background image

Robin Cook

Śmiertelny strach 

(Mortal Fear)

Przełożyła Beata Paluchowska

 

background image

Mojemu starszemu bratu, Lee i mojej młodszej siostrze, Laurie.
Nigdy nie znalazłem się pomiędzy dwojgiem milszych ludzi.

background image

PODZIĘKOWANIA

Książka ta nie mogłaby zostać napisana bez pomocy i zachęty ze strony 

wszystkich moich przyjaciół, którzy wspierali mnie w pewnym trudnym okresie.

Wszyscy wiecie, kim jesteście, i wszystkim wam serdecznie dziękuję.

background image

PROLOG 

11 października, środa, po południu 

Nagle pojawienie się obcego białka było molekularnym odpowiednikiem Czarnej 

Śmierci. Oznaczało wyrok bez szans na ułaskawienie, ale Cedric Harring nie miał 
pojęcia o dramacie, który miał się właśnie rozegrać w jego wnętrzu.

Za to poszczególne komórki ciała Cedrica Harringa dokładnie znały swoją fatalną 

przyszłość. Tajemnicze cząsteczki nowego białka, przenikające przez błony 
komórkowe do ich wnętrza, były zbyt liczne wobec niewspółmiernie małej ilości 
enzymów, zdolnych walczyć z przybyszami. W przysadce mózgowej Cedrica nowe 
śmiercionośne molekuły wiązały się z represorami, skutecznie dotąd blokującymi 
geny odpowiedzialne za produkcję hormonu śmierci. Od momentu odsłonięcia 
fatalnych genów wynik był przesądzony. Gruczoł zaczął wytwarzać hormon śmierci 
w niespotykanych wcześniej ilościach. Obieg krwi dostarczał substancję do każdego 
zakątka ciała Cedrica. Żadna komórka nie miała przed nią obrony. Koniec był tylko 
kwestią czasu. W ciele Cedrica Harringa rozpoczął się proces rozkładu.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Ból, jak uderzenie rozpalonego do białości noża narodził się gdzieś w klatce 

piersiowej i szybko promieniował do góry w oślepiającym paroksyzmie, który 
paraliżował żuchwę i lewe ramię. W tej samej chwili Cedric poczuł obezwładniający 
strach przed śmiercią. Nigdy wcześniej nie doświadczył niczego podobnego.

Odruchowo uchwycił mocniej kierownicę i – łapiąc z wysiłkiem oddech – 

utrzymał jakoś kontrolę nad roztańczonym pojazdem. Zjechał właśnie z Berkeley 
Street, w centrum Bostonu, na Storrow Drive i pomknął na zachód, włączając się 
w szaleńczy bostoński ruch. Obraz drogi ściemniał, a potem odpłynął, jakby w głąb 
długiego tunelu.

Wysiłkiem woli Cedric oparł się ciemności, która usiłowała go pochłonąć. 

Stopniowo obraz rozjaśnił się. Nadal żył. Nie zjechał na pobocze. Instynkt powiedział 
mu, że jedyną szansą jest jak najszybciej dostać się do szpitala. Szczęśliwym 
zbiegiem okoliczności klinika Good Health Plan była niedaleko. Trzymaj się, nakazał 
sam sobie.

Razem z bólem pojawił się obfity pot, najpierw na czole, a potem na całym ciele. 

Pot piekł oczy, ale Harring nie ośmielił się rozluźnić kurczowego uchwytu na 
kierownicy, żeby otrzeć ściekające strugi. Właśnie zjechał z autostrady do Fenway, 
parkowej dzielnicy Bostonu, kiedy ból powrócił, ściskając piersi stalową obręczą. 
Samochody przed nim zwolniły na światłach. Nie mógł się zatrzymać. Nie było na to 
czasu. Pochylił się do przodu, nacisnął klakson i przemknął przez skrzyżowanie, 
o centymetry mijając stojące samochody. Widział twarze zaskoczonych 
i rozwścieczonych kierowców. Jechał teraz Park Drive, mając Back Bay Fens 
i zaniedbane ogrody po lewej stronie. Ból był stały, silny i obezwładniający. Cedric 
z trudem oddychał.

Szpital znajdował się przed nim, po prawej stronie, w miejscu dawnego budynku 

Searsa. Tylko kawałek drogi. Proszę... Wielka biała tablica z czerwoną strzałką 
i czerwonymi literami OSTRY DYŻUR zamajaczyła przed nim.

Cedricowi udało się wjechać prosto na podjazd przed izbą przyjęć, zahamował 

zbyt późno i uderzył w betonowy filar. Upadł na kierownicę, przyciskając klakson 
i walcząc o każdy haust powietrza.

Pierwszą osobą, która dopadła do samochodu, był strażnik. Szarpnięciem 

otworzył drzwi i ujrzawszy przerażającą bladość Cedrica, zawołał o pomoc.

– Ból w piersiach – z trudem wykrztusił Cedric.
Pojawiła się przełożona pielęgniarek, Hilary Barton, i zawołała o wózek do 

przewożenia chorych. W czasie, kiedy pielęgniarki i strażnik wydobywali Cedrica 
z wozu, nadszedł jeden z lekarzy i pomógł przenieść pacjenta na nosze. Nazywał się 

background image

Emil Frank i był stażystą dopiero od czterech miesięcy. Kilka lat wcześniej nazwano 
by go rezydentem. On także dostrzegł kremową bladość skóry Cedrica i obfity pot.

– Diaphoresis – rzucił autorytatywnie. – Prawdopodobnie zawał serca.
Hilary wzniosła oczy ku niebu. Jasne, że to zawał. Czym prędzej wyekspediowała 

pacjenta do budynku, ignorując doktora Franka, który włożył do uszu końcówki 
stetoskopu i starał się osłuchać serce Cedrica.

Natychmiast, gdy dotarli do pokoju zabiegowego, Hilary zaordynowała tlen, 

kroplówki i ciągłą kontrolę pracy serca, osobiście zakładając trzy główne elektrody 
do EKG. Kiedy tylko Emil podłączył kroplówkę, zasugerowała mu natychmiastowe 
podanie dożylnie czterech miligramów morfiny.

Gdy ból zelżał odrobinę, umysł Cedrica rozjaśnił się. Chociaż nikt mu tego nie 

powiedział, zdawał sobie sprawę, że ma atak serca. Wiedział także, że jest bardzo 
bliski śmierci. Nawet teraz – patrząc na maskę tlenową, kroplówki 
i elektrokardiograf, wypluwający papier na podłogę – czuł się tak wystawiony na 
niebezpieczeństwo, jak jeszcze nigdy w życiu.

– Zamierzamy przenieść pana do oddziału intensywnej opieki kardiologicznej – 

powiedziała Hilary. – Wszystko będzie dobrze. – Poklepała rękę Cedrica. Starał się 
odpowiedzieć uśmiechem. – Zawiadomiliśmy pańską żonę. Jest już w drodze.

Dla Cedrica oddział intensywnej opieki kardiologicznej był podobny do izby 

przyjęć ostrego dyżuru – i równie przerażający. Zapełniała go obca dla 
niewtajemniczonych, ultranowoczesna elektronika. Słyszał bicie swojego serca, 
powtarzane jak echo przez mechaniczny sygnalizator, a kiedy odwrócił głowę, mógł 
widzieć fosforyzujący punkcik znaczący swój ślad na okrągłym ekranie.

Chociaż maszyny wyglądały groźnie, świadomość obecności wszystkich tych 

urządzeń w pewien sposób uspokajała go. Jeszcze większą otuchą napełniał go fakt, 
że wkrótce przyjedzie jego własny lekarz.

Harring był pacjentem doktora Jasona Howarda od pięciu lat. Zaczął do niego 

chodzić, kiedy jego pracodawcy z Boston National Bank zarządzili coroczne 
kontrolne badania pracowników zatrudnionych na wyższych stanowiskach 
kierowniczych. Gdy przed kilku laty doktor Howard niespodziewanie zrezygnował ze 
swojej prywatnej praktyki i dołączył do zespołu Good Health Plan (GHP), Cedric 
posłusznie podążył za nim. Przeniesienie się wymagało zmiany jego systemu 
ubezpieczenia zdrowotnego z Blue Cross na wariant płatny z góry, ale przyciągał go 
tutaj doktor Howard, a nie GHP, i Cedric zaznaczył to wyraźnie swojemu lekarzowi.

– Jak się pan czuje? – zapytał Jason, ściskając rękę Cedrica, ale większą uwagę 

poświęcając ekranowi EKG.

– Nie...najlepiej – chrapliwie odparł Cedric. Musiał kilka razy odetchnąć, zanim 

udało mu się wypowiedzieć te dwa słowa.

background image

– Chciałbym, żeby się pan odprężył.
Cedric zamknął oczy. Odprężyć się! Co za żart!
– Bardzo boli?
Cedric przytaknął ruchem głowy. Łzy płynęły mu po policzkach.
– Następna dawka morfiny – polecił Jason.
W ciągu kilku minut po podaniu lekarstwa ból stał się łatwiejszy do zniesienia. 

Doktor Howard rozmawiał ze stażystą, upewniając się, że pobrano wszystkie 
konieczne próbki krwi i prosząc o pewien rodzaj cewnika. Cedric obserwował go, 
uspokojony samym widokiem przystojnej twarzy Howarda o jastrzębim profilu 
i roztaczaną przez niego aurą pewności i autorytetu. Najlepsze zaś było to, że 
odczuwał troskę Howarda. Ten lekarz przejmował się swoim pacjentem.

– Musimy dokonać małego zabiegu – mówił Howard. – Chcemy wprowadzić 

cewnik Swana-Ganza, żebyśmy mogli zobaczyć, co dzieje się w środku. Zastosujemy 
miejscowe znieczulenie, więc to nie będzie bolało, dobrze?

Cedric skinął głową. Z jego strony doktor Howard miał carte blanche na robienie 

wszystkiego, co uznał za konieczne. Cedric doceniał jego postawę. Nigdy nie 
rozmawiał ze swoimi pacjentami z góry – nawet kiedy trzy tygodnie temu Cedric 
przechodził badania i Howard robił mu wykład o jego wysokocholesterolowej diecie, 
dwóch paczkach papierosów dziennie i braku ćwiczeń fizycznych. Gdybym tylko 
słuchał, pomyślał. Ale pomimo złowieszczych proroctw na temat stylu życia 
Harringa, lekarz przyznał, że testy są w porządku. Cholesterol nie jest zbyt wysoki, 
a elektrokardiogram prawidłowy. Uspokojony pacjent zrezygnował z prób rzucenia 
palenia i rozpoczęcia ćwiczeń.

A potem, mniej niż tydzień po badaniach, Cedric poczuł się, jakby złapał grypę. 

Ale to był dopiero początek. Jego przewód pokarmowy zaczął kaprysić i okropnie 
bolały go stawy. Nawet wzrok zdawał się pogarszać. Pamiętał, jak żona powiedziała, 
że wygląda tak, jakby postarzał się o trzydzieści lat. Miał wszystkie objawy, jakie 
pojawiły się u jego ojca podczas ostatnich miesięcy życia, które spędził w klinice. 
Czasami, kiedy kątem oka zauważał swoje odbicie w lustrze, wydawało mu się, że 
widzi ducha tego starego człowieka.

Pomimo morfiny Cedric poczuł gwałtowny atak palącego, miażdżącego bólu. 

Czuł, że zapada się w głąb tunelu, jak się to zdarzyło w samochodzie. Nadal widział 
Howarda, ale lekarz był bardzo daleko, a jego głos zamierał. Tunel zaczął wypełniać 
się wodą. Cedric zakrztusił się i spróbował wypłynąć na powierzchnię. Jego ręce 
szaleńczo chwytały powietrze.

Potem Cedric odzyskał świadomość na kilka chwil agonii. Kiedy z trudem 

powrócił na powierzchnię, czuł rytmiczny ucisk na piersiach i coś w gardle. Ktoś 
klęczał obok niego, miażdżąc mu rękami klatkę piersiową. Chory zaczął krzyczeć, 

background image

kiedy w piersiach nastąpiła nagła eksplozja bólu i ciemność opadła jak ołowiany koc.

Śmierć zawsze była wrogiem doktora Jasona Howarda. Jako stażysta w szpitalu 

Massachusetts General rozwinął w sobie to przekonanie do granic możliwości, nigdy 
nie poddając się przy zatrzymaniu krążenia, dopóki przełożony nie nakazał mu 
przerwać reanimacji.

Teraz nie mógł uwierzyć, że pięćdziesięciosześcioletni mężczyzna, którego badał 

zaledwie przed trzema tygodniami i którego uznał za zdrowego, nie żyje. Była to 
osobista zniewaga.

Patrząc na monitor, który nadal pokazywał normalną aktywność elektryczną 

serca, Jason dotknął szyi Cedrica. Nie mógł wyczuć tętna.

– Proszę igłę dosercową – zażądał. – I niech ktoś zmierzy ciśnienie.
Kiedy starał się wymacać krawędź mostka, włożono mu do ręki długą igłę.
– Ciśnienie nieoznaczalne – oznajmił Philip Barnes, anestezjolog, wezwany 

alarmem, który włączył się automatycznie, kiedy u Cedrica nastąpiło zatrzymanie 
krążenia. Założył pacjentowi rurkę dotchawiczą i podawał mu tlen przy pomocy 
worka Ambu.

Dla Jasona diagnoza była jasna: pęknięcie serca. Przy nadal rejestrowanym EKG 

i braku czynności serca jako pompy rozkojarzenie elektromechaniczne było 
oczywiste. To mogło oznaczać tylko jedno. Ta część serca Cedrica, która przestała 
być zaopatrywana przez krew, rozerwała się jak zgniecione winogrono. Żeby 
potwierdzić to straszne rozpoznanie, Jason zagłębił igłę w piersi mężczyzny, 
nakłuwając worek osierdziowy. Kiedy cofnął tłoczek, strzykawka napełniła się krwią. 
Nie było wątpliwości. Serce Cedrica pękło.

– Weźmy go na chirurgię – krzyknął Jason, chwytając krawędź łóżka. Barnes 

skierował wzrok na Judith Reinhart, przełożoną pielęgniarek oddziału opieki 
kardiologicznej. Oboje wiedzieli, że to bezcelowe.

W najlepszym wypadku mogli podłączyć Cedrica do sztucznego płucoserca, ale 

co potem?

Lekarz przestał prowadzić sztuczne oddychanie. Zamiast jednak pomóc pchać 

łóżko, podszedł do Jasona i delikatnie położył mu rękę na ramieniu, zatrzymując go.

– To musi być pęknięcie serca. Wiesz to. Ja też wiem. Straciliśmy go, Jason.
Internista zrobił gest protestu, ale anestezjolog wzmocnił uścisk. Jason spojrzał na

kredową twarz pacjenta. Wiedział, że Philip ma rację. Bez względu na to, jak 
nienawidził tej myśli, Cedric był stracony..

– Masz rację – przyznał, niechętnie pozwalając Philipowi i Judith wyprowadzić 

się z oddziału i pozostawiając przygotowanie ciała pielęgniarkom.

Kiedy podeszli do centralnego biurka, Jason powiedział, że Cedric był trzecim 

background image

pacjentem, który umarł kilka tygodni po kontrolnym badaniu, które dało prawidłowe 
wyniki. Pierwszy miał także zawał serca, drugi masywny udar.

– Może powinienem pomyśleć o zmianie zawodu – na wpół poważnie powiedział 

Jason. – Nawet moi hospitalizowani pacjenci mają się kiepsko.

– Po prostu pech – odpowiedział Philip, dając Jasonowi przyjacielskiego 

szturchańca w ramię. – Wszyscy miewamy złe okresy. Będzie lepiej.

– Tak, jasne – przytaknął Jason.
Philip poszedł z powrotem na chirurgię.
Jason znalazł puste krzesło i usiadł ciężko. Wiedział, że musi się przygotować do 

spotkania z żoną Cedrica, która miała przybyć do szpitala lada chwila. Czuł się 
wykończony.

– Myślałem, że do tej pory przyzwyczaiłem się trochę do śmierci – powiedział 

głośno.

– Właśnie to, że się nie przyzwyczaiłeś, robi z ciebie tak dobrego lekarza – 

odparła Judith, biorąc się za papierkową robotę, związaną ze zgonem.

Jason docenił komplement, ale wiedział, że jego stosunek do śmierci wykracza 

poza sprawy zawodowe. Dokładnie przed dwoma laty śmierć zabrała to, co było dla 
niego najdroższe. Nadal pamiętał dzwonek telefonu rozbrzmiewający kwadrans po 
północy pewnej ciemnej listopadowej nocy. Zasnął w gabinecie, przeglądając 
czasopisma medyczne. Pomyślał, że to jego żona, Danielle, dzwoni ze szpitala 
dziecięcego, zawiadamiając go, że wróci później. Była pediatrą i tamtego wieczoru 
została wezwana do wcześniaka z zaburzeniami oddechowymi. Okazało się jednak, 
że to policja drogowa. Dzwonili, by mu powiedzieć, że duża ciężarówka, jadąca 
z Albany z ładunkiem aluminiowych elementów budowlanych, przejechała pas 
rozdzielający jezdnie i zderzyła się czołowo z samochodem jego żony. Kobieta nie 
miała żadnej szansy.

Jason ciągle pamiętał głos policjanta, jakby to było wczoraj. Najpierw był wstrząs 

i niedowierzanie, potem gniew. W końcu okropne poczucie własnej winy. Gdyby 
tylko – jak to czasem robił – pojechał z Danielle i poczytał w bibliotece szpitalnej. 
Albo gdyby nalegał, żeby spała w szpitalu.

Kilka miesięcy później sprzedał dom, ciągle wypełniony obecnością Danielle, 

a także, swoją prywatną praktykę i gabinet, który dzielił z żoną. To wtedy przeniósł 
się do Good Health Plan. Zrobił wszystko, co sugerował mu Patrick Quillan, znajomy 
psychiatra. Pozostał jednak ból, a także gniew.

– Przepraszam, doktorze Howard?
Jason podniósł wzrok na szeroką twarz Kay Ramn, sekretarki oddziału.
– Pani Harring jest w poczekalni – oznajmiła Kay. – Powiedziałam jej, że wyjdzie 

pan, żeby z nią porozmawiać.

background image

– O, Boże – westchnął Jason, przecierając oczy. Rozmowa z krewnymi po 

śmierci pacjenta była trudna dla każdego lekarza, ale od czasu śmierci Danielle Jason 
odczuwał ból rodziny jak swój własny.

Na przeciwko oddziału intensywnej opieki kardiologicznej znajdował się mały 

salonik z nieaktualnymi pismami, wiklinowymi krzesłami i plastikowymi roślinami. 
Pani Harring wyglądała przez okno, wychodzące na północ w stronę Fenway Park 
i rzeki Charles. Była to drobna kobieta z włosami, którym pozwoliła naturalnie 
posiwieć. Kiedy wszedł Jason, odwróciła się i spojrzała na niego przestraszonymi 
oczami w czerwonych obwódkach.

– Doktor Howard – przedstawił się Jason, zachęcając ją gestem, by usiadła. 

Zrobiła to, ale na samym brzeżku krzesła.

– Zatem jest źle... – zaczęła. Głos jej się załamał.
– Obawiam się, że jest bardzo źle – powiedział Jason. – Pan Harring odszedł. 

Zrobiliśmy, co było w naszej mocy. Przynajmniej nie cierpiał. – Jason nienawidził 
samego siebie za wypowiadanie tych oczekiwanych kłamstw. Wiedział, że Cedric 
cierpiał. Widział na jego twarzy śmiertelne przerażenie. Agonia zawsze była walką, 
rzadko spokojnym odpływem życia, prezentowanym w filmach.

Krew zniknęła z twarzy pani Harring i przez moment Jason myślał, że kobieta 

zemdleje. W końcu powiedziała:

– Nie mogę w to uwierzyć.
Lekarz skinął głową.
– Wiem. – I naprawdę wiedział.
– To nie w porządku – powiedziała. Patrzyła na Jasona nieufnie, a jej twarz 

czerwieniała. – Chcę powiedzieć, że wydaliście mu świadectwo zdrowia. Zrobił mu 
pan te wszystkie testy i były prawidłowe! Dlaczego niczego nie znaleźliście? 
Powinniście byli temu zapobiec!

Jason rozpoznał gniew, znajomy zwiastun rozpaczy. Bardzo współczuł tej 

kobiecie.

– Właściwie nie dałem pani mężowi świadectwa zdrowia – powiedział delikatnie. 

– Wyniki jego badań laboratoryjnych były zadowalające, ale ostrzegałem go, jak 
zawsze, przed paleniem i dotychczasową dietą. Przypomniałem mu także, że jego 
ojciec umarł na zawał serca. Wszystkie te czynniki przesuwały go do grupy 
wysokiego ryzyka, pomimo wyników laboratoryjnych.

– Ale jego ojciec miał siedemdziesiąt cztery lata, kiedy zmarł, a Cedric tylko 

pięćdziesiąt sześć! Jaki jest sens badań kontrolnych, jeśli mój mąż umiera zaledwie 
trzy tygodnie później?

– Przykro mi – powiedział miękko Jason. – Nasze zdolności przewidywania są 

ograniczone. Wiemy o tym. Możemy tylko robić jak najlepiej to, co leży w zakresie 

background image

naszych możliwości.

Pani Harring westchnęła. Wąskie ramiona pochyliły się w przód. Jason widział, 

jak jej gniew słabnie. Jego miejsce zajął obezwładniający smutek. Kiedy odezwała 
się, głos jej drżał.

– Wiem, że zrobił pan wszystko, co można. Przepraszam.
Jason pochylił się do przodu i położył rękę na ramieniu kobiety.
Wydawała się taka delikatna pod cienką jedwabną sukienką.
– Wiem, jak jest pani ciężko.
– Czy mogę go zobaczyć? – zapytała przez łzy.
– Oczywiście – Jason zerwał się i podał jej ramię.
– Wiedział pan, że Cedric miał umówioną wizytę u pana? – zagadnęła pani 

Harring, kiedy wyszli na korytarz. Wytarła oczy chusteczką, którą wyjęła z torebki.

– Nie, nie wiedziałem – przyznał Jason.
– Na następny tydzień. To był pierwszy wolny termin. Nie czuł się dobrze.
Jason poczuł kłopotliwe ukłucie niepokoju. Chociaż był pewien, że nie 

popełniono błędu w sztuce, nie było to żadną gwarancją w sądzie.

– Czy kiedy dzwonił skarżył się na ból w klatce piersiowej? – zapytał Jason. 

Zatrzymał panią Harring przed drzwiami oddziału kardiologicznego.

– Nie, nie. Po prostu mnóstwo nie powiązanych ze sobą objawów. Głównie 

wyczerpanie.

Jason westchnął z ulgą.
– Bolały go stawy – ciągnęła pani Harring. – I niepokoiły go oczy. Miał kłopoty 

z prowadzeniem samochodu nocą.

Kłopoty z prowadzeniem nocą? Chociaż taki objaw nie miał związku z zawałem 

serca, uruchomił jakiś sygnał alarmowy w umyśle Jasona.

– I jego skóra stała się bardzo sucha. Stracił także mnóstwo włosów...
– Włosy wymieniają się naturalnie – mechanicznie odpowiedział Jason. Było 

oczywiste, że ta litania niespecyficznych skarg nie ma żadnego związku z rozległym 
zawałem serca. Pchnął ciężkie drzwi do oddziału i gestem zachęcił panią Harring, by 
szła za nim. Skierował ją do właściwej izolatki.

Cedric był przykryty czystym białym prześcieradłem. Pani Harring położyła 

swoją szczupłą, kościstą rękę na głowie męża.

– Czy chce pani zobaczyć twarz? – zapytał Jason.
Pani Harring potwierdzająco kiwnęła głową, a łzy znów pojawiły się w jej oczach 

i popłynęły po twarzy. Jason odwinął prześcieradło i cofnął się.

– O, Boże – krzyknęła. – Wygląda tak samo, jak jego ojciec tuż przed śmiercią! – 

Odwróciła się i wyszeptała – Nie wiedziałam, że śmierć tak postarza człowieka.

Zwykle tak nie jest, pomyślał Jason. Teraz, kiedy nie koncentrował się już na 

background image

sercu Cedrica, dostrzegł zmiany na jego twarzy. Włosy były przerzedzone. Oczy 
zapadnięte głęboko w oczodołach nadawały twarzy mężczyzny pusty, posępny 
wygląd, bardzo odległy od tego, który Jason zapamiętał, kiedy robił Cedricowi 
badania trzy tygodnie wcześniej. Lekarz z powrotem rozłożył prześcieradło 
i ponownie zaprowadził panią Harring do małego saloniku. Posadził ją i usiadł 
naprzeciwko.

– Wiem, że nie jest to odpowiednia pora, żeby poruszać tę kwestię – powiedział – 

ale chcielibyśmy uzyskać pani zgodę na zbadanie ciała męża. Może dowiemy się 
czegoś, co pomoże komuś w przyszłości.

– Myślę, że jeśli to może pomóc innym... – pani Harring przygryzła wargę. Było 

jej ciężko myśleć, a co dopiero podjąć decyzję.

– Pomoże. I naprawdę doceniamy pani szlachetność. Jeśli będzie pani uprzejma 

zaczekać tutaj, przyślę kogoś z formularzami.

– W porządku – odparła z rezygnacją pani Harring.
– Przykro mi – powtórzył Jason. – Proszę zadzwonić do mnie, gdybym mógł 

w czymś pomóc.

Jason znalazł Judith i przekazał jej, że pani Harring zgodziła się na autopsję.
– Zadzwoniliśmy do biura anatomopatologa i rozmawialiśmy z jakąś doktor 

Danforth. Powiedziała, że to oni chcą się zająć tym przypadkiem – poinformowała go 
Judith.

– Cóż, upewnij się, żeby przysłali nam wszystkie wyniki. – Jason zawahał się. – 

Czy nie zauważyłaś niczego dziwnego u pana Harringa? To znaczy, czy nie wyglądał 
niezwykle staro, jak na pięćdziesięciosześcioletniego człowieka?

– Nie zwróciłam uwagi – odparła Judith, odchodząc w pośpiechu. Na oddziale 

przebywało jedenastu pacjentów i uwagę pielęgniarki zaprzątał już następny pilny 
przypadek.

Jason wiedział, że niespodziewane zajście z Cedrikiem zakłóciło mu plan dnia, 

ale ta nagła śmierć nadal dominowała w jego myślach. Starając się uspokoić, 
zadzwonił do doktor Danforth, obdarzonej głębokim, dźwięcznym głosem, 
i przekonał ją, żeby pozwoliła dokonać badania pośmiertnego w szpitalu. Śmierć – 
jego zdaniem – wiązała się z długą rodzinną historią chorób układu krążenia i chciał 
porównać patologię serca z wysiłkowym EKG, które zrobiono wcześniej. Lekarka 
łaskawie zgodziła się zrezygnować z tego przypadku.

Przed opuszczeniem oddziału Jason skorzystał z możliwości obejrzenia 

pozostałych pacjentów, którzy nie czuli się najlepiej.

Sześćdziesięciojednoletni Brian Lennox był kolejną ofiarą ataku serca. Został 

przyjęty trzy dni wcześniej i chociaż początkowo jego stan poprawił się, potem 

background image

jednak sprawy nagle przybrały zły obrót. Tego ranka, podczas obchodu, Jason 
postanowił przenieść Lennoxa z oddziału intensywnej opieki kardiologicznej, 
pojawiły się jednak wczesne bóle związane z zastoinową niewydolnością serca. Był 
to dla Jasona dotkliwy zawód, jako że musiał dopisać Briana Lennoxa do listy swoich 
hospitalizowanych pacjentów, których stan ostatnio znacznie się pogorszył. Zamiast 
przenieść chorego Jason musiał wdrożyć agresywne leczenie niewydolności serca.

Teraz stracił wszelką nadzieję na szybką poprawę u pana Lennoxa. Mężczyzna 

siedział, oddychając gwałtownie i płytko pod maską tlenową. Jego twarz miała 
złowrogą szarą barwę, której Jason nauczył się obawiać. Pielęgniarka wyprostowała 
się znad zakładanej kroplówki.

– Co słychać? – zagadnął Jason, zmuszając się do uśmiechu. Nie musiał jednak 

pytać. Lennox podniósł bezsilną rękę. Nie mógł mówić.

Całą jego uwagę pochłaniał wysiłek wkładany w oddychanie.
Pielęgniarka wyprowadziła Jasona z izolatki na środek sali. Jej plakietka 

identyfikacyjna głosiła „Panna Levay, dypl. piel.”

– Zdaje się, że nic nie działa – powiedziała strapiona. – Ciśnienie zaklinowania 

w tętnicy płucnej rośnie mimo leków. Dostał diuretyki, hydralazynę i nitroprusydek. 
Nie wiem, co robić.

Jason zerknął ponad ramieniem panny Levay do izolatki. Pan Lennox dyszał jak 

miniaturowa lokomotywa. Jason nie miał żadnej koncepcji ratunku poza 
przeszczepem, a to, oczywiście, nie wchodziło w grę. Mężczyzna był nałogowym 
palaczem i niewątpliwie oprócz kłopotów z sercem miał rozedmę. Jednak pan Lennox 
powinien zareagować na leczenie. Jedynym wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy, jakie 
Jason mógł sobie wyobrazić, było rozszerzanie się strefy zawału.

– Zamówmy pilną konsultację kardiologiczną – powiedział. – Może będą mogli 

powiedzieć, czy zajętych jest więcej naczyń wieńcowych. To jedyna rzecz, jaka 
przychodzi mi do głowy. Może to jest kandydat do operacji pomostowej.

– Cóż, lepsze to, niż nic – odparła panna Levay. Bez wahania podeszła do 

stojącego na środku biurka, żeby zatelefonować.

Jason wrócił do izolatki, żeby trochę pocieszyć Briana Lennoxa. Chciałby mieć 

mu więcej do zaoferowania, ale leki moczopędne powinny zmniejszyć objętość 
płynów, a hydralazyna i nitroprusydek – zredukować wstępne i następcze obciążenie 
serca. Wszystko to miało na celu zmniejszenie wysiłku, jaki towarzyszył 
pompowaniu krwi. To powinno pozwolić sercu zagoić się po urazie, jakim był zawał. 
Ale nie działało. Stan zdrowia Lennoxa pogarszał się pomimo wszystkich wysiłków 
i podłączonych urządzeń. Jego zapadnięte oczy były szkliste.

Jason położył dłoń na spoconym czole Briana i odgarnął włosy. Ku jego 

zdziwieniu, część z nich została mu w ręce. Jason przyjrzał się im, a potem ostrożnie 

background image

ujął kilka innych pasm. Wyszły również, niemal bez żadnego oporu. Oglądając 
poduszkę za głową chorego, Jason zauważył więcej włosów. Nie była to jakaś 
niezwykła ilość, ale więcej, niż by się spodziewał. Kazało mu się to zastanowić, czy 
któreś z lekarstw, jakie zaordynował, mogło powodować jako efekt uboczny 
wypadanie włosów. Odnotował w pamięci, żeby sprawdzić to wieczorem. Oczywiście 
utrata włosów nie była wielkim problemem w tym momencie. Przypomniała mu 
jednak uwagę pani Harring. Dziwne!

Prosząc, by zawiadomiono go o wynikach konsultacji kardiologicznej Briana 

Lennoxa i rzucając masochistycznie jeszcze jedno spojrzenie na przykryte 
prześcieradłem zwłoki Cedrica Harringa, Jason opuścił oddział kardiologiczny 
i zjechał windą na drugie piętro, które łączyło szpital z budynkiem ambulatorium. 
Centrum Medyczne GHP było imponującym ośrodkiem ogromnego, płatnego z góry 
systemu ochrony zdrowia. Obejmowało szpital na czterysta łóżek z ambulatoryjnym 
ośrodkiem chirurgicznym, oddzielną poradnię, niewielkie skrzydło badawcze i piętro 
biur administracyjnych. Główny budynek, pierwotnie zaprojektowany jako gmach 
biurowy Searsa, był utrzymany w stylu art deco. Został przebudowany i gruntownie 
odnowiony, żeby pomieścić szpital i biura administracji. Budynek zajmowany przez 
przychodnie i dział badań naukowych był nowy, ale zbudowano go tak, aby pasował 
do starej konstrukcji i ozdobiono takimi samymi pieczołowicie wykonanymi 
detalami. Wznosił się na kolumnach nad terenem parkingu. Gabinet Jasona znajdował 
się na drugim piętrze, razem z resztą oddziału wewnętrznego.

W GHP pracowało szesnastu internistów. Większość była specjalistami, chociaż 

kilku, tak jak Jason, pozostało lekarzami ogólnymi. Howard zawsze czuł, że 
interesuje go całe spektrum ludzkich dolegliwości, a nie tylko niektóre organy czy 
układy.

Pokoje lekarzy były rozmieszczone na obwodzie, pozostała przestrzeń była 

poczekalnią, w której rozstawiono wygodne krzesła. Gabinety badań przedzielały 
pokoje lekarzy. Na końcu mieściło się kilka niewielkich sal zabiegowych. Pracowała 
tu grupa personelu pomocniczego, który według pierwotnego zamysłu miał się 
rotacyjnie wymieniać, ale w rzeczywistości pielęgniarki i sekretarki starały się 
pracować raczej z jednym lekarzem. Taka sytuacja zwiększała ich sprawność, 
ponieważ mogły się przystosować do specyficznych zwyczajów każdego z nich. 
Z Jasonem pracowały zazwyczaj pielęgniarka Sally Baunan i sekretarka Klaudia 
Mockelberg. Współpraca z obu kobietami układała mu się dobrze, szczególnie 
z Klaudią, która przejawiała niemal macierzyńską troskę o Jasona. Straciła swojego 
jedynego syna w Wietnamie i utrzymywała, że Jason przypomina go, mimo różnicy 
wieku.

Obie zauważyły wchodzącego lekarza i pospieszyły za nim. Sally trzymała plik 

background image

kart oczekujących pacjentów. Miała porywcze usposobienie, a nieobecność Jasona 
zburzyła cały jej pracowicie ułożony plan dnia. Była gotowa „urządzić scenę”, ale 
Klaudia powstrzymała ją i odesłała z pokoju.

– Było tak źle, jak to po tobie widać? – zagadnęła.
– Czy to się tak rzuca w oczy? – zapytał Jason, myjąc ręce nad umywalką w rogu 

gabinetu.

Skinęła głową.
– Wyglądasz, jakby cię dobrze trzepnęło.
– Zmarł Cedric Harring – rzucił. – Pamiętasz go?
– Słabo – przyznała Klaudia. – Po tym, jak zostałeś wezwany do OIOK-u, 

wyjęłam jego kartę. Jest na twoim biurku.

Jason spojrzał na dokumentację. Sprawność Klaudii była czasami onieśmielająca.
– Dlaczego nie usiądziesz na chwilę? – zaproponowała. Lepiej niż ktokolwiek 

inny w GHP Klaudia znała reakcję Jasona na śmierć. Była jedną z tych dwojga ludzi 
w Centrum, którym Jason opowiedział o wypadku swojej żony.

– Musimy być naprawdę spóźnieni – westchnął Jason. – Sally będzie bardzo 

kręciła nosem.

– Och, daruj sobie Sally. – Klaudia obeszła biurko Jasona i delikatnie posadziła 

go na krześle. – Może się wstrzymać kilka minut.

Jason uśmiechnął się wbrew samemu sobie. Dotknął palcami karty Cedrica 

Harringa.

– Pamiętasz dwóch pozostałych, którzy umarli w ciągu ostatniego miesiąca zaraz 

po badaniach kontrolnych?

– Briggs i Connoly – odrzekła Klaudia bez wahania.
– Co powiesz na pomysł wyciągnięcia ich kart? Nie podoba mi się to.
– Zgoda, ale pod warunkiem, że nie będziesz – Klaudia przerwała, szukając słów 

– zbytnio się tym przejmował. Ludzie umierają. Niestety, to się zdarza. Taki jest ten 
zawód. Rozumiesz? Może filiżankę kawy?

– Proszę o karty – powtórzył Jason.
– Dobrze, dobrze – odparła Klaudia, wychodząc.
Otworzył kartę Cedrica Harringa, przejrzał historię choroby i wyniki badań. 

Z wyjątkiem niezdrowych nawyków nie było tam nic istotnego. Przejrzał zwykły 
i wysiłkowy EKG, zbadał wykresy, szukając jakichś zwiastunów nadciągającej 
katastrofy. Nawet mądry po fakcie nie mógł nic znaleźć.

Klaudia wróciła i otworzyła drzwi bez pukania. Jason usłyszał jęk Sally:
– Klaudia...
Ta jednak zamknęła pielęgniarce drzwi przed nosem i podeszła do biurka Jasona. 

Energicznie położyła przed nim karty Briggsa i Connoly’ego.

background image

– Tubylcy robią się niespokojni – zauważyła i wyszła.
Jason otworzył obydwie karty. Briggs zmarł na rozległy zawał serca, 

prawdopodobnie podobny do tego, jaki miał Harring. Sekcja zwłok wykazała długie 
odcinki niedrożności wszystkich naczyń wieńcowych, pomimo że zapis EKG, 
robiony podczas badań kontrolnych cztery miesiące przed śmiercią, był równie 
prawidłowy, jak Harringa. Także wysiłkowy EKG, podobnie jak Harringa, był 
zupełnie normalny. Jason, zatrwożony, potrząsnął głową. Przecież badanie 
wysiłkowe, bardziej nawet niż zwyczajny elektrokardiogram, powinno wychwytywać 
takie potencjalnie tragiczne w skutkach, zmiany. A zdawało się dowodzić, że 
profilaktyczne badania kadry kierowniczej są zupełnie bezcelowe. Nie dość, że nie 
były w stanie wychwycić tak poważnych problemów zdrowotnych, to jeszcze dawały 
pacjentom fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Przy prawidłowych wynikach testów 
nie mieli żadnej motywacji do zmiany swojego niezdrowego trybu życia. Briggs, 
podobnie jak Harring, miał ponad pięćdziesiąt lat, dużo palił i nie uprawiał żadnego 
sportu.

Drugi pacjent, Rupert Connoly, umarł z powodu masywnego udaru. I tym razem 

stało się to niedługo po obowiązkowych badaniach, które nie wykazały żadnych 
odchyleń od normy. Na dodatek do ogólnie niezdrowego trybu życia Connoly pił 
dużo, chociaż nie był nałogowym alkoholikiem. Jason miał już zamknąć kartę, kiedy 
zauważył coś, co poprzednio umknęło jego uwadze. W protokole sekcji zwłok 
patolog zaznaczył poważnie rozwiniętą zaćmę. Przekonany, że niedokładnie pamięta 
wiek mężczyzny, Jason zajrzał na stronę z danymi personalnymi. Connoly miał 
zaledwie pięćdziesiąt osiem lat. W tym wieku katarakta występuje, ale bardzo rzadko. 
Wrócił do opisu badania przedmiotowego i sprawdził, czy odnotował zaćmę. 
Z zakłopotaniem stwierdził, że pominął ją, opisując „oczy, uszy, nos i gardło” jako 
pozostające bez odchyleń od stanu prawidłowego. Zaczął się zastanawiać, czy „na 
starość” nie staje się niedbały. Potem jednak spostrzegł, że także opisał siatkówki 
jako prawidłowe. W jaki sposób udało mu się zbadać dno oczu, jeżeli chory miał 
zaćmę? Nie będąc okulistą Jason znał swoje ograniczenia w tym względzie. Nie 
wiedział, czy pewne rodzaje zaćmy utrudniają przechodzenie światła bardziej, niż 
inne. Dodał i to pytanie do listy rzeczy do zbadania, którą układał w pamięci.

Złożył karty. Trzech pozornie zdrowych ludzi umarło w ciągu miesiąca po 

okresowych badaniach. Jezu, pomyślał. Ludzie często obawiali się pójścia do szpitala. 
Jeśli to się rozniesie, mogą przestać przychodzić do kontroli.

Jason wyskoczył z gabinetu zabierając wszystkie karty. Zobaczył, jak Sally 

podnosi się od swojego biurka, spoglądając wyczekująco. Przechodząc przez 
poczekalnię powiedział do niej, bezgłośnie poruszając wargami: „dwie minuty”. 
Minął kilkoro pacjentów, pozdrawiając ich uśmiechem i skinięciem głowy. Zajrzał do 

background image

poczekalni gabinetu Rogera Wanamakera. Roger był internistą, który specjalizował 
się w kardiologii i którego zdanie Jason wysoko cenił. Właśnie wychodził z jednego 
z gabinetów przyjęć. Był to otyły mężczyzna o twarzy przypominającej starego 
wyżła, z obwisłym podgardlem i mnóstwem niepotrzebnej skóry.

– Co powiesz na konsultację podczas spaceru? – zagadnął Jason.
– To cię będzie kosztować – zażartował Roger. – Co jest grane?
Jason wszedł za kolegą do jego zaniedbanego gabinetu.
– Niestety, pewne bardzo niepokojące fakty. – Jason otworzył karty swoich 

trzech zmarłych pacjentów na odcinkach z zapisem EKG i położył je przed Rogerem. 
– Wstydzę się nawet o tym mówić, ale ostatnio zmarło mi trzech mężczyzn w średnim 
wieku zaraz po tym, jak wymyślne badania okresowe określiły ich jako całkiem 
zdrowych. Jeden umarł dzisiaj. Nawet wiedząc to, co teraz, nie mogę znaleźć ani 
śladu nieprawidłowości na żadnym z wykresów. Co o tym sądzisz?

Na moment zapadła cisza, kiedy Roger studiował elektrokardiogramy.
– Witaj w naszym klubie – powiedział w końcu.
– Klubie?
– Te EKG są w porządku – zapewnił go Roger. – Wszyscy mieliśmy ostatnio 

takie same doświadczenia. Ja miałem cztery takie przypadki w ciągu ostatnich kilku 
miesięcy. Prawie każdy, kto o tym mówi, miał co najmniej jeden lub dwa.

– Jak to się stało, że nic o tym nie było słychać?
– Sam mi to powiedz – odparł Roger z krzywym uśmieszkiem. – Ty też nie 

rozgłaszałeś swoich przypadków, prawda? To nieprzyjemna sprawa. Wszyscy 
staraliśmy się na to raczej nie zwracać uwagi. Ale ty jesteś ordynatorem. Dlaczego 
nie zwołasz zebrania?

Jason chmurnie kiwnął głową. Pod egidą administracji GHP, która podejmowała 

wszystkie ważniejsze decyzje organizacyjne, stanowisko szefa zespołu nie było 
specjalnie godne pożądania. Zajmowali je kolejno na okres roku wszyscy interniści 
i obowiązki te dwa miesiące temu spadły na barki Jasona.

– Zdaje się, że powinienem – powiedział, zbierając karty z biurka Rogera. – 

Nawet jeśli nie przyniesie to innego efektu, lekarze powinni przynajmniej wiedzieć, 
że nie są odosobnieni, jeśli zdarzy im się coś podobnego.

– Brzmi nieźle – zgodził się Roger. Dźwignął swoje ogromne cielsko. – Ale nie 

spodziewaj się, że wszyscy będą równie otwarci, jak ty.

Jason skierował się do centralnego biurka, pokazując gestem Sally, że jest 

gotowy na przyjęcie pacjenta. Sally poderwała się jak sprinterka. Potem zwrócił się 
do Klaudii:

– Potrzebuję przysługi. Chciałbym, żebyś sporządziła listę wszystkich 

corocznych badań kontrolnych, jakie zrobiłem w ciągu ostatniego roku. Wyjmij karty 

background image

i sprawdź stan zdrowia pacjentów. Chcę być pewien, że nikt więcej nie ma 
poważnych problemów zdrowotnych. Okazuje się, że kilku innych lekarzy miało 
podobne przypadki. Myślę, że jest to coś, co powinniśmy zbadać.

– To będzie długi wykaz – ostrzegła Klaudia.
Jason był tego świadomy. W swoich staraniach promowania tego, co nazywa się 

medycyną zapobiegawczą, GHP usilnie propagował badania kontrolne i usprawnił ten 
proces, aby objąć opieką jak największą liczbę osób. Jason wiedział, że bada 
tygodniowo średnio pięciu do dziesięciu takich pacjentów.

Przez następne kilka godzin Jason poświęcał całą uwagę swoim pacjentom, 

którzy zalewali go niekończącym się strumieniem problemów i skarg. Sally była 
bezlitosna, przysyłając do pokoju badań kolejnego pacjenta, gdy tylko poprzedni 
zdążył go opuścić. Rezygnując z lunchu Jasonowi udało się w końcu nadrobić 
zaległości.

Po południu, gdy wracał z jednego z gabinetów zabiegowych, gdzie wykonywał 

sigmoidoskopię pewnemu pacjentowi z przewlekłym wrzodziejącym zapaleniem 
jelita grubego, zatrzymała go Klaudia, gestem przywołując do swojego biurka. Kiedy 
podszedł, uśmiechnęła się przekornie. Wiedział, że coś się kroi.

– Masz szacownego gościa – powiedziała ściągniętymi ustami, imitując Lily 

Tomlin.

– Kto? – zapytał Jason, odruchowo obrzucając wzrokiem poczekalnię.
– Jest w twoim gabinecie – oznajmiła Klaudia.
Jason przeniósł wzrok na swój pokój. Drzwi były zamknięte. To nie pasowało do 

Klaudii, żeby wpuszczać tam kogoś. Spojrzał z powrotem na swoją sekretarkę.

– Klaudia? – zapytał, przeciągając jej imię, jakby zawierało więcej, niż dwie 

sylaby. – Jak mogłaś wpuścić kogoś do mojego gabinetu?

– Nalegał – odparła Klaudia – a kim ja jestem, żeby odmówić?
Niewątpliwie gość, ktokolwiek to był, zrobił na niej wrażenie.
Jason znał ją dobrze. Musiała to być z pewnością jakaś ważna figura w GHP. Był 

jednak zmęczony grą.

– Powiesz mi, kto to jest, czy to ma być niespodzianka?
– Doktor Alvin Hayes – odpowiedziała Klaudia. Zamrugała oczami i uśmiechnęła 

się szyderczo. Agnes, sekretarka pracująca z Rogerem, zachichotała.

Jason z niesmakiem machnął im ręką i skierował się do swojego gabinetu. Wizyta 

doktora Alvina Hayesa stanowiła niezwykłe wydarzenie. Był symbolem i gwiazdą 
działalności badawczej GHP, wynajętą w celu promowania programu zdrowotnego. 
Posunięcie to przypominało zatrudnienie przez Humana Corporation Williama 
DeVries, chirurga okrytego sławą w związku ze sztucznym sercem. GHP, jako 
organizacja ochrony zdrowia, z założenia nie wspierał prac badawczych, jednak 

background image

zatrudnienie Hayesa z olbrzymim wynagrodzeniem miało na celu podniesienie 
prestiżu instytucji, zwłaszcza w środowisku akademickim Bostonu. W końcu, doktor 
Alvin Hayes był światowej sławy biologiem molekularnym, którego zdjęcie ukazało 
się na okładce tygodnika „Time” po tym, jak opracował metodę uzyskiwania 
ludzkiego hormonu wzrostu przy użyciu techniki rekombinowanego DNA.

Wyprodukowany hormon był dokładnie taki, jak odmiana ludzka. Wcześniejsze 

próby dawały jedynie substancje zbliżone, ale nie dokładnie takie same. Uważano to 
za znaczące osiągnięcie.

Jason podszedł do gabinetu i otworzył drzwi. Nie mógł sobie wyobrazić powodu, 

dla którego Hayes miałby składać mu wizytę. Ignorował Jasona od dnia, kiedy przed 
ponad rokiem rozpoczął tu pracę, chociaż obaj byli na jednym roku medycyny na 
Uniwersytecie Harvarda. Po ukończeniu studiów ich drogi rozeszły się, ale kiedy 
Alvin Hayes został zatrudniony w GHP, Jason poszukał go i przywitał. Hayes był 
sztywny, pod wrażeniem własnej ważności i nie ukrywał pogardliwego stosunku do 
decyzji Jasona pozostania w medycynie klinicznej. Z wyjątkiem kilku 
przypadkowych spotkań omijali się nawzajem. A dokładniej mówiąc, Hayes 
ignorował wszystkich w GHP, coraz bardziej upodabniając się do obiegowego obrazu 
zwariowanego naukowca. Skrajnie zaniedbywał swój wygląd. Nosił workowate, nie 
odprasowane ubrania, a jego rozczochrane długie włosy nasuwały na myśl burzliwe 
lata sześćdziesiąte. Chociaż ludzie plotkowali o nim i miał niewielu przyjaciół, był 
jednak powszechnie szanowany. Hayes pracował długie godziny i produkował 
niewiarygodne ilości papierów i artykułów naukowych.

Alvin Hayes siedział, rozparty niedbale, na jednym z krzeseł, stojących przed 

zabytkowym biurkiem Jasona. Był mniej więcej wzrostu Howarda, miał miękkie, 
chłopięce rysy i włosy zwisające niedbale wokół twarzy, która dziś wydawała się 
bardziej ziemista, niż kiedykolwiek. Zawsze miał ten szczególny rodzaj akademickiej 
bladości, który charakteryzuje naukowców, spędzających cały swój czas 
w laboratoriach. Jednak wyćwiczone oko Jasona dostrzegło wzmożone zażółcenie 
skóry, jak również rozlanie rysów, które nadawały gościowi chorobliwy i wyczerpany 
wygląd. Jason zastanawiał się, czy jest to wizyta zawodowa.

– Przepraszam, że zawracam ci głowę – powiedział Hayes, wstając z trudem. – 

Wiem, że musisz być zajęty.

– Ależ nie – skłamał Jason, obchodząc biurko i siadając. Zdjął stetoskop, wiszący 

mu na szyi. – Czym mogę ci służyć? – Hayes wydawał się zdenerwowany 
i zmęczony, jakby nie spał od kilku dni.

– Muszę z tobą porozmawiać – powiedział, ściszając głos i pochylając się 

konspiracyjnie do przodu.

Jason cofnął się. Oddech Hayesa cuchnął, a jego oczy były szkliste i rozbiegane, 

background image

co nadawało im szalony wyraz. Biały fartuch laboratoryjny był pognieciony 
i wyplamiony. Oba rękawy zostały podwinięte powyżej łokci. Bransoleta zegarka 
była tak luźna, że Jason zastanawiał się, jak można było go nie zgubić.

– Co masz na myśli?
Hayes pochylił się jeszcze bardziej, pięścią wspierając się na notesie Jasona.
– Nie tutaj – szepnął. – Chcę porozmawiać z tobą dziś wieczorem. Poza GHP.
Przez moment panowała napięta cisza. Zachowanie Hayesa było w rzucający się 

sposób nienormalne i Jason zastanawiał się, czy nie powinien namówić tego 
człowieka na rozmowę z Patrickiem Quillanem, przypuszczając, że psychiatra przyda 
mu się bardziej niż on. Jednak jeśli Hayes chciał porozmawiać z dala od szpitala, nie 
mogło to dotyczyć jego zdrowia.

– To ważne – dodał Hayes, niecierpliwie stukając w biurko Jasona.
– W porządku – zgodził się pospiesznie Jason, obawiając się, że dłuższe wahanie 

rozwścieczy naukowca. – Może podczas obiadu? – Chciał spotkać się ze swoim 
rozmówcą w jakimś publicznym miejscu.

– Dobrze. Gdzie?
– Wszystko jedno. – Jason wzruszył ramionami. – Może na North End w jakiejś 

włoskiej knajpce?

– Zgoda. Kiedy i gdzie?
Jason przebiegł w myśli znane sobie restauracje w bostońskiej dzielnicy North 

End. Była to plątanina krętych uliczek, sprawiająca, że przechodzień czuł się 
w cudowny sposób przeniesiony na południe Włoch.

– Może w Carbonara? – podsunął. – To na Rachel Revere Square, naprzeciwko 

Paul Revere House.

– Znam to miejsce – powiedział Hayes. – O której?
– Ósma?
– W porządku. – Naukowiec podniósł się i trochę chwiejnie podszedł do drzwi. – 

I nie zapraszaj nikogo więcej. Chcę z tobą porozmawiać sam na sam. – Nie czekając 
na odpowiedź, wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Jason pokręcił ze zdumieniem głową i wrócił do swoich pacjentów.
Już po kilku minutach ponownie wciągnęła go praca i dziwna wizyta Hayesa 

wypadła mu z głowy. Reszta popołudnia upłynęła bez niemiłych niespodzianek. 
Przynajmniej ambulatoryjni pacjenci Jasona byli w dobrym stanie i reagowali na 
leczenie, które im zalecił. Wzmocniło to nieco jego pewność siebie, którą sprawa 
Harringa mocno podkopała. Pozostało już tylko dwóch pacjentów do zbadania.

Po wykonaniu w jednej z sal zabiegowych drobnej interwencji chirurgicznej, gdy 

szedł przez poczekalnię do swojego gabinetu, aby przepisać dalsze leczenie, 
spostrzegł Shirley Montgomery, gawędzącą z sekretarkami. W środowisku 

background image

szpitalnym Shirley wyróżniała się jak Kopciuszek na balu. W przeciwieństwie do 
innych kobiet, które nosiły białe spódniczki i bluzki lub białe garnitury, Shirley 
ubrana była w konserwatywną jedwabną sukienkę, pod którą na próżno usiłowała 
ukryć swą atrakcyjną figurę. Chociaż niewielu ludzi widząc Shirley wpadłoby na to, 
była dyrektorem administracyjnym całej organizacji Good Health Plan. Atrakcyjna 
jak modelka, miała także doktorat z zakresu administracji służby zdrowia 
z uniwersytetu Columbia i dyplom magisterski Harvard Business School.

Przy takich walorach fizycznych i umysłowych Shirley mogłaby onieśmielać 

ludzi, udało jej się jednak tego uniknąć. Otwarta i wrażliwa, dawała sobie świetnie 
radę ze wszystkimi: personelem technicznym, sekretarkami, pielęgniarkami, a nawet 
chirurgami. W dużym stopniu atmosfera współpracy i sprawne działanie GHP były 
osobistą zasługą Shirley Montgomery.

Spostrzegła Jasona i przeprosiła sekretarki. Podeszła do niego z lekkością 

i wdziękiem tancerki. Jej gęste, brązowe włosy były sczesane z czoła i układały się 
z boku twarzy jak ciężka grzywa. Makijaż został nałożony tak mistrzowsko, że 
w ogóle się go nie dostrzegało. Ogromne niebieskie oczy lśniły inteligencją.

– Przepraszam, doktorze Howard – odezwała się formalnie. W kącikach warg 

czaił się słaby ślad uśmiechu. Shirley i Jason od kilku miesięcy spotykali się, o czym 
nie wiedział nikt z pracowników szpitala. Zaczęło się to podczas jednego 
z półrocznych spotkań zespołu, kiedy poznali się nad cocktailami. Gdy Jason 
dowiedział się, że jej mąż zmarł niedawno na raka, poczuł natychmiast łączącą ich 
więź.

Potem był obiad, podczas którego opowiedziała Jasonowi, jak pewnego ranka 

przed trzema laty jej mąż obudził się z silnym bólem głowy. Kilka miesięcy później 
był już martwy z powodu guza mózgu, który nie zareagował na żadne leczenie. Do 
tego czasu pracowali oboje w Humana Hospital Corporation. Później, podobnie jak 
Jason, Shirley poczuła, że musi zmienić otoczenie i przeniosła się do Bostonu. Ta 
historia wywarła tak duże wrażenie na Jasonie, że przełamał własny mur milczenia. 
Tego samego wieczoru podzielił się z nią swoją udręką po wypadku i śmierci żony.

Ta niezwykła zbieżność emocjonalnych doświadczeń legła u podstaw ich 

związku – ni to przyjaźni, ni to romansu. Każde z nich wiedziało, że druga strona 
przeżyła zbyt duży uraz uczuciowy, żeby angażować się szybko.

Jason był zmieszany. Nigdy do tej pory nie odwiedzała go w ten sposób. Jak 

zwykle, miał tylko bardzo blade pojęcie o tym, co działo się w jej niezwykłym 
umyśle. Pod wieloma względami była najbardziej skomplikowaną kobietą, jaką 
kiedykolwiek spotkał.

– W czym mogę być pomocny? – zapytał, szukając jakiejś wskazówki co do jej 

zamiarów.

background image

– Wiem, że musisz być zajęty – odparła – ale zastanawiałam się, czy jesteś wolny 

dziś wieczorem. – Ściszyła głos, odwracając się plecami do Klaudii, która nie 
odrywała od nich wzroku. – Wydaję dziś improwizowany obiad dla kilkorga 
znajomych z Harvard Business School. Chciałabym, żebyś się do nas przyłączył. Co 
na to powiesz?

Jason natychmiast pożałował, że umówił się z Alvinem Hayesem. Gdybyż 

zgodził się z nim spotkać tylko na drinka.

– Wiem, że to zbyt późne zaproszenie – dodała Shirley, wyczuwając wahanie 

Jasona.

– Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że obiecałem zjeść obiad z Alvinem Hayesem.
– Z naszym doktorem Hayesem? – Shirley powiedziała to ze szczerym 

zdumieniem.

– Tak. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale mam wrażenie, że on oszalał. I chociaż nie 

można powiedzieć, że był przyjacielski, ale zrobiło mi się go żal. Ten obiad to mój 
pomysł.

– Cholera! – rzuciła Shirley. – Podobałoby ci się to towarzystwo. Cóż, następnym 

razem...

– Będę cię trzymał za słowo – odparł Jason. Miała już odejść, kiedy przypomniał 

sobie swoją rozmowę z Rogerem Wanamakerem. – Chyba powinienem ci 
powiedzieć, że zamierzam zwołać zebranie zespołu. Kilku pacjentów zmarło 
z powodu chorób serca, których nasze badania nie wykryły. Uważam, że jako 
pełniący obowiązki ordynatora, powinienem się tym zająć. Zgon w miesiąc po 
wystawieniu przez nas świadectwa znakomitego zdrowia nie zrobi nam dobrej prasy.

– Dobry Boże – westchnęła Shirley. – Nie rozpowszechniaj takich pogłosek.
– Cóż, to trochę deprymujące, kiedy ktoś, kogo bada się wszystkimi dostępnymi 

środkami i uznaje za zdrowego, wraca do szpitala w katastrofalnym stanie i umiera. 
Cały sens badań kontrolnych kadry kierowniczej polega na zapobieganiu takim 
sytuacjom. Chyba powinniśmy zwiększyć czułość naszych testów wysiłkowych.

– To słuszna sugestia – zgodziła się Shirley. – Proszę cię tylko, żebyś nie nadawał 

temu rozgłosu. Badania kontrolne grają główną rolę w naszej kampanii przyciągania 
większych klientów zbiorowych na tym obszarze. Nie wyprowadzajmy tego poza 
nasz zespół.

– Jasne – przytaknął Jason. – Przykro mi z powodu dzisiejszego wieczoru.
– Mnie też – powiedziała Shirley, zniżając głos. – Nie sądziłam, że doktor Hayes 

prowadzi tak aktywne życie towarzyskie. O co tu chodzi?

– To dla mnie zagadka – przyznał Jason – ale dam ci znać.
– Bardzo proszę – rzekła Shirley. – To głównie ja przyczyniłam się do 

zatrudnienia Hayesa. Czuję się odpowiedzialna. Wkrótce porozmawiamy. – Odeszła, 

background image

uśmiechając się do oczekujących w pobliżu pacjentów.

Jason obserwował ją przez chwilę, potem zauważył spojrzenie Klaudii. 

Z poczuciem winy spuściła oczy na swoją pracę. Jason zastanowił się, czy sekret już 
się wydał. Wzruszając ramionami wrócił do swoich ostatnich pacjentów.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Późna jesień w Bostonie była dla Jasona wesołą porą roku, pomimo zimnego 

wiatru, który przynosiła. Miękki kapelusz w stylu Indiany Jonesa i wygodny burberry 
wystarczająco chroniły przez chłodem październikowej nocy.

Gwałtowne podmuchy wiatru podrywały pożółkłe resztki liści wiązów spod stóp 

Jasona, kiedy wspinał się Mt. Vernon Street i przechodził okolonym kolumnadą 
pasażem pod State House. Przecinając promenadę przy Centrum Rządowym minął 
targowisko Faneuil Hall z jego ulicznymi aktorami i wkroczył do North End, 
bostońskiej Little Italy. Ludzi widziało się tam wszędzie: stojący na rogach ulic 
mężczyźni rozmawiali, gestykulując z ożywieniem; kobiety wychylały się z okien, 
plotkując z przyjaciółkami z przeciwnej strony ulicy. Powietrze wypełniał aromat 
mielonej kawy i wypieków pachnących migdałami. Tak jak Włochy, miejsce to było 
źródłem rozkoszy dla zmysłów.

Minąwszy dwie przecznice Hannover Street Jason skręcił w prawo i po chwili 

zobaczył skromny, szalowany drewnem dom Paula Revere’a. Brukowany kocimi 
łbami plac otoczony był ciężkim, czarnym kotwicznym łańcuchem, zwisającym 
pomiędzy metalowymi podporami. Dokładnie naprzeciwko domu Paula Revere’a 
znajdowała się Carbonara, ulubiona restauracja Jasona. Na tym samym placu były 
jeszcze dwie inne restauracje, ale żadna z nich nie mogła się z nią równać. Wszedł po 
frontowych stopniach i został powitany przez szefa sali, który zaprowadził go do 
stolika przy oknie z widokiem na malowniczy placyk. Jak w wielu miejscach 
w Bostonie pejzaż ten był w jakiś sposób nierealny, jak dekoracje w letnim ogródku.

Jason zamówił butelkę białego wina Gavi i czekając na pojawienie się Hayesa 

zjadł talerz antipasto. Nie minęło dziesięć minut, kiedy podjechała taksówka, z której 
wysiadł naukowiec. Przez kilka chwil stał na chodniku, spoglądając w głąb North 
Street w kierunku, z którego przybył. Jason obserwował to, zastanawiając się, na co 
czeka. W końcu mężczyzna odwrócił się i wszedł do restauracji.

Gdy kelner odprowadzał nowego gościa do stolika, Jason zauważył, jak bardzo 

nie na miejscu wydawał się Hayes w tym eleganckim wnętrzu, wśród modnie 
ubranych gości. Zamiast wyplamionego fartucha laboratoryjnego miał na sobie 
workowatą tweedową marynarkę z naderwaną łatą na łokciu. Zdawało się, że ma 
kłopoty z chodzeniem i Jason zastanawiał się, czy jego kolega nie jest pijany.

Nie zwracając uwagi na obecność Jasona Hayes opadł na puste krzesło i wyjrzał 

przez okno, znowu patrząc na North Street. Pojawiła się jakaś para, spacerująca pod 
ramię. Hayes odprowadził ich wzrokiem, aż zniknęli w głębi Prince Street. Jego oczy 
ciągle miały szklisty wyraz i Jason zauważył nową sieć czerwonych naczynek, 
rozpościerających się wokół nosa jak gałązki koralowca. Skóra była blada jak kość 

background image

słoniowa, prawie taka, jaką Jason widział u Harringa na oddziale kardiologicznym. 
Z jednej z wypchanych kieszeni marynarki Hayes wygrzebał pogniecioną paczkę 
Cameli bez filtra. Zapalił papierosa trzęsącymi się rękami i odezwał się z oczami 
błyszczącymi pod wpływem jakiejś silnej emocji.

– Ktoś mnie śledzi.
Jason nie bardzo wiedział, jak ma zareagować.
– Jesteś pewien?
– Nie mam żadnych wątpliwości – odparł Hayes, zaciągając się głęboko 

papierosem. Tlący się popiół spadł na biały obrus. – Ciemny facet, przystojny 
elegancik, cudzoziemiec – dodał jadowicie.

– Czy to cię niepokoi? – zapytał Jason, próbując grać psychiatrę. Było widoczne, 

że na dodatek do wszystkiego innego Hayes jest typem paranoidalnym.

– Chryste, tak! – krzyknął naukowiec. Kilka głów odwróciło się. Ściszył głos. – 

Nie byłbyś zdenerwowany, gdyby ktoś chciał cię zabić?

– Zabić cię? – powtórzył jak echo Jason, pewien już, że Hayes oszalał.
– Tak. I mojego syna także.
– Nie wiedziałem, że masz syna. – W rzeczywistości Jason nie wiedział nawet, że 

Hayes był żonaty. W szpitalu krążyły plotki, że w tych rzadkich przypadkach, kiedy 
potrzebuje on jakiejś rozrywki, chodzi do dyskoteki.

Hayes zdusił papierosa w popielniczce, zaklął pod nosem i zapalił następnego, 

nerwowo wydmuchując dym krótkimi porcjami. Jason uświadomił sobie, że jego 
rozmówca znajduje się w krytycznym punkcie i musi być traktowany ostrożnie. Ten 
człowiek był bliski psychicznego załamania.

– Przepraszam, jeśli to zabrzmi głupio – powiedział Jason – ale chciałbym 

pomóc. Przypuszczam, że dlatego chciałeś ze mną porozmawiać. Szczerze mówiąc, 
Alvin, nie wyglądasz zbyt dobrze.

Hayes oparł czoło na prawej ręce, trzymając łokieć na stole. Zapalony papieros 

znalazł się niebezpiecznie blisko rozczochranych włosów. Jason czuł pokusę, żeby 
odsunąć albo włosy, albo papierosa; bał się, że mężczyzna zapali się jak żywa 
pochodnia. Obawiając się jednak podniecenia Hayesa nie zrobił niczego.

– Czy panowie chcieliby coś zamówić? – zapytał kelner, bezszelestnie pojawiając 

się koło stolika.

– Na miłość boską! – warknął Hayes, którego głowa podskoczyła gwałtownie. – 

Nie widzisz, że rozmawiamy?

– Proszę o wybaczenie, sir – kelner cofnął się, kłaniając.
Odetchnąwszy głęboko, Hayes znów zwrócił uwagę na Jasona.
– Zatem nie wyglądam dobrze?
– Nie. Masz niezdrową cerę i wydajesz się wyczerpany i zdenerwowany.

background image

– Ach, jasnowidzący klinicysta – skomentował ironicznie Hayes. – Przepraszam, 

nie chciałem być taki wredny. Masz rację. Nie czuję się dobrze. Prawdę mówiąc, 
czuję się po prostu okropnie.

– Na czym polega problem?
– Właściwie na wszystkim. Bóle stawów. Kłopoty żołądkowo-jelitowe, 

zaburzenia widzenia. Nawet wysychanie skóry. Kostki swędzą mnie tak bardzo, że 
doprowadza mnie to do szaleństwa. Moje ciało dosłownie rozpada się.

– Może lepiej byłoby spotkać się w moim gabinecie – zaproponował Jason. – 

Chyba powinniśmy cię przebadać.

– Może kiedyś – ale to nie dlatego chciałem się z tobą zobaczyć. Dla mnie może 

być już za późno, w każdym razie, gdybym mógł uratować swojego syna... – Przerwał 
i wskazując na okno wrzasnął: – Tam jest!

Jason odwrócił się do okna i dostrzegł jakąś postać, znikającą w North Street. 

Odwracając się z powrotem do Hayesa, zapytał: – Skąd wiesz, że to był on?

– Szedł za mną od chwili, kiedy opuściłem GHP. Myślę, że chce mnie 

zamordować.

Nie mogąc w żaden sposób odróżnić faktu od urojenia Jason pilnie obserwował 

swojego kolegę. Hayes zachowywał się dziwacznie, mówiąc delikatnie, ale w mózgu 
Jasona odezwało się stare powiedzenie: „nawet paranoicy mają wrogów”. Może ktoś 
faktycznie śledził Hayesa. Jason wyłowił schłodzoną butelkę Gavi z wiaderka 
z lodem i napełnił kieliszki. – Może lepiej powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi.

Hayes wypił wino jednym haustem, jak wódkę, i otarł usta wierzchem dłoni.
– To całkiem zwariowana historia... Może jeszcze trochę wina?
Jason ponownie napełnił kieliszek, a Hayes mówił dalej.
– Nie przypuszczam, żebyś wiedział zbyt wiele o tym, czego dotyczą moje 

zainteresowania naukowe...

– Mam pewne pojęcie.
– Wzrost i rozwój – powiedział Hayes. – Jak włączają się i wyłączają geny. 

Dojrzewanie płciowe; co włącza odpowiednie geny. Rozwiązanie tego problemu 
byłoby wielkim osiągnięciem. Nie tylko moglibyśmy potencjalnie wpływać na wzrost 
i rozwój, ale prawdopodobnie bylibyśmy w stanie „wyłączać” nowotwory, a po 
zawale „włączać” podziały komórkowe, żeby stworzyć nowy mięsień sercowy. 
W każdym razie, upraszczając, ośrodkiem moich zainteresowań było włączanie 
i wyłączanie genów wzrostu i rozwoju. Ale, jak to często bywa w badaniach, pewną 
rolę odegrał łut szczęścia. Jakieś cztery miesiące temu, w trakcie doświadczeń, 
dokonałem niespodziewanego odkrycia, ironicznego, ale zdumiewającego. Mówię 
o wielkim przełomie naukowym. Wierz mi: to jest materiał na Nobla.

Jason pragnął stłumić niedowierzanie, chociaż zastanawiał się, czy Hayes nie 

background image

rozwinął urojeń wielkościowych, żeby poradzić sobie ze swoją paranoją.

– Co to było za odkrycie?
– Chwileczkę – odparł Hayes. Odłożył papierosa do popielniczki i przycisnął 

prawą dłoń do piersi.

– Dobrze się czujesz? – zaniepokoił się Jason. Zdawało się, że skóra Hayesa jest 

o ton bardziej szara, a na linii włosów pokazały się krople potu.

– Nic mi nie jest – zapewnił go Hayes. Ręka opadła mu na stół. – Nie zgłosiłem 

tego odkrycia, bo uświadamiałem sobie, że to pierwszy krok do jeszcze większego 
przełomu. Mówię o czymś związanym z antybiotykami czy spiralną strukturą DNA. 
Byłem tak podniecony, że pracowałem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale 
potem stwierdziłem, że moje oryginalne odkrycie nie jest już tajemnicą. Ze zostało 
wykorzystane. Kiedy powziąłem takie podejrzenie, ja... – Hayes przerwał w połowie 
zdania. Wpatrywał się w Jasona z wyrazem twarzy, który początkowo był 
zmieszaniem, ale szybko przemienił się w strach.

– Alvin, co się dzieje? – spytał Jason.
Hayes nie odpowiedział. Ponownie przycisnął prawą dłoń do piersi. Z jego warg 

wydobył się jęk, mężczyzna wyrzucił obie ręce do przodu i zacisnął je na obrusie, 
ściągając go do siebie. Kieliszki z winem przewróciły się. Zaczął się podnosić, ale nie 
udało mu się tego dokonać. Z gwałtownym, krztuszącym się kaszlem chlusnął na stół 
krwią, zalewając nią obrus i opryskując Jasona, który odskoczył do tyłu, przewracając 
krzesło. Krew nie przestawała płynąć. Wydobywała się kolejnymi falami, ochlapując 
wszystko wokół, gdy tymczasem goście przy sąsiednich stolikach zaczęli krzyczeć.

Jako lekarz Jason wiedział, co się stało. Krew miała jasnoczerwoną barwę i była 

dosłownie wypompowywana z ust Hayesa. Znaczyło to, że pochodzi bezpośrednio 
z serca. W ciągu następnych sekund Hayes pozostał wyprostowany w krześle, 
a zdumienie i ból zastąpiły strach w jego oczach. Jason obszedł stół i chwycił go za 
ramiona. Niestety, nie było żadnego sposobu na zatamowanie krwotoku. Jason nie 
mógł zrobić nic więcej, jak tylko podtrzymywać mężczyznę, z którego wypływało 
życie.

Kiedy ciało Hayesa zwiotczało, Jason pozwolił mu opaść na podłogę. Ludzki 

organizm zawiera około czterech i pół litra krwi, ale wydawało się, że na stole 
i podłodze jest jej o wiele więcej. Lekarz odwrócił się do sąsiedniego opuszczonego 
już stolika i wziął serwetkę, żeby wytrzeć sobie ręce.

Pierwszy raz od początku katastrofy Jason uświadomił sobie istnienie otoczenia. 

Pozostali goście restauracji poderwali się od swoich stolików i stłoczyli w odległym 
kącie sali. Kilkoro dostało torsji.

Sam szef sali, zielony na twarzy, słaniał się na nogach.
– Zadzwoniłem po ambulans – zdołał wykrztusić z ręką przyciśniętą do ust.

background image

Jason popatrzył na Hayesa. Bez sali operacyjnej w zasięgu ręki, wyposażonej 

w uruchomioną, gotową do użycia aparaturę do krążenia pozaustrojowego, nie było 
żadnej szansy na uratowanie nieszczęśnika. Ambulans był już zupełnie bezużyteczny. 
Ale przynajmniej będzie mógł zabrać zwłoki. Spoglądając jeszcze raz na nieruchome 
ciało, Jason zdecydował, że Hayes musiał mieć raka płuc. Guz mógł naciekać aortę, 
powodując krwotok. Jak na ironię, papieros Hayesa nadal palił się w popielniczce, 
pełnej teraz spienionej krwi. Smużka dymu apatycznie unosiła się do sufitu.

Z pewnej odległości dobiegł Jasona modulowany sygnał zbliżającej się karetki. 

Zanim jednak przybyła, przed lokalem zatrzymał się policyjny radiowóz, pulsujący 
niebieskim światłem, a do sali jadalnej wpadło dwóch umundurowanych policjantów. 
Obaj stanęli jak wryci w obliczu krwawej sceny. Młodszy, Peter Carbo, jasnowłosy 
chłopak, wyglądający na jakieś dziewiętnaście lat, natychmiast pozieleniał. Jego 
partner, Jeff Mario, pospiesznie wysłał go, żeby przepytał klientów. Jeff Mario był 
mniej więcej w wieku Jasona.

– Co tu się, do diabła, stało? – zapytał, zdumiony ilością krwi.
– Jestem lekarzem – oświadczył Jason. – Ten człowiek jest martwy. Wykrwawił 

się. Nic nie można było zrobić.

Przykucnąwszy obok Hayesa, Jeff Mario bardzo ostrożnie poszukał pulsu. 

Usatysfakcjonowany, podniósł się i skupił uwagę na Jasonie.

– Pan jest przyjacielem?
– Raczej kolegą – rzekł Jason. – Obaj pracujemy dla Good Health Plan.
– To także lekarz? – spytał policjant, wskazując kciukiem Hayesa.
Jason przytaknął ruchem głowy.
– Był chory?
– Nie jestem pewien – odparł Jason. – Jeśli miałbym zgadywać, powiedziałbym, 

że to nowotwór. Ale nie wiem.

Jason wyjął notes i ołówek. Otworzył notatnik.
– Nazwisko tego człowieka?
– Alvin Hayes.
– Czy pan Hayes ma rodzinę?
– Tak sądzę – powiedział Jason. – Prawdę mówiąc, nie wiem zbyt wiele o jego 

prywatnym życiu. Wspominał o synu, więc przypuszczam, że ma rodzinę.

– Zna pan jego domowy adres?
– Obawiam się, że nie.
Oficer policji przez chwilę przyglądał się Jasonowi, potem sięgnął ręką 

i ostrożnie przeszukał kieszenie Hayesa, wyciągając portfel. Przejrzał karty 
kredytowe zmarłego.

– Ten facet nie miał prawa jazdy – zdziwił się. Spojrzał na Jasona, szukając 

background image

potwierdzenia.

– Nie wiedziałem. – Jason czuł, że zaczyna drżeć. Okropność całego wydarzenia 

zaczynała do niego docierać.

Dźwięk ambulansu, stopniowo coraz głośniejszy, niósł się za oknem. Teraz do 

niebieskiego pulsującego światła dołączyło czerwone. W ciągu minuty do pokoju 
wkroczyli dwaj sanitariusze w uniformach, jeden z nich trzymał metalową 
walizeczkę, wyglądającą jak podręczny zestaw reanimacyjny.

– Ten pan jest lekarzem – poinformował ich Jeff Mario, wskazując swoim 

ołówkiem Jasona. – Mówi, że już po wszystkim. Uważa, że ten człowiek wykrwawił 
się z nowotworu.

– Nie jestem pewien, czy to był nowotwór – sprostował Jason. Powiedział to 

głośniej, niż zamierzał. Trząsł się teraz w widoczny sposób, więc złożył razem dłonie.

Sanitariusze pokrótce zbadali Hayesa, potem wstali. Ten, który niósł walizeczkę, 

kazał drugiemu iść po nosze.

– W porządku, tu jest jego adres – oznajmił Jeff Mario, który kontynuował 

przeszukiwanie portfela Hayesa. – Mieszka niedaleko Bostońskiego Szpitala 
Miejskiego.

Przepisał adres do notesu. Młodszy policjant zebrał nazwiska i adresy świadków, 

w tym również Jasona.

Gdy byli gotowi do drogi, lekarz zapytał, czy mógłby pojechać z ciałem. Czułby 

się źle, odsyłając Hayesa do kostnicy samego. Policjanci nie mieli nic przeciwko 
temu. Kiedy wyszli na plac Jason zobaczył, że uformował się spory tłumek. 
Wiadomości tego typu roznosiły się po North End lotem błyskawicy, ale tłum stał 
cichy, pełen lęku w obliczu śmierci.

Oczy Jasona pochwyciły ubranego z przesadną elegancją mężczyznę, który 

zdawał się wtapiać z powrotem w tłum. Wyglądał na biznesmena – bardziej Latynosa 
czy Hiszpana, niż Włocha, zwłaszcza, jeśli chodzi o ubranie – i przez chwilę Jason 
zastanawiał się, dlaczego właściwie zwrócił na niego uwagę.

– Chce pan jechać z przyjacielem? – upewnił się jeden z sanitariuszy. Skinął 

głową i wsiadł do ambulansu. Zajął miejsce na niskim siedzeniu na wprost Hayesa, 
przy jego stopach. Jeden z sanitariuszy usiadł na podobnym krzesełku bliżej głowy 
zmarłego.

Zakołysawszy się, karetka ruszyła. Przez tylne okno Jason widział restaurację 

i pozostający w tyle tłum. Kiedy skręcali w Hannover Street, musiał się przytrzymać. 
Syrena była wyłączona, ale czerwone światło nadal pulsowało. Jason widział jego 
odbicie w szybach wystaw sklepowych.

Podróż trwała krótko, około pięciu minut. Sanitariusze próbowali rozpocząć 

pogawędkę, ale Jason dał do zrozumienia, że jest zajęty swoimi myślami. Wpatrując 

background image

się w przykryte ciało Hayesa starał się przeanalizować ostatnie przejścia. Nie mógł 
pozbyć się myśli, że jego tropem kroczy śmierć. Czuł się w dziwny sposób 
odpowiedzialny za Hayesa, jakby ten człowiek mógł nadal żyć, gdyby nie miał pecha 
spotkać się z Jasonem. Wiedział, że takie myśli są śmieszne z racjonalnego punktu 
widzenia. Ale uczucia nie zawsze są racjonalne.

Po ostrym skręcie w lewo ambulans cofnął się, a następnie zatrzymał. Kiedy 

otwarto tylne drzwi, Jason zorientował się, dokąd przyjechali. Znaleźli się na 
dziedzińcu Massachusetts General Hospital. Jason znał ten szpital. Przed laty 
odbywał tutaj staż w zakresie medycyny wewnętrznej. Wysiadł z karetki. Dwóch 
sanitariuszy sprawnie wyładowało Hayesa i opuściło kółka pod noszami. W milczeniu
powieźli ciało do izby przyjęć, gdzie zawiadująca ruchem chorych pielęgniarka 
skierowała ich do pustego pokoju zabiegowego.

Pomimo, że był lekarzem, Jason nie znał protokołu, obowiązującego w takich 

przypadkach, jak śmierć Hayesa. Był trochę zaskoczony, że trafili do izby przyjęć, 
ponieważ Hayes pozostawał poza możliwościami udzielenia jakiejkolwiek pomocy. 
Jednak myśląc o tym uświadomił sobie, że zgon musi zostać dopiero formalnie 
stwierdzony. Przypomniał sobie, że robił to jako stażysta.

Pokój zabiegowy urządzony był tak, jak zazwyczaj, z wszelkiego rodzaju 

wyposażeniem gotowym do natychmiastowego użycia. W rogu znajdowała się 
umywalka. Jason zmył z rąk krew Hayesa. Niewielkie lustro nad umywalką pokazało 
sporą ilość zaschniętej krwi, która opryskała także jego twarz. Umywszy się, wytarł 
twarz papierowymi ręcznikami. Krew była również na marynarce, a także na przodzie 
koszuli i na spodniach, ale niewiele mógł z tym zrobić. Kiedy mył ręce, do pokoju 
wpadł stażysta z notatnikiem w ręce. Bezceremonialnie zerwał prześcieradło, 
zakrywające Hayesa, potem ściągnął wiszący na szyi stetoskop. Twarz zmarłego 
wyglądała niesamowicie blado w świetle jarzeniówek.

– Krewny? – zapytał swobodnie stażysta, osłuchując pierś Hayesa.
Kiedy wyjął słuchawki z uszu, Jason odezwał się.
– Nie, jestem kolegą. Pracowaliśmy razem w Good Health.
– Pan jest lekarzem? – w głosie stażysty brzmiał tym razem większy szacunek.
Jason skinął głową.
– Co spotkało pana przyjaciela? – Zaświecił maleńką latareczką w oczy Hayesa.
– Wykrwawił się podczas obiadu – odparł Jason, świadomie szorstko, nieco 

urażony gruboskórnością młodego lekarza.

– Bez żartów. Nie czas na to! Cóż, z pewnością jest martwy. – Stażysta 

z powrotem naciągnął prześcieradło na twarz Hayesa.

Jason musiał zmobilizować cały swój zapas samokontroli, żeby nie powiedzieć 

lekarzowi, co myśli o jego niewrażliwości, ale wiedział, że byłaby to strata czasu. 

background image

Zamiast tego wyszedł na korytarz, obserwując krzątaninę w izbie przyjęć, 
wspominając dni własnego terminowania. Wydawało się, że od tego czasu minęły 
wieki, lecz tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Trzydzieści minut później ciało Hayesa wjechało ponownie do ambulansu. Jason 

podążył za nim i obserwował, jak było ładowane.

– Czy mieliby panowie coś przeciwko temu, żebym nadal im towarzyszył? – 

zapytał, niepewny własnych motywów, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie 
działa w szoku.

– Jedziemy prosto do kostnicy – odparł kierowca – ale proszę być moim gościem.
Kiedy wyjeżdżali z dziedzińca Jason zdumiał się nagle, ujrzawszy człowieka 

wyglądającego podobnie do wykwintnie ubranego biznesmena, którego zauważył 
przed restauracją. Wzruszył ramionami. Zbyt dużo było zbiegów okoliczności. 
Dziwne, że twarz mężczyzny była w tym samym hiszpańskim typie.

Jason nigdy nie był w miejskiej kostnicy. Kiedy zwłoki Hayesa wwieziono przez 

porysowane, obtłuczone drzwi do przechowalni, żałował, że trafił tu przy takiej 
okazji. Atmosfera tego miejsca była równie nieprzyjemna, jak jego poprzednie 
wyobrażenia. Przechowalnia była ogromna, z obu stron znajdowały się rzędy 
kwadratowych drzwiczek, przypominających drzwi lodówek, niegdyś białej barwy. 
Ściany i podłogę pokrywały stare, poplamione i spękane kafelki. Stała tam także 
pewna liczba wózków, niektóre zajęte były przez ciała przykryte prześcieradłami, 
z których kilka było zakrwawionych. Pomieszczenie śmierdziało antyseptycznym, 
rybim odorem, który odbierał Jasonowi chęć do oddychania. Masywnie zbudowany, 
rumiany mężczyzna w gumowym fartuchu i rękawiczkach podszedł do Hayesa 
i pomógł przenieść zwłoki na jeden ze starych i brudnych wózków. Wszyscy zniknęli, 
żeby zająć się wypełnianiem koniecznych papierów.

Przez kilka chwil Jason stał w przechowalni ciał, rozmyślając o gwałtownym 

końcu życia wybitnego naukowca. Potem, prześladowany żywym wspomnieniem 
swojej podróży do szpitala po śmierci Danielle, poszedł za sanitariuszami.

Przed pół wiekiem, gdy zbudowano Bostońską Kostnicę Miejską, uważano ją za 

dzieło sztuki. Wspinając się po szerokich stopniach prowadzących do biur Jason 
zauważył kilka detali architektonicznych z motywami starożytnego Egiptu. W całym 
budynku widoczny był jednak upływ lat. Teraz był on tylko ciemną, brudną 
i niedostosowaną do przeznaczenia budowlą. Okropności, jakie musiała oglądać, 
przechodziły wyobraźnię Jasona.

W nędznym biurze znalazł dwóch sanitariuszy i rumianego pracownika kostnicy. 

Skończyli już papierkową robotę i zaśmiewali się z czegoś, kompletnie niepomni 
przygniatającego nastroju śmierci.

Jason przerwał im rozmowę, pytając, czy w tej chwili znajduje się na miejscu 

background image

któryś z anatomopatologów.

– Tak... – odparł jeden z mężczyzn. – Doktor Danforth kończy właśnie pilne 

badanie w sali sekcyjnej.

– Jest tu jakieś miejsce, gdzie mógłbym na nią poczekać? – zapytał Jason. Nie był 

w stanie oglądać sali sekcyjnej.

– Na górze jest biblioteka – odparł salowy. – Zaraz obok gabinetu doktor 

Danforth.

Biblioteka okazała się ciemnym, przesyconym stęchlizną pomieszczeniem, 

zapełnionym tomami powiązanych raportów z autopsji, sięgających w przeszłość aż 
do osiemnastego wieku. Na środku pokoju stał wielki dębowy stół z sześcioma 
krzesłami. Co ważniejsze, był tu także telefon. Po namyśle Jason postanowił 
zadzwonić do Shirley. Wiedział, że jest właśnie w pełni zabawy, ale pomyślał, że 
chciałaby o wszystkim wiedzieć.

– Jason! – wykrzyknęła. – Przyjeżdżasz do nas?
– Niestety, nie. Są pewne kłopoty.
– Kłopoty?
– To będzie wstrząs – ostrzegł Jason. – Mam nadzieję, że siedzisz.
– Przestań się ze mną drażnić – ucięła Shirley. Niepokój w jej głosie wzrósł 

o stopień.

– Alvin Hayes nie żyje.
Nastąpił pauza. W tle słychać było niestosownie brzmiący śmiech.
– Co się stało?
– Nie jestem całkiem pewien – odrzekł, pragnąc oszczędzić jej okropnych 

szczegółów. – Rodzaj internistycznej tragedii.

– Jak atak serca?
– Coś w tym rodzaju – padła wymijająca odpowiedź.
– Mój Boże! Biedny człowiek.
– Wiesz coś o jego rodzinie? Pytali mnie o to, ale nie bardzo mogłem im pomóc.
– Wiem niewiele więcej. Jest rozwiedziony. Ma dzieci, ale wydaje mi się, że 

prawo opieki nad nimi przyznano żonie. Mieszka gdzieś niedaleko Manhattanu – i to 
jest mniej więcej wszystko, co wiem. Ten człowiek był bardzo skryty, jeśli chodzi 
o życie osobiste.

– Przepraszam, że teraz zawracam ci tym głowę.
– Nie żartuj. Gdzie jesteś?
– W kostnicy.
– Jak się tam dostałeś?
– Przyjechałem karetką, razem z ciałem Hayesa.
– Przyjadę i zabiorę cię.

background image

– Nie ma potrzeby – zaprotestował Jason. – Porozmawiam z patologiem i wezmę 

taksówkę.

– Jak się czujesz? – zapytała się Shirley. – To musiało być straszne przeżycie.
– Cóż – przyznał Jason – bywało lepiej.
– To załatwia sprawę. Przyjeżdżam po ciebie.
– Co z twoimi gośćmi? – sprzeciwił się nieszczerze. Czuł się winny, niszcząc jej 

przyjęcie, ale nie dość winny, żeby odrzucić jej propozycję. Wiedział, że nie jest 
gotowy, żeby zostać sam na sam ze wspomnieniami dzisiejszej nocy.

– Mogą zadbać o siebie sami – zapewniła Shirley. – Gdzie dokładnie jesteś?
Jason udzielił jej wskazówek, potem odłożył słuchawkę. Pozwolił, żeby głowa 

opadł mu na ręce i zamknął oczy.

– Przepraszam – rozległ się głęboki głos, złagodzony lekkim niemieckim 

akcentem. – Czy pan doktor Jason Howard?

– Zgadza się – potwierdził Jason, prostując się na krześle.
Ciężko zbudowana postać wkroczyła do pokoju. Mężczyzna miał szeroką twarz 

o oczach przysłoniętych powiekami, szeroki nos i kwadratowe zęby. Włosy miał 
ciemne, z czerwonym połyskiem.

– Jestem detektyw Michael Curran, Wydział Zabójstw. – Wyciągnął szeroką, 

pokrytą szorstką skórą dłoń.

Jason uścisnął ją, zdenerwowany nagłym pojawieniem się wywiadowcy 

w cywilu. Uświadomił sobie, że oczy detektywa szacują go od twarzy do stóp i z 
powrotem.

– Komisarz Mario doniósł, że był pan razem z ofiarą – zagaił detektyw Curran, 

siadając na krześle.

– Prowadzi pan śledztwo w sprawie śmierci Hayesa?
– Po prostu rutynowe badania – stwierdził Curran. – To raczej dramatyczna 

scena, zgodnie z opisem komisarza Mario. Nie chcę, żeby sierżant siedział mi na 
karku, jeśli zostaną jakieś pytania na później.

– Och, rozumiem – odparł Jason.
W rzeczywistości pojawienie się detektywa Currana przypomniało mu, że Hayes 

upierał się, jakoby ktoś usiłował go zabić. Chociaż jego śmierć wyglądała raczej na 
naturalną tragedię, niż morderstwo, Jason uświadomił sobie, że częściowo to właśnie 
przerażenie w oczach ofiary skłoniło go do przybycia do kostnicy, aby sprawdzić 
przyczyny zgonu.

– W każdym razie – kontynuował Curran – muszę zadać rutynowe pytania. Czy 

pańskim zdaniem można było oczekiwać śmierci doktora Hayesa? To znaczy, czy był 
chory?

– Na nic, o czym bym wiedział – odparł Jason – chociaż, kiedy zobaczyłem go 

background image

dziś po południu i potem znowu wieczorem, miałem wrażenie, że nie jest z nim 
zupełnie dobrze.

Ciężkie powieki detektywa Currana podniosły się nieco.
– Co ma pan na myśli?
– Wyglądał okropnie. A kiedy zwróciłem mu na to uwagę, przyznał, że nie czuje 

się dobrze.

– Jakie były objawy? – dopytywał się policjant. Wyjął niewielki notes.
– Zmęczenie, zaburzenia żołądkowe, dolegliwości stawów. Pomyślałem, że może 

ma gorączkę, ale nie byłem pewien.

– Co pan sądzi o tych symptomach?
– Zaniepokoiły mnie – przyznał Jason. – Powiedziałem mu, że może byłoby 

lepiej, żebyśmy spotkali się w moim gabinecie, gdzie mógłbym zrobić kilka testów. 
On jednak nalegał, żebyśmy zobaczyli się poza szpitalem.

– Dlaczego?
– Nie jestem pewien.– Jason przeszedł do opisu tego, co było prawdopodobnie 

paranoją Hayesa i do jego stwierdzeń o dokonaniu przełomowego odkrycia.

Zanotowawszy to wszystko, Curran podniósł wzrok. Zdawał się być bardziej 

zaniepokojony.

– Co pan rozumie przez „paranoję”?
– Powiedział, że ktoś go śledzi i pragnie śmierci jego i jego syna.
– Czy powiedział, kto?
– Nie – zaprzeczył Jason. – Szczerze mówiąc, myślałem, że ma urojenia. 

Zachowywał się dziwnie. Przypuszczam, że był bliski zdekompensowania się.

– Zdekompensowania?
– Załamania nerwowego.
– Rozumiem – mruknął Curran, wracając do swojego notatnika. Jason 

obserwował go podczas pisania. Policjant miał szczególny zwyczaj oblizywania 
końca ołówka w przerwach między zdaniami.

W tym momencie w drzwiach pojawiła się kolejna postać. Kobieta obeszła stół 

i znalazła się po prawej stronie Jasona. Zarówno lekarz, jak i detektyw, poderwali się 
na nogi. Nowo przybyła była drobna i niewysoka. Jej głos, którego siła kontrastowała 
z jej wymiarami, wypełnił niewielkie pomieszczenie.

– Proszę usiąść – poleciła, uśmiechając się do Currana, którego najwidoczniej 

znała.

Jason ocenił ją na ponad trzydzieści lat. Miała drobne, delikatne rysy, a wysoko 

wygięte brwi nadawały jej niewinny wygląd. Nosiła ciemną, skromną sukienkę 
z koronkowym kołnierzykiem. Jason miał kłopoty z powiązaniem jej wyglądu ze 
stanowiskiem jednego z lekarzy sądowych miasta Bostonu.

background image

– O co chodzi? – zapytała, przechodząc od razu do rzeczy.
Wokół jej oczu widniały ciemne obwódki i Jason zgadywał, że pracowała tego 

dnia od wczesnego ranka.

Detektyw Curran odchylił krzesło i zaczął huśtać się na jego dwóch nogach.
– Nagły zgon lekarza w restauracji na North End. Widać było, że zwymiotował 

ogromną ilość krwi...

– Wykrztusił, byłoby lepszym określeniem – przerwał Jason.
– Zatem jak to było? – zapytał detektyw, opadając wraz z krzesłem z głośnym 

stuknięciem. Oblizał koniec ołówka, żeby dokonać poprawki.

– Wymioty oznaczałyby, że krew pochodziła z układu pokarmowego – wyjaśnił 

Jason. – Ta krew wyraźnie płynęła z płuc. Była jasnoczerwona i pienista.

– Pienista! Podoba mi się to słowo – zauważył Curran. Pochylił się nad notesem, 

korygując zapiski.

– Przypuszczam, że to była krew tętnicza – upewniła się doktor Danforth.
– Tak uważam – potwierdził Jason.
– Co oznacza...? – dopytywał się Curran.
– Prawdopodobnie pęknięcie aorty – udzieliła odpowiedzi doktor Danforth. 

Trzymała ręce na kolanach, jakby była na popołudniowej herbatce. – Aorta jest 
głównym naczyniem, które opuszcza serca – dodała na użytek Currana. – Niesie 
utlenowaną krew do całego organizmu.

– Dziękuję – rzekł policjant.
– Wygląda na raka płuc albo tętniak – dorzuciła pani doktor. – Tętniak jest 

nieprawidłowym poszerzeniem naczynia krwionośnego.

– Jeszcze raz dziękuję – powtórzył policjant. – To takie pomocne, kiedy ludzie 

wiedzą, że jestem laikiem.

Jasonowi w nagłym przebłysku przypomniał się Peter Falk w roli detektywa 

Columbo. Był całkiem pewny, że Curran nie jest laikiem.

– Zgodzi się pan, doktorze? – zapytała Danforth, patrząc prosto na Jasona.
– Głosowałbym za rakiem płuca – odpowiedział Jason. – Hayes był nałogowym 

palaczem.

– To zwiększa prawdopodobieństwo.
– Żadnych możliwości przestępstwa? – dopytywał się Curran, spoglądając na 

panią patolog spod swoich ciężkich powiek.

Doktor Danforth zaśmiała się krótko.
– Jeśli diagnoza jest taka, jak przypuszczam, jedyne przestępstwo, wchodzące 

w grę, byłoby popełnione przez Stwórcę – albo przemysł tytoniowy.

– Tak właśnie myślałem – potwierdził Curran, zatrzaskując notatnik i chowając 

ołówek do kieszeni.

background image

– Czy zamierza pani dokonać autopsji teraz? – spytał Jason.
– Dobry Boże, nie – zaprotestowała doktor Danforth. – Jeśli byłyby jakieś 

naglące powody, mogłabym. Ale nie ma. Zrobimy to zaraz z samego rana. Będziemy 
mieć jakieś wyniki do dziesiątej trzydzieści, czy coś kolo tego, jeśli chciałby pan 
zadzwonić w tej sprawie.

Curran oparł ręce na stole, jakby miał wstawać. Zamiast tego, powiedział:
– Doktor Howard twierdzi, że zmarły uważał, że ktoś próbuje go zabić. Mam 

rację, doktorze?

Jason skinął głową.
– Zatem...– zaczął Curran. – Czy mogłaby pani mieć to na względzie, dokonując 

sekcji?

– Dobrze – zgodziła się doktor Danforth. – Mamy szeroko otwarte oczy we 

wszystkich przypadkach, które badamy. To nasza praca. Teraz, jeśli panowie mi 
wybaczą, chciałabym pojechać do domu. Nie miałam nawet okazji zjeść obiadu.

Jason poczuł lekką falę nudności. Zastanawiał się, jak Margaret Danforth mogła 

odczuwać głód po spędzeniu dnia na krojeniu trupów. Curran powiedział do niego 
dokładnie to samo, kiedy schodzili na Parter. Zaofiarował Jasonowi podwiezienie, ale 
ten odrzekł, że oczekuje na przyjaciela. Właśnie, gdy to mówił, drzwi prowadzące na 
ulicę otworzyły się i weszła Shirley.

– Niezły przyjaciel – szepnął Curran i mrugnął, wychodząc.
Jeszcze raz Shirley zjawiła się jak fatamorgana. Na przyjęcie założyła czerwoną, 

obcisłą jedwabną sukienkę, ściągniętą szerokim, czarnym skórzanym pasem. Jej 
wygląd, silnie przypominający o życiu i witalności, stanowił tak wyraźny kontrast 
z brudną trupiarnią, że Jason poczuł nieodparty przymus zabrania jej stąd jak 
najszybciej, zanim dotknie ją jakaś diabelska siła. Ona jednak oparła się temu 
pragnieniu. Objęła go ramionami i przycisnęła jego głowę do siebie w szczerym 
odruchu współczucia. Jason zmiękł. Własna reakcja zaskoczyła go. Stwierdził, że 
walczy z łzami jak młodzieniaszek. To było krępujące.

Odchyliła się do tyłu i spojrzała mu w oczy. Zdobył się na krzywy uśmieszek.
– Co za dzień – jęknął.
– Co za dzień! – zgodziła się. – Są jakieś powody, dla których musisz tu zostać?
Jason potrząsnął głową.
– Dobrze, zabieram cię do domu – oznajmiła wyprowadzając go na zewnątrz, 

gdzie jej BMW stało zaparkowane w niedozwolonym miejscu. Wsiedli i samochód 
ruszył.

– Dobrze się czujesz? – zapytała Shirley, kiedy jechali Massachusetts Avenue.
– Teraz dużo lepiej – Jason popatrzył na profil Shirley, oświetlany błyskami 

miejskich świateł. – Jestem po prostu przygnieciony tymi wszystkimi zgonami. 

background image

Muszę lepiej pracować.

– Jesteś zbyt twardy dla siebie. Nie możesz brać odpowiedzialności za 

wszystkich. Poza tym, Hayes nie był twoim pacjentem.

– Wiem.
Jechali przez chwilę w milczeniu. Potem kobieta odezwała się.
– Sprawa Hayesa to tragedia. Był bliski geniuszu i nie mógł mieć więcej niż 

czterdzieści pięć lat.

– Miał tyle lat, co ja – odparł Jason. – Był w mojej grupie na studiach 

medycznych.

– Nie wiedziałam – zdziwiła się Shirley. – Wyglądał na dużo starszego.
– Zwłaszcza ostatnio – potwierdził Jason.
Minęli filharmonię. Skończył się właśnie jakiś koncert i mężczyźni w czarnych 

krawatach wychodzili na wejściowe schody.

– Co miał do powiedzenia anatomopatolog? – spytała Shirley.
– Prawdopodobnie nowotwór. Ale nie zamierzają zrobić sekcji wcześniej, niż 

jutro rano.

– Sekcji? Kto dał zgodę?
– Nie jest potrzebna, jeśli lekarz sądowy uważa, że są jakieś niejasności co do 

zgonu.

– Ale jakie niejasności? Powiedziałeś, że ten człowiek miał zawał.
– Nie powiedziałem, że to był zawał. Powiedziałem, że to było coś w tym 

rodzaju. Z pewnością istnieje przepis, nakazujący im przeprowadzenie badania 
pośmiertnego w każdym przypadku nieoczekiwanej śmierci. Detektyw właściwie 
mnie przesłuchiwał.

– Wygląda to na marnotrawienie pieniędzy podatników – stwierdziła Shirley, 

kiedy skręcali w lewo w Beacon Street.

– Dokąd jedziemy? – zapytał raptem Jason.
– Zabieram cię ze sobą do domu. Moi goście nadal tam będą. Dobrze ci to zrobi.
– Nie ma mowy – sprzeciwił się mężczyzna. – Nie jestem w towarzyskim 

nastroju.

– Na pewno? Nie chcę, żebyś to przeżuwał. Ci ludzie zrozumieją.
– Proszę – nalegał. – Nie mam siły do rozmowy. Po prostu potrzebuję snu. Poza 

tym, popatrz na mnie, jestem ruiną.

– W porządku, jeśli tak to traktujesz – zgodziła się Shirley. Skręciła w lewo 

w następną przecznicę, potem znowu w lewo w Commonwealth Avenue, kierując się 
w stronę Beacon Hill. Po chwili milczenia, odezwała się: – Obawiam się, że śmierć 
Hayesa będzie dużym ciosem dla GHP. Liczyliśmy, że dostarczy jakichś 
interesujących wyników. Skutki będą szczególnie ciężkie dla mnie, jako że jestem 

background image

odpowiedzialna za zatrudnienie.

– Zatem zastosuj się do jednej ze swoich własnych rad – rzekł Jason. – Nie 

możesz brać na siebie odpowiedzialności za stan jego zdrowia.

– Wiem. Ale spróbuj to powiedzieć na zebraniu rady nadzorczej.
– W takim razie przypuszczam, że powinienem ci powiedzieć. Jest więcej złych 

wieści. Okazuje się, że Hayes wierzył, że dokonał prawdziwie przełomowego 
odkrycia. Coś niezwykłego. Wiesz coś o tym?

– Absolutnie nic – Shirley była widocznie poruszona. – Powiedział ci, co to było?
– Niestety, nie – stwierdził Jason. – A ja nie byłem pewny, czy mam mu wierzyć, 

czy nie. Zachowywał się dość dziwacznie, oględnie mówiąc; oświadczył, że ktoś chce 
go zabić.

– Myślisz, że miał załamanie nerwowe?
– Przeleciało mi to przez głowę.
– Biedny człowiek. Jeśli naprawdę coś odkrył, GHP poniesie Podwójną stratę.
– Ale jeśli dokonał jakiegoś ważnego odkrycia, czy nie będziecie mogli dojść, co 

to jest?

– Najwyraźniej nie znałeś doktora Hayesa. To był niezwykle skryty człowiek, 

pod względem osobistym i zawodowym. Połowę z tego, co wiedział, przechowywał 
w głowie.

Minęli Boston Garden, potem okrężną drogą skierowali się do Beacon Hill, 

willowej enklawy domów o ceglanych frontonach w centrum Bostonu, gdzie 
jednokierunkowe uliczki czyniły jazdę koszmarem.

Przeciąwszy Charles Street Shirley wjechała w Mt. Vernon i wydostała się na 

brukowany Louisburg Square. Kiedy Jason postanowił porzucić podmiejski żywot 
i spróbować miasta, szczęście uśmiechnęło się do niego. Znalazł apartament z jedną 
sypialnią, z widokiem na plac, w wielkiej kamienicy, której właściciel zostawił sobie 
część budynku, ale rzadko tam mieszkał. Dla Jasona była to doskonała lokalizacja, 
gdyż mieszkanie łączyło się z prawdziwym miejskim skarbem – miejscem do 
parkowania.

Jason wysiadł z samochodu i wsadził głowę przez otwarte okienko.
– Dziękuję za podwiezienie. To wiele znaczyło. – Wyciągnął rękę i ścisnął 

Shirley za ramię.

Dziewczyna nagle chwyciła go za krawat i przyciągnęła jego głowę do swojej. 

Pocałowała go mocno, dodała gazu i zniknęła.

Jason stał przy krawężniku w smudze światła rzucanego przez latarnię 

i obserwował ją, znikającą w Pinckney Street. Odwracając się do drzwi, poszukał 
w kieszeni kluczy. Był zadowolony, że weszła w jego życie i pierwszy raz 
uświadomił sobie, że istnieje między nimi możliwość prawdziwego związku.

background image
background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

To nie była dobra noc. Za każdym razem, kiedy Jason zamykał oczy, widział 

dziwny wyraz twarzy Hayesa tuż przed tragedią i wciąż od nowa doświadczał uczucia 
bezsilności, obserwując, jak życie ucieka z naukowca wraz z krwią, płynącą z jego 
ust.

Scena ta prześladowała lekarza w drodze do pracy, aż przypomniał sobie coś, 

o czym zapomniał powiedzieć zarówno Curranowi, jak i Shirley. Hayes stwierdził, że 
jego odkrycie nie jest już tajemnicą i że zostało wykorzystane. Cokolwiek by to 
znaczyło, jadąc do GHP Jason postanowił zadzwonić do detektywa, ale kiedy tylko 
wszedł do budynku został wezwany bezpośrednio do oddziału kardiologicznego.

Brian Lennox miał się dużo gorzej. Po krótkim badaniu Jason uświadomił sobie, 

że niewiele już może zrobić. Nawet konsultacja kardiologiczna, której zażądał dzień 
wcześniej, nie dawała podstaw do optymizmu, chociaż Harry Sarnoff zaplanował 
pilną koronarografię na dzisiejszy ranek. Jedyną nadzieją było to, że może chirurgia 
będzie mogła coś pomóc.

Na zewnątrz izolatki Briana, pielęgniarka zapytała:
– Jeśli Lennox się zatrzyma, chce pan, żeby go reanimować? Zdaje się, że nawet 

nerki nie są wydolne.

Jason nienawidził takich decyzji, ale odparł stanowczo, że życzy sobie, aby ten 

człowiek był reanimowany przynajmniej do momentu, kiedy otrzymają wyniki 
badania koronarograficznego.

Reszta obchodu była również przygnębiająca. Pacjenci cukrzycowi, z których 

każdy miał powikłania wielosystemowe, czuli się bardzo źle. Dwóch z nich było 
w stadium niewydolności nerek, a trzeci był nią zagrożony. Na domiar złego 
u żadnego z nich dolegliwości te nie były powodem przyjęcia do szpitala. 
Niewydolność nerek rozwinęła się wtedy, gdy Jason leczył ich inne schorzenia.

Dwóch pacjentów z białaczką wbrew oczekiwaniom niemal nie reagowało na 

leczenie. Obaj znajdowali się w ciężkim stanie kardiologicznym, chociaż zostali 
przyjęci z powodu objawów oddechowych. U dwójki chorych na AIDS nastąpiło 
bardzo wyraźne pogorszenie. Jedynymi pacjentkami w dobrym stanie były dwie 
młode dziewczyny z zapaleniem wątroby. Ostatnim badanym był 
trzydziestopięcioletni mężczyzna przyjęty na badanie zastawek serca. W dzieciństwie 
przechodził rzut gorączki reumatycznej. Na szczęście jego stan nie uległ zmianie.

Przychodząc do swojego biura Jason musiał być niewzruszony wobec Klaudii. 

Wiadomości o śmierci Hayesa rozeszły się już po całym kompleksie GHP i sekretarka 
wychodziła z siebie z ciekawości. Jason oświadczył jej, że nie zamierza o tym 
rozmawiać. Nalegała. Kazał jej opuścić gabinet. Potem przeprosił ją i przedstawił 

background image

w skrócie przebieg wydarzeń. Przed dziesiątą trzydzieści miał przygnębiający telefon 
od Sarnoffa. Tętnice wieńcowe Briana Lennoxa przedstawiały się dużo gorzej, ale nie 
było w nich ogniskowych zwężeń. Innymi słowy, w szybkim tempie wypełniały się 
równomiernie blaszkami miażdżycowymi i nie było żadnej szansy na operację. 
Sarnoff stwierdził, że nigdy nie widział tak gwałtownego postępu i prosił Jasona 
o pozwolenie na opisanie tego przypadku. Lekarz odparł, że nie ma nic przeciwko 
temu.

Po rozmowie z Sarnoffem Jason na kilka minut zamknął się w pokoju. Kiedy 

poczuł się emocjonalnie przygotowany, zadzwonił na oddział intensywnej opieki 
kardiologicznej i poprosił pielęgniarkę, zajmującą się Brianem Lennoxem. Kiedy 
podeszła do telefonu, omówił z nią wyniki koronarografii. Zdecydował, że Brian 
Lennox nie powinien podlegać reanimacji. Przy braku jakiejkolwiek nadziei 
cierpienie tego człowieka nie powinno być przedłużane. Zgodziła się. Po odłożeniu 
słuchawki wpatrywał się w aparat. Momenty takie, jak ten, kazały mu się 
zastanawiać, dlaczego w ogóle poszedł na medycynę.

W porze lunchu Jason postanowił osobiście sprawdzić wyniki autopsji Hayesa. 

W dziennym świetle kostnica nie była już tak niesamowitym miejscem – raczej 
jeszcze jednym starzejącym się, popadającym w ruinę, niezbyt czystym budynkiem. 
Nawet egipskie motywy architektoniczne były bardziej śmieszne, niż przytłaczające. 
Mimo wszystko Jason unikał jednak sali, w której przechowywano ciała i skierował 
się prosto do ciasnego biura Margaret Danforth, tuż obok biblioteki. Siedziała 
przygarbiona nad biurkiem, zajadając coś, co wyglądało na Big Maca. Gestem 
zaprosiła go do wejścia, uśmiechając się.

– Witam.
– Przepraszam, że jestem natrętny – zaczął Jason, siadając. Jeszcze raz zdumiał 

się, jak drobna i kobieca wydawała się Margaret w porównaniu ze swoją pracą.

– Nie jest pan – odparła. – Zrobiłam sekcję doktora Hayesa dziś rano. – Odchyliła 

się na oparcie krzesła, które skrzypnęło cicho. – Była mała niespodzianka. To nie był 
rak.

– Co w takim razie?
– Tętniak. Tętniak aorty, który pękł do drzewa oskrzelowego. Ten człowiek nigdy 

nie chorował na kiłę?

Jason pokręcił głową.
– Nic mi o tym nie wiadomo. Raczej bym w to wątpił.
– Cóż, to wygląda dziwnie – stwierdziła Margaret. – Nie ma pan nic przeciwko 

temu, żebym skończyła jeść? Za kilka minut mam następną autopsję.

– Ależ nic – odrzekł Jason, zastanawiając się, jak kobieta może jeść. Jego własny 

żołądek trochę się buntował. W całym budynku unosił się lekki rybi odór. – Co jest 

background image

takie dziwne?

Margaret przeżuła kęs, potem przełknęła.
– Aorta była krucha, trochę serowata. Podobnie tchawica. Nigdy nie widziałam 

nic podobnego, z wyjątkiem jednego faceta, którego sekcjonowałam i który miał sto 
czternaście lat. Uwierzy pan? Opisano to w „The Globe”. Miał czterdzieści cztery 
lata, kiedy zaczęła się pierwsza wojna światowa. Zdumiewające.

– Kiedy będziecie mieli wyniki badań mikroskopowych?
Margaret zrobiła gest zakłopotania.
– Za dwa tygodnie – odparła. – Nie mamy funduszy na zatrudnienie 

wystarczającej liczby personelu. Zrobienie preparatów trwa tylko chwilę.

– Gdyby mogła mi pani przekazać jakieś próbki, mógłbym dać je do opracowania 

naszej patologii.

– Musimy zrobić to sami. Jestem pewna, że pan to rozumie.
– Nie chciałem sugerować zrobienia tego za was – tłumaczył Jason. – Chciałem 

powiedzieć, że my możemy zrobić to także. To oszczędziłoby trochę czasu.

– Dlaczego nie? – Wstając, Margaret ugryzła następny potężny kęs hamburgera 

i gestem poprosiła Jasona, żeby poszedł za nią. Schodami wspięli się na piętro, gdzie 
mieściła się sala sekcyjna.

Było to długie, czworokątne pomieszczenie, z czterema stołami z nierdzewnej 

stali, stojącymi prostopadle do dłuższej ściany. Wypełniał je silny zapach formaliny 
i innych płynów o nieodgadnionym składzie. Dwa stoły były zajęte, pozostałe dwa 
właśnie czyszczono. Margaret, świetnie tu zadomowiona, podprowadziła Jasona do 
zlewu, kończąc jednocześnie jeść hamburgera. Przejrzała pewną liczbę butelek na 
próbki, zamkniętych plastikowymi zakrętkami, i wybrała kilka. Potem, z każdej 
kolejno, wyławiała zawartość, umieszczała ją na desce i odkrawała kawałek próbki 
ostrzem, podobnym do typowego kuchennego noża. Następnie przygotowała nowe 
naczynia, oznaczyła je, napełniła formaldehydem i umieściła w nich odpowiednie 
próbki. W końcu zapakowała je w brązową papierową torbę, którą wręczyła 
Jasonowi. Wszystko to zostało wykonane z rzucającą się w oczy wprawą.

W szpitalu Jason poszedł do zakładu patologii, gdzie znalazł doktora Jacksona 

Madsena, pochylonego nad mikroskopem. Doktor Madsen, wysoki chudy mężczyzna, 
który mając sześćdziesiątkę nadal z dumą brał udział w maratonach, wyraził mu 
współczucie z powodu incydentu z Hayesem.

– Nic się tu nie ukryje – trochę kwaśno skomentował Jason.
– To oczywiste – odparł Jackson. – Socjologicznie szpital jest jak małe 

miasteczko. Trzęsie się od plotek. – Zerkając na brązową papierową torbę dodał: – 
Masz coś dla mnie?

– W pewnym sensie – Jason przeszedł do wyjaśnień, skąd pochodzi materiał 

background image

i dodał, że ponieważ zabarwienie preparatów w miejskim laboratorium trwa dwa 
tygodnie, zastanawiał się, czy Jackson nie miałby nic przeciwko opracowaniu ich 
w laboratorium GHP.

– Z przyjemnością – odparł patolog, biorąc torbę. – Przy okazji, chciałbyś poznać 

wyniki sekcji Harringa?

Jason przełknął ślinę.
– Oczywiście.
– Pęknięcie serca. Pierwszy przypadek, jaki widziałem od lat. Otworzyła się lewa 

komora. Okazało się, że większa część serca objęta była zawałem, a kiedy je 
sekcjonowałem, miałem wrażenie, że wszystkie naczynia wieńcowe są zajęte. Ten 
człowiek miał najcięższą chorobę wieńcową, jaką widziałem od lat.

Oto nasze cudowne testy profilaktyczne, pomyślał Jason. Poczuł chęć 

usprawiedliwienia się. Wyjaśnił Jacksonowi, że przejrzał kartę Harringa i nie mógł 
znaleźć żadnych oznak zbliżającej się katastrofy w EKG, zrobionym zaledwie 
miesiąc przed śmiercią pacjenta.

– Lepiej sprawdź swoje maszyny – poradził Jackson. – Mówię ci, serce tego 

człowieka wyglądało bardzo źle. Skrawki mikroskopowe powinny być gotowe jutro, 
jeśli cię to interesuje.

Idąc do siebie Jason rozważał uwagę Jacksona. Pomysł o uszkodzeniu 

elektrokardiografu nie przyszedł mu wcześniej do głowy. Zanim jednak dotarł do 
swojego gabinetu, odrzucił tę koncepcję. Było zbyt wiele metod sprawdzenia, czy 
aparat do EKG funkcjonuje prawidłowo. Ponadto do zrobienia zapisu w spoczynku 
i EKG wysiłkowego użyto dwóch różnych urządzeń. Jednak myśląc o tym, 
uświadomił sobie, że przy przyjmowaniu do pracy w GHP również Hayes został 
poddany kompletnemu badaniu lekarskiemu. Każdy temu podlegał.

Po przekazaniu przez Klaudię wiadomości o telefonach, Jason poprosił ją, żeby 

sprawdziła, czy doktor Alvin Hayes miał kartę pacjenta. Chciał ją zobaczyć. Sam, 
unikając Sally, poszedł na radiologię. Z pomocą jednej z sekretarek zlokalizował 
teczkę Alvina Hayesa. Jak się tego spodziewał, zawierała rutynowe prześwietlenie 
klatki piersiowej, zrobione przed sześcioma miesiącami. Spojrzał na nie pospiesznie. 
Potem, uzbrojony w negatyw, odszukał jednego z czterech zatrudnionych tam 
radiologów. Milton Perlman, lekarz, opuszczał właśnie pokój fluoroskopowy, kiedy 
Jason złapał go za guzik i opisał śmierć Hayesa i wyniki autopsji, wręczając mu 
zdjęcie klatki piersiowej. Milton zabrał kliszę z powrotem do swojego gabinetu, 
umieścił ją w negatoskopie i włączył światło. Oglądał rentgen przez całą minutę, 
zanim oddał go Jasonowi.

– Zero tętniaka – stwierdził. Pochodził z Zachodniej Virginii i lubił mówić tak, 

jakby dopiero wczoraj opuścił farmę. – Aorta wygląda normalnie, bez zwapnień.

background image

– Jak to możliwe? – dopytywał się Jason.
– Musi tak być. – Milton sprawdził nazwisko i numer oddziału na negatywie. – 

Przypuszczam, że zawsze istnieje jakaś szansa pomylenia nazwiska, ale wątpię w to. 
Jeśli ten człowiek zmarł z powodu tętniaka, to rozwinął się on w ciągu ostatniego 
miesiąca.

– Nigdy nie słyszałem o takim przypadku.
– Co mogę powiedzieć? – Milton rozłożył ręce.
Jason wrócił do swojego gabinetu, rozmyślając nad tym problemem. Tętniak 

mógł się szybko powiększyć, zwłaszcza, jeśli u ofiary występowało połączenie 
choroby naczyniowej i wysokiego ciśnienia tętniczego, ale kiedy badano Hayesa jego 
ciśnienie krwi i tony serca były, tak jak się spodziewał, prawidłowe. Jason 
uświadamiał sobie, że przy braku jakichkolwiek oznak choroby naczyniowej niewiele 
mógł w tym momencie zrobić, poza czekaniem na wyniki badań mikroskopowych. 
Może Hayes zaraził się jakąś dziwną infekcją, która zaatakowała jego naczynia 
krwionośne, włączając w to aortę. Po raz pierwszy Jason zastanowił się, czy nie 
obserwują właśnie początku nowej i groźnej choroby.

Zmieniwszy marynarkę na biały fartuch, opuścił gabinet, dosłownie zderzając się 

z Sally.

– Wypadłeś z harmonogramu! – zbeształa go.
– Jeszcze coś nowego? – odparł Jason, kierując się do pokoju badań A.
Przez połączenie ciężkiej pracy i odrobiny szczęścia nadrobił zaległości, 

mieszcząc się w rozkładzie. Szczęście polegało na tym, że nie miał żadnych nowych 
pacjentów, którzy wymagaliby pełnego opracowania, ani starych pacjentów z nowymi
dolegliwościami. O trzeciej była nawet przerwa. Ktoś odwołał wizytę.

Przez całe popołudnie Jason nie mógł przestać myśleć o sprawie Hayesa. 

Korzystając z nieoczekiwanej wolnej chwili pobiegł na szóste piętro, do laboratorium 
badawczego Hayesa. Pomyślał, że może jego asystentka będzie wiedziała, czy wielki 
przełom, o którym zmarły wspominał, miał jakieś realne podstawy.

Zaraz po wyjściu z windy Jason poczuł się jak w innym świecie. Jedną z zachęt 

dla Hayesa, aby rozpoczął pracę w GHP, było wybudowanie mu nowego 
laboratorium, które zajmowało większą część szóstego piętra.

Umeblowanie położonego obok windy hallu stanowiły komfortowe skórzane 

fotele, puszyste dywany, a nawet wielka przeszklona szafa biblioteczna, zapełniona 
ostatnimi pracami na temat biologii molekularnej. Za tym salonem recepcyjnym 
znajdował się schludny pokój, gdzie, jak oczekiwano, goście powinni włożyć białe 
fartuchy i ochraniacze na buty. Jason spróbował pchnąć drzwi. Były otwarte, więc 
wszedł.

Włożył fartuch i ochraniacze i nacisnął klamkę wewnętrznych drzwi. Jak się 

background image

spodziewał, były zamknięte na klucz. Obok futryny umieszczono przycisk dzwonka. 
Nacisnął go i czekał. W nadprożu zamigotała czerwona lampka kamery telewizyjnej 
wewnętrznego systemu obserwacji. Drzwi zabrzęczały, otwierając się, i Jason wszedł.

Laboratorium dzieliło się na dwie główne sekcje. Pierwsza, wykonana z białych 

tafli termoodpornego tworzywa i białej glazury, obejmowała dużą salę centralną 
i kilka gabinetów po jednej stronie. Przy zamontowanym na suficie oświetleniu 
jarzeniowym efekt był oślepiający. Pomieszczenie wypełniała wyrafinowana 
aparatura, której większości Jason nie rozpoznawał. Zamknięte stalowe drzwi 
oddzielały pierwszą część od drugiej. Napis obok drzwi głosił: ZWIERZĘTARNIA 
I INKUBATORY BAKTERII. WSTĘP WZBRONIONY!

Przy jednym z szerokich stołów laboratoryjnych siedziała jasna blondynka, którą 

Jason widział przy kilku okazjach w szpitalnej kafeterii. Miała ostre rysy, trochę orli 
nos, a jej włosy były ciasno ściągnięte do tyłu we francuski węzeł. Jason widział, że 
miała czerwone oczy, jakby płakała.

– Przepraszam, jestem doktor Jason Howard – przedstawił się, wyciągając rękę. 

Uścisnęła ją. Miała chłodną skórę.

– Helene Brennquivist – odpowiedziała z lekkim skandynawskim akcentem.
– Czy ma pani chwilę czasu?
Helene nie odpowiedziała. Zamiast tego, zamknęła notes i odsunęła stos szalek 

Petriego.

– Chciałbym zadać kilka pytań – ciągnął Jason. Stwierdził, że kobieta ma 

niesamowitą zdolność zachowania obojętnego wyrazu twarzy.

– To jest, czy raczej było, laboratorium doktora Hayesa? – zapytał, krótkim 

machnięciem wskazując otoczenie.

Skinęła głową.
– I – jak przypuszczam – pracowała pani z nim?
Kolejne skinięcie głową, mniej wyraźne, niż poprzednio. Jason miał wrażenie, że 

wzbudził już w swojej rozmówczyni gotowość do obrony.

– Przyjmuję, że słyszała już pani złe wieści o doktorze Hayesie – powiedział. 

Tym razem zamrugała, a Jasonowi wydawało się, że dostrzegł błysk łez.

– Byłem z doktorem, kiedy umarł – wyjaśnił Jason, obserwując uważnie Helene. 

Z wyjątkiem wilgotnych oczu wydawała się dziwnie pozbawiona uczuć i Jason 
zastanawiał się, czy była to forma żalu. – Tuż przed śmiercią powiedział mi, że 
dokonał znaczącego odkrycia naukowego...

Jason pozwolił, by jego uwaga zawisła w powietrzu, mając nadzieję na jakąś 

właściwą odpowiedź. Nie było żadnej. Helene ledwie odwzajemniła jego spojrzenie.

– Czy tak było? – zapytał, pochylając się do przodu.
– Nie wiedziałam, że skończył pan mówić – odezwała się Helene. – To nie było 

background image

pytanie, rozumie pan.

– Faktycznie – przyznał Jason. – Miałem tylko nadzieję, że Pani odpowie. Nadal 

wierzę, że wie pani, o czym mówił doktor Hayes.

– Obawiam się, że nie. Inni ludzie z administracji już tu byli, zadając mi te same 

pytania. Niestety, nie mam pojęcia, do czego mogła się odnosić uwaga doktora 
Hayesa.

Jason wyobraził sobie, że odwiedzenie Helene było pierwszą czynnością Shirley 

dziś rano.

– Jest pani jedyną osobą, oprócz doktora Hayesa, która pracuje w tym 

laboratorium?

– Tak – potwierdziła kobieta. – Mieliśmy sekretarkę, ale doktor Hayes zwolnił ją 

trzy miesiące temu. Uważał, że za dużo mówi.

– Obawiał, się, że o czym będzie mówić?
– O niczym i o wszystkim. Doktor Hayes wyjątkowo dbał o dyskrecję. Zwłaszcza 

w zakresie swojej pracy.

– Tego właśnie wszędzie się dowiaduję – przytaknął Jason. Jego początkowe 

wrażenie, że Hayes stawał się paranoikiem, zdawało się potwierdzać. Nalegał jednak: 
– Co dokładnie pani robi, panno Brennquivist?

– Jestem biologiem molekularnym. Jak doktor Hayes, ale daleko mi do jego 

możliwości. Używam technik rekombinacji DNA, żeby zmienić bakterie E. coli w ten 
sposób, by produkowały różne proteiny, którymi interesował się doktor Hayes.

Jason skinął głową, jakby zrozumiał. Słyszał termin „rekombinowane DNA”, ale 

miał tylko niejasne pojęcie, co on naprawdę znaczy. Odkąd ukończył medycynę, na 
tym polu dokonała się prawdziwa rewolucja naukowa. Jedną rzecz pamiętał jednak 
dokładnie, a były to obawy, że badania nad rekombinowanym DNA mogą 
doprowadzić do wyprodukowania bakterii zdolnych spowodować nowe i nieznane 
choroby. Mając świeżo w pamięci nagłą śmierć Hayesa, zapytał:

– Czy wyhodowaliście jakieś nowe, potencjalnie niebezpieczne szczepy?
– Nie – odparła bez wahania Helene.
– Jak może być pani taka pewna?
– Z dwóch powodów. Przede wszystkim, to ja robiłam całą pracę przy 

rekombinowanych bakteriach, a nie doktor Hayes. Po drugie, używamy linii bakterii 
E. coli, które nie mogą rosnąć poza laboratorium.

– Aha – rzekł Jason, zachęcająco kiwając głową.
– Doktor Hayes interesował się wzrostem i dojrzewaniem. Spędził większość 

czasu izolując z osi podwzgórzowo-przysadkowej czynniki wzrostu, odpowiedzialne 
za dojrzewanie i rozwój płciowy. Czynniki wzrostu są białkami. Jestem pewna, że 
pan wie o tym.

background image

– Oczywiście – przytaknął Jason. Co za szczególna kobieta, pomyślał. Z początku 

konwersacja przypominała wyrywanie zębów. Teraz, kiedy jego rozmówczyni 
znalazła się na gruncie naukowym, okazała się niezwykle wymowna.

– Doktor Hayes dawał mi jakieś białko, a ja miałam wyprodukować je przy 

pomocy technik rekombinacji DNA. To jest właśnie to, czym się tu zajmuję. – 
Odwróciła się do stosu szalek Petriego i podniosła jedną, zdejmując pokrywkę. 
Podała szalkę Jasonowi. Na powierzchni widniały białawe kępki kolonii 
bakteryjnych.

Helene odłożyła szalkę na właściwe miejsce.
– Doktora Hayesa fascynowało włączanie i wyłączanie genów, równowaga 

pomiędzy represją i ekspresją i rola białek represorowych, które łączą się z DNA. 
Używał genu hormonu wzrostu jako prototypu. Chciałby pan zobaczyć jego ostatnią 
mapę chromosomu 17?

– Jasne – zgodził się Jason, zmuszając się do uśmiechu.
W laboratorium zabrzmiał brzęczyk, na chwilę tłumiąc niskie buczenie sprzętu 

elektronicznego. Ekran na wprost Helene ożywił się, pokazując w przedsionku 
czworo ludzi i psa. Jason rozpoznał natychmiast dwoje z nich – Shirley Montgomery 
i detektywa Michaela Currana. Pozostali dwaj byli obcy.

– O, Boże – mruknęła Helene, sięgając ręką do przycisku otwierającego drzwi.
Jason wstał, kiedy nowo przybyli wchodzili do pomieszczenia. Shirley poczuła 

chwilowe zdumienie, widząc Jasona, ale spokojnie przedstawiła Helene detektywa 
Currana. Kiedy policjant zaczął ją wypytywać, Shirley wzięła Jasona pod ramię 
i poprowadziła go do najbliższego gabinetu, który musiał należeć do Hayesa. Ściany 
pokrywały fotografie, przedstawiające zbliżenia ludzkich genitaliów 
w poszczególnych stadiach anatomicznej ewolucji dojrzewania. Wszystkie były 
staranie oprawione w ramy z nierdzewnej stali.

– Interesująca dekoracja – mruknął Jason.
Shirley zachowywała się tak, jakby nie dostrzegała zdjęć. Jej zwykle spokojna 

twarz wyrażała obecnie niepokój i irytację.

– Ta sprawa wymyka się z rąk.
– Co masz na myśli? – zapytał Jason.
– Podobno ostatniej nocy policja dostała anonimową informację, że doktor Alvin 

Hayes handlował narkotykami. Przeszukali jego mieszkanie i znaleźli znaczną ilość 
heroiny, kokainy i gotówki. Teraz mają nakaz rewizji w laboratorium.

– Mój Boże! – Jason nagle zrozumiał obecność psa.
– A jakby tego było mało, stwierdzili, że mieszkał z jakąś kobietą, Carol Donner.
– To nazwisko brzmi znajomo – zauważył Jason.
– Cóż, nie powinno – powiedziała surowo Shirley. – Carol Donner jest erotyczną 

background image

tancerką w Club Cabaret w Combat Zone.

– Zatem będę potępiony – zachichotał mężczyzna.
– Jason! – ucięła Shirley. – Tu nie ma nic do śmiechu.
– Ja się nie śmieję – zaprotestował. – Po prostu jestem zdumiony.
– Jeżeli uważasz, że ty jesteś zdumiony, to co powie rada dyrektorów? 

I pomyśleć, że nalegałam, żeby zatrudnić Hayesa. Już sama śmierć tego człowieka 
wystarczy. Wkrótce zacznie się koszmar z prasą.

– Co zamierzasz zrobić? – spytał Jason.
– Nie mam pojęcia – przyznała Shirley. – W tym momencie moja intuicja mówi 

mi, że im mniej robimy, tym lepiej.

– Co myślisz o przełomowym odkryciu Hayesa?
– Uważam, że ten człowiek fantazjował. Pomyśl o narkotykach i tancerce topless, 

na miłość boską!

Wściekła, wróciła do głównej sali laboratorium, gdzie detektyw Curran nadal 

pilnie indagował Helene. Pozostali dwaj mężczyźni z psem metodycznie 
przeszukiwali laboratorium. Jason obserwował ich przez pewien czas, potem 
przeprosił, tłumacząc się nadchodzącym końcem godzin pracy. Miał jeszcze garstkę 
pacjentów do zbadania, czekał go również obchód w szpitalu.

Jadąc do domu utwierdził się w przekonaniu, że Hayes był bliższy raczej 

załamania nerwowego, niż przełomu w nauce. Zatrzymał się przy bibliotece 
i wypożyczył cienki tom zatytułowany Rekombinowane DNA: wprowadzenie dla 
nienaukowców.

Ruch w godzinach szczytu był, jak zawsze w Bostonie, brutalną walką i kiedy 

Jason wysiadł z samochodu przed swoim domem czuł, jak zwykle, ulgę, że udało mu 
się wyjść z tego bez szwanku. Zaniósł teczkę do mieszkania i położył ją na biurku 
w małym gabinecie, którego okna wychodziły na plac. Bezlistne teraz wiązy 
wyglądały na tle nocnego nieba jak szkielety. Zmieniono już czas na zimowy i na 
zewnątrz panowała ciemność, chociaż była dopiero szósta czterdzieści pięć. 
Przebrawszy się w strój do joggingu Jason pobiegł w dół Mt. Vernon Street, 
przekroczył Storrow Drive po Arthur Fiedler Bridge i pobiegł wzdłuż rzeki Charles. 
Dotarł do Boston University Brigde zanim skręcił. W przeciwieństwie do okresu 
letniego było tam teraz niewielu biegaczy. W drodze powrotnej wstąpił do 
supermarketu i kupił trochę świeżych owoców, miejscowego tasergala, rzeczy 
potrzebne na sałatkę i butelkę kalifornijskiego chardonnay.

Jason lubił gotować i po wzięciu prysznicu przyrządził rybę, gotując ją 

z niewielką ilością czosnku i oliwy. Przyprawił sałatkę i wyciągnął wino 
z zamrażarki, gdzie włożył je, żeby się trochę zmroziło. Nalał sobie kieliszek. Kiedy 
wszystko było gotowe, zaniósł jedzenie na tacy do swojej pracowni. Tak 

background image

przygotowany otworzył niewielką książeczkę o rekombinacji DNA i naszykował się 
na spędzenie nad nią wieczoru.

Pierwsza część książki była przypomnieniem ogólnych wiadomości. Jason 

wiedział dobrze, że kwas dezoksyrybonukleinowy, lepiej znany jako DNA, był 
molekułą w kształcie podwójnie plecionego, skręconego sznura. Zbudowany był 
z powtarzających się podjednostek, zwanych zasadami, które miały właściwość 
łączenia się w pary w bardzo specyficzny sposób. Poszczególne obszary DNA zwane 
były genami, a każdy gen związany był z produkcją specyficznego białka.

Jason czuł się zachęcony do dalszej lektury i pociągnął łyk wina. Książka była 

dobrze napisana i sprawiała, że przedmiot wykładu wydawał się jasny. Podobały mu 
się ciekawostki, jak to, że każda ludzka komórka zawiera cztery miliardy par zasad. 
Następna część książki zajmowała się bakteriami i faktem, że rozmnażają się one 
łatwo i gwałtownie. W ciągu kilku dni z pojedynczej komórki wyjściowej można 
otrzymać tryliony identycznych organizmów. Było to ważne, ponieważ w inżynierii 
genetycznej bakterie służyły jako adresaci małych kawałków DNA. „Obce” DNA 
było wbudowywane do własnego DNA bakterii, a potem, kiedy komórka ulegała 
podziałowi, odtwarzała oryginalne fragmenty. Bakterie z nowo wbudowanym DNA 
zwane były szczepem rekombinowanym, a nowa cząsteczka DNA była właśnie DNA 
rekombinowanym. Jak dotąd szło nieźle.

Jason zjadł trochę ryby i sałatki, popijając winem. Następny rozdział był nieco 

bardziej skomplikowany. Mówił o tym, jak geny w DNA sterują produkcją 
właściwych im białek. Pierwsza część opisywała powstawanie kopii fragmentu DNA 
w postaci cząsteczki, zwanej RNA przekaźnikowym. To RNA przekaźnikowe 
kierowało później produkcją proteiny w procesie, zwanym transkrypcją. Jason wypił 
jeszcze trochę wina. Ostatnia część rozdziału była szczególnie interesująca, jako że 
wyjaśniała skomplikowane mechanizmy włączania i wyłączania genów.

Wstawszy od biurka, Jason przeszedł przez salon do kuchni. Otworzył lodówkę 

i nalał sobie następny kieliszek. Z powrotem w gabinecie wyjrzał przez okno, 
obserwując światła po przeciwnej stronie placu w Zgromadzeniu Świętej Małgorzaty. 
Zawsze go zdumiewało, że w najmodniejszej willowej części Bostonu znajduje się 
klasztor; porzucić świat materialny, zostać mniszką i wyprowadzić się do Louisburga! 
Jason uśmiechnął się, otwierając ponownie swoją książkę o rekombinowanym DNA. 
Usiadłszy, jeszcze raz przeczytał część o mechanizmach czasowych ekspresji genów. 
Było to skomplikowane i fascynujące. Z książki wynikało, że odkryto mnóstwo 
białek, które spełniały rolę represorów funkcji genów. Proteiny te wiązały się z DNA 
lub powodowały jego skręcanie się, skrywając odpowiednie geny.

Jason zamknął książkę. Miał dość, jak na jeden wieczór. Poza tym rozdział 

o kontroli genów był tym, czego nieświadomie szukał. Czytając tę część przypomniał 

background image

sobie uwagę Hayesa, że jego głównym przedmiotem zainteresowań jest to, „jak geny 
włączają się i wyłączają”. Helene powiedziała to samo innymi słowami.

Biorąc ze sobą wino Jason przeszedł do salonu. Z roztargnieniem pogładził 

kryształowe lichtarze nad kominkiem, pozwalając swoim myślom rozważać 
możliwości. Co mógł mieć na myśli Hayes, kiedy mówił, że dokonał przełomowego 
odkrycia? Na chwilę Jason odsunął myśl, że jego rozmówca cierpiał na urojenia 
wielkościowe. W końcu był światowej klasy badaczem i pracował zdumiewającą 
liczbę godzin. Była więc szansa, że mówił prawdę. Jeśli dokonał odkrycia, powinno 
ono dotyczyć włączania i wyłączania genów i prawdopodobnie wiązało się ze 
wzrostem i dojrzewaniem. Wspomnienie fotografii genitaliów zdominowało na 
chwilę umysł Jasona.

Z zadumy wyrwał go telefon. Dzwoniła przełożona pielęgniarek oddziału 

kardiologicznego.

– Brian Lennox zmarł właśnie. Miał terminalny epizod migotania komór, które 

przeszło w asystolię.

– Zaraz będę – odparł Jason. Odłożył słuchawkę i pomyślał o naukowym 

żargonie pielęgniarki, rozpoznając, że był to jej sposób obrony przed uczuciami. Raz 
jeszcze cień śmierci zawisł nad nim jak złowroga chmura.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Radiowy budzik wyrzucił Jasona z łóżka. Poprzedniego dnia wzmocnił siłę głosu, 

obawiając się zaspać. Spędził znaczną część nocy pocieszając żonę Briana Lennoxa. 
Podniósł gazetę ze stopni frontowych schodów, ogolił się i wziął prysznic, podczas 
gdy ekspres dokonywał swojego zwykłego porannego cudu. Zanim się ubrał, 
mieszkanie wypełnił aromatyczny zapach świeżo zaparzonej kawy. Z kubkiem 
w dłoni wycofał się do pracowni, wyjmując „Boston Globe” z chroniącej go 
plastikowej koperty.

Szukał działu sportowego, ale zatrzymał się na nagłówku pierwszej strony – 

LEKARZ, NARKOTYKI I TANCERKA. Nie był to pochlebny artykuł o doktorze 
Alvinie Hayesie. Autor wykorzystywał wstrząsającą śmierć Hayesa i nieuczciwie 
wiązał ją z narkotykami znalezionymi w jego mieszkaniu, przyrównując nawet jego 
romans z tancerką do sprawy profesora z Tufts Medical School, skazanego za 
zamordowanie prostytutki. Artykułowi towarzyszyły dwie fotografie: zdjęcie Hayesa 
z okładki „Time” i fotografia kobiety wchodzącej do Club Cabaret, zatytułowana 
„Carol Donner wchodzi do swojego miejsca pracy”. Jason próbował dojrzeć, jak 
wygląda Carol Donner, ale było to niemożliwe. Jedną rękę miała podniesioną, 
osłaniając twarz. W tle widniał napis DZIEWCZĘTA Z COLLEGE’U TOPLESS. 
Jasne, pomyślał z uśmiechem Jason.

Przeczytał resztę artykułu, współczując Shirley. Policja donosiła o dużej ilości 

heroiny i kokainy, znalezionej w mieszkaniu na South End, które Hayes dzielił 
z Carol Donner.

Howard udał się do szpitala, żeby stwierdzić, że jego pacjenci generalnie są 

w złym stanie. U Matthew Cowena, któremu dzień wcześniej wykonano 
cewnikowanie serca, wystąpiły dziwne objawy, alarmujące podobieństwem do 
późnych symptomów Cedrica Harringa: zapalenie stawów, zaparcie, suchość skóry. 
W normalnych warunkach żaden z nich nie zaniepokoiłby zbytnio Jasona. W świetle 
ostatnich przypadków czuł się jednak nieswojo. Jeszcze raz dokonał przeglądu 
nowych nieznanych chorób zakaźnych, których nie umiałby kontrolować. Miał 
przeczucie, że stan Matthew niedługo się pogorszy.

Zamówiwszy konsultację dermatologiczną dla Cowena, lekarz ponuro udał się do 

swojego gabinetu, gdzie Klaudia przywitała go informacją, że wyciągnęła badania 
kontrolne do litery P. Dzwoniła do pacjentów i dowiedziała się, że tylko dwóch 
skarży się na problemy zdrowotne.

Jason sięgnął po karty i otworzył je.
Pierwszą osobą była Holly Jennings, drugą Paul Klingler. Oboje przeszli badania 

kontrolne w ciągu ostatniego miesiąca.

background image

– Zadzwoń do nich jeszcze raz – polecił Jason – i poproś, żeby przyjechali do nas 

jak najszybciej nie niepokojąc ich.

– Trudno będzie ich nie zdenerwować. Co mam powiedzieć?
– Powiedz im, że chcemy powtórzyć niektóre testy. Użyj swojej wyobraźni.
W ciągu dnia postanowił sprawdzić, czy nie uda mu się wycyganić od laborantki 

więcej wiadomości o Hayesie, ale w momencie, kiedy zobaczył Helene, zrozumiał 
jasno, że nie da się oczarować.

– Czy policja coś znalazła? – zagadnął, wiedząc już, że odpowiedź jest przecząca. 

Shirley telefonowała do niego i mówiła, że funkcjonariusze już odjechali, dodając: 
„Bogu dzięki za każdy drobiazg”.

Helene pokręciła głową.
– Wiem, że jest pani zajęta – rzekł Jason – ale czy nie mogłaby mi pani poświęcić 

minuty? Chciałbym zadać jeszcze kilka pytań.

Przerwała w końcu pracę i odwróciła się do gościa.
– Dziękuję – powiedział z uśmiechem. Wyraz jej twarzy nie zmienił się. Nie był 

nieprzyjemny, po prostu obojętny.

– Nie chcę powracać do tego tematu – rzekł Jason – ale ciągle myślę o tym, co 

doktor Hayes powiedział o naukowym przełomie. Czy jest pani pewna, że nie ma 
żadnego pojęcia, co to mogło być? Byłoby tragiczne, gdyby prawdziwe odkrycie 
medyczne zostało stracone.

– Powiedziałam panu wszystko, co wiem – odparła Helene. – Mogę panu pokazać 

ostatnią mapę chromosomu 17, którą wykonał. Czy to pomoże?

– Spróbujmy.
Helene poprowadziła go do gabinetu Hayesa. Nie zwracała uwagi na pokrywające 

ściany fotografie, ale Jasonowi się to nie udawało. Zastanawiał się, co za człowiek 
mógł pracować w takim otoczeniu. Helene wyciągnęła wielką kartę, pokrytą 
drobniutkim drukiem, na której przedstawiono sekwencję par zasad cząsteczki DNA, 
tworzącej część chromosomu 17. Liczba par zasad była ogromna: setki i setki tysięcy.

– Obszar doktora Hayesa jest tutaj. – Wskazała dużą część, w której pary 

oznaczone były czerwienią. – To są geny związane z hormonem wzrostu. Jest on 
bardzo złożony.

– Całkowicie się z panią zgadzam – powiedział Jason. Wiedział, że musi dużo 

więcej przeczytać, żeby to wszystko nabrało dla niego jakiegokolwiek sensu.

– Czy jest jakaś szansa, że to mapowanie doprowadziło do znaczącego odkrycia?
Helene myślała przez chwilę, potem pokręciła głową.
– Ta technika jest znana już od jakiegoś czasu.
– A co z rakiem? – zapytał Jason, strzelając. – Czy doktor Hayes mógł odkryć coś 

na temat nowotworów?

background image

– Nie pracowaliśmy w ogóle nad nowotworami – zaprzeczyła Helene.
– Ale jeśli interesował się podziałem komórkowym i dojrzewaniem, możliwe, że 

odkrył coś na temat raka. Zwłaszcza przy jego zainteresowaniu mechanizmem 
włączania i wyłączania genów.

– Przypuszczam, że to możliwe – odparła kobieta bez entuzjazmu. Jason był 

pewien, że nie pomaga mu tak, jak by mogła. Jako asystentka Hayesa powinna 
wiedzieć więcej o tym, nad czym jej szef pracował. Nie było jednak żadnego 
sposobu, w jaki mógłby wymusić od niej informacje.

– A co z księgami laboratoryjnymi?
Helene wróciła do swojego miejsca przy stole laboratoryjnym. Z szuflady wyjęła 

księgę.

– To wszystko, czym dysponuję – powiedziała, wręczając ją Jasonowi.
Książka była w trzech czwartych zapisana. Jason widział, że jest to tylko księga 

z danymi, a nie protokoły eksperymentów, bez których liczby te nie miały żadnego 
znaczenia.

– Czy są inne książki laboratoryjne?
– Było kilka – przyznała Helene – ale doktor Hayes trzymał je u siebie, zwłaszcza 

w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Przeważnie jednak przechowywał wszystko we 
własnej głowie. Miał bajeczną pamięć, zwłaszcza do cyfr...– Przez krótki moment 
Jason widział światło w oczach Helene i myślał, że może kobieta otworzy się, nie 
uczyniła tego jednak.

Uciekła w ciszę. Odebrała od Jasona księgę z danymi i umieściła ją na powrót 

w szufladzie.

– Pozwoli pani, że zadam jeszcze jedno pytanie? – poprosił Jason, z trudem 

dobierając słowa. – Czy doktor Hayes zachowywał się normalnie przez ostatnie 
tygodnie? Zdawał się zaniepokojony i przemęczony, kiedy go widziałem. – Jason 
z rozmysłem bagatelizował stan Hayesa.

– Jak dla mnie, wydawał się normalny – powiedziała bezbarwnie Helene.
Aha, bracie, pomyślał Jason. Miał teraz pewność, że Helene nie była z nim 

szczera. Niestety, nic z tym nie mógł zrobić. Podziękował jej, pożegnał się i opuścił 
laboratorium Hayesa. Zjechał windą, unikając Sally, przeszedł przez główny budynek 
i wjechał na oddział patologii.

Odnalazł Jacksona Madsena w laboratorium chemicznym, gdzie wystąpił jakiś 

problem z jednym z automatów diagnostycznych. Było już tam dwóch monterów 
i Jackson był uszczęśliwiony, wracając z Jasonem do swojego pokoju, żeby pokazać 
mu skrawki serca Harringa.

– Zaczekaj, aż to obejrzysz – powiedział, umieszczając preparat pod 

mikroskopem. Spojrzał w okular, zręcznie przesuwając kciukiem i palcem 

background image

wskazującym szkiełko preparatu. Potem cofnął się i pozwolił popatrzeć Jasonowi.

– Widzisz to naczynie? – zapytał. Jason skinął głową. – Zauważ, że jego światło 

jest prawie całkowicie zamknięte. To jeden z najgorszych przypadków miażdżycy, 
jakie widziałem. Ta różowa substancja wygląda jak amyloid. To zdumiewające, 
zwłaszcza, jeśli mówisz, że EKG był w porządku. Pozwól, że pokażę ci coś jeszcze. – 
Jackson podłożył następny skrawek. – Spójrz teraz.

Jason zerknął w mikroskop.
– Co mam zobaczyć?
– Zwróć uwagę, jakie rozdęte są jądra komórkowe – naprowadził go Jackson. – 

I ta różowa masa. To z pewnością amyloid.

– A co to znaczy?
– Wygląda to tak, jakby serce tego faceta było przez coś zaatakowane. Widzisz 

komórki zapalne?

Przy swoim niewielkim doświadczeniu w ocenie preparatów mikroskopowych 

Jason nie zauważył ich od razu, ale teraz rzuciły mu się w oczy.

– Jakie wnioski z tego wyciągasz? – spytał.
– Nie jestem pewien. W jakim wieku był ten człowiek?
– Pięćdziesiąt sześć lat. – Jason wyprostował się. – Czy jest szansa, twoim 

zdaniem, że mamy do czynienia z jakąś nową chorobą zakaźną?

Jackson myślał przez chwilę, potem potrząsnął głową.
– Uważam, że stan zapalny jest na to zbyt mały. Wygląda raczej na schorzenie 

metaboliczne, ale to wszystko, co mogę powiedzieć. Aha, jeszcze jedno – dodał, 
wkładając następny skrawek. Nastawiając ostrość, powiedział: – To jest preparat 
z jądra czerwiennego w mózgu. Powiedz mi, co widzisz.

Odchylił się, żeby przepuścić Jasona. Lekarz popatrzył w mikroskop. Zobaczył 

neuron. We wnętrzu komórki rzucało się w oczy duże jądro i obszar pokryty 
ciemnymi ziarnistościami. Opisał je Jacksonowi.

– To lipofuscyna – stwierdził Jackson. Wyjął szkiełko. Jason wyprostował się.
– Co to wszystko znaczy?
– Chciałbym wiedzieć – odparł Jackson. – Wszystko niespecyficzne, ale 

z pewnością jest to jakaś sugestia, że twój pan Harring był poważnie chorym 
gościem. Te preparaty mogłyby należeć do mojego dziadka.

– Już drugi raz słyszę coś takiego – rzekł powoli Jason. – Możesz powiedzieć coś 

dokładniejszego?

– Przykro mi – zaprzeczył patomorfolog. – Chciałbym być bardziej pomocny. 

Zrobię kilka testów, żeby sprawdzić, czy te złogi w sercu i gdzie indziej to amyloid. 
Zawiadomię cię.

– Dzięki – odrzekł lekarz. – A co ze skrawkami Hayesa?

background image

– Jeszcze nie gotowe – przeprosił Jackson.
Jason wrócił na drugie piętro i poszedł do poradni dla pacjentów 

ambulatoryjnych. Jako lekarz zawsze miał wątpliwości co do skuteczności pewnych 
testów, procedur czy leków. Nigdy jednak nie miał powodu zasadniczo kwestionować 
swoich kompetencji. W rzeczywistości w większości sytuacji zawsze myślał o sobie 
jako o osobie wyrastającej ponad przeciętną. Teraz nie był już taki pewien. Tego typu 
obawy były niepokojące, zwłaszcza, że od czasu śmierci Danielle uważał pracę za 
główny cel swego życia.

– Gdzie byłeś? – dopytywała się Sally, złapawszy Jasona, kiedy próbował 

wśliznąć się do swojego gabinetu. W ciągu kilku minut pielęgniarka zasypała go 
mnóstwem drobnych problemów, które na szczęście pochłonęły jego uwagę. Zanim 
mógł chwilę odetchnąć, było już po dwunastej. Zbadał swojego ostatniego pacjenta, 
który prosił o kontrolę medyczną i szczepienia przed podróżą do Indii, a potem był 
wolny.

Klaudia próbowała namówić go, żeby dołączył do niej i kilku innych sekretarek 

podczas lunchu, Jason wymówił się jednak. Wrócił do swojego gabinetu i zaczął 
rozmyślać. Najgorsza była dla niego bezsilność. Czuł, że coś jest straszliwie nie 
w porządku, ale nie wiedział co, ani co ma z tym zrobić. Dopadła go samotność.

– Cholera – mruknął, uderzając otwartą dłonią blat biurka, dostatecznie mocno, 

żeby luźne kartki papieru podskoczyły. Musi uniknąć obsuwania się w depresję. Musi 
coś zrobić. Zmieniając biały fartuch na marynarkę, chwycił swój pager i zszedł do 
samochodu. Jechał wzdłuż Fenway, mijając po prawej stronie Muzeum Ogrodnictwa 
i Muzeum Sztuk Pięknych. Potem, kierując się na południe Storrow Drive, skręcił 
w Arlington. Celem jego podróży była Bostońska Kwatera Główna Policji.

W Kwaterze Głównej jakiś policjant skierował go na czwarte piętro. Gdy tylko 

wysiadł z windy ujrzał nadchodzącego korytarzem detektywa, balansującego pełnym 
kubkiem kawy. Curran był bez marynarki, koszulę miał rozpiętą pod szyją, a krawat 
rozluźniony. Pod lewym ramieniem wisiała znoszona kabura. Kiedy ujrzał Jasona 
sprawiał wrażenie zakłopotanego, dopóki lekarz nie przypomniał mu, że spotkali się 
w kostnicy, a potem w GHP.

– Ach, tak – przytaknął policjant ze swoim lekkim niemieckim akcentem. – 

Sprawa Alvina Hayesa.

Zaprosił Jasona do swojego biura, urządzonego wyłącznie z myślą 

o użytkowości, z metalowym biurkiem i metalową szafką na akta. Na ścianie wisiał 
kalendarz z terminarzem rozgrywek drużyny koszykówki Celtics.

– Może trochę kawy? – zaproponował Curran, stawiając swój kubek.
– Nie, dziękuję – odmówił Jason.
– Ma pan wyczucie – pochwalił go Curran. – Wiem, że wszyscy narzekają na 

background image

służbową kawę, ale ta tutaj jest po prostu śmiercionośna. – Przyciągnął spod ściany 
metalowe krzesło i gestem zaprosił Jasona, żeby na nim usiadł.

– Zatem, co mogę dla pana zrobić, doktorze?
– Nie jestem pewien. Ta sprawa Hayesa niepokoi mnie. Pamięta pan, jak 

mówiłem, że Hayes wspominał o dokonaniu ważnego odkrycia? Cóż, uważam teraz, 
że jest spora szansa, iż naprawdę je zrobił. W końcu ten człowiek był światowej 
sławy badaczem i w swojej dziedzinie pracował z całym poświęceniem.

– Chwileczkę. Czy nie powiedział mi pan także, że Hayes miał załamanie 

nerwowe?

– Wtedy myślałem, że zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji – tłumaczył 

Jason. – Sądziłem, że zdradza objawy zespołu paranoidalnego i urojeń 
wielkościowych. Teraz nie jestem już pewien. A jeśli naprawdę dokonał ważnego 
odkrycia, którego nie ujawnił, ponieważ nadal je dopracowywał? Jeśli ktoś się o tym 
dowiedział i z jakichś przyczyn chciał to ukryć?

– I zabił Hayesa? – przerwał protekcjonalnie Curran. – Doktorze, zapomina pan 

o jednym istotnym fakcie: Hayes umarł z przyczyn naturalnych. Nie było żadnej 
brudnej gry, żadnych ran postrzałowych w głowie, żadnego noża w plecach. I na 
dodatek, handlował narkotykami. W jego gniazdku w South znaleźliśmy heroinę, 
kokę i gotówkę. Nic dziwnego, że zachowywał się paranoicznie. Rynek narkotyków 
rządzi się surowymi prawami.

– Czy ten anonimowy donos nie był trochę dziwny? – zapytał Jason, nagle 

zaciekawiony.

– To się często zdarza. Ktoś puści o czymś farbę i dzwonią do nas z informacją.
Jason wpatrywał się w detektywa. Pomyślał, że powiązania z narkotykami nie 

pasują do całej sprawy, ale nie wiedział, dlaczego. Potem przypomniał sobie, że 
Hayes mieszkał z dziewczyną uprawiającą taniec erotyczny. Może to jednak 
pasowało bardziej, niż przypuszczał.

Jakby czytając myśli Jasona, Curran odezwał się:
– Niech pan posłucha, doktorze, doceniam, że poświęcił pan swój czas, 

przyjeżdżając tutaj, ale fakty są faktami. Nie wiem, czy ten facet dokonał jakiegoś 
odkrycia, czy nie, ale coś panu powiem. Jeżeli handlował narkotykami, to sam także 
ich używał. To jest reguła. Poprosiłem obyczajówkę, żeby poszukali jego nazwiska 
w swoich komputerach. Nic nie znaleźli, ale to znaczy tylko, że nie był jeszcze nigdy 
złapany. Miał szczęście, że umarł śmiercią naturalną. W każdym razie nie mogę 
uzasadnić zajmowania czasu Wydziału Zabójstw sprawą tego zgonu.

– Nadal uważam, że coś w tym jest.
Curran pokręcił głową.
– Doktor Hayes próbował coś mi powiedzieć – upierał się Jason. – Myślę, że 

background image

szukał pomocy.

– Jasne – rzekł Curran. – Prawdopodobnie chciał wciągnąć pana do swojego 

narkotykowego kręgu. Niech pan posłucha mojej rady, doktorze. Proszę zapomnieć 
o tej sprawie. – Podniósł się, dając do zrozumienia, że wizyta dobiegła końca.

Po wyjściu na ulicę Jason wyjął zza wycieraczki przedniej szyby Mandat za 

niewłaściwe parkowanie. Siedząc za kierownicą rozmyślał o swojej rozmowie 
z detektywem Curranem. Facet był miły, ale oczywiście nie dawał wiary 
spostrzeżeniom i intuicji Jasona. Uruchamiając silnik przypomniał sobie coś jeszcze, 
co Hayes powiedział o swoim odkryciu. Nazwał je „ironicznym”. To dziwny sposób 
określania dużego odkrycia naukowego, zwłaszcza, jeśli ktoś wymyśla sobie taką 
historyjkę.

Znalazłszy się ponownie w szpitalu Jason wrócił do swoich pacjentów, 

przechodząc od sali do sali, słuchając, dotykając, rozdzielając współczucie i rady. To 
właśnie kochał w medycynie. Ludzie otwierali się wobec niego, dosłownie i w 
przenośni. Czuł się uprzywilejowany i potrzebny. Jego pewność siebie częściowo 
powróciła.

Tuż przed czwartą poszedł do pokoju badań C i wziął kartę pacjenta. Pamiętał to 

nazwisko. Paul Klingler, mężczyzna, którego już badał. Przed wejściem do gabinetu 
Jason szybko przejrzał jego dane. Człowiek wydawał się zdrowy, z normalnym, 
niskim poziomem cholesterolu i trójglicerydów i prawidłowym EKG. Jason wkroczył 
do pokoju.

Klingler był szczupły, miał płowoblond włosy i charakteryzował się tą spokojną 

pewnością siebie właściwą bogatym jankesom.

– Co było nie w porządku w moich wynikach badań? – spytał, zaniepokojony.
– Nic, naprawdę.
– Ale pańska sekretarka zadzwoniła do mnie z wiadomością, że chce pan niektóre 

powtórzyć. Dlatego musiałem dzisiaj przyjechać.

– Przepraszam za to. Nie było potrzeby wszczynania alarmu. Kiedy usłyszała, że 

nie czuje się pan dobrze, pomyślała, że powinniśmy to sprawdzić.

– Po prostu przechodzę grypę – oświadczył Paul. – Dzieciaki przyniosły ją do 

domu ze szkoły. Teraz już czuję się dużo lepiej. Jedyny problem w tym, że nie 
mogłem uprawiać sportu przez ponad tydzień.

Grypa nie wzbudziła niepokoju Jasona. Zdrowi ludzie nie umierają z tego 

powodu. Mimo to zbadał starannie Paula Klinglera i powtórzył kilka badań 
kardiologicznych. W końcu obiecał pacjentowi, że zadzwoni, jeśli testy krwi wykażą 
jakieś odchylenia od normy.

Jako czwarta pacjentka stanęła przed Jasonem Holly Jennings, 

piędziesięcioczteroletnia kobieta, pracująca na stanowisku kierowniczym w jednej 

background image

z największych bostońskich firm doradczych. Nie była specjalnie zadowolona i z 
pewnością niezbyt powściągliwa w wyrażaniu swoich uczuć. Czekając w gabinecie 
lekarskim, paliła papierosa, chociaż umieszczono tam specjalną zakazującą tego 
tabliczkę.

– Co się, do diabła, dzieje? – wybuchnęła, kiedy Jason wszedł do pokoju. 

Badania sprzed miesiąca dały jej czyste świadectwo zdrowia, chociaż Jason ostrzegał 
ją, żeby rzuciła palenie i pozbyła się zbędnych dziesięciu czy dwunastu kilogramów, 
o które przytyła w ciągu ostatnich pięciu lat.

– Słyszałem, że nie czuła się pani dobrze – odezwał się łagodnie. Zauważył jej 

zmęczony wygląd i dostrzegł ciemne koła pod oczami.

– Czy o to tylko chodzi? – warknęła. – Sekretarka powiedziała mi, że chce pan 

powtórzyć kilka testów. Co było w nich złego?

– Nic. Po prostu chcemy zrobić następne badania kontrolne. Proszę opowiedzieć 

mi o stanie swojego zdrowia.

– Jezu Chryste! Ściąga mnie pan tutaj, strasząc śmiertelnie, zmuszając do 

odwołania dwóch ważnych wystąpień, po to tylko, żeby porozmawiać. Nie można 
było zrobić tego przez telefon?

– Cóż, skoro pani tu jest, może powie mi pani, jak się czuje.
– Jestem zmęczona.
– Coś więcej?
– Po prostu ogólnie czuję się parszywie. Nie mogłam spać. Straciłam apetyt. Nic 

szczególnego... nie, to nieprawda. Oczy mnie zawodzą. Muszę ciągle nosić okulary 
przeciwsłoneczne, nawet w biurze.

– Coś jeszcze? – spytał Jason, czując nieprzyjemne ukłucie strachu.
Holly wzruszyła ramionami.
– Licho wie dlaczego wypadają mi włosy.
Jason zbadał kobietę tak starannie, jak to było możliwe. Jej tętno i ciśnienie krwi 

były podwyższone, mogło to być jednak spowodowane stresem. Skóra była sucha, 
zwłaszcza na kończynach. Powtórzywszy EKG stwierdził, że być może są w nim 
dyskretne zmiany odcinka ST, sugerujące niedokrwienie serca. Kiedy zaproponował 
wykonanie kolejnej próby wysiłkowej, pacjentka odmówiła.

– Czy mogę wrócić w tym celu później?
– Wolałbym raczej zrobić to teraz – odparł lekarz. – Właściwie, czy nie miałaby 

pani nic przeciwko pozostaniu w szpitalu na kilka dni?

– Żartuje pan? Nie mam czasu. Poza tym nie czuję się aż tak źle. Dlaczego 

w ogóle pan to sugeruje?

– Po prostu żeby zrobić wszystkie badania. Chciałbym również, żeby zbadał 

panią kardiolog i okulista.

background image

– W następnym tygodniu. W poniedziałek albo wtorek. Mam kilka ważnych 

spotkań.

Niechętnie, po pobraniu pewnej ilości krwi, Jason pozwolił Holly odejść. Nie 

miał żadnego sposobu, żeby zmusić ją do zostania i nie znalazł w czasie badania nic 
na tyle niepokojącego, żeby zapewnić ją, że znalazła się w tarapatach. To było po 
prostu przeczucie: złe przeczucie.

Postępując zgodnie ze swoim codziennym zwyczajem, po powrocie do domu 

Jason poszedł biegać, wstąpił do De Luca’s Market, gdzie kupił kurczaka, włożył 
swój posiłek do piekarnika, wziął prysznic i z lodowatym piwem wycofał się do 
swojej pracowni. Rozsiadłszy się wygodnie powrócił do lektury na temat DNA. 
Zaczynał rozumieć, w jaki sposób Hayes mógł izolować poszczególne geny. To było 
właśnie to, czym prawdopodobnie zajmowała się tego ranka Helene Brennquivist. 
Kiedy raz znaleziono właściwą kolonię bakterii, można ją było hodować aż do 
otrzymania trylionów osobników. Następnie przy użyciu enzymów oddzielano i cięto 
na fragmenty DNA bakterii, a żądany gen był izolowany i oczyszczany. Potem można 
go było wbudować różnym drobnoustrojom w takim regionie DNA, który mógł być 
„włączony” przez badacza. W tej formie szczep rekombinowanych bakterii działał jak 
miniaturowa fabryka, produkująca białko, które dany gen kodował. Tej właśnie 
metody użył Hayes do otrzymania ludzkiego hormonu wzrostu. Zaczął od kawałka 
ludzkiego DNA, genu wytwarzającego hormon wzrostu, klonował go przy pomocy 
bakterii, a potem wbudował do bakteryjnego DNA w miejscu kontrolowanym przez 
gen odpowiedzialny za przyswajanie laktozy. Dodając laktozy do pożywki Hayes 
„uruchamiał” wytwarzanie przez bakterie ludzkiego hormonu wzrostu.

Jason dokończył swoje piwo i powędrował do kuchni po następne. Był pod 

przemożnym wpływem tego, czego się właśnie dowiedział. Nic dziwnego, że 
naukowcy, tacy jak Hayes, byli dziwakami. Wiedzieli, że dysponują władzą 
manipulowania życiem. Technologia DNA dawała budzące lęk możliwości, które 
można było wykorzystać do czynienia dobra lub zła. Kierunek, pomyślał Jason, był 
wynikiem przypadku.

Uzbrojony w te informacje był jeszcze bardziej skłonny wierzyć, że Hayes, mimo 

ogólnego stresu, mówił prawdę – przynajmniej o przełomowym odkryciu. Jason nie 
miał tej pewności co do stwierdzenia, że ktoś chce zabić naukowca. Żałował, że nie 
spędził z tym człowiekiem więcej czasu w ciągu ostatnich miesięcy. Chciałby 
wiedzieć o nim więcej.

Otwierając piekarnik, Jason sprawdził kurczaka. Był ładnie zarumieniony 

i wyglądał wspaniale. Wstawił wodę, żeby ugotować ryż i wrócił do pracowni. 
Położył nogi na biurku i kołysząc się na tylnych nogach krzesła, zaczął następny 
rozdział, poświęcony technikom laboratoryjnym stosowanym w inżynierii 

background image

genetycznej. Pierwsza część mówiła o metodach rozdziału cząsteczek DNA przy 
użyciu enzymów, zwanych endonukleazami restrykcyjnymi. Jason musiał przeczytać 
ten fragment kilkakrotnie. Materiał był trudny.

Przenikliwy jęk wykrywacza dymu poderwał go na nogi. Wyskoczył zza biurka, 

przy którym zasnął, i rzucił się do kuchni. Woda w garnku z ryżem wygotowała się 
i warstwa teflonu zaczęła się palić, wypełniając kuchnię gryzącym dymem. 
Podsunięte pod strumień wody naczynie pryskało i syczało. Mężczyzna włączył 
wyciąg i otworzył okna w salonie, a powietrze w kuchni powoli zaczęło się 
oczyszczać, aż w końcu detektor dymu ucichł. Jason był rad, że właściciela 
mieszkania, jak zwykle, nie ma w mieście.

Kiedy obiad, choć bez ryżu, był w końcu gotowy, Jason zaniósł go do swojej 

pracowni i postawił na biurku, odsuwając na bok papiery i książki. Gdy zaczął jeść, 
stwierdził, że spogląda na pierwszą stronę „Boston Globe”, z rzucającym się w oczy 
artykułem Lekarz, narkotyki i tancerka. Podniósłszy gazetę lewą ręką popatrzył 
jeszcze raz na Carol Donner. Myśl, że Hayes żył z tą kobietą, zmieszała go. 
Zastanawiał się, czy jego znajomy padł ofiarą starej jak świat fantazji o ratowaniu 
prostytutki o złotym sercu. Doszedł do wniosku, że jest mało prawdopodobne, aby 
człowiek o podobnym do jego własnego zapleczu intelektualnym, włączając w to 
ukończenie tej samej szkoły medycznej, mógł ulec takiemu stereotypowi. Jak jednak 
powiedział Curran, fakty są faktami. Nie ulega wątpliwości, że Hayes mieszkał z tą 
dziewczyną. Jason odrzucił gazetę.

Przeczytawszy wszystko, co mógł znaleźć o suchej skórze, a nie było tego dużo, 

odniósł brudne naczynia do kuchni i opłukał je. Obraz Carol Donner zasłaniającej 
ręką twarz powracał bez przerwy w jego myślach. Spojrzał na zegarek. Była dziesiąta 
trzydzieści.

– Dlaczego nie? – powiedział na głos.
W końcu, jeśli Hayes mieszkał z tą kobietą, to być może wiedziała ona coś, co 

mogło naprowadzić Jasona na temat odkrycia. W każdym razie nie miał nic do 
stracenia. Założywszy sweter i tweedową marynarkę, opuścił mieszkanie.

Beacon Hill leżało w odległości zaledwie piętnastu minut marszu od Combat 

Zonę. W ciągu tego kwadransa Jason pokonał jednak olbrzymi dystans społeczny. 
Beacon Hill, ze swoimi brukowanymi ulicami i gazowymi latarniami, było 
przykładem wygodnego dobrobytu klasy średniej. Combat Zonę stanowiła jego 
brudne przeciwieństwo. Żeby się tam dostać, Jason obszedł Boston Common, 
pomaszerował Washington Street z jej rzędem podłych barów, a w końcu dotarł do 
Boylston Street. Zapełniały ją gromady włóczących się ludzi, grupki hałaśliwych 
studentów oraz odzianych w skórzane kurtki i niebieskie koszule robotników 
z Dorchester. Club Cabaret znajdował się pośrodku rzędu budynków, wciśnięty 

background image

między kino dla dorosłych i sex-shop, prezentujący w oknie wystawowym 
różnorodność akcesoriów seksualnych. Napis DZIEWCZĘTA Z COLLEGE’U 
TOPLESS lśnił farbą fluorescencyjną.

Jason podszedł do drzwi i wszedł do środka. Znalazł się w barze, długim 

ciemnym pomieszczeniu, z oświetlonym drewnianym podestem w centrum. Sam bar 
miał kształt litery U i otaczał wybieg. Z tyłu umieszczono małe kabiny, a rockowa 
muzyka dudniła z głośników, ustawionych po obu stronach schodów, wiodących 
z piętra na podest.

Powietrze cuchnęło papierosowym dymem i tym szczególnym chemicznym 

odorem, przypominającym tani odświeżacz wnętrz. Lokal był niemal zapełniony 
mężczyznami, zgarbionymi przy barze nad swoimi drinkami. Trudno było dostrzec 
coś we wnętrzu kabin, ale przechodząc, Jason zauważył liczne kobiety w króciutkich 
sukienkach z pasków materiału. Znalazł sobie stołek przy barze. Ubrana w białą 
koszulkę i obcisłe czarne szorty barmanka niemal natychmiast przyjęła zamówienie.

W czasie gdy Jason otrzymywał swoje piwo i szklankę, półnaga tancerka zeszła 

po schodach i przechadzała się dumnie po wybiegu. Jason popatrzył na nią, na krótką 
chwilę spotykając się z nią wzrokiem. Wyglądała na znudzoną. Twarz kobiety 
pokrywał gruby makijaż, a tlenione włosy przypominały trawę. Jason oceniał jej wiek 
na ponad trzydzieści lat, z pewnością nie była to licealistka.

Rozglądając się po sali zauważył podobny wyraz znudzenia na twarzach 

mężczyzn, którzy odruchowo śledzili wzrokiem tancerkę, przechadzającą się tam i z 
powrotem po podeście. Jason popijał piwo z butelki. Zdecydowanie nie miał ochoty 
pić ze szklanki.

Kiedy rock-and-roll się skończył, tancerka wyglądała na chwilowo zagubioną. 

Zakłopotana, przenosiła ciężar ciała z jednego dziesięciocentymetrowego obcasa na 
drugi, czekając na następny kawałek. Jason zauważył wytatuowane serce na jej 
prawym udzie.

Zapowiadany mocnym biciem w bębny zaczął się następny numer, a blondynka 

natychmiast wznowiła popis. Nie przerywając wirowania, zsunęła skąpy stanik. Miała 
teraz na sobie tylko przepaskę na biodrach i buty. Mężczyźni przy barze nadal 
sprawiali wrażenie wykutych z kamienia. Wykonywali jedynie ruchy niezbędne do 
podniesienia do ust kieliszków czy papierosów. Przynajmniej dopóki tancerka nie 
zaczęła przechodzić wzdłuż wybiegu. Wtedy kilku klientów wyciągnęło 
jednodolarowe banknoty. Jason przyglądał się temu przez chwilę, potem z powrotem 
zaczął przeszukiwać wzrokiem salę. Jakieś sześć metrów od niego znajdowała się 
kabina zajmowana przez mężczyznę w ciemnym garniturze, z papierosem, 
studiującego przez ciemne okulary księgę rachunkową. Jason nie miał pojęcia, jak ten 
człowiek mógł cokolwiek widzieć, ale doszedł do wniosku, że musi to być szef 

background image

lokalu. Kilka typów o wyglądzie kulturystów i szyjach mierzących jakieś czterdzieści 
pięć centymetrów w obwodzie, ubranych w białe podkoszulki, stało po obu stronach 
kabiny, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Ich głowy obracały się nieustannie, 
jakby dokonywali inspekcji sali.

Gdy muzyka ucichła jasnowłosa stripteaserka podniosła swoje rzeczy i wbiegła 

po schodach. Rozległy się pojedyncze oklaski. Muzyka zabrzmiała ponownie 
i następna tancerka zeszła po schodach i zawirowała na wybiegu. Ubrana 
w pretensjonalny, obszerny cygański kostium, mogła być siostrą poprzedniej 
dziewczyny – starszą siostrą.

Bardzo szybko Jason zorientował się, o co chodzi w tym programie. Dziewczyna 

pojawiała się w jakimś egzotycznym stroju i tańczyła, zdejmując z siebie większość 
ubrania w czasie trwania numeru. Upłynęło czterdzieści pięć minut i lekarz 
zastanawiał się, czy Carol Donner była przewidziana w programie dzisiejszej nocy. 
Zapytał jedną z kelnerek.

– Powinna być następna. Jeszcze jedną kolejkę, proszę pana?
Jason potrząsnął głową. Był zadowolony, popijając wolno piwo przez całą wizytę 

w barze. Rozglądając się zauważył, że kilka striptiserek wróciło na salę. 
Zatrzymywały się i rozmawiały z mężczyzną w ciemnych okularach, a potem 
wędrowały po lokalu, zagadując klientów. Jason próbował sobie wyobrazić Hayesa, 
słynnego biologa molekularnego, tutaj, w tym barze. Nie wyszło mu to jednak, mimo 
starań.

Muzyka ucichła i światła wybiegu przygasły. System głośników zatrzeszczał po 

raz pierwszy, anonsując następną artystkę: słynną Carol Donner. Znudzeni klienci, 
wsparci o bar, sprawiali wrażenie nagle obudzonych. Rozległo się kilka gwizdów.

Muzyka zmieniła się w łagodny rock i jakaś postać pojawiła się na Podeście. 

Kiedy światła rozbłysły, Jason był oślepiony. Ku jego zdumieniu Carol Donner była 
piękną młodą kobietą. Jej skóra miała zdrowy połysk, a oczy lśniły. Ubrana była 
w trykot, opaskę na głowie i getry, jakby znajdowała się na zajęciach aerobiku. Stopy 
miała bose. Poruszała się po podwyższeniu z naturalną gracją i Jason zauważył, że 
dziewczyna uśmiecha się ze szczerą radością.

W miarę trwania występu, zdjęła getry, jedwabną szarfę zawiązaną w pasie, 

a potem body. Pijana publiczność na chwilę poweselała, kiedy półnaga tańczyła, 
wchodząc po schodach. Gdy tylko zniknęła, goście z powrotem zapadli 
w odrętwienie. Jason czekał, aż Carol pojawi się na sali śladem innych dziewcząt, ale 
po dwudziestu minutach zdecydował, że może się to nie zdarzyć. Odepchnął stołek 
i podszedł do mężczyzny w ciemnych okularach. Jeden z goryli zauważył go 
i rozłożył ramiona.

– Przepraszam – odezwał się Jason do mężczyzny z księgą. – Czy mógłbym 

background image

porozmawiać z Carol Donner?

Mężczyzna odłożył papierosa.
– Kim pan, do diabła, jest?
Jason nie miał ochoty podawać swojego prawdziwego nazwiska, a kiedy się 

wahał, mężczyzna w ciemnych okularach skinął na jednego z kulturystów. Jason 
poczuł, jak ogromne ręce chwytają go za ramię i popychają w stronę drzwi.

– Chcę tylko..
Nie udało mu się powiedzieć nic więcej. Chwycono go za marynarkę, pospiesznie 

przeprowadzono przez całą długość baru i przez ciemną kurtynę tak, że ledwo dotykał 
stopami ziemi. Mocno upokorzony stwierdził, że został wyrzucony na ulicę.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wyrwany ze snu przez radiowy budzik Jason musiał stać kilka minut pod 

natryskiem, zanim poczuł się zdolny stawić czoło światu. Poprzedniej nocy, kiedy 
wrócił po swojej nieprzyjemnej wizycie w Club Cabaret, został wezwany z powrotem 
do szpitala. Jeden z jego pacjentów chorych na AIDS, Harvey Richman, miał 
zatrzymanie krążenia. Kiedy Jason przybył na miejsce personel prowadził od 
piętnastu minut reanimację. Kontynuowali ją jeszcze dwie godziny, zanim przyznali 
się do porażki. Uwaga pielęgniarki oddziałowej, że przynajmniej człowiek nie cierpi 
więcej, nie była wielkim pocieszeniem dla załamanego lekarza. Wydawało mu się, że 
przegrywa w wyścigu ze śmiercią.

Jedynym pozytywnym momentem obchodu, jaki zrobił później tego ranka, było 

wypisanie jednej z pacjentek z zapaleniem wątroby. Jasonowi żal było patrzeć, jak 
dziewczyna odchodzi. Pozostał mu teraz tylko jeden pacjent w dobrym stanie.

Na oddziale kardiologicznym, u Matthew Cowena, nie nastąpiła poprawa. Na 

dodatek do innych swoich dolegliwości miał teraz problemy z widzeniem. Ten objaw 
zaniepokoił lekarza. Harring i Lennox kilka tygodni przed śmiercią także narzekali na 
osłabienie wzroku. Jasona kolejny raz nawiedziła myśl o jakiejś nowej chorobie 
wieloukładowej. Zaordynował konsultację okulistyczną. Po skończonym obchodzie 
poszedł na patologię, żeby dowiedzieć się, czy skrawki z sekcji Hayesa są już gotowe. 
Może te wyniki byłyby pomocne dla wyjaśnienia, dlaczego tak wielu pozornie 
zdrowych ludzi spotyka katastrofalne załamanie układu sercowo-naczyniowego.

Musiał poczekać, gdy Jackson przesyłał telefonicznie na salę operacyjną raport 

z badania zamrożonych próbek. Pochodziły z biopsji sutka i dały wynik pozytywny.

– Po czymś takim zawsze czuję się okropnie – stwierdził Jackson, odkładając 

słuchawkę. Potem, pogodniejszym już głosem, dodał: – Zakładam, że chcesz obejrzeć 
skrawki Hayesa. – Poszukał na biurku, aż znalazł właściwą teczkę. Otworzywszy ją, 
wyjął preparat i umieścił go pod mikroskopem. – Poczekaj, aż to zobaczysz.

– To jest aorta Alvina Hayesa – wyjaśnił anatomopatolog, kiedy Jason patrzył 

w okular. Śmierć komórek i rozpad były wyraźne nawet dla jego niewprawnego oka. 
– Nic dziwnego, że pękła – ciągnął Jackson. – Nigdy nie widziałem takich zniszczeń 
u nikogo przed siedemdziesiątką, z wyjątkiem zaawansowanej choroby naczyń. 
Pozwól, że pokażę ci coś jeszcze. – Podłożył następne szkiełko. – To serce Hayesa. 
Spójrz na naczynia wieńcowe. Przypominają te u Cedrica Harringa. Wszystkie tętnice 
wieńcowe są niemal zamknięte. Gdyby aorta Hayesa nie pękła, umarłby na atak serca. 
Ten człowiek był chodzącą bombą zegarową. I nie tylko to, miał jeszcze zapalenie 
tarczycy, znowu podobnie, jak Harring. Prawdę mówiąc, było tyle zbieżności, że 
wróciłem i przyjrzałem się aorcie Harringa. I wiesz co? Ona także była na skraju 

background image

rozerwania.

– Co właściwie chcesz powiedzieć? – zapytał Jason.
Jackson rozłożył ręce.
– Nie wiem. Jest duże podobieństwo między tymi dwoma przypadkami. Rozlane 

zapalenie – ale nie przypuszczam, żeby to była infekcja. Wygląda raczej na podłoże 
autoimmunologiczne, jakby jego system odpornościowy zwrócił się przeciw własnym 
organom.

– Chcesz powiedzieć, że tak, jak w toczniu?
– Tak, coś w tym rodzaju. W każdym razie Alvin Hayes był w okropnym stanie. 

Prawie każdy jego narząd był uszkodzony. Rozpadał się w szwach.

– Powiedział, że nie czuł się zbyt dobrze – stwierdził Jason.
– Ha! – krzyknął Jackson. – To najlepszy eufemizm roku.
Jason opuścił pracownię histopatologiczną. Starał się wyciągnąć jakieś wnioski 

z rozmowy z Jacksonem. Jeszcze raz rozważył możliwość nieznanej choroby 
zakaźnej, pomimo opinii patologa. W końcu jaka choroba z autoagresji mogła toczyć 
się tak szybko? Jason sam odpowiedział sobie na to pytanie: żadna.

Postanowił wstąpić do laboratorium Hayesa, zanim zacznie przyjmować 

pacjentów ambulatoryjnych. Nie dlatego, żeby spodziewał się specjalnej pomocy od 
Helene, ale przypuszczał, że mógł ją zainteresować fakt, że Hayes był tak poważnie 
chory w ostatnich tygodniach swego życia. Ku swemu zaskoczeniu, zobaczył, że 
Helene płacze.

– O co chodzi?
Potrząsnęła głową.
– O nic.
– Nie pracuje pani?
– Skończyłam – odparła.
Jason uświadomił sobie natychmiast, że bez Hayesa, który dawał jej instrukcje, 

była zagubiona. Najwyraźniej nie znała całego planu badań, co obudziło w lekarzu 
wątpliwości, czy wiedziałaby o odkryciu, gdyby faktycznie miało miejsce. Skłonność 
tego naukowca do dyskrecji będzie stratą dla społeczeństwa.

– Czy nie miałaby pani nic przeciwko tego, żebyśmy porozmawiali przez kilka 

minut? – zagadnął.

– Nie – odparła Helene na swój zwykły, lakoniczny sposób. Wskazała gabinet 

Hayesa. Jason poszedł za nią, jeszcze raz zbulwersowany fotografiami genitaliów.

– Przychodzę prosto z histopatologii – zaczął, kiedy tylko usiadł. – Doktor Hayes 

najwyraźniej był bardzo chorym człowiekiem. Jest pani pewna, że nie skarżył się, że 
czuje się chory?

– Faktycznie – przyznała Helene, zaprzeczając swojemu poprzedniemu 

background image

stwierdzeniu. – Powtarzał, że czuje się słabo.

Jason patrzył na nią. Wydawała się łagodniejsza, bardziej otwarta. Zwrócił też 

uwagę, że w przeciwieństwie do ich poprzedniego spotkania, tym razem miała włosy 
rozpuszczone, opadające na ramiona, nie zaś surowo sczesane do tyłu.

– Ostatnio mówiła pani, że jego zachowanie nie uległo zmianie.
– Tak było. Ale mówił, że fatalnie się czuje.
Sfrustrowany tym semantycznym rozróżnieniem, Jason jeszcze raz utwierdził się 

w przekonaniu, że kobieta coś ukrywa. Zastanawiał się, dlaczego, ale czuł, że do 
niczego nie dojdzie, wdając się z nią w spór.

– Panno Brennquivist – powiedział cierpliwie – chcę zapytać jeszcze raz. Czy jest 

pani absolutnie pewna, że nie wie, co doktor Hayes miał na myśli, kiedy mówił mi, że 
dokonał znaczącego odkrycia naukowego?

Pokręciła głową.
– Naprawdę nie wiem. Prawda jest taka, że w laboratorium nie szło dobrze. Jakieś 

trzy miesiące temu szczury, które dostawały czynniki uwalniające hormon wzrostu, 
zaczęły tajemniczo umierać.

– Skąd pochodziły czynniki wzrostu?
– Doktor Hayes izolował je sam ze szczurzych mózgów. Głównie z podwzgórza. 

Potem ja produkowałam je za pośrednictwem technik rekombinowanego DNA.

– Zatem eksperymenty zakończyły się porażką?
– Zupełną – przyznała Helene. – Doktor Hayes jednak, jak każdy wielki 

naukowiec, nie zniechęcał się. Zamiast tego pracował jeszcze więcej. Wypróbowywał 
różne białka, ale – niestety – z tym samym fatalnym skutkiem.

– Uważa pani, że doktor Hayes kłamał, kiedy powiedział mi, że dokonał 

odkrycia?

– Dr Hayes nigdy nie kłamał – Helene zaprzeczyła z oburzeniem.
– Więc jak to pani wytłumaczy? – zapytał Jason. – Początkowo myślałem, że 

Hayes przechodzi kryzys nerwowy. Teraz nie jestem tego taki pewien. Co pani sądzi?

– Doktor Hayes nie miał kryzysu psychicznego – odparła kobieta, podnosząc się, 

żeby dać jasno do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. Jason dotknął jej czułego 
miejsca. Nie miała zamiaru słuchać kalumnii rzucanych na zmarłego szefa.

Jason zszedł do swojego gabinetu, gdzie za sprawą Sally dwóch pacjentów 

czekało już na badanie lekarskie. Między jednym a drugim Jasonowi udało się 
umknąć Sally na wystarczająco długo, żeby sprawdzić wyniki laboratoryjnych badań 
Holly Jennings. Jedyną znaczącą zmianą w stosunku do jej wcześniejszych analiz był 
zwiększony poziom gamma globulin, który znowu kazał lekarzowi rozważyć jakąś 
infekcję, inną, niż AIDS, ale także dotyczącą układu immunologicznego. Zamiast 
wyłączać system odpornościowy, jak w AIDS, to schorzenie zdawało się uruchamiać 

background image

go w niszczący sposób.

Późnym przedpołudniem Jason zadzwonił do Margaret Danforth, która 

oświadczyła bez wstępów:

– Myślę, że powinien pan wiedzieć, że w moczu doktora Hayesa stwierdzono 

umiarkowaną zawartość kokainy.

Zatem Curran miał rację, pomyślał Jason, odkładając słuchawkę. Hayes brał 

narkotyki. Czy było to jednak związane z dokonaniem odkrycia, strachem przed 
napaścią czy w końcu z jego śmiercią, tego Jason nie umiał powiedzieć.

Musiał odłożyć na później te spekulacje, a tłumny napływ pacjentów odsuwał je 

coraz dalej. Napięcie zwiększyło się jeszcze po telefonie od Shirley, która widocznie 
dowiedziała się o jego wizycie u Helene.

– Jason – powiedziała głosem, w którym brzmiało zdenerwowanie – proszę, nie 

dolewaj oliwy do ognia. Pozwól po prostu, żeby sprawa Hayesa przycichła.

– Uważam, że Helene wie więcej, niż nam mówi.
– Po czyjej jesteś stronie? – spytała.
– Dobrze, dobrze – odrzekł, ucinając szorstko, ponieważ pojawiła się przed nim 

Madaline Krammer, dawna pacjentka, która została upchnięta jako nagły przypadek. 
Jak do tej pory stan jej serca był stabilny. Nagle pojawiły się obrzęki kostek i szmery 
w klatce piersiowej. Pomimo intensywnego leczenia jej zastoinowa niewydolność 
serca pogłębiła się do tego stopnia, że Jason nalegał na hospitalizację.

– Nie na ten weekend – zaprotestowała Madaline. – Mój syn przyjeżdża 

z Kalifornii ze swoim nowo narodzonym dzieckiem. Nigdy nie widziałam mojej 
wnuczki. Proszę! – Madaline była pogodną kobietą po sześćdziesiątce, ze srebrnymi 
włosami. Jason zawsze uwielbiał tę pacjentkę, która rzadko narzekała i była 
wyjątkowo wdzięczna za jego troskę.

– Przykro mi, Madaline. Nie robiłbym tego, gdybym nie był przekonany, że to 

konieczne, jednak tylko przy ciągłym monitorowaniu możemy ustawić twoją terapię.

Zrezygnowana Madaline z niechęcią wyraziła zgodę. Jason obiecał, że przyjdzie 

do niej później i zostawił ją w kompetentnych rękach Klaudii. Przed czwartą już 
prawie nadrobił opóźnienie. Wychodząc z gabinetu wpadł na Rogera Wanamakera, 
którego wielkie cielsko blokowało zupełnie wąski korytarz.

– Moja kolej – rzekł Roger. – Masz minutę na pogawędkę?
– Jasne – zgodził się Jason, który nigdy nie odmawiał koledze. Zaprowadził go 

z powrotem do gabinetu. Roger uroczyście położył na biurku kartę pacjenta.

– Po prostu, żebyś nie czuł się osamotniony – powiedział. – To jest karta 

pięćdziesięciotrzyletniego dyrektora z Data General, który został właśnie 
przywieziony do izby przyjęć martwy jak kamień. Przeprowadziłem u niego jeden 
z naszych pełnych programów badań mniej niż trzy tygodnie temu.

background image

Jason otworzył dokumentację i przejrzał wyniki, łącznie z EKG i badaniami 

laboratoryjnymi. Cholesterol był wysoki, ale nie przerażający.

– Kolejny zawał serca? – zapytał, zaglądając do opisu prześwietlenia klatki 

piersiowej. Było prawidłowe.

– Nie – zaprzeczył Roger. – Rozległy udar. Facet miał atak w trakcie posiedzenia 

zarządu. Jego żona dostaje obłędu. Ja też. Ona mówi, że jej mąż czuł się marnie od 
czasu wizyty u nas.

– Jakie miał objawy?
– Nic specyficznego. Głównie bezsenność i napięcie, ten rodzaj problemów, na 

jaki dyrektorzy narzekają cały czas.

– Co się, u diabła, dzieje?
– Zabij mnie – odparł kardiolog – ale mam złe przeczucie – jakbyśmy byli 

u progu jakiejś epidemii czy czegoś takiego.

– Rozmawiałem z Madsenem z patologii. Pytałem go o jakąś nieznaną chorobę 

zakaźną. Powiedział „nie”. Twierdzi, że ta była metaboliczna, może 
autoimmunologiczna.

– Chyba lepiej, żebyśmy coś zrobili. Co z zebraniem, które sugerowałeś?
– Jeszcze go nie zwołałem – przyznał Jason. – Klaudia wyciąga moje wszystkie 

badania z ostatniego roku i sprawdza, jak czują się pacjenci. Może powinieneś zrobić 
to samo.

– Dobry pomysł.
– Co z sekcją w tym przypadku? – spytał Jason, wręczając z powrotem papiery 

Rogerowi.

– Robi ją lekarz sądowy.
– Daj mi znać, co stwierdzą.
Kiedy Roger wyszedł Jason zanotował, że ma zwołać spotkanie pozostałych 

internistów na początku przyszłego tygodnia. Wiedział, że gdyby nawet nie chciał 
sprawdzić, jaki jest zasięg problemu, nie mógłby siedzieć spokojnie i patrzeć, jak 
pacjenci z pozornie prawidłowymi wynikami badań kończą w kostnicy.

Idąc do ostatniego chorego Jason stwierdził, że ponownie myśli o Carol Donner. 

Powziąwszy nagle pewien pomysł skręcił do stojącego na środku biurka i odnalazł 
Klaudię. Poprosił ją, żeby zeszła do kadr i spróbowała dostać domowy adres Alvina 
Hayesa. Ufał, że jeśli ktokolwiek mógłby tego dokonać, to właśnie ona.

Wracając do swojego ostatniego pacjenta Jason zastanawiał się, dlaczego nie 

pomyślał wcześniej o wydostaniu adresu Hayesa. Jeżeli Carol Donner mieszkała 
z nim, byłoby dużo łatwiej porozmawiać z nią w jej mieszkaniu, niż w Club Cabaret, 
gdzie personel był, jak widać, raczej opiekuńczy. Może miałaby jakieś pojęcie 
o odkryciu Hayesa, albo przynajmniej o jego zdrowiu. Zanim zakończył badanie 

background image

Klaudia miała już adres. Było to na South End.

Przyjąwszy wszystkich ambulatoryjnych pacjentów i podyktowawszy całą 

niezbędną korespondencję, Jason skierował się do głównej windy i zaczął obchód. 
Najpierw zajrzał do Madaline Krammer.

Wyglądała już lepiej. Zwiększona dawka diuretyków znacznie złagodziła obrzęki 

stóp i rąk, ale podczas ponownego badania stwierdził ze zdumieniem, że źrenice 
chorej są rozszerzone i nie reagują na światło. Odnotował to w karcie gorączkowej, 
po czym ruszył dalej.

Zanim poszedł zobaczyć Matthew Cowena, wyciągnął jego historię choroby, 

żeby sprawdzić, co konsultant okulistyczny napisał o oczach chorego. Zaskoczony, 
przeczytał: „Umiarkowana zaćma obu oczu. Kontrola za sześć miesięcy.” Jason nie 
wierzył własnym oczom. Zaćma w wieku trzydziestu pięciu lat? Pamiętał, że sekcja 
wykazała kataraktę u Connoly’ego. Przypomniał sobie także rozszerzone źrenice 
Madaline Krammer. Z czym mieli właściwie do czynienia? Był jeszcze bardziej 
strapiony, kiedy odwiedził Matthew.

– Daje mi pan jakieś dziwne leki? – zapytał pacjent, kiedy tylko ujrzał lekarza.
– Nie. Dlaczego pan pyta?
– Bo wychodzą mi włosy. – Żeby to udowodnić, pociągnął kilka pasemek, które 

faktycznie wypadły. Ułożył je na poduszce.

Jason podniósł jeden kosmyk, przesuwając go ostrożnie między kciukiem 

i palcem wskazującym. Wyglądały normalnie, z wyjątkiem siwizny przy korzeniach. 
Potem Jason zbadał owłosioną skórę głowy Matthew. Także była prawidłowa, bez 
stanu zapalnego ani bolesności.

– Od jak dawna to trwa? – zagadnął, przypominając sobie niepokojąco wyraźnie 

Briana Lennoxa, jak również komentarz pani Harring, że jej mężowi zaczęły wypadać 
włosy.

– Pogorszyło się znacznie dzisiaj – odparł Matthew. – Nie chciałbym, żeby to 

brzmiało paranoicznie, ale zdaje się, że przytrafia mi się wszystko.

– To po prostu przypadek – uspokoił go Jason, stając się podtrzymać w równym 

stopniu pewność siebie swoją, jak i pacjenta. – Poproszę, żeby jeszcze raz zajrzał do 
pana dermatolog. To może się wiązać z suchością skóry. Czy te dolegliwości się 
zmniejszyły?

– Jeśli już, to raczej się pogłębiły. Nie powinienem był przychodzić do szpitala.
Jason miał ochotę przyznać mu rację, zwłaszcza że stan tak wielu pacjentów się 

pogorszył. Zanim skończył obchód był wyczerpany. Niemal zapomniał, że pełni 
dobrych chęci przyjaciele nalegali, żeby wziął tego wieczoru udział w obiedzie, na 
którym mogliby go poznać z miłą, trzydziestoczteroletnią prawniczką, Penny 
Lambert. Mając godzinę do zagospodarowania Jason zdecydował, że nie warto jechać 

background image

do domu. Zamiast tego wyciągnął plan Bostonu, który trzymał w samochodzie, 
i zlokalizował Springfield Street, gdzie znajdowało się mieszkanie Hayesa. Ulica 
odchodziła od Washington Street. Przypuszczając, że powinna to być dobra pora na 
złapanie Carol Donner, Postanowił pojechać bezpośrednio tam. Łatwiej było to 
jednak powiedzieć, niż wykonać. Jadąc na południe utknął w rzędzie samochodów, 
poruszających się zderzak przy zderzaku po Massachusetts Avenue. W końcu dotarł 
do Washington Street i skręcił w lewo, a potem jeszcze raz w lewo, w Springfield. 
Odszukał dom Hayesa, a potem znalazł miejsce do parkowania.

Osiedle stanowiło mieszaninę odrestaurowanych i wymagających remontu 

budynków. Dom Hayesa należał do drugiej kategorii. Frontowe schody pokrywało 
wymalowane sprayem graffiti. W hallu Jason zauważył, że kilka skrzynek na listy jest 
zniszczonych, a wewnętrzne drzwi nie są zamknięte na klucz. Właściwie zamek 
został wyłamany w odległej przeszłości i nigdy go nie wymieniono. Mieszkanie 
Hayesa znajdowało się na trzecim piętrze. Jason zaczął wchodzić po kiepsko 
oświetlonych schodach. W powietrzu unosił się stęchły, wilgotny zapach.

Był to olbrzymi budynek, z pojedynczymi apartamentami na każdym piętrze. Na 

trzecim Jason potknął się o kilka numerów „Boston Globe”, nie wyjętych jeszcze 
z plastikowych kopert. Nie było dzwonka, więc zapukał. Nie słysząc żadnej 
odpowiedzi, zastukał jeszcze raz, mocniej. Drzwi z piskiem uchyliły się na centymetr. 
Spoglądając w dół Jason zobaczył, że zamek został ostatnio wyłamany i brakuje 
części futryny. Popychając je wskazującym palcem ostrożnie otworzył drzwi. 
Skrzypnęły ponownie, jakby z bólu.

– Halo – zawołał. Nie było odpowiedzi. Wszedł do mieszkania. – Halo – 

panowała cisza, z wyjątkiem szumu wody płynącej rurami w toalecie. Zamknął za 
sobą drzwi i ruszył przez ciemny przedpokój.

Spojrzał w głąb mieszkania i omal nie uciekł. Wszystko było przewrócone do 

góry nogami. Salon, kiedyś ozdobiony atrakcyjnymi antykami i reprodukcjami, był 
ruiną. Szuflady biurka i szafki zostały wyciągnięte i opróżnione, poduszki kanapy 
pocięte, a zawartość wielkiej szafy na książki leżała rozsypana na podłodze.

Ostrożnie wybierając drogę w bałaganie Jason zajrzał do niewielkiej sypialni, 

która znajdowała się w takim samym stanie, jak salon, potem poszedł przez 
przedpokój do czegoś, co uznał za główną sypialnię. Była także zrujnowana. 
Zawartość każdej szuflady wyrzucono, a ubrania w garderobie zerwano z wieszaków 
i ciśnięto na podłogę. Podnosząc kilka zauważył, że są to wyłącznie ubrania męskie.

Nagłe skrzypnięcie wejściowych drzwi sprawiło, że po plecach przebiegł mu 

dreszcz. Upuścił ubrania na podłogę. Znów chciał zawołać, mając nadzieję, że to 
Carol Donner, ale przez chwilę był zbyt przestraszony, żeby wydobyć głos. Zamarł, 
wytężając słuch. Może to przeciąg pchnął drzwi... Potem dobiegł go stuk, jakby 

background image

odgłos buta, uderzającego o książkę czy przewróconą szufladę. Z pewnością ktoś był 
w mieszkaniu, a Jason miał wrażenie, że ktokolwiek to był, wiedział o jego 
obecności. Pot pojawił mu się na czole i popłynął wzdłuż skrzydełek nosa. Przez myśl 
przemknęło mu ostrzeżenie detektywa Currana, że świat narkotyków jest 
niebezpieczny. Zastanawiał się, czy jest jakaś droga, którą mógłby się wymknąć. 
Potem uświadomił sobie, że jest na końcu długiego korytarza.

W tej samej chwili jakaś olbrzymia postać pojawiła się w drzwiach. Nawet 

w ciemnościach Jason mógł dostrzec broń.

Paniczny strach wprawił jego serce w szaleńczą gonitwę. Ciągle jednak nie ruszał 

się. Druga, drobniejsza postać dołączyła do pierwszej i razem ruszyły przez pokój. 
Zbliżały się do Jasona nieubłaganie, krok po kroku. Wydawało się, że trwa to 
wieczność. Jason chciał krzyczeć albo uciekać.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

W następnej chwili Jason pomyślał, że umarł. Błysnęło. Potem jednak 

uświadomił sobie, że to nie rewolwer, a żarówka nad jego głową. Nadal żył. Przed 
nim stało dwóch umundurowanych policjantów. Jason chciał uściskać ich z radości.

– Tak się cieszę, że was widzę, chłopcy!
– Odwrócić się – rozkazał wyższy, lekceważąc uwagę Jasona.
– Mogę wyjaśnić... – zaczął Jason, ale kazano mu się zamknąć, oprzeć ręce 

o ścianę i rozstawić nogi.

Drugi policjant przeszukał go, wyjmując portfel. Kiedy przekonali się, że jest 

nieuzbrojony, pozwolili mu opuścić ręce ze ściany i założyli kajdanki. Potem 
wyprowadzili go z mieszkania i po schodach sprowadzili na ulicę. Kilkoro 
przechodniów przystanęło, przyglądając się, jak wpychają Jasona na tylne siedzenie 
nieoznakowanego samochodu.

W drodze na komisariat policjanci zachowywali milczenie, a Jason uznał, że nie 

ma sensu nic wyjaśniać, zanim nie dotrą na miejsce. Teraz, kiedy ochłonął, zaczął 
myśleć o tym, co powinien zrobić. Przypuszczał, że będzie mógł zatelefonować 
i zastanawiał się, czy powinien zadzwonić do Shirley, czy prawnika, z którego usług 
korzystał, kiedy sprzedawał dom i prywatny gabinet.

Kiedy jednak dojechali, funkcjonariusze po prostu zaprowadzili Jasona do 

małego pustego pokoju i zostawili go samego. Drzwi zatrzasnęły się za nimi i do 
lekarza dotarło, że jest zamknięty. Nigdy wcześniej nie był w areszcie i nie czuł się 
najlepiej.

Minuty mijały i Jason uświadomił sobie powagę sytuacji. Pamiętał prośbę 

Shirley, żeby nie dolewał oliwy do ognia. Bóg jeden wie, jakie skutki może mieć dla 
kliniki jego aresztowanie, jeśli wiadomość o nim dojdzie do prasy.

W końcu drzwi pomieszczenia otworzyły się i wszedł detektyw Curran, a za nim 

niższy policjant. Jason ucieszył się, widząc znajomego, ale natychmiast zrozumiał, że 
detektyw nie podziela jego uczuć. Zmarszczki na twarzy policjanta wydawały się 
głębsze niż kiedykolwiek.

– Zdejmij mu kajdanki – polecił Curran bez uśmiechu. Jason podniósł się, 

podczas gdy umundurowany policjant uwalniał go. Obserwował twarz Currana, 
próbując odgadnąć jego myśli, jednak detektyw pozostał nieprzenikniony.

– Chcę z nim porozmawiać na osobności – powiedział do funkcjonariusza, który 

skinął głową i wyszedł.

– Pański przeklęty portfel – odezwał się Curran, uderzając trzymanym 

przedmiotem w dłoń Jasona. – Nie przyjmuje pan rad zbyt chętnie, prawda? Co mam 
zrobić, żeby pana przekonać, że interes narkotykowy to poważna sprawa?

background image

– Próbowałem tylko porozmawiać z Carol Donner...
– Wspaniale. Zatem wtrąca się pan i miesza nam szyki.
– W jaki sposób? – zapytał Jason, czując, jak wzbiera w nim gniew.
– Wydział Narkotyków miał pod obserwacją mieszkanie Hayesa, odkąd 

dowiedzieli się, że zostało przeszukane. Mieliśmy nadzieję, że wpadnie nam w ręce 
ktoś bardziej interesujący niż pan.

– Przykro mi.
Curran potrząsnął głową, zawiedziony.
– Cóż, mogło być gorzej. Mogła pana spotkać krzywda. Proszę, doktorze – czy 

mógłby pan wrócić do swojego leczenia?

– Jestem wolny? – spytał Jason z niedowierzaniem.
– Tak – potwierdził Curran, odwracając się do drzwi. – Nie będę pana spisywał. 

Nie ma sensu marnować czasu.

Jason opuścił komisariat i taksówką wrócił na Springfield Street, skąd zabrał swój 

samochód. Popatrzył na dom Hayesa i wstrząsnął się. To było zniechęcające 
doświadczenie.

Mając teraz w krwiobiegu dość adrenaliny, by przebiec półtora kilometra 

w cztery minuty, Jason rad był, że ma plany na dzisiejszy wieczór. Jego przyjaciele, 
państwo Alic, zaprosili grupę uroczych ludzi, a jedzenie i wino były naprawdę dobre. 
Raziło go, że dziewczyna, z którą chcieli go poznać, Penny Lambert, była w pewnym 
sensie yuppie, ubrana konserwatywnie w niebieski kostium z szeroką jedwabną 
kokardą pod szyją. Na szczęście, była wesoła i gadatliwa i ochoczo wypełniała lukę, 
jaką pozostawiało w konwersacji milczenie Jasona, który nie mógł przestać myśleć 
o apartamencie Hayesa i konieczności rozmowy z Carol Donner.

Po kawie i brandy Jason wpadł na pomysł. Gdyby zaproponował Penny, że 

odwiezie ją do domu, może mógłby namówić ją, by wstąpili do lokalu Carol. Jasne 
było, że tancerka nie mieszka już w apartamencie Hayesa, a Jason przypuszczał, że 
jego szanse na rozmowę z nią zwiększą się, jeśli będzie mu towarzyszyć kobieta. 
Penny z ochotą przyjęła propozycję podwiezienia jej, więc kiedy siedzieli 
w samochodzie, zapytał, czy ma ochotę na przygodę?

– Co przez to rozumiesz? – zapytała ostrożnie.
– Pomyślałem, że może miałabyś chęć zobaczyć inne oblicze Bostonu.
– Jakaś dyskoteka?
– Coś w tym rodzaju – odparł Jason. Trochę przewrotnie pomyślał, że to 

doświadczenie mogłoby dobrze zrobić Penny. Była wystarczająco miła, ale trochę 
zbyt łatwo było przewidzieć jej postępowanie.

Odprężyła się, uśmiechała się i gawędziła, dopóki nie zatrzymali się przed Club 

Cabaret.

background image

– Jesteś pewny, że to dobry pomysł? – spytała.
– Chodź, przekonasz się – ponaglił Jason. Po drodze udzielił jej pewnych 

wyjaśnień, tłumacząc, że chce zobaczyć dziewczynę, z którą był związany doktor 
Hayes. Penny pamiętała tę historię z gazet, była trochę spłoszona, ale Jasonowi udało 
się namówić ją, by pozwoliła mu zaparkować i wejść do środka.

Piątkowy wieczór musiał należeć do najbardziej ruchliwych. Trzymając Penny za 

rękę, Jason torował sobie drogę przez salę, mając nadzieję, że uniknie mężczyzny 
w czarnych okularach i jego dwóch goryli-kulturystów. Za sprawą pięciodolarowego 
banknotu jedna z kelnerek zaprowadziła ich do wzniesionej nieco nad podłogę kabiny 
przy bocznej ścianie. Mogli widzieć scenę, sami pozostając częściowo ukryci przed 
tancerkami za ciemnymi sylwetkami mężczyzn, stojących w głębi przy barze.

Weszli pomiędzy występami. Zamówili już drinki, kiedy głośniki ożyły. Oczy 

Jasona przystosowały się już do ciemności i mógł zlokalizować twarz Penny. Widział 
białka jej oczu. Prawie nie mrugała.

Pojawiła się striptiserka w zwojach przezroczystej krepy. Rozległo się kilka 

gwizdów. Penny milczała. Płacąc za drinki Jason zapytał kelnerkę, czy Carol Donner 
tańczy tej nocy. Kobieta poinformowała go, że jej pierwszy występ będzie 
o jedenastej. Jason poczuł ulgę – nie aresztowano jej w mieszkaniu Hayesa.

Kiedy kelnerka odeszła, zobaczył, że tancerka ma już na sobie tylko przepaskę na 

biodrach, a Penny mocno zaciska wargi.

– To odrażające – parsknęła.
– To nie Bostońska Orkiestra Symfoniczna – przytaknął.
– Przecież ona ma cellulitis.
Jason przyjrzał się uważniej tancerce wracającej na górę po schodach. 

Rzeczywiście, jej uda były od tyłu poznaczone wyraźnymi dołkami. Lekarz 
uśmiechnął się. To ciekawe, na co zwracają uwagę kobiety.

– Czy ci ludzie naprawdę się bawią? – spytała z niesmakiem Penny.
– Dobre pytanie. Nie wiem. Większość z nich wygląda na znudzonych.
Nikt jednak nie nudził się, gdy wyszła Carol. Tak jak poprzedniej nocy tłum 

ożywił się, kiedy rozpoczęła występ.

– Co o tym myślisz? – zapytał.
– Jest dobrą tancerką, ale nie mogę uwierzyć, że twój przyjaciel był z nią 

związany.

– Pomyślałem dokładnie tak samo – zgodził się Jason. Teraz jednak nie był już 

taki pewien. Carol Donner miała zupełnie inną osobowość, niż to sobie wyobrażał.

Kiedy Carol skończyła i nie pojawiła się wśród klientów, Jason miał dość. Penny 

chętnie wyszła i zauważył, że w drodze do domu miała niewiele do powiedzenia. 
Domyślał się, że Club Cabaret nie zrobił na niej dobrego wrażenia. Kiedy zostawił ją 

background image

przed drzwiami domu nie zatroszczył się nawet, żeby powiedzieć, że zadzwoni. 
Wiedział, że Alicowie będą zawiedzeni, ale sądził, że powinni znać go na tyle dobrze, 
żeby nie umawiać go z dziewczyną z kokardą.

W domu rozebrał się i wziął z pracowni książkę o DNA. Położył się do łóżka 

i zaczął czytać. Pamiętając swoje wyczerpanie po południu przypuszczał, że zaśnie 
szybko. Tak się jednak nie stało. Czytał o bakteriofagach, cząstkach wirusowych, 
które zakażały bakterie i o tym, jak są używane w inżynierii genetycznej. Potem 
przeczytał rozdział o plazmidach, o których nie słyszał nigdy, zanim nie zaczął czytać 
o DNA. Zdumiało go, że plazmidy są małymi, kolistymi cząsteczkami DNA, które 
egzystują w bakterii i reprodukują się biernie podczas podziałów bakteryjnych. One 
także spełniały niezmiernie ważną rolę jako nośniki do wprowadzania do bakterii 
fragmentów DNA.

Popatrzył na zegarek. Było po drugiej w nocy, a sen nie nadchodził. Wstał, 

poszedł do salonu i popatrzył na Louisburg Square. Jakiś samochód zatrzymał się. 
Wysiadł lokator, który zajmował w tym samym budynku apartament z ogrodem. On 
także był lekarzem i chociaż zaprzyjaźnili się, Jason wiedział o nim niewiele więcej 
ponad to, że spotykał się z mnóstwem pięknych kobiet. Zastanawiał się, gdzie je 
znajduje. Zgodnie ze zwyczajem, mężczyzna wysiadł z samochodu w towarzystwie 
atrakcyjnej blondynki. Śmiejąc się cicho zniknęli z pola widzenia obserwatora. Jason 
słyszał, jak zamykają się wejściowe drzwi domu. Powróciła cisza. Nie mógł pozbyć 
się myśli o Carol Donner. Tak bardzo chciał z nią porozmawiać. Spojrzał na zegarek 
nad kominkiem. Pospiesznie wrócił do sypialni, ubrał się, wyszedł i wsiadł do 
samochodu.

Nieco obawiając się możliwych konsekwencji tego kroku, Jason jechał 

z powrotem do Combat Zone. W przeciwieństwie do reszty miasta ta dzielnica nadal 
tętniła życiem. Przejechał obok Club Cabaret, potem zawrócił, skręcił w boczną 
uliczkę i zaparkował. Wyłączył silnik. W drzwiach klubu i po przeciwnej stronie 
ulicy kręciły się jakieś odpychające typy, budząc pewien niepokój. Upewnił się, że 
wszystkie drzwi w samochodzie są zablokowane.

Po niespełna kwadransie duża grupa ludzi wyszła z klubu i rozeszła się, każdy 

swoją drogą. Jakieś dziesięć minut później pojawiła się grupka tancerek. Rozmawiały 
chwilę przed wejściem do lokalu, potem rozdzieliły się. Carol między nimi nie było. 
Jason zaczynał się już niepokoić, że ją przegapił, kiedy wyszła w towarzystwie 
jednego z kulturystów. Skręcili w prawo, idąc Washington Street w stronę Filene.

Jason uruchomił samochód, niepewny, co ma zrobić. Szczęśliwie ulica była 

zatłoczona, pełna pojazdów i przechodniów. By nie stracić Carol z oczu jechał 
trzymając się krawężnika. Policjant machnięciem ręki kazał mu jechać dalej. Carol 
i jej przyjaciel skręcili w lewo, w Boylston Street, doszli do parkingu i wsiedli do 

background image

ogromnego czarnego cadillaca.

Cóż, przynajmniej łatwo będzie mieć go na oku, pomyślał Jason. Nigdy 

wcześniej nie śledził nikogo i stwierdził teraz, że nie jest to takie proste, jak sobie 
wyobrażał, zwłaszcza, kiedy nie chce się być zauważonym. Cadillac skręcił za róg 
Common i pomknął na północ Charles Street, potem pojechał w lewo, w Beacon, 
mijając Hampshire House. Kilka przecznic dalej samochód przejechał na lewą stronę 
ulicy i zaparkował. Była to część miasta zwana Back Bay, zabudowana ogromnymi 
rezydencjami z przełomu wieków, z których większość zamieniono na budynki 
czynszowe. Jason minął cadillaca w chwili; kiedy Carol wysiadała. Zwolniwszy, 
obserwował ją we wstecznym lusterku, gdy wbiegała po schodach do domu z wielkim 
wykuszowym oknem. Jason skręcił w lewo w Exeter, potem jeszcze raz w lewo 
w Marlborough. Odczekawszy około pięciu minut, objechał cały kwartał. Wjeżdżając 
ponownie na Beacon Street poszukał czarnego cadillaca. Już go nie było.

Zaparkował przy hydrancie przeciwpożarowym w połowie drogi między dwiema 

przecznicami. O trzeciej nad ranem Back Bay było bardzo spokojne – żadnych 
przechodniów i tylko czasami przejeżdżający samochód. Skręcając na chodnik 
wiodący do budynku Carol Jason dokonał oględzin pięciopiętrowej fasady, nie 
dostrzegał jednak światła w żadnym oknie. Wszedł do hallu budynku i przyjrzał się 
nazwiskom umieszczonym obok przycisków dzwonków. Było ich czternaście. Ku 
rozczarowaniu mężczyzny, Donner nie było wśród nich wymienione.

Wycofując się na zewnątrz Jason zastanawiał się, co powinien zrobić. 

Przypomniawszy sobie, że jest jeszcze uliczka pomiędzy Beacon i Marlborough, 
obszedł kwartał dookoła, licząc budynki, aż odnalazł dom Carol. W oknie na trzecim 
piętrze paliło się światło. Domyślał się, że musi to być mieszkanie tancerki, bo mało 
prawdopodobne było, żeby ktoś inny był o tej porze na nogach.

Z zamiarem powrotu do wejścia i naciśnięcia właściwego dzwonka zawrócił 

i ruszył ponownie uliczką. Natychmiast dostrzegł samotną postać, ale szedł dalej, 
mając nadzieję, że mężczyzna po prostu przejdzie obok. Kiedy odległość między nimi 
zmniejszyła się, Jason zwolnił kroku, a potem stanął. Ku swojemu przerażeniu 
stwierdził, że to kulturysta z baru. Jego skórzana kurtka motocyklowa była rozpięta, 
ukazując biały podkoszulek, opięty na mocarnych mięśniach. Był to ten sam osobnik, 
który poprzedniej nocy wyrzucił go z Club Cabaret.

Mężczyzna nadal szedł w stronę Jasona, zginając palce w widocznym 

wyczekiwaniu. Doktor oceniał go na dwadzieścia kilka lat, a zaokrąglona twarz 
sugerowała, że przyjmował steroidy. To oczywiście oznaczało kłopoty. Nadzieja 
Jasona, że mężczyzna może go nie rozpoznać, rozwiała się, kiedy osiłek warknął:

– Co tu robisz, ty cholerna kreaturo?
To było wszystko, czego potrzebował. Obrócił się na pięcie i wystartował 

background image

w stronę drugiego wylotu ulicy. Niestety, jego pantofle na skórzanej podeszwie nie 
mogły się równać z nike’ami ochroniarza.

– Ty przeklęty zboczeńcu! – wrzasnął, zatrzymując Jasona.
Lekarz zanurkował pod zamaszystym hakiem i chwycił osiłka za udo, mając 

nadzieję, że go wywróci. Niestety, z równym powodzeniem mógłby złapać nogę 
fortepianu. Został wyprostowany szarpnięciem.

Brak równych szans w tym pojedynku stał się już jasny dla Jasona, który 

postanowił spróbować jakiegoś dialogu.

– Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś o podobnych wymiarach! – krzyknął 

rozjątrzony.

– Bo nie lubię zboczeńców – odrzekł kulturysta, praktycznie podnosząc 

przeciwnika z ziemi.

Wykręcając się w jedną, potem w drugą stronę, Jason uwolnił się ze swojej 

marynarki i rzucił w głąb uliczki, przewracając kosz na śmieci.

– Nauczę cię, żebyś nie węszył wokół Carol! – ryknął goryl, odrzucając 

kopnięciem pojemnik, gdy ruszał na uciekinierem. Lata joggingu odpłaciły się teraz 
Jasonowi. Chociaż osiłek jak na swą masę był szybki, Jason słyszał, że oddech jego 
prześladowcy staje się coraz cięższy. Lekarz był już niemal na końcu ulicy, kiedy 
pośliznął się na rozsypanych kamykach, natychmiast tracąc równowagę. Wygramolił 
się właśnie na nogi, gdy ciężka ręka chwyciła go za ramię i obróciła dokoła.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Stać! Policja! – Głos rozbił ciszę bostońskiej nocy. Jason zamarł, podobnie 

osiłek. Drzwi zaparkowanego u wylotu ulicy nieoznakowanego samochodu otworzyły 
się nagle i wysiadło z nich trzech cywilów. Już po raz drugi tego dnia usłyszał:

– Do ściany. Rozstawić nogi! – Wykonał polecenie, ale kulturysta namyślał się 

przez chwilę. W końcu warknął do Jasona:

– Masz szczęście, ty sukinsynu.
Potem podporządkował się.
– Zamknij się! – ryknął policjant.
Jason i jego prześladowca zostali szybko przeszukani, potem kazano im się 

odwrócić i położyć ręce na karku. Jeden z policjantów wyjął latarkę i sprawdził ich 
dokumenty.

– Bruno DeMarco? – zapytał, kierując światło na osiłka. Bruno przytaknął 

ruchem głowy. Światło przesunęło się na Jasona.

– Doktor Jason Howard?
– Zgadza się.
– Co tu się dzieje? – indagował policjant.
– Ten pokurcz usiłował napastować moją dziewczynę – oświadczył 

rozwścieczonym głosem Bruno. – Śledził ją.

Policjant przenosił wzrok z Jasona na Bruna i z powrotem, potem podszedł do 

samochodu, otworzył drzwi i rozmawiał z kimś siedzącym na tylnym siedzeniu. 
Kiedy wrócił, wręczył gorylowi jego portfel i kazał mu wracać do domu i kłaść się 
spać. W pierwszej chwili Bruno zachowywał się, jakby nie zrozumiał, ale potem 
wziął swoje dokumenty.

– Zapamiętam cię, dupku! – krzyknął Jasonowi, znikając na Beacon Street.
Doktor był oszołomiony. Nie mógł uwierzyć, że pozwolili odejść napastnikowi, 

a nie jemu. Miał właśnie zaprotestować, kiedy policjant chwycił go za ramię i siłą 
wsadził na tylne siedzenie samochodu.

– Zaczyna pan być cierniem w tyłku – odezwał się detektyw Curran. Siedział 

flegmatycznie, paląc. – Powinienem był pozwolić, by ta góra mięsa załatwiła się 
z panem.

Jason nie mógł wykrztusić słowa.
– Mam nadzieję, że ma pan pojęcie, jak bardzo miesza nam pan w tej sprawie – 

ciągnął Curran. – Najpierw obserwowaliśmy mieszkanie Hayesa. Popsuł pan to. Teraz
mamy na oku Carol Donner i to też pan psuje. Równie dobrze moglibyśmy zwinąć 
całą operację. W tej chwili z pewnością niczego się od niej nie dowiemy. Gdzie jest, 
do diabła, pański samochód? Zakładam, że przyjechał pan samochodem?

background image

– Zaraz za rogiem – potulnie odpowiedział Jason.
– Radzę, żeby wsiadł pan do niego i pojechał do domu – powiedział wolno 

Curran. – Potem sugeruję, żeby wrócił pan do leczenia i zostawił śledztwo nam. 
Uniemożliwia nam pan pracę.

– Przykro mi – zaczął Jason. – Nie myślałem, że...
– Do widzenia! – detektyw odprawił go machnięciem ręki.
Wysiadając z policyjnego samochodu Jason czuł się dość głupio.
Jasne, że obserwowali Carol. Jeśli mieszkała z Hayesem, prawdopodobnie także 

była zamieszana w narkotyki. Właściwie przy jej rodzaju pracy było to niemal pewne. 
Wsiadając do własnego samochodu, Jason pomyślał o marynarce, powiedział sobie 
„do diabła z nią” i pojechał do domu.

Była trzecia trzydzieści, kiedy z trudem wspiął się po schodach i w poczuciu 

obowiązku zadzwonił do operatora sieci pagerów. Kiedy wychodził do Carol Donner, 
nie wziął ze sobą urządzenia przywołującego, i miał nadzieję, że nie było żadnych 
telefonów. Był zbyt zmęczony, żeby poradzić sobie z nagłym przypadkiem. Nie było 
nic ze szpitala, ale Shirley zostawiła wiadomość, prosząc, żeby zatelefonował, kiedy 
tylko wróci, obojętne, o jakiej porze. Operator powiedział mu, że to było pilne.

Zaskoczony, Jason wykręcił numer. Shirley odezwała się po pierwszym 

dzwonku.

– Gdzie się podziewałeś?!
– To cała historia.
– Chcę prosić cię o przysługę. Przyjedź natychmiast.
– Jest trzecia trzydzieści – wymawiał się.
– Nie prosiłabym cię, gdyby to nie było ważne.
Jason założył inną marynarkę, wrócił do samochodu i wyjechał z Brooklynu, 

zastanawiając się, jakaż to pilna sprawa nie może poczekać ani chwili dłużej. Pewne 
było tylko, że dotyczy Hayesa.

Shirley mieszkała przy Lee Street, ulicy, która okrążała Brooklyn Reservoir 

i wychodziła na starą willową dzielnicę. Dom przyjaciółki Jasona był budynkiem 
z polnego kamienia, o łamanym dachu i dwóch identycznych ścianach szczytowych. 
Wjeżdżając na brukowany podjazd zobaczył, że posiadłość zalana jest światłem. 
Zatrzymał się przed wejściem i zanim wysiadł z samochodu, Shirley otworzyła drzwi.

– Dziękuję, że przyjechałeś – powiedziała, witając go uściskiem.
Miała na sobie biały kaszmirowy sweter i wyblakłe dżinsy i po raz pierwszy, 

odkąd ją poznał, wyglądała na wytrąconą z równowagi.

Zaprowadziła go do przestronnego salonu i przedstawiła dwóm członkom zarządu 

GHP, również wyraźnie zdenerwowanym. Jason uścisnął dłoń Boba Walthrowa, 
niskiego, łysiejącego mężczyzny, a potem Freda Ingelnooka, sobowtóra Roberta 

background image

Redforda.

– Może koktajl? – zaproponowała Shirley. – Wyglądasz, jakbyś go potrzebował.
– Tylko woda sodowa – odparł Jason. – Padam z nóg. Co się dzieje?
– Następne kłopoty. Miałam telefon od ochrony szpitala. Dzisiejszej nocy 

włamano się do laboratorium Hayesa i praktycznie je zdemolowano.

– Wandalizm?
– Nie jesteśmy pewni.
– Raczej nie – powiedział Bob Walthrow. – Laboratorium zostało przeszukane.
– Czy coś zginęło?
– Jeszcze nie wiemy – odrzekła Shirley. – Ale nie na tym polega problem. 

Chcemy uniknąć dziennikarzy. Good Health nie może pozwolić sobie na więcej złej 
prasy. Dwóch zbiorowych klientów waha się, czy do nas przystąpić. Mogą się 
przestraszyć, skoro policja będzie przypuszczać, że laboratorium Hayesa zostało 
splądrowane w poszukiwaniu narkotyków.

– To prawdopodobne – przyznał Jason. – Lekarz dokonujący sekcji powiedział 

mi, że w moczu Hayesa była kokaina.

– Cholera – jęknął Bob Walthrow. – Miejmy nadzieję, że gazety tego nie 

wyciągną.

– Musimy ograniczyć szkody! – oświadczyła Shirley.
– Jak chcesz to zrobić? – spytał Jason, zastanawiając się, po co go wezwała.
– Zarząd chce, żeby ten ostatni incydent utrzymać w tajemnicy.
– To może być trudne. Gazety prawdopodobnie dowiedzą się tego z biuletynu 

policyjnego.

– O to właśnie chodzi – rzekła Shirley. – Postanowiliśmy nie zawiadamiać 

policji. Ale chcemy znać twoje zdanie.

– Moje? – zapytał Jason, zdumiony.
– Cóż – powiedziała Shirley – chcemy znać opinię personelu medycznego. 

Pełnisz obowiązki ordynatora. Myśleliśmy, że mógłbyś dyskretnie wybadać, co sądzą 
inni.

– Tak przypuszczam – zgodził się Jason, zastanawiając się, o co ma pytać 

lekarzy, nie wyjawiając ostatniego zdarzenia. – Jeśli jednak chcecie znać moje 
osobiste zdanie, nie uważam, żeby to był dobry pomysł. Poza tym nie będziecie mogli 
podjąć ubezpieczenia, jeśli nie zawiadomicie policji.

– To fakt – przyznał Fred Ingelnook.
– Oczywiście – odparła Shirley – ale to i tak lepsze, niż problemy z prasą. Na 

razie nie zgłosimy tego. Porozumiemy się z ubezpieczeniami i z szefami oddziałów.

– Moim zdaniem brzmi to nieźle – wyraził swoją aprobatę Ingelnook.
– Dobrze – przytaknął Bob Walthrow.

background image

Rozmowa znalazła się w martwym punkcie i Shirley pożegnała obu kierowników. 

Jason chciał pójść w ich ślady, ale zatrzymała go, prosząc, żeby spotkał się z nią 
o ósmej rano.

– Prosiłam Helene, żeby przyszła wcześnie. Może uda się nam dowiedzieć, o co 

tu chodzi.

Jason skinął głową, nadal zastanawiając się, dlaczego Shirley nie mogła 

powiedzieć mu tego przez telefon. Był jednak zbyt zmęczony, by się tym zajmować. 
Dał jej całusa w policzek i zataczając się, dotarł do samochodu, mając nadzieję na 
dwie lub trzy godziny snu.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Było tuż po ósmej w sobotę rano, kiedy Jason z zamglonymi oczami wkroczył do 

biura Shirley. Pomieszczenie, wyłożone ciemnym mahoniem, z ozdobami z brązu 
i ciemnozielonym dywanem, wyglądało raczej na siedzibę bankiera niż dyrektora 
instytucji ochrony zdrowia. Shirley rozmawiała przez telefon z jednym z doradców 
ubezpieczeniowych, więc Jason usiadł i czekał. – Miałeś rację co do ubezpieczenia – 
odezwała się po odłożeniu słuchawki. – Nie mają zamiaru wypłacić, dopóki włamanie 
nie zostanie zgłoszone policji.

– Zatem zgłoś je.
– Najpierw sprawdźmy, jak duże są szkody i czego brakuje. Przeszli do budynku 

zajmowanego przez poradnie i pojechali windą na szóste piętro. Czekał tam na nich 
strażnik, który otworzył wewnętrzne drzwi. Rozdzielili między siebie ochraniacze na 
buty i białe fartuchy.

Podobnie jak mieszkanie Hayesa, laboratorium było w ruinie. Wszystkie szuflady 

i szafki zostały opróżnione, ale skomplikowany sprzęt techniczny wydawał się być 
nienaruszony, więc dla obojga było oczywiste, że celem tej wizyty było przeszukanie, 
a nie zniszczenie. Jason zajrzał do gabinetu Hayesa. Panował w nim podobny 
bałagan, zawartość biurka i kilku szaf na dokumentację leżała na podłodze.

W drzwiach zwierzętarni pojawiła się Helene Brennquivist, z bladą i wychudzoną 

twarzą. Włosy miała znowu surowo ściągnięte do tyłu, ale bez zwykłego 
bezkształtnego kitla Jason mógł stwierdzić, że kobieta ma atrakcyjną figurę.

– Może pani powiedzieć, czy czegoś brakuje? – spytała Shirley.
– Nie widzę moich ksiąg z danymi – powiedziała Helene. – Zniknęły także 

niektóre hodowle bakteryjne E. coli. Ale najgorsze stało się ze zwierzętami.

– Co z nimi? – zapytał Jason. Zauważył, że nie wyrażająca zwykle uczuć twarz 

asystentki Hayesa drży z przerażenia.

– Może powinien pan zobaczyć. Zabito wszystkie!
Jason ominął Helene i przez stalowe drzwi wszedł do pomieszczenia dla zwierząt. 

Natychmiast dotarł do niego przenikliwy odór zwierzyńca. Włączył światło. To 
pomieszczenie było większe, około piętnaście metrów długie i dziewięć szerokie. 
Klatki dla zwierząt ustawiono w rzędach i spiętrzono jedne na drugich, czasem nawet 
po sześć.

Jason zaczął iść wzdłuż najbliższego szeregu, zaglądając do poszczególnych 

klatek. Za nim drzwi zamknęły się ze stanowczym stuknięciem. Helene nie 
przesadzała: wszystkie zwierzęta były martwe, leżały w ohydnie poskręcanych 
pozach, często z zakrwawionymi językami, jakby gryzły je w agonii.

Nagle przystanął. Przyglądając się grupie większych klatek zobaczył coś, co 

background image

przyprawiło go o skurcz żołądka: szczury, jakich nigdy jeszcze nie widział. Były 
wielkie, niemal rozmiarów świni, a ich nieowłosione, podobne do bicza ogony, były 
grube jak nadgarstek Jasona. Odsłonięte zęby miały dziesięć centymetrów długości. 
Idąc dalej mężczyzna zbliżył się do królików tej samej wielkości, a potem białych 
myszy rozmiarów małego psa.

Ten aspekt inżynierii genetycznej przerażał Jasona. Chociaż bał się tego, co może 

zobaczyć, chorobliwa ciekawość kazała mu iść dalej. Powoli zaglądał do pozostałych 
klatek, odkrywając zniekształcenia znajomych stworzeń, które przyprawiały go 
o mdłości. To była nauka, która oszalała: króliki z kilkoma głowami, myszy 
z nadliczbowymi kończynami i dodatkowymi parami oczu. Dla Jasona genetyczna 
manipulacja prymitywnymi bakteriami była jedną rzeczą, a wynaturzenia ssaków – 
czymś zupełnie innym.

Wycofał się do centralnej części laboratorium, gdzie Shirley i Helene sprawdzały 

hodowle znaczone pierwiastkami promieniotwórczymi.

– Widziałaś zwierzęta? – zapytał z obrzydzeniem Jason.
– Niestety – odparła Shirley. – Kiedy Curran tu był. Nie przypominaj mi o tym.
– Czy GHP wyraziło zgodę na te eksperymenty? – dopytywał się Jason.
– Nie – zaprzeczyła Shirley. – Nigdy nie zadawaliśmy Hayesowi pytań. Nie 

przypuszczaliśmy, że musimy to robić.

– Moc sławy – zauważył cynicznie Jason.
– Zwierzęta były częścią pracy doktora Hayesa nad hormonem wzrostu – 

zaprotestowała Helene.

– Obojętne – odparł Jason. Nie był teraz zainteresowany spieraniem się z Helene 

o etykę. – W każdym razie wszystkie są martwe.

– Wszystkie? – spytała Shirley. – To dziwne. Jak sądzisz, co się im stało?
– Trucizna – wyjaśnił ponuro Jason. – Ale dziwi mnie, dlaczego ktoś szukający 

narkotyków zawracał sobie głowę uśmiercaniem zwierząt laboratoryjnych.

– Może pani jakoś wyjaśnić to wszystko? – powiedziała gniewnie Shirley, 

zwracając się do Helene.

Młodsza kobieta pokręciła głową, nerwowo obiegając wzrokiem pomieszczenie.
Shirley nie spuszczała z niej oczu. Teraz Helene niespokojnie przestępowała 

z nogi na nogę. Jason przyglądał się temu, zaintrygowany nagłym agresywnym 
zachowaniem przyjaciółki.

– Lepiej, żebyś współpracowała – rzekła Shirley – albo będziesz miała masę 

kłopotów. Doktor Howard jest przekonany, że coś przed nami ukrywasz. Mam 
nadzieję, że wiesz, co ten fakt będzie oznaczał dla twojej kariery, jeśli to prawda 
i odkryjemy, o co chodzi.

Zdenerwowanie asystentki stało się w końcu oczywiste.

background image

– Wypełniałam tylko polecenia doktora Hayesa – powiedziała łamiącym się 

głosem.

– Jakie polecenia? – indagowała Shirley, groźnie ściszając głos.
– Mieliśmy tu pewną robotę na boku...
– Jakiego rodzaju?
– Doktor Hayes pracował dodatkowo dla kompanii o nazwie Gene. Inc. 

Wyhodowaliśmy dla nich rekombinowane szczepy E. coli do produkcji hormonu 
wzrostu.

– Wiedziałaś, że tego rodzaju dodatkowe prace były specjalnie zabronione 

w kontrakcie doktora Hayesa?

– Tak mi właśnie powiedział – przyznała Helene.
Shirley spoglądała na rozmówczynię przez następną minutę, w końcu odezwała 

się:

– Nie życzę sobie, abyś rozmawiała o tym z kimkolwiek. Chcę, żebyś zrobiła 

dokładną listę wszystkich zwierząt i przedmiotów brakujących albo zniszczonych 
w tym laboratorium. Przynieś ją bezpośrednio do mnie. Rozumiesz?

Helene skinęła głową.
Jason w ślad za Shirley opuścił laboratorium. Najwyraźniej odniosła sukces tam, 

gdzie jemu się nie powiodło – zdarła maskę Helene. Nie zadała jednak właściwych 
pytań.

– Dlaczego nie naciskałaś na nią w sprawie odkrycia Hayesa? – zapytał, kiedy 

podeszli do windy. Shirley uderzała przycisk raz po raz wyraźnie wściekła.

– Nie przyszło mi to do głowy. Za każdym razem, kiedy myślę, że problem 

Hayesa jest opanowany, wypływa coś nowego. Szczególnie nalegałam, żeby 
w umowie znalazła się klauzula zakazująca pracy na boku.

– To nie ma teraz dużego znaczenia – odrzekł Jason, wchodząc za Shirley do 

windy. – Ten człowiek nie żyje.

Kobieta westchnęła.
– Masz rację. Może jestem przewrażliwiona. Po prostu chciałabym, żeby cała ta 

sprawa już się skończyła.

– Ciągle uważam, że Helene wie więcej, niż nam mówi.
– Porozmawiam z nią jeszcze raz.
– Czy nie uważasz, po obejrzeniu tych zwierząt, że powinnaś wezwać policję?
– Razem z policją przyjeżdża prasa – przypomniała mu Shirley. – Razem 

z gazetami przychodzą kłopoty. Pomijając zwierzęta, nie wydaje się, żeby zniszczono 
coś bardzo wartościowego.

Jason powstrzymał się od komentarza. Oczywiście, zawiadomienie o włamaniu 

było decyzją administracyjną. Bardziej troszczył się o odkrycie Hayesa, a wiedział, że 

background image

policja i prasa nie pomogą w odnalezieniu go. Zastanawiał się, czy te przełomowe 
badania były związane z potwornymi zwierzętami. Na myśl o tym przeszedł go 
dreszcz.

Jason zaczął obchód od Matthew Cowena. Niestety, pojawiły się nowe objawy. 

Matthew zachowywał się dziwacznie. Zaledwie kilka minut wcześniej pielęgniarki 
zastały go spacerującego po korytarzu i mamroczącego do siebie jakieś nonsensy. 
Kiedy Jason wszedł do pokoju pacjent był przywiązany do łóżka i spoglądał na 
Jasona jak na obcego. Mężczyzna nie miał żadnej orientacji co do czasu, miejsca czy 
osób. Mogło to oznaczać tylko jedną rzecz. W naczyniach mózgowych tego 
człowieka powstał zator, prawdopodobnie ze skrzeplinek krwi, oderwanych z jego 
uszkodzonych zastawek. Innymi słowy był to udar mózgu, może nawet 
wieloogniskowy.

Nie zwlekając Jason poprosił przez telefon o konsultację neurologiczną. 

Zadzwonił także do kardiochirurga, który oglądał ten przypadek. Chociaż rozważał 
natychmiastowe podanie środków przeciwkrzepliwych postanowił zaczekać na opinię 
neurologa. Tymczasem zaczął podawać aspirynę i persantin, żeby zmniejszyć 
adhezyjność płytek. Udar był groźnym powikłaniem i zawsze bardzo pogarszał 
rokowanie.

Jason szybko zakończył swój obchód i miał właśnie wyjść do domu, licząc na 

jeszcze trochę tak bardzo mu potrzebnego snu, kiedy został wezwany do izby przyjęć 
do jednej ze swoich pacjentek. Klnąc pod nosem zbiegł na dół schodami, mając 
nadzieję, że szybko rozwiąże kolejny problem. Niestety, w tym przypadku było 
inaczej.

Wpadłszy bez tchu do głównego pokoju zabiegowego, zastał tam grupkę 

stażystów, prowadzących reanimację u kobiety w śpiączce. Szybki rzut oka na 
monitor powiedział mu, że nie ma w ogóle żadnej czynności serca.

Lekarz podszedł do Judith Reinhart, która poinformowała go, że mąż znalazł 

pacjentkę nieprzytomną, kiedy rano próbował ją obudzić.

– Czy urządzenia monitorujące pokazują jakąś aktywność krążeniową lub 

oddechową?

– Żadnej – zaprzeczyła Judith. – Właściwie mnie ona wydaje się zimna.
Jason dotknął nogi kobiety i przytaknął. Jej twarz była odwrócona w drugą 

stronę.

– Jak nazywa się ta kobieta? – zapytał, intuicyjnie przygotowując się na cios.
– Holly Jennings.
Jason poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w brzuch.
– Mój Boże! – wymamrotał.
– Dobrze się czujesz? – spytała Judith.

background image

Skinął głową, ale nalegał żeby zespół reanimacyjny prowadził resuscytację 

znacznie dłużej, niż wynosił jakikolwiek rozsądny czas. Spodziewał się kłopotów, 
gdy widział Holly w czwartek, ale nie teraz. Po prostu nie mógł pogodzić się 
z faktem, że – podobnie jak Cedric Harring – Holly mogłaby umrzeć mniej niż 
miesiąc po tym, jak skomplikowane badania GHP wykazały, że jest zdrowa – i dwa 
dni po ponownej wizycie u niego.

Wstrząśnięty, podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer Margaret Danforth.
– Jeszcze raz żadnej przeszłości kardiologicznej? – spytała go Margaret.
– Zgadza się.
– Ludzie, co wy tam robicie? – zapytała z niedowierzaniem.
Jason nie odpowiedział. Chciał, żeby Margaret zrezygnowała z tego przypadku, 

aby można było przeprowadzić sekcję w GHP, ale jego rozmówczyni wahała się.

– Zrobimy ten przypadek dzisiaj – nalegał Jason. – Będzie pani miała raport na 

początku przyszłego tygodnia.

– Przykro mi – odparła Margaret, podejmując decyzję. – Mam pewne wątpliwości 

i myślę, że jestem zobowiązana przez prawo do dokonania tej autopsji.

– Rozumiem. Ale przypuszczam, że nie będzie pani miała nic przeciwko 

zaopatrzeniu nas w próbki, które moglibyśmy opracować u siebie.

– Tak sądzę – zgodziła się bez entuzjazmu Margaret. – Prawdę mówiąc, nie wiem 

nawet, czy to legalne. Ale dowiem się. Wolałabym nie czekać dwa tygodnie na wynik 
badania mikroskopowego.

Jason dotarł do domu i padł na łóżko. Spał przez cztery godziny. Obudził go 

telefon w sprawie Matthew. Neurolog chciał podać leki przeciwkrzepliwe 
z jednoczesną kontrolą czasu krwawienia i krzepnięcia. Jason błagał go, żeby robił, 
co uzna za najlepsze.

Próbował usnąć ponownie, jednak nie mógł. Czuł niepokój i zdenerwowanie. 

Wstał. Był posępny późnojesienny dzień z lekką mżawką, w której Boston wyglądał 
okropnie. Walcząc z przygnębieniem mężczyzna chodził po mieszkaniu, szukając 
czegoś, czym mógłby zająć myśli. W końcu stwierdził, że nie może tu zostać, założył 
sportowe ubranie i zszedł do samochodu. Z pełną świadomością, że prawdopodobnie 
sam prosi się o kłopoty, pojechał na Beacon Street i zaparkował przed apartamentem 
Carol. Dziesięć minut później, jakby Bóg postanowił w końcu dać mu chwilę 
przerwy, wyszła Carol. W dżinsach i golfie, z gęstymi brązowymi włosami zebranymi 
w kucyki, wyglądała na licealistkę, jaką reklamował Club Cabaret. Czując lekki 
deszczyk, otworzyła drukowaną w kwiaty parasolkę i ruszyła ulicą, mijając o kilka 
metrów Jasona, który skulił się na siedzeniu samochodu, bezsensownie obawiając się, 
że dziewczyna może go poznać.

Kiedy już odeszła na sporą odległość wysiadł z samochodu i pieszo podążył za 

background image

Carol. Stracił ją z oczu na Dartmouth Street, ale dostrzegł ponownie na 
Commonwealth Avenue. Idąc za tancerką, rozglądał się bacznie za postaciami 
podobnymi do Bruna albo Currana. Na rogu Dartmouth i Boylston zatrzymał się przy 
kiosku z gazetami i przekartkował kilka czasopism. Carol minęła go, zaczekała na 
zmianę świateł, a potem pospiesznie przeszła na drugą stronę Boylston. Jason 
obserwował ludzi i samochody, szukając czegoś podejrzanego. Nie było jednak 
żadnego znaku wskazującego, że kobieta nie jest sama.

Przechodziła teraz obok Bostońskiej Biblioteki Publicznej i Jason domyślał się, 

że zmierza do centrum handlowego Copley Plaza. Kupił magazyn, jak się okazało 
„The New Yorker”, ruszył za dziewczyną. Kiedy złożyła parasolkę i weszła do 
Copley Plaza, przyspieszył kroku. W wielkim zespole sklepów i hoteli łatwo było 
zgubić Carol.

Przez następne trzy kwadranse zajęty był udawaniem, że studiuje okna 

wystawowe, czytaniem „New Yorkera” i obserwowaniem tłumu. Carol beztrosko 
krążyła od Vuittona do Laurena i Victoria’s Secret. W pewnym momencie Jason 
pomyślał, że jest śledzona, ale okazało się, że idący za nią mężczyzna po prostu 
próbuje ją poderwać. Najwyraźniej odrzuciła jego awanse, gdyż szybko zniknął.

Krótko po trzeciej trzydzieści Carol wzięła swoje torby i parasolkę i wycofała się 

do Au Bon Pain. Jason poszedł za nią, stając w kolejce, aby złożyć zamówienie i przy 
tej okazji zauważył uroczy owal jej twarzy, gładką, oliwkową cerę i ciemne, wilgotne 
oczy. Była piękną młodą kobietą. Jason przypuszczał, że ma około dwudziestu 
czterech lat.

– Odpowiedni dzień na kawę – zagadnął, mając nadzieję na nawiązanie rozmowy.
– Wolę herbatę.
Jason uśmiechnął się nieśmiało. Nie był dobry w podrywaniu ani przyjemnych 

rozmówkach.

– Herbata też jest niezła – przytaknął, obawiając się, że robi z siebie głupca.
Carol zamówiła zupę, herbatę i rogalika, potem zaniosła tacę do jednego z dużych 

wspólnych stołów.

Jason poprosił o capuccino, a potem, wahając się, jakby nie mógł znaleźć 

wolnego miejsca, podszedł do stołu dziewczyny.

– Czy można? – spytał, odsuwając krzesło.
Kilkoro ludzi przy stole podniosło wzrok, w tym także Carol. Jakiś człowiek 

przesunął kilka swoich paczek i Jason usiadł, obdarzając wszystkich niewyraźnym 
uśmiechem.

– Co za zbieg okoliczności – odezwał się do Carol. – Znowu się spotykamy.
Dziewczyna zerknęła na niego znad filiżanki herbaty. Nic nie powiedziała, ale też 

nie musiała. Irytacja była widoczna na jej twarzy.

background image

Jason zorientował się natychmiast, że całe jego zachowanie było chybione i zaraz 

zostanie odesłany z kwitkiem.

– Przepraszam – zaczął. – Nie chcę być natrętny. Jestem doktor Jason Howard. 

Byłem kolegą doktora Alvina Hayesa. Pani nazywa się Carol Donner i bardzo 
chciałbym z panią porozmawiać.

– Jest pan z GHP? – spytała podejrzliwie.
– Pełnię obowiązki ordynatora. – Pierwszy raz Jason użył swojego tytułu. 

W szpitalach akademickich miał on wielkie znaczenie, jednak w GHP to stanowisko 
było jedynie nużącym obowiązkiem.

– Skąd mogę mieć pewność?
– Mogę pokazać pani moje dokumenty.
– Dobrze.
Jason sięgnął za siebie po portfel, ale kobieta chwyciła go za ramię.
– W porządku – powiedziała. – Wierzę. Alvin opowiadał mi o panu. Mówił, że 

jest pan tu najlepszym klinicystą.

– To mi pochlebia – odrzekł Jason. Był także zaskoczony, biorąc pod uwagę, jak 

mało miał do czynienia z Hayesem.

– Przepraszam za taką podejrzliwość – usprawiedliwiła się Carol – ale jest wokół 

mnie sporo zamieszania, zwłaszcza w ciągu ostatnich kilku dni. O czym chciałby pan 
porozmawiać?

– O doktorze Hayesie. Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że jego śmierć 

była dla nas prawdziwą stratą. Bardzo pani współczuję.

Carol wzruszyła ramionami.
Jason nie był pewien, jak ma rozumieć jej reakcję.
– Ciągle nie mogę uwierzyć, że Hayes był zamieszany w narkotyki. Pani o tym 

wiedziała? – zapytał.

– Wiedziałam. Ale gazety nie podały prawdy. Alvin zażywał minimalne dawki, 

zwykle marihuanę, ale czasem także kokainę. Z pewnością nie heroinę.

– Nie był handlarzem?, – Na pewno nie. Proszę mi wierzyć, wiedziałabym o tym.
– Jednak w jego mieszkaniu znaleziono mnóstwo narkotyków i gotówki.
– Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi na myśl, jest takie, że to policja 

musiała podrzucić zarówno narkotyki, jak i pieniądze. Alvinowi zawsze brakowało 
jednego i drugiego. Jeśli miał jakąś dodatkową sumę, posyłał ją swojej rodzinie.

– Ma pani na myśli jego byłą żonę?
– Tak. Jej przyznano prawo opieki nad dziećmi.
– Dlaczego policja miałaby robić coś takiego? – spytał Jason, myśląc, że jej 

uwaga jest echem paranoi Hayesa.

– Nie wiem, naprawdę. Ale nie mogę wymyślić żadnego innego sposobu, w jaki 

background image

narkotyki mogły się tam dostać. Mogę pana zapewnić, że nie było ich, kiedy 
wychodził o dziewiątej tamtego wieczoru.

Jason pochylił się do przodu, ściszając głos.
– Tej nocy, kiedy doktor Hayes umarł, powiedział mi, że dokonał wielkiego 

odkrycia. Czy mówił coś pani na ten temat?

– Coś wspominał. Ale to było trzy miesiące temu.
Przez chwilę Jason pozwolił sobie na optymizm. Potem Carol wyjaśniła, że nie 

wie, na czym polega to odkrycie.

– Nie ufał pani?
– Ostatnio nie. Jakoś oddaliliśmy się od siebie.
– Ale mieszkaliście razem – czy gazety podały to mylnie?
– Mieszkaliśmy razem – przyznała Carol – ale pod koniec tylko jako przyjaciele. 

Nasz związek rozpadł się. Alvin naprawdę się zmienił. Nie tylko to, że czuł się 
fizycznie chory; cała jego osobowość zmieniła się. Wydawał się wycofany, niemal 
paranoidalny. Mówił bez przerwy, że musi się z panem zobaczyć i starałam się 
sprawić, żeby to zrobił.

– Naprawdę nie ma pani żadnego pojęcia, czym mogło być to odkrycie? – nalegał 

Jason.

– Przykro mi – rzekła Carol, rozkładając ręce przepraszającym gestem. – 

Przypominam sobie tylko, jak powiedział, że to odkrycie jest ironiczne. Pamiętam, bo 
to dziwne określenie sukcesu.

– Mnie powiedział to samo.
– Przynajmniej był konsekwentny. Poza tym mówił jedynie, że jeśli wszystko 

pójdzie dobrze, powinnam to docenić, bo jestem piękna. To są dokładnie jego słowa.

– Nie wyjaśnił tego?
– To wszystko, co powiedział.
Pijąc capuccino Jason przyglądał się twarzy Carol. W jaki sposób ironiczne 

odkrycie mogło pomóc jej piękności? Próbował połączyć to zdanie ze swym 
przypuszczeniem, że odkrycie ma coś wspólnego z leczeniem raka. Nie pasowało.

Skończywszy herbatę Carol podniosła się.
– Miło mi było pana poznać – powiedziała, wyciągając rękę.
Jason wstał, niezgrabnie łapiąc upadające krzesło Zmartwiło go jej nagłe 

odejście.

– Nie chcę być nieuprzejma – powiedziała – ale mam teraz spotkanie. Mam 

nadzieję, że rozwiąże pan tę zagadkę. Alvin pracował bardzo ciężko. Byłoby tragedią, 
gdyby odkrył coś ważnego i potem uległo to zapomnieniu.

– Jestem tego samego zdania – przytaknął Jason, rozpaczliwie starając się ją 

zatrzymać. – Czy możemy spotkać się ponownie? O tylu sprawach chciałbym jeszcze 

background image

porozmawiać.

– Myślę, że tak. Jestem jednak dość zajęta. O jakim terminie pan myślał?
– Może jutro? – powiedział szybko Jason. – Niedzielne drugie śniadanie.
– Będzie musiało być późne. Pracuję w nocy i sobota jest jednym z najbardziej 

ruchliwych dni.

Jason mógł to sobie wyobrazić.
– Proszę – nalegał. – To może być ważne.
– W porządku. Powiedzmy o drugiej po południu. Gdzie?
– Może w Hampshire House?
– Dobrze – odparła Carol, zbierając swoje torby i parasolkę. Wyszła z kawiarni, 

uśmiechając się na pożegnanie.

Carol spojrzała na zegarek i przyspieszyła kroku. Niespodziewana rozmowa 

z Jasonem nie mieściła się w jej napiętym planie, a nie chciała się spóźnić na 
spotkanie z promotorem swojej pracy doktorskiej. Spędziła późny wieczór i wczesne 
popołudnie szlifując trzeci rozdział rozprawy i teraz niecierpliwie oczekiwała opinii 
profesora. Zjechała windą na poziom ulicy, rozmyślając o swoim spotkaniu 
z doktorem Howardem. Niespodziewane spotkanie tego mężczyzny, o którym tyle jej 
opowiadano, ucieszyło ją. Alvin mówił, że Jason stracił żonę i zareagował na tragedię 
całkowitą zmianą otoczenia i pogrążeniem się w pracy. Ta historia zainteresowała ją, 
ponieważ jej doktorat dotyczył psychologii rozpaczy. Doktor Jason Howard wydawał 
się znakomitym obiektem do badań.

Portier z Western Hotel dmuchnął w gwizdek, wydając przenikliwy dźwięk, który 

prześwidrował uszy Carol, przyprawiając ją o dreszcz. Czekając na taksówkę 
uświadomiła sobie, że jej reakcja na doktora Jasona Howarda nieco wykraczała poza 
czysto zawodowe zainteresowanie. Zauważyła, że jest niezwykle atrakcyjnym 
mężczyzną, a to, że wie o jego wrażliwości, przydaje mu tylko uroku. Nawet jego 
brak obycia towarzyskiego budził sympatię.

– Harvard Square – powiedziała, wsiadając do taksówki. Zdała sobie sprawę, że 

z niecierpliwością oczekuje wspólnego posiłku następnego ranka.

Siedząc nadal nad stygnącą kawą Jason stwierdził, że zaskakująca inteligencja 

i czar Carol podbiły go zupełnie. Spodziewał się prostej dziewczyny z małego 
miasteczka, którą ze szkolnej ławy zwabiły pieniądze lub narkotyki. Zamiast tego 
spotkał uroczą, dojrzałą kobietę, która mogła swobodnie uczestniczyć w każdej 
rozmowie. Jaka szkoda, że dziewczyna z tak oczywistymi zaletami wplątała się 
w brudny światek, w którym przebywała...

Natarczywy, zgrzytliwy dźwięk pagera gwałtownie przywołał Jasona do 

rzeczywistości. Wyłączył urządzenie i spojrzał na ciekłokrystaliczny wyświetlacz. 
Dwukrotnie zamigało na nim słowo „pilne”, z potem ukazał się numer telefonu, 

background image

którego Jason nie rozpoznał. Zobaczywszy jego identyfikator lekarza kierownik Au 
Bon Pain pozwolił mu skorzystać z telefonu znajdującego się za kasą.

– Dziękuję za telefon, doktorze Howard. Mówi Farr. Mój mąż, Gerald Farr, ma 

okropny ból w klatce piersiowej i trudności z oddychaniem.

– Niech pani wezwie ambulans – polecił Jason. – Proszę przywieźć go na ostry 

dyżur GHP. Czy pan Farr jest moim pacjentem? – Jason miał wrażenie, że zna to 
nazwisko, ale nie mógł go dokładnie skojarzyć.

– Tak – potwierdziła pani Farr. – Badał go pan dwa tygodnie temu. Jest 

pierwszym zastępcą prezesa Boston Banking Company.

O, nie, pomyślał Jason, odkładając słuchawkę. Znowu to samo. Postanowił 

zostawić samochód na Beacon Street. Wybiegł z kawiarni, przez przejście dla 
pieszych popędził na drugą, hotelową stronę Copley Plaza i wsiadł do taksówki.

Przyjechał do izby przyjęć GHP przed Farrami. Powiedział Judith, czego się 

spodziewa, i nawet zadzwonił na anestezjologię, słysząc z zadowoleniem głos Philipa 
Barnesa.

Na widok Geralda Farra Jason wiedział natychmiast, że potwierdzają się jego 

najgorsze obawy. Mężczyzną szarpał śmiertelny ból. Był blady jak odtłuszczone 
mleko, a na czole osiadły mu kropelki potu.

Wstępne EKG pokazało, że uszkodzony został duży obszar mięśnia sercowego. 

To nie będzie łatwy przypadek. Morfina i tlen pomogła uspokoić pacjenta, a lidokaina 
zabezpieczała go przed zaburzeniami rytmu serca. A jednak Farr nie reagował na 
leczenie. Oglądając kolejne EKG, Jason miał wrażenie, że objęta zawałem strefa 
serca poszerza się.

Z rozpaczą próbował wszystkiego. Bez skutku! Pięć minut przed czwartą oczy 

Geralda Farra przekręciły się do wewnątrz, a jego serce stanęło.

Jak zwykle nie chcąc dać za wygraną Jason zarządził postępowanie 

resuscytacyjne. Udało się kilkakrotnie pobudzić serce do pracy, jednak za każdym 
razem nie trwało to dłużej niż kilka minut.

Farr nie odzyskał już przytomności. O szóstej piętnaście Jason ostatecznie uznał 

pacjenta za zmarłego.

– Cholera! – rzucił z obrzydzeniem do siebie i w ogóle do życia. Nie miał 

zwyczaju przeklinać i tym razem nie przeszło to bez efektu. Judith Reinhart oparła się 
czołem o ramię Jasona i zarzuciła mu ramię na szyję.

– Jason, zrobiłeś wszystko, co mogłeś – powiedziała miękko. – Nikt nie mógłby 

zrobić więcej. Ale nasze możliwości są ograniczone.

– Ten człowiek miał tylko pięćdziesiąt osiem lat – odparł Jason przełykając łzy 

rozczarowania.

Judith wyprosiła z pokoju pozostałe pielęgniarki i stażystów. Podchodząc 

background image

z powrotem do Jasona położyła mu rękę na ramieniu. – Spójrz na mnie, Jason! – 
powiedziała.

Niechętnie odwrócił twarz w kierunku pielęgniarki. Pojedyncza łza spłynęła mu 

po twarzy. Cicho, ale zdecydowanie Judith powiedziała mu, że nie może traktować 
tych przypadków tak osobiście.

– Wiem, że dwa w ciągu jednego dnia to okropne obciążenie – dodała. – Ale to 

nie twoja wina.

Rozum Jasona mówił że Judith ma rację, ale nie uczucia. Poza tym nie miała 

pojęcia, jak zły był stan hospitalizowanych pacjentów, zwłaszcza Matthew Cowena. 
Jason nie chciał jej o tym mówić. Pierwszy raz poważnie rozważał porzucenie 
medycyny. Niestety, nie wiedział, co innego mógłby robić. Nie nauczył się niczego 
innego.

Zapewniwszy Judith, że czuje się dobrze, Jason poszedł stawić czoło pani Farr, 

szykując się na przewidywany gniew. Jednak wdowa, pogrążona w rozpaczy, 
postanowiła wziąć część winy na siebie. Jej mąż od tygodnia narzekał, że czuje się 
chory, ale ona lekceważyła jego skargi, gdyż, prawdę mówiąc, zawsze był nieco 
hipochondryczny. Jason próbował pocieszyć tę kobietę tak samo, jak Judith 
próbowała pocieszyć jego. Z podobnym efektem.

Pewny, że miejski anatomopatolog będzie się chciał zająć tą sprawą, Jason nie 

obarczał pani Farr prośbą o zgodę na zrobienie sekcji. Zgodnie z prawem lekarz 
sądowy nie potrzebował zgody na dokonanie autopsji w przypadkach zgonów 
budzących wątpliwości. Żeby być jednak pewnym, zadzwonił do Margaret Danforth. 
Odpowiedź była taka, jak oczekiwał: faktycznie życzyła sobie zbadać ten przypadek, 
a rozmawiając już z Jasonem, opowiedziała mu o Holly Jennings.

– Odwołuję złośliwą uwagę, jaką zrobiłam dziś rano. Macie po prostu pecha. Ta 

kobieta, Jennings, była w równie złym stanie, jak Cedric Harring. Wszystkie jej 
naczynia wyglądały fatalnie, nie tylko wieńcowe.

– To nie jest wielka pociecha – odparł Jason. – Robiłem jej właśnie badania 

profilaktyczne, które wykazały, że wszystko jest w porządku. Zrobiłem kontrolne 
EKG w czwartek, ale wykazywało tylko minimalne zmiany.

– Nie żartuje pan? Proszę zaczekać, aż zobaczy pan wycinki – Z grubsza biorąc, 

naczynia wieńcowe są zamknięte w dziewięćdziesięciu procentach – zwężenia są 
rozległe, nie ogniskowe. Chirurgia w niczym by nie pomogła. Aha, przy okazji, 
sprawdziłam i nie ma przeciwwskazań, żebyśmy wam dali małe próbki ze zwłok 
Jennings. Ale będę musiała mieć formalny raport na piśmie.

– Zrobione – odparł Jason. – To samo z Farrem?
– Jasne.
Jason wrócił taksówką po swój samochód i pojechał do domu, pomimo mgły 

background image

i deszczu, po powrocie zdecydował się na jogging. Błoto i deszcz, a później gorący 
tusz spełniły swoją oczyszczającą funkcję. Powoli opuszczało go przytłaczające 
uczucie przygnębienia. Właśnie kiedy zaczynał myśleć o jedzeniu, zadzwoniła 
Shirley, zapraszając go na obiad. Pierwszą reakcją Jasona było odmówić. Potem 
jednak stwierdził, że jest zbyt przygnębiony, żeby być sam, więc przyjął propozycję. 
Przebrawszy się w bardziej odpowiednie ubranie, zszedł do samochodu i pojechał do 
Brooklynu.

Samolot linii Eastern, bezpośredni lot nr 409 z Miami do Bostonu, pochylił się 

mocno, a potem wyrównał przed ostatecznym podejściem. Wylądował o siódmej 
trzydzieści siedem i w tym momencie Juan Diaz zamknął czasopismo i wyjrzał na 
zasnuty mgłą pejzaż Bostonu. Była to jego druga podróż do tego miasta i nie był 
z niej specjalnie zadowolony. Zastanawiał się, dlaczego ktokolwiek z wyboru 
mieszka w miejscu, w którym jest zawsze zła pogoda. Podczas jego poprzedniej 
wizyty, kilka dni temu, padało. Spoglądając w dół na powierzchnię lotniska, 
zobaczył, jak wiatr i deszcz burzą powierzchnię kałuż i pomyślał nostalgicznie 
o Miami, gdzie późna jesień położyła w końcu kres upalnemu latu.

Wyjął torbę spod siedzenia przed sobą. Ciekawe, jak długo pozostanie 

w Bostonie. Poprzednio był tu tylko dwa dni i nie musiał nic robić. Zastanawiał się, 
czy tym razem tak samo dopisze mu szczęście. W końcu dostawał swoje pięć tysięcy 
bez względu na wszystko.

Samolot podkołował do terminalu. Juan rozejrzał się po przedziale z uczuciem 

dumy. Chciałby, żeby jego rodzina na Kubie mogła go teraz zobaczyć. Ależ byliby 
zdumieni! Oto on, podróżujący pierwszą klasą. Skazany na dożywotnie więzienie 
przez rząd Castro, został zwolniony zaledwie po ośmiu miesiącach i wysłany 
najpierw do Mariel, a potem, ku swojemu zaskoczeniu, do Stanów Zjednoczonych. 
To była jego kara za dowiedzione wielokrotne morderstwo i gwałt – Wysłanie do 
USA! O ileż łatwiej było wykonywać tego typu zajęcie w Stanach Zjednoczonych! 
Juan czuł, że jedyną osobą na świecie, której rękę chciałby uścisnąć, był plantator 
orzeszków ziemnych gdzieś w Georgii.

Samolot zakołysał ostatni raz i znieruchomiał. Juan podniósł się i przeciągnął. 

Wziął torbę podręczną i poszedł po bagaż. Odebrawszy walizkę pojechał taksówką do 
Royal Sonesta Hotel, gdzie zameldował się jako Carlos Hernandez z Los Angeles. 
Miał nawet kartę kredytową na to nazwisko, z prawdziwym numerem. Wiedział, że 
numer jest dobry, bo spisał go z kwitu, który znalazł na deptaku handlowym Bal 
Harbour w Miami.

Kiedy już był w pokoju, zupełnie zrelaksowany, z drugim jedwabnym garniturem 

wiszącym w szafie, Juan usiadł przy biurku i wykręcił numer, który dostał w Miami. 

background image

Gdy podniesiono słuchawkę, oznajmił rozmówcy, że potrzebuje broni, najchętniej 
kaliber. 22. Zatroszczywszy się o tę sprawę, wyjął z notesu kartkę z nazwiskiem 
i adresem swojej ofiary i sprawdził miejsce na planie, dostarczonym przez hotel. Nie 
było daleko.

Wieczór z Shirley był wielkim sukcesem. Zjedli na obiad pieczonego kurczaka, 

karczochy i brązowy ryż. Potem pili Grand Marnier w salonie przed płonącym 
ogniem i rozmawiali. Jason dowiedział się, że ojciec Shirley był lekarzem i że 
w szkole nosiła się z myślą pójścia w jego ślady.

– Ojciec jednak odradził mi to – powiedziała. – Twierdził, że medycyna się 

zmienia.

– Miał rację.
– Przewidywał, że zostanie przejęta przez wielkie korporacje i jeśli ktokolwiek 

myśli o tym zawodzie, powinien zająć się zarządzaniem. Przeniosłam się więc na 
kursy ekonomiczne i wierzę, że zrobiłam właściwy wybór.

– Ja także jestem tego pewien – zgodził się Jason, myśląc o natłoku papierkowej 

roboty i dylematach błędów w sztuce. Medycyna naprawdę się zmieniła. Fakt, że on 
sam zarabiał teraz, pracując dla jednej z owych korporacji, był symbolem tych zmian. 
Na studiach wyobrażał sobie zawsze, że będzie pracował na własny rachunek. Była to 
jedna z rzeczy, które go przyciągały.

Pod koniec wieczoru powstała trochę niezręczna sytuacja. Jason chciał iść, ale 

Shirley zachęcała go, by został.

– Uważasz, że to dobry pomysł? – spytał Jason.
Kiwnęła głową.
Nie był tego taki pewny, powiedział, że będzie musiał wstać wcześnie na obchód 

i nie chciałby jej przeszkadzać. Shirley nalegała, tłumacząc, że zwykle wstaje 
o siódmej trzydzieści, także w niedzielę.

Przez pewien czas wpatrywali się w siebie, a twarz Shirley pałała w blasku ognia.
– Nie ma żadnych zobowiązań – odezwała się cicho gospodyni. – Wiem, że oboje 

nie możemy się z tym spieszyć. Po prostu bądźmy razem. Oboje mieliśmy dużo 
stresów.

– W porządku – zgodził się Jason czując, że nie ma siły, żeby się opierać. Poza 

tym pochlebiało mu, że Shirley tak nalega. Coraz bardziej podobało mu się, że nie 
tylko jemu może zależeć na innej osobie, ale także komuś innemu – na nim.

Nie udało się jednak przespać całej nocy. O trzeciej trzydzieści poczuł czyjąś 

rękę na swoim ramieniu i usiadł, przez chwilę nie wiedząc, gdzie się znajduje. 
W półmroku majaczyła twarz Shirley.

– Przepraszam, że cię niepokoję – odezwała się delikatnie – ale obawiam się, że 

background image

ten telefon jest do ciebie. – Wręczyła mu słuchawkę.

Jason wziął aparat i podziękował. Nie słyszał nawet dzwonka. Opierając się na 

łokciu, przyłożył słuchawkę do ucha. Był pewien, że będzie to zła wiadomość – i miał 
rację. Matthew Cowen został znaleziony martwy w łóżku, prawdopodobnie miał 
ostateczny, masywny udar.

– Czy zawiadomiono rodzinę? – spytał Jason.
– Tak – powiedziała pielęgniarka. – Mieszkają w Minneapolis. Powiedzieli, że 

przyjadą rano.

– Dziękuję – zakończył Jason, nieprzytomnie oddając słuchawkę Shirley.
– Kłopoty? – zapytała. Z powrotem odłożyła słuchawkę na widełki.
Jason skinął głową. Słowo „kłopoty” stawało się jego drugim imieniem.
– Umarł młody pacjent. Trzydzieści pięć lat czy coś koło tego. Miał reumatyczną 

chorobę serca. Czekał w szpitalu na zakwalifikowanie do operacji.

– Jak poważna była choroba serca? – zapytała gospodyni.
– Poważna – przyznał Jason, przypominając sobie twarz Matthew wówczas, gdy 

przyjmowano go do szpitala. – Trzy z czterech zastawek były zajęte. Trzeba by było 
wymienić je wszystkie.

– Zatem nie było żadnej pewności? – spytała.
– Żadnej – zgodził się Jason. – Wymiana trzech zastawek może być ryzykowna. 

Chory miał przez długi czas zastoinową niewydolność krążenia, niewątpliwie 
uszkodzone były serce, płuca, nerki i wątroba Byłyby problemy, ale mógł się 
spokojnie zestarzeć.

– Może tak było najlepiej – powiedziała Shirley. – Może zostało mu oszczędzone 

mnóstwo cierpienia. Wygląda na to, że przez resztę życia połowę czasu spędzałby 
w szpitalu.

– Może tak – zgodził się Jason bez przekonania. Wiedział, co robiła Shirley: 

starała się poprawić jego samopoczucie. Doceniał jej wysiłki. Poprzez cienki materiał 
szlafroka poklepał ją po udzie.

– Dziękuję za wsparcie.
Noc wydawała się okropnie zimna, kiedy Jason wybiegł do samochodu. Nadal 

padało, nawet mocniej, niż poprzednio. Włączy} ogrzewanie i potarł uda, żeby 
pobudzić krążenie. Przynajmniej na ulicach nie było dużego ruchu. W niedzielę 
o czwartej nad ranem miasto było opustoszałe. Shirley starała się go namówić, żeby 
został, tłumacząc, że Jason nic już nie może zrobić, a rodzina jest nieosiągalna. 
Zgadzał się z tym ale czuł, że musi wypełnić to zobowiązanie wobec pacjenta. Poza 
tym wiedział, że nie mógłby z powrotem zasnąć. Nie ze świadomością kolejnego 
zgonu.

Parking GHP był prawie pusty. Howard mógł zaparkować blisko wejścia do 

background image

szpitala, a nie przed budynkiem ambulatoryjnym, gdzie zwykle zostawiał samochód. 
Wysiadł, zaprzątnięty myślami o Matthew Cowenie, i nie zauważył ciemnej postaci, 
zgarbionej obok szpitalnych drzwi. Obszedłszy przód samochodu, człowiek ten wpadł 
na Jasona. Zupełnie nie przygotowany lekarz krzyknął. Był to jeden z włóczęgów, 
którzy przychodzili do izby przyjęć GHP, prosząc o drobne pieniądze. Trzęsącymi się 
rękami Jason dał mu dolara, mając nadzieję, że mężczyzna kupi sobie przynajmniej 
trochę jedzenia.

Shirley miała rację. Nie miał tu nic do roboty, z wyjątkiem wpisania ostatniej 

notatki w historii choroby Matthew Cowena. Wszedł do środka i spojrzał na ciało. 
Twarz Matthew wyglądała teraz spokojnie i – jak przypuszczała Shirley – nie czekały 
go już dalsze cierpienia. W milczeniu Jason przeprosił zmarłego.

Wezwawszy pełniącego dyżur stażystę, Jason poinstruował go, żeby poprosił 

rodzinę o zgodę na autopsję. On sam może być w najbliższym czasie nie osiągalny. 
Potem, bezsilny, jak zawsze po podobnych zgonach, opuścił szpital i wrócił do 
swojego mieszkania. Leżał przez pewien czas, wpatrując się w sufit i nie mogąc 
zasnąć. Zastanawiał się, jaki rodzaj pracy mógłby dostać w przemyśle 
farmaceutycznym.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Cedric Harring, Brian Lennox, Holly Jennings, Gerald Farr, a teraz Matthew 

Cowen. Jason nigdy nie stracił tylu pacjentów w tak krótkim czasie. Przez całą noc 
ich twarze pojawiały się w jego snach, a kiedy obudził się o jedenastej, był tak 
wyczerpany, jakby nie spał w ogóle. Zmusił się do przebiegnięcia swoich 
zwyczajowych niedzielnych dziesięciu kilometrów, potem wziął prysznic i ubrał się 
starannie w bladożółtą koszulę z białym kołnierzykiem i mankietami, ciemnobrązowe 
spodnie i marynarkę w kratkę w kolorze przytłumionego brązu, z lnu i jedwabiu. 
Cieszył się ze spotkania z Carol, które mogło go rozerwać.

Hampshire House znajdował się na Beacon Street, z widokiem na Boston Public 

Gardens. W przeciwieństwie do sobotniego deszczu niebo pełne było słonecznego 
blasku i szybujących z wiatrem obłoków. Amerykańska flaga powiewała nad 
wejściem do Hampshire, łopocząc w późnojesiennej bryzie. Jason przyszedł wcześnie 
i poprosił o stolik we frontowej sali na pierwszym piętrze. Ogień trzaskał wesoło, 
a pianista grał wiązankę starych przebojów.

Jason przypatrywał się ludziom siedzącym w sali. Wszyscy byli starannie ubrani 

i zajęci ożywioną rozmową, nieświadomi, że jakaś nowa epidemia zalewa ich 
miasto... Potem Jason przestrzegł sam siebie, by nie zaczęła go ponosić wyobraźnia. 
Pół tuzina zgonów nie oznaczało epidemii. Poza tym nie był nawet pewien, czy to 
zakaźne. Ciągle nie mógł przestać myśleć o tych gwałtownych przypadkach śmierci.

Carol pojawiła się pięć minut po drugiej. Jason podniósł się, machając ręką, żeby 

zwrócić jej uwagę. Była ubrana w białą jedwabną bluzkę i czarne wełniane spodnie. 
Jej świeży, młody i niewinny wygląd poza klubem zdumiewał Jasona. Zauważywszy 
go, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do stolika. Była lekko zdyszana.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała, układając swoje rzeczy, to znaczy 

zamszową kurtkę, płócienną torbę pełną papierów i torebkę na ramię. Robiąc to, 
zerkała często na wejście.

– Spodziewasz się kogoś? – zapytał Jason.
– Mam nadzieję, że nie. Jest jednak ten mój zwariowany szef, który upiera się, 

żeby być nadopiekuńczym. Zwłaszcza od kiedy Alvin nie żyje. Posyła kogoś za mną 
przez cały czas, przypuszczalnie dla mojej ochrony. Nocą nie mam nic przeciwko 
temu, ale w ciągu dnia nie lubię takiego towarzystwa. Pan Mięsień pokazał się dziś 
rano, ale odesłałam go w swoją stronę. Mógł za mną jednak iść.

Jason zastanawiał się, czy powinien wspomnieć, że spotkał już Bruna, ale 

postanowił tego nie robić. Dopiero kiedy zostali obsłużeni, a cielsko Bruna nie 
pojawiło się, zaczęli się oboje trochę odprężać.

– Prawdopodobnie powinnam być bardziej wdzięczna mojemu szefowi – 

background image

stwierdziła Carol. – Był dla mnie taki dobry. Teraz mieszkam właśnie w jednym 
z jego apartamentów na Beacon Street. Nie płacę nawet czynszu.

Jason nie chciał rozważać przyczyn, dla których szef Carol mógł życzyć sobie, 

żeby miała ładne mieszkanie. Zakłopotany skupił uwagę na swoim omlecie.

– Zatem... – zaczęła Carol, machając widelcem. – O co jeszcze chciałby mnie pan 

spytać? – Odgryzła spory kawałek grzanki.

– Pamiętasz coś jeszcze na temat odkrycia Alvina Hayesa?
– Nic – zaprzeczyła Carol. – Poza tym, nawet kiedy zdarzało mu się rozmawiać 

ze mną o jego pracy, było to dla mnie niezrozumiałe. Zawsze zapominał, że nie każdy 
jest fizykiem nuklearnym. – Carol roześmiała się, a jej oczy zaiskrzyły się 
pociągająco.

– Mówiono mi, że Alvin pracował na boku dla innej firmy, zajmującej się 

bioinżynierią – rzekł Jason. – Wiedziałaś coś o tym?

– Przypuszczam, że masz na myśli Gene. Inc. – Carol przerwała, a jej uśmiech 

zbladł. – To miała być wielka tajemnica. – Pochyliła głowę na bok. – Ale teraz, kiedy 
on odszedł, przypuszczam, że to nie ma znaczenia. Pracował dla nich około roku.

– Wiesz może, co dla nich robił?
– Właściwie nie. Coś z hormonem wzrostu. Ale ostatnio doszło między nimi do 

awantury. Poszło o finanse. Nie znam szczegółów…

Jason uświadomił sobie, że mimo wszystko miał rację. Helene coś ukrywała. Jeśli 

Hayes prowadził wojnę z Gene. Inc., ona musiała o tym wiedzieć.

– Co wiesz o Helene Brennquivist?
– To miła kobieta. – Carol odłożyła widelec. – Cóż... To nie jest zupełnie szczere. 

Prawdopodobnie jest w porządku. Ale prawdę mówiąc, Helene jest powodem, dla 
którego Alvin i ja przestaliśmy być kochankami. Ponieważ pracowali razem tak dużo, 
zaczęła przychodzić do mieszkania. Potem odkryłam, że mieli romans. Tego nie 
mogłam znieść. Drażniło mnie, że była taka dyskretna, zwłaszcza tuż pod moim 
nosem, w moim własnym domu.

Jason był zdumiony. Domyślał się, że Helene ukrywała informacje, ale nigdy nie 

powstało mu w głowie, że mogła sypiać z Hayesem. Jason studiował twarz Carol. 
Widział, że wspomnienie tej sprawy przywołało z powrotem nieprzyjemne uczucia. 
Ciekawe, czy Carol była równie zła na Hayesa, jak na Helene.

– A coś o rodzinie Alvina? – zapytał, celowo zmieniając temat.
– Nie wiem o nich wiele. Rozmawiałam przez telefon z jego byłą żoną raz czy 

dwa, nigdy osobiście. Rozwiedli się jakieś pięć lat temu.

– Czy Hayes miał syna?
– Dwóch. Dwóch chłopców i dziewczynkę.
– Wiesz, gdzie mieszkali?

background image

– W małym miasteczku w New Jersey. Leonia czy jakoś tak. Pamiętam nazwę 

ulicy – Park Avenue. Zapamiętałam ją, bo brzmiała tak pretensjonalnie.

– Czy kiedykolwiek mówił coś na temat tego, że jeden z jego synów jest chory?
Carol pokręciła głową. Przywoławszy gestem kelnerkę dała znać, że prosi 

o jeszcze jedną kawę. Przez chwilę jedli w milczeniu, rozkoszując się posiłkiem 
i miłą atmosferą. Kiedy włączył się pager Jasona, oboje wzdrygnęli się na jego 
dźwięk. Na szczęście była to tylko centrala, informująca, że rodzina Cowena w końcu 
przyjechała z Minneapolis i ma nadzieję spotkać się z lekarzem w szpitalu koło 
czwartej.

Wracając od telefonu Jason zaproponował, żeby skorzystali z ładnej pogody 

i pospacerowali po ogrodzie. Kiedy przeszli przez Beacon Street, zaskoczyła go, 
biorąc pod ramię. Jego samego zdumiało, że sprawia mu to przyjemność. Pomimo 
trochę podejrzanej profesji, Jason musiał przyznać, że towarzystwo tancerki sprawia 
mu ogromną przyjemność. Pomijając zdrowy wygląd dziewczyny, jej witalność była 
zaraźliwa.

Obeszli staw z łódkami, minęli wyniosłą statuę Waszyngtona z brązu, potem 

przeszli mostek, spinający brzegi kanału. Łodzie zostały usunięte na zimę. Znalazłszy 
pustą ławkę pod bezlistną wierzbą, Jason skierował rozmowę z powrotem na Hayesa.

– Czy on zrobił coś niezwykłego w ciągu ostatnich trzech miesięcy? Coś 

niespodziewanego... co by do niego nie pasowało?

Carol podniosła kamyk i cisnęła go do wody.
– To trudne pytanie – odrzekła. – Jedną z rzeczy, które podobały mi się u Alvina, 

była jego impulsywność. Robił wiele rzeczy bez chwili namysłu, na przykład 
podróżował.

– Czy ostatnio dużo jeździł?
– O, tak – potwierdziła, szukając następnego kamienia. – W maju pojechał do 

Australii.

– Pojechałaś także?
– Nie. Nie wziął mnie ze sobą. Powiedział, że to podróż ściśle służbowa – i że 

potrzebuje Helene, żeby pomogła mu w różnych testach. Wtedy wierzyłam mu. Co ze 
mnie za idiotka!

– Czy dowiedziałaś się kiedyś, na czym polegały te jego służbowe sprawy?
– Coś dotyczącego australijskich myszy. Pamiętam, jak mówił, że mają 

szczególne zwyczaje. Ale to wszystko, co wiem. Miał w swoim laboratorium 
mnóstwo myszy i szczurów.

– Wiem – potwierdził Jason, widząc wyraźnie odrażające, martwe zwierzęta. 

Zapytał, czy Hayes zachowywał się dziwnie. Nagła podróż do Australii mogła być 
dziwactwem, ale nie mógł być tego pewien nie znając przedmiotu badań. Będzie 

background image

musiał poruszyć tę sprawę w rozmowie z Helene.

– Jakieś inne podróże?
– Musiałam jechać do Seattle.
– Kiedy to było?
– W połowie lipca. Widocznie stara Helene nie czuła się na siłach, żeby mu 

towarzyszyć, a Alvin potrzebował kierowcy.

– Kierowcy?
– To jeszcze jedna ciekawostka na temat Alvina – rzekła Carol. – Nie umiał 

prowadzić samochodu. Powiedział, że nigdy się nie uczył i nigdy nie będzie.

Jason przypomniał sobie, jak tamtej nocy, kiedy Hayes umarł, policja zwróciła 

uwagę na to, że nie miał on prawa jazdy.

– Co zdarzyło się w Seattle?
– Niewiele. Byliśmy w mieście tylko dwa dni. Odwiedziliśmy uniwersytet 

stanowy. Potem pojechaliśmy do wodospadów. To piękny kraj, ale jeśli myślisz, że 
w Bostonie dużo pada, zaczekaj aż odwiedzisz północny Zachód. Byłeś tam?

– Nie – odparł z roztargnieniem Jason. Próbował wyobrazić sobie odkrycie, które 

łączyło się z podróżą do Seattle i Australii. – Jak długo tam byliście?

– Za którym razem?
– Pojechaliście tam więcej niż jeden raz?
– Dwukrotnie – wyjaśniła Carol. – Pierwsza podróż trwała pięć dni. 

Odwiedziliśmy Uniwersytet Stanu Washington i zwiedzaliśmy miasto. Podczas 
drugiej podróży, kilka tygodni później, zatrzymaliśmy się tylko na dwie noce.

– Czy za każdym razem robiliście to samo?
Carol pokręciła głową.
– Podczas drugiej podróży ominęliśmy Seattle i pojechaliśmy prosto do 

wodospadów.

– Co tam robiliście?
– Ja po prostu mieszkałam, relaksowałam się. Pojechaliśmy do domku 

myśliwskiego. Było wspaniale.

– A co z Alvinem? Co on robił?
– Prawie to samo. Ale interesował się ekologią i takimi rzeczami. Wiesz, zawsze 

naukowiec.

– Zatem to było jak wakacje? – spytał Jason, zupełnie zbity z tropu.
– Tak przypuszczam. – Carol rzuciła następny kamyk.
– Co robił Alvin na uniwersytecie stanowym? – spytał Jason.
– Zobaczył się ze starym przyjacielem. Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. 

Ktoś, z kim studiował w Columbii.

– Genetyk molekularny, jak Alvin?

background image

– Tak sądzę. Ale nie byliśmy tam zbyt długo. Odwiedziłam Wydział Psychologii 

podczas gdy oni rozmawiali.

– To musiało być interesujące – uśmiechnął się Jason, przypuszczając, że dla 

asystentów z Wydziału Psychologii zabawienie się z kimś takim, jak Carol Donner, 
mogło być przyjemną rozrywką.

– Do diabła – mruknęła, nagle spoglądając na zegarek. – Muszę lecieć. Mam 

kolejne spotkanie.

Jason podniósł się, ściskając jej rękę. Zrobiła na nim wrażenie delikatność, z jaką 

Carol określała swoją pracę. „Spotkanie” brzmiało bardzo profesjonalnie. Doszli do 
skraju parku.

Dziękując za propozycję podwiezienia Carol pożegnała się i ruszyła w górę 

Beacon Street. Jason obserwował jej oddalającą się postać. Wydawała się taka 
beztroska i szczęśliwa. Co za tragedia, pomyślał.

Czas, który wydaje się jej młodzieńczemu umysłowi nieograniczony wkrótce ją 

dopadnie. Co to za życie, być tancerką topless i spotykać się z mężczyznami? Nie 
chciał o tym myśleć. Skręcając w przeciwną stronę, poszedł do supermarketu De 
Luca’s i kupił produkty na prostą kolację: kurczaka z rusztu i zieleninę na sałatkę. 
Przez cały czas rozmyślał o swojej rozmowie z Carol. Miała mnóstwo informacji, ale 
dawały one więcej pytań, niż odpowiedzi. Ciągle jednak był pewien dwóch rzeczy. 
Po pierwsze, że Hayes naprawdę dokonał swojego odkrycia. Po drugie, że kluczem 
była Helene Brennquivist.

Przed upływem dwudziestu czterech godzin Juan miał opracowany cały plan. 

Jako że nie miało to wyglądać jak tradycyjne zadanie, wymagało więcej myślenia. 
Zwykły scenariusz polegał na złapaniu ofiary w tłumie, przyłożeniu jej do głowy 
małokalibrowego pistoletu, a potem puf – i było po wszystkim. Ten rodzaj operacji 
wymagał niewiele planowania, tylko właściwych okoliczności. Cała sprawa opierała 
się na szczególnej mentalności tłumu. Po każdym wstrząsającym wydarzeniu wszyscy 
byli tak zajęci ofiarą, że sprawca mógł nie zauważony wtopić się w grupę, udając 
nawet, że jest jednym z ciekawskich widzów. Wszystko, co musiał zrobić, to pozbyć 
się pistoletu.

Przy tej robocie instrukcje były jednak inne. Napad musiał być upozorowany na 

gwałt, a to była specjalność Juana. Uśmiechnął się do siebie, zdumiewając się faktem, 
że mogą mu zapłacić za coś, co kiedyś traktował jako sport. Stany Zjednoczone są 
dziwnym i cudownym miejscem, gdzie prawo często bardziej troszczy się 
o przestępcę, niż o poszkodowanego.

Tym razem Juan wiedział, że musi przyłapać swą ofiarę samą. To stawiało mu 

wyzwanie. To także sprawiało, że było ono zabawne, bo bez świadków mógł zrobić 
z tą kobietą, co mu się będzie podobało, o ile tylko zostawi ją martwą.

background image

Juan zdecydował się śledzić ofiarę i zaczepić ją w hallu jej domu. Groźba 

natychmiastowego zranienia wypowiedziana cichym, rozsądnym głosem powinna 
wystarczyć, żeby zmusić ją do wpuszczenia go do mieszkania. Kiedy już znajdzie się 
w środku, reszta będzie zabawą i igraszką.

Szedł za swoim celem podczas krótkiej wyprawy po zakupy na Harvard Square. 

Kupiła czasopismo w kiosku na rogu, potem poszła do sklepu spożywczego o nazwie 
Sages. Juan kręcił się po przeciwnej stronie ulicy, oglądając wystawy księgarni, 
zaskoczony, że takie miejsce jest otwarte w niedzielę. Obiekt wyszedł ze sklepu 
z plastikową torbą zakupów, przeszedł na skos przez ulicę i zniknął we wnętrzu 
kawiarni. Juan poszedł za kobietą – miał ochotę na kawę, nawet amerykańską. Wolał 
kawę kubańską: gęstą, słodką i mocną.

Popijając wodnisty napar przypatrywał się swojej ofierze. Był zdumiony swoim 

szczęściem. Ta kobieta była piękna. Domyślał się, że ma około dwudziestu pięciu lat. 
Co za gratka, pomyślał. Czuł, jak twardnieje. Nie będzie musiał tego udawać.

Pół godziny później obiekt skończył, zapłacił i wyszedł z kawiarni. Juan rzucił na 

stół dziesięciodolarowy banknot. Czuł się wielkodusznie. W końcu będzie o pięć 
tysięcy bogatszy, kiedy wróci do Miami.

Ku jego zadowoleniu kobieta poszła dalej Brattle Street. Juan zwolnił kroku, 

starając się tylko mieć ją w zasięgu wzroku. Kiedy weszła na Concord, przyspieszył, 
wiedząc, że jest już niemal w domu. Gdy doszła do zespołu mieszkalnego Craigie 
Arms, był tuż za nią. Szybki rzut oka w obie strony Concord Avenue upewnił go, że 
wybór pory jest doskonały. Teraz wszystko zależało od tego, co zdarzy się wewnątrz 
budynku.

Juan zatrzymał się wystarczająco długo, żeby mieć pewność, że wewnętrzne 

drzwi są już otwarte. W ułamku sekundy znalazł się w hallu i postawił stopę na progu 
wewnętrznych drzwi. Wtedy właśnie się odezwał.

– Panna Brennquivist?
Przez chwilę zaskoczona, Helene spojrzała w ciemną, przystojną hiszpańską 

twarz.

– Ja – dał o sobie znać jej skandynawski akcent. Pomyślała, że nieznajomy musi 

być sąsiadem z tego budynku.

– Nie mogłem się doczekać spotkania z panią. Na imię mi Carlos.
Na swoją zgubę Helene zatrzymała się, nadal z kluczami w ręce.
– Mieszka pan tutaj? – zapytała.
– Jasne – potwierdził Juan z wystudiowaną swobodą. – Drugie piętro. A pani?
– Trzecie – odrzekła Helene. Przeszła przez drzwi, a Juan tuż za nią.
– Miło było pana poznać – dodała.
Wahała się, czy użyć windy Czy schodów. W obecności tego mężczyzny czuła 

background image

się nieswojo.

– Miałem nadzieję, że będziemy mogli porozmawiać – odezwał się Juan, idąc 

obok niej. – Może zaprosi mnie pani na drinka?

– Nie sądzę, żeby... – Helene ujrzała broń i wstrzymała oddech.
– Proszę mnie nie złościć, panienko – powiedział uspokajającym głosem. – Kiedy 

jestem rozgniewany, robię rzeczy, których później żałuję. – Nacisnął przycisk windy. 
Drzwi otworzyły się. Gestem nakazał Helenie wejść do środka i wkroczył za nią. 
Wszystko działało doskonale.

Gdy winda szczęknęła i z szarpnięciem ruszyła do góry, Juan uśmiechnął się 

ciepło. Najlepiej było prowadzić wszystko spokojnie.

Paniczny strach sparaliżował Helene. Nie wiedząc, co zrobić, nie robiła nic. Ten 

człowiek przeraził ją, chociaż wydawał się rozsądny i był bardzo dobrze ubrany. 
Wyglądał jak businessman, któremu się nieźle powodzi. Może był związany z Gene. 
Inc. i chciał przeszukać jej mieszkanie. Przemknęło jej przez myśl, żeby krzyknąć 
albo spróbować uciec, ale przypomniała sobie pistolet.

Winda otworzyła się ze zgrzytem na trzecim piętrze. Juan z wdziękiem przepuścił 

ją przodem. Z kluczami w drżącej ręce podeszła do drzwi i otworzyła je. Latynos 
natychmiast postawił nogę na progu, tak samo, jak zrobił na dole. Kiedy oboje weszli 
do środka, zamknął drzwi i zasunął wszystkie trzy rygle. Helene stała milcząco 
w małym przedpokoju, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu.

– Proszę – odezwał się Juan, uprzejmie zapraszając ją do wejścia do salonu. 

Zdumiał się, ujrzawszy pulchną blondynkę siedzącą na kanapie. Nic nie szkodzi, 
pomyślał.

– Jakie jest to wasze powiedzenie? – wymamrotał. – Nieszczęścia zawsze chodzą 

parami. To przyjęcie będzie dwa razy lepsze, niż się spodziewałem.

Machnął bronią, nakazując Helene usiąść obok współlokatorki. Kobiety 

wymieniły zdenerwowane spojrzenia. Juan wyszarpnął ze ściany kabel telefonu, 
pozostawiając trójkolorowe druty wiszące w powietrzu. Podszedł do aparatury stereo 
i włączył radio. Zabrzmiała muzyka klasyczna. Wpatrując się w cyfrowy zapis 
częstotliwości, wybrał stację nadającą hard-rock i zwiększył siłę dźwięku.

– Co to za przyjęcie bez muzyki? – krzyknął, wyciągając z kieszeni cienką linkę.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

W poniedziałek Jason przybył do szpitala wcześnie rano i z trudem przebrnął 

obchód. Nikt nie czuł się dobrze. Przyszedłszy do swojego gabinetu zaczął w każdej 
wolnej chwili dzwonić do Helene. Nie odbierała. W pewnym momencie wbiegł nawet 
na szóste piętro, do laboratorium, tylko po to, żeby stwierdzić, że jest ciemne 
i opuszczone. Zirytowany wrócił do swojego pokoju. Czuł, że Helene od początku 
robiła trudności, a teraz, uniemożliwiając kontakt ze sobą, mnożyła je dodatkowo.

Jason podniósł słuchawkę, zadzwonił do kadr i poprosił o domowy adres i numer 

telefonu Helene. Po odczekaniu około dziesięciu dzwonków, rozczarowany rzucił 
słuchawkę. Ponownie zadzwonił do działu personalnego i poprosił o rozmowę 
z dyrektorem, Jean Clarkson. Gdy kobieta znalazła się na linii, zapytał o Helene 
Brennquivist.

– Czy zawiadamiała, że jest chora? Próbowałem ją złapać cały ranek.
– Jestem zaskoczona – odparła pani Clarkson. – Nie mieliśmy od niej żadnej 

wiadomości, a zawsze można było na niej polegać. Nie sądzę, żeby opuściła jeden 
dzień w ciągu półtora roku pracy.

– Ale jeśli byłaby chora – upewniał się Jason – spodziewałaby się pani, że 

zadzwoni?

– Z pewnością.
Jason odłożył słuchawkę. Jego irytacja zmieniła się w niepokój. Miał złe 

przeczucia co do nieobecności asystentki.

Drzwi gabinetu otwarły się i Klaudia wsunęła głowę.
– Doktor Danforth na drugiej linii. Chcesz z nią rozmawiać?
Jason skinął głową.
– Potrzebujesz czyjejś historii choroby?
– Nie, dziękuję – odrzekł, odbierając telefon.
W słuchawce zabrzmiał dźwięczny głos doktor Danforth:
– Powiedziałabym, że Good Health powinien lepiej dobierać swoich pacjentów. 

Nigdy nie widziałam ciał w tak złym stanie. Gerald Farr był tak samo kiepski, jak 
cała reszta. Nie było jednego narządu, który wyglądałby na mniej, niż sto lat!

Jason nie odpowiedział.
– Hallo? – zaniepokoiła się Margaret.
– Jestem tutaj – potwierdził lekarz. Nie miał ochoty jeszcze raz powiedzieć 

Margaret, że miesiąc temu zrobił Farrowi kompletne badania i nie stwierdził nic 
nieprawidłowego, z wyjątkiem niezdrowego stylu życia.

– Dziwię się, że nie miał udaru kilka lat wcześniej – stwierdziła Margaret. – 

Wszystkie jego naczynia były objęte miażdżycą. Tętnice szyjne były ledwie otwarte.

background image

– A co z pacjentem Rogera Wanamakera? – zapytał Jason.
– Jak się nazywał?
– Nie wiem – przyznał. – Ten mężczyzna zmarł w piątek na udar mózgu. Roger 

powiedział, że pani zajęła się tym przypadkiem.

– Ach, tak. On także prezentował rozległe zmiany degeneracyjne. Myślałam, że 

plany opieki zdrowotnej są organizowane głównie w celu zapewnienia szerokiej 
profilaktyki. Wy, ludzie, nie zarobicie wielkich pieniędzy, jeśli będziecie dobierać 
sobie takich pacjentów. – Margaret roześmiała się. – Żarty na bok, to był kolejny 
przypadek choroby wieloukładowej.

– Robicie rutynowe badania toksykologiczne? – spytał nagle Jason.
– Oczywiście. Zwłaszcza obecnie. Szukamy kokainy i temu podobnych rzeczy.
– A może jeszcze warto je zrobić u Geralda Farra? Czy to byłoby możliwe?
– Przypuszczam, że mamy jeszcze krew i mocz – powiedziała Margaret. – Czego 

mielibyśmy szukać?

– Prawie wszystkiego. Próbujcie coś złapać, ale nie mam żadnego pomysłu, o co 

tu chodzi.

– Mogę panu chętnie zrobić zestaw testów – zgodziła się Margaret – ale Gerald 

Farr nie został otruty. Jestem tego pewna. On po prostu wyczerpał swój czas. 
Wyglądało to tak, jakby był o trzydzieści lat starszy, niż wynosił jego faktyczny wiek. 
Wiem, że to nie brzmi bardzo naukowo, ale to prawda.

– Będę jednak wdzięczny za testy toksykologiczne.
– Zrobimy je – potwierdziła Margaret. – I wyślemy kilka próbek do zbadania 

przez waszych ludzi. Przepraszam, że zrobienie badań mikroskopowych zabiera nam 
tak dużo czasu.

Jason odłożył słuchawkę i wrócił do pracy, odczuwając coś pomiędzy 

kompletnym upadkiem wiary w siebie i przykrą pewnością, że nie rozumie tego, co 
się dzieje. W każdej wolnej chwili wykręcał numer laboratorium Hayesa. Nadal nie 
było odpowiedzi. Jeszcze raz zadzwonił do Jean Clarkson, która obiecała, że 
zatelefonuje, jeśli dostanie jakąś wiadomość od panny Brennquivist. Prosiła, żeby 
przestał zawracać jej głowę. Potem z trzaskiem odłożyła słuchawkę. Jason 
nostalgicznie przypomniał sobie czasy, kiedy cieszył się większym szacunkiem 
u personelu szpitala.

Przyjąwszy ostatniego pacjenta doktor usiadł przy biurku, nerwowo bębniąc 

palcami. Nagle poczuł z absolutną pewnością, że nieobecność Helene jest nie tylko 
znacząca, jest także poważna. Właściwie był przekonany, że jest na tyle poważna, iż 
powinien zawiadomić natychmiast policję.

Zamienił biały fartuch na marynarkę i zszedł do samochodu. Zdecydował, że 

będzie lepiej, jeśli zobaczy się z detektywem Curranem osobiście. Po ich ostatnim 

background image

spotkaniu nie przypuszczał, żeby detektyw potraktował go poważnie przez telefon.

Z trudem przypomniał sobie drogę do biura Currana. Zajrzał do ascetycznie 

umeblowanego pokoju i zobaczył, że policjant pracuje przy metalowym biurku nad 
jakimś formularzem, ściskając wielką pięścią ołówek, jakby był to więzień, który 
próbuje uciec.

– Curran – odezwał się Jason, z nadzieją, że mężczyzna będzie w lepszym 

nastroju, niż ostatniej nocy.

Zagadnięty wzniósł oczy do góry.
– O, nie! – wykrzyknął, rzucając ołówek na nie wypełniony formularz. – Mój 

ulubiony doktor! – Przywołał na twarz wyraz przesadnej rozpaczy, potem 
machnięciem ręki zaprosił Jasona do swojego gabinetu.

Jason przysunął do biurka krzesło z metalowym oparciem. Detektyw spoglądał na 

niego z widoczną obawą.

– Zaszły nowe okoliczności – zaczął Jason. – Myślałem, że powinien pan 

wiedzieć.

– Myślałem, że wrócił pan do leczenia.
Nie zwracając uwagi na tę odprawę Jason kontynuował:
– Helene Brennquivist przez cały dzień nie była dzisiaj w pracy – Może jest 

chora. Może jest zmęczona. Może była chora i zmęczona z powodu pana i wszystkich 
pańskich pytań.

Jason starał się trzymać na wodzy swój temperament.
– Kadry twierdzą, że można było na niej całkowicie polegać. Nigdy nie brała 

wolnego dnia bez uprzedzenia. A kiedy próbowałem zadzwonić do niej do domu, nikt 
nie przyjmował telefonu.

Detektyw Curran rzucił Jasonowi pogardliwe spojrzenie.
– Brał pan pod uwagę możliwość, że atrakcyjna młoda kobieta mogła urządzić 

sobie długi weekend z przyjacielem?

– Nie sądzę. Od kiedy widziałem się z panem, dowiedziałem się, że miała romans 

z Hayesem.

Curran wyprostował się na krześle i po raz pierwszy poświęcił rozmówcy całą 

uwagę.

– Zawsze miałem wrażenie, że ona kryje Hayesa – ciągnął Jason. – Teraz wiem, 

dlaczego. Wierzę także, że o jego pracy wie o wiele więcej, niż mówi. Także o tym, 
dlaczego przeszukano laboratorium. Myślę, że Hayes dokonał ważnego odkrycia 
i ktoś szukał jego notatek...

– Jeżeli było jakieś odkrycie.
– Jestem tego pewien – odrzekł Jason. – I wzmaga to moje podejrzenia co do 

śmierci Hayesa. Była ona zbyt wygodna.

background image

– Wyciąga pan pochopne wnioski.
– Hayes powiedział, że ktoś próbował go zabić – odparł Jason. – Myślę, że 

dokonał ważnego odkrycia naukowego i został zamordowany z tego powodu.

– Stop! – krzyknął Curran, uderzając pięścią w biurko. – Lekarz sądowy 

zapewnił, że Alvin Hayes umarł z przyczyn naturalnych.

– Dokładnie rzecz biorąc, z powodu tętniaka. Ciągle jednak był śledzony.
– Myślał, że jest śledzony – poprawił Curran, głosem, w którym brzmiał gniew.
– Ja podzielam jego pogląd – równie gwałtownie odrzekł Jason. – To był 

wyjaśniało, dlaczego ktoś przetrząsnął jego mieszkanie i jego...

– Wiemy, dlaczego splądrowano jego mieszkanie – przerwał Curran. – Tyle 

tylko, że my pierwsi znaleźliśmy narkotyki i pieniądze!

– Hayes mógł zażywać kokainę – krzyczał teraz Hayes. – Ale nie był 

handlarzem! Uważam, że te narkotyki zostały podłożone i... – przypomniał sobie 
rozmowę z Carol i urwał. Nie był przygotowany; żeby powiedzieć policjantowi, jak 
upierał się przy spotkaniu z tancerką – W każdym razie – ciągnął spokojniej – 
uważam, że przyczyną splądrowania laboratorium było to, że ktoś szukał protokołów 
doświadczeń.

– Co stało się z tym laboratorium? – ciężkie powieki Currana uniosły się nad 

szeroko otwartymi oczami, a twarz pokryły czerwone cętki.

Jason przełknął ślinę.
– Do diabła! – wrzasnął detektyw. – Chce pan powiedzieć, że laboratorium 

Hayesa zostało splądrowane i nikt tego nie zgłosił? Jak myślicie, co wy wyrabiacie?

– Klinika obawiała się negatywnej prasy – odparł Jason, zmuszony bronić 

decyzji, w której podejmowaniu nie brał udziału.

– Kiedy to się stało?
– W piątek w nocy.
– Co zginęło?
– Kilka książek z danymi i pewne kultury bakteryjne. Ale nic z wartościowego 

sprzętu. To nie był rabunek. – Jason obserwował twarz Currana, podobną do pyska 
myśliwskiego psa, w oczekiwaniu na jakiś znak potwierdzający, że jego niepokój 
o Helene był usprawiedliwiony.

– Żadnych zniszczeń, wandalizmu? – to było wszystko, co usłyszał.
– Cóż, przewrócili pomieszczenie do góry nogami i wyrzucili wszystko na 

podłogę. Laboratorium jest w ruinie. Ale jedyne celowo wyrządzone szkody 
dotyczyły tych, hm, zwierząt.

– Dobrze – odrzekł Curran. – Te potwory powinny być zniszczone. Dostawałem 

mdłości na ich widok. Jak je zabito?

– Prawdopodobnie otruto. Nasza patologia to sprawdza.

background image

Detektyw Curran rozgarnął palcami swoje niegdyś rude włosy.
– Wie pan co? Przy takiej współpracy, na jaką możemy liczyć ze strony was, 

jajogłowych, jestem cholernie rad, że przekazaliśmy tę sprawę Wydziałowi 
Obyczajowemu. Oni mogą to prowadzić. Może chciałby pan przejść na drugą stronę 
hallu i tam wygłaszać tyrady i na nich się wściekać. Może oni zrobią użytek z faktu, 
że pański zwariowany naukowiec rżnął swoją asystentkę, jak również stripteaserkę...

– Hayes i ta tancerka nie byli już kochankami.
– O, naprawdę? – spytał Curran z krótkim, głuchym śmiechem, który zakończył 

się jako ryk. – Dlaczego nie pójdzie pan do obyczajówki i nie zostawi mnie samego, 
doktorze? Mam mnóstwo prawdziwych zabójstw, nad którymi mogę rozmyślać.

Curran podniósł ołówek i wrócił do swojego formularza. Jason wściekły zszedł 

na parter i oddał przepustkę. Potem wsiadł do samochodu. Jadąc wzdłuż Storrow 
Drive, z rzeką Charles rozlewająca się leniwie po prawej stronie, zaczął się w końcu 
uspokajać. Nadal był pewien, że Helene coś się stało, ale zdecydował, że jeśli policja 
nie jest zainteresowana, to on niewiele może zrobić.

Zatrzymał się na parkingu GHP i poszedł do swojego gabinetu. Klaudia i Sally 

nie wróciły jeszcze z przerwy na lunch. Kilku pacjentów już czekało. Jason 
z powrotem przebrał się w biały fartuch i zadzwonił żeby sprawdzić wynik 
konsultacji kardiologicznej Madaline Krammer. Harry Sarnoff zgodził się z oceną 
Jasona i wykonywał właśnie Madaline angiogram.

Gdy tylko Sally wróciła Jason rozpoczął przyjmowanie umówionych pacjentów. 

Był przy swoim trzecim popołudniowym chorym, kiedy do pokoju badań zajrzała 
Sally.

– Masz gościa – zaanonsowała.
– Kto to? – zapytał Jason, oddzierając receptę.
– Nasza nieustraszona szefowa. Piana toczy się jej z ust. Myślałam, że powinnam 

cię ostrzec.

Jason wręczył receptę pacjentowi, powiesił stetoskop na szyi i poszedł 

korytarzem do swojego gabinetu. Shirley stała przy oknie. Bez wątpienia była 
wściekła.

– Spodziewam się, że masz dobre usprawiedliwienie, doktorze Howard – zaczęła. 

– Miałam właśnie telefon z policji. Zamierzają wnieść formalną skargę, że nie 
zgłosiłam włamania do laboratorium Hayesa. Powiedzieli, że dowiedzieli się o tym od
ciebie – i straszą, że to utrudnianie pracy wymiaru sprawiedliwości.

– Przykro mi – odparł Jason. – To był przypadek. Byłem na komisariacie. Nie 

miałem zamiaru o tym wspominać...

– A co, do diabła, robiłeś na komisariacie?
– Chciałem się widzieć z Curranem – z poczuciem winy przyznał się Jason.

background image

– Dlaczego?
– Była pewna informacja, którą, jak uważałem, powinien znać.
– O włamaniu?
– Nie – zaprzeczył Jason, opuszczając ręce wzdłuż ciała. – Helene Brennquivist 

nie pokazała się dzisiaj w pracy. Dowiedziałem się, że ona i Hayes mieli romans i – 
jak przypuszczam – pochopni wyciągnąłem wnioski. Włamanie po prostu mi się 
wymknęło.

– Sądzę, że byłoby najlepiej, gdybyś pozostał przy leczeniu ludzi – poradziła 

Shirley, głosem o ton łagodniejszym.

– To właśnie powiedział Curran – westchnął Jason.
– Cóż – odezwała się kobieta, wyciągając rękę i dotykając ramienia Jasona – 

przynajmniej nie zrobiłeś tego celowo. Przez chwilę zastanawiałam się, po czyjej 
jesteś stronie. Mówię ci, ta sprawa Hayesa żyje własnym życiem. Za każdym razem, 
kiedy myślę, że problem jest opanowany, wychodzi coś nowego.

– Przepraszam – powiedział szczerze Jason. – Nie chciałem pogarszać sprawy.
– W porządku. Ale pamiętaj – śmierć Hayesa już szkodzi tej instytucji. Lepiej nie 

pomnażajmy naszych kłopotów. – Ścisnęła rękę Jasona i poszła do drzwi.

Wrócił do swoich pacjentów, postanawiając stanowczo, że zostawi śledztwo 

policji. Była prawie czwarta, kiedy Klaudia przerwała mu ponownie.

– Telefon do ciebie – szepnęła.
– Kto to? – zapytał nerwowo Jason. Zwykły tryb postępowania był taki, że 

Klaudia przyjmowała wiadomość i Jason telefonował pod koniec dnia. Jeśli, 
oczywiście, nie było to nic pilnego. Ale Klaudia nie powiedziała, że to pilna sprawa.

– Carol Donner – oznajmiła.
Jason zawahał się, potem powiedział, że odbierze w swoim gabinecie. Klaudia 

poszła za nim, ciągle szepcząc.

– Czy to ta Carol Donner?
– Kto to jest ta Carol Donner?
– Tancerka z Combat Zone – wyjaśniła Klaudia.
– Nie mam pojęcia – odparł Jason, wchodząc do gabinetu. Zamknął drzwi przed 

sekretarką i podniósł słuchawkę. – Doktor Howard – odezwał się.

– Jason, tu Carol Donner. Przepraszam, że cię zanudzam.
– Nie zanudzasz mnie – jej głos przywołał przyjemne wyobrażenie dziewczyny, 

siedzącej przed nim w Hampshire House. Usłyszał trzask. – Chwileczkę, Carol. – 
Położył słuchawkę na biurku, otworzył drzwi i spojrzał przez szerokość 
pomieszczenia na Klaudię. Z wyrazem irytacji na twarzy gestem kazał jej odłożyć 
słuchawkę.

– Przepraszam – powiedział, wracając do telefonu.

background image

– Nie dzwoniłabym do ciebie, gdybym nie uważała, że to może być ważne. Ale 

natknęłam się na jakąś paczkę w mojej szafce w pracy. Przy okazji, jestem tancerką 
w Club Cabaret...

– Och – mruknął niejasno Jason.
– W każdym razie – ciągnęła Carol – musiałam przyjść dzisiaj do klubu 

i znalazłam to. Alvin prosił mnie przed kilkoma tygodniami żebym włożyła paczkę do 
swojej szafki i zupełnie o tym zapomniałam.

– Co jest w środku?
– Oprawione książki, papiery i korespondencja. Takie rzeczy Nie ma narkotyków, 

jeśli to cię interesuje.

– Nie – zaprzeczył Jason – nie o to mi chodzi. Cieszę się, że zadzwoniłaś. Te 

księgi mogą być ważne. Chciałbym je zobaczyć.

– Dobrze – zgodziła się Carol. – Będę w klubie dziś wieczorem. Muszę 

pomyśleć, w jaki sposób ci je dostarczyć. Mój szef sprawia mi mnóstwo kłopotów 
swoją ochroną. Coś dziwnego się tu dzieje, o czym nie chcą mi powiedzieć, ale ten 
osiłek chodzi za mną jak przyklejony. Wolałabym cię w to nie mieszać.

– Może mógłbym przyjść i je zabrać?
– Nie, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Powiem ci, co zrobimy. Jeśli dasz mi 

swój numer telefonu, zadzwonię do ciebie, kiedy wrócę do domu dziś w nocy.

Jason podał jej numer.
– Jeszcze jedna rzecz – dodała Carol. – Poprzedniej nocy uświadomiłam sobie, że 

jest jeszcze coś, o czym ci nie powiedziałam. Jakiś miesiąc temu Alvin oświadczył, że 
chce zerwać z Helene. Mówił, że woli, żeby skoncentrowała się na pracy.

– Myślisz, że jej powiedział?
– Nie mam najmniejszego pojęcia.
– Helene nie pokazała się dzisiaj w pracy.
– Nie żartuj! – zareagowała Carol. – To dziwne. Z tego, co słyszałam, była 

chorobliwie przywiązana do swojej pracy. Może to z jej powodu mój szef zachowuje 
się jak wariat.

– Skąd twój szef mógłby wiedzieć o Helene Brennquivist?
– Ma wspaniałą sieć informacyjną. Wie o wszystkim, co dzieje się w całym 

mieście.

Odkładając słuchawkę Jason rozmyślał nad zaskakującymi rozbieżnościami 

pomiędzy pracą Carol i jej intelektualnym wyrafinowaniem. „Sieć informacyjna” to 
wyrażenie ze świata komputerów – nikt by go nie oczekiwał od tancerki topless.

Wracając do swoich pacjentów Jason starannie unikał pytającego spojrzenia 

Klaudii. Wiedział, że pożera ją ciekawość, ale nie miał zamiaru jej zaspokoić.

Gdy popołudnie miało się ku końcowi, doktor Jerome Washington, tęgi 

background image

czarnoskóry internista, specjalizujący się w chorobach układu pokarmowego, 
przerwał Jasonowi, prosząc o szybką konsultację.

– Oczywiście – zgodził się Jason, zabierając go do swojego gabinetu.
– Roger Wanamaker sugerował, żebym porozmawiał z tobą o tym przypadku. – 

Wyjął spod pachy grubą historię choroby i położył ją na biurku. – Jeszcze kilka takich 
wypadków i przeniosę się do branży konstrukcji aluminiowych.

Jason otworzył dokumentację. Pacjent był sześćdziesięcioletnim mężczyzną.
– Badałem pana Lamborna dwadzieścia trzy dni temu – powiedział Jerome. – 

Facet miał trochę nadwagi, ale czy my wszyscy nie mamy? Poza tym uważałem, że 
jest w porządku i tak mu powiedziałem. Tymczasem tydzień temu przyszedł 
i wyglądał jak ledwie żywy. Stracił dziewięć kilogramów. Położyłem go w szpitalu, 
sądząc, że ma jakiś nowotwór, który przeoczyłem. Zrobiłem mu każdy test, jaki 
można znaleźć w książce. I nic. Umarł trzy dni temu. Wywarłem na rodzinę duży 
nacisk, żeby uzyskać zgodę na sekcję. I co wykazała?

– Żadnego nowotworu.
– Zgadza się – przytaknął Jerome. – Żadnego nowotworu – ale każdy organ był 

zupełnie zdegenerowany. Powiedziałem Rogerowi, a on poradził, żebym się z tobą 
zobaczył; że ty to zrozumiesz.

– Tak, miałem trochę podobnych problemów – przyznał Jason. – Podobnie Roger.

Prawdę mówiąc, obawiam się, że jesteśmy na skraju nieznanej katastrofy medycznej.

– Co zrobisz? – spytał Jerome. – Dłużej już nie wytrzymam takiego obciążenia.
– Rozumiem cię. Przy wszystkich tych zgonach, jakie ostatnio miałem, także 

myślałem o zmianie zawodu. Nie mam też pojęcia, dlaczego nie wyłapujemy 
symptomów podczas naszych badań. Powiedziałem Rogerowi, że zwołam zebranie 
w następnym tygodniu, ale teraz uważam, że nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. 
– W umyśle Jasona pojawił się obraz krwi Hayesa, wylewającej się falami na 
zastawiony stół. – Spotkajmy się jutro po południu. Poproszę Klaudię, żeby to 
przygotowała i powiem sekretarkom, żeby zestawiły listę wszystkich badań 
profilaktycznych, jakie zrobiliśmy w ostatnim roku i sprawdziły, co stało się 
z pacjentami.

– Niezły pomysł – stwierdził Jerome. – Przypadki takie, jak ten, nie dodają 

człowiekowi wiary w siebie.

Po odejściu Jerome’a Jason podszedł do stojącego na środku hallu biurka, żeby 

zaplanować zebranie personelu. Wiedział, że kilkoro ludzi będzie musiało pracować 
w nadgodzinach i dziękował opatrzności za istnienie komputerów. Rozległo się kilka 
jęków, gdy wyjaśnił, czego potrzebuje, włącznie z odwołaniem wszystkich 
pacjentów, umówionych na popołudnie, ale Klaudia wzięła na siebie obowiązki 
głównodowodzącego. Jason był pewien, że zrobi wszystko najlepiej jak można w tak 

background image

krótkim czasie.

O piątej trzydzieści, przyjąwszy ostatniego pacjenta, Howard spróbował wykręcić 

domowy numer telefonu Helene. Nadal nie było odpowiedzi. Pod wpływem impulsu 
postanowił wstąpić do niej po drodze do domu. Spojrzał na adres, który dostał 
w kadrach, i stwierdził, że asystentka mieszka w Cambridge, przy Concord Avenue. 
Potem rozpoznał adres. To był budynek Craigie Arms.

Co za zbieg okoliczności, pomyślał. Zanim spotkał Danielle spotykał się 

z dziewczyną z Craigie Arms.

Wsiadł do samochodu i skierował się do Cambridge. Na ulicach był okropny tłok, 

ale dzięki znajomości terenu nie miał problemów ze znalezieniem domu. Zaparkował 
samochód i wszedł do znajomego hallu. Przeglądając nazwiska znalazł Brennquivist 
i nacisnął dzwonek. Zawsze była niewielka szansa, że Helene nie odbiera telefonu, 
ale podejdzie do drzwi. Nie było odpowiedzi. Jason spojrzał na listę lokatorów, ale 
nazwisko Lucy Hagen zniknęło. W końcu to było piętnaście lat temu.

Wreszcie wybrał guzik dzwonka dozorcy i nacisnął go. Mały głośnik nad 

przyciskami zatrzeszczał i w wyłożonym kafelkami hallu zazgrzytał chrapliwy głos 
pana Gratza.

– Tutaj nie ma kwestowania.
Jason przedstawił się pospiesznie, przyznając, że pan Gratz może go nie 

pamiętać, gdyż bywał tu przed kilku laty. Niepokoi się teraz o koleżankę, która tu 
mieszka. Pan Gratz nic nie powiedział, ale brzęczyk oznajmił, że drzwi zostały 
otwarte. Jason musiał wejść po kilku stopniach, żeby się do nich dostać. Wewnątrz 
powitał go nie dający się z niczym pomylić zapach, który ciągle pamiętał mimo 
piętnastu lat. Była to woń smażonej cebuli. Otworzyły się metalowe drzwi w głębi 
hallu i pojawił się pan Gratz, jak zwykle ubrany w podkoszulek i brudne dżinsy, 
z dwudniowym zarostem na twarzy. Przyjrzał się Jasonowi, ponownie zażądał jego 
nazwiska, a potem spytał:

– Czy nie spotykał się pan z tą dziewczyną, Hagen, z 2-J?
Jason był pod wrażeniem. Ten człowiek z pewnością nie wygrałby żadnego 

konkursu piękności, ale widocznie miał archiwalną pamięć. Howard poznał go, gdyż 
Lucy miała ciągłe problemy z kanalizacją i Larry Gratz bywał częstym gościem w jej 
mieszkaniu.

– Czym mogę służyć? – zagadnął Larry.
Jason wyjaśnił, że Helene Brennquivist nie pokazała się w pracy i nie odbierała 

telefonów. Dodał, że martwi się o nią.

– Nie mogę wpuścić pana do jej mieszkania. – Och, rozumiem – powiedział 

Jason. – Chciałem się tylko upewnić, czy wszystko jest w porządku.

Gratz przyglądał mu się przez chwilę, chrząknął, a potem ruszył w kierunku 

background image

windy. Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, który wyglądał tak, jakby mógł wystarczyć 
do otwarcia połowy drzwi w Cambridge. Nie rozmawiając wjechali windą na trzecie 
piętro.

Apartament Helene znajdował się na końcu długiego korytarza. Zanim jeszcze 

podeszli do drzwi usłyszeli głośnego rock-and-rolla.

– Brzmi tak, jakby wydawała przyjęcie – skomentował Gratz.
Przyciskał dzwonek przez pełną minutę, ale nie było żadnej odpowiedzi.
Larry przyłożył ucho do drzwi i zadzwonił ponownie. – Nawet nie słychać 

dzwonka – stwierdził. – Ciekawe, że nikt nie skarżył się na tę muzykę.

Podnosząc owłosioną pięść, załomotał w drzwi. W końcu wybrał jakiś klucz 

i przekręcił go w zamku. Kiedy drzwi się otworzyły, hałas wzmógł się dramatycznie.

– Cholera! – rzucił Gratz. Potem krzyknął: – Halo! – Nie było żadnej odpowiedzi.
Mieszkanie miało niewielki przedpokój z łukowatym przejściem lewej strony, ale 

nawet z miejsca, gdzie stał, Jason rozpoznał nieomylny zapach śmierci. Zaczął 
mówić, ale Gratz mu przerwał.

– Lepiej niech pan tu zostanie – powiedział, przekrzykując grzmiącą muzykę 

i ruszył w kierunku salonu.

– O, Chryste! – wrzasnął sekundę później. Oczy miał otwarte szeroko, a na jego 

twarzy odbiło się przerażenie. Jason spojrzał nad głową Larry’ego. To był koszmar.

Dozorca pobiegł do kuchni, z ręką przyciśniętą do ust. Nawet ze swoim 

przygotowaniem medycznym Jason czuł, jak przewraca mu się żołądek. Helene 
i jakaś inna kobieta leżały obok siebie na kanapie, nagie, z rękami związanymi na 
plecach. Ich ciała były okaleczone w sposób nie dający się opisać. Wielki zaplamiony 
kuchenny nóż tkwił wbity w stolik do kawy.

Jason odwrócił się i zajrzał do kuchni. Larry pochylał się nad zlewem, 

wymiotując. Pierwszą myślą Jasona było, żeby mu pomóc, ale pomyślał, że lepiej się 
z tym wstrzymać. Zamiast tego podszedł do drzwi wiodących na korytarz i otworzył 
je, wdzięczny za odrobinę świeżego powietrza. Za kilka minut Larry wytoczył się za 
nim.

– Może wezwie pan policję – zaproponował mu Jason, pozwalając, by drzwi 

zamknęły się za nim. W porównaniu z wnętrzem mieszkania panowała tu 
odświeżająca cisza. Mdłości zelżały.

Wdzięczny, że ma coś do zrobienia, Larry zbiegł po schodach Jason oparł się 

o drzwi i starał się nie myśleć. Drżał.

Dwóch policjantów przybyło bez chwili zwłoki. Byli młodzi i twarze im 

pozieleniały, kiedy zajrzeli do salonu. Zadbali jednak o opieczętowanie miejsca 
zbrodni i dokładnie wypytali Jasona i Gratza. Starając się nie poruszyć niczego 
więcej, w końcu wyciągnęli z gniazdka wtyczkę od aparatury nagłaśniającej. 

background image

Przyjechało więcej policji, w tym ubrani po cywilnemu detektywi. Jason 
zasugerował, że detektyw Curran może być zainteresowany tą sprawą i ktoś do niego 
zadzwonił. Zjawił się policyjny fotograf i zaczął jedno po drugim robić zdjęcia 
w zdewastowanym mieszkaniu. Potem przyjechał lekarz sądowy Cambridge.

Jason czekał na korytarzu, kiedy Curran nadszedł ciężkim krokiem.
Na widok Jasona zatrzymał się jedynie po to, żeby krzyknąć:
– Co pan tu, do diabła, robi?
Jason ugryzł się w język i Curran zwrócił się do stojącego przy drzwiach 

policjanta:

– Gdzie jest dyżurny detektyw? – warknął, błyskając swoją odznaką. Policjant 

wskazał kciukiem w kierunku salonu. Curran wszedł, zostawiając Jasona w korytarzu.

Pojawili się dziennikarze, jak zwykle z wielką liczbą kamer i notesów. Próbowali 

wejść do mieszkania Helene, ale umundurowani policjanci w drzwiach powstrzymali 
ich. Dziennikarze ograniczyli się do przeprowadzania wywiadów z każdym, kto 
znalazł się w pobliżu, nie wyłączając Jasona. Lekarz powiedział im, że nic nie wie i w 
końcu zostawili go w spokoju.

Po chwili znów pojawił się Curran. Nawet on zbladł trochę. Podszedł do Jasona. 

Wyjął papierosa z pogniecionej paczki i zrobił całe przedstawienie z szukania 
zapałek. W końcu spojrzał na doktora.

– Tylko niech pan nie powie „a nie mówiłem” – odezwał się.
– To nie było po prostu morderstwo na tle seksualnym? – zapytał spokojnie 

Jason.

– Nie mnie o tym rozstrzygać. Jasne, że to był gwałt. Co każe panu sądzić, że szło 

o coś jeszcze?

– Uszkodzeń dokonano po śmierci.
– Tak? Dlaczego pan tak uważa, doktorze?
– Z powodu braku krwi. Gdyby kobiety żyły, byłoby mnóstwo krwi.
– To zrobiło na mnie wrażenie – rzekł Curran. – I chociaż nie mam ochoty, muszę 

to przyznać: nie uważamy, że to pana zwykły pomylony pomysł. Są dowody, 
o których nie mogę dyskutować, ale to wygląda jak fachowa robota. Została użyta 
broń małego kalibru.

– Zgadza się pan zatem, że śmierć Helene wiąże się z Hayesem.
– Prawdopodobnie – potwierdził Curran. – Powiedziano mi, że to pan odkrył 

ciała.

– Z pomocą gospodarza domu.
– Co pana tu przyniosło, doktorze?
Jason nie udzielił odpowiedzi natychmiast.
– Nie jestem pewien – rzekł w końcu. – Jak panu mówiłem, miałem nieprzyjemne 

background image

wrażenie, kiedy Helene nie zjawiła się w pracy.

Curran podrapał się w głowę, wędrując wzrokiem po korytarzu. Zaciągnął się 

głęboko papierosem, wypuszczając dym przez nos. Wokół kłębił się tłum policji, 
reporterów i ciekawych mieszkańców. Dwie pary noszy stały oparte o ścianę, 
czekając na ciała.

– Może nie przekażę tego przypadku Wydziałowi Obyczajowemu – odezwał się 

wreszcie Curran. Potem odszedł.

Jason zbliżył się do policjanta, strzegącego drzwi do apartamentu Helene.
– Chciałbym wiedzieć, czy mogę już odejść.
– Hej, Rosati! – krzyknął policjant. Pełniący służbę detektyw, szczupły 

mężczyzna o zapadniętej twarzy, z burzą ciemnych niesfornych włosów, zjawił się 
prawie natychmiast.

– On chce iść – poinformował funkcjonariusz, wskazując głową Jasona.
– Mamy pana nazwisko i adres? – spytał Rosati.
– Nazwisko, adres, numer telefonu, ubezpieczenia społecznego, prawa jazdy – 

wszystko.

– W porządku – powiedział Rosati. – Będziemy w kontakcie.
Jason skinął głową, a potem na drżących nogach opuścił hall.
Kiedy wyszedł na Concord Avenue, był zaskoczony, że jest już ciemno. Zimne 

wieczorne powietrze było ciężkie od spalin. Jak ostatni cios, Jason znalazł mandat za 
złe parkowanie, zatknięty za wycieraczkę. Wyciągnął go zirytowany, uświadamiając 
sobie, że zostawił samochód w strefie zastrzeżonej dla mieszkańców Cambridge.

Powrót do GHP zajął mu dużo więcej czasu, niż dotarcie do mieszkania Helene. 

Na Storrow Drive był korek, który wychodził aż na Fenway, tak że było koło siódmej 
trzydzieści, kiedy w końcu zaparkował i wkroczył do budynku szpitala. Wszedłszy na 
górę do swojego gabinetu zastał na biurku ogromny wydruk komputerowy, na którym 
widniały nazwiska wszystkich pacjentów GHP, jacy przeszli badania profilaktyczne 
w ciągu ostatniego roku, wraz z uwagami o ich aktualnym stanie zdrowia. Sekretarki 
zrobiły wspaniałą robotę, pomyślał Jason, wkładając wydruk do walizki.

Wszedł na górę, odwiedzić swoich pacjentów leżących na oddziale. Jedna 

z pielęgniarek podała mu wynik arteriografii Madaline Krammer. Wszystkie naczynia 
wieńcowe wykazywały znaczące, rozległe zmiany. Porównując ten rezultat 
z wynikiem badania wykonanego przed sześciu miesiącami, można było dostrzec 
znaczne pogorszenie. Harry Sarnoff, konsultant kardiologiczny, nie sądził, żeby ta 
chora była kandydatką do zabiegu chirurgicznego, a przy jej niskich obecnie 
poziomach zarówno cholesterolu, jak i kwasów tłuszczowych, miał niewiele sugestii 
co do prowadzenia tego przypadku. Żeby uzyskać stuprocentową pewność, Jason 
zamówił konsultację kardiochirurgiczną i poszedł zobaczyć Madaline.

background image

Jak zwykle, była w dobrym nastroju i bagatelizowała swoje objawy. Jason 

poinformował ją o konsultacji kardiochirurga i obiecał, że wstąpi następnego dnia. 
Miał okropne uczucie, że pacjentka nie pozostanie tu zbyt długo. Sprawdzając 
obrzęki na kostkach, zauważył nieliczne zadrapanie naskórka.

– Drapałaś się? – spytał.
– Trochę – przyznała Madaline, chwytając prześcieradło i naciągając je 

z powrotem, jakby zawstydzona.

– Swędzą cię kostki?
– Sądzę, że to ta wysoka temperatura. Jest bardzo sucho.
Jason nie rozumiał. W rzeczywistości klimatyzacja w szpitalu utrzymywała 

wilgotność na stałym, normalnym poziomie.

Ze strasznym uczuciem deja vu, Jason wrócił do pokoju pielęgniarek i poprosił 

o konsultację dermatologiczną, jak również badania biochemiczne, obejmujące jakieś 
czterdzieści wykonywanych automatycznie testów.

Reszta obchodu była równie przygnębiająca. Wydawało się, że stan wszystkich 

pacjentów się pogarsza. Kiedy opuszczał szpital postanowił rozpocząć trasę od 
Shirley. Miał ochotę na rozmowę, a ona zapewniała, że będzie rada, widząc go. Czuł 
także, że powinien przynieść jej wiadomości o zamordowaniu Helene, zanim dowie 
się o tym z prasy. Wiedział, że ją to przygnębi.

Dwadzieścia minut później zatrzymał się na brukowanym podjeździe. Ucieszył 

się, widząc światło.

– Jason! Co za miła niespodzianka – przywitała go Shirley, otwierając drzwi. 

Miała na sobie czerwony trykot, czarne rajstopy i białą opaskę na głowie. – Właśnie 
zajmowałam się aerobikiem.

– Powinienem był zadzwonić.
– Nonsens – przerwała, biorąc go za rękę i wciągając do środka. – Zawsze 

szukam wymówki, żeby nie ćwiczyć.

Zaprowadziła go do kuchni, gdzie raporty i notatki piętrzyły się na stole. 

Przypomniało to Jasonowi o ogromie pracy, jakiej wymagało prowadzenie instytucji 
takiej, jak GHP. Jak zawsze, był pod wrażeniem umiejętności Shirley.

Kiedy przyniosła mu drinka zapytał, czy słyszała najnowsze wieści.
– Nie wiem – odparła, zdejmując opaskę i potrząsając gęstymi włosami. – Wieści 

o czym?

– O Helene Brennquivist – wyjaśnił Jason. Zawiesił głos.
– Czy to wiadomość, która będzie mi się podobała? – spytała Shirley, podnosząc 

swoją szklankę.

– Nie przypuszczam – odrzekł Jason. – Ona i jej współmieszkanka zostały 

zamordowane.

background image

Shirley wypuściła szklaneczkę na sofę, a potem mechanicznie zajęła się 

sprzątaniem bałaganu.

– Co się stało? – spytała po długiej chwili.
– To był gwałt i morderstwo. Przynajmniej na pokaz. – Zrobiło mu się niedobrze, 

kiedy przypomniał sobie tę scenę.

– Co za potworność – jęknęła Shirley, przyciskając rękę do piersi.
– To było okropne – zgodził się Jason.
– To najgorszy koszmar każdej kobiety. Kiedy to się stało?
– Przypuszczają, zdaje się, że ostatniej nocy.
Shirley wpatrywała się w przestrzeń.
– Lepiej zadzwonię do Boba Walthrowa. To nowy kłopot w kontaktach z prasą.
Shirley chwiejnie podniosła się i drżąc, podeszła do telefonu. Jason słyszał 

wzruszenie w jej głosie, gdy wyjaśniała, co się stało.

– Nie zazdroszczę ci twojej pracy – powiedział, kiedy odłożyła słuchawkę. 

Widział w jej oczach nie skrywane łzy.

– To samo myślę o twojej – odparła. – Za każdym razem, kiedy widzę cię po tym, 

jak umrze któryś z pacjentów, cieszę się, że sama nie wybrałam medycyny.

Chociaż nie byli szczególnie głodni, przyrządzili szybki obiad ze spaghetti. 

Shirley próbowała namówić Jasona, żeby został na noc, ale chociaż dobrze czuł się 
w jej towarzystwie i miał świadomość, że pomaga mu ono znieść koszmar śmierci 
Helene, wiedział jednak, że nie może zostać. Musiał być w domu, czekając na telefon 
Carol, wymówił się nawałem czekającej go pracy i pojechał do siebie.

Po późnym bieganiu i natrysku usiadł z wydrukami wszystkich pacjentów, którzy 

mieli badania profilaktyczne w ciągu ostatniego roku. Z nogami na biurku starannie 
przeglądał listę. Badania obciążyły równomiernie wszystkich internistów. Ponieważ 
lista została wydrukowana w porządku alfabetycznym, a nie chronologicznym, 
zabrało mu trochę czasu, zanim dotarł do niego fakt, że kiepskie efekty prognostyczne 
były dużo częstsze w ostatnich sześciu miesiącach, niż na początku roku. Nawet bez 
graficznego przedstawienia materiału było jasne, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy 
nastąpił wzrost liczby niespodziewanych zgonów.

Jason zapisał numery kart zmarłych ostatnio pacjentów. Był wstrząśnięty ich 

liczbą. Potem zadzwonił do głównego operatora w GHP i poprosił o połączenie 
z archiwum. Dyżurującej sekretarce podał listę numerów i zapytał, czy karty 
pacjentów ambulatoryjnych mogą być wyciągnięte i położone na jego biurko. 
Sekretarka zapewniła, że nie widzi żadnych przeszkód.

Włożył wydruk komputerowy z powrotem do teczki, wyjął swój Podręcznik 

endokrynologii Williamsa i przejrzał rozdział dotyczący hormonu wzrostu. Jak 
w przypadku wielu innych tematów im więcej czytał, tym mniej wiedział. Problemy 

background image

hormonu wzrostu i jego udział we wzroście i dojrzewaniu seksualnym były 
wyjątkowo skomplikowane. Tak skomplikowane, prawdę mówiąc, że usnął z ciężkim 
podręcznikiem przyciśniętym do brzucha.

Telefon obudził go gwałtownie – tak nagle, że strącił książkę na podłogę. 

Poderwał słuchawkę, spodziewając się, że to operator pagera. Kolejną chwilę zabrało 
mu uświadomienie sobie, że to Carol Donner. Spojrzał na zegarek – jedenaście po 
trzeciej.

– Mam nadzieję, że nie spałeś – powiedziała Carol.
– Nie, nie! – skłamał. Oparte o biurko nogi zesztywniały. – Czekałem na twój 

telefon. Gdzie jesteś?

– W domu.
– Czy mogę przyjechać po paczkę?
– Nie mam jej tutaj – wyjaśniła Carol. – Żeby uniknąć problemów dałam ją 

przyjaciółce, z którą pracuję. Nazywa się Melody Andrews. Mieszka na Revere Street 
69, na Beacon Hill. – Carol podała mu numer telefonu Melody. – Spodziewa się, że 
zadzwonisz. Powinna już być w domu. Daj mi znać, co myślisz o tym materiale, 
a gdybyś miał jakieś kłopoty, zadzwoń – wyrecytowała z kolei swój numer.

– Dzięki – Jason zapisał numer. Zaskoczyło go, jak bardzo jest zawiedziony, że 

jej nie zobaczy.

– Uważaj – powiedziała Carol na pożegnanie.
Jason pozostał przy biurku, starając się dobudzić. Kiedy mu się to udało, dotarło 

do niego, że nie wspomniał Carol o śmierci Helene. Cóż: to może być dobry pretekst, 
żeby zadzwonić do niej, pomyślał, wykręcając numer przyjaciółki Carol.

Melody Andrews mówiła z silnym akcentem z południowego Bostonu. 

Powiedziała Jasonowi, że ma paczkę, a on może w każdej chwili przyjechać i ją 
odebrać. Nie położy się jeszcze przez jakieś pół godziny.

Jason założył sweter i kurtkę, wyszedł z domu i poszedł Pinckney Street wzdłuż 

West Cedar, a potem Revere. Budynek Melody stał po lewej stronie ulicy. Zadzwonił, 
a kobieta pojawiła się w drzwiach z wałkami na głowie. Jason nie przypuszczał, że 
ktoś jeszcze używa takich rzeczy. Jej twarz była zmęczona i wychudzona.

Jason przedstawił się. Melody zaledwie skinęła głową i wręczyła mu 

czterokilową paczkę, zawiniętą w brązowy papier i obwiązaną sznurkiem. Kiedy 
Jason jej dziękował, wzruszyła po prostu ramionami i powiedziała:

– W porządku.
W domu Howard zdjął kurtkę i sweter. Niecierpliwie spoglądając na pakunek 

przyniósł z kuchni nożyczki i przeciął sznurek. Potem zaniósł paczkę do swojej 
pracowni i umieścił ją na biurku. Wewnątrz znalazł dwa notatniki zapełnione 
odręcznymi opisami, diagramami i danymi z doświadczeń. Jeden z zeszytów miał 

background image

napis „Własność Gene. Inc.”, wydrukowany na okładce. Na drugim widniało tylko 
słowo Notes. Poza tym w paczce była jeszcze wielka brązowa koperta, wypełniona 
korespondencją.

Pierwsze listy, które Jason przeczytał, były z Gene. Inc. i zawierały żądania, aby 

Hayes stosował się do uzgodnień kontraktu i zwrócił opis technologii uzyskania 
somatomedyny oraz rekombinowany szczep E. coli, który nielegalnie zabrał 
z laboratorium. Czytając dalej Jason doszedł do wniosku, że Hayes miał odmienne 
zdanie na temat praw do własności procedury i szczepu i że dążył do opatentowania 
ich pod własnym nazwiskiem. Znalazł także pewną liczbę listów od prawnika, 
Samuela Schwartza. Połowa z nich dotyczyła podania o patent na bakterie E. coli 
produkujące somatomedynę, a reszta wiązała się z utworzeniem spółki. Wyglądało na 
to, że Alvin Hayes miał pięćdziesiąt jeden procent akcji, podczas gdy pozostałe 
czterdzieści dziewięć rozdzielone było pomiędzy jego dzieci i Samuela Schwartza.

Tyle o korespondencji, pomyślał Jason. Z powrotem włożył listy do koperty. 

Następnie sięgnął po notatniki. Ten z napisem „Gene. Inc.” na okładce był chyba 
opisem wspomnianym w korespondencji. Kartkując go, Jason zorientował się, że 
zawiera szczegółowy opis wyhodowania rekombinowanego szczepu bakterii do 
produkcji leku. Ze swoich lektur wiedział, że somatomedyny są czynnikami wzrostu 
produkowanymi przez komórki wątroby w odpowiedzi na obecność hormonu 
wzrostu.

Odłożył pierwszy zeszyt i wyjął drugi. Opisy eksperymentów były niekompletne, 

ale dotyczyły produkcji przeciwciał monoklonalnych przeciw jakiemuś 
specyficznemu białku. Białko to nie było nazwane, ale Jason znalazł diagram, 
przedstawiający jego sekwencję amino-kwasową. Większość materiału leżała poza 
zasięgiem jego zrozumienia, ale duża przekreślona partia i notatki na marginesach 
wskazywały jasno, że praca nie postępowała dobrze i że do czasu ostatniego zapisu 
Hayes nie uzyskał poszukiwanego przeciwciała.

Jason wstał od biurka. Był rozczarowany. Miał nadzieję, że paczka od Carol da 

mu wyraźniejszy obraz odkrycia Hayesa. Poza dokumentacją sporu między 
naukowcem i Gene. Inc., Jason wiedział niewiele więcej, niż przed jej otwarciem. 
Miał z pewnością protokół powstania szczepów E. coli, produkujących 
sometomedynę, ale nie było to raczej przełomowe odkrycie, a druga księga 
laboratoryjna opisywała porażkę.

Wyczerpany wyłączył światło i poszedł do łóżka. To był długi, ciężki dzień.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Koszmarne sny, w których pojawiały się przerażające odmiany okropnej sceny 

w mieszkaniu Helene, wygnały Jasona z łóżka, zanim blade słońce pokazało się na 
wschodnim niebie. Nastawił ekspres do kawy i czekając, aż napar się przefiltruje, 
podniósł sprzed drzwi gazetę i przeczytał o podwójnym morderstwie. Nie było tam 
nic nowego. Tak jak się spodziewał, podkreślono sprawę gwałtu. Włożył do teczki 
zeszyt Gene. Inc. i wyruszył do szpitala.

O tak wczesnej porze ruch przynajmniej nie był duży i mógł wybrać sobie 

miejsce do parkowania. Nie było nawet chirurgów, którzy zwykle przyjeżdżali 
o barbarzyńskiej godzinie.

Wszedłszy do GHP udał się prosto do swojego gabinetu. Tak jak sobie życzył, na 

jego biurku piętrzył się stos kart. Zdjął marynarkę i zaczął je przeglądać. Pamiętając, 
że są to pacjenci, którzy zmarli w ciągu miesiąca po otrzymaniu świadectwa zdrowia 
od lekarzy, którzy wykonali najszersze badania, jakie GHP mógł zaoferować, Jason 
szukał jakichś cech wspólnych. Nic nie rzucało się w oczy. Porównał 
elektrokardiogramy i poziomy cholesterolu, kwasów tłuszczowych, immunoglobulin, 
liczby krwinek. Nie było żadnych wspólnych elementów, składników czy anomalii 
enzymatycznych, które układałyby się w możliwy do przewidzenia wzór. Jedynym 
wspólnym rysem było to, że śmierć spotkała tych pacjentów w ciągu miesiąca od 
badań profilaktycznych. Co gorsza, Jason zauważył, że liczba zgonów wzrosła 
dramatycznie w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Podczas czytania dwudziestej szóstej karty, Jason nagle uświadomił sobie pewną 

zbieżność. Chociaż nie było żadnych wspólnych objawów fizykalnych, historie 
chorób wskazywały na przewagę społecznych czynników wysokiego ryzyka. Pacjenci 
mieli nadwagę, dużo palili używali narkotyków, pili zbyt dużo i nie uprawiali 
ćwiczeń fizycznych, albo łączyli niektóre lub wszystkie z tych niezdrowych praktyk. 
Przeznaczeniem tych mężczyzn i kobiet musiały być w końcu poważne problemy 
zdrowotne. Szokujący był fakt, że ich stan pogorszył się tak szybko. I skąd ten nagły 
wzrost liczby zgonów? Nie używali sobie bardziej, niż rok wcześniej. Może był to 
rodzaj statystycznego wyrównania: do tej pory mieli szczęście, a teraz cyfry ich 
doganiały. Wszystko to jednak nie miało wielkiego sensu, gdyż zgonów było zbyt 
wiele. Jason nie był doświadczonym statystykiem, więc postanowił poprosić 
matematyka lepszego od siebie, żeby zerknął na te liczby.

Gdy wiedział, że już nie obudzi pacjentów, opuścił gabinet i rozpoczął obchód. 

Nic się nie zmieniło. Wróciwszy do siebie, zanim przyjął pierwszego umówionego 
pacjenta, zadzwonił do patologii i wypytał ich o martwe zwierzęta z laboratorium 
Hayesa. Czekał kilka minut, podczas gdy technik szukał raportu.

background image

– A, jest – odezwał się kobiecy głos. – Wszystkie zostały otrute strychniną.
Jason rozłączył się i wykręcił numer Margaret Danforth z kostnicy miejskiej. 

Odebrała jedna z laborantek, gdyż Margaret zajęta była przeprowadzaniem sekcji. 
Jason zapytał, czy badania toksykologiczne Geralda Farra wykazały coś 
interesującego.

– Toksykologia była negatywna – poinformowała go rozmówczyni.
– Jeszcze jedno pytanie. Czy zostałaby wykryta strychnina?
– Chwileczkę – odparła kobieta.
W tle Jason słyszał jej głos, gdy krzyczała do lekarza sądowego. Wróciła do 

telefonu.

– Doktor Danforth powiedziała, że tak, strychnina zostałaby wykryta, gdyby była 

obecna.

– Dziękuję – Jason odłożył słuchawkę, potem wstał. Przez okno widział 

ożywiający się dzień. Zobaczył korek uliczny blokujący Riverway. Niebo było jasne, 
ale zasnute chmurami. Początek listopada. W Bostonie nie jest to miły miesiąc. Jason 
był niespokojny, zdenerwowany i zrozpaczony. Pomyślał o paczce od Carol 
i zastanowił się, czy powinien przekazać ją Curranowi. Tylko w jakim celu? Policja 
interesowała się Hayesem właściwie tylko jako handlarzem narkotyków.

Podszedłszy z powrotem do biurka Jason wyjął książkę telefoniczną i odszukał 

numer Gene. Inc. Siedziba firmy mieściła się przy Pioneer Street, we wschodnim 
Cambridge, obok kampusu MIT. Bez zastanowienia wykręcił numer. Telefon przyjęła 
recepcjonistka z angielskim akcentem. Jason poprosił o połączenie z dyrektorem 
kompanii.

– Chodzi panu o doktora Leonarda Dawena, prezesa?
– Może być doktor Dawen – zgodził się. Usłyszał długi dzwonek. Słuchawkę 

podniosła sekretarka.

– Biuro doktora Dawena.
– Chciałbym rozmawiać z doktorem Dawenem.
– Kogo mam przedstawić?
– Doktor Jason Howard.
– Czy mogę wiedzieć, czego dotyczy sprawa?
– Chodzi o pewną księgę protokołów doświadczeń, która jest w moim posiadaniu. 

Proszę powiedzieć doktorowi Dawenowi, że jestem z Good Health Plan i byłem 
przyjacielem zmarłego Alvina Hayesa.

– Proszę chwilę zaczekać – powiedziała sekretarka głosem, który brzmiał jak 

nagrany na taśmie magnetofonowej.

Jason otworzył środkową szufladę biurka i zaczął się bawić swoją kolekcją 

ołówków. W słuchawce rozległ się trzask, a potem zabrzmiał silny głos:

background image

– Tu Leonard Dawen!
Jason wyjaśnił, kim jest i opisał księgę.
– Czy mogę spytać, jak znalazła się w pana posiadaniu?
– Nie sądzę, żeby to było istotne. Ważne jest, że ją mam.
– Ta księga jest naszą własnością – w spokojnym, nawykłym do rozkazywania 

głosie doktora Dawena zabrzmiała ukryta groźba.

– Będę szczęśliwy, mogąc ją państwu zwrócić w zamian za trochę informacji 

o doktorze Hayesie. Czy moglibyśmy się spotkać?

– Kiedy?
– Jak najszybciej – odrzekł Jason. – Mógłbym przyjechać tuż przed lunchem.
– Czy będzie pan miał ze sobą książkę?
– Oczywiście.
Przez resztę poranka Jason z trudem skupiał uwagę na nieprzerwanym strumieniu 

pacjentów. Był zadowolony, że Sally nie zaplanowała wizyt w porze lunchu. 
Natychmiast po ostatnim badaniu pobiegł do samochodu.

Dotarłszy do Cambridge minął MIT i wieżowce nowego East Cambridge. 

Dramatycznie nowoczesna architektura niektórych z nich ostro kontrastowała ze 
starszymi i bardziej tradycyjnymi ceglanymi budowlami Nowej Anglii. Skręcając 
w końcu w Pioneer Street Jason odnalazł siedzibę Gene. Inc., mieszczącą się 
w szokująco nowoczesnym budynku z polerowanego czarnego granitu. 
W przeciwieństwie do sąsiednich budowli konstrukcja miała tylko sześć kondygnacji. 
Jej okna były na przemian wąskimi szczelinami i kolami z brązowego lustrzanego 
szkła. Miała równie solidny i mocny wygląd, jak zamek w filmie science fiction.

Jason wysiadł z samochodu z teczką w ręce i przyjrzał się zaskakującej fasadzie. 

Przeczytawszy tak dużo o rekombinacji DNA i obejrzawszy ohydnie zdeformowany 
zwierzyniec Hayesa, obawiał się, że może wkroczyć do pałacu okropności. Główne 
wejście było koliste, otoczone promieniście rozbiegającymi się kolcami z granitu, co 
dawało złudzenie gigantycznego oka, którego źrenicą były czarne drzwi. Hall także 
wykonano z czarnego granitu: ściany, podłogę, nawet sufit. Na środku stała jaskrawo 
oświetlona nowoczesna rzeźba, przedstawiająca podwójną helisę DNA, otwartą jak 
suwak.

Jason podszedł do atrakcyjnej Koreanki, siedzącej za szklaną szybą przed tablicą 

kontrolną o wyglądzie pulpitu statku kosmicznego. Dziewczyna miała maleńką 
słuchawkę i mały mikrofon, który wychylał się spoza jej szyi. Przywitała Jasona, 
wymieniając jego nazwisko i oznajmiła, że jest oczekiwany w sali konferencyjnej na 
trzecim piętrze. Jej głos miał metaliczny podźwięk, gdy mówiła do mikrofonu.

Gdy tylko recepcjonistka skończyła mówić, otworzył się jeden z granitowych 

paneli, ukazując windę. Dziękując kobiecie Jason wyobraził sobie nagle, że jest ona 

background image

człekokształtnym robotem. Uśmiechając się wszedł do windy i poszukał przycisków. 
Drzwi zamknęły się za jego plecami. Nie było żadnych guzików, pozwalających 
wybrać piętro, ale winda ruszyła do góry.

Kiedy drzwi otwarły się ponownie Jason znalazł się w czarnym foyer bez 

żadnych drzwi. Domyślał się, że cały budynek był kontrolowany centralnie, 
prawdopodobnie przez recepcjonistkę w hallu wejściowym. Po jego lewej stronie 
granitowa ściana odsunęła się. W wejściu stał mężczyzna o grubych rysach, ubrany 
nienagannie w ciemny garnitur w delikatne prążki, białą koszulę i czerwony krawat 
w drobny wzorek.

– Doktorze Howard, jestem Leonard Dawen – odezwał się, gestem zapraszając 

Jasona do pokoju. Nie wyciągnął ręki na powitanie. Mówił tym samym rozkazującym 
tonem, jaki Jason zapamiętał z rozmowy telefonicznej. W porównaniu z godną 
grobowca surowością reszty budynku sala konferencyjna przypominała raczej 
wyłożoną drewnem bibliotekę i wydawała się bardzo przytulna, dopóki nie wyjrzało 
się przez czwartą ścianę, wykonaną ze szkła. Przez szybę widać było coś, co 
wyglądało na ogromne, ultranowoczesne laboratorium. W pomieszczeniu znajdował 
się jeszcze jeden człowiek, Azjata w białym kombinezonie, zapinanym na suwak. 
Dawen przedstawił go jako pana Hong, inżyniera z Gene. Inc. Kiedy wszyscy usiedli 
przy małym stole konferencyjnym, Dawen odezwał się:

– Przypuszczam, że ma pan książkę laboratoryjną...
Jason otworzył walizeczkę i wręczył księgę Dawenowi, który przekazał ją 

inżynierowi. Hong zaczął przeglądać ją kartka po kartce. Zapadła ciężka cisza. Jason 
przenosił wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Przypuszczał, że będą trochę 
bardziej serdeczni. W końcu robił im przysługę.

Odwrócił się i wyjrzał przez szklaną ścianę. Podłoga sąsiedniego pomieszczenia 

znajdowała się piętro niżej. Większą część przestrzeni zapełniały zbiorniki 
z nierdzewnej stali, przywodzące Jasonowi na myśl wizytę, jaką złożył kiedyś 
w gorzelni. Domyślał się, że są to inkubatory dla kultur rekombinowanych bakterii. 
Było też mnóstwo innego sprzętu i skomplikowany system rur. Kręcili się tam ludzie 
w białych kombinezonach i białych kapturach, sprawdzając wskaźniki i dokonując 
regulacji.

Hong z trzaskiem zamknął książkę.
– Wydaje się kompletna – stwierdził.
– To miła niespodzianka – rzekł Dawen. Odwracając się do Jasona, dodał: – Mam 

nadzieję, że jest pan świadomy, że wszystko w tej książce jest poufne.

– Proszę się nie martwić – odparł Jason, zmuszając się do uśmiechu. – Niewiele 

z tego zrozumiałem. To, co mnie interesuje, to doktor Hayes. Tuż przed śmiercią 
powiedział, że dokonał znaczącego odkrycia. Ciekaw jestem, czy to, co opisano na 

background image

tych stronach, może być uważane za takie odkrycie.

Dawen i Hagen wymienili spojrzenia.
– To ma raczej handlowe znaczenie – odparł Hong. – Nie ma tu żadnej nowej 

technologii.

– Tego się właśnie spodziewałem. Hayes był tak roztrzęsiony, że podejrzewałem, 

iż nie mówi całkiem racjonalnie. Gdyby jednak dokonał ważnego odkrycia, nie 
zniósłbym myśli, że zostało ono stracone dla ludzkości.

Szorstkie rysy Dawena złagodniały po raz pierwszy od przybycia Jasona.
Lekarz ciągnął dalej, skupiając uwagę na inżynierze.
– Ma pan jakieś pojęcie, o czym mógł mówić Hayes?
– Niestety, nie. Hayes zawsze był raczej tajemniczy. – Dawen złożył ręce na 

stole, spoglądając prosto na gościa. – Obawialiśmy się, że będzie pan chciał wymusić 
od nas pieniądze – że każe nam pan zapłacić za zwrot tego – powiedział, dotykając 
okładki księgi. – Musi pan zrozumieć, że Hayes sprawiał nam sporo kłopotów.

– Jaka była tu rola doktora Hayesa?
– Zatrudniliśmy go do wyhodowania rekombinowanego szczepu bakterii – 

wyjaśnił Dawen. – Chcieliśmy produkować pewien czynnik wzrostu w handlowych 
ilościach.

Jason domyślił się, że była to somatomedyna.
– Zgodziliśmy się płacić mu za ten projekt stałe honorarium, jak również 

pozwoliliśmy używać urządzeń Gene. Inc. do jego własnych badań. Mamy tu trochę 
unikatowego sprzętu.

– Nie macie żadnej wskazówki co do jego własnych badań?
– Spędzał większość czasu na izolowaniu białkowych czynników wzrostu – tym 

razem odezwał się Hong. – Niektóre z nich istnieją w tak małych ilościach, że do ich 
otrzymania potrzebne są najbardziej wyrafinowane urządzenia.

– Czy wyodrębnienie jednego z tych czynników wzrostu byłoby uważane za 

znaczące odkrycie naukowe? – zapytał Jason.

– Nie wiem, w jaki sposób – odrzekł Hong. – Nawet jeśli nie zostały jeszcze 

wyizolowane, to znamy ich efekty.

Jeszcze jedna ślepa uliczka, pomyślał Jason, zniechęcony.
– Pamiętam jeszcze jedną rzecz, która może mieć znaczenie – powiedział Hong, 

szczypiąc grzbiet nosa. – Jakieś trzy miesiące temu Hayes był bardzo podniecony 
pewnym efektem ubocznym. Powiedział, że jest on ironiczny.

Jason wyprostował się. To słowo pojawiło się po raz trzeci.
– Nie wie pan, co spowodowało to jego podniecenie?
Hong pokręcił głową.
– Nie – odrzekł – ale po tym nie widzieliśmy go przez pewien czas. Kiedy 

background image

pojawił się znowu, powiedział, że był na Wybrzeżu. Potem przeprowadzał 
skomplikowany proces ekstrakcji na jakimś materiale, który ze sobą przywiózł. Nie 
wiem, czy to wyszło, ale nagle przerzucił się na technologię przeciwciał 
monoklonalnych. Zdaje się, że w tym momencie jego podniecenie skończyło się.

Słowa „przeciwciała monoklonalne” przypomniały Jasonowi drugą książkę 

i zastanowił się, czy nie powinien był jej jednak przynieść. Może pan Hong mógłby 
dowiedzieć się z tego więcej, niż on sam.

– Czy dr Hayes zostawił tutaj jakiś inny materiał badawczy? – spytał Jason.
– Nic znaczącego – odparł Leonard Dawen. – A sprawdziliśmy starannie, gdyż 

wyniósł naszą księgą laboratoryjną i kultury bakteryjne. Właściwie wnieśliśmy skargę 
przeciw doktorowi Hayesowi. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że będzie próbował 
twierdzić, iż jest właścicielem szczepów, do których wyprodukowania został 
zatrudniony.

– Czy odzyskaliście swoje hodowle? – zainteresował się Jason.
– Tak.
– Gdzie je znaleźliście?
– Powiedzmy, że szukaliśmy we właściwym miejscu – wymijająco rzekł Dawen. 

– Jednak mimo że mamy szczepy, nadal doceniamy odzyskanie księgi protokołów. 
W imieniu kompanii, chciałbym panu podziękować. Mam nadzieję, że w jakimś 
małym stopniu pomogliśmy panu.

– Być może – niejasno odrzekł Jason. Miał wrażenie, że już wie, kto przetrząsnął 

laboratorium i mieszkanie Hayesa. Ale po co naukowcy z Gene. Inc. mieliby zabijać 
zwierzęta? Zastanawiał się, czy tym ogromnym stworzeniom podawano 
somatomedynę z Gene. Inc. – Dziękuję, że zechcieliście mi panowie poświęcić czas – 
powiedział do Dawena. – Macie tu imponujące wnętrza.

– Dziękuję. Sprawy idą dobrze. Planujemy także uzyskać rekombinowane linie 

zwierząt hodowlanych.

– Jak świnie czy krowy?
– Tak. Genetycznie możemy wyprodukować świnie z mniejsza ilością tkanki 

tłuszczowej, krowy, które dają więcej mleka, i kurczaki zawierające więcej białka, 
żeby ograniczyć się do kilku przykładów.

– Fascynujące – odparł bez entuzjazmu Jason. Jak daleko mogą być od 

genetycznej inżynierii ludzi? Wstrząsnął się ponownie na wspomnienie 
przerośniętych szczurów i myszy Hayesa, zwłaszcza tych z nadliczbowymi oczami.

Siedząc z powrotem w samochodzie spojrzał na zegarek. Miał jeszcze godzinę do 

zebrania personelu, które zwołał w celu rozpatrzenia sprawy zgonów pacjentów, 
postanowił więc odwiedzić Samuela Schwartza, prawnika Hayesa.

Uruchomił samochód, wycofał się z parkingu Gene. Inc. i ruszył Memoriał Drive. 

background image

Przejechał przez rzekę Charles i zatrzymał się przy drogerii Philip’s na Charles 
Circle. Zaparkował równolegle do stojącego już samochodu, włączył światła 
awaryjne i wbiegł do sklepu, żeby sprawdzić adres Schwartza. Dziesięć minut później 
był już w poczekalni prawnika, przerzucając strony starego „Newsweeka”.

Samuel Schwartz był wyjątkowo otyłym mężczyzną z lśniącą łysą głową. Gestem 

zaprosił Jasona do swojego gabinetu, jakby dyrygował ruchem. Sadowiąc się na 
krześle i poprawiając okulary w drucianych oprawkach przyglądał się swojemu 
gościowi, który usiadł po przeciwnej stronie masywnego biurka z mahoniu.

– Jest pan więc przyjacielem zmarłego Alvina Hayesa...
– Byliśmy bardziej kolegami, niż przyjaciółmi.
– Wszystko jedno – stwierdził Schwartz, popierając te słowa kolejnym 

machnięciem swojej pulchnej dłoni. – Zatem, co mogę dla pana zrobić?

Jason powtórzył opowieść o rzekomym odkryciu Hayesa. Wyjaśnił, że próbował 

dowiedzieć się, nad czym naukowiec pracował i natrafił na korespondencję od 
Samuela Schwartza.

– Był moim klientem. Co z tego?
– Nie ma się pan przed czym tak bronić.
– Nie bronię się. Po prostu jestem rozgoryczony. Zrobiłem mnóstwo roboty dla 

tego dupka i będę musiał to wszystko spisać na straty.

– Nie zapłacił?
– Nigdy. Wrobił mnie w pracę w zamian za akcje jego nowej firmy.
– Akcje?
Samuel Schwartz roześmiał się bezradośnie.
– Niestety, teraz, kiedy Hayes nie żyje, akcje są bezwartościowe. Mogłyby być 

bezwartościowe nawet, gdyby żył. Powinienem chyba pójść do psychiatry.

– Spółka Hayesa miała sprzedawać usługi czy produkt? – indagował Jason.
– Produkt. Hayes powiedział mi, że jest o krok od opracowania najcenniejszego 

produktu zdrowotnego, jaki kiedykolwiek znano. A ja mu uwierzyłem. Myślałem, że 
facet, który był na okładce „Time” nie może być gołosłowny.

– Ma pan jakieś wyobrażenie, co miało być tym produktem? – zapytał Jason, 

starając się, by w jego głosie nie brzmiało ogarniające go podniecenie.

– Najmniejszego. Hayes mi nie powiedział.
– Nie wie pan, czy dotyczyło to przeciwciał monoklonalnych? – nalegał Jason, 

nie chcąc się poddać.

Schwartz roześmiał się ponownie.
– Nie rozpoznałbym przeciwciała monoklonalnego nawet wtedy, gdybym się 

o nie potknął.

– Nowotworów? – Jason strzelał na oślep, ale miał nadzieję, że pobudzi pamięć 

background image

prawnika. – Czy ten towar mógł mieć coś wspólnego z leczeniem raka?

Gruby mężczyzna wzruszył ramionami.
– Nie wiem. To prawdopodobne.
– Hayes powiedział komuś, że to odkrycie powinno wspomóc piękność. Czy to 

coś panu mówi?

– Niech pan posłucha, doktorze Howard. Hayes nie powiedział mi nic o tym 

produkcie. Ja po prostu zakładałem spółkę.

– Występował pan także o patent.
– Patent nie miał nic wspólnego z firmą. Miał być na nazwisko Hayesa.
Pager Jasona zaskoczył ich obu. Lekarz spojrzał na malutki ekranik. Słowo 

„pilne” zamigało dwukrotnie, potem pojawił się numer szpitala GHP.

– Czy mógłbym skorzystać z pańskiego telefonu? – zapytał Jason. Schwartz 

pchnął aparat na drugą stronę biurka.

– Bardzo proszę, doktorze.
Telefon był z oddziału, na którym leżała Madaline Krammer. Miała zatrzymanie 

krążenia i właśnie ją reanimowano. Jason obiecał, że zaraz tam będzie. 
Podziękowawszy Samuelowi Schwartzowi wybiegł z biura prawnika i stanął, 
niecierpliwie czekając na windę.

Kiedy dotarł do pokoju Madaline zobaczył zbyt dobrze znajomą scenę. Pacjentka 

nie reagowała. Jej serce nie odpowiadało na nic, włącznie z zewnętrznym masażem. 
Jason nalegał, żeby kontynuowano podtrzymywanie procesów życiowych, ale po 
godzinie szaleńczych działań nawet on był zmuszony się poddać i niechętnie nakazał 
przerwanie resuscytacji.

Pozostał przy łóżku Madaline, kiedy już wszyscy odeszli. To była stara 

przyjaciółka, jedna z pierwszych pacjentek w jego prywatnej praktyce. Pielęgniarka 
przykryła twarz zmarłej prześcieradłem, które układało się na nosie Madaline 
w kształt miniaturowej, pokrytej śniegiem góry. Jason delikatnie odwinął materiał. 
Chociaż kobieta była tuż po sześćdziesiątce, lekarz nie mógł się nadziwić, jak staro 
wyglądała. Odkąd trafiła do szpitala jej twarz straciła całą swoją wesołą pulchność 
i nabrała kościstego wyglądu, zwiastującego zbliżającą się śmierć.

Potrzebując trochę czasu dla siebie Jason wycofał się do gabinetu, unikając 

zarówno Klaudii, jak i Sally, z których każda miała setkę nie cierpiących zwłoki 
pytań w sprawie zbliżającej się konferencji i problemów z przełożeniem wizyt tak 
wielu pacjentów. Jason zamknął drzwi na klucz i usiadł przy biurku. Odejście takiego 
pacjenta, jak Madaline zrywało jeszcze jedną więź z poprzednim życiem Jasona. Czuł 
przejmującą samotność, lecz także ulgę, że wspomnienie Danielle słabnie.

Rozległ się dzwonek telefonu, jednak Jason zignorował go.
Rozejrzał się po swoim biurku, które pokrywały stosy historii chorób zmarłych 

background image

pacjentów, w tym także Hayesa. Mimo woli wrócił myślami do sprawy naukowca. 
Rozczarowało go, że pakunek od Carol, w którym pokładał tyle nadziei, wniósł tak 
niewiele informacji. Właściwie potwierdził tylko fakt, że Hayes dokonał odkrycia, 
które przynajmniej on sam uważał za zdumiewające. Jason przeklinał tajemniczość 
swojego kolegi.

Odchylając się do tyłu, założył ręce za głowę i zapatrzył się w sufit. Jego 

pomysły na temat Hayesa wyczerpały się. Potem jednak przypomniał sobie uwagę 
żółtoskórego inżyniera, że Hayes przywiózł coś z Wybrzeża, przypuszczalnie 
z Seattle. Musiała to być jakaś próbka, ponieważ biolog poddał tę substancję 
skomplikowanemu procesowi ekstrakcji. Z wypowiedzi Honga Jason wnosił, że 
Hayes prawdopodobnie izolował jakiś czynnik wzrostu, który mógł stymulować 
różnicowanie, dojrzewanie lub wzrost, albo wszystkie te trzy procesy jednocześnie.

Opadł do przodu z głośnym stukiem uderzających o podłogę nóg krzesła. 

Pamiętał, że Carol wspominała o tym, jak Hayes odwiedził kolegę w uniwersytecie 
stanowym. Mógł zatem przyjąć, że naukowiec otrzymał jakiś materiał od tego 
człowieka.

W jednej chwili zdecydował się jechać do Seattle, oczywiście z Carol. Mogłaby 

to zrobić. W końcu tylko ona byłaby kluczem do odnalezienia tego przyjaciela. Poza 
tym kilkudniowy wyjazd mógł mieć dla Jasona znaczenie lecznicze. Mając jeszcze 
chwilę czasu przed spotkaniem personelu, Jason postanowił wstąpić do Shirley.

Sekretarka Shirley utrzymywała początkowo, że jej szefowa jest zbyt zajęta, by 

go przyjąć, ale Jasonowi udało się ją przekonać, żeby przynajmniej zaanonsowała 
jego obecność. Chwilę później został wprowadzony do środka. Shirley rozmawiała 
przez telefon. Jason usiadł i stopniowo zaczął chwytać sens rozmowy, której drugim 
uczestnikiem był przywódca związkowy. Shirley znakomicie sobie radziła. 
Z roztargnieniem przeczesała palcami swoje gęste włosy. Ten cudownie kobiecy gest 
przypomniał Jasonowi, że pod powierzchownością profesjonalisty kryje się bardzo 
atrakcyjna kobieta, skomplikowana, ale urocza.

Shirley odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się.
– Jak to miło – powitała go. – Jesteś ostatnio pełen niespodzianek, Jasonie. 

Przypuszczam, że jesteś tutaj, żeby przeprosić, że nie spędziłeś ze mną więcej czasu 
ostatniego wieczoru.

Jason roześmiał się. Jej bezpośredniość była rozbrajająca.
– Być może. Ale jest coś jeszcze. Myślę o tym, żeby wziąć kilka dni wolnego. 

Dziś rano straciłem następnego pacjenta i uważam, że potrzebuję urlopu.

Shirley cmoknęła ze współczuciem.
– Czy można się było tego spodziewać?
– Tak przypuszczam. Przynajmniej przez ostatnie kilka dni. Ale kiedy 

background image

przyjmowałem tę kobietę, nie miałem pojęcia, że jest w stanie terminalnym.

Shirley westchnęła.
– Nie mogę zrozumieć, jak sobie radzisz z takimi rzeczami.
– To nigdy nie jest łatwe – zgodził się Jason. – Ale to, z czym się ostatnio 

najtrudniej pogodzić, to częstotliwość takich przypadków.

Zadzwonił telefon, ale Shirley nacisnęła przycisk, dając znać sekretarce, aby 

odebrała wiadomość.

– W każdym razie – kontynuował Jason – postanowiłem wziąć kilka dni wolnego.
– Uważam, że to dobry pomysł – przytaknęła Shirley. – Nie miałabym nic 

przeciwko zrobieniu tego samego, gdyby te przeklęte negocjacje ze związkami 
zawodowymi zakończyły się porozumieniem. Dokąd planujesz jechać?

– Nie jestem pewien – skłamał Jason. Podróż do Seattle miała tak słabe szanse 

powodzenia, że wstydził się o niej wspominać.

– Mam przyjaciół, którzy są właścicielami domu letniskowego na Brytyjskich 

Wyspach Dziewiczych. Mogę do nich zadzwonić – zaproponowała.

– Nie, dzięki. Nie przepadam za słońcem. A co z zabójstwem Helene 

Brennquivist? Jaka reakcja prasy?

– Nie przypominaj mi o tym – zaprotestowała Shirley. – Prawdę mówiąc, nie 

mogłam stawić temu czoła. Bob Walthrow zajmuje się tą sprawą.

– Przez całą noc śniły mi się koszmary – przyznał Jason.
– Nic dziwnego – rzekła kobieta.
– Idę, mam zebranie – powiedział, wstając.
– Będziesz miał czas na obiad dziś wieczorem? – spytała Shirley. – Może uda 

nam się pocieszyć się nawzajem?

– Pewnie. O której godzinie?
– Powiedzmy, koło ósmej.
– Niech będzie ósma – potwierdził Jason, kierując się do drzwi. Kiedy wychodził, 

Shirley zawołała za nim:

– Naprawdę przykro mi z powodu twojej pacjentki.
Zebranie zostało przygotowane lepiej, niż się Jason spodziewał, wyznaczając tak 

krótki termin. Obecnych było czternastu z szesnastu internistów, a kilku przyszło ze 
swoimi pielęgniarkami. Wydawało się, iż wszyscy zdają sobie sprawę, że stoją przed 
poważnym problemem.

Jason zaczął od statystyki, którą sporządził na podstawie komputerowych 

wydruków historii chorób wszystkich pacjentów, którzy zmarli w ciągu miesiąca od 
wykonania pełnych badań. Wskazał, że liczba zgonów wzrosła w ostatnich trzech 
miesiącach i poinformował, że stara się sprawdzić wszystkich klientów GHP, którzy 
przeszli profilaktyczne badania w ciągu ostatnich sześćdziesięciu dni.

background image

– Czy te badania były równo podzielone między nas wszystkich? – zapytał Roger 

Wanamaker.

Jason skinął głową.
Zabrało głos kilku lekarzy, dając wyraźnie do zrozumienia, że obawiają się 

epidemii o zasięgu krajowym. Nikt nie mógł zrozumieć związku z badaniami, ani 
tego, dlaczego zejścia śmiertelne nie zostały przewidziane. Szef zespołu 
kardiologicznego, doktor Judith Rolander, próbowała wziąć dużą część winy na 
siebie, przyznając, że w większości EKG wykonanych podczas badań 
profilaktycznych nie może znaleźć żadnych zapowiedzi nadciągającej katastrofy, 
choć przejrzała je znając już dalsze losy chorych.

Ciężar dyskusji przeniósł się na badania wysiłkowe, jako główny klucz do 

prognozowania zagrażających życiu problemów kardiologicznych. Było wiele opinii 
w tej materii; wszystkie dość negatywne. Wyłoniono ad hoc komitet do opracowania 
zmiany testów wysiłkowych w celu poprawy ich wartości prognostycznej.

Zabrał głos Jerome Washington. Podniósłszy się ociężale powiedział:
– Myślę, że nie doceniamy znaczenia niezdrowego stylu życia. Ten jeden czynnik 

wydaje się powtarzać we wszystkich przypadkach.

Rozległo się kilka żartobliwych aluzji pod adresem wagi Jerome’a i jego 

namiętności do cygar.

– W porządku, chłopcy – zgodził się. – Wiecie, że pacjenci powinni robić to, co 

im mówimy, a nie to, co my sami robimy. – Wszyscy się roześmieli. – Poważnie – 
kontynuował. – Wszyscy znamy niebezpieczeństwa złej diety, palenia, nadmiaru 
alkoholu i braku ruchu. Te czynniki socjalne mają dużo większą wartość 
prognostyczną, niż niewielkie zmiany w EKG.

– Jerome ma rację – potwierdził Jason. – Zestaw niekorzystnych czynników 

ryzyka jest jedyną wspólną cechą, jaką mogę tu dojrzeć.

W głosowaniu postanowiono utworzyć drugi komitet, w celu zbadania udziału 

czynników ryzyka w aktualnych problemach i wysunięcia szczegółowych zaleceń.

Harry Sarnoff, pełniący w tym miesiącu obowiązki konsultanta kardiologicznego, 

podniósł rękę, a Jason udzielił mu głosu. Kiedy wstał, zaczął mówić o wzroście 
zachorowalności i umieralność wśród swoich hospitalizowanych pacjentów. Jason 
przerwał mu.

– Wybacz mi, Harry – przeprosił. – Doceniam twoją troskę i – mówiąc otwarcie – 

miałem doświadczenia bardzo podobne do twoich. Jednakże to spotkanie dotyczy 
problemu badań profilaktycznych u pacjentów ambulatoryjnych. Możemy 
zaplanować drugie spotkanie, jeśli pracownicy chcą przedyskutować potencjalny 
problem pacjentów leczonych w szpitalu. Obie sprawy mogą się ze sobą wiązać.

Harry rozłożył ręce i niechętnie usiadł z powrotem.

background image

Jason zachęcał wszystkich lekarzy, żeby zapewnili sekcję zwłok w każdym 

przypadku niespodziewanego zgonu pacjenta, którym nie zajmie się lekarz z kostnicy 
miejskiej. Następnie poinformował słuchaczy, że raporty badań pośmiertnych jego 
pacjentów sugerowały, że ci ludzi cierpieli na jakąś wieloukładową chorobę, 
wywołującą między innymi duże zmiany układu sercowonaczyniowego. Oczywiście, 
wzmaga to tylko zaniepokojenie faktem, że ani spoczynkowy, ani wysiłkowy 
elektrokardiogram nie wykazał tych zaburzeń. Jason dodał, że patologia stwierdziła 
obecność komponenty autoimmunologicznej.

Po zakończeniu zebrania lekarze podzielili się na mniejsze grupki, dyskutując 

dalej problem. Jason zebrał swoje wydruki i poszukał Rogera Wanamakera. Znalazł 
go pogrążonego w ożywionej rozmowie z Jerome’em.

– Mogę wam przerwać? – zapytał. Odsunęli się, żeby Jason mógł do nich 

dołączyć. – Wyjeżdżam na kilka dni.

Roger i Jerome wymienili spojrzenia.
– Wydaje się, że to raczej kiepska pora na wyjazd – odezwał się Roger.
– Potrzebuję tego – odrzekł Jason, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia. – Ale 

mam pięciu pacjentów na oddziale. Czy któryś z panów byłby uprzejmy mnie 
zastąpić? Przyznam szczerze, że wszyscy są poważnie chorzy.

– To nie ma większego znaczenia – powiedział Roger. – I tak jestem tu dzień 

i noc, próbując utrzymać przy życiu moje pół tuzina chorych. Z przyjemnością cię 
zastąpię.

Rozwiązawszy ten problem Jason poszedł do swojego gabinetu i zadzwonił do 

Carol Donner, przypuszczając, że późne popołudnie będzie dobrą porą, żeby ją 
złapać. Telefon dzwonił długo i Jason miał się już poddać, kiedy odezwał się 
zadyszany kobiecy głos. Carol wyjaśniła, że brała kąpiel.

– Chcę się z tobą zobaczyć dziś wieczorem – poprosił Jason.
– Och – niezobowiązująco odezwała się dziewczyna. Wahała się. – To może być 

trudne. – Potem dodała gniewnie: – Dlaczego ostatniej nocy nie powiedziałeś mi 
o Helene Brennquivist? Przeczytałam w gazecie, że byłeś jednym z tych, którzy 
znaleźli ciała.

– Przepraszam – Jason próbował się usprawiedliwić. – Żeby być zupełnie 

szczerym – ostatniej nocy obudziłaś mnie i jedyną rzeczą, o której mogłem myśleć, 
była ta paczka.

– Dostałeś ją? – zapytała Carol, już łagodniejszym głosem.
– Dostałem – przytaknął Jason. – Dziękuję ci.
– I...?
– Ten materiał nie wyjaśnił tak dużo, jak się spodziewałem.
– Jestem zaskoczona – odrzekła Carol. – Te księgi musiały być ważne, inaczej 

background image

Alvin nie prosiłby mnie, żebym je przechowała. Ale to nie ma znaczenia. Co za 
okropność z Helene. Mój szef tak się martwi, że nie pozwala mi się nigdzie ruszyć 
bez któregoś ze swoich goryli. W tej chwili jeden jest przed budynkiem.

– To ważne, żebym zobaczył się z tobą sam na sam – nalegał Jason.
– Nie wiem, czy będę mogła. Ten potwór przyjmuje rozkazy od mojego szefa, nie 

ode mnie. A ja nie chcę żadnych kłopotów.

– Cóż, zadzwoń do mnie, kiedy tylko wrócisz do domu – poprosił Jason. – 

Obiecaj! Coś wymyślimy.

– To znowu będzie późno w nocy – ostrzegła dziewczyna.
– Nie ma znaczenia. To ważna sprawa.
– W porządku – zgodziła się Carol i odłożyła słuchawkę.
Jason wykonał jeszcze jeden telefon, do United Airlines i sprawdził połączenia 

z Bostonu do Seattle. Dowiedział się, że lot jest codziennie o czwartej po południu.

Wyszedł z gabinetu zabierając stetoskop i skierował się do szpitala na obchód. 

Wiedział, że musi dokładnie uzupełnić historie choroby, jeśli Roger ma przejąć 
pacjentów. Żaden z nich nie miał się zbyt dobrze i Jason zmartwił się widząc, że 
u kilku innych chorych pojawiła się zaawansowana katarakta. Umówił konsultację 
okulistyczną. Tym razem był pewien, że przy przyjęciu nie zauważył tego problemu. 
To niemożliwe, żeby zaćma rozwinęła się tak szybko!

W domu przebrał się w strój do joggingu i pobiegał przez dobrą godzinę, 

próbując uporządkować myśli. Potem wziął prysznic, przebrał się i wyjechał do 
Shirley, już w lepszym nastroju.

Obiad Shirley przeszedł wszelkie oczekiwania i Jason zaczął myśleć, że należy ją 

zaliczyć do kategorii superkobiet. Pracowała cały dzień, zarządzając firmą o kapitale 
wielu milionów dolarów, prowadziła ostateczne rozmowy ze związkami 
zawodowymi, a wróciwszy do domu przygotowała bajeczną ucztę z pieczonej kaczki 
ze świeżym makaronem i karczochami. W dodatku ubrała się w czarną jedwabną 
suknię, która byłaby odpowiednia do opery. Jason był speszony, gdyż po wyjściu 
spod natrysku założył dżinsy i golf, a na to bluzę do rugby.

– Założyłeś to, na co miałeś ochotę, i ja zrobiłam tak samo – tłumaczyła mu ze 

śmiechem Shirley. Podała mu kir royal i kazała umyć cykorię na sałatkę. Sprawdziła 
kaczkę, stwierdzając, że już dochodzi. Jason uznał, że zapach jest niebiański.

Zasiedli do obiadu w jadalni, zająwszy miejsca na przeciwnych końcach długiego 

stołu z sześcioma wolnymi krzesłami z każdej strony. Za każdym razem, kiedy Jason 
dolewał wina, musiał wstawać i przejść kilka kroków. Shirley była zdania, że to 
zabawne.

Podczas jedzenia Jason zdał relację z zebrania personelu i dodał, że lekarze mają 

zamiar poprawić jakość prób wysiłkowych. Shirley była zadowolona i przypomniała 

background image

mu, że program badań profilaktycznych dla kadry kierowniczej jest ważną częścią 
oferty GHP adresowanej do zbiorowych klientów. Uprzedziła swojego rozmówcę, że 
dodatkowy nacisk zostanie nałożony na prewencję schorzeń wśród ludzi na 
kierowniczych stanowiskach.

Później, przy kawie, powiedziała:
– Michael Curran przyszedł dziś po południu.
– Doprawdy? Jestem pewien, że to musiało być nieprzyjemne. Czego chciał?
– Informacji o przeszłości pani Brennquivist. Daliśmy mu wszystko, czym 

dysponowaliśmy. Przesłuchiwał nawet osobę z działu personalnego, która ją 
zatrudniała.

– Czy wspomniał, że mają jakieś podejrzenia?
– Nic o tym nie powiedział – odparła Shirley. – Mam tylko nadzieję, że to już 

skończone.

– Chciałbym móc jeszcze raz porozmawiać z Helene. Nadal uważam, że ona 

kryła Hayesa.

– Ciągle sądzisz, że on coś odkrył?
– Jestem o tym przekonany – Jason zaczął opowiadać o księgach laboratoryjnych 

i swojej wizycie w Gene. Inc. i u Samuela Schwartza. Powiedział Shirley, że 
Schwartz miał założyć dla Hayesa spółkę, która zajmowałaby się sprzedażą nowego 
odkrycia, czymkolwiek ono było.

– Ten prawnik nie wiedział, co miało być produkowane?
– Nie. Widocznie Hayes nie ufał nikomu.
– Ale potrzebowałby kapitału założycielskiego. Musiałby zaufać komuś, jeśli 

planował produkcję i dystrybucję.

– Być może – przyznał Jason. – Ale nie mogę znaleźć nikogo komu powiedział – 

przynajmniej na razie. Niestety, Helene była najlepszą kandydatką.

– Ciągle szukasz?
– Chyba tak – przyznał. – Czy to brzmi głupio?
– Nie głupio – zaprzeczyła Shirley – tylko niepokojąco. To byłaby tragedia, 

gdyby jakieś ważne odkrycie zostało zagubione, ale stanowczo uważam, że czas 
zostawić sprawę Hayesa w spokoju. Mam nadzieję, że wziąłeś urlop, żeby wypocząć, 
a nie żeby kontynuować tę pogoń za chimerami.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał Jason, zdumiony, jak łatwo go 

przejrzeć.

– Bo wiem, że nie poddajesz się łatwo. – Podeszła i położyła mu rękę na 

ramieniu. – Dlaczego nie pojedziesz na Karaiby? Może mogłabym wyrwać się na 
weekend i dołączyć do ciebie...

Jason poczuł podniecenie, jakiego nie doświadczył od śmierci Danielle. 

background image

Podsuwany przez wyobraźnię obraz gorącego słońca i chłodnej, czystej wody 
wydawał się wspaniały, zwłaszcza, gdyby była tam także Shirley. Potem jednak 
ogarnęły go wątpliwości. Nie wiedział, czy jest przygotowany na uczuciowe 
zobowiązania, które wiązałyby się z takim wyjazdem. I co ważniejsze, obiecał sobie, 
że odwiedzi Seattle.

– Chcę pojechać na Zachodnie Wybrzeże – powiedział w końcu. – Mam tam 

starego przyjaciela, którego pragnę odwiedzić.

– To brzmi wystarczająco niewinnie. Ale moim zdaniem Karaiby brzmią lepiej.
– Może wkrótce. – Uścisnął ramię Shirley. – Co powiesz na koniak?
Gdy Shirley podniosła się, żeby podać courvoisiera, Jason obserwował ją ze 

wzrastającym zainteresowaniem.

Kiedy Carol zadzwoniła o drugiej trzydzieści w nocy Jason był zupełnie 

obudzony. Tak bardzo się denerwował, że dziewczyna może zapomnieć, że nie mógł 
zasnąć.

– Jestem wykończona, Jasonie – oświadczyła na powitanie.
– Przykro mi, ale muszę się z tobą zobaczyć – powiedział. – Mogę być za 

dziesięć minut.

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Tak jak ci powiedziałam dziś po południu, 

nie jestem sama. Ktoś pilnuje mnie na zewnątrz budynku. Dlaczego musisz się ze 
mną zobaczyć dzisiejszej nocy? Może jutro będziemy mogli coś wymyśleć.

Jasonowi przyszło do głowy, żeby przez telefon poprosić ją o wyjazd do Seattle, 

ale stwierdził, że będzie miał większe szanse, rozmawiając osobiście. Było to trochę 
niezwykłe, zaledwie po dwóch spotkaniach prosić młodą kobietę, żeby towarzyszyła 
mu do Seattle.

– Czy ten ochroniarz jest sam?
– Tak. Ale co to za różnica? Ten facet jest zbudowany jak bawół.
– Na tyłach twojego budynku jest alejka. Mogę wspiąć się po schodach 

pożarowych.

– Po schodach pożarowych! To szaleństwo! Co właściwie jest takie ważne, że 

musisz się ze mną spotkać dziś w nocy?

– Gdybym ci powiedział, nie musiałbym przychodzić.
– Cóż, nie bronię się szaleńczo przeciw nocnym wizytom mężczyzn w moim 

mieszkaniu.

O, jasne, pomyślał Jason.
– Słuchaj – powiedział się głośno. – Powiem ci tylko tyle. Próbowałem 

dowiedzieć się, co Hayes mógł odkryć i uparłem się na mój ostatni pomysł. 
Potrzebuję twojej pomocy.

background image

– To stanowcze stwierdzenie, doktorze Howard.
– Tak. I jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc.
Carol roześmiała się.
– Kiedy tak to przedstawiasz, któż mógłby odmówić? W porządku, przyjedź. Ale 

robisz to na własne ryzyko. Muszę cię ostrzec, że nie mam zbyt wielkiej kontroli nad 
tym Atlasem na zewnątrz.

– Zapłaciłem składkę ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków.
– Mieszkam... – zaczęła Carol.
– Wiem, gdzie mieszkasz – przerwał Jason. – Właściwie, zdarzyła mi się już 

bójka z Bruno, jeśli to jest ten czarujący stróż twoich drzwi.

– Spotkałeś Bruna? – niedowierzająco spytała dziewczyna.
– Uroczy człowiek. Jaki wspaniały z niego rozmówca.
– Pozwól, że cię ostrzegę – powiedziała Carol. – To właśnie Bruno odprowadził 

mnie do domu.

– Na szczęście dość łatwo go zauważyć. Wyglądaj przez tylne okno. Nie 

chciałbym czekać na twoich schodach pożarowych.

– To prawdziwe wariactwo – jęknęła Carol.
Jason przebrał się w ciemne spodnie i sweter. Będzie wystarczająco dobrze 

widoczny na zewnętrznych schodach, nawet jeśli nie ubierze się w jasne kolory. 
Włożył buty do biegania i zszedł do samochodu. Jadąc Beacon Street miał oko na 
Bruna. Skręcił w lewo w Gloucester Street i jeszcze raz w lewo w Commonwealth. 
Kiedy przeciął Marlborough zwolnił. Wiedział, że nie ma szans na znalezienie 
miejsca do parkowania, więc zatrzymał się przy pobliskim hydrancie. Zostawił drzwi 
nie zamknięte; gdyby zaszła taka potrzeba, strażacy mogliby przeciągnąć węże 
bezpośrednio przez samochód.

Wysiadając z samochodu spojrzał w głąb alejki pomiędzy ulicami Beacon 

i Marlborough. Światła z okien tworzyły oddzielne plamy, między którymi panowała 
ciemność, a drzewa rzucały cienie podobne do sieci pająka. Jason dobrze pamiętał, 
jak tą samą alejką próbował ostatnio uciec przed Brunem.

Zbierając odwagę ruszył uliczką tak napięty, jak sprinter oczekujący na sygnał 

startu. Nagły ruch z lewej strony kazał mu wstrzymać oddech. Był to szczur wielkości 
małego kota i Jason poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku. Szedł dalej, szczęśliwy, 
że nie widzi żadnego znaku obecności Bruna. Było tak cicho, że słyszał własny 
oddech.

Dotarłszy do budynku Carol zauważył znajome światło w mieszkaniu na trzecim 

piętrze, a potem przyjrzał się schodom pożarowym. Niestety, był to jeden z tych 
mechanizmów, które muszą być opuszczone z pierwszego piętra. Rozejrzał się 
wokoło w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby stanąć. Jedyną osiągalną rzeczą był 

background image

pojemnik na śmieci, a to oznaczało, że trzeba go będzie przewrócić, wyrzucając 
zawartość. Chociaż wiedział, że narobi w ten sposób mnóstwo hałasu, Jason 
uświadamiał sobie, że nie ma wyboru. Wstrząsnął się jednak, gdy metal zadzwonił 
o chodnik, a kilka puszek po piwie z brzękiem potoczyło się po ulicy.

Wstrzymując oddech, spojrzał w górę. Nie zapaliły się żadne światła. 

Zadowolony, wspiął się na pojemnik i chwycił najniższy szczebel podniesionej 
drabiny.

– Hej! – rozległ się czyjś krzyk. Jason odwrócił głowę i ujrzał znajomą zwalistą 

postać, która zbliżała się biegiem, ciężko machając grubymi ramionami i sapiąc jak 
silnik parowy. W tym momencie Bruno wyglądał jak obrońca z drużyny 
waszyngtońskich Redskins.

– Cholera! – rzucił Jason. Z całej siły podciągnął się na drabinie, na wpół 

spodziewając się, że opadnie pod jego ciężarem. Na szczęście tak się nie stało. Unosił 
się dłoń po dłoni, aż mógł postawić stopę na pierwszym szczeblu i w końcu wspiął się 
na pierwsze piętro.

– Hej, ty przeklęty mały zboczeńcu! – wrzeszczał Bruno. – Złaź stamtąd 

natychmiast!

Jason zawahał się. Mógł powstrzymać mężczyznę, depcząc mu po palcach, jeśli 

będzie próbował się wspiąć, ale to nie doprowadzi go do spotkania z Carol. I ktoś 
mógłby wezwać policję, gdyby zrobili głośną burdę. Jason postanowił zaryzykować. 
Wbiegł następne dwie kondygnacje i dotarł do okna Carol. Wypatrywała go 
i podniosła ramę okienną, kiedy tylko go zauważyła. Zanim się odezwała, Jason 
wysapał:

– Twój neonazista jest w drodze na górę. Myślisz, że on ma broń? – Jason 

stwierdził, że stoi w olbrzymiej kuchni.

– Nie wiem.
– Będzie tu za chwilę – poinformował ją Jason, zatrzaskując okno i zamykając je 

na zasuwę. To powinno opóźnić Bruna o jakieś dziesięć sekund.

– Może mogłabym z nim porozmawiać – zasugerowała Carol.
– A będzie słuchał?
– Nie mam pewności. To trochę głupek...
– Mam takie samo wrażenie – zgodził się Jason. – I wiem, że on nie przepada za 

mną. Sądzę, że będę potrzebował czegoś w rodzaju kija baseballowego.

– Nie możesz go uderzyć, Jason.
– Nie chcę, ale nie przypuszczam, żeby Bruno zgodził się usiąść 

i przedyskutować to spokojnie. Muszę mieć coś, żeby go zastraszyć i utrzymać 
z daleka od siebie.

– Mam pogrzebacz.

background image

– Daj go.
Jason zgasił światło w kuchni. Przyciskając nos do szyby, widział Bruna, 

próbującego z wysiłkiem podciągnąć się na pierwsze piętro. Był silny, ale zbyt 
masywny. Carol wróciła z pogrzebaczem. Jason zważył go w dłoni. Przy niewielkiej 
dozie szczęścia mogło mu się udać przekonać tego faceta, żeby słuchał.

– Wiem, że to był zły pomysł – odezwała się Carol.
Jason rozejrzał się po pomieszczeniu i zobaczył, że podłogę pokrywa staromodne 

linoleum. Spojrzał na drzwi prowadzące z kuchni do reszty mieszkania. Były grube 
i solidne, z zamkiem i kluczem. Z pewnością kiedyś ten pokój był czymś innym, nie 
kuchnią.

– Carol, czy bardzo miałabyś mi za złe, gdybym zrobił ci bałagan? Oczywiście, 

z przyjemnością wynajmę kogoś kto go posprząta.

– O czym ty mówisz?
– Masz dużą puszkę oleju roślinnego?
– Tak sądzę.
– Czy mógłbym ją dostać?
Zdezorientowana Carol otworzyła drzwi spiżarni i wyjęła puszkę, zawierającą 

cztery i pół litra importowanej włoskiej oliwy.

– Doskonale – stwierdził Jason. Po jeszcze jednym szybkim zerknięciu za okno, 

pospiesznie wyciągnął z kuchni dwa krzesła i stół. Carol obserwowała go z rosnącą 
konsternacją.

– Dobra, wychodzimy – zakomenderował Jason. Dziewczyna wycofała się do 

hallu.

Jason odkorkował oliwę i szerokimi, kolistymi ruchami zaczął ją wylewać na 

podłogę. Zamknąwszy za sobą drzwi, usłyszał łomotanie do kuchennego okna, 
a potem brzęk szkła.

Zaklinował stół pomiędzy ścianą hallu i drzwiami kuchni.
– Dalej – polecił, biorąc Carol za rękę. W drugiej ręce nadal trzymał pogrzebacz. 

Zaprowadził dziewczynę do frontowych drzwi mieszkania, które były odpowiednio 
zabezpieczone podwójnymi ryglami i metalowym zamkiem z policyjnym atestem. 
Z kuchni dobiegł straszliwy trzask. Bruno przewrócił się po raz pierwszy.

– To było pomysłowe – zaśmiała się Carol.
– Kiedy waży się siedemdziesiąt dwa kilogramy, trzeba mieć solidny punkt 

podparcia. – Serce Jasona nadal mocno waliło. – W każdym razie, nie mam pojęcia, 
jak długo Bruno tam zabawi, więc lepiej się pospieszę. Potrzebuję ciebie. Moją 
ostatnią szansą na odtworzenie odkrycia Hayesa jest pojechać do Seattle i spróbować 
dowiedzieć się, co on tam robił. Najwyraźniej, on...

Rozległo się kolejne łupnięcie, a po nim potok ordynarnych słów, niektóre z nich 

background image

prawdopodobnie włoskiego pochodzenia.

– Będzie w paskudnym nastroju – stwierdził Jason, otwierając zamki we 

frontowych drzwiach.

– Chcesz zatem, żebym pojechała z tobą do Seattle. O to właśnie chodzi?
– Wiedziałem, że to zrozumiesz. Hayes przywiózł stamtąd jakiś materiał 

biologiczny, który poddawał obróbce w Gene. Inc. Muszę się dowiedzieć, co to było. 
Może wie o tym ten człowiek, z którym Hayes spotkał się na uniwersytecie 
stanowym.

– Ten mężczyzna, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć?
– Widziałaś go jednak i mogłabyś go rozpoznać, prawda?
– Prawdopodobnie.
– Wiem, że to zarozumialstwo, prosić cię, żebyś pojechała – powiedział. – Ale 

naprawdę wierzę, że Hayes zrobił jakieś przełomowe odkrycie, a biorąc pod uwagę 
zapiski z jego poprzednich doświadczeń można się spodziewać, że było ono 
znaczące.

– I naprawdę uważasz, że podróż do Seattle może rozwiązać ten problem?
– Szansa jest niewielka. Ale tylko ten trop pozostał.
Drzwi kuchni zatrzęsły się i usłyszeli, że Bruno zaczął w nie równomiernie 

bębnić.

– Myślę, że siedziałem za długo – powiedział Jason. – Bruno nie zrobi ci 

krzywdy, prawda?

– Na Boga, nie. Mój szef obdarłby go żywcem ze skóry. To dlatego tak się teraz 

wścieka. Sądzi, że jestem w niebezpieczeństwie.

– Carol, czy pojedziesz ze mną do Seattle? – zapytał Jason, odsuwając zasuwę 

atestowanego zamka.

– Kiedy chcesz wyruszyć? – zapytała dziewczyna z wahaniem.
– Dzisiaj po południu. Nie zostaniemy długo. Czy będziesz mogła zwolnić się na 

krótko?

– Robiłam to już w przeszłości. Mówię po prostu, że chcę pojechać do domu. 

Poza tym po zabójstwie Helene mój szef może poczuć ulgę, że pozbędzie się mnie 
z miasta.

– Zatem ustalone, że jedziesz? – upewnił się Jason.
– W porządku – Carol obdarzyła go serdecznym uśmiechem. – Dlaczego nie?
– Lot do Seattle jest dziś o czwartej po południu. Spotkamy się przy wejściu. 

Będę miał bilety. Jak to brzmi?

– Po wariacku – odparła Carol – ale zabawnie.
– Do zobaczenia. – Jason zbiegł po schodach do swojego samochodu, obawiając 

się, że Bruno mógłby zmienić kierunek i wyjść z powrotem przez okno.

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Jason obudził się wcześnie rano i zadzwonił do Rogera, żeby spytać o swoich 

pacjentów. Nie wybierał się dziś do szpitala. Przed spotkaniem z Carol i lotem do 
Seattle o czwartej chciał odbyć jeszcze jedną podróż. Spakował się pospiesznie, 
pamiętając, by zabrać ubrania na deszczową, chłodną pogodę i taksówką pojechał na 
lotnisko, docierając tam w samą porę, by oddać bagaż do przechowalni i wsiąść do 
samolotu o dziesiątej, lecącego na La Guardia. Po przybyciu na miejsce wypożyczył 
samochód i pojechał do Leonii, w New Jersey. Powodzenie tej podróży było jeszcze 
mniej prawdopodobne, niż wyprawy do Seattle, ale chciał odwiedzić byłą żonę 
Hayesa. Nie zamierzał pozostawić bez sprawdzenia nawet najsłabszego śladu.

Leonia okazała się sennym małym miasteczkiem, bez śladów bliskości Nowego 

Jorku. W odległości dziesięciu minut jazdy od George Washington Bridge Jason 
znalazł się na szerokiej ulicy, zabudowanej parterowymi pawilonami handlowymi, 
z których każdy miał parking. Mogłaby to być ulica Główna gdzieś w USA. Zamiast 
tego nosiła nazwę Broad Avenue. Była tam drogeria, sklep z artykułami żelaznymi, 
piekarnia, a nawet restauracja. Wszystko to wyglądało jak dekoracje do filmu z lat 
pięćdziesiątych. Jason wszedł do restauracji, zamówił koktajl waniliowy i skorzystał 
z książki telefonicznej. Figurowała w niej jakaś Louise Hayes, mieszkająca przy Park 
Avenue. Popijając koktajl Jason rozważał, czy roztropniej będzie zadzwonić, czy po 
prostu wstąpić do pani Hayes. W końcu wybrał to drugie.

Park Avenue przecinała ulicę Broad i wspinała się po zboczu wzgórza, 

wyznaczającego wschodnią granicę Leonii. Za skrzyżowaniem z Pauline Boulevard 
łukiem skręcała na północ. Tam właśnie Jason znalazł dom Louise Hayes. Była to 
skromna, ciemnobrązowa, kryta gontem budowla, wymagająca poważnego remontu. 
Trawa przed domem wydała już nasiona.

Jason zadzwonił do drzwi. Otworzyła je uśmiechnięta kobieta w średnim wieku, 

ubrana w wypłowiałą czerwoną domową sukienkę. Miała zaniedbane brązowe włosy, 
a do jej uda przyciskała się mała, pięcio– czy sześcioletnia dziewczynka, która 
wepchnęła sobie właśnie cały kciuk do buzi.

– Pani Hayes? – spytał Jason. Ta kobieta była słabym cieniem innych znanych 

mu partnerek Hayesa.

– Tak.
– Jestem doktor Jason Howard. Byłem kolegą pani zmarłego męża. – Nie 

przygotował sobie, co ma powiedzieć.

– Tak? – powtórzyła pani Hayes, odruchowo odsuwając za siebie dziewczynkę.
– Chciałbym porozmawiać z panią, jeśli ma pani wolną chwilkę – Jason wyjął 

portfel i wręczył gospodyni swoje prawo jazdy, w którym znajdowało się jego 

background image

zdjęcie, oraz legitymację pracownika GHP. – Studiowałem medycynę razem z pani 
mężem – dodał dla jasności.

Louise spojrzała na dokumenty i oddała je gościowi.
– Zechce pan wejść?
– Dziękuję.
Wnętrze domu także domagało się odnowienia. Meble były zniszczone, a dywan 

przetarty do osnowy. Na podłodze leżały porozrzucane dziecięce zabawki. Louise 
pospiesznie oczyściła miejsce na kanapie i gestem zaprosiła Jasona, żeby usiadł.

– Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty?
– Z przyjemnością napiłbym się kawy – odparł. Kobieta wyglądała na 

zdenerwowaną i pomyślał, że uspokoi się trochę, jeśli się czymś zajmie. Gospodyni 
wyszła do kuchni, skąd doleciał za chwilę odgłos lejącej się wody. Mała dziewczynka 
poszła za nim, przyglądając się Jasonowi ogromnymi brązowymi oczami. Kiedy gość 
uśmiechnął się do niej, uciekła do kuchni.

Rozejrzał się po pokoju. Salon był ciemny i mało przytulny, na ścianach wisiało 

kilka reprodukcji, zamawianych z katalogów wysyłkowych. Wróciła Louise, ciągnąc 
za sobą córeczkę. Podała Jasonowi kubek kawy i postawiła na małym stoliczku cukier 
i śmietankę. Jason poczęstował się jednym i drugim.

Kobieta usiadła naprzeciwko Jasona.
– Przepraszam, że z początku mogłam się wydać mało gościnna – odezwała się. – 

Niewielu ludzi odwiedza mnie, pytając o Alvina.

– Rozumiem – rzekł Jason. Przyjrzał się uważniej swojej rozmówczyni. Pod 

zaniedbaną powierzchownością odkrył cień atrakcyjnej kobiety. Hayes miał dobry 
gust, to pewne. – Przepraszam, że nachodzę panią w ten sposób, ale Alvin wspominał 
o pani. Byłem w tej okolicy i pomyślałem, że wpadnę. – Zdecydował, że kilka 
drobnych kłamstewek może tu pomóc.

– Doprawdy? – Louise zareagowała raczej obojętnie.
Jason postanowił być ostrożny. Nie był tu po to, żeby ożywiać bolesne uczucia.
– Powodem, dla którego chciałem z panią porozmawiać – rozpoczął – jest to, że 

pani mąż mówił mi, jakoby dokonał ważnego odkrycia naukowego. – Zaczął 
wyjaśniać okoliczności śmierci Hayesa i jak on, Jason, uczynił celem swojej osobistej 
krucjaty sprawdzenie, czy Alvin faktycznie coś odkrył. Wyjaśnił, że byłoby tragedią, 
gdyby coś, co mogłoby pomóc ludzkości, miało pójść w zapomnienie. Louise 
przytakująco skinęła głową, ale kiedy Jason zapytał, czy ma jakiś pomysł, czego 
mogło dotyczyć owo odkrycie, zaprzeczyła.

– Pani i Alvin nie rozmawialiście zbyt dużo?
– Nie. Tylko o dzieciach i kwestiach finansowych.
– Jak mają się wasze dzieci? – zainteresował się lekarz, mając w pamięci 

background image

niepokój Hayes o syna.

– Oboje czują się świetnie, dziękuję.
– Dwoje?
– Tak – przytaknęła Louise. – Lucy, o tutaj – pogłaskała córkę po głowie – a John 

jest w szkole.

– Myślałem, że mieliście państwo troje dzieci.
Jason zobaczył, jak oczy kobiety zaszły mgłą. Po chwili niezręcznej ciszy 

odezwała się:

– Cóż... jest jeszcze jedno. Alvin junior. Jest poważnie opóźniony w rozwoju. 

Mieszka w szkole w Bostonie.

– Przepraszam.
– W porządku. Przypuszczam, że do tej pory powinnam już przywyknąć, ale 

obawiam się, że to nigdy nie nastąpi. Wydaje mi się, że to był powód, dla którego 
Alvin i ja rozwiedliśmy się – nie mogłam sobie z tym poradzić.

– Gdzie dokładnie jest Alvin junior? – spytał Jason, wiedząc, że sonduje 

wrażliwy obszar.

– W Hartford School.
– Jak się czuje? – Jason znał Hartford School. Instytucja ta została zakupiona 

przez GHP, kiedy korporacja nabyła związany ze szkołą prywatny szpital. Jason 
wiedział także, że obecnie szkoła wystawiona jest na sprzedaż. Przynosiła GHP same 
straty.

– Dobrze, jak sądzę – odrzekła Louise. – Obawiam się, że nie odwiedzam go zbyt 

często. Te wizyty łamią mi serce.

– Rozumiem – przytaknął Jason, zastanawiając się, czy to o tym synu wspominał 

Hayes tej nocy, kiedy zmarł. – Czy moglibyśmy zadzwonić i spytać, jak chłopiec się 
czuje?

– Myślę, że tak – zgodziła się Louise, wcale nie zaskoczona dziwnym 

charakterem prośby. Podniosła się sztywno i – z córką nadal uczepioną jej nogi – 
podeszła do aparatu i zadzwoniła. Poprosiła o połączenie z salą dzieci w wieku do 
dziesięciu lat, a potem rozmawiała chwilę o stanie swojego syna. Odłożywszy 
słuchawkę, poinformowała Jasona: – Mają wrażenie, że czuje się tak dobrze, jak 
można się tego spodziewać. Jedynym nowym problemem są jakieś bóle stawów, które 
przeszkadzają w fizykoterapii.

– Czy od dawna tam przebywa?
– Odkąd Alvin zaczął pracować dla GHP. Możliwość umieszczenia Alvina 

juniora w Hartford była jedną z przyczyn, dla których przyjął tę pracę.

– A pani drugi syn? Powiedziała pani, że czuje się dobrze.
– Nie mógłby lepiej – z wyraźną dumą potwierdziła Louise. – Jest w trzeciej 

background image

klasie i uważają go za jednego z najbystrzejszych uczniów.

– To wspaniale – zgodził się Jason, próbując wrócić myślą do nocy, której zmarł 

Hayes. Alvin powiedział, że ktoś chciał zabić jego samego i jego syna. Że jest już za 
późno dla niego, ale może jeszcze nie dla jego syna. Co to właściwie mogło znaczyć? 
Jason założył, że jeden z jego synów jest fizycznie chory, ale najwyraźniej nie o to 
chodziło.

– Jeszcze trochę kawy? – zaproponowała Louise.
– Nie, dziękuję – wymówił się Jason. – Jest jeszcze jedna rzecz, o którą 

chciałbym zapytać. W momencie swojej śmierci Alvin zajmował się zakładaniem 
spółki. Dzieci państwa miały być akcjonariuszami. Wiedziała pani o tym?

– Nie.
– No cóż – powiedział gość. – Dziękuję za kawę. Jeśli mógłbym zrobić coś dla 

pani w Bostonie, na przykład zajrzeć do Alvina juniora, Proszę zadzwonić bez 
wahania. – Wstał i mała dziewczynka ukryła głowę w spódniczce Louise.

– Mam nadzieję, że Alvin nie cierpiał – rzekła kobieta.
– Nie, z pewnością – skłamał Jason. Ciągle pamiętał wyraz twarzy konającego 

Alvina.

Byli przy drzwiach, kiedy Louise odezwała się nagle:
– O, nie powiedziałem panu o czymś. Kilka dni po śmierci Alvina ktoś się tu 

włamał. Na szczęście nie było nas w domu.

– Czy coś zniknęło? – Jason zastanawiał się, czy to mogli być ludzie z Gene. Inc.
– Nie – zaprzeczyła Louise. – Prawdopodobnie znaleźli tylko zwykły bałagan 

i wycofali się. – Uśmiechnęła się. – Ale zdaje się, że przeszukali wszystko. Nawet 
szafki z książkami dzieci.

Wyjeżdżając samochodem z Leonii i kierując się z powrotem w stronę George 

Washington Bridge, Jason rozmyślał o swoim spotkaniu z Louise Hayes. Właściwie 
powinien być bardziej zniechęcony, niż był w rzeczywistości. W końcu nie 
dowiedział się niczego tak ważnego, co usprawiedliwiałoby tę podróż. Uświadomił 
sobie jednak, że w jego chęci odwiedzenia Leonii było coś więcej. Był autentycznie 
ciekawy żony Hayesa. Straciwszy tak gwałtownie własną żonę Jason nie rozumiał, 
dlaczego ktoś taki jak Hayes rozwodzi się dobrowolnie. Jason jednak nigdy nie 
doświadczył tragedii posiadania upośledzonego umysłowo dziecka.

Howardowi udało się złapać powrotny lot do Bostonu o drugiej po południu. 

Próbował czytać na pokładzie, ale nie mógł się skoncentrować. Zaczął się martwić, że 
Carol nie przyjedzie na spotkanie na bostońskim lotnisku, albo – co jeszcze gorsze – 
że razem z nią pojawi się Bruno.

Niestety, samolot, który miał wystartować o drugiej i lądować w Bostonie 

o drugiej czterdzieści, opuścił lotnisko La Guardia o drugiej trzydzieści. Kiedy Jason 

background image

zszedł z pokładu, było piętnaście po trzeciej. Odebrał bagaż z przechowalni 
i przebiegł z terminalu linii Eastern na United.

Przed kasą biletową była duża kolejka i Jason nie mógł zrozumieć, co robią 

pracownicy linii lotniczych, że udaje im się przeciągnąć tak długo każdą transakcję. 
Do czwartej zostało już tylko dwadzieścia minut, a nigdzie nie było śladu Carol 
Donner.

W końcu nadeszła kolej Jasona. Rzucił swoją kartę American Express, prosząc 

o dwa bilety powrotne do Seattle na lot o czwartej, z otwartym terminem powrotu.

Przynajmniej Jasona kasjer obsłużył sprawnie. W ciągu trzech minut klient 

otrzymał bilety i karty pokładowe i pobiegł do stanowiska nr 19. Była za pięć 
czwarta. Kończyła się właśnie odprawa pasażerów. Dotarłszy do kontuaru zdyszany 
Jason zapytał, czy nikt go nie szukał.

Kiedy dziewczyna za biurkiem zaprzeczyła, pospiesznie opisał Carol i upewnił 

się, czy kobieta nie widziała jej.

– Ona jest bardzo atrakcyjna – dodał.
– Jestem tego pewna – uśmiechnęła się dziewczyna. – Niestety, nie zauważyłam 

jej. Ale jeśli planuje pan podróż do Seattle, lepiej, żeby wszedł pan na pokład.

Jason patrzył, jak długa wskazówka sunie po tarczy ściennego zegara, wiszącego 

nad stanowiskiem odpraw. Pracownica United Lines zajęta była liczeniem biletów. 
Inny pracownik obwieścił ostatecznie odlot do Seattle. Było dwie minuty po czwartej.

Z torbą podręczną na ramieniu Jason spojrzał poprzez główną halę w kierunku 

właściwego terminala. W momencie, gdy miał już porzucić wszelką nadzieję, ujrzał 
ją. Biegła w jego kierunku. Jason powinien się cieszyć. Ale kilka metrów za 
dziewczyną wyłoniło się masywne cielsko Bruna. Dalej w hallu stał policjant, 
kręcący się koło urządzenia prześwietlającego bagaż. Jason zanotował ten fakt 
w pamięci: to będzie kierunek jego ucieczki, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Dziewczyna biegła z trudem, zawadzała jej podręczna torba. Bruno nie próbował 

nawet jej pomóc. Carol zbliżyła się prosto do Jasona, który zobaczył, jak wyraz 
szerokiej twarzy osiłka zmienia się z udręki w zmieszanie i gniew.

– Udało mi się? – wysapała.
Pracownik lotniska był teraz w drzwiach tunelu, odsuwając kopnięciem 

przytrzymującą drzwi listwę.

– Co ty, do diabła, tu robisz, dupku? – wrzasnął Bruno, spoglądając na tablicę 

informującą o kierunku lotu. Oskarżycielsko zwrócił się od Carol: – Powiedziałaś, że 
jedziesz do domu, Carol.

– Chodź – przynagliła dziewczyna, chwytając ramię Jasona i ciągnąc go 

w kierunku wejścia do rękawa, wiodącego do samolotu.

Jason ruszył tyłem, nie spuszczając wzroku z pyzatej twarzy Bruna, która pokryła 

background image

się paskudną czerwienią. Żyły na skroniach nabrzmiały do rozmiaru cygara.

– Chwileczkę! – krzyknęła Carol do pracownika lotniska. Mężczyzna skinął 

głową i krzyknął coś w głąb rękawa. Jason obserwował Bruna aż do ostatniej 
sekundy. Zobaczył, jak osiłek podchodzi ciężko do rzędu aparatów telefonicznych.

– Lubicie wpadać w ostatniej chwili – skomentował pracownik, oddzierając 

odcinek z każdej karty pokładowej. Jason w końcu odwrócił się, ostatecznie 
upewniony, że Bruno postanowił nie robić sceny. Carol nadal ciągnęła Jasona za 
ramię. Musieli zaczekać, podczas gdy operator załomotał do zamkniętych już drzwi 
samolotu, żeby stewardessa otworzyła je ponownie. – To była naprawdę ostatnia 
chwila – mruknął, marszcząc brwi.

Gdy tylko usiedli Carol przeprosiła za spóźnienie.
– Jestem wściekła – oświadczyła, wpychając torbę pod siedzenie przed sobą. – 

Doceniam troskę Artura o moje dobro, ale to jest śmieszne.

– Kto to jest Artur?
– Mój szef – wyjaśniła z odrazą Carol. – Powiedział, że jeśli teraz wyjadę, może 

mnie naprawdę wyrzucić. Sądzę, że zwolnię się, kiedy wrócimy.

– Będziesz mogła to zrobić? – spytał Jason, zastanawiając się, co jeszcze, poza 

tańcem, wchodziło w zakres służbowych obowiązków Carol. Według jego orientacji, 
kobiety takie jak ona tracą kontrolę nad swoim życiem.

– Tak czy inaczej planowałam odejść wkrótce – stwierdziła. Samolot szarpnął, 

kiedy odciągano go od rękawa.

– Wiesz, na czym polega moja praca? – spytała Carol.
– Mniej więcej – odparł niejasno Jason.
– Nigdy o tym nie wspominałeś – zdziwiła się Carol. – Większość ludzi porusza 

ten temat.

– Uważałem, że to twoja sprawa – odrzekł. Kim on był, żeby uważać się za 

sędziego?

– Jesteś trochę dziwny – stwierdziła Carol – miły, ale dziwny.
– Myślałem, że jestem całkiem normalny – odpowiedział Jason.
– Ha! – skwitowała to żartobliwie dziewczyna.
Na pasach był duży ruch i czekali ponad dwadzieścia minut, zanim samolot 

oderwał się od ziemi i skierował na zachód.

– Nie przypuszczałem, że nam się uda – powiedział Jason, w końcu zaczynając 

się odprężać.

– Przepraszam – powtórzyła Carol. – Próbowałam zgubić Bruna, ale trzymał się 

mnie jak przyklejony. Nie chciałam, żeby wiedział, że nie lecę do Indiany. Ale co 
mogłam zrobić?

– To nie ma znaczenia – zapewnił ją, choć w głębi ducha niepokoiło go, że każdy, 

background image

z wyjątkiem Shirley, wie, dokąd się udają. Chciał, żeby to była tajemnica. 
Jednocześnie nie przypuszczał, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Robiąc notatki w żółtym bloczku Jason zaczął wypytywać Carol o przebieg 

każdej z dwóch podróży Hayesa do Seattle. Zatrzymali się wtedy w Mayfair Hotel 
i między innymi odwiedzili klub o nazwie Totem, podobny do Club Cabaret 
w Bostonie. Jason zapytał, jak tam wyglądało.

– Było w porządku – odparła Carol. – Nic specjalnego. Ale nie ma tam tego 

smaczku, jak w Club Cabaret. Seattle wydaje się trochę konserwatywne.

Jason skinął głową, zastanawiając się, dlaczego Hayes miałby tracić czas w takim 

miejscu, podróżując razem z Carol.

– Czy Alvin rozmawiał tam z kimś?
– Tak. Artur załatwił mu spotkanie z właścicielem.
– Twój szef? Alvin znał twojego szefa?
– Byli przyjaciółmi. To przez niego poznałam Alvina.
Jason przypomniał sobie plotki o upodobaniu Hayesa do dyskotek i podobnych 

lokali. Widocznie pogłoski były prawdziwe. Jednak pomysł, że światowej sławy 
biolog molekularny przyjaźni się z człowiekiem prowadzącym bar z tańcem topless, 
wydał się Jasonowi śmieszny.

– Wiesz, o czym Alvin rozmawiał z tym mężczyzną?
– Nie, nie mam pojęcia – zaprzeczyła Carol. – To nie trwało długo. W tym czasie 

oglądałam tancerki. Były całkiem dobre.

– Odwiedziliście też uniwersytet Washington, zgadza się?
– Tak jest. Poszliśmy tam pierwszego dnia.
– I uważasz, że możesz rozpoznać mężczyznę, z którym widział się Hayes? – 

zapytał dla pewności Jason.

– Tak sądzę. To był wysoki, przystojny facet.
– A potem co robiliście?
– Pojechaliśmy w góry.
– I to były wakacje?
– Tak myślę.
– Czy Alvin spotkał się tam z kimś?
– Z nikim szczególnym. Ale rozmawiał z mnóstwem ludzi.
Kiedy obsługa podała napoje, Jason odchylił się na oparcie siedzenia. Myślał 

o tym, co powiedziała mu Carol. Wierzył, że najważniejszym wydarzeniem był 
wizyta na uniwersytecie. Jednak pójście do klubu było równie znaczące i zasługiwało 
na sprawdzenie.

– Jeszcze jedno – odezwała się dziewczyna. – Podczas drugiej podróży 

musieliśmy poświęcić trochę czasu na szukanie suchego lodu.

background image

– Suchego lodu? Po co, u diabła?
– Nie wiedziałam, a Alvin mi nie powiedział. Miał chłodziarkę i chciał wypełnić 

ją suchym lodem.

Prawdopodobnie do przewozu próbki, pomyślał Jason. To brzmi obiecująco.
Kiedy wylądowali w Seattle, przestawili zegarki na czas Zachodniego Wybrzeża. 

Jason wyjrzał przez okno samolotu. Zgodnie z przewidywaniami padało. Widział 
krople deszczu w pociemniałych kałużach na pasie startowym. Wkrótce nawet okna 
pokryły się smugami wilgoci.

Wypożyczyli samochód i gdy wydostali się z korka przy lotnisku, Jason 

powiedział:

– Na wypadek, gdyby to mogło pomóc twojej pamięci, zatrzymamy się w tym 

samym hotelu, w którym ostatnio mieszkaliście. W oddzielnych pokojach, rzecz 
jasna.

W półmroku samochodu Carol spojrzała na niego. Jason chciał, żeby było jasne, 

że to wyłącznie służbowa podróż.

O dwa samochody za nimi jechał ciemnoniebieski ford taurus. Za kierownicą 

siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany w golf, zamszową kurtkę i spodnie 
w kratkę. Telefonowano do niego zaledwie pięć godzin wcześniej, żeby wyszedł na 
przylot samolotu linii United z Bostonu. Miał znaleźć czterdziestopięcioletniego 
lekarza, któremu towarzyszyć będzie piękna młoda kobieta. Nazywali się Howard 
i Donner. Miał ich śledzić. Ta operacja była łatwiejsza, niż się spodziewał. Sprawdził 
ich tożsamość po prostu podchodząc za nimi do lady, przy której odbierano bagaż.

Teraz wszystko, co miał robić, to nie spuszczać ich z oka. Prawdopodobnie 

skontaktuje się z nim ktoś, kto przyjedzie z Miami. Za to płacono mu jak zwykle 
pięćdziesiąt dolarów za godzinę plus wydatki. Zastanawiał się, czy to jakieś 
wewnętrzne problemy.

Hotel był elegancki. Sądząc z codziennego niechlujnego wyglądu Hayesa, Jason 

nie spodziewał się, że ten człowiek ma tak kosztowne gusta. Wzięli oddzielne pokoje, 
ale Carol nalegała, żeby otworzyli łączące je drzwi.

– Nie bądźmy pruderyjni – powiedziała. Jason nie wiedział, jak ma to rozumieć.
Ponieważ ledwie tknęli podane na pokładzie samolotu jedzenie, Jason 

zaproponował obiad, zanim udadzą się do Totem Club. Carol przebrała się i kiedy 
weszli do jadalni, jej młodzieńczy wygląd sprawił Jasonowi przyjemność. Szef sali 
sprawdził nawet dowód osobisty dziewczyny, kiedy Jason zamówił butelkę 
kalifornijskiego chardonnay. Ten epizod poruszył Carol, która narzekała, że w wieku 
dwudziestu pięciu lat ma już najlepszy okres za sobą.

background image

Przed dziesiątą, czyli pierwszą w nocy czasu wschodnioamerykańskiego, byli 

gotowi do drogi do Totem Club. Jason zaczął już być śpiący, ale jego towarzyszka 
czuła się świetnie. Zostawili wypożyczony samochód na hotelowym parkingu i wzięli 
taksówkę. Carol przyznała, że mieli z Hayesem trudności w znalezieniu miejsca do 
parkowania.

Totem Club leżał poza centrum Seattle, na skraju przyjemnej, willowej dzielnicy, 

i pozbawiony był podejrzanego kolorytu bostońskiej Combat Zonę. Klub otaczał 
wielki asfaltowy parking, który nie był nawet zaśmiecony i nie było tu żebrzących 
bezdomnych. Lokal wyglądał jak każda restauracja czy bar, z wyjątkiem kilku 
imitacji słupów totemicznych, stojących po obu stronach wejścia. Wysiadłszy 
z samochodu Jason poczuł uderzenie rockowej muzyki. W deszczu pobiegli do 
wejścia.

W środku klub wydawał się bardziej konserwatywny, niż Cabaret. Pierwszą 

rzeczą, jaką dostrzegł mężczyzna, był tłum, składający się w większości raczej z par, 
niż z ostro pijących mężczyzn, którzy otaczali scenę w Bostonie. Był tu nawet 
niewielki parkiet do tańca. Jedynym podobieństwem było rozplanowanie wnętrza, 
które także miało kształt litery U, z podestem dla tancerek pośrodku.

– Tu nie tańczą topless – szepnęła Carol.
Wskazano im oddzielony od sali stolik na pięterku, z dala od baru. Kelnerka 

położyła przed każdym z nich kartonową podstawkę i spytała, jakie napoje 
zamawiają.

Kiedy zostali obsłużeni Jason zapytał swoją towarzyszkę, czy widzi właściciela. 

Z początku nie mogła go dostrzec, ale po kwadransie chwyciła Jasona za ramię 
i pochyliła się nad stołem.

– Jest tam. – Wskazała młodego mężczyznę, prawdopodobnie 

trzydziestokilkuletniego, ubranego we frak z czerwoną muchą i szarfą. Miał 
oliwkową cerę i gęste, czarne włosy z niebieskawym połyskiem.

– Pamiętasz jego nazwisko?
Pokręciła głową.
Jason wstał i podszedł do właściciela o wesołej, chłopięcej twarzy. Gdy Howard 

zbliżył się do niego, tamten roześmiał się i klepnął po plecach siedzącego przy barze 
mężczyznę.

– Przepraszam – zagadnął Jason. – Jestem doktor Jason Howard. Z Bostonu. – 

Właściciel odwrócił się do niego z przyklejonym uśmiechem.

– Sebastion Frahn – przedstawił się. – Witamy w Totem.
– Czy mógłbym porozmawiać z panem przez chwilę?
Uśmiech mężczyzny zgasł.
– O co chodzi?

background image

– Wyjaśnienie zajmie tylko minutę czy dwie.
– Jestem bardzo zajęty. Może później.
Nieprzygotowany na tak szybką odprawę Jason stał przez chwilę, patrząc, jak 

Frahn porusza się między klientami. Na jego twarz natychmiast powrócił uśmiech.

– Nie miałeś szczęścia? – spytała Carol, kiedy Jason wrócił do stolika i usiadł.
– Żadnego. Pięć tysięcy kilometrów i facet nie chce nawet ze mną rozmawiać.
– W tej branży ludzie muszą być ostrożni. Pozwól, że ja spróbuję.
Nie czekając na odpowiedź wyśliznęła się zza stolika. Jason patrzył, jak z gracją 

podeszła do właściciela. Dotknęła jego ramienia i krótko z nim rozmawiała. Jason 
widział, jak mężczyzna skinął głową, a potem rzucił spojrzenie w jego stronę. Skinął 
głową ponownie i odszedł. Carol wróciła.

– Będzie tu za minutę.
– Co powiedziałaś?
– Pamiętał mnie – odparła po prostu.
Jason zastanawiał się, co to znaczy.
– Przypomniał sobie Hayesa?
– O, tak – zapewniła Carol. – Bez problemu.
W ciągu dziesięciu minut Sebastion Frahn zrobił rundę wokół sali i zatrzymał się 

przy ich stoliku.

– Przepraszam, że byłem taki lakoniczny. Nie wiedziałem, że jesteście 

przyjaciółmi.

– Wszystko w porządku – odparł Jason. Nie wiedział dokładnie, co mężczyzna 

chciał przez to powiedzieć, ale brzmiało to życzliwie.

– Co mogę dla pana zrobić?
– Carol mówi, że pamięta pan doktora Hayesa. Sebastion zwrócił się do Carol.
– To ten facet, który ostatnio był tu z tobą? – zapytał.
Carol przytaknęła ruchem głowy.
– Jasne, że go pamiętam. Był przyjacielem Artura Koehlera.
– Jak pan myśli, czy pamięta pan, o czym rozmawialiście? To może być ważne.
– Jason pracował z Alvinem – wtrąciła Carol.
– Nie ma najmniejszego problemu, żeby powiedzieć, o czym rozmawialiśmy. Ten 

człowiek chciał jechać na łososie.

– Na ryby! – wykrzyknął Jason.
– Tak. Powiedział, że pragnie złapać kilka dużych sztuk, ale nie chce jechać zbyt 

daleko. Poradziłem mu, żeby wybrał się do Cedrowych Wodospadów.

– To wszystko? – spytał Jason z zamierającym sercem.
– Kilka minut rozmawialiśmy o drużynie Seattle Supersonics.
– Dziękuję panu – rzekł lekarz. – Jestem wdzięczny, że poświęcił mi pan swój 

background image

czas.

– Nie ma sprawy – odparł z uśmiechem Sebastion. – Cóż, ruszam dalej. – 

Podniósł się, uścisnął im dłonie i zaprosił, by ponownie odwiedzili lokal. Potem 
odszedł.

– Nie mogę dać wiary – odezwał się Jason. – Za każdym razem, kiedy myślę, że 

mam jakiś trop, okazuje się, że to żart. Łowienie ryb!

Na prośbę Carol zostali jeszcze pół godziny, żeby popatrzeć na pokazy, a zanim 

wrócili do hotelu Jason był zupełnie wyczerpany. Według czasu Wschodniego 
Wybrzeża, był czwartek, czwarta rano. Przygotował się do snu i z ulgą wsunął 
między prześcieradła. Był rozczarowany wynikami odwiedzin w Totem Club, ale 
ciągle jeszcze pozostawał uniwersytet. Miał właśnie zasnąć, kiedy rozległo się ciche 
pukanie do drzwi łączących pokoje. To była Carol. Oznajmiła, że umiera z głodu i nie 
może zasnąć. Czy mogliby zamówić jedzenie do pokoju? Zobowiązany do bycia 
dobrym kompanem Jason zgodził się. Zamówili szampana i talerz wędzonego łososia.

Carol, w puszystym szlafroku, usiadła na skraju łóżka Jasona, zajadając łososia 

z krakersami. Opowiedziała o swoim dzieciństwie pod Bloomington w Indianie. 
Jason nigdy nie słyszał, żeby mówiła tak dużo. Mieszkała na farmie i rano, przed 
pójściem do szkoły, musiała doić krowy. Jason mógł ją sobie wyobrazić przy tej 
czynności. Była w niej jakaś świeżość, która kojarzyła się z takim życiem. Miał tylko 
kłopoty z powiązaniem jej życia na wsi z tym obecnym. Chciał wiedzieć, dlaczego 
sprawy przybrały tak zły obrót, ale bał się zapytać. Poza tym zmęczenie wzięło górę 
i chociaż starał się ze wszystkich sił, nie mógł utrzymać otwartych oczu. Zasnął, 
a dziewczyna, przykrywszy go kocem, wróciła do swojego pokoju.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Obudziwszy się nagle Jason spojrzał na zegarek, który wskazywał piątą rano. 

Oznaczało to, że w Bostonie jest ósma, pora, o której zwykle wychodził do szpitala. 
Rozsunął zasłony i przekonał się, że dzień jest kryształowo czysty. W oddali płynął 
prom z Puget Sound do Seattle, zostawiając na wodzie lśniący ślad.

Po wzięciu natrysku zapukał do drzwi łączących go z pokojem Carol. Nie było 

odpowiedzi. Zapukał ponownie. W końcu uchylił drzwi, wpuszczając do chłodnego, 
ciemnego pokoju smugę słonecznego blasku. Jego towarzyszka nadal spała głęboko, 
przytulona do poduszki. Jason przyglądał jej się przez chwilę. Wyglądała jak aniołek. 
Cichutko zamknął drzwi, by jej nie budzić.

Wrócił do łóżka, zadzwonił do obsługi hotelowej i zamówił świeży sok 

pomarańczowy, kawę i rogaliki dla dwóch osób. Potem zatelefonował do GHP 
i poprosił Rogera Wanamakera.

– Wszystko w porządku?
– Niezupełnie – przyznał Roger. – Marge Todd miała ostatniej nocy duży zator. 

Weszła w śpiączkę i zmarła. Niewydolność oddechowa.

– Mój Boże – jęknął Jason.
– Przykro mi, że mam smutne wieści – wyraził ubolewanie Roger. – Postaraj się 

dobrze odpocząć.

– Zadzwonię do ciebie za dzień lub dwa – obiecał Jason.
Kolejna śmierć. Jeśli pominąć jedną młodą kobietę z zapaleniem wątroby, to 

można by przypuszczać, że jego pacjenci mogą opuszczać szpital tylko w trumnie. 
Zastanawiał się, czy nie powinien wrócić prosto do Bostonu. Roger miał jednak rację. 
Nie mógł nic zrobić j równie dobrze może zajmować się sprawą Hayesa, nawet jeśli 
nie budzi to w nim wielkiego optymizmu.

Dwie godziny później Carol zastukała do drzwi i weszła, z włosami jeszcze 

mokrymi po prysznicu.

– Dzień dobry – przywitała go wesołym głosem. Jason zamówił świeżą kawę.
– Zdaje się, że mamy szczęście – powiedział, wskazując jasny blask słońca.
– Nie bądź taki pewny. Pogoda tutaj może się zmieniać wyjątkowo szybko.
Podczas, gdy dziewczyna jadła śniadanie Jason wypił jeszcze jedną filiżankę 

kawy.

– Mam nadzieję, że nie zagadałam cię na śmierć ostatniej nocy – zaczęła Carol.
– Nie żartuj. Przepraszam, że zasnąłem.
– Co z tobą, doktorze? – spytała, smarując rogalik dżemem. – Nie powiedziałeś 

mi zbyt wiele o sobie. – Nie wspomniała, że Hayes sporo jej o nim opowiadał.

– Właściwie to nie ma o czym mówić.

background image

Carol uniosła brwi. Kiedy zobaczyła jego uśmiech, roześmiała się także.
– Przez chwilę myślałam, że mówisz to poważnie.
Jason opowiedział dziewczynie o swoim dzieciństwie w Los Angeles, edukacji 

w Berkeley i w Harvard Medical School, o stażu w Massachusetts General. 
W pewnym momencie stwierdził, że chociaż nie miał takiego zamiaru, zaczął 
opisywać Danielle i okropną listopadową noc, kiedy zginęła. Nikt wcześniej nie 
wyciągnął go na zwierzenia tak, jak teraz Carol, nawet Patrick, psychiatra, którego 
odwiedzał po śmierci żony. Jason ze zdumieniem usłyszał, jak opisuje nawet swoją 
obecną depresję, związaną ze zwiększoną umieralnością pacjentów, i powtarza 
najnowszą wiadomość od Rogera Wanamakera o śmierci Marge Todd.

– Cieszę się, że powiedziałeś mi o tym – szczerze rzekła Carol. Nie spodziewała 

się takiej otwartości i zaufania. – Spotkało cię mnóstwo bólu.

– Życie może właśnie tak wyglądać – odparł z westchnieniem. – Nie wiem, 

dlaczego zanudzałem cię tym wszystkim.

– To nie było nudne – zaprzeczyła. – Myślę, że w niezwykły sposób 

przystosowałeś się do nowej sytuacji. Sądzę, że zmiana pracy i środowiska była 
trudna, ale bardzo pozytywna.

– Tak uważasz? – spytał Jason. Nie przypominał sobie, żeby o tym powiedział. 

Nie spodziewał się, że będzie taki otwarty wobec Carol, teraz jednak, gdy to 
nastąpiło, poczuł się lepiej.

Świetnie czując się w swoim towarzystwie ubrali się i opuścili pokoje dopiero 

o wpół do jedenastej. Jason poprosił hotelowego boya, żeby przyprowadził im 
samochód pod główne wejście i windą zjechali do hallu. Zgodnie z przewidywaniami 
Carol kiedy wyszli z hotelu niebo było zasnute chmurami i padał jednostajny deszcz.

Z pomocą planu miasta i wspomnień dziewczyny udało im się dojechać do szkoły 

medycznej University of Washington. Carol wskazała gmach, który odwiedził Hayes. 
Wkroczyli frontowym wejściem i natychmiast wyszedł im na spotkanie 
umundurowany strażnik. Nie mieli plakietek identyfikacyjnych uniwersytetu.

– Jestem lekarzem z Bostonu – przedstawił się Jason, wyjmując portfel, żeby 

pokazać swoje dokumenty.

– Hej, człowieku, nie dbam o to, skąd jesteś. Nie ma przepustki, nie ma wstępu. 

To proste. Jeśli chcecie tu wejść, musicie iść do Centralnej Administracji.

Widząc, że dyskusja byłaby bezowocna, udali się do budynku administracyjnego. 

Po drodze Jason zapytał, jak Hayes poradził sobie ze strażnikiem.

– Zadzwonił wcześniej do swojego przyjaciela – wyjaśniła Carol. – Ten 

mężczyzna wyszedł po nas na parking.

Kobieta w administracji okazała się przyjacielska i uczynna i nawet pokazała 

Carol księgę grona profesorskiego, żeby mogła w niej odnaleźć przyjaciela Hayesa. 

background image

Same twarze jednak nie wystarczyły i dziewczyna nie mogła go rozpoznać. Tak więc, 
uzbrojeni w przepustki, wrócili do budynku, w którym mieściły się laboratoria 
badawcze.

Carol zaprowadziła Jasona na czwarte piętro. Korytarz zastawiony był 

zapasowym wyposażeniem, a ściany wymagały szybkiego odmalowania. Panował 
tam przenikliwy odór chemikaliów, spokrewnionych z formaldehydem.

– Tu jest laboratorium – poinformowała Carol, zatrzymując się przed otwartymi 

drzwiami. Widniały na nich nazwiska doktorów medycyny: Duncana Sechlera 
i Rhetta Shannona. Ta katedra zajmowała się, o ile Jason mógł się zorientować, 
genetyką molekularną.

– Który z nich? – spytał.
– Nie wiem – odparła Carol, podchodząc do młodego technika z pytaniem, czy 

któryś z uczonych jest obecny.

– Obaj. Są w zwierzętarni. – Młody mężczyzna wskazał punkt za swoimi 

plecami, a gdy Carol odeszła, odwrócił się, by obejrzeć ją sobie od tyłu. Jason był 
zaskoczony jego bezceremonialnością.

Przez przeszklone drzwi zwierzętarni zobaczyli, jak dwaj mężczyźni w białych 

fartuchach pobierają krew od małpy.

– To ten wysoki z siwymi włosami – wskazała Carol. Jason podszedł bliżej do 

szyby. Mężczyzna był przystojny i atletycznie zbudowany, mniej więcej w wieku 
Jasona. Jego włosy miały nieskazitelny srebrny kolor, który nadawał mu szczególnie 
dystyngowany wygląd. Drugi naukowiec, dla kontrastu, był niemal zupełnie łysy. 
Włosy, jakie mu pozostały, zaczesywał na czubek głowy, w daremnym wysiłku 
ukrycia obszaru nagiej skóry.

– Będzie cię pamiętał?
– Być może. Spotkaliśmy się tylko na chwilę, zanim odeszłam na Wydział 

Psychologii.

Zaczekali, aż lekarze skończą pracę i wyjdą ze zwierzętarni. Wysoki siwowłosy 

mężczyzna niósł probówkę z krwią.

– Przepraszam – zagadnął Jason. – Czy mógłby mi pan poświęcić chwilę?
Mężczyzna zerknął na plakietkę Jasona.
– Jest pan z firmy farmaceutycznej?
– Na Boga, nie. – Jason uśmiechnął się. – Jestem doktor Jason Howard, a to 

panna Carol Donner.

– Czym mogę państwu służyć?
– Pogadamy później, Duncan – przerwał im łysiejący mężczyzna.
– Dobrze – przytaknął Duncan. – Zajmę się tą krwią bez zwłoki. – Potem, 

odwracając się do Jasona, dodał: – Przepraszam.

background image

– Nic nie szkodzi. Chciałem z panem pomówić o pewnym starym znajomym.
– Tak?
– O Alvinie Hayesie. Przypomina pan sobie jego wizytę tutaj?
– Oczywiście – przytaknął Duncan i zwracając się do Carol, zapytał: – Czy to nie 

pani była razem z nim?

Przytaknęła skinieniem głowy.
– Ma pan dobrą pamięć.
– Byłem wstrząśnięty na wieść o jego śmierci. Co za strata.
– Carol powiedziała, że Hayes przyszedł, aby zapytać pana o coś ważnego – rzekł 

Jason. – Czy mógłby mi pan powiedzieć, czego to dotyczyło?

Duncan wyglądał na zmieszanego i rzucił nerwowe spojrzenie w stronę 

techników.

– Nie jestem pewien, czy chcę o tym rozmawiać.
– Przykro mi to słyszeć. To była sprawa służbowa czy prywatna?
– Może lepiej przejdźmy do mojego gabinetu.
Jason z trudem ukrywał podniecenie. Wyglądało na to, że w końcu natknął się na 

coś znaczącego.

Po wejściu do pokoju Duncan zamknął drzwi. Stały tam dwa krzesła 

z metalowymi oparciami. Zdjąwszy z nich stosy pism, gospodarz gestem zaprosił 
Jasona i Carol.

– Jeśli chodzi o pańskie pytanie, – zaczął – to Hayes przyszedł do mnie 

z powodów osobistych, nie służbowych.

– Przebyliśmy pięć tysięcy kilometrów tylko po to, żeby z panem porozmawiać – 

powiedział lekarz. Nie zamierzał poddać się tak łatwo, ale wszystko to nie brzmiało 
zachęcająco.

– Gdyby pan zadzwonił, mógłbym oszczędzić państwu tej podróży. – Głos 

Duncana był już trochę mniej przyjacielski.

– Może powinienem panu wyjaśnić, dlaczego tak się tym interesuję – rzekł Jason. 

Opowiedział o tajemniczym odkryciu Hayesa i własnych bezowocnych wysiłkach 
dowiedzenia się, czego mogło ono dotyczyć.

– Sądził pan, że Hayes przyszedł do mnie po pomoc w swoich badaniach? – 

spytał Duncan.

– Taką właśnie miałem nadzieję.
Biolog zaśmiał się krótko i nieprzyjemnie. Spojrzał na Jasona kątem oka.
– Pan nie jest ćpunem, prawda?
Jason był zmieszany.
– W porządku, powiem panu, czego chciał Hayes. Adresu jakiegoś miejsca, gdzie 

można kupić marihuanę. Powiedział, że bał się lecieć z towarem i nie mógł nic wziąć 

background image

ze sobą. Traktując to jako przysługę, skontaktowałem go z jednym z chłopaków 
z kampusu.

Jason był jak ogłuszony. Jego podniecenie ulotniło się niczym powietrze 

z przekłutego balonika. Czuł się zupełnie bez sił.

– Przepraszam, że zabrałem panu czas...
– Nie ma za co.
Carol i Jason wyszli z gmachu, zwracając swoje przepustki strażnikowi. 

Dziewczyna uśmiechała się filuternie.

– To nie jest zabawne, wiesz – zauważył Jason, kiedy wsiedli do samochodu.
– Ależ jest – zaprzeczyła. – Po prostu w tej chwili nie patrzysz na to pod 

odpowiednim kątem.

– Równie dobrze możemy wracać do domu – powiedział ponuro.
– O, nie! Ciągnąłeś mnie całą drogę tutaj i nie wyjedziemy, dopóki nie zobaczysz 

gór. To tylko krótki odcinek jazdy samochodem.

– Pozwól mi to przemyśleć – melancholijnie odparł Jason.
Zdanie Carol przeważyło. Wrócili do pokoju, spakowali bagaże i zanim Jason 

zdążył się zorientować, byli już na autostradzie wyjazdowej z miasta. Dziewczyna 
uparła się, że ona będzie prowadzić. Wkrótce przedmieścia ustąpiły miejsca 
cienistym, zielonym lasom, a łagodne wzgórza stały się górami. Deszcz ustał i Jason 
widział w oddali pokryte śniegiem szczyty. Krajobraz był tak piękny, że mężczyzna 
zapomniał o swoim rozczarowaniu.

– Będzie jeszcze ładniej – zapewniła go Carol, kiedy opuścili autostradę, kierując 

się w stronę Cedrowych Wodospadów. Przypominała sobie teraz tę trasę i radośnie 
wskazywała widoki. Skręcili w jeszcze węższą drogę i Carol ruszyła wzdłuż rzeki 
Cedar.

Była to bajeczna kraina, z gęstymi lasami, poszarpanymi skałami, górami 

majaczącymi w oddali i rwącymi rzekami. Gdy zapadł zmierzch, Carol zjechała 
z drogi i – przecinając podjazd z kruszywa – zatrzymała się przed malowniczym 
schroniskiem górskim, wyglądającym jak ogromna, czteropiętrowa chata 
z drewnianych bali. Dym snuł się leniwie z wielkiego komina, wymurowanego 
z polnego kamienia. Szyld nad schodami, prowadzącymi na werandę, informował, że 
jest to Zajazd pod Łososiem.

– Czy to tutaj zatrzymaliście się z Alvinem? – zapytał Jason, zaglądając przez 

okno do olbrzymiej sali z meblami z surowej sosny.

– Właśnie tu. – Carol sięgnęła po torbę, leżącą na tylnym siedzeniu.
Wysiedli z samochodu. Powietrze było ostre i unosił się w nim przenikliwy 

zapach dymu drzewnego. Jason słyszał daleki huk niespokojnej wody.

– Rzeka jest po drugiej stronie hotelu – objaśniła go Carol, wchodząc po 

background image

schodkach. – Tylko kawałeczek w górę rzeki jest śliczny wodospad. Zobaczysz go 
jutro.

Jason poszedł za nią, zastanawiając się, co on tu, do diabła, robi. Ta wyprawa 

była pomyłką; należał do Bostonu i swoich ciężko chorych pacjentów. Był jednak 
tutaj, w Cascade Mountains, z dziewczyną, której nie miał zamiaru podrywać.

Wnętrze gospody nie ustępowało w niczym fasadzie. W głównej, 

dwupoziomowej sali, dominował gigantycznych rozmiarów kominek. Rustykalny 
nastrój pomieszczenia uzupełniały perkale, głowy zwierzęce i rozrzucone na podłodze 
skóry. Kilkoro ludzi siedziało, czytając, przy ogniu, a jakaś rodzina grała w scrabble. 
Kilka głów odwróciło się, gdy Jason i Carol podeszli do recepcji.

– Macie rezerwację? – spytał człowiek za ladą.
Jason zastanawiał się, czy mężczyzna żartuje. Hotel wydawał się przestronny, 

położony w środku głuszy, był początek listopada i środek tygodnia. Nie mógł sobie 
wyobrazić niczego, co mogłoby spowodować tłumny napływ gości.

– Nie mamy rezerwacji – odrzekła Carol. – Czy to stanowi problem?
– Zaraz zobaczę – powiedział mężczyzna, sprawdzając w swojej księdze.
– Ile pokoi macie w tym hotelu? – spytał Jason, ciągle zdumiony.
– Czterdzieści dwa i sześć apartamentów – odparł recepcjonista, nie podnosząc 

oczu.

– Jest tu jakiś zlot?
Mężczyzna roześmiał się.
– O tej porze roku zawsze jest komplet. Przypływają łososie.
Jason słyszał o łososiach i o tym, jak w tajemniczy sposób wracają do tych 

samych słodkowodnych terenów lęgowych, w których wykluły się z ikry. Myślał 
jednak, że to zjawisko ma miejsce na wiosnę.

– Macie szczęście – stwierdził recepcjonista. – Mamy pokój, ale być może 

będziecie musieli przeprowadzić się jutro wieczorem. Ile nocy planujecie pozostać?

Carol spojrzała na swojego towarzysza. Jason czuł, jak ogarnia go gniew – tylko 

jeden pokój! Nie wiedział, co powiedzieć. Zaczął się jąkać.

– Trzy noce – zadecydowała dziewczyna.
– W porządku. Jak regulujecie rachunek?
Tu nastąpiła pauza.
– Kartą kredytową – stwierdził w końcu Jason, grzebiąc w portfelu. Nie mógł 

uwierzyć w to, co się działo.

Kiedy za chłopcem hotelowym wchodzili na pierwsze piętro, Jason zastanawiał 

się, jak dał się w to wpuścić. Miał nadzieję, że będą przynajmniej dwa łóżka. Mimo, 
że podziwiał wygląd Carol, nie był przygotowany na romans z tancerką topless, która 
zajmowała się jeszcze Bóg wie czym.

background image

– Będziecie mieć piękny widok – zapewnił ich chłopak.
Ale Jason po wejściu do pokoju spojrzał natychmiast na miejsca do spania, nie na 

okno. Poczuł ulgę, zobaczywszy oddzielne łóżka.

Kiedy chłopiec wyszedł, w końcu podszedł do okna, żeby podziwiać surowy 

krajobraz. Rzeka Cedar, która w tym miejscu rozszerzała się w coś, co wyglądało jak 
małe jeziorko, obrzeżona była wysokimi, zielonymi przez cały rok drzewami, które 
w świetle zachodzącego słońca nabrały koloru ciemnego fioletu. Tuż pod ich oknem 
znajdował się trawnik, schodzący aż do wody. Wzdłuż brzegu rzeki ciągnął się 
labirynt przystani, gdzie cumowano dwadzieścia do trzydziestu łodzi wiosłowych. Na 
stojakach, na brzegu, czekały czółna. Cztery duże gumowe łodzie z podwieszanymi 
silnikami stały na końcu przystani. Jason stwierdził, że prąd musi być silny mimo 
spokojnej powierzchni wody, gdyż stery wszystkich czterech pontonów skierowane 
były w dół rzeki, a liny cumownicze naprężone.

– No i co o tym myślisz? – spytała Carol, klaszcząc w ręce. – Czy tu nie jest 

rozkosznie?

Ściany pokrywała drukowana w kwiaty tapeta. Podłogę z szerokich sosnowych 

desek przykryto szmacianymi dywanikami. Na łóżkach leżały narzuty, drukowane we 
wzór imitujący pikowanie.

– Jest cudownie – odpowiedział Jason. Zajrzał do łazienki, mając nadzieję, że są 

tam szlafroki. – Zdaje się, że jesteś przewodniczką tej wycieczki. Co teraz?

– Głosuję za natychmiastowym obiadem. Umieram z głodu. I wydaje mi się, że 

jadalnia jest czynna tylko do siódmej. Ludzie tutaj wcześnie kładą się spać.

Restauracja miała wygiętą, przeszkloną ścianę, wychodzącą na rzekę. Pośrodku 

znajdowały się podwójne drzwi, wiodące na szeroką werandę. Jason przypuszczał, że 
latem tam się właśnie jada. Kilka stopni prowadziło z tarasu na dół, na trawnik i do 
przystani, której latarnie oświetlały wodę.

Około połowy z dwóch tuzinów stolików było zajętych. Większość ludzi była już 

przy kawie. Jasonowi wydało się, że wszystkie rozmowy ucichły na chwilę, kiedy 
pojawili się z Carol.

– Dlaczego mam wrażenie, że jesteśmy na wystawie? – szepnął.
– Bo jesteś zdenerwowany, że śpisz w tym samym pokoju z młodą kobietą, którą 

ledwie znasz – odparła szeptem dziewczyna. – Myślę, że przygotowujesz się do 
obrony i czujesz się trochę winny i niepewny, czego się od ciebie oczekuje.

Jasonowi opadła szczęka. Spróbował spojrzeć w ciepłe, wilgotne oczy Carol, 

żeby zrozumieć, co w niej siedzi. Wiedział, że się rumieni. Jak, u diabła, dziewczyna, 
która tańczyła półnago, mogła być tak wrażliwa? Jason był zawsze dumny ze swojej 
zdolności oceniania ludzi: w końcu to była jego praca. Jako lekarz musiał mieć 
zdolność odczuwania wewnętrznej dynamiki swoich pacjentów. Ale dlaczego 

background image

właściwie czuł, że w przypadku Carol coś nie pasuje?

Spoglądając na zaczerwienioną twarz mężczyzny, dziewczyna roześmiała się.
– Spróbuj po prostu odprężyć się i dobrze bawić. Nie bądź taki najeżony, 

doktorze – na pewno cię nie ugryzę.

– W porządku – odrzekł Jason. – Zrobię to.
Zjedli na obiad łososia, którego oferowano w zdumiewającej rozmaitości. Po 

długim namyśle oboje wybrali rybę zapiekaną w cieście. Dla autentyczności 
spróbowali chardonnay ze stanu Washington, a nie z Kalifornii. Jason stwierdził, że 
wino było zaskakująco dobre. W pewnej chwili usłyszał, jak śmieje się głośno. Od 
dawna nie czuł się tak swobodnie. W tym momencie uświadomili sobie, że zostali już 
sami w jadalni.

Później tej nocy, kiedy Jason leżał już w łóżku, wpatrując się w ciemny sufit, 

ponownie poczuł się zakłopotany. Kładąc się spać odegrali coś w rodzaju komedii, 
manipulując ręcznikami, żeby się okryć, rzucając monetą, kto pierwszy skorzysta 
z łazienki, a końcu stając wobec konieczności wstania z łóżka, żeby zgasić światło. 
Jason nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł się tak świadomy swojego ciała. 
Przewrócił się na bok. W ciemnościach widział zarys postaci Carol. Leżała na boku. 
Słyszał słaby odgłos rytmicznego oddechu na tle szumu dalekiego wodospadu. 
Dziewczyna najwyraźniej spała. Jason zazdrościł jej sposobu, w jaki szczerze 
akceptowała samą siebie, a także tego niczym nie zakłóconego snu. Tym jednak, co 
najbardziej dziwiło Jasona, nie były cechy osobowości Carol, lecz raczej fakt, że on 
sam bawił się świetnie. A osobą, która to sprawiła, była właśnie Carol.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Mieli szczęście do pogody. Kiedy rano rozsunęli zasłony rzeka skrzyła się 

w słońcu milionami brylantowych blasków. Natychmiast po śniadaniu Carol 
oznajmiła, że idą na wycieczkę.

Zaopatrzeni w suchy prowiant wyruszyli w górę rzeki Cedar dobrze oznaczonym 

szlakiem, rojącym się od małych zwierząt i ptaków. Około pół kilometra od hotelu 
natrafili na wodospad, o którym dziewczyna wspominała. Składał się z kilku skalnych 
półek, każda wysokości mniej więcej półtora metra. Dołączyli do kilkorga turystów, 
stojących na drewnianej platformie widokowej, i zdumieni milcząc patrzyli na 
spływające w dół kaskady wody. Tuż pod nimi spod niespokojnej powierzchni 
wyskoczył wspaniały tęczowy łosoś, długości około metra, i wbrew prawu ciężkości 
wyfrunął aż do pierwszego skalnego występu. Parę sekund później znów wyskoczył, 
wysoko ponad drugi występ.

– O Boże! – wykrzyknął Jason. Przypomniał sobie, że gdzieś czytał o łososiach 

płynących pod prąd wodospadów, ale nie miał pojęcia, że mogą pokonać tak wysokie 
progi wodne. Stali jak zahipnotyzowani, patrząc, jak skoczyło jeszcze kilka ryb. 
Można było tylko podziwiać żywotność tych zwierząt. Genetycznie determinowany 
pęd do prokreacji to potężna siła.

– Niewiarygodne – mruknął lekarz, gdy wyjątkowo duża ryba zaczęła płynąć 

w wodnej kipieli.

– Alvin też był zafascynowany – przypomniała sobie Carol.
Jason mógł sobie to doskonale wyobrazić, szczególnie przy zainteresowaniu 

Hayesa dla hormonów wzrostu i rozwoju.

– Chodź – Carol pociągnęła go za rękę – Jest dużo więcej do zobaczenia.
Podążali dalej szlakiem, który oddalił się od brzegów rzeki w głąb lasu. 

W miejscu, gdzie wrócili nad wodę, Cedar rozszerzała się w następne małe jeziorko, 
takie samo jak to przed Zajazdem pod Łososiem. Miało czterysta metrów szerokości 
i półtora kilometra długości, a jego powierzchnia roiła się od łodzi wędkarskich.

Drewniany domek, wyglądający jak miniatura hotelu, stał przytulony do 

wysokich sosen. Przed budynkiem na brzegu jeziora znajdowała się niewielka 
przystań, a w niej z pół tuzina wiosłowych łodzi. Wyłożonym kamiennymi płytkami 
chodnikiem Carol poprowadziła Jasona do frontowych drzwi.

Chatka była wędkarską filią Zajazdu pod Łososiem. Po prawej stronie znajdowała 

się długa, przeszklona lada, za którą władał niepodzielnie brodaty mężczyzna 
w wełnianej koszuli w czerwoną kratkę, wytartych spodniach z czerwonymi szelkami 
i w gumowych butach. Wyglądał na prawie siedemdziesiąt lat, jak przypuszczał 
Jason, i mógłby być idealnym świętym Mikołajem w jakimś domu handlowym. Pod 

background image

ścianą stało mnóstwo wędek. Carol przedstawiła Jasona starszemu człowiekowi, 
który nazywał się Stooky Griffiths, dodając że Alvin lubił odwiedzać Stooky’ego, 
kiedy przyjeżdżał na ryby.

– Hej – wykrzyknęła nagle. – A może byś tak spróbował złowić łososia?
– To nie dla mnie – odparł Jason. Polowanie i łowienie ryb nigdy go nie 

interesowało.

– A ja chyba spróbuję. No chodź, nie bądź taki!
– Idź sama – zachęcił ją. – Dam sobie radę.
– Dobrze. – Odwróciła się do Stooky’ego i umówiła się co do wędki i przynęty. 

Jeszcze raz spróbowała namówić Jasona, ale tylko potrząsnął przecząco głową.

– To tutaj łowiliście ryby z Alvinem? – zapytał, wyglądając przez okno na rzekę.
– Nie – zaprzeczyła, zbierając swój sprzęt. – Alvin był taki sam jak ty. Nie chciał 

się do mnie przyłączyć, ale złapałam ogromną sztukę. Zaraz za przystanią.

– Alvin w ogóle nie chodził na ryby? – zapytał zdziwiony Jason.
– Nie – zapewniła dziewczyna. – Tylko je obserwował.
– Wydawało mi się, że powiedział Sebastionowi Frahn, że chce jechać na ryby.
– Co na to poradzę? Kiedy tu przyjechaliśmy, włóczył się tylko po okolicy 

i obserwował ryby. Jak to naukowiec.

Jason potrząsnął głową z niedowierzaniem.
– Będę przy przystani – powiedziała wesoło Carol – Jeśli zmienisz zdanie, zejdź 

do mnie. To świetna zabawa!

Patrząc, jak zbiega w dół po kamieniach, zastanawiał się, dlaczego Alvin tak 

interesował się łowieniem ryb, skoro potem nawet nie zarzucił wędki. Coś było tu nie 
w porządku. Dwaj klienci weszli do środka i spokojnie wynajmowali sprzęt, przynętę 
i łódź. Jason wyszedł na ganek. Stało tam kilka foteli na biegunach. Stooky zawiesił 
pod daszkiem karmnik, wokół którego krążyła chmara ptaków. Jason patrzył na nie 
przez chwilę, a potem zszedł na dół do Carol. Woda była kryształowo czysta i widział 
kamienie i liście na dnie. Nagle potężny łosoś wystrzelił z ciemnoszmaragdowej 
głębi, kierując się na płytszą, zacienioną wodę piętnaście metrów dalej.

Patrząc za nim Jason zauważył coś na powierzchni wody. Podszedł bliżej wzdłuż 

brzegu i zobaczył dużą rybę, leżącą na boku w płytkiej wodzie i słabo poruszającą 
ogonem. Spróbował zepchnąć ją kijem na głębszą wodę, ale nic nie pomogło. Zwierzę 
najwyraźniej było chore. Kilka metrów dalej dojrzał innego nieruchomego łososia na 
przybrzeżnej płyciźnie i prawie wyrzuconą na brzeg martwą rybę jedzoną przez 
dużego ptaka.

Howard wrócił na górę. Stooky wyszedł tymczasem na ganek i siedział w jednym 

z bujanych foteli, z fajką w zębach. Oparłszy się o barierkę Jason zapytał o chore 
ryby, zastanawiając się, czy w górnym biegu rzeki istnieje problem jakichś 

background image

zanieczyszczeń.

– Nie – zapewnił go Spooky. – Żadnych zanieczyszczeń nie ma. – Puścił parę 

dymków ze swojej wysłużonej fajki. – Właśnie złożyły ikrę i teraz muszą zdechnąć.

– Ach, tak – powiedział Jason, przypominając sobie, co czytał o cyklu życiowym 

łososi. Ogromnym wysiłkiem wracają na tarło, ale gdy złożą i zapłodnią ikrę, 
zdychają. Nikt nie wie dokładnie, dlaczego. Były teorie przypisujące winę istnieniu 
fizjologicznych trudności przechodzenia ze słonej do słodkiej wody, ale nikt nie był 
tego pewien. To była jedna z tajemnic natury.

Jason popatrzył na Carol. Usilnie próbowała zarzucić wędkę poza przystań. 

Odwracając się do Stooky’ego, zapytał:

– Pamięta pan przypadkiem lekarza o nazwisku Alvin Hayes?
– Nie.
– Był mniej więcej mojego wzrostu – ciągnął Jason. – Długie włosy. Jasna cera.
– Widuję tu dużo ludzi.
– Na pewno – zgodził się Jason. – Ale człowiek, o którym mówię, był z tą 

dziewczyną – wskazał na Carol. Miał wrażenie, że Stooky nie ma tu okazji widzieć 
zbyt wielu kobiet o wyglądzie Carol Donner.

– Ta przy doku?
– Zgadza się. Ona chyba rzuca się w oczy.
Starszy mężczyzna kilkakrotnie pyknął fajką. Zmrużył oczy.
– Czy ten facet mógł być z Bostonu?
Jason kiwnął głową.
– Pamiętam go. Ale nie wyglądał na lekarza.
– Prowadził badania naukowe.
– Teraz rozumiem. Zachowywał się dziwnie. Zapłacił mi sto dolców za 

dwadzieścia pięć łbów łososi.

– Chciał tylko łby?
– Tak. Dał mi swój numer telefonu w Bostonie. Miałem zadzwonić na jego 

rachunek natychmiast, jak będę je miał.

– A potem przyjechał tu po nie? – upewnił się Jason, przypominając sobie, że 

Hayes i Carol byli w górach dwukrotnie.

– Uhm. Kazał mi je dobrze oczyścić i zapakować w lód.
– Dlaczego zabrało to panu tak dużo czasu? Przy takiej masie ryb dwadzieścia 

pięć łbów można było zdobyć w jedno popołudnie.

– Nie wszystkie się dla niego nadawały. Musiały być zaraz po złożeniu ikry, 

a łososie podczas tarła nie biorą przynęty. Trzeba je łapać w sieć. Ci ludzie, tam, 
łowią pstrągi.

– Chodziło o jakiś określony gatunek łososia?

background image

– Nie. Musiały tylko być zaraz po tarle.
– Czy mówił, do czego potrzebuje tych łbów?
– Nie mówił, a ja nie pytałem – odrzekł Stooky. – On płacił i ja uważałem, że to 

jego sprawa.

– I interesował się tylko rybimi łbami, niczym więcej?
– Tylko łbami.
Jason zszedł z werandy rozczarowany i zaintrygowany. Myśl, że Hayes przebył 

pięć tysięcy kilometrów po rybie głowy i marihuanę, wydawała się niedorzeczna.

Carol dostrzegła go na brzegu przystani i przywołała do siebie machnięciem ręki.
– Musisz spróbować, Jason. Omal nie złowiłam łososia.
– Tutaj łososie nie biorą na przynętę. To musiał być pstrąg.
Carol była wyraźnie zawiedziona. Przyglądał się jej ślicznej twarzy o wysokich 

kościach policzkowych. Jeśli jego pierwotne założenie było słuszne, głowy łososi 
musiały mieć związek ze staraniami Hayesa o wyprodukowanie przeciwciała 
monoklonalnego. Ale w jaki sposób miało to dodać piękności Carol, jak zapewniał ją 
Hayes? To było bez sensu.

– W końcu wszystko jedno – łosoś czy pstrąg. – Carol ponownie skupiła się na 

wędce. – I tak świetnie się bawię.

Krążący jastrząb rzucił się w dół na płyciznę, próbując porwać zdychającego 

łososia, ale ryba okazała się zbyt ciężka, więc musiał ją wypuścić ze szponów 
i wznieść się z powrotem w niebo. Jason widział, jak łosoś przestał rzucać się 
w wodzie i zdechł.

– Mam go! – krzyknęła Carol, ściskając wygięte w łuk wędzisko.
Emocje łowienia przerwały rozmyślania Jasona. Pomógł Carol wciągnąć do łodzi 

sporego pstrąga – piękną rybę o stalowoczarnych oczach. Zrobiło mu się jej żal. 
Wyjął haczyk z dolnej wargi zwierzęcia i namówił Carol, żeby wypuściła je 
z powrotem do wody. Pstrąg zniknął błyskawicznie.

Lunch zjedli na skalistym cyplu, do którego dotarli idąc wzdłuż brzegów 

rozszerzającej się w tym miejscu rzeki. Mieli stamtąd rozległy widok nie tylko na 
rzekę, ale także na pokryte śniegiem szczyty Gór Kaskadowych. Panorama była 
fascynująca.

Dopiero późnym popołudniem wyruszyli w drogę powrotną do Zajazdu pod 

Łososiem. Przechodząc koło domku zobaczyli następną rybę w agonii. Leżała na 
boku, odsłaniając błyszczący, biały brzuch.

– Jakie to smutne. – Carol wzięła Jasona pod ramię. – Dlaczego one muszą 

umierać?

Nie znalazł odpowiedzi. Przyszedł mu do głowy stary frazes, że taka jest 

naturalna kolej rzeczy, ale nie wypowiedział tych słów. Przez chwilę przyglądali się, 

background image

jak kilka małych rybek podpłynęło do wspaniałego niegdyś zwierzęcia, by nakarmić 
się żywym jeszcze mięsem.

– Okropne – zareagowała Carol, pociągając Jasona za rękę.
Poszli dalej. Chcąc zmienić temat, dziewczyna zaczęła mówić o innej atrakcji, 

jaką oferował hotel – spływie pontonami – Jason jednak nie słuchał. Koszmarny 
obraz małych drapieżców, żywiących się większą, zdychającą rybą, zapoczątkował 
jakąś myśl w jego głowie. Nagle, niczym olśniony, zrozumiał, co odkrył Hayes. To 
nie było ironiczne – było przerażające.

Krew odpłynęła mu z twarzy i przystanął.
– Co się stało? – spytała Carol.
Jason stał. Wpatrywał się nieruchomo w przestrzeń.
– Jason, o co chodzi? – zaniepokoiła się.
– Musimy wracać do Bostonu – powiedział naglącym głosem. Ruszył szybkim 

krokiem, pociągając Carol za sobą.

– O czym ty w ogóle mówisz? – zaprotestowała.
Nie odpowiadał.
– Jason, co się dzieje? – szarpnęła się, zatrzymując go.
– Przepraszam – powiedział, jakby budząc się z transu. – Nagle zrozumiałem, na 

co natrafił Alvin. Musimy wracać.

– Co? Dzisiaj?
– Natychmiast.
– Chwileczkę. Dzisiaj nie ma żadnych lotów do Bostonu. Tam jest trzy godziny 

później. Możemy przenocować i wyjechać wcześnie rano, jeśli nalegasz.

Jason nie odpowiadał.
– Przynajmniej moglibyśmy zjeść kolację – dodała zirytowana Carol.
Pozwolił, by go trochę uspokoiła. W końcu, kto wie, może się mylę, pomyślał. 

Jego towarzyszka chciała o tym porozmawiać, ale stwierdził, że nie zrozumiałaby 
problemu.

– To bardzo lekceważące z twojej strony.
– Przepraszam. Powiem ci, jak będę pewien.
Zanim się wykąpała i ubrała doszli do wniosku, że Carol ma rację. Jeśli 

pojechaliby do Seattle, dostaliby się na lotnisko około północy czasu bostońskiego 
i nie mieliby do rana żadnych lotów.

Zeszli do jadalni, gdzie zaprowadzono ich do stolika ustawionego dokładnie 

naprzeciwko drzwi na werandę. Jason posadził Carol twarzą do ganku, mówiąc, że 
zasługuje na ten widok. Gdy dostali menu, przeprosił ją za swoje zachowanie 
i zgodził się z nią w zupełności, że nie trzeba wyjeżdżać natychmiast.

– Cieszę się, że to przyznajesz – powiedziała.

background image

Dla odmiany zamówili pstrąga, zamiast łososia, i chardonnay z Napa Valley 

zamiast wina z Washington. Na zewnątrz zmierzch powoli przechodził w noc, a na 
przystani zapalały się światła.

Jason nie mógł się skoncentrować na posiłku. Zaczynał zdawać sobie sprawę 

z tego, że Hayes został zamordowany, a Helene nie padła ofiarą przypadkowej 
zbrodni. A jeśli Hayes miał rację i ktoś wykorzystał jego przypadkowe i przerażające 
odkrycie, rezultat może być dużo groźniejszy od wszystkich epidemii.

Podczas, gdy umysł Jasona pracował intensywnie, Carol cały czas 

podtrzymywała rozmowę, ale gdy zorientowała się, że jej partner jest nieobecny 
myślami, sięgnęła przez stół i wzięła go za rękę.

– Nic nie jesz – powiedziała.
Niewidzącym spojrzeniem obrzucił jej dłoń, spoczywającą na jego ręce, a potem 

przeniósł wzrok na swój talerz i w końcu na Carol.

– Przepraszam, zamyśliłem się.
– Nieważne. Jeśli nie jesteś głodny, to może pójdziemy dowiedzieć się o lot do 

Bostonu jutro rano.

– Możemy poczekać, aż zjesz – odpowiedział. Carol rzuciła serwetkę na stół.
– Dziękuję. Już mi się nie chce jeść.
Jason rozglądał się, szukając kelnera. Jego wzrok, błądzący po sali, nagle 

znieruchomiał, zatrzymując się na mężczyźnie, który właśnie wszedł do jadalni 
i podszedł do szefa sali. Wodził teraz powoli wzrokiem po pomieszczeniu, od stolika 
do stolika. Ubrany był w ciemnoniebieski garnitur i białą koszulę z rozpiętym 
kołnierzykiem. Nawet z tej odległości Jason mógł zauważyć ciężki, złoty łańcuch na 
szyi mężczyzny. Widział, jak błyszczy w świetle lamp.

Jason przyglądał się przybyszowi. Wydawał mu się znajomy, ale nie mógł 

określić, skąd. Był w typie latynoskim – czarne oczy i ciemna opalenizna. Wyglądał 
na bogatego businessmana. Nagle Jason przypomniał sobie. Widział twarz tego 
człowieka owej strasznej nocy, kiedy zmarł Hayes. Stał przed restauracją i potem 
przed izbą przyjęć Massachusetts General Hospital.

W tej właśnie chwili mężczyzna dostrzegł Jasona, któremu zimny dreszcz 

przeszedł po plecach. Było oczywiste, że go rozpoznał, bo natychmiast ruszył w jego 
kierunku, prawą rękę trzymając nonszalancko w kieszeni marynarki. Szedł pewnie, 
szybko pokonując odległość. Jason pomyślał o morderstwie Helene Brennquivist 
i wpadł w panikę. Intuicyjnie czuł zbliżające się niebezpieczeństwo, ale nie mógł się 
poruszyć. Spojrzał tylko na Carol. Chciał krzyknąć, żeby uciekała, ale nie mógł 
wydobyć głosu. Był jak sparaliżowany. Kątem oka dostrzegł mężczyznę przy 
sąsiednim stoliku.

– Jason? – Carol pytająco przechyliła głowę na bok.

background image

Był już tylko parę kroków od nich. Jason zobaczył, jak wyjmuje rękę z kieszeni 

i dostrzegł w niej metaliczny błysk pistoletu. Widok broni wreszcie pobudził Jasona 
do działania. W nagłej eksplozji energii zerwał obrus ze stołu, zrzucając talerze, 
kieliszki i sztućce na podłogę. Carol z krzykiem zerwała się na nogi.

Jason skoczył do mężczyzny i zarzucając mu obrus na głowę, pchnął go na 

sąsiedni stolik, który przewrócił się, zasypując podłogę deszczem spadającego szkła 
i porcelany. Ludzie przy stoliku z krzykiem próbowali odskoczyć, ale parę osób 
przewróciło się o upadające krzesła.

W zamieszaniu Jason chwycił Carol za rękę i pociągnął ją przez drzwi na 

werandę. Otrząsnąwszy się z paniki i odrętwienia działał teraz perfekcyjnie. Wiedział, 
kim jest Latynos – zabójcą, który był na tropie Hayesa. Nie miał wątpliwości, że 
następnym celem jest on i Carol.

Pociągnął dziewczynę w dół po wejściowych schodach, chcąc okrążyć hotel 

i dobiec do parkingu, ale uświadomił sobie, że to im się nie uda. Większe szanse 
powodzenia miała próba dotarcia do łodzi na przystani.

– Jason! – krzyknęła Carol, gdy zmienił kierunek, ciągnąc ją przez trawnik. – 

Czyś ty zwariował?

Usłyszał, jak z hukiem otwierają się za nimi frontowe drzwi i zrozumiał, że są 

ścigani.

Przy przystani Carol próbowała się zatrzymać.
– Szybciej, do cholery! – rzucił Jason przez zaciśnięte zęby.
Obejrzał się przez ramię i dostrzegł sylwetkę dobiegającą do barierki, a następnie 

zbiegającą w dół po schodach.

Carol próbowała wyszarpnąć rękę, ale Jason jeszcze mocniej ją ścisnął 

i pociągnął za sobą.

– On chce nas zabić! – krzyknął.
Potykając się dobiegli na koniec przystani, mijając łodzie. Jason krzyknął do 

swojej towarzyszki, bo odcumowała trzy pontony i zepchnęła je na wodę. Gdy 
ścigający dobiegł od przystani, już dryfowały w dół rzeki. Jason pomógł Carol wejść 
do czwartego, wgramolił się za nią i nogą odepchnął ponton od przystani. Zaczęli 
dryfować z prądem, najpierw powoli, potem nabierając prędkości. Jason zmusił 
Carol, żeby położyła się płasko na dnie i przykrył ją swoim ciałem.

Rozległo się niewinne puknięcie, a po nim głuche uderzenie gdzieś w pontonie. 

Prawie jednocześnie usłyszeli syk uciekającego powietrza. Jason jęknął. Mężczyzna 
strzelał do nich z pistoletu z tłumikiem. Po kolejnym puknięciu rozległ się brzęczący 
dźwięk pocisku, odbijającego się od silnika. Następny strzał zakończył się pluskiem 
w wodzie.

Jason z ulgą uświadomił sobie, że ponton jest podzielony na komory. Nie mógł 

background image

zatonąć, mimo że z jednej uszło powietrze. Padło jeszcze kilka strzałów, które już ich 
nie dosięgły, ale za chwilę usłyszeli uderzenie drewna o pomost. Jason ostrożnie 
uniósł głowę i obejrzał się. Mężczyzna odcumował jedno z czółen i spychał je na 
wodę.

Lekarza ponownie ogarnął strach. Tamten mógł wiosłować znacznie szybciej, niż 

oni dryfowali. Jedyną szansą było uruchomienie silnika – przestarzałego motoru, 
podwieszonego za burtą i uruchamianego przez pociągnięcie linki. Mężczyzna 
przesunął dźwignię na pozycję „start” i szarpnął linkę. Silnik nie wydał 
najmniejszego dźwięku. Morderca siedział już w łodzi i zaczął wiosłować w ich 
kierunku. Jason znowu pociągnął za linkę – bez rezultatu. Carol uniosła głowę 
i odezwała się z niepokojem:

– Jest coraz bliżej.
Przez następne piętnaście sekund Jason w panicznym strachu raz po raz szarpał 

za linkę. Widział sylwetkę czółna, bezgłośnie sunącego po wodzie. Sprawdził jeszcze, 
czy dźwignia na pewno jest we właściwej pozycji, potem spróbował ponownie, 
znowu na próżno. Przesunął wzrok na zbiornik paliwa. Modlił się, żeby był pełen. 
Korek wlewu był obluzowany, więc go dokręcił. Tuż przy nim znajdował się 
przycisk, który, jak się domyślał, służył do zwiększania ciśnienia w zbiorniku. 
Nacisnął go kilkakrotnie, zauważając, że stawia coraz większy opór. Spojrzał za 
siebie. Czółno było już bardzo blisko. Złapał mocno za linkę i szarpnął ją z całej siły. 
Silnik zawył i zapalił. Jason sięgnął po dźwignię i przesunął ją do pozycji „wstecz”, 
ponieważ spływali w dół rzeki rufą naprzód. Otworzył do końca przepustnicę, 
a potem rzucił się na dno łodzi, przygniatając sobą Carol. Jak tego oczekiwał, znów 
padła seria strzałów: dwa z nich trafiły w łódź. Kiedy ponownie odważył się obejrzeć, 
dystans znacznie się powiększył.

– Nie wstawaj – polecił dziewczynie i sprawdził rozmiary szkód.
Z jednej komory po prawej stronie dziobu uszło trochę powietrza, podobnie jak 

z górnej części lewej burty. Poza tym ponton był nietknięty.

Jason wrócił do silnika, zmniejszył obroty, ustawił dźwignię w pozycji „naprzód” 

i przesunął rumpel, kierując łódź w dół rzeki. Wypłynął na środek nurtu. Władowanie 
się na skały było ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnął.

– W porządku – zawołał do Carol. – Można już bezpiecznie usiąść.
Podniosła się ostrożnie z dna pontonu i przesunęła palcami po włosach.
– Nie mogę w to uwierzyć – przekrzykiwała silnik. – I co my teraz zrobimy?
– Będziemy płynąć w dół rzeki, aż zobaczymy światła. Muszą tu być jacyś ludzie.
Jason zastanawiał się, czy bezpiecznie byłoby przybijać do przystani. W końcu 

ich prześladowca mógł przesiąść się w samochód i jechać za nimi wzdłuż rzeki. Może 
na drugim brzegu będą jakieś światła, pomyślał.

background image

Obserwując sylwetki drzew, porastających brzegi podobnego do jeziora 

rozlewiska, Jason mógł się zorientować w szybkości, z jaką się poruszali. Nie była 
większa od prędkości idącego raźnym krokiem człowieka. Wydało mu się także, że 
rzeka znowu stopniowo się zwęża, szczególnie wtedy, gdy ich prędkość wzrosła. Po 
pół godzinie wciąż nie było żadnych świateł, tylko czarna puszcza pod usianym 
gwiazdami, bezksiężycowym niebem.

– Nic nie widzę – denerwowała się Carol.
– Nie szkodzi – uspokoił ją Jason.
Po kwadransie granica drzew nagle znacznie się przysunęła, wskazując na koniec 

rozlewiska. Gdy jeszcze bardziej zbliżyli się do brzegów, Jason uświadomił sobie, że 
źle ocenił prędkość. Poruszali się dużo szybciej, niż myślał. Sięgnął za burtę 
i zmniejszył obroty. Silnik zajęczał i gdy ucichł, mężczyzna usłyszał bardziej 
złowieszczy dźwięk -■ głęboki pomruk spienionej wody.

– O, Boże! – jęknął cicho, przypominając sobie wodospady w górze rzeki. 

Zepchnął silnik na bok i odwrócił łódź, po czym włączył maksymalną moc. Ku jego 
zdziwieniu i konsternacji, zwolnili, ale nie przestali poruszać się z biegiem rzeki. 
Próbował ustawić łódź bokiem i skierować ją do brzegu. Powoli ustawiła się ukosem, 
ale po chwili rozpętało się piekło. Rzeka zwęziła się w ciasną gardziel i wessała ich, 
pomimo oporu, jaki stawiali.

Wokół burty biegła krótka lina, umocowana do pontonu metalowymi oczkami. 

Jason chwycił ją mocno z obu stron, rozciągając ramiona pomiędzy dwiema burtami 
i krzyknął do Carol, żeby zrobiła to samo. Nie mogła tego usłyszeć poprzez huk 
wody, ale zobaczyła, co zrobił i usiłowała pójść w jego ślady. Niestety, nie mogła 
dosięgnąć liny. Trzymała się więc mocno jednej strony, zaczepiając nogę pod 
drewnianym siedzeniem. W tym momencie natrafili na pierwszy próg i łódź została 
wyrzucona w górę jak korek. Spadła na nich oślepiająca ściana wody. Jason zakrztusił 
się. Nic nie widział z powodu ciemności i wody, która zalała mu oczy. Poczuł 
uderzające w niego ciało Carol i próbował zatrzymać ją swoją nogą. W tym 
momencie uderzyli w skały i łódź zaczęła wirować w kierunku przeciwnym do ruchu 
wskazówek zegara. Jason cały czas miał przed oczami obraz wodospadów i wiedział, 
że w każdej chwili mogą jak kamień spaść w dół, w śmierć.

Zdani na łaskę i niełaskę wody, w panicznym strachu przywarli do lin. W nagłych 

zawirowaniach rzucało nimi od burty do burty i od rufy do dziobu. Woda wypełniła 
kokpit. Było przeraźliwie zimno.

Po tym piekle, które wydawało się trwać całą wieczność, rzeka nagle się 

uspokoiła. Łódź wirowała i przechylała się, ale już bez niespodziewanych wstrząsów. 
Jason spojrzał na zewnątrz. Można było dojrzeć piętrzące się wzdłuż brzegów skały. 
Wiedział, że to nie koniec.

background image

Nagle zaczęło się znowu, potężnym wstrząsem, który wyrzucił ich w górę. 

Mężczyzna poczuł ból w palcach, spowodowany ciągłym napięciem mięśni 
i przejmującym zimnem. Złapał się z całej siły uchwytów liny, usiłując jednocześnie 
mocniej trzymać Carol nogami. Ból w rękach był nie do zniesienia i przez chwilę 
myślał, że będzie musiał puścić linę.

Koszmar skończył się równie nagle, jak się zaczął. Wciąż wirując, łódź wpłynęła 

na stosunkowo spokojną wodę. Ucichł grzmot katarakt. Brzegi rzeki oddaliły się, 
otwierając nad nimi przestrzeń gwiaździstego nieba. Na dnie łodzi zebrało się sporo 
lodowatej wody, ale silnik pracował tak gładko, jak gdyby nic się nie stało.

Drżącymi rękami Jason wyprowadził łódź z powodującej mdłości rotacji. Dotknął 

guzika umieszczonego na pawęży. Zaryzykował i nacisnął go. Woda powoli spłynęła 
z łodzi.

Jason obserwował sylwetki drzew na brzegach rzeki. Przed nimi rzeka ostro 

zakręcała w lewo, a gdy minęli zakole w końcu ujrzeli światła. Jason sterował do 
brzegu.

Zbliżając się widzieli kilka dobrze oświetlonych budynków, przystani i sporo 

gumowych łodzi, takich jak ta, którą płynęli. Jason ciągle obawiał się, że morderca 
mógł samochodem pojechać wzdłuż rzeki, żeby ich przechwycić, ale wiedział, że 
muszą zejść na brzeg. Przybił do przystani i wyłączył silnik.

– W każdym razie na pewno wiesz, jak zabawić dziewczynę – odezwała się 

Carol, szczękając zębami.

– Cieszę się, że nie opuściło cię poczucie humoru – odrzekł Jason.
– Nie licz długo na mój dobry humor. Chcę wreszcie wiedzieć, co, u diabła, się 

dzieje.

Jason wstał sztywno, przytrzymując się pomostu i pomógł Carol wydostać się 

z łodzi, po czym sam wysiadł i przycumował ponton. Z jednego z budynków 
dobiegała muzyka country.

– To musi być jakiś bar – zauważył. Wziął dziewczynę za rękę. – Musimy się 

ogrzać, zanim dostaniemy zapalenia płuc. – Poprowadził ją wysypaną żwirem 
ścieżką, ale zamiast wejść do środka, skręcił na parking i zaczął oglądać stojące tam 
samochody.

– Chwileczkę – zaprotestowała Carol. – A teraz co wyczyniasz?
– Szukam kluczyków. Potrzebny nam jest samochód.
– Nie do wiary – odrzekła Carol, unosząc w górę ręce. – Myślałam, że mamy się 

ogrzać. Nie wiem, jak ty, ale ja wchodzę do tej restauracji. – Nie czekając na 
odpowiedź ruszyła w stronę wejścia.

Jason dogonił ją i złapał za ramię.
– Obawiam się, że on może wrócić – ten człowiek, który do nas strzelał.

background image

– To zadzwonimy na policję. – Wyrwała się Jasonowi i weszła do środka.
Latynosa nie było, więc idąc za radą Carol zadzwonili po policję, której 

przedstawicielem okazał się miejscowy szeryf. Właściciel restauracji nie mógł 
uwierzyć, że przepłynęli w nocy przez Diabelską Rynnę.

– Nikt jeszcze tego nie zrobił – powiedział.
Znalazł dla nich do przebrania się biały fartuch kucharza i kuchenne spodnie 

w biało-czarną kratkę i dał im plastikową torbę na śmieci, do której mogli włożyć 
swoje mokre ubrania. Namówił ich także na gorący grog, po którym wreszcie 
przestali się trząść.

– Jason, musisz mi powiedzieć, co się dzieje – nalegała Carol, kiedy czekali na 

szeryfa. Siedzieli przy stoliku naprzeciw szafy grającej z muzyką z lat 
pięćdziesiątych.

– Nie jestem niczego pewien, ale człowiek, który do nas strzelał, był przed 

restauracją tej nocy, kiedy zginął Alvin. Wydaje mi się, że padł on ofiarą własnego 
odkrycia, ale nawet gdyby wtedy nie umarł, ten mężczyzna i tak by go wkrótce zabił. 
Tak więc mówił prawdę, że ktoś na niego poluje.

– To brzmi bardzo nieprawdopodobnie – zauważyła dziewczyna, próbując 

przygładzić włosy, schnące w splątanych pierścieniach.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Większość takich opowieści nie brzmi 

prawdopodobnie.

– A co takiego odkrył Hayes?
– Jeszcze nie wiem na pewno, ale jeśli moja teoria jest słuszna, jest to zbyt 

straszne, żeby o tym w ogóle myśleć. Dlatego chcę wracać do Bostonu.

W tej chwili otworzyły się drzwi i wszedł szeryf, Marvin Arnold. Był to ogromny 

mężczyzna ubrany w pomięty brązowy mundur, ozdobiony taką liczbą sprzączek 
i pasków, jakiej Jason jeszcze nie widział. Bardziej interesujący wydał mu się jednak 
magnum 357, wiszący przy potężnym udzie szeryfa. Szkoda, że takiej broni nie mieli 
w Zajeździe pod Łososiem.

Marvin już się dowiedział o zamieszaniu w hotelu i zdążył tam być, żeby 

wszystko sprawdzić. Nie wiedział tylko nic o żadnym człowieku z pistoletem i nikt 
nie słyszał żadnych strzałów. Jason, opisując po kolei zdarzenia, wyczuł, że Marvin 
traktuje go bardzo sceptycznie. Zrobiła na nim jednak duże wrażenie wiadomość, że 
przepłynęli przez Diabelską Rynnę.

– Niewielu ludzi w to uwierzy – kręcił z podziwem masywną głową.
Odwiózł ich do hotelu, gdzie ku zdumieniu Jasona zostali obciążeni kosztami 

szkód w jadalni. Nikt nie widział żadnej broni. I co dziwniejsze, nikt nie pamiętał 
mężczyzny o oliwkowej cerze, ubranego w ciemnoniebieski garnitur. W końcu 
kierownictwo hotelu postanowiło zapomnieć o sprawie, decydując się na pokrycie 

background image

strat z ubezpieczenia. Uważając sprawę za zakończoną Marvin nałożył kapelusz, 
przygotowując się do wyjścia.

– A co z ochroną? – spytał Jason.
– Ochroną? Przed czym? – zdziwił się szeryf. – Nie uważa pan, że jeśli nikt nie 

jest w stanie potwierdzić pańskiej historii, to jest to trochę żenujące? Już dosyć tej 
nocy narozrabialiście. Myślę, że powinniście iść teraz do łóżka i dobrze się wyspać.

– Potrzebujemy ochrony – upierał się Jason. Starał się, by jego głos brzmiał 

autorytatywnie. – A jeśli morderca wróci?

– Posłuchaj pan, ja nie mogę siedzieć tutaj i trzymać was za rączkę. Jestem sam 

na tej zmianie i mam całą okolicę na głowie. Zamknijcie się w pokoju i prześpijcie 
trochę.

Na pożegnanie skinął głową kierownikowi hotelu i jego zwalista sylwetka 

zniknęła za frontowymi drzwiami.

Kierownik z kolei nieco pogardliwie uśmiechnął się do Jasona i wszedł do biura.
– Niebywałe – powiedział lekarz z mieszaniną irytacji i strachu. – Nie uwierzę, że 

nikt nie zauważył tego Latynosa. – Podszedł do telefonu i sprawdził w książce 
telefonicznej numery prywatnych agencji detektywistycznych. Znalazł kilka 
w Seattle, ale gdy wykręcał numer, odpowiadała tylko automatyczna sekretarka. 
Zostawił nazwisko i numer hotelu, ale nie miał nadziei, że uda mu się z nimi 
skontaktować tej nocy.

Wyszedł z kabiny i oznajmił Carol, że natychmiast wyjeżdżają. Poszła za nim po 

schodach.

– Jest wpół do dziesiątej – protestowała, wchodząc za Jasonem do pokoju.
– Nic mnie to nie obchodzi. Wyjeżdżamy najszybciej, jak się da. Pakuj się.
– Czy ja tu nie mam nic do powiedzenia?
– Nie. To był twój pomysł, żeby przenocować. Ty zdecydowałaś, żeby wezwać 

wspaniałą lokalną policję. Teraz kolej na mnie. Wyjeżdżamy.

Przez chwilę Carol stała na środku pokoju, patrząc, jak Jason się pakuje, a potem 

uznała, że widocznie wie, co robi. Dziesięć minut później, przebrani we własne 
rzeczy, znieśli na dół bagaże i wymeldowali się.

– Muszą państwo uregulować rachunek za zniszczenia – poinformował ich 

recepcjonista.

Jason nie chciał tracić czasu na utarczki. Poprosił natomiast, żeby 

przyprowadzono ich samochód pod drzwi. Recepcjonista dostał pięć dolarów 
napiwku i chętnie się zgodził.

Jason miał nadzieję, że w samochodzie będzie się czuł bezpieczniej i spokojniej. 

Jednak ani niepokój, ani strach nie zniknęły. Kiedy odjechali sprzed hotelu i znaleźli 
się na nieoświetlonej górskiej drodze, szybko zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo są 

background image

osamotnieni. Po kwadransie we wstecznym lusterku zobaczył światła. Z początku 
starał się je zignorować, ale po pewnym czasie stało się oczywiste, że samochód ich 
dogania, chociaż Jason ciągle naciskał pedał gazu. Wróciło wcześniejsze przerażenie. 
Zaczęły mu się pocić ręce.

– Ktoś za nami jedzie – oznajmił.
Carol odwróciła się na siedzeniu i spojrzała do tyłu. Minęli zakręt i światła 

zniknęły, ale pojawiły się znowu na następnym prostym odcinku. Zbliżały się. 
Kobieta usiadła sztywno.

– Mówiłam, żebyśmy zostali!
– Bardzo mi pomagasz – z sarkazmem zauważył Jason. Przycisnął pedał gazu, 

chociaż jechali już ponad dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę drogą pełną 
zakrętów. Uchwycił mocniej kierownicę i spojrzał w lusterko. Samochód był coraz 
bliżej, światła błyszczały jak oczy potwora. Próbował zebrać myśli i zdecydować, co 
można w tej sytuacji zrobić, ale jedyną rzeczą, jaka mu przychodziła do głowy, była 
ucieczka. Przed nimi był następny zakręt. Jason skręcił gwałtownie kierownicę. 
Kątem oka zobaczył otwarte w niemym krzyku usta Carol. Poczuł jak samochód 
obraca się bokiem. Przyhamował i w poślizgu rzuciło ich najpierw na jedną, potem na 
drugą stronę jezdni. Carol mocno złapała się tablicy rozdzielczej. Jason poczuł, jak 
zaciskają się na nim pasy bezpieczeństwa.

Udało mu się utrzymać na szosie, ale jadący za nimi samochód znacznie się 

przybliżył. Był teraz bezpośrednio za nimi, wypełniając wnętrze pojazdu 
oślepiającym światłem.

W panice Jason przycisnął gaz do oporu, ostatecznie wyprowadzając samochód 

z poślizgu. Pomknęli w dół drogą opadającą po zboczu wzgórza. Ścigający samochód 
trzymał się jednak bezpośrednio za nimi, jak pies myśliwski goniący sarnę.

W tym momencie zdumieni ujrzeli, jak ich samochód zalewa czerwone, pulsujące 

światło. Dopiero po chwili zorientowali się, że źródłem tego blasku jest lampa na 
dachu drugiego pojazdu. Jason rozpoznał go i przyhamował, patrząc we wsteczne 
lusterko. Tamten również odpowiednio zwolnił. Jason zjechał z drogi przed 
rozjazdem i zatrzymał się na poboczu. Na czole perliły mu się krople potu. Ręce 
drżały od kurczowego ściskania kierownicy. Drugi samochód zatrzymał się z tyłu, 
błyskającym światłem omiatając przydrożne drzewa. Jason widział w lusterku, jak 
otwierają się drzwi i wychodzi Marvin Arnold z odbezpieczonym magnum 357.

– A niech mnie diabli – powiedział, świecąc Jasonowi w oczy latarką. – To ty, 

kochasiu.

Rozwścieczony Jason wrzasnął:
– Dlaczego, do cholery, od razu nie włączyłeś koguta?
– Chciałem wlepić mandat za przekroczenie prędkości. Nie wiedziałem, że gonię 

background image

mojego ulubionego świra.

Po dłuższym wykładzie i po wypisaniu mandatu za nieostrożną jazdę pozwolił im 

jechać dalej. Jason był tak wściekły, że nie odezwał się nawet słowem. W ciszy 
dotarli do autostrady, gdzie oznajmił:

– Uważam, że powinniśmy się dostać samochodem do Portland. Bóg wie, co nas 

jeszcze może czekać na lotnisku w Seattle.

– Rób jak chcesz – zgodziła się Carol, zbyt zmęczona, żeby się kłócić.
Zatrzymali się na parę godzin snu w motelu niedaleko Portland i o świcie 

pojechali na lotnisko, skąd odlecieli do Chicago. Stamtąd polecieli do Bostonu, 
lądując parę minut po wpół do szóstej w sobotę wieczorem.

Gdy siedzieli w taksówce przed domem Carol, Jason zaśmiał się nagle.
– Nie wiedziałbym nawet, jak cię przeprosić za wszystko, co przeze mnie 

przeszłaś.

Carol zarzuciła torbę na ramię.
– Przynajmniej się nie nudziłam. Słuchaj, Jason, nie chciałabym, żeby to 

zabrzmiało ironicznie, i nie chciałabym się narzucać, ale proszę, powiedz, co się 
w ogóle dzieje.

– Jak tylko się upewnię – przyrzekł. – Obiecuję. Naprawdę. Tylko zrób coś dla 

mnie. Nie ruszaj się z domu. Mam nadzieję, że nikt nie wie o naszym powrocie, ale 
mogą się dziać straszne rzeczy, kiedy się dowiedzą.

– Nie zamierzam nigdzie wychodzić, panie doktorze – westchnęła Carol – Mam 

dość.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

Jason w ogóle nie wstąpił do domu. Kiedy Carol zniknęła za drzwiami, kazał 

taksówkarzowi wysadzić się przy swoim samochodzie i pojechał prosto do szpitala. 
Poszedł bezpośrednio do budynku ambulatorium. Była już siódma i duża poczekalnia 
świeciła pustkami. Jason udał się do swojego gabinetu, zrzucił kurtkę i usiadł przy 
komputerze. Szpital wydał fortunę na system komputerowy i był z niego dumny. 
Każda stacja miała dostęp do głównej bazy danych, w której wprowadzano wszystkie 
dane pacjentów. Chociaż najlepszym źródłem informacji wciąż były indywidualne 
karty, większość danych można było uzyskać z komputera. I co najważniejsze, 
skomplikowana maszyneria mogła skanować całą bazę pacjentów i wyświetlać 
graficznie wszystkie możliwe analizy.

Jason najpierw obejrzał wykresy wskaźników przeżycia. Linia wyrysowana przez 

komputer miała kształt stromego zbocza góry – zaczynała się wysoko, potem 
zaokrąglała i spadała ostro. Wykres porównywał wskaźniki przeżycia w zależności od 
wieku. Jak można się było spodziewać, najstarsi pacjenci mieli najniższy wskaźnik. 
W ciągu ostatnich pięciu lat średni wiek pacjentów wzrósł, ale wykres przeżycia 
pozostawał mniej więcej ten sam.

Następnie Jason wydał polecenie wydruku wykresów z ostatniego półrocza, 

miesiąc po miesiącu. Tak jak się obawiał, umieralność pacjentów przed i po 
sześćdziesiątce wzrastała, szczególnie w trzech ostatnich miesiącach.

Nagły hałas zerwał Jasona na nogi. Wyjrzał na korytarz – to tylko sprzątaczka.
Z ulgą wrócił do komputera. Żałował, że nie może wydzielić danych pacjentów, 

którzy zostali poddani programowi badań profilaktycznych dla kadry kierowniczej. 
Musiał się zadowolić jedynie ogólnymi zestawieniami. Następne wykresy 
porównywały wiek i umieralność. Tym razem linia miała inny kierunek – zaczynała 
się nisko i szła w górę w miarę rosnącego wieku pacjentów. Ale gdy Jason 
wydrukował wykresy z ostatnich kilku miesięcy, znów miesiąc po miesiącu, rezultat 
był uderzający, szczególnie dla dwóch ostatnich miesięcy. Wykres umieralności 
powyżej pięćdziesiątki wznosił się gwałtownie.

Jason siedział przy komputerze jeszcze przez pół godziny, próbując jakoś zmusić 

maszynę do wydzielenia danych o badaniach profilaktycznych. Spodziewał się 
znaleźć w nich gwałtowny wzrost umieralności u ludzi w wieku pięćdziesięciu lat 
i powyżej z wysokimi czynnikami ryzyka, paleniem, nadużywaniem alkoholu, złą 
dietą, brakiem ruchu. Ale dane były nieosiągalne. W tym programie nie można ich 
było uzyskiwać grupowo. Musiałby brać każde nazwisko oddzielnie i żmudnie sam 
zbierać informacje, ale nie miał na to czasu. Poza tym całościowe zestawienia 
wskaźników umieralności wystarczyły do potwierdzenia jego podejrzeń. Teraz 

background image

wiedział, że ma rację. Istniała jeszcze jedna możliwość, żeby to udowodnić. 
W ogromnym napięciu wyszedł z biura i wrócił do samochodu.

Wyjechał z Riverway, kierując się w stronę Roslindale. Im bardziej się tam 

zbliżał, tym bardziej był zdenerwowany. Nie miał pojęcia, co zastanie, ale 
podejrzewał, że nie będzie to przyjemne. Celem podróży była Hartford School, 
instytucja dla upośledzonych prowadzona przez szpital. Jeśli Alvin Hayes nie mylił 
się co do swojego stanu, musiał również mieć rację co do stanu swojego 
upośledzonego syna. Gmach Hartford School stał na skraju Arnold Arboretum, 
w idyllicznej scenerii przepięknych lesistych wzgórz, pól i stawów. Jason skręcił na 
wypełniony samochodami parking i zatrzymał się piętnaście metrów od głównego 
wejścia.

Zgrabny budynek w stylu kolonialnym wydawał się cudownie spokojny,– jednak 

za tą fasadą kryły się rodzinne tragedie. Kontakt z głębokim upośledzeniem jest 
ciężki do zniesienia, nawet dla lekarzy.

Jason przypomniał sobie badanie niektórych dzieci podczas poprzedniej wizyty 

w szkole. W wielu przypadkach były doskonale zbudowane fizycznie, co tylko 
czyniło ich umysłowy niedorozwój jeszcze bardziej przerażającym.

Drzwi wejściowe były zamknięte, więc Jason nacisnął dzwonek i czekał. 

Otworzył mu gruby strażnik w poplamionym uniformie.

– W czym mogę pomóc? – zapytał tonem wyraźnie wskazującym, że nie ma na to 

najmniejszej ochoty.

– Jestem lekarzem – próbował przepchnąć się obok strażnika, który przesunął się 

i zastąpił mu drogę.

– Nie ma odwiedzin po szóstej, panie doktorze.
– Nie przyszedłem w odwiedziny. – Wyciągnął z kieszeni portfel i pokazał 

legitymację ze szpitala.

Strażnik nawet na nią nie spojrzał.
– Żadnych odwiedzin po szóstej – powtórzył – I żadnych wyjątków.
– Ale ja... – zaczął Jason, po czym urwał w pół zdania. Z wyrazu twarzy strażnika 

wywnioskował, że dyskusja na nic się nie zda.

– Proszę przyjść rano – powiedział strażnik, zatrzaskując mu drzwi przed nosem.
Jason zszedł po frontowych schodach i przyjrzał się budynkowi. Wzniesiono go 

z cegły, z granitowymi obramowaniami okien. Nie zamierzał się poddawać. 
Przekonany, że strażnik go obserwuje, podszedł do samochodu, wyjechał sto metrów 
poza teren szkoły i zatrzymał się na poboczu. Wysiadł i przedostał się z powrotem do 
szkoły przez las.

Okrążył budynek, kryjąc się w cieniu. Na wszystkich ścianach, z wyjątkiem 

frontowej, znajdowały się schody przeciwpożarowe wiodące na dach. Niestety, tak 

background image

jak u Carol, żadne z nich nie dochodziły do parteru, a nie mógł znaleźć niczego, co 
pozwoliłoby mu dosięgnąć pierwszego stopnia.

Po prawej stronie dostrzegł schody prowadzące w dół do zamkniętych drzwi. 

W ciemności namacał szybę na środku. Wrócił na górę i wodząc dłońmi po ziemi 
znalazł kamień wielkości piłki tenisowej.

Wstrzymał oddech, wrócił do drzwi i rozbił szybę. W ciszy wieczoru brzęk szkła 

wydawał się wystarczająco głośny, żeby obudzić umarłego. Jason uskoczył między 
pobliskie drzewa i z ukrycia obserwował budynek. Kiedy po piętnastu minutach nikt 
się nie pojawił, odważył się podejść do drzwi. Ostrożnie sięgnął do środka i podważył 
haczyk. Nie odezwał się żaden alarm.

Przez następne pół godziny Jason potykając się wędrował po sporej piwnicy, 

która, jak przypuszczał, służyła za magazyn. Znalazł drabinę i zastanawiał się, czy nie 
użyć jej do wdrapania się na schody przeciwpożarowe, ale stwierdził, że nie jest to 
dobry pomysł i potykając się dalej, po omacku szukał kontaktu. Natrafił wreszcie na 
wyłącznik i zapalił światło.

Znajdował się w magazynie pełnym kosiarek, łopat i innego sprzętu. Tuż przy 

kontakcie były drzwi. Otworzył je powoli. Za nimi znalazł słabo oświetloną 
kotłownię.

Jason szybko przeszedł przez drugie pomieszczenie i wspiął się po stromych 

stalowych schodach w górę. Otworzył drzwi i natychmiast zorientował się, że 
znajduje się w hallu. Z poprzednich wizyt pamiętał, że na oddział wchodziło się 
z prawej strony. Po lewej miał biuro, gdzie przy biurku kobieta w średnim wieku, 
ubrana w opięty, biały uniform, czytała książkę. W hallu dostrzegł nogi strażnika, 
leżące na krześle, twarzy jednak nie było widać.

Najciszej jak mógł Jason wyśliznął się przez drzwi piwnicy, które zamknęły się 

za nim bezgłośnie. Przez moment był w polu widzenia kobiety w biurze, ale nie 
podniosła oczu znad książki.

Zmuszając się do powolnych ruchów cicho przeciął hall i wszedł na schody. 

Westchnął z ulgą, gdy wreszcie znalazł się poza zasięgiem wzroku zarówno strażnika, 
jak i kobiety przy biurku. Na palcach przeskakiwał po dwa stopnie, kierując się na 
trzecie piętro, na oddział dzieci w wieku od czterech do dwunastu lat.

Schody były marmurowe i nawet pomimo tego, że poruszał się najostrożniej jak 

mógł, odgłos kroków odbijał się echem w ciszy ogromnej przestrzeni klatki 
schodowej. Powyżej okno w dachu wyglądało jak czarny onyks wprawiony w sufit.

Na trzecim piętrze Jason ostrożnie otworzył drzwi wiodące ze schodów na 

oddział. Przypomniał sobie, że po prawej stronie długiego korytarza jest oszklony 
pokój pielęgniarek. Chociaż cały korytarz był ciemny, w tym pomieszczeniu jeszcze 
paliło się światło. Siedział tam pielęgniarz, podobnie jak kobieta na dole, pogrążony 

background image

w lekturze.

Po przeciwnej stronie korytarza Jason dostrzegł wejście do sali. Zauważył też, że 

w drzwi wprawiono wzmocnioną drutem szybę. Jeszcze raz upewnił się, czy 
pielęgniarz nie patrzy, po czym na palcach podkradł się do ciemnego pokoju. 
Natychmiast uderzył go okropny zaduch. Odczekał chwilę, sprawdzając, czy 
pielęgniarz nic nie usłyszał, i spróbował wymacać na ścianie kontakt. Musiał zapalić 
światło, żeby potwierdzić swoje podejrzenia, nawet jeśli miałby być przyłapany.

Brudny pokój nagle wypełnił się ostrym światłem jarzeniówek. Pomieszczenie 

miało około piętnastu metrów długości, po obu stronach wąskiego przejścia stały pod 
ścianami dwa rzędy niskich żelaznych łóżek. Były tam okna, ale bardzo wysoko, tuż 
pod sufitem. Na drugim końcu pokoju znajdowała się wyłożona glazurą łazienka ze 
zwiniętym wężem do zmywania podłogi oraz zaryglowane drzwi przeciwpożarowe. 
Jason przeszedł między rzędami łóżek, czytając tabliczki z nazwiskami: Harrison, 
Lyons, Gessner... Dzieci, obudzone światłem, zaczęły wstawać, wpatrując się 
w intruza szeroko otwartymi, pustymi oczami bez wyrazu.

Jason zatrzymał się pod wpływem nagłej fali obrzydzenia, które po chwili 

przerodziło się w grozę. To było dużo gorsze niż mógł sobie wyobrazić. Wodził 
oczami po żałosnych twarzyczkach, od jednej niechcianej istoty do drugiej. Nie 
wyglądały jak dzieci, lecz jak miniaturowi stuletni starcy z małymi oczkami, suchą, 
pomarszczoną skórą i przerzedzonymi siwymi włosami, poprzez które widać było 
łyse, łuszczące się placki skóry. Zauważył nazwisko Hayes. Tak jak inne dzieci 
chłopiec wyglądał, jakby się przedwcześnie zestarzał. Nie miał już prawie rzęs, 
a dolne powieki były obwisłe. Źrenice miał przykryte białym szklistym bielmem. 
Reagował na światło, ale poza tym nic nie widział.

Niektóre dzieci powstawały z łóżek, niepewnie balansując na wątłych nogach 

i zaczęły się zbliżać do wstrząśniętego Jasona. Jedno z nich powtarzało w kółko 
słowo „proszę” wysokim, chrapliwym głosem. Wkrótce dołączyły się do niego inne 
dzieci, tworząc potworny, niesamowity chór.

Jason zaczął się cofać, bojąc się, by go nie dotknęły. Syn Hayesa wstał z łóżka 

i po omacku przesunął się w jego stronę, macając przed sobą bezradnie i chaotycznie 
cienkimi, kościstymi ramionami.

Tłumek dzieci przyparł Jasona do ściany, ciągnąc go za ubranie. Poczuł mdłości 

i przerażony wydostał się na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Dzieci przycisnęły 
do szyby swoje twarze podobne do twarzy mumii i nadal powtarzały słowo „proszę”, 
którego już nie słyszał.

– Ej, ty tam! – usłyszał za sobą ochrypły głos.
Odwrócił głowę i zobaczył zdziwionego pielęgniarza stojącego przed służbówką, 

machającego otwartą książką.

background image

– Co się tu dzieje? – krzyknął.
Jason dobiegł przez korytarz do schodów, ale zdążył przeskoczyć tylko parę 

stopni, kiedy rozległ się drugi głos z dołu:

– Kevin? O co chodzi?
Przechylając się przez barierkę, Jason zobaczył strażnika na pierwszym 

półpiętrze.

– A niech to! – zaklął tamten i popędził do góry, ściskając w ręku pałkę.
Jason odwrócił się i wbiegł z powrotem na trzecie piętro. Pielęgniarz wciąż stał 

jak wryty w drzwiach dyżurki, zbyt zdumiony, żeby się ruszyć, patrząc jak Jason 
sprintem przebiegł przez korytarz, a następnie przez oddział. Część dzieci chodziła 
bez celu po sali, pozostałe położyły się na łóżko. Jason przywołał je gwałtownymi 
gestami i otworzył drzwi. Kiedy pojawił się strażnik z pielęgniarzem, natychmiast 
zostali otoczeni zwartą grupą dzieci.

Próbowali się przedostać przez tłum, ale dzieci przylgnęły do nich, wykrzykując 

swoje straszne, monotonne „proszę”.

Tymczasem Jason dopadł drzwi przeciwpożarowych po przeciwnej stronie sali 

i próbował odsunąć rygiel, umieszczony ze względów bezpieczeństwa prawie dwa 
metry nad podłogą. Z początku nie chciały się otworzyć. Najwyraźniej od lat nikt ich 
nie używał, były przyklejone grubą warstwą farby do framugi. Jason naparł na nie 
barkiem i wreszcie ustąpiły. Wepchnął kilku idących za nim chłopców z powrotem do 
sali i zamknął za sobą ciężkie drzwi.

Nie tracąc czasu, rzucił się na schody przeciwpożarowe. Teraz nie musiał już 

dbać o zachowanie ciszy. Na poziomie drugiego piętra usłyszał, jak na górze 
otwierają się drzwi. Znów dobiegły go krzyki dzieci. Po chwili poczuł wibracje, 
wywołane tupaniem ciężkich buciorów na metalowych schodach.

Wyciągnął zawleczkę i ostatnia część schodów opadła z hukiem na asfalt, a Jason 

stał już na niej, zanim dotknęła ziemi. Minimalne opóźnienie pozwoliło strażnikowi 
znacznie zmniejszyć odległość między nimi.

Jednak gdy tylko znalazł się na trawniku bez trudu zdystansował otyłego 

strażnika, dobiegł do samochodu i zdążył jeszcze spokojnie włączyć silnik, wrzucić 
bieg i ruszyć. We wstecznym lusterku widział w świetle latarni, jak tamten dopadł do 
jezdni, wygrażając bezradnie pięścią.

Jason z trudem powstrzymał obrzydzenie i furię z powodu tego, co zobaczył. 

Pojechał prosto do Bostońskiej Kwatery Głównej Policji i bezczelnie zostawił 
samochód w niedozwolonym miejscu tuż przed budynkiem.

– Chcę się widzieć z detektywem Curranem – powiedział oficerowi przy biurku, 

potem przedstawił się.

background image

Policjant chłodno spojrzał na zegarek, a potem zadzwonił do Wydziału Zabójstw. 

Rozmawiał przez minutę, po czym zakrył mikrofon ręką.

– Może być ktoś inny?
– Nie. Chcę się widzieć z Curranem. I to jak najszybciej, bardzo proszę.
Policjant rozmawiał przez telefon jeszcze przez kilka minut, potem odłożył 

słuchawkę.

– Detektyw Curran nie jest teraz osiągalny, proszę pana.
– Sądzę, że będzie chciał ze mną rozmawiać. Nawet, jeśli nie jest na służbie.
– Nie w tym rzecz – wyjaśnił policjant. – Detektyw Curran jest zajęty przy 

podwójnym morderstwie w Revere. Powinien zadzwonić mniej więcej za godzinę, 
jeśli pan chce, może pan tu zaczekać, albo zostawić swój numer. To od pana zależy.

Jason namyślał się przez chwilę. Był na nogach większą część nocy, wyczerpany 

nerwowo. Myśl o natrysku, zmianie ubrania i posiłku miała wiele uroku. Poza tym, 
kiedy już skontaktuje się z Curranem, będzie zajęty przez pewien czas. Zostawił swój 
domowy numer, prosząc, żeby Curran zatelefonował najszybciej, jak to będzie 
możliwe.

Lot United Airlines z Seattle był znacznie opóźniony i zanim samolot wylądował 

w Logan, Juan Diaz był już w kwaśnym humorze. Nie sfuszerował tak zadania od 
czasu, gdy w Nowym Jorku zdarzyło mu się zastrzelić niewłaściwego człowieka. 
Tamto niepowodzenie było wybaczalne, obecne – nie. Od zastrzelenia lekarza i tej 
puta z nocnego klubu dzieliły go tylko sekundy, a Jason, amator, przechytrzył go. 
Juan nie miał dla siebie usprawiedliwienia i to właśnie powiedział człowiekowi, 
z którym się kontaktował. Wiedział, że musi uratować honor lub nawet coś więcej 
i spieszno mu było do tego. Gdy tylko wysiadł z samolotu udał się do telefonu. Po 
drugim sygnale ktoś podniósł słuchawkę.

Jason przejechał krótki odcinek z komisariatu do Louisburg Square, próbując 

wymazać z pamięci okropny obraz przedwcześnie postarzałych dzieci ze szkoły. Nie 
chciał nawet myśleć o Hayesie ani jego odkryciu, dopóki nie będzie bezpieczny 
w obecności Currana.

Kiedy dotarł do domu dwukrotnie objechał kwartał, by się upewnić, że nikt nie 

obserwuje jego mieszkania. W końcu, przekonując sam siebie, że strażnik ze szkoły 
nie spojrzał na jego dokumenty i stąd nie ma pojęcia, z kim miał do czynienia, Jason 
zaparkował samochód, zaniósł bagaż do mieszkania i zapalił światła. Z ulgą 
stwierdził, że dom jest w takim samym stanie, w jakim go zostawił. Wyjrzał na plac, 
który wydawał się spokojny jak zawsze.

Miał właśnie wziąć prysznic kiedy przypomniał sobie, że jest jeszcze jedna osoba 

poza detektywem, którą powinien zawiadomić. Wykręcił numer Shirley. Odebrała 

background image

słuchawkę dopiero po ósmym dzwonku. Jason słyszał ożywione głosy w tle.

– Jason! – wykrzyknęła. – Kiedy wróciłeś z wakacji?
– Dziś w nocy.
– Co się stało? – spytała, zauważając wyczerpanie i zdenerwowanie w jego 

głosie.

– Duże kłopoty. Myślę, że wiem już nie tylko, co odkrył Hayes, ale także, jak to 

zostało wykorzystane niezgodnie z przeznaczeniem. Łączy się to z GHP w sposób 
dużo gorszy, niż mogłabyś kiedykolwiek przypuścić.

– Powiedz mi.
– Nie przez telefon.
– W takim razie przyjedź natychmiast. Mam tu gości, ale pozbędę się ich.
– Czekam na rozmowę z Curranem z Wydziału Zabójstw.
– Rozumiem... Już się z nim skontaktowałeś?
– Jest w terenie, ale powinien wkrótce zadzwonić.
– W takim razie może przyjadę do ciebie? Teraz naprawdę mnie przeraziłeś.
– Witam w klubie – Jason wydał krótki, gorzki śmiech. – Możesz przyjechać. 

Prawdopodobnie powinnaś być obecna przy rozmowie z Curranem.

– Już jadę.
– Aha, jeszcze jedna rzecz. Pamiętasz, kto jest obecnie dyrektorem do spraw 

medycznych w Hartford School?

– Doktor Peterson, jak sądzę – odpowiedziała Shirley. – Mogę się co do tego 

upewnić jutro.

– Czy Peterson nie był ściśle związany z badaniami klinicznymi Hayesa? – spytał 

Jason, przypominając sobie nagle, że to Peterson był lekarzem, który robił badania 
profilaktyczne Hayesa.

– Chyba tak. Czy to ważne?
– Sam nie wiem – przyznał Jason. – Ale jeśli masz przyjechać, pospiesz się. 

Curran może dzwonić w każdej chwili.

Jason odłożył słuchawkę. Ponownie wybierał się pod prysznic, kiedy uświadomił 

sobie, że Carol także może być w niebezpieczeństwie. Jeszcze raz sięgnął po telefon 
i wykręcił jej numer.

– Chcę, żebyś na pewno została w domu – powiedział w chwili, gdy odebrała 

telefon. – Nie wygłupiam się. Nie wpuszczaj nikogo i nie wychodź.

– O co teraz chodzi?
– Tajemnica Hayesa jest gorsza, niż wszystko, co mógłbym wymyśleć.
– Wydajesz się zdenerwowany, Jasonie.
Wbrew sobie, Jason uśmiechnął się. Czasami Carol odzywała się jak psychiatra.
– Nie jestem zdenerwowany, jestem śmiertelnie przerażony. Ale wkrótce będę 

background image

rozmawiał z policją.

– Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? – nalegała dziewczyna.
– Obiecuję. – Jason odłożył słuchawkę i w końcu poszedł do łazienki i odkręcił 

prysznic.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Zadźwięczał dzwonek i Jason zbiegł po schodach, by ujrzeć przez szybę 

frontowych drzwi uśmiechniętą twarz Shirley. Cofnął się, żeby ją wpuścić, 
podziwiając jej jak zwykle nienaganny strój. Tego wieczoru miała na sobie czarną 
skórzaną spódniczkę mini i długi, czerwony zamszowy żakiet.

– Czy Curran dzwonił? – zapytała, kiedy wchodzili po schodach.
– Jeszcze nie – odparł Jason, starannie zamykając drzwi na oba zamki.
– Teraz wprowadź mnie w szczegóły – zakomenderowała Shirley, wyślizgując się 

ze swojego żakietu. Pod spodem nosiła miękki kaszmirowy sweter. Usiadła na brzegu 
sofy Jasona z rękami złożonymi na kolanach i czekała.

– Nie będzie ci się to podobać – zapowiedział Howard, siadając obok niej.
– Starałam się przygotować. Strzelaj.
– Najpierw pozwól, że dam ci pewne wprowadzenie. Jeśli nie rozumiesz 

obecnych badań nad starzeniem się, to wszystko, co powiem, może nie mieć dla 
ciebie większego sensu. W ciągu ostatnich kilku lat naukowcy, tacy jak Hayes, 
poświęcili mnóstwo czasu próbom spowolnienia procesu starzenia się. Większość ich 
pracy skupiała się na komórkach w hodowlach tkankowych, chociaż pewne 
doświadczenia przeprowadzano na szczurach i myszach. Większość badaczy doszła 
do wniosku, że starzenie się jest naturalnym procesem o podłożu genetycznym, 
regulowanym przez czynniki neuroendokrynne, immunologiczne i humoralne.

– Już się zgubiłam – przyznała, podnosząc ręce w żartobliwym geście poddania 

się.

– W takim razie, może drinka? – zasugerował Jason, podnosząc się.
– A co ty pijesz?
– Piwo. Ale mam wino, mocniejsze alkohole, powiedz tylko, na co masz ochotę.
– Piwo może być niezłe.
Jason poszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wyjął dwie zimne butelki piwa coor.
– Wy, lekarze, wszyscy jesteście tacy sami – narzekała Shirley, popijając łyk. – 

Sprawiacie, że wszystko brzmi tak skomplikowanie.

– To jest skomplikowane – odparł Jason, siadając z powrotem. – Genetyka 

molekularna zajmuje się fundamentalnymi podstawami życia. Badania w tej 
dziedzinie budzą lęk, nie tylko dlatego, że naukowcy mogą przypadkowo stworzyć 
jakąś nową, śmiercionośną bakterię czy wirusa. Są równie przerażające, kiedy 
wszystko idzie dobrze, bo igramy tu z samym życiem. Tragedią Hayesa nie była jego 
porażka; problemem jest, że on odniósł sukces.

– Co on odkrył?
– Chwileczkę – rzekł Jason, popijając spory łyk piwa i wycierając usta 

background image

wierzchem dłoni. – Pozwól, że będę opowiadał tę historię na mój sposób. My 
wszyscy osiągamy dojrzałość płciową mniej więcej w tym samym czasie i jeśli nie 
wmiesza się choroba albo wypadek, wszyscy starzejemy się i umieramy przeżywszy 
w przybliżeniu ten sam okres.

Shirley potakująco kiwnęła głową.
– Okay – Jason pochylił się w jej kierunku. – Tak się dzieje, ponieważ nasze ciała 

są genetycznie zaprogramowane na przestrzeganie wskazań wewnętrznego zegara. 
Gdy się rozwijamy, różne geny są włączane, a inne wyłączane. To właśnie 
fascynowało Hayesa. Studiował sposoby, w jakie sygnały humoralne z mózgu 
kontrolują wzrost i dojrzewanie płciowe. Izolując te białka wewnątrzwydzielnicze 
jedno po drugim badał ich działanie w tkankach obwodowych. Miał nadzieję odkryć, 
co powoduje, że komórki zaczynają albo przestają się dzielić.

– Jak dotąd rozumiem – potwierdziła Shirley. – To jeden z powodów, dla których 

go zatrudniliśmy. Mieliśmy nadzieję, że dokona przełomu w leczeniu nowotworów.

– Teraz pozwól, że na moment odbiegnę od tematu. Był pewien badacz, 

nazwiskiem Denckla, który poszukiwał eksperymentalnie sposobów opóźnienia 
procesu starzenia. Usuwał szczurom przysadki mózgowe i przy substytucji 
niezbędnych hormonów odkrył, że czas życia szczurów wydłużył się. – Jason 
przerwał i wyczekująco popatrzył na Shirley.

– Powinnam coś powiedzieć? – zapytała.
– Czy doświadczenie Denckli niczego ci nie sugeruje?
– Dlaczego po prostu mi tego nie powiesz?
– Denckla doszedł do wniosku, że przysadka wydziela nie tylko hormony wzrostu 

i dojrzewania płciowego, lecz także hormon starzenia się. Denckla nazwał go 
hormonem śmierci.

Shirley zaśmiała się nerwowo.
– To brzmi pocieszająco.
– Cóż, wierzę, że podczas badania czynników wzrostu Hayes natknął się na 

hormon śmierci Denckli – rzekł Jason. – To właśnie nazwał ironicznym odkryciem. 
Szukając stymulatorów wzrostu znalazł jakiś hormon, który powoduje gwałtowne 
starzenie się i zgon.

– Co by się stało, gdyby podano komuś tę substancję? – zaniepokoiła się Shirley.
– Gdyby podano sam hormon, prawdopodobnie niewiele. Osobnik mógłby 

doświadczyć pewnych objawów starzenia się, ale prawdopodobnie substancja 
zostałaby zmetabolizowana i jej efekt byłby ograniczony. Jednak Hayes nie zajmował 
się izolowanym hormonem. Miał świadomość, że zgodnie z tym samym 
mechanizmem, w jakim wyzwalana jest sekrecja hormonów płciowych i wzrostu, 
powinien także istnieć czynnik uwalniający hormon śmierci. Natychmiast zwrócił 

background image

uwag na cykl życiowy łososi, które umierają w kilka godzin po złożeniu ikry. 
Uważam, że zebrał łby łososi i wyizolował z ich mózgów czynnik uwalniający 
hormon śmierci. To była ta jego prywatna robota, którą wykonywał w Gene. Inc. 
Kiedy już uzyskał czynnik uwalniający, kazał Helene wyprodukować go w większych 
ilościach techniką rekombinacji DNA – w laboratorium GHP.

– Dlaczego Hayes miałby chcieć go produkować?
– Sądzę, że miał nadzieję uzyskać przeciwciała monoklonalne, które 

zapobiegałyby wydzielaniu śmiercionośnego hormonu i wstrzymywałyby proces 
starzenia. – W tym momencie Jason zrozumiał, co miał na myśli Hayes mówiąc, że 
jego odkrycie pomoże piękności. Chroniłoby ono młodzieńczy wygląd osób takich, 
jak Carol.

– Co by się stało, gdyby podano komuś ten czynnik uwalniający?
– Włączyłby on gen śmierci, sterujący wytwarzaniem hormonu, tak samo, jak 

u łososi – i z bardzo podobnymi efektami. Osobnik taki zestarzałby się i umarł 
w ciągu trzech czy czterech tygodni. I nikt by nie wiedział, dlaczego. A to wiąże się 
z najgorszą rzeczą, jaką mam do powiedzenia. Sądzę, że ktoś wszedł w posiadanie 
hormonu, który Helene wyprodukowała w naszym laboratorium, i zaczął podawać go 
pacjentom GHP. Ktokolwiek to jest, musi być szalony. Hayes to zrozumiał – 
prawdopodobnie wtedy, kiedy odwiedził syna – i jemu samemu także zaaplikowano 
czynnik starzenia. Myślę, że gdyby nie umarł tamtej nocy, zabito by go w jakiś inny 
sposób. – Jason wzruszył ramionami.

– Jak to odkryłeś? – wyszeptała Shirley.
– Przejrzałem protokoły doświadczeń Hayesa. Kiedy Helene została 

zamordowana domyśliłem się, że Hayes mówił prawdę zarówno o swoim odkryciu, 
jak i o tym, że ktoś chce go zabić.

– Ależ Helene została zgwałcona przez nieznanego napastnika.
– Oczywiście. Ale tylko po to, żeby zmylić policję co do motywów zabójstwa. 

Miałem zawsze wrażenie, że wiedziała o pracy swojego szefa więcej, niż nam 
mówiła. Kiedy dowiedziałem się, że miała z nim romans, zdobyłem pewność.

– Tylko kto chciałby zabijać naszych pacjentów? – rozpaczliwie pytała Shirley.
– Jakiś socjopata. Taki sam, jak wariat, który dodał cyjanku do tylenolu. Dziś 

wieczorem zrobiłem w klinice komputerowe wydruki krzywych przeżycia 
i umieralności. Wyniki były niewiarygodne. Nastąpił znaczący wzrost wskaźnika 
umieralności pacjentów po pięćdziesiątce, którzy byli przewlekle chorzy lub których 
styl życia zawierał wiele czynników ryzyka. – Nagle Jason zamilkł. – Cholera!

– O co chodzi? – zapytała Shirley z wyrazem twarzy tak zdenerwowanym, jakby 

niebezpieczeństwo czaiło się tuż za rogiem.

– Zapomniałem o czymś. Zrobiłem krzywe miesiąc po miesiącu – nie 

background image

sprawdziłem ich dla poszczególnych lekarzy.

– Uważasz, że kryje się za tym jakiś lekarz? – z niedowierzaniem spytała Shirley.
– Musi tak być. Lekarz – lub może pielęgniarka. Czynnik uwalniający jest 

polipeptydem – musi być wstrzyknięty. Gdyby podano go doustnie, uległby 
strawieniu przez soki żołądkowe.

– O mój Boże! – Shirley ukryła twarz w dłoniach. – A ja myślałam, że do tej pory 

mieliśmy kłopoty. – Zaczerpnęła głęboki oddech i podniosła wzrok. – Czy nie ma 
jakiejś szansy, że możesz się mylić, Jason? Może komputer zrobił jakiś błąd. Bóg 
świadkiem, że przetwarzanie danych zawodzi dostatecznie często...

Jason położył jej rękę na ramieniu. Wiedział, że jej z trudem zdobyte imperium 

rozpada się w gruzy.

– Nie mylę się – powiedział delikatnie. – Zrobiłem coś jeszcze tej nocy. 

Widziałem syna Hayesa w Hartford.

– I...?
– To przerażające. Wszystkie dzieci z tego oddziału musiały dostać czynnik 

uwalniający. Widocznie u osobników przed okresem dojrzewania działa on wolniej. 
Musi zachodzić jakiś rodzaj konkurencji z hormonem wzrostu. Jednak wszyscy 
chłopcy wyglądają, jakby mieli sto lat.

Shirley wzruszyła ramionami.
– To dlatego chciałem znać nazwisko obecnego dyrektora do spraw medycznych.
– Myślisz, że Peterson jest za to odpowiedzialny?
– Jest głównym podejrzanym.
– Może powinniśmy pojechać do kliniki i jeszcze raz sprawdzić komputer. 

Moglibyśmy nawet ponownie wykreślić twoje krzywe przeżycia według lekarzy.

Zanim Jason zdążył odpowiedzieć, ciszę przerwał dzwonek, na dźwięk którego 

oboje podskoczyli. Jason z bijącym sercem zerwał się na nogi. Shirley postawiła 
swoją szklankę na stole.

– Kto to może być?
– Nie wiem. – Jason prosił Carol, żeby nie przychodziła do niego do mieszkania, 

a Curran zadzwoniłby przed przyjazdem.

– Co zrobimy? – nagląco spytała dziewczyna.
– Zejdę na dół i zobaczę.
– Czy to dobry pomysł?
– Masz lepszy?
Shirley potrząsnęła głową.
– Po prostu nie otwieraj drzwi.
– Myślisz, że zwariowałem? Och, nie powiedziałem ci jeszcze jednej rzeczy. 

Ktoś próbował mnie zabić.

background image

– Nie! Gdzie?
– W pewnej odosobnionej wiejskiej gospodzie na wschód od Seattle.
Otworzył drzwi mieszkania.
– Może lepiej, żebyś nie schodził na dół – pospiesznie odezwała się Shirley.
– Muszę sprawdzić, kto to jest. – Jason wyszedł na otoczony balustradą podest 

i spojrzał na dół, w stronę wejścia. Przez przeszklone drzwi dostrzegł jakąś postać.

– Bądź ostrożny – powiedziała Shirley.
Jason cichutko zaczął schodzić po schodach. Im bardziej się zbliżał, tym większy 

stawał się cień osobnika w przedsionku. Oglądał on tabliczki z nazwiskami 
i gniewnie naciskał dzwonek. Nagle odwrócił się i przycisnął twarz do szyby. Przez 
chwilę Jason widział twarz obcego z odległości zaledwie kilku centymetrów. Nie 
mogło być pomyłki co do grubych rysów i maleńkich, blisko osadzonych oczu. 
Gościem był Bruno, kulturysta. Jason odwrócił się i wbiegł z powrotem na piętro, 
a za nim niosło się wściekłe łomotanie do drzwi.

– Kto to?
– Znajomy zbir z przerostami mięśniowymi – poinformował, zamykając drzwi na 

obie zasuwy – i zarazem jedyna osoba, która wie, że byłem w Seattle. – Uświadomił 
sobie ten fakt z przerażającą jasnością. Pobiegł do gabinetu i chwycił słuchawkę. – 
Cholera! – krzyknął po minucie. Rzucił słuchawkę i sprawdził następny aparat, 
w sypialni. W tym także panowała cisza. – Telefony nie działają – powiedział 
z niedowierzaniem do Shirley, która poszła za nim. Czuł, jak ogarnia go panika.

– Co zrobimy?
– Wychodzimy. Nie zamierzam dać się tu zamknąć jak w pułapce.
Przeszukawszy szafę w przedpokoju znalazł klucz do bramy, oddzielającej jego 

budynek od wąskiej uliczki wychodzącej na West Cedar Street. Otworzył okno 
sypialni, wspiął się na schody pożarowe i pomógł Shirley wyjść za nim. Kolejno 
zeszli do małego ogródka, gdzie bezlistne białe brzozy majaczyły w ciemnościach jak 
duchy. Podbiegli do bramy. Jason gorączkowo, drżącymi rękami starał się włożyć 
klucz w zamek. Wydostali się na wąską uliczkę, cichą i pustą. Zmrok co kilka metrów 
rozjaśniały światła gazowych latarni z Beacon Hill. Nie było nawet żywej duszy.

– Chodźmy! – zakomenderował Jason i ruszył West Cedar w stronę rzeki.
– Mój samochód jest z tyłu, na Louisburg Square – wysapała Shirley, starając się 

dotrzymać mu kroku.

– Mój też. Ale jasne, że nie możemy wrócić. Mam przyjaciela, którego samochód 

mogę wziąć.

Na Charles Street widać było kilku przechodniów przed otwartym sklepem. Jason 

pomyślał, żeby zadzwonić na policję, ale teraz, kiedy wydostał się z mieszkania, 
wrażenie, że jest w pułapce, osłabło. Poza tym chciał jeszcze raz sprawdzić komputer 

background image

GHP, zanim porozmawia z Curranem.

Poszli w dół Chestnut Street, zabudowanej starymi budynkami. Kilkoro ludzi 

spacerowało z psami i w ich obecności Jason poczuł się bezpieczniej. Tuż przed 
Brimmer Street skręcił do garażu, gdzie dał dozorcy dziesięć dolarów i poprosił 
o samochód należący do jego przyjaciela. Na szczęście mężczyzna poznał Jasona 
i pozwolił mu zabrać niebieskie BMW.

– Myślę, że powinniśmy pojechać do mnie – zaproponowała Shirley, wślizgując 

się na przednie siedzenie. – Możemy stamtąd zadzwonić do Currana i powiadomić 
go, gdzie jesteś.

– Najpierw chcę wrócić do kliniki.
Przy niewielkim natężeniu ruchu udało im się dotrzeć do szpitala w niecałe 

dziesięć minut.

– Będę tylko minutkę – obiecał Jason, podjeżdżając do wejścia. – Chcesz pójść ze 

mną czy zaczekać tutaj?

– Nie żartuj – odparła Shirley, otwierając drzwi po swojej stronie samochodu. – 

Chcę na własne oczy zobaczyć te wykresy.

Zamachali strażnikowi swoimi kartami identyfikacyjnymi i pojechali windą, 

chociaż musieli się dostać tylko na pierwsze piętro.

Sprzątaczki zostawiły klinikę w idealnym stanie – czasopisma na stojakach, 

kosze na papiery opróżnione, a podłogi lśniące świeżym woskiem. Jason skierował 
się prosto do swojego gabinetu, usiadł przy biurku i włączył swoją końcówkę 
komputera.

– Zadzwonię do Currana – powiedziała Shirley, wychodząc do stanowiska 

pielęgniarek.

Jason machnął ręką, żeby zaznaczyć, że słyszał. Wprowadzał już dane do 

komputera. Najpierw wywołał numery identyfikacyjne różnych lekarzy z kliniki. Był 
szczególnie zainteresowany numerem Petersona. Następnie polecił komputerowi 
podzielić grupę pacjentów GHP według ich lekarzy, a potem zaczął wykreślać 
krzywe umieralności każdej z tych grup w ostatnich dwóch miesiącach, okresie, 
w którym nastąpiły największe zmiany w liczbie zgonów. Spodziewał się, że 
wskaźnik umieralności pacjentów Petersona będzie albo wyższy, albo niższy. 
Przypuszczał, że psychopata będzie eksperymentował na własnych pacjentach albo 
znacząco częściej, albo rzadziej.

Shirley wróciła do gabinetu i stanęła, przyglądając się, jak wprowadzał dane.
– Twój przyjaciel Curran jeszcze nie wrócił – poinformowała go. – Dzwonił na 

komisariat i powiedział, że może być zajęty jeszcze przez kilka godzin.

Jason kiwnął głową. Bardziej interesowało go wykreślenie krzywych. Zrobienie 

wszystkich wykresów zajęło jakieś piętnaście minut. Rozdzielił poszczególne kartki 

background image

i poskładał je.

– Wszystkie wyglądają tak samo – zauważyła kobieta, pochylając się nad jego 

ramieniem.

– Mniej więcej – przyznał Jason. – Nawet Petersona. To nie wyklucza jego 

udziału, ale także nam nie pomaga. – Jason popatrzył na komputer, próbując 
wymyśleć jakieś inne dane, które mogłyby być użyteczne. Nic więcej nie 
przychodziło mu do głowy.

– Cóż, jak na razie to koniec genialnych pomysłów. Od tego momentu musi się 

tym zająć policja.

– Zatem jedźmy – przynagliła Shirley. – Wyglądasz na wyczerpanego.
– I jestem – przyznał Jason. Podniesienie się z krzesła było dla niego poważnym 

wysiłkiem.

– Czy to są wykresy, które zrobiłeś wcześniej? – zapytała kobieta, wskazując stos 

wydruków leżący przy terminalu.

Jason skinął głową.
– Może je weźmiemy? Chciałabym, żebyś mi je objaśnił.
Jason włożył papiery do dużej koperty.
– Zostawiłam w biurze Currana mój numer telefonu – rzekła Shirley. – Myślę, że 

to najlepsze miejsce, żeby zaczekać. Miałeś okazję coś zjeść?

– Jakiś wstrętny posiłek w samolocie, ale wydaje mi się, że to było wieki temu.
– Zostało mi trochę kurczaka na zimno.
– Wspaniale.
Kiedy szli do samochodu, Jason spytał Shirley, czy nie miałaby nic przeciwko 

temu, żeby prowadzić, a on mógłby się odprężyć i trochę pomyśleć.

– Z przyjemnością – zgodziła się, biorąc kluczyki.
Jason usiadł po stronie pasażera i rzucił kopertę na tylne siedzenie. Zapiął pasy, 

odchylił się na oparcie i zamknął oczy. Rozmyślał nad sposobami, w jakie czynnik 
uwalniający hormon wzrostu mógł zostać podany pacjentom. Ponieważ nie można go 
było zaaplikować doustnie, zastanawiał się, jak zbrodniarz mógłby wstrzyknąć go 
pacjentom podczas badań okresowych. Pobierano krew do testów laboratoryjnych, ale 
używane do tego celu próżniowe probówki nie dawały możliwości podania żadnej 
substancji. Z pacjentami hospitalizowanymi sprawa miała się zupełnie inaczej – 
zawsze dostawali jakieś zastrzyki i wlewy dożylne.

Nie doszedł do żadnego prawdopodobnego wniosku, a tymczasem Shirley 

podjechała pod dom. Wysiadając z samochodu Jason zatoczył się i omal nie upadł. 
Krótki odpoczynek nasilił tylko jego zmęczenie. Sięgnął na tylne siedzenie po 
kopertę.

– Poczuj się jak w domu – powiedziała Shirley, wprowadzając go do salonu.

background image

– Najpierw upewnijmy się, czy Curran nie telefonował.
– Za chwilę sprawdzę u operatora. Może weźmiesz sobie coś do picia, a ja 

tymczasem zakrzątnę się wokół tego kurczaka.

Zbyt zmęczony, żeby się spierać, Jason podszedł do barku, przygotował sobie 

dewara z lodem, a potem upadł na kanapę. Czekając na Shirley, zaczął ponownie 
rozmyślać nad drogami podania czynnika uwalniającego. Nie było zbyt wielu 
możliwości. Gdyby nie został wstrzyknięty, musiano by go zaaplikować w czopku 
doodbytniczym albo przez jakiś inny bezpośredni kontakt z błoną śluzową. 
Większość pacjentów, którzy przechodzili pełny zestaw badań okresowych, miała 
wykonywany wlew doodbytniczy z barytu. Jason zastanawiał się, czy tu właśnie 
leżało rozwiązanie.

Zaczął popijać swoją szkocką, kiedy wkroczyła Shirley z kurczakiem i sałatką.
– Mogę zrobić ci drinka? – zaofiarował się Jason. Shirley postawiła tacę na 

stoliku do kawy.

– Czemu nie? – Potem dodała jeszcze: – Nie wstawaj. Ja to zrobię.
Jason przyglądał się jej, jak dodawała do swojej wódki odrobinę wermutu i to 

właśnie przywiodło mu na myśl krople do oczu. Wszyscy pacjenci, poddawani 
badaniom profilaktycznym, przechodzili pełną kontrolę oczu, włącznie z podaniem 
kropli rozszerzających źrenice. Gdyby ktoś chciał dostarczyć do organizmu czynnik 
aktywujący gen śmierci, przez spojówki oczu wchłonąłby się on doskonale. Co 
więcej, substancja ta mogła być potajemnie wprowadzona do rutynowego leczenia 
okulistycznego, a śmiercionośne krople byłyby podawane przez nieświadome 
pielęgniarki i lekarzy.

Jason poczuł pulsujący ból głowy. Znalezienie możliwego do przyjęcia 

wyjaśnienia kwestii, która mogła być kluczem do całej sprawy, nagle przydało 
realności koncepcji masowego morderstwa. Shirley odwróciła się od baru, kolistymi 
ruchami szklaneczki mieszając alkohol. Jason postanowił oszczędzić jej najnowszych 
rewelacji.

– Żadnej wiadomości od Currana? – spytał zamiast tego.
– Jeszcze nie – odpowiedziała gospodyni, dziwnie na niego spoglądając. Przez 

chwilę zastanawiał się, czy umie czytać w myślach.

– Mam pytanie – zaczęła z wahaniem. – Czy ten przypuszczalny czynnik 

uwalniający hormon śmierci nie jest składnikiem naturalnego procesu?

– Tak – przytaknął Jason. – Właśnie dlatego patologia nie okazała się bardzo 

pomocna. Wszystkie ofiary, także Hayes, zmarły z przyczyn zwanych naturalnymi. 
Czynnik uwalniający tylko uaktywnił w pełni geny, normalnie włączane w okresie 
dojrzewania płciowego.

– Chcesz powiedzieć, że zaczynamy się starzeć w momencie dojrzewania? – 

background image

w głosie Shirley brzmiało niedowierzanie.

– Takie są współczesne teorie. Ale oczywiście odbywa się to stopniowo, 

nabierając szybkości dopiero w późniejszym okresie życia, kiedy poziom hormonów 
płciowych i wzrostu spada. Czynnik uwalniający najwyraźniej włączył całkowicie 
gen hormonu śmierci, a u dorosłych bez wysokiego miana hormonu wzrostu, który 
mógłby przeciwdziałać, spowodowało to gwałtowne starzenie się, jak u łososi. 
Przypuszczam, że trwa to trzy tygodnie. Narządem krytycznym wydaje się tu być 
układ krążenia. Najwyraźniej on poddaje się pierwszy i powoduje zgon. Ale mógłby 
to być równie dobrze inny układ.

– Ale starzenie się jest procesem naturalnym – powtórzyła Shirley.
– Starzenie się jest częścią życia – przyznał jej rację Jason. – Ewolucyjnie jest 

ono równie ważne, jak wzrost. Tak, to jest proces naturalny. – Jason roześmiał się 
głucho. – Hayes z pewnością miał rację, kiedy opisywał swoje odkrycie jako 
ironiczne. Przy całym wysiłku, jaki włożono w spowolnienie starzenia się, jego praca 
nad wzrostem zaowocowała przyspieszeniem tego procesu.

– Jeśli starzenie się i śmierć mają jakąś wartość ewolucyjną – obstawała przy 

swoim Shirley – to być może mają też jakąś wartość społeczną.

Jason patrzył na nią z wzrastającym uczuciem niepokoju. Żałował, że jest taki 

zmęczony. Jego mózg wysyłał sygnały alarmowe, ale on czuł się zbyt wyczerpany, 
żeby je rozszyfrować. Biorąc milczenie za dobrą monetę, kontynuowała:

– Pozwól, że spojrzę na to z innej strony. Medycyna jako całość staje przed 

zadaniem zapewnienia fachowej opieki możliwie niskim kosztem. Jednak w związku 
z wydłużeniem się życia ludzkiego szpitale zapełnione są starszymi ludźmi, których 
utrzymuje się przy życiu za olbrzymią cenę, wyczerpując nie tylko źródła 
ekonomiczne, lecz również energię personelu medycznego. GHP, na przykład, radził 
sobie bardzo dobrze na samym początku, ponieważ ogromna większość 
podopiecznych była młoda i zdrowa. Teraz, dwadzieścia lat później, zestarzeli się 
i wymagają o wiele większej opieki zdrowotnej. Gdyby starzenie się uległo 
przyspieszeniu w pewnych okolicznościach, mogłoby to być najlepsze zarówno dla 
szpitali, jak i dla pacjentów. Istotny jest fakt – podkreśliła Shirley – że starzy 
i niedołężni powinni się szybko zestarzeć, żeby uniknąć cierpienia i oszczędzić 
przeciążania nas kosztowną opieką medyczną.

Gdy odrętwiały mózg Jasona zaczął pojmować rozumowanie Shirley, lekarza 

sparaliżowało przerażenie. Chciał krzyczeć, że to, co Shirley zakłada, jest 
zalegalizowanym morderstwem, ale siedział bez słowa na skraju sofy, jak ptak 
w obliczu jadowitego węża, zmrożony strachem.

– Jason, czy masz pojęcie, ile kosztuje utrzymanie człowieka przy życiu podczas 

jego ostatnich miesięcy, spędzanych w szpitalu? Gdyby medycyna nie wydawała tyle 

background image

na umierających, mogłaby zrobić o wiele więcej, żeby pomóc żywym. Gdyby GHP 
nie było zatłoczone pacjentami w średnim wieku, skazanymi na chorobę przez ich 
własny niezdrowy styl życia, pomyśl – co moglibyśmy zrobić dla młodych. A czy 
ludzie, którzy nie dbają o siebie, jak nałogowi palacze lub alkoholicy, albo osoby 
używające narkotyków, nie skracają własnego życia? Czy to tak źle – przyspieszyć 
ich śmierć, aby nie byli ciężarem dla reszty społeczeństwa?

Jason w końcu otworzył usta, żeby zaprotestować, ale nie mógł znaleźć słów, 

żeby obalić tę teorię. Wszystko, co mógł zrobić, to potrząsnąć głową 
w niedowierzaniu.

– Nie wierzę, że nie akceptujesz faktu, iż medycyna nie wytrzyma dłużej pod 

miażdżącym ciężarem przewlekłych problemów zdrowotnych u fizycznie 
niedołężnych pacjentów – tych samych ludzi, którzy spędzili trzydzieści czy 
czterdzieści lat, bezczeszcząc ciała, którymi obdarzył ich Bóg.

– Nie tobie ani mnie decydować o tym – krzyknął w końcu Jason.
– Nawet jeśli starzenie się zostaje przyspieszone przez jakąś naturalną 

substancję?

– To morderstwo! – Jason zerwał się na nogi. Shirley podniosła się także, szybko 

podchodząc do podwójnych drzwi, wiodących do jadalni.

– Proszę wejść, panie Diaz – powiedziała, otwierając je. – Zrobiłam, co mogłam.
Jason poczuł suchość w ustach, kiedy odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz 

z mężczyzną, którego widział ostatnio w Zajeździe pod Łososiem. Ciemną przystojną 
twarz Juana ożywiało oczekiwanie. Trzymał mały niemiecki pistolet automatyczny 
z nałożonym tłumikiem wielkości cygara.

Jason cofał się niezdarnie, aż plecami uderzył o przeciwległą ścianę. Jego oczy 

wędrowały z broni na zaskakująco przystojną twarz zabójcy, a potem na Shirley, 
która patrzyła na niego tak spokojnie, jakby znajdowała się na spotkaniu zarządu.

– Tym razem nie ma obrusa – powiedział Diaz, szczerząc w uśmiechu swoje 

doskonałe, jak u gwiazdora filmowego, zęby.

Zbliżył się do Jasona, aż wylot pistoletu znalazł się w odległości piętnastu 

centymetrów od głowy ofiary. – Do widzenia – rzekł, przyjacielsko kiwając głową.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

– Panie Diaz – odezwała się Shirley.
– Tak – odpowiedział Juan, nie odrywając wzroku od Jasona.
– Proszę nie strzelać do niego, dopóki pana do tego nie zmusi. Lepiej będzie 

pozbyć się go tak samo, jak pana Hayesa. Przyniosę panu jutro materiał z kliniki.

Jason wypuścił powietrze. Nie uświadamiał sobie, że wstrzymywał oddech.
Uśmiech zniknął z twarzy Juana. Nozdrza mu się rozdęły; był rozczarowany i zły.
– Myślę, że byłoby dużo bezpieczniej, gdybym zabił go już teraz, panno 

Montgomery.

– Nie dbam o to, co myślisz – to ja ci płacę. Teraz zabierzemy go do piwnicy. 

I bez głupstw – wiem, co robię.

Juan przysunął pistolet tak, że zimny metal dotknął skroni Jasona. Lekarz 

wiedział, że zbir ma nadzieję na najsłabszy chociaż pretekst, żeby strzelić; pozostał 
doskonale nieruchomy, skamieniały ze strachu.

– Dalej! – krzyknęła Shirley z wejściowego hallu.
– Ruszaj! – rozkazał Juan, cofając broń od głowy Jasona.
Lekarz ruszył sztywno, z rękami przyciśniętymi do boków. Juan szedł za nim, co 

pewien czas pistoletem trącając więźnia w plecy.

Shirley otworzyła drzwi pod schodami, znajdujące się na wprost głównego 

wejścia. Jason zobaczył stopnie prowadzące do sutereny.

Zbliżając się więzień próbował pochwycić spojrzenie Shirley, jednak kobieta 

odwróciła się. Przeszedł przez drzwi, a Juan tuż za nim.

– Lekarze zdumiewają mnie – rzekła Shirley, zapalając światło w piwnicy 

i zamykając za sobą drzwi. – Myślą, że medycyna jest po prostu sprawą pomagania 
chorym. Prawda jest taka, że dopóki nie zrobi się czegoś z przewlekle chorymi, nie 
będzie pieniędzy ani ludzi, żeby pomóc tym, którzy naprawdę mogą wyzdrowieć.

Patrząc na jej spokojną, ładną twarz i doskonały strój, Jason nie mógł uwierzyć, 

że to ta sama kobieta, którą zawsze podziwiał.

Przerwała na moment, żeby wskazać Juanowi masywne dębowe drzwi na końcu 

korytarza. Przecisnąwszy się obok mężczyzn, otworzyła je i zapaliła światło, 
zalewając blaskiem duże, kwadratowe pomieszczenie. Jason został wepchnięty do 
środka, gdzie ujrzał otwarte drzwi z lewej strony, warsztat i jeszcze jedne ciężkie 
drzwi po prawej. Światło zgasło, drzwi zatrzasnęły się i otoczyła go nieprzenikniona 
ciemność.

Przez kilka minut stał spokojnie, unieruchomiony szokiem i brakiem światła. 

Dobiegały go ciche dźwięki: wody płynącej w rurach, włączonego systemu 
ogrzewczego i kroków nad jego głową. Ciemność była całkowita; nie mógł nawet 

background image

powiedzieć, czy ma oczy zamknięte, czy otwarte.

Gdy w końcu był w stanie się ruszyć, cofnął się do drzwi, którymi wszedł. Złapał 

za gałkę i spróbował ją przekręcić. Pociągnął drzwi. Z pewnością były dobrze 
zabezpieczone. Przesuwając rękami po futrynie, macał w poszukiwaniu zawiasów, 
poddał się jednak, gdy uświadomił sobie, że drzwi otwierają się do hallu.

Porzucając drzwi Jason zaczął małymi kroczkami posuwać się wzdłuż ściany, 

ostrożnie przesuwając po niej rękami. Doszedł do rogu i skręcił pod kątem 
dziewięćdziesięciu stopni. Kontynuował swój marsz, kroczek po kroczku, aż 
wymacał otwarte drzwi. Ostrożnie wyciągając rękę przed siebie szukał ściennego 
wyłącznika. Znalazł go po lewej stronie, na wysokości piersi. Wcisnął wyłącznik. Nic 
się nie zdarzyło.

Wkroczył do bocznego pomieszczenia i zaczął obmacywać ściany, próbując 

zorientować się co do jego rozmiarów. Natrafił palcami na jakiś metalowy przedmiot, 
umieszczony na ścianie, którego przednią powierzchnię stanowiło szkło. Macając na 
wysokości pasa wyczuł umywalkę. Dalej na prawo była toaleta. Pomieszczenie miało 
szerokość zaledwie półtora, a długość dwóch metrów.

Wróciwszy do głównej części Jason kontynuował swój powolny obchód ścian. 

Tuż obok łazienki natknął się na drugie małe pomieszczenie z zamkniętymi drzwiami. 
Gdy je otworzył, nos powiedział mu natychmiast, że jest to cedrowa szafa. W środku 
znajdowało się kilka toreb na ubrania, wypełnionych odzieżą.

Jason dotarł do następnego rogu dużej piwnicy i znowu skręcił.
Przeszedłszy około tuzina małych kroczków, delikatnie uderzył o warsztat, który 

miał szerokość mniej więcej metra. Obszedł jego róg, pomacał pod blatem i znalazł 
tam szafki. Warsztat, jak oceniał, miał jakieś pięć metrów długości. Okrążywszy go, 
wrócił do ściany, gdzie natknął się na półki z czymś, co przypominało puszki farby. 
Za regałem znajdował się następny róg.

Na środku czwartej ściany Jason natrafił na drugie masywne drzwi, zamknięte 

i zaryglowane. Czuł pod palcami zamek, ale potrzebny był klucz. Nie było zawiasów. 
Kontynuując swoją wędrówkę, dotarł do czwartego narożnika. Po kilku minutach 
wrócił do wejścia.

Opadł na kolana i zbadał podłogę. Była wylana betonem. Podniósłszy się, 

próbował wymyśleć, co jeszcze mógłby zrobić. Nie przychodził mu do głowy żaden 
dobry pomysł. Nagle poczuł obezwładniający, śmiertelny strach, jakby się dusił. 
Nigdy nie cierpiał na klaustrofobię, teraz jednak dopadła go ona z miażdżącą siłą.

– NA POMOC! – krzyknął tylko po to, żeby usłyszeć echo swojego głosu. Tracąc 

kontrolę nad sobą po omacku dotarł do drzwi i zaczął jak szalony walić w nie 
pięściami. – PROSZĘ! – krzyczał.

Bił pięściami, dopóki nie uświadomił sobie bólu rąk. Raptownie przerwał, 

background image

krzywiąc się z bólu i przycisnął posiniaczone dłonie do piersi. Pochylając się 
w przód, oparł czoło o drzwi. Popłynęły łzy.

Jason nie pamiętał, żeby płakał od czasów, gdy był dzieckiem. Nawet po śmierci 

Danielle. Wszystkie te lata, przez które zaprzeczał istnieniu takich emocji, wypłynęły 
teraz, gdy kulił się w ciemnościach w piwnicy Shirley. Zupełnie utracił samokontrolę 
i powoli opadł na podłogę, gdzie, łykając łzy, zwinął się pod drzwiami, jak uwięziony 
pies.

Gwałtowność własnych uczuć zaskoczyła go. Po dziesięciu minutach łkania 

zaczął odzyskiwać panowanie nad sobą. Był zawstydzony przed samym sobą, zawsze 
bowiem wierzył, że ma więcej opanowania. W końcu usiadł, opierając się plecami 
o drzwi. W ciemnościach ocierał łzy z wilgotnych policzków.

Przestał poddawać się rozpaczy i zaczął rozmyślać o pomieszczeniu, w którym 

się znalazł. Próbował wyobrazić sobie jego wymiary i lokalizację przedmiotów, na 
które natknął się w czasie swojej wyprawy badawczej. Zastanawiał się, czy nie było 
tu innych wyłączników światła. Wstał i powoli wrócił do drugich, zamkniętych na 
klucz drzwi po prawej stronie. Obmacał ściany po obu ich stronach, ale nie znalazł 
żadnego przełącznika.

Ruszył szybko w poprzek pomieszczenia i wrócił do łazienki. Kilkakrotnie 

spróbował włączyć światło. Potem obmacał instalację w nadziei, że będzie mógł 
wymienić żarówkę, zakładając, że znajdzie lampę na suficie w głównym pokoju. Nie 
było jednak żadnej instalacji, ani wbudowanej w szafkę, ani na suficie. Zniechęcony, 
wrócił do dużego pomieszczenia.

– Auu!– krzyknął, kiedy wpadł na coś, rozbijając sobie nos o metalową 

powierzchnię, średnicy piętnastu centymetrów. Natychmiast tracąc równowagę 
poczuł, jak momentalnie zaczyna mu puchnąć nos. Kości grzbietu nosa były 
przesunięte: zostały złamane. Jeszcze raz, wbrew woli, łzy napłynęły mu do oczu, 
tym razem jednak był to odruch, a nie wynik emocji. Kiedy doszedł do siebie na tyle, 
by ruszyć dalej, stwierdził, że stracił orientację. Wracając do malutkich kroczków, 
poruszał się naprzód, aż dotarł do ściany. Tylko w ten sposób mógł odnaleźć warsztat.

Schyliwszy się, zaczął otwierać szafki i ostrożnie badać rękami ich wnętrza. 

Każda miała ponad metr szerokości i zawierała pojedynczą, ruchomą półkę. Znalazł 
więcej puszek, lecz żadnych narzędzi. Wyprostował się i przeszukał ścianę powyżej 
blatu warsztatu. Z prawej strony było tam kilka wąskich półek z małymi słoikami 
i pudełkami. Ponownie zaczął obmacywać ścianę, mając nadzieję, że natrafi na 
tablicę z narzędziami. Interesowały go śrubokręty, młotki lub dłuta. Zamiast tego jego 
ręka natrafiła na szklaną bańkę, sterczącą tuż przed nim. Zaciekawiony poszukał 
dookoła, stwierdzając, że szklana kula przytwierdzona jest do metalowego pudełka, 
do którego wchodziły przewody. Jason uświadomił sobie, że jest to licznik 

background image

elektryczny.

Przesuwając się do lewego końca regału ponownie wrócił do ściany. Znalazł 

jeszcze jeden regał, zawierający plastikowe i ceramiczne doniczki, ale znowu 
żadnych narzędzi.

Zniechęcony, zastanowił się, co jeszcze mógłby zrobić. Wpadł na pomysł 

znalezienia czegoś, na czym mógłby stanąć, żeby zbadać ściany tuż pod sufitem, na 
wypadek, gdyby znajdowało się tam zaciemnione okno. Potem wrócił myślami do 
licznika. Wspiąwszy się na warsztat odnalazł urządzenie i prześledził przebieg drutów 
do drugiego, prostokątnego metalowego pudełka. Macając jego powierzchnię, trafił 
na metalowe kółko. Lekkim szarpnięciem otworzył szafkę.

Wewnątrz znajdowała się tablica rozdzielcza domu. Powoli sięgnął ręką do 

środka, mając nadzieję, że nie dotknie nieosłoniętych przewodów. Jego palce 
natrafiły jednak na rząd bezpieczników.

Następne pięć minut zajęło Jasonowi rozmyślanie, jak wykorzystać nowe 

odkrycie. Zszedł ze stołu, otworzył drzwi szafek, znajdujących się pod blatem 
i usunął ich zawartość, ustawiając puszki po obu stronach warsztatu. Potem wyjął 
półkę, która szczęśliwie nie była przytwierdzona i wcisnął się do środka. Miał 
mnóstwo miejsca.

Wyszedł, z powrotem wdrapał się na warsztat i jeden po drugim wyłączył 

wszystkie bezpieczniki. Potem zamknął obudowę tablicy rozdzielczej, wczołgał się 
do pustej szafki, zamknął za sobą drzwi i pomodlił się. Jeśli poszli już spać, brak 
prądu nikogo nie zaniepokoi.

Po czasie, który Jason oceniał na około pięć minut, usłyszał, jak otwierają się 

drzwi. Dotarły do niego głosy, a przez szczelinę w drzwiach szafki zobaczył linię 
migającego światła. Rozległ się zgrzyt klucza, przekręcanego w wejściowych 
drzwiach, które następnie otworzyły się. Z okiem przyciśniętym do szpary widział 
wyraźnie dwie postaci. Jedna niosła latarkę, której światłem powoli omiotła 
pomieszczenie.

– On się schował – rzekł Juan.
– Nie musisz mi tego mówić – z irytacją odpowiedziała Shirley.
– Gdzie jest pani skrzynka z bezpiecznikami? – spytał mężczyzna. Światło 

przesunęło się na warsztat.

– Proszę tu zostać – poradził Juan. Ruszył przez pokój, stając między Jasonem 

i światłem, które musiało padać z latarki trzymanej przez Shirley. Jason spodziewał 
się, że Juan ma ręce zajęte pistoletem.

Jason oparł się o tylną ścianę szafki i podniósł stopy. Kiedy tylko usłyszał trzask 

przełączników, kopnął drzwi szafki całą siłą, na jaką mogły się zdobyć jego nogi 
biegacza. Uderzające drzwi kompletnie zaskoczyły Juana, trafiając go w krocze. 

background image

Jęknął z bólu i zatoczył się do tyłu, na szafę.

Jason nie tracił czasu. Wygramolił się na zewnątrz i pędem puścił się przez pokój, 

dopadając drzwi zanim Shirley miała okazję je zamknąć. Uderzył w nie całym 
ciężarem i wpadł prosto na kobietę, przewracając się wraz z nią na podłogę. 
Krzyknęła, kiedy jej głowa uderzyła o beton. Wypuściła z ręki latarkę.

Zebrawszy się, Jason popędził korytarzem w kierunku schodów, wdzięczny 

losowi, że ta część domu jest już oświetlona. Schwycił poręcz i przy jej pomocy odbił 
się, przeskakując pierwsze stopnie. Wtedy usłyszał głuchy stuk. Jednocześnie poczuł 
ból w udzie i prawa noga załamała się pod nim. Prostując się, przeskoczył na jednej 
nodze resztę schodków. Był już prawie w hallu, nie mógł się poddać.

Ciągnąc za sobą prawą nogę, dokuśtykał do frontowych drzwi. Za sobą usłyszał, 

jak ktoś zaczyna wbiegać po schodach.

Zasuwa otworzyła się i Jason wydostał się w zimną, listopadową noc. Wiedział, 

że został postrzelony. Czuł, jak krew spływa z rany po nodze do buta.

Dotarł zaledwie do środka podjazdu, kiedy Juan dopadł go i kolbą pistoletu obalił 

na bruk. Jason opadł na kolana, podpierając się dłońmi. Nim zdołał się podnieść, Juan 
kopnął go w plecy. Jeszcze raz pistolet został skierowany prosto w głowę Jasona.

Nagle obu mężczyzn zalało jaskrawe światło. Trzymając lekarza na muszce Juan 

próbował ręką osłonić oczy przed światłem dwóch reflektorów. Chwilę później 
usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi samochodu, po czym nastąpił złowieszczy odgłos 
odwodzonych kurków dubeltówek. Juan cofnął się kilka kroków, jak zwierzę 
przyparte do ściany.

– Nie ruszaj się, Diaz – rozkazał nieznany Jasonowi głos.
Brzmiał w nim wyraźny akcent południowego Bostonu. – Nie rób żadnych 

głupstw. Nie chcemy kłopotów z tobą ani z tymi z Miami. Chcemy tylko, żebyś 
grzecznie i spokojnie wrócił do samochodu i odjechał. Możesz to zrobić?

Juan skinął głową. Lewą ręką nadal na próżno próbował osłonić oczy przed 

światłem.

– W takim razie ruszaj! – padła komenda.
Zrobiwszy dwa czy trzy niepewne kroki do tyłu, Kubańczyk odwrócił się i uciekł 

do samochodu. Uruchomił silnik i odjechał z podjazdu.

Jason przekręcił się na brzuch. Kiedy tylko Juan odjechał, w krąg światła wbiegła 

Carol Donner i uklękła obok leżącego.

– Mój Boże, jesteś ranny! – Na udzie Jasona utworzyła się ogromna plama krwi.
– Tak myślę – odparł niepewnie mężczyzna. Wydarzyło się zbyt wiele i zbyt 

szybko. – Ale to nie boli za bardzo – dodał.

Kolejna postać wyszła z oślepiającego światła; był to Bruno, wymachujący 

winchesterem.

background image

– Och, nie! – jęknął Jason, próbując usiąść.
– Nie denerwuj się – uspokoiła go Carol. – On teraz już wie, że jesteś 

przyjacielem.

W tym momencie na frontowym ganku pojawiła się Shirley. Ubranie miała 

w nieładzie, a włosy nastroszyły się jak u punka. Przez chwilę mierzyła wzrokiem 
całą scenę. Potem cofnęła się, zatrzaskując drzwi. Usłyszeli zgrzyt zamykanych 
zamków.

– Musimy zabrać go do szpitala – powiedziała Carol, wskazując Jasona.
Pojawił się drugi kulturysta. Delikatnie podnieśli Jasona.
– Nie mogę w to uwierzyć – odezwał się ranny.
Został wyniesiony z kręgu oślepiającego blasku. Pojazd okazał się być białym 

lincolnem z anteną telewizyjną w kształcie litery V na pokrywie bagażnika. Dwóch 
osiłków ułożyło Jasona na tylnym siedzeniu, gdzie czekał mężczyzna w czarnych 
okularach, o sczesanych do tyłu ciemnych włosach, z niezapalonym cygarem 
w ustach. Był to Artur Koehler, szef Carol. Dziewczyna wskoczyła za Jasonem 
i przedstawiła go Arturowi. Dwaj ochroniarze usiedli na przednich siedzeniach 
i jeden z nich ruszył.

– Cieszę się, widząc was oboje – powiedział Jason. – Ale co, na Boga, was tu 

przyniosło? – skrzywił się, kiedy samochód zarzucił, wyjeżdżając z podjazdu.

– Twój głos – wyjaśniła Carol. – Kiedy dzwoniłeś ostatnim razem, wiedziałam, 

że znowu jesteś w kłopotach.

– Ale skąd wiedziałaś, że jestem tutaj, w Brooklinie?
– Bruno jechał za tobą – rzekła dziewczyna. – Po twoim telefonie zadzwoniłam 

do mojego kochanego szefa. – Carol poklepała Artura po nodze.

– Skończ z tym! – zaprotestował tamten. To jego głos wystraszył Juana Diaza.
– Spytałam Artura, czy mógłby cię chronić, a on zgodził się pod jednym 

warunkiem. Mam tańczyć co najmniej przez następne dwa miesiące, albo dopóki nie 
znajdzie kogoś w zamian.

– Tak, ale ona wytargowała to do jednego miesiąca – poskarżył się mężczyzna.
– Jestem bardzo wdzięczny – rzekł Jason. – Naprawdę możesz przestać tańczyć, 

Carol?

– Z niej jest cholerny dzieciuch – stwierdził Artur.
– Jestem zdumiony – powiedział Jason. – Nie myślałem, że dziewczęta takie jak 

ty mogą przestać, kiedy tylko zechcą.

– O czym ty mówisz? – w głosie Carol brzmiało oburzenie.
– Powiem ci, co on ma na myśli – roześmiał się jej szef, wyciągając rękę 

i odwzajemniając się Carol klepnięciem w udo. – Myśli, że jesteś panienką lekkich 
obyczajów. – Artura ogarnął paroksyzm śmiechu, który przeszedł w kaszel. Carol 

background image

musiała kilkakrotnie uderzyć go w plecy, zanim doszedł do siebie. – Obijano mnie tak 
pięściami częściej, kiedy to paliłem – powiedział, podnosząc cygaro. Potem 
w półmroku samochodu spojrzał na Jasona. – Myślisz, że pozwoliłbym jej jechać do 
Seattle, gdyby była prostytutką? Człowieku, bądź rozsądny.

– Przepraszam – odparł Jason. – Po prostu myślałem...
– Myślałeś, że ponieważ tańczę w klubie, jestem dziwką – rzekła Carol z nieco 

mniejszym oburzeniem. – Cóż, przypuszczam, że to nie całkiem w porządku. Kilka 
z dziewcząt się tym zajmuje. Większość jednak nie. Dla mnie była to wielka okazja. 
Donner, to nie jest moje prawdziwe nazwisko. Brzmi ono Kikonen. Jestem Finką, 
a my mamy bardziej zdrowe podejście do nagości, niż wy, Amerykanie.

– Ona jest córką siostry mojej żony – uzupełnił Artur. – Dlatego dałem jej pracę.
– Wy dwoje jesteście krewnymi? – zapytał zdumiony Jason.
– Nie lubimy się do tego przyznawać – Artur znów zaniósł się śmiechem.
– Daj spokój – przerwała mu dziewczyna.
Mężczyzna jednak ciągnął dalej.
– Nie podoba nam się, że ktoś z naszych ludzi jest w Harvardzie. To psuje nasz 

image.

– Ty studiujesz na uniwersytecie? – spytał Jason, odwracając się do Carol.
– Robię tam doktorat. Tańczenie pokrywa moje czesne.
– Przypuszczam, że powinienem wiedzieć, że Alvin nigdy nie związałby się ze 

zwykłą dziewczyną tańczącą topless – przyznał Jason. – W każdym razie jestem 
wdzięczny wam obojgu. Bóg wie, co stałoby się, gdybyście nie przybyli. Wiem, że 
policja zajmie się Shirley Montgomery, ale wolałbym, żebyście nie pozwolili Juanowi 
uciec.

– Nie przejmuj się – Artur machnął cygarem. – Carol opowiedziała mi, co stałe 

się w Seattle. Nie będzie długo cieszył się wolnością. Ale nie chcę kłopotów z moimi 
ludźmi z Miami. Pozbędziemy się Juana naszymi kanałami albo dam ci wystarczająco 
dużo informacji dla policji w Miami, żeby mogli go zamknąć. Będą mieli dość 
materiału przeciw niemu, żeby go zatrzymać. Wierz mi.

Jason spojrzał na Carol.
– Nie wiem, jak mogę wam to wynagrodzić.
– Mam kilka pomysłów – odparła dźwięcznie.
Artur miał następny atak śmiechu. Kiedy w końcu się opanował, Bruno opuścił 

szybę, oddzielającą kierowcę.

– Hej, zboczeńcu – zachichotał. – Gdzie chcesz, żebyśmy cię zawieźli? Do izby 

przyjęć GHP?

– Do diabła, nie – zaprotestował Jason. – Na jakiś czas mam dość ubezpieczeń 

zdrowotnych. Zabierzcie mnie do Massachusetts General Hospital.

background image
background image

EPILOG 

Jason nigdy nie lubił chorować, teraz jednak uwielbiał swoją sytuację. Został 

w szpitalu przez trzy dni po zabiegu chirurgicznym na przestrzelonej nodze. Ból 
znacznie osłabi, a pielęgniarki w Mass General były wyjątkowo fachowe 
i uprzedzająco grzeczne. Niektóre z nich pamiętały jeszcze Jasona z czasów jego 
stażu.

Najlepszą stroną pobytu w szpitalu było to, że Carol spędzała z nim większą 

część dnia, czytając głośno, racząc go zabawnymi opowieściami lub po prostu siedząc 
obok niego w milczeniu.

– Myślę, że kiedy już całkiem wyzdrowiejesz – oświadczyła drugiego dnia, 

układając kwiaty przysłane przez Klaudię i Sally – wrócimy do Zajazdu pod 
Łososiem.

– Po co, na Boga? – zdziwił się Jason. Po doświadczeniach, jakie przeszli, nie 

wyobrażał sobie, żeby ktoś mógł pragnąć ponownie odwiedzić to miejsce.

– Chciałabym jeszcze raz spróbować Diabelskiej Rynny – wesoło poinformowała 

go Carol. – Ale tym razem za dnia.

– Żartujesz!
– Naprawdę. Idę o zakład, że w blasku słońca to bułka z masłem.
Na dźwięk cichego kaszlu odwrócili się w stronę drzwi. Niedbale ubrane cielsko 

detektywa Currana wydawało się wyjątkowo nie na miejscu w szpitalu. Ogromne ręce 
ściskały nieprzemakalny kapelusz, który wyglądał tak, jakby przyjechała go 
ciężarówka.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – odezwał się z nietypową dla niego 

uprzejmością.

Jason domyślał się, że Curran w szpitalnym otoczeniu czuje się onieśmielony, 

podobnie jak Jason na komisariacie policji.

– Wcale nie – zapewnił chory, podciągając się do pozycji siedzącej.
Carol przysunęła krzesło spod ściany i ustawiła je obok łóżka.
Curran usiadł, nadal mnąc w dłoniach kapelusz.
– Jak z pana nogą? – zagadnął.
– Świetnie – odparł Jason. – Uszkodzone zostały głównie mięśnie. To nie będzie 

żaden problem.

– Cieszy mnie to.
– Cukierka? – zaproponowała Carol, podsuwając pudełko czekoladek od 

sekretarek z GHP.

Curran przyjrzał im się starannie, wybrał wiśnię w czekoladzie i w całości wsunął 

ją do ust. Przełknąwszy, rzekł:

background image

– Pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć, jak się rozwija ta sprawa.
– Koniecznie – przytaknął Jason. Carol przeszła na drugą stronę łóżka 

i przysiadła na brzeżku.

– Przede wszystkim Juana aresztowano w Miami. Teraz ze strachu robi w portki. 

Pan wie lepiej, jak to się fachowo nazywa. Ten facet jest jednym z prezentów Castro 
dla Ameryki. Wystąpimy o ekstradycję w związku z zabójstwem Brennquivist i Lund, 
ale to będzie trudne. Zdaje się, że cztery czy pięć stanów, z Florydą włącznie, 
poszukuje tego typa za podobne wyskoki.

– Nie mogę powiedzieć, żeby było mi go bardzo żal – przyznał się Jason.
– Ten facet to psychopata – zgodził się Curran.
– A co z GHP? – zainteresował się lekarz. – Byliście w stanie udowodnić, że 

czynnik uwalniający hormon śmierci został wprowadzony do kropli do oczu, 
używanych w gabinecie okulistycznym?

– Współpracujemy ścisłe z Drug Administration w tej sprawie – rzekł Curran. – 

Okazuje się, że to cała historia.

– Jak uważacie, ile z tego zostanie podane do wiadomości publicznej?
– W tej chwili nie jesteśmy jeszcze pewni. Coś będzie musiało być ujawnione. 

Hartford School została zamknięta, a rodzice tych dzieciaków nie są ślepi. Co więcej, 
jak poinformowała nas Drug Administration, grupa rodzin wnosi przeciw GHP 
żądania milionowych odszkodowań. Shirley i jej załoga są skończeni.

– Shirley... – powtórzył z zadumą Jason. – Wie pan, był taki czas, że gdybym nie 

spotkał Carol, mógłbym się związać z tamtą panią.

Carol żartobliwie pogroziła mu pięścią.
– Przypuszczam, że jestem panu winien przeprosiny, doktorze – rzekł Curran. – 

Z początku sądziłem, że jest pan po prostu cierniem w tyłku. Ale okazuje się pan 
sprawcą zniszczenia najbardziej śmiercionośnego spisku, o jakim kiedykolwiek 
słyszałem.

– To była głównie kwestia szczęścia – zbagatelizował sprawę Jason. – Gdybym 

nie był z Hayesem tamtej nocy, kiedy umarł, my – lekarze – myślelibyśmy, że 
walczymy z jakąś nową epidemią.

– Ten facet, Hayes, musiał być spryciarzem – stwierdził Curran.
– Geniuszem – uzupełniła Carol.
– Wiecie, co mnie najbardziej gryzie? – zapytał retorycznie Curran. – Hayes do 

końca myślał, że pracuje nad odkryciem dla dobra ludzkości. Prawdopodobnie sądził, 
że jest bohaterem, jak Salk. Nagroda Nobla i takie rzeczy. Zbawca świata. Nie jestem 
naukowcem, ale wydaje mi się, że cała dziedzina badań Hayesa jest cholernie groźna. 
Wiecie, co mam na myśli?

– Wiem dokładnie, co chce pan powiedzieć – zapewnił go Jason. – W naukach 

background image

medycznych zawsze uważano, że wyniki badań będą ratować życie i zmniejszą 
cierpienie. Teraz jednak nauka dysponuje możliwościami budzącymi lęk. Sprawy 
mogą pójść w różnych kierunkach.

– Tak jak ja to rozumiem – powiedział detektyw – Hayes znalazł lek, który 

powoduje, że ludzie starzeją się i umierają w ciągu kilku tygodni – a on nawet tego 
nie szukał. To każe mi myśleć, że jajogłowi wymknęli się spod kontroli. Mam rację?

– Zgadzam się – przytaknął lekarz. – Może robimy się zbyt bystrzy, żeby to 

mogło być dla nas dobre. To jak zjadanie wciąż od nowa zakazanego owocu.

– Tak, i zostaniemy wykopani z raju – dodał Curran. – A czy przypadkiem Wuj 

Sam nie ma swoich psów łańcuchowych do nadzorowania facetów takich jak Hayes?

– Mają nie najlepszy wgląd w ten rodzaj spraw – wyjaśnił Jason. – Zbyt wiele 

sprzeczności interesów. Poza tym, zarówno lekarze, jak i laicy łatwo wierzą, że 
wszystkie badania medyczne są z założenia dobre.

– Cudownie – żachnął się policjant. – To przypomina samochód, pędzący po 

autostradzie z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę – bez kierowcy.

– To chyba najlepsze porównanie, jakie kiedykolwiek słyszałem – stwierdził 

Jason.

– No, cóż. – Detektyw wzruszył ramionami. – Przynajmniej możemy poradzić 

sobie z GHP. Formalne oskarżenie wpłynie wkrótce. Oczywiście, cała ta zgraja 
została zwolniona za kaucją. Jednak sprawa wyszła na światło dzienne i wszystkie te 
grube ryby starają się wsadzić sobie wzajemnie nóż w plecy i ułożyć się z sądem. 
Wydaje się, że nasz przyjaciel Hayes na początku odwiedził pewnego faceta, 
nazwiskiem Ingelbrook.

– Ingelnook. To jeden z wiceprezesów GHP – Uściślił Jason. – Zdaje się, że 

zajmuje się finansami.

– Chyba tak – przytaknął Curran. – Najwyraźniej Hayes poprosił go o kapitał 

założycielski potrzebny do utworzenia jakiejś spółki.

– Wiem – przerwał Jason.
Detektyw rzucił mu ciężkie spojrzenie.
– Wie pan, teraz? A jak się pan właściwie o tym dowiedział, doktorze Howard?
– To nieistotne. Proszę mówić dalej.
– W każdym razie – ciągnął policjant – Hayes musiał powiedzieć Ingelnookowi, 

że jest bliski wynalezienia czegoś w rodzaju eliksiru młodości.

– Tym właśnie byłyby przeciwciała przeciw czynnikowi uwalniającemu hormon 

starzenia się – przyznał Jason.

– Chwileczkę – rzekł Curran. – Może w takim razie pan opowie tę historię.
– Przepraszam – powiedział lekarz. – W końcu wszystko to nabiera dla mnie 

sensu. Proszę mówić.

background image

– Ingelnookowi hormon śmierci musiał się podobać bardziej, niż eliksir młodości 

– kontynuował policjant. – Od jakiegoś czasu łamał sobie głowę, jak obniżyć koszty, 
żeby GHP nadal był konkurencyjny. Jak do tej pory spisek obejmuje tylko sześcioro 
ludzi, ale może ich być więcej. Są oni odpowiedzialni za wyeliminowanie wielu 
pacjentów, którzy mogli – ich zdaniem – w przyszłości wymagać więcej, niż tylko 
równego udziału w opiece medycznej. Miłe, co?

– Więc ich zabili – podsumowała z przerażeniem Carol.
– Cóż, powtarzali sobie, że to był naturalny proces – uzupełnił policjant.
– To też jakieś wyjaśnienie dla morderstwa – że wszyscy tak czy inaczej kiedyś 

umrzemy – gorzko skomentował Jason. Jego wyobraźnię znowu zapełniły 
prześladujące go ostatnio twarze zmarłych pacjentów.

– W każdym razie to już koniec GHP – zapewnił detektyw. – Poza sprawami 

kryminalnymi lada chwila pojawią się oskarżenia o błędy w sztuce. GHP już teraz 
podpada pod paragraf 11. Myślę więc, że będzie pan szukał sobie pracy.

– Na to wygląda. – Potem, spoglądając na Carol, Jason dodał: – Carol kończy 

swoje studia z psychologii klinicznej. Myśleliśmy o otworzeniu wspólnego gabinetu. 
Wydaje mi się, że chcę wrócić do prywatnej praktyki. Na jakiś czas koniec 
z korporacjami.

– To brzmi nieźle – stwierdził Curran. – W takim razie będę mógł mieć w jednym 

miejscu naprawione i serce, i głowę.

– Może pan być naszym pierwszym pacjentem.