background image

 

 
 
 

 
 

Roxanne St. Claire 

Mały skarb 

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Cameron  McGrath  nigdy  jeszcze  nie  spóźnił  się  na  mecz 

Jankesów. Uważał, że byłoby to nieeleganckie i przynoszące 
pecha pogwałcenie prawie świętej tradycji. Dlatego, kiedy re-
cepcjonistka zawiadomiła go, że jakaś kobieta nalega na spo-
tkanie z nim, zaklął pod nosem. 

- Nie mam już dzisiaj żadnych umówionych spotkań, praw-

da,  Jen?  -  Dla  pewności  przekartkował  leżący  na  biurku  ter-
minarz. Niemożliwe, żeby umówił się z kimś po szóstej, kie-
dy jego drużyna grała z Bostonem. - Z kim przyszła? 

- Ona... jest sama. 
Uśmiechnął  się  z  pobłażaniem.  Młoda  recepcjonistka  nie 

znała jeszcze firmowego żargonu. 

- Czy powiedziała, jaką firmę reprezentuje? - spytał. - 

Czy któregoś z naszych klientów? A może to jakaś akwizy- 
torka? 

Odkąd  został  głównym  prawnikiem  w  Futura  Investments 

coraz częściej zdarzało się mu zajmować takimi sprawami. A 
nie po to skończył i prawo, i wydział handlowy, żeby teraz wy-
ręczać  w  pracy  młodych  urzędników  w  sprawach  zakupów 
wyposażenia do biura. 

R

 S

background image

 

-  Ona nie reprezentuje żadnej firmy, panie McGrath. - 

Recepcjonistka ściszyła głos. - Myślę, że to osobista sprawa. 
Tak mi się wydaje... 

Osobista? Czyżby to była Amanda? O, ona potrafi być nie-

ustępliwa! Nie minął jeszcze tydzień, jak do niej telefonował. 
..  A  może  dwa?  Od  początku  ich  krótkiej  znajomości  uczci-
wie stawiał sprawę. Ale na całym Manhattanie nie było kobie-
ty bardziej pragnącej nowego nazwiska. Jego nazwiska. 

Spojrzał na zegarek. Może zabrać ją na mecz? Zdążyłby na 

czas, a ona miałaby swoją randkę. 

-  Powiedz jej, że zaraz przyjdę. Mam nadzieję, że jest 

ubrana na mecz? 

Jen parsknęła śmiechem. 
-  To zależy, w co się gra - powiedziała. 
No  tak.  Amanda  wkładała  zwykle  krótką  skórzaną  spód-

niczkę,  rozpaczliwie  kusą  bluzeczkę  i  buty  na  obcasach  wy-
sokich jak wieżowiec Chryslera. 

Poluzował  krawat  i  wyszedł  z  gabinetu.  Lecz  gdy  przez 

szklane drzwi zajrzał do holu, stanął w pół kroku. 

To nie była Amanda. 
Stała  tyłem  do  niego,  przez  olbrzymie  okno  podziwiając 

panoramę miasta. Miała na sobie  obcisłe  sprane dżinsy  i  wy-
sokie buty. Jedna stopa niecierpliwie postukiwała o kosztowny 
dywan. A spod kowbojskiego kapelusza spływały długie kasz-
tanowe włosy, zakrywając prawie całe plecy. 

Znam ją? pomyślał. 
Kiedy otworzył drzwi, obróciła się na pięcie i palcem pod-

niosła kapelusz. Nie znał jej. Nigdy nie zapomniałby ta- 

R

 S

background image

 

kiej buzi. Miała wielkie oczy barwy miedzi, mlecznobiałą cerę 
i fantastyczne usta. 

Poza  tym,  co  zauważył  natychmiast  z  wielkim  zdumie-

niem, w ogóle nie miała makijażu! 

- Pan McGrath? - Podeszła do niego energicznie. Obcasy jej 

butów stukały głośno po kamiennej posadzce. 

- Jestem  Cam  McGrath.  -  Wyciągnął  rękę  na  powitanie.  - 

Czym mogę pani... 

- Jestem Jo Ellen Tremaine. - Mocno ścisnęła podaną dłoń. 

Czy  powinien  znać  to nazwisko?  Nie  kojarzyło  mu  się  z  ni-
czym. 

Starał  się  patrzeć  jej  w  oczy.  Ale  kiedy  poprawiła  na  ra-

mieniu  torbę  podróżną,  jej koszula  rozchyliła  się  nieco,  uka-
zując trochę więcej dekoltu. I już nie mógł się skupić. 

- Wiem, że pan wychodzi - powiedziała. - Postaram się nie 

zabrać panu dużo czasu. 

- To nic pilnego. - Czy to naprawdę on powiedział, że mecz 

drużyn Yankees i Red Sox to nic pilnego? Piękną dziewczynę 
można  spotkać  na  każdej  ulicy  Nowego  Jorku.  I  do  tego 
ubraną inaczej niż na rodeo. - Co mogę dla pani zrobić? 

Zerknęła na przysłuchującą się pilnie Jen. 
- Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności? 

Zastanawiał się przez chwilę. Krótka rozmowa z wiejską 
dziewczyną. Spóźnienie na mecz. Dziewczyna. Jankesi. 

- Mój gabinet jest tam. - Zaprosił ją skinieniem głowy. 

Zdjęła kapelusz i potrząsnęła głową. Jedwabiste włosy 

rozsypały się na ramiona. Co za widok, pomyślał. 

R

 S

background image

 

Przytrzymał  drzwi,  puścił  ją  przodem,  nie  odrywając  oczu 

od  tylnych  kieszeni  jej  dżinsów.  Jankesi  będą  grali  na  swoim 
stadionie jeszcze osiemdziesiąt jeden razy w tym sezonie. Ktoś 
taki jak ona raczej nie pojawi się u niego drugi raz. 

- Napije się pani czegoś, pani Tremaine? - spytał, gdy zna-

leźli się w jego gabinecie. 

- Proszę  mówić  mi  Jo.  Chętnie  wypiję  lemoniadę,  jeśli  ma 

pan w lodówce. 

- Wiesz co? To zabawne. Moja lodówka jest zupełnie pusta. 

- Przypomniał sobie, że w domu ma kilka puszek piwa. 

-  Ale może pojedziemy gdzie indziej? 
- Nie, dziękuję. - Patrzyła mu prosto w oczy. - To nie po 

winno potrwać długo. Mam nadzieję. 

Wprawne  ucho  doświadczonego  prawnika  pozwoliło  mu 

wychwycić w jej głosie cień niepewności... nieszczerości. 

- Proszę, może usiądziesz? - Wskazał kanapę. 

Wybrała jeden z foteli. W spranym drelichu wyglądała 

niezwykle w nowoczesnym wnętrzu. 
- Skąd jesteś... Jo? - Imię bardzo do niej pasowało. Nie 

wyglądała kobieco. Choć przy tym była bardzo pociągająca. 
Jo. Bardzo mu się to podobało. 

- Jestem z Sierra Springs w Kalifornii. 

Zdziwiony, wysoko uniósł brwi. 

- Słyszałeś może kiedyś? - spytała, jakby oczekiwała, że po-

twierdzi. 

- Nie mogę powiedzieć, że tak. Masz za sobą daleką drogę. 

Czy Sierra Springs leży gdzieś koło Doliny Krzemowej? 

-  Mieli w tamtych stronach jakichś klientów. Może miała 

związek z nimi? 

R

 S

background image

 

Pokręciła  głową.  Jednym  długim  pociągnięciem  ręki  wy-

gładziła spodnie. Złośliwy uśmieszek pojawił się na jej war-
gach. 

-  To nie ta dolina - powiedziała. - Sierra Springs leży 

przy granicy Newady i Kalifornii, półtorej setki kilometrów 
od Sacramento, u podnóża gór Sierra Nevada. 

Jego  znajomość  geografii  tamtych  stron  była,  mówiąc  de-

likatnie,  niewystarczająca.  Żaden  klient  nie  przychodził  mu 
na myśl. Żaden potencjalny inwestor. Nic mu się nie kojarzyło, 
prócz rancza Ponderosa i hazardu w Reno. 

- To musi być bardzo urocze, spokojne miejsce - rzucił. 
- Było. Dopóki ziemia nie wytrzęsła nas z butów i nie ubiła 

nam umysłów na jajecznicę. 

- Ziemia?  -  Coś  mu  się  przypominało.  Zaraz.  -  A,  tak.  -

Strzelił palcami. - Słyszałem o Sierra  Springs.  Kilka miesięcy 
temu było tam trzęsienie ziemi. Silne. 

Pokiwała głową. 
-  Pięć i sześć dziesiątych. I kilka silnych wstrząsów 

wtórnych. 

Na pewno szykował się jakiś proces sądowy. 
-  Pięć i sześć dziesiątych, no! To dużo. Czy spowodowa-

ło. .. Czy poniosłaś duże straty? 

Przyglądał  się  jej  smukłym  nogom.  I  myślał,  że  zdecydo-

wanie wolałby, żeby nie musiał występować przeciw niej. 

-  Straciłam... kogoś. 
Pracowników? Rodzinę? W każdym razie bez wątpienia to 

było przyczyną tej niezwykłej wizyty. 

-  Bardzo mi przykro. - Przypomniał sobie, że zginęło 

tam pięć osób. W gruzach jednego budynku. Potem stanął 

R

 S

background image

 

mu przed oczami widziany w telewizji obraz strażaka wycią-
gającego  z  rumowiska  roczne  dziecko.  Przypomniał  sobie. 
Historia tego dziecka była głośna. 

Czy  ten  budynek  należał  do  niej?  A  może  do  Futura?  Ale 

chyba musiałby wiedzieć coś na ten temat. 

- Czym  więc  zajmujesz  się  w  Sierra  Springs?  -  Był  niemal 

pewny, że zaraz usłyszy, iż trudniła się pętaniem koni i bydła. 
Chociaż mogła też być prawniczką. W Kalifornii ubierają się 
zupełnie inaczej. 

- Naprawiam karoserie. 
- Słucham?! 
- Reperuję samochody. Wraki. 
- Jesteś mechanikiem samochodowym? 
- Zajmuję  się  naprawami  powypadkowymi  karoserii.  -

Delikatne  ogniki  zabłysły  w  jej  brązowych  oczach.  -  Mam 
własny warsztat. 

- Naprawdę? - Nie była  więc ani królową rodeo, ani praw-

niczką. Zajmowała się przywracaniem życia złomowi. 

Bezwiednie spojrzał na jej dłonie. Były wąskie i szczupłe. I 

nie było na nich ani śladu smarów. Nie było także żadnej bi-
żuterii... Nawet obrączki. 

- Naprawdę zaintrygowałaś mnie, panno... Jo. Co cię 

sprowadza do Nowego Jorku? 

-Ty. 
Zesztywniał, zaskoczony. 
- Ja? - Spokojnie. Nie zagląda się w zęby darowanemu ko-

niowi. Nawet jeśli kryją się w tak ponętnej buzi. - Jak to? 

- Potrzebny mi twój podpis na pewnym dokumencie. 

R

 S

background image

 

Jego  prawniczy  umysł  włączył  natychmiast  dzwonek  alar-

mowy. 

- Co to za dokument? - spytał. 
- Nazywa  się  „Wniosek  o  uznanie  zrzeczenia  się  praw  ro-

dzicielskich". 

Zastanawiał się przez chwilę. 
- Czy to nie jest przypadkiem element procedury adop 

cyjnej? 

Znieruchomiała. Oblizała wargi. -Tak. 
- Nie rozumiem. Do czego potrzebny ci mój podpis? 

    -Chcę adoptować dziecko. A ona jest... twoją daleką 

krewną. 
Wyprostował się gwałtownie. 
- Moją daleką krewną? 
- To twoja... siostrzenica. Potrząsnął głową. 
- Nie  mam  siostrzenicy.  Ani  bratanicy.  Mam  dwóch  braci, 

ale żaden z nich nie ma dzieci. 

Z  trudem  odegnał  nieprzyjemne  myśli.  Czyżby  Colin  albo 

Quinn dorobili się gdzieś dziecka? Nigdy nie mieli przed sobą 
sekretów. A może chodzi jej o pieniądze? Może to oszustka? 
Naciągaczka? 

- Chyba  zaszła  jakaś  pomyłka  -  powiedział.  -  Czyje  to 

dziecko? 

- Nie ma mowy o żadnej pomyłce - powiedziała stanowczo. 

- To jest na pewno twoja siostrzenica. 

- Jestem absolutnie pewien, że nie mam siostrzenicy. 

Uniosła jedną brew. 

R

 S

background image

 

- Nie bądź tak absolutnie pewien, dopóki nie poznasz 

wszystkich faktów. 

Racja. 
- Kto jest ojcem dziecka? 
- To nie ma znaczenia. Ale nie jest z tobą w żadnym stop-

niu spokrewniony. Jej matką jest... była... Katie McGrath. 

Gorączkowo  przerzucał  w  pamięci  wszystkich  bliższych  i 

dalszych krewnych. Nie było żadnej Katie. 

-  Nigdy o takiej nie słyszałem. 

Poprawiła się na fotelu. 

-  Nie mogłeś o niej słyszeć. Nigdy jej nie spotkałeś. Ale jej 

matką była Christine McGrath. 

Żołądek ścisnął mu się w twardą kulę. 
- Ona była też twoją matką - dodała cicho. - Tak więc Katie 

jest twoją siostrą. Właściwie - była. Tak czy owak, bardzo mi 
przykro. 

- Nie. Nie mogłem mieć... - Odebrało mu mowę. 
Nie  mógł  mieć  siostry?  Oczywiście,  że  mógł.  Poczuł  bo-

lesne drętwienie wszystkich kończyn. Znał to uczucie. Poznał 
je, kiedy miał dziewięć lat. Tego dnia, kiedy obserwował mat-
kę wsiadającą do pociągu. Zostawiającą męża i trzech synów. 
Na zawsze. 

Ale przez wszystkie lata doszedł do perfekcji w zwalczaniu 

tego  bólu.  Całkowite  panowanie  nad  sobą.  W  tym  był  na-
prawdę dobry. 

-  Gdzie jest moja... Christine McGrath? 
-  Obydwie z Katie były ofiarami trzęsienia ziemi. 

Czekał na jakieś gwałtowne uczucia. Nie nadeszły. Nie zdzi- 

 

R

 S

background image

10 

 

 

 

wiło go to. Wiele lat temu stłumił w sobie wszystkie uczucia do 
matki. Czuł na sobie pytające spojrzenie Jo. 

- Przepraszam,  ale  nic  nie  łączyło  mnie  z  matką  -  powie-

dział. - Jeśli, rzecz jasna, mówimy o tej samej kobiecie... 

- No  to  nie  powinieneś  mieć  żadnych  obiekcji  przed  podpi-

saniem tego dokumentu. - Wyciągnęła z torby szarą kopertę. 

- Zaraz. Chwileczkę. - Uniósł otwartą dłoń. - Jestem praw-

nikiem. My nie podpisujemy niczego. 

- Jeśli  potrzebujesz  dowodów,  że  to  była  twoja  matka,  mam 

je. Spodziewałam się, że będziesz chciał je zobaczyć. 

Wpatrywał  się  w  nią  z  natężeniem.  Usiłował  poukładać 

wszystkie kawałki mozaiki. Powoli wyciągnął rękę po kopertę. 

- Christine  McGrath  opuściła  nasz  dom  dwadzieścia  sześć 

lat temu i wyprowadziła się do Wyoming. - Niepewnie popa-
trzył na kopertę. 

- Nieprawda  -  rzuciła.  -  Nie  wyprowadziła  się  do  Wy-

oming. 

Jego ojciec utrzymywał, że tak właśnie było. Żaden z jego 

synów  nie  miał  powodów,  by  mu  nie  wierzyć.  Poza  tym  o 
matce i tak nigdy w ich domu nie rozmawiano. 

Skrzyżowała ramiona i przyglądała mu się z uwagą. Jak sę-

dzia na chwilę przed ogłoszeniem surowego wyroku. 

- Dwadzieścia sześć lat temu przyjechała do Sierra 

Springs. Miała córkę imieniem Katie. Jedenaście miesięcy te 
mu Katie urodziła córkę. Callie McGrath. 

Ciasna  obręcz  ścisnęła  mu  krtań.  Palce  zbielały  na  trzy-

manej kopercie. Czy to możliwe? 

- Zamierzam adoptować Callie, panie McGrath. Ale nie 

zdołam tego uczynić, dopóki jej najbliższy żyjący krewny nie 

R

 S

background image

11 

 

podpisze tego dokumentu, nie zrzeknie się wszelkich praw do 
niej. Nie mogę bać się przez resztę życia, że zjawisz się pewnego 
dnia i będziesz się domagał prawa do opieki nad nią. Domagać 
się prawa do opieki nad dzieckiem? On?! 

- Najdroższa, ja nie chcę opiekować się nawet złotą rybką. 
- Wspaniale.  -  Wstała  energicznie,  włożyła  kapelusz  i 

wskazała  na  kopertę  w  jego  ręce.  -  Musisz  tylko  podpisać  i 
nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Mogę ci to obiecać. 

Jakaś  jego  część  bardzo  tego  chciała.  Ta,  która  zawsze  tłu-

miła każde wspomnienie matki, która przez lata nauczyła go, 
że zawsze musi panować nad swoimi emocjami i życiem. 

Lecz druga część jego duszy przywołała wspomnienia, któ-

re  najchętniej  pogrzebałby  głęboko.  Lecz  nie  potrafił.  Znów 
usłyszał  przenikliwy  głos  babci,  która  wciąż  powtarzała  mu: 
„Będziesz leczył wszystkie rany w tej rodzinie, Cam McGra-
th".  Wyraźnie  słyszał  jej  irlandzki  akcent.  „Jesteś  najstarszy. 
To twój obowiązek. Będziesz leczył rany". 

Zapomniał  już  prawie  tę  przepowiednię.  Tak  jak  i  on  sam, 

Colin  i  Quinn  zapomnieli  o  ranach.  Albo  przynajmniej  na-
uczyli się udawać, że tak było. 

A  tu  stanęła  przed  nim  kobieta  mogąca  odpowiedzieć  na 

pytania,  które  potajemnie  stale  sobie  zadawali.  Która  mogła 
sprawić,  że  trzej  McGrathowie  będą  mogli  ostatecznie  zale-
czyć  bolesne  szramy  w  sercach  i  ostatecznie  wyrzucić  z  pa-
mięci  tamten  dzień,  kiedy  wspinając  się  na  palce  spoglądali 
przez  okno  za  matką  odjeżdżającą  do  Pittsburgha.  Albo  do 
Wyoming. Do Kalifornii. Czy dokądkolwiek. 

Tak,  znów  będzie  musiał  podjąć  decyzję.  Tylko  jej  skutki 

mogą być dużo poważniejsze niż spóźnienie na mecz. 

R

 S

background image

12 

 

Mógł  podpisać  papier  i  zapomnieć  o  Jo  Ellen  Tremaine. 

Ale mógł też uzyskać od niej odpowiedzi na kilka pytań. 

To  mogła  być  jego  jedyna  szansa  wyleczenia  ran...  Dla 

babci McGrath i dla braci. 

Lecz  nigdy,  przenigdy  nie  mógł  powiedzieć  o  tym  tej 

dziewczynie. 

Wstał, uśmiechnął się do niej ciepło. 
- Tak, Jo... Może przypadkiem lubisz baseball? 

Jo zaniemówiła z wrażenia. Cameron McGrath spoglądał na 

nią  z  góry,  z  dziwnym  błyskiem  w  oczach.  Baseball?  Mówił 
poważnie? 

- Uważam, że jest nudny jak flaki z olejem - powiedziała. 

Oczy zwęziły mu się w szparki. Bezgraniczne zdumienie 

pojawiło się na jego twarzy. 
- Nudny jak flaki z olejem? - powtórzył ze zgrozą. 
Nie  do  wiary.  Czyżby  naprawdę  zamierzał  dyskutować  z 

nią o zaletach baseballu kilka chwil po tym, jak powiedziała 
mu, że siostra, o której istnieniu w ogóle nie wiedział, i mat-
ka zginęły? I że miał siostrzenicę, którą ona zamierzała wła-
śnie adoptować? Czy możliwe, by był aż tak chłodny? 

Oczywiście,  że  możliwe.  Jo  czytała  listy,  które  matka  Katie 

napisała do jego  ojca.  Wszystkie  zostały  odesłane bez  otwie-
rania.  Jim  McGrath  musiał  mieć  ocet  zamiast  krwi.  I  widać, 
że  to  samo  dotyczyło  wszystkich  mężczyzn  w  tej  rodzinie. 
Pod tym względem Katie różniła się od nich. Chociaż fizyczne 
podobieństwo było zdumiewające. 

Cam McGrath był piekielnie przystojny. 

R

 S

background image

13 

 

Pamiętaj,  po  co  tu  przyjechałaś,  skarciła  się  w  myślach  Jo. 

Spojrzała na kopertę w jego ręce. 

-  Ile czasu zajmie ci przeczytanie i podpisanie tego? - 

spytała. 

Wzruszył  ramionami.  Nawet  nie  spojrzał  na  kopertę.  Tak-

sował ją uważnym spojrzeniem. 

-  Nie jestem pewien. Jak myślisz, ile czasu potrzeba, że 

bym  zdołał  zmienić  twoje  zdanie  na  temat  naszego  narodo-
wego sportu? 

Omal nie parsknęła śmiechem. Tak banalnie to zabrzmiało. 
-  Nie  masz  tyle  czasu,  panie  McGrath.  Odlatuję  samolo-

tem przed północą. 

Z podpisanym dokumentem w ręce, pomyślała. Z udawa-

nym skupieniem popatrzył na kosztowny zegarek na swym 
przegubie. 

-  Jeśli będziemy mieli szczęście, zdążymy na końcówkę 

pierwszej rozgrywki. - Jeszcze raz ostentacyjnie spojrzał na 
zegarek. - Będziesz mogła zobaczyć prawie cały mecz. 

Banalny i próżny. Uwielbiała taką kombinację. 
- Nie  wybieram  się  na  żaden  mecz.  Ale  im  prędzej  pod-

piszesz  dokument,  tym  prędzej  będziesz  mógł  pojechać  do 
parku. 

- Nie do parku. Na Stadion* - poprawił ją. - I to przez wiel-

kie S. 

Uśmiechnęła się z przymusem. Co miała zrobić, żeby pod-

pisał wniosek? 

* Gra słów: stadium (ang.) - stadion. Ale The Stadium nazy-

wa się stadion drużyny Yankees w Nowym Jorku.

R

 S

background image

14 

 

- Domyślam się, że to jest dla ciebie bardzo ważne - ode 

zwał się po chwili. 

Jego dźwięczny głos zniewalał. Musiałaby być ślepa, głucha 

i  kompletnie  nieczuła,  żeby  nie  dostrzec  szorstkiego  powabu 
tego  mężczyzny.  Ale  musiałaby  być  głupia,  żeby  okazać  mu, 
jakie na niej zrobił wrażenie. 

Nie  była  nieczuła,  nie  była  też  głupia.  Była  tylko  zdetermi-

nowana. Callie McGrath nie trafi do sierocińca. Nie stanie się 
też zabawką dla członków dalekiej, zimnej rodziny. Być może 
Jo Ellen nie jest ideałem matki. Ale nie może porzucić napra-
wiania rozbitych karoserii. A przez śmierć Katie, która nie zo-
stawiła testamentu ani żadnych planów co do przyszłości swo-
jego dziecka, znalazła się w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji. 

Dlatego  z  wielką  ostrożnością  dobierając  słowa  powie-

działa: 

- Tak, to jest ważne. Jest ważne, żebym postąpiła dobrze. 

Nie chcę, żeby straszyły mnie jakieś niezałatwione sprawy. 

Uśmiechnął się delikatnie. 
- Nie  zamierzam  cię  straszyć,  najdroższa.  Chciałbym  tylko 

obejrzeć razem  z tobą trochę nudnego jak flaki z olejem ba-
seballu. A w czasie meczu... - położył jej rękę na ramieniu - 
będziemy mogli poznać się trochę lepiej. - Zrozumiała aluzję. 
Cam  był  prawnikiem.  I  nie  miał  zamiaru  podpisywać  tak 
ważnego dokumentu osobie kompletnie nieznajomej. 

- Rozumiem - powiedziała spokojnie. I odsunęła się nieco. - 

Ale czy naprawdę musimy iść na mecz? 

- Musimy.  -  Roześmiał  się  i  delikatnie  popchnął  ją  w  kie-

runku drzwi. - Jako premię dostaniesz piwo. 

Poczuła, że bardzo tego potrzebuje. 

R

 S

background image

15 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Cameron  z  prawdziwą  przyjemnością  obserwował  Jo,  gdy 

wsiadała  do  taksówki.  Była  naprawdę  zgrabna.  I  pociągająca. 
Wsiadając za nią, podjął decyzję, w jaki sposób powinien ro-
zegrać tę sprawę. Jak zwykle. Spokojnie. 

Po  pierwsze,  mogło  chodzić  o  całkiem  inną  Christine  Mc-

Grath.  Po drugie,  mógł  mieć do  czynienia  z  oszustką. Mogła 
wreszcie być po prostu stuknięta. 

Postanowił ją sprawdzić. Wieczór w jej towarzystwie nie po-

winien być  specjalnie  trudny.  Informacja  o śmierci  matki dla 
większości  ludzi  byłaby  wstrząsająca.  Ale  Christine  McGrath 
nie  była  typową  matką.  A  fakt,  że  w  tym  samym  kataklizmie 
straciła  życie  siostra,  o  której  istnieniu  nie  miał  pojęcia,  był 
smutny. Lecz nie miał nań żadnego wpływu. 

Gdyby był wiedział o istnieniu Katie... Dziwny ból ścisnął mu 

serce. Nie wiedział. Kropka. Na to również nie miał wpływu. 

Cameron  McGrath  unikał  wszystkiego,  na  co  nie  miał 

wpływu.  Dlatego  starał  się  nie  myśleć  o  dziewczynie,  która 
miała przynajmniej połowę jego genów, która żyła, oddychała 
i,  co  smutne,  umarła.  Unikał  także  myśli  o  dziecku...  Nie 
chciał tego dziecka. 

Owszem, miał dwóch braci. Ale przecież Quinn ożenił się 

R

 S

background image

16 

 

niedawno i wraz z Nicole bez reszty zajęci byli remontem hotelu 
na Florydzie. Natomiast Colin szykował się poślubić Grace  w 
najbliższym czasie. Oni także byli bardzo zajęci w swojej firmie 
architektonicznej  w  Newport.  Nie  był  całkowicie  pewien,  ale 
raczej  wątpił,  by  jego  bracia  myśleli  o  dzieciach.  Swoich  czy 
cudzych. 

A tata? Hm. James McGrath przez ostanie lata pędził żywot 

samotnika. Przeszedł na emeryturę. Czy powinno się opowie-
dzieć mu dzieje jego byłej żony? Czy powinno się powiedzieć 
mu o śmierci jej córki? 

Czy  w  ogóle  którykolwiek  z  nich  powinien  o  tym  wie-

dzieć?  Czy  ta  nieprawdopodobna  historia  była  choć  trochę 
możliwa? I dlaczego Jo pojawiła się właśnie w jego biurze, a 
nie u któregoś z pozostałych McGrathów? 

„Będziesz  leczył  wszystkie  rany  w  tej  rodzinie,  Cam  Mc-

Grath". 

Poprawił  się  na  siedzeniu  i  znalazł  się  odrobinę  bliżej  ko-

biety  ubranej  tak,  jakby  była  właścicielką  farmy,  a  nie  war-
sztatu lakierniczego. Siedziała, nieruchoma jak głaz, oglądając 
przez okno ulice Nowego Jorku. 

Dłonie położyła płasko na kolanach. Tak samo jak w jego 

biurze. Odetchnęła głęboko. Była uosobieniem spokoju i po-
gody ducha. 

- Gdzie uczyłaś się rzemiosła mechanicznego? Spojrzała 

nań nieprzyjaźnie. 

- Nie jestem mechanikiem - rzuciła. 
- To dobrze. - Uspokajająco poklepał ją po dłoni. - Nie 

ufam mechanikom. 

Odsunęła jego rękę. 

R

 S

background image

17 

 

- A ja nie ufam prawnikom - powiedziała. 

Roześmiał się. 

- Nie  odpowiedziałaś  na  moje  pytanie.  Gdzie  można  na-

uczyć się... napraw powypadkowych karoserii? 

- W szkole zawodowej. Terminowałam przez pewien czas w 

Sacramento, potem pracowałam w Reno. Nasz sklep powstał 
mniej więcej rok temu. 

Nasz? Ponownie zerknął na jej dłoń bez obrączki. 
- Twój mąż też jest z branży? 
- Nie mam męża. 
Jeszcze jedna ofiara trzęsienia ziemi? 
- Aha  -  bąknął.  -  Kiedy  powiedziałaś  „nasz  sklep",  pomy-

ślałem, że miałaś na myśli męża. 

- Pomyliłeś  się.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Nasz,  czyli  Katie  i 

mój. To ona była moją wspólniczką. 

- Moja siostra pracowała warsztacie blacharskim? - Nie po-

trafił ukryć zdziwienia. 

Strzepnęła  ze  spodni  niewidoczny  pyłek.  Uśmiechnęła  się 

szerzej. 

-  Nie mogę dłużej trzymać cię w niepewności - powie 

działa. - Katie za nic nie postawiłaby swojej wypielęgnowanej 
stopy w warsztacie. A kiedy włączałam urządzenie do 
piaskowania blach, uciekała, zasłaniając uszy. 

Właściwie nie  wiedział, czy się cieszyć. McGrathowie - bez 

względu na płeć - nie powinni zachowywać się tak głupio. 

- Powiedziałaś, że była twoją wspólniczką. 
- Była  moją  wspólniczką  w  interesach.  Ale  w  jednym  bu-

dynku  prowadziłyśmy  dwa  różne  zakłady  pod  wspólnym 
szyldem. „Wiórki i Kłaczki". 

 

R

 S

background image

18 

 

Wybuchnął niepohamowanym śmiechem. 
- „Wiórki i Kłaczki"? Co to za interes? 
Wzruszyła ramionami, jakby odpowiadała na to pytanie już 

miliony razy. 

- Warsztat  samochodowy  to  Wiórki...  Pojawiają  się  przy 

szlifowaniu  blachy.  A  Kłaczki  to  salon  piękności.  To  była 
część naszej firmy, którą zajmowała się Katie. 

- Była fryzjerką - powiedział z namysłem. 
- Była  kosmetyczką  -  poprawiła  Jo.  -  Włosy,  twarz,  pa-

znokcie. Jej specjalnością było piękno. 

Cam  był  coraz  bardziej  poruszony  rodzącym  się  w  jego 

wyobraźni  obrazem  nieznanej  siostry.  Psiakrew!  Nie  powi-
nien pozwalać sobie na takie rozmyślania. 

- Jak zrozumiałem, nigdy dotąd nie byłaś na meczu ba 

seballowym, czy tak? 

Spojrzała na niego z politowaniem. 
- W zeszłym roku dofinansowywałyśmy Małą Ligę w Sier 

ra Springs - powiedziała. - Czy to wystarczy? 

Śmiał się jeszcze radośniej. 
- Nic  dziwnego,  że  w  tej  sytuacji  uważałaś  tę  grę  za  nudną 

jak flaki z olejem. - Nie potrafił pojąć, jak ktoś mógł nie do-
strzec poezji baseballu. - Jest subtelna różnica. Stadion Janke-
sów to prawdziwa Mekka wszystkich miłośników tej gry. 

- Skoro  tak  twierdzisz...  -  powiedziała  z  ociąganiem.  - 

Przez  dziewięć  inningów*  nic  się  nie  dzieje.  Potem  przy-
chodzi dziesiąty. Mecz kończy się. I ktoś zaczyna płakać. 

*  Inning  -  podstawowa  jednostka  (część)  meczu  baseballo-

wego. Mecz składa się z dziewięciu inningów. Gdy w tym cza-
sie nie dojdzie do rozstrzygnięcia (jest remis), rozgrywa się ko-
lejne, aż do wyłonienia zwycięzcy. 

R

 S

background image

19 

 

Uśmiechnął  się  z  rozrzewnieniem.  Tak  uroczo  opisała  roz-

grywki Małej Ligi, że wzbudziła w nim falę wspomnień. 

- To ty nie wiesz, że w baseballu nikt nie płacze? - spytał. 
- Ktokolwiek  to  powiedział,  nigdy  nie  widział  ośmiolatka 

uderzonego  w  brzuch  twardą  piłką.  Czego  chciałbyś  dowie-
dzieć się o swojej matce? - spytała po krótkiej chwili. 

Popatrzył  na  nią  przeciągle.  Nagle  zrobiło  mu  się  duszno. 

Jakby  samochód  się  skurczył.  A  ona  patrzyła  nań  wyczeku-
jąco, z lekko rozchylonymi ustami. 

Pochylił  się.  Niemal  poczuł  ciepło  jej  warg.  Nie  poruszyła 

się. 

-  Nic. - Ostrożnie dotknął jej brody. - Nie chciałabyś do 

wiedzieć się, gdzie mamy miejsca? 

Wysoko uniosła brwi. Nadal trwała bez ruchu. 
- Nie. Lubię niespodzianki. 
- Wspaniale. - Odsunął się. A ona odzyskała pełną zdolność 

oddychania. Punkt dla niego. 

- Zabrałeś kopertę? - spytała. 
- Tak. - Poklepał się po kieszeni marynarki. 
- To dobrze. Muszę zdążyć na samolot. Spodziewam się za-

brać ją ze sobą. 

Ona też zdobyła swój punkt. Zapowiadała się twarda gra. 

Wysiedli z taksówki na zatłoczonym skrzyżowaniu, w cieniu 

gigantycznej betonowej konstrukcji. Ze wszystkich stron zdą-
żały w jej stronę nieprzebrane masy ludzi. 

Jak,  do  diabła,  do  tego  doszło?!  pomyślała  Jo  z  rozpaczą. 

Nie planowała wizyty na Stadionie. 

 

 

R

 S

background image

20 

 

 

Od  chwili  kiedy  Matka  Ziemia  wstrząsnęła  jej  światem 

wartości,  Jo miała tylko jeden cel.  Adoptować dziecko, które 
pokochała.  Sądziła,  że  to  będzie  proste.  Ojciec  Callie  zrzekł 
się  praw  rodzicielskich  bardzo  dawno.  Pragnął  ukryć  przed 
wszystkimi,  że był  żonaty, kiedy  składał  Katie  obietnice, któ-
rych nigdy nie dotrzymał. 

I  aż  do  tej  chwili  wszystko  szło  jak  po  maśle.  Przebrnęła 

przez  bezkresne  morze  biurokracji,  odbyła  wstępną  rozmowę, 
oczarowała kilku urzędników  z biura  adopcyjnego,  wyremon-
towała warsztat, dom i swoje własne życie. Wszystko do chwili, 
kiedy matka zdradziła jej sekrety życia cioci Chris. 

Oszołomiona  i  zasmucona,  wiele  czasu  spędziła  Jo  na  wy-

trwałym przekopywaniu się przez rumowisko, jakim było życie 
Christine  McGrath.  Niezliczone  godziny  przesiedziała  przed 
komputerem, szukając w Internecie informacji o jej synach. Po 
to, żeby wybrać najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie. 

W  końcu  nabrała  przekonania,  że  wie,  co  powinna uczynić. 

Katie nie żyła. Nie żyła też kobieta, którą Jo przez całe dzieciń-
stwo  nazywała  ciocią  Chris.  Ale  jakimś  nieprawdopodobnym 
zrządzeniem losu niemowlę przeżyło furię żywiołu. Jo wiedzia-
ła, że musi zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby zagwarantować 
Callie bezpieczeństwo, opiekę i miłość. 

Nawet pójść na mecz na Stadionie. 
Zerknęła  na  mężczyznę,  który  ją  na  ten  stadion  przypro-

wadził. Był całkowicie zaabsorbowany meczem. Chociaż działy 
się sprawy istotne dla jego rodziny. Utwierdziło to tylko Jo  w 
przekonaniu,  że  Cameron  McGrath  jest  nieczuły  i  samolubny 
jak jego ojciec, który wygnał z domu ciężarną żonę. I jak ojciec 
panicznie boi się myśli, że mógłby ponieść konsekwencje 

R

 S

background image

21 

 

cudzej pomyłki. Właśnie dlatego tego z braci wybrała, dlatego 
do  niego  przyjechała  z  dokumentami.  Dokładnie  przeczytała 
wszystko  na  jego  temat.  Wiedziała  o  jego  sukcesach  zawodo-
wych i przelotnych romansach. Jej niepokój budził tylko fakt, 
że był prawnikiem. Ale spośród wszystkich McGrathów tylko 
on  nie  był  z  nikim  związany  na  stałe.  Sądziła  więc,  że  jemu 
najmniej będzie zależało na dziecku. Poza tym był najstarszym 
z braci. Uważała, że z prawnego punktu widzenia jego podpis 
będzie miał największe znaczenie. 

Jak  dotąd  Cameron  nie  wydawał  się  człowiekiem  nazbyt 

uczuciowym.  Nie  chciał  rozmawiać  o  swojej  matce.  Natych-
miast zmieniał temat. Nie spytał nawet, jakim sposobem Cal-
lie przeżyła trzęsienie ziemi. Ciągnął Jo przez Nowy Jork. Flir-
tował z nią. Wszystko jakby od niechcenia. Ale przecież pod 
jego  gładkim  obliczem  wyczuwała  coś  potężnego.  Absolutne 
przeciwieństwo nieczułości. 

Uznała, że dopóki nie pozna jego skrywanych uczuć, może 

nawet udawać zainteresowanie baseballem. 

- Oto...  -  wyrwał  ją  z  zamyślenia.  Szerokim  gestem  wskazał 

masywną, betonową bryłę stadionu. - Oto dom, który zbudował 
Ruth*. 

Uniosła  oczy.  Tuż  przed  nimi  wznosił  się  trzypiętrowej  wy-

sokości kij baseballowy. Poprawiła kapelusz i pokiwała głową. 

- Mekka - powiedziała. 
Uśmiechnął się i poprowadził ją do wejścia. 

*  Dom,  który  zbudował  Ruth  -  tak  nazywany  bywa  Stadion 

Jankesów. Na cześć Georgea Hermana „Babę" Rutha, uznawa-
nego  za  jednego  z  najlepszych  baseballowych  graczy  wszech 
czasów,  który  w  latach  1920-1934  byl  zawodnikiem  drużyny 
New York Yankees. 

R

 S

background image

22 

 

- Nie pozwól, żebym zaczął opowiadać statystykę i historię 

rozgrywek. Zanudziłbym cię na śmierć. 

Jakoś nie mogła uwierzyć, żeby Cameron McGrath mógł ją 

zanudzić. Prawdopodobnie mógłby rozwścieczyć ją, zapewne 
mógłby ją zafascynować. A gdyby mu na to pozwoliła, mógł-
by rozpalić jej zmysły. Ten facet był skumulowaną męskością. 

Podeszli  do  bramki.  Jego  dłoń  na  jej  plecach  paliła  jak 

ogień. 

Cameron  przywitał  się  z  bileterem  i  przeszli  przez  koło-

wrotki. I znaleźli się w zupełnie innym świecie. Zewsząd ota-
czały  ich  nowe  zapachy.  Gwar  wielu  głosów  i  stukot  tysięcy 
stóp aż przytłaczały. Odruchowo chwyciła Camerona za rękę, 
żeby  nie  zgubić  się  w  labiryncie  ramp,  schodów,  pochylni  i 
korytarzy.  Cam  ożywił  się  wyraźnie.  Zatrzymał  się  tylko  na 
krótką chwilę, kiedy spiker ogłaszał rozpoczęcie meczu. 

Pociągnął  ją  za  rękę,  przyspieszył  kroku.  Kiedy  przebiegali 

obok  budki  z  hot  dogami  i  prażonymi  orzeszkami,  Jo  przy-
pomniała sobie, że nie jadła już cały dzień. 

Lecz  kiedy  wyszli  z  tunelu,  zapomniała  o  głodzie.  Morze 

zielonej  trawy,  nieprzebrany  tłum  wiwatujących  ludzi,  ja-
skrawe  światła  potężnych  reflektorów  przytłoczyły  ją.  Na 
szczęście trzymała w dłoni jego dłoń. Dawało jej to poczucie 
bezpieczeństwa. Uspokajało. Oszałamiało... 

Oszałamiało? Co się ze mną dzieje, pomyślała. Na życie za-

rabiała  formując  blachę  młotkiem.  Dla  przyjemności  od-
bywała  długie  wycieczki  po  górach.  Była  twarda  i  odporna. 
Dlaczego  więc  wypad  na  Stadion  w  towarzystwie  jakiegoś 
maniaka baseballu tak ją oszołomił? To chyba przez doku- 

R

 S

background image

23 

 

menty, które miał w kieszeni marynarki. Przez powagę jej 

misji. 

Wytrzyma  jakoś  ten  mecz  i  zdobędzie  podpis.  Potem  po-

pędzi na lotnisko i poleci do Callie. Załatwiwszy sprawę. 

- Módl  się,  żeby  jeszcze  nikt  nie  zdobył  punktu  -  powie-

dział,  kiedy  zbliżali  się  do  umundurowanego  strażnika.  -
Wystarczająco  okropne  jest  spóźnienie  się  na  pierwsze  ude-
rzenie. Jeśli nie zdążymy na pierwszy bieg, umrę. 

- Cam,  martwiliśmy  się  o  ciebie!  -  Strażnik  wyciągnął 

przed  siebie  zaciśniętą  pieść.  Cameron  stuknął  w  nią  swoją 
pięścią na powitanie. 

- Eddie, chłopie, co się dzieje? 
- Właśnie  zaczęli.  Ale  ci  powiem,  że  Mussina  rzuca  no  po 

prostu koncertowo. - Nosowy, nowojorski akcent sprawiał, że 
Jo musiała mocno starać się, żeby go zrozumieć. Popatrzył na 
nią  uważnie.  Z  wielkim  zainteresowaniem.  Szeroki,  pełen 
aprobaty  uśmiech  rozjaśnił  mu  twarz.  -  Wiedziałem,  że  mu-
siałeś mieć diabelnie ważny powód, żeby się spóźnić, Cam. 

- Eddie, ten dobry powód nazywa się Jo Ellen Tremaine. Jest 

w Nowym Jorku po raz pierwszy. Przyjechała z Kalifornii. 

Brwi Eddiego powędrowały do góry. 
- Z Kalifornii, tak? A, jak Aniołki? Jakie znów aniołki? 
- Słucham? - spytała ostrożnie. Cameron zaśmiał się i objął 

ją za ramiona. 

- A, jak Atleci, to drużyna z Oakland - powiedział. -Z Kali-

fornii są Aniołki. Komu kibicujesz? 

- Przepraszam.  -  Posłała  mu  przepraszający  uśmiech.  -

Naprawdę nie interesuję się sportem. 

R

 S

background image

24 

 

Słysząc to Eddie parsknął śmiechem i pogroził jej palcem. 
-  Albo zaczniesz, albo... - wskazał palcem Camerona - bę-

dziesz musiała pożegnać się ze swoim nowym chłopakiem. 

Nawet  nie  próbowała  wyjaśniać  mu  sytuacji.  Wzruszyła 

tylko ramionami. 

-  Chodźmy, najdroższa - powiedział Cameron. 

Skinęła głową uśmiechniętemu Eddiemu i za Cameronem 
wyszła na trybuny. 

Przed  sobą  miała  szmaragdowy  dywan  ozdobiony  syme-

trycznym  wzorem  graczy,  obramowany  kolorowym  rantem 
wielobarwnej  widowni.  Nigdy  jeszcze  nie  widziała  takiego 
stadionu. 

Cameron  nie  wypuszczał  jej  dłoni.  Poprowadził  ją  w  dół, 

gdzie  niedaleko  ławek  drużyny  Jankesów  znajdowały  się  ich 
miejsca.  Pierwsza baza  była tak blisko,  że  wyraźnie  widziała 
plamy  czerwonej  glinki  pokrywającej  worek.  Ze  wszystkich 
stron  poleciały  w  ich  stronę  powitalne  okrzyki.  Cameron  od-
powiadał  na  nie  radośnie,  stukał  się  pięściami,  klepał  po  ra-
mionach i „przybijał piątki". 

Usiedli.  Cam  otoczył  ją  ramieniem  i  pochylił  się  do  jej 

ucha. 

- Wiesz, o co tu chodzi, prawda? 
- Tak - odparła niepewnie. 
Nagle biegnąca wokół stadionu fala dotarła do ich sektora. 

Wszyscy dookoła zerwali się na równe nogi i wyrzucili w gó-
rę  ramiona.  Jo  także,  pociągnięta  przez  Camerona.  Jaskrawe 
światło reflektorów zmusiło ją do zamknięcia oczu. 

R

 S

background image

25 

 

Po  chwili  wszyscy  siedzieli  znowu  na  swoich  miejscach. 

Ręka Camerona nadal obejmowała jej ramiona. 

-  Masz ochotę na piwo? - spytał. 
Odsunęła się, żeby mógł wyraźnie zobaczyć dezaprobatę w 

jej oczach. 

-  Nie jesteśmy na randce - powiedziała surowo. 

Uśmiechnął się i zerknął ponad jej ramieniem. 

- Ale  udawaj,  zrób  to  dla  mnie,  dobrze?  Muszę  dbać  o  re-

putację. Jestem znany w całym Bronksie. 

- O, nie wątpię. 
Spojrzał jej prosto w oczy. Ciepło i przyjaźnie. 
-  Mam dobrą reputację - powiedział. - Zawsze kupuję 

dziewczynie na meczu wszystko, na co tylko ma ochotę. 

Jej  zależało  tylko  na  dokumencie,  który  miał  w  kieszeni. 

Podpisanym. 

-  Wezmę to, co i ty - powiedziała. 
Wydarzenia  na  boisku  przykuły  jego  uwagę.  Może  i  ona 

powinna skupić się na meczu? 

Cameron  wstał,  zagwizdał  i  zamachał  w  stronę  sprze-

dawcy. Po chwili trzymali już orzeszki i plastikowe kubki. Ze 
wszystkich stron słyszała żartobliwe  okrzyki i pozdrowienia. 
Jakby  wszyscy  na  stadionie  znali  się  od  dawna.  Jo  pomału 
zaczynała  nawet  orientować  się,  na  czym  polegała  ta  gra.  I 
tylko  ani  o  krok  nie  zbliżyła  się  do  załatwienia  swojej  spra-
wy. 

Cameron  z  wielką  pasją  opowiadał  o  swojej  drużynie. 

Wiercił  się  przy  tym  i  kręcił.  Tylko  metalowej  poręczy  za-
wdzięczała, że jego muskularne, gorące ciało nie wgniotło jej 
w fotelik. 

R

 S

background image

26 

 

Nie mogła powstrzymać się od zerkania na niego od czasu 

do  czasu.  Szybko  zorientowała  się,  że  on  także  raz  po  raz 
przyglądał  się  jej  z  uwagą  i  zainteresowaniem.  Każde  takie 
spojrzenie wprawiało ją w lekki dygot. 

Starała  się  podtrzymywać  swobodną  rozmowę,  zachowy-

wać się tak, jakby nie dostrzegała  rosnącego między nimi na-
pięcia.  Nie  wiedziała,  dlaczego  zabrał  ją  ze  sobą,  ale  musiała 
grać, póki nie osiągnie tego, po co przyjechała. 

-  Jak to się stało, że stałeś się tak zagorzałym kibicem Jan 

kesów? - spytała. - W Pittsburghu nie mieliście drużyny ba 
seballowej? 

Skamieniał,  zaskoczony  pytaniem.  Nie  rozmawiali  o  miej-

scu, gdzie dorastał. 

- Teraz Nowy Jork jest moim domem - powiedział powoli i 

dobitnie,  i  wypił  łyk  piwa.  -  Szkołę  podstawową  i  liceum 
kończyłem w Fordham, dziesięć minut stąd. Studiowałem na 
uniwersytecie Columbia. Tutaj żyję i oddycham, stąd pocho-
dzę. 

- Wiem  -  powiedziała  cicho.  Znów  spojrzał  na  nią  zasko-

czony. Lecz tym razem się nie odezwał. 

- Jestem  w  wyjątkowo  niekorzystnej  sytuacji.  -  Powiedział 

to  tak  blisko  jej  ucha,  że  aż  w  żołądku  odczuła  wibrowanie 
jego głosu. - Wygląda na to, że wiesz o mnie znacznie więcej 
niż ja o tobie. 

Miał  rację.  Powinna  powiedzieć  mu  coś  o  sobie.  Należało 

mu się to. 

- Mieszkam i pracuję w Sierra Springs. Mam trzydzieści lat, 

własny dom i warsztat. 

- Masz chłopaka? 

R

 S

background image

27 

 

-Nie. 
- Byłaś kiedykolwiek mężatką? 
- Krótko. 
- Dlaczego? 
- Wolał wyjechać do Los Angeles. 
- Nie mogliście dogadać się w sprawie takiego głupstwa? 
- Wolał wyjechać do Los Angeles z inną. -Och. 
Właśnie. Wzruszyła ramionami. 
- To się zdarza - rzuciła. 
- Pewnie. Długo byliście małżeństwem? 
Czekał na odpowiedź z  wyraźnym napięciem. Przestał na-

wet zwracać uwagę na mecz. 

- Prawie rok. Miałam wtedy dopiero dwadzieścia jeden 

lat. - Nie spodziewała się, że będzie musiała zdradzić mu tak     
wiele bardzo osobistych szczegółów. Sądziła raczej, że będzie 
ją wypytywał o siostrę i matkę. I może o Callie. 

Zamierzała  dać  Cameronowi  McGrath  wszystko,  czego 

tylko zechce. Fotografie, informacje... nawet listy jego matki 
do  jego  ojca...  Byle  tylko  podpisał  dokument.  Całą  do-
kumentację  miała  w  torbie.  Oprócz  szczoteczki  do  zębów, 
zmiany bielizny i  grzebienia nie  zabrała  ze sobą niczego  wię-
cej.  Miała  to  być  jednodniowa  wyprawa.  Nie  zamierzała  zo-
stawać  w  Nowym  Jorku  ani  minuty  dłużej,  niż  to  było  ko-
nieczne.  W  następnym  tygodniu  miała  wyznaczone  kolejne 
spotkanie  w  urzędzie  adopcyjnym  i  chciała  przygotować  się 
do niego starannie. 

- Masz dzieci? - spytał. Wciąż badał jej przeszłość. 
- Tylko to jedno, które zamierzam adoptować. 

R

 S

background image

28 

 

Boże!  Zamarła  z  przerażenia.  Czyżby  miały  spełnić  się  jej 

najgorsze  przypuszczenia?  Czyżby  zamierzał  sam  podjąć  się 
wychowywania Callie?  Niemożliwe.  Przecież przyznał, że nie 
chce brać odpowiedzialności nawet za rybki. Być może prawo 
jest  po  jego  stronie,  chociaż  jego  dotychczasowe  życie  nie 
świadczy o tym, że byłby dobrym ojcem. Chyba że zabierałby 
wózek z dzieckiem na Stadion. Tylko jak delikatnie podsunąć 
mu tę myśl? 

- Nigdy nie byłeś żonaty, prawda? - zaczęła prosto. 
- Nie byłem i nigdy nie będę. Uff, co za ulga! 
- Jesteś strasznie pewny siebie. 
- Są  sprawy,  o  które  można  zakładać  się  w  ciemno.  -

Uśmiechnął się lekko. 

- Małżeństwo nie jest taką sprawą? 
- Tego nie powiedziałem. - Łyknął piwa i odstawił puszkę na 

ziemię. - Powiedziałem tylko, że można śmiało zakładać się, 
że ja się nie ożenię. 

Skąd ta pewność? pomyślała. 
-  A to czemu? 
Spojrzał na nią z politowaniem. 
-  Myślę, że wystarczająco dobrze poznałaś moje życie, że 

byś sama mogła sobie odpowiedzieć. 

Zmarszczyła się. Czyżby coś przeoczyła? 
- Chodzi ci o twoich rodziców? 
- Nie  o  moich  rodziców  -  rzucił.  -  O  matkę.  Skutecznie 

obrzydziła mi jakiekolwiek trwałe związki. 

Matka? Wyrzucona z domu, latami starająca się przywrócić 

związki z mężem i synami? Przecież to oni unikali kon- 

R

 S

background image

29 

 

taktów z nią. Czyżby... Czy to możliwe, że Cam nic o tym nie 
wiedział? 

Wrzawa na widowni znów się wzmogła. Tym razem jednak, 

ku jej zaskoczeniu, przytulił ją i wskazał na boisko. 

- Sama powiedz, czy to jest naprawdę nudne? 
Nie  mogła  nadążyć  za  jego  nieustannym  skakaniem  z  te-

matu na temat. Ale niech tam. Nie chciała na siłę grzebać się 
w jego przeszłości. Nie mogła jednak pozwolić, żeby zupełnie 
odeszli od najważniejszej dla niej sprawy. 

- Muszę być na lotnisku Kennedyego najpóźniej o pół do 

jedenastej - przypomniała mu. 

Popatrzył na zegar na tablicy wyników. 
- To może być trudne - powiedział. 
Serce  jej  załomotało.  Nie  mógł  jej  tego  zrobić.  Nie  mógł 

przecież odmówić podpisania dokumentu. Przecież matka nic 
go  nie  obchodziła.  Na  pewno  więc  nie  chciał  brać  na  siebie 
odpowiedzialności za jedenastomiesięczne niemowlę. 

- Podpiszesz ten dokument, prawda, Cameronie? Objął ją 

mocniej. 

- Co będzie, jeśli nie podpiszę? 
Świat dziecka i Jo zawali się, legnie w gruzy. 
- Podpiszesz. 
- A co stanie się, gdy podpiszę? 
-  Wyjadę. Zamówię sobie taksówkę. I obiecuję, że nie zo-

baczysz mnie już nigdy więcej. 

Uśmiechnął się szeroko, ukazując wspaniałe białe zęby. 
-  W takim razie muszę wykorzystać każdą chwilę, która mi 

została. - Pochylił się i wyszeptał jej wprost do ucha: - Spodoba 

R

 S

background image

30 

 

ci się u mnie. Mieszkam w pięknej dzielnicy, a mieszkanie urzą-
dzał dobry dekorator. Zawsze będziesz mile widziana. 

Każda  kobieca  komórka  jej  ciała  zdradziecko,  z  lubością 

poddawała  się  pokusie.  Na  samą  myśl  o  możliwych  konse-
kwencjach  jego  propozycji  zmiękły  jej  kolana.  Pięknie!  Po 
prostu,  pięknie,  Jo!  pomyślała  z  przekąsem.  Nie  była  przy-
gotowana  na  to,  że  dla  osiągnięcia  celu  będzie  musiała  wal-
czyć z samą sobą. 

Spróbowała  zastosować  któreś  z  relaksujących  ćwiczeń 

oddechowych,  których  nauczyła  ją  Katie.  Z  mizernym  skut-
kiem. 

-  Nie  denerwuj  się  -  roześmiał  się  radośnie  i  poklepał  ją 

uspokajająco. - Mecz nie potrwa długo. Wygramy na pewno. 
Niczego nie musisz się bać. 

Oboje wiedzieli, że nie mecz ją tak przestraszył. 

R

 S

background image

31 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Siódmy  inning  był  straszny.  Boston  zdobył  nieznaczną 

przewagę i Jankesi musieli bardzo się postarać, żeby wygrać. 
Sprawy nie wyglądały najlepiej. 

Było już pół do dziesiątej. Cam zorientował się, że jeśli chce 

odwieźć Jo na lotnisko, musi pożegnać się z obejrzeniem me-
czu do końca. A tyle miał jeszcze pytań do zadania. 

Oczywiście, nic go nie obchodziło, co zdarzyło się Christi-ne 

McGrath.  Lecz  jego  bracia  byli  jeszcze  dziećmi,  kiedy  ode-
szła. Mają prawo wiedzieć. Zwłaszcza Colin. Najmłodszy brat 
Camerona zawsze siebie obwiniał za to, że matka ich porzuci-
ła. Ale teraz był już wystarczająco duży, by poznać prawdę. 
Należało się to i jemu, i Quinnowi. 

Ujął Jo za rękę i uścisnął. 
-  Pora iść - powiedział. 
Jej  miedziane  oczy  zaświeciły  ze  zdumienia.  Zmarszczyła 

brwi. 

-  Chciałeś obejrzeć mecz do końca, prawda? 
Teraz  jemu  przyszło  się  zdziwić.  Że  w  ogóle  zapropono-

wała... 

-  Owszem. Ale bardziej boję się, że jeśli spóźnisz się na 

samolot, znajdę się pod twoimi kowbojskimi butami. 

R

 S

background image

32 

 

Wstali. Cam pożegnał się ze znajomymi i poprowadził ją w 

stronę tunelu. 

Za plecami usłyszał trzask uderzanej piłki i gorącą wrzawę 

publiczności. Ale nie zatrzymał się. Nie zwolnił nawet. Jo po-
patrzyła nań zdziwiona. 

Posłał jej chytry uśmieszek. 
-  Naprawdę myślałaś, że pozwolę ci się spóźnić, prawda? 

Spiker wykrzykiwał coś entuzjastycznie. Psiakrew! 
Wsunęła mu rękę pod ramię. Uśmiechnęła się do niego 

promiennie. 
-  Dziękuję, Cam. 
Do diabła! Taki uśmiech wart był poświęcenia. 
- Nie ma za co. Ale musisz powiedzieć prawdę. 
- Prawdę? - Prawie zatrzymała się. Wskazał palcem boisko. 
- Nudne jak flaki z olejem? 
- No  cóż...  -  Mocno  ścisnęła  jego  ramię.  Niespodziewanie 

zrobiło  się  mu  gorąco.  -  Twój  entuzjazm  potrafi  być  za-
raźliwy. 

- Wiesz, Jo - powiedział, kiedy opuścili Stadion i znaleźli się 

na ulicy. - Coś ci powiem. 

-Co? 
Być  może  sprawił  to  nieuchwytny,  czysty  zapach  jej  wło-

sów. Może niezwykłe uczucie bliskości z pierwszą w jego ży-
ciu kobietą, która nie udawała, że rozumie baseball. Sam nie 
wiedział, co było przyczyną tego, że wyznał szczerze: 

- Wielka szkoda, że spotkaliśmy się  w takich dziwacznych 

okolicznościach. 

- A to dlaczego? - Przyglądała mu się uważnie z lekko 

R

 S

background image

33 

 

rozchylonymi  ustami.  Szerokie  rondo  kapelusza  ocieniało  jej 
delikatne  policzki.  - Czy  dlatego,  że  zdaje  ci  się,  że  potrafił-
byś zrobić ze mnie miłośniczkę baseballu? 

Zamarł. Tak gwałtownie zapragnął ją pocałować. 
- Owszem - przyznał niechętnie. Zdjął jej kapelusz z głowy i 

przyciągnął bliżej. - I zrobię to. 

Stali twarzą w twarz. Jakby to była rzecz najnaturalniejsza w 

świecie.  Objął ją  w  pasie, a  ona  zarzuciła  mu ręce na  szyję. 
Zauważył,  że  nawet  wzrostem  pasowali  do  siebie  jak  ulał. 
Wystarczyło tylko pochylić głowę... 

- Podpiszesz dokument, prawda? 
Kiwnął  głową.  Nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Pochylił 

się, rozchylił usta... 

Pocałował ją. 
Smakowała  solą,  piwem  i  miętą.  Miała  wargi  gorące  i  de-

likatne.  Dotknął  ich  czubkiem  języka.  Otwarły  się  zachęca-
jąco.  Mocniej  zacisnął  ramiona.  Mocniej  wpił  się  w  jej  usta. 
Aż poczuł, że całe jego ciało zapłonęło. 

Odsunęła  się  z  ociąganiem.  Miała  opuszczone  powieki. 

Uśmiechała  się.  Nie  wiadomo dlaczego,  sprawiło  mu to nie-
zwykłą  przyjemność.  Nie  zaczęła  krzyczeć,  nie  zwymyślała 
go. Wydawało się, że i jej ten pocałunek dał wiele radości. 

- Coś ci powiem - szepnęła. 
- Słucham? 
- Nauczę Callie baseballu. Kupię jej nawet czapkę Jankesów, 

chcesz? 

Targnęły nim miliony sprzecznych uczuć. Zdusił je w sobie 

wszystkie. 

R

 S

background image

34 

 

- Zrób to, najdroższa. - Pogłaskał ją po plecach. Uniosła ku 

niemu promienną twarz. Tryumf rozjaśnił jej spojrzenie. 

- Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa. 
Tym  razem  to  ona  wyciągnęła  ku  niemu  głowę  i  pocało-

wała go. 

Poddał się bez oporu. Zamknął jej twarz w dłoniach, wplótł 

palce we włosy. Pożądanie rozpaliło go, jakby płynne światło 
popłynęło mu w żyłach. 

Nie  mógł  pozwolić  sobie  na  utratę  panowania  nad  sobą, 

gdyż wtedy na pewno spóźniłaby się na samolot. Odsunął się. 
Musnął palcem jej dolną wargę. 

-  Nic tak nie rozpala damy, jak odrobina baseballu - po 

wiedział przewrotnie. 

Uśmiechnęła  się  tylko.  Nie  zaprzeczyła.  Wygrała  swoją 

walkę  i  oboje  doskonale  znali  powód  jej  zaskakującej  wy-
lewności. 

-  Chodźmy, najdroższa. - Pociągnął ją w stronę taksó 

wek. - Jedźmy na lotnisko. 

- Proszę. - Otworzył jej drzwiczki samochodu. 

Ona jednak nie poruszyła się. 

- Nie,  Cam.  Nie  musisz  jechać  ze  mną  aż  na  lotnisko.  Po 

prostu... - zerknęła na jego kieszeń - ...podpisz. - Posłała mu 
zniewalające spojrzenie. - Po prostu podpisz dokument. A ja 
pójdę w swoją stronę. 

- Miałbym stracić przejażdżkę taksówką z tobą? Oszalałaś? 
- Na dzisiaj chyba już wystarczy. - Parsknęła śmiechem. 

Wyciągnęła rękę w stronę jego kieszeni. Odsunął się. 

- W takim razie porozmawiamy - powiedział. 

R

 S

background image

35 

 

Jej fantastyczne brwi uniosły się wysoko ze zdumienia. 
-  Naprawdę.  -  Delikatnie  popchnął  ją  do  środka.  -  Po-

rozmawiamy. 

Nie miałby nic przeciwko kilku pocałunkom. Ale nadszedł 

czas na rozmowę. 

Całowanie  Camerona  McGratha  było  głupie.  I  niesa-

mowite. 

No, dobrze. Niesamowicie głupie. 
Ale Jo była tak szczęśliwa, że zgodził się wreszcie podpisać 

dokument,  i...  podniecona.  Pragnęła  całować  go.  Przedtem  i 
teraz. 

Odsunęła  się  na  skraj  siedzenia.  Byle  dalej  od  niego.  Może 

naprawdę zechce porozmawiać? 

Gdyby był podpisał ten cholerny dokument, całowałaby go 

przez całą drogę na lotnisko. Mój Boże! Tyle już czasu upły-
nęło  od  chwili,  kiedy  ostatni  raz  tak  zapragnęła  mężczyzny. 
Po  rozpadzie  małżeństwa  właściwie  unikała  ich.  Co  w  jakiś 
sposób  potwierdzało  przekonanie  jej  matki,  że  mężczyźni 
zawsze odchodzą. 

Tak bardzo poświęcała  się pracy,  że  nie  zwracała uwagi na 

mężczyzn, którzy przewijali się przez jej  warsztat. Raz, może 
dwa razy trafił się taki, który przykuł jej uwagę. Lecz żaden z 
nich nie sprawił, że tak zadygotały jej kolana. 

Inaczej rzecz miała się z Katie. Ona była znacznie bardziej 

podatna  na  takie  impulsy.  W  towarzystwie  ponętnego  męż-
czyzny  traciła  głowę.  I  skończyło  się  dramatem, który  kom-
pletnie odmienił także życie Jo. 

-  Gdzie jest ojciec? 

R

 S

background image

36 

 

Pytanie  Camerona niemal  ją przestraszyło.  Zupełnie  jakby 

czytał w jej myślach. 

- Masz na myśli... ojca Callie? - Z trudem zadała to pytanie. 

Wolałaby w żaden sposób nie kierować jego zainteresowania 
na dziecko. A nuż zechce zobaczyć małą? Wtedy na pewno ją 
pokocha.  Każdy  zaczynał  kochać  Callie  od  pierwszego  wej-
rzenia.  Była  wierną  kopią  Katie.  Przepiękna,  czarująca  i  zu-
pełnie nie do odparcia. 

- Byli po ślubie? - spytał. Pociągnęła nosem. 
- On był. 
- Aha - nie potrafił ukryć rozczarowania. Uśmiechnęła się 

do niego łagodnie. 

- Na  jej  usprawiedliwienie  powiem,  że  ona  o  tym  nie  wie-

działa... początkowo. 

- A  on  nie  chciał  zająć  się  swoim  dzieckiem?  -  Z  rozcza-

rowania zrobił się niesmak. 

- Nie chciał, żeby jego żona i dzieci dowiedzieli się o Cal-

lie.  Długo  przed  jej  narodzinami  zrzekł  się  praw  rodziciel-
skich. 

Cameron  głośno  wypuścił  powietrze  i  odwrócił  się  do 

okna. 

- Czemu,  do  diabła,  zadawała  się  z  żonatym  facetem?  Czy 

była aż tak głupia? 

- Nie  -  zawołała  prędko  Jo.  -  Była  bardzo  bystra.  W  wielu 

sprawach wprost błyskotliwa. Znała się na literaturze, na inte-
resach.  W  ogóle...  Miała  tylko  słabość  do  złotoustych,  przy-
stojnych facetów. A oni, na ogół, mieli słabość do niej. 

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - prychnął. 

R

 S

background image

37 

 

Jo aż podniosła się. Odwróciła się do niego i wymierzyła w 

niego palec. 

- Posłuchaj.  Możesz  znieważać  Katie.  W  końcu  była  twoją 

młodszą siostrą. I strasznym utrapieniem. Ale nie wolno ci... 
powtarzam, nie wolno ci obrażać cioci Chris. To była święta 
kobieta. 

- Ciocia Chris? Święta? Na pewno nie mówimy o tej samej 

Christine McGrath. 

Nie wierzyła własnym uszom. On obwiniał Chris. 
- Dlaczego  była  strasznym  utrapieniem?  -  spytał,  zanim 

zdążyła zaprotestować. Widząc jej pytające spojrzenie, dodał: - 
Katie? Powiedziałaś, że była strasznym utrapieniem. 

- Ona była... - Jak to powiedzieć? Słabego charakteru? Tyl-

ko  dlatego,  że  rozpaczliwie  szukała  mężczyzny,  który  wy-
pełniłby jej pustkę po ojcu, którego nigdy nie miała? 

Na  myśl  o  Katie  Jo  poczuła  bolesny  skurcz  serca.  Nie 

chciała, by to samo spotkało Callie. 

- Czy ona była... - Posłał jej znaczące spojrzenie. 
- Nie  -  powiedziała  z  przekonaniem.  -  Była  przyzwoitą 

dziewczyną.  Związała się tylko z  żonatym mężczyzną i zaszła 
w ciążę. Nie ona pierwsza w historii popełniła taki błąd. 

- Byłyście sobie bliskie? 
- Jak siostry. 
W mroku taksówki wydało się jej, że skrzywił się, słysząc te 

słowa. 

- Jak się poznałyście? 
- Chris przyjechała do Sierra Springs, kiedy miałam trzy la-

ta... Prawie cztery. Była w ciąży i szukała pracy. Oczywiście, 
ona i moja mama... jedyna w mieście samotna mat- 

R

 S

background image

38 

 

ka... natychmiast do siebie przylgnęły. Mama zatrudniła ją w 
swoim  salonie  kosmetycznym  i  od tej  chwili  praktycznie  się 
nie rozstawały. Nawet mieszkały po sąsiedzku. Chris była dla 
mnie  jak  ciocia.  Zresztą  tak  właśnie  ją  nazywałam.  A  Ka-tie 
zawsze... była. Odkąd pamiętam. 

Milczał  długo,  ze  wzrokiem  wbitym  w  krajobraz  za  oknem. 

Jo przyglądała mu się ukradkiem. Był tak przystojny, że serce 
podchodziło jej do gardła. Raz po raz mocno zaciskał szczęki. 
Widać było, że targały nim emocje. 

Nie myśl tyle, Cam. Nie rozmyśl się. 
Po prostu podpisz dokument. 
Nie  chciała  nalegać  zbyt  mocno,  ale  to  czekanie  szarpało 

jej nerwy. 

-  Porozmawiamy jeszcze? - spytała cicho. 
Odwrócił się. Wbił w nią uważne spojrzenie. Po chwili roz-

luźnił się, uspokoił. 

- Może poprzytulamy się? - rzucił. Parsknęła śmiechem. 
- Podpiszesz teraz dokument? Przysunął się bliżej, 

uśmiechnął podstępnie. 

- Strasznie jesteś uparta. 
- Powinieneś zobaczyć mnie przy szorowaniu zębów. 
- Chciałbym - szepnął. I przysunął się jeszcze bliżej. 
- Podpisz. - Popukała go w pierś. 
- Pocałuj. - Wsunął rękę pod jej włosy. 
- To jest szantaż! 
- Mówiąc dokładniej, wymuszenie. - Był już tak blisko, że 

mimo panującego w taksówce półmroku wyraźnie widziała 
jego rozszerzone źrenice. 

R

 S

background image

39 

 

Odwróciła głowę. Za oknem zobaczyła drogowskaz. 
-  Już dojeżdżamy do lotniska - powiedziała. 
Cameron wpatrywał się w jej usta. A ona walczyła z pokusą 

złapania  go  za  głowę,  przyciągnięcia  i  pocałowania.  Zamiast 
tego  wsunęła  rękę  do  kieszeni  jego  marynarki  i  wyciągnęła 
kopertę. 

Nie przeszkodził jej. 
-  Proszę. - Podała mu ją. - Dać ci pióro? 
Nie przyjął papierów. Opadł na oparcie i powiedział: 
- Muszę to przeczytać. 
- To  strasznie  długi  dokument.  -  Serce  ścisnęło  się  jej  z 

obawy. - I pełno tam prawniczego żargonu. 

- To mój naturalny język. 
Kierowca zastukał w oddzielającą ich szybę. 
-  Która linia? - spytał. 
Boże!  Dojeżdżali  już  do  lotniska,  a  ona  wciąż  nie  miała 

podpisu. 

Kiedy Cam rozmawiał z kierowcą, otworzyła kopertę. Do-

kument  był  krótki,  zaledwie  dwie  strony.  Na  dole  drugiej 
strony  znajdowało  się  miejsce  na  jego  podpis.  Nerwowo  ko-
pała w torebce, aż znalazła długopis. 

- Proszę. Pokręcił głową. 
- Później. Przeczytam na lotnisku. Nie miała wyjścia. Mu-

siała czekać. 

Taksówka  zatrzymała  się  przed  terminalem.  Cameron pła-

cił, a ona wysiadła, ściskając papiery w dłoni. 

- Nie masz więcej bagażu? - spytał. 
- Nie planowałam dłuższego pobytu. 

R

 S

background image

40 

 

Z niedowierzaniem pokręcił głową. 
- A gdybym nie podpisał? Wróciłabyś do domu? 
- Nie  przyjechałam  do  Nowego  Jorku  z  wycieczką.  -  Weszli 

do budynku. Złożonymi na pół papierami postukała go w pierś. 
- Proszę. Przeczytaj, a ja pójdę po kartę pokładową. 

Odwróciła się i z bijącym sercem ruszyła do recepcji. Pod-

pisz, proszę. Podpisz, proszę. 

Oczyma  wyobraźni  widziała  słowa,  które  właśnie  czytał. 

W  tasiemcowych,  pokręconych  zdaniach  kryła  się  prosta 
treść. Cam, jako najstarszy i najbliższy żyjący krewny zrzeka 
się  wszystkich  praw  i  obowiązków  wobec  Callie  Catherine 
McGrath. 

Niespodziewanie  poczuła  tuż  za  sobą  jego  obecność.  Po-

łożył dłonie na jej ramionach i ścisnął lekko. 

-  Nie mogę tego zrobić, najdroższa. 

Obróciła się na pięcie. 

-Co?! 
- Oprócz  tego,  że  nigdzie  nie  ma  tu  dowodu,  że  ta  Callie 

Catherine  McGrath  jest  ze  mną  skoligacona,  ten  dokument 
wymaga notarialnego potwierdzenia. 

- Nie, nie wymaga. Sprawdziłam to przed wyjazdem z Kali-

fornii. 

Pokazał  jej  kilka  linijek  tekstu  wydrukowanego  malutką 

czcionką na samym dole ostatniej strony. 

- Tutaj jest napisane, że w Nowym Jorku to jest konieczne - 

powiedział. 

- Mam dowody w torebce - nalegała. On jednak stanowczo 

pokręcił głową. - Gdzie można znaleźć notariusza? 

- O pół do jedenastej w nocy? 

R

 S

background image

41 

 

Żal  i  rozczarowanie  napełniły  jej  oczy  łzami.  Gdyby  miał 

więcej  czasu,  na  pewno  zmieniłby  zdanie,  pomyślała.  Wie-
działa,  że  prawo  było  po  jego  stronie,  ale  miała  nadzieję 
przekonać go. 

- Dzisiaj nic już nie możemy zrobić - powiedział miękko. - 

Rano  pojedziemy  do  mojego  biura,  załatwimy  sprawę  z  no-
tariuszem i będziesz mogła polecieć do domu. 

- Ale... ale... 
- Daj  spokój.  -  Objął  ją.  -  Przynajmniej  zobaczysz,  jak 

mieszkam. 

Cam uśmiechnął się i przytrzymał kapelusz na głowie Jo. A 

ona stała z zadartą wysoko głową. Patrzyła na pięćdziesięcio-
dwupiętrowy budynek. 

- Tutaj mieszkasz? - spytała z niedowierzaniem. 
- Nie rób takiej przestraszonej miny. To jest Upper East Si-

de. Ludzie zabijają się, żeby móc zamieszkać w tej dzielnicy. 

- Ale to jest drapacz chmur, a nie dom. 
- Nie mów tylko, że masz lęk wysokości. 
- Wspinam się po górach. - Posłała mu wyniosłe spojrzenie. 
- Naprawdę? 
- W jednym roku weszłam na Shasta i Whitney - powie-

działa. Obrzuciła budynek taksującym spojrzeniem. - To i 
temu molochowi dam radę. 

- Na szczęście mamy tutaj windy. 
Weszli  do  środka.  W  holu  przywitał  ich  Gervaise.  Skinął 

głową Jo. Nie wydawał się zdziwiony, że Cam zabiera na górę 
nieznajomą w kowbojskim kapeluszu i wysokich butach. 

R

 S

background image

42 

 

-  Mieszkam na trzydziestym drugim piętrze - powiedział 

Cam, gdy znaleźli się w windzie. - Zobaczysz, jaki mam 
stamtąd widok. 

Winda ruszyła do góry. Jo skrzyżowała ramiona, oparła się 

o ścianę i zamknęła oczy. 

-  Dobrze  się  czujesz?  To  jest  winda  ekspresowa.  Niektó-

rzy źle znoszą taką jazdę. 

-  Zapewniam cię, że mnie to nie dotyczy. 

Ale coś ją jednak gryzło. 

-  Nie musisz się bać - powiedział. - Mam pokój gościnny. 
Szeroko otwarła oczy. 
-  Wcale się tego nie boję. 
Winda zatrzymała się. Cam wyciągnął z kieszeni klucze. 
-  Nie myślałaś chyba, że mogłem podpisać ten dokument 

bez notariusza, prawda? 

Z jej spojrzenia wyczytał, że tak właśnie myślała. 
- Być  może  ktoś  inny  tak  by  postąpił,  ale  ja  jestem  praw-

nikiem. Jeśli ktoś ci opowiedział,  że  naprędce  złożony na  lot-
nisku  podpis  będzie  wystarczający  dla  sądu,  wprowadził  cię 
w błąd. 

- Nikt  mi  nie  doradzał.  Występuję  w  tej  sprawie  sama  -

powiedziała  cicho.  -  A  ty,  zanim  mnie  pocałowałeś,  powie-
działeś, że podpiszesz. 

Otwarł drzwi. 
- To ty mnie pocałowałaś. 
- Ty najpierw. Ty pocałowałeś mnie pierwszy. 
- Ktoś  musiał  przejąć  inicjatywę,  skoro  i  tak  oboje  tego 

chcieliśmy. 

R

 S

background image

43 

 

Stanęła jak wmurowana. 
-  Ja chciałam tylko twojego podpisu. 
Czy  tylko  dlatego  pocałowała  go?  Delikatnie  popchnął  ją 

do środka. 

-  Mamy  więc  punkt  sporny.  Ale  nie  będziemy  dyskuto-

wać na korytarzu. 

Z ociąganiem weszła do środka. 
- Naprawdę  myślałam...  -  głos  jej  się  załamał.  -  Naprawdę 

myślałam, że podpiszesz ten dokument. 

- Podpiszę.  -  Zakrzątnął  się  po  salonie,  zapalił  lampę  i 

przyciśnięciem guzika rozsunął zasłony, odsłaniając wielką na 
całą ścianę taflę szkła. 

- Założę się, że nie macie w Sierra Springs takich widoków. 

Podeszła do okna. 

- Nasze są zupełnie inne. 
-  Patrzymy teraz na wschód - wyjaśnił. - Tam w dole 

płynie East River, dalej widać Most Brooklyński, a tam... 

Gwałtownie obróciła się ku niemu, zajrzała prosto w oczy. 
-  Obiecujesz? 
Wiedział,  co  miała  na  myśli.  I  wcale  nie  miał  zamiaru  drę-

czyć jej czy straszyć. Musiał tylko dopilnować, żeby wszystko 
odbyło się zgodnie z prawem. 

Ale przedtem musiał zrobić coś jeszcze. Musiał zadzwonić 

do braci. Chociaż  wiedział,  że to  skomplikuje  wszystko.  Na-
prawdę wolał, gdy była zadowolona. 

-  Obiecujesz, Cam? - powtórzyła. 

Nie mógł jej okłamywać. 

- Postąpię właściwie - odparł wykrętnie. - Zawsze tak 

postępuję. 

R

 S

background image

44 

 

-  Mamy jednak coś wspólnego - powiedziała, wyraźnie 

uspokojona. - Tylko po co tu jestem? 

Rzuciła kapelusz na kanapę. 
- Buty też możesz zrzucić, najdroższa. - Poszedł do kuchni. - 

Chcesz piwa? 

- Wolę  wodę  -  odparła.  Udała,  że  nie  zauważyła  niezbyt 

subtelnej sugestii, by zaczęła się rozbierać. Znów podeszła do 
okna. 

Kiedy  wrócił  do  salonu,  stała  przed  szybą  i  rozmawiała 

przez telefon komórkowy. 

-  Tylko nie dawaj jej znowu tej papki sojowej, mamo. 

Ona tego nie cierpi - mówiła. 

Rozmowa o dziecku. Nie interesowało go to. Natomiast jej 

długie  włosy,  spływające  na  plecy  -  owszem.  Poruszyłyby 
każdego normalnego mężczyznę. 

- Pa.  Do  jutra.  -  Wyłączyła  telefon  i  wzięła  od  niego 

szklankę  z  wodą.  -  Dziękuję.  Ja  też  mam  ładny  widok.  Żad-
nych świateł. Tylko księżyc. 

- Żadnych świateł? - Usiadł na kanapie. Liczył, że przyłączy 

się do niego. - Gdzie ty mieszkasz? 

- Na skraju miasta. W starym domu. Właśnie go odnawiam. 

    - Zaryzykuję... Robisz to własnoręcznie, prawda? 
Uśmiechnięta, usiadła w fotelu naprzeciw niego. 

- Właśnie tak! Niedawno skończyłam kuchnię. 
-  Nie  myślałem,  że  spotkam  dziewczynę,  która  by  zajmo-

wała  się  silnikami,  wspinała po  skałach  i  sama układała  gla-
zurę. 

-I nadal nie spotkałeś. Ja nie dotykam się silników. Tylko 

R

 S

background image

45 

 

karoserie. Nie wspinam się po skałach, tylko chodzę po górach. 
I nie położyłam ani jednej płytki. Ale sama zrobiłam wszystkie 
szafki i blaty. - Zdjęła buty i oparła nogi na szklanym stoliku. 

-  W całej kuchni nie znajdziesz ani jednej szpary. 
- Prawdziwa złota rączka - rzucił wesoło. 
- Nazywano mnie już gorzej. 
- Naprawdę? Jak? 
- Chłopczyca, najczęściej. 
Z niedowierzaniem potrząsnął głową. 
-  Znowu zaryzykuję... Nie nazywano cię tak już od... pięt-

nastu lat, prawda? 

Przewróciła  oczami.  Odchyliła  głowę  na  oparcie.  Za-

mknęła oczy. 

-  Niech pomyślę... Kiedy było trzęsienie ziemi? Trzy 

miesiące temu. Nie upieram się, ale Katie mówiła tak trzy 
albo cztery razy dziennie. 

Nie po raz pierwszy Cam poczuł lekkie ukłucie zazdrości, 

kiedy Jo Ellen mówiła o tamtej kobiecie... Podobno jego sio-
strze. 

- Czy dlatego właśnie była strasznym utrapieniem? 
- Między innymi. - Uśmiechnęła się, nie podnosząc powiek. 

Na  pewno nie  zdawała  sobie  sprawy,  jakie  na nim  robi  wra-
żenie. 

- To znaczy? 
- Są ludzie, do których kłopoty same się garną, rozumiesz? 
-  Spojrzała  nań  uważnie.  -  Jak ten  Li'l  Abner*  z  komiksu, 

który 
wciąż miał nad głową burzową chmurę. Pamiętasz go? 

-  Słabo. 

* Li'I Abner - popularna w USA postać z komiksu, stwo-

R

 S

background image

46 

 

rzona przez Ala Cappa. 

R

 S

background image

47 

 

Wzruszyła ramionami. 
-Trudno....  Taka  właśnie była  nasza Katie.  Czarująca, sza-

lona,  lekceważąca  wszystko i  wszystkich, nieugięta i stale  w 
tarapatach. 

- Jeden z moich braci jest taki sam. Buntownik Colin. 
- Mogliby być bliźniętami. 
- Co masz na myśli? 
- Kiedy... szukałam informacji o twojej rodzinie, znalazłam 

zdjęcie Colina w „Newsweeku". 

Przypomniał sobie tamten artykuł. Chodziło o nowoczesny 

gmach opery w Oregonie, który Colin zaprojektował. 

-  Była... podobna do niego? 

Kiwnęła głową. 

-  Ciemne włosy i oczy. Taka sama twarz. Katie była drob-

na. Colin wygląda na wysokiego, jak ty. Ale mogliby być bliź-
niętami. 

Do  tej  pory  nie  wierzył  Jo.  Nie  całkiem.  Jakaś  jego  część 

grała  z  nią,  zaintrygowana  niespodziewanym  gościem.  Ale 
teraz... 

Czyżby naprawdę miał siostrę? Choćby tylko przyrodnią? 
I czyżby naprawdę miał siostrzenicę? 
„To  twój  obowiązek.  Jesteś  najstarszy,  Cam  McGrath.  Bę-

dziesz leczył rany". 

Nerwowo  przeczesał  palcami  włosy.  Boże!  Czyżby  babcia 

miała rację? 

-  Masz zdjęcie? - spytał po chwili. 
Wstała bez słowa i poszła do holu, gdzie zostawiła torbę. 
- Mam zdjęcia Katie i cioci... 
- Tylko Katie - przerwał jej. 

R

 S

background image

48 

 

Obróciła się na pięcie. 
- Powinieneś zrzucić z ramion ten ciężar, Cam. Ona nie by-

ła czarownicą. 

- Na pewno nie była też świętą patronką porzuconych dzie-

ci. 

- Cameron!  -  Zaczerwieniła  się  z  gniewu.  -  Czy  zastana-

wiałeś się chociaż raz, że być może nie wiesz, co stało się na-
prawdę? Czy ojciec powiedział ci wszystko? 

- Powiedział dosyć. 
- Czemu  więc  nienawidzisz  kobiety,  którą  mąż  wyrzucił  z 

domu, chociaż była z nim w ciąży? 

Dobrze  znał  gniew,  który  zaczął  mgłą  zasnuwać  mu  oczy. 

Największym  wysiłkiem  woli  stłumił  go.  Opuścił  powieki  i 
odchylił głowę na oparcie. 

-  Nie, przepraszam, najdroższa. Jeśli nawet była w ciąży, 

to  nie  z  moim  ojcem.  To  niemożliwe.  Nikt  też  jej  nie  wy-
rzucał. Wyjechała, żeby „odnaleźć samą siebie" - powiedział 
z niesmakiem. 

Torba  Jo  spadła  mu  na  kolana,  boleśnie  uderzyła  go  w 

brzuch. 

- Hej! - krzyknął. 
- Widzę,  że  ośli  upór  jest  w  waszej  rodzinie  dziedziczny.  - 

Stała  przed  nim  z  błyszczącymi  z  gniewu  oczami.  -  Znaj-
dziesz  tu kilka  listów.  Od twojej  matki  do twojego  ojca.  Za-
uważ, że on nie przeczytał ani jednego. Odsyłał wszystkie. 

Stał,  ze  zwężonymi  oczami,  wyraźnie  zaskoczony.  Czy  to 

możliwe? 

- Myślę, że te listy zmienią twoje zdanie o matce. 

Wątpił szczerze. 

R

 S

background image

49 

 

- Czemu  tak  ci  na  tym  zależy?  W  twojej  sprawie  i  tak  ni-

czego to nie zmieni. 

- Moja sprawa nie ma absolutnie nic wspólnego z Christine 

McGrath. Katie była matką dziecka, które chcę adoptować.  I 
była  na  tyle  głupia,  że  nie  sporządziła  testamentu.  A  ciocia 
Chris  miała  złote  serce.  Wiele  lat  temu ktoś  rozbił  je  na  mi-
lion kawałeczków. - Wycelowała w niego palec. - Zasługiwa-
ła na to, żeby synowie ją pamiętali. I kochali za poświęcenie, 
na  które  zdobyła  się  dla nich.  Twoja  nienawiść jest  zupełnie 
nie na miejscu. 

Patrzył na nią bez słowa, jakby nie mogąc pojąć znaczenia 

słów. Złamane serce? Poświęcenie? Zrzucił torbę na podłogę. 

- Dajmy spokój mojej matce. Dokumentami dotyczącymi 

dziecka twojej przyjaciółki zajmę się jutro rano. 

Ramiona jej opadły. Jakby uszło z niej powietrze. 
- Dobrze. Niech będzie. - Rozejrzała się po pokoju. - 

Gdzie jest ten pokój gościnny? 

Gestem wskazał jej kierunek. 
- Ostatnie drzwi po prawej. Jest tam także łazienka. - Po 

patrzył na torbę, jakby kryła w sobie bombę. - Nie potrzebu-
jesz tego? Masz w czym spać? 

Po  krótkim  namyśle  schyliła  się  i  wyjęła  z  torby  kosme-

tyczkę. 

- Potrzebuję szczoteczki do zębów. - Znów zanurzyła rękę w 

torbie i wyjęła z niej coś białego. - I czystej bielizny. 

Odwróciła się i poszła korytarzem. 
- Sypiam nago. Cała reszta jest dla ciebie. 
Patrzył za nią, dopóki nie znikła za drzwiami. Potem 

 

 

R

 S

background image

50 

 

 

z cichym jękiem opadł na oparcie. Czemu ojciec miałby ich 

okłamywać? 

Przez  długą  chwilę  wpatrywał  się  w  torbę.  Próbował  wy-

obrazić sobie jej zawartość. Ręce świerzbiły go, żeby do niej 
zajrzeć. Przeczytać listy. Poznać prawdę. 

Albo przynajmniej inną wersję prawdy. 
Pochylił się i pomału wyjął gruby plik papierów ściśniętych 

gumką. Na chybił trafił wyjął jedną kartkę. Rozłożył ją. 

Drogi Jamesie, 

Twoja córka skończyła cztery łata. 

Złożył ją ponownie. 
Naprawdę  nie  chciał  się  z  tym  mierzyć.  Wolał  nie  myśleć, 

że ojciec mógł ich okłamać. Wolał raczej myśleć o kobiecie, 
która  sypiała  nago.  Która  w  tym  właśnie  momencie  naj-
prawdopodobniej  rozbierała  się  właśnie  w  jego  pokoju  goś-
cinnym. Ale wyjął jeszcze jedną kartkę. 

Marzę  o  jakiejkolwiek  wiadomości,  fotografii.  O  czymkol-

wiek o moich chłopcach. Czy Colin nauczył się już jeździć na 
rowerku?  Czy  Quinn  wciąż  wspina  się  na  drzewa?  Czy  Cam 
gra w tym roku w baseball?
 

Serce podeszło mu do gardła. Żołądek zmienił się w twardą 

kulę. 

O Boże! To zmieniało wszystko.

R

 S

background image

51 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Pościel  w  pokoju  gościnnym  musiała  kosztować  przynaj-

mniej  pięćset  dolarów.  Jo  wsunęła  gołe  nogi  pod  zimną  ba-
wełnę.  Może  nawet  sześćset.  Poprawiła  poduszkę.  Cameron 
McGrath na pewno  miał  warunki i  możliwości,  żeby  zaopie-
kować się Callie. 

Sięgnęła  na  nocną  szafkę  po  zegarek.  W  księżycowej  po-

świacie odczytała godzinę. Pół do czwartej. W Kalifornii. Nic 
dziwnego,  że  tak bardzo  chciało  się  jej  spać.  Planując tę  po-
dróż  założyła,  że  będzie  spała  w  samolocie.  Zamiast  jednak 
lecieć na zachód tysiące metrów nad ziemią, leżała w wartym 
miliony  dolarów  apartamencie  pod  pościelą,  jaką  śmiało 
można by zaproponować w Pałacu Buckingham. 

Wiele stref czasowych od domu próbowała wyremontować 

wrak,  jakim  był  ten  mężczyzna.  Po  co  ja  to  robię?  zasta-
nawiała  się.  Przecież  nic  jej  nie  obchodziło,  jak  wspominał 
matkę.  Szło  tylko  o  to,  żeby  zrzekł  się  praw  do  swojej  sio-
strzenicy.  I  wtedy  rozjadą  się,  każde  w  swoją  stronę,  i  będą 
żyli długo i szczęśliwie. 

Była  już  tak  blisko.  Dlaczego  nie  zmusiła  go  do  złożenia 

podpisu, tylko kazała mu zmagać się z przeszłością? 

Usłyszała ciche kroki na korytarzu. Wciąż nie spał. Po 

R

 S

background image

52 

 

 

chwili rozległo się ciche stukanie do drzwi. Nie uwierzył, 

że sypiała nago? 

- Jo, nie śpisz? 
- Chwileczkę. - Chwyciła koszulę, którą zostawiła w nogach 

łóżka, i włożyła pospiesznie. - Proszę. 

W  wąskiej  smudze  światła  wydawał  się  jeszcze  bardziej 

muskularny i potężny. Zdjął już garnitur i miał na sobie luźne 
spodnie i T-shirt. 

- O co chodzi? - spytała. 
- Potrzebuję  towarzystwa.  -  Powiedział  głosem  tak  ochryp-

łym, że serce Jo ścisnęło się boleśnie. 

- Jak  długo  zostaniesz  na  kołdrze  i  po  swojej  stronie.  -

Zapraszającym gestem poklepała łóżko obok siebie. 

Zamknął  drzwi.  W  pokoju  znów  zapanowała  ciemność. 

Wyczuła, że podszedł do  łóżka. Chwilę później materac ugiął 
się pod jego ciężarem. 

- Przeczytałem - powiedział. 
- To dobrze. 
- Rano będę musiał porozmawiać z braćmi. Przestraszyła 

się. Czy to może przeszkodzić w adopcji? 

- Oczywiście - bąknęła. Milczał długo. 
- Chcesz o niej porozmawiać? - spytała w końcu. 
- Myślę, że wiem już dosyć. 
Chyba  mówił  prawdę.  Ciocia  Chris  dużo  pisała  do  byłego 

męża. Początkowo kilka razy w roku, później na urodziny... i 
z okazji rocznicy ich ślubu. Nigdy się nie poddała. 

- Skąd masz te listy? - spytał. 
- Po trzęsieniu ziemi moja mama poszła do zrujnowanej 

R

 S

background image

53 

 

dzielnicy  i  wybłagała  u  ekipy  rozbiórkowej,  żeby  mogła  po-
zbierać trochę osobistych drobiazgów. Wiele rodzin tak wtedy 
robiło.  Nam  było  trudniej,  bo nie  byłyśmy  tak naprawdę  ich 
rodziną.  Ale  mniejsza  z  tym.  Mama  znała,  oczywiście,  sekret 
cioci Chris. Ja nie. Nie potrafiłam zrozumieć, czego tak upar-
cie szukałyśmy w rumowisku. 

Wróciła  myślami  do  tamtych  chwil.  Znów  zobaczyła  bo-

lesne obrazy tragedii. 

- Mama  wiedziała,  że  ciocia  przechowywała  listy  w  moc-

nym  pudełku.  Znalazła  je.  Nawet  tego  nie  zauważyłam.  Ja 
znalazłam  coś  innego.  -  Z  trudem  przełknęła  ślinę.  Przypo-
mniała  sobie,  jak  znalazła  kapelusz  Katie  przyciśnięty  półką 
na książki. - W każdym razie nic mi nie powiedziała. Dopiero 
kilka tygodni temu, kiedy już wydawało się, że nic nie prze-
szkodzi  w  adopcji.  Wtedy  dała  mi  te  listy,  a  ja  odnalazłam 
ciebie. 

- Czy Katie wiedziała? 
- O  tobie  i  rodzinie?  Nie.  Najsmutniejsze  jest  to,  że  ciocia 

Chris  zamierzała  powiedzieć  jej.  -  Zamknęła  oczy.  Przypo-
mniała sobie, jak jej matka płakała, opowiadając tę historię. - 
W marcu, tuż przed trzęsieniem ziemi, ciocia Chris pojechała 
na wschód. Mówiła, że jedzie odwiedzić przyjaciół, ale mama 
powiedziała mi, że pojechała na pogrzeb swojej matki. 

- Widziałem ją tam. 
- Co? - Ciarki przebiegły jej po plecach. 
- To  była  prywatna  ceremonia.  Tylko  moi  bracia,  Nicole, 

żona Quinna i Grace, narzeczona Colina. To było w Newport. 
Za bramą zobaczyłem przyglądającą się nam kobietę. 

R

 S

background image

54 

 

Miałem takie wrażenie... Pomyślałem, że to mogła być ona. 

Pogrzeb  był  zamknięty,  ale  informacja  o  terminie  pojawiła 
się w gazetach. Mogła przeczytać. 

Byli tak blisko siebie, pomyślała Jo ze smutkiem. 
- Po  powrocie  powiedziała  mojej  mamie,  że  postanowiła 

opowiedzieć  Katie  całą  historię.  Nigdy  nie  wyjaśniła,  czemu 
zmieniła zdanie. 

- Co  za  koszmar.  Co  za  cholerny  koszmar  sprokurowało 

dwoje ludzi. 

- Niecały  tydzień  później,  dwadzieścia  po  szóstej  rano, 

trzęsienie ziemi zastało wszystkich we śnie. 

- Naprawdę? Wszyscy wtedy spali? To jak Callie przeżyła? 
- Jakimś  cudem  jej  łóżeczko  znalazło  się  w  poduszce  po-

wietrznej,  kiedy  strażacy  ją  odnaleźli.  Ekipa  ratunkowa  od-
kopywała ją dwadzieścia cztery godziny. 

- O Boże! - Głos łamał się mu z emocji. - To była ona... To 

ją widziałem w telewizji. Pamiętam strażaka niosącego dziec-
ko. Pamiętam to. 

- Nie  zwróciłeś  wtedy  uwagi  na  podobieństwo  nazwisk?  - 

Żałowała, że w ciemnościach nie mogła zobaczyć jego twa-
rzy. 

- McGrath  to  popularne  nazwisko.  Pamiętam,  że  pomy-

ślałem także... 

- Co pomyślałeś? 
- Że to był prawdziwy cud. I że musiał być jakiś powód, dla 

którego to dziecko przeżyło. 

Usłyszał, jak gwałtownie wciągnęła powietrze. 
- Co? - Spojrzał w jej stronę. - O co chodzi? 
- Ja wtedy pomyślałam to samo. Że Callie... - Mówiła 

R

 S

background image

55 

 

coraz ciszej. Jakby bała się tych wyznań. - Że to musiało być 
jakieś wyjątkowe przeznaczenie. I że jeśli trafi do rodziny za-
stępczej.. . albo do sierocińca, nigdy się o tym nie dowie. 
Przysunął się do niej. 

-  Naprawdę ją kochasz. 

Odszukał jej dłoń i ścisnął. 

-  Tak, kocham ją.  Pokochałam ją,  zanim  jeszcze  się uro-

dziła. Kocham ją i zrobię wszystko, by ją chronić. 

Splótł palce z jej palcami. 
-  Nie mógłbym chcieć dla niej niczego więcej. 
Jak prysznic gorącej wody spłynęło po niej uczucie ulgi. 
-  Dziękuję. - Przycisnęła do serca ich splecione ręce. - 

Dziękuję ci, Cam. 

Przysunął  się  jeszcze  bliżej.  Tak  że  leżeli  tuż  obok  siebie, 

oddzieleni  tylko  kołdrą.  Odgarnął  jej  włosy  z  twarzy  i  po-
wiedział cicho: 

- Zaśnij teraz. Jutro czeka nas pracowity dzień. 
- Dobrze. Dobranoc. 
Pochylił  się i  pocałował ją  w  policzek.  Jego ciepły  oddech 

musnął jak motyl jej delikatną skórę. Kiedy cofnął głowę, ob-
róciła się ku niemu. Bez słowa pocałował ją prosto w usta. 

Jęknęła  cichutko,  kiedy  poczuła  jego  język.  Tak  niewiele 

brakowało.  Wystarczyło  tylko  odrzucić  kołdrę.  Poczuła  mro-
wienie w piersiach. 

Niemal go nie znała. Czy nie takie właśnie ryzykanckie za-

chowanie zawsze wytykała Katie? 

Przysunął  się  jeszcze  bliżej.  Ostrożnie  pogłaskała  go  po 

ramionach. Były silne, muskularne. Ale dłonie miał subtelne i 
delikatne. 

R

 S

background image

56 

 

Bardzo  powoli  uniósł  głowę.  Smakował  wzrokiem  jej 

przymknięte  oczy  i  na  pół  otwarte  usta.  Wiedziała,  że  był 
podniecony tak jak ona. 

- Zaczekaj - szepnęła. 
- Zaczekaj - powtórzył. - Na co? Uśmiechnęła się. 
- Sama  nie  wiem.  Może  powinniśmy  poznać  się  lepiej? 

Może najpierw powinniśmy załatwić sprawy między nami? 

- Między  nami  jest  tylko  kołdra  -  powiedział  chrapliwym 

głosem. - A z tym mogę uporać się w sekundę. 

Z trudem powstrzymała chęć przytulenia się do niego. 
- Wiesz,  chociaż  to  wygląda  wspaniale,  to  nie  jest  dobry 

pomysł  -  powiedziała.  -  Mówiłam  ci,  że  zawsze  postępuję 
właściwie. 

- To tak, jak ja. 
- To czemu to robisz? 
- Bo to wydaje mi się właściwe. 
- To jest miłe. A to różnica. 
Powoli opadł na materac. Obok niej, a nie, jak oboje chcie-

li, na niej. 

- Kto tu właściwie jest prawnikiem? 
Rozśmieszyło  ją  to.  Lecz  gdy  otoczył  ją  ramieniem  i  przy-

tulił, jej śmiech zmienił się w głuchy pomruk. 

- Oto mój decydujący argument, najdroższa. - Każde 

słowo pieściło jej ucho jego gorącym oddechem. - Bardzo 
chciałbym kochać się z tobą, Jo Ellen Tremaine. 

Nawet  sposób,  w  jaki  wypowiedział  jej  nazwisko,  przy-

prawił  ją  o  dreszcze.  Resztkami  woli  starała  się  zapanować 
nad zmysłami. 

R

 S

background image

57 

 

-Nie  chcesz  kochać  się  ze  mną  -  powiedziała.  -  Pragniesz 

ukojenia.  Twoje  serce  jest  ciężkie,  Cam.  Szukasz  roz-
grzeszenia. 

- Prawniczka i psychiatra, jak widzę. Pogłaskała go po 

szorstkim od zarostu policzku. 

- Ale nie mechanik. 
Parsknął śmiechem i pocałował ją w czoło. 
- W porządku. I masz rację. 
- W sprawie ukojenia? 
-  Tak - wyznał z ociąganiem. Zaczął obracać się na 

bok. 

Nie mogła pogodzić się z tym. Nie chciała, by odszedł. 
-  Jeśli chcesz, jeśli potrafisz panować nad sobą... - przy 

trzymała go za ramię. - Możesz zostać i spać ze mną. Na koł 
drze, bo ja naprawdę nie mam nic na sobie. 

Głośno wypuścił powietrze. 
-  Nigdy nie miałem kłopotów z panowaniem nad sobą. 

Ale nie mogę obiecać, że nie będę miał erotycznych snów 
o nagich kowbojkach reperujących mój... silnik. 

Dała mu kuksańca. 
- Czy ty mnie nie słuchasz? Ja nie reperuję silników. 
- Nie  mogłem  powiedzieć:  nadwozie.  To  by  było  zbyt 

oczywiste. 

Zachichotała. 
- Dlaczego uważasz mnie za kowbojkę? Bo noszę kapelusz 

i wysokie buty? W moich stronach wszyscy tak się ubierają. 

- Nie,  to  nie  przez  kapelusz  i  buty.  -  Jego  dłoń  pomalutku 

zsunęła się w dół jej szyi, do jedynego zatrzasku przy 

R

 S

background image

58 

 

koszuli, który zapięła. - To przez te zatrzaski z emblematem 
rodeo. 

Wielki Boże! Doskonale wiedziała, co będzie dalej. 

Cam  poczuł,  jak  całe  jej  ciało  wyprężyło  się  pod  jego  do-

tykiem.  Gwałtownie  wciągnął  powietrze.  Rozpiął  zatrzask  i 
rozchylił koszulę. 

- Ten,  kto  nazwał  cię  chłopczycą,  musiał  nie  mieć  oczu  i 

mózgu. 

- Ona miała mózg. Tylko nie zawsze go używała. 
Nie chciał rozmawiać o Katie. A tym bardziej o matce. Być 

może Jo miała rację. Może rzeczywiście szukał rozgrzeszenia. 
Ale przecież seks z tym bajecznym stworzeniem, które znala-
zło się w jego łóżku, nie był dobrym pomysłem. 

Położył dłoń na jej piersi. Czuł wyraźnie, jak mocno tłukło 

jej  serce. Jej krew  wrzała  tak jak jego. Mógł iść  o  zakład,  że 
była też równie jak on podniecona. 

Ale nie po to przeleciała tysiące kilometrów, żeby teraz mu 

się oddać. Podjęła olbrzymie ryzyko, żeby postąpić właściwie. 
Nie musiała przecież powiedzieć ani sądowi, ani McGrathom 
o dziecku. 

- Zaśnij, najdroższa - szepnął. 
- Nie mogę. 
- Przeszkadzam ci? 
- Można tak powiedzieć. - Niemal poczuł ciepło jej uśmie-

chu. 

Zabrał  rękę  w  bezpieczniejsze  miejsce.  Na  jej  brodę.  Było 

mu dobrze. Nawet z tą idiotyczną kołdrą między nimi. 

- Spróbuj zasnąć, Jo. 

R

 S

background image

59 

 

Następne godziny spędzili niemal bez ruchu. Cam to zasypiał 

głęboko, to budził się. Wciąż z lękiem oczekiwał koszmaru, który 
od  lat  nawiedzał  go  we  śnie.  Obrazu  czarnowłosej  dziewczyny 
klęczącej pośrodku ogrodu. Lecz ten nie nadchodził. 

Ale  przecież  śnił  o  dziewczynie.  Pięknej,  długowłosej.  Ona 

także klęczała. Ale tuż przed nim. Miała wprawne dłonie i uczyn-
ne wargi. Była niewiarygodnie utalentowana. 

Bolesna  erekcja  wyrwała  go  ze  snu.  Tuż  przed  oczami  miał 

rozsypane  po  poduszce  rudawe  włosy  i  uroczą  twarz  Jo  Ellen. 
Wsparł  się  na  łokciu  i patrzył  w  zachwycie.  Nie  mógł  oderwać 
od niej oczu. 

Kołdra zsunęła się nieco, odsłaniając koszulę. Z wciąż zapiętym 

zatrzaskiem. Ale przecież nie dość, by nie dostrzegł mlecznej cery 
jej  piersi.  Pragnienie  dotknięcia  ich  było  tak  silne,  że  poczuł 
skurcz w gardle. 

Co ona w sobie miała? Nie był mnichem, ale nigdy nie miał trud-

ności z panowaniem nad sobą. Ale ta kobieta. Ta Jo... 

Poruszyła się. A on czekał niecierpliwie, żeby otwarła te intry-

gujące oczy. Żeby dała mu milczącą zgodę na dotknięcie jej. Na 
pocałowanie jej. Posmakowanie jej. 

Krew uderzyła mu do głowy. Kiedy obróciła się ku niemu, ko-

szula  rozchyliła  się  jeszcze  bardziej.  Chciał  powiedzieć  coś. 
Obudzić ją. Ale co? Może należało po prostu ją pocałować? 

Ostrożnie dotknął zatrzasku. 
Odpiął  się  niemal  bez  wysiłku.  A  ona  nawet  nie  drgnęła. 

Wolno, uważnie, delikatnie musnął skórę między jej piersiami. 

R

 S

background image

60 

 

Kiedy schylił się i pocałował ją w usta, westchnęła głęboko. 

Pragnienie  i  żądza  zawładnęły  nim  bez  reszty,  gdy  wyprężyła 
się,  podając  pierś  do  przodu.  Prosto  w  jego  stęsknioną  dłoń. 
Jej usta rozchyliły się zachęcająco. 

Nie  spała.  Na  pewno  nie  spała.  Na  pewno  dawała  przy-

zwolenie na jego zabiegi. 

Zsunął  niżej  kołdrę.  Nie  mógł  znieść  niczego,  co  by  ich 

dzieliło. 

Resztka zdrowego rozsądku próbowała podpowiedzieć mu, 

że dzieliło bardzo wiele. Życie, historia i pochodzenie. Lecz 
gdy  uniosła  nogę,  długą,  nagą  nogę  i  oplotła  ją  wokół  jego 
uda, wszystkie takie myśli wyparowały. 

- Śniłem o tobie - szepnął prosto do jej ust. – Pragnąłem cię 

przez całą długą noc. 

W  odpowiedzi  wsunęła  mu  ręce  pod  koszulkę,  gorącymi 

palcami ścisnęła jego sutki. 

- Nie mogłam spać - wyszeptała. - Ja też miałam erotyczne 

myśli. 

Zacisnął zęby. I tylko mocniej przycisnął się do niej. 
- Opowiedz mi - poprosił. 
- Nie.  Ty  pierwszy.  -  Miała  lekko  zachrypnięty  głos.  -

Dobry psychoterapeuta zawsze analizuje sny. 

Uśmiechnął się. 
- Klęczałaś. Parsknęła śmiechem. 
- Zwykle tak właśnie pracuję. 
Jej  dłoń  wykonała  powolną  wędrówkę.  W  dół  jego  klatki 

piersiowej,  do  gumki  spodenek.  Uniósł  biodra,  żeby  ułatwić 
jej zadanie. Ich spojrzenia spotkały się. 

R

 S

background image

61 

 

-  Jesteś piękna, wiesz? 
Zaskoczyła go, lekko kręcąc przecząco głową. 
- Jesteś zgłodniały seksu. Nie wiesz, co mówisz. 
- Nie. - Odsunął się, żeby udowodnić jej, że kontroluje sie-

bie i sytuację. - Nieprawda. 

- Nie jesteś zgłodniały seksu? 
- Jestem... zainteresowany seksem. 
Westchnęła  cicho.  Miała  w  oczach  rezygnację  i  podnie-

cenie. 

-  Ja też - powiedziała. 
Drapnęła  go  samym  czubkiem  paznokcia.  A  on  niemal 

podskoczył pod sufit. Jakby smagnięty żywym ogniem. 

-  To dobrze - zdołał wybąkać. - Ale nie chcesz chyba 

wmówić mi, że nie wiesz, jak jesteś piękna? 

Nie  odpowiedziała.  Tylko  jej  palce  nie  ustawały  w  poszu-

kiwaniach. 

Ujął ją za nadgarstek, odsunął powoli. I położył się na niej. 

Dzieliła  ich  tylko  grubość  kołdry.  Ale  w  takiej  pozycji  było 
mu łatwiej kontrolować samego siebie. 

- Wysłuchaj mnie, Jo Ellen. 
- Słucham cię z uwagą - powiedziała kpiąco. I łagodnie za-

kołysała biodrami. 

- Uważam,  że  jesteś  piękną  kobietą.  Całkiem  piękną  i  cał-

kiem kobietą. - Przyłączył się do rozkosznej huśtawki. - I je-
śli zechcesz, tylko jeśli zechcesz, mogę dać ci oszałamiającą, 
nieprzytomną,  niekończącą  się  rozkosz.  Ale  nie  dlatego,  że 
jestem  zgłodniały  seksu.  -  Pocałował  ją.  Ścisnął  zębami  jej 
dolną wargę. - I nie dlatego, że potrzebuję ukojenia. - Nakrył 
dłońmi te cudowne piersi, ścisnął sutki 

R

 S

background image

62 

 

palcami. - I nie dlatego, że powinnaś podziękować mi za ja-
kiś dobry uczynek. 

Wyrwała się spod niego z błyszczącymi z gniewu oczami. 
- Dosyć! 
Patrzył na nią zaskoczony. 
- O co ci chodzi? 
Podciągnęła kołdrę pod samą brodę. 
- Nie  zamierzam  przespać  się  z  tobą  tylko  po  to,  żebyś 

podpisał oświadczenie. 

- Wiem. Ja tylko... Chciałem tylko, żebyś poznała moje mo-

tywy... 

Dobry Boże! Gadam jak rozpalony nastolatek błagający o 

seks, pomyślał. Daj spokój. Zerwał się z łóżka. 

- Masz rację. To... - szerokim gestem wskazał ich oboje 

- ...ma zbyt wiele podtekstów. 

Zadrżała. Mocniej przycisnęła kołdrę do piersi. 
- A ty nie lubisz podtekstów, prawda, Cam? 
- Zrób  mi  grzeczność,  Jo,  dobrze?  Daruj  mi  tę  psycho-

analizę  i  zostań  raczej  przy  naprawianiu  rozbitych  samo-
chodów. 

Natychmiast  pożałował  tego,  co  powiedział.  Uroczy  ru-

mieniec spłynął z jej twarzy. Zbladła jak alabaster. 

- Przepraszam - zawołał. - Wcale nie chciałem, żeby to tak 

zabrzmiało. 

- Nie  musisz  mnie  przepraszać  -  powiedziała  głucho.  -W 

nocy pomyślałam to samo. 

Przygasła. Zniknął gdzieś cały jej entuzjazm. 
- Chciałabym wziąć teraz prysznic. 

R

 S

background image

63 

 

Żeby  zmyć  wszystkie  jego  ślady  i  wspomnienia.  Zmełł  w 

ustach gorzkie przekleństwo pod swoim adresem. Skinieniem 
głowy wskazał łazienkę. 

-  Czuj się jak u  siebie  w  domu. Muszę  zadzwonić  w  kilka 

miejsc, zanim wyjdziemy. 

Wyszedł,  nie  zamykając  za  sobą  drzwi.  W  salonie  leżały 

ślady zdarzeń z ubiegłego wieczoru. Stos listów, otwarta torba 
Jo, jej buty i kowbojski kapelusz. 

Podniósł go, przeciągnął palcami po satynowej podszewce. 

Pod  palcami  wyczuł  wytłoczenia.  Zajrzał  do  środka  i  prze-
czytał złote litery: 

„Lady Katie". 
Rzucił  kapelusz  na kanapę,  jakby  parzył  go  w  palce,  i  po-

szedł do swojego gabinetu, żeby zatelefonować do Quinna. 

R

 S

background image

64 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Jaka była?! 
- Kiedy  opuszczała  dom,  była  w  ciąży  -  powtórzył  Cam 

cierpliwie. Oczyma wyobraźni widział niebotyczne zdumienie 
Quinna.  Sam  doznał  podobnego  niedawno.  Długo  musiał 
opowiadać,  zanim  brat  przestał  żartować  i  potraktował 
wszystko poważnie. Niespodziewane przybycie Jo, listy i fakt, 
że ich matka i siostra zginęły w trzęsieniu ziemi. 

- Dlatego wyjechała. - Dalszy ciąg na pewno nie spodoba się 

Quinnowi. - Najwidoczniej tata nie wierzył, że to mogło być 
jego  dziecko,  gdyż  po  tym,  jak  urodził  się  Colin,  poddał  się 
operacji podwiązania nasieniowodów. 

Cisza trwała dłużej, niż się spodziewał. 
- Ta  cała  Jo  to  chyba  jakaś  wariatka,  bracie  -  powiedział 

Quinn. -  Lepiej  wyślij ją do diabła... Hej,  wiem, że to jeszcze 
kawał  czasu,  ale  chcielibyśmy  zrobić  już  listę  gości  na  ślub 
Colina. Kiedy zamierzasz wybrać się do Newport? 

- Posłuchaj  mnie.  Przeczytałem  chyba  dwadzieścia  listów, 

która  matka  napisała  do  taty.  Listów,  których  on  na  pewno 
nie przeczytał.  Quinn,  ona nie  kłamała!  Tego  jestem  całkiem 
pewien. Wasektomia nie jest metodą niezawodną. Najwyraź- 

R

 S

background image

65 

 

niej  jednak  jej historia  obróciła  się  przeciw  niej  i  zmusiła  ją 
do wyjazdu. 

- Jej historia?! Ona miała naturę włóczęgi, Cam. Uciekła z 

domu,  mając  siedemnaście  lat,  i  uciekła  od  taty,  mając  trzy-
dzieści ileś. Mniejsza z tym, już nie żyje. I jeszcze ta rzekoma 
córka.  -  Umilkł na chwilę.  -  Nicole chciałaby  przesunąć  ślub 
kilka dni wcześniej. 

- Ta córka miała dziecko - powiedział Cam cicho. - Mamy 

siostrzenicę, która przeżyła trzęsienie ziemi. A teraz czeka na 
adopcję. 

- Nie przegap następnego odcinka Dni naszego życia*. 
Wiedział,  że  Quinn  żartuje.  Zawsze  tak  uciekał  od  nie-

wygodnych  tematów.  W  przeciwieństwie  do  Colina.  A  Cam? 
On... No cóż. Starał się mieć wszystko pod kontrolą. 

-  Człowieku, to poważna sprawa. Tata musiał zagrozić jej, 

że jeśli nie usunie ciąży... 

Usłyszał,  jak  Quinn  gwałtownie  wciągnął  powietrze.  Roz-

poznał  ten  sam  ból,  którego  zaznał  poprzedniej  nocy.  Ale 
nieubłaganie ciągnął dalej: 

- Powiedział,  że  nigdy  nie  pokocha  tego  dziecka  i  że  na-

stawi nas przeciw niemu i... mamie. - Jakże obco zabrzmiało 
w jego ustach to słowo. 

- Aborcja?  -  Quinnowi  nie  było  już  do  żartów.  -  Rozma-

wiałeś już z nim? 

- Nie. Chciałem porozmawiać najpierw  z  tobą  i Colinem.  I 

chciałem, żeby to on odbył tę rozmowę. 

- Jezu! - szepnął Quinn. - Co za pasztet! 
- Daj spokój. Jo naprawdę chce adoptować to dziecko. - 

Days oj O

UT 

Uves - popularny w USA serial telewizyjny. 

R

 S

background image

66 

 

Zerknął w stronę korytarza. Lada chwila spodziewał się jej 

nadejścia.  -  Muszę  podpisać  dokument,  w  którym  oświad-
czam,  że  nigdy  nie  będziemy  próbowali  dochodzić  jakich-
kolwiek praw do dziecka. Zamierzam... 

- Zaraz!  Momencik, braciszku.  Podpisać?  Straciłeś  rozum? 

Przecież to może być wariatka albo oszustka. 

- Ona nie jest wariatką - powiedział półgłosem, zerkając za 

siebie.  -  Ani  oszustką.  Ona  jest...  -  Jak  miał  ją  opisać?  -Ona 
jest nadzwyczajna. 

Quinn jęknął cicho. 
- Nadzwyczajna w łóżku? Cam wahał o sekundę za długo. 
- Spałeś z nią - wydusił Quinn. 
- Nie,  nie  spałem.  -  Uśmiechnął  się.  -  W  każdym  razie, 

jeszcze nie. 

- Człowieku, zacznij myśleć właściwą częścią ciała. Może ta 

jej  ciocia  Christine  była  naszą  matką.  Ale  nie  masz  żadnego 
dowodu,  że  jej  córka  była  naszego  taty.  Zjawia  się  taka  wa-
riatka  i  chce  od  ciebie  podpisu.  Za  chwilę  zażąda  pieniędzy, 
zobaczysz. 

-Widziałem zdjęcia... Katie. Mogłaby być bliźniaczką Coli-

na. A nawet twoją - dodał po namyśle. - Poza tym... -Stanęło 
mu  przed  oczami  pochyłe  pismo  matki.  -  Widziałem  dowód. 
Uwierz prawnikowi, to wszystko prawda. 

W  szumie  odległego  połączenia  Cam  usłyszał  ciche  prze-

kleństwo. 

- Rozmawiałeś już z Colinem? - spytał Quinn po chwili. 
- Jeszcze nie. Wiesz, jaki jest teraz szczęśliwy. Pomyślałem, 

że najpierw pogadam z tobą. 

R

 S

background image

67 

 

-  Hola, ja też jestem szczęśliwy. Ale to nie przeszkodziło 

ci zepsuć mi dnia. 

Cam zaśmiał się cicho. 
- Posłuchaj,  Jo  nie  jest  głupia.  Ani  szalona.  Będzie  wspa-

niałą. .. 

- Zaczekaj, Cam. Zatrzymaj się. - Quinn westchnął ciężko. 

- Może rzeczywiście to dziecko należy do naszej rodziny. 

Nagle mróz przebiegł Camowi po kościach. 
- Owszem, to może być prawda. Ale ja nie chcę dziecka. Ty 

też nie. 

- Chciałbym, ale jedno. 
Tym razem Cam znieruchomiał, zaskoczony. 
- Co? - zawołał. - Czy Nicole jest w ciąży? 
- Jeśli  nie,  to  codziennie  rano  wymiotuje  na  mój  widok  - 

powiedział ze śmiechem. - Zawsze jest taka możliwość. 

Cam poczuł zawrót głowy. Nie wiedział, co powiedzieć. 
- To wspaniała wiadomość - rzekł w końcu. - Gratulacje. 
- Dzięki.  Jesteśmy  strasznie  podekscytowani.  Chcemy 

ogłosić to na weselu Colina. 

- Czy wszystko w porządku? Nicole czuje się dobrze? 
- Tak.  Jest  tylko  stale  głodna  i  zmęczona.  -  Mimo  wielkiej 

odległości  Cam  czuł,  jak  Quinn  pęczniał  z  dumy.  -  I  wciąż 
jest bardzo zgrabna. 

- To  świetnie.  -  Cam  uśmiechnął  się  do  telefonu.  -  Na-

prawdę. Nic nie powiem Colinowi, kiedy do niego zadzwonię, 
jeśli sam chcesz ogłosić tę nowinę. 

- Więc jednak zadzwonisz do niego? 

R

 S

background image

68 

 

- Nie mogę podpisać zgody, nie porozmawiawszy przedtem 

z wami i z tatą. Ty także masz prawo do adopcji. Wiesz prze-
cież.  Oczywiście,  nie  masz  teraz  do  tego  głowy.  A  Jo  na-
prawdę kocha to dziecko jak własne. 

- Jak własne nie znaczy własne. 
- Do czego zmierzasz, Quinnie? 
- Może  jesteśmy  winni  temu  dziecku  rodzinę,  nazwisko  i 

dom. 

Znów  mróz  przeszedł  mu  po  grzbiecie.  Poprzedniej  nocy 

jemu to samo przyszło do głowy. 

- Ona mieszka w Kalifornu. Wychowuje ją ktoś, kto ją ko-

cha. Nie mamy prawa... 

- Mamy absolutnie prawo ustalić, czy naprawdę jest z nami 

spokrewniona - powiedział Quinn. - A jeśli jest, w jakim do-
mu miałaby żyć. 

Usłyszał hałas za plecami. W drzwiach gabinetu stała Jo. 
- Musisz mi zaufać, Quinnie. 
Jo usiadła w fotelu naprzeciw niego. 
- Ufam  ci.  Jesteś  najsprytniejszym  i  najmądrzejszym  face-

tem, jakiego znam. Zaraz po mnie. 

Cam powstrzymał uśmiech. Jo wiedziała, z kim rozmawiał 

i o czym, i taka reakcja na pewno nie spodobałaby się jej. 

- Zamknij się więc i pozwól mi działać. 
- Tylko bądź pewien, że postępujesz właściwie, Cam. Czy ta 

Jo na pewno jest najlepszą osobą do wychowywania dziecka z 
naszej rodziny? Czy będzie dobrą matką? Czy jej sytuacja ży-
ciowa  jest  stabilna?  Czy  bierze  prochy?  Czy  jest  uczciwa  i 
przyzwoita? 

R

 S

background image

69 

 

Cam  uświadomił  sobie  ze  zgrozą,  że  właściwie  niewiele 

wiedział o „tej Jo". 

- Jest  uczciwa.  Prowadzi  własną  firmę.  -  Patrzył,  jak  za-

gryzła  wargę  i  zmierzyła  go  surowym  spojrzeniem.  Mrugnął 
do  niej  porozumiewawczo.  Ona  tylko  wysoko  uniosła  brwi. 
Najwyraźniej nie zamierzała wyjść. 

- Posłuchaj  -  Quinn  zniżył  głos.  Zapewne  nie  chciał,  by 

usłyszeli go współpracownicy. - To, że ty nie masz ochoty na 
dziecko, nie oznacza, że Nicole i ja nie poradzilibyśmy sobie z 
jeszcze jednym. To samo Colin i Grace. Kto wie? A jeśli ta hi-
storia  jest  prawdziwa,  to  na  nas  spoczywa  jakaś  odpowie-
dzialność. 

- To prawda. 
- Pamiętasz, co zawsze mówiła babcia McGrath? 
Serce ścisnęło się mu, gdy popatrzył na Jo. Psiakrew! Może 

wcale  nie  miał  ochoty  „leczyć  ran"?  Bo  gdyby  nie  podpisał 
oświadczenia, złamałby jej serce. 

- Tak. Wiem, co mówiła. 
- Ona  nigdy  się  nie  myliła,  bracie.  No  to  kto  jedzie  do  Ka-

lifornii, sprawdzić tę Jo? Ty czy ja? 

Czuł  na  sobie  jej  pytające  spojrzenie.  W  świetle  poranka 

wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż w mroku nocy. 

- Ja w to wchodzę, bracie - powiedział. 
- Tylko nie wejdź w nią, dopóki nie zorientujesz się, co jest 

grane. 

Tego nie mógł obiecać. 

Słuchając  rozmowy  Camerona  z  bratem,  Jo  nabrała  pew-

ności, że jej plan spalił na panewce. 

R

 S

background image

70 

 

 
  - On chce mieć to dziecko- powiedziała, kiedy Cam rozłą-

czył się. 
      Pokręcił głową. 

- Nie. Nic takiego nie powiedział. 
- Chce, żebyś ty wziął dziecko. 
- Nie. Tego także nie postanowiliśmy. 
My?  Z  niechęcią  myślała  o  tym,  że  los  jej  i  Callie  spo-

czywał  w  rękach  tych  zimnych,  cwanych  mężczyzn.  Była  dla 
Callie jak prawdziwa ciocia. Ale czy sędziemu to wystarczy? 

- Co w takim razie wy, panowie świata, postanowiliście? 

Uniósł dłoń, jakby chciał powstrzymać jej sarkazm. 

- Niczego nie postanowiliśmy. 
- A wyglądało to zupełnie inaczej. 
- Nie nauczyła cię mama, że to nieładnie podsłuchiwać? Po-

słała mu blady uśmiech. 

- Mama  nauczyła  mnie,  że  powinnam  walczyć  o  to,  co 

uważam za słuszne i dobre. Nie dbam o to, co wy dwaj knu-
jecie, jeśli nie chcesz podpisać tego  świstka...  -  wyjęła  z kie-
szeni  złożoną  kartkę  -  ...spotkamy  się  w  sądzie.  I  tam  wy-
gram. 

- Wcale tego nie chcę, Jo. 
- No to podpisz. - Rzuciła papier na biurko. 
- To nie zależy tylko ode mnie. Mam dwóch braci. 
- I  przynajmniej  jeden  z  nich  niedługo  będzie  miał  swoje 

własne  dziecko.  -  Posłała  mu  znaczące  spojrzenie.  -  Sły-
szałam.  Drugi  wkrótce  bierze  ślub.  A  ty  -  zatoczyła  szeroko 
ręką - żyjesz jak milioner, który nie ma w swoim życiu miej-
sca  dla  dziecka.  -  Pochyliła  się  ku  niemu,  usiłując  opanować 
emocje. - Pozwól mi wziąć to, co zostawiła mi Katie. 

R

 S

background image

71 

 

Jego ciemne oczy błyszczały. 
- Formalnie  rzecz biorąc, nie  zostawiła  tego dziecka tobie  - 

powiedział prawnik. 

- Formalnie rzecz biorąc, tobie także nie. - Wstała. Wskazała 

papier leżący na biurku. - Podpiszesz czy nie? 

Wolno pokręcił głową. 
-  Jeszcze nie. 
To było jak uderzenie ciężkim młotem w brzuch. Niech cię 

diabli!  pomyślała.  Niech  cię  diabli!  Gdy  uświadomiła  sobie, 
jak  niewiele  brakowało,  żeby  oddała  mu  się  tego  ranka,  po-
czuła gwałtowny skurcz żołądka. 

Odwróciła  się  bez  słowa  i  ruszyła  do  drzwi.  Zrobiła,  co  do 

niej należało. Misja spaliła na panewce. 

Znajdzie inne rozwiązanie. 
Trzęsącymi  się  rękami  zebrała  ze  stolika  listy  i  zdjęcia  i 

wetknęła  do  torby.  Zarzuciła  pasek  na  ramię  i  wcisnęła  ka-
pelusz na głowę. 

Nim jednak doszła do drzwi, chwycił ją za łokieć. 
- Jadę z tobą - powiedział. 
- Nie, nie jedziesz - rzuciła mu prosto w twarz. 
- Chcę  zobaczyć  twój  dom.  I  warsztat.  Chcę  poznać  moją 

siostrzenicę i zobaczyć gdzie... gdzie żyła moja matka. 

Tym ostatnim omal jej nie przekonał. Zawsze miała wielką 

słabość do  cioci Chris, która kochała  ją jak  własną  córkę.  A 
czasem, kiedy Katie była wyjątkowo uparta, nawet bardziej. 

Ale  on  nie  po  to  zamierzał  pojechać  do  Kalifornii.  Chciał 

odebrać  jej  dziecko.  Wystarczyło,  żeby  oczarował  jedną  z 
urzędniczek, i bum! Callie będzie jego. 

R

 S

background image

72 

 

Nie mogła na to pozwolić. 
Wyciągnął  rękę,  żeby  dotknąć  jej  policzka.  Gwałtownie 

cofnęła głowę. 

- Nie. Nie. 
Nienie spałem... W każdym razie, jeszcze nie. 
Przypomniał  się  jej  fragment  rozmowy  braci.  Czyżby  seks 

miał  być  kluczem  do  zdobycia  podpisu?  Miała  nadzieję,  że 
nie. Chciała móc szanować go bardziej. Chciała móc wierzyć, 
że pociągał ją ktoś lepszy. Pociągał? Nie miała co do tego cie-
nia wątpliwości. 

Zmrużyła oczy i zniżyła głos. 
- Czy  gdybym  dziś  rano  przespała  się  z  tobą,  podpisałbyś 

ten papier? 

- Nie. To nie zmieniłoby niczego. 
Poprawiła torbę na ramieniu, wyciągnęła rękę do klamki. 
- Ale nie mamy pewności, prawda? Zatrzasnął drzwi, zanim 

otwarła je do końca. 

- Nie wyjedziesz z takim przekonaniem. 
- Czy  przestaniesz  wreszcie  rozkazywać?  Nie  zatrzymasz 

mnie.  Nie  będziesz  mi  mówił,  co  mam  myśleć.  I  za  żadne 
skarby nie pojedziesz ze mną. Boże, jesteś zupełnie jak Katie. 
Samolubny aż do bólu. 

- Jak  na  kogoś,  kto  tak  zaciekle  walczy  o  prawo  wychowy-

wania jej dziecka, wyrażasz się o niej dosyć dosadnie. Kocha-
łaś ją czy nienawidziłaś? 

Krew zawrzała w jej żyłach. 
- Daruj  mi  tę  tanią  psychologię.  Trzymaj  się  prawa,  me-

cenasie. 

R

 S

background image

73 

 

Delikatnie  zdjął  jej  kapelusz  z  głowy  i  odwrócił  do  góry 

dnem. 

- To był jej kapelusz, prawda? -Tak. 
- Dlaczego go nosisz? 
Żal i uraza wypełniły jej serce. On nigdy nie zrozumie, co 

czuła,  kiedy  znalazła  ten  kapelusz  w  gruzach  po  trzęsieniu 
ziemi.  Ani  dlaczego,  odruchowo,  włożyła  go  na  głowę, 
opuszczając dom w drodze na lotnisko. 

-  Myślałam, że przyniesie mi szczęście. Jak widać, pomy-

liłam się. 

-  Nie mogę zrozumieć motywów twojego postępowania. 

Odebrała mu kapelusz. 

- A  taki  z  ciebie  prawnik.  Moje  motywy  bardzo  łatwo  od-

gadnąć.  Jest  sobie  dziewczynka  w  Kalifornii,  która  straciła 
matkę. Kocham ją. Przez dziewięć miesięcy opiekowałam się 
jej matką. Byłam przy jej narodzinach. Poświęciłam jej wię-
cej,  niż  mogłabym  poświęcić  własnemu  dziecku.  To  nie 
zbrodnia,  że  chciałabym  ją  wychowywać.  Przecież  nie  po-
rywam jej. 

- Ale używasz wszystkich możliwych sztuczek, żeby zdobyć 

mój podpis. 

- Nie wszystkich. - Zerknęła w stronę sypialni. 
- To  nie  ma  znaczenia  -  powiedział  cicho.  -  Nadal  niczego 

nie podpisałem. 

- Czy wiesz, że w ogóle mogłam tu nie przyjeżdżać? I nikt w 

ogóle nie dowiedziałby się niczego. Callie nigdy nie musiałaby 
poznać  prawdy.  Przyjechałam  do  Nowego  Jorku,  ponieważ 
uważałam, że tak należy postąpić. To wszystko. 

R

 S

background image

74 

 

- Zauważyłem to. - Cofnął rękę, którą trzymał drzwi. - 

I szanuję. 

Choć odrobina satysfakcji. 
- Muszę wracać do domu. Callie mnie potrzebuje. 
- Wyjdę z tobą. Pomogę ci znaleźć taksówkę. 
- Dam sobie radę. 

Zaśmiał się smutno. 

- Jestem pewien, że dasz sobie radę ze wszystkim, Jo Ellen. 

Ale w ten sposób będę czuł się jak dżentelmen. 

Zakręciła się na pięcie. Stuknęła go palcem w pierś. 
- Chcesz  czuć  się  jak  dżentelmen?  To  podpisz  ten  papier  i 

pozwól mi wychowywać to dziecko. Przysięgam, że mam jak 
najbardziej czyste intencje. 

- Nie mogę. Jeszcze nie teraz. 
Westchnęła. Opadła z sił. Poddała się. Otwarła drzwi. 
- W przyszłym tygodniu mam spotkanie w urzędzie 

adopcyjnym. Wtedy powiem im o tobie. - Nie miała poję 
cia, co się wtedy stanie. - Jestem pewna, że skontaktują 
się z tobą. 

Wyszła z pokoju, lecz znów ją zatrzymał. 
- Nie odchodź w ten sposób. Daj mi trochę czasu, żebym 

mógł przemyśleć wszystko i porozmawiać z braćmi. Musimy 
poukładać sobie fakty i zastanowić się, co robić. 

Dobrze  wiedziała,  co  zrobią.  Wszyscy  trzej  przyjadą  do 

Sierra  Springs  na  swoich  białych  rumakach,  żeby  ratować 
siostrzenicę i zabrać ją do domu, do rodziny. Przyobleczeni w 
szaty  sprawiedliwości  i  praw  rodziny  wrócą,  pełni  dumy  i 
chwały. 

Jak mogła ich pokonać? 

R

 S

background image

75 

 

- Do zobaczenia w sądzie - powiedziała. 
- Albo wcześniej. 
Udała, że nie dostrzegła zawoalowanej pogróżki w jego 

głosie, i poszła do windy. Szczęśliwa, że nie ruszył za nią. 

R

 S

background image

76 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kiedy  Jo  włożyła  ochronne  gogle,  Callie  wybuchnęła  per-

listym śmiechem. 

-  Podobają ci się moje okulary, pączuszku? 
Callie  wyciągnęła  z  kojca  pulchną  rączkę  w  stronę  twarzy 

Jo i zagulgotała radośnie. 

-  O-ku-la-ry - powiedziała powoli Jo. - Chronią moje 

oczy podczas piaskowania. A to właśnie zaraz będę robiła. 

Zdjęła z półki plastikową książeczkę i podała dziecku. 
-  Poczytaj sobie kilka minut, kochanie. Ja będę za tą szy-

bą. Spróbuję wyreperować jakoś tę toyotę. Będziesz mogła 
widzieć mnie, a ja ciebie. 

Callie  zmarszczyła  buzię  i  zaczęła  gryźć  krawędź  ksią-

żeczki. 

-  Możesz ją zjeść, jeśli wolisz. 
Pocałowała małą w główkę. Miała nadzieję, że zdoła szybko 

uwinąć  się  z  robotą.  Niecierpliwie  czekała  chwili, kiedy  wy-
ruszy na długą wędrówkę po górach z Callie w nosidełku na 
plecach. 

-  Skończę tylko ten błotnik, obiecuję - powiedziała. Nie 

zamierzała zanudzać dziecka swoimi kłopotami. Wyprawa 

R

 S

background image

77 

 

do Nowego Jorku zabrała jej dwa dni.  A  właściciel toyoty miał 
zgłosić się po nią następnego dnia. Dlatego musiała wziąć się do 
pracy w niedzielę. 

Otwarła  szeroko  drzwi  na  parking.  Wpuściła  do  biura  ciepłe 

górskie powietrze. 

-  Tylko  pół  godziny,  aniołeczku  -  obiecała.  -  A  potem  wy-

dziemy. 

W  głębi duszy  Jo  była  szczęśliwa,  że  niegdyś  przebudowały 

wraz z Katie wnętrze, tak żeby mogły zawsze obserwować Cal-
lie.  Kiedy  po  trzęsieniu  ziemi  jechała  do  warsztatu,  najbardziej 
martwiła się właśnie o szklane ściany. Na szczęście szkody były 
niewielkie.  Trochę  narzędzi  pospadało  na  podłogę,  gabloty  w 
części sklepowej zostały potłuczone. Ale większość wykończe-
nia wnętrza była wykonana z plastiku. 

Nie,  wcale  nie  tęskniła  do  tamtych  koszmarnych  dni.  Wciąż 

pamiętała  strach,  który  towarzyszył  wszystkim  mieszkańcom.  I 
przeraźliwe  spustoszenia,  których  dokonał  żywioł.  Wtedy  to  cał-
kiem  zrujnowane  zostało  osiedle,  gdzie  od  pół  roku  mieszkały 
Katie, Chris i Callie. 

Jo otrząsnęła się z ponurych wspomnień. Nałożyła ochraniacze 

na kolana, maskę i gumowe rękawice. Pomachała małej i zabrała 
się do pracy. 

Uwielbiała  te  chwile,  kiedy  z  młotkiem  w  ręce  przywracała 

zniszczonej blasze pierwotne kształty. Wtedy czuła, że żyje. I że 
panuje  nad  swoim  życiem  i  sobą  samą.  Nie  tak, jak  w  Nowym 
Jorku. 

Zacisnęła  powieki,  żeby  odegnać  natrętne  wspomnienie  Ca-

merona McGratha. I jego dłoni na swoich piersiach. 

R

 S

background image

78 

 

Obrazy, z którymi żyła praktycznie cały czas od powrotu z 

Nowego Jorku. 

Powiadają, że hormony rządzą mężczyznami. Jak widać, nie 

tylko nimi. 

Spróbowała skupić się na pracy. 
Spotkanie  z  urzędnikami  w  sprawie  adopcji  miała  wyzna-

czone  na  najbliższy  piątek.  Niewiele  zatem  zostało  jej  czasu 
na  przygotowania.  A  musiała  przemyśleć  wszystko,  w  naj-
drobniejszym szczególe. 

Kiedy tylko Mary Beth Borrell dowie się, że Callie ma ży-

jących  krewnych,  natychmiast  spróbuje  skontaktować  się  z 
nimi.  Żeby  albo  zrzekli  się  wszystkich  praw,  albo  sami  roz-
poczęli procedurę adopcji Callie. 

Jo wściekle uderzyła młotkiem. Żal ścisnął jej serce na sa-

mą  myśl,  że  mogłaby  stracić  Callie.  Niemal  pożałowała,  że 
wybrała się do Nowego Jorku. 

Kiedy  uniosła  głowę  spod  samochodu,  dostrzegła  kątem 

oka jakiś ruch za szybą. 

Upuszczony młotek zadźwięczał na betonie. Zerwała się  z 

podłogi i... skamieniała. 

Nigdy. Nigdy nie spodziewała się zobaczyć go tak szybko. 
Obok  kojca  Callie  stał  Cameron  McGrath.  Pochylony, 

mówił  coś  do  dziecka.  Podniósł  głowę  i  ich  spojrzenia  spot-
kały się. Serce Jo zaczęło tłuc gwałtownie. 

A Callie wyciągała do niego rączki, jak do najbardziej ulu-

bionego wujka. 

Mała zdrajczyni. 

R

 S

background image

79 

 

Energicznym  krokiem  Jo  wpadła  do  biura.  Otwarte  nieco 

zbyt mocno drzwi z hukiem uderzyły o ścianę. 

-  Co ty tu robisz? - Maska tłumiła jej głos, ale i tak nie 

można było mieć wątpliwości, że była wściekła. 

Otaksował  ją  długim,  uważnym  spojrzeniem.  I  nagle  za-

wstydziła  się  wyciągniętej  koszulki,  którą  miała  na  sobie.  I 
roboczych  spodni,  i  butów.  I  włosów  związanych  w  nie-
zgrabny koński ogon. I smug brudu na policzkach. 

Cameron posłał jej ciepły uśmiech. 
-  Właśnie tak wyobrażałem sobie ciebie przy pracy. 

Coś ścisnęło ją za gardło. Wyobrażał ją sobie? Myślał o niej? 
Zdjęła okulary i maskę. Podeszła bliżej. 

Posłała  mu  spojrzenie,  które  w  jej  przekonaniu  miało  być 

groźne i ostrzegawcze. 

-  Jak śmiałeś wejść tu tak po prostu? 

Gestem wskazał na otwarte drzwi za sobą. 

-  Zabezpieczenie dosyć niedbałe - rzucił. - Powinnaś być 

bardziej ostrożna. 

Psiakrew! Sama dała mu argument przeciw jej matczynym 

zdolnościom. 

-  Nie  mamy  tu,  w  Sierra  Springs,  zbyt  wielkiego  wskaź-

nika porwań - powiedziała słabo. Wbiła spojrzenie w jego 
pierś. Na koszulce miał, oczywiście, emblemat Jankesów. Był 
człowiekiem  niezwykle  patetycznym.  I  przystojnym.  I...  po-
nętnym. 

Callie  straciła  równowagę  i  usiadła  z  impetem.  Cameron, 

wyraźnie przestraszony, kucnął. 

-  Nic ci się nie stało, malutka? 

R

 S

background image

80 

 

Dziewczynka  zagulgotała  radośnie.  Była  zalotna  jak  jej 

matka. I równie urocza. 

Skoro  już  tu  jest,  pomyślała  Jo,  jakoś  muszę  sobie  z  tym 

poradzić. 

- Przygotuj się, Cam. Wkrótce się zakochasz. 
- Ha! - Uśmiechnął się szeroko. - To nie takie proste. 
- Tak? Nie znasz jeszcze Callie McGrath. 
Ujął ostrożnie malutką rączkę i potrząsnął delikatnie. 
- Miło mi cię poznać panno Callie. Nazywam się Cameron. 

Możesz  mówić  mi  Cam.  Wszyscy,  którzy  mnie  lubią,  tak 
mówią. - Zacisnęła piąstkę na jego palcu. Zerknął na Jo. 
- Nawet panna Jo Ellen Tremaine. 

Mówiłam do niego Cam? zdziwiła się. 
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś - przyznała. - W urzędzie 

jeszcze  nic  o  tobie  nie  mówiłam.  Nie  zdążyłam  nawet  opra-
cować planu wojennego. 

- Planu wojennego? - Zaśmiał się i uwolnił palec. 
- To jest wojna. Ty chcesz spróbować zabrać mi dziecko, a 

ja mam zamiar się bronić. 

Długą chwilę patrzył na nią w milczeniu. Wstał. 
- Dlaczego uważasz, że po to przyjechałem? 
- Powiedzmy, że to intuicja. 
- Mylisz się. 
Delikatny promyk nadziei błysnął w jej sercu. 
- Naprawdę?  Nie  przyjechałeś,  żeby  spróbować  zabrać  mi 

dziecko? 

- Odbyłem na ten temat kilka długich rozmów z Quinnem i 

Colinem. 

-I? - Wstrzymała oddech. 

R

 S

background image

81 

 

-I  uznaliśmy,  że  powinienem  wybrać  się  w  podróż,  zo-

baczyć Callie, obejrzeć twój dom i  warsztat,  żeby dowiedzieć 
się, jak... 

-  A  więc to ma być test? Przesłuchanie? - Sama nie wie-

działa, czy jest to dla niej obraza, czy nadzieja. 

-  Potraktuj to raczej jak... wizytę. Zgoda? 

Rozważała jego słowa. Spoglądała na Callie, która nie od-
rywała od przybysza zachwyconego spojrzenia. 

- Czy  twoi  bracia  też  przyjadą  tu  z...  wizytą?  -  spytała  po 

długiej chwili. 

- Nie.  Ciągnęliśmy  słomki.  -  Mrugnął  szelmowsko.  -  Ja 

wygrałem. 

- Wiesz,  jakaś  moja  część  ma  ochotę  wskazać  ci  drzwi  i 

powiedzieć, co możesz sobie zrobić z tą wizytą. 

- A ta pozostała część? 
Pomału pokiwała głową. Zbliżyła się doń o krok. 
- Uważa,  że  to  świetna  okazja,  żeby  pokazać  ci,  jak  sta-

teczny i pełen miłości dom ma tutaj Callie. 

- I która z was wygrywa? - spytał. - Inteligentna, rozsądna i 

dojrzała Jo, czy też Jo uparta, roztropna i opiekuńcza? 

Spryciarz, pomyślała, z trudem hamując uśmiech. 
-  Obie potrafią być bardzo przekonujące. 

Niespodziewanie położył ręce na jej ramionach. 

-  Ja też - powiedział. - Wiesz, że muszę to zrobić, i inteli-

gentna, rozsądna i dojrzała Jo akceptuje to, prawda? 

Przytaknęła. Nie mogła wydobyć głosu. A on pocałował ją 

w czoło. 

-  Dobra dziewczynka. Bardzo lubię tę część ciebie. 

R

 S

background image

82 

 

A co z drugą częścią? Co z tęskniącą, pragnącą, pożądającą 

Jo? 

No cóż. Chwilowo musiała milczeć. 

- Chodźmy na wycieczkę. 
- Na  wycieczkę?  -  Proponowała  mu  wycieczkę?  Cam  sie-

dział na betonowej podłodze i przyglądał się Jo. Ostatnie po-
ciągnięcia  szlifierką  wykonała  z  finezją  artystki.  Niezwykle 
ponętnej artystki. Podczas pracy koszulka wysunęła się jej ze 
spodni,  odsłaniając  fragment  mlecznej  skóry.  A  tuż  nad  kra-
wędzią  spodni,  na  biodrze,  dostrzegł  coś  małego,  czarno-
czerwonego. 

Tatuaż. 
Zesztywniał z ciekawości. 
- Tak,  na  wycieczkę  -  rzuciła.  -  Jesteśmy  w  górach.  Tutaj 

tak  właśnie  spędzamy  niedzielne  popołudnia.  Wspinamy  się 
po górach. Albo pływamy pontonami po rzece. –  Gotów był 
przysiąc,  że  uśmiechała  się  pod  maską.  -  Bo  może  wolisz 
zmierzyć się z bystrzami? Czy jesteś zbyt zmęczony podróżą? 

Wyczuł  wyzwanie  w  jej  głosie.  Prawie  słyszał  niewypo-

wiedziane: „mieszczuchu". 

- Co tylko zechcesz - odparł. - Jestem do twojej dyspozycji 

przez tydzień. 

- Tydzień?  -  Wrzuciła  narzędzia  do  skrzynki  i  zdjęła  ręka-

wice. - Co, u diabła, miałabym robić z tobą przez tydzień? 

Mogłabyś  pokazać  mi  tatuaż,  pomyślał.  Jego  oczy  same 

pobiegły ku jej biodrom. 

R

 S

background image

83 

 

-  Nie będę wchodził ci w paradę. 
Przeciągnęła  palcem  po idealnie  gładkiej powierzchni  wy-

polerowanej blachy. Nie było śladu uszkodzeń. Nie do wiary, 
pomyślał. Zrobiła to w trzy kwadranse. 

-  Już  to  zrobiłeś.  -  Maska  nie  zdołała  stłumić  jej  nieza-

dowolenia. 

Musiał  przyznać,  że  przyjęła  go  lepiej,  niż  oczekiwał. 

Szybko  się  uspokoiła.  Z  wielką  wprawą  nakarmiła  Callie. 
Kiedy  dziecko  usnęło,  umyła  butelkę  i  pokazała,  by  poszedł 
za nią do warsztatu. Tam, siedząc na podłodze, przyglądał się 
jej pracy. 

I  jej.  Zauważył  fragment  tatuażu.  A  przy  każdym  jej  po-

chyleniu widział odrobinę więcej piersi. 

Wstała,  otrzepała  spodnie  i  podniosła  skrzynkę  z  narzę-

dziami. 

-  Skończone  -  powiedziała.  Zerknęła  za  szybę.  –  Ona 

zbudzi się już niedługo. 

Wstał i wyjął jej skrzynkę z dłoni. 
-  Gdzie mam to postawić? - spytał. 

Zdumienie rozszerzyło jej oczy. 

- Czyżby  te  narzędzia  były  tak  cenne,  że  nie  mogę  ich  do-

tykać? 

- Nie. Po prostu nie przywykłam do pomocy. 
- Nie chciałem urazić cię, najdroższa. Po prostu chciałbym 

jak najszybciej ruszyć na wycieczkę. 

Parsknęła  śmiechem.  Nie  uwierzyła  w  ani  jedno  jego  sło-

wo. 

-  Postaw tam. Zajrzę do Callie. 
Zaniósł skrzynkę we wskazane miejsce. Po drodze rozej- 

R

 S

background image

84 

 

rzał się uważnie. Warsztat był wyjątkowo czysty. Pełen świat-
ła. Wyczuwało się wszędzie kobiecą rękę. 

- Szukasz naruszenia prawa, mecenasie? 

Zaskoczyła go. Zjawiła się za jego plecami zupełnie bez 
szelestnie. 

- Podziwiam twój warsztat. Jest uroczy... kobiecy. Zaśmiała 

się głośno. 

- Kobiecy? Powinieneś zobaczyć „Kłaczki". Kłaczki? Ach, 

część Katie. Za ścianą. 

- Może później - powiedział. - Czy Callie zbudziła się już? 
- Nie.  Ale  to  nie  potrwa  długo.  W  książkach  piszą,  że  po-

winnam  obudzić  ją, bo  odpowiedni  czas już  minął.  Ale  uwa-
żam, że to jest zbyt okrutne. 

- Nie  wyglądasz  na  taką,  która  przejmowałaby  się  książ-

kami. 

Uśmiechnęła się, zadowolona. 
- Raczej  nie.  Ale  tyle  mądrych  rzeczy  napisano  na  temat 

opiekowania  się  dziećmi...  A  ja  bardzo  chciałabym  nie  po-
pełnić jakiegoś błędu. 

- Nie wątpię. - Pomaszerował za nią do wyjścia. 
- O! Już wstała. 
- Nic nie słyszę. 
Wytężył  słuch.  Usłyszał.  Jakby  gdzieś  bardzo  daleko  ktoś 

wypuszczał powietrze z balonika. To ma być dziecko? Kiedy 
Jo otwarła drzwi, dźwięk stał się niezwykle intensywny. Przez 
szybę widział, jak Jo pochyliła się nad kojcem i wyjęła Callie. 
Nie słyszał jej słów, mógł je sobie wyobrazić. Głaskała dziew-
czynkę i całowała w główkę. 

R

 S

background image

85 

 

Jo nie potrzebowała książek. Była urodzoną matką. 
Dotychczas sądził, że niektóre kobiety nie mają takiego in-

stynktu.  Był  pewien,  że  jego  matka  odeszła  właśnie  dlatego. 
Teraz wiedział już, że się mylił. 

Dwadzieścia  sześć  lat  wcześniej  zostawiła  męża  i  synów. 

Teraz  on  stał  w  obliczu decyzji, czy  rozbić tę prowizoryczną 
rodzinę. Tylko czy w ten sposób zdoła ukoić stary ból? 

Nie  był  przekonany,  że  postępuje  dobrze.  Ale  uzgodnił  z 

braćmi, że zanim podejmą decyzję, powinni przynajmniej za-
poznać się z sytuacją dziecka. Quinn był przekonany, że po-
winni zabrać dziewczynkę i wychowywać ją sami. Przez cały 
tydzień naradzał się z Nicole. 

Colin,  zgodnie  z  oczekiwaniami  Cama,  proponował,  żeby 

najpierw  porozmawiać  z  ojcem.  Nadal  mieszkał  w  Pitts-
burghu i był z nim najbliżej. Opiekował się nim. To od niego 
wiedzieli,  że przez  ostatnie  lata  ojciec stał  się  odludkiem.  Żył 
niemal jak pustelnik. 

Czy mogły to być wyrzuty sumienia? 
Cameron zaś bardzo chciał poznać dokładnie historię matki 

i porównać ją z wersją ojca. 

Jo wyrwała go z zamyślenia. Wszedł do biura. 
- Cześć,  malutka  -  powiedział. Mokre od  płaczu  oczka po-

jaśniały,  kiedy  dziewczynka  uśmiechnęła  się  na  jego  widok. 
A  jemu  zrobiło  się  ciepło  na  sercu.  Zachciało  mu  się  śmiać, 
tak  bardzo  była  podobna do  Colina  i  Quinna  w  ich  wieku.  - 
Idziesz z nami na wycieczkę? 

- Ona  jest  profesjonalistką  -  powiedziała  Jo.  Popatrzyła  z 

dezaprobatą  na  pantofle  Camerona.  -  Bardziej  martwię  się  o 
jej wujka. 

R

 S

background image

86 

 

-  Mam lepsze buty w samochodzie. Chyba że zechcesz 

pożyczyć mi któreś ze swoich męskich butów. 

Zmarszczyła nos. 
-  Niedobry wujek - szepnęła do ucha Callie. 
Ale dziewczynka wyciągnęła pulchną rączkę i złapała go za 

nos. 

-  Daj  spokój  - powiedziała  Jo.  Śmiejąc  się  głośno, uwol-

niła Cama. Podniosła stojącą pod ścianą wielką torbę. Głową 
wskazała drzwi. - Najpierw pójdziemy do domu, spakować 
drugie śniadanie. A ją trzeba nakarmić. 

Cam  zamierzał  zatrzymać  się  w  jednym  z  wielu  okolicz-

nych moteli. 

- Muszę  znaleźć  sobie  jakieś  lokum.  Który  z  moteli  na 

Carvel Street poleciłabyś? 

- Żaden.  Chyba  że  masz  za  dużo  pieniędzy.  Możesz  za-

mieszkać u mnie. 

Fala pożądania ścisnęła mu trzewia. 
-  U ciebie? Jesteś pewna? 
Wyczytał w jej oczach, że pojęła, co miał na myśli. I że nie 

podzielała jego zapału. 

-  Jak inaczej chcesz się przekonać, w jakim domu żyje 

Callie? Przecież będziesz musiał zdać szczegółową relację 
swoim dociekliwym braciom. 

Tak,  doskonale  zrozumiała,  po  co  przyjechał.  Ale  czy  na-

prawdę  nie  dostrzegała,  jak  niebezpieczna  była  jej  propozy-
cja? Czy to tylko on nie umiał wyzwolić się od wspomnienia 
bliskości jej ciała? 

-  Doceniam twoją propozycję... - Zawahał się. Nie bar 

dzo wiedział, jak wyrazić swoje obawy. 

 

R

 S

background image

87 

 

-  Dam sobie radę - ucięła dyskusję. - To zdaje się ty po 

wiedziałeś, że potrafię dać sobie radę ze wszystkim. 

Długim spojrzeniem omiótł dziecko w jej ramionach, torbę 

na ramieniu i delikatne ręce, z jednakową wprawą posługujące 
się szlifierką, co butelką z kaszką. 

-  Na pewno dasz sobie radę - powiedział. 

Tylko czy on da? 

R

 S

background image

88 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Jo  nieustannie  zerkała  we  wsteczne  lusterko.  Auto  z  wy-

pożyczalni,  którym  jechał  Cam,  z  trudem  radziło  sobie  ze 
wspinaczką po krętej drodze do domu Jo i ledwo nadążało za 
jej półciężarówką z napędem na cztery koła. Nie, nie bała się, 
że go zgubi. Był tam cały czas. Wielki, postawny, seksowny, 
czarujący,  groźny,  seksowny,  zabawny,  przystojny...  powie-
działa, seksowny?... problem. Na cały tydzień. 

- Tydzień! 
- O  czym  myślałam,  kiedy  go  do  nas  zapraszałam?  -

zwróciła się do siedzącej w foteliku z tyłu Callie. 

Dziewczynka pracowicie żuła plastikowy gryzak. Z uśmiech-

niętej buzi ciekł cienki strumyczek śliny. 

- Masz  rację.  -  Jo  westchnęła  gorzko.  -  W  ogóle  nie  my-

ślałam. Ale kto byłby w stanie myśleć w jego obecności. Sześć 
razy omal nie walnęłam się młotkiem w palce, kiedy tak sie 
dział i... pożerał mnie wzrokiem. 

Roześmiała się. 
- To  tylko  tak  się  mówi,  skarbie.  Gryź  sobie  dalej.  Nie 

zwracaj uwagi na ciocię Jo. 

- Jojojojojo. 
Gaworzenie Callie napełniło jej duszę radością. Ale jed- 

R

 S

background image

89 

 

nocześnie strach zmroził jej serce. Przypomniała sobie, po co 
dokładnie  Cameron  McGrath  przyjechał  do  Kalifornii.  Nie 
miało  to  nic  wspólnego  z  chemią  i  iskrzeniem  między  nimi. 
Chodziło mu tylko o to, żeby zabrać dziecko. 

Minęli ostatni zakręt. Między sosnami ukazał się biały płot 

otaczający jej kawałek góry i dom, w którym mieszkała. Starą 
farmę,  którą  odbudowała  i  z  której  była  bardzo  dumna. Cie-
kawe,  jak  spodoba  się  Cameronowi,  bogatemu  miesz-
czuchowi? 

Zatrzymała samochód przed wjazdem do garażu, wysiadła i 

otworzyła drzwi koło Callie. Cam zatrzymał auto tuż za nią. 
Nie zdążyła odpiąć dziecka, a on już stał przy niej. 

-  Tutaj mieszkasz? 
No i macie! Obejrzała się na niego. Tak. Przedrzeźniał ją. Z 

głową  wysoko  zadartą  ku  koronom  drzew.  Jak  niegdyś  ona, 
gdy stała przed wieżowcem. 

-  Nie  ma  tu  ekspresowych  wind,  ale  nazywamy  to  do-

mem. 

Uśmiechnął się szeroko. 
-  Pomóc ci? - spytał. 
- Poradzę sobie. 

Wyjęła Callie z auta. 

- Bardzo  ładna  posiadłość  -  powiedział  całkiem  poważnie, 

rozglądając się po okolicy. 

- Mówiłam ci, że mam tu zupełnie inne widoki - odparła z 

dumą. 

- Mówiłaś prawdę. 
Zrobiło  się  jej  miło.  Zależało  jej  na  tym,  żeby  dom  Callie 

zrobił na nim dobre wrażenie. 

R

 S

background image

90 

 

Przyglądała  się  przez  moment,  jak  wypakowywał  swoje 

bagaże. 

- Zamierzasz pracować tutaj? - Poprowadziła go do domu. 
- Nie. Poradzą sobie w firmie beze mnie. 
- Nie macie żadnych poważnych spraw? 
- Teraz nie. 
- To po co ci laptop? Żeby wysyłać raporty McGrathom? 
- Prosili, żebym wysłał im zdjęcie Callie. - Uśmiechnął się. 
Lęk  ścisnął  jej  żołądek.  Rzuciła  klucze  i  torebkę  na  zabyt-

kową komódkę. To tylko kwestia czasu, pomyślała, kiedy zja-
wią się tutaj, żeby zabrać Callie. 

-  Wejdź, proszę - bąknęła. Przeszli przez salon do kuchni. 

Serca jej domu. 

-  O! - powiedział Cam z prawdziwym zachwytem. 

Zaśmiała się z zadowoleniem. Usadowiła Callie w wysokim 
krzesełku. 

-  Tam - wskazała gestem nieduży pokoik sąsiadujący 

z kuchnią - jest moje biuro i pokój gościnny. Będziesz musiał 
rozkładać sobie kanapę. Ale wszyscy mówią, że jest wygodna. 
Będziesz też mógł podłączyć komputer do sieci. 

Do miseczki nałożyła trochę płatków, z lodówki wyjęła bu-

telkę z sokiem. 

-  Mogę ją nakarmić? - spytał Cameron. 
Lęk zmroził ją aż do kości. Pomalutku próbował zbliżyć się 

do Callie. Ale przecież sama go zaprosiła. 

-  Oczywiście - odpowiedziała. - Ale musisz włożyć jej 

śliniak, a sobie jakiś fartuszek. Inaczej może ochlapać ci ko-
szulkę. 

R

 S

background image

91 

 

-I  znaczek  Jankesów?  Nie  zrobiłabyś  tego,  prawda,  ko-

chanie? - zwrócił się do dziecka. 

Callie  zaszczebiotała  radośnie.  Wszystkie  kobiety  zaczy-

nały szczebiotać, kiedy zwracał się do nich „kochanie". 

- Widzisz? - Szeroko rozłożył ramiona i wskazał znaczek na 

koszulce.  Jo  nie  mogła  oderwać  do  niego  oczu.  I  nie  mogła 
zapomnieć jego dotknięć. 

- To  prawdziwa  dynastia,  maluchu  -  tłumaczył.  A  Jo  po-

czuła,  że  zaschło  jej  w  ustach.  -  Jeśli  będziesz  chciała,  cały 
twój pokój ozdobimy symbolami Jankesów. 

- Chcesz  zamalować  Kubusie  Puchatki,  które  tak  praco-

wicie malowałam? - Jo posłała mu zdegustowane spojrzenie. - 
Nic z tego, kolego. 

- Może jeszcze nie teraz - zgodził się szybko. - Możemy za-

czekać, aż ona sama zacznie grać. 

Jo parsknęła śmiechem. 
- Ona  nie  będzie  grała  w  baseball,  Cam.  Ona  jest  wierną 

kopią  swojej  matki.  Nigdy  nie  wystawi  na  szwank  zdrowia 
albo pomalowanych paznokci. 

- Kto  wie?  -  Ostrożnie  podsunął  łyżeczkę  do  buzi Callie.  - 

Powiadają, że środowisko może być silniejsze niż geny. Może 
będzie doskonałym cieślą. 

Mina Jo zrzedła. Miał to być komplement czy zaczepka? 
A  ta  zdradziecka  Callie  grzecznie  otworzyła  buzię.  Jakby 

nigdy  przedtem  nie  zdarzyło  się  jej  uderzyć  piąstką  w  pełną 
łyżkę. 

-  Ona jest naprawdę śliczna - powiedział cicho Cam. 

Bardziej do siebie, niż do Jo. 

R

 S

background image

92 

 

- Jest  taka  podobna  do  Katie,  że  chce  mi  się  płakać  -  po-

wiedziała Jo. 

- Zastanawiałem się, czy masz jeszcze inne fotografie? Wiesz, 

Katie, kiedy była mała. - Głos zadrżał mu leciutko. 

Pomyślała o dwóch albumach, które z mamą wydobyły z gru-

zów. Były tam wszystkie zdjęcia, jakie Chris zrobiła Katie  od  jej 
narodzin, aż do... 

- Mam. Wiele. 
- Może później mógłbym jej obejrzeć? 
Położyła  mu  dłoń  na  ramieniu.  Żeby  go  pocieszyć.  Bo  prze-

cież nie dlatego, że chciała go dotknąć. 

- Pokażę ci je dziś wieczorem. Kiedy wrócimy z wycieczki. Zerk-

nął na jej dłoń. Podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. 

- Dokąd pójdziemy? - spytał. 
- Za dom. - Wskazała za okno. 
- To bardzo wygodne. 
- Jeszcze jak. Prawie codziennie robię wiele kilometrów. Szczę-

ka opadła mu ze dziwienia. Szybkim spojrzeniem omiótł jej syl-
wetkę. 

-  Nic dziwnego, że masz taką wspaniałą figurę. 

Zrobiło się jej miło, chociaż starała się tego nie okazać. 

- Pójdę  przebrać  się  i  spakować  coś  do  jedzenia.  Dasz  sobie 

chyba z nią radę przez kilka minut? 

- Oczywiście. Wszystko będzie dobrze. Jo pochyliła się i poca-

łowała dziecko. 

- Wrócę niedługo, cukiereczku. Callie spojrzała na nią niepew-

nie. 

-  Nic się nie bój. - Jo pogłaskała ją. - Idę tylko na górę. 

Zostaniesz z... wujkiem Camem? 

R

 S

background image

93 

 

- Z Camem - poprawił. - Ona może nazywać mnie Cam. 
- Wcale nie będzie cię nazywać. Ona nie umie jeszcze mó-

wić, Cam. 

-  Ca-ca-ca-ca! - Callie wyciągnęła paluszek w jego stronę. 

Uśmiechnął się z zadowoleniem. 

- Słyszałaś?  Powiedziała  moje  imię.  Zanim  odjadę,  będzie 

mówić, że mnie kocha. 

- Tego  właśnie  się  obawiam  -  powiedziała  Jo,  uśmiechając 

się sztucznie. 

Bo wcale nie było jej do śmiechu. Serca obu kobiet w tym 

domu będą przez najbliższy tydzień wystawione na ciężką 
próbę. 

Jo  wspinała  się  na  górę  z  gracją,  zręcznością  i  lekkością. 

Callie  siedziała  sobie  wygodnie  w  nosidełku  na  jej  piersi. 
Rozglądała się, paplała i podśpiewywała. 

Gdyby Cam nie grywał  w piłkę trzy  razy  w tygodniu, a w 

pozostałe  dni  nie  ćwiczył  na  siłowni,  nie  nadążyłby  za  Jo. 
Szła jak maszyna. 

Czyżby miał to być dla niego test? 
Z  przyjemnością  obserwował,  jak  stawiała  długie  kroki. 

Nigdy  przedtem  tak  umięśniona  dziewczyna  nie  działała  na 
niego  tak  podniecająco.  Wszystkie  jego  dotychczasowe  przy-
jaciółki były wiotkie i delikatne. 

Spróbował wyobrazić sobie Amandę wspinającą się po gó-

rach i roześmiał się głośno. 

-  Miło słyszeć, że bawisz się dobrze - rzuciła przez ramię. 

- Bo dopiero za moment zaczną się schody. 

R

 S

background image

94 

 

Schody? 
- Chcesz powiedzieć, że zrobi się trudniej? 
- Trochę. - Zatrzymała się. Uniesionym palcem wskazała do gó-

ry.  -  Mamy  jeszcze  jakiś  kilometr.  Potem  zjemy  lunch  w  moim 
ulubionym miejscu. Chyba że jesteś zbyt zmęczony albo głodny. 

Prawdę mówiąc, był głodny jak wilk i wyczerpany. Ale dziar-

sko powiedział: 

-  Mogę iść, jak długo zechcesz. 
Uśmiechnęła się, trochę kpiąco, trochę z niedowierzaniem. 
- Nie musisz mi niczego udowadniać, Cam. Po prostu powiedz, 

kiedy będziesz chciał zrobić przerwę. Ja robię to codziennie. 

- Mam dopiero trzydzieści pięć  lat  - powiedział.  - Ćwiczę  re-

gularnie. I gram w piłkę. 

- U-hu-hu! - Gdyby nie ciemne okulary, które miała na nosie, 

zapewne zobaczyłby jej kpiący wzrok. Nie po raz pierwszy czuł, 
że taksowała go badawczo. 

- Dalej, chłopczynko. - Poklepał ją po ramieniu. -Ruszaj. 
- Chłopczynko? A cóż to ma znaczyć? - Zaśmiała się głośno. 
Opuścił  okulary,  odsłaniając  oczy.  Tak,  żeby  mogła  dostrzec 

szczerość w jego spojrzeniu. 

-  Jesteś zbyt kobieca, żeby można było mówić o tobie chłop-

czyca. 

Nie widział jej oczu. Lecz rumieniec na jej policzkach nie miał 

wiele wspólnego z ciepłem kalifornijskiego słońca. 

R

 S

background image

95 

 

Obróciła się na pięcie i bez słowa ruszyła pod górę. 
-  Patrz  uważnie  pod  nogi  -  powiedziała.  A  potem  szep-

nęła coś do ucha Callie. 

Mniej  więcej  po  godzinie  znaleźli  się  na  szerokiej,  poroś-

niętej bujną trawą, otoczonej wysokimi sosnami polanie. 

- To  jest  to  twoje  ulubione  miejsce?  -  Cam  zdjął  plecak  i 

rozejrzał się dookoła. 

- Tak. Najwspanialsze na świecie. 
Błyskawicznie  rozłożyła  koc,  rozstawiła  na  nim  jedzenie  i 

napoje  i  usadziła  pośrodku  Callie.  I  od  tej  chwili  nie  spusz-
czała jej z oka ani na moment. 

Wyglądało  na  to,  że  obie  panie  porozumiewały  się  bez 

słów. 

Cam  poczuł  nieprzyjemny  ucisk  w  gardle.  Byłoby  okru-

cieństwem rozbicie takiego związku. 

Usiadł  na  skraju  koca.  Chłonął  w  zachwycie  piękno  ota-

czającej go przyrody... i krzątającej się obok kobiety. 

-  Jakie  teraz  przed  tobą  formalne  kroki  w  sprawie  adop-

cji? - spytał. 

Pochylona nad pojemnikiem z owocami Jo zastygła bez ru-

chu.  Potrząsnęła  głową,  żeby  odsunąć  z  czoła  kosmyk  wło-
sów. 

- Mam wyznaczone na piątek spotkanie w urzędzie. 
- W jakiej konkretnie sprawie? 
- Chcesz truskawkę? - spytała. 
Wziął jedną, podziękował skinieniem głowy. 
- Truskawkę, Cal? - podsunęła pojemnik dziewczynce. 

Mała wepchnęła owoc do buzi i zajadała ze smakiem. 

Cam cierpliwie czekał na odpowiedź. 

R

 S

background image

96 

 

-  W  piątek  powinnam  zjawić  się  w  urzędzie  z  podpisa-

nymi dokumentami. Ale teraz... - Włożyła do ust kawałek 
melona i popatrzyła w dal. 

Ale teraz nie miała podpisu. 
-  Oczekują,  że  dostarczysz  podpisany  „Wniosek  o  uzna-

nie zrzeczenia się praw rodzicielskich"? 

Pokręciła głową i przełknęła pospiesznie. 
-  Oni nie wiedzą o twoim istnieniu. Chciałam powiedzieć 

im o tym, mając podpisaną twoją zgodę. 

Położył się, wsparł na łokciu. 
-  Dam  ci  ją,  Jo  -  powiedział.  -  Nie  musisz  skamleć,  pła-

kać, rzucać się na ziemię i bić pięściami. 

Uśmiechnęła się smutno. 
- Dawno temu przekonałam się, że to nic nie daje. 
- Katie? - Był pewien, że to o niej mówiła. 
- Nadała  nowe  brzmienie  wspaniałemu  kalifornijskiemu 

biadoleniu. 

- Wygląda na to, że naprawdę była okropnym utrapieniem. 
- Owszem.  Ale  była  moim  utrapieniem.  Kochałam  ją.  -

Podparła  się  na  rękach,  odchyliła  głowę  do  tyłu.  -  Brak  mi 
tego jej biadolenia. Nawet nie wiesz, jak bardzo. 

Zapragnął  dotknąć  białej  skóry  na  jej  dekolcie.  Przypo-

mniał sobie jej smak. 

- Pójdę  z  tobą  - powiedział.  Chociaż  sam nie  miał  pojęcia, 

skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł. 

- Słucham?  -  Wyprostowała  się  gwałtownie.  Uniosła  oku-

lary,  żeby  przyjrzeć  się  mu  uważniej.  -  Chcesz  pójść  ze  mną 
do urzędu adopcyjnego? 

-Tak. 

 

R

 S

background image

97 

 

- Po co? 
- Przecież  zamierzałaś  powiedzieć  im  o  nas...  o  mojej  ro-

dzinie, prawda? 

- Owszem.  -  Pokiwała  głową.  -  Musiałabym.  Chociaż  nie 

wiem, czy uwierzyliby mi. 

Nie  musiałaby,  wiedział  o  tym dobrze.  Mogła udać,  że  nic 

nie wie o żyjących krewnych Callie. Ale uważała, że powinna 
tak postąpić. 

- Jeśli  osobiście  potwierdzę  twoją  historię,  to  pomoże  czy 

zaszkodzi? 

- To  może  przyspieszyć  sprawę.  Chociaż  z  drugiej  strony, 

na pewno rozpoczną pełną procedurę sprawdzającą. I na pew-
no zechcą przesłuchać ciebie i, zapewne, twoich braci. 

Doskonale  wiedział  to  wszystko.  Kiedy  opuściła  Nowy 

Jork,  szczegółowo  przestudiował  obowiązujące  w  Kalifornii 
przepisy adopcyjne. Dopóki nie podpisał stosownego oświad-
czenia, prawo do Callie przysługiwało jemu i jego braciom.  I 
choć znalazł kilka przypadków, kiedy sądy zdecydowały ina-
czej, prawo było przeciw Jo. 

Callie  stanęła  na  czworakach  i  szybko  ruszyła  z  koca.  Za-

reagowali  niemal  jednocześnie.  Lecz  w  ostatniej  chwili  Cam 
cofnął  rękę  i  pozwolił  Jo  złapać  dziewczynkę.  Tak  samo  po-
winienem  postąpić  w  sprawie  adopcji,  pomyślał.  Podobną 
myśl dostrzegł w jej spojrzeniu. 

- Kobieta,  z  którą  będziemy  rozmawiać,  nazywa  się  Mary 

Beth Borrell - powiedziała Jo. Posadziła Callie na kocu i dała 
jej kawałek chleba. - Co zamierzasz jej powiedzieć? 

- Powiem, że przyjechałem tutaj, żeby się przyjrzeć. Upew-

nić się, że Callie jest bezpieczna i kochana. 

R

 S

background image

98 

 

- A potem? Czy... - Odchrząknęła i uśmiechnęła się do nie-

go.  -  Naprawdę,  nie  chcę  błagać  i  prosić,  ale...  Czy  wtedy 
podpiszesz zgodę? 

- Nie mogę, Jo. 

Zacisnęła szczęki. 

- Nie mogę, dopóki nie porozumiem się z braćmi. Każdy  z 

nas  ma  zadania  do  wykonania  w  tym  tygodniu.  Potem  po-
dejmiemy decyzję. 

- Zadania? 

Pokiwał głową. 

- Colin musi porozmawiać z naszym ojcem. Może zdoła 

poznać prawdę o przeszłości. 

- Znamy już prawdę. 

Pominął jej uwagę. 

-  Quinn... - Naprawdę nie chciał tego mówić. - Quinn 

i  Nicole  rozważają  możliwość  wzięcia  jeszcze  jednego  dzie-
cka, gdy spodziewają się swojego. 

Parsknęła gniewnie. 
-  Wspaniale! Po prostu wspaniale. A ty przyjechałeś spraw-

dzić moje matczyne umiejętności. 

Położył dłoń na jej dłoni. 
-  Tu nie ma co sprawdzać, Jo. Jesteś wspaniałą mamą. To 

dla Callie naprawdę wielkie szczęście, że ma ciebie. 

Ku jego zaskoczeniu, odwróciła dłoń i splotła palce z jego 

palcami. 

- Powiedz to w biurze adopcyjnym. 
- Mam taki zamiar. 
Ale  Cam  wiedział,  że  nie  urząd  był  największym  prob-

lemem Jo. Znacznie więcej kłopotów mogła oczekiwać ze 

R

 S

background image

99 

 

strony jego braci. Myśl, że dziecko ich siostry mogłoby dołą-
czyć  do  rodziny,  rozpalała  ich  do  białości.  I  choćby  on  sam 
nie godził się z tym, jego bracia mieli wiele do powiedzenia w 
sprawie przyszłości Callie McGrath. 

Dłoń  Jo  była  ciepła  i  gładka.  Miała  długie,  delikatne  palce. 

Sprawna dłoń mistrza reperacji wraków. 

To dobrze, bo zanosiło  się na to,  że  za jego przyczyną cze-

kało ją kolejne wielkie nieszczęście. 

R

 S

background image

100 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Siedząc wygodnie w kącie kanapy Cameron obrócił ostatnią 

stronę  albumu  z  fotografiami.  I  uśmiechnął  się.  Jo  siedziała 
na  podłodze,  zawinięta  w  swój  ulubiony  koc,  i  przyglądała 
mu  się  bez  słowa.  Doskonale  wiedziała,  skąd  wziął  się 
uśmiech  na  jego  twarzy.  Ostatnie  zdjęcie  sama  dołożyła  ze 
swoich zbiorów. 

Zrobiono je w Reno, na tydzień przed trzęsieniem ziemi. Jo 

stale  miała  je  pod  powiekami...  Roześmiana  Katie  stała  pod 
kolorowym  neonem  z  napisem  „Reno".  W  jednej  ręce  trzy-
mała parę czarnych szpilek, w drugiej kowbojski kapelusz. 

- Przecież ona ma buty na nogach - powiedział. - Dlaczego 

trzyma następną parę? 

- To moje. 
- Niemożliwe. - Popatrzył na nią, zdumiony. 
- Możliwe. - Zaśmiała się cicho. 
- Wiele dałbym, żeby zobaczyć cię w tych pantofelkach. 

Zadrżała. 

- Tak... No cóż... Nie nakładam ich zbyt często. Kupiłam 

jej kapelusz i kazałam wyszyć monogram Katie. To był prezent 

R

 S

background image

101 

 

na urodziny. Kiedy czekałyśmy, aż skończą haftować, poszły-
śmy do sklepu z butami i tam wybrała dla mnie te szpilki. 
Uważnie studiował fotografię. 

- Wygląda na naprawdę szczęśliwą. 
- Bo  była.  Wszystko  szło  dobrze.  Roger  Morgan...  ojciec 

Callie...  wyniósł  się  z  Sierra  Springs.  „Wiórki  i  Kłaczki"  za-
częły  wreszcie  przynosić  dochód.  Sprawy  układały  się  po-
myślnie. 

- Nie na długo. 
-  Ano nie. Wkroczyła natura i wszystko zburzyła. 

Z głośnym trzaskiem zamknął album. 

Callie  zasnęła  zaraz  po kolacji.  I  od  tej pory  Jo  i Cameron 

rozmawiali bez przerwy. Dla fo ta noc mogłaby trwać wiecz-
nie. Rozmowa z nim była czystą przyjemnością. 

Przyglądała  mu  się  uważnie,  gdy  oglądał  zdjęcia.  I  wciąż 

coś nie dawało jej spokoju. Uznała, że nadeszła pora, żeby to 
wyjaśnić. 

-  Dlaczego ani razu nie powiedziałeś słowa o swojej mat-

ce? 

-  O czym tu mówić? - Wzruszył ramionami. - Wyglądała 

dobrze. Młodzieńczo. Trzymała się lepiej niż mój ojciec. 

- Bo dręczyły go wyrzuty sumienia. Parsknął śmiechem. 
- Uważasz, że to jest zabawne? 
-  Nie. - Pokręcił głową, wciąż uśmiechając się. - Ale do-

kładnie to samo powiedziałaby moja babcia. Zawsze mówiła 
o nas podobne rzeczy. Miała przepowiednię albo wróżbę dla 
każdego mężczyzny w rodzinie McGrathów. 

Jo szczelniej owinęła się kocem. Wieczór robił się chłodny. 

R

 S

background image

102 

 

- Co powiedziała? 
- Że  poczucie  winy  taty  zaskoczy  go  kiedyś.  Kiedy  nie  bę-

dzie się tego spodziewał. Bardzo nie lubił tego słuchać. 

- Teraz już wiesz, dlaczego. 
- Chyba wiem. - Odłożył album na stolik. 
- A  co  z  tobą  i  twoimi  braćmi?  Co  o  was  mówiła  wasza 

babcia? 

- No  cóż.  Quinn  jest,  a  raczej  był,  wielkim  magnesem  dla 

kobiet. 

- W przeciwieństwie do ciebie. 
- Powiedzmy,  że  on  uczynił  z  tego  prawdziwą  sztukę. 

Mniejsza  z  tym.  Babcia  zawsze  mówiła,  że  kiedyś  znajdzie 
„tę jedyną" i ustatkuje się. 

- Miała rację? 
- Powinnaś zobaczyć go w towarzystwie Nicole. Wesolutki 

jak skowronek... O Colinie mówiła, że jest urodzonym szczę-
ściarzem. Że wszystko w życiu przychodzi mu łatwo. 

- Jest tak? 
- Ma  wspaniałą  dziewczynę,  doskonale  prosperującą  firmę. 

I nawet jeśli tak nie jest, wydaje się, że wszystko przychodzi 
mu bez trudu. 

- A  co  z  tobą?  Jaką  przyszłość  tobie  przepowiedziała  bab-

cia? 

Przestał się uśmiechać. 
- Powiedz - poprosiła. 

Wstał niespodziewanie. 

- To tylko takie gadanie irlandzkiej staruszki, Jo. Nie można 

brać tego poważnie. - Przeciągnął się. - Chyba wezmę prysz-
nic i położę się. Zmiana czasu zaczyna mi doskwierać. 

R

 S

background image

103 

 

Najwyraźniej  Cam  zamierzał  zachować  w  tajemnicy  prze-

powiednię babci. 

- Musisz  skorzystać  z  mojego  prysznica  na  górze  -  po-

wiedziała. - Łazienkę na dole wykorzystuję jako składzik. 

- Co?  Nie  wyremontowałaś  jej  własnoręcznie  w  wolnych 

chwilach? - Podniósł ją, postawił na nogi. 

- Czeka w kolejce. - Trochę zbyt gwałtownie uwolniła rękę 

z jego uścisku. 

Kiedy  znaleźli  się  na  piętrze,  wskazała  drzwi  swojej  sy-

pialni. 

- Będę tutaj - powiedziała. 
- Będziesz wkładać pidżamę? - Zabawnie zmarszczył brwi. 
- Ja nie... 
- Wiem, że ty nie. - Mrugnął szelmowsko. - Dlatego to za-

proponowałem. 

- Bardzo  śmieszne.  -  Popchnęła  go  w  stronę  łazienki.  -Ale 

czasem robię wyjątki. 

Podczas  gdy  on  się  kąpał,  Jo  przebrała  się  w  jedyną  pidża-

mę, jaką znalazła - w bawełnianą koszulkę i bokserki. Potem 
przypomniała sobie, że powinna przygotować kanapę. Bo in-
aczej Cam gotów wpakować się do jej łóżka. 

Drżąc  z emocji, pobiegła na dół. Spieszyła się,  żeby zdążyć 

przed jego powrotem. 

Za nic nie chciała znaleźć się w pokoju z Camem i łóżkiem 

jednocześnie. Było to zbyt niebezpieczne. 

- Czy mogę obejrzeć twój tatuaż? 
Zaskoczona,  obróciła  się  na  pięcie.  Jak  zdołał  zejść  po 

schodach tak bezszelestnie? 

R

 S

background image

104 

 

Nie  mogła  złapać  oddechu.  Ale  jak  miała  oddychać,  gdy 

stał  w  drzwiach  w  samych  tylko  majtkach?  A  z  mokrych 
włosów spływały na jego szeroką pierś strumyki wody. 

I skąd, u diabła, wiedział o jej tatuażu? 
- Zaniemówiłaś? - Roześmiał się. Zachichotała z przymu-

sem. 

- Nie. Nie możesz obejrzeć mojego tatuażu. Zadowolony z 

siebie, skrzyżował ramiona. 

-  Widziałem kawałek, kiedy reperowałaś toyotę. Jest czer-

wony. Ciemny. W bardzo interesującym miejscu. 

Gorący rumieniec oblał jej policzki. 
- To  moja  osobista  sprawa.  Nikt  go  nie  widział,  prócz  ar-

tysty. I Katie. 

- Jakaś specjalna okazja? 
- Tak. Zrobiłam go, kiedy... Kiedy skończyłam coś po wie-

lu latach pracy. 

Wszedł  do  pokoju,  który  natychmiast  zrobił  się  strasznie 

ciasny. Zrobił krok ku niej. 

- Pozwolisz? - Spróbowała ominąć go. 
- Hm,  sądziłem,  że  to  jest  teraz  mój  pokój.  Będę  tu  bywał 

częściej.  -  Uśmiechał  się  coraz  szerzej.  -  No,  Jo,  pokaż  - 
szepnął, zerkając na jej biodro. - Pozwól mi zobaczyć. 

- Nie. Nie możesz go zobaczyć. 
- Co skończyłaś, kiedy go sobie kazałaś zrobić? 

Nigdy się nie poddawał. 

- Chodź. - Przecisnęła się za nim do wyjścia. - Ale  zostaw 

drzwi do garażu otwarte, żebym mogła usłyszeć, gdyby Callie 
mnie wołała. 

- Idziemy do garażu? 

R

 S

background image

105 

 

-  A gdzie spodziewałeś się znaleźć coś, co skończyłam? 

Pomału otworzyła ciężkie garażowe drzwi, żeby nie narobić 
hałasu i nie obudzić dziecka. 

-  Dokąd idziemy? - spytał. - Co... 
Zastygł w niemym zachwycie. A ona promieniała z dumy. 
-  Zaniemówiłeś? - Z radością patrzyła na lśniący czerwo-

ny lakier forda mustanga. - Czy nie jest cudowny? 

Gwizdnął z uznaniem. 
- Taaaak. Rocznik sześćdziesiąty piąty. Drugi rok produkcji. 

- Schylił się, pogłaskał maskę. - Cóż za wspaniała linia. 

- Kiedy  go  znalazłam,  był  niemal  wrakiem.  Miał  za  sobą 

zderzenie z ciężarówką. 

- Chcesz  powiedzieć,  że  sama  odbudowałaś  czterdziesto-

letniego mustanga? - spytał z niekłamanym podziwem. 

- To  było  całe  moje  życie...  Przed  Callie.  Ponad  dwa  lata 

pracowałam  przy  tym  samochodzie  we  wszystkie  niedziele. 
Podoba ci się kolor? 

- Jak landrynka. 
- Właśnie. - Uśmiechnęła się. - Tak samo słodki. 
- Silnik też wyremontowałaś? 

Pokręciła głową. 

-  Ile razy mam ci powtarzać, że nie jestem mechanikiem. 

Zrobił to jeden z moich przyjaciół. - Podniosła maskę. - 
Lśni jak nowy. 

Zbliżył się, więżąc ją między samochodem i sobą. 
-  Ten samochód jest tak śliczny jak ty - powiedział. 

Serce Jo omal nie wyskoczyło jej z piersi. Musiała oprzeć 

się o maskę auta, żeby pokonać słabość kolan. 

R

 S

background image

106 

 

- Dlaczego to robisz? - spytała cicho. 
Milczał długo. Spodziewała się, że za moment usłyszy żar-

tobliwe „Co robię?" 

- Bo cały dzień pragnę cię pocałować - wyznał szczerze. - A 

ty nie? 

- Ja też. - Nie mogła być nieszczera. 
Wpił  się  w  jej  usta.  Objął  mocno.  Przycisnął  do  nagiej 

piersi. 

Zarzuciła mu ręce na kark. A on pomału przesunął usta na 

jej szyję. A w ślad za nimi podążyła jego ręka. 

Krew  zagotowała się  w jej żyłach. Pragnęła go całym cia-

łem. 

A jego usta zawędrowały ku jej piersiom. I nie pozostało jej 

już  nic,  jak  tylko  odchylić  głowę  do  tyłu  i  przycisnąć  go  do 
siebie z całej mocy. 

Czuła go  wyraźnie poprzez spodenki. Napierał na jej pod-

brzusze.  A  jego  dłoń  wsunęła  się  pod  koszulkę  i  nakryła 
pierś. 

Westchnęła  gwałtownie.  Poczuła  na  ustach  gorące  wargi  i 

wpiła się w nie namiętnie. Pod jego palcami jej sutka stward-
niała jak skała. 

Uniósł się. 
- Co powiesz o tylnym siedzeniu? - popatrzył na samo 

chód. - Wiesz, że po to zostało zrobione. 

Potrząsnęła głową. Próbowała udawać zażenowaną tą pro-

pozycją. 

- Nie  w  moim  samochodzie.  Nie  ma  mowy.  -  Spróbowała 

uwolnić się. Bez powodzenia. 

- No to chodźmy do domu - pociągnął ją. Objął ją w ta- 

R

 S

background image

107 

 

lii  i  poprowadził  do  kuchni.  Oparł  o  drzwi  i  pocałował  za-
chłannie. 

-Ja...  Nie  mogę...  -  Chciała protestować.  Ale  zdołała  tylko 

zacisnąć  powieki.  -  Nie  mogę  przestać.  -  Naparła  na  niego 
biodrami. 

-  To nie przestawaj - szepnął jej wprost do ucha. 

Pocałował ją w ramię. Przesunął ręce w dół jej pleców. 

Chwyciła  go  za  głowę  i  pocałowała  prosto  w  usta.  Drżała 

cała. Dygotała z pożądania. 

Nagle poczuła, że uniósł ją do góry. 
-  Zobaczmy, do czego nadają się twoje blaty. 
Posadził  ją  na  blacie,  wsunął  się  między  jej  uda.  Zacisnęła 

palce na jego silnych ramionach. Kiedy znów ją pocałował, ich 
twarze były na tym samym poziomie. Ale zaraz pochylił głowę 
i jego wargi zaczęły znaczyć ogniste ślady wokół jej piersi. 

-  Co ja wyrabiam? - spytała półżartem. 
-  Ja czegoś szukam - wyszeptał. Zanim zorientowała się, 

złapał za gumkę bokserek i pociągnął w dół. Poczuła na bio-
drze czubek jego języka. 

A potem przez długą chwilę przyglądał się tatuażowi. Póź-

niej  musnął  go  językiem.  I  jeszcze  raz.  Jakby  chciał  po-
smakować  czerwonego  tuszu.  Rysunku  galopującego  konia. 
Wreszcie powoli się wyprostował. 

-  Mustang, oczywiście - powiedział, kręcąc głową. - Moja 

dziewczyna  ma  na  swoim  słodkim  pośladku  znak  firmowy 
samochodu. 

Jego  dziewczyna?  No,  może  w  tym  momencie.  Tego  wie-

czora. Może przez tydzień. 

-  Nie jestem niczyją dziewczyną. 

R

 S

background image

108 

 

Wplótł  palce  w  jej  włosy.  Ostrożnie  rozpiął  klamrę  trzy-

mającą koński ogon. 

- Nie, nie jesteś - powiedział. 

Poczuła ukłucie rozczarowania. 

-  Jesteś tylko swoją dziewczyną, Jo Ellen. - W jego głosie 

słychać było czułość i podniecenie. - I to mi się w tobie po 
doba najbardziej. 

Nie  mogła  się  powstrzymać.  Naparła  na  niego  biodrami. 

Pragnęła go. Jeszcze i jeszcze. 

Ich  języki  tańczyły  wspólny  taniec,  kiedy  ściągał  z  niej  ko-

szulkę. Kiedy znów pieścił jej piersi. Potem chwycił wargami 
wyprężoną sutkę i ścisnął. Zadygotała. 

- Naprawdę będziemy to robić tutaj? Na tym blacie? 
- Gdzie  tylko  zechcesz,  najdroższa.  -  Pocałował  ją.  Deli-

katnie chwycił zębami dolną wargę. - Tutaj, tam, na górze. - 
Sunął pocałunkami wzdłuż szyi. - W samochodzie. Na dachu. 
Na trawie. 

Niemal straciła oddech, kiedy wsunął dłoń do jej spodenek. 
-  Wszystko mi jedno, dokąd pójdziemy. - Jego palce nie 

próżnowały. - Chcę tylko kochać się z tobą. Chcę smakować 
cię. Chcę znaleźć się w tobie. 

Gwałtownie wciągnęła powietrze. Gotowa była na wszystko, 

godziła się na wszystko. I nagle usłyszeli płacz Callie. 

Wspinając  się  za  Jo  po  schodach,  Cam  nie  mógł  oderwać 

oczu od jej pośladków. Walczył z pragnieniem ściągnięcia w 
dół tych zabawnych bokserek, posmakowania tatuażu. 

R

 S

background image

109 

 

A  w  ustach  mełł  przekleństwa.  Na  małego  potwora,  który 

im przerwał.  Lecz kiedy zobaczył ją, maszerującą w łóżeczku, 
wyciągającą rączki do Jo, nie mógł powstrzymać uśmiechu. 

- Chce butelkę - powiedziała Jo, tuląc małą do piersi. 
- Przyniosę. 
- Nie,  nie.  W  nocy  kaszka  musi  być  ciepła.  A  moja  mi-

krofalówka strasznie kaprysi. 

- Jo, ja potrafię zagrzać kaszkę. 
- Masz. - Podała mu dziecko. - Pokołysz ją kilka minut. Za-

raz wrócę. 

Zanim zdążył zaprotestować, został sam z dzieckiem na rę-

kach. 

- W porządku, damy sobie radę. - Usiadł w fotelu na biegu-

nach i  usadził  sobie  małą na piersi.  Jak to  się  stało?  Jeszcze 
przed  chwilą  trzymał  w  ramionach  ponętną  kobietę,  a  teraz 
tulił  malutką  dziewczynkę  rozpaczliwie  domagającą  się  bu-
telki. 

- Hej, mała. - Pogłaskał ją po główce. - Wybrałaś sobie fa-

talną porę. Okropną. 

Położyła mu główkę na ramieniu. Dziwne uczucie spełnienia 

wypełniło mu serce. Oczywiście, wolałby spełnić się opleciony 
udami Jo, ale to nowe doznanie było niezwykle ciepłe. 

-  Na pewno  wyczułaś, że na dole działo się coś  wielkie-

go, prawda? 

Dziewczynka  zagulgotała  coś  niezrozumiale,  sapnęła  ci-

chutko. 

-  Oj, daj spokój. Nie zamierzam ci jej zabrać. Ani ciebie 

jej. - Ostrożnie przytulił drobne ciałko. Było mu naprawdę 
przyjemnie. 

R

 S

background image

110 

 

Zamyślił się. Co popchnęło go do Jo Ellen? Czemu pragnął 

jej tak mocno? Czy mogło to być coś więcej niż zwykłe, silne 
pożądanie? Nie. Niemożliwe. Lubił ją, owszem. Pragnął jej. 
Ale żeby... 

- Już jestem. 
Otwarł  oczy.  Stała  przed  nim,  z  butelką  w  jednej  ręce  i  ko-

cykiem w drugiej. 

- Ja to zrobię - powiedział. - Siedzimy tak wygodnie, że 

szkoda byłoby to zmieniać. 

Nie  oponowała.  Podała  mu  butelkę.  A  on,  instynktownie, 

ułożył sobie dziecko na przedramieniu. Jo okryła dziewczynkę 
kocem i pochyliła się. 

Sądził, że zamierzała pocałować ją. A tu, niespodziewanie, 

jej usta musnęły jego policzek. A potem zaskoczyła go jeszcze 
bardziej.  Usiadła  na  podłodze  i  położyła  mu  głowę  na  kola-
nach. 

Miał  przy  sobie  dwie  piękne  kobiety,  których  przyszłość 

mógł zmienić jednym pociągnięciem pióra. 

Pogłaskał  Jo  po  głowie.  Westchnęła  cicho.  Czuł,  że  powi-

nien  dać  jej  to,  czego  oczekiwała.  I  wtedy  stanął  mu  przed 
oczyma  obraz  z  dawnych  lat.  Siedział  na  kolanach  kobiety, 
która  karmiła  z  butelki  niemowlę.  Widział  ją,  jakby  to  było 
teraz. Czuł kwiatowy zapach jej perfum. Czuł jej dłoń w swo-
ich włosach. 

Spodziewał  się,  że  za  chwilę  wróci  doń  stary  ból.  Lecz  nic 

takiego  nie  nastąpiło.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  skończył  dzie-
więć  lat,  nie  czuł  do  niej  nienawiści  za  to,  że  odeszła.  Do-
strzegł wątpliwości, które należało wyjaśnić. Zrozumiał, że to 
on będzie leczył wszystkie rany w rodzinie McGrathów. 

R

 S

background image

111 

 

- Jo - szepnął, żeby nie zbudzić Calie. Uniosła głowę. 
- Chcę podpisać dokument. Nie uwierzyła mu. 
- Bo chcesz przespać się ze mną? Uśmiechnął się. 
- Nie. Chcę kochać się z tobą, ale nie dlatego chcę podpisać 

dokument. Chcę postąpić dobrze. Zrobię wszystko, co w mo-
jej mocy, żeby Callie została z tobą. 

- A  co  z  twoimi  braćmi?  Zdołasz  przekonać  ich,  jeśli  nie 

będą chcieli się zgodzić? 

- Nie  będę  musiał.  Nigdy  się  nie  kłóciliśmy.  Zawsze  by-

liśmy  razem.  -  Ostrożnie  wyciągnął  smoczek  z  buzi  śpiącej 
dziewczynki. - Ale jeśli będzie trzeba, będę z nimi walczył. 

Może nie będzie musiał. 
Jo  wstała  powoli.  Potem  wzięła  w  dłonie  jego  twarz.  Za-

mknął oczy. 

- Przepraszam, Cam. Przepraszam, że sprowadziłam tyle 

bólu na twoją rodzinę.  

Podniósł powieki. 
-  Moja babcia mówiła, że jestem przeznaczony do robie-

nia dobrych rzeczy. 

- Czy wiesz, co tym przypadku jest dobre? - wyszeptała. 

Kiwnął głową. 

- Callie musi zostać z tobą. 
- Och. - Zabrzmiało to jak łkanie. - Dziękuję ci. 
Cam popatrzył na dziecko na swym ramieniu. Nigdy dotąd 

nie czuł tyle satysfakcji i zadowolenia. Nigdy. 

 

 

 

R

 S

background image

112 

 

 

-  Nie. To ja tobie dziękuję - szepnął. Kiwnęła tylko głową 

i wyciągnęła ręce po dziecko. 

-  Zmienię  jej  pieluszkę  i  położę  do  łóżka  -  powiedziała.  - 

Mój pokój jest po drugiej stronie korytarza. Będę tam za dwie 
minuty. 

 

R

 S

background image

113 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Cam  zostawił  zapaloną  małą  lampkę, ponieważ  chciał  widzieć 

Jo. Chciał patrzeć, jak będzie reagować na jego dłonie, usta i cia-
ło. Chciał patrzeć jej w twarz, kiedy podziękuje jej za dar, który 
od niej otrzymał. Gdyby nie była postąpiła właściwie, gdyby nie 
jej wysiłki i starania, nigdy nie poznałby prawdy o swojej mat-
ce. 

Oczywiście, gdyby powiedział jej to, zaśmiałaby się tylko. 
Wsunął się pod kołdrę. Wciągnął w nozdrza zapach jej sypialni. 

Potem zdjął bokserki. Nigdy nie przypuszczał, że tak bardzo bę-
dzie pragnął dziewczyny z wytatuowanym koniem. Na samą myśl 
o niej zesztywniał. Gdzie ona była? Dwie minuty,  powiedziała. 
Chodź już, najdroższa. 

Zamknął  oczy.  W  Nowym  Jorku  była  już  trzecia  nad  ranem. 

Ale w takim stanie nie zdołałby usnąć z kobietą pod jednym da-
chem. 

Znów pociągnął nosem. Jej zapach przywołał kolejne obra-

zy. Przypomniał sobie smak jej skóry, jej gładkość, kształt pier-
si, krój ust... 

Cam usłyszał jakieś głosy. Kobiece. Cichy śmiech. Brzęk 

R

 S

background image

114 

 

filiżanki stukającej o spodek. Gaworzenie dziecka i rozma-

wiające kobiety. 

Z wolna budził się z najgłębszego snu, jaki kiedykolwiek mu 

się przydarzył. Nie  wiedział, gdzie jest. Zamrugał i rozejrzał 
się dokoła. 

Był  w  pokoju  Jo!  Dotknął  pustej  poduszki  obok  siebie. 

Rozczarowanie ścisnęło mu gardło. 

Z kim rozmawiała? Czemu tu jest tak jasno? Lampka, którą 

zostawił włączoną, nie świeciła. Był ranek. Godzina siódma! 

Zaklął pod nosem. 
Przeciągnął dłonią po nieogolonym podbródku. Zastanawiał 

się. Co robić? W końcu postanowił zaczekać tam, gdzie był. 

Czy ona w ogóle z nim była? Łóżko było w nieładzie. Jakby 

spało tam dwoje ludzi. Czyżby przespał przy niej całą noc? 

Niech szlag trafi strefy czasowe! 
Uniósł  kołdrę,  żeby  wyjść  z  łóżka,  lecz  zawahał  się.  Bez 

względu na to, kto był z nią na dole, na pewno nie chciałaby, 
żeby pojawił się, jakby spędził z nią noc. 

Nawet jeśli tak nie było. 
Wydało mu się, że usłyszał, jak ktoś mówi: „Do widzenia". I 

trzaśniecie drzwi. 

Podbiegł  do  okna.  Ale  zdołał  zobaczyć  tylko  tył  odjeżdża-

jącej półciężarówki Jo. 

Z  kuchni  doleciał  go  brzęk  naczyń.  „Jojojojo"  -  wołało 

dziecko. 

Kto tam był, u diabła? 

R

 S

background image

115 

 

Ciekawość poganiała go, kiedy mył zęby i ubierał się. 
-  Dzień dobry - powiedział, wchodząc do kuchni. Przy 

zlewie, tyłem do niego, stała jakaś kobieta. 

Odwróciła  się.  Miała  oczy  takie  jak  Jo.  Przez  moment 

przyglądała  się  mu  w  milczeniu. Miała  około  sześćdziesięciu 
lat. Krótkie włosy i gładką cerę. 

Nie miał wątpliwości. To była matka Jo. 
-  Powiedziała, że wyglądasz jak gwiazdor filmowy. 

Zamrugał. 

- Naprawdę  tak  powiedziała?  -  bąknął.  Nie  potrafił  wy-

obrazić sobie Jo mówiącej o nim w taki sposób. 

- Właściwie  powiedziała,  że  będziesz  tak  wyglądał.  Kiedy 

dorośniesz.  -  Wytarła  ręce  w  ręcznik  i  podeszła  do  niego.  - 
Jestem Alice Tremaine. 

- Kiedy dorosnę?! 
- Och. Oczywiście. Jego matka. 
- Rozumiem, że pani wie, kim jestem. 
- Cameron. Ten poważny. 
Miał  wrażenie,  jakby  żelazna  obręcz  zaciskała  się  na  jego 

piersiach. Czy naprawdę chciał tego słuchać? 

- Gdzie  jest  Jo?  -  spytał.  Podszedł  do  kojca  i  podał  Callie 

palec. - Cześć, malutka. Jak ci się spało? 

- Pojechała do pracy. - Alice przyglądała się mu uważnie. - 

Miałam zamiar zabrać Callie do siebie. Robię tak często, żeby 
Jo mogła  zająć się swoimi sprawami.  Ale dzisiaj nie byłyśmy 
pewne, czy powinnam tak zrobić. Powiedziała, żeby tobie zo-
stawić decyzję. 

- Proszę nie zmieniać swoich planów z mojego powodu. Je-

stem tu na krótko. 

R

 S

background image

116 

 

Jak  Jo  wytłumaczyła  matce,  że  spędził  noc  na  górze?  Naj-

wyraźniej  to  nie  miało  znaczenia.  Alice  nie  przywitała  go  ze 
strzelbą w rękach. 

-  Powiedziała,  że  jeśli  któryś  z  jej  synów  zechce  kiedy-

kolwiek ją odnaleźć, to na pewno będziesz ty. - Znowu ona. 
Matka. 

Czy naprawdę chciał tego słuchać? Podeszła bliżej. Drob-

na, musiała wysoko podnosić głowę, żeby mu się przyjrzeć. 
Ale nie przeszkadzało jej to. 

-  Nigdy nie wierzyła, że mógłbyś nie dać jej szansy przed 

stawienia jej wersji zdarzeń. 

Uniósł dłoń, jakby chciał ją zatrzymać. 
- Bardzo mi przykro z tego powodu. To stara historia, pan-

no, pani... 

- Al. Wszyscy mówią mi Al. Jak Jo. Mamy męskie imiona. 
Pokiwał  głową.  Wiele  by  dał,  żeby  nigdy  nie  doszło  do  tej 

rozmowy. 

- Czytałem listy, Al. Wiem, co zaszło. Nie mogę zmienić hi-

storii.  A  ty  na  pewno  doskonale  wiesz,  jak  wiele  mój  ojciec 
zrobił, żeby ją ukształtować po swojemu. 

- To dlaczego tu jesteś? 
- Przyjechałem  zobaczyć  Callie.  Jej  dom.  Upewnić  się,  że 

jest  bezpieczna  i  szczęśliwa.  -  Jeśli  nawet  były  jeszcze  jakieś 
inne powody, nie zamierzał mówić jej o nich. 

- Przyjechałeś, żeby poznać prawdę o matce. 
-I  poznałem.  Ale  interesuje  mnie  tylko  los  mojej  sio-

strzenicy. Teraz wiem, że jest zadbana i kochana. I pozostało 
mi już tylko postarać się, żeby mogła zostać z Jo. 

R

 S

background image

117 

 

Dlaczego  tłumaczył  się  tej  kobiecie?  Bo  była  przyjaciółką 

jego matki. Bo przygarnęła ciężarną kobietę. 

- Zamierzasz więc postąpić wbrew życzeniom matki. 
- Ja... - Spojrzał na nią twardo. - Co masz na myśli? 
- Chris  zostawiła  testament.  Szczegółową,  jasną  ostatnią 

wolę. 

- Słucham? 
- Wszystko zapisała tobie. 
Miał wrażenie, że oberwał pięścią w żołądek. 
- Ale ja niczego nie chcę. Na pewno możesz sprawić, żeby to 

wszystko poszło na cele charytatywne. 

- Nie możesz oddać Callie na cele charytatywne. 
- Callie? Obawiam się, że nie rozumiem. 
- Chris wyraźnie napisała, że jeśli cokolwiek stanie się Ka-

tie,  chciałaby,  żebyś  to  ty  zajął  się  wychowaniem  Callie.  - 
Widząc jego pełne niedowierzania spojrzenie, powiedziała: - 
Nieustannie  bała  się,  że  Katie  popełni  jakieś  głupstwo.  Bała 
się o los dziecka. 

Cameron  przez  chwilę  poczuł  się  tak,  jakby  dotknęło  go 

prywatne trzęsienie ziemi. 

- Jeśli nawet tak było, nadal pozostaje pewna kwestia spor-

na, ponieważ obie zmarły w tym samym czasie. 

- Nie,  nieprawda.  Chris  umarła  w  szpitalu  pięć  godzin  po 

Katie. Przez tych pięć godzin Callie była formalnie pod opieką 
Chris. 

Umysł prawnika pracował gorączkowo. 
- Dlaczego Jo nie powiedziała mi o tym? 
- Ona nie wie o tym testamencie. Jestem jedyną osobą, któ-

ra go widziała. 

R

 S

background image

118 

 

Czy ja śnię? Pomyślał. 
- Kiedy chciałaś jej powiedzieć? 
- Wcale  nie  chciałam.  W  testamencie  jest  zapis,  że  mogę 

powiedzieć tylko tobie. Osobiście. Nie przez telefon, nie pocztą 
elektroniczną. Czekałam, aż się zjawisz. 

- A gdybym się nie zjawił? 
- Byłam pewna, że przyjedziesz. 
- Dlaczego? 

Wzruszyła ramionami. 

- Kobieca intuicja. Przeczucie. No i znałam twoją matkę jak 

nikt na świecie. 

- A gdybym po prostu podpisał dokument w Nowym Jorku i 

już nigdy więcej nie spotkał się z Jo? 

Ze  stojącej  na  blacie  torebki  wyjęła  wąski  kartonik  z  na-

drukiem znajomej linii lotniczej. 

- To  jest  mój  bilet  do  Nowego  Jorku.  -  Wyjęła  następną, 

złożoną w troje kartkę papieru. - A to jest ostatnia wola Chri-
stine  McGrath.  Póki  nikt  nie  podważył  jej  ważności,  twój 
podpis i tak nie miałby żadnego znaczenia. 

Kolejne trzęsienie ziemi. 
- Usiądź, Cameronie.  -  Wskazała krzesło.  - Mam dla ciebie 

wiadomość od matki. 

Jo  pędziła  do  domu  jak  najszybciej.  Skończyła  szykować 

toyotę i spieszno jej było do Cama. Miała nadzieję, że się wy-
spał i że zgodził się, żeby jej mama zabrała Callie do siebie na 
kilka  dni.  Na  samą  myśl  uśmiechnęła  się  szelmowsko.  Po-
trzebny  mu  był  długi,  krzepiący  sen,  bo  miała  zamiar  zmę-
czyć go. Bardzo. 

R

 S

background image

119 

 

Gdy  wyjechała  zza  ostatniego  zakrętu,  serce  jej  się  ścis-

nęło. Biały samochód z wypożyczalni zniknął z podjazdu. A 
dom wydawał się całkiem... pusty. I tak było naprawdę. Wy-
jechał. 

Pobiegła  do  biura.  Torba  Camerona  zniknęła.  Pościel  na 

kanapie  poskładana.  Biegała  po  domu  na  pograniczu  histerii, 
szukając  kartki  z  wiadomością.  Wyjaśnieniem.  Albo  chociaż 
podpisanej zgody. 

Wyjechał? Tak po prostu? 
Stała pośrodku kuchni, starając się opanować. 
Mężczyźni zawsze odchodzą. 
Nieprawdaż? 
Rozejrzała  się  raz  jeszcze.  Torba,  którą  naszykowała  dla 

Callie, także zniknęła. Na pewno zabrała ją mama. 

Ciekawe,  czy  rozmawiała  z  nim  przed  wyjazdem?  Czyżby 

powiedziała  mu  coś,  co  sprawiło,  że  wyjechał  bez  pożegna-
nia? Wybrała numer telefonu Alice. Zgłosił się automat. 

Wyjęła  z  lodówki  butelkę  wody.  Wzięła  kapelusz  i  prze-

ciwsłoneczne okulary i ruszyła na codzienną wspinaczkę. 

Przez  dobrą  godzinę  szła  jak  automat.  Nie  myślała  o  ni-

czym. Pozwoliła stopom nieść się przed siebie. 

Była  już  bardziej  niż  gotowa  przespać  się  z  nim.  Pragnęła 

go. Jak nikogo od wielu lat. Lubiła go. Szanowała. Marzyła o 
nim. 

A on wyjechał. Może tylko pojechał do miasta? 
A  może  nie.  Mężczyźni  w  końcu  zawsze  wyjeżdżają.  Naj-

częściej po seksie. Ale on może być inny. Wyjeżdżają. Tak jak 
jej ojciec. I mąż. Za to kobiety zostają na zawsze. 

Dopóki nie wtrąci się Matka Natura. 

R

 S

background image

120 

 

Wspinała  się  zaciekle.  Oddychała  głęboko  żywicznym  po-

wietrzem. Starała się nie myśleć o dokumencie, który obiecał 
podpisać.  O  braciach,  z  którymi  przyrzekł  walczyć.  O  ko-
chaniu się w samochodzie, na blacie albo w trawie. Niech go 
diabli! 

Nagle...  Jak  wizja  nie  z  tego  świata.  Pośrodku  jej  ulubionej 

polany z rękami pod głową i zamkniętymi oczami leżał on. 

Cameron. 
Nie  wyjechał.  Przyszedł  do  tego  sekretnego  zakątka.  Za-

stygła bez ruchu. Przyglądała się mu uważnie. Czekała, aż jej 
serce zacznie bić normalnie. 

- Co ty tu robisz? - wydusiła w końcu. 
- Myślę. - Nie okazał zaskoczenia. 
- Myślisz? - Rozkoszna ulga. Podeszła bliżej. 
- O czym myślisz? - spytała. 
- Jestem wrakiem, Jo. Uklękła obok niego. 
-  No cóż, szczęściarzu. - Pogłaskała go po głowie. - Wraki 

to moja specjalność. 

Uśmiechnął się. Zamknął oczy. 
- Rozmawiałem z twoją matką. 
- To ona cię tak rozbiła? 
- Niechcący. 
Domyśliła się. Dotarł w końcu do prawdy na temat odejścia 

jego matki. Musiał teraz pogodzić się z nową rzeczywistością. 
A to nie będzie łatwe. Ale była w stanie pomóc mu. Mogła... 
kochać go. 

-  Myślałam, że wyjechałeś. 

R

 S

background image

121 

 

- Co? - Uniósł się na łokciu. 
- Nie było  twojego samochodu. Nie  znalazłam twojej torby 

i... Pomyślałam, że pojechałeś do Nowego Jorku. 

- Torba  jest  w  twoim  pokoju.  -  Wpatrywał  się  w  nią  in-

tensywnie. - Czy byłem zbyt zuchwały? 

- Nie.  -  Pokręciła  głową.  -  W  porządku.  Tego  właśnie 

chciałam. 

- Samochód postawiłem za garażem. 
- Tak? Nie zauważyłam go. - Nawet tam nie zajrzała. Od ra-

zu założyła, że wyjechał. 

Dotknął jej twarzy. Pogłaskał. 
- Żałuję, że zasnąłem ostatniej nocy. 
- Ja też. 
- Powinnaś była zbudzić mnie. 
- Byłeś wykończony. Nie miałam serca. 
- Masz wielkie serce, Jo Ellen. Pochyliła się ku niemu. 
- Tak się cieszę, że nie wyjechałeś. 
-  Powiedziałem przecież, że jestem twój przez cały tydzień. 

- Zdjął jej kapelusz. - Chodź, pocałuj mnie, chłopczynko. 

Nie potrzebowała więcej zachęty. 
Ich  pocałunek  był  szalony  i  namiętny.  Ale  inny  niż  po-

przedniej nocy. Bardziej czuły, bardziej delikatny. 

Ułożyła  się  na  trawie  obok  niego.  Nie  przerywając  poca-

łunku, wciągnął ją na siebie. Dosiadła go i jak najbardziej na-
turalnie  zaczęła  kołysać  biodrami.  Cameron  głaskał  ją  po 
głowie,  karku,  plecach  i  biodrach.  Wolno,  lecz  nieustannie. 
Po  chwili,  beż  żadnego  wysiłku,  obrócił  się  i  ułożył  ją  pod 
sobą. 

R

 S

background image

122 

 

Ani na moment nie przestała obejmować go za szyję. A on 

wsparł  się jedną  ręką na trawie.  A drugą  sięgnął do  guzików 
jej flanelowej koszuli. 

- Ale się dzisiaj wystroiłaś, Jo. 
Po raz pierwszy widział ją nie w dżinsach i bawełnianej ko-

szulce. 

- Miałam spotkanie z klientem. 
Rozpiął pierwszy guzik. Wstrzymała oddech. 
- Przychodzi tu ktokolwiek? - spytał. 
- Nie. - Pokręciła głową. - To jest moje miejsce. Tylko mo-

je. 

- Twoje? 
- Tak. Moja góra. Mój strumyk. Moje drzewa. 
- Mój  Boże!  -  Pocałował  ją.  Kolejne  dwa  guziki.  -  Jesteś 

piękna, mądra, zdolna, seksowna i masz swoją własną górę. 

Roześmiała się. 
- Gdybym jeszcze lubiła baseball, byłabym chodzącym 

ideałem. 

Rozchylił  poły  jej  koszuli,  odsłonił  zapinany  z  przodu  sta-

niczek. 

- Nauczę cię. - Sprawnie rozpiął stanik. - Jesteś doskonała. - 

Jego  głos  był  lekko  stłumiony,  gdyż  usta  już  wtulał  w  jej 
pierś. 

Żądze nie do opanowania targnęły jej ciałem. Naparła bio-

drami  na  jego  twarde  ciało.  Jego  usta  pracowicie  i  starannie 
pieściły  jej  piersi.  Bez  pośpiechu,  systematycznie,  zataczały 
coraz  szersze  kręgi.  Czubek  jego  języka  znaczył  rozpalony 
ślad na jej skórze. 

Powoli zdjął z niej koszulę i stanik, wystawił na dotknie- 

R

 S

background image

123 

 

cia wiatru i słońca. Natychmiast sięgnęła do jego koszulki. 
Ściągnęła mu ją przez głowę i rzuciła na trawę. Z rozkoszą 
przylgnęła do jego nagiego torsu. 

-  Pozwól - wymruczał, rozpinając jej spodnie. - Pozwól 

mi cię zobaczyć. Posmakować. 

Rozpiął  zamek  i  wsunął  dłoń  w  jej  majteczki.  Wyszła  na-

przeciw jego palcom, pojękując cicho. Zsunął jej spodnie do 
kolan.  A  ona  szybkimi  kopnięciami  pozbyła  się  ich  wraz  z 
butami.  Trawa  łaskotała  ją,  więc  ugięła  nogi  w  kolanach.  I 
otwarła drogę jego pocałunkom. 

-  Co my tu mamy? - Głaskał koronkę jej majteczek. - 

Dziewczęcą bieliznę. 

Zaczęła się śmiać. Ale kiedy jego usta wpiły się w koronkę, 

straciła dech w piersiach. Oparł dłonie na jej udach, rozsunął 
je szerzej. Czubkiem języka sunął wzdłuż koronkowej krawę-
dzi. 

Wplotła palce w jego włosy. Przycisnęła jego głowę z całej 

siły. 

Oczami  wyobraźni  widziała  jego  leniwy  uśmiech,  kiedy 

odsunął na bok cienki materiał. Słyszała, jak szeptał jej imię. I 
poczuła jego język. 

Miała  wrażenie,  że  umiera.  Krew  w  jej  żyłach  zawrzała. 

Biodra same uniosły się do góry. 

Zsunął z niej majteczki. I obsypał pocałunkami. 
-  Pozwól mi zobaczyć twojego konika - poprosił, prze 

chylając ją na bok. 

Pocałował tatuaż. 
-  Mustang Sally*. - Ciepło jego oddechu rozpaliło jej skó- 

Mustang Sally - tytuł przebojowej piosenki Wilsona Picket-

ta. 

R

 S

background image

124 

 

rę. Zacisnęła powieki. Jak to dobrze, że Katie namówiła ją na 
tę odrobinę szaleństwa. 

A  Cameron  kontynuował  powolną,  rozkoszną  torturę.  Pie-

ścił,  całował  i  ssał  coraz  mocniej.  Jo  drżała  coraz  gwał-
towniej. Szeptała jego imię. 

Sięgnęła do jego paska. Drżącymi palcami mocowała się z 

klamrą. 

-  Teraz ja, Cam. 

Pokręcił głową. 

- Kochanie,  muszę  być  w  tobie.  Muszę.  -  Rozpięła  mu 

spodnie. - Sięgnij do tylnej kieszeni - powiedział. 

- Ale  z  ciebie  mały  harcerzyk.  -  Wyciągnęła  małe  foliowe 

opakowanie. 

Zaśmiał się cicho. 
-  Nie taki mały. - Ujął ją za rękę i poprowadził do celu. 
Kiedy dotknęła go, wyprężył się cały. Gwałtownie wciągnął 

powietrze do płuc. A gdy w końcu oparła mu dłonie na piersi, 
pożądanie ścisnęło mu gardło. 

Energicznie pozbył się spodni i bokserek. Zębami rozerwał 

opakowanie. Jo popchnęła go na plecy. 

-  Ja to zrobię - szepnęła. Zacisnął szczęki. Usadowiła się 

nad nim. Spojrzeli sobie prosto w oczy. Wsparła się na jego 
ramionach. Była gotowa. 

Wysiłkiem woli zmusił się do pozostania w bezruchu. Od-

dychał tylko coraz ciężej, coraz gwałtowniej. Tylko kiedy po-
chyliła się,  zbliżyła twarz do jego twarzy, tak kurczowo  zaci-
snął pięści, że wyrwał kępki trawy. 

-  Dzięki tobie czuję się jak dziewczyna - wyszeptała. - 

Jak to zrobiłeś? 

R

 S

background image

125 

 

- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - Chwycił ją za biodra. - 

Jesteś najbardziej kobiecą, najpiękniejszą kobietą, jaką kiedy-
kolwiek spotkałem. 

Przewrócił ją na plecy. 
-Kobieca, piękna... I jeśli natychmiast nie znajdę się w to-

bie, umrę. 

Uniósł biodra. 
Zacisnęła  powieki.  Zatraciła  się  w  pięknie  gór  i  w  przeni-

kającej ją na wskroś rozkoszy. 

Już po chwili znaleźli wspólny rytm. Coraz szybszy, coraz 

mocniejszy. Grube krople potu spływały im po twarzach. Od-
dychali coraz gwałtowniej. Aż dotarli do kresu. 

Jo  wbiła  palce  w  jego  ramiona.  Dygotała  w  kolejnych  spa-

zmach spełnienia. Przywarła do niego.  Wpiła się  w  jego usta 
w gorącym pocałunku. 

R

 S

background image

126 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Tak  jak  się  Cameron  spodziewał,  jego  telefon  zaczął 

dzwonić  natychmiast,  kiedy  tylko  wysłał  do  braci  listy  elek-
troniczne  z  informacją  o  testamencie  matki.  Przez  dwa  dni 
nie odbierał. Przez dwa dni ignorował wszystko poza Jo Ellen 
Tremaine.  Ale  dłużej  nie  mógł  odkładać  tych  rozmów.  Z 
braćmi i z kochanką. 

Postanowił powiedzieć jej wszystko później, wieczorem. 
A  teraz...  Nawet  nie  musiał  patrzeć  na  wyświetlacz.  I  tak 

wiedział, kto dzwoni. Quinn albo Colin. Psiakrew! 

Chwycił telefon. Wiedział, że zostało mu najwyżej dziesięć 

minut,  nim  Jo  wróci  ze  sklepu.  Mieli  przed  sobą  w  pustym 
domu jeszcze  tylko jeden  wieczór  i pół  dnia.  Jo  obiecała mu 
„niespodziankę". Na samą myśl sztywniał. Kolejna wycieczka 
w  góry?  Kolejna  trzygodzinna  wspólna  kąpiel  w  wielkiej 
wannie? 

Nawet nie zdążył przywitać się po włączeniu telefonu. 
- Wchodzimy w to. - Głos Quinna nie brzmiał tak jasno jak 

zazwyczaj.  -  Dasz  radę  przywieźć  dziecko  czy  mamy  ci  po-
móc? 

Zmełł w ustach przekleństwo. 

 

 

R

 S

background image

127 

 

 

- Jeszcze nic nie postanowiłem. 
- Musimy  wiedzieć.  Szybko.  Nicole  pojechała  kupić  łó-

żeczko  i  inne  rzeczy.  Mam  już  bilety  lotnicze,  a  Colin  też 
chce przyłączyć się do nas. 

- Myślę, że jeszcze trochę za wcześnie, bracie. 
- Za wcześnie? Powiedziałeś, że testament mamy jest jasny i 

ostateczny.  -  Mamy?  Nigdy  w  dorosłym  życiu  Quinn  nie  na-
zywał jej mamą. - Długo  rozmawialiśmy i  w końcu tata przy-
znał, że to wszystko prawda. Szczerze mówiąc, wielki kamień 
spadł mu z serca. Stał się zupełnie innym człowiekiem. 

Cam otwarł usta, chciał coś powiedzieć, lecz Quinn nie do-

puścił go do głosu. 

- Nie ma na co czekać - trajkotał. - To przecież jest dziecko 

McGrathów.  Wiem,  że  mama  ciebie  wymieniła  w  testamen-
cie,  ale  przecież  chodziło  jej  przede  wszystkim  o  to,  żeby 
Callie została w rodzinie. Przylatujemy w sobotę... 

- W sobotę? 
- Musisz  wiedzieć,  że  Colin  i  Grace  też  chcą  wziąć  Callie 

do siebie. Jeśli chcesz, na pewno jakoś się podzielimy. Ja tyl-
ko... 

- Quinn, zaczekaj!  - Cam zacisnął szczęki.  Za  wszelką cenę 

musiał  zachować  spokój.  -  To  jest dziecko, nie... tort do  po-
działu! To jest dziecko. 

Cisza w telefonie trwała długo. 
- Wiem  o  tym,  Cam  -  odezwał  się  w  końcu  Quinn.  -

Chcemy tylko postąpić właściwie. 

- No to zostańcie w domu. 
- Co? Zmieniłeś zdanie? Teraz chcesz postąpić wbrew 

R

 S

background image

128 

 

woli naszej matki? Ona chciała mieć pewność, że Callie bę-
dzie mieć na nazwisko McGrath. Nie... Jak właściwie nazywa 
się ta dziewczyna? Krew mu się wzburzyła. 

-  Tremaine - wycedził. - Nazywa się Jo Ellen Tremaine. 

Jest piękną, czułą, niezwykłą kobietą, która będzie wspaniałą 
matką dla naszej siostrzenicy. 

-Och! 
Och? Nie spodziewał się takiej reakcji po Quinnie. 
- Co to znaczy, och? 
- To, że nie sądziłem, że jesteś w niej zakochany. 
- Zakochany. O czym ty mówisz, u diabła? 
-  Myślałem, że tylko się zabawiacie. 

Przecież tak było, pomyślał Cam. 

-  Wiem, przez co teraz przechodzisz - ciągnął Quinn. 

- To tak jak jazda na najstraszliwszej kolejce górskiej. Nie 
wiesz, czy bardziej niebezpieczne będzie wyskoczyć z niej 
i ryzykować śmierć, czy trzymać się mocno i stracić wszystko, 
co jeszcze niedawno uważałeś za ważne. 

Cam uśmiechnął się. 
- Gdzieś  pośród  tych  brutalnych  metafor  lśni  perełka  mą-

drości... może dwie. 

- Oczywiście.  Sam  przez  to  przeszedłem.  Nie  bój  się  po-

słuchać rady braciszka. 

- Nie potrzebuję rad - skłamał Cam. Potrzebował rady. Jak 

cholera! 

- Tak? No to powiedz mi lepiej, co przy niej czujesz? Tylko 

mów szczerze. 

Cam zmrużył oczy. Zastanawiał się. 

R

 S

background image

129 

 

- Czuję się uzdrowiony. 
- O, tak? - zawołał Quinn ironicznie. - A to ty miałeś przecież 

leczyć wszystkie rany. 

- To chyba nie tak. Gdzieś, jakoś, ktoś będzie cierpiał. Przeze 

mnie. 

- My także pragniemy Callie, Cam. Możemy kochać ją, dbać o 

nią. Należy do rodziny. 

- Ona należy do Jo. Stanowią cudowną parę. 

Quinn zaklął cicho. 

- No cóż, w takim razie masz rację... Ktoś tu będzie cierpiał. 
Cam usłyszał warkot samochodu na podjeździe. Wyjrzał przez 

okno. To była Jo. Żołądek mu się skurczył. 

- Może zdołam coś wymyślić. Potrzebuję jeszcze jednego dnia. 
Potrzebował znacznie więcej. Potrzebował... Nawet nie chciał 

myśleć, jak bardzo potrzebował Jo. 

- My,  w  każdym  razie,  będziemy  trzymać  się  naszego  planu  - 

powiedział Quinn złowieszczo. 

Cam  rozłączył  się  bez  słowa.  Nie  odrywał  oczu  od  mane-

wrującej samochodem Jo. 

Zatrzymała auto i przez chwilę siedziała bez ruchu. O czym 

myślała? I co pomyśli, kiedy w końcu on opowie o rozmowie z 
jej  matką?  O  testamencie  jego  matki?  Próbował.  Przez  minione 
dwa dni i dwie noce. Ale słowa grzęzły mu w krtani. Nigdy jesz-
cze  nie  zaznał  uczuć,  jakich  doświadczał  w  jej  towarzystwie. 
Czyżby to miała być ta miłość, o której mówił Quinn? 

Niemożliwe. Gdyby kochał ją, nie wystawiałby jej na tak 

R

 S

background image

130 

 

ciężką  próbę.  Nie  pozwoliłby  jej  żyć  tak  długo  w  niepew-
ności. 

Drzwi  samochodu  otworzyły  się  i  ujrzał  jej  nogi.  Na  sto-

pach  miała  czarne  pantofelki  na  wysokim  obcasie.  Sunął 
wzrokiem  wyżej.  Do  krótkiej,  czarnej,  obcisłej  spódniczki. 
Jej doskonałe piersi ciasno opinał biały sweterek. Luźne włosy 
spływały  na  ramiona.  Zatrzasnęła  drzwi  i  ruszyła  w  stronę 
domu. 

Matko Boska! Jaka ona jest piękna. 
Bez słowa otworzył jej drzwi. 
- Co  z  tobą,  McGrath?  -  rzuciła,  uśmiechając  się  szel-

mowsko. - Nigdy nie widziałeś odstawionej kobiety? 

- A  niech  to!  -  zdołał  wykrztusić.  -  Nie  wiem,  co  zapla-

nowałaś  na  dzisiejszy  wieczór,  ale  chyba  powinienem  się 
przebrać. 

- W co? - Popatrzyła na jego sweterek polo i spodnie khaki. 

-  W  jedną  z  tuzina  klubowych  koszulek  Jankesów?  Tak  jest 
dobrze. 

Odsunął się, zrobił jej przejście. Jakiś delikatny, egzotyczny 

zapach unosił się nad nią. 

- Dokąd się wybieramy? - spytał. 
- Niespodzianka. - Otwarła szufladę stojącej przy drzwiach 

komódki. 

- Kolejna niespodzianka? - Nie mógł oderwać od niej głod-

nego spojrzenia. - Myślałem... że ten strój jest niespodzianką. 

- To?  -  Musnęła  przelotnie  brzeg  spódniczki.  Bardzo  krót-

kiej spódniczki. - Och, to tylko takie drobiazgi, które wybrała 
dla mnie twoja siostra. - Wyjęła z szuflady kluczy- 

R

 S

background image

131 

 

ki i zadzwoniła nimi. - Możesz poprowadzić mojego mustanga. 

-  Katie powiedziała, że to są magiczne pantofelki. - Jo 

założyła jedną długą nogę na drugą i wygodnie usadowiła się w 
skórzanym  fotelu  mustanga.  Podobały  się  jej  buty  na  wysokich 
obcasach,  ale  jeszcze  bardziej  podobały  się  jej  zachłanne  spoj-
rzenia Cama. 

O, tak. Powinna częściej ubierać się w taki sposób. 
- Ty wyglądasz w nich magicznie - powiedział. - A to różnica. 
- Oczywiście, mecenasie. Kiedy wjedziesz do miasta, skręć w 

ulicę Carvel i jedź na południe. 

- Dokąd jedziemy? 
- Zaufaj mi. - Zerknęła na zegarek. - Na pewno nie chciałbyś 

się spóźnić. 

Poczuła miły dreszczyk Taki sam, jak po wypiciu o jedno zimne 

piwo za dużo. Nie wyjechał. Wbrew przekonaniu jej matki.  Nie 
wyjechał jak jej ojciec. I mąż. 

I  obiecał,  że  będzie  miała  Callie.  Postanowiła,  że  gdy  tylko 

dziewczynka  dorośnie  na  tyle,  by  zrozumieć,  powie  jej  całą 
prawdę.  Nie  będzie  ukrywać  przed  nią  rodziny  McGrathów. 
Kiedy tylko urzędowa adopcja stanie się faktem. 

Był tylko jeden problem. Zadurzyła się w Cameronie. 
Westchnęła  i  wygładziła  kusą  spódniczkę.  Na  zawsze  po-

zostanie  jej  pamięć  tego  niezwykłego  tygodnia.  Z  nim.  Tydzień 
pełen rozkoszy. Cielesnej, emocjonalnej, a nawet, co dziwne, du-
chowej. Wiedziała, że i ona mu pomogła. W kon- 

R

 S

background image

132 

 

frontacji z przeszłością. Zrozumiała to, kiedy zaczął myśleć i 
rozmawiać o Katie. 

- Wiem,  że  uważasz,  że  byłam  o  nią  zazdrosna  -  powie-

działa cicho. - W jakimś sensie to prawda. 

- Zazdrosna? O Katie? - Popatrzył na nią ze zdziwieniem. 
-  Nie nazwałbym tego zazdrością. Raczej siostrzaną rywa-

li 
zacją. Znam to aż za dobrze. 

- Była mi jak siostra. - Stanął jej przed oczyma obraz Katie. 

-  Tylko  wydaje  mi  się,  że  większość  życia  spędziłam  wy-
ciągając ją z kłopotów. A w końcu... - Zamknęła oczy. 

- Nic nie mogłaś zrobić. - Położył dłoń na jej udzie. 
-  I nigdy nie pogodziłaś się z tym. Właściwie wciąż jesteś 

na nią wściekła, że umarła, nie dając ci szansy uratowania jej. 

Popatrzyła nań z niedowierzaniem. 
- I kto tu teraz zabawia się w psychoanalityka? 
- Ludzie zmieniają się. I dorastają. I uczą się od innych. 

Miała nadzieję, że nie słyszał, jak waliło jej serce. 

- Masz rację, Cam. A żeby przekonać się o tym, skręć tutaj. 

- Wskazała alejkę wjazdową do Centrum Sportowego- 

- Co tam jest? 
-Bar. 
- Bar sportowy? - spytał, zdezorientowany. 
- Tak. - Spojrzała na zegarek. - A za pięć minut zaczyna się 

mecz.  Lepiej  pospiesz  się,  jeśli  nie  chcesz  przegapić  pierw-
szego rzutu. 

Oczy zaokrągliły się mu ze zdziwienia. 
-  Tutaj odbywają się mecze? 

R

 S

background image

133 

 

-  Dzisiaj grają Prążkowani*. Będziesz mógł obejrzeć 

wszystko w telewizji satelitarnej. W budynku, który ktoś - 
ale nie „Babe" Ruth - zbudował w roku 1976. 

Przyciągnął ją i mocno pocałował. 
-  Quinn  miał  rację  -  powiedział.  -  Jestem  w  tobie  zako-

chany. 

Nim  zdążyła  oprzytomnieć,  wyskoczył  z  auta  i  obiegł  je 

dookoła, żeby otworzyć jej drzwi. 

Był w niej zakochany? 
Jej serce załomotało dziko. W uszach wciąż dźwięczały jego 

słowa. Zakochany? 

Lecz kolejna myśl ścisnęła jej gardło. Dlaczego rozmawiał z 

bratem? 

Przez kilka następnych godzin Cam ani słowem nie wspo-

mniał  o  miłości.  Ani  o  Quinnie.  A  Jo  starała  się  za  wszelką 
cenę  nie  myśleć  o  jego  słowach  i  cieszyć  się  jego  radością. 
Wypili  kilka  piw,  zjedli  hamburgery,  wykrzykiwali  głośno 
słowa  zachęty  i  każde  udane  zagranie  kwitowali  pocałun-
kiem. 

Nic się nie zmieniło. 
Prócz tego, że Cam powiedział, że jest w niej zakochany. 
Dobry Boże, i co teraz? 
Gdy  wjechali  do  garażu,  obdarzył  ją  tym  swoim  niezwy-

kłym spojrzeniem. 

-  Cudownie, że zabrałaś mnie na mecz - powiedział. - 

Masz na sobie wspaniałe ubranie. - Pogłaskał ją po udzie. 

* Zawodnicy drużyny New York Yankees noszą białe ko-

szulki w pionowe czarne prążki. 

R

 S

background image

134 

 

- I zamierzam przez całą noc napawać się zdejmowaniem 

Poczuła znajomy skurcz w lędźwiach. 
- Wszystkiego? - wydusiła. 
- Możesz zostać w butach. 
Odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła gromkim śmiechem. 
- Dalej, chłopczynko - szepnął. Ciepło jego oddechu pieściło 

jej ucho. A dłonie jej piersi. - Chodźmy do łóżka. 

- Do  łóżka?  -  drażniła  się  z  nim.  -  Jesteś  dzisiaj  taki  pro-

zaiczny. 

Potrząsnął głową. A jego dłoń znalazła drogę pod jej bluzkę. 

Palcami ścisnął twardą sutkę. 

- Nie  prozaiczny,  tylko  tradycyjny.  Mam  dzisiaj  ochotę  na 

coś tradycyjnego. 

- A ja mam być w butach? 
- Tradycyjnie, ale z drobną modyfikacją. 
Śmiał  się  i  pieścił  ją  przez  całą  drogę  na  górę.  To  wystar-

czyło, by nie myślała o tamtych jego słowach. 

Nie  miłość.  Pożądanie,  owszem.  Ale  miłość?  Gdyby  po-

zwoliła  sobie  pokochać  go,  jak  poradzi  sobie,  gdy  przyjdzie 
czas rozstania? Kiedy Cam wsiądzie do samolotu? 

Mimo  ostrzegawczych  dzwonków  w  głowie  pozwoliła  mu 

zaprowadzić się do sypialni. Włączył nocną lampkę. Cały po-
kój wypełnił się złotą poświatą. Popchnęła do lekko, aż usiadł 
na brzegu łóżka, i popatrzyła mu w oczy. 

Odsunęła się o krok. 
Bez słowa, w rytm dudniącej jej w uszach krwi, zaczęła się 

rozbierać. 

R

 S

background image

135 

 

Najpierw  wyciągnęła  biały  sweterek  ze  spódniczki.  Pomału 

ściągnęła  go  przez  głowę.  Rzuciła  na  podłogę  i  potrząsnęła 
głową, aż włosy rozsypały się jej na ramiona. 

Położyła  palec  na  zapince  stanika.  Czubkiem  języka  zwil-

żyła wargi. 

Oczy Cama robiły się coraz większe. 
- Jesteś... Wyjątkowo atrakcyjną kobietą. 
Poczuła wspaniałą siłę, jaką dysponowała. Seks. Władza. 
Starała  się  nie  uśmiechać.  Rozpięła  staniczek  i  odsłoniła 

piersi. 

Wbił  w  nią  żarłoczne  spojrzenie.  W  oczach  zapłonęła  mu 

czysta żądza. Zsunęła z bioder spódniczkę i wiedziona jakimś 
kobiecym instynktem, powoli odwróciła się do niego tyłem i 
skłoniła  nisko.  Usłyszała  cichy  jęk,  kiedy  oglądał  jej  czarne 
stringi i wysokie buty. 

I tatuaż. 
- To właśnie miałem na myśli, kiedy mówiłem o drobnej 

modyfikacji. - Jego głos brzmiał głucho. - Nawet nie waż się 
myśleć o zdjęciu butów. 

Sunąc dłońmi wzdłuż nóg, wyprostowała się. Obróciła się, 

ściskając palcami sutki. Powolutku podeszła do niego. Zarzu-
ciła mu ramiona na kark i zachęcająco podsunęła piersi przed 
oczy. 

Z  cichym  pomrukiem  objął  wargami  jedną  sutkę.  Drugą 

pierś  zamknął  w  dłoni.  Każde  jego  dotknięcie  rozpalało  jej 
skórę. 

Wplotła  mu  palce  we  włosy.  Pocałowała  w  czubek  głowy. 

Poczuła,  że  koniecznie  musi  podzielić  się  z  nim  swą  nowo 
odkrytą kobiecością. 

R

 S

background image

136 

 

- Cam - szepnęła. Uniosła jego twarz ku swojej. - Muszę 

ci coś powiedzieć. 

Spojrzał jej głęboko w oczy. 
- Co, Jo? Co chcesz mi powiedzieć? 
Patrzył na nią z wyczekiwaniem. Jakby  wiedział, co chciała 

powiedzieć. Ale skąd mógłby to wiedzieć? 

- Jednak nie jestem chłopczycą. Zaśmiał się radośnie. 
- Po czym to poznałaś? 
- Mówię poważnie. - Odsunęła się nieco. - Nigdy nie przy-

puszczałam,  że  będę  potrafiła  zdjąć  z  siebie  te  seksowne, 
dziewczęce  ciuszki.  Sam  wiesz.  Jestem  specjalistką  od  re-
peracji wraków. 

- Wiem  o  tym.  -  Zabrzmiało  to  nad  wyraz  poważnie.  -

Wyreperowałaś mnie całkowicie. 

- Tak? - Spojrzał na nią tak, że straciła dech. 

Kiwnął głową. Przyciągnął ją łagodnie. 

-  Nigdy w życiu nie czułem się taki poskładany, taki kom 

pletny. Wszystkie stare sprawy... - Z niedowierzaniem po 
kręcił głową. - Ból zginął gdzieś, odszedł. 

Słuchała  go  z  rosnącym  sercem.  Delikatnie  pogłaskała  po 

policzku. 

-  Przecież mówiłam ci, że naprawianie wraków to moja 

specjalność - szepnęła. 

Głaskał  ją  po  plecach.  A  jego  dłonie  krążyły  coraz  bliżej 

sznureczków jej stringów. 

- Jesteś bardzo, bardzo dobra, Jo Tremaine. 
- Jeszcze  nie  skończyłam.  -  Wyprostowała  się  z  szelmow-

skim uśmiechem. Powolnymi ruchami rozpięła mu pasek 

R

 S

background image

137 

 

i spodnie. Zsunęła je w dół. Cam niecierpliwie pozbył się reszty 
ubrania. 

- Pozwól mi - wyszeptała. - Pozwól mi to zrobić. 
- Nie  ma  sprzeciwu,  najdroższa.  -  Rozbawił  ją  ten  prawniczy 

ton. Zaczęła go całować. Zasypała całego pocałunkami. Muskała 
językiem. Coraz niżej i niżej.  Aż  w końcu zamknęła  go  w  obu 
dłoniach. 

Stęknął głucho. Poruszył się w jej uścisku. Wyszedł naprzeciw 

jej ruchliwemu językowi. Kurczowo zacisnął palce na jej głowie. 

Świadomość  własnej  kobiecej  potęgi  podnieciła  ją  jeszcze 

bardziej. 

Ścisnęła go delikatnie zębami. 
Słyszała, jak szeptał jej imię. Błagał o więcej. 
Nagle poczuła, że gwałtownie zacisnął palce na jej ramionach. 
- Zaczekaj. - Czy powiedział „zaczekaj"? - Chodź tu. -Chwycił 

ją pod ramiona i podniósł. 

- Jestem zajęta - spróbowała żartować. Ale jego spojrzenie było 

poważne. - O co chodzi, Cam? 

Przez chwilę kręcił głową. Jakby nie mógł mówić. 
- Chcę kochać się z tobą - wyszeptał w końcu. 
- Czy nie to właśnie robimy? 
- Dajesz mi rozkosz. 
- Na tym to ogólnie polega, mecenasie.  Chcesz dyskutować  o 

szczegółach? 

- Chcę  kochać  się  z  tobą  -  powiedział  bardzo  powoli.  -Chcę 

pokazać ci, że ja... 

Serce podeszło jej do gardła. 

R

 S

background image

138 

 

Zanim zdołał powiedzieć to, pocałowała go prosto  w usta. 

Zaczęła  ocierać  się  o  niego. Miała nadzieję,  że  w  ten  sposób 
powstrzyma  go  przed  powiedzeniem  tego,  co  przerażało  ją 
tak bardzo. 

Jeżeli  kochał  ją,  tym  mocniej  będzie  bolało...  kiedy  od-

jedzie. 

Sięgnęła na nocną szafkę po prezerwatywę. 
- Dobrze. Wygrałeś. 
Zębami  rozdarła  opakowanie.  I  patrząc  mu  prosto  w  oczy, 

drżącymi rękami nałożyła mu ją. I usiadła na nim. 

Spodziewała  się,  że  Cameron  chwyci  ją  za  biodra  i  popro-

wadzi do szalonego galopu. Ale on zmienił zasady. Objął ją i 
mocno przycisnął do piersi. Pocałował ją. 

- Nie spiesz się, kochanie - powiedział. - Powoli. 

Leniwym uderzeniom jego języka towarzyszyły równie 

leniwe ruchy bioder. Utrzymywali ten spokojny rytm przez 

jakiś  czas.  Nagle  Cam  chwycił  ją  za  biodra.  Przycisnął  ze 
wszystkich sił. Unieruchomił. 

- Jo  Ellen  -  szepnął  prosto  w  jej  usta.  -  Wysłuchaj  mnie 

uważnie. 

- Tak? - Zacisnęła powieki. 
- Kocham cię. 
Coś ścisnęło jej krtań. Cam, nie rób tego. Kiedy będzie już 

po wszystkim, będzie bolało jeszcze bardziej, pomyślała. 

Ale  nie  powiedziała  tego  głośno.  Tylko  jeszcze  mocniej 

przycisnęła się do niego. 

- Słyszałaś? - spytał cicho. 
Ona jednak nie powiedziała nic. Zaczęła wiercić się, żeby to 

niewiarygodne doznanie wymazało wszystko inne. Wszy- 

R

 S

background image

139 

 

stek  zdrowy  rozsądek.  Wszystkie  możliwe  straty  i cierpienia. 
Pragnęła zatracić się bez reszty w nadchodzącej rozkoszy. 

Nadeszła  szybko.  Oplotła  nogami  jego  biodra.  Zacisnęła  z 

całej  mocy.  A  on  uwolnił  jej  biodra,  pozwolił  jej  nadawać 
rytm. Coraz szybciej, coraz mocniej. 

Z  zaciśniętymi  powiekami,  oddychając  gwałtownie  i  nie-

równo, szeptała raz po raz jego imię. 

A on znów powtarzał te straszne słowa: 
- Kocham cię - szeptał. - Kocham cię, Jo. 
I stało się. Fala za falą, rozkosz targała całym jej ciałem. Aż 

do końca. 

Pot, łzy i ślina spływały jej po policzkach. Wtuliła twarz w 

jego  kark.  A  w  uszach  wciąż  kołatały  jej  słowa:  „I  ja  ciebie 
kocham". 

Lecz nie odważyła się powiedzieć ich głośno. 

R

 S

background image

140 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Nie  mógł  dłużej  tego  odkładać.  Musiał  to  zrobić.  Musiał 

uleczyć rany McGrathów. Bez względu na to, jak bardzo to ją 
zrani. 

Czy  była  w  stanie  zrozumieć?  Czy  uda  się  im  znaleźć 

kompromis?  Czy  istnieje  jakiś  sposób,  żeby  Jo  mogła  pozo-
stać  obecna  w  życiu  Callie  i  żeby  stało  się  zadość  woli  jego 
matki i życzeniom braci? 

Odczekał,  aż  oboje  wyrównali  oddechy.  Aż  ich  spocone 

ciała zaczęły dygotać z chłodu. 

Przycisnął ją mocno do serca. 
- Jo, muszę ci coś powiedzieć. 
- Nie  chcę  rozmawiać  -  powiedziała  sennie.  Usiadła  i  za-

częła zdejmować buty. - Muszę schować się pod kołdrę. Zim-
no mi. I jestem zmęczona. 

Odsunął narzutę i czekał, żeby do niego dołączyła. 
- Chcę cię o coś zapytać - powiedział. 
- Krzyżowy ogień pytań, mecenasie? Roześmiał się. Skąd 

znała go tak dobrze? 

- Czy wierzysz mi? - Oboje wiedzieli, że chodziło mu o je-

go wyznanie miłości. 

R

 S

background image

141 

 

-  Wciąż się zastanawiam - powiedziała. - Myślę, że jesteś 

zagubiony. Między czymś w rodzaju euforii, gdyż uwolni 
łeś się wreszcie od największego bólu głowy w twoim życiu, 
a przekonaniem, że mnie to zawdzięczasz. A ja tylko powie 
działam ci... 

Usiadł. Dotknął jej ramienia. 
-  Ty tylko sprawiłaś, że dorosłem i że zacząłem odczuwać 

uczucia, które przerażały mnie przez tyle lat. 

- Przerażała cię miłość? -Tak. 
- Mnie nadal przeraża. 
Objął ją  mocno.  Ułożył  przy  sobie.  Przypomniał  sobie,  co 

opowiadała mu o odejściu męża. Wiedział, że ojciec zostawił 
ją, kiedy była dzieckiem. Nic dziwnego, że była przerażona. 

Psiakrew! Ale przecież musiał powiedzieć jej o testamencie 

jego  matki.  I  to  zaraz,  jeśli  nie  chciał  okazać  się  najbardziej 
niegodziwym człowiekiem na ziemi. 

Nabrał głęboko powietrza. 
- Muszę powiedzieć ci coś, co chyba cię zdenerwuje. 
- Już to powiedziałeś. - Wykrzywiła się pociesznie. 
- Moja matka zostawiła testament. Poczuł, że zesztywniała 

w jego ramionach. 

- Zawarła tam postanowienie, że gdyby kiedykolwiek, 

w  czasie  gdy  będzie  prawną  opiekunką  Callie,  została  po-
zbawiona  możliwości  sprawowania  tej  opieki,  wszystkie  pra-
wa do dziecka przechodzą na mnie. 

Prawniczy ton jemu samemu wydał się w tej chwili wstręt-

ny. 

R

 S

background image

142 

 

- Słucham? - Uniosła się powoli. 
- Twoja matka pokazała mi testament. Zamrugała gwałtownie. 
 
- Co ty mówisz? Co to zmienia? Przecież one obie nie żyją. 
- Moja  matka  żyła  jeszcze  pięć  godzin  po  śmierci  Katie,  Jo.  - 

Starał się, by zabrzmiało to jak najłagodniej. - Z formalnego punk-
tu widzenia stało się to, co przewidziała. 

- Powiedziała  tak,  bo  Katie  była  nieprzewidywalna.  -  Pra-

wie krzyczała. - Była niedojrzała i często popełniała głupstwa. 
Myślała, że Katie może nie dać sobie rady z macierzyństwem i 
ucieknie z miasta. Bała się o dziecko. Ale nie myślała, że... nie 
myślała...  Och!  -  Schowała  twarz  w  dłoniach  i  załkała.  -  Ona 
uważała, że ja nie nadaję się na matkę. 

- Co? - Usiadł i chwycił ją za ramiona. - Co ty wygadujesz? 
- Zawsze żartowały ze mnie. Mówiły na mnie chłopczyca. Mó-

wiły, że nie mam instynktu macierzyńskiego. Że mam męski za-
wód. Cioci Chris nawet przez myśl by nie przeszło, że ja mogła-
bym być mamą Callie. 

- Nie, nie - zawołał. - Ona myślała, że Callie zdoła znów połą-

czyć  naszą  rodzinę.  Że  zdoła  zabliźnić  rany  spowodowane  nie-
zwykłą głupotą i uporem mojego ojca. 

Jej oczy zabłysły gniewnie. 
- Wierzysz w to? Naprawdę w to wierzysz? 
- Sam już nie wiem, w co wierzę - przyznał. - Wiem tylko, że... 

- Zrobił głęboki wdech. - W sobotę przylecą po Callie moi bra-
cia. 

R

 S

background image

143 

 

Wyrwała  mu  się.  Nawet  w  półmroku  widział  prawdziwe 

cierpienie na jej twarzy. 

- Ale ja nie zgadzam się z tym, Jo i... 
- Zamilcz, Cam. Nie mów już ani słowa więcej. Wyciągnęła 

z szafy dżinsy i koszulkę i ubrała się prędko. 

Podniósł się, lecz zatrzymała go gestem dłoni. 
- Stój! Nie ruszaj się. Nic nie mów. 
Zastygł  w  bezruchu.  Włożyła  wysokie  buty  i  spojrzała  na 

niego. 

To  był  wyrok  na  niego.  Jego  kara.  Czy  kiedykolwiek  ze-

chce jeszcze dać mu szansę? Tak pragnął być z nią. 

Ożenić się z nią. Wspólnie wychowywać Callie. 
Kiedy dotarło to do niego, poraziło go to. Tak, przecież te-

go  właśnie  naprawdę  pragnął.  Zaczął  mówić,  chciał  jej  to 
wszystko  powiedzieć,  lecz  ona  wysoko  uniosła  ręce,  patrząc 
na niego z wściekłością. 

- Teraz wychodzę - powiedziała. - Kiedy wrócę, ma cię 

tu już nie być. Rozumiesz? 

Patrzył tylko na nią. Gdyby w tej chwili poprosił ją o rękę, 

zaśmiałaby  się  mu  w  twarz.  Choćby  mówił  to  najpoważniej 
na  świecie.  A  tak  właśnie  było.  Gotów  był  porzucić  Nowy 
Jork. Praca już nie dawała mu radości. Mógłby prowadzić bar, 
żyć w górach z Jo i Callie i... 

- Zrozumiałeś  mnie?  -  powtórzyła.  -  Chcę,  żeby  cię  tujuż 

nie było, kiedy rano wrócę z Callie. 

- Jo. Wysłuchaj mnie. Jestem poważnie... 
- Wynoś się. - Zacisnęła szczęki. - I nigdy więcej nie waż się 

wypowiedzieć słowa „miłość" w mojej obecności. 

Wybiegła. Jej kowbojskie buty głośno stukały na scho- 

R

 S

background image

144 

 

dach.  Po  chwili  usłyszał  warkot  silnika  i  chrzęst  żwiru  pod 
kołami samochodu. Odjechała w noc. 

Zanim  spakował  swoją  torbę,  wysłał  długi,  szczery  list 

elektroniczny  do  Colina  i  Quinna.  Miał  nadzieję,  że  prze-
czytają  go,  zanim  pójdą  spać.  Musieli  dokładnie  znać  jego 
stanowisko. 

Zaraz  po  przyjeździe  do  domu  matki  Jo  chciała  zbudzić 

Callie. 

- Co ty wyrabiasz, Jo? - Matka usiłowała ją powstrzymać. 

- Niecałą godzinę temu dałam jej butelkę. Nie waż się budzić 
dziecka. 

Lecz Jo nie usłuchała. Pobiegła do sypialni i wyjęła Callie z 

łóżeczka.  Dziewczynka  kręciła  się  i  gaworzyła.  Po  chwili 
przytuliła się do ramienia Jo. 

- Hej, orzeszku, tęskniłam za tobą - szepnęła Jo i pocałowała 

czarne kędziorki. - Naprawdę tęskniłam. 

Matka  stanęła  w  drzwiach,  oparła  się  o  futrynę.  Jo  posłała 

jej  gniewne  spojrzenie.  Ona  także  była  częścią  spisku.  Jak 
ciocia Chris i jej wspaniali synowie. 

Ułożyła się na łóżku, przytuliła dziecko. 
- Zabierają ją - powiedziała do matki. 
- Obawiałam się tego. - Alice pokiwała głową. 
- Czemu  mi  to  zrobiłaś?  -  Jo  niemal  odchodziła  od  zmy-

słów z wściekłości. - I Callie? 

- Kochanie  -  Alice  weszła  do  pokoju.  -  Ja  nic  ci  nie  zro-

biłam. 

Kiedy usiadła na łóżku, Jo instynktownie zasłoniła przed nią 

dziecko. Ból zamglił spojrzenie Alice. 

R

 S

background image

145 

 

- Nie? Nawet nie powiedziałaś mi o tym testamencie. Ale 

jemu powiedziałaś... Jemu pierwszemu. 

I  zaraz  potem  kochał  się  z  nią  na  polanie.  Jej  gniew 

wzmógł się jeszcze. 

Alice westchnęła ciężko. 
- Kochanie,  taka  była  wola  cioci  Chris.  Musisz  coś  zro-

zumieć.  Przez  dwadzieścia  sześć  lat  nosiłam  brzemię  tajem-
nicy  Chris  McGrath.  Najbardziej  na  świecie  pragnęła,  by  jej 
córka  poznała  kiedyś  swoich  braci.  Ale  bała  się,  że  chłopcy 
czują  do  niej  taką  nienawiść,  że  mogliby  unikać  Katie.  Cze-
kała więc i czekała. 

- Czekała  zbyt  długo  -  powiedziała  cicho  Jo.  -  Aż  umarła. 

Mogli pokochać Katie tak jak my. 

A już Cameron na pewno, pomyślała. 
Serce się jej ścisnęło. Mocniej przytuliła Callie. 
- Tak,  czekała  zbyt  długo.  -  Alice  pogłaskała  główkę 

dziewczynki. - Ale winna jej byłam spokój i ciepło. 
Była moją najbliższą przyjaciółką. Przez te wszystkie, długie 
lata była dla mnie oparciem, tak samo jak ja dla niej. 
Ja wciąż cierpiałam po odejściu twojego ojca. Dręczyły 
mnie wątpliwości, jak dam sobie sama radę z wychowaniem 
dziecka. Niespodziewanie ona pojawiła się w Sierra Springs i 
już nie byłam sama. Nigdy nie miałam lepszejprzyjaciółki. 

Jo popatrzyła na matkę badawczo. 
- Rozumiem  to,  mamo.  I  szanuję.  Ale  czy  naprawdę  uwa-

żasz, że ona należała do McGrathów, nie do nas? 

- Chris  wierzyła  w  więzy  krwi.  Tamta  rodzina  została  roz-

darta. Okazało się, że dla chłopców były to lata pełne bó- 

R

 S

background image

146 

 

lu.  Ale  wszystko  skończy  się  szczęśliwie,  jak  wnioskuję  z  te-
go, co mi powiedział twój Cameron. 

- To nie jest mój Cameron. Ale co z Katie? Ona była matką 

Callie.  Czy  chciałaby,  żeby  jej  dziecko  wychowywali  obcy 
ludzie? Nawet jeśli w ich żyłach płynęła ta sama krew? 

- Dobre  pytanie.  Ale  wiesz,  jaka  była  Katie.  Stale  szukała 

mężczyzny,  który  byłby  ojcem,  a  którego  nigdy  nie  miała. 
Podejrzewam, że gdyby dowiedziała się, że miała trzech bra-
ci,  którzy  mogliby  ją  pokochać,  byłaby  najszczęśliwsza  na 
świecie. 

Jo  przyznała  jej  w  duchu  rację.  Katie  na  pewno  uwielbia-

łaby Camerona. A teraz wiedziała także, jak wspaniały potra-
fiłby on być dla niej. Może zdołałby pokierować ją na właści-
wą ścieżkę... Może dokonałby tego, co jej się nie udało. 

Coś boleśnie ścisnęło ją za gardło. 
Być  może  naprawdę  nie  nadawała  się  na  matkę.  Ani  na 

dziewczynę. 

Chłopczyca. Ekspert od wraków. 
Może rzeczywiście przeznaczeniem Callie było znaleźć się 

wśród McGrathów, a nie z nią? 

Ciężka łza spłynęła jej po policzku i spadła na czoło Callie. 
Dziecko poruszyło się. Jo wytarła jej czoło i mała podniosła 

powieki.  Przez  moment  przyglądały  się  sobie.  A  potem 
dziewczynka uśmiechnęła się i dotknęła nosa Jo. 

- Jojojojojo. 
Jo  zamknęła  oczy,  przytuliła  dziewczynkę  i  obsypała  po-

całunkami. 

R

 S

background image

147 

 

- Wszystko  stracę  -  wyszeptała  do  matki.  I  łzy  szerokimi 

strumieniami  popłynęły  z  jej  oczu.  -  Straciłam  Katie.  Straci-
łam Cama. A teraz jeszcze stracę Callie. 

- Nie  wydrą  jej  z  twojego  życia,  kochanie.  Będziesz  mogła 

odwiedzać ją, pisać do niej. Zawsze będziesz jej ciocią Jo. 

Ale ona nie chciała być ciocią Callie. Chciała być jej mamą. 
-  Ona żyje, bo był jakiś powód, mamo. Bo było jej prze-

znaczone. 

Alice pokiwała głową. 
-  Tak, to prawda. I doskonale wiesz, jakie jest to jej prze-

znaczenie. 

Tak. Wiedziała. A z przeznaczeniem walczyć nie mogła. 

-  Przyniosła  pani  dziecko?  -  Mary  Beth  Borrell  wysoko 

uniosła brwi. - To nie było konieczne - dodała niechętnie. 

Jo, jakby na przekór, wyżej podniosła Callie. 
- Przyniosłam.  -  Podeszła  do  krzesła  przy  biurku  urzęd-

niczki.  -  To  dzisiaj  nie  potrwa  długo,  Mary  Beth.  Pomyśla-
łam, że skorzystam z tego, że jestem w Sacramento, i kupię 
Callie nowe buciki. - A właściwie, nowe całe ubranie. W któ-
rym  będzie  mogła  pojechać  na  Florydę.  Albo  do  Nowego 
Jorku. 

- Proszę nie siadać - rzuciła Mary Beth. - Wszyscy są w sali 

konferencyjnej. 

Czyżby  Cam  zdecydował  się  przyjechać?  Nie  ufał  jej? 

Wątpił, czy powie prawdę? 

Poszła za Mary Beth wąskim, ciemnym korytarzykiem. 

R

 S

background image

148 

 

Obcasy  urzędniczki  głośno  stukały  na  startym  linoleum. 

Stanęły  przed  mleczną  szybą  drzwi.  Niezadowolenie  urzęd-
niczki przerodziło się w coś zbliżonego do obrzydzenia. 

- Szkoda,  że  nie  powiedziała  mi  pani  wcześniej  -  powie-

działa ponuro. - A tak pani ufałam. 

Jo  poczuła,  że  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  A  więc  Cam 

tam był. Naprawdę nie ufał jej. 

- O jej rodzinie dowiedziałam się całkiem niedawno 

-  powiedziała  cicho.  -  Mam  już  przygotowane  dla  niego 
wszystkie dokumenty. 

Mary Beth zmarszczyła brwi. 
- Nie  potrzebujemy  żadnych  takich  komplikacji,  pani  Tre-

maine. 

- Nie. - Jo z trudem hamowała wściekłość. - Naprawdę nie 

potrzebujemy, pani Borrell. 

- Myślałam, że załatwimy wszystko raz, dwa. 
Callie  przyglądała  się  obu  kobietom  z  zaciekawieniem. 

Złap ją  za nos, Callie, pomyślała Jo.  Ale  zawstydzona dziew-
czynka wtuliła buzię w jej ramię. 

Mary Beth rozchmurzyła się. 
- Damy sobie radę - powiedziała, biorąc za klamkę. - Po 

prostu trzej na raz przytłoczyli mnie trochę. 

Trzej?  Przy  stole  konferencyjnym  siedziało  trzech  męż-

czyzn. Kiedy drzwi się otworzyły, wstali jak na komendę. Sil-
ni, postawni i przystojni. 

Jakież miała z nimi szanse? 
Przyglądała się im z uwagą. Na wprost niej musiał stać Qu-

inn. Urodziwy, z czarującym uśmiechem. Bożyszcze kobiet. 

R

 S

background image

149 

 

Dobrze zgadła. Quinn wyciągnął rękę na powitanie i przed-

stawił się. 

- Witaj, Quinn - powiedziała. 
Spojrzała  w  lewo. Mróz przebiegł jej  po plecach, kiedy  zo-

baczyła uśmiech Katie. To był Colin. 

- Jestem Colin - powiedział ciepło. - A to musi być Callie. 
- Tak. - Obróciła dziewczynkę tak, by mogli ją zobaczyć. - 

To jest wasza siostrzenica. 

Twarze  obu  mężczyzn  pojaśniały.  Ale  Jo  stała  przed  naj-

trudniejszym  zadaniem,  Musiała  spojrzeć  w  oczy  Camowi. 
Stał obok Colina. Czuła na sobie jego spojrzenie. 

Odważyła się. 
- Cześć, Cam. 
- Jo Ellen - powiedział trochę głucho. Uśmiechnęła się sła-

bo. Ale on spojrzał na dziecko. 

- Hej, malutka. 
Dziecko roześmiało się na jego widok. 
- Cacacaca! 

Wyciągnęła do niego rączki. 

Cam  sięgnął  po  dziewczynkę.  A  Jo  nawet  nie  zaprotesto-

wała.  Podała  mu  ją  ponad  stołem.  Callie  zaszczebiotała  ra-
dośnie. 

Nawet ona wiedziała, gdzie naprawdę jest jej miejsce. 
- No cóż. - Mary Beth hałaśliwie odsunęła krzesło u szczytu 

stołu i usiadła. Gestem zaprosiła, by wszyscy uczynili to samo. 
-  Wygląda  na  to,  że  nasza  mała  Callie  ma  jednak  rodzinę.  - 
Spojrzała surowo na Cama. - Tak przynajmniej mówią. 

R

 S

background image

150 

 

- Mówią prawdę - powiedziała Jo. - Ci mężczyźni są jej 

wujami.  Mam  przygotowane  wszystkie  dokumenty  potwier-
dzające to. 

Callie  zacisnęła  piąstki  na  wskazujących  palcach  Cama  i 

zaczęła  przebierać  nóżkami  na  jego  kolanach.  Jakby  już  za-
częła maszerować w dal. 

Colin puścił oko do Quinna, który wpatrywał się w dziecko, 

jakby nigdy przedtem nie widział niczego równie uroczego. 

Niespodziewanie  Jo  poczuła  dziwną  ulgę.  Będzie  dobrze. 

Wszystko będzie dobrze. 

Pochyliła się i twardo spojrzała na Mary Beth. 
- Najwyraźniej  zbyt  wcześnie  zaczęłam  starania  o  adopcję 

Callie McGrath. - Za wszelką cenę usiłowała udawać spokój. - 
Bardzo  długo  walczyłam  ze  sobą.  Po  namyśle  postanowiłam 
zaniechać  dalszych  wysiłków  i  dołożyć  wszelkich  starań,  by 
doprowadzić  do  sądownej  adopcji  Callie  przez  reprezentanta 
rodziny McGrathów. 

Wielka  cisza  zapadła  w  sali  konferencyjnej.  Mary  Beth 

wyglądała  na  wstrząśniętą.  Zdumione  spojrzenia  wszystkich 
braci aż paliły Jo. 

- Co? - Cam przerwał milczenie. Posadził Callie na stole. 
- Nie zamierzam walczyć z tobą, Cam - powiedziała cicho. 

Popatrzyła na Colina i Quinna. - Callie powinna dorastać w... 
rodzinie. - Sama była zdumiona, że głos się jej nie załamał. 

Może sama uwierzyła w to, co powiedziała. 
-  To jest w najwyższym stopniu dziwne - powiedziała 

R

 S

background image

151 

 

Mary  Beth  podniesionym  głosem.  -  Nie  wiem,  czy  kiedy-
kolwiek mieliśmy taki przypadek. Będę musiała  wszcząć spe-
cjalne postępowanie. 

- Dlaczego? - spytała Jo. - Jest wiele precedensów. Proszę 

spytać prawnika. - Wskazała na Cama. 

Oczy Camerona zalśniły głębokim błękitem. 
- Podpisaliśmy już wszystkie dokumenty, Jo. Ona jest two-

ja. Nie zabieramy jej. 

Wielkie  napięcie,  w  jakim  była,  rozsypało  się  jak  świeży 

śnieżny puch na wietrze. 

- Mówisz poważnie? 
Pokiwał głową i pocałował Callie w czoło. 
- Uznaliśmy, że powinna zostać z tobą. Byłaś jej matką, 

Jo. Nie mogę... - Wymienił z braćmi porozumiewawcze 
spojrzenia. I gdy znów spojrzał jej w oczy, zobaczyła w jego 
spojrzeniu lata bólu. - Nie możemy być odpowiedzialni za 
rozłączenie matki i dziecka. 

Jo poczuła łzy pod powiekami. Zamrugała gwałtownie. Qu-

inn pochylił się nad stołem i poklepał ją po dłoni. 

- Zgodziliśmy się, Jo. Cam przekonał nas, że to będzie 

najwłaściwsze rozwiązanie. 

Spróbowała  się  uśmiechnąć.  Przeklęte  łzy  odebrały  jej 

głos. Pokiwała więc tylko głową. 

- Będziemy szczęśliwi, jeśli od czasu do czasu przywieziesz 

ją na wschód - dodał Colin. I uśmiechnął się uroczo. - Żeby-
śmy mogli zepsuć ją trochę. 

- Katie...  -  Popatrzyła  kolejno  na  każdego  z  braci.  -  Katie 

pokochałaby was wszystkich. 

Oczy Colina pojaśniały. Quinn uśmiechnął się smutno. 

R

 S

background image

152 

 

A w spojrzeniu Camerona zobaczyła dobrze znane uczucia. 

Widziała  je  już  po  tym,  jak  się  kochali.  Albo  gdy  rozbawiła 
go do łez. Zobaczyła uwielbienie, szacunek i... miłość. 

- Przyrzekam,  że  będziecie  znali  ją  i  widywali.  Zawsze  bę-

dzie częścią waszej rodziny. 

Mary Beth wstała. 
- Zatem  wszystko  w  porządku.  Będziemy  prowadzić  ofi-

cjalne  postępowanie  adopcyjne  Callie  McGrath  przez  Jo  El-
len Tremaine. Dziękuję państwu. 

Kiedy  tylko  wyszła,  Quinn  i  Colin  podeszli  do  Callie. 

Uśmiechali  się  do  niej,  robili  miny  i  wydawali  zabawne 
dźwięki.  A  Callie,  jak  jej  matka,  obdarzyła  ich  porywającym 
uśmiechem. 

Cameron podał dziecko Quinnowi. 
- Masz więcej doświadczenia, bracie. Zaraz wrócę. 
- Dokąd idziesz? 
- Wskoczyć  do  kolejki  górskiej.  -  Popatrzyli  na  siebie  po-

rozumiewawczo. 

- Powodzenia - powiedział Quinn. 
Kolejka  górska?  Jo  nie  słuchała  żartów.  Wstała  powoli. 

Serce  miała  pełne  radości.  Szczęście  wprost  ją  rozsadzało. 
Callie zostaje z nią. Na zawsze. 

Pochyliła  się  do  stojącej  na  podłodze  torby.  Kiedy  się  wy-

prostowała, zobaczyła Cama tuż przy sobie. 

- Możemy  porozmawiać  minutkę?  -  spytał  z  namaszcze-

niem. 

Głową  wskazała  korytarz.  Tam  będą  mogli  porozmawiać. 

Przecież musiała przeprosić go za to, jak zachowała się tamtej 
nocy. 

R

 S

background image

153 

 

Kątem  oka  zobaczyła,  że  Quinn  i  Colin  śmiali  się  do  siebie. 

Kolejne żarty? Może nie rozumiała ich, ale dobrze wiedziała, cze-
go chciał od niej Cam. Bardziej przyjemnego, uprzejmego  po-
żegnania. 

Ponieważ ich pożegnanie było nieuniknione. 

 

R

 S

background image

154 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

-  Prawdopodobnie można zrobić to znacznie lepiej, Jo - 

powiedział Cam, kiedy znaleźli się w korytarzu. 

-  Wiem. Na pewno można. 

Wiedziała? 

Zanim zdążył przemówić, lekko ścisnęła go za ramię. 
- Dziękuję ci, Cam. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem 

ci wdzięczna za to, co zrobiłeś. 

Nawet  w  półmroku  jej  oczy  świeciły  złocistym  blaskiem. 

Oczywiście, mogły to być łzy. 

Uświadomił  sobie,  że  jeszcze  nigdy  nie  widział  jej  pła-

czącej. 

Była  gotowa  poddać  się,  oddać  mu  Callie.  Zapragnął 

chwycić ją w ramiona i pocałować. Lecz powstrzymał się. 

- Naprawdę byłaś gotowa poddać się czy tylko blefo-wałaś? 
Parsknęła śmiechem. 
- Nie,  nie  blefowałam.  Dużo  myślałam.  Długo  rozma-

wiałam z mamą. Uwierz mi, nie chciałam… nie chcę... stracić 
Callie. I nie chciałam walczyć o nią z tobą. - Przygryzła 
wargę. - Ale tak jest lepiej. Proszę, proszę powiedz swoim 

R

 S

background image

155 

 

braciom, że bardzo jestem im wdzięczna, że tu przyjechali. Je-

stem  pewna,  że  długo  trwało,  zanim  przekonaliście  Mary  Beth, 
że mówicie poważnie. 

Chciał coś powiedzieć, lecz powstrzymała go. 
- Chcę  też  powiedzieć,  że  bardzo  żałuję,  że  tak  wściekłam  się 

wtedy. 

- Nie przejmuj się tym. - Wciąż musiał walczyć ze sobą, żeby 

jej  nie  pocałować.  -  Rozumiem  twoją  reakcję.  Była  jak  najbar-
dziej racjonalna. 

- Nie była zbyt rozsądna - uśmiechnęła się leciutko -ale dzię-

kuję. I obiecuję, że... że... pozostaniemy w kontakcie. 

- Pozostaniemy  w kontakcie? - Nachmurzył się. Czyżby mieli 

zupełnie inne wizje przyszłości? 

- Cóż...  -  Jej  słaby  uśmiech  wystraszył  go  jeszcze  bardziej.  - 

Zawsze jest poczta elektroniczna. I możesz wpadać czasami. 

Wpadać? 
-Właśnie. Kiedy tylko zdarzy się mi być w Sierra Nevada. 
-  Wiesz, co mam na myśli. 
- Wiem. I wcale mi się to nie podoba. Zmarszczyła czoło. 
- Co masz na myśli? 
- Chcę więcej. 
- Więcej? - spytała po długiej chwili. Ujął w dłonie jej twarz. 
- Chcę wszystko. 
- Wszystko? - Znów głos jej załamał się. Czy kiedy po- 

R

 S

background image

156 

 

prosi o rękę, rozpłacze się? Miał nadzieję, że dla niej będzie 

to tak ważne, jak dla niego. Nie mógł czekać dłużej. 

- Chciałbym resztę życia spędzić przy tobie. 
- Życie? - Cała była zdumieniem. 
- No, wiesz. Poranki. Popołudnia. Noce i weekendy. Życie. 
- Dlaczego? 
Nie takiej reakcji oczekiwał. 
- Bo cię kocham. Gwałtownie pokręciła głową. 
- Nie, nie kochasz mnie. 
- Owszem. Kocham. 
- Tak ci się tylko  wydaje. - Cofnęła się o krok. Wycelowała 

w niego palec. - Jesteś po prostu... wdzięczny za wszystko, co 
zdarzyło się w ostatnich tygodniach. To nie jest miłość. 

- Spokojnie, doktorze Freud. 
- A  poza  tym,  nie  mam  zamiaru  przenosić  się  do  Nowego 

Jorku... 

- Chcę zamieszkać tutaj. 
- Tutaj? -  Oczy  zaokrągliły się jej  ze  zdumienia. -  W  Sierra 

Springs? 

- Podoba  mi  się  tutaj  -  powiedział.  -  Mogę  kupić  „Cali-

fornia  Bar".  Chciałbym  też  znowu  praktykować  prawo,  a  nie 
kierować innymi ludźmi. Pomyślałem, że mógłbym... 

Przerwała mu gestem ręki. 
-  Nie  wiesz,  co  mówisz, Cam.  Po kilku tygodniach  znie-

nawidzisz  to  wszystko.  Znienawidzisz  życie  w  małym  mia-
steczku i brak... Jankesów. 

 
 
 
 
 

R

 S

background image

157 

 

 
Wierzyła w to, co mówi? 
-  Nie dbam o Jankesów. 
Jeśli to nie było wyznanie miłości, to co? 
- Nie - powiedziała. - Wyjedziesz. 
- Nie wyjadę. 
Lecz ona tylko pokręciła głową. 
-  Nie zostaniesz - powiedziała cicho. - Wiem to. 
Jak miał przekonać ją, jak udowodnić, że jest inny niż tam-

ci, którzy złamali jej serce? 

- Nie opuszczę cię, Jo - powiedział poważnie. - Nie stałbym 

tutaj i prosił cię o rękę, gdybym nie... 

- O rękę? 
- No pewnie. - Co za dramat. - A ty co myślałaś? Że chcia-

łem tylko żyć z tobą? Przecież powiedziałem ci, że... 

Położyła mu dłoń na ustach. 
-  Przestań,  Cam.  Proszę.  Nie  zniosę  tego.  Nie  wytrzy-

mam. 

Pomału odsunął jej rękę. Splótł palce z jej palcami. 
- Kochasz mnie? - spytał. 

Patrzyła mu w oczy. Milczała. 

A jemu zadawało się, że łomotanie jego serca słychać było 

w całym mieście. 

- Czy możesz pokochać mnie, Jo? 
- Nigdy nie zdobędę się na takie ryzyko - powiedziała 

stanowczo. 

Puścił jej rękę. Nie zamierzał jej błagać. 
Zza  drzwi  doleciał  ich  gwałtowny  wybuch  śmiechu.  Na-

chylił  się  do  jej  ucha.  Po  raz  ostatni  wciągnął  w  nozdrza  jej 
zapach.

 
 
 

 
 
 

R

 S

background image

158 

 

 
 
 
 

R

 S

background image

159 

 

-  Jesteś niezwykłą kobietą, chłopczynko - wyszeptał. - 

Nigdy cię nie zapomnę. 

Nagrodziła go zapłakanym uśmiechem. 

Płacz  Callie  wyrwał  Jo  ze  snu.  Odrzuciła  kołdrę.  Chłodne 

górskie powietrze owionęło jej nagą skórę. Lipiec to najlepszy 
miesiąc do sypiania nago. 

-  Już idę, kochanie - zawołała. Włożyła koszulkę i bok 

serki. 

Nie  wiadomo  w  jaki  sposób,  ten  nocny  rytuał  od  miesiąca 

stał się ustalonym zwyczajem. 

- Hej, cukiereczku, czemu płaczesz? 
- Jojojojojo! 
- Właśnie  tak mnie  nazywają.  -  Jo  popatrzyła  na  zegar.  Za 

kwadrans  pierwsza.  Na  Wschodnim  Wybrzeżu  dochodziła 
dziesiąta. - Masz świetne wyczucie czasu, kochanie. Pora na 
nasze napoje. 

Z  Callie  na  ręce  zeszła  do  kuchni.  Włożyła  przygotowaną 

butelkę z kaszką do kuchenki mikrofalowej. Otworzyła piwo. 

- Ależ z nas niedobre dziewczynki - szepnęła. 
- Ba-ba! - Callie wyciągnęła rączki do butelki z piwem. 
- Ale  nie  aż  tak  złe,  laleczko.  -  Jo  odsunęła  butelkę.  Za-

dzwoniła  kuchenka.  Jo  pomachała  butelką.  -  Ta  jest  dla  cie-
bie. 

Pięć minut później siedziała już przed komputerem. Niemal 

natychmiast  cichy  dźwięk  powiadomił  ją,  że  nadeszła  nowa 
poczta. 

„Jak się mają moje piękne dziewczynki?" 

R

 S

background image

160 

 

Zawsze zaczynał od tego pytania. 
I jak zwykle łzy napłynęły jej do oczu. Posadziła sobie  wy-

godniej Callie na kolanach i jedną ręką zaczęła pisać. 

- Jesteśmy jego dziewczynkami - szepnęła do Callie. - Jego 

pięknymi dziewczynkami. Czy to nie cudowne? 

Godzinę później Callie miała dosyć, piwo stało się ciepłe, a 

ostatnie  słowa  pożegnania  zostały  wysłane.  Na  górze  Jo 
zmieniła dziecku pieluszkę i położyła je spać. Potem rozebrała 
się  i  wsunęła  pod  chłodną  pościel.  Wciąż  miała  w  pamięci 
tamte noce, kiedy Cam był z nią. 

Przez  pięć  ostatnich  tygodni  kontaktowali  się  każdego 

dnia. Albo przez komputery, albo telefonował do niej do pra-
cy. Czasem także wieczorami, kiedy siedział w swoim wspa-
niałym biurze i obserwował zachód słońca nad Manhattanem. 

Z  każdym  dniem  stawali  się  sobie  coraz  bliżsi.  Ale  on  ni-

gdy już nie wspomniał o małżeństwie czy przeprowadzce do 
Kalifornii.  I  Jo  wiedziała,  że  nigdy  tego  nie  zrobi.  Tylko  od 
niej zależało, żeby to mogło się zmienić. 

Zamknęła  oczy  i  w  pamięci  jeszcze  raz  odbyła  ich  elektro-

niczną  rozmowę.  O  różnych  głupstwach.  O  pracy.  O  Callie. 
O jego braciach. I zbliżających się meczach. 

Poczuła  w  sercu  dziwny,  okropny  ból.  Czaił  się  w  niej 

przez  ostatnie  tygodnie,  ale  zaabsorbowana  formalnościami 
związanymi  z adopcją Callie nie  zauważała  go.  Teraz  jednak 
zaczęła dostrzegać to, co Cam wiedział już wtedy, gdy prosił 
ją o rękę. 

Że mogła mu zaufać. Że nie odszedłby. Teraz nabrała pew-

ności. Ale czy kiedykolwiek da jej jeszcze jedną szan- 

R

 S

background image

161 

 

sę?  Czy  kiedykolwiek  zjawi  się  w  jej  warsztacie,  zastuka  do 
drzwi... poprosi jeszcze raz? 

Nie.  Nie  miała  złudzeń.  Teraz  wszystko  zależało  tylko  od 

niej. Wszystko miała w swoich rękach. 

Zamknęła oczy. I śniła o Cameronie. 

Cam  przyjacielsko  poklepał  po  ramieniu  strażnika  przy 

wejściu na stadion. 

- Co tam, Ed? 
- Znowu sam, koleś? 
Cam pomachał swoimi dwoma biletami. 
- Chcesz usiąść ze mną, Eddie? 
- Pewnie. - Eddie udał, że sięga po bilet. - Hej, Cam, a co się 

stało  z  tą  panienką  z  Kalifornii?  Tą  w  wielkim  kapeluszu? 
Ależ to była laska, człowieku. 

- Spławiła mnie. 
Ze zdumienia Eddie zaniemówił na chwilę. 
-  Ona cię... jaja sobie robisz? Spławiła takiego bogatego 

przystojniaka jak ty? I co ty o tym myślisz? Chyba tak tego 
nie zostawisz? 

Starał się w ogóle o tym nie myśleć. 
- Przecież  powiedziała  ci,  że  nie  lubi  baseballu.  -

Uśmiechnął się krzywo. 

- Myślałem,  że  żartuje.  -  Eddie  dał  Camowi  kuksańca.  - 

Może i dobrze, że dałeś sobie spokój z panienką, która nie lu-
bi baseballu. Komu to potrzebne? 

Mnie, pomyślał Cam. 
-  Chyba nie miałem wyboru. 
Cam już zajął swoje miejsce, a Eddie jeszcze kręcił gło- 

R

 S

background image

162 

 

wą z niedowierzaniem. Nim skończyli grać hymn, Cam miał swo-
je piwo, orzeszki i puste krzesełko obok siebie. 

Rozglądał  się  dokoła.  Pozdrowił  znajomych.  I  wszędzie  za-

uważał pary. Wiele z małymi dziećmi. Całe rodziny. 

Czy zawsze był na Stadionie taki samotny? 
Zanim  poznał  Jo,  nigdy  tego  nie  odczuwał.  Zanim  okazał  się 

ślepym, upartym głupcem. Który wszystko wie lepiej. Teraz przej-
rzał na oczy. Zmądrzał. Ale uparty pozostał. 

Nie. Nie był uparty. Potrzebował tylko więcej czasu. Wróci do 

Sierra Springs. Do swoich dziewcząt. Jo wyjdzie za niego. Trzeba 
tylko przekonać ją, że może mu zaufać. 

Gwar podniesionych głosów wyrwał go z zamyślenia. Spojrzał 

na plac gry. Nic. Na tablicę wyników. Bez zmian. Wtedy zorien-
tował się, że oczy wszystkich zwrócone są gdzieś  w  prawo  za 
jego plecami. 

- Ale śliczna! 
- Co za czapka! 
Obrócił głowę. Zobaczył małego skrzata. Miał czarne kręcone 

włoski, wielkie oczy i różową klubową czapkę Jankesów. 

Oniemiał. Gapił się bezmyślnie. Tylko krew zaczęła krążyć mu 

w żyłach w szalonym tempie. 

Maleństwo wyciągnęło ku niemu rękę. 
- Cacacaca! 
Bał się oderwać od niej oczy. To musiał być sen. Zjawa. A jej 

rączkę trzymała... jeszcze jedna zjawa. 

- Słyszałam, że masz wolne miejsce - powiedziała Jo. 

I uśmiechnęła się uroczo spod daszka, a jakże!, klubowej czapki 
Jankesów. - I kolana dla... mojej córki. 

R

 S

background image

163 

 

Zerwał się i w dwóch wielkich susach podbiegł do nich. 
- Co ty  tu robisz?  - Położył  jej  ręce na  ramionach. Siłą po-

wstrzymał się przed zamknięciem jej w uścisku. 

- Postanowiłam  spotkać  się  z  tobą  na  twoim  terenie.  -

Zerknęła na boisko. - Może być na trawie. 

Cam kręcił głową. Nie mógł pojąć, co działo się dokoła. 
- Ona chodzi? - bąknął. 
- Zaczęła  jakieś  dwa  tygodnie  temu.  -  Jo  roześmiała  się.  - 

Pamiętasz Cama, Callie? 

Przytulił ją. 
-  Oczywiście, że pamięta. Moja dziewczynka! - Zacisnął 

powieki. Pocałował małą główkę. 

- Jedna z twoich dziewczynek - powiedziała Jo cicho. 

Otworzył oczy. 

- Rety! Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zobaczę coś 

tak wspaniałego, jak ty w czapce Jankesów. 

Zasalutowała. I oboje wybuchnęli szalonym śmiechem. 
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. 
- Eddie mnie zapamiętał. Powiedział, że jesteś sam. 

   - Siadaj, koleś! Zignorował intruza. 

- Dlaczego? Co ty tu robisz, Jo? 
- Jestem tutaj, bo... bo ja... 
- Posadź dzieciaka na krześle, gościu. Zasłaniasz mecz! Nie 

poruszył się. Nie był w stanie. 

-Bo ja... - Odsunęła czapkę do tyłu i spojrzała mu w oczy. - 

Kocham cię. 

Chwycił ją w ramiona. Trzymał obie w uścisku. Callie i Jo. 

R

 S

background image

164 

 

-  Zabieraj nianię i odsłoń, człowieku. Chcemy oglądać 

baseball! 

Wysunęła mu się z objęć. Popatrzyła dookoła. 
-  Lepiej usiądźmy, Cam. 
Uśmiechnięty  szeroko,  zaprowadził  ją  na  miejsce.  Callie 

stała mu na kolanach i patrzyła za plecy. 

-  Nie, kochanie. - Spróbował ją obrócić. - Mecz jest tam. 

Widzisz? 

Jo roześmiała się. 
- Razem  oglądałyśmy  mecze  w  telewizji.  Ale  nie  zainte-

resowały jej. 

- Oglądałaś baseball? - spytał z niedowierzaniem. - Nic mi 

o tym nie mówiłaś. 

Schyliła się, spod krzesełka wyjęła jego piwo. 
- Kupiłam zestaw telewizji satelitarnej. - Pociągnęła tęgi łyk 

i  podała  mu  puszkę.  Jakby  zawsze  bywała  na  Stadionie.  - 
Widziałam wszystkie mecze. W domu i na wyjeździe. 

- Nie żartuj. 
-  Ty też będziesz mógł w ten sposób je oglądać. 

Callie chwyciła go za ucho i pociągnęła. 

-  Kiedy do ciebie wpadnę. - Bo przecież to właśnie miała 

na myśli, prawda? Kiedy pojedzie odwiedzić Callie. 

Popatrzyła nań bardzo poważnie. 
-  Taaak. Kiedy przyjedziesz. Poranki. Popołudnia. Noce 

i weekendy. 

Wpatrywał się w nią z niebywałym napięciem. 
- Czy zechciałabyś wyrażać się jaśniej? 
- Dobrze.  -  Obdarzyła  go  ciepłym  uśmiechem.  -  Kocham 

cię, Cam. Chcę wyjść za ciebie i spędzić z tobą resztę 

R

 S

background image

165 

 

moich dni i nocy. - Pogłaskała go po policzku. - Czy wyra-

ziłam się jasno, mecenasie? 

- O tak Wyjątkowo jasno, chłopczynko. Idealnie. 
Wspaniale wybita piłka poszybowała w dal. Pięćdziesiąt ty-

sięcy widzów poderwało się z krzykiem. 

Z  wyjątkiem  dwojga,  którzy  woleli  się  całować.  I  dziecka 

między nimi. 

R

 S

background image

166 

 

 

 

 

 

EPILOG 

Spośród  wszystkich  McGrathów,  którzy  zakochali  się  w 

ostatnim  roku,  najmocniej,  ku  zaskoczeniu  Cama,  dotknęło  to 
jego ojca. Z radością patrzył, jak starszy pan starał się dostoso-
wać kroki do kroków brzdąca, którego trzymał za rękę. 

Nie było wątpliwości. Ojciec szalał za Callie McGrath. 
Cam  ułożył  się  wygodniej  w  trzcinowym  fotelu.  Wciągnął  w 

płuca ożywcze powietrze Rhode Island. Przyglądał się blisko setce 
gości, którzy przybyli do posiadłości Edgewater na wesele Colina 
i Grace. 

- Spójrz na tych dwoje - powiedział, kiedy na werandę wszedł 

Colin. Już bez marynarki i krawata. 

Colin usiadł obok. Przyglądał się ojcu i Callie, którzy krążyli po 

parkiecie pod wielkim żółto-białym namiotem. 

- Widziałem. Gdyby tylko zechciała, na następne urodziny  ku-

piłby jej księżyc. 

James  McGrath pochylił  siwą  głowę  i  z  uwagą  słuchał  szcze-

biotu dziecka. Po chwili wyprostował się i roześmiał serdecznie. 

- Ciekawe, co mu powiedziała, że tak się śmieje? - powiedział 

Cam. 

R

 S

background image

167 

 

- No właśnie. Ona zna tylko cztery słowa. Jo. Cam. Auto i 

piłka. 

- To są ważne sprawy - powiedział Cam. 
- Mówiłem  ci,  że  stał  się  innym  człowiekiem  -  powiedział 

Colin. - Jakby spadł mu z ramion ciężar całego świata. 

Ale to nie było łatwe. James McGrath zmusił się, by stanąć 

twarzą  w  twarz  z  każdym  z  synów  i  przeprosić  ich  za  lata 
upartej  głupoty  i  kłamstw.  Początkowo  próbował  tłumaczyć 
swoje  postępowanie.  Na  koniec  przyznał  się  do  błędów.  Po-
leciał nawet do Kalifornii i spotkał się z Jo i Callie. 

Wszyscy mu wybaczyli. 
I  od tego momentu ojciec stał się człowiekiem młodszym, 

szczęśliwszym  i  zdrowszym.  I  całkowicie  zauroczonym 
wnuczką. 

Z  wysokości  werandy  Cam  przebiegał  wzrokiem  tłum  go-

ści w poszukiwaniu kasztanowych włosów i oczu koloru mie-
dzi. 

Miał  nadzieję,  że  jego  wesele,  zaplanowane  na  najbliższe 

Boże  Narodzenie  w  Sierra  Springs,  będzie  jeszcze  wspanial-
sze.  Do tego czasu muszą  wyremontować dawny  sklep  Katie. 
Będzie tam miał swoją kancelarię prawniczą. I nadal myślał o 
kupnie baru. 

Ale  co  najważniejsze,  do  tego  czasu  zostanie  całkowicie 

zakończony  proces  adopcji  Callie.  I  od  tej  chwili  będą  dla 
niej mamusią i tatusiem. 

- Nie widziałeś Quinna? - spytał Colin. 
- Za  tobą.  -  Quinn  wyszedł  z  domu  i  dołączył  do  braci.  - 

Szukam  tej  ślicznej  kobiety,  którą  poślubiłem  ja,  a  nie  wy, 
kapuściane głowy. 

R

 S

background image

168 

 

- Przyłącz się do nas, braciszku - powiedział Colin. -Nasze 

kobiety  już  to  zrobiły.  -  Wskazał  przeciwległy  kraniec  traw-
nika. Grace, w białej sukni, stała między Jo i Nicole, obejmu-
jąc je w pasie. Z pochylonymi ku sobie głowami, dzieliły się 
jakimiś  tajemnicami.  Grace  coś  powiedziała.  Nicole  roze-
śmiała się głośno. Za moment Jo przyłączyła się do niej. 

- Jak myślicie, o czym rozmawiają? - spytał Colin. 
- O tym, jak bardzo są szczęśliwe - zażartował Quinn. 

Zaśmiali się. 

- Bo  przecież  są.  -  Cam  nie  mógł  powstrzymać  się  od  ko-

mentarza. 

Quinn  skrzyżował  ramiona.  Wpatrywał  się  w  grupkę  ko-

biet,  gdzie  stała  kruczowłosa  piękność,  którą  znalazł  na  Flo-
rydzie. 

- Wiecie, gdyby huragan nie był zniszczył jej pensjonatu, 

nigdy bym jej nie spotkał - powiedział. 

Colin pokiwał głową.  Zatoczył ręką w koło, pokazując całą 

posiadłość. 

- Gdyby piorun nie trafił w Edgewater, kto wie, czy Grace 

i ja zeszlibyśmy się kiedykolwiek i wyjaśnili dziesięcioletnie 
nieporozumienia? 

Jakby  słysząc  jego  słowa,  Grace  spojrzała  w  kierunku  do-

mu. I pomachała do nich z uśmiechem. 

Cam nie odrywał oczu od trzeciej z kobiet. W obcisłej, zło-

tego  koloru  sukience,  w  butach  na  wysokich  obcasach,  jego 
chłopczynka była niezwykłym zjawiskiem. 

- A ty znalazłeś Jo dzięki trzęsieniu ziemi - powiedział 

Quinn. 

R

 S

background image

169 

 

Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie, zdumieni odkryciem, 

którego właśnie dokonali. 

- Wygląda na to, że jednak mieliśmy matkę. - Cam zaśmiał 

się cicho. - Matkę Naturę. 

A  ona  wspaniałomyślnie  uwolniła  siły  ziemi,  wiatru  i  og-

nia, żeby zapewnić im życie w miłości. 

R

 S


Document Outline