background image

 
 
 

Bronwyn Jameson 

 

Poza kontrolą 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Jeśli 

Kree  O'Sullivan  miałaby  wyobrazić  sobie 

doskonałego mężczyznę, to wyglądałby dokładnie tak, jak ten, 
stojący właśnie w jej ogródku. Myślała nawet, że to złudzenie. 
Zamknęła na sekundę oczy, ale kiedy je po chwili otworzyła i 
odsunęła  zasłonę,  by  lepiej  widzieć,  mężczyzna  stał  w  tym 
samym miejscu. 

Nie  było  to  więc  złudzenie,  ale  realny,  perfekcyjnie 

wyglądający nieznajomy. 

Co  on  robi  w  moim  ogródku,  zastanawiała  się.  Stoi  na 

zarośniętej  grządce  w  obramowaniu  dwóch  rododendronów  i 
pomimo  upału  wygląda  świeżo,  jak  gdyby  nie  był  to  ostatni 
dzień ostatniego tygodnia tegorocznej wiosny. 

Czy nie jest przypadkiem pracownikiem banku? 
Palce  Kree  zacisnęły  się  w  pięść  na  muślinowej  zasłonie, 

ale  po  chwili  odprężyła  się,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że 
urzędnik  bankowy  nie  przyszedłby  w  piątek,  o  szóstej 
godzinie  po  południu.  Zazwyczaj  w  przypadku  wyczerpania 
limitu  karty  kredytowej  lub  wystawienia  kilku  czeków  bez 
pokrycia  bank  dzwoni  i  ustala  termin  spotkania,  w  celu 
przedyskutowania powstałej sytuacji. 

Kree 

miała 

właśnie  wyznaczone  spotkanie  na 

poniedziałek, na dziewiątą rano. 

A  nawet  gdyby  kogoś  przysłali,  głos  rozsądku 

podpowiadał  jej  teraz  bezbłędnie,  to  nie  wyglądałby  tak,  jak 
ten  mężczyzna,  przypatrujący  się  teraz  piętru  budynku,  w 
którym znajdował się jej salon fryzjerski, „Hair Today". 

Więc  ten  pan  nie  jest  bankierem,  pomyślała  z 

zadowoleniem. Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się dokładniej. 
Miał  ciemne  włosy,  ciemny  garnitur  i  ciemne  zmarszczone 
brwi.  Mógł  być  prawnikiem  lub  jakimś  innym  parszywym 
bogaczem. 

background image

Ze 

zmarszczką 

na 

czole 

analizowała 

swoje 

przypuszczenia.  Takie  małe,  senne  miasteczko  jak  Plenty  w 
Australii  nie  mogło  być  zbyt  atrakcyjne  dla  takiego 
parszywego bogacza, noszącego buty z wężowej skóry. A nie 
wyglądało  na  to,  że  pomylił  drogę.  Wyglądał  na  takiego,  co 
zawsze wie, co robi. 

 - A więc co przywiodło tego przystojnego natręta na moje 

podwórko?  -  wymruczała  cicho  i  zanim  jej  wyobraźnia 
zaimprowizowała  scenariusze  na  temat  banku,  długu  i 
eksmisji  albo  złożenia  propozycji:  jestem  tu,  by  zrobić,  co 
zechcesz, zdecydowała po prostu zapytać go o to. 

Zawiasy  w  drzwiach  od  strony  ogródka  zgrzytnęły 

ostrzegawczo.  Nieznajomy  zastygł  w  bezruchu,  a  potem 
odwrócił się wolno i spojrzał wprost w twarz Kree. Spojrzenie 
to  zaparło  jej  dech  w  piersiach.  Zauważyła  od  razu,  że 
nieznajomy jest wysoki, ma wydatne kości policzkowe i silnie 
zarysowaną  linię  szczęk.  Taki  układ  kości  twarzy 
doprowadziłby każdego fryzjera do łez radości. 

Ale ona nie miała oka fryzjera, tylko swoje kobiece ciało, 

które  intensywnie  zareagowało  na  spojrzenie  głęboko 
osadzonych,  czarnych  jak  noc  oczu  nieznajomego.  Miała 
również  kobiece  serce,  które  bilo  tak  mocno,  że  jego 
dudnienie  dawało  się  słyszeć  w  ciszy,  która  trwała  dotąd, 
dopóki drzwi nie trzasnęły głośno. 

Podskoczyła przestraszona. Nieznajomy uniósł lekko brwi 

i zapytał: 

 - Czy mogę w czymś pomóc? 
Sądząc po akcencie, jest chyba Brytyjczykiem, pomyślała. 

Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niej,  że  to  ona  powinna  zadać 
mu takie pytanie. 

 - Wydaje mi się, że nie ja, tylko pan potrzebuje pomocy - 

powiedziała,  schodząc  po  schodkach  na  trawnik.  -  Ale 
najpierw proszę mi powiedzieć, co pan robi w moim ogródku? 

background image

 - W pani ogródku? 
Na to niezwykłe zdumienie, brzmiące w jego głosie, oczy 

Kree zrobiły się wielkie z wrażenia. 

 - Nie jest pan chyba nowym właścicielem... 
 - Nie, nie jestem. 
 -  Uff.  Przez  minutę...  -  przerwała,  zastanawiając  się, 

dlaczego  odczuła  taką  ulgę,  gdy  dowiedziała  się,  że 
nieznajomy nie  jest jej  nowym gospodarzem.  - A przy okazji 
powiem, że nazywam się Kree O’Sullivan. 

Pomyślała,  że  powinno  temu  towarzyszyć  podanie  ręki, 

ale  powstrzymała  się  przed  jej  wyciągnięciem.  Odczuła 
dziwny  niepokój  przed  bezpośrednim  kontaktem  z 
nieznajomym.  Uśmiechnęła  się  tylko  i  nieco  skonfundowana 
wskazała ręką gdzieś w kierunku domu. 

 - Tam znajduje się mój salon fryzjerski. 
 -  Rozumiem  -  powiedział  nieznajomy,  unosząc  lekko 

jeden kącik ust. Spojrzał na jej włosy i widziała, że nie mógł 
oderwać od nich oczu. 

O co mu chodzi? Co mu się nie podoba? Poczuła dziwny 

skurcz żołądka. Chyba chodzi mu o moją fryzurę, pomyślała. 
No i dobrze. Nie dbam o to. 

 -  Nie  dosłyszałam  pańskiego  nazwiska...  -  powiedziała 

przesadnie uprzejmym głosem. 

 - Sinclair. 
Kree zwróciła uwagę, iż zaakcentował pierwszą sylabę. 
 -  Tylko  Sinclair  czy  jeszcze  coś  więcej?  -  spytała 

uszczypliwie. 

 - Sebastian Sinclair. 
Szczęśliwie,  że  Sebastian  Sinclair  również  nie  uczynił 

żadnej  próby  podania  ręki.  Spojrzał  tylko  w  stronę  okien,  a 
następnie skierował wzrok na nią. 

 - Nie zamierzałem pani niepokoić. 

background image

 -  Obcy  mężczyzna,  czający  się  w  pobliżu  domu,  musi 

budzić niepokój. 

 -  Uważa  pani,  że  wyglądam  obco?  -  spytał,  unosząc  do 

góry ciemną brew. 

 -  Nigdy  nie  widziałam  pana  wcześniej,  więc  tak, 

zdecydowanie  jest  pan  dla  mnie  obcy  i  nie  wiem  nawet,  co 
pan tutaj robi. 

 -  Przyszedłem,  żeby  obejrzeć  tę  posiadłość  w  imieniu 

właściciela - oświadczył bez cienia skrępowania. 

W  imieniu  właściciela?  To  musi  znaczyć,  że  ktoś 

odziedziczył  połowę  terenów  miasta,  łącznie  z  budynkiem 
Allana Heaslipa, pomyślała Kree. 

 - Mam nadzieję, że nie jest to Claire Heaslip? 
 - Nie - odpowiedział z lekkim zdziwieniem w głosie.  
Ulga  napełniła  serce  Kree,  uwalniając  jej  skrywaną 

ciekawość oraz nieopanowany język. 

 -  Nigdy  nie  wiesz,  co  myśleć  o  krewnych  i  ich 

testamentach,  i  w  ogóle  o  wszystkim.  Więc,  kto  jest  tym 
tajemniczym spadkobiercą? Jestem ogromnie ciekawa. 

 -  Nie  rozumiem,  dlaczego  wszyscy  tak  bardzo  się  tym 

interesują? - rzucił Sebastian. 

 -  W  tym  mieście?  Zawsze  tak  było.  -  Obserwowała  go 

przez  chwilę.  Dlaczego  nie  odpowiedział  wprost  na  jej 
pytanie.  Celowo?  -  Proszę  mi  powiedzieć,  Sebastianie 
Sinclair, czy zawsze jest panu tak trudno sformułować prostą 
odpowiedź? 

 - Mniej więcej. 
 - Bardzo sprytnie, Sebastianie... lub może Seb? 
 -  Może  być  Seb.  Ale  nie  nazwałbym  siebie  sprytnym 

człowiekiem. 

Uśmiechnęła  się  i  z  aprobatą  skinęła  głową.  Była 

zadowolona  z  tej prostej  odpowiedzi, a  poza tym nieznajomy 
był  taki  atrakcyjny...  Kiedy  spotkały  się  ich  spojrzenia, 

background image

ponownie  poczuła  skurcz  żołądka.  Zauważyła  przy  tym,  że 
Sebastian nie ma czarnych oczu, jak początkowo sądziła, tylko 
ciemnoniebieskie, prawie granatowe. 

 -  Seb  jest  znacznie  prościej  wymawiać  -  stwierdziła, 

przerywając przeciągające się  milczenie. - Mam na  myśli, że 
Sebastian  to  zbyt  długie  imię,  które  wypełnia  całe  usta,  nie 
uważasz? 

Zauważyła, że rysy jego twarzy się zaostrzyły. Co takiego 

powiedziałam,  zastanawiała  się  gorączkowo.  Kiedy  poczuła, 
że patrzy na jej usta, zniewalające ciepło przepłynęło przez jej 
ciało, a palce u nóg zwinęły się zatrważająco. 

 -  A  co  z  twoim  imieniem?  -  spytał.  -  Czy  to  jakiś  skrót, 

czy akronim? 

 -  Nie.  Chcesz  wierzyć,  czy  nie,  ale  to  moje  prawdziwe 

imię.  Nie  mam  pojęcia,  skąd  się  wzięło.  Może  moi  rodzice 
opuścili coś, spisując akt urodzenia. - Prawdopodobnie byli na 
rauszu lub na kacu, pomyślała. Chciała zatrzymać potok swej 
wymowy, ale wyłączenie raz włączonego gadulstwa nie było u 
niej takie proste. - Powiedziałeś, że oglądasz ten budynek. Czy 
możesz  mi  powiedzieć  pod  jakim  kątem  go  oceniasz?  Jego 
wartości? W celu sprzedaży? 

 - Nie. - Przez długą chwilę zatrzymał wzrok na jej twarzy, 

a następnie spojrzał na budynek, znajdujący się za jej plecami. 
- Nie będzie sprzedany - oznajmił. 

To dobrze. Ważna informacja. Może wyciągnę z niej jakąś 

korzyść dla siebie, pomyślała. 

 -  Jeszcze  nie  powiedziałeś  mi,  co  robisz  poza 

reprezentowaniem właściciela. Czy jesteś jego prawnikiem? 

 - Jestem wykonawcą jego testamentu. 
Bez  żadnego  wyjaśnienia  skierował  się  w  stronę  starej 

opuszczonej  części  budynku.  Wykonawca  testamentu, 
pomyślała. Ważniak, który ocenia odpadające tynki budynku. 

background image

Ale  to  może  nieść  z  sobą  coś  pozytywnego,  jakąś  zmianę  na 
lepsze. 

 - Jak sądzisz, czy nowy właściciel zamierza zainwestować 

w  ten  budynek?  Pytam  o  to,  bo  jest  to  najstarszy  budynek  w 
mieście. Mieścił się tu pierwszy bank. 

 - Czy wewnątrz wygląda równie źle? - spytał Seb. 
 -  Tak  by  wyglądał,  ale  własnoręcznie  pomalowałam 

wnętrza.  Gdybym  tego  nie  zrobiła,  nigdy  w  życiu  nie 
znalazłabym lokatora. 

Spojrzał na nią uważnie. 
 -  Zgodnie  z  prawem  wynajmu  to  ty  jesteś  lokatorem, 

zarówno salonu na dole, jak i mieszkania na górze. 

 -  No,  tak.  Wynajęłam  oba  pomieszczenia  -  przyznała.  - 

Ale w owym czasie miałam możliwość zamieszkania w nim z 
przyjaciółką. 

Głos  jej  się  załamał,  ale  nie  dlatego,  że  miała  zamiar 

skończyć  swe  opowiadanie,  tylko  po  prostu  pomyślała 
jednocześnie  o  zamiarze  podnajęcia  mieszkania  Jamesowi, 
który  miał  się  zjawić  za  niespełna  godzinę,  jak  również  o 
Sebie, który obserwował ją w milczeniu. 

 -  I  co?  To  nie  ma  znaczenia?  -  spytała,  czując,  że 

wszystko zaczyna iść na opak. 

 - Czy mieszkanie na górze jest puste? 
 - No, tak, chociaż muszę... 
 - Jest umeblowane? 
Serce  Kree  przyspieszyło,  kiedy  Seb  skierował  swe  kroki 

ku domowi. Stanęła między nim a drzwiami. 

 - Dlaczego pytasz? Chcesz je obejrzeć? 
 - A czy to stanowi jakiś problem? 
 - Nie... Ale ja... 
Co ja? pomyślała. Nie mam po prostu ochoty, żeby kręcił 

się  po  moim  mieszkaniu  i  peszył  mnie,  patrząc  na  moje 
osobiste rzeczy. 

background image

Postanowiła  jednak  opanować  emocje.  Poza  tym, 

nieugięty  zarys  jego  szczęk  i  zdecydowane  spojrzenie  oczu 
wystarczyło  za  wszystko.  James,  kiedy  się  tu  wprowadzi, 
także  będzie  plątał  się  po  jej  mieszkaniu  i  to  nie  będzie  jej 
przeszkadzało,  a  przecież  Sebastian  Sinclair  nic  dla  niej  nie 
znaczył. Był za to  prawnikiem i być  może to  on zadecyduje, 
czy  jej  ulubionemu  domowi  zostanie  przywrócona  dawna 
świetność. 

Zdenerwowana, odwróciła się i podeszła do drzwi. 
 -  Mogę  ci  pokazać  mieszkanie,  ale  mam  niewiele  czasu. 

Lada moment ma przyjść mój przyjaciel. 

Seb  obserwował,  jak  wyjmowała  klucze  z  kieszeni,  a 

zajęło  jej  to  sporo  czasu  ze  względu  na  dopasowane  dżinsy. 
Żaden  prawdziwy  mężczyzna  nie  oparłby  się  takiemu 
widokowi,  jak  również  błyskowi  kobiecych  włosów  i 
uśmiechowi.  Prawdziwa  kobieta.  Seb  z  podziwem  pokręcił 
głową.  Szczera.  Ma  rozkoszne  usta.  Zaczaj  zastanawiać  się 
nad  jej  imieniem.  Kree.  Pasuje  do  niej.  Krótkie,  zabawne  i 
niebanalne. 

 -  Od  wieków  próbuję  ściągnąć  tu  Paula,  żeby  wymienił 

zamek - powiedziała, marszcząc nos i szarpiąc się z zamkiem. 
- Ani rusz! No, nareszcie - westchnęła z ulgą. 

Ciężkie 

drzwi  otworzyły  się,  a  uwaga  Seba, 

skoncentrowana  dotąd  na  zmarszczonym  nosku  Kree,  została 
poświęcona  Paulowi.  Całe  dzisiejsze  popołudnie  spędził  z 
Paulem  Dedini,  kiedy  ten  wrócił  z  późnego,  najwyraźniej 
zakrapianego  lunchu.  Takie  zachowanie  potwierdziło  to, 
czego  się  spodziewał  po  sprawdzeniu  ksiąg  rachunkowych. 
Człowiek  ten  albo  był  nieudolny,  albo  celowo  źle  kierował 
akcjami  Heaslipa  i  Agencją  Nieruchomości.  Musiał  być 
natychmiast zwolniony. 

Tymczasem wszedł za Kree ze słońca do mrocznego holu i 

czekał przez chwilę, żeby przyzwyczaić wzrok do panującego 

background image

tu mroku. Znalazł się tutaj, ponieważ jego córka odziedziczyła 
niezwykle  zaniedbaną  firmę  Heaslipa,  będącą  w  poważnych 
tarapatach finansowych. Seb miał to wszystko uporządkować, 
zanim zostanie znaleziony nowy dyrektor. Dla Seba nie był to 
wielki kłopot, przeciwnie, było to wyzwanie, co lubił. Musiał 
jednak  spędzić  wiele  tygodni  w  Plenty,  z  dala  od  własnego 
biznesu,  który  prowadził  w  Sydney.  Nie  było  to  wygodne 
rozwiązanie.  Żeby  zmniejszyć  tę  niewygodę,  postanowił 
wynająć  umeblowane  mieszkanie  i  po  prostu  przeprowadzić 
się na ten okres do Plenty. 

Po  chwili  jego  wzrok  przyzwyczaił  się  do  półmroku  i 

mógł  już  podziwiać  sufit  z  ozdobnym  gzymsem  oraz 
rzeźbione  słupki  balustrady  przy  schodach  prowadzących  na 
piętro. Na ich szczycie zobaczył znikające plecy Kree. 

Pierwszy  raz,  odkąd  wyjechał  dzisiaj  rano  z  Sydney 

uśmiechnął się na myśl o nadchodzących tygodniach z dala od 
codziennych  obowiązków.  Miał  przed  sobą  długie  letnie 
wieczory i gorące grudniowe noce. Poczuł ciepło rozlewające 
się po całym ciele. 

Dziesięć minut później, chodząc od pokoju do pokoju, Seb 

przestał  się  uśmiechać.  Dlaczego  nie  pomyślał  wcześniej,  że 
Kree  O'Sullivan  lubi  mieszkać  w  takich  kolorowych 
wnętrzach. Mógł się tego spodziewać, widząc miedziany kolor 
jej  włosów,  spodnie  nabite  cekinami  i  napis  na  koszulce: 
„Zapomnij o jutrze". 

 -  Jak  długo  tu  mieszkasz?  -  spytał,  ciekaw,  jak  długo 

można wytrzymać tę różnobarwność. 

 -  Większość  swego  życia.  Miałam  siedem  lat,  kiedy 

przeprowadziliśmy  się  tutaj.  -  Przerwała,  przechodząc  do 
następnego  pokoju.  Spojrzała  na  niego  przez  ramię.  -  Po 
prostu  samochód,  którym  jechaliśmy,  zepsuł  się  i  nie  można 
go  było  naprawić.  W  każdym  razie  tak  wygląda  historia 
mojego zamieszkania w Plenty. 

background image

 - Zamieszkania tutaj? - spytał wskazując na mieszkanie. 
 - Och nie, wielkie nieba! Nie to miałam na myśli. 
 - Roześmiała się i pokręciła głową na to nieporozumienie. 

-  Opowiedziałam  ci  całą  historię.  A  tutaj  mieszkam  trochę 
dłużej niż rok. Cały czas mieszkałam z przyjaciółką, Julią, ale 
ona wyszła za mąż za mojego brata Zane'a. O, i znowu mówię 
więcej, niż trzeba! - Roześmiała się. 

 - To całkiem pasjonujące - wymruczał Seb i spojrzał jej w 

oczy. Wielkie, błękitne i egzotycznie skośne, które wydały mu 
się  fascynujące  razem  ze  spontanicznym  śmiechem, 
wspaniałymi ustami i seksownym sposobem mówienia. 

 - Tu jest sypialnia - powiedziała Kree, machając ręką, by 

szedł  za  nią.  Gdy  weszli  do  środka,  Seb  od  razu  zauważył 
wielkie, staromodne, mosiężne królewskie łoże, dominujące w 
całym pokoju. Patrzył na nie zafascynowany. 

Oto  łóżko  Kree,  pomyślał  z  dreszczykiem  emocji.  Kiedy 

podniósł  wzrok,  napotkał  jej  spojrzenie.  Podczas  gdy  on  był 
zaabsorbowany  łóżkiem,  Kree  odsunęła  zasłony.  Zachodzące 
słońce  oświetlało  jej  jasne  włosy,  a  w  wydłużonych 
promieniach  światła,  padającego  z  wysokiego  okna,  tańczyły 
pyłki  kurzu. W panującej ciszy wydawało się, że  słychać ich 
taniec. Kree odkaszlnęła. 

 - Znalazłam je w sklepie z antykami i musiałam kupić, bo 

mi bardzo pasowało - powiedziała, wskazując łóżko. 

Seb miał ochotę spytać, do czego jej pasowało: do pokoju 

z  wysokim  sufitem,  czy  do  gorących  nocy,  wypełnionych 
seksem. 

Kree wyjrzała przez okno. 
 -  Teraz  mieszkam  tam.  -  Wskazała  budynek  położony 

naprzeciwko.  -  Opiekuję  się  mieszkaniem  małżeństwa,  które 
jest za granicą, w ramach wymiany nauczycieli. 

Seb okrążył łóżko i podszedł do niej, patrząc najpierw na 

jej opalone nagie ramię. 

background image

 - To tamten z ogródkiem - powiedziała. 
 - Czy są tam jakieś zwierzęta? 
 - Jest Gizmo. Podniósł brew pytająco. 
 -  To  kot.  Opiekuję  się  nim.  -  Kąciki  jej  ust  uniosły  się 

nieco. - Niestety, wymiana naukowa nie dotyczy kotów. 

 - Czy nie powinno mieszkać tam małżeństwo z wymiany? 
 -  Tak,  ale  wytrzymali  tu  zaledwie  niecały  miesiąc.  Nie 

mogli spać w nocy. 

 - Z powodu hałasu? - spytał sucho. 
 - Nie. To skradająca się cisza wygnała ich z tego domu. - 

W jej oczach widać było iskierki rozbawienia. 

Oparła się biodrem o parapet okienny i spojrzała na niego. 

Stali  blisko  siebie  w  kompletnej  ciszy.  Seb  czuł  zapach  jej 
perfum. Mieszaninę aromatu jagód i przypraw. Spojrzał na jej 
usta. Zbyt szerokie, zbyt banalne i zbyt zmysłowe w stosunku 
do  jej  drobnej  twarzy.  Może  dlatego,  że  ta  twarz  rzadko 
bywała  spokojna.  Akurat  w  tym  momencie  była.  Czuł 
nieprzepartą  ochotę  pocałowania  jej.  Opuścił  wolno  rękę  i 
dotknął  jej  włosów,  jedwabistych,  rozgrzanych  promieniami 
słońca i pachnących. Nachylił głowę, żeby poczuć dokładniej 
ich niezwykły zapach. 

 - Nie ruszaj się przez chwilę - mruknął. - Wydaje mi się, 

że masz we włosach jakiegoś robaka. 

Oczy  Kree  rozszerzyły  się  w  nagłej  panice.  Gwałtownie 

cofnęła się do tyłu i uderzyła łokciem we framugę okna. 

 - Och, jak boli - jęknęła. - No i gdzie ten robak. 
 -  Uciekł.  -  Seb  położył  ręce  na  jej  ramionach.  -  Czy 

wszystko w porządku? 

Pocierała bolący łokieć i krzywiąc się z bólu, powiedziała: 
 -  To  nie  jest  wcale  śmieszne.  Czy  możesz  zasunąć 

zasłony? Boli mnie okropnie. 

Zaczęła  się  wycofywać,  ale  Seb  zatrzymał  ją,  zaciskając 

rękę  na  jej  ramieniu.  Widziała,  jak  wpatruje  się  w  jej  usta, 

background image

gładząc  jednocześnie  jej  ramię.  Przełknęła  głośno  ślinę.  W 
tym  momencie  zadzwonił  telefon.  Seb  zaklął,  a  Kree 
odetchnęła  z  ulgą  i  zaśmiała  się  drwiąco.  Po  odczytaniu,  kto 
dzwoni,  zapomniał  zupełnie  o  całowaniu  i  roześmianych 
ustach  Kree.  Jak  zwykle  zacisnął  szczęki.  Zwykły  odruch 
Pawłowa  na  rozmowę  ze  swoją  czternastoletnią  córką. 
Rozmowa zazwyczaj była niemiła. Słyszał, jak Kree wychodzi 
z  pokoju.  Zaciągnął  zasłony.  W  pokoju  zrobiło  się  szaro  i 
przygnębiająco. Drobinki kurzu przestały tańczyć. 

 - Tatuś? To ja. Torie. 
 - Gdzie byłaś wcześniej? Dzwoniłem do ciebie. 
 - Wpadłam na chwilę do Jasse. 
W głosie córki słyszał zaczepne nutki i zmusił się, by jego 

głos nie brzmiał nieprzyjaźnie. 

 - Przyrzekłaś, że natychmiast po szkole wrócisz do domu. 

Musisz się pakować i... 

 - Nie potrzebuję się pakować. 
 -  Nieprawda,  Torie  -  przerwał  jej  szorstko.  -  Musisz  się 

pakować, a ja zawsze muszę wiedzieć, gdzie jesteś. Również 
pani Craig powinna wiedzieć, gdzie jesteś. 

 -  Zamierzałam  właśnie  ci  wyjaśnić,  dlaczego  nie  muszę 

się pakować. 

No nie. Claire! Tylko nie to, westchnął bezradnie. 
 - Czy dzwoniła twoja matka? Znowu jest jakiś problem? - 

spytał zdenerwowany. 

 - Tak. Wybiera się do Anglii czy gdzieś tam, więc dlatego 

musimy zmienić plany, dotyczące moich wakacji. Tak myślę. 

Seb  zacisnął  palce  na  telefonie.  Boże,  jak  on  nienawidził 

takich  rozmów.  Nienawidził  ich  częstotliwości  i  swojej 
bezsilności.  Claire,  naturalnie,  nigdy  nie  widziała  żadnego 
problemu.  „Nie  mogę  zmienić  swoich  planów",  mówiła 
wtedy, udając wielce zaabsorbowaną tymi planami. „Wiktoria 
to zrozumie", zwykła dodawać. 

background image

 - Przykro mi, dziecinko - powiedział spokojnie, ale serce 

skurczyło się mu boleśnie, gdy zdał sobie sprawę, jak bardzo 
rozczarowana musi być Torie. 

 - Zadzwonię do niej wieczorem. 

background image

 -  Rób,  co  chcesz.  Nie  dbam  o  to,  czy  gdzieś  pojadę, czy 

nie. 

 - Na pewno pojedziesz, kochanie. 
Jej  próba  udawania  zmanierowanej  dziewczyny  nie 

zwiodła  go  ani  przez  chwilę.  Musi  zadzwonić  do  Claire  i 
ustalić, kiedy Torie będzie mogła spędzić z nią jakiś czas. 

 -  A  co  będę  robiła  w  międzyczasie?  -  spytała  Torie.  W 

głosie jej brzmiała rezygnacja. 

 - Zajmiesz się swoim spadkiem. Chwilę milczała. 
 - Czy to miasto jest już udomowione? 
Seb  pomyślał  o  Kree  O'Sullivan  i  uśmiechnął  się. 

Udomowione?  Nigdy  takie  słowo  nie  przyszłoby  mu  do 
głowy. 

 -  Czy  wspomniałem  ci,  że  stary  budynek  banku  nie  jest 

już bankiem? Jest w nim teraz salon fryzjerski. 

 - Żartujesz sobie ze mnie. 
Zainteresowanie w jej głosie wywołało uśmiech na ustach 

Seba. 

 - Oficjalnie jesteś teraz właścicielką salonu fryzjerskiego. 
 -  I  jest  tam  leciwa  fryzjerka  z  niebieską  płukanką  na 

włosach? 

 - Ta fryzjerka nosi obcisłe dżinsy biodrówki, podobne do 

twoich.  Wyglądają  właśnie  jak  niebieska  płukanka,  a  na 
nogach ma ortopedyczne buty. 

 - Ta - to! 
Wyobraził sobie, jaka mina córki temu słowu towarzyszy i 

roześmiał  się.  Kiedy  Torie  dołączyła  się  do  jego  śmiechu, 
poczuł  ulgę  w  sercu.  Zmiana  klimatu,  spędzenie  razem  kilku 
tygodni  na  prowincji,  z  dala  od  przyjaciółek,  których  nie 
akceptował, to całkiem niezła perspektywa, pomyślał. 

 -  Muszę  już  iść  -  powiedziała  szybko  Torie,  jakby  nagle 

zdała sobie sprawę, że to obciach śmiać się razem z ojcem. - 
Pani Craig czeka już z obiadem. 

background image

 - Nie uda mi się być w domu przed jedenastą, więc... 
Połączenie  zostało  przerwane. Wiedział, że  nie  z  powodu 

obiadu  Torie rzuciła  słuchawkę,  ale  dlatego,  by przetestować 
jego cierpliwość. Torie przez wiele lat nie sprawiała kłopotów 
wychowawczych.  Była  poważna  i  dobrze  ułożona,  pomimo 
wstrząsu, jakim był dla niej rozwód rodziców i mimo że matka 
nie  pozwalała  jej  o  tym  zapomnieć.  Claire  zawsze  myślała 
najpierw  o  sobie,  a  jej  kochanek  i  dziecko  byli  zawsze  w 
dalszej  kolejności.  Seb  był  wściekły,  że  wycofała  się  z 
obietnicy. Zaprosiła Torie do swojego domku na plaży na cały 
grudzień.  Potwierdziła  to  niecały  tydzień  temu.  Powinien 
zadzwonić  do  niej  jeszcze  raz  i  upewnić  się,  czy  dotrzyma 
obietnicy. Przynajmniej to  powinien zrobić dla córki. A teraz 
musi znaleźć mieszkanie dla siebie i Torie na okres jej pobytu 
w  Plenty.  Żadnego  zmysłowego  śmiechu  fryzjerki.  Żadnych 
pocałunków w gorące wieczory, żadnego seksu na mosiężnym 
łożu.  Szkoda,  ale  stać  go  było  na  większe  poświęcenia,  od 
momentu,  gdy  zdecydował  się  na  obecność  córki  w  swoim 
życiu. 

Schował  telefon  do  kieszeni  i  postanowił  przyjrzeć  się 

lepiej  drugiej  sypialni.  Nie  doskonała,  ale  znośna.  Musiał 
przyznać, że im dłużej przyglądał się mieszkaniu, tym bardziej 
nabierał  przekonania,  że  będzie  dla  niego  odpowiednie. 
Oczywiście,  po  małym  remoncie.  Z  salonu,  w  którym  stał 
teraz, widać było balkon, z widokiem na główną ulicę miasta. 
Na  balkon  wychodziło  się  przez  oszklone  drzwi.  Po 
przeciwnej  stronie  ulicy  znajdowało  się  jego  biuro.  Na  tyle 
blisko, że będzie mógł mieć oko na Torie i zadbać o to, by nie 
zanudziła  się  na  śmierć.  Spojrzał  na  prawą  część  balkonu  i 
zobaczył Kree O'Sullivan, opartą o balustradę. Rozmawiała z 
kimś  znajdującym  się  na  dole.  Gdy  pochyliła  się  do  przodu, 
zobaczył  pasek  gołej  skóry  pomiędzy  podkoszulkiem  a 
spodniami. Jego uwaga skoncentrowała się na kawałku skóry 

background image

z  wytatuowanym  smokiem.  Seb  pokręcił  głową.  Uważał,  że 
potrafi  zwalczyć  w  sobie  pokusę  flirtu  z  tą  kobietą 
mieszkającą  po  sąsiedzku  i  pracującą  na  dole,  ale  nie  miał 
pojęcia,  jaki  wpływ  wywrze  na  Torie  jej  sposób  bycia  i  jej 
wygląd.  Kree  jakby  wyczuła,  że  jest  obserwowana,  bo 
odwróciła się do niego i uśmiechnęła. 

 -  Czy  zobaczyłeś  wszystko,  co  chciałeś?  -  spytała, 

wchodząc  do  pokoju  przez  oszklone  drzwi.  -  Nie  chcę  cię 
ponaglać,  ale  James  jest  już  w  drodze.  Jest  zainteresowany 
podnajęciem mieszkania. 

Widać  z  tego,  że  utworzyła  się  już  kolejka  potencjalnych 

podnajemców, pomyślał Seb. 

 -  Zamierzasz  podnająć  swoje  mieszkanie,  swoje  meble  - 

swoje łóżko, dodał w duchu - jakiemuś Jamesowi? 

 - Mam taką nadzieję. Jeśli będę mogła wynająć je razem z 

meblami,  to  nie  będę  miała  kłopotu  z  przewożeniem  ich  do 
przechowalni. 

W  tym  momencie  usłyszeli  głośne  pukanie  do  drzwi  na 

dole  a  następnie  szybkie  kroki  po  schodach,  które  ucichły 
nagle, jakby gość zatrzymał się w połowie drogi, 

 -  Czy  nie  będę  przeszkadzał,  gdy  wejdę,  Kree?  -  zapytał 

jakiś męski głos. 

 - Jedną minutkę - odpowiedziała. 
Seb  nie  poruszył  się,  ale  zauważyła  jego  ponurą  minę. 

Wyczytał zdziwienie w jej niebieskich oczach. 

 - Masz jakiś problem? - spytała. - Muszę cię teraz opuścić 

i pokazać Jamesowi mieszkanie. 

 - Nie ma potrzeby - odpowiedział szorstko. 
 - Co masz na myśli - spytała. 
 - Po prostu ja wynajmę to mieszkanie i nie mam zamiaru 

dzielić go z jakimś twoim przyjacielem. 

 
ROZDZIAŁ DRUGI 

background image

Tylko  nie  tym  razem.  Tylko  nie  dzisiaj.  Kree  chodziła  w 

kółko po salonie, modląc się, by klientka nie odwołała swojej 
wizyty. 

 - Czy ktoś dzwonił? - spytała. 
Jej uczennica, Mae - Lin, potrząsnęła przecząco głową. 
Kree  miała  świadomość,  że  klientki  nigdy  nie  dzwonią, 

gdy mają zamiar iść do konkurencji. A idą tam, bo jest nieco 
taniej.  Rzuciła  kluczyki  od  samochodu  na  biurko  recepcyjne 
razem  z  plikiem  formularzy,  potrzebnych  przy  składaniu 
wniosku o pożyczkę. Grubą czarną linią wykreśliła nazwisko z 
zeszytu  rezerwacji  usług  i  próbowała  nie  patrzeć  na  inne 
czarne linie i białe niewypełnione miejsca. 

 -  Jak  ci  poszło  w  banku?  Jesteś  w  dobrych  stosunkach  z 

dyrektorem? - spytała Mae - Lin. 

 - To dandys - odpowiedziała, a jej żołądek skręcał się od 

tego  kłamstwa.  Opadła,  zrezygnowana,  na  wygodne  krzesło 
recepcyjne.  -  Mimo  wszystko  wypełnię  te  wszystkie 
formularze - powiedziała zdecydowanym etosem. 

 - Może pójdzie ci lepiej po kawie? 
 -  Chyba  nie,  ale  przygotuj  mi  czekoladę.  Dzisiaj  nie 

miałam czasu na śniadanie. 

 - Może iść na pocztę i dowiedzieć się, czy przyszły jakieś 

faktury? 

 -  Tak,  i  sprawdź,  czy  dostali  zamówienie  we  właściwym 

czasie. 

Kiedy  Mae  -  Lin  zamknęła  za  sobą  drzwi,  Kree 

westchnęła  głęboko  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  W  rezultacie 
rozmowy  z  dyrektorem  banku  na  temat  swej  sytuacji 
finansowej  dostała  do  wypełnienia  osiemnaście  stron 
formularzy  i  tyleż  stron  liczb  do  wpisania.  Świadomość  tego 
przyprawiała ją o ból głowy, a myśl, że bank mógłby odrzucić 
jej  wniosek  o  pożyczkę,  powodował  ból  żołądka.  Głucha 

background image

cisza,  panująca  teraz  w  jej  zazwyczaj  gwarnym  salonie,  była 
jeszcze gorsza. 

Jeśli  przetrzymam  obecny  zastój,  wszystko  powinno 

wrócić na właściwe tory. Świeżo otwarty konkurencyjny salon 
fryzjerski  był  tani,  ale  fryzjerka  nie  miała  pojęcia  o  swoim 
zawodzie.  Klientki  muszą  przekonać  się,  że  popełniły  błąd, 
wybierając  nowy  salon,  a  wtedy  wrócą  do  mnie,  pomyślała. 
Muszę tylko przeczekać jakiś miesiąc lub dwa. 

Pukanie  do  okna  oderwało  ją  od  tych  myśli.  Uniosła 

głowę. 

 - Julia! 
Pognała  do  drzwi  i  otworzyła  je  szeroko.  Objęła  za  szyję 

swą najlepszą przyjaciółkę, a teraz bratową. Przytuliła ją. 

 - Wiedziałam, że mieliście wrócić wczoraj wieczorem, ale 

nie spodziewałam się ciebie tak prędko. Miałam zamiar wpaść 
do  was  na  lunch.  -  Wprowadziła  Julię  do  środka  i  zamknęła 
drzwi. 

Śmiejąc się i kręcąc głową, Julia usiadła na kanapie. 
 - Uspokój się. Przyprawiasz mnie o zawrót głowy. 
 - Przerwała i popatrzyła na Kree przez zmrużone oczy. 
 - A może to przez twoje włosy. One są z pewnością... Czy 

Mae - Lin dobrze sobie radzi? 

 -  Już  się  trochę  nauczyła.  Ale  teraz  zapomnij  o  moich 

włosach.  Widzę,  że  wyglądasz  obrzydliwie  dobrze.  A  jak  się 
ma Zane i moja bratanica? 

 - Skończyły się wakacje i oboje cieszą się domem. 
 -  Julia  rozejrzała  się  po  pustym  salonie.  -  W  dalszym 

ciągu nie ma klientek? 

 - Żebyś wiedziała - odparła Kree, wzruszając ramionami. 
 - Powiesz mi, żebym się nie wtrącała, ale potrzebujesz... 
 - Wtrącasz się Julio. 
Jako  prawdziwa  przyjaciółka,  Julia  zignorowała  jej 

protest. 

background image

 -  Jeśli  potrzebujesz  jakiejś  pomocy,  w  czymkolwiek,  to 

powiedz nam. 

 - Powiedziałam, że się wtrącasz. - Kree podniosła głowę i 

spojrzała z determinacją na Julię. Wiele rzeczy dzieliła z Julią, 
ale nigdy nie dotyczyło to spraw pieniężnych. Zane prowadził 
z powodzeniem warsztat samochodowy i byli na tyle zamożni, 
że  planowali  nawet  drugie  dziecko.  To  czego  Kree 
potrzebowała  najbardziej,  to  mieć  więcej  klientek.  Nigdy  nie 
chciała pomocy pieniężnej, nawet od rodziny. 

Julia  rzuciła  jej  piorunujące  spojrzenie.  Wstała  i  głęboko 

westchnęła. 

 -  W  porządku  zatem,  wygrałaś...  ale  dam  ci  spokój,  pod 

jednym  warunkiem.  Opowiesz  mi  wszystko,  co  się  ostatnio 
wydarzyło.  Czy  James  oglądał  mieszkanie  i  zamierza  je 
wynająć? 

Kree  warknęła  tak  głośno,  że  aż  oczy  Julii  otworzyły  się 

szeroko. 

 - Co się stało? Wynajął czy nie? 
 -  Sebastian  Sinclair!  Ot  co  się  stało!  Julia  z  powrotem 

usiadła. 

 - Ty go znasz? 
 - Przyjechał z Sydney: Bardzo profesjonalny typ. 
 - W garniturze? 
 - Tak, w garniturze. - Kree wzniosła oczy do góry. - Ten, 

w  który  był  ubrany,  kosztował  pewnie  więcej  niż  moje 
miesięczne zarobki. Bardzo elegancki. 

 -  Przerwij  na  minutę.  -  Julia  uniosła  dłonie  i  zatrzymała 

je.  -  Zupełnie  pomieszało  mi  się  w  głowie.  Kto  to  jest? 
Powtórz. 

 - Dobrze. A więc, wygląda na ostrego faceta, ale jest cały 

zimny  jak  sopel  lodu.  Oczy,  głos  -  przerwała,  tracąc  wątek, 
gdy  przypomniała  go  sobie  w  sypialni,  kiedy  patrzył  na  jej 
usta i nie wyglądał wtedy jak sopel lodu. 

background image

 - Rozumiem, ale kim on jest? 
 -  Pojawił  się  w  piątek.  Zobaczyłam  go,  jak  stał  w  moim 

ogródku i przyglądał się budynkowi. 

 - Patrzył, tak jakby go badał? 
 -  Dokładnie.  Powiedział,  że  jest  wykonawcą  testamentu 

Heaslipa.  Wyobrażasz  sobie,  że  spadkobierczynią  nie  jest 
Claire. 

 - Jest jednak sprawiedliwość na tym świecie - powiedziała 

Julia  z  satysfakcją  w  głosie.  -  Kto  więc  jest  tym 
szczęśliwcem? 

 - Nie powiedział. Zapytałam go, ale gładko wykpił się od 

odpowiedzi. W każdym razie chciał obejrzeć piętro. 

 -  Och,  moja  droga!  Czy  nie  przestraszył  się  kolorów,  na 

jakie pomalowałaś ściany? 

 -  Myślę,  że  nie,  skoro  powiedział,  że  chce  się  tam 

sprowadzić. 

 -  Uff.  -  Julia  opadła  ponownie  na  krzesło.  -  A  po  co  się 

sprowadza do Plenty? Co będzie tu robił? 

 -  Nie  wiem.  Byłam  zbyt  podekscytowana,  żeby  go 

wypytać. Powiedziałam mu, iż mieszkanie obiecałam wynająć 
Jamesowi,  a  on  stwierdził,  że  podnajęcie  go  byłoby 
naruszeniem prawa. 

 - Och! 
Kree poderwała się i zaczęła biegać po salonie. 
 -  W  każdym  razie  przyszedł  James  i  usłyszał  nasze 

podniesione głosy. Mówię ci, rozmowa była dość gwałtowna. 
Później Seb wybiegł z domu, a ja nie wiem, co teraz robić. 

 - Nie zapytałaś o to swojego Seba? 
Mojego  Seba?  Kree  przestała  nagle  chodzić,  a  gdy  się 

odezwała, w głosie jej słychać było szyderstwo. 

 - No tak, stałam u szczytu schodów i wrzeszczałam, a on 

wtedy  powiedział,  że  będziemy  w  kontakcie.  Jak  myślisz, 
Julio, co powinnam teraz zrobić.? 

background image

 - Powinnaś czekać, aż się odezwie. 
Brzmiało  to  sensownie,  ale  nawet  odrobinę  nie uspokoiło 

Kree. 

 -  Świetna  rada  dla  kogoś  tak  niecierpliwego  jak  ja.  To 

mnie  dobija,  a  do  tego  jest  jeszcze  James,  który  mnie  chyba 
powiesi. 

 - Dlaczego więc nie zadzwonisz do Seba? 
 - Bo nie wymieniliśmy się numerami telefonów. 
 -  A  od  czego  jest  książka  telefoniczna?  -  Julia  podniosła 

się. - No, moja kochana, muszę już lecieć. Zostawiłam Bridie 
pod opieką pani H. Więc nie mogę nadużywać jej dobroci. 

 -  Ucałuj  ją  ode  mnie.  Mam  na  myśli  Bridie,  a  nie  twoją 

sąsiadkę. 

Julia roześmiała się i pomachała Kree ręką na pożegnanie. 
 -  Wiesz,  że  z  niecierpliwością  będę  czekała  na  poznanie 

tego  Seba.  Musi  być  w  nim  coś  specjalnego,  skoro 
doprowadził cię do takiego rozstroju nerwowego. 

 -  Uważa  się  za  coś  lepszego.  Ostatnia  rzecz,  jakiej  teraz 

potrzebuję, to mężczyzna, który rozbudzi moje hormony i nie 
będzie miał dla mnie szacunku. 

 - Sądzisz tak po jednym spotkaniu? 
 - Wierz mi, Julio, wiem to dobrze, choćby po sposobie, w 

jaki na mnie patrzył. 

 -  Nie  jest  podobny  do  Tagga?  -  Nie,  nie  jest  podobny, 

pomyślała  Kree,  ale  i  tak  nie  zamierzała  wiązać  się  z  nikim. 
Przynajmniej na razie. 

 -  Powinnaś  zadzwonić  do  Seba  -  poradziła  Julia, 

odsuwając się na bok, by przepuścić przez drzwi Mae - Lin z 
kubkiem kakao w jednej ręce i z jakąś paczką w drugiej. 

 - Mówiłam ci, że nie mam jego numeru telefonu. 
 - A co to za paczka? - zapytała Julia ze śmiertelną powagą 

na twarzy. - Może to książka telefoniczna? 

background image

Kree puściła do niej oko, zanim Julia znikła, zamykając za 

sobą drzwi. 

 - O co chodziło z tą książką telefoniczną? - spytała Mae - 

Lin. - Czy mam przynieść nową? 

 -  Nie.  Julia  próbowała  być  dowcipna  -  odpowiedziała 

Kree, rozpakowując jednocześnie przyniesioną paczkę. 

 - No, oczywiście, znowu przysłali nie to, co zamówiłam. 

Sześć  tub  jakiejś  fioletowej  masy.  Mam  już  tego  dość  - 
krzyknęła wściekła. 

 - Powinnaś powiedzieć im, co o nich myślisz - poradziła 

Mae - Lin. 

 - Zamierzam to zrobić... osobiście. 
 - Masz zamiar jechać do Sydney? 
 -  A  dlaczego  nie.  Żadne  moje  argumenty  na  nich  nie 

działają. 

Mae  -  Lin  patrzyła  zaskoczona,  jak  szefowa  zabiera  w 

pośpiechu  torebkę,  kluczyki  od  samochodu  i  telefon 
komórkowy. 

 - Chcesz zaraz jechać? 
 -  Oczywiście.  Na  co  mam  czekać?  Aż  minie  mi  złość? 

Zadzwoń do Tiny i powiedz, żeby tu przyszła. Jeśli nie będzie 
mogła, to spróbuj z Heather - przerwała, ponieważ nowa myśl 
przyszła  jej  do  głowy.  -  Czy  mamy  książkę  telefoniczną  z 
numerami telefonów w Sydney? 

 -  Chcesz,  żebym  do  nich  zadzwoniła  i  powiedziała,  że 

przyjeżdżasz? 

 -  Nie.  Chcę,  żebyś  znalazła  służbowy  numer  telefonu 

Sinclaira  Sebastiana.  Jeśli  ci  się  uda,  zadzwoń  do  mnie, 
dobrze? 

 - A jeśli nie znajdę? 
 - Wtedy potraktuję to jako znak losu i nie pójdę tam. 
 - Chwileczkę, jeszcze jedna sprawa. 

background image

Seb  odwrócił  się  od  komputera  i  spojrzał  na  swoją 

sekretarkę. 

 - Kiedy wyszedłeś, dzwoniła Kree O'Sullivan. Chciała się 

z tobą zobaczyć. 

 - Dzwoniła z Sydney? 
 -  Tak  przynajmniej  wywnioskowałam.  -  Marilyn  zaczęła 

wertować  zapiski.  -  Powiedziała,  że  najlepiej  byłoby  o  wpół 
do piątej. 

 - A mówiła, w jakiej sprawie chce się ze mną widzieć? 
 -  Mówiła  szybko  i  nie  zdążyłam  wszystkiego  zapisać. 

Wspomniałam, że masz dzisiaj spotkanie, ale jej głos brzmiał 
tak stanowczo... 

Pamiętał dobrze, że Kree mówiła szybko i dużo. 
 - Czy zostawiła numer telefonu kontaktowego? - spytał z 

rozdrażnieniem w głosie. Był związany z nią tylko służbowo. 
On był właścicielem, a ona lokatorką, a mimo to zbyt często o 
niej myślał. 

 - Tak, zostawiła numer komórki. 
 -  Powiedz  jej,  że  może  przyjść  o  tej  godzinie  i  żeby  się 

nie spóźniła. 

Przyszła  czterdzieści  dwie  minuty  spóźniona.  Nie  musiał 

sprawdzać tego na zegarku, od piątej bowiem, odkąd Marilyn 
poszła do domu, co minutę patrzył na zegarek. 

Potarł  dłonią  świeżo  ogoloną  twarz.  Przyjechał  do  biura 

wcześniej,  żeby bez  pośpiechu  się  przygotować  do  wizyty  w 
szkole  u  Torie.  Dzisiaj  było  uroczyste  zakończenie  roku 
szkolnego. Matka Torie zawsze się spóźniała, wobec tego on 
musiał  być  punktualnie.  Miał  jeszcze  czas  na  prysznic  i 
zmianę  koszuli.  Niemniej  jednak  czekał  na  Kree  w  napięciu. 
Jestem spięty ze złości, przekonywał siebie, zapinając koszulę. 

Odwrócił  się  do  biurka  i  nagle  ze  zdumieniem  w  oczach 

zobaczył, że siedzi przy nim Kree. Dziewczyna ubrana była na 
czarno, a jej ciemnokasztanowate włosy błyszczały nie mniej 

background image

niż wtedy, gdy były ogniście rude. Ubrana była w koronkową 
bluzkę  i  bardzo  krótką  spódniczkę.  Gołe  nogi  miała  opalone 
na miodowy kolor. 

Zwrócił  uwagę  na  jej  drobne,  pełne  ekspresji  dłonie.  Nie 

nosiła  biżuterii  i  nie  miała  pomalowanych  paznokci.  Poczuł, 
że traci cierpliwość. 

 - Czy zawsze wchodzisz bez pukania? - spytał. 
 -  Nie  pukałam,  bo  byłeś  zajęty...  Wydaje  mi  się,  że 

zmieniałeś koszulę. 

Niebieskie  oczy  Kree  śledziły  jego  ręce,  gdy  zapinał 

ostatnie guziki przy koszuli. 

 -  Pamiętam,  że  byliśmy  umówieni  o  wpół  do  piątej.  Dla 

efektu spojrzał na zegarek. 

 -  Mam  wkrótce  spotkanie  po  drugiej  stronie  portu.  Kree 

pokręciła głową. 

 - Och, nie mów tak. Ledwie tu dotarłam. 
 - Przyjechałaś do Sydney tylko po to, żeby spotkać się ze 

mną? 

 -  Potrzebowałam  również  załatwić  sprawy  dotyczące 

zaopatrzenia  salonu,  ale  zgubiłam  się  przez  ten ruch  uliczny. 
Powiedz  mi,  dlaczego  wszystkie  ulice  jednokierunkowe 
biegną w niewłaściwą stronę? 

 -  Przyjechałaś  do  mnie,  by  dyskutować  ze  mną  o  ruchu 

ulicznym? - spytał chłodno. 

 - Jeśli możesz cokolwiek zrobić w tej sprawie, to bardzo 

proszę. 

Poczuła, jak wzbiera w niej gniew. Zaczęła krążyć wokół 

biurka, zmniejszając dystans między nimi. 

 -  Przyjechałam  tu,  ponieważ  od  piątku  żyję  w 

zawieszeniu. 

 - Powiedziałem, że będziemy w kontakcie. 
 - Problem polega na tym, że nie wiedziałam, kiedy będzie 

ten kontakt. Obawiam się, że nie mogę tak długo czekać. 

background image

 - Ani ja. 
Ich spojrzenia się spotkały. Oczy Kree błyszczały, ale Seb 

nie  potrafił z  nich  niczego  wyczytać.  Zatrzymała  się  i  oparła 
biodrem  o  biurko.  Spojrzenie  Seba  skoncentrowało  się  na  jej 
krótkiej spódniczce i opalonych nogach. 

 -  Gdybym  wiedziała,  że  robisz  pokaz  striptizu  - 

powiedziała  wolno  -  to  ignorowałabym  czerwone  światła  i 
przyjechałabym tu wcześniej, żeby więcej zobaczyć. 

Wiedział, że kpi sobie z niego, ale jego ciało nie wiedziało 

o tym. 

 - Dam ci odpowiedź jutro. Zadzwoń do mnie - powiedział 

zapinając dokładnie marynarkę. 

 - Co? A twoja sekretarka odpowie mi, że jesteś cały dzień 

na jakimś spotkaniu? 

Stanęła  na  wprost  niego,  tak  blisko,  że  poczuł  niezwykły 

zapach jej perfum. 

 -  Nie.  Dziękuję  bardzo.  Jestem  tutaj  i  muszę  otrzymać 

odpowiedź  na  moje  pytania.  Nie  zajmie  to  więcej  niż  pięć 
minut. Jeśli tego nie uczynisz, to przyszpilę cię do tego biurka. 

Pomyślał,  że  byłoby  to  interesujące.  Nagle  Kree 

wyciągnęła  rękę  i  położyła  mu  ją  na  ramieniu.  To  delikatne, 
ciepłe  dotknięcie  spowodowało,  że  poczuł  się  jak 
neandertalczyk.  Zirytowany  na  siebie,  na  nią  i  na  swoją 
reakcję, wstał i skierował się do drzwi. 

 -  Mogę  poświęcić  ci  tyle  minut,  ile  zajmie  mi  droga  do 

samochodu. Zacznij więc zadawać pytania. 

 - To mi wystarczy. - Pobiegła za nim. - Powiedz, dla kogo 

ty właściwie pracujesz? 

 - Dla siebie. 
 -  No  tak.  Oczywiście.  -  Spojrzała  na  dyplom  wiszący  na 

ścianie  w  pomieszczeniu  recepcyjnym.  -  Muszę  przyznać,  że 
jestem  ciekawa,  co  robią  Sebastian  Sinclair  i  Wspólnicy. 

background image

Chodzi  mi  o  tę  część,  dotyczącą  poradnictwa  finansowego. 
Jakie ryzyko ponosicie? 

Bez słowa odwrócił ją w kierunku windy. 
 -  Ryzyko  finansowe.  Konsultujemy  i  opracowujemy 

strategie  rozwojowe.  Zajmujemy  się  głównie  zagadnieniami 
dotyczącymi  profilaktyki  w  medycynie,  ale  również 
doradztwem finansowym. 

 -  Nawet  nie  staram  się  zrozumieć,  co  to  znaczy  - 

stwierdziła ze śmiechem. - Finanse to nie moja specjalność. 

Przez  koronkową  bluzkę  Seb  czuł  bijące  od  niej  ciepło  i 

widział wąski pasek stanika. 

 - Nie wyglądasz na księgowego. 
 - Bo nim nie jestem. 
Kiedy zaczął jej wyjaśniać swoje zadania, przerwała mu. 
 - Kiedy pytałam cię, dla kogo pracujesz, miałam na myśli 

twoje relacje z Heaslipem. Nie powiedziałeś mi o tym. 

 - Zawsze jesteś taka szczera? 
 - A ty zawsze taki ostrożny? 
 - To jest związane z moim zawodem. 
 - A co robisz w Plenty? 
 - Heaslip jest bliski bankructwa. 
 - Pracujesz dla niego? 
 - Tak. Czy masz jeszcze jakieś pytania? 
 -  Tak.  Pytanie  dotyczy  przeprowadzki  do  mojego 

mieszkania. 

 - Przeprowadzę się podczas weekendu. Razem z Torie. 
 - Torie? - powtórzyła wolno, mrugając ze zdumienia. 
 - To moja córka. Czy jest jakiś problem? 
 - Nie, tylko myślałam, że jesteś samotny. 
W tym momencie przyjechała winda. Seb przepuścił Kree 

przodem. 

 - Nie pomyliłaś się, jestem samotny. 

background image

Był  samotny  i  zdecydowany  pozostać  w  takim  stanie. 

Małżeństwo  z  Claire  było  krótkie  i  absolutnie  nieudane.  Był 
szczęśliwy, że ma Torie. Dzięki niej czuł, że posiada rodzinę. 
Nie  miał  potrzeby  ani  ochoty  czy  też  zamiaru  żenić  się 
powtórnie. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 -  Gdzie  zaparkowałaś  samochód?  -  spytał,  odwracając 

Kree  twarzą  do  siebie.  Próbowała  się  skoncentrować. 
Znajdowali się w podziemnym garażu. 

 -  Nie  mogłam  tutaj  dojechać,  więc  zaparkowałam  przy 

ulicy Kapitana Bligha. 

 - To dziesięć przecznic stąd. 
 - A ja czułam, jakby ich było co najmniej dwadzieścia. 
Patrzył  na  nią  przez  chwilę.  Wiedziała,  że  zaparkowanie 

samochodu w tak odległym miejscu było z jej strony błędem, 
podobnie jak włożenie nowych butów, które kupiła raczej dla 
wyglądu, niż wygody. 

 -  Podwiozę  cię  do  samochodu  -  zdecydował  nagle. 

Chciała  zaprotestować,  bo  nie  wyglądał  na  szczęśliwego  z 
powodu  podjętej  decyzji,  ale  kiedy  zatrzymali  się  przy  jego 
samochodzie, opuściły ją wszystkie obiekcje. 

 -  To  twój  samochód?  -  zdziwiła  się,  widząc  czarnego 

jaguara.  Wewnątrz  nie  było  żadnego  fotelika  dla  dziecka. 
Pewnie drugi samochód stoi w garażu, pomyślała. 

 - Masz jakiś problem? - spytał, trzymając otwarte drzwi i 

widząc, że nie wsiada. 

 -  Nie  -  zaprzeczyła.  -  Nie  mam  żadnego  problemu. 

Wślizgnęła się na miejsce pasażera i prawie utonęła w fotelu 
obitym  skórą.  Wewnątrz  czuć  było  zapach  skóry  i  bardzo 
mocny zapach wody kolońskiej. 

 - Zapnij pasy - powiedział. 
Poczuła  na  sobie  spojrzenie  jego  ciemnych  oczu. 

Poprawiła spódniczkę i wciągnęła głęboko powietrze. 

 - Miły zapach ma ten odświeżacz powietrza - stwierdziła. 

- Czy jest bardzo drogi? 

Przez  kilka  sekund  nie  odpowiadał,  koncentrując  się  na 

wyjeździe z garażu. 

background image

 -  Torie  rozlała  dzisiaj  rano  moją  wodę  kolońską. 

Wyobraziła  sobie  Torie,  podobną  do  jej  bratanicy  Bridie, 
której  pulchne paluszki  obejmują  ozdobny flakon i  jej wielką 
radość, kiedy z butelki pryska płyn. 

 -  Zapach  trochę  mdły,  lecz  doskonale  pasuje  do  twojego 

samochodu. Czy dlatego go używasz? 

 - Mówisz o wodzie kolońskiej? To prezent. 
 -  Myślałam,  że  dobrałeś  samochód  do  tego  zapachu. 

Uśmiechnął się krzywo ze zmarszczonymi brwiami. 

 - Jeżdżę jaguarem, bo to dobra inwestycja. 
 -  Nikt  nie  jeździ  jaguarem  z  tak  kiepskiego  powodu  - 

Kree roześmiała się głośno. 

 - Poza tym on budzi respekt na jezdni. - Na potwierdzenie 

tego Seb bez trudu włączył się do ruchu. 

 -  To  rzeczywiście  wielka  wygoda,  szczególnie  wtedy, 

kiedy  się  spieszysz  -  powiedziała.  -  Tak  jak  teraz.  Masz 
spotkanie, a tracisz przeze mnie swój cenny czas. 

 - To właściwie nie jest spotkanie, tylko przedstawienie na 

zakończenie  roku  szkolnego.  -  Dziecko  z  pulchnymi 
paluszkami  zmieniło  się  teraz  w  uczennicę.  -  Zależy  mi 
bardzo, żeby się nie spóźnić. 

 -  To  może  wysiądę  tutaj  -  powiedziała  Kree,  sięgając  do 

zapięcia pasa. - To tylko parę przecznic stąd. 

 -  Nie!  -  krzyknął  Seb,  chwytając  ją  za  rękę.  Zacisnął 

ciepłe i silne palce na jej dłoni, a jej serce przyspieszyło. - Nie 
wysiądziesz przecież na samym środku ulicy! 

Nie puścił jej ręki, dopóki się nie odprężyła i nie przyjęła 

ponownie wygodnej pozycji. 

 -  Nie  chcę,  żebyś  spóźnił  się  na  to  spotkanie  w  szkole. 

Czy twoja córka ma jakąś nianię czy kogoś takiego, kto będzie 
się nią opiekował, gdy ty zaczniesz pracę w Plenty? 

 -  Nie  ma  niani.  Czy  pytasz  o  to  z  jakiegoś  konkretnego 

powodu? 

background image

 -  Pytam  ze  zwykłego  wścibstwa.  Ale  chcę  cię  ostrzec. 

Moje mieszkanie ma niski standard. Może ci nie odpowiadać. 

 -  Będę  mieszkał  tam  krótko,  a  poza  tym  nie  mam 

problemu  z  dostosowaniem  się  do  niższego  poziomu  życia. 
Zastanawiam  się  tylko,  czy  masz  jakieś  kłopoty  związane  z 
moją przeprowadzką? 

 - Absolutnie nie. 
Kiedy  Seb  skręcił  w  ulicę  Bligha,  od  razu  zauważył 

pomarańczowego  volkswagena,  który  rzucał  się  w  oczy  jak 
włosy Kree. 

 -  To  moja  Dynia  -  wyjaśniła  Kree.  Zaparkował  obok  i 

patrzył, jak nerwowo szuka kluczyków. 

 -  Jeśli  nie  masz  problemów  związanych  z  moją 

przeprowadzką,  to  dlaczego  zadałaś  sobie  tyle  trudu,  by 
spotkać się ze mną? 

Westchnęła, a następnie jej ponętne usta uśmiechnęły się. 
 -  No  dobrze,  powiem  ci.  Mam  problem,  bo  obiecałam 

podnająć to mieszkanie przyjacielowi. 

 - Nie miałaś do tego prawa. 
 - Wtedy, kiedy mu obiecywałam, nie wiedziałam nic o tej 

klauzuli. A on jest teraz w trudnej sytuacji, ponieważ... 

 -  Chyba  wyjaśniliśmy  sobie  wszystko  w  piątek.  Możesz 

podnająć mieszkanie, ale tylko mnie. 

Kree zacisnęła usta w wąską linię. 
 -  Tak.  Powiedziałeś  mi  to  całkiem  jasno,  ale  nie  podałeś 

żadnych szczegółów. Chcę wiedzieć, czy zamierzasz płacić za 
wynajęcie i jak długo będziesz mieszkał? 

 -  Chcę  podnająć  to  mieszkanie  na  dwa  miesiące. 

Dodatkowo  zapłacę  tysiąc  dolarów  za  używanie  mebli.  Czy 
przyjmujesz takie warunki? 

W  zamkniętej  przestrzeni  samochodu  czuł  wibrującą 

energię, promieniującą z jej drobnego ciała. Była zła. Patrzyła 
przez chwilę na kluczyki, a następnie wybuchnęła śmiechem. 

background image

 - Czy moja opinia ma tu jakieś znaczenie? 
 - Tak, bo nie mogę cię zmusić do wynajęcia mieszkania. 
 - Możesz  tylko nie pozwolić mi  wynająć  komuś innemu. 

Jest to bardzo dalekie od wielkoduszności. 

Uśmiech, jakim go obdarzyła, daleki był od życzliwości. 
 - Dziękuję za podwiezienie - powiedziała z sarkazmem w 

głosie. Oczekuję cię w najbliższy weekend. 

Nowy  tydzień  zaczął  się  dla  Kree  niefortunnie.  Po 

rozstaniu  z  Sebem,  w  drodze  do  Plenty,  zatrzymała  się  na 
kawę,  próbując  jednocześnie  uspokoić  nerwy,  a  kiedy  po 
przerwie chciała jechać dalej, Dynia odmówiła posłuszeństwa. 
Do domu dotarła dopiero o północy. Pod drzwiami mieszkania 
znalazła kartkę z wiadomością, że jej najlepsza stylistka, Tina, 
wraz z mężem Paulem, wyjechała z miasta. 

Następnego dnia dowiedziała się, dlaczego. 
Sebastian Sinclair dał Paulowi wymówienie z pracy. Paul 

pracował  jako  dyrektor  w  Agencji  Nieruchomości  Heaslipa. 
Nie mogła uwierzyć, że przez to całe absurdalne spotkanie w 
Sydney  nie  powiedział  jej  o  tym  ani  słowa.  A  przecież  była 
doskonała  okazja,  wtedy,  gdy  spytała  go,  co  będzie  robił  w 
Plenty. 

W środę przyjechali malarze. Kree nie wiedziała, co robią 

w jej mieszkaniu, ale na pewno robili wiele hałasu przez wiele 
godzin.  I  tak  trwało  to  do  samego  końca  tygodnia.  W  piątek 
wieczorem wyjechali. Wtedy Kree zdecydowała zabrać swoje 
osobiste drobiazgi, zanim wprowadzi się Sinclair. Przy okazji 
chciała zobaczyć, jak odnowili mieszkanie i wtedy odkryła, że 
zamek w drzwiach został zmieniony. 

Gdyby  nie  potrzebowała  pieniędzy,  z  przyjemnością 

powiedziałaby  Sebowi  Sinclairowi,  co  ma  zrobić  z  klauzulą 
dotyczącą  podnajmu  mieszkania,  ale  nie  mogła.  W  końcu  to 
będzie  trwało  tylko  parę  tygodni.  Będzie  trudno  udawać 
uprzejmość,  ale  udawanie  było  jej  mocną  stroną.  Taktyki 

background image

przetrwania nauczyła się w bardzo młodym wieku i ćwiczyła 
ją,  prowadząc  salon  fryzjerski.  Dzisiaj  również  ćwiczyła 
uprzejmość  przez  wiele  godzin,  upiększając  panie,  idące  na 
przyjęcie weselne. 

W  przerwie  miedzy  wizytami  klientek  wyszła  z  salonu, 

żeby  przynieść  coś  orzeźwiającego  dla  swoich  zmęczonych 
pomocnic  i  wtedy  usłyszała  warkot  samochodu.  Nie  był  to 
odgłos  jaguara,  ale  włoski  na  jej  przedramieniu  zjeżyły  się, 
jakby już rozpoznały kierowcę. 

 - Absurdalne - mruknęła do siebie, ale nogi odmówiły jej 

posłuszeństwa.  Zamarła,  jakby  zapuściła  korzenie  w  trotuar. 
Wpatrywała  się  z  napięciem  w  nadjeżdżający  samochód.  W 
pewnym  momencie  pasażerka  samochodu  odwróciła  głowę  i 
spojrzała  wprost  na  Kree.  Spojrzenie  było  krótkie  jak 
mgnienie  oka,  ale  wstrząsnęło  Kree  do  głębi.  Nie  miała 
wątpliwości, że patrzy na córkę Seba. 

Torie  Sinclair  miała  oczy  ojca,  ciemne  i  głęboko 

osadzone.  Ponure  spojrzenie  i  ułożenie  ust  mówiło,  że 
dziewczynka  z  niechęcią  przyjechała  do  tego  miasta.  Była 
znacznie  starsza,  niż  Kree  sądziła.  Musiała  mieć  więcej  niż 
dziesięć lat. 

 -  Hej,  Kree  -  Julia  wyjrzała  przez  drzwi  salonu.  -  Czy 

buty przyrosły ci do chodnika? 

Uwaga przyjaciółki otrzeźwiła  ją. Cofnęła się  do salonu  i 

mimo  że  przed  chwilą  stała  na  gorącym  słońcu,  czuła  w 
środku lodowaty chłód. 

 - Po prostu się zamyśliłam - powiedziała z uśmiechem. 
 - Pamiętaj o kupnie czekolady, bo jeśli jutro  popłyniemy 

dwa razy szybciej, to będzie nam potrzebna - ostrzegła Julia z 
uśmiechem. 

 -  My?  -  Kree  potrząsnęła  głową  na  myśl  o  pływaniu  i 

pokonywaniu wielu okrążeń basenu. - Och, nie, tylko nie to! 

background image

 - Wpadnę i pomogę ci wydostać się z wesela, wtedy będę 

pewna, że dotrzymasz mi jutro towarzystwa. 

Pierwsze  cztery  okrążenia  basenu  nie  zabiły  co  prawda 

Kree,  ale  piąte  prawie  do  tego  doprowadziło.  Złapała  się 
krawędzi i chwytała z trudem powietrze. Zastanawiała się, czy 
kiedykolwiek  będzie  mogła  pływać  bez  wysiłku.  Julia 
natomiast uwielbiała tę formę ćwiczeń. 

 -  To  nienaturalne  -  mówiła  Kree.  -  Bieganie,  to 

rozumiem! 

 -  A  ja  uważam,  że  pływanie  ma  sens  -  przekonywała  ją 

Julia. 

 - Jeśli pływanie ma sens, to dlaczego Pan Bóg nie dał nam 

płetw lub wodnych skrzydeł? 

 -  Dobrze  ci  w  takich  fluorescencyjnych  barwach  - 

powiedziała Julia, patrząc na kostium kąpielowy Kree. 

 -  Jaskrawy  kolor  jest  bezpieczny.  Pomoże  ratownikom 

zobaczyć mnie na dnie basenu. - Śmiejąc się, Julia popatrzyła 
na basen i zastygła w bezruchu. 

 -  Co  się  stało?  -  Kree  odwróciła  się,  żeby  zobaczyć,  co 

zainteresowało jej przyjaciółkę, a raczej kto. 

Po  przeciwnej  stronie  basenu  zobaczyła  pływaka  z 

goglami  na  oczach,  płynącego  kraulem.  Rozpoznała  w  nim 
Seba, który, bez odpoczynku, raz za razem pokonywał długość 
basenu. 

 -  Dobra  forma  -  zauważyła  Julia.  -  Pływa  jak  łasica.  W 

duszy  Kree  odezwały  się  wszystkie  urazy,  jakie  miała  do 
niego.  Utrata  Tiny,  zamknięte  mieszkanie.  A  po 
przeprowadzce nawet do niej nie wpadł, żeby powiedzieć „już 
jestem"  i  przedstawić  córkę.  Wymagała  tego  zwykła 
grzeczność. 

 -  Tak,  wygląda  na  dobrego  pływaka  -  stwierdziła  Kree 

obojętnie. 

Seb pokonał basen kolejny raz. 

background image

 - Czy łasica jest spokrewniona z wydrą? - spytała Julia. 
Kree zlekceważyła jej pytanie. 
 -  Mam  już  dosyć  pływania.  Idę  teraz  na  słońce  - 

oświadczyła. 

Odwróciła  się  i  poszła  w  stronę  rozłożonego  ręcznika. 

Nagle spostrzegła córkę Seba. Dziewczynka siedziała skulona, 
jakby  chciała  stąd  zniknąć.  Serce  Kree  wypełniło  się 
współczuciem  dla  tego  dziecka.  Mówiła  sobie,  że  to  nie  jej 
sprawa, że to tylko kilka tygodni i dziewczynka na pewno to 
wytrzyma. A jednak podeszła do niej. 

 -  Cześć  -  powiedziała.  -  Widziałam,  jak  wczoraj 

przyjechałaś.  Jesteś  moją  sąsiadką.  Masz  na  imię  Torie, 
prawda? 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 - A ty jesteś fryzjerką, tak? - spytała dziewczynka. 
 - Tak, mam na imię Kree, Kree O'Sullivan. 
 - Wiem, tatuś mi mówił. 
 - Naprawdę? A czy tatuś mówił coś jeszcze? 
 -  Raczej  nie...  -  Torie  szybko  przerwała  i  spojrzała  w 

stronę basenu, a Kree zrobiło się głupio, że wypytuje dziecko. 

 - Może lepiej, że nie będę wiedziała - powiedziała z lekko 

drwiącym uśmiechem. 

Po  chwili  wahania  Torie  również  się  uśmiechnęła. 

Uśmiech  w  zadziwiający  sposób  zmienił  jej  twarz.  Była 
bardzo  podobna  do  ojca.  Miała  takie  same  ciemne  oczy  z 
długimi  rzęsami,  taką  samą  budowę  kości  policzkowych  i 
ciemne włosy z tendencją do skręcania się. 

 - Podobają mi się twoje włosy - wyznała Torie. 
 - Nie są teraz  najlepsze, ale dziękuję - Kree  uśmiechnęła 

się. - Muszę pochwalić Mae - Lin. To jej zasługa. 

 - Kim ona jest? 
 -  Jest  moją  uczennicą.  W  tym  tygodniu  zrobiła  mi 

pasemka. 

 -  Twoja  praca  jest  jak  marzenie  -  powiedziała  Torie  z 

westchnieniem. 

 -  Czasami,  ale  zazwyczaj  jest  to  ciężka  praca,  od  której 

bolą nogi. 

Zastanowiła  się,  od  jakiego  momentu  zaczęła  uważać,  że 

jej  praca  jest  ciężka.  Pewnie  od  momentu,  gdy  zaczęły  się 
kłopoty finansowe. 

 - Hej tam! - krzyknęła Julia. - Przyniosłam twoje rzeczy. - 

Bezceremonialnie  rzuciła  je  na  ręcznik  u  stóp  Kree  i  z 
pytaniem w oczach popatrzyła na dziewczynkę. 

 -  Julio,  poznaj  moją  nową  sąsiadkę,  Torie  Sinclair.  A  to 

jest Julia, moja osobista trenerka. 

background image

 -  Masz  osobistego  trenera?  -  Torie  wyglądała  na 

kompletnie zaskoczoną. 

 - Kree stara się być dowcipna, a ja po prostu zmuszam ją 

do pływania. 

 - Ona jest matką mojej bratanicy - dodała Kree. 
 -  A  propos  bratanicy.  Powinnam  iść  już  do  domu  - 

powiedziała Julia. Obwiązała się ręcznikiem i uśmiechnęła do 
Torie. 

 -  Miło  było  cię  poznać,  Torie.  Musisz  kiedyś  odwiedzić 

mojego malucha. 

Torie popatrzyła za oddalającą się Julią. 
 - Ona wcale nie wygląda na matkę i ma w pępku kolczyk. 

A ja mam absolutny zakaz zrobienia tego u siebie. 

 - Bo jest to bolesne. Z tego powodu nie przekłułam sobie 

nawet uszu. 

 - To skąd wiesz, że boli? 
 - Julia mi mówiła. 
 -  Moja  przyjaciółka  Jesse  przekłuła  sobie  brew  i 

powiedziała, że to wcale nie boli. 

Kree,  żeby  zyskać  na  czasie  i  uchylić  się  od  odpowiedzi, 

wystawiła  twarz  do  słońca,  a  Torie,  na  szczęście, 
zainteresowała się przybyłą właśnie grupką nastolatków. 

Kree  z  własnego  doświadczenia  wiedziała,  że  Torie  musi 

się tu czuć obco. Tak było i z nią, gdy przyjechała do Plenty i 
nie  miała  przyjaciół.  Nikt  nie  interesował  się  zaniedbaną, 
niemodnie  ubraną  dziewczynką.  Wszystko  się  zmieniło,  gdy 
Julia, jako pierwsza, okazała jej sympatię. 

 -  Trudno  jest  żyć  w  obcym  mieście  -  powiedziała  Kree, 

patrząc  na  dzieciaki  stojące  po  drugiej  stronie  basenu  - 
szczególnie  podczas  wakacji.  Mam  jednak  nadzieję,  że 
spotkasz tu jakieś dziewczyny w swoim wieku. 

Jeden  z  chłopców  skoczył  do  wody  a  po  chwili  już  cała 

gromadka pluskała się beztrosko. 

background image

 -  Nie  obchodzi  mnie,  czy  będę  tu  miała  przyjaciół,  czy 

nie. Nie zamierzam być tu długo. 

 - Twój ojciec powiedział, że parę tygodni. 
 -  To  zależy  od  mojej  mamy  -  powiedziała  Torie, 

wzruszając  ramionami.  -  Miałam  z  nią  spędzić  wakacje,  ale 
musiała wyjechać do Londynu. 

 -  Do  pracy?  -  spytała  Kree,  nie  przez  ciekawość,  lecz  z 

sympatii do dziewczynki. 

 -  Moja  mama  nie  pracuje.  Pojechała  tam  ze  swoim 

najnowszym  kochankiem.  On  jest  ważnym  dyplomatą.  Kiedy 
już się urządzą, chyba będę mogła do nich pojechać. 

Serce Kree ścisnęło się z bólu. 
Żeby 

odwrócić 

uwagę 

dziewczynki 

od 

szarej 

rzeczywistości, wzięła w palce jej włosy. 

 -  Część  twoich  włosów  ma  rozdwojone  końce,  ale  ich 

ogólna  kondycja  nie  jest  zła.  Dobre  obcięcie  i  może  jakieś 
pasemka sprawią, że będziesz pięknie wyglądać. 

 - Tak myślisz? - szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. 
 -  Przyjdź  do  mnie  któregoś  dnia,  zrobię  ci  to  jak 

przyjaciółce. 

 -  Będę  tylko  musiała  zapytać  ojca  -  odpowiedziała Torie 

radośnie. 

 - Dobrze, ja też szepnę  mu słówko, chociaż nie  jesteśmy 

przyjaciółmi. 

Po  chwili  Kree  miała  ku  temu  okazję.  Seb  pojawił  się 

nagle przy nich, owinięty ręcznikiem. 

 -  Widzę,  że  poznałaś  moją  córkę.  Skinęła  głową  i 

spojrzała na Torie. 

 -  Tak,  Torie  ma  teraz  przynajmniej  jedną  przyjaciółkę  w 

Plenty. A właściwie dwie, biorąc pod uwagę Julię. 

Z  miny  Seba  widziała,  że  nie  jest  zachwycony  tą 

wiadomością. Czy on myśli, że będę miała na nią zły wpływ? 
- pomyślała. Mimo to uśmiechnęła się do niego. 

background image

 - Powinieneś chyba usiąść, żeby uspokoić trochę oddech. 

Zrobiłeś  dużo  okrążeń  basenu. Czy  w  ten  sposób  karzesz  się 
za coś? 

Nic  nie  odpowiedział,  ale  spostrzegł,  jak  Torie  próbuje 

powstrzymać śmiech. 

 -  Tata  rozmawiał  dzisiaj  rano  z  moją  mamą  i  powiedział 

jej, że zawsze robi z niego wariata - powiedziała Torie. 

Kree  ze  współczuciem  spojrzała  Sebowi  w  oczy,  ale  on 

odwrócił się plecami. 

 -  Jesteś  gotowa,  Torie?  -  spytał  chłodno  i  oficjalnie. 

Niegrzecznie.  Co  się  stało  z  dżentelmenem,  któremu 
otworzyła drzwi? 

Poderwała się. 
 - Jeszcze jedno spotkanie w pędzie? - spytała zgryźliwie. - 

Czy jeszcze ktoś będzie musiał opuścić to miasto? 

 - Słucham? - Seb wzruszył opalonymi na brąz ramionami. 
 - Powiedziałam... 
 -  Doskonale  słyszałem,  ale  nie  rozumiem,  o  czym 

mówisz. 

 - O Dedinich. 
 - Paul Dedini wyjechał z miasta? 
 - Tak, zabrał całą rodzinę, włączając w to żonę, która była 

moją najlepszą stylistką. Wykopanie go z pracy, Sebie Sinclair 
nie było celnym strzałem. - Zobaczyła, że jego nozdrza falują 
niebezpiecznie, i poczuła satysfakcję. 

 - Nie uważasz, że ta dyskusja powinna być prowadzona w 

innym miejscu? - zauważył Seb. 

Faktycznie,  świadkiem  rozmowy  była  Torie  oraz  nie 

wiadomo jak wielu jeszcze przypadkowych słuchaczy. 

 - Będę w moim salonie po południu, około piątej. Skinął 

głową. 

background image

 -  Jeszcze  jedno.  Jestem  ciągle  wynajemcą  mieszkania  i 

powinnam  mieć  do  niego  klucz.  Niestety,  zamek  został 
zmieniony. 

 - Powiedziałaś przecież, że źle działa. 
 -  Ale  powinieneś  mi  powiedzieć,  że  zmieniłeś  zamek  i 

pozwolić  mi  zabrać  moje  osobiste  drobiazgi.  Przepraszam  - 
zwróciła  się  do  Torie  -  że  załatwiam  teraz  takie  sprawy.  W 
każdym razie cieszę się, że cię poznałam. Do zobaczenia. 

Blady  uśmiech  Torie  nie  przypominał  wcześniejszego, 

radosnego śmiechu. Biedna dziewczyna, pomyślała Kree. Nie 
dość,  że  z  pewnością  była  świadkiem  napięć  i  złości, 
występujących  między  rodzicami,  to  jeszcze  ojciec  traktował 
ją  bardzo  surowo.  Nawet  po  przepłynięciu  wielu  okrążeń 
basenu  nie  wyzbył  się  złości.  Nie  mogła  odejść,  żeby  nie 
dokuczyć mu jeszcze raz. 

 -  Seb  -  powiedziała,  odwracając  się.  -  Jestem  bardzo 

zajęta, proszę więc, byś przyszedł na czas. 

Po  tej  rozmowie  Seb  przez  kilka  godzin  był 

zdenerwowany.  Do  tej  pory  uważał,  że  Paul  Dedini  był 
jedynie  leniwy  i  niedbały.  Ale  nagły  jego  wyjazd  uruchomił 
dzwonek alarmowy w jego głowie. 

O  umówionej  godzinie  Seb  podszedł  do  bocznych  drzwi 

„Hair Today". Wyciągnął rękę, żeby zapukać, ale drzwi były 
uchylone.  Zirytowany,  otworzył  je  i  wszedł  do  środka.  Kree 
O'Sullivan  była  sama  i  całkowicie  nieświadoma  jego 
obecności.  Czyściła  zawzięcie  duże  lustro  i  śpiewała  przy 
akompaniamencie muzyki płynącej z radia. 

Podszedł  do  odbiornika  i  wyłączył  go.  Cisza,  która  nagle 

zapanowała,  nie  przerwała  jej  pracy.  Kree  zobaczyła  jego 
odbicie w lustrze i od razu wiedziała, że jest w złym humorze. 

 - Czy to mądrze zostawiać otwarte drzwi? - spytał. 

background image

 -  Och,  myślę,  że  jestem  tu  bezpieczna.  Przecież  drzwi 

wychodzą na ogrodzony ogródek. Poza tym spodziewałam się 
ciebie. 

 - Chciałem zapukać... 
 - I tak bym cię nie usłyszała. 
 - Mógłbym wejść i przyłożyć ci nóż do gardła. 
 - Myślałam, że specjalizujesz się w czymś innym. 
 - Kobieta sama z pieniędzmi w kasie ryzykuje. 
 -  Ale  nie  wtedy,  gdy  kasa  jest  pusta.  -  Odwróciła  się  i 

spojrzała  na  niego  przez  zmrużone  oczy.  Nie  kpiąco  i  nie 
nonszalancko. - Wiesz, pracowałam tutaj, słuchałam muzyki i 
próbowałam  zrozumieć  twoją  nieuprzejmość,  nie  tylko  przy 
basenie, ale w czasie każdego naszego spotkania, odkąd tylko 
tu przyjechałeś. Postępując w taki sposób, nigdy nie będziesz 
w dobrych stosunkach z ludźmi w tym mieście. 

 - Nie po to tu przyjechałem. 
Błękitne oczy Kree zabłysły skrywaną furią. 
 - Jaki jest twój problem? Czy znowu dzwoniła twoja była 

żona? 

 -  Mój  nastrój  nie  ma  nic  wspólnego  z  Claire  - 

odpowiedział  Seb.  Kree  odłożyła  ściereczkę,  którą  myła 
lustro, i ściągnęła gumowe rękawice. 

 -  Domyślam  się,  po  co  tu  przyjechałeś.  Myślę,  że  jesteś 

wykonawcą testamentu, a Torie jest spadkobierczynią. 

 -  Masz  rację.  Jestem  wykonawcą  testamentu  i 

powiernikiem córki, dopóki Torie nie osiągnie pełnoletności i 
nie zdecyduje, co robić z tym wszystkim. Moja praca polega 
na korzystnym zarządzaniu aktywami. 

 - Ponieważ do tej pory nie były dobrze zarządzane? 
 - Tak. 
 - I zwolnienie Paula Dediniego było pierwszym krokiem? 

- spytała ze zwodniczą słodyczą. 

background image

 -  Wyjeżdżając,  stracił  pensję  za  jeden  miesiąc.  Nie 

uważasz, że to dziwne? 

 -  Tak,  rzeczywiście  to  do  niego  niepodobne,  żeby  nie 

wziąć  pieniędzy,  które  mu  się  należą.  I  to  nie  wtedy,  kiedy 
Tina nie może związać końca z końcem. 

 -  Ależ  zarobki  Dediniego  były  wystarczające,  żeby 

utrzymać rodzinę. 

 -  No  tak,  byłyby  wystarczające,  gdyby  Paul  nie  lubił  tak 

wyścigów. 

 - Był hazardzistą? 
 -  Och  nie,  Paul  jest  osłem,  i  to  nie  za  bardzo 

rozgarniętym. 

Napotkała jego spojrzenie. Miała w oczach niepokój. 
 - Zginęły jakieś pieniądze, czy tak? 
 - Tego nie powiedziałem. 
 - A jak to nazwiesz? Marnotrawieniem funduszów? 
 -  Przecież  nic  takiego  nie  powiedziałem,  ani  niczego  nie 

sugerowałem. 

 - Ale powiedziałeś... 
 -  Chwileczkę,  powiedziałem  tylko,  że  jego  wyjazd  był 

niezwykle przyspieszony. 

Seb usiadł pośrodku salonu, zmuszając Kree, by przestała 

biegać w kółko. 

 -  Mam  do  ciebie  prośbę.  Czy  mogę  zadać  ci  jedno 

pytanie? 

 - Pytaj. 
 - Dlaczego od razu zapytałaś o pieniądze? 
 - Nazwij to przeczuciem. Ale nie, do diabła! Przyszedłeś 

tutaj,  żeby  wypytywać  mnie  o  Paula,  bo  uważasz  za  wielce 
prawdopodobne,  że  jest  malwersantem.  Odkąd  się 
spotkaliśmy,  robisz  ciągle  uniki.  Nie  odpowiadasz  wprost  na 
moje  pytania.  Uważasz,  że  rozpowiem  o  tym  wszystkim  lub 
zadzwonię do Tiny i ostrzegę ją? - Przerwała na chwilę. - Paul 

background image

ma  rodzinę  na  utrzymaniu.  Dokądkolwiek  się  uda,  będzie 
szukał  pracy  a  ja  nie  zrobię  niczego,  żeby  mu  w  tym 
przeszkodzić. 

 -  Nie  wiesz,  dokąd  wyjechali?  Potrząsnęła  przecząco 

głową. 

Kiedy odwróciła się, żeby odejść, chwycił ją za rękę. 
 -  Jest  jeszcze  jedna  rzecz  -  powiedział,  nie  mając  siły 

oderwać spojrzenia od jej ust. 

 - Jeszcze jedna prośba? - spytała. 
 - Chodzi o spadek Torie. Nie chcę, żeby ta wiadomość się 

rozeszła. 

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. 
 - A teraz - powiedziała w końcu - jeśli nie masz do mnie 

więcej próśb, to proszę, pozwól mi wrócić do pracy. Aha, nie 
zapomnij zostawić klucza. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Seb nie miał  wyjścia, musiał opuścić salon. W drodze  do 

domu czuł niedosyt. Chciał dłużej rozmawiać z Kree, ale nie 
na  temat  Paula  Dediniego.  Chciał  zadać  jej  wiele  osobistych 
pytań.  Ciekaw  był,  z  czego  śmiały  się  z  Torie,  siedząc  przy 
basenie  i  dlaczego  Kree  zmienia  kolor  włosów  trzy  razy  w 
tygodniu. 

Wieczorem nie mógł znaleźć sobie miejsca. 
 - Idę pobiegać. Może pobiegniesz ze mną? - spytał Torie. 
 - Jestem zajęta - odpowiedziała, nie odrywając wzroku od 

telewizora. 

Poczuł  zniecierpliwienie  pomieszane  z  ogarniającym  go 

wrażeniem  wykluczenia  i  ukłucie  czegoś,  czego  nie  mógł 
zdefiniować. Przypomniał sobie śmiech Torie... oczywiście w 
towarzystwie  Kree  O'Sullivan.  Zapatrzył  się  w  pogrążoną  w 
mroku ścieżkę i zaczął biec. 

 - Jakieś kłopoty? 
Głęboki głos odezwał się tuż za plecami Kree. Było to tak 

niespodziewane, że podskoczyła z wrażenia i uderzyła głową 
o gałąź, na szczęście niezbyt grubą. 

 -  Ośmielam  się  zapytać,  czy nic  ci  się  nie  stało?  -  spytał 

kpiąco. 

Kree  nie  wiedziała,  czy  to  ciemność,  czy  uderzenie 

zmieniło  jej  percepcję,  ale  głos  Seba  brzmiał  mniej  chłodno 
niż zwykle. 

 - Czuję się doskonale - powiedziała, zaciskając zęby. 
 - Jesteś pewna? 
 - Tak, jestem pewna. 
Ale nie była, bo zobaczył ją w dziwnej pozycji, z głową do 

dołu a pupą do góry. Czuła, że patrzy na nią, a właściwie czuła 
ciepło rozlewające się po ciele. 

 - Czy czegoś szukasz? 

background image

 -  Kotki  -  mruknęła.  -  Jest  gdzieś  tutaj,  ale  nie  mogę  jej 

wypatrzyć. 

 -  Jak  długo  jej szukasz?  -  Wyjął  latarkę  i  skierował  ją  w 

dół. 

 - Teraz nie tak długo, ale nie widziałam jej od rana. Rano 

ją nakarmiłam i do tej pory nie wróciła do domu. 

 - Nie próbowałaś zwabić jej na jakieś wyjątkowo smaczne 

kocie jedzenie? 

 -  To  doskonały  pomysł  -  powiedziała,  marszcząc  nos.  - 

Tylko  że  Gizmo  jest  wyjątkowo  wybredna,  a  teraz  siedzi 
pewnie na drzewie. Muszę ją stamtąd ściągnąć. 

 -  Chwileczkę.  Chyba  nie  zamierzasz  wdrapywać  się  na 

drzewo? 

Chwycił  dolną  gałąź  i  sprawdził  jej  wytrzymałość. 

Zwróciła  uwagę  na  jego  atletycznie  zbudowane  ciało.  Był  w 
krótkich szortach i podkoszulku. 

 -  Nie  jesteś  odpowiednio  ubrany  do  wspinania  się  po 

drzewach - zauważyła. 

 -  Bo  nie  ubierałem  się  z  myślą  o  łażeniu  po  drzewach  - 

odpowiedział sucho. - Miałem zamiar biegać. 

 - W ciemnościach? Czy to nie za duże ryzyko? 
 - Przeciwnie. Uważam, że bieganie to najbezpieczniejsza 

forma wysiłku. 

Po chwili zniknął w gęstwinie. 
Co  za  zwrot  w  sytuacji,  pomyślała  Kree.  Chyba  nie  jest 

taki  podły.  Dlaczego  jednak  zachęcał  ją  do  nielojalności 
wobec przyjaciół? I ten jego stosunek do córki. 

Niespodziewanie  pojawił  się  przed  nią  z  Gizmo  pod 

pachą. 

Rezerwa Kree rozpłynęła się w przypływie ulgi z powodu 

odzyskania kota. 

 - Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję -  powtarzała. -  Nie 

przeżyłabym, gdyby coś się stało temu cholernemu kotu. 

background image

 -  A  tymczasem  cholerny  kot  machał  wolno  ogonem  a  w 

jego bursztynowych oczach widać było złośliwy błysk. - Nie 
wykonuj  żadnych  gwałtownych  ruchów,  bo  Gizmo  może  cię 
podrapać - powiedziała ostrzegawczo Kree. 

Sięgnęła po kota. Jej puls przyspieszył, gdy palce dotknęły 

gładkiej skóry ramienia Seba i gdy poczuła zapach jego ciała. 
Mimowolnie zacisnęła mocniej palce na kocie. 

Gizmo  zasyczała  i  wystawiła  pazury.  Kree  zaklęła  i 

złagodziła uścisk. Wzięła kota. 

 -  Pewnie  wdrapała  się  na  drzewo,  goniąc  za  ptakiem,  a 

potem się zakleszczyła w gałęziach - powiedział Seb. 

No  tak,  znalazł  racjonalne  wytłumaczenie,  ale  nie  znał 

Gizmo. Kree niosła kota w kierunku domu, mając świadomość 
podążającego  za  nią  Seba.  Doszli  do  ogródka  i  Kree  puściła 
kota na trawę, podstawiając mu kacze wątróbki. 

 - Mam nadzieję, że się nie udławisz. 
 - Nie jesteś miłośniczką kotów - stwierdził Seb. 
 -  Lubię  koty,  ale  to  zwierzę  jest  inne  niż  reszta  jego 

gatunku. Kiedy miałam około ośmiu lat, pragnęłam mieć kota 
jak niczego na świecie, z wyjątkiem mamy. - Przerwała nagle. 
Nie  powinien  o  tym  wiedzieć,  pomyślała.  -  Jeszcze  raz 
dziękuję za uratowanie tej szelmy. 

 - Możesz to potraktować jako spłatę długu wdzięczności. 
 - Nie rozumiem. Za to, że nie chciałam rozmowy na temat 

Paula i Tiny? 

 -  Nie.  Za  to,  że  zainteresowałaś  się  Torie  dzisiaj  nad 

basenem. 

 - Siedziałyśmy obok siebie. Ale wtedy miałam wrażenie, 

że nie byłeś zadowolony, że z nią rozmawiam. 

 - Torie jest bardzo wrażliwa. 
 -  Oczywiście.  Jest  teraz  w  wieku  dojrzewania  -  odparta 

Kree.  Nagle  roześmiała  się.  -  Rozumiem.  Myślisz  o  moich 
włosach? 

background image

 - Nie, raczej o tatuażu, który masz na plecach. 
 -  O  smoku?  -  spytała.  -  Kiedy go  widziałeś?  -  Wściekła, 

odwróciła  się  do  niego  plecami  i  podciągnęła  podkoszulek. 
Gdyby  nie  była  taka  zła,  roześmiałaby  się  z  jego  zdumionej 
miny.  -  To  było  tylko  namalowane.  Praktykujemy  w  salonie 
różne nowe techniki - wyjaśniła mu. 

 - Eksperymentujesz na swoich włosach i na swoim ciele? 

- spytał z niedowierzaniem. 

 -  Tak,  bo  to  niczego  nie  niszczy  i  nie  boli.  Nienawidzę 

bólu. Ale rozmawialiśmy o Torie. 

Wpatrywał się długo w jej oczy, zanim skinął głową. 
 -  Mimo  że  będziecie  tutaj  tylko  kilka  tygodni,  to  na 

pewno Torie będzie się nudzić. Mogłabym poznać ją z innymi 
dziećmi i... 

 - Nie ma takiej potrzeby - przerwał jej. - Znajdę jej jakieś 

zajęcie. 

 - Czy ty naprawdę jesteś jakimś cholernym masochistą? - 

spytała  Kree.  -  Mam  na  myśli  twoje  zajadłe  pływanie, 
bieganie,  a  teraz  i  to,  że  chcesz  spędzać  całe  dnie  ze  swoją 
dorastającą córką. 

 - O nie, nie całe dnie, uchowaj Boże. Kree roześmiała się. 
 -  Torie  większość  czasu  będzie  spędzała  na  górze, 

rozmawiając  przez  telefon,  oglądając  telewizję  i  słuchając 
muzyki. 

 - Jaką lubi muzykę? 
 - Głośną. 
 - Tego się nie boję. Będę zamykała drzwi. 
 - Życzę ci powodzenia. 
 -  Albo  pójdę  na  górę  i  wyłączę  muzykę.  Teraz  mam 

klucz. 

Przez  chwilę  po  prostu  na  nią  patrzył.  Zobaczyła  w  jego 

ciemnych oczach jakiś błysk. 

background image

Popatrzyła  na  Gizmo,  która  spacerowała  po  balustradzie 

ganku.  Jej  ogon  kołysał  się  raz  w  lewo,  raz  w  prawo  i  nagle 
zatrzymał  się.  Kotka  szykowała się  do  skoku,  prosto  na  gołe 
nogi Seba. 

 -  Uważaj  -  krzyknęła  Kree  ostrzegawczo  i  rzuciła  się  w 

kierunku kota. Najpierw chwyciła powietrze, później Gizmo, a 
następnie łydkę Seba i w końcu upadła na podłogę u jego stóp. 

Zesztywniała.  Zastanawiała  się,  jak  wyjść  z  tej  sytuacji  z 

honorem.  Jak  podnieść  się  z  wdziękiem,  będąc  w  tak 
niewygodnej pozycji. 

 - Czy życzysz sobie mojej pomocnej dłoni? - spytał. Kree 

zaakceptowała  ofiarowaną  pomoc.  Stanęła  więc  na  własnych 
nogach, nie tracąc godności. 

 - Czy dosięgły cię jej pazury? 
 - Kota? Nie. 
 -  Przykro  mi  jeśli  cię  zadrapałam,  ale  zobaczyłam  nagle, 

jak  Gizmo  szykuje  się  do  skoku  na  ciebie.  Ona  może 
poważnie zranić. 

 - Zatem powinienem być ci wdzięczny? 
To  proste  zdanie  straciło  swą  niewinność,  kiedy 

zobaczyła,  jak  Seb  patrzy  na  jej  usta,  aż  poczuła  suchość  w 
gardle. 

 - Ale nie jesteś. 
 - Nie. 
 - Mam nadzieję, że nie byłam aż tak brutalna? 
 - To zależy od punktu widzenia. 
 - A z twojego miejsca jak wyglądało? 
 -  Zobaczyłem  kobietę  między  moimi  kolanami,  która 

trzymała  mnie  za  łydki.  -  Oczy  mu  zabłysły.  -  A  teraz 
odczuwam nieodpartą potrzebę długiego biegania. 

Słowa  te  miały  wyraźny  podtekst  seksualny.  Kree  była 

zaszokowana.  Stała  w  milczeniu,  patrząc  za  wychodzącym 
Sebem.  Kotka  u  jej  stóp  głośno  mruczała.  Co  za  dziwaczny 

background image

dzień, pomyślała Kree. Słyszała niemal, jak krew krąży jej w 
żyłach.  Najpierw  dezaprobata,  później  podziękowania. 
Fascynował ją ten mężczyzna. 

Mimo  rabatu,  jakim  zwabiała  do  siebie  klientów,  wtorek 

nigdy  nie  był  dobrym  dniem  dla  salonu  fryzjerskiego  Kree. 
Dzisiaj było inaczej. Po pierwsze, nie było Tiny. Kree od rana 
uwijała  się  jak  w  ukropie.  Nie  wiedziała,  czy  ten 
niespodziewany  najazd  klientów  wynikał  z  korzystnego 
zwrotu  w  biznesie,  czy  był  to  tylko  wzmożony  ruch  przed 
Bożym Narodzeniem. 

W  przerwie  między  wizytami  klientek  wyskoczyła  po 

kawę, ale po drodze wpadła do biura Heaslipa, do Torie. 

 - Jak ci idzie? Właśnie się dowiedziałam, że tu pracujesz. 
 -  Och,  nigdy  nie  myślałam,  że  to  taka  straszna  praca  - 

powiedziała Torie, wznosząc oczy ku niebu. 

 -  Po  jednym  dniu  pracy  już  takie  znudzenie?  -  Kree 

powstrzymała śmiech. - Skończyłaś już na dzisiaj? 

 - Tak. Wybierałam się właśnie po colę. 
 -  To  może  po  drodze  przyniesiesz  mi  kawę.  Od  rana 

haruję  i  marzę  wprost  o  kawie.  -  Podała  jej  pieniądze.  -  I 
powiedz Sue, żeby zaparzyła taką kawę, jak zawsze. 

Kiedy  Torie  wróciła  do  salonu,  usiadła  i  z  ciekawością 

przyglądała się wszystkiemu. 

 - Czy nie będziesz miała kłopotów, że jesteś tutaj? 
 -  Ze  strony  ojca?  Myślę,  że  lepiej  być  tutaj,  niż  włóczyć 

się po ulicy. 

To prawda, pomyślała Kree. 
 -  Czy  mogłabym  w  czymś  pomóc?  -  spytała  Torie  po 

chwili. 

 -  Mogłabyś  trochę  pozamiatać,  ale  to  zajęcie  jest  chyba 

gorsze niż wypełnianie papierków. 

 - Wypełnianie papierków jest najgorsze ze wszystkiego. 

background image

 -  Nie  wiem,  czy  nie  zmienisz  zdania,  jak  ze  sto  razy 

machniesz szczotką - roześmiała się Kree. 

 - A mogłabym? 
Entuzjazm  w  głosie  Torie  rozwiał  wszelkie  wątpliwości 

Kree. W najgorszym razie wpadnie tu jej ojciec i  zabierze ją 
do  domu.  Obserwowała  pracę  dziewczynki,  która  zamiatała 
podłogę z uśmiechem na ustach. 

 - Jak będziesz tak wspaniale pracować, to szybko zarobisz 

na obcięcie włosów i położenie farby. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Seb  spędził  pierwszy  tydzień  pracy  w  poszukiwaniu 

najodpowiedniejszego  człowieka,  któremu  mógłby  przekazać 
prowadzenie agencji Heaslipa. W końcu jego lista zawęziła się 
do jednego nazwiska. Był to dyrektor konkurencyjnej agencji, 
działającej  w  sąsiednim  mieście.  Zdecydował  pojechać  tam  i 
go zwerbować. 

Ryan McTaggart popatrzył mu w oczy i powiedział, że dla 

niego  pieniądze  nie  są  najważniejsze.  Dla  niego  liczy  się 
lojalność  w  stosunku  do  firmy  i  interesująca  praca.  Seb 
przekonał  się,  że  ludzie  na  prowincji  kierują  się  zupełnie 
innymi przesłankami niż ci z dużego miasta. 

Nielogiczne. Frustrujące. Strata czasu. Tak mógł to ocenić. 

Przypomniał sobie Kree, która przepowiedziała mu, że nigdy 
nie  będzie  w  dobrych  stosunkach  z  miejscowymi.  Nie 
poprawiło mu to humoru. 

Pamięć  przywiodła  mu  teraz  obrazy,  gdy  udając  strażaka 

ratował kota z opresji, a później gdy Kree próbowała ratować 
z  opresji  jego  i  jak  ta  próba  doprowadziła  do  bliskiego 
kontaktu  między  nimi.  Nawet  nie  spodziewał  się,  że  dozna 
takiego wstrząsu. Igrał z ogniem. Wiedział, że silne płomienie 
szybko gasną. 

Dojechał już do Plenty. Zwolnił, żeby przepuścić pieszych 

i spostrzegł roześmianą twarz córki. Stała w drzwiach salonu 
Kree i mówiła coś do kogoś, kto był w środku. Na chwilę w 
drzwiach  ukazała  się  Kree  i  zaraz  znikła.  Był  pewien,  że  go 
nie  zauważyła.  Natomiast  córka  tak.  Na  jego  widok  uśmiech 
zamarł  jej  na  twarzy  Wystarczyło,  że  zobaczyła  ojca, 
pomyślał,  tego  wrednego  faceta.  Ta  metamorfoza  własnego 
dziecka zraniła mu serce. 

 -  Wracasz  dzisiaj  wcześniej  -  stwierdził.  Starał  się 

powiedzieć to łagodnym tonem. - Mam nadzieję, że spędziłaś 
dzisiejszy dzień lepiej niż ja? 

background image

Torie  uśmiechnęła  się  i  z  poczuciem  winy  spojrzała  na 

salon fryzjerski. 

 - Pomagałam trochę Kree. Miały bardzo dużo pracy. Ale 

z pewnością to ci się nie spodoba. 

 - Przeciwnie, wszystko jest w porządku - przerwał jej. 
 - Naprawdę? - Torie była zdziwiona. 
 - Jeśli to powstrzymuje cię przed robieniem głupstw... 
 - To samo powiedziała Kree! 
Radość  zabłysła  w  oczach  Torie,  aż  Seb  się  uśmiechnął. 

Chciał  przedłużyć  moment  szczerości  ze  strony  córki, 
najczęściej zamkniętej w sobie. 

 - Jeśli  miałabyś ochotę, to  możemy pojechać do sklepu  i 

kupić jakąś kasetę, a wieczorem obejrzeć film. 

Torie przestąpiła z nogi na nogę i obejrzała się. 
 -  Wyszłam  właśnie,  żeby  kupić  coś  do  picia  dla  nas 

wszystkich, a później chciałabym jeszcze pomóc w sprzątaniu. 

Odkąd  przedkłada  sprzątanie  nad  zakupy?  pomyślał 

zdziwiony  Seb.  Czy  on  zrozumie  kiedykolwiek  kobietę  - 
dziecko? 

 -  Jeśli  sprzątanie  jest  tak  ważne  -  powiedział  sucho  -  to 

powinienem również tam pójść i pomóc. 

 -  Och,  nie,  tatusiu,  proszę  nie!  -  Była  naprawdę 

przerażona. - Żartujesz sobie, prawda? 

 - Może. 
Roześmiała się, ale patrzyła na niego niepewnie. 
 -  Jeśli  naprawdę  chcesz  jechać  po  zakupy,  to  poczekaj, 

pójdę powiedzieć o tym Kree. 

 - Ale raczej wolisz tu zostać? 
 - Czy mogę? Proszę, tatusiu? 
Jak  mógłby  odmówić,  patrząc  w  jej  duże  ciemne  oczy? 

Powiedział  jej  tylko,  że  ma  być  przed  piątą  w  domu,  a  sam 
wrócił  do  biura.  Miał  nadzieję,  że  wizyty  Torie  w  salonie 

background image

fryzjerskim  nie  będą  zbyt  częste.  Musi  porozmawiać  z  Kree. 
Później. 

Co za straszydło. 
Dłoń  Seba  zwinęła  się  w  pięść,  kiedy  zobaczył  córkę 

godzinę  później,  niż  miała  to  przykazane.  Oczywiście 
wybuchnął  i  oczywiście  Torie  zatrzasnęła  drzwi  od  swojego 
pokoju i włączyła głośną muzykę. 

W  pierwszej  chwili  chciał  pobiec  do  Kree.  Kipiał  wprost 

złością. Poszedł do sypialni i wybrał jej numer. 

Stał  przy oknie  i  czekał. Słońce zachodziło  już na  niebie, 

ale było jeszcze dość jasno i nie trzeba było zapalać światła. 

 -  Słucham?  -  Miała  zadyszany  głos,  jakby  biegła  do 

telefonu. 

 - Mówi Sebastian Sinclair. 
 -  Och,  to  dobrze.  Miałam  dzwonić  do  ciebie  później  i 

podziękować, że pozwoliłeś zostać Torie w salonie. 

 -  Jak  mogłaś  to  zrobić  bez  mojej  zgody?  Upłynęło  wiele 

sekund, zanim Kree odpowiedziała. 

 - Czy chodzi ci o jej włosy, czy o to, że nie zapłaciłam za 

pracę gotówką? 

 - Przecież nie oczekiwałem, że będziesz jej płacić. 
 - Chodzi ci więc o włosy - powiedziała uspokojona. 
 - Przecież rozjaśniłam je bardzo subtelnie. 
 - Uważasz, że purpurowy kolor jest subtelny? Tym razem 

milczenie po drugiej stronie trwało znacznie dłużej. 

 - Kiedy Torie wróciła do domu? - spytała w końcu Kree. 
 -  Dwadzieścia  minut  temu.  Czy  to  ma  jakieś  znaczenie - 

spytał przez zaciśnięte zęby. 

 - Powinieneś zapytać o to swoją córkę. Nie, poczekaj. 
 -  Głos  jej  brzmiał  sarkastycznie.  -  Może  najpierw 

powinieneś  pobiegać  albo  jeszcze  lepiej,  przepłyń  milę  lub 
trzy, żeby się uspokoić i wtedy idź porozmawiać z córką. 

background image

Kree  była  wściekła.  Powinien  domyślić  się,  że  to  Mae  - 

Lin ufarbowała włosy Torie i że jej przy tym nie było. 

Dość  miała  jego  protekcjonalizmu  i  ciągłej  krytyki  jej 

samej  i  jej  poczynań.  Kiedy  więc  pół  godziny  później 
zadzwonił dzwonek przy drzwiach, miała poważny zamiar nie 
otwierać.  Całą  sobotnią  noc  spędziła  w  towarzystwie 
formularzy  bankowych.  Była  rozdrażniona  stanem  swoich 
finansów  i  nawet  bez  humorów  sąsiada  miała  dość 
wszystkiego. 

Po drugim dzwonku podbiegła do drzwi i otworzyła je na 

całą szerokość. 

 - Wchodź i wylej z siebie wszystkie pretensje. - Trochę za 

późno  spostrzegła,  że  na  twarzy  Seba  nie  było  widać  złości. 
Za  to  zbyt  długo  czytał  napis  na  jej  piżamie  z  wizerunkiem 
kotów. 

 - Czy może przyszedłem nie w porę? - spytał, zaglądając 

ciekawie do środka. 

 -  Jestem  sama,  jeśli  o  to  ci  chodzi.  I  możesz  mi  wierzyć 

lub nie, ale mam na głowie poważne sprawy i nie chcę mieć 
jeszcze problemów z tobą i twoją córką. 

 -  Zajmę  ci  tylko  jedną  minutę.  -  Spojrzał  prosto  w  jej 

oczy.  -  Torie  powiedziała  mi,  że  kiedy  poszłaś  do  domu,  to 
Mae  -  Lin  ufarbowała  jej  włosy  na  purpurowo.  Miałaś  rację. 
Nie  powinienem  dzwonić  do  ciebie  z  pretensjami,  nie 
dowiedziawszy się najpierw prawdy. 

 -  Ładnie,  że  to  mówisz  -  stwierdziła,  ale  nie  widziała  na 

jego twarzy śladu skruchy. 

 - Czy resztę minuty, która jeszcze została, będziesz mnie 

przepraszał? 

Zobaczyła, jak zwężają mu się oczy. 
 - Spodziewałaś się przeprosin? Za to, że zostawiłaś moją 

córkę  bez  kontroli,  z  nieodpowiedzialną  uczennicą,  która  na 
niej eksperymentowała? 

background image

 - Winisz mnie za to? To przecież ja zwróciłam ci uwagę, 

że Torie będzie się nudzić. Chciałam poznać ją z dziećmi w jej 
wieku, ale ty powiedziałeś, że dasz sobie radę. A teraz co? To 
ty zostawiasz ją bez opieki. 

 - Masz rację - przyznał sztywno. 
 -  Czy  kiedykolwiek  próbowałeś  powiedzieć  słowo 

„przepraszam", Sebastianie? 

 -  Przykro  mi  z  powodu  wielu  rzeczy,  włączając  w  to 

sposób, w jaki Torie narzuca się tobie. 

 -  Nie,  nie,  nie  zrozumiałeś  mnie  -  powiedziała  szybko.  - 

Nie mam nic przeciwko temu, że Torie przychodzi do salonu. 
To  nie  ma  nic  wspólnego  z  narzucaniem  się.  Może 
przychodzić i brać się za miotłę, kiedy tylko będzie miała na 
to ochotę. 

 - Czy to jest to, co robi u ciebie? Zmiata włosy? 
 -  Torie  robi  wszystko,  o  co  ją  poproszę,  i  się  nie  skarży. 

Oby wszystkie dzieci w jej wieku były tak odpowiedzialne. 

Przez dłuższy czas patrzył na nią w milczeniu. 
 - Czy masz dla niej jakieś wolne miejsce? 
 - Masz na myśli zajęcie dla Torie? 
Kiedy nic nie odpowiedział, Kree powstrzymała się przed 

głośnym  westchnieniem  i  odwróciła  wzrok.  Zauważyła,  że 
giętkie, wijące się ciało Gizmo ociera się o nogi Seba. 

 - Nie przeszkadza mi - powiedział Seb przesuwając kotkę 

nogą.  -  Jakie  byłoby  to  miejsce  pracy.  W  pełnym  wymiarze 
godzin? Czy byłaby to jakaś umowa o pracę? 

Umowa  o  pracę,  zaśmiała  się  w  duchu.  I  odcisk  mojego 

palca  zamiast  pieczątki.  Jakiż  z  niego  formalista.  Oderwany 
od  normalnego  życia.  Potrząsnęła  głową.  Nie  miała 
odpowiedzi na żadne z tych szorstkich pytań, ale przynajmniej 
musiała  odzyskać  równowagę  umysłową.  Ale  jak  mogła 
skoncentrować  się  na  odpowiedzi,  kiedy  Gizmo  czaiła  się 
wyraźnie i nie wiadomo było, jakie ma zamiary. 

background image

 - Widzisz, nie jestem dziś w dobrym nastroju, ale wejdź, 

możemy to przedyskutować. 

Objął  spojrzeniem  jej  drobną  postać  i  poczuł,  jak 

umiarkowana nocna temperatura powietrza skoczyła nagle do 
góry o co najmniej dziesięć stopni. 

 - Jesteś pewna, że tak będzie bezpieczniej? 
 -  Zapewniam  cię,  że  te  koty  nie  ułożą  się  przy  twych 

stopach. 

Poszła  do  kuchni  i  wyłączyła  radio.  Kiedy  usłyszała 

trzaśnięcie drzwi, poczuła, że serce jej bije gwałtownie. 

 - Może myślisz, że złapałaś go w pułapkę - wyszeptała do 

siebie.  -  Musisz  zapomnieć  o  wszystkim,  co  wiąże  się  z 
Sebem Sinclairem. 

Otworzyła  lodówkę  i  zaczęła  szukać  kawy.  Słyszała,  jak 

Seb  wszedł  do  kuchni.  Stanął  w  drzwiach  i  patrzył  na  nią. 
Czuła to każda komórka jej kobiecego ciała. 

 -  Robię  kawę  -  oznajmiła.  -  Chyba  że  wolisz  coś 

mocniejszego. Lub zimniejszego. Może piwo? 

 - Dziękuję za wszystko - powiedział głosem zimnym jak 

lodowaty  podmuch,  wydobywający  się  z  lodówki.  Odstawiła 
kawę i zatrzasnęła lodówkę. Odwróciła się, przełykając ślinę. 
Był taki wysoki i silny. Wypełniał sobą całą kuchnię. 

 - Proszę, usiądź przynajmniej. 
Nie  zrobił  tego  i  Kree  poczuła  się  nagle  na  granicy 

klaustrofobii.  Podniosła  do  ust  szklankę  i  wypiła  łyk  kawy. 
Dlaczego zaprosiła go do domu? Czy tylko po to, by chronić 
jego nogi przed pazurami kota? 

 - Powiedz więc, jakie masz plany w stosunku do Torie? - 

spytał Seb. 

Spojrzała na niego. 
 -  Nic  konkretnego.  Pracujemy  trochę  jak  w  gorączce  od 

wyjazdu Tiny. Heather i Diana pomagają mi tylko dorywczo, 
bo nie mogę zatrudnić ich na cały dzień. 

background image

 -  Rozumiem,  że  one  uczą  się  fryzjerstwa.  W  jaki  sposób 

Torie mogłaby je zastąpić? 

 -  Torie  nie  może  ich  zastąpić,  ale  to  nie  znaczy,  że  nie 

będzie pomocna. Na nią mogę sobie pozwolić, ponieważ będę 
jej płacić usługami fryzjerskimi. 

 - Nie myślałem, że będziesz jej płacić. Spojrzała na niego 

znad brzegu szklanki. 

 -  Obawiam  się  tylko  przypiekania  na  ogniu,  jeśli  Torie 

ponownie zrobi coś, czego nie zaakceptujesz. 

 -  Nie  będzie  następnego  razu,  jeśli  ustalimy  konkretne 

granice jej zachowania. 

 - Na przykład jakie? 
 - 

Odpowiednia 

kontrola. 

Żadnych  tatuaży,  ani 

zmywalnych, ani stałych. Żadnych ekstrawaganckich kolorów 
włosów. 

 -  Dość  uczciwe,  chociaż  nastolatki  zawsze  robią  dużo 

hałasu  wokół  siebie.  Jeśli  zaś  chodzi  o  włosy,  to  może 
ustalmy, że kolory mają być zmywalne i nieszkodliwe. 

 - Akceptujesz takie eksperymenty? 
 -  Och,  daj  spokój  Seb.  Nie  ma  znaczenia,  co  ja  myślę  i 

akceptuję.  Ważne  jest  to,  co  myślą  nastolatki.  Zawsze 
eksperymentują.  Nie  myślą  o  konsekwencjach  i  czasami 
przesadzają. Nie pamiętasz, jaki byłeś w ich wieku? 

Patrzył  na  nią  chwilę.  Widziała,  jak  pracują  mięśnie  jego 

szczęk. 

 - Tak, pamiętam. Każdy dzień. I dlatego ja... Martwi się o 

Torie i pewnie przypomina sobie własne 

błędy.  Musiał  być  jeszcze  młody,  kiedy  Torie  została 

poczęta. Może był jeszcze nastolatkiem? Ale z pewnością nie 
myślał, że Torie była błędem. 

 -  Torie  to  dobre  dziecko  -  powiedziała  miękko.  -  I  jest 

rozgarnięta. 

background image

 -  Wiem,  ale  jest  taka  łatwowierna.  Dlaczego  ufarbowała 

sobie włosy na taki kolor? 

Nie  mówił  tego  ze  złością,  ale  raczej  z  zatroskaniem  w 

głosie.  Kiedy  jego  ciemne  oczy  spotkały  się  z  jej  wzrokiem, 
wyglądała  z  nich  zupełna  bezradność.  Kree  mogła 
przeciwstawiać  się  jego  złości,  ale  jak  mogła  oprzeć  się 
apelowi płynącemu prosto z jego serca? 

 -  Chęć  przyozdabiania  się  jest  naturalną  rzeczą  u 

dziewczynek  -  uśmiechnęła  się  ze  smutkiem.  -  Pewnie  nigdy 
tego  nie  doświadczyłeś.  Jest  to  również  nieodłącznie 
związanie  z  dorastaniem,  wyrażaniem  siebie,  znajdowaniem 
swego miejsca na ziemi. 

 -  Gdzie,  do  diabła,  spodziewała  się  znaleźć  miejsce  dla 

siebie z purpurowymi włosami? 

Kree  ledwie  powstrzymała  się  przed  wybuchem  śmiechu. 

Jeszcze trudniej było jej powstrzymać się przed podejściem do 
niego, zarzuceniem mu ramion na szyję i pocałowaniem. 

 -  Wszystko  jedno,  z  odrobiną  koloru  na  włosach  będzie 

doskonale pasowała do salonu fryzjerskiego - powiedziała. 

 -  I  tego  się  właśnie  obawiam.  -  Jego  ciemne  oczy 

prześlizgnęły  się  po  całej  jej  postaci,  bosych  stopach  i 
zatrzymały się na palcu ze srebrnym pierścionkiem. 

 - A w jaki sposób ty się realizujesz, Kree? 
 -  Kiedy  przeprowadziłam  się  do  tego  miasta,  zajęło  mi 

tylko pięć minut, żeby w nim zaistnieć. Co prawda, nigdy nie 
uważano mnie za miejscową. Liczyły się tylko stare rodziny. 
A  ja  byłam  inna.  Postanowiłam,  że  wykorzystam  ten  fakt, 
zamiast  z  nim  walczyć.  Teraz  już  wiem,  że  lepiej  być 
zauważaną, niż ignorowaną. 

 - I muszę powiedzieć, że odniosłaś sukces; Można cię za 

to podziwiać. 

background image

 -  O,  tak  -  powiedziała  drwiąco,  rozkładając  ramiona.  - 

Tylko  popatrz  na  mnie.  A  wracając  do  interesów,  to 
najbardziej nienawidzę wypełniania formularzy. 

Jego  niepokojące  spojrzenie  przeniosło  się  na  stół 

kuchenny, na którym leżały sterty papierów. 

 -  Dziwny  sposób  na  spędzanie  sobotniej  nocy  przez 

dziewczynę - powiedział. 

 - Zbyt długo zwlekałam z wypełnieniem tych formularzy, 

ale  teraz  postanowiłam,  że  muszę  je  złożyć  przed  Bożym 
Narodzeniem. 

 - Występujesz z podaniem o pożyczkę? 
 -  Tak,  jeśli  tylko  uda  mi  się  uporać  z  tymi  okropnymi 

papierzyskami. 

Podniósł  jeden  z  nich  i  przyglądał  się  mu  przez  pół 

sekundy. 

 - To zwykły formularz. 
 - Tak myślisz? 
Widziała,  że  myśli  nad  czymś  intensywnie.  Nagle 

odczytała z jego oczu, że podjął decyzję. 

 - Jeśli dasz Torie zatrudnienie na moich warunkach, to ja 

w zamian za to wypełnię ci wszystkie formularze. 

Kree z podejrzliwością w oczach uniosła brwi do góry. 
 - Dobrowolnie wypełnisz te wszystkie formularze? 
 - To jest to, co robię - powiedział krótko. 
 - Ale... dlaczego? 
 -  Myślałem,  że  wyraziłem  się  jasno.  Zrobię  to  w  zamian 

za zatrudnienie Torie. 

Była  zaskoczona.  Uważała,  że  nie  było  powodów  do 

rewanżu. Szczególnie w stosunku do niej. 

 - W porządku - powiedziała głośno. - Powiedz mi jednak, 

co spowodowało, że zmieniłeś zdanie? Dlaczego chcesz, żeby 
Torie pracowała w „Hair Today"? 

background image

 - Ponieważ zobaczyłem jej uśmiechniętą twarz, kiedy dziś 

po południu wychodziła od ciebie. 

Co  za  szczerość.  Kree  instynktownie  przyłożyła  rękę  do 

bijącego serca. On kocha córkę. Chce, żeby była szczęśliwa... 
i nieważne są jej purpurowe włosy. 

 -  Wiesz,  że  zrobiłabym  to  bez  żadnych  warunków.  Dla 

Torie. Nie musisz się odwdzięczać. 

 - Przeciwnie, muszę. 
 - Wobec tego dziękuję ci bardzo. Czy będziemy pracować 

nad tymi formularzami... razem? 

 - Będę potrzebował od ciebie pewnych informacji, ale do 

większości wystarczą mi raporty finansowe. 

 - Kiedy chcesz to zrobić? - spytała w końcu. 
 - Możemy zrobić to zaraz. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Jedna  godzina,  dwie  filiżanki  kawy  i  pięćdziesiąt  pytań. 

Kree  wiedziała  teraz,  dlaczego  nie  powinna  godzić  się  na 
pomoc. Czuła bliskość Seba. 

On  natomiast  pracował  z  pochyloną  głową,  wodząc 

szczupłym  palcem  po  kolumnach  cyfr,  na  przemian  coś 
notując  lub  szukając.  Wpisywał  jakieś  liczby  do  formularzy, 
wybierał cyfry na kalkulatorze. Od czasu do czasu zadawał jej 
pytania. 

Czuła  się  dziwnie  i  śmiesznie,  gdy  okazało  się,  że  nie 

orientuje się w wielu sprawach, dotyczących banku czy biura 
podatkowego.  A  Sebastian  Sinclair  potrzebował  tych 
informacji.  Wyciągał  od  niej  potrzebne  dane  w  sposób 
beznamiętny i profesjonalny. 

 -  No,  to  chyba  mam  wszystko,  czego  potrzebuję  - 

powiedział  w  końcu.  -  Obydwoje  wstali  dokładnie  w  tym 
samym momencie i zetknęli się ramionami. 

 -  Czy  od  samego  początku  swojej  kariery  zawodowej 

ciągle robisz to samo? 

 - Najpierw pracowałem w banku. 
 - Lubisz taką pracę? 
Zastanawiał się chwilę, układając papiery. 
 - Odkryłem, że jestem w tym dobry. 
 -  No  tak,  ale  to  bywa  różnie.  Ja  jestem  dobra  w 

sprzątaniu,  ale  nie  chciałabym  sprzątać  przez  całe  życie.  W 
jakim wieku skończyłeś uniwersytet? 

 - Miałem dziewiętnaście lat. 
 -  Skończyłeś  uniwersytet  mając  dziewiętnaście  lat?  To 

kiedy byłeś dzieckiem. 

 - A dlaczego sądzisz, że mam stopień uniwersytecki? 
 - No... przypuszczam... - Uważała, że mężczyzna taki jak 

on,  w  drogim  garniturze  i  ze  sposobem  mówienia 
świadczącym o wykształceniu, musi mieć choć jeden fakultet. 

background image

Często  bywa,  że  ma  ich  więcej.  Oparła  się  biodrami  o  stół, 
żeby popatrzeć na niego z bliska. 

 -  Czy  to  możliwe,  że  nie  studiowałeś  zarządzania, 

rachunkowości czy czegoś podobnego? 

 - Nie. Nic z tych rzeczy, które wymieniłaś. A moja praca 

nigdy nie wydawała mi się nudna, odkąd zacząłem pracować 
w wymianie zagranicznej. 

 - Co to oznacza? 
 - Kontrakty finansowe. 
 - Och, tak, wiem coś o finansach. 
 - Naprawdę? - spytał, unosząc jedną brew. 
 - Tak, naprawdę - wyznała, chcąc się przed nim popisać. - 

Pracowałam  kiedyś  u  brokera  i  prowadziłam  tam 
rachunkowość handlową. 

Seb uśmiechnął się lekko. 
 - Co w tym śmiesznego? - spytała podejrzliwie. 
 -  Po  prostu  nie  mogę  wyobrazić  sobie  ciebie  jako 

handlowca. 

 -  Radziłam  sobie  dobrze.  A  ty?  Prowadziłeś  pewnie 

poważne sprawy. 

 - Sądzę, że można tak powiedzieć. 
Prowadził  pewnie  milionowe  interesy.  Nic  dziwnego,  że 

uważa mnie za głupią gąskę, pomyślała z goryczą. 

 -  Rzuciłaś  tę  pracę  w  handlu?  Chociaż  tak  dobrze  sobie 

radziłaś? - spytał Seb. 

 -  Przestań,  nie  bądź  śmieszny.  Pieniądze  nigdy  nie  były 

dla mnie najważniejsze. 

 - Czy ciągle tak uważasz? 
 - Co masz na myśli? 
 - Twój salon - wskazał na papiery leżące na stole. 
 - W zasadzie martwię się tylko o klientów. 
 - Więc satysfakcja klientów to twój jedyny cel? 

background image

 -  Tak,  ponieważ  nie  traktuję  salonu  jako  interesu.  - 

Zmarszczyła  brwi,  jakby  szukała  odpowiednich  słów  dla 
wyrażenia  swych  uczuć.  -  Robię  wszystko,  by  moje  klientki 
czuły się lepiej. Daję im to, co chcą. Daję im nawet to, czego 
do tej pory nie wiedziały, że chcą. 

 - Rodzaj terapii? Roześmiała się łagodnie. 
 -  Bo  to  jest  tak.  Kobieta  siada  przed  lustrem  i  zaczyna 

mówić, opowiadać, zwierzać się, a ty widzisz w lustrze, jak jej 
duch podnosi się coraz bardziej. Potem wychodzi z salonu w 
podskokach.  Ważny  jest  drugi  człowiek.  Taki  rodzaj  terapii 
jest ważny również dla mnie. 

Nic  nie  powiedział,  tylko  patrzył  na  nią  intensywnie,  aż 

czuła jego spojrzenie w czubkach palców. 

 - Jesteś dobra w tym, co robisz? 
Kree  zamrugała  zarówno  z  powodu  zdumienia,  jak  i 

dlatego, że chciała przerwać to hipnotyzujące spojrzenie. 

 - Tak - odpowiedziała. 
 - A twój personel? 
 -  Oczywiście,  że  jest  dobry.  Uczę  swoje  dziewczyny, 

Cień  uśmiechu  prześlizgnął  się  po  jego  twarzy,  a  w  oczach 
zagościła powaga. 

 - Muszę zatem przyjąć, że załamanie się twoich interesów 

w  ciągu  ostatnich  sześciu  miesięcy  nie  było  spowodowane 
brakiem satysfakcji twoich klientek? 

 -  To  wyłączna  wina  nowego  salonu  Shanelle  Roddy. 

Otworzyła go pół roku temu. 

 - Masz teraz konkurentkę. 
Było  to  stwierdzenie,  a  nie  pytanie,  ale  Kree  mimo  to 

odpowiedziała. 

 - 

Znam 

Shanelle 

nie 

zamierzam 

nią 

współzawodniczyć, ponieważ jej praca jest zdecydowanie zła, 
ale moja konkurentka dokuczyła mi przez te kilka miesięcy. 

 - Dlaczego, jeśli jej praca jest zła? 

background image

 - Zaczęła stosować konkurencyjne ceny i specjalne oferty 

dla  przyjaciół  i  krewnych.  Jej  sławny  dziadek  założył  to 
miasto, więc ma mnóstwo krewnych, uwierz mi! 

 -  Mieszkasz  tu  dość  długo,  musisz  mieć  również  wielu 

przyjaciół. 

 - Niektórzy ludzie nigdy nie zapomną, skąd przybyłeś, ale 

zaczynam stopniowo odzyskiwać klientów, tylko że to trochę 
potrwa  i  dlatego  potrzebuję  pożyczki.  Styczeń  jest  dla  mnie 
najgorszym miesiącem. Muszę powiedzieć, że ostatni tydzień 
był  jaki  taki,  tym  bardziej  że  mam  jeszcze  te  pieniądze  od 
ciebie za mieszkanie. 

 - Wiem, już mi to wcześniej mówiłaś. 
 -  Czy  to  znaczy,  że  wszystko  już  przygotowane  do 

złożenia w banku? 

 - Tak. Tylko jeszcze w poniedziałek ktoś z mojego biura 

przepisze to na czysto. 

 - Pomogłeś mi bardzo, ale... 
 - Nie robiłem tego, żeby ci pomóc, robiłem to dlatego, że 

ty pomożesz Torie. 

Stała  teraz  blisko  niego  i  miała  wrażenie,  że  odbiera  ją 

jako  niepozorną  i  nic  nieznaczącą  osobę.  Podobnie  jak  jej 
podanie o pożyczkę. 

 -  Ponieważ  w  poniedziałek  mam  spotkanie  z  klientem, 

prawdopodobnie Liza dokończy wypełnianie formularzy. 

 - A kiedy jedziesz do Sydney? 
 - Jutro. Wrócę za kilka dni. Czy masz jakiś problem? 
 - Dlaczego miałabym mieć problem? 
 -  Myślałem  o  papierach.  Czy  bardzo  pilnie  ich 

potrzebujesz? Wystarczy, jak będą w połowie tygodnia? 

 - Tak, w zupełności wystarczy. 
 - Jadę do Sydney z Torie. 

background image

 - Mówiłeś przecież, że Torie za mniej więcej tydzień ma 

jechać  do  matki.  Może  wobec  tego  nie  bierz  jej  ze  sobą, 
przecież może zostać ze mną. 

 - Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. 
Oczywiście,  jak  mógłby  zostawić  pod  jej  opieką  córkę, 

pomyślała z goryczą. Nie znał jej, nie aprobował i nie ufał. 

Ręką, w której nie trzymał papierów, chwycił ją za łokieć i 

odwrócił do siebie. 

 - Nie chodzi mi o ciebie - powiedział. 
 - Naprawdę? 
 -  Uważasz,  że  powinienem  nagrodzić ją za  pomalowanie 

włosów? 

 -  Nagrodzić?  Przecież  nawet  nie  wiesz,  jak  gotuję  - 

zażartowała. 

 - Nie wiem. 
Nie zobaczyła żadnego uśmiechu na jego ustach, żadnego 

śladu  rozbawienia  w  oczach.  A  mimo  to  chciała,  żeby  ją 
pocałował. 

Nie  zrobił  tego,  a  po  wyrazie  jego  twarzy  widziała,  że 

doskonale panuje nad sobą. 

 -  Jest  mi  niedobrze,  kiedy  widzę,  jak  najpierw  pożerasz 

mnie  wzrokiem,  a  po  chwili  robisz  pstryk  i  włączasz 
samokontrolę. Jeśli masz takie zdolności, to dlaczego najpierw 
mnie prowokujesz. 

Słowa  te  zawisły  miedzy  nimi.  Po  chwili  Seb  ścisnął 

mocniej jej ramię. 

 - Naprawdę nie lubisz, jak włączam samokontrolę, jak to 

nazywasz? - Zacisnął zęby. - Nic o mnie nie wiesz. 

 - Dlaczego więc nie powiesz mi tego, Sebastianie? Jestem 

ciekawa. 

Nie  odpowiedział  tylko  zamknął  jej  usta  pocałunkiem. 

Przez dłuższy czas czuła jego stanowcze i apodyktyczne usta 

background image

na  swoich.  A  później  zaczął  wodzić  nimi  po  jej  nagim 
ramieniu. Do dołu i w górę... 

 - Teraz już oboje wiemy... - wyszeptał w jej włosy. Ale w 

tym momencie Kree nie wiedziała o niczym poza krążącym po 
jej  ciele  ciepłem.  Po  chwili  Seb  przerwał  pieszczotę  i 
skierował się w stronę drzwi. 

 - Co wiemy oboje...? - spytała zdławionym głosem. - Co 

nas pociąga. 

 -  Czy  rzeczywiście  potrzebowaliśmy  tej  demonstracji?  - 

spytała. 

 -  Nie.  -  Zatrzymał  się  przy  drzwiach.  -  Ale  ty  mnie 

sprowokowałaś... nieroztropnie. 

 - Chcesz powiedzieć, że to była moja wina? Przez chwilę 

patrzył na nią w milczeniu. 

 - Przeciwnie - powiedział w końcu. - To była moja wina, 

myślałem bowiem, że cię uciszę. 

Torie  była  zachwycona  możliwością  pracy  w  „Hair 

Today".  Seb również. Zamiast spędzenia trzech godzin jazdy 
do  i  z  Sydney  w  ponurym  milczeniu,  Torie  paplała  bez 
przerwy, śmiała się  i  rozmawiała  z  ojcem. Przyrzekła, że  już 
nigdy  nie  będzie  przeprowadzała  eksperymentów  na  swoich 
włosach i że przez następny rok nie będzie nawet wspominała 
o założeniu sobie kolczyka w pępku. 

I  wszystko  to  z  powodu  fryzjerki,  której  Seb  w  rażący 

sposób  nie  doceniał.  Kree  O'Sullivan  poważnie  traktowała 
swoją  pracę,  swoich  klientów  i  nastolatkę,  której  prawie  nie 
znała. 

„Daję  im  to,  czego  nawet  nie  wiedzą,  że  chcą", 

przypomniał  sobie  jej  słowa,  wraz  z  jej  niebezpiecznym, 
ponętnym syrenim śpiewem, któremu miał ochotę się poddać. 

Dwadzieścia  minut  po  ich  powrocie  z  Sydney  Torie 

wyprosiła  wizytę  u  Kree.  Zdążył  tylko  krzyknąć  za  nią,  że 
wizyta ma być krótka, ale jej już nie było. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Seb  zadzwonił  do  drzwi  Kree  i  czekał.  Nie  było  żadnej 

odpowiedzi. Atakujący kot siedział na patio z wijącym się jak 
wąż ogonem. Sprawdził jeszcze raz, czy wszystkie części jego 
ciała są zasłonięte i zadzwonił powtórnie. 

 - Czy jest tam kto? - spytał głośno. 
 -  Jesteśmy  tutaj  -  odkrzyknęła  Torie,  pokazując  się  na 

chwilę i natychmiast znikając. 

Seb  nie  wiedział,  czy  było  to  zaproszenie.  Wahał  się 

chwilę, ale w końcu wszedł do środka. 

 -  To  miała  być,  zdaje  się,  krótka  wizyta  -  zwrócił  się  do 

Torie. 

 -  Tak,  ale  przymierzam  niektóre  rzeczy  Kree.  Zobacz,  ta 

koszulka  nie  jest  najgorsza.  -  Żeby  to  zademonstrować, 
przespacerowała  się  w  stronę  drzwi,  tam  i  z  powrotem.  Na 
łóżku,  pośród  różnobarwnych  szmatek  siedziała  po  turecku 
Kree. Serce Seba zabiło mocno. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  nic  przeciwko  temu  - 

powiedziała  Kree  z  nerwowym  uśmiechem  na  twarzy.  - 
Troszkę nas poniosło. 

Wiedział, że miała na myśli i Torie, i fatałaszki. Ich oczy 

spotkały  się  i  pamięć  o  pocałunkach  pulsowała  miedzy  nimi. 
Ich także trochę poniosło, ale to było nic w porównaniu z tym, 
czego pragnął. 

 - Chciałyśmy coś wybrać na piątkowy wieczór - wyjaśniła 

Torie z nadzieją w głosie. 

 -  Na  gwiazdkowe  przyjęcie  w  Izbie  Handlowej?  Kree 

skinęła głową i odchrząknęła. 

 - Czy ty także się na nie wybierasz? 
 -  To  nie  jest  rodzaj  przyjęcia,  który  tatuś  lubi!  - 

skwitowała Torie. 

 -  A  ja  myślałam,  że  lubi  tylko  takie  przyjęcia  - 

powiedziała do Torie, ale patrzyła prosto w oczy Seba. - Tam 

background image

można  liczyć  na  wiele  kontaktów  biznesowych  z  ludźmi 
prowadzącymi interesy w promieniu stu mil od Plenty. 

 -  Czy  mogę  pójść  popatrzeć?  Tylko  na  chwilę?  -  prosiła 

Torie. - Proooszę, tatusiu. Kree będzie występować. 

Kree  roześmiała  się  miękko  i  ten  wibrujący  dźwięk 

wzburzył krew Seba. 

 - Każdego  roku nakładam perukę  Olivii  Newton -  John i 

śpiewam  razem  z  Paulem  „Letnią  Noc".  To  przeszło  już  do 
tradycji - oznajmiła Kree. 

 - Ale nie ma już drugiej części tej tradycji - zauważył Seb. 
 - Ja mogę śpiewać z tobą - wykrzyknęła Torie. 
 - Ale nie w tym roku - odparli oboje zgodnym chórem. - 

Kree  wyprostowała  nogi  i  zsunęła  się  na  brzeg  łóżka, 
pociągając za sobą coś przezroczystego z czarnej koronki, co 
upadło  przy  jej  bosych  stopach.  Schyliła  się,  by  podnieść  a 
Seb stwierdził, że jest u progu wytrzymałości. 

 - Czas iść do domu - rzucił, odwracając się do Torie. 
 - Ale... 
 - Kree będzie cię miała na głowie cały tydzień, czy to nie 

dosyć? 

Jak mógł przewidzieć, Torie przewróciła oczami, wsunęła 

nogi w buty i podziękowała Kree za podkoszulki. 

 -  Będę  za  minutę,  dobrze?  -  powiedział  Seb,  otwierając 

drzwi przed Torie. Poczekał, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się 
za  córką,  i  wrócił  do  Kree.  -  Nie  powinnaś  dawać  jej  tych 
rzeczy. 

Kree z przewieszonymi przez ramię ubraniami zatrzymała 

się po drodze do garderoby. 

 -  Pożyczyłam  jej  kilka  podkoszulków  do  noszenia  w 

pracy. Czy jest w tym coś złego? 

Schyliła  się,  żeby  podnieść  zgubioną  po  drodze  część 

garderoby. 

 - Mam nadzieję, że nic takiego, jak to, co podniosłaś. 

background image

 -  Boże,  mam  nadzieję, że  nie. Większość  moich  klientek 

dostałaby ataku serca na taki widok! 

Bez wątpienia. I jego serce doznało lekkiego ataku. 
 - Czy to jest część twojej garderoby? - spytał, potrzebując 

potwierdzenia. 

Roześmiała się i zakręciła nią na palcu. 
 -  Naprawdę  myślisz,  że  mogłabym  pokazać  się  w  tym 

publicznie? 

Publicznie?  Miał  nadzieję, że  nie.  Ale  prywatnie?  Czemu 

nie, rozmarzył się. 

Jakby  odgadła  erotyczną  symbolikę  powstającą  w  jego 

mózgu,  bo  jej  roześmiane  usta  spoważniały.  Schowała  do 
szuflady trzymany w ręku drobiazg. 

 -  Czy  przygotowałeś  wszystkie  papiery  potrzebne  do 

wystąpienia o pożyczkę? - spytała, odwracając się, by zebrać 
więcej drobiazgów z łóżka. Do diabła, prawie zapomniał. 

 -  Jutro  możesz  pójść  i  przedyskutować  wszystko  - 

powiedział, wracając do rzeczywistości. Spojrzała na niego z 
przerażeniem w oczach. 

 - Wynikły jakieś problemy? 
 -  Nie,  nie  -  zapewnił  ją  pospiesznie.  -  Podanie  jest 

gotowe, możesz iść z nim do banku. 

 -  Naprawdę?  -  Podniosła  ramiona  do  góry,  a  jej  twarz 

rozjaśniła  się  uśmiechem.  -  Jestem  taka  szczęśliwa,  że 
mogłabym... - Skrzywiła się i szybko weszła do garderoby. 

Seb,  zbyt  zaintrygowany,  żeby  pominąć  to  milczeniem, 

poszedł za nią i obserwował, jak wiesza ubrania. Czerwone i 
śliskie, pasujące do czarnej koronki. 

 -  Nigdy  nie  słyszałem,  żebyś  przerywała  w  połowie 

zdania. Powiedz mi, Kree, co mogłabyś zrobić? 

Zesztywniała  momentalnie,  a  następnie  przesunęła 

wiszące ubrania na bok. 

background image

 -  Chciałam  powiedzieć,  że  mogłabym  cię  pocałować  z 

radości - szepnęła, odwracając się. 

Seb popatrzył na jej buntowniczą twarz, błyszczące oczy i 

ponętne usta, znajdujące się tylko kilka cali od jego. 

Po  chwili  jej  oczy  zwęziły  się  niebezpiecznie,  a  usta 

wykrzywił sardoniczny uśmiech. 

 - Jeśli, oczywiście, ty też masz ochotę mnie pocałować. 
Pożerał ja wzrokiem, jak robił to wcześniej. 
 -  Obydwoje  wiemy,  że  nie  możemy  do  tego  dopuścić  - 

powiedział  zdecydowanie.  Nie  chciał  czekać,  aż  jej  piękne, 
prowokujące  usta  zaczną  mówić.  Wyszedł  od  niej  ze 
świadomością  znakomitej  samokontroli.  Po  prostu  złożył 
cywilizowaną wizytę w jej sypialni, nic więcej. 

Mimo zwycięstwa odniesionego nad samym sobą nie czuł 

nawet odrobiny satysfakcji. 

Kiedy  następnego  popołudnia  Kree  podchodziła  do  drzwi 

Agencji  Heaslipa,  zmusiła  się  do  patrzenia  wyłącznie  przed 
siebie. Żadnych spojrzeń w okna. Musiała wyglądać fatalnie w 
roboczej sukience i z włosami w nieładzie. 

Zacisnęła  pięści,  żeby  pozbyć  się  skrępowania,  które 

występowało  zawsze,  gdy  miała  się  spotkać  z  tym 
człowiekiem. 

Poprzedniego wieczoru podrywała go. Co gorsza, wyszedł 

od  niej  wzburzony,  bez  żadnego  wyjaśnienia.  Nie  wiedziała, 
co  miał  na  myśli,  mówiąc,  że  nie  mogą  dopuścić  do 
pocałunku. Czy miał  na  myśli tylko  wczorajszy wieczór, czy 
w  ogóle  zdecydował,  że  już  nigdy  się  nie  pocałują?  Nic  nie 
wiedziała.  On  sam  też  się  zmieniał.  Raz  był  kpiący,  to  znów 
zrelaksowany, a momentami prawie łagodny. 

Zmienił  swój  stosunek  do  córki.  Jej  pomógł  w 

przygotowaniu  podania  o  pożyczkę.  Powinna  za  to  lubić 
Sebastiana.  Traktować  go  jak  przyjaciela,  a  nie  jak 
potencjalnego kochanka. 

background image

Przy  drzwiach  jego  biura  zatrzymała  się.  Musiała  wziąć 

się  w  garść.  Zapomnieć  o  frustrujących,  niedojrzałych 
myślach,  takich  jak:  czy  on  mnie  lubi,  czy  mnie  pocałuje. 
Musi skupić się na biznesie. Seb chciał przedyskutować z nią 
podanie  o  pożyczkę.  Potrzebowała  koncentracji...  ale  kiedy 
jego  głęboki  głos  przywitał  ją:  „Wejdź,  Kree",  wszystkie  jej 
myśli się rozpierzchły. 

Siedział  za  biurkiem  i  wyglądał  bardzo  oficjalnie.  Był 

oczywiście  w  garniturze  i  krawacie.  Kiedy  jednak  weszła  do 
pokoju  i  ich  oczy  się  spotkały,  nie  było  już  w  nich  niczego 
zimnego  i  oficjalnego.  Miała  ochotę  przebiec  przez  pokój  i 
przytulić się do niego. 

 - Cześć - ledwie wykrztusiła to słowo, a przecież powinna 

wejść  swobodnie  i  powiedzieć  -  „cześć  przystojniaku". 
Zamiast  tego  usiadła  na  krześle  dla  gości  i  utkwiła  oczy  w 
papierach leżących przed nim. 

 -  Powiedziałeś,  że  chcesz  przedyskutować  ze  mną 

podanie o pożyczkę... 

 -  Jest  gotowe.  Potrzebuje  tylko  twojego  podpisu.  - 

Przesunął papiery w jej stronę, przytrzymując palcem. 

Nie  patrz  mu  w  oczy.  Nie  patrz  na  jego  ręce,  powtarzała 

sobie w myślach. 

 -  Jeśli  jest  gotowe  do  podpisu,  to  dlaczego chcesz  o  tym 

dyskutować? 

 - Obawiam się, że możesz nie poradzić sobie z płaceniem 

zadłużenia i przygotowałem ci biznes - plan. 

 - Co przygotowałeś? 
Zaczął jej tłumaczyć. Słyszała, jak wymieniał słowa takie 

jak budżet, kontrola i monitoring. 

 - Przerwij na chwilę - poprosiła, podnosząc do góry rękę. 
 - Czy czegoś nie zrozumiałaś? 

background image

 -  Tak.  Nie  wyjaśniłeś  mi,  dlaczego  to  wszystko  zrobiłeś. 

Chciałam  tylko  podanie  o  pożyczkę.  Nie  potrzebuję  tego 
wszystkiego. 

 -  Przeciwnie,  potrzebujesz,  zapewniam  cię.  Po  roku 

będziesz w znacznie lepszej sytuacji finansowej. 

 - Ale ciebie tu nie będzie. Kto mi wtedy pomoże? 
 - Kree, to nie mnie dotyczy. To dotyczy... 
 -  Mnie.  Tak,  jestem  tego  świadoma.  -  Poczuła  nagle,  jak 

coś  wewnątrz  niej  pękło.  Może dlatego, że  powiedział to  tak 
cholernie  obojętnym  tonem,  podczas  gdy  przez  jej  ciało 
przepłynęła gorąca kropla paniki. Odsunęła skoroszyt i wstała. 
- Jako że nie wierzę w planowanie, wezmę tylko pożyczkę i to 
mi wystarczy. 

Ale kiedy sięgnęła po dokumenty, Seb chwycił ją za rękę. 
 - Czy ty nie reagujesz zbyt emocjonalnie? 
Tak.  Nie.  Chyba  tak,  przyznała  przed  sobą.  Usiadła  na 

powrót na krześle. 

 - Masz rację, przepraszam. Zachowałam się jak nieznośny 

bachor. 

 - Bachor? Powiedziałbym raczej, że zbyt impulsywnie. 
 -  No,  tak.  -  Skoncentrowała  się  na  planie  biznesowym 

oprawionym  w  czerwoną  błyszczącą  okładkę  i  próbowała 
zebrać myśli oraz znaleźć odpowiednie słowa, żeby wyjaśnić 
swą  nieadekwatną  reakcję.  -  Bardzo  dużo  pracowałam, 
urabiałam  sobie  ręce,  żeby  osiągnąć,  to  co  mam.  Dlatego 
reaguję tak impulsywnie. 

Spostrzegła, że na nią patrzy. 
 - Doszłam do tego wszystkiego sama i dlatego tak bardzo 

staram się trzymać obranej drogi. 

 -  Jeśli  to  znaczy  dla  ciebie  tak  wiele,  to  dlaczego 

dopuściłaś do takiego załamania finansów? 

 - Mówiłam ci, że konkurencja... 

background image

 -  To  jeden  z  powodów  -  przerwał  jej  Seb  z  brutalną 

szczerością.  -  Prawda  jest  taka,  że  zaniedbałaś  papierkową 
stronę prowadzenia salonu. 

 -  Ale  tylko  w  ostatnich  dniach,  bo  cały  czas  Tina 

prowadziła księgowość. 

 - Tina Dedini? Czy nie mówiłaś, że ona była fryzjerką? 
 -  Tak,  ale  pracowała  tylko  parę  godzin  dziennie  ze 

względu na dziecko, a księgowość mogła prowadzić w domu. 

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. 
 -  A  więc  płaciła  twoje  rachunki?  Załatwiała  wszystkie 

sprawy z bankiem? Wyliczała twoje dochody? Wierzyłaś jej? 

 -  Tina  jest  jedną  z  moich  najlepszych  przyjaciółek. 

Chodziłyśmy  razem  do  szkoły.  Była  ze  mną  w  dniu,  kiedy 
otwierałam  salon  i  zastępowała  mnie  zawsze,  kiedy  gdzieś 
wyjeżdżałam. 

Nawet 

wtedy, 

gdy 

wyjechałam 

kilkumiesięczną podróż. Tak. Wierzyłam jej. Bezgranicznie. 

 - Mimo iż wiedziałaś, że jej mąż jest hazardzistą? Kree z 

niedowierzaniem  patrzyła  na  niego,  oczekując,  że  zaraz  się 
roześmieje  ze  swego  żartu  i  że  tylko  udaje  powagę.  Ale  nie 
zrobił tego. To ona się zaśmiała. 

 - Człowieku, to jakaś paranoja! 
 -  Wolę  nazwać  to  ostrożnością.  Ja  również  wierzę  moim 

pracownikom, Kree, ale nie bezgranicznie. 

Obserwowała go, jak wychodzi zza biurka i siada na jego 

krawędzi. 

 - Nie lubię niepotrzebnego ryzyka - powiedział spokojnie. 
 - Ale nie możesz przewidzieć, że jakiś idiota wyskoczy do 

ciebie  z  pistoletem.  Nie  możesz  również  przewidzieć,  że 
najlepsza  twoja  klientka  otworzy  salon  konkurencyjny.  Są 
takie rzeczy, którym nie możesz zapobiec! 

 -  Ale  możesz  oszacować  ryzyko  i  przygotować  plan 

awaryjny. Możesz być na wszystko przygotowana. 

background image

 -  Powiedz  mi,  Seb,  kiedy  ostatni  raz  dałeś  się  ponieść 

impulsowi? 

Siedział  tuż  przy  niej,  a  jego  spojrzenie  ślizgało  się  z  jej 

oczu na usta. Poczuła ściskanie w żołądku. 

 - Och, nie - powiedziała z ironią w głosie. - Tamto się nie 

liczy!  Pocałowałeś  mnie,  ponieważ  cię  sprowokowałam.  ..  i 
ponieważ chciałeś zamknąć mi usta. To nie ma nic wspólnego 
z dzikim, szalonym impulsem. 

 - Czy to jest zaproszenie? - spytał. 
 - Tak, przyjdź jutro wieczorem na przyjęcie. Nie dlatego, 

że jest to korzystne dla interesów, tylko po prostu, żeby wypić 
drinka,  pobawić  się,  pośmiać  i  poznać  mieszkańców  tego 
miasteczka. Po prostu się zabawić. 

Patrzył  na  nią  bez  żadnej  reakcji,  dopóki  nie  podeszła  do 

drzwi. 

 -  Wobec  tego  zapomnij  o  wszystkim  -  powiedziała, 

wychodząc. 

Chwycił  papiery  z  biurka  i  szybko  podszedł  do  niej, 

wciskając je w jej ręce. 

 - Czy to ten plan? 
 - Tak. - Patrzył prosto w jej oczy. - Baw się dobrze jutro 

wieczorem, Kree. Baw się za nas dwoje. 

Seb  spędził  następne  dwadzieścia  cztery  godziny, 

przywołując  argumenty,  przemawiające  za  tym,  żeby  nie  iść 
na przyjęcie, a mimo to stał teraz na dziedzińcu hotelowym, w 
którym  się  ono  odbywało.  Trzymał  butelkę  piwa  i  udawał 
zainteresowanie  rozmową  trzech  miejscowych  bankierów. 
Najbardziej  lekkomyślną  rzeczą,  którą  zrobił  wcześniej,  była 
obserwacja  kobiety  w  czerwonej,  błyszczącej  sukni, 
regulującej  mikrofon  do  karaoke.  Sposób  jej  poruszania  się, 
trzymania  mikrofonu  oraz  słowa  piosenki  -  „pocałuj  mnie"  - 
powtarzane  wielokrotnie,  rozmarzyłyby  chyba  każdego 
mężczyznę.  Jak  tchórz  uciekł  na  dziedziniec.  Przez  otwarte 

background image

drzwi  słychać  było  śmiechy  i  głośną  muzykę.  Kiedy  Seb 
wszedł  do  sali  po  kolejne  piwo,  zobaczył  Kree  otoczoną 
wianuszkiem  adoratorów.  Jeden  z  nich  zaczął  mówić  jej  coś 
do ucha. Seb zdawał sobie sprawę z panującego w sali hałasu, 
ale tak bliski kontakt usta - ucho bardzo mu się nie podobał. 

Kiedy  po  chwili  znowu  ją  zobaczył,  śmiała  się  z 

odrzuconą do tyłu głową, eksponując długą, smukłą limę szyi. 
Seb  przeszedł  na  drugą  stronę  baru  i  wreszcie  ich  oczy  się 
spotkały.  Uniósł  do  góry  butelkę  piwa  w  niemym 
pozdrowieniu i dopiero wtedy podniósł ją do ust. Uśmiechnęła 
się do niego na znak zrozumienia. 

Po  chwili  ponownie  znikła  mu  z  oczu.  Skrzywił  się  z 

irytacji.  Zrobił  kilka  kroków  do  przodu  i  w  polu  widzenia 
zobaczył  znajomą  twarz.  Był  to  McTaggart,  który  odmówił 
mu  współpracy.  Stał  z  drugim  mężczyzną.  Rozmawiali, 
patrząc  na  niego.  Nie  miał  wątpliwości,  że  jest  tematem  ich 
rozmowy. 

Zignorował ich i wyruszył na poszukiwanie Kree. Znalazł 

ją  w  środku  najliczniejszej  grupy  uczestników  przyjęcia. 
Przedarł się do środka grupy i chwycił ją za ramię. Było nagie 
i gładkie jak atłas. Ciepłe. 

 -  Muszę  z  tobą  porozmawiać  -  powiedział.  Wziął  ją  za 

rękę i poprowadził w stronę wyjścia. Czuł, że lekko się opiera, 
ale nie zwracał na to uwagi. Trzymał cały czas jej rękę, dopóki 
nie zamknęły się za nimi drzwi. 

 - Co ty wyprawiasz? - spytała z irytacją. - Gdzie do diabła 

mnie prowadzisz, Sinclair? 

 - Tutaj - warknął. 
 - Ale dlaczego przyprowadziłeś mnie tutaj? 
 - Za twoją radą - powiedział całując ją w usta - Chciałem 

cię pocałować, Kree. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Kree  była  zupełnie  nieprzygotowana  na  ten  zmysłowy 

atak. Zamknęła oczy i oparta się o ścianę. 

 - Co ty robisz? Zwariowałeś? 
 - Chyba tak - wymruczał jej do ucha. - I chyba wiesz, że 

to twoja wina. 

 -  Niczego  takiego  nie  zrobiłam,  żeby...  -  ostatnie  słowo 

zamarło  jej  w  ustach,  kiedy  zaczaj  pieścić  jej  ucho.  Nagle 
otworzyły się drzwi i jakaś roześmiana para prawie wpadła na 
nich. 

 - Och przepraszam - mruknął Dean Mancini. 
 - Miło cię widzieć, Kree - z uśmiechem wyższości dodała 

jego towarzyszka, Shanelle Roddy. 

Kree  była  pewna,  że  jutro  będzie  opowiadała  swoim 

klientkom, że w mieście pojawił się nowy mężczyzna, a Kree 
O'Sullivan witała go bardzo gorąco. 

 -  Uważam,  że  nie  powinniśmy  tutaj  stać  -  stwierdziła 

Kree. 

 - To nie potrwa długo. 
 - O czym chciałeś porozmawiać? 
 - O tobie i twoim przyjacielu Taggu. 
 -  Tagg?  Właściwie  on  nie  jest  moim  przyjacielem.  Coś 

zabłysło w jego oczach. Irytacja? 

 - O czym tak dyskutowaliście? 
 - Czy to przesłuchanie? 
 - Nie, ale nie lubię, jeśli się mówi o mnie. 
 - Tagg słyszał, że wynająłeś ode mnie mieszkanie i chciał 

wiedzieć, o co chodzi. 

 - Myślał, że jest coś miedzy nami? 
No  to  już  jest  naprawdę  głupie  i  śmieszne  pytanie, 

pomyślała. 

 -  Ależ  nie.  Tagg  w  najmniejszym  stopniu  nie  jest 

zainteresowany  moim  życiem  osobistym.  Doszedł  do 

background image

wniosku,  że  wiem  coś  więcej  na  temat  ostatniej  plotki,  czyli 
wylania z pracy Paula. 

 - I powiedziałaś mu? 
 -  Co?  Że  podejrzewasz,  iż  Paul  i  Tina  wyjechali  do 

Południowej  Ameryki  i  spędzają  tam  czas,  wylegując  się  na 
plaży  za  pieniądze  Heaslipa,  a  może  również  i  za  moje?  - 
Westchnęła.  -  Nie.  Nic  nie  mówiłam  na  ten  temat. 
Powiedziałeś  mi,  żebym  trzymała  język  za  zębami.  To  jest 
nasz mały sekret, pamiętasz? 

 -  Czy  Tagg  powiedział  ci  także,  że  zaproponowałem  mu 

pracę? 

 - Powiedział. 
 - Jesteś rozczarowana? 
 - Nie. Nie chciałabym, żeby mój były pracował po drugiej 

stronie ulicy. 

 - Twój były? - spytał ze złym błyskiem w oczach. 
 - Dziwisz się, że był ktoś w moim życiu? 
 -  Dziwię  się,  że  jesteś  z  nim  w  takich  zażyłych 

stosunkach. 

Mówi  tak,  bo  dla  niego  skończyło  się  wszystko  wraz  z 

małżeństwem.  Nie  może  wyobrazić  sobie  innych  relacji,  jak 
tylko wrogość - skonstatowała w myśli. 

 - Tagg zawsze jest miły, kiedy czegoś potrzebuje. 
 - A ty wyglądałaś na bardzo zadowoloną z jego karesów. 
Kree  zacisnęła  pięści,  żeby  opanować  furię,  która  w  niej 

narastała. Podeszła do drzwi. 

 -  Jeśli  to  wszystko,  co  chciałeś  wiedzieć,  to  pozwól,  że 

wrócę na salę. 

Zastąpił jej drogę. 
 - Co wyprawisz? Utrudniasz mi wyjście. 
 - Nie zamierzasz odpowiedzieć na moje pytanie? 
 -  Na  twój  komentarz,  że  byłam  zadowolona  z 

towarzystwa  Tagga?  Nie  mogę  wprost  uwierzyć,  że  pytasz  o 

background image

to. Ale  jeśli chcesz  wiedzieć, to zachowywałam się  tak tylko 
wtedy,  kiedy  patrzyłeś  w  moim  kierunku.  Przyszedłeś  na 
przyjęcie i nawet nie podszedłeś do mnie. Chciałam ci zrobić 
na złość. A teraz pozwól mi wyjść. 

 - O, nie. Nie pozwolę, żebyś poszła i tańczyła z innymi - 

powiedział zduszonym głosem. 

Poczuła jego usta na szyi, a później odwrócił ją do siebie, 

przytulił i pocałował. 

 - Przyznaj Kree - wyszeptał - ty również pragniesz moich 

pocałunków. 

Nic nie odpowiedziała, tylko wtuliła się w jego ramiona. 
Kree  nigdy  nie  była  w  takiej  sytuacji  jak  obecna.  Seb 

Sinclair  pozbawił  ją  zdrowego  rozsądku  i  emocjonalnej 
stabilności. Najgorsze było to, że umocniła go w przekonaniu, 
iż  jest  łatwą  dziewczyną.  Impulsywną.  Lekkomyślną.  Z 
pewnością  będzie  izolował  od  niej  Torie.  Trudno.  Musi 
odzyskać  równowagę  i  udowodnić  mu,  że  nie  jest  taka.  Nie 
była  jednak  pewna,  czy  potrafi  to  urzeczywistnić.  Wiedziała 
tylko, że popełniła wielki błąd. 

W  sobotę,  następnego  dnia  po  tym,  jak  wykazała  się 

niebotyczną  głupotą,  zeszyt  z  nazwiskami  klientek 
umówionych  na  ostatnie  czesanie  przed  świętami  był 
zapełniony.  W  tej  chwili  robiła  trwałą  pani  Grayson,  a  palce 
miała zupełnie sztywne. Sześć razy zaczynała nakręcać włosy 
i sześć razy przerywała pracę, czynność, którą zawsze mogła 
wykonywać  z  zamkniętymi  oczami.  Nawet  we  śnie.  Głupia, 
głupia, głupia! 

 -  Wczorajsze  przyjęcie  było  wspaniale,  prawda,  moja 

droga? - pani Grayson mrugnęła znacząco. 

Kree  zmusiła  się,  żeby  spotkać  jej  spojrzenie  w  lustrze  i 

uśmiechnęła się. 

 - Zna mnie pani, zawsze o północy jestem w łóżku. 

background image

 -  Ale  czy  sama  poszłaś  do  łóżka?  -  ze  śmiechem  spytała 

Kristy Ballard, siedząca na sąsiednim fotelu. Wszystkie panie 
roześmiały  się,  a  Kree  na  chwilę  znów  znalazła  się  w 
ramionach Seba. 

Głupia, głupia, głupia! 
Nagle  zobaczyła,  że  jej  monumentalny  błąd  się 

zmaterializował.  Stał  przy  stole  recepcyjnym  i  jak  zwykle 
wyglądał chłodno i sztywno, natomiast ona... 

Pomimo  bezwładu,  który  obejmował  jej  ręce,  zdołała 

wpiąć  następny  klips,  zanim  usłyszała  zbliżające  się  kroki 
Mae - Lin. 

 - Ojciec Torie chce się z tobą widzieć. 
Ojciec  Torie? Oczywiście. Torie nie przyszła  dzisiaj rano 

do pracy. 

Ostrożnie  wpięła  we  włosy  klientki  następny  klips  i 

odłożyła pozostałe. 

 - Przepraszam panią bardzo, ale to potrwa tylko minutkę, 

naprawdę - powiedziała i poszła w stronę recepcji. 

Chodzi  mu  o  Torie,  wyjaśniła  swojemu  skręcającemu  się 

żołądkowi.  Bądź  uprzejma,  ostrzegała  siebie.  Uśmiechaj  się, 
instruowała. 

 -  W  czym  mogę  ci  pomóc?  -  spytała,  uśmiechając  się, 

niezdolna spojrzeć Sebowi w oczy. 

 - Muszę z tobą porozmawiać. 
Te  same  słowa,  co  wczorajszej  nocy,  zauważyła. 

Skrzywiła się i wskazała ręką salon. 

 - Spójrz. Naprawdę jestem bardzo zajęta. Doceniam to, że 

przyszedłeś  poinformować  mnie,  że  Torie  nie  będzie 
przychodziła.  Jest  mi  przykro,  ale  rozumiem,  że  zmieniłeś 
decyzję.  -  Próbowała  się  uśmiechnąć,  ale  usta  miała  drętwe, 
podobnie  jak  ręce.  -  Powiedz  jej,  że  bardzo  lubiłam,  jak  tu 
przychodziła. Powiedz jej... Powiedz jej, że zawsze będzie tu 
mile widziana. 

background image

Odwróciła  się,  żeby  odejść,  ale  Seb  chwycił  ja  za 

nadgarstek. 

 - Czy ty masz jakieś zdolności telepatyczne? 
 - Co? 
 - Skąd wiesz, że Torie wyjeżdża? - spytał wolno. Właśnie 

przed  chwilą  skończyliśmy  rozmowę  na  ten  temat  i  gdyby 
Torie  nie  szlochała  teraz  w poduszkę, to  przyszłaby sama  do 
ciebie, żeby ci o tym powiedzieć i przeprosić za kłopot. 

 - To jest nie to, co ja... - odetchnęła głęboko. - To znaczy, 

że Torie jedzie do matki? 

 - Tak. 
 -  Znowu  jesteśmy  poirytowani  -  stwierdził  Seb.  - 

Chciałem jednak z tobą porozmawiać. 

 -  Chcesz  ze  mną  porozmawiać?  Teraz?  Zobaczyła,  że 

dwie klientki, siedzące na sofie, przyglądają się im ciekawie. 

 - Muszę z tobą porozmawiać. Prywatnie. 
 - To proszę, dołącz do kolejki. 
Wskazała  oczekujące  klientki,  ale  nie  zwrócił  na  nie 

uwagi. W jego oczach widziała zdecydowanie. 

 - To ważne, Kree. 
Ostrzegawczy dzwonek odezwał się w jej mózgu. Jej salon 

musi działać jeszcze długo po tym, jak Seb wyjedzie z miasta. 

 - Muszę zrobić płukankę. To jest również ważne, Seb. 
Kiedy  pozwolił  jej  odejść,  odetchnęła  z  ulgą...  Za 

wcześnie. Zobaczyła, że przegląda kartkę po kartce w zeszycie 
z zamówionymi spotkaniami. 

 - Co robisz? 
 -  Dołączam  się  do  kolejki,  jeśli  muszę  mieć  umówione 

spotkanie,  żeby  z  tobą  porozmawiać.  Chcę  to  właśnie  to 
zrobić. 

 -  Jestem  zajęta  cały  dzień.  -  Zabrała  mu  zeszyt.  - 

Wszystkie godziny mam zajęte, aż do wieczora. 

background image

Przez  moment  patrzył  na  nią,  a  w  jego  oczach  było  coś 

łagodnego i zmysłowego. 

 - Wierzę ci. 
Żwawym krokiem i z uśmiechem na ustach Kree podeszła 

do klientki. 

Po  kilku  minutach  spojrzała  w  stronę  recepcji.  Z 

mieszaniną ulgi i rozczarowania stwierdziła, że Seb wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Chociaż  Seb  nie  znalazł  wolnego  miejsca  w  zeszycie 

wizyt,  to  zapamiętał,  o  której  godzinie  wychodzi  ostatnia 
klientka.  Wczesnym  popołudniem  wrócił  do  „Hair  Today"  i 
czekał, dopóki zostaną tylko Kree i  jego  córka. Kilka godzin 
wcześniej  wysłał  do  salonu  dąsającą  się  Torie,  a  teraz 
obserwował  ją,  jak  sprząta  i  śpiewa  przy  akompaniamencie 
radia,  używając  szczotki  jako  mikrofonu.  Co  jakiś  czas 
zderzały  się  z  Kree  biodrami  i  wtedy  zaśmiewały  się 
beztrosko. 

„Daję  im  to,  czego  same  nie  wiedzą,  że  chcą", 

przypomniał sobie słowa Kree. 

Poczuł dziwne szarpnięcie w piersiach. Mógł to być wynik 

ostatniej  rozmowy  telefonicznej  z  Claire.  Torie  nie  chciała 
jechać  z  matką  i  zbyt  energicznie  zaprotestowała.  Seb  jej 
współczuł.  Chciałby,  żeby  spędziła  kilka  tygodni  z  Kree, 
wchłaniając i ucząc się optymistycznej postawy wobec życia. 
Z  drugiej  strony  uważał,  że  powinna  również  spędzić  trochę 
czasu  z  matką.  Poza  tym  dwutygodniowy  pobyt  w  Londynie 
był wielką okazją dla Torie. Bilety były już kupione i wylot z 
Sydney był zaplanowany na poniedziałek. 

Czy rzeczywiście był przekonany, że wyjazd do Londynu 

to  taka  dobra  dla  niej  rzecz?  A  może  podświadomie  chciał 
zostać  sam,  żeby  poddać  się  dotykowi  magicznych  dłoni 
Kree? 

Kree  jakby  wyczuła  jego  myśli  albo  poczuła  ich  ciepło, 

ponieważ odwróciła się nagle. Natychmiast cała zesztywniała, 
a uśmiech zamarł na jej pełnych wargach. Nienawidziła swych 
reakcji na jego widok. 

 - Skończyłaś, Torie? - spytał Seb, nie spuszczając oczu z 

twarzy Kree. 

 -  Torie,  możesz  już  iść  do  domu  -  powiedziała  Kree  do 

dziewczynki. 

background image

 - Skończ pakowanie, Torie. Niedługo wrócę. Seb obszedł 

dookoła biurko i podszedł do niej. 

 - Mówiłem ci, że muszę z tobą porozmawiać. 
 -  Torie  powiedziała  mi,  że  dzwoniła  Claire.  Biedne 

dziecko. Nie była szczęśliwa z takiego rozwiązania, ale myślę, 
że ją przekonałam, wykazując wyższość zakupów w Londynie 
nad prozaicznym zamiataniem. 

 -  Jestem  pewien,  że  zrobiłaś  dobrze,  ale  to  nie  jest  to,  o 

czym chciałem z tobą rozmawiać. Chcę porozmawiać o nas. 

 -  O  nas?  Jeśli  masz  na  myśli,  to,  co  się  stało  ostatniego 

wieczora, to zapomnij o tym. 

Odeszła od niego i zajęła się ponownie sprzątaniem. 
 - Nie prowokuj mnie, Kree. Obydwoje wiemy, że musimy 

porozmawiać. 

Przerwała pracę i odwróciła się do niego. 
 - Dobrze. Jeśli nie chcesz być prowokowany, to sobie idź. 

Nie chcę rozmawiać o nas. A szczególnie nie chcę rozmawiać 
o ostatnim wieczorze. 

 - Nie możesz udawać, że nic się nie wydarzyło. 
 -  Niczego  nie  udaję  i  niczego  nie  zapomniałam,  ale  nie 

widzę potrzeby, żeby to roztrząsać. 

 -  Chciałem  cię  przeprosić  za  to,  że  straciłem  nad  sobą 

kontrolę. 

 - Naprawdę? 
 - Czy cię zraniłem? 
 - Nie, Seb. - W oczach jej widać było zniecierpliwienie. - 

Spytałeś  mnie,  a  ja  odpowiedziałam  na  to  pytanie.  Nie,  nie 
zraniłeś mnie, nie i jeszcze raz nie. 

 -  Mimo  wszystko  musimy  porozmawiać  -  powiedział, 

patrząc na jej ręce w gumowych rękawicach. - Po raz pierwszy 
od piętnastu lat nie zastosowałem żadnego zabezpieczenia. 

Uniosła głowę i napotkała jego wzrok. 
 - Torie? - spytała załamującym się głosem. 

background image

 -  Tak,  Torie,  chociaż  nie  wiedziałem  o  tym  przez 

dziewięć lat. 

 - Jak to? 
Nie  miał  zamiaru  dzielić  się  tym  faktem  teraz  z  tą 

kobietą...  Chociaż  może  powinna  wiedzieć,  dlaczego  był  tak 
przejęty  tym,  co  się  miedzy  nimi  stało.  Może  powinna 
wiedzieć, jakie mogą być konsekwencje utraty samokontroli. 

 - Nie wiedziałeś o niej tak długo? 
Seb skinął głową i przeszedł kilka kroków, żeby usiąść na 

sofie. 

 - Nie znałem również Claire. 
Kree otworzyła usta, by po chwili je zamknąć. 
 - Jesteś zaszokowana, Kree? - spytał łagodnie. - Nawet po 

tym, co wydarzyło się wczoraj? 

 - Nie. Jestem... 
 - Wtedy również spotkaliśmy się na przyjęciu. 
 -  Owoc  jednej  nocy  -  wymruczała  i  bezsilnie  opadła  na 

sofę. 

 -  Nawet  nie  tyle  -  powiedział  z  brutalną  szczerością.  - 

Wystarczyło  kilka  minut.  A  później,  po  dziewięciu  latach, 
telefon. 

 - Ale dlaczego? Mam na myśli, dlaczego Claire nawiązała 

z tobą kontakt po tak długim czasie? 

 -  Bo  jej  mąż  dowiedział  się,  że  nie  jest  ojcem  Torie  i 

odszedł od nich. Claire nigdy nie lubiła być bez mężczyzny i 
pieniędzy, więc wytropiła mnie. 

 - Czy uważasz to za błąd? 
 - Nie, ponieważ dzięki temu mam Torie. 
 -  Czy  dlatego  przyjechałeś  do  Australii?  Po  telefonie 

Claire, kiedy powiedziała ci o Torie? 

 - Tak. 
 - 

Musiała 

to  być  dla  ciebie  trudna  decyzja. 

Przeprowadzka na drugą stronę świata... 

background image

 -  Nie  było  o  czym  decydować  -  powiedział  wzruszając 

ramionami. - Miałem córkę. 

 - I ożeniłeś się z Claire? 
 - Tak. Zrobiłem to dla Torie. 
Czuł,  że  Kree  mu  się  przygląda  i  zastanawia  nad 

usłyszanymi  informacjami.  Była  bardzo  poważna.  Nigdy  jej 
takiej nie widział. 

 - Sądzę, że było to również trudne dla Torie. Dowiedziała 

się, że ma innego ojca. Musiała cię zaakceptować, ale byłoby 
to dla niej jeszcze trudniejsze, gdyby spotykała się z tobą tylko 
okazjonalnie.  Nie  mówiąc  o  tym,  jak  skomplikowane  byłyby 
te kontakty, gdybyś mieszkał w Anglii. 

 - Dlatego ożeniłem się Claire, bo inaczej mógłbym stracić 

córkę, którą dopiero co znalazłem. 

 - Czy to małżeństwo było okropne? 
 - O ile się orientuję, to znasz Claire. 
Kree  uniosła  brwi,  zdziwiona,  że  powiedział  to  takim 

suchym tonem. 

 - Obawiam się, że moja opinia może nie być obiektywna. 
 - Dlaczego? 
 -  Bo  to  wszystko  związane  jest  z  okresem,  kiedy  się  tu 

przeprowadziłam  i  kiedy  byłam  tą  nową...  lepiej  pozostańmy 
przy tym, że Claire mnie nie lubiła. 

 - Czepiała się ciebie? 
 -  Trochę.  Później  czepiała  się  mojego  brata.  Jest  wiele 

złej krwi pomiędzy jej byłym mężem i O'Sullivanami. 

 - A ty przychodzisz z pomocą Torie. 
 -  Jak  mogłoby  być  inaczej.  Torie  jest  wspaniałym 

dzieckiem.  -  Serdeczny  uśmiech  zagościł  na  jej  twarzy.  - 
Zupełnie nie jest podobna do swojej matki. 

 - Wszyscy próbujemy walczyć z genami. 
 -  Ty  też?  -  spytała.  Ale  kiedy  powrócił  mu  na  twarz 

smutny uśmiech, ona również posmutniała, co nie uszło uwagi 

background image

Seba.  Jasny  błękit  jej  oczu  zasnuła  mgiełka  smutku.  Można 
było zgubić się w tej mglistej głębinie. 

Z  jakimi  obciążeniami  genetycznymi  walczysz,  Kree? 

pytał ją w myślach. Jakich blizn dorobiłaś się w wyniku walki, 
by zaistnieć w nieprzyjaznym środowisku? 

Zbeształ  się  w  duchu  za  zagłębianie  się  w  tak  zdradliwe 

otchłanie ludzkiej duszy. Musiał za wszelką cenę nakierować 
rozmowę na prawidłowe tory, bo dochodzili do sedna sprawy 
bardzo  okrężną  drogą.  Musi  wrócić  do  rozmowy  o 
prawdopodobnych konsekwencjach ostatniej nocy. 

 - 

walce 

moimi 

genami 

nauczyłem 

się 

odpowiedzialności za swoje czyny. 

Nie  potrzebował  wskazywać  jej  znaków  drogowych,  by 

udowodnić,  że  idą  złą  drogą.  Było  dla  niej  całkiem  jasne, że 
to, co mówi, nie odnosi się do Torie lub Claire. Uśmiechnęła 
się. 

 -  Nie  musisz  czuć  się  odpowiedzialny  za  wydarzenia 

ostatniego wieczoru. Byłam ich równoprawnym uczestnikiem. 

 - A jeśli jesteś w ciąży? 
 - To nie jest możliwe. 
 - Ale jeśli tak się stało? 
 -  Nie  mogło  się  to  stać.  Ani  po  ostatniej  nocy,  ani  w 

ogóle. W porządku? - Ich spojrzenia spotkały się. 

Oczy  Kree  patrzyły  z  taką  samą  intensywnością,  z  jaką 

powtórzyła pytanie. - W porządku? 

 -  Nie,  to  nie  jest  w  porządku  -  oznajmił  Seb,  zaciskając 

szczęki.  -  Chcę  wiedzieć,  Kree.  Przecież  to  również  moja 
sprawa. 

 -  To  takie  babskie  problemy  -  powiedziała  z 

nieprzyjemnym  uśmiechem  na  twarzy.  -  Uważam,  że  nie 
potrzebujesz  znać  szczegółów.  Wystarczy,  że  powiem  ci,  iż 
nawet  gdybym  chciała  zajść  w  ciążę  i  robiła  wszystko,  by 
osiągnąć ten cel, łącznie ze stawaniem na głowie, to i tak bym 

background image

nie mogła. Nie ma więc najmniejszej szansy na to, że tej nocy 
coś się zmieniło. Nic się nie zmieniło. 

 - To nie skończyło się na tej jednej nocy, kochanie. 
Ta  niespodziewana  odpowiedź  wstrząsnęła  nią.  Poczuła 

się  tak  słaba,  że  nie  byłaby  w  stanie  podnieść  się  z  sofy. 
Zacisnęła palce na poduszce. 

 -  Rozumiem,  że  „kochanie"  to  dla  ciebie  słowo 

pozbawione głębszego znaczenia. A teraz pozwolisz, że wrócę 
do pracy, bo inaczej nigdy nie skończę tego sprzątania. 

 -  Nie  teraz  -  powiedział  wolno,  poważnym  tonem.  -  Czy 

ty  naprawdę  myślisz,  że  z  nami  koniec?  Że  teraz  wstanę  i 
odejdę sobie? 

 - Tak to widzę - powiedziała. 
Jesteś  straszną  kłamczuchą,  Kree  O'Sullivan,  pomyślał 

Seb. 

Wolno  odwróciła  głowę  i  napotkała  jego  uważne 

spojrzenie.  Zniewalające,  pomyślała  i  serce  zaczęło  jej  bić  z 
opętańczą siłą. Czuła, jak obija się o żebra. Patrzyła na niego, 
kiedy podniósł rękę i odgarnął jej włosy z czoła. 

Kree  z  trudnością  przełknęła  ślinę.  Wróciły  do  niej 

wspomnienia  parnej  nocy.  Namiętność,  wygłodniałe  usta  i 
wilgotne pocałunki. 

 -  Nie  chcę,  żeby  to  się  skończyło,  Kree  -  powiedział 

wolno, patrząc na nią z uwagą. - A ty chcesz? 

Pokręciła przecząco głową. 
 - Przyjedź więc do mnie do Sydney. 
Przez  chwilę  myślała,  że  się  przesłyszała,  potem,  że  w 

roztargnieniu  jego  usta  wypowiedziały  te  słowa.  Wypuściła 
głośno powietrze z płuc. 

 - Pojechać do Sydney? Z tobą? Żartujesz sobie? - Ale na 

jego  twarzy  nie  było  śladu  uśmiechu.  Przeciwnie,  w  oczach 
miał powagę i zdecydowanie. Zamierzał wyjechać z Plenty za 
godzinę lub dwie, ponieważ Torie musiała wrócić do domu w 

background image

Sydney,  żeby  się  spakować.  Kiedy  Torie  wyjedzie,  będzie 
sam.  Oczy  mu błyszczały  i  wyrażały  coś, ale  Kree  była  zbyt 
oszołomiona,  żeby  to  zidentyfikować.  Chciał  ją  mieć  przez 
pięć  dni,  dopóki  nie  poleci  do  Londynu.  Tam,  skąd  przybył, 
pomyślała.  Potrząsnęła  głową.  Rana  w  jej  sercu  jeszcze 
bardziej  krwawiła.  -  Lecisz  do  Anglii,  bo  nie  wszystko 
ustaliłeś z Claire i z tym... jak mu tam, lordem Barnacle? 

 -  Barnaby  -  poprawił  ją.  -  Niezupełnie.  Wiem,  że  Torie 

będzie  bezpieczna  i  otrzyma  odpowiednią  opiekę.  Muszę 
jednak  sprawdzić,  czy  będzie  tam  szczęśliwa.  I,  jak  wiesz, 
rzadko  mam  okazję  dostarczenia  jej  jakichś  rozrywek.  - 
Zacisnął  usta.  -  Muszę  również  odwiedzić  rodzinę.  Torie  już 
dwa lata nie widziała się z dziadkami. Potem wrócę z nią do 
Australii. 

Rodzina.  Bliscy  tego  człowieka,  których  nie  brała  pod 

uwagę. 

 - A co będzie z twoim biznesem i Heaslipem? 
 -  Poradzą  sobie.  Sprawy  będą  się  toczyły  według 

ustalonego  schematu,  dopóki  nie  zostanie  zatrudniony  nowy 
dyrektor. Nie jest to dobra pora roku, ale spotkania biznesowe 
zaplanowane są na drugi tydzień stycznia. 

 - To znaczy, jak wrócisz? 
 - Tak. 
A  po  zatrudnieniu  nowego  dyrektora  wyjedzie  z  Plenty. 

Świadomość tego faktu wzburzyła Kree. 

 -  Przyrzekłam  już  bratu  i  Julii,  że  spędzę  z  nimi  święta. 

To nasza rodzinna tradycja. 

 - Nie myślałem, że przywiązujesz wagę do tradycji, Kree. 
 -  Może  kiedyś nie, ale  teraz  jest  malutka  Bridie  -  Wyraz 

jej twarzy złagodniał. 

 - Ona nie będzie za tobą tęsknić. 
 - Prawdopodobnie nie, ale ja lubię marzyć. - Uśmiechnęła 

się.  Seb  patrzył  na  nią  swoimi  ciemnymi  oczami,  z  których 

background image

widziała czułość. Nie, to niemożliwe, pomyślała. To przecież 
Seb Sinclair. 

 - A ty, Seb, będziesz za mną tęsknił? 
W  jego  oczach  zamigotało  ciepło.  Jesteś  głupia,  zganiła 

się  w  myślach.  Jemu  chodzi  wyłącznie  o  seks.  Czego  więcej 
oczekuje mężczyzna od tak łatwej dziewczyny jak ja? Głupia, 
głupia, głupia. 

 -  Czy  jest  coś,  co  by  mogło  zmienić  twoją  decyzję?  - 

spytał miękko. 

Serce  jej  zamarto.  Tak,  zastanowiła  się.  Jest  coś  takiego, 

ale  czy  on  o  tym  wie?  Nie,  nie  może  z  nim  pojechać.  Nie 
może  słuchać  głosu  serca.  Tak  trudno  podjąć  decyzję. 
Podobnie, jak w filmie „Pretty Woman". 

 -  Uważam  -  zaczęła  drżącym  głosem  -  uważam,  że  zbyt 

się różnimy i nie ma między nami niczego. 

 - To znaczy, że ostatnia noc była niczym? 
 -  Ostatnia  noc  była  zdumiewająca,  wyjątkowa,  nigdy 

jeszcze nie doświadczyłam czegoś takiego. To moja śmiałość 
doprowadziła cię do wariacji i próbowałeś dostosować się do 
mnie. 

Spojrzał na nią i potrząsnął głową. 
 -  Jesteś  najbardziej  nieznośną  kobietą,  jaką  do  tej  pory 

spotkałem. 

 -  A  mimo  to  chcesz,  żebym  przyjechała  do  Sydney?  Do 

twojego domu? 

 - Tak. 
 -  Mówisz  tak,  żeby  mnie  namówić  do  przyjazdu. 

Powiedzmy,  że  przyjadę  i  zatrzymam  się  w  twoim  domu  w 
Cremorne lub Vaucluse lub... 

 - W Seaforth. Tam mieszkam. 
Zamrugała  oczami.  Czy  naśmiewa  się  z  niej?  Czy 

rzeczywiście tam mieszka? To pewnie taka poza. Mieszkanie 
w dzielnicy portowej. 

background image

 -  Jeśli  spędzę  u  ciebie  jedną  noc  lub  kilka,  to  wtedy  nie 

będziesz przepraszał, że straciłeś samokontrolę? 

 - Kree! 
 - Tylko pytam. 
 -  Prowokujesz  mnie.  Drażnisz.  Prawie  już  wyję  do 

księżyca. Doprowadzasz mnie do obłędu i nic nie mogę na to 
poradzić. Chcę być z tobą. Pragnę być z tobą dłużej niż jedną 
noc. 

Więcej  seksu?  Oczywiście.  Przez  moment  serce  jej 

podskoczyło  w  dzikiej  nadziei,  ale  zaraz  powróciło  na  swoje 
miejsce. 

 -  Tylko  że  ja  nie  będę  pasowała  do  twojej  posiadłości. 

Pocałował ją. Pocałunek był szybki i mocny. 

 -  Czy już  ci  mówiłem,  że  jesteś  najbardziej  prowokującą 

kobietą i że nigdy takiej jeszcze nie spotkałem? 

 -  A  czy  ja  ci  mówiłam,  że  używasz  zbyt  wiele  wielkich 

słów? 

Długi czas patrzył na nią tak jak nigdy dotąd. 
 - Zadzwonię do ciebie - powiedział w końcu. 
 -  Nie  ma  potrzeby.  Nie  pojadę  do  Sydney.  Nie  zostawię 

rodziny, a poza tym mam kota pod opieką. 

Kree  nie  mogła  skoncentrować  się  na  sprzątaniu.  Targały 

nią  sprzeczne  emocje.  Propozycja  Seba  była  kusząca,  a  ona 
wariowała na jego punkcie. Nie mogła jednak dopuścić, by ten 
stan  jeszcze  bardziej  się  pogłębił.  Chwyciła  telefon  i 
wyłączyła  go.  Nie  chciała,  by  Seb  miał  możliwość  dalszego 
namawiania jej na wyjazd. Powiedział przecież, że zadzwoni. 
Zabrała się ponownie do sprzątania, ale po chwili przerwała i 
włączyła telefon. Wybrała numer Julii. 

 -  Och,  proszę,  odezwij  się.  Tak  bardzo  potrzebuję 

rozmowy z tobą - szeptała. 

background image

Kiedy  włączyła  się  sekretarka,  Kree  zaklęła  i  kopnęła  ze 

złością  biurko, uderzając  się  boleśnie  w  duży  palec  u  nogi. - 
Julio, to ja. Bądź później w domu, proszę. Muszę... 

 -  Nie  powinnaś  nagrywać  takich  słów  na  sekretarce  - 

odezwał się cierpki głos Zane'a. - W tym domu są dzieci. 

Kree  zamknęła  oczy  i  usta,  powstrzymując  się  przed 

wypowiedzeniem jeszcze jednego brzydkiego słowa. 

 -  Rozumiem,  że  to  ty  reprezentujesz  dzieci,  a  czy  jest 

jakaś dorosła osoba w domu? 

 - Osoba dorosła pływa. Powiem jej, że dzwoniłaś. 
 -  Zapomnisz,  jak  zwykle.  Złapię  ją  na  basenie.  I  proszę 

cię  skasuj  to,  co  mówiłam.  Nie  chcę,  żebyś  ty  lub  Bridie 
nauczyli  się  brzydkich  wyrazów.  -  Rozłączyła  się,  słysząc 
śmiech w słuchawce. Wepchnęła telefon do kieszeni i w tym 
momencie  usłyszała  sygnał.  Spojrzała  na  wyświetlacz  i 
odczytała adres, pod którym przyjmują koty na przechowanie. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
 - Jesteś pewna, że zapakowałaś wszystko? -  spytał Seb z 

nutką sarkazmu w głosie. Torie pakowała się niebywale długo, 
a  potem  wbiegała  jeszcze  trzy  razy  na  górę,  żeby  coś 
sprawdzić  i  mruczała  do  siebie.  Seb  cierpliwie  znosił 
trzaskanie  drzwiami  i  biegającą  Torie.  Za  każdym 
trzaśnięciem  odczuwał  skurcze  żołądka,  czego  szczerze 
nienawidził.  Wiedział,  że  była  to  z  jej  strony  gra  na  zwłokę. 
Czekała,  że  może  coś  się  wydarzy,  co  przeszkodzi  jej  w 
wyjeździe. 

Na  szczęście  byli  już  w  samochodzie.  Seb  niecierpliwie 

przesunął fotel i usiadł na miejscu kierowcy. 

Spójrz  prawdzie  w  oczy,  myślał.  Nie  masz  pewności,  że 

zobaczysz Kree z walizką w ręku. Ma jeszcze dwa dni pracy 
przed przerwą świąteczną. 

 -  Chodź  już,  Torie.  Wsiadaj  do  samochodu.  Jeśli  czegoś 

zapomniałaś, to znajdziesz po powrocie. 

W końcu Torie ostatecznie zatrzasnęła drzwi. 
 -  Nie  wiem,  dlaczego  tak  gderasz  na  temat  wyjazdu  - 

powiedziała. 

 -  Czy  mam  ci  przypomnieć,  co  powiedziałaś  pierwszego 

dnia, kiedy tu przyjechaliśmy? - Seb zapalił silnik i wyjechał z 
garażu, ale nie uszło jego uwagi, że Torie zrobiła minę. Wolał 
takie  przekomarzanie  się,  niż  ponure  milczenie.  Skierował 
samochód na ulicę i w momencie gdy zmieniał biegi, usłyszał 
sygnał  swojego  telefonu  komórkowego.  Chwycił  go,  zanim 
zdążyła  zrobić  to  Torie.  Był  to  SMS.  Uśmiechnął  się,  zanim 
zaczął czytać. 

„Gizmo niepewna co do wyżywienia. Chce znać menu". 
Druga wiadomość przyszła z tego samego źródła. 
„Czy  personel  nosi  szorty?"  Seb  roześmiał  się.  Ogarnęła 

go  niecierpliwość.  Znowu  z  nim  grała,  kpiła.  Może  jednak 
zmieni decyzję, pomyślał z nadzieją. 

background image

 - Cóż to tak cię śmieszy? - spytała Torie. 
 -  To  sprawa  prywatna.  -  Czuł,  że  patrzy  na  niego  z 

zainteresowaniem. 

 - Nie wiedziałam, że masz prywatne życie. 
 -  Są  pewne  rzeczy,  których  nie  potrzebujesz  wiedzieć  - 

wymruczał, pisząc odpowiedź. 

 -  Miło  patrzeć  na  ciebie,  jak  się  uśmiechasz  -  dodała 

Torie. 

Spojrzał na nią. 
 - Myślisz, że powinienem mieć więcej przyjemności? 
 - To by ci nie zaszkodziło. 
No  właśnie.  A  wszystko,  czego  potrzebował,  to 

współpraca z najbardziej nie chcącą współpracy kobietą, jaką 
kiedykolwiek  spotkał.  Telefon  zawibrował  mu  w  ręku, 
wysyłając  niecierpliwy  impuls.  Nie  spojrzał  nawet  na 
wyświetlacz, tylko z uśmiechem przyłożył aparat do ucha. 

 - Michael? - zdziwił się. - Chyba nie pracujesz w sobotnie 

popołudnie? 

 - Chciałem przed wyjazdem skończyć  sprawdzanie  stanu 

finansów agencji Heaslipa. 

W  umyśle  Seba  włączył  się  natychmiast  dzwonek 

alarmowy. 

 - Coś znalazłeś? 
 - Niewielkie braki w gotówce, ale nie ma dowodów, żeby 

wnieść  sprawę  do  sądu.  Czy  chcesz  dalej  sprawdzać 
dokumenty z „Hair Today"? 

Seb  zmarszczył  brwi.  To,  że  Dedini  tak  szybko  opuścił 

miasto,  ciągle  go  niepokoiło.  Co  prawda,  Kree  prosiła  go, 
żeby  trzymał  się  z  dala  od  jej  biznesu,  ale  on  uważał,  że 
potrzebuje  pomocy,  czy  chce  jej,  czy  nie.  Nieważne,  czy 
podziękuje mu za to, czy nie. 

 - Szefie? 
Seb zdecydował się. 

background image

 - Sprawdź. To nie powinno zająć wiele czasu, ale wątpię, 

czy znajdziesz jakiś ślad. Jest bardziej prawdopodobne, że po 
prostu  podbierano  pieniądze  z  kasy.  Liza  ma  te  dokumenty, 
ale będzie dopiero po przerwie świątecznej. Baw się dobrze w 
czasie urlopu. 

 - Ty także, szefie. 
 - Mam taki zamiar. 
 -  Dość  tej  kary  -  wysapała  Kree,  kończąc  czwarte 

okrążenie  basenu.  Miała  jeszcze  dość  energii,  żeby  wyjść  z 
wody i położyć się na gorącym cemencie. Zwariowane myśli 
o wyjeździe do Sydney nie opuszczały jej ani na chwilę. 

Julia leżała na ręczniku, ale oczy miała otwarte. Patrzyła z 

uwagą na szyję Kree. 

 -  Czy  coś  się  stało,  że  taką  karę  sobie  zadajesz?  Kree 

spojrzała na nią i westchnęła. 

 -  Tak.  I  chciałabym,  żeby  była  to  tylko  kwestia 

pocałunku. 

 - A więc, to Seb zrobił ci to ostatniej nocy po przyjęciu? 
 - Nie tylko to. 
 -  Och  -  w  tym  krótkim  słowie  Julia  zawarła 

niewiarygodną ilość treści. - To źle - powiedziała w końcu. 

 -  I  źle...  i  dobrze  -  Kree  wypuściła  głośno  powietrze, 

jakby  razem  z  nim  mogła  się  pozbyć  pamięci  o  tym  dobrym 
oraz  zakłopotania  i  frustracji,  związanych  ze  złą  stroną  tego 
zdarzenia.  -  Prosił  mnie,  żebym  przyjechała  do  Sydney,  do 
jego  domu.  Chce,  byśmy  razem  spędzili  święta  Bożego 
Narodzenia. 

 -  To  brzmi  całkiem  nieźle  -  stwierdziła  Julia  ze 

zmarszczonym czołem. 

 -  Nie  jestem  pewna.  Początkowo  nie  mogłam  w  to 

uwierzyć.  Seb  chyba  uważa,  że  jestem  zupełnie  inna,  niż 
faktycznie  jestem.  Wcześniej  przekonywałam  go,  że 

background image

potrzebuje  więcej  przyjemności  w  życiu.  -  Roześmiała  się.  - 
Widać, że posłuchał mojej rady. 

 - A może jest odwrotnie. Seb chce spędzić z tobą ten czas, 

by właśnie się dowiedzieć, jaka jesteś w rzeczywistości. 

 - Jestem pewna, że chce spędzić ten czas w łóżku. 
 -  Wiele  rozmów  prowadzi  się  w  łóżku.  Kree  wzniosła 

oczy ku niebu. 

 -  Dopadło  cię,  Kree.  -  Julia  patrzyła  na  nią  badawczo.  - 

Lubisz tego mężczyznę. Czy nie mam racji? 

 -  Myślę,  że  mogłabym  go  polubić  -  Kree  sprostowała. 

Wiedziała,  że  mogłaby.  Miał  dobry  stosunek  do  Torie.  Jej 
wygłodniałe  macierzyństwa  serce  akceptowało  to  z  całej 
duszy. Bezwiednie szarpała palcami ręcznik, na którym leżała 
Julia.  -  Ale  bardzo  się  różnimy  -  ciągnęła.  -  Nie  tylko 
temperamentami. Mam na myśli styl życia. Możesz uwierzyć, 
że  on  mieszka  w  Seaforth?  A  jego  rodzina  w  Anglii  to 
prawdopodobnie  lord  i  lady  Rollinginloot.  Mieszkają  w 
posiadłości  ze  stajniami  i  służącymi.  -  Przerwała.  Po  chwili 
powiedziała: - Nie powinnam z nim spać. 

 - Ale już to zrobiłaś. Dlaczego? 
 - To była tylko chemia, bo w ogóle to znajdujemy się na 

przeciwległych  krańcach.  Ocieramy  się  o  siebie,  ale  idziemy 
innymi  drogami.  Powiedział  mi,  że  go  doprowadzam  do 
szaleństwa. 

Julia się uśmiechnęła. 
 - To nie jest nic dobrego, Julio. 
 -  Kto  tak  powiedział?  -  Oczy  przyjaciółki  pozostały 

poważne. Julia podniosła się i położyła rękę na ramieniu Kree. 
-  Masz  zamiar  przyjąć  za  pewnik  te  wszystkie  stwierdzenia  i 
nie chcesz się dowiedzieć, jak jest naprawdę? 

 -  Myślisz,  że  powinnam  to  zrobić?  Uważam,  że  nie 

można  wszystkiego  przypisywać  chemii.  Najlepszym 
przykładem tego jestem ja i twój brat. 

background image

 - Bo ty masz taki żałosny gust - zażartowała Kree. 
 - Nawet zastanawiam się, dlaczego proszę cię o radę. 
 - Wcale mnie nie prosisz. Tylko mi o sobie opowiadasz, a 

decyzje  i  tak  podejmujesz  sama.  Zawsze  tak  robisz  - 
podsumowała Julia i zaczęła zbierać swe rzeczy. 

 - Lepiej uciekajmy z tego słońca, bo spalimy się zupełnie. 
Kree nie sprawdzała telefonu, dopóki nie doszły do domu. 

Wtedy  spojrzała  na  wyświetlacz  i  serce  jej  mocno  zabiło,  a 
lody zaczęły przeciekać miedzy palcami. 

 -  Co  się  stało?  -  spytała  Julia.  -  Złe  wiadomości?  Seb 

podał jej swój adres w Seaforth. Rozdrażniona jego arogancją, 
wymazała adres z wyświetlacza i ciężko westchnęła. Jakie to 
ma  znaczenie,  skoro  adres  zdążył  już  wryć  się  w  jej  serce  w 
głowie i utrwalić w pamięci. 

 -  Myślę,  że  tak  -  odpowiedziała  Julii.  -  Jest  to  zła 

wiadomość. 

Dokładnie  dwa  dni  później  Kree  stała  na  betonowym 

podjeździe domu Seba, z sercem w gardle i klatką z kotem w 
ręku.  Jadąc  przez  Seaforth  wyobrażała  sobie,  jak  może 
wyglądać jego dom, ale mimo to nie była przygotowana na to, 
co ujrzała. 

Dom Seba zawieszony był na stromym zboczu wzgórza, w 

rzędzie  innych,  podobnych  domów  zbudowanych  w  stylu 
śródziemnomorskim, przypominających torty weselne. Duży i 
elegancki.  Dodatkową  zaletą  było  jego  położenie  przy  końcu 
ślepej uliczki. 

 -  Czy  to  jakiś  znak,  Gizmo,  ta  ślepa  uliczka?  - 

wymruczała.  -  Ślepa  uliczka,  która  prowadzi  donikąd.  Nie 
należymy do tego świata - stwierdziła, mając na myśli swoją 
Dynię, która wyglądała żałośnie przy jaguarze. 

Podniosła klatkę i zwróciła się do kotki: 
 - Myślisz, że jaguary jedzą robaki? 
 - Tylko wtedy, gdy są wyjątkowo głodne. 

background image

O mało nie wypuściła klatki. Gizmo zamiauczała żałośnie. 

Seb  podszedł  do  niej.  Był  przystojny  i  bogaty,  z  klasą, 
podobnie  jak  jego  otoczenie.  Kree  przycisnęła  wolną  ręką 
serce. 

 -  Zawsze  mnie  straszysz.  Gdzie  się  ukrywałeś?  - 

Usłyszałem twój samochód i wróciłem. - Wskazał na klatkę. - 
Czy to znaczy, że przyjechałaś do mnie, jak prosiłem? 

 - Chyba tak - odpowiedziała. Nie widziała jego oczu i nie 

miała pojęcia, o czym myśli z oczami ukrytymi za ciemnymi 
okularami.  -  Okazało  się  -  dodała,  wskazując  na  kota  -  że 
menu  jej  nie  odpowiadało,  a  poza  tym  obsługa  nosiła 
uniformy i nie było widać ani kawałka gołej skóry. 

Kącik  jego  ust  uniósł  się  do  góry  w  odpowiedzi  na  ten 

banalny żart, a Kree poczuła niewielkie odprężenie. Pozwoliła 
sobie spojrzeć na niego, ale napięcie natychmiast wróciło. Seb 
ubrany  był  w  ciemne  spodnie  i  białą  koszulę.  Wszystko  to 
było  najwyższej  jakości.  Poczuła  się  jak  szara  myszka  w 
bawełnianym podkoszulku. 

Zły wybór, pomyślała. I to nie ma nic wspólnego z moim 

ubraniem.  Źle  zrobiłam,  przyjeżdżając  tutaj.  Źle  zrobiłam, 
biorąc tu swój samochód i oczywiście kota. 

 -  Powinnaś  zadzwonić  -  powiedział  Seb.  Dopiero  teraz 

zobaczyła, że trzyma w ręku kluczyki od samochodu. Doznała 
wstrząsu.  Źle  zrobiłam,  że  nie  uprzedziłam  o  swoim 
przyjeździe, pomyślała. 

 - Wybierasz się dokądś? 
 - Właśnie wróciłem. 
Serce  Kree  zabiło mocniej. Co ja  tu  robię? Nie należę do 

tego otoczenia, pomyślała. 

 - Czy to są twoje inicjały, czy pseudonim? - spytał nagle. 
Kree otworzyła usta i po chwili je zamknęła. 
 - Co? - spytała. 

background image

 -  Twoja  tablica  rejestracyjna  -  wskazał  jej  samochód.  - 

KAOS  -  73.  Kiedy  pierwszy  raz  zobaczyłem  twój  samochód, 
byłem ciekaw, co to oznacza. 

 - KAOS, to są moje inicjały. Kree Amberline O'Sullivan - 

powiedziała  wszystko  jednym  tchem.  -  Rzeczywiście  mało 
wiemy o sobie, nieprawdaż? 

 - Ja znam cię na tyle dobrze, żeby nie być zdziwionym, że 

pojawiłaś  się  tutaj  bez  zapowiedzi.  Razem  ze  swoim  kotem. 
Ale nie wiem zupełnie, dlaczego jesteś zdenerwowana. 

Zanim  mogła  zrobić  coś  innego,  niż  otworzyć  i  zamknąć 

usta,  Seb  pocałował  ją.  Gorąco  i  zdecydowanie  oraz  na  tyle 
długo, żeby miała czas pozbyć się napięcia, które czuła przez 
cały czas. Następnie wziął od niej klatkę z kotem i ruszyli w 
stronę domu. 

 - Co zamierzasz zrobić z Gizmo? 
 - Moja gospodyni się nią zajmie. 
Miał  gospodynię?  Serce  Kree  biło  w  rytm  kroków,  kiedy 

przechodzili przez wyłożone marmurem wejście. 

 -  Czy  ona  potrafi  zająć  się  kotem  tak  samo  dobrze  jak 

domem? 

Seb uśmiechnął się. 
 - Pani Craig poradzi sobie ze wszystkim. 
 -  Nie  masz  kamerdynera,  służącego  i  ogrodnika?  - 

spytała. 

Seb roześmiał się głośno. 
 - Czy martwi cię brak służby? 
 -  Dziwisz  się,  że  jestem  zdenerwowana.  Nie  czuję  się 

dobrze  z  tym  wszystkim.  -  Rozłożyła  szeroko  ramiona, 
wskazując na dom. 

 - Szybko się przyzwyczaisz. 
 -  W  trzy  dni?  -  Nie  mogłaby  przywyknąć  do  takiego 

domu,  takiego  stylu  życia.  Może  w  ciągu  trzech  tygodni  lub 

background image

trzech miesięcy, pomyślała. - Och, wątpię w to - powiedziała 
głośno. 

 - To tylko dom. 
 -  Nie  -  powiedziała  gwałtownie.  -  To  jestem  ja.  Czuję 

się... przestraszona. 

 -  Nie  wierzę,  żeby  coś  mogło  cię  przestraszyć,  Kree  - 

powiedział Seb, mrużąc oczy. 

 - Widzisz, potwierdza się to, co powiedziałam wcześniej. 

Nic nie wiemy o sobie. Nawet ja sama nie znam siebie. 

 -  Czy  nie  jesteś  tą  kobietą,  która  daje  ludziom  to,  czego 

sami nie wiedzą, że chcą? 

Przekręca moje słowa, a potem je cytuje, pomyślała. 
 -  Ja  mówiłam  wtedy  o  włosach  i  tylko  to  miałam  na 

myśli. Po prostu dobrze czeszę - wyjaśniła. 

 -  A  dlaczego  nie  chciałaś  umówić  mnie  na  wizytę?  I 

jeszcze sobie żartuje, pomyślała z niesmakiem i spojrzała mu 
w oczy... 

 - Dzięki tobie ludzie czują się lepiej. I wcale się z tego nie 

śmieję.  Widziałem  twoją  pracę  i  widziałem,  jak  zmieniła  się 
Torie.  A  teraz  czuj  się  tu  normalnie.  Jesteś  tutaj  i  ja  chcę, 
żebyś tu była. 

 - A co będzie, jeśli zechcę wyjechać? 
 - Nigdzie cię nie puszczę. - Spojrzał jej głęboko w oczy. 

Poczuła  ponownie  skurcz  żołądka.  -  Mam  twojego  kota, 
zażartował. . 

Zostawił  ją  w  wielkim,  jasno  oświetlonym  holu, 

zatrzymując  kota  jako  zakładnika,  kota,  którego  nawet  nie 
lubiła. Jakie to śmieszne. Tak samo śmieszne, jak jego prośba, 
by  czuła  się  tutaj  normalnie.  Jednak  Kree  nie  mogła  pomóc 
sobie śmiechem, zwłaszcza teraz, kiedy się przekonała, że jej 
własny  śmiech  wraca  do  niej  jak  bumerang,  odbity  od  ścian 
holu. Może biorę wszystko zbyt poważnie, zastanowiła się. 

background image

Stanęła  w  drzwiach  holu  i  uśmiechnęła  się  na  widok 

swobodnie chodzącego kota i śmiejącego się Seba. 

 -  Jestem  zadowolony,  widząc,  że  pokonałaś  lęk  przed 

moim strasznym domem. 

 -  A  ja  jestem  zadowolona,  że  bawi  cię  mój  widok  i  mój 

niepokój. 

 -  Jestem  pewien,  że  niedługo  i  ty  będziesz  zadowolona. 

Również  ze  mnie.  -  Nawet  z  tej  odległości  widziała  jego 
błyszczące  oczy.  Czuła,  że  zaczyna  drżeć  w  oczekiwaniem 
spełnienia.  Seb  podszedł  do  niej  z  gracją  czającego  się  kota. 
Stanął przed nią, a Kree poczuła ciepło i słabość obejmujące ją 
w posiadanie. 

 - Ale najpierw zabiorę cię na obiad. 
 - Tak, jak na randce? 
 -  Właśnie  tak.  Chcę  w  tradycyjny  sposób  zacząć  nasz 

związek. 

Związek? Słowo to zawibrowało jej w uszach. Jak impuls 

elektryczny  przebiegło  przez  nerwy,  napełniając  ją  nadzieją. 
To  znaczy,  że  nie  będzie  to  jednodniowy  kontakt,  nie  dziki 
seks w ciemności, tylko związek. 

 - Nie musisz fundować mi obiadu - powiedziała szczerze. 

- Wiesz o tym. 

 -  Wiem,  że  nie  muszę,  ale  chcę.  -  Uśmiech  plątał  się  w 

kącikach jego ust, ale oczy pozostały poważne. 

 - Jesteś takim małym biedactwem. Musisz jeść. 
 - I co - pogładziła jego koszulę - planujesz mnie karmić? 
 -  Zrobiłem  rezerwację  na  ósmą  i  będziesz  mogła  zjeść 

wszystko, czego tylko zapragniesz. 

Trzymała  rękę  na  jego  piersi,  ale  słyszała  bicie  własnego 

serca. 

 - Mamy jeszcze godzinę do wyjścia. Co będziemy robić? 
 - Chciałabym zobaczyć twój dom. 
 - Bardzo proszę - powiedział szarmancko. 

background image

Była  to  dziwna  wycieczka.  Kree  nie  mogła  się 

skoncentrować. Próbowała zapamiętać ilość pokoi, ich wystrój 
i  przeznaczenie,  ale  czuła  jedynie  niecierpliwość  i  słodkie 
ciepło, które ogarniało całe jej ciało. Tak, jakby się umówili, 
oboje  unikali  bezpośredniego  kontaktu.  Po  obejrzeniu  dołu 
Seb spytał: 

 - Czy chcesz teraz obejrzeć piętro, czy może później, jak 

wrócimy do domu? 

 -  Teraz  -  odpowiedziała  Kree  i  zaczęła  wchodzić  po 

schodach.  Nie  oglądała  się,  ale  miała  świadomość,  że  Seb 
idzie za nią. Czuła jego wzrok na sobie. W połowie schodów 
zatrzymała  się  i  spojrzała  przez  ramię.  Napotkała  jego  oczy. 
Usta ich znajdowały się na tym samym poziomie. Wyciągnął 
do niej ręce i odwrócił twarzą do siebie. Objął ją delikatnie i 
zaczął całować kąciki jej ust, oczy, a później zanurzył twarz w 
jej  włosach.  Nagle  poczuła,  jak  unosi  ją  do  góry  i  zaczyna 
wchodzić po schodach. Kopnięciem otworzył jedne z drzwi. 

 - Tu jest moja sypialnia - powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 
Nie  pojechali  na  kolację.  Musieli  nasycić  swoje  głodne 

ręce  i  usta.  Było  zbyt  dużo  miejsc  do  dotykania  i  zbyt  dużo 
sekretów do odkrycia. 

Najchętniej  improwizowali  ucztę  na  tarasie,  na  który 

wychodziło  się  z  sypialni.  W  lodówce,  którą  obficie 
zaopatrzyła  pani  Craig,  znajdowali  wszystko,  na  co  mieli 
ochotę.  Nie  zapominali  również  o  kocie.  Gizmo  czuła  się  w 
domu  Seba  wyśmienicie.  Często  leniuchowali  przy  basenie 
Seba  albo  też  Seb  wynajmował  łódź  od  sąsiada  i  pływali  po 
zatoce.  Wtedy  urządzali  sobie  piknik  na  wodzie.  Kiedy 
wracali do domu, karmili się sobą nawzajem. 

Do  restauracji  poszli  tylko  raz.  Seb  wybrał  takie  miejsce, 

w  którym  Kree  mogła  czuć  się  swobodnie.  Zresztą,  to  nie 
miało  większego  znaczenia,  ponieważ  zupełnie  ignorowali 
otaczający  ich  świat.  Odpowiadało  to  egoistycznemu  sercu 
Kree. Chciała Seba wyłącznie dla siebie. Pragnęła delektować 
się  tymi  wspaniałymi  chwilami  weekendu,  który  przeżywała 
w środku tygodnia. 

Nie  mogła  jednak  pogodzić  się  z  faktem,  że  Seb  nie 

traktował  zapewne  tej  randki  jako  preludium  do  decyzji 
„będziemy  na  zawsze  razem".  Jego  prywatne  życie 
pozostawało dla niej tajemnicą. Została jego kochanką, ale nie 
wiedziała,  czy  zdawał  sobie  sprawę,  że  jeśli  wszystko  się 
skończy, będzie za nim tęsknić obłędnie. 

Ostatniej  nocy  przed  odlotem  Seba  do  Anglii,  po  której 

miała wrócić do Plenty, Kree obudziła się i spostrzegła, że jest 
sama  w  łóżku.  Oparła  się  na  łokciu  i  zlustrowała  wzrokiem 
cały  pokój.  Po  chwili  spostrzegła  sylwetkę  Seba.  Siedział  na 
tarasie,  po  ciemku,  w  całkowitym  bezruchu.  Odczytała  to, 
jako początek końca. 

Och  nie,  zaprotestowało  jej  serce.  Jeszcze  nie  teraz. 

Przecież zostało jeszcze kilka godzin do odlotu. 

background image

Wstała cicho z łóżka, podeszła do niego i przytuliła się do 

jego pleców, całując go w ramię. 

 - Nie możesz spać? - usłyszała w ciemności. 
 -  Chciałam  zapytać  cię  o  to  samo  -  powiedziała  lekkim 

tonem, starając się powściągnąć emocje, chociaż wiedziała, że 
jutro  wszystko  się  skończy.  -  Czy  twój  zegar  biologiczny 
przestawił się już na czas londyński? 

 -  Wygląda  na  to,  że  tak.  Czy  polubiłaś  już  mój  dom, 

Kree? 

 - Nigdy nie mówiłam, że go nie lubię. 
 - Powiedziałaś, że czujesz się tu nieswojo. 
 - Chcesz rozpocząć nową sprzeczkę? 
Może 

rzeczywiście 

chcę, 

pomyślał. 

Czuł 

się 

podenerwowany  i  chciał  się  wyładować.  Nienawidził  takiego 
stanu, kiedy nie mógł określić powodu swego złego nastroju. 

 - A co myślisz o moim domu? - ciągnął dalej ten temat. 
 - Mógłby być trochę bardziej kolorowy, ale poza tym nie 

brakuje  mu  niczego.  -  Uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niebo.  - 
Jednak, zdecydowanie nie lubię twoich gwiazd. 

 - Co jest złego w gwiazdach? 
 -  Niebo  nie  jest  w  mieście  dostatecznie  ciemne.  Twoje 

gwiazdy są zupełnie inne niż moje. 

I w ten prosty sposób poprawiła mu nastrój. 
 -  Patrz  -  powiedział,  wskazując  ręką  niebo.  -  Spadająca 

gwiazda. Powyżej Oriona. 

 - Gdzie? Nie widzę. 
 - Już spadła. Masz słaby refleks. 
 -  Nabrałeś  mnie.  Nie  widziałeś  żadnej  spadającej 

gwiazdy. 

 -  Więc  nie  będziesz  się  martwić,  jeśli  moje  życzenie  się 

spełni. 

 -  Nie  będę  -  odpowiedziała,  nie  pytając,  jakie  to  było 

życzenie. - Gdzie jest ten Orion, o którym wspomniałeś. 

background image

Seb  przysunął  ją  bliżej  do  siebie  i  teraz  patrzyła  we 

wskazywanym przez niego kierunku. 

 - Widzisz ten układ gwiazd w kształcie klepsydry? 
 -  Niezupełnie  -  zmrużyła  oczy.  -  Ale  nie  jestem  zbyt 

dobra w odróżnianiu kształtów. 

 -  Spójrz  na  te  trzy  jasne  gwiazdy  znajdujące  się  blisko 

siebie  w  jednym  rzędzie.  One  odpowiadają  miejscu 
przewężenia klepsydry. - Widzisz? 

 - Więc Orion jest klepsydrą? 
Seb roześmiał się i pogładził policzkiem jej włosy. 
 - On jest myśliwym. 
 - A powiedz mi, co to za gwiazda, która tak jasno świeci? 
 - To Syriusz - powiedział i zanurzył nos w jej rude włosy. 
 - Skąd wiesz tak dużo o gwiazdach? 
 -  Wychowywałem  się  na  prowincji.  Mieliśmy  tam 

również ciemne niebo i jasne gwiazdy. 

 - Naprawdę? 
 -  A  któregoś  roku  na  Gwiazdkę  dostałem  teleskop  i  on 

zrobił ze mnie takiego specjalistę. 

 -  Nietrudno  sobie  wyobrazić,  że  już  jako  dziecko  miałeś 

ochotę patrzeć w gwiazdy i kontemplować wszechświat. 

 - A według ciebie, jakim byłem dzieckiem? 
 -  Poważnym.  Skupionym.  Eleganckim.  Jednym  z  takich 

dzieci, które zawsze odrabiają zadaną pracę domową. 

Seb uśmiechnął się, słysząc wyraźną nutkę dezaprobaty w 

jej głosie. 

 - Myślę, że wychowywałeś się w prawdziwym angielskim 

domu.  Twój  ojciec  był  bankierem,  a  matką  była  prawdziwa 
lady.  Miałeś  braci  lub  siostry,  którzy  byli  ciągle  piętnowani, 
bo  nie  mogli  nadążyć  z  osiągnięciami  za  swym  wspaniałym 
bratem. Czy mam rację? 

 - Tak. Z wyjątkiem braci i sióstr. 
 - Jesteś jedynakiem? 

background image

 - Byłem wychowywany jako jedyne dziecko. 
 - Czy to znaczy, że twoje rodzeństwo zmarło? 
 -  To  znaczy,  że  nawet  nie  wiedziałem,  iż  mam 

rodzeństwo. 

Spojrzała na niego uważnie. 
 - Jak mogło tak być? - spytała. 
 - Moi rodzice adoptowali mnie, ale powiedzieli mi o tym 

dopiero,  kiedy  skończyłem  osiemnaście  łat  -  odpowiedział 
chłodnym  głosem,  takim,  jakim  zwykł  mówić,  gdy  chciał 
ukryć swe uczucia. 

 -  Czy  w  końcu  znalazłeś...  swoje  rodzeństwo?  -  spytała 

ochrypłym  głosem,  który  z  trudem  wydobywał  się  z  jej 
ściśniętego gardła. 

 - Oczywiście, że  chciałem wiedzieć, skąd pochodzę, kim 

byłem i czy mam gdzieś rodzinę. 

 - Więc znalazłeś biologicznych rodziców? 
 -  Tak.  -  Roześmiał  się  krótko  i  gwałtownie  wypuścił 

powietrze,  aż  jej  włosy  uniosły się,  a  serce  mocniej  zabiło.  - 
Znalazłem  matkę  i  cały  klan  rodzeństwa.  Żadne  z  nich  nie 
chciało  mnie  znać...  Dopiero,  gdy  udało  mi  się  zarobić 
pieniądze... 

 -  I  teraz  wszyscy  chcą  ich  od  ciebie?  -  spytała  ze 

współczuciem. 

 - Nie potrzebuję sesji terapeutycznych, Kree. 
 - Nie? A ja sądzę, że potrzebujesz. 
 -  Jest  tylko  jeden  rodzaj  terapii,  jakiej  potrzebuję  od 

ciebie. 

Tak  Seb,  wiem, czego  potrzebujesz  ode  mnie,  pomyślała. 

Ale czy rzeczywiście tylko takiej terapii potrzebujesz? 

 -  Czasami  człowiek  nie  wie,  czego  potrzebuje  - 

wyszeptała. 

background image

 - Ale ja wiem, czego chcę, Kree - powiedział jej do ucha. 

- Wiem również, czego ty chcesz i potrzebujesz - mówił dalej, 
pieszcząc jej ciało. 

 - To nie jest to, czego potrzebuję. 
 - Nie? 
 -  Chcesz  wiedzieć,  czego  potrzebuję?  Potrzebuję  twojej 

miłości.  -  Wzięła  w  dłonie  jego  twarz.  -  Ty  również 
potrzebujesz mojej miłości, Seb. 

 - To nie jest miłość, Kree. 
 -  Z  mojej  strony  tak.  Pozwól  tylko,  bym  mogła  cię 

kochać.  Nie  możesz  kontrolować  wszystkiego.  Nie  możesz 
kontrolować tego, co jest miedzy nami. 

 - Nieprawda, Kree. Mogę wszystko mieć pod kontrolą. 
Następnego  dnia  rano  Seb  nie  poprosił  jej,  żeby  została  i 

odprowadziła  go  na  lotnisko.  Podczas  śniadania  musiała 
włożyć wiele wysiłku, by ukryć rozczarowanie. Podobnie było 
później,  kiedy  pakowała  swoje  rzeczy.  Teraz  już  wszystko 
było gotowe. Mogła wsiąść do samochodu i powiedzieć mu do 
widzenia. 

Dobrze.  Mogła  to  zrobić.  Z  uśmiechem.  Przecież  nie 

żegnała  się  z  nim  na  zawsze.  Po  dwóch  krótkich  tygodniach 
Seb  miał  wrócić  do  Plenty,  a  jej  problemy  finansowe, 
dotyczące  salonu  powinny  być  rozwiązane.  Będzie  również 
czas na postawienie pytania na temat ich związku. Wsiadła do 
samochodu,  zatrzasnęła  drzwi,  zakręciła  na  podjeździe  i 
zatrzymała  się  tuż  przy  nim.  Stał  nieruchomo,  w  ciemnym 
garniturze,  z  mrocznym  spojrzeniem  ciemnych  oczu,  jak 
zwykłe zamknięty  w  sobie.  Wyglądał  tak,  jak  ostatniej  nocy, 
gdy  wypatrzyła  jego  sylwetkę  przez  drzwi  prowadzące  na 
taras. 

Nie było nadziei, żeby się uśmiechnął czy pomachał jej na 

pożegnanie. 

background image

Do diabła z nim, pomyślała. To nie może się tak skończyć. 

Zwłaszcza  po  ostatniej  nocy.  Wiedziała  również,  że  może 
zaoferować mu więcej, niż tylko zaspokojenie zmysłów. 

Wysiadła z samochodu i podeszła do niego. 
 -  Najlepiej  będzie,  jak  już  pojadę.  A  ty  też  zacznij  się 

pakować. 

Skinął głową. Krótko. Chłodno. Z dystansem. 
 -  Jeśli  coś  pójdzie  źle  z  bankiem,  z  twoim  podaniem  o 

pożyczkę, zadzwoń do mnie. 

 - Na drugi koniec świata? 
 -  Tam  też  są  telefony.  -  Wyjął  z  kieszeni  swoją 

wizytówkę  i  podał  jej.  -  Dopisałem  jeszcze  kilka 
alternatywnych numerów. Gdybyś nie mogła skontaktować się 
ze mną, dzwoń do Michaela Bourne. 

Spojrzała na wizytówkę. 
 -  Sebastian  Sinclair  i  Wspólnicy  -  przeczytała.  -  Czy 

Michael to ten, który przygotował moje podanie? 

 - Nie, ale zna dobrze twoją sprawę. 
Dlaczego Michael zna moją sprawę, zastanawiała się. 
Ale zanim zdążyła o to spytać Seb wziął jej rękę w swoje 

dłonie.  Rękę  miał  ciepłą,  co  kontrastowało  z  jego  zimnym 
głosem i zachowaniem. 

 - Michael wróci dopiero po Nowym Roku. W przypadku 

nagłej  potrzeby,  przyjedzie  wcześniej  -  powiedział  i  chciał 
wcisnąć jej coś do ręki. 

 -  Pieniądze?  -  Wpatrywała  się  w  gruby  zwitek 

banknotów. - Chcesz, żebym wzięła od ciebie pieniądze? 

 - Tak, chcę, żebyś je wzięła. 
Kree przecząco pokręciła głową, zanim skończył zdanie. 
 -  Nie  chcę  twoich  pieniędzy,  Seb  -  powiedziała 

zdławionym głosem. - Wyliczyłeś, ile mi się należy? 

 - Niczego nie wyliczałem. Nie traktuj tego w taki sposób - 

powiedział spokojnie. 

background image

 - Masz rację. Potraktowałam to w taki sposób. 
 -  Ja  nie  mówię  o  seksie,  Kree.  Spojrzała  w  jego 

intensywnie czarne oczy. 

 - Więc o czym mówisz? 
 -  O  tym,  jak  trudno  jest  podarować  ci  cokolwiek.  Mogę 

sobie na to pozwolić, Kree. Dlaczego tak cholernie wzbraniasz 
się przed tym. Chcę ci pomóc. 

 -  Ponieważ  wychowałam  się  dzięki  dobroczynności  i  już 

nigdy więcej jej nie zaakceptuję. 

 -  To  nie  jest  dobroczynność.  Nazwij  to  krótkoterminową 

pożyczką, jeśli chcesz. 

 -  Powiedziałam  ci,  że  nie  potrzebuję  żadnej  pomocy  - 

oznajmiła  lekko  podniesionym  głosem.  -  To  jest  mój  biznes, 
Seb. Moja niezależność i możliwość akceptacji siebie. 

Zamilkła, 

ale  serce  biło  jej  mocno,  boleśnie. 

Niespodziewanie poczuła lekki dotyk jego palców na bliźnie, 
którą  miała  na  brwi.  Którejś  nocy  zapytał  ją  o  nią,  kiedy 
rozmawiali  o  zranieniach  w  okresie  dziecięcym.  Uważał  za 
objaw niedostatecznej opieki rodziców. Pocałował jej szramę, 
a później czoło. 

 -  Chcę,  żeby  było  ci  lepiej.  Wspięła  się  na  palce  i 

ucałowała go. 

 - Nie możesz mi w niczym pomóc, Seb. Tylko ja mogę to 

zrobić. 

Odwróciła  się  i  wsiada  do  samochodu,  zatrzaskując  za 

sobą drzwi. 

 - Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to dzwoń do mnie 

lub do Michaela, dobrze? 

 -  Dobrze  -  odpowiedziała  i  uśmiechnęła  się,  włączając 

motor.  Dynia  nie  zawsze  była  niezawodna,  ale  kupiła  ją  za 
własne  pieniądze,  a  jej  brat,  genialny  mechanik,  wypracował 
każdy szczegół. 

 - Ucałuj ode mnie Torie. 

background image

 -  Zobaczymy  się  za  dwa  tygodnie  -  odkrzyknął. 

Odjeżdżając,  nie  spojrzała  nawet  w  lusterko.  Nie  chciała 
widzieć  jego  samotnej  postaci,  stojącej  na  podjeździe, 
nieprzystępnej  i  zamkniętej  w  sobie.  Nie  chciała  również 
widzieć  jego  wielkiego  białego  domu,  stojącego  na  końcu 
ślepej uliczki. 

 - Tak, Gizmo - powiedziała do kota siedzącego obok niej. 

-  Wiem,  że  jestem  głupia.  Powinnam  brać  wszystko,  co  mi 
oferuje  i  być  za  to  wdzięczna,  ale  nie  sprzedam  siebie.  To 
znaczy dla mnie zbyt wiele. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
 - Jesteś pewna, że sobie poradzisz? 
Palce Kree zawisły nad klawiaturą komputera brata. 
 -  Tak,  Zane.  Poradzę  sobie.  Jestem  pewna,  że  masz 

znacznie ważniejsze rzeczy do zrobienia. 

Ważniejsze,  niż  stanie  w  drzwiach  swojego  biura  i 

patrzenie,  jak  siostra  niecierpliwie  bębni  palcami  po 
klawiaturze i czeka na przyjęcie informacji. 

 -  To  nie  jest  skomplikowane,  Zane.  Obiecuję,  że  nie 

popsuję  ci  komputera.  Idź  lepiej  i  sprawdź,  czy  nikt  nie 
kradnie ci benzyny. 

Poszedł.  Kree  odwróciła  się  do  monitora  i  wyciągnęła  z 

kieszeni  zapisany  na  kartce  kod  dostępu.  Tina  wprowadziła 
dodatkowe 

zabezpieczenia 

przed 

otwarciem 

konta 

bankowego.  Kree  nie  miała  nawet  swojego  komputera,  ale 
kiedy potrzebowała sprawdzić stan konta, używała komputera 
Tiny lub nawet Heaslipa. 

Po chwili zobaczyła na monitorze szereg cyfr i oniemiała. 

Na koncie miała więcej pieniędzy, niż się spodziewała. Jak to 
się  mogło  stać?  Prawdopodobnie  opłaty  za  grudzień  nie 
zostały dokonane. Zaczęła sprawdzać. 

Po  tym,  jak  Seb  zasugerował,  że  jej  kłopoty  pieniężne 

mogły być wynikiem nieuczciwości Tiny, Kree podświadomie 
była  niespokojna.  Między  innymi  był  to  powód,  dla  którego 
musiała sprawdzić swoje konto bankowe. 

Stwierdziła,  że  czynsz  za  wynajęte  mieszkanie  został 

zapłacony z góry, tak jak ustaliła to z Sebem, ale tego samego 
dnia  widniała  wpłata  pięciu  tysięcy  dolarów.  Przypomniała 
sobie zwitek banknotów, które Seb wciskał jej do ręki i czuła, 
jak narasta w niej rozczarowanie. Dlaczego to zrobił? Czy nie 
powiedziała mu wyraźnie, że nie życzy sobie żadnej pomocy? 

Fala  gorąca  objęła  całe  jej  ciało.  Kiedy  odjeżdżała, 

powiedział,  że  w  razie  potrzeby  ma  dzwonić  do  niego  lub 

background image

Michaela. Odepchnęła się z krzesłem od komputera i sięgnęła 
po telefon. Wyjęła z kieszeni wizytówkę Seba. 

 -  Do  diabła,  zadzwonię  zaraz  i  nie  obchodzi  mnie,  która 

jest godzina na drugim końcu świata. 

Ale  w  telefonie  Seba  usłyszała  jedynie  sekretarkę. 

Zawahała  się  przed  zadzwonieniem  pod  numery  napisane 
przez niego odręcznie. Pierwszy numer należał do Claire. Czy 
rzeczywiście  chciała  rozmawiać  ze  swoja  starą  Nemezys? 
Następny  znajdował  się  w  rezydencji  Huntingdon  Manor  u 
rodziców 

Seba. 

Huntingdon 

Manor. 

Wspaniała, 

arystokratyczna  nazwa.  Zdecydowała,  że  nie  będzie  tam 
dzwoniła.  Wyjęła  drugą  wizytówkę  z  telefonem  Michaela. 
Miała nadzieję, że może on coś wie o pieniądzach. Co prawda, 
Seb mógł sam wpłacić pieniądze w Anglii lub polecić komuś, 
by to zrobił. Pięć minut później westchnęła z rozczarowaniem. 
Michael Bourne nie był w kontakcie z Sebem, odkąd powrócił 
z  urlopu  po  przerwie  świątecznej  i  nic  nie  wiedział  o 
pieniądzach.  Skontaktował  się  nawet  z  osobistym  asystentem 
Seba, ale ten również nic nie wiedział. 

 -  Jeśli  już  rozmawiamy  -  powiedział  Michael  -  to  może 

będziesz mogła mi pomóc. 

 - Spróbuję. 
 -  Przeglądam  twoje  dokumenty  finansowe  i  znalazłem 

kilka czeków wypisanych na B.T. Hairdressing Supplies. 

Kree  zmarszczyła  brwi.  Mniej  zdenerwowała  ją  nieznana 

jej  nazwa  firmy,  niż  fakt,  że  ktoś  obcy  przegląda  jej 
dokumenty. 

 - Dlaczego chcesz to wiedzieć? 
 - Bo nie mogę znaleźć takiej firmy. Ona... 
 -  Nie  -  przerwała  mu.  -  Chcę  wiedzieć,  dlaczego  to 

sprawdzasz? Dlaczego masz moje dokumenty? 

background image

Przez  długi  czas  nie  odpowiadał,  ale  Kree  mogła 

odpowiedzieć  sobie  sama.  Seb.  Złość  i  oburzenie  odjęły  jej 
prawie mowę. 

 -  Sprawdzasz  Tinę  Dedini?  Moją  księgową?  -  wysyczała 

przez zaciśnięte zęby. 

 - Myślę, że powinnaś porozmawiać o tym z Sebem. 
 - Do diabła! Porozmawiam z nim tak szybko, jak tylko go 

dopadnę. A teraz, cokolwiek robisz, przerwij. Nie wyrażam na 
to zgody. 

 - Ale wygląda na to, że są to fikcyjne faktury. 
 -  Nieważne.  „Hair  Today"  jest  moim  biznesem,  a  ja  nie 

prosiłam cię, żebyś przeprowadzał jakiekolwiek śledztwo. 

Kiedy  wróciła  do  domu,  złość  jej  minęła,  ale  pozostało 

uczucie zdrady. Powiedziała Sebowi, żeby zostawił jej biznes 
w  spokoju.  Ale  podobnie  jak  z  pieniędzmi,  ten  maniak 
kontroli zrobił, co chciał. Gorzej, nie powiedział jej o tym ani 
słowa.  Ani  o  człowieku  sprawdzającym  jej  finanse,  ani  o  jej 
księgowej, jej przyjaciółce. 

Jej  przyjaciółka.  Według  Michaela,  pisała  fikcyjne 

faktury, a pieniądze brała dla siebie. 

Och,  Tina,  Tina,  Tina.  Kree  myślała  o  niej  raczej  z 

przykrością,  niż  złością.  Rozumiała  jej  motywację.  Przez 
ostatnie  lata  żyła  pod  presją  emocjonalną  i  finansową.  Nie 
miała  żadnego  oparcia  w  Paulu,  a  wręcz  przeciwnie. 
Wszystkie  pieniądze  przegrywał.  Ale  jeżeli  była  tak 
zdesperowana,  to  dlaczego  nie  poprosiła  jej  o  pomoc?  I 
dlaczego uciekła jak kryminalistka? 

A  co  będzie,  jeśli  Bourne  zawiadomi  o  tym  policję?  Co 

będzie,  jeśli  Tina  stanie  przed  sądem  i  zostanie  uznana  za 
winną? Co się stanie z jej dziećmi? 

Wygrzebała  wizytówkę  z  kieszeni  i  zadzwoniła  do  Seba 

na  komórkę.  Telefon  nie  odpowiadał.  W  telefonie  Claire 

background image

odezwała  się  sekretarka.  Po  wybraniu  trzeciego  numeru 
odezwał się kobiecy głos. Była to lady Sinclair. 

Jego matka. 
 -  Sebastian  jest  na  przejażdżce  konnej  -  poinformowała 

lady Sinclair. - Co mam mu powtórzyć? 

 -  Czy  ma  pani  pod  ręką  pióro?  Chciałabym  zostawić 

wiadomość dla Sebastiana. I jest to bardzo ważna wiadomość. 

Kree  miała  do  wykonania  jeszcze  jeden  telefon.  Tym 

razem  nie  wahała  się  przed  wybraniem  numeru  i  kiedy 
odezwał  się  Tagg,  nie  tracąc  czasu  na  wyjaśnienia, 
powiedziała: 

 -  Potrzebuję  nawiązać  kontakt  z  Tiną.  Myślę,  że  masz 

numer  telefonu  Paula.  Mam  ważną  i  nie  cierpiącą  zwłoki 
sprawę. 

Musiał wyczuć w jej głosie zdenerwowanie, bo bez słowa 

dał jej żądany numer. Podziękowała mu i odłożyła słuchawkę. 
Zaczęła wybierać numer telefonu Tiny. Serce biło jej mocno. 
Zastanawiała  się,  co  ma  powiedzieć  Tinie?  Trudno  będzie 
powiedzieć  przez  telefon,  że  zna  całą  prawdę  i  nie  widzieć 
oczu przyjaciółki. 

Na  koncie  miała  tylko  tysiąc  dolarów  za  wynajęcie 

mieszkania.  Nie  brała  oczywiście  pod  uwagę  tych 
nieszczęsnych  pięciu  tysięcy.  Potrzebowała  pieniędzy  na 
zapłacenie  pensji  i  inne  bieżące  wydatki.  Były  to  jej  jedyne 
pieniądze do momentu otrzymania pożyczki. 

Telefon  Tiny  nie  odpowiadał.  Bez  zastanowienia 

zadzwoniła do linii lotniczych. 

 - Chcę zarezerwować bilet weekendowy z Sydney do Far 

North Queensland. 

Dokładnie trzydzieści osiem godzin później Seb wszedł do 

„Hair Today". Kree myła właśnie włosy  klientce. Widział jej 
magiczne  palce  pocierające  skórę  głowy  i  jej  uśmiech. 

background image

„Potrzebujesz mojej miłości", powiedziała mu ostatniego dnia 
przed wyjazdem. 

Kiedy  zobaczyła  go  w  lustrze  idącego  w  jej  kierunku, 

zadrżała. 

 -  Musisz  poczekać  kilka  minut  -  powiedziała  i  z 

powrotem zabrała się do mycia. 

Seb podszedł do umywalni i wyłączył wodę. 
 -  Podróżowałem  bez  przerwy  półtora  dnia,  a  powodem 

była  wiadomość,  którą  przekazałaś  mojej  matce.  Nie  będę 
czekał ani minuty dłużej. 

Spokojnie  wytarła  ręce  i  zawołała  do  Mae  -  Lin,  żeby 

skończyła mycie. 

 - Wyjdziemy na zewnątrz - powiedziała. - To nie potrwa 

długo  -  dodała.  Seb  nie  wiedział,  czy  była  to  informacja 
skierowana do niego, czy do Mae - Lin. 

Wyszedł za nią do ogródka, tam, gdzie spotkali się po raz 

pierwszy.  Stanęła  daleko  od  niego,  jakby  chciała  podkreślić 
dystans, jaki się między nimi wytworzył. 

Seb  usiłował  zachować  spokój.  Pojechał  do  Anglii,  żeby 

załatwić wiele spraw, ale głównie tęsknił za Kree. 

 -  Rozumiem,  że  otrzymałeś  moją  wiadomość,  skoro  tu 

jesteś - rzekła. 

 -  Tak,  ale  nie  doszukałem  się  w  niej  sensu.  Oczy  jej 

zabłysły złowrogo. 

 -  W  której  części  zdania:  „Zabierz  swoje  pieniądze"  nie 

znalazłeś  sensu?  I  dlaczego  te  pieniądze  są  jeszcze  na  moim 
rachunku? 

 -  Pewnie  dlatego,  że  nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz. 

Chyba  że  masz  na  myśli  czynsz,  ale  przecież  wpłaciłem 
dokładnie tyle, ile uzgodniliśmy. 

 - Nie mówię o czynszu. Mówię o pięciu tysiącach ekstra. 
 -  Nie  wpłacałem  na  twój  rachunek  żadnych  innych 

pieniędzy poza czynszem. 

background image

Zobaczył niedowierzanie w jej oczach. 
 - Jeśli ty tego nie zrobiłeś, więc... kto? 
 - Sprawdziłaś to w banku? 
Nie.  Nie  sprawdziła.  Było  to  tylko  jej  przypuszczenie, 

zdała sobie teraz sprawę. Wiadomość wysłana do Seba oparta 
była jedynie na przypuszczeniu. 

 - Och, z góry założyłam, że to ty. 
 - A co do Tiny Dedini, to jest mi przykro, że dowiedziałaś 

się o tym w taki sposób. 

 -  Zamierzasz  mi  powiedzieć,  że  moja  przyjaciółka  jest 

pod kontrolą? Od kiedy dokładnie? 

 -  Przyjaciele  nas  nie  okradają  -  zauważył  sucho  Seb  i 

podszedł bliżej. 

 - To nie twój interes. 
 -  A  czy  my  jesteśmy  przyjaciółmi,  Kree?  -  Zmniejszył 

dystans między nimi i mógł teraz spojrzeć w jej twarz z bliska. 
- Pytam, bo nie zachowujesz się po przyjacielsku w stosunku 
do mnie, szczególnie po tym, jak zmusiłaś mnie do powrotu. 

 -  Jeśli  spodziewałeś  się,  że  wyprawię  ci  przyjęcie 

powitalne, to wybrałeś złą gospodynię. 

 - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak się gorączkujesz. 
 -  Nie  rozumiesz,  dlaczego?  Prosiłam  cię,  żebyś  tego  nie 

robił.  Więcej,  prosiłam  cię,  żebyś  nie  wtrącał  się  do  mojego 
salonu. 

 - Miałem się nie wtrącać? Przecież dowiedziałem się, kto 

jest odpowiedzialny za twoje kłopoty finansowe. Zrobiłem to 
dla ciebie, Kree. 

 -  Dlaczego  każdy  mężczyzna  uważa,  że  to,  co  robi,  jest 

dobre? 

 - A dlaczego ty musisz być taka uparta i nieustępliwa? 
 - Ja jestem uparta? 
Wzięła  się  pod  boki  i  patrzyła  na  niego  z  wściekłością  w 

oczach. 

background image

 -  Dziś  po  południu  lecę  do  Cairns,  żeby  spotkać  się  z 

Tiną. Nie mam czasu na próżne gadanie. 

 - Co zamierzasz zrobić? 
 - Nie wiem. 
 -  Pozwól,  że  polecę  z  tobą.  Mogę  ci  pomóc.  Mam 

kontakty w... 

 - Nie. Mam dość twojej pomocy, dziękuję. Chwycił ja za 

rękę. 

 -  Nie  dotykaj  mnie,  Seb.  Jeśli  rzeczywiście  chcesz  mi 

pomóc,  to  powiedz  swojemu  człowiekowi,  żeby  przerwał 
śledztwo. Nie jestem pewna, czy mnie posłuchał. 

Kree  przepłynęła  pięć  okrążeń  basenu  i  zmęczona  oparła 

się o ścianę. Tym razem pływała z własnej woli. Potrzebowała 
odprężenia. 

Wróciła do Plenty dwie godziny wcześniej i mimo że było 

to  bardzo  wczesne  popołudnie,  nie  była  w  stanie  pójść  do 
„Hair  Today".  Śmieszne,  ale  ból,  jaki  sprawiła  jej  wizyta  u 
Tiny,  dręczył  ją  do  tej  pory.  Nie  była  w  stanie  rozmawiać  z 
kimkolwiek. Zachłysnęła się wodą, gdy nagle ujrzała nad sobą 
twarz Seba. 

 - Już wróciłaś - stwierdził. 
 - A ty nie jesteś w pracy? - spytała. 
 - Jak ci poszło? 
 -  Dobrze.  To  Tina  wpłaciła  te  pięć  tysięcy  na  mój 

rachunek. Paul wygrał spore pieniądze i mogła to zrobić. 

Nic nie powiedział, niczego nie skomentował. 
 - Zamierza zwrócić również resztę pieniędzy. 
 -  Wtedy,  kiedy  Paul  wygra  jeszcze  raz?  -  spytał  tak 

chłodno, że zadrżała. 

 - Nie, kiedy dostanie pracę. 
 - Pracę, w której zrobi to, co u ciebie. 

background image

 -  Nie  zrobi!  W  tej  chwili  Tina  ma  kłopoty,  głównie  z 

długami  Paula.  Wzięła  małą  pożyczkę  i  musi  ją  najpierw 
spłacić. 

 - Wystawiała fałszywe faktury i zacierała ślady. Odkrył to 

Michael. Nie masz jej za złe, że okradała cię przez całe lata? 

 - Nie dbam o pieniądze, Seb. 
 - Nie dbasz o to, że doprowadziła twoją firmę do upadku? 
 - Tak, ale jednocześnie martwię się o Tinę. 
 - Pozwolisz jej uciec przed odpowiedzialnością? 
 -  Ona  nie  jest  złodziejką.  Jest  matką.  -  Głos  Kree 

przepełniony  był  wzruszeniem.  -  Ma  dzieci,  Seb.  Troje. 
Wszystkie mają poniżej sześciu lat. Co się z nimi stanie, jeśli 
zostanie osądzona? Jeśli pójdzie do więzienia? 

 - To nie jest prawdopodobne. 
 -  Ale  może  się  zdarzyć.  Wiem,  co  znaczy  żyć  z  jakimś 

piętnem.  Wiem,  co  znaczy  wyzywanie,  zastraszanie  i  brak 
respektu. Myślisz, że mogłabym do tego dopuścić? Mogłabym 
potem mieć szacunek dla siebie? 

 -  Myślę,  że  jesteś  naiwna,  wierząc,  że  Tina  zwróci  ci  te 

pieniądze - powiedział chłodno. 

 -  To  moja  sprawa,  Seb.  Jak  przyjdzie  co  do  czego,  to 

skłamię, wyprę się wszystkiego. 

 - A co będzie, jeśli skłamię razem z tobą? Roześmiała się. 

Podszedł do niej tak blisko, że poczuła zapach jego ciała. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 
 - Czego chcesz, Seb? Dotknął palcami jej ust. 
 -  Ciebie,  Kree.  Chcę  ciebie  na.  dłużej,  niż  trwał  ten 

weekend w Sydney. 

 - Przykro mi, Seb, ale ja tego nie chcę. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
Trzy  tygodnie  później  Kree  wywieszała  w  oknie  „Hair 

Today"  informację:  „Salon  zamknięty".  Mimo  to  oczy  miała 
suche,  tylko  żołądek  skręcał  się  jej  boleśnie.  W  ostatnich 
dniach czuła się bardzo źle. Straciła apetyt. Nie miała humoru, 
tylko  wrażenie  dziwnej  pustki  w  środku  stawało  się  coraz 
bardziej  dojmujące.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  przyczyną  tak 
złego samopoczucia była jej beznadziejna miłość do Seba. Na 
drugim  miejscu  stawiała  wywieszkę  w  oknie  salonu. 
Zrozumiała, niestety poniewczasie, że jej tożsamość, szczęście 
i  poczucie  własnej  wartości  zupełnie  nie  były  związane  z 
losami salonu. Miłość do Seba żyła w jej sercu niezależnie od 
tego, czy salon przynosił dochody, czy plajtował. Postanowiła 
opuścić to miejsce, znaleźć inne i zacząć wszystko od nowa. 

Zane  i  Julia  nie  mogli  pojąć  jej  decyzji,  ponieważ  bank 

wyraził  zgodę  na  pożyczkę.  Miała  więc  Środki,  by  znowu 
stanąć na nogi. 

Kiedy  zadzwonił  telefon,  serce  Kree  zabiło  wyczekująco. 

Jak  długo  będzie  mogła  tak  żyć?  Tak  reagować  na  każdy 
telefon? Spojrzała na wyświetlacz i zesztywniała. 

Początkowo nie chciała odebrać, ale nie potrafiła się temu 

oprzeć. 

 -  Słucham?  -  powiedziała,  przykładając  słuchawkę  do 

ucha. 

 - Kree? Cześć, to ja, Torie. 
Rozczarowanie  trwało  krótko,  ale  było  intensywne.  Po 

nim poczuła w sercu miłe ciepło. 

 - Cześć, dziecinko. Mam nadzieję, że jesteś już w domu i 

nie dzwonisz z Londynu. 

 - Jestem w domu już od dwóch dni. Chciałam zadzwonić 

do  ciebie  z  Londynu,  ale  Barnaba  nie  pozwolił  mi.  On  jest 
gorszy od tatusia. 

background image

 - A jak się miewa twój tata? - Nie mogła powstrzymać się 

przed tym pytaniem. 

 -  Bez  zmian.  Zapytałam  go,  czy  mogę  cię  odwiedzić, 

zanim  zacznie  się  szkoła.  Powiedział,  że  najpierw  muszę 
zapytać  o  to  ciebie.  Dlatego  dzwonię.  Mogę  do  ciebie 
przyjechać, Kree? 

 -  Rzecz  w  tym,  że  zamknęłam  salon.  Ale  mam  dobrą 

wiadomość. Jestem umówiona na spotkanie z Gayem i Delice. 

 - Nie bujaj. Oni są strasznie fajni. 
 -  Jeśli  dostanę  u  nich  pracę,  to  może  zobaczysz  moje 

zdjęcie w kolorowym magazynie. 

 - Będę mogła przyjść i odwiedzić cię w nowej pracy? 
 - Jeszcze jej nie dostałam, Torie. 
 - Ale dostaniesz. 
 -  W  następnym  tygodniu  mam  to  spotkanie  i  jadę  do 

Sydney.  Możemy  się  wtedy  zobaczyć  i  pójść  na  kawę  lub 
lody. 

 -  To  gdzie  się  spotkamy?  Wezmę  swoje  zdjęcia.  I 

zobaczysz moje włosy. 

Torie  paplała  jeszcze  parę  minut.  Widać  było,  że  jest 

zadowolona z wizyty w Londynie. 

Torie  spóźniła  się  trzydzieści  dwie  minuty.  Tanecznym 

krokiem przefrunęła przez drzwi i zatrzymała się przed ojcem. 
Zobaczyła, że jest zły. 

 - Przepraszam tatusiu, straciłam poczucie czasu. 
Jej zachowanie wzbudziło w nim natychmiast podejrzenie. 

Nazywała  go  tatusiem  tylko  wtedy,  gdy  czegoś  chciała  lub 
miała jakiś problem. 

 - Myślałem, że pojechałaś do miasta na zakupy. 
 - Tak, ale nie znalazłam niczego ciekawego. 
 -  Możesz  mi  wszystko  powiedzieć,  dziecinko.  I  tak  się 

dowiem. 

 - Czego się dowiesz? 

background image

 - Że masz chłopaka. Roześmiała się głośno. 
 -  To  o  to  mnie  podejrzewasz?  Że  spotkałam  się  z 

chłopakiem? Nie z chłopakiem się spotkałam, tylko... z Kree. 

Spojrzał na nią z dezaprobatą. Torie usiadła w fotelu. 
 - Nie patrz tak na mnie. Niczego złego nie zrobiłam. To ty 

powiedziałeś, żebym nie wspominała jej imienia. 

Serce i ciało Seba zareagowały gwałtownie. 
 - Kiedy ci tak powiedziałem? 
 -  Wtedy,  kiedy  wróciłam  do  domu.  Jedliśmy  obiad  i 

wtedy powiedziałeś... 

 - Pamiętam. - Torie zapytała go o Plenty, o Kree i o „Hair 

Today",  a  on  odpowiedział  jej  w  ostry  sposób,  bo  chciał  o 
wszystkim zapomnieć. Nie chciał pamiętać, jak Kree patrzyła 
na niego ostatniego dnia przy basenie. 

 -  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że  Kree  zamknęła  swój 

salon? 

Spojrzał na córkę ze zdumieniem. 
 - Jesteś tego pewna? 
 - Dlatego przyjechała do Sydney, bo szuka pracy. Była na 

spotkaniu z Gayem i Delice. Oni mają całą sieć salonów. Kree 
dostała pracę w Melbourne. 

 -  Czy  ona  jest  jeszcze  w  Sydney?  -  spytał  i  w  napięciu 

oczekiwał odpowiedzi. 

 -  Myślę,  że  właśnie  wraca  do  Plenty.  Powiedziała,  że 

musi się pakować. 

Przez całą drogę do Plenty Seb pogrążony był w myślach. 

Wiadomość,  że  Kree  zamknęła  salon,  poruszyła  go  do  głębi. 
Jak  to  się  mogło  stać,  zastanawiał  się.  Salon  był  dla  niej 
wszystkim,  a  zwłaszcza  symbolem  jej  zwycięstwa.  Dzięki 
niemu stanęła na własnych nogach. Musiał się dowiedzieć, co 
się stało. 

Podszedł  do  drzwi  jej  mieszkania.  Słyszał  zza  nich 

muzykę. Gdyby zapukał i tak by go nie słyszała. 

background image

Była 

w  sypialni.  Mimo  promieni  słonecznych 

wpadających  przez  okno  i  tańczących  w  jej  włosach 
wyglądała  na...  pokonaną.  Widział  tylko  imitację  Kree. 
Ledwie  przypominała  tę  Kree,  z  którą  był  w  tym  pokoju 
pierwszego dnia, gdy się spotkali. 

Kotka  zamiauczała  i  otarła  się  swym  aksamitnym 

futerkiem o nogi Seba, ale Kree nie odwróciła się nawet. 

 - Nie płacz, bo inaczej zostawię cię tu samą. 
Seb  uśmiechnął  się,  słysząc,  jakim  tonem  wypowiedziała 

to zdanie. Odchrząknął. 

Kree  zesztywniała.  Widział,  jak  zesztywniały  jej  ręce. 

Bardzo wolno się odwróciła. 

 -  Widzę,  że  jesteś  zaszokowana.  I  znowu  zostawiłaś 

otwarte drzwi. Każdy mógłby tu wejść. 

Przełknęła ślinę. 
 - Ty nie jesteś każdy. Masz klucz. 
 -  Który  nie  jest  potrzebny,  bo  zostawiasz  otwarte  drzwi. 

Wszedł dalej do pokoju. Widział jej zdenerwowanie. 

 -  Jak  zamierzasz  żyć  w  wielkim  mieście,  Kree? 

Potrzebujesz opiekuna. 

Bez słowa powróciła do pakowania. 
 - Torie ci powiedziała? 
 - Co zamierzasz, Kree? Czy bank odrzucił twoje podanie? 
 -  Nie,  ale  zdecydowałam,  że  spłata  pożyczki  będzie  dla 

mnie  za  bardzo  obciążająca.  Przez  długi  czas  będę  musiała 
walczyć o utrzymanie głowy na powierzchni wody. U Gaya i 
Delice zarobię więcej pieniędzy i będę... 

 - Odkąd jesteś zainteresowana pieniędzmi? 
Westchnęła ciężko. 
 -  No  dobrze.  Nie  chodzi  o  pieniądze.  Zdecydowałam 

rozpocząć  nowe  życie  w  innym  miejscu.  Tam,  gdzie  ludzie 
mnie nie znają. 

background image

 - Gdzie ludzie nie wiedzą, jaką jesteś dobrą fryzjerką? To 

ma jeszcze mniej sensu niż same pieniądze. 

 - Czego ty chcesz, Seb? Dlaczego tu przyszedłeś? 
 - Przyszedłem cię zapytać, dlaczego chcesz uciec. Chcesz 

zostawić swój dom, swoją rodzinę i przyjaciół? 

 - Nie  uciekam.  Próbuję dowiedzieć się, kim jestem. A w 

ogóle,  to  nie  mam  pojęcia,  dlaczego  odpowiadam  na  twoje 
pytania. 

 - A co jest złego z twoją osobowością? Spojrzała na niego 

podejrzliwie. 

 - Waśnie zamierzam to rozpracować. 
 - I gdzie zamierzasz to zrobić? 
Ze złością rzuciła bluzkę, którą trzymała w ręku. 
 - Nie znasz mnie, Seb, i nie powinieneś pytać. 
 -  Wydaje  mi  się,  że  znam  cię  lepiej,  niż  sądzisz.  Wolno 

zmniejszył dystans miedzy nimi. 

 - Wiem, że jesteś błyskotliwa i wesoła i że ludzie dobrze 

się czują przy tobie. Wiem, jakie miałaś nędzne dzieciństwo i 
że  wydobyłaś  się  z  nędzy  o  własnych  siłach.  -  Stanął  przed 
nią.  -  Wiem,  że  sprzątasz  jak  szalona,  jakbyś  chciała 
wysprzątać  cały  świat.  Lubisz  kolory,  bo  miałaś  szare 
dzieciństwo.  -  Dotknął  do  jej  włosów.  -  Wiem,  że  posiadasz 
wiele  rzeczy,  których  ja  potrzebuję,  Kree  O'Sullivan,  ale 
dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. 

 - Nic się nie zmieniło, Seb. Już mi to mówiłeś. Wyjął ręce 

z jej włosów i dotknął jej twarzy. Policzków, ust. 

 - Ale nigdy nie powiedziałem ci, że cię kocham. 
 - Kochasz mnie? - Zamknęła oczy. Tak bardzo chciała mu 

wierzyć. 

Seb  wziął  ją  w  ramiona  i  pocałował  mocno  i  gorąco,  aż 

zabrakło jej oddechu. 

 -  Co  ty  robisz?  -  wysapała,  kiedy  w  końcu  udało  jej  się 

złapać powietrze. 

background image

 -  Próbuję  ci  udowodnić,  że  cię  kocham.  Nie  chcesz  ode 

mnie niczego, chociaż próbuję ci dać. Pragnę ci pokazać, jak 
czuję się dzięki tobie. 

 - A jak się czujesz dzięki mnie? 
 - Pełen życia. 
 -  Powiedziałeś  kiedyś,  że  doprowadzam  cię  do 

szaleństwa. 

 - Zawsze. - Pocałował ją znowu. - W ciągu tych ostatnich 

kilku  tygodni,  kiedy  nie  mogłem  cię  całować,  dotykać  i 
walczyć  z  tobą,  stawałem  się  jeszcze  bardziej  szalony. 
Tęskniłem za twoim śmiechem i twoim ciepłem. Tęskniłem za 
tym,  w  jaki  sposób  doprowadzasz  mnie  na  samą  krawędź 
samokontroli, i kiedy ją tracę. 

 - Starałam się ciebie nie prowokować. 
 -  Och,  nie.  Nie  chcę,  żebyś  się  zmieniła.  -  Znowu 

zapatrzył  się  w  jej  oczy  i  pocałował.  -  Miłość  do  ciebie  jest 
jedyną rzeczą, której nie chcę kontrolować. 

Zobaczył wreszcie akceptację w jej oczach. 
 - A co będzie z salonem - spytał? 
 - Nie jestem pewna, czy chcę go jeszcze utrzymać. 
 -  To  dobrze,  bo  chcę  go  kupić  od  ciebie.  Przymrużyła 

oczy. 

 - Masz zamiar zmienić zawód? 
 -  Chcę  dać  go  mojej  żonie.  Ona  nie  lubi  prezentów,  ale 

będzie musiała się nauczyć ich przyjmowania; 

 - Lepiej nie żartuj sobie ze mnie. 
 - Nie żartuję, Kree - powiedział poważnie. 
 - Powiedziałeś, że nie chcesz się żenić powtórnie. 
 -  Ale  chcę  mieć  ciebie.  Chcę  być  z  tobą.  Nic  innego  nie 

uczyni mnie szczęśliwszym. 

Zamiast rzucić się w jego ramiona, Kree odwróciła wzrok. 
 - Mówisz tak, jakbym cię zaszantażowała lub złapała. .. 
Pocałował ją. 

background image

 -  Zawsze  będę  tak  robił,  jak  zaczniesz  pleść  bzdury. 

Roześmiała  się  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  całując  go 
jednocześnie. 

 - A co do salonu... 
 -  To  jest  ślubny  prezent.  Wystarczy  tylko,  że  powiesz: 

tak. 

 - Dobrze, ale żeby było uczciwie, to muszę cię ostrzec, że 

nie  będę  prowadziła  salonu  zgodnie  z  jakimś  planem 
biznesowym.  

 -  Zgadzam  się.  Ale  jeśli  będziesz  chciała  być  dla  mnie 

miła, to pozwolisz, że będę prowadził twoją księgowość. 

 -  Możemy  zawrzeć  taki  układ.  -  Spojrzała  na  niego  z 

obiecującym  uśmiechem.  -  Czy  chcesz  już  teraz  zacząć 
negocjacje? 

 -  Och,  Kree,  co  ja  mam  z  tobą  zrobić  -  powiedział  z 

uśmiechem. Spojrzał na jej śmiejące się usta. - Chcę spędzić z 
tobą resztę życia. Czy wyjdziesz za mnie, Kree? Czy uczynisz 
ze mnie pogodnego faceta? 

 - Tak, Seb. Uczynię to. 

background image