background image

Autor - James White
Tytuł - Szpital kosmiczny 
Tłumaczenie - Wiktor Bukato

1... Lekarz 

Stworzenie zajmujące przedział sypialny O'Mary ważyło około pół tony, miało szeć 
krótkich, grubych wyrostków służących mu zarówno za ręce jak i za nogi, pokryte za 
było skórą tak twardą jak elastyczna pancerna płyta. Pochodziło z planety Hudlar, 
której   ciążenie   czterokrotnie,   a   cinienie   atmosferyczne   siedmiokrotnie   wyższe   w 
porównaniu z ziemskim pozwalały spodziewać się tak mocnej budowy ciała. O'Mara 
wiedział  jednak,   że  mimo  swej  olbrzymiej  siły   istota  ta  była  całkowicie   bezradna; 
miała bowiem zaledwie pół roku, a już stała się wiadkiem tragicznej mierci rodziców, 
jej mózg za rozwinięty był na tyle, że ów wypadek miertelnie ją przeraził.
- P-p-przywiozłem tu tego malca - powiedział Waring, jeden z operatorów sekcyjnych 
pola przyciągającego. Nie cierpiał O'Mary, nie bez powodu, ale usiłował to ukryć.
- C-C-Caxton mnie tu przysłał. Powiedział, że z tą nogą i tak nie może pan normalnie 
pracować, a więc zajmie się pan maluchem, dopóki kto nie przyleci z jego planety. 
Zresztą ten k-k-kto już leci...
Waring odszedł na bok. Zaczął szybko sprawdzać hermetycznoć skafandra, by wyjć, 
zanim O'Mara zdąży co powiedzieć o wypadku.
- Przyniosłem trochę tego, co on je - zakończył szybko. - Zostawiłem w luzie.
O'Mara skinął głową w milczeniu. Był  to człowiek napiętnowany budową fizyczną 
zapewniającą mu zwycięstwo w każdej bójce, które ostatnio często mu się zdarzały; 
twarz miał grubą i kanciastą, za sylwetkę przesadnie umięnioną. Wiedział, że jeli 
pozwoli sobie na okazanie, jak bardzo wstrząsnął nim ten wypadek, Waring pomyli, 
że po prostu udaje. O'Mara dawno już odkrył, że po ludziach o jego budowie nikt 
nigdy nie oczekuje żadnych cieplejszych uczuć.
Natychmiast po odejciu Waringa poszedł do luzy po ów sławetny rozpylacz, którym 
Hudlarianie odżywiają się poza macierzystą planetą. Kiedy sprawdzał to urządzenie i 
zapasowe   pojemniki   z   żywnocią,   przebiegał   w   mylach   to,   co   będzie   musiał 
powiedzieć   kierownikowi   sekcji,   Caxtonowi,   gdy   ten   się   pojawi.   Spoglądając 
markotnie przez iluminator luzy na elementy gigantycznej układanki rozrzuconej na 
dwustu kilometrach szeciennych przestrzeni kosmicznej, spróbował się zastanowić. 
Jednak   myli   ciągle   uciekały   od   wypadku   w   uogólnienia   i   fakty   dotyczące   raczej 
dalekiej przyszłoci lub przeszłoci.
Owa   potężna   konstrukcja,   która   powoli   przybierała   swój   ostateczny   kształt   w 
Dwunastym   Sektorze   Galaktycznym,   w   połowie   drogi   między   skrajem   galaktyki 
macierzystej oraz gęsto zamieszkałymi układami Wielkiego Obłoku Magellana, miała 
stać się szpitalem, który zaćmi wszystkie inne. W którym wiernie odtworzone zostaną 
warunki   panujące   na   setkach   różnych   planet,   uwzględniające   najróżniejsze 
wymagania   co   do   temperatury,   cinienia,   siły   ciążenia,   promieniowania   i   składu 
atmosfery wedle potrzeb pacjentów i opiekującego się nimi personelu. Budowa takiej 
olbrzymiej i skomplikowanej konstrukcji przekraczała możliwoci nawet najbogatszego 
wiata,   toteż   poszczególne   fragmenty   szpitala   wykonały   setki   planet   i   potem 
przetransportowały je na miejsce montażu.
Ale układanie tej łamigłówki nie było łatwym zajęciem.
Każda   z   zainteresowanych   planet   miała   kopię   planów   konstrukcyjnych.   A   jednak 
mimo to zdarzały się pomyłki, prawdopodobnie dlatego, że opisy planów należało 

background image

przekładać   na   różne   języki   i   systemy   miar.   Segmenty,   które   powinny   do   siebie 
pasować,   często   trzeba   było   modyfikować,   co   powodowało   koniecznoć 
manewrowania   nimi  za   pomocą   skupionych   pól   przyciągających   i   odpychających. 
Była to bardzo trudna praca dla manewrowych, bo o ile ciężar tych segmentów w 
Kosmosie równał się zeru, o tyle ich masa i bezwładnoć pozostawały w dalszym 
ciągu ogromne.
A każdy, kto był na tyle pechowy, żeby znaleźć się między dwiema schodzącymi się 
płaszczyznami   montowanych   segmentów,   stawał   się,   niezależnie   od   tego,   z   jak 
wytrzymałej   rasy   pochodził,   prawie   doskonałym   wyobrażeniem   istoty 
dwuwymiarowej. 
Istoty,  które poniosły mierć w wypadku, należały do rasy wytrzymałej na czynniki 
zewnętrzne, a dokładniej, reprezentowały klasę FROB w fizjologicznej klasyfikacji ras 
zamieszkujących Kosmos. Doroli Hudlarianie ważyli około dwóch ton, pokryci byli 
twardą, lecz elastyczną powłoką, która wyjąwszy, że chroniła ich przed działaniem 
cinienia  atmosferycznego na własnej  planecie,  pozwalała  także  bez  kłopotu  żyć i 
pracować w każdej atmosferze o niższym cinieniu łącznie z próżnią w przestrzeni 
kosmicznej. Poza tym istoty te odznaczały się najwyższym sporód wszystkich ras 
Kosmosu   stopniem   tolerancji   promieniowania   radioaktywnego,   co   czyniło   je 
szczególnie pożytecznymi pracownikami przy montażu siłowni jądrowej.
Sama utrata dwojga takich pracowników w jego sekcji doprowadziłaby Caxtona do 
wciekłoci,   poza   innymi   względami.   O'Mara   westchnął  ciężko,   następnie   uznał,  że 
stan   jego   nerwów   potrzebuje   silniejszego   wyładowania,   i   zaklął.   Potem   zabrał 
karmidło i wrócił do sypialni.
W   normalnych   warunkach   Hudlarianie   wchłaniają   pożywienie   bezporednio   przez 
skórę   z   gęstej   jak   zupa   atmosfery   ich   rodzinnej   planety;   jednak   na   każdej   innej 
planecie lub w otwartym  Kosmosie ich absorpcyjną skórę trzeba co pewien czas 
spryskiwać   stężoną   substancją   odżywczą.   Na   skórze   tego   małego   Hudlarianina 
pojawiły się odkryte połacie, w innych miejscach za odżywcza powłoka była bardzo 
cienka. Bez wątpienia, pomylał O'Mara, już najwyższy czas na następne karmienie 
malca. Zbliżył się doń na tyle, na ile, jego zdaniem, było to bezpieczne, i zaczął 
ostrożnie go opryskiwać.
Wydawało   się,   że   proces   pokrywania   odżywczym   lakierem   sprawia   przyjemnoć 
małemu   FROB-owi.   Przestał   kulić   się   w   kącie   ze   strachu   i   zaczął   z   ożywieniem 
myszkować po maleńkiej sypialni. Zadaniem O'Mary było teraz natrafić na szybko 
poruszający się obiekt, samemu jednoczenie ćwicząc szybkie uniki, co spowodowało, 
że ból w zranionej nodze jeszcze się nasilił. Umeblowanie sypialni również ucierpiało.
Kiedy praktycznie cała powłoka młodego Hudlarianina, a także wnętrze przedziału 
sypialnego   zostały   już   pokryte   lepką   substancją   odżywczą   o   ostrym   zapachu,   w 
drzwiach pojawił się Caxton.
- Co się tu dzieje? - zapytał kierownik sekcji.
Budowniczowie   stacji   kosmicznych   to   ludzie   o   osobowoci   nieskomplikowanej;   ich 
reakcje zawsze łatwo przewidzieć. Caxton był typem człowieka, który zawsze pyta, 
co się dzieje, nawet kiedy dobrze wie, tak jak w tym wypadku, a także w szczególnoci 
wtedy, gdy takie niepotrzebne pytania mają po prostu komu dopiec. O'Mara pomylał, 
że   w   innych   okolicznociach   kierownik   sekcji   był   zapewne   całkiem   znonym 
osobnikiem, ale jak dotychczas dla nich obu owe "inne okolicznoci" nie zaistniały.
Odpowiedział na pytanie nie okazując złoci, którą kipiał.
- Po tym wszystkim - dodał na zakończenie - chyba będę trzymał tego malca na 
zewnątrz i tam go będę karmił.
- Nie ma mowy! - rzucił Caxton. - On ma tu być przez cały czas. Ale o tym później. 
Teraz chciałbym się czego dowiedzieć o wypadku, to znaczy poznać pańską wersję.

background image

Jego wzrok mówił, że gotów jest wysłuchać O'Mary, ale już z góry wątpi w każde jego 
słowo. 
- Zanim będzie pan mówił dalej - przerwał Caxton, gdy O'Mara zdołał wypowiedzieć 
dwa  zdania  -  chciałbym  przypomnieć,   że  ta  budowa  podlega jurysdykcji   Korpusu 
Kontroli.   Zazwyczaj   kontrolerzy   pozwalają   nam   samodzielnie   załatwiać   wszystkie 
sprawy, ale tym razem wchodzą w grę przedstawiciele innej rasy i Korpus musi się 
włączyć. Będzie ledztwo. - Postukał palcem w małe płaskie pudełko, które miał na 
piersi. - Muszę pana ostrzec, że nagrywam każde słowo tej rozmowy.
O'Mara   skinął   głową   i   monotonnym,   cichym   głosem   zaczął   opisywać   przebieg 
wydarzeń.   Wiedział,   że   jego   wyjanienia   oparte   są   na   kruchych   podstawach,   a 
przedstawienie jakiegokolwiek zdarzenia w taki sposób, aby mogły przemawiać na 
jego   korzyć,   uczyniłoby   te   wyjanienia   jeszcze   bardziej   nienaturalnymi.   Kilka   razy 
Caxton otwierał usta, jakby chciał co powiedzieć, ale za każdym razem rezygnował. 
W końcu jednak odezwał się.
- Ale czy kto w i d z i a ł, że pan to zrobił? Albo choćby widział, że tych dwoje 
Hudlarian   porusza   się   w   strefie   zagrożenia,   przy   zapalonych   wiatłach 
ostrzegawczych?   Ułożył   pan   sobie   składną   historyjkę,   która   wyjania   powód   ich 
bezsensownego zachowania - a przy okazji wychodzi pan na niezgorszego bohatera 
-   ale   może   jednak   włączył   pan   te   wiatła   dopiero   p   o   wypadku   i   włanie   pańskie 
zaniedbanie go spowodowało, a ta cała gadanina o malcu, który się zaplątał tam, 
gdzie   nie   powinno   go   być,   to   stek   kłamstw,   które   mają   pana   oczycić   z   bardzo 
poważnego zarzutu...
- Waring mnie widział - przerwał O'Mara.
Caxton wbił w niego wzrok, a na jego twarzy wyraz hamowanego gniewu ustąpił 
niesmakowi i pogardzie. O'Mara poczuł, że mimo woli się rumieni.
- Waring, co? - powiedział kierownik sekcji beznamiętnym tonem. - Bardzo sprytnie. 
Pan wie i wszyscy wiedzą, że stale się pan z niego natrząsał kpiąc i przedrzeźniając 
do tego stopnia, że musi pana nienawidzić gorzej niż diabła. Nawet jeli widział pana, 
sąd będzie się spodziewał, że i tak nic nie powie. A jeli pana nie widział, sąd pomyli, 
że   faktycznie   widział,   ale   nie   chce   powiedzieć.   O'Mara,   pan   mnie   przyprawia   o 
mdłoci.
Caxton obrócił się i ruszył w stronę luzy. Przekroczywszy próg obrócił się ponownie.
- Potrafi pan tylko rozrabiać, O'Mara - rzekł gniewnie. - Jest pan tylko chamskim, 
kłótliwym kłębkiem mięni i koci, który ma jednak tyle kwalifikacji, że nie opłaci się 
pana wyrzucić. Może zdaje się panu, że to dzięki pańskim zdolnociom dostał pan ten 
przedział na własnoć. Wcale tak nie było; jest pan dobry; ale nie do tego stopnia. 
Prawda jest taka, że nikt inny z mojej sekcji nie chciał z panem mieszkać...
Ręka Caxtona spoczęła na wyłączniku urządzenia nagrywającego. Ostatnie słowa 
wypowiedział spokojnym tonem, w którym czaiła się miertelna groźba.
- ... A gdyby temu małemu stała się jaka krzywda, O'Mara, gdyby w ogóle co mu się 
stało, Korpus Kontrolerów nie będzie miał kogo sądzić...
Znaczenie   tych   ostatnich   słów   jest   jasne,   pomylał   O'Mara,   gdy   kierownik   sektora 
opucił   jego   przedział;   został   skazany   na   przebywanie   z   tym   półtonowym   żywym 
czołgiem przez okres, który, choćby najkrótszy, i tak zdawał się wiecznocią. Każdy 
wiedział, że wystawienie Hudlarianina na działanie przestrzeni kosmicznej to tyle co 
pozostawienie   psa   poza   domem   na   noc;   oba   wypadki   nie   powodują   żadnych 
szkodliwych następstw. Ale to, co ludzie wiedzą, i to, co czują, to dwie zupełnie różne 
rzeczy,   a   O'Mara   miał   do   czynienia   z   prostym,   nieskomplikowanym,   przesadnie 
uczciwym i mocno rozgniewanym budowniczym stacji kosmicznych. 
Szeć miesięcy temu, kiedy O'Mara dostał etat na budowie Szpitala Kosmicznego, 
stwierdził,  że ponownie jest skazany na wykonywanie pracy, która, choć sama w 

background image

sobie   ważna,   nie   przynosi   mu   zadowolenia,   a   także   leży   grubo   poniżej   jego 
możliwoci. Takie frustrujące sytuacje powtarzały się niezmiennie od momentu, kiedy 
skończył   szkołę;   kadrowcy   nie   mogli   uwierzyć,   że   młody   człowiek   o   takich 
kwadratowych,   brzydkich   rysach   i   tak   potężnych   barach,   przy   których   głowa 
wydawała się nienaturalnie mała, mógłby się interesować takimi subtelnociami, jak 
elektronika czy psychologia. Wyruszył w Kosmos z nadzieją, że tam będzie inaczej, 
ale   zawiódł   się.   Mimo   ciągłych   wysiłków   podejmowanych   w   czasie   wstępnych 
rozmów, aby olnić personalnych ogromną wiedzą, ci niezmiennie znajdowali się pod 
wrażeniem   jego   atletycznej   budowy   i   ledwie   słuchali   tego,   co   mówił:   Potem   za 
niezmiennie   opatrywali   jego   podania   o   pracę   adnotacją:   "Nadaje   się   do   ciężkiej, 
długotrwałej pracy fizycznej".
Przystąpiwszy do pracy przy budowie Szpitala postanowił użyć sobie, ile można na 
tym   kolejnym   nudnym   i   frustrującym   etapie;   postanowił   stać   się   powszechnym 
uprzykrzeniem. W rezultacie nie nudził się wcale. Teraz jednak żałował, że aż tak 
udało mu się zrazić wszystkich do siebie.
Teraz bardzo potrzebował przyjaciół, a nie miał ani jednego.
Od ponurej przeszłoci do jeszcze mniej przyjemnej teraźniejszoci przywrócił go ostry, 
przenikliwy zapach substancji odżywczej Hudlarian. Trzeba było co z tym zrobić i to 
szybko. Popiesznie włożył skafander i wyszedł przez luzę. 
II 

Jego przedział mieszkalny znajdował się w niewielkim podzespole, z którego kiedy 
miał   powstać   blok   operacyjny   oraz   przyległe   do   niego   magazyny   sektora 
niskograwitacyjnego   klasy   MSVK.   Dla   O'Mary   zahermetyzowano   i   wyposażono   w 
sztuczną grawitację dwa niewielkie pomieszczenia wraz z łączącym je korytarzem, 
podczas   gdy   w   innych   częciach   konstrukcji   panowała   zupełna   próżnia   jak   i 
nieważkoć. O'Mara płynął krótkimi, nie ukończonymi korytarzami, które otwierały się 
w przestrzeń kosmiczną; zaglądał do pustych jeszcze sal, które mijał. Pełno w nich 
było   ciągnących   się   wszędzie   przewodów   i   niekompletnych   urządzeń,   których 
przeznaczenia   nie   sposób   było   odgadnąć   bez   szkoleniowej   hipnotamy   MSVK. 
Jednak wszystkie pomieszczenia, które obejrzał, były albo zbyt małe, by pomiecić 
Hudlarianina,   albo   też   otwierały   się   w   przestrzeń   kosmiczną.   O'Mara   zaklął   doć 
niewinnie, ale za to z uczuciem; odepchnął się w stronę poszarpanej krawędzi jego 
maleńkiego terytorium i potoczył wokół wciekłym spojrzeniem.
Ponad nim, w dole i wokół niego, w promieniu dziesięciu mil wisiały w przestrzeni 
elementy   Szpitala,   niewidoczne   poza   kręgiem   rozstawionych   na   ich   powierzchni 
jasnych niebieskich latarni, które miały służyć jako wiatła ostrzegawcze dla statków 
przelatujących   w   tej   okolicy.   O'Mara   pomylał,   że   wygląda   to   trochę   tak,   jakby 
znajdował się w sercu kulistego, ciasnego skupiska gwiazd, całkiem nie-brzydkiego, 
jeli   ma   się   odpowiedni   nastrój,   żeby   je   podziwiać.   On   go   nie   miał,   ponieważ   na 
większoci z tych zawieszonych w Kosmosie segmentów znajdowali się manewrowi 
pól   siłowych   pilnujący   tych   częci,   które   groziły   zderzeniem.   Ci   ludzie   na   pewno 
doniosą Caxtonowi, że O'Mara zabiera malca w przestrzeń kosmiczną, choćby tylko 
na karmienie.
Wyglądało   na   to,   że   jedynym   rozwiązaniem   problemu   nieprzyjemnego   zapachu, 
pomylał z niesmakiem wracając do swego przedziału, będą koreczki do nosa.
Gdy przestąpił próg luzy, powitał go ryk o sile syreny okrętowej. Wybuchał długimi 
dysonansami, przerywanymi na tak krótką chwilę, że mógł tylko wzdrygnąć się przed 
następnym. Oględziny wykazały, że ostatnia warstwa pożywienia gdzieniegdzie się 
już   przetarła,   więc   zapewne   jego   słodkie   maleństwo   jest   znowu   głodne.   O'Mara 
chwycił za rozpylacz.

background image

Kiedy   zdołał   już   pokryć   około   trzech   metrów   kwadratowych,   dalsze   karmienie 
przerwało  mu  wejcie   doktora  Pellinga.  Zakładowy  lekarz  ekipy  montującej   Szpital 
zdjął tylko hełm i rękawice i przez chwilę rozprostowywał zdrętwiałe palce.
- Zdaje się, że zranił się pan w nogę - mruknął. Spójrzmy na to.
Badał   nogę   O'Mary   z   największą   delikatnocią,   ale   widać   było,   że   robi   to   tylko   z 
obowiązku, a nie z sympatii do pacjenta.
- To tylko silne stłuczenie i kilka nadwerężonych cięgien - powiedział powciągliwie. - 
Miał pan szczęcie. Trzeba teraz odpoczywać. Dam panu co do smarowania. Malował 
pan pokój?
- Co... - zaczął O'Mara, ale po chwili dostrzegł, w którą stronę patrzy lekarz. - A nie, to 
substancja   odżywcza.   Ten   mały   łobuz   przez   cały   czas   się   wiercił,   kiedy   go 
opryskiwałem. Ale mówiąc o nim, czy może mi pan powiedzieć...
-   Nie,   nie   mogę   -   odrzekł   Pelling.   -   I   tak   mam   przeładowaną   głowę   chorobami   i 
lekarstwami dla własnego gatunku; miałbym jeszcze dopychać sobie hipnotamy o 
fizjologii   klasy   FROB?   A   poza   tym   one   są   wytrzymałe,   im   się   nic   nie   może 
przydarzyć! - Głono pociągnął nosem i skrzywił się. - Dlaczego pan nie wystawi go na 
zewnątrz?
- Niektórzy ludzie mają zbyt miękkie serce - powiedział O'Mara z goryczą. - Przeraża 
ich na przykład, takie oczywiste okrucieństwo, jak podnoszenie kota za kark...
- Hmmm - chrząknął lekarz, prawie ze współczuciem. - No, ale to pański problem, nie 
mój. Do zobaczenia za parę tygodni.
- Chwileczkę! - zawołał O'Mara pospiesznie, kutykając za lekarzem i ciągnąc za sobą 
chwilowo pustą nogawkę. - A jeli co się zdarzy? I w ogóle powinny gdzie być jakie 
przepisy dotyczące opieki nad tymi stworami, jakie najprostsze zasady. Nie może 
mnie pan tak zostawić, żebym...
- Rozumiem - rzekł Pelling. Zastanawiał się przez chwilę. - Gdzie w moim przedziale 
plącze się pewna książka, co jakby poradnik pierwszej pomocy Hudlarianom. Ale on 
jest w języku uniwersalnym...
- Znam uniwersalny - powiedział O'Mara. Pelling wyglądał na zdumionego. - Sprytny 
z pana chłopak. No dobrze, podelę panu tę książkę. - Skinął mu przelotnie głową i 
wyszedł. 
O'Mara   zamknął   drzwi   od   sypialni   mając   nadzieję,   że   choć   trochę   zmniejszy   to 
natężenie zapachu pokarmu malca, a następnie ostrożnie położył się na kanapie w 
drugim pokoju ciesząc się na myl o dobrze zasłużonym odpoczynku. Ułożył nogę tak, 
że   ból   był   prawie   znony   i   zaczął   wmawiać   w   siebie   koniecznoć   zaakceptowania 
istniejącej sytuacji. W końcu udało mu się osiągnąć jedynie stoicki spokój.
Był jednak tak znużony, że nawet uczucie gniewu go męczyło. Powieki zaczęły mu 
opadać,   a   od   dłoni   i   stóp   rozchodziło   się   powoli   ciepłe   odrętwienie.   O'Mara 
westchnął, poprawił się na kanapie i zaczął powoli zasypiać...
Ryk,   który   poderwał   go   z   kanapy,   odznaczał   się   najbardziej   wrzaskliwą   i 
autorytatywną natarczywocią ze wszystkich syren alarmowych, jakie w życiu słyszał, 
za   jego   natężenie   groziło   wyrwaniem   z   prowadnic   drzwi   od   sypialni.   O'Mara 
instynktownie chwycił za skafander, a kiedy opamiętał się, cisnął go z przekleństwem 
na ustach. Następnie ruszył po rozpylacz.
Mały był znowu głodny!
Podczas następnych osiemnastu godzin O'Mara coraz lepiej przekonywał się, jak 
mało   wie   o   młodych   Hudlarianach.   Z   jego   rodzicami   wiele   razy   rozmawiał   przez 
autotranslator, o małym często była mowa, ale jako nigdy się nie zgadało o istotnych 
sprawach. Na przykład na temat snu.
Sądząc   po   ostatnich   obserwacjach   i   dowiadczeniach   młode   osobniki   tej   rasy   nie 
spały w ogóle. W zbyt krótkich przerwach między karmieniem zajmowały się głównie 

background image

pętaniem   po   sypialni   i   rozbijaniem   wszystkich   mebli,   które   nie   były   wykonane   z 
metalu i przytwierdzone do podłogi; te za, które były, ulegały pogięciu przestając być 
rozpoznawalne i zdatne do użytku. Kiedy indziej młody FROB siadał skulony w kącie 
rozplątując   i   ponownie   zaplątując   macki.   Być   może   widok   ten,   który   odpowiadał 
obrazowi ludzkiego dziecka bawiącego się paluszkami, wywoływał okrzyk zachwytu u 
dorosłych Hudlarian, O'Marę jednak przyprawiał o mdłoci i oczopląs.
A   co   dwie   godziny,   może   kilka   minut   wczeniej   lub   później;   musiał   karmić   tego 
potworka. Jeli miał szczęcie, malec leżał spokojnie, jednak najczęciej trzeba było 
gonić za nim z rozpylaczem. Zwykle osobniki klasy FROB są w takim wieku zbyt 
słabe,   aby   się   samodzielnie   poruszać,   ale   ma   to   miejsce   w   warunkach   wysokiej 
grawitacji i potężnego cinienia atmosferycznego na planecie Hudlar. Tutaj, przy sile 
ciążenia nieco mniejszej niż jedna czwarta ziemskiego, mały Hudlarianin mógł się 
poruszać. I bawił się wietnie.
O'Mara za wcale; czuł się tak, jakby jego ciało było grubą, ciężką gąbką nasączoną 
zmęczeniem.   Po   każdym   karmieniu   walił   się   na   kanapę,   i   pozwalał   miertelnie 
zmęczonemu ciału pogrążać się w niewiadomoci. Był tak kompletnie, tak całkowicie 
wyczerpany, że, jak wmawiał sobie po każdym opryskiwaniu, w żaden sposób nie 
usłyszy   kolejnej   skargi   potworka,   bo   będzie   zbyt   nieprzytomny.   Ale   zawsze   owa 
rycząca dysonansem syrena okrętowa podrywała go przynajmniej do półprzytomnoci 
i wymuszała jak u pijanej marionetki odpowiednie ruchy, które pozwalały uciszyć ten 
straszliwy, opętańczy hałas.
Po prawie trzydziestu godzinach O'Mara wiedział, że jest już u kresu sił. To, czy 
malca zabiorą za dwa dni, czy za dwa miesiące, nie miało już większego znaczenia; 
w   obu   przypadkach   czekał   go   dom   wariatów.   Chyba,   że   w   chwili   załamania 
zdecyduje się na spacer w Kosmosie bez skafandra. Wiedział, że Pelling nigdy by nie 
pozwolił na poddawanie go takim męczarniom, ale w sprawach dotyczących klasy 
FROB doktor był ignorantem. Caxton za, tylko trochę mniejszy ignorant, należał do 
ludzi   prostych   i   bezporednich,   którzy   uwielbiali   tego   rodzaju   głupie   dowcipy, 
szczególnie kiedy ich zdaniem ofiara żartu dostawała to, na co zasłużyła.
Ale przypućmy, że kierownik sekcji był bardziej przewrotnym typem niż podejrzewał 
to O'Mara? Przypućmy, że doskonale wiedział, na co go skazuje powierzając opiekę 
nad   małym   FROB-em?   O'Mara   ciężko   zaklął,   ale   przez   ostatnie   dziesięć   czy 
dwanacie   godzin   naprzeklinał   się   już   tyle,   że   przestało   mu   to   przynosić   ulgę 
emocjonalną. Potrząsnął gniewnie głową, daremnie usiłując pokonać znużenie, które 
zaćmiewało jego umysł.
Caxtonowi nie ujdzie to na sucho.
O'Mara wiedział, że na całej budowie jest najsilniejszy, a siły tej musi mieć znaczny 
zapas.   Wmawiał   sobie   nieustannie,   że   to   całe   zmęczenie   i   drżączka,   której   się 
nabawił, to po prostu wytwór jego wyobraźni, a parę dni bez snu nie powinno odbić 
się ujemnie na jego silnej kondycji fizycznej, nawet po tym wstrząsie, którego doznał 
w czasie wypadku.  A w każdym razie obecne kłopoty  z malcem nie mogą trwać 
wiecznie.   Sytuacja   musi   się   poprawić.   Jeszcze   im   dołożę,   przysięgał   sobie. 
Caxtonowi nie uda się doprowadzić go do pomieszania zmysłów, ani nawet do tego, 
by zażądał pomocy.
Z uporem wywołanym zmęczeniem wmawiał sobie, że oto rzucono mu wyzwanie. 
Dotychczas skarżył się, że żadne dostawione przed nim zadanie nie wykorzystywało 
w   pełni   lego   możliwoci.   No   więc   miał   tu   problem,   który   wystawiał   na   próbę   jego 
wytrzymałoć   fizyczną   oraz   zdolnoć   rozumowania.   Powierzono   mu   małe   dziecko   i 
będzie  się   nim  zajmować,   obojętnie   czy  to   będzie   trwało   dwa  tygodnie,   czy  dwa 
miesiące. A co więcej, sprawi, że stan dziecka w chwili, gdy przybędą jego przyszli 
opiekunowie będzie wiadczył na jego korzyć...

background image

Czterdzieci osiem godzin od chwili, kiedy obdarzono go towarzystwem Hudlarianina, 
a pięćdziesiąt siedem, od kiedy ostatni raz porządnie się wyspał, takie nielogiczne i 
wielce płaczliwe myli wcale nie wydawały się O'Marze dziwne.
I oto nagle w tym, co przywykł uważać za niezmienną kolej rzeczy, nastąpiła zmiana. 
Poskarżywszy   się   malec   został   jak   zwykle   nakarmiony,   ale   nie   miał   zamiaru   się 
uciszyć!
Pierwszą reakcją O'Mary było urażone zdumienie: to było wbrew zasadom. Dzieci 
płaczą, daje im się jeć, więc przestają płakać - przynajmniej na chwilę. Zachowanie 
malca było do tego stopnia nie fair, że przez jaki czas, zbyt tym wstrząnięty, nie 
wiedział, jak się zachować.
Hałas   przypominał   ryk   trąb   jerychońskich   w   różnych   wersjach.   W   O'Marę   waliły 
długie   serie   dysonansów;   co   chwilę   następowała   zmiana   wysokoci   i   natężenia 
dźwięku wedle jakiej zwariowanej zasady, której nie sposób było odgadnąć, kiedy 
indziej za ryk przechodził w upiorne, zgrzytliwe staccato, jakby tłuczone szkło dostało 
się   do   aparatu   głosowego   Hudlarianina.   Były   i   przerwy   od   dwóch   sekund   do  pół 
minuty,   w   czasie   których   O'Mara   kulił   się   w   oczekiwaniu   na   kolejny   wybuch. 
Wytrzymał   tyle,   ile   zdołał   -   około   dziesięciu   minut   -   a   potem   ponownie   zwlókł   z 
kanapy ciążące jak ołów ciało.
-   Co   się   stało   do   cholery?!   -   usiłował   przekrzyczeć   jazgot.   FROB   był   całkowicie 
pokryty substancją odżywczą, nie mógł więc być głodny. 
Kiedy malec ujrzał O'Marę, natężenie i natarczywoć okrzyków wzrosły. Zewnętrzny, 
przypominający   miech   fałd   skórny   na   grzbiecie   malca   -   który   służył   jedynie   do 
wydawania dźwięków, gdyż osobniki z klasy FROB nie oddychały - przez cały czas 
gwałtownie nadymał się i opadał. O'Mara zatkał uszy dłońmi, ale nic to nie pomogło.
- Cicho bądź! - ryknął.
Wiedział,   że   niedawno   osierocony   Hudlarianin   wciąż   pewnie   jest   przerażony   i 
zdezorientowany, a  samo karmienie  nie  może  zaspokoić jego wszystkich  potrzeb 
emocjonalnych. Wiedział o tym i głęboko mu współczuł. Ale te myli schroniły się w 
jakim   zacisznym,   rozsądnym   i   dobrze   wykowanym   zakątku   jego   umysłu,   który 
oderwał się od tego całego bólu, zmęczenia oraz nawrotów przeraźliwego jazgotu 
torturujących jego ciało. Doznał rozdwojenia jaźni i z powstałych w ten sposób dwu 
osobowoci jedna znała powód hałasu i akceptowała go, podczas gdy druga - czysto 
fizyczny O'Mara - zareagował instynktownie i gwałtownie, by uciszyć malca.
- Cicho! CICHO! - wrzasnął O'Mara i zaczął tłuc FROB-a rękami i nogami.
Jakim cudownym trafem po dziesięciu minutach Hudlarianin przestał płakać.
O'Mara trzęsąc się wrócił na kanapę. Na te dziesięć minut opanowała go mordercza, 
nieopanowana wciekłoć. Zajadle tłukł i kopał malca, aż w końcu ból rąk i chorej nogi 
zmusiły go do rezygnacji z tych kończyn, ale w dalszym ciągu walił zdrową nogą i 
wykrzykiwał obelgi. Okropnoć tego, co zrobił, wstrząsnęła nim, aż poczuł do siebie 
obrzydzenie.
Na nic było tłumaczenie sobie, że wytrzymały Hudlarianin mógł nawet nie poczuć 
tego lania; malec przestał płakać więc co jednak do niego dotarło. Oczywicie istoty 
klasy   FROB   są   wytrzymałe,   ale   to   było   małe   dziecko,   a   małe   dzieci   mają   czułe 
miejsca: Na przykład u ludzkiego niemowlęcia jest takie na szczycie czaszki...
Kiedy   całkowicie   wyczerpane   ciało   O'Mary   runęło   w   otchłań   snu,   jego   ostatnią 
składną mylą było, że jest najgorszym, najpodlejszym szubrawcem, jakiego Ziemia 
wydała.
Obudził   się   po   szesnastu   godzinach.   Przebudzenie   było   procesem   powolnym   i 
naturalnym,   w   czasie   którego   tylko   minimalnie   przekroczył   próg   wiadomoci. 
Przelotnie zdziwił się, że to nie malec go obudził, ale po chwili znów zapadł w sen. Po 

background image

raz   drugi   obudził   się   po   dalszych   pięciu   godzinach   na   odgłos   kroków   Waringa 
wchodzącego przez luzę.
-   D-d-doktor   Pelling   kazał   mi   to   przynieć   -   rzekł   rzucając   O'Marze   niewielką 
książeczkę. - Żebymy się dobrze zrozumieli: nie robię tego z uprzejmoci dla pana. 
Doktor powiedział mi, że to dla dobra tego małego. Jak się czuje?
- Śpi - odparł O'Mara.
Waring zwilżył wargi. - Ja-ja mam sprawdzić. C-C-Caxton mi kazał.
- T-t-to do niego podobne - przedrzeźniał go O'Mara.
Przyglądał się w milczeniu, jak krew napływa Waringowi do twarzy. Był to szczupły 
młody mężczyzna, wrażliwy, niezbyt silny; ponoć jednak dobry materiał na bohatera. 
Zaraz   po   przybyciu   O'Mara   został   dosłownie   zasypany   opowieciami   o   tym 
manewrowym pola siłowego. Pewnego razu w czasie montowania siłowni zdarzył się 
wypadek i Waring uwiązł w segmencie, który nie był odpowiednio ekranowany przed 
promieniowaniem.   Nie   stracił   jednak   głowy   i   postępując   według   instrukcji 
przekazywanych mu przez znajdującego się na zewnątrz technika zdołał zapobiec 
niekontrolowanej   reakcji   jądrowej,   która   mogła   kosztować   życie   wszystkich 
zatrudnionych w tym sektorze. Wszystko to robił, będąc przekonany o tym, że dawka 
promieniowania, którą otrzymał, za kilka godzin spowoduje jego mierć.
Osłona okazała się wszakże znacznie skuteczniejsza niż przypuszczano, i Waring 
nie umarł. Jednak wypadek ten wycisnął na nim swoje piętno, przekonywano O'Marę. 
Waring   miewał   okresy   utraty   przytomnoci,   zaczął   się   jąkać.   W   jego   systemie 
nerwowym nastąpiły podobno drobne, ale nieodwracalne zmiany; było jeszcze parę 
innych rzeczy, które O'Mara miał sam zauważyć, a potem nie zwracać na nie uwagi. 
Waring uratował im wszystkim życie i należało mu się za to specjalne traktowanie. I 
dlatego, kiedy Waring gdziekolwiek szedł, wszyscy ustępowali mu z drogi, dawali mu 
wygrywać we wszystkich utarczkach, sporach, grach zręcznociowych i losowych, a 
ogólnie rzecz biorąc, otulali go kołderką z sentymentalnej waty.
I dlatego Waring był zepsutym, nieznonym, głupim gówniarzem.
O'Mara umiechnął się patrząc na jego zbielałe wargi i zacinięte pięci. On sam nigdy 
nie   pozwalał   Waringowi   wygrywać   niezasłużenie,   a   pierwsza   bójka,   którą   ów 
manewrowy   wszczął   z   nim,   była   zarazem   ostatnią.   Nie   dlatego,   że   O'Mara   go 
poważnie pobił, ale był na tyle brutalny, by wykazać mu, że bijatyka z nim nie jest 
najlepszym pomysłem.
- Wejdź i popatrz sam - powiedział w końcu O'Mara. - Rób, co C-C- Caxton każe.
Obaj   weszli   do   rodka,   spojrzeli   przelotnie   na   malca,   który   łagodnie   przebierał 
mackami, i wyszli.  Waring wyjąkał,  że musi już ić i ruszył w stronę luzy. O'Mara 
wiedział, że manewrowy dawno już się tak nie jąkał jak teraz; może to ze strachu, że 
on wspomni o wypadku.
- Chwileczkę - powiedział O'Mara. - Kończy mi się substancja pokarmowa, więc może 
by mi przyniósł...
- Niech p-p-pan sam sobie weźmie!
O'Mara popatrzył na niego przeciągle, aż Waring odwrócił wzrok.
- Caxton nie może wymagać wszystkiego na raz. Jeli o tego malca trzeba dbać do 
tego stopnia, że nie mogę go trzymać albo karmić w próżni, w takim razie poważnym 
zaniedbaniem z mojej strony byłoby, gdybym odszedł po pożywienie i pozostawił go 
samego. Chyba to rozumiesz. Pan Bóg jeden wie, co mogłoby się stać z malcem, 
gdybym zostawił go bez opieki. Obarczono mnie odpowiedzialnocią za jego stan, 
więc żądam...
- A-a-ale on nie...

background image

- Dla ciebie to tylko godzina lub dwie, które powięcisz co drugi czy trzeci dzień ze 
swego okresu odpoczynku powiedział ostro O'Mara. - Nie marudź już. I przestań się 
zapluwać; jeste już w takim wieku, że powiniene mówić dobrze.
Szczęki   Waringa   zwarły   się   ze   zgrzytem.   Nabrał   głęboko   w   płuca   powietrza,   a 
następnie,   przez   ciągle   zacinięte   szczęki   wypucił   oddech.   Towarzyszący   temu 
dźwięk przypominał odgłos, jaki wydaje pęknięty zawór luzy powietrznej.
- To... będzie... mnie... kosztowało... pełne... dwa okresy odpoczynku - powiedział 
bardzo powoli. - Kwatera Hudlarian, w której znajduje się żywnoć... zostanie pojutrze 
wmontowana   do   głównego   kompleksu.   Substancję   pokarmową   trzeba   będzie 
przenieć wczeniej.
- No widzisz, jakie to łatwe. Trzeba tylko spróbować - O'Mara wyszczerzył zęby w 
umiechu. - Na początku mówiłe trochę nerwowo, ale zrozumiałem każde słowo. Idzie 
ci wietnie. A przy okazji; kiedy będziesz rozmieszczał zbiorniki z pożywieniem koło 
luzy, nie hałasuj za bardzo, bo obudzisz malucha.
Przez   następne   dwie   minuty   Waring   obrzucał   O'Marę   przeróżnymi   obelgami   nie 
powtarzając się i ani razu się nie zająknąwszy.
- Mówiłem już, że idzie ci wietnie - rzekł O'Mara karcącym tonem. - Wcale nie musiałe 
się popisywać. 
III

Po wyjciu Waringa O'Mara zaczął zastanawiać się nad tym, co usłyszał o demontażu 
kwatery Hudlarian. Ponieważ rasa ta potrzebowała tylko siły ciążenia rzędu 4G, a 
poza tym niewielu innych udogodnień, umieszczono ich w jednym z zasadniczych 
elementów   szpitala.   Skoro   przyszedł   czas   na   wmontowanie   w   główny   korpus, 
oznaczało  to,   że  koniec  budowy  szpitala   nastąpi  za  pięć,  może  za  szeć  tygodni. 
Manewrowi   pól   siłowych   na   stanowiskach   umieszczonych   w   zagłębieniach 
montowanych płaszczyzn będą rzucać po niebie tysiąctonowymi ciężarami zbliżając 
je   łagodnie   ku   sobie,   podczas   gdy   pasowacze   sprawdzą   ułożenie,   poprawią   je   i 
odpowiednio ustawią do połączenia. Wielu z nich zlekceważy wiatła ostrzegawcze, 
aż do ostatniej chwili  porywając się na mrożące krew w żyłach ryzyko, aby tylko 
oszczędzić sobie czasu i roboty z demontażem segmentów i ponownymi próbami.
O'Mara wolałby być razem z nimi na finiszu, zamiast siedzieć tu i bawić się w niańkę.
Myl  ta przypomniała mu o kłopocie, który ukrywał przed Waringiem.  Malec nigdy 
jeszcze tyle nie spał; minęło już co najmniej dwadziecia godzin od czasu, gdy usnął, 
czy też raczej, od kiedy O'Mara wykopał go spać. Owszem, istoty klasy FROB były 
wytrzymałe, ale może młody Hudlarianin nie spał, ale stracił przytomnoć wskutek 
uderzeń?
O'Mara sięgnął po książkę, którą przysłał Pelling i zaczął czytać.
Szło mu jak z kamienia, ale po dwóch godzinach lektury wiedział już co nieco o 
opiece   nad   młodymi   Hudlarianami   i   doznał   jednoczenie   uczucia   ulgi   i   rozpaczy. 
Okazało się, że jego napad wciekłoci i kopniaki okazały się dobrą rzeczą; młode 
osobniki   klasy   FROB   potrzebowały   ciągłych   pieszczot.   Gdy   obliczył,   z   jaką   siłą 
dorosły osobnik tego gatunku poklepuje swoje młode, okazało się, że jego wciekły 
atak   był   zaledwie   słabą   pieszczotą.   W   innym   miejscu   książka   ostrzegała   przed 
przekarmianiem   i   tu   O'Mara   miał   niewątpliwie   sporo   na   sumieniu.   Widocznie 
wystarczyło małego karmić co pięć czy szeć godzin podczas okresu czuwania, a gdy 
nadal zdradzał oznaki niepokoju lub głodu, należało go uspokajać metodą fizyczną, 
czyli poklepywaniem. Okazało się również, że małe osobniki klasy FROB potrzebują 
doć często kąpieli.
Na   ich   rodzinnej   planecie   była   to   operacja   zbliżona   do   czyszczenia   metodą 
piaskowania,   ale   O'Mara   uważał,   że   to   zapewne   z   powodu   wysokiego   cinienia   i 

background image

gęstoci   atmosfery.   Innym   problemem,   który   niewątpliwie   musiał   rozwiązać,   był 
sposób aplikowania dostatecznie silnych klepnięć w celu pocieszenia malca. Miał 
olbrzymie wątpliwoci, czy uda mu się wpać we wciekłoć za każdym razem, kiedy 
malec będzie potrzebował swojej porcji pieszczot.
Ale przynajmniej okazało się, że O'Mara będzie miał mnóstwo czasu, by co wymylić, 
bowiem w tej samej książce wyczytał również, że Hudlarianie czuwają przez dwie 
pełne doby, potem za pią przez pięć. 
Podczas   pierwszego   pięciodobowego   okresu   snu   malca   O'Mara   zdołał   wymylić 
metody aplikowania pieszczot oraz kąpieli, a nawet zostało mu jeszcze dwa dni na 
odpoczynek i zebranie sił przed ciężką pracą, która go czekała, gdy malec się obudzi. 
Dla człowieka o przeciętnej sile byłoby to mordercze zajęcie, ale O'Mara odkrył po 
pierwszych   dwóch   tygodniach   tego   cyklu,   że   dostosował   się   do   niego   zarówno 
psychicznie, jak i fizycznie. A pod koniec czwartego tygodnia ból i sztywnoć nogi 
ustąpiły zupełnie, a malec nie sprawiał najmniejszego kłopotu.
Na zewnątrz budowa szpitala dobiegała końca. Ogromna, trójwymiarowa układanka 
była już gotowa, jeli nie liczyć kilku niezbyt ważnych segmentów na skrajach. Przybył 
też   oficer   dochodzeniowy   z   Korpusu   Kontroli   i   zadawał   pytania   wszystkim   z 
wyjątkiem O'Mary.

On, za nieustannie zastanawiał się, czy przesłuchiwano już Waringa, a jeli tak, to co 
powiedział manewrowy. Oficer dochodzeniowy był psychologiem, niepodobnym do 
zwykłych inżynierów z Korpusu, i na pewno nie był głupcem. O'Mara pomylał, że on 
sam też nie był głupi; zrobił wszystko, co mógł i po prawdzie nie powinien niepokoić 
się   wynikiem   ledztwa   prowadzonego   przez   Kontrolera.   Ocenił   całą   sytuację   i 
związane   ze   sprawą   osoby,   i   udało   mu   się   przewidzieć   reakcje   wszystkich.   Ale 
zależało to od tego, co Waring powiedział Kontrolerowi. 
Masz stracha! pomylał O'Mara czując do siebie niesmak. Naraz, kiedy twoje ulubione 
teoryjki   zostały   wystawione  na  próbę,  boisz  się,  że  nie  dadzą  wyników.  Chciałby 
poczołgać się do Waringa i ucałować jego buty?
A taki czyn, o czym wiedział, wprowadziłby lepą zmienną do układu, który powinien 
być całkowicie możliwy do przewidzenia i z pewnocią by wszystko popsuł. Niemniej 
jednak pokusa była silna.
Na początku szóstego tygodnia przymusowej opieki nad malcem, gdy O'Mara czytał 
o   różnych   niesamowitych   i   dziwacznych   chorobach,   na   które   zapadają   młode 
osobniki klasy FROB, czujnik luzy dał znać, że kto przyszedł. O'Mara szybko zsunął 
się   z   kanapy   i   stanął   twarzą   do   wejcia   usilnie   starając   się   sprawiać   wrażenie 
człowieka pozbawionego wszelkich zmartwień.
Ale to był tylko Caxton.
- Mylałem, że to Kontroler - powiedział O'Mara.
- Jeszcze go tu nie było, co? - mruknął kierownik sekcji. - Może myli, że to strata 
czasu. Po tym, co mu powiedzielimy, uważa pewnie, że sprawa jest jasna. Kiedy tu 
przyjdzie, weźmie ze sobą kajdanki.
O'Mara tylko popatrzył na niego. Kusiło go, żeby zapytać, czy Kontroler przesłuchiwał 
już Waringa, ale nie była to silna pokusa.
- Przyszedłem - rzekł oschle Caxton - żeby zapytać się o wodę. Dział zaopatrzenia 
mówił, że zamawia pan trzy razy więcej wody niż mógłby pan potrzebować. Założył 
pan akwarium, czy co?
O'Mara celowo zwlekał z odpowiedzią.
- Czas już na kąpiel malca - rzekł. - Chce pan popatrzeć?
Schylił   się,   sprawnie   usunął   jedną   z   płyt   podłogowych   i   sięgnął   do   wnętrza 
powstałego w ten sposób otworu.

background image

- Co pan robi? - wybuchnął Caxton. - To sieć sztucznego ciążenia, nie wolno panu jej 
dotykać...
Nagle   podłoga   przechyliła   się   o   trzydzieci   stopni.   Caxton   runął   na   cianę   z 
przekleństwem na ustach. O'Mara wyprostował się, otworzył wewnętrzne drzwi luzy, 
po czym ruszył po silnie teraz nachylonej podłodze w stronę sypialni. Caxton poszedł 
za nim ciągle upierając się przy twierdzeniu, że O'Mara nie ma ani uprawnień, ani 
dostatecznych   kwalifikacji,   żeby   dokonywać   przeróbek   w   układach   sztucznego 
ciążenia.
- To zapasowy rozpylacz do pożywienia, którego wylot zmodyfikowałem tak, żeby 
dawał strumień wody pod cinieniem - powiedział O'Mara, kiedy znaleźli się wewnątrz 
przedziału.   Nastawił   przyrząd   i   rozpoczął   demonstrację   oblewając   wodą   niewielki 
fragment skóry  malca.  Obiekt  demonstracji  zajęty  był nadawaniem  coraz  bardziej 
nieokrelonego   kształtu   przedmiotowi,   który   był   kiedy   krzesłem.   Ludzi   zignorował 
całkowicie.
- Proszę spojrzeć - O'Mara kontynuował - na ten fragment skóry, gdzie substancja 
odżywcza   stwardniała.   To   miejsce   trzeba   co   jaki   czas   przemywać,   bowiem 
stwardniałe   pożywienie   zatyka   system   absorpcyjny   Hudlarianina   powodując 
wstrzymanie   dopływu   pokarmu.   Malec   robi   się   wtedy   bardzo   nieszczęliwy   i,   hm, 
głony...
Umilkł. Dostrzegł, że Caxton nie patrzy na malca, ale obserwuje, jak woda odbija się 
od   jego   skóry,   a   następnie   spływa   po   stromo   nachylonej   podłodze   przez   całe 
pomieszczenie, prosto do luzy. Może zresztą i dobrze, że nie patrzył na małego, 
bowiem rozpylacz odsłonił na jego skórze jaką plamę o takiej barwie i strukturze, 
jakiej jeszcze nie widział. Zapewne nie było to nic groźnego, ale lepiej, żeby Caxton 
nie zobaczył i nie zadawał pytań.
- Co tam jest? - zapytał kierownik wskazując na sufit
Aby   zapewnić   małemu   konieczną   iloć   pieszczot,   O'Mara   musiał   sklecić   specjalny 
zespół dźwigni, bloków i przeciwwag; całą tę niezdarną maszynerię zawiesił u sufitu. 
Bardzo był dumny ze swego wynalazku; za jego pomocą mógł rozdawać porządne, 
solidne klepnięcia w dowolne miejsce półtonowego cielska malca. Każde z takich 
klepnięć momentalnie umierciłoby człowieka.
Miał   jednak   wątpliwoci,   czy   Caxtonowi   spodobałby   się   jego   aparat.   Zapewne 
kierownik   sekcji   uważałby,   że   urządzenie   zadaje   dziecku   ból   i   zakazałby   jego 
stosowania.
O'Mara ruszył w stronę wyjcia. - To tylko podnonik blokowy - odpowiedział na pytanie 
Caxtona. 
Mokre  plamy  na  podłodze   wytarł   szmatą,   którą  cisnął   do  luzy,   obecnie   częciowo 
wypełnionej wodą. Jego sandały i kombinezon były również wilgotne. więc je też tam 
wrzucił, po czym zamknął zawór wewnętrzny i otworzył zewnętrzny. W czasie gdy 
woda bulgocąc ulatniała się w przestrzeń kosmiczną, wyregulował sztuczne ciążenie, 
tak że podłoga była znowu płaska, a ciany pionowe. Następnie zamknąwszy luzę od 
zewnątrz wydostał z niej sandały, kombinezon i szmatę, które obecnie były suche jak 
pieprz.
- Ładnie pan to sobie wszystko urządził - powiedział zrzędliwie Caxton wkładając 
hełm. - Przynajmniej o niego dba pan lepiej, jak o jego rodziców. Oby tak dalej. 
Kontroler przyjdzie tu jutro o dziewiątej - dodał i wyszedł.
O'Mara szybko wrócił do sypialni, by dokładniej przyjrzeć się owej plamce na skórze. 
Była ona bladoszaroniebieska, a gładka i twarda prawie jak stal powierzchnia skóry 
wyglądała   w   tym   miejscu   jak   popękana.   O'Mara   potarł   łagodnie   to   miejsce,   a 
Hudlarianin zakręcił się i wydał ryk, który zabrzmiał pytająco.

background image

-   A   mylisz,   że   ja   wiem   -   powiedział   O'Mara   w   roztargnieniu.   Nie   mógł   sobie 
przypomnieć,   żeby   już   o  czym   takim   czytał,   ale   książki   jeszcze   nie   skończył.   Im 
prędzej to zrobi, tym lepiej.
Istoty należące do różnych ras porozumiewały się między sobą głównie za pomocą 
autotranslatora,   który   elektronicznie   rozdzielał   i   klasyfikował   wszystkie   znaczące 
dźwięki   i   odtwarzał   je   w   języku   jego   użytkownika.   Inną   metodą,   stosowaną,   gdy 
istniała   potrzeba   przekazania   znacznej   iloci   dokładnych   danych   o   bardziej 
wyspecjalizowanym charakterze, była nauka przy użyciu hipnotam. Za ich pomocą 
przekazywano   wszelkie   doznania   zmysłowe,   wiedzę   i   osobowoć   jednej   istoty 
bezporednio do mózgu drugiej. Daleko w tyle za nimi, jeli chodzi o powszechnoć 
zastosowania i dokładnoć, była metoda trzecia: pisany język cokolwiek na wyrost 
nazwany uniwersalnym.
Język uniwersalny przydatny był tylko tym istotom, których mózgi wyposażone były w 
receptory optyczne zdolne do wydobycia informacji z zespołów znaków graficznych 
rozmieszczonych   na   płaskiej   powierzchni,   czyli   krótko   mówiąc,   z   zadrukowanej 
stronicy.   Choć   zdolnoć   tę   posiadało   wiele   ras   inteligentnych,   to   zakres   barw 
odbierany przez każdą z nich był różny. To, co O'Marze jawiło się jako plamka barwy 
szaroniebieskiej,   dla   innej   istoty   mogło   mieć   inną   barwę   -   od   szarożółtej   do 
brudnopurpurowej  -   a   kłopot   polegał   na   tym,   że   autorem   książki  mogła   być   taka 
włanie inna istota.
Jeden z dodatków do książki zawierał przybliżone odpowiedniki barw dla różnych ras, 
ale ciągłe zaglądanie do niego było nużące i czasochłonne, a O'Mara nie mógł się 
poszczycić dobrą znajomocią języka uniwersalnego. 
Pięć   godzin   później   nie   był   ani   trochę   bliżej   prawidłowej   diagnozy   dolegliwoci 
nękającej   Hudlarianina,   za   owa   szaroniebieska   plamka   na   jego   skórze   urosła 
dwukrotnie   i   zyskała   towarzystwo   trzech   następnych   plam.   Nakarmił   malca   z 
niepokojem zastanawiając się, czy słusznie to robi w tej sytuacji, potem za powrócił 
do studiowania książki.
Według niej były dosłownie setki łagodnych, krótkotrwałych chorób, na które zapadali 
młodzi Hudlarianie. Jego malec uniknął ich tylko dlatego, że dostawał pożywienie ze 
zbiornika i nie wchłonął bakterii z powietrza, często spotykanych na jego planecie. Ta 
choroba   była   zapewne   hudlariańskim   odpowiednikiem   odry,   przekonywał   samego 
siebie O'Mara; ale wyglądało to groźnie. Podczas następnego karmienia okazało się, 
że   jest   ich   już   siedem;   nabrały   odcienia   ciemniejszego,   a   oprócz   tego   malec 
nieustannie   tłukł   o   siebie   mackami.   Bez   wątpienia   musiały   go   te   miejsca   bardzo 
swędzić. Uzbrojony w tę nową informację O'Mara powrócił do książki.
I nagle znalazł. Objawy były przedstawione jako "szorstkie, odmiennie zabarwione 
plamy   na   skórze,   powodujące   silne   swędzenie   z   powodu   nie   wchłonięcia   drobin 
pożywienia".   Leczenie   polegało   na   spłukiwaniu   podrażnionych   miejsc   po   każdym 
karmieniu w celu zmniejszenia swędzenia, plamy za miały same zniknąć po jakim 
czasie.   Obecnie   choroba   ta   była   na   Hudlarze   bardzo   rzadka,   za   jej   objawy 
występowały z dramatyczną gwałtownocią. I znikały równie szybko, jak się pojawiły. 
O ile pacjent miał zapewnioną podstawową opiekę, choroba, jak twierdziła książka, 
nie była niebezpieczna.
O'Mara   zaczął   przeliczać   podane   wskaźniki   na   własny   system   pomiaru   czasu   i 
odległoci.  Wyszło  mu,  na ile  mógł  być pewien  swych obliczeń,  że rednica  plamy 
może   dochodzić   do   pół   metra,   za   ich   liczba   zwiększyć   się   do   dwunastu.   Potem 
zaczną znikać, co nastąpi po około szeciu godzinach licząc od czasu, kiedy zauważył 
pierwszą plamę.
Nie było się o co martwić. 
IV

background image

Po   zakończeniu   kolejnego   karmienia   O'Mara   dokładnie   oczycił   miejsca   pokryte 
niebieskimi plamami, ale mały Hudlarianin nadal trzepał mackami i silnie dygotał. 
O'Marze przyszło do głowy, że malec wygląda jak klęczący słoń z szecioma wciekle 
wijącymi się trąbami. Zajrzał jeszcze raz do książki, która jednak w dalszym ciągu 
utrzymywała,   że   w   normalnych   warunkach   choroba   ma   przebieg   łagodny   i 
krótkotrwały, a jedynym rodkiem łagodzącym przykre uczucie swędzenia może być 
tylko odpoczynek i utrzymywanie zaatakowanego obszaru w czystoci.
Dzieci to paskudne utrapienie, pomylał z wciekłocią.
Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to całe trzepanie mackami i dygotanie nie jest 
dobre i powinno się temu zapobiec. Może malec drapał się tylko z przyzwyczajenia i 
przestanie,   gdy   się   odwróci   jego   uwagę?   Jednak   gwałtownoć   tego   procesu 
poddawała   w   wątpliwoć   to   przypuszczenie.   O'Mara   wybrał   wszakże 
dwudziestopięciokilogramowy odważnik i za pomocą swego podnonika podciągnął 
pod sufit. Zaczął rytmicznie unosić go i opuszczać na miejsce około pół metra od 
twardej, przezroczystej błony osłaniającej oczy; kiedy odkrył, że "poklepywanie" tego 
miejsca   sprawia   malcowi   najwięcej   przyjemnoci.   Dwadziecia   pięć  kilo   zrzucone   z 
wysokoci dwóch i pół metra było dla Hudlarianina miłą, łagodną pieszczotą.
Pod   wpływem   poklepywania   mały   poruszał   się   mniej   gwałtownie.   Kiedy   jednak 
O'Mara   unieruchomił   ciężarek,   Hudlarianin   zaczął   rzucać   się   jeszcze   silniej   niż 
poprzednio   wpadając   nawet   w   pełnym   biegu   na   ciany   i   resztki   umeblowania.   W 
czasie   jednej   takiej   szaleńczej   szarży   o   mało   nie   dostał   się   do   drugiego   pokoju; 
powstrzymało go jedynie to, że nie zmiecił się w drzwiach. Do tej pory O'Mara nie 
zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo mały FROB przybrał na wadze przez te pięć 
tygodni.
Wyczerpany, dał w końcu spokój pieszczotom. Zostawił Hudlarianina szalejącego w 
sypialni i rzucił się na kanapę w drugim pokoju próbując zebrać myli.
Według książki był najwyższy czas, aby sine plamy zaczęły blednąć. Ale tak się nie 
stało; ich liczba osiągnęła maksimum, czyli dwanacie, a rednica wynosiła, zamiast 
pół metra, prawie dwa razy tyle. Była tak duża, że podczas następnego karmienia 
powierzchnia absorpcyjna skóry wyniesie połowę normalnej, w wyniku czego mały 
dozna   dalszego   osłabienia   spowodowanego   niedostatkiem   pożywienia.   Każdy   za 
wiedział,   że   swędzących   miejsc   nie   należy   drapać,   jeli   nie   chce   się   poszerzyć 
obszaru dotkniętego schorzeniem i zaostrzyć stanu chorobowego...
Ochrypły   ryk   syreny   przerwał   jego   myli.   Wedle   dotychczasowego   dowiadczenia 
O'Mara zrozumiał, że jest to dźwięk wydawany przez silnie przestraszonego malca, 
natomiast słabe natężenie oznacza, że mały FROB opada z sił.
Hudlarianinowi   potrzebna   była   natychmiastowa   pomoc,   ale   O'Mara   wątpił,   czy 
ktokolwiek   byłby   w   stanie   jej   udzielić.   Rozmowa   z   Caxtonem   nie   miała   sensu; 
kierownik sekcji mógłby tylko wezwać Pellinga, ten za wiedział na temat młodych 
Hudlarian   jeszcze   mniej   niż   O'Mara,   który   tym   zagadnieniem   zajmował  się  przez 
ostatnie pięć tygodni. Takie postępowanie byłoby tylko stratą czasu, małemu za nie 
pomogłoby nic, a poza tym istniała poważna możliwoć, że nie zważając na obecnoć 
badającego   sprawę   wypadku   Kontrolera   Caxton   postarałby   się,   by   O'Marze 
przytrafiło się co nieprzyjemnego za to, że dopucił do choroby malca. Nie można było 
mieć wątpliwoci, że kierownik sekcji obarczy winą włanie jego.
Caxton nie lubił O'Mary. Nikt nie lubił O'Mary.
Gdyby O'Mara był lubiany przez współpracowników, nikt nie miałby zamiaru obarczać 
go winą za chorobę małego; nie doszłoby też do natychmiastowego i jednogłonego 
obwinienia   go   o   spowodowanie   mierci   jego   rodziców.   A   on   postanowił   udawać 
człowieka z paskudnym charakterem i udało mu się to cholernie dobrze.

background image

Może faktycznie był kanalią i dlatego udawanie przychodziło mu z taką łatwocią? 
Może nieustanna frustracja wynikająca z niemożnoci pełnego użycia swego mózgu 
ukrytego w ohydnym, muskularnym ciele sprawiła, że zgorzkniał; może rola, którą, 
jak mu się zdawało, tylko grał, wyrażała jego prawdziwy charakter?
Gdyby tylko tak się nie czepiał Waringa. Tym najbardziej ich rozzłocił.
Jednak   takie   mylenie   prowadziło   donikąd.   Rozwiązanie   jego   problemów   leżało, 
przynajmniej częciowo, w wykazaniu, że jest odpowiedzialny, cierpliwy, uprzejmy i 
ma te wszystkie inne cechy, które szanują jego współpracownicy. Aby to osiągnąć, 
musi najpierw udowodnić, że można mu powierzyć opiekę nad dzieckiem.
Zastanowił   się   przez   chwilę,   czy   Kontroler   nie   mógłby   pomóc.   Nie   bezporednio; 
psycholog   raczej   nie   będzie   wiedział   o   mało   znanych   chorobach   dzieci 
hudlariańskich,   ale   może   sam   Korpus...   Jako   galaktyczna   policja,   gosposia   do 
wszystkiego i ogólnie najwyższa władza, Korpus Kontroli mógłby doć prędko znaleźć 
kogo, kto będzie znał wszystkie potrzebne odpowiedzi. Jednak ten kto prawie na 
pewno   będzie   włanie   na   Hudlarze,   a   tamtejsze   władze   znały   już   sytuację 
osieroconego malca i pomoc zapewne już od tygodni była w drodze. Bez wątpienia 
przyjdzie prędzej niż mógłby sprowadzić ją Kontroler. Może i przyjdzie na czas, by 
uratować małego. A może też zjawić się za późno.
Problem w dalszym ciągu spoczywał na barkach O'Mary.
Nie groźniejsza niż odra u ludzi...
Jednak odra u ludzkiego dziecka może być bardzo groźna, jeli się trzyma chorego w 
chłodzie, lub też w innych warunkach, które same w sobie nie są szkodliwe, jednak 
grożą miercią organizmowi, którego odpornoć została obniżona w wyniku choroby lub 
niedożywienia.   Książka   Pellinga   zalecała   odpoczynek,   czystoć   i   nic   poza   tym.   A 
może jednak? Może w tym wszystkim tkwiło  jakie zasadnicze założenie? Dowcip 
polegał na tym, że pacjent omawiany w książce znajdował się podczas choroby na 
swej   rodzinnej   planecie.   W   normalnych   warunkach   owa   choroba   była   zapewne 
łagodna i krótkotrwała.
Ale sypialni O'Mary w żaden sposób nie można było uznać za normalne warunki dla 
dotkniętego chorobą młodego Hudlarianina.
Wraz z tą mylą pojawiło się i rozwiązanie, o ile nie było w ogóle za późno, by je 
zastosować. O'Mara zerwał się z kanapy i popieszył w stronę schowka na skafandry. 
Wkładał włanie ciężki kombinezon roboczy, gdy zabrzęczał komunikator.
- O'Mara - ryknął głos Caxtona, gdy włączyła się fonia - Kontroler chce z panem 
mówić. Miał być dopiero jutro, ale...
- Dziękuję panu, panie Caxton - przerwał mu spokojny, stanowczy głos. - Nazywam 
się  Craythorne, panie O'Mara -  rzekł  Kontroler po chwili  przerwy.  - Jak pan wie, 
miałem   się   z   panem   zobaczyć   jutro,   ale   udała   mi   się   wczeniej   pozałatwiać   parę 
spraw, co dało mi czas na wstępną rozmowę... 
Że też musiał akurat teraz przyleźć, zapieklił się w duchu O'Mara. Skończył wkładać 
skafander nie mocując jednak ani hełmu, ani rękawic. Zaczął wyłamywać płytkę, pod 
którą znajdował się regulator atmosfery.
- ... Prawdę mówiąc - kontynuował Kontroler spokojnym głosem - pańska sprawa jest 
wyjątkiem, jeli wziąć pod uwagę, czym się tu zajmuję. Do mnie należy załatwianie 
zakwaterowania i tak dalej, dla najróżniejszych istot,  które będą pracować w tym 
szpitalu, a także dołożenie wszelkich starań, by uniknąć tarć między nimi, kiedy się tu 
znajdą. Trzeba się zająć najdrobniejszymi szczegółami, ale w tej chwili mam trochę 
czasu. A pan mnie zaciekawia, O'Mara. Chciałbym panu zadać kilka pytań.
Ale spryciarz! pomylał O'Mara połową mózgu, podczas gdy druga upewniła się, że 
regulatory   atmosferyczne   są   we   właciwym   położeniu.   Pozostawił   swobodnie 

background image

zwisającą płytę i zaczął unosić element podłogi, pod którym krył się układ sztucznego 
ciążenia.
-   Proszę   mi   wybaczyć   -   odparł   trochę   nieprzytomnie   -   że   będę   rozmawiał   nie 
przerywając pracy. Pan Caxton wyjani panu...
- Już mu powiedziałem o malcu - włączył się Caxton - i jeli pan myli, że go pan 
nabierze udając zakrzątaną mamusię...!
- Rozumiem - powiedział Kontroler. - Chciałbym również owiadczyć, że zmuszanie 
pana do przebywania w obecnoci nieletniego osobnika klasy FROB, gdy nie było to 
konieczne, stanowi niezwykle okrutny i wyrafinowany sposób znęcania się i za to, co 
pan   przeszedł   przez   ostatnich   pięć   tygodni,   powinni   panu   zdjąć   z   dziesięć   lat   z 
wyroku   jeli   oczywicie   udowodnią   panu   winę.   A   na   razie...   wie   pan,   zawsze   wolę 
widzieć, z kim rozmawiam. Czy może pan włączyć wizję?
Układ sztucznego ciążenia tak nagle przełączył się z 1G na 2G, że zaskoczyło to 
O'Marę   całkowicie.   Ramiona   się   pod   nim   ugięły   i   walnął   piersią   o   podłogę.   Ryk 
przerażenia jego pacjenta, który doszedł z pokoju obok, musiał zapewne zagłuszyć 
łoskot wywołany upadkiem, ponieważ ani Caxton, ani Kontroler nie zapytali o nic. 
O'Mara zrobił pompkę, najtrudniejszą, jaką w życiu wykonał, i z trudem uniósł się na 
kolana.
Ledwie   udało   mu   się   uspokoić   oddech.   -   Bardzo   mi   przykro,   ale   moja   kamera 
wysiadła - powiedział.
Kontroler milczał wystarczająco długo, by dać mu do zrozumienia, że ani trochę w to 
nie wierzy, ale na razie nie zwraca uwagi na kłamstwo.
- No to tymczasem przynajmniej pan mnie zobaczy - powiedział w końcu i ekran 
komunikatora rozjarzył się.
Pojawiła   się   na   nim   twarz   młodego   jeszcze   mężczyzny   o   krótko   przystrzyżonych 
włosach, którego oczy wyglądały na starsze o dwadziecia lat od reszty twarzy. Na 
naramiennikach dopasowanej, ciemnozielonej kurtki widniały dystynkcje majora, za 
na klapach znajdował się kaduceusz. O'Mara pomylał, że w innych okolicznociach 
mógłby nawet polubić tego faceta.
- Muszę co zrobić w drugim pokoju - skłamał ponownie. - Za chwilę wracam.
Zaczął ustawiać degrawitator skafandra na minus 2 G, co powinno zrównoważyć 
obecne ciążenie w kabinie oraz umożliwić mu zwiększenie go później do 4 G bez 
większej dla siebie niewygody. Następnie ustawi degrawitator na minus 3 G, przez co 
uzyska normalne pozorne ciążenie 1 G.
Tak w każdym razie powinno było się stać.
Zamiast tego albo degrawitator albo układ sztucznego ciążenia, albo też oba układy 
razem   zaczęły   wytwarzać   impulsy   co   pół   G   i   pokój   oszalał.   Było   to   tak,   jakby 
znajdował   się   w   szybkiej   windzie,   która   ciągle   zatrzymywała   się   i   ruszała. 
Częstotliwoć tych zrywów szybko się zwiększała, aż O'Marą rzucało w górę i w dół 
tak gwałtownie, że zęby zaczęły mu dzwonić. Nim zdołał na to zareagować, dołączyła 
się dodatkowa komplikacja. Niezależnie od różnicy natężenia, system sztucznego, 
ciążenia zaczął działać nie tylko pod kątem prostym do podłogi, ale oscylował od 
dziesięciu do trzydziestu stopni od pionu. Żaden rzucony na pastwę sztormu statek 
morski tak się nie kołysał i nie zapadał. O'Mara zachwiał się, gorączkowo usiłując 
chwycić   się   kanapy,   ale   nie   trafił   i   walnął   ciężko   o   cianę.   Nim   zdołał   wyłączyć 
degrawitator, następny impuls rzucił nim o cianę naprzeciwko.
W pomieszczeniu ponownie zapanowało stałe ciążenie rzędu 2 G.
- Czy to jeszcze długo potrwa? - zapytał nagle Kontroler.
Podczas   tych   ostatnich   burzliwych   sekund   O'Mara   prawie   zupełnie   zapomniał   o 
majorze z Korpusu. Dokonał nadludzkiego wysiłku próbując nadać swemu głosowi 
naturalne brzmienie i jednoczenie stłumione, tak jakby mówił z sąsiedniego pokoju.

background image

- Może potrwać - odrzekł. - Mógłby pan przyjć później?
- Zaczekam - powiedział Kontroler.
Przez następne kilka minut O'Mara usiłował nie myleć o potłuczeniach, jakich doznał 
mimo ochrony, którą dawał mu ciężki kombinezon roboczy; próbował skupić się na 
tym, jak wyjć z tych najnowszych tarapatów. Zaczął pojmować, co się stało.
Kiedy dwa generatory grawitacyjne o tej samej mocy i częstotliwoci zaczęły działać 
razem, wytworzyło się zakłócenie, które wpłynęło na stabilnoć obu systemów. Układ 
w kwaterze O'Mary był tylko prowizoryczny, zasilany takim samym generatorem, jak 
układ   w   skafandrze,   aczkolwiek   zazwyczaj   stosuje   się   różnicę   częstotliwoci,   by 
zapobiec   podobnym   zakłóceniom.   Jednak   przez   ostatnie   pięć   tygodni   O'Mara 
majstrował przy układzie sztucznego ciążenia - dodając mu mocy, kiedy mały miał się 
kąpać - i pewnie niechcący zmienił częstotliwoć.
Nie wiedział, co zepsuł, a nawet gdyby wiedział, nie było czasu na naprawę. O'Mara 
ostrożnie włączył degrawitator jeszcze raz i powoli zaczął zwiększać moc. Pierwsze 
oznaki niestabilnoci pojawiły się przy trzech czwartych G.
Cztery G mniej trzy czwarte, to nieco powyżej 3 G. Wyglądało na to, mylał ponuro, że 
nie będzie mu za słodko... 
V

O'Mara zatrzasnął hełm, a następnie połączył przewodem mikrofon w skafandrze z 
komunikatorem, żeby móc rozmawiać i żeby jednoczenie ani Caxton, ani Kontroler 
nie domylili się, że włożył skafander. Jeli ma z powodzeniem zakończyć zabieg, nie 
mogą podejrzewać, że w rodku dzieje się co niezwykłego. Następnie przyszedł czas 
na ostateczne dostrojenie regulatora atmosfery i układu sztucznego ciążenia.
W ciągu dwóch minut cinienie atmosferyczne wewnątrz pomieszczenia zwiększyło 
się szeciokrotnie, a pozorna grawitacja doszła do 4 G. Warunki w kabinie osiągnęły 
stan najbardziej zbliżony do "normalnych" dla Hudlarianina, jaki O'Mara był w stanie 
uzyskać.   Napinając   trzaskające   od   wysiłku   mięnie   barku   -   bowiem   działający 
niepełną   mocą   degrawitator   zabierał   tylko   trzy   czwarte   G   z   czterech,   z   jakimi 
przyciągała podłoga - wyciągnął niewiarygodnie niezgrabny i ciężki przedmiot, który 
kiedy był jego ręką, i przewrócił się na plecy.
Czuł   się   tak,   jakby   jego   malec   siedział   mu   na   piersi;   przed   oczami   migotały   mu 
wielkie,   czarne   plamy.  Między   nimi   dostrzegł   kawałki   sufitu   i   gdzie   z  boku   ekran 
komunikatora. Widniejąca na nim twarz zdradzała oznaki zniecierpliwienia.
-   Już   jestem,   majorze   -   wydyszał   O'Mara.   Usiłował   opanować   oddech,   by   nie 
wyrzucać z siebie słów zbyt szybko: - Sądzę, że chce pan usłyszeć ode mnie, jak to 
było?
-   Nie   -   powiedział   Kontroler.   -   Przesłuchałem   już   nagrania,   które   zrobił   Caxton. 
Ciekawi   mnie   natomiast   pańska   przeszłoć   od   chwili   pańskiego   przybycia. 
Sprawdziłem i co mi tu nie pasuje...
W rozmowę wdarł się grzmiący ryk malca. Pomimo niższego tonu spowodowanego 
zwiększonym cinieniem powietrza, O'Mara rozpoznał sygnał: mały był głodny.
Potężnym   wysiłkiem   przetoczył   się   na   bok,   a   następnie   oparł   się   na   łokciach. 
Odczekał chwilę w tej pozycji zbierając siły, by stanąć na czworakach. Kiedy mu się 
to udało, stwierdził, że ręce i nogi nabrzmiewają mu, jakby miały pęknąć, od cinienia 
gromadzącej się w nich krwi. Ciężko dysząc położył się na piersiach. Natychmiast 
krew przepłynęła mu do przednich częci ciała i wzrok przesłoniły czerwone plamy.
Nie mógł się czołgać na czworakach ani pełznąć na brzuchu. Przy ponad trzech G 
nie mógł też stanąć i ić. Co mu pozostawało?
Ponownie przekręcił się na bok, a potem na plecy, tym razem jednak wsparty na 
łokciach. Podpórka na kark w skafandrze podtrzymywała mu głowę, ale rękawy miały 

background image

tylko cienkie podkładki i bolały go łokcie. Serce mu łomotało z wysiłku, gdy starał się 
unieć w górę choć częć ciała, które było trzy razy cięższe niż zwykle. Co gorsza, 
znowu zaczął tracić przytomnoć.
Z pewnocią musi być jaki sposób zrównoważenia lub przynajmniej rozłożenia owego 
parcia na ciało, tak by mógł zachować przytomnoć i poruszać się. O'Mara próbował 
przypomnieć   sobie   wygląd   foteli   przeciwciążeniowych,   których   używano   przed 
wprowadzeniem   sztucznej   grawitacji.   Była   to   pozycja   częciowo   pochylona, 
przypomniał sobie nagle, z kolanami podciągniętymi do góry...
Na łokciach, poladkach i stopach pełzł jak limak centymetr po centymetrze w stronę 
sypialni. Jego bogactwo mięni, które tak często wprawiało go w zakłopotanie, tym 
razem bardzo się przydało; przeciętny człowiek w tych warunkach rozpłaszczyłby się 
bezsilnie   na   podłodze.   A   i   tak   trwało   to   kwadrans,   nim   dotarł   do   rozpylacza 
znajdującego się w sypialni. Prawie bez przerw trwał ogłuszający ryk malca. Przy 
podwyższonym   cinieniu   powietrza   hałas   był   tak   głony   i   tubalny,   że   O'Marze 
wydawało się, iż wibruje każda jego kosteczka.
-  Czy  pan  mnie  słyszy?  -  ryknął  Kontroler  w  krótkiej  chwili  spokoju.  -  Niech  pan 
uspokoi tego gówniarza!
- Jest głodny - odparł O'Mara. - Uspokoi się, gdy go nakarmię...
Rozpylacz był zamontowany na wózku; O'Mara wyposażył go w spust pedałowy, by 
mieć   obydwie   ręce   wolne   do   celowania.   Teraz,   gdy   ruchy   pacjenta   zostały 
ograniczone przez ciążenie 4 G, nie musiał używać rąk. Naciskając wózek ramieniem 
ustawił go w potrzebnej pozycji i łokciem nacisnął pedał. Wyrzucony pod wielkim 
cinieniem strumień odchylił się trochę ku dołowi z powodu podwyższonego ciążenia, 
w końcu jednak udało się malca pokryć pożywieniem. Jednak obmycie chorych partii 
skóry   było   daleko   trudniejsze.   Strumień   wody,   którym   bardzo   niezręcznie   było 
kierować z poziomu podłogi, w ogóle nie trafiał tam, gdzie trzeba. O'Marze udało się 
jedynie   opłukać   szeroką   plamę   o   jaskrawoniebieskiej   barwie,   która   powstała   z 
połączenia   trzech   osobnych   plam,   obecnie   za   zajmowała   prawie   jedną   czwartą 
powierzchni skóry. 
Wreszcie O'Mara wyprostował nogi i powoli osunął się tyłem na podłogę. Pomimo 
ciążenia   trzykrotnie   przewyższającego   normalne,   zmiana   pozycji   przyniosła   mu 
niemal ulgę; wszakże poprzednio musiał trwać nieruchomo przez pół godziny.
Malec przestał płakać.
- Chciałem powiedzieć - rzekł Kontroler z naciskiem, gdy wyglądało na to, że cisza 
potrwa kilka minut - że pańskie opinie z poprzednich miejsc pracy nie pokrywają się z 
tym, o czym dowiedziałem się tutaj. Poprzednio był pan, tak jak i teraz osobnikiem 
niespokojnym, wiecznie niezadowolonym, jednak zawsze cieszył się pan uznaniem u 
kolegów i tylko trochę mniejszym - u zwierzchników; to ostatnie za dlatego, że pańscy 
zwierzchnicy bywali w błędzie, pan za - nigdy...
-   Miałem   co   najmniej   tyle   oleju   w   głowie,   co   oni   wszyscy   -   powiedział   O'Mara 
znużonym głosem - i często dawałem tego dowody. Ale brakowało mi inteligentnego 
w y g l ą d u; miałem wypisane na czole "cham" !
To ciekawe, pomylał, ale guzik mnie to wszystko teraz obchodzi.
Nie mógł oderwać oczu od jaskrawoniebieskiej plamy na boku Hudlarianina. Błękit 
pogłębił się jeszcze, za porodku plamy powstał jaki obrzęk. Wyglądało to tak, jakby 
ultratwardy   naskórek   zmiękł   i   ogromne   cinienie   wewnętrzne   Hudlarianina 
spowodowało opuchliznę. O'Mara miał nadzieję, że zwiększenie cinienia i ciążenia 
do poziomu normalnego dla Hudlarian powinno zahamować ten proces o ile nie był to 
objaw czego zupełnie innego.
Mylał   już   wczeniej   o   tym,   by   pociągnąć   swój   pomysł   dalej,   nasycić   drobinami 
substancji   odżywczej   powietrze   wokół   pacjenta.   Na   Hudlarze   pożywienie 

background image

mieszkańców składało się z mikroorganizmów unoszących się w gęstej atmosferze; 
jednak   książka   wyraźnie   zalecała,   by   cząstki   żywnoci   usuwać   z   chorych   partii 
naskórka, tak więc podwyższone ciążenie i ciążenie powietrza powinny wystarczyć...
- ... Tym niemniej - mówił Kontroler - gdyby podobny wypadek przydarzył się panu w 
którym z poprzednich miejsc pracy, uwierzono by panu. Gdyby nawet była to pańska 
wina, wszyscy broniliby pana przed kim z zewnątrz, jak ja. Co więc spowodowało tę 
przemianę z dobrego, lubianego kolegi, w k o g o t a k i e g o?
- Nudziłem się - odrzekł krótko O'Mara.
Malec   nie   wydał   jeszcze   żadnego   dźwięku,   ale   charakterystyczne   ruchy   macek 
sygnalizowały,   że   wybuch   nastąpi   za   chwilę.   I   nastąpił.   Przez   następne   dziesięć 
minut rozmowa była, oczywicie, niemożliwa.
O'Mara z wysiłkiem przekręcił się na bok i uniósł na krwawiących już, porozbijanych 
łokciach. Wiedział, w czym rzecz; malec domagał się kolejnej porcji pieszczot, które 
zwykle   dostawał   po   jedzeniu.   O'Mara   podczołgał   się   powoli   do   dwóch   lin 
umocowanych   do   przeciwwag   wchodzących   w   skład   jego   wynalazku   do 
poklepywania. Zamierzał naprawić swoje przeoczenie. Ale... końce lin zwisały metr 
nad podłogą. 
Oparty na jednym łokciu, usiłując unieć w górę potężny ciężar drugiej ręki O'Mara 
pomylał, że równie dobrze koniec liny mógłby być odległy o cztery kilometry. Twarz i 
całe   ciało   pokrywał   mu   pot,   gdy   powoli,   chwiejąc   się   do   tego   stopnia,   że   za 
pierwszym   razem   chybił,   dosięgnął   ręką   w   rękawicy   liny   i   uchwycił   jej   koniec. 
Trzymając mocno linę opadł powoli pociągając ją za sobą.
Przyrząd działał na zasadzie przeciwwag, toteż linki kierujące jego ruchami można 
było pociągać bez specjalnego wysiłku. Solidny ciężarek opadł niezgrabnie na grzbiet 
malca, co równało się uspokajającemu klepnięciu. O'Mara odpoczął przez chwilę, a 
następnie z ogromnym trudem powtórzył klepnięcie za pomocą drugiej linki; gdy za 
nią pociągał, unosił jednoczenie pierwszy ciężarek gotowy do ponownego użycia.
Mniej więcej po ósmym klepnięciu stwierdził, że nie widzi już końca liny, po którą 
sięga, choć i tak udawało mu się jeszcze odnaleźć go dotykiem. Zbyt długo trzymał 
głowę powyżej poziomu reszty ciała i przez cały czas balansował na granicy utraty 
przytomnoci. Zmniejszenie dopływu krwi do mózgu miało również inne skutki...
- No już dobrze, dobrze - O'Mara usłyszał swej własny głos, wyraźnie rzewny - już 
wszystko dobrze, tatu jest przy tobie, tylko cicho...
Najzabawniejszy w tym wszystkim był fakt, że istotnie odczuwał odpowiedzialnoć i 
jaką   gniewną   troskę   o   malca.   Nie   po   to   go   raz   uratował,   żeby   teraz   mu   się   co 
przytrafiło! Zapewne trzy G, które przyciskały go teraz do ziemi powodując, że każdy 
oddech   równał   się   wysiłkowi   całego   dnia   pracy,   a   najmniejszy   ruch   stawał   się 
wyczynem,   do   którego   potrzebował   wszystkich   swoich   sił,   przypomniał   mu   inny 
nacisk - powolnego, nieubłaganego parcia ku sobie dwóch olbrzymich martwych i 
bezlitosnych mas metalu.
Wypadek.
Jako  montażysta  przydzielony  do  tej   akurat   zmiany  O'Mara  włączył   włanie   wiatła 
ostrzegawcze,   kiedy   ujrzał   dwoje   dorosłych   Hudlarian   w   pogoni   za   ich   małym, 
dokładnie w tym miejscu, gdzie miały się zewrzeć dwie płaszczyzny. Wołał do nich 
przez autotranslator, namawiając ich, aby oddalili się w bezpieczne miejsce, podczas 
gdy   on   sam   wyciągnie   malca   stamtąd.   Był   znacznie   mniejszy   od   rodziców   i 
zwierające się płaszczyzny zagroziłyby mu nieco później, co pozwoliłoby O'Marze w 
porę wyprowadzić go z niebezpiecznej strefy. Ale albo autotranslatory Hudlarian były 
wyłączone,   albo   woleli   nie   powierzać   losu   dziecka   miniaturowej   przy   nich   istocie 
ludzkiej, doć że trwali na miejscu, między zbliżającymi się segmentami, aż było za 
późno. O'Mara patrzył bezsilnie, jak łączące się segmenty miażdżą ciała Hudlarian.

background image

Do   spóźnionego   już   działania   poderwał   O'Marę   widok   plączącego   się   wród   ciał 
rodziców malca, wciąż jeszcze całego i zdrowego ze względu na niewielkie wymiary. 
Udało   mu   się   go   stamtąd   wyciągnąć,   nim   oba   elementy   zbliżyły   się   zbyt 
niebezpiecznie, choć sam ledwie uszedł z życiem. Przez kilka nerwowych sekund 
zdawało mu się, że jego noga również pozostanie na miejscu wypadku. 
W   każdym   razie   to   nie   jest   miejsce   dla   dzieci,   pomylał   patrząc   na   dygocące, 
zwijające się ciało pokryte plamami jaskrawego, ostrego błękitu. Nikomu nie powinno 
się pozwalać na przywożenie tu dzieci, nawet takim twardzielom, jak Hudlarianie.
Ale major Craythorne znowu co mówił.
-   ...   Sądząc   po   tym,   co   słyszę   przez   komunikator   powiedział   cierpko   Kontroler   - 
zajmuje się pan nienajgorzej swoim podopiecznym. Utrzymanie małego w zdrowiu i 
dobrym samopoczuciu na pewno będzie panu policzone.
W zdrowiu i dobrym samopoczuciu, pomylał O'Mara raz jeszcze sięgając po linę. W z 
d r o w i u!
-   ...   Są   jeszcze   inne   względy   -   kontynuował   spokojny   głos.   -   Czy   zaniedbał   pan 
włączenia wiateł ostrzegawczych i dokonał tego dopiero po wypadku, co się panu 
zarzuca?   Pomijając   pańskie   poprzednie   opinie,   tutaj   zyskał   pan   sobie   opinię 
zgryźliwego   kłótnika   znęcającego   się   nad   słabszymi.   No,   a   pańskie   zachowanie 
wobec młodego Waringa... ! Kontroler przerwał, a na jego twarzy pojawił się lekki 
wyraz dezaprobaty.
- Kilka minut temu - kontynuował - powiedział pan, że wszystko dlatego, że się pan 
nudził. Proszę to wyjanić.
- Chwileczkę, majorze - przerwał Caxton. Jego twarz pojawiła się na ekranie obok 
Craythorne'a. - On z jakiego powodu stara się zyskać na czasie, jestem tego pewien. 
Te wszystkie przerwy, ten jego zadyszany głos, to niby uciszanie malca - to wszystko 
jego gierki, żeby pokazać, co to z niego za znakomity pielęgniarz. Chyba pójdę i 
wyciągnę go stamtąd, żeby stanął przed panem twarzą w twarz...
- To niepotrzebne - powiedział szybko O'Mara. Odpowiem na wszystkie pytania, w tej 
chwili.
Miał   przed   oczyma   straszny  widok   reakcji  Caxtona,   gdyby   ten  zobaczył   malca  w 
obecnym   stanie;   obraz   ten   jego   samego   przyprawiał   o   mdłoci,   a   przecież   już 
przywykł. Caxton nie zastanowi się ani przez moment, ani też nie będzie czekał na 
wyjanienia; nie pomyli też, czy to było w porządku zostawić młode stworzenie innej 
rasy pod opieką człowieka, który nie ma najmniejszego pojęcia o jego fizjologii ani o 
chorobach. Caxton po prostu zareaguje. Gwałtownie.
Co się za tyczy Kontrolera...
O'Mara był zdania, że jako udałoby mu się wykręcić ze sprawy wypadku, ale jeli mały 
umrze, nie ma żadnej  szansy.  Hudlarianin zapadł na łagodną, aczkolwiek rzadko 
spotykaną chorobę, która powinna już przed kilku dniami ustąpić, a zamiast tego 
czyniła dalsze postępy; malcowi groziła więc mierć, o ile ostatni desperacki wysiłek 
O'Mary   zmierzający   do   odtworzenia   warunków   z   jego   rodzinnej   planety   nie   da 
rezultatów.  Teraz  trzeba mu  było  czasu.   Według  książki  -  od  czterech  do  szeciu 
godzin.
Nagle uwiadomił sobie daremnoć wszystkiego. Stan malca nie poprawiał się - FROB 
nadal   skręcał  się   i   drżał,   i   w  ogóle   wyglądał  jak   najbardziej   chore   i  pożałowania 
godne stworzenie, jakie kiedykolwiek ujrzało wiatło dzienne. O'Mara zaklął bezsilnie. 
To, co robił teraz, trzeba było uczynić wiele dni wczeniej; mały był już na najlepszej 
drodze   na   tamten   wiat,   za   kontynuacja   zabiegów   ze   sztucznym   ciążeniem   jego 
samego zapewne umierci lub zrobi kaleką na całe życie. I dobrze mu tak! 
VI

background image

Macki malca skuliły się w sposób wskazujący, że zaraz zacznie się płacz. O'Mara z 
ponurą   determinacją   zaczął   unosić   się   na   łokciach   przygotowując   do   kolejnego 
seansu pieszczot. Choć tyle mógł zrobić. I choć sam był przekonany, że wszystko to 
jest niepotrzebne, jednak maluchowi trzeba było dać szansę. O'Mara potrzebował 
czasu, aby bez przeszkód zakończyć "kurację" skóry, a tym samym zapewnić sobie 
możliwoć udzielenia pełnych i wyczerpujących odpowiedzi na pytania Kontrolera. Jeli 
FROB znowu zacznie płakać, wszystko szlag trafi.
- ... za pańską uprzejmą pomoc - mówił oschle major.
- Po pierwsze, potrzebne mi jest wyjanienie tej nagłej zmiany w pańskiej osobowoci.
- Nudziłem się - powiedział O'Mara. - Czułem się nie wykorzystany. Może zresztą 
zachciało mi się podokuczać innym. Jednak głównym powodem, dla którego grałem 
rolę skurczybyka, było to, że postawiłem sobie zadanie, do którego przyjemniaczek 
się   nie   nadawał.   Wiele   czytałem   i   uważam   się   za   nienajgorszego   psychologa 
amatora...
Nagle  nastąpiła   katastrofa.   Gdy   O'Mara   sięgał   po   linę   uwiązaną   do  przeciwwagi, 
poliznął się na łokciu i runął na podłogę z wysokoci prawie metra. Przy ciążeniu 
trzech G równało się to upadkowi z ponad dwóch metrów. Na szczęcie O'Mara miał 
wciąż   na   sobie   ciężki   kombinezon   roboczy   z   wyciełanym   wewnątrz   hełmem,   nie 
stracił więc przytomnoci. Wydał jednak okrzyk przerażenia i padając instynktownie 
uchwycił się liny.
To był jego błąd.
Jeden ciężarek opadł, drugi poleciał zbyt wysoko do góry. Z hukiem uderzył w sufit i 
obluźnił wspornik podtrzymujący lekki metalowy dźwigar, na którym zawieszone były 
ciężarki.   Cała   konstrukcja   zaczęła   się   zelizgiwać,   zapadać   i   w   końcu   gwałtownie 
pociągnięta siłą 4 G sunęła na znajdującego się pod nią malca. Oszołomiony O'Mara 
nie potrafił odgadnąć, czy siła, która zadziałała na Hudlarianina, równała się nieco 
tylko silniejszemu klepnięciu, czy była odpowiednikiem klapsa w tyłek, czy też czym 
znacznie   poważniejszym.   Po   tym   wszystkim   malec   był   bardzo   spokojny,   co   go 
zaniepokoiło.
- ... Po raz trzeci pytam - krzyknął Kontroler - co się tam dzieje, do cholery?!
O'Mara mruknął co, czego nawet sam nie zrozumiał. Wtedy włączył się Caxton.
- Tam jest co nie tak i założę się, że to chodzi o tego małego! Idę sam zobaczyć...
- Niech pan zaczeka! - krzyknął desperacko O'Mara. - Proszę mi dać szeć godzin...
- Zobaczymy się - odrzekł Caxton - za dziesięć minut. - Caxton! - krzyknął O'Mara. - 
Jeli otworzy pan luzę ze swojej strony, zabije mnie pan! Zablokuję właz wewnętrzny i 
jeli pan otworzy zewnętrzny, uleci całe powietrze. Wtedy major straci swego więźnia.
Nastała cisza; po czym odezwał się Kontroler:
- Po co panu - zapytał - te szeć godzin?
O'Mara spróbował potrząsnąć głową, by rozjanić myli, ale ponieważ głowa ważyła 
teraz trzy razy tyle, co zwykle, tylko nadwerężył sobie kark. Po co mu było szeć 
godzin? Rozglądając się dookoła zaczął się poważnie nad tym zastanawiać. Podczas 
upadku aparatury do pieszczot zniszczeniu uległ zarówno rozpylacz do pożywienia, 
jak i połączony z nim zbiornik z wodą. Nie mógł malca ani karmić, ani myć, ani nawet 
dobrze go zobaczyć poprzez zwaloną konstrukcję. Przez te szeć godzin mógł więc 
tylko go pilnować i czekać na cud.
- Idę tam - powtórzył uparcie Caxton.
- Nigdzie pan nie pójdzie - odrzekł major, nadal uprzejmie, ale tonem nie znoszącym 
sprzeciwu. - Chcę się dowiedzieć wszystkiego. Pan zaczeka na zewnątrz, dopóki nie 
porozmawiam z O'Marą w cztery oczy... A teraz, O'Mara, co się dzieje? 
Ponownie rozpłaszczony na plecach O'Mara usiłował na tyle opanować oddech, by 
móc  prowadzić   dłuższą   rozmowę.   Postanowił,   że  najlepiej   będzie  powiedzieć   mu 

background image

całą prawdę, a potem błagać, by dopomógł w uratowaniu malca w miarę swoich 
możliwoci,   czyli   dając   mu   te   szeć   godzin   spokoju.   Jednak   w   czasie   całego 
przemówienia O'Mara czuł się fatalnie, a wzrok odmawiał mu posłuszeństwa do tego 
stopnia, że nie potrafił stwierdzić, czy ma oczy otwarte czy zamknięte. Widział, że kto 
podaje majorowi jaki papierek; Kontroler nie przeczytał go jednak, dopóki O'Mara nie 
skończył mówić.
-   Dostał   pan   w  koć   -   powiedział   w   końcu   Craythorne.   Na   chwilę   na   jego   twarzy 
pojawiło się współczucie; potem głos jego stał się ponownie surowy. - I normalnie 
musiałbym postąpić według pańskiej propozycji i dać panu te szeć godzin. W końcu 
pan ma książkę i wie pan więcej niż my. Jednak w ciągu ostatnich minut sytuacja się 
zmieniła. Otrzymałem wiadomoć, że przyjechało dwóch Hudlarian, z których jeden 
jest   lekarzem.   Niech   pan   ustąpi,   O'Mara.   Chciał   pan   dobrze,   ale   teraz   niech   kto 
wykwalifikowany uratuje tyle, ile się da. Dla dobra dziecka - dodał. 
Trzy godziny później Caxton, Waring i O'Mara siedzieli przed biurkiem Kontrolera 
patrząc mu w twarz. Craythorne dopiero co wszedł.
- Będę bardzo zajęty przez kilka najbliższych tygodni - odezwał się energicznie - więc 
sprawę tę załatwimy szybko. Po pierwsze, wypadek. Panie O'Mara, wszystko w tej 
sprawie zależy od tego, czy Waring potwierdzi pańską wersję. Jak mi się wydaje, co 
pan   tu   sobie   sprytnie   zaplanował.   Słyszałem   już   zeznanie   Waringa,   ale   dla 
zaspokojenia mojej ciekawoci, niech mi pan powie, co pana zdaniem on powiedział?
- Podtrzymał moją wersję - odrzekł O'Mara znużonym głosem. Nie miał wyboru.
Popatrzył w dół, na swoje dłonie, wciąż myląc o beznadziejnie chorym dziecku, które 
pozostawił w swojej kwaterze. Cały czas wmawiał sobie, że nie jest odpowiedzialny 
za to, co się stało, ale gdzie w głębi duszy czuł, że gdyby zdobył się na większą 
elastycznoć umysłu i wczeniej zaczął leczenie cinieniem powietrza, mały byłby już 
zdrowy. Wynik ledztwa w sprawie wypadku, jaki by nie był, niemiałby już większego 
znaczenia, podobnie jak sprawa Waringa.
- Dlaczego pan uważa, że nie miał wyboru? - nacierał ostro Kontroler.
Caxton otworzył szeroko usta wyglądając na zmieszanego.  Waring unikał wzroku 
O'Mary i zaczynał się rumienić.
- Kiedy tu przybyłem - powiedział O'Mara matowym głosem - szukałem dla siebie 
jakiego   dodatkowego   zajęcia,   żeby   zabić   wolny   czas.   Tym   zajęciem   stało   się 
zaszczuwanie Waringa. To on jest powodem tego, że stałem się odrażającym typem, 
ponieważ tylko w ten sposób mogłem nad nim pracować. Żeby to zrozumieć, trzeba 
trochę się cofnąć w czasie.
Z powodu tamtego wypadku z siłownią wszyscy ludzie z tego odcinka czuli się jego 
dłużnikami;   zresztą   szczegóły   pan   zna.   Sam   Waring   był   wrakiem   człowieka. 
Fizycznie   znajdował   się   poniżej   stanu   normalnego:   trzeba   było   mu   zastrzykami 
poprawiać  morfologię,  a  sił  miał   tylko  tyle,   by  obsługiwać  pulpit  sterownicy,  toteż 
bardzo rozczulał się nad samym sobą. Psychicznie był ruiną. Pomimo zapewnień 
Pellinga,   że   zastrzyki   będą   potrzebne   jeszcze   tylko   przez   kilka   miesięcy,   był 
przekonany, że zapadł na złoliwą anemię. Uważał również, że stał się bezpłodny, 
znowu  wbrew  wszystkiemu, co  mówił  mu doktor.  To przewiadczenie sprawiło,  że 
zaczął   mówić   i   zachowywać   się   w   sposób   przyprawiający   o   dreszcze   każdego 
normalnego człowieka - bowiem podłoże takich majaczeń jest zawsze patologiczne, 
a   przecież   nie   było   z   nim   aż   tak   źle.   Kiedy   zobaczyłem,   jak   się   sprawy   mają, 
zacząłem   przy   każdej   sposobnoci   namiewać   się   z   niego.   Zaszczuwałem   go 
bezlitonie. Tak więc, według mnie, Waring nie miał innego wyboru, jak potwierdzić 
moją wersję. Wymagała tego zwykła ludzka wdzięcznoć.
- Zaczynam rozumieć - powiedział major. - Niech pan mówi dalej.

background image

- Wszyscy dookoła byli jego dozgonnymi dłużnikami - kontynuował O'Mara. - Ale 
zamiast nałożyć mu hamulce, nagadali mu, przydusili go współczuciem. Pozwolili mu 
zwyciężać we wszystkich bójkach, grze w karty czy w czym tam jeszcze, i w ogóle 
traktowali go jak małego bożka z cynfolii. Ja nic takiego nie robiłem. Kiedy zaseplenił, 
zająknął się lub zrobił co niezdarnie, wtedy niezależnie od tego, czy spowodowane to 
było wmówioną w siebie niesprawnocią, czy faktyczną fizyczną wadą, na którą nie 
mógł nic zaradzić, ja spadałem na niego całym rozpędem. Może czasem byłem zbyt 
ostry, ale trzeba pamiętać, że byłem jedynym usiłującym naprawić zło wyrządzone 
przez pięćdziesięciu innych. Oczywicie Waring nienawidził mnie z całego serca, ale 
zawsze   miał   pewnoć,   jak   się   mają   sprawy   między   nim   a   mną.   Nigdy   mu   nie 
ustępowałem.   W   tych   nielicznych   przypadkach   kiedy   udawało   mu   się   mnie 
przewyższyć,   wiedział,   że   nastąpiło   to   wbrew   moim   wysiłkom;   nie   tak   jak   z   jego 
przyjaciółmi, którzy pozwalali mu wygrywać i w ten sposób odzierali te zwycięstwa z 
wszelkiej   wartoci.   Tego   włanie   mu   było   trzeba   na   jego   dolegliwoci;   kogo,   kto 
traktowałby go jak równego, i nie ustępował ani na jotę. Kiedy więc zdarzyło się to 
nieszczęcie - zakończył O'Mara - byłem prawie pewien, że Waring dostrzeże to, co 
dla niego robiłem - dostrzeże wiadomie oraz podwiadomie - i zwykła wdzięcznoć 
połączona   z  tym,   że  w  zasadzie  jest   on   porządnym  facetem,   nie   pozwoli   mu  na 
zatajenie faktów, które mogłyby mnie oczycić. Czy miałem słusznoć?
- Miał pan - powiedział major. Zatrzymał się na chwilę, by uciszyć Caxtona, który 
protestując zerwał się na równe nogi, i potem mówił dalej:
- Teraz za dochodzimy do młodego Hudlarianina. Najwyraźniej złapał on jedną z tych 
łagodnych,   lecz   rzadkich   chorób,   które   z   powodzeniem   można   leczyć   tylko   na 
rodzinnej planecie. - Umiechnął się nagle. - Przynajmniej tak mylano jeszcze kilka 
godzin temu. W tej chwili nasi hudlariańscy przyjaciele stwierdzają, że zaczął już pan 
właciwe leczenie, a im pozostaje tylko poczekać parę dni i malec będzie zdrów jak 
ryba. Ale na pana są wciekli, O'Mara, że skonstruował pan specjalne urządzenie do 
poklepywania i uciszania malca, i robił pan to znacznie częciej niż potrzeba. Dziecko 
zostało   bezwstydnie   przekarmione   i   rozpieszczone   do   tego   stopnia,   że   jak   sami 
mówią, w chwili obecnej znacznie bardziej woli przebywać w towarzystwie ludzi niż 
przedstawicieli własnej rasy...
Nagle Caxton rąbnął pięcią w biurko. - Chyba nie ma pan zamiaru pucić mu tego 
płazem - krzyknął, purpurowy na twarzy. - Waring czasem nie wie, co mówi...
-   Panie   Caxton   -   powiedział   ostro   Kontroler.   Wszystkie   dowody   wskazują,   że 
postępowanie pana O'Mary, zarówno w sprawie wypadku jak i podczas późniejszej 
opieki   nad   małym,   było   nienaganne.   Mam   jeszcze   jedną   sprawę   tylko   do   niego, 
zechcą więc obaj panowie wyjć... .
Caxton wypadł przez drzwi jak burza; za nim, nieco spokojniej, wyszedł Waring. W 
drzwiach   obrócił   się,   posłał   O'Marze   cztery   słowa,   z   których   tylko   jedno   było 
cenzuralne, umiechnął się nagle i wyszedł. Major westchnął.
- O'Mara - powiedział surowo - znowu jest pan bez pracy. A ja, choć z zasady nie 
daję rad, o które mnie nie proszono, chciałbym panu przypomnieć o paru sprawach. 
Za   kilka   tygodni   zacznie   napływać   personel   medyczny   i   techniczny   Szpitala, 
składający się z przedstawicieli praktycznie wszystkich znanych ras Galaktyki. Do 
mnie należeć będzie rozmieszczenie ich i zapobieganie tarciom, tak aby w końcu 
utworzyli współpracujący ze sobą zespół. Nie powstały jeszcze żadne podręczniki 
opisujące takie zagadnienia, ale wysyłając mnie tutaj moi zwierzchnicy uprzedzali, że 
zadanie będzie wymagało dobrego psychologa - praktyka, który ma doć zdrowego 
rozsądku i nie przestraszy się zaplanowanego ryzyka. Wydaje mi się, że z pewnocią 
dwóch takich psychologów wypełni to zadanie jeszcze lepiej...

background image

O'Mara słuchał oczywicie Kontrolera, ale mylami był przy umiechu, którym obdarzył 
go   Waring.   Teraz   wiedział   już,   że   zarówno   mały   FROB,   jak   i   Waring   zostali 
uratowani.   W   obecnym   radosnym   stanie   ducha   nie   potrafiłby   nikomu   odmówić. 
Najwyraźniej jednak major opacznie zrozumiał jego roztargnienie.
-   ...   Cholera   jasna,   przecież   proponuję   panu   pracę!   Pan   się   do   tego   doskonale 
nadaje, czy pan tego nie rozumie? To jest szpital, człowieku, a pan włanie wyleczył 
naszego pierwszego pacjenta! 

2... Szpital 

Światła   Szpitala   Głównego   w   Sektorze   Dwunastym   połyskiwały   na   tle   mglistej 
powiaty gwiazd niczym olbrzymia, nieco zniekształcona choinka. Iluminatory dawały 
różnokolorowe   wiatła:   żółte,   czerwonopomarańczowe,   łagodnie   zielone,   wreszcie 
jaskrawoniebieskie.   Niektóre   miejsca   były   zupełnie   ciemne:   tam   płyty   metalu 
osłaniały te oddziały, w których owietlenie było tak jaskrawe, że trzeba było przed 
nimi chronić oczy pilotów przelatujących statków; albo też panowały takie ciemnoci i 
chłód, że nawet wiatła odległych gwiazd nie dopuszczano do istot przebywających w 
tych pomieszczeniach.
Dla istot rasy Telfi znajdujących się na statku, który wychynął z nadprzestrzeni jakie 
dwadziecia   mil   od   tej   potężnej   konstrukcji,   owa   olepiająca   feeria   promieniowania 
optycznego była zbyt nikła, by potrafiły ją dostrzec bez pomocy instrumentów. Telfi 
byli pożeraczami energii. Kadłub ich statku jarzył się pełgającą niebieską powiatą 
radioaktywnoci, za jego wnętrze wypełniało pole twardego promieniowania; były to 
normalne warunki na statkach tej rasy. Jedynie w częci rufowej sytuacja nie była 
normalna. Rdzeń reaktora siłowni leżał w kawałkach, nie osłonięty, porozrzucany po 
całej maszynowni napędu planetarnego; z tego powodu natężenie promieniowania 
było tam zbyt wysokie nawet dla Telfi.
Zespół intelektu zbiorowego, który był kapitanem statku Telfi - a jednoczenie jego 
załogą - włączył komunikator bliskiej łącznoci i przemówił staccato owym językiem 
bzyków i kląskań, którego Telfi używają do rozmów z tymi ciemnymi istotami, które 
nie są w stanie zespolić się we wspólnocie Telfi.
- Mówi stuczłonowa wspólnota Telfi - powiedział powoli i wyraźnie. - Potrzeba nam 
pomocy;   na   pokładzie   są   zabici   i   ranni.   Należymy   do   klasy   VTXM,   powtarzam, 
VTXM...
-   Proszę   o   bliższe   dane.   Czy   stan   rannych   jest   groźny?   -   Głonik   komunikatora 
przemówił w chwili, gdy kapitan miał ponowić wezwanie. Telfi podał szybko dane i 
czekał.   Wokół   niego,   wewnątrz   niego   znajdowała   się   setka   wyspecjalizowanych 
członów, które tworzyły jego zbiorowy umysł i ciało. Niektóre z członów były teraz 
lepe i głuche, może nawet martwe, nie odbierające żadnych doznań zmysłowych; ale 
były też i inne, które emanowały tak silnym, rozdzierającym cierpieniem, że zbiorowy 
umysł Telfi zwijał się z bólu, targany współczuciem. Czy ten głos nigdy nie odpowie, 
zastanawiał się; a jeli odpowie, to czy będzie w stanie im pomóc?
- Nie możecie się zbliżyć do Szpitala bliżej niż na pięć mil - powiedział nagle głos. - W 
przeciwnym razie wystąpi zagrożenie dla nieosłoniętych statków w sąsiedztwie, a 
także dla tych istot wewnątrz Szpitala, które mają niską tolerancję radioaktywnoci.
- Rozumiemy - powiedział Telfi.
- Bardzo dobrze - odrzekł głos. - Musicie sobie również zdawać sprawę, że wasza 
rasa jest dla nas zbyt radioaktywna i nie możemy zająć się wami bezporednio. W 
waszym kierunku wysłano już zdalnie sterowane urządzenie, za co do ewakuacji, to 
znacznie ułatwiłoby ją przeniesienie rannych jak najbliżej największego luku statku. 

background image

Jeli nie da się tego zrobić, nie martwcie się; mamy urządzenia, które są w stanie 
przedostać się na pokład waszego statku i zabrać stamtąd rannych.
Na  zakończenie  głos  owiadczył,  że  choć  Szpital  jest   przekonany,   że  uda  mu  się 
udzielić pomocy pacjentom, jakiekolwiek dokładniejsze prognozy w chwili obecnej są 
niemożliwe.
Zespół Telfi pomylał, że wkrótce minie ból przeszywający jego umysł i rozrzucone po 
całym statku ciało - ale jednoczenie zniknie prawie jedna czwarta tego ciała... 
Przepełniony tym uczuciem zadowolenia, które możliwe jest tylko po przespanej nocy 
i dobrym niadaniu, przed sobą za mając perspektywę ciekawej pracy, Conway ruszył 
żwawo w kierunku swego oddziału. Oczywicie, nie był to faktycznie j e g o oddział; 
gdyby   zaszło   co   poważnego,   jego   zadaniem   było   tylko   wrzeszczeć   o   pomoc. 
Zważywszy   jednak,   że   przebywał   tu   dopiero   od   dwóch   miesięcy,   nie   krzywił   się 
zbytnio na to wiedząc, że upłynie jeszcze wiele czasu, nim powierzą mu przypadki 
wymagające czego więcej poza mechanicznymi metodami leczenia. Pełną wiedzę o 
fizjologii każdej obcej rasy można było uzyskać w ciągu kilku minut zapisując ją sobie 
w   głowie   za   pomocą   hipnotamy;   jednak   zdolnoć   wykorzystania   tej   wiedzy, 
szczególnie   w   chirurgii,   przychodziła   z   czasem.   Z   poczuciem   wiadomej   dumy 
Conway patrzył w przyszłoć, którą spędzi nabywając owe zdolnoci.
Na   przecięciu   korytarzy   natknął   się   na   znanego   mu   przedstawiciela   klasy   FGLI, 
stażystę z planety Tralthan, który niósł swe słoniowate ciało na szeciu gąbczastych 
nogach   wyglądających   jeszcze   bardziej   gumowato   niż   zwykle.   Siedzący   mu   na 
grzbiecie mały symbiont klasy OTSB był tak zmęczony, że prawie nieprzytomny.
- Dzień dobry - powiedział Conway rzeko.
- A bodajby cię... - padła odpowiedź z autotranslatora, przez co pozbawiona emocji.
Conway   umiechnął   się.   Wczoraj   wieczorem   w   izbie   przyjęć   panowało   znaczne 
ożywienie; jego nie wołano, ale wyglądało na to, że Tralthańczyka ominęła zarówno 
pora wypoczynku jak i snu.
Kilka kroków za nim szedł inny, w towarzystwie przedstawiciela klasy DBDG, czyli tej 
samej, co Conway. Nie całkiem jednak podobny do człowieka; DBDG było to ogólne 
oznaczenie obejmujące ważniejsze cechy fizyczne, jak liczbę rąk, głów, nóg i tak 
dalej, a także ich rozmieszczenie. Tego, że istota ta miała dłonie o siedmiu palcach, 
zaledwie   półtora   metra   wzrostu,   a   w   sumie   wyglądała   jak   ogromnie   kosmaty 
pluszowy mi (Conway zapomniał, z jakiego układu pochodzi ta rasa, ale pamiętał, że 
przybyła z planety, na której nastąpiło gwałtowne zlodowacenie, co spowodowało u 
tamtejszej najbardziej zaawansowanej umysłowo formy życia rozwój inteligencji oraz 
wystąpienie gęstego, czerwonego futra) klasyfikacja nie uwzględniała, chyba że kto 
chciałby   rozbić   ją   na   podgrupy.   DBDG   miał   ręce   założone   na   plecach   i   uparcie 
wpatrywał   się   w   podłogę.   Jego   olbrzymi   towarzysz   okazywał   podobne   skupienie, 
wybrał jednak sufit ze względu na odmienne położenie organów wzroku. Obaj mieli 
na ramionach opaski zdradzające ich specjalizację; byli to ni mniej ni więcej, tylko 
arystokraci   profesji,   czyli   Diagnostycy.   Mijając   ich   Conway   nie   miał   nawet   głono 
zaszurać nogami, a co dopiero przywitać się.
Zapewne, mylał, obaj Diagnostycy zajęci byli jakim problemem medycznym albo, co 
równie   prawdopodobne,   dopiero   co   się   posprzeczali   i   naumylnie   nie   zwracali   na 
siebie uwagi. Diagnostycy byli dziwnymi osobnikami. Nie to, żeby od razu odznaczali 
się   pomieszaniem   zmysłów,   ale   ich   praca   wymagała   od   nich   pewnej   dozy 
szaleństwa. 
Na każdym przecięciu korytarzy głoniki wyrzucały z siebie niezrozumiały bełkot, który 
Conway ledwie słyszał po drodze; gdy jednak rozległy się słowa w jego ojczystym 
języku i padło jego własne nazwisko, stanął jak wryty.

background image

- ... Natychmiast do luku przyjęć nr 12 - powtarzał monotonnie głos. - Klasa VTXM-
23. Dr Conway zgłosi się natychmiast do luku przyjęć nr 12. Klasa VTXM-23...
Z początku przemknęło mu przez głowę, że to nie o niego chodzi. Brzmiało to tak, 
jakby miał się zająć jakim przypadkiem i to poważnym, bowiem "23" po symbolu 
klasy oznaczało liczbę pacjentów. Za symbol klasy, VTXM, był mu całkowicie obcy. 
Conway   wiedział,   oczywicie,   co   oznaczają   poszczególne   litery,   ale   nigdy   mu   nie 
przyszło do głowy, że mogą występować w takim zestawieniu. Jedyne, co można 
było wywnioskować, to to, że chodziło o jaką rasę telepatyczną (informowała o tym 
litera V na początku oznaczenia, gdzie podawano najważniejszą cechę tych istot, 
przy   której   wszystkie   cechy   fizyczne   były   drugorzędne),   egzystującą   dzięki 
bezporedniemu przetwarzaniu energii promienistej, a występującą zazwyczaj w cile 
współpracującej ze sobą grupie lub nawet we wspólnocie. Kiedy jeszcze zastanawiał 
się,   czy   poradzi  sobie  z   takim   przypadkiem,  nogi  same  doprowadziły   go  do  luku 
dwunastego.
Jego   pacjenci   czekali   już   przy   luku,   zamknięci   w   małej   kasetce   obudowanej 
ołowianymi   cegłami;   wszystko   leżało   już   na   wózku   do   noszy.   Dyżurny   lekarz 
poinformował Conway'a w kilku słowach, że rasa ta nazywa się Telfi, że wstępne 
badania   wykazały   koniecznoć   skorzystania   z   Bloku   Radiacyjnego,   który   włanie 
przygotowywano,   za   ze   względu   na   to,   że   pacjentów   łatwo   było   przemieszczać, 
Conway mógł zaoszczędzić czas wstępując po drodze do hipnotamoteki po nagrania 
dotyczące fizjologii Telfi, podczas gdy pojemnik z pacjentami zaczeka na korytarzu.
Conway wyraził wdzięcznoć skinieniem głowy, skoczył na transporter i uruchomił go 
starając się sprawiać wrażenie, że co takiego robi codziennie.
Miłe, choć pracowite życie Conwaya w tym wielkim, osobliwym zakładzie o nazwie 
"Szpital   Główny",   zakłócała  jedna   tylko   nieprzyjemnoć,   która   spotykała   go   po   raz 
kolejny   w   momencie   wejcia   do   hipnotamoteki:   oto   służbę   pełnił   tam   Kontroler. 
Conway nie lubił Kontrolerów. Obecnoć któregokolwiek z nich działała na niego tak, 
jak kontakt z nosicielem choroby zakaźnej. Conway chlubił się tym, że jako istota 
rozumna, cywilizowana i etyczna nigdy nie będzie w stanie znienawidzić kogokolwiek 
lub czegokolwiek. Jednak Kontrolerów uparcie nie znosił. Wiedział, oczywicie, że są 
tacy, komu zdarzy się co przeskrobać i powinien być taki kto, kto może podjąć kroki 
konieczne   do   utrzymania   spokoju.   Ale   ponieważ   brzydził   się   przemocą   w   każdej 
postaci, nie mógł zmusić się do tego, by polubić ludzi, którzy muszą podejmować 
takie kroki.
I po co w ogóle Kontrolerzy w szpitalu?
Mężczyzna   w   schludnym   ciemnozielonym   kombinezonie   siedzący   przed   pulpitem 
kontrolnym hipnoedukatora odwrócił się szybko usłyszawszy wejcie Conwaya, który 
doznał   kolejnego   szoku.   Poza   dystynkcjami   majora   na   ramionach   kontroler   miał 
również odznakę lekarza z wężem Eskulapa!
-   Nazywam   się   O'Mara   -   powiedział   major   miłym   głosem.   -   Jestem   naczelnym 
psychologiem w tym domu wariatów. A pan, to doktor Conway, jak sądzę.
W   odpowiedzi   Conway   zmusił   się   do   umiechu   wiedząc,   umiech   ten   wygląda   na 
wymuszony i że major wie o tym.
-   Chce   pan   tamę   o   Telfi   -   rzekł   O'Mara   nieco   chłodniejszym   tonem.   -   No   więc, 
doktorze, tym razem trafił się panu istny dziwoląg. Niech pan nie zapomni wymazać 
go sobie z pamięci po zakończeniu leczenia; proszę mi wierzyć, nie zechce go pan 
zatrzymać. Proszę tu złożyć odcisk palca, a potem tam usiąć.
Podczas dopasowywania na głowie opaski i elektrod hipnoedukatora Conway starał 
się zachować kamienny wyraz twarzy i nie uchylać się od dotknięcia sprawnych, 
twardych rąk majora. O'Mara miał włosy krótko przycięte, o szarej metalicznej barwie. 
W jego oczach również pojawiłoˇ się przenikliwe metaliczne błyski. Conway wiedział, 

background image

że   te   oczy   obserwują   jego   reakcje,   a   teraz   równie   bystry   umysł   formułuje 
odpowiednie wnioski.
- No, dobra - powiedział w końcu O'Mara, gdy było już po wszystkim. - Jednak zanim 
pan pójdzie, doktorze, chciałbym pana zaprosić na małą pogawędkę; nazwijmy ją 
"rozmową reorientacyjną". Nie teraz jednak, bo spieszy się pan do swoich pacjentów, 
ale wkrótce.
Wychodząc Conway czuł, jak wzrok O'Mary wwierca mu się w plecy.
Powinien starać się o niczym nie myleć, tak jak mu poradzono, aby nowo wpojona 
wiedza mogła się dobrze utrwalić, ale zamiast tego dręczyła go myl, że jednym z 
przedstawicieli kierownictwa Szpitala był Kontroler, a co więcej, również lekarz. W 
jaki sposób udało się połączyć te dwie profesje? Pomylał o opasce; którą miał na 
ramieniu; znajdowały się tam: Czarnoczerwony Krąg Tralthanu, Płomienne Słońce 
chlorodysznych   Illensańczyków   oraz   ziemski   wąż   Eskulapa.   Wszystkie   były 
zaszczytnymi symbolami medycyny trzech głównych ras Unii Galaktycznej. A oto u 
doktora O'Mary odznaki na kołnierzu stwierdzają, że jest lekarzem, za naramienniki - 
że zupełnie czym innym.
Jedno było teraz zupełnie pewne: Conway nie osiągnie pełni szczęcia, dopóki nie 
odkryje, dlaczego Naczelny Psycholog Szpitala jest Kontrolerem. 
II

Conway   miał   po   raz   pierwszy   do   czynienia   z   hipnotamą   o   fizjologii   nieziemców; 
zainteresowało go owe zjawisko "podwójnego widzenia" psychologicznego, które w 
coraz   większym   stopniu   oddziaływało   na   jego   umysł,   co   było   niewątpliwym 
dowodem, że tama "przyjęła się". Zanim dotarł do Bloku Radiacyjnego, stał się jakby 
dwiema istotami jednoczenie: człowiekiem z Ziemi nazwiskiem Conway oraz wielkim 
pięciusetczłonowym zespołem Telfi, który utworzył się, by przygotować psychiczny 
zapis wszystkiego, co było wiadome o fizjologii tej rasy. Była jedna niedogodnoć - o 
ile   w   ogóle   była   to   niedogodnoć   -   hipnoedukatora.   Otóż   osoba   przechodząca 
"szkolenie" nie tylko otrzymywała zapis wiedzy, ale również i całą osobowoć istoty 
dysponującej tą wiedzą. Nic dziwnego tedy, że Diagnostycy, którzy zatrzymywali w 
głowach czasem i dziesięć różnych zapisów jednoczenie, często zachowywali się 
dziwacznie.
Wkładając   skafander   antyradiacyjny   i   przygotowując   pacjentów   do   badania 
wstępnego Conway pomylał, że Diagnostycy pełnią najważniejsze funkcje w Szpitalu. 
Czasem, w chwilach samozadowolenia, sam mylał o tym, że niegdy że stanie się 
jednym   z   nich.   Ich   głównym   zadaniem   była   praca   twórcza   w   zakresie 
ksenomedycyny za pomocą wiedzy zapisanej na tamach, używanej jako odskoczni; 
do nich należał także udział w konsyliach, gdy pojawiał się przypadek, do którego nie 
było hipnotamy fizjologicznej, w celu postawienia diagnozy i przepisania leczenia.
Nie dla nich były zwykłe, przyziemne choroby i skaleczenia. Aby Diagnostyk zechciał 
rzucić okiem na pacjenta, musiał pochodzić z wyjątkowej rasy i stanowić przypadek 
beznadziejny, o krok od mierci. Gdy jednak już zabierał się za niego, pacjenta można 
było   od   razu   uznać   za   wyleczonego,   bowiem   Diagnostycy   czynili   cuda   z   nużącą 
regularnocią.
Conway wiedział, że lekarzy pomniejszego kalibru zawsze kusiło by zostawić sobie w 
głowie   zapis   z   hipnotamy,   w   nadziei,   iż   pewnego   dnia   zdarzy   im   się   jakie 
fenomenalne odkrycie, które przyniesie im sławę. Jednak u osób zrównoważonych i 
praktycznych, jak on sam, owa pokusa zawsze pozostawała tylko pokusą. 
Conway nie widział swych miniaturowych pacjentów, mimo że zbadał każdego z nich 
oddzielnie.   Nie   mógł   ich   oglądać,   chyba   że   zadałby   sobie   wiele   niepotrzebnego 
kłopotu   z   ekranowaniem   i   wstawianiem   luster.   Wiedział   jednak   dokładnie,   jak 

background image

wyglądają, z zewnątrz i w rodku, ponieważ dzięki tamie stał się praktycznie jednym z 
nich. Owa wiedza, połączona z wynikami badań i historią choroby, dała Conwayowi 
wszelkie dane do rozpoczęcia leczenia.
Jego pacjenci stanowili częć zespołu Telfi obsługującego krążownik międzygwiezdny, 
na   którym   nastąpiła   awaria   jednego   z   reaktorów.   Maleńkie,   przypominające 
chrząszcze i - każde z osobna - głupie stworzonka były pożeraczami promieniowania 
radioaktywnego,  ale   ten   wybuch  był   zbyt   silny   nawet   jak  dla  nich.   Tę   dolegliwoć 
można by zaklasyfikować jako niezwykle silny przypadek przejedzenia połączony z 
długotrwałym podrażnieniem układu czuciowego, a szczególnie orodków bólu. Gdyby 
po   prostu   umiecił   ich   w   ekranowanym   pojemniku   i   zaaplikował   głodówkę 
radioaktywną - a taka kuracja nie była możliwa na ich wysokopromieniotwórczym 
statku - można było oczekiwać, że około siedemdziesięciu procent z nich po kilku 
godzinach   powróci   do   stanu   normalnego.   Byli   to   ci,   którym   dopisało   szczęcie,   a 
Conway   mógł   nawet   wyszczególnić   osobniki   należące   do   tych   siedemdziesięciu 
procent. Sytuacja pozostałych była dużo gorsza, bowiem groziła im utrata zdolnoci 
łączenia umysłów, co dla Telfi równało się trwałemu kalectwu.
Tylko kto, kto może wczuć się w umysł, osobowoć i instynkty Telfi, potrafi w pełni 
docenić rozmiary tragedii.
Tragedia była ogromna, szczególnie że, jak wykazała historia choroby, to włanie te 
osobniki musiały przystosować się do sytuacji i utrzymać sprawnoć przez te kilka 
sekund   potrzebnych   do   zdemontowania   stosu   atomowego   i   uratowania   statku   od 
całkowitej zagłady. Obecnie ich metabolizm doszedł do stanu chwiejnej równowagi 
opartej na poborze energii trzykrotnie wyższym niż zwykle u Telfi. Jeli pobór energii 
zostanie   przerwany   choć   na   chwilę,   ucierpią   orodki   kontaktowe   w   mózgu. 
Poszczególne   osobniki   znajdą   się   w  sytuacji   amputowanych   rąk   czy   nóg,   którym 
zostanie tylko tyle inteligencji, by mogły uwiadomić sobie, że zostały oddzielone od 
reszty ciała. Z drugiej strony, gdyby utrzymywać ów wysoki pobór energii, istoty te 
wypaliłyby się w ciągu tygodnia.
Była   jednak   metoda   leczenia   tych   nieszczęników   -   w   istocie   jedyna   metoda. 
Przygotowując   manipulatory   do   czekającej   go   pracy   Conway   czuł,   że   metoda   ta 
niezbyt   go   satysfakcjonuje   -   to   tylko   kwestia   podjęcia   okrelonego,   przemylanego 
ryzyka,   zastosowania   beznamiętnych   danych   medycznych.   Nic,   co   mógłbym   sam 
zrobić,   nie   będzie   miało   najmniejszego   wpływu   na   wynik   leczenia.   Czuł   się   jak 
mechanik, nic więcej.
Szybko ustalił, że szesnastu sporód jego pacjentów cierpi na silną niestrawnoć w 
wersji   Telfi.   Tych   odizolował   w   ekranowanych,   wchłaniających   promieniowanie 
butlach, tak aby promieniowanie wtórne z ich nadal jeszcze radioaktywnych ciał nie 
zakłóciło "głodówki". Butle te umiecił w niewielkim reaktorze ustawionym na normalną 
radiację   dla   Telfi,   z   czujnikiem,   który   miał   spowodować   odpadnięcie   ekranu,   gdy 
nadmierna   radioaktywnoć   wewnątrz   ustanie.   Siedmiu   pozostałych   wymagało 
leczenia specjalnego. U miecił ich w innym reaktorze i włanie ustawiał regulatory na 
warunki najbardziej zbliżone do tych, które wystąpiły na statku w momencie awarii, 
kiedy zabrzęczał pobliski komunikator. Conway skończył pracę, sprawdził i dopiero 
później przyjął wezwanie.
- Tu Informacja. Doktorze Conway, otrzymalimy włanie pytanie ze statku Telfi o stan 
ofiar wypadku. Czy może pan już co przekazać?
Conway wiedział, że to, co ma do przekazania, nie było takie najgorsze, ale wolałby, 
żeby   było   jeszcze   lepsze.   Rozbicie   lub   modyfikacja   istniejącej   wspólnoty   Telfi 
równało się miertelnemu urazowi dla zainteresowanych osobników; wiadom, dzięki 
hipnotamie, ich położenia Conway współczuł im ogromnie.

background image

- Szesnastu pacjentów - powiedział ostrożnie - wróci do stanu normalnego w ciągu 
około czterech godzin. Wród pozostałych siedmiu będzie chyba pięćdziesiąt procent 
zejć   miertelnych,   ale   pewnoć   będę   miał   za   kilka   dni.   Umieciłem   ich   w   reaktorze 
dającym   dwa   razy   więcej   energii   niż   im   zwykle   potrzeba,   a   następnie   będę   to 
zmniejszał do poziomu normalnego. Połowa powinna przeżyć. Czy to jest jasne?
- Przyjąłem. - Głos zamilkł, by po kilku minutach odezwać się ponownie. - Wspólnota 
Telfi stwierdziła, że to bardzo dobrze i wyraziła wdzięcznoć. Koniec rozmowy.
Conway powinien był się ucieszyć, że tak dobrze sobie poradził ze swym. pierwszym 
przypadkiem,  ale z  jakiego  powodu  czuł  rozczarowanie. Teraz,  kiedy było  już po 
wszystkim,   czuł   w   głowie   dziwny   mętlik.   Cały   czas   mylał   o   rym,   że   pięćdziesiąt 
procent z siedmiu równało się trzy i pół, a co Telfi poczną z połową członu? Miał 
nadzieję,   że   uda   mu   się   uratować   cztery   istoty,   a   nie   trzy,   i   że   nie   będą   one 
psychicznymi   kalekami.   Mylał,   jak   to   przyjemnie   jest   być   Telfi   i   przez   cały   czas 
wsysać   w   siebie   promieniowanie,   i   odbierać   bogate   i   różnorodne   doznania 
zespolonego ciała, złożonego nawet z setek członów. Teraz poczuł, jak jego własne 
ciało jest zimne i samotne. Musiał podjąć heroiczny wysiłek, by oderwać się od ciepła 
Bloku Radiacyjnego.
Na korytarzu ponownie wsiadł na transporter, który następnie pozostawił przy luku 
przyjęć. Należało teraz udać się do hipnotamoteki i skasować zapis Telfi; właciwie 
otrzymał   taki   rozkaz.   Ale   nie   chciało   mu   się   ić   -   na   myl   o   O'Marze   poczuł   się 
ogromnie nieprzyjemnie, a może i trochę przestraszony. Zawsze źle znosił obecnoć 
wszystkich Kontrolerów, ale tu było inaczej. Chodziło o postawę O'Mary, a także o 
ową pogawędkę, o której tamten wspominał. Poczuł się wtedy taki mały, jak gdyby 
Kontroler był czym wyższym od niego, a w żaden sposób Conway nie potrafił pojąć, 
jak można czuć się małym przed jakim parszywym Kontrolerem!
Doznał   wstrząsu,   tak   bowiem   silne   przepełniały   go   uczucia.   Jako   cywilizowany, 
zrównoważony   osobnik   powinien   być   niezdolny   do   takich   myli.   To   graniczyło   z 
typową nienawicią. Z kolei przerażony swoim własnym stanem Conway starał się 
zapanować   nad   mylami.   Postanowił   usunąć   na   bok   ten   problem   i   zgłosić   się   do 
hipnotamoteki dopiero po zakończeniu obchodu. Taka wymówka była do przyjęcia, 
gdyby O'Mara chciał pytać o powód spóźnienia, a zresztą przez ten czas naczelny 
psycholog   mógł   wyjć   lub   zostać   wezwany.   Conway   miał   wielką   nadzieję,   że   tak 
będzie.
Rozpoczął   obchód   od   przedstawicieli   klasy   AUGL   z   planety   Chalderescol   II;   ów 
osobnik był jedynym pacjentem w sali przeznaczonej dla tej rasy. Conway wsunął się 
w   odpowiedni   ubiór   ochronny   -   którym   w   tym   wypadku   był   strój   płetwonurka   -   i 
przeszedł   przez   luzę   do   zbiornika   wypełnionego   zielonkawą,   letnią   wodą   mającą 
imitować rodowisko naturalne pacjenta. Ze znajdującej się wewnątrz zbiornika szafki 
pobrał instrumenty, a następnie głono obwiecił swoje przybycie. Jeli Chalder gdzie 
tam mocno chał, a Conway by go nagle zbudził, konsekwencje mogły być poważne. 
Jeden nieopatrzny ruch ogonem i na sali znalazłoby się dwóch pacjentów zamiast 
jednego.
Chalder   pokryty   był   pancernymi   płytami   i   łuskami;   trochę   był   podobny   do 
dwunastometrowego krokodyla, z tym, że zamiast nóg miał doć nieregularny układ 
krótkich płetw, a od połowy opasywał go szereg wstążkowatych macek. Unosił się w 
wodzie bezwładnie w pobliżu dna zbiornika, a jedyną oznaką życia, jaką okazywał, 
były pojawiające się co jaki czas koło skrzeli pęcherzyki gazu. Conway zbadał go 
pobieżnie - z powodu Telfi obchód był już poważnie spóźniony - i zadał mu zwykłe 
pytanie.   W   jaki   niewyobrażalny   sposób   odpowiedź   dotarła   przez   wodę   do 
autotranslatora,   a   stamtąd   do   słuchawek   w   postaci   wypowiedzianych   powoli, 
beznamiętnie słów.

background image

- Jestem poważnie chory - powiedział Chalder. Cierpię.
Kłamiesz,   pomylał   Conway,   w   żywe   oczy!   Dr   Lister,   dyrektor   Szpitala   i 
najprawdopodobniej   najwybitniejszy   Diagnostyk   obecnej   doby   bez   mała   rozebrał 
Chaldera na najdrobniejsze kawałeczki. Jego diagnoza brzmiała "hipochondria", za 
stan   zaawansowania   -  "nieuleczalna".   Owiadczył   poza  tym,   że   rozstępy   pewnych 
fragmentów   pancerza   na   ciele   pacjenta,   a   co   za   tym   idzie,   podrażnienia   w   tych 
miejscach, pojawiły się w wyniku lenistwa i obżarstwa tego potężnego skurczybyka. 
Każdy   wie,   że   stworzenia   zewnątrzszkieletowe   tyją   w   rodku   swego   szkieletu! 
Diagnostycy nie słynęli z najwłaciwszej postawy wobec chorych.
Chalderowi pogorszyło się naprawdę dopiero wówczas, gdy groziło mu wypisanie do 
domu; tak więc Szpital zyskał stałego pacjenta. Ale nikomu to nie przeszkadzało. 
Lekarze i psycholodzy, zarówno zatrudnieni na miejscu, jak i przybyli z zewnątrz, 
zbadali go dokładnie i powtarzali te badania wielokrotnie. Robili to również stażyci i 
pielęgniarze   ze   wszystkich   ras   reprezentowanych   wród   personelu   szpitalnego. 
Studenci odznaczający się różnym stopniem delikatnoci często i regularnie sondowali 
Chaldera, uciskali i ostukiwali, a on uwielbiał to bezgranicznie. Szpitalowi odpowiadał 
taki układ, podobnie jak Chalderowi. Nikt mu już więcej nie mówił o odesłaniu do 
domu. 
III

Płynąc w górę zbiornika Conway zatrzymał się na chwilę. Czuł się dziwnie. W dalszej 
kolejnoci powinien pójć do dwóch istot metanodysznych przebywających w chłodnej 
częci   jego   oddziału,   ale   sama   myl   o   tym,   że   ma   się   tam   udać,   napełniała   go 
obrzydzeniem.   Pomimo   tego,   że   woda  była   ciepła,   a   w   dodatku   zgrzał   się   nieco 
podczas pływania wokół potężnego ciała pacjenta, czuł jednak chłód; poza tym dałby 
wiele, żeby dookoła niego znalazło się jakie towarzystwo w postaci choćby grupki 
studentów. Zwykle Conway nie cierpiał towarzystwa, a już szczególnie studentów, ale 
teraz czuł się wyalienowany, samotny i opuszczony przez przyjaciół. Uczucia te były 
tak silne, że aż go przeraziły. Pomylał, że bezwzględnie powinien porozmawiać z 
psychologiem, choć niekoniecznie z O'Marą.
Konstrukcja Szpitala w tej strefie przypominała stos spaghetti - prostych, zagiętych i 
niesamowicie   pokręconych   kawałków   makaronu.   Na   przykład   każdy   korytarz 
wypełniony ziemską atmosferą miał obok siebie, nad sobą i w dole - nie mówiąc o 
tych, które przecinały go w poprzek wiele innych korytarzy wypełnionych odmiennymi 
wariantami   atmosfery,   cinienia   i   temperatury,   zabójczymi   dla   istot   tlenodysznych. 
Dzięki temu, w razie nagłej koniecznoci lekarz dowolnej rasy mógł dotrzeć "swoim" 
korytarzem do pacjenta również dowolnej rasy i nie musiał przy tym przemierzać 
całego Szpitala w stroju chroniącym go przed warunkami panującymi w kolejnych 
sektorach; taka wędrówka była i powolna, i niewygodna. Lepszym wyjciem okazało 
się   przebieranie   w   strój   ochronny   dopiero   u   drzwi   odwiedzanej   sali,   co   Conway 
włanie robił.
Przypomniawszy   sobie   rozkład   korytarzy   swego   oddziału   wiedział,   że   może 
skorzystać ze skrótu, który doprowadzi go do jego zimnokrwistych pacjentów przez 
wypełniony   wodą   korytarz   wiodący   od   sali   Chaldera,   następnie   przez   luzę   do 
chlorodysznych Illensańczyków klasy PVSJ i dwa poziomy w górę do sali metanowej. 
Oznaczało to, że w ciepłej wodzie pozostanie trochę dłużej, a naprawdę czuł, że jest 
mu zimno.
W sali chlorowej przemknął obok niego na swych strunowatych odnóżach pacjent 
klasy PVSJ. Conway poczuł przemożną chęć rozmowy z nim, o czymkolwiek. Musiał 
się przemóc, żeby pójć dalej.

background image

Ubiór   ochronny,   który   istoty   klasy   DBDG   -   takie   jak   on   sam   -   nosiły   w   czasie 
przebywania w sali metanowej, był faktycznie niedużym, opancerzonym pojazdem. 
Miał wewnątrz grzejniki utrzymujące przy życiu pasażera, z zewnątrz za wyposażony 
był   w   urządzenie   chłodnicze,   inaczej   ciepło   pancerza   natychmiast   ugotowałoby 
pacjentów, dla których najmniejszy przebłysk promieniowania termicznego - a nawet 
wiatła   -   był   zabójczy.   Conway   nie   miał   pojęcia,   na   jakiej   zasadzie   działa   skaner 
używany do badań (wiedzieli to tylko ci z obsługi technicznej, którzy mieli fioła na 
punkcie   różnych   zmylnych   aparacików),   ale   na   pewno   nie   na   zasadzie   promieni 
podczerwonych. Te również były za gorące dla pacjentów.
W czasie badania Conway tak podkręcił regulatory grzejników, że aż spływał potem - 
a mimo to było mu zimno. Nagle zdjęło go przerażenie. Może czym się zaraził? Gdy z 
powrotem znalazł się na korytarzu z atmosferą tlenową, spojrzał na tarczę czujnika 
wszczepionego   w   skórę   przedramienia.   Tętno,   cinienie   i   równowaga 
endokrynologiczna   były   w   porządku,   jeli   nie   liczyć   niewielkich   odchyleń 
spowodowanych zdenerwowaniem. Również w krwi nie było żadnych ciał obcych. Co 
mu więc dolegało? 
Skończył obchód, jak mógł najszybciej. Znowu miał mętlik w głowie. Jeli to jego mózg 
robił mu kawały, powinien podjąć konieczne kroki, by temu zaradzić. To musi mieć co 
wspólnego z tą hipnotamą Telfi, którą sobie zapisał. O'Mara mówił co na ten temat, 
choć Conway w tej chwili nie mógł sobie przypomnieć, co to było. Jednak pójdzie 
natychmiast do hipnotamoteki, obojętne czy tam będzie O'Mara, czy nie.
Po drodze minęło go dwóch Kontrolerów, obaj byli uzbrojeni. Conway wiedział, że 
powinien poczuć do nich swą zwykłą wrogoć, a także szok spowodowany widokiem 
uzbrojonych ludzi w Szpitalu - i wszystko to odczuł, ale jednoczenie chciał przyjaźnie 
poklepać ich po plecach lub nawet ucisnąć: tak bardzo pragnął mieć obok siebie 
ludzi,   rozmawiać,   wymieniać   z   nimi   poglądy   i   wrażenia,   aby   pozbyć   się   tego 
strasznego uczucia samotnoci. Gdy zrównali się z nim, wydobył z siebie drżącym 
głosem   "Dzień   dobry".   Po   raz   pierwszy   w   życiu,   sam   z   siebie   przemówił   do 
Kontrolera. Jeden z nich umiechnął się lekko, drugi skinął głową. Obaj spojrzeli nań 
dziwnie mijając go, bowiem okropnie szczękał zębami.
Zamiar udania się do hipnotamoteki ukształtował się już wyraźnie, ale sam pomysł 
nie   wyglądał   już   tak   atrakcyjnie.   Tam   było   zimno   i   ponuro,   przy   tych   wszystkich 
maszynach i przyćmionym owietleniu, a za jedyne towarzystwo mógł służyć O'Mara. 
Conway chciał zgubić się w tłumie, im większym, tym lepszym. Pomylał o pobliskiej 
stołówce i skierował się w tamtą stronę. Na skrzyżowaniu korytarzy dostrzegł napis: 
"Kuchnia dla sal nr 52 do 68, klasy DBDG, DBLF i FGLI". To mu przypomniało, że 
czuje ogromny chłód...
Dietetycy byli tak zajęci, że go nie zauważyli. Conway wybrał sobie piecyk dobrze już 
rozżarzony i oparł się o niego, skąpany w sterylizujących promieniach ultrafioletu, nie 
zwracając  uwagi  na  swąd spalenizny  wydobywający  się z  jego  odzieży.  Było  mu 
teraz cieplej, odrobinę cieplej, ale owo okropne uczucie bezgranicznej, kompletnej 
samotnoci   nie   opuszczało   go.   Czuł   się   wyobcowany,   niekochany,   niepotrzebny. 
Żałował, że w ogóle przyszedł na wiat.
Kiedy   Kontroler   -   jeden   z   tych,   których   Conway   niedawno   minął   na   korytarzu   - 
zdumiony   jego   osobliwym   zachowaniem   zbliżył   się   doń   ubrany   w   popiesznie 
pożyczony od jednego z kucharzy ubiór termiczny, ujrzał, że po policzkach Conwaya 
spływają powoli wielkie łzy... 
- Ma pan - powiedział znajomy głos - wiele szczęcia, ale bardzo mało rozumu.
Conway otworzył oczy i stwierdził, że leży na tapczanie do kasowania hipnozapisów, 
z   góry   za   patrzą   na   niego  O'Mara   i  jeszcze   jeden  Kontroler.   Plecy  przypominały 

background image

rednio   usmażony   befsztyk,   a   całe   ciało   piekło,   jakby   się   mocno   opalił.   O'Mara 
obrzucił go wciekłym spojrzeniem.
- Pańskie szczęcie polega na tym - rzekł - że nie doznał pan poważnych poparzeń i 
nie olepł, za głupota - bo nie powiedział mi pan, że to pańska pierwsza hipnotama...
W tym momencie w głosie O'Mary zabrzmiała jakby nuta wyrzutów sumienia, ale 
tylko   przelotnie.   W   dalszym   ciągu   swojej   przemowy   poinformował   Conwaya,   że 
gdyby   ten   raczył   go   o   tym   poinformować,   przeprowadziłby   na   nim   hipnozabieg 
pozwalający   odróżnić   własne   potrzeby   od   potrzeb   sztucznie   zapisanych   w   jego 
umyle.   Dopiero   po   wprowadzeniu   danych   o   dokonaniu   hipnozapisu   do   kartoteki 
O'Mara   zdał   sobie   sprawę,   że   Conway   jest   nowicjuszem,   a   skąd,   do   cholery, 
naczelny psycholog ma widzieć, kto jest nowy, a kto nie, w szpitalu tej wielkoci. A 
zresztą, gdyby Conway bardziej się przejmował swoim zadaniem, a nie tym, że to 
Kontroler zrobił mu zapis, nigdy nic podobnego by się nie wydarzyło.
Conway, mówił dalej O'Mara zjadliwie, jest, jak się okazuje, obłudnym bigotem, który 
nawet   nie   stara   się   ukryć   swych   uczuć,   że   splugawiło   go   dotknięcie   takiej 
nieokrzesanej bestii, jaką jest Kontroler. W jaki sposób kto na tyle inteligentny, by 
dostać pracę w Szpitalu, mógł przy tym żywić podobne uczucia, naczelny psycholog 
nie potrafił pojąć.
Conway czuł, że twarz mu płonie. Rzeczywicie głupio zapomniał powiedzieć mu, że 
to jego pierwszy raz. O'Mara bez trudu mógł pociągnąć go do odpowiedzialnoci za 
zaniedbanie obowiązków wobec siebie samego - które to oskarżenie w szpitalu z 
taką   mnogocią   rodowisk   życiowych   było   równie   poważne,   jak   zaniedbanie 
obowiązków wobec pacjenta - i spowodować wylanie go z pracy. Jednak w chwili 
obecnej nie to bolało go najbardziej, choć sama możliwoć przerażała go. Najbardziej 
poczuł się dotknięty tym, że oto jeden z Kontrolerów ruga go w obecnoci drugiego.
Ten drugi, który z pewnocią go tu przyniósł, patrzył teraz nań z wysoka z wyrazem 
żartobliwego   współczucia   w   spokojnych   brązowych   oczach.   Conway   przyjął   to 
jeszcze gorzej niż wymysły O'Mary. Jakim prawem jaki Kontroler mu współczuje!
- ... A jeli nadal nie pojmuje pan, co się stało - O'Mara ciągnął sucho - to panu 
powiem: pozwolił pan, przyznaję, z braku dowiadczenia, by osobowoć Telfi, którą 
zapisał pan sobie za pomocą hipnotamy, na pewien czas zdominowała pańską. Jej 
potrzeby twardego promieniowania, wielkiej iloci ciepła i wiatła, a przede wszystkim 
wspólnoty psychicznej koniecznej przy jednoci umysłu zbiorowego, stały się pańskimi 
potrzebami, oczywicie w postaci najbliższych ludzkich odpowiedników. Przez pewien 
czas   doznawał   pan   tych   samych   wrażeń,   co   pojedynczy   człon   Telfi,   a   taki   człon 
odcięty od wszelkiego kontaktu psychicznego z resztą grupy jest bez wątpienia istotą 
ogromnie nieszczęliwą.
W   miarę   udzielania   wyjanień   O'Mara   uspokajał   się.   Nie   przytrafiło   się   panu   - 
powiedział prawie już normalnym tonem - nic groźniejszego poza silnym oparzeniem 
skóry. Pańskie plecy będą jeszcze przez jaki czas podrażnione, a później zaczną 
swędzić. I dobrze panu tak. Teraz niech pan już idzie. Nie mam ochoty oglądać pana 
aż do dziewiątej pojutrze. Proszę sobie zostawić tę porę do mojej dyspozycji. To jest 
polecenie służbowe; czeka nas ta mała pogawędka, pamięta pan? 
Już na korytarzu Conway poczuł się jak balon, z którego uszło powietrze; do tego 
doszedł   jeszcze   silny   gniew   wymykający   się   spod   jego   kontroli,   co   w   sumie 
przyprawiało   go   o   frustrację.   Przez   całe   dwadziecia   trzy   lata   swego   życia   nie 
pamiętał, żeby przeżył co równie przykrego psychicznie. Chcąc nie chcąc czuł się jak 
mały   chłopczyk   -   niegrzeczny,   nie   umiejący   się   zachować   mały   chłopczyk.   Za 
Conway zawsze był dzieckiem grzecznym i dobrze wychowanym. To bolało.
Nie zauważył, że jego wybawca stoi nadal obok niego, dopóki tamten nie przemówił.

background image

-  Niech  pan  się  tak  nie  przejmuje  majorem  -  powiedział  życzliwie  Kontroler.  -  W 
zasadzie to sympatyczny facet; sam pan się o tym przekona, gdy pan go znowu 
zobaczy.  W  tej  chwili   jest  zmęczony  i  trochę  rozdrażniony.  Widzi   pan,  włanie  do 
Szpitala przybyły trzy kompanie sił porządkowych, a następne są w drodze. Ale w 
obecnym stanie nie będą dla nas zbyt użyteczne - większoć z nich ledwie trzyma się 
na nogach z powodu zmęczenia walką. Major O'Mara i jego personel będą musieli 
udzielić im pierwszej pomocy psychicznej, zanim...
- Zmęczenie walką - powtórzył Conway najbardziej obraźliwym tonem, na jaki było go 
stać. Z całego serca nie znosił pouczeń albo współczucia od ludzi, jego zdaniem 
intelektualnie i moralnie niżej stojących od niego. - Sądzę - dodał - że oznacza to, iż 
zmęczyli się zabijaniem innych?
Ujrzał jak młoda, lecz już dojrzała twarz Kontrolera tężeje, a w oczach zapala się co 
między bólem i gniewem. Kontroler urwał. Otworzył usta szykując się do steku obelg 
w stylu O'Mary, lecz rozmylił się.
- Jak na kogo, kto przebywa tu już od dwóch miesięcy - powiedział cicho - ma pan 
delikatnie  mówiąc,  bardzo  mało  realistyczne   poglądy  na  Korpus  Kontrolerów.   Nie 
potrafię tego pojąć. Czy miał pan aż tyle roboty, że nie zdążył pan z nikim zamienić 
słowa, czy co?
- Nie - odrzekł zimno Conway. - Tam, skąd przyleciałem, nie rozmawiamy o ludziach 
pańskiego pokroju, ale o przyjemniejszych rzeczach.
- Mam nadzieję - rzekł Kontroler - że pańscy przyjaciele, o ile ich pan ma, uwielbiają 
poklepywać innych po plecach. - Obrócił się i odszedł.
Conway skrzywił  się mimo woli na myl o tym,  że cokolwiek cięższego niż piórko 
miałoby dotknąć jego spieczonych i podrażnionych pleców. Pomylał jednak również o 
pozostałych   słowach   Kontrolera.   A   więc   jego   stosunek   do   Kontrolerów   był   mało 
realistyczny?  Czy  miał  więc  usprawiedliwiać gwałt  i morderstwa,  czy  miał szukać 
przyjaciół wród ludzi za nie odpowiedzialnych? Tamten wspominał o przybyciu kilku 
kompanii Korpusu. Dlaczego? Po co? Jego dotychczas niewzruszoną wiarę w siebie 
zaczęła nadgryzać niepewnoć. Co pominął, co ważnego.
Kiedy   po   raz   pierwszy   trafił   do   Szpitala,   osobnik,   który   przekazał   mu   pierwsze 
instrukcje i polecenia, uzupełnił je o kilka słów zachęty. Powiedział, że dr Conway 
musiał zapewne zdać wiele egzaminów, by dostać się do Szpitala, i że dyrekcja wita 
go i ma nadzieję, że zostanie z nimi. Okres próby się już zakończył i odtąd nikt nie 
będzie próbował go na czym przyłapać, ale jeli z jakiego powodu - czy będą to tarcia 
z   przedstawicielami   własnej,   czy   innej   rasy   lub   też   wystąpienie   jakiej   psychozy 
ksenologicznej  -   znajdzie   się   w   tak   trudnym   położeniu,  że   nie   będzie   mógł   dalej 
pracować w Szpitalu, no to z wielkim żalem i bardzo niechętnie, ale otrzyma zgodę 
na odejcie.
Poradzono mu również, aby starał się poznać jak najwięcej osobników różnych ras i 
starał się zdobyć zaufanie, a może i przyjaźń. W końcu dowiedział się, że jeli znajdzie 
się w kłopotach z powodu własnej niewiadomoci lub z innych przyczyn, powinien 
skontaktować się z jednym z dwóch Ziemian, których nazwiska brzmiały O'Mara i 
Bryson   -   a   z   którym,   to   zależało   od   rodzaju   problemu   choć,   oczywicie,   każda 
odpowiednio przeszkolona istota dowolnej rasy udzieli mu na jego probę pomocy.
Zaraz później poznał chirurga ordynatora oddziału, do którego został skierowany; był 
to   bardzo   zdolny   Ziemianin   nazwiskiem   Mannon.   Dr   Mannon   nie   był   jeszcze 
Diagnostykiem,   choć   bardzo   się   o   to   starał,   i   miał   dlatego   jeszcze   pewne   cechy 
ludzkie   objawiające   się   przez   znaczną   częć   dnia.   Był   dumnym   posiadaczem 
niedużego psa, który trzymał się tak blisko niego, że odwiedzający doktora nieziemcy 
podejrzewali istnienie więzi symbiotycznej pomiędzy nim i psem. Conway bardzo lubił 

background image

doktora Mannona, ale teraz zaczął zdawać sobie sprawę, że jego zwierzchnik był 
jedynym osobnikiem jego własnej rasy, któremu okazywał przyjazne uczucia.
To z pewnocią było cokolwiek dziwne. Conway zaczął się nad sobą zastanawiać.
Po owych słowach otuchy na początku pracy w Szpitalu mylał, że stoi na pewnych 
nogach, szczególnie gdy stwierdził, jak łatwo przychodzi mu nawiązywanie przyjaźni 
z nieziemcami z personelu. Wobec swoich kolegów ludzi był nadal doć sztywny - 
poza   wymienionym   już   wyjątkiem   --   ze   względu   na   ich   lekceważący   lub   nawet 
pogardliwy stosunek do swojej i jego pracy. Ale żeby miały powstać jakie tarcia - to 
było nie do pomylenia.
Tak było do dzisiaj, kiedy to O'Mara dał mu do zrozumienia, że jest maty i głupi; 
oskarżył go o bigoterię i nietolerancję i ogólnie strzaskał jego dumę na kawałki. To 
było   bez   wątpienia   rozwijające   się   tarcie   i   gdyby   podobne   traktowanie   ze   strony 
Kontrolerów   miało   trwać   nadal,   Conway   wiedział,   że   będzie   zmuszony   odejć   ze 
Szpitala. Był wszak człowiekiem cywilizowanym i wysoko etycznym - dlaczego więc 
kontrolerzy mieliby mu wymylać? Conway nie potrafił tego zrozumieć. Dwóch rzeczy 
był jednak wiadom: chciał pozostać w Szpitalu, a poza tym potrzebował pomocy. 
IV

Przyszło mu na myl nazwisko Brysona, jednego z tych, do których miał się zwrócić, 
gdyby   wpadł   w   tarapaty.   Drugie   z   nich,   O'Mary,   już   się   nie   liczyło,   ale   co   do 
Brysona...
Conway nie poznał dotąd nikogo o tym nazwisku, ale przechodzący Tralthańczyk 
wskazał   mu,   jak   go   znaleźć.   Dotarł   jednak   tylko   do   drzwi,   na   których   widniała 
wizytówka "Kapitan Bryson, Kapelan, Korpus Kontroli"! Potem odwrócił się ze złocią i 
odszedł. Następny Kontroler! Pozostawała tylko jedna osoba, która mogła mu pomóc: 
doktor Mannon. Trzeba było najpierw z nim spróbować.
Gdy   jednak   Conway   odszukał   swego   zwierzchnika,   ten   był   zamknięty   w   bloku 
operacyjnym   dla   klasy   LSVO,   gdzie   asystował   Chirurgowi   -   Diagnostykowi   z 
Tralthanu   przy   bardzo   skomplikowanej   operacji.   Conway   udał   się   na   galeryjkę 
obserwacyjną, by tam zaczekać, aż Mannon skończy.
Operowana istota klasy LSVO pochodziła z planety o gęstej atmosferze i niewielkiej 
grawitacji. Był to skrzydlaty osobnik o ogromnie kruchym ciele, co sprawiało, że w 
całej   sali   operacyjnej   panowało   ciążenie   bliskie   zeru   i   lekarze   byli   przymocowani 
pasami   do   swych   stanowisk   wokół   stołu.   Niewielka   istota   klasy   OTSB,   która 
symbiotycznie współżyła ze słoniowatym Tralthańczykiem, nie była przypięta; nad 
stołem utrzymywały ją skutecznie drugorzędne macki nosiciela. Conway wiedział, że 
OTSB   nie   może   stracić   kontaktu   ze   swym   nosicielem   na   dłużej   niż   kilka   minut, 
inaczej w jego mózgu zajdą nieodwracalne zmiany. Zaciekawiony, mimo własnych 
zmartwień, zaczął baczniej przyglądać się temu, co robią lekarze.
Zobaczył,   że   odsłonięto   fragment   przewodu   pokarmowego   pacjenta   ujawniając 
przywarłą doń niebieskawą, gąbczastą narol. Nie dysponując hipnozapisem fizjologii 
LSVO Conway nie mógł stwierdzić, czy stan pacjenta jest poważny, czy też nie, ale 
operacja   należała   bez   wątpienia   do   trudnych   technicznie,   co   można   było 
wywnioskować z tego, jak Mannon pochylił się nad stołem, a także z tego, że macki 
Tralthańczyka, które w danej chwili nie były w użyciu, zacisnęły się mocno. Maleńki 
symbiont   jak   zwykle   prowadził   mikrorozpoznanie   za   pomocą   cienkich   jak   druty, 
zakończonych   organami   wzroku   i   przyssawkami   macek,   przesyłając   ogromnemu 
nosicielowi   bardzo   szczegółowe   dane   optyczne   na   temat   pola   operacji,   a   potem 
otrzymując instrukcje oparte na tych danych. Sam Tralthańczyk oraz doktor Mannon 
mieli   zadania   stosunkowo   prymitywne   -   zaciskanie,   podwiązywanie   i   wycieranie 
płynów ustrojowych.

background image

Mannon   nie   miał   wiele   do   roboty   poza   przyglądaniem   się,   jak   nosiciel   kieruje 
ultraczułymi mackami symbionta, ale Conway widział jego dumę, że choć tyle może 
zrobić.   Tralthańczycy   ze   swymi   symbiontami   byli   najlepszymi   chirurgami   w 
Galaktyce. Gdyby nie to, że ich rozmiary uniemożliwiały operowanie niektórych grup 
pacjentów, jedynymi chirurgami w Szpitalu byliby przedstawiciele klasy FGLI. 
Conway   czekał   przed   drzwiami,   gdy   operujący   lekarze   opuszczali   salę.   Jedna   z 
macek Tralthańczyka mignęła w powietrzu i stuknęła Mannom doć mocno w głowę, 
co oznaczało najwyższe uznanie. Natychmiast zza pobliskiej szafki wypadł kłębek 
futra i  zębów w kierunku tego wielkiego stwora, który najwyraźniej  atakował  jego 
pana.   Conway   widział   tę   zabawę   wiele   razy,   a   mimo   to   nadal   wydawała   mu   się 
absurdalna.   Kiedy   pies   Mannom   wciekle   oszczekiwał   stwora   przewyższającego 
wzrostem jego i jego pana, wyzywając go na miertelny pojedynek, Tralthańczyk cofał 
się z udanym strachem wołając: - Ratujcie mnie przed tym straszliwym potworem! - 
Pies   krążył,   wciąż   wciekle   szczekając   i   chwytając   zębami   stwardniałą   skórę 
okrywającą szeć słoniowatych nóg Tralthańczyka. Ten żartobliwie umykał, cały czas 
wołając o pomoc i jednoczenie uważając, by nie zmiażdżyć maleńkiego napastnika 
którą ze swych potężnych stóp. Odgłosy walki cichły w głębi korytarza.
Kiedy hałas osłabł do tego stopnia, że można było co poza nim usłyszeć, Conway 
odezwał się: - Doktorze, czy może mi pan pomóc? Potrzebuję porady, a przynajmniej 
informacji. Lecz to doć delikatna sprawa...
Dostrzegł, że brwi Mannon unoszą się, a na jego ustach pojawia się umieszek.
- Oczywicie, z chęcią bym panu pomógł - powiedział Mannon - ale obawiam się, że 
jakakolwiek rada, której mógłbym w tej chwili udzielić, nie byłaby warta funta kłaków. 
- Na jego twarzy pojawił się grymas niesmaku; zamachał rękami jak ptak. - Wciąż 
mam w głowie tamę LSVO, a wie pan, jak to jest: połowa mojego mózgu myli, że 
jestem ptakiem, druga za jest o tym przekonana tylko częciowo. Ale jakiej porady pan 
potrzebuje? - zapytał przekrzywiając głowę w ptasi sposób. - Jeli to ów szczególny 
przypadek szaleństwa zwany miłocią albo każda inna dolegliwoć psychiczna, niech 
pan pójdzie do O'Mary.
Conway   natychmiast   potrząsnął   głową;   ktokolwiek,   byle   ale   O'Mara.   -   Nie   - 
powiedział. - Sprawa ma charakter bardziej filozoficzny, może etyczny...
- I to wszystko? - wybuchnął Mannon. Chciał jeszcze co powiedzieć, ale na jego 
twarzy pojawił się wyraz skupienia, zasłuchania. Nagłym skinieniem kciuka wskazał 
pobliski głonik cienny.
-   Rozwiązanie   pańskiego   poważnego   problemu   -   powiedział   -   musi   poczekać. 
Wzywają pana.
- ... Doktor Conway - mówił pospiesznie głos - proszony jest o udanie się do sali 87 i 
wykonanie pacjentom zastrzyków pobudzających...
- Ale sala 87 nie jest nawet na naszym oddziale! - zaprotestował Conway. - Co się 
tam dzieje? Mannon stracił nagle wszelki humor.
-  Wydaje  mi  się,  że  wiem  - powiedział.  -  Radzę panu  zarezerwować kilka  takich 
zastrzyków   dla   siebie;   z   pewnocią   się   panu   przydadzą.   -   Obrócił   się   na   pięcie   i 
popiesznie odszedł mrucząc do siebie, że powinien szybko skasować tamę, zanim i 
jego zaczną szukać. 
Sala   87   była   pokojem   rekreacyjnym   Oddziału   Nagłych   Wypadków;   gdy   Conway 
wszedł do rodka, ujrzał wszystkie stoły, krzesła, a nawet częć podłogi zajęte przez 
siedzących i leżących Kontrolerów w zielonych mundurach. Niektórzy z nich nie mieli 
nawet siły unieć głowy, gdy się pojawił. Jedna z postaci z najwyższym trudem uniosła 
się z krzesła i ruszyła chwiejnym krokiem w jego kierunku. Był to następny Kontroler 
z naramiennikami majora i wężem Eskulapa na klapach.
- Maksymalna dawka - powiedział. - Ja pierwszy i zaczął zdejmować kurtkę.

background image

Conway rozejrzał się po sali. Było ich tu chyba ze stu, wszyscy w stanie skrajnego 
wyczerpania, co można było poznać po ich poszarzałych twarzach. Jego niechęć do 
Kontrolerów nie znikła, ale w końcu byli to w jaki sposób jego pacjenci i zdawał sobie 
sprawę ze swych obowiązków.
- Jako lekarz sprzeciwiam się stanowczo - powiedział surowo. - Widzę, że zastrzyki 
pobudzające były już podawane - i to o wiele za często. Potrzebny wam jest sen...
- Sen? - odezwał się jaki głos. - A co to takiego?
- Spokój, Teirnan - rzekł major zmęczonym głosem. - Ja za, jako lekarz - zwrócił się 
do Conwaya - stwierdzam, że jestem w pełni wiadom ryzyka. Proponuję, żebymy nie 
tracili czasu.
Conway wziął się szybko i sprawnie do robienia zastrzyków. Ustawiali się przed nim 
mężczyźni o otępiałym spojrzeniu i zesztywniałych od zmęczenia kociach. Pięć minut 
później   wymaszerowali   z   sali   sprężystym   krokiem.   W   ich   oczach   pojawił   się 
nienaturalny blask sztucznie wywołanej żywotnoci. Gdy tylko zakończył podawanie 
zastrzyków, usłyszał raz jeszcze swoje nazwisko z głonika, który nakazywał mu udać 
się do luku nr 6 i tam oczekiwać na dalsze polecenia. Conway wiedział, że luk nr 6 
jest jednym z dodatkowych wejć do Oddziału Nagłych Wypadków.
Idąc piesznie w tamtą stronę uwiadomił soki; nagle, że jest zmęczony i głodny. Nie 
dane   było   mu   jednak   długo   się   a.   ad   tym   zastanawiać.   Głoniki   przekazywały 
wezwanie dla wszystkich stażystów, by udali się do Oddziału Nagłych Wypadków, 
oraz   polecały   przenieć   pacjentów   z   przyległych   oddziałów,   gdzie   się   tylko   da. 
Komunikaty były przedzielone niezrozumiałym bełkotem języków innych ras, których 
przedstawiciele otrzymywali podobne polecenia.
Wyglądało na to, że Oddział Nagłych Wypadków został powiększony. Po co? Skąd 
mieli przybyć ci wszyscy poszkodowani? Myli Conwaya zamieniły się w jeden wielki, 
zmęczony znak zapytania. 
V

W pobliżu luku nr 6 zastał tralthańskiego Diagnostyka pogrążonego w rozmowie z 
dwoma   Kontrolerami.   Conway   poczuł   oburzenie   na   widok   osobistoci   tak 
dystyngowanej będącej w komitywie z kim równie godnym pogardy, jak Kontroler. 
Potem jednak pomylał z odrobiną goryczy, że w tym miejscu nic go już nie może 
zdziwić. Dwóch innych Kontrolerów stało przy luku obok wizjera.
- Witam, doktorze - odezwał się uprzejmie jeden z nich. Skinął głową w kierunku 
ekranu. - Teraz wyładowują przy lukach nr 8, 9 i 11. Nasz transport będzie tu lada 
chwila.
Szklana płyta wizjera przekazywała wstrząsający obraz; Conway nigdy jeszcze nie 
widział   tylu   statków   jednoczenie.   Ponad   trzydzieci   lniących,   srebrnych   igieł,   od 
dziesięcioosobowych jachtów kosmicznych po gargantuiczne transportowce Korpusu 
Kontroli,   wyszywało   powoli   wokół   siebie   skomplikowany   wzór   czekając   na 
pozwolenie dokowania i rozładunku.
- Niewąska robótka - zauważył Kontroler.
Conway zgodził się z nim w duchu. Pola odpychające, które zabezpieczały okręty 
przed   zderzeniem   z   różnymi   kosmicznymi   mieciami,   wymagały   dużej   przestrzeni. 
Ekrany meteorytowe musiały sięgać przynajmniej na pięć mil od chronionego statku, 
jeli   miały   skutecznie   odbijać   mniejsze   i   większe   ciała   niebieskie.   W   przypadku 
znaczniejszego statku ta odległoć musiała być jeszcze większa. Ale statki znajdujące 
się w pobliżu Szpitala oddzielały zaledwie setki metrów; poza umiejętnociami pilotów 
żadnej   ochrony   przed   zderzeniem   nie   miały.   Piloci   musieli   przeżywać   naprawdę 
trudne chwile.

background image

Conway nie zdążył jednak wiele zobaczyć, gdyż przybyli trzej stażyci z Ziemi, a za 
nimi   inny,   klasy   DBDG,   poronięty   czerwonym   futrem,   i   następny,   klasy   DBLF, 
przypominający   gąsienicę.   Wszyscy   mieli   opaski   lekarzy.   Rozległ   się   silny   zgrzyt 
metalu   o   metal,   wiatełko   przy   luku   zmieniło   barwę   z   czerwonej   na   zieloną,   co 
oznaczało, że statek zacumował właciwie i pacjenci znaleźli się w luzie.
Transportowani na noszach przez Kontrolerów pacjenci należeli tylko do dwóch klas: 
DBDG,   czyli   ludzkiej  typu   ziemskiego   oraz   DBLF   -  gąsienicopodobnej.   Zadaniem 
Conwaya i innych znajdujących się tu lekarzy było zbadanie rannych i skierowanie do 
odpowiednich sal Oddziału Nagłych Wypadków. Zabrał się do pracy, wspomagany 
przez Kontrolera, który miał wszystkie cechy kwalifikowanego pielęgniarza, oprócz 
odpowiednich odznak. Przedstawił się jako Williamson.
Widok pierwszego pacjenta był wstrząsem dla Conwaya - nie dlatego, że jego stan 
był poważny, ale z powodu charakteru obrażeń. Przy trzecim przypadku zatrzymał 
się nagle tak że asystujący mu Kontroler spojrzał na niego pytająco.
- Co to był za wypadek? - wybuchnął Conway. Liczne rany z nadpalonymi brzegami. 
Rany szarpane jak od odłamków wyrzuconych siłą eksplozji. jak...?
- Utrzymujemy to oczywicie w tajemnicy - powiedział Kontroler - ale spodziewałem 
się,   że   przynajmniej   pogłoski   dotrą   do   każdego.   -   Usta   jego   zacisnęły   się,   a   ów 
szczególny błysk, który zdaniem Conwaya wyróżniał wszystkich Kontrolerów, pojawił 
mu się w oczach. - Zachciało im się wojny - mówił dalej, skinąwszy głową w kierunku 
leżących   dookoła   Ziemian   i   gąsienicowców.   -   Niestety,   chyba   trochę   wojna   ta 
wymknęła się spod kontroli, zanim zdołalimy ją stłumić.
Wojna, pomylał Conway czując, jak ogarniają go mdłoci. Ludzie z Ziemi czy innej 
zasiedlonej przez Ziemian planety usiłowali zabić przedstawicieli innego gatunku, tak 
im   fizycznie   bliskiego.   Słyszał,   że   rzeczy   takie   czasem   się   zdarzają,   ale   nigdy 
właciwie nie wierzył, aby jakakolwiek inteligentna rasa mogła na taką skalę postradać 
zmysły. Tyle ofiar...
Pogarda   i   niesmak   ogarniające   go   w   związku   z   tą   całą   przerażającą   sprawą   nie 
przeszkodziły   mu   jednak   dostrzec   osobliwej   rzeczy:   oto   wyraz   twarzy   Kontrolera 
wyrażał dokładnie te same uczucia! Skoro Williamson miał takie poglądy na wojnę, 
może był czas, by zrewidować poglądy na Korpus Kontroli?
Uwagę Conwaya przyciągnęło nagłe zamieszanie o kilka kroków na prawo od niego. 
Pacjent - Ziemianin zajadle protestował przeciwko temu, by badał go lekarz klasy 
DBLF;   słowa,   w   których   wyrażał   swój   sprzeciw,   nie   były   najbardziej   wyszukane. 
Lekarz zdradzał oznaki urażonego zakłopotania, ale ranny zapewne nie dysponował 
dostateczną wiedzą o fizjonomice DBLF, by to stwierdzić. Mimo to jednak stażysta 
starał się uspokoić pacjenta beznamiętnym głosem z autotranslatora.
Sprawę   załatwił   Williamson.   Obrócił   się   nagle   w   stronę   protestującego   pacjenta, 
pochylił   się,   aż   ich   twarze   znalazły   się   o   kilkanacie   centymetrów   od   siebie,   i 
przemówił   spokojnym,   niemal   swobodnym   tonem,   od   którego   jednak   Conwayowi 
przeszły ciarki po plecach.
- Słuchaj, przyjacielu - powiedział. - Mówisz, że nie życzysz sobie, żeby jeden z tych 
mierdzących robaków, który chciał cię zabić, próbował teraz ciebie łatać, tak? No to 
wbij sobie do swego łba i zatrzymaj to tam: ten włanie robak jest tu lekarzem. A poza 
tym, tu nie ma wojen. Wszyscy należycie do tej samej armii, w której mundurem jest 
koszula nocna; więc leż cicho, zamknij buzię i zachowuj się. Inaczej dostaniesz po 
pysku.
Conway wrócił do przerwanej pracy podkrelając w pamięci uwagę, by jeszcze raz 
przemyleć swój stosunek do Kontrolerów. Kiedy poszarpane, potłuczone i popalone 
ciała pacjentów przepływały pod jego rękami, jego umysł jako dziwnie oderwał się od 
tego wszystkiego. Co jaki czas na jego twarzy pojawiał się zaskakujący Williamson 

background image

wyraz; wyglądało na to, że człowiek ten zadawał kłam wszystkiemu, co opowiadano o 
Kontrolerach.   Czyżby   ten   niezmordowany,   spokojny   człowiek   o   dłoniach 
niewzruszonych   jak   skała   miał   być   mordercą,   sadystą   o   niskiej   inteligencji   i   bez 
zasad moralnych? Trudno było  w to uwierzyć. Obserwując Williamsona  z ukrycia 
między   pacjentami,   Conway   powoli   podejmował   decyzję.   Była   to   bardzo   trudna 
decyzja.   Jeli   nie   będzie   uważał,   łatwo   poparzy   sobie   palce.   Z   O'Marą   było   to 
niemożliwe, podobnie jak z różnych powodów z Brysonem i Mannonem, ale teraz z 
Williamsonem...
- Hm... Williamson - Conway zaczął z wahaniem; lecz dokończył pytanie w popiechu - 
czy zabił pan kiedy kogo?
Kontroler wyprostował się gwałtownie. Usta jego zacisnęły się w wąską, białą linię. - 
Powinien pan wiedzieć, że Kontrolerom nie należy zadawać takich pytań. Ale czy pan 
to   wie?   -   Zawahał   się,   a   gniew   jego   powstrzymywała  ciekawoć,   wywołana   burzą 
uczuć szalejącą na twarzy Conwaya. - Co pana gryzie, doktorze? - zapytał z trudem. 
Conway bardzo żałował, że w ogóle zadał to pytanie, ale było już za późno, żeby się 
wycofać.   Zrazu   jąkając   się   zaczął   opowiadać   o   swoich   ideałach   związanych   z 
powołaniem medycznym, a potem o przerażeniu i zmieszaniu wywołanym odkryciem, 
że Szpital Główny - instytucja, która w jego mylach ucieleniała najwyższe ideały - 
zatrudniała kontrolera na stanowisku Naczelnego Psychologa, a być może, jeszcze 
innych przedstawicieli Korpusu na odpowiedzialnych stanowiskach. Conway wiedział 
już teraz, że Korpus nie był orodkiem wszelkiego zła, że oddelegował swoją Dywizję 
Medyczną do pomocy w ich obecnej trudnej sytuacji. Ale i tak, przecież Kontrolerzy... 
-   Dostarczę   panu   jeszcze.   jednego   wstrząsu   -   powiedział   sucho   Williamson   - 
informując pana o tym, co jest powszechnie znane, że nikomu na myl nie przychodzi, 
by o tym mówić. Doktor Lister, dyrektor Szpitala, jest również członkiem Korpusu 
Kontroli... Oczywicie, nie nosi munduru - dodał szybko - bo Diagnostycy z czasem 
zaczynają   zapominać   o   drobiazgach,   a   Korpus   nieprzychylnie   spogląda   na 
nieporządne umundurowanie nawet u generała brygady. 
Lister jest Kontrolerem! - Ale dlaczego? - wybuchnął Conway wbrew swojej woli. - 
Wszyscy wiedzą, cocie za jedni. Jak wam się po pierwsze udało zdobyć tu władzę?
- Najwyraźniej nie wszyscy wiedzą - przerwał Williamson - bo pan, na przykład nie 
wie. 
VI

Kontroler   nie   był   rozgniewany,   co   Conway   stwierdził,   gdy   obaj   odchodzili   już   od 
pacjenta, by zająć się następnym. Zamiast tego na jego twarzy malowało się co, co 
przywodziło na myl ojca pouczającego dziecko o jakich mało przyjemnych prawdach 
życiowych.
- Przede wszystkim - powiedział Williamson delikatnie zdejmując opatrunek polowy z 
ciała rannego gąsienicowca - pańskie problemy wynikły z tego, że pan, tak jak cała 
pańska grupa społeczna, należycie do gatunku znajdującego się pod ochroną.
- C o t a k i e g o? - wykrzyknął Conway.
-   Gatunek   pod   ochroną   -   powtórzył   Williamson.   Osłaniany   przed   niewygodami 
współczesnego życia. To z pańskiej warstwy społecznej - w całej Unii, nie tylko na 
Ziemi   -   pochodzą   praktycznie   wszyscy   wielcy   artyci,   muzycy   i   przedstawiciele 
wolnych zawodów. Większoć z was potrafi przeżyć całe życie nie wiedząc o tym, że 
znajdujecie   się   pod   ochroną,   że   od   dzieciństwa   jestecie   odizolowani   od   mniej 
przyjemnych realiów naszej tak zwanej cywilizacji, i że wasze poglądy pacyfistyczne i 
etyczne stanowią luksus, na który wielu z nas po prostu nie może sobie pozwolić. 
Pozwala się wam na ten luksus w nadziei, że kiedy powstanie z niego filozofia, która 

background image

pewnego   dnia   uczyni   wszystkie   istoty   w   Galaktyce   prawdziwie   cywilizowanymi, 
prawdziwie dobrymi.
- Nie wiedziałem... - zająknął się Conway. - A... a z tego, co pan mówi, wynika, że my 
- to znaczy ja - jestem zupełnie bezużyteczny...
- Oczywicie, że pan nie wiedział - rzekł łagodnie Williamson. Conway zastanawiał się, 
jak to możliwe, że taki młody człowiek rozmawia z nim z wyższocią, a on nie czuje 
urazy. W jaki sposób tamten zyskał w jego oczach autorytet.
- Był pan zapewne - mówił dalej Kontroler - zamknięty w sobie, mało rozmowny, 
otulony w pańskie szczytne ideały. Niech pan zrozumie, nie ma w nich nic złego, ale 
po   prostu   trzeba   dopucić   trochę   szaroci   między   białym   i   czarnym.   Nasza 
współczesna   cywilizacja   -   powrócił   do   głównego   wątku   rozmowy   -   opiera   się   na 
maksymalnej wolnoci dla jednostki. Pojedynczy osobnik może robić, co chce, o ile nie 
jest to szkodliwe dla innych. Tylko Kontrolerzy nie mają tych swobód.
- A co z gettami dla "normalnych"? - przerwał mu Conway. Oto w końcu Williamson 
powiedział co, z czym można się było definitywnie nie zgodzić. - Przebywanie pod 
nadzorem Kontrolerów w zamkniętym obszarze kraju trudno nazwać wolnocią.
- Jeli pan dobrze się zastanowi - odrzekł Williamson - sam pan uzna, iż "normalnym", 
czyli   tej   grupie   na   prawie   każdej   planecie,   która   uważa,   że   jedynie   ona   jest 
reprezentatywna dla danej  rasy,  w  odróżnieniu  od  okrutnych  Kontrolerów czy  też 
estetów bez charakteru - czyli ludzi z pańskiej warstwy, słowem, że tym "normalnym" 
nie ogranicza się swobody. Po prostu z oczywistych względów zaczęli się oni sami 
łączyć   w   skupiska   i   włanie   w   tych   zbiorowiskach   samozwańczych   "normalnych" 
Kontrolerzy mają  najwięcej  roboty.  "Normalni" mają wszelkie  swobody  włącznie  z 
prawem zabijania siebie nawzajem, jeli sobie tego życzą; obecnoć Kontrolerów ma 
tylko nie dopucić do tego, by ucierpiał ten z nich, kto nie chce brać w tym udziału.
Podobnie, gdy na jakiej planecie czy planetach nagromadzi się odpowiednio dużo 
tego szaleństwa, pozwalamy, by stoczono wojnę na jakiej wyznaczonej do tego celu 
planecie. Staramy się tylko, by wojna nie była ani długa, ani krwawa. - Williamson 
westchnął.   -   Tym   razem   nie   docenilimy   ich.   Ta   wojna   była   i   długa,   i   krwawa   - 
zakończył tonem samooskarżenia.
Conway opierał się jeszcze w myli przed zaakceptowaniem tego radykalnie nowego 
poglądu   na   istotę   sprawy.   Przed   przybyciem   do   Szpitala   nie   miał   bezporednich 
kontaktów   z   Kontrolerami,   bo   i   po   co?   Za   "normalni"   z   Ziemi   wydawali   mu   się 
postaciami   romantycznymi,   może   nieco   pyszałkowatymi   i   chełpliwymi,   ale   to 
wszystko. Oczywicie, to od nich pochodziła większoć złych słów o Kontrolerach, które 
usłyszał. Może i "normalni" nie byli tak prawdomówni i obiektywni, jakimi się mienili...
- Trudno uwierzyć w to wszystko - zaprotestował. Sugeruje pan, że Korpus Kontroli 
odgrywa   większą   rolę   w   całym   układzie   niż   "normalni"   lub   my,   klasa   twórcza! 
-Potrząsnął gniewnie głową..- Ależ pan sobie wybrał czas na dyskusje filozoficzne!
- To pan ją zaczął - odrzekł Williamson.
Na to już Conway nie znalazł odpowiedzi.
Musiało   minąć   już   kilka   ładnych   godzin,   gdy   poczuł   dotknięcie   na   ramieniu. 
Wyprostował się i ujrzał za sobą pielęgniarza klasy DBLF, który trzymał strzykawkę.
- Zastrzyk pobudzający, doktorze? - zapytał pielęgniarz.
Conway momentalnie uwiadomił sobie, że nogi się pod nim chwieją i ma trudnoci ze 
zogniskowaniem wzroku. I zapewne ruchy jego stały się wyraźnie powolne, skoro 
pielęgniarz sam zwrócił się do niego. Conway skinął głową i podwinął rękaw palcami, 
które zmieniły się w pięć grubych, zmęczonych parówek.
- Aj! - krzyknął nagle z bólu. - Co to jest, szeciocalowy gwóźdź?

background image

-   Przykro   mi   bardzo   -   powiedział   pielęgniarz   --   ale   zanim   do   pana   przyszedłem, 
robiłem zastrzyki dwóm lekarzom mojej rasy, a jak pan wie, nasza skóra jest grubsza 
i twardsza niż wasza. Toteż igła się stępiła.
Zmęczenie   Conwaya   zniknęło   w   ciągu   kilku   sekund.   Poza   lekkim   mrowieniem   w 
dłoniach   i   szarymi   plamami   na   twarzy,   które   tylko   inni   mogli   zobaczyć,   czuł   się 
trzeźwy, rzeki i fizycznie wypoczęty, jak gdyby dopiero co wyszedł spod prysznica po 
dziesięciu godzinach snu. Zanim skończył badanie kolejnego pacjenta, rozejrzał się 
szybko dookoła i stwierdził, że przynajmniej tutaj liczba rannych oczekujących na 
pomoc stopniała do ledwie garstki, za liczba Kontrolerów była o połowę mniejsza niż 
na początku. Pacjentów otoczono już opieką, za Kontrolerzy zmienili się w pacjentów.
Wszędzie   tak   się   działo:   Kontrolerzy,   którzy   spali   niewiele,   lub   wcale   podczas 
przewożenia   rannych,   którzy   zmuszali   swoje   ciała   do   pracy   za   pomocą   licznych 
zastrzyków pobudzających i zwykłego, zaciętego męstwa, by pomóc zaharowanym 
lekarzom,   ci   Kontrolerzy   teraz,   jeden   po   drugim,   dosłownie   padali   na   miejscu, 
pospiesznie   potem   przenoszeni   na   salę   chorych,   bowiem   niezależnie   od   woli 
organizmu mięnie serca i płuc odmawiały posłuszeństwa wraz z innymi. Kładziono 
ich na specjalnych oddziałach,  gdzie automatyczne urządzenia prowadziły  masaż 
serca,   stosowały   sztuczne   oddychanie   i   podawały  dożylnie   substancje   odżywcze. 
Conway dowiedział się, że tylko jeden z nich zmarł.
Korzystając z chwili spokoju poszedł wraz z Williamsonem do wizjera i wyjrzał na 
zewnątrz. Rój oczekujących statków zmalał tylko minimalnie, ale Conway wiedział, że 
to z powodu tych, które dopiero co nadleciały. Nie mieciło mu się w głowie, gdzie oni 
chcą   pomiecić   tych   wszystkich   rannych.   Nawet   te   korytarze,   gdzie   można   było 
postawić   łóżka,   były   już   przepełnione,   za   przez   cały   czas   trwało   przesuwanie 
pacjentów wszystkich ras z jednego miejsca w inne, by uzyskać więcej przestrzeni. 
Ale   to   nie   była   jego   sprawa,   a   przeplatające   się   tory   statków   stanowiły   dziwnie 
uspokajający widok.
- Komunikat nadzwyczajny - odezwał się nagle głonik. - Pojedynczy statek, jedna 
osoba na pokładzie, rasa jak dotąd, nie znana; wymaga natychmiastowej pomocy. 
Pilot statku tylko częciowo ma nad nim kontrolę, jest ciężko ranny i ma trudnoci. w 
porozumiewaniu się. Alarm przy wszystkich lukach przyjęć!
Och nie, pomylał Conway, nie w takiej chwili! Poczuł w żołądku chłód, a jednoczenie 
nawiedziło go straszne przeczucie tego, co się miało zdarzyć. Williamson uchwycił 
się brzegów wizjera, aż pobielały kostki jego palców.
- Patrz! - wykrzyknął nieswoim, pełnym rozpaczy głosem i wyciągnął rękę.
Intruz zbliżał się do roju statków z szaleńczą prędkocią, dziko manewrując. Krótki, 
ciemny i nieokrelony cygarowaty kształt zbliżył się i wdarł w plątaninę statków, nim 
Conway   zdołał   dwa   razy   odetchnąć.   Statki   rozproszyły   się   w   straszliwym 
zamieszaniu,   ledwie   unikając   zderzenia   zarówno   ze   sobą,   jak   i   nadlatującym 
intruzem, a ten wciąż mknął przed siebie. Na jego drodze znajdował się tylko jeden 
statek, transportowiec Korpusu, który otrzymał zezwolenie na dokowanie i zbliżał się 
już do luku przyjęć. Transportowiec był ogromny, niezdarny i nieprzystosowany do 
szybkich   manewrów,   i   nie   miał   ani   czasu,   ani   możliwoci,   by   usunąć   się   z   drogi. 
Zderzenie   zdawało   się   nieuniknione,   a   transportowiec   załadowany   był   po   brzegi 
rannymi...
Ale nie. W dosłownie ostatniej chwili mknący statek zboczył z toru. Obserwujący go 
ujrzeli,   jak   ominął   transportowiec,   a   jego   krótki,   cygarowaty   kształt   obrócił   się 
zmieniając w krąg, który rósł w oczach z mrożącą krew w żyłach szybkocią. Statek 
leciał prosto na nich! Conway chciał zamknąć oczy, ale patrzył jak zafascynowany na 
tę   olbrzymią   masę   metalu   pędzącą   w   jego   kierunku.   Ani   on,   ani   Williamson   nie 

background image

usiłowali nawet podbiec do skafandrów. Od tego, co miało nastąpić, dzieliły ich tylko 
ułamki sekund.
Statek był już nad ich głowami, gdy ponownie zmienił kurs, bowiem jego ranny pilot 
desperacko usiłował uniknąć przeszkody większej niż poprzednio, masy Szpitala. Ale 
za późno, statek uderzył.
Potworny, podwójny wstrząs  doszedł ich  od  podłogi,  gdy  statek przebił  się przez 
dwuwarstwowy pancerz. Dalej nastąpiły kolejne, łagodniejsze drgnięcia, kiedy wbijał 
się we wnętrznoci wielkiego szpitala. Zabrzmiała krótka kakofonia krzyków - ludzkich 
i   nieludzkich   -   a   także   gwizdów,   szelestów   i  gardłowych   chrząknięć   wydawanych 
przez istoty ulegające obrażeniom, utonięciu, zatruciu gazem czy dekompresji. Do 
oddziału   wypełnionego   czystym   chlorem   wdarła   się   woda.   Chmura   zwykłego 
powietrza przedostała się przez otwór w cianie pomieszczenia zajmowanego przez 
istoty nie znające innych warunków poza mrozem i próżnią głębokiego Kosmosu; 
teraz, przy pierwszym zetknięciu z powietrzem, skurczyły się one, zginęły, a ich ciała 
uległy rozkładowi. Woda, powietrze i kilkanacie innych mieszanek atmosferycznych 
połączyło   się   tworząc   luzowatą,   brunatną   i   wysoce   żrącą   mieszaninę,   która 
wyparowała i wykipiała w Kosmos. Jednak o wiele wczeniej, nim się to wszystko 
stało,   zatrzasnęły   się   hermetyczne   grodzie   skutecznie   izolując   tę   straszną   ranę 
zadaną przez uderzający jak pocisk statek. 
VII

Przez   chwilę   wszyscy   trwali   jak   sparaliżowani;   potem   szpital   zareagował.   Nad 
głowami   szalał   głonik   wyrzucając   jednak   z   siebie   słowa   spokojne   i   opanowane. 
Technicy   i   konserwatorzy   wszystkich   ras   mieli   zgłosić   się   natychmiast   po 
wyznaczone   im   zadania.   Obwody   antygrawitacyjne   w   oddziałach   LSVD   i   MSVK 
zaczęły odmawiać posłuszeństwa i cały personel medyczny w tej okolicy miał się 
zająć   umieszczaniem   pacjentów   w   otulinach   zabezpieczających,   a   następnie 
przenieć ich, zanim własny ciężar zmiażdży ich ciała, na salę operacyjną nr 2 dla 
grupy DBLF, gdzie sztucznie ciążenie obniżono do poziomu jednej dwudziestej G. W 
dziewiętnastym korytarzu AUGL nastąpił nie umiejscowiony jeszcze przeciek chloru i 
wszystkie istoty klasy DBDG ostrzeżono przed skażeniem w okolicach ich stołówki. A 
poza tym dr Lister proszony jest o zgłoszenie się do biura.
Gdzie w mózgu Conwaya pojawiła się myl, że oto wszystkich innych wzywa się do 
wyznaczonych zadań, natomiast doktora Listera się prosi. Wtem usłyszał, jak kto z 
tyłu wymienia jego nazwisko, i obrócił się.
Był to Mannom który pospiesznie zbliżał się do Williamson i Conwaya.
- Widzę, że jestecie wolni w tej chwili - powiedział. - Mam dla was robotę. - Zatrzymał 
się na chwilę, a gdy Conway skinął potakująco głową, popędził bez tchu dalej.
Kiedy uderzający statek wrył się w konstrukcję Szpitala na pół kilometra, wyjaniał po 
drodze   Mannon,   obszar   próżni   ograniczony   przez   hermetyczne   grodzie   nie 
ograniczał się tylko do tunelu wybitego przez wrak. Ze względu na położenie grodzi 
wewnątrz Szpitala pojawiło się jakby wielkie próżniowe drzewo, którego pniem był 
wybity   tunel,   a   gałęziami   -   odchodzące   od   niego   otwarte   odcinki   korytarzy.   Do 
niektórych z nich przylegały sekcje, które można było zahermetyzować samodzielnie, 
i istniała możliwoć, że kto tam jeszcze żyje.
W innych warunkach nie byłoby wielkiej potrzeby przyspieszania akcji ratowniczej 
wobec zamkniętych w tych pomieszczeniach, którzy swobodnie mogli przebywać tam 
przez kilka dni, ale tym razem pojawiła się dodatkowa komplikacja. Rozbity statek 
zatrzymał się w pobliżu rodka, a właciwie "orodka nerwowego" - Szpitala, czyli tej 
sekcji,   w   której   znajdowały   się   urządzenia   regulujące   warunki   rodowiskowe.   Jak 
wszystko na to wskazywało, znajdował się ram jaki żywy osobnik - być może pacjent, 

background image

kto z personelu medycznego, albo też nawet pasażer rozbitego statku, który miotał 
się po pomieszczeniu i sam o tym nie wiedząc, coraz bardziej uszkadzał regulatory 
sztucznej   grawitacji.   Gdyby   taki   stan   rzeczy   trwał   nadal,   mogło   to   spowodować 
poważne   awarie   w   oddziałach,   a   nawet   mierć   istot,   które   przywykły   do   niższych 
wartoci siły ciążenia.
Doktor Mannon chciał, aby Conway i Williamson udali się tam i wyprowadzili owego 
osobnika, zanim spowoduje nieodwracalne zniszczenia.
-   Poszedł   tam   już   kto,   z   klasy   PVSJ   -   dodał   -   ale   te   istoty   słabo   się   spisują   w 
skafandrach. Posyłam więc tam was dwóch, abycie popchnęli sprawę naprzód. W 
porządku? No to jazda. . 
Wyposażeni w degrawitatory obaj ratownicy wyszli  na zewnątrz obok zniszczonej 
sekcji   i   popłynęli   w   próżni   tuż   nad   zewnętrzną   powłoką   Szpitala,   ku   otworowi 
wyrwanemu   w   niej   przez   uderzający   statek.   Degrawitatory   ułatwiały   w   znacznym 
stopniu   manewrowanie   w   stanie   nieważkoci,   toteż   Conway   i   Williamson   nie 
oczekiwali niczego szczególnego po drodze, którą mieli przebyć. Ze sobą mieli liny i 
magnetyczne kotwiczki, za Williamson - tylko dlatego, że tak przewidywał zestaw 
wyposażenia   służbowego   skafandra   Kontrolerów   -   miał   również   broń.   Zapas 
powietrza w skafandrach wystarczał na trzy godziny.
Zrazu posuwali się naprzód z łatwocią. Statek wybił o otwory o gładkich brzegach w 
cianach   i   stropach   sal   szpitalnych,   a   nawet   w   kilku   urządzeniach   należących   do 
ciężkiego sprzętu. Conway mógł łatwo zajrzeć w głąb mijanych korytarzy, ale nigdzie 
nie było widać oznak życia. Mijali przerażające szczątki istot żyjących w warunkach 
wysokiego   cinienia   atmosferycznego;   nawet   na   Ziemi   cinienie   wewnętrzne 
rozniosłoby   je   na   strzępy.   Tu   za,   gdy   zostały   nagle   wystawione   na   działanie 
całkowitej   próżni,   ów   proces   był   znacznie   gwałtowniejszy.   W   jednym   z   korytarzy 
Conway   ujrzał   przypadek   tragiczny:   oto   antropoidalny   pielęgniarz   klasy   DBDG   - 
jedna z istot pokrytych czerwoną, niedźwiedzią siercią - został zgilotynowany przez 
zamykającą   się   hermetyczną   gródź,   przed   którą   nie   umknął   na   czas.   Z   jakiego 
powodu widok ten wstrząsnął Conwayem mocniej niż wszystko, co widział wczeniej 
tego dnia.
W miarę posuwania się w głąb Szpitala natrafiali na coraz więcej "obcego" żelastwa, 
czyli poszycia i elementów konstrukcyjnych z wraku; i zdarzało się, że musieli sobie 
ręcznie torować drogę w tej gęstwinie.
Williamson  posuwał się przodem, około dziesięciu metrów przed Conwayem, gdy 
nagle zniknął mu z oczu.  W słuchawkach Conwaya rozległ  się okrzyk zdziwienia 
przerwany brzękiem metalu uderzającego o metal. Conway, który przytrzymywał się 
wystającej sztaby, zacisnął instynktownie na niej dłonie i poczuł przez rękawicę lekką 
wibrację.   Żelastwo   przesuwało   się!   Na   chwilę   zdjął   go   strach,   potem   jednak 
uwiadomił sobie, że ruch odbywał się głównie w tym miejscu, z którego przyszedł, to 
jest nad jego głową. Drżenie ustało kilka minut później, przy czym okazało się, że 
strzępy   metalu   tylko   nieznacznie   zmieniły   położenie.   Dopiero   wtedy   Conway 
przywiązał się mocno do sztaby liną i ruszył na poszukiwanie Kontrolera. 
Williamson leżał twarzą w dół ze zgiętymi kolanami i łokciami, częciowo ukryty pod 
zwałami złomu znajdującymi  się  około pięciu metrów poniżej.  Słaby, nieregularny 
oddech,   który   Conway   słyszał   w   słuchawkach,   dowodził,   że   szybka   reakcja 
Kontrolera, który rękami zakrył kruche szkło hełmu, uratowała mu życie. Jednak to, 
czy   Williamson   przeżyje   ten   wypadek,   zależało   od   rodzaju   obrażeń,   a   te   z   kolei 
zależały od siły ciążenia wycinka podłogi, który ciągnął go w dół.
Było teraz oczywiste, że wypadek został spowodowany przez fragment podłogi, w 
którym   ciągle   działa   system   sztucznej   grawitacji   pomimo   olbrzymich   zniszczeń   w 
rejonie katastrofy. Conway był niewymownie wdzięczny za to, że siła ciążenia działa 

background image

tylko prostopadle do powierzchni obwodu, a ów wycinek podłogi byk lekko wygięty. 
Gdyby był skierowany w górę, zarówno on sam, jak i Kontroler spadliby w dół i to z 
wysokoci znacznie większej niż pięć metrów.
Ostrożnie   popuszczając   linę   ratunkową   Conway   zbliżył   się   do   skulonej   postaci 
Williamson.   Zacisnął   kurczowo   palce   na   linie,   gdy   zbliżył   się   do   pola   działania 
obwodu grawitacyjnego, ale wkrótce ucisk jego zelżał, gdy uwiadomił sobie, że siła 
ciążenia wynosi najwyżej półtora G. Teraz, gdy stała grawitacja ciągała go w dół, 
zaczął opuszczać się po linie, ręka za ręką. Mógłby po prostu użyć degrawitatora, by 
zneutralizować   ciążenie   i   spłynąć   w   dół,   ale   to   było   zbyt   ryzykowne.   Gdyby 
przypadkowo wysunął się poza pole działania owego kawałka podłogi, degrawitator 
wyrzuciłby go w górę z fatalnym zapewne skutkiem.
Gdy Conway dotarł do Kontrolera, ten był nadal nieprzytomny. Choć nie można było 
stwierdzić tego na pewno ze względu na skafander, Conway podejrzewał wielokrotne 
złamania   obu   rąk.   Uwalniając   bezwładne   ciało   z   otaczającej   go   masy   złomu 
uwiadomił sobie, że Williamsonowi potrzebna jest pomoc, natychmiastowa pomoc z 
wykorzystaniem  wszystkich   możliwoci   Szpitala.  Domylił  się,   że Kontroler  otrzymał 
niedawno mnóstwo zastrzyków pobudzających, co zapewne wyczerpało jego zapas 
sił.   Kiedy   odzyska   przytomnoć,   o   ile   w   ogóle   ją   odzyska,   może   nie   przetrzymać 
szoku. 
VIII

Conway   miał   włanie   wezwać   pomoc,   gdy   w   pobliżu   jego   hełmu   przeleciał   jaki 
kawałek metalu o poszarpanych krawędziach. Obrócił się gwałtownie i tylko dlatego 
zdołał uniknąć uderzenia następnym kawałkiem żelastwa, który nadlatywał w jego 
kierunku. Dopiero wtedy dojrzał sylwetkę nieziemca w skafandrze, częciowo ukrytą w 
plątaninie metalu w odległoci około dziesięciu metrów. Ów nieziemiec obrzucał go, 
czym popadło.
Bombardowanie ustało natychmiast, gdy osobnik ów upewnił się., że Conway zwrócił 
na niego uwagę. Przekonany, że odnalazł tajemniczego rozbitka, którego wybryki 
spowodowały   szaleństwa   systemu   sztucznego   ciążenia   w   Szpitalu,   Conway 
popieszył w jego stronę. Natychmiast jednak spostrzegł, że: nieziemiec w ogóle nie 
był w stanie się poruszać bowiem przygniotły go, dziwnym trafem nie zagrażając 
życiu   i   zdrowiu,   dwa   elementy   konstrukcyjne.   Jedyną   wolną   macką   starał   się 
dosięgnąć czego z tyłu skafandra. Conway przez chwilę łamał sobie nad tym głowę; 
ale   potem   zobaczył   radiostację   przytroczoną   do   grzbietu   tamtego;   z   boku   wisiał 
oderwany kabel. Umocował go ponownie na miejscu używając plastra chirurgicznego 
jako izolacji i natychmiast z jego własnych słuchawek dobiegł go bezduszny głos 
autotranslatora.
Był to ów PVSJ, którego wysłano przed nimi, by sprawdził, czy kto nie pozostał przy 
życiu. Schwytany w tę samą pułapkę, co nieszczęsny Kontroler, zdołał jeszcze użyć 
degrawitatora, by zmniejszyć prędkoć upadku. Przedobrzył jednak, bowiem upadł, 
tyle że w innym miejscu. Uderzenie było stosunkowo łagodne, jednak spowodowało 
osunięcie się luźno zawieszonej masy żelastwa, która uwięziła go i uszkodziła mu 
radio.
PVSJ,   który   był   chlorodysznym   Illensańczykiem,   tkwił   teraz   solidnie   przywalony 
złomem; wszelkie wysiłki Conwaya, by go uwolnić, były bezskuteczne. Tymczasem 
przyjrzał się insygniom specjalnoci tamtego, wymalowanym na skafandrze. Symbole 
tralthańskie i illensańskie nic mu nie mówiły, ale trzecim, najbliższym odpowiednikiem 
w symbolice ludzi, był krzyż. Illensańczyk okazał się kapelanem. Można się było tego 
spodziewać.

background image

Ale teraz miał już dwóch nie mogących się poruszać pacjentów zamiast jednego. 
Nacisnął guzik nadajnika i odchrząknął. Nim jednak zdołał wydobyć z siebie choć 
słowo, zadudnił mu w uszach, zdyszany głos doktora Mannona.
- Doktorze Conway! Kontrolerze Williamson! Zgłosić się natychmiast!
-   Włanie   miałem   to   zrobić   -   odrzekł   Conway   i   poinformował   Mannona   o   swoich 
przejciach. Następnie wspomniał o pomocy dla Williamson i kapelana, ale Mannon 
mu przerwał.
-   Przykro   mi   -   rzucił   popiesznie   -   ale   to   niemożliwe.   Fluktuacje   grawitacyjne 
zwiększyły się powodując zapewne osiadanie potrzaskanych elementów, ponieważ 
tunel nad panem jest dosłownie zamurowany żelastwem. Konserwatorzy usiłują się 
przebić, ale...
- Może ja z nim porozmawiam - wdarł się inny głos, po czym rozległ się głony łoskot, 
jak   zawsze,   gdy   kto   komu   wyrywa   mikrofon.   -   Doktorze   Conway,   mówi   Lister. 
Niestety, muszę pana poinformować, że zdrowie pańskich towarzyszy ma w tej chwili 
drugorzędne   znaczenie.   Pańskim   zadaniem   jest   dotarcie   do   tamtego   osobnika 
zamkniętego w sterowni ciążenia i uspokojenie go. Niech mu pan da po łbie, jeli to 
konieczne, ale niech go pan powstrzyma. On rujnuje cały Szpital!
Conway   przełknął   linę.   -   Tak   jest,   panie   doktorze   -   powiedział   i   zaczął   się 
zastanawiać, w jaki sposób przedrze się w głąb otaczającej go gmatwaniny złomu. 
Sytuacja wyglądała na beznadziejną. 
Nagle uczuł, że co ciągnie go w bok. Złapał za najbliższy wystający pręt, i trzymał się, 
jakby od tego zależało życie. Poprzez tkaninę skafandra doszedł go brzękliwy zgrzyt 
przesuwanego   metalu.   Szczątki   konstrukcji   znowu   się   przesuwały.   Po   chwili 
przyciągająca go siła zniknęła równie nagle, jak się pojawiła, a jednoczenie rozległ 
się krótki jakby warknięcie okrzyk Illensańczyka. Conway obrócił się i zobaczył, że w 
miejscu,   w  którym   przed  chwilą   znajdował   się   kapelan,   ziała  teraz  wielka   dziura, 
zapadająca się w nicoć.
Ledwie   zmusił   się,   by   pucić   trzymany   pręt.   Wiedział,   że   przyciąganie,   które   nim 
niedawno szarpnęło, było wynikiem chwilowego włączenia się gdzie poniżej obwodu 
sztucznego   ciążenia.   Jeli   obwód   ten   włączyłby   się   ponownie,   w   momencie   gdy 
Conway płynął w próżni nie trzymając się niczego... Wolał o tym nie myleć.
Przesunięcie się rumowiska nie zmieniło pozycji Williamson, który wciąż leżał tam, 
gdzie go Conway pozostawił. Kapelan jednak musiał polecieć w głąb tunelu.
- Nic się nie stało? - zawołał Conway z troską w głosie.
- Chyba nie - doszła go odpowiedź Illensańczyka. Jednak wciąż czuję odrętwienie.
Conway dopłynął ostrożnie do nowo powstałego otworu i spojrzał w dół. Pod nim 
znajdowało się bardzo duże pomieszczenie, zalane wiatłem z jakiego źródła z boku. 
Z   odległoci   około   dwunastu   metrów   widać   było   tylko   podłogę,   ponieważ   ciany 
znajdowały się poza polem widzenia. Podłogę pokrywał dywan z ciemnoniebieskiej 
rolinnoci o rurkowatych łodygach i bulwiastych liciach. Conway przez jaki czas nie 
mógł rozpoznać owego pomieszczenia, dopóki nie domylił się, że to zbiornik wodny 
dla istot klasy AUGL, tyle że bez wody. Gruba, miękka rolinnoć pokrywająca jego dno 
służyła  zarówno  za  pożywienie,  jak  i  wystrój  wnętrza  zbiornika.  Illensańczyk  miał 
szczęcie, że wylądował na tak sprężystej powierzchni.
Kapelan nie był już uwikłany w żelastwo i owiadczył, że czuje się na tyle dobrze, iż 
może pomóc Conwayowi w zmaganiach z osobnikiem znajdującym się w sterowni 
sztucznego ciążenia. Gdy mieli już przystąpić do schodzenia w głąb tunelu, Conway 
spojrzał w kierunku źródła wiatła, które na wpół wiadomie dostrzegł poprzednio, i 
zaparło mu oddech.
Przez jedną ze cian  zbiornika  AUGL,  która była  przezroczysta,  zobaczył  korytarz 
zaadaptowany   na   tymczasową   salę   szpitalną.   Po   jednej   stronie   stały   łóżka,   na 

background image

których leżały gąsienicowate istoty klasy DBLF wbijane w materace z plastikogąbki 
lub   podrzucane   w   górę   przez   szaleńcze   i   nieprzewidziane   konwulsje   targające 
obwodami sztucznego ciążenia. Wokół pacjentów rozpięto prowizoryczne siatki, by 
utrzymać ich w łóżkach, a i tak, mimo tej męczarni, można uznać ich za szczęciarzy. 
Gdzie   w   głębi   Szpitala   trwała   ewakuacja   której   z   sal   i   przez   widoczny   odcinek 
korytarza ciągnęła procesja pełzających, przewijających się i podskakujących istot - 
niczym zawartoć jakiej kosmicznej arki Noego. Byli tam przedstawiciele wszystkich 
ras   tlenodysznych   i   wielu   oddychających   inną   atmosferą;   ludzcy   pielęgniarze   i 
Kontrolerzy   pomagali   im   w   przechodzeniu.   Dowiadczenie   musiało   nauczyć 
pielęgniarzy że wyprostowanie się i chodzenie w pozycji pionowej grozi połamaniem 
koci lub pęknięciem czaszki, bowiem poruszali się na czworakach. Gdyby szarpnął 
nimi nagły zryw ciążenia rzędu trzech lub czterech G, droga upadku byłaby znacznie 
krótsza. Conway zauważył, że większoć ma na sobie degrawitatory, ale nie korzysta 
z   nich,   ponieważ   były   one   bezużyteczne   w   warunkach,   gdy   stała   grawitacyjna 
zmieniała się z szalejącą zmienną.
Widział, jak osobniki klasy PVSJ w baloniastych osłonach to rozpłaszczają się na 
podłodze   jak   preparaty   pod   szkiełkiem,   to   znów   ulatują   w   powietrze.   A   za   nimi 
pacjenci   z   Tralthanu   holowani   w   potężnych,   nieporęcznych   uprzężach   -   bowiem 
masywni   Tralthańczycy   byli   również   podatni   na   urazy   wewnętrzne   pomimo   swej 
ogromnej siły. Znajdowały się tam także istoty klas DBDG, DBLF, CLRS, a także 
niezidentyfikowani pacjenci w kulistych pojemnikach na kołach, od których buchało 
niemal widoczne zimno. Pojedynczo, popychani, ciągnięci albo też o własnych siłach 
krok za krokiem przesuwali  się wzdłuż szyby pochylając się i prostując jak kłosy 
pszenicy w wietrzny dzień, szarpani skurczami obwodów ciążenia.
Conway prawie mógł sobie wyobrazić, że czuje owe wahania grawitacji w miejscu, w 
którym się znajdował, ale wiedział, że uderzający statek musiał po drodze uszkodzić 
wszystkie obwody. Z trudem odwrócił wzrok od owego ponurego pochodu i znowu 
ruszył w głąb tunelu.
- Conway! - głos Mannona warknął kilka minut później. - Ten rozbitek w sterowni jest 
już odpowiedzialny przynajmniej za tyle samo ofiar, co samo uderzenie statku! Cała 
sala pacjentów LSVO straciła życie, gdy ciążenie wzrosło na trzy sekundy z jednej 
ósmej do czterech G. Co się dzieje?
Conway   owiadczył,   że   tunel   wybity   w   konstrukcji   Szpitala   jest   coraz   węższy, 
ponieważ kadłub i lżejsze urządzenia statku zdzierały się w czasie przebijania do 
tego   poziomu.   Przed   nim   zapewne   znajdowała   się   tylko   ciężka   maszyneria,   jak 
generatory hipernapędu i tak dalej. Jego zdaniem, musi być już bardzo blisko końca 
tunelu oraz owej istoty - nie wiadomego sprawcy całego spustoszenia.
- Dobrze - odrzekł Mannon - ale nich się pan spieszy!
- Ale czy technicy nic mogą się przedostać? Na pewno...
- Nie mogą - przerwał mu głos Listera. - W okolicach sterowni występują wahania 
ciążenia do dziesięciu G. Zadanie jest niewykonalne. Także dotarcie do pańskiego 
szlaku   z   wnętrza   Szpitala   jest   również   niemożliwe.   Oznaczałoby   to   ewakuację 
korytarzy w sąsiedztwie, a wszystkie są wypełnione pacjentami... - Głos Listera cichł; 
najwyraźniej odwrócił się od mikrofonu, ale Conway zdołał pochwycić jeszcze jego 
słowa: - Przecież inteligentna istota nie może tak poddać się panice, żeby...  No, 
niech ja go dostanę w swoje ręce...
- Może nie jest inteligentna - powiedział inny głos. Może to jakie dziecko z oddziału 
położniczego FGLI.
- Jeli tak, to spuszczę mu takie lanie...

background image

W   tym   miejscu   rozmowę   zakończył   ostry   stuk   w   słuchawkach   sygnalizujący 
wyłączenie nadajnika. Conway, który nagle zdał sobie sprawę, jaki stał się ważny, 
zaczął się spieszyć, jak tylko mógł. 
IX

Conway i Illensańczyk opucili się na niższy poziom trafiając do sali, gdzie w próżni, 
poród ruchomych elementów wyposażenia sali unosiły się cztery ciała osobników 
klasy MSVK - delikatnych, trójnożnych istot przypominających bociany. Ruchy ich ciał 
i przedmiotów zdawały się nieco nienaturalne, jak gdyby kto je przed chwilą potrącił. 
Był to pierwszy lad tajemniczego osobnika, którego poszukiwali. Po chwili znaleźli się 
w wielkim  pomieszczeniu  o metalowych  cianach,  oplecionych labiryntem  pionowo 
sterczących   i   nie   osłoniętych   mechanizmów.   Na   podłodze   tkwił   w   wybitym   przez 
siebie   zagłębieniu   generator   hipernapędu,   wokół   którego   leżały   porozrzucane 
odłamki urządzeń sterowni. Pod nimi znajdowały się szczątki istoty, której klasy już 
nie   można   było   okrelić.   Obok   generatora   w   mocno   nadwerężonej   podłodze   ziała 
dziura wybita przez jaki inny element ciężkiego sprzętu statku.
Conway pospieszył do otworu i spojrzał w dół.
- Tam jest! - krzyknął podniecony.
Pod nimi znajdowała się ogromna sala, która mogła być tylko sterownią sztucznego 
ciążenia. Podłogę, ciany i sufit - bowiem w sterowni panowała zawsze nieważkoć i 
próżnia - pokrywały nieliczne szeregi przysadzistych metalowych szafek, pomiędzy 
którymi ledwie mogli się przecisnąć nawet technicy z Ziemi. Ale technicy nie mieli 
potrzeby   przychodzić   tu   często,   ponieważ   urządzenia   znajdujące   się   w   tym 
niezmiernie   ważnym   pomieszczeniu   miały   układy   samonaprawiające.   Teraz   ta 
funkcja była wystawiona na ciężką próbę.
Istota,   którą   Conway   tymczasowo   zaklasyfikował   jako   AACL,   leżała   na   trzech 
delikatnych szafkach kontrolnych. Dziewięć innych, wszystkie migające czerwonymi 
wiatełkami   awaryjnymi,   znajdowało   się   w   zasięgu   szeciu   wężowatych   macek, 
wysuniętych   przez   otwory   w   zmętniałym   plastikowym   skafandrze.   Macki   miały 
przynajmniej szeć metrów długoci, a zakończone były rogowatymi narolami, które, 
sądząc z rozmiaru wyrządzonych szkód, musiały być twarde jak stal.
Conway przygotowany był na to, że poczuje litoć, gdy ujrzy stworzenie ranne, zdjęte 
przerażeniem i oszalałe z bólu. Zamiast tego zobaczył istotę na pierwszy rzut oka w 
doskonałym zdrowiu, która wciekle rozbijała regulatory sztucznego ciążenia, z taką 
szybkocią, z jaką wbudowane w nie samonaprawcze roboty starały się je odtworzyć. 
Conway klął i zaczął gwałtownie szukać częstotliwoci nadajnika tamtego. Nagle w 
jego słuchawkach rozległ się ostry, wysoki pisk.
- Mam cię! - mruknął ponuro.
Gdy tylko tamten usłyszał jego głos, pisk ustał natychmiast, podobnie jak wszelkie 
ruchy   siejących   zniszczenie   macek.   Conway   odnotował   częstotliwoć,   a   następnie 
przełączył się ponownie na zakres używany przez siebie i Illensańczyka.
- Wydaje mi się - powiedział chlorodyszny kapelan, gdy Conway opowiedział mu, co 
usłyszał   -   że   ta   istota   jest   miertelnie   przerażona,   a   dźwięk,   który   wydała,   był 
okrzykiem przerażenia; inaczej autotranslator przełożyłby go na zrozumiałe słowa. 
To,   że   pisk   i   niszczycielskie   działanie   ustało,   gdy   stworzenie   usłyszało   głos,   jest 
wielce   obiecujące,   ale   uważam,   że   powinnimy   zbliżać   się   powoli,   cały   czas 
upewniając je, że chcemy mu pomóc. Jego zachowanie tam dole wskazuje, według 
mnie, na to, że uderza we wszystko co się porusza, toteż moim zdaniem konieczne 
jest zachowanie ostrożnoci.
- Tak, proszę księdza - powiedział Conway z uczuciem.

background image

- Nie wiemy, w którą stronę skierowane są organy wzroku tej istoty - mówił dalej 
Illensańczyk - proponuję więc, abymy podeszli z przeciwnych stron.
Conway   skinął   głową.   Obaj   ustawili   swoje   radiostacje   na   nowy   zakres   i   zaczęli 
ostrożnie przesuwać się w kierunku sufitu sterowni. Mając w degrawitatorach taką 
rezerwę   mocy   żeby   przylgnąć   do   metalowej   powierzchni,   odpełzli   od   siebie   na 
przeciwległe ciany i  zsunęli  się  po nich na podłogę. Gdy stworzenie znalazło się 
między nimi, zaczęli się powoli ku niemu zbliżać.
Urządzenia   samonaprawcze   przez   cały   czas   pracowały   usuwając   szkody 
wyrządzone   przez   tę   szóstkę   przypominających   anakondy   macek,   lecz   samo 
stworzenie   w   dalszym   ciągu   leżało   spokojnie.   Nie   wydawało   również   żadnych 
dźwięków.   Conway   ciągle   mylał   o   zniszczeniach   spowodowanych   bezmylnym 
miotaniem się po sterowni. Słów, które cisnęły mu się na usta, w żaden sposób nie 
można   było   nazwać   uspokajającymi;   wobec   tego   kwestię   porozumienia   się   z 
rozbitkiem pozostawił kapelanowi.
- Nie obawiaj się niczego - Illensańczyk mówił już po raz dwudziesty. - Jeli jeste 
ranny, powiedz nam. Przyszlimy tu po to, aby ci pomóc...
Jednak od strony stworzenia nie doszedł żaden ruch, żadne słowo.
Powodowany nagłym impulsem Conway włączył zakres doktora Mannona.
- Wydaje mi się - powiedział - że rozbitek należy do klasy AACL. Czy może mi pan 
powiedzieć, skąd się tu wziął, a także dlaczego albo nie chce, albo nie może się do 
nas odezwać?
- Porozumiem się z Izbą Przyjęć - powiedział Mannon po krótkim milczeniu. - Czy 
jednak jest pan pewny, że to włanie ta klasa? Nie przypominam sobie, żebym tu 
kiedy widział kogo z AACL: czy na pewno nie jest to kreppeliańska...
- To na pewno nie jest kreppeliańska omiornica przerwał Conway. - Ma szeć macek 
głównych; teraz leży spokojnie nic nie robiąc...
Conway przerwał nagle, tak zaskoczony, że zamilkł, bowiem jego stwierdzenie, że 
istota   nic   nie   robi,   przestało   być   aktualne.   Stwór   pomknął   w   kierunku   sufitu   tak 
szybko, że zdawało się, jakby dotknął go w tym samym momencie, co wystartował. 
Conway ujrzał, już teraz nad sobą, jak kolejna szafka roztrzaskuje się na kawałki, a 
kilka   następnych   odpada,   wyrwanych   przez   szukające   zaczepienia   macki.   W 
słuchawkach Mannon krzyczał co o skokach ciążenia w dotychczas bezpiecznym 
sektorze   Szpitala   i   o   wzrastających   stratach,   ale   Conway   nie   był   w   stanie   nic 
odpowiedzieć.
Patrzył bezsilnie, jak AACL przygotowuje się do kolejnego lotu.
- ... Przyszlimy tu, aby ci pomóc - mówił kapelan w chwili; gdy szecioramienny stwór 
wylądował cztery metry od niego. Przyssał się mocno pięcioma mackami wyrzucając 
szóstą potężnym, łukowatym zamachem, którym zagarnął Illensańczyka i cisnął nim 
o   cianę.   Ze   skafandra   kapelana   buchnął   życiodajny   chlor   na   moment   okrywając 
mgiełką bezkształtne, nieszczęsne ciało, które odbiwszy się od ciany wylądowało na 
rodku sterowni. AACL ponownie zaczął wydawać swoje piski.
Conway słyszał swój własny głos bełkotliwie zdający relację Mannonowi, następnie 
za Mannona wzywającego okrzykiem Listera. W końcu odezwał się sam Lister.
- Musi pan go zabić, Conway - powiedział ochryple dyrektor. Musi pan go zabić, 
Conway!
Dopiero te słowa pomogły mu się otrząsnąć i powrócić do normalnego stanu. Ach, 
jakie   to   podobne   do   Kontrolera,   pomylał   gorzko,   rozwiązać   problem   za   pomocą 
morderstwa.   I   wymagać   od   lekarza,   osoby   powołanej   do   ratowania   życia,   aby   je 
odebrał.   Nie   miało   znaczenia,   że   przyszła   ofiara   była   nieprzytomna   ze   strachu; 
spowodowała wiele zamieszania w Szpitalu, więc należy ją zabić.

background image

Conway bał się przedtem, bał się i teraz: Przy poprzednim stanie umysłu łatwo było 
poddać się panice i zastosować prawo dżungli: "zabij, bo ciebie zabiją". Ale nie teraz. 
Bez   względu   na   to,   co   miało   stać   się   z   nim   lub   ze   Szpitalem,   nie   zabije   istoty 
obdarzonej intelektem, a Lister może sobie krzyczeć, aż zsinieje...
Nagle zaskoczyło go, że i Lister, i Mannon krzyczą na niego usiłując odeprzeć jego 
argumenty. Prawdopodobnie swoje rozumowanie przeprowadził na głos, sam o tym 
nie wiedząc. Ze złocią wyłączył ich zakres.
Jednak   jeszcze   jeden   głos   bełkotał   co   do   niego:   powolny,   ciszony,   straszliwie 
zmęczony, często przerywany jękami bólu. Przez obłędną chwilę Conway pomylał, 
że to duch martwego kapelana powtarza argumenty Listera, ale po chwili spostrzegł, 
że co się nad nim porusza.
Przez otwór w suficie łagodnie przepływała postać w skafandrze - Williamson. W jaki 
sposób ciężko ranny Kontroler tu dotarł, Conway nie był w stanie pojąć; złamane koci 
rąk   uniemożliwiały   sterowanie   degrawitatorem,   a   więc   Williamson   musiał   przebyć 
całą   drogę  odbijając   się   nogami  i   mając  nadzieję,   że   jaki   wciąż   czynny   przewód 
grawitacyjny nie pociągnie go po raz drugi. Conway aż skurczył się na myl o tym, ile 
razy   te   wielokrotnie   połamane   kończyny   musiały   zderzyć   się   z   przeszkodami   po 
drodze. A mimo to Kontroler mylał tylko o tym, by namówić Conwaya, żeby ten zabił 
rozbitka na dole.
Coraz bliżej dołu, a odległoć malała z każdą sekundą...
Conway poczuł, jak zimny pot występuje mu na kark. Nie mogąc się zatrzymać ranny 
Kontroler   wysunął   się   już   z   dziury   w   suficie   i   płynął   ku   podłodze,   prosto   na 
przyczajonego stwora! Conway patrzył zafascynowany, jak jedna z twardych niczym 
stal macek zaczyna się rozwijać przygotowując się do mierciononego zamachu.
Instynktownie rzucił się w kierunku unoszącego się w próżni Kontrolera, nie mając 
czasu,   by   pomyleć   o   swej   odwadze   -   lub   głupocie.   Zwarł   się   z   Williamsonem   z 
głuchym trzaskiem i objął go nogami, by mieć wolne ręce do obsługi degrawitatora. 
Zaczęli się wciekle obracać wokół wspólnego rodka ciężkoci, a ciany, sufit i podłoga z 
jej groźnym "lokatorem" wirowały tak szybko, że Conway ledwie mógł skupić wzrok 
na regulatorach. Zdawało mu się, że lata całe minęły,  nim opanował  wirowanie i 
skierował siebie i Kontrolera ku dziurze w suficie, za którą było bezpiecznie. Byli już 
prawie u celu, kiedy Conway ujrzał, jak gruba, niczym lina okrętowa, macka pędzi w 
jego kierunku... 
X

Co uderzyło go w plecy z taką siłą, że aż mu dech zaparło. Przez straszną chwilę 
mylał,  że butle tlenowe odpadły,  skafander się rozdarł, a on sam chwyta wciekle 
ustami   próżnię.   Jednak   wywołany   strachem   krzyk   wpucił   strumień   tlenu   do   płuc. 
Conway nigdy jeszcze z takim smakiem nie wdychał powietrza z butli.
Macka   stwora   musnęła   go   tylko,   toteż   kręgosłup   ocalał,   ucierpiała   jedynie 
radiostacja.
-   Jak   się   pan   czuje?   -   zapytał   z   troską   Conway,   gdy   już   ułożył   Williamsona   w 
pomieszczeniu nad sterownią. Żeby Kontroler mógł go usłyszeć, musieli się zetknąć 
hełmami.
Przez   kilka   minut   nie   było   odpowiedzi.   Potem   powrócił   ów   znużony,   nabrzmiały 
bólem półszept.
- Bolą mnie ręce. Jestem zmęczony - słowa Kontrolera rwały się. - Ale wszystko 
będzie dobrze... kiedy mnie zabiorą... na salę... - Williamson umilkł. Po chwili jego 
głos   zabrzmiał   ponownie,   jakby   z   większą   siłą.   -   To   znaczy,   jeżeli   w   Szpitalu 
pozostanie jeszcze kto żywy, żeby mnie leczyć. Bo jeli nie powstrzyma pan naszego 
przyjaciela z dołu...

background image

Conway zawrzał nagle gniewem.
- Do jasnej cholery - wybuchnął - czy nigdy pan nie ustąpi? Niech pan sobie to wbije 
do głowy: nie mam zamiaru zabić istoty rozumnej! Moje radio jest rozbite, więc nie 
muszę słuchać wrzasków Listera i Mannona, a żeby i pana nie słyszeć, wystarczy mi 
odsunąć hełm.
Głos Kontrolera znowu osłabł
- Ja wciąż słyszę Mannona i Listera - powiedział Williamson. - Oni mówią, że teraz 
dostało się oddziałowi ósmemu, czyli drugiej sekcji dla pacjentów z planet o niskiej 
grawitacji. Pacjenci i lekarze leżą rozpłaszczeni ciążeniem 3 G. Jeszcze kilka minut 
tego i nigdy już się nie podniosą. Wie pan, że klasa MSVK nie odznacza się silną 
budową ciała...
- Zamknij się! - ryknął Conway. Z wciekłocią odsunął się, przerywając kontakt.
Kiedy   gniew   jego   zmalał   na   tyle,   że   ponownie   mógł   widzieć,   zauważył,   że   usta 
Kontrolera już się nie poruszają. Oczy jego były zamknięte, twarz szara i pokryta 
potem   wywołanym   szokiem;   nie   widać   było   również   oznak   oddechu.   Absorbenty 
wewnątrz hełmu nie pozwalały, by szkiełko zamgliło się od oddechu, toteż Conway 
nie miał pewnoci; ale Williamson mógł już nie żyć. Przy jego zmęczeniu odsuwanym 
wielokrotnie za pomocą zastrzyków pobudzających, przy jego ranach Conway już 
dawno się mógł spodziewać jego zgonu. Z jakiego powodu nagle zapiekły go oczy.
W ciągu ostatnich kilku godzin oglądał już tyle mierci i krwi, że jego wrażliwoć na 
cierpienie stępiała do tego stopnia, iż reagował na nie jak automat medyczny. To 
uczucie osobistej krzywdy, osierocenia go przez Kontrolera musiało być po prostu 
czasowym   nawrotem   tej   wrażliwoci.   Jednego   był   wszakże   pewien   -   że   nikt   tego 
medycznego automatu nie zdoła skłonić do zbrodni. Wiedział już, że Korpus Kontroli 
czynił więcej dobra niż zła - ale on nie był Kontrolerem.
A przecież i O'Mara, i Lister byli jednoczenie Kontrolerami i lekarzami, a sława tego 
drugiego rozciągała się na całą Galaktykę. Czy chcesz być lepszy od nich? pytał go 
jaki głos gdzie w mózgu. Jeste tu tylko ty, mówił dalej w głos, a praca Szpitala została 
zdezorganizowana, dookoła za umierają istoty rozumne - wszystko przez tego stwora 
tam w dole. Jakie są według ciebie, szanse przeżycia? Droga, którą tu przybyłe, jest 
zawalona i nikt ci nie przyjdzie z pomocą, a więc ty też umrzesz. Czyż nie tak? 
Conway   usiłował   desperacko   trwać   przy   swoim   postanowieniu,   okryć   się   nim   jak 
skorupą. Ale ów natarczywy, ów tchórzliwy głos w jego głowie rozbijał tę skorupę. Z 
uczuciem prawdziwej ulgi Conway zobaczył, że usta Kontroler znowu się poruszają. 
Szybko przysunął swój hełm.
- ... Ciężko panu jako lekarzowi - głos był coraz słabszy - ale pan musi. Przypućmy, 
że to pan jest tam w dole, oszalały ze strachu, a może i bólu, i w chwili opamiętania 
kto panu powie, co pan zrobił, co pan nadal robi, ile istot ma pan na sumieniu... - Głos 
zadrżał, ucichł, a następnie powrócił. - Czy pan nie wolałby raczej umrzeć niż dalej 
zabijać?
- Ale ja nie mogę!
- Czy na jego miejscu nie wolałby pan umrzeć?
Conway poczuł, jak jego skorupa ochronna rozpada się. W ostatniej, desperackiej 
próbie   oporu,   odwleczenia   strasznej   decyzji,   powiedział:   -   No,   może,   ale   nawet 
gdybym chciał, nie mógłbym go zabić. Rozerwałby mnie na strzępy, zanim bym się 
do niego zbliżył...
- Mam broń - powiedział Kontroler.
Conway nie pamiętał potem, jak ustawiał przyrządy celownicze, a nawet kiedy wyjął 
broń z kabury Kontrolera. Pistolet leżał w jego dłoni, wycelowany w stworzenie na 
dole, a Conway czuł chłód i niesmak. Jednak nie ustąpił Williamsonowi całkowicie. 
Pod ręką miał rozpylacz z szybkoschnącą masą plastyczną, za pomocą której, jeli 

background image

użyło jej się szybko, można było czasem uratować życie osoby, której skafander uległ 
przedziurawieniu. Conway chciał tylko zranić stwora obezwładniając go, a następnie 
uszczelnić jego skafander plastikiem. Sprawa była trudna i ryzykowna, ale nie potrafił 
zabijać z zimną krwią.
Ostrożnie uniósł drugą rękę, by przytrzymać broń, i wycelował. Następnie wystrzelił.
Kiedy   opucił   broń,   ze   stwora   nie   pozostało   nic   poza   rozrzuconymi   po   sterowni 
zwijającymi się fragmentami macek. Conway żałował teraz, że nie zna się na broni, i 
nie umiał dostrzec, iż pistolet strzela pociskami eksplodującymi, a ponadto został 
ustawiony na ogień ciągły...
Usta   Williamsona   poruszyły   się   znowu.   Conway   przytknął   hełm   powodowany 
wyłącznie odruchem. Już przestało mu na czymkolwiek zależeć.
- ... Wszystko w porządku, doktorze - mówił Kontroler. - To nikt...
-   Teraz   już   nikt   -   zgodził   się   posępnie   Conway.   Powrócił   do   oględzin   pistoletu 
Kontrolera i poczuł żal, że tak go dokładnie opróżnił. Gdyby został choć jeden pocisk, 
choć jeden, wiedziałby, jak go użyć. 
- Przyszło to panu z trudem, wiemy o tym - mówił major O'Mara. Jego głos nie był już 
ostry, a stalowoszare oczy patrzyły łagodnie, jakby ze współczuciem i chyba dumą. - 
Lekarz zazwyczaj nie musi podejmować takich decyzji, dopóki nie będzie starszy, 
bardziej zrównoważony, dojrzalszy - o ile w ogóle takim w końcu się staje. Pan jest 
albo był pan dzieciakiem przejedzonym idealizmem - w nieco kołtuńskiej i obłudnej 
wersji - dzieciakiem, który nawet nie wiedział, czym naprawdę jest Kontroler.
O'Mara   umiechnął   się.   Jego   dwie   wielkie,   twarde   dłonie   spoczęły   dziwnie   po 
ojcowsku na ramionach Conwaya. To, co pan zrobił - mówił dalej - mogło zniszczyć 
zarówno   pańską   karierę,   jak   i   równowagę   umysłową.   Ale   nie   ma   sprawy,   nie 
potrzebuje pan siebie o nic obwiniać. Wszystko jest w porządku.
Conway mylał tępo, że szkoda, iż nie otworzył wówczas szkła hełmu i nie skończył z 
tym wszystkim, zanim technicy dotarli do sterowni sztucznego ciążenia i nie odnieli 
jego   i   Williamsona   do   O'Mary.   Major   musi   być   niespełna   rozumu.   On,   Conway, 
pogwałcił naczelną zasadę etyczną jego zawodu i zabił istotę obdarzoną intelektem. 
Absolutnie wszystko było nie w porządku.
- Niech mnie pan posłucha - powiedział poważnie O'Mara. - Chłopcom z łącznoci 
udało   się   odtworzyć   oraz   sterowni   rozbitego   statku,   wraz   z   pilotem,   bezporednio 
przed zderzeniem. Pilotem nie był pański AACL, rozumie pan? Była to istota klasy 
AMSO, należąca do jednej z rolejszych ras w Kosmosie, a jej przedstawiciele często 
trzymają   w   charakterze   zwierząt   domowych   nieinteligentne   osobniki   klasy   AACL. 
Poza tym na licie chorych Szpitala nie ma również istot tej klasy, toteż zwierzak, 
którego   pan   zabił,   był   po   prostu   odpowiednikiem   oszalałego   ze   strachu   psa   w 
skafandrze ochronnym. - O'Mara potrząsnął ramionami Conwaya, aż mu się głowa 
zakołysała. Czy teraz lepiej się pan czuje?
Conway poczuł, jak wraca doń życie. Skinął głową w milczeniu.
- Może pan ić - powiedział, umiechając się, O'Mara - i nadrobić trochę snu. Za co do 
rozmowy reorientacyjnej, niestety, nie mam w tej chwili  czasu. Niech mi pan niej 
kiedy przypomni, jeli pana zdaniem, będzie jeszcze potrzebna... 
XI

W   ciągu   czternastu   godzin,   które   Conway   przespał,   napływ   rannych   zmalał   do 
poziomu, z którym można było sobie poradzić. Poza tym nadeszła wiadomoć, że 
wojna   się   skończyła.   Technikom   i   konserwatorom   z   Korpusu   Kontroli   udało   się 
usunąć elementy potrzaskane przez rozbity statek i załatać pancerz Szpitala. Gdy 
wewnątrz   wybitego   tunelu   przywrócono   normalne   cinienie   atmosferyczne,   prace 
remontowe postępowały szybko naprzód, tak że kiedy Conway obudził się i ruszył na 

background image

poszukiwanie doktora Mannona, stwierdził, że pacjentów przenosi się do sekcji, które 
jeszcze   kilka   godzin   wczeniej   były   ciemną,   pozbawioną   atmosfery   plątaniną 
żelastwa.
Swojego zwierzchnika odnalazł nieopodal głównego oddziału nagłych wypadków dla 
klasy   FGLI.   Mannon   pochylał   się   nad   ciężko   poparzonym   DBLF,   którego 
gąsienicowate   ciało   wręcz   ginęło   na   ogromnym   stole   przeznaczonym   dla 
Tralthańczyków.   Dwa   inne   gąsienicowce,   pod   znieczuleniem,   leżały   na   równie 
olbrzymim  łóżku  stojącym  pod  cianą,  a  jeszcze  jeden  leżał  lekko  się  zwijając   na 
wózku koło drzwi.
- Gdzie pan był, do cholery? - odezwał się Mannon głosem zbyt zmęczonym, by 
zabrzmiał w nim gniew. Zanim Conway zdołał odpowiedzieć, dodał: - A, niech pan już 
nie mówi. Każdy podbiera personel innym, a stażyci nie mają nic do powiedzenia...
Conway   poczuł,   że   twarz   mu   czerwienieje.   Nagle   zawstydził   się   tego 
czternastogodzinnego snu, ale miał zbyt mało odwagi, by Mannona wyprowadzić z 
błędu.
- W czym mogę pomóc, panie doktorze? - zapytał zamiast tego.
- Może pan - odrzekł Mannon wskazując na pacjentów. - Ale to będzie paskudna 
robota.   Rany   kłute   i   cięte,   głębokie.   Odłamki   metalu   w   dalszym   ciągu   w   ciele, 
uszkodzenie narządów jamy brzusznej i ostry krwotok wewnętrzny. Bez hipnotamy 
nie da pan sobie rady. Niech pan po idzie i szybko wraca, jasne?
Kilka   minut   później   Conway   leżał   w   gabinecie   O'Mary   zapisując   sobie   tamę   o 
fizjologii DBLF. Tym razem nie unikał dotknięcia rąk majora.
- Jak się czuje Kontroler Williamson? - zapytał zdejmując hełm.
- Wyżyje - odparł sucho O'Mara. - Sam Diagnostyk składał mu gnaty. Nie ma prawa 
umrzeć...
Conway   wrócił   do   Mannona,   jak   mógł   najprędzej.   Dowiadczał   już 
charakterystycznego   rozdwojenia   psychicznego;   poza   tym   wysiłkiem   woli 
opanowywał   potrzebę   pełzania   na   brzuchu,   wiedział   więc,   że   zapis   się   przyjął. 
Podobni   do   gąsienic   mieszkańcy   planety   Kelgia   bardzo   przypominali   Ziemian 
zarówno w metaboliźmie, jak i usposobieniu, toteż zamęt w jego głowie był mniejszy 
niż w przypadku poprzedniej tamy z rasą Telfi. Tym niemniej osiągnął zbliżenie z 
istotami, które leczył; zbliżenie, które w istocie sprawiało mu ból.
Pojęcie broni, pocisku i celu jest bardzo proste - trzeba tylko wycelować, nacisnąć 
spust, a cel jest już martwy lub obezwładniony. Pocisk nie myli w ogóle, celujący nie 
myli tyle, ile trzeba, za cel... cierpi.
Conway widział ostatnio zbyt wiele obezwładnionych celów i kawałki metalu, które 
wryły   się   w   nie   głęboko,   pozostawiając   czerwone   kratery   w   poszarpanym   ciele, 
potrzaskane koci i rozerwane naczynia krwionone. Potem jeszcze pozostawał długi, 
bolesny   proces   rekonwalescencji.   Ktokolwiek   sieje   takie   zniszczenie   wród   istot 
mylących,   czujących,   zasługuje   na   co   boleniejszego   niż   psychiatria   korekcyjna 
O'Mary.
Kilka   dni   wczeniej   Conway   wstydziłby   się   takich   myli,   a   i   teraz   czuł   się   trochę 
zażenowany.   Zastanawiał   się,   czy   niedawne   wydarzenia   zapoczątkowały   w   nim 
proces degradacji moralnej, czy po prostu zaczynał być dorosły?
Pięć godzin później było już po wszystkim. Mannon dał pielęgniarce polecenia, by 
czwórka   pacjentów   znajdowała   się   pod   stałą   obserwacją,   ale   najpierw   kazał   jej 
przynieć co do zjedzenia. Dziewczyna wróciła po paru minutach z wielką paczką 
kanapek,   a   także   wiecią,   że   ich   stołówka   została   zajęta   na   sypialnię   męską   dla 
lekarzy -Tralthańczyków. Wkrótce potem Mannon zasnął w czasie jedzenia drugiej 
kanapki. Conway załadował go na transporter i zawiózł do jego pokoju. Po drodze 

background image

trafił na tralthańskiego Diagnostyka, który kazał mu udać się do oddziału urazowego 
klasy DBDG.
Tym razem Conway zajmował się pacjentami z jego własnej rasy, a jego dojrzewanie 
czy może degeneracja moralna pogłębiała się. Zaczynał myleć, że Korpus Kontroli 
jest cholernie łagodny wobec niektórych osobników. 
Trzy tygodnie później Szpital Kosmiczny pracował już normalnie. Wszyscy pacjenci, 
poza   najciężej   rannymi,   zostali   już   przetransportowani   do   szpitali   planetarnych. 
Uszkodzenia spowodowane uderzeniem statku już naprawiono. Tralthańczycy opucili 
stołówkę i Conway nie musiał już porywać jedzenia w locie że stolików do narzędzi. 
Lecz o ile w przypadku całego szpitala sprawy wróciły do normalnego etanu, o tyle z 
Conwayem wszystko miało się inaczej.
Został  całkowicie  zwolniony od obowiązków na swoim  oddziale i przeniesiony do 
grupy   złożonej   zarówno   z   ludzi   jak   i   nieziemców,   których   większoć   zajmowała 
stanowiska   wyższe   od   niego.   Wszyscy   zostali   poddani   przeszkoleniu   w   zakresie 
ratownictwa kosmicznego. Niektóre problemy związane z wyławianiem rozbitków ze 
zniszczonych   statków   kosmicznych,   a   szczególnie   tych   z   działającymi   jeszcze 
źródłami   energii,   były   dla   Conwaya   kompletnym   zaskoczeniem.   Przeszkolenie 
zakończyło się ciekawym, aczkolwiek nieco karkołomnym egzaminem praktycznym, 
który   udało   mu   się   zdać,   po   czym   nastąpił   bardziej   umysłowy   kurs   filozofii 
porównawczej   nieziemców.   Jednoczenie   trwało   szkolenie   dotyczące   skażeń:   co 
zrobić,   gdy   nastąpi   przeciek   w   oddziale   metanodysznych,   a   temperatura   grozi 
podniesieniem   się   powyżej   minus   stu   czterdziestu   stopni,   co   zrobić   w   przypadku 
istoty chlorodysznej wystawionej na działanie tlenu, istoty wyposażonej w skrzela - 
na działanie powietrza oraz odwrotnie. Conway aż wzdrygał się na myl o tym, że 
niektórzy z jego współtowarzyszy na kursie mogliby zastosować na nim sztuczne 
oddychanie - niektórzy ważyli bowiem po pół tony! - ale szczęliwie na końcu tego 
szkolenia egzaminu praktycznego nie było.
Każdy   z   wykładów   podkrelał   znaczenie   szybkiej   i   dokładnej   oceny   klasy 
napływających   pacjentów,   którzy   często   mogą   nie   być   w   stanie   podać   jej 
samodzielnie.   W   czteroliterowym   systemie   klasyfikacyjnym   pierwsza   litera   była 
kluczem   do   ogólnej   przemiany   materii,   druga   oznaczała   liczbę   i   rozmieszczenie 
kończyn i narządów zmysłów, za pozostałe dwie okrelały zespół wymagań co do 
cinienia   atmosferycznego   oraz   siły   ciążenia,   co   również   informowało   o   masie 
fizycznej oraz rodzaju powłoki pokrywającej ciało danego osobnika. Litery A, B i C na 
pierwszym   miejscu   odnosiły   się   do   istot   wododysznych.   D   i   F   odpowiadały 
ciepłokrwistym organizmom tlenodysznym; tu mieciła się większoć ras inteligentnych. 
Istoty z klasy G do K były również tlenodyszne, ale bardziej przypominały owady i 
żyły w niskiej sile ciążenia. L i M pochodziły również z planet o małej grawitacji, ale 
wyglądem przypominały ptaki. Istoty chlorodyszne należały do klasy O i P. Potem 
następowały   wszystkie   osobliwoci   -   pożeracze   promieniowania   radioaktywnego, 
istoty   o   krwi   zamrożonej   albo   krystaliczne,   stworzenia,   które   mogły   zmieniać 
dowolnie   swój   kształt,   a   także   osobniki   posiadające   różne   uzdolnienia 
parapsychiczne. Telepaci, tacy jak Telfi, otrzymywali na pierwszym miejscu literę V. 
W ramach zajęć wykładowcy wywietlali przez trzy sekundy na ekranie obraz stopy 
jakiej   istoty,   lub   fragment   jej   skóry,   i   jeli   Conway   nie   potrafił   na   podstawie   tak 
pobieżnych oględzin wyrecytować odpowiedniej klasy, padało wiele ironicznych słów. 
Wszystko   to   było   bardzo   ciekawe,   ale   Conway   zaczął   się   trochę   niepokoić,   gdy 
stwierdził,   że   przez   szeć   tygodni   nie   oglądał   ani   jednego   pacjenta.   Postanowił 
zadzwonić do O'Mary i wypytać go oczywicie z szacunkiem i oględnie.
- Na pewno chce pan wrócić na oddział - rzekł O'Mara, gdy Conway doszedł w końcu 
do sedna rozmowy. Również doktor Mannon chciałby pana z powrotem. Ale ja mam 

background image

dla pana robotę i nie chcę, żeby pan ugrzązł gdzie indziej. Niech pan jednak nie 
sądzi, że tylko zabija pan czas. Uczy się pan wielu pożytecznych rzeczy, doktorze. 
Przynajmniej sądzę, że się pan uczy. Żegnam.
Odkładając mikrofon interkomu Conway pomylał, że wiele z tego, czego się uczył, 
odnosi   się   osobicie   do   majora   O'Mary.   Nie   istniał   kurs   na   temat   naczelnego 
psychologa, ale właciwie to jakby był, bowiem z każdego wykładu wyłaniała się jego 
postać. Conway dopiero zaczynał pojmować, jak blisko był wyrzucenia ze Szpitala za 
zachowanie podczas incydentu a Telfi.
O'Mara   miał   stopień   majora   w   Korpusie   Kontroli,   ale   Conway   wiedział   już,   że 
wewnątrz   Szpitala   trudno   było   znaleźć   jakie   granice   jego   władzy.   Jako   naczelny 
psycholog   był   odpowiedzialny   za   zdrowie   psychiczne   wszystkich   nader   różnych 
osobników   i   ras   wród   personelu   oraz   za   łagodzenie   wszelkich   zadrażnień,   jakie 
mogłyby między nimi wystąpić.
Przy najwyższej nawet tolerancji i wzajemnym szacunku nadal zdarzały się sytuacje, 
w   których   takie   zadrażnienia   się   pojawiały.   Sytuacje   potencjalnie   niebezpieczne 
wynikały z ignorancji i nieporozumienia; również jaka istota. mogła zapać na neurozę 
ksenofobiczną,  która,  miałaby  negatywny wpływ  na  jej  przydatnoć zawodową  czy 
równowagę psychiczną albo obie te rzeczy na raz. Na przykład lekarz z Ziemi, który 
miał   w   podwiadomoci   niechęć   do   pająków,   nie   mógłby   odnaleźć   w   sobie,   mając 
pacjenta   Illensańczyka,   tyle   medycznej   neutralnoci,   by   go   wyleczyć.   Do   O'Mary 
należało   więc   wykrycie   i   usunięcie   takich   oznak   niebezpieczeństwa   albo   też,   jeli 
wszystko   zawiedzie,   pozbycie   się   owego   potencjalnie   niebezpiecznego   osobnika, 
nim   zadrażnienia   te   przybiorą   postać   otwartego   konfliktu.   Owa   ochrona   przed 
błędnym,   niezdrowym   lub   nietolerancyjnym   myleniem   stanowiła   obowiązek,   który 
O'Mara   wypełniał   z   takim   zacięciem,   że   zyskał   sobie   u   niektórych   przydomek 
"drugiego   Torquemady".   Istoty   z   tych   planet,   na   których   nie   było   nigdy   żadnych 
odpowiedników Inkwizycji, obrzucały go innymi epitetami i to często prosto w twarz. 
Ale   w   kanonie   zasad   O'Mary   Usprawiedliwione   Wyzwiska   nie   stanowiły   objawów 
niewłaciwego mylenia, toteż poważne tego reperkusje się nie zdarzały.
O'Mara   nie   był   odpowiedzialny   za   psychologiczne   braki   pacjentów   Szpitala,   ale 
ponieważ często nie można było stwierdzić gdzie kończy się ból czysto fizyczny, a 
zaczyna psychosomatyczny, również i wtedy pytano go o zdanie.
To, że O'Mara zwolnił Conwaya z obowiązków na oddziale, mogło oznaczać zarówno 
degradację, jak i awans. Jeli jednak Mannon potrzebował go z powrotem, w takim 
razie zadanie, które miał  dla niego O'Mara,  musiało być ważniejsze.  Conway był 
wobec tego przekonany, że z psychologiem nic mu nie grozi; ta myl była bardzo 
przyjemna. Jednak gryzła go ciekawoć.
Następnego ranka wezwano go, by się zjawił w gabinecie naczelnego psychologa... 

3... Kłopoty z Emilią

Był to zapewne jeden z tych olbrzymich transportowców przewożących kolonistów, 
na   których   potrafiły   przejć   cztery   pokolenia,   nim   przyleciały   z   jednej   gwiazdy   na 
drugą, dopóki hipernapęd nie odstawił do lamusa tak gigantycznych jednostek, mylał 
Conway   przyglądając   się   wielkiej   "kropli",   którą   widać   było   przez   iluminator   za 
biurkiem   O'Mary.   Za   wyjątkiem   oszklonej   kabiny   pilota   wszystkie   rzędy   galerii 
obserwacyjnych   oraz   iluminatorów   zostały   zakryte   grubymi   -   płytami   metalowymi 
solidnie umocnionymi z zewnątrz, by wytrzymały potężne cinienie w rodku statku. 
Nawet w zestawieniu z ogromem Szpitala statek wydawał się potężny.

background image

- Odpowiada pan za kontakt między Szpitalem a lekarzem i pacjentem z tego statku - 
powiedział   naczelny   psycholog   O'Mara   patrząc   uważnie   na   Conwaya.   -   Lekarz 
należy do rasy niewielkich rozmiarów. Pacjent podobny jest do dinozaura.
Conway usiłował nie dać poznać po sobie zdumienia. Wiedział, że O'Mara analizuje 
jego reakcje i przewrotnie chciał mu to utrudnić, jak tylko potrafił.
- Co mu jest? - zapytał po prostu.
- Nic - odrzekł O'Mara.
- Więc to problem psychologiczny?
Naczelny psycholog potrząsnął głową.
- No więc co takiego może robić w szpitalu zdrowa, zrównoważona psychicznie i 
inteligentna istota...
- Ona nie jest inteligentna.
Conway nabrał powoli powietrza w płuca i odetchnął. Najwyraźniej major bawił się z 
nim   w   zgadywankę.   Nie,   żeby   miał   co   przeciwko   temu,   ale   pod   warunkiem,   że 
dostanie uczciwą szansę odgadnięcia właciwych odpowiedzi. Spojrzał raz jeszcze na 
olbrzymi kształt zaadaptowanego transportowca i zamylił się.
Zainstalowanie hipernapędu w tak ogromnym statku kosztowało dużo, a poważne 
zmiany konstrukcyjne kadłuba - jeszcze więcej. Wyglądało na to, że kto zadał sobie 
wiele trudu jedynie dla...
- Już mam! - wykrzyknął Conway umiechając się. To nowy okaz, który mamy pokroić 
i zbadać...
- Boże uchowaj! - zawołał O'Mara z przerażeniem. Rzucił szybkie, niemal paniczne 
spojrzenie na małą kulę z plastiku, częciowo zakrytą stosem książek na biurku.
- Ta cała sprawa - mówił dalej - została uzgodniona na najwyższym szczeblu, co 
najmniej podkomisji Rady Galaktycznej. Na czym to wszystko ma polegać, ani ja, ani 
nikt inny w Szpitalu nie wie. Być może lekarz, który przybył tu z pacjentem i który ma 
się nim zajmować, powie panu kiedy... - Ton głosu O'Mary wyrażał wątpliwoć, że to 
nastąpi.   -   ...   Jednakże   od   Szpitala,   jak   i   od   pana   wymaga   się   tylko   pomocy   i 
współpracy - zakończył. 
Z dalszych słów majora wynikało, że istota, która w tym przypadku występowała jako 
lekarz, należała do niedawno odkrytej rasy, którą tymczasowo zaklasyfikowano jako 
VUXG.   Oznaczało   to,   że   istoty   owe   posiadały   pewne   zdolnoci   parapsychiczne, 
potrafiły   przekształcać   praktycznie   wszystkie   substancje   w   energię   na   własne 
potrzeby   oraz   mogły   przystosować   się   do   każdego   właciwie  rodowiska.   Były   one 
małe i nieomal niezniszczalne.
Lekarz ów był telepatą, ale jego etyka oraz zakaz ingerencji w sferę prywatnych myli 
nie pozwalały mu na stosowanie tej zdolnoci do porozumiewania się z nie-telepatą, 
nawet   gdyby   jego   zakres   odbioru   obejmował   myli   ludzkie.   Z   tego   powodu 
porozumiewanie się miało następować wyłącznie poprzez autotranslator. Była to rasa 
długowieczna, zarówno jeli chodzi o długoć życia poszczególnych osobników, jak i 
historię pisaną - a przez cały ten ogromny przeciąg czasu nie było u nich żadnej 
wojny.
Była to cywilizacja stara, wiatła i skromna, zakończył O'Mara, niezmiernie skromna. 
Tak bardzo, że do innych ras, nie tak skromnych jak ona, odnosiła się z pogardą. 
Conway   będzie   musiał   być   bardzo   taktowny,   bowiem   tę   najwyższą,   nieledwie 
przytłaczającą skromnoć łatwo można pomylić z czym innym.
Conway przyjrzał się uważnie O'Marze. Czy w tych bystrych, szarostalowych oczach 
nie pojawił się ironiczny umieszek? Czy na kanciastej, pewnej siebie twarzy nie było 
wyrazu sztucznej obojętnoci? I nagle, zupełnie już zbity z tropu, dostrzegł mrugnięcie 
majora.
Ignorując je, odezwał się:

background image

- Według mnie, oni strasznie zadzierają nosa.
Ujrzał jak usta O'Mary skrzywiły się i w tym momencie, z dramatyczną raptownocią 
włączył się do rozmowy nowy głos.
- Znaczenie wypowiedzianej przed chwilą uwagi nie jest dla mnie jasne - zadudnił 
beznamiętny głos z autotranslatora. - Zadzieramy, czyli unosimy... co? - Nastąpiła 
krótka chwila milczenia, po której głos mówił dalej: - Przyznaję, że moje zdolnoci 
umysłowe są bardzo ograniczone; chciałbym jednak z całą pokorą owiadczyć, że 
moje niezrozumienie w tym przypadku nie wynika tylko z mojej winy, ale częciowo 
wywodzi się z owej ubolewania godnej skłonnoci młodych i mniej praktycznych ras do 
wydawania pozbawionych sensu dźwięków, kiedy zupełnie nie ma takiej potrzeby.
W tym włanie momencie wzrok Conwaya, który gwałtownie rozglądał się po pokoju, 
padł   na   przezroczystą   plastykową   kulę   leżącą   na   biurku   O'Mary.   Teraz,   kiedy 
przyjrzał się jej dokładniej, zauważył pasek, którym do kuli przymocowany był aparat, 
zapewne autotranslator. Wewnątrz pojemnika pływało c o .
- Doktorze Conway - rzekł sucho naczelny psycholog - oto doktor Arretapec, pański 
nowy szef. - I dodał, bezgłonie poruszając ustami: - Musi pan tak mleć ozorem?
Stwór w plastykowej kuli; nie przypominający niczego innego poza suszoną liwką w 
syropie, był więc owym lekarzem należącym do klasy VUXG! Conway poczuł, że 
twarz   mu   płonie.   Jak   to   dobrze,   że   autotranslator   przekładał   tylko   znaczenie 
poszczególnych   słów   nie   zagłębiając   się   w   ich   wydźwięk   emocjonalny   -   w   tym 
przypadku ironiczny! Inaczej znalazłby się w mocno niezręcznej sytuacji.
- Ponieważ potrzebna jest tu najcilejsza współpraca - dodał szybko major - a ciężar 
ciała istoty imieniem Arretapec jest niewielki, będzie pan go n o s i ł w czasie pracy. - 
O'Mara zgrabnie przemienił swe słowa w czyn i przytroczył pojemnik do ramienia 
Conwaya.
- Może pan ić - powiedział, gdy skończył. - Szczegółowe polecenia, kiedy i gdzie 
będą potrzebne, zostaną panu przekazane bezporednio przez doktora Arretapeca.
To się mogło zdarzyć tylko tutaj, pomylał Conway kwano, wychodząc. Oto miał na 
ramieniu lekarza -  nieziemca  - który  wyglądał  jak przezroczysta,  trzęsąca się  jak 
galareta kluska, za ich wspólnym pacjentem był zdrowy i krzepki dinozaur, a o co w 
tym wszystkim chodziło, jego kolega po fachu nie bardzo chciał wyjanić. Conway 
słyszał   kiedy   o   lepym   posłuszeństwie,   ale   lepa   współpraca   była   dlań   pojęciem 
nowym, i jego zdaniem, raczej głupim. 
Po drodze do luku siedemnastego, czyli tam, gdzie Szpital połączony był ze statkiem, 
na   którym   znajdował   się   ich   pacjent,   Conway   usiłował   nieziemskiemu   lekarzowi 
wyjanić organizację Szpitala Głównego Sektora Dwunastego.
Dr Arretapec od czasu do czasu zadawał jakie rzeczowe pytania, a więc zapewne był 
zainteresowany tematem.
Pomimo że Conway był na to przygotowany, jednak ogrom wnętrza zaadaptowanego 
transportowca wstrząsnął nim. Z wyjątkiem dwóch poziomów najbliższych powłoki 
zewnętrznej statku, gdzie obecnie znajdowały się generatory sztucznego ciążenia, 
technicy z Korpusu Kontroli wycięli ze rodka wszystko, pozostawiając ogromną pustą 
kulę   o   rednicy   około   szeciuset   metrów.   Powierzchnia   wewnętrzna   owej   kuli 
zapaćkana  była  błotem   i   wilgocią.   Tu   i  ówdzie  znajdowały   się  wielkie,   niechlujne 
stosy   powyrywanej   rolinnoci,   w   większoci   wdeptanej   w   błoto.   Conway   zauważył 
również, że znaczna jej częć zwiędła i zamierała.
Mając dotychczas do czynienia z lniącą, aseptyczną czystocią Szpitala stwierdził, że 
ów   widok   szczególnie   działa   na   jego   system   nerwowy.   Zaczął   rozglądać   się   za 
pacjentem.
Jego wzrok przesunął się w górę ponad stertę błota i porozrzucanych rolin, aż w 
końcu   wysoko,   po   przeciwnej   stronie   kuli   zobaczył,   że   błoto   przechodzi   w   małe, 

background image

głębokie jeziorko. Tuż pod powierzchnią wody widać było jaki ruch i wirowanie. Nagle 
nad   wodą   ukazała   się   nieduża   głowa   osadzona   na   ogromnej,   sinusoidalnej   szyi; 
rozejrzała się i ponownie zanurzyła się z ogromnym pluskiem.
Conway ocenił odległoć, a następnie stan terenu pomiędzy nim i jeziorem.
- To daleka droga - powiedział - wezmę degrawitator...
- Nie będzie to potrzebne - odrzekł Arretapec. Ziemia nagle usunęła się spod nóg i 
oto Conway leciał już w kierunku odległego jeziora.
Klasyfikacja VUXG, przypomniał sobie, kiedy już odzyskał oddech, obejmuje istoty 
dysponujące pewnymi zdolnociami parapsychicznymi... 
II

Wylądowali łagodnie niedaleko brzegu jeziora. Arretapec powiedział Conwayowi, że 
chce skoncentrować przez kilka chwil  swoje procesy mylowe, i  poprosił  go, żeby 
przez ten czas był cicho i nie poruszał się. Kilka sekund później Conway poczuł, że 
swędzi go gdzie wewnątrz ucha. Dzielnie porzucił myl o tym, żeby wetknąć tam palec 
i podrapać się; zamiast tego całą uwagę skupił na powierzchni jeziora.
Nagle toń wody przebiło szaro-brunatne, wielkie jak góra cielsko zakończone z jednej 
strony długą, zwężającą się szyją z drugiej za ogonem gwałtownie uderzającym o 
wodę. Przez chwilę Conway mylał, że potwór po prostu wyskoczył na powierzchnię 
jak   gumowa   piłka,   ale   potem   wytłumaczył   sobie,   że   to   dno   jeziora   musiało   się 
gwałtownie  zapać pod  dinozaurem  dając  optycznie  podobny  efekt.  Nadal  wciekle 
wymachując szyją, ogonem i czterema potężnymi jak kolumny nogami olbrzymi gad 
dotarł do brzegu jeziora i wylazł na błoto, lub też raczej w błoto, bowiem zapadł się w 
nie aż po kolana. Conway ocenił, że te kolana znajdowały się przynajmniej trzy metry 
nad ziemią, że rednica cielska w najszerszym miejscu wynosiła około pięciu metrów, 
za od głowy do ogona potwór liczy sobie ich dobrze ponad trzydzieci. Ciężar cielska 
oszacował   na   około   czterdzieci   tysięcy   kilogramów.   Potwór   nie   miał   żadnego 
naturalnego   pancerza   na   ciele,   ale   na   końcu   ogona,   jak   na   tak   ogromny   narząd 
wykazującego zdumiewającą ruchliwoć, znajdowało się zgrubienie kostne, z którego 
wyrastały dwa zrogowaciałe, zakrzywione do przodu, groźnie wyglądające kolce.
Gdy Conway przyglądał się ogromnemu gadowi,  ten nadal kotłował  się w błocie, 
wyraźnie podrażniony. Nagle opadł na kolana, a jego długa szyja przechyliła się do 
przodu, aż w końcu głowa znalazła się u podbrzusza. Była to osobliwa, ale także jaka 
żałosna pozycja.
- On jest bardzo przestraszony - rzekł Arretapec. Tutejsze warunki niezbyt dobrze 
udają jego naturalne rodowisko.
Conway  potrafił  zrozumieć  potwora  i  współczuć  mu.  Bez  wątpienia  poszczególne 
elementy owego rodowiska zostały odtworzone dokładnie, ale zamiast rozmiecić je w 
sposób naturalny, zrzucono je w jedną kupę błota. Z pewnocią nie zrobiono tego 
celowo, pomylał. Zapewne cały ten bałagan w rodowisku został spowodowany jakimi 
trudnociami z układem sztucznego ciążenia.
- Czy stan psychiczny pańskiego pacjenta - zapytał ma znaczenie dla powodzenia 
pańskiej pracy?
- I to bardzo - odrzekł Arretapec.
- Wobec tego najpierw trzeba spowodować, by pacjent był bardziej zadowolony ze 
swego losu.- powiedział Conway i przykucnął. Pobrał próbki wody z jeziora, błota i 
różnych odmian pobliskiej rolinnoci. W końcu wyprostował się.
- Czy mamy tu jeszcze co do roboty? - zapytał.
- W chwili obecnej nic nie mogę zrobić - odparł Arretapec.

background image

Głos z autotranslatora był bezbarwny i oczywicie pozbawiony emocji, ale ze względu 
na przerwy między słowami Conway doszedł do przekonania, że VUXG jest głęboko 
rozczarowany. 
Znalazłszy   się   ponownie   przy   luku   wejciowym   Conway   zdecydowanie   ruszył   w 
kierunku jadalni dla ciepłokrwistych istot tlenodysznych. Był głodny.
W jadalni dostrzegł wielu kolegów po fachu: gąsienicowców DBLF, które wszędzie 
poruszały   się  powoli,  z  wyjątkiem  sali   operacyjnej;  humanoidów  typu  ziemskiego, 
takich jak on sam, którzy należeli do klasy DBDG, oraz potężnych, wielkoci słonia 
Tralthańczyków   -   klasy   FGLI   którzy   wraz   ze   swymi   symbiontami   OTSB   byli   na 
najlepszej drodze, by znaleźć się wród dostojnych Diagnostyków. Jednak nie wdając 
się   w   żadną   rozmowę   Conway   skoncentrował   się   na   uzyskaniu   jak   najwięcej 
informacji o planecie, z której pochodził pacjent-gad.
Dla swobodniejszej konwersacji wyjął Arretapeca z plastykowego pojemnika i umiecił 
go na stole,  pomiędzy  talerzem z  ziemniakami  i  sosjerką.  Pod koniec  posiłku  ze 
zdumieniem ujrzał, że doktor wytrawił dwucalowy otwór w stole !
- W głębokim zamyleniu - odrzekł Arretapec, gdy Conway doć rozdrażnionym głosem 
zażądał   wyjanień   proces   przyjmowania   pożywienia   i   trawienia   staje   się   u   nas 
automatyczny i niewiadomy. Nie gustujemy w jedzeniu dla przyjemnoci, tak jak wy, 
bowiem osłabia to wartoć naszych procesów mylowych. Jeli jednak spowodowałem 
jaką szkodę...
Conway pospiesznie zapewnił go, że plastikowa serweta jest stosunkowo niewiele 
warta   w   obecnych   okolicznociach,   po   czym   szybko   wymknął   się   z   jadalni.   Nie 
próbował   wyjaniać,   że   personel   obsługujący   stołówkę   cokolwiek   wcieknie   się   z 
powodu zniszczenia stosunkowo niewiele wartej własnoci.
Po   obiedzie   Conway   odebrał   analizę   próbek,   a   następnie   ruszył   do   gabinetu 
kierownika   Działu   Eksploatacji.   Siedział   tam   nidiański   niedźwiadek   ze   złoconą 
opaską   na   ramieniu   oraz   Ziemianin   w   mundurze   Kontrolera,   z   naszywkami 
pułkownika   na   naramiennikach,   w   klapie   za   miał   odznakę   Dywizji   Technicznej. 
Conway przedstawił sytuację oraz to, co jego zdaniem powinno być zrobione, o ile to 
w ogóle możliwe.
- To jest możliwe - rzekł czerwony niedźwiadek zagłębiwszy się w stos wydruków, 
które przyniósł Conway ...
- O'Mara owiadczył mi, ze koszty nie grają roli przerwał Conway, wskazując głową 
istotę, którą miał na ramieniu. - Maksymalna współpraca, tak powiedział.
-   W   takim   razie   możemy   to   zrobić   -   żywo   wtrącił   pułkownik.   Przyglądał   się 
Arretapecowi z twarzą wyrażającą niemal strach. - Zastanówmy się: transportowce 
do przywiezienia wszystkiego z jego rodzinnej planety; szybciej i taniej niż synteza 
jego   pożywienia   tutaj.   Potrzebne   nam   idą   również   dwie   kompanie   z   Dywizji 
Technicznej   oraz   ich   wszystkie   roboty,   aby   mu   wymocić   gniazdko.   Oprócz   tych 
dwudziestu paru ludzi, którzy go tu przywieźli. - Przez chwilę patrzył przed siebie 
niewidzącymi   oczyma,   podczas   gdy   jego   mózg   błyskawicznie   liczył.   -   Trzy   dni   - 
powiedział w końcu.
Zważywszy   nawet,   że   podróż   w   nadprzestrzeni   trwała   dosłownie   mgnienie   oka, 
Conway i tak był zdania, że trzy dni to bardzo krótko. Powiedział to pułkownikowi.
Kontroler przyjął wyrazy uznania z ledwie dostrzegalnym umiechem. - Jeszcze pan 
nam nie powiedział, po co to wszystko - zapytał.
Conway odczekał całą minutę, by dać Arretapecowi doć czasu na odpowiedź, ale 
VUXG milczał. Sam mógł tylko mruknąć: - Nie wiem - po czym szybko wyszedł.
Na następnych drzwiach, przez które weszli, znajdował się napis tłustym drukiem: 
"Naczelny Dietetyk dla klas DBDG, DBLF i FGLI, Dr K.W. Hardin". Doktor Hardin 
uniósł swą wspaniałą siwą głowę znad jakich wykresów, którym się przyglądał.

background image

- No i co ci dolega? - ryknął.
Conway w dalszym ciągu czuł podziw i respekt dla Hardina, ale przestał już się go 
bać.   Wiedział,   że   Naczelny   Dietetyk   dla   osób   obcych   był   czarujący,   wobec 
znajomych stawał się nieco gwałtowny, za wobec przyjaciół - opryskliwy. Jak mógł 
najzwięźlej, postarał się wyjanić, co mu dolega.
- Powiadasz więc, że mam tam poleźć i powtykać w ziemię to wiństwo, które on żre, 
żeby mylał, że to samo wyrosło? - przerwał w pewnym momencie Hardin. - Co ty 
sobie mylisz, do cholery, że kim ja jestem? A w ogóle, ile żre ta wielka brudna krowa?
Conway podał mu wyliczone dane.
- Trzy i pół tony lici palmowych dziennie! - zaryczał Hardin bez mała unosząc się 
znad biurka. - Oraz delikatne zielone pędy... O, bogowie! A mnie mówią, że dietetyka 
to nauka cisła. Ścisłe trzy i pół tony zielska! Ha!
Conway  wybrał   ten  moment,   by  wyjć.   Wiedział,   że  wszystko  będzie  w  porządku, 
bowiem Hardin nie zdradzał żadnych oznak czarującego usposobienia.
Arretapecowi   wyjanił,   że   Naczelny   Dietetyk   nie   jest   niechętnie   nastawiony   do 
współpracy, choć mogło to tak zabrzmieć. Ale pomoże równie chętnie, jak tamci dwaj 
poprzednio. VUXG stwierdził, że przedstawiciele tak krótko żyjącej i niedojrzałej rasy 
nie potrafią się powstrzymać przed tak nienormalnym zachowaniem. 
Nastąpiła druga wizyta u pacjenta. Tym razem Conway wziął ze sobą degrawitator i 
uniezależnił   się   od   teleportacyjnych   zdolnoci   Arretapeca.   Obaj   przelecieli   nad   tą 
wielką,   poruszającą   się   górą   cielska   i   koci,   ale   Arretapec   ani   razu   nie   dotknął 
potwora. Nie wydarzyło się nic poza tym, że pacjent znowu okazywał podniecenie, a 
Conwaya co jaki czas swędziało w uchu. Przelotnie zerknął na czujnik wszczepiony 
w przedramię, by sprawdzić, czy jaki obcy czynnik nie dostał mu się do krwi, ale 
wszystko było w porządku. Może po prostu miał uczulenie na dinozaury.
Wróciwszy   do   Szpitala   Conway   stwierdził,   że   częstotliwoć   i   gwałtownoć   jego 
ziewania grożą zwichnięciem szczęki i pojął, że ma za sobą ciężki dzień. Pojęcie snu 
było całkowicie obce Arretapecowi, ale nie wyrażał żadnych sprzeciwów, by Conway 
oddał się temu stanowi, skoro było to konieczne dla jego kondycji fizycznej. Conway 
zapewnił go, że jest to konieczne i najkrótszą drogą udał się w stronę swego pokoju.
Przez chwilę kłopotał się, co zrobić z Arretapecem. VUXG był ważną osobistocią; nie 
mógł go tak po prostu zostawić gdzie w szafce czy w kącie, nawet jeli stworzenie to 
było tak odporne, że nawet w dużo gorszych warunkach czułoby się dobrze. Nie mógł 
go również, ot tak sobie, odstawić na bok, jeli nie chciał go urazić. W każdym razie, 
on sam czułby się mocno urażony na jego miejscu. Żałował, że O'Mara nie przekazał 
mu   instrukcji   na   taką   okolicznoć.   W   końcu   umiecił   stworzenie   na   blacie   biurka   i 
zapomniał o nim.
Arretapec   musiał   usilnie   o   czym   myleć   przez   noc,   bowiem   rano   w   blacie   biurka 
widniał trzycalowy otwór. 

III 

Drugiego dnia po południu między oboma lekarzami rozgorzała kłótnia. To znaczy, 
Conway   uznał   to   za   kłótnię.   Co   za   o   tym   sądził   obco   mylący   nieziemiec,   czyli 
Arretapec, można było tylko zgadywać.
Zaczęło się od tego, że VUXG zażądał, by Conway zachowywał się cicho i bez ruchu, 
gdy on sam zapadł w to swoje milczenie. Arretapec wrócił na swoje stałe miejsce na 
ramieniu Conwaya wyjaniając, że lepiej będzie się tam mógł skoncentrować, niż gdy 
częć myli będzie skupiał na lewitacji. Conway zrobił, co mu kazano, bez słów, choć w 
usta cisnęło się wiele pytań: Co było pacjentowi? Co Arretapec mu robił? I jak mu to 
robił,   skoro   żaden   z   nich   nawet   nie   dotknął   dinozaura?   Conway   znalazł   się   w 

background image

pożałowania godnej sytuacji lekarza, któremu nie wolno zastosować swej sztuki na 
pacjencie. Ciekawoć go pożerała i dokuczała mu. Mimo to jednak trwał w bezruchu.
Ale   swędzenie   w   uchu   odezwało   się   znowu,   dużo   silniej   niż   poprzednio.   Ledwie 
dostrzegł strugi błota i wody wyrzucane w górę przez dinozaura, który wygrzebywał 
się   z   płycizny   na   brzeg.   Dręczące   nie   zlokalizowane   swędzenie   bezlitonie   się 
spotęgowało, aż w końcu z nagłym okrzykiem przestrachu Conway klepnął się w 
ucho   i   zaczął   je   zapamiętale   drapać.   Przyniosło   mu   to   natychmiastową   i 
błogosławioną ulgę, ale...
-   Nie   mogę   pracować,   gdy   się   pan   wierci   -   powiedział   Arretapec,   którego 
rozdrażnienie można było poznać tylko po szybkoci wypowiadania poszczególnych 
słów. - Dlatego proszę natychmiast odejć.
- Nie wierciłem się - gniewnie zaprotestował Conway. - Ucho mnie swędziało i...
- Swędzenie, szczególnie w takim stopniu, że spowodowało pańskie poruszenie, jest 
oznaką dolegliwoci fizycznej, którą należy leczyć - przerwał VUXG. - Może też być 
spowodowane przez organizmy pasożytnicze lub symbiotyczne, które zamieszkują, 
być może bez pańskiej wiedzy, pana ciało. Chciałem zwrócić uwagę, iż zaznaczyłem 
wyraźnie, że mój asystent musi być w doskonałym zdrowiu fizycznym, a nie, żeby 
wiadomie czy niewiadomie był nosicielem pasożytów - który to typ, rozumie pan, jest 
szczególnie skłonny do wiercenia się - może więc pan pojąć moje niezadowolenie. 
Gdyby nie nagłe pańskie poruszenie się, może udałoby mi się co osiągnąć. Proszę 
więc odejć.
- Ach ty zarozumiały... 
Dinozaur wybrał sobie włanie ten moment, by wleźć z powrotem do wody, stracić 
grunt pod nogami i chlapnąć na brzuch z tak ogromnym pluskiem, jakiego Conway 
nigdy   jeszcze   nie   słyszał.   Lecące   w   powietrzu   błoto   i   woda   całkowicie   go 
przemoczyły, za niewielka fala przypływowa omyła mu stopy. Odwróciło to na tyle 
jego uwagę, że nie dokończył obelgi, za w powstałej w ten sposób chwili milczenia 
zdał sobie sprawę, że Arretapec nie miał zamiaru go osobicie obrazić. Istniało wiele 
ras inteligentnych - nosicieli pasożytów, z których pewne były wręcz konieczne dla 
zdrowia przedstawicieli tych ras. W ich przypadku epitet "zawszony" mógł oznaczać 
"w doskonałym stanie zdrowia". Może Arretapec i chciał go obrazić, ale pewnoci mieć 
nie mógł. A VUXG był w końcu bardzo ważną osobistocią...
- I co takiego udałaby się panu osiągnąć? - zapytał ironicznie. Nadal był wciekły, ale 
postanowił  toczyć  walkę  na poziomie  profesjonalnym,  a  nie osobistym.   Poza  tym 
wiedział, że autotranslator pominie cały obraźliwy wydźwięk tonu jego słów.
- Co w ogóle stara się pan uzyskać i jak ma pan zamiar to zrobić, gdy - tak mi się 
zdaje, z tego, co widzę - tylko pan patrzy na pacjenta?
-   Nie   mogę   panu   powiedzieć   -   odrzekł   Arretapec   po   kilku   sekundach.   -   Moje 
przedsięwzięcie jest... jest ogromne. Dotyczy przyszłoci. Nie zrozumiałby pan.
- Skąd pan wie? Gdyby pan mi powiedział, co pan robi, może mógłbym pomóc.
- Nie może pan pomóc.
- Słuchaj pan - powiedział Conway wyprowadzony z równowagi - nawet nie usiłował 
pan skorzystać ze wszystkich możliwoci Szpitala. Obojętne, co pan chce zrobić ze 
swoim   pacjentem,   powinien   pan   przede   wszystkim   przeprowadzić   szczegółowe 
badanie - unieruchomić go, a następnie przewietlić, zrobić biopsję i wszystko, co 
trzeba. Dałoby to panu cenne dane fizjologiczne, którymi mógłby się pan posłużyć...
-   Mówiąc   po   prostu   -   przerwał   Arretapec   -   sugeruje   pan,   że   aby   zrozumieć   jaki 
złożony organizm czy aparat, należy rozłożyć go na częci składowe, które trzeba 
poznawać   po   kolei.   Moja   rasa   nie   uważa,   że   obiekt   należy   niszczyć,   choćby 
częciowo, aby go poznać. Dlatego też wasze prymitywne metody badawcze są dla 
mnie bezwartociowe. Proponuję, by pan odszedł.

background image

Conway wyszedł zgrzytając zębami.
Powodowany pierwszym impulsem chciał wedrzeć się do pokoju O'Mary i zażądać, 
by   naczelny   psycholog   znalazł   sobie   kogo   innego   jako   chłopca   na   posyłki   dla 
Arretapeca.   Jednak   major   wspominał,   że   zadanie   to   jest   ważne,   i   miałby   wiele 
niemiłych słów do powiedzenia, gdyby uznał, że Conway poddał się, bo się obraził, 
gdy   nie   zaspokojono   jego   ciekawoci   lub   urażono   jego   dumę.   Było   wielu   lekarzy; 
szczególnie   asystentów   Diagnostyków,   którym   nie   wolno   było   dotykać   pacjentów, 
więc   może   Conwayowi   nie   podoba   się,   że   kto   taki,   jak   Arretapec,   jest   jego 
zwierzchnikiem...?
Gdyby   pojawił   się   u   O'Mary   w   obecnym   stanie   umysłu,   istniało   realne 
niebezpieczeństwo,   że   psycholog   uzna,   iż   Conway   jest   psychicznie   nie 
przystosowany do swego stanowiska. Niezależnie od prestiżu jakim jest zatrudnienie 
w Szpitalu, praca ta przynosiła zarówno zadowolenie, jak korzyci. Gdyby okazało się, 
że Conway nie nadaje się do dalszej pracy w Szpitalu, i odesłanoby go do jakiej 
pracy planetarnej, byłoby to największą tragedią w jego życiu.
Skoro   jednak   nie   mógł   zwrócić   się   do   O'Mary,   do   kogo   miał   pójć?   Zwolniony   z 
jednego   zajęcia,   nie   otrzymawszy   innego   Conway   nie   miał   nic   do   roboty.   Stał 
rozmylając   przez   kilka   minut   na   przecięciu   dwóch   korytarzy,   a   obok   niego 
przechodziły i przesuwały się istoty reprezentujące cały przekrój życia rozumnego 
Galaktyki. Nagle wpadł na pomysł. Było co, co mógłby zrobić, co zrobiłby i tak, gdyby 
wszystko nie działo się w takim popiechu.
Biblioteka   szpitalna   miała   kilka   pozycji   o   czasach   prehistorycznych   na   Ziemi, 
zarówno w postaci nagrań, jak i staromodnych, mniej poręcznych książek. Conway 
ustawił je w stosie na stoliku i przygotował się do zaspokojenia w ten okrężny sposób 
swej ciekawoci zawodowej na temat pacjenta.
Czas mijał szybko. 
Od razu odkrył, że termin "dinozaur" odnosi się do wszystkich większych gadów. 
Pacjent   Arretapeca,   jeli   pominąć   jego   większe   rozmiary   i   kostną   narol   na   końcu 
ogona,   był   identyczny   zewnętrznie   z   brontozaurem,   który   żył   w   bagnach   okresu 
jurajskiego.   Również   był   rolinożerny,   ale   w   odróżnieniu   od   pacjenta,   nie   miał 
możliwoci   obrony   przed   mięsożernymi   gadami   owego   okresu.   Było   tam   również 
zdumiewająco   wiele   danych   fizjologicznych,   które   Conway   żarłocznie   sobie 
przyswoił.
Stos pacierzowy składał się z olbrzymich kręgów, wewnątrz pustych, z wyjątkiem 
ogonowych. Ta oszczędnoć materiału przyczyniła się do stosunkowo niewielkiej wagi 
zwierzęcia,   mimo   jego   rozmiarów.   Brontozaur   był   jajorodny.   Miał   małą   głowę; 
czaszka   należała   do   najmniejszych   ze   wszystkich   kręgowców.   Jednak   poza 
znajdującym się w niej mózgiem istniał jeszcze dobrze rozwinięty orodek nerwowy w 
okolicy kręgów krzyżowych, kilka razy większy od prawdziwego mózgu. Uważano, że 
brontozaur rósł powoli, a jego ogromne rozmiary są wynikiem długowiecznoci; gad 
ten potrafił żyć ponad dwiecie lat.
Ich   jedyną   obroną   przeciwko   współczesnym   im   drapieżcom   było   krycie   się   i 
pozostawanie pod wodą; mogły tam żerować, a wyłaniały się tylko na krótką chwilę, 
by zaczerpnąć powietrza. Zaczęły wymierać, gdy zmiany geologiczne spowodowały 
wysychanie   ich   bagnistego   rodowiska,   pozostawiając   je   na   łasce   naturalnych 
wrogów.
Jeden z autorytetów twierdził, że te olbrzymie gady były największą pomyłką natury. 
A jednak, utrzymywał inny, przetrwały one przez trzy okresy geologiczne - trias, jurę i 
kredę - w sumie liczące sto czterdzieci milionów lat, czyli doć długo, jak na czas 
trwania "pomyłki", zważywszy, że człowiek istnieje dopiero od około pół miliona lat... 

background image

Conway wyszedł z biblioteki w przewiadczeniu, że odkrył co ważnego, ale co to było, 
nie mógł sobie przypomnieć; bardzo go to drażniło. W czasie pospiesznego obiadu 
stwierdził,   że   potrzebuje   dalszych   informacji,   a   tylko   jedna   osoba   mogła   mu   ich 
udzielić. Musiał znowu pójć do O'Mary.
- A gdzież to nasz mały przyjaciel? - zapytał ostro psycholog, gdy Conway wszedł do 
jego pokoju kilka minut później. - Pokłócilicie się, czy co?
Conway przełknął linę i spróbował zapanować nad głosem.
-   Doktor   Arretapec   -   odrzekł   -   chciał   przez   jaki   czas   samotnie   popracować   nad 
pacjentem, ja za poszedłem do biblioteki poczytać trochę o dinozaurach. Chciałem 
się zapytać, czy są może dla mnie jakie dodatkowe informacje?
- Trochę - odparł O'Mara. Przez kilka bardzo denerwujących chwil  przyglądał się 
Conwayowi.
- Oto one - powiedział w końcu.
Statek   badawczy   Korpusu   Kontroli,   który   odkrył   rodzinną   planetę   Arretapeca, 
stwierdziwszy   wysoki   stopień   cywilizacji   jej   mieszkańców   wyjawił   im   zasadę 
hipernapędu. Jedną z pierwszych planet, które te istoty odwiedziły, był surowy, młody 
wiat   pozbawiony   istot   rozumnych,   gdzie   jednak   zainteresowała   ich   pewna   rasa 
zwierząt - gigantycznych gadów. Rodacy Arretapeca owiadczyli Radzie Galaktycznej, 
że przy odpowiedniej pomocy będą mogli osiągnąć co, co okaże się korzystne dla 
całej cywilizacji Kosmosu, a ponieważ rasa telepatów nie mogła kłamać ani nawet 
pojąć istoty kłamstwa, otrzymali więc pomoc, o którą prosili i tak oto Arretapec i jego 
pacjent przybyli do szpitala. O'Mara owiadczył również, że ma jeszcze jedną dobrą 
informację: otóż, jak się wydaje, owe istoty klasy VUXG dysponują jaką zdolnocią 
prekognicji. Nie znajdowała ona dotąd zastosowania, bowiem nie dotyczy jednostek, 
tylko całych społeczeństw, a i to w tak odległej przyszłoci i przypadkowo, że była 
praktycznie bezużyteczna.
Conway wyszedł od O'Mary mając jeszcze większy mętlik w głowie niż poprzednio.
Nadal próbował zebrać porozrzucane strzępy informacji w co, co miałoby jaki sens, 
ale albo był zbyt zmęczony, albo za głupi. A zmęczony był na pewno; przez te dwa 
ostatnie dni jego mózg zdawał mu się gęstą, znużoną mgłą...
Pomylał,   że   między   tymi   dwoma   zdarzeniami   -   przybiciem   Arretapeca   i   tym   nie 
wyjanionym zmęczeniem musi być jaki związek; był w dobrej kondycji fizycznej, a 
żaden wysiłek mięni ani umysłu nigdy go jeszcze nie wyczerpał w takim stopniu. 
Zresztą, czyż VUXG nie powiedział, że to uczucie swędzenia jest objawem rozstroju 
psychicznego?
I oto nagle jego praca z Arretapecem nie wydawała mu się już tylko nużąca czy 
denerwująca.   Conway   zaczynał   się   obawiać   o   swoje   zdrowie.   Przypućmy,   że 
swędzenie jest spowodowane przez jaki nowy rodzaj bakterii, których jego wskaźnik 
osobisty nie potraf wykryć? Pomylał już o czym podobnym, gdy jego wiercenie się 
spowodowało wyrzucenie go przez Arretapeca, ale przez resztę dnia podwiadomie 
starał   się   przekonać   siebie,   iż   nie   było   to   nic   takiego,   ponieważ   natężenie   tych 
sensacji zmalało prawie do zera. Teraz wiedział już, że powinien był wtedy poprosić, 
by zbadał go jaki dowiadczony internista. Nawet teraz powinien to zrobić.
Był jednak bardzo zmęczony. Przyrzekł sobie, że rano poprosi doktora Mannona, 
swego poprzedniego zwierzchnika, by go zbadał. Rano także będzie musiał jako się 
pogodzić z Arretapecem. Zasypiając, cały czas głowił się nad tym, jaką to dziwną 
chorobą mógł się zarazić, a także, jak należy przepraszać istoty klasy VUXG. 
IV

Następnego dnia w blacie biurka widniała kolejna dziura, w której siedział Arretapec. 
Gdy tylko Conway siadając dał poznać, że się obudził, VUXG odezwał się do niego.

background image

- Przyszło mi na myl wczoraj - powiedział - że być może, oczekiwałem zbyt wiele, jeli 
chodzi   o  samokontrolę,   równowagę   emocjonalną  oraz   zdolnoć   znoszenia   czy   też 
ignorowania drażniących drobiazgów, od istot, które są stosunkowo, ma się rozumieć 
- na niskim poziomie umysłowym. Dlatego też poczynię wszelkie starania, by mieć to 
na uwadze podczas naszych następnych kontaktów.
Dopiero   po   kilku   minutach   doszło   do   Conwaya,   że   Arretapec   go   w   ten   sposób 
przeprosił. Pomylał wtedy, że są to najbardziej obraźliwe przeprosiny, jakie w życiu 
słyszał,   i   dobrze   to   wiadczy   o   jego   samokontroli,   bo   nie   wspomniał   o   tym 
Arretapecowi.   Zamiast   tego   umiechnął   się   i   zaczął   się   upierać,   że   to   jego   wina. 
Następnie obaj udali się do pacjenta.
Wnętrze transportowca zmieniło się nie do poznania. Zamiast pustej kuli pokrytej 
błotnistą mazią z ziemi, wody i lici, trzy czwarte jej powierzchni stanowiło doskonałą 
reprodukcję krajobrazu mezozoicznego. Nie był on jednak dokładnie taki sam, jak na 
obrazkach   oglądanych   przez   Conwaya   poprzedniego   dnia,   bowiem   tam   była   to 
dawna   ziemska   era,   rolinnoć   za   wewnątrz   statku   została   przeniesiona   z   planety 
pacjenta. Ale różnice były zdumiewająco niewielkie. Największa zmiana nastąpiła na 
niebie.
Tam, gdzie poprzednio widać było przeciwległą stronę kuli, obecnie znajdowała się 
białoniebieska mgiełka, wród której płonęło bardzo naturalnie wyglądające słońce. 
Puste   wnętrze   statku   zostało   prawie   całkowicie   zakryte   tym   półprzezroczystym 
gazem,   toteż   obecnie   trzeba   było   bardzo   bystrego   oka   oraz   uprzedzonego   o 
wszystkim umysłu, by stwierdzić, że nie jest to rzeczywista powierzchnia planety, z 
autentycznym   słońcem   płonącym   na   zamglonym   niebie.   Technicy   wykonali   dobrą 
robotę.
- Nie sądziłem, aby w tych warunkach możliwe było tak skomplikowane i naturalne 
odtworzenie   -   powiedział   nagle   Arretapec.   -   Należą   się   panu   słowa   uznania.   To 
powinno mieć bardzo pozytywny wpływ na pacjenta. 
Istota, o której mówiono - z jakiego osobliwego powodu technicy nazywali ją "Emilią" 
-   z   zadowoleniem   objadała   licie   z   dziesięciometrowej   roliny   przypominającej 
kształtem   palmę.   To,   że   znajdowała   się   na   suchym   lądzie   zamiast   żerować   pod 
wodą, było, jak domylał się Conway, symptomatyczne dla jej stanu psychicznego, 
bowiem   starożytny   brontozaur   niezmiennie   umykał   do   wody   w   chwili   zagrożenia, 
gdyż woda była jego jedyną osłoną. Najwyraźniej neo-brontozaur nie miał żadnych 
zmartwień.
-   W   zasadzie   to   samo,   co   wyposażenie   sali   dla   każdego   pacjenta   żyjącego   w 
warunkach różnych od ziemskich powiedział skromnie Conway. - Różnica polegała 
tylko na skali wykonanych prac.
- Niemniej jednak jestem pod wrażeniem tego wszystkiego - odrzekł Arretapec.
Najpierw przeprosiny, a teraz komplementy, pomylał kwano Conway. Gdy zbliżyli się 
i VUXG raz jeszcze ostrzegł go, by zachowywał się spokojnie, Conway odgadł, że 
zmiana   usposobienia   Arretapeca   jest   wynikiem   dzieła   techników.   Skoro   pacjent 
znajduje się obecnie w idealnych warunkach, terapia, jaka by nie była, ma większe 
szanse powodzenia...
Nagle   swędzenie   pojawiło   się   znowu.   Zaczęło   się   w   zwykłym   miejscu,   w   rodku 
prawego ucha, ale tym razem rozszerzyło się i spotęgowało, aż w końcu Conwayowi 
zdawało  się,  że  cały  jego mózg pokryty jest  pełzającymi  robaczkami.  Poczuł,  jak 
występują nań zimne poty i przypomniał sobie swoje obawy z poprzedniego dnia, 
kiedy to postanowił pójć do doktora Mannon. Nie był to wytwór jego wyobraźni; to 
było  co  poważnego, może nawet  miertelnie  poważnego. Panicznym,  bezwiednym 
ruchem wyrzucił obie ręce ku głowie strącając na ziemię pojemnik z Arretapecem.
- Znowu się pan wierci... - zaczął VUXG.

background image

- Bardzo... bardzo przepraszam - wyjąkał Conway. Wymamrotał co nieskładnego, że 
musi wyjć, że to ważne i nie może poczekać, po czym uciekł w popłochu. 
Trzy godziny później siedział w gabinecie Mannon do przyjęć klasy DBDG, a pies 
doktora   to   na   niego   warczał,   to   przewracał   się   na   grzbiet   bezskutecznie   usiłując 
nakłonić   Conwaya   do   zabawy.   Ten   jednak   nie   miał   ochoty   na   zwyczajowe 
poszturchiwania i zapasy, które i jemu, i psu sprawiały wielką przyjemnoć, gdy był po 
temu czas. Całą uwagę skupił na schylonej głowie jego byłego szefa oraz wykresach 
leżących na biurku. Nagle Mannon podniósł wzrok.
- Nic panu nie jest - orzekł tym swoim stanowczym tonem, którym zwracał się do 
studentów   i   pacjentów   podejrzanych   o   symulowanie   choroby.   -   Och,   nie   mam 
wątpliwoci - dodał kilka sekund potem - że pan rzeczywicie odczuwa to wszystko: 
zmęczenie, swędzenie i tak dalej... ale jakim przypadkiem zajmuje się pan obecnie?
Conway opowiedział mu wszystko. W czasie tej opowieci Mannon kilkakrotnie się 
umiechnął.
- Zakładam, że jest to pański pierwszy długotrwały, hm... kontakt z telepatą, a także, 
że nikomu jeszcze pan o tym przede mną nie mówił? - ton Mannon sugerował raczej 
owiadczenie niż pytanie. - I oczywicie, chociaż czuje pan to swędzenie najsilniej, gdy 
znajduje   się   pan   w   pobliżu   tego   VUXG-a   oraz   pacjenta,   występuje   ono   również 
słabiej kiedy indziej.
Conway skinął głową. - Odczuwałem je przez chwilę zaledwie pięć minut temu.
- Oczywicie wraz ze wzrostem odległoci następuje osłabienie - powiedział Mannon. - 
Jednak,   jeli   o   pana   chodzi,   nie   ma   się   pan   czego   obawiać.   Arretapec   usiłuje 
bezwiednie, rozumie pan - zrobić z pana telepatę. Wyjanię to panu...
Otóż okazuje się, że trwający przez dłuższy czas kontakt z jaką istotą obdarzoną 
zdolnociami   telepatycznymi   pobudza   pewne   rejony   mózgu   ludzkiego,   w   których 
znajdują się albo zaczątki zmysłu telepatycznego, który rozwinie się w przyszłoci, 
albo też pozostałoć takowego, który człowiek posiadał w okresie prymitywnym, ale go 
zatracił.
W rezultacie następowało doć kłopotliwe, choć nieszkodliwe podrażnienie. Jednakże 
w bardzo rzadkich przypadkach, dodał Mannon, owa bliskoć wywoływała w człowieku 
co jakby sztuczny zmysł telepatyczny, w wyniku czego mógł on czasem odbierać myli 
od   telepaty,   z   którym   uprzednio   pozostawał   w  kontakcie,   ale   tylko   od   niego.   We 
wszystkich tych przypadkach zdolnoć występowała wyłącznie od pewnego czasu i 
znikała,   gdy   istota   odpowiedzialna,   za   jej   wywołanie   rozstawała   się   z   tym 
człowiekiem.
-   Jednak   owe   przypadki   telepatii   wzbudzonej   są   niezwykle   rzadkie   -   zakończył 
Mannon - i najwyraźniej pan odbiera tylko jej drażniący dodatek, inaczej dowiedziałby 
się pan, co zamierza Arretapec po prostu odczytując jego myli...
Gdy Mannon kontynuował swoje wyjanienia, Conway uwolniony już od obawy, że 
złapał jaką nieznaną chorobę, mylał intensywnie. W miarę, jak przypominał sobie 
poszczególne sprawy związane z brontozaurem i Arretapecem, strzępki rozmowy z 
tym ostatnim i wreszcie jego własne badania nad życiem - i wyginięciem - ziemskich, 
dawno wymarłych olbrzymich gadów, w jego głowie formował się niejasny obraz. Był 
to szaleńczy obraz - lub przynajmniej zniekształcony - i nadal niekompletny, ale w 
końcu cóż innego taka istota, jak Arretapec, mogła robić z pacjentem podobnym do 
brontozaura; pacjentem, któremu nic nie dolegało?
- Słucham? - powiedział Conway. Zdał sobie sprawę, że Mannon mówił co do niego, 
czego nie usłyszał.
- Mówiłem, że jeli dowie się pan, co Arretapec robi, niech pan mi powie - powtórzył 
Mannon.

background image

- O, ja wiem, co on robi - odparł Conway. - Przynajmniej sądzę, że wiem; i rozumiem, 
dlaczego nie chce o tym mówić. To z powodu miesznoci, na jaką by się naraził, 
gdyby mu się nie udało, skoro sam pomysł jest absurdalny. Nie wiem natomiast, p o c 
o to robi...
- Doktorze Conway - powiedział Mannon podejrzanie słodko - jeli pan mi nie powie, o 
co chodzi, to, jak to treciwie ujmują nasi co głupsi stażyci, przerobię panu kiszki na 
podwiązki.
Conway   wstał   popiesznie.   Musiał   niezwłocznie   wrócić   do   Arretapeca.   Skoro   miał 
teraz pewne pojęcie o tym, co jest grane, musiał zająć się paroma rzeczami - pilnie 
potrzebnymi zabezpieczeniami, o których kto taki, jak VUXG, mógł nie pomyleć.
- Przykro mi, panie doktorze - odrzekł roztargnionym głosem - ale nie mogę panu 
powiedzieć. Widzi pan, w wietle tego, co pan mi mówił, istnieje możliwoć, że to, co 
wiem, pochodzi bezporednio, telepatycznie, z mózgu Arretapeca i dlatego stanowi 
tajemnicę lekarską. Muszę teraz pędzić, ale bardzo panu dziękuję.
Znalazłszy się na korytarzu rzucił się biegiem do najbliższego komunikatora i wezwał 
Dział   Eksploatacji.   Po   głosie,   który   się   odezwał,   rozpoznał   owego   pułkownika   z 
Dywizji Technicznej, którego spotkał poprzednim razem.
-   Czy   kadłub   tego   zaadaptowanego   transportowca   zapytał   szybko   -   wytrzyma 
uderzenie ciała o masie około czterech ton, poruszającego się z prędkocią, hm... 
między trzydzieci i sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę? Poza mm, jakie rodki 
bezpieczeństwa podjąłby pan, aby nie dopucić do konsekwencji takiego wydarzenia?
- Chyba pan żartuje - odparł pułkownik po dłuższej chwili milczenia. - Ciało to przeleci 
przez   kadłub   jak   przez   sklejkę.   Jednak   w   przypadku   powstania   takiego   otworu 
wewnątrz statku jest doć powietrza, by technicy zdążyli włożyć skafandry. Czemu 
pan pyta?
Conway   szybko   mylał.   Chciał,   żeby   co   zrobiono,   ale   nie   chciał   mówić   po   co. 
Powiedział   pułkownikowi,   że   obawia   się   o   systemy   grawitacyjne   utrzymujące 
sztuczne ciążenie wewnątrz statku. Było ich tak wiele, że niech no tylko który sektor 
przypadkowo odwróci kierunek przebiegu energii i odepchnie brontozaura od siebie, 
zamiast go przytrzymywać...
Z pewnym rozdrażnieniem pułkownik zgodził się, że obwody grawitacyjne mogłyby 
przełączyć   się   na   odpychanie,   a   także   można   je   było   skupić   w   siłowe   pola 
odpychające i przyciągające, ale taka przemiana nie następowała tylko dlatego, że 
kto by dmuchnął. Wmontowano w nie urządzenia zabezpieczające, które...
- Mimo wszystko - przerwał Conway - czułbym sil znacznie bezpieczniejszy, gdyby 
można było wszystkie obwody grawitacyjne ustawić tak, że w przypadku zbliżania się 
spadającego ciężkiego ciała automatycznie włączały odpychanie. Czy to możliwe?
- Czy to jest rozkaz? - zapytał pułkownik - czy po prostu nie może pan spać w nocy?
- Niestety, to rozkaz - odrzekł Conway.
-   W   takim   razie   to   możliwe.   -   Ostry   trzask   w   słuchawce   postawił   kropkę   na 
zakończenie rozmowy.
Conway   ruszył   w   drogę,   by   ponownie   dołączyć   do   Arretapeca   i   stać   się   znów 
idealnym   asystentem,   który   zna   odpowiedzi   na   pytania,   jeszcze   zanim   zostaną 
zadane.   Poza   tym,   pomylał   kwano,   będzie   musiał   tak   manewrować,   by   VUXG 
zadawał mu odpowiednie pytania, na które on zna odpowiedź. 
V

- Zapewnił mnie pan - powiedział Conway do Arretapeca piątego dnia współpracy - 
że   pański   pacjent   nie   cierpi   na   dolegliwoć   fizyczną;   nie   wymaga   także   leczenia 
psychiatrycznego. Wnioskuję z tego, że chce pan, drogą telepatii lub jaką zbliżoną, 
wywołać pewne zmiany w strukturze jego mózgu. Jeli mój wniosek jest prawidłowy, 

background image

mam   wobec   tego   dla   pana   wiadomoć,   która   może   pomóc,   lub   choćby   pana 
zainteresować:
Na   mojej   planecie   w   czasach   prehistorycznych   żył   olbrzymi   gad,   podobny   do 
pańskiego   pacjenta.   Z   jego  szczątków   wydobytych   przez   archeologów   wiemy,   że 
posiadał on drugi orodek nerwowy, kilkakrotnie większy niż właciwy mózg, znajdujący 
się   w   okolicy   kręgów   krzyżowych;   gad   potrzebował   go   najprawdopodobniej   do 
kierowania ruchami tylnych kończyn, ogona i tak dalej. Gdybymy mieli tu do czynienia 
z podobnym przypadkiem, musiałby się pan zająć dwoma mózgami, a nie jednym.
Czekając  na odpowiedź Conway dziękował Opatrznoci, że VUXG należy do rasy 
wysoko   rozwiniętej   etycznie,   która   nie   uznaje   stosowania   telepatii   wobec   nie-
telepatów; inaczej Arretapec wiedziałby, że Conway pewien jest istnienia u Emilii 
dwóch   orodków   nerwowych.   Gdy   pewnej   nocy   Arretapec   zajęty   był   wygryzaniem 
kolejnej dziury w biurku Conwaya, za on sam i pacjent smacznie spali, jego kolega 
potajemnie przewietlił nic nie podejrzewającego dinozaura.
- Pańskie domniemania są słuszne - odezwał się w końcu VUXG - a te informacje 
interesujące. Nie wiedziałem dotąd, że jedna istota może posiadać dwa mózgi. To 
może wyjaniać owe niezwykłe trudnoci w kontakcie z tym stworzeniem. Zbadam to.
Conway znowu poczuł swędzenie w głowie, ale tym razem był na to przygotowany i 
nie zareagował "wierceniem się". W końcu swędzenie ustało.
- Jest reakcja - powiedział Arretapec. - Po raz pierwszy otrzymałem odpowiedź. - 
Swędzenie pojawiło się znowu i zaczęło wzrastać.
Było   to   nie   tylko   takie   wrażenie,   jakby   mrówki   z   rozżarzonymi   do   czerwonoci 
szczypcami wyjadały mu mózg, mylał Conway cierpiąc, lecz starając się nie poruszyć 
i   nie   rozproszyć   skupionego   Arretapeca,   gdy   ten   w   końcu   do   czego   dochodził; 
wrażenie   było   takie,   jakby   kto   zardzewiałym   gwoździem   wybijał   dziury   w   jego 
biednym, rozdygotanym mózgu. Jeszcze nigdy dotąd tak się nie czuł; była to istna 
tortura.
I nagle nastąpiła subtelna zmiana w rodzaju doznań. Nie zmniejszenie, a pewien 
dodatek. Conway pochwycił jaki przelotny błysk czego - jakby kilka taktów wielkiego 
utworu muzycznego odtwarzanych z pękniętej płyty lub piękno dzieła sztuki, które 
jest popękane i zniekształcone prawie nie do poznania. Był pewien, że na chwilę, 
poprzez zakłócające fale bólu, zajrzał do myli Arretapeca.
Teraz wiedział już wszystko... 
VUXG otrzymywał odpowiedzi przez cały dzień, ale były to odruchy przypadkowe, 
gwałtowne i niekontrolowane. Po jednej szczególnie dramatycznej reakcji, w czasie 
której przerażony dinozaur zrównał z ziemią drzewa na całym hektarze, a następnie 
w popłochu schronił się w jeziorze, Arretapec ogłosił koniec pracy.
- To na nic - powiedział. - Stwór nie chce sam zrobić tego, czego go uczę, a kiedy 
zmuszam go, wpada w przerażenie.
W beznamiętnym, płaskim głosie z autotranslatora nie słychać było żadnych emocji, 
ale Conway, który miał przelotny kontakt z umysłem Arretapeca, domylał się owego 
gorzkiego   rozczarowania,   które   tamten   odczuwał.   Ogromnie   chciał   pomóc,   ale 
wiedział, że żadnego bezporedniego wsparcia nie może udzielić - w tym przypadku 
właciwą pracę musiał wykonać Arretapec, on sam za mógł tylko czasem to i owo 
popchnąć naprzód. Gdy wrócił do swego pokoju na noc, ciągle jeszcze łamał sobie 
głowę nad tym problemem, a zanim zasnął, zdawało mu się, że znalazł odpowiedź.
Następnego   dnia   wraz   z   Arretapecem   wytropili   doktora   Mannona,   który   włanie 
wchodził do bloku operacyjnego a klasy DBLF.
- Panie doktorze, czy możemy pożyczyć pańskiego psa? - zapytał Conway.
-   Do   celów   zawodowych,   czy   dla   rozrywki?   -   Mannon   zmierzył   go   podejrzliwym 
wzrokiem.   Był   tak   bardzo   przywiązany   do   swego   psa,   że   niektórzy   lekarze   - 

background image

nieziemscy podejrzewali między nimi jaki związek symbiotyczny. - Nic mu się nie 
stanie - zapewnił go Conway. - Będę wdzięczny.
Conway odebrał smycz od trzymającego psa stażysty z Tralthanu. - Teraz wracamy 
do mojego pokoju - powiedział do Arretapeca.
Dziesięć   minut   później   pies   Mannona   biegał   wciekle   szczekając   dookoła   pokoju, 
Conway za obrzucał go poduszkami i podgłówkami. Nagle jedna z poduszek trafiła 
psa   przewracając   go.   Dźwięk   łap   szorujących   i   lizgających   się   po   plastykowej 
posadzce ustąpił gwałtownemu wybuchowi pisków i warknięć.
Conway poczuł, jak co unosi go w powietrze zawieszając na wysokoci trzech metrów 
nad podłogą.
- Nie sądziłem - zahuczał z biurka głos Arretapeca że chce pan zrobić mi pokaz 
ziemskiego   sadyzmu.   Jestem   wstrząnięty,   przerażony.   Niech   pan   natychmiast 
wypuci to nieszczęsne zwierzę.
- Proszę mnie postawić na ziemi, a wszystko wyjanię - odrzekł Conway. 
Ósmego   dnia   oddali   psa   Mannonowi   i   powrócili   do   pracy   nad   dinozaurem.   Pod 
koniec   drugiego   tygodnia   wciąż   jeszcze   pracowali,   a   ich   obu   oraz   pacjenta 
obgadywano, opiskiwano, owistywano i ochrząkiwano we wszystkich językach, które 
były w użyciu w Szpitalu. Pewnego dnia siedzieli w jadalni, gdy Conway uwiadomił 
sobie, że wybrzękujący komunikaty głonik wywołuje włanie jego nazwisko.
- ... O'Marą przez interkom - mówił monotonnie głonik. - Uwaga, doktor Conway. 
Proszę się jak najprędzej skontaktować z majorem O'Marą przez interkom...
-   Przepraszam   -   powiedział   Conway   do   Arretapeca   spoczywającego   na   kostce 
plastiku,   którą   kierownik   obsługi   znacząco   umiecił   na   stole   Conwaya.   Ruszył   w 
kierunku najbliższego komunikatora.
-   To   nie   jest   sprawa   życia   i   mierci   -   odrzekł   O'Mara   zapytany,   o   co   chodzi.   - 
Chciałbym uzyskać od pana kilka wyjanień. Na przykład:
Doktor Hardin pieni się z wciekłoci, bowiem służąca za pożywienie rolinnoć, którą z 
taką troską sadzi i uzupełnia, została spryskana jaką substancją chemiczną, która 
pogorszyła jej smak. I dlaczego pewna częć żywnoci zachowała swój dawny smak, 
ale trzymacie ją pod kluczem? Po co wam projektor trójwymiarowy? I skąd w tym 
wszystkim   pies   Mannon?   -   O'Mara   chcąc   nie   chcąc   zatrzymał   się,   by   nabrać 
oddechu, po czym wyrzucał z siebie dalsze oskarżenia. - A pułkownik Skempton 
mówi, że jego technicy biegają jak szaleni montując wam coraz to nowe generatory 
pól siłowych. Nie o to chodzi, że on ma co przeciwko temu, ale jego zdaniem, gdyby 
tę całą maszynerię umiecić na zewnątrz zamiast w rodku, to ten wrak, w którym obaj 
się grzebiecie, mógłby  stawić  czoło i  dołożyć krążownikowi Federacji.  No, a jego 
ludzie, hm... - O'Mara utrzymywał swój głos na poziomie konwersacji, ale słychać 
było,   że   robi   to   z   trudem.   -   Wielu   z   nich   musi   szukać   mojej   fachowej   porady. 
Niektórzy z nich, zapewne ci szczęliwsi, po prostu nie wierzą własnym oczom. Inni za 
to znacznie bardziej woleliby zobaczyć różowe słonie.
Nastąpiło krótkie milczenie, po którym O'Mara mówił dalej.
- Mannon owiadczył mi, że gdy chciał pana zapytać, zasłonił się pan etyką zawodową 
i nie chciał pan nic powiedzieć. Zastanawiałem się...
- Bardzo mi przykro, ale... - powiedział niezręcznie Conway.
- Ale co wy robicie, do jasnej cholery!? - wybuchnął O'Mara. - A zresztą, wszystko 
jedno. Życzę powodzenia. Koniec rozmowy. 
Conway pospieszył do swego miejsca, by podjąć przerwany dyskurs z Arretapecem.
- Wygłupiłem się - powiedział, gdy w chwilę później opuszczali jadalnię. - Trzeba było 
wziąć pod uwagę czynnik wielkoci. No, ale teraz już mamy...
- Obaj się wygłupilimy, przyjacielu Conway - poprawił Arretapec monotonnym głosem 
autotranslatora. Jak dotąd, większoć pańskich pomysłów dała pozytywne rezultaty. 

background image

Stanowi pan dla mnie nieocenioną pomoc, do tego stopnia, że czasem podejrzewam, 
iż odgadł pan, co chcę osiągnąć. Mam nadzieję, że również ten ostatni pomysł da 
wyniki.
- Będziemy trzymać kciuki.
Tym razem Arretapec nie zwrócił uwagi, jak to miewał w zwyczaju, że po pierwsze, 
nie   wierzy   w   szczęliwy   przypadek,   po   drugie   za,   nic   ma   palców.   Arretapec 
zdecydowanie   coraz   lepiej   pojmował   obyczaje   ludzi.   Conway   za   pragnął   bardzo, 
żeby ów nieskalany VUXG odczytał teraz jego myli, żeby mógł poznać, jak dalece 
Conway się w to zaangażował, jak bardzo chciał, żeby popołudniowy eksperyment 
Arretapeca się powiódł.
Przez całą drogę do transportowca czuł wzrastające napięcie. Kiedy dawał ostatnie 
instrukcje technikom i upewniał się, że wszyscy wiedzą, co robić w każdej możliwej 
sytuacji, czuł, że żartuje trochę za wiele i mieje się nieco zbyt głono. Ale w końcu 
wszyscy okazywali oznaki przemęczenia. A w jaki czas później, gdy stanął bliżej niż 
pięćdziesiąt   metrów   od   pacjenta   obwieszony   sprzętem   jak   choinka   degrawitator 
opinający go w pasie, wyzwalacz i monitor projektora stereoskopowego umocowane 
na piersi, na ramionach za zawieszona ciężka radiostacja - jego napięcie osiągnęło 
stadium nieruchomoci, jak u sprężyny, której bardziej już nie można nakręcić.
- Ekipa projekcyjna gotowa - rozległ się jaki głos.
- Pożywienie na miejscu - odezwał się inny.
- Wszyscy operatorzy pól siłowych na stanowiskach zaraportował trzeci.
-   W   porządku,   doktorze   -   powiedział   Conway   do   unoszącego   się   w   powietrzu 
Arretapeca   i   przesunął   nagle   suchym   językiem   po   jeszcze  suchszych   wargach.   - 
Niech pan robi swoje.
Nacisnął wyzwalacz projektora i oto natychmiast wokół niego i nad nim pojawił się 
niematerialny obraz jego samego, ale o wysokoci piętnastu metrów. Zobaczył, jak 
głowa   pacjenta   unosi   się;   usłyszał   ów   niski,   jęczący   dźwięk,   który   brontozaur 
wydawał   w   chwilach   podniecenia   lub   przestrachu,   a   który   tak   dziwacznie 
kontrastował z jego rozmiarami. W końcu ujrzał, jak pacjent cofa się niezgrabnie ku 
brzegowi   jeziora.   Ale   Arretapec   zawzięcie   wysyłał   ku   niemu   silne   fale   uczucia 
spokoju i zaufania - i oto wielki gad uspokoił się. Bardzo powoli, aby go nie spłoszyć, 
Conway wykonał ruchy sięgania za siebie, podnoszenia czego i położenia tego przed 
sobą. Ponad nim jego piętnastometrowy obraz uczynił to samo.
Ale w miejscu, gdzie olbrzymia dłoń obrazu sięgnęła ziemi, znajdowała się wiązka 
rolinnoci,   a   gdy   jego   ręka   się   uniosła,   wiązka   poszybowała   za   nią,   utrzymywana 
przez   delikatnie   prowadzone   trzy   skupione   pola   siłowe.   Świeża,   wilgotna   jeszcze 
wiązka   lici   palmowych   znalazła   się   w   pobliżu   wciąż   jeszcze   niespokojnego 
brontozaura, pozornie położona przez olbrzymią dłoń, która następnie wycofała się. 
Po chwili oczekiwania, która Conwayowi zdała się wiecznocią, potężna zakrzywiona 
szyja wygięła się w dół. Brontozaur zaczął skubać...
Conway raz jeszcze wykonał te same ruchy, a potem znowu. Za każdym razem jego 
piętnastometrowy obraz przybliżał się coraz bardziej.
Wiedział,   że   brontozaur   mógł   w   razie   potrzeby   jeć   znajdującą   się   wokół   niego 
rolinnoć, ale od kiedy rozpylacz doktora Hardina włączył się do akcji, nie było to zbyt 
smaczne   pożywienie.   Gad   poznawał;   że   te   smaczne   kąski,   to   dawne,   pyszne 
jedzonko; wieże, soczyste, słodko pachnące, które nie wiedzieć czemu, ostatnio jako 
zniknęło. Skubanie przeszło w żarłoczne pożeranie.
- Bardzo dobrze - powiedział Conway. - Etap drugi... 
VI

background image

Korzystając z pomocy małego monitora, w którym widać było, jak się jego obraz 
faktycznie   ma   do   wielkoci   brontozaura,   Conway   ponownie   wysunął   rękę. 
Umieszczony na przeciwległej cianie niewidoczny operator kolejnego pola siłowego 
włączył je, synchronizując jego działanie z ruchami ręki, co w sumie dało taki efekt, 
jakby pacjenta głaskano po potężnym karku stosując zdecydowany, choć łagodny 
nacisk. Po pierwszej chwili przestrachu pacjent powrócił do jedzenia, co jaki czas 
drżąc lekko. Arretapec doniósł, że brontozaurowi sprawia to przyjemnoć.
- A teraz - powiedział Conway - pobawimy się trochę mniej delikatnie.
Dwie olbrzymie ręce spoczęły na boku gada, zmasowane pola siłowe pchnęły go, 
przewracając   z   trzaskiem,   który   wstrząsnął   ziemią.   Przerażony   teraz   naprawdę 
brontozaur rzucał się wciekle i unosił nogi, na próżno usiłując dźwignąć niezgrabne i 
ociężałe cielsko na nogi. Lecz potężne race nie zamierzały zadać miertelnego ciosu; 
nadal  tylko  głaskały  go i  poklepywały.  Brontozaur uspokoił  się  i  zaczął  ponownie 
okazywać   zadowolenie,   ale   ręce   nagle   zmieniły   pozycję.   Pola   siłowe   pochwyciły 
leżące ciało, uniosły je i przywróciły na drugą stronę.
Włączywszy degrawitator, by zwiększyć swą ruchliwoć, Conway zaczął podskakiwać 
obok   brontozaura   i   ponad   nim,   a   Arretapec,   który   był   z   pacjentem   w   kontakcie 
psychicznym,   cały   czas   donosił   o   skutkach   poszczególnych   bodźców.   Conway 
poklepywał   olbrzymiego   gada,   głaskał   go,   okładał   pięciami   i   popychał   swymi 
potężnymi   niematerialnymi   rękoma,   a   przez   cały   czas   obsługa   pól   siłowych 
znakomicie za nim nadążała...
Podobne   zabiegi   miały   już   miejsce   poprzednio,   połączone   z   innymi   działaniami, 
które,   jak   szeptano,   jednego   technika   wpędziły   w   alkoholizm,   za   przynajmniej 
czterech  innych  z  niego wyleczyły.   Ale  dopiero,  kiedy  wzięto  pod  uwagę  czynnik 
wielkoci, - tak jak dzi, przy użyciu trójwymiarowego projektora, wyniki dowiadczeń 
zaczęły być obiecujące. Poprzednio, przez miniony tydzień wyglądało to, jakby mysz 
maltretowała psa bernardyna. Nic więc dziwnego, że brontozaur wpadł w panikę, gdy 
przytrafiały   mu   się   najprzeróżniejsze   niewytłumaczalne   rzeczy,   a   jedyną   ich 
przyczyną, którą był w stanie zobaczyć, były dwie maleńkie ledwie przezeń widzialne 
istotki!
Rasa, do której należał pacjent, zamieszkiwała swą planetę od stu milionów lat, a jej 
przedstawiciele   byli   niezwykle   długowieczni.   Chociaż   jego   obydwa   mózgi   były 
stosunkowo niewielkie,  miał  on znacznie więcej inteligencji  od psa, toteż wkrótce 
Conway nauczył go służyć i prosić.
A dwie godziny później brontozaur uniósł się w powietrze. 
Uleciał   w   górę   momentalnie:   monstrualny,   niezgrabny,   niemożliwy   do   opisania 
potwór, którego ogromne nogi bezwolnie wykonywały ruchy jak przy chodzeniu, a 
wielka szyja i ogon zwisały lekko się kołysząc. To mózg krzyżowy, a nie czaszkowy 
sterował   lewitacją,   pomylał   Conway,   gdy   olbrzymi   gad   zbliżył   się   do   wiązki   lici 
palmowych, które zachęcająco zwisały szećdziesiąt metrów nad jego głową. Ale był 
to drobiazg. Brontozaur lewitował, a o to chodziło. Chyba że...
- Czy pan mu pomaga? - Conway zapytał ostro Arretapeca.
- Nie.
Odpowiedź   była   jak   zwykle   z   koniecznoci   beznamiętna,   ale   gdyby   VUXG   był 
człowiekiem, byłby to okrzyk triumfu.
- Dobra, stara Emilia - rozległ się okrzyk w słuchawkach Conwaya. Był to chyba jeden 
z operatorów pól siłowych. - Uwaga, przelatuje obok!
Brontozaur nie trafił w zawieszoną wiązkę lici i unosił się coraz szybciej. Wykonał 
niezgrabny, konwulsyjny ruch, by dosięgnąć jej w locie, co nadało jego ciału wyraźny 
ruch wirowy. Dalsze gwałtowne ruchy szyi i ogona tylko pogarszały sytuację...

background image

- Lepiej ją stamtąd zdjąć - powiedział z naciskiem inny głos. - To sztuczne słońce 
może jej spalić ogon.
- ... A to wirowanie napędza jej strachu - zgodził się Conway. - Uwaga, operatorzy 
pól!
Ale było już za późno. Słońce, ziemia i niebo wirowały jak szalone wokół istoty, która 
dotąd była przyzwyczajona do solidnego gruntu pod nogami. Chciała gdzie uciec - w 
górę   lub   w   dół,   gdziekolwiek.   Pomimo   desperackich   wysiłków   Arretapeca,   by   go 
uspokoić, nastąpiła, ponowna teleportacja.
Conway ujrzał, jak owa olbrzymia góra cielska i koci startuje znienacka, przynajmniej 
cztery razy szybciej niż na początku.
- Uwaga, sektor H! - ryknął. - Wyhamujcie go, ale łagodnie!
Ale nie było ani czasu, ani miejsca na łagodne hamowanie. Aby uniknąć miertelnego 
uderzenia o wewnętrzną powierzchnię statku - a także przebicia jej i wylecenia w 
Kosmos - operatorzy musieli działać płynnie lecz stanowczo, toteż brontozaurowi to z 
koniecznoci ostre hamowanie musiało się wydać silnym uderzeniem o przeszkodę. 
Ponownie uniósł się w górę.
- Uwaga, sektor C! Leci na was!
Jednak i tu wystąpiło to samo, co w sektorze H - zwierzę wystraszyło się i uleciało 
jeszcze w inną stronę. I tak to trwało: olbrzymi gad migał z jednej strony statku na 
drugą, aż...
- Mówi Skempton - rozległ się ostry, autorytatywny głos.- Moi ludzie twierdzą, że 
podstawy generatorów pól siłowych nie są przystosowane do czego takiego. Nie są 
odpowiednio zamocowane. Poszycie kadłuba pękło w omiu miejscach.
- Czy nie można...
-   Łatamy   przecieki   tak   szybko,   jak  się   da   -  przerwał   Skempton   odpowiadając  na 
pytanie Conwaya jeszcze przed jego zadaniem. - Ale to łomotanie roztrzęsie statek...
W tym momencie włączył się Arretapec.
- Doktorze Conway - powiedział - mimo, iż to jest oczywiste,  że pacjent wykazał 
zdumiewającą sprawnoć w zakresie swego nowego talentu, to jest ona ograniczona 
przez przerażenie i oszołomienie. Jestem przekonany, że to bolesne dowiadczenie 
spowoduje nieodwracalne szkody w procesie mylenia istoty...
- Conway, u w a g a! 
Brontozaur zatrzymał się blisko powierzchni w odległoci kilkuset metrów, po czym 
mignął   w   bok,   dokładnie   tam,   gdzie   stał   Conway.   Ale   leciał   po   linii   prostej   w 
wydrążonej   wewnątrz   kuli,   toteż   jej   zakrzywiona   powierzchnia   dążyła   mu   na 
spotkanie. Conway ujrzał, jak mknące ciało kołysze się i obraca, ponieważ operatorzy 
pól usiłują zmniejszyć prędkoć lotu. I oto potężne ciało pruło już przez niskie, gęsto 
rosnące   drzewa,   a   zaraz  potem   ryło   szeroką   płytką   bruzdę   w   miękkiej,  bagnistej 
ziemi pchając przed sobą niewielki pagórek wyrwanej rolinnoci. Conway znajdował 
się dokładnie na jego drodze.
Nim zdołał włączyć degrawitator, ziemia uniosła się przed nim i przykryła go. Przez 
kilka minut był zbyt oszołomiony, by pojąć, dlaczego nie może się ruszać. Następnie 
spostrzegł, że tkwi po pas w kleistej mazi składającej się z odłamków gałęzi i błota. 
Wstrząsy i drżenia, które odczuwał całym ciałem, pochodziły od brontozaura, który 
gramolił   się   na   nogi.   Conway   uniósł   wzrok   i   ujrzał   nad   sobą   jego   ogromne, 
niezgrabnie obracające się cielsko, po czym usłyszał klanięcia i trzaski wywołane 
nogami zapadającymi się prawie po kolana w ziemię i podszycie.
Stworzenie ponownie zmierzało w kierunku jeziora, a Conway znajdował się na jego 
drodze...
Zaczął   krzyczeć   i   szamotać   się   usiłując   zwrócić   na   siebie   uwagę,   bowiem   i 
degrawitator, i radio uległy zniszczeniu, a on sam znalazł się w pułapce. Olbrzymi 

background image

gad podszedł bliżej, jego potężna, lekko wygięta szyja przesłoniła wiatło, a ogromna 
przednia noga uniosła się, by go umiercić i jednoczenie pogrzebać. I nagle Conway 
poczuł, jak co porywa go w górę i unosi w pobliże fruwającego pojemnika z suszoną 
liwką pływającą w syropie...
- W chwilowym podnieceniu - powiedział Arretapec - zapomniałem, że pan potrzebuje 
mechanicznego urządzenia do teleportacji. Proszę przyjąć wyrazy ubolewania.
-   N-nic   nie   szkodzi   -   odrzekł   Conway   drżącym   głosem.   Nadludzkim   wysiłkiem 
opanował rozdygotane nerwy. Potem zobaczył w dole operatorów pól siłowych.
- Dajcie tu nowe radio i zdalne sterowanie projektora! - zawołał nagle.
Dziesięć minut później, choć potłuczony i poobijany, był gotów do dalszej pracy. Stał 
na brzegu jeziora, Arretapec wisiał u jego ramienia, a nad nim ponownie wznosił się 
jego piętnastometrowy wizerunek. Arretapec, który był w kontakcie psychicznym z 
brontozaurem znajdującym się pod powierzchnią jeziora, owiadczył, że ważą się losy 
eksperymentu.   Pacjent   miał   wstrząsające   przejcia,   ale   obecnie   znajdował   się   w 
bezpiecznym dlań miejscu pod wodą tam, gdzie dotychczas znajdował ratunek przed 
głodem i napacią wrogów - i to, wraz z psychicznym uspokojeniem powodowanym 
przez Arretapeca, wywierało nań uspokajający wpływ.
Conway czekał, raz z nadzieją, raz w czarnej rozpaczy.
Czasami siła jego uczuć zmuszała go do przeklinania. Nie byłoby to takie trudne; i nie 
znaczyłoby   dla   niego   tak   wiele,   gdyby   nie   doznał   wówczas   kontaktu   z   umysłem 
Arretapeca, ani gdyby tak nie polubił tej sztywnej i przesadnie protekcjonalnej kulki 
gnoju.   Przecież   każda   istota   z   takim   intelektem,   która   chciała   osiągnąć   to,   co 
zamierzał Arretapec, miała prawo do uczucia wyższoci.
Nagle   wielka   głowa   wysunęła   się   ponad   powierzchnię   wody   i   ogromne   cielsko 
wylazło na brzeg. Powoli, niezgrabnie zgięły się tylne nogi, a długa stożkowata szyja 
uniosła się ku górze. Brontozaur znowu chciał się bawić.
Co cisnęło Conwaya za gardło. Popatrzył w stronę, gdzie leżało kilkanacie gotowych 
do użycia wiązek soczystej zieleniny, za jedna z nich znajdowała się już w drodze 
gada. Zamachał nagle ręką. - Och, dajcie mu wszystkie - powiedział. - Zasłużył na 
nie... 
- ... Więc kiedy Arretapec zapoznał się z warunkami na planecie pacjenta - mówił 
nieco  sztywno  Conway  -  a jego  zdolnoć  prekognicji   powiedziała  mu,  jaka  będzie 
najprawdodobniej przyszłoć tego wiata, po prostu musiał spróbować ją zmienić.
Conway   znajdował   się   w   biurze   naczelnego   psychologa   i   zdawał   wstępny,   ustny 
raport w otoczeniu zaciekawionych lekarzy O'Mary, Hardina, Skemptona i dyrektora 
Szpitala. Byłoby wielką przesadą, gdyby kto stwierdził, że czuł się swobodnie.
-   Arretapec   należy   jednak   do   starej,   dumnej   rasy,   a   zdolnoć   telepatii   zwiększa 
jeszcze jego wrażliwoć: telepaci oczywicie czują, co inni o nich mylą. Propozycja 
Arretapeca była tak miała; a jego i jego rasę narażała na tak ogromną miesznoć, 
gdyby się nie powiodła, że po prostu musiał wszystko trzymać w tajemnicy. Warunki 
na   planecie   brontozaurów   wskazywały,   że   po   wymarciu   olbrzymich   gadów   nie 
powstanie   tam   inna   rasa   inteligentna,   a   z   geologicznego   punktu   widzenia   owo 
wymarcie nie było zbyt odległe. Rasa, do której należy pacjent, zamieszkiwała tę 
planetę   już   od   doć   dawna   -   jej   uzbrojony   ogon   i   zdolnoć   pływania   pozwoliły   im 
przeżyć bardziej drapieżne i wyspecjalizowane współczesne im gatunki - ale zmiany 
klimatyczne   były   nieuniknione,   a   dinozaury   nie   mogły   podążyć   za   słońcem   ku 
równikowi,   bowiem   lądy   tej   planety   dzieliły   się   na   wiele   małych   kontynentów. 
Brontozaur nie umie przebyć oceanu. Gdyby jednak owe gigantyczne gady można 
było skłonić do wykształcenia parapsychicznej zdolnoci teleportacji, bariera oceanu 
zniknie, a wraz z nią niebezpieczeństwo nadchodzącego głodu i braku żywnoci. To 
włanie powiodło się doktorowi Arretapecowi.

background image

-   Skoro   Arretapec   dał   brontozaurowi   zdolnoć   teleportacji   drogą   bezporedniego 
oddziaływania na mózg - włączył się w tym momencie O'Mara - dlaczego, nie można 
tego samego osiągnąć u nas?
- Prawdopodobnie dlatego, że dajemy sobie wietnie radę bez tego - odparł Conway. - 
Z drugiej strony pacjentowi wykazano i dano do zrozumienia, że owa zdolnoć jest 
konieczna dla jego przeżycia. Gdy sobie to uwiadomi, będzie używał tej zdolnoci i 
przekazywał   ją,   bowiem   występuje   ona   w   postaci   utajonej   prawie   u   wszystkich 
gatunków.   Wychowanie   istot   inteligentnych   na   planecie,   która   inaczej   stałaby   się 
martwa - oto projekt godny tych szlachetnych nauczycieli...
Conway mylał teraz o tamtym krótkim, prekognicyjnym wejrzeniu w myli Arretapeca - 
o obrazie cywilizacji, która rozwinie się na planecie brontozaurów, a także o tych 
monstrualnych,   a   jednoczenie   pełnych   dziwnej   gracji   istotach,   które   będą   ją 
zamieszkiwać w jakiej bardzo odległej przyszłoci. Nie wypowiedział jednak tych myli 
głono.
- Jak większoć telepatów - rzekł zamiast tego - Arretapec był jednoczenie delikatny i 
niechętny czysto fizycznym metodom dowiadczeń. Dopiero kiedy pokazałem mu psa 
doktora Mannona i wyjaniłem, że ucząc zwierzę jakiej nowej umiejętnoci dobrze jest 
nauczyć   je   kilku   sztuczek   z   nią   związanych,   zaczęlimy   do   czego   dochodzić. 
Pokazałem mu tę zabawę, w której rzucam w psa poduszkami, a ten, szarpiąc je 
przez   chwilę,   robi   z   nich   stos   i   pozwala   się   rzucić   w   ten   stos.   W   ten   sposób 
zademonstrowałem,   że   stworzenia   na   niezbyt   wysokim   poziomie   umysłowym   nie 
mają nic przeciwko - w pewnych granicach niewielkiej szamotaninie...
-   A,   więc   powiedział   O'Mara   spoglądając   w   zamyleniu   na   sufit   -   to   tym   się   pan 
zajmuje w wolnych chwilach...
Pułkownik  Skempton  zakasłał.   -  Minimalizuje   pan   swój   udział  w  tym   wszystkim   - 
powiedział.   -   Pańska   przezornoć   polegająca   na   wypełnieniu   kadłuba   polami 
siłowymi...
-   Jest   jeszcze   jedna   sprawa,   nim   powiem   im   do   widzenia   -   przerwał   popiesznie 
Conway. - Arretapec usłyszał, niektórzy ludzie nazywają pacjenta "Emilią". Chciałby 
wiedzieć dlaczego.
- Wcale się nie dziwię - powiedział O'Mara z naciskiem. - Otóż - ciągnął sznurując 
usta - jeden człowiek obsługi lubujący się we wczesnej powieci, a szczególnie w 
utworach sióstr Bronte - Charlotte, Anne i Emilii - przezwał naszego pacjenta "Emilia 
Brontozaur". Muszę przyznać, że odczuwam osobiste, zawodowe zainteresowanie 
umysłem,   który   kojarzy   w   podobny   sposób...   -   O'Mara   miał   taką   minę,   jakby   w 
powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach.
Conway jęknął współczująco. Odwracając się, by wyjć, pomylał, że jego ostatnie i 
najtrudniejsze   zadanie   będzie   zapewne   polegało   na   wyjanieniu   szlachetnemu 
doktorowi Arrepecowi, czym jest żart słowny. 
Arretapec   i   dinozaur   wyjechali   następnego   dnia,   oficer   Korpusu   Kontroli 
odpowiedzialny   za   zaopatrzenie   Szpitala   wydał   olbrzymie   westchnienie   ulgi,   a 
Conway ponownie znalazł się na oddziale. Tym razem był jednak czym więcej niż 
zwykłym   wyrobnikiem   medycznym.   Postawiono   go   na   czele   sekcji   w   Oddziale 
Pediatrycznym i chociaż musiał posługiwać się danymi, lekami i historiami chorób 
dostarczonymi przez Diagnostyka Thornnastora, ordynatora Oddziału Patologii, nikt 
nie patrzył mu teraz na ręce. Miał prawo chodzić po całej sekcji i mówić sobie, że to j 
e g o oddział. A O'Mara przyrzekł mu nawet asystenta!
- ... Stało się oczywiste, odkąd pan tu przybył - powiedział mu major - że lepiej się 
pan czuje w towarzystwie nieziemców niż przedstawicieli własnej rasy. Usadzenie 
pana   z   doktorem   Arretapecem   było   próbą,   którą   przeszedł   pan   z   honorem,   za 
asystent, którego otrzyma pan za kilka dni, może stać się kolejnym testem.

background image

O'Mara zamilkł na chwilę; potem mówił dalej potrząsnąwszy głową w zdziwieniu: - 
Nie tylko się panu doskonale układa w stosunkach z nieziemcami, ale nikt nawet nie 
plotkuje o tym, że się pan ugania za spódniczkami...
- Nie mam czasu - odrzekł poważnie Conway. Wątpię, żebym kiedy miał.
-   Nie   szkodzi,   mizoginia   jest   dopuszczalną   neurozą   odrzekł   O'Mara   przechodząc 
następnie do rozmowy o nowym asystencie. Potem Conway wrócił na swój oddział i 
pracował dużo pilniej, niż gdyby jaki zwierzchnik patrzył mu na ręce. Był tak zajęty, że 
uszły jego uszu pogłoski na temat dziwacznego pacjenta, którego przyjęto na trzeci 
oddział obserwacyjny... 

4... Kłopotliwy goć

Pomimo   ogromnych   zasobów   wiedzy   medycznej   dostępnych   w   Szpitalu,   nie 
mających   sobie   równych   w   cywilizowanej   Galaktyce,   zdarzały   się   przypadki   w 
Szpitalu   Kosmicznym,   z   którymi   nic   już   nie   można   było   zrobić.   Takim   włanie 
przypadkiem był pacjent należący do klasy SRTT, czyli takiego typu fizjologicznego, 
jakiego   jeszcze   nigdy   w   Szpitalu   nie   widziano.   Było   to   stworzenie   amebowate, 
posiadające   zdolnoć   wysuwania   dowolnych   kończyn,   narządów   zmysłów   czy   też 
powłoki   ochronnej   właciwej   dla   rodowiska,   w   którym   się   znajdowało;   jego 
fantastyczna   zdolnoć   adaptacyjna   rodziła   pytania,   jak   w   ogóle   co   takiego   mogło 
zapać na jakąkolwiek chorobę?
Najbardziej zagadkowym aspektem tej sprawy był zupełny brak wszelkich objawów. 
Nie  występowały   żadne  zakłócenia  w  pracy  organizmu,   częste  w  przypadku  istot 
pozaziemskich; nie było też żadnych groźnych infekcji bakteryjnych. Zamiast tego 
pacjent   po   prostu   roztapiał   się   -   cicho,   spokojnie,   bez   szmeru   i   sprawiania 
komukolwiek kłopotu, niczym kawałek lodu pozostawiony w ciepłym pomieszczeniu. 
Jego ciało dosłownie przemieniało się w wodę. Żadne zastosowane rodki nie zdołały 
zahamować tego procesu, za wszyscy Diagnostycy i lekarze pomniejszej rangi, choć 
nadal, i to coraz intensywniej poszukiwali właciwego leku, zaczynali sobie zdawać 
sprawę   z   pewną   goryczą,   że   pasmo   cudów   medycznych,   które   Szpital   Główny 
Sektora Dwunastego robił z monotonną już regularnocią, wkrótce ulegnie przerwaniu.
I z tego powodu jeden z najsurowszych przepisów Szpitala miał zostać na jaki czas 
uchylony. 
- Sądzę, że najlepiej będzie zacząć od początku - powiedział doktor Conway usiłując 
nie   gapić   się   na   mieniące   się   wszystkimi   kolorami,   nie   całkiem   jeszcze   zanikłe 
skrzydła   swego   nowego   asystenta.   -   Od   Izby   Przyjęć,   gdzie   załatwia   się   sprawy 
związane z przybyciem pacjentów.
Conway chwilę odczekał na ewentualne uwagi tamtego, tymczasem jednak żwawo 
maszerując w wymienionym kierunku. Starał się wyprzedzać swego towarzysza. Nie 
chciał ić obok niego nie dlatego, żeby go urazić, ale po prostu bał się zrobić mu 
krzywdę, co mogło grozić, gdyby przysunął się bliżej.
Nowy   asystent   był   przedstawicielem   klasy   GLNO   szecionożnym, 
zewnątrzszkieletowym,   przypominającym   owada   przybyszem   z   planety   Cinruss. 
Grawitacja na tej planecie wynosiła mniej niż jedną dwunastą ciążenia ziemskiego, 
co spowodowało, że owady urosły do takich rozmiarów i stały się grupą dominującą. 
Z tego powodu jednak przybysz musiał zaopatrzyć się aż w dwa degrawitatory, by 
zneutralizować ciążenie w Szpitalu, które inaczej rozgniotłoby go o podłogę. Jeden 
aparat zupełnie by mu do tego celu wystarczył, ale Conway ani trochę nie dziwił się 
swemu asystentowi, że chciał czuć się bezpiecznie. Był to osobnik niewiarygodnie 
kruchy,   kształtu   wrzecionowatego,   o   niezgrabnym   wyglądzie,   a   nazywał   się   dr 
Prilicla.

background image

Prilicla   przeszedł   już   staż   w   szpitalach   planetarnych   i   mniejszych   zakładach 
wielorodowiskowych, nie był więc zupełnie zielony, co zakomunikowano Conwayowi. 
Ale naturalnie wobec rozmiarów i skomplikowanej struktury Szpitala będzie się czuł 
zagubiony. Conway miał być przez jaki czas jego przewodnikiem i nauczycielem, po 
czym,  kiedy skończy się  jego  aktualny  przydział  do Pediatrii,  przekaże  obowiązki 
Prilicli.   Najwyraźniej   dyrektor   Szpitala   uważał,   że   przedstawiciele   ras   żyjących   w 
niskim   ciążeniu,   charakteryzujące   się   ogromną   wrażliwocią   i   subtelnocią   dotyku, 
wyjątkowo nadają się do opieki i właciwego obchodzenia się z co bardziej delikatnymi 
embrionami istot pozaziemskich.
To byłby dobry pomysł, pomylał Conway szybciutko ustawiając się pomiędzy Priliclą i 
stażystą   z   Tralthanu   prącym   przed   siebie   na   szeciu   słoniowatych   nogach,   gdyby 
wzmiankowane osobniki przystosowane do niskiego ciążenia były w stanie przeżyć 
kontakt z masywniejszymi i bardziej niezgrabnymi kolegami.
- Rozumie pan - powiedział Conway pokazując asystentowi drogę do Izby Przyjęć - 
że już zapisanie niektórych pacjentów samo w sobie jest problemem. Z mniejszymi 
osobnikami nie jest tak źle, ale jeli jest to Tralthańczyk lub dwunastometrowy AUGL z 
Chalderescolu... - urwał nagle. - Oto jestemy - dodał.
Przez   szeroki,   przezroczysty   odcinek   ciany   widać   było   pomieszczenie,   w   którym 
znajdowały się trzy potężne biurka, choć w chwili obecnej zajęte było tylko jedno. 
Znajdujący się za nim osobnik był Nidiańczykiem, błyskające za wiatełka wskaźników 
dowodziły, że dopiero co połączył się ze statkiem zbliżającym się do Szpitala.
- Proszę posłuchać... - zaczął Conway.
-   Pańska   identyfikacja   -   zażądał   czerwony   niedźwiadek   typowym   dla   tej   rasy 
warkliwym   staccato,   które   autotranslator   Conwaya   przekazał   w   postaci 
beznamiętnych   słów   w   języku   angielskim,   za   podobny   aparat   Prilicli   -   w   jego 
ojczystym języku.
- Pacjent, goć czy personel - i jaka rasa?
- Goć - padła odpowiedź z głonika - oraz człowiek.
Po   chwili   milczenia   niedźwiadek   odezwał   się   ponownie.   -   Proszę   podać   klasę 
fizjologiczną   -   zażądał   mrugnąwszy   porozumiewawczo   do   Conwaya   i   Prilicli.   - 
Wszystkie   rasy  inteligentne  mówią  o sobie  "ludzie",  a  inne nazywają  nieludzkimi, 
toteż nazwa ta jest bez znaczenia... 
Conway słuchał potem tej rozmowy tylko jednym uchem, tak był zajęty wyobrażaniem 
sobie, jak też może wyglądać istota należąca do tej klasy. Podwójne T oznaczało, że 
zarówno jej kształt, jak i cechy fizyczne były zmienne; R - że cechowała ją wysoka 
wytrzymałoć   na  skrajne  temperatury  i   cinienie,   a  jeszcze  do  tego  S...!   Gdyby  na 
zewnątrz   nie   czekał   przedstawiciel   tej   klasy,   Conway   nie   uwierzyłby   w   istnienie 
takiego zwierzaka.
A goć musiał być ważną osobistocią, bowiem dyżurny z Izby Przyjęć był w tej chwili 
ogromnie zajęty przekazywaniem wiadomoci o jego przybyciu do różnych osób w 
Szpitalu, z których większoć stanowili ni mniej, ni więcej Diagnostycy. W jednej chwili 
Conway   poczuł   nagły   przypływ   chęci,   by   obejrzeć   owo   ogromnie   niezwykłe 
stworzenie, ale zreflektował się. Gdyby tak zajął się podglądaniem zamiast tym, co 
do niego należało, doktor Prilicla nie znalazłby w nim dobrego przykładu. Poza tym 
Conway wciąż jeszcze nie rozgryzł go do końca - a Prilicla mógł okazać się jakim 
drażliwym osobnikiem, uważającym, że gapienie się na przedstawiciela innej rasy po 
to tylko, by zaspokoić zwykłą ciekawoć, stanowi poważne uchybienie...
- Gdyby to nie zakłóciło innych, ważniejszych spraw - przerwał jego myli głos Prilicli 
przekazywany przez autotranslator - to bardzo chciałbym przyjrzeć się temu gociowi.
Daj ci, Boże, zdrowie! pomylał Conway, ale udawał, że rozważa tę propozycję.

background image

- W innym przypadku - powiedział w końcu - nie zezwoliłbym na to, ale ponieważ luk, 
przez który przyjmują owego SRTT, jest niedaleko stąd, a mamy trochę czasu, zanim 
powrócimy na oddział, to chyba nie będzie nic zdrożnego w tym, że pan zaspokoi 
swą ciekawoć. Proszę za mną.
Kiwając dłonią na pożegnanie kosmatemu dyżurnemu Conway pomylał, że to dobrze, 
iż   autotranslator   Prilicli   nie   potrafi   przekazać   mocno   ironicznego   wydźwięku   jego 
ostatnich słów, toteż asystent nie pomyli sobie, że Conway zeń się nabija.
I nagle zesztywniał. Prilicla, uwiadomił sobie z niepokojem, ma zmysł empatyczny. 
Od   momentu   pierwszego   spotkania   nie   był   zanadto   wylewny,   ale   i   tak   to,   co 
powiedział, potwierdziło podejrzenia Conwaya w tej sprawie. Jego nowy asystent nie 
był telepatą - nie potrafił czytać w mylach - ale odbierał uczucia i emocje, a więc mógł 
być wiadom zainteresowania Conwaya.
Przyszła mu ochota, by dać sobie samemu w zęby za to, że zapomniał o tym zmyle 
empatycznym. Ciekawe, kto tu się z kogo nabija, pomylał kwano.
Pocieszył się w końca, że Prilicla ma przynajmniej łatwiejszy charakter niż niektóre 
osoby, z którymi do niedawna był zmuszony współpracować, jak na przykład doktor 
Arretapec.
Do luku nr 6, gdzie miało nastąpić przyjęcie gocia, można było dotrzeć w kilka minut, 
gdyby Conway skorzystał ze skrótu przez korytarz wypełniony wodą, prowadzący do 
sali   operacyjnej   dla   klasy   AUGL,   a   następnie   poprzez   oddział   chirurgiczny   dla 
chlorodysznych   przedstawicieli   klasy   PVSJ.   Oznaczało   to   jednak   koniecznoć 
nałożenia   lekkiego   skafandra   ochronnego,   a   choć   sam   Conway   potrafił   to   zrobić 
błyskawicznie,  bardzo  wątpił,   czy wielonożny Prilicla  jest   równie  sprawny.  Wobec 
tego musieli ić dłuższą drogą i to szybko.
Po drodze wyprzedzili ich Tralthańczyk ze złoconą opaską Diagnostyka oraz ziemski 
inżynier z działu Eksploatacji. Tralthańczyk parł przed siebie jak czołg, który poniosło, 
toteż   Ziemianin   musiał   koło   niego   biec   truchtem,   by   dotrzymać   kroku.   Conway   i 
Prilicla odsunęli się z szacunkiem, by dać drogę Diagnostykowi - a także, by uniknąć 
stratowania   -   po   czym   poszli   dalej.   Kilka   usłyszanych   słów   pozwoliło   im 
domniemywać,   że   Tralthańczyk   i   Ziemianin   stanowili   częć   komitetu   powitalnego 
przybysza, a doć kwane uwagi inżyniera dotyczyły tego, że goć przybył wczeniej niż 
oczekiwano.
Kiedy kilka sekund później minęli narożnik i oczom ich ukazał się wielki luk przyjęć, 
Conway ujrzał co, co wywołało jego mimowolny umiech. Przed lukiem zbiegały się 
trzy korytarze z tego poziomu oraz dwa następne z poziomów sąsiednich, połączone 
pochylniami. Po wszystkich tych korytarzach gnały ku luzie istoty różnych ras. Poza 
Tralthańczykiem   i   Ziemianinem,   którzy   włanie   ich   minęli,   był   tam   jeszcze   jeden 
Tralthańczyk,  dwa  gąsienicowce  DBLF  oraz kolczasty,  błonkowaty Illensańczyk  w 
przezroczystym   stroju   ochronnym   -   który   dopiero   co   wyłonił   się   z   pobliskiego 
korytarza   dla   chlorodysznych   istot   klasy   PVSJ   -   a   wszyscy   kierowali   się   ku 
wewnętrznej klapie olbrzymiej luzy, która już się otwierała, by wpucić oczekiwanego 
gocia. Conwayowi sytuacja ta zdawała się wysoce absurdalna. Oczyma wyobraźni 
ujrzał,   jak   cała   ta   zwariowana   menażeria   zbiega   się   jednoczenie   w   tym   samym 
punkcie z potężnym trzaskiem...
Umiechał się jeszcze do własnych myli, kiedy komedia gwałtownie i bez ostrzeżenia 
przemieniła się w tragedię. 
II

Gdy przybysz wyszedł z luku, który się za nim zamknął, Conway ujrzał co, co trochę 
przypominało  krokodyla  ze  zrogowaciałymi   na  końcach  mackami,  w  większoci  za 
było niepodobne do którego ze znanych mu stworzeń. Zobaczył, jak stwór usuwa się 

background image

z drogi wszystkich spieszących mu na spotkanie, a potem nagle rzuca się w kierunku 
Illensańczyka, który - jak Conway przypomniał sobie później znajdował się najbliżej i 
był  najmniejszy  sporód  witających. Wszyscy  zaczęli   krzyczeć  jednoczenie, tak  że 
autotranslator Conwaya (a zapewne i wszystkich innych) zaczął wydawać wysokie, 
oscylujące piski spowodowane przeciążeniem.
Wobec zębów i rogowych zakończeń macek szarżujących przybysza Illensańczyk, 
niewątpliwie zdając sobie sprawę ze słaboci okrywającego go skafandra, w którym 
znajdował   się   życiodajny   chlor,   czmychnął   z   powrotem   do   własnej   sekcji.   Goć, 
któremu na drodze stanął teraz Tralthańczyk dudniący co, co w jego pojęciu miało 
wywołać uspokojenie, obrócił się nagle i popędził z powrotem ku luzie...
Wszystkie   luzy   były   wyposażone   w   urządzenia   do   szybkiego   otwierania   w   razie 
koniecznoci; powodowały one zamknięcie jednych drzwi i natychmiastowe otwarcie 
drugich, bez czekania na wypełnienie wnętrza potrzebną mieszanką atmosferyczną. 
Illensańczyk mający za sobą rozszalałego przybysza, który rozdarł mu już zębami 
skafander,   w obliczu  grożącego mu  niebezpieczeństwa mierci   od  zatrucia  tlenem 
słusznie uznał swój przypadek za stan wyższej koniecznoci i uruchomił błyskawiczne 
zamki. Był zapewne zbyt przerażony, by dojrzeć, że przybysz nie znalazł się jeszcze 
całym ciałem wewnątrz luzy i gdy otworzą się drzwi wewnętrzne, zewnętrzne przetną 
jego ciało na dwie połowy...
Dookoła   luzy   panował   taki   harmider,   że   Conway   nie   dojrzał,   kim   był   ów   szybko 
mylący osobnik, który uratował życie gociowi naciskając następny guzik otwierający 
jednoczenie drzwi wewnętrzne i zewnętrzne. To posunięcie zapobiegło przecięciu 
przybysza na pół, ale powstało w ten sposób bezporednie połączenie z sekcją PVSJ, 
skąd   zaczęły   dobywać   się   gęste,   żółtawe   kłęby   chloru.   Zanim   Conway   zdołał 
cokolwiek przedsięwziąć, czujniki skażenia włączyły syrenę alarmową zatrzaskując 
jednoczenie   hermetyczne   grodzie   w   najbliższej   okolicy.   Wszyscy   znaleźli   się   w 
bardzo zgrabnej pułapce. 
Przez obłąkaną chwilę Conway starał się zwalczyć w sobie impuls skłaniający go do 
rzucenia się do grodzi i walenia w nie rękami. Następnie postanowił pobiec przez ten 
trujący   opar   do   następnej   luzy   kontaktowej   po   drugiej   stronie   korytarza.   W   luzie 
jednak znajdował się jeden z techników z Eksploatacji wraz z gąsienicowcem DBLF, 
obaj tak zatruci chlorem, że Conway zwątpił, czy uda im się przeżyć choć tyle czasu, 
ile potrzeba na włożenie skafandrów ochronnych. Czy jemu samemu, zastanawiał się 
przezwyciężając mdłoci, uda się tam dostać? W komorze luzy były również hełmy 
wystarczające na około dziesięć minut - wymagały tego przepisy bezpieczeństwa - 
ale aby do nich dotrzeć, musiałby wstrzymać oddech przynajmniej na trzy minuty i 
zaciskać mocno oczy, bowiem choć jedno zachłynięcie się chlorem albo kontakt z 
oczami   mogły   spowodować   trwałe   kalectwo.   Jak   jednak   miał   się   przedostać   po 
omacku przez tę wielką, miotającą się po całej podłodze masę tralthańskich nóg i 
macek?
W ogarnięty przerażeniem chaos jego myli wdarł się głos Prilicli. - Chlor jest zabójczy 
dla mojej rasy - powiedział asystent. - Proszę mi wybaczyć.
Prilicla   robił   ze   sobą  co  dziwnego.   Długie,   wieloczłonowe  odnóża   poruszały  się   i 
podrygiwały, jakby wykonując jaki dziwny taniec rytualny, za dwa sporód czterech 
manipulatorów - dzięki nim jego rasa zyskała sobie sławę urodzonych chirurgów - 
wykonywały   jakie   skomplikowane   zabiegi   z   czym,   co   wyglądało   na   rolki 
przezroczystej plastikowej folii. Conway niezbyt dokładnie widział, jak to się stało, ale 
nagle  jego  asystent  ukazał  się  owinięty  w  luźną,   przezroczystą  powłokę,  z  której 
wystawało jego szeć odnóży i dwa manipulatory, całe ciało za, skrzydła i pozostałe 
dwie   kończyny,   które   spryskiwały   płynem   uszczelniającym   otwory   na   odnóża   - 

background image

wszystko było całkowicie okryte. Luźna powłoka wydęła się i pozostała naprężona 
dowodząc w ten sposób, że jest hermetyczna.
-   Nie   wiedziałem,   że  pan   ma...   -   zaczął   Conway,   a  potem,   powodowany   nagłym 
przypływem   nadziei,   zaczął   szybko   mówić:   -   Niech   pan   posłucha.   Proszę   zrobić 
dokładnie to, co panu powiem. Niech mi pan znajdzie hełm, ale szybko...
Jednak nadzieja równie szybko zgasła, zanim jeszcze skończył wydawać polecenie 
asystentowi. Ten bez wątpienia mógł znaleźć dla niego hełm, ale jak się przedostanie 
do   luzy   poprzez   splątaną   masę   istot   na  podłodze?   Jedno   uderzenie   oderwie   mu 
odnóże   albo   wybije   dziurę   w   tym   słabiutkim   szkielecie   zewnętrznym   niczym   w 
skorupie jajka. Nie mógł wydać takiego polecenia, równałoby się to morderstwu.
Miał   włanie  odwołać  to  wszystko  i  nakazać  asystentowi,   by siedział   na  miejscu  i 
troszczył się o siebie, gdy ten podbiegł do ciany, wspiął się na nią ukonie i biegnąc po 
suficie   zniknął   w   oparach   chloru.   Conway   przypomniał   sobie,   że   wiele 
owadopodobnych istot rozumnych ma stopy zakończone przyssawkami, i ponownie 
wróciła   mu   nadzieja,   do   tego   stopnia,   że   jego   umysł   zaczął   rejestrować   inne 
wrażenia.
Niedaleko niego głonik na cianie informował wszystkich znajdujących się w Szpitalu, 
że w okolicy luzy nr 6 nastąpiło skażenie powietrza, za znajdujący się pod głonikiem 
interkom   wiecił   czerwoną   lampką   i   ostro   buczał   dając   do   zrozumienia,   że   kto   z 
Eksploatacji usiłuje dowiedzieć się, czy w strefie skażenia znajdują się jakie żywe 
istoty. Pełznący w powietrzu gaz dosięgnął już prawie Conwaya, gdy ten schwycił 
mikrofon interkomu.
- Cicho bądź i słuchaj! - krzyknął. - Mówi Conway, przy luku numer szeć. Dwie istoty 
klasy FGLI, dwie DBLF, jedna DBDG - wszystkie zatrute chlorem, ale jeszcze przy 
życiu. Jedna PVSJ w uszkodzonym ubiorze ochronnym, zatruty tlenem, i jeszcze 
jeden w górze...
Nagłe   pieczenie   w   oczach   sprawiło,   że   pospiesznie   pucił   mikrofon.   Zaczął   się 
wycofywać aż do hermetycznej grodzi, patrząc jak zbliża się żółta mgła. Nie widział 
nic   z   tego,   co   dzieje   się   na   korytarzu.   Po   pewnym   czasie,   który   zdawał   się 
wiecznocią, pojawił się na suficie wrzecionowaty kształt Prilicli. 
III

Hełm, który przyniósł Prilicla, był właciwie maską z własnym dopływem powietrza, 
która umieszczona na twarzy, mocno przylegała do czoła, policzków i dolnej szczęki. 
Powietrza wystarczało tylko na czas ograniczony - około dziesięciu minut - ale mając 
tę maskę na twarzy i nie czując na razie zagrożenia dla życia Conway stwierdził, że 
jego myli są o wiele janiejsze.
Jego   pierwszym   posunięciem   było   przejcie   przez   nadal   otwartą   luzę   kontaktową. 
Znajdujący się w rodku PVSJ leżał nieruchomo, a na jego ciele widniała szara plama, 
pierwszy   objaw   swoistego   nowotworu   skóry.   Dla   klasy   PVSJ   tlen   był   wyjątkowo 
szkodliwy.   Jak   tylko   mógł   najdelikatniej   Conway   wciągnął   go   do   jego   własnego 
oddziału,   do   pobliskiego   magazynku,   który   zapamiętał.   W   sekcji   chlorodysznych 
cinienie było nieco wyższe w porównaniu z cinieniem powietrza dla ciepłokrwistych 
tlenodysznych, toteż dla Illensańczyka ta atmosfera była stosunkowo czysta. Conway 
zamknął   go   w   magazynku   wpierw   wrzucając   do   rodka   kilka   warstw   tkaniny   z 
plastyku, która tu służyła za pociel. Po przybyłym do Szpitala SRTT nie było ladu.
Wróciwszy   do   korytarza   wyjanił   Prilicli,   co   trzeba   zrobić.   Zauważony   przez   niego 
wczeniej człowiek z Eksploatacji zdążył włożyć skafander, ale słaniał się na nogach 
kaszląc, a z oczu płynęły mu strumienie łez, toteż jasne było, że nie udzieli żadnej 
pomocy.   Conway   wymacał   drogę   wród   ledwo   poruszających   się   lub   całkowicie 

background image

nieprzytomnych ciał ku drzwiom luzy nr 6 i otworzył je. Na cianie komory znajdował 
się zgrabny rządek butli z powietrzem. Wziął dwie i wyszedł chwiejnie ze luzy.
Prilicla okrył już arkuszem folii jedno ciało. Conway otworzył zawór butli i wsunął ją 
pod przykrycie. Patrzył, jak plastyk wydyma się i lekko marszczy pod strumieniem 
wypływającego  powietrza.  Był   to  bardzo prymitywny  namiot  tlenowy,  pomylał,  ale 
najlepszy, jaki można było w tej chwili znaleźć. Poszedł po następne butle.
Po trzeciej wyprawie Conway zauważył znaki ostrzegawcze. Pocił się obficie, głowa 
mu pękała, a przed oczyma latały już czarne plamy - znak, że powietrze w hełmie 
wyczerpywało się. Powinien go zdjąć, wsadzić głowę pod plastyk jak inni i czekać na 
nadejcie pomocy. Zrobił kilka kroków ku najbliższej postaci pod rozciągniętą płachtą 
i... uderzył w podłogę. Serce łomotało mu w piersi, płuca stały w ogniu i nawet nie 
miał już siły zerwać z głowy hełmu...
Ze stanu głębokiej i osobliwie przyjemnej niewiadomoci Conwaya wyrwało uczucie 
bólu: co ponawiało wytężone wysiłki, by połamać mu żebra. Wytrzymywał to, dopóki 
się dało, potem jednak otworzył oczy i ryknął:
- Złaź ze mnie, do cholery! Nic mi nie jest!
Silnie zbudowany stażysta, który z zapałem robił mu sztuczne oddychanie, uniósł się 
na nogi.
- Kiedy tu przyszlimy - powiedział - ten oto pajączek owiadczył, że pan przestał czuć. 
Przez chwilę obawiałem się o pana; no, trochę się obawiałem. - Umiechnął się i 
dodał: - Jeli może pan już chodzić i mówić, O'Mara chce pana widzieć.
Conway mruknął potakująco i powstał. W korytarzu zainstalowano dmuchawy i filtry 
powietrzne,   które   szybko   usuwały   ostatnie   lady   chloru   w   powietrzu.   Wynoszono 
również tych, którzy ucierpieli w wypadku, niektórych na noszach okrytych namiotami 
powietrznymi,   innych   za   pod   opieką   tych,   którzy   ich   ratowali.   Dotknął   otartego 
miejsca na czole, skąd mu w popiechu zerwano maskę, a następnie nabrał w płuca 
kilka głębokich haustów powietrza, po to tylko, aby upewnić się, że koszmar sprzed 
kilku minut naprawdę się skończyła
- Dziękuję, doktorze - powiedział ze szczerym wzruszeniem.
- Nie ma o czym mówić, doktorze - odrzekł stażysta. 
Znaleźli O'Marę w hipnotamotece. Naczelny psycholog nie tracił czasu na zbędne 
wstępy. Wskazał krzesło Conwayowi; Prilicli za co, co przypominało surrealistyczny 
kosz namieci.
- Co się stało? - zapytał.
Pokój był pogrążony w cieniu, jeli nie liczyć powiaty ze wskaźników hipnoedukatora 
oraz   blasku   z   lampy   stojącej   na   biurku   majora.   Gdy   Conway   zaczął   opowiadać, 
widział tylko dwie stwardniałe, sprawne ręce wystające z rękawów ciemnozielonego 
munduru   oraz   dwoje   chłodnych,   szarych   oczu   w   pogrążonej   w   cieniu   twarzy.   W 
czasie relacji Conwaya ręce O'Mary nie poruszały się, a oczy ani razu nie odbiegły w 
bok.
Kiedy   relacja   dobiegła   końca,   O'Mara   westchnął   i   milczał   przez   chwilę,   po   czym 
powiedział:
-   W   czasie   wypadku   przy   luku   numer   szeć   znajdowało   się   czterech   czołowych 
Diagnostyków Szpitala, który w razie ich mierci poniósłby olbrzymią stratę. Szybkie 
działanie, które podjęlicie, pozwoliło uratować co najmniej trzech, toteż wyszlicie na 
parę bohaterów. Jednak oszczędzę wam rumieńca zażenowania i nie będę wałkował 
tej  sprawy. Nie mam również zamiaru - dodał sucho - stawiać was w kłopotliwej 
sytuacji pytając, skąd się tam w ogóle wzięlicie.
Conway zakasłał.
- Mnie by interesowało - odrzekł - dlaczego ten SRTT wpadł w taki szał. Można by 
powiedzieć, że to z powodu nadbiegającego mu na spotkanie tłumu, tylko że w ten 

background image

sposób   nie   zachowuje   się   żadna   inteligentna,   cywilizowana   istota.   Nasi   gocie   to 
wyłącznie przedstawiciele władz albo specjalici zapraszani z innych placówek; nie są 
to osoby wpadające w panikę na widok istoty obcej rasy. A w ogóle po co aż tylu 
Diagnostyków wyszło mu na spotkanie?
-   Zjawili   się   tam   -   powiedział   O'Mara   -   ponieważ   chcieli   zobaczyć;   jak   wygląda 
osobnik klasy SRTT, kiedy nie upodabnia się do kogo innego. Te dane mogły pomóc 
w przypadku, którym się obecnie zajmują. Poza tym, gdy mamy do czynienia z nie 
znaną   dotychczas   formą   życia,   nie   można   wywnioskować,   jakie   są   pobudki   jego 
działania. W końcu ów goć nie należy do żadnej kategorii osób zapraszanych do 
Szpitala. Tym razem jednak musielimy odstąpić od zasad, bowiem znajduje się u nas 
jego rodzic, w stanie agonalnym.
- Rozumiem - rzekł cicho Conway.
W   tym   momencie   do   pokoju   wszedł   Kontroler   w   stopniu   porucznika   i   popiesznie 
zbliżył się do O'Mary. - Przepraszam, panie majorze - powiedział. - Udało mi się 
znaleźć   lad,   który   pomoże   nam   w   poszukiwaniu   gocia.   Pielęgniarz   klasy   DBLF 
doniósł, że jaki osobnik klasy PVSJ oddalił się z miejsca wypadku mniej więcej w 
interesującym   nas   czasie.   Gąsienicowcom   Illensańczycy   nie   wydają   się   zbyt 
przystojni,   ale   pielęgniarz   owiadczył,   że   widziany   przez   niego   wyglądał   jeszcze 
gorzej, niczym istny potwór. Do tego stopnia, iż DBLF uznał, że to pacjent cierpiący 
na jaką straszną chorobę...
- Sprawdził pan, czy w Szpitalu nie ma istoty klasy PVSJ chorej na co, co dałoby taki 
efekt?
- Tak jest, panie majorze. Niema takiego przypadku. O'Mara przybrał srogi wyraz 
twarzy. - Bardzo dobrze, Carson - powiedział. - Wie pan, co trzeba zrobić. Skinieniem 
głowy zezwolił porucznikowi odejć. 
Podczas całej rozmowy Conway z trudem tylko mógł się opanować, za gdy Carson 
wyszedł, wybuchnął:
- To co, co widziałem wychodzące z luku, miało macki i... i... No, w każdym razie byłe 
zupełnie   niepodobne   do   PVSJ.   Wiem,   że   SRTT   potrafi   zmieniać   swą   budowę 
fizyczną, ale żeby aż tak i w tak krótkim czasie...!
O'Mara podniósł się nagle.
-   O   tej   formie   życia   -   powiedział   -   nie   wiemy   prawie   nic;   nie   znamy   jej   potrzeb, 
możliwoci, ani też modelowych reakcji emocjonalnych, a najwyższy czas, żebymy się 
dowiedzieli. Idę pogonić Collinsona z Łącznoci, żeby co wygrzebał: rodowisko, tło 
ewolucyjne, wpływy kulturowe i społeczne, i tak dalej. Nie możemy sobie pozwolić na 
to, żeby jaki goć tutaj ganiał, ot tak sobie. Narobi kłopotu tylko dlatego, że nic o nim 
nie wiemy.
-   A   co   do   was   dwóch   -   dodał   -   chciałbym,   żebycie   mieli   oczy   szeroko   otwarte   i 
wypatrywali   dziwacznie   wyglądających   pacjentów   czy   embrionów   na   Oddziale 
Pediatrycznym. Porucznik Carson poszedł włanie ogłosić komunikat w tej sprawie. 
Jeżeli znajdziecie kogo, kto może być naszym SRTT, podchodźcie do niego d e l i k a 
t n i e. Starajcie się zdobyć jego zaufanie, nie róbcie żadnych gwałtownych ruchów, a 
przede   wszystkim   nie   mąćcie   mu   w   głowie   -   niech   tylko   jeden,   z   was   mówi.   I 
natychmiast kontaktujcie się ze mną.
Kiedy już wyszli od O'Mary, Conway zadecydował, że do końca pierwszej połowy 
dyżuru niewiele więcej zrobią; odkładając więc obchód oddziału na popołudnie ruszył 
w kierunku ogromnej sali, która służyła za stołówkę dla wszystkich ciepłokrwistych 
istot   tlenodysznych   z   personelu   Szpitala.   W   jadalni   był   jak   zwykle   tłok   i   choć 
podzielono ją na sektory dla poszczególnych ras, Conway widział wiele stolików, przy 
których zeszły się - z ogromną niewygodą dla niektórych - istoty trzech czy czterech 
różnych klas, by pogadać o sprawach zawodowych.

background image

Conway   wskazał   Prilicli   wolny   stolik   i   sam   zaczął   się   ku   niemu   przepychać.   Na 
miejscu   stwierdził,   że   jego   asystent   wspomagany   przez   nadal   jeszcze   sprawne 
skrzydła   dotarł   tam   pierwszy   i   w   odpowiednim   czasie,   by   pokrzyżować   zamiary 
dwóch ludzi z Eksploatacji kierujących się ku temu samemu stolikowi. Podczas tego 
pięćdziesięciometrowego przelotu uniosło się kilka głów, ale tylko na chwilę - bywalcy 
tej stołówki przyzwyczajeni byli do znacznie osobliwszych widoków.
-   Sądzę,   że   większoć   naszego   jedzenia   będzie   odpowiadać   pańskiemu 
metabolizmowi   -   powiedział   Conway,   gdy   już   usiedli   -   ale   może   ma   pan   jakie 
szczególne preferencje?
Prilicla miał preferencje, a Conway omal się nie zakrztusił, gdy je usłyszał. Jednak 
nie o kombinację dobrze ugotowanego spaghetti i surowej marchewki tu chodziło, 
które to zestawienie samo w sobie nie było jeszcze takie złe; ale raczej o sposób, w 
jaki   Cinrussańczyk   zabrał   się   do   jedzenia.   Za   pomocą   wszystkich   wciekle 
pracujących manipulatorów gębowych Prilicla zwijał spaghetti w swego rodzaju linę, 
która   znikała   w   jego   przypominającym   dziób   otworze   gębowym.   Podobne   rzeczy 
zazwyczaj nie działały na Conwaya, ale tym razem widok ten wywołał nieprzyjemne 
reakcje w żołądku.
Nagle Prilicla zatrzymał się. - Mój sposób przyswajania pokarmu nie odpowiada panu 
- powiedział. - Przesiądę się...
- Nie, nie - odrzekł szybko Conway pojmując, że empata Prilicla odebrał jego reakcję. 
- Zapewniam pana, że to niepotrzebne. Jednak widzi pan, tutejsza etykieta wymaga, 
aby   istoty   znajdujące   się   w   mieszanym   towarzystwie   używały   tych   samych 
przyrządów do jedzenia, co gospodarz albo najstarszy rangą wród siedzących przy 
stole. Hm, czy poradzi pan sobie widelcem?
Prilicla poradził sobie z widelcem. Conway nigdy przedtem nie widział tak szybko 
znikającego spaghetti.
Z   tematu   jedzenia   rozmowa   przeszła,   doć   zresztą   naturalnie,   na   szpitalnych 
Diagnostyków   oraz   system   hipnotamowy,   bez   którego   owi   dostojni   medycy   - 
podobnie zresztą jak cały Szpital - nie mogliby pracować.
Diagnostycy zasłużenie cieszyli się szacunkiem i podziwem wszystkich w szpitalu, po 
trochu   za   i   współczuciem.   Bowiem   hipnotama   nie   tylko   dawała   zwykłą   wiedzę; 
również cała osobowoć istoty przekazującej tę wiedzę przechodziła do ich umysłów. 
Tym samym Diagnostycy poddawali się dobrowolnie najdrastyczniejszym rodzajom 
wielokrotnej   schizofrenii,   przy   czym   owe   obce   składniki   znajdujące   się   w   ich 
umysłach bywały tak odmienne pod każdym względem, że często posługiwały się 
nawet odmiennym systemem logiki.
Jedynym   wspólnym   mianownikiem   była   tylko   potrzeba   wszystkich   lekarzy,   bez 
względu na wielkoć, kształt czy liczbę nóg, by wyleczyć chorego.
Przy pobliskim stoliku siedział Diagnostyk - Ziemianin, który wyraźnie zmuszał się, by 
zjeć   najzupełniej   normalny   befsztyk.   Conway   skądinąd   wiedział,   że   ten   człowiek 
zajęty był przypadkiem, który wymagał zastosowania wiedzy zawartej na hipnotamie 
fizjologicznej   Tralthańczyków.   Ta   wiedza   uwypukliła   w   jego   mylach   osobowoć 
dostarczyciela   zapisu,   a   Tralthańczycy   brzydzili   się   mięsem   we   wszystkich 
postaciach... 
IV

Po obiedzie Conway zabrał Priliclę na pierwsze sale, do których zostali przydzieleni, 
po drodze za zasypywał go następnymi liczbami i szczegółami. Szpital składał się z 
trzystu osiemdziesięciu czterech poziomów i potrafił dokładnie odtworzyć rodowiska 
szećdziesięciu omiu różnych gatunków istot rozumnych obecnie znanych Federacji 
Galaktycznej.   Conway   nie   miał   zamiaru   przerazić   swego   asystenta   ogromem   tej 

background image

wielkiej lecznicy; nie chodziło też o przechwałki, jakkolwiek był bardzo dumny z faktu, 
iż udało mu się zdobyć pracę w tej znanej placówce. Po prostu nie miał pewnoci, jak 
Prilicla   jest   w   stanie   zabezpieczyć   się   przeciwko   różnym   warunkom,   z   którymi 
wkrótce się zetknie, a jego przemowa była wstępem do właciwego tematu.
Niepotrzebnie się jednak denerwował, bowiem Prilicla zademonstrował mu jak to ów 
lekki,   półprzejrzysty   strój   ochronny,   który   ocalił   go   przy   luku   nr   6,   można   było 
wzmacniać   od   wewnątrz   polem   siłowym   o  małym   natężeniu,   podobnym   do   tego, 
którego używano do zabezpieczenia statków międzygwiezdnych przed meteorytami. 
W razie potrzeby Prilicla mógł również zgiąć do wewnątrz nogi nie pozostawiając ich 
na zewnątrz kombinezonu, tak jak to uczynił przy luzie.
Kiedy przebierali się przed wejciem do przeznaczonej dla klasy AUGL częci Oddziału 
Pediatrycznego, skąd mieli zacząć obchód, Conway zaznajamiał asystenta z historią 
choroby znajdujących się tu istot.
W   pełni   rozwinięty   osobnik   klasy   fizjologicznej   AUGL   był   dwunastometrowym, 
jajorodnym, rybiokształtnym, opancerzonym mieszkańcem planety Chalderescol II. 
Jednak   stworzenia   znajdujące   się   obecnie   na   oddziale   wylęgły   się   dopiero   szeć 
tygodni temu i miały zaledwie metr długoci. Dwa wczeniejsze mioty z tej samej matki 
były,   podobnie   zresztą   jak   i   ten,   pod   każdym   względem   normalne,   a   potomstwo 
wyglądało na cieszące się dobrym zdrowiem. Mimo to dwa miesiące później żadne z 
dzieci nie pozostało przy życiu. Sekcja przeprowadzona na ich planecie wykazała, że 
powodem mierci było ostre zwapnienie chrząstek praktycznie we wszystkich stawach 
ich ciał, ale nie wyjaniła powodu owego schorzenia. Obecnie Szpital bacznie ledził 
potomstwo z ostatniego wylęgu, a Conway zaczął mieć nadzieję, że sprawdzi się 
powiedzenie, iż do trzech razy sztuka.
- Obecnie zaglądam do nich codziennie - mówił Conway - a co trzeci dzień biorę 
hipnotamę AUGL i przeprowadzam dokładne badanie. Teraz, jako mój asystent, pan 
będzie   musiał   robić   to   samo.   Kiedy   jednak   weźmie   pan   tamę,   to   radzę   panu 
wymazać ją zaraz po badaniu, chyba że zechce pan chodzić przez cały dzień w 
połowie przekonany, że jest pan rybą, zachowując się odpowiednio do tego...
- Podobna krzyżówka byłaby intrygująca, ale powodowałaby niewątpliwie ogromną 
dezorientację - zgodził się Prilicla. Jego ciało z wyjątkiem dwóch manipulatorów, było 
obecnie całkowicie ukryte w kokonie stroju ochronnego, odpowiednio obciążonego, 
by   zmniejszyć   kłopotliwy   wypór   cieczy.   Widząc,   że   Conway   również   jest   gotów, 
asystent włączył mechanizm luzy; a kiedy już weszli do wielkiego zbiornika ciepłej, 
zielonkawej cieczy, który stanowił salę szpitalną AUGL, zapytał:
- Czy pacjenci pozytywnie reagują na leczenie?
Conway potrząsnął głową. Potem, uwiadomiwszy sobie, że gest ten może nic nie 
znaczyć dla osobnika klasy GLNO, dodał:
- Jestemy nadal na etapie rozpoznania i leczenie jeszcze się nie rozpoczęło. Mam 
jednak kilka pomysłów, których nie mogę panu przedstawić, dopóki nie weźmiemy 
jutro obaj tamy AUGL. W każdym razie pewien jestem, że dwóch z naszych trzech 
pacjentów wyjdzie z tego - w sumie ten trzeci będzie musiał posłużyć jako królik 
dowiadczalny, by uratować pozostałych dwóch. Objawy pojawiają się i pogłębiają 
bardzo szybko - dodał - i włanie dlatego potrzebna mi taka cisła obserwacja. Teraz, 
kiedy punkt krytyczny jest tak blisko, trzeba chyba będzie przejć na obserwację w 
odstępach trzygodzinnych,  toteż  opracujemy sobie jaki grafik,  żeby nie stracić za 
dużo   snu.   Widzi   pan,   im   szybciej   wykryjemy   pierwsze   objawy,   tym   więcej   czasu 
będziemy mieli na działanie i tym większe szanse na uratowanie wszystkich trzech. 
Bardzo chciałbym, żeby mi wyszedł taki "hat-trick". 
Powiedziawszy to Conway pomylał, że Prilicla i tak jeszcze nie będzie wiedział, co to 
takiego "hat-trick", ale wkrótce się dowie, jak należy interpretować te wszystkie jego 

background image

skinienia, gesty i przenonie. Conway przeszedł kiedy przez to samo jako podwładny 
zwierzchników - nieziemców; czasem zachodził w głowę, klnąc na czym wiat stoi, 
dlaczego to nikt nie wymylił hipnotamy z idiomatyki pozaziemskiej do pomocy takim 
wieżo upieczonym stażystom, jak on. Były to jednak tylko myli powierzchowne; w 
głębi duszy Conway widział obraz ostry i niewzruszony, jakby namalowany, młodego 
osobnika, nieledwie w fazie embrionalnej, którego rozwijający się szkielet zewnętrzny 
składający się z około setki płytek kostnych zazwyczaj swobodnie przesuwających 
się   czy   poruszających   na   elastycznych   zawiasach   chrząstek,   by   umożliwić 
poruszanie   się   i   oddychanie,   miał   oto   przeistoczyć   się   w   skamieniałą   skorupę, 
więżącą, na krótką już tylko chwilę, zamkniętą w niej oszalałą wiadomoć...
- Czy mogę być w czym pomocny? - zapytał Prilicla odwołując w mgnieniu oka myli 
Conwaya   z   niedalekiej   przyszłoci   do   teraźniejszoci.   Cinrussańczyk   przyglądał   się 
trzem   smukłym,   opływowym   kształtom   migającym   po   wielkim   zbiorniku.   Zapewne 
zastanawiał   się,   w   jaki   sposób   uda   się   przytrzymać   które   ze   stworzeń   na   czas 
konieczny do zbadania. - Szybko się poruszają, prawda? - dodał.
-   Owszem   -   odparł   Conway.   -   Poza   tym   są   bardzo   delikatne   i   tak   młode,   że 
praktycznie w chwili obecnej nie można ich uznać za istoty obdarzone rozumem. 
Łatwo je przerazić, a każda próba zbliżenia się wprawia je w taką panikę, że szaleją 
po zbiorniku, dopóki nie wyczerpią swych sił lub nie doznają kontuzji uderzając o 
ciany. Musimy więc założyć pole minowe...
W kilku słowach wyjanił i zademonstrował, jak należy rozmiecić pojemniki ze rodkiem 
nasennym, który rozpuszcza się w wodzie, oraz w jaki sposób łagodnie i z daleka 
naprowadzić   na   owe   "miny"   nieuchwytnych   pacjentów.   Później,   już   kiedy   obaj 
zajmowali się badaniem trzech nieruchomych ciałek i Conway zobaczył, jak czuły i 
precyzyjny był dotyk manipulatorów Prilicli  i jak bystre jego wnioski,  wzrosły jego 
nadzieje na pomylny dla pacjentów obrót sprawy.
Po wyjciu z ciepłego i, zdaniom Conwaya, przyjemnego rodowiska sali AUGL przeszli 
obaj   do   sekcji   istot   radioaktywnych.   Tym   razem   badanie   znajdujących   się   tam 
pacjentów przebiegało zza szeciometrowej osłony, za pomocą zdalnie sterowanych 
mechanizmów. W tej częci Oddziału Pediatrycznego nie było nic pilnego. Wchodząc 
Conway pokazał Prilicli  mnóstwo rur zbiegających się w tym miejscu. Wyjanił, że 
Wydział   Eksploatacji   wykorzystuje  sekcję  radioaktywną  jako  zapasowy  reaktor  do 
owietlania i ogrzewania Szpitala.
Przez cały czas głoniki w cianach przekazywały monotonnym głosem informacje o 
poszukiwaniach   uciekiniera.   Nie   znaleziono   go   jeszcze;   natomiast   wzrastała   iloć 
pomyłkowych rozpoznań i zwykłych przywidzeń. Conway nie miał zbyt wysokiej opinii 
o tym SRTT od czasu rozmowy z O'Marą, ale teraz trochę się zaniepokoił na myl o 
tym, co zbiegły goć może nabroić szczególnie w jego oddziale, nie mówiąc już o tym, 
że niektórzy sporód pacjentów też mogą mu co zrobić. Gdyby choć trochę więcej 
wiedział o nim, gdyby miał jakie pojęcie o jego sile... Postanowił porozumieć się z 
O'Marą.
-   Według   ostatnio   otrzymanych   informacji   -   odpowiedział   naczelny   psycholog   na 
pytanie   Conwaya   -   klasa   SRTT   rozwinęła   się   na   planecie   krążącej   wokół   swego 
słońca   po   orbicie   ekscentrycznej.   Zmiany   geologiczne   i   klimatyczne   były   tego 
rodzaju, że do przeżycia potrzebny był wysoki stopień zdolnoci adaptacyjnych. Istoty 
te, zanim osiągnęły stadium inteligencji, posługiwały się jako metodą obrony albo 
przybieraniem jak najbardziej przerażającej normy, albo też upodabnianiem się do 
napastnika w nadziei, że w ten sposób unikną wykrycia. Ochronna mimikra stała się 
najpowszechniejszą metodą unikania niebezpieczeństwa, do tego stopnia, że proces 
ów stał się prawie automatyczny. Kolejne dane dotyczą rozmiarów i masy ciała tych 
istot w różnym wieku, z których wynika, że rasa ta jest długowieczna. Te niezbyt 

background image

pomocne informacje, wydobyte ze sprawozdania statku badawczego, który tę planetę 
odkrył, kończą się zastrzeżeniem, że to wszystko jest tylko do naszej informacji, oraz 
wzmianką, jakoby omawiane istoty nigdy nie chorowały. Ha!
- Zgadzam się z panem - powiedział Conway.
-   Jeden   szczegół,   być   może,   wyjania,   dlaczego   ten   SRTT   wpadł   w   panikę   po 
przylocie - dodał O'Mara. - Wród tych istot obowiązuje zwyczaj, że przy mierci rodzica 
obecni   są  najmłodsi  potomkowie,  a  nie  najstarsi.  Istnieje   niezwykle  silny   związek 
emocjonalny   pomiędzy   rodzicem   a   najmłodszym   dzieckiem.   Ocena   masy   ciała 
pozwala uznać naszego uciekiniera za osobnika bardzo młodego. Oczywicie nie jest 
to noworodek, ale daleko mu do dojrzałoci.
Conway   wciąż  jeszcze   rozmylał   nad  tym,   co   przed   chwilą   usłyszał,   podczas   gdy 
major mówił dalej.
- Co do jego ograniczeń, przypuszczam, że sekcja metanodysznych jest dla niego za 
zimna, podczas gdy oddział radioaktywnych zbyt gorący, podobnie jak owa sławetna 
łaźnia turecka na poziomie osiemnastym, gdzie znajdują się istoty oddychające parą 
wodną o niezwykle wysokiej temperaturze. Poza tym, wiem tyle co i pan na temat 
tego, gdzie się może w tej chwili znajdować.
- Gdybym zobaczył tego rodzica, może by to co pomogło - odrzekł Conway. - Czy to 
będzie możliwe?
- Ledwo ledwo - mruknął sucho O'Mara po dłuższej chwili milczenia. - W najbliższym 
otoczeniu pacjenta aż się roi od Diagnostyków i innych supermenów medycyny... Ale 
niech pan przyjdzie po zakończeniu obchodu, a postaram się to załatwić.
- Dziękuję panu - odparł Conway i przerwał połączenie.
Wciąż jeszcze miał niejasne wątpliwoci co do przybysza; jakie ponure przeczucie, że 
nie było to jego ostatnie zetknięcie z tym pozaziemskim nieletnim chuliganem, który 
w najwyższym stopniu opanował sztukę charakteryzacji. Conway pomylał kwano, że 
może  oto jego  bieżące  zajęcia  obudziły   w nim  instynkt   macierzyński;   gdy  jednak 
zreflektował się, ile szkody może spowodować taki osobnik klasy SRTT - wliczając w 
to szkody w sprzęcie i umeblowaniu, zakłócenia regularnoci ważnych terapii oraz 
rany, a może nawet mierć spowodowaną niewiadomym działaniem zrobiło mu się 
cokolwiek niedobrze.
Bowiem   nieudane   polowanie   na   uciekiniera   uprzytomniło   mu   pewien   bardzo 
niepokojący fakt, że SRTT nie był zbyt młody i niedojrzały, aby nie poradzić sobie ze 
luzami łączącymi poszczególne sekcje...
Na wpół gniewnie, Conway odsunął te bezpłodne obawy w głąb myli i zaczął udzielać 
Prilicli wyjanień na temat pacjentów na sali, którą mieli zaraz wizytować, a także w 
sprawie   rodków   zabezpieczających   i   metod   badań   koniecznych   w   przypadku 
przebywających tam istot.
Na sali tej znajdowało się dwadziecia osiem młodych osobników klasy FROB. Były to 
niskie,   przysadziste,   niezwykle  silne  istoty   pokryte  rogowatym  naskórkiem  niczym 
elastyczną   płytą   pancerną.   Dorosłe   osobniki   tej   rasy,   przy   znacznie   zwiększonej 
masie ciała, poruszały się powoli i ociężale, ale malcy migali zdumiewająco szybko, 
jak   na   siłę   ciążenia   czterokrotnie   przewyższającą   ziemskie   oraz   wysokie   cinienie 
atmosferyczne ich naturalnego rodowiska. W tych warunkach obchód odbywał się w 
ciężkich kombinezonach, a personel medyczny i pomocniczy nigdy nie poruszał się 
po   podłodze,   z   wyjątkiem   nagłych,   niebezpiecznych   przypadków.   Do   badań 
unoszono   pacjentów   z   podłogi   specjalnym   wyciągiem   zakończonym   chwytakiem; 
wciągano ich do specjalnej kopułki w stropie, gdzie usypiano ich przed zwolnieniem 
uchwytu. Zastrzyk usypiający podawano długą, niezwykle mocną igłą, którą trzeba 
było wbić w miejscu połączenia tułowia z przednią nogą - od strony brzucha. Było to 
jedno z nielicznych miękkich miejsc na ciele tych istot.

background image

-   ...   Sądzę,   że   złamie   pan   wiele   igieł,   zanim   się   pan   tego   nauczy   -   zakończył 
wyjanienia Conway - ale nic nie szkodzi; niech pan tylko nie sądzi, że sprawia im pan 
ból.   Te  słodkie   maleństwa  są   tak  gruboskórne,   że  gdyby  obok   którego  wybuchła 
bomba, ledwie zmrużyłby oko.
Zamilkł na kilka sekund. Nadal jednak szybko maszerował w kierunku sali FROB 
wraz z Priliclą, którego szeć wieloczłonowych, cienkich jak ołówki odnóży zajmowało 
bez   mała   cały   korytarz,   zawsze   jednak   jako   dalej   od   nóg   Conwaya.   Minęło   już 
uczucie stąpania po skorupach jaj, którego Conway doznawał, gdy szedł obok Prilicli. 
Nie bał się już, że Cinrussańczyk pokruszy się i rozpadnie pod lada dotknięciem. 
Prilicla udowodnił już swą umiejętnoć unikania wszelkich kontaktów, które mogą być 
dlań   szkodliwe,   a   robił   to,   zdaniem   przyzwyczajonego   już   Conwaya,   w   sposób 
zarówno zwinny jak i wdzięczny.
Pomylał, że człowiek umie przyzwyczaić się do każdego współpracownika.
- Wracając jednak do naszych gruboskórnych maluchów podsumował - sile fizycznej 
tego   gatunku,   a   szczególnie   dotyczy   to   osobników   młodszych,   nie   towarzyszy 
odpornoć   na   zakażenia   bakteryjne   i   wirusowe.   Później   zaczynają   wytwarzać 
konieczne przeciwciała i jako doroli są nieprzyzwoicie wręcz zdrowi, ale w okresie 
dzieciństwa...
-   Łapią   wszelkie   choroby   -   wpadł   mu   w   słowo   Prilicla.   -   W   tym   wszystkie   nowo 
wykryte.
Conway zamiał się.
- Zapomniałem, że osobniki klasy FROB trafiają do większoci szpitali pozaziemskich, 
i że mógł się pan już z nimi zapoznać. Wie pan również, że owe dolegliwoci rzadko 
kończą   się   miercią   dziecka,   ale   ich   leczenie   jest   długie,   skomplikowane   i 
niewdzięczne; bo gdy tylko się kończy, malcy łapią zaraz nową chorobę. Żaden z 
naszych dwudziestu omiu przypadków nie jest poważny; właciwie są one u nas tylko 
dlatego,   że   próbujemy   tu   opracować   uderzeniową   surowicę,   która   sztucznie 
wytwarzałaby u nich ową odpornoć na zakażenia pozostającą im na całe życie i... 
Stop!
Ostatnie   słowo   wypowiedział   ostro,   cicho,   popiesznie,   jakby   krzyknął   szeptem. 
Prilicla zamarł przywarłszy do podłogi zaopatrzonymi w przyssawki nogami, patrząc 
wraz   z   Conwayem   w   głąb   korytarza   na   istotę,   którą   przed   chwilą   wyłoniła   się   z 
przecznicy.
Osobnik ten na pierwszy rzut oka wyglądał jak Illensańczyk. Bezkształtne; pokryte 
kolcami ciało, z suchą, szeleszczącą błoną spinającą górne i dolne wyrostki, należało 
niewątpliwie do chlorodysznych osobników klasy PVSJ. Ale były tam też dwie macki 
gębowe przeniesione z klasy FGLI oraz płat sierci z klasy DBLF i, tak jak oni, osobnik 
ów oddychał atmosferą bogatą w tlen.
Mógł to być tylko poszukiwany uciekinier.
Mając   przed   sobą   wcielone   zaprzeczenie   wszelkich   prawideł   fizjologii   Conway 
poczuł,   jak   mu   serce   łomocze   gdzie   w   gardle.   Pamiętając   o   cisłych   zaleceniach 
O'Mary,   by   nie   przestraszyć   przybysza,   próbował   wymylić   co   przyjaznego, 
uspokajającego. Jednak SRTT rzucił się do ucieczki natychmiast, gdy ich zobaczył, a 
jedyne słowa, jakie przyszły do głowy Conwayowi, były:
- Szybko, za nim!
Biegnąc na olep dotarli do skrzyżowania i pucili się korytarzem, którym uciekał SRTT. 
Prilicla   mknął   po  suficie,   by   nie   trafić   pod  stopy   Conwaya.   Jednak   to,   co   ujrzeli, 
sprawiło, że Conway zapomniał o wszystkich zaleceniach o łagodnym i przyjaznym 
postępowaniu.
- Stój, durniu! - ryknął. - Nie idź tam!

background image

Uciekinier   znajdował   się   u  wejcia   na   salę   FROB.   Ścigający   go   Conway   i   Prilicla 
dotarli   do   luzy   o   sekundę   za   późno   i   bezsilnie   patrzyli   przez   okienko,   jak   SRTT 
otwiera   drzwi   wewnętrzne   i   pociągnięty   przez   siłę   ciążenia   czterokrotnie 
przewyższającą   normalne,   niknie   im   z   oczu.   W   rezultacie   drzwi   wewnętrzne 
zamknęły się automatycznie pozwalając lekarzom wejć do luzy i przygotować się do 
warunków na sali.
Conway   jak   oszalały   przebierał   się   w   ciężki   kombinezon,   który   znajdował   się   w 
komorze luzy. Szybko włączył degrawitator kompensujący ciążenie wewnątrz sali. 
Prilicla postępował podobnie z własnym ekwipunkiem. Sprawdzając zaciski i zapięcia 
kombinezonu i przeklinając tę zbędną stratę czasu Conway patrzył przez okienko do 
wnętrza sali, a to co widział, przyprawiało go o dreszcz przerażenia.
Pseudo-illensańskie   ciało   przybysza   leżało   rozpłaszczone   na   podłodze.   SRTT 
dygotał z lekka; a oto już jeden z większych pacjentów zbliżał się z łoskotem, by 
obejrzeć ten osobliwie wyglądający przedmiot. Zapewne jedną ze swych olbrzymich 
płaskich stóp nastąpił na leżącego zbiega, ten bowiem szarpnął się nagle i zaczął się 
szybko i niewiarygodnie przeistaczać. Słabe, błoniaste wyrostki przedstawiciela klasy 
PVSJ jakby wtopiły się w ciało, które przybrało ów kocisty, jaszczurowaty kształt z 
groźnymi rogowatymi mackami, który obaj lekarze widzieli przy luzie nr 6. Była to 
najbardziej przerażająca postać klasy SRTT.
Jednak   masa   młodego   pacjenta   była   prawie   pięciokrotnie   większa   od   masy 
przybysza,   toteż   nic   dziwnego,   że   FROB   wcale   się   nie   przestraszył.   Opucił   swą 
masywną głowę w dół i trącił uciekiniera posyłając jego ciało ku przeciwległej cianie 
oddalonej o szeć metrów. FROB chciał się bawić.
Obaj lekarze wydostali się już ze luzy i zaleźli się na galeryjce pod sufitem, skąd 
widok był lepszy. SRTT znowu się przeistaczał. Widocznie jaszczurczy kształt nie 
zdał   egzaminu   przy   czterokrotnym   ciążeniu   przeciwko   tym   nieletnim   potworom   i 
przybysz próbował czego innego.
FROB zbliżył się doń ponownie i obserwował go jak urzeczony. 
V

- Doktorze Prilicla - rzekł pospiesznie Conway - czy potrafi pan obsługiwać chwytak? 
Dobrze! Proszę więc się nim zająć...
Gdy Prilicla pomykał po galeryjce do kopuły sterowni, Conway ustawił degrawitator 
na nieważkoć i skoczył w kierunku podłogi.
- Będę panem kierował z dołu! - zawołał.
Mały FROB jednak bardzo dobrze znał Conwaya, który najpewniej nieźle mu zalazł 
za   skórę   nie   chcąc   się   w   nic   bawić   poza   wbijaniem   igieł   w   ciało   malca   mocno 
przytrzymywanego   chwytakiem   na   miejscu.   Toteż   mimo   rozpaczliwych   okrzyków 
Conwaya i wymachiwania ramionami, FROB nie zwracał na niego uwagi. Natomiast 
pozostali pacjenci okazali zainteresowanie nadal przemieniającym się uciekinierem...
- Nie! - krzyknął Conway widząc z przerażeniem, jaki ma być efekt transformacji. - 
Nie! Stój! Zmień się w co innego!
Jednak było już za późno. Zdawało się, że wszyscy pacjenci oddziału galopują ku 
przybyszowi   z   grzmiącą   wrzawą   podnieconych   charknięć   i   pisków,   które 
autotranslator przetłumaczył jako: - Lala! Laleczka! Daj mi lalę!
Wyskakując w górę, by uniknąć stratowania, Conway popatrzył w dół na kłębowisko 
pacjentów,   przekonany,  iż   nieszczęsny   SRTT   pożegnał   się  już   z  życiem.   Ale   nie 
przybyszowi   udało   się   jako   uciec   czy   też   wyliznąć   spod   tratujących   go   nóg   oraz 
ciekawych,   uderzających   jak   maczugi   głów.   Przywarł   teraz   ciasno   do   ciany; 
potłuczony,   nadal   jednak   zachowując   kształt,   który   przybrał   niczym   kameleon   w 
błędnym przewiadczeniu, że jako miniaturowy FROB będzie bezpieczny.

background image

- Szybko! Łap go! - wolał Conway.
Prilicla nie zasypiał gruszek w popiele. Masywne szczęki chwytaka wisiały już nad 
oszołomionym,   ledwie   ruszającym   się   uciekinierem.   Zatrzasnęły   się   włanie   w   tej 
chwili, kiedy rozległ się okrzyk. Conway schwycił się jednej z lin wyciągu i wraz z 
chwytakiem uniósł się w górę.
- Już ci nic nie grozi - powiedział do zbiega. - Uspokój się. Chcę ci pomóc...
W odpowiedzi nastąpił tak silny wstrząs, że Conway omal nie odpadł od liny. Nagle 
SRTT przemienił się w kłębek giętkich olizgłych zwojów, które przesunęły się między 
szczękami   chwytaka   i   z   klanięciem   opadły   na   podłogę.   Mali   pacjenci   zatrąbili 
ochoczo i ruszyli do kolejnego ataku.
Conway   pomylał   z   przerażeniem   połączonym   ze   współczuciem   i   jednoczenie   ze 
zniecierpliwieniem, że SRTT, który doznał pierwszego szoku zaraz po przybyciu, od 
tamtej chwili cały czas uciekał, a obecnie był zbyt przestraszony, by można było mu 
pomóc, tym razem nie wyjdzie z tego cało. Chwytak był bezużyteczny, ale istniała 
jeszcze jedna możliwoć. Jeli ułatwi ucieczkę przybyszowi, ten przynajmniej wyżyje, 
choć O'Mara pewnie obedrze Conwaya potem ze skóry.
Na   cianie   naprzeciwko   luzy   wejciowej   znajdowały   się   drzwi,   przez   które   małych 
pacjentów przywożono na salę. Były to zwykłe drzwi, ponieważ w znajdującym się za 
nimi korytarzu, który prowadził do bloku operacyjnego dla klasy FROB, utrzymywano 
podobne ciążenie i cinienie powietrza, jak na sali. Conway popłynął w powietrzu ku 
włącznikowi mechanizmu otwierającego i rozsunął drzwi na ocież patrząc, jak SRTT, 
który   nie   postradał   ze   strachu   zmysłów   do   tego   stopnia,   by   nie   dostrzec   drogi 
ucieczki, przemyka się na zewnątrz. Drzwi zamknęły się w samą porę, zanim małym 
pacjentom   udało   się   za   nim   pogonić.   Następnie   Conway   skierował   się   w   stronę 
kopuły sterowniczej, by o całym tym strasznym wydarzeniu donieć O'Marze.
Sytuacja bowiem była znacznie gorsza, niż się wszystkim wydawało. Gdy Conway 
znajdował   się   jeszcze   po   drugiej   stronie   sali,   ujrzał   co,   co   poważnie   utrudniało 
schwytanie   i   uspokojenie   uciekiniera,   a   także   wyjaniało,   dlaczego   SRTT   nie 
zareagował  na jego słowa, gdy siedział w chwytaku. Na podłodze leżały bowiem 
potrzaskane, stratowane szczątki autotranslatora przybysza.
Gdy Conway miał już włączyć interkom, Prilicla zapytał go:
-   Przepraszam,   panie   doktorze,   czy   moja   zdolnoć   wyczuwania   pańskich   emocji 
drażni  pana?  Czy   gdybym  głono  powiedział,   co  stwierdziłem,   byłoby  to   dla  pana 
niewygodne?
- Hę? Co takiego? - zdziwił się Conway. Pomylał, że pewnie w tej chwili aż bucha od 
niego   zniecierpliwieniem   wynikającym   z   tego,   że   jego   asystent   wybrał   sobie 
rzeczywicie   wspaniały   moment,   by   zadawać   t   a   k   i   e   pytania!   Zrazu   chciał   co 
odburknąć, ale po namyle uznał, że kilka chwil zwłoki w sprawozdaniu dla O'Mary nie 
będzie miało znaczenia, a być może, dla Prilicli jest to ważna sprawa. Ci nieziemcy 
są czasem zabawni.
-   Odpowiedź   na   oba   pytania   brzmi   "nie"   -   odparł   krótko.   -   Choć   w   tym   drugim 
przypadku, gdyby w pewnych okolicznociach przekazał pan swe obserwacje osobie 
trzeciej, mógłbym być zakłopotany. A czemu pan pyta?
- Dlatego, że zdawałem sobie sprawę z pańskiego zaniepokojenia o los owego SRTT 
w konfrontacji z pańskimi pacjentami - odparł Prilicla - a obawiam się jeszcze bardziej 
zwiększyć to zaniepokojenie mówiąc panu o rodzaju i natężeniu emocji, jakie przed 
chwilą wykryłem w mylach tej istoty.
- Wal pan - westchnął Conway. - Gorzej jak teraz być nie może...
Ale mogło i było. 
Gdy   Prilicla   skończył   mówić,   Conway   oderwał   dłoń   od   wyłącznika   interkomu,   jak 
gdyby guzikowi wyrosły nagle zęby i ugryzły go.

background image

- Tego mu nie mogę powiedzieć przez interkom! - wybuchnął. - Na pewno dotarłoby 
to do pacjentów, a gdy oni się dowiedzą, lub choćby kogo z personelu, wybuchnie 
panika.
Przez chwilę cały się trząsł.
- Chodźmy! - zawołał. - Trzeba znaleźć O'Marę!
Jednak   naczelnego   psychologa   nie   było   w   jego   gabinecie   ani   w   przyległym 
pomieszczeniu hipnotamoteki. Ale jeden z jego asystentów widział go, jak gnał na 
czterdziesty siódmy poziom do sali obserwacyjnej nr 3.
Było   to   ogromne   pomieszczenie   o   wysokim   stropie,   w   którym   utrzymywano   siłę 
ciążenia   i   temperaturę   odpowiednią   dla   ciepłokrwistych   istot   tlenodysznych.   Tutaj 
lekarze z klas DBDG, DBLF i FGLI przeprowadzali badania wstępne nad co bardziej 
zagadkowymi   lub   egzotycznymi   przypadkami,   pacjenci   za,   o   ile   takie   warunki 
rodowiskowe   były   dla   nich   nieodpowiednie,   pozostawali   pod   wielkimi, 
prostopadłociennymi kloszami rozmieszczonymi w odstępach na podłodze. Salę tę 
lekceważąco nazywano menażerią. W rodku Conway ujrzał tłum medyków wszelkich 
kształtów i ras, zgromadzony wokół klosza stojącego porodku pomieszczenia. Był to 
zapewne ów stary i dogorywający SRTT, o którym tyle mówiono, ale teraz Conway 
nie miał na nic innego czasu, dopóki nie pomówi z O'Marą.
Naczelnego psychologa zobaczył przy pulpicie łącznoci znajdującym się przy cianie. 
Pospieszył w jego kierunku.
Gdy zdawał relację, O'Mara słuchał go bez emocji, kilkakrotnie otwierając usta, jakby 
chciał  przerwać;  za  każdym  razem  jednak zaciskał  je jeszcze  mocniej,  z  jeszcze 
większą zaciętocią. Kiedy jednak Conway dotarł do tego miejsca w swej opowieci, w 
którym ujrzał potrzaskany autotranslator; major gestem nakazał mu milczenie i tym 
samym gwałtownym ruchem dłoni nacisnął wyłącznik interkomu.
- Dajcie mi pułkownika Skemptona z Technicznej warknął. - Pułkowniku - zaczął, gdy 
tamten się zgłosił nasz zbieg znajduje się w okolicy oddziału pediatrycznego, w sekcji 
FROB.   Niestety,   jest   pewna   komplikacja,   zgubił   autotranslator...   -   Przez   chwilę 
słuchał   słów   Skemptona.   -   Ja   też   nie   wiem   -   odparł   -   jakim   cudem   ma   pan   go 
uspokoić, skoro nie można się z nim porozumieć, ale tymczasem niech pan zrobi, co 
się da. Nad sprawą porozumienia włanie pracujemy.
Trzasnął wyłącznikiem w górę, znowu w dół. - Colinsona, z Łącznoci - rzucił. - Witam, 
majorze.  Potrzebuję połączenia z grupą  badawczą  korpusu, na planecie,  z której 
pochodzi nasz uciekinier; tak, tej, o której pan zbierał dane kilka godzin temu. Może 
to pan załatwić? Niech przygotują nagranie w jego języku - za chwilę panu powiem, 
co ma zawierać - a potem je tu przekażą. Treć tego nagrania, które ma zrobić dorosły 
osobnik klasy SRTT, ma być mniej więcej taka...
Przerwał,   gdy   z   głonika   buchnęły   słowa   majora   Colinsona.   Szef   Łącznoci 
przypomniał oto pewnemu przyklejonemu do biurka konowałowi, że planeta SRTT 
znajduje   się   po   drugiej   stronie  Galaktyki,   że   subradio   jest   tak   samo   wrażliwe   na 
zakłócenia, jak normalne, a jego fale wzbogacone o szum wszystkich znajdujących 
się po drodze słońc, staną się w istocie nieczytelne.
-  Niech  więc  powtarzają nagranie  - odrzekł  O'Mara. -  Na  pewno  odróżnicie  jakie 
słowa   i   zdania,   z   których   uda   się   sklecić   treć   komunikatu.   Jest   nam   to   bardzo 
potrzebne, a dlaczego, to zaraz panu powiem...
Klasa   SRTT   skupiała   osobniki   długowieczne,   wyjaniał   pospiesznie   naczelny 
psycholog, które rozmnażały się obojnaczo z wielkim bólem i wysiłkiem, w znacznych 
odstępach czasu. Stąd też istniała silna więź uczuciowa, a poza tym co w obecnej 
sytuacji   było   znacznie   ważniejsze   -   posłuszeństwo   osobników   młodych   wobec 
starszych. Istniało również przekonanie graniczące niemal z pewnocią, iż niezależnie 
od postaci, jaką przybiera przedstawiciel tej rasy, zawsze zachowuje organy mowy i 

background image

słuchu, które pozwalają mu porozumiewać się ze swymi pobratymcami. Gdyby więc 
dorosły osobnik z tej planety mógł nagrać jaką ogólną reprymendę wystosowana do 
młodego,   który   źle   się   zachował,   kiedy   nie   powinien,   i   gdy   przekaże   się   ją   do 
Szpitala, a tu z kolei odtworzy przez głoniki, wrodzone posłuszeństwo uciekiniera 
wobec starszych załatwi sprawę.
- ... I to włanie - powiedział O'Mara do Conwaya wyłączywszy interkom - powinno 
rozwiązać nasz drobny problem. Przy odrobinie szczęcia nasz goć za parę godzin 
będzie już spokojny. Tak więc już po pańskim zmartwieniu, niech się pan odpręży...
Urwał ujrzawszy wyraz twarzy Conwaya. - Co jeszcze? - zapytał cicho.
Conway skinął głową. - Doktor Prilicla - rzekł wskazując swego asystenta - wykrył to 
drogą   empatii.   Musi   pan   zdawać   sobie   sprawę,   że   psychika   uciekiniera   jest   w 
paskudnym   stanie:   smutek   z   powodu   umierającego   rodzica,   przerażenie,   którego 
doznał przy luzie nr 6, gdy wszyscy rzucili się w jego kierunku, wreszcie ta młócka, 
przez którą przeszedł na sali małych FROB-ów. Osobnik ten jest młody, niedojrzały, 
a te przejcia spowodowały, że kieruje się teraz czysto zwierzęcymi odruchami. Poza 
tym... hm... Conway zwilżył zeschnięte usta - ... czy kto sprawdził, kiedy ten SRTT 
ostatnio jadł?
Istotne   znaczenie   tego   pytania   nie   uszło   również   uwagi   O'Mary.   Zbladł   nagle   i 
ponownie chwycił mikrofon interkomu.
- Dajcie mi szybko Skemptona! - warknął. - Skempton? Pułkowniku, może to zabrzmi 
melodramatycznie, ale niech pan włączy tłumik pańskiego interkomu. Jest jeszcze 
jedna komplikacja... 
Odchodząc   od   biurka   O'Mary   Conway   pytał   sam   siebie,   czy   ma   zatrzymać   się 
jeszcze na krótkie spojrzenie na umierającego SRTT, czy też pospieszyć na swój 
oddział. Podczas niedawnego dramatycznego kontaktu z uciekinierem Prilicla wykrył 
w jego umyle silne uczucie głodu oprócz spodziewanego strachu i zmącenia myli. To 
włanie spowodowało, że najpierw Conway, a potem O'Mara i Skempton pojęli, iż 
przybysz stał się miertelnie niebezpieczny. Młode osobniki wszystkich ras są z reguły 
samolubne, okrutne i dzikie; powodowany nasilającymi się mękami głodowymi ich 
SRTT na pewno zdecyduje się na kanibalizm. W swym obecnym stanie psychicznym 
nawet nie uwiadomi sobie tego, ale to nie zrobi już żadnej różnicy pacjentom, którzy 
staną się jego ofiarami.
Jaka szkoda, że pacjenci Conwaya byli w większoci mali, bezbronni i... smaczni.
Z   drugiej   strony   spojrzenie   na   rodzica   może   zasugerować   mu   jaką   metodę 
postępowania   z   potomkiem,   za   jego   ciekawoć   dotycząca   miertelnego   przypadku 
istoty klasy SRTT nie ma z tym nic wspólnego...
Starał   się   włanie   przysunąć   jak   najbliżej   klosza   ze   znajdującym   się   pod   nim 
pacjentem,  nie   potrącając   jednoczenie   zasłaniającego  mu  widok  lekarza,   gdy   ten 
obrócił się z irytacją pytając: - A może wlezie mi pan na plecy, do cholery?... A, witam 
pana,   Conway.   Przyszedł   pan   tu,   by   podsunąć   kolejną   uzasadnioną, 
nieprawdopodobną sugestię, prawda?
Był to doktor Mannon ongi zwierzchnik Conwaya, obecnie awansowany na starszego 
lekarza z szybkimi widokami na tytuł Diagnostyka. Jak już kilkanacie razy wyjaniał 
Conwayowi, zaprzyjaźnił się z nim dlatego zaraz po jego przybyciu do Szpitala, że 
miał słaboć do bezpańskich psów, kotów i wieżo upieczonych medyków. Aktualnie 
zezwolono mu na stałe przetrzymywanie w głowie treci jedynie trzech hipnotam - 
mikrochirurga z Tralthanu oraz dwóch chirurgów z niskograwitacyjnych klas LSVO i 
MSVK, toteż przez znaczną częć dnia jego reakcje były całkiem ludzkie. W chwili 
obecnej, unosząc ze zdziwieniem brwi przyglądał się Prilicli, który nie był w stanie 
przecisnąć się przez tłum zgromadzony wokół klosza.

background image

Conway wdał się w szczegółowy opis charakteru i osiągnięć nowego asystenta, ale 
Mannon mu przerwał.
- Wystarczy, chłopcze - zahuczał. - Zaczyna to brzmieć jak przesadnie pochlebna 
opinia służbowa. Lekka ręka i zdolnoci empatyczne będą panu bardzo pomocne w 
waszym obecnym zajęciu. To mogę przyznać. No, ale zawsze dobierał pan sobie 
osobliwych współpracowników - latające kulki gnoju, owady, dinozaury i tym podobne 
-   sam   pan   przyzna,   że   doć   dziwaczne   istoty.   Nie   licząc   tej   pielęgniareczki   z 
dwudziestego trzeciego poziomu, przy czym muszę tu pochwalić pański gust...
-   Czy   nastąpił   jaki   przełom   w  tym   przypadku,   panie   doktorze?   -   zapytał   Conway 
zdecydowanie   wracając   do   głównego   toku   rozmowy.   Mannon   był   najzacniejszym 
człowiekiem pod słońcem, ale miał przykry zwyczaj drażnienia się z kim aż do bólu.
- Żaden - odparł Mannon. - A to, co mówiłem o nieprawdopodobnych sugestiach, to 
szczera   prawda.   Wszyscy   je   tu   wysuwają;   zwykła   technika   diagnostyczna   jest 
zupełnie bezużyteczna. Niech mu się pan tylko przyjrzy!
Zrobił miejsce Conwayowi, który poczuwszy na ramieniu co jakby dotknięcie ołówka 
domylił się, że Prilicla również pochyla się, by spojrzeć na SRTT. 
VI

Stworzenie pod kloszem wymykało się wszelkim opisom z tego prostego powodu, że 
od  momentu  rozpoczęcia  rozpadu  próbowało  jednoczenie  przybrać  wiele  różnych 
postaci. Były tam wyrostki zarówno stawowe jak i mackowate, połacie ciała pokryte 
łuskami, skórą i zrogowaceniami, zmarszczona powłoka obok zaczątków otworów 
gębowych   i   skrzelowych,   co   łącznie   dawało   przeraźliwą   mieszaninę.   Jednak 
szczegóły   fizjologiczne   były   niewyraźne,   bowiem   cała   zwiotczała   masa   ciała   była 
miękka,   rozpływająca   się   niczym   figura   woskowa   zbyt   długo   stojąca   w   ciepłym 
pomieszczeniu. Przez cały czas na dno klosza wyciekał płyn z ciała pacjenta; jego 
poziom sięgał już piętnastu centymetrów.
Conway przełknął linę.
- Zważywszy na zdolnoć adaptacyjną tego gatunku Powiedział - na jego niewrażliwoć 
na urazy fizyczne, a także mając na uwadze ów niesamowity powikłany stan jego 
ciała powiedziałbym, że możemy tu mieć do czynienia z problemem wynikającym z 
przyczyn psychologicznych.
Mannon popatrzył na niego przeciągle z razem podziwu na twarzy.
- Przyczyny psychologiczne, co? - odparł sucho. Cudownie! A cóż innego mogłoby 
spowodować   taki   stan   pacjenta,   który   jest   niewrażliwy   zarówno   na   urazy   jak   i 
zakażenia   bakteryjne,   jeli   nie   awaria   mózgownicy?   Nie   zechciałby   pan   bliżej 
sprecyzować tej swojej hipotezy?
Conway poczuł, że uszy i kark pieką go ze wstydu. Nie odezwał się.
Mannon mruknął co, po czym mówił dalej: - Ten płyn, w którym roztapia się jego 
ciało, to zwykła woda plus parę niegroźnych mikroorganizmów, które w nim pływają. 
Próbowalimy   wszelkich   fizycznych   i   psychologicznych   metod   leczenia,   jakie   nam 
przyszły   do   głowy,   ale   bez   rezultatu.   Niedawno   kto   zasugerował,   by   pacjenta 
zamrozić - po to, żeby zahamować rozpad ciała, jak i po to, by dało to nam więcej 
czasu na nowe pomysły. Jednak sprzeciwiono się temu, ponieważ w obecnym stanie 
taki   zabieg   mógłby   pacjenta   natychmiast   zabić.   Kilka   istot   z   ras   telepatycznych 
usiłowało dostroić się do jego myli mając nadzieję, ze w ten sposób mu pomogą, za 
O'Mara zabrnął nawet tak daleko w redniowiecze, że próbował prymitywnej metody 
elektrowstrząsów.   Nic   jednak   nie   skutkuje.   W   sumie   zebralimy,   pojedynczo   i   w 
konsyliach, opinie prawie wszystkich ras Galaktyki, a mimo to nie możemy dojć, co 
mu dolega...

background image

- Skoro podłoże jest psychologiczne - wtrącił Conway - to moim zdaniem telepaci 
powinni...
- Nie - odrzekł Mannon. - U tej istoty funkcje umysłowe i pamięciowe rozmieszczone 
są   równomiernie   na   całym   ciele,   a   nie   zamknięte   w   trwałej   puszce   czaszkowej. 
Inaczej   nie   mogłaby   ona   dokonywać   tak   poważnych   zmian   w   swej   strukturze 
fizycznej.   W   chwili   obecnej   jej   umysł   zanika,   rozpada   się   na   coraz   to   mniejsze 
zespoły, tak małe, że telepaci nie mogą na nie wpływać.
-   Ten   SRTT   to   istne   dziwadło   -   kontynuował   Mannon   w   zamyleniu.   -   Oczywicie 
wywodzi   się   drogą   ewolucji   z   życia   oceanicznego,   ale   potem   na   jego   planecie 
nastąpiły   wybuchy   aktywnoci   wulkanicznej,   trzęsienia   ziemi,   powierzchnia   planety 
pokryła się siarką i kto wie czym jeszcze, a w końcu drobne zakłócenie aktywnoci ich 
słońca przemieniło całą planetę w pustynię, którą jest do dzi. Mieszkańcy tej planety 
musieli   mieć   wysoką   zdolnoć   adaptacji,   by   to   wszystko   przeżyć.   A   ich   sposób 
rozmnażania się - przez pączkowanie i podział, w trakcie których rodzic traci znaczną 
częć swej masy - jest również ciekawy, ponieważ oznacza to, że młody osobnik, 
powstając,   bierze   ze   sobą   znaczną   częć   ciała/mózgu   rodzica.   Noworodek   nie 
przejmuje   pamięci   wiadomej,   ale   zatrzymuje   wspomnienia   podwiadome,   które 
pozwalają mu przystosować się...
- Ale to oznacza - wybuchnął Conway - że jeli rodzic przekazuje potomstwu częć 
swego ciała/mózgu, to pamięć podwiadoma poszczególnych osobników sięga...
- A włanie podwiadomoć jest siedliskiem wszelkich psychoz - przerwał mu O'Mara, 
który w tym momencie stanął za nimi. - Niech pan już nic nie mówi, sama myl o tym 
jest   dla  mnie  koszmarem.   Już  sobie  wyobrażam  psychoanalizę  pacjenta,  którego 
podwiadomoć sięga wstecz na pięćdziesiąt tysięcy lat... 
Wkrótce potem rozmowa urwała się i Conway, nadal w obawie o to, co porabia SRTT 
junior, pospieszył na oddział dziecięcy. W jego okolicy aż roiło się od techników i 
umundurowanych   na   zielono   kontrolerów,   ale   uciekiniera   nikt   od   tamtej   pory   nie 
widział. Conway wyznaczył jednej z pielęgniarek - tej, z której Mannon tak lubił sobie 
pokpiwać dyżur w sali AUGL, bowiem spodziewał się, że w każdej chwili co się tam 
może zacząć; sam za wraz z Priliclą przygotował się do wejcia do sekcji metanowej.
Tutaj również czekały ich zwykłe czynnoci przy obchodzie. Podczas nich Conway 
zamęczał   Priliclę   pytaniami   o   stan   emocjonalny   starszego   SRTT.   Jednak 
Cinrussańczyk nie był w stanie wiele pomóc; powiedział tylko tyle, że wykrył w nim 
chęć dezintegracji, której nie potrafił dokładnie opisać, bowiem dotychczas z niczym 
podobnym się nie zetknął.
Wszedłszy do sekcji metanowej zauważyli, że Collinson nie tracił czasu: ze ciennych 
głoników dobywał się łoskot zakłóceń, przez które ledwie przedzierały się dźwięki w 
jakim nieznanym języku - zapewne nagrania z planety SRTT. Conway pomylał, że 
gdyby to on był przestraszonym dzieckiem wsłuchującym się w głos starający się 
przekrzyczeć podobny ryk, wcale by go to nie uspokoiło. Poza tym atmosfera tej 
planety   prawie   na   pewno   ma   inną   gęstoć,   co   jeszcze   powiększa   zniekształcenia 
głosu.  Nie  podzielił  się  tym  z  Priliclą,   ale  pomylał,  że  będzie  to  istny   cud,  jeli  ta 
kakofonia spowoduje skutki zamierzone przez O'Marę.
Jazgot   umilkł   nagle   przerwany   wezwaniem:   -   Doktor   Conway   proszony   jest   do 
interkomu - po czym rozległ się na nowo z niesłabnącą siłą. Conway pospieszył do 
najbliższego aparatu.
- Mówi pielęgniarka Murchinson ze luzy sekcji AUGL, panie doktorze - rozległ się 
zdenerwowany głos kobiecy. - Kto... to znaczy co... przeszło przed chwilą obok mnie 
do sali głównej. Z początku mylałam, że to pan, ale kiedy toto zaczęło otwierać zawór 
wewnętrzny nie założywszy skafandra, zdałam sobie sprawę, że musi to być nasz 

background image

zbieg.   -   Zawahała   się.   -   Ze   względu   na   stan   pacjentów   nie   chciałam   wszczynać 
alarmu przed porozumieniem się z panem, ale mogę...
- Nie, dobrze pani zrobiła - wtrącił szybko Conway. - Zaraz tam będziemy.
Pięć minut później, gdy znaleźli się przy luzie, pielęgniarka miała już przygotowany 
skafander dla Conwaya. Jej własny kombinezon nieco redukował wrażenie wywołane 
owym zespołem cech fizjologicznych, który sprawiał, że zatrudnieni w Szpitalu ludzie 
nie   potrafili   patrzeć   na   nią   jedynie   z   zawodową   obojętnocią.   Jednak   w   tej   chwili 
uwaga Conwaya skupiała się całkowicie na okienku w zaworze wewnętrznym i tym 
"czym", co za nim pływało.
To "co" bardzo przypominało Conwaya. Kolor włosów był właciwy, podobnie jak cera 
i   białe   "ubranie".   Jednak   rysy   były   całkowicie   nieproporcjonalne,   a   w   dodatku 
zestawione   w   taki   sposób,   że   sprawiały   straszliwe   wrażenie,   za   szyja   i   ręce   nie 
wystawały z kitla - one z niego w y r a s t a ł y. Przypominało to posąg z ołowiu, 
niezgrabnie wymodelowany i niedbale pomalowany.
Wiedział, że SRTT nie stanowi na razie zagrożenia dla życia maleńkich pacjentów 
sekcji, ale nie na długo, bo przechodził już transformację. Jego ramiona i nogi powoli 
się zrastały, za z ciała zaczynały wyłaniać się długie, wąskie wyrostki, bez wątpienia 
zaczątki płetw. Pacjenci klasy AUGL byli poza zasięgiem istoty ludzkiej klasy DBDG, 
ale SRTT adaptował się już do wody zyskując potrzebną szybkoć.
- Do rodka! - przynaglał Conway. - Musimy go stamtąd przegnać, zanim...
Prilicla jednak nie rozpoczynał owych wygibasów, które w efekcie dawały ochronną 
powłokę.
-   Wykryłem   w   jego   emocji   emocjonalnej   interesującą   zmianę   -   rzekł   nagle.   -   W 
dalszym  ciągu  jest tam  strach, pomieszanie i  dominujące nad wszystkim  uczucie 
głodu...
- Głodu! - pielęgniarka Murchinson nie zdawała sobie dotąd sprawy ze miertelnego 
niebezpieczeństwa, w jakim znaleźli się pacjenci.
- ... Ale jest jeszcze co - mówił Prilicla nie zauważając, że mu przerwano. - Mogę to 
opisać   jako   dalekie   uczucie   zadowolenia   połączone   z   tą   samą   dążnocią   do 
dezintegracji, jaką stwierdziłem niedawno u jego rodzica. Nie wiem jednak, czemu 
przypisać tę nagłą zmianę.
Conway mylał tylko o swej trójce maleńkich pacjentów oraz o drapieżnej postaci, 
którą przybierał uciekinier.
- Zapewne temu - odparł niecierpliwie - że ostatnie wydarzenia miały wpływ również 
na jego równowagę umysłową, a owo ladowe uczucie przyjemnoci pochodzi stąd, że 
lubi wodę...
Urwał gwałtownie czując zamęt w mylach galopujących zbyt szybko, by można było 
sformułować   jaką   wypowiedź,   czy   nawet   uporządkowaną,   logiczną   koncepcję. 
Raczej była to gorączkowa gmatwanina faktów, refleksji i szaleńczych hipotez, które 
kipiały mu teraz w mózgu, by w końcu, jakim cudownym sposobem uspokoić się i 
ułożyć się w... odpowiedź.
Był pewien, że żaden z tych tytanów myli zgromadzonych w sali obserwacyjnej nie 
mógł   wpać   na   to   rozwiązanie,   ponieważ   nie   mieli   oni   przy   sobie   obdarzonego 
zdolnociami   empatycznymi   osobnika   w   chwili,   gdy   młody   przedstawiciel   tej   rasy, 
bliski  pomieszania zmysłów ze strachu i  rozpaczy,  zanurzył  się  nagle w ciepłym, 
żółtawym płynie wypełniającym sekcję AUGL...
Kiedy   inteligentny,   dojrzały   osobnik   o   złożonym   umyle   napotyka   na   wrażenia 
nieprzyjemne   i   bolesne   w   odpowiednio   wysokim   natężeniu,   wynikiem   tego   jest 
ucieczka od rzeczywistoci. Zrazu jest to chęć powrotu do prostych, beztroskich dni 
dzieciństwa, a potem, gdy okazuje się, że tamten okres nie był ani taki beztroski, ani 
taki nieskomplikowany, jakim się go pamięta, następuje ostateczna ucieczka w okres 

background image

płodowy i zamarły w bezruchu, w braku aktywnoci umysłowej, stan katatonii. Jednak 
dla   dojrzałego   osobnika   SRTT   katatoniczny   stan   płodowy   nie   był   łatwy   do 
osiągnięcia,   ponieważ   jego   system   rozrodczy   polegał   na   tym,   że   zamiast   nie 
narodzonego jeszcze płodu znajdującego się w ciepłym i wygodnym łożysku matki, 
przyszłym   potomkiem   była   częć   dojrzałego   ciała   rodzica   przez   cały   czas 
współuczestnicząca   w   jego   przemianach   i   działaniach.   Bowiem   w   ciele   osobnika 
klasy   SRTT   każda   komórka   była   siedliskiem   umysłu   -   w   przypadku   istoty,   której 
wszystkie  komórki  mogą  się  wzajemnie  wymieniać,  jakakolwiek  cezura  umysłowa 
jest niemożliwa.
Jak można podzielić szklankę wody nie odlewając częci do innego pojemnika?
Dlatego też ogarnięty psychozą osobnik zmuszony będzie cofać się coraz dalej i 
dalej angażując się po drodze w niezliczone przemiany i adaptacje, w poszukiwaniu 
owego nieistniejącego łożyska matki. Będzie cofał się daleko... daleko, aż w końcu 
osiągnie ów stan bezrozumny, do którego dążył, a jego umysł, nierozdzielny z ciałem, 
stanie się ciepłą wodą kipiącą życiem jednokomórkowym, z którego wykształcił się 
drogą ewolucji.
Conway znał już powód dezintegracji ciała SRTT seniora. Co więcej, był pewien, że 
zna już sposób rozwiązania tego potwornego rebusu. Gdyby tylko mógł być pewien 
tego, że tak jak w przypadku większoci innych gatunków dojrzałe, bardziej złożone 
umysły   SRTT   popadały   w   szaleństwo   szybciej   niż   umysły   młode,   nie   w   pełni 
rozwinięte...
Jak przez mgłę uwiadamiał sobie, że podszedł do interkomu i zażądał połączenia z 
O'Marą,   oraz   że   pielęgniarka   i   Prilicla   zbliżyli   się,   by   słyszeć,   co   mówi.   Potem 
zdawało   mu   się,   że   godziny   całe   minęły,   nim   naczelny   psycholog   wchłonął   to 
wszystko, co usłyszał, i odpowiednio zareagował. W końcu:
- To bardzo pomysłowe, doktorze - odezwał się cierpko major. - Co więcej, jestem 
przekonany, że tak się włanie rzeczy mają i nic tu nie da dalsze teoretyzowanie. 
Szkoda jedynie, że nasza wiadomoć tego, co się stało, nie pomoże pacjentowi...
- O tym też mylałem - żywo przerwał Conway i według mnie obecnie największym 
problemem dla nas jest uciekinier. Jeli wkrótce go nie złapiemy i nie obezwładnimy, 
będą poważne ofiary wród personelu i pacjentów, przynajmniej w moim oddziale, o 
ile   jeszcze   nie   gdzie   indziej.   Niestety,   z   przyczyń   technicznych   pański   pomysł 
uspokojenia go za pomocą nagrania w jego języku nie dał, jak dotąd, pozytywnych 
rezultatów...
- Ujął to pan bardzo oględnie - odparł sucho O'Mara.
- Ale - mówił dalej Conway - gdyby pomysł ten zmodyfikować w taki sposób, że do 
uciekiniera   przemówiłby   i   uspokoił   go   znajdujący   się   u   nas   rodzic.   Gdyby   go 
wyleczyć...
- Wyleczyć go! A co pan sobie myli, do cholery, że co my robimy przez całe trzy 
tygodnie? - zapytał gniewnie major. Potem jednak zdał sobie  sprawę,  że pytanie 
Conwaya nie było głupie rozmylnie czy dla żartu; że było ono najzupełniej poważne... 
- Proszę dalej, doktorze - dodał bezbarwnym głosem.
Conway   mówił   dalej.   Kiedy   skończył,   w   głoniku   interkomu   rozległo   się   donone 
westchnienie ulgi.
-  Sądzę,   że  ma  pan  zupełną  słusznoć;  musimy  tego  spróbować  bez  względu  na 
ryzyko, o którym pan wspominał - mówił podniecony O'Mara. Zaraz jednak opanował 
się i przyjął poważny ton. - Niech pan tam obejmie kierownictwo. Wie pan lepiej od 
innych, co trzeba zrobić. Proszę wykorzystać pomieszczenie rekreacyjne dla klasy 
DBLF   na   poziomie   pięćdziesiątym   dziewiątym,   blisko   pańskiej   sekcji.   Można   je 
szybko ewakuować. Wykorzystamy zwykłe linie łącznoci, więc nie stracimy czasu na 

background image

montaż nowych, a ów specjalny sprzęt, którego panu trzeba, będzie tam najdalej za 
piętnacie minut. Może więc pan w każdej chwili zaczynać, doktorze...
Zanim   Conway   przerwał   połączenie,   usłyszał   głos   majora   wydający   polecenia 
sprowadzające   się   do   tego,   że   wszyscy   Kontrolerzy   i   cały   personel   na   terenie 
oddziału pediatrycznego mają stawić się do dyspozycji doktora Conwaya i doktora 
Prilicli.   Ledwie   zdążył   odwrócić   się   od   interkomu,   gdy   Kontrolerzy   w   zielonych 
mundurach zaczęli wchodzić do luzy. 
VII

Młodego   SRTT   trzeba   było   w   jaki   sposób   zwabić   do   sali   rekreacyjnej,   którą 
tymczasem przemieniono w jedną wielką pułapkę. Najpierw trzeba było zmusić go do 
wyjcia z sekcji AUGL. Udało się to przy pomocy dwunastu Kontrolerów pływających, 
ociekających potem i klnących na czym wiat stoi w ciężkich skafandrach służbowych, 
którzy niezgrabnie uganiali się za przybyszem, aż zapędzili go w takie miejsce, skąd 
luza była jedyną drogą ucieczki.
W prowadzącym do luzy korytarzu czekali już na niego Conway, Prilicla i kolejny 
oddział   Korpusu,   wszyscy   ubrani   odpowiednio   do   warunków   panujących   w 
najgroźniejszych rodowiskach, przez które przyszłoby im cigać zbiega. Pielęgniarka 
Murchison   też   usiłowała   pójć   z   nimi   -   chciała   być   obecna,   jak   się   wyraziła,   przy 
"dobiciu zwierza" - ale Conway owiadczył ostro, że jej miejsce jest przy trzech małych 
pacjentach i niech się tym zajmie.
Taka   ostra   reakcja   zaskoczyła   i   jego   samego,   ale   nerwy   miał   napięte   do   granic 
wytrzymałoci. Jeli jego koncepcja, o której z takim entuzjazmem opowiadał O'Marze, 
nie   da   rezultatu,   istniało   wszelkie   prawdopodobieństwo,   że   w   Szpitalu   zamiast 
jednego znajdą się dwaj nieuleczalnie chorzy pacjenci klasy SRTT. W tym wypadku 
słowa "dobicie zwierzyny" były wyjątkowo niefortunnie dobrane.
Uciekinier   przemienił   się   znowu,   tym   razem   przybierając   jakby   postać   ludzką   w 
rezultacie   zadziałania   półautomatycznego   mechanizmu   obronnego   wyzwolonego 
przez cigających. Biegł człapiąc po korytarzu na nogach, które były zbyt chwiejne i 
zginały się w niewłaciwych miejscach, a jednoczenie łuskowata, brunatna powłoka, 
którą był pokryty w zbiorniku AUGL, drżąc, marszcząc się i wygładzając zmieniała się 
w róż i biel ciała ludzkiego i fartucha lekarskiego. Conway potrafił bez obrzydzenia 
przyglądać   się   najróżniejszym   stworom   Kosmosu   cierpiącym   na   najstraszliwsze 
choroby, ale widok osobnika klasy SRTT przeistaczającego się w biegu w człowieka 
przyprawił go o mdłoci.
Nagły   sprint   uciekiniera   w   korytarz   prowadzący   do   sekcji   MVSK   zaskoczył 
cigających, którzy zwalili się w wierzgający stos zaraz za drzwiami luzy. Istoty klasy 
MSVK były trójnożne, o wyglądzie cokolwiek przypominającym bociana; wymagały 
bardzo niskiej siły ciążenia, do której ludziom trudno było się od razu przystosować. 
Jednak,   kiedy   Conway   wciąż   jeszcze   fruwał   po   pomieszczeniu,   kosmiczne 
dowiadczenie   Kontrolerów   pozwoliło   im   szybko   stanąć   na   nogach.   Uciekiniera 
zapędzono z powrotem do sekcji tlenodysznych.
Było   przez   chwilę   strasznie,   pomylał   Conway   z   ulgą,   bowiem   słabe   owietlenie   i 
nieprzezroczysta mgła, którą istoty klasy MSVK nazywają atmosferą mogły utrudnić 
odnalezienie zbiega, gdyby znikł im z oczu. Jeli co takiego zdarzyłoby się w tym 
stadium... Conway wolał o tym nie myleć.
Ale sala rekreacyjna była już niedaleko, a SRTT pędził włanie w jej kierunku. Znowu 
przemieniał się w co niskiego i ciężkiego, biegnącego na czterech kończynach. Było 
to tak, jakby kurczył się w sobie, grubiał; pojawiły się zaczątki skorupy. W tym stanie 
mijał włanie skrzyżowanie, z którego wybiegli dwaj Kontrolerzy dziko wrzeszcząc i 

background image

wymachując rękami. Tym sposobem zagonili go w korytarz, w którym znajdowały się 
drzwi prowadzące do sali rekreacyjnej.
Korytarz był pusty...
Conway zaklął siarczycie. W poprzek korytarza miało stać, zagradzając drogę, kilku 
Kontrolerów, ale pogoń dotarła na miejsce tak szybko, że nie zdążyli oni jeszcze wyjć 
z sali, gdzie rozstawiali sprzęt, i zająć pozycji. Uciekinier na pewno minie właciwe 
drzwi i popędzi dalej.
Conway nie wziął jednak pod uwagę bystrego umysłu i jeszcze sprawniejszego ciała 
doktora Prilicli.  Jego asystent zdał  sobie  zapewne  sprawę  z sytuacji  w tej  samej 
chwili,  co  on.  Pomknął  korytarzem,   docignął  zbiega,   następnie  wskoczył  na  sufit, 
minął go i z powrotem znalazł się na podłodze. Conway usiłował co krzyczeć, ostrzec 
go,   że   swym   kruchym   ciałem   nie   zdoła   zatrzymać   ciganego,   który   obecnie   do 
złudzenia przypominał potężnego, zwinnego i dobrze opancerzonego kraba, i że jest 
to akcja samobójcza. Ujrzał jednak, co Prilicla chce zrobić.
W   niszy   znajdującej   się   jakie   dziesięć   metrów   przed   zbiegiem   stał   samojezdny 
transporter noszowy. Prilicla gwałtownie wyhamował obok niego, trzasnął w starter i 
pobiegł   dalej.   Cinrussańczyk   powodował   się   nie   głupią   brawurą,   ale   szybkim 
myleniem i działaniem, co w tych okolicznociach było znacznie pożyteczniejsze.
Pozostawiony   bez   opieki   wózek   ruszył   chwiejnie   korytarzem   -   prosto   na 
nacierającego   "kraba".   Nastąpił   metaliczny   łoskot   zderzenia   i   wybuch   gęstego 
żółtoczarnego dymu w wyniku zwarcia w akumulatorach. Zanim jeszcze wentylatory 
zdołały oczycić powietrze z dymu, Kontrolerzy okrążyli już ogłuszonego, prawie nie 
poruszającego się uciekiniera i zagnali go do sali rekreacyjnej.
Po   chwili   do   Conwaya   zbliżył   się   oficer   Korpusu.   Skinieniem   głowy   wskazał 
dziwaczny   zestaw   przyrządów,   dopiero   co   pospiesznie   zgromadzony   w 
pomieszczeniu.   Aparatura   leżała   w  stosach   przy   cianach,   obok   umundurowanych 
mężczyzn otaczających salę ciasnym szeregiem. Porodku obracał się powoli SRTT 
szukając drogi ucieczki.
- Doktor Conway, jak sądzę? - zapytał oficer niby to niedbale, ale wyraźnie pożerała 
go ciekawoć. - No więc, doktorze, co mamy teraz robić?
Conway zwilżył wargi. Dotychczas nie zastanawiał się nad tym zbyt długo - mylał, że 
to, co miał zrobić, przyjdzie mu łatwo, skoro młody SRTT stał się takim utrapieniem 
dla   Szpitala,   a   szczególnie   dla   jego   oddziału.   Teraz   jednak   obudziło   się   w   nim 
współczucie.   Był   to   w   końcu   tylko   dzieciak,   który   przestał   nad   sobą   panować   w 
wyniku żalu, niewiadomoci i przerażenia razem wziętych. Jeli się nie uda...
Otrząsnął się ze zwątpienia i bezsilnoci. - Widzi pan to co porodku sali? - powiedział 
szorstko. - Trzeba je miertelnie przestraszyć. 
Musiał, oczywicie, rozwinąć swoje polecenie, ale Kontrolerzy w lot pochwycili, co miał 
na   myli,   i   z   wielkim   ożywieniem   i   entuzjazmem   zajęli   się,   przysłanym   dla   nich 
sprzętem. Przyglądając się temu ponuro Conway rozpoznał urządzenia należące do 
działu uzdatniania powietrza, służby łącznoci i najprzeróżniejszych kuchni, wszystko 
potrzebne   do   takiego   celu,   do   jakiego   nigdy   go   nie   projektowano.   Były   tam 
urządzenia   wydające   przenikliwy   gwizd,   przeraźliwe   wycie   i   wreszcie   inne, 
składające się z dwóch metalowych tac zderzanych ze sobą. Do tego wszystkiego 
dochodziły jeszcze okrzyki ludzi operujących tymi źródłami hałasu.
Nie było już wątpliwoci, że SRTT jest przerażony Prilicla natychmiast przekazywał 
informacje   o   jego   reakcjach   emocjonalnych.   Ale   nie   był   jeszcze   dostatecznie 
przestraszony.
- Cisza! - ryknął nagle Conway. - Teraz sprzęt nieakustyczny!

background image

Dotychczasowy jazgot był tylko wstępem. Teraz przyszła kolej na rzeczywicie silne 
wrażenia - ale wszystko w ciszy, bowiem jakikolwiek dźwięk wydany przez SRTT 
musiał być teraz słyszalny.
Wokół dygocącej postaci w rodku sali buchnęły ogniste kule, olepiająco jasne, ale o 
niewielkiej temperaturze. Jednoczenie zadziałały pola siłowe to pchając, to ciągnąc 
malca   po   podłodze;   raz   rzucały   go   w   powietrze,   po   chwili   za   rozpłaszczały   na 
podłodze.   Pola   działały   na   tej   samej   zasadzie,   co   degrawitatory,   ale   z   o   wiele 
większą precyzją. Inni operatorzy pól używali ich do rzucania zapalonych rakiet w 
kierunku   unieruchomionej,   dziko   szamocącej   się   postaci,   w   ostatniej   chwili 
zmieniając kierunek ich lotu.
SRTT był już przerażony nie na żarty, tak bardzo, że wyczuwali to nawet nie-empaci. 
Kształty, jakie przybierał, niły się Conwayowi po nocach jeszcze przez wiele tygodni. 
Uniósł do ust mikrofon. - Czy jest jaka reakcja? - zapytał.
- Jeszcze nic - głos O'Mary zagrzmiał z głoników rozstawionych wokół sali. - Nie mam 
pojęcia, co robicie, ale trzeba to jeszcze wzmocnić.
- Ale ta istota znajduje się już w stanie skrajnego wyczerpania nerwowego... - zaczął 
Prilicla.
- Jeli pan nie może tego znieć, proszę wyjć! - wpadł na niego Conway.
- Powoli, doktorze - ostro zabrzmiał głos O'Mary. Rozumiem, co pan czuje, ale niech 
pan pamięta, że ostateczny rezultat to wszystko wykreli...
-  Ale jeli  się  nie uda...   - zaprotestował  Conway.  -  A, zresztą...   Przepraszam - to 
ostatnie skierował już do Prilicli. - Jak pan sądzi - to już mówił do stojącego obok 
oficera - w jaki sposób można jeszcze bardziej zintensyfikować nasze działania?
- Dreszcz mnie przechodzi na myl o tym, że ja sam mógłbym znaleźć się w podobnej 
sytuacji - powiedział Kontroler przez zęby - ale można jeszcze spróbować wirowania. 
Niektóre   istoty   mogące   znieć   praktycznie   wszystko   zupełnie   puchną   w   czasie 
wirowania... 
Do cięgów, które SRTT obrywał od pól siłowych, dołączyło się jeszcze wirowanie - 
nie   zwykłe   obroty,   ale   dziki,   kołyszący,   podrygujący   ruch   wirowy,   na   sam   widok 
którego Conwayowi żołądek podszedł do gardła. Zapalone flary migały wokół niego 
to z góry, to z dołu, niczym oszalałe księżyce wokół swej planety. Już wielu sporód 
obserwatorów straciło swój pierwszy entuzjazm do tej akcji, za Prilicla kołysał się i 
dygotał   na   swych   szeciu   patykowatych   nogach   miotany   huraganem   emocji,   który 
groził porwaniem go ze sobą.
Conway pomylał gniewnie, że włączenie Prilicli do tej sprawy było błędem; żaden 
empata nie powinien stawiać czoła podobnemu piekłu emocji. Zresztą błąd popełnił 
już   na   samym   początku,   bo   cały   ten   pomysł   był   okrutny,   sadystyczny, 
niesprawiedliwy. Ujrzał siebie jako co gorszego od potwora...
Wirujący   wysoko   porodku   sali   rozmazany   kształt,   który   był   młodym   SRTT,   wydał 
piskliwy, przerażony gulgot.
Z głoników w cianach wydobył się straszliwy łoskot; okrzyki, piski, trzask i tupot wielu 
nóg nakładający się na jakie dźwięki znacznie powolniejsze i wielokrotnie cięższe. 
Słychać było głos O'Mary co sił w płucach wykrzykujący jakie nie wiadomo do kogo 
adresowane wyjanienia.
- Do jasnej cholery, przestańcie już, wy tam! - rozległ się niezidentyfikowany głos. - 
Tatu malucha obudził się i demoluje cały interes!
Szybko, lecz łagodnie, zatrzymali obrót malca i pucili go na ziemię, potem za czekali 
w napięciu, aż okrzyki i trzaski dochodzące do nich przez głoniki z sali obserwacyjnej, 
osiągnąwszy   crescendo,   opadną.   Ludzie   stali   nieruchomo   patrząc   to   na   siebie 
nawzajem, to na pojękującą istotę na podłodze, to na głoniki w cianie i czekali. Aż w 
końcu doczekali się.

background image

Dźwięki dochodzące z głonika przypominały ów gulgot transmitowany kilka godzin 
wczeniej, ale już bez ryku zakłóceń, a ponieważ wszyscy dookoła mieli włączone 
autotranslatory, słychać było również tłumaczenie.
Był to głos SRTT seniora, wyleczonego, bowiem stanowiącego już fizyczną jednoć, 
przemawiającego   zarówno   uspokajająco   jak   i   z   wyrzutem   do   swego   niesfornego 
potomka. Sprowadzało się to do stwierdzenia, że mały był bardzo niegrzeczny, że 
musi zaprzestać gonitw i bałaganienia, a nic niemiłego mu się nie stanie, jeli będzie 
słuchał   otaczających   go   istot.   Im   prędzej   tak   się   stanie,   zakończył   rodzic,   tym 
szybciej będą obaj mogli udać się do domu.
Conway wiedział, że uciekinier przeszedł przez straszliwe męki psychiczne. Może i 
zbyt   ciężkie.   Pełen   napięcia   przyglądał   się   mu   -   wciąż   jeszcze   ni   to   rybie,   ni   to 
ssakowi, ni to ptakowi - jak kutykał w stronę ludzi. Kiedy malec łagodnie i posłusznie 
trącił  jednego   z  Kontrolerów   w  kolano,   okrzyk  radoci,   który   się  rozległ   o  krok  od 
niego, o mało nie spowodował powtórnego szoku. 
- Kiedy Prilicla dostarczył mi klucza do tego, na co cierpi starszy SRTT, upewniłem 
się, że kuracja musi być wstrząsowa - mówił Conway do Diagnostyków i Ordynatorów 
zgromadzonych wokół biurka O'Mary.
Już   to,   że   siedział   w   tak   dostojnym   towarzystwie,   było   dostatecznym   dowodem 
uznania, jakim się cieszył, ale i tak denerwował się podczas dalszych wywodów. - 
Jego   regres   ku   -   dla   niego   -   stadium   płodu,   czyli   ku   całkowitej   dezintegracji   na 
pojedyncze,   nie   mylące   komórki   pływające   w   pierwotnym   oceanie,   był   bardzo 
zaawansowany, może i za bardzo sądząc z jego stanu fizycznego. Major O'Mara 
próbował   już   różnych   terapii   wstrząsowych,   ale   istota   ta,   przy   swej   fantastycznie 
elastycznej budowie komórkowej, mogła to wszystko zneutralizować lub zignorować. 
Moja koncepcja zakładała wykorzystanie cisłej więzi fizycznej i emocjonalnej, które 
wykryłem pomiędzy Seniorem i jego ostatnim potomkiem. W ten sposób chciałem 
dotrzeć do Seniora.
Conway zamilkł obiegając wzrokiem otaczającą ich ruinę. Sala obserwacyjna nr 3 
wyglądała, jakby trafiła w nią bomba. Conway wiedział o tych kilku gorączkowych 
minutach, jakie upłynęły między ocknięciem się Seniora z katatonii, a udzieleniem mu 
wyjanień. Odchrząknął i mówił dalej:
- Zwabilimy więc Juniora do sali rekreacyjnej i próbowalimy go przestraszyć, jak się 
dało   najbardziej,   jednoczenie   transmitując   wydawane   przez   niego   dźwięki   do 
pomieszczenia,   w   którym   znajdował   się   rodzic.   Poskutkowało.   Starszy   SRTT   nie 
mógł   leżeć   spokojnie,   podczas   gdy   jego   najmłodszy   i   najukochańszy   potomek 
znajdował   się   w   straszliwym   niebezpieczeństwie;   troska   rodzicielska   i   uczucie 
przezwyciężyły   i   zniszczyły   obłęd,   a   pacjenta   przywróciły   do   obecnego   czasu   i 
rzeczywistoci. Senior był w stanie uspokoić potomka i wszystko skończyło się dobrze.
- Znakomicie pan to wydedukował, doktorze - powiedział ciepło O'Mara. - Trzeba 
pana pochwalić...
W tej chwili przerwał mu sygnał interkomu. Pielęgniarka Murchison powiadamiała o 
pierwszych   oznakach   zesztywnienia   u   trzech   małych   pacjentów   klasy   AUGL   i 
poprosiła, by doktor szybko przyszedł. Conway zażądał hipnotamy o klasie AUGL dla 
siebie i Prilicli, i wyjanił zgromadzonym, że sprawa jest nie cierpiąca zwłoki. W czasie 
zapisu Diagnostycy i ordynatorzy zaczęli wychodzić. Nieco rozczarowany Conway 
pomylał, że wezwanie pielęgniarki zepsuło, być może, najważniejszą chwilę w jego 
życiu.
- Niech się pan nie martwi, doktorze - pocieszył go O'Mara, znowu czytając w jego 
mylach. - Gdyby to wezwanie przyszło pięć minut później, głowa by się panu tak 
rozdęła, że nie mógłby pan zrobić zapisu...

background image

Dwa dni później Conway po raz pierwszy i ostatni pokłócił się z Priliclą. Twierdził, że 
bez   pomocy   zdolnoci   empatycznych   swego   asystenta   -   które   spełniały   niezwykle 
pożyteczną   rolę   jako   narzędzie   diagnostyczne   -   oraz   bez   czujnoci   pielęgniarki 
Murchison   wyleczenie   wszystkich   trzech   pacjentów   byłoby   niemożliwe. 
Cinrussańczyk owiadczył, że nie leży w jego naturze sprzeciwianie się poglądom 
zwierzchnika, ale w tym przypadku doktor Conway myli się całkowicie. Pielęgniarka 
Murchison powiedziała, że cieszy się, iż mogła pomóc, i poprosiła o trochę wolnego.
Conway zgodził się, po czym kontynuował kłótnię z Priliclą, choć bez żadnej nadziei 
na sukces. Uczciwie był przekonany, że bez pomocy małego empaty nie byłby w 
stanie uratować trzech pacjentów - może nawet żadnego. Ale był szefem, a kiedy 
szef wraz z asystentami mają jakie osiągnięcia, zasługi niezmiennie przypisuje się 
szefowi.
Kłótnia,   o  ile   było   to   właciwe   słowo   na   okrelenie   w   zasadzie   tylko   przyjacielskiej 
sprzeczki, trwała przez wiele dni. Na Oddziale Pediatrycznym wszystko szło dobrze; 
nie   zaszły   żadne  poważne  wydarzenia,   którymi   zaprzątano   by  sobie  głowę.   Obaj 
lekarze nie wiedzieli jeszcze o wraku statku kosmicznego, który holowano już do 
Szpitala, ani o rozbitku, który się w tym statku znajdował.
Conway nie wiedział również, że przez następne dwa tygodnie cały personel Szpitala 
będzie nim pogardzał. 

5... Pacjent z zewnątrz

Krążownik Korpusu Kontroli "Sheldon" wychynął z nadprzestrzeni około pięciuset mil 
od Szpitala Kosmicznego, polem własnych generatorów hipernapędu. Z tej odległoci 
holując   wrak,   który   był   powodem   jego   przybycia,   potężna,   jasno   owietlona 
konstrukcja  zawieszona  w przestrzeni   międzygwiezdnej   gdzie  na skraju  Galaktyki 
zdawała się jedynie przyćmioną plamką wiatła, ale dowódca krążownika utrzymywał 
tę odległoć stojąc w obliczu trudnej decyzji.  Gdzie wewnątrz ciągniętego przezeń 
wraku znajdowała się żywa istota pilnie potrzebująca pomocy lekarskiej. Jednak tak 
jak każdy odpowiedzialny strażnik porządku dowódca miał związane ręce ze względu 
na   zagrożenie   osób   postronnych   -   w   tym   przypadku   personelu   i   pacjentów 
największego wielorodowiskowego szpitala Galaktyki.
Pospiesznie połączywszy się z Izbą Przyjęć wyjanił sytuację i otrzymał zapewnienie, 
że natychmiast zajmą się sprawą. Skoro los rozbitka znalazł się w fachowych rękach, 
dowódca   zdecydował,   że   ze   spokojnym   sumieniem   może   powrócić   do   badania 
wraku, który w każdej chwili groził eksplozją.
W gabinecie naczelnego psychologa Szpitala dr Conway kręcił się niespokojnie w 
wygodnym fotelu i patrzył na kwadratową, kamienną twarz O'Mary poprzez otchłań 
zagraconego blatu biurka.
- Niech się pan uspokoi, doktorze - powiedział nagle O'Mara najwyraźniej czytając w 
jego mylach. - Gdybym wezwał pana na dywanik, podsunąłbym panu mniej wygodne 
krzesło. Przeciwnie, polecono mi pana pochwalić i poinformować o awansie. Moje 
gratulacje. Jest pan teraz, Boże miej nas w swej opiece, starszym lekarzem.
Zanim Conway zdołał zareagować, psycholog uniósł potężną, kwadratową dłoń.
-   Moim   osobistym   zdaniem   -   kontynuował   -   popełniono   straszliwą   omyłkę,   ale 
najwyraźniej pański sukces w sprawie owego rozpuszczającego się SRTT oraz rola, 
jaką   odegrał   pan   w   przypadku   lewitującego   dinozaura   wywarły   wrażenie   na 
kierownictwie; oni mylą, że stało się to dzięki pańskim zdolnociom, a nie czystemu 
przypadkowi.   Co   do   mnie   -   wyszczerzył   zęby   -   nie   powierzyłbym   panu   nawet 
własnego wyrostka.
- Jest pan bardzo uprzejmy - odrzekł sucho Conway.

background image

Major znowu się umiechnął. - A czego pan oczekiwał, pochwał? Do mnie należy 
leczenie głów, a nie nadymanie ich. Teraz, jak sądzę, przyda się panu kilka chwil, by 
przywyknąć do nowego zaszczytu...
Conway bez zwłoki docenił, co znaczy dla niego ta zmiana. Na pewno sprawiła mu 
ona przyjemnoć - spodziewał się awansu na starszego lekarza nie wczeniej niż za 
dwa lata. Ale też trochę się przestraszył.
Od tej chwili włoży na ramię opaskę ze złotym galonem, a w korytarzach i jadalniach 
przysługiwać   mu   będzie   prawo   pierwszeństwa   przed   wszystkimi   poza   innymi 
starszymi lekarzami i Diagnostykami. Na każde żądanie otrzyma potrzebny sprzęt i 
pomoc.   Zostanie   obarczony   pełną   odpowiedzialnocią   za   wszystkich   pacjentów 
znajdujących się pod jego opieką i nie będzie mógł się z tego wykręcić lub zwalić na 
kogo innego. Ograniczeniu ulegnie jego osobista swoboda. Będzie musiał prowadzić 
wykłady dla pielęgniarzy, szkolić stażystów i prawie na pewno brać udział w którym z 
długoterminowych   programów   badawczych.   Obowiązki   te   spowodują   koniecznoć 
stałego   pozostawienia   w   głowie   przynajmniej   jednej   hipnotamy   fizjologicznej,   a 
zapewne dwóch. Jak wiedział, ten aspekt sprawy nie będzie wcale przyjemny.
Starsi lekarze obarczeni stałymi obowiązkami dydaktycznymi musieli stale mieć w 
głowie jedną lub dwie hipnotamy. Na plus można było zapisać tylko to, że będzie w 
lepszej sytuacji niż każdy Diagnostyk, przedstawiciel elity szpitalnej, którego umysł 
uważano za wystarczająco odporny, by zapisać im na stałe szeć, siedem czy nawet 
dziesięć   tam.   Te   umysły,   przeładowane   danymi,   miały   prowadzić   badania 
przyczynkowe   w   medycynie   ksenologicznej   oraz   diagnostykę   nowych   schorzeń   u 
przedstawicieli nie znanych dotąd ras.

Jedno   z   popularnych   powiedzeń   Szpitala,   które   podobno   wymylił   sam   naczelny 
psycholog,   głosiło,   że   ktokolwiek   był   dostatecznie   zrównoważony   psychicznie,   by 
zostać Diagnostykiem, jest niewątpliwie pomylony.
Hipnoedukator zapisywał bowiem w umysłach nie tylko dane fizjologiczne, ale także 
całą   pamięć   i   osobowoć   istoty,   która   owe   dane   przekazała.   W   rezultacie   każdy 
Diagnostyk   poddawał   się   dobrowolnie   najostrzejszej   postaci   wielokrotnej 
schizofrenii...
Nagle myli Conwaya przerwane zostały słowami O'Mary. - ... A teraz, kiedy już pan 
urósł o cały metr i na pewno już pana ponosi,  mam dla pana robotę. W pobliże 
Szpitala sprowadzono wrak, we wnętrzu którego znajduje się żywy rozbitek. Jak się 
wydaje, nie można tam zastosować zwykłej procedury wydobywania istot żywych z 
wraków.   Klasyfikacja   rozbitka   nie   jest   znana,   bowiem   nie   udało   się   jeszcze 
zidentyfikować statku. Nie wiemy, co ta istota je, czym oddycha ani w ogóle, jak 
wygląda. Chciałbym, żeby pan się tam udał i uporządkował to wszystko, mając na 
celu jak najszybsze sprowadzenie pacjenta na leczenie do Szpitala. Poinformowano 
nas, że jego ruchy wewnątrz wraku są coraz słabsze - zakończył energicznie - proszę 
więc traktować sprawę jako pilną.
- Tak jest - odrzekł Conway szybko wstając. U drzwi zatrzymał się. Potem długo 
jeszcze   zastanawiał   się   nad   zuchwałocią   tego,   co   powiedział   na   pożegnanie 
naczelnemu   psychologowi   (ostatecznie   zdecydował,   że   to   awans   uderzył   mu   do 
głowy).
- A ja włanie mam pański parszywy wyrostek. Kellerman wyciął go trzy lata temu. 
Zamarynował go i ofiarował na nagrodę w turnieju szachowym. Słój stoi na mojej 
biblioteczce...
O'Mara w odpowiedzi jedynie skłonił głowę, jakby spotkał go jaki komplement. 
Wyszedłszy   na   korytarz   Conway   skierował   się   do   najbliższego   komunikatora   i 
połączył z działem transportu.

background image

- Mówi doktor Conway - zaczął. - Potrzebuję tendra na pilną wizytę u pacjenta. Poza 
tym   pielęgniarza   umiejącego   obsługiwać   analizator,   i   o   ile   to   możliwe,   mającego 
dowiadczenie w wyławianiu rozbitków z  wraków  statków kosmicznych. Będę przy 
luku przyjęć nr 8 za parę minut...
Biorąc pod uwagę wszystkie okolicznoci doć prędko dotarł do celu. Raz jeden musiał 
przylgnąć do ciany korytarza, gdy mijał go zamylony Diagnostyk z Tralthanu dudniący 
szecioma słoniowatymi nogami, mający na plecach swego symbionta, maleńkiego i 
prawie pozbawionego inteligencji przedstawiciela klasy OTSB. Conway nie miał nic 
przeciwko   ustępowaniu   z   drogi   Diagnostykom;   zresztą   kombinacja   FGLI/OTSB 
dawała   w   efekcie   najlepszych   chirurgów   w   Galaktyce.   Przeważnie   jednak   osoby, 
które   napotykał   -   w   większoci   pielęgniarze   klasy   DBLF   oraz   paru   przedstawicieli 
ptakopodobnej   klasy   LVSO   -   jemu   ustępowały   z   drogi.   Co   dowodziło,   że   poczta 
pantoflowa Szpitala działa sprawnie, bowiem Conway miał wciąż jeszcze na ramieniu 
swą starą opaskę. 
Jego nadymająca się od dumy głowa natychmiast powróciła do właciwych rozmiarów 
po spotkaniu ze stworzeniem czekającym na niego przy luku ósmym. Był to jeszcze 
jeden   pielęgniarz   klasy   DBLF,   który   zobaczywszy   Conwaya   natychmiast   zaczął 
pohukiwać i popiskiwać w swoim języku. Autotranslator Conwaya przełożył te dźwięki 
na zrozumiałą mowę.
- Czekam na pana już siedem minut - brzmiały słowa pielęgniarza. - Powiedziano mi, 
że przypadek jest pilny, a widzę, że pan się wlecze, jakby się wcale nie spieszyło...
Słowa   padające   z   autotranslatora   były   jak   zawsze   wyprane   z   wszelkiej   emocji, 
pielęgniarz   mógł   zatem   żartować,   pokpiwać   albo   po   prostu   stwierdzać   fakt   nie 
zamierzając okazywać braku szacunku. W to ostatnie Conway mocno powątpiewał; 
wiedział jednak, że jeli teraz straci cierpliwoć, na nic mu się to nie przyda.
- Mógłbym może skrócić czas pańskiego oczekiwania - odezwał się wziąwszy głęboki 
oddech - gdybym całą drogę pokonał biegiem. Jestem jednak przeciwny bieganiu z 
tego   powodu,   że   niepotrzebny   popiech   osoby   na   moim   stanowisku   stwarza   złe 
wrażenie.   Kto   mógłby   pomyleć,   że   z   jakiego   powodu   ogarnął   mnie   popłoch,   i 
zwątpiłby w moją sprawnoć. By więc wszystko było jasne - zakończył sucho - nie 
wlokłem się, ale szedłem pewnym, rytmicznym krokiem.
Dźwięku, który pielęgniarz wydał w odpowiedzi, autotranslator nie przetłumaczył.
Conway wszedł przed pielęgniarzem do kanału łączącego luk ze statkiem; w kilka 
sekund   później   wystartowali.   W   tylnym   ekranie   tendra   nieprzeliczone   wiatełka 
Szpitala zaczęły się nagle zbiegać. Conway poczuł pierwsze oznaki niepokoju.
Nie   po   raz   pierwszy  wzywano   go   do   wraku   i   całą   procedurę   znał   dobrze.   Nagle 
jednak uwiadomił sobie, że teraz tylko on jest odpowiedzialny za to, co się stanie, że 
nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, jeli co się nie uda. Co prawda, nigdy przedtem 
o   taką   pomoc   nie   prosił,   ale   miło   było   wiedzieć,   że   w   razie   potrzeby   jest   taka 
możliwoć.   Ogarnęła   go   nagła   potrzeba   zrzucenia   częci   nowo   nabytej 
odpowiedzialnoci na kogo innego - na przykład na doktora Priliclę, łagodnego pająka, 
który   był   jego   asystentem   na   pediatrii   -   albo   któregokolwiek   z   innych   lekarzy, 
obojętne czy człowieka, czy nie.
Przez całą drogę do wraku pielęgniarz, który przedstawił się jako Kursedd, mocno 
grał mu na nerwach. Odznaczał się zupełnym brakiem taktu i chociaż Conway znał 
powód tej cechy charakteru, niełatwo było mu się z nią oswoić.
Rasa, do której należał Kursedd, nie miała właciwie zmysłu telepatycznego, ale jej 
przedstawiciele potrafili doć dokładnie odgadywać myli obserwując zachowanie się 
interlokutora. Osobnik tej rasy miał czworo oczu na szypułkach, dwa czułki słuchowe, 
skórę pokrytą siercią, która czasem gładko przylegała do ciała, czasem za sterczała 
jak   u   dopiero   co   wykąpanego   psa,   a   także   wiele   innych   w   wysokim   stopniu 

background image

zmiennych i wiele wyrażających cech wyglądu. Zrozumiałe więc, że ta gąsienicowata 
rasa   nigdy   nie   mogła   wyuczyć   się   sztuki   dyplomacji.   Jej   przedstawiciele   zawsze 
mówili to, co myleli, ponieważ i tak myli te były przejrzyste dla drugiego osobnika, a 
więc wypowiedź niezgodna z nimi nie miała sensu.
I oto tender zbliżał się już do krążownika Korpusu Kontroli i zawieszonego pod nim 
wraku. 
Jeli nie liczyć jasnopomarańczowej barwy, wrak ten wyglądał tak samo, jak wszystkie 
poprzednie,   które   Conway   widział.   W   tym   względzie   statki   przypominały   ludzi: 
gwałtowny   kres   życia   wyzbywał   je   z   wszelkiej   indywidualnoci.   Conway   kazał 
pielęgniarzowi zrobić kilka okrążeń, a sam podszedł do wizjera dziobowego.
Z   bliska   było   dokładnie   widać   strukturę   wewnętrzną   rozbitego   statku,   ponieważ 
uderzenie, jakie otrzymał, praktycznie go rozpołowiło. Wewnątrz zbudowany był z 
ciemnego,   doć   zwyczajnie   wyglądającego   metalu,   a   zatem   jaskrawe   zabarwienie 
pancerza wynikało z zastosowania lakieru tego koloru. Conway starannie zanotował 
ten fakt w pamięci, bowiem odcień lakieru mógł potem dać mu pojęcie o zakresie 
widzialnoci   organów   wzroku   osobnika,   a   także,   czy   atmosfera   jego   planety   jest 
przezroczysta, czy też nie. Po kilku minutach uznał, że powierzchowna obserwacja 
wraku nic mu więcej nie da, i dał sygnał Kurseddowi, by ten zacumował u burty 
"Sheldona".
Śluza wejciowa krążownika była niewielka, a wrażenie to potęgował jeszcze tłum 
Kontrolerów   w   zielonych   mundurach,   którzy   oglądali,   dyskutowali   oraz   ostrożnie 
trącali palcami osobliwie wyglądający mechanizm - wyraźnie wydobyty ze statku - 
leżący na pokładzie. W pomieszczeniu huczał zawodowy żargon przynajmniej z pół 
tuzina specjalnoci i nikt nie zwracał uwagi ani na lekarza, ani na pielęgniarza, dopóki 
Conway dwukrotnie głono nie odchrząknął. Wówczas od tłumu oderwał się oficer z 
naszywkami majora, o szczupłej twarzy i siwiejących skroniach.
- Summerfield. Jestem dowódcą tego krążownika odezwał się energicznym głosem 
obrzucając jednoczenie czułym spojrzeniem to, co leżało na podłodze. - A wy, to, jak 
sądzę, ci fachmani ze Szpitala?
Conway poczuł rozdrażnienie. Potrafił oczywicie zrozumieć, co czuli ci ludzie: wrak 
międzygwiezdnego   statku   należącego   do   nieznanej   cywilizacji   był   rzadkim 
znaleziskiem, którego wartoci niepodobna było ustalić. Jednak Conway mylał inaczej. 
Wytwory obcych kultur stały na drugim miejscu, daleko za koniecznocią zbadania, a 
potem ratowania życia nieziemca. Dlatego włanie od razu przystąpił do rzeczy.
- Majorze Summerfield - rzekł ostro - musimy upewnić się co do warunków rodowiska 
rozbitka   oraz   odtworzyć   je,   jak   można   najszybciej,   zarówno   w   Szpitalu   jak   i   w 
tendrze,   który   go   tam   zabierze.   Czy   kto   mógłby   pokazać   nam   wrak?   Może   jaki 
odpowiedzialny oficer, jeli to możliwe obznajomiony z...
- Oczywicie - przerwał Summerfield. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał jeszcze co 
powiedzieć, ale wzruszył ramionami i obrócił się. - Hendricks! - warknął.
Podszedł do niego porucznik ubrany w dolną częć skafandra; na jego twarzy malował 
się   niepokój.   Kapitan   szybko   wszystkich   przedstawił,   po   czym   powrócił   do 
tajemniczego przedmiotu na podłodze.
-   Potrzebne   nam   będą   ciężkie   skafandry   -   powiedział   Hendricks.   -   Dla   pana   się 
znajdzie, doktorze Conway, ale doktor Kursedd jest klasy DBLF...
-Nic nie szkodzi - wtrącił Kursedd. - Mam skafander w tendrze. Będę za pięć minut.
Pielęgniarz   popełzł   falistym   ruchem   ku   luzie.   Jego   sierć   unosiła   się   i   opadała 
powolnymi falami przebiegającymi od rzadkich kępek na szyi do gęstszego futra na 
ogonie.   Conway   miał   już   sprostować   pomyłkę   Hendricksa   w   sprawie   funkcji 
Kursedda,   ale   nagle   uwiadomił   sobie,   że   pielęgniarz   objawił   silną   reakcję 
emocjonalną, gdy nazwano go doktorem: owo falowanie sierci było z pewnocią czym 

background image

spowodowane! Nie będąc w tej samej klasie, co Kursedd, Conway nie wiedział, czy 
był to przejaw dumy lub przyjemnoci z "awansu", czy też pielęgniarz miał się w żywe 
oczy - których miał czworo - z błędu. Nie było to takie ważne, toteż postanowił nic nie 
mówić. 
II

Drugi raz Hendricks nazwał Kursedda doktorem, kiedy wszyscy trzej wchodzili do 
wraku, ale tym razem reakcję pielęgniarza skrył jego skafander.
- Co tu się stało? - zapytał Conway rozglądając się dookoła z zaciekawieniem. - 
Wypadek, zderzenie, czy co?
-   Według   naszej   teorii   -   odparł   porucznik   Hendricks   -   zawiodła   jedna   z   dwu   par 
generatorów   utrzymujących   statek   w   nadprzestrzeni   podczas   lotu   z   prędkocią 
większą od wiatła. Jedna połowa statku momentalnie wyskoczyła z nadprzestrzeni, 
co automatycznie oznaczało, że przeszła do prędkoci podwietlnej. Rezultatem było 
rozerwanie statku na dwie połowy. Częć z uszkodzonymi generatorami została z tyłu, 
ponieważ po awarii druga para generatorów działała jeszcze przez jaką sekundę. By 
odizolować   uszkodzone   sektory,   zadziałały   zapewne   przeróżne   urządzenia 
zabezpieczające, ale praktycznie awaria rozniosła statek w strzępy, więc na niewiele 
się   to   zdało.   Tym   niemniej   włączył   się   automatyczny   sygnał   alarmowy,   który 
szczęliwie usłyszelimy, a prawdopodobnie gdzie wewnątrz zachowała się atmosfera, 
bo słyszelimy ruchy rozbitka. Nie mogę jednak przestać myleć - zakończył poważnym 
tonem - o losie drugiej połowy wraku. Stamtąd nie wysłano - może nie można było - 
wołania o ratunek; inaczej też bymy je usłyszeli. Tam też kto mógł przeżyć.
-   To   rzeczywicie   szkoda   -   przyznał   Conway.   -   Tego   jednak   uratujemy   -   dodał 
pewniejszym głosem. - Jak się do niego zbliżyć?
Zanim   Hendricks   odpowiedział,   sprawdził   u   wszystkich   degrawitatory   i   zbiorniki 
powietrza.   -  Nie można  -  odparł  -  przynajmniej  na  razie.  Chodźmy,  pokażę  wam 
dlaczego.
Conway pamiętał, że O'Mara wspominał co o trudnociach z dotarciem do rozbitka, 
ale   uznał   wówczas,   że   chodzi   po   prostu   o   zwykły   problem   z   tarasującymi   drogę 
szczątkami   urządzeń.   Jednak   wziąwszy   pod   uwagę   rzeczowoć   porucznika 
Hendricksa w szczególnoci,  a znaną sprawnoć Korpusu Kontroli  w ogóle, był już 
teraz pewien, że problem nie należał do zwyczajnych.
Tym   niemniej,   w   miarę   posuwania   się   w   głąb   wraku   ratownicy   napotykali   na 
wyjątkowo mało przeszkód. Dookoła unosiło się jak zwykle trochę luźnych szczątków, 
ale   poważniejszego   zawału   nie   było.   Dopiero,   kiedy   Conway   przyjrzał   się   bliżej 
otoczeniu, mógł w pełni ocenić skutki awarii. Nie było ani jednego elementu, czy to 
podpory ciany, czy kawałka pancerza, który nie byłby wyrwany, pęknięty, czy choćby 
poluzowany w szwach. A po drugiej stronie przedziału, do którego weszli, widać było 
przepalone   drzwi   chronione   tymczasową   luzą   zbryzganą   szybko   schnącą   masą 
izolacyjną.
- Oto nasz problem - odezwał się Hendricks w odpowiedzi na pytające spojrzenie 
Conwaya.   -   Awaria   rozwaliła   statek   prawie   całkowicie.   Gdybymy   nie   byli   w 
nieważkoci, rozpadłby się pod naszym ciężarem. - Przerwał, by pomóc Kurseddowi, 
który nie mógł się przepchnąć przez otwór w drzwiach. - Wszystkie hermetyczne 
drzwi   zapewne   zatrzasnęły   się   automatycznie,   ale   ponieważ   statek   jest   w   takim 
stanie, zamknięte grodzie nie muszą oznaczać, że po drugiej stronie jest jakakolwiek 
atmosfera. I choć wiemy już, jak te grodzie otworzyć, nie możemy mieć pewnoci, że 
ich   poruszenie   nie   spowoduje   otwarcia   wszystkich   pozostałych   drzwi   w   statku,   z 
fatalnym skutkiem dla rozbitka.

background image

W   słuchawkach   Conwaya   rozległo   się   ciężkie   westchnienie,   po   którym   porucznik 
mówił dalej:
-   Jestemy   więc   zmuszeni   zakładać   luzy   przy   wszystkich   grodziach,   do   których 
dotarlimy,  aby spadek cinienia, gdy zaczniemy się przebijać, był tylko  minimalny. 
Jednak to wszystko zabiera wiele czasu, a nie ma żadnej możliwoci skrócenia tego 
nie narażając jednoczenie życia rozbitka.
-   Na   to   trzeba   sprowadzić   więcej   ekip   ratunkowych   odparł   Conway.   -   Jeli   w 
krążowniku jest ich za mało, możemy sprowadzić więcej ze Szpitala. W ten sposób 
skrócimy czas...
- W żadnym wypadku, doktorze! - przerwał Hendricks z naciskiem. - Jak pan sądzi, 
dlaczego   zatrzymalimy   się   pięćset   mil   od   Szpitala?  Mamy   dowody,   że   we   wraku 
zachowały się znaczne rezerwy energii i dopóki nie wiemy dokładnie jakiej i gdzie, 
musimy   pracować   z   największą   ostrożnocią.   Chcemy   uratować   rozbitka,   ale   nie 
mamy zamiaru zginąć razem z nim w eksplozji. Nie mówili panu o tym w Szpitalu?
Conway potrząsnął głową. - Może nie chcieli mnie martwić.
- Ja też nie chcę - zamiał się Hendricks. - Mówiąc poważnie, szansa eksplozji jest z 
każdą chwilą mniejsza, o ile podejmiemy odpowiednie rodki ostrożnoci. Jeżeli jednak 
zaroi się tu od ludzi z palnikami i łomami, to wybuch będzie prawie pewny.
W   czasie   wywodu   porucznika   zdążyli   przejć   przez   dwa   inne   przedziały   i   krótki 
odcinek   korytarza.   Conway   zauważył,   że   wnętrze   każdego   pomieszczenia 
pomalowane było na inny kolor. Uznał, że rasa, której przedstawicielem był rozbitek, 
ma zapewne wysoce oryginalne pojęcie o kolorystyce wnętrz.
- Kiedy spodziewa się pan do niego dotrzeć? - zapytał.
Hendricks odrzekł ponuro, że jest to bardzo proste pytanie, które wymaga długiej i 
złożonej   odpowiedzi.   Obcy   zdradził   swą   obecnoć   hałasem,   a   mówiąc   dokładniej, 
drganiem struktury statku wywołanym jego ruchami. Jednak stan wraku oraz to, że te 
ruchy były nieregularne i słabły, nie pozwalały dokładnie ustalić miejsca, w którym się 
znajduje. Ratownicy przebijali się ku rodkowi wraku zakładając, że tam najpewniej 
znajduje się jakie nieuszkodzone, szczelne pomieszczenie. A przy tym, w wyniku 
hałasu i drgań spowodowanych przez ludzi nie było już słychać ruchów rozbitka, co 
umożliwiłoby bliższe ustalenie jego położenia.
Ujmując   to   w   liczbach,   odpowiedź   na   postawione   pytanie   brzmiała:   od   trzech   do 
siedmiu godzin.
A kiedy już do niego dotrą, pomylał Conway, trzeba będzie wziąć próbki, zanalizować 
i odtworzyć jego atmosferę, a także właciwe dla niego ciążenie, przygotować go do 
przeniesienia   do   Szpitala   i   udzielić   wszelkiej   możliwej   pierwszej   pomocy,   zanim 
rozpocznie się właciwe leczenie.
-   O   wiele   za   długo   -   powiedział   przerażony:   Skoro   rozbitek   słabnie,   nie   można 
oczekiwać,   że   przeżyje   do   tego   czasu.   -   Musimy   przygotować   pomieszczenie   w 
Szpitalu bez oglądania pacjenta; inne postępowanie jest wykluczone. Zrobimy tak...
Conway wydał szybkie polecenia, by zerwano kilka płytek podłogowych obnażając w 
ten sposób znajdujące się pod nimi obwody sztucznego ciążenia. On sam nie bardzo 
się   na   tym   zna,   powiedział   o   tym   Hendricksonowi,   ale   porucznik   na   pewno   doć 
dokładnie   zorientuje   się   w   ich   mocy.   Wszystkie   cywilizowane   Galaktyki,   które 
opanowały sztukę podróży kosmicznych, neutralizują i wytwarzają grawitację w ten 
sam sposób; jeli rasa rozbitka robi to inaczej, to i tak będzie można uznać, że akcja 
ratownicza nie zda się na nic.

- ... Cechy fizyczne przedstawiciela dowolnej rasy mówił dalej - można wydedukować 
na podstawie próbek jego żywnoci, wielkoci i energochłonnoci obwodów sztucznego 
ciążenia,   a   także   składu   powietrza,   które   zachowało   się   gdzie   w   odcinkach 

background image

przewodów.   Dostateczne   nagromadzenie   tego   rodzaju   danych   pozwoli   nam 
odtworzyć jego rodowisko...
- Niektóre z tych fruwających przedmiotów to zapewne pojemniki z żywnocią - wtrącił 
nagle Kursedd.
-   To   możliwe   -   zgodził   się   Conway.   -   Ale   najpierw   trzeba   zdobyć   jaką   próbkę 
atmosfery   i   zanalizować   ją.   W   ten   sposób   zdobędziemy   ogólne   pojęcie   o 
metaboliźmie rozbitka, dzięki czemu uda się nam potem odróżnić puszki z syropem 
od pojemników z farbą...! 
Poszukiwania mające na celu wykrycie i wyodrębnienie systemu doprowadzającego 
powietrze  rozpoczęły się w kilka  sekund później.  Conway wiedział, że w każdym 
pomieszczeniu   statku   kosmicznego   z   koniecznoci   znajduje   się   mnóstwo   rur   i 
przewodów, ale taka iloć, jaką zawierał tu choćby najmniejszy przedział, zdumiewała 
go   swą   złożonocią.   Ich   widok   wywoływał   u   niego   jaką   niejasną   myl,   gdzie   w 
zakamarkach mózgu, ale albo jego centra skojarzeniowe nie działały właciwie, albo 
ów bodziec nie był zbyt silny - w każdym razie nic mu nie przyszło do głowy.
Conway oraz pozostali ratownicy działali według założenia, że jeli każdy przedział 
można   było   odizolować   hermetycznymi   grodziami,   w   takim   razie   przewody 
powietrzne   do   takiego   sektora   powinny   być   przedzielone   zaworami   przy   wejciu   i 
wyjciu. Toteż znalezienie odcinka przewodu zawierającego jeszcze powietrze było 
tylko kwestią czasu. Jednak labirynt otaczających ich rur zawierał również przewody 
energetyczne i telekomunikacyjne, z których częć była pewnie nadal pod napięciem. 
Toteż trzeba było przeledzić każdy odcinek aż do jakiej przerwy, by wyeliminować 
wszystkie przewody poza powietrznymi. Był to długi i żmudny proces. Conway aż 
wrzał w duchu ze złoci na myl o tej czysto mechanicznej zgadywance, od szybkiego 
rozwiązania   której   zależało   życie   pacjenta.   Żywił   wciekłą   nadzieję,   że   ekipa 
przebijająca się do wnętrza wraku pierwsza dotrze do pacjenta, tak że będzie mógł z 
powrotem stać się w pełni sprawnym lekarzem, a nie technikiem z dwiema lewymi 
rękami.
Po upływie dwóch godzin ograniczono zakres możliwoci do jednej, ciężkiej rury, która 
po prostu musiała być przewodem powietrznym.
Wszystko wskazywało na to, że prowadzi do niej siedem wlotów!
- No, jeli kto potrzebuje siedmiu składników... -- zaczął Hendricks, po czym popadł w 
kłopotliwe milczenie.
- Tylko jeden przewód dostarcza składnika głównego - odrzekł Conway. - Pozostałe 
muszą zawierać potrzebne elementy ladowe albo składniki obojętne, jak na przykład 
azot   w   naszym   powietrzu.   Gdyby   te   zawory  regulacyjne,   które   widać   na  każdym 
przewodzie, nie zamknęły się, gdyby przedział się rozhermetyzował, można byłoby 
odczytać   z   ich   ustawień   dokładną   proporcję   poszczególnych   składników.   Mówił 
pewnym głosem, ale w głębi ducha nie czuł się pewnie. Miał przeczucie.
Kursedd   przesunął   się   do   przodu.   Ze   swego   zestawu   wyciągnął   niewielki   palnik, 
zwęził płomień otrzymując dwudziestocentymetrową iglicę ognia, po czym dotknął nią 
jednego z przewodów wlotowych. Conway zbliżył się trzymając w pogotowiu otwartą 
butelkę do próbek.
Z przewodu trysnął strumień żółtawej pary i Conway skoczył ku niemu. W butelce 
znalazło się niewiele gazu, ale doć, by przeprowadzić analizę. Kursedd zaatakował 
kolejny przewód.
- Sądząc po wyglądzie - rzekł nie przerywając pracy - powiedziałbym, że jest to chlor. 
A jeli chlor jest głównym składnikiem jego atmosfery, pacjenta będzie można umiecić 
w zmodyfikowanej sali dla klasy PVSJ.
- Jako mi się nie wydaje - odparł Conway - żeby to było takie proste.

background image

Ledwie skończył mówić, gdy silny strumień pary wypełnił pomieszczenie białą mgłą. 
Kursedd oskoczył instynktownie odrywając płomień palnika od przedziurawionej rury. 
Para   przeistoczyła   się   w   wielkie   krople   przezroczystego   płynu,   które   wciekle 
bulgocąc zmieniały się w gaz. Wygląda to i zachowuje się jak woda, pomylał Conway 
pobierając kolejną próbkę.
Po wykonaniu otworu w trzecim przewodzie płomień palnika wyraźnie urósł i pojaniał, 
póki   znajdował   się   w   strumieniu   uchodzącego   gazu.   Nie   było   żadnej   wątpliwoci, 
dlaczego.
- Czysty tlen - orzekł Kursedd ujmując w słowa myli Conwaya - albo prawie czysty.
- Woda może być - wtrącił Hendricks - ale chlor i tlen tworzą w sumie mieszaninę 
zupełnie nie nadającą się do oddychania.
-   Zgadzam   się   -   powiedział   Conway.   -   Dla   każdej   istoty   chlorodysznej   tlen   jest 
miertelny w ciągu paru sekund i odwrotnie. Ale może być tak, że jeden z tych gazów 
stanowi   bardzo   niewielki   procent,   lad   tylko.   A   może   oba   są   tylko   elementami 
ladowymi, a głównego składnika jeszcze nie wykrylimy.
W ciągu kilku następnych chwil otwarto cztery pozostałe przewody i pobrano próbki. 
Tymczasem Kursedd najwyraźniej rozważał hipotezę Conwaya. Odezwał się dopiero, 
gdy odchodził do tendra i znajdującej się tam aparatury analitycznej.
-   Jeli   te   gazy   mają   być   tylko   w   ilociach   ladowych   odezwał   się   bezbarwny   głos 
autotranslatora - dlaczego w takim razie wszystkich tych i obojętnych składników nie 
miesza się zawczasu i dostarcza łącznie z utleniaczem lub jego odpowiednikiem, tak 
jak   robimy   to   my,   i   większoć   innych   ras?   Wszystko   wtedy   dopływa   jednym 
przewodem.
Conway odchrząknął zmieszany. Biedził się z tym samym problemem i nawet nie 
wiedział, jak do niego podejć. Tymczasem odezwał się ostrym tonem:
- Proszę szybko wykonać analizy, za porucznik Hendricks i ja postaramy się ustalić 
rozmiary ciała rozbitka oraz właciwe dla niego cinienie atmosferyczne. I proszę się 
nie martwić - zakończył sucho - wszystko się z czasem wyjani.
- Miejmy nadzieję, że jeszcze w czasie leczenia - odparł na odchodnym Kursedd - a 
nie przy sekcji zwłok.
Bez dalszego ponaglania Hendricks zaczął odsuwać powyginane płytki podłogowe, 
by dostać się do obwodów sztucznego ciążenia. Wygląda na to, że porucznik wie, co 
robi, pomylał Conway, toteż zostawił go przy tym zajęciu i poszedł szukać jakich 
mebli. 
III

Katastrofa   spowodowała   zupełnie   inne   skutki   niż   typowe   zderzenie,   w   którym 
wszystkie   przedmioty   ruchome   oraz   znaczna   częć   tych,   które   powinny   być 
nieruchome, zostają uniesione siłą bezwładnoci i rzucone w kierunku punktu kolizji. 
Tutaj   nastąpił   krótki,   gwałtowny   wstrząs,   który   zniszczył   wszystkie   elementy 
mocujące, takie jak ruby, nity i spojenia na statku. Meble, które na każdym statku 
zazwyczaj należą do przedmiotów szczególnie kruchych, ucierpiały najwięcej.
Gdyby   miał   krzesło   czy   łóżko,   mógłby   doć   dokładnie   ustalić   kształt   i   sposób 
poruszania się jego użytkownika, a także, czy okryty był on twardą skórą, czy też dla 
wygody   potrzebował   sztucznej   wyciółki.   Natomiast   badanie   zastosowanych 
materiałów   oraz   wyglądu   mebla   dałoby   mu   pojęcie   o   tym,   jakie   ciążenie   jest 
normalne dla owej istoty. Miał jednak wyraźnie pecha.
Niektóre   ze   szczątków   fruwających   po   różnych   pomieszczeniach   bez   wątpienia 
wchodziły   kiedy  w skład  jakich  sprzętów  ale  były  tak  dokładnie  przemieszane  ze 
sobą,   że   zidentyfikowanie   ich   nie   było   łatwiejsze   od   układania   równoczenie 

background image

szesnastu   przemieszanych   łamigłówek.   Zastanowił   się,  czy   nie   powiedzieć   o   tym 
O'Marze, ale zrezygnował. Major na pewno nie jest ciekaw tego, jak mu nie idzie.
Włanie   grzebał   w   szczątkach   czego,   co   mogło   być   kiedy   rzędem   szafek,   mając 
tęskną nadzieję, że natrafi na skarb w postaci odzieży albo fotografii nieziemca, gdy 
w hełmie rozległ się głos Kursedda.
- Analiza skończona - zaraportował pielęgniarz. - W próbkach nie ma nic godnego 
uwagi,   jeżeli   się   je   potraktuje   oddzielnie.   Natomiast   razem   tworzą   mieszaninę 
miertelną dla każdej istoty obdarzonej układem oddechowym. Jak by te gazy nie 
mieszać, w rezultacie otrzymuje się gęstą, trującą mgłę.
- Proszę dokładniej - odrzekł Conway ostro. - Potrzebne mi są dane, a nie osobiste 
opinie.
-   Poza   zidentyfikowanymi   już   gazami   -   powiedział   Kursedd   -   jest   tam   jeszcze 
amoniak, CO2, oraz dwa gazy obojętne. Łącznie, we wszystkich kombinacjach, jakie 
jestem w stanie sobie wyobrazić, tworzą atmosferę ciężką, trującą i prawie zupełnie 
nieprzezroczystą.
-   To   niemożliwe!   -   warknął   Conway.   -   Widział   pan,   jak   są   pomalowane   ich 
pomieszczenia: same pastelowe kolory. Istoty żyjące w nieprzezroczystej atmosferze 
nie są wrażliwe na subtelne odcienie barw...
- Doktorze Conway - przerwał przepraszająco głos Hendricksa - zakończyłem już 
badanie tego obwodu. Moim zdaniem ustawiony jest na pięć G.
Ciążenie równe pięciokrotnej grawitacji ziemskiej oznaczało również proporcjonalnie 
wysokie cinienie atmosferyczne. Owa istota musi więc oddychać gęstą zupą, trującą 
mieszaniną   gazów   -   ale   przezroczystą,   dodał   popiesznie   w   myli.   Poza   tym   były 
jeszcze dalsze bezporednie, a może i niebezpieczne konsekwencje.
-   Niech   pan   powie   ekipie   ratunkowej   -   zwrócił   się   szybko   do   Hendricksa   -   żeby 
bardziej uważali, o ile to możliwe, nie zwalniając tempa pracy. Każdy stworek żyjący 
pod pięcioma G ma swoją siłę, a istoty znajdujące się w stanie zagrożenia życia nie 
raz ogarniała panika.
-   Rozumiem   -   odparł   Hendricks   zaniepokojonym   tonem   i   wyłączył   się.   Conway 
powrócił do rozmowy z Kurseddem.
-  Słyszał   pan,  co  powiedział  porucznik  -  mówił  już  spokojniej.  Proszę  spróbować 
jakich kombinacji pod wysokim cinieniem. I proszę pamiętać: to ma być p r z e z r o c 
z y s t a atmosfera!
Nastąpiło dłuższe milczenie.- Tak jest - odezwał się w końcu pielęgniarz. - Chciałbym 
jednak dodać, że nie lubię zbytecznej roboty, nawet na rozkaz.
Przez   kilka   sekund   Conway   usilnie   starał   się   opanować;   w   końcu   trzask   w 
słuchawkach uwiadomił mu, że DBLF przerwał połączenie. Wówczas z ust wyrzucił 
kilka   słów,   które   nawet   po   wyżęciu   z   wszelkiej   emocji   przez   autotranslator   nie 
pozostawiłyby   najmniejszej   wątpliwoci   w   umyle   jakiegokolwiek   nieziemca,   że 
Conway jest wciekły.
Wkrótce   jednak   jego   gniew   na   tego   głupiego,   zarozumiałego,   wprost 
impertynenckiego   pielęgniarza,   którego   mu   wetknięto,   zaczął   słabnąć.   Może   i 
Kursedd nie był głupi, mimo wszystkich innych wad. Powiedzmy, że miał rację co do 
nieprzezroczystoci   atmosfery   -   co   wtedy   z   tego   wynikało?   Wynikała   kolejna 
sprzeczna informacja.
Cały wrak był pełen takich sprzecznoci, mylał ze znużeniem Conway. Jego kształt i 
budowa nie wskazywały na to, że był przeznaczony dla istot przyzwyczajonych do 
wysokiej grawitacji, a mimo to obwody sztucznego ciążenia mogły dać aż 5 G. A 
kolorystyka   wnętrz   dowodziła,   że   zakres   częstotliwoci   wiatła   widzianego   przez   te 
istoty zbliżony był do ludzkiego. A jednak, według Kursedda, ich powietrze wymagało 
radaru,   by   się   w   nim   poruszać.   Nie   mówiąc   już   o   nie   wiadomo   dlaczego   tak 

background image

skomplikowanym   systemie   napowietrzania   oraz   jasnopomarańczowej   barwie 
kadłuba...
Chyba już po raz dwudziesty Conway usiłował zbudować jaki rozsądny obraz sytuacji 
z danych, którymi rozporządzał. Bezskutecznie. Może gdyby podszedł do tego z innej 
strony...
Gwałtownie wcisnął guzik nadajnika. - Poruczniku Hendricks - powiedział - proszę 
połączyć mnie ze Szpitalem, z majorem O'Marą. I chciałbym, żeby tego słuchał major 
Summerfield, pan oraz pielęgniarz Kursedd. Czy da się to załatwić?
Hendricks mruknął potakująco. - Jedną chwileczkę powiedział.
Poród trzasków, brzęczenia i pisków Conway usłyszał urywane słowa Hendricksa, 
następnie łącznociowca z "Sheldona" wzywającego Szpital, a w końcu beznamiętny 
głos autotranslatora dyżurnego centrali szpitala. W czasie krótszym niż minuta, którą 
zakładał sobie Conway, gwar ucichł i rozległ się stanowczy, znajomy głos.
- Mówi naczelny psycholog - warknął O'Mara. Słucham.
Conway   naszkicował,   jak   mógł   najpobieżniej,   sytuację   na   wraku,   poinformował   o 
dotychczasowym   braku   jakichkolwiek   ustaleń   oraz   o   stwierdzonych   przez   nich 
sprzecznych danych.
-   Ekipa   ratunkowa   -   mówił   -   kieruje   się   ku   rodkowi   wraka,   ponieważ   tam 
najprawdopodobniej znajduje się rozbitek. Mogą oni jednak trafić do jakiej klitki gdzie 
z boku, toteż może trzeba będzie przeszukać wszystkie przedziały, by go odnaleźć. 
Nie   wykluczam,   że   może   to   potrwać   parę   dni.   Rozbitek   -   zakończył   grobowym 
głosem - jeli jeszcze żyje, na pewno jest w ciężkim stanie. Nie mamy tyle czasu.
- No więc ma pan problem, doktorze. Co pan zamierza przedsięwziąć?
- Mylę - odparł Conway wymijająco - że może pomogłoby ogólniejsze spojrzenie na 
całą   sprawę.   Gdyby   major   Summerfield   mógł   mi   opowiedzieć   o   okolicznociach 
odnalezienia wraku - jego pozycji, kursie oraz wszystkich swoich obserwacjach, które 
zdoła sobie przypomnieć. Na przykład, czy przedłużenie toru lotu statku pomogłoby 
nam odszukać planetę, z której pochodzi? To by rozwiązało...
-   Niestety   nie,   doktorze   -   odezwał  się  Summerfield.   -   Wytyczając   przebytą   przez 
statek drogę ustalilimy, że prowadzi ona przez niezbyt odległy system planetarny. 
Układ ten został  jednak przez nas już zbadany ponad sto lat temu i wpisany do 
rejestru planet zdatnych do kolonizacji. Oznacza to, jak pan wie, że nie ma tam istot 
rozumnych.   A   żadna   rasa   nie   wzniosła   się   jeszcze   od   zera   do   techniki   lotów 
międzygwiezdnych w ciągu wieku, toteż wrak nie może pochodzić z tamtego układu. 
Dalsze   przedłużenie   tej   linii   prowadzi   donikąd,   a   mówiąc   cilej,   w   przestrzeń 
międzygalaktyczną.   Moim   zdaniem,   katastrofa   musiała   spowodować   gwałtowną 
zmianę kursu, tak że położenie i tor lotu wraka w momencie odnalezienia nic nam nie 
powiedzą.
- I tyle zostało z mojego wietnego pomysłu - powiedział Conway ze smutkiem, po 
czym kontynuował już bardziej zdecydowanym tonem: - Ale gdzie musi być druga 
połowa wraka. Gdybymy ją odnaleźli, a szczególnie, gdyby znajdowało się w niej 
ciało lub ciała innych członków załogi, to by nam wszystko rozwiązało! Zgadzam się, 
że proponuję dojcie do celu bardzo okrężną drogą, ale sądząc po tym, jak wolno nam 
teraz idzie, może to być droga najszybsza. Chciałbym, by zarządzono poszukiwania 
drugiej połowy wraka - zakończył Conway i czekał na wybuch burzy.
Major   Summerfield   wykazał   najkrótszy   czas   reakcji   dostarczając   pierwszego 
podmuchu huraganu.
-  To  niemożliwe!  Nie  zdaje  sobie  pan  sprawy  z  tego,  czego  pan  żąda!   Potrzeba 
byłoby co najmniej dwustu jednostek - całej sub- floty Sektora! - aby zbadać tę strefę 
w takim czasie, żeby był z tego jaki pożytek. I tylko po to, żeby dostarczyć panu 
martwego osobnika, którego mógłby pan pokrajać i być może w ten sposób pomóc 

background image

drugiemu, który do tego czasu może umrzeć. Wiem, że według pańskich zasad życie 
jest   cenniejsze   niż   wszelka   kalkulacja   materialna   -   Summerfield   mówił   już   nieco 
spokojniej - ale ta graniczy już z szaleństwem. Poza tym nie mam kompetencji, by 
zarządzić ani nawet zaproponować taką operację...
- Szpital je ma - burknął O'Mara, po czym zwrócił się do Conwaya: - Kładzie pan 
głowę   pod   topór,   doktorze.   Jeli   w   wyniku   akcji   rozbitek   zostanie   uratowany,   nie 
sądzę,   żeby   kto   marudził   z   powodu   tego   całego   zamieszania   i   kosztów   operacji. 
Może nawet Korpus pochwali pana za odkrycie nowej rasy inteligentnej. Jeli jednak 
nieziemiec   umrze   albo   okaże   się,   że   nie   żył   już   w   chwili,   gdy   zaczynano 
poszukiwania, no to nie chciałbym być wtedy w pańskiej skórze.
Patrząc uczciwie na całą sprawę Conway nie powiedziałby, że zależy mu na tym 
pacjencie bardziej niż zwykle, a na pewno nie na tyle, żeby rzucić na szalę całą swą 
karierę z powodu słabej nadziei, że uda się go uratować. Raczej powodowała nim 
gniewna   ciekawoć   oraz   jakie   niejasne   przeczucie,   że   posiadane   przez   nich 
sprzeczne dane tworzą tylko częć obrazu obejmującego co więcej niż tylko wrak i 
samotnego   rozbitka.   Nieziemcy   nie   budowali   statków   tylko   po   to,   by   dostarczać 
łamigłówek lekarzom z Ziemi, toteż owe pozornie sprzeczne informacje muszą co 
oznaczać...
Przez chwilę  zdawało mu się,  że ma już  odpowiedź.  Gdzie  na  granicy  jego  myli 
powstawał mglisty, nieukształtowany jeszcze obraz... który zatarł się, gwałtownie i 
całkowicie, na skutek podnieconego głosu Hendricksa wołającego w słuchawkach:
- Doktorze, znaleźlimy rozbitka!
Kiedy   Conway   kilka   minut   później   dotarł   na   miejsce,   ujrzał   zainstalowaną   już 
prowizoryczną luzę powietrzną. Hendricks oraz ludzie z ekipy ratowniczej rozmawiali 
stykając się hełmami, aby nie blokować fali. Ale najcudowniejszy, był widok mocno 
napiętej tkaniny, z której zbudowana była luza.
W rodku było powietrze. Hendricks włączył nagle radio.
- Może pan wejć, doktorze - powiedział. - Ponieważ już go mamy, możemy po prostu 
otworzyć drzwi, a nie przecinać ich palnikiem. - Wskazał nadęty materiał luzy.
- Cinienie w rodku wynosi około siedmiuset hektopaskali.
Nie   za   duże,   pomylał   trzeźwo   Conway,   zważywszy,   że   w   normalnym   rodowisku 
rozbitka   panowało,   jak   zakładano,   ciążenie   5   G,   a   tej   morderczej   grawitacji 
towarzyszy ogromne cinienie atmosferyczne. Miał nadzieję, że starczyło, by utrzymać 
życie. Doszedł do wniosku, że przez cały czas od chwili wypadku musiało uchodzić 
powietrze. Może cinienie wewnętrzne tego stworzenia dostosowało się do tego i je 
uratowało.
- Próbkę atmosfery do Kursedda, szybko! - nakazał Conway. - Jak już poznają jej 
skład, zwiększenie cinienia będzie drobnostką, gdy już znajdą się w tendrze. - Proszę 
również  postawić  czterech ludzi   przy  tendrze -  dodał   szybko.  -  Potrzebny  będzie 
sprzęt specjalny, by wydostać stąd rozbitka, i może trzeba będzie się spieszyć. 
Do   maleńkiej   luzy   wszedł   razem   z   Hendricksem.   Porucznik   sprawdził   szczelnoć, 
przesunął   dźwignię   znajdującą   się   koło   drzwi   i   wyprostował   się.   Trzeszczenie 
skafandra uwiadomiło Conwayowi, że cinienie wzrasta w miarę napływu powietrza z 
otwierającego się przedziału. Z satysfakcją zauważył, że jest to czyste powietrze, a 
nie supergęsta mgła, którą przepowiadał Kursedd. Hermetyczne drzwi ruszyły, chwilę 
zawahały się, gdy rozszerzony od gorąca segment wsuwał się do wnęki, potem za 
raptownie rozsunęły się na ocież.
- Proszę nie wchodzić, dopóki pana nie zawołam szepnął Conway i przekroczył próg. 
W słuchawkach rozległo się potwierdzające mruknięcie Hendricksa, a zaraz potem 
glos Kursedda, który poinformował, że nagrywa wszystko, co się dzieje.

background image

Pierwszy rzut oka na nieznany typ fizjologiczny dawał  zawsze Conwayowi mętny 
obraz: Jego umysł starał się dopasować cechy fizyczne do innych, znanych mu istot, 
a czy z powodzeniem, czy też nie, zawsze zabierało to trochę czasu.
- Conway! - rozległ się ostry głos O'Mary. - Zasnął pan, czy co?
Conway   zupełnie   zapomniał   o   naczelnym   psychologu,   Summerfieldzie   i   tych 
wszystkich  łącznociowcach,  z  którymi   był   w kontakcie.  Pospiesznie  odchrząknął  i 
zaczął relacjonować:
-   Istota   jest   w   kształcie   piercienia;   trochę   przypomina   napompowaną   dętkę. 
Zewnętrzna rednica wynosi ponad dwa i pół metra, za gruboć piercienia ponad pół 
metra. Na pierwszy rzut oka masa jest czterokrotnie większa od mojej. Nie porusza 
się; nie widać też oznak poważnych uszkodzeń ciała.
Wziął   głęboki   oddech   i   mówił   dalej:   -   Zewnętrzna   powłoka   ciała   jest   gładka, 
połyskliwa, barwy szarej, poza tymi partiami, które pokryte są grubą, brązową narolą. 
Obejmuje  ona połowę  ciała i  wygląda  na rakowatą  narol,  o ile  nie jest  naturalną 
powłoką ochronną. Może to być wynikiem poważnej dekompresji. Od zewnętrznej 
strony   znajdują   się   dwa   rzędy   krótkich,   mackowatych   wyrostków,   obecnie   cile 
przylegających   do   ciała.   Widać   ich   pięć   par;   nie   sprawiają   wrażenia 
wyspecjalizowanych.   Nie   ma   również   żadnych   organów   wzroku   ani   pobierania 
pokarmu. Podchodzę, by lepiej się przyjrzeć.
Gdy zbliżał się do stworzenia, nie wywołało to z jego strony żadnej widocznej reakcji. 
Przyszło mu do głowy, że może pomoc nadeszła zbyt późno. Wciąż nie widział ani 
oczu, ani otworu gębowego, ale dostrzegł małe otworki przypominające skrzela i co, 
co   wyglądało   jak   ucho.   Wyciągnął   rękę   i   delikatnie   dotknął   jednej   ze   złożonych 
macek.
To, co nastąpiło, było tak gwałtowne, jak eksplozja bomby.
Conwayem   rzuciło   o   podłogę;   stracił   w   prawym   ramieniu   czucie   od   ciosu,   który 
zgruchotałby   mu   przegub,   gdyby   nie   ciężki   skafander.   Wciekle   manipulował 
degrawitatorem, aby nie odbić się od podłogi, po czym powoli wycofał się w stronę 
drzwi.   Kakofonia   pytań   padających   ze   słuchawek   uporządkowała   się   na   tyle,   że 
można było wyróżnić dwa podstawowe: dlaczego krzyknął i co to za łoskot, który 
włanie było słychać?
- Uhm... - odparł Conway drżącym głosem - włanie ustaliłem, że rozbitek żyje.
Stojący w drzwiach Hendricks zakrztusił się. - Nie wiem - powiedział wstrząnięty - czy 
kiedy widziałem kogo bardziej żywotnego.
- Gadajcie do rzeczy, wy dwaj! - warknął O'Mara. Co się dzieje?
Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, mylał Conway patrząc na toroidalny stwór to 
podskakujący, to toczący się po pomieszczeniu. Dotknięcie wyzwoliło w nim odruch 
paniki   i   choć   za   pierwszym   razem   powodem   był   Conway,   to   obecnie   dotknięcie 
czegokolwiek   -   cian,   podłogi,   a   nawet   unoszących   się   w   powietrzu   szczątków   - 
wywoływało ten sam skutek. Pięć par silnych, elastycznych macek migało dookoła 
zataczając   półmetrowe   łuki;   siła   ich   uderzeń   cały   czas   rzucała   stworzeniem   po 
przedziale. Niezależnie od tego, którą częcią masywnego ciała czego dotknął, macki 
uderzały we wszystkich kierunkach.
Conway   schronił   się   w   luzie   wykorzystując   moment,   kiedy   dzięki   szczęliwemu 
zbiegowi  okolicznoci  nieziemiec zawisł bezwładnie porodku pomieszczenia powoli 
się obracając i w ogóle ogromnie przypominając starożytną stację kosmiczną. Ale już 
znosiło go ku cianie i trzeba było szybko zorganizować akcję, zanim rozbitek zacznie 
znowu szaleć.
Nie zwracając na razie uwagi na O'Marę Conway powiedział szybko: - Potrzebna 
będzie gęsta siatka, rozmiar piąty, a także plastykowa powłoka do przykrycia oraz 
zestaw pomp. W obecnym stanie nie możemy się spodziewać, że rozbitek będzie się 

background image

zachowywał   spokojnie.   Po   obezwładnieniu   go   i   zamknięciu   w   powłoce   możemy 
wypełnić ją odpowiadającą mu atmosferą, co powinno wystarczyć do przeniesienia 
do tendra. A tam już będzie czekał Kursedd. Ale proszę pospieszyć się z tą siecią!
Jakim cudem istota przyzwyczajona do wysokiego cinienia atmosferycznego może 
zdradzać tak olbrzymią ruchliwoć w wysoko rozrzedzonym powietrzu, tego Conway 
nie potrafił zrozumieć.
- Jak idzie analiza, Kursedd? - zapytał nagle.
Na   odpowiedź   czekał   tak   długo,   że   przez   chwilę   sądził,   iż   pielęgniarz   przerwał 
łącznoć;   w   końcu   jednak   dotarły   do   niego   wypowiedziane   powoli,   z   koniecznoci 
pozbawione emocji słowa:
- Już skończyłem. Skład powietrza w przedziale rozbitka jest taki, że gdyby pan, 
doktorze, zdjął hełm, mógłby pan nim oddychać.
I   to   było   największą   sprzecznocią,   pomylał   oszołomiony   Conway.   Wiedział,   że 
Kursedd musi być równie zdumiony. Nagle rozemiał się na myl o tym, jak t e r a z 
zapewne zachowuje się sierć pielęgniarza... 
IV

Szeć godzin później szamocący się wciekle przez całą drogę rozbitek trafił do sali 
310 B, niedużego pokoju obserwacyjnego, przylegającego do bloku operacyjnego 
głównego Oddziału Chirurgicznego dla klasy DBLF. Po tym wszystkim Conway nie 
wiedział już, czy chce nieziemca przywrócić do życia, czy raczej go zamordować, a 
sądząc   po   uwagach   wypowiadanych   przez   Kursedda   i   Kontrolerów   podczas 
przenoszenia, mieli oni podobne wątpliwoci. Conway przeprowadził badanie wstępne 
- na ile pozwalała sieć ograniczająca ruchy pacjenta - które zakończył popraniem 
próbek   krwi   i   skóry.   Przesłał   je   do   Działu   Patologii   opatrzywszy   czerwonymi 
nalepkami "Bardzo pilne". Nie skorzystał tym razem z poczty pneumatycznej, lecz 
poprosił   Kursedda,   by   je   zaniósł   osobicie,   ponieważ   wiadomo   było,   że   personel 
Działu   Patologii   cierpi   na   ostry   daltonizm,   jeli   chodzi   o   dostrzeganie   nalepek 
pierwszeństwa.   Na   koniec   zaordynował   rentgen,   polecił   Kurseddowi   obserwować 
pacjenta i udał się do O'Mary.
-   Najgorsze   już   minęło   -   powiedział   naczelny   psycholog,   gdy   Conway   skończył 
relację. - Chyba chce pan poprowadzić ten przypadek...
- Nie... nie sądzę - odparł Conway.
O'Mara zmarszczył brwi. - Jeli pan nie chce, proszę powiedzieć wprost. Nie lubię 
uników.
Conway odetchnął przez nos, po czym powoli, rozciągając słowa, powiedział: - Chcę 
poprowadzić   tego   pacjenta.   Moja   wątpliwoć   nie   była   spowodowana 
niezdecydowaniem,   ale   pańskim   błędnym   mniemaniem,   że   najgorsze   już   minęło. 
Nieprawda. Przeprowadziłem badanie wstępne i kiedy jutro nadejdą wyniki analiz, 
zrobię   badanie   szczegółowe.   Chciałbym,   żeby   byli   przy   tym   doktorzy   Mannon   i 
Prilicla, pułkownik Skempton oraz pan.
Brwi O'Mary uniosły się do góry.
- Osobliwy zestaw specjalistów,  doktorze.  A może mi pan powie,  po co pan nas 
potrzebuje?
Conway potrząsnął głową.
- Wolałbym nie. Jeszcze nie teraz.
-   Dobrze,   przyjdziemy   -   odparł   naczelny   psycholog   z   wymuszoną   uprzejmocią.   - 
Przepraszam, że posądziłem pana o unik. Po prostu tak pan mamrotał i ziewał mi 
prosto w twarz, że rozumiałem tylko co trzecie słowo. Teraz niech pan pójdzie się 
przespać, doktorze, zanim nie wpadnie mi do głowy, żeby panu rozwalić łeb.

background image

Dopiero wtedy Conway uwiadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony. Jego chód w 
drodze do pokoju bardziej przypominał powłóczenie nogami niż pewny, rytmiczny 
krok... 
Następnego ranka spędził sam dwie godziny z pacjentem, zanim zwołał konsylium, 
które zamówił u O'Mary. Wszystko, co wykrył, a nie było tego wiele, wiadczyło, że nic 
konstruktywnego nie da się osiągnąć bez pomocy wykwalifikowanych specjalistów.
Pierwszy przybył dr Prilicla,  ów pająkowaty i niezwykle kruchy reprezentant klasy 
fizjologicznej GLNO. O'Mara oraz pułkownik Skempton - naczelny inżynier Szpitala 
przyszli razem. Dr Mannon zatrzymany na bloku DBLF, przybył spóźniony, prawie 
biegiem. Wyhamował, po czym dwukrotnie, powoli, obszedł pacjenta.
- Wygląda jak obwarzanek w polewie kakaowej - powiedział.
Wszyscy spojrzeli na niego.
-   Ta   narol   -   rzekł   Conway   przysuwając   tomograf   nie   jest   ani   naturalna,   ani   taka 
nieszkodliwa, na jaką wygląda. Chłopcy z Patologii twierdzą, że wykazuje wszystkie 
objawy   nowotworu   złoliwego.   Jeli   dobrze   się   przyjrzeć,   widać,   że   nie   jest   to 
obwarzanek,   ale   osobnik   o   anatomii   zbliżonej   do   normalnego   typu   DBLF   - 
cylindryczne   ciało   o   lekkim   koćcu   i   silnym   umięnieniu.   Jego   kształt   nie   jest 
piercieniowaty, sprawia tylko takie wrażenie, bowiem z jakiego sobie tylko znanego 
powodu osobnik ten usiłuje połknąć własny ogon.
Mannon wbił wzrok w ekran tomografu, wydał niedowierzające mruknięcie, po czym 
się wyprostował.
- Istne błędne koło, słowo daję - mruknął. - Czy dla tego O'Mara jest tutaj? Uważasz, 
że nasz pacjent ma nierówno pod sufitem?
Conway nie uznał tego pytania za poważne i zignorował je.
- Narol jest najgrubsza w miejscu, gdzie otwór gębowy pacjenta obejmuje jego ogon; 
zresztą   jej   rozmiary   prawie   uniemożliwiają   dostrzeżenie   tego   połączenia. 
Przypuszczalnie   ta   narol   jest   bolesna,   a   przynajmniej   wysoce   drażniąca   i   może 
włanie nieznone swędzenie powoduje, że stworzenie to gryzie się w ogon. Albo też 
pozycję tę spowodował mimowolny skurcz mięni spowodowany narolą, w rodzaju 
spazmu epileptycznego...
- Ta druga hipoteza bardziej do mnie przemawia przerwał Mannon. - Żeby taka narol 
mogła przenieć się z głowy na ogon albo odwrotnie, szczęki muszą być zwarte w ten 
sposób już od dłuższego czasu.
Conway skinął głową.
-   Pomimo   tego,   co   pokazywały   obwody   sztucznego   ciążenia   odkryte   we   wraku, 
ustaliłem, że wymagania pacjenta co do atmosfery, cinienia i grawitacji są zbliżone 
do ludzkich. Owe skrzelowate otwory z tyłu głowy, jeszcze nie zaatakowane narolą, 
to wyloty kanałów oddechowych. Mniejsze otworki, częciowo zasłonięte płatami ciała, 
są uszami. Tak więc pacjent może słyszeć i oddychać, ale nie może jeć. Zgadzacie 
się więc panowie, że pierwszym krokiem powinno być uwolnienie otworu gębowego?
Mannon i O'Mara skinęli głowami. Prilicla  rozpostarł cztery manipulatory w gecie, 
który   wyrażał   to   samo,   a   pułkownik   Skempton   wpatrywał   się   tępo   w   sufit, 
najprawdopodobniej zachodząc w głowę, po co go tu wezwano. Conway pospieszył 
mu to wyjanić.
Podczas   gdy   on   i   Mannon   mieli   zastanawiać   się   nad   procedurą   operacyjną, 
pułkownikowi i Prilicli przypadło opracowanie sposobu porozumienia się z pacjentem. 
Za pomocą swoich zdolnoci empatycznych Cinrussańczyk miał ledzi: jego reakcje, a 
paru   specjalistów   Skemptona   od   autotranslatorów   będzie   przeprowadzało   testy 
foniczne. Kiedy już pozna się zakres dźwięków odbieranych przez pacjenta, będzie 
można   przygotować   mu   autotranslator   i   rozbitek   pomoże   wtedy   w   opracowaniu 
diagnozy i leczenia swej dolegliwoci.

background image

- Tu i tak jest za dużo osób - odparł pułkownik. Sam się tym zajmę. - Podszedł do 
interkomu, by zamówić potrzebny sprzęt. Conway za odwrócił się w stronę O'Mary.
- Niech sam zgadnę, po co ja tu jestem - zaczął psycholog, nim jeszcze Conway 
zdołał   się   odezwać.   -   Do   mnie   należy   najłatwiejsza   rzecz:   uspokajanie   pacjenta, 
kiedy już będzie można z nim rozmawiać, oraz przekonanie go; że wy, dwaj rzeźnicy, 
nie chcecie mu zrobić krzywdy.
- Włanie tak - odparł Conway z umiechem i całą swą uwagę przeniósł z powrotem na 
pacjenta. Prilicla raportował, że stworzenie nie jest wiadome ich obecnoci, a jego 
emanacja   uczuciowa   jest   tak   słaba,   że   zapewne   pacjent   jest   jednoczenie 
nieprzytomny oraz skrajnie wyczerpany. Pomimo tego Conway ostrzegł wszystkich, 
żeby go nie dotykać.
W swoim życiu widział już wiele nowotworów złoliwych, ale ten wyglądał wyjątkowo 
nieprzyjemnie.
Niczym twarda, włóknista kora drzewa szczelnie przykrywał miejsce, w którym otwór 
gębowy pacjenta zwarł się na jego ogonie. A dodatkowym zmartwieniem było to, że 
struktura   kostna   szczęki   mająca   istotne   znaczenie   podczas   operacji,   była   bardzo 
słabo widoczna na ekranie tomografu, ponieważ narol nie przepuszczała promieni 
rentgenowskich. Pod tą grubą, zaciemniającą obraz skorupą znajdowały się również 
oczy, co było jeszcze jednym powodem, by postępować z najwyższą ostrożnocią.
-   On   się   wcale   nie   drapał   z   powodu   swędzenia   -   powiedział   porywczo   Mannon 
wskazując   niewyraźny   obraz   na   ekranie.   -   Te   zęby   są   naprawdę   zacinięte. 
Praktycznie   odgryzł   sobie   ogon!   Moim   zdaniem,   to   bez   wątpienia   spazm 
epileptyczny.   Zresztą   fakt   zadawania   sobie   tak   silnego   bólu   może   również 
wskazywać na niezrównoważenie psychiczne...
- Wspaniale! - odezwał się ze wstrętem stojący z tyłu O' Mara.
W tym momencie dostarczono sprzęt Skemptona i pułkownik oraz Prilicla  zaczęli 
dostrajać autotranslator dla pacjenta. Ponieważ był on praktycznie nieprzytomny; test 
dźwiękowy   musiał   być   ogłuszający,   by   w   ogóle   dotrzeć   do   jego   wiadomoci.   To 
spowodowało, że Mannon wraz z Conwayem wynieli się do sąsiedniej sali, by tam 
dokończyć rozmowę.
Pół godziny później Prilicla wyszedł z sali pacjenta, by poinformować ich, że można 
już   z   nim   rozmawiać,   choć   nadal   wyglądało   na   to,   że   jest   on   tylko   częciowo 
przytomny. Lekarze popiesznie weszli do rodka.
O'Mara   włanie   zapewniał   pacjenta,   że   wszyscy   dookoła   są   do   niego   nastawieni 
życzliwie,   że   go   lubią   i   mu   współczują,   i   że   zrobią   wszystko,   żeby   mu   pomóc. 
Przemawiał cichym głosem do własnego autotranslatora, a z innego aparatu, który 
ustawiono   w   pobliżu   głowy   nieziemca,   dobywały   się   obce   mlanięcia   i   gulgoty, 
potężnie   wzmocnione.   W   przerwach   między   zdaniami   Prilicla   relacjonował   stan 
psychiczny rozbitka.
-   Pomieszanie,   gniew,   ogromny   strach   -   autotranslator  przekazywał   beznamiętnie 
słowa   Cinrussańczyka.   Przez   kilkanacie   następnych   minut   natężenie   i   rodzaj 
emanacji   uczuciowej   pozostawały   niezmienne.   Conway   postanowił   zrobić   kolejny 
krok.
- Niech pan mu powie - zwrócił się do O'Mary - że chcę go dotknąć. Że przepraszam 
za każdą przykroć, jaką mu to może wyrządzić.
Wziął   długą   sondę   zakończoną   igłą   i   dotknął   tej   częci   ciała,   gdzie   narol   była 
najgrubsza.   Prilicla   powiadomił   o  braku   reakcji.   Najwyraźniej   tylko   dotykanie   tych 
partii,  gdzie skóra była jeszcze czysta,  doprowadzało pacjenta do szału.  Conway 
poczuł, że co już zaczyna pojmować.
- Miałem nadzieję, że tak będzie - powiedział wyłączywszy autotranslator pacjenta. - 
Jeli zaatakowane sfery są niewrażliwe na ból, to będziemy mogli przy współpracy 

background image

pacjenta uwolnić otwór gębowy nie stosując znieczulenia. Jeszcze za mało wiemy o 
jego metaboliźmie, by zastosować narkozę bez ryzyka dla jego zdrowia. Czy jest pan 
pewien - zapytał nagle Priliclę - że on słyszy i rozumie to, co mówimy?
- Owszem, doktorze - odparł Cinrussańczyk - jeli mówi się powoli i wyraźnie.
Conway włączył autotranslator.
- Chcemy ci pomóc - powiedział łagodnie. - Najpierw pomożemy ci odzyskać właciwy 
kształt ciała usuwając ogon z otworu gębowego, a następnie zdejmiemy tę narol...
Siatka naprężyła się momentalnie, gdy pięć par macek zaczęło wymachiwać w przód 
i w tył. Conway odskoczył z przekleństwem na ustach, wciekły na pacjenta, a jeszcze 
bardziej na siebie, za to, że tak mu się spieszyło.
- Strach i gniew - rzekł Prilicla. - To schorzenie... wydaje się, że są podstawy do tych 
uczuć.
- Ale dlaczego? Chcę mu pomóc!
Szamotanie   pacjenta   stało   się   tak   gwałtowne,   że   aż   nieprawdopodobne.   Kruche, 
patykowate   ciało   Prilicli   aż   drżało   pod   naporem   emocjonalnego   huraganu 
dochodzącego   z   umysłu   rozbitka.   Jedna   z   macek   wyrastających   z   obszaru 
zaatakowanego narolą zaplątała się w siatkę i oderwała od reszty ciała.
Cóż za lepy, bezrozumny strach, pomylał przybity Conway. Ale Prilicla powiedział 
przecież, że taka reakcja ma swoje uzasadnienie. Conway zaklął: nawet myli rozbitka 
były sprzeczne.
- Co takiego - wybuchnął Mannon gdy pacjent się uspokoił.
- Strach, gniew, nienawić - relacjonował Prilicla. Rzekłbym z pełnym przekonaniem, 
że on nie chce waszej pomocy.
- A więc jest to - wtrącił ponuro O'Mara - bardzo chory zwierzaczek...
Te   słowa   przez   dłuższy   czas   odbijały  się  echem   w  głowie   Conwaya,   za   każdym 
odbiciem coraz głoniej. Nie były one bez znaczenia. O'Mara miał na myli oczywicie 
stan psychiczny pacjenta, ale nie to było ważne. "Bardzo chory zwierzaczek" - oto 
kluczowy fragment całej łamigłówki, wokół którego zaczął już się układać obrazek. 
Jeszcze nie był kompletny, ale starczyło, by Conway poczuł taką trwogę, jak nigdy w 
życiu.
Kiedy przemówił, ledwie rozpoznał własny głos.
- Dziękuję panom. Muszę pomyleć o innej metodzie nawiązania kontaktu. Kiedy już 
co będę miał, dam znać...
Bardzo chciał, żeby już sobie poszli i dali mu to wszystko przemyleć. Chciał również 
uciec i gdzie się ukryć; ale w całej Galaktyce nie było bezpiecznego miejsca, od tego, 
czego się obawiał.
A tamci  patrzyli  teraz na niego,  za ich twarze wyrażały zdumienie pomieszane z 
troską i zakłopotaniem. Wielu pacjentów opierało się przed leczeniem, które miało im 
pomóc,   ale   to   nie   oznaczało,   że   ich   lekarze   mieli   tego   leczenia   zaprzestać   przy 
pierwszych oznakach sprzeciwu. Najwyraźniej wszyscy obecni doszli do wniosku, że 
Conway   zląkł   się   tej   operacji,   która   zapowiadała   się   wyjątkowo   nieprzyjemnie   i 
uciążliwie,   toteż   każdy   na   swój   sposób   starał   się   go   podnieć   na   duchu.   Nawet 
Skempton wysuwał jakie propozycje.
- Jeli pan się martwi o bezpieczny anestetyk - mówił - to przecież Patologia może go 
opracować mając do dyspozycji martwy lub uszkodzony, hm, okaz. Chodzi mi o te 
poszukiwania, które pan poprzednio zarządził. Mylę, że mamy teraz wystarczający 
powód, by je przeprowadzić. Czy mam...
- Nie!
Teraz już naprawdę wytrzeszczyli na niego oczy. Szczególnie twarz O'Mary przybrała 
wyjątkowo wyrazisty grymas.

background image

-   Zapomniałem   panom   powiedzieć   -   rzekł   popiesznie   Conway   -   że   znowu 
rozmawiałem z Summerfieldem. On twierdzi, że ostatnio otrzymane dane wskazują, 
że odnaleziona połowa statku to akurat nie ta, która wyszła z katastrofy w lepszym 
stanie, ale włanie w gorszym. Natomiast ta druga połowa, jak twierdzi, nie rozleciała 
się w kawałki po całej okolicy, ale zapewne zachowała się w na tyle dobrym stanie, 
że zdołała samodzielnie dolecieć do miejsca przeznaczenia. Widzicie więc, panowie, 
że poszukiwania nie mają sensu.
Modlił się w duchu, by Skempton się nie opierał, ani nie chciał samemu sprawdzić tej 
wiadomoci. Summerfield rzeczywicie odezwał się z wraka, ale jego ustalenia ani w 
częci nie były tak jednoznaczne, jak Conway to przedstawił. Na myl o tym, że ekipa 
Kontrolerów mogłaby przeczesywać tamten obszar Kosmosu, w wietle tego, co teraz 
wiedział, oblał się zimnym potem.
Jednak pułkownik skinął tylko głową i nie kontynuował tematu. Conway odetchnął, 
niezbyt głęboko, i powiedział szybko:
-   Dziękuję   doktorze   Prilicla,   chciałbym   porozmawiać   z   panem   temat   stanu 
emocjonalnego pacjenta w ciągu ostatnich kilku minut, ale nie teraz, tylko później. A 
panom bardzo dziękuję za radę i pomoc...
Faktycznie więc wyrzucał ich za drzwi, a ich miny wiadczyły, że wiedzą o tym. O'Mara 
na   pewno   postawi   kilka   dociekliwych   pytań   dotyczących   jego   zachowania   w   tej 
sprawie,   ale   na   razie   Conway   nie   dbał   o   to.   Kiedy   wszyscy   wyszli,   polecił 
Kurseddowi,   by   ten   co   pół   godziny   sprawdzał   wygląd   pacjenta,   a   w   razie   jakiej 
zmiany zawołał go. Potem poszedł w kierunku swojego pokoju. 
V

Conway nieraz psioczył na niewielkie rozmiary miejsca służącego mu za sypialnię, 
przechowalnię paru osobistych drobiazgów oraz miejsce spotkań, doć rzadkich, z 
kolegami. Tym razem jednak owa ciasnota była pokrzepiająca. Usiadł na łóżku, bo o 
przechadzaniu się mowy nie było. Zaczął rozszerzać i uzupełniać ten obraz, który w 
błysku olnienia ujrzał podczas pobytu na sali pacjenta.
Toż przecież od początku wszystko było jasne, jak na dłoni. Najpierw te obwody 
sztucznego ciążenia: głupio przeoczył fakt, że nie musiały zawsze być włączone na 
pełną moc, ale można je było ustawiać na dowolną wartoć pomiędzy zerem i pięć G. 
Potem ten system napowietrzania, tylko dlatego mylący, że nie od razu pojął, iż miał 
on służyć różnym formom życia, a nie tylko jednej. I jeszcze stan fizyczny rozbitka 
oraz   barwa   pancerza   zewnętrznego   -   piękny,   alarmujący,   dramatyczny   kolor 
pomarańczowy.   Ziemskie   pojazdy   tego   rodzaju,   nawet   naziemne,   były   zawsze 
pomalowane na biało.
Był to bowiem statek - ambulans.
Ale   statki   międzygwiezdne   jakiegokolwiek   rodzaju   były   wytworami   rozwiniętej 
cywilizacji technicznej, która musi obejmować, lub przynajmniej spodziewać się objąć 
wiele   systemów   planetarnych.   A   kiedy   jaka   cywilizacja   osiąga   punkt,   w   którym 
następuje upraszczanie i specjalizacja statków, jaką tu napotkano, to taka rasa była 
naprawdę   wysoko   rozwinięta.   W   Federacji   Galaktycznej   tylko   cywilizacje   Illensy, 
Tralthanu i Ziemi osiągnęły ten poziom, a sfery ich wpływów były ogromne. Jak więc 
jeszcze jedna cywilizacja tej miary mogła tak długo pozostawać w ukryciu?
Conway poruszył się niespokojnie na tapczanie. Odpowiedź na to pytanie też była dla 
niego oczywista.
Summerfield powiedział, że odnaleziony wrak stanowi bardziej zniszczoną połowę 
statku. Druga połowa, jak można sądzić, dotarła do najbliższej bazy remontowej. Tak 
więc fragment, w którym znalazł się rozbitek, został oderwany w czasie tej awarii, co 

background image

oznacza, że kierunek lotu lecącego bez napędu odłamka musiał być taki sam, jak 
całego statku przed katastrofą.
Zatem nadlatywał on z planety, która w rejestrach figurowała jako nie zamieszkana. 
Ale w czasie tych stu lat od zbadania kto mógł tam założyć bazę, a nawet kolonię. 
Statek - ambulans za leciał stamtąd w przestrzeń międzygalaktyczną...
Conway pomylał ponuro, że cywilizację, która przekroczyła tę przestrzeń z jednej 
galaktyki,   by   założyć   kolonię   na   skraju   drugiej,   trzeba   traktować   z   wielkim 
szacunkiem.   I   ostrożnocią.   Szczególnie   dlatego,   że   jedyny,   jak   dotąd,   jej 
przedstawiciel nie mógł być, nawet przy największej dozie dobrej woli, uznany za 
przyjaznego.   Natomiast   inni   reprezentanci   tej   cywilizacji,   zapewne   bardzo 
zaawansowanej   medycznie,   mogli   bardzo   źle   przyjąć   wiadomoć,   że   kto   spaprał 
kurację jednego z ich chorych. Na podstawie danych, którymi obecnie dysponował, 
Conway uznał, że w ogóle mogą źle przyjąć cokolwiek i kogokolwiek.
Wiedział, że podboje międzygwiezdne są logistycznie niemożliwe. Jednak zasada ta 
nie   dotyczyła   prostych   aktów   agresji,   w   czasie   których   niszczy   się   całkowicie 
atmosferę jakiej planety nie zamierzając jej okupować lub wcielać do własnej sfery 
wpływów.   Przypomniawszy   sobie   swój   ostatni   kontakt   z   pacjentem   zaczął   się 
zastanawiać, czy przypadkiem nie natrafiono w końcu na totalnie nienawistną i wrogą 
cywilizację.
Nagle   zabuczał   komunikator.   To   Kursedd   raportował,   że   pacjent   przez   ostatnią 
godzinę   zachowywał   się  spokojnie,   ale   narol   rozszerzała   się  gwałtownie   i  groziła 
zakryciem jednego z otworów oddechowych nieziemca. Conway odrzekł, że zaraz 
tam będzie. Polecił, by odszukano doktora Priliclę, po czym ponownie usiadł.
Podejmując przerwany tok myli zdecydował, że nie ma prawa nikomu powiedzieć o 
swoim odkryciu. Doprowadziłoby to do wysłania chmary Kontrolerów w celu podjęcia 
przedwczesnego kontaktu - przedwczesnego z punktu widzenia Conwaya. Obawiał 
się   bowiem,   że   takie   pierwsze   spotkanie   odmiennych   kultur   miałoby   charakter 
ideologicznego zderzenia czołowego, a jedyną możliwocią osłabienia wynikłego stąd 
wstrząsu   byłoby   pokazanie   przez   Federację,   że   oto   jej   przedstawiciele   uratowali, 
otoczyli opieką i wyleczyli jednego z międzygalaktycznych kolonistów.
Oczywicie zawsze istniała możliwoć, że pacjent nie był typowym przedstawicielem 
swej   rasy   -   że   był   umysłowo   chory,   jak   to   zasugerował   O'Mara.   Conway   wątpił 
jednak, czy Obcy uznaliby to za wystarczające usprawiedliwienie dla fiaska leczenia. 
Przeciwko tej koncepcji za przemawiał fakt, że pacjent miał logiczny - dla siebie - 
powód, by bać się i odnosić wrogo do kogo, kto chce mu pomóc. Przez moment 
Conway rozważał szaloną koncepcję istnienia nieziemskiej moralnoci, wedle której 
reakcją na udzielenie pomocy jest nienawić, a nie wdzięcznoć. Nawet to, że rozbitka 
znaleziono   w   ambulansie,   nie   rozpraszało   wątpliwoci.   Dla   takich   jak   on,   pojęcie 
sanitarki miało implikacje altruistyczne - szlachetny cel i tak dalej. Jednak wiele ras, 
nawet   wewnątrz   Federacji,   traktowało   chorobę   jako   defekt   fizyczny,   którego 
usuwanie było po prostu reperacją, a nie szczytnym powołaniem.
Wychodząc   z   pokoju   Conway   nie   miał   najmniejszego   pojęcia,   jak   zabrać   się   do 
leczenia   pacjenta.   Wiedział   też,   że   nie   ma   na   to   zbyt   wiele   czasu.   Jak   na   razie 
Summerfield, Hendricks i inni badający wrak byli zbyt oszołomieni mnogocią znaków 
zapytania, by pomyleć o czym więcej. Ale było to tylko kwestią czasu: dni, może 
nawet godzin, po których wyciągną te same wnioski, co on.
Wkrótce potem Korpus Kontroli wejdzie w kontakt z Obcymi, którzy bez wątpienia 
zechcą dowiedzieć się o stan swego niedomagającego brata, a ten do tego czasu 
powinien być albo całkowicie wyleczony, albo na jak najlepszej drodze do tego.
Bo inaczej...

background image

Myl, którą Conway odpychał w najgłębsze zakamarki mózgu, brzmiała: A co będzie, 
jeli pacjent umrze...? 
Przed rozpoczęciem kolejnego badania Conway wypytał Priliclę o stan emocjonalny 
pacjenta, ale niczego nowego się nie dowiedział. Rozbitek leżał obecnie nieruchomo, 
praktycznie   bez   przytomnoci.   Kiedy   Conway   przemówił   do   niego   przez 
autotranslator,   okazał   strach,   mimo   że   według   zapewnień   Prilicli   rozumiał,   co   do 
niego mówiono.
- Nie zrobię ci krzywdy - Conway mówił powoli i wyraźnie do autotranslatora przez 
cały czas się przybliżając - ale muszę cię dotknąć. Uwierz mi, proszę, że nie chcę ci 
zrobić nic złego... - Spojrzał pytająco na Priliclę.
-   Strach  i...   i  bezradnoć  -   powiedział   Cinrussańczyk.  -   Także  zgoda  połączona   z 
groźbą... nie, z ostrzeżeniem. Najwyraźniej wierzy w to, co pan mówi, ale chce pana 
przed czym ostrzec.
To   już   bardziej   obiecujące,   pomylał   Conway.   Stworzenie   ostrzegało   go,   ale   nie 
sprzeciwiło się dotknięciu. Zbliżył się i delikatnie dotknął dłonią w rękawicy ochronnej 
jednego z czystych jeszcze miejsc na skórze pacjenta.
Aż stęknął, tak silny  był  cios, który odtrącił jego ramię.  Odsunął się pospiesznie, 
pocierając   bolące   miejsce,   po   czym   wyłączył   autotranslator,   by   dać   upust   swym 
uczuciom.
Po chwili pełnego szacunku milczenia Prilicla odezwał się:
- Otrzymalimy bardzo istotną informację, doktorze Conway. Pomimo fizycznej reakcji 
uczucia pacjenta wobec pana są dokładnie takie same, jak przed dotknięciem.
- No i co? - zapytał Conway poirytowany.
- No i to, że ten odruch musiał być mimowolny.
Conway rozważał to przez chwilę.
- Oznacza to także - powiedział z niesmakiem - że nie możemy zaryzykować narkozy 
ogólnej,   nawet   gdybymy   wiedzieli,   co   zastosować,   ponieważ   serce   i   płuca 
funkcjonują również za pomocą mięni niezależnych od woli. Nie możemy go upić, a 
on   nie   jest   w   stanie   nam   pomóc   przy   miejscowym   znieczulaniu...   -   Podszedł   do 
pulpitu kontrolnego i nacisnął szereg guzików. Zaciski sieci otwarły się, za samą sieć 
odciągnął odpowiedni uchwyt. Przez cały czas - mówił dalej - pacjent rani się o tę 
siatkę. Stąd widać miejsce, w którym prawie stracił kolejną mackę.
Prilicla sprzeciwiał się usunięciu siatki twierdząc, że jeli pacjent będzie miał swobodę 
ruchów, to tym bardziej może sobie co zrobić. Conway zwrócił uwagę, że w obecnej 
pozycji   -   ogon   w   szczękach,   za   dolna   częć   tułowia   z   pięcioma   parami   macek 
zwrócona   na   zewnątrz   -   stworzenie   nie   może   specjalnie   z   tej   swobody   ruchów 
korzystać. A gdy się nad tym dobrze zastanowić, pozycja ta wygląda na doskonałą 
postawę obronną dla tego rodzaju istoty. Przypomniał sobie, jak ziemski kot walczy 
na   grzbiecie,   by   uruchomić   wszystkie   pazury   czterech   nóg.   Tu   oto   leżał 
dziesięcionogi kot, który mógł bronić się we wszystkich kierunkach jednoczenie.
Wrodzone mimowolne odruchy przyszły wraz z ewolucją. Ale po co pacjent przyjął tę 
postawę   obronną   i   stał   się   nieprzystępny   wtedy,   kiedy   najbardziej   potrzebował 
pomocy?
Odpowiedź wybuchła mu w głowie niczym wielki błysk wiatła. Albo właciwie, poprawił 
w ostrożnym podnieceniu, był w dziewięćdziesięciu procentach pewien, że jest to 
właciwa odpowiedź. 
Od   samego   początku   przyjmowano   w   tej   sprawie   błędne   założenia.   Jego   nowa 
hipoteza opierała się na tym, że przyjęto jeszcze jedno błędne założenie - proste i 
zasadnicze. Wyjaniwszy to, można było teraz wytłumaczyć wrogoć pacjenta, jego 
pozycję fizyczną i stan umysłowy. Można było nawet wskazać jedyny możliwy do 
przyjęcia sposób postępowania. A co najważniejsze, Conway miał już powód, by nie 

background image

uważać pacjenta za przedstawiciela rasy nienawistnej i nieprzejednanie wrogiej, na 
co zrazu wskazywało jego zachowanie.
Kłopot polegał na tym, że również i ta teoria mogła okazać się błędna.
Jego pierwszy entuzjazm osłabł, a procent pewnoci zmalał do osiemdziesięciu. Miał 
teraz  inny  problem:  w  żadnym  wypadku  nie mógł  nikomu  powiedzieć,  jak  będzie 
leczył pacjenta. Takie postępowanie groziło degradacją, za upieranie się przy swoim 
nawet wyrzuceniem ze Szpitala, gdyby pacjent umarł. Do tego stopnia sprawa była 
poważna.
Conway ponownie zbliżył się do pacjenta i włączył autotranslator. Jeszcze zanim się 
odezwał,   wiedział,   jaka   będzie   reakcja,   toteż   jego   słowa   były   zapewne   aktem 
zbytecznego okrucieństwa, ale chciał jeszcze raz dla spokojnego sumienia sprawdzić 
tę teorię.
- Nie obawiaj się, kochany - powiedział - za momencik będziesz taki, jak przedtem...
Reakcja była tak silna, że dr Prilicla,  którego zmysł empatyczny odbierał z pełną 
mocą wszystkie uczucia pacjenta, musiał opucić salę.
Dopiero wtedy Conway zdecydował się ostatecznie. 
Przez trzy następne dni Conway regularnie odwiedzał rozbitka. Dokładnie notował 
tempo rozszerzania  się grubej,  włóknistej  naroli,   która pokrywała już  dwie  trzecie 
ciała   pacjenta.   Nie   było   wątpliwoci,   że   rozprzestrzeniała   się   coraz   szybciej, 
jednoczenie zwiększając swą gruboć. Posłał próbki do Patologii, która stwierdziła, że 
pacjent cierpi na szczególny, wyjątkowo złoliwy przypadek raka skóry, a oprócz tego 
zapytała, czy nie można zastosować nawietlań lub leczenia operacyjnego. Conway 
odpowiedział, że jego -zdaniem niczego podobnego nie da się przeprowadzić bez 
poważnego ryzyka dla życia pacjenta.
Chyba najważniejszym jego dokonaniem w ciągu tych trzech dni było ogłoszenie, że 
każdy kontaktujący się z pacjentem przez autotranslator powinien za wszelką cenę 
unikać zapewnień o chęci udzielenia pomocy. Rozbitek już zbyt wiele wycierpiał z 
powodu tej źle pojętej dobroci. Gdyby Conway był w stanie zabronić wstępu do jego 
sali wszystkim poza Kurseddem, Priliclą i sobą samym, zrobiłby to.
Najwięcej jednak czasu przeznaczał na przekonywanie siebie, że postępuje słusznie.
Celowo   unikał   Mannona   od   czasu   pierwszego   badania.   Nie   chciał   rozmowy   ze 
starym przyjacielem na temat tego przypadku, bowiem Mannon był zbyt sprytny, by 
dać się zbyć wykrętami, a nawet jemu Conway nie mógł powiedzieć prawdy. Tęsknie 
mylał, że najlepiej by było, aby major Summerfield tak się zajął swym wrakiem, by nie 
zauważył oczywistych przesłanek; aby O'Mara i Skempton w ogóle zapomnieli, że 
Conway istnieje, i żeby Mannon trzymał się z dala od całej sprawy.
Ale nie było mu to dane. 
Dr Mannon czekał już na niego, gdy wchodził do pacjenta po raz drugi piątego dnia 
rankiem. Zgodnie z obowiązującymi zasadami poprosił Conwaya o pozwolenie na 
przyjrzenie się rozbitkowi.
- Słuchaj no, mądralo - powiedział po załatwieniu odpowiednich grzecznoci - mam już 
dosyć tego, że wpatrujesz się w ziemię albo w sufit, kiedy przechodzę obok. Gdybym 
nie był gruboskórny jak Tralthańczyk, dawno bym się obraził. Wiem, oczywicie, że 
nowo mianowani starsi lekarze ogromnie się przejmują swoją rolą przez pierwsze 
kilka tygodni, ale twoje zachowanie jest po prostu nieprzyzwoite. - Podniósł rękę, nim 
jeszcze Conway zdołał się odezwać. - Przyjmuję twoje przeprosiny - powiedział - a 
teraz   do   rzeczy.   Powiedzieli   mi,   że   narol   już   całkowicie   zakryła   ciało,   że   jest 
nieprzenikalna dla promieni rentgenowskich o bezpiecznym natężeniu i że obecnie 
można   tylko   zgadywać,   jak   się   przemieszczają   i   działają   organy   wewnętrzne 
pacjenta.   Nie   można   wyciąć   tej   masy   pod   narkozą,   bowiem   unieruchomienie 
wyrostków może również unieruchomić serce. A operacji nie można przeprowadzić, 

background image

kiedy te macki tak wymachują. Jednoczenie pacjent słabnie, co będzie postępować, 
póki nie dostanie pożywienia, co z kolei jest niemożliwe, póki jego otwór gębowy nie 
zostanie   uwolniony.   By   jeszcze   bardziej   skomplikować   sprawę,   twoje   późniejsze 
próbki   wskazują,   że   narol   szybko   poszerza   się   również   w   głąb,   a   pewne   oznaki 
wiadczą, że jeli  szybko nie przeprowadzimy operacji, otwór gębowy i ogon mogą 
zrosnąć się na stałe. Czy sprawa z grubsza tak wygląda?
Conway skinął głową.
Mannon wziął głęboki oddech, po czym brnął dalej: - Powiedzmy, że amputujemy 
kończyny   i   usuniemy   narol   pokrywającą   jego   głowę   i   ogon   zastępując   skórę 
odpowiednim syntetykiem. Jeli pacjent będzie mógł przyjmować pożywienie, wkrótce 
powinien  być  na  tyle   silny,  że  operację  tę  da się  powtórzyć  na  reszcie  ciała.  To 
drastyczny sposób postępowania, przyznaję, ale w tych okolicznociach sądzę, że jest 
on jedynym, dzięki któremu uratujemy życie pacjenta. A zawsze można będzie mu 
potem przeszczepić nowe kończyny lub protezy...
-   Nie!   -   krzyknął   gwałtownie   Conway.   Z   tego,   jak   Mannon   na   niego   spojrzał, 
wywnioskował, że twarz mu pobladła. Jeli jego teoria była słuszna, każda operacja na 
tym etapie zakończyłaby się miercią. A jeli nie, i pacjent rzeczywicie okazałby się 
taki, na jakiego wyglądał - o skrzywionej moralnoci, nienawistny i nieprzejednanie 
wrogi - a jego bracia przybyliby go szukać... 
- Powiedzmy - mówił Conway już spokojnie - że twój przyjaciel cierpiący na jaką 
chorobę skóry znajdzie się pod opieką lekarza - nieziemca, który wymyli tylko tyle, 
żeby   obedrzeć   go   żywcem   ze   skóry   i   poobcinać   mu   ręce   i   nogi.   Jeli   się   o   tym 
dowiesz,   będziesz   wciekły.   Nawet   biorąc   pod   uwagę,   że   jeste   cywilizowany, 
tolerancyjny i skłonny do uwzględnienia czyjej niewiadomoci - a nie możemy przyjąć, 
że nasz pacjent należy do takiej włanie rasy - to i tak rozpęta się piekło.
-   Wiesz   dobrze,   że   ta   analogia   jest   do   niczego!   -   odparł   wzburzony   Mannon.   - 
Czasem trzeba zaryzykować. Włanie w takim przypadku, jak ten.
- Nie! - Conway znowu się sprzeciwił.
- Może masz co lepszego do zaproponowania?
Conway milczał przez chwilę.
- Mam pewną koncepcję - powiedział ostrożnie - którą sprawdzam, ale na razie nie 
chcę nic mówić. Jeli mi się powiedzie, tobie pierwszemu powiem, a jeli nie, to i tak się 
dowiesz. Wszyscy się dowiedzą.
Mannon wzruszył ramionami i odwrócił się. Przy drzwiach zatrzymał się.
- To, co robisz - rzekł z zakłopotaniem - musi być istnym szaleństwem, skoro jeste 
taki tajemniczy. Pamiętaj jednak, że gdyby mnie w to włączył, a sprawa by się rypła, 
winę złożono by nie na jednego, ale na dwóch...
Oto słowa prawdziwego przyjaciela, pomylał Conway. Miał już ochotę wywnętrzyć się 
przed  Mannonem.   Ale   doktor   Mannon   był   wcibskim,   uczynnym   i   bardzo   zdolnym 
starszym lekarzem, który zawsze z powagą traktował swą rolę uzdrowiciela, pomimo 
że często sobie z niej pokpiwał. Mógłby nie chcieć zrobić tego, o co by Conway 
poprosił, albo nie utrzymałby tego w tajemnicy .
Conway z żalem pokręcił głową. 
VI

Kiedy Mannon wyszedł, Conway zajął się pacjentem. Ten za optycznie w dalszym 
ciągu przypominał obwarzanek, ale taki, który po wielu wiekach pomarszczył się i 
skamieniał. Conway nie uwierzyłby, gdyby nie widział na własne oczy, że pacjenta 
przyjęto   do   Szpitala   zaledwie   tydzień   wczeniej.   Wszystkie   kończyny   zdradzające 
oznaki zaatakowania przez narol sterczały z ciała sztywno, pod dziwacznymi kątami, 
niczym skamieniałe gałązki na spróchniałym drzewie. Zdając sobie sprawę z tego, że 

background image

narol   zakryje   organy   oddychania,   Conway   wstawił   do   nich   rurki,   by   zachować 
drożnoć  kanałów oddechowych.  Rurki  przynosiły  oczekiwany  skutek,  ale  mimo to 
oddech stawał się coraz wolniejszy i płytszy. Badanie stetoskopowe wykazywało, że 
bicie serca było coraz słabsze, ale za to częstsze.
Conway aż się pocił w wyniku niepewnoci.
Gdybyż to był zwykły pacjent, mylał gniewnie, taki, którego można by leczyć otwarcie, 
a zastosowane metody swobodnie konsultować. Ale ten przypadek odznaczał się 
dodatkową   komplikacją:   pacjent   był   przedstawicielem   wysoko   rozwiniętej,   a   być 
może, nieprzyjaznej rasy; tak więc Conway nie mógł nikomu się zwierzyć w obawie, 
że zostanie zdjęty z prowadzenia tego przypadku, zanim zdoła dowieć słusznoci swej 
teorii. A cały kłopot polegał na tym, że owa teoria mogła być całkowicie błędna. Było 
bardzo prawdopodobne, że oto włanie powoli zabija swego pacjenta.
Zanotowawszy   w   karcie   choroby   rytm   serca   i   oddechu   Conway   zdecydował,   że 
nadszedł czas zwiększenia częstotliwoci wizyt.
Gdy wychodził z izolatki, Kursedd pilnie mu się przyglądał, a jego sierć wyczyniała 
różne dziwne rzeczy. Conway nie tracił czasu na zobowiązywanie pielęgniarza, by 
nie wspominał nikomu o tym, co się dzieje z pacjentem. Efekt byłby tylko taki, że 
Kursedd  miałby  dużo więcej  do  powiedzenia  swoim  słuchaczom.  Conway  już  był 
przedmiotem plotek całego personelu pomocniczego; poza tym zauważył już pewien 
chłód,   z   jakim   odnosili   się   do   niego   niektórzy   przełożeni   tego   personelu.   Przy 
odrobinie szczęcia jednak wiadomoć o tym nie dotrze  przez parę dni do j  e g o 
przełożonych.
Trzy godziny później był już z powrotem, tym razem z Priliclą. Jeszcze raz sprawdził 
oddech i tętno pacjenta, podczas gdy Cinrussańczyk badał jego emocje.
- Jest bardzo słaby - mówił powoli Prilicla. - Zdradza oznaki życia, ale tak słabe, że 
nawet nie jest siebie wiadom. Biorąc pod uwagę prawie całkowity zanik oddechu i 
słaby, przyspieszony puls... - Myl o mierci była szczególnie przykra dla empaty, toteż 
wrażliwy Cinrussańczyk nie potrafił się zdobyć na dokończenie.
-   Nie   posłużyły   mu   obawy   wywołane   naszymi   próbami   udzielenia   mu   pomocy   - 
powiedział Conway na wpół do siebie. - Nie odżywiał się, a my spowodowalimy utratę 
sił, których tak bardzo potrzebuje. Musiał się jednak bronić...
- Ale dlaczego? Chcielimy mu pomóc.
- Oczywicie, że tak - odparł Conway ironicznym tonem, którego i tak, jak wiedział, 
autotranslator  nie   potrafi   przekazać.   Miał   już  przeprowadzić   kolejne  badania,   gdy 
nastąpiła nieprzewidziana przeszkoda. 
Osobnik, który wchodząc zawadził olbrzymim cielskiem o obie krawędzie i górę drzwi 
od   sali,   był   Tralthańezykiem,   czyli   przedstawicielem   klasy   FGLI.   Dla   Conwaya 
wszyscy reprezentanci tej klasy byli podobni do siebie jak dwie krople wody, ale tego 
akurat znał. Był to, ni mniej ni więcej, Thornnastor, Naczelny Diagnostyk Patologii.
Diagnostyk wymierzył dwoje ze swych oczu w stronę Prilicli. - Proszę stąd wyjć - 
zahuczał.   -   Pan   też,   pielęgniarzu.   -   Następnie   wszystkie   czworo   oczu   zwrócił   na 
Conwaya.
-  Rozmawiam  z  panem  na  osobnoci  -  powiedział,   gdy  Prilicla  i   Kursedd wyszli   - 
ponieważ częć z tego, co mam do powiedzenia, dotyczy pańskiej etyki zawodowej, a 
nie   chcę   pogarszać   sytuacji   stawiając   panu   zarzuty   w   obecnoci   osób   trzecich. 
Zacznę jednak od dobrej wiadomoci: udało się nam opracować rodek zwalczający tę 
narol. Nie tylko hamuje ona jej rozszerzanie się, ale zmiękcza już zaatakowane partie 
ciała oraz regeneruje zniszczone tkanki i układ krwionony.
O, cholera! pomylał Conway. Głono za powiedział: - To wspaniałe osiągnięcie. - Bo i 
tak było.

background image

-   Nie   udałoby   się   tego   dokonać,   gdybymy   nie   posłali  na   pokład   wraka   lekarza   z 
zadaniem odnalezienia wszystkiego, co mogłoby rzucić jakie wiatło na metabolizm 
pacjenta - kontynuował Diagnostyk. - Pan najwyraźniej całkowicie przeoczył to źródło 
danych, bowiem jedyne próbki, których pan dostarczył, zostały pobrane na wraku, 
kiedy pan tam przebywał, czyli był to bardzo niewielki ułamek tego, co można było z 
czasem   odnaleźć.   Jest   to   bardzo   poważne   zaniedbanie   obowiązków,   doktorze,   i 
jedynie   pańska   dotychczasowa   dobra   opinia   uchroniła   pana   od   natychmiastowej 
degradacji i odsunięcia od tego przypadku...
Nasz sukces wynika jednak głównie z odnalezienia czego, co wygląda jak bardzo 
dobrze wyposażona szafka ambulatoryjna - mówił dalej Thornnastor. - Badanie jej 
zawartoci,   a   także   inne   dane   pochodzące   z   oględzin   wyposażenia   statku 
doprowadziły do wniosku, że musiał być to jaki statek - sanitarka. Oficerowie Korpusu 
Kontroli ogromnie się zaciekawili, gdy im o tym powiedzielimy...
- Kiedy? - zapytał ostro Conway. Wszystko na jego oczach legło w gruzach; poczuł 
taki   chłód,   jakby   znalazł   się   w   stanie   szoku.   Może   jednak   istnieje   jaka   szansa 
skłonienia Skemptona, by opóźnił kontakt. - Kiedy powiedzielicie im, że to statek - 
ambulans?
-   Ta   wiadomoć   może   mieć   dla   pana   tylko   drugorzędne   znaczenie   -   odparł 
Thornnastor wyjmując z torby dużą butelkę w miękkiej osłonie. - Pańską nadrzędną 
troską jest, albo powinien być, pacjent. Będzie pan potrzebował dużo tego rodka, 
toteż wytwarzamy go tak szybko, jak tylko można. Zawartoć tej butelki wystarczy 
jednak, by oswobodzić styk ogona i otworu gębowego. Proszę wstrzykiwać zgodnie z 
instrukcją. Pierwsze oznaki działania występują po godzinie. 
Conway ostrożnie uniósł butelkę. - A co ze skutkami ubocznymi? - zapytał starając 
się zyskać na czasie. - Nie chciałbym ryzykować...
- Doktorze - przerwał Thornnastor - wydaje mi się, że pańska ostrożnoć przybiera 
rozmiary   graniczące   z   głupotą,   może   nawet   zbrodnicze.   -   Przetworzony   przez 
autotranslator głos Diagnostyka pozbawiony by ł wszelkiego uczucia, ale Conway nie 
potrzebował   zdolnoci   empatycznych,   by   stwierdzić,   że   Thornnastor   jest   mocno 
rozgniewany. Sposób, w jaki wypadł z sali, unaoczniał to aż nazbyt dobitnie.
Conway zaklął soczycie. Kontrolerzy lada moment mogli skontaktować się z kolonią 
Obcych,   o   ile   już   tego   nie   zrobili,   i   już   wkrótce   nieziemcy   zaroją   się   w   Szpitalu 
żądając wiadomoci o tym, co zrobiono dla pacjenta. A jeli pacjent okaże się wówczas 
w złym stanie, będą kłopoty niezależnie od charakteru Obcych. A jeszcze wczeniej 
pojawią się kłopoty z samego Szpitala, bowiem Thornnastor nie wydawał się wcale 
przekonany o zdolnociach medycznych Conwaya.
W ręku trzymał butelkę, której zawartoć z pewnocią mogła spowodować to wszystko, 
o czym zapewniał naczelny patolog, czyli, mówiąc krótko, wyleczyć to, co jak mu się 
wydawało, dolega pacjentowi. Conway wahał się przez chwilę, po czym podtrzymał 
decyzję, którą podjął kilka dni wczeniej. Udało mu się schować butelkę, zanim wrócił 
Prilicla.
- Niech mnie pan uważnie posłucha - powiedział ostro - zanim pan cokolwiek mi 
odpowie. Nie życzę sobie żadnego kwestionowania sposobu, w jaki prowadzę ten 
przypadek.   Moim   zdaniem   wiem,   co   robię,   ale   jeli   się   mylę,   a   pan   będzie   w   to 
zamieszany, ucierpi na tym pańska reputacja zawodowa. Rozumie pan?
Gdy   mówił,   Prilicla   drżał   cały   na   swych   szeciu   tykowatych   nogach,   jednak   nie   z 
powodu treci wypowiadanych słów, ale emocji, które za nimi stały. Conway wiedział, 
że uczucia, które emanował, nie należały do najprzyjemniejszych.
- Rozumiem - odparł Prilicla.

background image

- Bardzo dobrze. Teraz do roboty. Chciałbym, żeby pan razem ze mną sprawdzał 
tętno i oddech nie pomijając odbioru emocji. Wkrótce powinna nastąpić zmiana i nie 
chciałbym przegapić tego momentu.
Przez dwie godziny prowadzili cisłą obserwację nie wykrywając żadnych zmian. W 
pewnej chwili Conway zostawił pacjenta pod opieką Prilicli i Kursedda, podczas gdy 
on sam spróbował skontaktować się ze Skemptonem. Powiedziano mu jednak, że 
pułkownik trzy dni temu opucił Szpital, że podał koordynaty przestrzenne miejsca, do 
którego się udaje, ale że nie można skontaktować się ze statkiem, póki ten znajduje 
się   w   ruchu.   Z   wielką   przykrocią   oznajmiono,   że   wiadomoć   od   Conwaya   będzie 
musiała poczekać, aż pułkownik dotrze na miejsce.
Było   więc   już   za   późno,   by   powstrzymać   Korpus   przed   kontaktem   z   Obcymi. 
Pozostawało mu jedynie "wyleczenie" pacjenta.
O ile mu na to pozwolą...
Głonik   w   cianie   szczęknął   i   zakrztusił   się,   po   czym   powiedział:   -Doktor   Conway 
proszony jest o natychmiastowe zgłoszenie się do gabinetu majora O'Mary. - Conway 
mylał   włanie   z   goryczą,   że   Thornnastor   nie   tracił   czasu,   by   się   poskarżyć,   kiedy 
Prilicla odezwał się: - Oddech ustał prawie zupełnie. Puls nieregularny.
Conway schwycił za mikrofon interkomu. - Tu Conway! - ryknął. - Proszę powiedzieć 
O'Marze, że nie mam czasu! - Potem odezwał się do Prilicli: - Ja też to wychwyciłem. 
A co z emisją uczuć?
-   Silniejsza   w   czasie   zaburzeń   pulsu,   ale   teraz   już   normalna.   Odbiór   jest   coraz 
słabszy.
- W porządku. Proszę mieć uszy i oczy otwarte.
Conway wziął z jednego z otworów próbkę wydychanego powietrza i wprowadził ją 
do analizatora. Nawet biorąc pod uwagę płytki oddech, wynik tego badania, podobnie 
jak i innych przeprowadzonych w ciągu ostatnich dwunastu godzin, nie pozostawiał 
wątpliwoci. Conway poczuł się nieco pewniej.
- Oddech ustał prawie całkowicie - powiedział Prilicla.
Zanim   Conway   zdołał   odpowiedzieć,   do   sali   wpadł   O'Mara.   Zatrzymując   się   w 
odległoci około dwudziestu centymetrów odezwał się doń niebezpiecznie spokojnym 
głosem:
- A dlaczegóż to nie ma pan czasu, doktorze?
Conway aż tańczył w miejscu z niecierpliwoci.
- Czy to nie może poczekać? - zapytał błagalnym tonem.
- Nie.
Conway wiedział, że tym razem nie pozbędzie się psychologa bez jakich wyjanień 
swego   postępowania   w   ostatnim   czasie,   a   rozpaczliwie   potrzebował,   by   mu   nie 
przeszkadzano przez najbliższą godzinę. Szybko przysunął się do pacjenta i przez 
ramię   przekazał   majorowi   pospieszne   podsumowanie   swoich   domysłów   na   temat 
statku medycznego Obcych oraz kolonii, z której ów statek przybył. Zakończył probą 
do   O'Mary,   by   ten   skontaktował   się   ze   Skemptonem   i   skłonił   go   do   opóźnienia 
pierwszego   kontaktu   do   czasu,   gdy   będzie   wiadomo   co   konkretnego   o   stanie 
pacjenta.
- A więc wiedział pan to wszystko od tygodnia i nie poinformował pan nas o tym - 
powiedział O'Mara w zamyleniu. - Potrafię zrozumieć powód, dla którego pan milczał. 
Jednak Korpus ma już za sobą wiele pierwszych kontaktów i wychodzi mu to całkiem 
nieźle. Mamy ludzi specjalnie wyszkolonych do takich zadań. Pan jednak postąpił jak 
stru - nie zrobił pan nic mając nadzieję, że problem pójdzie sobie precz. Ten problem 
za, dotyczący cywilizacji na tak wysokim poziomie, że potrafi pokonywać przestrzenie 
międzygalaktyczne, jest zbyt poważny, by robić przed nim unik. Trzeba rozwiązać go 

background image

szybko   i   pomylnie.   Byłby   to   idealny   dowód   naszych   dobrych   intencji,   gdybymy 
rozbitka odstawili przy życiu i w dobrym zdrowiu...
Głos O'Mary stwardniał nagle przechodząc w gniewny zgrzyt. Sam psycholog za stał 
już tak blisko Conwaya, że ten czuł jego oddech na karku.
- ... I tu wracamy do tego oto pacjenta, którego pan powinien leczyć. Niech pan patrzy 
na mnie, Conway!
Conway   obrócił   się,   upewniwszy   się   jednak   przedtem,   że   Prilicla   nadal   z   uwagą 
prowadzi   obserwację.   Gniewnie   zadawał   sobie   pytanie,   dlaczego   wszystko   naraz 
wali mu się na głowę, zamiast dziać się miło, po kolei.
- Podczas pierwszego spotkania - podjął O'Mara już spokojniej - uciekł pan do swego 
pokoju, zanim zdołalimy do czego dojć. Już wtedy wyglądało mi na to, że boi się pan, 
czy   pan   sobie   poradzi.   Przymknąłem   jednak   na   to   oczy.   Później   doktor   Mannon 
zaproponował   terapię,   która   choć   drastyczna,   była   nie   tylko   dopuszczalna,   ale 
zdecydowanie wskazana w tym stanie pacjenta. Pan odmówił. W końcu Patologia 
opracowała specyfik, który wyleczyłby go w ciągu paru godzin, ale pan nie skorzystał 
nawet i z tej szansy!
Zwykle nie zwracam uwagi na powtarzane tu pogłoski i plotki - kontynuował O'Mara 
znowu unosząc głos - ale kiedy one zaczynają się szerzyć i stają się uporczywe, 
szczególnie wród personelu pomocniczego, który zwykle wie, co mówi z medycznego 
punktu   widzenia,   muszę   zająć   stanowisko.   Stało   się   jasne,   że   pomimo   cisłej 
obserwacji pacjenta, częstych badań i licznych analiz przesyłanych do Patologii, nie 
zrobił pan dla tego stworzenia absolutnie nic. Ono umierało, podczas gdy pan u d a w 
a ł, że pan je leczy. Tak się pan obawiał konsekwencji swego niepowodzenia, że nie 
potrafił pan podjąć nawet najprostszej decyzji...
-   To   nieprawda!   -   zaprotestował   Conway.   Zabolało   go   to,   nawet   jeli   oskarżenie 
O'Mary wynikało z niedoinformowania. Ale jeszcze gorsze od słów było spojrzenie 
majora, wyraz gniewu i pogardy, a także głębokiego bólu, że oto ten, któremu ufał 
zarówno zawodowo, jak i jako przyjaciel, mógł go tak potwornie zawieć. O'Mara winił 
siebie prawie tak samo, jak Conwaya za tę całą sprawę.
- Ostrożnoć też ma swoje granice, doktorze - mówił niemal ze smutkiem. - Czasem 
trzeba się odważyć. Jeli ryzykowna decyzja jest konieczna, trzeba ją podjąć i trwać 
przy niej, mimo wszystko...
- A cóż ja, pańskim zdaniem, robię, do cholery? - zawołał Conway z wciekłocią.
- Nic! - krzyknął O'Mara. - Absolutnie nic!
- Słusznie! - wrzasnął Conway.
- Oddech ustał - odezwał się cicho Prilicla.
Conway   obrócił   się   gwałtownie   i   nacinięciem   guzika   wezwał   Kursedda.   -   Praca 
serca? Mózg? - zapytał.
- Puls szybszy. Emocje nieco silniejsze. 
W   tej   chwili   zjawił   się   Kursedd   i   Conway   zaczął   wyrzucać   z   siebie   polecenia. 
Potrzebował instrumentów i przyległej sali operacyjnej; podawał szczegółowo, co mu 
jest   potrzebne.   Aseptyka   była   zbędna,   podobnie   jak   znieczulenie;   zażądał   tylko 
wszelkich narzędzi tnących. Pielęgniarz zniknął za drzwiami, za Conway połączył się 
z   Patologią   pytając,   czy   potrafią   mu   dać   jaki   bezpieczny   rodek   wzmagający 
krzepliwoć,   gdyby   konieczny   był   rozległy   zabieg   chirurgiczny.   Patologia   mogła   i 
obiecała   dostarczyć   go   za   kilka   minut.   Gdy   Conway   oderwał   się   od   interkomu, 
odezwał się O'Mara:
-   Ten   cały   popiech,   te   pozory   aktywnoci   nie   dowodzą   niczego.   Pacjent   przestał 
oddychać. O ile jeszcze nie umarł, to jest tak blisko tego, że właciwie nie ma to już 
znaczenia, a wina jest pańska. Niech panu Bóg pomoże, doktorze, bo nikt inny tego 
nie zrobi.

background image

Conway gwałtownie pokręcił głową.
- Niestety, może pan mieć rację, ale wierzę, że nie umrze - powiedział. - Nie mogę 
teraz   tego   jeszcze   wyjanić,   ale   mógłby   mi   pan   pomóc   kontaktując   się   ze 
Skemptonem i prosząc go, by nie spieszył się z tym kontaktem. Potrzeba mi czasu; 
choć nie wiem jeszcze ile.
-   Nie   umie   pan   przegrywać   -   odparł   gniewnie   O'Mara,   ale   mimo   to   podszedł   do 
interkomu. W czasie, gdy go łączono, Kursedd przyprowadził wózek z instrumentami. 
Conway ułożył  je w wygodnej  odległoci  od  pacjenta,  po  czym odezwał  się przez 
ramię do O'Mary:
- Niech pan sobie to przemyli: przez ostatnie dwanacie godzin pacjent wydychał takie 
samo powietrze, jakie wdychał. Znaczy to, że oddychał, ale powietrza nie zużywał...
Pochylił się szybko, ustawił stetoskop i zaczął się wsłuchiwać. Praca serca była nieco 
szybsza,   jak   mu   się   zdawało,   i   silniejsza.   Jednak   występowała   w   niej   pewna 
nieregularnoć.   Dźwięki   dochodzące   przez   grubą,   prawie   skamieniałą   narol   były 
jednoczenie silniejsze i zniekształcone. Conway nie potrafił powiedzieć, czy dźwięk 
ten   pochodził   z   samej   pracy   serca,   czy   też   powodowały   go   jakie   inne   czynnoci 
organizmu. Niepokoiło go to, bo nie wiedział, jaki stan u tego pacjenta jest normalny. 
W końcu rozbitek znajdował się w ambulansie, co oznaczało, że poza jego obecnym 
stanem musiało z nim być jeszcze co nie w porządku...
- Co pan wygaduje? - przerwał O'Mara i Conway zorientował się, że ostatnie swoje 
myli wypowiadał na głos. - Czy chce pan przez to powiedzieć, że pacjent nie jest 
chory?
-   Rodząca   matka   -   powiedział   Conway   w   roztargnieniu   -   może   cierpieć,   ale 
zasadniczo chora nie jest. 
Żałował,   że   nie   wie   więcej   o   procesach   zachodzących   wewnątrz   ciała   pacjenta. 
Gdyby   jego   uszy   nie   były   całkowicie   pokryte   narolą,   spróbowałby   znowu 
autotranslatora.   Słyszane   przez   niego   cmoknięcia,   łomot,   gulgotanie   mogły   co 
znaczyć.
- Conway! - zawołał O'Mara biorąc tak głony oddech, że słychać go było na całej sali. 
- Skontaktowałem się już ze statkiem Skemptona - dodał już ciszej. - Wygląda na to, 
że   się   pospieszyli   i   doszło   już   do   kontaktu   z   Obcymi.   Już   wołają   pułkownika   do 
aparatu... - Przerwał, po czym dodał: - Zrobię głoniej, żeby i pan mógł go słyszeć.
- Nie za głono - odrzekł Conway, po czym zwrócił się do Prilicli:  - Jak silna jest 
emocja?
-   O   wiele   silniejsza.   Mogę   już   rozróżniać   poszczególne   uczucia.   Pilna   potrzeba, 
zagrożenie   życia   i   strach   -   zapewne   na   tle   klaustrofobicznym   -   zbliżający   się   do 
paniki.
Conway obrzucił pacjenta długim, uważnym spojrzeniem. Nie było żadnych oznak 
ruchów.
- Nie mogę dłużej czekać - odezwał się nagle. Chyba jest zbyt słaby, by samemu dać 
sobie radę. Ekrany, Kursedd.
Ekrany miały posłużyć tylko do zasłonięcia pacjenta przed wzrokiem O'Mary. Gdyby 
psycholog ujrzał to, co miało za chwilę nastąpić nie będąc jeszcze w pełni wiadom, 
co się dzieje, bez wątpienia wyciągnąłby kolejne błędne wnioski posuwając się, być 
może; aż do tego, by siłą przeciwdziałać zabiegom Conwaya.
- Uczucie zagrożenia życia wzrasta - powiedział nagle Prilicla.  - Ból właciwie nie 
występuje, ale pojawiło się silne uczucie dławienia...
Conway skinął głową. Gestem zażądał skalpela i zaczął nacinać narol starając się 
ustalić   jej   gruboć.   Narol   przypominała   teraz   miękki,   kruchy   korek,   który   łatwo 
ustępował pod nożem. Na głębokoci dwudziestu centymetrów odsłoniło się co, co 
przypominało szarą, lepką, lekko opalizującą błonę, natomiast nie było ladu wypływu 

background image

płynów ustrojowych. Conway odetchnął z ulgą, cofnął skalpel, po czym powtórzył 
cięcie w innym miejscu. Tym razem ukazująca się błona miała zielonkawy odcień i 
lekko drżała. Zrobił następne cięcie.
Najwyraźniej przeciętna głębokoć powłoki wynosiła dwadziecia centymetrów. Tnąc z 
wciekłą szybkocią Conway otworzył ją w dziewięciu miejscach rozstawionych mniej 
więcej równo na całym ciele. Następnie spojrzał pytająco na Priliclę.
- Stan psychiczny znacznie gorszy - powiedział Cinrussańczyk. - Najwyższy stopień 
przerażenia,   obawa   o   życie,   uczucie...   duszenia   się.   Tętno   przyspieszone   i 
nieregularne, poważne obciążenie serca. Poza tym znowu traci przytomnoć...
Nim   jeszcze   Prilicla   skończył   mówić,   Conway   pucił   w   ruch   skalpel.   Długimi, 
siekącymi,   mocnymi   cięciami   połączył   już   istniejące   otwory   robiąc   głębokie, 
poszarpane nacięcia. Nic się nie liczyło poza szybkocią. W żaden sposób zabiegu 
tego nie można było nazwać chirurgicznym. Każdy drwal z tępym toporem zrobiłby to 
dokładniej.
Ukończywszy dzieło Conway stał patrząc na pacjenta przez całe trzy sekundy, ale 
nadal   nie   było   widać   żadnych   ruchów.   Rzucił   skalpel   i   rękami   zaczął   rozrywać 
powłokę.
Nagle   na   sali   rozległ   się   podniecony   głos   Skemptona   opisujący   lądowanie   na 
planecie skolonizowanej przez Obcych oraz pierwszy kontakt.
-   ...   I   słuchaj,   O'Mara   -   mówił   pułkownik   -   ich   struktura   społeczna   jest   zupełnie 
zwariowana, nigdy nic takiego nie widziałem! Są dwie osobne formy życia...
-   Jednak   w   ramach   tego   samego   gatunku   -   wtrącił   na   głos   Conway   cały   czas 
operując.   Pacjent  dawał   już  oznaki  życia  i  zaczynał  sam  się  uwalniać  z  powłoki. 
Conway chciał aż krzyczeć z radoci, ale zamiast tego kontynuował: Jedną z tych form 
jest ów dziesięcionogi znany nam osobnik, ale, bez ogona w zębach. Tę pozycję 
przyjmuje   on   tylko   na   okres   przejciowy.   Druga   postać   za   jest...   jest...   Conway 
przerwał, by dokładnie, szczegółowo przyjrzeć się istocie, która stała już przed nim 
uwolniona z powłoki. Jej resztki leżały na podłodze, częć cinięta tam przez Conwaya, 
częć za zrzucona przez samego pacjenta.
-   Przypatrzmy   się   dobrze   -   mówił   dalej   -   jest   to,   oczywicie,   istota   tlenodyszna. 
Jajorodna. Długie, walcowate, lecz elastyczne ciało wyposażone w cztery owadzie 
nogi, manipulatory, typowe organy zmysłów oraz trzy pary skrzydeł. Grupa GKNM. Z 
wyglądu nieco przypomina ważkę.
Byłbym zdania, że pierwsza forma, sądząc po jej prymitywnych mackach, wykonuje 
większoć   ciężkiej   pracy.   Dopiero   po   przebyciu   stadium   "poczwarki"   i   osiągnięciu 
sprawniejszej   i   piękniejszej   postaci   ważki,   można   takiego   osobnika   uznać   za 
dojrzałego,   zdolnego   do   wykonywania   odpowiedzialnej   pracy.   Z   tego,   jak 
przypuszczam, wynika doć skomplikowany system społeczny...
- Miałem włanie powiedzieć - włączył  się Skempton głosem wyrażającym smutek 
kogo, komu nie wypaliła bombowa wiadomoć - że dwie takie istoty lecą już, by zająć 
się rozbitkiem. Żądają, by absolutnie niczego z nim nie robić...
W   tej   włanie   chwili   O'Mara   przepchnął   się   przez   ekrany.   Stał   z   rozdziawiony   mi 
ustami gapiąc się na pacjenta, który włanie rozpocierał swoje skrzydła. Następnie z 
wyraźnym wysiłkiem zebrał się w garć.
- Sądzę, doktorze, że należą się panu przeprosiny powiedział. - Ale dlaczego nic pan 
nikomu nie mówił...?
- Nie miałem jasnego dowodu na to, że moja teoria jest słuszna - odrzekł Conway 
poważnie. - Kiedy pacjent kilkakrotnie wpadł w panikę na propozycję udzielenia mu 
pomocy, zacząłem podejrzewać, że narol może być stanem normalnym. Zapewne 
gąsienica miałaby wiele przeciwko przedwczesnemu usunięciu jej poczwarki, gdyż 
taki   zabieg   zabiłby   ją   natychmiast.   Były   jeszcze   inne   wskazówki.   Brak   dopływu 

background image

żywnoci,   piercieniowata   pozycja   ze   sterczącymi   na   zewnątrz   mackami   -   wyraźna 
pozostałoć mechanizmu obronnego z czasów, gdy naturalni wrogowie zagrażali życiu 
nowej istoty, rodzącej się wewnątrz powoli twardnącej skorupy, a końcu to, że nasz 
pacjent   wydychał   w   późniejszym   okresie   powietrze   bez   jakichkolwiek 
zanieczyszczeń,  co dowodziło,  że serce i  płuca, którym  się przysłuchiwalimy,  nie 
miały już bezporedniego połączenia z organizmem: 
Conway zaczął wyjaniać, że na wczesnym etapie leczenia nie był jeszcze pewien 
swojej   teorii,   ale   nie   był   jej   aż   tak   niepewny,   by   przyjąć   zalecenia   Mannona   i 
Thornnastora. Zdecydował, że stan pacjenta jest normalny albo prawie normalny, i 
najlepiej będzie nic nie robić. Tak włanie postąpił.
- ... Ale nasz Szpital wierzy wyłącznie w robienie wszystkiego, co można dla pacjenta 
- mówił dalej - i nie wyobrażam sobie, aby Mannon pan czy ktokolwiek, kogo znam, 
stał sobie po prostu i nic nie robił, gdy pacjent wyraźnie umierałby na jego oczach. 
Może i kto by się zgodził z moją teorią i postąpił według niej, ale pewnoci mieć nie 
mogłem. A musielimy wyleczyć tego pacjenta, bowiem jego rasa była nam wówczas 
zupełnie nie znana...
- Dobrze już, dobrze - przerwał O'Mara unosząc obie ręce. - Jest pan geniuszem, 
doktorze, albo czym podobnym. A teraz co?
Conway potarł podbródek, po czym odezwał się z namysłem: - Musimy pamiętać, że 
pacjent znajdował się na pokładzie statku- sanitarki, toteż poza jego stanem musiało 
być co z nim nie w porządku. Był zbyt słaby, by wyrwać się ze swej poczwarki i 
należało mu pomóc. Może ta słaboć była jego dolegliwocią. Ale jeli to co innego, to 
Thornnastor   i   jego   chłopcy   będą   mogli   to   teraz   wyleczyć,   skoro   można   się 
porozumieć z pacjentem i liczyć na jego pomoc.
Chyba   że   -   dodał   nagle   zaniepokojony   -   nasze   wczeniejsze,   poronione   próby 
udzielenia mu pomocy spowodowały wstrząs psychiczny. - Włączył autotranslator, 
przez chwilę przygryzał wargi, po czym zwrócił się do pacjenta:
- Jak się czujesz?
Jego odpowiedź, krótka i do rzeczy, zabrzmiała najcudowniejszą muzyką w uszach 
zaniepokojonego lekarza:
- Jestem głodny - powiedział pacjent. 
K O N I E C