background image

JOAN WOLF

TAJEMNICA SILVERBRIDGE

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- No i jak poszło pierwsze czytanie, maleńka? - zapytał Mel Barker, agent aktorki 

Tracy Collins. Połączenie telefoniczne Los Angeles z Londynem było idealne.

- Chyba świetnie - odpowiedziała Tracy. - Lody nieco stopniały, kiedy okazało się, że 

mówię z autentycznym angielskim akcentem. A Dave Michaels, reżyser, był bardzo miły.

- Do diabła, lepiej niech będzie miły - odparł z naciskiem Mel. - Ocaliłaś jego film, 

kiedy podpisałaś kontrakt.

- Muszę przyznać, że trochę się denerwuję. - Tracy oparła się na poduchach kanapy, 

jednej z trzech w salonie luksusowego apartamentu, który wynajęła dla niej wytwórnia. - 

Chodzi mi o to, że przecież pracuję z Jonem Melbourne'em. On ma głos jak sam Bóg i grywa 

Szekspira, Mel. A wszystko, co ja kiedykolwiek robiłam, to komedia romantyczna.

- Trochę za późno, żeby mieć pietra - wytknął Mel. - Pamiętaj, że to ty chciałaś zrobić 

ten  film;   ja  byłem  przeciwko.   Rola  jest  zbyt   mała.   Melbourne   jest  gwiazdą,   ty  masz   do 

powiedzenia dokładnie jedną czwartą tego, co on...

- Proszę, nie mów: „A nie mówiłem” - odpowiedziała Tracy z nutą uszczypliwości w 

głosie. - Ja nie mówię, że mi przykro, że to wzięłam. Mówię, że trochę się denerwuję tym 

wyzwaniem. To książka niełatwa do przerobienia na film.

Powieść,   o   której   mówiła   Tracy,   Zazdrość,   zdobyła   w   Wielkiej   Brytanii   nagrodę 

Bookera dla najlepszej powieści roku i stała się bestsellerem także w Ameryce. W zasadzie 

była to literacka opowieść o arystokratycznej angielskiej rodzinie z czasów regencji. Prawa do 

jej sfilmowania zakupił amerykański producent, który nakłonił rodzimą wytwórnię filmową 

do zainwestowania w produkcję.

Pojawiły się jednak kłopoty z doborem obsady. Kierownictwo wytwórni z niechęcią 

zgodziło się co do tego, że największy angielski aktor szekspirowski będzie dobry do filmu, 

ale uparli się przy głównej roli kobiecej. Chcieli  nazwiska z pierwszych  stron gazet - to 

zapewniało, że amerykańscy kinomani kupią bilety. Rola jednak była po prostu zbyt mała, 

żeby   zainteresowała   większość   aktorek   o   takiej   pozycji.   Studio  wpadło   w   ekstazę,   kiedy 

Tracy zgodziła sieją zagrać.

Reszta Hollywoodu  była  zdumiona.  Filmy,  które uczyniły z niej  megagwiazdę,  to 

lekkie komedie romantyczne, a nie poważne psychologiczne dramaty. W powszechnej opinii 

kolegów   Tracy   chapnęła   więcej,   niż   może   pogryźć,   jej   status   gwiazdy   jest   poważnie 

zagrożony.

- Nie mówię: „A nie mówiłem” - powiedział uspokajająco Mel. - Będziesz świetna, 

background image

maleńka. Zawsze jesteś świetna.

- I nie traktuj mnie protekcjonalnie. - Tracy położyła  obute w tenisówki stopy na 

jasnym, drewnianym stoliku kawowym, stojącym obok kanapy.

- Ani mi się śni - zapewnił ją Mel, po czym pospiesznie zmienił temat. - Jaka wydaje 

się reszta aktorów? Jakieś czubki?

- Muszę powiedzieć, że wszyscy wydają się nadzwyczaj normalni - odparła Tracy. - 

Ale jestem pewna, że to się zmieni, kiedy poznam ich lepiej. Mam tylko nadzieję, że nikt nie 

jest poważnie uzależniony. Mój ostatni film to był koszmar...

Mel westchnął.

- Wiem.

Tracy spojrzała gniewnie na stojący obok niej wazon z wielkimi bladoczerwonymi 

różami.

- Już nigdy więcej nie będę pracować z Matthew Howardem. Nie obchodzi mnie, że 

on może i jest zdolny i czarujący...

- Wiem, wiem. Nie winie cię. Pewnego dnia posunie się za daleko i wyląduje w 

więzieniu.

- Jemu potrzebna jest kuracja, nie więzienie - odpowiedziała Tracy.

Raz jeszcze Mel uznał za rozsądne zmienić temat.

- Jaki jest ten Melbourne tak w ogóle? Jest wyższy od ciebie czy będziesz musiała stać 

w rowie, kiedy będziesz z nim grać?

- Ma prawie metr osiemdziesiąt, jest o pięć centymetrów wyższy ode mnie. Jeżeli 

założę płaskie buty, powinno być w porządku.

- Pewnie. Nie pozwól, żeby cię onieśmielał. Może i jest nowym Olivierem i takie tam, 

ale twoje filmy przynoszą olbrzymie pieniądze.

Tracy wyprostowała się.

- Nie daję się łatwo onieśmielić, Mel.

- Wiem, wiem. Ale zdecydowanie masz słabość do gry Melbourne'a. Tylko pamiętaj, 

że film nie jest wart złamanego centa, jeżeli nikt nie przyjdzie go obejrzeć. Przyjdą zobaczyć 

ten film ze względu na ciebie, nie ze względu na Melbourne'a.

Wtedy otworzyły się drzwi apartamentu i weszła Gail Ramirez, osobista sekretarka 

Tracy. Niosła wazon ze wspaniałymi liliami. Tracy powiedziała do słuchawki:

- Mel, Gail właśnie weszła i musi ze mną porozmawiać.

-   Dobrze.   Cieszę   się,   że   przynajmniej   na   razie   wszystko   idzie   dobrze,   maleńka. 

Zadzwoń do mnie, jeżeli będziesz miała jakieś kłopoty.

background image

- Tak zrobię - odpowiedziała Tracy i rozłączyła się. Gail podniosła wyżej lilie.

- Te są od wytwórni. Gdzie je postawić?

Pokój był już pełen bukietów kwiatów. Tracy machnęła ręką i powiedziała:

- Wszystko jedno.

-   Te   róże   wyglądają   na   trochę   podwiędnięte.   -   Gail   postawiła   wazon   z   liliami   i 

podniosła bukiet czerwonych róż, spoczywający na stole przed olbrzymim lustrem w złoconej 

ramie. - Może je wyrzucę i zastąpię Mami?

- Świetnie  - odpowiedziała z roztargnieniem Tracy.  Gdy Gail zmieniała kwiaty w 

wazonie, przypomniała sobie o czymś.

- Och, wcześniej telefonowała twoja matka. Chce, żebyś do niej oddzwoniła.

Tracy usiadła prosto i postawiła stopy na podłodze.

- Widocznie Kate urodziła.

Tracy znów podniosła słuchawkę telefonu i już za parę minut słuchała, jak jej matka 

zachwyca się ważącą ponad trzy i pół kilo dziewczynką, którą jej siostra wydała na świat 

kilka godzin wcześniej.

- Kate i Alan muszą być przejęci - powiedziała Tracy. Raz jeszcze wyciągnęła długie 

nogi na stoliku kawowym. - Nareszcie dziewczynka.

- Są uszczęśliwieni - odparła jej matka. - Tak jak i twój ojciec. Tak naprawdę to 

myślę, że on nawet bardziej cieszy się z dziewczynki niż Alan i Kate.

- A ty? - zapytała Tracy. - Cieszysz się, że masz wnuczkę?

Nastąpiła chwila ciszy. A potem...

- Sama nie wiem. Córki potrafią być okropnym zmartwieniem... Znacznie większym 

niż synowie.

Tracy przewróciła oczami, spoglądając na Gail.

- Jeżeli to się miało tyczyć mnie, mamo, to nie masz powodu, by się martwić. Radzę 

sobie świetnie...

- Wolałabym, żebyś nie była tak daleko. Nie będziesz nawet na chrzcinach.

- Brat Alana też nie będzie mógł przyjechać na chrzciny - zauważyła Tracy. - Takie 

rzeczy się zdarzają, mamo.

- Robert jest oficerem marynarki i jest na morzu. On pracuje...

- Ja również - odpowiedziała Tracy najłagodniej jak potrafiła.

- To nie to samo.

Tracy policzyła  do dziesięciu, po czym  znowu zsunęła stopy na podłogę i usiadła 

prosto.

background image

- Czy masz numer do Kate, do szpitala? Chciałabym do niej zadzwonić.

- Ona będzie spała. Lepiej jej nie przeszkadzać. Jutro możesz zadzwonić do niej do 

domu - powiedziała pani Walters. - Uważam, że to, w jaki sposób w tych czasach wyrzucają 

młode matki ze szpitala, jest po prostu okropne. Kiedy ja rodziłam was, dziewczynki, byłam 

tam przez pięć dni.

- Czy zamierzasz przeprowadzić się do Kate, mamo?

- Tak. Na kilka dni. Dopóty, dopóki Kate nie poczuje się na tyle silna, żeby sama dać 

sobie radę.

- To wspaniale - powiedziała szczerze Tracy. Rozmawiały z matką jeszcze przez kilka 

minut, po czym Tracy odłożyła słuchawkę.

- Jak rozumiem, twoja siostra urodziła córkę - odezwała się jej sekretarka.

- Tak - odpowiedziała Tracy z uśmiechem. - Bardzo się cieszę z jej powodu. Tak 

strasznie chciała mieć dziewczynkę. - Wstała z kanapy i wyciągnęła ramiona nad głowę.

- Moja matka zawsze mówiła, że każda kobieta powinna mieć córkę - powiedziała 

Gail.

- Moja matka zgodziłaby się z tym, pod warunkiem że ta córka jest taka jak Kate - 

odparła Tracy oschle, bezwładnie opuszczając ramiona.

Gail przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu.

- Twoja matka cię uwielbia, wiesz o tym. Ona się tylko o ciebie martwi.

Matka Tracy była wielce przyzwoitą matroną z Connecticut, która nigdy nie pogodziła 

się z tym,  że jej najmłodsza  córka jest słynną  gwiazdą  filmową.  Była  przekonana, że to 

niezdrowy sposób życia, przy którym  Tracy jest narażona na kontakty z wszelkiego typu 

niegodziwcami:   ludźmi   mówiącymi   sprośnym   językiem,   popełniającymi   cudzołóstwa, 

zażywającymi narkotyki. Dodałaby do tej listy jeszcze więcej rozpusty, ale dalej wyobraźnia 

pani Walters już nie sięgała.

- Ona uważa, że mój zegar biologiczny tyka coraz szybciej. Chce, żebym wyszła za 

mąż, ustatkowała się i miała dzieci - powiedziała Tracy z goryczą. - Widzi tylko takie życie 

dla kobiety.

- Dla mnie to nie brzmi jak złe życie - odparła Gail. Po chwili Tracy uśmiechnęła się.

- Dla mnie też nie. Ale facet musi być w porządku.

- O, i w tym tkwi problem - odpowiedziała Gail. - Jeszcze nigdy nie spotkałam kobiety 

tak wybrednej jak ty. Ostatniemu facetowi dałaś kosza, bo nie podobał ci się jego śmiech! Też 

mi powód, Tracy.

- Śmiał się jak kozioł. Nikt nie mógł tego wytrzymać.

background image

Jedyną odpowiedzią Gail było przewrócenie oczami. Potem, kiedy Tracy ruszyła w 

stronę sypialni, Gail odezwała się:

- Pamiętasz, że za godzinę masz konferencję prasową?

- Pamiętam - odpowiedziała ponuro Tracy. W Hollywood była znana jako aktorka 

wyjątkowo dobrze współpracująca na planie; równie była znana ze swojej niechęci do prasy.

- Nie musisz wyglądać, jakby ci mieli wyrywać ząb - powiedziała Gail.

- Naprawdę myślę, że wolałabym raczej, żeby mi wyrywali ząb, niż spotykać się z 

prasą - odparła Tracy. - I to brytyjską prasą. - Zadygotała. - To jeszcze więksi plotkarze niż u 

nas.

Gail przeszła po grubym dywanie kilka kroków w stronę Tracy.

- Tracy,  proszę, spróbuj odpowiadać na ich pytania więcej niż dwoma czy trzema 

słowami. Szkodzisz swojemu wizerunkowi, jeśli jesteś taka lapidarna.

- Do diabła z moim wizerunkiem - prychnęła Tracy. - Będę uprzejma i odpowiem na 

ich cholerne pytania, ale nie oczekuj ode mnie, że z własnej woli dodam jakieś informacje. 

Nauczyłam się dawno temu, jakie to niebezpieczne być miłym dla prasy.

- Ciągle nie możesz przeboleć tej absurdalnej historii z „Reportera”?

Tracy założyła ręce na piersiach.

- Ten żałosny szmatławiec na pierwszej stronie wydrukował supernews, że jestem w 

ciąży z Benem Affleckiem. Ja nawet nie znam Bena Afflecka! Powiedziałam im tylko, że 

podziwiam jego grę. Cały rok zabrało mi uspokojenie matki. Wiesz o tym, Gail.

Gail westchnęła.

- Nadal uważam, że powinnam ich pozwać do sądu - złościła się Tracy.

- Nie, nie powinnaś - odpowiedziała Gail. - Miałaś całkowitą rację, że posłuchałaś 

Mela.   Nikt   nie   uwierzył   w   tę   głupią   historię,   a   pozywanie   ich   dodałoby   jej   tylko 

wiarygodności.

-   No   cóż,   ze   wszystkich   ludzi   właśnie   ty   powinnaś   przestać   namawiać   mnie   na 

pogaduszki z prasą. Wiesz, do czego to może doprowadzić...

Gail znowu westchnęła.

- Tak, chyba wiem.

- Umieram z głodu - powiedziała Tracy. Gail spojrzała na nią.

- Sprowadzę obsługę, żeby przysłali na górę coś do jedzenia. Wystarczy sałatka?

-   Sałatka   będzie   w   sam   raz.   Pamiętaj,   żeby   zamówić   też   dla   siebie.   -   Tracy 

zmarszczyła nos. - I powiedz im, że to ma być natychmiast. Nie wydaje mi się, żebym mogła 

stawić czoła brytyjskiej prasie o pustym żołądku.

background image

Sześć tygodni później Tracy stała przed ogromnym teatralnym lustrem, podczas gdy 

krawcowa   upinała   tył   jej   sukni.   Reszta   wielkiego   pokoju   była   zapełniona   wieszakami   z 

kostiumami, deską do prasowania i stojakiem na buty, zapchanym obuwiem we wszelkich 

rozmiarach i z rozmaitymi obcasami. Krawcowa nie poskąpiła sobie tego ranka perfum i w 

powietrzu unosiła się dusząco słodka woń kapryfolium.

-   Już   -   powiedziała,   odsuwając   się   od   Tracy.   Odwróciła   się,   żeby   spojrzeć   na 

mężczyznę stojącego za obiema paniami. - Co pan o tym sądzi, panie Abbott?

- Sądzę, że jest doskonale - odpowiedział ze swoim nienagannym  uniwersyteckim 

akcentem Sidney Abbott, projektant kostiumów. Był wysokim, chudym mężczyzną z szopą 

idealnie wyszczotkowanych blond włosów. - Jak pani myśli, panno Collins?

Z lustra spoglądała na Tracy angielska dama, która mogłaby wyjść ze stron powieści 

Jane Austen. Jej balowa suknia z białej  francuskiej gazy miała wysoki  stan i na halce  z 

niebieskiego jedwabiu opadała jej do kostek. Brzeg sukni był haftowany w kwiaty, a buty 

Tracy z miękkiej białej skórki przypominały współczesne baletki. Jedyne, co wydawało się 

nie pasować do tego obrazu, to były jej włosy. Sięgały Tracy ramion, jak co dzień.

- Jest prześliczna - odparła szczerze.

- To jest suknia, którą Julia będzie miała na sobie w wieczór, kiedy po raz pierwszy 

spotka Martina - powiedział Sidney. - Zaaranżujemy tę scenę w wiejskiej rezydencji. Dave 

wynajął ją w Wiltshire. Dave mówi, że jest tam sala, która idealnie się nada.

- Oszałamiająca.

To słowo zostało wypowiedziane dobrze znanym dźwięcznym, melodyjnym, głosem i 

Tracy zobaczyła w lustrze, jak w jej polu widzenia pojawia się Jonathan Melbourne. Był to 

krzepki mężczyzna z kręconymi brązowymi włosami i jasno orzechowymi  oczyma. Tracy 

odwróciła się, żeby stanąć do niego przodem, i uśmiechnęła.

- Kiedy cię widzę, doskonale rozumiem, jak Martinowi udaje się wpaść w taki szał 

zazdrości.

Tracy miała długą praktykę w przyjmowaniu komplementów z wdziękiem.

- To śliczna suknia - przytaknęła i spojrzała na projektanta kostiumów. - Wszystkie 

ubiory są cudowne, Sidney. Mam tylko jedno pytanie: jaku licha kobietom w tamtych czasach 

udawało się nie marznąć? Chodzi mi o to, że nie było centralnego ogrzewania, a te suknie są 

cieniuteńkie, żeby nie powiedzieć więcej...

- Och, my,  Anglicy,  jesteśmy twardsi niż wy,  Amerykanie  - odpowiedział Sidney 

Abbott   głosem,   w   którym   zabrzmiała   lekka   nuta   wyższości.   -   Nawet   dzisiaj   nie 

rozpieszczamy się centralnym ogrzewaniem tak, jak wy to robicie.

background image

- Może i nie, ale widzę, że wszystko, co nosicie, to swetry i długie spodnie. - Tracy 

spojrzała znacząco na ciepłe męskie ubrania. - Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek paradował z 

gołymi ramionami i w spódniczce z gazy.

- Ja od czasu do czasu zakładam spódniczkę z gazy, ale tylko w zaciszu własnego 

domu - powiedział poważnym tonem Jon.

Tracy się roześmiała. Sidney odwrócił się do Jona.

- Czy przyszedłeś na przymiarkę?

- Tak, ale poczekam, dopóki nie skończycie z Tracy.

- Tracy jest gotowa - zapewnił go Sidney. - Będziemy mogli zaczynać, kiedy tylko się 

przebierze.

- Doskonale.

Tracy   przeszła   do   sąsiedniego   pokoju,   zapełnionego   jeszcze   większą   liczbą 

kostiumów wiszących na ruchomych wieszakach. Czekała w nim na nią młoda dziewczyna, 

żeby pomóc jej się przebrać z eleganckiej sukni w dżinsy, tenisówki, kremową bawełnianą 

bluzkę   z   golfem   i   sweter.   Tracy,   tak   jak   to   miała   w   zwyczaju,   czyli   potrząsając   nimi, 

poprawiła zmierzwioną burzę kasztanowych włosów i wróciła do salonu.

Panowie rozmawiali właśnie o tym, że w ten weekend wytwórnia przeniosła plenery 

do Silverbridge, wiejskiego domu, w którym mają nakręcić resztę filmu.

- Liza jest w siódmym niebie - mówił z sarkazmem Sidney, kiedy Tracy wchodziła do 

pokoju. - Chce dodać go do swojej listy łóżkowych kompanów.

Liza Moran była aktorką grającą starszą kobietę, która nienawidzi Julii i robi co w jej 

mocy, żeby nastawić Martina przeciwko niej. W ciągu paru ostatnich tygodni dla Tracy stało 

się jasne, że Liza jest - by tak rzec, używając fachowego terminu z psychiatrii - nimfomanką.

- Wątpię, żeby lord Silverbridge był w domu w czasie, gdy tacy przedstawiciele klasy 

pracującej jak my będą się kręcić i bałaganić w jego włościach - odparł oschle Jon.

Sidney   poczuł   się   urażony   zaliczeniem   go   do   przedstawicieli   klasy   pracującej   i 

odpowiedział chłodno:

- Wybacz, że się z tobą nie zgodzę, ale lord Silverbridge w rzeczy samej będzie w 

domu. Jak rozumiem, trenuje w swojej stajni, która znajduje się na terenie posiadłości. Co 

więcej, Dave powiedział  mi,  że jego lordowska mość  wystosował  specjalne życzenie,  by 

ekipa filmowa trzymała się z daleka od stajni, tak żeby nie zakłócać spokoju jego koniom.

Tracy   starała   się   rozładować   wyraźne   napięcie,   które   narosło   między   dwoma 

mężczyznami. Odezwała się pogodnie:

- Mam tylko wielką nadzieję, że zakręcony harmonogram nie będzie nas tam trzymał 

background image

przez te ostatnie sześć tygodni.

- Obawiam się, że będzie - odpowiedział Sidney. - Wynajęcie Silverbridge kosztuje 

majątek i ważne jest zakończenie kręconych  tam zdjęć zgodnie z harmonogramem.  Dave 

mówił mi, że aż się trzęsie na samą myśl o kwocie, którą lord Silverbridge mu zaśpiewa, 

jeżeli przekroczymy nasz czas.

- Silverbridge zapewne modli się o opóźnienie - powiedział cynicznie Jon.

- Dlaczego miałby chcieć opóźnienia? - zapytała Tracy. - Myślałam, że będzie chciał 

pozbyć się nas z oczu najszybciej jak się da.

- Utrzymanie tych starych domów kosztuje mnóstwo pieniędzy - wyjaśnił Sidney. - 

Każdy właściciel wiejskiej rezydencji w Anglii chce, żeby kręcono u niego film. To pomaga 

pokryć koszt konserwacji.

- Och - odparła Tracy.

- Lord Silverbridge jest jedną z naszych brytyjskich sław - mówił dalej Sidney. Nadal 

zwracał   się   wyłącznie   do   Tracy.   -   Widuje   się   go   stale   fotografowanego   na   pokazach 

hippicznych, tańcach, w nocnych klubach, z rodziną królewską w Ascot...

- Z tonu Sidneya łatwo można było wyczytać, że byłby szczęśliwy, gdyby należał do 

świata lorda Silverbridge'a.

- Nigdy o nim nie słyszałam - powiedziała Tracy.

- Jest sławny, bo jest hrabią - wyjaśnił Jon. Także mówił wyłącznie do Tracy. - Nawet 

wkraczając w dwudziesty pierwszy wiek, Brytyjczycy wciąż uwielbiają arystokrację. - Ton 

jego głosu zdradzał wyraźnie, że nie podziela tego gigantycznego urojenia.

Sidney nie spojrzał nawet na Jona, kiedy informował Tracy:

- Nic dziwnego. To fakt, że hrabia Silverbridge jest nieżonatym, przystojnym młodym 

dżentelmenem, który, tak się składa, posiada też jedną z najpiękniejszych posiadłości w kraju, 

a to przyczynia  się do jego sławy.  Ale... - tu rzucił  triumfujące  spojrzenie na Jona - na 

ostatniej olimpiadzie zdobył też dla Wielkiej Brytanii brązowy medal w ujeżdżeniu.

- Naprawdę? - Tracy odezwała się z autentycznym  zainteresowaniem. - Wiem, że 

amerykańska drużyna w ujeżdżeniu nie sprawiła się tak dobrze, jak mieliśmy nadzieję, ale 

przypuszczałam, że to Niemcy zdobyli wszystkie medale.

Sidney jeszcze bardziej wyprostował swoje proste plecy. Wydawał się nieco wyższy.

- Nie. Wielka Brytania zdobyła brąz. Jon wtrącił:

-   Nie   wszystko,   co   pisano   o   Silverbridge'u,   było   takie   pozytywne,   jak   stara   się 

przedstawić   Sidney.   W   zeszłym   roku   pewna   modelka,   z   którą   się   spotykał,   popełniła 

samobójstwo, kiedy ją rzucił.

background image

Sidney wydał odgłos, który zabrzmiał jak warknięcie.

- To była okropna tragedia, moja droga Tracy, i jestem pewien, że lord Silverbridge 

głęboko żałował pochopnego kroku tej młodej kobiety.

Jon dorzucił jakby od niechcenia:

- Tak naprawdę to nawet okiem nie mrugnął.

- Proszę mi  wybaczyć,  muszę  pomówić  z kimś  przez chwilę  - Sidney powiedział 

uprzejmie do Tracy. Potem, zupełnie innym tonem, zwrócił się do Jona: - Pański kostium jest 

w tamtym pokoju.

Patrząc za odchodzącym Sidneyem, Jon odezwał się:

- Nie powinienem pozwalać, żeby mi działał na nerwy, ale tak się dzieje.

- Wydaje się nieszkodliwy - odparła.

Jon potrząsnął głową, jakby chciał uporządkować myśli, po czym powiedział:

- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że będziemy mieli dzień wolny? Wyjeżdżamy do 

Wiltshire w niedzielę, ale Dave zostawił nam wolną sobotę.

- Chyba musiał się pomylić. Myślałam, że sprzeciwia się wolnym dniom.

Jon się zaśmiał.

- Zastanawiałem się, czy mógłbym ci w Londynie pokazać, coś, czego jeszcze nie 

widziałaś.

Tracy ukryła zaskoczenie. Przez ostatnie sześć tygodni Jon był przyjacielski, ale nigdy 

nie próbował jej gdzieś zaprosić.

Nie żeby był czas na cokolwiek innego prócz filmu, pomyślała.

Zawahała się, a potem powiedziała powoli:

- Bardzo bym chciała zobaczyć londyńską Tower. Byłam tutaj co najmniej dziesięć 

razy, ale jakoś nigdy nie udało mi się zwiedzić Tower.

Uśmiechnął się.

- Jedno z moich ulubionych miejsc. A zatem chodźmy do Tower.

Tracy nie straciła nic ze swego początkowego podziwu dla tego angielskiego aktora; 

właściwie im dłużej z nim pracowała, tym bardziej jej szacunek wzrastał. Nie chciała, żeby 

spotkało go jakieś niemiłe doświadczenie, gdy będzie w jej towarzystwie. Powiedziała więc 

pół żartem:

-   Muszę   cię   ostrzec,   że   jeżeli   zobaczą   cię   w   moim   towarzystwie,   amerykańska 

brukowa prasa założy,  że jestem z tobą w ciąży.  Potem wlepią tę nowinę do wszystkich 

plotkarskich kolumn, tak że każdy w Ameryce, kto robi zakupy, z pewnością to zobaczy.

- Na pewno zdołamy unikać prasy przez jeden dzień - zaprotestował.

background image

- Jest jeden reporter, który chyba uczynił mnie celem swojego życia. Gdybym była 

zwyczajną osobą, kazałabym go aresztować za nękanie, ale mój prawnik mówi mi, że jestem 

osobą publiczną i że prasa ma prawo wykonywać swoją pracę.

- Wielkie nieba - powiedział Jon.

- Ta żałosna imitacja człowieka parkuje przed moim hotelem i tylko czeka, żeby się na 

mnie rzucić. Nie chcę, żebyś ty stał się kolejnym celem ataku.

- Musi być tylne wyjście z twojego hotelu - powiedział.

Jej wargi wygięły się w porozumiewawczym uśmiechu.

- Rzeczywiście, jest kilka wyjść. Wolę to przez kuchnię. Z tego, co wiem, ten żałosny 

szpieg, Counes, jeszcze go nie odkrył.

- Wspaniale.  A  więc, powiedzmy,  spotkamy  się o dziesiątej  rano w  sobotę przed 

kuchnią twojego hotelu.

Tracy poczuła iskierkę podniecenia.

- Dobrze.

-   Och,   wraca   Sidney   -   powiedział   Jon.   -   Lepiej   założę   kostium,   nim   zacznie   się 

pieklić.

Tracy zaśmiała się, pomachała mu i odwróciła się.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tracy bardzo miło spędziła sobotę z Jonem. Udało im się unikać obmierzłego Counesa 

i byli stosunkowo mało nękani przez turystów w Tower. Ukoronowali dzień wyśmienitym 

obiadem w jednej z najlepszych restauracji Londynu i zakończyli go wizytą w nocnym klubie.

Tracy nie znalazła u Jona ani jednej przywary, na którą mogłaby się poskarżyć Gail.

W niedzielne popołudnie ekipa wyjechała do Wiltshire. Tracy czuła się śpiąca po 

nocnej zabawie i drzemała przez większą część podróży. Była prawie szósta, kiedy samochód 

zatrzymał   się   przed   stylizowanym   na   wiejski   domek   budynkiem   z   pruskiego   muru. 

Dziedziniec od frontu olśniewał mnóstwem różowych tulipanów, a kiedy Tracy weszła po 

kamiennych schodkach, zobaczyła, że rzeźbiona tabliczka przy frontowych drzwiach głosi: 

The Wiltshire Arms.

Sam   kierownik   odprowadził   ją   do   jej   apartamentu,   ozdobionego   meblami,   które 

wyglądały na autentyczne antyki.

- Ślicznie - powiedziała uprzejmie Tracy. - Jaki uroczy hotel.

Kierownik,   który   miał   okrągłą,   dziecinną   twarz   i   okulary   w   rogowej   oprawie, 

rozpromienił się niczym zadowolony dwulatek.

-   Nie   jest   wielki,   więc   możemy   zaoferować   osobistą   obsługę   wszystkim   naszym 

gościom. Proszę mnie wezwać, panno Collins, jeżeli będzie pani czegokolwiek potrzebować.

Tracy odrzekła, że tak zrobi, a kierownik wyszedł, kiedy dwaj młodzi mężczyźni w 

uniformach przynieśli jej bagaż. Gdy wnosili torby do sypialni, Tracy podeszła, żeby spojrzeć 

na karteczki przy imponujących bukietach kwiatów dekorujących pokój. Kwiaty były od jej 

producenta Jima Ventury, reżysera Dave'a Michaelsa, kierownictwa hotelu i Jona. Czytała 

właśnie bilecik przypięty do ostatniego bukietu, kiedy zadzwonił telefon.

Gail odebrała, po czym zasłoniła słuchawkę dłonią i powiedziała:

- To Jon Melbourne. Chcesz z nim rozmawiać?

- Tak, oczywiście. - Tracy podeszła, żeby wziąć słuchawkę od sekretarki. - Cześć, Jon. 

Jak się masz?

- Wygodnie tu. To miły hotel.

- Na to wygląda.

-  Jak   rozumiem,   kuchnia   serwuje   najlepsze   jedzenie   w   okolicy.   Czy   zechciałabyś 

przyłączyć   się   do   mnie   na   obiedzie   dziś   wieczorem?   Obawiam   się,   że   kiedy   zaczniemy 

zdjęcia, będziemy się żywić jedzeniem z wozu firmy cateringowej.

Tracy uśmiechnęła się.

background image

-   Sądząc   po   tym,   jak   wygląda   harmonogram   zdjęć,   jestem   pewna,   że   tak   będzie. 

Chętnie zjem z tobą obiad. Za godzinę?

- Świetnie. Spotkamy się w restauracji.

- Wspaniale. - Tracy odłożyła słuchawkę i odwróciła się do sekretarki. - Jon właśnie 

zaprosił mnie na obiad.

Ogromne brązowe oczy Gail zalśniły.

- No, no, to obiecujące. Musiał zdać pierwszy test.

- Nie bądź śmieszna - odpowiedziała Tracy z irytacją. - Nie mam żadnych testów.

- Och, czyżby? To jak to się dzieje, że wszyscy mężczyźni, których znasz, wydają 

sieje oblewać.

Ramiona   Tracy   odrobinę   opadły.   Ni   z   tego,   ni   z   owego   wyglądała   na   bardzo 

zmęczoną.

- Nie wiem, Gail. - Założyła sobie kosmyk włosów za ucho. - Po prostu nie wiem.

Gail mruknęła coś pod nosem po hiszpańsku, po czym objęła swoją chlebodawczynię 

ramieniem.

- Nie przejmuj się mną, tylko się droczę. Mój problem jest taki, że nie wiem, kiedy 

przestać. Baw się dobrze z Jonem. Ja chętnie zjadłabym z nim obiad choćby tylko po to, żeby 

słuchać, jak czyta mi książkę telefoniczną.

Tracy uśmiechnęła się.

-   Wiem.   Ten   głos!   W   każdym   razie   o   obiedzie   decyduj   sama.   Sugeruję,   żebyś 

zamówiła najlepsze dania, jakie tu podają. Pamiętaj, wytwórnia płaci.

Tracy była bardzo lubiana przez księgowych w Hollywood, ponieważ jej skromne 

wymagania tylko nieznacznie wpływały na budżet filmu. Zamiast prosić studio o opłacanie 

limuzyny,   kucharza,   prywatnej   przyczepy   na   zdjęcia   w   plenerze   oraz   osobistych 

charakteryzatorów, fryzjerów i garderobianych, wymagała tylko, żeby wytwórnia płaciła za 

hotel, jedzenie i pokrywała koszty podróży jej sekretarki. Co do reszty swoich potrzeb, Tracy 

w pełni zadowalała się obsługą stałego personelu studia.

- Filet mignon, jak sądzę - powiedziała Gail.

Tracy skinęła głową.

- Doskonale. - Zerknęła na zegarek. - Lepiej wypakujmy dla mnie sukienkę, którą 

włożę do obiadu.

Obie wiedziały, że forma „my” to tylko grzeczność i że to Gail rozpakuje walizki. 

Sekretarka zaproponowała:

- Może weźmiesz prysznic, kiedy ja będę wyjmować rzeczy?

background image

- Kapitalny pomysł. Dzięki.

Tracy   przeszła   do   łazienki,   podczas   gdy   Gail   powiesiła   pokrowiec   na   ubrania   na 

wieszaku w garderobie i zaczęła wyjmować z niego sukienki.

- Może ta niebieska od Escady? - zawołała do niej przez drzwi.

- Świetnie - odpowiedziała Tracy, przekrzykując plusk wody.

Gail   ostrożnie   wyjęła   z  pokrowca   ciemnokobaltową   suknię   i   ułożyła   ją   na   łóżku. 

Potem podeszła do kolejnej walizki, żeby sprawdzić, czy znajdzie tam pasujące do sukienki 

buty.

Jonathan Melbourne siedział w jadalni Wiltshire Arms. Sączył glenliveta i czekał na 

Tracy. W swoim życiu przyjaźnił się i współpracował z wieloma pięknymi kobietami, ale w 

Tracy   było   coś   szczególnie   uderzającego.   Wyglądała   tak...   tak...   zdrowo,   pomyślał, 

przywołując w pamięci jej obraz. Była szczupła, ale nie chuda, miała piękną, smukłą kibić, a 

jej   nieskazitelna   skóra   naturalnie   promieniała.   Jej   długie   do   ramion   kasztanowe   włosy 

rozświetlał   złoty   poblask,   co   wyglądało   bardzo   naturalnie,   chociaż   Jon   był   najzupełniej 

pewien, że to niemożliwe.

Kiedy stanęła w drzwiach, głowy wszystkich w jadalni zwróciły się w jej stronę.

- Mam nadzieję, że nie czekałeś długo - powiedziała, kiedy kelner ją usadzał.

- Ależ skąd.

Rozejrzała się po niewielkiej, eleganckiej sali.

- Uroczo tu.

- Nie tak wystawnie jak w L'Aigrette - odpowiedział, nawiązując do restauracji w 

Londynie, do której ją zabrał. - Ale wygodniej.

Uśmiechnęła się, ukazując idealnie równe, białe zęby. Takie zęby według Jona miały 

wszystkie Amerykanki.

Kelner podszedł, żeby zapytać, co Tracy chce do picia, a kiedy składała zamówienie, 

Jon upił kolejny łyczek swojej szkockiej, patrząc na nią. Jej włosy lśniły w świetle padającym 

z żyrandola, a jej nos z profilu wyglądał rozkosznie niefrasobliwie. Odwróciła się od kelnera, 

żeby znowu popatrzeć na Jona, gdy ten odezwał się:

- Ta suknia jest śliczna. Pasuje ci do oczu. Lekka ironia pojawiła się w tych właśnie 

oczach.

- A jak myślisz, po cóż innego ją kupiłam? - Podniosła menu napisane ręcznie na 

pergaminie i zmarszczyła nos. - To pismo jest takie eleganckie, że nie potrafię odczytać ani 

słowa.

- Podobno cielęcina jest tu znakomita - powiedział Jon.

background image

Kobaltowe oczy spojrzały na niego z naganą.

- Czy ty wiesz, co oni robią tym biednym cielątkom?

- Proszę, nie mów mi - odpowiedział pospiesznie.

- Gdybyś wiedział, nigdy nie zjadłbyś cielęciny.

- Zamówię coś innego - obiecał. Przypomniał sobie, że poprzedniego wieczora Tracy 

jadła rybę i zapytał z zaciekawieniem: - Jesteś wegetarianką?

Spojrzała na niego ze smutkiem.

-   Nie.   Kiedyś   próbowałam,   ale   okropna   prawda   jest   taka,   że   nie   za   bardzo   lubię 

warzywa. Trudno być wegetarianką, kiedy się nie jada warzyw, a więc wróciłam do jedzenia 

mięsa.

- Ale nie cielęciny. Uśmiechnęła się.

- Ale nie cielęciny.

Kelner znów się pojawił, i raz jeszcze Tracy zamówiła rybę. Kiedy zabrał karty i 

odszedł, odezwała się:

- Chciałam ci powiedzieć, że cudowne są twoje filmy Hamlet i Henryk IV. Myślę, że 

to wspaniałe, że ludzie, którzy nie wybrali się do teatru, żeby obejrzeć przedstawienia, mają 

możliwość zobaczyć twoje występy.

Jonowi zrobiło się przyjemnie.

- Dziękuję.

- Bardzo proszę - odpowiedziała, i upiła łyk białego burgunda.

Jon posmarował bułeczkę masłem.

- Wydaje się, że lubisz Szekspira. Czy kiedykolwiek występowałaś w którejś z jego 

sztuk?

-   Och,   nie   -   energicznie   pokręciła   głową.   Bajeczne   włosy   zakołysały   się   jej   na 

ramionach. - W college'u miałam angielski jako przedmiot kierunkowy i czytałam większość 

jego sztuk, ale nigdy w żadnej nie grałam. Bo widzisz, tak naprawdę to zostałam aktorką 

przez przypadek. Nie chodziłam do szkoły teatralnej ani nic z tych rzeczy.

Miał   właśnie   zapytać,   jak   została   aktorką,   kiedy   poruszenie   przy   drzwiach 

przyciągnęło   ich   uwagę.   Maure   d'hotel   i   inni   pracownicy   płaszczyli   się   przed   dwoma 

mężczyznami, którzy właśnie weszli. Gdy nowo przybyli byli uroczyście odprowadzani do 

najlepszego stolika w sali, Tracy odezwała się do Jona:

- Czy to rodzina królewska, czy jak? Zaśmiał się.

- Niezupełnie. Ten mężczyzna z wąsem to Robin Mauley, największy deweloper w 

kraju. Wydaje mi się, że jest kimś takim, jak ten wasz Donald Trump. Ten drugi to Ambrose 

background image

Percy, hotelarz.

Tracy   uniosła   brwi.   Ambrose   Percy,   potomek   jednego   z   najszacowniejszych 

brytyjskich rodów, budował wyłącznie pięciogwiazdkowe hotele.

- Muszą szykować jakąś transakcję - mówił dalej Jon. Wiem, że Mauleya interesuje 

zbudowanie światowej klasy pola golfowego tu, w Anglii, a Percy musi myśleć o postawieniu 

hotelu w pobliżu.

Tracy powiedziała z nutą irytacji w głosie:

- To brzmi tak po amerykańsku, wszędzie pola golfowe. Uważam, że to skaza na 

krajobrazie. Kilka lat temu pewien deweloper zrównał z ziemią piękny pas lasu w pobliżu 

domu moich rodziców w Connecticut i założył pole golfowe. Teraz nie ma gdzie pojeździć 

konno albo wypuścić psa, a zwierzyna zmuszona jest wyjadać rośliny z ogrodów. W zamian 

mamy   pełno   ludzi   ubranych   w   stroje   Calvina   Kleina,   pędzących   po   okolicy   wózkami   i 

grzmocących w małe białe piłeczki.

Jon, który sam grywał w golfa, był ubawiony.

-   To,   co   właśnie   powiedziałaś,   większość   ludzi,   których   znam,   uważałaby   za 

bluźnierstwo.

Tracy upiła łyk wina.

- Ja naprawdę nie mam nic przeciwko ludziom grającym w golfa, to tylko wycinanie 

naturalnych lasów uważam za wstrętne.

Jon postanowił porzucić temat golfa.

- Powiedziałaś, że zostałaś  aktorką przez przypadek. Skoro nie zamierzałaś  zostać 

aktorką, to kim chciałaś być?

Popatrzyła na niego nieco ostrożnie.

- Zamierzałam być nauczycielką angielskiego w liceum.

Pomyślał,   że   miałaby   całkowicie   destrukcyjny   wpływ   na   populację   dorastających 

młodzieńców, ale roztropnie nie podzielił się z nią swoją refleksją. Zamiast tego spytał:

- A co sprawiło, że zmieniłaś zdanie i zajęłaś się aktorstwem?

Na chwilę w jej twarzy coś się zmieniło. Tracy spojrzała w dół, na swój porcelanowy 

talerz, i umilkła. Jon odezwał się:

- Nie musisz mi mówić, jeżeli nie chcesz. Wiem, jakie to irytujące stale odpowiadać 

na te same pytania.

Podniosła wzrok.

- To nic wielkiego. Zrobiłam sobie semestr przerwy przed ostatnim rokiem nauki i 

pewien znajomy agent znalazł mi pracę w filmie, który kręcono w Nowym Jorku. Reżyser 

background image

mnie polubił i obsadził w swojej następnej produkcji. Od tamtej pory moja kariera nabrała 

rozpędu. Nigdy nie wróciłam do szkoły, żeby uzyskać dyplom.

Jej głos był spokojny, ale nagle zaczęła emanować takim smutkiem, że Jon zapragnął 

wziąć ją w objęcia i pocieszyć. Odezwał się, siląc na lekki ton:

- A zatem nigdy nie byłaś zmagającą się z losem młodą aktorką, szlifującą bruki w 

poszukiwaniu pracy?

Pokręciła głową.

- Nie. Miałam szczęście.

Wyraz jej oczu stał w sprzeczności z jej słowami.

- Mademoiselle, monsieur.

To był kelner z ich daniami. Kiedy pojawiły się przed nimi talerze, zmiana tematu 

wydawała się naturalna.

-   Co   sądzisz   o   Julii?   -   zapytał,   nawiązując   do   roli   Tracy   w   filmie.   -   Jej   mąż   z 

pewnością myśli, że jest niewierna, ale książka pozostawia tę kwestię otwartą.

Uśmiechnęła się słabo, chociaż w jej oczach nadal utrzymywał się smutek.

-   Chyba   nie   powiem   ci,   co   myślę.   Skoro   masz   zagrać   Martina,   musisz   mieć 

wątpliwości.

Uśmiechnął się szeroko.

- To bardzo przebiegle z twojej strony. Odpowiedziała uśmiechem.

- Dziękuję.

Natychmiast spróbował wymyślić sposób, żeby znowu tak się uśmiechnęła.

Jon został wezwany na plan w poniedziałek rano, ale Tracy była potrzebna dopiero po 

południu, co dało jej szansę dłużej pospać. Dokładnie o jedenastej trzydzieści Tracy i Gail 

wyszły z Wiltshire Arms i wsiadły do samochodu wraz z kierowcą - Tracy, jak zwykle, z 

przodu, a Gail na tylnym  siedzeniu. Tracy zawsze siadała z przodu samochodu, bo miała 

skłonność do choroby lokomocyjnej.

Dwupasmowa droga z hotelu wiodła przez idealny kawałek angielskiego krajobrazu. 

Dzisiaj Tracy była na tyle przytomna, żeby go podziwiać. Młode liście miały kolor świeżej 

zieleni, a gęste kępy dzwonków sprawiały, że trawiaste łąki były bardziej niebieskie niż niebo 

nad nimi. Brązowe krowy spokojnie skubały trawę na polach, a w strumieniu pod małym ka-

miennym mostkiem pływały kaczki.

- Jakże inaczej  musiało  to wyglądać  w zeszłym  roku, kiedy mieli  tu tę paskudną 

epidemię pryszczycy - powiedziała Gail.

-   To   było   okropne   -   Tracy   zgodziła   się   i   otworzyła   okno,   żeby   poczuć   świeżość 

background image

wiosennego powietrza.

Mijali pastwisko, na którym owce skubały słodką młodą trawę, podczas gdy jagnięta 

baraszkowały wokół nich. Stado ptaków przeleciało nad ich głowami i usadowiło się w lesie 

na dalekim krańcu pastwiska.

- Och, czyż te baranki nie są słodziutkie?! - wykrzyknęła Gail. Wyrastała na ulicach 

Nowego Jorku, w latynoskim Harlemie, więc widok zwierząt zawsze ją cieszył.

Dziesięć minut później po ich prawej pojawiło się wysokie żelazne ogrodzenie.

- To musi być tu - powiedział Charlie i zwolnił.

Brama   była   otwarta,   a   na   małej,   dyskretnej   tabliczce   obok   widniało   słowo 

„Silverbridge”. Charlie skręcił w bramę.

Długi podjazd, okolony pięknymi, wysokimi lipami, otwierał się w końcu na rozległe 

zielone trawniki, pokryte pąkami krzewy i rabaty prezentujące feerię sztywno sterczących 

czerwonych   i  żółtych  tulipanów.  Pośrodku  tej  sceny wznosił  się  elegancki   dwór  w  stylu 

palladiańskim, a jego liczne wysokie okna mieniły się w popołudniowym słońcu.

Tracy wpatrywała się w rezydencję jak ktoś, kogo ogłuszono. Ja znam ten dom. Ta 

myśl była natychmiastowa, pewna i nieodparta. Serce Tracy zaczęło łomotać.

Nie bądź śmieszna, zbeształa sama siebie, usiłując wytłumaczyć dziwne poczucie deja 

vu. Musiałam widzieć go gdzieś na zdjęciu. Nigdy przedtem tu nie byłam.

Niewyraźnie dosłyszała głos Gail z tylnego siedzenia.

- Jaki piękny dom. Ma takie idealne proporcje.

- Tak - wykrztusiła Tracy w odpowiedzi.

Samochód   zahamował   i  po raz  pierwszy  Tracy  dostrzegła  ciężarówki  i  przyczepy 

ekipy filmowej zaparkowane od frontu, na podjeździe wzdłuż szerokiego skraju trawnika. 

Wyglądały brzydko i zdawały się nie na miejscu w złotawym osiemnastowiecznym otocze-

niu.

Gail otworzyła drzwi, wyskoczyła z auta i powiedziała raźno:

- No to jesteśmy.  Czy chcesz od razu iść do charakteryzacji, czy wolisz najpierw 

zobaczyć swoją garderobę?

To   było   sensowne,   proste   pytanie.   Tracy,   która   wlepiała   wzrok   w   dom,   nie 

odpowiedziała.

- Tracy?  - spytała  Gail. Potem otworzyła  przednie drzwi samochodu i spojrzała z 

troską na swoją chlebodawczynię. - Dobrze się czujesz?

Tracy powoli wystawiła nogi z samochodu i wstała. Zapach świeżo skoszonej trawy 

dobiegł do jej nozdrzy. Złotawe kamienie rezydencji w blasku słońca wyglądały na pokryte 

background image

patyną wieków. Tracy wpatrywała się w to i nie odzywała się.

- Wyglądasz strasznie blado - powiedziała zmartwiona Gail. - Może lepiej wróć do 

wozu i usiądź.

- Nie - odrzekła Tracy. - Czuję się dobrze.

- Nie wyglądasz dobrze. Znowu bierze cię ból głowy?

Tracy   poruszyła   głową,   jak   gdyby   to   sprawdzała,   po   czym   odpowiedziała   nieco 

zaskoczona:

- Mam zawroty...

- Siadaj. - Gail popchnęła ją z powrotem w stronę samochodu.

Tracy usiadła bokiem na przednim siedzeniu, trzymając stopy na ziemi.

- Opuść głowę między kolana - poleciła Gail.

Tracy opuściła głowę i zamknęła oczy. Kiedy tak siedziała, zawroty głowy powoli 

ustępowały. Podniosła się i zmusiła do uśmiechu.

- Już w porządku. Nie wiem, co mnie na chwilę tak ścięło z nóg, ale już w porządku.

- Jesteś pewna?

Tracy nie patrzyła w stronę domu.

- Tak. - Wstała, i tym razem jej nogi wydawały się silniejsze. - Lepiej pójdę prosto do 

charakteryzacji. Nie chcę się spóźnić na plan.

Gail szła obok niej, kiedy kierowała  się wzdłuż podjazdu do przyczepy,  w której 

mieścił się dział charakteryzacji. Jon właśnie wychodził, kiedy Tracy dotarła do drzwi.

- Jesteś blada - powiedział. - Dobrze się czujesz? Do roli wyhodował sobie bokobrody, 

a jego włosy zgodne z modą czasów regencji ułożone były w fale. Rozpięta pod szyją koszula 

i   tweedowa   marynarka   wyglądały   niemal   komicznie,   zdawały   się   nie   na   miejscu.   Tracy 

odpowiedziała:

- Nic mi nie jest. Nie martw się. - Odwróciła się, żeby popatrzeć na dom. - Kiedy 

zaczynamy  kręcić  sceny  we  wnętrzach?   -  Zdawało   jej   się,  że  jej  głos  brzmiał   jak  nieco 

zadyszany.

Jon chyba nie zauważył, że cokolwiek jest nie w porządku.

-   Harmonogram   każe   nam   kręcić   w   ogrodzie,   kiedy   pogoda   się   utrzymuje.   Nie 

przeniesiemy się do środka jeszcze przynajmniej przez tydzień. Oczywiście, chyba że zacznie 

padać.   -   Uniósł   brew.  -   Musisz   mi   wybaczyć,   idę   wcisnąć   się  w   swój   wielce   krępujący 

kostium.

Tracy zaśmiała się szczerze.

- Myślę, że czasy regencji musiały być jedną z niewielu epok, kiedy męskie ubiory 

background image

były rzeczywiście bardziej niewygodne niż kobiece.

Jon odszedł, a Tracy weszła do przyczepy, gdzie charakteryzatorka ze studia czekała, 

żeby przygotować jej twarz do kamery.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Ogród, w którym miała zostać nakręcona jej pierwsza scena, znajdował się na tyłach 

domu i kiedy Tracy szła w rozproszonym popołudniowym słońcu, a spódnice jej muślinowej 

sukni falowały wokół kostek, raz jeszcze doświadczyła dziwnego uczucia deja vu. Wspaniałe 

buki na rozległym  trawniku rozchylały swoje srebrzyste konary ku niebu, każda gałąź w 

obłoku zieleni, i Tracy nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już wcześniej widziała te drzewa.

Przystanęła na chwilę, żeby popatrzeć na dom i jej wzrok przyciągnęło poruszenie w 

jednym   z   okien   na   górze.   Stała   tam   kobieta,   która   wydawała   się   mieć   na   sobie   jeden   z 

filmowych kostiumów z czasów regencji. Potem słońce odbiło się w oknie, Tracy zamrugała i 

postać znikła.

Mam jakieś zwidy. Boże, mam nadzieją, że nie dostanę bólu głowy.

Ale głowa jej nie bolała, nie było też napięcia w szyi, więc Tracy wzięła długi, głęboki 

wdech i stanowczym krokiem ruszyła przed siebie, by dołączyć do Dave'a i Jona. Stali na 

szerokim   tarasie   wysypanym   żwirem,   wychodzącym   na   opadający   trawnik   obsadzony 

kolejnymi pięknymi bukami. Jon w swoim niebieskim surducie porannym, jasnobrązowych 

pantalonach i wysokich butach idealnie pasował do otoczenia, podczas gdy spodnie khaki i 

niechlujny sweter Dave'a i wyglądały rażąco nie na miejscu.

Tracy weszła na taras po dwóch szerokich stopniach i dołączając do panów, odwróciła 

się, żeby ogarnąć rozciągający się przed nią widok. Najważniejszym punktem trawnika była 

wielka okrągła sadzawka, okolona niskim kamiennym  obmurowaniem. Kamienne urny na 

cokołach,  wypełnione   powojnikiem,   otaczały  ją  i  odbijały  się w  jej  nieruchomej   wodzie. 

Żwirowa ścieżka z tyłu za sadzawką prowadziła przez łagodnie opadający trawnik do szero-

kich   kamiennych   stopni,   za   którymi   znajdował   się   potężny   cisowy   żywopłot   otaczający 

ogród.

Tracy przysłoniła oczy dłonią i wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok. 

Nie odezwała się, tylko powoli wypuściła powietrze z płuc.

- Idealnie, prawda? - powiedział Dave. - Oto dlaczego wybraliśmy Silverbridge. To 

kosztowało, ale zarówno otoczenie, jak i dom to dla nas naturalna sceneria. Zaoszczędzimy 

pieniądze, bo nie musimy jeździć do kilku miejsc ani budować dekoracji.

- To wygląda jak obraz Watteau - powiedział Jon. Kiedy wszyscy troje podziwiali 

przepiękny widok przed sobą, na chwilę zapanowała cisza. Potem Dave odezwał się z werwą:

- Dobrze, lepiej zejdźmy na dół, do ogrodu. Ivan wszystko poustawiał, mam więc 

nadzieję, że możemy zacząć kręcić bez zwłoki.

background image

We troje zeszli z tarasu i ruszyli wysypaną żwirem ścieżką prowadzącą do sadzawki i 

dalej do otoczonego cisami ogrodu.

-   Wybraliśmy   idealne   miejsce   -   powiedział   Dave,   kiedy   zeszli   po   kamiennych 

stopniach i minęli łukowaty otwór we wspaniałym cisowym żywopłocie. Za nim znajdowała 

się   szeroka   trawiasta   dróżka,   biegnąca   wzdłuż   żywopłotu.   Tracy   popatrzyła   najpierw   na 

prawo i zobaczyła, że na całym obwodzie żywopłotu wycięte są w nim nisze, mieszczące 

posągi albo kamienne ławki.

- Tędy - odezwał  się Dave i  ruszył  ścieżką  obsadzoną  po bokach azaliami,  która 

prowadziła   do   środka   ogrodu.   Trący   spoglądała   w   głąb   wielu   mniejszych   ścieżek,   które 

mijali. Na końcu każdej z nich znajdowała się plująca wodą fontanna.

Pośrodku ogrodu wytwórnia ulokowała plan zdjęciowy, obejmujący szeroką, płytką 

sadzawkę,   na   środku   której   fontanna   z   ołowianymi   cherubinami   wyrzucała   w   powietrze 

wspaniały   pióropusz   wody.   Kamery,   wyposażenie   dźwiękowe,   okablowanie   elektryczne 

podłączone do ciężarówki i tłum ludzi ubranych w dżinsy wskazywały, że to jest właśnie to 

miejsce, w którym zamierzają kręcić.

Ivan Hunt, operator, zawołał:

- Dobrze, Tracy i Jon! Jeżeli zajmiecie miejsca i przejdziecie przez scenę, sprawdzę 

oświetlenie.

Jak   profesjonaliści   -   którymi   przecież   byli   -   para   aktorów   grających   główne   role 

podeszła, żeby dokonać pierwszej próby ujęcia.

Tracy była z powrotem w Wiltshire Arms akurat w porze obiadowej. Jednak nie w 

głowie jej było jedzenie, kiedy wraz z Gail wyszły z windy i skierowały się w stronę drzwi jej 

pokoju.

Gail przepuściła ją przodem.

- Rozbieraj się, Tracy, i do łóżka - powiedziała. - Chcesz coś do jedzenia albo do 

picia? Może filiżankę herbaty?

-   Nie   -   odparła   Tracy   głosem,   który   zawsze   uważała   za   swój   migrenowy   głos.   - 

Właśnie chciałam wziąć Imitrex i położyć się do łóżka.

- A więc to zrób - powiedziała Gail. - Wyłączę dzwonek telefonu w twojej sypialni i 

przez resztę wieczoru będę odbierać w salonie.

- Dziękuję - odpowiedziała Tracy i poszła prosto do łazienki, gdzie popiła pigułkę 

wodą. Potem przebrała się w jedwabną piżamę i położyła do łóżka.

Ból głowy pulsował w rytm uderzeń jej serca i Tracy skuliła się w kłębek, jak gdyby 

próbowała przed nim uciec.

background image

Co   u   licha   mi   się   dzisiaj   przydarzyło?   Nie   miała   wątpliwości,   że   ból   głowy   był 

związany   z   dziwnym   poczuciem   deja   vu,   którego   doświadczyła   w   Silverbridge.   Nigdy 

wcześniej tak się nie czuła. Szok z powodu rozpoznania, kiedy po raz pierwszy spoglądała na 

dom, był dla niej czymś zupełnie nowym; było to też nieco przerażające.

Musiałam widzieć gdzieś jego zdjęcie, powiedziała sobie znowu. To dlatego wygląda 

tak znajomo.

Potrzeba było całych dwóch godzin, żeby Imitrex zadziałał i młot kowalski walący jej 

w głowie zaczął cichnąć. Przed dziesiątą wieczorem już spała.

W nocy obudziła  się, żeby pójść do łazienki.  Pozostałości  bólu głowy jeszcze  jej 

towarzyszyły. Wzięła dwie tabletki Excedrinu i wróciła do łóżka.

Kiedy obudziła się następnego ranka, wydawało się, że ból minął. Usiadła i sprawdziła 

to, poruszając głową. Rzeczywiście tak było, ale aż nazbyt znajome uczucie skołowania, które 

miewała   następnego   dnia   po   migrenie,   jak   zwykle   było   obecne.   W   ustach   czuła   smak 

lekarstwa, żołądek jej się przewracał, i miała wrażenie, że nie spała od dwudziestu czterech 

godzin.

- Wody - powiedziała na głos i poszła do łazienki, żeby napełnić szklankę.

Opróżniła  ją łapczywie,  potem umyła  zęby i twarz. Wróciła do sypialni i właśnie 

odsuwała zasłony w oknach, kiedy jej uwagę przykuła kolekcja fotografii oprawionych w 

srebrne ramki.  Podróżowała wraz z nią, dokądkolwiek Tracy jechała. Gail ustawiła je na 

stojącym   z   boku   kominka   stoliku   w   stylu   regencji.   Tracy   powoli   podeszła   do   stolika   i 

spojrzała na znajome twarze, uchwycone przez obiektyw.

Było tam zdjęcie jej rodziców, zrobione podczas uroczystości trzydziestej rocznicy 

ślubu. Matka była  ubrana w  długą, ciemnoszarą  suknię, a ojciec  miał  na sobie smoking. 

Jakimś cudem obojgu udało się wyglądać na dostojnych i niezmiernie szczęśliwych. Było 

zdjęcie jej siostry i szwagra z dwoma synami i zdjęcie Trący trzymającej ich najstarszego, 

Matthew, w białym ubranku do chrztu.

Spoglądała tak przez chwilę na każdą z tych fotografii, zanim podniosła ostatnią - 

duży oficjalny portret ślubny młodej pary. Podeszła ze zdjęciem do jednego z krzeseł w stylu 

królowej Anny stojących przed kominkiem, usiadła i przyglądała mu się ze smutkiem.

Byliśmy   tacy   młodzi,   pomyślała,   spoglądając   na   swoją   rozpromienioną 

dwudziestoletnią twarz, tak jaśniejącą szczęściem, tak pewną, że to szczęście będzie trwać, 

tak zupełnie nieświadomą, że trzy miesiące później mężczyzna dumnie stojący u jej boku nie 

będzie już żył.

-   Scotty   -   powiedziała   na   głos.   -   Tęsknię   za   tobą.   Pozostanie   taki   na   zawsze, 

background image

pomyślała. Dwudziestojednoletni, dopiero co ożeniony z dziewczyną, którą znał od trzeciej 

klasy,   i   -   jak   wszyscy   mówili   -   stojący   u   progu   fantastycznej   kariery   w   zawodowej 

koszykówce.

A potem chrzęst metalu na szosie i nocne wycie karetek, i było po wszystkim. Scott 

Collins, od niedawna żonaty, rezerwowy kandydat do NBA, nie żył. Ciężarówka z przyczepą 

wymknęła   się   spod   kontroli   i   rąbnęła   w   jego   nowy   sportowy   wóz.   Nawet   pasy 

bezpieczeństwa, które miał zapięte, ani rozłożona poduszka powietrzna nie były w stanie 

ocalić go przed pożarem, który pochłonął jego samochód.

Siedem lat upłynęło od tamtej straszliwej nocy, a Tracy, zamiast być żoną, matką i 

nauczycielką, jak planowała, była aktorką. Gwiazdą filmową.

To wszystko stało się tak prędko. Nie była w stanie znieść powrotu na uniwersytet w 

Connecticut, gdzie miała kończyć studia i gdzie Scotty grywał w drużynie. Było zbyt wiele 

wspomnień. A potem agent Scotty'ego zaproponował, że mogłaby zagrać małą rólkę w filmie 

kręconym w Nowym Jorku, zaś ona pomyślała, że coś tak egzotycznego byłoby dobre, by się 

oderwać. Miała spędzić parę miesięcy, robiąc coś kompletnie innego, a potem wrócić i do-

kończyć studia.

Co ja tutaj robią?

Jasnoszare   oczy   Scotty'ego   uśmiechały   się   do   niej   z   fotografii,   którą   trzymała   na 

kolanach. Nie żył już od siedmiu lat. Już go nie opłakiwała, ale nigdy nie było nikogo, kto by 

zajął jego miejsce.

- Lubię Jona Melbourne'a - powiedziała swemu zmarłemu mężowi. - Ma wspaniały 

glos.

Zawsze leciałaś  na angielski akcent.  Mogła prawie usłyszeć  rozbawienie w  głosie 

Scotty'ego, kiedy wyobraziła sobie jego odpowiedź.

Uśmiechnęła się.

- No tak. - Podniosła zdjęcie do ust i pocałowała twarz młodego mężczyzny. - Ale 

założę się, że beznadziejnie gra w kosza.

Ukłucie   bólu   przeszyło   jej   głowę   od   lewej   strony   szyi   po   lewe   oko   i   Tracy 

zesztywniała. Och, Boże. To nie może wrócić. Proszę, nie pozwól, żeby to wróciło. Dziś po 

południu muszę pracować.

Zamknęła   oczy  i  zaczęła  oddychać   zgodnie   z  zaleceniami  jogi.   Wdech  i   wydech. 

Wdech i wydech. Po prostu skoncentruj się na oddechu. Wdech i wydech. Wszystko będzie 

dobrze. Odpręż się. Wdech i wydech.

Po dziesięciu minutach znowu uważnie otworzyła oczy. Ból w czaszce minął. Chyba 

background image

wszystko będzie dobrze. Tracy wstała ostrożnie, jak gdyby balansowała z dzbankiem wody na 

głowie, i poszła odnieść zdjęcie Scotty'ego na antyczny stolik.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Zdjęcia zostały zaplanowane na tak długo, dopóki będzie dobre światło, ale Tracy 

skończyła  przed  wpół  do szóstej. Dave  zawołał  ją  po imieniu,  kiedy odchodziła  i  Tracy 

skręciła, żeby dołączyć do niego przy fontannie.

- Chciałbym,  żebyś  poznała  lady Margaret Oliver - powiedział.  - To siostra lorda 

Silverbridge'a i twoja największa fanka.

- Jak się pani miewa, lady Margaret? Jakież to musi być  nieznośne, mieć tu tych 

wszystkich ludzi depczących po waszym ślicznym ogrodzie.

Włosy   lady   Margaret   były   tak   jasne,   że   prawie   białe,   a   jej   elegancki,   prosty   nos 

upstrzony był piegami. Miała na sobie dżinsy, czerwony sweter i sznurowane zamszowe buty. 

Wyglądała na mniej więcej szesnaście lat. Jednak najbardziej rzucało się w oczy to, że była 

rozpaczliwie chuda.

- Ani trochę - odpowiedziała na uwagę Tracy. - Myślę, że to świetna zabawa.

Dave wtrącił się:

-   Tracy,   jeżeli   zamierzasz   wziąć   coś   do   zjedzenia   z   wozu   cateringowego,   może 

zabierzesz ze sobą lady Margaret i pokażesz jej wszystko?

Jego mina mówiła  jasno: wiedział,  że prosi o wiele, ale straszliwie chciał mieć  z 

głowy tę młodą siostrę właściciela posiadłości. Tracy otworzyła usta, by powiedzieć, że nie 

wybiera się na obiad, ale potem dostrzegła pełne nadziei spojrzenie lady Margaret. Było w tej 

dziewczynie   coś   kruchego   i   Tracy,   która   kiedyś   pragnęła   być   nauczycielką   w   liceum, 

zmieniła zdanie.

- Oczywiście. - Odwróciła się do lady Margaret i powiedziała z życzliwością: - Czy 

jest pani głodna? Chciałaby pani zjeść obiad z częścią obsady i ekipy?

Dziewczyna odpowiedziała nieśmiało:

- Nie jestem głodna, ale chętnie ich poznam.

- Dziękuję - Dave bezgłośnie wyszeptał do Tracy, kiedy szykowała się do zabrania 

lady Margaret z planu zdjęciowego. Trący rzuciła mu spojrzenie, które mówiło wyraźnie: 

„Masz u mnie dług”, po czym wyprowadziła stamtąd lady Margaret.

- Od dawna pani się przygląda? - zapytała Tracy, kiedy szły przez otoczony cisami 

ogród.

- Przyglądałam się przez cały czas - odpowiedziała dziewczyna z entuzjazmem. - To 

super mieć film kręcony tutaj, w Silverbridge.

- Mam nadzieję, że będzie pani uważała tak samo za kilka tygodni, lady Margaret. To 

background image

może być strasznie męczące, przez cały czas mieć w domu obcych.

-   Proszę   mi   mówić   Meg.   -   Dziewczyna   z   uwielbieniem   wpatrywała   się   w   Tracy 

oczyma błękitnymi jak niebo. - I może to zabrzmi idiotycznie, ale wcale nie czuję, że pani jest 

kimś obcym. Widziałam wszystkie pani filmy, panno Collins, większość po kilka razy.

- Dziękuję - odpowiedziała Tracy. Zazwyczaj uwaga o tym, że ktoś zna dokładnie jej 

filmy,   rozzłościłaby   ją,   ale   w   tej   dziewczynie   było   coś,   co   wzbudzało   u   niej   instynkt 

opiekuńczy. Odparła więc: - Jako taka oddana fanka zyskałaś sobie prawo mówić mi Tracy.

Greg, asystent reżysera, w pośpiechu szedł ścieżką w ich stronę, ściskając notatnik. 

Gdy je mijał, posłał Tracy szeroki uśmiech, a ona przyjaźnie pomachała ręką w jego kierunku. 

Potem odwróciła się do Meg.

- Co reszta twojej rodziny sądzi o tej inwazji?

- Mój brat Tony też uważa, że to super. Jestem pewna, że zobaczymy go kiedyś w 

trakcie   zdjęć.   -   Meg   posłała   Tracy   szelmowskie   spojrzenie.   -   Może   nawet   zechcecie   go 

sfilmować. Tony jest strasznie przystojny.

- Jeżeli wygląda tak jak ty, to musi być. Meg była podekscytowana.

- Och, ja się nie liczę w porównaniu z Tonym.

Ta   niepewna   siebie   dziewczyna   zupełnie   nie   przypominała   wyobrażenia   Tracy   o 

arystokratce. Tracy odpowiedziała łagodnie:

- Myślę, że jesteś wyjątkowo śliczna.

Meg obrzuciła ją spojrzeniem pełnym wątpliwości.

- Nie jestem, naprawdę.

Tracy, która rzadko dotykała ludzi nie należących do jej rodziny, nagle stwierdziła, że 

poklepuje Meg po ramieniu. Ledwie powstrzymała się przed skrzywieniem, tak szpiczasta 

była kość pod jej palcami.

- Obawiam się, że po prostu musisz uwierzyć mi na słowo, Meg. Widziałam niektóre z 

najpiękniejszych   kobiet   świata   i   pracowałam   z   nimi.   Moim   zdaniem   jesteś   bardzo   ładną 

dziewczyną.

- Cóż... - odparła Meg. - Dziękuję.

- Nie ma za co.

Weszły   razem   po   kamiennych   stopniach   i   miały   przed   sobą   widok   na   trawnik, 

fontannę, taras i dom, wyzłocone zamglonym słońcem późnego popołudnia.

- Co twój brat, to znaczy lord Silverbridge, myśli 0 tym, że kręcimy tu film? - zapytała 

Tracy. Meg odpowiedziała bez ceremonii:

- Och, Harry był szczęśliwy, że dostanie pieniądze.

background image

1 był bardzo zadowolony z tego, co wytwórnia zrobiła z ogrodami.

Dwa   małe   ptaszki   zerwały   się   z   zarośli,   osłaniających   ścieżkę   od   lewej,   i   Tracy 

patrzyła za nimi, kiedy przelatywały nad trawnikiem.

- A co wytwórnia zrobiła z ogrodami?

-   Wysprzątała   je.   Cisy   wymagały   przycięcia,   ścieżki   mnóstwa   pracy,   a   co   druga 

fontanna nie działała. Posadziliście też wszystkie te cudowne tulipany przed domem.

Tracy rozejrzała się po ślicznej posiadłości.

- Domyślam się, że utrzymanie tego miejsca kosztuje majątek.

- To żałosne - odpowiedziała Meg. - Oczywiście, dom jest w rejestrze zabytków, co 

oznacza, że podlega English Heritage. A zatem wszystkie naprawy muszą być dokonywane za 

ich aprobatą, co astronomicznie podwyższa koszty.

- Dlaczego tak jest? - zapytała Tracy.. Meg wzruszyła chudymi ramionami.

- Ponieważ Harry nie może zastąpić niczego w widocznych częściach domu mniej 

kosztownymi, nowoczesnymi materiałami. Potrzebny nam, na przykład, nowy dach, ale Harry 

nie może użyć nowoczesnych dachówek. Zamiast tego musi zastępować stary łupek, a także 

warstwę ołowianej blachy i deski pod spodem. A rynny muszą być żelazne, nie z plastyku. 

Cała   robota   kosztuje   biednego   Harry   'ego   pięć   razy   więcej,   niżby   kosztowało   położenie 

nowego dachu z nowoczesnych materiałów.

Tracy spojrzała na ogrom obecnego dachu.

- Ojej. To wydaje się niesprawiedliwe.

- Harry mówi, że przepisami dotyczącymi konserwacji i zabójczymi podatkami rząd 

zamierza zniszczyć całą klasę wyższą - powiedziała posępnie Meg.

Tracy rozważyła to stwierdzenie, dodała je do informacji od Jona o gruboskórnym 

potraktowaniu przez lorda Silverbridge'a modelki, z którą zerwał, i doszła do wniosku, że 

właściciel Silverbridge nie jest zbyt miłym mężczyzną.

Kiedy dotarły do przyczepy, która służyła Tracy za garderobę, Tracy poprosiła Meg, 

by ta zaczekała na nią, gdy będzie zdejmować kostium. W środku przyczepa była wyposażona 

w toaletkę i lustro, zieloną sztruksową kanapę, na której Tracy mogła się zdrzemnąć, i dwa 

krzesła.   To   był   funkcjonalny   pokoik,   nic,   co   by   przypominało   luksusowe   otoczenie,   do 

jakiego nawykła Tracy, ale też zwykle nie pracowała w filmach o tak napiętym budżecie.

Kiedy weszły do środka, Gail siedziała na kanapie, stukając w klawiaturę laptopa. 

Tracy przedstawiła sobie młode kobiety, po czym usiadła przy toaletce, żeby zmyć makijaż.

Słuchała,   jak   dwie   dziewczyny   rozmawiają   za   jej   plecami,   i   porównywała   ich 

pochodzenie. Gail urodziła się w Portoryko i przyjechała do Nowego Jorku, kiedy miała dwa 

background image

lata. Jej rodzice z największym trudem przeprowadzili ją przez katolickie szkoły, a po liceum 

Gail podjęła kurs sekretarski u Katharine Gibbs. Pracowała w NBC, kiedy Tracy poznała ją i 

zaproponowała   pracę.   Gail   była   bystra,   zabawna,   niesłychanie   kompetentna   i   ogromnie 

lojalna. Tracy uważała ją za przyjaciółkę.

Meg   wychowywała   się   w   pałacowych   warunkach   Silverbridge,   a   jednak   to   Gail, 

dzieciak z latynoskiego Harlemu, była pewna siebie.

- Jaką ma pani wspaniałą pracę - mówiła Meg. - Jak można zdobyć taką pracę jak 

pani?

- Zrobiłam kurs sekretarski po liceum, lady Margaret - odpowiedziała Gail z chłodną 

uprzejmością.

- Kurs sekretarski? Ale to wydaje się nudne.

-   Konieczne   jest   nabycie   pewnych   umiejętności,   żeby   znaleźć   taką   pracę,   lady 

Margaret. - Głos Gail zabrzmiał jeszcze chłodniej niż przed chwilą.

Tracy poczuła, że robi jej się żal Meg, i obróciła się na krześle.

- A czy ty skończyłaś liceum, Meg? Meg zaczęła skubać sweter.

- My tutaj nazywamy je inaczej. I ciągle mam jeszcze rok do zaliczenia. Pewnie wrócę 

tam na jesieni.

- A więc teraz nie chodzisz do szkoły? - zapytała Gail.

Meg wstała.

- Dosyć już o tej cholernej szkole! Czy na pewno chcesz, żebym poszła z tobą na 

obiad, Tracy? Bo jeżeli nie, to ja doskonale rozumiem. - Rumieniec wy - kwitł na jej zbyt 

wystających kościach policzkowych. Dziewczyna nerwowo wykręcała palce.

Tracy odparła:

- Oczywiście, że chcę, żebyś przyszła. Muszę tylko wskoczyć w dżinsy i możemy iść.

W tylnej części przyczepy był parawan. Trący poszła tam, żeby się przebrać. Gail 

ostrożnie   odwiesiła   suknię   z   czasów   regencji   na   przenośny   stojak,   po   czym   trzy   młode 

kobiety skierowały się do wozu cateringowego, gdzie serwowano drugie danie.

Słońce było jeszcze wysoko, ale w powietrzu czuło się wyraźny chłód. Tracy cieszyła 

się, że ma wełniany sweter. Odebrała napełniony talerz od pracownika cateringu i podeszła do 

jednego z dwóch busów przeznaczonych na jadalnie, zaparkowanych w pobliżu.

Wewnątrz około dwudziestu osób zgromadziło się wokół stołu, i kiedy weszła Tracy, 

rozległ   się   głośny   chór   powitań.   Elsie   Anway,   która   w   filmie   grała   pokojówkę   Tracy, 

zawołała ją po imieniu i pokazała dwa puste miejsca obok siebie. Gail zajęła pojedyncze 

miejsce między dwoma elektrykami, a Tracy zaprowadziła Meg do krzeseł obok Elsie. Zanim 

background image

usiadły, Tracy oznajmiła:

-  Słuchajcie   wszyscy.  To  jest  lady  Margaret  Oliver.   Jej  brat   jest   właścicielem   tej 

posiadłości. Ona dzisiaj je z nami obiad, więc zachowujcie się jak należy.

Zewsząd rozległy się śmiechy.

Policzki   Meg   zabarwiły   się   rumieńcem,   a   jej   oczy   błyszczały,   kiedy   zajmowała 

miejsce między Tracy a Elsie. Zgodziła się przyjąć talerz zupy i ostrożnie ustawiła go na 

stole.

- Twój brat ma tu naprawdę coś - Elsie powiedziała przyjaźnie.

- Dziękuję - odpowiedziała Meg. - To super, mieć szansę obserwować, jak kręcicie 

film.

Liza Moran, która siedziała nieco dalej przy stole, odezwała się:

- Czy lord Silverbridge interesuje się zdjęciami, lady Margaret?

- Nie wydaje mi się - Meg odparła ostrożnie.

- Powinna go pani któregoś dnia przyprowadzić na plan - powiedziała Liza. - Sądzę, 

że by mu się spodobało.

-   Harry   jest   bardzo   zajęty.   -   Wtedy   po   raz   pierwszy   Tracy   usłyszała   ton 

arystokratycznej powściągliwości u Meg.

Rozmowa przy stole toczyła się gładko, a Meg słuchała z wyraźną fascynacją i nie 

jadła zupy. Tracy podejrzewała, że dziewczyna jest anorektyczką, co być może przyczyniło 

się do tego, że nie chodziła do szkoły.

Elsie także zauważyła brak apetytu Meg i odezwała się matczynym tonem:

- Nie smakuje pani zupa, lady Margaret? Na pewno catering ma coś, co przypadnie 

pani do gustu.

- Jedzenie jest świetne - odpowiedziała  Meg z nutą irytacji. - Proszę się mną nie 

przejmować, ja nigdy nie jem dużo.

Tracy   kończyła   właśnie   kawę,   kiedy   za   oknem   busa   pojawił   się   samochód   do 

przewozu koni. Skręcił z głównego podjazdu zaraz po tym, jak wyłonił się zza drzew. Tracy 

zapytała Meg:

- Czy to jest droga do stajni?

- Tak. - Meg przysłuchiwała się żartom wymienianym przez dwóch dźwiękowców, ale 

przeniosła uwagę na Tracy. - To pewnie koń Gwen Mauley. Przysyła go na trening z Harrym.

- Mauley - Tracy powtórzyła z namysłem. - Gdzieś już słyszałam to nazwisko.

- Ojcem Gwen jest Robin Mauley, wielki ważniak od nieruchomości.

- Och, tak. Widziałam go któregoś wieczoru w hotelu.

background image

-   Gwen   trenuje   ujeżdżenie   i   ćwiczy   z   Harrym   od   sześciu   miesięcy.   -   Oczy   Meg 

zaiskrzyły,  i dziewczyna dodała z dezaprobatą:  - Uważam,  że bardziej  ją interesuje tytuł 

Harry 'ego niż jego lekcje.

Elektrycy   siedzący   obok   Gail   wstali,   gotowi   wrócić   do   pracy.   Tracy   dostrzegła 

spojrzenie sekretarki i nieznacznie poruszyła głową.

Elsie powiedziała:

- Na deser jest ciasto.

- Dla mnie nie, dzięki - odparła Tracy. Gail ruszyła w stronę wyjścia z busa. Tracy 

podniosła się. - Chcę pojechać do siebie i poleżeć z nogami do góry. Jestem zmęczona.

Meg spojrzała na nią z nadzieją w oczach.

- Czy spotkamy się jutro, Tracy?

Tracy przyjrzała się jej minie, a potem powiedziała:

- Przyjdź i popatrz, jak gram.

-   Tak   zrobię   -   odpowiedziała   Meg.   Na   moment   jej   radosny   uśmiech   sprawił,   że 

wydawała się tak śliczna, jak byłaby, gdyby nie ta przeraźliwa chudość.

Meg została przy stole, aż wszyscy skończyli. Patrzyła, jak zupa przed nią stygnie i 

przysłuchiwała się żartom ekipy. Kiedy wreszcie wróciła do domu, zastała najstarszego brata 

w kuchni. Odgrzewał sobie w kuchence mikrofalowej obiad, który zostawiła dla niego pani 

Wilson, dochodząca pomoc domowa z wioski. Jego dwa springer spaniele jadły z wielkich 

porcelanowych misek i nawet nie podniosły wzroku, kiedy weszła Meg.

- Powinieneś był zjeść obiad z wozu cateringowego, Harry - powiedziała. Podeszła do 

lodówki i wyjęła z niej butelkę dietetycznej wody sodowej. Dwa ogromne okna, osadzone 

powyżej poziomu wzroku, wpuszczały do pomieszczenia słabnące światło słońca. - Ja tak 

zrobiłam. Mają busy wyposażone jak jadalnie. Było super.

Henry   Oliver,   piętnasty   hrabia   Silverbridge,   nalał   sobie   piwa   i   usiadł   na   skraju 

wielkiego dębowego stołu.

- Co jadłaś? - zapytał jakby od niechcenia.

- Trochę zupy. Zmarszczył brwi. Mikrofalówka zapiszczała.

- Ja to wezmę - powiedziała Meg. Wyjęła talerz, zdjęła z niego plastykowe przykrycie, 

i postawiła go przed bratem. Zaczął łapczywie jeść.

Meg oparła się o stary, ale nieskazitelnie czysty zlew.

- Poznałam Tracy Collins. Jest supermiła. I jest jeszcze piękniejsza, niż wygląda na 

filmach.

Lord Silverbridge zjadł kolejny kęs siekanej wołowiny.

background image

- Może chcesz tego trochę, Meggie? Jest całkiem niezłe.

Meg otworzyła kredens i wyjęła szklankę.

- Nie, dzięki, zjadłam z filmowcami. Za jej plecami brat zamknął oczy.

Meg odmierzyła pół szklanki wody sodowej i obróciła ku niemu twarz.

- Czy to był koń Gwen Mauley, ten, którego widziałam jakąś godzinę temu?

- Tak. - Harry napił się piwa i zmusił do uśmiechu. - I jest jeszcze piękniejszy, niż 

wygląda na filmach.

Meg zachichotała, a potem upiła maleńki łyczek wody sodowej.

- Dobrze widzieć, jak się uśmiechasz. Wzruszył ramionami ze znużeniem.

- W tym roku jak dotychczas nie było wiele powodów do uśmiechu, Meggie.

- Wiem. Ale sprowadzenie tego filmu tutaj to była dobra rzecz, nieprawdaż?

- Wystarczy przynajmniej  na nowy dach. - Harry dokończył  wołowinę i napił się 

jeszcze piwa.

Meg przeniosła swoją wodę sodową na stół i usiadła naprzeciwko brata.

- Ten dom to taka kula u nogi. Gdybyś sprzedał trochę ziemi, Harry, to by bardzo 

ułatwiło życie. Oferta pana Mauleya jest niesamowicie hojna. Raczej nie dostaniesz drugiej 

takiej.

-   Już   to   przerabialiśmy,   Meg,   i   nie   sprzedam   ziemi   żadnemu   deweloperowi   - 

odpowiedział spokojnie Harry. - Oliverowie są w Silverbridge od czterech stuleci. Ta ziemia 

jest pod moją pieczą i zrobię wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby ją zatrzymać.

Meg spojrzała na jego zaciętą twarz i roztropnie nie odpowiedziała.

Jeden ze spanieli skończył  swój obiad i poszedł położyć  się na starej sztruksowej 

kanapie, która stała pod jednym z wielkich okien. Teraz drugi skończył jeść i podreptał na 

kanapę, żeby dołączyć do brata.

Harry   wstał   i   odniósł   talerz   i   szklankę   po   piwie   do   zlewu,   gdzie   zostawił   je,   by 

gosposia zajęła się nimi rano.

- Idę na górę.

- Pójdę z tobą. - Meg ruszyła za nim, zostawiając na stole prawie nietkniętą wodę 

sodową.

Kuchnia, z której korzystali, była oryginalna i mieściła się w rustykalnej czy też na 

wpół piwnicznej części domu. Apartament, w którym mieszkali, znajdował się na górze. Żeby 

się tam dostać, brat i siostra musieli wspiąć się dwa poziomy po wąskich, ciemnych schodach, 

niegdyś używanych przez służbę.

Ich ojciec, czternasty hrabia, kazał zbudować apartament w zachodnim skrzydle, kiedy 

background image

mieszkanie w oryginalnych pokojach stało się stanowczo zbyt kosztowne. Bawialnia, zwana 

salonikiem, salon i sześć sypialni zostało wydzielonych od reszty domu i zainstalowano tam 

centralne ogrzewanie.

Brat   i   siostra   rozsiedli   się   wygodnie   w   saloniku,   który   znajdował   się   u   szczytu 

schodów. Trzy pokryte perkalem kanapy, sporo wyglądających na wygodne krzeseł, telewizor 

ustawiony ni w pięć ni w dziewięć na osiemnastowiecznym sekretarzyku, gablotka, dwa białe 

drewniane   kominki,   olejny   portret   dwóch   nastoletnich   chłopców   i   kolekcja   akwareli 

przedstawiających  ogrody  w  Silverbridge   stanowiły  główne  wyposażenie   pokoju.  Dywan, 

przykrywający   środek   wypolerowanej   drewnianej   podłogi,   pasował   kolorem   do 

pomarańczowej   perkalowej   tkaniny   pokrywającej   trzy   kanapy.   Zasłony   przy   wysokich 

oknach były z prostego żółtego jedwabiu.

- A więc, czy ten koń Gwen jest coś wart? - odezwała się Meg ze swego ulubionego 

miejsca na jednej z kanap.

Mała   czarna   kotka   wskoczyła   na   kolana   Harry'ego   w   chwili,   gdy  tylko   usiadł   na 

swoim ulubionym fotelu z uszakami. Zamruczała głośno, kiedy ją pogłaskał.

- Jest wyjątkowo zdolny.

- Równie zdolny jak Pendleton?

Pendleton to był koń, którego Harry dosiadał na olimpiadzie w Sydney.

- Jeszcze na nim nie jeździłem, więc nie mogę powiedzieć, ale jego naturalny chód 

jest cudowny.

- To koń czystej krwi, prawda? Harry przytaknął.

- I Gwen chce na nim jeździć?

Popatrzyli po sobie. Oboje wiedzieli, że Gwen świetnie sobie radzi z dużym koniem 

półkrwi,   który   znosi   sporo   popychania   i   szarpania,   ale   nie   radzi   sobie   równie   dobrze   z 

wrażliwszym koniem pełnej krwi.

Harry powiedział:

-   Liczę   jej   podwójną   stawkę,   jaką   biorę   zwykle.   A   we   wschodnim   skrzydle   jest 

zgnilizna.

- Uch - odparła Meg. - A ty lubisz konie czystej krwi. Uśmiechnął się.

- To prawda. - Zerknął na zegarek. - Pora na wiadomości. Potem pójdę wypuścić psy i 

kładę się spać.

- Włączę telewizor - powiedziała Meg. - Nie chciałabym przeszkadzać Ebony.

Jedwabista kulka czarnego futra na kolanach Harry'ego zaczęła mruczeć głośniej.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Przez następne trzy dni Meg chodziła za Tracy po planie niczym pisklę za kwoką.

- Nigdy nie mam okazji z tobą porozmawiać - poskarżył  się Jon, kiedy stali wraz 

Tracy, czekając na ustawienie oświetlenia. - Pracujemy od świtu do zmierzchu, a w każdej 

wolnej chwili zagarnia cię ta dziewczyna.

- Wygląda na to, że mnie adoptowała - zgodziła się Tracy. Okryła ramiona niebieskim 

wełnianym swetrem, żeby nie zmarznąć w trakcie oczekiwania i popijała herbatę z filiżanki.

Jon rozejrzał się po planie.

- Gdzie ona teraz jest? Zawsze jest tutaj.

- Nie wiem.

- Dlaczego nie jest w szkole? Wygląda na dosyć młodą.

- Myślę, że ma zaburzenie związane zjedzeniem - odparła poważnie Tracy. - Czy nie 

zauważyłeś? Sama skóra i kości.

- Tak właśnie wyglądają młode dziewczyny w tych czasach.

- To coś innego. Obserwowałam ją, ona nic nie je. - Brew Tracy zmarszczyła  się 

lekko. - Powinna przejść jakieś leczenie.

-   Cóż,   jakoś   nie   rozumiem,   dlaczego   to   ty   masz   się   czuć   zobligowana,   żeby   ją 

niańczyć - powiedział Jon.

- Ona po prostu wydaje się taka krucha. Nie chcę jej odepchnąć i być może jeszcze 

pogarszam sprawę.

W tej chwili Greg, asystent reżysera, podszedł do nich i powiedział:

- Jesteśmy gotowi.

Asystent   kostiumografa   podbiegł,   żeby   zabrać   od   Tracy   sweter   i   filiżankę.   Tracy 

poszła zająć swoje miejsce.

Sfilmowali scenę pięć razy i zrobili przerwę na lunch. Jon był potrzebny po południu, 

ale   kolejna   scena   z   Tracy   wypadała   dopiero   następnego   dnia.   Miała   zamiar   wrócić   do 

Wiltshire   Arms,   ale   kiedy   wyszła   z   przyczepy   ubrana   w   brązowe   wełniane   spodnie   i 

jasnobeżowy sweterek bliźniak, stwierdziła, że czeka na nią Meg.

Tracy chciała tylko w spokoju zjeść samotny lunch. Powiedziała zatem z sympatią, ale 

stanowczo:

- Wracam do hotelu, Meg. Nie jestem potrzebna dziś po południu.

Meg uśmiechnęła się nieśmiało.

- Wiem. Zastanawiałam się tylko, czy nie zechciałabyś pójść ze mną zobaczyć stajnie. 

background image

Mówiłaś, że kiedyś jeździłaś, a mój brat ma parę bajecznych koni.

Tracy   zatrzymała   się.   Szanowała   życzenie   lorda   Silverbridge'a,   by   ekipa   filmowa 

trzymała się z dala od stajni, ale z pewnością była rozczarowana, nie widząc koni. Sama przez 

lata, zanim poszła na studia, miała konia. Nadal jeździła, ilekroć nadarzyła się okazja.

Skoro   Meg   mnie   zaprasza,   to   wszystko   będzie   w   porządku,   pomyślała   i 

odpowiedziała:

- Z największą przyjemnością.

Pięć minut później Tracy i Meg szły ścieżką prowadzącą z bocznej części ogrodu, z 

mnóstwem przepięknych róż, do ślicznego szeregu lip, służących do oddzielenia stajni od 

domu. Przystanąwszy,  kiedy tylko wyłonił się przed jej oczyma  teren należący do stajni, 

Tracy zobaczyła wspaniały widok na kamienną stajnię, trawiaste padoki, otwartą ujeżdżalnię i 

niezidentyfikowany budynek z takiego samego kamienia co stajnia. Konie skubały trawę na 

padokach, majowe słońce lśniło na ich zdrowo połyskującej sierści. Jeden koń i jeden jeździec 

trenowali na ujeżdżalni.

Stanął   jej   przed   oczyma   obraz   jej   samej   i   Scotty'ego   prowadzących   Portię   do 

przyczepy; ona była ubrana w swój strój na zawody, bryczesy i wysokie buty. To było latem 

tego roku, kiedy Scotty kończył liceum, a ona je zaczynała. Nie miała jeszcze prawa jazdy i to 

on prowadził furgon na większość zawodów hippicznych, w których brała udział. Przez cały 

czas po przyjacielsku walczyli o to, jakiej muzyki słuchać po drodze.

Meg wzięła ją za rękę i pociągnęła jak malutkie dziecko.

- Chodź. Harry trenuje Dylana, konia Gwen Mauley. Podejdźmy i popatrzmy.

Tracy wróciła do teraźniejszości i poszła z Meg przez rozległy trawnik do ujeżdżalni 

otoczonej   wysokim   na   półtora   metra   drewnianym   ogrodzeniem.   Wewnątrz   niego   koń 

rytmicznie   biegł   zebranym   galopem   po   kole   o   średnicy   dwudziestu   metrów.   Meg 

zaprowadziła   Tracy   do   drewnianej   ławki   na   zewnątrz   ogrodzenia,   gdzie   dwa   spaniele 

drzemały sobie w słońcu. Psy podniosły się, kiedy młode kobiety zbliżyły się i jeden z nich 

podszedł do Meg, machając ogonem.

- Przywitaj się z Marshalem i Millie - powiedziała Meg, głaszcząc łeb psa. - Wszystko 

w porządku. Możesz je głaskać. Są bardzo przyjacielskie.

Tracy odparła:

-   Cześć,   psiska.   Ależ   wy   jesteście   śliczne.   -   Przykucnęła,   żeby   je   pogłaskać, 

zachowując się z pewnością siebie osoby, która zna się na psach, i psie ogony zamachały 

szybciej. - Czy to springer spaniele? - zapytała.

- Tak. Brat i siostra. Należą do Harry'ego. Wszędzie za nim chodzą.

background image

Tracy podniosła głowę i po raz pierwszy spojrzała najeźdźca na maneżu.

Nie nosił toczka, i jego płowe włosy lśniły w jaskrawym wiosennym słońcu niczym 

hełm z brązu. Dosiadał konia głęboko, dokładnie nad środkiem ciężkości zwierzęcia, tak że 

wyglądali niemal jak jedna istota, a nie dwie. Jego wzrok skupiał się między uszami konia, 

dłonie   w   rękawiczkach   trzymały   wodze   łagodnym,   pewnym   chwytem,   a   długie   nogi   w 

wysokich butach uspokajająco obejmowały końskie boki. Był całkowicie skoncentrowany na 

tym, co robił, i ani razu nie spojrzał w ich stronę.

Tracy popatrzyła na niego i wszystko w jej wnętrzu zamarło. Wydawało się, że czas 

stanął w miejscu.

Nie miała pojęcia, jak długo to trwało, nim głos Meg dotarł do jej uszu.

- Harry kocha tego konia.

Najwyższym wysiłkiem woli Tracy zmusiła się do oderwania wzroku od mężczyzny 

na   koniu.   To   był   wysoki,   gniady   wałach   czystej   krwi,   z   długimi,   eleganckimi   nogami   i 

małymi, delikatnymi uszami. Te uszy pochylały się do tyłu, kiedy biegł krótkim galopem, a 

cała jego postawa świadczyła, że jest równie skupiony na swoim jeźdźcu, jak jeździec na nim.

- Jest piękny - powiedziała Tracy nieco bez tchu. Mężczyzna na maneżu odezwał się:

- No dalej, mały. Jeszcze tylko troszeczkę. - Wydawało się, że jeździec nic nie robi, 

ale   kiedy   Tracy   tak   patrzyła,   krok   zwierzęcia   stał   się   pełniejszy,   mocniejszy.   Jeździec 

uśmiechnął się, idąc za ruchami konia, poklepał go po szyi i powiedział:

- Widzisz? A mówiłem ci, że dasz radę to zrobić. Przez następne piętnaście minut 

Tracy siedziała w milczeniu, przyglądając się, jak mężczyzna pracuje ze zwierzęciem tak 

delikatnie   i   z   szacunkiem,   jak   utalentowana   przedszkolanka   mogłaby   pracować   z 

czterolatkiem.   Kiedy   lekcja   wreszcie   dobiegła   końca   i   jeździec   pochylił   się,   żeby 

entuzjastycznie poklepać i pochwalić swojego ucznia, wyraz końskiego pyska był tak pełen 

dumy, że Tracy musiała się uśmiechnąć.

Jeździec zsiadł z konia i sięgnął do kieszeni po kostkę cukru. Mężczyzna w dżinsach i 

roboczych   butach   wyszedł   z   pobliskiej   stajni   i   wszedł   na   maneż.   Psy   podniosły   się   i 

podreptały w stronę swego pana.

- To Ned Martin - powiedziała Meg. - Odpowiada za stajnie, zaraz po Harrym. - Meg 

wstała. - Chodź, przedstawię cię.

Raz jeszcze Tracy doznała tego poczucia dziwnej niemocy, kiedy szła za Meg przez 

wysypany   piaskiem   maneż.   Co   to   takiego,   pomyślała   z   mieszaniną   niecierpliwości, 

oszołomienia i lęku. Dlaczego mam to szalone uczucie, że idę w stronę swojego przeznacze-

nia?

background image

Usłyszała, jak Ned Martin mówi: „Zajmę się nim, Harry”, kiedy odprowadzał konia w 

stronę stajni. Potem Meg i Tracy dotarły do celu.

- Cześć, Harry - powiedziała Meg. - Poznaj Tracy Collins. Oglądałyśmy twoją lekcję z 

Dylanem.

Odwrócił się do nich i wtedy po raz pierwszy Tracy zobaczyła barwę jego oczu. Nie 

były niebieskie, tylko brązowe, szeroko osadzone i inteligentne. I w tej chwili wyglądały na 

wyraźnie rozdrażnione.

Żołądek Tracy opadł tak samo, jak przy pierwszym stromym podjeździe na kolejce 

górskiej.

- Meggie, myślałem, że uzgodniliśmy: ekipa filmowa będzie się trzymać z daleka od 

stajni. - Jego głos był urywany, arystokratyczny. Tracy poczuła dreszcz przebiegający jej po 

plecach.

Meg odpowiedziała z przekonaniem:

- Ale Tracy zna się na koniach, Harry. Nawet miała własnego konia.

Hrabia odwrócił przystojną twarz od siostry ku niemile widzianemu gościowi, którego 

przyprowadziła. Przez ułamek sekundy jego ciemne oczy spoglądały prosto w jej oczy i Tracy 

pomyślała,  że dostrzega  w ich głębi oznaki  zaskoczenia  i rozpoznawania. Potem kurtyna 

opadła.

- Jak się pani miewa, panno Collins? - powiedział. - Nie chciałbym być nieuprzejmy, 

ale jestem pewien, że rozumie pani moje uczucia w tej kwestii. Konie łatwo się płoszą, a mam 

tutaj w stajni cenne zwierzęta.

Raptem niemoc we wnętrzu Tracy zastąpiła fala gniewu. Nie była przyzwyczajona, 

żeby traktowano ją w taki sposób.

- Może i nie chciałby pan być nieuprzejmy, ale z pewnością pan jest - odparowała.

Wyglądał   na   zaskoczonego   ripostą   i   Tracy   pomyślała   zadziornie:   Twój 

arystokratyczny tytuł znaczy dla mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, kolego.

Meg powiedziała z zapałem:

- Tracy nie spłoszy koni, Harry. Naprawdę. Hrabia przestał interesować się Tracy i 

przeniósł uwagę na siostrę.

- Jak poszło twoje spotkanie, Meggie? Wzruszyła ramionami.

- Chyba okej. Beth chce, żebyś do niej zadzwonił. Potarł sobie czoło, jak gdyby miał 

ból głowy.

- Proszę, Harry, czy mogłabym oprowadzić Tracy? Hrabia rzucił okiem na Tracy i 

powiedział:

background image

- Och, myślę, że możesz.

Tracy była gwiazdą filmową od siedmiu lat, z czego od trzech megagwiazdą. Była 

oburzona i już otworzyła usta, żeby powiedzieć coś jadowitego, kiedy przerwała jej Meg.

- Czy wiedziałaś, że Harry zdobył brązowy medal na olimpiadzie w Sydney, Tracy?

Tracy dostosowała się do obojętnej postawy lorda Silverbridge'a.

-  Nie,   nie   miałam   przyjemności   o   tym   wiedzieć.   -  Obrzuciła   go   protekcjonalnym 

spojrzeniem. - Brawo, lordzie Silverbridge.

Tracy   była   zadowolona,   widząc,   że   lord   Silverbridge   nie   wydaje   się   ani   trochę 

doceniać tego komplementu. Mówiła dalej:

- Chętnie zobaczyłabym pańskiego olimpijskiego konia. Czy zamierza pan go dzisiaj 

dosiadać? - Zabrzmiało to tak, że powinien dać pokaz specjalnie dla niej.

Hrabia skrzywił się. Miał na sobie znoszony szary sweter, bryczesy i wysokie czarne 

buty. Gęste, jedwabiste włosy opadły mu na czoło. Odrzucił je do tyłu gestem, który wyglądał 

na nawykowy. Był wysoki, miał około metra dziewięćdziesiąt. Odpowiedział oschle:

- Nie, Pendleton jest na jednym z padoków. Ma siedemnaście lat i wycofałem go z 

zawodów po olimpiadzie.

- Jakie urocze. - Sądząc po postawie Tracy, mogłaby być królową rozmawiającą z 

plebejuszem. - A więc teraz wszystko, co ma roboty, to przez cały dzień jeść trawę.

Lord   Silverbridge   odwrócił   do   niej   twarz   i   Tracy   raz   jeszcze   poczuła   dreszcz 

przebiegający jej po plecach. Powiedział spokojnie:

- Mówiłem, że został wycofany z zawodów, nie z wszelkiej pracy. Będzie dla mnie 

bezcennym   nauczycielem   do   wykorzystania   w   pracy   z   moimi   uczniami.   Nigdy   nie   był 

błyskotliwy, ale jest doskonale poprawny. Każdy, kto go dosiada, uczy się więcej, niż mógłby 

się nauczyć z tysiąca książek.

Tracy byłaby zachwycona, gdyby mogła pojeździć na takim koniu, ale prędzej by 

umarła, niż poprosiła tego mężczyznę o cokolwiek. Odwróciła się nieco i powiedziała do 

Meg:

- Czy możemy pójść najpierw do zabudowań gospodarskich?

Lord Silverbridge powiedział:

- To nie jest zabudowanie gospodarskie, panno Collins, to jest stajnia. Zabudowania 

gospodarskie są dla krów.

Tracy odwróciła się, żeby stanąć z nim twarzą w twarz. Ich spojrzenia spotkały się i 

przelotny   błysk   zaciekawienia   zamigotał   w   jego   oczach.   Po   chwili   okiennice   znów   się 

zamknęły.

background image

Nie wiedzieć czemu, serce Tracy łomotało. Udało jej się jednak powiedzieć spokojnie:

-   W   Connecticut,   skąd   pochodzę,   zabudowania   gospodarskie   są   także   dla   koni, 

milordzie.

Z   tyłu   rozległ   się   chrzęst   kół   samochodu   na   żwirze   i   Meg   odwróciła   się,   żeby 

popatrzeć.

- O rety! Harry, obawiam się, że to pan Mauley. Tracy obróciła się w kierunku, w 

którym  spoglądała Meg, i zobaczyła,  jak tęgi mężczyzna,  którego poprzednio widziała w 

Wiltshire Arms, wysiada z błyszczącego czarnego jaguara.

- Cholera - powiedział Harry. - Jeżeli to będzie dalej trwało, zamierzam wnieść pozew 

o nękanie.

Stali   w   milczeniu,   kiedy   tęgi   rekin   rynku   nieruchomości   wszedł   przez   furtkę 

ujeżdżalni.   Gdy   uświadomił   sobie   jasno,   że   Harry   nie   zamierza   się   poruszyć,   niechętnie 

wszedł na zakurzoną arenę.

- Dzień dobry, milordzie. - Zatrzymał się przed nimi. - Lady Margaret. - Spojrzał na 

Tracy i uśmiechnął się, pokazując zęby dziwnie małe jak na tak potężnego mężczyznę. - Nie 

potrzebuję przedstawiania, żeby wiedzieć, kim pani jest, panno Collins.

-   Obawiam   się,   że   nie   mogę   odpowiedzieć   tym   samym   komplementem   -   odparła 

Tracy.

Wyciągnął rękę.

- Robin Mauley.

Tracy przez chwilę  patrzyła  na jego rękę, zanim wreszcie podała  mu dłoń. Harry 

odezwał się chłodno:

- Co pan tu robi, Mauley?

- Jestem tutaj, żeby znacząco podnieść swoją ofertę, milordzie - powiedział jowialnie 

Mauley. - Nie sądzę, żeby chciał pan powiedzieć „nie”.

- Do diabła z twoją ofertą, Mauley - odparł Harry, nie unosząc się. - Możesz mi 

zaoferować księżyc, ale ja nie sprzedam ani kawałka ziemi. To ostateczna odpowiedź. Idź 

gdzie indziej szukać miejsca na swoje pole golfowe. - I odszedł, a czarno - białe spaniele 

podreptały za nim.

Robin   Mauley   zacisnął   szczęki,   patrząc   na   oddalającego   się   Harry'ego,   po   czym 

odwrócił się do Meg.

- Ambrose Percy zgodził się zbudować pięciogwiazdkowy hotel sąsiadujący z polem 

golfowym, lady Margaret. Jesteśmy zdecydowani zbudować najważniejszy ośrodek golfowy 

w Wielkiej Brytanii, i jesteśmy gotowi dobrze zapłacić za ziemię, na której stanie. Wiem, że 

background image

pani brat ma niewielkie wpływy poza tym, co uzyskuje z rolnictwa i czynszów od dzier-

żawców. Mógłby zainwestować te pieniądze, i finanse pani rodziny byłyby zabezpieczone.

- Marnuje pan czas, rozmawiając ze mną, panie Mauley - odpowiedziała Meg. W 

blasku   słońca   jej   kości   policzkowe   były   niemal   widoczne   przez   skórę.   -   To   Harry   jest 

właścicielem Silverbridge, a ja muszę panu powiedzieć, że kiedy on podejmie jakąś decyzję, 

nawet bomba go nie poruszy.

- Kiedy usłyszy tę ofertę, zmieni zdanie - Mauley odparł pewny siebie. - Czy powie 

mu   pani   o   hotelu,   lady   Margaret?   Powie   mu   pani,   że   jesteśmy   gotowi   podwoić   moją 

pierwotną ofertę?

Meg zamrugała.

- Podwoić?

- Tak właśnie powiedziałem.

Niebieskie jak niebo oczy Meg rozszerzyły się.

- Na pewno mu powiem, panie Mauley.

- Dziękuję. Tylko o to proszę. - Uśmiechnął się, raz jeszcze pokazując te zęby jak u 

dziecka. - Lady Margaret. Panno Collins. Życzę paniom miłego dnia.

- Miłego dnia - odpowiedziała Tracy i stała w milczeniu obok Meg, kiedy potentat 

nieruchomości wsiadł do swojego drogiego samochodu i odjechał.

Wtedy Meg odezwała się:

- Harry będzie szalony, jeżeli odrzuci tę ofertę. Raczej ku własnemu zdziwieniu Tracy 

odkryła, że jej sympatia jest po stronie Harry'ego.

- Z pewnością można zrozumieć, że nie chciałby oddać tego wszystkiego - wskazała 

ręką wokół siebie.

-   Och,   zatrzymałby   dom,   stajnie   i   dość   terenu,   żeby   się   odpowiednio   urządzić   - 

zapewniła ją Meg. Mauley chce kupić osiem tysięcy akrów lasu i ziemi uprawnej.

- Osiem tysięcy akrów to mnóstwo ziemi - powiedziała Tracy powoli.

- Wiem. Nie ma wielu równie dużych posiadłości władnej okolicy, jak ta. To dlatego 

Mauley wciąż nachodzi Harry'ego. Nigdy nie znajdzie równie dobrej posiadłości na to swoje 

pole golfowe.

Rozmawiając, szły w stronę stajni, a kiedy do niej dotarły, Tracy zapytała:

- Jaką rolniczą działalność prowadzicie w posiadłości?

Młody mężczyzna w obwisłych dżinsach i roboczych butach wyszedł ze stajni, niosąc 

wiadro   wody.   Wpatrywał   się   w   Tracy   przez   cały   czas,   gdy   wylewał   wodę   na   trawnik 

okalający brukowane podwórze stajni.

background image

Meg powiedziała:

- Mamy całkiem sporo bydła mięsnego i mamy też pszenicę, jęczmień i siano. Mój 

brat Tony mówi, że we współczesnym świecie nie sposób utrzymać dużego domu z samego 

rolnictwa   i  dzierżawy.  Ale   Harry jest  w   duchu  farmerem,  chodził   do  Royal  Agricultural 

College, on się nie podda.

Bardzo powoli młody mężczyzna wrócił do stajni, przez cały czas nie spuszczając 

oczu z Tracy.

- Mogę go zrozumieć - odpowiedziała Tracy. - Sama żywię szczególną niechęć do pól 

golfowych.

-  Ale  dlaczego?   -  zapytała  Meg  ze   zdziwieniem.   -  Będzie   bardzo  ładnie.  Mauley 

planuje tor na mistrzostwa, z kosztownymi willami w pobliżu, a teraz będzie jeszcze hotel 

Percy'ego. Wszystko pięknie zaprojektowane.

Młody   mężczyzna   wyszedł   ze   stajni,   niosąc   kolejne   wiadro   wody,   kiedy   Tracy 

odpowiedziała:

- Chyba nie jestem wielką miłośniczką golfa.

-   Tony   powiedział,   że   nauczy   mnie   grać   -   odparła   Meg.   -   Ale   najlepsze   w   całej 

transakcji jest to, że Harry nie będzie już musiał martwić się więcej o pieniądze.

Tracy   spojrzała   na   budynek   stajni   przed   nimi   i   nic   nie   odpowiedziała.   Wielkie 

przesuwane drewniane drzwi były otwarte na oścież, odsłaniając wyłożone drewnem wnętrze 

z szerokim przejściem i wysokim stropem. Z miejsca, w którym stała, Tracy mogła dostrzec 

szereg dwuczęściowych drzwi po zewnętrznej stronie budynku. Jednak wychylał się zza nich 

tylko jeden koński łeb.

- Ile koni tu mieszka? - zapytała Tracy, porzucając temat pola golfowego.

- W tej chwili dziesięć - odpowiedziała Meg. - Pięć z tych koni należy do Harry'ego, a 

pięć jest tu na treningi.

Tracy   powoli   weszła   do   stajni,   spojrzała   w   głąb   przejścia.   Wszystkie   drzwiczki 

wewnętrznych   boksów   były   wypolerowane   tak,   że   lśniły   głęboką   kasztanową   barwą,   a 

większość szczyciło się brązową plakietką z wygrawerowanym imieniem konia. Boksy były 

duże i hojnie wymoszczone słomą. Chłopak z wiadrem właśnie wybierał nawóz z jednego z 

nich.

Meg powiedziała:

- Większość koni jest teraz na pastwisku, ale Moses jest dzisiaj w środku. To mój stary 

kucyk. Czy chciałabyś go poznać?

- Z przyjemnością.

background image

-   A   więc   wyjdźmy   na   zewnątrz.   Zobaczymy   go   lepiej.   Tracy   ruszyła   za   Meg   z 

powrotem na zewnątrz stajni i na drugą stronę budynku, gdzie wszystkie boksy miały drugie 

drzwi. Dereszowaty kucyk opierał głowę na dolnej połowie drzwi swojego boksu, ale kiedy 

zobaczył, że się zbliżają, zarżał cicho.

- To jest Moses - powiedziała Meg, kiedy zatrzymały się przy boksie. - On nauczył 

mnie jeździć. Czyż nie jest kochany?

-   Jest   słodki   -   odpowiedziała   szczerze   Tracy,   przyglądając   się   grubiutkiemu 

dereszowatemu kucykowi, który aż nazbyt wyraźnie szukał łakoci. - Cześć, przystojniaku.

Kiedy   kucyk   trącał   chrapami   jej   dłoń,   szukając   marchewki,   Tracy   spojrzała   w 

oszklone okno umieszczone nad drzwiami do boksu, żeby wpadało tam więcej światła, a 

potem na kamienne obramowanie, które wykańczało krawędzie drzwi i okna i tworzyło nad 

nimi łuk.

Chyba   rozumiem,   dlaczego   lordowi   Silverbridge'owi   nie   spodobało   się,   że   ten 

elegancki   budynek   nazwano   zabudowaniem   gospodarskim,   pomyślała   z   przelotnym 

rozbawieniem.

Meg trzymała pysk kucyka i patrzyła w jego lewe oko.

- Ciągle jeszcze trochę się sączy, ale zdecydowanie wygląda lepiej. Harry nałożył na 

nie jakieś paskudztwo wczoraj i dzisiaj rano. Wydaje się, że pomaga.

- Moja klacz  miała  kiedyś  okropną infekcję oka - powiedziała  Tracy.  - W końcu 

musiałam ją zawieźć do Cornell. Gdybym poczekała jeszcze jeden dzień, straciłaby wzrok. Z 

oczami trzeba być bardzo ostrożnym. Mogą narobić problemów ni z tego, ni z owego.

- To samo mówił Harry. - Meg uraczyła kucyka ostatnim poklepaniem po szyi.

- Co to za budynek tam obok, który wygląda jak stajnia? - zapytała Tracy.

- Och, to kryta ujeżdżalnia - odpowiedziała Meg. - Tak właściwie to jest dosyć sławna. 

Mój przodek, dziesiąty hrabia, zbudował ją po powrocie z wojny przeciwko Napoleonowi. 

Inaczej niż w Europie, w Anglii w tamtym czasie nie było prawie żadnych krytych ujeżdżalni. 

Jak wiesz, Anglicy lubią jeździć na dworze, galopować za psami gończymi i takie tam. Ale 

mój przodek nauczył się klasycznej sztuki jazdy w Portugalii i dlatego zbudował tę szkółkę. 

Czy chciałabyś ją zobaczyć?

- Bardzo - odparła Tracy, i obie skierowały się w stronę eleganckiego kamiennego 

budynku, który niespodziewanie krył w sobie ujeżdżalnię.

Godzinę później Tracy sama szła z powrotem do domu, gdyż Meg postanowiła zostać 

i pomóc Nedowi zaprowadzić konie do weterynarza. W połowie drogi przez lipowy zagajnik 

minęła ścieżkę, która - jak powiedziała jej Meg - wiodła do lasu, należącego do Silverbridge.

background image

- W całym lesie są ścieżki do konnej jazdy - powiedziała Meg. - Jeżdżę tam od czasu 

do czasu. Może któregoś dnia chciałabyś pojechać ze mną?

- Bardzo chętnie - odparła Tracy.

Zerknęła   na   zegarek,   pomyślała,   że   spacer   przez   las   będzie   bardzo   przyjemny,   i 

skręciła w tamtą stronę. Kiedy znalazła się pod baldachimem drzew, wiedziała, że podjęła 

słuszną   decyzję.   Dzwonki   o   intensywnej   barwie   ścieliły   się   na   ziemi   jak   dywan   po   obu 

stronach ścieżki do konnej jazdy, pierwiosnki, intensywnie żółte i jaśniejsze, rosły dokoła pni 

drzew, a kępy rzeżuchy łąkowej skupiały się wzdłuż brzegu małego strumyka, płynącego przy 

ścieżce. Nad jej głową stado małych brązowych ptaków przelatywało z drzewa na drzewo, 

nawołując się nawzajem.

Jakie to okropne wycinać to wszystko pod pole golfowe, pomyślała Tracy. Pochyliła 

się, żeby zerwać jeden z dzwonków, które rosły tak bujnie, a kiedy się wyprostowała, na 

ścieżce przed sobą zobaczyła lorda Silverbridge'a siedzącego na wspaniałym siwym koniu.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to inny mężczyzna. Miał na sobie strój z 

czasów regencji, a jego złote włosy były ostrzyżone także w tamtym stylu. Ale podobieństwo 

do lorda Silverbridge'a było zdumiewające.

Tracy wpatrywała  się  w  jeźdźca  oszołomiona.  Spojrzał   na nią,  ale   miała   niejasne 

wrażenie,   że   jej   nie   widział.   Później   zawrócił   konia   i   pogalopował   w   dal.   Przez   jakieś 

dwadzieścia sekund słyszała tętent konia na ścieżce. Potem zapadła cisza.

Tracy   stała   tam,   mocno   zaciskając   dłonie,   z   sercem   bijącym   tak   gwałtownie,   że 

pomyślała, że wyrwie się jej z piersi.

Kto to byt?

Ale bez względu na to, jak często zadawała sobie to pytanie, nie potrafiła znaleźć 

odpowiedzi.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

O drugiej nad ranem Tracy obudziło łomotanie do drzwi jej pokoju. Wstała z łóżka, 

wsunęła stopy w pantofle i pobiegła do salonu. Zza drzwi dobiegały okrzyki:

- Pożar! Pożar!

Trący otworzyła drzwi; za nimi stał kierownik hotelu, z ręcznikiem przyciśniętym do 

twarzy. W korytarzu było pełno dymu.

-   Panno   Collins   -   powiedział   kierownik.   -   Dzięki   Bogu.   Zaprowadzę   panią   do 

schodów.

- Wiem, gdzie są - odrzekła Tracy, kaszląc i machając ręką przed twarzą, jak gdyby 

mogła w ten sposób odsunąć dym. - Lepiej niech pan budzi innych.

W pantoflach pobiegła korytarzem, z na wpół zamkniętymi oczyma. Starała się nie 

wdychać dymu unoszącego się w powietrzu. Dotarła do schodów w tej samej chwili co Jon, 

który nadchodził z przeciwnej strony. Zamknięta klatka schodowa była stosunkowo wolna od 

dymu i oboje zbiegli po schodach - Tracy tuż za Jonem. Zapytała:

- Czy wiesz, co się stało?

- Nie - rzucił przez ramię.  - Ale biorąc  pod uwagę ilość dymu,  to musi  być  coś 

poważnego.

Zeszli na parter.

- Cofnij się - powiedział Jon. Ostrożnie otworzył drzwi klatki schodowej i wyjrzał na 

zewnątrz. - Jest dym, ale nie widzę płomieni. Chodźmy.

Potem przebiegli kilka metrów do bocznego wyjścia i byli już bezpieczni na zewnątrz, 

w chłodzie nocy.

Wozy strażackie zatrzymywały się przed hotelem z wyjącymi syrenami, kiedy Tracy i 

Jon dołączyli do gromady ubranych w piżamy ludzi gromadzących się na głównym trawniku.

- Gail - zawołała Tracy, niespokojnie rozglądając się po grupie. - Jesteś tu?

Drobna   postać,   otulona   puchatym   czerwonym   szlafrokiem   i   niosąca   walizeczkę   z 

komputerem i torebkę, oderwała się od tłumu.

- Tracy! Dzięki Bogu. Tracy zaśmiała się drżąco.

- Cieszę się, że cię widzę. - Obie kobiety uścisnęły się nerwowo.

Większość ludzi na trawniku spała w pojedynczych pokojach na pierwszym piętrze i 

dzięki temu została ewakuowana w pierwszej kolejności. Kiedy Tracy i Jon odwrócili się, 

żeby spojrzeć na hotel, kilkoro kolejnych gości ubranych w piżamy wyszło zza rogu budynku. 

Był wśród nich Dave Michaels, który podsuwał sobie okulary na nosie i wściekle mrużył 

background image

oczy, pędząc przez trawnik.

- Dzięki Bogu - powiedział, zobaczywszy Tracy i Jona.

Podszedł,   żeby   do   nich   dołączyć.   W   koszulce   z   krótkim   rękawem   i   flanelowych 

spodniach od piżamy wyglądał na bardzo chudego i kościstego. Uściskał obie gwiazdy w 

ekstrawaganckim odruchu ulgi, że jego film jest bezpieczny.

- Co się stało? - zapytał, kiedy już się opanował. - Czy ktoś wie?

- Myślę, że pożar zaczął się w kuchni - odezwała się Gail.

- Tak słyszałem - powiedział ktoś inny.

-   Patrzcie!   -   odezwał   się   jeszcze   ktoś   inny   i   grupa   na   trawniku   zwróciła 

zafascynowany i przerażony wzrok w stronę płomieni, które nagle wydostały się z dwóch 

okien na pierwszym piętrze.

- To chyba mój pokój - powiedziała Gail matowym głosem.

Tracy wyciągnęła rękę i raz jeszcze uściskała swoją sekretarkę.

-   Jesteś   bezpieczna   i   to   wszystko,   co   się   liczy.   Jeszcze   kilkoro   uciekinierów 

nadciągało   przez   trawnik.   Tracy   poczuła   ulgę,   gdy   zobaczyła,   że   reszta   ekipy   filmowej 

zdołała się wydostać.

Do tej pory strażacy polewali  już budynek  wodą z węży.  Kierownik rozmawiał z 

szefem oddziału straży, a potem, kiedy dołączył do gromady swoich zaniepokojonych gości, 

pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było oznajmienie im:

- Wszyscy wyszli.

Westchnienie   ulgi   przebiegło   przez   tłum.   Wtedy   piskliwy   kobiecy   głos   zażądał 

odpowiedzi:

- Jest druga nad ranem. Gdzie mamy się podziać przez resztę nocy?

- W Warminster jest schron - powiedział kierownik. - Służby ratownicze Warminsteru 

otwierają go dla nas i zapewniają herbatę i kawę. Wkrótce będzie państwu ciepło i wygodnie.

-   Wygodnie?   -   Głos   zabrzmiał   jeszcze   bardziej   piskliwie   niż   przed   chwilą.   -   W 

schronie? Na pewno nie mówi pan poważnie.

Trący także nie była zachwycona pomysłem ze schronem i zapytała kierownika, czy w 

okolicy są jakieś wolne pokoje hotelowe.

-   Obawiam   się,   że   wszystko   jest   zarezerwowane   na   weekend,   panno   Collins   - 

odpowiedział mężczyzna przepraszająco. - Jutro jest duża gonitwa z przeszkodami.

Miał   na   myśli   imprezę   hippiczną,   na   którą   składał   się   przełajowy   wyścig   z 

przeszkodami od jednego punktu do drugiego.

Jakiś mężczyzna odezwał się z wściekłością:

background image

- Wszystkie moje ubrania są w pokoju w hotelu. Rano mam spotkanie. Co ja mam na 

siebie włożyć?

Kobieta o piskliwym głosie zaczęła płakać. Jon powiedział spokojnie:

-   Nikt   z   nas   nie   ma   żadnych   ubrań.   Sądzę,   że   udanie   się   do   Warminsteru   to 

wyśmienity pomysł. To duże miasteczko i będziemy mogli zastąpić tam przynajmniej część 

naszej garderoby. - Odwrócił się do Wiltshire Arms, w którym teraz ogień wydostawał się 

także z wyższych okien. Niebo było zasnute ciemnym dymem, a w powietrzu unosiła się 

drażniąca woń. Jon powiedział ze smutkiem: - Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli cokolwiek 

stamtąd uratować.

- Nie wygląda na to - zgodził się Dave. Reżyser odwrócił się do kierownika hotelu. - 

Czy może pan zabrać pannę Collins, pana Melbourne'a i resztę ekipy hotelowym busem? 

Naszych kierowców i samochodów nie ma na miejscu, a nie chcę trzymać panny Collins 

stojącej na tym zimnie.

Kierownik zapewnił go, że może to zrobić, i kiedy poszedł sprowadzić busa, Tracy raz 

jeszcze   popatrzyła   na   płonący   budynek.   To   było   przerażające,   że   ogień   mógł   się 

rozprzestrzenić w tak krótkim czasie.

- Nie mam kluczyków do samochodu - powiedział jakiś mężczyzna z przejęciem. - Są 

tam, w pokoju.

- Na pewno może pan pojechać z kimś innym - odparł Jon, a kolejny mężczyzna 

zareagował:

- Może pojechać z nami.

Tracy uśmiechnęła  się do Jona. Większość  aktorów, których  znała,  nie okazałoby 

najmniejszego   zainteresowania   małym,   łysym,   ubranym   w   piżamę   człowiekiem,   który 

zapomniał kluczyków do samochodu.

Błysnęło światło, aż nazbyt dobrze znane Tracy, i ponad ramieniem Jona zobaczyła 

fotografa. Nagle opanowała ją wściekłość.

- Ty mała  gnido! - wrzasnęła. - Jeżeli zrobisz mi  jeszcze jedno zdjęcie,  każę cię 

aresztować.

-   Nerwy,   nerwy,   panno   Collins   -   odpowiedział   Jason   Counes,   fotograf,   który 

prześladował Tracy od sześciu miesięcy. - Wolność prasy, sama pani wie.

Tracy była tak rozeźlona, że ruszyła w stronę mężczyzny z zamiarem roztrzaskania 

jego aparatu. Jon chwycił ją, kiedy zrobiła trzy kroki.

- Uspokój się, Trący - powiedział uspokajającym tonem. - Spójrz, jest bus, jedziemy.

Tracy dygotała. Raptowne wyrwanie ze snu i strach przed pożarem zburzyły do reszty 

background image

mur,   jaki   zazwyczaj   wznosiła   pomiędzy   sobą   a   swoją   nienawiścią   do   wazeliniarskiego 

fotografa, który nie dawał jej spokoju.

Jon   wciąż   obejmował   ją   ramieniem,   i   zaczął   ją   prowadzić   w   kierunku   busa. 

Rzuciwszy ostatnie wściekłe spojrzenie w stronę Jasona Counesa, poszła z nim.

Zanim ocaleni dotarli do Warminsteru, było już po trzeciej nad ranem. Na obiecany 

schron składały się prycze i koce w piwnicy szkoły. Dwie kobiety parzyły kawę w kuchni. 

Siwowłosa kobieta w futrzanym płaszczu narzuconym na nocną koszulę zaczęła płakać.

- Och, proszę - Gail powiedziała bez współczucia. - Mogłaś się usmażyć na śmierć, 

paniusiu. Noc w schronie powinna ci dobrze zrobić.

Kobieta odpowiedziała gniewnie:

- Niech pani przyjmie do wiadomości, młoda damo, że nie przywykłam do sypiania w 

piwnicy. - Pociągnęła nosem. - Cuchnie tu pleśnią.

Kobieta o piskliwym głosie przytaknęła.

- Frank - powiedziała inna. - Zrób coś.

- Czego, u diabła, ode mnie chcesz? - odpowiedział jej mąż. - Jest trzecia nad ranem, 

na miłość boską.

Emocje Tracy wciąż były wzburzone po spotkaniu z jej zmorą. Powiedziała cierpko:

- Wiecie co, ludzie? Ja także nie przywykłam do sypiania w schronach. Ale to właśnie 

tu mamy i równie dobrze możemy przestać marudzić i przeczekać do rana najlepiej jak się da.

Mąż siwowłosej kobiety, tak samo siwowłosy, niespodziewanie się odezwał:

- Panna Collins ma rację, Eunice. Rozchmurz się.

- Nie mam zamiaru kłaść się na jednej z tych  odrażających  pryczy - oświadczyła 

Eunice.   -  Bóg  jeden  wie,  kto  mógł  spać  tutaj   wcześniej.  Nie  zdziwiłabym   się,  gdyby   te 

materace były zarobaczone.

Z tą opinią Tracy zgodziła się ochoczo.

- A więc na resztę nocy usiądziemy przy stole i będziemy pić kawę - ogłosiła.

Taki plan działania przemówił do większości innych gości. Prawie wszyscy owinęli 

się kocami i zasiedli wokół wielkiego plastykowego stołu. Popijali kawę i herbatę, zaparzone 

przez wolontariuszki ze schronu, i starali się wymyślić, co zrobić rano.

Wszyscy  zgodzili  się,  że  najważniejszą   rzeczą  jest ubranie.   Tracy zaproponowała, 

żeby z miejscowego domu towarowego przysłano im bieliznę, sportowe obuwie, spodnie i 

koszule.

-   Wtedy   przynajmniej   będziemy   mogli   wyjść   i   kupić   wszystko   inne,   czego   nam 

potrzeba - powiedziała.

background image

- Nie mam przy sobie karty kredytowej - odezwał się smętnie jakiś mężczyzna.

- Ja zajmę się ubraniami - powiedziała Tracy. - Tak będzie łatwiej.

Wszyscy byli zadowoleni z takiego rozwiązania i Gail zrobiła listę rozmiarów. Kiedy 

wstał   świt,   Amerykanki   (Gail   i   Tracy)   były   jedynymi   osobami,   które   skorzystały   z 

dobrodziejstwa pojedynczego letniego prysznica, i punktualnie o dziewiątej trzydzieści Gail 

zadzwoniła   do   miejscowego   domu   towarowego.   Kierownik   ucieszył   się,   że   może 

wyświadczyć  przysługę Tracy Collins i przed dziesiątą Tracy zrzuciła jedwabną piżamę i 

włożyła bluzkę z golfem, dżinsy i trampki.

Podczas   gdy   większość   pozostałych,   świeżo   odzianych   gości   skierowała   się   do 

sklepów, żeby kupić bardziej stosowne ubiory, filmowcy wsiedli do firmowych samochodów, 

żeby pojechać do Silverbridge na dzień zdjęciowy.

Kiedy tylko dotarli na miejsce, Dave powierzył Gregowi zadanie znalezienia nowego 

lokum dla bezdomnej obsady i ekipy. Asystent reżysera spędził bardzo zniechęcającą godzinę 

przy telefonie, dzwoniąc po różnych hotelach, z których wszystkie były pełne przez następne 

dwa   dni.   Potem   pojechał   osobiście   sprawdzić   nieliczne   kwatery   oferujące   nocleg   ze 

śniadaniem, które zgłosiły wolne miejsca. O drugiej wrócił do Silverbridge.

Zastał   reżysera   przyglądającego   się,   jak   operatorzy   próbują   ruchy   kamery,   żeby 

nadążyć za aktorami. Wszyscy pozostali stali wokół. Greg podszedł do Dave'a i powiedział:

- Czy możemy chwilkę porozmawiać?

- Pewnie. - Dave przeszedł, żeby stanąć przy krześle, które dla niego ustawiono, a 

które w tej chwili zajmowała Meg. Z każdym dniem coraz swobodniej czuła się na planie, a 

ponieważ nigdy się nie narzucała, tylko obserwowała, Dave osiągnął etap, na którym ledwie 

zauważał jej istnienie.

- Nie ma pokoi w żadnym z okolicznych hoteli - powiedział ponuro Greg. - Z powodu 

gonitwy w ten weekend wszystko na przyzwoitym poziomie zostało zarezerwowane.

Dave stęknął i zaczął polerować okulary chusteczką do nosa.

- Musi być coś wolnego! Czy mówiłeś kierownictwu hoteli, że chcesz pokój dla Tracy 

Collins?

- Tak, mówiłem. Ale najwyraźniej na wyścigi ściąga chmara arystokracji i nikt nie ma 

ochoty ich wywalać.

Dave polerował mocniej.

- Coś musi być otwarte.

- Znalazłem pensjonat w Littleton, który ma trzy pokoje, i dwa w Marlton, które mają 

każdy po dwa pokoje. Ale pokoje są maleńkie i nie mają prywatnych łazienek. Naprawdę nie 

background image

sądzę, żebyśmy mogli prosić Tracy, by w nich spała. Ani Jona, skoro już o tym mowa.

- Cholera - powiedział Dave. - To co my zrobimy?

Greg pociągnął się za kitkę i zrobił nieszczęśliwą minę.

Meg odezwała się:

- Ja mam pomysł.

Obaj mężczyźni spojrzeli na nią.

- Nie mogłam nie usłyszeć. - W jej głosie kipiał entuzjazm. - My mamy dodatkowe 

sypialnie. Może Tracy i Jon mogliby zostać u nas.

Dwaj mężczyźni popatrzyli jeden na drugiego.

- W okolicy nie ma  wolnych  miejsc - powiedział  Greg. - Musielibyśmy  jechać z 

godzinę, żeby znaleźć cokolwiek chociaż w miarę zdatnego.

Dave dokończył polerowanie okularów i założył je z powrotem na nos. Zmarszczył 

czoło, spoglądając na Meg.

- Sądzi pani, że pani brat zgodzi się na takie rozwiązanie?

Meg odpowiedziała z miejsca:

- Jeżeli zechcecie mu zapłacić tyle,  ile płaciliście w Wiltshire Arms, to myślę,  że 

chyba tak.

Nastąpiła chwila ciszy, kiedy Dave wciąż marszczył czoło, a Greg znowu pociągnął 

się za kitkę. Potem Dave powiedział:

- Dobrze, lady Margaret. Czy zechciałaby pani być tak miła, by go zapytać i przekazać 

mi, co odpowie?

Meg podniosła swoje kruche ciało z krzesła Dave'a.

- Pójdę i od razu go poszukam.

- Świetnie. Dzięki - odparł Dave. Później, kiedy Meg odeszła już na tyle, że nie mogła 

go usłyszeć, przewrócił oczami. - Na koniec lord Silverbridge okaże się połową kosztów tego 

filmu.

Greg odpowiedział nerwowo:

- Nie sądzisz, że powinienem się rozejrzeć, zanim dobijemy targu, Dave? Łazienki w 

takich starych rezydencjach są czasem dosyć prymitywne. A Tracy...

Dave jęknął.

-   Dobrze,   może   lepiej   rzuć   okiem   na   łazienki.   Ale   nie   wiem,   jak   mielibyśmy 

powiedzieć jego lordowskiej mości i lady Margaret, że uważamy, iż ich dom nie nadaje się na 

nocleg dla gwiazdy filmowej.

-  Po  prostu   będziemy   mieć  nadzieję,   że  się   nadaje  -  odpowiedział  Greg.  -  Bo  tu 

background image

naprawdę nie ma wielkiego wyboru.

Meg   poszła   najpierw   do   stajni,   ale   Harry'ego   tam   nie   było.   Potem   spróbowała 

szczęścia w jego gabinecie, który mieścił się w wyłożonym boazerią pokoju obok kuchni. 

Harry zostawił uchylone drzwi i Meg na moment zatrzymała się na progu, żeby popatrzeć na 

brata.

Harry,   ubrany   w   brązowy   wełniany   sweter,   siedział   przy   nowoczesnym   biurku, 

zwrócony do niej plecami, ze wzrokiem utkwionym  w ekranie komputera. Popołudniowe 

światło, padające z wysokiego okna nad komputerem, rozjaśniało jego płowe włosy. Kiedy 

Meg na niego patrzyła, Harry zamruczał coś pod nosem, po czym uderzył dłonią w blat. Na 

ten odgłos spaniele leżące po obu stronach jego krzesła podniosły głowy.

- To nie są dobre wieści? - spytała Meg, wchodząc do pokoju.

Harry okręcił   się  na krześle,   co sprawiło,  że  Marshal   wstał  i  spojrzał   na niego  z 

nadzieją. Kiedy Harry nie podniósł się, spaniel z powrotem się położył. Harry zdjął okulary w 

rogowej oprawie i przetarł oczy.

- Meg. Co ty tutaj robisz? Myślałem, że obserwujesz filmowanie.

- Przyszłam się z tobą zobaczyć. - Podeszła i usiadła na starym skórzanym krześle 

obok biurka. - Czy wiesz, że hotel Wiltshire Arms spalił się zeszłej nocy?

Brązowe oczy Harry'ego rozszerzyły się.

- Nie, nie słyszałem.

Meg założyła sobie włosy za uszy.

- No cóż, spalił się i przez to wszyscy filmowcy, którzy tam mieszkali, zostali bez 

dachu nad głową. Greg, to jest asystent reżysera, próbował umieścić ich dzisiaj w innych 

hotelach, ale jutro jest gonitwa w Castleton i wszystko jest zajęte.

Harry rozparł się na krześle.

-   Sam   planowałem   jechać   -   powiedział   łagodnie.   -   Startuje   tam   jeden   z   moich 

uczniów.

- Kto? - zapytała Meg, na chwilę zapominając o swojej misji.

- Matt Aider.

Meg skinęła  głową. Matthew  Alder, baron Carsford, skakał przez przeszkody,  ale 

przez zimę wziął u Harry'ego serię lekcji ujeżdżania.

Meg wróciła do tematu.

- W każdym razie z powodu gonitwy jedyne wolne miejsca są w jakichś pensjonatach 

w Littleton i Marlton. Greg mówi, że pokoje są maleńkie i nie nadają się dla Tracy czy Jona.

Harry założył ręce za głowę.

background image

-   Boże   uchowaj,   żeby   amerykańska   gwiazda   filmowa   miała   zostać   zmuszona   do 

zamieszkania w angielskim pensjonacie.

- Cóż, ty z pewnością byś nie chciał. Wzruszył ramionami.

- W każdym razie zaproponowałam, żeby zostali tutaj - powiedziała Meg. - Mamy w 

tej chwili trzy puste sypialnie.

Ramiona Harry'ego opadły. Spiorunował ją wzrokiem.

- Chyba nie mówisz poważnie.

- Dlaczego nie? - spytała Meg. - Wytwórnia zapłaci ci tyle samo pieniędzy, ile płacili 

w Wiltshire Arms.

Nastąpiła chwila ciszy. Potem Harry odezwał się nagle:

- To niemożliwe, Meg. Zdołałem uporać się z bałaganem, jaki ci filmowcy robią na 

moim terenie, ale nie chcę, żeby mieszkali razem ze mną w domu.

- To byliby tylko Tracy i Jon. Oni są super, szczerze, Harry. I spędzają większość 

czasu na planie albo w swoich garderobach. Pewnie w ogóle ich nie zobaczysz.

Harry odpowiedział sztywno:

- Wolałbym myśleć, że nie zostałem jeszcze zredukowany do pozycji hotelarza.

- Byłbyś bardzo dobrze opłacanym hotelarzem - odparowała Meg. - W Wiltshire Arms 

liczą sobie majątek, a zarówno Tracy jak i Jon mieli apartamenty.

-   Ja   nie   mogę   zaoferować   im   apartamentu   -   powiedział.   -   Nie   mogę   im   nawet 

zaoferować  prywatnej  łazienki.  Czy wyjaśniłaś  to temu  komuś,  z  kim rozmawiałaś?  Być 

może przyjaciele twojej gwiazdy filmowej pomyślą, że Silverbridge się nie nadaje.

- Każdy wolałby raczej mieszkać w Silverbridge niż w pensjonacie - odparła Meg z 

pewnością w głosie.

Harry odgarnął włosy z czoła.

- Jezu, Meggie, co to będzie, jeżeli prasa brukowa zwęszy, że Tracy Collins mieszka 

w moim domu? Ja naprawdę nie zniosę kolejnej historii jak z Daną Matthews.

- Trenujesz też konia Gwen Mauley - wytknęła Meg. - Kochana Gwen również będzie 

się tu wałęsać.

- Wiem. - Głos Harry'ego zabrzmiał ponuro.

- Harry, nawet Examiner nie będzie miał czelności napisać, że masz romans z dwiema 

kobietami jednocześnie i w tym samym miejscu.

Szczęki Harry'ego zacisnęły się.

- Z mojego doświadczenia wynika, że jest bardzo mało rzeczy, których Examiner nie 

ma czelności napisać.

background image

Meg przygryzła pasemko włosów i popatrzyła na brata. Westchnął.

- Och, dobrze. Jeżeli wytwórnia chce mi zapłacić stawkę Wiltshire Arms, to mogą tu 

zostać.

Meg podskoczyła.

- Świetnie. Polubisz Tracy, Harry. Ona ani trochę nie jest taka jak Dana Matthews.

Harry coś odburknął, nałożył okulary i obrócił się z powrotem do komputera. Kiedy 

Meg była już w drzwiach, odwrócił głowę i zawołał:

- Powiedz im, że chcę pieniądze z góry.

- Dobrze. - Rzuciła okiem na kolumny cyfr, które pojawiły się na ekranie komputera 

za Harrym. - Nad czym pracujesz?

- Rachunki - powiedział oschle i odwrócił się do monitora.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Poruszenie z powodu pożaru zepchnęło obraz jeźdźca w głąb umysłu Tracy, ale kiedy 

powróciła do Silverbridge na zdjęcia, wizja wróciła jak żywa.

Pewnie pozwalam, żeby udzielała mi się atmosfera tej rezydencji, pomyślała, gdy stała 

na wyznaczonym miejscu i czekała, aż Dave pokieruje kamerami. Po południu nadciągnęły 

chmury i zmieniające się światło w ogrodzie zmuszało ich do kręcenia sceny z końcówki 

filmu, kiedy Julia zaczęła się już lękać swojego obsesyjnie zazdrosnego męża. Jednak myśli 

Tracy nie skupiały się na filmie.

Spędzam czas otoczona przez ludzi w strojach z czasów regencji. Potem spotykam 

lorda Silverbridge'a,  który,  chociaż  niegrzeczny i nieznośny,  z pewnością  jest mężczyzną 

robiącym wrażenie. A zatem mam tę wizję, w której widzę mężczyznę wyglądającego jak 

lord Silverbridge, jadącego konno i ubranego w strój z czasów regencji. To dziwaczne, ale 

wytłumaczalne. Wizja mężczyzny na koniu stanęła jej znów przed oczyma i serce zaczęło jej 

łomotać. Jak gdyby z oddali usłyszała, że Dave woła:

- Sprawdzić makijaż.

Charakteryzatorka pojawiła się u boku Tracy, nałożyła jej odrobinę pudru na nos i 

odeszła. Dave krzyknął:

- Akcja!

Tracy z wielkim wysiłkiem zmusiła umysł,  by zamknął się na wszelkie poboczne 

myśli i zaczęła iść ścieżką w kierunku domu. Kamera, zamontowana na wózku, poruszała się 

obok   niej.   Tracy,   jako   Julia,   spojrzała   w   stronę   tarasu,   gdzie   spodziewała   się   zobaczyć 

czekającego na nią męża. Faktycznie Jona nie było na tarasie. Później mieli nakręcić spotka-

nie Julii i jej męża. Dlatego też, kiedy Tracy przesunęła wzrok na taras, spodziewała się, że 

nie zobaczy tam nikogo.

Tak jednak nie było. Widziała tam jakąś młodą kobietę o kasztanowych włosach, w 

towarzystwie małego chłopca. Kobieta miała na sobie prostą poranną suknię w stylu regencji, 

z muślinu,  z roślinnym  wzorem,  a  chłopczyk  był  ubrany w  coś, co wyglądało  jak szary 

kombinezon z nałożoną na wierzch krótką marynarką. Nawet przy pochmurnym niebie jego 

włosy wyglądały na jasne.

Tracy stanęła jak wryta, wpatrując się z niedowierzaniem w żywy obraz na tarasie. Jej 

dłoń   powędrowała   do   szyi   w   instynktownym   obronnym   geście.   Potem   zamknęła   oczy, 

starając się opanować nerwy. Kiedy znowu je otworzyła, taras był pusty.

- Cięcie! - zawołał Dave. - Udało ci się to złapać, Michael? Wiem, że nie miała się 

background image

zatrzymywać.

- Mamy to - odkrzyknął kamerzysta.

- No to bierzemy - powiedział Dave. Podszedł do miejsca, gdzie stała Tracy. Oblała 

się lepkim potem, a dreszcz sprawiał, że jej ciało dygotało. Jednak Dave wydawał się niczego 

nie zauważać.

- To było wspaniale, Tracy. Po prostu wspaniałe. - Jego oczy za grubymi okularami 

błyszczały. - Czy myślisz, że udałoby ci się to jeszcze raz, na wypadek gdyby pierwsze ujęcie 

nie wyszło?

- Nie - Tracy odpowiedziała rwącym się głosem. 1 Nie teraz, Dave. Teraz nie mogę.

Dopiero   teraz   zauważył   jej   bladość   i   drżenie.   Objął   ją   ramieniem   i   powiedział 

łagodnie:

- Dobrze. Jestem pewien, że pierwsze ujęcie będzie w porządku. Chodź, siadaj, każę 

komuś przynieść ci szklankę wody.

Tracy   skinęła   głową   i   pozwoliła   mu   zaprowadzić   się   do   krzesła   oznaczonego   jej 

nazwiskiem. Z wdzięcznością usiadła i oparła czoło o kolana.

- Chyba nie zamierzasz zemdleć, co? - zapytał zaniepokojony Dave.

Tracy potrząsnęła głową.

- Gdzie ta woda? - Tutaj.

Ktoś włożył jej do ręki plastykową butelkę i Tracy zaczęła łapczywie pić. Woda była 

letnia, jak większość płynów w Anglii, ale Tracy wypiła ją z wdzięcznością. Wreszcie była w 

stanie spróbować uśmiechnąć się do Dave'a.

- Tak mi przykro. Nie wiem, co mi się stało.

- Już dobrze - odpowiedział Dave. - Wcale nie spałaś tej nocy.

- Nie, nie, wszystko w porządku. Naprawdę.

- Cóż, na dzisiaj skończyłaś - odparł Dave. Nadal wyglądał na zmartwionego. - Sądzę, 

że powinnaś pójść do domu i uciąć sobie drzemkę.

Meg odezwała się gdzieś zza krzesła Tracy:

- Jaja zabiorę, Dave.

- Zabierzesz mnie... dokąd? - zapytała Tracy nieco smętnie. - Mój hotel spłonął.

Kiedy Meg pojawiła się u jego boku, Dave wyjaśnił:

- Poczyniliśmy ustalenia co do ciebie i Jona, żebyście zostali tutaj, w Silverbridge.

Tracy poderwała się, jakby poraził ją prąd.

- Co?

Dave powiedział uspokajająco:

background image

- Wszystkie hotele zostały zarezerwowane na weekend. Jeżeli nie chcesz mieszkać w 

Silverbridge po niedzieli, na pewno możemy zorganizować coś innego. Ale myślę, że na razie 

będzie ci tu wygodniej, niż byłoby w jakimś pensjonacie.

- Mamy dla ciebie przyjemną, dużą sypialnię, Tracy - powiedziała Meg. - Wisi tam 

nawet obraz Claude'a.

Nie   wiedząc   czemu,   Tracy   poczuła   przerażenie   na   myśl   o   zamieszkaniu   w 

Silverbridge.

- Nie chcę bardziej zakłócać spokoju twojej rodzinie, niż to się działo do tej pory - 

zaprotestowała Tracy.

- O to się nie martw - powiedział Dave. - Uiszczamy lordowi Silverbridge'owi opłatę 

hotelową za ciebie i Jona.

Tracy poszukiwała w myślach jakiejś uzasadnionej wymówki, żeby nie zostawać w 

Silverbridge na weekend, ale niczego nie mogła znaleźć.

- Czy czujesz się na tyle dobrze, żeby iść? - odezwał się zaniepokojony Dave.

Tracy powoli zrobiła wdech i wydech. Potem jeszcze raz.

- Tak - odpowiedziała.

Pomimo tego zapewnienia Dave wziął ją pod ramię i podtrzymał, kiedy wstawała. Ku 

jej uldze świat pozostał wyraźny i stabilny. Tracy uśmiechnęła się do zmartwionego reżysera.

- Czuję się świetnie, naprawdę. Wracaj do pracy i nie martw się o mnie.

- Wyglądasz lepiej - powiedział. - Wróciło ci nieco rumieńca. - Odwrócił się do Meg. 

- Lady Margaret, byłbym wdzięczny, gdyby zechciała pani towarzyszyć Tracy w drodze do 

domu.

- Proszę się nie martwić - odpowiedziała Meg. - Chodź, Tracy.  Już kazałam pani 

Wilson przygotować łóżko dla ciebie. Możesz od razu wejść pod kołdrę, jeżeli chcesz.

Tracy po raz ostatni odezwała się błagalnie:

-   To   musi   być   narzucanie   się,   Dave.   Naprawdę   nie   miałabym   nic   przeciwko 

pensjonatowi na parę dni.

- Ten fotograf będzie miał do ciebie  o wiele łatwiejszy dostęp w pensjonacie niż 

wtedy, gdy zamieszkasz tutaj - powiedział Dave.

Tracy pomyślała o olbrzymich rozmiarach prywatnego terenu w Silverbridge, którego 

Jason Counes nie będzie mógł naruszyć, i poddała się.

- To bardzo miło z twojej strony, Meg. Meg uśmiechnęła się.

- Będzie zabawnie, kiedy tu zamieszkasz.

Tracy z lękiem spojrzała w stronę tarasu. Był pusty.

background image

- Idź z lady Margaret - powiedział stanowczo Dave. - Na dzisiaj z tobą skończyliśmy, 

nie ma cię w jutrzejszych ujęciach, a w niedzielę robimy wolne. Zanim stawisz się do pracy w 

poniedziałek rano, spodziewam się z powrotem widzieć rumieńce na tych policzkach.

Tracy nawet nie próbowała się uśmiechnąć, kiedy odwróciła się w stronę Meg i domu, 

do którego nie chciała wchodzić.

Boczne   wejście   zaprowadziło   je   do   wyłożonego   drewnem   westybulu   z   podłogą   z 

zielonego marmuru. Schody, wiodące na górę, były strome i wąskie.

- Nasz apartament jest na drugim piętrze - powiedziała Meg. - Mój ojciec uważał, że 

reszta domu jest po prostu za duża, żeby mieszkać nowocześnie.

Tracy skinęła głową.

- Mamy windę, jeżeli nie czujesz się na siłach wejść po schodach - mówiła dalej Meg. 

- Mój brat kazał ją zainstalować dla mamy, kiedy złamała sobie biodro.

- Na pewno dam radę wejść po schodach - odpowiedziała Tracy.

- A więc tędy. - Meg poprowadziła ją na górę. Pierwsza część schodów kończyła się 

galerią,   otwierającą   się   na   lewo   na   uroczy   salon,   ozdobiony   perkalem,   palisandrem   i 

wazonami świeżych kwiatów.

- Jak ładnie - powiedziała Tracy, zaglądając do środka przez łukowate wejście.

- To jest salonik. - Meg weszła do pokoju i gestem zaprosiła Tracy, żeby poszła za nią. 

- Praktycznie mieszkamy w tym pokoju i kuchni. Czuj się tutaj jak u siebie.

Tracy rozejrzała się po pokoju, który ciągnął się od frontu aż po tył domu i z trzech 

stron miał wysokie okna. Pod oknami w południowej ścianie stał palisandrowy stół otoczony 

sześcioma krzesłami. Naje - go środku ustawiono imponujący wazon ze świeżymi kwiatami. 

Pozostałych sześć krzeseł od kompletu stało pod ścianami, do wykorzystania, kiedy stół był 

rozkładany.

Meg powiedziała:

- Kiedy mamy proszony obiad, zwykle jadamy tutaj.

Mała   czarna   kotka,   która   leżała   zwinięta   w   kłębek   na   jednej   z   kanap,   wstała   i 

przeciągnęła   się,   wyginając   grzbiet.   Potem   wbiła   w   Tracy   niepokojące   zielone   oczy   i 

miauknęła krótko i gniewnie.

- To Ebony, kotka Harry'ego - powiedziała Meg. - Ona nie lubi obcych.

-   Większość   kotów   nie   lubi   obcych   -   mruknęła   Tracy,   patrząc   na   rozzłoszczoną 

Ebony. - Miałam kiedyś kota, który chował się pod łóżkiem za każdym razem, kiedy ktoś 

nowy przychodził do domu.

-   Ebony   jest   nieco   bardziej   zadziorna.   Będzie   się   na   ciebie   wściekle   patrzeć   i 

background image

miauczeć, i krążyć wokół ciebie, ale jeżeli ją zignorujesz, nie podrapie cię ani nic takiego.

- Jak miło - powiedziała Tracy z ironią. A potem z ciekawością: - Jak, u licha, ona 

radzi sobie z psami?

Meg   wygładziła   egzemplarz   Horse   and   Hound,   porzucony   beztrosko   na   stoliku 

kawowym.

-   Zajmują   odrębne   terytoria.   Psy   przebywają   na   dole,   w   kuchni   i   w   gabinecie 

Harry'ego, a Ebony mieszka tutaj. - Uśmiechnęła się. - Chodź, zaprowadzę cię do twojej 

sypialni.

Opuściły salonik i poszły szerokim, obwieszonym obrazami korytarzem na prawo od 

schodów. Troje wielkich dębowych drzwi znaczyło każdą ze stron korytarza. Jedne z nich 

były otwarte; pozostałe zamknięte.

- To sypialnia - powiedziała Meg. - Pokój na samym końcu korytarza to dawny salon, 

który znajduje się u szczytu głównych schodów. Zrobiliśmy salonik, burząc ściany dwóch 

krańcowych sypialni.

- Czy ten salon należy do części mieszkalnej?

- Tak, ale używamy go tylko na rozrywki, a nie ma ich wiele, odkąd umarła mama.

Minęły otwarte drzwi sypialni i Meg odezwała się:

-   To   pokój   Harry'ego.   On   zawsze   zostawia   drzwi   otwarte,   żeby   Ebony   mogła 

wchodzić i wychodzić.

Tracy powstrzymała się przed zerknięciem do środka.

- Twój brat wydaje się mieć bardzo przywiązane zwierzaki - powiedziała pogodnie.

- Znalazł Ebony, kiedy była zagłodzonym kociakiem, którego ktoś wyrzucił. Ludzie 

ciągle mają takie dziwaczne poglądy na temat czarnych kotów. W każdym razie przyniósł ją 

do domu, a ona go uwielbia. - Meg zatrzymała się przy ostatnich drzwiach po przeciwnej 

stronie korytarza niż pokój Harry'ego. - To będzie twój pokój - powiedziała, i otworzyła 

drzwi.

Ta sypialnia, podobnie jak inne pokoje na piętrze, miała sufit na wysokości ponad 

trzech  i  pół  metra,   dwa  wysokie   okna z  wieloma   szybkami,  i  biały drewniany kominek. 

Krajobraz pędzla Claude'a, o którym wspomniała Meg, wisiał nad kominkiem. Łóżko miało 

cztery kolumienki bez baldachimu, a dywan był wzorzystym axminsterem. Wielka waza jasno 

- czerwonych róż spoczywała na stole przed kominkiem.

- Jest śliczny - powiedziała Tracy szczerze.

Meg otworzyła  drzwi  prowadzące  do wyłożonej  białymi  kafelkami,  staroświeckiej 

łazienki. Była całkiem spora i poza zwyczajowym wyposażeniem i wagą na wykafelkowanej 

background image

podłodze pusta. Meg powiedziała:

-   Obawiam   się,   że   będziesz   musiała   dzielić   łazienkę   ze   mną.   Jedyne   pokoje   z 

łazienkami to te dwa najbliżej saloniku. Harry zajmuje jeden z nich, a w drugim jest zaciek na 

suficie i trzeba go odnowić. Dwa pozostałe pokoje po każdej stronie mają wspólne łazienki. 

Jednak w drzwiach łazienki są zamki, więc kiedy będziesz z niej korzystać, po prostu zamknij 

te od mojej strony i nie będę mogła ci przeszkodzić. 1 Wskazała ręką umywalkę. - Pani 

Wilson wyłożyła nową szczoteczkę i pastę do zębów dla ciebie, a ja chętnie pożyczę ci to, 

czego ci potrzeba do ubrania.

Tracy pomyślała w duchu, że nawet cudem nie zmieściłaby się w ubrania Meg, które 

musiały być w dziecinnym rozmiarze. Na głos odpowiedziała:

- Dziękuję za szczoteczkę, Meg, ale Gail zadzwoniła dziś rano do naszego hotelu w 

Londynie   i   poprosiła,   żeby   przysłali   do   Wiltshire   wszystko,   co   tam   zostawiłyśmy. 

Spodziewam się, że przed wieczorem nadejdą jakieś ubrania.

Kiedy Meg nareszcie wyszła, Tracy podeszła do okna i stanęła, wyglądając na trawnik 

przed   domem.   Wciąż   była   głęboko   poruszona   swoją   wcześniejszą   wizją.   To   musi   być 

przywidzenie, pomyślała. Co innego to mogłoby być?

Odeszła od okna i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że jej rodzinne fotografie 

zostały w Wiltshire Arms i zapewne obróciły się w proch.

Moje ślubne zdjęcie!, pomyślała z przerażeniem. Inne zdjęcia były powiększonymi 

odbitkami i mogły zostać powielone, ale jej ślubna fotografia została wykonana przez studio 

fotograficzne, a jedyna odbitka należała do jej matki.

Muszę zadzwonić do Gail. Rozejrzała się za swoją torebką i uświadomiła sobie, że 

ona   także   została   w   hotelu.   Nie   miała   telefonu   komórkowego,   a   w   jej   sypialni   nie   było 

zwykłego aparatu.

Musi tu gdzieś być telefon, pomyślała i pospiesznie wyszła na korytarz i z powrotem 

do saloniku. Był tam telefon. Tracy wykręciła numer komórki swojej sekretarki. Gail odebrała 

po trzecim dzwonku.

-   Gail!   -   W   głosie   Tracy   zabrzmiała   niemal   taka   sama   panika,   jaką   w   tej   chwili 

odczuwała. - Zostawiłam w hotelu swoją ślubną fotografię. Czy możesz zadzwonić do mojej 

matki i sprawdzić, czy studio fotograficzne ciągle ma negatyw?

- Oczywiście - odpowiedziała Gail. - Właściwie to sama do nich zadzwonię, jeżeli 

masz nazwę studia.

Tracy zamknęła oczy i zastanowiła się.

- Wilson Photography - odpowiedziała wreszcie. - To w Westport, w Connecticut.

background image

- Okej, zadzwonię. Ale jestem pewna, że mają negatyw, Tracy. Naprawdę to pewnie 

to zdjęcie wisi u nich na wystawie.

Tracy  powoli   odłożyła   słuchawkę.  Jej   irracjonalny   lęk,   że   jeżeli   straci   zdjęcie,   to 

znowu utraci Scotty'ego, został nieco odsunięty przez słowa Gail.

Tracy była wyczerpana, ale adrenalina wciąż zbyt w niej buzowała, by pozwolić jej 

zasnąć. Kiedy zobaczyła zamknięte drzwi na samym końcu korytarza, postanowiła, że przed 

położeniem się do łóżka zajrzy do salonu. Minęła pokój Harry'ego, Meg i swój, delikatnie 

przekręciła gałkę u drzwi do salonu i otworzyła je.

Salon   był   znacznie   większy   i   okazalszy   niż   salonik   poranny.   Nad   marmurowym 

kominkiem wisiał wspaniały obraz przedstawiający matkę i dziecko - jak Tracy dowiedziała 

się później, był to namalowany przez Gainsborougha portret niegdysiejszej lady Silverbridge 

trzymającej za rękę małego synka. Zielone welwetowe kanapy i krzesła w zielono - różowe 

pasy skupiały się wokół kominka, a ogromny fortepian stał w bladozielonym rogu pokoju. 

Wzrok   Tracy   przesuwał   się   powoli   po   zachwycającym   pokoju,   z   jego   wspaniałymi 

dekoracjami i żyrandolem, w kierunku wysokiego okna, wychodzącego na trawnik na tyłach 

domu i na fontannę.

O kilka kroków od okna stali mężczyzna i kobieta. Byli bardzo blisko siebie, ale się 

nie dotykali. Mężczyzna, który wyglądał jak Harry, miał na sobie niebieski poranny surdut i 

jasnożółte pantalony, które Tracy rozpoznała jako typowe dla dżentelmena z czasów regencji. 

Dziewczyna,   gdyż   nie   mogła   mieć   więcej   niż   dwadzieścia   lat,   była   ubrana   w   prostą 

muślinową suknię, a jej kasztanowe włosy były zebrane w kok. Tracy wyraźnie widziała jej 

profil, i pomijając ciemniejsze włosy i bardziej  prosty nos, było tak, jakby spoglądała w 

lustro.

Przedziwne   uczucie   spłynęło   na   Tracy,   kiedy   patrzyła   na   tę   parę.   Nie   była   już 

zaskoczona ani przerażona, ani zaniepokojona. To było tak, jak gdyby ogarnęła ją ogromna 

niemoc,   prawie   taka,   jak   kiedy   po   raz   pierwszy   spotkała   Harry'ego.   Stała,   milcząca   i 

nieruchoma, i patrzyła.

Mężczyzna podniósł rękę i łagodnie przesunął palcem po policzku dziewczyny. Nie 

odrywając palca, powiedział:

- Boże, Isabel. Co ja mam zrobić?

Jego   głos   był   głosem   żyjącego   mężczyzny.   Stojąc   pod   oknem,   para   wyglądała 

najzupełniej namacalnie.

-   Ty   nie   możesz   nic   zrobić,   Charlesie   -   odpowiedziała   dziewczyna.   Mówiła   z 

angielskim akcentem. - My nie możemy nic zrobić. Jesteś żonaty, a ja jestem twoją daleką 

background image

kuzynką. I to wszystko, czym kiedykolwiek będziemy dla siebie nawzajem.

- Wiem, że masz rację. - Jego głos zabrzmiał chropawo. - Przynajmniej mój rozum 

wie, że masz rację. To serce mówi mi co innego.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Tylko na niego spojrzała. Jej usta bardzo delikatnie 

drżały.

Oderwał dłoń od jej twarzy i obrócił się, by wyjrzeć przez okno; widać było, jak 

napięte są jego ramiona.

- Chryste, to ci dopiero uroczy widok. Oto jestem tutaj, próbując uwieść guwernantkę 

moich dzieci. Zawsze pogardzałem mężczyznami, wykorzystującymi osoby, które są od nich 

zależne.

- Ty mnie nie wykorzystałeś  - odpowiedziała dziewczyna. - Coś się między nami 

wydarzyło.   To   nie   było   coś,   czego   którekolwiek   z   nas   pragnęło.   -   Podniosła   dłoń   w 

bezradnym geście.

Odwrócił się.

- Wiem. Ale jak tak nie potrafię, Isabel. Nie potrafię widywać cię dzień za dniem i 

pragnąć cię, wiedzieć, że mieszkasz pod tym samym dachem co ja...

W obronnym geście zaplotła ręce na piersiach.

- Co mam zrobić, Charlesie? - W jej głosie zabrzmiała nuta desperacji. - Caroline 

mnie przyjęła, bo po śmierci papy nie miałam gdzie się podziać. Jestem zbyt młoda, żeby 

dostać pracę jako guwernantka u innej rodziny.

Słońce   nagle   wyjrzało   zza   chmur,   złociście   oświetlając   włosy   mężczyzny.   Tracy 

poczuła   ból   gdzieś   w   okolicy   serca.   Mężczyzna   wyciągnął   ręce   i   wziął   dziewczynę   w 

ramiona.

- Nie zamierzam cię denerwować, kochanie. Wybacz mi moje narzekania. Poradzimy 

sobie.

Dziewczyna oparła policzek o jego ramię w drobnym geście zaufania i wiary. Nie 

zobaczyła,   w   przeciwieństwie   do   Tracy,   wyrazu   najczarniejszej   rozpaczy   na   twarzy 

mężczyzny.

Miauuu! Tracy podskoczyła na ten przenikliwy wrzask i spojrzała w dół, by ujrzeć 

Ebony stojącą za nią w drzwiach. Futro małej kotki było nastroszone, przez co wyglądała na 

dwa razy większą, niż była naprawdę, jej ogon był gruby i wyprężony do góry, a błyszczące 

zielone   oczy   wpatrywały   się   w   przestrzeń   pod   oknem.   Raz   jeszcze   wydała   z   siebie   ten 

mrożący krew w żyłach głos.

Tracy z powrotem popatrzyła w stronę okna, ale tam nie było nikogo. Jej serce, które 

background image

zaczęło łomotać po wrzasku Ebony, nadal biło gwałtownie, kiedy wpatrywała się w pustą 

przestrzeń, gdzie dopiero co stało dwoje ludzi. Potem Tracy znowu spojrzała na Ebony, która 

wciąż wpatrywała się w okno i ciągle była w gotowości bojowej.

Nie oszalałam, pomyślała Tracy. Tu coś było. Ebony to wie. Raz jeszcze rozejrzała się 

po pustym pokoju i zaczęła drżeć. Na Boga, pomyślała, przestraszona jak jeszcze nigdy w 

życiu, co się tutaj dzieje?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Tracy spała przez pięć godzin, a kiedy się obudziła, światło za oknem ciemniało. 

Pierwsze,   co   przyszło   jej   na   myśl,   to   było:   Umieram   z   głodu.   Mam   nadzieję,   ze   nie 

przegapiłam całego jedzenia.

Podeszła   do   okna,   żeby   zobaczyć,   czy   wóz   z   cateringu   wciąż   tam   jest.   Był,   ale 

pracownicy pakowali się, żeby odjechać.

Niech to diabli! Tracy położyła się spać w ubraniu i teraz z niesmakiem popatrzyła na 

swój pognieciony golf i dżinsy.  Odwróciła się od okna, żeby sprawdzić, czy nadeszły jej 

ubrania z Londynu.

Ktoś postawił pod ścianą obok drzwi wielką skórzaną walizę i niniejszą, pasującą do 

niej torbę. Zielony pokrowiec na ubrania był przewieszony przez krzesło. Tracy westchnęła z 

ulgą i poszła wyjąć jakieś ciepłe ubranie. Pod kołdrą było jej rozkosznie ciepło, ale powietrze 

w sypialni było zdecydowanie chłodniejsze niż to, do którego przywykła.

Przed   ubraniem   się   chciała   wziąć   prysznic,   poszła   więc   do   prostej,   funkcjonalnej 

łazienki, którą dzieliła z Meg. Stara biała wanna była długa i wąska i Tracy poczuła ulgę na 

widok pasiastej zasłonki wskazującej na istnienie prysznica.

W łazience było lodowato. Tracy uruchomiła prysznic i zdjęła ubranie, modląc się, 

żeby woda była gorąca. Była. Tracy weszła za zasłonkę, pożyczyła sobie mydło i szampon 

Meg i pięć minut później wyszła. Nie miała  ochoty zwlekać i dowiedzieć  się, że zużyła 

gorącą wodę, zanim spłucze pianę z włosów.

Trzęsąc   się   jeszcze   bardziej   niż   poprzednio,   szybko   nałożyła   bieliznę,   wełniane 

spodnie i lawendowy kaszmirowy sweterek bliźniak - strój, jaki włożyłaby na spotkanie z 

przyjaciółmi w Connecticut. Nie mogła znaleźć suszarki do włosów w łazience, która, po-

mijając   kilka   półek   z   ręcznikami,   była   pozbawiona   schowków,   wysuszyła   więc   włosy 

ręcznikiem najlepiej jak zdołała. Potem wybrała się do saloniku, mając nadzieję, że znajdzie 

Jona.

Osobą,   na   którą   się   natknęła,   był   lord   Silverbridge.   Siedział   w   wielkim   fotelu, 

wyglądającym na wygodny, z Ebony na kolanach i gazetą wspartą o poręcz, tak by była poza 

zasięgiem kotki. Kiedy Tracy weszła, Harry podniósł wzrok.

- Dobry wieczór - powiedział. - Meggie mówiła, że pani śpi. Mam nadzieję, że dobrze 

pani wypoczęła.

Jego   słowa   były   grzeczne,   ale   ton   obojętny.   Miał   na   nosie   okulary   w   rogowej 

oprawce, które  - o zgrozo  - sprawiały,  że  wyglądał  na  jeszcze  bardziej  przystojnego niż 

background image

zazwyczaj.

Mógłby być bliźniaczym bratem mężczyzny, którego Tracy widziała w salonie.

- Tak, dziękuję, milordzie - odpowiedziała beznamiętnie.

- Musi pani wybaczyć, że nie wstaję, ale Ebony nie lubi, gdy się jej przeszkadza.

Tracy zmrużyła oczy. Ty arogancki draniu, to ty nie lubisz, Żeby ci przeszkadzać.

- Gdzie są Meg i Jon? - zapytała.

- Wygląda na to, że nadal filmują w ogrodzie. Nie widziałem żadnego z nich, odkąd 

przyszedłem.

Tracy spojrzała na gazetę, którą trzymał.

- Czy to wieczorne wydanie?

- W rzeczy samej - odpowiedział. - I na honorowym miejscu jest tu pani zdjęcie.

Tracy zaklęła.

- Wygląda pani całkiem ponętnie w piżamie - ciągnął dalej lord Silverbridge. Obrócił 

gazetę i wysunął w jej stronę. - Proszę, chciałaby pani zobaczyć?

Tracy w milczeniu wzięła od niego gazetę i popatrzyła na zdjęcie, które Jason Counes 

zrobił podczas pożaru. Uchwycił ją uśmiechającą się do Jona.

- Do diabła! - powiedziała. - Teraz zacznie się plotka, że mam romans z Jonem.

-   A   ma   pani?   -   zapytał   obojętnym   tonem.   Potem,   kiedy   obrzuciła   go   gniewnym 

spojrzeniem, podniósł rękę. - Przepraszam. Wiem aż za dobrze, jak prasa potrafi przekręcać 

fakty.

W jego głosie zabrzmiała nuta goryczy. Tracy przypomniała sobie opowieść Jona o 

związku Silverbridge'a z modelką. Potem zaburczało jej w brzuchu i powiedziała:

- Przegapiłam obiad, a wóz z cateringu odjeżdża. Czy jest tu miejsce, gdzie mogłabym 

dostać   coś   do   zjedzenia?   Są   w   okolicy   jakieś   restauracje,   skąd   można   coś   zamówić   z 

dostawą?

- Nie. - Zdjął okulary i odłożył je na stół. Bardzo łagodnie przegonił kotkę z kolan. 

Zeskoczyła   na   podłogę,   protestując   skrzekliwie,   obrzuciła   Tracy   urażonym   spojrzeniem   i 

zaczęła czyścić sobie pazurki.

- Zaprowadzę panią na dół, do kuchni - powiedział. - Z pewnością będzie tam coś do 

zjedzenia.

Miał   na   sobie   brązowe   spodnie   z   twillu,   kraciastą   koszulę   rozpiętą   pod   szyją   i 

wypolerowane brązowe mokasyny. Kiedy do niej dołączył, Tracy zauważyła, że jest wyższy i 

szczuplejszy niż jego widmowy odpowiednik, ale ich twarze były prawie identyczne.

-   Kuchnia   jest   w   suterenie   -   powiedział.   -   Znacznie   łatwiej   było   korzystać   z 

background image

oryginalnej niż instalować nową na górze.

- To zrozumiałe - odpowiedziała Tracy, naśladując jego starannie uprzejmy ton.

Zeszła za nim po schodach, prowadzących  do holu z zielonym  marmurem.  Harry 

otworzył   drzwi   i   odsłonił   kolejne   schody.   Włączył   światło,   i   zeszli   niżej,   trafiając   do 

olbrzymiej, ale zaskakująco przytulnej kuchni. Kiedy wszedł, jego dwa spaniele podniosły się 

z kanapy pod oknem i wyszły mu na spotkanie, żwawo machając ogonami. Gdy Harry witał 

się z psami, Tracy rozejrzała się wokoło. Oprócz kanapy, stołu i krzeseł, znajdował się tam 

wielki dębowy kredens, prezentujący wybór porcelany, waz na zupę i dużą misę z owocami. 

Piecyk wyglądał na nowoczesny, tak samo jak lodówka. Blaty były z dębiny takiej samej 

barwy, co stół. Drewniana podłoga miała ciemniejszy odcień.

Spaniele podreptały z powrotem do holu.

- Zwykle schodzę na dół przed położeniem się spać i wyprowadzam je - powiedział 

Harry. - Wypuszczę je teraz, jeżeli nie ma pani nic przeciwko.

Zniknął w głębi holu i po chwili Tracy usłyszała odgłos otwieranych i zamykanych 

drzwi. Harry wrócił prawie natychmiast, bez psów, i poszedł prosto do lodówki, mrucząc:

- Jestem pewien, że coś tu musi być.

Kiedy wyjął rękę z lodówki, trzymał w niej talerz osłonięty plastykową nakrywką. 

Powiedział beznamiętnie:

- Pani Wilson zostawiła trochę duszonego kurczaka dla Meg, ale ona musiała już zjeść 

z filmowcami. - Spojrzał na Tracy. - Mogę go pani podgrzać w mikrofalówce, jeżeli pani 

chce.

-   Nie   chciałabym   zjadać   obiadu   Meg   -   powiedziała.   -   Wystarczy   trochę   sera   i 

krakersy.

Harry wpatrywał się w talerz, który trzymał w ręce.

- Meg tego nie zje. Tylko się go wyrzuci. Równie dobrze pani może go zjeść.

- Jakże mogłabym nie przyjąć tak wspaniałomyślnej oferty - odpowiedziała.

Spojrzał na nią, ale nie odpowiedział. Zamiast tego wsunął talerz do wielkiej kuchenki 

mikrofalowej na jednym z blatów i z wprawą nacisnął kilka guzików.

- Czy chciałaby pani coś do picia? - zapytał z przesadną uprzejmością. - Mamy jakąś 

gazowaną wodę, którą lubi Meg. Albo mogę pani zaproponować kieliszek wina.

- Woda wystarczy - odpowiedziała Tracy. Usiadła przy dębowym stole, zmuszając go 

w ten sposób do usłużenia jej.

Nie wydawał się ani trochę zbity z tropu tym manewrem. Otworzył  butelkę, nalał 

wody do szklanki i przyniósł jej. Mikrofalówka zapiszczała i Harry poszedł wyjąć talerz, 

background image

który także jej podał.

- Chwileczkę - powiedział i poszedł wyjąć nóż, widelec i łyżkę z szuflady kredensu.

Kiedy Tracy podniosła widelec, zobaczyła, że sztućce używane w Silverbridge są z 

ciężkiego, litego srebra, z koroną wygrawerowaną na rączce. Z drugiej zaś strony obiadowy 

talerz był ze współczesnej kamionki, którą można umieścić w mikrofalówce.

- Och - powiedział Harry. - Zapomniałem. - Ponownie podszedł do kredensu i wrócił z 

białą serwetką z grubego adamaszku, którą ostentacyjnie rozłożył jej na kolanach. - Proszę. 

Jak mniemam, zrobiłem wszystko, czego oczekuje się od dobrego oberżysty.

Tracy była rozzłoszczona. Jakoś udało mu się jej dopiec. Zignorowała go i zaczęła 

jeść.

Zawahał się, jak gdyby nie był pewien, co zrobić, po czym zajął miejsce naprzeciwko 

niej. Tracy zerknęła znad talerza i zobaczyła, że Harry na nią patrzy. Rozpięty kołnierzyk jego 

koszuli   odsłaniał   silną,   smukłą   szyję   i   elegancką,   ale   mocną   linię   szczęki.   Tracy   prędko 

spuściła wzrok na talerz, nabiła na widelec kawałek ziemniaka i odezwała się bezceremo-

nialnie:

- Czy ma pan tu, w Silverbridge, jakieś duchy, milordzie?

-   Czy   należy   pani   do   tych   polujących   na   duchy   Amerykanów,   którzy   jeżdżą   po 

świecie, kolekcjonując nawiedzone domy, panno Collins? - W jego głosie dało się usłyszeć 

rozbawienie.

- Nie, nie należę. - Trudno było sprawić, żeby amerykański głos zabrzmiał równie 

chłodno jak angielski, ale Tracy się to udało. - Ja tylko staram się prowadzić rozmowę z 

bardzo nieuprzejmym  mężczyzną. Jeżeli jednak woli pan zachować milczenie, to mnie to 

absolutnie nie przeszkadza.

Spiorunowała   go   spojrzeniem   niebieskich   oczu   i   zjadła   kawałek   ziemniaka,   który 

miała na widelcu.

Przez chwilę nie sądziła, że będzie zamierzał  odpowiedzieć.  Potem Harry przetarł 

dłonią oczy i odezwał się sztywno:

- Najmocniej przepraszam. Byłem nieuprzejmy. Mam mnóstwo spraw na głowie, ale 

to nie w porządku wyładowywać zły nastrój na pani. Proszę mi wybaczyć.

Słowa były odpowiednie, ale ton - nie. Tracy podniosła szklankę, popatrzyła na niego 

i na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały. Iskra przebiegła ją od czubków palców u 

stóp po wciąż wilgotne włosy.

- Oczywiście - mruknęła i prędko przeniosła wzrok z powrotem na talerz.

Usłyszała, jak Harry wierci się na krześle.

background image

- Nie mamy tutaj żadnych duchów, o których bym wiedział. Podobno pojawiają się w 

miejscach, gdzie spotkała je gwałtowna śmierć, czyż nie? Większość gwałtownych śmierci w 

mojej rodzinie miało miejsce na polu bitwy, a nie tutaj, w Silverbridge. Jak na taki stary dom, 

jesteśmy wyjątkowo wolni od duchów.

Tracy przesunęła kawałek selera na brzeg talerza. Zapytała, przybierając najzupełniej 

zwyczajny ton:

- Czy wie pan, który z pańskich przodków żył tu w czasach regencji?

- To byłby Charles Oliver, dziesiąty hrabia - odpowiedział.

Charles.

Tracy drżącą dłonią odłożyła widelec na talerz. Poczuła się tak, jakby otrzymała cios 

w brzuch.

- Czy dobrze się pani czuje? - zapytał. - Całkiem pani pobladła.

Odczekała chwilę, aż nabrała pewności, że ma głos pod kontrolą.

- Czuję się świetnie. - Chciała napić się wody, ale obawiała się, że jej dłoń zbyt się 

trzęsie,  żeby podnieść  szklankę.  - Musi pan być  bardzo dobrze  zaznajomiony ze  swoimi 

przodkami. Bez wątpienia, podał pan to imię w mgnieniu oka.

Oparł się wygodniej na krześle. Tracy zauważyła, że jego brwi mają taki sam kolor co 

włosy, ale rzęsy są równie ciemnobrązowe jak oczy. Harry powiedział:

- Zawsze czułem więź z Charlesem. Walczył na Półwyspie Iberyjskim podczas wojny 

z Napoleonem i w trakcie pobytu w Portugalii udało mu się nauczyć podstaw klasycznej 

jazdy. To właśnie on zbudował krytą ujeżdżalnię tu w Silverbridge. W rzeczy samej, mam 

jego portret w swoim gabinecie.

Tracy sięgnęła po szklankę i zdała sobie sprawę z tego, że jest pusta. Zapytała, czy jest 

jeszcze trochę wody.

- Z pewnością. - Harry podszedł do lodówki, otworzył następną butelkę i wrócił, żeby 

napełnić jej szklankę. Od razu wypiła połowę.

- Czy ten kurczak jest dla pani za słony? - zapytał.

- Ani trochę. Jest znakomity. Po prostu bardzo chce mi się pić. To na pewno przez to, 

że cały mój rozkład dnia stoi na głowie. - Odstawiła szklankę i nabiła na widelec następny 

kawałek kurczaka.

Przez długą chwilę jedynym odgłosem w kuchni było mruczenie lodówki. To Harry 

podjął kolejną próbę nawiązania rozmowy.

-   A   więc   sama   też   pani   jeździ,   panno   Collins.   Lodówka   umilkła,   kiedy   Tracy 

odpowiedziała:

background image

- Miałam cudowną klacz czystej krwi, na której startowałam w pokazach, kiedy byłam 

w liceum.  Kiedy wyjechałam  do college'u,  wysłałam ją na emeryturę  na dużej  farmie  w 

Wirginii i od tamtej pory jeżdżę bardzo niewiele. - Wydawał się naprawdę zainteresowany, 

więc   mówiła   dalej:   -   Oczywiście,   jeżdżę   w   amerykańskiej   odmianie   crossu.   Ale   zawsze 

uwielbiałam   obserwować   ujeżdżenie.   Myślę,   że   ze   wszystkich   dyscyplin   jeździeckich 

najbliższe jest greckiemu mitowi o centaurze.

Po raz pierwszy od początku ich krótkiej znajomości popatrzył na nią z aprobatą.

Zza kuchennych drzwi dobiegło jedno ostre szczeknięcie.

- Przepraszam - powiedział Harry, po czym wstał i wpuścił psy.

Przedreptały   przez   kuchnię,   skrobiąc   pazurami   po   niczym   nienakrytej   drewnianej 

podłodze.   Marshal   poszedł   napić   się   ze   swojej   miski,   zaś   Millie   wskoczyła   na   kanapę   i 

ułożyła się wygodnie.

Harry wrócił do stołu. Tracy opróżniła już talerz, ale wydawało się, że Harry tego nie 

zauważył, tylko usiadł. Chciała, żeby rozmawiał z nią dalej, na nowo podjęła więc temat koni.

- U kogo pan się uczył?

Harry odpowiedział z poważną miną:

- Miałem szczęście spędzić rok u Nuno Oliviero w Portugalii.

- Och, rety - odparła Tracy, autentycznie pod wrażeniem. - Widziałam go na koniu 

tylko na zdjęciach, ale nawet na nieruchomej fotografii można dostrzec, że to naprawdę ktoś.

- A zatem słyszała pani o nim?

- Tak, słyszałam o nim - odpowiedziała. - Słyszałam też o Podhajskym. I widziałam 

kiedyś   Reinera   Klimkego   dosiadającego   Ahlericha   przy   muzyce   podczas   National   Horse 

Show w Nowym Jorku. - Jej głos złagodniał. - Naprawdę płakałam, takie to było piękne.

Harry splótł ręce na stole.

- Klimke to mój bohater. Brał udział w międzynarodowych zawodach, ale zawsze 

pozostał   wierny  ideałom  klasycznego  jeździectwa.  Zdołał   połączyć  współzawodnictwo  ze 

sztuką, a to jest coś, co i ja staram się robić.

Jego   brązowe   oczy   zaiskrzyły   w   świetle   lampy   nad   ich   głowami.   Cienka   linia, 

rysująca się wzdłuż jego ściągniętych brwi, kiedy przyszli do kuchni, teraz znikła. Wyglądał 

zabójczo atrakcyjnie.

Tracy poczuła, jak jej plecy się napinają, gdy opierała się jego przemożnemu urokowi. 

Kiedy się odezwała, jej głos zabrzmiał rzeczowo:

- Wedle wszelkich opinii udaje się to panu. Zdobył pan trzecie miejsce na olimpiadzie, 

co jest fantastyczne, biorąc pod uwagę konkurencję ze strony Niemców i Holendrów.

background image

Uprzejmie skinął głową i dopiero teraz zauważył, że skończyła jeść.

- Czy chciałaby pani coś jeszcze? Zdaje mi się, że w lodówce jest pudding.

- Nie, dziękuję. - Tracy nie podzielała angielskiej fascynacji puddingiem.

Harry zabrał pusty talerz i zaniósł go do zlewu. Poszła za nim ze sztućcami i szklanką 

i patrzyła, jak schludnie układał wszystko na suszarce. Zaczekała, ciekawa, czy spróbuje to 

umyć.

Nie zrobił tego. Odwrócił się do niej i powiedział:

- Meg i pan Melbourne musieli już wrócić. Może powinniśmy pójść na górę.

Tracy zawahała się, a potem zadała pytanie, które ponad wszystko pragnęła zadać już 

od dwudziestu minut.

- Zastanawiam się, czy zanim to zrobimy, milordzie, mogłabym zobaczyć ten portret 

Charlesa Olivera, o którym pan wspominał.

Obrzucił ją zaciekawionym spojrzeniem.

- Dlaczegóż to miałby interesować panią Charles? Tracy nie na darmo była aktorką. 

Roześmiała się i powiedziała pogodnie:

- To czasy regencji. Całkiem zaciekawiła mnie ta epoka i myślę, że to fascynujące 

zobaczyć portret człowieka, który żył w tym domu w tamtym okresie.

Ale jeżeli to miałby być kłopot, zapomnijmy o tym. Możemy wracać na górę.

- To nie kłopot - odpowiedział Harry. - Możemy go zobaczyć, jeżeli pani chce. Proszę 

tędy.

Tracy weszła za nim do wąskiego korytarza, przegrodzonego w połowie długości, i 

domyśliła się, że podobnie jak na górze tylko część sutereny była ogrzewana. Harry otworzył 

drzwi po lewej, zapalił światło i zaprosił Tracy do swojego gabinetu.

To   był   skromny   i   przytulny   pokój   z   półkami   na   książki   osłoniętymi   szklanymi 

drzwiami,   kilkoma   sekretarzykami,   starą   skórzaną   kanapą   i   dwoma   krzesłami,   wielkim 

mahoniowym   biurkiem   z   komputerem   i   spłowiałym   czerwono   -   niebieskim   wschodnim 

dywanem   na  podłodze.  Nad kamiennym  kominkiem  po  lewej  wisiał  naturalnej   wielkości 

portret   mężczyzny   w   wojskowym   mundurze.   Tracy   rozpoznała   go   natychmiast.   To   był 

mężczyzna,  którego widziała  na leśnej ścieżce;  mężczyzna,  którego widziała  w salonie z 

dziewczyną, wyglądającą jak ona sama.

Charles Oliver został namalowany w całej okazałości, ubrany w mundur i upozowany 

na tle skał i drzew, sugerujących krajobraz Półwyspu Iberyjskiego. Był bez nakrycia głowy, w 

rękach dzierżył białą broń, a peleryna zwisała mu zawadiacko z jednego ramienia. Hafty i 

złote guziki jego munduru były imponujące. Spoglądał z obrazu z niedbałą wyższością, która 

background image

po prostu zapierała dech w piersiach.

- Lawrence go namalował - odezwał się Harry.

- Wygląda jak pan wszechświata - odpowiedziała Tracy zdławionym głosem.

- Był nim - odparł Harry. - Urodził się Oliverem, co znaczyło, że był do szpiku kości 

przesiąknięty   świadomością   o   własnej   wyższości   nad   dziewięćdziesięcioma   dziewięcioma 

procentami   reszty   świata.   -   Odwrócił   się,   żeby   na   nią   spojrzeć.   -   To   oznaczało   bycie 

arystokratą w Wielkiej Brytanii w ubiegłym stuleciu, panno Collins.

- To brzmi tak, jakby pragnął pan, żeby nadal tak było, milordzie.

- Byłoby miło.

- On wygląda jak pan - Tracy powiedziała cicho.

- Tak. Wiem.

Mając przed oczyma twarze obu mężczyzn, Tracy mogła dostrzec, że podobieństwo 

między nimi było tak niesamowite, jak pomyślała na początku. Złote włosy Charlesa były 

nieco jaśniejsze, jego nos bardziej orli, a brązowe oczy nie aż tak ciemne. Ale obaj mężczyźni 

z pewnością mogliby być bliźniakami.

- Czy był żonaty? Harry zaśmiał się krótko.

- Był hrabią Silverbridge. Oczywiście, że był żonaty. Miał dwóch synów, z których 

starszy odziedziczył tytuł po jego śmierci.

Tracy miała jeszcze kilka pytań, które strasznie chciała zadać - Czyjego małżeństwo 

było szczęśliwe? Czy miał młodą kuzynkę, która była zatrudniona jako guwernantka jego 

dzieci? - ale nie mogła oczekiwać, że obecny lord Silverbridge będzie znał odpowiedzi na te 

pytania, poza tym byłby niepomiernie zdumiony tym, że je zadaje.

Stali przed obrazem ramię przy ramieniu, i mimo że wzrok Tracy był skupiony na 

mężczyźnie   na   portrecie,   to   mężczyzna   u   jej   boku   był   osobą,   której   fizyczną   obecność 

odczuwała niemal z przerażającą intensywnością. Ogarnęło ją raptowne, dzikie pragnienie, by 

rzucić się w jego ramiona, by poczuć całe jego ciało przyciśnięte do jej ciała, jego usta nakry-

wające jej własne...

Zacisnęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w ciało.

- Już prawie pora na wiadomości - odezwał się. - Lepiej chodźmy na górę.

Tracy zgodziła się, tak wstrząśnięta własną reakcją na niego, że nie zauważyła nagłej 

chropawej nuty która pojawiła się w jego głosie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Jon faktycznie byli w saloniku. Tracy zbliżyła się, żeby usiąść obok Jona na jednej z 

kanap. Harry włączył telewizor i pojawiła się relacja BBC ze spotkania Unii Europejskiej, 

które odbyło się w Brukseli. Ebony nadeszła nie wiadomo skąd, wskoczyła mu na kolana, a 

on zaczął ją głaskać, oglądając program.

Tracy mogła wyczuć napięcie w ciele Jona, kiedy siedział obok niej. Zerknęła na 

niego kątem oka, i wyraz jego twarzy był równie zacięty. On naprawdę ani trochę nie lubi 

lorda Silverbridge'a, pomyślała.

Kiedy program się skończył, Meg odezwała się:

- Zanim zapomnę, Harry, dzwonił Tony. Przyjeżdża jutro i ma zamiar zostać jakiś 

czas.

Harry przestał głaskać Ebony.

- A co z jego pracą?

- Mówi, że nie trzymają go ściśle według harmonogramu - powiedziała Meg wyniośle. 

- W dużym stopniu może sobie robić, co chce.

Ebony miauknęła głośno i jej właściciel powrócił do głaskania jej.

- Muszę prosić o wybaczenie, panie Melbourne, ale obawiam się, że będzie pan musiał 

dzielić łazienkę z moim młodszym bratem podczas jego pobytu tutaj.

- Najzupełniej w porządku - odpowiedział Jon, ale nienaturalny ton jego głosu nie 

pasował do jego uspokajających słów.

Hrabia wydawał się zauważać chłód Jona i podjął wysiłek przełamania lodów.

- Panie Melbourne, panno Collins, czy chcieliby państwo kieliszeczek przed snem? - 

zapytał. - Mogę zaproponować sherry, brandy albo whisky.

- Obawiam się, że alkohol wywołuje u mnie ból głowy - odpowiedziała Tracy. - Ale 

proszę, nie przeszkadzajcie sobie.

- Panie Melbourne?

Jon zerknął na Tracy, żeby sprawdzić, czy zamierza wychodzić. Kiedy stało się jasne, 

że nie zamierza, odpowiedział:

- Dziękuję. Sherry, z przyjemnością. Meg odezwała się:

- Ja poproszę brandy, Harry.

Brwi   hrabiego   ściągnęły   się,   kiedy   spojrzał   na   młodszą   siostrę.   Odpowiedziała 

niewinnym spojrzeniem wielkich niebieskich oczu. Po chwili Harry przegonił Ebony z kolan, 

wstał, podszedł do pięknej gablotki z inkrustowanego drewna żółtodrzewu, wyjął kluczyk z 

background image

kieszeni i pochylił się, żeby otworzyć drzwiczki. Kiedy nalewał wino i brandy, oczy Tracy 

nieodparcie   powędrowały   do   wielkiego   olejnego   obrazu,   który   wisiał   na   długiej   ścianie 

między dwoma oknami. Podniosła się i podeszła bliżej, żeby mu się przyjrzeć.

Nadal tam stała, kiedy Harry dołączył do niej z kieliszkiem sherry w dłoni.

-   Widzę,   że   znalazła   pani   jeszcze   jeden   z   naszych   rodzinnych   portretów,   panno 

Collins.

- Tak. - Patrzyła  na  naturalnej  wielkości portret  dwóch nastoletnich  jasnowłosych 

chłopców ze smukłym chartem pośrodku. Sceneria w tle dawała się rozpoznać jako trawnik w 

Silverbridge.

- To dwaj synowie Charlesa - poinformował ją jej gospodarz. - Ten po lewej, William, 

był w rzeczy samej hrabią, kiedy malowano ten obraz.

Tracy była wyraźnie świadoma, że Harry stoi obok niej, i przysunęła się o krok do 

portretu, żeby powiększyć odległość między nimi. Wpatrywała się uważnie w wysokiego, 

szczupłego,   niebieskookiego   młodzieńca,   który   stał   po   lewej   przy   swoim   brązowookim 

bracie.

Jon odezwał się za jej plecami:

- Wydaje się dosyć młody jak na hrabiego.

- Tak. - Lord Silverbridge odwrócił się, żeby odpowiedzieć Jonowi. - Jego ojciec 

zginął w wypadku na polowaniu, gdy miał zaledwie trzydzieści cztery lata.

Ukłucie  straszliwego żalu przeszyło  Tracy,  co całkowicie ją zaskoczyło.  Zacisnęła 

dłonie w pięści i zmusiła się, żeby nie krzyknąć.

Co   się   ze   mną   dzieje?,   pomyślała   na   wpół   gniewnie   i   trwożliwie,   stojąc   tak, 

zesztywniała i bez tchu, przed portretem synów Charlesa.

Lord Silverbridge mówił dalej do Jona:

- Charles Oliver był hrabią. Żył w epoce, którą podobno filmujecie. Panna Collins 

chciała   się   czegoś   o   nim   dowiedzieć,   więc   pokazałem   jej   portret,   który   mam   w   swoim 

gabinecie.

Zanim Jon zdążył odpowiedzieć, Meg poskarżyła się:

- Nie nalałeś mi prawie wcale brandy, Harry.

- Dałem ci dosyć - odparł ze spokojem. - Nie ważysz wystarczająco dużo, żeby znieść 

więcej.

Tracy  zmusiła   się  do   tego,   by  odwrócić   się  od   obrazu,   który   stał   się  rozmazany, 

dwukrotnie mocno zamrugała i spojrzała na grupę za sobą. Powoli robiła wdechy i wydechy, 

zaniepokojona własną reakcją na śmierć Charlesa.

background image

Jon wciąż siedział na kanapie, trzymając prawie opróżniony kieliszek sherry, Harry z 

pełnym kieliszkiem stał metr od niej, a Meg siedziała na skraju innej kanapy i miała pusto w 

kieliszku.

- Ty zawsze zrzucasz wszystko na to, że jestem za chuda - powiedziała. Jej twarz 

zaczerwieniła się z gniewu. - Stale mnie zmuszasz do jedzenia i picia czegoś odrażającego. 

Pomyślałabym, że będziesz zadowolony, widząc, jak proszę o więcej.

- Nie o więcej brandy - odpowiedział lakonicznie. - Twoje ciało jest już wystarczająco 

obciążone, nie potrzebujesz dodawać mu używek.

- Nienawidzę cię - powiedziała  Meg z cichym  przejęciem,  zeskoczyła  z kanapy i 

wybiegła z pokoju.

Pełna zakłopotania cisza połączyła pozostałą trójkę. Potem odezwała się Tracy:

- Chyba pójdę w ślady Meg, chociaż nie w tak dramatycznym stylu. To był długi dzień 

i długa noc.

Jon odstawił swój na wpół opróżniony kieliszek sherry.

- Ja też jestem zmęczony - powiedział.

Jon i Tracy powiedzieli „dobranoc” i opuścili pokój.

- Może jutro wieczorem moglibyśmy zjeść razem obiad? - odezwał się Jon, kiedy szli 

razem korytarzem.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Czy widziałeś to nasze zdjęcie w 

popołudniowej gazecie?

- Tak. Nie wydawało mi się aż tak okropne. Nawet bez charakteryzacji wyglądałaś 

pięknie.

Tracy rozzłościła się.

- Nie to miałam na myśli. Teraz zaczną się wszelkiego rodzaju domysły o tobie i o 

mnie. Jeżeli zobaczą nas jutro, jak jemy razem obiad, to tylko doleje oliwy do ognia.

- Czy gdyby twoje nazwisko łączono z moim, byłoby to aż takie straszne? - zapytał 

łagodnie.

Westchnęła.

- Nie wiem. Pozwól mi się zastanowić, Jon.

- Oczywiście.

Powiedzieli   sobie   „dobranoc”   i   Tracy   poszła   dalej   korytarzem   do   drzwi   swojego 

pokoju. Kiedy położyła dłoń na gałce, jej puls przyspieszył.

Czy oni będą tam w środku?

Powoli, ostrożnie, otworzyła drzwi. Wewnątrz była tylko ciemność. Zostawiła drzwi 

background image

otwarte i zapaliła światło.

Nie było nikogo.

Tracy nie wiedziała, czy to, co czuła, to ulga, czy rozczarowanie. Zamknęła drzwi i 

weszła w głąb pokoju.

To, co widziałam, musiało być prawdziwe, pomyślała. Nie mogę brać tych zjaw z 

własnej wyobraźni. Widziałam portret Charlesa po tym, jak zobaczyłam jego ducha... czy 

cokolwiek to jest, to, co widziałam. I Ebony z pewnością wiedziała, że coś było w salonie.

Tracy wciąż o tym myślała, starannie zdejmując ubranie i nakładając ciepłą flanelową 

piżamę. Wydaje się, że mam dostęp do świata duchów ze starej miłosnej historii. Dziewczyna 

jest do mnie taka podobna... Czy to mógłby być powód tego, że ja mogę widzieć tych ludzi, a 

nikt inny nie może? Czy byłam kiedyś tą dziewczyną?

Podeszła do łóżka i odsunęła koce.

To   śmieszne.   Zaczynam   mówić   jak   Shirley   MacLaine.   Niedługo   zacznę   sobie 

wyobrażać, że byłam Kleopatrą, albo coś równie fantastycznego.

Położyła się do łóżka, które na szczęście było posłane flanelowymi prześcieradłami, i 

naciągnęła   sobie   nakrycie   na   głowę,   próbując   się   rozgrzać.   Pół   godziny   później   jej   nos 

wystawał spod nakrycia i wciąż nie mogła zasnąć, a jej umysł wciąż na nowo powracał do 

tych kilku zetknięć z widmowymi Charlesem i Isabel.

Głośne pukanie do drzwi łazienki sprawiło, że poderwała się i usiadła na łóżku. To 

musi   być   Meg,   pomyślała,   wpatrując   się   w   zamknięte   drzwi.   Nie   odezwała   się,   miała 

nadzieję, że dziewczyna sobie pójdzie. Była zbyt zmęczona, żeby mieć do czynienia z Meg.

Pukanie rozległo się ponownie, głośniej niż poprzednio.

- Nie śpisz, Tracy? Czy wiesz, że zostawiłaś zapalone światło?

- Do licha - mruknęła Tracy. A potem z rezygnacją powiedziała: - Wejdź.

Drzwi   łazienki   otworzyły   się,   ukazując   Meg   ubraną   w   sportową   bluzę,   flanelowe 

spodnie od piżamy i futrzaste kapcie. Luźne ubranie pomagało ukryć jej chudość, a jej twarz 

była zarumieniona. Tracy potrzebowała chwili, żeby zdać sobie sprawę z tego, że Meg trzyma 

butelkę brandy i dwa kieliszki.

- Patrz, co ja mam - zachichotała. - Harry zapomniał zamknąć szafkę, kiedy poszedł na 

dół wypuścić psy. Będzie zabawnie napić się razem, co nie?

Z chichotu i rumieńca na twarzy dziewczyny Tracy wywnioskowała, że Meg dobrała 

się już do butelki brandy. Odpowiedziała spokojnie:

- Ja nie piję, Meg. Alkohol wywołuje u mnie ból głowy. I co powie twój brat, kiedy 

odkryje, że jego brandy zniknęła?

background image

Meg wydęła dolną wargę.

- Nie psuj zabawy, Tracy. - Niepewnym krokiem przeszła przez pokój i usadowiła się 

na łóżku Tracy, Postawiła kieliszki na pościeli i znowu zachichotała.

- Harry zawsze mnie pilnuje. Tym razem wystrychnęłam go na dudka.

- Meg - Tracy powiedziała łagodnie. - Może odstawisz butelkę z powrotem, zanim 

twój brat się dowie, że ją wzięłaś.

- Nie. Nie. Nie. Nie chcę. - Meg potrząsała głową.

- Chcę, żebyśmy wypiły to razem. - Chlupnęła trochę brandy do jednego z kieliszków, 

rozlewając połowę na pościel, i upiła łyk. - Aaach - powiedziała, To smaczne.

Tracy przeczołgała się po łóżku do Meg. Przemówiła najbardziej przekonująco jak 

potrafiła:

- Coś ci powiem, Meggie. Wracajmy do twojego pokoju. Okej?

Meg zamrugała. Jej niebieskie oczy błyszczały.

- Urządzimy przyjęcie tutaj.

Tracy, wciąż takim samym głosem pełnym perswazji, powiedziała:

- Daj mi butelkę, i razem pójdziemy do twojego pokoju.

- Okej, okej. - Meg przekazała butelkę Tracy, zsunęła się z łóżka i natychmiast upadła 

na kolana. Złapała się za brzuch i zaczęła śmiać.

Butelka brandy była pełna w trzech czwartych. Tracy pomyślała, że Harry miał rację. 

Nie trzeba było wiele, żeby upić Meg.

Tracy   odstawiła   butelkę   na   podłogę,   nachyliła   się,   żeby   objąć   Meg   ramieniem,   i 

dźwignęła ją na nogi.

- Chodź, Meggie. Chodź ze mną.

Meg pozwoliła Tracy ruszyć przez pokój. Już prawie dotarły do łazienki, kiedy Meg 

powiedziała:

- Niedobrze mi.

Tracy   praktycznie   wepchnęła   ją   do   łazienki   i   podniosła   klapę   sedesu.   Meg 

natychmiast zaczęła wymiotować.

Pół godziny później,  kiedy już Tracy położyła  Meg do łóżka,  a potem  sprzątnęła 

łazienkę najlepiej jak zdołała, zabrała butelkę brandy z powrotem do saloniku. Pomyślała, że 

po prostu zostawi ją na szafce, tak żeby lord Silverbridge wiedział, co zaszło. Nie miała 

ochoty dyskutować z nim o problemach jego siostry.

Mała lampka, która zawsze paliła się u szczytu schodów, dawała wystarczająco dużo 

światła, żeby Tracy widziała drogę, idąc korytarzem. W saloniku było ciemno, ale Tracy 

background image

mogła dostrzec szafkę z alkoholem, więc szybko przeszła przez pokój i postawiła na niej 

butelkę brandy. Odwróciła się, żeby wyjść, kiedy jakiś głos powiedział:

- Ośmielam się mieć nadzieję, że to pani ukradła brandy.

Tracy podskoczyła.

- Dobry Boże! - Wpatrywała się w niewyraźną postać, która podniosła się z fotela i 

szła teraz w jej stronę. - Prawie przyprawił mnie pan o atak serca, milordzie.

Zatrzymał się obok niej.

- Przepraszam. Nie zamierzałem pani wystraszyć. Czy zabrała pani tę brandy Meg?

Serce Tracy łomotało,  ale to nie z powodu przestrachu. Hrabia  był  tak blisko, że 

mogła go poczuć wszystkimi nerwami. Odezwała się:

- Tak. Przyszła do mojego pokoju, chciała urządzić przyjęcie. Nie sądzę, żeby wypiła 

wiele.

- Czy wszystko z nią w porządku?

Światło z lampy w korytarzu nie było wystarczająco jasne, by mogła zobaczyć jego 

twarz. Pomyślała, że jego głos brzmi nerwowo. Podniosła wzrok na jego skrytą w cieniu 

twarz i odpowiedziała:

- Tak. Zwróciła, więc pozbyła się już z żołądka większości alkoholu. Rano powinna 

czuć się dobrze.

Zobaczyła jego ściągnięte brwi.

- Na Boga, mam nadzieję, że nie zwymiotowała w pani pokoju.

Dźwięk jego głosu wyczyniał zabawne rzeczy z jej żołądkiem. Co ze mną nie tak?, 

pomyślała desperacko . Usłyszała własny głos:

- Zdążyłyśmy w porę do łazienki.

Mam na sobie tylko cienką piżamę, a on jest o wiele za blisko. Oto, coś ze mną nie 

tak. Próbowała cofnąć się o krok, ale nie wiedzieć czemu jej nogi się nie poruszyły.

Powiedział:

- Tak mi przykro, że spotkała panią taka nieprzyjemność, panno Collins.

Był prawie tak wysoki jak Scotty. Oczy Tracy znalazły się na linii jego ust, a jego 

wargi miały tak idealny kształt, że mogłyby być wyrzeźbione w kamieniu. Wpatrywała się w 

jego   usta   i   zmagała   ze   sobą,   żeby   coś   odpowiedzieć.   Jakaś   cząstka   jej   mózgu   nadal 

funkcjonowała, bo Tracy zdołała powiedzieć:

- Nic się nie stało, milordzie. I nikomu więcej nie wspomnę o tym, co się wydarzyło.

- Dziękuję. - Jego chłodny głos zabrzmiał głębiej niż zazwyczaj.

Ni z tego, ni z owego, niemoc, którą poczuła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, 

background image

wydawała się spływać na nią jak miękki koc. Tracy podniosła wzrok, spoglądając mu w oczy, 

i to, co w nich ujrzała, sprawiło, że ścisnęły się jej wnętrzności. Pochylił głowę, zobaczyła, że 

jego piękne usta przysuwają się w jej stronę, i nie poruszyła się. Pocałował ją.

To było jak powrót do domu.

Przez długą chwilę stali bez ruchu, a potem ona pochyliła się ku niemu, jej ramiona 

objęły go w talii, a dłonie rozłożyła płasko na jego plecach. Intensywność jej odpowiedzi była 

oszałamiająca.   Wszystko   w   jej   wnętrzu   drżało,   i   czuła   płynny   żar   eksplodujący   w   jej 

podbrzuszu. Mógłby ją zanieść na kanapę i wziąć ją tam, a ona pozwoliłaby mu to zrobić.

To on wreszcie przerwał pocałunek. Położył dłonie na jej ramionach i odsunął ją od 

siebie.

Tracy musiała się zmusić, żeby mu na to pozwolić.

- Chryste! - Jego głos brzmiał równie drżąco, jak ona się czuła. - Przepraszam. Nie 

powinienem był tego robić.

Nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa.

- Proszę o wybaczenie, panno Collins - powiedział. - Musi pani mieć na dziś wieczór 

dość Oliverów. Zostawię panią, żeby mogła pani wrócić do swojej sypialni. Dobranoc.

Tracy w osłupiałym  zdumieniu patrzyła  za nim,  gdy odchodził. Żaden mężczyzna 

nigdy nie pocałował jej, żeby odejść. A jednak oto on, potężny lord Silverbridge, odchodzący 

miarowym krokiem w stronę swojego pokoju.

Chociaż poruszał się bez pośpiechu, Tracy nagle przyszło do głowy, że wygląda jak 

mężczyzna, który ucieka.

Zaskakując tym siebie, Tracy zasnęła natychmiast, a następnego ranka obudziła się 

zaraz   po   brzasku.   Świat   za   oknem   wyglądał   świeżo.   Delikatne,   koronkowe   baldachimy 

okrytych młodymi pączkami drzew ocieniały wiosenny, zielony trawnik, a do jej uszu do-

biegały głosy ptaków.

Impuls był nieodparty. Wychodzę.

Włożyła dżinsy wyciągnięte z walizki, naciągnęła sweter i wyszła na korytarz i na 

schody. Kiedy znalazła się na parterze, spotkała Harry'ego wyłaniającego się z kuchennej 

klatki schodowej. Miał na sobie wysokie czarne buty z cholewami, jasnobeżowe bryczesy i 

szary sweter. Były z nim jego psy.

Wpatrywali   się   w   siebie   nawzajem   w   osłupieniu,   Tracy   poczuła,   że   jej   twarz 

czerwienieje, co rozzłościło ją bezgranicznie.

Harry pozbierał się pierwszy.

- Panno Collins! Co pani tu robi tak wcześnie rano?

background image

- Idę na spacer - odpowiedziała. Jej głos zabrzmiał bardziej ochryple niż zazwyczaj i 

to zirytowało ją także.

Psy   usiadły   po   obu   stronach   swego   pana   i   wpatrywały   się   w   Tracy   łagodnymi 

brązowymi oczyma.

-   To   śliczny   poranek   -   zgodził   się.   -   W   rzeczy   samej,   właśnie   wybieram   się   na 

przejażdżkę.   -   Mięsień   na   jego   szczęce   zadrgał.   -   Czy   zechciałaby   pani   się   do   mnie 

przyłączyć?

Im mniej czasu spędzę w towarzystwie tego mężczyzny, tym będę bezpieczniejsza, 

pomyślała Tracy.

- Z przyjemnością - usłyszała swój głos. - Jednak będę musiała jeździć w dżinsach.

Spojrzał na sznurowane trzewiki, które założyła, żeby chronić stopy przed rosą.

- Dżinsy wystarczą, a pani buty mają obcasy, więc też się nadają.

- Wspaniale.

- Chodźmy więc - powiedział. - Będziemy musieli dostać się do stajni zanim konie 

dostaną ziarna do paszy, albo nie będzie pani miała na czym jechać.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dlaczego, u diabla, poprosiłem ją, żeby ze mną pojechała ?

Harry z wściekłością maszerował ścieżką do stajni. Jego długie nogi sadziły wielkie 

kroki. Był zupełnie nieświadomy, że Tracy musi prawie biec, żeby za nim nadążyć.

Ona oznacza kłopoty. Ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba, to wplątać się w coś z kolejną 

diwą z pierwszych stron gazet.

Nie zwracał na nią uwagi, ale zauważył od razu, kiedy nie było jej już u jego boku. 

Zatrzymał się i odwrócił, szukając j ej.

Stała na ścieżce, z rękoma zaplecionymi na piersi i buntowniczym wyrazem twarzy.

- Spotkamy się tam na miejscu - powiedziała. - Nie jestem w nastroju na ściganie się.

Złote   pasemka   w   jej   bajecznych   włosach   lśniły   w   jaskrawym   świetle   wczesnego 

poranka. Jej skóra była nieskazitelna, a ciemnoniebieski sweter, wycięty pod szyją, doskonale 

pasował do jej oczu. Wygięcie jej ust sugerowało ogromną słodycz. Za każdym razem, kiedy 

Harry na nią spoglądał, czuł się poruszony do głębi.

Stali na ścieżce, przypatrując się sobie nawzajem, i wszystko, o czym Harry mógł 

myśleć, to pocałowanie jej. Odchrząknął i odezwał się:

- Przepraszam. Nie pomyślałem. Będę szedł wolniej.

Skinęła głową i znowu zaczęli iść w kierunku stajni. Spaniele, które pędziły przed 

Harrym, a potem zatrzymały się, kiedy on to zrobił, także ruszyły.

Kiedy dotarli do stajni, większość koni żuła właśnie swoje poranne siano w boksach, a 

Peter, jeden ze stajennych Harry'ego, siodłał Pendletona w przejściu między nimi.

- Który nie dostał jeszcze ziarna? - Harry zapytał chłopaka.

- Żaden nie dostał, milordzie. Czekałem, aż zjedzą połowę siana.

- Dobrze.  - Harry zawołał  to jednej  z młodych  dziewczyn  szorujących  wiadra na 

wodę. - Glorio, czy możesz osiodłać Maestra? Załóż mu siodło lady Margaret.

- Się robi, milordzie - padła raźna odpowiedź. Wysoka, chuda nastolatka odstawiła 

wiadro i poszła wyprowadzić z boksu drugiego konia.

Harry odwrócił się do Tracy.

- Maestro to mój koń na polowania. Dobrze się go dosiada. Na nim będzie pani miała 

przyjemną przejażdżkę.

- To dobrze - odpowiedziała, lekko marszcząc swój uroczo zadarty nosek. - Obawiam 

się, że mięśnie potrzebne dojazdy mam okropnie nie w formie.

Harry przytaknął.

background image

- To zdumiewające, jak można być pod każdym względem w fantastycznej formie, ale 

jeżeli  nie jeździ się przez jakiś czas, to się potem cierpi.  Jazda konna aktywuje mięśnie, 

których nie używa się przy żadnej innej czynności.

- Proszę mi nie przypominać. Dave dostałby ataku serca, gdyby wiedział, że to robię.

Harry odparł sztywno:

- W takim razie może nie powinna pani jechać. Po raz pierwszy Tracy uśmiechnęła się 

do niego.

- Ale ja chcę. Tak bardzo brakowało mi konnej jazdy.

Żołądek mu się ścisnął. Chryste, pomyślał. Co się tutaj dzieje?

W   tej   chwili   Peter   wyprowadził   Pendletona   na   podwórze   przed   stajnią.   Harry   z 

wdzięcznością podszedł, żeby przejąć wodze. Spojrzał w łagodne, inteligentne oczy swojego 

konia i pogładził go po chrapach.

- Dzień dobry, mały.

Pen parsknął w odpowiedzi.

Tracy podeszła i stanęła obok Harry'ego.

- Jest piękny. - Jej głos zabrzmiał tak, jakby naprawdę tak myślała.

Harry dalej głaskał chrapy Pena.

-   To   najbystrzejszy   koń,   jakiego   kiedykolwiek   znałem.   Wszystko,   co   osiągnął, 

dokonał dzięki swojemu rozumowi. Kiedy już pojmie, czego się od niego chce, zrobi to jak 

należy, choćby miał paść.

- Wygląda na bardzo szczęśliwego.

Tracy powiedziała dokładnie to, co Harry najbardziej chciałby usłyszeć.

- Zasługuje na to - odpowiedział nieco burkliwie i poklepał swego ukochanego konia 

po aksamitnej brązowej szyi.

Na   brukowanym   podwórzu   rozległ   się   stukot   podkutych   kopyt   i   Gloria   ustawiła 

Maestra tuż obok Pena.

- Rety - powiedziała Tracy do wielkiego wałacha. - Ależ ty jesteś przystojny.

Maestro   zastrzygł   uszami   i   wyniośle   przyglądał   się   swojej   wielbicielce.   Tracy 

roześmiała się i zerknęła na Harry'ego.

- Wydaje się, że nawykł do komplementów. Harry odpowiedział uśmiechem.

-   Ta   jego   maść   zawsze   zwracała   uwagę.   Maestro   był   kasztanem   o   szczególnie 

jaskrawej,   niemal   miedzianej   sierści,   która   błyszczała,   świadcząc   o   dobrym   zdrowiu   i 

obrządzaniu.

- Dobrana z was para - Harry usłyszał swój własny głos. - Dwa rudzielce.

background image

Tracy spojrzała na niego zaskoczona i Harry rozzłościł się sam na siebie. Do diabła, 

czemu to powiedziałem? Teraz ona będzie myślała, że z nią flirtują.

Wsunęła stopę w strzemię i wskoczyła na siodło - niemały wyczyn, gdyż Mestro miał 

ponad metr siedemdziesiąt. Wzięła do ręki wodze i odsunęła nogę, żeby Gloria dopasowała 

do jej wzrostu strzemiona przygotowane dla Meg. Harry obserwował ją, gdy potwierdziła 

nową długość. Spodobało mu się to, jak siedziała na koniu - z ramionami, biodrami i kolana-

mi  w  prawidłowej  linii.  Potem  sam  dosiadł   Pendletona,  który był   znacznie  mniejszy  niż 

Maestro, ledwie nieco ponad metr sześćdziesiąt.

Tracy skomentowała to, kiedy wyjeżdżali ze stajennego podwórza:

- Wyobrażałam sobie, że Pendleton jest większy.

- Wiem. Zawsze był z tym problem na zawodach, bo sędziowie lubią duże konie. Ale 

lipicany z Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu nie są nawet tak wysokie jak on.

- Naprawdę? Nie wiedziałam. Widziałam je na pokazie i wyglądały na całkiem spore.

- Mają wspaniałą prezencję, tak jak i Pen, kiedy jest na maneżu. - Harry pochylił się, 

żeby poklepać wygiętą szyję swojego wierzchowca.

Jechali stępa może przez pięć minut. Harry uważnie obserwował, jak Tracy postępuje 

z Maestrem, który miał wrażliwy pysk. Zanim dotarli na skraj lasu, uspokoił się, że może jej 

zaufać: nie sprawi koniowi bólu. Kiedy wierzchowce wkroczyły  na znajomy grunt leśnej 

ścieżki do konnej jazdy, ich uszy pochyliły się do przodu, a krok przyspieszył.

- Może żywszy kłus, żeby się rozgrzać? - zapytał Harry.

- Z przyjemnością.

Psy znikły już w lesie, szukając zabawy, a Pen ruszył kłusem wzdłuż ścieżki, która 

była wystarczająco szeroka tylko dla jednego konia. Droga była jednak bezpieczna. Harry 

zawsze kazał przycinać drzewa przy ścieżce do konnej jazdy, żeby jeźdźcowi nie groziło 

uderzenie głową o zwisającą gałąź.

Wszędzie   pełno   było   leśnych   kwiatów,   dzwonków,   zawilców   i   pierwiosnków, 

barwiących plamami koloru zielono - brązowe podłoże lasu. Powietrze pachniało świeżością. 

To była ulubiona pora dnia Harry'ego. Czuł się szczęśliwy.

Zatrzymał konia w miejscu, gdzie ścieżka stromo opadała po zboczu, i odwrócił się, 

żeby popatrzeć na Tracy. Jej włosy były splątaną wiatrem burzą loków, jej oczy błyszczały, a 

policzki okrywał piękny rumieniec.

- On jest cudowny - powiedziała, z entuzjazmem poklepując szyję Maestra. - Nawet w 

lesie idzie idealnie prosto.

Harry poczuł przypływ satysfakcji. A więc ona naprawdę wie coś o koniach.

background image

- Tak jak wszystkie moje konie - odrzekł. - Niczego nie da się osiągnąć z koniem, 

jeżeli nie idzie do przodu, i to prosto.

Spojrzała na niego z ironią.

- Mówiłam panu, że czytałam Podhajsky'ego, milordzie.

Mój Boże, pomyślał. Ona naprawdę czytała Podhajsky'ego. Najbardziej rzeczowym 

tonem, na jaki mógł się zdobyć, powiedział:

- Zjedziemy z tego wzgórza, a na dole będzie ładny pas otwartego terenu, po którym 

możemy pogalopować.

- Wspaniale.

Zagwizdał i zaczekał, aż psy dołączą do nich. Pojawiły się z błyszczącymi oczyma, 

wymachując ogonami, i z sierścią pełną rzepów. Marshal i Millie pognały w dół po zboczu, a 

konie powoli ruszyły za nimi. Na dole Harry skręcił w prawo i wjechał na teren, który okazał 

się   długą,   szeroką   aleją,   nakrytą   sklepieniem   z   zielonych   gałęzi   i   upstrzoną   plamkami 

słonecznego światła. Usłyszał, jak Tracy wstrzymuje oddech.

- Och - powiedziała. - Jak pięknie.

- Czy jest pani gotowa na galop? - zapytał.

- Jak najbardziej.

Teraz   ścieżka   była   wystarczająco   szeroka,   żeby   zmieściły   się   na   niej   dwa   konie. 

Maestro z łatwością galopował obok Pendletona. Kątem oka Harry dostrzegał, że Tracy jeździ 

pięknie; jej dłonie były w stałym kontakcie z pyskiem Maestra, zapewniała go, że przy nim 

jest, ale nigdy nie szarpała.

Ogarnął go szalony zachwyt. Ona potrafi jeździć, pomyślał. Ona naprawdę potrafi 

jeździć.

Przeszedł do stępa tuż przed miejscem, które pamiętał jako koniec ścieżki, i Maestro 

razem z Penem zwolniły kroku. Tracy odwróciła się, żeby popatrzeć w głąb długiej, osłoniętej 

gałęziami alei, i powiedziała z entuzjazmem:

- Jak cudownie mieć dostęp do miejsca takiego jak to. Prywatnego terenu, gdzie nie 

ma żadnego z tych okropnych terenowych pojazdów, straszących konie i dziką zwierzynę.

Kiedy skończyła mówić, konie wydostały się z lasu na brzeg niewielkiego jeziora, po 

którym spokojnie sunęły dwa majestatyczne łabędzie z rodziną. Rosa na trawie na łące wokół 

jeziora połyskiwała niczym diamenty w promieniach słońca, a para drozdów nawoływała się 

nawzajem w lesie po drugiej stronie.

Tracy wydała z siebie długie westchnienie zadowolenia.

Harry stanowczo stłumił uśmiech, który był odpowiedzią na pełną zachwytu reakcję 

background image

Tracy.

- Czy jezioro także należy do pana, milordzie?

- Tak. - Celowo nie patrzył na nią; zamiast tego utkwił wzrok w łabędziach.

Jej następne pytanie sprawiło, że gwałtownie odwrócił głowę, zaskoczony.

- Czy to jest ta część gruntów, które ten cały Mauley chce zamienić w pole golfowe?

Za każdym razem, kiedy myślał o polu golfowym, odczuwał przygnębienie.

- Nie wiem, czy Mauley chce jezioro, czy nie - odpowiedział. - Nie zaprzątałem sobie 

głowy   przypatrywaniem   się   uważnie   jego   ofercie.   Nie   planuję   sprzedawać   żadnej   części 

Silverbridge i chciałbym, żeby wbił to sobie do głowy i zostawił mnie w spokoju. - Harry 

usiadł w siodle wyprostowany jak struna i ruchem ręki wskazał trakt, odcinający się w pod-

mokłej trawie. - Ta ścieżka obiega całe jezioro. Czy miałaby pani ochotę pogalopować?

- Pewnie - odparła.

Harry zagwizdał na psy, a one wyłoniły się z lasu i przybiegły, zatrzymując się pod 

nogami Pena.

- One uwielbiają biegać dokoła jeziora - powiedział Harry. - I jest to dla nich dobra 

gimnastyka.

Nie mówiąc nic więcej, kazał Penowi galopować, a gniadosz odpowiedział ruszając z 

kopyta. Maestro pobiegł za nim, a za nimi psy. Jechali galopem dokoła całego jeziora, z 

zapachem majowego poranka wypełniającym nozdrza i odgłosami ptasich treli w uszach. Na 

koniec Harry zatrzymał konia w miejscu, gdzie inna ścieżka prowadziła poza granicę lasu, 

odwrócił się do Tracy i powiedział:

- Tędy dojedziemy do domu.

Jechali stępa jedno za drugim przez jakieś pięć minut, a psy biegły śladem Tracy. 

Potem ścieżka poszerzyła się.

- Teraz może go pani poprowadzić obok mnie - powiedział Harry przez ramię.

Kiedy zrównała się z nim i oba konie szły prowadzone luźno, Harry usłyszał samego 

siebie, mówiącego szorstkim tonem:

- Wszyscy w mojej rodzinie uważają, że jestem szalony, nie chcąc sprzedać ziemi 

Mauleyowi. Oferuje mi olbrzymią kwotę.

Trący spoglądała pomiędzy uszy Maestra, a jej profil był jednym z najładniejszych, 

jakie Harry kiedykolwiek widział.

- Jak mówi stare powiedzenie, pieniądze to nie wszystko - odparła.

- W dzisiejszych czasach to jest wszystko - odpowiedział z goryczą.

Jechali stępa w milczeniu, aż wreszcie Harry nie mógł już dłużej powstrzymywać się, 

background image

żeby nie zapytać:

- Czy pani sądzi, że jestem szalony, nie sprzedając?

-   Nie.   -   Jej   odpowiedź   była   natychmiastowa   i   zdecydowana.   -   Gdybym   ja   miała 

miejsce   takie  jak  to, należące   do mojej  rodziny od  stuleci,  nigdy bym  go  nie  sprzedała. 

Czułabym się tak, jak gdyby to było jakieś święte powiernictwo czy coś w tym rodzaju.

Dokładnie tak sam odczuwał. Żeby ją sprawdzić, podrzucił jej jeden z argumentów, 

które stale słyszał od swojej rodziny:

- Ludzie już tak nie żyją. No cóż, może w Arabii Saudyjskiej albo w Beverly Hills, ale 

nie żyją tak tutaj, w Wielkiej Brytanii. Teraz mamy państwo opiekuńcze.

Podniosła rękę, żeby odgarnąć włosy z twarzy.

-   Nie   ma   miejsc   takich   jak   to   w   Arabii   Saudyjskiej   czy   w   Beverly   Hills.   W 

Silverbridge takie cudowne jest to poczucie, że zawsze tu było. Myślę, że to coś zupełnie 

wyjątkowego:  pokolenie  za pokoleniem  pańskiej rodziny dorastało  tutaj  i dokładało  swój 

własny kawałek historii do tego domu i tej ziemi.

Harry był zaskoczony i głęboko poruszony, że miała taki wnikliwy pogląd na sprawę. 

Powiedział surowym tonem:

- Do tego, co myślę, też. Posłała mu pytające spojrzenie.

- Bądź co bądź, to nie jest tak, że zatrzymuje pan całe to piękno tylko dla siebie. 

Udostępnia pan dom dla zwiedzających, nieprawdaż?

- Tak.  To  część  umowy,   jaką  zawarłem  z  urzędem  skarbowym,   kiedy  umarł  mój 

ojciec.   Przekazałem   większość   naszych   cennych   obrazów   National   Trust,   żeby   opłacić 

związane z tym koszty, a oni zezwolili, by zostały tu w Silverbridge, pod warunkiem że udo-

stępnię   dom   dla   zwiedzających.   I   tak   przez   dwa   miesiące   w   roku   grupy   jednodniowych 

wycieczkowiczów   oraz   Niemcy,   Japończycy   i   Amerykanie   wędrują   po   Silverbridge, 

wykrzykując swoje ochy i achy na widok obrazów i mebli.

- Rety, rety! - W jej glosie zabrzmiało rozbawienie. - Snob z pana.

Mocno zacisnął usta.

- Jeżeli snobizmem jest nie chcieć otwierać herbaciarni i sklepiku z pamiątkami ani 

sprzedawać pocztówek z wizerunkiem domu, to przyznaję się do winy.

Coś zaszeleściło wśród drzew, i Marshal i Millie pognały na polowanie.

- Pozostaje pytanie, czy może pan sobie pozwolić na utrzymanie swojego dziedzictwa 

bez komercjalizowania go.

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale potem pomyślał z przerażeniem: Dobry Boże, 

czy naprawdę zamierzałem dyskutować o moichflnansach z tą aktorką ?

background image

- Oczywiście, że mogę - odparł krótko.

W tej chwili wyjechali z lasu i w oddali zobaczyli kamienną stajnię, która dla niego 

była   nieporównanie   piękniejsza,   niż   mogłaby   być   jakakolwiek   nowoczesna   siedziba.   Na 

moment zapomniał o swojej powściągliwości i powiedział:

- Moja rodzina tego nie rozumie. Silverbridge nie należy do nich, ono należy do mnie. 

I mam zamiar je zatrzymać.

Cztery   wieki   instynktu   posiadania   zabrzmiały   w   jego   stalowym,   niewzruszonym 

głosie.

Kiedy odwrócił  się do Tracy,  przypatrywała  mu  się. Uniósł pytająco  brew, a ona 

powiedziała, prawie bez tchu:

- Czy pan wie, że przez moment wyglądał pan dokładnie tak jak Charles na portrecie, 

który ma pani w gabinecie?

- Doprawdy?  - Harry wziął  głęboki wdech i odprężył  się. - Cóż, jestem zupełnie 

pewien, że Charles również nie sprzedałby Silverbridge. Na swoje szczęście żył w innym 

świecie i ta kwestia nigdy nie wypłynęła. Tracy odparła smutno:

-   Nie   mógł   być   jednak   takim   szczęściarzem,   milordzie,   skoro   zginął   w   wieku 

trzydziestu czterech lat.

Harry stanął w strzemionach, rozglądając się za spanielami. Kiedy ich nie dojrzał, 

zagwizdał.

- To fakt. A wie pani, zginął tuż obok jeziora.

- Jak do tego doszło? - Jej głos zabrzmiał prawie jak szept.

Harry znowu zagwizdał, po czym odwrócił się, żeby na nią spojrzeć.

- Wybrał się na przejażdżkę, tak jak my teraz, kiedy jakiś kłusownik musiał omyłkowo 

wziąć go za coś innego.

Patrzyła prosto przed siebie, a linia jej warg zdradzała niewypowiedziany smutek.

- Jakie to straszne.

Harry odkrył, że nie potrafi oderwać oczu od jej ust.

- Tak, zawsze tak uważałem. A także ironiczne. Przetrwał wojnę, żeby potem w taki 

sposób zostać zastrzelonym we własnym lesie....

Tracy obróciła głowę i spojrzała wprost na niego.

- Myślałam, że powiedział pan, że żadna gwałtowna śmierć nigdy nie miała miejsca w 

Silverbridge. - Zabrzmiało to tak, jakby go oskarżała. - Śmierć Charlesa z pewnością była 

gwałtowna.

Oderwał wzrok od jej nieznośnie kuszących ust.

background image

- Tak, sądzę, że była.

- Ale nikt nie widział jego ducha.

Psy wreszcie wypadły z lasu, i Harry'emu udało się wy dobyć drżący śmiech.

- Panią naprawdę ciekawią duchy, prawda?

Zadarła podbródek.

- Jest sporo dowodów na to, że istnieją.

-   To   zależy,   co   nazywa   się   dowodami.   Mogę   pani   powiedzieć   tylko   to,   że   na 

szczęście, czy też na nieszczęście, zależnie od tego, jak się na to patrzy, Silverbridge jest 

wyjątkowo wolne od duchów.

Stadko wróbli wzbiło się w powietrze z trawy po ich lewej i psy rzuciły się w pościg. 

Tracy zapytała:

- Czy kiedykolwiek odkryto, kto zastrzelił Charlesa? Harry pokręcił głową.

- Z tego co wiem, nie. Ale to było dawno temu i zapisy poginęły.

Tracy obróciła się w siodle tak, żeby móc popatrzeć znów na las.

- Cóż, jestem po pańskiej stronie w kwestii ziemi, milordzie. Uważam, że grzechem 

byłoby wyciąć całe to naturalne piękno, żeby zrobić miejsce na pole golfowe.

Harry'emu nie spodobała się satysfakcja, którą poczuł, słysząc, jak Tracy mówi, że jest 

po jego stronie. Postarał się, by jego głos zabrzmiał obojętnie, i odrzekł:

- Niektórzy ludzie sądzą, że pola golfowe są piękne.

- Mogą być ładne, ale nie są naturalne. Nie dają schronienia żadnej zwierzynie ani nie 

rodzą nic jadalnego i nie mają żadnego żyjącego ekosystemu. Są tylko placem zabaw dla 

ludzi, którzy jeżdżą w kółko wózkami, starając się uderzyć kijem w małą białą piłeczkę.

Zdumiało go, że ta amerykańska gwiazda filmowa była jedyną osobą, jaką znał, która 

wydawała się podzielać jego uczucia.

Lepiej będę się mieć na baczności. Ostatnią rzeczą, jakiej mi trzeba, jest wplątanie się 

w romans z gwiazdą filmową.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Wielmożny pan Anthony Oliver przybył do Silverbridge wczesnym popołudniem tego 

samego dnia. Tracy spotkała go, kiedy wraz z Meg kończyły lunch w kuchni. Meg, która po 

swoim wieczornym skoku na butelkę brandy wyglądała na jeszcze bledszą i jeszcze bardziej 

kruchą niż zazwyczaj, zjadła dokładnie jedną czwartą miski wyśmienitej zupy jarzynowej 

pani Wilson. Zaś Tracy wręcz przeciwnie - zjadła dwie porcje, a do tego upieczony w domu 

chleb. Właściwie to nadal jeszcze skubała chleb, podczas gdy Meg ignorowała swoją prawie 

pełną miskę. Wtedy dało się słyszeć śpiewny miękki tenor:

- Pani Wilson! Zrobiła pani zupę. To na pewno mój szczęśliwy dzień.

Tęga kobieta w średnim wieku odwróciła się od zlewu z uśmiechem na kwadratowej, 

poważnej twarzy.

-   Pan   Anthony!   Jak   wspaniale   znów   pana   widzieć.   Tracy   patrzyła,   jak   szczupła, 

wysportowana   postać   Anthony'ego   Olivera   przemyka   przez   kuchnię,   żeby   chwycić   panią 

Wilson w objęcia i podnieść.

- Ej, no już, panie Anthony. Wystarczy tej błazenady. - Kobieta zbeształa go, kiedy 

postawił ją z powrotem na podłodze. Ale uśmiechała się.

- Cześć, Tony - powiedziała Meg. Jej twarz rozjaśniła się bardziej niż dotychczas 

przez cały dzień.

- Meggie, kochanie. Jak się masz,  malutka?  Tracy patrzyła  z zaciekawieniem,  jak 

młodszy brat Harry'ego przechodzi przez kuchnię, żeby obdarować siostrę całusem. Kiedy się 

wyprostował, Tracy otrzymała od niego promienny uśmiech.

-   Panno   Collins.   Jak   miło   panią   poznać.   Dowiedziałem   się   od   Meg,   że   mamy 

szczęście, bo zatrzymała się pani u nas.

Miał urodę Brada Pitta, strzechę srebrzystoblond włosów, oczy błękitne jak niebo i 

misternie wyrzeźbione rysy. Gdy przyglądał się Tracy, trzymał dłonie na ramionach Meg.

- Tak, zatrzymałam się - odpowiedziała. Nie była całkiem pewna, jak ma się do niego 

zwracać, więc zapytała: - Czy mam do pana mówić „lordzie Anthony”?

Roześmiał się, a jego zęby odcinały się wyraźną bielą od złotej opalenizny. Klasyczne 

rysy  nie  miały  nic  z  męskiej  twardości  czy arogancji,  które  charakteryzowały  Harry'ego. 

Wszystko w Tonym było promienne i urocze.

- Niestety, podczas gdy córkę hrabiego określa się mianem lady, syn hrabiego nie 

zasługuje na tytuł lorda - odpowiedział. - Jestem zaledwie wielmożnym panem Oliverem. - 

Jego niebieskie oczy uśmiechały się pogodnie. - Ale proszę mówić mi Tony.

background image

- Gdzieś ty się tak opalił? - zapytała Meg, wykręcając głowę, żeby na niego popatrzeć.

- Ubiegły tydzień spędziłem w Hiszpanii. Byłem tam w interesach, ale udało mi się 

wyrwać na parę godzin na plażę - odparł beztrosko.

- Czy chciałby pan trochę zupy, panie Anthony? - zapytała gospodyni.

- Marzę o zupie. - Tony wysunął sobie krzesło obok Meg i usiadł przy stole. Zerknął 

do talerza siostry i nieznaczna zmarszczka przecięła jego nieskazitelne czoło. - Zjedz jeszcze 

trochę, Meggie - powiedział.

- Nie jestem głodna - odparła nadąsana. - Zjadłam duże śniadanie.

- A gdzie to było, lady Margaret? - zapytała pani Wilson ze swojego miejsca przy 

piecyku. - Na pewno nie tutaj.

Meg palnęła dłonią o stół.

-   Dajcie   mi   wszyscy   spokój!   Czy   nie   możecie   mówić   o   czymś   innym   niż   moje 

jedzenie?

Zerwała się z krzesła i wybiegła z kuchni.

W ciszy, która po tym nastąpiła, pani Wilson przyniosła na stół talerz zupy jarzynowej 

i postawiła go przed Tonym. Spojrzał najedzenie, a potem na gosposię.

- Czy ona w ogóle coś jada, pani Wilson? Odpowiedź była ponura.

- Kąsek tego, kąsek owego. Dzięki jego lordowskiej mości chodzi do jakiejś terapeutki 

w Warkfield, ale nie wydaje się, żeby to się na wiele zdało.

Tracy powiedziała cicho:

- Anoreksja jest bardzo trudna do wyleczenia.

- Czy ten problem jest pani znany, panno Collins? - zapytał Tony.

Tracy skończyła jeść chleb i wytarła palce w lnianą serwetkę.

- Często mamy z nią do czynienia w Ameryce. Niestety.

Wyglądał na zainteresowanego.

- Jak leczy się ją w Ameryce?

-   Tak   samo,   jak   leczycie   ją   tutaj,   jak   sądzę.   Tak   naprawdę   jest   to   dolegliwość 

psychiczna. Zdecydowanie najlepsza jest psychoterapia.

-   Będę   musiał   porozmawiać   z   Harrym.   -   Niebieskie   oczy   Tony'ego   były   bardzo 

poważne. - Ona zawsze była chuda, ale dzisiaj, kiedy jej dotknąłem, poczułem ramiona ostre 

jak brzytwa.

- Jego lordowska mość powiedział mi, żebym zostawiała dla niej jedzenie w lodówce 

na wypadek, gdyby chciała zjeść, kiedy nikt na nią nie patrzy. Robię tak, panie Anthony, ale 

zawsze pozostaje nietknięte - wtrąciła pani Wilson.

background image

- Trzeba coś zrobić. - Tony pokręcił głową. - Co! się z nią dzieje, do diabła? Dlaczego 

nie chce jeść?

Wyczuwało się, że jego troska o siostrę jest szczera. Tracy poczuła, że nabiera do 

niego sympatii. Ponieważ był tak otwarty, nie miała obiekcji, żeby spytać:

- Czy ta sytuacja już długo trwa? Anthony westchnął i zanurzył łyżkę w zupie.

- Mamy problem z Meg, odkąd umarła moja matka, to znaczy od trzech lat. Matka 

nigdy nie  poświęcała  jej  zbyt  wiele uwagi,  więc naprawdę  nie rozumiem,  dlaczego  Meg 

miałaby popadać w takie dziwactwo. Ale tak się stało i nie wyszła z tego. Harry posyłał ją do 

pięciu różnych szkół. W ostatniej powiedzieli, że nie może wrócić dopóty, dopóki nie na-

bierze trochę ciała.

-   Ja   myślę,   że   ona   pragnie   uwagi   -   powiedziała   pani   Wilson,   nie   okazując 

współczucia. - Zagłodzenie się na śmierć to jej metoda, żeby ją otrzymywać.

To może być prawda, pomyślała Tracy, ale takie skrajne zachowanie cechuje osobę z 

głębokimi zaburzeniami.

- Pański ojciec także nie żyje? - zapytała Tony'ego.

Skinął głową.

- Papa zmarł, kiedy Meg miała osiem lat.

Dobry Boże, pomyślała Tracy. Dziewczyna straciła oboje rodziców, nim skończyła 

czternaście lat. Nic dziwnego, że ma problemy.

Wyraźnie pragnąc zmienić temat, Tony zapytał:

- Proszę mi powiedzieć, panno Collins, jak postępuje praca nad filmem?

- Bardzo dobrze, dziękuję - odparła od razu. - Jak sądzę, trzymamy się harmonogramu, 

co jest bardzo ważne dla producenta i reżysera. Czas to pieniądz, jak pan wie, a na szczęście 

pogoda nam dopisuje.

Drzwi kuchni otworzyły się, i chociaż Tracy miała głowę zwróconą w inną stronę, od 

razu wiedziała, kto wszedł.

- Tony - powiedział Harry. - Nie wiedziałem, że przyjechałeś.

- Dopiero co. - Tony podniósł się i wyciągnął rękę do brata. - Zamierzam zostać kilka 

tygodni. Czy Meggie ci mówiła?

-   Tak,   mówiła.   -   Harry  wyglądał   tak,   jakby  chciał   dopowiedzieć   coś   jeszcze,   ale 

zerknął na Tracy i zadowolił się uściśnięciem bratu dłoni.

Nie   wyciągaj   spraw   rodzinnych   przy   obcych,   pomyślała   cynicznie   Tracy.   Harry 

powiedział:

- Szukałem Meg. Jadę na gonitwę i zastanawiałem się, czy chciałaby się wybrać.

background image

- Była tu, ale wyszła nadąsana - odpowiedział Tony. - Popełniłem błąd, nakłaniając ją 

do jedzenia. Jest straszliwie chuda, Harry. To na pewno niezdrowe.

- Wiem. - Raz jeszcze Harry posłał spojrzenie Tracy. - Zobaczę, czy jest w swoim 

pokoju.

Potem wyszedł, nie odzywając się więcej.

Tracy była wściekła. Takie ignorowanie jej było czymś więcej niż nieuprzejmością z 

jego   strony.   Właśnie   spędzili   razem   przyjemny   poranek.   Myślałam,   że   zaczynamy   się 

zaprzyjaźniać, złościła się. A potem on ma czelność zachowywać się, jakby mnie tam nie 

było.

A jednak wiedział, że tam była. To jej obecność powstrzymała go przed omawianiem 

z Tonym rodzinnych problemów.

Tracy poszła na górę do saloniku porannego, usiadła w ulubionym fotelu Harry'ego i 

zaczęła się zastanawiać, co ma ze sobą zrobić przez resztę popołudnia.

Mogłabym pojechać na zakupy, pomyślała bez entuzjazmu. Gail wynajęła samochód, 

żeby móc dojeżdżać ze swojego pensjonatu, i Tracy wiedziała, że z radością zabierze ją na 

wyprawę na zakupy.

Nadal biła się z myślami, kiedy Tony wszedł do pokoju w towarzystwie potężnego, 

gburowatego   mężczyzny,   w   którym   Tracy   rozpoznała   Robina   Mauleya.   Obaj   mężczyźni 

wyglądali na zaskoczonych jej widokiem.

Przywołała na twarz swój najbardziej urzekający uśmiech i patrzyła, jak ich twarze 

odprężają się. Odpowiedzieli uśmiechami.

- Czy panom przeszkadzam? - zapytała pogodnie.

- Ani  trochę,  ani  trochę   - wyrwał  się  Mauley.  -  Pani  nigdy  nie  mogłaby  nikomu 

przeszkadzać, panno Collins.

- Jak to miło z pana strony - odparła przyjaźnie. - Czy panowie spotkali się, żeby 

podyskutować o polu golfowym?

Gęste, krzaczaste brwi Mauleya ściągnęły się.

Tony odezwał się ostro:

- Co pani wie o polu golfowym?

- Och, rety - śliczna twarz Tracy wyglądała na zatroskaną. - Czyżbym powiedziała 

coś, czego nie powinnam? Wiem od Meg tylko tyle, że pan Mauley chce kupić nieco gruntów 

Silverbridge, żeby założyć pole golfowe. Czy to źle, że mi o tym powiedziała?

Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, i Tony odpowiedział:

- Oczywiście, że nic w tym złego. - Uśmiechnął się smutno. - Problem polega na tym, 

background image

że mój brat jest uparty i nie chce sprzedać ziemi. Pan Mauley i ja spotkaliśmy się po to, żeby 

przekonać się, czy zdołamy znaleźć dostatecznie przekonujący argument, by zmienił zdanie.

- Dlaczego chce pan, żeby zmienił zdanie? - zapytała naiwnie.

Tony zajął miejsce na jednej z kanap i gestem wskazał Mauleyowi, by zrobił to samo.

-   Pieniądze   -   odpowiedział   zwięźle.   -   Harry   nie   ma   pieniędzy   na   utrzymanie   tej 

olbrzymiej posiadłości. Z pieniędzmi, które otrzymałby od pana Mauleya, mógłby pozwolić 

sobie   na   utrzymanie   domu   i   rozbudowanie   stajni.   Do   diabła,   byłoby   go   stać   na   nowy 

samochód! Sprzedaż ziemi jak najbardziej leży w jego interesie.

A ja domyślam się, że leżałaby i w twoim interesie, pomyślała Tracy. Część pieniędzy 

Mauleya musiałaby skapnąć do twojej kieszeni.

Tony powiedział surowo:

- Nie mogę uwierzyć, że tak się upiera w sprawie gruntów, które są tylko ziemią 

uprawną.

- Przynajmniej ziemia uprawna przyczynia się do wspólnego dobra - odpowiedziała 

Tracy. - Dostarcza żywności.

- A pole golfowe dostarcza ruchu i rozrywki tysiącom ludzi - odparł zręcznie Mauley. 

- Przyczyniał się do wspólnego dobra co najmniej tak samo, jak ziemia uprawna, jeżeli nie 

lepiej.

Tracy nie dała po sobie poznać dezaprobaty i wstała z wdziękiem.

- Cóż, zostawię panów. Muszę zrobić zakupy. Obaj mężczyźni podnieśli się razem z 

nią, a Robin Mauley wyszczerzył swoje drobne zęby.

- Byłoby mi miło znów panią spotkać, panno Collins.

Tony odezwał się z ujmującym uśmiechem:

- Zobaczymy się później.

Tracy   rozdzieliła   między   nich   uroczy   uśmiech   i   odpłynęła   do   holu.   Dopiero   tam 

niepokój zmarszczył jej czoło. Kiedy dwaj mężczyźni weszli do pokoju, unosiła się wokół 

nich atmosfera spisku. Nie spodobało jej się to.

Drzwi do sypialni Harry'ego były, jak zwykle, uchylone, i Tracy zerknęła za siebie na 

salonik, by sprawdzić, czy mężczyźni mogą ją zobaczyć. Kanapa, na której obaj siedzieli, 

znajdowała się poza zasięgiem jej wzroku. Nie tracąc ani chwili na namyślanie się, Tracy 

weszła do pokoju Harry'ego i bez skrępowania przystąpiła do podsłuchiwania.

Łatwo było odróżnić głęboki, burkliwy głos Mauleya.

- Percy nie ma zamiaru czekać bez końca, Tony. Jeżeli nie będę mógł mu powiedzieć, 

że na pewno mam tę ziemię, gdzie indziej poszuka miejsca na zbudowanie hotelu. A tego nie 

background image

chcemy. Hotel ma podstawowe znaczenie w moim planie, a hotele Percy'ego są najlepsze.

-   Wiem   -   odpowiedział   Tony.   Tracy   musiała   wytężyć   słuch,   żeby   dosłyszeć   jego 

delikatniejszy głos. - Harry jest tak cholernie uparty. Ale mam parę pomysłów, które mogą 

sprawić, że zmieni zdanie.

- Mogę przetrzymać Percy'ego jeszcze przez kilka tygodni, ale nie dłużej - powiedział 

Mauley ostrzegawczo.

-   W   porządku.   Zobaczę,   co   będę   mógł   zrobić.   Jeżeli   dostanie   pan   ziemię,   nasza 

umowa jest aktualna?

-   Jak   najbardziej,   drogi   chłopcze.   Jak   najbardziej.   Jaka   umowa?,   zastanawiała   się 

Tracy. Mężczyźni musieli jednak się przenieść, ponieważ trudno było rozpoznać ich głosy. 

Tracy zaczekała jeszcze kilka minut w nadziei, że znowu staną się wyraźniejsze. W tym 

czasie rozglądała się po pokoju.

Była  to sypialnia  większa niż jej, z równie wysokim sufitem i wysokimi  oknami. 

Ściany pomalowano na jasnoniebiesko, a eleganckie listwy, dzielące ściany na kwadraty i 

prostokąty,   były   w   kolorze   kontrastującej   z   niebieskim   bieli.   Nad   białym   marmurowym 

kominkiem wisiał obraz przedstawiający konie w Newmarket Heath - Tracy była pewna, że to 

oryginalny obraz Stubbsa. Większość mebli w pokoju była w stylu regencji albo francuskim, 

od obitych jedwabiem niebieskich krzeseł przed kominkiem po małe stoliki z satynowego 

drewna,   okalające   kominek,   i   wspaniałą   ozdobną   szafę   z   palisandru.   Jednak   dywan   z 

niebieskim wzorem był zdecydowanie nowoczesny, tak samo jak olbrzymie łóżko, nakryte 

niebiesko - białą narzutą.

Czarna jak smoła kulka futra leżała zwinięta w kłębek po środku tej narzuty. Ebony 

kierowała pełne oburzenia zielone spojrzenie na intruza w swoim królestwie.

- Wszystko gra, malutka - Tracy łagodnie odezwała się do kotki. - Nie zamierzam 

niczego dotykać.

W pokoju panował porządek, ale były też wyraźne ślady tego, że zamieszkuje go ktoś 

prócz   Ebony.   Przy   oknie,   na   stole   w   stylu   Ludwika   XIV   leżał   stosik   drobnych   monet, 

kluczyki od samochodu i złożona gazeta. Na łóżku spoczywał beztrosko porzucony męski 

wełniany sweter, a na podłodze para rdzawo - czerwonych pantofli. Na nocnej szafce leżała 

książka otwarta grzbietem do góry, jak gdyby czytający chciał w ten sposób zaznaczyć stronę, 

na której skończył czytać, zanim położył się spać. Zanim Tracy zdążyła zastanowić się nad 

tym, co robi, bezszelestnie przeszła po dywanie, żeby spojrzeć na tytuł książki.

Wellington. Lata walki, pióra Elizabeth Longford.

Harry   czytał   biografię   księcia   Wellingtona,   brytyjskiego   generała,   który   pokonał 

background image

Napoleona pod Waterloo.

Tracy   dreszcz   przebiegł   po   plecach.   Charles   walczył   pod   rozkazami   Wellingtona, 

pomyślała.

Z korytarza dobiegł ją odgłos zamykanych drzwi i Tracy czmychnęła, żeby schować 

się   za   futryną.   Dobry   Boże,   mam   nadzieję,   że   to   nie   Harry,   pomyślała.   Znalazła   się   w 

kłopotliwej   sytuacji   dla   mężczyzny,   którego   szczerze   znielubiła.   Zdziwiła   się,   dlaczego 

zaryzykowała.   Po   chwili   wyjrzała   na   korytarz   i   nie   zobaczyła   nikogo.   Nie   minęło   pięć 

sekund, a już była bezpieczna w swojej sypialni.

Tracy postanowiła wyjechać z Silverbridge na resztę dnia. Zadzwoniła do Gail, żeby 

poczynić plany dotyczące zakupów. W ostatniej chwili dołączył do nich Jon Melbourne, który 

skończył   zaplanowane   na ten  dzień   sceny i  dotarł   do domu   akurat  w  chwili,   kiedy  Gail 

zaparkowała ciemnozielonego mercedesa. Gdy usłyszał, że wybierają się na zakupy, poprosił, 

by go zabrały. Musiał zastąpić czymś swoją spaloną garderobę.

- Mam zamiar poprosić Dave'a, żeby studio też wynajęło mi samochód - powiedział, 

gdy usiadł na tylnym siedzeniu. Tracy zamieniła się miejscami z Gail i siedziała teraz za 

kierownicą. - Prowadzenie auta nawet jest łatwe. Naprawdę nie potrzeba szofera.

- Tak właśnie pomyślałam - odpowiedziała Tracy. Przejechała ze trzydzieści metrów 

po podjeździe, po czym wyjechała na drogę.

- Dokąd jedziemy? - zapytał zaskoczony Jon.

- Meg powiedziała mi, że na końcu tej drogi jest wjazd do posiadłości przeznaczony 

dla dostawców - odparła Tracy. - Mam nadzieję, że jeśli z niego skorzystam, uniknę tego gada 

Counesa.

Wjazd był szeroki tylko na tyle, że mieścił się w nim wyłącznie jeden samochód, a 

brama   była   zamknięta.   Gail   wysiadła,   otworzyła   ją,   i   Tracy   wyjechała.   Nie   było   śladu 

Counesa, więc skierowała mercedesa w kierunku Warkfield.

Wszystkim trojgu udało się kupić rzeczy, których potrzebowali. Tracy znalazła piękny 

srebrny kubeczek. Chciała go wysłać siostrze jako prezent na chrzciny dla maleństwa. Kiedy 

zakończyli zakupy, Jon zaproponował, żeby pojechać do Myddelton na herbatę.

- Jest tam urokliwa stara gospoda, która powinna wam się spodobać - powiedział. - I 

może zechcecie zwiedzić Myddelton. Będziemy tam kręcić za kilka tygodni.

Dzień wciąż był piękny. Tracy wraz z Gail zgodziły się co do tego, że mała wycieczka 

może   być   przyjemna.   Gdy   zajechali   do   wioski,   w   której   nie   było   ani   jednego   domu 

zbudowanego po osiemnastym wieku, były zauroczone.

background image

- To jak miejsce, w którym czas się zatrzymał - powiedziała Tracy. - Jak Brigadoon

.

Akurat skończyli  pić herbatę w średniowiecznej gospodzie o ścianach z pruskiego 

muru   i   stali   przed   piętnastowiecznym   kościołem   św.   Stefana   z   blankowanym   obronnym 

murem i pinaklami. Grupa turystów w pobliżu gapiła się na Tracy.

- Czy tu naprawdę mieszkają ludzie? - zapytała Tracy, odwracając się, żeby popatrzeć 

w głąb ulicy na pokryte porostami i mchem łupkowe dachy i szczyty, zdobiące urokliwe stare 

domy.

- To ona - powiedział głośno jeden z turystów.

- Tak, ludzie tu mieszkają - odparł Jon. Zerknął na turystów. - Czy mogę zasugerować, 

żebyśmy   się   stąd   ruszyli,   moje   panie,   zanim   zostaniemy   zaatakowani   przez   łowców 

autografów.

Jon znał Myddelton  i odgrywał rolę przewodnika, kiedy we troje przechadzali się 

czterema głównymi ulicami. Przy nich stały rzędami budynki z pruskiego muru o oknach z 

kamiennymi słupkami, siedemnastowieczne domki oraz eleganckie georgiańskie rezydencje z 

cegły. Grupa turystów ciągnęła się za nimi i w końcu Tracy musiała rozdawać autografy.

Czemu nieznajomi mają prawo zakłócać moje życie tylko dlatego, że raz kupili bilet 

na jeden z moich filmów?, pomyślała, pisząc swoje nazwisko na czyjejś broszurce z National 

Trust.

Znała   na   pamięć   odpowiedź   na   to   pytanie:   Jesteś   osobą   publiczną,   Tracy. 

Zrezygnowałaś ze swojego prawa do prywatności w chwili, kiedy pojawiłaś się na ekranie.

Problem polegał na tym, że Tracy nigdy nie planowała zostać osobą publiczną i nie 

podobało jej się to. Wątpiła, żeby kiedykolwiek jej się spodobało.

Nim skończyli zwiedzanie, nadeszła pora na obiad. Zjedli go w innej starej gospodzie 

w   Mydelton,   gdzie   raz   jeszcze   Tracy   musiała   rozdawać   autografy.   Była   już   dziewiąta 

wieczorem, kiedy Gail nareszcie wysadziła Tracy i Jona z powrotem w Silverbridge. Weszli 

po schodach i Tracy nie mogła się oprzeć, żeby nie zajrzeć do saloniku. Chciała sprawdzić, 

czy Harry tam jest. Jon wszedł za nią.

Harry i Tony grali w szachy przed kominkiem. Tracy spojrzała na dwie jasnowłose 

głowy pochylone nad szachownicą - jedną twarz opaloną i jedną niezwykle jasną. Ból ścisnął 

jej serce.

Do cholery! Muszę zabrać się z tego domu. Muszę zabrać się od niego.

Kiedy tak rozmyślała, Harry odwrócił głowę w stronę drzwi.

*

Brigadoon - fikcyjne miasteczko w Szkocji, dzięki czarom zatrzymane w czasie i pojawiające się w 

realnym świecie przez jedną dobę raz na sto lat; przedstawione w musicalu z 1947 roku i później w filmie z 1954 
roku pod tym samym tytułem, [przyp. tłum.]

background image

- Widzę, że mieli państwo udane zakupy - powiedział, spoglądając na pakunki, które 

niosła Tracy.

- Tak, a Jon oprowadził nas po wiosce Myddelton, gdzie będziemy kręcić za kilka 

tygodni. Była prześliczna. - Tracy poczuła ulgę, słysząc, że jej głos jest spokojny. Jej serce z 

pewnością takie nie było.

- Myddelton jest urocze, czyż nie? - powiedział Tony. - To dlatego National Trust się 

nim zajął. Jest takie idealne.

- To skamielina - odparł matowo Jon. - Pańska rodzina zabiła je. Nie pozwoliła, żeby 

przechodziły przez nie jakiekolwiek linie kolejowe.

- I dobrze - odparł Harry,  a jego głos zabrzmiał  bardzo oschle.  Trzymał  w dłoni 

skoczka. - Efektem jest jedno z najbardziej przyjemnych i wyróżniających się miejsc w całej 

Anglii.

- Nie mogło być takie przyjemne dla ludzi patrzących, jak znikają ich środki do życia - 

odpowiedział Jon.

Harry z namysłem postawił skoczka na szachownicy, odchylił się do tyłu i z miną, 

którą Tracy mogła określić tylko jako nieznośną, zmierzył Jona wzrokiem.

-   Zapewne   nie   było   też   przyjemnie   niewolnikom,   którzy   budowali   piramidy,   ale 

wspaniały efekt ich pracy od stuleci zdumiewa i cieszy ludzi.

Tracy nagle zdała sobie sprawę z tego, że Harry celowo zachowuje się prowokująco.

Pogodny śmiech Tony'ego złagodził napiętą atmosferę.

- Proszę nie zwracać uwagi na mojego brata, panie Melbourne. To relikt, który żyje 

przeszłością.

-   Jeżeli   życie   przeszłością   jest   wtedy,   gdy   nie   chce   się   zamieniać   swojej   ziemi 

uprawnej w pole golfowe, to zapewne tak, jestem reliktem - spokojnie odparł Harry.

Na   moment   w   błękitnych   jak   niebo   oczach   Tony'ego   pojawił   się   cień.   Potem 

rozpogodziły się i Tony się uśmiechnął.

-   Widzą   państwo?   On   jest   niepoprawny.   Niech   pan   nie   marnuje   czasu   na   próby 

przemówienia mu do rozumu, panie Melbourne.

- Dobra rada - powiedział cierpko Jon. - A teraz życzę wszystkim państwu dobrej 

nocy. Mam kwestie, których muszę się nauczyć na jutro.

- Ja także - dodała Tracy, uznając, że rozsądnie będzie być z dala od Harry'ego. Jego 

bliskość była niebezpieczna.

Kiedy się odwracała, Harry powiedział:

- Jeżeli ma pani ochotę pójść rano do kościoła, panno Collins, będę wyjeżdżał o ósmej 

background image

trzydzieści.

Tony jęknął.

- Mam nadzieję, że nie spodziewasz się, że pojadę z tobą.

Harry spojrzał na brata.

- Ty z całą pewnością ze mną pojedziesz. Nie upłynie wiele czasu, nim okolica dowie 

się, że jesteś w domu. Jeżeli nie pojawisz się w kościele, nie będzie to dobrze wyglądało.

- Do licha, Harry. Cóż mnie obchodzi, co myślą sobie miejscowi?

- Masz obowiązek dawać dobry przykład - powiedział nieubłaganie Harry.

- Noblesse oblige i takie tam - odezwał się Jon od drzwi.

Harry posłał mu przeciągłe, śmiałe spojrzenie.

- Coś w tym rodzaju.

Tracy,  która  właśnie  postanowiła,  że  najrozsądniej   będzie  trzymać  się  od  niego  z 

daleka, usłyszała swój głos:

- Chętnie pojadę do kościoła, milordzie. Dziękuję.

Skinął głową.

Przełożyła pakunki z jednej ręki do drugiej i powiedziała pogodnie:

- Cóż, raz jeszcze dobranoc.

Potem odwróciła się w stronę korytarza, zostawiając obu braci z ich szachami.

Tej nocy spłonęła stajnia w Silverbridge.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Tracy obudziła się na odgłos syren. Poderwała się i usiadła na łóżku. Serce waliło jej 

jak młot, a jej pierwszą myślą było: Nie znów! W ciągu dziesięciu sekund nałożyła na siebie 

ciepły szlafrok, który kupiła dzień wcześniej, i wybiegła na korytarz. Meg wyszła ze swojego 

pokoju akurat w tej samej chwili.

- Co się stało? - zapytała Tracy.

- Nie wiem, ale wydawało mi się, że wozy jechały w stronę stajni - odpowiedziała 

Meg.

-   Och,   nie!   -   Tracy   pomyślała   o   wszystkich   tych   pięknych   koniach   w   stajni   w 

Silverbridge, i zrobiła jej się zimno z przerażenia. - Zaraz włożę buty i zejdę tam. Może mogę 

jakoś pomóc.

- Ja też - powiedziała Meg.

Tracy potrzebowała zaledwie niecałej minuty, żeby zasznurować trampki, a potem na 

korytarzu znowu spotkała Meg i obie popędziły w stronę stajni.

Najpierw   poczuły   dym.   Później   usłyszały   piskliwe   rżenie   przestraszonych   koni. 

Zobaczyły płomienie. Tracy przyspieszyła kroku i wbiegła na stajenne podwórze. Panował na 

nim chaos. Było gorąco, konie przykryte derkami biegały luzem. Do tego strażacy, węże i 

sikająca woda. Harry i jego pomocnik Ned Martin próbowali zagnać konie, żeby usunąć je z 

drogi strażakom. Okazywało się to jednak dosyć trudne, gdyż żaden z koni nie miał uprzęży.

Tracy natychmiast rozwiązała pasek od szlafroka, przybliżyła się do jednego z koni, 

przemówiła do niego uspokajająco i założyła mu pętlę na szyję. Kiedy odwrócił łeb, żeby na 

nią spojrzeć, uświadomiła sobie, że schwytała Maestra.

- Gdzie mam go zaprowadzić, milordzie? - zawołała.

Harry właśnie wyprowadzał Pendletona za grzywę ze stajennego podwórza.

- Na pierwszy padok - odkrzyknął przez ramię. - Za mną.

Ogień rozświetlał całą okolicę. Dzięki temu Tracy wyraźnie widziała drogę, kiedy 

prowadziła swojego konia za Harrym i Penem. Maestro, dzięki Bogu, nie sprawiał kłopotów. 

Szedł ochoczo za swoim towarzyszem ze stajni. Kiedy tylko puścili konie luzem na padoku, 

Harry zaryglował furtkę i powiedział:

- Dziękuję. Pani nie powinna tutaj być. To niebezpieczne.

Miał   na   sobie   dżinsy  i   koszulkę   z   krótkim   rękawem.   Smuga   sadzy   ubrudziła   mu 

policzek. Tracy niemal czuła jego intensywne skupienie, gdy ogarniał wzrokiem chaotyczną 

scenę na podwórzu stajni.

background image

- Niech pan nie będzie idiotą - odparła. - Potrzebna panu wszelka dostępna pomoc.

Ned   Martin   zbliżał   się   do   nich.   Prowadził   za   uzdę   Dylana.   Za   nim   szła   Meg   z 

kolejnym koniem. Całe niebo za nimi było jaskrawopomarańczowe od ognia.

- Zabrałem  dodatkowe uzdy z  ciężarówki  - powiedział  Ned Martin  do Harry'ego, 

wskazując podbródkiem skórzane paski zwisające mu z ramienia. - Proszę je wziąć.

- Dobrze pomyślane.

Kiedy Harry chwycił uzdy, Tracy odezwała się:

- Niech mi pan da jedną.

Bez wyraźnego wahania rzucił jej uzdę.

- Chodźmy.

Oboje pobiegli z powrotem na podwórze stajni, żeby schwytać więcej koni.

Nim na niebie ukazała się czerwona kula porannego słońca, ogień dogasi. Dwa konie 

zdołały się wymknąć, ale pozostałe kręciły się po pierwszym padoku. Harry poczuł ulgę na 

wiadomość, że zbiegłe konie należały do niego, a nie do klienta. Był  pewien, że ktoś je 

znajdzie i zwróci.

- Najważniejsze, że wszystkie wydostały się ze stajni - powiedział.

Kamienna łupina stajni wciąż stała, ale dach i całe wnętrze były tylko zwęgloną i 

mokrą kupą gruzu.

-   Jezu,   Harry   -   odezwał   się   Ned   Martin,   kiedy   stanął   na   stajennym   podwórzu, 

przyglądając się dymiącym szczątkom. - Jezu. - Był wstrząśnięty do głębi.

-   Przynajmniej   pożar   się   nie   rozszerzył   -   odparł   Harry   ponuro.   -   Straż   pożarna 

wykonała dobrą robotę, opanowując go.

- Jak się zaczął? - zapytała Meg. Szara bluza, którą nosiła do flanelowych spodni od 

piżamy, była poplamiona śliną kilku koni.

- Nie wiem - odpowiedział Harry zmęczonym głosem. - Zawsze jesteśmy tacy ostrożni 

z ogniem w pobliżu stajni. Może straż pożarna będzie mogła coś nam powiedzieć.

- Nigdy nie pozwalam stajennym palić w stajni - odezwał się Ned. - Wiesz przecież, 

Harry.

- Wiem, Ned.

Strażacy wciąż polewali wodą nasiąknięty już budynek.

- Robią tylko  jeszcze większy bałagan - powiedziała drażliwie  Meg. - Czemu nie 

dadzą sobie spokoju?

- Chcą mieć pewność, że nie ma żadnych iskier - odparł Harry. - Nie chcemy, żeby 

zaczęło się od nowa.

background image

- Nie zacznie się od nowa. Nie ma nic, co by mogło się spalić - powiedziała Meg z 

goryczą.

To była prawda. Tracy poczuła niewypowiedziany smutek, gdy patrzyła na ruinę tego, 

co niegdyś było dumną i piękną budowlą.

- Przydałaby mi się kawa - powiedział Harry.

- Mogę zaparzyć, jeżeli nie masz ochoty iść z powrotem aż do domu - zaofiarował się 

Ned.

- Dzięki - powiedział Harry, i we czworo ruszyli w kierunku krytej ujeżdżalni, gdzie 

mieściło się mieszkanie Neda.

Tracy   była   mile   zdziwiona   widokiem   siedziby,   jaką   Harry   zapewnił   swojemu 

pomocnikowi. Mieszkanie na piętrze miało dużą, jasną i nowoczesną kuchnię, a salon, który 

minęli, był pomalowany na jasnożółto, urządzony gustownie i wygodnie. Tracy zajęła miejsce 

przy jasnym drewnianym stole w kuchni i patrzyła, jak Ned odmierza kawę do ekspresu.

- Wolałabym herbatę - powiedziała Meg.

- Nie ma problemu - odpowiedział Ned, i napełnił wodą czajnik.

Tracy tyle się nabiegała przy koniach, że nie zdawała sobie sprawy z tego, jak było 

zimno. Jednak teraz, kiedy odpoczywała, zaczęła odczuwać chłód. Owinęła się lepiej ciepłym 

szlafrokiem i miała nadzieję, że parzenie kawy nie potrwa długo.

Harry musiał zauważyć jej ruch, bo powiedział:

- Czy jest pani zimno, panno Collins?

- Trochę, ale kawa mnie rozgrzeje.

- To po prostu głupie, ciągle nazywać Tracy panna Collins, jakby była kimś obcym, 

Harry - powiedziała Meg. - Bądź co bądź, mieszka w naszym domu i właśnie pomogła ci 

uratować konie.

- To prawda - Harry spojrzał swymi ciemnymi oczami na twarz Tracy. - Ale może 

panna Collins ma inne zdanie.

Tracy odebrała to spojrzenie tak, jakby naprawdę się dotknęli.

-   Będzie   mi   bardzo   miło,   jeżeli   będzie   mi   pan   mówił   Tracy   -   odpowiedziała 

najbardziej pogodnie, jak zdołała.

- Dziękuję. - Dlaczego jego głos wywoływał w niej takie emocje ? - A pani musi 

mówić mi Harry.

- Bardzo proszę - powiedziała Tracy. - Harry. Przez ułamek chwili spoglądali na siebie 

i coś drżało w powietrzu. Potem Meg odezwała się:

- Gdzie zamierzasz umieścić konie, Harry? Czy będziesz je trzymał na zewnątrz, aż 

background image

odbudujesz stajnię?

Ned postawił filiżankę kawy przed swoim chlebodawcą i Harry wypił połowę jednym 

haustem.

- Nie mogę tak zrobić - odpowiedział. - Konie sobie poradzą, ale do końca tygodnia 

właściciele wycofają je ze szkolenia w Silverbridge, jeżeli nie będą miały boksów.

- Wynajmij  przenośne boksy,  jakich  używa  się na pokazach, i ustaw je na krytej 

ujeżdżalni - powiedziała Tracy.

- To świetny pomysł - Meg przytaknęła z entuzjazmem.

- Tak, rzeczywiście - Ned odpowiedział bardziej powściągliwie.

Najwyraźniej był to pomysł, który przyszedł do głowy także Harry'emu.

- To chwilowe rozwiązanie, i rozejrzę się za boksami. Będę jednak musiał pokazać, że 

angażuję się w odbudowę stajni, jeżeli chcę, żeby ludzie posyłali do mnie swoje konie. - 

Potargał dłonią już rozczochrane włosy. - Stajnia powinna być gotowa przed zimą.

Miał ponurą minę.

- Na pewno masz ubezpieczenie - powiedziała Tracy.

Krótkie skinięcie głową było jedyną odpowiedzią.

Wszyscy podskoczyli  na dźwięk kołatki przy frontowych drzwiach. Ned podszedł, 

żeby otworzyć. Wrócił w towarzystwie jednego ze strażaków, który zapytał Harry'ego:

- Czy mogę pomówić z panem na osobności, milordzie?

Przeszli do salonu, podczas gdy Tracy, Meg i Ned w napiętym milczeniu siedzieli w 

kuchni, zastanawiając się, co mówi strażak.

Kiedy Harry do nich dołączył, był sam. Wrócił na swoje miejsce przy stole i popatrzył 

lodowato na twarze skupione wokół niego.

-   Straż   pożarna   uważa,   że   ogień   został   podłożony   -   powiedział.   -   Znaleźli   w 

zgliszczach pusty kanister po nafcie.

Tracy nagle poczuła okropny strach.

- Czy nie mógł się tam znaleźć z jakiegoś innego powodu? - zapytała prędko. - Wiem, 

że w domu często używaliśmy naftowego piecyka w stodole, kiedy przychodził weterynarz.

- Ja nigdy nie pozwalam, żeby nafta znalazła się w promieniu stu metrów od mojej 

stajni - odparł Harry.

Na chudej twarzy Neda malowało się napięcie.

- Dzięki Bogu za ten czujnik, który zainstalowałeś w mojej sypialni. Rżenie koni mnie 

obudziło, ale zanim dostałem się do drzwi stajni, pożar już szalał. Gdyby wszystkie boksy nie 

miały zewnętrznych drzwi, konie upiekłyby się żywcem.

background image

- Dzięki Bogu, w rzeczy samej - powiedział Harry. - I dziękuję tobie, Ned. Byłeś 

wspaniały.

Mówił cicho, ale twarz Neda oblała się jaskrawym rumieńcem.

Meg gryzła pasemko włosów.

- Kto chciałby podpalić stajnię? To nie ma sensu.

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, Meggie - odpowiedział Harry zmęczonym 

głosem. Odsunął krzesło i wstał. - Dzięki za kawę, Ned. - Rzucił okiem na zegar kuchenny 

wiszący   na   ścianie   i   popatrzył   na   siostrę.   -   Jeżeli   się   pospieszymy,   jeszcze   zdążymy   do 

kościoła.

- Beze mnie - odpowiedziała stanowczo. - Jestem wykończona i wracam do łóżka.

- Dobrze. - Tracy zauważyła, że nie naciskał na nią tak, jak naciskał na Tony'ego. - Ja 

jednak pojadę. Wygląda na to, że mam się o co modlić.

- Pojadę z tobą, jeżeli można - powiedziała Tracy. Wyglądał na niezdecydowanego.

- Już ósma. Czy możesz być gotowa na ósmą trzydzieści?

Tracy spojrzała na swoją poplamioną błotem piżamę i szlafrok, związany paskiem. 

Sterczała z niego słoma. Jej buty do biegania także były ubłocone, tak jak i jej stopy.

- Pewnie - powiedziała.

Meg odezwała się z lekkim wahaniem:

- Może masz rację, Harry. Myślę, że są rzeczy, o które musimy się pomodlić.

Wyciągnął rękę, żeby objąć kruche ramiona siostry.

-   Dzięki,   dzieciaku.   Dziś   w   nocy   bardzo   pomogłaś.   Jej   chuda   twarz   zajaśniała 

pięknem.

- Zastanawiam się, gdzie jest Tony - powiedziała Meg, kiedy schodzili po schodach, 

opuszczając mieszkanie Neda. - Wiem, że zawsze śpi jak zabity, ale te wozy strażackie robiły 

sporo hałasu.

- Przywykł do londyńskiego gwaru - powiedział Harry.

Tracy słyszała jednak wcześniej, co Tony mówił do Mauleya o znalezieniu sposobu na 

to,   by   Harry   zmienił   zdanie   co   do   pola   golfowego.   Bardzo   się   więc   bała,   że   Tony   jest 

nieobecny z innego powodu.

Harry   miał   mercedesa,   ale   w   przeciwieństwie   do   tego,   którym   Gail   przyjechała 

poprzedniego dnia, jego wóz był dziewięcioletni. Harry usiadł za kierownicą. Obserwował, 

jak troje jego pasażerów nadchodzi ścieżką od strony domu, chociaż patrzył tylko na jednego 

z nich.

Była niewiarygodnie piękna w granatowej sukience sięgającej jej do połowy kolana. 

background image

Dobrane do sukienki buty nie były na tyle wysokie, żeby wyglądały niestosownie w wiejskim 

kościele.   Były   modne.   Jej   wspaniałe   włosy   były   wciąż   wilgotne   po   prysznicu,   a   jej 

intensywnie niebieskie oczy przypominały klejnoty w idealnej oprawie.

Ze sporym wysiłkiem oderwał od niej wzrok. Wysiadł z samochodu i otworzył drzwi 

od strony pasażera. Spojrzała na niego, mijając go i płynnie wsiadła do auta.

To nie tylko ja, pomyślał. Ona też to czuje.

Tony,  który wyglądał,  jakby właśnie wyszedł  z zakładu krawieckiego  przy Savile 

Row, wsiadł za Meg do tyłu.

- Właśnie usłyszałem o pożarze - powiedział poważnie. - Boże, Harry, tak mi przykro.

- Nikt nie został ranny - odparł Harry beznamiętnie. - Za to musimy być wdzięczni.

- Ta stajnia była twoją dumą i radością. - Tony pochylił się do przodu i położył dłoń 

na ramieniu brata. - Co za cholerny pech.

Harry,   który   spędził   wiele   najszczęśliwszych   chwil   swojego   życia   w   stajni 

Silverbridge, tylko skinął głową i odrzekł:

- Tak.

- Czy miałbyś  coś przeciwko temu, żeby wyjechać przez bramę dla dostawców? - 

zapytała Tracy. - Pewien fotograf, który mnie prześladuje, parkuje przy głównej bramie.

- Prześladuje cię? - Harry zapytał ostro, skręcając w drogę prowadzącą do mniejszej 

bramy.

- Tak to nazywam - odpowiedziała. - Jednak wygląda na to, że nie mogę nic z tym 

zrobić. Uzyskałam sądowy nakaz, zmuszający go do trzymania się w określonej odległości 

ode mnie, ale on nadal mnie śledzi i fotografuje. To strasznie denerwujące.

- Cena sławy - mruknął Tony.

- To oburzające - powiedział Harry ze szczerym współczuciem. - Wolność prasy to 

wspaniała rzecz, ale powinna też istnieć jakaś ochrona prywatności.

- Zgadzam się w stu procentach - odpowiedziała Tracy. - Wydaje się jednak, że w 

Ameryce osoby publiczne nie mają prawa do żadnej prywatności. Już się o tym przekonałam, 

niestety.

Wjazd dla dostawców  był  czysty  i Harry skręcił w kierunku kościoła  Wszystkich 

Świętych.   Przejechał   kawałek,   kiedy   usłyszał,   jak   na   tylnym   siedzeniu   Meg   mówi   do 

Tony'ego:

- Zeszłej nocy przydałaby się nam twoja pomoc. Nie mogę uwierzyć, że przespałeś 

cały ten harmider.

- Niczego nie słyszałem - powiedział przepraszająco. - Zeszłej nocy bolała mnie głowa 

background image

i wziąłem pigułki, a one zawsze ścinają mnie z nóg. Przepraszam.

- Poradziliśmy sobie bez ciebie - odparł Harry i zatrzymał wóz na podjeździe przy 

kościele parafialnym.

- Jesteśmy o piętnaście minut za wcześnie - poskarżył się Tony. - Szczerze mówiąc, 

Harry, z tym upieraniem się, żeby przyjeżdżać do kościoła przed wszystkimi, jesteś zupełnie 

jak tata.

Tracy wysunęła długie, smukłe nogi z samochodu i Harry po prostu nie mógł na nie 

nie spojrzeć.

- Twój ojciec robił zupełnie tak samo jak mój - powiedziała. - Zawsze zapędzał nas do 

kościoła całe wieki przed rozpoczęciem mszy. A jeżeli któraś z nas nadal czesała włosy czy 

coś, niezmiennie mówił: „Mam nadzieję, że kiedy staniesz przed bramą niebios, święty Piotr 

nie powie ci: „Teraz jestem zbyt zajęty czesaniem włosów, żeby cię wpuścić. Musisz zejść na 

dół”. - Jej śmiech brzmiał niczym głęboki dźwięk dzwonków. - Oczywiście, na to nie było 

odpowiedzi.

Harry zareagował na wzmiankę o mszy.

- Czy jesteś wyznania rzymskokatolickiego?

-  Tak.   Ale   jestem   zupełnie   pewna,  że   Pan   nie   obrazi   się,   jeżeli   wezmę   udział   w 

nabożeństwie anglikańskim.

- Kościół Wszystkich Świętych jest taki tradycyjny, że pewnie bardziej katolicki niż 

większość kościołów, do których chadzasz - powiedział Tony ironicznie.

Szli   w   stronę   frontowego   wejścia   do   znajomej   kamiennej   budowli,   gdzie   przez 

stulecia rodzina Oliverów była chrzczona, zaślubiana i chowana.

- Kościół został zbudowany w czternastym i piętnastym wieku - powiedział Harry do 

Tracy, która szła obok niego. - Od zawsze jest to kościół parafialny dla Silverbridge.

-   Dzień   dobry,   milordzie.   -   Starszy   mężczyzna   stojący   w   drzwiach   kościoła 

rozpromienił się, kiedy Harry przed nim przystanął.

- Dzień dobry, Matthew - odpowiedział Harry. - Jak tam dzisiaj twój artretyzm?

- Nie najgorzej, milordzie, nie najgorzej - odparł mężczyzna.

Harry zauważył, że Matthew, który pracował w kościele jako pomocnik, wpatruje się 

w Tracy, jakby właśnie ujrzał zjawę. Tracy uśmiechnęła się do niego i powiedziała:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry, panienko - zachrypiał.

-   Może   to   i   dobrze,   że   przyszliśmy   wcześniej   -   zauważył   z   tyłu   Tony.   -   Jeżeli 

mielibyśmy   paradować   z   Tracy   przez   nawę,   kiedy   kościół   byłby   pełen,   wywołalibyśmy 

background image

zamieszki.

Tracy nie spróbowała nawet uprzejmie zakwestionować stwierdzenia Tony'ego. Ona 

jest cholerną gwiazdą filmową, na miłość boską, pomyślał Harry. Nie mogę o tym zapomnieć.

Porozmawiał   jeszcze   z   kilkoma   osobami,   które   zgromadziły   się   w   kruchcie, 

wymieniając uwagi o plonach i pogodzie, po czym weszli do głównej części kościoła. Harry 

usłyszał, jak idąca za nim Tracy wstrzymuje oddech.

Zawsze czuł silny związek ze swoim parafialnym kościołem, a dzisiaj pomyślał, że 

wygląda   najlepiej,   jak   to   możliwe.   Poranne   światło   wlewające   się   przez   wszystkie   okna 

padało na georgiańską snycerkę, po - sztukowaną i wyblakłą od wieloletniego używania.

W kamiennych  płytach pod stopami wierni przez stulecia wydeptali zagłębienia, a 

kasetonowe   drewniane   ławy   kolatorskie   na   przedzie   mogły   się   poszczycić   oryginalnymi 

zawiasami i zamkami. Ława, która od pokoleń należała do jego rodziny, znajdowała się na 

wprost pod imponującą trzykondygnacyjną kazalnicą, a wzdłuż ścian stały pomniki nagrobne 

jego rozmaitych przodków.

Kościół był zapełniony w jednej czwartej i wszyscy ludzie ubrani w swoje najlepsze 

niedzielne stroje wpatrywali się z zafascynowaniem w przechodzących Harry'ego i jego świtę. 

Harry usunął się na bok, żeby wpuścić do ławy najpierw Tony'ego, potem Meg, a później 

Tracy. Wszedł za nią, zamykając drzwiczki ławy, i wzniósł zasmucone oczy ku wysokiemu 

krzyżowi za ołtarzem. Proszę, drogi Boże, modlił się, pozwól mi móc opłacić odbudowę 

stajni.

Usiadł, zamknął oczy. W kościele szukał ukojenia. Przez cały ranek żołądek skręcał 

mu się z niepokoju.

W   dzieciństwie   skojarzenia   Harry'ego   z   kościołem   Wszystkich   Świętych   były 

pozytywne. Pierwszych nauk udzielał mu stary proboszcz, doktor Warren, który był dla niego 

jak   drugi   ojciec.   Kiedy   rodzice   posłali   go   do   Eton,   opierał   się.   Nie   chciał   opuszczać 

bezpiecznego   schronienia,   przykościelnej   biblioteki,   ani   być   z   dala   od   łagodnej   dobroci 

doktora Warrena. Oczywiście, został wyprawiony do szkoły, jak każdy angielski chłopiec z 

jego sfery, ale to pełna współczucia moralność doktora Warrena towarzyszyła mu przez lata.

Zawsze pamiętaj, Harry, że celnie uświęca środków. Jakby słyszał doktora Warrena 

wyraźnie, nauczycielskim tonem wypowiadającego te słowa. Największe zło dzieje się, kiedy 

ludzie przekonują sami siebie, że wszelkie zachowanie dopóty jest do przyjęcia, dopóki cel 

jest godny. To nigdy nie jest prawda.

Znów zabrzmiały mu w uszach złowieszcze słowa j strażaka, z którym rozmawiał 

wcześniej: „Obawiam się, milordzie, że ogień został podłożony. Są ślady, że użyto nafty”.

background image

Jakiż   to   cel   usprawiedliwiałby   spalenie   stajni   i   być   może   upieczenie   żywcem 

dziesięciu niewinnych koni?

Pieniądze albo zemsta, pomyślał. To były najczęstsze motywy podpaleń.

Ponieważ nie przychodził mu do głowy nikt, kto mógłby chcieć się na nim zemścić, 

odpowiedź musiała brzmieć: „pieniądze”. Czy Mauley mógł podłożyć ogień po to, żeby w ten 

sposób zmusić go do sprzedaży?

Nie sprzedam swojej ziemi, pomyślał z ponurą determinacją. Dopiero co wyłożyłem 

majątek na naprawę domów i kupno nowych urządzeń i bydła. Znam się na ziemi. Potrafię 

zarobić pieniądze na rolnictwie. Nie sprzedam ziemi, żeby stała się polem golfowym.

Organy w głębi kościoła rozbrzmiały dźwięcznym, przykuwającym uwagę akordem, i 

chórmistrz   zapowiedział   hymn   otwierający   nabożeństwo.   Wszyscy   wstali,   organy  zaczęły 

grać.   Harry   wraz   z   chórem   i   resztą   zgromadzonych   zaśpiewał   na   głos   znajome   słowa 

modlitwy. Potem usłyszał za sobą czysty sopran, dołączający do jego głębszego barytonu.

Doznał dziwnej pociechy, wiedząc, że ona tam jest.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Kiedy Tracy i pozostali wrócili z kościoła do Silverbridge, zastali tam młodą kobietę o 

uderzającym wyglądzie. Robiła sobie kawę w kuchni.

- Mój Boże, Harry - powiedział gość, kiedy hrabia, Tracy i Tony weszli, rozglądając 

się   za   jakimś   śniadaniem.   -   Właśnie   byłam   w   stajniach.   Co   za   horror.   Dzięki   Bogu,   że 

wydostałeś wszystkie konie.

-   Mieliśmy   bardzo   dużo   szczęścia   -   zgodził   się   Harry.   -   Tracy,   chciałbym   ci 

przedstawić Gwen Mauley. Gwen, to jest Tracy Collins.

Skośne   zielone   oczy   Gwen   wpatrywały   się   w   Tracy   spojrzeniem,   które   nie   było 

całkiem   przyjazne.   Zdumiewająca   córka   Robina   Mauleya   miała   krótkie   czarne   włosy, 

wysokie kości policzkowe i trójkątny podbródek. Ona wygląda jak kocica, pomyślała Tracy i 

odezwała się uprzejmie:

- Jakże miło panią poznać.

- Jak się pani miewa? - odparła władczo Gwen. Spaniele zlazły z kanapy w chwili, gdy 

Harry wszedł do kuchni, i teraz podążyły za nim. Podszedł do prawie pełnego dzbanka.

- Dzięki za zrobienie kawy, Gwen - powiedział, napełniając filiżankę. Podniósł ją i 

odwrócił się do Tracy. - Kawy?

- Tak, bardzo dziękuję.

Harry przyniósł jej filiżankę i powiedział:

- Usiądź. Na pewno jesteś głodna. Usmażę parę jajek.

Kiedy Tracy zajęła miejsce, Gwen odezwała się podejrzliwie:

- Czy pojechała pani do kościoła z Harrym? Tracy uniosła brwi, żeby zaznaczyć swoje 

zdziwienie z powodu tonu kobiety, i odpowiedziała chłodno:

- Cóż, tak, owszem.

-   Wszyscy   pojechaliśmy,   Gwennie,   moja   droga   -   powiedział   Tony.   -   Wiesz,   jaki 

patriarchalny   jest   Harry   w   sprawach,   które   uważa   za   swój   wielkopański   obowiązek. 

Prostaczkowie mają widzieć pana na włościach w kościele, a więc jeżeli mieszka się w domu 

Harry'ego, też trzeba się zabrać.

Gwen odparowała:

- Tracy Collins nie mieszka w tym domu.

Tracy lekko zmarszczyła brwi i zastanawiała się, jakiej właściwie natury są relacje 

między Gwen a Harrym.

Tony odparł niewinnie:

background image

- Och, nie wiedziałaś? Tracy mieszka u nas, odkąd spaliło się Wiltshire Arms.

Oczy Gwen rozszerzyły się.

-   Wiltshire   Arms   spalone?  Dobry   Boże.   Czy   wszystko   tu   w   okolicy   staje   w 

płomieniach?

- Mam nadzieję, że nie - odpowiedział Harry. - Kawy, Tony? Czy chcesz dolewkę, 

Gwen?

Oboje odpowiedzieli „tak”, i kiedy już Harry nalał im kawy, podszedł do lodówki i 

wyjął miskę z jajkami. Psy plątały mu się pod nogami, z nadzieją machając ogonami.

- Czy ty naprawdę zamierzasz gotować? - zapytała zdumiona Gwen. - Gdzie jest pani 

Wilson?

- W niedziele ma wolne - odpowiedział. - I tak, zamierzam gotować. Nie gotuję wielu 

rzeczy, ale robię bardzo dobrą jajecznicę. A teraz, kto chce trochę?

- Ja - Tracy odezwała się natychmiast. - Czy masz chleb? Zrobić tosty do jajek?

- Doskonały pomysł - odpowiedział. - Chleb jest w pojemniku, o tam.

Wysokie   obcasy   Tracy   zastukały   na   drewnianej   podłodze,   kiedy   podeszła   do 

pojemnika na chleb. Gwen odezwała się do Tony'ego cierpko i dostatecznie głośno, by było ją 

słychać:

- Ona najwyraźniej się tu zadomawia.

Plecy Tracy zesztywniały, a jej oczy zwęziły się, co zawsze było groźnym sygnałem. 

Tony roztropnie zmienił temat.

- Harry nie mówił mi, że dzisiaj przyjeżdżasz.

- Nie planowałam przyjazdu - odpowiedziała Gwen. - Ale kilkudniowe przyjęcie, na 

którym byłam, było tak bezdennie nudne, że wyjechałam dzień wcześniej. - Odwróciła głowę, 

żeby posłać uśmiech Harry'emu. - Chciałam się dowiedzieć, co sądzisz o Dylanie. Nie mo-

głam się tego doczekać. Czy myślisz, że będzie z niego koń na grand prix.

- Nie mam co do tego wątpliwości. Zostanie cudownym koniem do grand prix, pod 

warunkiem   że   będzie   zdrów   -   odparł   Harry.   Energicznie   mieszał   jajka   widelcem.   -   Ma 

niewiarygodny talent i, co równie ważne, lubi pracować. Ale jak udało ci się zdobyć taki 

klejnot?

- Miała go amerykańska amazonka, a znasz Amerykanów. Oni wszyscy chcą jeździć 

na dużych niemieckich koniach półkrwi. - Gwen powiedziała to tak spokojnie, jakby sama 

nigdy nie dosiadała konia półkrwi. - Pomyślałam, że ma niesamowity chód, więc złożyłam jej 

ofertę, a ona ją przyjęła.

- Nie można jeździć na nim jak na koniu półkrwi - ostrzegł Harry. - Zdajesz sobie z 

background image

tego sprawę?

- Chyba do tej pory wiem już, jak się jeździ konno, Harry - odpowiedziała władczo.

-   Cóż,   myślę,   że   to   wspaniały   koń,   absolutnie   wyjątkowy   -   powiedział   Harry, 

wylewając jajeczną masę na patelnię. - Masz wielkie szczęście, Gwen.

Gwen położyła łokcie na stole i oparła na dłoniach swój trójkątny podbródek.

- Tak, cóż. Co zamierzasz teraz zrobić z tym moim absolutnie wyjątkowym koniem, 

kiedy twoja stajnia spłonęła? Ja z pewnością nie chcę, żeby mieszkał na padoku.

Harry mieszał teraz jajecznicę.

- Zamierzam ustawić tymczasowe boksy w krytej ujeżdżalni. Konie mogą tam zostać, 

dopóki nie odbuduję stajni.

Kruczoczarne brwi Gwen ściągnęły się.

- Chyba tak będzie dobrze... o ile to nie potrwa zbyt długo.

-   Tosty   gotowe   -   powiedziała   Tracy   i   wyjęła   chleb   z   piecyka.   -   Czy   mam   je 

posmarować masłem, póki są gorące?

- Czy wyczuwam małą aluzję? - zapytał groźnie Tony.

Rzuciła mu krótkie spojrzenie i roześmiała się.

- Jak najbardziej. Jak większość Amerykanów, nie przepadam za tostami zimnymi jak 

kamienie, a wydaje się, że tak zawsze podajecie je tu, w Anglii.

- Proszę bardzo, posmaruj - powiedział Harry. - Ale zanim to zrobisz, daj mi kawałek 

dla psów.

Tracy   wręczyła   mu   tosta,   a   on   przełamał   go   na   pół   i   dał   łakomym   spanielom 

siedzącym u jego stóp. Potem posłał Tony'emu rozkazujące spojrzenie i powiedział:

- Może wyjmiesz jakieś talerze?

- Gdzie jest Meg? - zapytała Gwen, kiedy Tony postawił przed nią talerz. - Czy nie 

była z wami w kościele?

Przez moment panowała cisza, a potem Harry powiedział:

- Była, ale nie chciała nic na śniadanie.

Gwen zdjęła łokcie ze stołu, tak żeby Tony mógł dać jej sztućce.

- Czy ta dziewczyna dalej głodzi się na śmierć? Doprawdy, Harry, musisz z nią coś 

zrobić. To wstyd mieć siostrę, która wygląda jak szkielet.

- Chodzi do terapeutki - odpowiedział drętwo, zdejmując patelnię z kuchenki.

Tracy zakończyła smarowanie tostów, ułożyła je w stos na talerzu i przeniosła na stół, 

gdzie   Tony   dokończył   rozkładanie   talerzy   i   sztućców.   Harry   przekładał   jajecznicę   do 

niebiesko - białej misy.

background image

- Jej potrzebny jest szpital - powiedziała Gwen. - Jedna z tych prywatnych klinik, 

gdzie robią ci pranie mózgu i zmuszają do jedzenia.

Harry odparł przyjaźnie:

- Ja jestem prawnym opiekunem Meg, Gwen, i wydaje mi się, że najlepiej osądzę, co 

jest jej potrzebne, a co nie.

- Jeżeli nie posyłasz jej do prywatnej kliniki dlatego, że myślisz, że cię na to nie stać, 

to może lepiej sprzedaj tatusiowi tę ziemię, której chce - powiedziała Gwen.

-   Stać   mnie   na   wszystko,   czego   potrzebuje   Meg   -   odparł   Harry.   Zaczął   jeść   z 

apetytem.

- W każdym razie będziesz musiał sprzedać ziemię - powiedział Tony. - Będziesz 

potrzebować pieniędzy na odbudowanie stajni.

Harry wziął tost.

-   Nie   mam   zamiaru   sprzedawać   swojej   ziemi.   Firma   ubezpieczeniowa   zapłaci   za 

odbudowę stajni.

Tony wyglądał na sceptyka.

- Czy stajnia nie jest zarejestrowana jako budowla zabytkowa? Razem z domem i 

ujeżdżalnią?

- Tak. - Harry spojrzał bratu prosto w oczy.

- Czy to nie oznacza, że musisz odrestaurować ją, w pełni przywracając do stanu 

pierwotnego?

Mięsień na szczęce Harry'ego zadrgał.

- Tak.

Tony nieubłaganie ciągnął dalej:

- To znaczy, że musiałbyś mieć ją ubezpieczoną znacznie powyżej wartości rynkowej, 

żeby pokryć koszty odbudowy.

- Tak. - Harry dalej spoglądał w oczy młodszego brata.

Tony uniósł brew.

- Czy ubezpieczyłeś ją powyżej wartości rynkowej?

- Ubezpieczyłem  dom na czterokrotność wartości rynkowej  - odpowiedział  Harry. 

Przerwał kontakt wzrokowy z Tonym i zjadł kolejny kęs jajecznicy. - Wszystkie budynki 

dodatkowe,   wliczając   w   to   stajnię,   są   ubezpieczone   według   wartości   rynkowej.   Inaczej 

byłoby to zbyt kosztowne.

Reakcją na tę informację było chwilowe milczenie. Potem odezwał się Tony:

- W takim razie pieniądze z ubezpieczenia nie wystarczą na odbudowanie stajni, jeżeli 

background image

musisz odtworzyć oryginał.

Harry dokończył jajka i odgryzł duży kawałek to - sta.

- Zdobędę zrzeczenie się od miejscowego urzędnika English Heritage.

- Za diabła się nie uda - odparł Tony.

Tracy także jadła z apetytem, ale podniosła wzrok i zapytała:

- Co to za urzędnik English Heritage? Odpowiedzi udzielił jej Tony.

-   Urzędnik   English   Heritage   to   czujny   strażnik   każdej   posiadłości,   którą   państwo 

uznało za stałe i ponadczasowe dzieło sztuki. W związku z tym nie obchodzą go zupełnie 

potrzeby   rodziny,   której   przydarzyło   się   mieć   rzeczoną   posiadłość.   -   Odwrócił   się   do 

Harry'ego.   -   Czy   ty   wiesz,   że   rodzinie   Alanbych   pięć   lat   zajęło   uzyskanie   zgody   na 

dobudówkę do kuchni?

Harry wzruszył ramionami.

- Do ciężkiej cholery, Harry - wybuchnął Tony. - Czy ty nie widzisz, co się wokół 

ciebie dzieje? Przyjmij ofertę Mauleya, a będziesz miał pieniądze na odbudowanie stajni i 

dokonanie  w domu  wszelkich  napraw, jakie ci  się marzą.  Będziesz  miał  pieniądze,  żeby 

posłać Meg do najlepszego sanatorium na świecie. Chryste, będziesz miał pieniądze, żeby 

sobie kupić nowy samochód! Dlaczego jesteś taki uparty?

Harry wytarł usta serwetką i odpowiedział spokojnie:

- Odziedziczyłem tę ziemię po ojcu i zamierzam ją przekazać swojemu synowi. I to 

wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie, teraz czy kiedykolwiek. - Odsunął krzesło i 

wstał.   -   Czy   chciałabyś   pojeździć   na   Dylanie,   Gwen,   i   zobaczyć,   jak   postępuje   jego 

szkolenie?

- Po to przyjechałam - odpowiedziała, wskazując na swoje bryczesy i wysokie buty.

- A więc pójdę się przebrać. To mi nie zajmie dużo czasu.

Kiedy za Harrym zamknęły się drzwi, w kuchni zapadła cisza. Potem odezwał się 

Tony:

- Chryste, ależ Harry potrafi być cholernym uparciuchem.

Tracy zaczęła zbierać puste naczynia. Gwen nie ruszyła się, żeby pomóc.

- Tatuś mówi, że Ambrose Percy wybierze inną lokalizację dla swojego hotelu, jeżeli 

tatuś szybko nie zdobędzie ziemi.

Tracy zaniosła naczynia do zlewu, a potem wróciła do stołu, żeby zebrać filiżanki po 

kawie.

- Dlaczego pani ojciec nie kupi po prostu jakiejś innej ziemi? - zapytała Gwen.

Gwen posłała jej spojrzenie, które ktoś bardzo nieuprzejmy mógłby posłać idiocie.

background image

-   Bo   nie   ma   innej   ziemi,   która   równałaby   się   Silverbridge.   Takiej   ilości 

odpowiedniego gruntu w odpowiednim miejscu prawie nie da się teraz znaleźć.

Tony wtrącił się:

-   I   nawet   po   sprzedaży   Harry   nadal   miałby   ponad   dwanaście   tysięcy   akrów!   To 

absurdalne z jego strony zachowywać się tak, jakby proszono go o sprzedanie rodzinnego 

dziedzictwa.

- Zdawało mi się, że pan Mauley chce całą ziemię uprawną. - Sama nie wiedząc 

czemu, Tracy poczuła, że musi stanąć w obronie Harry'ego. - Jeżeli twój brat zrezygnuje z 

farm, nie będzie miał dochodów.

Oczy Tony'ego rozżarzyły się gniewem.

- Nie będzie potrzebował cholernych dochodów z farm! Będzie miał pieniądze od 

Mauleya, które będzie mógł zainwestować. - Przeniósł wzrok z Tracy na Gwen. - Czy wiesz, 

że Harry nie ma dosłowniej żadnych inwestycji? Są jakieś bezpieczne akcje o niskiej stopie 

zwrotu, które należą do rodziny od wieków, ale praktycznie biorąc, dzisiejszy postęp ekono-

miczny zostawił go daleko w tyle. Fortuny rosną w całej Wielkiej Brytanii, ale poza paroma 

wyjątkami, nie wśród arystokracji. To się nie mieści w głowie, ale Harry ciągle wierzy w 

wyższość ziemi nad akcjami.

Tracy zaniosła filiżanki do zlewu i odkręciła kran. Tony powiedział prędko:

- Nie musisz tego robić, Tracy.

- Tylko je opłuczę i włożę do zmywarki - powiedziała. - Nie znoszę widoku brudnych 

naczyń.

-   Amerykańskie   kobiety   są   takie   gospodarne   -   rzuciła   Gwen.   Nie   chciała,   by   to 

zabrzmiało jak komplement.

- Amerykańskie kobiety wszystko robią porządnie - odparła Tracy protekcjonalnym 

tonem.

Chciała zostać w kuchni, żeby podsłuchać rozmowę Tony'ego i Gwen, pohamowała 

więc coraz silniejsze pragnienie zgładzenia Gwen i przytrzymała talerz pod kranem.

Gwen zniżyła głos i zapytała Tony'ego:

- Czy już mu przeszło po skandalu z Daną Matthews?

- Tak myślę. - Tony także ściszył głos. - Nigdy nie zrozumiem, jak on się w ogóle z 

nią zadał. Brała kokę. Oczywiście, Harry o tym nie wiedział, kiedy zaczął z nią chodzić. 

Wszyscy w mieście wiedzieli, ale nie Harry. Potem stała się tak zależna od niego, że kiedy się 

dowiedział, czuł, że nie może jej opuścić. To ta awantura z wrzaskami i rzucaniem rzeczami u 

Harrodsa go dobiła. Było o tym we wszystkich gazetach, na pewno widziałaś.

background image

- Oczywiście, widziałam.

- I tak, niestety, nasze szansę na podporządkowanie sobie Dany i jej fortuny skończyły 

na śmietniku.

- Nasze!  - Gwen syknęła  przeciągle.  - Czekałeś  na swój  kawałek  tortu od hojnej 

Dany?

Tony odpowiedział coś, czego Tracy nie dosłyszała, a Gwen się zaśmiała. Potem Tony 

dodał:

- A co z tobą, kotku? Czy teraz jesteś gotowa przystąpić do dzieła, gdy wydaje się, że 

Harry otrząsnął się po fiasku z Daną?

- Mogłoby być zabawnie być hrabiną - powiedziała lekko Gwen.

Tracy poczuła takie ukłucie zazdrości, że musiała odstawić trzymaną akurat filiżankę, 

bo zadrżała jej ręka.

Mój Boże, pomyślała. Jak mogę tak odczuwać, skoro ledwie znam tego mężczyznę?

Nogi krzesła Gwen zaszurały o podłogę i Tracy usłyszała, że kobieta się podnosi.

- Skorzystam z łazienki, zanim pójdę do stajni. Głos Tony'ego wrócił do zwyczajnego 

poziomu.

- Idziemy na górę, Tracy. Czy chcesz pójść? Zamiast tego Tracy wolałaby wydrapać 

oczy Gwen Mauley. Powiedziała jednak wystarczająco spokojnie:

- Przyjdę, kiedy skończę z naczyniami.

- Proszę bardzo - powiedział Tony. Drzwi kuchni zamknęły się. Tracy zakręciła wodę 

i odłożyła ostatni talerz do zmywarki.

Podsłuchiwała,   żeby   dowiedzieć   się,   czy   Tony   zdradzi   cokolwiek,   co   mogłoby 

powiązać   go   z   pożarem   w   stajni.   Nie   zrobił   tego,   ale   to,   co   usłyszała,   było   równie 

niepokojące.   Tracy   była   wytrącona   z   równowagi   tą   rozmową.   Samo   to   denerwowało   ją 

jeszcze bardziej.

Cóż mnie obchodzi, czy Harry poślubi tę wredną kobietę?, pomyślała ze złością.

W tej chwili drzwi kuchni otworzyły się i weszła Meg.

- Tracy, nie wiedziałam, że tu jesteś - powiedziała zaskoczona.

- Sprzątałam po śniadaniu - odparła Tracy.

Meg po przyjściu z kościoła przebrała się w swoje ulubione dżinsy i sweter. Podeszła 

do kanapy, na której wyciągnęły się spaniele, i usiadła między nimi.

- Biedna Millie - powiedziała, głaszcząc jeden z jedwabistych łbów. Wpatrywała się w 

spokojne brązowe oczy suki. - Harry cię porzucił?

Marshal,   zazdrosny   o   uwagę,   jaką   poświęcano   jego   siostrze,   potrącał   ją.   Tracy 

background image

odłożyła fartuszek do kredensu.

- Poszedł na górę, żeby się przebrać w strój do konnej jazdy. Gwen Mauley tu jest i 

chce pojeździć na swoim koniu. Sądzę, że zabierze psy, nim pójdzie do stajni.

Na delikatnej twarzy Meg pojawił się grymas.

- Nie lubię Gwen Mauley. Poluje na Harry'ego.

- Na pewno byłaby dla niego odpowiednią parą - odpowiedziała Tracy. - Gwen lubi 

konie i ma pieniądze. Cóż mogłoby być lepszego?

- To suka. I nie lubi mnie.  Nie zniosłabym,  gdyby została  moją bratową. Byłaby 

gorsza niż Dana Matthews.

- Wydaje się, że nie lubisz żadnej z sympatii brata - powiedziała Tracy.

- Był kiedyś zaręczony z Hilary Mortimer i ją całkiem lubiłam. Ale pokłócili się i 

zerwali. - Słońce lśniło na srebrzystych włosach Meg, które byłyby piękne, ale wyglądały 

matowo i bez życia. - Ale niech on się lepiej szybko ożeni. W tym roku skończy trzydziestkę. 

- Spojrzała na Tracy oczyma wielkimi jak spodki. - Jest stary.

Tracy,  która miała dwadzieścia siedem lat, trzydziestolatek wcale nie wydawał się 

stary. Myślała, że to jest wręcz idealny wiek. Tracy, jak gdyby nigdy nic, oparła się o blat i 

powiedziała:

- Jest spora różnica wieku między tobą a twoimi braćmi.

Meg pochyliła głowę, żeby pogłaskać Millie.

- Dwanaście lat między mną a Harrym i dziewięć lat między mną a Tonym. - Jej głos 

zabrzmiał   dziwnie   burkliwie.   -   Byłam   niespodzianką   dla   moich   rodziców...   i   to   niemiłą 

niespodzianką.   Matka   myślała,   że   już   ma   spokój   z   dziećmi,   a   tuja.   -   Meg   przesunęła 

jedwabiste ucho Millie między palcami. - Nie żebym  jej za bardzo przeszkadzała.  Kiedy 

byłam mała, podrzucała mnie niańce, a kiedy miałam osiem lat, wyjechałam do szkoły.

Tracy   pomyślała   o   swym   radosnym   dzieciństwie   i   była   wstrząśnięta   obrazem, 

odmalowanym  przez   Meg. Nic  dziwnego,  że  biedna  mała   jest  anorektyczką,  pomyślała   i 

powiedziała:

- Nigdy nie rozumiałam, dlaczego Anglicy posyłają dzieci w tak młodym wieku do 

szkół   z   internatem.   Wydaje   się   nierozsądne   powierzać   komuś   obcemu   swoje   dziecko   w 

czasie, kiedy najbardziej można je ukształtować.

Meg wzruszyła ramionami.

- Wszyscy tak robią.

- W Ameryce tak nie robimy, dzięki Bogu. A przynajmniej niewielu ludzi tak robi, jak 

mi się zdaje, i to nigdy nie oddają do internatu dzieci w wieku ośmiu lat.

background image

- W moim internacie była taka jedna wredna dziewczyna - zwierzyła się Meg, nie 

przerywając   głaskania   długich   uszu   Millie.   -   Opowiadała   mi   przerażające   historyjki   i 

płakałam przez nią.

Tracy odłożyła gąbkę, którą akurat trzymała.

- To brzmi okropnie.

-   Och,   dzięki   temu   stałam   się   twardsza   -   odpowiedziała   Meg   z   wymuszonym 

uśmiechem. - My, Oliverowie, z natury jesteśmy twardzi, jak wiesz.

Tracy spojrzała  na kruche nadgarstki  sterczące  spod swetra  Meg i podeszła,  żeby 

usiąść   obok   dziewczyny.   Odsunięta   Millie   łypnęła   z   oburzeniem.   Tracy   objęła   Meg 

ramieniem i uścisnęła ją.

- Wcale nie jesteś twarda, jesteś kochana - powiedziała serdecznie. - Chciałabym mieć 

taką siostrę jak ty.

Meg odwróciła głowę, żeby na nią spojrzeć.

- Naprawdę?

- Oczywiście.

Niewielki rumieniec zabarwił cerę na ostrych kościach policzkowych Meg.

- Ja też bym chciała, żebyś była moją siostrą.

- Wiesz, co ci powiem? - odezwała się Tracy. - Ściągnijmy Gail, żeby nas zabrała. 

Wszystkie trzy możemy pojechać na lunch.

- Ale ty dopiero co zjadłaś śniadanie - powiedziała Meg zdumiona.

Tracy uśmiechnęła się.

- To prawda. Zaczekamy jeszcze z godzinkę, nim wyjedziemy.

Meg popatrzyła na długie, wytworne nogi Trący, obleczone w zwykłe rajstopy i obute 

w granatowe pantofle na wysokim obcasie.

- Jak możesz wciąż być taka szczupła, skoro tyle jesz?

Tracy zastanowiła się chwilę, nim odpowiedziała:

- Czy naprawdę uważasz, że jestem szczupła, Meg? Meg przytaknęła z werwą.

- Oczywiście, masz piękną figurę.

- Dziękuję. - Tracy zawahała się, a potem śmiało pociągnęła temat: - Zdajesz sobie 

sprawę z tego, że jesteś znacznie szczuplejsza ode mnie, prawda?

- Nie - powiedziała Meg. - Jestem gruba. Mamusia zawsze nazywała mnie kluchą.

Jaką straszną kobietą musiała być jej matka, pomyślała Tracy. Wyciągnęła odsłoniętą 

prawą rękę i powiedziała:

- Proszę, przysuń rękę do mojej. - Po chwili Meg powoli spełniła prośbę. - A teraz 

background image

podwiń rękaw swetra. - Meg obrzuciła ją podejrzliwym spojrzeniem, ale podciągnęła rękaw 

beżowego wełnianego swetra, odsłaniając rękę. Była to sama skóra, żyły i kości.

- Popatrz na nasze ręce, Meg - nalegała Tracy. - Twoja jest znacznie szczuplejsza niż 

moja.

- Nie, nie jest - upierała się Meg. - Popatrz na ten cały tłuszcz. - I pociągnęła luźną 

skórę, która marszczyła się w zgięciu jej łokcia.

- To nie tłuszcz - odpowiedziała Tracy. - To znak, że skurczyłaś swoje ciało bardziej, 

niż może się skurczyć twoja skóra. Twoja skóra jest jak za duży sweter, który się marszczy.

Meg szarpnięciem spuściła rękaw i odwróciła twarz.

- Wiem, co chcesz powiedzieć. Chcesz powiedzieć, że jestem anorektyczką. Co z tego, 

że jestem! Nic na to nie poradzę.

Tracy wpatrywała się w ostry profil Meg.

- Być  może  troszkę mogłabyś  poradzić  - powiedziała łagodnie. - Czy myślisz, że 

mogłabyś wybrać się na lunch z Gail i ze mną i zjeść coś? To nie musi być wiele, ale chociaż 

coś.

Plecy Meg były napięte i Tracy pomyślała, że dziewczyna powie „nie”.

- Chyba to mogłabym zrobić - wymamrotała Meg. Tracy poczuła, że ogarniają ulga.

- Cudownie. Wiesz, gdybyś była moją młodszą siostrzyczką, bardzo bym się o ciebie 

martwiła.

Meg wpatrywała się w swoje sznurowane buty.

- Harry się o mnie martwi. Tylko że on nie wie, co zrobić.

Tracy wyciągnęła rękę i łagodnie odgarnęła Meg włosy z czoła.

- Harry nie może nic zrobić, Meg. To ty musisz sama się ratować.

Głowa Meg pochyliła się jeszcze niżej i burkliwy głosik powiedział:

- Nie wiem, czy chcę. Tracy ścisnęło się serce.

- No to spróbuj udawać, że chcesz. Okej? Zrobisz to dla mnie?

- Och... Dobrze - Meg podniosła głowę i odpowiedziała z udawaną irytacją: - Już 

wszystko jest lepsze od twojego dokuczania.

Tracy uśmiechnęła się szeroko.

-   Jestem   świetna   w   dokuczaniu.   Tylko   zapytaj   moją   matkę.   -   Poklepała   Meg   po 

kolanie i wstała.

- Uch, ojej - jęknęła Meg. Tracy popatrzyła na nią.

- O co chodzi?

Oczy Meg poruszały się szybko.

background image

- Tył twojej granatowej sukienki jest cały w psiej sierści.

Tracy odwróciła głowę, żeby popatrzeć.

- Fuj. Wygląda to tak, jakbym miała na sobie więcej ich sierści, niż mają one same. - 

Raz czy dwa bez powodzenia przesunęła dłonią po sukience. - Och, cóż, wizyta w pralni 

chemicznej to załatwi. - Uśmiechnęła się. - Chodź, Meg, pójdziemy zadzwonić do Gail.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Tracy została rozpoznana w restauracji i musiała rozdać z tuzin autografów, zanim 

mogła zacząć jeść. Zrobiła to z takim samym  entuzjazmem jak dziecko, któremu rodzice 

przykazali, żeby było grzeczne podczas wizyty znienawidzonego krewnego.

- Czy to nie denerwujące, że ludzie niepokoją cię w taki sposób? - zapytała Meg, 

kiedy odszedł ostatni łowca autografów.

- To jak ból zęba - odpowiedziała smętnie. Gail westchnęła.

Tracy spiorunowała ją wzrokiem.

- No przecież rozdawałam te głupie autografy, prawda?

- Byłaś cudowna - powiedziała beznamiętnie Gail. Tracy odwróciła się do Meg.

- Czy potrafisz mi powiedzieć, dlaczego ktoś mógłby chcieć mieć czyjś podpis na 

menu? Albo na serwetce? Czy na kawałku papieru toaletowego? Mogę zrozumieć, gdy chce 

się mieć nazwisko autora na książce czy podpis malarza na obrazie, ale na co komu, u licha, 

mój podpis na serwetce?

Meg zadumała się.

- Nie wiem, ale wydaje się, że ludziom to się podoba.

-   Cóż,   mnie   nie   -   powiedziała   Tracy   z   goryczą.   Meg   wpatrywała   się   w   nią   z 

niedowierzaniem.

- Nie podoba ci się bycie aktorką, Tracy?

-   Bardzo   mi   się   podoba   bycie   aktorką.   To   dlatego   przyjęłam   tę   rolę,   bo   to   było 

wyzwanie. Nie podoba mi się tylko bycie gwiazdą.

- Wielkie nieba - powiedziała Meg z oczyma wielkimi jak spodki.

- To jest nieustająca bitwa między Tracy a resztą świata - powiedziała Gail. - Jej 

zdaniem fani nie powinni mieć jej dla siebie, choćby w części, poza jej filmami, a oni chcą 

połknąć ją całą.

- Mogłabyś robić to, co robi Harry, kiedy nieprzyjemni ludzie próbują się do niego 

kleić, bo jest hrabią - powiedziała Meg.

- A co robi Harry? - zapytała zaciekawiona Tracy.

- Spogląda na nich, jak gdyby byli jakimiś wstrętnymi robakami - odparła Meg. - O 

tak. - I zrobiła minę.

Tracy i Gail zaniosły się śmiechem. Meg też się śmiała.

- Cóż, jemu to lepiej wychodzi.

Kelner przystanął przy ich stoliku i zapytał:

background image

- Czy chce pani już złożyć zamówienie, panno Collins?

- Tak - odpowiedziała Tracy.

Obie z Gail zamówiły sałatkę makaronową. Meg po wyraźnym wahaniu zamówiła to 

samo. Kiedy przyniesiono dania, Tracy bardzo się starała nie przyglądać się, jak Meg je. 

Zamiast tego wraz z Gail wciąż wyciągały wspominki z dawniejszych filmów, w większości 

zabawne. Wydawało się, że Meg bawi przysłuchiwanie się, i nim kelner przyszedł zabrać ta-

lerze, Tracy z ulgą zobaczyła, że dziewczyna zjadła trochę sałatki.

Roztropnie nie odezwała się słowem na ten temat.

Kiedy wyszły na zewnątrz, na ciepłe popołudniowe powietrze, żadna nie miała ochoty 

wracać do domu.

- Niewiele miejsc jest otwartych w niedziele, ale możemy pojechać i obejrzeć białe 

konie - zaproponowała Meg.

Tracy natychmiast się zainteresowała.

- Jakie białe konie? Lipicany?

- Nie - zaśmiała  się Meg. - Mam na myśli  wizerunki koni, wyryte  w kredowych 

zboczach. Mamy ich sporo w Wiltshire i są super.

- Och tak, widziałam zdjęcia - odparła Tracy z entuzjazmem. - Bardzo bym chciała je 

zobaczyć.

- Dobrze - powiedziała Meg. - Będę pilotem.

Spędziły przemiły dzień, a obiad także zjadły poza domem. Meg wzbraniała się nieco 

na wzmiankę o kolejnym posiłku, ale kiedy Tracy i Gail wyznały, że konają z głodu, poszła z 

nimi. Zamówiła jednak tylko talerz zupy. Nie skończyła go.

Gail odwiozła Meg i Tracy z powrotem do Silverbridge o ósmej wieczorem.

- Och, zanim zapomnę - przypomniała sobie Gail, kiedy Tracy otworzyła drzwiczki 

samochodu. - Zeszłego wieczora rozmawiałam z Melem. Wysyła ci scenariusz. Chce, żebyś 

go przemyślała.

- Kim jest Mel? - zapytała Meg z tylnego siedzenia.

- Moim agentem - odpowiedziała Tracy i odwróciła się do Gail. - Kto jest autorem?

-   Seth   Nagle   -   Gail   podała   nazwisko   scenarzysty   jednego   z   najbardziej   udanych 

filmów Tracy. - I Harrison Ford jest zainteresowany.

- On jest stary - oświadczył głosik z tylnego siedzenia.

Tracy roześmiała się.

- Zerknę na scenariusz - powiedziała do Gail. - Ale rozmawiałam z Melem o tym, że 

kilka moich ostatnich ról było takich podobnych do siebie. Zgodził się, że spróbuje znaleźć 

background image

mi coś innego. Seth Nagle to znowu to samo.

- Film, w którym teraz grasz, jest inny - zauważyła Gail.

- Wiem - odpowiedziała Tracy. - I uwielbiam to.

- O której masz być jutro na planie? - zapytała Gail.

- Mam być w charakteryzatorni o dziesiątej.

- W takim razie potem spotkamy się w twojej garderobie.

- Dobrze. - Tracy wysunęła się z auta, a Meg poszła w jej ślady. Obie pomachały Gail 

na pożegnanie, kiedy odjeżdżała.

Później Tracy odwróciła się do Meg.

- Chyba przejdę się do stajni, żeby spalić mój obiad.

- W porządku - odpowiedziała Meg. - Ja idę na górę. W telewizji zaraz będzie jeden z 

moich ulubionych programów.

Tracy była zadowolona z braku towarzystwa i raźnym krokiem ruszyła w kierunku 

stajni. Po śniadaniu przebrała się z sukienki w wełniane spodnie i lawendowy kaszmirowy 

sweter bliźniak, które były wystarczające ciepłe w ciągu dnia, ale zbyt cienkie na chłodny 

wieczór. Tracy nie zawróciła jednak do domu, tylko dalej szła w stronę spalonej stajni.

Harry był tam, tak jak na to liczyła; opierał się o ogrodzenie padoku i obserwował 

konie przeżuwające siano, które im wyłożył. Millie i Marshal były z nim. Zbliżając się, Tracy 

policzyła konie na trzech padokach.

- Cześć - odezwała się i stanęła obok niego.

- Witaj - odparł, zerkając na nią szybko. Potem jego spojrzenie powróciło do koni.

Tracy skrzyżowała ręce, czuła wieczorny powiew.

- Widzę, że twoich dwóch zbiegów wróciło.

- Tak. Martin Chubb, jeden z moich dzierżawców, znalazł je zjadające siano na jego 

pastwisku. Przyprowadził je dziś po południu.

Tracy przyjrzała się dziesięciu koniom, które rozdzielono na trzy padoki. Wszystkie 

były nakryte derkami, a ich grzywy i ogony wyraźnie zostały wyczesane. Konie wydawały się 

całkowicie   zadowolone,   kiedy   zanurzały   pyski   każdy   we   własną   stertę   siana,   a   potem 

podnosiły łby, żeby żuć i spokojnie rozglądać się wokół.

- Dzięki Bogu, że to ładny wieczór - powiedziała Tracy. - Gdyby musiały stać na 

dworze w deszczu, nie byłyby takie rade.

- Wiem. - Jego głos zabrzmiał tak, jakby Harry był zamyślony. - Dzisiaj w pobliżu 

Winchester jest impreza hippiczna i udało mi się umówić z firmą, od której wynajęli swoje 

przenośne boksy, że dziesięć sztuk przyjedzie tu jutro.

background image

- To świetnie. Będzie ci łatwiej, kiedy konie znajdą się pod dachem.

Przez   cały   czas,   gdy   Tracy   prowadziła   tę   najzupełniej   zwyczajną   rozmowę,   coś 

kompletnie niezwyczajnego działo się w jej wnętrzu. Harry stał co najmniej pół metra od niej, 

nawet nie muskając jej ramienia rękawem marynarki, a jednak Tracy jeszcze nigdy w całym 

swoim życiu nie była bardziej świadoma fizycznej bliskości mężczyzny. Każdy nerw w jej 

ciele wyczulił się na niego: lekkie poruszenie jego włosów w wieczornej bryzie, zatrzepotanie 

rzęsami, drgnięcie ścięgna w jego lewej dłoni, kiedy oparł ją na ogrodzeniu - wszystko to 

oddziaływało na nią w przemożny i niepokojący sposób. Raptem Harry zapytał:

- Czy Meg coś dzisiaj jadła?

- Trochę. Zjadła nieco sałatki makaronowej na lunch i pól talerza zupy na obiad.

- To dobrze. - Zerknął ponad ramieniem Tracy, jakby spodziewał się kogoś jeszcze. - 

Gdzie ona jest? Myślałem, że chodzi za tobą jak cień.

- Chciała obejrzeć telewizję.

- Nie, nie chciała. - W jego głosie zabrzmiało ogromne znużenie. - Chciała pójść do 

swojego pokoju, żeby ćwiczeniami spalić wszystkie te kalorie, które dzisiaj skonsumowała.

Tracy zapytała ostrożnie:

- Jak poważny jest jej stan?

Oparł rękę na ogrodzeniu padoku i odwrócił twarz do Tracy.

- Nie ma potrzeby, żeby szła do szpitala, a przynajmniej jeszcze nie. Właściwie to 

kiedy rozmawiałem wczoraj z jej terapeutką, powiedziała mi, że zauważyła pewną poprawę. 

Najwyraźniej ten film przyciągnął jej uwagę. Jednym z problemów z anorektykami jest to, że 

tak skupiają się na sobie, że tracą zainteresowanie wszystkim innym. Terapeutką powiedziała 

mi też, że jej zdaniem Meg przywiązała się do ciebie.

Tracy spojrzała w jego brązowe oczy i dreszcz przebiegł jej po plecach. Odchrząknęła 

i powiedziała:

-   Jeżeli   jest   coś,   cokolwiek,   co   mogę   zrobić,   żeby   pomóc,   to   proszę,   powiedz. 

Anoreksja to okropna choroba i wiem, że trudno ją leczyć.

- Dziękuję. Prosiłbym cię, żebyś nadal się z nią przyjaźniła, jeżeli to nie będzie zbyt 

wielki kłopot.

Ona   ufa   bardzo   niewielu   ludziom.   To   jest   jeden   z   powodów,   które   wywołały   to 

zaburzenie.

- Oczywiście, nadal będę jej przyjaciółką. To nie kłopot, lubię Meg.

- Dziękuję - powiedział cicho.

Po   raz   pierwszy   zauważyła,   że   Harry   ma   na   wierzchu   dłoni   świeże,   brzydkie 

background image

oparzenie.

-   Powinieneś   mieć   opatrunek,   żeby   nie   wdała   się   infekcja.   -   I   bez   zastanowienia 

sięgnęła po jego dłoń, jak gdyby chciała uważniej przyjrzeć się oparzeniu.

W chwili, kiedy go dotknęła, jego dłoń odwróciła się, a jego palce pochwyciły palce 

Tracy. Odezwał się chrapliwym głosem:

- Niebezpiecznie tak robić.

Poddała się, kiedy tylko jego wargi dotknęły jej ust; całe jej ciało poddało mu się, 

zatracając się w jego sile. Wszelkie myśli zastygły. Wszystko było czuciem: smak jego ust; 

uderzający do głowy zapach jego płynu po goleniu; dotyk jego ciała przy jej ciele - uczucie 

szaleńczo   erotyczne,   a   jednak   dziwnie   kojące.   Tracy   doświadczyła   tego   wszystkiego   tak 

intensywnie,   że   zakręciło   jej   się   w   głowie   i   musiała   przytrzymać   się   Harry'ego   jeszcze 

mocniej, żeby nie upaść.

Wreszcie podniósł głowę, ale nie pozwolił Tracy się odsunąć. Zamiast tego przysunął 

jej głowę do swego ramienia i wtopił usta w jej włosy.

- Tracy - powiedział głosem zdradzającym, że jest poruszony do głębi.

Tracy objęła go rękoma w pasie i mocno przytrzymała. Przez chwilę zatrzymaną w 

czasie stali w milczeniu, zamknięci w uścisku.

Odskoczyli   od   siebie,   gdy   tylko   usłyszeli   odgłos   aparatu   fotograficznego.   Tracy 

przeraziła  się, widząc Jasona Counesa stojącego o jakieś sześć metrów  dalej, z aparatem 

wycelowanym w ich stronę.

Harry zaklął i ruszył w jego kierunku. Counes odwrócił się i rzucił do ucieczki. Harry 

pobiegł za nim i obaj zniknęli między drzewami.

Serce Tracy waliło jak młot. Ten wstrętny, wstrętny człowiek. Miała ochotę go zabić i 

obawiała się, że Harry czuje to samo. Odezwała się głośno:

-   Na   miłość   boską,   Harry,   nie   zrób   mu   krzywdy.   Zadrżała   na   myśl   o   tym,   co 

napisałyby gazety, gdyby Jason został pobity.

Harry pojawił się nareszcie w zasięgu jej wzroku, wychodząc z lasu. W dłoniach miał 

aparat. Tracy wyszła mu na spotkanie.

- Mam aparat tego małego skunksa - powiedział, kiedy się do niego zbliżyła. Był 

blady z wściekłości. - I powiedziałem mu też, co zrobię, jeżeli znowu złapię go na moim 

terenie. Mam nadzieję, że słuchał, bo mówiłem poważnie.

- To ten człowiek, który mnie nęka - odparła Tracy. Harry skinął głową, zerknął na 

zegarek i powiedział szorstko:

- Powinniśmy wracać do domu. Wkrótce będzie ciemno.

background image

Incydent z aparatem zmienił go z kochanka w czujnego obcego. Tracy nie wiedziała, 

czy powinna być rozgniewana, czy zasmucona. Nie odzywając się, towarzyszyła mu w drodze 

powrotnej ze stajni. W miejscu, skąd odchodziła droga do lasu, psy zaczęły wyć.

-   O   co   chodzi?   -   odezwał   się   Harry   z   mieszaniną   zaciekawienia   i   narastającego 

niepokoju.

Tracy popatrzyła na psy - oba przyczaiły się jak do ataku, ze zjeżoną sierścią i oczyma 

utkwionymi w jednym punkcie. Gardłowe warczenie, jakie wydawały, sprawiało, że włosy 

stawały dęba.

- Co one tam widzą? - zapytał Harry i spojrzał tam, gdzie patrzyły psy.

Tracy zrobiła tak samo i zobaczyła na ścieżce mężczyznę i kobietę splecionych w 

namiętnym uścisku. Włosy mężczyzny były jaśniejsze niż Harry'ego, a kobiety ciemniejsze 

niż Tracy. Cała ich poza wyrażała rozpacz.

- Ty niczego nie widzisz? - ostrożnie zapytała Harry'ego.

- Nie, a ty?

Kiedy nie odpowiedziała, odwrócił się do psów.

- Spokój, Marshal. Spokój, Millie. Wszystko w porządku. Tam nic nie ma.

Marshal wydał ostre, groźne szczeknięcie, i ruszył  naprzód. Szczeknięcie zwróciło 

uwagę Tracy, która oderwała wzrok od pary na ścieżce. Czarno - biały spaniel Marshal z 

uniesionymi miękkimi uszami zaskakująco przypominał wyglądem wilka. A potem w jednej 

chwili pies uspokoił się.

Tracy   natychmiast   ponownie   spojrzała   w   miejsce,   gdzie   przed   chwilą   widziała 

Charlesa i Isabel. Nie było tam nikogo.

-   Wśród   poszycia   musi   być   jakieś   zwierzę,   chociaż   psy   zwykle   nie   reagują   tak 

zaciekle na dzikie drapieżniki - powiedział Harry.

On ich nie widział.

Tracy popatrzyła na Harry'ego ze zdumieniem, kiedy zdała sobie sprawę, że jego oczy 

były ślepe na te wizje. Wyraźnie oczy Charlesa i Isabel były ślepe na epokę, w którą się 

wdarli.

Tracy była jedyną osobą zdolną dostrzegać oba światy.

Bariera czasu musi być niczym jedno z tych okien, które działają jak prawdziwe okno 

po jednej stronie i jak lustro po drugiej, pomyślała. Jestem jedyną osobą po stronie z oknem. 

Wszyscy inni widzą tylko odbicie swojego własnego świata.

- Teraz wydają się spokojne - powiedział Harry i znowu zaczął iść ścieżką. Tracy 

dołączyła do niego i razem, a jednak osobno, szli w stronę domu.

background image

Tracy   poszła   prosto   do   swojego   pokoju,   zamknęła   drzwi   i   stanęła   przy   oknie, 

opierając czoło o szybę.

Co się ze mną dzieje? Dlaczego czuję się tak w stosunku do akurat tego mężczyzny ?

Wiedziała, że gdyby Harry zapytał, czy może przyjść do jej pokoju, odpowiedziałaby 

„tak”. Możliwość owego „tak” wywróciła jej świat do góry nogami. Rzeczywistość wyglądała 

tak,   że   w   świecie,   gdzie   seks   uważa   się   bardziej   za   darmową   rozrywkę   niż   za   oznakę 

zaangażowania, Tracy nigdy w życiu nie spała z nikim poza Scottym.

Jej hollywoodzcy przyjaciele nie uwierzyliby w jej pruderię. W ciągu lat znalazła 

wiele powodów, żeby wyjaśnić swoje zachowanie zarówno sobie samej, jak i innym. Nie 

chciała nabawić się choroby wenerycznej; nie chciała zajść w ciążę, a żaden środek anty-

koncepcyjny nie jest niezawodny; jej religia nauczała, że seks bez małżeństwa to grzech. Te 

całkowicie uzasadnione motywy przedstawiała, by wyjaśniać, dlaczego nie realizuje tego, co 

jej przyjaciółki nazywały potrzebami seksualnymi.

A prawdziwa przyczyna kryjąca się za jej zachowaniem była bardzo prosta: nie czuła 

pokusy.

Tracy uwielbiała Scotty'ego i uwielbiała uprawiać z nim seks. Śmiali się i kochali, i 

byli  sobie bliscy w każdy możliwy sposób, tak samo  fizycznie, jak emocjonalnie. Każdy 

mężczyzna,  którego  spotkała   po śmierci   Scotty'ego,   wydawał  jej  się  obcy.   Po  prostu  nie 

potrafiła się zdobyć na to, żeby robić z kimś obcym to, co robiła ze Scottym.

A potem pojawił się ten mężczyzna. I odsuwał Scotty'ego na bok.

Tracy poczuła łzy piekące ją pod powiekami.

Nie mam już nawet twojego zdjęcia w sypialni.

W rzeczywistości studio fotograficzne w Westport zachowało negatywy z jej ślubu i 

obiecało wykonać nową odbitkę i przysłać jej. Ale w zamęcie nękających ją uczuć mogła 

myśleć tylko o tym, że chce popatrzeć na Scotty'ego w tej właśnie chwili, a nie może.

Czy to możliwe,  że jest  jakaś  więź  między  Harrym  a mną,  która  sięga daleko  w 

przeszłość?

Ale jeżeli tak właśnie było, jeżeli wizje w jakiś sposób wiązały się z nią i Harrym, 

dlaczego ona je widziała, a on nie?

Pomyślała,   że   może   dlatego,   że   jest   na   nie   bardziej   podatna.   Przypomniała   sobie 

wyraźnie kpiący sposób, w jaki potraktował jej pytania o duchy, i pomyślała, że być może 

jego sceptycyzm działał jak bariera pomiędzy nim a wiadomością, którą zamierzali przekazać 

Charles i Isabel - cokolwiek to było.

Zapukała do drzwi łazienki, żeby się upewnić, czy nie ma tam Meg, a potem wzięła 

background image

prysznic, wysuszyła włosy suszarką i nałożyła satynową piżamę w kolorze kości słoniowej. 

Kiedy   wyszła   z   łazienki,   podeszła   do   okna.   Właśnie   odsunęła   zasłonę,   żeby   wyjrzeć   w 

oświetloną księżycowym światłem noc, gdy jej wzrok przykuła niewyraźna postać znikająca 

za rogiem domu.

Otworzyła okno i wychyliła się, starając się dojrzeć, kto to był, ale w ciągu krótkiej 

chwili, jaką jej to zajęło, postać znikła.

Serce Tracy zaczęło łomotać.

Co się tutaj dzieje? Czy ktoś skrada się w ciemnościach, planując kolejny akt sabotażu 

?

Nie namyślając się wiele, pobiegła korytarzem do saloniku, żeby sprawdzić, czy jest 

tam Harry. Był tam i Tracy pospiesznie opowiedziała mu, co zobaczyła i czego się obawiała.

- Zostań tutaj - powiedział. - Pójdę się rozejrzeć. Podeszła do okna od frontu, wyjrzała 

i już po chwili zobaczyła Harry'ego znikającego za rogiem budynku. Miał ze sobą latarkę, 

której   światłem   omiatał   trawnik,   szukając   wszystkiego,   co   wyglądałoby   podejrzanie. 

Najwyraźniej niczego nie znalazł, bo odwrócił się i ruszył z powrotem w kierunku bocznego 

wejścia. Niedługo potem Tracy usłyszała jego kroki na klatce schodowej.

- Nie ma śladu kogokolwiek - powiedział Harry, wchodząc do pokoju. - Może ci się 

wydawało.

- Nie sądzę - odparła Tracy. Odeszła od okna i stanęła pośrodku saloniku, z lękiem 

mocno zaciskając dłonie.

Brązowe oczy Harry'ego przesunęły się od jej ust na piersi i biodra.

- Śliczna piżama - powiedział.

Tracy nagle zdała sobie sprawę, że Harry myśli, że zaplanowała tę scenę, żeby go 

uwieść. Ogarnęła ją wściekłość.

- Przepraszam, że pana niepokoiłam, milordzie - powiedziała cierpko. - Nie będę już 

zabierać ani chwili pańskiego cennego czasu.

Żeby dostać się do drzwi, musiała przejść obok niego, do czego przygotowała się, 

zadzierając podbródek i napinając się cała.

- Tracy - powiedział i wyciągnął rękę w stronę jej okrytego satyną ramienia.

Wyrwała mu się.

- Dobranoc - odpowiedziała ze złością, a potem minęła go i ruszyła do bezpiecznej 

kryjówki swojego pokoju.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Kiedy Tracy obudziła się rano, jej gniew ulotnił się, pozostawiając tylko determinację, 

żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Charlesie i Isabel.

Muszę ich znowu zobaczyć. Muszę zrozumieć, dlaczego misie ukazują.

Być   może   te   wizje   miały   po   prostu   sprawić,   by   dowiedziała   się   o   jakiejś   swojej 

dawniejszej   więzi   z   Harrym.   Być   może   ich   celem   było   wyczulenie   jej   na   to,   że   był   jej 

przeznaczeniem.

Jej wargi wygięły się w kwaśnym uśmiechu.

Przeznaczenie. Jakże Scotty by się ze mnie śmiał.

Zerknęła   na   budzik   na   nocnej   szafce   i   zobaczyła,   że   nie   zadzwoni   jeszcze   przez 

godzinę. Zastanawiała się, czy zostać w łóżku, czy nie. Uznała, że jest całkiem rozbudzona i 

że już nie zaśnie. Wyciągnęła ręce za głowę, ziewnęła, wyłączyła budzik, podniosła się z 

łóżka i poszła do łazienki.

Podczas ubierania się wpadła na pomysł, żeby wykorzystać dodatkową godzinę na 

zbadanie reszty domu. Zjawy wydawały się pojawiać w tych samych miejscach, gdzie prawie 

sto lat wcześniej rozegrały się rzeczywiste wydarzenia.

Bardzo   mało   prawdopodobne,   żeby   Charles   spotykał   się   z   guwernantką   w 

sypialnianym skrzydle domu. To zapewne dlatego nigdy nie widziałam ich w żadnym z pokoi 

składających się na apartament rodziny. Muszę pójść do wspólnych pokoi, takich jak salon na 

górze, gdzie raz ich zobaczyłam.

Zapięła zamek dżinsów, wsunęła stopy w skórzane mokasyny i sprawdziła korytarz. 

Chciała   zobaczyć,   czy   droga   wolna.   Była   wolna,   więc   Tracy   śmiało   ruszyła   do   drzwi 

łączących apartament z salonem na piętrze, otworzyła je i weszła do środka.

Tym razem pokój był pusty. Tracy podeszła do pięknie dekorowanych podwójnych 

drzwi, otworzyła je i po raz pierwszy wkroczyła do tej części Silverbridge, w której mieszkał 

Charles, a którą obecnie tylko przez dwa miesiące w roku oglądali zwiedzający.

Ogromne, obwieszone obrazami foyer ukazało wspaniale rzeźbioną klatkę schodową, 

która prowadziła na niższy poziom. Tracy powoli zeszła na dół, zerknąwszy z podziwem w 

górę na cudowny kryształowy żyrandol.

Później będzie się zachwycać kolekcją obrazów wiszących na ścianach Silverbridge: 

czterema malowidłami historycznymi pędzla Angeliki Kauffmann w holu klatki schodowej, 

dwoma van Dyckami w bibliotece, ogromnym Constable'em w jednym z salonów, dwoma 

pejzażami Claude'a w jadalni, Tycjanem i trzema portretami Velazqueza w jednym salonie, 

background image

dwoma   Turnerami   w   drugim,   a   w   następnym   -   z   obrazem   Reynoldsa   nad   kominkiem, 

przedstawiającym   naturalnej   wielkości   wizerunek   ateńskiej   kurtyzany   Thais   nakłaniającej 

Aleksandra   Wielkiego   do   spalenia   perskiego   pałacu   królewskiego   w   Persepolis.   Później 

będzie się zachwycać  plafonami  Josepha Rose'a i Antonio Zucchiego,  gzymsami  nad ko-

minkiem   Thomasa   Cartera   i   stuletnimi   dywanami   Aubussona.   Będzie   podziwiać   meble 

Chippendale'a, herby na ścianach wejściowego hallu, elegancki fryz w holu klatki schodowej. 

Ale w tej chwili dom zszedł w jej myślach na drugi plan. Szukała Charlesa.

Znalazła   go   w   bibliotece,   stojącego   przed   pięknym   gzymsem   nad   kominkiem, 

pyszniącym się dwiema rzeźbionymi marmurowymi płycinami. Jednak kobieta, która była z 

Charlesem,   to   nie   była   Isabel.   Była   starsza,   miała   jasne   włosy   przycięte   krótko   w   stylu 

regencji  i   nosiła  długą,   niebieską   empirową   suknię.   Stała   przed  Charlesem,  a   jej   napięte 

ramiona zdradzały gniew.

- Chcę, żeby Isabel odeszła - kobieta powiedziała rygorystycznym, ostrym tonem. - 

Może pojechać do jednej ze swoich kuzynek.

Charles   miał   na   sobie   strój   do   konnej   jazdy,   który   sprawiał,   że   jego   ramiona 

wyglądały na bardzo szerokie. Wyraz jego twarzy był ostrożny, kiedy spoglądał na kobietę, 

która musiała być jego żoną.

-   Dlaczego   ma   odejść,   Caroline?   -   zapytał   z   dobrze   odegranym   zdziwieniem.   - 

Doskonale wykonuje swoją pracę. Dzieci ją uwielbiają.

- To nie adoracja dzieci mnie martwi - odpowiedziała kobieta z goryczą.

Jego brązowe oczy stały się jeszcze bardziej czujne.

- Co masz na myśli? Kobieta zadarła głowę.

-   Doskonale   wiesz,   co   mam   na   myśli,   Charlesie.   Podkochujesz   się   w   niej!   Nie 

pozwolę się oszukiwać w moim własnym domu. Ani nie przystanę na menage a trois, do 

czego została zmuszona biedna Georgiana Devonshire.

Jego twarz stężała w sposób, jaki Tracy widywała u Harry'ego.

- Ależ to absurdalne, Caroline. I obraźliwe. Jeżeli sądzisz, że wykorzystałbym młodą 

dziewczynę znajdującą się pod moją opieką, to niezbyt dobrze mnie znasz.

Kobieta ironicznie zmrużyła oczy.

- Sądzę raczej, że jest odwrotnie, Charlesie, i że to słodka, bezbronna mała Isabel 

wykorzystuje ciebie.

- To śmieszne. - Teraz był wyraźnie zły.

- Nie, wcale  nie, tylko  że  ty jesteś  zbyt  ogłupiony,  żeby to  dostrzec.  Chcę,  żeby 

odeszła z tego domu, Charlesie. Czy mnie słyszysz? - W jej głosie zabrzmiała nuta zbliżającej 

background image

się histerii.

Jego twarz miała ponury wyraz.

- Ona nie ma dokąd pójść.

- To nie moje zmartwienie. Przyjęłam ją, dałam jej dom, powierzyłam jej moje dzieci, 

a ona odpłaca mi, próbując ukraść mi męża. Cóż, nie będę tego znosić, Charlesie. Pozbądź się 

jej albo sama ją wyrzucę. - I z takim dictum odwróciła się od niego, przeszła obok Tracy, po 

czym opuściła pokój.

Tracy odczuła jej przejście obok jako powiew chłodnego powietrza.

Pozostawiony sam sobie Charles odwrócił twarz w stronę kominka. Położył dłonie na 

półce nad nim i pochylił głowę. Ze swojego miejsca Tracy mogła dostrzec ścięgna napinające 

się w jego dłoniach, tak mocno uchwycił się drewna.

Zastanawiała się, co by się stało, gdyby do niego przemówiła.

-   Charlesie   -   powiedziała   łagodnie.   W   jego   postawie   nie   zaszła   żadna   zmiana. 

Spróbowała znowu, teraz ostrzej.

- Charlesie!

Nadal nic. Nie mógł jej widzieć, nie mógł jej też usłyszeć.

Stał tam przez długą chwilę, a Tracy stała także, obserwując go. Potem wyprostował 

się i pomaszerował pewnie w stronę drzwi. Tracy patrzyła, jak wychodzi, i pomyślała, że 

jeszcze w jednym miała rację. Charles nie poruszał się z kocią zwinnością Harry'ego . Chodził 

jak żołnierz.

Tracy stawiła się do charakteryzacji kilka minut przed czasem, a potem wróciła do 

swojej garderoby, żeby zaczekać, aż będzie potrzebna. Tak jak Gail jej obiecała, czekała tam 

już ze stertą listów wymagających podpisu Tracy. Kiedy Tracy skończyła podpisywać ostatni 

list, Gail odezwała się:

- Jakoś dziwnie widzieć cię bez Meg u boku. Tracy zerknęła  na sekretarkę, żeby 

zobaczyć, czy mówiła serio. Na twarzy Gail nie było widać ironicznej miny,  którą Tracy 

znała aż za dobrze; wyglądała poważnie.

-   A   wracając   do   biednej   bogatej   dziewczynki   -   powiedziała.   -   To,   co   wczoraj 

opowiedziała o swoim dzieciństwie, wystarczyło, żeby krew zastygła mi w żyłach.

Tracy westchnęła.

- Kiedy nie jest się kochanym w dzieciństwie, powstają szkody, których czasem nie da 

się naprawić.

-   My   nie   mieliśmy   ani   grosza,   ale   wszyscy   wiedzieliśmy,   że   jesteśmy   kochani   - 

odpowiedziała Gail. - Jeżeli tak na to spojrzeć, to chyba miałam więcej szczęścia niż Meg.

background image

- Miałaś - zgodziła się Tracy. - Jej brat posyła ją do terapeutki. Ta kobieta powiedziała 

mu, że kręcenie tego filmu w ich posiadłości ma dobroczynny wpływ na Meg. Dało jej to coś, 

o czym może myśleć, oprócz wymiarów.

- Ach, tak - odparła Gail. - Jej brat. - Uniosła brew. - Zakładam, że masz na myśli 

lorda Silverbridge'a, a nie tego młodszego.

Tracy ostrożnie rozłożyła spódnicę i usiadła na krześle przed lustrem.

- Lord Silverbridge jest jej prawnym opiekunem.

- On ma to coś, co rzadko spotyka się w tych czasach u mężczyzny - powiedziała Gail. 

Siedziała na kanapie i wkładała listy do kopert.

- Co masz na myśli? - zapytała zaciekawiona Tracy. Gail podniosła wzrok i z zadumą 

zmarszczyła czoło.

-   Nie   potrafię   powiedzieć   dokładnie.   To   nie   chodzi   o   to,   że   jest   przystojny   albo 

seksowny,  chociaż jest i taki, i taki. Ale na świecie są tysiące przystojnych, seksownych 

mężczyzn. To jest... Och, nie wiem, ale cokolwiek to jest, on to ma.

- Jest hrabią - powiedziała Tracy.

- A co to ma  z tym  wspólnego? - Gail wróciła  do zapełniania  kopert dopiero co 

podpisanymi listami.

- Wszystko. On zawsze był całkowicie pewien swego i swojej pozycji w świecie. To 

część tego, kim jest. A jest hrabią.

- To brzmi bardzo klasowo - powiedziała Gail. Upchnęła ostatni list do koperty i 

uporządkowała je, żeby móc spiąć je gumką.

- Anglia to nadal społeczeństwo podzielone na klasy - powiedziała Tracy. - O wiele 

bardziej niż Ameryka.

Rozległo się pukanie do drzwi przyczepy i męski głos zawołał:

- Czekają na panią, panno Collins.

- Dziękuję - odkrzyknęła.  Sprawdziła makijaż przed lustrem,  zabrała sweter, żeby 

nałożyć go na cienką suknię z czasów regencji, i wyszła.

Poranne ujęcia składały się na jedną z najważniejszych scen w filmie. Był to moment, 

kiedy Martin jest prawie pewien, że jego żona zdradza go z innymi mężczyznami, i po raz 

pierwszy wyraża głośno swoje podejrzenia. Julia gwałtownie zaprzecza jego oskarżeniom. 

Scena kończy się pocałunkiem, który stanowił jeden z najważniejszych momentów książki i 

musiał być też jednym z najważniejszych momentów filmu.

Dave omówił z nimi scenę, nim zaczęli.

- Jon, ta scena jest bardzo istotna dla Martina. Jest już prawie przekonany, że Julia jest 

background image

mu niewierna, ale wciąż odczuwa do niej bardzo silny pociąg. Nie cierpi tego pociągu, chce 

się od niego uwolnić, ale nie potrafi. To jest scena, która pokazuje wszystkie jego wewnętrzne 

konflikty.  Martin zaczyna od oskarżenia jej, narasta w nim gniew, kiedy słucha, jak ona 

zaprzecza jego oskarżeniom, chce ją wyrzucić ze swojego domu i ze swojego życia, ale kiedy 

ona wabi go fizycznie, nie potrafi się jej oprzeć. Jego uczucia pod koniec sceny to frustracja, 

desperacja i czysta, niepohamowana żądza. Jesteś gotów?

- Tak - odpowiedział Jon.

Dzień był pochmurny, w prognozie pogody zapowiadano deszcz po południu i Dave 

koniecznie chciał skończyć ujęcie, nim zacznie padać.

- Dobrze, Tracy - powiedział. - To jest najważniejsza scena także dla twojej postaci. 

Po raz pierwszy widzimy wyraźnie, że Julia jest świadoma swojej seksualnej siły, a kiedy 

używa tej siły, żeby uspokoić podejrzenia męża, wydobywa się na pierwszy plan kwestia 

tego, które z nich kontroluję sytuację.

- Tak - powiedziała Tracy.

Faktycznie na długo przed wzięciem udziału w pierwszym czytaniu scenariusza Tracy 

postanowiła zagrać Julię jako młodą dziewczynę, która została erotycznie rozbudzona przez 

męża i która stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę z władzy, jaką seksualny magnetyzm 

daje jej nad mężczyznami. W oczach Tracy Julia nie była winna niewierności, o którą po-

sądzał ją mąż, ale była winna tego, że stanowiła seksualną pokusę.

I na tym polegała tragedia, zdaniem Tracy. Młoda dziewczyna, dziewiętnastowieczna 

młoda dziewczyna, wychowana, by uważać samą siebie za bezradną, za pionka w rękach 

mężczyzn, odkryła, że ma cudowną władzę nad tymi wyższymi istotami, które rządziły jej 

życiem. Wykorzystywała tę władzę nieostrożnie i przez to doprowadziła do własnego upadku.

Książka i film celowo pozostawiały kwestię winy Julii nierozstrzygniętą. Była czy nie 

była winna? Ale dla Tracy Julia była niewinną istotą, zniszczoną nie tylko przez męża, lecz 

także przez społeczeństwo, które uczyniło ją tym, czym była.

- Świetnie - powiedział Dave. - No to do roboty.  Nakręcili scenę. Od pierwszego 

wypowiedzianego słowa Jon emanował taką ledwie kontrolowaną złością, że Tracy łatwo 

mogła   wczuć   się   w   rolę.   W   konfrontacji   z   rozzłoszczonym,   groźnym   mężczyzną   Julia 

instynktownie uspokajałaby go i zjednywała sobie. Po swoich początkowych pełnych urazy 

zaprzeczeniach   oskarżeniom   ze   strony   męża   starałaby   się   udobruchać   go,   wykorzystując 

jedyną władzę, jaką miała nad mężczyznami.

- Naprawdę, milordzie - powiedziała Tracy łagodnie, niemal bez tchu. - Ty jesteś 

jedynym, którego kocham. - Podniosła powieki i przelotne spojrzenie na pełną złości twarz 

background image

Jona kazało jej cofnąć się od niego o krok. Potem,  zdeterminowana,  by zachowywać się 

dzielnie, z powrotem przysunęła się i uniosła dłoń, żeby dotknąć jego surduta. - Nie wiem, 

czemu wysuwasz przeciwko mnie te oskarżenia. - Pozwoliła, by jej oczy napełniły się łzami. - 

One mnie ranią.

Gniewnie strącił jej dłoń z klapy surduta.

- Moje słowa nie mogą zranić cię bardziej, niż twoje zachowanie zraniło mnie. - Jego 

głos był przepełniony goryczą.

Tracy zamrugała, tak żeby dwie łzy stoczyły się po jej twarzy.

- Jesteś moim mężem, milordzie. Wiesz dobrze, że byłam niewinna, kiedy weszłam do 

twojego łoża. Jak możesz wierzyć, ze splamiłabym przysięgę, którą ci złożyłam?

Jon   spoglądał   na   nią.   Na   jego   twarzy   widać   było   konsternację   zmieszaną   z 

wściekłością. Ujęła jego twarz w dłonie i podniosła ku niemu głowę.

- Nigdy bym pana nie zdradziła, milordzie. - Przygryzła dolną wargę, przyciągając 

jego uwagę do swych soczystych ust. - Naprawdę - wyszeptała.

Jon wydał z siebie pomruk niczym zranione zwierzę, wyciągnął ręce i gwałtownie 

przyciągnął ją do siebie. Potem jego usta, twarde, obezwładniające, karzące, opadły na jej 

wargi.

To był przerażający pocałunek i kiedy Jon wreszcie ją puścił, Tracy poczuła smak 

krwi. Cofnęła się od niego i podniosła dłoń do ust.

- Jak to ci się podobało, madame? - powiedział Jon groźnym tonem. - Czy miałabyś 

chęć kontynuować to spotkanie w naszej sypialni?

Serce waliło Tracy jak młotem i wpatrywała się w krew, która zaplamiła jej palce. Ten 

pocałunek to było znacznie więcej, niż się spodziewała.

Boję się, pomyślała.

Boję się, a jedyny sposób, żebym była bezpieczna, to sprawić, żeby mnie pragnął.

Z   ledwie   skrywanym   dreszczem   podeszła   do   męża,   objęła   go   rękoma   w   pasie   i 

położyła mu głowę na ramieniu.

- Przykro mi, milordzie - wyszeptała. - Tak mi przykro, że cię rozgniewałam. Nigdy 

tego nie chciałam. Myślałam, że jestem po prostu uprzejma dla tych mężczyzn. Nie było nic 

ponadto, daję słowo.

Poczuła, jak sztywne jest ciało Jona pod jej dotykiem. Nie mogła dostrzec wyrazu jego 

twarzy, którą filmowała kamera. Aż wreszcie odpowiedział jej zduszonym głosem:

- Chodźmy na górę.

- Cięcie - zawołał Dave. - Bierzemy. Promieniał, podchodząc do dwojga swoich głów-

background image

nych aktorów.

-   To   było   wspaniałe,   absolutnie   wspaniałe.   Charakteryzatorka   przyniosła   Tracy 

chusteczkę, którą ta przyłożyła sobie do rozciętej wargi.

- To z pewnością było realistyczne - powiedziała z ożywieniem. - Wystraszyłeś mnie 

prawie na śmierć, Jon.

Nadal wyglądał tak, jak podczas kręcenia sceny. Jego głos zabrzmiał chropawo, kiedy 

odparł:

- Przepraszam, że rozciąłem ci wargę. Nie zamierzałem.

- Rozcięta warga jest świetna - zachwycał się Dave. Zatarł dłonie. - Pierwsza krew 

przelana przez Julię. - Poklepał Jona po plecach i odwrócił się do Tracy. - Byłaś cudowna, 

Tracy... niewinna, a jednak bardzo seksowna. Okej. Zróbmy to jeszcze raz.

Kiedy tylko skończył mówić, zaczął padać deszcz. Tracy poczuła ulgę, że nie musi 

powtarzać sceny. Nie chciała nigdy więcej znaleźć się w pułapce stalowego uścisku Jona ani 

poddawać się jego porywającemu pocałunkowi. To doświadczenie było jednocześnie straszne 

i głęboko odrażające.

Nadszedł  Greg z ogromnym  golfowym  parasolem i  przytrzymywał  go nad Tracy, 

podczas gdy Dave narzekał:

- Do diabła, do diabła! Jeżeli pierwsze ujęcie nie wyjdzie, będziemy musieli zaczynać 

wszystko od nowa.

- Założę się, że scena jest świetna, taka jak ją nakręciliśmy - powiedziała Tracy.

Dave westchnął.

- Będę musiał  poczekać  do jutra, aż zobaczę  kopię materiałów  z dzisiaj. To była 

ostatnia scena w ogrodzie. Dalej mamy zacząć kręcić w domu. - Znowu westchnął. - Cóż, 

deszcz nas stąd wypędził. Przynajmniej będziemy mieć więcej czasu na przygotowanie domu 

do zdjęć.

Deszcz mocno bębnił o parasol Tracy.

- A co z aktorami, Dave? Czy mamy wolne popołudnie?

- Tak - odpowiedział  Dave. - Ale jutro bądźcie  gotowi  na wezwanie. Jeżeli  przy 

przeglądaniu materiałów zobaczę jakiś problem z dzisiejszymi ujęciami, będę chciał nakręcić 

tę scenę jeszcze raz.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Kiedy   Tracy   wróciła,   w   przyczepie   Gail   rozmawiała   przez   telefon.   Tracy   skinęła 

sekretarce ręką, usiadła przy toaletce i zaczęła nakładać na twarz krem, jednocześnie przez 

cały czas słuchając tego, co Gail mówiła do słuchawki.

- Nie rozumiem, jak Tracy ma wystąpić w programie Lettermana, skoro wciąż kręci w 

Anglii, Mel - powiedziała Gail rzeczowym tonem.

Tracy obróciła się na krześle i bezgłośnie wypowiedziała: - Żadnego Lettermana - Nie 

znosiła   występować   w   „Letterman   Show”.   Letterman   utrzymywał   w   swoim   studiu 

temperaturę ledwie kilku stopni powyżej zera, co byłoby w porządku, gdyby Tracy mogła 

mieć   na   sobie   wełniane   spodnie,   sweter   i   ciepłą   bieliznę.   Ale   wytwórnia   nalegała,   żeby 

wyglądała   olśniewająco,   co   przekładało   się   na   „odsłoń   dużo   ciała”,   i   dwukrotnie,   kiedy 

występowała w programie, zmarzła na kość.

Gail odpowiedziała, nadal rzeczowo:

- Tak, wiem, że jej film wchodzi na ekrany pod koniec czerwca, i wiem, że wytwórnia 

oczekuje, że będzie go promować. Ale ona nie może być w dwóch miejscach jednocześnie, 

Mel.   -   Gail   przewróciła   oczami,   słuchając   odpowiedzi   Mela.   Potem   położyła   dłoń   na 

słuchawce   i   powiedziała:   -   On   chce,   żebyś   poleciała   do   Nowego   Jorku,   wystąpiła   w 

programie i następnego dnia powróciła do Anglii. Tracy wyciągnęła rękę.

- Daj mi ten telefon. Gail usłuchała.

- Mel - odezwała się Tracy. - Czy ty postradałeś rozum? Nie zamierzam przemierzać 

Atlantyku dwukrotnie w ciągu dwóch dni.

Po telefonicznym kablu nadeszła odpowiedź z Kalifornii:

- Możesz polecieć concorde'em, maleńka.

- Nie, nie mogę polecieć concorde'em. Cały ten pomysł jest śmieszny.

- Tracy. - Zawsze kiedy Mel nazywał ją „Tracy”, a nie „maleńka”, wiedziała, że jest 

zły. - Wytwórnia oczekuje, że będziesz promować ten film. Spodziewają się, że to będzie 

jeden z hitów lata, a skoro ty jesteś jego gwiazdą, musisz zrobić swoje, żeby go nagłośnić.

- Wiem o tym, Mel. - Jej głos był nieugięty. - I wystąpię u Lena, kiedy wrócę do 

domu.   Ale nie  zamierzam  latać  tam  i  z  powrotem,  żeby wystąpić  w  „Letterman  Show”, 

którego nie znoszę.

- On ma duże wpływy.

- Do diabła z jego wpływami - odpowiedziała Tracy. - I do diabła z tobą, Mel.

Mel westchnął.

background image

- Dobrze. Wymigam się od Lettermana.

- Dziękuję.

- W każdym razie i tak będzie głośno o tobie z innego źródła. Co jest między tobą a 

hrabią Silverbridge'em?

- Co takiego?

- Dzwonił do mnie ktoś z Examinera. Najwyraźniej Jason Counes skontaktował się z 

nimi w sprawie jakichś zdjęć z tobą i jego lordowską mością. Całującymi się.

- Och, mój Boże - jęknęła Tracy. - Myślałam, że Harry wydostał od niego te zdjęcia.

- Aha! A więc całowałaś się z Silverbridge'em.

-   Mel   -   Tracy   powiedziała   groźnie.   -   Jason   Counes   nie   ma   żadnych   zdjęć.   Lord 

Silverbridge zabrał mu aparat.

- Mógł mu zabrać aparat, ale Counes najpierw wyjął film.

- Cholera - mruknęła Tracy. Mel roześmiał się.

- To nie jest zabawne! Lord Silverbridge będzie przerażony, kiedy przeczyta o sobie w 

brukowcu.

- Nie pierwszy raz mu się to przydarzy, maleńka - odpowiedział Mel. - A rozgłos 

wcale ci nie zaszkodzi. Hrabia. No, no, no.

Tracy zapytała z naciskiem:

- Czy możesz skontaktować się z Counesem i kupić od niego zdjęcia?

- Mało prawdopodobne. A jeżeli tak zrobię, on tylko opowie Examinerowi historyjkę 

o tym, że odkupujemy zdjęcia. Albo da mi negatywy po tym, jak zrobi odbitki.

Z frustracji i gniewu w oczach Tracy pojawiły się łzy.

- Musi być coś, co możemy zrobić.

- Po prostu przetrwaj burzę, maleńka. Po prostu przetrwaj burzę.

- Dzięki, jesteś bardzo pomocny. - Trzasnęła słuchawką, ściągnęła szeroką elastyczną 

opaskę z włosów i cisnęła nią przed siebie.

Gail popatrzyła na Tracy z troską. Miała temperament, ale zwykle nie przejawiał się w 

widoczny sposób. Po chwili odwróciła się do toaletki i ukryła twarz w dłoniach.

- Boże - odezwała się stłumionym głosem. - Jak ja mam powiedzieć Harry'emu, że 

pojawi się na zdjęciach w jednej z najgorszych gazet Ameryki?

Podczas   gdy   Tracy   rozmawiała   przez   telefon   z   Melem,   Harry   zbliżał   się   do 

przedmieść Warkfield z Meg siedzącą obok niego w samochodzie. Wiózł ją na sesję z Beth 

Carmichael, jej terapeutką.

Meg milczała, ale Harry ledwie to zauważał. Był zbyt zaprzątnięty odtwarzaniem w 

background image

myślach swojego spotkania z Tracy poprzedniego wieczora w saloniku.

Obraziłem ją, pomyślał. Nie spodobało jej się, jak na nią patrzyłem.

Harry'emu coraz trudniej było ulokować Tracy w kategorii, którą ustanowił sobie dla 

niej w myślach. Z całych sił starał się postrzegać ją jako gwiazdę filmową, ale im więcej 

czasu z nią spędzał, tym trudniej przychodziło mu postrzeganie jej jako kogokolwiek prócz 

niej samej.

Żadna inna kobieta nie oddziaływała tak na niego fizycznie jak ona. I było coś w jej 

osobowości - ukryta słodycz, której wszelkie przejawy hollywoodzkiej pompy nie zdołały 

zamaskować, co niesłychanie go poruszało.

Dojechali   na   szczyt   wzniesienia,   które   opadało   ku   miasteczku   Warkfield,   i   Harry 

rzucił okiem na Meg. Uśmiechnęła się do niego, a on poczuł instynkt opiekuńczy,  który 

zawsze w nim wzbudzała. Wyglądała tak straszliwie krucho.

- Czy dobrze idzie z Beth? - zapytał.

Przytaknęła.

- Tak myślę.

Samochód nabierał prędkości na stromym  zboczu i Harry położył  stopę na pedale 

hamulca, żeby zwolnić. Jego stopa dobiła aż do podłogi.

W   okamgnieniu   zrozumiał   powagę   sytuacji.   U   podnóża   wzniesienia   stał   sznur 

samochodów, czekających na zmianę świateł; Meg była na siedzeniu obok, a hamulec nie 

działał.

-   Meggie   -   powiedział   takim   samym   tonem,   jakim   jego   przodkowie   rozkazywali 

ludziom ruszać do bitwy. - Przejdź na tylne siedzenie i zapnij pasy. Szybko.

Niczym   dobry   żołnierz   Meg   zareagowała   na   jego   rozkaz   i   przedostała   się   ponad 

oparciem na tył samochodu.

- Okej - odpowiedziała.

Harry wrzucił niższy bieg i wóz z początku zwolnił. Ale potem zarzucił i zboczył, 

kierując się w stronę ciężarówki zaparkowanej przy krawężniku. Harry walczył z kierownicą, 

ale nie był w stanie odzyskać panowania nad samochodem. Jego ostatnią myślą, zanim się 

rozbili, było: Tracy.

Obudził   się   w   szpitalu   z   igłą   kroplówki   wbitą   w   rękę,   opatrunkiem   na   głowie   i 

rozłupującym mu czaszkę bólem.

- Co się stało? - zapytał pielęgniarkę, która robiła coś przy jego kroplówce. Jego głos 

zabrzmiał jak krakanie.

-   Uczestniczył   pan   w   wypadku   samochodowym,   milordzie   -   powiedziała 

background image

uspokajająco. - Miał pan silne wstrząśnienie mózgu, ale wyjdzie pan z tego.

Nie pamiętał zderzenia.

- Czy byłem sam?

- Lady Margaret była z panem, milordzie. Chryste.

- Czy jest cała?

- Ma się dobrze. Właściwie czeka, aż się pan obudzi, żeby się z panem zobaczyć.

- Czy ktoś jeszcze został ranny?

- Nie, milordzie, tylko pan. Cóż, dobre i to, pomyślał.

- Głowa mnie boli - powiedział.

- To wstrząśnienie mózgu, milordzie. Doktor chciał wiedzieć, kiedy pan się obudzi, 

więc teraz pójdę i sprowadzę go, dobrze? - Posłała mu pogodny uśmiech i wyszła z sali.

Do diabła, pomyślał Harry. Wypadek samochodowy. Dlaczego nic nie pamiętam?

Wpatrywał się w sufit, skupiając się na przetrzymaniu bólu głowy, kiedy u jego boku 

pojawiła się Meg. Za nią nadeszła Tracy.

Meg z początku próbowała skontaktować się z Tonym, ale nie udało jej się to. Zaraz 

potem   pomyślała   o   Trący,   i   zadzwoniwszy   na   telefon   komórkowy   Gail,   zastała   ją   w 

garderobie, zmywającą makijaż. Tracy odpowiedziała, że przyjedzie.

Dwudziestominutowa   jazda   do   szpitala   była   dla   Tracy   koszmarem.   Nie   mogła 

wymazać z pamięci słów lekarza Scotty'ego, kiedy wówczas dotarła do szpitala.

Tak mi przykro, pani Collins, ale pożar był zbyt wielki, żeby ktokolwiek się do niego 

dostał.

Harry nie może zginąć.

Powtarzała to jak mantrę przez cały czas, kiedy parkowała samochód i biegła do drzwi 

szpitala.

Harry nie może zginąć. Bognie zrobiłby mi tego ponownie. Harry nie może zginąć.

Administrator szpitala spotkał się z nią w holu. Jej pierwsze słowa brzmiały:

- Czy on żyje?

- Och, tak, panno Collins, nie jest aż tak źle - odpowiedział uspokajająco mężczyzna 

ubrany na szaro.

Zamknęła oczy. Dzięki Ci, Boże! Och, dzięki Ci, Boże.

Meg została umieszczona w prywatnej poczekalni. Kiedy Tracy weszła, dziewczyna 

poderwała się i podbiegła do niej.

- Tracy! Dzięki Bogu, że przyjechałaś. Nie mogę się niczego dowiedzieć o Harrym. 

Zabrali go od razu, kiedy tylko karetka dojechała do szpitala. Skończyli mnie badać godzinę 

background image

temu, ale nikt mi nie powiedział niczego o Harrym.

Pod   niebieskimi   oczyma   Meg   widać   było   cienie,   niczym   sińce.   Wyglądała   tak 

niewiarygodnie krucho.

-   Usiądźmy.   Możesz   mi   dokładnie   opowiedzieć,   co   się   wydarzyło?   -   powiedziała 

Tracy stanowczo.

Meg   podeszła   za   nią   do   kanapy,   usiadła   nieco   dziwacznie   i   zrelacjonowała   całe 

wydarzenie: od awarii hamulców po kraksę.

- Ja... ja myślę, że Harry uderzył głową o kierownicę. - Meg zaczęła płakać. - To było 

takie   przerażające.   Harry   był   nieprzytomny   i   myślałam,   że   powinnam   go   wydostać   z 

samochodu na wypadek pożaru, ale nie dawałam rady wyciągnąć go zza kierownicy. Potem 

nadeszli jacyś ludzie i oni go wydobyli. Później przyjechała karetka i przywiozła nas tutaj.

Na wzmiankę o pożarze Tracy zrobiło się mdło. Odezwała się niepewnie:

- Czy Harry obudził się w karetce?

- Nnnie - wyjąkała Meg. Jej łzy płynęły coraz szybciej. - Odwieźli go i nikt mi nie 

powiedział, co się dzieje.

- Zaraz pójdę i dowiem się - obiecała Tracy. Potem wyciągnęła rękę i oparła dłoń na 

kolanie Meg. - . A co z tobą, Meggie? Czy dobrze się czujesz?

- Mam żebra posiniaczone od pasów, ale poza tym czuję się świetnie.

Tracy wstała.

- Zaczekaj tu.

Poszła do dyżurki pielęgniarek i po minucie czy dwóch wróciła do Meg.

- Lekarz już idzie, żeby z nami porozmawiać. Harry jest przytomny, Meg, a więc to 

dobre wieści.

- Czy jest mocno ranny?

- Nie wiem, jak rozległe są jego obrażenia. Będziemy musiały zaczekać na doktora.

Ledwie zdążyły na nowo usadowić się na kanapie, kiedy drzwi otworzyły się i do 

pokoju   wszedł   wysoki,   szczupły   mężczyzna   w   średnim   wieku,   o   siwych   włosach   i 

bladoniebieskich oczach. Spojrzał na Meg i od razu powiedział:

- Jego lordowska mość wróci do zdrowia, lady Margaret. Ma wstrząśnienie mózgu i 

chcemy zatrzymać go na noc, ale nie wydaje się, żeby było jakieś złamanie.

Słysząc te dobre wieści, Meg znowu zaczęła chlipać.

- Och, dzięki Bogu, dzięki Bogu. Tracy odezwała się:

- Nazywam się Tracy Collins, doktorze, i jestem przyjaciółką jego lordowskiej mości. 

Czy możemy się z nim teraz zobaczyć?

background image

Doktor skinął dostojną siwą głową.

- Oczywiście. Jak już powiedziałem, ma wstrząśnienie mózgu i powinien mieć spokój, 

więc prosiłbym, żeby nie zostawały panie długo.

- Rozumiem.

We troje przeszli oszałamiającym labiryntem korytarzy, aż wreszcie lekarz zatrzymał 

się przed drzwiami z numerkiem.

-   Jest   tutaj.   Wyślę   pielęgniarkę,   żeby   panie   wyprowadziła,   jeżeli   zostaniecie   zbyt 

długo.

Tracy skinęła głową, że rozumie, i gestem nakazała Meg wejść pierwszej do sali. 

Sama, nim wślizgnęła się do środka, zaczekała, aż usłyszy głos Harry'ego.

Był  podłączony do kroplówki i miał  zabandażowane czoło, a jego twarz była  tak 

blada, że oczy wyglądały na prawie czarne. Meg stała przy jego łóżku, mówiąc:

- Czuję się świetnie. To ty zostałeś ranny, Harry.

- To tylko mały guz na głowie - odpowiedział uspokajająco, a potem zauważył, że 

Tracy weszła do pokoju. Oczy, rozszerzone z powodu wstrząśnienia mózgu, napotkały jej 

wzrok, i wypowiedział jej imię. Nie wydawał się zaskoczony jej widokiem.

Serce podskoczyło jej w piersi. Podeszła do łóżka i musiała powstrzymywać się siłą, 

żeby nie dotknąć jego włosów.

- Meg powiedziała, że zawiodły hamulce.

- Tak. - Zachmurzył  się i powiedział wzburzony:  - Ale nie pamiętam ani jednego 

przeklętego szczegółu.

Meg, która stała po drugiej stronie łóżka, odezwała się ze łzami:

- Kazałeś mi przejść na tylne siedzenie, Harry. Uratowałeś mi życie. Przednie sie... 

siedzenie, gdzie by... byłam, ucierpiało najbardziej podczas zderzenia.

Powoli przeniósł wzrok z Tracy na siostrę.

- Na pewno nic ci się nie stało?

- Mam tylko parę żeber posiniaczonych od pasów.

Powoli, ostrożnie wypuścił powietrze. Nie poruszał jednak głową.

- Czy skontaktowałaś się z Tonym? - zapytał siostrę.

-   Nie.   -   Meg   wyciągnęła   z   kieszeni   chusteczkę   higieniczną   i   wydmuchała   nos.   - 

Dzwoniłam do domu, ale nie było go tam. A więc zadzwoniłam do Tracy, no i przyjechała.

Rozszerzone czarne oczy spojrzały znów na Tracy.

- Dziękuję.

-   Jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko,   chciałabym   dowiedzieć   się,   dokąd   zabrali   twój 

background image

samochód.   Sądzę,   że   jakiś   mechanik   powinien   go   obejrzeć,   zobaczyć,   dlaczego   hamulce 

zawiodły - odpowiedziała Tracy.

Wyraz jego twarzy nie zmienił się.

- Sprowadź lana Poole'a, żeby go obejrzał. Meggie da ci jego numer.

Ich spojrzenia się spotkały i Tracy poczuła silną, niemal namacalną więź między nimi.

- Nie martw się - powiedziała. Sądziła, że odpowiada na dwie najważniejsze, dręczące 

go kwestie. - Zaopiekuję się Meg i dopilnuję, żeby sprawdzono samochód. W tym czasie ty 

musisz odpocząć.

Jakby   na   wezwanie,   w   drzwiach   pokoju   pojawiła   się   pielęgniarka   i   oznajmiła 

apodyktycznym tonem:

- Obawiam się, że pora już iść. Jego lordowska mość potrzebuje spokoju.

- Do widzenia, Harry - powiedziała Meg i pochyliła się, żeby pocałować brata w 

policzek. - Tak mi przykro, że jesteś ranny.

- Niech Tony zabierze cię jutro do Beth - przykazał. - Nie chcę, żebyś to zarzuciła, 

Meggie. To nie będzie dobre dla twojego zdrowia.

Skrzywiła się.

- Nic mi nie będzie.

- Obiecaj mi, że pojedziesz spotkać się z Beth - powiedział.

Meg westchnęła głośno, teatralnie.

- Och, dobrze. Pojadę się z nią zobaczyć. Ale nic mi nie jest, naprawdę.

Skinął   głową   i   głęboka   zmarszczka   pojawiła   się   między   jego   brwiami,   jakby   to 

nieznaczne poruszenie wywołało ból.

Tracy nagle stwierdziła, że nie dba o to, co pomyśli sobie Harry. Pochyliła się i lekko 

pocałowała jego włosy nad opatrunkiem. Poczuła, jak są gęste i miękkie pod dotykiem jej 

warg.

A potem pielęgniarka odprowadziła ją do drzwi.

Dopiero kiedy Meg skrzywiła się, siadając na przednim siedzeniu mercedesa, Tracy 

zdała sobie sprawę, że dziewczyna jest obolała.

- Na pewno niczego sobie nie złamałaś?

- Tak. Zrobili prześwietlenie.

Tracy pomyślała, że to cud, że te kruche kości nie trzasnęły na pół jak zapałki.

- Miałaś szczęście - powiedziała na głos. Meg pociągnęła nosem.

-  Ciągle   myślę,   że   gdyby   mnie   tam   nie   było,   Harry  mógłby   wrzucić   niższy  bieg 

jeszcze wcześniej. Zaczekał, żeby mieć pewność, że jestem na tylnym siedzeniu.

background image

Tracy   uruchomiła   silnik,   ale   zamiast   odjechać,   wsparła   rękę   na   oparciu   fotela   i 

popatrzyła na Meg.

- Twoje życie jest dla niego bardzo ważne. Myślę, że dzisiaj pokazał bardzo wyraźnie, 

jak ogromnie cię kocha. I sądzę, że jesteś mu winna to, żeby postarać się wydobrzeć.

Nie czekając na odpowiedź, położyła obie ręce na kierownicy i zaczęła wycofywać 

wóz z parkingu.

Kiedy Tracy w zacinającym deszczu jechała ze szpitala, zapadła cisza. Potem Meg 

odezwała się cicho:

- Co zamierzasz zrobić w sprawie samochodu?

- Dowiedzieć się od policji, dokąd go zabrano, i dostarczyć  do tego lana Poole'a. 

Gdzie mogę go znaleźć?

- Warsztat Poole'a jest w wiosce Silverbridge. Harry i Ian Poole są przyjaciółmi, łan 

zawsze zajmuje się naszymi autami.

- A zatem kiedy wrócimy do domu, dowiem się, gdzie jest samochód, i zadzwonię, 

żeby poprosić lana Poole'a, by go obejrzał. Domyślam się, że jeżeli to jest ktoś, kto podobno 

ma się nim zajmować, będzie chciał wiedzieć, dlaczego hamulce tak okropnie zawiodły.

- To stary samochód - odpowiedziała Meg. - Tony zawsze namawia Harry'ego, żeby 

sprawił sobie nowy.

- Wóz nie jest aż taki stary, no i to mercedes. Jeżeli był zadbany, hamulce nie powinny 

były tak się popsuć.

- Cóż - mruknęła Meg. - Popsuły się.

-   To   fakt.   -   Tracy   uśmiechnęła   się,   żeby   dodać   jej   otuchy.   -   A   my   musimy   być 

wdzięczne, że ani ty, ani Harry nie zostaliście poważnie ranni.

Meg odpowiedziała ponuro:

- Teraz Harry będzie musiał kupić nowy samochód, a to jest wydatek, którego nie 

planował. Powinnam była poprosić panią Wilson, żeby zawiozła mnie do Beth.

-   Meg,   ten   wypadek   to   nie   twoja   wina!   Jeżeli   coś   było   nie   tak   z   hamulcami,   to 

zawiodłyby następnym  razem, kiedy Harry korzystałby z samochodu, nieważne dokąd by 

jechał i z kim. A wypadek, który by się przez to wydarzył, mógłby być o wiele gorszy... może 

nawet tragiczny. Proszę, nie próbuj siebie za to obwiniać.

- Ja po prostu czuję się winna - powiedziała Meg cichutko.

Głos Tracy złagodniał.

- Wiem, i musisz postarać się pokonać to uczucie, jeżeli chcesz, żeby było lepiej. 

Jesteś śliczną młodą kobietą, i twój brat był  gotów zaryzykować dla ciebie życie, bo cię 

background image

kocha. A kocha cię, bo zasługujesz na to. Ten wypadek zdarzył  się dlatego, że zawiodły 

hamulce, a nie z powodu czegokolwiek, co zrobiłaś. Stale to sobie powtarzaj, Meggie, bo to 

prawda.

- Spróbuję - odpowiedziała Meg tak samo cichutko.

Kiedy Tracy i Meg zajechały z powrotem do Silverbridge, zastały pierwsze piętro 

rezydencji we władaniu filmowców. Zbudowano rusztowania, a światła i kamery stanęły na 

swoich miejscach. Meg była zaintrygowana tą przemianą i ruszyła rozejrzeć się po pokojach, 

podczas gdy Tracy poszła na górę, by skorzystać z telefonu. Akurat ustaliła z łanem Poole'em, 

żeby sprowadził samochód Harry'ego do swojego warsztatu, kiedy wszedł Tony.

Uśmiechnął   się   do   Tracy.   Wcześniej   nie   zapaliła   lamp   i   teraz   Tony,   ze   swoimi 

srebrzystoblond włosami, złotą opalenizną i olśniewającą urodą, wyglądał jak promień słońca 

w mrocznym saloniku.

- Deszcz pokrzyżował wam plany? - zapytał.

- Nakręciliśmy jedną scenę, zanim zaczęło padać - odpowiedziała. Odłożyła książkę 

telefoniczną, z której korzystała, do szuflady antycznego francuskiego biurka, na którym stał 

telefon. - Czy słyszałeś o wypadku? Jego niebieskie oczy zachmurzyły się lekko.

- Wypadku? O jakim wypadku?

- Harry i Meg mieli kraksę dziś po południu. Mogłaby przysiąc, że jego zaskoczenie i 

troska są autentyczne.

- Czy są ranni?

- Harry jest w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu, a Meg ma parę poobijanych żeber.

- Mój Boże... - Podszedł o krok bliżej niej. - Co się stało?

Kiedy Tracy relacjonowała przebieg wypadku, obserwowała twarz Tony'ego. Nic na 

tej idealnej fasadzie nie wydawało się nie na miejscu. Wyglądał na szczerze zaniepokojonego, 

a pytania, jakie zadawał, były uzasadnione i rozsądne.

Na koniec powiedział z rozdrażnieniem:

- Nie wiem, dlaczego Harry uparcie trzymał się tego wiekowego auta.

- Meg mówi, że nie miał pieniędzy, żeby kupić nowe - odpowiedziała.

- Meg może  kupiła tę historyjkę,  aleja nie. Harry zawsze ma  pieniądze na kupno 

nowego konia. - Jego wargi zacisnęły się, i przez  moment  przypominał  swojego brata. - 

Gdyby tylko był rozsądny i przyjął ofertę Robina Mauleya, miałby dosyć pieniędzy, żeby 

kupić tuzin koni i do tego nowiuteńki samochód.

Tracy obserwowała go uważnie i powiedziała:

- On chce zatrzymać ziemię.

background image

- Wiem. - Po doskonale opalonej twarzy Tony'ego przemknął wyraz pogardy. - Harry 

jest niedzisiejszy. On ciągle uważa, że ziemia ma znaczenie. Cóż, nie ma. Dom tak, ale areał 

się nie liczy. Czasy wielkich posiadaczy ziemskich z tytułami już dawno minęły...

tylko że do Harry'ego po prostu to nie jeszcze nie dotarło.

Zanim Tracy zdołała ułożyć sobie odpowiedź, do pokoju weszła Meg.

- Tony! - zawołała. - Czy Tracy powiedziała ci o wypadku?

Odwrócił się do siostry.

- Tak, powiedziała. Biedna mała Meggie. Jak twoje żebra?

- Bolą, ale myślę, że nie tak bardzo jak głowa Harry'ego. Był blady jak prześcieradło, 

Tony.

Tony nie wyglądał na przesadnie zmartwionego.

- Nic mu nie będzie, Meggie. Harry ma twardą głowę. - Nastała chwila ciszy, zanim 

dodał szyderczo: - Jak sam się o tym przekonałem, ku mojemu żalowi.

- Tracy dała samochód łanowi Poole'owi. Ma sprawdzić, dlaczego hamulce zawiodły - 

powiedziała Meg.

W postawie Tony'ego nie ujawnił się żaden ślad zaniepokojenia. Zamiast tego uniósł 

brwi i zapytał Tracy:

- Czy to coś da? Bądź co bądź, to łan dbał o samochód. Jeżeli on nie wyłapał tego, że 

hamulce wymagały wymiany, to mało prawdopodobne, że się przyzna i weźmie na siebie 

winę.

Tracy też o tym pomyślała, ale mogłaby się założyć, że to nie łan Poole ponosi winę 

za wypadek Harry'ego.

- Poczekamy i zobaczymy, co ma do powiedzenia. Tony wzruszył ramionami.

- Róbcie, jak uważacie. - I z wdziękiem ruszył w kierunku swojego pokoju.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Kiedy Harry obudził się następnego ranka, wciąż bolała go głowa, chociaż dzwonienie 

w uszach nieco zmalało. Na śniadanie wypił trochę herbaty, ale odmówił jedzenia. Chciał 

tylko wydostać się ze szpitala.

- Doktor przyjdzie niedługo, wasza lordowska mość - powiedziała mu pielęgniarka. - 

Tymczasem najlepiej dla pana będzie, jeżeli zachowa pan spokój.

Harry   powstrzymał   się   od   sarkastycznej   odpowiedzi.   Ona   tylko   wykonuje   swoją 

pracę. Bądź cierpliwy.

- Czy ten telefon jest podłączony? - zapytał.

- Tak, milordzie.

- Dobrze. Muszę zadzwonić.

Mina na chudej twarzy pielęgniarki w średnim wieku mówiła wyraźnie, że ona tego 

nie   aprobuje.   Tytuł   ma   jednak   swoje   zalety.   Pielęgniarka   nie   do   końca   miała   śmiałość 

powiedzieć hrabiemu Silverbridge'owi, że nie może skorzystać z telefonu.

Harry miał problemy z odczytaniem cyfr. Wydawało się, że nie stoją w miejscu i mają 

nieznośny zwyczaj rozpływania się, kiedy starał się na nich skupić. W końcu jednak udało mu 

się wykręcić numer, który chciał. Telefon odebrano po czwartym dzwonku.

- Witam - powiedział Harry. - Mówi Silverbridge. Czy jest tam łan?

Młody męski głos odpowiedział:

- Tak, milordzie. Zaraz go sprowadzę.

łan musiał być  pod jakimś  samochodem czy robić coś podobnego, bo dotarcie do 

telefonu zabrało mu prawie pięć minut. Kiedy Harry usłyszał jego znajomy głos, zamknął 

oczy. Musiał wiedzieć, co się stało z samochodem, ale obawiał się to usłyszeć.

- Czy miałeś okazję obejrzeć samochód, lanie? - zapytał spokojnie.

- Tak - odparł mechanik. - To nie był wypadek, Harry. Przewody hamulcowe zostały 

przecięte.

Dlaczego mnie to nie dziwi ?

- Skąd masz pewność?

-   Po   pierwsze,   dbałem   o   ten   samochód   i   zauważyłbym,   gdyby   przewody   były 

nadwyrężone.   Po  drugie,   nie   były   poszarpane   i   wystrzępione,   tak   jak   by  były   na   skutek 

naturalnego zużycia. Cięcia były czyste, wyglądały na zrobione nożem. Podejrzewam, że kto-

kolwiek   to   zrobił,   nie   przeciął   ich   do   końca,   tylko   na   tyle,   żeby   w   końcu   pękły,   kiedy 

naciśniesz na hamulec.

background image

Harry'emu wydawało się, że głowa boli go dwa razy mocniej.

- Rozumiem.

- Co chcesz, żebym zrobił?

Harry ostrożnie nabrał powietrza i wypuścił je.

- W tej chwili nic. Tym będę musiał zająć się sam. łan miał wątpliwości.

- Jesteś pewien? Mnie to wygląda tak, jakby ktoś właśnie próbował cię zabić.

-   Sam   się   tym   zajmę   -   powtórzył   Harry.   -   Co   z   samochodem,   łan?   Czy   jest   do 

odratowania?

- Niestety, nie. Koszt naprawy byłby za wysoki.

- Tego się obawiałem - odpowiedział ponuro Harry.

Po   kolejnej   krótkiej   wymianie   zdań   Harry   rozłączył   się,   oparł   obolałą   głowę   na 

poduszce, zapatrzył się w długą rysę na suficie i pogrążył w rozmyślaniach o swojej sytuacji. 

Ktoś   spalił   mu   stajnię   i   ktoś   przeciął   przewody   hamulcowe   w   jego   samochodzie. 

Prawdopodobnie za oba akty sabotażu była odpowiedzialna ta sama osoba. Trudno mu było 

wyobrazić sobie, że ma jednego wroga, a co dopiero dwóch.

To   musi   mieć   jakiś   związek   ze   sprzedażą.   Najpierw   Mauley   kazał   spalić   stajnię, 

żebym   natychmiast   potrzebował   pieniędzy.   Potem,   kiedy   to   nie   zadziałało,   postarał   się 

wykończyć i mnie. Jeżeli ja zginę, Tony zostanie hrabią, a on w okamgnieniu sprzeda ziemię 

Mauley - owi.

Trudno było uwierzyć, że szanowany potentat w branży nieruchomości, taki jak Robin 

Mauley,   uciekałby   się   do   takich   drastycznych   środków,   żeby   położyć   rękę   na   gruntach 

Silverbridge. Harry jednak nie potrafił wskazać żadnego innego powodu tych aktów sabotażu, 

które nastąpiły jeden po drugim w ciągu dwóch dni. W tej właśnie chwili przymknięte drzwi 

do jego pokoju stanęły otworem i weszła Tracy. Na jej widok serce Harry'ego podskoczyło. 

Raz jeszcze poczuł wczorajszy lekki jak piórko dotyk jej warg na swoich włosach.

Zmarszczył brwi i odezwał się burkliwie:

- Co ty tu robisz?

-   Podrzuciłam   Meg   do   terapeutki.   Pomyślałam,   że   przeczekam   tę   godzinę, 

sprawdzając, co u ciebie. Jak się dzisiaj czujesz?

Miała   na   sobie   dżinsy,   wysokie   buty   i   niebieski   sweter,   włosy   spływały   jej   na 

ramiona. Harry pomyślał, że to najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek oglądał.

- Czuję się dobrze. Dlaczego nie kręcisz? - zapytał.

- Plan będzie gotowy dopiero po południu, więc zgłosiłam się na ochotnika, żeby 

zawieźć Meg. Tony musiał iść na jakieś spotkanie.

background image

To była wspaniała wiadomość.

- A zatem mogę zabrać się z tobą do domu, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. 

Wolałbym nie czekać na Tony'ego.

Zachmurzyła się.

- Wyglądasz okropnie. Powinieneś zostać w szpitalu jeszcze co najmniej jeden dzień.

To było miłe, że martwiła się o niego.

- Boli mnie głowa, to wszystko. Równie dobrze mogę dochodzić do siebie w domu.

Kiedy Tracy spoglądała na niego, na chwilę zapadła cisza.

- Zapewne możesz dochodzić do siebie - powiedziała poważnie. - Ale nie będziesz 

bezpieczny.

Nie miał ochoty na to odpowiadać. Tracy nie zmieniła tematu.

-   Dałam   samochód   łanowi   Poole'owi   do   sprawdzenia.   Czy   miałeś   już   od   niego 

wiadomości?

Harry zastanawiał się, jak powinien odpowiedzieć. Wreszcie odezwał się niechętnie:

- Rozmawiałem z nim kilka minut temu.

- Co powiedział?

Mięsień na szczęce Harry'ego naprężył się.

- Jego zdaniem wygląda na to, że przewody hamulcowe zostały przecięte.

- Och, mój Boże. - Tracy zrobiła się bardzo blada.

- Być może naprawdę widziałaś kogoś kręcącego się w nocy koło domu - przyznał.

Jej oczy rozjarzyły się.

- Mówiłam ci, że widziałam, ale pomyślałeś, że to wymyśliłam.

- Przepraszam, Tracy. I przepraszam, że w nocy byłem nieuprzejmy.

Popatrzyła na niego z niepewnością. Harry'emu głowa pękała z bólu. Myślał tylko o 

tym, żeby pocałować Tracy.

- Niefortunnie  zaczęliśmy naszą znajomość  - powiedział  poważnym  tonem.  - Czy 

myślisz, że moglibyśmy zacząć od nowa?

Spojrzała na niego badawczo, po czym powiedziała:

- Jestem gotowa, jeżeli i ty jesteś. Rześki głos odezwał się:

- Dzień dobry, milordzie. Jak się dzisiaj czuje wasza lordowska mość?

To był inny lekarz niż wczorajszego wieczora. Harry odparł niewzruszenie:

- Nasza lordowska mość czuje się całkiem dobrze, dziękuję. Ma lekki ból głowy, ale 

nic nie dzwoni mu w uszach.

Tracy stłumiła chichot.

background image

Nowy lekarz, który był równie korpulentny i niski, jak ten z poprzedniego wieczora 

wysoki i szykowny, podszedł, żeby zaświecić Harry'emu w oczy małą la - tareczką.

-   Źrenice   nadal   nieco   rozszerzone   -   powiedział.   -   A   teraz   łaskawie   pozwoli   pan, 

milordzie, że sprawdzę mu ciśnienie.

Owinął mankiet ciśnieniomierza wokół ramienia Harry'ego i napompował.

- Hm - mruknął, odczytując wynik. Harry odezwał się szorstko:

- Jestem pewien, że moje ciśnienie jest w normie. Zawsze jest. Chcę się wypisać ze 

szpitala najszybciej, jak to możliwe, i wrócić do domu. Czy zechciałby pan zorganizować to 

dla mnie?

Stulecia wydawania rozkazów zadźwięczały w jego głosie. Lekarz zareagował tak, jak 

Harry się spodziewał.

- Jeżeli pan nalega, milordzie. Jednak to dla pana bardzo ważne, żeby miał pan spokój. 

Wstrząśnie - nie mózgu to poważna sprawa.

- Tak, tak, rozumiem.

Najwyraźniej jego pełna irytacji odpowiedź nie uspokoiła ani lekarza, ani Tracy, gdyż 

oboje spojrzeli na niego chmurnie. Harry zaoferował olbrzymie ustępstwo:

- Zostanę w domu przez resztę dzisiejszego dnia.

-   Zostanie   pan   w   łóżku   przez   resztę   dzisiejszego   dnia,   a   także   jutro,   milordzie   - 

powiedział lekarz.

- Och, no dobrze - odparł Harry. Nie miał zamiaru robić tak, jak go poinstruowano. - 

Tylko proszę mnie stąd wypuścić. Nie podoba mi się zapach.

Lekarz wyglądał na urażonego.

- Ten szpital jest bardzo czysty, milordzie.

- Wiem. To zapach wszystkich tych środków czyszczących mnie odpycha.

Tracy zdusiła uśmiech i powiedziała srogo:

- Proszę się zachowywać, milordzie. - Odwróciła się do lekarza. - Jest pan pewien, że 

to rozsądne wypisywać lorda Silverbridge'a? Jak sam pan właśnie powiedział, wstrząśnienie 

mózgu to poważna sprawa.

Harry spojrzał na nią wilkiem. Po czyjej ona jest stronie?

- Przyznaję, że wolałbym, by pozostał - odparł lekarz.

Harry odezwał się urywanymi zdaniami:

- Nie zamierzam zostawać w szpitalu. I chcę swoje ubranie. W tej chwili, jeśli można 

prosić.

-   Bardzo   proszę,   milordzie,   jeżeli   pan   nalega   -   odpowiedział   lekarz   niechętnie.   - 

background image

Polecę pielęgniarce, żeby przyniosła pana rzeczy - - I wyszedł.

- Myślę, że to błąd - powiedziała Tracy. Harry odparł z urazą w głosie:

- A ja myślę, że najlepiej mogę osądzić, jak się czuję.

Do pokoju weszła pielęgniarka z jego ubraniem.

Pół   godziny   później   Harry   został   ulokowany   na   przednim   siedzeniu   mercedesa 

wynajętego dla Gail. Czuł się wyjątkowo okropnie, co usiłował ukryć przed Tracy.

- Musimy odebrać Meg - powiedziała.

- Tak, wiem.

- Powinieneś był zostać w szpitalu. Wyglądasz okropnie.

Czuł się strasznie, co go rozzłościło.

-   Kiedy   będę   chciał   twojej   opinii,   poproszę   o   nią.   Jej   usta   napięły   się,   ale   nie 

odpowiedziała. Harry patrzył, jak prowadzi wóz wąskimi ulicami. Podobało mu się, jak radzi 

sobie   z   samochodem.   Kiedy   zatrzymała   się   przed   georgiańskim   budynkiem   z   czerwonej 

cegły, z ganku zbiegła Meg.

- Harry! - zawołała, kiedy zobaczyła, kto siedzi na przednim siedzeniu. - Ale super. 

Dobrze się czujesz?

- Czuję się doskonale - odparł pomimo pulsowania w czaszce.

Tracy powiedziała spokojnie:

- Twój brat jest śmieszny, Meg, ale uparł się, żeby opuścić szpital. Kiedy tylko wróci 

do domu, kładzie się do łóżka i zostaje tam przez resztę dnia.

- Szarogęsisz się - mruknął.

- Nawet się nie domyślasz, jak bardzo - odpowiedziała.

Przyszło mu do głowy kilka rzeczy, które mógłby powiedzieć, żeby jej pokazać, gdzie 

jej miejsce, ale czuł się zbyt kiepsko, żeby choćby próbować.

Kiedy dotarli do Silverbridge, poczuł ulgę, że może wsunąć się do własnego łóżka.

Tego  popołudnia  mieli   kręcić   scenę  w   holu  klatki   schodowej   i  Tracy  pognała   do 

charakteryzacji,  kiedy tylko  wróciła   do Silverbridge.   Potem,  w  kostiumie  i  odpowiednim 

makijażu,   dołączyła   do   Jona   w   korytarzu   od   frontu.   Czekała,   aż   ekipa   oświetleniowców 

dokończy ostatnie poprawki na planie.

Jon zerknął na nią.

- Szukałem cię wcześniej.

- Rano odwiozłam Meg do Warkfield. Przestąpił z nogi na nogę.

- Słyszałem, że ona i Silverbridge mieli wczoraj wypadek. Czy nic jej nie jest?

- Nic. On musiał spędzić noc w szpitalu, ale dzisiaj wrócił z nami.

background image

Na chwilę zapadło milczenie, a potem Jon odezwał się cicho:

-   Nie   zamierzam   wtrącać   się   w   twoje   sprawy,   Tracy,   ale   bardzo   cię   lubię,   i   nie 

chciałbym, żebyś cierpiała.

Tracy poczuła, jak jej ciało sztywnieje.

- Dziękuję, Jon, ale nie mam zamiaru cierpieć.

- Wydaje mi się, że możesz się zakochać w Silverbridge'u - mówił dalej z bardzo 

posępnym wyrazem twarzy. - A to błąd.

Zaczęła zaprzeczać jakimkolwiek uczuciom do Harry'ego, ale później zmieniła zdanie 

i zapytała:

- Dlaczego?

Jeden oświetleniowców krzyknął:

- Przesuń punktowy o piętnaście centymetrów w lewo.

- On jest taki jak reszta arystokratów - powiedział Jon z goryczą. - Robi, co chce, i do 

diabla   z   innymi   ludźmi.   Weźmy   na   przykład   sprawę   Dany   Matthews.   Z   jego   powodu 

popełniła samobójstwo.

Tracy pomyślała, że właśnie widzi najlepszy przykład klasowego systemu, o którym 

mówiła   Gail.   Jon   najwyraźniej   nie   lubił   Harry'ego,   bo   ten   należał   do   wyższych   sfer. 

Powiedziała cicho:

- Dana była narkomanką, Jon. Przedawkowała. - Przedawkowała, potem zadzwoniła 

do niego po pomoc, a on odmówił przyjazdu. Było o tym we wszystkich gazetach.

To nie może być prawda, pomyślała Tracy.

- Słuchaj - ciągnął Jon. - Silverbridge nic mnie nie obchodzi, ale obchodzisz mnie ty. 

Po prostu uważaj na niego, dobrze? Nie pozwól sobie zaangażować się uczuciowo.

Za   późno   na   ostrzeżenia,   Jon,   pomyślała   Tracy.   Rozejrzała   się   po   ślicznym 

pomieszczeniu, w którym stali.

Być może od zawsze było za późno.

- Będę to miała na uwadze - odpowiedziała. Skinął głową.

- Dobrze.

- Wszyscy do roboty - zawołał główny oświetleniowiec. - Możemy ruszać.

- Doskonale - powiedział Dave.

- Aktorzy na plan - zawołał Greg i Tracy z Jonem zajęli miejsca.

Kiedy popołudniowe zdjęcia dobiegły końca, Tracy poszła na obiad ze swoją ekipą, 

niemile zaabsorbowana tym, co powiedział jej Jon.

Dlaczego Harry do niej nie pojechał?

background image

To pytanie dręczyło jej umysł przez cały czas, kiedy ona, Jon i reszta ekipy jedli obiad 

w busie. Tracy była tak cicha, że sprowokowała tym uwagę Lizy Moran.

- Kot odgryzł ci język, Tracy? - zapytała złośliwie starsza aktorka.

Tracy   nie   miała   dobrego   zdania   o   Lizie   Moran.   Ta   kobieta   miała   skłonności   i 

moralność goniącej się suki. Niejeden raz pozostali musieli czekać, ponieważ Liza zaszyła się 

gdzieś   z   jakimś   facetem   i   nikt   nie   mógł   jej   znaleźć.   Sally   Walsh,   współproducentka, 

przyjmowała zakłady, czy Liza zaliczy każdego nadającego się do tego mężczyznę na planie, 

zanim skończą się zdjęcia.

Tracy odpowiedziała:

- Nie. Jest zupełnie nienaruszony. Może masz chęć zobaczyć?

- Chyba jakoś przeżyję bez oglądania twojego języka  - odcięła się Liza tak samo 

jadowitym tonem jak wcześniej.

- Naprawdę? - W głosie Tracy zabrzmiała słodycz. - Zawsze tak się interesujesz mną i 

wszystkim, co robię, więc myślałam, że może zainteresuje cię też mój język.

Kilkoro ludzi przy stole roześmiało się. Liza od samego początku zdjęć starała się 

wprawić Tracy w zakłopotanie. Jak dotychczas, za każdym razem załaziła jej za skórę.

Jon taktownie zaczął mówić Tracy o recenzji nowego londyńskiego przedstawienia, 

którą tego ranka zobaczył  w Timesie. Opowiedział zabawną historyjkę o jednej z gwiazd 

sztuki i Tracy z obowiązku zaśmiała się w odpowiedzi, ale nie był to całkiem szczery śmiech.

Zdjęcia przeciągnęły się aż do jedenastej i kiedy Tracy była wreszcie wolna, poszła 

głównymi   schodami   na   górę,   żeby   skrótem   przez   salon   na   piętrze   dotrzeć   do   pokojów 

rodziny. Była wyczerpana i przygnębiona. W głowie jej było tylko spanie, a nie duchy, kiedy 

otworzyła drzwi do salonu i weszła do środka.

Pokój tonął w głębokim cieniu, nie licząc pojedynczej zapalonej świecy na jednym z 

bocznych stolików Chippendale'a. Chwilę potrwało, nim oczy Tracy przystosowały się do 

ciemności i zobaczyła parę siedzącą razem na fotelu w stylu królowej Anny, obok stolika, na 

którym płonęła świeca. Charles wciąż miał na sobie strój do obiadu, ale Isabel była ubrana w 

niebieską   aksamitną   luźną   suknię   i   nocne   pantofle.   Jej   długie   kasztanowe   włosy   były 

związane   wstążką,   jak   gdyby   miała   się   kłaść   do   łóżka.   Siedziała   mu   na   kolanach,   z 

policzkiem wtulonym w jego ramię. Dłoń Charlesa łagodnie odsunęła włosy z jej czoła.

- Caroline ma pełne prawo pragnąć, żebym stąd odeszła - powiedziała głosem boleśnie 

drżącym od niewylanych łez. - Niesprawiedliwie gniewasz się na nią, Charlesie.

- Być może. - Jego szorstki ton podsumował temat Caroline. - Być może nawet oddała 

mi   przysługę,  zmuszając  do  działania.  -  Przez   chwilę  jego dłoń  łagodnie   podtrzymywała 

background image

głowę Isabel, zmuszając ją do uwagi. - A teraz posłuchaj uważnie, najmilsza.

Oto, co musimy zrobić. Dziś po południu posłałem Ruperta do Southampton, żeby 

kupił ci bilet na statek do Bostonu. Mam tam krewnych, u których możesz się zatrzymać, 

kiedy będziesz czekała, aż do ciebie dołączę.

Na te słowa wyprostowała się i spojrzała mu w twarz.

- Nie, Charlesie. Pojadę do Ameryki, jeżeli tego właśnie pragniesz, ale twoje miejsce 

jest tutaj. - Jej ochrypły głos zabrzmiał bardzo stanowczo. - Nie oderwę cię od twojego domu 

i rodziny.

Nastała długa cisza, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Tracy stała tak cicho, że prawie 

bez tchu. Wreszcie Charles odezwał się:

-   Nie   jestem   sentymentalny,   Isabel.   Nie   myśl,   że   wykonuję   jakiś   niezwykły, 

nieprzemyślany, romantyczny gest, którego będę żałować następnego dnia. W rzeczy samej 

jest dokładnie odwrotnie. Bez litości przedkładam swoje własne, osobiste szczęście ponad 

mój dom i moją rodzinę. To jest świadomy wybór, taki, na który musisz mi pozwolić.

Jego   głos   był   bardzo   spokojny   i   bardzo   poważny,   a   ciemne   oczy   wydawały   się 

wwiercać w głąb jej duszy. Po chwili szyja Isabel pochyliła się w geście poddania, niczym 

wytworna łodyga lilii, a jej głowa raz jeszcze spoczęła na ramieniu Charlesa. Położył dłoń na 

jej karku i powiedział:

- Kiedy wróciłem z wojny i zastałem cię tutaj... to było tak, jakbym odnalazł cząstkę 

siebie, której brakowało mi przez całe życie. Wiedziałem to od pierwszej chwili. Caroline, 

dzieci... oni wydawali mi się niczym zjawy. Dostrzegałem tylko ciebie.

Do uszu Tracy dobiegł chropawy głos Isabel:

- Wiem. Ja czułam tak samo. Charles oparł policzek ojej włosy.

- Kiedy jestem z tobą, czuję spokój. Jeżeli pozwolę ci odejść, nigdy już nie zaznam 

spokoju.

Światło świecy zamigotało na sygnecie, który Charles nosił na prawej dłoni. Pierścień 

wyglądał znajomo i Tracy natychmiast zdała sobie sprawę z tego, że Harry nosi dokładnie 

taki sam.

Charles mówił dalej głosem pełnym zadumy:

- Być może gdybym nie pojechał na wojnę i widział tylu umierających ludzi, byłbym 

mniej bezwzględny. Ale wiem, jak krótkie może być życie, i nie chcę spędzić reszty swojego 

na żałowaniu, że cię straciłem.

Przeciąg sprawił, że płomień pojedynczej świecy zadrgał przez moment, okrywając 

parę cieniem, ale potem się uspokoił i Tracy mogła widzieć ich znowu. Isabel zapytała:

background image

- A co z twoimi dziećmi?

Jego twarz przybrała wyraz, który Tracy zaczynała uważać za minę dowódcy.

- Wyznaczę swojego kuzyna George'a na kuratora dla Williama. George pracował dla 

mnie  w  Silverbridge  w  czasie   wojny i  zna  posiadłość  równie  dobrze  jak ja. Będzie   pod 

dostatkiem pieniędzy, żeby zadbać o chłopców i o Caroline; niczego im nie braknie.

Jego władczy ton jasno dawał do zrozumienia, że Charles uważa ten konkretny temat 

za zamknięty. Ale Isabel nie dała za wygraną.

- Braknie im ojca - powiedziała łagodnie. Jego odpowiedź była ostateczna.

-   Braknie   im   ojca,   nawet   jeżeli   pozostanę.   Moje   ciało   może   przebywać   tu,   w 

Silverbridge, ale moje serce będzie martwe...

Uniosła twarz i Tracy po raz pierwszy zobaczyła łzy błyszczące na jej policzkach.

-   Ależ   Charlesie...   cóż   ty   będziesz   robił   w   Ameryce?   Ja   po   prostu   nie   potrafię 

wyobrazić sobie ciebie nigdzie indziej, tylko tu.

Odpowiedział pewny siebie.

- Zbiję majątek i zbuduję wspaniały dom dla ciebie i naszych dzieci.

Po chwili Isabel roześmiała się drżąco.

- Zapewne tak zrobisz.

Uśmiechnął się i przesunął palcem po jej nosie.

- Oczywiście, że tak zrobię. - Jego twarz spoważniała. - Może nie będziemy w stanie 

się pobrać, Isabel. To do Caroline będzie należała decyzja, czy chce się ze mną rozwieść, czy 

nie;   nie   będę   naciskał   w   tej   sprawie.   Ale   w   nowym   kraju   nikt   nie   musi   znać   mojego 

poprzedniego małżeńskiego statusu. Nie ma powodu, żebyś  nie cieszyła  się szacunkiem i 

pozycją należnymi mojej żonie.

I znów nuta pewności siebie wyraźnie zabrzmiała w jego głosie.

Isabel westchnęła.

- Nie powinnam ci na to pozwolić, ale zbyt cię kocham, żeby cię powstrzymywać.

-   Nie   zdołałabyś   mnie   powstrzymać,   nawet   gdybyś   tego   chciała   -   odparł   z 

rozbawieniem.

Odsunęła się od niego.

- Mogłabym odmówić wyjazdu do Bostonu. To by cię powstrzymało.

Jego rozbawienie wzmogło się.

- Porwałbym cię.

- Nie ośmieliłbyś się - odparowała. Pocałował ją w czoło.

- Nie sprzeczaj się, moja najmilsza. Nie możemy dalej spotykać się o północy tak jak 

background image

teraz, a muszę mieć pewność, że rozumiesz, co masz zrobić.

Jej chwilowa uraza ulotniła się.

- Słucham.

- Powiedziałem swojemu sekretarzowi, żeby wykupił dla ciebie miejsce na statku do 

Bostonu. Dałem mu też list do mojego kuzyna, Stephena Olivera, z instrukcją, żeby wysłał go 

najbliższym dostępnym statkiem do Ameryki. Stephen powinien otrzymać go przed twoim 

przyjazdem.

- Czy ty znasz tego kuzyna, Charlesie? - Isabel spytała przyciszonym głosem.

Płomień świecy zalśnił na jego złotych włosach, kiedy potrząsnął głową.

- Nigdy go nie spotkałem.  Tamta  gałąź  rodziny przebywa  w Ameryce  jeszcze od 

czasów   przed   zbuntowaniem   się   kolonii.   Stephen   jest   właścicielem   kwitnącego 

przedsiębiorstwa okrętowego w Bostonie i wiele razy mieliśmy powód do prowadzenia ko-

respondencji. Wiem, że zadba o twoje bezpieczeństwo do czasu, aż będę mógł do ciebie 

dołączyć.

Troska wyraźnie malowała się na twarzy Isabel, ale dziewczyna powiedziała tylko:

- Dobrze.

- Nie przejmuj się Stephenem Oliverem - nakazał Charles. - Poinstruowałem Ruperta, 

żeby kupił także bilet dla siebie, by móc ci towarzyszyć do Bostonu. Kiedy przybędziesz do 

tego miasta, on otworzy dla ciebie konto bankowe, nie będziesz więc zależna od Stephena.

- Nie musisz wysyłać  ze mną biednego pana Hol - ta, Charlesie - zaprotestowała 

Isabel. - Doskonale poradzę sobie sama.

Na jego twarzy znów pojawiła się mina dowódcy.

- Nie popłyniesz statkiem do Ameryki bez eskorty. Najwyraźniej Isabel rozpoznała ten 

wyraz twarzy równie dobrze jak Tracy, gdyż zaprzestała protestów i zamiast tego zapytała:

- Jak długo to potrwa, nim będziesz mógł do mnie dołączyć?

- Dwa miesiące, jak sądzę. Mam mnóstwo kwestii prawnych do załatwienia tutaj, nim 

będę mógł wyjechać.

Ujęła jego twarz w dłonie i spojrzała mu w oczy.

- Czy jesteś pewien, że chcesz to zrobić?

Jego mina była całkowicie poważna, kiedy odrzekł:

- Bardziej pewien niż czegokolwiek w całym moim życiu.

Przyciągnął ją do siebie i zatopił wargi w jej włosach.

Niczym   lunatyk   Tracy   cicho   podeszła   do   drugich   drzwi,   dostała   się   do   części 

mieszkalnej i zostawiła ich tam, samych.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Umysł Tracy był tak podekscytowany tym, co usłyszała i zobaczyła tego dnia, że nie 

spodziewała się zaznać wiele snu. Jej ostatnią myślą przed zapadnięciem w sen było: Nie usnę 

przez całą noc.

Następne, co do niej dotarło, to był poranek.

W drodze na śniadanie zajrzała przez wąską szparę w drzwiach do pokoju Harry'ego i 

zobaczyła   stertę   koców,   spod   której   wystawała   strzecha   płowych   włosów.   Palce   ją 

zaswędziały, żeby odsunąć mu te włosy z twarzy, ale właścicielka małego czarnego łebka 

spoczywającego na poduszce obok głowy Harry'ego wyraźnie  miała coś przeciwko temu. 

Wrogie spojrzenie zielonych oczu Ebony niosło nieomylny przekaz: „Precz stąd”.

Tracy zeszła schodami do kuchni, gdzie, zaskoczona, zastała Tony'ego, ubranego w 

kolejny garnitur z Savile Row i szary jedwabny krawat. Popijał kawę przy stole.

- Wcześnie wstałeś - powiedziała.

- Jestem umówiony na śniadanie z klientem - odparł, uprzejmie wstając, kiedy weszła. 

- Ale po prostu nie potrafię wyjść z domu bez filiżanki kawy, więc zaparzyłem dzbanek. 

Poczęstuj się.

- Dziękuję. - Tracy nalała sobie trochę kawy i oparła się o blat, wpatrując w Tony'ego, 

który   z   powrotem   usiadł   przy   stole.   Jego   niebieskie   oczy   zabłysły   nieco,   kiedy   się   jej 

przyjrzał.

-   Moje   gratulacje   -   powiedział.   -   To   niemały   wyczyn   pojawić   się   rankiem   bez 

makijażu i wciąż wyglądać tak pięknie.

Tracy zignorowała komplement, popatrzyła uważnie na Tony'ego i powiedziała:

-   Czy   wiesz,   że   ktoś   majstrował   przy   hamulcach   w   samochodzie   Harry'ego?   To 

dlatego zawiodły i Harry miał ten okropny wypadek.

Niedowierzaniu malującemu się na twarzy Tony'ego nie dało się niczego zarzucić.

-  Ktoś  majstrował   przy  hamulcach?   Jesteś   pewna,  Tracy?   Dlaczego,   u  licha,   ktoś 

miałby chcieć zrobić coś takiego?

- Miałam nadzieję, że ty będziesz mógł odpowiedzieć na to pytanie.

Jego niedowierzanie wzrosło.

- Ja? Dlaczego miałabyś tak pomyśleć?

- Jesteś jego bratem.

-   Jestem   jego   bratem,   nie   stróżem.   -   Wyraz   jego   twarzy   nagle   się   zmienił.   -   A 

właściwie to kto ci powiedział, że majstrowano przy hamulcach? Czy to nie przypadkiem łan 

background image

Poole?

Tracy upiła łyk kawy.

- Tak.

Tony prychnął.

- Cóż, no to wszystko jasne, łan chroni własny tyłek. To on dbał o ten samochód i 

najwyraźniej przeoczył to, że hamulce wymagały wymiany. Nie ma jednak odwagi się do 

tego przyznać, więc wymyślił tę historyjkę o majstrowaniu przy hamulcach.

Tracy powiedziała niewzruszenie:

- Harry mu wierzy. Kolejne prychnięcie.

- Oczywiście, że mu wierzy, łan należy do magicznego kręgu przyjaciół Harry'ego, 

którzy nigdy nie mogą zrobić nic złego.

Tracy wypiła kolejny łyk kawy i uważnie spojrzała na Tony'ego znad filiżanki.

- Komendant straży pożarnej sądził, że ogień w stajni został podłożony. Czy to nie 

wydaje się dziwne, że dwa podejrzane „wypadki” następują w tak krótkim odstępie czasu?

Tony wytarł usta lnianą serwetką.

- Dochodzenie straży nie przyniosło dowodów na podpalenie. Z tego, co mówił mi 

Harry, komendant oparł swoje podejrzenie na pustej puszce po nafcie, którą znalazł w stajni. 

Nie  zdziwiłbym   się  ani  trochę,  gdyby  Ned  Martin   miał   mały   piecyk   naftowy,   z  którego 

korzystał, kiedy musiał spędzać noc w stajni. Bez wątpienia on albo ktoś inny był nieostrożny 

i nafta się zapaliła.

- Harry powiedział, że nie pozwala, żeby jakiekolwiek łatwopalne płyny znajdowały 

się w pobliżu stajni.

- Powiedział to też komendantowi straży. - Tony odłożył serwetkę na stół. - A Ned 

Martin to jeszcze jeden z ludzi z kręgu Harry'ego, więc mojemu bratu nigdy nie przyszłoby do 

głowy   go   przepytać.   Ale   komendant   straży   nie   mógł   znaleźć   niczego   więcej,   co   by 

wskazywało, że ogień został podłożony celowo, i zaklasyfikował to jako wypadek.

Tony   wydawał   się   szczery,   ale   Tracy   wiedziała,   że   dobry   aktor   potrafi   zagrać   z 

przekonaniem każdą scenę. Powiedziała:

- Najwyraźniej nie jesteś pod wrażeniem przyjaciół twojego brata.

Tony oparł się na krześle.

- Lojalność to wspaniała  rzecz, ale Harry mocno  przesadza. A ja podważam sens 

zaprzyjaźniania się Z ludźmi spoza swojej klasy. Ludzie tacy jak łan Poole i Ned Martin 

postrzegają Harry'ego jako źródło dochodów. Im więcej mogą od niego uzyskać, tym lepiej. 

On nie ma dosyć pieniędzy, żeby kupić nowy samochód, ale wiem na pewno, że pożyczył 

background image

łanowi pieniądze na rozruch jego warsztatu. I łan musi mu to spłacać.

I znowu to samo, kwestia sfer. Tracy powiedziała defensywnie:

- Uważam, że lojalność i wielkoduszność to cechy godne podziwu.

- Tak, u psa - odparował Tony. - Mężczyzna powinien bardziej wnikliwie osądzać, 

komu zaufać. Proszę, nie zrozum mnie źle. Kocham Harry'ego. I dlatego, że go kocham, nie 

znoszę patrzeć, jak stale brakuje mu pieniędzy.  Gdyby tylko  sprzedał ziemię Mauleyowi, 

byłby   urządzony   do  końca   życia.   A   Silverbridge   nadal   byłoby   jedną   z  najświetniejszych 

posiadłości w kraju. Kiedy Harry będzie miał pieniądze na odrestaurowanie ogrodów i po-

czynienie niezbędnych napraw w zabudowaniach, będzie to jeden z najpiękniejszych domów 

w całej Anglii.

- Ale on lubi rolnictwo - powiedziała Tracy. - Jeżeli sprzeda całą ziemię uprawną, nie 

będzie miał pracy.

Coś zabłysło w niebieskich oczach Tony'ego.

- Wydaje się, że bardzo dobrze go rozumiesz. Tracy nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Tony uśmiechnął się szeroko.

- Cóż, to dobrze dla Harry'ego. Jesteś zdecydowanie lepsza niż Dana Matthews. Ona 

miała pieniądze, ale była stuknięta. A inna poważna sympatia Harry'ego pochodziła z jednej z 

najlepszych angielskich rodzin, ale jej ojciec był jeszcze bardziej spłukany niż Harry. Harry 

poszedł po rozum do głowy na miesiąc przed ślubem i odwołał go. Ale ty, z drugiej strony, 

jesteś piękna, szykowna i bogata. Być może Harry nareszcie dobrze trafił.

Tony wstał.

Tracy miała ochotę palnąć go w twarz.

- Czy zamierzasz mnie obrazić, czy jesteś tylko głupi?

- I do tego jesteś bystra - powiedział Tony z aprobatą. - Nie zrozum mnie źle, panno 

Collins. Przez cały czas ci kibicuję.

Podszedł do drzwi, ale zanim wyszedł, odwrócił się, żeby dodać jeszcze jedno:

- Postarasz się nakłonić go do sprzedaży tej ziemi, prawda?

I odszedł.

Harry pojawił się w kuchni pół godziny po wyjściu Tracy. Nadal bolała go głowa, ale 

zaaplikował sobie aspirynę i pomyślał, że wszystko będzie dobrze, jeżeli tylko nie spróbuje 

jeździć konno.

Był rozczarowany, że minął się z Tracy, ale też zaskoczony i zadowolony, że zastał w 

kuchni Meg. Siedziała przy stole, przed nią stała miska płatków i albo Meg nabrała sobie 

mało płatków kukurydzianych, albo naprawdę trochę zjadła.

background image

- Dzień dobry, milordzie - odezwała się pani Wilson, kiedy już psy zgotowały mu 

znacznie głośniejsze powitanie. - Jajecznica na bekonie i smażone pomidory?

To   było   jego   zwyczajowe   śniadanie,   ale   nie   wiedzieć   czemu,   jego   żołądek 

zaprotestował na myśl o całym tym jedzeniu.

- Nie, dziękuję, pani Wilson. Zjem tylko trochę grzanek.

- Wyglądasz okropnie blado, Harry - powiedziała Meg. - Jesteś pewien, że masz się 

dostatecznie dobrze, żeby wstawać?

- Czuję się świetnie - odparł.

Posłała   mu   sceptyczne   spojrzenie,   ale   nie   odezwała   się   słowem.   Zamiast   tego 

zanurzyła łyżkę w misce, napełniła ją płatkami i zjadła je.

Dzięki Ci, Boże, pomyślał Harry.

- Nie musisz tak na mnie patrzeć - powiedziała Meg.

Pani Wilson przyniosła mu filiżankę kawy i dołączył do Meg przy stole. Marshal i 

Millie,   zamiast   powrócić   na   swoją   kanapę,   usiadły   po   obu   jego   stronach,   z   nadzieją 

zadzierając uszy.

Pani Wilson  postawiła  na  stole talerz  z cynamonowymi  grzankami  z rodzynkami. 

Harry dał każdemu spanielowi po pół kromki.

- Strasznie pan rozpieszcza te psy, milordzie - powiedziała pani Wilson.

- Dziecko czy zwierzę, które nie jest rozpieszczane, nie jest kochane - odparł ugodowo 

Harry i ugryzł kawałek grzanki, która mu została.

- Ja nie byłam rozpieszczana - odezwała się buntowniczo Meg.

Harry spojrzał na twarz siostry i poczuł, jak ból ściska mu serce.

- Ja cię rozpieszczam - powiedział. - Popatrz tylko, jak pozwalam ci leniuchować. 

Żadnej szkoły, żadnej pracy. Wszystko, co robisz przez cały dzień, to przyglądanie się, jak 

kręcą film. Jeżeli to nie jest rozpieszczanie, to nie wiem co.

- Jestem chora, dlatego nie chodzę do szkoły - odcięła się Meg. - Żadna szkoła mnie 

nie przyjmie. Wszystkie się boją, że umrę.

Wyglądała tak krucho w swoim niebieskim swetrze. Harry wyciągnął rękę i ujął jej 

dłoń. To było jak trzymanie zawiniątka z kośćmi.

-   Nie   umieraj,   Meggie.   Utrata   ciebie   złamałaby   mi   serce.   Przepraszam,   że   nie 

poświęcałem   ci   więcej   uwagi,   kiedy   byłaś   mała.   Ale   kocham   cię   i   chcę,   żeby   ci   się 

polepszyło.

Meg spuściła oczy, kiedy powiedział, że mu przykro, ale podniosła je znowu, gdy 

skończył mówić. Posłała mu tak nieśmiałe i pełne nadziei spojrzenie, że prawie zebrało mu 

background image

się na łzy.

- Czy ty mnie naprawdę kochasz, Harry? Podniósł jej dłoń do ust i pocałował.

-   Bardzo   cię   kocham.   Jesteś   moją   siostrą,   Meg.   Zrobiłbym   wszystko,   co   tylko 

możliwe, żeby ci pomóc.

- Czy pójdziesz ze mną dzisiaj popatrzeć, jak filmują? - zapytała.

Harry miał milion rzeczy, które musiał zrobić, i kolejny milion rzeczy, które chciał 

zrobić. Popatrzył w jej pełne nadziei oczy i odparł:

- Oczywiście, pójdę.

Ekipy oświetleniowców i techników rozstawiały sprzęt w salonie i miały być gotowe 

dopiero po lunchu, więc Harry wykorzystał ten czas, żeby zejść do stajni. Na widok koni 

wyprowadzonych na padoki ogarnęło go znajome poczucie zadowolenia. Pendleton zobaczył 

go z daleka i czekał teraz przy ogrodzeniu na zwyczajową daninę. Harry wyjął z kieszeni 

kostkę cukru, pogładził łeb konia, wyrównał mu grzywę i ruszył dalej do ujeżdżalni, gdzie 

Ned dosiadał klaczy lady Anisdale.

Marita   była   wierzchowcem   przeznaczonym   do   wszechstronnego   konkursu   konia 

wierzchowego. Maria Anisdale przysłała ją do Harry'ego na trening. Klacz bardzo dobrze 

radziła sobie w częściach konkursu obejmujących jazdę przełajową i skoki na par - kurze, ale 

traciła punkty przy ujeżdżeniu.

Harry przez chwilę stał w milczeniu, przyglądając się, jak klacz biegnie zebranym 

galopem po dwudziestometrowym okręgu.

- Ściągnij bardziej jej łopatki - polecił, a potem znów obserwował w milczeniu. - 

Wygląda znacznie lepiej - powiedział w końcu. - Naprawdę podstawia tę nogę pod tułów.

Ned zwolnił krok konia do kłusa, a potem do stępa. Zatrzymał się przed Harrym, który 

poklepał spoconą kasztanową szyję Marity i powiedział:

- Wyjeżdża w przyszłym tygodniu, więc będziemy musieli się troszczyć o jednego 

konia mniej.

Ned   odpiął   kask   i   zdjął   go   z   głowy,   wystawiając   kręcone   brązowe   włosy   na 

pochmurną pogodę.

- Czy rozmawiałeś z firmą ubezpieczeniową?

- Tak - odpowiedział Harry, a jego głos zabrzmiał bardziej szorstko niż zazwyczaj. - A 

oni   zamierzają   się   ociągać,   bo   pożar   mógł   być   podpaleniem.   Właściwie   to   odniosłem 

wrażenie, że uważają, że mogłem sam podłożyć ogień.

-  To  po  prostu  śmieszne   -  powiedział  stanowczo   Ned.  -  Dlaczego   miałbyś  spalić 

własną stajnię, budynek zaliczony do zabytków.

background image

-   Doskonałe   pytanie.   Poleciłem   mojemu   radcy   prawnemu,   żeby   je   zadał   firmie 

ubezpieczeniowej. Ja nie mam do nich cierpliwości. Typek, z którym rozmawiałem przez 

telefon, tak mnie rozzłościł, że odłożyłem słuchawkę.

Ned wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Lepiej odłożyć  słuchawkę, niż powiedzieć im, co o nich myślisz. - Zsunął się z 

siodła. - Ułoży się, Harry. - Popatrzył z troską na swojego chlebodawcę.

- A jak ty się czujesz? Jesteś pewien, że nie lepiej byłoby, gdybyś został w łóżku? 

Słyszałem, że miałeś paskudne wstrząśnienie mózgu. - Jego piwne oczy zmrużyły się, kiedy 

przyglądał się twarzy Harry'ego.

- Jesteś o wiele za blady. Harry skrzywił się.

- Czuję się dobrze.

Ned zaczął prowadzić klacz po dziesięciometrowym okręgu wewnątrz maneżu, żeby 

ochłonęła. Harry oparł ręce na ogrodzeniu i odezwał się spokojnie:

-   łan   Poole   powiedział   mi,   że   doszło   do   wypadku,   bo   ktoś   przeciął   przewody 

hamulcowe.

Ned stanął jak wryty, a klacz stanęła wraz z nim.

- Mówisz poważnie?

-   łan   mówił   zupełnie   poważnie.   Najwyraźniej   nie   ma   co   do   tego   wątpliwości. 

Samochód   był   na   przeglądzie   trzy   tygodnie   wcześniej,   łan   sprawdził   hamulce   i   były   w 

porządku. Powiedział mi też, że obejrzał je po wypadku i nie były wystrzępione, tak jak na 

skutek zużycia. Zostały całkiem wyraźnie przecięte.

- Mój Boże. - Marita trąciła Neda w ramię, a on ją zignorował. - Czy powiedziałeś o 

tym policji?

- Jeszcze nie.

- Musisz im powiedzieć, Harry. To brzmi tak, jakby ktoś postanowił cię wykończyć. - 

Ned   odgarnął   sobie   z   czoła   wijący   się   kosmyk   włosów.   -   Ale   kto?   -   Z   zakłopotaniem 

potrząsnął głową. - Ty nie masz wrogów. Nie łapię tego.

Harry powiedział żartobliwym tonem:

-   Nie   mogę   nawet   podejrzewać   moich   rywali   z   zawodów.   Wszyscy   wiedzą,   że 

wycofuję   Pendletona   i że  wypadam  z  konkurencji  do czasu,  aż  jakiś  inny z  moich  koni 

dostanie się do grandprix.

- To nie jest zabawne, Harry - wybuchnął Ned. - Musisz coś zrobić. Nie możesz tak po 

prostu siedzieć sobie i czekać, aż ten maniak znowu uderzy.

Klacz parsknęła niecierpliwie i Ned znowu zaczął ją prowadzić po okręgu.

background image

- Co mi proponujesz zrobić? - zapytał Harry.

- Idź na policję - odpowiedział Ned bez wahania. Harry stanowczo zaprzeczył ruchem 

głowy.

-   Policja   będzie   tak   samo   bezradna   jak   my.   A   właściwie   to   jeżeli   zostaną   w   to 

wciągnięci, mogą wystraszyć drania. - Twarz Harry'ego stężała. - Tego nie chcę. Chcę się 

dowiedzieć, kto spalił moją stajnię. I dowiem się tego, Ned. Przysięgam.

Ned odpowiedział dziwnym tonem:

- Z pewnością zamach na twoje życie jest ważniejszy niż zamach na stajnię.

Harry niecierpliwie machnął ręką.

- Chcę, żebyś zachował wzmożoną czujność, Ned. Konie mogą być kolejnym celem.

- Dobrze. Będę sypiał na dole, tam, gdzie one.

- Trzymaj swoją strzelbę myśliwską pod ręką. Dwaj mężczyźni popatrzyli jeden na 

drugiego.

- Jezu, Harry, nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Dlaczego któryś spośród 

wszystkich drani na świecie miałby dybać na ciebie?

Ponieważ jestem właścicielem Silverbridge, a ktoś inny go pragnie.

Nie powiedział  jednak tego  głośno. Nie miał  żadnego  dowodu, tylko  podejrzenie. 

Zadowolił się powtórzeniem raz jeszcze:

- Nie wiem, Ned, ale mam zamiar się dowiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Meg chciała, żeby Harry zjadł lunch z ekipą w busie firmy cateringowej.

- To fajne, Harry - powiedziała, kiedy spotkała się z nim na trawniku przed domem. - 

Powinieneś   postarać   się   poznać   tych   ludzi.   Chyba   nie   chcesz,   żeby   pomyśleli,   że   jesteś 

snobem, prawda?

Harry'ego nie interesowało ani trochę, co pomyślą o nim filmowcy, ale obchodziła go 

siostra. . - Zjem, jeżeli obiecasz, że też coś zjesz - powiedział.

- Dobrze.

- I nie mam tu na myśli pół kubka zupy, Meg. Mam na myśli coś konkretnego.

Jej oczy zabłysły gniewem.

- Co rozumiesz przez konkretne? Nie będę jeść czerwonego mięsa.

- Nie dbam o to, co zjesz: makaron, kanapkę, sałatkę z kurczaka... o ile tylko to jest 

konkretne jedzenie. Umowa stoi?

- To szantaż - zaprotestowała.

Harry dotknął jej nosa i uśmiechnął się.

- Wiem.

Niechętnie, lecz uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Okej, umowa stoi.

Harry miał gorącą nadzieję, że Tracy będzie na lunchu. Jeżeli będzie mógł na nią 

patrzeć, rozmawiać z nią, to konieczność bycia uprzejmym dla grupy ludzi, których nie zna, 

nie wydawała się już tak okropnie uciążliwa.

Jego oczy odnalazły ją w chwili, kiedy wszedł do busa z talerzem jedzenia. To tak jak 

magnes  odnajduje północ, pomyślał  kwaśno. Tracy nie mogła się znaleźć nigdzie w jego 

pobliżu, żeby natychmiast o tym nie wiedział.

-   Cześć   wszystkim   -   odezwała   się   Meg.   -   To   jest   mój   brat,   lord   Silverbridge. 

Przyszedł, żeby zjeść z nami dzisiaj lunch.

Spojrzenie,  jakie mu  posłała, było  tak pełne  szczęścia i dumy,  że postanowił być 

najbardziej czarujący, jak potrafi. Uśmiechnął się do ludzi przy stole i powiedział tylko z 

leciutką nutą lekceważenia:

-  Witam.  Przepraszam,  ostatnio  byłem  tak   zajęty,  że   nie  miałem  okazji  wstąpić   i 

spotkać się z państwem.

Pomieszane głosy odpowiedziały: „Milo pana widzieć, milordzie” i „Witamy w domu 

wariatów” oraz szeregiem innych powitań.

background image

Niestety, miejsca po obu stronach Tracy były zajęte, ale osoba siedząca naprzeciwko 

niej wstała i powiedziała:

- Skończyłam, milordzie, jeżeli chciałby pan zająć moje miejsce.

Harry odwdzięczył się tej dobrej duszy serdecznym „Dziękuję”.

Meg poszła, żeby zająć wolne miejsce o jedno krzesło dalej, a Harry postawił jedzenie 

na stole, usiadł i spojrzał na Tracy.

- Czy jesteś pewien, że powinieneś tu być? - zapytała. - Jesteś strasznie blady.

Słuchanie, jak jest blady, zaczynało go już mierzić.

- Czuję się świetnie.

Jonathan Melbourne, który siedział po lewej stronie Tracy, odezwał się z wyzywającą 

nutą wyczuwalną w jego dźwięcznym głosie:

- Nędznie tu, milordzie?

Harry napotkał spojrzenie gniewnych, orzechowych oczu aktora i pomyślał, że wie, co 

mu nie daje spokoju. Jon zapewne sam interesował się Tracy i nie podobało mu się, że może 

mieć arystokratycznego rywala.

Masz pecha, staruszku, pomyślał Harry i posłał mu promienny uśmiech.

- Ani trochę. Meg mówiła mi, że zarówno jedzenie, jak i towarzystwo są znakomite. 

Przyszedłem zakosztować jednego i drugiego.

Tracy spojrzała na jego talerz,  na którym  znajdowała się mała  porcja makaronu  i 

zielonej sałaty.

- Nie jesz zbyt wiele.

Zabrzmiało to niemal po macierzyńsku, co u jakiejkolwiek innej kobiety rozzłościłoby 

go niesłychanie. Ale u niej uznał to za czarujące.

Wzruszył ramionami.

- Nie jestem specjalnie głodny. - Zerknął na siostrę. - Czy zechciałabyś przedstawić 

mnie zebranym, Meggie?

Meggie promieniała.

- Oczywiście. - Natychmiast obróciła się do najbliżej siedzącej osoby i oznajmiła: - To 

jest Liza Moran, jedna z aktorek.

Liza Moran wyglądała na trzydzieści lat, miała zapewne czterdzieści, i spoglądała na 

niego w sposób, który wydał  mu się aż nadto znajomy.  Normalnie od razu zmroziłby ją 

wzrokiem, ale przyrzekł sobie, że będzie uroczy, więc uśmiechnął się i powiedział:

- Jak się pani miewa?

- To przyjemność poznać pana, lordzie Silverbrid - ge. - Jej głos był chropawy, a 

background image

łakome spojrzenie jej oczu stało się jeszcze bardziej wyraźne.

Meg mówiła dalej:

- A to jest Kim Hamilton, skrypterka.

Kim   była   ubrana   w   sweterek   bliźniak   i   tweedową   spódnicę.   Harry   powiedział 

przepraszająco:

- Muszę się przyznać do kompletnej ignorancji, jeżeli chodzi o kręcenie filmów, pani 

Hamilton. Może zechciałaby pani opowiedzieć mi, czym zajmuje się skrypterka?

Kim   oświeciła   go   z   radością,   a   potem   Meg   kontynuowała   przedstawianie   mu 

rozmaitych   aktorów   i   aktorek   oraz   ludzi,   pełniących   tak   osobliwe   funkcje   jak   asystent 

kamery, pracownik obsługi planu i główny oświetleniowiec.

Mógłby to być naprawdę przyjemny lunch, gdyby nie Liza Moran, która wciąż rzucała 

mu kuszące uwagi i spojrzenia. Nie była w tym subtelna, a on robił, co tylko mógł, żeby 

odparowywać jej komentarze. Nigdy nie potrafił znieść kobiet jej pokroju, a jeszcze trudniej 

było   ją   znosić   w   obecności   Tracy,   która   przez   większość   czasu   ignorowała   Harry'ego   i 

gawędziła z Jonem Melbourne'em.

Mnie nie zwiedzie, powiedział sobie Harry. Jest tak samo świadoma mojej bliskości, 

jak ja jestem świadom jej.

Postanowił zrobić eksperyment. Skupił się i pomyślał: Tracy, spójrz na mnie.

Był wstrząśnięty do głębi, kiedy jej oczy niemal natychmiast odwróciły się od Jona i 

napotkały jego wzrok.

Nim Harry wszedł do domu, żeby przyglądać się kręceniu zdjęć, pękała mu głowa. 

Dobrnął na górę do łazienki, żeby połknąć jeszcze trzy aspiryny, ale czuł się dosyć kiepsko, 

kiedy dołączył do Meg przy klatce schodowej.

Miejscem firmowania dzisiejszej sceny był wielki salon. Pomieszczenie to zbudowano 

jako   kaplicę,   ale   w   osiemnastym   wieku   mieszkający   tu   hrabia   zamienił   ją   na   olbrzymią 

reprezentacyjną salę balową, dodając od południowej strony wykusz z weneckim oknem. Był 

to elegancki, wytworny i piękny pokój o bladoniebieskich ścianach obitych adamaszkiem, z 

jedwabnymi kotarami w pasującym kolorze i bezcennymi meblami Chippendale'a. Dywan o 

zawiłym wzorze, naśladującym ten na suficie, został wyniesiony. Odsłaniało to intarsjowaną 

drewnianą podłogę, którą wytwórnia oczyściła i wypolerowała do połysku. Antonio Zucchi 

namalował niegdyś na suficie medaliony z porami roku i scenami mitologicznymi, Thomas 

Carter wyrzeźbił gzyms nad kominkiem, a Matthew Boulton skonstruował wysokie kandela-

bry, stojące w czterech rogach salonu. Dwa portrety pędzla van Dycka, dwa pejzaże Claude'a, 

portret praprababki Harry'ego namalowany przez Gainsborougha - wszystko, co Harry oddał 

background image

National   Trust,   żeby   pokryć   wydatki   po   śmierci   ojca   -   zdobiły   niebieskie   adamaszkowe 

ściany   wraz   z   olbrzymim,   barokowym   złoconym   lustrem   i   piece   de   resistance   salonu, 

obrazem   przedstawiającym   Silverbridge,   namalowanym   w   osiemnastym   wieku   przez 

Canaletta.  Harry walczył  o zatrzymanie  tego  ostatniego  obrazu,  wycenionego  na  dziesięć 

milionów funtów, i wygrał.

Obrazy z północnej ściany zostały zdjęte, a sama ściana zupełnie zakryta  tkaniną, 

przed   nią   zaś   wzniesiono   rusztowanie,   zapełnione   światłami   i   kamerami.   Zdjęto   wielki 

kryształowy żyrandol pośrodku sufitu, przed laty podłączony do prądu, a w jego miejsce 

zawieszono staroświecki żyrandol ze świecami, którego Harry nie poznawał. Za wszystkimi 

oknami zwisały kotary do zaciemniania.

W   salonie   stało   pełno   kamer   i   sprzętu   dźwiękowego   i   patrząc   na   masę   kabli   i 

wyposażenia, Harry zrozumiał, dlaczego ekipa filmowa była taka zadowolona z olbrzymiej 

sali balowej w Silverbridge.

- Filmują scenę balu - Meg szepnęła mu do ucha, a on nieznacznie skinął głową. 

Aspiryna nie poradziła sobie jeszcze z jego bólem głowy.

- Jesteśmy gotowi - zawołał mężczyzna, który odpowiadał za oświetlenie.

- Świetnie - odparł Dave Michaels. - Greg, możesz zwołać aktorów?

Wysoki   i   chudy   młody   mężczyzna   z   kucykiem   przemaszerował   przed   Harrym   i 

poszedł w stronę salonu od frontu. Zaraz potem grupki ludzi ubranych w kostiumy z epoki 

zaczęły napływać do sali balowej. Ku swemu całkowitemu zaskoczeniu Harry stwierdził, że 

wielu z nich rozpoznaje.

- Przyszedł pan na nas popatrzeć, co nie, milordzie? - zapytała żona jednego z jego 

dzierżawców.

Harry'emu opadła szczęka, kiedy ujrzał twarz pod brązową peruką.

- Dobry Boże. Elsie. Co ty tutaj robisz ubrana w tę perukę?

Zaczerwieniona twarz Elsie Morton rozpromieniła się.

- Jestem w filmie, milordzie. Wytwórnia wywiesiła ogłoszenie we wsi, że szukają 

statystów, no to jestem.

Kiedy Elsie poszła do sali balowej, kobieta, która wydawała się wszystkim kierować, 

zapytała głośno:

- Czy wszyscy tancerze dostali mikrofony?

- To  Jill  Brown, choreograf   - powiedziała  Meg  bratu.  - Michael   Hudson,  reżyser 

dźwięku,   chciał,   żeby   sfilmowano   taniec   razem   z   dialogami.   Jill   musiała   wyposażyć 

wszystkich aktorów w mikrofony, przez które będą słyszeli muzykę, żeby mogli utrzymać 

background image

rytm. Potem Michael nagra dialogi i muzykę na osobne ścieżki.

Harry spojrzał na siostrę ze zdumieniem.

- Ty naprawdę sporo się o tym nauczyłaś, Meggie. Jej uśmiech był wspaniały.

- Uważam, że to jest fascynujące.

W czasie, gdy rozmawiali, nadeszła ośmioosobowa orkiestra i zajęła miejsce przed 

portretem   Gainsborougha.   Choreografka   zaczęła   ustawiać   tancerzy   przed   Canalettem; 

mężczyźni stanęli w szeregu naprzeciwko kobiet. Dave Michaels zapytał ze swojego miejsca 

za jedną z kamer:

- Gdzie są Tracy i Jon?

- Greg po nich poszedł - odkrzyknął ktoś. - Powinni tu być za moment.

- Już tu jesteśmy - odpowiedział głos Jona Melbourne'a. Aktor otarł się o Harry'ego, za 

nim zaś bardziej statecznie szła Tracy, która wyglądała na zaskoczoną jego widokiem.

Harry jeszcze nigdy nie widział jej w kostiumie i kiedy na nią spoglądał, poczuł się 

tak,   jakby   coś   ścisnęło   mu   wnętrzności.   Tracy   miała   na   sobie   empirową   jasnoniebieską 

satynową suknię balową, wyciętą na tyle głęboko, by ukazywała zaokrąglenia jej piersi. Nie 

miała peruki, jej włosy były uczesane w węzeł ziotokasztanowych loków na czubku głowy, a 

dwóm delikatnym loczkom pozwolono spływać na uszy.

Wokół smukłej szyi nosiła skromny sznur pereł, a w uszach parę prostych perłowych 

kolczyków. We włosy miała wpiętą jedną białą różę. Meg powiedziała z entuzjazmem:

- Wyglądasz cudownie, Tracy.

- Dziękuję. - Jej zaskoczone spojrzenie ulotniło się, a oczy zwęziły, kiedy powiedziała 

do Harry'ego: - Powinieneś być w łóżku.

A ty powinnaś być tam ze mną. Wypowiedział do niej te słowa tylko w wyobraźni. Na 

głos odrzekł:

- Czuję się świetnie.

Nawet dla niego samego jego głos zabrzmiał ochryple - i to nie z powodu bólu głowy. 

Mógłbym leżeć na łożu śmierci, a ona by mnie poruszyła, pomyślał ze zdumieniem.

Tracy   zaczerwieniła   się;   dziwna   odpowiedź   na   to,   co   powiedział.   A   potem   Dave 

niecierpliwie zawołał ją po imieniu, więc musiała odejść i zająć miejsce u boku Jona, w 

otoczeniu tancerzy.

- Jill - powiedział Dave. Choreografka wyszła naprzód, żeby przemówić do swoich 

oddziałów.

- Dobrze. Jak wszyscy wiecie, to jest bardzo skomplikowana scena. Tańczymy taniec, 

w którym każda para musi przejść na prawo z jednego końca tej wielkiej sali na drugi, co 

background image

zajmuje sporo czasu. Zrobimy zbliżenie na Martina i Julię w czasie dialogu, kiedy będą w 

połowie sali. - Przesunęła wzrokiem tam i z powrotem po szeregach mężczyzn i kobiet. - Czy 

u wszystkich działają mikrofony?

- Tak - odpowiedzieli chórem tancerze.

- Dobrze. Proszę, zróbmy próbę.

Muzycy podnieśli instrumenty i udawali, że na nich grają, szereg kobiet dygnął przed 

szeregiem mężczyzn, którzy skłonili się w odpowiedzi, i w przedziwnej ciszy rozpoczął się 

taniec.

Próbowali  trzykrotnie.  W czasie trwania prób Meg opowiedziała  Harry'emu,  że ta 

scena w sali balowej znajdzie się na początku filmu.

- Postać Tracy, Julia, ma przebywać z wizytą w sąsiedztwie i przyjść na bal jako gość 

- wyjaśniła. - Bohater Jona, Martin, jest nią zauroczony od pierwszej chwili, kiedy ją widzi. 

Prosi ją do tańca i coś między nimi iskrzy.

Harry   obserwował   próbę.   Był   zdumiony   i   nieco   zaniepokojony   intensywnością 

erotycznego   przyciągania,   jakie   Jon   potrafił   wykreować   samym   tylko   spoglądaniem   na 

ozdobioną perłami szyję Tracy. Zaś Tracy wyglądała na bardzo młodą i bezbronną, kiedy szła 

wzdłuż szeregu tancerzy, trzymając się za ręce z Jonem. Oszołomienie na jej twarzy, gdy 

odpowiadała na jego uśmiech, doskonale pasowało do młodej, niedoświadczonej, wrażliwej 

dziewczyny, którą Julia była w tamtym momencie filmu.

Akurat   w   chwili,   kiedy   mikrofony   miały   zostać   włączone,   a   zdjęcia   rozpoczęte, 

nastąpiła przerwa; ktoś z członków ekipy wybiegł z sali, a po chwili Greg znalazł się przy 

Meg.

- Nancy się pochorowała i Dave chce wiedzieć, czy mogłabyś sobie poradzić z jej 

pracą przy tym ujęciu - powiedział.

Twarz Meg rozpromieniła się.

- Oczywiście. - Odwróciła się do brata i powiedziała rozkazującym tonem: - Możesz 

usiąść na tym krześle, Harry, to nie będziesz nikomu przeszkadzał.

Kiedy Meg oddalała się pospiesznie, Harry zajął miejsce, które mu wskazała. Wkrótce 

potem reżyser zawołał: „Akcja!” i rozpoczęły się prawdziwe zdjęcia.

Aspiryna   zmniejszyła   ból   głowy   Harry'ego   do   tępego   pulsowania,   ale   czuł   się 

oszołomiony i nieporadny, a gorąco bijące od świateł sprawiało, że się pocił. W takim stanie 

doświadczył czegoś, co musiało być najbardziej dziwacznym momentem w całym jego życiu.

Wydarzyło   się   to   podczas   tańca,   w   chwili,   gdy   każda   para   chwytała   się   za   ręce, 

partnerzy unosili ramiona wysoko i obchodzili się dokoła, podobnie jak konie na karuzeli 

background image

obiegają jej środek. Harry widział, jak Tracy wykonuje ten ruch podczas prób, i kiedy skupił 

na niej wzrok, spodziewał się zobaczyć jej niewinnie zdumioną twarz wpatrzoną w Jona, gdy 

obracali się, trzymając się za ręce.

Ale mężczyzna, którego zobaczył tańczącego teraz z Tracy, był wyższy niż Jon, a jego 

włosy były jasne, nie brązowe. Harry spojrzał na niego i po raz drugi tego dnia ścisnęły mu 

się wnętrzności. Tym mężczyzną był on sam.

Potrząsnął głową, żeby opanować myśli, przydając tym sobie bólu, ale kiedy popatrzył 

tam znowu, zobaczył siebie samego trzymającego dłoń Tracy. Zmagając się z narastającymi 

nudnościami, spojrzał na innych tańczących ludzi i dopiero teraz uświadomił sobie, że światła 

i sprzęt dźwiękowy znikły.

Miał mroczki przed oczami i mocno zacisnął powieki. Potem zrobił to jeszcze raz. 

Scena stała się wy - raźniejsza i znowu był w stanie dostrzec jasnowłosego mężczyznę i 

kasztanowowłosą kobietę, którzy trzymali się za ręce i patrzyli na siebie tak, jakby na całym 

świecie nie istniał nikt poza nimi. Najpierw dostrzegł, że ta dziewczyna to nie Tracy. Miała na 

sobie niebieską suknię, ale jej nos był prosty, nie zadarty, a jej włosy czysto kasztanowe, bez 

złotych pasemek, które czyniły włosy Tracy tak wyjątkowymi. Nie była też tak wysoka jak 

Tracy.

Oczy Harry'ego powędrowały ku partnerowi dziewczyny i wtedy zdał sobie sprawę, 

że   patrzy   na   mężczyznę,   który   kiedyś   pozował   do   wiszącego   w   jego   gabinecie   portretu 

Charlesa Olivera.

Mroczki   przed   oczyma   raz   jeszcze   przesłoniły   mu   widok   i   Harry   musiał   opuścić 

głowę, żeby nie zemdleć. Jego głowa zaczęła pulsować w rytm bicia jego serca.

Jezu, co się ze mną dzieje? Teraz mam halucynacje.

Ponownie spojrzał na parkiet. Para wciąż tam była, teraz niewyraźna, gdy mu  się 

wzrok pogorszył, ale dziwnie pełna życia. Harry nie spuszczał z nich oka do chwili, gdy 

uświadomił sobie, że jeżeli natychmiast nie wyjdzie, to chyba zwymiotuje wprost na od-

nowioną drewnianą podłogę sali balowej.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Kiedy Meg odkryła, że Harry zniknął, poszła go szukać, rozgniewana, że nie został na 

całe zdjęcia. Znalazła go w jego pokoju, leżącego na łóżku. Natychmiast zapomniała o swojej 

irytacji. Przebiegł ją zimny dreszcz.

- Harry? - Podeszła do łóżka i popatrzyła na niego. - Czy dobrze się czujesz?

Był nadal w ubraniu i leżał na nakryciu z zamkniętymi oczyma. Kiedy się odezwała, 

otworzył je ledwie na tyle, że zobaczyła dwie ciemne szparki.

- Naprawdę paskudnie boli mnie głowa - powiedział. - Chyba potrzebny mi lepszy lek 

przeciwbólowy niż aspiryna. Meggie, czy mogłabyś zadzwonić do Webstera i poprosić go, 

żeby mi coś przepisał?

- Oczywiście - odpowiedziała natychmiast. - Zaraz to zrobię.

Harry wygląda okropnie, pomyślała z troską, biegnąc do telefonu w saloniku. Nie 

powinnam była go prosić, żeby przyszedł na zdjęcia. Powinien być w łóżku.

Wykręciła londyński numer ich prywatnego lekarza tylko po to, by się dowiedzieć, że 

doktor   przez   tydzień   przebywa   w   swoim   domu   w   Wiltshire.   Zazwyczaj   to   była   dobra 

wiadomość,   gdyż   doktor   Webster   mieszkał   zaledwie   dziesięć   mil   od   Silverbridge.   Meg 

zadzwoniła pod numer w Wiltshire. Sam doktor Webster odebrał telefon.

- Lady Margaret - powiedział serdecznie, kiedy się przedstawiła. - Jak się pani miewa?

Harry początkowo zabrał ją do doktora Webstera, żeby wyleczył ją z anoreksji, ale 

lekarz odesłał ją do specjalisty.

- Bardzo dobrze, dziękuję. Ale Harry'ego okropnie boli głowa, doktorze Webster, i 

potrzebuje jakiś środek przeciwbólowy.

- Harry nie miewa bólów głowy - odpowiedział od razu doktor Webster.

Meg wyjaśniła mu, że miał wypadek i wstrząśnie - nie mózgu.

- Myślę, że dzisiaj chyba się przemęczył - zakończyła. - Powinien był zostać w łóżku.

- Jak nazywa się lekarz, który zajmował się nim w szpitalu?

Meg nie wiedziała.

-   To   nieistotne.   Zadzwonię   tam   i   dowiem   się.   Od   -   dzwonię,   kiedy   już   z   nim 

porozmawiam.

Doktor Webster najwyraźniej nie zamierzał przepisywać Harry'emu niczego dopóty, 

dopóki nie będzie miał więcej informacji o jego obrażeniach. Meg pożegnała się z nim i 

niechętnie   wróciła   powiedzieć   Harry'emu,   że   będzie   musiał   poczekać   na   swój   lek 

przeciwbólowy.

background image

Jego płowe włosy na tle białej poduszki wydawały się ciemniejsze niż zazwyczaj, a 

pod   oczami   miał   cienie   wyglądające   jak   sińce.   Raz   jeszcze   Meg   poczuła   trwogę.   Nie 

pamiętała, żeby kiedykolwiek widziała, by Harry chorował.

- Harry - powiedziała łagodnie. - Doktor Webster oddzwoni z zaleceniami w ciągu 

godziny.

Oczy, które na nią spojrzały, wyglądały jak czarne, a nie brązowe.

- Dzięki, Meggie.

Ebony podniosła kwadratowy pyszczek ze swojej poduszki obok poduszki Harry'ego i 

zawarczała. Wyraźnie wyczuwała, że z Harrym dzieje się coś złego i chroniła go.

Doktor Webster oddzwonił po dwudziestu minutach, żeby powiedzieć, że Harry ma 

bardzo poważne wstrząsnienie mózgu i nie powinien zostać wypisany ze szpitala.

- Lady Margaret, co on takiego robił, że wywołało to ten ból głowy? - zapytał doktor. 

Kiedy Meg wyjaśniła mu, że Harry odwiedzał stajnie i spędził popołudnie, przyglądając się 

filmowcom, doktor Webster aż podskoczył. - Chciałbym, żeby on dbał o siebie chociaż w 

połowie tak, jak dba o te swoje drogocenne konie! Wstrząsnienie mózgu to poważna sprawa, 

lady Margaret. Jeżeli traktuje sieje lekko, może prowadzić do trwałego uszkodzenia mózgu... 

a nawet do śmierci.

Meg poczuła, jak strach ściska jej serce. Jeżeli coś się stanie z Harrym...

-   Chcę,   żeby   wrócił   do   szpitala,   gdzie   nie   będzie   mógł   zrobić   sobie   krzywdy   - 

powiedział doktor Webster.

- Nie sądzę, żeby pojechał - odparła słabym głosem Meg.

- Sam po niego przyjadę - odparł szorstko lekarz. - Proszę mu powiedzieć, że dam mu 

lek przeciwbólowy w kroplówce, kiedy zabiorę go do szpitala, ale jeżeli odmówi wyjazdu, to 

ja umywam ręce.

- Eee... dobrze - zgodziła się Meg.

- Będę w Silverbridge za pół godziny.

- Dobrze.

- Do widzenia, lady Margaret.

- Jeszcze jedno - dodała pospiesznie Meg. - Zostawię panu otwarte drzwi, doktorze 

Webster. Czy nie ma pan nic przeciwko temu, żeby wejść samemu?

- Ani trochę.

Meg odłożyła słuchawkę, odwróciła się i zobaczyła stojącego na progu Tony'ego.

- Co się dzieje? - zapytał. - Gdzie Harry nie pojedzie?

- Och, Tony. - Meg była niesłychanie wdzięczna, że ma kogoś, kto podzieli z nią ten 

background image

ciężar. - Doktor Webster przyjeżdża, żeby zabrać Harry'ego z powrotem do szpitala, a ja 

wiem, że Harry nie będzie chciał pojechać. Ale dzisiaj wstał i chodził po całej posiadłości, a 

teraz ma okropny ból głowy i doktor Webster powiedział, że on może umrzeć, jeżeli nie bę-

dzie przestrzegał zaleceń lekarskich.

Tony uniósł elegancką dłoń.

- Powoli, Meggie. Uspokój się. Jestem zupełnie pewien, że Harry nie umrze.

- To wszystko moja wina - powiedziała dramatycznie Meg, podchodząc do brata. - To 

ja namówiłam go, żeby przyszedł na zdjęcia dziś po południu, kiedy powinien był zostać w 

łóżku.

- Możesz być pewna, że gdyby nie był na zdjęciach, byłby gdzieś indziej - odparł 

Tony. - Harry nie należy do tych, którzy spokojnie leżą w łóżku.

Meg przystanęła przed Tonym.

-   To   dlaczego   lekarz   chce,   żeby   wrócił   do   szpitala?   Czy   pójdziesz   ze   mną 

porozmawiać z Harrym?  - W jej niebieskich oczach było  błaganie.  - Mnie nie posłucha, 

wiem, że nie.

- Dlaczego myślisz, że posłucha mnie? - zapytał Tony z nutą goryczy. - Jeszcze nigdy 

tego nie zrobił.

Towarzyszył jednak Meg do sypialni Harry'ego i wszedł wraz z nią, żeby przekazać 

starszemu bratu wiadomość.

Harry przyjrzał im się, osłaniając oczy ręką, którą oparł sobie na czole, i powiedział 

kategorycznie:

- Nie wrócę do szpitala.

- Ale doktor Webster jedzie tu po ciebie - jęknęła Meg.

- Zatem odbędzie tę przejażdżkę na próżno. Wszystko, czego mi potrzeba, to jakieś 

środki przeciwbólowe i odpoczynek, a obie te rzeczy mogę mieć tutaj na miejscu, w domu.

Tony odezwał się:

- Wiem, że szpital to nudy, staruszku, ale ty naprawdę wyglądasz mizernie. Jesteś tak 

biały jak twoje prześcieradło.

Harry zamknął oczy.

- Czuję się o wiele za marnie, żeby wsiąść do samochodu i jechać pół godziny do 

szpitala.

- Harry, doktor Webster powiedział, że możesz doprowadzić do trwałego uszkodzenia 

mózgu, jeżeli nie będziesz odpoczywać. Mógłbyś nawet umrzeć - powiedziała Meg.

Harry odrzekł, nadal nie otwierając oczu:

background image

- On próbował cię nastraszyć, Meggie. Ludzie nie umierają od wstrząśnienia mózgu.

- Myślę, że jesteś upartym  egoistą - powiedział brutalnie Tony.  - Ale cóż, to nie 

nowina.

- Harry nie jest upartym egoistą - odparowała Meg, broniąc najstarszego brata.

-   Nie   jest?   -   Tony   uniósł   idealnie   wypielęgnowaną   brew.   -   A   więc   dlaczego   nie 

sprzedaje Mauleyowi ziemi, którą on chce?

Oczy Harry'ego otworzyły się, tworząc maleńkie szparki.

- Dlatego, że wolę, by ziemia służyła bydłu niż golfistom.

Tony przysunął się bliżej łóżka.

- Nie, to dlatego, że masz tę swoją idee fixe, żeby nie przejść do historii jako hrabia, 

który sprzedał farmy Silverbridge. Tu chodzi tylko o ego, Harry, i o nic więcej.

Harry przesunął rękę, zakrywając sobie oczy.

-   Idźcie   stąd   oboje,   a   kiedy   pojawi   się   Webster,   każcie   mu   dać   mi   jakieś   środki 

przeciwbólowe. Nie chcę się z nim widzieć.

-   Jesteś   hrabią   -   Tony   powiedział   sarkastycznie.   -   Chylimy   czoło   przed   twoimi 

rozkazami. Jak zawsze.

Meg pomyślała, że Tony zbyt łatwo się poddał, i obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

- Proszę, spotkaj się z doktorem Websterem, Harry - powiedziała błagalnie. - Martwię 

się o ciebie.

-   Nic   mi   nie   będzie.   -   Wciąż   zasłaniał   oczy   ręką.   -   Tylko   zdobądź   te   środki 

przeciwbólowe.

Meg   popatrzyła   na   jego   bladą   twarz   na   poduszce,   po   czym   odwróciła   się,   żeby 

spojrzeć na Tony'ego. Wskazał głową na drzwi i Meg niechętnie wyszła za nim.

- Jak zwykle Harry sprzeciwia się zrobieniu tego, co rozsądne - powiedział Tony z 

goryczą, kiedy zamknęli za sobą drzwi sypialni. - Nie wiem dlaczego ciągle się łudzimy, że to 

zrobi.

- Jak mogę powiedzieć doktorowi Websterowi, kiedy już przyjedzie tu z tak daleka, że 

nie może zobaczyć się z Harrym? - martwiła się Meg.

- Niech Harry sobie z nim radzi - podsunął Tony. - To on wydaje wszystkie polecenia.

- Chcesz powiedzieć, że powinnam go zaprowadzić do pokoju Harry'ego, mimo że 

Harry tego zakazał? - W głosie Meg zabrzmiała zgroza na samą myśl o tym.

Tony przewrócił oczami i powiedział z niecierpliwością:

- Rób, co chcesz. A teraz, jeśli pozwolisz, muszę się ubrać. Jestem umówiony na obiad 

w Warkfield.

background image

Meg   stała   nadal   niezdecydowana   na   korytarzu,   kiedy   Tony   odszedł   do   swojego 

pokoju. Nie miało sensu wracać, żeby ubłagać Harry'ego. Była tylko jego małą siostrzyczką, a 

on wyraźnie nie miał zamiaru jej wysłuchać.

Kto jej wysłucha?

Tracy.   To   imię   zabłysło   w   umyśle   Meg   niczym   żarówka.   Nie   traciła   czasu   na 

zastanawianie   się,   dlaczego   miałaby   iść   do   kogoś,   kogo   oboje   z   Harrym   znają   od   tak 

niedawna. Zadziałała czysto instynktownie i popędziła do przyczepy, modląc się, żeby Tracy 

tam była.

I była. Kiedy Meg wpadła do środka, Tracy siedziała przy toaletce i zmywała makijaż. 

Była sama; nie było ani śladu Gail.

- Tracy - powiedziała Meg z naciskiem, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi. - Harry 

jest chory i lekarz chce go zabrać do szpitala, a on nie chce jechać.

Tracy obróciła się na krześle. Jej włosy były związane z tyłu, a twarz błyszczała od 

kremu nawilżającego.

- Co się stało? Meg podeszła bliżej.

- Leży w łóżku z okropnym bólem głowy. Doktor Webster jest wściekły, że nie został 

dzisiaj w łóżku, tak jak obiecywał.

-   Wiedziałam,   że   nie   powinien   był   wstawać   -   odparła   ponuro   Tracy.   -   Wyglądał 

strasznie.

- To wszystko moja wina - powiedziała Meg z rozpaczą w głosie. - Poprosiłam go, 

żeby poszedł na lunch, a potem na zdjęcia. A teraz lekarz mówi, że on może umrzeć.

Tracy wstała i odezwała się jeszcze bardziej ponuro niż przed chwilą:

- On nie umrze, Meggie. Ja tego dopilnuję. Zaczekaj chwilę, przebiorę się w dżinsy i 

pójdę z tobą.

Tracy potrzebowała czterech minut, żeby zetrzeć krem z twarzy i ubrać się. Potem 

razem z Meg wyszły z przyczepy i skręciły w kierunku domu. Uszły ze dwanaście metrów, 

kiedy natknęły się na Jona.

- Co się stało? - zapytał, spoglądając badawczo na ich zmartwione twarze.

- Mój brat Harry jest chory - odpowiedziała Meg.

-   Tracy   idzie   spróbować   go   przekonać,   żeby   pozwolił   doktorowi   zabrać   się   do 

szpitala.

- Chory? - powtórzył Jon. - Dopiero co widzieliśmy go podczas lunchu. Co się stało?

- Nie mam czasu, żeby tu stać i gawędzić z tobą, Jon - powiedziała szorstko Tracy. - 

Chodźmy, Meg - i dwie młode kobiety ruszyły biegiem na przełaj przez trawnik. Po chwili 

background image

wahania Jon podążył za nimi.

Meg   wiedziała,   że   postąpiła   słusznie,   sprowadzając   Tracy,   kiedy   tylko   zobaczyła 

twarz   Harry'ego.   Chociaż   była   ściągnięta   bólem,   pojawił   się   na   niej   wyraz,   którego   nie 

widziała wcześniej.

- Paskudny ból głowy? - zapytała Tracy.

- Mhm.

Wyglądało na to, że nawet mówienie sprawia mu ból.

- Lekarz będzie tu wkrótce, żeby cię zabrać do szpitala - powiedziała Tracy. - Da ci 

coś przeciwbólowego, kiedy tam dojedziecie.

Usta Harry'ego przybrały zacięty wyraz, który tak dobrze znała jego rodzina.

- Nie jadę do szpitala.

- Dlaczego nie? - zapytała Tracy groźnie.

- Bo nie.

Od progu odezwał się zdecydowany męski głos:

- Ależ oczywiście, jedziesz.

Meg odwróciła się i posłała doktorowi Websterowi nerwowy uśmiech.

- Dziękuję za przybycie, doktorze Webster.

- Zmarnowałeś czas, Jamesie - powiedział Harry. - Nie jadę do szpitala.

Webster, który był lekarzem Harry'ego od czasu, gdy ten złamał sobie rękę podczas 

gry w rugby w Eton, podszedł do łóżka. Był siwowłosym mężczyzną około pięćdziesiątki i 

wyglądał na dobrze prosperującego domowego lekarza. Rzeczywiście nim był.

- Masz poważne wstrząśnienie mózgu, Harry - powiedział ponuro. - Nie powinni byli 

cię wypisać ze szpitala.

Tracy podała mu rękę.

-   Harry   zastraszył   lekarza.   Jak   się   pan   miewa,   doktorze   Webster?   Jestem   Tracy 

Collins.

Twarz   Webstera   przybrała   nieco   głupkowaty   wyraz,   który   Meg   zauważała   u 

wszystkich mężczyzn, kiedy patrzyli na Tracy.

- Miło mi panią poznać, panno Collins.

Uśmiechnęła się. Webster wyglądał jeszcze bardziej głupkowato. Meg pomyślała z 

zazdrością, że nawet bez makijażu i z włosami zebranymi w koński ogon Tracy wygląda 

pięknie. Tracy odezwała się z sympatią:

- Sądzę, że tak naprawdę mamy w tym pokoju dwójkę pacjentów, Harry'ego i Meg. 

Czy nie mam racji, doktorze Webster?

background image

- Lady Margaretjest obecnie pod opieką specjalisty, ale oczywiście to ja jestem jej 

lekarzem rodzinnym - odparł ostrożnie Webster.

Meg zesztywniała, kiedy padło jej imię, i wbiła czujny wzrok w twarz Tracy.

-   Cóż,   mam   propozycję,   która,   jak   sądzę,   będzie   z   korzyścią   dla   nich   obojga   - 

powiedziała  Tracy.  Jej  ciemnoniebieskie  oczy skupiły się na Meg. - Chcesz,  żeby Harry 

pojechał do szpitala. Zgadza się, Meg?

- Taaak - odpowiedziała Meg ostrożnie. Tracy spojrzała na Harry'ego.

- A ty chcesz, żeby Meg normalnie jadła. Czy tak? Ból wykrzywił jego usta.

- Tak - potwierdził smętnie. Tracy zwróciła się do lekarza:

- A jeżeli zawrzemy umowę? Harry zgodzi się pojechać do szpitala, jeśli Meg zgodzi 

się jeść trzy posiłki dziennie w czasie, gdy go nie będzie.

- To szantaż - powiedziała żarliwie Meg. Tracy popatrzyła na Harry'ego.

- Być może.

Wszyscy spoglądali  na Harry'ego, który przyglądał  się Tracy wciąż z tym  samym 

smętnym wyrazem ust.

- Nienawidzę szpitali.

- Wiem - odpowiedziała rzeczowo. - Ale nie możemy ci zaufać, że pozostaniesz w 

łóżku, jeżeli będziesz w domu.

Meg czekała na wybuch Harry'ego. Nie wybuchnął. Zamiast tego przeniósł na nią 

wzrok.

- Co o tym sądzisz, Meg? Zgodzisz się na taki układ?

- Ale ty nie chcesz jechać do szpitala - wypaliła.

- Nie, ale jeszcze bardziej niż nie chcę jechać do szpitala, chcę, żebyś jadła. A więc 

jeżeli zgodzisz się na ten... szantaż - tu rzucił okiem na Tracy - to ja też się zgodzę.

Meg   zacisnęła   pięści,   targana   zmaganiami   między   tą   jej   cząstką,   która   chciała 

wyzdrowieć, i tą, która potrzebowała choroby i nie chciała dać za wygraną. Dopiero ból na 

twarzy Harry'ego zadecydował za nią.

- Okej - powiedziała. - Zgadzam się.

- Dobrze. - Tracy odwróciła się do lekarza. - Ja naprawdę sądzę, że Harry powinien 

dostać jakiś środek przeciwbólowy, zanim znajdzie się w pańskim samochodzie.

Lekarz postawił czarną skórzaną torbę na stole.

- Od razu dam mu zastrzyk.

W tej chwili drzwi otworzyły się i do sypialni zajrzał Tony. Miał na sobie jeden ze 

swoich kosztownych, idealnie skrojonych garniturów. Kiedy zobaczył doktora Webstera, na 

background image

jego twarzy pojawiło się zdumienie.

- Co się dzieje? - zapytał.

- Zabieram twojego brata do szpitala - odpowiedział lekarz, wyciągając strzykawkę z 

torby. - Ma wstrząśnienie mózgu i musi mieć spokój.

Tony oparł się o drzwi.

- Brawo, doktorze. Dokonał pan tego, czego nikt inny nie zdołał. Byłem pewien, że 

będzie pan musiał znokautować Harry'ego, żeby go znowu zabrać do szpitala.

- Możesz podziękować pannie Collins za to, że zmienił zdanie. - Doktor napełniał 

strzykawkę przezroczystym płynem.

Tony spojrzał na Tracy i posłał jej szyderczy uśmiech.

- Harry zawsze miał słabość do radych.

- Nie bądź durniem, Tony. Tracy podpuściła nas, żebyśmy zgodzili się na podwójny 

szantaż. Harry jedzie do szpitala, a ja obiecałam jeść trzy posiłki dziennie w czasie, gdy jego 

nie będzie - odpowiedziała Meg.

Tracy zaprotestowała:

- Doprawdy, sprzeciwiam się nazywaniu mnie szantażystką.

- Dla mnie to brzmi jak szantaż - odparował Tony. Uśmiechnął się szeroko. - Ale to 

znakomity szantaż, Tracy. Moje gratulacje.

- Dziękuję - odparła.

- A teraz,  Harry - doktor  Webster zbliżał  się do łóżka  ze  strzykawką  - zrobię  ci 

zastrzyk.   Powinien   zadziałać   prawie   natychmiast,   a   potem   sprowadzimy   cię   na   dół   i   do 

samochodu.

- Może mi pan to wbić prosto w głowę, jeżeli to pomoże - powiedział Harry.

Tony skrzywił się.

-   Twoje   ramię   w   zupełności   wystarczy.   -   Doktor   podciągnął   rękaw   bawełnianej 

koszulki Harry'ego, odsłaniając mocno umięśnione ramię.

Tony odezwał się:

- Cóż, jeżeli nie potrzebujecie mnie tutaj, to chyba będę leciał. Mam spotkanie, na 

które już jestem spóźniony.

- No to proszę biec - odrzekł doktor Webster, trzymając igłę wycelowaną w ramię 

Harry'ego.   Kiedy   igła   zagłębiła   się   w   ciało,   Tony   w   pośpiechu   opuścił   pokój,   a   Tracy 

odwróciła wzrok, w przeciwieństwie do Meg.

Po opróżnieniu strzykawki i wyjęciu igły doktor odwrócił się i powiedział:

- Lady Margaret, może zechciałaby pani spakować torbę dla brata?

background image

Tracy zwróciła się do Harry'ego:

- Czy chcesz, żebyśmy z Meg pojechały z tobą?

- Nie. - Odpowiedź Harry'ego była stanowcza.

- Okej - Tracy z wdziękiem uczyniła zadość jego życzeniu. - Przyjedziemy do ciebie 

jutro.

- Uhm - odmruknął.

- Dobrze, wydostańmy go z łóżka, nim demerol go uśpi - powiedział lekarz.

Dziesięć   minut   później  Harry  siedział  na   przednim  siedzeniu   bmw   należącego  do 

lekarza. Tracy i Meg patrzyły za odjeżdżającym samochodem, a potem wróciły do domu.

background image

ROZDZIELI DWUDZIESTY PIERWSZY

Nim Harry dotarł do szpitala, głowa pulsowała mu nadal, ale zastrzyk sprawił, że stał 

się senny. Doktor Webster zatrzymał się na parkingu naprzeciwko budynku szpitala i obszedł 

samochód, żeby pomóc mu wydostać się z auta.

- Nie potrzebuję pomocy - powiedział Harry drażliwie i spróbował stanąć o własnych 

siłach.

Ziemia zakołysała mu się pod stopami i poczuł, jak Webster obejmuje go ramieniem.

- Nie bądź niemądry - powiedział lekarz. - Jesteś pod wpływem demerolu.

Obaj   mężczyźni   zaczęli   wspólnie   iść   przez   podjazd   wiodący   w   stronę   głównego 

wejścia do szpitala.

Harry był zbyt otumaniony, żeby dokładnie pojąć, co się potem wydarzyło. Wiedział 

tylko,   że   usłyszał   pisk   opon,   a   później   leżał   rozciągnięty   na   ziemi   między   dwoma 

zaparkowanymi autami, zaś Webster leżał na nim.

Doktor  poderwał  się  na  równe  nogi,  otworzył  drzwiczki   samochodu   i  oparł  się o 

klakson. Niemal natychmiast dwaj ludzie z ochrony zbiegli po schodach szpitala.

Pozostała część wieczoru miała na zawsze pozostać zamazana w pamięci Harry'ego. 

Pamiętał wsiadanie na wózek, ale nie pamiętał drogi od głównego wejścia do szpitalnego 

łóżka. Pamiętał, jak pytał Webstera, kiedy podłączano go do kroplówki: „Co tam się stało?”, i 

wydawało mu się, że lekarz odpowiedział: „Ktoś próbował nas przejechać”.

Później nie pamiętał już nic.

Doktor Webster zadzwonił do Silverbridge z dyżurki pielęgniarek, kiedy tylko Harry 

zasnął. Gdy Meg odebrała telefon, zapytał o Tony'ego. Dowiedziawszy się, że Tony'ego nadal 

nie ma w domu, zawahał się, a potem zapytał o Tracy. Pokrótce opowiedział jej o incydencie 

z samochodem i doradził, żeby sprowadziła kogoś, kto czuwałby nad Harrym podczas jego 

pobytu w szpitalu.

W drodze do samochodu starał się wytłumaczyć sobie, dlaczego powierzył tarapaty 

Harry'ego Tracy Collins.

Nie chciałem składać tego na barki Meg, a panna Collins była jedyną dorosłą osobą w 

domu.

Ale ona nie jest tam jako przyjaciółka, jest tam tylko z powodu filmu.

Mimo to...

W  ciągu   krótkiego   czasu,  jaki  spędził   w   towarzystwie  Tracy  i  Harry'ego,   odniósł 

nieomylne wrażenie, że są ze sobą w jakiś sposób powiązani. To nie było nic, co powiedzieli. 

background image

To było wyłącznie wrażenie, ale bardzo silne - tak silne, że doktor zwrócił się do niej, wybrał 

ją, bo wiedział, że zapewni Harry'emu bezpieczeństwo. Stwierdził, że może to wygląda na 

szalone, ale był pewien, że podjął właściwą decyzję.

Tracy   odłożyła   słuchawkę   i   zwróciła   się   do   Meg,   która   wpatrywała   się   w   nią   z 

niepokojem.

- O co tam chodziło? - zapytała.

Trący zastanawiała się, czy powiedzieć Meg, czy nie. Najwyraźniej doktor Webster 

uważał,   że   nie   powinna   jej   o   tym   mówić.   Gdyby   sądził   inaczej,   zrobiłby   to   sam.   Czy 

wiadomość, że życie jej brata jest zagrożone, zdusi jej kruchą chęć powrotu do zdrowia, czy 

może sprawi, że Meg otrząśnie się ze swojej obsesji na punkcie choroby?

Mogło się to skończyć dwojako. Tracy pomyślała, że najlepiej będzie poczekać. Słów 

raz wypowiedzianych nie da się cofnąć. Odezwała się więc:

- Doktor Webster chce, żebyśmy umieściły przy Harrym kogoś, kto dopilnuje, żeby 

został w łóżku.

- Masz na myśli pielęgniarkę?

Stały obie tuż obok telefonu w saloniku. Tracy odpowiedziała:

- Wątpię, czy pielęgniarka byłaby na tyle przekonująca, żeby zatrzymać Harry'ego. 

Myślę, że lepiej sprawdzi się ktoś z ochrony.

- Mogłybyśmy zadzwonić do Toma Edsela - odparła Meg. - To prywatny detektyw z 

Warkfield. Pamiętam, że zeszłego lata pracował dla Harry'ego.

-   Brzmi   idealnie.   -   Tracy   odwróciła   się   w   stronę   telefonu.   -   Od   razu   się   z   nim 

skontaktuję.

- Jest późno - zaprotestowała Meg. - Nie będzie go w biurze. Lepiej zadzwonić do 

niego rano.

Tracy pomyślała o Harrym, bezbronnie leżącym pod narkozą, i powiedziała:

- Zadzwonię do niego do domu. Gdzie jest książka telefoniczna?

Meg   znalazła   dla   niej   numer   i   Tracy   zatelefonowała.   Zanim   odłożyła   słuchawkę, 

ustaliła,   że   ktoś   od   razu   pojedzie   do   szpitala,   żeby   być   przy   Harrym.   Ustaliła   też,   że 

ochroniarze będą czuwać przy Harrym na zmianę, tak długo, jak to konieczne.

Meg   była   wyraźnie   zaintrygowana   uporem   Tracy   w   sprawie   sprowadzenia   kogoś 

prosto do szpitala, ale Tracy nie starała się wyjaśniać niczego więcej niż na początku. Zamiast 

tego powiedziała:

- Jest późno, powinnyśmy się kłaść. Jutro zabiorę cię w odwiedziny do brata.

Zdezorientowana Meg ruszyła za Tracy korytarzem prowadzącym do ich pokoi.

background image

Tracy mogła doradzać Meg pójście spać, ale kiedy sama znalazła się w łóżku, sen nie 

chciał nadejść. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, widziała samochód wypadający z 

mroku nocy i pędzący w stronę Harry'ego.

Gdyby coś mu się stało...

Raz jeszcze pomyślała o Scottym i o cierpieniu, jakiego zaznała po jego stracie.

Nie mogę znowu tego przechodzić. Nie Harry. Proszę, Boże, nie Harry.

Sposobem   na   zapewnienie   mu   bezpieczeństwa   było   odkrycie,   kto   stoi   za   jego 

„wypadkami”. Tracy opanowała lęk i starała się logicznie podejść do całej sytuacji.

Ktoś   wiedział,   że   Harry   będzie   na   szpitalnym   parkingu   właśnie   w   tym   czasie, 

pomyślała. Jeżeli zdołam zawęzić krąg osób, które posiadały tę informację, może będę miała 

winnego.

Ponownie przemyślała to, co wydarzyło się w pokoju Harry'ego, i przywołała obrazy 

wszystkich obecnych tam ludzi: siebie, Meg, doktora Webstera i Tony'ego.

Tony.   Tony   był   w   pokoju   Harry'ego   i   wyszedł,   kiedy   Harry   dostawał   zastrzyk   z 

demerolu.   Miał   dosyć   czasu   Żeby   dojechać   do   szpitala   przed   Harrym   i   spróbować   go 

przejechać.

W Tonym było coś, co wywoływało u niej nieufność, ale Tracy trudno było uwierzyć, 

że byłby zdolny do zamordowania z zimną krwią własnego brata.

Musiałby być zdesperowany, żeby zrobić coś takiego. Tracy zapatrzyła się w sufit i 

pomyślała o rzeczach, które mogłyby doprowadzić mężczyznę do desperacji. Być może ma 

ogromne   długi   przez   hazard.   Gdyby   został   hrabią,   mógłby   zyskać   mnóstwo   pieniędzy, 

sprzedając Mauleyowi grunty Silverbridge.

W ciemnościach Tracy zmarszczyła czoło. Może powinnam sprawdzić Tony'ego ?

Im więcej rozmyślała o tym  pomyśle, tym  bardziej jej się podobał. Jedynym  jego 

minusem było to, że zdała sobie sprawę z tego, że Harry'emu zapewne wcale by się to nie 

spodobało.

Nie powiem mu, postanowiła Tracy. Jeżeli Tony jest czysty, Harry nie musi się nigdy 

o tym dowiedzieć.

Kiedy tylko wymyśliła plan działania, od razu poczuła się lepiej i wtuliła policzek w 

poduszkę. Rano wyślę Gail, żeby kogoś znalazła, pomyślała i nareszcie zasnęła.

Tracy wezwała Gail, zanim zeszła na śniadanie, i poczyniła ustalenia, żeby wynająć 

prywatnego detektywa. Miała się stawić do charakteryzacji o dziewiątej. Było nieco po ósmej, 

kiedy weszła do kuchni w Silverbridge i zastała tam Gwen Mauley popijającą kawę.

- Dzień dobry, panienko - gosposia przywitała Tracy przyjaznym uśmiechem. - To co 

background image

zwykle?

- Tak, dziękuję, pani Wilson.

Marshal i Millie zlazły z kanapy, kiedy weszła Tracy, ale gdy zobaczyły, że to nie 

Harry, smętnie wspięły się z powrotem na swoje legowiska. Tracy przeniosła wzrok na Gwen, 

która   wyglądała   uderzająco   atrakcyjnie   w   czarnych   bryczesach   ze   skórzaną   wstawką, 

wysokich czarnych butach i białym sweterku z golfem.

- Dzień dobry - powiedziała Tracy.

Gwen nie zawracała sobie głowy odpowiadaniem na przywitanie.

- Harry i ja mieliśmy na dziś rano zaplanowaną lekcję, więc poszłam do stajni, ale 

jego tam nie było. Pani Wilson mówi, że Harry ma wstrząśnienie mózgu i podobno ma zostać 

w łóżku. - Gwen zabębniła po stole długimi, krwistoczerwonymi paznokciami. - Jeżeli on jest 

w łóżku, to chcę wiedzieć, kto ujeżdża mojego konia.

Tracy zajęła miejsce przy stole naprzeciwko Gwen.

- Jestem pewna, że Harry dopilnował, by pani koń był ćwiczony.

W głosie Gwen zabrzmiało zdenerwowanie.

- Tak, i na pewno dopilnował, żeby to Ned na nim jeździł. Nie mam nic przeciwko 

Nedowi, ale on to nie Harry. To za Harry'ego zapłaciłam, i chcę Harry'ego. On ma cudowny 

kontakt z końmi.

Tracy popatrzyła w zielone oczy Gwen i pomyślała: „rozpieszczony bachor”.

- Obawiam się, że Harry nie będzie w stanie trenować pani konia co najmniej przez 

kilka dni - powiedziała chłodnym tonem. - Jest w szpitalu.

Gwen przeniosła gniewne spojrzenie zielonych oczu na gosposię, która nadchodziła z 

owocami i płatkami zbożowymi dla Tracy.

-   Pani   Wilson   powiedziała   mi,   że   miał   tylko   wstrząśnienie   mózgu!   Sportowcy 

miewają je ciągle i nie robią z tego problemu.

Tracy z dużym trudem powstrzymała się przed chluśnięciem płatkami w twarz Gwen. 

Zamiast tego powiedziała szorstko:

- Harry ma groźne wstrząśnienie  mózgu  i lekarz umieścił go w szpitalu,  by mieć 

pewność, że będzie miał spokój.

Gwen trzasnęła filiżanką po kawie o spodek.

- No to świetnie. Jestem zapisana do udziału w pokazie w przyszłym tygodniu, a teraz 

Dylan nie będzie gotowy.

- Może mogłaby pani popracować z nim sama? - zaproponowała Tracy.

Z oczu Gwen wystrzeliły zielone iskry. Wyglądała jak kotka, która ma zaraz fuknąć.

background image

- W tym  problem. To dlatego sprowadziłam go do Harry'ego. Ja nie mogę z nim 

pracować sama. - Łypnęła gniewnie na pustą filiżankę i powiedziała: - Chciałabym więcej 

kawy.

Gosposia odpowiedziała obojętnie:

- Oczywiście, panno Mauley.

Tracy nabiła na widelec kawałek melona i zapytała:

- Dlaczego nie może pani sama pracować z Dylanem?

Gosposia nalała kawy do filiżanki Gwen i postawiła czystą filiżankę przed Tracy.

Gwen odpowiedziała z goryczą w głosie:

- Ponieważ sądzę, że on mnie nie lubi. Tracy wypiła łyk orzeźwiającej kawy.

- Dlaczego pani tak mówi? Gwen wybuchnęła.

- Bo on mnie nie słucha! Za każdym razem, kiedy o coś proszę, wszystko, co dostaję, 

to zapieranie się i wierzganie i... i... opór! Dla Harry'ego chodzi jak złoto, ale ilekroć ja go 

dosiadam, zamienia się w świnię.

- Być może po prostu musi pani spędzać z nim więcej czasu - powiedziała Tracy.

Gwen pochyliła się i spiorunowała Tracy wzrokiem.

- Pozwoli pani, że coś pani powiem, panno Collins. Jestem znakomitym jeźdźcem. 

Brałam udział i wygrywałam na poziomie grandprix w wielu znanych zawodach. Z moją 

jazdą jest wszystko w porządku. To ten cholerny koń stanowi problem.

Tracy przypomniała sobie słowa swojego starego instruktora konnej jazdy: Trzeba się 

strzec jeźdźca, który obwinia swojego konia, a nie siebie samego. Zjadła truskawkę i łagodnie 

zapytała:

- A co mówi Harry?

- Ha! - Gwen w obronnym geście zaplotła ręce na piersi. - On mi ciągle powtarza, że 

Dylan to koń czystej krwi i że nie mogę na nim jeździć w taki sam sposób, jak jeżdżę na 

koniach   półkrwi.   Mówi   mi:   „Bądź   delikatna”   -   powiedziała,   nieźle   naśladując   urywany, 

arystokratyczny sposób mówienia Harry'ego - „Nie wymagaj. Proś”. - Gwen prychnęła. - 

Kiedy mówię koniowi, żeby zrobił piruet w galopie, to oczekuję, że to wykona! Nie mam 

zamiaru marnować czasu na przymilanie się do niego.

- Konie pełnej krwi trzeba prowadzić bardzo lekko - powiedziała Tracy.

Gniewne spojrzenie Gwen przybrało na sile.

- Jeżdżę tak, jak jeżdżę. Jeżeli to się koniowi nie podoba, to się go pozbędę.

Serce Tracy podskoczyło z radości, kiedy usłyszała te słowa.

- Czy mówi pani poważnie?

background image

- Tak. Poważnie. We wtorek pojechałam do Niemiec i zobaczyłam tam wspaniałego 

czarnego hanowera. Na takim mogę świetnie jeździć! Postanowiłam sprzedać Dylana i kupić 

hanowera. Ale chciałam zabrać Dylana na ten pokaz, żeby lepiej go sprzedać.

- Ja go od pani kupię - powiedziała Tracy. Gwen popatrzyła na nią z osłupieniem.

- Pani?

- Tak - Tracy uśmiechnęła się przyjaźnie. - Zawsze interesowało mnie ujeżdżenie i 

dorastałam, jeżdżąc na koniach pełnej krwi. Myślę, że Dylan będzie mi bardzo pasował.

Oczy Gwen zwęziły się.

- Czy pani myśli, że to sposób na zbliżenie się do Harry'ego? Czy ma pani chęć zostać 

hrabiną, panno Collins?

- Ile pani za niego chce? - odpowiedziała Tracy.

- Chcę za niego czterdzieści tysięcy funtów.

To była o wiele za wysoka kwota. Tracy wiedziała o tym, Gwen wiedziała to także.

- Dam pani dwadzieścia pięć - odparła Tracy.

- Trzydzieści pięć - odrzekła Gwen.

- Trzydzieści.

- Trzydzieści dwa i umowa stoi.

- Dobrze - zgodziła się Tracy. - Jak prędko mogę go mieć?

-  Jeżeli   o  mnie   chodzi,   to   może   go   pani   mieć   już   dzisiaj   -   odparła   Gwen.  -   Już 

złożyłam ofertę na hanowera.

- Wypiszę pani czek, ale chcę wszystkie jego papiery.

- Są w moim londyńskim mieszkaniu. Będę je miała na jutro.

- Świetnie.

Oczy Gwen znowu się zwęziły.

- Opłaty za jego utrzymanie i trening wypadają w poniedziałek.

- Ile...?

Suma, którą podała Gwen, sprawiła, że oczy Tracy rozszerzyły się. Harry z pewnością 

nie ceni się zbyt nisko, pomyślała z lekkim rozbawieniem.

Gwen wstała.

- Cóż, życzę pani szczęścia z Dylanem. Ale nie liczyłabym, że kupienie go zaskarbi 

pani jakieś punkty u Harry'ego. - W jej głosie zabrzmiał słaby cień ostrzeżenia.

Tracy przyszedł do głowy pewien pomysł.

- Od jak dawna jest pani w Wiltshire?

- Przyjechałam wczoraj. - Głos Gwen zabarwiła nuta sarkazmu. - Spodziewałam się, 

background image

że dziś rano będę miała lekcję.

Tracy myślała nad tym, jak sformułować następne pytanie, tak żeby nie wyglądało na 

wścibskie. Uznała, że nie ma takiego sposobu, więc odsłoniła karty i zapytała wprost:

- Czy pani ojciec był wczoraj wieczorem w domu? Gwen pochylała się, żeby podnieść 

torebkę, łypnęła na Tracy wyraźnie podejrzliwie.

- Dlaczego pani pyta? Tracy poczuła natchnienie.

- Tylko dlatego, że Tony był wczoraj wieczorem umówiony na obiad i zastanawiałam 

się, czy może spotkał się z pani ojcem. To wszystko.

- A co pani do tego, z kim Tony jada obiad? Tracy zapytała śmiało:

- Czy jadł obiad z panią? Gwen ponownie usiadła.

- Myślałam, że to Harrym jest pani zainteresowana, nie Tonym.

Tracy spuściła rzęsy, żeby ukryć oczy.

- Harry to wspaniały facet, ale jest obsesyjnie przywiązany do tego mauzoleum. I chce 

być   farmerem!   Tony   nie   ma   takich   obciążeń.   -   Podniosła   wzrok   i   uraczyła   Gwen 

bezgranicznie niewinnym spojrzeniem. - Zastanawiałam się tylko, czy Tony jest wolny.

- Pyta pani, czy roszczę sobie do niego jakieś prawa?

- Cóż... tak.

- Otóż nie - Gwen odpowiedziała  krótko. - Z moją rodziną wiążą go interesy,  to 

wszystko.

- Pole golfowe.

- Tak, pole golfowe.

Tracy znowu przybrała minę pierwszej naiwnej.

- Ale co Tony ma wspólnego z polem golfowym? On nie jest właścicielem majątku. 

Harry nim jest.

-   Tony   będzie   nim   zarządzać.   Właściwie   to   będzie   zarządzać   całą   posiadłością, 

zarówno hotelem, jak i polem golfowym. Będzie w tym świetny. Tony potrafiłby oczarować 

każdego.

Tracy przywołała na usta ckliwy uśmiech.

- Tak, on to potrafi, prawda? A więc zeszłego wieczora był na obiedzie z pani ojcem, a 

nie z panią?

- Zgadza się.

Tracy wysilała szare komórki, szukając jakiegoś sposobu, żeby sensownie zapytać, 

czy Tony spóźnił się na umówione spotkanie w restauracji. Zanim jednak zdołała wymyślić 

pytanie, Gwen znów wstała od stołu.

background image

- Zadzwonię do pani jutro, kiedy będę miała dokumenty Dylana. Będziemy mogły się 

spotkać, żeby sfinalizować sprzedaż.

-   Świetnie   -   odpowiedziała   Tracy.   -   Będę   zajęta   na   planie,   ale   proszę   zostawić 

wiadomość mojej sekretarce, a ja do pani oddzwonię.

Gwen otworzyła torebkę i wyjęła notesik i pióro.

- Jaki jest do niej numer?

Tracy podała numer telefonu Gail, i Gwen go sobie zapisała. Schowała pióro i notesik 

do torebki, a potem, nie odzywając się ani słowem, wyszła.

Pani Wilson zapytała, stojąc przy zlewie:

- Czy chciałaby pani jeszcze kawy?

Ciepło,   obecne   wcześniej   w   jej   głosie,   kiedy   zwracała   się   do   Tracy,   ulotniło   się. 

Zamiast niego Tracy wyczuła lekki chłód. Wyraźnie pani Wilson słuchała rozmowy Tracy i 

Gwen, i nie pochwalała tego, co usłyszała.

- Nie, dziękuję, pani Wilson - powiedziała Tracy łagodnie.

W tej chwili do kuchni weszła Meg. Energicznie podeszła do stołu, usiadła i zwróciła 

się do pani Wilson buntowniczo:

- Zjem owoce i miskę płatków kukurydzianych, pani Wilson.

Zaskoczona gospodyni gwałtownie odwróciła się, zobaczyła ostrzegawcze spojrzenie i 

nieznaczny ruch głowy Tracy i nie powiedziała tego, co już miała na końcu języka.

- Bardzo proszę, lady Margaret. Zaraz je przyniosę. Psy podeszły do Meg i zaczęły ją 

trącać.

- Biedne maleństwa. Okropnie tęsknią za Harrym, kiedy go tutaj nie ma. - Oderwała 

wzrok od Millie, którą właśnie głaskała, i zapytała: - Mówiłaś, że możemy dzisiaj pojechać 

odwiedzić go w szpitalu, pamiętasz?

- Tak, ale mogę jechać dopiero wieczorem. - Tracy zjadła łyżkę płatków. - Przez cały 

dzień mam pracę.

Uśmiech rozjaśnił zbiedzoną twarz Meg.

- Ja też muszę pracować. Dave poprosił mnie, żebym znowu zastąpiła Nancy. Ciągle 

jest chora.

Tracy uniosła brew.

- Jeżeli to dalej potrwa, będziesz musiała zażądać wypłaty.

Meg pokręciła głową.

- To taka świetna zabawa. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby mi płacono za coś, co 

daje tyle frajdy.

background image

- Jesteś w tym dobra - powiedziała Tracy.

I   to   była   prawda.   Praca   asystentki   Nancy  polegała   na   pilnowaniu,   by   kostiumy   i 

rekwizyty zgadzały się ze scenariuszem. Jeżeli jakaś konkretna ozdoba znajdowała się na 

stole  podczas   poprzedniej   sceny,  zadaniem   asystentki   było   upewnienie  się,  żeby ta  sama 

ozdoba znalazła się dokładnie w tym samym miejscu w następnym ujęciu.

Dave przekazał  Meg notes  Nancy,  ale  przystąpienie do pracy w  połowie filmu,  z 

cudzymi notatkami, było nie lada wyczynem.

- Jestem zaskoczona, że Dave poprosił cię o to - powiedziała szczerze Tracy. - Nie 

masz doświadczenia.

- On mówi, że mam dobre oko - odparła dumnie Meg. - Ja tak właściwie trzymałam 

się Nancy i któregoś dnia wyłapałam, że szkło powiększające leży w złym miejscu na biurku.

Tracy uśmiechnęła się ciepło.

- To świetnie.  Być  może  odkryłaś  swoją karierę,  Meg. Asystentka  całkiem  nieźle 

zarabia.

Chuda twarz Meg wyglądała promiennie.

- Naprawdę myślisz, że mogłabym wykonywać tę pracę?

- Ty wykonujesz tę pracę - zwróciła jej uwagę Tracy.

- Proszę bardzo, lady Margaret - wtrąciła się gospodyni, stawiając na stole owoce i 

płatki dla Meg.

Meg  spojrzała   na   nie,   jakby  się   bała,   że   mogą   wyskoczyć   ze   swoich   talerzy   i  ją 

ugryźć. Tracy odezwała się rzeczowo:

- Jeżeli masz to robić, potrzebujesz energii. Jeżeli chcesz mieć energię, musisz jeść. 

To jest mniej niż ja jadam na śniadanie. Dla ciebie to nie jest za dużo.

Meg nerwowo przygryzała kosmyk włosów.

- Jeżeli tyle zjem, zrobię się gruba.

- Sadzę, że mogę ci spokojnie przyrzec, Meg, że nigdy nie będziesz gruba. - Tracy 

wyciągnęła rękę, żeby dotknąć dłoni Meg. - Ale przybierzesz na wadze. Ty musisz przybrać 

na wadze. Każdy lekarz, u którego byłaś, mówił ci to, i to jest prawda.

- Wiem - mruknęła Meg. Nie podniosła jeszcze łyżki.

- Nie mam zamiaru tu siedzieć i cię pilnować - powiedziała Tracy, wstając. - Wierzę, 

że dotrzymasz swojej części umowy, tak jak Harry dotrzymał swojej.

- Dobrze! - krzyknęła Meg. - Zjem to cholerne jedzenie! Czy to cię zadowoli?

- Tak, zadowoli - odpowiedziała Tracy.

Gdy wychodziła z kuchni, usłyszała, jak Meg mówi:

background image

-   Dzisiaj   muszę   popracować,   pani   Wilson.   Czy   znalazłaby   pani   czas,   żeby 

wyprowadzić psy?

Tracy uśmiechnęła się, słysząc nutkę dumy w jej głosie.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Kiedy   następnego   ranka   Harry   obudził   się   i   zastał   potężnie   umięśnionego 

nieznajomego, siedzącego przy jego łóżku i czytającego gazetę, zażądał wyjaśnień, kim jest 

ten człowiek. Gdy dowiedział się, że ktoś wynajął biuro detektywistyczne Toma Edsela, żeby 

go niańczyć, wybuchnął.

Telefon   do   Toma   Edsela   zaowocował   informacją,   że   Tracy   Collins   wynajęła   go 

poprzedniego   wieczora,   po   próbie   zamachu   na   życie   Harry'ego.   Kiedy   Harry   próbował 

pozbyć się agencji, otrzymał  odpowiedź, że tylko Tracy Collins może zrezygnować z ich 

usług.

Harry zadzwonił do Tracy, ale była zajęta na planie. Później spróbował ponownie z 

takim samym skutkiem. Nim Tracy i Meg pojawiły się w szpitalu o szóstej, cały się gotował.

Kiedy Tracy i Meg weszły do pokoju, jego aktualny opiekun przerwał czytanie mu na 

głos gazety.

- Dzięki, George - powiedział Harry. - Czy zechciałbyś zaczekać na zewnątrz w czasie 

wizyty panny Collins i mojej siostry?

- Jasne.

Harry zaczekał, aż drzwi zamkną się za George'em, zanim naskoczył na Tracy.

- Do diabła, czemu wynajęłaś Edsela? Nie potrzebuję ochrony, na miłość boską.

Kiedy Tracy nie odpowiedziała, odezwała się Meg:

-   Doktor   Webster   chce   mieć   pewność,   że   zostaniesz   w   łóżku,   Harry.   Poradził, 

żebyśmy wynajęły kogoś, kto z tobą posiedzi. - Uśmiechnęła się promiennie. - W ten sposób, 

jeżeli czegoś potrzebujesz, nie będziesz musiał wstawać i sam sobie przynosić. A jeśli nie 

możesz jeszcze czytać, to masz kogoś, kto ci poczyta.

Harry spojrzał w niewinne oczy Meg i uświadomił sobie, że nie poinformowano jej o 

wydarzeniach ubiegłego wieczora. On sam też nie powiedział jej o tym, że majstrowano przy 

hamulcach.

Do licha. Jak może wrzeszczeć na Tracy, kiedy Meg jest w pokoju?

Tracy odezwała się:

- Meg, zostawiłam sweter w samochodzie. Czy to nie byłby dla ciebie  zbyt  duży 

kłopot, gdybyś mi go przyniosła?

Meg przeniosła wzrok z Tracy na Harry'ego, a potem znów na Tracy. Uśmiechnęła 

się.

- To nie kłopot.

background image

Kiedy tylko Meg wyszła z pokoju, Harry powiedział Tracy, nie owijając w bawełnę, 

co dokładnie myśli o wynajęciu przez nią biura detektywistycznego Edsela.

Stała   tam,   wyglądała   jak   anioł   i   słuchała.   Kiedy   Harry   nareszcie   skończył, 

powiedziała:

- To na nic, Harry. Nie odwołam Edsela. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.

- Czyżbyś nie usłyszała, co właśnie mówiłem?

-   Usłyszałam   każde   słowo,   i   przykro   mi,   że   twoje   męskie   ego   cierpi,   ale   ktoś 

dwukrotnie próbował cię zabić i są spore szansę, że spróbuje znowu. W szpitalnym łóżku 

jesteś bezbronny. Potrzebujesz ochrony.

Spiorunował ją wzrokiem.

- Nie jestem bezbronny.

- Zupełnie nie masz się jak bronić. A kiedy śpisz, jesteś podwójnie narażony na atak.

Nie miał na to żadnej odpowiedzi, więc odezwał się z uporem:

- Nie chcę ochrony. Mówię poważnie, Tracy. Odwołaj ich.

- Nie mogę - odpowiedziała.

Znowu obrzucił ją gniewnym spojrzeniem.

- Dlaczego mówisz, że nie możesz?

- Dlatego, że nie zaryzykuję utraty ciebie. Nie zniosłabym tego. - Jej głos zadrżał, i 

musiała się uspokoić. - Tak się boję, Harry. Proszę, nie bądź w tej sprawie takim macho. 

Niech ochrona zostanie.

Jak dotarliśmy do takiego etapu? - zastanawiał się Harry. Pocałował ją dwa razy, a ona 

poczuła, że ma prawo podejmować decyzje dotyczące jego życia. Co jeszcze dziwniejsze, on 

czuł tak samo.

- Nie zapłacę Edselowi za ochronę - powiedział.

- Nie musisz. To ja go zatrudniłam.

Nie chciał, żeby płaciła Edselowi za niego.

- Cholera - mruknął, sfrustrowany.

I wtedy Tracy powiedziała coś, co kompletnie wyparło z jego myśli kwestię, którą 

zadręczał się cały dzień.

- Czy miałbyś mi bardzo za złe, gdybym cię pocałowała?

Wbił w nią wzrok.

- Nie - zachrypiał. - Ani trochę.

Podeszła do łóżka od tej strony, gdzie nie było kroplówki, pochyliła się i przytknęła 

wargi do jego warg.

background image

Było   tak   samo   jak   podczas   dwóch   poprzednich   razy,   gdy   się   całowali.   Część 

Harry'ego pragnęła jej tak straszliwie, że miał ochotę zerwać z niej ubranie, rzucić ją na łóżko 

i wziąć od razu; inna chciała całować ją bez końca, pieścić, troszczyć się o nią, adorować.

- O rety - zabrzmiał głos Meg. - Może powinnam wrócić do samochodu?

Tracy wyprostowała się i oboje z Harrym spojrzeli na Meg, która uśmiechała się od 

ucha do ucha.

- Och, jak dobrze. Masz mój sweter - powiedziała Tracy.

Meg podała jej sweter, a potem popatrzyła oskarżycielsko na Harry'ego.

- Rozmawiałam z George'em, i on mi powiedział, że jest tutaj, bo ktoś próbował cię 

zabić. Czy to prawda, Harry?

I to by było na tyle z całym naszym staraniem, żeby trzymać Meg z dala od tego 

wszystkiego, pomyślał posępnie Harry.

Zerknął na Tracy i wyraźnie wyczytał w jej oczach, że zamierza zostawić tę sprawę w 

jego rękach.

-   Nie   chciałem,   żebyś   wiedziała,   Meggie.   Nie   chciałem,   żebyś   się   martwiła   - 

powiedział Harry i posłał spojrzenie Tracy. - Tak to jest, kiedy najmuje się ludzi z zewnątrz. 

Paplają o tym, o czym nie powinni.

Meg powiedziała urażona:

-   Nie   jestem   dzieckiem,   Harry.   Jeżeli   jesteś   w   niebezpieczeństwie,   to   myślę,   że 

powinnam o tym wiedzieć, - Podeszła do stóp łóżka i położyła dłonie na metalowej poręczy. - 

Czy nasz wypadek też był częścią tego zagrożenia?

Harry westchnął.

- Tak. łan powiedział mi, że przewody hamulcowe w aucie zostały przecięte.

Dłoń Meg powędrowała w stronę ust.

- Doktor Webster zadzwonił wczoraj wieczorem po to, żeby mi powiedzieć, że ktoś 

próbował   przejechać   jego   i   Harry'ego   na   parkingu   -   powiedziała   Tracy.   -   Dlatego 

sprowadziłam ochronę, Meg. Nie po to, żeby zatrzymać Harry'ego w łóżku.

- Powinnaś była mi powiedzieć - odparła z naciskiem Meg.

- Tak - przyznała Tracy. - Chyba powinnam. Meg odwróciła się do brata.

- Cóż, mam nadzieję, że przynajmniej zatrzymasz ochronę!

Harry przeniósł wzrok z Meg na Tracy, a potem odezwał się ponuro:

- Och, niech będzie.

Obie kobiety uśmiechnęły się do niego tak, jakby obdarował je cennym podarkiem.

Doktor Webster zatrzymał Harry'ego w szpitalu na weekend, a w poniedziałek Tony 

background image

przywiózł go do domu. Tracy zakończyła zdjęcia o siódmej, zdjęła kostium i zmyła makijaż 

w rekordowym tempie, i prawie pobiegła po schodach do części mieszkalnej, żeby się z nim 

zobaczyć. Gniewne męskie głosy dobiegające z saloniku sprawiły, że zatrzymała się u szczytu 

schodów.

Głos Harry'ego brzmiał bardzo oschle.

-   Tony,   zamęczasz   mnie   tym   cały   dzień,   i   już   mi   się   robi   od   tego   niedobrze. 

Rozumiem, że zarządzanie polem golfowym to byłaby dla ciebie wspaniała okazja, ale nie 

mam zamiaru poświęcać ośmiu tysięcy akrów ziemi uprawnej, żeby ci to umożliwić.

W głosie Tony'ego rozbrzmiewały zarówno gniew, jak i frustracja.

- Nie poświęcisz jej, na miłość boską. Zbijesz na niej cholerny majątek.

- Nie sprzedaję - powiedział Harry nieustępliwie.

- Próba hodowania bydła w tym klimacie to szaleństwo! Popatrz tylko, co stało się w 

zeszłym roku, kiedy tak wielu farmerów straciło całe stada z powodu pryszczycy.

- Ja nie straciłem bydła.

- Miałeś szczęście - odparował Tony. - Ale nadal nie możesz eksportować wołowiny, 

a kto może zaręczyć, że następnym razem znów będziesz miał szczęście?

Zapadła chwila milczenia, a potem Harry odezwał się:

-   Czy   potrzebujesz   pożyczki,   Tony?   Trochę   u   mnie   krucho,   ale   może   mogę   coś 

wysupłać.

-  Nie,  nie   potrzebuję  pożyczki!  Dziękuję,  zarabiam   nieźle,  ale   ta   kwota   to  nic   w 

porównaniu z tym, co mógłbym zarobić w klubie golfowym.

- Cóż, a więc znajdź sobie inny klub golfowy - powiedział oschle Harry - bo ten nie 

zostanie zbudowany.

Tony energicznie wymaszerował z saloniku; twarz miał bladą i ściągniętą, kiedy otarł 

się o Tracy, jakby jej nie zauważył. Popatrzyła, jak jego szczupłe plecy znikają na schodach, 

po czym  odwróciła się w stronę saloniku. Nie miała już zatroskanej miny,  gdy do niego 

weszła.

Harry siedział na swoim ulubionym fotelu, z psami skulonymi w dwa zadowolone 

czarno - białe kłębki u jego stóp.

- Millie i Marshal jednak zyskały sobie prawo wejścia na górę? - zapytała pogodnie, 

wchodząc w głąb pokoju.

Ciemne oczy Harry'ego zalśniły, gdy patrzył, jak się zbliża.

- Nie chciałem spędzać całego dnia na dole, a one rozpaczliwie chciały być ze mną, 

więc zabrałem je na górę.

background image

Tracy zatrzymała się, wybierając skórzaną otomanę.

- A co z Ebony?

- Jej nosek został po królewsku przytarty, ale jakoś to przeżyje.

Tracy opadła na otomanę obok jego fotela. Wydawało się, że włosy Harry'ego urosły 

w   czasie   jego   pobytu   w   szpitalu.   Tracy   bardziej   niż   czegokolwiek   na   świecie   chciała 

przeczesać je palcami.

- Jak się czujesz? - zapytała.

- Świetnie. - Jego ciemne oczy były utkwione w jej twarzy.

- Cóż, to z pewnością wyczerpująca odpowiedź. Niecierpliwie uniósł brew.

- Co chcesz, żebym powiedział?

Postarała się, żeby jej głos zabrzmiał beznamiętnie.

- Czy nadal boli cię głowa?

- Nieznacznie.

- Żadnego podwójnego widzenia? - Nie.

- Żadnego dzwonienia w uszach? - Nie.

- Zawrotów głowy? - Nie.

Umilkła, a on odezwał się z ironią:

- To wszystko, doktor Collins? Żadnych więcej pytań o moje zdrowie?

Pokręciła głową. Po raz pierwszy od lat naprawdę poczuła się onieśmielona. To było 

niepokojące uczucie i Tracy nie wiedziała, co powiedzieć.

To on się odezwał.

- Wiesz co? Ja cię chyba kocham. Popatrzyła na niego. Jego głos brzmiał rzeczowo i 

obojętnie, ale oczy mówiły coś innego. Tracy przełknęła ślinę.

- Myślałam, że mnie nie lubisz.

- Starałem się cię nie lubić. Nie chciałem wiązać się z gwiazdą filmową. Ale nie 

mogłem się powstrzymać.

Tracy z przerażeniem przypomniała sobie nowinę Mela o Counesie i zdjęciu, które 

zrobił jej i Harry'emu. Powiedziała pospiesznie:

- Och, mój Boże, Harry, muszę ci powiedzieć coś okropnego.

Jego złotobrązowe brwi ściągnęły się.

- Co takiego?

- Czy pamiętasz, jak ten skunks Counes zrobił nam zdjęcie, gdy się całowaliśmy?

- Tak.

- No cóż, sprzedał je jednemu z najpodlej szych brukowców w Ameryce.

background image

Zmarszczka na czole Harry'ego pogłębiła się.

- Nie mógł. Zabrałem mu aparat.

- Najwyraźniej wyjął film, zanim zagarnąłeś aparat.

Harry tylko na nią patrzył.

-   Tak   mi   przykro   -   powiedziała.   -   Wiem,   jak   nienawidzisz   rozgłosu.   Poprosiłam 

mojego agenta, żeby spróbował wykupić zdjęcia, nim dostaną się do druku, ale on powiedział, 

że to będzie niemożliwe.

Harry nadal się nie odzywał.

- Harry. - Położyła dłoń na jego ramieniu i potrząsnęła nim lekko. - Czy to do ciebie 

dotarło? Ty i ja będziemy oglądani na wystawie przez każdego, kto robi zakupy w jakimś 

supermarkecie w Ameryce.

Odpowiedział spokojnie:

- Cóż, jeżeli wszyscy mają myśleć, że coś między nami jest, to może powinno coś 

między nami być.

Tracy spodziewała  się, że Harry podskoczy aż pod sufit, więc spokojne przyjęcie 

przez niego tej nowiny zbiło ją z tropu. Po chwili jego słowa dotarły do jej umysłu.

- Tak uważasz? - zapytała drżącym głosem.

- Zdecydowanie tak.

Pomyślała   o   jeszcze   jednej   rzeczy,   o   której   musiała   mu   powiedzieć,   po   czym 

odezwała się:

- Myślę, że powinieneś wiedzieć... - Przygryzła wargę.

Nakrył jej dłoń swoją i łagodnie zapytał:

- O czym powinienem wiedzieć?

Popatrzyła nie w oczy Harry'ego, lecz na ich złączone dłonie, kiedy odpowiadała z 

trudnością:

- Nie kochałam się z nikim od czasu śmierci Scotty'ego. - Poczuła, jak jego dłoń 

sztywnieje. Mówiła dalej bez tchu: - Mówię ci to, bo nie chcę, żebyś myślał, że to, co do 

ciebie czuję, jest... błahe.

- Scotty. - Jego głos był bardzo spokojny. - Kto to taki?

Podniosła wzrok.

- Och, to ty nie wiesz? Scotty był moim mężem. Jego kości policzkowe zarysowały się 

bardzo mocno, jakby skóra na nich się napięła.

- Nie, nie wiedziałem. Co się stało?

- Jak już ci powiedziałam, on nie żyje. Miałam dwadzieścia lat, a on dwadzieścia 

background image

jeden, kiedy się pobraliśmy. Zginął w wypadku samochodowym kilka miesięcy po naszym 

ślubie.

Coś pojawiło się w jego oczach.

- Miałaś dwadzieścia lat? - Tak.

- I nie kochałaś się od tamtej pory z nikim więcej?

- Nie.

- Musiałaś bardzo go kochać.

- Tak, kochałam.

- Dlaczego ja? Bądź co bądź, tyle lat. Tracy, dlaczego ja? - zapytał.

Odpowiedziała szczerze:

- Ponieważ czuję, że łączy mnie  z tobą coś, czego nigdy nie czułam do żadnego 

innego mężczyzny.

Harry spojrzał jej w oczy.

- Nawet do męża? Powoli pokręciła głową.

- Scotty i ja dorastaliśmy razem. Był moim najlepszym przyjacielem, zanim został 

moim mężem. Ale to coś między nami jest... inne.

Napięcie wokół jego kości policzkowych zmalało ledwie zauważalnie.

- Tak - odpowiedział. - Wiem.

Czy powinnam mu opowiedzieć o Charlesie i Isabel?, pomyślała.

Właśnie stwierdziła, że tak, i już miała otworzyć usta, kiedy Harry odezwał się:

- Może to zabrzmi przeraźliwie sentymentalnie, ale myślę, że czekałem na ciebie całe 

życie.

Podniósł jej dłoń do ust i pocałował. Tracy poczuła, jak ten pocałunek przenika ją aż 

do trzewi.

- Chyba nie powinniśmy się przejmować tym, co sobie pomyślą inni ludzie. Liczymy 

się tylko my.

Uśmiechnął się.

- To prawda.

Gdzieś blisko trzasnęły drzwi. Tracy wysunęła dłoń z ręki Harry'ego. Po chwili do 

saloniku weszła Meg.

- Ebony siedzi na progu twojego pokoju, Harry, i stanowczo nie jest uszczęśliwiona. 

Nawrzeszczała na mnie, kiedy przechodziłam.

- Denerwuje się, bo pozwoliłem psom wejść na górę. Przejdzie jej.

Meg popatrzyła na spaniele i roześmiała się.

background image

- Wyglądają na takie zadowolone.

- Ty zaś  wyglądasz  prześlicznie  - powiedział.  Meg podejrzliwie zerknęła  na swój 

brzuch.

- Dżinsy robią mi się za ciasne.

- A zatem będziesz musiała jechać na zakupy i kupić sobie większe.

- Większy rozmiar? - Oczy Meg zrobiły się ogromne.

- O to chodzi w poprawianiu się, Meggie. Większa waga i większe rozmiary. Przecież 

wiesz.

- Chyba tak - mruknęła z nieszczęśliwą miną.

- Jak rozumiem, Meg, Nancy wraca jutro do pracy - powiedziała Tracy.

- Tak.

- A więc to chyba oznacza, że jesteś bezrobotna? - zapytał Harry.

Twarz Meg rozpromieniła się i przez chwilę naprawdę wyglądała ślicznie.

-   Dave   pytał   mnie,   czy   chciałabym   pracować   z   Nancy.   Powiedział,   że   mam 

niesamowite oko do szczegółów.

Tracy odpowiedziała prędko, zanim Harry mógłby się sprzeciwić:

-   Meg,   jak   cudownie!   Założę   się,   że   nawet   nie   zdajesz   sobie   sprawy,   jaki   to 

komplement. - Posłała Harry'emu ostrzegawcze spojrzenie.

Po chwili Harry odezwał się:

- Zawsze był  z ciebie  spostrzegawczy dzieciak.  Pamiętam,  że zawsze ty pierwsza 

zauważałaś, że na którymś ze zwierzaków pojawiły się jakieś dziwne kołtuny czy guzy.

- To prawda - powiedziała Meg. Jej oczy błyszczały.

-   A   skoro   mowa   o   zwierzętach   -   Tracy   zwróciła   się   do   Harry'ego.   -   Musisz   mi 

przypomnieć, żebym ci wypisała czek za utrzymanie i trening Dylana. Jak rozumiem, zapłata 

wypada dzisiaj.

Jego ciemnoblond brwi ściągnęły się.

- O czym ty, u diabła, mówisz? Ty nie płacisz za Dylana.

-   Teraz   tak   -   odpowiedziała   spokojnie.   -   Kupiłam   go   w   zeszły   piątek   od   Gwen 

Mauley.

Harry wyglądał na osłupiałego.

- Ty go kupiłaś?

- Zgadza się. Ona była tu w czwartek rano na lekcję z tobą i bardzo się zdenerwowała, 

gdy   usłyszała,   że   nie   będzie   z   ciebie   pożytku.   Najwyraźniej   wcześniej   w   Niemczech 

zobaczyła konia, który jej się spodobał, i postanowiła sprzedać Dylana. Powiedziałam, że go 

background image

kupię.

Harry siedział sztywno, a jego oczy bardzo pociemniały.

- Do diabła, a co ty zamierzasz zrobić z Dylanem?

- Zamierzam  zostawić  go tutaj, u ciebie,  na treningi.  Muszę  się nauczyć  dresażu, 

zanim sama będę mogła na nim jeździć. Tak właściwie to miałam nadzieję, że będziesz mi 

dawał lekcje na Pendletonie.

Zmarszczył czoło.

- Ile za niego zapłaciłaś?

Tracy siedziała na otomanie tuż obok jego fotela. Ich twarze znajdowały się bardzo 

blisko siebie.

- Trzydzieści dwa tysiące funtów. Harry pokręcił głową.

- To za dużo. Gwen cię wykorzystała.

- Cóż, ty na pewno słono sobie liczysz za swoje usługi - odcięła się Tracy. - Nie 

możesz winić Gwen za to, że chce zarobić na Dylanie.

-   Dla   Gwen   podwoiłem   swoją   stawkę   -   odpowiedział.   -   A   ten   koń   nie   jest   wart 

trzydziestu dwóch tysięcy funtów, Tracy.

- Powiedziałeś, że to koń, jaki trafia się raz w życiu.

- Będzie taki. Na razie nie jest.

- A zatem cóż, po prostu będziesz musiał z nim popracować, aż będzie tyle wart. A 

poza tym ja nie mam zamiaru go sprzedawać. Chcę go zatrzymać.

Harry przeczesał włosy palcami.

- To wariactwo.

- A ja myślę, że to super - sprzeciwiła się Meg.

-   Niestety   -   powiedziała   Tracy   -   nie   mogę   brać   lekcji   w   trakcie   kręcenia   filmu. 

Warunki firmy ubezpieczeniowej: żadnych niebezpiecznych zajęć.

- Jazda na Penie nie jest niebezpieczna - odpowiedziała Meg z urazą w głosie.

- A z ciebie nie nowicjuszka - dodał Harry.

-   Wątpię,   żeby   to   robiło   jakąkolwiek   różnicę   firmie   ubezpieczającej   wytwórnię   - 

zauważyła Tracy.

- Och, Harry - Meg odezwała się, jakby właśnie coś sobie przypomniała. - Co pisze 

biuro English Heritage w sprawie odbudowy stajni?

- Nie miałem wiadomości od English Heritage.

- Był list do ciebie.

- Nigdy go nie dostałem. Meg zmarszczyła czoło.

background image

-   Przyszedł   dzień   po   tym,   jak   wróciłeś   do   szpitala.   Postanowiliśmy   zaczekać,   aż 

poczujesz   się   lepiej,   zanim   ci   go   damy.   Położyłam   go   w   twoim   pokoju,   na   półce   nad 

kominkiem, tak żebyś go zobaczył, kiedy wrócisz do domu.

-   Nie   patrzyłem   na   półkę   nad   kominkiem   -   odpowiedział   z   irytacją   Harry.   -   I 

życzyłbym sobie, żeby ludzie nie robili rzeczy, które ich zdaniem robią dla mojego własnego 

dobra.

- Czy mam pójść i przynieść ci go? - zapytała Meg. - Tak.

Kiedy jej nie było, Tracy odezwała się:

- To był pomysł Meg, żeby zatrzymać list dopóty, dopóki nie wrócisz do domu. Sądzę, 

że to dobry znak, że myśli o innych, a nie wyłącznie o sobie.

Harry zapytał z napięciem w głosie:

- Czy Howles... to urzędnik z English Heritage... nie dzwonił przypadkiem?

- Z tego co wiem, nie.

- Mam niedobre przeczucia co do tej sprawy - powiedział.

Meg wróciła   do pokoju  z  kopertą  w  dłoni.  Podała  ją  Harry'emu,  który rozdarł  ją 

palcem wskazującym. Rozłożył papier z oficjalnym nagłówkiem i zapatrzył się w tekst. Kiedy 

skończył czytać, ponownie złożył list i włożył go do koperty.

- I co? - zapytała niecierpliwie Meg.

Tracy wiedziała, jaka będzie odpowiedź, jeszcze zanim przemówił. Mogła ją wyczytać 

z jego twarzy.

- Mam odbudować stajnię przy użyciu oryginalnych materiałów - powiedział.

-   Och,   nie.   -   Meg   usiadła   ze   skrzyżowanymi   nogami   na   podłodze   przed   fotelem 

Harry'ego i popatrzyła na niego. - To nie w porządku.

- Rozmawiałem z tym gościem, Howlesem, i myślałem, że przekonałem go, aby mi 

pozwolił odbudować stajnię z nowoczesnych materiałów. - Harry zgniótł kopertę w ręku. - 

Co, u diabła, mogło sprawić, że zmienił zdanie?

- Może spora łapówka? - podsunęła Tracy. Harry i Meg spojrzeli na nią.

- Nie bądźcie tacy zszokowani - odpowiedziała. - W Stanach ciągle tak się dzieje, 

kiedy mają miejsce wielkie transakcje w obrocie ziemią. Jestem przekonana, że w Wielkiej 

Brytanii też ma to miejsce.

- Mauley - powiedział Harry.

- To by mnie nie zdziwiło - odparła. - Ktoś spalił twoją stajnię, Harry, a jedyny cel 

takiego kroku, jaki mogę sobie wyobrazić, to wpędzenie cię w tak wielkie długi, żebyś musiał 

sprzedać  te  osiem  tysięcy akrów. Im  więcej  musisz  zapłacić  za  odbudowanie  stajni, tym 

background image

większy będzie twój dług.

- Cholera - odezwała się Meg.

- Zgadzam się w zupełności - powiedział Harry z goryczą.

- Co zrobisz? Czy sprzedasz mu ziemię? - spytała Meg. Harry odpowiedział bardzo 

spokojnie:

-   Prędzej   sprzedam   ostatni   obraz   i   mebel   w   tym   domu   niż   ziemię   Robinowi 

Mauleyowi.

Tracy i Meg wymieniły spojrzenia, ale nie odezwały się.

Harry wstał.

- Jeśli mi wybaczycie, pójdę na chwilę do gabinetu. Nie nabaw się bólu głowy, ślęcząc 

nad rachunkami.

Tracy prawie wypowiedziała te słowa na głos, ale w ostatniej chwili ugryzła się w 

język. Wraz z Meg siedziały w ponurym milczeniu, kiedy Harry wyszedł z pokoju, a za nim 

podążyły wierne spaniele.

Harry   nie   wrócił   aż   do   końca   wieczornych   wiadomości   i   Tracy   poszła   spać. 

Zastanawiała   się,   czy   do   niej   przyjdzie.   Wzięła   prysznic,   skropiła   się   odrobiną   perfum   i 

położyła do łóżka z książką, w którą się wpatrywała, nie czytając.

Pomyślała o Scottym. Czy on by zrozumiał, co zamierzała zrobić? Odpowiedź była 

natychmiastowa: Do diabła, tak.

Uśmiechnęła   się.   Nie   żyła   w   celibacie   przez   tyle   lat   dlatego,   że   obawiała   się 

niezadowolenia Scotty'ego. Pomyślała o słowach Harry'ego: „Myślę, że czekałem na ciebie 

całe życie”.

Pora na to samo i dla mnie, pomyślała ze zdumieniem. Też mogłabym tak powiedzieć.

Niespokojna odłożyła książkę na nocną szafkę i podeszła do okna, żeby wyjrzeć na 

zewnątrz. Wciąż tam stała, kiedy rozległo się delikatne pukanie do drzwi.

- Wejdź - zawołała bez tchu.

Drzwi otworzyły się i na progu stanął Harry.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Harry był ubrany w te same zwykłe spodnie i koszulę, które miał na sobie w saloniku, 

ale zdjął marynarkę i buty. Popatrzył na Tracy i powiedział:

- Czy ty masz pojęcie, jaka jesteś piękna?

Obłok kasztanowych włosów opadał jej na ramiona, a jej oczy płonęły jak szafiry na 

tle rozjaśnionej księżycowym światłem twarzy. Barwa jej atłasowej piżamy idealnie pasowała 

do jedwabnych zasłon, które okalały jej postać niczym portret w ramie z kości słoniowej.

- Jest mnóstwo pięknych kobiet - odpowiedziała z powagą. - W Hollywood jest ich 

pełno.

Harry pokręcił głową.

-   Nie   takich   jak   ty.   -   Zamknął   za   sobą   drzwi,   a   potem   odwrócił   się   i   powtórzył 

łagodnie: - Nie takich jak ty.

Stała jak w transie i patrzyła, jak Harry się zbliża. Po chwili stanął przed nią. Ujął jej 

brodę delikatnymi palcami, przechylił jej twarz i pocałował ją. Całował ją i całował, i nie 

przestawał, a ramiona Tracy uniosły się, żeby przyciągnąć go bliżej, kiedy też odpowiedziała 

mu pocałunkiem.

Cienka piżama, którą miała na sobie, nie była przeszkodą. Tracy czuła siłę, z jaką jego 

ciało przyciskało się do jej ciała, i zatopiła się w Harrym. Jej głowa opadła na jego ramię i 

Tracy rozchyliła usta. Czuła, jak gorączkowe było jego pożądanie. Przyciągnęła go jeszcze 

mocniej.

Aż wreszcie odsunął usta i wyszeptał jej do ucha:

- Chodźmy do łóżka.

- Dobrze - odpowiedziała  szeptem,  a on wziął ją za rękę i poprowadził  w stronę 

nietkniętego posłania.

Nic nie wydawało się dziwne, nie na miejscu. Leżąc na plecach na łóżku, wyciągnęła 

mu koszulę zza paska, wsuwając dłonie pod miękką bawełnę, i przebiegła nimi w górę i w dół 

po jego żebrach. Był szczupły, ale kiedy przesunęła dłonie na jego plecy, mogła wyczuć silne 

mięśnie. Serce biło jej tak mocno, że jej piersi falowały, czego Harry nie mógł przeoczyć, 

skoro już rozpiął jej górę od piżamy i właśnie je całował.

To nie było długie, smakowicie powolne delektowanie się seksem. Ona pragnęła go 

równie silnie, jak on pragnął jej. Kiedy sobie to uświadomił, nie marnował czasu. Z początku 

posiadł ją mocno i łapczywie, ale kiedy tylko znalazł się głęboko w niej, oboje ogarnęło 

poczucie ogromnego spokoju. Leżeli tak, złączeni, spoglądając sobie nawzajem w oczy.

background image

-   Tracy.   -   Wypowiedział   jej   imię   tak,   jakby   odkrywał   je   po   raz   pierwszy.   Jego 

brązowe oczy, jeszcze przed chwilą zwężone z namiętności, błyszczały. - To jest to, na co 

czekałem.

Czuła go tak intensywnie - czuła go w sobie, czuła jego ciężar na sobie, czuła jego 

zachwyt tym, co się między nimi wydarzyło - i przepełniało ją szczęście.

- Wiem - wyszeptała w odpowiedzi.

Powoli   blask   zniknął   z   jego   przymrużonych   oczu.   Zastąpiła   go   intensywna 

namiętność.

- Czy dobrze się czujesz? - zapytał.

- Cudownie - odpowiedziała.

- Dzięki Bogu.

Kiedy wsuwał się w nią, czuła, jak się dla niego otwiera. Jej ciało nie stawiało mu 

przeszkód,   oddając   się   szczodrze   w   jego   posiadanie,   uległe,   przyjazne,   namiętne.   Kiedy 

nadszedł szczytowy moment, a cała drżała z rozkoszy, imię, które wykrzykiwała, brzmiało: 

„Harry”.

Bardzo delikatnie pocałował ją w usta, a ona odwróciła policzek do jego ramienia i 

zamknęła   oczy.   Minęła   długa   chwila,   nim   którekolwiek   z   nich   drgnęło,   a   potem   to   on 

poruszył się pierwszy.

- Jestem dla ciebie  za ciężki  - powiedział  i przeturlał  się na bok, by móc  na nią 

patrzeć.

Spoglądała   na   twarz   na   poduszce   obok   swojej   głowy,   na   gęste,   zmierzwione, 

jedwabiste włosy, na brązowe oczy z długimi rzęsami, na zarys pięknych ust. Kocham go.

Westchnął i wyciągnął rękę, żeby delikatnie przesunąć palcem po jej policzku.

- Czy chcesz, żebym wrócił do swojego łóżka?

- Nie. Zostań tutaj. Zatopił wargi w jej włosach.

- Nie będziesz musiała mnie prosić dwa razy.

* * *

Tracy obudziła się z poczuciem, że ktoś ją obserwuje. Otworzyła  oczy,  odwróciła 

głowę i zobaczyła Harry'ego. Leżał podparty na łokciu, jego nagie ramiona wystawały spod 

nakrycia, pasemko płowych włosów zaplątało mu się w rzęsy, a cień złotego zarostu pojawił 

się na jego policzkach i szczęce.

- Dzień dobry - odezwała się Tracy, wyciągając rękę, żeby odsunąć mu z rzęs kosmyk 

włosów.

background image

- Dzień dobry - odpowiedział.

Przesunął się odrobinę, tak żeby móc pocałować ją wnoś.

- Jest piąta rano i nie musimy wstawać jeszcze przynajmniej przez godzinę.

Usta Tracy wygięły się w uśmiechu. Była najzupełniej obudzona, każdy nerw jej ciała 

dostroił się do niego.

- Jak to miło. Czy masz jakieś pomysły, jak moglibyśmy spędzić czas?

- Tak. - Jego głos był urywany, a twarz napięta i skupiona. Przyciągnął ją do siebie i 

ich usta się spotkały.

Jak pocałunek może być mocny i delikatny, chłodny i palący jednocześnie? Gdyby 

Tracy  była  w   stanie   myśleć,   tak  by właśnie   pomyślała.  Ale  racjonalne  myślenie  odeszło 

daleko; znała wyłącznie doznanie. Jej palce błądziły po jego umięśnionym ciele, po typowo 

angielskiej jasnej skórze, ucząc się go dotykiem w sposób, w jaki niewidomy odczytywałby 

tekst napisany alfabetem Braille'a.

- Myślałem o tobie w każdej minucie, którą spędziłem w szpitalu - wymruczał, kiedy 

jego usta przesuwały się od jej piersi w dół, w stronę długiej, ślicznej talii.

- Harry.

To było jedyne słowo, jakie była w stanie wypowiedzieć. Jej palce natknęły się na 

bliznę na jego lewym ramieniu i wędrowały wzdłuż niej w skupieniu. Jego dłonie i usta 

przesuwały się po całym jej ciele, zawłaszczając sobie każdą cząstkę, czyniąc ją swoją.

Przywarła do niego, gdy w nią wchodził, otwierając się nawet wtedy, gdy jej napięte 

palce wbijały się w twarde muskuły na jego plecach. Wydała z siebie pojedynczy, gwałtowny 

okrzyk, kiedy wsunął się cały.

Harry. W jej umyśle nie było żadnego innego słowa, żadnego innego imienia. Wygięła 

się ku niemu, przytrzymując się go z desperacją, gdy w nią wchodził. Tam i z powrotem, tam 

i z powrotem, a każde pchnięcie czyniło ją podatniejszą, otwierało ją, aż wreszcie rzeka jej 

doznań wezbrała i zalała ją wszechogarniającą falą seksualnej rozkoszy.

Leżeli potem przyciśnięci do siebie i chociaż fizycznie się rozłączyli, Tracy nadal 

czuła się tak z nim i zjednoczona, taka spokojna. Czuła się... uleczona.

Przesunął się odrobinę, żeby ich ciała zetknęły się jeszcze bardziej. Tracy oparła dłoń 

na jego głowie, zaborczo zatapiając palce w jego włosach.

- Tak bardzo cię kocham - powiedział i dotknął wargami jej gardła.

- Ja też cię kocham - odpowiedziała.

Jego włosy pod jej palcami wydawały się niewiarygodnie jedwabiste, jak u małego 

chłopca, i Tracy przyszedł na myśl Charles, jego jasne, lśniące włosy i szeroko rozstawione 

background image

ciemne oczy.

Ciekawe, czy tego właśnie pragnął?, pomyślała Czy to złączenie się Harry'ego i mnie 

to sposób, by on i Isabel wznieśli się ponad utracone lata, ponad katusze rozdzielenia? Czy 

nareszcie spoczną w spokoju?

- Tak ładnie pachniesz. Jak te staroświeckie róże, które mam w ogrodzie - powiedział 

Harry.

- To specjalne perfumy, które sama dla siebie wymyśliłam. Uwielbiam róże.

Podniósł głowę, tak żeby móc patrzeć jej w twarz.

-   Czy   w   ogóle   uważasz   to   za   dziwne?   Ten   silny   pociąg,   choć   znamy   się   od   tak 

niedawna?

- Wcale nie uważam tego za dziwne - powiedziała.

Cienka kreska pojawiła się między jego brwiami.

- Ani ja. I być może to jest w tym wszystkim najdziwniejsze.

Zawahała   się,   a   potem   postawiła   pytanie,   które   chciała   mu   zadać   jeszcze   zanim 

pojechał do szpitala.

- Harry... Jon powiedział coś, co mnie zmartwiło, i chciałabym, żebyś to wyjaśnił.

- Co takiego mówił ten piękniś? - Jego głos aż ociekał sarkazmem.

- Powiedział, że Dana Matthews zadzwoniła do ciebie w noc, kiedy przedawkowała, i 

że ty odmówiłeś przyjścia jej z pomocą.

- I wierzysz mu? - zapytał obojętnym tonem.

-   Myślę,   że   może   była   jakaś   rozmowa   telefoniczna,   ale   że   nie   było   tak,   jak 

zinterpretował to Jon.

Harry przetoczył się na plecy i zapatrzył w sufit.

- Masz rację, zadzwoniła do mnie, ale nie było mnie w domu. Byłem na spacerze. 

Sam. - Rzucił jej szybkie spojrzenie. - Nie trzeba mówić, że znalazło się wielu ludzi, którzy 

postanowili mi nie wierzyć i uważać, że zignorowałem jej wołanie o pomoc. To się nadawało 

na dobry temat do gazety.

- Och, Harry. - Podniosła się na łokciu, także mogła spojrzeć mu w twarz. - Tak mi 

przykro. To musiało być dla ciebie okropne, słyszeć jej słowa i wiedzieć, że spóźniłeś się, 

żeby ją uratować.

Wokół ust zarysowały mu się dwie zmarszczki.

- To była straszliwie smutna wiadomość, Tracy. Pognałem do jej domu, kiedy tylko ją 

odsłuchałem, ale ona była już w śpiączce. Zawiozłem ją do szpitala i tam reanimowali ją z pół 

godziny, ale było już za późno. Umarła.

background image

- Tak mi przykro.

Linie w kącikach jego ust pogłębiły się.

- Nie pomogło też to, że zostawiła mi furę pieniędzy. Możesz sobie wyobrazić, w 

jakim   to   mnie   postawiło   świetle...   Przyjeżdżam   do   jej   domu   dopiero   w   godzinę   po   jej 

telefonie, a ona zostawia mi pieniądze. Brukowce miały używanie.

- Co zrobiłeś z pieniędzmi? - zapytała łagodnie. - Przekazałeś je na cele dobroczynne?

Gorycz zniknęła z jego twarzy.

-   Dziękuję,   kochana.   Tak.   Przekazałem   je   na   rzecz   kilku   programów   pomocy 

narkomanom.

- Ja tylko chciałam wiedzieć, Harry. Kiedy Jon opowiadał mi tę historię, zabrzmiała 

okropnie. Chciałam tylko poznać prawdę.

- Cóż, teraz wiesz.

- Teraz wiem. Ale kochałam cię nawet wtedy, gdy nie wiedziałam.

Popatrzył na nią posępnie.

- Dana miała kasztanowe włosy i wspaniały uśmiech. Chyba pomyliłem ją z tobą.

Zapatrzyli się nawzajem w swoje oczy i oboje pomyśleli o duchach, które widzieli - 

ale żadne z nich się nie odezwało.

* * *

Harry bardzo niechętnie wyszedł o szóstej, a Tracy wzięła prysznic i ubrała się w 

dżinsy i sweter. Mieli j dziś kręcić drugą scenę balu i Tracy była potrzebna o dziesiątej, co 

oznaczało, że musiała być w charakteryzatorni przed ósmą. Prawie godzinę zajmowało samo 

ułożenie jej włosów. Wciąż nie dostała swojej nowej ślubnej fotografii. Wszystkie albumy 

zostały w domu, ale jej siostra przysłała zdjęcie i teraz Tracy wyjęła je z szuflady, usiadła na 

łóżku i spojrzała ; na nie. Przedstawiało młodego mężczyznę w stroju do koszykówki. Jego 

oczy   i   każdy   kosmyk   sterczących   ciemnych   włosów   wyglądały   jak   naładowane   radosną 

energią. Tracy zrobiła to zdjęcie w dniu, kiedy Scotty podpisał list intencyjny w sprawie gry 

w drużynie koszykarskiej uniwersytetu w Connecticut.

- Nie zapomniałam o tobie - powiedziała cicho do trzymanej w dłoni fotografii. - 

Nigdy o tobie nie zapomnę. Ale mam swoją nową miłość, Scotty, i jestem bardzo szczęśliwa.

Żaden cień nie kładł się na tryskającej szczęściem młodej twarzy, na którą patrzyła. 

Na myśl przyszło jej kilka słów wiersza: Ach, gdybyż  można było odczynić co się stało, 

przywołać dzień wczorajszy.

Ile razy od śmierci Scotty'ego myślała o tych słowach? Gdybyż tylko... gdybyż tylko... 

background image

gdybyż  tylko   mogła   cofnąć   czas  do  chwil   sprzed   wypadku.   Gdybyż   tylko  była  w  stanie 

wyciągnąć rękę, nie pozwolić, by zaistniało tych kilka okropnych sekund, kiedy cały jej świat 

rozpadł się na kawałki. Ach, gdybyż można było...

Nigdy   nie   wątpiła,   że   gdyby   dano   jej   szansę   przywołania   wczorajszego   dnia, 

uczyniłaby to w okamgnieniu. Aby mieć  z powrotem Scotty'ego,  z radością wymazałaby 

wszystkie swoje sukcesy jako gwiazdy filmowej, z radością zostałaby nauczycielką w jakiejś 

niepozornej szkole średniej, jak zawsze myślała.

Ale   czy   uczyniłaby   tak   teraz?   Czy   przywołałaby   dzień   wczorajszy,   jeżeli   to   by 

oznaczało, że nigdy nie miałaby spotkać Harry'ego?

Jej umysł lękał się tego pytania tak samo, jak umysł śniącego lęka się niekończącego 

się spadania w przepaść.

Nie mogę o tym myśleć. To głupie, myśleć o tym. Nie muszę wybierać między nimi. 

To głupie zadręczać się wyborami, których nie muszę dokonywać.

Scotty nie  przestawał  się do niej  uśmiechać.  Przyszedł jej  do głowy inny urywek 

poezji o złotych młodzieńcach i dziewczętach, których czas musi nieuchronnie przeminąć.

To prawda, pomyślała. Scotty i Charles, dwaj złoci młodzieńcy, nie żyli. A wraz z 

nieuniknionym upływem czasu ona i Harry pewnego dnia podążą za nimi w mrok.

Ale nie teraz, pomyślała. Czuła, jak krew buzuje jej w żyłach, wzbierając niczym soki 

w drzewie; czuła uderzenia swojego serca, rytm pulsu. Teraz jest nasz czas, pomyślała. Teraz 

jest czas dla nas, żebyśmy połączyli w jedno całą naszą siłę i całą słodycz.

Powoli jej spojrzenie powróciło do twarzy Scotty'ego. Idź dalej, wydawały się mówić 

jego   roziskrzone,   wypełnione   światłem   oczy.   Chwytaj   szczęście   dopóty,   dopóki   możesz, 

Tracy. Nie przejmuj się mną.

Podniosła się i podeszła do okna, z fotografią w ręku. Przeżyła szok, widząc stojący 

przed domem powóz zaprzężony w cztery karę konie. Kiedy patrzyła nań z rozszerzonymi 

oczyma i mocno bijącym sercem, wysiadł z niego mężczyzna odziany w długą pelerynę i 

zszedł po stopniach, które rozłożył dla niego lokaj. Przez jedną zwariowaną chwilę Tracy 

myślała, że to na pewno wytwórnia kręci scenę do filmu, ale potem uświadomiła sobie, że nie 

ma kamer, mikrofonów, żadnych ludzi prócz samotnego mężczyzny wysiadającego z powozu 

i usługującego mu lokaja.

- Jeremy. - Tracy usłyszała, jak ktoś zawołał to imię, ponieważ przed pójściem pod 

prysznic   uchyliła   okno.   Kobieta   w   długiej   niebieskiej   sukni   popołudniowej   i   szalu 

zarzuconym na ramiona weszła w pole widzenia Tracy u podnóża schodów. - Tak się cieszę, 

że przyjechałeś.

background image

Mężczyzna pocałował kobietę w policzek w nieomylnie braterski sposób i odezwał się 

z angielskim akcentem, z jakim mówił Charles:

- Caroline, co się stało, u licha, że przysłałaś mi taką wiadomość?

- Wejdź do domu, opowiem ci - odpowiedziała żona Charlesa.

Kiedy Tracy patrzyła, brat i siostra zniknęli jej z oczu, idąc w stronę domu, a powóz 

oddalił się w kierunku stajni.

Tracy przyłożyła sobie dłoń do łomoczącego serca. Boję się, pomyślała. Tak się boję. 

Co oznaczają te wszystkie wizje? Czy mają coś wspólnego z tym,  że ktoś próbuje zabić 

Harry'ego?

Zanim Tracy o umówionej porze stawiła się w charakteryzatorni, zadzwoniła do Gail z 

nowymi instrukcjami dla prywatnego detektywa.

- Sprawdź, czy on może się dowiedzieć, czy zostały przelane jakieś pieniądze z konta 

Robina Mauleya na konto człowieka nazwiskiem Howles, który pracuje w English Heritage - 

powiedziała, a Gail obiecała, że przekaże polecenie.

Poranne zdjęcia szły źle. Najpierw mieli opóźnienie, bo Greg nie mógł znaleźć Lizy 

Moran, która była potrzebna na planie.

- Sprawdziłeś jej garderobę? - zapytał swojego asystenta zdenerwowany Dave.

-   Tak   -   odparł   Greg.   -   Drzwi   były   zamknięte.   Pukałem   kilka   razy   i   nie   było 

odpowiedzi.

- Czy słyszałeś jakieś odgłosy ze środka? - spytał Dave.

Greg uniósł brwi.

- Wydawało mi się, że tak, ale nikt nie odezwał się na moje pukanie. Przecież nie 

mogłem tak do niej wtargnąć, prawda?

Tracy podniosła się z krzesła. Nie chciała opóźnień, chciała skończyć wcześnie, żeby 

spędzić trochę czasu z Harrym. I miała serdecznie dosyć Lizy Moran.

- Może ty nie mogłeś, Greg, ale ja mogę - powiedziała złowieszczo.

Wszyscy na planie spojrzeli na nią.

- Mam powyżej uszu panny Moran i jej nimfomanii - oznajmiła Tracy. - Nie obchodzi 

mnie, co robi w wolnym czasie, ale to już trzeci raz, kiedy muszę czekać, podczas gdy ona się 

zabawia. Mam dość. - Popatrzyła na Dave'a. - Sprowadzę ją.

Przytaknął bez słowa.

Kiedy Tracy odeszła, Greg powiedział do stojącego obok oświetleniowca:

- Prawie mi żal Lizy. Kiedy Tracy do niej wpadnie...

Drzwi   przyczepy   Lizy   wciąż   były   zamknięte,   gdy   Tracy   tam   dotarła,   więc 

background image

bezpardonowo otworzyła  je szarpnięciem i weszła do środka. W środku, obok stojaka na 

ubrania, stała Liza, wkładając kostium przez głowę. Na kanapie siedział młody mężczyzna i 

sznurował tenisówki. Tracy odezwała się lodowatym tonem:

-  Czekamy   na  ciebie   już  od  piętnastu  minut.  Twarz   Lizy  wyłoniła   się  zza   sukni. 

Kobieta spojrzała na Tracy z bezgranicznym zdumieniem.

- Co ty tutaj robisz?

Młody   mężczyzna,   w   którym   Tracy   rozpoznała   członka   obsługi   cateringowej, 

przemknął obok niej z jednym  butem wciąż niezasznurowanym  i niezapiętą koszulą. Nie 

zamknął za sobą drzwi.

Tracy odpowiedziała tak samo lodowato:

- Skoro nie reagowałaś na wezwanie Grega, pomyślałam, że może zareagujesz na 

moje.   -   Spojrzała   z   odrazą   na   usta   Lizy.   -   Masz   rozmazany   makijaż.   Trzeba   to   będzie 

poprawiać.

Liza wreszcie się otrząsnęła.

- Jak śmiesz - krzyknęła. - Jak śmiesz wchodzić bez zaproszenia do mojej garderoby. 

Wydaje ci się, że kim ty, u diabła, jesteś?

Oczy Tracy zwęziły się.

- Powiem ci, kim jestem. Jestem Tracy Collins, i nie lubię, gdy każe mi się czekać, 

podczas gdy ktoś z obsady bzyka się z dostawcami. A więc... to ostatni raz, kiedy tak się 

dzieje, Lizo, albo już nigdy nie dostaniesz pracy przy żadnym z moich filmów ani filmów 

moich przyjaciół. - Jej oczy zwęziły się jeszcze odrobinę. - Mówię serio, nigdy.

Liza wyglądała na wściekłą, ale obawiała się wpływów Tracy. Postarała się zachować 

ugodowo.

- Przepraszam - mruknęła. - Nie zdawałam sobie sprawy z tego, która godzina.

- Na przyszłość postaraj się to wiedzieć - powiedziała ponuro Tracy. - A teraz idź do 

charakteryzatorni, niech ci poprawią makijaż, i zgłoś się na plan. - Odwróciła się plecami do 

ziejącej nienawiścią Lizy i wyszła z przyczepy.

Kiedy Liza w końcu pojawiła się na planie, wyglądała na przygaszoną.

- Przepraszam - powiedziała  do Dave'a. - Nie miałam  zegarka.  To się więcej  nie 

powtórzy.

Zaczęli zdjęcia, i po raz pierwszy od początku pracy przy filmie uwaga Jona była 

rozproszona. Pomylił swoje kwestie we wszystkich siedmiu ujęciach - prawie, choć nie do 

końca, sprawił, że Dave gotował się z wściekłości. W końcu Jon wypowiedział je jak należy i 

Dave   zawołał:   „Bierzemy”,   ale   Tracy   wiedziała,   i   wiedział   to   Dave,   i   Jon   także   musiał 

background image

wiedzieć, że to nie było jego najlepsze osiągnięcie. Było dobrze. Jon mógłby odegrać swoją 

kwestię   śpiąc,   i  nadal  byłoby dobrze.  Ale  jego grze  zabrakło   napięcia,   cechującego  jego 

wcześniejszą pracę.

Podczas   przerwy   na   lunch   Tracy   zadzwoniła   do   Gail,   która   skontaktowała   ją   z 

Markiem Sandersonem, wynajętym przez nią prywatnym detektywem.

- Ż tego, co się orientuję, panno Collins, pan Anthony Oliver jest czysty - oznajmił 

detektyw   przez   telefon.   -   Z   pewnością   żyje   ponad   stan   i  ma   spore   zadłużenie   na  karcie 

kredytowej, ale nikt go nie ściga o pieniądze. Nie ma wątpliwości, że dodatkowe pieniądze 

byłyby mile widziane, ale nie jest przyciśnięty do muru, jeżeli to chciała pani wiedzieć.

- Tak - potwierdziła Tracy. - Nad tym się zastanawiałam, panie Sanderson. Czy moja 

sekretarka rozmawiała z panem o możliwości wyśledzenia łapówki?

- Tak. To dosyć delikatna sprawa, nie jestem pewien, czy mogę to zrobić. Mauley to 

spora szycha.

- Będę skłonna zapłacić ekstra, jeżeli pan tego dokona - odpowiedziała Tracy.

- Dobrze, a więc natychmiast się do tego zabiorę. Kiedy Tracy odłożyła słuchawkę, 

nie wiedziała, czy powinna czuć ulgę, czy rozczarowanie. Z jednej strony, nie chciała stanąć 

przed   koniecznością   przekazania   Harry'emu   wiadomości,   że   jego   własny   brat   knuje 

przeciwko   niemu.   Z   drugiej   zaś,   to   byłaby   niesłychana   ulga   znać   winowajcę.   Mogłaby 

przestać się bać o życie Harry'ego.

Po lunchu była  wolna. Zakończyli  sceny w salonie 1 przenosili się do wspaniałej 

sypialni, która niegdyś należała go ówczesnego hrabiego Silverbridge'a. Ustawienie świateł 

miało zająć przynajmniej popołudnie. Kiedy potrzebny był ktoś do pozowania technikom, 

mogła ją zastępować dublerka. Tracy była głodna i próbowała zdecydować, czy chce najpierw 

zjeść, czy pozbyć się makijażu i kostiumu, kiedy Jon podszedł do niej i powiedział:

-   Nareszcie,   oboje   wolni   w   tym   samym   czasie!   Czy   zjesz   ze   mną   obiad   dziś 

wieczorem, Tracy? Jak słyszałem, w wiosce jest znakomita restauracja.

Spojrzała na jego twarz i dostrzegła, że Jon usiłuje ukryć swoje nadzieje.

- Raczej nie, Jon - odpowiedziała łagodnie. - Właściwie to obiecałam Meg, że dziś po 

południu pojadę z nią na zakupy. Nie wiem, kiedy wrócimy.

Jego orzechowe oczy na tle rozciągającego się za nim trawnika wydawały się bardzo 

zielone.

- Zaczekam na ciebie. W środku tygodnia nie będziemy potrzebowali rezerwacji.

- Wolałabym nie. Jeżeli uda mi się namówić Meg na zjedzenie czegoś na mieście, to 

tak   zrobię.   To   dobrze   jej   robi,   kiedy   zmuszona   jest   wybierać   z   menu.   -   Aby   złagodzić 

background image

odmowę, wyciągnęła rękę i dotknęła ramienia Jona. - Na pewno rozumiesz.

Jakaś emocja, być może gniew, zamigotała w oczach Jona.

- Ty naprawdę straciłaś  dla niego głowę, prawda? Tracy odczekała chwilę, zanim 

odpowiedziała beznamiętnie:

- Co masz na myśli?

Jon niecierpliwie pokręcił ciemnowłosą głową.

-   Nie   baw   się   ze   mną,   Tracy.   Wiesz,   co   mam   na   myśli.   Straciłaś   głowę   dla 

Silverbridge'a.

Tracy pozwoliła, by nastała kolejna chwila ciszy. Rozmyślała nad tym, jak najlepiej 

odpowiedzieć na tę uwagę. Wreszcie postawiła na szczerość.

- Tak, obawiam się, że tak, Jon. Zakochałam się, i to bardzo, to fakt. A zatem widzisz, 

że nie jestem teraz zainteresowana spędzaniem czasu z innymi mężczyznami. Zaplótł ręce na 

potężnej piersi.

- Chyba nie mogę cię winić. Wszystko przemawia na jego korzyść: tytuł z tradycjami, 

bajeczny dom, pieniądze, prezencja, wdzięk. Dlaczego nie miałabyś stracić dla niego głowy.

W jego słowach jej pociąg do Harry'ego wydawał się taki powierzchowny, ale Tracy 

ugryzła się w język. Zrezygnowała z powiedzenia mu tego, o czym chciała go poinformować 

w pierwszej chwili:  że Harry jest farmerem i ma  znacznie mniej  pieniędzy niż sam Jon. 

Zamiast tego powiedziała:

- Zgrabnie ujęte.

Napięcie na jego twarzy zelżało na tę bezpośrednią odpowiedź i Jon zmusił się do 

uśmiechu.

- Cóż, wiesz, że tego nie pochwalam, ale z pewnością to rozumiem. Ale jeżeli coś się 

kiedykolwiek wydarzy i będziesz potrzebowała przyjaciela, proszę, wiedz, że możesz się do 

mnie zwrócić.

Tracy odrobinę przechyliła głowę.

- Co mogłoby się wydarzyć?

- Mogłabyś zostać porzucona, moja droga. - Głos Jona brzmiał oschle. - Chociaż to 

może szokujące, zdarzało się to innym pięknym,  młodym  kobietom, które związały się z 

Silverbridge'em.

Tracy zmusiła się do zachowania przyjaznego wyrazu twarzy.

- To miło z twojej strony, Jon, ale nie sądzę, żebym miała powody się martwić.

Poklepał ją po ramieniu.

- Wszystkie tak mówią, moja droga. Ale obiecuję ci solennie, że nie powiem: „A nie 

background image

mówiłem”.

I po tej niezbyt optymistycznej uwadze odszedł.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Harry   siedział   w   saloniku,   czekając   na   początek   wiadomości   o   szóstej.   Ebony 

rozciągnęła się na jego kolanach. Mruczała z zadowoleniem, kiedy Harry ją głaskał, a on 

wpatrywał się w pusty ekran i odtwarzał w pamięci swoje popołudniowe spotkanie z miejsco-

wym urzędnikiem English Heritage.

- English Heritage uważa, że to tout ensemble angielskiego wiejskiego domu określa 

jego wkład w dzieje sztuki - powiedział nieprzyjemny młody człowiek z akcentem z Midlands 

i okropnym krawatem. - To obejmuje umeblowany dom z przyległościami, jak również ogród, 

tereny parkowe, leśne oraz, w przypadku Silverbridge, stajnie.

- Mogę odbudować stajnie tak, żeby wyglądały na autentyczne - odparł Harry. - Ale z 

pewnością   musi   pan   dostrzegać,   że   ceny   oryginalnych   materiałów   są   wygórowane,   nie 

mówiąc już o astronomicznych sumach, jakie musiałbym zapłacić fachowym rzemieślnikom, 

którzy wiedzą, jak pracować z takimi materiałami.

-   Rozumiem   i   współczuję   panu   w   tej   trudnej   sytuacji,   lordzie   Silverbridge.   -   W 

rzeczywistości  Howles  postarał  się spojrzeć na Harry'go  z góry.  - Ale powinien pan był 

ubezpieczyć stajnie na odpowiednią kwotę, pozwalającą na odbudowę w oryginalnym stylu. 

Niestety, nie zrobił pan tego i teraz musi pan uporać się z konsekwencjami.

Harry uczynił heroiczny wysiłek, żeby utrzymać nerwy na wodzy.

- Ubezpieczyłem dom na sumę czterokrotnie przewyższającą jego wartość rynkową. 

Czy pan wie, ile kosztuje takie ubezpieczenie?

- Koszty ubezpieczenia to nie moja sprawa, milordzie. Moją sprawą jest zachowanie 

wspaniałego   angielskiego   dziedzictwa.   -   Młody   mężczyzna   bawił   się   swoim   paskudnym 

krawatem. - To, że niedostatecznie ubezpieczył pan swoją stajnię, nie może być brane pod 

uwagę przy mojej decyzji w tej sprawie. Moim zadaniem jest ochrona naszego dziedzictwa.

- Silverbridge to moje dziedzictwo, nie wasze - odparł Harry posępnie. - I to nie jest 

śpiewka, którą słyszałem ostatnio, kiedyż panem rozmawiałem. Dał mi pan do zrozumienia, 

że nie będzie problemu z odbudowaniem przeze mnie stajni z nowoczesnych materiałów, 

jeżeli zachowam właściwy jej wygląd.

Howles nie miał już zarozumiałego wyrazu twarzy.

- Od tamtej pory zmieniłem zdanie.

- Czy mogę spytać, co spowodowało tę zmianę? Młody mężczyzna z namaszczeniem 

wzruszył ramionami.

- Jest pan bardzo przekonującym człowiekiem, milordzie. Kiedy nie byłem już pod 

background image

wpływem pańskiej charyzmatycznej osobowości, zdałem sobie sprawę z tego, że popełniłem 

błąd.

Harry miał już tego dość.

- To nie jedyny błąd, jaki pan popełnił, Howles. - Harry wstał. - Ten pański krawat to 

obraza wszelkiego dobrego smaku. Zawsze pozostanie dla mnie zagadką, jak, u diabła, rząd 

mógł powierzyć człowiekowi takiemu jak pan władzę w English Heritage.

Po tych słowach wyszedł, a teraz zastanawiał się, czy nie powinien zostać, żeby dłużej 

wpływać swoją „charyzmatyczną osobowością” na nieznośnego Howlesa.

To byłaby strata czasu, uznał. Zaczynam  myśleć,  że Tracy może  mieć  rację, i że 

łapówka miała coś wspólnego z tym, że Howles zmienił zdanie.

- Cała ta sprawa śmierdzi, Eb - powiedział na głos, pieszcząc długim palcem łebek 

kotki.

Ebony zamruczała głośniej.

Harry rzucił okiem na zegarek, zobaczył, że już pora na wiadomości i przegonił Ebony 

z kolan, żeby móc włączyć  telewizor. Kiedy tylko się podniósł, zadzwonił telefon. Harry 

pozwolił mu zabrzęczeć dwa razy. Miał nadzieję, że pani Wilson odbierze, a potem, kiedy 

rozległ się trzeci dzwonek, sam podszedł do aparatu.

Męski głos z wyraźnym szkockim akcentem odezwał mu się do ucha:

- Czy to lord Silverbridge? Harry zmarszczył brwi.

- Tak. Kto mówi?

- Tracy Collins prosiła mnie, żebym do pana zadzwonił, milordzie, i poprosił pana, 

żeby   się   pan   z   nią   spotkał   nad   jeziorem   w   pańskiej   posiadłości,   najszybciej   jak   się   da. 

Powiedziała, że chce panu pokazać coś ważnego.

- Kto mówi? - Harry ponownie zażądał odpowiedzi.

- Sklepikarz z miasteczka, milordzie. Robię, jak prosiła panna Collins. Do widzenia.

Harry wpatrywał się w telefon, choć rozmowa została przerwana.

Sklepikarz z miasteczka Harry wiedział, że Tracy zabrała Meg, żeby kupić jej nowe 

ubrania, ale dlaczego nie zadzwoniła do niego sama? Ten telefon sugerował, że bardzo się jej 

spieszyło.

Co ona chce mi pokazać? I kim, u diabła, jest ten szkocki sklepikarz ?

Zbiegł   po schodach  na  dół,  żeby  zabrać  psy.  W  kuchni  nie  było   jednak ani  pani 

Wilson, ani Marshala i Millie. Gospodyni zapewne zabrała spaniele na spacer. Harry szybko 

podjął   decyzję,   żeby   ich   nie   szukać.   Poszedł   do   swojego   gabinetu,   chwycił   strzelbę   z 

oszklonej gablotki, załadował ją i ruszył w kierunku jeziora.

background image

Po   południu   nadciągnęły   chmury   i   sprowadziły   wczesny   zmierzch.   Harry   biegł 

równym   tempem   ścieżką   przez   ogród,   mocno   trzymając   w   dłoni   strzelbę,   przepełniony 

poczuciem niewyjaśnionej pilnej potrzeby. Skręcił na ścieżkę, która miała go zaprowadzić do 

lasu. Zignorował ból głowy wywołany wysiłkiem.

Nie   skorzystał   z   traktu   do   konnej   jazdy,   tylko   ruszył   ścieżką   wydeptaną   przez 

zwierzynę, ale mimo tego dotarł nad jezioro dopiero półgodziny później. Stado kosów wzbiło 

się z traw i odleciało, kiedy wypadł zza drzew, ale pomijając kosy i łabędzie sunące z prądem, 

brzeg jeziora był zupełnie pusty.

- Tracy! - zawołał Harry. - Jesteś tutaj?

Jedyną odpowiedzią było wołanie ptaka w oddali.

Harry poczuł mrowienie na plecach i szyi i przez głowę przemknęła mu myśl: Lepiej 

się schowam.

Zanim zdołał przełożyć  ją na czyn, dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Ktoś 

pchnął go od tyłu, powodując, że Harry rozpłaszczył się na ziemi, zaś kiedy padał, nad jego 

głową przeleciała kula.

Cholerą   pomyślał   Harry,   podnosząc   twarz   z   kłującej   trawy.   Rozległ   się   kolejny 

wystrzał, i tym razem kula świsnęła mu tuż koło ucha.

- Zabierajmy się stąd - zawołał do kogoś, kto go popchnął, poderwał się na równe nogi 

i dał nura do lasu.

Padł   trzeci   strzał,   a   potem   wszystko   ucichło,   oprócz   łomotania   serca   Harry'ego. 

Powinienem był zabrać psy, pomyślał.

-   Ja   też   mam   broń   -   zakrzyknął   w   kierunku,   z   którego   padł   strzał.   Wystrzelił   w 

powietrze. - Chodź tu i dostań mnie, ty tchórzliwy łajdaku!

Usłyszał   w   oddali   cichy   szelest,   ale   to   mogło   być   zwierzę   spłoszone   odgłosem 

wystrzału.

Adrenalina   buzowała   w   jego   żyłach,   i   ledwie   zauważał   ból   głowy.   Jego   oczy 

przeczesywały las, który znał tak dobrze - las, w którym polował od lat chłopięcych - ale 

wszędzie panował spokój. Harry podniósł kamień i cisnął nim, czekając, czy hałas i ruch 

wywołają kolejny strzał. Nic.

Łajdak, pomyślał Harry z odrazą. Nie ma zamiaru się pokazać. Zamierza uciec. Jego 

palec zakrzywił się na spuście strzelby. Do diabła!

Odczekał pół godziny i w tym czasie nie dostrzegł nawet śladu strzelca ani osoby, 

która go pchnęła. Tak jakby rozwiali się w angielskim zmierzchu. W końcu Harry postanowił 

wrócić do domu.

background image

Zanim wszedł do domu bocznym wejściem, przypływ adrenaliny opadł, a ból głowy 

rozłupywał mu czaszkę. Poszedł na dół, żeby odłożyć strzelbę na miejsce w swoim gabinecie, 

i zastał Tracy i Meg. Siedziały przy kuchennym stole i jadły obiad.

- Harry! Gdzieś ty był? - zapytała ostro Meg. Jej wzrok przykuła strzelba, którą nadal 

trzymał w ręku. - Wyszedłeś postrzelać?

- Właściwie to do mnie strzelano - odparł. Tracy zbladła jak ściana.

Niebieskie oczy Meg wydawały się zasłaniać całą jej twarz.

Do licha, pomyślał Harry. To ten cholerny ból głowy. Nie myślę jasno. Do diabła, 

czemu ja to wypaplałem?

-   Ktoś   próbował   cię   zastrzelić?   -   spytała   Tracy.   Jej   oczy   na   tle   bladej   twarzy 

wyglądały na granatowe. Meg była osłupiała.

- Do diabła - powiedział Harry. Na moment zamknął oczy. - Powinienem był trzymać 

gębę na kłódkę.

W tej chwili chciał tylko pójść na górę, wziąć jakieś środki przeciwbólowe i położyć 

się do łóżka. Ale nie mógł wyjść i zostawić ich w takim stanie.

- Czuję się świetnie - powiedział. - To pewnie był kłusownik.

- A więc dlaczego masz broń? - zapytała Tracy.

- Jak powiedziała Meg, wyszedłem postrzelać. - Potarł sobie czoło i unikał tych zbyt 

przenikliwych niebieskich oczu.

- I nabawiłeś się bólu głowy - powiedziała rzeczowo.

- Obawiam się, że tak. A więc, jeżeli nie macie nic przeciwko, odłożę broń i pójdę na 

górę odpocząć.

- Nie zjesz nic na obiad, Harry? - zapytała Meg.

- Nie, dziękuję, Meggie - odpowiedział. Odłożył broń na miejsce, ale kiedy wrócił na 

schody, czekała na niego Tracy.

- Możesz mi opowiedzieć, co się stało, kiedy będziesz brał leki i kładł się do łóżka.

- Już ci opowiedziałem, co się stało. Nie potrzebuję, żeby mnie pakowano do łóżka - 

odparł.

Nie odezwała się, tylko odwróciła i weszła po schodach. Harry westchnął i poszedł za 

nią.

Ebony   leżała   na   środku   jego   łóżka   i   kiedy   zobaczyła   Tracy,   wstała   ze   sztywno 

wyprostowanym ogonem i groźnie łypnęła na intruza.

- Idź po tabletkę - powiedziała Tracy.

Harry poszedł do łazienki, wytrząsnął dwie tabletki z plastykowej buteleczki i popił je 

background image

wodą. Kiedy wrócił do sypialni, Tracy siedziała na jednym z krzeseł przy kominku. Ona i 

Ebony przypatrywały się sobie ostrożnie. Harry zajął drugie krzesło i Ebony natychmiast 

podeszła, żeby zająć należne sobie miejsce na jego kolanach. Pogłaskał ją odruchowo.

- Opowiedz mi wszystko - poprosiła Tracy. Opowiedział jej o telefonie i o swojej 

wyprawie do lasu, i o strzałach.

- Ktoś mnie wystawił, to oczywiste. Dobrze się stało, że miałem przeczucie, żeby 

zabrać strzelbę, w przeciwnym razie byłbym jak cel na strzelnicy.

- Przede wszystkim w ogóle nie powinieneś tam iść.

- Oczywiście, że musiałem iść. Wezwanie mogło być prawdziwe.

Tracy   założyła   sobie   kosmyk   włosów   za   ucho   i   patrząc   na   ruch   jej   nadgarstka   i 

przedramienia, Harry pomyślał, że to najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział.

- Czy to zwykłe szczęście, że pierwszy strzał chybił? Czy stało się coś jeszcze? - 

zapytała.

Łup, łup, łup. Ból głowy wciąż dawał o sobie znać.

- Co jeszcze mogłoby się stać?

- To ja pytam ciebie. Po prostu wydaje mi się, że skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, 

żeby cię wystawić, to dopilnowałby, żeby trafić.

Dłoń Harry'ego zamarła na futerku Ebony. Spojrzał na Tracy i po raz pierwszy w pełni 

pojął, że nie potrafi jej okłamać. Istniała między nimi jakaś więź która sprawiała, że to było 

niemożliwe.

Miau!

Jego dłoń znów zaczęła głaskać Ebony. Powiedział do Tracy:

- Wydarzyła się bardzo dziwna rzecz, tak dziwna, że sam ledwie mogę w to uwierzyć.

Skinęła głową, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi.

- Ktoś mnie popchnął. To się wydarzyło na ułamek sekundy przed tym, jak usłyszałem 

strzał. Upadłem na twarz, a kula przeleciała mi nad głową.

Zapadła cisza. Tracy dumała nad tym wyznaniem. Potem zapytała cicho:

- Czy wiesz, kto cię popchnął, Harry? Pokręcił przecząco głową.

- To właśnie jest takie dziwaczne. Ktokolwiek to był, zniknął. Wcale go nie widziałem 

ani nie słyszałem. Było tylko popchnięcie.

- Czy sądzisz, że ktoś, kto cię popchnął, był mężczyzną?

- Sądząc z siły popchnięcia? Tak, jestem pewien, że to był mężczyzna.

Harry nie zapalił światła, ale jej skóra w ciemności lśniła jak czysta porcelana. Tracy 

odezwała się z lekkim wahaniem:

background image

- Harry... Nie mogę przestać myśleć, że Charles został zastrzelony w tym samym lesie.

Nie wiadomo czemu jego serce zaczęło łomotać. Wycedził przez zęby:

- A co to ma wspólnego z tym wszystkim? Nachyliła się ku niemu, luźno zaplatając 

dłonie na kolanach.

- Wiem, że mówiłeś, że w Silverbridge nie ma żadnych duchów, ale może się mylisz, 

Harry. Może jest tutaj duch, dobry duch, i to on ocalił cię od takiej samej  tragedii, jaka 

przydarzyła się jemu.

Serce nadal biło mu szybciej, a ból głowy pulsował w jego rytm.

- Czy chcesz powiedzieć, że duch Charlesa ocalił mi życie?

Zatopiła białe zęby w dolnej wardze.

- To zapewne brzmi niemądrze...

Duch Charlesa, duch Charlesa... Te słowa wibrowały mu w mózgu w rytm bicia serca 

i pulsowania w głowie.

- To brzmi bardziej niż niemądrze - odpowiedział. - To brzmi wariacko.

Wygładziła zmarszczkę na beżowych spodniach.

- To może tak zabrzmieć, ale nie znaczy, że tak nie było.

Jego   myśli   bezwiednie   powróciły   do   tamtego   popołudnia,   kiedy   przyglądał   się 

kręceniu filmu i scena z przeszłości wplotła się w teraźniejszość. Znowu zobaczył złote włosy 

Charlesa, kiedy pochylał głowę, żeby powiedzieć coś do kasztanowowłosej dziewczyny, z 

którą tańczył, a która miała niebieską suknię.

Harry spojrzał w oczy Tracy i zapytał stanowczym tonem:

- Czy ty coś widziałaś?

W odpowiedzi popatrzyła na niego, a potem skinęła głową. Przełknął ślinę.

- Mówisz poważnie?

- Bardzo poważnie. Zaczęłam ich widywać, kiedy tylko znalazłam się w Silverbridge.

- Kogo widywać?

- Charlesa i Isabel. Wziął głęboki wdech.

- Kim, u diabła, jest Isabel?

- Była guwernantką dzieci Charlesa. Była bardzo podobna do mnie, tak jak ty jesteś 

bardzo podobny do Charlesa.

Obraz dziewczyny w białej sukni raz jeszcze stanął mu przed oczyma. Powiedział 

szorstko:

- Nie mogę uwierzyć, że naprawdę siedzimy tu i rozmawiamy o duchach.

-   Wiem.   -   Jej   twarz   była   poważna.   -   Ale   wiem   także,   co   widziałam,   Harry. 

background image

Zobaczyłam ducha Charlesa, zanim zobaczyłam jego portret w twoim gabinecie. Wyglądał 

dokładnie tak samo jak na portrecie. Skąd mogłabym wiedzieć, jak on wyglądał, skoro nigdy 

wcześniej nie widziałam jego portretu?

Lup, łup, wciąż dawała o sobie znać jego głowa.

- Nie wiem.

- Widywałam ich wiele razy - powiedziała, pochylając się do przodu. - To prawie tak, 

jakby odgrywali dla mnie sztukę. Charles był zakochany w Isabel, a jego żona dowiedziała się 

o tym i kazała Isabel opuścić dom. Charles poczynił plany, żeby wysłać ją do Ameryki. Miała 

zatrzymać się tam u jego kuzyna. Miał zamiar popłynąć za nią, ale został zastrzelony, zanim 

zdołał to uczynić.

- Włosy Isabel nie miały złotego odcienia, a nos miała prosty - odezwał się powoli.

Oczy Tracy rozszerzyły się.

- Tak. - Jej dłonie zacisnęły się w piąstki. - A więc ty coś widziałeś!

- Jezu - powiedział. - To nie do wiary.

- Opowiedz mi, co widziałeś.

Harry opowiedział jej o scenie na balu, a kiedy skończył, wpatrywali się w siebie 

nawzajem w milczeniu. Wreszcie Tracy odezwała się cicho:

- Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, poczułam się tak, jakbym cię znała.

- Tak - odparł. - Ja czułem to samo.

Zebrała się w sobie, jakby szykowała się do bitwy.

- Jak sądzisz, co to oznacza, Harry?

- Nie wiem. To... niesamowite.

- Myślę, że to się dzieje nie bez przyczyny. Myślę, że kiedy się dowiemy, kto zabił 

Charlesa, dowiemy się, kto próbuje zabić ciebie.

- Jezu - powtórzył.

- Sądzę, że Charles i Isabel próbują nam pomóc, żeby nam ułożyło się szczęśliwie, 

czego im odmówiono.

Harry popatrzył na nią i powoli powiedział:

- Ja nigdy nie wierzyłem w duchy.

- Ja też nie, dopóki ich nie zobaczyłam - odparła. Lup, łup, łup.

- Chyba trudno zaprzeczyć czemuś, co widzieliśmy oboje.

Poważnie skinęła głową.

- Ktoś mnie popchnął - powtórzył Harry. - Co do tego się nie mylę. Ciągle czuję dłoń 

na swoich plecach.

background image

Tracy nagle wstała.

- Ty sam wyglądasz jak duch. - Podeszła do jego krzesła, nachyliła się i pocałowała go 

w czoło. - Idź do łóżka. Będziemy martwić się o to rano.

Harry odwrócił głowę i ukrył twarz między jej piersiami.

- Tracy - powiedział. Zamknęła go w swoich ramionach.

- Kocham cię  - odpowiedziała.  - Kocham cię  i razem  znajdziemy  wyjście  z  tego 

bałaganu.

Harry zadrżał.

- Boże, mam nadzieję, że tak.

Jej piersi były takie delikatne. Pachniały różami.

- Nie wychodź - poprosił.

Ebony zeskoczyła z kolan Harry'ego, kiedy Tracy podeszła. Wskoczyła  na łóżko i 

ostro miauknęła. Tracy roześmiała się.

- Ebony właśnie kazała mi iść precz, i ma rację. Potrzebujesz snu. Porozmawiamy 

znowu rano.

- Kto mówił cokolwiek o rozmowie - mruknął Harry. Ale tabletki zaczynały działać. 

Łupanie w jego głowie słabło, a powieki robiły się bardzo ciężkie.

- Dobranoc - powiedziała Tracy. Pocałowała go w czubek obolałej głowy, odsunęła 

się i poszła w stronę drzwi.

Kilka minut później Harry i Ebony już spali.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

Kiedy Harry obudził się następnego ranka, zegarek powiedział  mu,  że jest już za 

późno, żeby złożyć wizytę Tracy. Mrucząc do siebie z irytacją, ubrał się i właśnie miał zejść 

na dół na śniadanie, kiedy ktoś zapukał do jego drzwi. To był Tony.

- Czy mogę z tobą pomówić, Harry?

Harry   popatrzył   na   młodszego   brata,   który   miał   na   sobie   idealnie   skrojone   jasne 

spodnie i sweter błękitny jak niebo, i powiedział:

- Najpierw muszę się napić kawy. Chodź ze mną na dół. Możemy porozmawiać w 

moim gabinecie.

Harry wziął sobie kawę z kuchni, w której znajdowała się tylko pani Wilson i psy, i 

zaprowadził Tony'ego do swojego gabinetu. Zajął miejsce przy biurku, zwrócony twarzą do 

portretu Charlesa, a Tony usiadł na starym obitym skórą krześle obok biurka. Millie i Marshal 

zajęły swoje zwyczajowe posterunki po obu stronach Harry'ego.

Harry upił łyk kawy.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   zamierzasz   znowu   zaczynać   z   tym   cholernym   polem 

golfowym.

-   To   ostatni   raz,   Harry.   -   Wokół   ruchliwych   ust   Tony'ego   widać   było   nietypowo 

ponurą linię. - Jeżeli teraz nie zgodzisz się sprzedać ziemi, Percy ma zamiar wycofać się z 

przedsięwzięcia i zbudować swój hotel gdzieś indziej.

- Dobrze. To powinno zdjąć mi Mauleya z karku. - Harry wypił kolejny łyk kawy.

Tony powoli pokręcił głową.

- Nie rozumiem cię, Harry. Naprawdę. Nie masz pieniędzy, żeby odbudować stajnię 

zgodnie z wymaganiami English Heritage. Nie masz pieniędzy, żeby kupić nowy samochód. 

A mimo to odwracasz się plecami do fortuny. Dla mnie to bez sensu.

Harry rozsiadł się wygodniej i powiedział łagodnie:

- Skąd wiedziałeś o ich wymaganiach?

- Ty mi powiedziałeś.

- Nie, nie mówiłem ci. Tony wzruszył ramionami.

- Cóż, musiałem więc usłyszeć o tym od Meg. Harry odstawił filiżankę z kawą na 

biurko i zapytał wprost:

-   Tony,   czy   Mauley   przekupił   tego   cholernego   Howlesa,   żeby   mnie   zmusić   do 

odbudowania stajni z oryginalnych materiałów?

Z oczu Tony'ego nie można było niczego wyczytać.

background image

- Co za niesłychane pytanie. Oczywiście, że nie. Mauley to szanowany biznesmen, a 

nie   kanciarz.   -   Tony   poruszył   się   na   krześle.   -   A   poza   tym   nie   sądzę,   żeby   ktoś   mógł 

przekupić urzędnika English Heritage. Oni są tak cholernie zadufani.

- Nie wiedziałem, że kiedykolwiek miałeś z nimi do czynienia.

- Wiem o nich od ciebie. - Przez moment oczy Tony'ego zapłonęły intensywniejszym 

błękitem. - Dobry Boże, Harry, za chwilę oskarżysz Mauleya o spalenie ci stajni.

Harry odparł spokojnie:

- Ktoś to zrobił, a Mauley jest jedyną przychodzącą mi na myśl osobą, która mogłaby 

skorzystać na pożarze.

Oczy Tony'ego zobojętniały, a jego głos stał się chłodniejszy.

- Mam szczerą nadzieję, że nie rozciągasz tego oskarżenia i na mnie.

Harry zaplótł palce i wpatrywał się w nie z uwagą.

- Dzieje się tu coś bardzo nieprzyjemnego, Tony. Poza pożarem w stajni były trzy 

zamachy na moje życie.

Tony poderwał się na równe nogi.

- Na twoje życie! Dobry Boże, Harry, nie wierzę! Teraz oskarżasz mnie i Mauleya, że 

próbowaliśmy cię zamordować? - Tony stanął za krzesłem, jakby miało mu służyć za tarczę 

przed Harrym, i położył dłonie na oparciu.

Harry oderwał wzrok od jego palców.

- Ktoś próbuje.

- Cóż, to nie ja. - Szczęka Tony'ego wysunęła się do przodu. - To prawda, że chcę, 

żebyś sprzedał ziemię, ale nie jestem gotów cię zabić, żeby ją zdobyć. Co to w ogóle były za 

zamachy, do diabła? Wiem, że myślisz, że ktoś majstrował przy twoich hamulcach, ale nie 

jestem skłonny łyknąć tej opowiastki. Sądzę, że łan broni własnej skóry.

- Ktoś próbował mnie przejechać na szpitalnym parkingu. To była druga próba. Za 

trzecim razem ktoś zwabił mnie nad jezioro fałszywą wiadomością od Tracy i prawie udało 

mu się mnie zastrzelić.

- Mówisz poważnie? - Tony wyglądał na zszokowanego.

- Niestety, tak. - Harry rozpłaszczył dłonie na biurku i pochylił się ku bratu. - Nie 

mogę  niczego  dowieść  w sprawie zamachów,  ale  sądzę,  że jeżeli  zdołam udowodnić, że 

Mauley przekupił urzędnika English Heritage, będę mógł skłonić sekretarza stanu do spraw 

środowiska, żeby odwołał decyzję Howlesa dotyczącą odbudowy. Czy pomożesz mi w tym, 

Tony?

Tony wbił palce w idealnie uczesane włosy.

background image

- Powiedzmy to sobie jasno. Prosisz mnie, żebym pomógł ci przyłapać Mauleya na 

dawaniu łapówek? Na miłość boską, ja dla niego pracuję.

Harry uniósł brew.

- Nie wiedziałem, że jesteś na jego liście płac.

- Cóż, jestem - odparował Tony. - I nie wydaje mi się etyczne, abym zastawiał pułapki 

na   swojego   chlebodawcę.   -   Przerwał   na   moment.   -   A   poza   tym   nie   wierzę,   że   Mauley 

kogokolwiek przekupił.

- Ja myślę,  że tak. I nie wydaje  mi  się etyczne,  aby twój chlebodawca  próbował 

doprowadzić mnie do bankructwa po to, żeby położyć chciwe łapy na mojej ziemi - odciął się 

Harry.

Palce Tony'ego zaciskały się na oparciu krzesła tak mocno, że zrobiły się białe.

- Ta dyskusja do niczego nie prowadzi. Zatrzymaj sobie swoją cholerną ziemię, Harry. 

Akurat wiele ci z tego przyjdzie.

Stanowczym krokiem podszedł do drzwi i już miał wychodzić, kiedy Harry odezwał 

się:

- Lepiej popraw sobie włosy. Potargałeś je, kiedy przeczesywałeś je palcami.

Tony spiorunował go wzrokiem i trzasnął drzwiami.

Harry siedział, popijając kawę i spoglądając na portret Charlesa.

- Co o tym sądzisz? - zapytał na głos. - Czy mój własny brat próbuje mnie sprzątnąć?

Nie,   nie   próbuje.   Harry   sam   odpowiedział   sobie   na   swoje   pytanie.   Potrafię   sobie 

wyobrazić   Tony'ego   przekupującego   urzędnika   English   Heritage;   być   może   potrafię 

wyobrazić go sobie nawet podpalającego stajnię. Ale nie potrafię wyobrazić go sobie, jak 

psuje mi hamulce czy usiłuje mnie przejechać na szpitalnym parkingu albo zastrzelić mnie w 

lesie.

- Myślę, że Tony jest czysty - powiedział na głos do Charlesa. - Mauley musi działać 

na własną rękę.

Harry   próbował   wymazać   z   pamięci   myśl,   że   jeżeli   Mauley   rzeczywiście   stał   za 

nękającymi go problemami, to ten potentat rynku nieruchomości potrzebowałby pomocnika. 

Naprawdę trudno było wyobrazić sobie Mauleya czającego się po lasach ze strzelbą.

On   kogoś   wynajął,   pomyślał   Harry.   Potrzebowałby   kogoś   z   Silverbridge   do 

wykonania dla niego brudnej roboty.

Resztki kawy w filiżance zupełnie już wystygły, a Harry nie był ani trochę bliższy 

odpowiedzi, kiedy wstał i wrócił do kuchni na śniadanie.

Tego dnia kręcono finałową scenę w sypialni hrabiego. Była to scena śmierci Tracy; 

background image

scena, w której Martin, doprowadzony do ostateczności, czuje, że jedyną rzeczą, jaka może 

uratować jego honor i jego zdrowe zmysły, jest zamordowanie pięknej, młodej żony.

Plan   był   gotów,   kiedy   Tracy   weszła   do   pokoju   ubrana   w   długą   jedwabną   nocną 

koszulę barwy kości słoniowej, wyciętą tak, by głęboko odsłaniała jej dekolt. Światła wzdłuż 

jednej ze ścian skierowano na pięknie rzeźbione łoże z kolumienkami, nakryte wyszywaną 

złotem kapą, zasłane i czekające na nią. Szezlong pokryty taką samą tkaniną stał w pobliżu 

okna, obok eleganckiego stoliczka do pisania, zaś dwa tapicerowane krzesła ze stoliczkiem 

herbacianym   zostały   ustawione   przed   alabastrowym   kominkiem.   Nad   kominkiem   wisiał 

namalowany przez Tycjana portret hrabiny de Alfori, o której Meg powiedziała kiedyś, że to 

jej daleka antenatka.

Za   sypialnię   służył   wielki,   przestronny   pokój,   ale   przez   rozstawiony   tam   sprzęt 

wydawał się mniejszy.

- Dobrze, Tracy - powiedział Dave. - Jeżeli położysz się do łóżka, Ivan sprawdzi 

oświetlenie.

Tracy podeszła do łóżka, zzuła mokasyny i wślizgnęła się do delikatnej bawełnianej 

pościeli. Ktoś przybiegł, żeby usunąć okropnie ubłocone nowoczesne obuwie.

- Połóż się na poduszkach, proszę - poinstruował ją operator ze swego miejsca za 

jedną z kamer.

Tracy usłuchała i oparła głowę na obszytych koronkami poduszkach.

- Poprawcie jej włosy - polecił Dave. Fryzjerka wysunęła się naprzód i rozrzuciła 

luźne włosy Tracy tak, żeby ułożyły się wokół jej głowy niczym aureola.

- Tak, Dave? - zapytała.

- Idealnie - odparł reżyser. Rozejrzał się dokoła 1 zapytał: - Czy obie kamery gotowe?

- Mówiłem ci  to już sześć razy,  Dave  - odpowiedział  cierpliwie  operator.  - Obie 

kamery są gotowe.

Stopa Dave'a rytmicznie stukała w podłogę. To była najważniejsza scena; scena, która 

musiała   wzbudzić   u   widowni   tragiczne   uczucia   litości   i   strachu,   i   reżyser   bardzo   chciał 

nakręcić ją za pierwszym razem, kiedy jeszcze jego aktorzynie czuli zmęczenia.

- Teraz potrzebny nam już tylko Jon - powiedział z niecierpliwością.

- Jestem tutaj.

W tej chwili do pokoju wszedł Jon w swoim kostiumie: pomiętej koszuli, rozpiętej, 

żeby   odsłonić   jego   potężną   pierś,   i   czarnych   atłasowych   bryczesach.   Jego   włosy  zostały 

uczesane   tak,   żeby   skręcony   kosmyk   opadał   mu   na   czoło.   Jon   wyglądał   olśniewająco 

bajronicznie i bardzo seksownie.

background image

Wszyscy na planie wiedzieli, że to scena Jona. Zadaniem Tracy było wyglądać na 

bezbronną i oszołomioną, a wreszcie, kiedy uświadomi sobie, co Jon zamierza zrobić, na 

przerażoną.

- Zejść z planu - polecił Dave.

Chciał, żeby cały personel, który nie był niezbędny, usunął się, tak by jego aktorzy 

mogli   się   maksymalnie   skoncentrować.   Jon   ustawił   się   na   wyznaczonym   miejscu   przy 

drzwiach, Tracy odwróciła twarz do poduszki i zamknęła oczy, i Dave powiedział: - Akcja.

Jon wszedł do sypialni.

Jego pierwsza kwestia była celowym nawiązaniem do „Otella”, tak jak w powieści.

- Zgaszę  światło.  - Spojrzał  na świecę,  którą trzymał  w dłoni.  - A  potem  zgaszę 

światło.

Zatrzymał się raptownie obok łóżka i zapatrzył w twarz śpiącej Tracy.

To był sygnał dla Tracy, żeby otworzyć oczy i spojrzeć na niego sennie.

- Nie rozebrałeś się, milordzie. Czyżbyś nie kładł się do łóżka?

Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka, i po raz pierwszy Tracy poczuła prawdziwy 

dreszcz   strachu.   Orzechowe   oczy,   które   na   nią   spoglądały,   przybrały   barwę   ciemniejszej 

zieleni.

Jak on sprawił, że jego oczy tak pozieleniały? Czy ma szkła kontaktowe?, pomyślała 

niespokojnie Tracy. Kamera zrobiła najazd na jej twarz.

- Nie śpisz... jeszcze? - zapytał Jon.

-   Nie.   -   Tracy   wypowiedziała   to   jakby  z   zapartym   tchem.   -   Czekałam   na   ciebie, 

milordzie.

Dłoń Jona przysunęła się, żeby pogładzić jej długą, obnażoną szyję.

- Taka piękna - powiedział. - Taka piękna i taka krucha.

Tracy z trudem usiadła, wsparta na poduszkach.

- Czy stało się coś złego, milordzie?

- Dlaczego tak mówisz, moja miłości? - Jego głos był łagodny i pieszczotliwy, co 

całkowicie kontrastowało z jego oczyma.

Tygrysie oczy, pomyślała Tracy. Nie miała w planie okazywania strachu aż do końca 

sceny, ale teraz serce zaczęło łomotać jej w piersi.

- Jesteś jakiś... dziwny - powiedziała.

Tygrysie oczy wpatrywały się w nią, nieludzkie, dzikie, mordercze, bezlitosne. Tracy 

instynktownie zerknęła w stronę Dave'a, czy nic jej nie grozi, ale na jego twarzy nie było 

widać zaniepokojenia. W ukończonym fiknie to spojrzenie będzie się wydawało wołaniem o 

background image

pomoc.

W miarę rozwijania się sceny tygrys, którego krył w sobie Jon, wydobywał się coraz 

bardziej na powierzchnię, wściekle krążąc i uderzając ogonem, kiedy Tracy na próżno starała 

się go ułagodzić.  Nie było jej  wcale trudno okazywać  emocje;  zapomniała  o kamerach  i 

mikrofonach i dała się ogarnąć przerażeniu tym, co przydarzyło się Julii, słodkiej, nieszko-

dliwej Julii, która nie zdawała sobie sprawy z tego, jaką groźną bestię uczynią z jej męża jej 

niewinne flirty.

Scena nieubłaganie posuwała się naprzód, Tracy zapewniała o swojej niewinności, a 

Jon   stawał   się   coraz   bardziej   brutalny,   wytaczając   przeciwko   niej   długą   listę   rzekomych 

zdrad, które zniszczyły jego umysł. Pot spływał po twarzy Jona i plamił jego zmierzwioną 

koszulę. Ogarnęła go niesłychana furia, kiedy okrutne słowa padały z jego ust, i tygrys szyko-

wał się, gotów, by zabić.

Ani Tracy, ani Jon nie usłyszeli, jak Dave powiedział cicho:

- Kamera numer dwa.

To druga kamera dokończyła filmowanie sceny, po wsze czasy utrwalając na filmie 

jedno z najwspanialszych aktorskich osiągnięć.

Zanim Jon przycisnął jej poduszkę do twarzy, Tracy spodziewała się, że naprawdę 

spróbuje ją udusić.

Nie   zrobił   tego.   Kiedy   tylko   Dave   zawołał:   Cięcie!   -   Jon   rozluźnił   uchwyt   na 

poduszce. Tracy z trudem usiadła i oboje z Jonem, zupełnie wyczerpani, spojrzeli na Dave'a, 

który triumfalnie wymachiwał pięścią, najwyraźniej nieświadomy tego, że po twarzy płyną 

mu łzy.

- To było wspaniałe - powiedział. - To było wspaniałe.

Tracy  zaczęła  płakać.  Jon  padł   na  łóżko,   jakby nogi  nie   były  w   stanie   dłużej   go 

utrzymać. Ekipa techniczna biła brawo. Jon wyciągnął rękę i ujął dłoń Tracy. Popatrzyła na 

jego wielką dłoń, która pochłonęła jej własną, i powiedziała, szlochając:

- Myślałam, że naprawdę mógłbyś mnie zabić. Byłeś przerażający.

- Przestraszyłem się nawet sam siebie - odparł chrapliwym głosem.

Kiedy ekipa zaczęła uprzątać plan, Tracy i Jon siedzieli razem na łóżku, pozwalając, 

żeby emocje, które wykreowali, powoli odpłynęły z ich ciał rozgrzanych adrenaliną.

Po zdjęciu kostiumu i zmyciu makijażu Tracy poszła do swojej sypialni i na dwie 

godziny zapadła w głęboki, pozbawiony wizji sen. Kiedy się obudziła, zapadał zmierzch, ta 

śliczna pora w Anglii, kiedy nie jest już jasno, ale jeszcze nie jest ciemno. Wzrok Tracy padł 

na kopertę z jej nazwiskiem leżącą na szafce nocnej. Otworzyła ją, wyjęła kartkę papieru 

background image

listowego z herbem Oliverow, i przeczytała:

Zajrzałem do Ciebie, ale spałaś. Wybieram się na cały dzień na farmę. Zobaczymy się, 

kiedy wrócę. Harry.

Do licha, pomyślała, zirytowana, że się z nim rozminęła.

Kiedy spała, w jej głowie narodził się pewien pomysł. Teraz postanowiła wprowadzić 

go w życie i zatelefonować do Gail.

Meg siedziała w saloniku, oglądając telewizję, kiedy weszła Tracy. Skinęła ręką Meg, 

wykręciła numer Gail i odwróciła się twarzą do stołu jadalnego.

Kiedy Gail odebrała, Tracy odezwała się:

- Czy miałaś jakieś wieści od Sandersona?

- Tak - odpowiedziała Gail. - Ale to nie są dobre wieści. Powiedział, że zdobycie 

rejestrów operacji bankowych Mauleya jest niemożliwe. Oczywiście, są dostępne dla policji, 

ale nie dla prywatnego detektywa. Powiedział, że jeżeli chcesz oskarżyć Mauleya, to może 

policja   zażąda   tych   zapisów,   ale   jego   kontakt   w   Scotland   Yardzie   nie   chce   mieć   nic 

wspólnego z wnikaniem w rejestry Mauleya bez dowodów.

- Do licha. Nie mogę oskarżyć Mauleya o przekupstwo, skoro nie mam dowodów, a 

nie mogę zdobyć dowodów, chyba że go oskarżę.

- No - mruknęła Gail. - Paragraf 22. Omówiły kilka innych spraw dotyczących intere-

sów, a potem Tracy powiedziała:

- Gail, mam jeszcze jedno zadanie dla Sandersona.

- Wal. - Gail zapisała sobie to, co poleciła jej Tracy.

- To zapewne strata czasu - powiedziała Tracy. - Ale zabrnęliśmy już tak daleko w 

ślepe uliczki, że jedna więcej nie zawadzi.

- Okej. Jak dzisiaj poszły zdjęcia?

-   Zrobiliśmy   wszystko   przy   jednym   podejściu,   a   Dave   powiedział,   że   poszło 

wspaniale.

- To cudownie. - Gail szczerze się ucieszyła. Tracy roześmiała się.

- Nie sądzę, żebym mogła jeszcze raz przez to przejść. To było takie intensywne.

- Jeżeli to było takie intensywne, musi być dobre.

- Myślę, że jest. Może nawet obejrzę jutro wstępny materiał.

Odłożyła słuchawkę i dołączyła do Meg na kanapie.

- Czy Harry nadal jest na farmie? - zapytała, przysiadając się. - Robi się późno.

Meg odwróciła się do niej.

-   Nie,   wrócił   jakieś   pół   godziny   temu.   Potem   miał   telefon   od   Tony'ego   i   znowu 

background image

wyszedł.

Tracy poczuła, jak krew odpływa jej z głowy.

- Meg, czy wiesz, dokąd poszedł? Meg pokręciła głową.

- Co się stało, Tracy? Nagle strasznie pobladłaś.

- Nie podobają mi się te tajemnicze telefony - odpowiedziała Tracy.

- Ten nie był tajemniczy - zapewniła ją Meg. - Sama odebrałam telefon. To był Tony.

Strach,   który   Tracy   czuła   tego   popołudnia   z   Jonem,   był   niczym   w   porównaniu   z 

przerażeniem, które teraz ścisnęło jej serce. Harry był w niebezpieczeństwie. Była tego tak 

pewna, jak jeszcze niczego  w życiu.  Spojrzała na Meg i otworzyła  usta, żeby jej o tym 

powiedzieć.

Oczy, które napotkała, były błękitne niczym niebo, tak samo jak oczy Tony'ego, i 

wpatrywały się w Tracy z niewinną ufnością.

Jak   mogłabym   jej   powiedzieć,   że   Harry   może   nie   być   bezpieczny   przy   swoim 

własnym bracie?

Zmagała się ze sobą, żeby zapanować nad swoim głosem, tak by nie drżał ze strachu, 

kiedy zapytała:

- Co oglądasz, Meggie? Coś ciekawego?

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

W   pubie   było   tłoczno,   kiedy   Harry   otworzył   dębowe   drzwi   i   wszedł   do   środka. 

Większość miejscowych firm właśnie skończyła pracę i było w nim sporo mężczyzn i jedna 

czy dwie kobiety, którzy wstąpili na piwo przed pójściem do domu. Harry rozejrzał się, ale 

nie dostrzegł Tony'ego i podszedł do baru.

- Dobry wieczór,  milordzie  - odezwał  się z szacunkiem  siwowłosy mężczyzna  za 

kontuarem. - Czym mogę panu dzisiaj służyć?

- Właściwie, Tom, to szukam brata. Nie wiesz, czy on tu jest?

- Jest tam, w boksie w głębi, milordzie.

Harry   uśmiechnął   się,   mruknął   podziękowanie   i   ruszył   do   Tony'ego,   po   drodze 

odpowiadając na powitania.

Tony siedział przygarbiony nad prawie pustą szklanką heinekena. Spojrzał w górę, 

kiedy Harry zajął krzesło naprzeciwko w drewnianym boksie, i burknął:

- Dziękuję, że przyszedłeś.

- Bardzo proszę - odparł Harry, opierając dłonie na podniszczonym blacie stolika. - O 

co chodzi?

Tony wziął głęboki wdech i powiedział pospiesznie:

- Wiem, że jestem samolubnym draniem, Harry. Mama zawsze dawała mi wszystko, 

czego chciałem, i tego się też spodziewam. Chciałem zarządzać klubem golfowym Mauleya i 

byłem zły na ciebie, że mi pokrzyżowałeś plany. Byłem dla ciebie okropny, wiem o tym. Ale 

mam   nadzieję,   że   uwierzysz   mi,   że   ja   bym   nigdy,   przenigdy   nie   zrobił   nic,   żeby   cię 

skrzywdzić.

Te słowa zostały wypowiedziane tak, jak gdyby Tony nauczył się ich na pamięć i 

chciał wyrzucić je z siebie najszybciej jak to możliwe.

Harry uniósł brew.

- Wielkie nieba. Co za tym wszystkim stoi? Tony zapatrzył się w swoją szklankę.

- Dziś po południu miałem spotkanie z Mauleyem i powiedziałem mu, że wszystko 

skończone, że nie zamierzasz sprzedać mu ziemi. - Tony podniósł wzrok i napotkał spojrzenie 

Harry'ego.   -   Zaczął   kompletnie   wariować,   klął   i   wyzywał   cię   od   najgorszych.   Kiedy 

powiedziałem, że bądź co bądź to twoja ziemia i masz prawo ją zatrzymać, skoro chcesz, 

naskoczył na mnie. Powiedział, że go zwiodłem, że zainwestował mnóstwo pieniędzy w ten 

interes,   że   podjął   duże   ryzyko.   Zasugerowałem,   żeby   rozejrzał   się   za   kawałkiem   innej 

posiadłości, ale on upierał się, że chce właśnie ten. Kiedy powiedziałem: „Cóż, nie dostanie 

background image

go pan”, myślałem, że mnie walnie. I właśnie wtedy, kiedy patrzyłem na jego twarz czerwoną 

jak u koguta, dotarła do mnie prawda. Pomyślałem: „Mój Boże, Harry miał rację. Ten drań 

próbuje go zabić”.

- To jedyna odpowiedź, jaka ma sens - odparł Harry. - Nikt inny nie zyskuje nic na 

mojej śmierci.

- Oprócz mnie - wtrącił Tony.

- Oprócz ciebie - Harry zgodził się łagodnie. Tony mocno zacisnął dłonie na szklance.

- Musisz mi uwierzyć, Harry. Nie mam nic wspólnego z działaniami Mauleya. Jedyna 

moja wina polega na tym, że nie chciałem dostrzec, co to za człowiek. Tak bardzo pragnąłem 

tego, co mi oferował.

- Czy mogę coś panu podać, milordzie? - To był właściciel pubu, który teraz stanął 

obok ich stolika.

- Lemoniadę - odpowiedział Harry.

- Dobry Boże. - W głosie Tony'ego zabrzmiała zgroza.

- Nie mogę pić alkoholu, dopóki moja głowa nie wróci do normy.

- Och. Racja. No cóż, dla mnie możesz przynieść następnego heinekena, Tom.

- Bardzo proszę, sir.

Siedzieli w milczeniu dopóty, dopóki nie nadeszły napoje. Kiedy znowu zostali sami, 

Harry zapytał:

- Czy mamy szansę go przygwoździć? Zdaję sobie sprawę z tego, że w tej chwili nie 

mamy   nic,   z   czym   możemy   iść   na   policję,   ale   może   przychodzi   ci   do   głowy   coś,   co 

moglibyśmy zrobić, żeby go zdemaskować?

Tony odpowiedział zdecydowanym tonem:

-   Musimy   znaleźć   jego   wspólnika.   Jeżeli   go   znajdziemy,   może   nakłonimy   do 

zeznawania przeciwko Mauleyowi.

Harry nie odpowiedział na to. W głosie Tony'ego zabrzmiała nuta zniecierpliwienia.

- Przecież zdajesz sobie sprawę z tego, że Mauley musiał mieć wspólnika? Podłożenie 

ognia,   przecięcie   przewodów   hamulcowych...   Tych   rzeczy   musiał   dokonać   ktoś,   czyja 

obecność na terenie posiadłości nie byłaby podejrzana. Skoro to nie byłem ja, to musiał być 

ktoś inny.

Harry nadal milczał.

Tony mówił dalej:

- Ned był dokładnie na miejscu zdarzenia, kiedy spłonęła stajnia, i miał swobodny 

dostęp do garażu. Wystarczająco zna się na mechanice, żeby wiedzieć, jak przeciąć przewody 

background image

hamulcowe.

Pomiędzy brwiami Harry'ego pojawiła się wyraźna zmarszczka.

- Ned nigdy nie zrobiłby niczego, co by naraziło konie.

-   Wyprowadził   konie   -   zauważył   Tony.   -   Był   na   miejscu   zdarzenia,   żeby   mieć 

pewność, że je wyprowadzi.

Zmarszczka między brwiami Harr'ego pogłębiła się.

- To nie Ned.

- Dobrze - odparł rzeczowo Tony. - Jeżeli to nie Ned, to kto to był?

Harry wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Może któryś z chłopców stajennych.

- Któryś z chłopców stajennych nie strzelał do ciebie, Harry. Sam mówiłeś, że strzał 

byłby celny, gdybyś się nie potknął i nie upadł. Ktokolwiek to był, umiał strzelać.

Harry nic nie odpowiedział, ale jego twarz miała posępny wyraz.

-   Ned   ma   strzelbę,   czyż   nie?   Wydaje   mi   się,   że   pamiętam,   jak   obaj   chodziliście 

postrzelać.

- To, że ma strzelbę, nie oznacza, że jest zabójcą.

- Cóż, ktoś nim jest.

Zapadła cisza, kiedy obaj zastanawiali się nad tym  stwierdzeniem. Wreszcie Tony 

powiedział:

- Dopóki nie rozwiążemy tej sprawy, dopóty jesteś w niebezpieczeństwie. Powiem 

Mauleyowi, że jeżeli cokolwiek ci się przytrafi, uhonoruję twoje życzenie i zachowam ziemię 

w rodzinie. Ale na twoim miejscu postępowałbym dalej ostrożnie.

Szeroko osadzone brązowe oczy Harry'ego spoglądały na brata z powagą.

- To dobry krok, Tony. Tony wzruszył ramionami.

- Nie mogę przestać myśleć, że po części ponoszę winę za ten bałagan. Gdybym nie 

był takim ochoczym asystentem, może Mauley nawet by nie pomyślał, żeby próbować cię 

sprzątnąć.

Harry uderzył dłonią w stół.

- Nie możemy pozwolić, żeby mu to uszło na sucho.

Tony odpowiedział powoli:

- Właściwie to mam pewien pomysł. - Jaki?

- Kule, którymi do ciebie strzelano - odrzekł Tony. - Czyje znalazłeś?

Popatrzyli jeden na drugiego. - Nie.

- Mówiłeś, że ktoś strzelał dwa razy. - Tak.

background image

- A zatem kule muszą gdzieś tam być. Proponuję, żebyśmy poszli tam i ich poszukali. 

Jeżeli będą pasować do broni Neda, mamy naszego wspólnika.

Harry wyglądał na zatroskanego.

- To chyba dobry pomysł.

-   To   znakomity   pomysł,   zrodzony   z   lat   czytania   powieści   detektywistycznych   - 

odparował Tony. - Ty sam nigdy byś o tym nie pomyślał. Wszystko, co czytujesz, to magazyn 

Horse and Hound i czasopisma rolnicze.

Harry uśmiechnął się niechętnie.

- Właściwie to prawda.

Tony pochylił się w stronę brata.

- Słuchaj, Harry, wiem, że nie chcesz, żeby to był Ned. Ale jeżeli to on, to nie chcesz 

wiedzieć? Nie chcesz przecież trzymać u siebie człowieka, który próbował cię zabić, choć u 

ciebie pracuje.

- Nie. - Harry przeczesał włosy palcami. - Nie chcę.

Tony przesunął swoje piwo bliżej środka stolika.

-   A   więc   nie   marnujmy   więcej   czasu.   Chodźmy   nad   jezioro   i   poszukajmy   tych 

cholernych kuł.

Obaj bracia wstali i razem opuścili pub.

Tracy grała w remika z Meg, kiedy późnym wieczorem Harry wszedł do saloniku. 

Ulga,   jaka   ogarnęła   ją   na   jego   widok,   niemal   odebrała   jej   dech.   Ostatnich   kilka   godzin 

przeżyła w takim strachu, że musiała przypominać sobie o tym, żeby oddychać.

- Harry - powiedziała drżącym głosem.

Do pokoju wszedł Tony, a Harry podszedł do stolika, przy którym dwie młode kobiety 

grały w karty.

- Mam nadzieję, że nie uprawiasz hazardu - powiedział pogodnie Harry. Spojrzał na 

uniesioną ku niemu twarz Tracy i mówił dalej takim samym tonem: - Myślałem, że mogę ci 

zaufać, że nie sprowadzisz mi siostry na złą drogę.

Uświadomiła sobie, że Harry daje jej szansę zebrania się w sobie. Po chwili zdołała 

się odezwać:

- Ha. Ona rozkłada mnie na łopatki. Nie wygrałam jeszcze ani jednej partii.

- To dlatego, że myślami jesteś milion mil stąd - zaśmiała się Meg.

Tony z wdziękiem osunął się na krzesło obok siostry.

- W co gracie?

- W remika - odparła Meg. - Ale Tracy jest taka rozkojarzona, że to nie wyczyn.

background image

- Ja z tobą pogram - powiedział Tony. - Wtedy zobaczymy, ile jesteś warta.

Meg wyglądała na uszczęśliwioną, że brat zwraca na nią uwagę.

- Świetnie. - Jej wzrok pobiegł ku Tracy. - To znaczy jeżeli ty nie masz nic przeciwko 

temu, Tracy.

- Ani trochę - odpowiedziała Tracy, wdzięczna za uwolnienie od dręczącej szarady, w 

którą była wplątana przez większą część wieczoru.

- Pozwól, że przyniosę ci kieliszek wina - zaproponował Harry.

- To brzmi  cudownie. - Zastanowiła  się szybko.  - W lodówce jest trochę  białego 

burgunda. Chyba wolałabym go od sherry.

Jego oczy zalśniły, gdy zrozumiał.

- A więc chodźmy do kuchni.

W milczeniu zeszli po schodach; Harry szedł pierwszy. Kiedy tylko weszli do kuchni, 

zapalił światło i odwrócił się do Tracy z wyciągniętymi ramionami.

Podeszła do niego, oparła się i poczuła ciepło i siłę jego ramion, kiedy się wokół niej 

zamknęły. Sama też objęła go rękoma w pasie i mocno przytrzymała.

- Tak się bałam - powiedziała. - Kiedy Meg powiedziała mi, że masz spotkanie z 

Tonym...

- Czy podejrzewałaś, że Tony jest wplątany w spisek przeciwko mnie? - Jego głos był 

stłumiony, bo Harry przyciskał usta do jej włosów.

Nie odpowiedziała.

Sam udzielił sobie odpowiedzi na swoje pytanie.

- Oczywiście, że podejrzewałaś. - Mocniej przyciągnął ją do siebie. - Miał zarówno 

okazję, jak i motyw. Ze wstydem przyznaję, że też pomyślałem o nim raz czy dwa.

-   Kazałam   sprawdzić   stan   jego   finansów,   żeby   zobaczyć,   czy   mógłby   być 

niebezpiecznie zadłużony - powiedziała cichutko. - Nie był.

- Kazałaś sprawdzić stan jego finansów! - Uścisk zelżał, i teraz Harry odsunął ją tak, 

żeby móc spojrzeć jej w twarz. - Do licha, jak tego dokonałaś?

- Wynajęłam prywatnego detektywa.

- Toma Edsela?

- Nie. Kogoś z Londynu. Harry miał zdumioną minę.

- Dobry Boże.

- A zatem uważasz, że to nie był Tony?

- Nie. Spędziliśmy ostatnie dwie godziny, próbując odnaleźć kule, którymi strzelano 

do mnie nad jeziorem. Tony wpadł na pomysł, żeby postarać się dopasować je do właściwej 

background image

broni.

- Jak sprytnie! Znaleźliście je?

- Znaleźliśmy jedną.

Tracy wyglądała na zaintrygowaną.

- Ale, Harry... Do jakiej broni zamierzacie spróbować ją dopasować?

Spochmurniał.

- Do strzelby Neda.

- Och - odparła cicho.

- Tony jest przekonany, że Mauley musiał mieć wspólnika na miejscu zdarzenia, i 

sądzi, że to mógł być Ned.

-   Myślę,   że   Tony   ma   rację   co   do   wspólnika.   I   byłoby   łatwiej,   gdybyś   od   razu 

wyeliminował Neda z grona podejrzanych.

Harry posłał jej słaby uśmiech.

- Dziękuję, kochana.

- Jak zamierzasz sprawdzić strzelbę? Czy chcesz, żebym skontaktowała się z moim 

prywatnym detektywem i poprosiła go, żeby to zorganizował?

- Znakomity pomysł - zgodził się. - Zamierzałem poprosić o to miejscową policję, ale 

wolałbym  nie snuć żadnych  domysłów,  zanim nie będziemy mieli  jakiegoś  dowodu. Czy 

myślisz, że ten detektyw mógłby to zrobić szybko?

- Zaraz do niego zadzwonię. Gail ma numer jego pagera.

- Chodźmy do mojego gabinetu - powiedział Harry. Tracy poszła za nim do gabinetu i 

podeszła do telefonu w rogu biurka.

- Będę musiała zadzwonić najpierw do Gail po numer pagera.

- O kej.

Tracy wykręciła  numer  telefonu  komórkowego  Gail, a kiedy po chwili  sekretarka 

podała jej numer pagera Marka Sandersona, powiedziała:

- Będę cię jutro potrzebować, Gail. Chcę, żebyś pojechała do Londynu. Mam coś, co 

trzeba jak najszybciej dostarczyć panu Sandersonowi.

Gdy Gail zgodziła się, Tracy poleciła jej zjawić się w Silverbridge następnego ranka 

przed   wpół   do   ósmej.   Harry   skinął   głową,   akceptując   tę   porę,   a   kiedy   Tracy   odłożyła 

słuchawkę, powiedział:

- To dobra pora. Ned jest w stajni do wpół do siódmej. Będę miał dosyć czasu, żeby 

dostać się do jego mieszkania i strzelby.

Tracy skinęła głową w odpowiedzi i wykręciła numer pagera Sandersona.

background image

-   Przyniosę   ci   trochę   tego   białego   burgunda,   gdy   będziesz   czekała,   aż   do   ciebie 

oddzwoni - powiedział Harry.

- Świetnie.

Była przy drugim kieliszku, kiedy zadzwonił telefon. Tracy podniosła słuchawkę.

- Panie Sanderson. Bardzo dziękuję, że się pan odezwał.

To   była   krótka   rozmowa.   Sanderson   znał   laboratorium,   które   mogło   wykonać   to 

zlecenie, ale przyspieszenie prac byłoby kosztowne. Tracy zapewniła go, że cena nie gra roli. 

Umówili się, że następnego dnia Gail dostarczy strzelbę.

Kiedy Tracy odłożyła słuchawkę, Harry odezwał się:

- Powiedz mi, ile to kosztuje. Nie chcę, żebyś za to płaciła.

Już miała zaprotestować, ale jeden rzut oka na jego twarz utwierdził ją w przekonaniu, 

że lepiej tego nie robić.

- Dobrze - odpowiedziała.

- Kiedy, zdaniem Sandersona, będą wyniki?

- Jutro po południu, jeżeli będziemy mieć szczęście.

Harry przytaknął posępnie.

- Harry... jeżeli to nie Tony i nie Ned, to kto to może być?

- Może jeden z chłopców stajennych.

Tracy wyczuła jego wątpliwości, ale nie chciała mówić tego na głos.

- To mógł być też ktoś zupełnie obcy - ciągnął dalej Harry. - Przy tych wszystkich 

filmowcach  kręcących  się   po  domu   moi   ludzie   pomyśleliby,   że  każdy  obcy  jest  z  ekipy 

filmowej, a filmowcy pomyśleliby, że to jeden z moich ludzi. Ktoś łatwo mógłby udawać na 

przykład ogrodnika.

To brzmiało bardziej prawdopodobnie i Tracy zgodziła się z tym.

- To prawda. Ale jeżeli to obcy, znalezienie kuli nie pomoże. Musisz mieć broń, żeby 

ją dopasować.

Harry nie odpowiedział, tylko podniósł jej kieliszek po winie i odniósł go do kuchni. 

Tracy poszła za nim.

- Czy nie sądzisz, że powinieneś pójść na policję?

- zapytała.

Harry odstawił kieliszek koło zlewu.

- Jedyne, co może zrobić policja, to wyznaczyć mi ochronę, a tego nie chcę. Gdyby 

Mauley nie był taki ważny, mogliby się zgodzić sprawdzić jego konto bankowe, jeżeli bym 

ich poprosił. Ale to zbyt wpływowy człowiek. Nie zaryzykują jego gniewu, nawet dla mnie.

background image

- Chciałabym, żebyś zgodził się na ochronę - powiedziała Tracy. - Tak się boję, że coś 

ci  się  stanie,  Harry.  Czuję...  czuję się  tak,  jakbyśmy  grali   w  jakimś   dramacie   ze  z góry 

ustalonym   scenariuszem,   którego   koniec   jest   nieuchronny.   Jesteś   w   śmiertelnym   nie-

bezpieczeństwie. Wiem, że tak.

- Nie jest aż tak źle, kochanie - odpowiedział uspokajająco, łagodnie biorąc ją w 

ramiona. - Uwierz mi, nie mam zamiaru ginąć.

- Charles także nie zamierzał.

- Nie jestem Charlesem. Pamiętaj, kula mnie ominęła.

- Tak. Może jednak masz ochronę - powiedziała.

- Być może Charles nad tobą czuwa.

- Nie wiem. To brzmi dosyć dziwacznie. Tracy oparła policzek na jego ramieniu.

- Cała ta sytuacja jest dziwaczna. Ty i ja. Dobry Boże, znam cię zaledwie od paru 

tygodni, a jednak czuję, że gdybyś zginął, to i ja chciałabym zginąć z tobą.

Nie odpowiedział.

Podniosła głowę i popatrzyła na niego.

- Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, zabrakło mi tchu. Czy to nie dziwne?

Brązowe oczy, które na nią spojrzały, były poważne. - Tak.

- Jak ty się czułeś, kiedy zobaczyłeś mnie?

- Tak samo.

- A zatem - powiedziała - to też jest dziwne. Blady cień uśmiechu wygiął kąciki jego 

ust.

- Nie uważam, że to dziwne - odparł. - Myślę, że to cudowne.

Tracy położyła dłonie na jego ramionach.

- Harry. Utraciłam Scotty'ego. Nie zniosłabym, gdybym utraciła i ciebie.

Pocałował ją w czoło.

- Nie martw się, kochanie. Tony powiedział Mauleyowi, że jeżeli cokolwiek mi się 

przydarzy,  on zatrzyma ziemię w rodzinie, zgodnie z moim życzeniem. Gdy Mauley zda 

sobie sprawę z tego, że nie dostanie ziemi, jeśli umrę, nie będzie miał powodu, żeby mnie 

zabijać. Sądzę, że cała sprawa jest już zakończona.

To, co mówił, miało sens, ale nadal nie uspokoiło Tracy.  Bez względu na to, jak 

logiczne mogło to być, ona wciąż nie potrafiła się pozbyć poczucia, że czas się kończy. Idąc 

za tą myślą, powiedziała:

- Wkrótce musimy wracać do Londynu. Kosmyk płowych włosów opadł mu na czoło, 

a Harry wpatrywał się w nią, marszcząc brwi.

background image

- Opuszczasz Silverbridge?

- Prawie skończyliśmy zdjęcia, Harry.

- Czy masz jeszcze zdjęcia w Londynie?

- Niektórzy z członków obsady mają. Ja nie. Jego brwi wygładziły się.

- W takim razie zostajesz tutaj.

- Jako twój gość?

- Jako moja przyszła żona - odparł. Powoli na jej twarzy pojawił się uśmiech.

- Myślę, że sobie z tym poradzę.

Jego palce zacisnęły się na jej ramionach.

-   Nie   wiem,   gdzie   Charles   i   przeszłość   mieszczą   się   w   tym   wszystkim.   Jak   już 

mówiłem, to wszystko wydaje się dosyć dziwaczne. Ale wiem, że ty i ja należymy do siebie.

Zapraszająco przechyliła głowę.

- Tak.

W   jego   pocałunku   nie   było   pośpiechu.   Był   długi,   łagodny   i   czuły,   jak 

przypieczętowanie przymierza między nimi dwojgiem. Kiedy Harry wreszcie uniósł głowę, 

odezwał się z niepokojem:

- Wiesz co? Czy musimy mieć wielkie przyjęcie? Może moglibyśmy po prostu pobrać 

się po cichu, bez żadnego zamieszania?

Tracy zastanowiła się przez krótką chwilę.

- Nie widzę przeszkód. Dałam już swojej rodzinie jedno duże wesele; nie potrzebują 

jeszcze jednego.

Uśmiechnął się.

- Czy mówiłem ci kiedykolwiek, że jesteś idealna?

- Wydaje mi się, że nie mówiłeś.

- Cóż, jesteś.

- Nie jestem, ale cieszę się, że tak sądzisz. Zachmurzył się.

- Tylko mierzi mnie myśl, że Mauleyowi ujdzie na sucho spalenie mojej stajni.

Tracy pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Jego najgorszą zbrodnią nie jest próba zabicia cię, tylko spalenie twojej stajni?

- Ja nie ucierpiałem. Moja stajnia wręcz przeciwnie. I jeżeli nie mogę udowodnić, że 

urzędnik English Heritage został przekupiony, nie będę w stanie jej odbudować.

-   Najdroższy   -   Tracy   odezwała   się   łagodnie.   -   Zarabiam   dwadzieścia   milionów 

dolarów za film. Odbuduję stajnię jako prezent ślubny.

Szczęka Harry'ego opadła.

background image

- Dwadzieścia milionów dolarów?

- Tak. I mam bardzo obrotnego doradcę finansowego, który zarabia dla mnie więcej 

pieniędzy, niż mogę wydać w ciągu życia. Odbudowanie twojej stajni będzie proste.

Harry wpatrywał się w nią.

- Nie wiem, czy podoba mi się pomysł korzystania z twoich pieniędzy...

Odpowiedziała rozsądnie:

- Pewnego dnia Silverbridge będzie należeć do mojego syna. Musisz przyznać, że w 

moim żywotnym interesie leży dopilnowanie, żeby posiadłość była dobrze utrzymana.

Jego brązowe oczy zaiskrzyły.

- Mówisz tak, jakbyś pomyślała o wszystkim.

- Dziewczyny zawsze tak robią - odparła skromnie.

Nie odpowiedział, tylko nadal spoglądał na nią roziskrzonymi oczyma. Tracy zerknęła 

na kuchenny zegar.

- Czy myślisz, że jeszcze za wcześnie, żeby iść do łóżka?

Jego odpowiedź była natychmiastowa. - Nie.

- A co z Tonym i Meg? Co oni pomyślą, jeżeli razem wymkniemy się do łóżka?

- Powiemy im, że zamierzamy się pobrać. To nas usprawiedliwi.

Harry wziął ją za rękę i zaczął iść w stronę drzwi kuchennych.

- Przewiduję tylko jeden problem w naszym małżeństwie, Harry - powiedziała, kiedy 

wyszli na korytarz.

Odwrócił głowę.

- Co takiego?

- Ebony.

- Och. - Uśmiechnął się. - Nie mów mi, że boisz się małej kotki.

- Ona mnie nie lubi.

- Nauczy się cię uwielbiać. Zaczęli wspinać się po schodach.

-   Czy   ona   lubi   smakołyki?   -   zapytała   Tracy.   -   Może   mogłabym   ją   przekupić 

jedzeniem?

Harry roześmiał się.

- Przywyknie, Tracy. Kiedy uświadomi sobie, że nie ma wyboru, przywyknie.

Dotarli na szczyt schodów i poszli do saloniku, żeby przekazać nowinę Tony'emu i 

Meg.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

Pozwolenie   Harry'emu   na   odejście   rano   było   zapewne   najtrudniejszą   rzeczą,   jaką 

Tracy   kiedykolwiek   zrobiła.   Nawet   przy   jego   zapewnieniu,   że   Tony   udaremnił   plany 

Mauleya, ona się bała.

Duchy starają się coś mi powiedzieć, pomyślała, kuląc się na ciepłym miejscu, jakie 

Harry zostawił w jej łóżku. Gdybym  tylko mogła się domyślić, co to takiego, mogłabym 

zapewnić mu bezpieczeństwo.

Ale faktem było  to, że nie zdobyła  od Charlesa i Isabel żadnej wskazówki, która 

mogłaby pomóc Harry'emu. Musisz pokazać mi więcej, bezgłośnie błagała Charlesa. Coś mi 

umyka, a wiem, że to ważne.

Musiała wstawać. Harry poszedł wykraść broń Neda, a ona musiała dostarczyć ją Gail 

przed stawieniem się do charakteryzacji. Niechętnie zsunęła nogi z łóżka i skierowała się do 

łazienki.

Gail udała się do Londynu ze strzelbą Neda, a Tracy zaczęła pracę. Meg miała wizytę 

u swojej terapeutki, i Harry odwiózł ją do Warkfield. Wzięli landrovera, który był jedynym 

pojazdem oprócz traktorów, do jakiego Harry miał w tej chwili dostęp.

- Taka jestem szczęśliwa z powodu ciebie i Tracy - powiedziała nieśmiało Meg.

- Lubisz ją, prawda?

- Uwielbiam ją. Ona... wszystko rozumie.

- Tak, rzeczywiście.

- Czy ona zamieszka w Silverbridge?

- Oczywiście.

Meg powiedziała z nutą niepokoju:

- Mam nadzieję, że nie będę ci stać na drodze. Uśmiechnął się.

- Meggie, kochanie, ty nigdy nie będziesz mi stać na drodze. Jeżeli najszczęśliwszym 

dniem mojego życia będzie dzień mojego ślubu, to drugim będzie ten, w którym dowiem się, 

że jesteś naprawdę wyleczona.

Meg wyprostowała się na siedzeniu.

- Już mi lepiej, Harry. Ostatnim razem, kiedy byłam u Beth, powiedziała, że jeżeli 

będę tak trzymać, to jestem na drodze do wyleczenia.

- To wspaniale. Dobrze wyglądasz. Nabrałaś już trochę ciała i masz zarumienione 

policzki. Jeszcze tylko odrobinę przybierzesz na wadze i będziesz absolutnie piękna.

- Tak sądzisz, Harry?

background image

-   Będziesz   wyglądać   najlepiej   z   nas   wszystkich,   i   to   włączając   Tony'ego   - 

odpowiedział stanowczo.

Roześmiała się.

- To by mu się nie spodobało.

- Nie, nie spodobałoby mu się. Może lepiej mu nie mówmy, że tak powiedziałem.

- Dave uważa, że świetnie się spisuję w pracy z Nancy - powiedziała. - Mówił mi, że 

jeżeli kiedykolwiek będę chciała pracować przy którymś z jego filmów, to będę miała zajęcie.

Harry uniósł brew.

- Naprawdę tak powiedział? - Tak.

- Dave to nie byle jaki reżyser, Meg. Musiałaś zrobić na nim wrażenie.

- Lubię tę pracę, Harry. Jestem w tym dobra. Czy myślisz, że mogłabym to robić 

zawodowo? - zapytała poważnie.

Harry odpowiedział powoli:

- Nie widzę przeszkód. Ale najpierw musisz skończyć szkołę, Meg. Jestem pewien, że 

Dave nie chciał, żebyś tak od razu zaczynała dla niego pracować.

- Powiedział, że ciągle jeszcze jestem za młoda. Ale w czerwcu skończę siedemnaście 

lat i jeżeli wrócę do szkoły we wrześniu, będę miała osiemnaście, kiedy skończę ją na wiosnę. 

To wystarczy, żeby dostać pracę, czyż nie?

-   Tak.   -   Lekka   rysa   przecięła   jego   brew.   -   Ale   tego   rodzaju   praca   wiąże   się   z 

podróżami   i   jadaniem   na   mieście,   Meg.   Nie   byłoby   nikogo,   kto   by   cię   kontrolował. 

Musiałabyś sama o siebie zadbać.

- Potrafię to zrobić! Wiem, że myślisz o wysłaniu mnie w przyszłym roku do szkoły w 

Warkfield, ale co, jeżeli wyjadę? Wtedy mogłabym ci udowodnić, że potrafię sama o siebie 

dbać. Potrafię to, Harry. Wiem, że tak.

- Co Beth ma do powiedzenia na ten temat?

- Sądzi, że to dobry pomysł. Możesz z nią o tym dzisiaj porozmawiać.

- Zrobię to.

W duchu Harry nie był aż tak skłonny pozwolić Meg wyjechać samej, jak starał się to 

okazywać. Jeżeli chciała pracować przy firmach, a najwyraźniej miała ku temu zdolności, to 

mogłaby pracować przy filmach Tracy. W ten sposób byłby ktoś, kto miałby na nią oko i 

dopilnował, żeby jadła.

- Będę musiał znaleźć szkołę, która cię przyjmie we wrześniu - powiedział. - Jeżeli 

będziesz wyglądać tak dobrze jak teraz, może nie będzie z tym tyle problemów co do tej pory.

- Będę wyglądać jeszcze lepiej - obiecała.

background image

- To by było cudownie. - Harry zatrzymał samochód i odwrócił się do siostry. - I 

pamiętaj, Meggie, że Silverbridge zawsze będzie twoim domem. - Uśmiechnął się ciepło. - 

Parafrazując stare powiedzenie, nie tracisz brata, tylko zyskujesz siostrę.

Kiedy Meg skończyła wizytę u terapeutki, Harry miał kilka spraw do załatwienia w 

miasteczku.   Była   pora   lunchu,   kiedy   wrócili   do   Silverbridge,   i   Meg   poszła   do   wozu 

cateringowego, żeby dołączyć do ekipy, zaś Harry udał się do domu. Zastał Tracy czekającą 

na niego w kuchni. Miała na sobie kompletny kostium i charakteryzację.

- Miałam wiadomość od Sandersona - powiedziała.

- Chodź do mojego gabinetu.

Poszła za nim i zajęła krzesło, które jej wskazał.

- Wyniki testu były negatywne. Kula nie pasowała do strzelby Neda.

Dzięki Bogu. Harry aż do tej chwili nie uświadamiał sobie, jak bardzo obawiał się 

usłyszeć, że Ned był zamieszany w intrygę przeciwko niemu.

Tracy mówiła dalej:

- Chociaż to dobra wiadomość, jeżeli chodzi o Neda, to dalej stoimy w tym samym 

miejscu co poprzednio. Nie mamy wskazówek, kto odpowiada za ataki na ciebie.

Harry zabębnił palcami po biurku.

- To Mauley. Myślę, że wszyscy to wiemy. Nie mamy tylko dowodu.

Nachyliła się w jego stronę.

-   Harry,   weź   kulę   na   policję   i   poproś   ich,   żeby   przetestowali   wszystkie   strzelby 

Mauleya. Nawet jeżeli wynajął kogoś do brudnej roboty, zapewne musiał dostarczyć broń. W 

Anglii nie jest jak w Ameryce, gdzie każdy, kto chce mieć broń, może ją zdobyć.

- I dzięki Bogu.

Tracy przewróciła oczami.

- Tak, wiem, że mamy okropną politykę w sprawie broni, ale nie w tym rzecz. Rzecz 

w tym, że pora włączyć w to policję. Zagrożone jest twoje życie.

- Sądzę, że już tak nie jest.

- Nie możesz być tego taki pewien. - Spojrzała na niego surowo. - A właściwie w 

czym problem? Dlaczego jesteś taki niechętny temu, żeby wezwać policję?

-   Nie   potrzeba   mi   teraz   więcej   nagłówków   w   gazetach,   Tracy.   Kiedy   brukowce 

podchwycą  wiadomość,  że stałem się celem  mordercy,  będą miały używanie.  Nie jestem 

gotowy, żeby znowu stawić temu czoło.

Tracy doskonale go rozumiała.

- Poproś policję o zachowanie dyskrecji. Harry uniósł brew.

background image

- Nie da się nałożyć kagańca każdemu, kto wie o czymś takim.

Tracy odwróciła się na krześle, żeby spojrzeć na portret Charlesa, wiszący na ścianie 

naprzeciwko niej.

- Charles próbuje nam coś powiedzieć, Harry. Gdybym tylko zdołała rozszyfrować, co 

to takiego.

- Być może ci się uda - odparł Harry. - Być może ci się uda.

Później tego popołudnia z Londynu przyjechał samochód ze strzelbą Neda. Kierowca 

miał polecenie osobiście dostarczyć ją Harry'emu i zastał go w stajni. Niestety, Ned właśnie 

skończył   trening   jednego   z   młodszych   koni   i   stał   obok   Harry'ego,   przytrzymując   wodze 

konia, kiedy kierowca wręczył mu strzelbę.

Ned spojrzał na broń w ręku swojego chlebodawcy i odezwał się zdziwiony:

- Wygląda jak moja broń.

Obaj stali na ścieżce między padokiem a stajnią i Harry odpowiedział poważnie:

- Bo tak jest.

Na   chwilę   zapadła   cisza,   kiedy   oczy   Neda   przesuwały   się   ze   strzelby   na   twarz 

Harry'ego.

- Czy mogę spytać, co robiłeś z moją bronią, Harry?

- Kazałem ją przetestować - odpowiedział Harry tak samo poważnie jak poprzednio. - 

Chciałem  sprawdzić, czy kule, którymi  strzelano do mnie  niedawno, pochodziły z twojej 

broni.

Oczy Neda rozszerzyły się.

- Strzelano do ciebie?

Koń szturchał łbem ramię Neda.

-   Ktoś   nad   jeziorem   dwa   razy   wypalił   do   mnie   ze   strzelby.   Usiłowano   mnie   też 

przejechać, a przewody hamulcowe w moim samochodzie zostały przecięte, przez co miałem 

kraksę, w wyniku której wylądowałem w szpitalu - odpowiedział Harry.

- Och, mój Boże - odparł Ned z przerażeniem w głosie. - Nic o tym nie wiedziałem.

-   Najwyraźniej.   -   Harry   wyciągnął   rękę   i   położył   dłoń   na   rękawie   Neda.   -   Tak 

naprawdę nigdy cię nie podejrzewałem, Ned. Pomyśleliśmy tylko, że powinniśmy wykluczyć 

tyle broni, ile zdołamy, żeby nie marnować czasu, podejrzewając niewinnych ludzi.

Koń zaczął tańczyć na żwirowej ścieżce, żeby zademonstrować zniecierpliwienie tym, 

że kazano mu stać. Ned krzyknął głośno w stronę prowizorycznej stajni w maneżu:

- Niech ktoś tu przyjdzie i weźmie ode mnie tego konia.

Młoda dziewczyna przybiegła do nich i przejęła wodze, uspokajająco szepcząc do 

background image

konia. Kiedy dostatecznie się oddaliła, Ned odwrócił się znów do Harry'ego i powiedział 

schrypniętym głosem:

- Chyba wiem, kto stoi za tymi atakami. Oczy Harry'ego zwęziły się. - Wiesz?

- Tak, myślę, że to Robin Mauley. Po chwili milczenia Harry zapytał:

- Dlaczego tak uważasz?

W oczach Neda widać było desperacką odwagę.

- Bo przekupił mnie, żebym spalił ci stajnię. Harry'emu opadła szczęka.

- Co takiego!?

Ned przeczesał palcami kędzierzawe włosy i odezwał się żałosnym tonem:

- Boże, Harry, co ja ci mogę powiedzieć? Mówił mi, że to będzie dla ciebie tylko 

chwilowa   niedogodność,   że   będziesz   miał   pieniądze   z   ubezpieczenia   na   odbudowę.   Nie 

miałem pojęcia, że będziesz miał kłopoty z English Heritage. Nigdy bym tego nie zrobił, 

gdybym to wiedział.

Na twarzy Harry'ego malował się szok.

- Ale do diabła, dlaczego to zrobiłeś, Ned?

- Dał mi dwadzieścia tysięcy funtów. To wystarczyłoby mi na otworzenie własnej 

stajni. Wiesz, że od dawna o tym marzę, Harry. I nagle się spełniło, dostałem to na srebrnej 

tacy.

-   Nigdy   nie   przyszło   ci   do   głowy,   że   zapewniasz   sobie   stajnię   kosztem   mojej?   - 

zapytał Harry z goryczą.

- Mówiłem ci, myślałem, że pieniądze z ubezpieczenia pokryją koszty odbudowy. A 

wiedziałem, że jesteś ubezpieczony, bo stale narzekałeś na koszt. Po prostu nigdy nie przyszło 

mi do głowy, że ubezpieczenie nie będzie wystarczające. Ty zawsze przywiązujesz wagę do 

takich rzeczy.

- Powinno być wystarczające - odpowiedział Harry z taką samą goryczą. - Myślę, że 

Mauley   przekupił   urzędnika   English   Heritage,   żeby   zażądał   odbudowy   z   oryginalnych 

materiałów.

- Pewnie tak zrobił - Ned zgodził się posępnie. - I jestem pewien, że stoi za tymi 

atakami   na   twoje   życie.   Nie   mówił   mi,   dlaczego   chciał,   żebym   podpalił   stajnię,   ale 

pomyślałem, że to całkiem oczywiste. Chciał cię zmusić do sprzedania mu ziemi pod pole 

golfowe. A kiedy to nie zadziałało, posunął się do innych sposobów. - Ned przysunął się o 

krok. - Pomyśl, Harry. Gdyby coś ci się stało, Silverbridge przeszłoby na Tony'ego. A Tony 

trzyma sztamę z Mauleyem w sprawie tego pola golfowego.

- Myślałem o tym i zgadzam się, że Mauley to oczywisty podejrzany. Ale jest też 

background image

jasne, że miał wspólnika. Jakoś nie widzę Mauleya, jak osobiście psuje hamulce w moim 

samochodzie   albo   próbuje   mnie   przejechać   czy   strzela   do   mnie   w   lesie.   -   Harry  powoli 

wypuścił powietrze z płuc. - Teraz wygląda na to, że było dwóch wspólników, ty do spalenia 

stajni i ktoś inny, kto próbował mnie zabić.

Ned potarł sobie oczy dłonią.

- Boże, Harry, nie wiem, co ci powiedzieć. Tak mi wstyd. Żałowałem, że to zrobiłem, 

już w chwili, kiedy stajnia się zajęła. Nawet próbowałem zagasić ogień, ale nie mogłem tracić 

wiele czasu, bo wiedziałem, że muszę bezpiecznie wyprowadzić konie. Nie wiem, co mnie 

naszło, żeby ci zrobić coś takiego, ty zawsze byłeś dla mnie życzliwy.  Jest mi okropnie, 

okropnie przykro. Możesz wziąć te dwadzieścia tysięcy funtów, które Mauley mi zapłacił, 

żeby je dołożyć do odbudowy stajni.

- Chyba skorzystam z tej oferty - odpowiedział ponuro Harry.

- Zrób to, proszę. I jeżeli chcesz, żebym odszedł, doskonale to rozumiem.

-   Pomówimy   o   tym   innym   razem,   Ned.   W   tej   chwili   jestem   już   spóźniony   na 

spotkanie z Tomem Neeleyem.

Ned smętnie skinął głową.

- Dopilnuję, żeby konie na padokach dostały swoje wieczorne siano.

Harry skinął głową i nie odzywając się więcej, odszedł z powrotem w stronę domu, 

gdzie miał umówione spotkanie z zarządcą swojej farmy.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

Tracy zakończyła zdjęcia o wpół do czwartej po południu, w garderobie pozbyła się 

makijażu  i kostiumu  i wróciła do domu, gdzie w salonie na dole wciąż kręcono zdjęcia. 

Poszła do salonu na piętrze z nikłą nadzieją, że zobaczy Charlesa.

Nie było go tam, ale byli Caroline i jej brat.

Caroline,   ubrana   w   niebieską   jedwabną   suknię   popołudniową   i   pantofelki   do 

kompletu, siedziała na jednej z sof, zaś jej brat stał przy ścianie koło kominka. Zaciskał jedną 

dłoń na krawędzi półki na bibeloty, a w drugiej trzymał kieliszek wina. Caroline płakała w 

chusteczkę obszytą koronkami.

-   Postaraj   się   opanować,   Caro   -   powiedział   niecierpliwie   jej   brat.   -   Nie   mogę   ci 

pomóc, jeżeli nie powiesz mi, co się stało.

- To Charles - zatkała. Podniosła zapłakane niebieskie oczy znad chusteczki. - On 

mnie opuszcza.

Mężczyzna wyglądał, jakby trafił go piorun.

- Opuszcza cię? Co ty mówisz, u diabła, jak to cię opuszcza?

Caroline wydmuchała nos i starała się pozbierać.

- Zamierza popłynąć za Isabel do Bostonu. Zamierza tam zostać, Jeremy! Zamierza 

opuścić mnie i chłopców i wyjechać, żeby żyć z nią w Ameryce. Zostanę upokorzona przed 

całym światem. - Jej niebieskie oczy nagle zapłonęły gniewem. - I co ja mam powiedzieć 

moim synom? Ze ich ojciec porzucił ich matkę dla ich guwernantki?

Ostatniemu   słowu   towarzyszył   głośny   szloch   i   łzy   znowu   zaczęły   płynąć   po   jej 

twarzy.

Jeremy podszedł do kanapy i usiadł obok Caroline, odstawiając kieliszek na stolik 

przed nimi.

- Wyjaśnij mi to od początku - zażądał. - Czy Charles ma romans z Isabel?

Caroline sięgnęła po kieliszek i upiła łyk.

- Tak. Nabrałam podejrzeń kilka miesięcy temu, a im bardziej ich obserwowałam, tym 

większą miałam pewność.

- Czy kiedykolwiek przyłapałaś ich w kompromitującej sytuacji?

-   Nie,   nic   takiego   nie   miało   miejsca.   -   Zmarszczyła   czoło,   starając   się   znaleźć 

właściwe słowa. - To było... jakby coś iskrzyło między nimi, Jeremy.

Jeremy szyderczo uniósł brew.

- Coś iskrzyło?

background image

- Gdybyś to widział, też byś to rozpoznał - odcięła się.

- Ale nie miałaś dowodu? Nigdy nie zastałaś ich w kompromitującej sytuacji?

- Nie.

- Do licha, Caroline. A więc dlaczego po prostu nie trzymałaś języka za zębami i nie 

zaczekałaś, aż Charlesowi wywietrzeje z głowy to zauroczenie? Byli dyskretni. Wystarczyło 

tylko, żebyś zachowała cierpliwość.

Mocno zacisnęła dłoń na mokrej chusteczce i buntowniczo zadarła podbródek.

- Nie jestem osobą, która stałaby spokojnie i patrzyła, jak jej mąż robi z siebie głupca 

dla innej kobiety.

- Setki innych żon tak robi, a rezultat jest taki, że ich mężowie ich nie zostawiają.

- Mówisz to tak, jak gdyby to była moja wina - odpowiedziała z urazą. - To Charles 

jest nieuczciwy, nie ja.

Jeremy niecierpliwie wypuścił powietrze.

- A zatem rzuciłaś mu to w twarz? Pociągnęła nosem i przytaknęła.

- A on zaprzeczył?

Miała spuszczony wzrok, skupiony na dłoniach ułożonych na kolanach.

- Z początku tak. Potem, kiedy powiedziałam mu, że Isabel musi wyjechać, stał się 

bardzo chłodny. - Jej oczy podniosły się ku twarzy brata. - Ty wiesz, jaki on potrafi być, 

Jeremy. - Gniewny rumieniec zabarwił jej policzki. - A potem po prostu wyszedł i zostawił 

mnie tak.

Jeremy sięgnął po kieliszek i dopił wino. Kiedy odstawił go na stolik, odwrócił się do 

siostry i odezwał rozważnie:

- Nie postąpiłaś w tej sprawie zręcznie, Caro. Powinnaś była trzymać język na wodzy i 

romans sam by się rozwiał. Popchnęłaś go do zrobienia czegoś, czego zapewne nigdy nie 

zamierzał uczynić.

Caroline znowu zaczęła płakać.

- Kiedy powiedział mi, że wysyła Isabel do swojego kuzyna w Bostonie, byłam taka 

szczęśliwa. Myślałam, że znów będzie tak jak wtedy, nim ona się tu pojawiła. Ale potem... 

wczoraj rano... powiedział mi, że mnie opuszcza i wyjeżdża, żeby żyć z nią w Ameryce. Nie 

mogłam w to uwierzyć, Jeremy! Mężczyzna taki jak Charles nie porzuca swojej pozycji i 

swoich   obowiązków,   żeby   uciekać   z   jakąś   nic   nieznaczącą   guwernantką.   Myślałam,   że 

żartuje. Ale nie żartował. Mówił poważnie.

Jeremy wyglądał, jakby miał wątpliwości.

- Czy jesteś pewna, że mówił poważnie? Że nie starał się po prostu ukarać cię za 

background image

zmuszenie go, żeby ją odesłał?

Usiadła prosto i odpowiedziała z urazą:

- Powiedział, że ona jest jego drugą połową. Poprosił mnie o wybaczenie, Jeremy. 

Powiedział, że mu przykro, że mnie rani, ale że to jest coś, co musi zrobić.

-   Musiał   postradać   rozum   -   powiedział   posępnie   Jeremy.   -   Z   łatwością   mógł 

zaaranżować dla niej dom i odwiedzać ją, ilekroć by zechciał. Nie było potrzeby posuwać się 

tak daleko.

Jasne loki przejętej Caroline drżały.

- Cóż, zrobił to, i był poważny. Rozmawiał z prawnikiem i poczynił prawne ustalenia, 

żeby powierzyć posiadłość Williamowi. I powiedział mi, że hojnie zaopatrzył mnie na moje 

własne potrzeby. - Bolesnym gestem zwijała i rozwijała chusteczkę. - Czy w ogóle potrafisz 

sobie wyobrazić plotki, jakie to wywoła? Hrabia Silverbridge, wielki bohater wojenny, ucieka 

ze swoją kochanką niczym zadurzony młokos. Zostanę upokorzona przed całym światem. 

Chyba wolałabym umrzeć.

- Wojna musiała jakoś wpłynąć na jego rozumowanie - stwierdził Jeremy. Jego gęste, 

ciemne brwi prawie złączyły się nad nosem. - Nie mogę uwierzyć, że Silverbridge, którego 

znałem przed wojną, byłby zdolny do tak idiotycznego kroku.

- To będzie skandal dziesięciolecia. - Caroline znów zaczęła szlochać. - To będzie 

jeszcze gorsze, niż kiedy książę Devonshire zmusił swoją żonę do mieszkania pod jednym 

dachem ze swoją kochanką. Wszyscy będą na mnie patrzeć i myśleć: „Biedna Caroline. Co za 

szkoda, że nie była w stanie zatrzymać męża”.

Jeremy podniósł się, znów podszedł do kominka i odwrócił do siostry.

- To zniewaga nie tylko dla ciebie, ale także dla mnie i całej naszej rodziny. To też 

wielka niesprawiedliwość dla jego synów. Nie można mu pozwolić na przeprowadzenie tego 

niewiarygodnego planu.

- Myślę, że nie zniosę tego, jeżeli on to zrobi, Jeremy. Wszyscy będą o mnie mówić i 

udawać, że mi współczują, i... i... Ja po prostu nie mogę tego znieść. - Próbowała osuszyć 

oczy chusteczką, ale była tak przemoczona, że nie zdało się to na wiele. - Czy możesz mi 

pożyczyć chusteczkę? - zapytała.

Jeremy   wrócił   do   kanapy   i   wręczył   Caroline   śnieżnobiały   kwadrat   bawełnianej 

tkaniny.

- Nie zadręczaj  się tym  więcej. Ja zajmę  się Silverbridge'em  dla ciebie,  Caroline. 

Przekona się, że nie tak łatwo uciec od obowiązków, jak mu się wydaje.

Wydmuchała nos w jego chusteczkę.

background image

- Co... co zrobisz? Mocno zacisnął szczęki.

- Powstrzymam go.

- On cię nie posłucha. Jest na to wszystko taki obojętny, Jeremy. - Jej głos nieco się 

podniósł. - Byłam mu wierną żoną. Troszczyłam się o dom i dzieci przez cały czas, kiedy on 

był na wojnie daleko stąd. Byłam szczęśliwa, że wrócił do domu. Nie zasłużyłam na to.

- Nie, nie zasłużyłaś. - Jeremy spojrzał na nią ponad stolikiem do kawy. - Miałaś rację, 

że po mnie posłałaś - powtórzył. - Skoro twój mąż nie wie, jak chronić żonę i dzieci, możesz 

być pewna, że twój brat wie.

Zdecydowanym   krokiem   wyszedł   z   pokoju,   przechodząc   całkiem   blisko   miejsca, 

gdzie stała Tracy. Patrzyła za nim, notując w pamięci bezwzględny wyraz jego oczu, a kiedy 

powróciła spojrzeniem na kanapę, Caroline już tam nie było.

Przez długą chwilę Tracy stała w pustym pokoju, analizując w myślach scenę, której 

właśnie była świadkiem. Potem podeszła do drzwi łączących salon z przejściem do sypialni, 

minęła je i wróciła do siebie.

Popołudniowe słońce wpadało przez okna, sprawiając, że wszystkie blaty stolików 

błyszczały. Dziewczyna do sprzątania, która przychodzi z wioski raz na tydzień, musiała być 

tu   rano,   pomyślała   Tracy,   kiedy   jej   spojrzenie   padło   na   świeże   kwiaty   i   wypolerowany 

drewniany stół z czasów regencji. Powoli podeszła do rozświetlonego okna i wyjrzała na 

trawnik od frontu.

Potok mężczyzn i kobiet w kostiumach z epoki wylewał się z domu na podjazd. Tracy 

spoglądała z roztargnieniem, jak kierują się w stronę przyczep. Jej myśli wciąż krążyły wokół 

spotkania Caroline z bratem, którego była świadkiem.

To Jeremy musiał zastrzelić Charlesa, pomyślała. Zrobił to, żeby ocalić siostrę przed 

okropnym skandalem.

Ale jak ta sytuacja miała się do Harry'ego? Harry nie miał żony, a co dopiero szwagra.

Muszę podejść do tego logicznie, powiedziała sobie, starając się zignorować uczucie 

paniki narastające w jej piersi i żołądku. Mogę to rozgryźć. Muszę to rozgryźć.

Podeszła do małego francuskiego biureczka w rogu pokoju i otworzyła szufladę w 

poszukiwaniu papieru. W środku znalazła biały notes i pióro, ułożone schludnie jedno obok 

drugiego. Tracy wyjęła je i usiadła przy biurku, kładąc papier przed sobą.

Dopasuję ludzi z czasów Charlesa do odpowiadających im osób z naszych czasów, 

pomyślała. Może wtedy to rozgryzę.

Dwie pierwsze linijki były łatwe. „Charles = Harry”, napisała. A potem: „Isabel = 

Tracy”.

background image

Czy Tony nadal może być w to wmieszany? Ale Tony to brat Harry'ego, nie jego 

szwagier, i wyglądało na to, że Tony oczyścił się z podejrzeń.

Caroline i jej brat muszą oznaczać Robina Mauleya i jego pole golfowe, pomyślała. 

Mauley   miał   nie   otrzymać   tego,   czego   chciał,   zatem   wynajął   kogoś,   żeby   pozbyć   się 

Harry'ego. Tracy znowu podniosła pióro i napisała: „Caroline = Mauley; Jeremy =?”.

To   właśnie   ten   znak   zapytania   stanowił   problem.   Kto   był   zabójcą   najętym   przez 

Mauleya? I co miał on wspólnego z Jeremym?

Siedziała tak może z dziesięć minut. Wpatrywała się w papier, próbując podkładać 

różne nazwiska w miejsce znaku zapytania. To musi gdzieś tu być, pomyślała z desperacją. 

Widuję te duchy nie bez powodu, wiem, że tak jest. Musi być gdzieś jakiś związek...

„Jeremy = Gwen”, napisała. Gdy tak patrzyła na to równanie, przyszła jej do głowy 

pewna myśl. A jeżeli przez cały czas byliśmy na złym tropie? Co, jeżeli to wcale nie ma 

związku z polem golfowym ? Jeżeli chodzi o coś zupełnie innego?

Po kolejnych pięciu minutach intensywnych rozmyślań Tracy podniosła się z krzesła i 

ruszyła na poszukiwanie swojego telefonu komórkowego, żeby skontaktować się z Markiem 

Sandersonem.

Pół   godziny   później   Mark   Sanderson   oddzwonił   do   Tracy.   Zgodził   się   podjąć 

poszukiwania, jakie mu zleciła, i obiecał zadzwonić do niej, kiedy tylko będzie coś miał.

Tracy odłożyła słuchawkę i zerknęła na zegarek. Było wpół do szóstej. Może Harry 

jest w saloniku, pomyślała, i poszła to sprawdzić. Ale w saloniku było pusto, a Harry nie 

zabrał gazety ze stałego miejsca na stoliku przy kanapie.

Przez głowę Tracy przemknęła myśl o tym, żeby samej poczytać gazetę, ale tkwiąca w 

niej   potrzeba   natychmiastowego   działania   czyniła   zamysł   spokojnego   siedzenia 

niewykonalnym. Chciała coś zrobić.

Zeszła do kuchni, żeby sprawdzić, czy może pani Wilson wie, gdzie jest Harry.

- Jest w swoim gabinecie, panno Collins - odpowiedziała kobieta, wrzucając obrane 

ziemniaki   do   wielkiego   garnka,   w   którym   gotowała   coś   na   kuchence.   -   Jest   z   panem 

Neeleyem, zarządcą farmy.

- A więc nie będę mu przeszkadzać - odpowiedziała Tracy z uśmiechem.

Poszła na górę, ale zamiast iść na drugie piętro, otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz.

Popołudniowe światło  miało  łagodnie  złotą  barwę, a  po niebie  płynęło  tylko  parę 

pierzastych obłoków. Tracy zrobiło się ciepło w swetrze, więc ściągnęła go przez głowę i 

przewiązała sobie wokół pasa. Nie zastanawiając się nad tym specjalnie, zaczęła iść w stronę 

ogrodu na tyłach domu i ścieżki prowadzącej do stajni i do lasu. Dopiero kiedy skręciła w 

background image

odnogę wiodącą do lasu, uświadomiła sobie, dokąd zmierza: nad jezioro.

Scena   między   Caroline   a   Jeremym,   której   była   świadkiem   wcześniej   tego   dnia, 

wytrąciła ją z równowagi. Wydawało się, jakby czas skupił się niczym w soczewce, a fatalny 

moment zastrzelenia Charlesa był niemal na wyciągnięcie ręki.

Nie mogę ochronić Charlesa przed śmiercią od kuli, pomyślała, gdy szła dróżką do 

konnej jazdy pod drzewami obsypanymi świeżą zielenią. To się wydarzyło w przeszłości. To 

już się dokonało.

Ale coś ciągnęło ją w stronę jeziora.

Jezioro jest miejscem, gdzie to się wcześniej zdarzyło, pomyślała.

Miała uczucie, że jezioro jest miejscem, gdzie miało się to wydarzyć ponownie.

Była szósta, kiedy zarządca farmy wyszedł z gabinetu Harry'ego. Harry odłożył księgi 

rachunkowe,   które   przeglądali,   a   potem   niespiesznie   przeszedł   obok,   do   kuchni,   żeby 

zobaczyć,   co   pani   Wilson   gotuje   na   obiad.   Zastał   ją   składającą   kuchenny   fartuch   i 

przygotowującą się do wyjścia.

- Na kuchence zostawiłam dla pana duszone mięso, milordzie - powiedziała raźnym 

głosem. - Będzie gotowe, kiedy zechce pan jeść.

- Dziękuję, pani Wilson - odpowiedział, z uznaniem wdychając zapach dochodzący od 

strony kuchenki.

Wyszedł z kuchni przed panią Wilson i z zamiarem poczytania  wieczornej gazety 

poszedł na górę, do saloniku. Właśnie nalał sobie whisky z wodą i rozłożył gazetę, kiedy do 

pokoju wszedł Jon.

- Silverbridge. Cieszę się, że pana zastałem. - Jego głos był nieco zadyszany.

Harry   spojrzał   na   niego   ze   zdziwieniem.   Jon   nie   miał   zwyczaju   szukać   jego 

towarzystwa. Jon mówił dalej:

-   Wcześniej   skończyłem   zdjęcia   i   poszedłem   na   spacer   po   pańskim   lesie,   żeby 

ochłonąć. W pobliżu ścieżki nad jezioro natknąłem się na ranną sarnę. Biedactwo ma złamaną 

nogę   i   bardzo   cierpi.   Zastanawiałem   się,   czy   mógłbym   pożyczyć   broń,   żeby   skrócić   jej 

męczarnie. - Na twarzy Jona lśnił pot, co wraz z jego zadyszką zdradzało, że niedawno bardzo 

się śpieszył.

Harry złożył gazetę i wstał.

-   Pójdę   z   panem.   Może   trzeba   będzie   jej   chwilę   poszukać.   To   zdumiewające,   co 

zwierzęta potrafią zrobić, kiedy są poważnie ranne.

- To miło z pana strony - odpowiedział Jon. Dodał burkliwie, jak gdyby zakłopotany: - 

Nie mogę znieść myśli o tym, że jakieś zwierzę cierpi.

background image

- Ani ja - zgodził się z nim Harry. - Wezmę tylko broń z gabinetu. Spotkamy się na 

zewnątrz.

Wyszedł, mijając Jona, który nadal stał w drzwiach. Zszedł z powrotem do swojego 

gabinetu,   gdzie   otworzył   gablotkę   z   bronią,   wyjął   strzelbę   i   załadował   ją.   Odesłał 

rozczarowane   spaniele   z   powrotem   na   ich   kanapę   i   wyszedł   na   zewnątrz,   gdzie   zastał 

czekającego na niego Jona.

- Dziwnie jest widzieć pana bez psów - zauważył aktor, spoglądając na puste miejsce 

u nóg Harry'ego, gdzie zwykle kręciły się spaniele.

- Wystraszyłyby zwierzynę - odparł Harry. Oparł broń na ramieniu i powiedział do 

Jona: - Chodźmy.

Potem ruszył zamaszystym krokiem w kierunku lasu. Jon szedł u jego boku.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

Chyba   oszalałam,   pomyślała   Tracy,   kiedy   nogi   niosły   ją   coraz   bliżej   jeziora. 

Powinnam była zostać w domu i poczytać gazetę. Teraz spóźnię się na obiad. Nikt nie wie, 

gdzie jestem, i Harry będzie się martwił.

Ale nie zawróciła. Paląca potrzeba zrobienia czegoś, którą odczuwała w domu, była 

tym silniejsza, im bardziej Tracy zbliżała się do jeziora.

Młoda sarna wyszła na ścieżkę o kilka metrów przed nią i przez krótką, pełną lęku 

chwilę obie spoglądały sobie nawzajem w oczy. Potem sarna pomknęła do lasu, a chwilę 

później podążyła za nią druga, większa - zapewne matka.

Wargi   Tracy   wygięły   się   w   uśmiechu.   Ilekroć   dostrzegała   jedno   z   tych 

najśliczniejszych i najbardziej wdzięcznych bożych stworzeń, tylekroć nie mogła się pozbyć 

uczucia, że dostępuje zaszczytu. Nawet dorastanie w Connecticut, gdzie ogrodnicy poświęcali 

przynajmniej  połowę swego czasu na bezowocne próby zabezpieczenia swoich kwiatów i 

warzyw przed sarnami, nie zmieniło jej odczuć.

Kiedy   nareszcie   dotarła   nad   jezioro,   sielankowa   scena,   którą   zobaczyła,   stała   w 

sprzeczności z pulsowaniem natarczywie narastającym w jej mózgu. Woda była spokojna jak 

lustro   w   promieniach   wieczornego   słońca.   Łabędzia   rodzina   pływała   sobie   beztrosko, 

elegancka i śliczna w złotym świetle.

Przyszło jej na myśl kilka wersów z Yeatsa:

... dziś unosi je woda spokojna.

Piękne tajemne ptaki... 

Dzikie   łabędzie   w   Coole,   pomyślała.   Symbole   niezmiennego   piękna   w   pełnym 

niebezpieczeństw świecie.

Czy w dniu śmierci Charlesa na jeziorze były łabędzie?, zadumała się. Czy patrzyły, w 

swoim obojętnym pięknie, jak został zabity? Czy wystrzał je wystraszył? Może przywołały 

swoje   maleństwa   i   pospiesznie   poprowadziły   je   w   bezpieczne   miejsce   pod   zwisającymi 

gałęziami wierzb na skraju jeziora?

Na granicy lasu leżał zwalony pień drzewa i Tracy podeszła, żeby na nim usiąść, 

wciąż zapatrzona na pływające łabędzie. Dwie brązowe kaczki weszły do jeziora naprzeciwko 

niej i zaczęły zanurzać łebki pod wodą, rozglądając się za czymś na obiad. Wśród listowia 

ptaki   nawoływały   się   wzajemnie   i   Tracy   dostrzegła   kątem   oka,   jak   królik   daje   susa   w 

bezpieczną gęstwinę.

*

W przekładzie Stanisława Barańczaka - przyp. tłum.

background image

To   był   taki   sielankowy   obrazek.   W   scenie,   którą   obserwowała   Tracy,   nie   było 

absolutnie niczego, co odpowiadałoby za łomotanie jej serca. Nie ruszała się z miejsca przez 

dziesięć minut. Siedziała bez ruchu i ledwie oddychała, przepełniona nieznośną bezradnością. 

Czekała, aż wydarzy się coś okropnego.

Łabędzie wciąż pływały po spokojnej wodzie. Do dwóch kaczek dołączyło pięć czy 

sześć kolejnych. Prawie na wprost Tracy, dwie z nich zeszły do jeziora, żeby się napić.

I wtedy usłyszała odgłos końskich kopyt, a za chwilę Charles, dosiadający dużego 

siwego konia, na którym Tracy widziała go wcześniej, wyjechał z lasu niecałe pięćdziesiąt 

metrów na prawo od niej.

Tracy   podniosła   się.   Nie,   pomyślała   szaleńczo.   Nie!   To   nie   może   się   stać.   Nie 

pozwolę, żeby to się stało.

Charles skręcił, żeby pojechać ścieżką prowadzącą nad jezioro, i zbliżał  się w jej 

kierunku. Popuścił siwkowi wodze i koń swobodnie sunął naprzód, a Charles patrzył w stronę 

wody. Obserwował kaczki.

Widok, jaki stanowił wraz z koniem, był idealny i piękny niczym obraz. Promienie 

słońca odbijały się na złotych  włosach mężczyzny i jabłkowitej sierści konia, a jezioro i 

drzewa tworzyły dla nich idealne tło. Pulsowanie w głowie Tracy było tak silne, że zagłuszyło 

głosy   ptaków.   Okręciła   się   i   wytężała   wzrok,   przeszukując   spojrzeniem   las.   Zobaczyła 

odblask słońca na czymś, co wyglądało jak metalowy przedmiot, otworzyła usta i krzyknęła. 

Imię, jakie wykrzyknęła z całą mocą, jakiej przerażenie użyczyło  jej młodym  i zdrowym 

płucom, brzmiało: Harry!

Strzał nie padł i kiedy Tracy odwróciła się znów, żeby spojrzeć na Charlesa, jego już 

tam nie było.

Harry   i   Jon   nie   poszli   nad   jezioro   dróżką   do   konnej   jazdy,   jak   to   zrobiła   Tracy. 

Zamiast tego ruszyli przez las, korzystając ze ścieżek wydeptanych przez zwierzynę, które 

Harry tak dobrze znał.

Rozmawiali bardzo niewiele. Harry szedł pierwszy, niosąc strzelbę, a Jon za nim. Miał 

nieco problemów z pokonaniem kilku stromizn po drodze. Kiedy zbliżyli się do jeziora, Harry 

odwrócił się i powiedział:

- Proszę mi pokazać, gdzie znalazł pan sarnę, a jeżeli jej tam nie ma, przeszukamy 

najbliższą okolicę.

-   Dobrze   -   odparł   Jon.   -   Zejdźmy   najpierw   ścieżką   nad   jezioro,   żebym   mógł   się 

zorientować.

Harry przytaknął i raz jeszcze ruszył przodem. Byli o kilka metrów od skraju lasu, 

background image

kiedy powietrze przeciął mrożący krew w żyłach krzyk.

Głowa Harry'ego obróciła się w kierunku, z którego dobiegł głos. Ułamek sekundy 

później poczuł silne uderzenie w ramię i zwalił się na ziemię. Intensywny ból sparaliżował 

mu rękę, jego palce rozluźniły uchwyt i strzelba wyślizgnęła mu się z ręki. A potem Jon był 

tuż nad nim, unosząc rękę, żeby znowu zadać cios.

Harry instynktownie podniósł ramię, żeby się osłonić, ledwie zauważając palący ból, 

kiedy   zabuzowała   w   nim   adrenalina.   Chwycił   rękę   Jona,   gdy   opadała   ku   jego   twarzy,   i 

zatrzymał  ją silą. Przez długą chwilę dwaj mężczyźni  zmagali się ze sobą. Jon próbował 

zmiażdżyć czaszkę Harry'ego kamieniem 0 ostrych krawędziach, który trzymał w ręku, a Har-

ry starał się go odepchnąć. Obaj z trudem chwytali powietrze i oblewali się potem, walcząc ze 

sobą o nagrodę, jaką było życie Harry'ego.

Na   pierwszy   rzut   oka   wydawało   się,   że   Jon   miał   przewagę.   Był   cięższy   i   lepiej 

zbudowany niż Harry, 1 nie był ranny. Ale Harry przez cale życie ujeżdżał konie ważące po 

pół tony i miał ciało silniejsze, niż sugerowałaby to jego szczupła budowa. Powoli ta siła 

brała górę, kiedy ramię Jona oddalało się coraz bardziej od głowy Harry'ego.

- Niech cię diabli, Silverbridge - wycedził Jon przez zaciśnięte zęby. Wysilał się, żeby 

przeciwstawić się cofaniu się swojej ręki.

Harry stęknął i walczył dalej, żeby zachować przewagę, którą zyskał do tej pory.

Wtedy jakiś głos powiedział dobitnie:

- Odsuń się od niego, Jon, albo cię zastrzelę. Obaj mężczyźni zamarli.

- Zastrzelę cię - powtórzyła Tracy. - Odsuń się od niego.

Harry wyczuł chwilę zawahania u Jona i skorzystał z niej, bardziej odpychając jego 

rękę do tyłu, a potem zrywając się na równe nogi. W okamgnieniu wyrwał strzelbę z rąk 

bladej jak śmierć Tracy i wycelował ją w Jona.

- Możesz już puścić ten kamień, Melbourne. To już koniec - powiedział.

Twarz   Jona   była   szara   jak   popiół.   Wypuścił   z   ręki   śmiercionośny   kamień   i   nie 

odezwał się.

~ Czy to ty krzyczałaś? - Harry zapytał Tracy, wciąż nie spuszczając oczu z Jona.

- Tak - odpowiedziała drżącym głosem.

- Cóż, przeszkodziłaś temu łajdakowi trafić mnie tym kamieniem w głowę zamiast w 

ramię. Dobrze się spisałaś, kochanie.

Tracy także zaczęła drżeć.

- Och, Boże, Harry. Tak się bałam. Kiedy usłyszałam, jak walczycie...

-   Bardzo   rozsądnie   zjawiłaś   się   i   przechwyciłaś   broń   -   powiedział   spokojnie,   ze 

background image

wzrokiem utkwionym w Jonie. - Później będziesz mi musiała opowiedzieć, jak to się stało, że 

tu jesteś, ale w tej chwili mamy inne sprawy na głowie.

Orzechowe oczy Jona zaczęły błyszczeć na tle jego pobladłej twarzy. Powiedział z 

naciskiem:

- Jesteś draniem, Silverbridge. Nie żałuję, że próbowałem cię zabić. Żałuję tylko, że 

mi się nie udało.

- Co ja ci w ogóle zrobiłem, u diabła? - zapytał ostro Harry, autentycznie zdumiony. - 

Czy chodzi o Tracy?

- Nie - Tracy odpowiedziała stanowczo, stojąc u jego boku. - Myślę, że tu raczej 

chodzi o Dane Matthews, Harry.

- Dana Matthews - skrzywił się Harry. - Do diabła, co Dana Matthews ma z tym 

wspólnego?

- Zechcesz nam powiedzieć, Jon? - spytała Tracy. Jon spojrzał na nią posępnie i nie 

odezwał się.

- Jesteś jej bratem, prawda? - stwierdziła Tracy. Ramię Harry'ego paliło jak ogniem, 

ale trzymał  strzelbę wycelowaną w Jona i czekał na jego odpowiedź. Przez długą chwilę 

wydawało   się,   że   Jon   nie   zamierza   udzielić   odpowiedzi.   Potem   odezwał   się,   szybko 

wyrzucając z siebie słowa:

- Jestem jej przyrodnim bratem. Mój ojciec ożenił się z jej matką, kiedy Dana miała 

jedenaście, a ja piętnaście lat.

- Chryste! - wykrzyknął Harry. Zerknął na Tracy. - Chcesz powiedzieć, że to jednak 

nie miało nic wspólnego z Mauleyem?

- Zamachy  na  twoje  życie   nie  miały  - odpowiedziała.  - To  była  inna  sprawa  niż 

spalenie   stajni,   tylko   że   nie   zdawaliśmy   sobie   z   tego   sprawy.   Gdybyśmy   wiedzieli, 

moglibyśmy wcześniej zdemaskować Jona.

- Zabiłeś Dane - powiedział Jon z ledwie hamowaną furią. - Tamtej nocy zadzwoniła 

do ciebie po pomoc, a ty nie odpowiedziałeś. Pozwoliłeś jej umrzeć, bo to był najłatwiejszy 

sposób na to, żeby pozbyć się jej ze swojego życia. Ty też zasługujesz na to, żeby umrzeć, 

draniu. Ona cię potrzebowała, a ty odwróciłeś się do niej plecami.

- Nie było mnie w domu, kiedy zadzwoniła - odpowiedział Harry.

- Racja. Tak powiedziałeś policji. Założę się, że nawet nie sprawdzali twojego alibi, 

lordzie Silverbridge.

-   To   prawda   -   Harry   odparł   niewzruszenie.   -   Kiedy   tylko   wróciłem   do   domu, 

odsłuchałem   wiadomość   nagraną   na   sekretarce   i   pognałem   do   domu   Dany.   Niestety, 

background image

spóźniłem się.

- Niestety - prychnął Jon. - Porzuciłeś ją. To dlatego wzięła te pigułki. Porzuciłeś ją i 

miała złamane serce, oto dlaczego się zabiła.

- Nie mogłem jej pomóc, Melbourne - odpowiedział Harry, przemawiając wciąż z tym 

samym   niezachwianym   spokojem.   -   Próbowałem.   Uwierz   mi,   próbowałem.   Ale   ona   nie 

potrafiła się wyrwać z nałogu. Pragnęła prochów bardziej niż czegokolwiek innego. Bardziej 

niż mnie. Bardziej niż własnego życia. To narkotyki ją zabiły. Nie ja.

- Jestem pewien, że to właśnie sobie mówisz, ale to nie jest prawda - odparł Jon. 

Gniew na jego twarzy był przerażający.

Harry   chciał   wzruszyć   ramionami,   ale   z   sykiem   wciągnął   powietrze,   kiedy   ból 

przeszył mu ramię.

-   To   ty   próbowałeś   zabić   mnie.   Ty   majstrowałeś   przy   hamulcach   w   moim 

samochodzie, ty starałeś się przejechać mnie na szpitalnym parkingu, ty strzelałeś do mnie w 

lesie i ty właśnie próbowałeś rozwalić mi głowę kamieniem. To ty zostaniesz oskarżony o 

usiłowanie zabójstwa, Melbourne, nie ja.

Jon groźnie zrobił krok w jego stronę i Harry uniósł broń, która nieco opadała, celując 

prosto w jego serce.

- Poślę ci kulę, Melbourne. I, jak sam mówiłeś, nikt mnie nawet o to nie zapyta.

Jon zatrzymał się.

- Dobrze - powiedział Harry. - Wrócimy do domu ścieżką do konnej jazdy. Ty idziesz 

przodem,  Melbourne, a Tracy i ja za  tobą. Jeżeli  zrobisz  choćby jeden podejrzany ruch, 

strzelę. Zejdziemy teraz ścieżką nad jezioro i skręcimy na prawo, w tę do konnej jazdy.

Jon stał nieruchomo.

Harry poruszył bronią.

- Ruszaj.

Powoli Jon odwrócił się i zaczął schodzić nad jezioro.

Byli w połowie drogi do domu, kiedy ramię Harry'ego nie wytrzymało.

- Myślisz, że zdołasz poradzić sobie z bronią? - zapytał Tracy przyciszonym głosem.

Przez   ostatnie   piętnaście   minut   prosiła   go,   żeby   dał   jej   broń.   Odpowiedziała 

cierpliwie:

- Tak. Mówiłam ci, że nauczyłam się strzelać, kiedy kręciłam Słodkiego Williama. Jak 

najbardziej jestem w stanie trzymać tę broń i strzelać z niej.

Niechętnie przekazał jej strzelbę. Potem objął prawe ramię lewą ręką, przytrzymując 

je sobie przy piersi. Odetchnął z ulgą, kiedy napięcie w jego ręce zelżało.

background image

Jon odezwał się sardonicznie:

- Zastanowił się pan, milordzie?

Dwie pary męskich oczu spotkały się na chwilę, nim Tracy zapytała stanowczo:

- O czym ty mówisz? Nad czym miał się zastanowić?

- Nad niczym - odpowiedział Harry. - On tylko próbuje nas rozproszyć. Idziemy dalej.

Kiedy  Jon  wykonał   swój   ruch,  dotarli  do  miejsca,   gdzie   ścieżka   do  konnej  jazdy 

okrążała   ogromne,   stare   drzewa.   Stado   kosów   wzbiło   się   nad   ich   głowami,   wrzeszcząc 

głośno, a Jon skręcił i pomknął w kierunku kryjówki, jaką dawały drzewa.

Tracy przyłożyła broń do ramienia, ale była zbyt wolna i zanim przyjęła pozycję do 

strzału, Jon zniknął im z oczu.

- Och, nie! - wykrzyknęła. - Dalej, Harry. Musimy go złapać.

Zaczęła biec w stronę lasu.

- Nie - odpowiedział stanowczo Harry. - Puść go.

-   Co   takiego?   -   Na   skraju   lasu   Tracy   okręciła   się   w   miejscu,   żeby   spojrzeć   na 

Harry'ego z niedowierzaniem. - Oszalałeś? Ten człowiek próbował cię zabić. Nie możemy tak 

po prostu go puścić.

- Tak, możemy - odparł Harry.

- Cóż, może ty, aleja nie. - I wciąż mocno ściskając broń, odwróciła się do niego 

plecami i na nowo ruszyła za Jonem. Poczuła ogromną ulgę, gdy usłyszała, że Harry idzie za 

nią.

A potem jego dłoń opadła na jej ramię, odwracając ją w miejscu, i zanim do końca 

zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, wyrwał jej broń.

Żołądek podszedł Tracy do gardła, a jej oddech stał się szybszy i głośniejszy.

- Co ty robisz? Oszalałeś? On ucieka.

- Chcę, żeby uciekł - odpowiedział Harry.

- Dlaczego? - Cisnęła w niego tym słowem, jakby to była włócznia.

Harry oparł lufę strzelby na ziemi.

- Postaraj się uspokoić i posłuchaj mnie. Zastanawiałem się nad tym przez cały czas, 

kiedy   szliśmy.   Jeżeli   oskarżę   Melbourne'a   i   wyjdzie   na   jaw,   że   chodziło   o   Dane...   co 

nieuniknione... cały ten koszmar zacznie się na nowo. Już widzę te nagłówki: Brat próbuje 

zabić arystokratycznego narzeczonego siostry. - Głos Harry'ego przepełniała gorycz. - I to 

będzie   jeszcze   gorsze   niż   poprzednio,   bo   wmieszany   jest   w   to   Melbourne,   najbardziej 

szanowany   brytyjski   aktor,   i   ponieważ   ty   jesteś   wmieszana.   Tracy   pokręciła   głową,   nie 

zgadzając się z nim.

background image

- To nie jest powód, żeby go puszczać wolno, Harry! A jeżeli znowu spróbuje cię 

zabić? Dopóki ten człowiek jest na wolności, nigdy nie będziesz bezpieczny.

- Nie sądzę, żeby znowu czegoś spróbował. Ty o nim wiesz, i gdyby cokolwiek mi się 

stało, to on wie, że zostałby aresztowany.

- To szaleństwo! - zawołała. - To coś, co Charles mógłby zrobić w dziewiętnastym 

wieku,   woląc   raczej   uniknąć   skandalu,   niż   postawić   mordercę   przed   sądem.   Ale   mamy 

dwudziesty wiek! Nie postępujemy już w taki sposób. Daj mi tę broń.

Harry pokręcił głową.

- Za późno, do tej pory już uciekł. Ale nie sądzę, żeby dotarł daleko. Nadal możemy 

kazać go aresztować, jeżeli tego chcesz.

- To, czego chcę, to żebyś  był  bezpieczny,  a żeby tak było,  Jon Melbourne musi 

znaleźć się za kratkami.

Harry podszedł bliżej.

- Tracy, zastanów się. Jesteś gwiazdą filmową. Kto jak kto, ale ty musisz wiedzieć, jak 

wredna potrafi być prasa. - Położył lewą dłoń na jej ramieniu i spojrzał jej w oczy. - Nie chcę 

tego więcej. Wygląda na to, że Meg będzie mogła wrócić do szkoły od następnego semestru i 

nie potrzeba jej wiszącego nad głową sensacyjnego procesu w sprawie o morderstwo. Bądź co 

bądź,   jedyne,   co   możemy   osiągnąć,   to   zrujnowanie   Melbourne'owi   kariery.   Nawet   jeżeli 

zdołamy  udowodnić  oskarżenie,   dostanie  ledwie  parę  lat.  - Harry  delikatnie  strzepnął  jej 

kosmyk włosów z czoła. - Szczęśliwie nie powiodło mu się zabicie mnie, prawda?

Mógł dostrzec, jak Tracy zmaga się z jego tokiem rozumowania.

- On próbował cię zabić - powtórzyła. - Nie można pozwolić, żeby mu to uszło na 

sucho.

Harry znowu objął lewą dłonią swoje prawe ramię.

- Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, zgodziłbym się z tobą. Ale tak nie jest. Żyjemy 

w bardzo niedoskonałym świecie, który jest tak samo szary, co czarno - biały. To jest jedna z 

tych szarych stref. Musimy postawić sobie pytanie: czy dobro osiągnięte dzięki puszczeniu 

Melbourne'a przeważa nad dobrem, jakie osiągnęlibyśmy, gdybyśmy kazali go aresztować? Ja 

uważam, że tak.

Skrzywiła się, nadal nieprzekonana.

- Jeżeli to wyjdzie na jaw, nasz ślub okaże się piekłem. Będziemy mieć na głowie 

pełno   reporterów   i   fotografów,   bez   względu   na   to,   gdzie   pojedziemy   albo   jak   bardzo 

będziemy starali się ukryć.

Tracy powoli wypuściła powietrze.

background image

- Dałeś mi tę broń celowo, prawda? Wiedziałeś, że Jon spróbuje uciec, jeżeli ja będę 

trzymała broń.

- Miałaś minę jak tygrysica broniąca swoich młodych. Nigdy nie zgodziłabyś się go 

wypuścić - odparł.

Tracy zmrużyła oczy.

- To miał na myśli, gdy pytał, czy się zastanowiłeś. Wiedział, że dajesz mu szansę 

ucieczki.

Harry nie odpowiedział.

- Do licha! - wykrzyknęła.

- Kochanie, będę całkowicie bezpieczny, i ty także. Zdeponuję u mojego prawnika list 

wskazujący Melbourne'a jako podejrzanego, gdyby cokolwiek mi się przytrafiło. Dopilnuję, 

żeby się o tym dowiedział.

Tracy   poczuła,   jak   fala   adrenaliny,   napędzająca   jej   pragnienie   pojmania   Jona, 

rozpływa   się.   Zawrzał   w   niej   gniew.   Nie   chciała   być   w   tej   sprawie   rozsądna.   Chciała 

zobaczyć Jona za kratkami.

Lekki powiew potargał włosy Harry'ego, który powiedział:

- Dziennikarze są jak pitbulle. Kiedy raz wbiją zęby w smakowity temat, taki jak ten, 

nie popuszczą. Tylko o tym pomyśl.

- Kiedy dowiedzą się, że wychodzę za mąż za hrabiego Silverbridge'a, i tak będą nas 

oblegać - odpowiedziała chmurnie.

- Zapewne - zgodził się z nią. - Ale to temat na dwa dni, a nie ciągnący się skandal. 

Możemy to jakoś przeżyć.

Kiedy Tracy wpatrywała się w jego spokojne brązowe oczy, na długą chwilę zapadła 

cisza. Potem westchnęła.

- Chcę zobaczyć ten list, zanim wyślesz go do swojego prawnika. I podpiszę go też 

jako świadek.

- Znakomity pomysł - powiedział Harry. Zmierzyła go od stóp do głów. Oceniała jego 

stan.

Wcześniej   Harry   upuścił   broń   na   ziemię   i   wciąż   podtrzymywał   zranione   ramię, 

przyciskając je do piersi. Tracy spojrzała na nie i powiedziała:

- Dzięki Bogu, że nie dostałeś drugiego ciosu w głowę.

Harry objął ją zdrową ręką i pocałował jej włosy.

- Dostałbym, gdybyś ty nie wrzasnęła mojego imienia. Na Boga, jak to się stało, że to 

zrobiłaś?

background image

Tracy na moment oparła policzek na jego ramieniu.

- Powiem ci później. W tej chwili twoje ramię potrzebuje prześwietlenia.

- Nie  sądzę,  żeby  było   złamane   - odparł   uspokajająco.  - Kiedyś   złamałem  rękę  i 

odczuwałem to silniej niż teraz. To zapewne tylko drobne uszkodzenie tkanki.

- Lepiej niech lekarz o tym zawyrokuje - powiedziała stanowczo. - No dalej, daj mi tę 

cholerną broń i wracajmy do domu.

Harry   miał   rację   co   do   drobnego   uszkodzenia   tkanki.   Lekarz   w   szpitalu   dał   mu 

temblak i środki przeciwbólowe i powiedział, że absolutnie nie wolno mu dosiadać konia, 

póki nie wydobrzeje.

To ostatnie zalecenie wprawiło Harry'ego w zły humor.

- Już straciłem sporo czasu - poskarżył się Tracy następnego ranka.

Pozwoliła   mu   wślizgnąć   się   do   jej   łóżka,   ale   sen   to   było   wszystko,   na   co   mu 

zezwoliła. To jeszcze bardziej popsuło mu nastrój.

- Parę dni wolnego nie wyrządzi koniom krzywdy - powiedziała.

Harry przecząco pokręcił głową.

- Konie tak szybko tracą kondycję, że to nie przelewki. To, na co pracuje się przez 

rok, może ulotnić się w miesiąc.

Tracy odpowiedziała bez związku:

- Czy już ci mówiłam, że kupiłam Dylana dla ciebie?

Harry posępnie kontemplował jedną z kolumienek przy łóżku, ale jego głowa obróciła 

się raptownie.

- Nie wierzę, że to zrobiłaś.

- Ale ty w zamian udzielisz mi lekcji na Pendletonie.

Lekka zmarszczka przecięła mu czoło. Nie odpowiedział.

- Miałam zamiar cię zapytać, czy dostanę jakiś diadem albo coś w tym rodzaju, kiedy 

zostanę hrabiną - powiedziała.

Jego zmarszczka wygładziła się.

- W rzeczy samej, dostaniesz tiarę Oliverow z szafirami i diamentami - odpowiedział. 

- Jest w naszej rodzinie od ponad trzystu lat, udało mi sieją zachować. Możesz ją założyć, 

kiedy   zostaniesz   przedstawiona   na   dworze.   A   kiedy   wreszcie   nastąpi   kolejna   koronacja, 

będziesz miała miejsce w pierwszych rzędach w opactwie westminsterskim.

- Rety - odparła Tracy z nabożnym szacunkiem. - Tylko poczekaj, aż moja matka to 

usłyszy. Nareszcie będę robić coś, co zaaprobuje.

Palce jego zdrowej dłoni zamknęły się na jej palcach.

background image

- Jak ona może cię nie aprobować? Tracy odpowiedziała na uścisk jego dłoni.

- Ona sądzi, że ludzie, z którymi współpracuję przy filmach, to narkomani, alkoholicy 

i rozpustnicy.

Na moment zapadła cisza, a potem Harry odezwał się kwaśno:

- Nie jestem pewien, czy rodzina królewska jest wiele lepsza.

Tracy roześmiała się i zapytała:

- Czy nasze dzieci będą miały tytuły?

-   Nasz   najstarszy   syn   będzie   nosił   tytuł   lorda   Rivertona.   To   jeden   z   moich 

pomniejszych tytułów i tradycyjnie nadawany jest dziedzicowi. Pozostali nasi synowie będą 

tylko wielmożnymi panami, ale nasze córki będą tytułowane lady.

- Mamie zdecydowanie się to spodoba - powiedziała z zadowoleniem. - Już słyszę ją, 

jak opowiada w klubie: „Moje wnuki, lord Riverton i lady Sarah, niedługo przyjadą z wizytą”. 

Harry westchnął.

- Cóż, cieszę się, że mogę mieć jakiś wkład w to małżeństwo. Jak na razie wydaje się, 

że wszystko dajesz tylko ty.

Przysunęła się bliżej i oparła głowę na jego zdrowym ramieniu.

- Nie bądź niemądry. To co moje, jest i twoje, a to co twoje, jest i moje. Na tym 

polega małżeństwo.

- Mhm. - Podniósł jej dłoń do ust i pocałował. - Dziś moje ramię ma się znacznie 

lepiej.

- Doprawdy? - W jej głosie zabrzmiał sceptycyzm.

- Spokojnie przespana noc dokonała cudów.

-   Pozwól,   że   zobaczę.   -   Nachyliła   się   nad   nim,   zsunęła   górę   jego   staroświeckiej 

piżamy i przyjrzała się intensywnie fioletowej plamie szpecącej jego ramię.

- Och - powiedziała. - To z pewnością wygląda gorzej niż zeszłej nocy.

-   Siniaki   zawsze   ciemnieją.   To   nic   nie   znaczy.   Opuściła   niżej   głowę   i   delikatnie 

pocałowała obite miejsce.

- Biedny chłopczyk. To głowa, to znów ramię. Naprawdę dostałeś manto.

- To prawda. I teraz na pewno przydałoby mi się nieco pocieszenia.

Pochyliła  się i pocałowała go w usta, a jej  włosy rozsypały się nad nimi  niczym 

namiot.

- Jeżeli będziesz leżeć spokojnie i nie będziesz ruszał ramieniem - mruknęła.

- Obiecuję - odpowiedział z entuzjazmem.

- Dobrze - odparła. Zdjąwszy mu spodnie od piżamy, przerzuciła nad nim jedną nogę i 

background image

pochyliła się, żeby pocałować go jeszcze raz.

background image

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

Jego   samego   ranka   Dave   poinformował   Tracy,   że   Jon   został   wezwany   w   pilnej 

sprawie rodzinnej.

- Dzięki Bogu, że skończyliśmy kręcić sceny z nim tu, w Silverbridge - powiedział 

reżyser.   -   Ma   jeszcze   trochę   zdjęć   w   Londynie,   ale   ponieważ   to   właśnie   tam   pojechał, 

będziemy mogli go sprowadzić, żeby dokończyć.

- Na pewno - odpowiedziała Tracy jakby nigdy nic. - Dave, chcę ci powiedzieć, że 

zamierzam zostać tutaj, w Silverbridge, kiedy wyjedziecie do Londynu. Skończyłam zdjęcia, 

ale jeżeli potrzebujesz nakręcić coś powtórnie, daj mi znać.

Dave uśmiechnął się do niej z sympatią.

- Będzie z ciebie piękna hrabina, Tracy. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

-   Skąd   wiedziałeś,   że   zamierzamy   się   pobrać?   Stali   w   pobliżu   wozu   firmy 

cateringowej, z którego wydawano drugie śniadanie. Sporo innych osób stało dokoła. Popijali 

herbatę i jedli ciasteczka, ale nikt nie próbował do nich dołączyć.

Dave roześmiał się, słysząc jej pytanie.

- Żartujesz? Trzeba by być ślepym, głuchym i głupim, żeby nie wyczuć, że między 

wami dwojgiem jest jakaś chemia.

Tracy nie wiedziała, czy powinna być ucieszona, czy zakłopotana tą odpowiedzią. 

Odezwała się, nieco wytrącona z równowagi:

- To nie musi oznaczać ślubu. Mogliśmy po prostu mieć romans.

Dave pokręcił głową.

- U Silverbridge'a to poważna sprawa. Od razu to widać.

- U mnie też jest poważna - odpowiedziała. Grupa jedzących śniadanie zaczęła się 

wykruszać i Dave podniósł rękę, witając się z dwoma elektrykami, którzy przeszli przed nim. 

Potem znowu odwrócił się do Tracy:

- Mam nadzieję, że to nie oznacza, że zamierzasz porzucić karierę?

Tracy   głęboko   zastanawiała   się   już   nad   tym   i   teraz   mogła   udzielić   stanowczej 

odpowiedzi:

- Nie, lubię kręcenie filmów. Nie będę pracować tak dużo, bo chcę mieć rodzinę, ale 

też i nie zrezygnuję całkiem.

- Dobrze. - Miał poważną minę. - Wiesz, że sprawdziłaś  się w tym  filmie. Masz 

prawdziwy talent, a do tego urodę.

Tracy poczuła się ogromnie zadowolona.

background image

- Dziękuję, Dave. To wiele znaczy, usłyszeć to od ciebie.

Skinął głową.

- No to w porządku. Zadzwonię do ciebie, jeżeli będę cię potrzebował. - Nachylił się i 

pocałował ją w policzek. - Powodzenia, Tracy.

- Dziękuję, Dave.

Podczas lunchu Meg i Tony chcieli się dowiedzieć, co stało się z ręką Harry'ego, więc 

zabrał ich oboje oraz Tracy w zacisze swojego gabinetu i opowiedział im, co się stało z 

Jonem.

-   Melbourne?   -   Tony   zapytał   z   niedowierzaniem,   siedząc   wygodnie   na   starym 

skórzanym krześle. - Do diabła, czemu Melbourne miałby chcieć cię zabić, Harry?

Harry, który siedział przy biurku, odpowiedział:

- Okazuje się, że jest przyrodnim bratem Dany Matthews i obwinia mnie za jej śmierć. 

Chodziło mu 0 zemstę.

- Nie mogę w to uwierzyć - Meg odezwała się z krzesła obok biurka Harry'ego. - 

Zawsze był dla mnie taki miły.

- Tak, cóż, to nie na tobie chciał się zemścić - powiedział cierpko Harry.

Tony wstał, podszedł do okna i odwrócił się twarzą do brata.

- Czy jesteś pewien, że słusznie postąpiłeś, puszczając go wolno? Czy on nie będzie ci 

zagrażał w przyszłości?

Harry wyjaśnił mu sprawę listów, jakie on i Tracy zamierzali zdeponować u swoich 

prawników.

- A zatem jeżeli coś by mi się stało - zakończył pogodnym tonem - dopilnujcie, żeby 

odwiedzić Trumbulla. On będzie miał informacje obciążające Melbourne'a.

Tony energicznie pokiwał głową; wyglądał tak, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale 

zmienił zdanie 1 odwrócił głowę, żeby wyjrzeć przez okno.

- Cóż, ja uważam, że powinien za to zapłacić - powiedziała Meg z oburzeniem. - To 

nie jest błaha sprawa, Harry. On próbował cię zabić.

Harry zerknął na Tracy i powiedział z nutą wesołości:

- Tracy uważała  tak samo. I kto powiedział,  że kobiety są mniej krwiożercze niż 

mężczyźni?

Uśmiechnęła się do niego i jego ciemne oczy rozjaśniły się.

Tony odwrócił się od okna.

- A zatem pożar w stajni i zamachy na twoje życie  to jednak były dwie odrębne 

sprawy?

background image

Harry przytaknął.

- Może komendant straży się mylił  - powiedziała Meg. - Może pożar w stajni to 

naprawdę był wypadek.

Tracy zobaczyła, jak Harry spogląda Tony'emu w oczy, ostrzegając go, żeby milczał. 

Potem Harry odpowiedział:

- Myślę, że masz rację, Meggie. Ktoś musiał ukradkiem wnieść naftę, żeby się ogrzać, 

i to spowodowało pożar.

Tracy   pomyślała,   że   dobrze   będzie   zabrać   Meg   i   pozwolić   panom   na   rozmowę. 

Popatrzyła na zegarek i powiedziała:

- Meg, przegapisz swoją wizytę u Beth, jeżeli się nie pospieszymy.

Meg wyglądała na niezdecydowaną, a potem zapytała Harry'ego:

- Jak długo będę musiała chodzić do Beth? Świetnie sobie radzę. Naprawdę już jej nie 

potrzebuję.

- Jednym z powodów, dla których świetnie sobie radzisz, jest to, że chodzisz do Beth - 

odparł Harry. - Chcę, żebyś u niej została, dopóki nie wyjedziesz do szkoły.

Meg założyła sobie za uszy włosy, które nabrały już połysku.

- Nie mam nic przeciwko chodzeniu do niej, ale ona jest droga, Harry, a ja naprawdę 

uważam, że już jej nie potrzebuję.

Harry pokręcił głową.

- Nie martw się o koszty. Musisz się tylko skupić na tym, żeby wyzdrowieć. To twoja 

praca, Meggie. Tego od ciebie potrzebuję.

Meg nadal wyglądała na niezdecydowaną, ale odpowiedziała:

- Okej.

Tracy zmieniła temat.

- U Aldridge'a widziałam śliczny żakiet. Pójdźmy tam po twojej wizycie. Myślę, że 

świetnie by na tobie wyglądał.

- Naprawdę? - Zatroskany wyraz twarzy Meg powrócił. - Czy był bardzo drogi?

- Jeżeli żakiet ci się podoba, to go kup - powiedział Harry. - Wyglądasz teraz tak 

ślicznie, że powinnaś mieć do ubrania coś więcej niż tylko dżinsy i swetry.

Meg uśmiechnęła się nieśmiało.

- Czy naprawdę ślicznie wyglądam?

Tony odpowiedział ze swojego fotela przy oknie:

- Harry i ja szykujemy się, żeby odganiać chłopaków kijami do krykieta.

Meg roześmiała się.

background image

Tracy, która miała szczery zamiar sama kupić żakiet dla Meg, podniosła się.

- Chodź, Meggie. Pora na nas.

Kiedy   panie   wyszły   z   pokoju,   Tony   usiadł   na   krześle   zwolnionym   przez   Tracy   i 

zapytał bez owijania w bawełnę:

- Czy to Martin podłożył ogień w stajni?

Harry zamknął oczy, potem otworzył je i odpowiedział:

- Tak. Powiedział mi, że Mauley zapłacił mu za to sporą sumę. Ned dał się przekupić, 

bo chciał założyć własną stajnię.

- Oczywiście go wylałeś.

- No cóż... nie.

Idealne brwi Tony'ego ściągnęły się, kiedy powiedział z naciskiem:

- Harry, ten człowiek spalił ci stajnię.

- Wiem. - Harry przesunął zranioną rękę. - Ale jest mu ogromnie przykro. Powiedział 

mi, że próbował zagasić ogień, ale nie dał rady.

Tony prychnął.

- Nie mów mi, że wierzysz w te brednie.

- Właściwie to wierzę.

Tony spojrzał na niego i odezwał się zgryźliwie:

- Mieć miękkie serce to jedno, ale mieć rozmiękczony mózg to już zupełnie co innego.

Harry podniósł zdrową dłonią srebrny nożyk do papieru i próbował się wytłumaczyć:

- Tony, ja potrzebuję Neda. Nigdy nie znajdę innego nadzorcy stajni, któremu mogę 

powierzyć ujeżdżenie moich koni tak, jak jemu. A teraz potrzebuję go jeszcze bardziej niż 

kiedykolwiek, bo sam nie mogę jeździć.

Zapadła cisza. Potem Tony zapytał ostrożnie:

- Czy myślisz, że możesz mu zaufać? Po tym, co zrobił...

Harry odłożył nożyk.

- Mogę mu zaufać, jeżeli chodzi o konie. Ja sam nigdy nie będę się przy nim czuł tak 

samo, ale wiem, że mogę mu powierzyć swoje konie. A to jest dla mnie najważniejsze.

- Ty i te twoje cholerne konie - odparł Tony z mieszaniną irytacji i rezygnacji w 

głosie.

- Ned je wyprowadził. On nigdy nie skrzywdziłby koni.

Tony westchnął.

- A co zamierzasz zrobić z Mauleyem?

Odpowiedź Harry'ego była natychmiastowa.

background image

- Nie ma sposobu, żebym mógł oskarżyć Mauleya bez oskarżania Neda.

Tony nie wyglądał na zaskoczonego tą odpowiedzią.

- A więc Mauley odchodzi wolny jak ptak, a z nim wszyscy inni.

Uśmiech Harry'ego był cierpki.

- Tak sądzę.

Tony powoli pokręcił głową. Harry mówił dalej:

- Zamierzam poruszyć tę sprawę i odwołać się do sekretarza do spraw środowiska od 

decyzji Howlesa w sprawie stajni. Przy odrobinie szczęścia zdrowy rozum przeważy i dostanę 

pozwolenie na odbudowę z nowoczesnych materiałów.

- A jeżeli sekretarz nie podważy decyzji English Heritage?

Po raz pierwszy od początku tej rozmowy Harry wyglądał na zaniepokojonego.

- Tracy powiedziała, że odbuduje dla mnie stajnię jako prezent ślubny.

Tony uśmiechnął się.

- Wspaniale.

- Tak sądzę - odpowiedział Harry, a zatroskanie nie znikało z jego twarzy.

Tony wycelował palcem w brata i powiedział surowo:

-   Ani   mi   się   waż   czuć   winny,   korzystając   z   pieniędzy   Tracy   dla   ulepszenia 

Silverbridge. Stan tego miejsca jak najbardziej leży teraz w jej interesie. Któregoś dnia jej syn 

będzie jego właścicielem.

Harry uśmiechnął się blado.

- Tak właśnie powiedziała.

- Nikt nie pomyśli, że ożeniłeś się z nią dla jej pieniędzy. To jasne jak słońce, że 

straciłeś dla niej głowę.

- Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to takie oczywiste - odpowiedział Harry z 

urazą.

- Widać to po was obojgu. - Tony oparł się wygodniej. - Jak rozumiem, nie chcesz, 

żeby Meg wiedziała o Nedzie?

- Nie. - Harry był tego pewien. - Nie będzie potrafiła ukryć swoich uczuć, a ja wolę, 

żeby moje otoczenie było możliwie najsympatyczniejsze.

Tony skinął głową, oparł dłonie na poręczach krzesła i podniósł się, mówiąc ponuro:

- Cóż, obawiam się, że muszę wrócić do Londynu i pokazać się w firmie Witherspoon, 

Harris i Smith. Wygląda na to, że moja kariera hotelarza i kierownika pola golfowego nie 

miała się ziścić.

Wyraz twarzy Harry'ego był nie do odczytania.

background image

-   Ambrose   Percy   zamierza   zbudować   nowy   hotel   gdzieś   w   Anglii.   Dlaczego   nie 

porozmawiasz z nim o zarządzaniu tym hotelem?

Tony odpowiedział drwiąco:

- Czy ty wiesz, ilu ludzi chce dostać tę pracę? A ja nie mam żadnego doświadczenia. 

Powód, dla którego Mauley dawał mi to stanowisko, był taki, że jestem twoim bratem. Miał 

nadzieję, że zdołam nakłonić cię do sprzedaży. Nie mam żadnych atutów do wykorzystania u 

Percy'ego.

Harry odparł łagodnie:

- Mógłbyś mu powiedzieć, że twój brat i jego żona wydadzą tam olbrzymie przyjęcie 

powitalne, jeżeli ty będziesz kierownikiem. Zagwarantujemy uczestnictwo kogoś z rodziny 

królewskiej. A nawet lepiej, bo Tracy ściągnie jakieś hollywoodzkie gwiazdy.

Tony znowu usiadł i wbił wzrok w Harry'ego.

- Naprawdę byście to zrobili?

- Jeżeli chcesz mieć tę pracę, to zrobimy - odrzekł Harry.

- Tego rodzaju praca pasowałaby mi idealnie. I byłbym w tym dobry.

- Wiem, że byłbyś. Oczy Tony'ego rozbłysły.

-   Jeżeli   ty   i   Tracy   wydalibyście   takie   przyjęcie,   przyciągnęłoby   olbrzymie 

zainteresowanie.

- Wiem - odparł i ponownie wstał.

- Jesteś moim asem, Harry! Chyba porozmawiam z Percym.

Harry także się podniósł.

- Idę do stajni, żeby zobaczyć się z Nedem. I powiedziałem Tomowi Neeleyowi, że 

potem objadę z nim farmę.

- Dziedzic na włościach - powiedział ciepło Tony.

- To jest życie, jakie lubię - odrzekł Harry. Obaj bracia opuścili razem gabinet w 

cichej zgodzie.

Pięć   dni   później   Tracy   i   Harry   spotkali   się   w   gabinecie   Harry'ego   z   Markiem 

Sandersonem, detektywem wynajętym przez Tracy. Harry siedział za biurkiem, wciąż z ręką 

na temblaku, a psy leżały u jego stóp. Tracy siedziała na krześle po prawej stronie biurka, a 

Sanderson naprzeciwko, zwrócony twarzą do obojga. Zdawał raport dotyczący przyrodniego 

brata Dany Matthews, a kiedy zakończył, umilkł, czekając na pytania.

Tracy pozwoliła najpierw przemówić Harry'emu.

- Wydaje mi się to cholernie dziwne, że Dana i Melbourne trzymali swój związek w 

tajemnicy - powiedział. - Jaka była tego przyczyna?

background image

Sanderson pogładził swój elegancki czarny wąsik.

- Sąsiedzi opowiedzieli mi, że kiedy Dana opuściła dom, zerwała wszelkie więzy z 

rodziną. Zakładam, że chciała, żeby tak pozostało.

-   Czy   zaszło   coś,   co   sprawiło,   że   Dana   uciekła   z   domu,   kiedy   miała   zaledwie 

piętnaście lat? - zapytała Tracy. - To wygląda na drastyczny krok.

Sanderson zerknął na wydruk raportu, leżący na biurku przed Tracy.

- Z tego dowie się pani, że rozmawiałem z pewną kobietą, Marianne Keys, która była 

jej   szkolną   przyjaciółką.   Według   pani   Keys   matka   Dany   miała   wielu   przyjaciół,   zanim 

poślubiła Williama Melbourne'a. Dana zwierzyła się, że była molestowana przez dwóch z 

nich.

Harry wydał z siebie stłumiony odgłos i Tracy popatrzyła na niego. W jego szeroko 

osadzonych brązowych oczach było widać mieszaninę gniewu i litości.

Sanderson mówił dalej:

- Pani Keys opowiedziała mi też, że Dana i Jon byli związani seksualnie.

Harry zaklął pod nosem.

- Pani Keys uważa, że Dana uciekła, żeby uwolnić się od Jona - dokończył Sanderson.

- Boże drogi - odezwała się Tracy.

- To nie jest przyjemna historia - zgodził się Sanderson.

Tracy spojrzała na Harry'ego.

- Przeniósł swoją winę na ciebie. Potrzebował obwinić kogoś innego za to, czym się 

stała, za to, jak umarła, i wybrał ciebie.

Harry przytaknął, a jego twarz była napięta. Sanderson odwrócił się do Tracy.

- Przeprowadziłem też małe śledztwo w tej drugiej sprawie, panno Collins.

Głowa Harry'ego odwróciła się w jej kierunku.

- W jakiej innej sprawie?

Tracy zignorowała go i powiedziała do detektywa:

- Czy dowiedział się pan czegoś? Detektyw skinął głową.

- Wszystko jest w raporcie. Byłem w stanie potwierdzić, że niejaka Isabel Winters 

wypłynęła z Southampton w czerwcu 1820 roku. Zeszła na ląd w Bostonie, a kilka lat później 

poślubiła kongresmana z Massachusetts, nazwiskiem Francis Coke. Udało mi się wyśledzić 

ich potomków.

Harry przeniósł wzrok z Sandersona na Tracy, a potem z powrotem na Sandersona.

- Czy odkrył pan coś szczególnie interesującego?

- Rzeczywiście, odkryłem. - Raz jeszcze palce jego prawej dłoni pogładziły wąsik. - 

background image

Czy wiedziała pani, panno Collins, że Isabel Winters to pani bezpośrednia antenatka?

Harry odwrócił się, żeby na nią popatrzeć; Tracy nie odpowiedziała mu spojrzeniem.

- Właściwie domyślałam się - powiedziała łagodnie.

- Rzeczywiście. Pokrewieństwo jest poprzez pani matkę. Wygląda na to, że jedna z 

praprawnuczek Isabel poślubiła na przełomie wieków mężczyznę z Connecticut, a pani matka 

jest jedną z ich potomkiń.

- Mój Boże - powiedział Harry.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się niepewnie.

Niedługo później Mark Sanderson wyszedł, po tym jak Tracy zapewniła go, że za 

kilka dni otrzyma od niej czek. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Harry wyciągnął zdrową 

rękę nad biurkiem i przykrył nią dłoń Tracy.

- Czy dobrze się czujesz?

Odpowiedziała drżącym głosem:

-   Jest   mi   tylko   tak   przykro,   Harry.   Biedna   Isabel.   Jakie   to   musiało   być   dla   niej 

okropne, znaleźć się całkiem sama w obcym kraju, a potem dowiedzieć się, że Charles zginął.

Dłoń Harry'ego zacisnęła się na jej dłoni, a jego spojrzenie przesunęło się z jej twarzy 

na portret jego przodka.

- Czy w ogóle masz pojęcie, jakie niezwykłe dla mężczyzny w jego czasach było 

podjęcie takiej decyzji? Mężczyźni w Anglii w epoce regencji nie odwracali się plecami do 

swoich   hrabiowskich   tytułów,   żeby   uciec   z   guwernantką.   Z   pewnością   nie   mężczyźni 

posiadający majątek i władzę takie jak Charles.

Tracy zamrugała, powstrzymując łzy.

- On ją bardzo kochał.

-   Na   pewno.   -   Harry   wciąż   patrzyła   na   portret   Charlesa.   -   I   biedny   drań   został 

zastrzelony, zanim zdołał do niej dotrzeć.

Tracy wzięła głęboki, uspokajający wdech.

-   On   chciał,   żebyś   ty   miał   to,   czego   on   nie   miał.   O   to   chodziło   w   całym   tym 

odtworzeniu przeszłych wydarzeń, Harry. Ty i ja mamy wieść wspólne życie, którego Charles 

i Isabel wieść nie mogli.

Harry nadal wpatrywał się w portret.

- Nigdy nikomu o tym nie mów, bo inaczej zamkną cię w wariatkowie.

- Ale ty mi wierzysz, prawda? - zapytała z niepokojem.

Jego spojrzenie powróciło do niej.

- Boże, dopomóż, wierzę. - Poklepał jej dłoń i cofnął rękę. - Jesteś jedną z najbardziej 

background image

trzeźwo myślących osób, jakie znam, i jeżeli ty mówisz, że widziałaś duchy, to znaczy, że 

musiałaś je widzieć.

- Ty też je widziałeś - odpowiedziała.

Westchnął.

- Tak. Widziałem.

- Harry. - Po raz pierwszy nawiązała do kwestii, 0 której rozmyślała od jakiegoś czasu. 

- Czy ty wierzysz w reinkarnację?

Harry natychmiast przybrał nieufną minę.

- Nie mów mi, proszę, że uważasz, że jesteśmy Charlesem i Isabel, którzy wrócili do 

życia.

- Być może jesteśmy - odpowiedziała złowieszczo.

-   Nie   -   pokręcił   głową,   energicznie   zaprzeczając.   -   Zaakceptuję   duchy,   bo   je 

widzieliśmy, ale nie tę dziwaczną teorię. - Posłał jej surowe spojrzenie. - Ty ja to ty i ja. Nie 

jesteśmy Charlesem i Isabel. Wyglądamy jak oni, bo nosimy w sobie te same geny. Ale na 

tym koniec.

Tracy nie była taka pewna, ale dostrzegała, że to nie jest temat, do którego Harry 

podchodziłby z otwartym umysłem, i postanowiła nie naciskać. Powiedziała pogodnie:

- Zapewne masz rację. Czytałam zbyt wiele książek Shirley MacLaine.

Między jego brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka.

- Kto to jest Shirley MacLaine? Uśmiechnęła się.

- Aktorka firmowa, która pisze książki o swoich przeszłych wcieleniach. Pamięta, jak 

była egipską księżniczką czy coś w tym rodzaju.

Jego czoło wygładziło się.

- Widzisz? Nie chcesz się taka stać, Tracy. To niezdrowe.

Tracy wstała i podeszła do Harry'ego od tyłu.

- Okej, zapomnimy o tym. - Odgarnęła muz czoła gęste i proste włosy. - Kocham 

ciebie, a nie Charlesa.

- Bardzo mi miło to słyszeć.

Marshal, uważając, że jeżeli ktoś ma otrzymać  pieszczotę, to powinien to być on, 

sięgnął łapą w górę i domagał się uwagi Tracy. Spełniła jego życzenie. Przysiadła na piętach i 

głaskała go po głowie.

- Mam tylko nadzieję pozyskać Ebony równie łatwo jak tę dwójkę - powiedziała.

- To może trochę potrwać - odparł Harry ostrożnie. Obrócił krzesło, żeby spojrzeć na 

Tracy.

background image

- Jasne. I to może nigdy nie nastąpić - odparowała Tracy, gładząc jedwabiste uszy 

Marshala.

- Kiedy zda sobie sprawę, że jeżeli chce mnie, to musi zaakceptować i ciebie, pogodzi 

się z sytuacją.

Millie,   myśląc,   że   to   niesprawiedliwe,   by   tylko   Marshal   otrzymywał   całą   uwagę, 

trąciła głową nogę Harry'ego. Posłusznie zaczął ją głaskać.

- A wiesz, że niedawno coś sobie uświadomiłem - odezwał się powoli.

- Co takiego?

- Obie kobiety, z którymi byłem poważnie związany, Hilary i Dana, były wysokie i 

szczupłe, i miały rude włosy.

- Szukałeś mnie - odpowiedziała rzeczowo. W zamyśleniu skinął głową.

- Miałem szczery zamiar poślubić Hilary, a potem, kiedy zbliżał się termin ślubu, po 

prostu nie mogłem. Czułem, że coś tu jest nie w porządku.

Tracy uśmiechnęła się do niego i przestała głaskać Marshala. Pies dopraszał się o 

jeszcze.

- Pobierzmy się tutaj, w Silverbridge - powiedziała, drapiąc spaniela pod brodą. - 

Moja rodzina może tu przyjechać. Zrobimy to zupełnie po cichu.

- Tak właśnie bym chciał.

- Ja także.

Rozległo się pukanie do drzwi i Meg wetknęła głowę do pokoju.

- Wiecie co? Pani Wilson i ja właśnie upiekłyśmy ciasteczka. Chcecie skosztować?

Harry i Tracy odpowiedzieli twierdząco i w towarzystwie nieodłącznych psów poszli z 

Meg do kuchni.

background image

EPILOG

Rok później

- Natomiast Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą otrzymuje... - Harry i 

Tracy z zapartym tchem patrzyli w telewizor, kiedy zeszłoroczny zwycięzca otwierał kopertę 

i wyjmował kartkę. Podniósł głowę, uśmiechając się szeroko. - Maria Yearwood.

- Cholera - powiedział Harry.

- Och, no cóż. Wszyscy mówili, że wygra - odparła Tracy. Ale nie potrafiła w pełni 

ukryć rozczarowania.

Harry spojrzał na nią surowo.

- Niebyła ani trochę lepsza od ciebie. Niebyła nawet tak dobra jak ty. Po prostu miała 

bardziej efektowną rolę.

Tracy westchnęła.

- Cały jej film opierał się na niej, Harry. Mój opierał się na Jonie.

Oboje   wrócili   spojrzeniem   na   ekran,   kiedy   Maria   Yearwood,   ubrana   w   głęboko 

wydekoltowaną czerwoną suknię od Versacego, gładko wkroczyła na scenę, żeby odebrać 

nagrodę.

- Cieszę się, że nie jesteś tam - powiedział Harry, kiedy na ekranie pokazano przelotne 

ujęcia przegranych aktorek. - Wszystkie te cholerne kamery celowałyby ci w twarz w nadziei, 

że zobaczą rozczarowanie.

- Nie jestem tam dlatego, że nie zmieściłabym się w żadne z krzeseł na widowni. - Jak 

gdyby po to, by potwierdzić prawdziwość swoich słów, Tracy przesunęła się całym ciężarem 

po kanapie.

Harry siedział obok niej i odwrócił się natychmiast, wpatrując się uważnie w jej twarz, 

która była nieco bardziej zaokrąglona niż dziewięć miesięcy temu.

- Wszystko w porządku?

- Poza tym, że jest mi cholernie niewygodnie, wszystko jest świetnie.

- Jeszcze tylko dwa tygodnie - powiedział uspokajająco.

- Jasne, jeżeli urodzę w terminie. - Spojrzała na niego z oburzeniem. - Dzisiaj moja 

matka poinformowała mnie przez telefon, że urodziła wszystkie dzieci po terminie i że nie 

powinnam się martwić, jeżeli minie wyznaczona data. - Zapatrzyła się na swój brzuch. - To 

nie jest coś, co chciałam usłyszeć.

- Nie martw się tym - poradził. - Twoja siostra urodziła w terminie, czyż nie?

Twarz Tracy rozjaśniła się. - Tak.

background image

- A więc nie panikuj, kochanie. - Harry odwrócił się znów do telewizora. - Zaczekaj. 

Zaraz będą wręczać Oscara dla najlepszego aktora.

Tracy   natychmiast   przeniosła   uwagę   na   ekran,   na   którym   rozpromieniona 

zdobywczyni zeszłorocznej nagrody dla najlepszej aktorki miała właśnie ogłosić zwycięzcę. 

Kiedy   otwierała   kopertę,   kamera   przyglądała   się   publiczności,   skupiając   się   na   pięciu 

mężczyznach,   którzy   otrzymali   nominacje.   Kiedy   kamera   pokazała   Jona,   Harry   prychnął 

zdegustowany.

- Jeżeli ta łachudra dostanie nagrodę, a ty nie...

Tracy przyjrzała mu się z rozbawieniem.

-   Łachudra?   Mówisz   jak   lord   Peter   Wimsey.   Harry   odpowiedział   urażonym 

spojrzeniem.

- Nie ma nic złego w lordzie Peterze Wimseyu. Ma pochodzenie, maniery i rozum. A 

porównanie z nim uważam za zaszczyt.

- Jonathan Melbourne! - wykrzyknęła aktorka.

- Cholera - powiedział Harry.

- Cicho.

Oboje siedzieli w milczeniu i patrzyli, jak ubrany w smoking Jon wchodzi na podium i 

odbiera   statuetkę   Oscara.   Oklaski   ucichły,   kiedy   podszedł   do   mikrofonu,   żeby   wygłosić 

mowę.

- Jest tak wiele osób, którym powinienem za to podziękować - zaczął mówić. Jego 

imponujący głos brzmiał nieco bardziej ochryple niż zazwyczaj. Wymienił listę nazwisk, w 

tym   producenta,   reżysera   i   operatora   Zazdrości,   a   także   swojego   angielskiego   i 

amerykańskiego  agenta.  Potem powiedział:  - Na koniec, choć to nie umniejsza  jej  rangi, 

chciałbym złożyć szczególne podziękowania Tracy Collins, której obecność rozświetliła ten 

film i której nazwisko przydało mu popularności.

Rozległ się aplauz, kiedy Jon opuszczał scenę, mocno dzierżąc w zaciśniętej dłoni 

swojego Oscara.

- To było miłe z jego strony - odezwała się Tracy. Harry prychnął.

- Chociaż tyle mógł zrobić ten łajdak. Tracy odparła nieco posępnie:

-   Zważywszy   że   powinien   być   w   więzieniu,   zamiast   odbierać   nagrodę   Akademii, 

zgadzam się z tobą.

Zaczęła się reklama i Harry pomógł Tracy wstać, żeby mogła pójść do łazienki. Kiedy 

wróciła, Akademia była gotowa wręczyć swoją nagrodę dla najlepszego reżysera.

- Powinien  ją dostać  Dave, ale  nie  wiem,  czy dadzą  ją Anglikowi  - powiedziała, 

background image

moszcząc się znów obok Harry'ego niczym okręt wpływający do portu.

Ebony, która wróciła za nią do saloniku, wskoczyła teraz na kanapę i zdołała wcisnąć 

się między Harry'ego a Tracy. Miauknęła, że chce pieszczot. Tracy posłusznie podrapała ją w 

ulubione miejsce nad ogonem.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   będzie   zazdrosna   o   maleństwo   -   powiedziała   Tracy,   z 

niepokojem przyglądając się małej czarnej kotce.

- Przywykła do ciebie, przywyknie i do niego - odpowiedział Harry pogodnie.

Na   chwilę   zapadła   cisza,   kiedy   oboje   patrzyli,   jak   prowadzący   przedstawia 

zeszłorocznego laureata, którego zadaniem było wskazanie zdobywcy tegorocznej nagrody. 

Kiedy laureat przemierzał scenę, Tracy odezwała się:

- Czy wiesz, że ciągle jestem zła na tego lekarza za zdradzenie nam płci maleństwa? 

Chciałam mieć niespodziankę.

- Wiem, że chciałaś, kochanie - Harry odpowiedział współczująco. - Dopilnujemy, 

żeby następne było niespodzianką.

-   Czy   już   ci   mówiłam,   że   rozmawiałam   dzisiaj   przez   telefon   z   Meg?   Jest   taka 

podekscytowana pracą przy nowym filmie Dave'a. - Tracy przerwała pieszczenie Ebony i 

skupiła całą uwagę na ekranie. - Byłoby miło, gdyby dostał Oscara dla najlepszego reżysera.

-   Uhm   -   mruknął   Harry   i   oboje   wychylili   się   nieco   do   przodu,   kiedy   otwierano 

kopertę.

Zeszłoroczny „zwycięzca uśmiechnął się i powiedział po prostu:

- David Michaels.

- Tak! - piąstka Tracy uniosła się w powietrze.

- No i dobrze - powiedział Harry.

Oboje z uśmiechami na twarzach patrzyli, jak Dave wchodzi na scenę, żeby przyjąć 

Oscara. On także wymienił Tracy w swojej liście osób, którym dziękował, i Harry odezwał 

się:

- Podpowiedz dla Akademii, że wybrali złą aktorkę dla swojej nagrody.

- Kiedy ja zdobędę tę nagrodę, to chcę tam być - odpowiedziała stanowczo Tracy. - To 

dobrze, że dali ją Marii. Wykonała dobrą robotę, zasłużyła na nią.

Ebony, uświadomiwszy sobie, że pieszczoty od Tracy skończyły się, przeskoczyła na 

kolana Harry'ego i została tam aż do końca programu. Zazdrość otrzymała nominację dla 

najlepszego filmu, ale przegrała z Wojną światów.

Na koniec Harry wyłączył telewizor. Było już bardzo późno, bo siedzieli w nocy, żeby 

obejrzeć program z satelity.

background image

- Chodź, kochanie - powiedział do Tracy, wyciągając do niej ręce, żeby pomóc jej 

wstać. - Ty i mały lord Riverton potrzebujecie drzemki dla urody.

Jego   dłoń   spoczęła   delikatnie   między   łopatkami   Tracy,   kiedy   poszli   w   kierunku 

sypialni.

- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie rozmawialiśmy o prawdziwym imieniu dla 

maleństwa? - zapytała. - Ja z pewnością nie zamierzam nazywać go lordem Rivertonem.

Harry spojrzał na nią, ze zdziwieniem unosząc brwi.

- Nie sądziłem, że jest jakakolwiek wątpliwość co do imienia.

- Charles - powiedziała cicho.

- Oczywiście.

Na moment oparła policzek na jego ramieniu, a potem ruszyli dalej w stronę sypialni.


Document Outline