background image

 

 

Kristi Gold 

         

 

Niecodzienna 

przysługa 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Chcę mieć z tobą dziecko, Whit. 

Większość mężczyzn uciekłaby, gdzie pieprz rośnie, słysząc tak 

nietypową prośbę, ale Whitfield Manning IV nie przypominał większości 

mężczyzn. Z powodu swojego majątku i pozycji społecznej często się spotykał z 

różnymi propozycjami ze strony ponętnych kobiet, ale taką ofertę usłyszał po 

raz pierwszy. Zwykle kobiety były bardziej zainteresowane skonsumowaniem 

związku bez ponoszenia tego typu konsekwencji. 

Jednak Mallory O'Brien, prawniczka, siostra jego najlepszego przyjaciela 

i od czterech miesięcy jego współlokatorka, również się różniła od większości 

kobiet. Nie przymilała się do niego i nie dbała o stan konta w banku. Lubiła za 

to działać mu na nerwy. Przypuszczał więc, że ta nietypowa prośba stanowi 

kolejną sztuczkę, by go wyprowadzić z równowagi. 

- Nie ma sprawy, O'Brien. Chwilowo jestem co prawda trochę zajęty... - 

przerwał czytanie gazety, przybierając zamyślony wyraz twarzy - ale mogę się 

tobą zająć po lunchu we wtorek. Poproszę sekretarkę, by zaznaczyła to w moim 

kalendarzu. 

Choć przez głowę przemknął mu obraz namiętnej sceny na stole 

konferencyjnym w jego biurze, powrócił do czytania gazety. Nie było mu 

jednak dane skończyć recenzji ostatniego meczu, gdyż Mallory wyrwała mu 

gazetę i rzuciła ją w kąt. 

- Whit, przerwij czytanie i posłuchaj mnie przez chwilę. 

Podniósł wzrok na stojącą przed nim oszałamiającą piękność o 

kasztanowych włosach i przejrzystych zielonych oczach wpatrujących się teraz 

w niego z determinacją. W zeszłym tygodniu popełnił poważny błąd, wchodząc 

bez pukania do jej pokoju. Skąd jednak miał wiedzieć, że zastanie ją siedzącą 

nago na łóżku i smarującą się balsamem? Duży błąd, szczególnie w przypadku 

R S

background image

 

mężczyzny, który już od kilku miesięcy nie był w żadnym związku. Dziwnym 

zbiegiem okoliczności nawet nie odczuwał potrzeby szukania partnerki, odkąd 

Mallory z nim zamieszkała. Wydawało mu się, że udało im się stworzyć 

przyjacielski tandem współlokatorów i nie myślał o tym, by się posunąć dalej. 

W każdym razie nie myślał o tym częściej niż dwa razy na dzień. 

Powinien się szybko uporać z tym chwilowym nastrojem, zanim zrobi coś 

głupiego, na przykład spróbuje ją uwieść. Nie chciał tracić fajnego kumpla. 

Mallory nie spuszczała z niego wzroku. Wyprostował się i posłał jej jeden 

ze swoich wyćwiczonych uśmiechów, które tak często pomagały mu 

udobruchać rozzłoszczone kobiety. 

- No dobrze, O'Brien, masz moją niepodzielną uwagę. Czy zapomniałem 

zmyć kufel po piwie? Tym razem na pewno nie chodzi o deskę w toalecie, bo 

nie byłem dziś w twojej ubikacji. 

Usiadła obok niego na kanapie i podciągnęła nogi pod brodę. 

- Nie zrobiłeś dzisiaj nic złego. Mówię poważnie. Chcę mieć dziecko i 

chcę je mieć z tobą. 

- Zwariowałaś? - W końcu dotarło do niego, że Mallory nie żartuje. 

- Nie. Po prostu nie chcę już czekać. 

Poważny wyraz jej twarzy wywoływał u niego niepokój. 

- Ale dlaczego w ogóle ci to przyszło do głowy? Dlaczego ze mną? 

- Ponieważ ci ufam, Whit. Jesteś moim przyjacielem. 

- Może nie jestem zbyt bystry, ale wciąż nie rozumiem tego szalonego 

pomysłu. 

Podniosła poduszkę i przycisnęła ją do piersi, zasłaniając tym samym 

widok, który od dłuższej chwili przyciągał jego wzrok. 

- Mam już trzydzieści lat. Czuję, że nadszedł czas. Mój zegar biologiczny 

tyka jak szalony. 

- Więc go wyłącz. Ja mam trzydzieści jeden i myśl o dziecku nawet nie 

przyszłaby mi do głowy. 

R S

background image

 

- Mężczyźni to co innego. Możecie mieć dzieci nawet po osiemdziesiątce. 

Kobiety nie mają takiego luksusu. Komórki jajowe się starzeją, a plemniki 

zachowują młodość przez wiele lat. 

Czuł się dziwnie, rozmawiając z nią o takich rzeczach, choć sam proces 

prowadzący do tak upragnionego przez nią celu był niezmiernie pociągający. 

Musiał jej jednak odmówić. To szalony pomysł! Trzeba postawić sprawę jasno, 

zanim jego męska natura weźmie górę nad rozsądkiem. 

Nie odzywając się ani słowem, wstał i chwycił swoje buty do biegania. 

Włożył je i mocno zasznurował. Chciał jak najszybciej wyjść, więc nawet nie 

zadał sobie trudu, by zmienić strój na bardziej odpowiedni. 

- Gdzie się wybierasz, Whit?  

Rzucił jej przelotne spojrzenie. 

- Idę pobiegać. W tym czasie proszę cię o jedną przysługę. Jak wrócę, 

chcę zobaczyć z powrotem prawdziwą Mallory. 

- To takie typowe. - Przewróciła oczami, odkładając poduszkę na bok. 

- Typowe? - Zmarszczył brwi z irytacją. - Nic w tej całej rozmowie nie 

było typowe. 

- Nie mówię teraz o dziecku, tylko o tym, że zawsze uciekasz. To jest 

typowe. 

Cała Mallory. Mówiła to, co myśli, prosto z mostu, nawet gdy nie miała 

racji. 

- Nie uciekam, po prostu idę pobiegać. 

- Właśnie że uciekasz. Tak samo jak od pomysłu założenia własnej firmy, 

bo się boisz przeciwstawić ojcu. Czy kiedykolwiek zrobiłeś coś, na co miałeś 

ochotę, bez jego pozwolenia? Może to dlatego nie chcesz się nawet zastanowić 

nad moją propozycją? Bo wiesz, że nie byłby zadowolony. 

Do diabła z jej przenikliwością. Pożałował, że jej się zwierzał ze spraw, o 

których nie mówił wcześniej żadnej innej kobiecie. 

R S

background image

 

- Projektuję wieżowce najwyższej klasy i z każdą minutą staję się coraz 

bardziej bogaty. Nie widzę w tym nic złego. 

- Sam mówiłeś, że nie jesteś zadowolony, że wolałbyś projektować domy. 

- A ty? Chcesz mieć dziecko z mężczyzną, który ucieka od zobowiązań? 

To przecież twoje słowa! 

- Na litość boską, przecież nie chcę, żebyś się ze mną ożenił. Chcę tylko 

mieć dziecko. Potem możesz iść swoją drogą, a ja pójdę swoją. Bez żadnych 

komplikacji. 

- Zero zobowiązań, tak? Mam zostawić swoje dziecko i pozwolić ci się 

bawić w samotną matkę? - Wiedział dobrze, że nie byłby do tego zdolny, 

chociaż jego własna matka zostawiła go, gdy był dzieckiem. 

- Wręcz przeciwnie, uważam, że powinieneś być zaangażowany w 

wychowanie. W swojej pracy widziałam już wystarczająco dużo spraw 

rozwodowych, w których dzieci są tylko kartą przetargową zaślepionych 

nienawiścią rodziców. Wiem, że nam udałoby się tego uniknąć, bo jesteśmy 

dobrymi przyjaciółmi. 

Pora przerwać tę dyskusję, zanim straci nad sobą panowanie. 

- Zapomnij o tym. Nic takiego się nie zdarzy. Rzuciła mu błagalne 

spojrzenie. 

- Pomyśl o tym, Whit. Jesteś moją jedyną szansą. 

Whit wybiegł z mieszkania. Zbiegł po schodach i wypadł na ulicę. 

Skierował się w stronę parku, zręcznie wymijając pary z wózkami, które 

wybrały się na spacer w niedzielne popołudnie. W parku pobiegł swoją ulubioną 

trasą wzdłuż zalewu, rozmyślając o tym, że jego przyjaciółka straciła rozum, i 

wyobrażając sobie, co by było, gdyby miał dziecko z Mallory. A raczej, co by 

było, gdyby się zaczął starać o dziecko z Mallory. 

Zatrzymał się i otarł dłonią spocone czoło. Nie czuł się gotowy do roli 

ojca. A nawet gdyby był na to gotowy, nie zostawiłby przecież swojego dziecka, 

chociaż Mallory bez wątpienia byłaby wspaniałą matką. Co prawda ojciec po-

R S

background image

 

wtarzał mu do znudzenia, że nie potrafi brać odpowiedzialności za swoje życie 

uczuciowe, ale czy Whitfield III był właściwą osobą do wygłaszania takich 

morałów, gdy sam miał za sobą trzy nieudane małżeństwa? 

Ciekawe, jaką miałby minę na wieść, że Whit zostanie ojcem. 

Musi przebiec jeszcze kilka kilometrów. Może gdy będzie wystarczająco 

zmęczony i nie będzie skłonny do podejmowania decyzji bez rozważenia 

wszystkich konsekwencji. Może gdy wróci do domu, Mallory mu powie, że to 

był tylko żart. I może nazajutrz, gdy się zjawi w pracy, okaże się, że jego ojciec 

przechodzi na emeryturę, dając mu wolność, której tak bardzo pragnął. 

Nic z tego. Odwrócił się na pięcie i pobiegł w stronę domu, obiecując 

sobie poważnie porozmawiać ze swoją współlokatorką. Ciągle słyszał w głowie 

jej słowa: „Jesteś moją jedyną szansą". Musiał się dowiedzieć, dlaczego tak 

powiedziała. 

Być może nie powinna była mówić tak prosto z mostu. Jednak Mallory 

nie znała innych sposobów. Kiedy czegoś mocno pragnęła, potrafiła uczynić 

wszystko, by to osiągnąć. 

Tak było w pracy. Zdobyła pozycję wspólnika w prestiżowej kancelarii 

adwokackiej w tempie niewyobrażalnym dla większości jej kolegów. Mając 

pięciu starszych braci, miała okazję się nauczyć, jak walczyć o swoje. 

Teraz zaś pragnęła Whita Manninga, idealnego kandydata na ojca. Był 

świetnie zbudowanym mężczyzną, miał doskonałe poczucie humoru, oczy 

koloru gorzkiej czekolady i wrodzoną zdolność empatii, którą starał się ukryć 

pod płaszczykiem męskości. A co najważniejsze, był szalenie inteligentny i 

niesamowicie utalentowany. 

Był również znanym uwodzicielem, o czym nie omieszkał poinformować 

Mallory jej brat Logan jeszcze za czasów szkoły średniej, gdy Whit jako jego 

przyjaciel był stałym bywalcem w ich domu. Gdy jednak, zmęczona długimi do-

jazdami do pracy, zdecydowała się na przeprowadzkę bliżej centrum, okazało 

się, że Logan ufa swojemu przyjacielowi wystarczająco mocno, by zasugerować 

R S

background image

 

jej wprowadzenie się do Whita, dopóki nie znajdzie czegoś odpowiedniego. 

Choć było to już cztery miesiące temu, wciąż mieszkała w ekskluzywnym 

apartamencie, który Whit otrzymał w prezencie od ojca z okazji ukończenia 

studiów. Było to dwupoziomowe mieszkanie w luksusowym apartamentowcu z 

basenem na dachu i zapierającym dech w piersiach widokiem z okien sypialni. 

Mieszkało im się razem zadziwiająco dobrze, dużo lepiej, niż wcześniej 

sądziła. Whit ani słowem nie wspominał o tym, że już czas się wyprowadzić, a 

sama Mallory przestała szukać mieszkania, gdy się okazało, że dobra lokalizacja 

oznacza koszty, których, przynajmniej na razie, nie jest w stanie ponieść. 

Zdawała sobie sprawę, że w końcu będzie musiała się na coś zdecydować - 

może na mały spokojny domek na przedmieściach? Taki, w którym miałaby 

warunki do wychowywania dziecka, które niewątpliwie będzie miała, jeśli tylko 

Whit Manning się zgodzi. Jeśli w ogóle wróci do domu. 

Zaczęła już w to wątpić, gdy otworzyły się drzwi. Whit zdecydowanie 

potrzebował prysznica. Jego ciemne włosy były całe mokre, a wilgotny T-shirt 

opinał klatkę piersiową. Mallory starannie zignorowała nagły przypływ gorąca 

na jego widok i spokojnie kontynuowała malowanie paznokci u nóg. 

Dokończyła duży palec i zakręciła buteleczkę z lakierem. 

- I co o tym myślisz? 

Omiótł ją wzrokiem od stóp do głów. 

- Pasuje ci ten kolor. Twoje stopy wyglądają bardzo pociągająco. 

Mallory z trudem stłumiła śmiech, pamiętając, że rozmiarem buta 

dorównywała swoim braciom. 

- Nie pytam o poradę w sprawie koloru lakieru do paznokci. Co myślisz o 

mojej propozycji? 

Pochylił się, opierając dłonie na kolanach. 

- Myślę, że o czymś mi nie powiedziałaś. I chciałbym to usłyszeć. 

Mallory przybrała niewinny wyraz twarzy. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

background image

 

- Wiesz, wiesz. Widzę to w twoich oczach. 

Co tu dużo mówić, był dobry w te klocki. Zapewne panie, których numery 

widniały w jego czarnym terminarzu, mogłyby jej nieco więcej powiedzieć na 

ten temat. Jednak jego umiejętności w kontaktach damsko-męskich nie powinny 

jej obchodzić, o ile tylko zrobi to, co do niego należy. Oczywiście musi go 

najpierw do tego przekonać. 

Wyprostowała się, przywołując wszystkie starannie obmyślane 

argumenty, oprócz tego najważniejszego. 

- Po pierwsze, moi rodzice dobiegają siedemdziesiątki. Jestem ich jedyną 

córką. Nie wiem, ile czasu im jeszcze zostało, a chcę, by moje przyszłe dziecko 

miało szansę poznać dziadków. 

- W obecnych czasach mogą jeszcze spokojnie pożyć ze dwadzieścia lub 

trzydzieści lat. 

Pierwszy argument obalony. 

- Nie mogę być pewna, czy w ciągu tych dwudziestu lat uda mi się 

spotkać odpowiedniego faceta. Szczerze mówiąc, mam marne szanse, biorąc 

pod uwagę fakt, że nie mam czasu na randki. 

- Ale uważasz, że masz wystarczająco dużo czasu na dziecko, tak? - 

zapytał sceptycznie. 

- Jakoś to zorganizuję. 

- A co z twoimi ambitnymi planami zawodowymi? 

- Nic się nie zmieniło. Jeśli się postaram o dziecko teraz, będę mogła 

znowu skoncentrować się na karierze, kiedy pójdzie do szkoły. 

- A sztuczne zapłodnienie? Staje się przecież coraz bardziej popularne 

wśród kobiet, które nie mają zamiaru się wiązać. 

- Myślałam o tym, ale nie chcę, by ojcem mojego dziecka był obcy dla 

mnie człowiek. Poza tym oznacza to kurację hormonalną i horrendalne koszty. 

Uważam, że najlepsza jest droga naturalna, a środki medyczne są ostatecznością 

R S

background image

 

w razie problemów. Jeśli nie będę w stanie zajść w ciążę w normalny sposób, 

wtedy rozważę inne opcje. 

- Czy to oznacza, że jeśli się zgodzę, zrobimy to jak Pan Bóg przykazał? 

- Chyba że wolisz, żebym kupiła strzykawkę. - Uśmiechnęła się z 

politowaniem. 

Whit powstrzymał wypływający mu na twarz uśmiech i zaczął 

przemierzać pokój. 

- I naprawdę nie chcesz najpierw stanąć na ślubnym kobiercu? 

- Miło z twojej strony, że o tym wspominasz, ale dziękuję, te atrakcje 

mam już za sobą. 

- Ach tak, pamiętam. Jak mu było na imię? Gary? 

- Jerry. Na nazwisko powinien mieć Kretyn. 

- Fakt, nigdy nie lubiłem tego faceta - stwierdził Whit, przeczesując włosy 

ręką. 

- Okazało się, że ja w sumie też. Spodziewałam się małżeńskiego 

szczęścia, otrzymałam rok z niedojrzałym samcem szukającym tylko okazji, 

żeby się wyplątać z niewygodnej przysięgi małżeńskiej. I udało mu się, o czym 

nie bez satysfakcji poinformowała mnie jego nowa miłość z pokaźnym już 

wtedy brzuchem. 

- Nadal nie rozumiem, skąd ta pospieszna decyzja o ślubie - uśmiechnął 

się Whit. 

Wszystkim się zdawało, że ich szybki ślub w wieku dwudziestu lat był 

wynikiem nieplanowanej ciąży. To jednak zdarzyło się trochę później. 

- Skoro musisz wiedzieć, zgodnie z wychowaniem jakie otrzymałam, 

pewne rzeczy chciałam zacząć dopiero po ślubie. 

- Byłaś dziewicą? 

- Pewnie. Nietkniętą nawet palcem. Moja matka mogła być ze mnie 

dumna. 

R S

background image

 

10 

Zresztą później się okazało, że cały ten seks jest doprawdy 

przereklamowany. 

- Skoro już sama wspomniałaś o rodzicach, nie wydaje mi się, żeby im się 

spodobał pomysł nieślubnego dziecka. 

- Być może masz rację, ale nie zamierzam ich pytać o zdanie. 

- Chcesz ukryć fakt, że jesteś w ciąży, i pojawić się pewnego pięknego 

dnia na ich progu z dzieckiem na ręku? Mamo, tato, zobaczcie, co znalazłam na 

wycieraczce! 

- Oczywiście, że nie. Nie mam zamiaru nic im mówić, dopóki nie zajdę w 

ciążę. To może chwilę potrwać. 

- Dlaczego tak mówisz? Jesteś młoda i zdrowa.  

Nadeszła pora, by mu wyznać prawdę, a przynajmniej jej część. Czuła, że 

nie jest w stanie powiedzieć mu o dziecku, które straciła pięć miesięcy po 

ślubie. Nawet jej rodzina nie miała o tym pojęcia. Nie potrafiła opisać słowami 

pustki, jaką czuła od czasu poronienia. A przecież nawet nie była wtedy gotowa 

na dziecko. Teraz czuła, że bardziej gotowa już nigdy nie będzie. 

- Usiądź koło mnie. 

Posłuchał bez słowa i usiadł kilka centymetrów obok na kanapie. Mallory 

obracała na palcu pierścionek, który otrzymała od rodziców w dniu ukończenia 

studiów.  

Zawsze czuła, że jest przez rodziców kochana. Teraz chciała dać taką 

samą miłość swojemu dziecku. Wzięła głęboki oddech i rozpoczęła wyjaśnienia: 

- Kilka tygodni temu byłam na badaniach kontrolnych. Gdy powiedziałam 

lekarzowi o moich planach, dał mi skierowanie do specjalisty zajmującego się 

leczeniem niepłodności. 

- Dlaczego? - zapytał zaniepokojony. 

- Kilka lat temu przeszłam drobną infekcję, która prawdopodobnie 

uszkodziła jeden jajnik. Teraz tylko jeden działa prawidłowo. 

- Przykro mi, Mallory. Czy to bolesne? 

R S

background image

 

11 

- Nie, ale może utrudnić zajście w ciążę. Mam przez to tendencję to 

nieregularnych miesiączek. 

Na widok jego miny przewróciła oczami. 

- Nie wygłupiaj się, Manning. Nie będziesz przecież udawał 

zażenowanego, rozmawiając ze mną o takich sprawach. 

- No cóż, nie jest to temat, który zwykle poruszamy przy śniadaniu. 

- Cóż, mając pięciu starszych braci, przywykłam już nie robić z 

comiesięcznej dolegliwości wielkiej tajemnicy. 

Whit się uśmiechnął. 

- Nie chcę cię wystraszyć, Whit. Poza tymi problemami, wszystko jest ze 

mną w porządku. Jeśli podejdziesz do tego bez emocji, zrozumiesz, że to tylko 

kwestia umowy między nami. 

- Umowy? - Nawet się nie starał ukryć zdumienia. - Mówisz o dziecku, a 

nie zakupie pralki, na miłość boską. 

- Wiem, ale nie musimy niepotrzebnie komplikować sprawy. Spróbujmy, 

a jeśli się nie uda, przynajmniej będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co w 

mojej mocy. 

- Myślę, że nie ma wątpliwości co do powodzenia akcji - uśmiechnął się. 

- Czy to oznacza, że się zgadzasz? 

Przez chwilę milczał, jednak w jego wzroku Mallory dostrzegła 

współczucie. 

- Czy to dla ciebie aż takie ważne?  

- Tak. 

- I jeśli się zgodzę, nie będziesz miała nic przeciwko moim kontaktom z 

dzieckiem, gdy nasze drogi się rozejdą? 

- Mówiłam ci już. Naprawdę uważam, że dziecko to zobowiązanie na całe 

życie. 

Whit otarł spocone czoło. 

- Nie wiem, czy pożyję długo. 

R S

background image

 

12 

- Co masz na myśli? 

- Loganowi się to nie spodoba. 

Mallory się spodziewała, że przyjaźń z jej bratem może odstraszać Whita 

od podjęcia decyzji. 

- Pozwól, że ja się zajmę Loganem, kiedy przyjdzie pora. 

- Wciąż nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. Mallory 

zdecydowała się wyłożyć ostatnią kartę na stół. 

- Wiesz, to może być całkiem miłe doświadczenie. Chyba że sama myśl o 

seksie ze mną napawa cię odrazą. 

Whit śledził ruch jej ręki przesuwającej się powoli po jego ramieniu. 

- O'Brien, czy ty się starasz mnie uwieść? 

- A jak ci się wydaje? 

Podniósł na nią wzrok. 

- Weź pod uwagę, że masz do czynienia z facetem, który od kilku 

miesięcy nie spotykał się z żadną kobietą. 

- Nie widzę w tym nic złego. 

Zanim zdążyła mrugnąć, Whit przycisnął ją swoim ciężarem do kanapy. 

- Jesteś pewna, że tego chcesz? 

Nie spodziewała się, że Whit zareaguje tak szybko. Przełknęła ślinę. 

- To zależy od tego, co chcesz zrobić. Spodziewała się, że będzie chciał ją 

trochę wystraszyć. 

- Żadnych pocałunków, dopóki nie dasz mi odpowiedzi. Odgarnął dłonią 

włosy z jej czoła. 

- A jeśli nie spodoba ci się sposób, w jaki całuję? Nadal będziesz chciała 

iść ze mną do łóżka? 

Poczuła, jak jej oddech staje się płytki i szybki. 

- Twoje umiejętności niewiele tu znaczą. Bardziej liczy się dla mnie 

umiejętność doprowadzenia sprawy do końca. 

- Masz co do tego jakieś wątpliwości? - Uśmiechnął się. 

R S

background image

 

13 

- Myślę, że jesteś normalnym mężczyzną. Wystarczy jedno słowo i 

żołnierz jest gotowy do walki - odparła, rzucając znaczące spojrzenie w stronę 

jego spodni. 

Whit odsunął się na drugi koniec kanapy. Mijały kolejne sekundy, potem 

minuty, a on wciąż milczał zatopiony w myślach. Mallory siedziała cicho, chcąc 

mu dać czas na przemyślenie odpowiedzi. Czekanie wydawało się wiecznością. 

W końcu westchnął z rezygnacją i powiedział: 

- Dobrze. Zgadzam się. 

- Naprawdę? 

- Tak. Chyba oszalałem, ale skoro naprawdę tego chcesz, spróbuję. 

W nagłym przypływie radości Mallory zaczęła obsypywać jego twarz 

pocałunkami jak z dubeltówki. Chciała mu powiedzieć, że nie będzie żałował, 

jednak wyraz jego oczu odebrał jej mowę. Ona sama nie spotykała się z nikim 

już od dłuższego czasu, potrafiła jednak rozpoznać pożądanie w oczach 

mężczyzny. A przecież Whit nigdy do tej pory tak na nią nie patrzył. 

Bez słowa położył dłoń na jej karku i przyciągnął jej usta do swoich. Jeśli 

ten pocałunek miał być dowodem jego umiejętności na tym polu, spełnił swoje 

zadanie. Dotyk jego warg i języka w okamgnieniu wywołał w niej reakcję, jakiej 

nigdy wcześniej nie zaznała. A przecież jeszcze nie nadeszła właściwa pora. 

Pogłębił pocałunek, nie dając jej szans na protest. Nie myślała zresztą o tym, 

zatapiając się bez reszty w tym cudownym uczuciu. 

Choć Mallory wcale nie miała ochoty kończyć, Whit najwyraźniej podjął 

taką decyzję, gdyż odsunął ją od siebie zdecydowanym ruchem. 

- Może być, O'Brien? 

Może być? Mało brakowało, a wyskoczyłaby z ubrań już teraz, 

zapominając o swoim celu. 

- Mówiłam ci już, że nie zależy mi na twoich umiejętnościach na tym 

polu. Decydujemy się na seks w celach prokreacyjnych. Nie musisz mi niczego 

udowadniać. 

R S

background image

 

14 

- Rozumiem. Niniejszym zostałem zatrudniony jako byk rozpłodowy. 

- W pewnym sensie tak - odparła, niechętnie podnosząc się z kanapy. 

- Jeszcze jedno pytanie.  

- Tak? 

- Czy zaczynamy rozmnażanie już dzisiaj? - zapytał niskim, wibrującym 

głosem. 

- Nie. Za trzy dni.  

- Dopiero? 

- Wtedy będę miała owulację. Jeśli w ogóle, oczywiście. - Mallory 

chwyciła lakier do paznokci i odwróciła się w stronę łazienki. 

Jego reakcja była natychmiastowa. Zastąpił jej drogę i wziął ją w ramiona. 

- Teraz, kiedy się zgodziłem, każesz mi czekać aż trzy dni? 

- Jestem pewna, że dasz sobie radę. Potraktuj to jak przygotowanie przed 

ważnym meczem. 

- Łatwo ci mówić. Przez trzy dni nie będę się mógł na niczym innym 

skupić. 

Mallory z trudem stłumiła śmiech. Jednak pomimo wypełniającej ją 

radości decyzja, którą wspólnie podjęli, budziła też obawy. Będzie miała 

dziecko ze swoim współlokatorem. A przynajmniej postarają się wspólnie o 

dziecko. To właśnie perspektywa tego starania napełniała ją strachem i 

podekscytowaniem. 

Whit Manning był mężczyzną nieuznającym półśrodków. Sądząc po 

pocałunku sprzed kilku chwil, w łóżku nie da sobie taryfy ulgowej. Ona jednak 

musiała pamiętać, że nie może sobie pozwolić na uczuciowe zaangażowanie. 

Kochała go jak brata i tak miało pozostać. Będą uprawiać seks jedynie ze 

względu na dziecko, nie częściej niż trzy dni w miesiącu. Bez uczuciowego 

zaangażowania i związanych z nim oczekiwań. 

R S

background image

 

15 

Martwiła ją jedynie jedna myśl. Ona miała wystarczająco dużo czasu, by 

przemyśleć swoją decyzję, a Whit podjął ją w przeciągu kilku godzin. Co 

będzie, jeśli jutro rano się rozmyśli? 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Chyba postradał zmysły. Nie miał przecież zielonego pojęcia o 

wychowywaniu dzieci. Teraz, siedząc przy biurku i usiłując się skoncentrować 

na pracy przed czekającym go za dwadzieścia minut spotkaniem z zespołem 

architektów, nie potrafił przestać myśleć o dręczącym go przez całą noc pytaniu. 

Czy nie popełnił życiowego błędu, zgadzając się na propozycję Mallory? 

W jednym na pewno miała rację - zawsze uciekał od wszelkich 

zobowiązań. Do tej pory wszystkie znane mu małżeństwa okazały się pomyłką. 

Jego ojciec miał już za sobą dwa nieudane związki, a trzeci również nie 

zapowiadał się obiecująco. Matka zaś bez skrupułów porzuciła swoje jedyne 

dziecko. W rok po rozwodzie wyjechała w nieznane, szukając sensu życia. Od 

tamtej pory zamieszkał z ojcem i zaprzyjaźnił się z rodziną O'Brienów. Byli 

wspaniali, stanowili jego bezpieczną przystań, jednak nigdy się nie pogodził z 

nagłym wyjazdem matki i faktem, że kontakty z ojcem ograniczały się do 

zdawkowych życzeń urodzinowych. Nawet nie zadzwonił do niego z 

gratulacjami z okazji ukończenia szkoły. 

W pewnym sensie przyczyny ucieczki swojej matki upatrywał w 

zaborczości ojca. Musiał jednak przyznać, że to ojciec nauczył go wszystkiego, 

co wiedział o projektowaniu. To właśnie on wprowadził go w najbardziej zawiłe 

tajniki zawodu. Whit czuł się jego dłużnikiem i to poczucie kosztowało go 

rezygnację ze swoich własnych marzeń i planów. To się musiało kiedyś 

skończyć. 

R S

background image

 

16 

Chyba jednak nie dzisiaj, pomyślał Whit, kiedy do pokoju wpadł Field - 

mężczyzna sukcesu z piękną opalenizną, z posrebrzanymi skroniami i złością w 

oczach. 

Whit przygotował się w myślach na cotygodniowy wykład. 

- Znowu pokpiłeś sprawę, synu. 

- Dzień dobry, tato. Co tym razem schrzaniłem? - zapytał Whit, słysząc 

jakże znajome słowa powitania. 

- Barclay powiedział mi, że w projekcie uwzględniłeś tylko trzy sale 

konferencyjne zamiast czterech. To niewybaczalny błąd. 

Whit z trudem powstrzymywał złość. 

- Staruszek Barclay zmienił zdanie po ukończeniu wstępnej wersji 

projektu. Wprowadziłem poprawki, gdy spędzałeś z żoną romantyczny 

weekend. - Nowa macocha Whita, Rebeka, była od niego zaledwie o sześć lat 

starsza. 

Whit najbardziej lubił te właśnie chwile, kiedy udawało mu się wytrącić 

ojcu broń z dłoni. Jak zwykle jednak ojciec szybko odzyskał rezon, gotowy na 

wbicie kolejnej szpili. 

- Okropnie wyglądasz, Whit. Na pewno zmieniasz panienki jak 

rękawiczki, choć nie stać cię na tak kosztowne hobby, zwłaszcza w trakcie tak 

ważnego projektu. 

- Wiesz co, tato? To, co robię w moim życiu prywatnym, nie powinno cię 

obchodzić. Skoro już musisz wiedzieć, z nikim się aktualnie nie spotykam. Jeśli 

to się zmieni, możesz być pewien, że będziesz ostatnim, który się o tym dowie. 

Field zacisnął zęby. 

- To dobra wiadomość. Nie jesteś jeszcze gotów, żeby się wiązać. 

- Masz rację, nie jestem. I biorąc pod uwagę przykład, jaki mi dałeś, być 

może nigdy nie będę. 

W oczach Fielda błysnęła złość. 

R S

background image

 

17 

- Nie mam nawet zamiaru odpowiadać na taką zaczepkę. W przypadku 

obu rozwodów miałem ważne powody. Chciałem ci jedynie oszczędzić 

brudnych szczegółów. 

- O jakich ważnych powodach mówisz? Czyżby o swojej potrzebie 

kontrolowania wszystkiego i wszystkich dookoła? To nie tajemnica. Gdy ktoś 

nie chce się podporządkować, wyrzucasz go na zbity pysk 

- Mów sobie, co chcesz, ale ja przynajmniej potrafię wytrwać w związku 

dłużej niż kilka tygodni. 

No tak, oczywiście on nigdy nie był winny. Whit ostentacyjnie spojrzał na 

zegarek i zwrócił się do ojca: 

- Chciałbyś jeszcze mnie za coś skrytykować? Bo mam dzisiaj dość 

napięty grafik. Ale możemy się umówić na jutro. Będziesz mógł sobie 

przygotować całą listę moich wad i błędów. 

- Nie bądź ironiczny, Whit. 

- Nauczyłem się tego od ciebie. 

Field przez dłuższą chwilę nie spuszczał z niego wzroku. 

- Być może popełniłem wiele błędów, ale zasługuję chyba na trochę 

więcej szacunku za to, co dla ciebie zrobiłem, odkąd odeszła twoja matka. 

Jesteś moim dłużnikiem, zadźwięczało znowu w głowie White. 

- Wiem, że wiele ci zawdzięczam. Często mi o tym przypominasz. Jednak 

wydaje mi się, że wszyscy rodzice pomagają swoim dzieciom i nie wymagają za 

to zapewnień o dozgonnej wdzięczności. 

- Ja również nie wymagam. Chciałbym jednak, żebyś dostrzegał to, co 

masz. I byłoby miło, gdybyś w końcu dorósł. 

Field opuścił biuro z aroganckim wyrazem twarzy, zamykając za sobą 

drzwi odrobinę głośniej, niż należało. Whit przez chwilę rozmyślał nad słowami 

ojca i doszedł do zadziwiającego wniosku. Potrafił być odpowiedzialny i teraz 

pojawiła się możliwość dowiedzenia tego zarówno sobie, jak i ojcu. Mógł być 

przecież lepszym ojcem, a przez to lepszym człowiekiem. 

R S

background image

 

18 

Da Mallory dziecko, którego tak bardzo pragnie, i w ten sposób wzniesie 

się ponad nieustanną krytykę Fielda. Będzie też aktywnie uczestniczył w 

wychowaniu dziecka, nie tak jak jego własna matka. 

Miał również zamiar czerpać tyle radości z całego przedsięwzięcia, ile się 

da. Ta myśl sprawiła, że z większym optymizmem pomyślał o nadchodzącym 

dniu. 

Mallory była podenerwowana, głodna i wyczerpana. Co gorsza, w kuchni 

urzędował właśnie półnagi mężczyzna. To prawda, kuchnia należała do niego, 

jednak czy naprawdę musiał paradować przed nią opasany jedynie luźno zwią- 

zanym ręcznikiem? Dziwna sprawa. Widywała go w takim stroju już wcześniej, 

jednak wtedy nie myślała o nim jako o przyszłym ojcu swojego dziecka. 

Podniosła pokrywkę i zamieszała warzywa, chcąc się oderwać od uporczywej 

myśli, co też się kryje pod czarnym ręcznikiem. Nie zadziałało to zbyt dobrze, 

gdyż po chwili poczuła na swoim ramieniu męską dłoń. Whit zaglądał jej przez 

ramię do garnka. 

- Pachnie smakowicie - stwierdził. 

Ty też, pomyślała Mallory. Pachniał jak rozgrzane letnie popołudnie. 

Odłożyła pokrywkę, ale nie śmiała na niego spojrzeć. 

- Marchewka, groszek i ziemniaki. 

- A co jest w piekarniku? 

- Halibut. 

- Wiesz, że nienawidzę ryb i owoców morza. Mallory odwróciła się i 

splotła ręce. 

- Mówiłeś mi tylko, że nie jadłeś ich od czasów szkoły średniej. Może 

nadszedł czas, żeby im dać drugą szansę? 

- Ale po co? 

Zdecydowała się wyjawić część prawdy. 

- Bo to zdrowe. 

R S

background image

 

19 

- A to co? - spytał Whit, chwytając kartkę leżącą na stole. Mallory 

podskoczyła, próbując wyrwać mu ją z dłoni, ale on podniósł ręce wysoko do 

góry. Mallory była wyższa niż większość kobiet, ale i Whit przewyższał 

wzrostem większość mężczyzn. Był również silniejszy i szybszy od niej, nic 

dziwnego więc, że bez trudu unieruchomił jej nadgarstki i zaczął czytać tekst na 

kartce. 

Uśmiech na jego twarzy wypłynął chwilę potem. 

- Stare dobre sposoby na zapewnienie sobie płci dziecka?  

Mallory wykorzystała moment, kiedy zwolnił uścisk, i wyrwała mu kartkę 

z rąk. 

- To tylko kilka wskazówek - odparła, składając listę i chowając ją do 

kieszeni. - Wydały mi się interesujące. 

- Znalazłaś to w internecie? - Uśmiechnął się szeroko.  

Mallory odwróciła się do niego plecami i zamieszała w garnku. 

- Tak, a coś w tym złego? 

- Nic, ale przyznaję, że jestem trochę zaskoczony. 

- Dlaczego? Lepiej być przygotowanym - odparła, rzucając mu 

ukradkowe spojrzenie. 

- Spodziewałem się, że znajdziesz na ten temat mnóstwo przydatnych 

informacji, bo to pasuje do twojej osobowości. Ale stare przesądy i zabobony? 

Trudno mi w to uwierzyć. 

- Czasem stare sposoby okazują się najlepsze. A poza tym pogódź się z 

faktem, że nie wiesz jeszcze o mnie wszystkiego. 

- Ale mam zamiar się dowiedzieć. Spojrzała na niego uważnie. 

- Każda dziewczyna ma swoje sekrety, Whit. 

- A facet powinien znaleźć sposób, by je odkryć. 

- Pobożne życzenia - mruknęła, choć po plecach przebiegł jej dreszcz. 

- Wiem. - Roześmiał się. 

Mallory zdecydowała się zmienić temat. 

R S

background image

 

20 

- Skoro już mowa o dzieciach, idź do mojej sypialni. Na łóżku znajdziesz 

prezent, który ci dziś kupiłam. 

- Nie potrzebuję żadnych wspomagaczy, jeśli to o to chodzi. 

- Kupiłam ci bokserki. 

- Wolę slipki - skrzywił się Whit. 

- Potraktuj to jako tymczasową odmianę. Potem możesz znowu nosić, co 

ci się podoba. 

Pochylił się w jej stronę i zapytał: 

- Potem, czyli... po prokreacji?  

- Tak. 

- Czy to naprawdę konieczne?  

Mallory wzruszyła ramionami. 

- Podobno lepiej nie krępować pewnych części ciała. 

- To już chyba wolę po prostu nie nosić bielizny.  

Mallory zaśmiała się, jednak szybko przestała na widok ruchu jego ręki w 

kierunku ręcznika. 

- Nie waż się. 

- Dlaczego nie? Skoro mam nie krępować pewnych części ciała... 

Doprawdy niezły pomysł, bezwiednie pomyślała Mallory. 

- Czy te twoje nowe pomysły mają coś wspólnego z tą listą? 

- Tak. 

- Noszenie bokserek pomaga w zaplanowaniu płci dziecka? 

- Tak mówią. 

- Kto tak mówi? 

- Osoby, które opracowały listę. 

Whit z zastanowieniem pogładził podbródek. 

- Jeszcze jedno pytanie. Chcesz chłopca czy dziewczynkę? 

- Myślałam raczej o dziewczynce. 

- A jeśli ja chcę syna? 

R S

background image

 

21 

Jakie to typowe, pomyślała Mallory. 

- Masz pięćdziesiąt procent szans.  

Kiwnął głową w kierunku jej kieszeni. 

- Trochę zmniejszasz moje szanse, stosując te porady. 

- Myślałam, że nie wierzysz w takie zabobony - uśmiechnęła się. 

- Bo nie wierzę, jednak na wszelki wypadek wolę nie ryzykować. 

Mallory zdecydowała się wyciągnąć ostatniego asa z rękawa. 

- To ja będę musiała być na górze. 

Whit zamilkł na chwilę, po czym stwierdził: 

- No to będziemy mieli dziewczynkę. 

Rzucił jej krótkie spojrzenie, a w jego ciemnych oczach Mallory 

dostrzegła niebezpieczny błysk pożądania. 

- Idź przymierzyć bokserki, a ja nakryję do stołu. Wieczór jest ciepły, 

więc możemy zjeść na tarasie. 

Gdy wyszedł, Mallory nałożyła solidne porcje na talerze i ustawiła je na 

szklanym okrągłym stole stojącym na tarasie pod błękitnym parasolem. 

Apartament Whita znajdował się na ostatnim piętrze, więc z okien sypialni i z 

tarasu roztaczał się zapierający dech w piersiach widok. Mallory podeszła do 

barierki, nie odrywając wzroku od płomiennego zachodu słońca na horyzoncie. 

Wieczór był jej ulubioną porą, jednak tego dnia wszystko dookoła wydawało się 

takie nierealne. Relacje między nią a Whitem gwałtownie się zmieniały. 

Przygotowanie się na seks według dokładnie określonego planu było dla niej 

dużym wyzwaniem. Należało przede wszystkim trzymać swoje uczucia na 

wodzy. Nie mogła zapomnieć, że Whit był jej przyjacielem i współlokatorem. 

Między nimi nie było miejsca na coś więcej. 

To prawda, był świetnym facetem, ale był również uwodzicielem. Już raz 

zrobiła fatalny błąd, wiążąc się z podobnym mężczyzną. Nie miała zamiaru 

popełniać tego samego błędu po raz drugi, niezależnie od tego, jak kusząca 

wydawała jej się teraz ta perspektywa. 

R S

background image

 

22 

Mallory usiadła przy stole, czekając na powrót Whita. Po kilku minutach 

zjawił się w drzwiach, prezentując bieliznę, którą kupiła w przerwie na lunch. 

Nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Whit nie był zadowolony, ale 

naprawdę wyglądał uroczo w czerwonych bokserkach, na środku których 

widniała żółta, uśmiechnięta buzia. Spojrzał na nią wymownie. 

- Powiedz mi, że to tylko głupi żart. 

- Nie podobają ci się? - Zachichotała. 

- Wyglądam jak kretyn.  

Według Mallory wyglądał bosko. 

- Przestań, przecież i tak nikt ich nie będzie widział. 

- Teraz nie. Ale jeśli mam je włożyć do pracy, to koledzy je zobaczą. 

- Chyba nie planujesz udać się do biura bez spodni. 

- No wiesz, od czasu do czasu muszę pójść do łazienki.  

No tak, zapomniała o męskim zwyczaju ucinania sobie pogawędek przy 

pisuarach, który zawsze nieodmiennie budził jej zdziwienie. Kobiety wybierały 

sobie bardziej cywilizowane miejsca do plotek. 

- Przecież masz swoją prywatną łazienkę przy gabinecie, Whit. Poza tym 

nie powinieneś się tak bardzo przejmować tym, co myślą o tobie inni. Ja 

uważam, że te bokserki są cudne. 

Whit skrzywił się z niesmakiem. 

- Nie martw się, kupiłam ci jeszcze kilka par bez żadnych nadruków - 

uspokoiła go, rozkładając na kolanach czarną serwetkę. - W twoim ulubionym 

odcieniu granatu. 

- To gdzie one są? Wolałbym się od razu przebrać. 

- W pralni. Chciałam je najpierw wyprać, żeby materiał cię nie podrażniał 

- odparła, wskazując ręką na pełny talerz. - Czas na kolację, jedzenie stygnie. 

- Chyba straciłem apetyt na jedzenie - powiedział wolno, nie odrywając 

od niej roziskrzonych oczu. 

R S

background image

 

23 

- Jeszcze dwa dni, Whit. Zbieraj siły - rzuciła lekko, myśląc, że i jej 

zaczyna się dłużyć ten czas nieustannego wyczekiwania. 

- Nie bój się, wszystkiemu podołam. 

- Świetnie. Zjedzmy w końcu kolację. 

Rzucił okiem na talerz i skrzywił się pogardliwie. 

- Nie jestem pewny, czy będzie mi smakowało. 

- Nie dowiesz się tego, dopóki nie spróbujesz. 

- Moje przeczucia zazwyczaj się sprawdzają - stwierdził ponuro. - Zwykle 

doskonale wiem, czy coś mi się spodoba, czy nie. 

- Weź chociaż jeden kęs. Jeśli stwierdzisz, że nie da się przełknąć, zrobisz 

sobie kanapkę z szynką. 

Kiedy sięgnął po solniczkę, zatrzymała go. 

- Nie rób tego. 

Spojrzał na nią zaskoczony. 

- Dlaczego nie? 

- Już doprawiałam. Poza tym zbyt duża ilość soli może ci zaszkodzić. 

Punkt numer pięć na liście. Nadmiar soli nie jest wskazany, jeśli para 

stara się o dziewczynkę. 

Nieco naburmuszony uniósł widelec do ust. Widząc to, Mallory również 

zabrała się za jedzenie i zanim się obejrzała, talerz Whita był już pusty. To 

raczej ona miała trudności ze skończeniem swojej porcji. Uśmiechnęła się z 

nieukrywaną satysfakcją. 

- Nie było chyba takie najgorsze, co? 

Odsunął na bok pusty talerz i założył ręce za głowę. 

- Całkiem niezłe. Co na deser? 

Przez głowę Mallory przemknęło kilka pomysłów. 

- Lody są w zamrażarce. 

- Na schłodzenie nastroju? 

- Jeszcze tylko dwa dni, Whit - przypomniała mu z uśmiechem. 

R S

background image

 

24 

- No tak. Dwa dni, zanim skonsumujemy nasz układ. Może powinniśmy 

wykorzystać te dwa dni na grę wstępną? 

Zdrowy rozsądek podpowiadał Mallory, że wkraczają na grząski grunt. 

Czuła, jak jej ramiona pokrywa gęsia skórka. 

- Uważam, że powinniśmy się z tym wstrzymać. 

- Dobrze. Jeśli się czujesz na siłach... - Wstał z krzesła i podszedł do niej 

wolnym krokiem. 

- Muszę wziąć prysznic. 

- Mogę się przyłączyć? 

Mallory wywinęła się pod jego ramieniem i zaczęła zbierać ze stołu 

talerze. 

- Na miłość boską, Whit, jeśli to jest twój sposób na uwodzenie 

dziewczyn, to naprawdę się dziwię, że odnosisz jakieś sukcesy. Cześć, jestem 

Whit. Chodźmy na kolację, a potem się zabawimy. 

Uśmiechnął się ironicznie. 

- Czasami przynoszę najpierw kwiaty. 

Jerry zawsze przynosił jej kwiaty po tym, jak nie wracał do domu na noc. 

To jedyne, co od niego otrzymała podczas ich krótkiego małżeństwa, oprócz 

nieplanowanej ciąży. 

- I co? Wskakują ci do łóżka jak oparzone? 

Popatrzył na nią urażony. 

- To był żart, Mallory. Nie myślę wciąż tylko o jednym. A poza tym, jeśli 

sobie dobrze przypominam, to wszystko był twój pomysł. 

To prawda, pomyślała Mallory. A jednak nagle poczuła się tak, jak gdyby 

znowu ktoś ją chciał wykorzystać. Odwróciła się do niego i powiedziała, siląc 

się na uśmiech: 

- Wiem, że żartowałeś. Zawsze ze wszystkiego żartujesz. 

- To dlatego, że jesteś dla mnie... - urwał w pół słowa i odwrócił wzrok. 

R S

background image

 

25 

- Kumplem? - Niespodziewanie dla niej samej zabolało ją to. - Doskonale 

zdaję sobie z tego sprawę. Jednak z kumplem nie ma się dziecka. 

- Myślisz, że o tym nie wiem, Mallory? Wierz mi, kiedy myślę o tym, co 

ma się wydarzyć za dwa dni, kumpelstwo jest ostatnią rzeczą, która przychodzi 

mi na myśl. - Postąpił krok w jej stronę. - I wiesz co? Nawet nie muszę się za- 

stanawiać, czy będzie mi się to podobało, czy nie. I jestem pewien, że ty 

również. 

Oby tylko starczyło jej pewności siebie, gdy będzie z nim sam na sam w 

sypialni. 

- To nieistotne, czy mi się będzie podobało, czy nie. Chcę po prostu zajść 

w ciążę. 

- A ja zrobię wszystko, żeby ci się spodobało. Obawiam się, że potem 

będzie nam trudno przestać. 

- Chcę mieć dziecko, Whit, to wszystko. 

- Oczywiście, Mallory. Ja chcę ci jednak dać trochę więcej niż dziecko. 

Z tymi słowami zabrał jej talerze z dłoni i wszedł do kuchni, zostawiając 

ją samą na tarasie, pogrążoną głęboko w myślach. 

Whit Manning okazał się prawdziwym wyzwaniem. Miała nadzieję, że 

uda jej się mu sprostać. 

Rozpoczęła się już druga połowa meczu, a Whit wciąż nie mógł się 

skoncentrować na grze. Czuł się dotknięty faktem, że Mallory ma o nim tak złą 

opinię. To prawda, spotykał się do tej pory z wieloma kobietami, jednak wbrew 

temu, co o nim mówiono, nie sypiał, z kim popadnie. Kilka razy miał już nawet 

nadzieję na poważny związek, ale po chwili zaczynało mu brakować 

niezależności. Tak naprawdę nikt do tej pory, oprócz Mallory, nie poznał 

prawdziwego oblicza Whita Manninga. 

Ta myśl nie dawała mu spokoju. Znała go lepiej niż jakakolwiek inna 

kobieta. Może miała co do niego rację? Rzeczywiście poza pracą nie potrafił do 

niczego w życiu podejść poważnie. Było tak, odkąd pamiętał, odkąd opuściła go 

R S

background image

 

26 

matka i musiał przybrać pozę błazna, aby ukryć swój ból. Ale to już przeszłość i 

naprawdę miał zamiar się zmienić. Potrafił podejść do życia na serio. 

Zdecydował się na ten układ, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że bycie 

ojcem to nie zabawa. Przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by nie powtarzać 

błędów swojego ojca. Obiecał sobie również nie naciskać więcej na Mallory. 

Mógł przecież poczekać te dwa dni i przez ten czas trzymać buzujące hormony 

na wodzy. 

Gdy tylko weszła do pokoju, poczuł, że nie będzie mu łatwo dotrzymać 

danej sobie obietnicy. Sam jej widok i zapach doprowadzał go do stanu wrzenia. 

- Proszę, oto twoje lody - powiedziała, wręczając mu pucharek. 

Miał cichą nadzieję, że wróci do swojego pokoju, jednak ona rozsiadła się 

wygodnie na kanapie, rzucając okiem na ekran. 

- Kto wygrywa? 

Do diabła z tym wszystkim. Nie mógł myśleć o niczym innym, jak tylko o 

tym, by ją natychmiast wziąć w ramiona. 

- Nie wiem, dopiero przełączyłem - skłamał. Nie mógł się z nią przecież 

podzielić swoimi przemyśleniami. Szczerze mówiąc, wynik meczu niewiele go 

dziś obchodził. 

Pochłonął porcję lodów w zawrotnym tempie. Odstawił pucharek i oparł 

się o kanapę, uważnie studiując jej profil. Zatknęła kosmyk włosów za ucho, 

odsłaniając delikatną linię podbródka. Nie mogąc się powstrzymać, ostrożnie 

dotknął dłonią jej karku. Poczuł, jak zesztywniała, więc szybko cofnął rękę. 

- To się nie uda. 

- Wiem. Morton zdecydowanie nie panuje nad piłką. 

- Dobrze wiesz, że nie mówię o meczu. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - stwierdziła, nie odrywając oczu od 

ekranu. 

- Spójrz na mnie, Mallory. Odwróciła się, opierając łokieć o kanapę. 

- Patrzę. O co chodzi? 

R S

background image

 

27 

- O nas. To się nie uda, jeśli będziesz się spinać pod wpływem mojego 

dotyku. 

Odwróciła wzrok. 

- Przepraszam. Po prostu jestem trochę zdenerwowana. Minęło już dużo 

czasu, odkąd ostatni raz byłam w intymnej sytuacji. 

- Ja też. 

Spojrzała na niego uważnie. 

- Jestem pewna, że mnie nie przebijesz. Jak długo? 

- Prawie pięć miesięcy. 

- No to wyobraź sobie trzy lata. 

Trzy lata? Nie potrafił sobie wyobrazić zdrowej dorosłej osoby, która 

byłaby w stanie wytrzymać bez seksu tak długo. 

- Chyba żartujesz? 

Wyraz jej twarzy świadczył jednak o tym, że mówiła poważnie. 

- Mówię serio. Spotykałam się z kolegą z biura i pomyślałam, czemu nie? 

Było okropnie. 

- A przedtem? 

- Sześć lat. 

To już było co najmniej dziwne. 

- Chcesz mi powiedzieć, że w ciągu dziewięciu lat kochałaś się tylko raz? 

- Miałam tylko dwóch mężczyzn, Whit. Mojego byłego męża, który mnie 

zdradzał na każdym kroku, i kolegę z biura, o którym też wolałabym zapomnieć. 

Whit zebrał się w sobie, by zadać pytanie, które go nurtowało od 

dłuższego czasu. 

- A jak było z Barrym? 

- Jerrym. W porządku. 

- Tylko w porządku? - zapytał, czując nagły przypływ dobrego humoru. 

- Myślę, że oszczędzał siły na podrywki.  

Łajdak, pomyślał Whit. 

R S

background image

 

28 

- I przez ten cały czas nie brakowało ci seksu? Wzruszyła obojętnie 

ramionami. 

- Nie miałam czasu o tym myśleć. Miałam swoje studia, potem pracę. 

Poświęciłam całą energię karierze. Seks nie był dla mnie zbyt istotny. 

- Może po prostu nie trafiłaś na odpowiedniego mężczyznę, który 

postawiłby twoją przyjemność na pierwszym miejscu? 

Uśmiechnęła się ironicznie. 

- Założę się, że ty masz zamiar być tym mężczyzną? 

- Zgadza się. 

- Masz wysokie mniemanie o sobie. 

- Nie, po prostu udzielono mi dobrych wskazówek. 

- Niewątpliwie otrzymałeś je od starszych kobiet, które wprowadziły cię 

w tajniki seksu. 

- Szczerze mówiąc, to ojciec mi wszystko powiedział, za nim miałem 

swój pierwszy raz. 

Mallory aż się zachłysnęła. 

- Muszę to usłyszeć! Otrzymałeś od swojego ojca instruktaż, jak się 

kochać? 

- Cóż, mój ojciec był dość otwarty w takich sprawach.  

Po raz pierwszy od długiego czasu Whit wrócił myślami do okresu, kiedy 

stosunki z ojcem układały się nie najgorzej. 

- Kiedyś, gdy miałem czternaście lat, przyłapał mnie i Logana na tym, jak 

wykradamy piwo z lodówki. Wziął wtedy dwanaście puszek, usiadł z nami przy 

stole i kazał nam to wszystko wypić. 

- Chyba żartujesz? - Mallory otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Poddaliśmy się przy piątym piwie. Wtedy kazał nam iść do garażu i 

zrobić coś, nie pamiętam już co, za pomocą piły mechanicznej. 

- Przecież byliście kompletnie pijani! - zawołała z niedowierzaniem. 

R S

background image

 

29 

- Wiedział, że tego nie zrobimy. Powiedzieliśmy mu, że oszalał, a on nam 

kazał zapamiętać to uczucie, szczególnie gdyby kiedyś przyszło nam do głowy 

wsiadać za kierownicę w takim stanie. Od tamtej pory nigdy nie prowadziłem 

po pijanemu. 

- Co się potem stało? 

- Chyba zwymiotowaliśmy i urwał nam się film. 

- Dał wam dobrą lekcję. - Uśmiechnęła się. - Twój ojciec to mądry gość. 

To prawda, pomyślał Whit. Wymagający i zbyt krytyczny, ale mądry. 

Mallory przysunęła się bliżej i zapytała z ciekawością: 

- A jak było z seksem? Wynajął ci prostytutkę? Uśmiechnął się szeroko. 

- Skądże. Po prostu kiedy się dowiedział, że chodzę z koleżanką z klasy, 

udzielił mi kilku bardzo szczegółowych lekcji z kobiecej anatomii. Podkreślił 

też, że „nie" oznacza „nie" i że nie mam prawa zakładać, że ona chce tego 

samego co ja. Powiedział mi też, że jeśli się zdecyduję na ten krok, muszę 

pamiętać o zabezpieczeniu. No i dowiedziałem się, że nie należy wciskać 

kobiecie języka do ust. 

- Twój ojciec ci to powiedział? - zapytała zszokowana. 

- Nie - przyznał. - Tego akurat się dowiedziałem, przeglądając stare 

magazyny mamy. 

- Ćwiczyłeś z poduszką? 

- No co ty! Ćwiczyłem już na żywych obiektach. 

- Ja całowałam się po raz pierwszy, dopiero kiedy skończyłam piętnaście 

lat. Wtedy poszłam na swój pierwszy bal. 

Whit otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Przynajmniej tym 

razem się nie odsunęła. 

- Chyba pamiętam ten wieczór. Logan i ja byliśmy wtedy w klasie 

maturalnej. Siedzieliśmy w salonie, kiedy zeszłaś po schodach w bladoróżowej 

sukience. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem, że urosły ci piersi. 

- Piersi urosły mi dużo wcześniej. - Roześmiała się. 

R S

background image

 

30 

- Być może, ale wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Wyglądałaś uroczo 

w tej sukience i byłaś chyba trochę stremowana. 

- Biedny Bobby był dużo bardziej stremowany, gdy zadzwonił do drzwi i 

zobaczył starszych chłopców w salonu. 

Whit zachichotał. 

- Myśleliśmy, że weźmie nogi za pas, kiedy Logan mu powiedział, żeby 

trzymał ręce przy sobie, bo inaczej mu je odetnie. 

Mallory się roześmiała. 

- Pamiętam! Myślałam, że go zabiję. 

- Ja myślałem tak samo. 

- Też miałeś ochotę udusić Logana własnymi rękami? 

- Nie, szczerze mówiąc miałem wtedy ochotę dotknąć twoich piersi. Ale 

wiedziałem doskonale, że nie ominie mnie bicie tylko dlatego, że byłem 

przyjacielem Logana. 

Spojrzała na niego nieśmiało. 

- Czy nadal masz na to ochotę? 

Co za pytanie? Oddałby wszystko za taką możliwość! 

- Odetniesz mi rękę, jeśli powiem, że tak? 

- Możesz być pewien, że nie. 

- Zatem muszę przyznać, że przyszło mi to na myśl. 

- Nie mam nic przeciwko. 

Do tej pory Whit nigdy nie marnował takich okazji. Ale kobieta siedząca 

obok nie była zwykłą kobietą. Była jego przyjaciółką, jedyną na milion. I być 

może była również przyszłą matką jego dziecka. Musiał postępować z nią 

ostrożnie, nawet jeśli jego ciało pragnęło iść jak burza. 

- Wiesz co? - Pochylił się i wyłączył lampę, po czym objął ją ramionami. 

- Może się po prostu przyzwyczajmy do bycia blisko i pooglądajmy razem 

mecz. 

- Dobry pomysł - szepnęła, kładąc mu głowę na piersi.  

R S

background image

 

31 

Jak na złość, w telewizji leciała reklama nowej pigułki podwyższającej 

libido u kobiet. 

- Ciekawa jestem, czy naprawdę działa - zastanowiła się na głos Mallory. 

- Może powinnam wypróbować? 

Whit ujął ją za podbródek i popatrzył jej w oczy. 

- Ze mną nie będą ci potrzebne.  

Odwróciła wzrok 

- A jeśli coś jest ze mną nie w porządku, Whit? Wytrzymać tak długo bez 

seksu to chyba nie jest normalne. 

Delikatnie pogłaskał ją po przedramieniu. 

- Jest w porządku. Po prostu jesteś osobą, która lubi mieć wszystko pod 

kontrolą. Musisz się nauczyć, że w seksie najlepiej pójść na żywioł. 

- Dziękuję, doktorze Manning - powiedziała rozbawiona, choć w jej 

głosie przebijało zmęczenie. 

- Nie ma za co - stwierdził i pocałował ją przelotnie w policzek. - 

Odwdzięczysz mi się później. 

Przylgnęła do niego mocniej. 

- Mogę sobie wyobrazić, w jakiej walucie przyjmujesz zapłatę. 

- Może być pocałunek. Jeden. Lub dwa - przystał. Podniosła wzrok. 

- Na tyle chyba mnie stać już dzisiaj. 

Delikatnie dotknął ustami jej warg. Odsunął się na chwilę, po czym 

znowu zaczął muskać jej usta, aż się rozluźniła I rozchyliła wargi. Dopiero 

wtedy zaczął całować mocniej, dotykając językiem jej języka. Całowali się 

przez dłuższą chwilę, zanim Whit się zorientował, że Mallory powoli się 

kładzie na kanapie. Pociągnęła go za sobą, nie przerywając pocałunku. Whit 

pomyślał, że było to wspaniałe uczucie trzymać ją przy sobie tak blisko i że 

będzie mu ciężko się opanować, tym bardziej że dłonie Mallory zaczęły niebez-

piecznie krążyć po jego ciele. Bezwiednie wsunął kolano między jej nogi, a ona 

przywarła do niego biodrami. Z trudem się oparł pokusie, by powędrować ręką 

R S

background image

 

32 

w górę jej uda. Chcąc się jednak przekonać, czy jest tak samo podniecona jak 

on, położył rękę na jej brzuchu i powoli, centymetr po centymetrze, przesuwał ją 

w górę, by wreszcie otoczyć dłonią krągłość jej piersi. 

Mallory jęknęła pod wpływem jego pieszczoty. 

Cofnął rękę i spojrzał jej prosto w oczy. 

- Widzisz? Wszystko jest z tobą w porządku. Zarumieniła się, nie panując 

nad przyspieszonym oddechem. 

- Skoro tak mówisz. 

Powoli obrysował palcem zarys jej piersi pod koszulką. 

- Twoje ciało nie kłamie, Mallory, dobrze o tym wiesz. 

- Może rzeczywiście jestem trochę podniecona. Zadowolony? 

- Zadowolony będę dopiero wtedy, kiedy będziesz podniecona bardziej 

niż trochę - stwierdził. Miał zamiar za chwilę zrobić coś, czego nigdy wcześniej 

w takiej sytuacji nie uczynił. Jeszcze tylko minuta albo może dwie. Jeśli nie 

zrobi tego teraz, za chwilę już nie znajdzie w sobie siły. 

- Idę do łóżka - oznajmił. 

Skoro chciała poczekać jeszcze kilka dni, nie będzie przyspieszał obrotu 

spraw. Planował jednak następnego wieczoru również dać jej poczuć przedsmak 

tego, co się miało między nimi wydarzyć. Kiedy w końcu wylądują w łóżku, 

Mallory będzie go pragnąć bardziej, niż kiedykolwiek pragnęła jakiegokolwiek 

mężczyzny. On pragnął jej zdecydowanie bardziej niż jakiejkolwiek innej 

kobiety. Mallory rzuciła okiem na zegarek. 

- Jest dopiero dziewiąta - powiedziała słabym głosem. - Od kiedy zacząłeś 

chodzić do łóżka o tak wczesnej porze? 

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął. 

- Dobrze więc, idź. - Usiadła na kanapie i podciągnęła nogi. - Ja obejrzę 

mecz do końca. 

Pochylił się i pocałował ją jeszcze raz, trochę bardziej namiętnie, niż miał 

zamiar. 

R S

background image

 

33 

- Gdy już pójdziesz do łóżka, przypomnij sobie, jak się dzisiaj czułaś, i 

pomnóż to przez dziesięć. Tak się właśnie będziesz czuć za dwa dni. 

- Obietnice, obietnice. 

- Możesz być tego pewna, Mallory. Bądź przygotowana. 

Mallory z pewnością nie była przygotowana na to, co się stało. Nie 

spodziewała się, że tych kilka chwil bliskości całkowicie uniemożliwi jej sen w 

nocy. Nie mogła przestać myśleć o jego pocałunkach, cieple jego ciała i, co 

gorsza, o jego obietnicach. 

Nie mogła również wyrzucić z pamięci słów Jerry'ego, gdy go oskarżyła o 

zdradę. „Nie oszukuj się, Mallory. Jesteś po prostu kiepska w łóżku". 

Choć tłumaczyła sobie, że miała wtedy tylko dwadzieścia lat, a Jerry był 

jedynym mężczyzną, z którym kiedykolwiek uprawiała seks, nie potrafiła 

odzyskać pewności siebie W pracy była opanowana i miała wszystko pod 

kontrolą. W łóżku traciła całą swoją pewność siebie. 

Może Whit miał rację? Może nie trafiła jeszcze na odpowiedniego 

mężczyznę i może to właśnie on nim był? Bała się tylko jednego. Rzucało się w 

oczy, że Whit jest w tych sprawach ekspertem. I chociaż teoretycznie chodziło 

jej tylko o zajście w ciążę, nienawidziła myśli, że może nie spełnić jego i swoich 

oczekiwań. 

Szczęk otwieranych drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Do pokoju zajrzała 

Rozalyn, pięćdziesięcioletnia asystentka która pracowała w firmie od zawsze. 

Mallory uwielbiała ją pomimo jej ciętego języka i złośliwych komentarzy. 

Sądząc po sile, z jaką rzuciła akta na biurko, nie była dzisiaj w dobrym nastroju. 

- Propozycja ugody w sprawie rozwodowej McMillanów. Ostrzegam od 

razu, nie spodoba ci się. 

Mallory przekartkowała plik papierów. 

- Wygląda na zgodną z ustaleniami intercyzy. 

- Spójrz na część poświęconą dziecku - mruknęła Rozalyn, kościstym 

palcem wskazując jej odpowiedni fragment. 

R S

background image

 

34 

- Co takiego? Chce mieć przyznane prawo do opieki nad dzieckiem? 

Przecież według tego, co mówiła Anna McMillan, nigdy nawet go nie chciał. 

- Najwyraźniej zmienił zdanie. Szykowała się wielka batalia. 

- Czy pani McMillan już o tym wie? 

Rozalyn podniosła słuchawkę i wręczyła ją Mallory. 

- Jeszcze nie. Pomyślałam, że powinna to usłyszeć od ciebie. 

Mallory odłożyła słuchawkę na miejsce. 

- Wyjechała z dzieckiem na kilka dni. Zadzwonię, kiedy wrócą. Będzie 

zdruzgotana. Lepiej, jeśli jej to powiem osobiście. Najgorsze jest to, że jej 

pożałowania godny mąż może wygrać. 

- Nie chcę nawet tego słuchać. Jesteś dobrym adwokatem i pokażesz mu, 

gdzie raki zimują. 

- Masz rację. - Mallory czuła, że taki jest właśnie jej obowiązek. Dziecko 

powinno zostać z matką i ona tego dopilnuje. 

- Wiesz co? - zaczęła energicznie Rozalyn. - Odnoszę wrażenie, że prezes 

wolałby, żeby kancelaria reprezentowała raczej pana McMillana. 

- Tego nadzianego forsą łajdaka? 

- Bardzo wpływowego łajdaka. 

Mallory w duchu wiedziała, że Rozalyn ma rację. 

- Jest jednak inaczej - ucięła krótko. - Mam zamiar reprezentować Annę 

McMillan najlepiej, jak potrafię. Co do pana McMillana, mamy kilka opcji. 

Rozalyn uśmiechnęła się szeroko. 

- Mogę służyć swoim ostrym nożem kuchennym. Kochana Rozalyn. 

- Myślałam o wynajęciu prywatnego detektywa. Skoro on stosuje 

nieczyste zagrania, my również możemy. 

- Zajmę się tym - stwierdziła Rozalyn, której oczy aż się zaświeciły na ten 

pomysł. 

- Poczekaj. Najpierw porozmawiam z Anną. 

R S

background image

 

35 

Na biurku zadzwonił telefon. Rozalyn chwyciła słuchawkę, zanim 

Mallory zdążyła zarejestrować dźwięk dzwonka. 

- Biuro pani O'Brien, w czym mogę pomóc?  

Nastała długa chwila ciszy. 

- Mogłabym być pana matką, panie O'Brien.  

Mallory uśmiechnęła się, widząc błąkający się uśmiech na ustach 

Rozalyn. Logan był niepoprawnym flirciarzem. 

- Słowo daję, jest pan niemożliwy. Już ją daję. - Wręczyła słuchawkę 

Mallory. - Twój brat. 

- Zdążyłam się zorientować. 

Rozalyn wyszła z biura, a Mallory zdjęła klips i przystawiła słuchawkę do 

ucha. 

- O co chodzi, Logan? Masz do mnie jakąś sprawę czy zadzwoniłeś tylko 

po to, by uwodzić moją asystentkę? 

- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Ale dzwonię w innej 

sprawie. Bądź jutro o siódmej w domu rodziców. Urządzamy grilla. 

- W środę? - zapytała z niedowierzaniem. Co gorsza, był to dzień, w 

którym planowała rozpocząć prokreację. - Co się dzieje, Logan? 

- To niespodzianka, nie chciałabyś jej przegapić. Mallory zaczęła się 

powoli domyślać. 

- Helen będzie z tobą? 

- Oczywiście. 

- No to cudownie. Logan westchnął ciężko. 

- Mogłabyś się chociaż postarać ją polubić. 

- Nazwij mnie cyniczną krową, ale mam przeczucie, że 

ta kobieta jest najbardziej zakochana w twoim koncie bankowym. 

- Jesteś cyniczna, Mallory. Wiem, że widzisz takie rzeczy na co dzień w 

swojej pracy, ale naprawdę nie każda kobieta jest taka. 

R S

background image

 

36 

Mallory była niemal pewna, że Helen Brennan należy właśnie do tej 

kategorii kobiet. 

- No dobrze, spróbuję się do niej przekonać za względu na ciebie - 

mruknęła niechętnie. 

- Świetnie. I zabierz ze sobą Whita. Nie widziałem go od wieków. 

- Porozmawiam z nim dzisiaj - obiecała. 

- W takim razie do zobaczenia jutro. I jeszcze jedno...  

- Tak? 

- Spotykasz się z kimś teraz? 

O, tak. Ze swoim zabójczym współlokatorem. Nie miała jednak zamiaru 

dzielić się tą rewelacją z Loganem. 

- Nie. Dlaczego? 

- Powinnaś się zacząć z kimś spotykać, Mallory. Może spotkasz 

odpowiedniego faceta, który zmieni twoje poglądy na związki damsko-męskie? 

Odpowiedniego faceta. Wydawało się to tak prawdopodobne, jak wizja 

Whita Manninga decydującego się na spędzenie życia z jedną kobietą. 

- Wezmę twoje rady pod uwagę, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. 

- No dobrze, nie musisz się od razu umawiać na randki. Ale uważaj, żeby 

nie skończyć w klasztorze jak ciotka Ella. 

Mężczyźni! 

- Bardzo śmieszne, Logan. Wybacz, ale mam mnóstwo pracy. Chyba że 

masz dla mnie więcej złotych rad? 

- Na razie się powstrzymam. 

- Świetnie. 

Po drugiej stronie słuchawki rozległ się tubalny śmiech. 

- W takim razie do zobaczenia jutro. 

Mallory odłożyła słuchawkę. Domyślała się, że jej brat chce ogłosić swoje 

zaręczyny z Helen. O cóż innego mogło chodzić? Skoro chciał popełnić 

największy błąd w swoim życiu, droga wolna. 

R S

background image

 

37 

Rozalyn ponownie pojawiła się w pokoju i położyła na biurku kolorowy 

magazyn. 

- Strona pięćdziesiąta czwarta. Przeczytaj. 

Mallory wzięła gazetę do ręki, otworzyła na odpowiedniej stronie i 

znalazła tam artykuł zatytułowany „Odkryj na nowo swoje zmysły".  

Podniosła na Rozalyn pytający wzrok. 

- Dlaczego sądzisz, że mnie to zainteresuje? 

- Ponieważ uważam, że twój brat ma rację. Brakuje ci faceta. 

- Podsłuchujesz moje rozmowy? - Mallory zmrużyła niebezpiecznie oczy. 

Rozalyn przybrała minę niewiniątka. 

- Przypadkowo nacisnęłam nieodpowiedni guzik. Przypadkowo, dobre 

sobie, pomyślała Mallory. 

- Czy dzisiaj jest międzynarodowy dzień udzielania porad Mallory 

O'Brien? 

Rozalyn pochyliła się, wskazując palcem na fragment artykułu. 

- Według tego, co tutaj piszą, twoje zawodowe „ja" prowadzi wojnę z 

twoim zmysłowym „ja". Nietrudno zgadnąć, kto wygrywa. 

Mallory rzuciła magazyn na bok. - I chcesz mi powiedzieć, że jesteś 

mężatką od trzydziestu lat dzięki temu, że czytasz takie bzdury? 

- Chcę powiedzieć, że tłumisz w sobie uczucia. Nie zapominaj, że jesteś 

kobietą. Daj szansę swoim hormonom. Wystarczy, że znajdziesz odpowiedniego 

faceta. 

Mallory już znalazła odpowiedniego faceta. Porady z kolorowego 

magazynu? Co jej szkodziło, w końcu Whit nauczył się zasad całowania z tego 

samego źródła. 

- Dobrze, skoro tak ci na tym zależy, przeczytam ten artykuł. Ale mogę 

prawie zagwarantować, że mnie nie zainteresuje. 

- Warto zaryzykować - stwierdziła Rozalyn, odwracając się na pięcie i 

wychodząc z pokoju. 

R S

background image

 

38 

Żadne porady nie sprawią, że będzie w stanie wystarczająco się rozluźnić. 

Zresztą czy było to aż takie ważne? W końcu potrzebowała od Whita po prostu 

jego materiału genetycznego. 

Jednak jego słowa z ubiegłej nocy nie dawały jej spokoju i kazały 

rozmyślać o tym, co ją czeka wieczorem. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

- Co ty robisz, Whit? 

Whit zamarł w bezruchu przed ekranem telewizora z uniesioną w pół 

drogi ręką z chipsem i spojrzał na Mallory, która właśnie weszła do pokoju, 

płonąc świętym oburzeniem. 

- Miałem ochotę coś przegryźć. 

- Widzę - mruknęła, wyrywając mu paczkę chipsów z dłoni. - To nie jest 

zdrowe jedzenie. 

Whit ostrożnie zdjął nogi z ławy. 

- Jest prawie dziewiąta. Muszę coś zjeść. Umieram z głodu. - Posłał jej 

żałosne spojrzenie. 

- Wiesz, ile w tym jest chemii? - Mallory machnęła mu paczką chipsów 

przed oczami. 

- Znowu chodzi o zbyt wysoką zawartość soli? No tak, według tej 

nieszczęsnej listy nadmierne spożycie soli sprzyja poczęciu chłopca. 

- Skąd wiesz? - zapytała. 

- Przeczytałem całą listę. - Sięgnął po leżącą na stole zadrukowaną kartkę 

papieru. 

- Skąd ją masz? - zapytała z ogniem w oczach, przenosząc wzrok z kartki 

na jego twarz. - Zabrałam ją przecież do swojego pokoju. 

- Dodałaś tę stronę do ulubionych w komputerze. 

R S

background image

 

39 

- Przeglądałeś moje ulubione strony? 

- Niestety, jeszcze nie wszystkie. - Roześmiał się.  

Sięgnęła ręką do torby i włożyła do ust kilka chipsów naraz. 

- Nie mogę uwierzyć, że szperałeś w moim komputerze. 

- Nie szperałem, po prostu go włączyłem. Jeśli nie chcesz, by ktoś miał 

dostęp do twojego konta internetowego, nie przechowuj hasła na ekranie. 

- To było trochę bezczelne z twojej strony. 

Było jej bardzo do twarzy z roziskrzonymi ze złości oczami. Miał ochotę 

podejść do niej i ją pocałować. 

- Słuchaj, skoro mamy się starać o dziecko, ja też potrzebuję wskazówek. 

W końcu też mam tu coś do powiedzenia. Nie dotarłem jeszcze do pozycji, które 

ułatwiają poczęcie chłopca, ale bardzo mi się podoba punkt o jedzeniu woło-

winy zamiast ryb. 

- Za chwilę wepchnę ci tę listę do gardła. 

- Może zamiast tego zamówimy sobie chińszczyznę na wynos? Chcesz to 

co zwykle? 

- Nie, dzięki, kupiłam sobie po drodze kanapkę z kurczakiem. 

- Nie pamiętam, żeby na liście była mowa o kurczaku. 

- Bo nie było, ale nie miałam dziś do tego głowy - odparła, rozpinając 

żakiet. 

Pod jej bluzką rysowały się delikatnie ramiączka czarnego biustonosza. 

Ten widok momentalnie sprawił, że Whitowi zrobiło się gorąco. 

- Usiądź przy mnie i powiedz, o co chodzi. 

- Najpierw muszę wziąć prysznic. 

Whit powstrzymał cisnące mu się na usta pytanie, czy może się do niej 

przyłączyć. 

- Zdążysz. Najpierw mi powiedz, co się stało, bo widzę, że coś cię gryzie. 

Opadła na kanapę z ciężkim westchnieniem. 

- Rodzice urządzają małe spotkanie rodzinne jutro wieczorem. 

R S

background image

 

40 

- W środę? - zapytał zdumiony. - Kiedy mieliśmy się zacząć starać o 

dziecko? 

- Wiem, też się zdziwiłam. Logan jednak podkreślał, że to bardzo ważne. 

Ty też jesteś zaproszony. 

W innych okolicznościach nawet by się ucieszył. Lubił przebywać z 

rodziną O'Brienów. Byli mocno ze sobą związani, a ich dom był zawsze pełen 

śmiechu i żartów. Zupełne przeciwieństwo jego rodzinnego domu. Na jutrzejszy 

wieczór miał już jednak konkretne plany. 

- Logan nie wspominał, co to za okazja? 

- Nie, ale wydaje mi się, że ma to coś wspólnego z jego obecną 

dziewczyną. 

Helen Brennan. To z jej powodu Whit nie widział się z Loganem już od 

dłuższego czasu. 

- Nie myślisz chyba, że chcą się... 

- Pobrać? - wpadła mu w słowo Mallory. - Ciężko mi w to uwierzyć, ale 

on jest taki zakochany. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. 

A więc o to chodzi, pomyślał Whit. Siostrzana nadopiekuńczość. 

- Nie podoba ci się ten pomysł? - zapytał ostrożnie. 

Mallory wzruszyła ramionami. 

- Jeśli naprawdę chce się poważnie związać z tą blond seksbombą, której 

dni upływają na meczach tenisa i wyjazdach do spa, to kim ja jestem, żeby go 

powstrzymać? 

- Naprawdę jej nie lubisz, co?  

- A ty? 

Cóż, Helen miała zdecydowanie zabójczą figurę, nie dostrzegł w niej 

jednak oznak wielkiego intelektu. Zdecydował się jednak nie dzielić z Mallory 

tą opinią. 

- Nie znam jej na tyle dobrze, by móc coś o niej powiedzieć. 

R S

background image

 

41 

- Przestań, Whit. Znasz przecież ten rodzaj kobiet. Szuka bogatego męża, 

a Logan doskonale pasuje do tego profilu. 

O tak, Whit znał ten rodzaj kobiet. Z kilkoma z nich sam był swego czasu 

związany. 

- Logan nie jest głupi, Mallory. Może naprawdę tym razem się zakochał. 

- Akurat - prychnęła Mallory, podnosząc się z kanapy. - Jestem zmęczona, 

Whit. Biorę prysznic i idę do łóżka. 

To tyle, jeśli chodzi o jego wielkie plany rozbudzenia jej przed jutrzejszą 

nocą. A może jeszcze nie wszystko stracone? 

- Zawołaj mnie, jak skończysz. Powiem ci chociaż dobranoc. 

- Nie musisz tego robić. 

- Wiem, ale chcę... 

Spodziewał się, że stawi opór, ale po chwili powiedziała: 

- Daj mi dwadzieścia minut. Potem możesz mi opowiedzieć bajkę na 

dobranoc. 

Whit ponownie musiał się w myślach przywołać do porządku. Należało 

działać powoli. Mallory ewidentnie nie była dziś w nastroju, jednak miał kilka 

pomysłów na to, by jej pomóc się rozluźnić. 

To było naprawdę nierozsądne posunięcie z jej strony. Gdy weszła do 

sypialni, Whit już siedział na łóżku w jedwabnych bokserkach, które sama mu 

kupiła. Choć były odpowiedniej długości, ich widok i tak przyspieszył bicie jej 

serca. Nie miała jednak zamiaru robić niczego głupiego, jak na przykład 

pozwolić mu zostać w swoim łóżku na całą noc. Jutro to co innego. Gdy tylko 

się uporają z rodzinnym przyjęciem, zaczną starania. Sama myśl przyprawiała ją 

o dreszcze. 

Mallory przystanęła przy toaletce, by rozczesać włosy, rzucając 

ukradkowe spojrzenie na odbicie Whita w lustrze. Wyciągnął się na łóżku i 

podłożył ręce pod głowę. Nie odzywał się ani słowem, tylko uważnie mierzył ją 

spojrzeniem. 

R S

background image

 

42 

- Ładnie pachniesz - stwierdził, gdy się zbliżyła do łóżka. Na szczęście się 

podniósł, co pozwoliło uniknąć niezręcznej sytuacji przechodzenia nad nim. 

- Wskakuj i zrób mi miejsce - powiedział. Popatrzyła na niego przeciągle. 

- Whit, to naprawdę nie jest dobry pomysł... 

- Nie martw się, nie zamierzam się na ciebie rzucić. Myślałem, że chcesz 

jeszcze trochę pogadać o tym, co cię gryzie. 

Opatuliła się dokładnie kołdrą, dziwiąc się w duchu jego umiejętności 

czytania w jej myślach. Usiadł obok niej, opierając plecy o zagłówek. 

- Miałam naprawdę ciężki dzień w pracy - westchnęła. 

- Sprawa rozwodowa, którą prowadzę, zaczyna się komplikować. 

- To znaczy? - Whit wyglądał na szczerze zainteresowanego. 

- Reprezentuję żonę, a jej wkrótce były mąż najwyraźniej zdecydował się 

jej dopiec, wyciągając ręce po to, co dla niej najważniejsze. Chce wyłącznego 

prawa do opieki nad dzieckiem. 

- Myślisz, że wygra? 

- Ma szanse. Jest bogaty i bardzo wpływowy. Najgorsze jest to, że nigdy 

nie chciał tego dziecka. Po prostu chce ją ukarać za to, że zdecydowała się na 

rozwód. 

- Zatem to ona złożyła pozew? 

- Tak, i miała ku temu dobre powody. To człowiek, który kontroluje 

wszystkich dookoła i potrafi być agresywny. Spędziła dziesięć lat w złotej klatce 

i w końcu powiedziała dość. 

- Wygląda na to, że wyszła za nieodpowiedniego faceta. 

- To prawda. Mówi się, że miłość jest ślepa - stwierdziła Mallory, myśląc, 

jak bardzo odczuła na własnej skórze tę starą prawdę. - Mam zamiar walczyć. 

Utrata dziecka jest dla kobiety najgorszą rzeczą, jaka może się jej przydarzyć. 

- O tym również Mallory wiedziała z własnego doświadczenia. 

- Ma szczęście, że to ty jesteś jej adwokatem - uśmiechnął się ciepło Whit. 

R S

background image

 

43 

A ja mam szczęście, że mam ciebie, pomyślała Mallory, patrząc na Whita 

i z trudem tłumiąc ziewnięcie. 

- Jesteś naprawdę zmęczona - stwierdził z nutą zawodu w głosie. 

- Trochę. Sprawy rozwodowe bardzo męczą z emocjonalnego punktu 

widzenia. 

- Nie potrafię sobie wyobrazić, jak sobie z tym radzisz. 

- To tylko część mojej pracy. Czasem zajmuję się również sprawami o 

adopcję. Pomagam zbudować nową rodzinę, zamiast niszczyć starą. 

Pochylił się i delikatnie pocałował ją w czoło. 

- A ja niedługo zacznę budować domy dla takich rodzin. Jeśli oczywiście 

uda mi się uniezależnić od ojca. 

- Miejmy nadzieję, że tak - pocieszyła. 

- Może w przyszłym roku o tej samej porze będę już swoim własnym 

szefem. 

- Jeśli plan się powiedzie, będziesz również ojcem. 

- No tak. Jeśli nam się uda za to zabrać. Wyciągnęła rękę i dotknęła 

nieogolonego policzka. 

- Nie musimy jutro zostawać długo u rodziców. Zjemy coś i przyjedziemy 

do domu. 

- Wiesz dobrze, że twoja matka nie pozwoli ci wyjść po półgodzinie. 

- Powiem jej, że chcę się wcześnie położyć. 

- Jesteś pewna, że nie masz ochoty dzisiaj na małą rozgrzewkę? - zapytał 

z uśmiechem. 

Mallory poczuła zalewającą ją falę gorąca. Opanowała się jednak, a w 

głowie znowu zadźwięczały jej słowa Jerry'ego. 

- Poczekajmy jeszcze dwadzieścia cztery godziny - ostudziła jego zapędy, 

grożąc mu palcem. 

- Czy mam chociaż szansę na buziaka na dobranoc? - zapytał rozbawiony. 

Mallory pochyliła się szybko i pocałowała go w policzek. 

R S

background image

 

44 

- Na dzisiaj starczy. Dobranoc. Przytrzymał jej twarz w dłoniach. 

- Stać nas na coś więcej - szepnął, zbliżając usta do jej twarzy. 

Mallory poczuła, jak traci całą pewność siebie pod wpływem dotyku jego 

warg. Bezwolnie opadła na poduszki, a Whit przylgnął do niej, nie przerywając 

pocałunku. Jego ręka delikatnie zatrzymała się na jej talii, by powoli zacząć 

wędrować wzdłuż jej uda. Gdy tylko dotarła do brzegu koszulki, zmieniła 

kierunek, przesuwając się teraz w górę po gołym ciele. Mallory widziała, jak 

bardzo był podniecony. Ona zresztą też, szczególnie gdy zaczął wykonywać 

kciukiem powolne okrążenia wokół jej pępka. Wydawało jej się teraz takie 

naturalne, by po prostu dać się ponieść tej fali namiętności. Być może tym 

razem... 

Jednak gdy jego palce odsunęły delikatnie rąbek jej bielizny, opadła ją ta 

sama niepewność co zawsze. Odsunęła jego rękę i usiadła gwałtownie na łóżku, 

poprawiając zmierzwione włosy. 

- Mallory? 

Nie była w stanie tak od razu spojrzeć mu w oczy.  

- Tak? 

- Co się stało? 

- Nic. 

Położył rękę na jej ramieniu. 

- Czy twój były mąż zrobił ci coś złego? 

- Co masz na myśli? 

Usiadł na łóżku, zmuszając ją, by na niego spojrzała. 

- Podczas seksu. Jeśli cię skrzywdził w jakikolwiek sposób... 

- Nie. - Pokręciła głową. Na pewno skrzywdził ją psychicznie, ale 

fizycznie nie. 

- Dlaczego zatem tak reagujesz na mój dotyk? 

Nie miała odwagi mu o tym opowiedzieć, jeszcze nie teraz. 

R S

background image

 

45 

- Po prostu jestem trochę spięta. Tak szybko przeszliśmy od stosunków 

bardzo koleżeńskich do sytuacji intymnych. Trudno mi się przyzwyczaić do tej 

zmiany. 

- W porządku, rozumiem. Musisz mi jednak zaufać, jeśli mamy zrobić to, 

co zaplanowaliśmy. Nie skrzywdzę cię. Chcę tylko, żeby ci było dobrze. 

Mallory opuściła wzrok. 

- To nie jest istotne. 

- Dla mnie jest - odparł, unosząc jej głowę. - Poza tym - uśmiechnął się - 

według twojej listy orgazm zwiększa szanse na dziewczynkę. 

Mallory przeklęła w duchu listę i jej nierealne wskazówki. 

- To prawda, ale już jutro będziemy się o to martwić.  

Whit pocałował oba jej nadgarstki. 

- Ale ja się wcale nie martwię. Jeśli się trochę rozluźnisz, wszystko będzie 

dobrze. 

- Dzisiaj oboje jesteśmy już zmęczeni. Chyba pora powiedzieć sobie 

dobranoc. 

- Miłych snów. - Pocałował ją delikatnie w usta i wstał. 

Odwrócił się, by wyjść z pokoju, ale zanim dotarł do drzwi, w Mallory 

dojrzała desperacka decyzja. Teraz albo nigdy. Może to mu pozwoli ją 

zrozumieć? 

- Powiedział, że jestem kiepska w łóżku. 

Whit zatrzymał się z dłonią na klamce i powoli odwrócił się w jej stronę. 

- Kto tak powiedział? 

Czując się nagle bezradna jak dziecko, chwyciła poduszkę i przycisnęła ją 

do piersi. 

- Jerry. Kiedy go poinformowałam, że składam pozew rozwodowy, 

powiedział, że zdradzał mnie dlatego, że jestem kiepską kochanką. 

Whit podszedł z powrotem do łóżka, usiadł przy niej i wziął ją za rękę. 

R S

background image

 

46 

- Mallory, jeśli mężczyzna mówi coś takiego, to znaczy tylko, że on sam 

jest beznadziejny w łóżku. Byłaś bardzo młoda i zapewne niezbyt 

doświadczona. 

- To chyba za mało powiedziane. Moi rodzice mieli trochę inne podejście 

do tych spraw niż twój ojciec. Ja nie wiedziałam nawet, czy można chodzić z 

chłopakiem za rękę. 

- Teraz już wiesz. 

- Mam wiedzę, ale nadal nie mam doświadczenia. Wiedząc to, może 

zrewidujesz swoje oczekiwania co do jutrzejszego wieczoru. 

Whit spochmurniał. 

- Powiem ci coś, O'Brien. Zawsze, kochając się z kobietą, brałem pod 

uwagę jej potrzeby, i nie mam zamiaru robić dla ciebie wyjątku. Zwłaszcza dla 

ciebie. Jeśli oczekujesz ode mnie mniej, to powinnaś jeszcze raz to przemyśleć, 

bo na to się nie zgodzę. 

- To co ty chcesz mi dać i to co ja mogę dać tobie to dwie różne sprawy. 

- Chyba nie wiem, o czym mówisz - powiedział wolno, marszcząc brwi. 

Czy się odważy zdradzić mu swój bolesny sekret? Jeszcze nigdy nikomu 

o tym nie mówiła. Jednak w tych okolicznościach Whit miał prawo znać 

prawdę. Mallory wzięła głęboki oddech i wyszeptała: 

- Ja nigdy nie miałam orgazmu. 

- Podczas seksu? 

- W ogóle. Chyba nie jestem do tego zdolna. Patrzył na nią przez dłuższą 

chwilę. 

- Nie mam wątpliwości, że to nieprawda. 

- To miłe z twojej strony, ale istnieje możliwość, że możesz się mylić. 

- Czy są jakieś medyczne przeciwwskazania? 

- Z tego co wiem, to nie - odparła, przygryzając wargę. - W zeszłym roku 

poszłam do seksuologa. Starał się pomóc. 

- I co ci poradził? 

R S

background image

 

47 

- Zakup wibratora i eksperymenty z samą sobą. Jak wiadomo to 

najbezpieczniejsza forma seksu. - Uśmiechnęła się. 

- Ale nie zrobiłaś tego, prawda? 

- Nie miałam na to czasu. Po powrocie z biura byłam tak zmęczona, że 

ostatnie, na co miałam ochotę, to znowu się na czymś skupiać zamiast iść spać. 

- I tu leży twój problem, Mallory - stwierdził. 

- To znaczy? 

- Sądzisz, że powinnaś się na tym skupić. Za dużo myślisz, ot co - 

skwitował, kładąc rękę na jej udzie. - Powiedz mi jeszcze jedną rzecz. Czy Larry 

poświęcał ci czas w łóżku? No wiesz, chodzi mi o grę wstępną. 

- Jerry. Nie, gra wstępna ograniczała się do kilku piw i kwestii „rozbieraj 

się i wskakuj do łóżka". 

- Więc nawet się nie starał cię rozbudzić? 

- Nie. 

- Nie używał rąk? 

- Nie. 

- Języka? 

- Zdecydowanie nie. 

- No i to jest dostateczny dowód. 

- Na co? 

- Nie byłaś z odpowiednim mężczyzną. 

- Więc znowu wracamy do punktu wyjścia? 

Whit dotknął jej twarzy tak czule i popatrzył na nią z takim 

zrozumieniem, że Mallory miała ochotę się rozpłakać. 

- Chcę, żebyś mi coś obiecała, Mallory. 

- Zależy co - szepnęła. 

- Chcę, żebyś jutro się postarała wyłączyć myślenie. Nie myśl o dziecku, 

nie myśl o przeszłości. Po prostu się rozluźnij i pozwól przejąć twoim zmysłom 

kontrolę nad umysłem. 

R S

background image

 

48 

Gdyby wiedział, jak bardzo pragnęła tak właśnie uczynić. 

- Postaram się - odparła. 

- To dobrze - pochwalił i pocałował ją w policzek. - A teraz się wyśpij. 

Potrzebujesz odpoczynku. 

- Ty też. Jeśli chcesz osiągnąć swój cel, może ci to zająć całą noc albo i 

dłużej. 

- Nie wydaje mi się. Gdy cię dzisiaj dotykałem, byłaś bardzo podniecona. 

Gdybyś mi dała jeszcze dziesięć minut, sama byś się zdziwiła reakcją swojego 

ciała. Do tego właśnie mam zamiar doprowadzić jutro. 

Wyszedł z pokoju, zabierając ze sobą swoją pewność siebie. Mallory 

wiedziała, że Whit ma sporo racji. Jego dotyk rozgrzał ją do czerwoności, nawet 

teraz, gdy o tym myślała, czuła dreszcz przechodzący przez jej ciało. Naprawdę 

miała nadzieję, że mu się uda spełnić obietnicę. Na wszelki wypadek jednak 

postanowiła się przygotować. Podeszła do biurka i wyjęła magazyn Rozalyn, 

choć wcześniej się zarzekała, że tego nie zrobi. Co mi szkodzi, pomyślała. 

Podczas całego swojego dorosłego życia Whit jeszcze nigdy się nie czuł 

niepewnie w kontaktach damsko-męskich. Jednak ubiegłej nocy, po rozmowie z 

Mallory, stracił całą swoją pewność. Bał się, że może jej sprawić zawód, i 

seksualnie, i emocjonalnie. Najwyraźniej miała przykre doświadczenia w 

przeszłości i chciał jej pomóc. W tym celu musiał doprowadzić do tego, żeby się 

rozluźniła i mu zaufała w sypialni. Sam jednak był spięty od samego rana i 

nawet dwukilometrowy bieg go nie rozluźnił. Wsiadł więc do samochodu i 

pojechał do malowniczej dzielnicy na przedmieściach Houston, gdzie na końcu 

ślepej uliczki trwała budowa dwupiętrowego domku, który sam zaprojektował. 

Nikt nie wiedział o tym projekcie, nawet ojciec. Zwłaszcza ojciec. Szkielet 

domu był już gotowy, dzisiaj miały się rozpocząć prace murarskie. Potem Whit 

planował spędzić tu trochę więcej czasu, nadzorując elektryków i hydrauli- 

ków, aby wszystko było zrobione zgodnie z jego dokładnymi zaleceniami. 

Niedługo będzie się musiał rozejrzeć za dekoratorem wnętrz, żeby zdążyć z 

R S

background image

 

49 

wykończeniem domu przed jesiennymi targami budowlanymi. Miał nadzieję, że 

będzie to początek jego kariery architekta domków jednorodzinnych. Był 

doskonałym architektem, jednak zupełnie nie miał głowy do szczegółów 

kolorystycznych i wykończeniowych. 

Mallory była w tym dobra. Wprowadziła kilka zmian w jego 

apartamencie, które od razu sprawiły, że mieszkanie stało się bardziej przytulne. 

Jednak Mallory miała własną karierę i wątpił, by zechciała mu pomóc w 

wykończeniu wnętrz. Miał tylko nadzieję, że się nie rozmyśli przed dzisiejszą 

nocą. Nie tylko dlatego, że pragnął się z nią kochać, ale również dlatego, że 

zdążył się już przyzwyczaić do myśli, że zostanie ojcem. 

Wciąż się zastanawiał, jak pokierować wydarzeniami dzisiejszego 

wieczoru. Postara się, by nie czuła żadnej presji. Obiecał sobie, że będzie 

cierpliwy, delikatny i dokładny. Zanim wieczór się skończy, Mallory się dowie, 

jakie to uczucie, gdy ciało całkowicie przejmuje kontrolę nad rozumem. Miał 

zamiar użyć całej gamy środków, które posiadał w swoim repertuarze, aby to 

osiągnąć. 

Przygotowując się na rodzinne spotkanie, a przede wszystkim na noc z 

Whitem, Mallory zdążyła już zupełnie zepsuć swój wieczorny makijaż. Tusz do 

rzęs rozmazał jej się pod oczami, zapomniała nałożyć puder na policzki, a 

bladoróżowa szminka wyszła poza obrys ust.  

Skoro nie potrafiła wykonać jak należy tak rutynowej czynności jak 

nałożenie makijażu, to w jaki sposób uda jej się doprowadzić Whita do 

szaleństwa? To proste. Tak jak w pracy, potraktuje to jako etap prowadzący do 

celu, jakim jest posiadanie dziecka. Rozluźnienie się podczas stosunku sprzyja 

zapłodnieniu. Wystarczy, że się zastosuje do wskazówek z artykułu i wszystko 

się uda. Zaś pozycja na jeźdźca pozwoli jej zachować choć odrobinę kontroli. 

Wszystko to przestało się wydawać takie proste, gdy tylko wyszła z 

pokoju i niemal wpadła na przyszłego ojca swego dziecka, w niedbałym stroju 

R S

background image

 

50 

składającym się z dżinsów i granatowego podkoszulka. Stłumiła w sobie odruch, 

by zmierzwić ręką jego mokre jeszcze włosy. 

Whit zmierzył ją uważnym spojrzeniem i zapytał: 

- Nowa sukienka? 

Spojrzała na krótką, zwiewną czarną sukienkę bez ramiączek, którą kupiła 

w czasie przerwy na lunch, podążając za radą numer dwa: Włóż coś, czego w 

zwyczajnych okolicznościach nigdy byś nie włożyła. 

- Tak. Chciałam spróbować czegoś innego. Mam już dość kostiumów, 

które noszę do pracy. Wyglądam jak roznegliżowana nastolatka? - zapytała 

niepewnie. 

W jego oczach jednak dominowała gorąca aprobata. 

- Wyglądasz świetnie. Diabelnie seksownie. Jesteś pewna, że musimy tam 

iść? 

- Niestety tak. 

- No dobrze, mus to mus - stwierdził. - Gotowa do drogi? 

- Pewnie. Jedziemy moim czy twoim samochodem? 

- Mój odstawiłem dziś na przegląd, więc chwilowo jeżdżę firmowym 

autem. 

- Masz na myśli ten ogromny czarny cadillac? 

- Tak. Zwykle wolę mniejsze modele, ale duży rozmiar też ma swoje 

zalety. 

- Pewnie. System nawigacji, odtwarzacz CD na sześć płyt, wygodne 

siedzenia - zaczęła Mallory, niczym sprzedawca zachwalający swój towar. 

Uśmiechnął się. 

- I rozkładane tylne siedzenie na wypadek, gdybyśmy się zdecydowali 

zostać trochę dłużej. 

Mallory chwyciła torebkę tak gwałtownie, że o mało nie wysypała całej 

zawartości. Rada numer sześć: Bądź uwodzicielska. Twojemu mężczyźnie na 

pewno to się spodoba. Odetchnęła głęboko, przypominając sobie, że tej nocy 

R S

background image

 

51 

miała się zachowywać jak prowokująca femme fatale. Odwróciła się w stronę 

Whita i przejechała kciukiem po jego podkoszulku, zatrzymując się w okolicy 

pępka. 

- O dziewiątej będziemy z powrotem. A jeśli coś nas zatrzyma, to... - 

znacząco zawiesiła głos - możemy skorzystać z mojej dawnej sypialni na 

poddaszu. Zawsze chciałam tam przemycić jakiegoś faceta. 

Whit chwycił jej rękę i podniósł do ust. 

- Już to widzę. Lucy i Dermot byliby zachwyceni. 

- Lucy i Dermot nie muszą znać szczegółów. 

Gdyby się dowiedzieli, że Mallory planuje zajść w ciążę bez ślubu, 

pewnie by im się to nie spodobało. Dowiedzą się jednak dopiero wtedy, gdy jej 

się uda. Whit podszedł do drzwi i otworzył je z rozmachem. 

- Chodźmy, O'Brien. 

Przez całą drogę do windy zapach jego wody po goleniu przyprawiał ją o 

zawrót głowy. Czuła, że musi się wziąć w garść, inaczej nie wystarczy jej sił na 

przeprowadzenie planu. W czasie jazdy Mallory zdała sobie sprawę, że Whit już 

rozpoczął grę wstępną. Trzymał rękę na jej kolanie, gładząc delikatnie kciukiem 

wewnętrzną stronę uda. Pomyślała, że powinna założyć nogę na nogę, ale nie 

znalazła w sobie wystarczająco dużo siły, by to uczynić. Oby tylko nie przyszło 

mu do głowy przesunąć ręki wyżej. 

Gdy się zatrzymali na światłach, o kilka przecznic od celu ich podróży, 

Whit pochylił się i pocałował ją w usta. 

- Co masz na sobie pod sukienką? - spytał. 

- Nie wolałbyś sam to sprawdzić? - Uśmiechnęła się uwodzicielsko. 

- Mam taki zamiar, nim noc dobiegnie końca, ale możesz mi powiedzieć. 

- Czarną, koronkową bieliznę. 

- Chyba nie powinnaś mi tego mówić. - Oparł głowę o zagłówek. 

- Sam pytałeś. 

- To prawda - westchnął. 

R S

background image

 

52 

Z tyłu rozległ się dźwięk klaksonu. Whit ruszył z miejsca z piskiem opon 

i skręcił w uliczkę, przy której znajdował się rodzinny dom Mallory. 

- Przez całą kolację będę sobie teraz wyobrażał tą bieliznę. 

- Mam pomysł - rzuciła. Bardzo niegrzeczny pomysł. Czy zdobędzie się 

na to? 

Rada numer cztery: Bądź prowokująca. 

Nie jestem kiepską kochanką, pomyślała. Jestem uwodzicielska i 

seksowna. Teraz albo nigdy. Sięgnęła ręką pod spódnicę i zsunęła czarne stringi. 

Po chwili uniosła je wysoko, aby mógł się im przyjrzeć. 

- Już nie musisz sobie wyobrażać. 

Whit rzucił okiem, po czym skręcił gwałtownie kierownicą, by uniknąć 

zderzenia z lampą uliczną. Po chwili zaparkował za samochodem Logana. 

Rozejrzał się po pustej ulicy i zwrócił do Mallory: 

- Mallory O'Brien, powiem ci coś, czego nie mówiłem jeszcze żadnej 

kobiecie. Załóż te stringi z powrotem i wysiadaj z samochodu. 

Mallory roześmiała się. 

- Jesteś pewien? 

- Nie, ale nie mamy wyjścia. 

Wolnym ruchem wsunęła je z powrotem, z satysfakcją odnotowując 

rumieniec na twarzy Whita. Zanim otworzyła drzwi, pochylił się w jej stronę i ją 

pocałował. 

- Następnym razem to ja będę osobą, która je zdejmie. 

- Obiecujesz? 

- Masz to jak w banku. Gdy tylko się uporamy z tym małym przyjęciem, 

zaczynamy prawdziwą imprezę. 

- Whit, jak dobrze cię znowu widzieć! 

- Lucy, wyglądasz olśniewająco. Kiedy się zdecydujesz rzucić dla mnie 

Dermota? - zapytał z szerokim uśmiechem Whit, obejmując postawną kobietę i 

całując ją w policzek na powitanie. 

R S

background image

 

53 

- Wiesz dobrze, że Dermot nie poradziłby sobie beze mnie - stwierdziła 

stanowczo matka Mallory, wygładzając dłonią spódnicę, po czym skierowała 

swoją uwagę na córkę. 

- Mallory, kochanie, czy ta sukienka nie jest zbyt prześwitująca? - spytała, 

patrząc na córkę krytycznie. 

- Spójrz, Whit, widzisz, jak prześwituje jej biustonosz? O, tak. A przed 

chwilą widziałem również i majtki, pomyślał. 

- Daj spokój, Lucy, taka teraz moda. Szczerze mówiąc, nawet nie 

zauważyłem. To znaczy... Mallory jest dla mnie jak siostra - zaplątał się Whit. 

Mallory zrobiła krok do przodu ze stanowczym wyrazem twarzy. 

- Wcale aż tak bardzo nie prześwituje. Poza tym, mamo, mój biustonosz 

jest czarny, więc nie rzuca się w oczy pod czarną sukienką. 

Lucy O'Brien pogłaskała córkę po policzku. 

- A nie jesteś trochę za stara na taki strój? Masz trzydzieści lat, Mallory, 

nie jesteś już nastolatką. 

Mallory przewróciła oczami. 

- No rzeczywiście, dziękuję, że mi o tym przypominasz, mamo. 

- A niech mnie, czy to moja mała dziewczynka? - zabrzmiał tubalny głos 

w głębi korytarza. Whit odetchnął w duchu, gdyż rozmowa między matką a 

córką zaczynała już być dla niego krępująca. Dermot O'Brien był postawnym 

mężczyzną, odrobinę tylko niższym od Whita. Uściskał Mallory, po czym 

wyciągnął rękę do Whita, klepiąc go po przyjacielsku po plecach. 

- Jak ci mija czas na emeryturze? - zapytał Whit, gdy tylko odzyskał dech 

w piersiach. 

- Całkiem nieźle - odparł z szerokim uśmiechem. - Zresztą, zapytaj moją 

żonę. 

- Mów za siebie, staruszku - wymamrotała Lucy, obdarzając męża 

promiennym uśmiechem. 

- A to chyba nowy strój, córeczko - zwrócił się Dermot do córki. 

R S

background image

 

54 

- Zgadza się, tato - odparła Mallory, starając się zasłonić nieco piersi. 

- Jesteś pewna, że kompletny? - zapytał, mrugając do Whita. 

- Chyba się napiję wina - stwierdziła stanowczo Mallory, kierując się w 

stronę pokoju. 

- Nie żałuj sobie - krzyknął za nią Whit. - Ja za to mam ochotę na wielki 

wołowy stek. 

Spojrzała na niego w taki sposób, że zapragnął się zapaść pod ziemię. 

- Skoro mowa o stekach - zaczął Dermot, wskazując ruchem głowy na 

wejście do ogrodu - muszę iść przypilnować Logana. Obiecał się zająć grillem. 

- Powiedz Loganowi, że zaraz przyjdę - powiedział Whit, który 

najchętniej dałby przyjacielowi do zrozumienia, co naprawdę myśli o zmianie 

planów na środowy wieczór. 

Lucy położyła mu rękę na ramieniu. 

- Mam nadzieję, że Mallory nie stara się nawrócić cię na wegetarianizm, 

Whit? 

- Wiesz, jaka jest Mallory. Ciągle wymyśla jakieś diety. Teraz na topie są 

ryby i warzywa. 

- Nie zwracaj na nią uwagi. Taki mężczyzna jak ty potrzebuje solidnej 

dawki białka. A teraz chodź ze mną. Chłopcy się ucieszą, że przyszedłeś. 

Gdy weszli do salonu, Whit ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. 

Niewiele się tu zmieniło. Na wysłużonej kanapie siedział brat Mallory, Kevin, 

pogrążony w rozmowie z dziewczyną Logana. Jego własna narzeczona, Corrine, 

rozmawiała z kolejnym bratem Mallory, Aidanem, nie zwracając uwagi na 

flirtującego partnera. Najwyraźniej przyzwyczaiła się do jego stylu bycia. Corri 

była piękną blondynką o niebieskich oczach, a jednocześnie mądrą i rozsądną 

kobietą. Według Whita, zdecydowanie zasługiwała na lepszego partnera 

życiowego. 

Nie było tam trzeciego brata Mallory, Kierana. On i Kevin byli 

bliźniakami i wielu ludzi nie potrafiło ich odróżnić. Whit jednak znał ich 

R S

background image

 

55 

dostatecznie długo, by nie mieć z tym problemów. Kevin był praworęczny, a 

Kieran leworęczny. Kieran był również dużo bardziej wysportowany i 

umięśniony od swojego brata bliźniaka. Był właścicielem ekskluzywnej sieci 

siłowni w mieście. Kevin był raczej typem mężczyzny żyjącego z dnia na dzień. 

Można go było określić jako czarną owcę w rodzinie. 

- Kierana nie będzie? - zapytała Lucy. 

- Znasz Kierana. - Machnęła lekceważąco ręką. - Tylko praca i praca. 

Chyba udziela jakichś prywatnych lekcji. 

Niewątpliwie jakiejś kobiecie, pomyślał Whit. 

- Nie widzę też Devina - stwierdził, rozglądając się dookoła. Najstarszy 

brat Mallory był uznanym lekarzem. 

Lucy uśmiechnęła się szeroko, pełna matczynej dumy. 

- Został w domu razem ze Stacy. Pomaga jej przy dziecku. Mały Sean ma 

kolkę. O tej porze daje im w kość, zupełnie jak Mallory, zanim skończyła trzy 

miesiące. Od szóstej do dziewiątej wrzeszczała jak opętana. 

- Pójdę się przywitać z Loganem. 

Lucy wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. 

- Dziękuję, że się opiekujesz naszą małą dziewczynką.  

Gdyby bracia O'Brienowie wiedzieli, jakie są jego plany w stosunku do 

Mallory, chyba nie udałoby mu się uniknąć porządnego lania. 

Przywitał się ze wszystkimi, po czym skierował się w stronę tarasu. Na 

dworze powoli zapadał zmierzch. Zapach pieczonej karkówki rozchodził się po 

ogrodzie, przywołując wspomnienie leniwych wieczorów, jakie spędzał kiedyś 

w tym domu w towarzystwie tej niesamowitej rodziny. Wszystkie swoje braki 

potrafili nadrobić miłością. 

Whit zbliżył się do grupki mężczyzn stojących przy grillu i pogrążonych 

w rozmowie. Oprócz Logana i Dermota był tam jeszcze wysoki starszy 

mężczyzna z bródką, którego Whit nigdy wcześniej nie widział. 

R S

background image

 

56 

- A niech mnie, kogo ja widzę! - rozległ się głos Logana. - Kopę lat, 

Manning. 

Gdy Whit wyzwolił się z uścisku Logana, ojciec Mallory przedstawił mu 

nieznajomego mężczyznę. 

- Whit, to jest nasz lekarz rodzinny, doktor Stanley Grote. Doktorze, to 

Whit Manning, dobry przyjaciel rodziny. 

- Witam, młody człowieku. Czy widział pan kiedyś cystę wielkości 

ludzkiej dłoni? 

- Chyba nie miałem okazji - odparł niepewnie Whit na tak niestandardowe 

przywitanie. 

- No, cóż... - Stary doktor najwyraźniej chciał rozpocząć opowieść, ale 

Dermot mu przerwał. 

- Doktorze, chodźmy do domu. Jestem pewien, że Lucy chciałaby to 

usłyszeć. 

Whit odetchnął z ulgą, obserwując obu mężczyzn znikających w drzwiach 

do domu. 

- Jak idą interesy? - zwrócił się do Logana. 

- Świetnie. - Przyjaciel uśmiechnął się szeroko. - Ostatnio otworzyliśmy 

filie w trzech miastach poza Houston. 

- Czy dzisiaj świętujemy twoje sukcesy zawodowe?  

Uśmiech Logana przypominał mu Mallory, chociaż na tym podobieństwo 

między rodzeństwem się kończyło. Logan miał ciemne włosy jak matka i 

niebieskie oczy. Był prawdopodobnie najprzystojniejszy ze wszystkich braci. 

Kobiety szalały za nim, o czym Whit nieraz się przekonał w trakcie ich długiej 

przyjaźni. 

Logan przekręcił steki na drugą stronę. 

- Czy musi być od razu jakiś powód, żeby się spotkać z rodziną? 

- Jest środek tygodnia, więc zakładam, że jest jakaś okazja. 

R S

background image

 

57 

- W każdym razie nie chodzi o moją firmę - stwierdził zagadkowo Logan, 

popijając piwo. - Chcesz? - zapytał, wskazując na butelkę. 

- Nie, dzisiaj prowadzę. 

Mallory prawdopodobnie już kończyła swojego drinka. Miał nadzieję, że 

nie wypije zbyt dużo. Chciał, by zapamiętała każdy szczegół z dzisiejszej nocy. 

Po długiej chwili ciszy Logan obwieścił: 

- W weekend poprosiłem Helen o rękę i powiedziała „tak". Dzisiaj mamy 

zamiar ogłosić zaręczyny. 

Czyli chodziło o to, czego Mallory tak się obawiała. Whit poczuł nagle 

ochotę, żeby powiedzieć Loganowi o tym, że jego narzeczona flirtuje właśnie w 

salonie z jego młodszym bratem. 

- Gratulacje. Kiedy ślub? Logan uniósł pokrywę grilla. 

- Do diabła! - krzyknął, gdy oparzył się w palec. Logan zazwyczaj nigdy 

nie tracił panowania nad sobą, 

Whit więc uznał, że to słowo „ślub" wyprowadza go z równowagi. 

- Słuchaj, jesteś pewien, że tego chcesz? 

- Tak, jestem pewien - odparł, ale w jego głosie zabrzmiało wahanie. 

- Jesteś pewien, że jesteś pewien? 

- Helen jest w ciąży. Cóż, to wiele wyjaśniało. 

- W takim razie jeszcze raz gratuluję. Logan wcale nie wyglądał na 

zachwyconego. 

- Zachowaj tę informację dla siebie. Nikt z rodziny jeszcze o tym nie wie, 

nie wyłączając Mallory. Powiemy im we właściwym czasie. 

- Nie pisnę ani słowa - obiecał Whit. Znał opinię Mallory o Helen i 

wiedział, jak bardzo chciała zajść w ciążę, spodziewał się więc, że jej reakcja na 

tę informację raczej nie będzie przychylna. Logan również nie byłby 

zadowolony, gdyby się dowiedział, że planują z Mallory dziecko. 

- Chyba są gotowe - powiedział Logan, przekładając steki na talerz. 

R S

background image

 

58 

- Daj, ja zaniosę - zaoferował Whit, obawiając się, że wszystkie mogą 

zaraz wylądować na trawniku. 

- Jak się mieszka z moją siostrą? - zapytał Logan. 

- Świetnie. Znasz przecież Mallory. Jest naprawdę łatwa. 

- Słucham? - Logan zmarszczył brwi. 

- No, nie stwarza niepotrzebnych problemów. 

- Czy ty mówisz o mojej siostrze? Która zawsze musi mieć ostatnie słowo 

i jest do znudzenia zorganizowana i uporządkowana? 

- No tak, ale doskonale się uzupełniamy. Naprawdę, całkiem nieźle nam 

to wychodzi. 

- Nie ma zamiaru się wkrótce wyprowadzić? 

- Nic mi o tym nie wiadomo - stropił się Whit. Starania o dziecko są 

przecież czasochłonne. 

Choć na dworze robiło się już ciemno, Whit dostrzegł podejrzliwe 

spojrzenie Logana. 

- Czy ty mi o czymś nie mówisz? - zapytał. 

- Co masz na myśli? - Przecież nie miał wypisane na twarzy, że pragnie 

jego siostry. 

- Słuchaj, Whit, jeśli Mallory jest uciążliwa, powiedz mi. Jestem jej 

bratem, pomogę jej znaleźć coś innego. 

- Nie bój się, nie jest uciążliwa. - Whit odetchnął z ulgą. 

- Nie zdziwiłbym się, gdyby była trochę wkurzająca. Powinna sobie 

znaleźć faceta. Założę się, że już od dawna nie poszła z nikim do łóżka. 

- Od trzech lat - wypalił Whit, zanim zdążył się ugryźć w język. 

- Żartujesz? Powiedziała ci? 

- No, tak. 

Niedługo po tym, jak powiedziała, że chce mieć z nim dziecko. Ten 

szczegół Whit postanowił jednak zachować dla siebie. 

R S

background image

 

59 

- Pewnie się boi, co jest nawet zrozumiałe. Jej były mąż to kretyn. Ale 

przecież nie musi się zaraz angażować. Słuchaj, może ty byś mógł pomóc? 

Chyba się przesłyszałem, pomyślał Whit. Czy Logan właśnie dał mu 

pozwolenie na niezobowiązujący seks ze swoją siostrą? 

- No wiesz, masz dużo kumpli. Mógłbyś ją z którymś umówić. 

Szczerze mówiąc, sama myśl o Mallory w ramionach innego mężczyzny 

doprowadzała Whita do szaleństwa. 

- Mallory zasługuje na coś więcej. 

- Masz rację. Dosyć się już nacierpiała. Nie chcę, by znowu ją ktoś 

skrzywdził. 

- Chodźmy już. Całe towarzystwo umiera z głodu - ponaglił Whit, chcąc 

jak najszybciej zmienić temat. 

- O, tak. Szczególnie moja majtka pewnie marzy o czymś, co choć na 

chwilę by sprawiło, że doktorek zamknie usta. 

Mallory czuła się jak prostytutka. Przez całą kolację jej bracia nie 

przestawali żartować z jej nowej sukienki. Przynajmniej jej przyszła szwagierka, 

a nawet Helen, zdobyły się na jakiś komplement. Ogólnie rzecz biorąc, wieczór 

z rodziną byłby dość przyjemny, gdyby nie fakt, że myślami wybiegała już do 

tego, co miało się wydarzyć później. Sama myśl o planach na wieczór 

przyprawiała ją o dreszcze. Szukając chwili wytchnienia, opuściła towarzystwo i 

skierowała się w stronę drzwi swojej sypialni, na których wciąż widniał napis 

„Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony". 

Matka postarała się, by pokój wyglądał tak samo jak w dniu, w którym się 

wyprowadziła. Na półkach stały jej ulubione książki, a w rogu białe łóżko z 

baldachimem. Pośrodku tego łóżka zaś leżał rozciągnięty wygodnie mężczyzna, 

wokół którego od rana krążyły jej myśli. 

Mallory szybko zamknęła drzwi. 

- A co ty tu robisz? 

R S

background image

 

60 

- Pomyślałem, że cię tu znajdę. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji, by 

pogadać dziś wieczorem. 

- Już się zaczęłam zastanawiać, czy nie wyjechałeś beze mnie. 

- Nie licz na to - mruknął, podnosząc się powoli z łóżka. Podszedł do niej 

z rękoma w kieszeniach, z niesamowicie seksownym uśmiechem na twarzy. 

Poczuła zapach jego wody kolońskiej. 

- Tęskniłaś za mną trochę? - zapytał. 

- Może troszeczkę - odparła, opierając się o drzwi. Podszedł bliżej. 

- Co robiłaś przed chwilą? Obaliłaś całą butelkę wina?  

Rada numer osiem: Alkohol rozluźnia, ale w nadmiarze osłabia odczucia. 

Nie przesadzaj. 

- Wypiłam tylko jeden kieliszek. Przez większość czasu rozmawiałam z 

rodziną. A ty? 

- Uciąłem sobie interesującą pogawędkę z twoim bratem. 

- Z którym? - Jego bliskość sprawiała, że nie mogła zebrać myśli. 

- Z Loganem. Martwi się, że nam się nie układa. 

- Naprawdę? 

- Mhm. Uważa również, że brakuje ci seksu, i poprosił mnie o pomoc. 

- Słucham? Poprosił cię, żebyś się ze mną przespał? 

- Też tak pomyślałem, ale okazało się, że ma raczej na myśli wyswatanie 

cię z jednym z moich licznych znajomych. Odmówiłem. 

- Miło z twojej strony. 

- Nie chcę cię zranić, Mallory. - Pogładził dłonią jej policzek. 

- Nie zranisz. Układ jest jasny i prosty. Obydwoje wiemy, na co się 

decydujemy. 

- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? 

- Tak. A ty? Chcesz się wycofać? - Wstrzymała oddech, czekając z 

niepokojem na jego odpowiedź. 

Whit uśmiechnął się tylko i zapytał: 

R S

background image

 

61 

- Czy cały czas masz na sobie te stringi? Odetchnęła z ulgą. 

- Zastanawiałam się, czy nie zdjąć ich przy kolacji. Może to 

powstrzymałoby doktora Grote'a od uraczenia nas kolejną fascynującą 

opowieścią. 

Whit roześmiał się tubalnie. 

- Mam nadzieję, że cały czas są na swoim miejscu. Mam co do nich 

własne plany. Wprowadzę je w życie, kiedy tylko będziesz na to gotowa. 

- Jestem gotowa - szepnęła, przylegając do niego całym ciałem. - Ale 

zdaje mi się, że ktoś nas woła. 

Whit pocałował ją powoli, ignorując dochodzące z dołu schodów 

nawoływania. 

- Do zobaczenia w samochodzie - szepnął jej do ucha, a ona tylko się 

uśmiechnęła w odpowiedzi. 

- Helen i ja chcemy się pobrać. 

Choć cała rodzina rzuciła się składać gratulacje, Whit czuł unoszące się w 

powietrzu napięcie. Widział je w twarzy Lucy i w toaście, jaki bez przekonania 

wzniósł Dermot. Wyraz twarzy Mallory również nie pozostawiał wątpliwości. 

Poczekał na uboczu, aż najbliższa rodzina złoży narzeczonym gratulacje. 

Po chwili podeszła do niego Mallory. 

- Miałam rację. Cóż, mam nadzieję, że będą szczęśliwi, chociaż mam 

wątpliwości. 

Whit również je miał, ale postanowił o nich nie mówić. 

- Logan wie co robi, Mallory. 

- Nie jestem tego taka pewna - prychnęła. - Dzisiaj wydawało mi się, że 

Helen dużo lepiej dogaduje się z Kevinem. 

- Też to zauważyłem - stwierdził.  

- Ale wiesz, jaki jest Kevin. 

- O, tak. Ma naturę drapieżnika. Biedna Corrie już dawno powinna go 

przywołać do porządku. 

R S

background image

 

62 

- Bardzo jej na nim zależy. 

- Chodźmy, chcę już to mieć z głowy. - Mallory kiwnęła głową w stronę 

narzeczonych. 

- Ty pierwsza. 

Whit podążył za Mallory, podziwiając z tyłu ruch jej bioder. Uściskał 

Logana. 

- Gratulacje dla was obojga. Kiedy możemy się spodziewać radosnego 

wydarzenia? - zapytał. 

Logan otoczył ramieniem rozpromienioną narzeczoną. - Jeszcze nie... 

- W trzecim tygodniu lipca - wpadła mu w słowo Helen. 

- Nie zostało wam zbyt wiele czasu na zaplanowanie wszystkiego - 

ostrożnie zauważyła Mallory. 

Helen zachichotała. 

- Och, od dawna mam wszystko zaplanowane. Zresztą moja mama zajmie 

się szczegółami. 

Podniosła rękę i podstawiła Mallory ogromny pierścionek pod sam nos. 

- Widziałaś? 

Mallory uważnie przyjrzała się połyskującemu na palcu brylantowi. 

- Bardzo ładny, Logan. Masz gust, jeśli chodzi o biżuterię. 

Ton jej głosu jasno wskazywał, że nie ma tak samo pochlebnej opinii o 

jego guście, jeśli chodzi o kobiety. 

- Dzięki, siostrzyczko. Helen chciała ci zadać jedno pytanie. 

- Tak? - zapytała chłodno Mallory. 

- Chciałabym, żebyś była moją druhną - zaszczebiotała Helen. - Mam już 

wybraną piękną suknię. 

- Powiedz mi tylko gdzie i kiedy - odparła lodowato 

Mallory, a Whit pomyślał, że tego wieczoru należy jej się pierwsza 

nagroda w konkursie na brak entuzjazmu. 

R S

background image

 

63 

- Whit, ty oczywiście będziesz moim drużbą. - Poklepał go po ramieniu 

Logan. 

- To dla mnie zaszczyt - zapewnił Whit, pomimo swoich obaw co do 

decyzji przyjaciela. 

W tym samym momencie podszedł doktor Grote. 

- Logan, jestem z ciebie dumny - zagrzmiał. - Byłem pierwszą osobą, 

która wymierzyła mu w tyłek siarczystego klapsa - zaśmiał się, zwracając się do 

Helen. 

Mallory chwyciła Whita za ramię, kierując się do wyjścia. 

- Musimy się już zbierać. Do widzenia. 

- Chwileczkę, młoda damo - wysapał stary doktor. - Chcę z tobą zamienić 

słówko. 

Nie zatrzymując się, Mallory rzuciła przez ramię: 

- Naprawdę musimy już iść, doktorze. Jutro muszę rano wstać do pracy. 

Przyspieszyła kroku, a Whit podążył za nią. Gdy byli już blisko furtki, 

dobiegł ich głos zwariowanego doktora: 

- Logan, czy to jest ten młodzieniec, z którym twoja siostra chce mieć 

dziecko? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

64 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

- Nie mogę uwierzyć w to, co usłyszałam. 

Mallory opuściła ręce, którymi przed chwilą zakrywała twarz, i spojrzała 

na Whita. Jeszcze nie odpalił samochodu, nie zapiął nawet pasów. Patrzył przed 

siebie zagadkowym wzrokiem.  

- Myślisz, że ktokolwiek poza Loganem i Helen to usłyszał? - zapytał po 

przedłużającej się chwili ciszy. 

Mallory wbrew sobie usiłowała zachować pogodny wyraz twarzy. 

- Chyba nie. Reszta rodziny była już w domu. 

- Zdajesz sobie sprawę, że twój brat prawdopodobnie jutro do mnie 

zadzwoni. 

- Wiem. Powiedz mu po prostu, że to starcze wymysły doktora. Żałuję, że 

poszłam do niego, kiedy się zdecydowałam na dziecko. 

Whit rzucił jej krótkie spojrzenie. 

- On chyba nie będzie twoim lekarzem prowadzącym? 

- Nie ma mowy. 

- Skoro już mowa o ciąży, to mamy dziś jeszcze coś do zrobienia. Jedźmy 

stąd. 

Mallory wcale nie trzeba było o tym przypominać. Przez cały dzień nie 

potrafiła myśleć o niczym innym. Miała nadzieję, że uda jej się wprowadzić w 

życie zalecenia z listy numer dwa. 

Whit zapiął pas i przekręcił kluczyk w stacyjce. 

- Nie zapomniałeś o czymś? - spytała Mallory, wskazując ruchem głowy 

w kierunku swoich ud. - Mówiłeś, że następnym razem ty je zdejmiesz. 

- Teraz? - zapytał z niedowierzaniem Whit. - Nie boisz się, że ktoś nas 

może zobaczyć? 

- Dlatego myślę, że powinieneś się pospieszyć. 

R S

background image

 

65 

Wstrzymała oddech, gdy wsunął jej rękę pod sukienkę i sprawnie 

odszukał bieliznę, a następnie powoli zsunął z nóg. Niedbale rzucił figi na tylne 

siedzenie. 

- Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? 

- Na razie jestem usatysfakcjonowana. Chyba że ty masz jakieś specjalne 

życzenia. 

Podrapał się z zastanowieniem po podbródku. 

- Chyba mam. Chciałbym, żebyś zdjęła biustonosz. 

- Trudno będzie to zrobić bez zdejmowania sukienki. 

- Widziałem, jak kobiety dają sobie z tym radę. Nie wątpiła, że widział. 

- Wiesz, Manning, naprawdę ktoś może nas przyłapać. Uśmiechnął się 

szeroko. 

- Dlatego powinnaś się pospieszyć.  

Odwzajemniła jego uśmiech, wzruszając przy tym lekko ramionami. 

- No dobrze. Moja matka i tak narzekała przez całą kolację, że zbyt 

wyraźnie go widać - odparła, wsuwając ręce pod sukienkę i rozpinając zapięcie. 

Po chwili wręczyła biustonosz Whitowi, który przyjrzał mu się, po czym 

również rzucił go na tylne siedzenie. 

- No to możemy jechać - stwierdził dziarsko. 

- Chwileczkę - zatrzymała go Mallory. - Chcę, żebyś mi coś obiecał. 

- Mów śmiało. 

Rada numer sześć: Mów wyraźnie o swoich potrzebach. 

- Chcę, żebyś mi obiecał, że zrobisz dzisiaj wszystko, o co cię poproszę, 

bez zadawania pytań. 

- Wiesz, że nie zrobię niczego wbrew twojej woli, prawda? 

- Wiem - powiedziała poważnie, rzucając mu ufne spojrzenie. - Teraz 

możemy już jechać. 

Whit pocałował ją namiętnie i ruszył z piskiem opon. Napięcie ciągle 

rosło, w miarę jak się oddalali od domu rodziców. Jechali w milczeniu, rzucając 

R S

background image

 

66 

sobie od czasu do czasu wymowne spojrzenia. Whit bezwiednie gładził kciu-

kiem wnętrze jej uda, a ona wyciągnęła ramię i zaczęła się bawić kosmykiem 

jego włosów. 

Gdy skręcili na główną drogę, Mallory czuła, że jej skóra zaczyna topnieć 

jak wosk pod wpływem jego dotyku. Whit jechał wolniej niż zwykle, a na 

każdych czerwonych światłach schylał się, by ją pocałować, jednocześnie 

przesuwając rękę o kilka centymetrów wyżej. Mallory bardzo pragnęła się 

dowiedzieć, co poczuje, gdy jego ręka zawędruje w końcu na właściwe miejsce. 

Czy po raz kolejny przeżyje rozczarowanie? Wszystko wskazywało na to, że nie 

i nie chciała już dłużej czekać. 

Gdy dojechali do następnych świateł, wskazała mu uliczkę wiodącą do 

parku. 

- Skręć tutaj - poprosiła. 

Whit spojrzał na nią zdezorientowany. 

- Jeszcze tylko dwadzieścia minut i będziemy w domu, w łóżku. 

Rada numer dziesięć: Łóżko może być nudne. Wypróbujcie inne miejsca. 

Była to ulubiona rada Mallory. Skoro była kiepska w łóżku, dzisiaj 

obędzie się bez niego. 

- Obiecałeś spełnić każdą moją prośbę, Whit - szepnęła, kładąc rękę na 

jego udzie. - Chyba nie masz nic przeciwko grze wstępnej na świeżym 

powietrzu? 

Whit bez słowa skręcił w ciemną uliczkę i zatrzymał się na opuszczonym 

parkingu. Zaparkował pod olbrzymim dębem i włączył przycisk otwierający 

dach. Nad ich głowami ukazało się rozgwieżdżone niebo. Mallory poczuła lekki 

wiatr we włosach. Spodziewała się, że Whit od razu przystąpi do rzeczy, ale on 

spojrzał na nią uważnie i powiedział: 

- Dobrze, Mallory. Dzisiaj ty dyktujesz warunki. Powiedz mi, na co masz 

ochotę. 

Mallory tysiąc razy wyobrażała sobie tę chwilę podczas kolacji. 

R S

background image

 

67 

- Zdejmij koszulę - wyjąkała słabym głosem. Bez słowa zrobił to, o co go 

poprosiła. 

- A teraz rozłóż siedzenie. 

Przez moment wydawało się, że Whit zakwestionuje jej prośbę, ale 

sięgnął ręką pod siedzenie i rozłożył je do pozycji poziomej. Ułożył się na nim i 

podłożył ręce pod głowę. 

- Całkiem tu wygodnie. Co teraz? 

Miała dwa wyjścia: powiedzieć mu lub pokazać. Zdecydowała się na to 

drugie. Podciągnęła brzeg sukienki i wdrapała się na niego, obejmując udami 

jego biodra. Jeśli nawet Whit był nieco zszokowany jej śmiałością, nie po-

kazywał tego po sobie. Wyglądał raczej na zadowolonego. Leżał wciąż w 

bezruchu, z rękami pod głową, czekając na jej następny krok. Mallory drżącymi 

palcami zaczęła rozpinać guziki sukienki. Wyręczył ją, sięgając do kolejnych 

guzików. 

- Chcę cię dotykać. Mallory... 

- Chcę, żebyś mnie dotykał. 

- Ustami - dokończył, patrząc jej prosto w oczy.  

Przyciągnął jej głowę do siebie i zaczął całować powoli jej piersi. Każdy 

dotyk jego ust, każdy ruch języka sprawiał, że zalewała ją fala żaru, jakiego 

nigdy wcześniej nie odczuwała. Zatraciła się zupełnie w tym błogim uczuciu. 

Nie mogąc się dłużej powstrzymać, poruszyła się na jego biodrach, ale on 

unieruchomił jej talię. 

- Przestań, bo wszystko się skończy, zanim się na dobre zaczęło. 

- Whit, ja muszę... - jęknęła, nie mogąc złapać tchu, ale resztką sił zdała 

sobie sprawę, że on doskonale o tym wie. Wiedział dokładnie gdzie i jak 

pragnęła być dotykana, gdy podciągnął jej sukienkę wysoko. Nie uprzedził jej o 

tym, co ma zamiar zrobić, po prostu przesunął dłonie wzdłuż jej ud, złączając je 

między nogami. Jego kciuk, niczym piórko, zaczął gładzić jej najczulsze 

miejsce. Mallory obserwowała ze zdumieniem, jak jej ciało reaguje na nieznaną 

R S

background image

 

68 

jej dotąd pieszczotę. Lawina doznań odurzyła ją, nie zostawiając miejsca na 

myślenie i analizowanie. Tak długo na to czekała, tak bardzo tego pragnęła. 

Chciała teraz, by ta chwila trwała w nieskończoność. Whit zwiększył tempo i 

Mallory poczuła, jak nieuchronnie zbliża się ten moment... Nagły dreszcz 

przeszył gwałtownie jej ciało, pozbawiając ją oddechu. Jęknęła, tracąc poczucie 

czasu i przestrzeni. Wokół niej nie istniało nic poza falami przyjemności, które 

ją zalewały, i szeptem Whita. Patrzył na nią z czułym uśmiechem w swoich 

ciemnych, mądrych oczach. 

Mallory bezwładnie opadła na jego klatkę piersiową, szczęśliwa, że w 

końcu i ona doświadczyła tego niesamowitego uczucia. Co więcej, wiedziała, że 

poczuje je znowu, przynajmniej przez kilka najbliższych nocy. Była jak dziecko, 

które otrzymało właśnie nową zabawkę. 

Whit przytulił ją mocno i szepnął do ucha: 

- Mówiłem ci, że wszystko jest z tobą w porządku. 

- Skąd wiesz, że nie udawałam? 

- Widziałem twoją twarz, Mallory. - Uśmiechnął się. 

- Masz rację. Tak chyba jest, kiedy się na coś czeka tak długo. 

- To jeszcze nie koniec. Jak tylko dojedziemy do domu, zaczynamy od 

nowa. 

Mallory wcale nie miała ochoty na powrót do domu. Miała ochotę na 

Whita tu i teraz. Z determinacją chwyciła jego pasek i odpięła go zwinnym 

ruchem.  

Chwycił ją za rękę i zapytał: 

- Co robisz, Mallory? 

Nie mógł już jej powstrzymać. 

- Przystępujemy do akcji „dziecko" - oznajmiła, rozpinając mu rozporek. 

- Tutaj? 

- Tak, tutaj. 

- Nie chcesz poczekać na łóżko? 

R S

background image

 

69 

- Łóżka są przereklamowane.  

- Ale... 

Przyłożyła mu palec do ust. 

- Obiecałeś, Whit. Wszystko, o co poproszę. Zatem zdejmuj majtki albo ja 

to zrobię. 

Uśmiechnął się łobuzersko i już wiedziała, że nie ma zamiaru jej tego 

ułatwiać. 

- To twój pomysł, więc ty je zdejmuj. 

To dopiero wyczyn, pomyślała Mallory, mocując się ze spodniami. 

Jeszcze tylko bokserki, które sama mu kupiła... 

- To za nasze dziecko - szepnęła, całując go w usta i opuszczając się 

powoli na jego twardy członek. Odczuła lekki opór, ale po chwili zagłębił się w 

niej, wywołując nową falę podniecenia. 

- Nie boli? - spytał cicho, uważnie studiując jej twarz. 

- Ani trochę - szepnęła, zamykając oczy i ponownie się oddając we 

władanie zmysłów.  

Wiedziona instynktem, o jaki nigdy siebie nie podejrzewała, rozpoczęła 

powolny taniec, przyspieszając, w miarę jak oddech Whita stawał się coraz 

płytszy, a na jego czole zaczął się pojawiać pot. Wiedziała już, że może mu dać 

to samo, co on jej przed chwilą, i ta świadomość napełniła ją szczęściem. 

Poczuła, jak nagle w niej zastygł, a oczy zaszły mu mgłą. 

- Mallory - szepnął, przyciągając jej twarz do swojej. Wsunął dłonie w jej 

włosy i gładził je powolnym ruchem. Przez długą chwilę leżeli tak w ciszy, 

zasłuchani w swoje oddechy. Mallory nigdy wcześniej nie czuła się tak błogo i 

spokojnie. Jerry nigdy jej nie przytulał, gdy już było po wszystkim. Nie 

wiedziała, czy z powodu braku doświadczenia, czy braku uczuć. 

- Miałaś rację, O'Brien, łóżka są przereklamowane - przerwał ciszę Whit. 

- A nie mówiłam? - Roześmiała się radośnie. 

R S

background image

 

70 

- Pominąwszy fakt, że chyba złapał mnie skurcz w łydce. - Z kolei on się 

roześmiał. 

- Mam zejść? - spytała, podnosząc głowę z jego piersi. 

- Nie, poleżmy tak jeszcze przez chwilę. W końcu zależy nam na 

poczęciu. 

- Myślisz, że mamy duże szanse za pierwszym razem? 

- Biorąc pod uwagę, jak długo kazałaś mi czekać, przypuszczam, że spore. 

- Uśmiechnął się. - Słyszysz? 

- Co? - zaniepokoiła się Mallory. 

- Te odgłosy... Wyścig rozpoczęty, Bruno i Betsy idą łeb w łeb. Które z 

nich pierwsze dotrze do mety? 

- Bruno i Betsy? - zapytała z niedowierzaniem. 

- Czy Bruno Manning źle brzmi? 

- Jeśli już, to Betsy O'Brien-Manning! 

- Jak dla mnie może być. 

- Chyba tylko ty jesteś w stanie myśleć o tym w kategoriach zawodów 

sportowych. 

Whit nagle spoważniał. 

- Wierz mi, z radością zrezygnuję z oglądania kolejnych wyścigów 

konnych za parę minut z tobą. 

Mallory poczuła, jak robi jej się ciepło na sercu i nagle przestraszyła się 

tego, że być może powoli zaczyna żywić do Whita uczucia, których tak bardzo 

chciała uniknąć. Podciągnęła sukienkę i sięgnęła po biustonosz. Stringi 

zostawiła na tylnym siedzeniu. Whit również podciągnął bokserki i spodnie. 

Czas wracać do domu, pomyślała z żalem, gdy Whit wyprostował 

siedzenie. 

- Na co czekasz? - zapytała, zapinając pas. 

- Na czucie w nodze. Nie zdawałem sobie sprawy, że jakakolwiek część 

ciała może tak zdrętwieć. 

R S

background image

 

71 

Nagle przechylił głowę i spojrzał w tylne lusterko. 

- Słyszałaś? 

- Co znowu? Bruno dotarł do mety? 

- Niech to szlag. 

Mallory wyjrzała przez szybę i zauważyła ciemny kształt zbliżający się do 

samochodu. Whit błyskawicznie zapiął suwak w dżinsach i sięgnął na tylne 

siedzenie po podkoszulek. Nie zdążył go jednak włożyć, gdy do samochodu 

wpadł snop światła, prosto na leżące na tylnym siedzeniu majtki. Mallory 

zamknęła oczy i z rezygnacją oparła głowę o zagłówek. Whit przeklął cicho pod 

nosem, po czym uchylił szybę. 

- Tak, panie oficerze? 

- Proszę wysiąść z samochodu z rękami nad głową - rozległ się tubalny 

głos. 

- Nie mogę uwierzyć, że uważasz to zajście za zabawne! Whit 

rzeczywiście śmiał się przez całą drogę powrotną 

Nie był to jego pierwszy seks w samochodzie, ale po raz pierwszy został 

na nim przyłapany jak zwykły szczeniak z liceum. Martwiła go tylko nieco 

nagła zmiana w zachowaniu Mallory. 

- Daj spokój, przecież nic się nie stało - uspokoił ją. Całe szczęście, że to 

służba parkowa, a nie policja. Gdyby przyjechali dziesięć minut wcześniej, 

trudniej by nam się było z tego wykręcić. 

- Trudniej? Musiałam ich przekonywać, że nie jestem prostytutką! 

- I co im powiedziałaś? - Whit z trudem stłumił wybuch śmiechu. 

- Musiałam im dać prawo jazdy i wizytówkę. Zrobili się mili, dopiero jak 

zobaczyli, że jestem adwokatem. 

- No widzisz? I twoja reputacja jest wciąż nienaruszona Przynajmniej nie 

musiałaś wysłuchiwać tekstów, że jesteś już za stara na takie wygłupy w 

samochodzie. Wyjaśniłem im, że to nie był mój pomysł. 

Mallory otworzyła usta z oburzenia. 

R S

background image

 

72 

- Nie zrobiłeś tego! 

- Żartuję. Chociaż, jeśli sobie dobrze przypominam, to naprawdę nie był 

mój pomysł. 

Mallory spuściła wzrok. 

- To prawda, ale nie przypuszczałam, że dostaniemy upomnienie jak para 

napalonych nastolatków. 

- No cóż, zachowywaliśmy się jak para napalonych nastolatków. W 

dodatku bardzo mi się to podobało - dodał. 

Zabrzmiał dzwonek windy i drzwi się otworzyły. Mallory wypadła jak 

oparzona na korytarz. Whit westchnął. Miał już plan, jak jej poprawić humor, 

ale zdecydował się z nim poczekać, aż wejdą do mieszkania. W przedpokoju 

obydwoje rzucili swoje klucze na szafkę na buty, tak jak to czynili co wieczór. 

Dziś jednak wszystko było inne, bo mieli za sobą nie tylko wspólną kolację czy 

wspólnie obejrzany film. Whit wciąż miał w głowie obraz nagiej Mallory i choć 

powinien już mieć dosyć seksu jak na jeden wieczór, myślał o powtórce. 

- Idę wziąć prysznic i wskakuję do łóżka - uprzedziła zmęczonym głosem 

Mallory, niwecząc jego nadzieje. 

Nie miał jednak zamiaru tak łatwo jej odpuścić. 

- Jak wyjdziesz z łazienki, zawołaj mnie. Musimy pogadać. 

- A nie możemy jutro? Jest już późno. 

- Nie, nie możemy - uciął stanowczo. - Musimy sobie wyjaśnić kilka 

rzeczy. 

- Nie ma co wyjaśniać. Zrobiliśmy to i było w porządku. 

- W porządku? - zapytał urażony. - Tylko w porządku?  

Rozmowę przerwał im dźwięk dzwoniącego telefonu. 

- Ja odbiorę - rzucił, podchodząc do aparatu. - Jednak jeszcze nie 

skończyliśmy. Halo - warknął nieprzyjaźnie do słuchawki. 

- Sypiasz z moją siostrą? 

Logan. Cholera. Nie mógł z tym poczekać chociaż do rana? 

R S

background image

 

73 

- Co ci przyszło do głowy? 

- Doktor Grote mówił, że Mallory stara się o dziecko. - I od razu 

założyłeś, że mam z tym coś wspólnego. 

- Nie przeczę. 

Nie podobało mu się, że musi okłamać przyjaciela, ale musiał to zrobić ze 

względu na Mallory. 

- Słuchaj, Logan, to, że mieszkamy razem, nie musi oznaczać, że... 

- Widzieliśmy, jak się całujecie w samochodzie. 

- Co takiego? 

- Gdy wchodziliśmy z Helen do domu, widzieliśmy, jak się całujecie. Nie 

ma sensu zaprzeczać. 

Whit westchnął z rezygnacją. 

- No dobrze, pocałowałem ją. Tak wyszło. 

- Znam cię już dostatecznie długo. Nic tak po prostu nie wychodzi, 

musiałeś to zaplanować. Sądzę, że to trwa już od jakiegoś czasu. 

Tak, od całych trzech dni, pomyślał zgryźliwie Whit. 

- Wiesz co? Nie podoba mi się twoje założenie, że będę chciał poderwać 

Mallory tylko dlatego, że mieszkamy pod jednym dachem. Skoro mi nie ufałeś, 

trzeba mnie było nie przekonywać do zamieszkania z nią. 

- Ufałem ci, Whit, i ufałem, że Mallory będzie potrafiła ci się oprzeć. 

Najwyraźniej się myliłem. 

- Jesteśmy dorośli i cokolwiek jest między nami, to nie twój zakichany 

interes. 

- Nie zaprzeczasz więc, że chcesz mieć z nią dziecko? 

- Nic ci już więcej nie powiem, więc daj sobie spokój z tym 

przesłuchaniem. 

- Jeśli ją skrzywdzisz, Whit, będziesz miał ze mną do czynienia. Nie chcę 

kiedyś żałować, że miałem cię za przyjaciela. 

R S

background image

 

74 

Z tymi słowami Logan odwiesił słuchawkę, nie dając Whitowi szansy na 

odpowiedź. Zresztą co miałby mu odpowiedzieć? Nigdy przecież nie zamierzał 

zawieść jego zaufania. A jednak kochał się dzisiaj z Mallory i wcale tego nie 

żałował. Nie żałował też tego, że się zgodził na dziecko. Nie wiedział jednak, 

czy Mallory czuje to samo. Musiał się tego dowiedzieć i przekonać ją, że 

obydwoje nie mają czego żałować. 

A co mi tam, pomyślał. I tak chciałem wziąć prysznic. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Mallory aż podskoczyła, gdy drzwi kabiny prysznicowej się otworzyły. 

Instynktownie podniosła ręce do piersi, by je zakryć. 

- Nie wierzę, że władowałeś mi się pod prysznic, w dodatku zupełnie nagi 

- ofuknęła go, taksując wzrokiem. 

Whit nie wyglądał bynajmniej na speszonego. 

- Większość ludzi bierze prysznic nago - stwierdził, wyjmując jej z ręki 

wąż prysznicowy i kierując strumień na siebie. 

- Nie przeczę, jednak nie przypominam sobie, żebym cię zapraszała. 

- Nie skończyliśmy jeszcze rozmowy, więc równie dobrze możemy ją 

dokończyć tutaj. 

- Naprawdę nie wiem, o czym chcesz rozmawiać, ale czy nie może to 

poczekać do rana? 

- Dzwonił Logan. 

Świetnie. Po prostu świetnie, pomyślała. 

- I co mówił? 

Whit zamocował prysznic na górze i przysunął się do Mallory, co 

zdecydowanie nie poprawiło jej komfortu psychicznego. 

- Chcesz teraz usłyszeć wszystkie szczegóły? - zapytał.  

R S

background image

 

75 

Szczerze mówiąc, Mallory chwilowo nie mogła się na niczym 

skoncentrować, poza jego nagim ciałem spływającym kroplami wody. 

- Ja już skończyłam, idę się ubrać - wydusiła słabym głosem. 

- W porządku, zaraz przyjdę do twojego pokoju - stwierdził Whit, 

przeczesując dłonią mokre włosy. 

Mallory nie mogła oderwać od niego wzroku. Resztką siły woli chwyciła 

ręcznik i wyszła z przeszklonej kabiny. Wytarła się, jakby się paliło, owinęła 

włosy ręcznikiem i, rzucając ukradkowe spojrzenia na odbicie sylwetki Whita w 

lustrze, wciągnęła piżamę na niedokładnie osuszone ciało. Szczotkując zęby, 

obserwowała, jak Whit wyciska żel do kąpieli i namydla klatkę piersiową. Gdy 

jego ręce zawędrowały niżej, w kierunku bioder i ud, Mallory z rozmachem 

otworzyła szufladę w toaletce, rozpaczliwie poszukując jakiegoś zajęcia i 

usprawiedliwienia swojej obecności. Jej wzrok padł na pęsetę, więc wyciągnęła 

ją, usiadła przed lustrem i wyrwała kilka włosków, które wcale tego nie 

wymagały. Jeszcze chwila i zostanę bez brwi, pomyślała. 

- Jesteś pewna, że nie chcesz się do mnie przyłączyć? - dobiegł ją głos 

Whita. 

Zrobiła fatalny błąd, oglądając się za siebie, ujrzała bowiem, jak się 

wychyla z kabiny, nie próbując nawet zasłonić swoich okazałych kształtów. 

- Zamoczysz całą podłogę - mruknęła. - Ja już wychodzę. 

Jak powiedziała, tak zrobiła, chociaż nogi uginały się pod nią, jakby były 

z waty. W łóżku ułożyła sobie stos poduszek i położyła się wygodnie, wpatrując 

się w sufit i usiłując zrozumieć powody swojego poirytowania. 

Była wściekła. Pierwszy raz w życiu odważyła się na spontaniczność i 

właśnie wtedy została na tym przyłapana. Była zła na Logana za to, że wtrąca 

się w jej życie, i zła na Whita, że w przeciągu kilku minut potrafi rozpalić ją do 

czerwoności. Najbardziej jednak była zła na siebie. To nie Whit zaproponował 

park, tylko ona. On jednak odpowiadał za uczucia, których Mallory 

R S

background image

 

76 

doświadczała tego wieczoru - nie tylko te wynikające ze wspaniałego seksu, ale 

również te mniej przyjemne, będące wynikiem emocjonalnej huśtawki. 

Whit był jej przyjacielem i miał zostać przyszłym ojcem jej dziecka, nic 

ponad to. Wyrosła w rodzinie pełnej mężczyzn, którzy nie tracili czasu na takie 

dylematy. Powinna zatem zrealizować swój plan i iść dalej. Problem w tym, że 

już sobie nie wyobrażała, jak mogłaby kiedykolwiek być z kimś innym. Nie 

mogła sobie jednak pozwolić na to, by pragnąć Whita w ten sposób. Łatwo 

powiedzieć, pomyślała, gdy drzwi się otworzyły i powód jej rozterek wkroczył 

do pokoju. Gdy usiadł obok niej na łóżku, Mallory podskoczyła jak oparzona. 

Chwyciła poduszkę i przycisnęła ją do piersi, odgradzając się nią niczym tarczą 

obronną. 

- Co dokładnie powiedział ci Logan? 

Whit oparł się na poduszkach. Wyglądał jak model z reklamy. 

- Chciał wiedzieć, czy planuję mieć z tobą dziecko, więc mu 

powiedziałem, że to nie jego sprawa. 

- Nie zaprzeczyłeś? - spytała z niedowierzaniem. 

- To akurat mijało się z celem, skoro widział, jak się całujemy w 

samochodzie. 

Świetnie. Przyłapani dwa razy jednej nocy. 

- Widział nas? 

- Mhm. Myślę, że teraz da nam spokój. 

- Naprawdę sądzisz, że tak łatwo odpuści? - zapytała sceptycznie Mallory. 

O ile znała swojego brata, spodziewała się czegoś zupełnie innego. 

- I tak się o wszystkim dowie, kiedy zajdziesz w ciążę. Jeśli zajdę w ciążę, 

sprostowała w myślach. 

- Masz rację, wtedy zaczniemy się tym martwić - dodała. Teraz jej 

największym zmartwieniem była reakcja jej własnego ciała na jego obecność. 

Podniosła ręce, przeciągnęła się i ziewnęła znacząco. 

- Czas do łóżka. 

R S

background image

 

77 

Szybkim ruchem chwycił poduszkę, którą się zasłaniała, i rzucił ją na bok. 

- Zgadzam się. Twoje łóżko czy moje? 

- Ty idziesz do swojego, ja zostaję tutaj. Jutro spróbujemy raz jeszcze. 

- Nie jest jeszcze tak późno. Po co czekać do jutra? - zapytał ze 

znaczącym uśmiechem. 

- Dwa razy w ciągu jednej nocy to już przesada - uśmiechnęła się blado. 

- Nie dowiesz się, dopóki nie spróbujesz - kusił dalej. 

Mallory czuła, że reakcje jej ciała znów zaczynają się wymykać spod 

kontroli. 

- Jutro muszę być bardzo wcześnie w biurze. 

- Nastawimy budzik. 

Tak bardzo chciała się zgodzić, zrzucić piżamę i przystąpić do dzieła. 

Jednocześnie jednak czuła się bardzo bezbronna. 

- Wolałabym poczekać do jutra. 

- Dobrze. - Whit pochylił się i pocałował ją w czoło. - Jak sobie życzysz. 

- To koniec? - wyrwało jej się. - Nie będzie więcej namawiania? 

- Nie znaczy nie, Mallory. Śpij dobrze. 

Patrzyła, jak wychodzi z pokoju. Poczuła, jak rośnie jej szacunek dla tego 

mężczyzny. Nie naciskał na nią i bardzo to doceniała. Czując nagłą potrzebę, by 

mu o tym powiedzieć, wypadła z pokoju, pobiegła do jego sypialni i zapukała 

do drzwi. Przez chwilę za drzwiami panowała cisza. Czy był na nią zły i 

umyślnie nie zwracał uwagi na jej pukanie? Nie, drzwi się powoli uchyliły i 

wyjrzała z nich głowa z czarną czupryną. Mallory włożyła ręce do kieszeni i 

spuściła wzrok. 

- Chciałam ci tylko powiedzieć, jak bardzo doceniam to, że uszanowałeś 

moją decyzję. 

- Nie ma sprawy. 

- Chcę też, żebyś wiedział, że niezależnie od tego, co się stanie, czy zajdę 

w ciążę czy nie, zawsze będę ci wdzięczna. 

R S

background image

 

78 

- Cieszę się. 

- I po tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło, nie miałabym ci za złe, 

gdybyś się chciał wycofać. 

- Wycofać? 

- Tak. - Mallory odważyła się w końcu podnieść wzrok. - Zrozumiałabym. 

Whit pogładził z zastanowieniem swój podbródek. 

- Mallory, chcę ci dać to dziecko. Chcę tego bardziej, niż myślisz. No, 

może teraz bardziej bym chciał po prostu cię rozebrać do naga. Nie zmienię 

zdania. Obiecałem i dotrzymam obietnicy. 

- Dziękuję - powiedziała, oddychając z ulgą. Wyszedł na korytarz, 

przytulił ją i pogłaskał po policzku. 

- Jeszcze wiele może się między nami wydarzyć, Mallory - powiedział 

cicho. - Nie chcę jednak pod żadnym pozorem wywierać na ciebie presji, 

zwłaszcza po tym, co się dzisiaj wydarzyło. 

- Niczego nie żałuję - powiedziała szybko. - Musisz jednak wiedzieć, że 

zachowanie takie jak w samochodzie jest raczej do mnie niepodobne. 

- Mylisz się. Myślę, że po prostu głęboko ukrywałaś tę część swojej 

natury. Muszę przyznać, że bardzo mi się ta nowa Mallory podoba. Doprowadza 

mnie do szaleństwa. 

Przyszedł czas na chwilę prawdy. 

- Whit, ja po prostu przeczytałam artykuł w gazecie i zastosowałam się do 

zawartych w nim wskazówek. Wykorzystałam kolejną listę. 

- Do takiej listy nie mam żadnych zastrzeżeń. Jednak prawdę mówiąc, 

żadne listy nie są ci potrzebne. Pozwól, by twoja natura przejęła kontrolę nad 

rozumem, to wszystko. Zgoda? 

Uśmiechnęła się. 

- Wciąż pragnę dziewczynki, ale w pewnych sprawach możemy pójść na 

kompromis. Możemy wypróbować różne pozycje, tak żeby dać szansę i 

chłopcu. 

R S

background image

 

79 

- Pozycje są mi obojętne, byle to szybko powtórzyć. 

- Nie chciałabym cię za bardzo zmęczyć. 

- Kochanie się z tobą to bardzo miły rodzaj zmęczenia, Mallory przytuliła 

się do niego, a gdy po chwili spojrzała mu w oczy, ich wyraz odebrał jej głos. 

- Jesteś piękną i cudowną kobietą, Mallory, i zasługujesz na wszystko co 

najlepsze. 

Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. 

- Kto by pomyślał, że potrafisz być takim miłym facetem? 

Pocałował ją delikatnie w usta. 

- Jeśli zaraz nie pójdziesz do łóżka, zrzucę maskę miłego faceta i będę się 

z tobą kochał na tym korytarzu. 

Uciekaj, póki możesz, Mallory, zadźwięczało jej w głowie. 

- Jutro, kiedy będziesz w pracy, możesz myśleć o tym, co się wydarzy 

wieczorem. Dzień upłynie ci wtedy szybciej. 

- Ty również będziesz o tym myśleć - stwierdził z niezmąconą pewnością 

siebie, po czym bez ostrzeżenia obrócił ją tyłem do siebie i pocałował w kark. - 

A teraz idę do łóżka. Muszę zbierać siły. - Uśmiechnął się, wszedł do sypialni i 

zamknął za sobą drzwi, zostawiając Mallory samą na korytarzu. Szumiało jej w 

uszach, a skóra na karku paliła żywym ogniem. 

Jeszcze trochę i nie będę się potrafiła bez niego obejść, pomyślała ze 

strachem. 

Whit spłukał zimną wodą resztki piany do golenia i wytarł brodę. Nie 

zaznał zbyt wiele snu tej nocy. Nie chodziło zresztą jedynie o powracające 

obrazy seksu z Mallory. Martwiło go jej zachowanie. Była na zmianę zimna i 

gorąca, tak jakby się nie mogła zdecydować, jaka powinna być. Wyczuwał w 

niej dziwne napięcie. Martwiło go to, a najbardziej się obawiał, że może 

pewnego dnia przyjść do domu i powiedzieć, że ma dosyć jego wygłupów i 

odchodzi. Może jeszcze nie teraz, może dopiero wtedy, gdy zajdzie w ciążę. Nie 

podobała mu się taka perspektywa. Chciał nadal z nią mieszkać. 

R S

background image

 

80 

Włożył białą koszulę, zawiązał ulubiony krawat i ruszył do kuchni. 

Zwolnił, gdy mijał drzwi sypialni Mallory. Wiedziony spontanicznym odruchem 

chwycił za klamkę. Było bardzo wcześnie, więc nie zapukał, tylko lekko uchylił 

drzwi i zajrzał do środka. Tak jak podejrzewał, jeszcze spała. Przez chwilę 

patrzył, jak spokojnie oddycha. W ramionach trzymała poduszkę - jak zawsze, 

gdy była zdenerwowana. Whit poczuł, że najbardziej w świecie chciałby zająć 

miejsce tej poduszki. Podszedł cicho do łóżka, delikatnie pocałował Mallory w 

paliczek i wycofał się z sypialni, nie chcąc jej obudzić. Ich umowa się skończy, 

gdy Mallory zajdzie w ciążę. Problem w tym, że Whit wcale nie miał ochoty 

wracać do poprzedniego stanu rzeczy. 

Choć zegar dopiero wybił dwunastą, Mallory nie mogła się już doczekać 

końca dnia. Przez cały ranek usiłowała się skoncentrować na prowadzonych 

przez siebie sprawach, jednak wczorajsze przejścia z Whitem skutecznie jej to 

utrudniały. Co gorsza, dzień zaczął się od spotkania z państwem Wilkinsonów - 

parą, która wkrótce miała zacząć negocjować warunki rozwodu. Całe szczęście 

już poszli. Obyło się co prawda bez rozlewu krwi, ale nie obeszło się bez wielu 

gorzkich słów. 

Przed przerwą na lunch czekało ją jeszcze jedno spotkanie. Na szczęście 

następna para - państwo Lethamowie - starali się o adopcję, nie o rozwód. 

Mallory nacisnęła przycisk łączący ją z sekretariatem. 

- Rozalyn, możesz już zaprosić państwa Lethamów. 

Po chwili rozległo się pukanie do drzwi i do gabinetu wkroczyli Melinda i 

David Lethamowie, jak zawsze pogodni i uśmiechnięci, choć mieli przecież za 

sobą kilka lat trudnej walki z niepłodnością. Dzisiaj jednak wyglądali na 

szczęśliwszych niż zazwyczaj. 

- Witam państwa. Proszę usiąść. - Mallory z uśmiechem wskazała im 

krzesła. - Mam dla państwa informację o kobiecie, która niedługo rodzi i planuje 

oddać dziecko do adopcji. Myślę, że to państwa zainteresuje. 

Melinda Letham rzuciła mężowi znaczące spojrzenie. 

R S

background image

 

81 

- My właśnie w tej sprawie. Chcieliśmy pani powiedzieć, że już nie 

będziemy potrzebowali pani usług. 

Biorąc pod uwagę ich rozmowę sprzed miesiąca, słowa klientki były dla 

Mallory dużym zaskoczeniem. 

- Rozmyślili się państwo co do adopcji? 

- Samo życie zdecydowało za nas - uśmiechnął się David. - Okazało się, 

że Melinda jest w ciąży. 

Mallory uśmiechnęła się, starannie ignorując ukłucie zazdrości, które 

nagle pojawiło się w jej sercu. 

- To wspaniała wiadomość. 

- I dość nieoczekiwana - dodała Melinda. - Nasz doktor jednak twierdzi, 

że czasem się tak zdarza, że gdy pary decydują się na adopcję i przestają się 

starać o poczęcie potomka, nagle wszystko się udaje. 

David Letham chwycił żonę za rękę. 

- Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Czekaliśmy na tę chwilę tak długo. 

- Wiem - powiedziała Mallory. - Gratuluję i cieszę się razem z państwem. 

Mówiła szczerze, choć widok tej pary zakochanych w sobie ludzi, 

cieszących się na dziecko, przypominał jej tylko o niespełnionych marzeniach. 

- Jesteśmy pani naprawdę wdzięczni, pani O'Brien - zapewniła Melinda. - 

Kto wie, może to właśnie pani przyniosła nam szczęście? 

Mallory z uśmiechem podniosła się z krzesła i wyciągnęła dłoń na 

pożegnanie. 

- Wątpię, ale dziękuję za miłe słowa. Mam prośbę, proszę mi przysłać 

zdjęcie dziecka, jak już się urodzi. A najlepiej, jakby państwo przyszli w 

odwiedziny. Muszę przyznać, że uwielbiam dzieci. 

- W takim razie powinna się pani postarać o własne - uśmiechnął się 

szeroko David. 

To właśnie robię, pomyślała Mallory. 

- Być może wkrótce o tym pomyślę - powiedziała na głos. 

R S

background image

 

82 

Gdy państwo Lethamowie opuścili gabinet, Mallory poczuła, że już 

dzisiaj nie uda jej się skupić na pracy. W głowie wciąż jej dźwięczały słowa 

Melindy o tym, że najlepiej przestać myśleć o poczęciu. Może to jest dobry 

sposób? 

Nagle zdała sobie sprawę, że następne spotkanie ma dopiero o drugiej. 

Szybko włożyła żakiet i chwyciła torebkę. Miała jeszcze coś do załatwienia w 

czasie przerwy na lunch. 

- Panie Manning, telefon do pana. 

Whit rozgrzebał stos papierów na biurku, by znaleźć aparat, i wcisnął 

przycisk łączący go z asystentką. 

- Kto dzwoni, Sandro? 

- Jakaś pani o nazwisku Niespodziewana. Mówi, że to bardzo osobiste. 

Whit nie przypominał sobie nikogo o takim dziwacznym nazwisku. 

- Mówiła, czego chce? 

- Nie. Mówiła tylko, że to bardzo ważne. 

Lepiej, żeby było, pomyślał ze złością Whit. Wcisnął odpowiedni 

przycisk i warknął do słuchawki: 

- Whit Manning, słucham. 

- Ktoś chyba wstał dziś lewą nogą. 

Mallory, ostatnia osoba, którą się spodziewał usłyszeć. 

- Dlaczego podałaś to dziwne nazwisko zamiast się przedstawić jak 

trzeba? - zapytał. 

- To dlatego, że cały dzień myślę o tym, jaką niespodziankę ci sprawić 

wieczorem - roześmiała się. 

I szlag trafił koncentrację. 

- Dzwonisz, żeby mnie trochę pomęczyć, co? 

- Tak naprawdę to dzwonię z komórki. Jestem w drodze do mieszkania. 

Pomyślałam, że może miałbyś ochotę na wspólny lunch. 

- Jadłem późne śniadanie z klientami, nie jestem głodny. 

R S

background image

 

83 

- A kto mówi o jedzeniu?  

Whit zaniemówił na chwilę. 

- Proponujesz spotkanie bliższego stopnia? - zapytał ostrożnie. 

- Bingo. 

- W takim razie jestem gotowy. 

- Nie wątpię. To znaczy, że jesteśmy umówieni? Whit spojrzał na 

zegarek. Niech to szlag. 

- Mallory, mam ważne spotkanie za godzinę, a wcześniej muszę się 

spotkać na parę minut z ojcem. Zanim dojadę do mieszkania, zaraz będę musiał 

wracać. 

- Czyli jestem skazana na samotny lunch przed telewizorem... - zaczęła 

powoli. - Chyba że przyjadę do ciebie? 

- Do biura? 

- Masz chyba zamek w drzwiach? 

- Oczywiście. Nie mam tylko łóżka. 

- Jestem pewna, że coś wymyślimy. 

- Jak daleko jesteś? 

- Przed chwilą mijałam twoje biuro, ale mogę zawrócić, jeśli chcesz. 

- Plan jest dość ryzykowny, ale wykonalny. - Whit poczuł, że traci 

panowanie nad sobą. 

- Czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? 

- Wczoraj mówiłaś co innego. 

- Zmieniłam zdanie - stwierdziła krótko. Doprowadzała go do szaleństwa. 

- Czekam zatem w biurze, ale najpierw mi powiedz, co masz dzisiaj na 

sobie. 

- Figi w panterkę. 

- Zawsze chciałem pojechać na safari - mruknął lubieżnie. - Kończ 

rozmowę i przyjeżdżaj jak najszybciej. 

- Będę za pięć minut. 

R S

background image

 

84 

- Czekam. 

Whit odłożył słuchawkę i rozejrzał się, zastanawiając się, w jaki sposób 

zdołają zrobić to wystarczająco cicho, by nikt w biurze się nie zorientował, co 

się dzieje za zamkniętymi drzwiami jego gabinetu. Po chwili zadzwonił do 

swojej asystentki. 

- Kiedy przyjedzie pani O'Brien, proszę ją przyprowadzić i nie łączyć 

żadnych telefonów przez najbliższe czterdzieści pięć minut. 

- Oczywiście. A gdyby pana ojciec chciał się z panem skontaktować? 

- Powiedz mu, że mam spotkanie i chwilowo jestem niedostępny. 

- Spróbuję - obiecała Sandra z nutą niepewności w głosie. 

Whit odłożył słuchawkę i zaczął przemierzać swój gabinet.  

Nie potrafił usiedzieć w miejscu, wiedząc, że za chwilę  się spotka z 

Mallory. Rozglądał się dookoła, szukając dobrego miejsca. Biurko wyglądało na 

zbyt twarde, wykładzina na podłodze również nie była miła w dotyku. Zaczął się 

zastanawiać nad pozycją stojącą, gdy Mallory weszła. Wyglądała niesamowicie 

pociągająco w eleganckim szarym kostiumie. 

- Sandra prosiła, by ci przekazać, że idzie na lunch. Przełączyła telefon na 

automatyczną sekretarkę. 

Whit z roztargnieniem kiwnął głową i zamknął za nią drzwi. Przylgnęła 

do niego całym ciałem. 

- Ile mamy czasu? - spytała. 

- Trzydzieści trzy minuty. 

- Niewiele, ale powinno wystarczyć - zawyrokowała.  

Whit przekręcił zamek w drzwiach i pocałował ją bez słowa. Mallory 

oparła się o ścianę i poluzowała mu krawat. Szybkim ruchem zaczęła rozpinać 

guziki koszuli, urywając w pośpiechu dwa. 

- O, przepraszam - szepnęła z nieśmiałym uśmiechem, gdy przytrzymał 

jej nadgarstek. 

R S

background image

 

85 

- Może zostawmy trochę ubrań na sobie, zanim doszczętnie je 

zniszczymy. 

- Wcale nie zamierzałam zdejmować ci koszuli. Chcę ją tylko rozpiąć. 

Pozwolił jej dokończyć rozpinanie guzików i po chwili poczuł jej ręce na 

nagim torsie. Teraz on zaczął rozpinać jej żakiet, by się dostać do piersi, nie 

przestając jej całować w usta. Po chwili rozpiął guzik jej spodni. Niestety suwak 

stawił opór. Delikatnie szarpnął, ale bez rezultatu. 

- To jakiś współczesny pas cnoty? - spytał ze śmiechem. 

- Ja spróbuję - zaproponowała Mallory i zaczęła się siłować z upartym 

zapięciem. - Chyba się zaciął. 

- Musimy usunąć te przeszkodę - mruknął Whit i szarpnął mocniej. 

- Whit, uważaj, zaraz go popsujesz. 

Gdy tylko wypowiedziała te słowa, suwak się oderwał. Pozostał w ręku 

Whita, ale przynajmniej udało się go otworzyć. 

- O, przepraszam. 

Mallory była wściekła i niesłychanie seksowna w tej swojej złości. 

- Przepraszam? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 

- Hej, ty załatwiłaś dwa moje guziki. 

- Prawda. Chyba jesteśmy kwita - burknęła. - Pospieszmy się, będę się 

musiała jeszcze przebrać przed powrotem do biura. 

- W pewnych sprawach pośpiech nie jest wskazany - szepnął, zahaczając 

ręką o brzeg jej bielizny. Zanim jednak zdołał wsunąć rękę, Mallory złapała go 

za nadgarstek. 

- Mallory, to naprawdę nieodpowiednia chwila na zmianę zdania. 

- Cii... Słyszałeś? 

Słyszał tylko szum swojej krwi w uszach. 

- Ktoś stoi pod drzwiami - szepnęła. 

R S

background image

 

86 

Szczerze mówiąc, Whita niewiele to w tym momencie obchodziło. Tylko 

trzęsienie ziemi lub brygada antyterrorystyczna mogły go powstrzymać. 

Odgarnął jej włosy i szepnął do ucha: 

- Jeśli będziemy cicho, zaraz sobie pójdą. 

Nagle usłyszał, jak ktoś energicznie porusza klamką. Odezwał się 

znajomy głos: 

- Whit, otwieraj, co ty tam robisz? 

Niech to szlag. 

Whit oparł czoło o framugę i zaklął pod nosem. Jego ojciec miał 

niesamowity talent do krzyżowania cudzych planów. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Mallory O'Brien musiała się minąć z powołaniem. Obserwując, jak 

szybko się ubrała, Whit stwierdził, że powinna zostać strażakiem, a nie 

prawnikiem. Jemu szło to znacznie wolniej. Ledwie zdołał zapiąć spodnie, gdy 

rozległ się niecierpliwy głos: 

- Whit, otwórz te cholerne drzwi. 

- Tato, mam teraz spotkanie, przyjdę do twojego gabinetu za dziesięć 

minut. 

- Spotkanie z kim? 

Miał ochotę skłamać, ale nie był pewny, czy uda mu się wyprowadzić 

Mallory z biura tak, aby Field jej nie zobaczył. 

- Z Mallory. 

- Co takiego ważnego musicie omówić, że nie może to poczekać do 

powrotu do domu? 

- Przyjęcie urodzinowe dla jej matki. - Whit nie popisał się 

pomysłowością, widział to po minie Mallory, która zastygła ze szminką w dłoni. 

R S

background image

 

87 

Gdzie, do licha, podział się jego krawat? Jeśli go nie znajdzie, ojciec zobaczy 

brakujące dwa guziki koszuli. 

Nie przerwał gorączkowych poszukiwań nawet wtedy, gdy ojciec 

ponownie zapukał. 

- Barclayowie będą tu za godzinę. Musimy przejrzeć projekt, zanim 

przyjadą, więc przestań się wygłupiać i otwórz drzwi! 

Whit doskonale wyczuł podejrzliwość w głosie ojca. Należało jak 

najszybciej otworzyć drzwi, żeby oszczędzić Mallory kolejnej kłopotliwej 

sytuacji. Spojrzał na nią. Była gotowa, przyczesała włosy i zakryła torebką 

zepsuty zamek. Zanim chwycił za klamkę, pocałował ją szybko i wyszeptał 

słowa przeprosin. 

Gdy drzwi stanęły otworem, ojciec obrzucił ich uważnym spojrzeniem. 

- Planujecie przyjęcie? 

- Tak, przyjęcie-niespodziankę - odparła szybko Mallory i rzuciła 

Whitowi ukradkowe spojrzenie. - Do zobaczenia w domu. Zajmiemy się w 

końcu tymi zaproszeniami. 

- Dobry pomysł - podchwycił Whit.  

Mallory wyciągnęła rękę na pożegnanie. 

- Do zobaczenia, panie Manning. Miło było znowu pana spotkać. 

- Do zobaczenia, Mallory - odpowiedział szarmancko Field. - Powinniśmy 

się kiedyś spotkać przy obiedzie. Dam twój numer Rebece. Pozdrów ode mnie 

rodziców. 

Mallory kiwnęła głową z wymuszonym uśmiechem i wyszła z biura, 

zostawiając Whita na pastwę pytań ojca. 

- Co się dzieje między tobą a Mallory? - zapytał bez ogródek 

- Powiedziałem ci przecież. Wpadła, żeby obgadać przyjęcie. 

- Kłamiesz, synu - stwierdził Field, wskazując ręką na przeciwległy kąt 

gabinetu. - Twój krawat leży na podłodze, a w twojej koszuli brakuje kilku 

guzików. 

R S

background image

 

88 

Whit spojrzał na koszulę z doskonale odegranym zdziwieniem. 

- Cholera. Muszę zrezygnować z usług tej pralni. 

- Przestań się wygłupiać. O ile nie zacząłeś sam używać szminki, to wręcz 

rzuca się w oczy, że nie byliście zajęci rozmową, kiedy przyszedłem. 

Whit wytarł usta wierzchem dłoni. Koralowy ślad był aż nadto widoczny. 

Poczuł się jak dzieciak przyłapany na obściskiwaniu się z koleżanką z klasy. 

Dalsze zaprzeczenia mijały się z celem. 

- Cokolwiek się między nami dzieje, nie jest to twoja sprawa. 

- Jest. Nie zapominaj, że jesteśmy w mojej firmie w godzinach pracy. 

Whit ze złością wcisnął ręce do kieszeni. 

- No tak. Twoja firma, twoje królestwo. Nie należy kalać świętej ziemi. 

- Nie chodzi o to, co robisz, tylko z kim. 

Whit sam był zaskoczony falą wściekłości, jaka go zalała na te słowa. 

- Nawet nie próbuj jej krytykować. 

- Nie mam zamiaru - spokojnie odrzekł Field. - Mallory to miła 

dziewczyna i zasługuje na coś lepszego. 

- Lepszego niż ja, tak? 

- Coś lepszego niż szybki numerek w biurze. Nie skrzywdź jej. Może 

oczekiwać więcej, niż ty jesteś w stanie dać. 

- Żebyś się nie zdziwił, tato. - Whit poczuł nagle, że nadszedł moment 

prawdy. - Chcesz wiedzieć, co się dzieje? Mallory chce mieć dziecko i poprosiła 

mnie, żebym został jego ojcem. 

Field przez krótki moment nie potrafił ukryć zaskoczenia. 

- Czy jej rodzina o tym wie? 

- Nikt o tym nie wie. Nie zamierzaliśmy o tym mówić, dopóki nie zajdzie 

w ciążę. Mam nadzieję, że to uszanujesz. 

Field przeczesał dłonią włosy i westchnął. 

- Oboje dobrze to przemyśleliście? 

R S

background image

 

89 

- To nie jest pochopna decyzja, jeśli to masz na myśli. Mallory ma 

problemy zdrowotne, więc może to chwilę zająć. Przedyskutowaliśmy wszystkie 

za i przeciw i zgodziliśmy się, że obydwoje tego chcemy. 

- Dziecko bez zobowiązań? Dlaczego chcesz czegoś takiego? I czy jesteś 

pewien, że Mallory naprawdę tego chce, czy po prostu bierze pod uwagę twoją 

naturę i niechęć do długich związków? 

Whit podszedł do biurka i podniósł krawat. 

- Nie mam pojęcia, co mnie podkusiło, aby ci o tym powiedzieć. Nie 

rozumiesz, jak to jest, gdy kobieta pragnie dziecka tak bardzo jak Mallory. 

Ojciec zniósł oskarżenie ze stoickim spokojem. 

- Masz rację, nigdy nie znałem kobiety, która by aż tak mocno chciała 

mieć dziecko. Znałem jednak taką, która nie chciała. 

- Kogo? 

- Twoją matkę. 

Whit poczuł, jakby go ktoś uderzył w brzuch. 

- Chcesz powiedzieć, że moja matka nigdy mnie nie chciała? 

Field nerwowo spojrzał na zegarek i wygładził poły marynarki. 

- Słuchaj, zaraz zaczynamy spotkanie. Nie mamy teraz na to czasu. 

- Do diabła ze spotkaniem. To ty zacząłeś o tym mówić, więc nie chowaj 

teraz głowy w piasek. - Whit bezwiednie zacisnął dłonie w pięść. 

- Jesteś pewien, że chcesz to usłyszeć? 

- Mów. Czas poznać te wszystkie brudne szczegóły, których tak długo mi 

oszczędzałeś. 

- Usiądź. - Field podszedł do biurka i odsunął krzesło.  

Whit posłuchał bez słowa i usiadł naprzeciwko ojca. 

- Jestem gotowy. 

Field odchylił się na krześle i przez chwilę popatrzył w sufit, zanim 

spojrzał na syna. 

R S

background image

 

90 

- Kiedy się pobraliśmy, twoja matka powiedziała mi, że nie chce mieć 

dzieci. Nalegałem, aż się zgodziła zajść w ciążę. Kiedy się urodziłeś, naprawdę 

się starała, ale nie miała serca do macierzyństwa. Bardziej jej zależało na życiu 

zawodowym niż na rodzinie. 

Whit milczał przez kilka długich minut. 

- Dlaczego mi nigdy o tym nie powiedziała? 

- Nie chciała, żebyś się czuł winny. 

- Dlaczego ty mi nie powiedziałeś? 

- Nie chciałem, żebyś o niej źle myślał tylko dlatego, że to ja popełniłem 

błąd. Gdybym nie był tak uparty, nie musiałbyś cierpieć z powodu jej odejścia. 

- Wtedy po prostu by mnie nie było. 

- To prawda. 

Whit, gdy dorósł, zaczął sobie zdawać sprawę, że jego matka była nie tyle 

okrutna, ile po prostu nie nadawała się do tej roli. Jako dziecko jednak pragnął z 

całego serca, żeby było inaczej. 

- Teraz wiele rzeczy rozumiem. Field westchnął głośno. 

- Chciałem, żeby się nam ułożyło, ale ona zażądała rozwodu. Musiałem 

jej pozwolić iść swoją drogą. 

Przez tyle lat Whit myślał, że było odwrotnie. Przez tyle lat winił ojca. 

Nadal miał mu za złe ukrywanie prawdy, ale zaczął go trochę rozumieć. 

- Powinieneś był mi o tym powiedzieć wcześniej. 

- Wiem. - Field zakrył twarz rękoma. - Whit, ja nigdy nie przestałem 

kochać twojej matki. Po prostu nie potrafiłem uczynić jej szczęśliwą. 

Whit również tego nie potrafił. Dlatego zdecydowała się odejść i tym 

samym odebrała mu niezbywalne prawo dziecka do własnej matki. W gabinecie 

zapadła niezręczna cisza. Po chwili Field odezwał się znowu: 

- Rozumiem, że Mallory pragnie dziecka, jednak chciałbym, żebyś był 

świadomy, z czym to się wiąże. Co się stanie z waszym związkiem, jeśli się nie 

uda? 

R S

background image

 

91 

- Nie wiem - uczciwie przyznał Whit. Wiedział tylko, że chce jej dać 

dziecko. 

- Planujecie się pobrać? - zapytał ojciec. 

- W naszych czasach to nie jest konieczne. Umówiliśmy się, że wspólnie 

wychowamy to dziecko jako przyjaciele. 

- Przyjaciele? Mallory jest dla ciebie tylko przyjaciółką? 

- Tak. Naprawdę dobrze nam ze sobą. Co wieczór rozmawiamy o tym, co 

się wydarzyło w ciągu dnia albo w ogóle nie rozmawiamy. Lubimy swoje 

towarzystwo. Zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i ja również ją znam. Może 

cię to zaskoczy, ale nie umówiłem się z żadną inną kobietą, odkąd Mallory się 

do mnie wprowadziła. Wcale nie tęsknię do bycia z kimś innym. Chcę jej dać to 

dziecko. 

- Czy ty słyszysz, o czym mówisz? - uśmiechnął się Field. 

- Powiedziałem, że po wszystkim pozostaniemy przyjaciółmi - odparł 

Whit, marszcząc brwi. 

- Między wierszami powiedziałeś, że ją kochasz. 

- Wcale nie. 

- Nie musiałeś tego mówić, jednak tak właśnie to zrozumiałem. - Field 

pochylił się i spojrzał na syna ze zrozumieniem. - Znam cię lepiej, niż sądzisz. 

Zawsze lubiłeś kobiety i lubiłeś seks. Przed chwilą wyznałeś, że Mallory znaczy 

dla ciebie więcej niż seks. Prawdopodobnie znaczy więcej, niż ci się wydaje. 

Whit przez chwilę rozważał słowa ojca. 

- Mów sobie, co chcesz. Pewne jest jedno - staramy się o dziecko i jeśli 

nam się uda, ja zostanę ojcem, a ty dziadkiem. Powinieneś się zacząć 

przyzwyczajać do tej myśli. 

- A ty powinieneś się zacząć przyzwyczajać do myśli, że być może 

znalazłeś kobietę swojego życia. Jeśli w porę tego nie zrozumiesz, ona może 

odejść, a ty będziesz tego zawsze żałował. 

R S

background image

 

92 

Whit nie chciał teraz o tym myśleć. Wiedział, że ojciec może mieć rację. 

Miał ochotę wykupić bilet na wyspy Bahama i przemyśleć to wszystko na 

spokojnie. 

„To takie typowe, zawsze uciekasz" - przypomniał sobie słowa Mallory. 

Być może uciekał przed uczuciami, ale nie potrafił uciec przed nią. 

Mallory obawiała się, że Whit miał ciężkie przejścia z ojcem. Nie 

zadzwonił do niej po południu, więc nie wiedziała, co się wydarzyło po jej 

wyjściu z biura. Domyślała się jedynie, że nie była to przyjemna rozmowa. 

Zaczynała również myśleć, że spontaniczny seks nie jest dla niej. 

Gdy wróciła do domu, ukryła się w swojej sypialni, czekając i 

zamartwiając się, czy Whit jeszcze w ogóle będzie chciał z nią rozmawiać. Gdy 

usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, serce zaczęło jej bić jak oszalałe. Ruszyła 

na dół. Położyła się na sofie w salonie, przyrzekając sobie, że przez najbliższe 

kilka dni będzie się kochać z Whitem jedynie w zaciszu ich apartamentu. 

Oczywiście jeśli się do tej pory nie rozmyślił. 

Kilka minut później Whit zszedł, przebrany już w domowy strój. 

Zagadkowy wyraz jego twarzy zbił Mallory z tropu. Nie wyglądał jak ktoś, kto 

ma ochotę na seks dzisiejszego wieczoru. Jednak gdy ujrzał ją na sofie, jego 

oczy błysnęły, dając Mallory nadzieję, że może uda się dokończyć ich 

popołudniowe spotkanie. 

- I co? - spytała niecierpliwie. 

Podniósł jej nogi i usiadł na kanapie, układając jej kolana na swoich 

udach. 

- A o co pytasz? 

Mallory w odpowiedzi rzuciła w niego poduszką. 

- Jak to o co? Co powiedział twój ojciec po tym, jak nas przyłapał? 

- No cóż, od razu się wszystkiego domyślił po brakujących guzikach i 

śladach szminki na twarzy. 

- A potem? 

R S

background image

 

93 

- Powiedziałem mu o dziecku. 

- Myślisz, że nikomu tego nie zdradzi? 

- Powiedziałem wyraźnie, że to tajemnica, dopóki nie zajdziesz w ciążę. 

Później oczywiście nadszedł czas na kazanie. Że nie jestem wobec ciebie w 

porządku i że zasługujesz na coś więcej. 

- To nieprawda. On nie ma pojęcia, jaki byłeś dla mnie dobry. 

Whit spojrzał na nią z ogniem w oczach. 

- A ty nie masz pojęcia, co mam ochotę zaraz zrobić. 

- Co takiego? - Wyobrażała sobie tę chwilę od samego rana. 

Delikatnie zatoczył palcem wokół jej piersi. 

- Opowiem ci, jak mi minął dzień. Cały poranek przesiedziałem na 

spotkaniu, nie mogąc się skoncentrować. W drodze powrotnej o mało nie 

wjechałem w lampę uliczną i zignorowałem wszystkie znaki ograniczenia 

prędkości, byle tylko szybciej dotrzeć do domu i skończyć to, co zaczęliśmy w 

południe. Rozumiesz mnie? 

- Lepiej, niż ci się wydaje - szepnęła. Ona również przez cały dzień nie 

mogła się skupić na niczym innym. Jednak intuicja podpowiadała jej, że Whit 

nie powiedział jej wszystkiego. 

- No dobrze, Manning, przyznaj się. Coś przede mną ukrywasz. 

- Kolega na spotkaniu dał mi do zrozumienia, że ewidentnie potrzebuję 

seksu. 

- Nie pytam o seks. Chodzi mi o twoją rozmowę z ojcem. 

- Chyba nie chcę o tym mówić - zbył ją i schylił się do jej piersi. - Chyba 

w ogóle nie mam ochoty na rozmowę. 

- Wiesz, że nie dam za wygraną, więc może lepiej mieć to już za sobą. 

- Wolałbym przejść już do kwestii twojej bielizny. Zdziwi się, gdy 

zobaczy, że nie mam żadnej, pomyślała. 

- Chwileczkę. Najpierw mi powiedz, co się dokładnie wydarzyło między 

tobą a ojcem. Ze wszystkimi szczegółami. 

R S

background image

 

94 

Whit wyprostował się i westchnął. 

- Powiedział mi kilka rzeczy o mojej matce, których nie wiedziałem. 

Mallory słusznie podejrzewała, że chodzi o coś poważnego. 

- A dokładnie? 

- Powiedział mi, że nigdy nie chciała mieć dzieci. I że to ona wystąpiła o 

rozwód. Po prostu nie czuła się dobrze w roli matki i dlatego odeszła. I pewnie 

dlatego nie odzywała się do mnie przez te wszystkie lata. 

Mallory spojrzała na niego ze współczuciem, które zawsze budziło się w 

niej na myśl o jego dzieciństwie bez matki. Oparła głowę na jego ramieniu i 

powiedziała: 

- Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można nie chcieć dziecka, ale może 

niektórzy ludzie po prostu nie są do tego stworzeni. A już na pewno nie potrafię 

zrozumieć, jak można było nie chcieć ciebie. 

- A jednak tak właśnie było. Już się pogodziłem z tą myślą - zapewnił 

Whit, kładąc jej rękę na udzie. - Ty jesteś inna, Mallory. Będziesz dobrą matką. 

- Czy teraz zmieniła się trochę twoja opinia na temat ojca? 

- W pewnym sensie tak. Wciąż w wielu punktach się z nim nie zgadzam, 

ale wiem, że zawsze chciał mieć dziecko, w przeciwieństwie do matki. 

Powiedział też, że nigdy nie przestał jej kochać. Jego drugie małżeństwo było 

pomyłką, ale teraz wygląda na szczęśliwego z Rebeką. 

- To dobrze. Należy mu się odrobina szczęścia po tym, co przeszedł. 

- Masz rację. Wiesz, z czego jeszcze zdałem sobie sprawę?  

- Tak? 

- Chcę, żeby nasze dziecko miało lepsze dzieciństwo. Chcę uniknąć 

błędów moich rodziców. Razem nam się uda. 

Jeśli zdołam zajść w ciążę, pomyślała. W takich chwilach jak ta Mallory 

czuła się szczęśliwa, że to Whit miał zostać ojcem jej dziecka. 

- Mamy dobry wzór w twoich rodzicach - dodał, gładząc jej udo. 

- Moi rodzice również mieli problemy, a zwłaszcza... 

R S

background image

 

95 

- Z Kevinem - dokończył za nią Whit. - Jeden na sześć to i tak niezły 

wynik. Chyba w każdej rodzinie się to zdarza. 

- Masz rację. Myślałam jednak, że się zmieni pod wpływem Corrie. 

Whit przygarnął ją do siebie i otoczył ramionami. 

- Wiesz co? Ludzi chyba nie można zmienić, dopóki oni sami tego nie 

chcą. Chociaż muszę przyznać, że ty mnie zmieniłaś. 

Mallory wstrzymała oddech, słysząc tę niespodziewaną deklarację. Czy 

chciał powiedzieć, że była dla niego kimś więcej niż przyjaciółką? 

- W jaki sposób cię zmieniłam? - spytała ostrożnie. 

- Chyba polubiłem owoce morza. 

Chociaż nie to chciała usłyszeć, pocałowała go głośno w policzek. 

- Zawsze do usług - rzuciła, patrząc na niego przeciągle. - Wyglądasz na 

zmęczonego. Chcesz iść już do łóżka? 

- Tylko z tobą, Mallory. Co masz na sobie pod tym zabójczym 

szlafroczkiem? 

- Nic - przyznała uczciwie. 

Whit obsypał jej twarz pocałunkami. 

- W takim razie marsz do sypialni. 

Choć jej samej wydawało się to głupie, cały czas bała się seksu w łóżku. 

- Mam lepszy pomysł - szepnęła, biorąc go za rękę i prowadząc na swój 

ulubiony czerwony dywanik leżący przed sofą. - Zróbmy to tutaj. Jest puszysty i 

przytulny. Doskonały. 

- Ty jesteś doskonała - jęknął, całując delikatnie jej podbródek, nos i 

czoło. Powoli rozwiązał pasek od szlafroka i zsunął z jej ramion jedwabną 

tkaninę. 

- Gdzie się wybierasz? - spytała, gdy nagle się odwrócił w stronę drzwi. 

- Chcę się upewnić, że zamknęliśmy drzwi na klucz. Mam już dość 

nieproszonych gości, którzy się zjawiają nie w porę. 

- Może powinniśmy zgasić światła? - zaproponowała nieśmiało Mallory. 

R S

background image

 

96 

Szybkim ruchem zdjął podkoszulek i rzucił go na sofę. 

- Nie ma mowy. Chcę cię widzieć. Do tej pory nie miałem takiej 

możliwości. 

Mallory poruszyła się niespokojnie, ale nie zaprotestowała. Whit 

ponownie pocałował jej piersi, po czym powoli wyznaczył językiem drogę do 

jej pępka. 

- Czy Larry kiedykolwiek próbował pieścić cię w ten sposób? - zapytał 

cicho, nie odrywając oczu od jej twarzy. 

Nawet nie poprawiła imienia swojego byłego męża i nie zapytała, co 

dokładnie Whit miał na myśli. Domyślała się bez trudu. 

- Nie próbował. 

Zniżył głowę, dotykając teraz ustami wnętrza jej ud. 

- A facet z biura próbował? 

- Nie - odparła drżącym głosem. 

- W takim razie będę pierwszy - szepnął, zginając jej kolana. - Spodoba ci 

się, Mallory. 

Chwilę później wiedziała już, że miał rację. Dotyk jego ust i języka w 

najwrażliwszym miejscu jej ciała momentalnie sprawił, że przeszedł ją dreszcz, 

który narastał i narastał z każdą kolejną pieszczotą. Mallory zastanawiała się, 

czy zniesie tyle przyjemności. Nie potrafiła już myśleć. Całą sobą chłonęła 

nieznane dotąd doznania. Gdy zaczął się zbliżać kulminacyjny moment, Whit 

podniósł głowę. Chciała głośno zaprotestować, ale wydała tylko okrzyk 

rozczarowania. 

Whit przysunął usta do jej ucha i szepnął: 

- To jeszcze nie koniec, kochanie. 

Przytulił się do jej pleców i powoli wślizgnął się do jej wnętrza. Jedną 

ręką dotykał jej piersi, a drugą delikatnie kontynuował to, co przed chwilą 

rozpoczął ustami. Mallory zatraciła się zupełnie w intensywnej i przeszywającej 

R S

background image

 

97 

przyjemności, której doświadczyła po kilku minutach jego pieszczot. Whit 

przytulił ją, a potem obrócił do siebie i spojrzał czule w oczy. 

- Mallory, nie pozwól sobie nigdy powiedzieć, że jesteś kiepska w łóżku. 

Jesteś najlepszą kochanką, jaką kiedykolwiek miałem. 

Mallory wiedziała, że był to ogromny komplement, jednak zabolała ją 

myśl, że Whit widzi ją w ramionach innego. Problem polegał na tym, że nie 

chciała się już nigdy kochać z nikim innym. Chciała jego i tylko jego. A to było 

niemożliwe. Uświadomienie sobie tych uczuć sprawiło, że poczuła chęć 

ucieczki. Ale nie mogła sobie na nią pozwolić, przynajmniej dopóki nie zajdzie 

w ciążę. 

Musiała się jednak teraz od niego odsunąć. Jego bliskość zaczynała jej 

sprawiać ból. Nie chciała wyjść z tej całej sytuacji ze złamanym sercem. 

- Gdzie się wybierasz? - zapytał, gdy wstała i włożyła szlafrok. - Jeśli do 

kuchni, to ja również mam ochotę coś przegryźć. 

- Idę do siebie, do łóżka. 

- Świetny pomysł. - Whit wstał i wziął ją w ramiona. - Zawsze chciałem 

wypróbować twoje łóżko. 

Chciała się wysunąć z jego ramion, ale zabrakło jej siły. 

- Idę spać sama, Whit. Zresztą, obydwoje musimy rano wcześnie wstać. 

Przytulił ją jeszcze mocniej i pocałował w usta. 

- Taki mam właśnie plan. Obiecuję, że wstanę bardzo wcześnie. Dlatego 

właśnie chciałbym być wtedy w twoim łóżku. 

- Nie dzisiaj. Muszę jeszcze trochę popracować. - Wysunęła się z jego 

ramion. 

- Mallory, naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak bardzo unikasz łóżka. 

- Wcale nie unikam łóżka - skłamała Mallory. - Po prostu wolę spać sama. 

- No dobrze. Nie znaczy nie. Do zobaczenia rano. - Z markotną miną 

ruszył w stronę swojej sypialni. Gdy dotarł do schodów, odwrócił się jeszcze raz 

w jej stronę. 

R S

background image

 

98 

- Chcę więcej, Mallory. Dużo więcej. Rozumiesz? 

Rozumiała. Będzie się z nim kochać jeszcze kilka razy i w końcu 

odejdzie, miejmy nadzieję, że z dzieckiem. To wszystko, co Whit może jej 

ofiarować. 

- Mam zamiar jeszcze się z tobą kochać - oznajmiła chłodno i spokojnie, 

jak przystało na profesjonalnego prawnika. - Przynajmniej przez kilka 

najbliższych dni, dopóki trwa owulacja. 

- To dobrze - skwitował, patrząc na nią przeciągle z nieodgadnionym 

wyrazem twarzy, po czym wbiegł po schodach na górę. 

Mallory została sama, czując się tak, jakby pędziła rozpędzonym 

samochodem i nie potrafiła odnaleźć pedału hamulca. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

- Pani McMillan do ciebie. 

Zaskoczona Mallory spojrzała na Rozalyn zaglądającą przez drzwi. 

- Myślałam, że jeszcze jest poza miastem. 

Rozalyn weszła do gabinetu i zaniknęła za sobą drzwi. 

- Dotarły do niej słuchy o zamiarach męża i wróciła wcześniej. 

Co za koszmarny początek tygodnia, pomyślała Mallory, zerkając na 

wiszący na ścianie zegar. 

- Poproś ją, żeby wróciła po południu. Za trzydzieści minut muszę być w 

sądzie na rozprawie państwa Wilkinsonów. 

- Przed chwilą dostałam informację o odroczeniu posiedzenia. Jego 

prawnik twierdzi, że myślą o ugodzie. 

- Naprawdę? Kiedy ostatnio tu byli, mało nie skoczyli sobie do oczu. 

- Pewnie wrócili do domu i rozładowali emocje w łóżku. 

R S

background image

 

99 

Dlaczego wszyscy dookoła myśleli tylko o seksie? Sama Mallory czuła, 

że przez kilka ostatnich dni nie jest w stanie myśleć o niczym innym.  

Ale dość tego, teraz należało się zająć zrozpaczoną matką, która mogła 

stracić swoje dziecko. 

- Poproś ją do gabinetu. 

- Już się robi. Przyszła z dzieckiem. 

Mallory doskonale rozumiała, że Anna nie chce się teraz rozstawać z 

synkiem. Bardzo go kochała. Uczucie wyraźnie się malowało na jej twarzy, gdy 

wkroczyła do gabinetu, niosąc w ramionach śpiące dziecko. Mallory wskazała 

jej miejsce na kanapie i przysunęła swoje krzesło. 

- Jest uroczym chłopcem. 

Anna pogładziła drżącą ręką jasne włosy dziecka. 

- On jest dla mnie najważniejszy na świecie. Dlatego przyszłam. 

- Rozalyn wspomniała, że wie już pani o zamiarach swojego męża. 

- Sam zadzwonił i mi o nich powiedział. To wszystko jest niedorzeczne. 

Nigdy mu nie zależało na kontakcie z Robbiem. Ani razu nie zmienił mu nawet 

pieluszki. Nie rozumiem, dlaczego to robi. - Chlipnęła, wycierając mokre oczy 

chusteczką. 

- Chociaż, nie, wydaje mi się, że rozumiem. Chce się na mnie zemścić za 

to, że złożyłam pozew o rozwód. 

- To bardzo prawdopodobne - zgodziła się Mallory. - Proszę się jednak 

nie martwić na zapas. Sądy wciąż chętniej przyznają prawo do opieki matce, 

chyba że istnieją poważne przesłanki, że jest nieodpowiednią osobą do 

zajmowania się dzieckiem. 

- Richard będzie się starał tego dowieść. Myślę, że będzie chciał mnie 

zdyskredytować, opowiadając o mojej przeszłości. 

- Co ma pani na myśli? - zapytał zaniepokojona Mallory. 

- Podczas studiów pracowałam w nocnym klubie. Byłam kelnerką, nie 

rozbierałam się dla klientów. Richard często tam przychodził i pewnego 

R S

background image

 

100 

wieczoru zaczął rozmowę. Zaczęliśmy się spotykać. Rzuciłam pracę na jego 

prośbę i niedługo po tym poprosił mnie o rękę. 

W innych okolicznościach Mallory w ogóle nie przejęłaby się tą 

opowieścią. Richard McMillan był jednak bardzo bogatym, a jednocześnie 

mściwym człowiekiem. 

- Czy przychodzi pani na myśl coś jeszcze, co chciałby użyć przeciwko 

pani? 

- Nie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby sfabrykował jakieś dowody. 

- Czy jest coś, czego my możemy użyć przeciwko niemu? Może inna 

kobieta? 

- Początkowo nie przyszło mi to do głowy, ale... kiedyś wracał do domu 

wczesnym wieczorem i dzwonił do mnie z pracy. Cztery, pięć razy dziennie. 

Zawsze chciał wiedzieć, gdzie w danej chwili jestem i co robię. Czasem się 

zastanawiałam, czy nie trzyma ręki na pulsie, żebym go z kimś nie przyłapała. 

Gdy zaszłam w ciążę, przestał ze mną sypiać. Trudno mi uwierzyć, że obywał 

się bez seksu. 

Mallory przypuszczała, że Anna może mieć rację. 

- Nie chciał, żeby pani zaszła w ciążę, zgadza się? Śpiące dziecko 

poruszyło się na kolanach Anny, więc delikatnie je uspokoiła, głaszcząc po 

plecach. 

- Dość dobrze przyjął tę wiadomość, choć daleko mu było do entuzjazmu. 

Później jednak powiedział, że nigdy nie chciał mieć dzieci. 

Mallory natychmiast przypomniała się matka Whita. 

- Będziemy walczyć, pani Anno. Zrobię, co w mojej mocy, by to pani 

otrzymała prawo do opieki nad dzieckiem. Pomyślę o wynajęciu prywatnego 

detektywa. 

- Jeśli to miałoby pomóc - zgodziła się pospiesznie Anna. - Wie pani, 

Richard nie zawsze był taki. Kiedy się spotkaliśmy, był uroczy i czarujący. 

Wiedziałam, że jest trochę zaborczy, ale nie miałam pojęcia do jakiego stopnia. 

R S

background image

 

101 

Czasem nam się wydaje, że kogoś dobrze znamy, a w rzeczywistości... Gdybym 

wiedziała, jak zareaguje na dziecko, nigdy bym się nie zdecydowała... - urwała 

nagle, patrząc z miłością na synka. - Ale nie żałuję, że urodziłam Robbiego. 

Teraz mam tylko jego, dlatego nie mogę go stracić. 

- Zrobię wszystko, by do tego nie dopuścić - obiecała. - Jeśli przypomni 

sobie pani o czymś, co może się nam przydać, proszę dzwonić. 

- Richard myśli głównie o pieniądzach - powiedziała Anna. - Może jeśli 

się zgodzę odejść z pustymi rękami, wycofa się z walki o opiekę nad dzieckiem? 

- Nie powinna pani tego robić. Żyła pani z tym człowiekiem przez 

dziesięć lat i zasługuje pani na to, co prawnie się pani należy zgodnie z umową 

przedślubną. Czy znalazła już pani pracę? 

Anna pokręciła głową. 

- Rynek pracy przechodzi teraz trudności, a ja nawet nie mam dyplomu, 

bo wychodząc za mąż, rzuciłam studia. Jeśli będzie trzeba, znowu się zatrudnię 

jako kelnerka. 

- Miejmy nadzieję, że pojawi się lepsza oferta - zasępiła się Mallory. Nie 

chciała już dodawać, że najlepiej by było, gdyby Anna znalazła pracę, zanim się 

rozpocznie postępowanie rozwodowe. - Oczywiście wniesiemy również sprawę 

o alimenty i pokrycie kosztów procesu. 

Anna podniosła się z kanapy, dłonią przytrzymując główkę śpiącego 

dziecka. 

- Ja po prostu chcę być ze swoim synem, pani O'Brien. 

Mallory kiwnęła głową ze zrozumieniem i odprowadziła klientkę do 

drzwi. Z ciężkim sercem usiadła za biurkiem. W głowie jeszcze raz 

zadźwięczały jej słowa Anny: „Kiedy się spotkaliśmy, był uroczy i czarujący... 

daleko mu było do entuzjazmu. Powiedział, że nigdy nie chciał mieć dzieci... 

To śmieszne, że w ogóle przyszło jej do głowy porównywać Richarda 

McMillana z Whitem. Przede wszystkim między nimi nie było nawet mowy o 

R S

background image

 

102 

małżeństwie. Czuła, że Whit nigdy nie zabrałby jej dziecka i że zawsze zostaną 

przyjaciółmi. A przynajmniej taką miała nadzieję. 

Whit wcisnął klucze od samochodu do kieszeni i ruszył w stronę swojego 

wymarzonego projektu. Dom był już prawie ukończony. Założono instalację 

elektryczną i gazową, pozostało jeszcze ocieplenie i otynkowanie ścian. 

Niedługo miała przyjść pora na prace wykończeniowe. 

Zaczyna przypominać prawdziwy dom, pomyślał Whit, rozglądając się po 

werandzie. Usiadł na prowizorycznym siedzisku z pustaka i zamyślił się, 

analizując wydarzenia kilku ubiegłych dni. Cały ich plan wymknął się spod kon-

troli. Nie mogli już bez siebie wytrzymać. Przez trzy dni kochali się zaraz po 

przestąpieniu progu domu - na sofie, na podłodze w przedpokoju, na schodach. 

Trzy dni dzikiego, nieskrępowanego seksu, i nagle, w poniedziałek, wszystko 

znienacka ustało. Rzecz jasna obydwoje byli bardzo zajęci w pracy, jednak 

przecież nadal jej pragnął każdym centymetrem swojego ciała. Nie naciskał 

jednak, choć w nocy rzucał się w swoim łóżku, myśląc tylko o niej. A Mallory 

zmieniła się nie do poznania. Stwierdziła, że skoro nastąpił koniec owulacji, 

dalszy seks mija się z celem. Co więcej, odnosiła się do niego z takim 

dystansem, jakby był dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Nie mógł znieść 

tego nagłego ochłodzenia atmosfery, uciekał więc tu, do budującego się domu, i 

spędzał całe wieczory, wbijając gwoździe i nosząc cegły. Noce spędzał w 

biurze, przygotowując projekt dla nowego klienta w Bostonie. Starał się 

wypełnić sobie czas, by nie rozmyślać o Mallory. 

Chciał ją tu przyprowadzić po zakończeniu prac. Chciał też przedstawić 

ojcu swój plan na przyszłość, chociaż jego przyszłość z Mallory wciąż 

pozostawała pod znakiem zapytania. 

To prawda, bardzo sobie cenił jej przyjaźń, jednak nie był pewien, czy jest 

w stanie być tylko jej przyjacielem. Musiał coś z tym zrobić, choć na samą myśl 

o rozmowie z nią ogarniało go przerażenie. Nie miał jednak czasu do stracenia. 

- Gdzie byłeś ostatnich kilka nocy? 

R S

background image

 

103 

Whit rzucił klucze na szafkę i usiadł ciężko na sofie. 

- Mówiłem ci przecież. Przygotowuję nowy projekt. 

- Nie jesteś ubrany po biurowemu. - Mallory nie spuszczała z niego 

podejrzliwego wzroku. 

- Przebrałem się na wieczór, żeby mi było wygodniej.  

- Aha. 

- Do czego zmierzasz, O'Brien? 

Spuściła wzrok, wracając do lektury dokumentów, które trzymała w ręku. 

- Do niczego. Przepraszam, że zapytałam. To nie moja sprawa, co robisz 

nocami. 

Znów ten chłód i dystans. Whit pomyślał, że już dłużej tego nie zniesie. 

- Byłem w pracy, Mallory. Zarabiałem na życie. Jeśli myślisz, że cię 

okłamuję, mylisz się. Wydawało mi się, że już mnie trochę znasz. 

- Czyżby? - zapytała, podnosząc wzrok. - Słuchaj, wiem, że umówiliśmy 

się tylko na dziecko. Jeśli chcesz się spotykać z innymi kobietami, nie 

przeszkadza mi to. Nie chcę, żebyś dla mnie zmieniał swój tryb życia. 

Chciałabym jednak, żebyś był ze mną szczery. 

Whit zerwał się na równe nogi, nie mogąc powstrzymać ogarniającej go 

złości. 

- Mój tryb życia? Czy widziałaś, żebym się z kimkolwiek spotykał, odkąd 

tu zamieszkałaś? 

- Nie, ale nie chciałabym, żebyś się czuł do czegokolwiek zobowiązany ze 

względu na mnie - powiedziała, po czym włożyła okulary i wróciła do lektury. - 

Zrobiłam pranie. Powinieneś zacząć się pakować, twój samolot odlatuje 

wcześnie rano. 

Whit miał w nosie samolot. Chciał ją przekonać, że nie chce już żadnej 

innej kobiety w swoim życiu. Pragnął tylko jej. 

- Spakuję się później. Teraz chciałbym się z tobą kochać. 

Nawet na niego nie spojrzała. 

R S

background image

 

104 

- Muszę przeczytać te akta, jutro mam sprawę w sądzie. Poza tym seks 

jest teraz bezcelowy. Następna owulacja za miesiąc, jeżeli oczywiście nie jestem 

już w ciąży. 

- Bezcelowy? - Mówiła do niego tak, jakby był jej klientem, a nie 

kochankiem. - Kłamiesz, O'Brien, i dobrze o tym wiesz. 

- Jak to kłamię? - Podniosła wzrok. 

- Pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie. I nie ma to nic wspólnego z 

dzieckiem i owulacją. Sprawy między nami wymknęły się spod kontroli. I to cię 

przeraża. 

- Niczego się nie boje, a już na pewno nie ciebie, Whit. Nie jestem jedną z 

twoich zdobyczy. Nie rzucę wszystkiego i nie wskoczę ci do łóżka tylko 

dlatego, że umiesz mówić gładkie słówka i jesteś dobrym kochankiem. Seks to 

nie wszystko. 

Nie potrafił jej zrozumieć. 

- Masz rację. Seks to nie wszystko. Też się o tym przekonałem - 

stwierdził i ruszył w stronę drzwi. 

- Gdzie idziesz? - wyrwało się Mallory. 

- Wychodzę - rzucił, nie oglądając się za siebie.  

Zbiegł po schodach i wypadł na opustoszałą ulicę. Szybkim krokiem 

oddalił się od domu. Nie powinien wychodzić tak nagle i zostawiać jej samej, 

ale był już wyczerpany tą huśtawką emocji. Może to dobrze, że czekał go 

kilkudniowy wyjazd. 

Skręcił za rogiem i skierował się w stronę swojego ulubionego pubu. 

Chociaż był piątkowy wieczór, pub świecił pustkami. Whit jednak nie szukał 

towarzystwa, chciał się w spokoju napić piwa. Usiadł na stołku przy barze i 

zamówił to co zawsze. Barman uśmiechnął się na jego widok. 

- Gdzie się podziewałeś, Whit? Myślałem już, że się wyprowadziłeś z 

okolicy. 

R S

background image

 

105 

- Byłem zajęty, Cal. - Uprawianiem miłości ze swoją współlokatorką, 

dodał w myślach. 

Cal chwycił kufel i napełnił go bursztynowym napojem. 

- Pierwszy na koszt firmy. 

- Dzięki. - Whit pociągnął łyk i zaczął słuchać wiadomości, nie mógł się 

jednak skupić. Po kilku minutach barman postawił przed nim kolejny kufel 

piwa. 

- Jeszcze nie skończyłem pierwszego - zaoponował. 

- Z pozdrowieniami od dziewczyn siedzących w rogu sali - uśmiechnął się 

szeroko barman. 

Whit obejrzał się i zauważył dwie blondynki siedząc przy stoliku w rogu. 

Pomachały mu i roześmiały się. Whit podziękował kiwnięciem głowy i wrócił 

do oglądania telewizji. 

- Nie przyłączysz się do nich? - zapytał zaskoczony Cal.  

W normalnych okolicznościach Whit zapewne tak właśnie by postąpił. 

Ale nie dzisiaj. Mallory miała rację, seks to nie wszystko, zwłaszcza gdy się go 

uprawia z kimś, na kim ci nie zależy. 

- Nie. Posiedzę tu i skończę swoje piwo. 

- Jesteś chory? - drążył zaintrygowany Cal. 

W pewnym sensie. Chory z miłości. Do tej pory udawało mu się tej 

choroby skutecznie unikać. 

- Po prostu nie jestem w nastroju. 

- W takim razie na pewno jesteś chory - zawyrokował Cal. - Wiesz, 

wyglądasz, jakbyś właśnie stracił kobietę swojego życia. 

Bingo, pomyślał Whit. Jeśli natychmiast czegoś nie zrobi, straci Mallory 

na zawsze. 

Mallory leżała samotnie w łóżku, czekając na sen, który nie nadchodził. 

Wyrzucała sobie swoje idiotyczne zachowanie. Nie miała pojęcia, co w nią 

wstąpiło. Była zazdrosna o Whita. Przerażała ją myśl, że się nią znudził i znalazł 

R S

background image

 

106 

sobie inną. Dlaczego zresztą miałby tego nie zrobić? Odsunęła się od niego 

zupełnie już kilka dni temu. Nie dlatego, że nie chciała się z nim kochać. Bała 

się, że za chwilę nie poradzi sobie ze swoimi uczuciami. Doświadczenia z 

mężem sprawiły, że zaczęła sobie wyobrażać Whita z innymi kobietami i 

zareagowała zupełnie nieadekwatnie do sytuacji. W rzeczywistości przecież nie 

miała najmniejszego prawa, by mu robić wyrzuty. Wedle umowy chodziło tylko 

o dziecko. Mallory jednak uświadomiła sobie, że chce o wiele, wiele więcej. 

Dlatego właśnie od kilku nocy płakała w poduszkę. To na pewno hormony, 

myślała, co może oznaczać dwie rzeczy: albo zbliżał się okres, albo była w 

ciąży. 

Ścisnęła mocniej poduszkę i odwróciła się do ściany. 

Usłyszała, jak otwierają się drzwi sypialni, i zamarła. Wiedząc, że to Whit 

stoi w drzwiach, zamknęła oczy, udając, że śpi. Usiadł na materacu obok niej. 

Zdała sobie sprawę, że nie ma zamiaru wychodzić. 

- Mallory, musimy porozmawiać. 

- Jestem zmęczona, Whit. - Nie odwróciła się. 

- Nie jestem twoim byłym mężem. 

- Wiem o tym. 

- Naprawdę chcę mieć z tobą dziecko. 

Jednak na tym jego rola się kończyła i to był problem. 

- Może to był błąd? 

- Błąd? 

- Ta cała decyzja o dziecku. Może zbyt się z tym pośpieszyliśmy. 

- Najpierw mnie przekonałaś do tego pomysłu, a teraz zmieniasz zdanie. 

- Nie wiem już, czego tak naprawdę chcę. 

- Powiem ci, czego ja chcę, Mallory. Chcę tego dziecka tak samo jak ty i 

cały czas tylko o tym myślę. Jeśli teraz się wycofasz, to nie będzie 

sprawiedliwe. 

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, nauczyła się tego już dawno temu. 

R S

background image

 

107 

- Potrzebuję więcej czasu, żeby to przemyśleć. 

- Dobrze, dam ci więcej czasu. - Usłyszała, jak wstaje z łóżka z ciężkim 

westchnięciem. - Nie będzie mnie kilka dni, przemyśl to wszystko dokładnie. 

Gdy się zgodziłem na twój plan, zdawałem sobie sprawę z twoich warunków 

mamy wspólne dziecko i pozostajemy przyjaciółmi. Jednak sprawy się 

skomplikowały. Nie spodziewałem się, że... 

Mallory odwróciła się w jego stronę. 

- Czego się nie spodziewałeś? Zawahał się przez kilka sekund. 

- Nieważne. Teraz to już nieistotne. Dam ci czas na przemyślenie tego 

wszystkiego. Kiedy wrócę, powiesz mi, co zdecydowałaś. 

Wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi, a Mallory czuła, jak jej 

serce bije jak szalone. Czego się nie spodziewał? Że będzie się tak dobrze 

bawił? Że wypróbuje tyle nowych pozycji? Że poczuje do niej coś więcej niż 

przyjaźń? Że... się w niej zakocha? Tak bardzo chciała, aby tak było. Nigdy się 

jednak tego nie dowie, jeśli nie zapyta. 

Whit nie mógł sobie wybaczyć swojego tchórzostwa. Przed wyjazdem 

miał doskonałą okazję, by powiedzieć Mallory, co do niej czuje. Nie zrobił tego 

jednak, stchórzył i znowu uciekł. Powinien być z nią szczery, jednak nie było to 

łatwe. 

Przez ostatnie pięć dni nie był do końca sobą. W pracy nie dawał z siebie 

wszystkiego jak zazwyczaj. Na szczęście Field trochę odpuścił i się nie skarżył. 

Teraz siedzieli na lotnisku, czekając na samolot powrotny. Whit wyczuł, że oj-

ciec chce mu coś powiedzieć, i zjeżył się na samą myśl. 

- Ostatnie dni były bardzo owocne. 

Nie tego się spodziewał, więc spojrzał na ojca zaskoczony. 

- Tak. Chyba nam się uda zdobyć ten projekt - podchwycił niepewnie. 

- Wyglądałeś, jakbyś chciał wracać do domu już pierwszego dnia po 

przyjeździe. 

R S

background image

 

108 

- Zostawiłem kilka niezałatwionych spraw - odrzekł wymijająco. Przede 

wszystkim szczera rozmowa z Mallory, ale nie tylko. Należało powiedzieć ojcu 

o planach na przyszłość. Może to był dobry moment? 

- Muszę ci coś powiedzieć. 

- Słucham cię. - Field zamieszał łyżeczką kawę. 

Whit wypił duszkiem swojego drinka, zbierając się na odwagę. 

- Chciałbym budować domy, nie wieżowce. Rozpocząłem już swój 

własny projekt w północnej dzielnicy Houston. 

- Wiem. 

- Jak to? - Spojrzał na ojca zaskoczony. 

- Pracujemy w tej samej branży. Ludzie mówią różne rzeczy, nie tak 

trudno było się domyślić. 

- Dlaczego nic nie powiedziałeś? 

- A co miałem mówić? To twoje pieniądze, twoja sprawa. Widziałem już 

od dłuższego czasu, że się męczysz w firmie. 

- Wiesz, pośrednio zawdzięczam to tobie. Pamiętasz, jak mnie zachęciłeś 

do udziału w projekcie dla samotnych matek? 

- Pamiętam. Miałeś szesnaście lat i strasznie ci się spodobało 

projektowanie domów. Zresztą byłeś w tym dobry. 

- To było cenne doświadczenie. - I bardzo potrzebne. Pod względem 

materialnym nigdy niczego ci nie brakowało. Chciałem, żebyś wiedział, że nie 

wszystkim w życiu tak się układa. 

Whit poczuł, że zaczyna rozumieć i doceniać, jak wiele ojciec dla niego 

zrobił. Ciągle się spierali, ale zawsze mógł na nim polegać. 

- Doceniam to, tato. I wszystkie rozmowy, i wszystkie twoje rady. No, 

przynajmniej większość. 

Field wyglądał na lekko zażenowanego. 

- To właśnie oznacza posiadanie dziecka. Ciągły konflikt to tylko 

dodatkowa niedogodność - uśmiechnął się porozumiewawczo. 

R S

background image

 

109 

- Rozumiesz więc, że chcę założyć własną firmę?  

- Nie. 

No i zaczyna się. Powinien wiedzieć, że akceptacja ojca to złudzenie.  

- Tato, zrozum... 

- Chcesz pracować na własny rachunek, to rozumiem, ale nie widzę 

powodu, dlaczego nie miałbyś prowadzić swojej firmy w naszej siedzibie. 

Możesz zająć nawet kilka pięter. Nie będziesz musiał szukać nowych ludzi. A 

kiedy przejdę na emeryturę, zrobisz z firmą, co będziesz chciał. Może 

zachowasz ją dla swojego dziecka. 

Nie do wiary, pomyślał Whit. 

- Bez żadnych zobowiązań? Nie będę musiał uczestniczyć w projektach, 

które mnie nie interesują? 

- Nie, chociaż nie ukrywam, że czasem będę chciał pewne rzeczy z tobą 

skonsultować, oczywiście jeśli będziesz miał czas. Chciałbym też, żebyś 

dokończył ten projekt dla Barclaya. 

- Nie ma sprawy. Zawsze doprowadzam do końca to, co zacząłem. 

- Czy tą samą zasadę stosujesz w życiu prywatnym? Chodzi mi o 

Mallory... 

Whit poluzował krawat i westchnął. Wiedział, że to pytanie w końcu 

padnie, choć miał nadzieję, że trochę później. 

- Tak, jeśli będzie jeszcze chciała ze mną rozmawiać po powrocie... 

- Jakieś problemy? 

- Chyba nie potrafi mi zaufać i wcale jej za to nie winię. Ma za sobą 

nieudane małżeństwo z kretynem, który ją zdradzał, a ja też przecież byłem 

znany... 

- Z niechęci do monogamii? - wpadł mu w słowo ojciec. Słowa ojca 

zabolały, chociaż wiedział, że jest w nich sporo prawdy. 

- No dobrze, przyznaję. Nigdy nie myślałem o tym, żeby się ustatkować, 

ale teraz zmieniłem zdanie. Chcę się związać z Mallory. Niestety w noc przed 

R S

background image

 

110 

moim wyjazdem pokłóciliśmy się i wybiegłem z domu. Chciałem nawet do niej 

zadzwonić kilka razy w trakcie pobytu w Bostonie, ale za każdym razem 

zabrakło mi odwagi. Nie wiem, czy będzie chciała ze mną rozmawiać. 

Field spojrzał na syna poważnym wzrokiem. 

- Whit, odziedziczyłeś po mnie upór i to jest czasem dobra cecha, ale w 

niektórych sytuacjach bardzo przeszkadza w życiu. Nie można całe życie 

uciekać. Powinieneś jej uświadomić, co naprawdę do niej czujesz. 

- Nie jestem dobry w mówieniu, co czuję - westchnął. 

- Przede wszystkim powiedz jej, że ją kochasz. Bo przecież tak właśnie 

jest, prawda? 

- Tak. Bardziej, niż zdawałem sobie z tego sprawę. 

- To jej to powiedz. I daj jej dowód, że myślisz o niej poważnie. Poproś ją 

o rękę. 

Whit spojrzał na niego sceptycznie. 

- Mallory miała już męża, tato, i chyba na dobre się zraziła do 

małżeństwa. 

- Nie dowiesz się tego, jeśli jej nie zapytasz - stwierdził Field. - Mnie się 

udało dopiero za trzecim podejściem. Tobie może się udać za pierwszym. 

Mallory jest tego warta. 

Whit świetnie o tym wiedział. Wiedział też, że doskonale do siebie 

pasowali i się uzupełniali. Gdy tylko wróci do domu, powie jej o tym 

wszystkim. Jak uciekał przed nią, zamiast biec w jej stronę. I oświadczy się, i 

zrobi wszystko co w jego mocy, by powiedziała „tak". 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

111 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Nie była w ciąży. 

Potrzebowała Whita bardziej niż kiedykolwiek. Potrzebowała go tego 

ranka, gdy zrobiła test ciążowy i modliła się o wynik pozytywny, a uzyskała 

negatywny. Potrzebowała go też teraz, gdy czekała na wizytę u lekarza. Siedząc 

w poczekalni, odliczała wolno płynące minuty. Otworzyły się drzwi i doktor 

Iverson zaprosił ją do gabinetu. 

- Pielęgniarka powiedziała mi, że ma pani wątpliwości co do tego, czy 

kiedykolwiek uda się pani zajść w ciążę. 

- Tak. Zrobiłam dzisiaj rano test ciążowy i wynik był negatywny. Dlatego 

zaczęłam się nad tym zastanawiać. 

Doktor Iverson oparł się na krześle i popatrzył na nią uważnie. 

- Ile dni spóźnia się miesiączka? 

- Myślę, że dwa. Nigdy nie miałam regularnych miesiączek. 

- No właśnie. Dwa dni to niewiele czasu. 

- Według ulotki test wskazuje ciążę już w dzień po terminie spodziewanej 

miesiączki. 

- Testy nie zawsze są dokładne. 

- Wiem, ale odczuwałam bolesność piersi i wahania nastrojów. Tym 

razem chciałam wiedzieć jak najwcześniej. 

- Jeśli o to się pani obawia, mogę zapewnić, że nie ma żadnych 

przesłanek, wedle których miałaby pani mieć trudności z donoszeniem kolejnej 

ciąży. 

O to właśnie się obawiała najbardziej. 

- Za pierwszym razem nie poszłam od razu do lekarza. Czekałam ponad 

dwa miesiące, zanim nawet zrobiłam test. 

R S

background image

 

112 

- Gdyby pani poszła wcześniej i tak niewiele by to pomogło. Takie rzeczy 

po prostu się zdarzają. Nie zawsze mamy na wszystko odpowiedź. 

Mallory bardzo chciała w to wierzyć. Często się zastanawiała, czy jej 

nastawienie psychiczne do ciąży w tamtym czasie nie sprowokowało poronienia. 

Miała jednak jeszcze jedno pytanie. 

- Czy szkody w organizmie spowodowane poronieniem mogą 

uniemożliwić zajście w kolejną ciążę? 

- Rozmawialiśmy już o tym. Wszystko wskazuje na to, że jeden jajnik 

funkcjonuje prawidłowo. Teraz możemy tylko czekać. 

- A jeśli nie funkcjonuje prawidłowo? 

- Proponuję, żeby pani nie rezygnowała z prób. Jeśli nie uda się pani zajść 

w ciążę przez, powiedzmy, sześć miesięcy, zastanowimy się nad innymi 

rozwiązaniami. 

Mallory nie wyobrażała sobie trzymać Whita w niepewności przez tak 

długi okres. Doktor Iverson sięgnął po druczek skierowań leżący na biurku. 

- Na wszelki wypadek zrobimy jeszcze badanie krwi. 

Proszę się z tym zgłosić do laboratorium - powiedział, wręczając jej 

świstek papieru. 

Mallory przez chwilę patrzyła na druk skierowania. Nienawidziła igieł. 

- Czy to konieczne? Miałam robione badania przy ostatniej wizycie. 

- Nie zaszkodzi powtórzyć. Chcę być pewien, że wszystko jest w 

porządku. 

- No dobrze. - Wstała i wyciągnęła rękę na pożegnanie. 

- Do widzenia, doktorze Iverson. Dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas. 

- Nie ma sprawy. - Uśmiechnął się, podając jej rękę. 

- Kto wie, może ja też kiedyś będę potrzebował pani usług? 

- Specjalizuję się w prawie rodzinnym. Jeśli nie rozważa pan rozwodu 

albo adopcji, raczej nie mamy szansy się spotkać na moim gruncie zawodowym. 

Stary doktor się roześmiał. 

R S

background image

 

113 

- Rzeczywiście, szanse są znikome. Mam siedmioro własnych dzieci, a 

żona, dzięki Bogu, jakoś ze mną wytrzymuje. 

- W takim razie do zobaczenia za sześć miesięcy - powiedziała. 

- Kto wie, czy nie wcześniej? Proszę nie tracić wiary.  

Mallory wybiegła z gabinetu ze ściśniętym gardłem. Jej wiara w to, że jej 

się uda zajść w ciążę, topniała z każdą minutą. Jeszcze bardziej wątpiła w to, że 

Whit będzie chciał dotrzymać słowa, gdy się dowie, że ich dotychczasowe wy-

siłki nie przyniosły rezultatu. Może powinna odejść, zanim do końca zrujnuje 

ich przyjaźń? Tym razem to ona miała ochotę uciec. 

Whit nie mógł uwierzyć, że się wyprowadziła. Co gorsza, nawet się z nim 

nie pożegnała. Zupełnie nieświadomie nauczył jej swojej sztuczki - uciekania, 

gdy ziemia zaczyna się palić pod nogami. Znał powód jej ucieczki, choć liścik, 

który mu zostawiła, był bardzo lakoniczny. Znalazł w łazience negatywny test 

ciążowy. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak łatwo się poddała. Może po 

prostu się rozmyśliła co do niego jako ojca dziecka? 

Gdyby wrócił do domu bezpośrednio z lotniska, może jeszcze by ją zastał. 

On jednak wykonał wcześniej kilka telefonów, przygotowując dla niej 

niespodziankę, która miała na celu przekonanie jej, że warto się z nim związać. 

Nie tylko ze względu na dziecko. 

Zmiął kartkę papieru z drobnym pismem Mallory i wrzucił ją do kosza. 

Nie miał zamiaru łatwo się poddawać. Wiedział przecież gdzie szukać Mallory. 

Chwycił za telefon, starannie ignorując migający znak „masz nową wiadomość". 

Sprawdzi później, teraz miał do wykonania ważny telefon. 

Odebrała matka Mallory. 

- Lucy, tu Whit. Czy Mallory jest u was? 

- O Boże, Whit, co się stało? Jest tak zdenerwowana, nawet nie chce z 

nami rozmawiać. 

- Przyjadę tak szybko, jak to będzie możliwe - obiecał, patrząc na zegarek. 

Niestety, zbliżała się godzina szczytu. 

R S

background image

 

114 

- Nie mów jej, że dzwoniłem. 

- Ale o co w tym wszystkim chodzi? 

- Później to wyjaśnię. - Miał nadzieję, że cała sprawa zakończy się 

szczęśliwie. 

Odwiesił słuchawkę i włączył odsłuchiwanie wiadomości, mając nadzieję, 

że usłyszy głos Mallory. Pierwsza wiadomość była jednak od jej 

rozemocjonowanej asystentki. 

- Tu Rozalyn. Chciałam ci tylko powiedzieć, że ten prywatny detektyw to 

skarb! Nie jedna, ale dwie kochanki! Wyobrażasz sobie? Dzwoniła pani 

McMillan, jej mąż podobno wycofał wniosek o przyznanie opieki nad 

dzieckiem. Dobra nasza. Do zobaczenia jutro. 

Whit nie zdążył się nawet zastanowić, o jakich kochankach mowa, gdy 

rozległa się druga nagrana wiadomość. Wysłuchał jej w zdumieniu, po czym 

odsłuchał po raz drugi, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Poczuł, jak serce 

zaczyna mu bić jak oszalałe. 

Musi najpierw potwierdzić tę wiadomość. Dopiero potem pojedzie się 

spotkać z Mallory. A potem - niech się dzieje, co chce. 

Mallory potrzebowała kolejnego opakowania chusteczek. Zazwyczaj nie 

rozklejała się tak łatwo, ale tylko raz w życiu była tak smutna jak teraz. Whit na 

pewno zdążył już wrócić do domu i zobaczyć, że się wyprowadziła. Zapewne 

przeczytał jej liścik i widział wynik testu. Spodziewała się, że zadzwoni, być 

może już to zrobił. Wyraźnie powiedziała rodzicom, że nie życzy sobie z nikim 

rozmawiać. Oczywiście, w końcu będzie musiała się z nim spotkać i wyjaśnić, 

dlaczego zdecydowała się odejść. Gdy się pakowała, jej powody wydawały się 

uzasadnione, teraz nawet dla niej samej wyglądały jak czcze wymówki. 

Nagłe pukanie do drzwi poderwało ją na równe nogi. 

- Mallory. Mogę wejść? 

To nie był Whit, tylko ojciec. 

R S

background image

 

115 

- Pewnie. - Właściwie to przydałoby jej się silne ramię, na którym 

mogłaby się wypłakać. Ojciec zawsze był dobry w pocieszaniu. 

Gdy usiadł na łóżku, wytarła mokrą twarz. Przytuliła się do niego, jak 

wtedy, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Po chwili jego koszula była 

zupełnie mokra. 

- Przepraszam - wychlipała, wycierając nos. 

- Nie musisz przepraszać, kochanie - powiedział, gładząc ją delikatnie po 

plecach. - Chciałbym jednak wiedzieć, co się stało. 

- To wszystko jest takie skomplikowane, tato. Popełniłam tyle błędów i 

teraz nie wiem, jak je naprawić. 

- Na dobry początek mogłabyś porozmawiać z pewnym młodym 

człowiekiem, który czeka w salonie. Nie wiem, które z was wygląda gorzej. On 

co prawda nie wypłakiwał mi się jeszcze na ramieniu... 

- Whit tu jest? - Mallory otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Tak. Mówi, że chce się koniecznie z tobą zobaczyć. 

- Nie jestem pewna, czy to dobry moment - powiedziała drżącym głosem. 

- Myślę, że tak, córeczko. Powinnaś o tym porozmawiać z właściwą 

osobą, z mężczyzną, którego kochasz. 

- Nie powiedziałam, że go kocham. 

- Nie musiałaś. Widzę to w twoich oczach i widziałem tamtej nocy na 

przyjęciu Logana. W jego oczach również. 

Mallory roześmiała się. 

- To nie ma znaczenia, czy go kocham. Być może nie będę w stanie dać 

mu tego, czego potrzebuje. 

- Na pewno będziesz w stanie. Będzie szczęśliwym człowiekiem. 

- Być może nie będę mogła mieć dzieci. 

- A dlaczego tak sądzisz? - zapytał ojciec, marszcząc czoło. 

- Wiem o tym już od dłuższego czasu. To długa historia. W każdym razie 

nie mam prawa odbierać mu takiej możliwości. 

R S

background image

 

116 

- Kochanie, nie masz prawa odbierać mu możliwości podjęcia decyzji. 

Dzieci są błogosławieństwem, ale najważniejsza jest miłość. 

Mallory znowu poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. 

- Whit nigdy nie powiedział, że mnie kocha. 

- No cóż, ale tak właśnie jest. Zawsze tak było. Zawsze też oczekiwałem, 

że w końcu spełni obietnicę, którą złożył mi kilkanaście lat temu. 

- Jaką obietnicę? 

- Kiedy miałaś czternaście lat, powiedział mi, że kiedyś się z tobą ożeni. 

Potem on wyjechał na studia, a ty się związałaś z Jerrym. Cóż to był za kretyn! 

A Whit to dobry chłopak i będzie dla ciebie dobrym mężem. 

Mallory nie potrafiła sobie wyobrazić Whita dobrowolnie przyjmującego 

na siebie rolę męża, niezależnie od tego, co sądził jej ojciec. Dziecinne obietnice 

sprzed kilkunastu lat powinny być dawno zapomniane. 

- Whit mi się nie oświadczył, tato. I wątpię, by miał zamiar to zrobić. 

- Nigdy się tego nie dowiesz, jeśli go nie wysłuchasz. - Ojciec wytarł 

dłonią kolejną łzę spływającą jej po policzku. 

- Wyświadcz staremu ojcu przysługę. Idź na dół i porozmawiaj z tym 

chłopcem. My z mamą wyjdziemy z domu, żeby wam nie przeszkadzać. 

- No dobrze, porozmawiam z nim. Ale nie rób sobie aż takich nadziei, 

jeśli chodzi o moje zamążpójście. 

- Nadzieja jest w życiu bardzo potrzebna, córeczko. I może się okazać, że 

stary ojczulek ma trochę racji. 

Mallory bardzo by chciała, by tak się właśnie okazało. 

Whit siedział na schodkach do werandy, czując się jak dzieciak przed 

pierwszą randką. Gdy drzwi się otworzyły, wstał i odwrócił się, czując, jak gula 

w gardle urasta do monstrualnych rozmiarów. Obawiał się, że zobaczy Der-

mota, który powie mu, że Mallory nie chce go widzieć. W drzwiach stała jednak 

Mallory z wahaniem wymalowanym na twarzy. Nagle zrobiła coś zupełnie 

R S

background image

 

117 

nieoczekiwanego: zbiegła po schodkach i rzuciła mu się w ramiona. Na chwilę 

zamarł, gdy poczuł, jak jej ciałem wstrząsa urywany płacz. 

- Whit, tak bardzo mi przykro... 

- Hej - powiedział łagodnie, unosząc jej twarz i całując zapłakane 

policzki. - Nic się nie stało, kochanie. 

- Właśnie, że tak - załkała. 

- Wiesz co? Pojedźmy na małą przejażdżkę - zaproponował, uśmiechając 

się do Dermota, który mignął w drzwiach. 

- Gdzie chcesz jechać? - zapytała, wycierając oczy wierzchem dłoni. 

- Gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać. 

Otoczył ją ramieniem i zaprowadził do samochodu. Pozwoliła się 

prowadzić jak dziecko, co zwykle byłoby nie do pomyślenia. Pozwoliła mu 

nawet zapiąć jej pas, po czym oparła głowę na jego ramieniu, gdy ostrożnie 

ruszył. Nie pytała, dokąd jadą. Zapytała dopiero, gdy się zatrzymał przed 

wjazdem do nowo wybudowanego domu. 

- Gdzie jesteśmy? 

- Zobaczysz. - Whit wysiadł z samochodu i otworzył jej drzwi. 

Zaprowadził ją na ganek swojego wymarzonego domu, mając nadzieję, że się 

zgodzi na jego plan. 

- Zaprojektowałem ten dom i pomagałem go budować własnymi rękami - 

wyjaśnił. - To tutaj spędzałem wieczory, kiedy wracałem późno. 

- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - Spojrzała na niego zaskoczona. 

- Chciałem ci zrobić niespodziankę. 

- Dla kogo go budowałeś? - zapytała ostrożnie. 

- Na początku planowałem go wystawić na targach budowlanych, ale 

później zmieniłem zdanie - wyznał, przytulając ją. - Zbudowałem go dla ciebie. 

- Dla mnie? 

- A dokładnie dla nas - stwierdził, patrząc jej prosto w oczy. - Kocham 

cię, Mallory. Zawsze cię kochałem. 

R S

background image

 

118 

Oczy Mallory zaszły mgłą. 

- Ja też cię kocham, Whit. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. 

- Nie jesteś dla mnie tylko przyjaciółką, Mallory. Kocham cię, jak tylko 

mężczyzna może kochać kobietę. 

Uśmiechnęła się, a jej zielone oczy rozbłysły szczęściem. 

- Wyjdź za mnie, Mallory O'Brien.  

- Ale... 

Położył palec na jej ustach. 

- Nie przyjmuję żadnych „ale". Chcę usłyszeć „tak". 

- Ale ja muszę ci o czymś powiedzieć - rzekła stanowczo, odsuwając jego 

rękę. - Być może nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Czy wiedząc to, nadal 

chcesz się ze mną ożenić? 

- Mallory, pozwól, że opowiem ci krótką historię. Kiedy jeszcze byliśmy 

dziećmi, powiedziałem twojemu ojcu, że kiedyś się z tobą ożenię. 

- Wiem - uśmiechnęła się. - Powiedział mi o tym.  

Ojciec jednak nie powiedział jej wszystkiego, bo nikt wszystkiego nie 

wiedział. 

- Wtedy wydawało mi się, że moim obowiązkiem jest troszczyć się o 

ciebie, tak jak to robili twoi bracia. Kiedy jednak musiałem patrzeć, jak 

wychodzisz za tego durnia i jak przysięgasz mu miłość, zdałem sobie sprawę, że 

to ja powinienem być na jego miejscu. Było to niemożliwe, więc rzuciłem się w 

wir przelotnych, nic nieznaczących znajomości. Nigdy nie wiedziałem, dlaczego 

nie potrafię się z nikim związać na dłużej. Teraz już wiem - oznajmił, biorąc 

jej twarz w swoje dłonie. - Nie udało mi się spotkać kobiety, która mogłaby ci 

dorównać. Nie mam zamiaru czekać z założonymi rękami, aż znowu wyjdziesz 

za innego. Tym razem to ja chcę stać z tobą przed ołtarzem. Nie dbam o nic 

innego. Nawet o dziecko. 

Mallory uśmiechnęła się przez łzy. 

- Kto by pomyślał, że taki z ciebie romantyk. 

R S

background image

 

119 

- Zadziwię cię jeszcze nieraz - obiecał. - Ale najpierw odpowiedz na moje 

pytanie. Wyjdziesz za mnie, Mallory? 

- Oczywiście, że tak, głuptasie - odparła z uśmiechem. 

Whit nie czekając dłużej, wziął ją w ramiona i pocałował tak namiętnie, 

jak jeszcze nigdy dotąd. Gdy po kilku długich minutach niechętnie oderwał się 

od jej ust, ujął ją za rękę i oprowadził po całym domu. Jeden pokój z rozmysłem 

zostawił na sam koniec. Zanim otworzył do niego drzwi, stanął za Mallory i 

zakrył jej oczy. 

- Pamiętaj, jeszcze nie jest skończony, bo wystrój zależy od ciebie, ale 

pozwoliłem już sobie na małe zakupy. Nie otwieraj oczu, dopóki nie powiem 

„już". 

Otworzył drzwi i wprowadził ją do środka.  

- Już!  

Mallory otworzyła oczy i natychmiast wyciągnęła rękę. 

- Co to ma być? 

- No cóż, O'Brien, to wiele wyjaśnia. Skoro nie wiesz, co to jest łóżko, nic 

dziwnego, że nigdy nie dałaś mi się do niego zaciągnąć. 

Spojrzała na niego z przyganą w oczach. 

- Wiem, co to jest. Zastanawiam się tylko, po co stawiać łóżko w pokoju, 

w którym nie ma jeszcze dywanu. 

Podszedł do łóżka i zapalił stojącą przy nim samotnie lampę. 

- Mamy coś na podobieństwo dywanu - mruknął. Mallory zakryła ręką 

usta i roześmiała się. 

- Mój ulubiony dywanik! - krzyknęła, rozpoznając czerwony puchaty 

dywan, na którym się kochali w salonie. 

- Tak, ale dzisiaj nie będziemy się na nim kochać. 

- Jesteś bardzo pewny siebie, Manning - powiedziała uwodzicielsko. 

- Nie, po prostu jestem zdeterminowany - odparł, podchodząc bliżej. - 

Dzisiaj nie będziemy myśleć o dziecku. Nie będziemy się też kochać ani na 

R S

background image

 

120 

schodach, ani na podłodze w kuchni. Chcę się z tobą kochać w łóżku i chcę przy 

tobie zasnąć. Chcę, żebyś była przy mnie, kiedy rano otworzę oczy. 

- Wcale nie mam zamiaru się z tobą kłócić, jeśli na to właśnie czekasz - 

zapewniła, rozpinając guzik jego koszuli. 

- A ja nie będę już dłużej czekać, Mallory. Czekałem na ciebie prawie 

dwadzieścia lat. 

Rozbierali się w pośpiechu, chcąc jak najszybciej przylgnąć do siebie. 

Kochali się powoli, a zarazem namiętnie, wiedząc, że od tej chwili należą już do 

siebie. Gdy po wszystkim przytulał ją do siebie, poczuł, że obydwoje prze-

kroczyli barierę intymności, która do tej pory ich rozdzielała. 

- Przepraszam, że nie było mnie przy tobie, kiedy robiłaś test. Szkoda, że 

na mnie nie poczekałaś. 

Pocałowała go w ramię i przytuliła się jeszcze mocniej. 

- Myślałam o tym, ale chyba miałam nadzieję, że przywitam cię dobrą 

wiadomością. Wiesz, muszę ci o czymś powiedzieć. 

Whit wpadł jej w słowo: 

- Ja też mam jeszcze jedną niespodziankę. 

- Zaczekaj, nie chcę z tym dłużej zwlekać - uciszyła go dłonią. Oparła się 

na łokciu i natychmiast zauważył ból w jej oczach. Przestraszył się, że mogła 

nagle zmienić zdanie. - Około pięciu miesięcy po ślubie z Jerrym okazało się, że 

jestem w ciąży. Poszłam do lekarza dopiero w drugim miesiącu, a po dwóch 

tygodniach od wizyty poroniłam. - Łzy na nowo pojawiły się w jej oczach, ale 

nie przerwała opowieści. - Nie byłam wtedy gotowa na dziecko. Byłam młoda, 

moje małżeństwo było farsą i nie czułam się przygotowana do roli matki. Gdy 

zobaczyłam wynik pozytywny na teście ciążowym, wpadłam w panikę. Tak 

bardzo chciałam, by dziś rano było inaczej. 

Whit przytulił ją i pogłaskał po włosach. 

- Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? 

R S

background image

 

121 

- Nikomu o tym nie mówiłam, nawet swoim rodzicom. Chyba czułam się 

winna, bo nie chciałam być w ciąży, a kiedy zdałam sobie sprawę, że chcę tego 

dziecka, było już za późno. Długo myślałam, że po tym, co się wydarzyło, nie 

zasługuję na dziecko. 

- Zasługujesz na to, by zostać matką, Mallory. - Whit pocałował ją w usta. 

- Ale to może nigdy nie nastąpić. 

- Powiedziałem ci już, że to nie ma znaczenia. Myślę jednak, że 

medycyna oferuje teraz wiele innych możliwości. 

Chciałbym, żebyś już nigdy więcej nie miała przede mną sekretów. 

- Obiecuję. 

- Dobrze. Teraz ja muszę ci wyjawić kilka swoich tajemnic. 

- Też masz swoje sekrety? 

- Tak, ale nie ma to nic wspólnego z inną kobietą. Jeden dotyczy twojego 

brata. 

- Powiedziałeś mu, że chcemy mieć dziecko? 

- Nie. Helen jest w ciąży. 

Mallory na chwilę straciła dobry humor. 

- Świetnie. Ona będzie miała dziecko, a ja nie. 

- Niekoniecznie, Mallory. 

- Jesteś niepoprawnym optymistą. Whit niechętnie usiadł na łóżku. 

- Sprawdziłem dziś automatyczną sekretarkę i przypadkiem wysłuchałem 

kilku wiadomości skierowanych do ciebie - powiedział, sięgając do kieszeni 

spodni i wyciągając zmiętą kartkę papieru. - Dzwoniła Rozalyn z informacją od 

pani McMillan. Detektyw odkrył, że jej mąż ma dwie kochanki. Pan McMillan 

wycofał wniosek o przyznanie opieki nad dzieckiem. 

- To cudowna wiadomość - zawołała Mallory. 

- I jeszcze jedna, najważniejsza. Dzwonił twój lekarz w sprawie wyników 

badania krwi. 

R S

background image

 

122 

- No tak, robiłam je dzisiaj przed południem. Pewnie są już gotowe do 

odebrania. 

- Właśnie. Prosił o szybki kontakt, więc zadzwoniłem za ciebie. 

- I co ci powiedział? 

- Niewiele. Właściwie to nie chciał ze mną rozmawiać, dopóki nie mu 

powiedziałem, że jesteś moją narzeczoną. Nie mógł mi podać konkretnych 

wyników przez telefon, ale kazał się zgłosić po receptę na witaminy. 

Zrealizowałem tę receptę w drodze do twoich rodziców. 

- Witaminy? - zdziwiła się. - Czyżbym miała anemię? Czekał na tę chwilę 

przez całe popołudnie. 

- Witaminy dla ciężarnych, O'Brien. 

- Co takiego? - zapytała zszokowana. 

- Jesteś w ciąży! 

- Powiedz, że to nie żart. 

- Przecież nie żartowałbym na tak ważny temat. Będziemy rodzicami. 

Witaminy mam w kieszeni spodni, jeśli potrzebujesz dowodu. 

- Wierzę ci i nie potrzebuję żadnych dowodów. Dlaczego nie 

powiedziałeś mi o tym wcześniej? 

- Chciałem, żebyś się zgodziła wyjść za mnie dlatego, że tego naprawdę 

chcesz, a nie dlatego, że będziemy mieli dziecko. Kocham cię i nie potrafię bez 

ciebie żyć. 

Rzuciła mu się na szyję, wydając okrzyki radości. Łzy znowu płynęły jej 

po twarzy, ale były to łzy szczęścia. 

- Wygląda na to, że rady znachorek zadziałały. 

- Może po prostu tak miało być. 

- Masz rację - stwierdził. - Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę 

Brunona. 

- A raczej Betsy - poprawiła go. - Zresztą nieważne, oby było zdrowe i 

szczęśliwe. 

R S

background image

 

123 

- Nie bój się, moje projekty są zawsze dopracowane. 

Mallory się roześmiała, lecz po chwili w jej oczach zagościł niepokój. 

- Co się stało? 

- Pewnie przez kilka tygodni będę się trochę denerwować. No wiesz, 

dopóki nie będzie pewne, że z dzieckiem jest wszystko w porządku. 

- Możesz być pewna, że zaopiekuję się tobą i dzieckiem. 

- A ja zaopiekuję się tobą. 

Z radością pomyślał, że tak właśnie będzie wyglądało kolejnych 

kilkadziesiąt lat. 

 

EPILOG 

 

- A gdzie przyszli państwo młodzi? 

Mallory spojrzała na Corrie siedzącą na kanapie w salonie rodziców, 

gdzie wszyscy się zebrali w wieczór poprzedzający dzień ślubu Logana. 

- Powinni chyba niedługo wrócić z próby ceremonii w kościele. 

- Próba się skończyła już ponad godzinę temu - zauważyła Corrie, 

spoglądając na zegarek. 

- Może mieli ochotę zacząć swój miesiąc miodowy odrobinę wcześniej - 

zażartowała Mallory, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Przez ostatnie kilka 

tygodni musiała znosić humory Helen i mierziła ją myśl, że ta jędza spędza miłe 

chwile sam na sam z przyszłym mężem, podczas gdy ona nie miała dzisiaj 

okazji zamienić nawet dwóch słów z Whitem. 

- Może się rozmyślili - podsunęła Corrie. - To nie byłby zły pomysł. 

Sądzę, że wcale do siebie nie pasują. 

Mallory wyczuła, że Corrie jest dzisiaj przygnębiona. 

- A gdzie mój braciszek? - spytała. 

- Podobno w drodze powrotnej z Atlanty. - Corrie wzruszyła ramionami. 

R S

background image

 

124 

Podobno. W głowie Mallory zapaliła się czerwona lampka alarmowa. 

- Jak mu idzie nowa praca? 

- Świetnie. A jak życie małżeńskie? - spytała szybko Corrie, zmieniając 

temat. 

- Cudownie. - Mallory się rozpromieniła. Wciąż się nie mogła nadziwić, 

jaka przepaść dzieliła jej pierwsze i drugie małżeństwo, zarówno w łóżku, jak i 

w codziennym życiu. 

- Nie żałujesz, że nie było wielkiej ceremonii? 

- Ani trochę. Miałam wielką fetę za pierwszym razem i wiesz, jak to się 

skończyło - westchnęła. - Poza tym przygotowania do ślubu Logana i Helen 

były tak absorbujące, że nie chcieliśmy dodawać rodzicom dodatkowych zajęć. 

Cichy ślub w urzędzie bardzo nam odpowiadał. 

Mallory rzuciła okiem na swojego męża rozmawiającego w drugim końcu 

pokoju z Keiranem i Aidanem. Tylko dwóch spośród jej braci było dzisiaj 

obecnych. Devin z żoną wrócili wcześniej do domu. 

Whit zauważył ją i mrugnął do niej z uśmiechem. Jego widok wciąż 

zapierał jej dech w piersiach, mimo że teraz dzielili ze sobą całe życie. Za 

tydzień miała zamiar poinformować rodzinę o dziecku. Zwlekała z tą nowiną, 

chcąc być pewna, że ryzyko poronienia, największe w początkowych 

tygodniach ciąży, już minęło. Czuła się świetnie, poza okazjonalnymi 

porannymi mdłościami i napadami senności. Whit bardzo się o nią troszczył i 

stał się bardzo ostrożny, zwłaszcza w łóżku. Mallory nie mogła się doczekać, 

kiedy zda mu relację z wizyty u lekarza, którą odbyła kilka godzin wcześniej. 

Doktor Iverson zapewnił ją, że nie ma żadnych przeciwwskazań do współżycia. 

Drzwi otworzyły się z rozmachem i do pokoju wkroczył Logan. Nie 

witając się z nikim, poprosił Whita, żeby wyszedł z nim na taras. Pozostali 

goście zaczęli wymieniać zaniepokojone spojrzenia. Mallory również poczuła, 

jak rośnie w niej zaciekawienie. 

- Jak myślisz, co się stało? - spytała Corrie. 

R S

background image

 

125 

- Nie wiem, ale mam zamiar się dowiedzieć. 

Gdy jednak Whit wrócił do pokoju, skierował się w stronę ojca Mallory i 

coś mu szepnął do ucha. Intuicja podpowiadała Mallory, że stało się coś 

poważnego. 

Dermot kiwnął głową i poklepał Whita po ramieniu. Zanim Whit stanął u 

boku Mallory, Dermot klasnął w ręce, przyciągając uwagę wszystkich 

zgromadzonych. 

- Słuchajcie, mam niestety przykrą nowinę - oznajmił. - Żadnego ślubu 

nie będzie. 

W salonie rozległy się pomruki zdziwienia. Lucy nieomal nie upuściła 

talerza z kanapkami, który właśnie trzymała w ręku. 

- Nie znam co prawda szczegółów - ciągnął niezręcznie Dermot - ale 

skoro się tu dzisiaj zebraliśmy, wykorzystajmy tę okazję do wspólnej zabawy. 

Jest mnóstwo jedzenia i picia i mamy co świętować: małżeństwo Mallory i 

Whita. 

Rodzina i przyjaciele unieśli kieliszki w geście toastu, gdy Whit pochylił 

się, by ucałować żonę. 

- Powiem jeszcze dwa słowa - kontynuował Dermot. - Whit, drogi zięciu, 

oddaliśmy ci pod opiekę nasz największy skarb. Mam nadzieję, że będziesz 

traktował naszą córeczkę tak, jak na to zasługuje. I oczywiście w przyszłym 

roku o tej samej porze spodziewamy się powiększenia rodziny. - Roześmiał się. 

Whit wymienił z Mallory znaczące spojrzenie. 

- Zrobię co w mojej mocy - obiecał z uśmiechem. Ojciec zwrócił się do 

Mallory. 

- Córeczko, tobie mam do powiedzenia tylko jedno. Kocham cię, 

maleńka. 

Mallory wzruszona uniosła kieliszek, w którym sok winogronowy z 

powodzeniem udawał białe wino. 

- Ja też cię kocham, tato. 

R S

background image

 

126 

Ani Mallory, ani nikt z zebranych nie zmartwił się nowiną o odwołaniu 

ślubu Logana. 

- Mimo wszystko nie spodziewałam się tego - przyznała Mallory, 

rozmawiając na osobności z Whitem. - Kto by pomyślał, że Helen się wycofa w 

ostatnim momencie? 

- To nie Helen się wycofała, tylko twój brat. Logan najwyraźniej odzyskał 

zdrowy rozsądek. 

- W pewnym sensie się z tego cieszę. To nie byłoby dobre małżeństwo. 

Zastanawiam się tylko, jak rozwiążą kwestię dziecka. 

Whit otoczył ją ramieniem i wyjaśnił: 

- Okazało się, że nigdy nie było żadnego dziecka. Helen uznała, że to 

najlepszy sposób na skłonienie Logana do ślubu. 

- Kiedy się dowiedział? 

- Jakąś godzinę temu. Jest naprawdę wkurzony i wcale mu się nie dziwię. 

Był o krok od popełnienia życiowego błędu. 

Whit zapatrzył się w dal, a Mallory domyślała się, o czym myślał. Do tej 

pory nie mieli okazji porozmawiać o spotkaniu, przez które nie mógł jej 

towarzyszyć w trakcie wizyty u ginekologa. 

- Rozmawiałeś z matką? - spytała cicho. 

- Tak - odparł, nie patrząc na nią.  

- I jak poszło? 

- Przesyła ci gratulacje i prosi o przesłanie zdjęć dziecka, gdy się już 

urodzi. 

- To wszystko? 

- Przeprosiła mnie za to, że przez tyle lat się do mnie nie odzywała. Teraz 

jest szczęśliwa. Była zbyt młoda, kiedy wyszła za ojca i nie potrafiła się 

odnaleźć w roli matki. 

- Wciąż nie rozumiem, jak mogła zostawić swoje dziecko. Whit spojrzał 

na nią z miłością. 

R S

background image

 

127 

- To dlatego, że sama nie byłabyś do tego zdolna. Ja też nie, Mallory. Nie 

jestem taki jak moja matka. Nie ucieknę, kiedy codzienność nie okaże się 

sielanką. 

- Wiem o tym - odrzekła ciepło. - I myślę, że dopóki będziemy mieć na 

uwadze wzajemne szczęście, nic nam nie grozi. 

Whit uśmiechnął się do niej ze zrozumieniem. Obydwoje potrzebowali 

czasu, by dorosnąć i w końcu się odnaleźć. Teraz cieszyli się sobą nawzajem i 

świadomością, że to dopiero początek wielkiej, wspólnej przygody. 

R S


Document Outline