejś gazecie (co już samo w sobie 
jest mało prawdopodobne), że ojciec Lavigny jest w Iraku, pomyśleliby, że dziennikarze jak 
zwykle podają nie sprawdzone wiadomości.

A więc Menier i jego wspólnik tu przybyli. Ten ostatni zostaje dostrzeżony, gdy zagląda 

do magazynu wykopalisk. Plan przewiduje, że ojciec Lavigny robi woskowe odciski, a Ali 
sporządza doskonałe kopie. Zawsze się znajdą kolekcjonerzy gotowi zapłacić wysoką cenę za 
autentyczne wykopaliska nie zadając kłopotliwych pytań. A potem ojciec Lavigny zamienia 
oryginały na gotowe kopie czyniąc to przeważnie w nocy.

I   prawdopodobnie   to   właśnie   robił,   kiedy   usłyszała   go   pani   Leidner   i   wszystkich 

zaalarmowała. Co mógł wówczas zrobić? Sfabrykował historyjkę o tym, że ujrzał światło w 
magazynie.

Nikomu nie przyszło do głowy, by podważyć tę wersję. Ale czy naprawdę nikomu? Pani 

Leidner była bardzo inteligentna. Mogła sobie przypomnieć o wosku, który zauważyła na 
skraju   kubka.   I   mogła   połączyć   dwa   fakty.   A   jeśli   tak   było,   to   co   zrobiła?   Nic.   Do   jej 
charakteru pasowało w pierwszej chwili nic nie zrobić, ale zacząć  się bawić jak kotek z 
myszką, dawać coś do zrozumienia ojcu Lavigny, aby poczuł się nieswojo. Niebezpieczna 
gra, ale pani Leidner lubiła hazard.

A może zbyt długo igrała z ojcem Lavigny? Rzekomy zakonnik zaczyna się bać i uderza, 

zanim ona się orientuje w jego intencjach. Ojciec Lavigny alias Raul Menier, złodziej. Ale 
czy również morderca?

Poirot przeszedł się po pokoju. Z kieszeni wyjął chustkę, otarł sobie czoło, a po chwili 

powrócił do swej opowieści:

— Do   tego   punktu   dotarłem   dziś   rano.   Miałem   do   wyboru   osiem   możliwości   i   nie 

wiedziałem, która jest właściwa. Jeszcze nie wiedziałem, kto jest mordercą.

Ale zabijanie staje się nawykiem. Kobieta lub mężczyzna, którzy raz popełnili zbrodnię, 

popełnią ją jeszcze raz.

Dzięki drugiemu morderstwu dowiedziałem się, kim jest sprawca.
Przez cały czas myślałem sobie, że może któraś z osób włączonych w sprawę wie coś, 

czego mi nie powiedziała, a co może zdemaskować przestępcę.

Jeśliby tak było, osoba ta znalazłaby się w niebezpieczeństwie.
Bałem się głównie o siostrę Leatheran. Jest energiczna i ma dociekliwy umysł. Bardzo się 

lękałem, że odkryje coś, co może okazać się dla niej groźne.

Jak wszyscy państwo wiedzą, doszło do drugiego morderstwa. Ofiarą padła jednak nie 

siostra Leatheran, ale panna Johnson. Myślę, że i tak rozwiązałbym sprawę posługując się 
precyzyjnym rozumowaniem, niemniej zamordowanie panny Johnson przyspieszyło proces i 
pomogło mi szybciej rozplątać zagadkę. Zacznijmy od tego, że odpadł jeden podejrzany. Ani 
przez   chwilę   bowiem   nie   akceptowałem   teorii   samobójstwa.   Zajmijmy   się   teraz   faktami 
towarzyszącymi   drugiemu   morderstwu.   Fakt   pierwszy:   w   niedzielę   wieczorem   siostra 
Leatheran zastaje pannę Johnson zalaną łzami i tegoż samego wieczoru panna Johnson pali 
fragment   listu,   który  zdaniem  siostry Leatheran  pisany jest  tą  samą   ręką,  co   anonimowe 
posłania do pani Leidner. Fakt drugi: w wieczór poprzedzający śmierć panny Johnson, siostra 
Leatheran znajduje ją na dachu w stanie najwyższego  przerażenia. Kiedy siostra zaczyna 
wypytywać,   panna   Johnson   mówi,   że   widziała,   jak   ktoś   może   dostać   się   z   zewnątrz 
niezauważony. Nic więcej nie chce zdradzić. W tym czasie ojciec Lavigny przechodzi przez 

background image

dziedziniec,   a   pan   Reiter   stoi   w   drzwiach   pracowni   fotograficznej.   Fakt   trzeci:   siostra 
Leatheran   znajduje   pannę   Johnson   w   stanie   agonalnym.   Jedyne   słowo,   jakie   jest   zdolna 
wypowiedzieć, brzmi: „okno”. Oto fakty, a teraz problemy, w których obliczu stoimy: Jaka 
jest prawda dotycząca anonimowych listów? Co panna Johnson zobaczyła z dachu? Co miała 
na myśli mówiąc „okno”?

Eh   bien,   zacznijmy   od   drugiego   problemu,   którego   rozwiązanie   jest   najłatwiejsze. 

Poszedłem na dach z siostrą Leatheran i ustawiłem się w miejscu, w którym stała panna 
Johnson. Mogła widzieć dziedziniec, bramę wjazdową, północne skrzydło budynku i dwóch 
członków ekspedycji. Czy jej wypowiedź miała jakikolwiek związek z panem Reiterem albo 
ojcem Lavigny?

Natychmiast przyszło mi do głowy możliwe rozwiązanie. Jeśliby ktoś obcy miał przyjść z 

zewnątrz, mógł to uczynić jedynie w przebraniu. I mógł się przebrać tylko za jedną osobę. 
Tylko ta jedna osoba nosiła strój, który to umożliwiał: ojciec Lavigny. W hełmie tropikalnym, 
w okularach przeciwsłonecznych, z czarną brodą i w białym habicie zakonnika każdy obcy 
mógł wejść na dziedziniec bez zwrócenia uwagi służących.

Czy to panna Johnson miała na myśli? Czy też posunęła się jeszcze dalej? Może zdała 

sobie   sprawę,   że   ojciec   Lavigny   jest   człowiekiem   w   przebraniu?   Że   nie   jest   żadnym 
zakonnikiem.

Wiedząc to, co wiedziałem o ojcu Lavigny, byłem skłonny przypuszczać, że rozwiązałem 

zagadkę. Raul Menier był mordercą. Zabił panią Leidner, żeby zamknąć jej usta. A teraz 
druga osoba sygnalizuje, że przeniknęła jego tajemnicę. Trzeba wobec tego usunąć również tę 
drugą osobę.

A więc wszystko wyjaśnione! Drugie morderstwo i ucieczka ojca Lavigny już bez habitu i 

bez brody. (Wraz ze swoim wspólnikiem przemierzają teraz bez wątpienia Syrię wyposażeni 
w paszporty i dokumenty zaświadczające,  że są handlowcami.)  Ale w takim razie  po co 
zakrwawione żarna znalazły się pod łóżkiem panny Johnson? On je tam podłożył?

Tak   jak   mówię,   byłem   prawie   usatysfakcjonowany,   ale   nie   całkowicie.   Bezbłędne 

rozwiązanie musi tłumaczyć wszystko. A tu nie wszystko było jasne.

Moje wstępne rozwiązanie nie wyjaśniło na przykład, dlaczego panna Johnson umierając 

wypowiedziała słowo „okno”. Nie tłumaczyło, dlaczego płakała nad listami ani czemu stała 
niezwykle   poruszona  na  dachu.   Nie  usprawiedliwiało  jej  niedowierzającego   przerażenia   i 
odmowy podzielenia się z siostrą Leatheran tym, co podejrzewała lub wiedziała.

A   więc   moje   rozwiązanie   pasowało   co   prawda   do   pewnych   faktów,   ale   nie 

satysfakcjonowało   całkowicie.   Coś   tu   było   na   bakier   z   psychologią,   jeśli   mi   tak   wolno 
powiedzieć. Ale kiedy stałem na dachu rozważając wciąż trzy elementy: listy, dach i okno, 
ujrzałem! Zobaczyłem to, co widziała panna Johnson.

I to tłumaczyło już wszystko!

background image

K

ONIEC

 

PODRÓŻY

Poirot rozejrzał się po twarzach zebranych. Wszystkie oczy były w niego wlepione. Przed 

chwilą napięcie jakby opadło. Teraz nagle powróciło.

Coś się zbliżało… Coś…
Tym spokojnym tonem Poirot, nieporuszony, mówił dalej:
— Listy,  dach, okno! Tak, wszystko już było jasne, wszystko pasowało. Powiedziałem 

przedtem, że trzy osoby miały alibi na czas popełnienia morderstwa. Wcześniej wykazałem, 
że dwa z tych alibi były bezwartościowe. Teraz dostrzegłem swój wielki, zdumiewający błąd. 
Trzecie alibi także było bezwartościowe. Doktor Leidner nie tylko mógł popełnić tę zbrodnię, 
ale w moim przekonaniu popełnił ją.

Nastąpiła całkowita, głęboka i obezwładniająca cisza.  Doktor Leidner milczał.  Wydawał 

się zagubiony w swoim odległym świecie. Dawid Emmott poruszył się w krześle i przemówił:

— Zupełnie nie rozumiem, co pan chce nam wmówić, panie Poirot. Powiedziałem przecież 

wyraźnie, że doktor Leidner nie schodził z dachu. Na dziedzińcu pojawił się za kwadrans 
trzecia. Taka jest prawda, klnę się, że tak było. Nie kłamię. Gdyby doktor Leidner zszedł na 
dół, musiałbym to widzieć!

Poirot skinął głową.
— Ależ ja panu wierzę. Doktor Leidner nie opuścił dachu. To niepodważalny fakt. Ale ja 

zobaczyłem i panna Johnson również coś, co dotyczy możliwości popełnienia morderstwa 
przez doktora Leidnera bez schodzenia z dachu.

Siedzieliśmy jak skamieniali.
— Okno. Jej okno! — wykrzyknął pan Poirot. — Nagle zdałem sobie sprawę z tego faktu. 

Okno   pokoju   pani   Leidner   znajdowało   się   tuż   poniżej   dachu,   po   przeciwnej   stronie 
dziedzińca. Doktor Leidner był na górze bez świadków. Pod ręką miał ciężkie naczynia, żarna 
i tym  podobne. Jakież  to było  proste!  Pod jednym  warunkiem:  że morderca  będzie  miał 
możliwość   przesunąć   ciało,   nim   ktokolwiek   je   znajdzie.   Cóż   za   przepiękny   pomysł! 
Niesłychanie prosty.

Posłuchajcie, jak to było!
Doktor Leidner jest na dachu przy swoich garnkach. Wzywa pana na górę, panie Emmott, i 

kiedy z panem rozmawia, widzi, że tak jak zwykle chłopak, który panu pomaga, korzysta z 
okazji   i   opuszcza   dziedziniec.   Doktor   Leidner   zatrzymuje   pana   przez   dziesięć   minut,   a 
następnie zwalnia. Pan schodzi na dół i szuka chłopca, a doktor Leidner wprowadza swój plan 
w życie. Wyjmuje z kieszeni maskę wysmarowaną plasteliną, którą notabene już poprzednio 
straszył żonę, i wymachuje nią przed samą szybą, maska stuka w szybę. Proszę pamiętać, że 
mówimy o oknie, które wychodzi na pole, po przeciwnej stronie od dziedzińca. Pani Leidner 
leży, może drzemie. Może jest tylko w półśnie, odprężona, zadowolona. Nagle uwagę jej 
zwraca maska obijająca się o okno. Ale teraz nie jest noc, tylko biały dzień. Pani Leidner 
wcale nie jest przerażona. Rozpoznaje maskę,  widzi ją dokładnie i już wie, że to kawał. 
Wyskakuje z łóżka  i  biegnie do okna, otwiera je, wystawia głowę między prętami kraty i 
obraca twarz ku górze, żeby zobaczyć, kto robi takie dowcipy.

Doktor   Leidner   tylko   na   to   czeka.   Trzyma   w   rękach   ciężkie   żarna.   We   właściwym 

momencie upuszcza ciężar… Raz głośno jęknąwszy (słyszała to panna Johnson) pani Leidner 
pada   na   skórę   leżącą   pod   oknem.   W   kamiennych   żarnach   jest   otwór  i   przez   niego   już 
poprzednio doktor Leidner przeciągnął sznur. Teraz wciąga żarna na dach. Odplątuje sznur i 
kładzie narzędzie zbrodni między innymi glinianymi przedmiotami zakrwawioną stroną do 
dołu.

Przez godzinę pracuje jeszcze na dachu, aż wybiera odpowiedni moment do rozegrania 

drugiego aktu. Schodzi na dół, rozmawia z panem Emmottem i siostrą Leatheran, idzie przez 

background image

dziedziniec i wchodzi do pokoju swojej żony. Oto jak sam o tym opowiedział:

„Zobaczyłem ciało mojej żony, jakby zmięte, leżące przy łóżku. Przez chwilę stałem bez 

ruchu,   po   prostu   sparaliżowany.   Nie   potrafiłem   zrobić   najmniejszego   ruchu.   Wreszcie 
zmusiłem   się,   żeby   podejść.   Klęknąłem   przy  niej   i  uniosłem   głowę.   Zobaczyłem,   że   nie 
żyje… Wreszcie wstałem. Kręciło mi się w głowie, jakbym był pijany. Z trudem podszedłem 
do drzwi i zawołałem…”

Bardzo prawdopodobne zeznanie człowieka zrozpaczonego. A teraz posłuchajcie mojej 

wersji, która według mnie jest prawdziwa: doktor Leidner wchodzi do pokoju, biegnie do 
okna i po włożeniu rękawiczek zamyka je i zabezpiecza od wewnątrz, następnie dźwiga ciało 
żony i przenosi w inne miejsce, między łóżko a drzwi. Wtedy spostrzega małą plamę na 
skórze leżącej pod oknem, ale nie może jej zamienić ze skórą przy łóżku, gdyż są różnej 
wielkości. Wybiera więc drugi możliwy wariant i zamienia ją ze skórą przy umywalce. Jeśli 
ktoś zobaczy plamę, to ją skojarzy z umywalką, ale nie z oknem. To jest bardzo istotne! Nie 
wolno   dopuścić,   by   ktokolwiek   mógł   podejrzewać,   że   okno   odegrało   jakąkolwiek   rolę. 
Następnie doktor Leidner podchodzi do drzwi, otwiera je i zaczyna odgrywać rolę porażonego 
nieszczęściem męża, a to wychodzi mu bardzo dobrze, gdyż doktor Leidner kochał swoją 
żonę!

— Mój dobry człowieku — przerwał mu doktor Reilly. — Będzie pan łaskaw wyjaśnić, 

dlaczego ją zabił, skoro ją tak kochał? Jaka motywacja? Czy nie odezwiesz się, Leidner? 
Powiedz mu, że oszalał.

Doktor Leidner ani drgnął.
— Czyż wam wszystkim nie mówiłem — odparł doktorowi Reilly Poirot — że mamy do 

czynienia z crime passionnel? Dlaczego pierwszy mąż pani Leidner groził, że ją zabije? Bo ją 
kochał… I wreszcie spełnił swoją groźbę… 

Mais oui, mais oui, kiedy zdałem sobie sprawę, że to doktor Leidner dokonał morderstwa, 

wszystko zaczęło pasować…

Raz jeszcze rozpocznę w skrócie moją podróż od początku: pierwsze małżeństwo pani 

Leidner, listy z pogróżkami, drugie małżeństwo. Listy zawsze kładły kres związkom. Ale nie 
przeszkodziły jej poślubić doktora Leidnera. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Doktor 
Leidner jest w rzeczywistości Fryderykiem Bosnerem.

I   raz   jeszcze   rozpocznijmy   naszą   podróż,   tym   razem   z   pozycji   młodego   Fryderyka 

Bosnera.

Po pierwsze, kocha swoją żonę Luizę z pasją, jaką jedynie  kobiety tego typu  potrafią 

wzniecić w mężczyźnie. Ona go denuncjuje. On jest skazany na śmierć. Ucieka. Pada ofiarą 
wypadku   kolejowego.   Wychodzi   z   tego   z   nową   tożsamością   —   młodego   szwedzkiego 
archeologa, Eryka Leidnera. Leidner zginął w tym wypadku, ciało jest nie do rozpoznania i 
zostaje pochowany jako Fryderyk Bosner. Doskonały zbieg okoliczności.

Jaki   jest   stosunek   nowego   Eryka   Leidnera   do   kobiety,   która   go   w   istocie   skazała   na 

śmierć?   To   bardzo   istotne:   on   ją   nadal   kocha.   Zaczyna   budować   sobie   nowe   życie.   Ma 
wielkie zdolności, profesja archeologa bardzo mu odpowiada, osiąga sukces. Ale nigdy nie 
zapomina pierwszej pasji swego życia! Przez cały czas śledzi poczynania swojej żony. W 
jednej   sprawie   jest   nieprzejednany   (pani   Leidner   sama   przecież   powiedziała   siostrze 
Leatheran, że Bosner był dobry, ale bezwzględny): nigdy nie pozwoli, by należała do innego. 
Ilekroć   widzi,   że   to   konieczne,   wysyła   kolejny   list.   Specjalnie   wprowadza   cechy 
charakterystyczne jej pisma, a to na wypadek, gdyby udała się na policję. Tyle  jest kobiet, 
które same do siebie piszą listy anonimowe, że policja szybko by dostrzegła choćby nawet 
powierzchowne   podobieństwo   charakterów.   Przez   cały   czas   postępuje   tak,   aby   nie   miała 
pewności, czy on naprawdę żyje, czy też nie.

Wreszcie po wielu latach dochodzi do wniosku, że czas nadszedł, i powraca do jej życia. 

Wszystko rozwija się jak najlepiej. Jego żona zupełnie nic nie podejrzewa. Eryk jest przecież 

background image

znanym naukowcem. Buńczuczny przystojny chłopak stał się mężczyzną w średnim wieku, z 
brodą i spadzistymi ramionami. Jednakże historia się powtarza. Fryderyk ponownie potrafi 
zdominować swoją żonę. Ona po raz drugi zgadza się za niego wyjść. I nie nadchodzą listy, 
które przeszkodziłyby małżeństwu. Ale przychodzą zaraz potem. Dlaczego?

Chyba dlatego, że doktor Leidner nie chciał po prostu ryzykować. Małżeńskie zbliżenie 

mogłoby rozbudzić pamięć, coś z niej przywołać. Ponadto była to okazja podkreślenia, że 
Fryderyk   Bosner   i   Eryk   Leidner   to   dwie   różne   osoby,   zwłaszcza   że   list   z   groźbami   od 
pierwszego przychodzi w związku z istnieniem drugiego. Następnie mamy dość dziecinny 
pomysł   z   gazem,   oczywiście   pomysł   doktora   Leidnera,   wyreżyserowany   również   w   rym 
samym celu…

To go usatysfakcjonowało. Listy z groźbami przestają przychodzić, państwo Leidner mogą 

się   pogrążyć   w   beztroskie,   szczęśliwe   życie.   I   nagle   po   dwu   latach   listy   przychodzą 
ponownie!

— Pourquoi?   Eh   bien,   chyba   wiem   dlaczego!   Ponieważ   groźba   zawarta   w   listach   od 

samego początku była realna. (Dlatego też pani Leidner znając bezwzględność Fryderyka 
Bosnera zawsze się go bała!) Zabije ją, jeśli będzie należeć do innego mężczyzny! A ona 
właśnie oddała się innemu mężczyźnie. Ryszardowi Careyowi!

Doktor   Leidner   odkrył   to   i   na   zimno,   metodycznie,   zaczął   przygotowywać  la   scene 

morderstwa!

Teraz  dopiero dostrzegamy  znaczenie  roli, jaką miała  odegrać  siostra Leatheran.  Dość 

dziwny   pomysł   z   zaangażowaniem  zrobił)   wreszcie   się   wyjaśnił.   Ważne   było   posiadanie 
wiarygodnego fachowego świadka, który autorytatywnie stwierdzi, że pani Leidner nie żyła 
co najmniej od godziny przed odkryciem jej ciała. To znaczy, że została zabita w czasie, 
kiedy   jej   mąż   był   na   dachu   budynku.   Co   wszyscy   mogli   potwierdzić.   By   nie   powstało 
podejrzenie, że zabił żonę, kiedy wszedł do jej pokoju.

Jeszcze jedna sprawa zostaje wyjaśniona. Owo dziwne napięcie, które ogarnia w tym roku 

wszystkich członków ekspedycji. Od samego początku nie wierzyłem, by jedyną przyczyną 
mogło być oddziaływanie pani Leidner. Przez wiele lat ta właśnie ekspedycja miała opinię 
nadzwyczaj zgranej. Moim zdaniem stan umysłów każdego zespołu ludzi zależy od człowieka 
stojącego na czele.  Doktor Leidner,  choć uważany za cichego  i spokojnego, ma  wybitną 
osobowość. To właśnie dzięki jego taktowi, jego decyzjom i jego życzliwemu nastawieniu do 
świata zawsze panowała tu tak dobra atmosfera.

Skoro więc nastąpiło pogorszenie nastrojów, winę ponosi szef. W tym wypadku doktor 

Leidner, a nie jego żona. On winien jest napięciom. Nic dziwnego, że członkowie zespołu 
odczuwając zmianę nastroju, nie potrafili znaleźć przyczyny.  Dobry, miły doktor Leidner, 
zewnętrznie taki sam, grał tylko siebie samego. A naprawdę stał się fanatykiem opętanym 
planowaną zbrodnią.

A teraz drugie morderstwo. Zabicie panny Johnson. To ona właśnie porządkując w biurze 

papiery   doktora   Leidnera   (robiła   to   nieproszona,   ponieważ   chciała   się   koniecznie   czymś 
zająć), musiała natrafić na nie dokończony list z pogróżkami.

Przeżyła potężny szok i poczuła się wytrącona z równowagi. Po prostu nie była zdolna 

pojąć, że sam doktor Leidner grozi żonie i straszy ją. I wtedy właśnie zastała ją załamaną i we 
łzach siostra Leatheran. Nie sądzę, aby już wówczas panna Johnson podejrzewała doktora 
Leidnera   o   morderstwo,   niemniej   pamiętała   moje   eksperymenty   dotyczące   krzyków   z 
pokojów pani Leidner i ojca Lavigny. I pewno nagle zdała sobie sprawę, że jeśli rzeczywiście 
owego tragicznego dnia słyszała głos pani Leidner, to okno w jej pokoju musiało być otwarte, 
a nie zamknięte. Jeszcze to jej nic nie powiedziało, ale fakt pozostał w pamięci.

Zaczęła rozmyślać szukając prawdy. Może nawet coś powiedziała do doktora Leidnera na 

temat listów. Chociaż zrobiła to oględnie, mógł się przerazić. Jego stosunek do swej oddanej 
pracownicy uległ zmianie. Panna Johnson mogła też dostrzec strach doktora Leidnera.

background image

Ale myślała sobie, że przecież on nie mógł zabić swojej żony, gdyż przez cały czas był na 

dachu.

Aż   któregoś   wieczoru   stojąc   na   górze   doznała,   jak   to   się   mówi,   objawienia.   Ujrzała 

prawdę! Pani Leidner została zabita z dachu, przez otwarte okno!

I właśnie w tym momencie nadeszła siostra Leatheran.
Natychmiast odezwało się przywiązanie i oddanie doktorowi. Panna Johnson wymyśliła 

mały  camouflage!  Siostra Leatheran nie mogła  domyślić  się przerażającej  prawdy.  Panna 
Johnson specjalnie spojrzała w przeciwnym kierunku (w stronę dziedzińca) i rzuciła uwagę, 
którą można było odnieść do ojca Lavigny przechodzącego właśnie przez dziedziniec.

Odmówiła powiedzenia czegokolwiek więcej, twierdząc, że musi „przemyśleć sprawę”.
Doktor Leidner z niepokojem obserwował pannę Johnson i doszedł do wniosku, że jego 

współpracownica odkryła prawdę. Panna Johnson nie była kobietą umiejącą ukryć, co czuje i 
co myśli.

To prawda, że dotychczas go nie wydała, ale jakże długo mógł na niej polegać?
Morderstwo staje się nawykiem. Tej samej nocy doktor Leidner zamienia szklankę z wodą 

na szklankę kwasu solnego. Ma nadzieję, że przyjęta zostanie wersja samobójstwa. A może 
nawet   uda   się   obarczyć   pannę   Johnson   odpowiedzialnością   za   pierwsze   morderstwo. 
Samobójstwo z powodu wyrzutów sumienia! Doskonałe wyjaśnienie. Aby uprawdopodobnić 
tę wersję doktor Leidner znosi z dachu żarna i podrzuca pod łóżko swej drugiej ofiary.

Nic dziwnego,  że już w  agonii panna Johnson pragnie przekazać  informację, za którą 

zapłaciła życiem. Przez okno! Oto jak pani Leidner została zabita! Przez okno, a nie przez 
drzwi!…

Tym   więc   sposobem   wszystko   zostaje   wyjaśnione,   wszystkie   fakty   pasują… 

Psychologicznie doskonałe rozwiązanie.

Ale dowodów nie ma… nie ma żadnych dowodów!
Milczeliśmy ogarnięci przerażeniem. Ale znaliśmy także… litość.
Doktor Leidner siedział jak skamieniały. Nie otworzył ust. Nie drgnął nawet. Zmęczony, 

zniszczony, postarzały człowiek.

Wreszcie obrócił głowę i spojrzał na Poirota łagodnymi, zmęczonymi oczami.
— Tak — odezwał się. — Dowodów nie ma. Ale czy to ważne? Pan wiedział od początku, 

że nie wyprę się prawdy… Nigdy nie wypierałem się prawdy. Myślę, że… jestem chyba 
zadowolony… czuję się taki zmęczony…

A potem dodał po prostu:
— Przykro mi z powodu Anny. To było niepotrzebne, bez sensu, to nie byłem ja. Jak ona 

cierpiała, biedaczka! To nie byłem ja, to był strach.

Na jego wykrzywionych bólem ustach pojawił się lekki uśmiech.
— Z   pana   byłby   dobry   archeolog,   panie   Poirot.   Posiada   pan   wielką   umiejętność 

odtwarzania   przeszłości.  Wszystko   było   mniej  więcej   tak,  jak pan  powiedział.   Kochałem 
Luizę i ją zabiłem… Gdyby pan ją znał, chyba by pan zrozumiał… Chociaż nie, i tak pan 
rozumie…

background image

P

OSŁANIE

Właściwie to już nie mam nic więcej do dodania.
Złapano „ojca” Lavigny i jego wspólnika, kiedy wsiadali na parowiec w Bejrucie.
Sheila Reilly wyszła za młodego Emmotta. To jej chyba dobrze zrobi. On nie da z siebie 

zrobić podnóżka, będzie ją trzymał na właściwym miejscu. Gdyby wyszła za Billa Colemana, 
to by go zadręczyła.

Opiekowałam się Billem Colemanem przed blisko rokiem, kiedy miał operację wyrostka 

robaczkowego.   Bardzo   go   polubiłam.   Zdaje   się,   że   rodzina   wysłała   go   na   fermę   do 
Południowej Afryki.

Nigdy więcej nie odwiedziłam Bliskiego Wschodu. A właściwie szkoda, chwilami miałam 

ochotę tam wrócić. Słyszę czasami szum wody spadającej z wodnego koła i pogwarki kobiet 
piorących nad rzeką. Wspominam to głodne spojrzenie wielbłądów… tak, naprawdę czasami 
tęsknię za tamtym światem. Może brud wcale nie jest taki niezdrowy, jak się u nas mówi?

Doktor Reilly odwiedza mnie, kiedy przyjeżdża do Anglii. Jak już powiedziałam, on mnie 

wpakował w to całe pisanie. Powiedziałam mu: „Może pan to wziąć albo nie. Wiem, że pełno 
tam   błędów   gramatycznych   i   innych,   bo   z   pisaniem   u   mnie   nie   jest   za   dobrze,   no   ale 
skończyłam.”

I wziął rękopis. Nic nawet nie narzekał. Będę się bardzo dziwnie czuła, jak to zobaczę w 

druku. Jeśli w ogóle wydrukują.

Pan Poirot wrócił do Syrii prosto z Hassanieh i mniej więcej po tygodniu podróżował 

Orient Ekspresem, gdzie miał nową przygodę, bo wydarzyło się w tym pociągu morderstwo. 
Pan Poirot to bardzo mądry człowiek, temu nie zaprzeczam, ale mu nie wybaczę, że mi taki 
kawał zrobił udając, że mnie podejrzewa. Myśleć, że ja mogę być zamieszana w morderstwo, 
i że nie jestem prawdziwą pielęgniarką!

Lekarze też tacy bywają. Robią sobie żarciki. Jeszcze jak. I nigdy nie przyjdzie im do 

głowy, że człowiekowi może być przykro.

Zastanawiam  się i  zastanawiam  nad panią  Leidner  i  jaka  ona naprawdę była.  Czasem 

wydaje mi się, że to okropna kobieta, a czasami znów przypominam sobie, jaka była miła dla 
mnie, jaki miała przyjemny głos, jakie miała śliczne blond włosy i wszystko inne. I tak sobie 
myślę, że trzeba się bardziej nad nią litować niż obarczać winą.

Dla doktora Leidnera czuję wyłącznie litość. Wiem, że to podwójny morderca! Ale to mi 

nie robi różnicy. On tak bardzo ją kochał. To straszne, tak kogoś kochać.

W miarę, jak się robię coraz starsza, im więcej poznaję ludzi, im więcej widzę tragedii i 

chorób, tym bardziej współczuję ludziom. Czasami to naprawdę już nie wiem, co się stało z 
tymi wszystkimi dobrymi zasadami, w których mnie wychowała ciocia. Była osobą bardzo 
religijną i bardzo zasadniczą. Znała wszystkie przywary i grzechy naszych sąsiadów. Znała je 
lepiej niż oni sami…

Ojej!   To   prawda,   co   powiedział   doktor   Reilly.   Jak   to   się   robi,   żeby   przestać   pisać? 

Gdybym mogła znaleźć takie dobre zdanie na zakończenie.

Muszę poprosić doktora Reilly, żeby mi dał jakieś arabskie powiedzenie.
Na przykład takie, jakiego użył pan Poirot:
W imię Allacha Litościwego i Współczującego… Właśnie coś takiego.