background image

 

Giowanni Guareschi 

 

Don Camillo 

 

background image

 

Od Wydawcy 

W Roncole Verdi, w domu, gdzie Giovannino Guareschi  spędził ostatnie  lata  i gdzie 

wciąż  jeszcze  istnieją  żywe  świadectwa  jego  obecności,  na  obszernym  i  zalanym  światłem 

poddaszu  kryje  się  cały  dorobek  twórczy,  jaki  powstał  podczas  jego  bardzo  intensywnej 

działalności pisarskiej. 

Każdego,  kto przekracza próg tego domu  i wchodzi  na poddasze,  ogarnia stopniowo 

trudne  do  opisania  wrażenie  łączące  w  sobie  niejako  paradoksalne  odczucie  niesłychanej 

skromności a jednocześnie niezmiernej wielkości Guareschiego. 

Tu na górze jasnym staje się powód owego oczarowania. 

Na  dwóch  dużych  stołach  stojących  pośrodku  i  w  wielu  szafach  otaczających 

pomieszczenie  ze  wszystkich  stron  leżą  w  najlepszym  porządku  setki  i  tysiące  cierpliwie 

skatalogowanych  stronic,  na  które  Guareschi  przelewał  przez  lata  swoją  namiętność  do 

pisania,  do swoich  bohaterów,  do swojego świata.  Tego świata,  który  lubił  nazywać  małym 

światkiem (może to właśnie z owej skromności?),  i który narzucił całemu wielkiemu światu, 

od  Ameryki  po  Japonię,  omijając  granice  ideologii  niczym  bariery  celne,  dzięki  okruchem 

wiecznej prawdy obecnym w jego twórczości - a osiągnął to jako jedyny z wielkich pisarzy. 

To,  co  dziś  możemy  nazywać  ”archiwum  Guareschiego”  zawdzięczamy  pełnemu 

miłości  wysiłkowi  jego  dzieci.  Z  uwagi  na  bogactwo  materiału  (całe  roczniki  czasopism, 

wycinki z gazet, maszynopisy i rękopisy) uporządkowanie całości zabrało lata pracy. I teraz, 

kiedy dobiega ona już końca, wydawca dostąpił zaszczytu wzięcia udziału w otwarciu owego 

archiwum. 

W ten właśnie sposób narodził się pomysł powstania niniejszej książki. 

Większa  część  z  obszernej  spuścizny  Guareschiego  została  opublikowana  w 

czasopismach i gazetach. W porównaniu z tym stosunkowo niewiele materiału doczekało się 

wydania  w  formie  książkowej.  Przegląd  kolejnych  smakowitych  epizodów  z  toczącej  się 

odwiecznej  braterskiej  walki  między  don  Camillem  a  Pepponem  nasunął  myśl,  że  jest  tu 

zgromadzony  materiał  wystarczający  do  stworzenia  książki,  która  w  sposób  całościowy 

mogłaby  stanowić  wyraz  hołdu  dla  życia  ”Niziny”  i  jej  bohaterów,  tak  lubianych  przez 

czytelników, oraz dla samego autora. 

Stąd  też  wziął  się  tytuł,  mający  w  sobie  coś  odświętnego:  ”Cztery  pory  roku  don 

Camilla”. 

Brzmi on tak również z innego powodu. Podczas tworzenia wyboru opowiadań, które 

mogłyby  się  złożyć  w  jeden  ciąg,  okazało  się,  że  właśnie  przedstawienie  historii  roku 

background image

kalendarzowego,  z  następującymi  po  sobie  jego  porami,  będzie  najlepszym  sposobem 

uczczenia  pamięci  Autora  i  wyjściem  naprzeciw  jego  ewentualnym  oczekiwaniom.  Tak 

jak”Don  Camillo”  z  1948  r.,  tak  i  ten  tom  opisuje  wydarzenia,  które  miały  miejsce  między 

grudniem jednego a grudniem następnego roku. 

Przedstawiając  czytelnikom  niniejszą  książkę,  wydawca  jest  pewien,  że  sprawił  nią 

przyjemność  Autorowi,  Jego  Dzieciom  i  milionom  czytelników,  którzy  wciąż  niezmiennie 

kochają Guareschiego. 

Mediolan, kwiecień 1986 

 

Droga Dobra 

Atmosfera  nagle  zaczęła  się  rozgrzewać.  Tak  się  zawsze  działo  w  tych  stronach: 

miesiącami wszystko szło jak po maśle i zdawało się, że już będzie trwało wiecznie. Aż nagle 

Pepponowi skakało ciśnienie i zaczynały się kłopoty. 

Peppone został wezwany przez szefa z miasta, a po powrocie minę miał rozeźloną, co 

zwiastowało  burzę.  Najpewniej  obarczyli  go  kampanią  wyborczą;  wracała  ta  sama  śpiewka, 

co przed pięciu laty. 

Pierwszy  wiec  wyborczy  został  starannie  zorganizowany  i  pewnego  sobotniego 

popołudnia plac był zapchany czerwonymi, którzy zwalili się ze wszystkich stron. 

Don Camillo znalazł się w środku tego zamieszania zupełnie nieszczęśliwym trafem: 

miał odebrać worek mąki kukurydzianej w Castelletto, więc zaprzągł do małego wózka swoją 

starą szkapę, która nazywała się Peppo. To też był przypadek, bo don Camillo przyczepił jej 

to imię  bez  najmniejszego zamiaru  czynienia aluzji  i,  jak opowiadał  wszem  i wobec,  nieraz 

było  mu  przykro,  że  z  powodu  dialektu,  który  nie  robił  różnicy  między  Pepókoniem  a 

PepóPepponem, można by sobie pomyśleć o Bóg wie jakich ukrytych zamiarach. 

Tłumaczył,  że sto razy próbował zmienić  imię zwierzęciu, ale koń,  jeśli się  na  niego 

nie wołało Pepó, nie reagował. 

- Trzeba by było, żeby pan wójt zmienił imię - mawiał za każdym razem don Camillo. 

Tak  więc don Camillo zaprzągł szkapę do dwukółki, zarzucił  na plecy obowiązkową 

baranicę  i  wyszedł  z  podwórza  plebanii  ze  szczerym  zamiarem  przejechnia  przez  plac  i 

skręcenia na drogę do Castelletto. 

Ale  natknął  się  na  mrowie  ludzi,  i  kiedy  don  Camillo  mówił  „przepraszam”,  oni 

odwracali się i obrzucali go spojrzeniem, które mówiło:”Kim jest ten przeklęty, co chciałby, 

żebym się przesunął?” 

A potem nagle pojawił się Chudy będący w służbie porządkowej. 

background image

- Stać! - powiedział. 

- Muszę jechać do Castelletto - wyjaśnił don Camillo. - Jeżeli mógłbyś mi powiedzieć, 

jak mogę tam dotrzeć, nie przecinając placu... 

-  Poczekajcie,  aż  skończy  się  wiec,  a  potem  pojedziecie!  -  odparł  kategorycznym 

tonem Chudy. 

Don Camillo rozłożył ręce i stał spokojniutko, paląc połówkę swojego toskańskiego i 

czekając, aż go przepuszczą. 

Właśnie zabrał głos Peppone; to jasne, że dostrzegł don Camilla przyblokowanego w 

tłumie,  więc  nie  pozwolił  sobie  na  zmarnowanie  okazji  i  dał  mu  do  zrozumienia,  jakie  to 

czasy teraz nadeszły. 

- Nawet jeśli jakiś reakcjonista, który ma zatkane uszy i nie dostrzega tego, to jednak 

bliski  jest  jak  nigdy  czas  odwetu  proletariatu!  Wielu  łudzi  się  widząc,  że  lud  pracujący  od 

jakiegoś czasu nie burzy się i nie robi wrzawy. Proletariat jest jak działo, które strzela nie dla 

przyjemności  strzelania,  ale  tylko  wtedy,  kiedy  wybrany  został  obiekt  ostrzału!  Wkrótce 

usłyszycie huk armatni! 

Tak  zwana  klasa  rządząca,  która  wyzyskuje  i  tyranizuje  proletariat,  właśnie  kończy 

swoją dochodową gierkę. Klasą rządzącą jest lud, który pracuje i produkuje i który musi mieć 

należne sobie miejsce... 

Peppone  przemawiał  jeszcze  dobrą  chwilę  w  tym  samym  tonie,  a  w  pewnym 

momencie zakrzyknął: 

-  Nikt  nigdy  nie  potrafi  zatrzymać  tryumfalnego  pochodu  idei  proletariackiej,  nikt! 

Nawet jeżeli umie myśleć po amerykańsku i mówić po łacinie! Kto ma uszy, niechaj słucha! 

Wszyscy  chichocząc  odwrócili  się  w  stronę  don  Camilla,  a  on  spytał  głośno, 

zwracając się w kierunku trybuny: 

- Do mnie pan mówi? 

-  Nie,  mówię  do  pańskiego  konia,  który  ma  lepszy  słuch  i  lepiej  rozumie!  - 

wykrzyknął Peppone. 

Don Camillo przestał się czymkolwiek przejmować, bo stwierdził: 

- To logiczne: konie łatwo się rozumieją... 

Po  Pepponie  zabrał  głos  ktoś  inny,  więc  don  Camillo  zobaczywszy,  że  to  się  chyba 

nigdy nie skończy, uruchomił Peppa i wrócił na podwórze plebanii. 

Po  kwadransie  skończyły  się  przemówienia,  ale  ludzie  stali  na  placu  i  gadali,  a 

Peppone i jego sztab generalny prowadzili uzupełniający wiec w cieniu trybuny. 

background image

Aż tu nagle pojawił się don Camillo, ale nie miał już swojej dwukółki, tylko wózek z 

wysokimi burtami i między dyszlami nie było konia, tylko on sam. Koń stał na wózku, a na 

karku miał zawiązaną wielką czerwoną chustę. 

Ludzie stanęli z rozdziawionymi gębami zadziwieni tym widokiem, a don Camillo w 

dalszym ciągu ciągnąc swój wózek,  rozpoczął przejazd przez plac.  Kiedy dotarł do trybuny, 

zatrzymał się, oparł się na dyszlu i wyciągnął z kieszeni chusteczkę do wytarcia potu. 

Napotkał spojrzenie Peppona. 

-  Widzi  pan?  -  tłumaczył  don  Camillo,  sapiąc  z  wysiłku  -  jaką  siłę  ma  propaganda, 

kiedy jest tak dobrze robiona jak pańska? 

Koń,  który  ma  dobry  słuch,  po  usłyszeniu  pańskiego  przemówienia  nie  chce  więcej 

słyszeć  o  ciągnięciu  dwukółki.  Teraz  na  ciebie  kolej!  -  mówi.  No  i  musiałem  stanąć  przy 

dyszlu. Trzeba się z tym pogodzić, że świat schodzi nieuchronnie na lewo. 

Peppone  zbliżył  się  na  kilka  kroków  i  ująwszy  się  pod  boki,  stanął  z  groźną  miną 

przed don Camillem. 

- No właśnie - powiedział don Camillo uśmiechając się - kłopot z tym, że teraz trudno 

pojąć, dokąd chce zmierzać koń. 

Peppone odsunął kapelusz na tył głowy. 

- A więc dla was proletariat to bydło? - spytał złowrogo Peppone. 

- Nie mam pewności - odparł don Camillo. - Niech pan spróbuje zapytać konia, który 

ma lepszy słuch od mojego i rozumie więcej ode mnie. 

Na szczęście w tym momencie przybył sierżant karabinierów i nie stało się to, co się 

miało stać. Sierżanta aż zatkało, kiedy zobaczył don Camilla tak umiejscowionego. 

- Co to za rozróba? - spytał sierżant. 

-  Żadna  rozróba  -  odpowiedział  don  Camillo,  stając  ponownie  między  dyszlami  i 

manewrując, żeby zawrócić na podwórze plebanii. - To rewolucja proletariacka, która wsiadła 

na dwukółkę, zajęła miejsce starej klasy rządzącej i prowadzi kraj do promiennego celu. 

Po  odstawieniu  konia  do  stajni  don  Camillo  poszedł  rzucić  okiem  do  kościoła,  a 

mijając główny ołtarz, usłyszał głos Ukrzyżowanego Chrystusa. 

- Don Camillo, po coś wyczyniał takie dziwactwa? 

-  To  nie  dziwactwa  -  odpowiedział  don  Camillo  -  tylko  figuratywna  alegoria  dla 

wykazania głupoty w tezach Peppona. 

- Ta alegoria tu nie pasuje. Postępując w ten sposób, rozjątrzyłeś jeszcze bardziej serca 

tych ludzi. Sprowokowałeś ich. 

background image

-  Nie  -  stwierdził  don  Camillo.  -  To  ja  zostałem  sprowokowany.  To  Peppone 

wyskoczył  z  tą  historią  z  koniem.  Powiedział,  że  nie  mówi  do  mnie,  tylko  do  konia,  który 

rozumie lepiej ode mnie. 

Więc wsadziłem na wózek konia i zająłem jego miejsce między dyszlami. 

-  I  zasługujesz  na  to,  żeby  tam  zostać,  don  Camillo.  Ty  nie  reprezentujesz  frakcji 

opozycyjnej wobec Peppona,  ty  musisz reprezentować mądrość,  która  interweniuje u dwóch 

opozycyjnych stronnictw i doprowadza je do poszanowania wiecznego Prawa. 

Jeśli  występujesz  pod  sztandarami  jednej  z  frakcji,  to  jak  możesz  pokazywać  tablice 

wiecznego Prawa ludziom z drugiej frakcji  i mówić im: ”To są Prawa Boga”? Bo oni wtedy 

na to: ”Nie, to są prawa wrogiej frakcji!” 

Don Camillo rozłożył ręce. 

-  Jezu,  frakcje  są  dwie:  Chrystusa  i  antychrysta.  Ja  nie  mogę  stać  pomiędzy  nimi 

dwiema, bo muszę walczyć w szeregach Chrystusa. 

- Don Camillo, bluźnisz, czyniąc ze swojego Boga szefa partii. 

Bluźnisz podwójnie,  dlatego że wystawiasz  los  Boga na  łaskę ostatecznego rezultatu 

walki  pomiędzy  dwiema  frakcjami,  oraz  dlatego że  uważasz,  iż  twój  Bóg  może  walczyć  po 

stronie  jednej  frakcji,  a  przeciwko  drugiej.  Patrząc  przez  pryzmat  prawa  stworzonego  przez 

ludzi  można  stwierdzić,  że  istnieją  tacy,  którzy  go  strzegą  albo  je  łamią.  Ale  człowiek 

sprawiedliwy  nie  mówi:  jestem  po  stronie  prawa,  a  więc  muszę  walczyć  w  szeregach 

obrońców  prawa.  Człowiek  sprawiedliwy  trwa  przy  prawie  i  stoi  na  straży  jego  czystości  i 

doskonałości, ażeby nie dopuścić do tego, że jego obrońcy będą chronić prawo aktami, które 

mu  się  sprzeciwiają.  Istnieje  Prawo  Boga  i  istnieją  ludzie,  którzy  działają  przeciwko  Prawu 

Boskiemu,  jak  i  ludzie,  którzy  walczą  o  jego  zwycięstwo.  Ale  twoje  miejsce  jest  poza 

frakcjami;  masz  stać  na  straży  Prawa  Boskiego,  aby  nikt  go  nie  naruszył,  aby  zachowało 

swoją  czystość  i  aby  czyste,  nieskalane,  pełne  blasku  mogło  być  przedstawiane  członkom 

jednej i drugiej strony jako najwyższe upomnienie. 

Don Camillo podniósł oczy do nieba. 

- Jezu, więc co mogę teraz zrobić? Stać nieruchomo, kiedy inni idą? 

-  Idź,  don  Camillo,  idź  prostą  drogą  Boga.  I  jeżeli  stwierdzisz,  że  ktoś  inny  idzie  tą 

samą  drogą  co  i  ty,  rozraduj  się  w  głębi  twego  serca.  Ale  jeśli  w  pewnej  chwili  zostaniesz 

sam,  bo  inni,  którzy  szli  u  twego  boku,  zejdą  z  drogi  Pana,  żeby  pójść  na  skróty,  smuć  się, 

lecz pozostań na drodze Pana. Przywołuj ich pełnym głosem, błagaj, by weszli z powrotem na 

słuszną drogę, ale ty sam nie schodź z drogi Pana. Nigdy, don Camillo, nigdy! Niech cię nie 

kusi fakt, że droga na skróty, którą poszedł ten, co z tobą maszerował, wkrótce połączy się z 

background image

drogą  Pana  i  skróci  marsz.  Droga  Pana  nie  ma  skrótów.  .Ten,  kto  choćby  na  małą  chwilę 

schodzi z drogi 

Dobra, kroczy drogami Zła. Jeśli zawsze będziesz szedł po drodze 

Dobra, będziesz głosem przywołującym  na  właściwą drogę tych  wędrowców, którzy 

pobłądzili. 

Don Camillo pochylił głowę. 

- Jezu - wyszeptał - spraw, abym nigdy nie stracił orientacji. 

-  Jeżeli  zawsze  będziesz  wpatrzony  w  Znak,  który  wskazuje  szczyt  góry,  tam  gdzie 

kończy  się  ziemska  droga  Dobra,  a  zaczyna  droga  Niebios,  nie  pomylisz  się  nigdy,  don 

Camillo. Jeżeli zaś w pewnym  momencie nie będziesz widział tego Znaku, będzie znaczyło, 

że jesteś poza drogą. Kto idzie dobrą drogą, w» każdym momencie widzi ten Znak. Wróć na 

dobrą drogę, a ponownie Go zobaczysz. In hoc signo vinces. 

- Zwyciężymy - szepnął z pokorą don Camillo. 

Atmosfera  w  dalszym  ciągu  podgrzewała  się,  bo  historia  proletariusza  -  Peppo, 

ciągniętego  przez  pseudoklasę  rządzącą  –  don  Camilla,  odbiła  się  szerokim  echem  w 

miasteczku  i  okolicy.  Ale  don  Camillo  chciał  pozostać  na  dobrej  drodze  i  dlatego,  choć 

cierpiał  męki piekielne,  odmówił  sobie pozwolenia na wyjście z domu  i  na  mieszanie  się  w 

całą sprawę. 

Ale pewnego dnia nie mógł już dłużej wytrzymać, a było to wtedy, kiedy zdarzyła się 

afera z tablicą pamiątkową. 

Tablicę wmurowano na jednej z ulic Castelletto, u wylotu na plac, w 1942 roku, i od 

tego momentu ulica zmieniła nazwę na tę, jaka wynikała z napisu. 

LUIGI BRAMBELLI 

Odznaczony złotym medalem poległ bohatersko na froncie rosyjskim. 

Ten  Luigi  Brambelli  był  jedynym  synem  wdowy  Brambelli,  Desoliny  z  Crocilone. 

Kiedy zginął  walcząc w Rosji, zostawił  na  barkach Desoliny kilkuletniego dzieciaka  i żonę. 

Na  mocnych  barkach,  bo  przez  całe  swoje  życie  Desolina  zawsze  pracowała  solidnie. 

Desolina  rzadko  chodziła  do  miasteczka  i  za  każdym  razem,  kiedy  tam  szła,  wybierała 

najdłuższą  drogę,  tę  od  Castelletto,  bo  głównym  celem  jej  podróży  było  przejście  przed 

tablicą upamiętniającą imię jej chłopca. 

Tymczasem  dzieciak  podrósł  i  zaczął  chodzić  do  szkoły  w  miasteczku.  Desolina 

odczekała,  aż  skończył  pierwszą  klasę,  a  potem  któregoś  dnia  poszła  z  nim  przed  tablicę  i 

rozkazała: 

- Czytaj! 

background image

Chłopaczek  sylabizując  przeczytał  na  głos  to,  co  było  wyryte  na  marmurowym 

prostokącie. 

- No właśnie - wyjaśniła mu wtedy Desolina. - To był twój ojciec. 

Odcisnęło  się  to  w  umyśle  chłopca  mocnym  piętnem.  I  często  samotnie  powracał 

przed tablicę, za każdym razem odczytując to, co było wyryte w marmurze. 

Potem,  kiedy zaczęła się szkoła,  chodził regularnie drogą prowadzącą do Castelletto, 

dzięki czemu przechodził przez ulicę Luigiego Brambelli dwa razy dziennie. 

Nie wiadomo po co; czysta dziecinada.  W każdym razie najpierw chodził piechotą, a 

kiedy doszedł do czwartej klasy, przyjeżdżał na rowerze. 

Któregoś dnia w południe wrócił do domu bardzo przygnębiony, a ponieważ matka  i 

Desolina  nalegały,  żeby  wyjaśnił,  co  się  stało,  zaczął  płakać  i  powiedział,  że  nie  ma  już 

tabliczki z nazwiskiem taty. 

Desolina  zwinęła  fartuch  i  przewiązawszy  się  nim  w  pasie,  poszła  sprawdzić. 

Chłopczyk  miał rację: w  miejscu tabliczki z  imieniem Luigiego Brambelli  była wmurowana 

jakaś inna. 

Desolina poleciała do gminy, a tam sekretarz ograniczył się do rozłożenia rąk: 

-  To  była  decyzja  rady;  tutaj  jest  orzeczenie.  Zmienili  również  inne  nazwy  placów  i 

ulic. Nic więcej nie wiem. 

Desolina  nie  nalegała;  wróciła  do  domu,  włożyła  odświętne  ubranie  i  wyruszyła  do 

miasta. Wróciła ściętą nocą z dużym tobołkiem przywiązanym do kierownicy roweru. 

Desolina  była  zaradną  kobietą,  przyzwyczajoną  do  robienia  najróżniejszych  rzeczy; 

następnego  ranka  z  tobołkiem  pod  pachą  wyruszyła  w  stronę  miasteczka  w  towarzystwie 

chłopca. 

 

Na  miejscu  pożyczyła  drabinę,  oparła  ją  o  ścianę  pod  tabliczką  i,  wyciągnąwszy  z 

torby  młotek  i  dłuto,  wlazła  na  drabinę  i  spokojnie  zaczęła  odbijać  tynk  dookoła  nowej 

tablicy. 

Po kilku minutach przyleciał z wrzaskiem dowódca straży miejskiej, ale Desolina nie 

miała najmniejszego zamiaru schodzić. 

Wokół  drabiny  uformowało  się  spore  kółko  gapiów,  a  wkrótce  potem  w  pośpiechu 

zjawił się Peppone. 

- Można wiedzieć, co wyrabiacie? - zawołał. 

-  Odkuwam  tę  tabliczkę  i  wstawiam  z  powrotem  tablicę  mojego  syna  -  odrzekła 

Desolina. - Pojechałam do miasta, żeby ją zrobili od nowa. 

background image

Chłopiec stał u stóp drabiny na straży tablicy, którą odpakował i oparł o ścianę. 

- Zejdźcie na dół i przestańcie robić głupstwa! – wrzasnął Peppone. 

Desolina odwróciła się w jego stronę. 

-  Nie robię głupstw -  odparła.  -  Imię  mojego syna było tutaj  i  musi wrócić  na  swoje 

miejsce. Głupstwo zrobił ten, kto zmienił tablicę. 

- To decyzja rady - odrzekł Peppone. - To rada postanowiła ją zmienić. 

- A dlaczego? Co złego zrobił mój syn? 

Peppone wzruszył ramionami. 

-  Proszę,  zejdźcie  i  dajcie  spokój  -  powiedział.  -  Jesteście  jego  matką,  a  matkom 

wszystko się wybacza, wiecie jednak doskonale, kim był wasz syn. 

- Mój syn był jednym z tych, co zginęli na wojnie. 

- Tak, zginął na wojnie - odparł Peppone. - Ale był również jednym z tych szaleńców, 

którzy chcieli wojny. Pamiętajmy o tym. 

- Mój syn był młodym chłopakiem, kiedy pojechał do Rosji walczyć w piechocie. Był 

chłopakiem  jak  sto  tysięcy  innych  i  jak  sto  tysięcy  innych  walczył  i  przynosił  chwałę 

swojemu Krajowi. 

Peppone zrobił gest zniecierpliwienia. 

- Chwała! Chwała przegranej wojny! Niesłusznej wojny! 

- Mój syn wojnę wygrał. Nie daje się złotego krzyża temu, kto 

 f przegrywa. Wy ją przegraliście, a nie mój syn. Walczył w słusznej wojnie i dlatego 

Król dał mu krzyż. Królowie nie dają krzyży, jeśli fe, żołnierz nie walczy w słusznej sprawie. 

- Sprawiedliwi królowie! - wykrzyknął Peppone. – Problem w tym, że ten król był do 

niczego i właśnie dlatego teraz już go nie ma, bo go wygnano. 

- Ale Włochy są takie same. Nie zmieniły się. 

-  A  właśnie,  że  się  zmieniły!  -  zawołał  Peppone.  -  Na  szczęście  się  zmieniły. 

Skończyło się już podżeganie do wojny i teraz postępuje się rozumnie, a nie bezrozumnie. 

                Desolina popatrzyła na tablicę tkwiącą jeszcze w murze. 

- A niby kim był ten Gramsci, który zajął miejsce mojego syna? Podczas jakiej wojny 

umarł, jeśli mój syn zginął w czasie tej niedobrej? 

- Podczas tej słusznej!  W wojnie, którą lud prowadził, walcząc o wolność i postęp! - 

krzyknął Peppone. - O wolność, postęp i pokój! 

 - Nie wyznaję  się  na tym -  odrzekła Desolina.  -  Wiem tylko, że Gramsci to nie  jest 

tutejsze nazwisko. 

background image

- Gramsci to jest nazwisko światowe, ogólnoświatowe - zawołał Peppone - i w całych 

Włoszech nie ma miasta ani wsi, które nie poświęciłoby mu jakiejś ulicy czy jakiegoś placu. 

- A nie ma ich już dość? - zaprotestowała Desolina. - Musiał przyjść i zabrać miejsce 

akurat mojemu chłopcu? 

Peppone  wciągnął  głęboko  powietrze,  bo  miał  powiedzieć  coś  nieprzyjemnego,  i 

rzekł: 

- To dla was smutne, ale tak jest. To nemezis historii, moja droga dzielna kobieto. To 

ład, który zastępuje nieład. To prawdziwa historia, która zastępuje tę fałszywą. 

Desolina nie wiedziała, co odpowiedzieć.  Westchnęła, rozłożyła ręce i rzekła głosem 

pełnym strapienia: 

-  Więc  jeżeli  wszystko  się  zmieniło,  to tak  jakby  mój  chłopiec  zabił  się,  zlatując  ze 

stodoły.  Zwykłe  nieszczęście.  Ale  tych,  co  spadają  ze  stodoły,  to  przynajmniej  tutaj 

pochowają.  A  mój  syn  został  nie  wiadomo  gdzie,  tutaj  było  tylko  jego  imię.  A  teraz  już 

całkiem zaginął. 

 

Chłopiec  ani  pisnął;  z  tabliczką  ściskaną  w  rękach  wciąż  patrzył  na  Peppona.  I 

Peppone od jakiegoś czasu czuł na sobie jego oczy, a teraz je zobaczył. Oczy bez jednej łzy, 

ale za to pełne przerażenia. Oczy syna, który widzi tego, kto mu zamordował ojca. 

Peppone  z trudem  odrywał  wzrok  od tych  oczu.  W  końcu  udało  mu  się  i  spojrzał  w 

górę,  a  ze  ściany,  z  marmurowej  tabliczki  ponad  drabiną,  lodowaty  głos  Partii  rozkazywał 

mu:”Bądź posłuszny!” 

Do przodu wysunął się don Camillo. 

-  Desolino,  bądźcie  rozsądna.  Nie  możecie  przeciwstawiać  się  prawu.  Prawa  się  nie 

kwestionuje, tylko jest się mu posłusznym. 

Kobieta zeszła i oddaliła się, żeby oddać drabinę. 

Don Camillo ruszył z miejsca i dał znak chłopcu, wciąż ściskającemu w rękach swoją 

tabliczkę, żeby poszedł za nim. 

Mijając Peppona chłopiec na moment spojrzał w górę. 

Kiedy don Camillo dotarł do drzwi plebanii, przystanął i odwrócił się. 

- Teraz idź do szkoły, bo już późno, zostaw to wszystko, a w południe wróć tutaj. 

Chłopiec  oddał  don  Camillowi  tabliczkę  i  poszedł.  A  don  Camillo  stał  na  progu  z 

marmurową tabliczką w dłoniach. 

background image

-  Jezu -  szepnął po dłuższych rozmyślaniach -  nie wiem, czy pójdę teraz dalej drogą 

Dobra,  czy  zniesie  mnie  na  złą.  Przebacz  mi,  jeśli  błądzę,  ale  muszę  znaleźć  jeszcze  inną 

drogę. 

A  ta  droga  była  tużtuż,  między  ścianą  plebanii  a  bokiem  kościoła,  długa  na  osiem, 

może  dziewięć  metrów.  Dróżka,  która  za  ogródkiem  plebanii  stawała  się  polną  ścieżką  i 

ginęła  między  polami.  Nie  używana  do  tego  stopnia,  że  don  Camillo  zamknął  ją  żelazną 

furtką. 

Don Camillo wszedł na plebanię poszukać drabiny i narzędzi. 

Oparł  drabinę  o  ścianę  domu  i  znalazłszy  miejsce,  gdzie  mur  był  w  miarę  równy, 

wymierzył i zrobił młotkiem i dłutem cztery dziury. 

Teraz  jednak  pojawiła  się  gorsza  sprawa,  bo  potrzebny  był  cement  i  cztery  żelazne 

zaczepy. 

Zszedł z drabiny i natknął się na Peppona. 

- Przyniosę wszystko za pięć minut - burknął tamten. 

 

Don Camillo o nic nie prosił, ale nie zdziwił się,  że ktoś wie o tym, o czym on tylko 

pomyślał. 

Peppone wrócił po chwili z czterema zaczepami i torebką szybko wiążącego cementu. 

Chudy  został  dziesięć  metrów  z  tyłu,  na  strategicznej  pozycji,  pilnując,  żeby  nie 

nadeszli ludzie. 

Peppone wlazł na drabinę i przymocował marmurową tabliczkę. 

Chudy  gwizdnął  i  tamten  ledwo  zdążył  na  czas  złapać  drabinę  i  zanieść  ją  do 

przedsionka na plebanii. 

Don  Camillo  był  już  w  pomieszczeniu,  którego  okno  znajdowało  się  akurat  pod 

tabliczką. Okno było przymknięte, więc mógł przez szparę śledzić, kto przechodzi. 

Peppone też podszedł zerknąć ukradkiem, żeby usłyszeć, jak się komentuje tę nowość. 

Chłopiec  przyjechał  na  rowerze.  Doszedł  do  drzwi  i  miał  już  wejść,  kiedy  coś 

zwróciło jego uwagę. Przesunął się pod samo okno i spojrzał w górę. 

Zobaczył tabliczkę i uśmiechnął się. 

- Cześć, tato - powiedział. 

Potem wskoczył na rower, przejechał przez furtkę i zniknął na ścieżce wśród pól. 

Ulica Luigiego Brambelli została oficjalnie otwarta. 

Była to początkowo taka zwykła wiejska dróżka, której od co najmniej dwudziestu lat 

nikt  nie  używał.  Ale  prowadziła  do  Crocilone,  skracając  drogę  o  dobre  pół  kilometra.  A 

background image

Crocilone było małą osadą, leżącą na uboczu, w której wielką sensację stanowiło pojawienie 

się  furgonetki  czy  motocykla.  Dlatego  też  Peppone  palnął  straszne  głupstwo,  kiedy 

zakomunikował don Camillowi: 

-  Ten  skrót  może  posłużyć  do  rozładowania  ruchu  na  drodze  do  Crocilone.  Przyślę 

paru mężczyzn, żeby ją uporządkowali. 

- Dziś jeszcze zdejmę furtkę - dodał don Camillo. 

Don Camillo pomyślał, że droga Dobra  może się w pewnym miejscu nazywać nawet 

Ulicą Luigiego Brambelli,  i że może nią iść przez pewien czas u boku Peppona. Uśmiechnął 

się. 

Peppone źle zrozumiał ten uśmiech i kierując się do wyjścia, zawołał: 

 

- Proletariat nie jest koniem, który nie wie, dokąd ma iść. 

Proletariat składa się z ludzi, którzy doskonale znają swój cel. 

- Powiem to Peppowi - odparł spokojnie don Camillo. 

- Dzięki temu złoży dymisję jako proletariat i wróci do roli konia. 

-  To  dobrze  -  odparł  twardo  Peppone.  -  A  gdybyście  tak  jeszcze  wrócili  do  roli 

księdza, byłoby jeszcze lepiej. 

-  Zrobione  -  wyjaśnił  spokojnie  don  Camillo.  -  Niech  Bóg  będzie  z  tobą  i  niech  cię 

oświeci,  towarzyszu wójcie,  dzięki czemu pewnego dnia,  kiedy zakończy  się  nasza ziemska 

wędrówka, będziemy mogli spotkać się ramię w ramię na początku drogi, która prowadzi do 

wieczności. 

Ton głosu don Camilla był tak pokorny i wzruszony, że Peppone zdumiał się. 

- Wariactwa! - burknął. - Widać teraz, to i z prałata robi się chrześcijanin! 

 

Ciężarówka trojańska 

W sobotę rano zaczęło padać i lało bez przerwy przez całe siedem dni. 

Nigdy  nie  widziano  takiego  okropnego  kwietnia:  kanały  wezbrały  i  woda  wylała 

bardzo  szybko;  albo  przerwała  małe  groble,  albo  podmyła  ściany  śluz  i  pozalewała  niżej 

położone drogi i tysiące mórg ziemi uprawnej. 

Potop skończył się nagle koło południa w sobotę; wiatr rozpędził chmury i na czystym 

niebie pojawiło się, zupełnie jakby cudem, ciepłe i błyszczące słońce. 

Już  od  dawna  don  Camillo  miał  się  wybrać  w  pewnej  sprawie  za  rzekę,  więc  tej 

soboty, po obiedzie, wsiadł na rower i wyruszył. 

background image

Rzeka  podniosła  się  znacznie  i  mętna  woda  płynęła  wartko,  ale  jeden  ze  straży 

miejskiej  uspokoił  don  Camilla,  który  minąwszy  groblę  zatrzymał  się  z  wahaniem  przed 

wjazdem na most pontonowy. 

-  Tutaj  nie  ma  żadnego  niebezpieczeństwa,  poziom  wody  wciąż  się  obniża. 

Niebezpiecznie jest tam dalej. Obawiam się, że jeśli się ksiądz nie pospieszy, to przemoknie. 

 

W ciągu kilku minut niebo zmieniło całkowicie swoje oblicze i pokryło się groźnymi 

chmurami; don Camillo wsiadł na siodełko i ruszył w dalszą drogę. 

W takim momencie wielka rzeka staje się jeszcze szersza i wydaje się być kawałkiem 

morza,  most  jest  długi  i  kiedy  trzeba  po  nim  przejechać,  jak  woda  jest  wysoka,  to  robi  to 

pewne wrażenie. Don 

Camillo  przejmował  się  jednak  głównie  wielką  ciężarówką,  która  deptała  mu  po 

piętach i która, sądząc po piekielnym skrzypieniu czynionym przez jej koła na deskach mostu, 

musiała być prowadzona przez jakiegoś szaleńca, któremu strasznie się spieszyło. 

Don  Camillo  nacisnął  mocno  na  pedały,  ale  kiedy  dojechał  na  sam  środek  mostu 

ciężko  tego  pożałował.  Ledwie  zdążył  zahamować  i  zatrzymać  się  na  parę  centymetrów od 

wyrwy,  która  nagle  otworzyła  się  przed  nim  i  szybko  się  powiększała.  Pod  naporem  wody 

mocowanie któregoś pontonu puściło i most zaczął się rwać. 

Don  Camillo  pozwolił,  by  rower  przewrócił  się  na  deski,  a  sam  podniósł  oczy  do 

nieba, chcąc podziękować Panu Bogu, ale nagły pisk hamulców i towarzyszący mu piekielny 

zgiełk,  jaki  może  stworzyć  klakson  na  spółkę  z  rozwścieczonym  kierowcą,  sprawiły,  że  aż 

podskoczył. 

Ciężarówka zatrzymała się kilka centymetrów od roweru i z szoferki wyskoczył kawał 

chłopa, który rycząc i wymachując rękami ruszył na don Camilla. 

Typ  przeszedł  zaledwie  kawałek,  bo  zaraz  spostrzegł,  co  zmusiło  don  Camilla  do 

hamowania,  a  wtedy  stanął  osłupiały,  patrząc  na  mulistą  wodę,  która  kotłowała  się  trochę 

więcej niż metr od przednich kół jego ciężarówki. 

Poszło  jedno  oczko,  a  po  nim  następne;  woda  przerwała  most  i  trzeba  się  było 

spieszyć, żeby zawrócić. Ale kiedy don Camillo schylił się po rower, a kierowca odwrócił się, 

by wsiąść do szoferki, było już za późno. Dał się słyszeć trzask łamanych dźwigarów i chwilę 

później  betonowe przęsło, na którym stali don Camillo  i ciężarówka, oderwało się od reszty 

mostu. 

background image

To były sekundy; porwane przez prąd pontony oderwały się od mostu i przepłynęły z 

dziesięć metrów, zanim don Camillo i kierowca ciężarówki zdali sobie sprawę z tego, co się 

dzieje. 

 

- No a teraz - wyjęczał przerażony kierowca - co zrobimy? 

- Jeżeli pan wójt nie dysponuje biegiem do góry - odparł don 

Camillo - to nie wiem, co można by zrobić. 

-  Ale  przecież  coś  trzeba  zrobić  -  zawołał  zdesperowany  Peppone.  -  Minęły  dopiero 

dwa miesiące, jak kupiłem tę ciężarówkę i jestem zadłużony po same uszy! 

Don Camillo wzruszył ramionami: 

- Spróbuj polecić swoją duszę sowieckiemu ministrowi gospodarki morskiej - odparł. 

Peppone  nie  zareagował;  odwrócił  się  do  niego  plecami  i  poszedł  zamknąć  się  w 

szoferce. 

 Tratwa  trzymała  się  dobrze  na  wodzie;  platforma  spoczywała  na  sześciu 

cementowych  belkach,  a  ponieważ  Boska  Opatrzność  zatrzymała  ciężarówkę  dokładnie  na 

środku platformy, wyszło na to, że ładunek jest dobrze rozłożony. Nie było czym się zbytnio 

przejmować, choćby i dlatego że ciężarówka przewoziła towar o dużych gabarytach, ale małej 

wadze. Siano luzem, niesprasowane, przykryte wielką nieprzemakalną płachtą. 

Deszcz zaczął z powrotem gwałtownie padać  i don Camillo pomyślał,  żeby schronić 

się  pod  lewą  burtą  ciężarówki.  Tu  doszedł  do  wniosku,  że  sytuacja  jest  mniej  wesoła,  niż 

sądził do tej pory. 

Belek  nie  było sześć,  lecz  dwie grupy po trzy,  nie  można  było więc  mówić o  jednej 

platformie,  ale  o  dwóch,  z  których  każda  wspierała  się  na  dźwigarach  łączących  po  trzy 

pontony.  A  te  dwa  elementy  mostu  były  spięte  żelaznymi  klamrami  umieszczonymi  na 

końcach skrajnych dźwigarów. 

Klamry  te  rozczepiły  się  i  powoli  dwie  połówki  platformy  zaczęły  oddalać  się  od 

siebie. Na razie rozsunięte były na pół metra, ale ponieważ przednie koła ciężarówki opierały 

się na jednej platformie a tylne na drugiej, istniało ryzyko, że jeśli ta przerwa powiększy się, 

to ciężarówka wyląduje w wodzie. 

Nie  było  czasu  na  pogawędki;  don  Camillo  otworzył  drzwiczki  szoferki  i  złapawszy 

Peppona za nogę, ściągnął go na dół. 

-  Towarzyszu  -  tłumaczył  mu,  pokazując  na  dziurę,  która  poszerzała  się  pod 

ciężarówką  -  albo  scalisz  z  powrotem  platformę,  albo  skończysz  w  wodzie  ze  wszystkimi 

wiktuałami dla twoich bojówkarzy. 

background image

Peppone zrobił się  blady;  jednym  susem znalazł się  na tyle ciężarówki  i przeklinając 

na czym świat stoi, rozluźnił liny, które przytrzymywały nieprzemakalną plandekę. Otworzył 

zaczepy i opuścił burtę, ale nie wyleciało siano, tylko ludzie. 

Wyskoczyli Chudy, Ostry, Długi i inne zakazane gęby z bandy 

Peppona, w sumie dwudziestu bojówkarzy. 

Jasne, że nie byli uszczęśliwieni tą sytuacją, nie robili jednak szumu, tylko czekali na 

rozkazy. 

Niestety Peppone wypuściwszy zgraję spod siana, nie wiedział, co dalej począć, więc 

do akcji musiał wkroczyć don Camillo: 

- Zablokuj przednie koła i wrzuć wsteczny! - wrzasnął. 

A  kiedy  to  do  wszystkich  dotarło,  zaczęli  odrywać  deski  i  klamry  z  platformy  i 

unieruchomili  przednie  koła  ciężarówki,  tak  żeby  nie  mogły  się  poruszyć.  Potem  Peppone 

włączył silnik, wrzucił wsteczny i wciskając z wyczuciem sprzęgło i gaz, i pocąc się przy tym 

odpowiednio, zdołał przyciągnąć do siebie obie części mostu. 

Pozostali  spięli  je  klamrami  i  linami  i  w  ten  sposób  dokonano  ponownego  scalenia 

platformy. 

W czasie gdy cała banda męczyła się nad likwidacją pęknięcia, don Camillo nie mógł 

się powstrzymać, żeby nie wetknąć głowy w czarną czeluść powstałą po otwarciu burty. 

To  była  dobrze  wykonana  robota;  na  skrzyni  ciężarówki  zmontowano  potężną 

drewnianą  klatkę,  obłożono  ją  zewsząd  sianem,  które  z  kolei  przykryto  nieprzemakalną 

plandeką.  Wejście  do  klatki  opatulonej  sianem  było  z  tym  i  opuszczana  burta  służyła  za 

drzwi. 

- Ciężarówka prosto z Troi! - wykrzyknął don Camillo, wychylając głowę z klatki. 

A ponieważ Peppone był obok, uważał za słuszne dodać jeszcze: 

-  Szkoda.  Gdybym  wiedział,  co  za  towar  wieziesz,  wcale  bym  cię  nie  ostrzegł.  Nie 

nadarzy mi się już więcej taka okazja. Szkoda. 

Peppone nie odpowiedział, a don Camillo mówił dalej: 

 

- Naprawdę szkoda; szef z całym sztabem głównym i bojówką. 

(Jechaliście obrobić jakiś bank? 

- Jechaliśmy bronić praw pracowników z Yiarany – odrzekł Peppone. 

- Ukryci w sianie? 

background image

- Wszystko się nada, kiedy trzeba wykiwać policję. Połownikom z Yiarany zabroniono 

demonstrować  i  specjalne  siły  policji  pilnują  wszystkich  dróg  dojazdowych  do  Viarany. 

Trzeba się tam dostać niepostrzeżenie. 

Platforma  płynęła  dalej  w  mętnej  wodzie  i  ulewnym  deszczu;  mężczyźni  wrócili  do 

swojej klatki osłoniętej płachtą z ceraty,  ale zrobili prześwity we wszystkich ścianach, żeby 

mieć oko na sytuację. 

Peppone wsiadł do szoferki, a don Camillo udał się za nim. 

- Jeśli Pan Bóg nam nie pomoże, to czeka nas katastrofa - mruknął Peppone po długim 

milczeniu. 

- Już wam pomógł i to aż nadto - odparł don Camillo. 

- Chyba ksiądz nie wie, ile kosztuje nowiuteńki Fiat  

- stwierdził Peppone. -  Jeśli Pan Bóg pozwoli mi go doprowadzić bez uszczerbku do 

domu, przysięgam, że... 

- Że co? 

- Już ja sam wiem, co. 

W tym  momencie wybuchła okropna wrzawa; banda wysypała się z klatki i wszyscy 

machali rękami zwróceni w stronę grobli, na której wrzeszczał i machał niewielki tłumek. 

Wieść rozniosła się błyskawicznie po wsiach wzdłuż rzeki i ludzie na pewno nie będą 

się ociągać z pomocą. 

Peppone otrząsnął się: 

- Wyrzućcie obciążenie! - rozkazał, wyskakując z szoferki. 

W  dziesięć  minut  skrzynia  ciężarówki  została  opróżniona  i  szczątki  klatki  razem  z 

sianem popłynęły w dół rzeki. 

- Teraz wielebny ksiądz będzie mógł opowiadać, co zechce 

-  wyjaśnił  na  koniec  Peppone.  -  Dowody  rzeczowe  zostały  zniszczone  i  zawsze 

będziemy mogli odpowiedzieć księdzu, że zwariował. 

Don Camillo pokiwał głową i wzniósł oczy do nieba: 

 

- Jezu - powiedział głośno - oto jest wdzięczność za przysługę, którą im uczyniłem. 

- Przysługa, którą nam oddaliście, nie daje księdzu prawa do tego, żeby nas ośmieszać 

przed ludźmi - odparł Peppone. 

Jakiś holownik odbił od brzegu i kiedy w końcu dopłynął do platformy, ustawił się do 

niej  bokiem.  Ludzie  z  holownika  próbowali  przyczepić  ją  liną,  ale  musieli  zrezygnować  w 

obawie, że rozleci się na dwie części. 

background image

-  Ratujmy  na  razie  ludzi  -  powiedział  w  końcu  kapitan  holownika.  -  Potem,  jeśli  się 

da, spróbujemy uratować ciężarówkę. 

Ludzie  z  bandy  nie  dali  się  prosić  i  przeszli  na  holownik,  ale  kiedy  nadeszła  kolej 

Peppona, ten pokręcił głową: 

- Ja zostaję. To moja ciężarówka i nie zostawię jej. 

Wszyscy  wzdłuż  rzeki  znali  Peppona  i  wiedzieli,  że  nikt  nie  zmusi  go,  by  zmienił 

zdanie. 

- W porządku - odrzekli. 

Don  Camillo,  który  stał  już  na  holowniku,  zeskoczył  na  platformę  i  ci  z  holownika 

spytali go, czy nie zwariował. 

- Ja też zostaję. Rower jest mój i go nie zostawię - wyjaśnił. 

- Niech się ksiądz nie martwi o rower, na pewno się uratuje - nalegał kapitan. 

- Zależy mi również na tym, żeby uratowała się dusza tego nieszczęśnika. Załóżmy, że 

zdarzy się jakiś wypadek i będzie musiał okazać skruchę in extremis za swoje zbrodnie; moim 

obowiązkiem jest wysłać go z tego świata z papierami w porządku. 

Holownik oddalił się, a platforma płynęła dalej. 

Peppone siedział na przedzie platformy i patrzył niemo przed siebie. 

-  Tam  jest  wyspa  -  mruknął  w  pewnym  momencie.  -  Jeżeli  pontony  trafią  na  nią,  to 

most się rozwali i koniec z ciężarówką. 

- Pomyśl o własnej skórze - odpowiedział mu don Camillo. 

- Ciężarówki wciąż jeszcze robią. 

- Ale ja już nie mogę robić więcej długów. 

Wyspa  na  środku  wielkiej  rzeki  była  prawie  całkiem  zanurzona;  wystawał  jedynie 

czubek jakiejś kępy trzciny i barka płynęła prościuteńko na nią. Peppone patrzył przerażonym 

wzrokiem na przybliżające się trzciny i gryzł palce. 

Wydawało się, że los platformy został już przesądzony, ale kilka metrów przed wyspą 

wpadła w wir, który zmienił jej kierunek, popychając w stronę brzegu. 

Przeszkoda została ominięta. 

- Pan Bóg mi dopomógł - wysapał Peppone, ocierając czoło zlane potem. 

- Z pewnością nie zrobił tego dla ciebie, ale ze względu na fiata - uściślił don Camillo 

i także starł z czoła zimny pot. 

Zaczął zapadać wieczór, a platforma wciąż płynęła z prądem. 

Potem  nagle  jakby  zmieniła  zdanie  i  stanowczo  skręciła  w  stronę  brzegu,  gdzie 

włączyła się do skomplikowanej gry prądu i wirów. 

background image

A  tam  dogoniły  ją  po  jakimś  czasie  trzy  holowniki  i  zdołały  pochwycić  tak,  że  nie 

mogła się rozlecieć. 

Rozpoczęła  się  podróż  pod  prąd  i  dopiero  w  nocy  platforma  dotarła  do  swojej 

przystani. 

Rzeka uspokoiła się, a prąd robił się coraz słabszy, ale trzeba było ciężkiej harówki aż 

do  trzeciej  w  nocy,  żeby  zakotwiczyć  platformę  i  połączyć  ją  z  dwiema  częściami  mostu. 

Żeby  pomóc  Pepponowi  w  usunięciu  przeklętej  ciężarówki,  zaczepiono  platformę  w  ten 

sposób, że dziób miała teraz tam, gdzie poprzednio była rufa. 

Dzięki  temu,  kiedy  wszystko  było  już  gotowe  i  koła  zostały  odblokowane,  Peppone 

wsiadł do szoferki, zapuścił silnik i odjechał. 

Zaś  don  Camillo,  zabrawszy  swój  rower,  dotarł  do  drogi  na  grobli  i  popedałował  w 

stronę miasteczka. 

Ciężarówka Peppona zachowywała miłosierną prędkość, więc don Camillo mijając ją, 

zjechał na lewo i uczepił się. 

Na  tyle  ciężarówki  widniała  tabliczka  ostrzegawcza:  ”Czepianie  zabronione”  i 

faktycznie, Peppone nie czepiał się. 

 

Złodzieje rowerów 

Peppone,  który  w  trakcie  całej  inspekcji  występował  jednocześnie  jako  wójt  i  jako 

kierowca,  zatrzymał  samochód  przed  jakimś  parterowym  domkiem  i  zwrócił  się  do 

szczupłego i dystyngowanego pana w okularach, który siedział obok niego. 

- To jest, panie inspektorze, szkoła w Castorcie. We wszystkim ostatnia. 

Inspektor spojrzał na chatkę i odrzekł po chwili: 

- Tak, widzę. 

-  Najgorszego  to  jeszcze  nie  widać  -  mruknął  Peppone,  marszcząc  brwi  z 

niezadowolenia. 

Inspektor odwrócił się do pana raczej starszego i korpulentnego, który, wraz z jakimś 

młodym człowiekiem, zajmował tylne siedzenie w Fiacie 1100. 

- Jest coś specjalnego, panie dyrektorze? 

-  Mianowana  jest  tutaj  owa  Diva  Canetti,  która  po  wyzwoleniu  została  odsunięta  na 

rok  od  nauczania,  a  potem  dopuszczona  na  nowo,  jako  że  nie  znaleziono  nic,  co  by  ją 

obciążało. 

Peppone pokręcił głową i zaśmiał się szyderczo: 

 

background image

- Nic! 

Inspektor  spytał  dyrektora  szkoły  podstawowej,  jak  to  rzeczywiście  było,  a  ten 

rozłożył ręce. 

-  Dochodzenie  zostało  przeprowadzone  prawidłowo.  Diva  Canetti  zdobyła 

uprawnienia  do  nauczania  w    roku  z  najwyższą  notą  i  pochwałą,  uczyła  nieprzerwanie  od  

roku  do  kwietnia  w  szkołach  powiatu,  wykazując  niewątpliwą  kompetencję  i  ogromną 

gorliwość... 

- Zwłaszcza w tym, że wyszła za wicepodestę! - zawołał zaczepnie Peppone. 

- Fakt wyjścia za mąż za wicepodestę - zaoponował uprzejmie dyrektor - nie może być 

uznany za przestępstwo. 

- Bóg ich stwarza, a potem łączy - zawyrokował Peppone. 

- Tacy to łączą się w związkach z podobnymi do siebie. 

W każdym razie komisja dochodzeniowa mogła przynajmniej przenieść tę Canetti, by 

choć taką satysfakcję dać ludowi. 

- Panie wójcie - zaprotestował dyrektor. - Canetti została przeniesiona! 

-  Trzeba  ją  było  przenieść  do  Kalabrii,  a  nie  z  gminy  do  miejsca  odległego  o  sześć 

kilometrów, a może i to nawet nie - powiedział Peppone. 

-  Wie  pan  lepiej  ode  mnie,  jak  to  było  -  usprawiedliwiał  się  dyrektor.  -  Miała 

sześcioletnie dziecko i męża, który nie wrócił jeszcze z więzienia w Indiach... 

- Dajmy spokój! - zawołał Peppone. 

-  Właśnie,  że  nie  damy  spokoju  -  stwierdził  kategorycznie  inspektor.  -  Jeżeli  pan, 

panie  wójcie,  ma  się  na  co  użalać,  to  proszę  do  mnie  napisać  podanie  ze  wszystkimi 

szczegółami. 

-  Nie  ma  potrzeby  -  powiedział  Peppone  wysiadając.  -  Sam  pan  zobaczy,  co  to  za 

typek z tej nauczycielki z Castorty. 

Castorta była  najmniejszą  z siedmiu osad w gminie  i  jedna  nauczycielka wystarczała 

aż nadto jako osoba do spraw oświaty podstawowej, pracując z pierwszą i drugą klasą rano, a 

trzecią i czwartą po południu. 

Signora  Canetti  przynosiła  sobie  z  domu  coś  do  zjedzenia  w  okolicach  obiadu  i  to 

bardzo  ułatwiało  całą  sprawę.  Kiedy  owego  popołudnia  do  szkoły  w  Castorcie  wszedł 

inspektor, a za nim wójt i ci dwaj,  była właśnie zmiana trzeciej i czwartej klasy i wyglądało 

na to, że wszystko odbywa się prawidłowo. 

Nauczycielka  zbladła  na  widok  kogoś  tak  nadzwyczajnie  ważnego  jak  wizytator  do 

spraw oświatowych. Ale kiedy usłyszała, jaki jest powód tej wizyty, odzyskała spokój. 

background image

-  Pierwszą  troską  ustroju  demokratycznego  -  wyjaśnił  surowo  inspektor  -  jest 

umocnienie potencjału szkoły, z jednoczesnym przystosowaniem jej do dzisiejszych potrzeb. 

W  kraju  brak  jest  budynków  szkolnych,  a  te  istniejące  pozostawiają  wiele  do  życzenia.  Na 

podstawie pani osobistego doświadczenia, proszę mi więc powiedzieć, jak wygląda sprawa z 

tym budynkiem szkolnym. 

Nauczycielka rozłożyła ręce: 

- Odczuwa się brak wszystkiego - odpowiedziała. 

Peppone podskoczył, bo poczuł się wywołany do tablicy. 

-  Szkoła  jest  taka,  jaka  jest!  -  wykrzyknął.  -  Ale  trzeba  przyznać,  że  gmina  robi,  co 

może.  Budynek  ponaprawiano  i  wysprzątano,  sanitariat  został  wyposażony  w  nowoczesne 

instalacje, a szkole kupiono nawet radioodbiornik! 

Nauczycielka przytaknęła. 

- Dokładnie tak - powiedziała - szkoda jednak, że radio nie może grać, bo brak prądu 

elektrycznego,  i  że  urządzenia  sanitarne  nie  mogą  działać,  bo  brak  jest  zbiornika  na  wodę  i 

pompy, która by go napełniła. 

Ton głosu nauczycielki miał lekkie sarkastyczne zabarwienie, co sprawiło, że Peppone 

stracił cierpliwość: 

-  Jeżeli w ciągu dwudziestu  lat faszyzm  nie zdołał doprowadzić prądu  i wody,  i  nikt 

nigdy  nie  odważył  się  narzekać  –  zawołał  -  to  teraz  nie  czas  na  robienie  afery,  że  w  ciągu 

czterech  lat nie daliśmy rady tego zrobić,  a trzeba  mieć  jeszcze  na względzie opłakany  stan 

zwyciężonego narodu! 

Nauczycielka nie przejęła się: 

-  Pan  inspektor  pytał  mnie,  jaka  jest  tutaj  sytuacja,  więc  ograniczyłam  się  do 

odpowiedzi na jego pytanie. 

Peppone wrzucił już czwarty bieg i inspektor, patrząc na to wielkie chłopisko, nie czuł 

się na siłach, żeby się wtrącać. 

 

- Różne są sposoby odpowiadania na pytania! - zawołał Peppone. - Ale faktem jest, że 

wtedy nie miała pani czasu zauważyć, że brak tu światła i wody, bo była pani strasznie zajęta 

szkoleniem nowych pokoleń faszystowskiego plemienia! 

Nauczycielka rozłożyła ręce. 

- Przerabiałam program, jaki Państwo mi dało dopizerabiania. 

Ograniczyłam  się  do  zdyscyplinowanego  służenia  Państwu,  tak  jak  karnie  służę  mu 

teraz. 

background image

- Różne są sposoby służenia Państwu, droga pani! - zaśmiał się 

Peppone. - Inne nauczycielki zachowywały się wtedy zupełnie inaczej niż pani. 

- Jest tylko jeden sposób służenia Państwu - odrzekła oschle nauczycielka. - Jeśli inne 

nauczycielki  służyły  mu  inaczej,  to  źle  mu  służyły  i  prawdopodobnie  źle  mu  służą  również 

teraz. 

Dał się słyszeć władczy głos inspektora: 

-  Proszę  pani,  proszę  ograniczyć  swoje  odpowiedzi  do  tego,  co  konieczne!  Pytałem 

panią, jaka jest dokładnie sytuacja w szkole. 

- Wszystkiego brak - powiedziała nauczycielka. 

-  Niech  pani  nie  przesadza  z  czystego  zamiłowania  do  polemiki  -  odparł  szorstko 

inspektor. - Proszę powiedzieć dokładnie, czego brakuje. 

- Ja panu powiem, panie inspektorze - zawołał Peppone głosem pełnym ironii. - Pani 

odczuwa przede wszystkim brak dwóch portretów, które wisiały na ścianie nad katedrą, gdzie 

teraz widać jedynie ślady po nich, na prawo i lewo od krucyfiksu. 

Nauczycielka uśmiechnęła się: 

- Ważne, że został krucyfiks - wyjaśniła. - Gdyby go zdjęli, to tak bardzo odczułabym 

jego brak, że ja też bym sobie poszła. 

Inspektor  zirytował  się,  bo  to  był  inspektor  polityczny  i  miał  poglądy,  które  od 

pewnego miejsca zaczynały się zgadzać z poglądami Peppona. 

- Proszę pani - polecił kategorycznie - proszę odpowiadać na moje pytania i wyliczyć 

mi rzeczy, których brakuje w tym budynku szkolnym. 

-  Brakuje  światła,  brakuje  działających  urządzeń  sanitarnych,  kubatura  sali  jest 

niewystarczająca,  ogrzewanie  jest  nieodpowiednie  do  powierzchni  pomieszczeń,  ławki  są 

połamane, tablica jest prawie nie do użytku. Nie ma biblioteki, nie ma map do geografii... 

- Z ilu pomieszczeń składa się szkoła? 

-  Z  sali  i  korytarza,  który  służy  jako  szatnia  i  na  końcu  którego,  za  przepierzeniem, 

zostały wygospodarowane składzik drewna i wygódka. 

- Czy w budynku nie istnieje możliwość stworzenia mieszkania dla nauczyciela? 

-  Nie,  proszę pana -  odparła  nauczycielka.  -  Także  i woźna  mieszka prawie kilometr 

stąd. 

W czasie gdy młodzieniec i dyrektor robili dokładne notatki, inspektor skierował się w 

głąb sali: 

- Pójdziemy zobaczyć, jak się naprawdę rzeczy mają - powiedział. 

background image

Jakiś chłopiec szmyrgnął ze swojej ławki i błyskawicznie wpadł w drzwi wychodzące 

na korytarz. 

Inspektor pomyślał, że chłopiec, posłuszny jakiemuś znakowi nauczycielki, pospieszył 

otworzyć  przed  nim  drzwi,  ale  kiedy  wyszedł  na  korytarz,  zauważył,  że  chłopiec  z  jakimś 

zawiniątkiem w rękach pędem leciał do drzwi od składzika, więc zaniepokoił się: 

- Gdzie on leci? Ej, ty! 

Ale chłopiec był już w składziku i zamknął się na łańcuch. 

Inspektor złapał klamkę i naciskał nadaremnie. 

A wtedy odwrócił się oburzony: 

- Proszę pani, zechciałaby pani powiedzieć, co się tu dzieje? 

Co ten chłopiec poszedł ukryć? 

Nauczycielka zbliżyła się do drzwiczek. 

- Gino - powiedziała spokojnie - to ja, otwórz. 

Drzwiczki  otworzyły  się.  Chłopiec  stał  w  nich,  odwrócony  plecami,  żeby  nie 

pokazywać  swego  zawiniątka.  Peppone  złapał  go  za  kołnierz  i  wyciągnął  na  zewnątrz. 

Zawiniątko kryło w  sobie  jakieś  pięcio -  sześciomiesięczne dziecko  i wydało się  wszystkim 

najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widzieli. 

- Co to? - krzyknął oszołomiony inspektor. 

 

- To mój brat - odpowiedział chłopiec ze spuszczoną głową. 

Na to wtrąciła się nauczycielka i wziąwszy dziecko z rąk ucznia, położyła je w koszu 

na winogrona, który stał w kącie korytarza obok drzwi do salki szkolnej. 

- To mój syn - powiedziała nauczycielka dochodząc do siebie. 

- Pani syn? - zawołał inspektor. - A dlaczego jest tutaj? 

- Mój mąż jest od dwóch miesięcy w mieście, gdzie znalazł 

; posadę, drugie dziecko jest u babci na wsi. Ja biorę rano małego ze sobą i zabieram z 

powrotem wieczorem. Dzięki temu jestem spokojna, a poza tym mogę go karmić. j Inspektor 

spojrzał na dyrektora i Peppona, a potem odwrócił się do nauczycielki. 

- Pani karmi go tutaj? 

- Nie, proszę pana, kiedy słyszę, że płacze, przychodzę tutaj, wyjmuję go z koszyka i 

idę karmić do składziku. 

-  Wspaniale!  -  zachichotał  inspektor.  -  Kto  wie,  co to  za  radość  dla  dzieci,  kiedy  je 

pani zostawia same! Możemy sobie tylko wyobrazić, co też wyrabiają. 

background image

- Nie ruszają się i ani pisną. To są wiejskie dzieci, dobrze wychowane i gdyby nawet 

nie uszanowały we mnie nauczycielki, to szanują we mnie matkę. 

‘ Inspektor wzruszył ramionami. 

-  Rozumiem,  rozumiem,  zdaję  sobie  sprawę.  Ale  mogłaby  pani  przecież  zostawić 

dziecko komuś we wsi. 

- Nie, bo byłabym niespokojna. 

- Ale ma pani matkę! Niech go pani jej zostawia. 

- A kto go będzie karmił? 

- Niech go pani sztucznie karmi. Większość dzieci jest dzisiaj sztucznie karmiona. 

- Jeżeli matka może, to ma obowiązek karmić swoje dziecko. 

W przeciwnym razie Pan Bóg nie skonstruowałby kobiet tak, jak skonstruował. 

Inspektor poczuł się zakłopotany i swoją irytację skierował na inny obiekt. Odwrócił 

się do chłopca, który wciąż jeszcze stał przed drzwiami do składziku, i powiedział lodowatym 

głosem: 

- Rzeczą, która w całej tej sprawie zasługuje na najwyższą 

 uwagę  jest  zachowanie  tego  chłopca.  Daje  to  pojęcie,  jakiego  rodzaju  edukacji 

moralnej  został  poddany.  Nie  ma  nic  zbrodniczego  w  tym,  że  nauczycielka  bierze  swojego 

syna do szkoły,  żeby go karmić piersią,  ale to, co zrobił ten uczniak,  ma tylko jedną nazwę: 

zmowa milczenia.  

Peppone, który od jakiegoś czasu miał zgaszony silnik, niezbyt dobrze pojął sens tych 

słów i męczył się strasznie nad zrozumieniem ”zmowy milczenia”. 

-  No  jasne!  -  wykrzyknął.  -  Ktoś,  kto  się  tak  zachowuje,  postępuje  jak  prawdziwy 

mężczyzna!  Przypomina  to  wydarzenie  z  Garronem,  który  powiedział:  ”To  ja!”*  Brawo 

chłopcze! 

Inspektor zerknął na dyrektora, potem pospiesznie powiedział: 

„Do widzenia” i skierował się do wyjścia. Przechodząc przez salę, widział milczące i 

nieruchome  dzieci,  jakby  były  z  kamienia,  i  ta  cisza  i  martwota  wydały  mu  się  nie  do 

wytrzymania. 

Peppone  odwiózł  inspektora  i  tamtych  dwóch  aż  do  pociągu,  a  wracając  do  domu 

zahaczył  o  szkołę  w  Castorcie.  Już  dawno  minęła  pora  wyjścia,  ale  wszystkie  dzieci  stały 

przed drzwiami, jakby na kogoś czekały. 

Peppone  zatrzymał  samochód;  ze  szkoły  wyszła  jakaś  kobiecina,  która  zastępowała 

woźną, i stanąwszy przed Pepponem, załamała ręce: 

- Przeklęty świat, panie wójcie! 

background image

- Co się dzieje? 

- Kiedy nauczycielka była zajęta inspektorem, jakiś łobuz ukradł jej rower, który stał 

za szkołą pod daszkiem. 

Po chwili ukazała się nauczycielka z dzieckiem na ręku. 

-  Proszę  pani  -  powiedział  do  niej  Peppone,  kiedy  mijała  samochód  -  wiem  już  o 

rowerze. Proszę wsiąść, odwiozę panią do miasta. 

- Nie, dziękuję, wolę iść piechotą - odpowiedziała twardym głosem. 

I szła dalej w swoją stronę, a dzieci maszerowały za nią. Po pewnym czasie któremuś 

z nich udało się odebrać jej małego i wziąć go na ręce. 

* Por. E. De Amicis, Szlachetny postępek [w:] Serce. 

 

Dziecko po stu metrach, tyle było między słupami telegraficznymi, przekazało małego 

następnemu, a tamto trzeciemu i tak dalej. 

Po  dwóch  kilometrach  wmieszała  się  w  to  nauczycielka;  odebrała  swoje  dziecko  i 

kazała, żeby szybko wracali do domów. 

Ale  nikt  nie  ustąpił  i  cała  trzydziestka  szła  za  nią,  póki  nie  pokazały  się  pierwsze 

zabudowania miasteczka. 

A wtedy dzieci zrobiły w tył zwrot; część wróciła drogą, a część na skróty przez pola. 

Następnego  dnia  ludzie  z  Castorty  zebrali  już  połowę  pieniędzy,  żeby  kupić  nowy 

rower nauczycielce. Ale ona dowiedziała się o tym i poprosiła na rozmowę matki wszystkich 

dzieci. 

-  To,  co  sobie  zamyśliłyście,  jest  piękne  i  jestem  wam  za.to  wdzięczna  -  wyjaśniła 

kobietom  nauczycielka.  -  Mimo  to  proszę  was,  żeby  wszystkiego  zaniechać,  bo  ja  w  żaden 

sposób  nie  mogę  pozwolić  na  coś  podobnego.  Złożyłam  meldunek  o  kradzieży;  jeżeli  mam 

mieć znowu rower, to może to być tylko tamten mój rower. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  naleganie  było  bezcelowe.  Kobiety  wciągnęły  w  to  don 

Celestyna, proboszcza z Castorty, ale również jemu nauczycielka odpowiedziała tak samo jak 

kobietom. 

- Gdybym przyjęła rower - zakończyła - zniweczyłabym ich piękny gest. Jeżeli znowu 

mam mieć rower, to może być to tylko ten, który mi ukradziono. Albo ten, albo żaden. 

Do  szkoły  przyszła  piechotą  z  dzieckiem  na  rękach.  Wróciła  do  miasteczka  też 

piechotą i z dzieckiem na rękach, i to sama, bo dzieciom, gdyby chciały iść za nią, zagroziła 

okropnymi  konsekwencjami.  W  następne  dni  było  tak  samo;  wywoływało  to  jednocześnie 

wściekłość i poruszenie. 

background image

Don  Camillo,  spotkawszy  ją  po  raz  trzeci,  próbował  grzecznie  przemówić  jej  do 

rozsądku.  Powiedział,  że  w  rezultacie  zachowuje  się  w  sposób  sprzeczny  z  elementarną 

logiką. 

-  Jeżeli  nie chce pani roweru  w prezencie,  to proszę go przyjąć  jako pożyczkę. Albo 

niech go pani wynajmie, żeby uniknąć wszelkich zobowiązań. 

 

- Albo mój, albo żaden - odparła nauczycielka. - Na razie chodzę piechotą. Ten, kto mi 

go ukradł, zobaczy mnie kilka razy i to mu się przyda. Nawet jeżeli mi go nie odda, to nie ma 

znaczenia. Ważne, żeby poczuł wstyd za to, co zrobił. 

Peppone  za  każdym  razem  kiedy  widział  nauczycielkę,  wściekał  się  i  gdyby  tylko 

mógł postukać ją parę razy w głowę, zrobiłby to z taką samą ochotą, z jaką połamałby kości 

złodziejowi tego przeklętego roweru. 

Któregoś  dnia  nie  mógł  już  wytrzymać,  udał  się  do  don  Camilla  i  powiedział,  że 

trzeba znaleźć jakiś sposób na zakończenie tej historii. 

Don Camillo był tego samego zdania, a nawet już coś obmyślił. 

- Wiemy z danych, które dostałem od sierżanta, że ukradziony rower to czarny Stucchi 

z zieloną siatką i o numerze P. 

Znajdziemy pieniądze, kupimy identyczny rower, ty przerobisz numery, a ja pomyślę 

o reszcie. 

Pieniądze szybko się znalazły, bo jedną połowę dał Peppone a drugą don Camillo. Ale 

kiedy mieli już rower, don Camilla naszły wątpliwości. 

-  Jeżeli  nie oddamy tamtego jej roweru, to ona  na ten nawet  i  nie  spojrzy. Musi  być 

doskonale podrobiony. Dane z meldunku nie wystarczą. Trzeba znaleźć jakieś inne. 

W  czwartej  klasie  było  dwunastu  chłopców.  Pewnego  niedzielnego  popołudnia 

Peppone pojechał furgonetką do Castorty, pozbierał ich i przywiózł na plebanię. 

Zastali tam don Camilla, który przemówił do nich bardzo poważnym tonem: 

- Tej sprawy nie można lekko traktować, a ten, kto się wygada, będzie zdrajcą. Mamy 

podejrzenia co do kradzieży roweru waszej nauczycielki. Krótko mówiąc znaleźliśmy typa, co 

ma jakiś rower, który nam się wydaje być tym ukradzionym. Ale zanim złożymy doniesienie, 

musimy być absolutnie przekonani, żeby nie wyrządzić krzywdy przyzwoitemu człowiekowi. 

Udało nam się zdobyć tamten podejrzany rower. Tego typa nie ma teraz w miasteczku, więc 

mamy czas, żeby obejrzeć rower. Potraficie go rozpoznać? 

 

- Tak - odpowiedzieli chłopcy. 

background image

I  z  ogromnym  napięciem  przeszli  wszyscy  do  pokoju  obok,  gdzie  stał  nowy  rower 

Stucchi kupiony przez Peppona i don Camilla. 

- Przyjrzyjcie się, to ten? - spytał chłopców don Camillo. 

-  Marka  jest  ta  sama  i  kolor  też  -  odpowiedzieli.  -  Ale  to  nie  jest  rower  pani 

nauczycielki. 

-  Przyjrzyjcie  się  dobrze,  kawałek  po  kawałeczku,  zanim  powiecie!  -  zawołał  don 

Camillo. 

Więc oglądali go kawałek po kawałeczku. 

- Póki co, to numer jest nie taki, bo tamten był  34468 - powiedział pierwszy chłopiec. 

- A tutaj było wgniecenie i odpryśnięty lakier - dodał drugi. 

Peppone zaznaczył kredą wskazane miejsca. 

-  Musimy  zebrać wszystkie  szczegóły  i doskonale  je zapamiętać -  wyjaśnił.  -  Dzięki 

temu, jak wpadnie nam w ręce ten prawdziwy, to zadziałamy na pewniaka. Coś jeszcze? 

- Siatka była porozrywana tu, tu i tu. A tu była zszyta - stwierdził trzeci. 

Pozostała dziewiątka dokonała dalszych spostrzeżeń. 

- Reflektor był marki Lux  34 A, a dynamo Lux D extra... 

- Miał oponę Pirelli z tyłu a Michelin z przodu... 

- To koło zębate miało wszystkie zęby wytarte z jednej strony... 

- Dzwonek był marki TCI z chorągiewką. 

- Łańcuch robił ”tryk”, kiedy pedał dotykał o tutaj... 

- Rączki były czarne i w tej brakowało śrubki, a ta była obtłuczona... 

-  Kiedy  się  jechało  bez  trzymanki,  to  strasznie  ściągał  na  prawo  i  trzeba  się  było 

przechylać... 

- Przedni hamulec był spawany tutaj... 

- Kierownica była obdrapana tu, tu i tu... 

Potem  nastąpiła  następna  seria  szczegółów  i  Peppone  wszystkie  notował.  W  końcu 

dwunastu chłopców zamilkło. 

- Więc jesteście pewni, że nie było już więcej nic szczególnego. 

Chłopcy spojrzeli po sobie trochę zakłopotani. Potem największy odpowiedział: 

 

- Już nic. 

Widać  było,  że  nie  mówi  prawdy  i  don  Camillo  nalegał,  żeby  mówili  dalej,  żeby 

wszystko  opowiedzieli.  Przecież,  do  licha,  miało  to  się  przyczynić  do  odnalezienia  roweru 

nauczycielki. 

background image

Chłopcy spojrzeli po sobie, a potem jeden z nich bąknął: 

- Jest coś jeszcze, ale nie można tego powiedzieć, bo to sekret. 

Don  Camillo  przez  dobrą  chwilę  wysilał  się  jak  tylko  mógł,  bo  dwunastu  chłopców 

było twardych jak stal. W końcu, po naradzie, największy powiedział z wahaniem: 

- Sekret był z magicznym słowem ”RAS  3”. 

Peppone i don Camillo spojrzeli po sobie. 

-  Tutaj  na tylnych widełkach,  w tym  miejscu,  była kłódka  i żeby  ją otworzyć,  trzeba 

było przekręcić cztery kółka, aż ułożyło się słowo ”RAS  3”. Kłódka była marki Sicur model 

nr 5. 

Zanim Peppone odwiózł chłopców do domu, don Camillo ostrzegł ich: 

- Biada temu, kto piśnie słówko. Jeżeli  jeden z was się wygada, wszystko pójdzie na 

marne. 

Chłopcy splunęli w otwarte prawe dłonie i klepnęli nimi o czoła. 

- To jest przysięga czwartej - wyjaśnił jeden z nich. 

- W przysiędze z trzeciej krzyżuje się palce i krzyż z palców całuje trzy razy. 

- W porządku - stwierdził don Camillo - możemy być pewni. 

Peppone pracował w warsztacie całymi godzinami palnikiem, śrubokrętem, papierem 

ściernym, piaskiem. Przerobił numer na ramie, zrekonstruował wgniecenia, obtarcia i spawy. 

Przerzucił  chyba  z  tonę  złomu,  żeby  znaleźć  i  złożyć  dynamo,  reflektor,  kłódkę  i  dzwonek 

tego typu jak w opisie. 

- Jutro sprawdzimy w praktyce - westchnął don Camillo,wychodząc z warsztatu ściętą 

nocą i udając się w stronę plebanii. 

- Jak będzie źle, to rozwalę go młotem - burknął Peppone. 

W  powrotnej  drodze  don  Camillo  puścił  na  chwilę  kierownicę,  żeby  poprawić  sobie 

płaszcz  na  ramionach.  Rower  niemiłosiernie  ściągał  na  prawo,  ale  kiedy  don  Camillo  to 

spostrzegł, leżał już na ziemi. To było pocieszające. Wszystko się zgadzało. 

 

Kiedy  wsiadł  z  powrotem,  usłyszał,  że  pedał  robi  ”tryk”,  jak  dochodzi  do  pewnego 

miejsca i to też było bardzo pocieszające. 

Koło południa Peppone pojechał do Castorty złapać najstarsze- 

|go chłopca z czwartej klasy, żeby zawieźć go na plebanię. 

-  Popatrz  no, to ten? -  spytał  go, kiedy don Camillo podniósł  zasłonę przykrywającą 

podrobiony rower marki Stucchi. 

Chłopiec wybałuszył oczy. 

background image

- Tak! Tak! - powiedział niezmiernie podniecony. 

Don Camillo kazał mu złożyć przysięgę czwartej klasy i trzeciej też. 

- Nikomu nie wolno ci o tym mówić. Innym chłopcom też. Ani teraz, ani nigdy. 

- Nie powiem - odrzekł chłopiec, składając również przysięgę i z drugiej. 

Don  Camillo  po  przyjechaniu  przed  posterunek  karabinierów  zsiadł  i  zbliżył  się  do 

sierżanta zażywającego świeżego powietrza. 

W tej samej chwili, zupełnie przypadkowo, podjechał również 

Peppone swoją furgonetką. 

- O, pan wójt przychodzi w samą porę - zawołał radośnie don Camillo - odwiezie mnie 

pan do domu. Pod warunkiem, że nie ma przeciwnych rozkazów z politbiura. 

Docinek z politbiurem był poza uzgodnieniami i stanowił jedną ze stałych prowokacji 

don Camilla. Ale Peppone przełknął to i odparł: 

- A nie jest ksiądz rowerem? 

-  I  tak,  i  nie  -  wyjaśnił  don  Camillo.  -  To  jest  rower  tej  Canetti;  ten  kto  go  ukradł, 

pożałował tego i podrzucił go na plebanię.  Oto i on,  panie sierżancie.  Proszę popatrzeć,  czy 

wszystko się zgadza. 

Sierżant uważnie obejrzał rower, a potem wszedł do środka dając obydwu znak, żeby 

poszli za nim. 

-  Nie  ma  wątpliwości  -  stwierdził  -  to  jest  właśnie  ten  ukradziony  pani  Canetti. 

Wystarczy  go  porównać  z  tym,  który  znalazłem  dziś  rano  oparty  o  drzwi,  a  przy  nim 

karteczkę z objaśnieniem: ”Oddać Canetti”. 

Don Camillo i Peppone patrzyli osłupiali na rower oparty o biurko. Był dokładnie taki 

sam jak ich. Identyczny do nieprzyzwoitości. 

Don Camillo otarł czoło zlane potem. 

- Myślę o spostrzegawczości tych chłopaków - szepnął do Peppona. 

-  Ja  też  -  odpowiedział  szeptem  Peppone.  -  Oczy  dzieciaków  wszystko  widzą.  Aż 

strach pomyśleć. 

Sierżant westchnął. 

- Przysięgam, że nic nie rozumiem. Co mam zrobić? 

Wtrącił się don Camillo: 

- Czy to sprzeczne z regulaminem szukać ukradzionego roweru i odkryć, że są dwa? 

- Rzeczywiście... Muszę się nad tym zastanowić. 

background image

-  Nie  ma  się  co  zastanawiać:  weźcie  jeden  i  oddajcie  nauczycielce  ten,  który  wam 

przynieśliśmy,  a  ten  drugi  zatrzymajcie  w  rezerwie,  jakby  jeszcze  raz  jej  ktoś  ukradł. 

Zaskoczycie ją jeszcze bardziej niż tym razem. 

Sierżant rozłożył ręce. 

- Ech - powiedział - najważniejsze, żebym nie widział już tej pani, jak idzie piechotą z 

dzieckiem na ręku do szkoły i z powrotem.  Za każdym razem, kiedy ją spotykałem, miałem 

wrażenie, że dostaję ochrzan od Głównego Komendanta Karabinierów. 

- Zawieziemy go jej od razu, zanim skończą się lekcje - zawołał Peppone. - Zdążymy 

na czas. 

Wsiedli we czwórkę do furgonetki. Peppone i sierżant z przodu, a don Camillo i rower 

na skrzyni. Podjechali przed szkołę na kilka minut przed finis. Sierżant wysiadł, złapał rower i 

wszedł do środka zdecydowanym krokiem. 

Potem wrócił, a za nim wyszły dzieci z trzeciej i czwartej i wszyscy stali na drodze w 

oczekiwaniu. 

Chwilę  potem  zza  domku  wyłoniła  się  nauczycielka.  Prowadziła  swój  rower,  a  do 

kierownicy przyczepiony był koszyk z dzieckiem w środku. 

Kiedy  wsiadła  na  rower  i  odjechała,  dzieciaki  wydały  z  siebie  niesamowity  wrzask 

radości i cała trzydziestka zaczęła biec, jedni z tyłu, drudzy z przodu, a jeszcze inni po bokach 

nauczycielki. 

 

Aż  nauczycielka  musiała  po  dwustu  metrach  zsiąść  i  prowadzić  swój  rower  wśród 

okrzyków szalejących wokół niej dzieci. 

Peppone, don Camillo i sierżant patrzyli z rozdziawionymi ustami. 

- To jeszcze bardziej imponujące niż marsz triumfalny z Aidy 

- zauważył Peppone. 

Hałastra zniknęła za zakrętem, ale wrzaski wciąż jeszcze było słychać. 

- Ja wracam na piechotę - odezwał się don Camillo. 

- Ja też - powiedział Peppone, wysiadając z furgonetki. 

Sierżant,  który  został  w  samochodzie,  długo  myślał  nad  dziwnym  zdarzeniem,  a 

potem,  ponieważ  nie  umiał  prowadzić,  też  wysiadł  i  ruszył  powoli  w  stronę  miasteczka, 

mrucząc pod nosem: 

-  Jeżeli  zwariowali  proboszcz  i  wójt,  to  dlaczego  nie  miałby  zwariować  również 

sierżant karabinierów? 

Czerwony goździk i biały goździk 

background image

To  jest  banalna  historia  miłosna,  która  zakończyła  się  w  dość  niezwykły  sposób  na 

głównym placu miasteczka. 

A  zdarzyło  się  to  w  najbliższym  sąsiedztwie  jednego  z  kamiennych  słupków, 

oddzielających właściwy plac od placyku przykościelnego. 

Pełno tam było gapiących się ludzi, bo na tym właściwym placu stali ludzie Peppona 

świętujący  pierwszego  maja  z  czerwonymi  goździkami,  a  tymczasem  przed  kościołem  stali 

ludzie don Camilla, którzy świętowali pierwszego maja z białymi goździkami. 

W  jakiejś  wiekowej  ruderze,  gdzieś  na  Nizinie,  można  jeszcze  dziś  znaleźć 

egzemplarz starego oleodruku, przedstawiającego Jezusa  i  świętego Józefa ubranych, co nie 

ulega żadnej wątpliwości, na czerwono i pracujących przy warsztacie stolarskim. 

Z punktu widzenia propagandy był to dobry pomysł i podchwycili go starzy socjaliści, 

ale potem z niego zrezygnowali. Po jakimś czasie inni wrócili do idei Chrystusa robotnika i z 

pomocą 

Świętego  Józefa  rzemieślnika  mistrzowskim  posunięciem  zrobili  z  pierwszego  maja 

święto pracowników katolickich. 

 

Ostateczne  rozstrzygnięcie  naszej  historii  miłosnej  i  wojującej  propagandy  miało 

miejsce dokładnie wtedy, kiedy po raz pierwszy na placu obchodzono podwójne święto pracy, 

jednocześnie po stronie czerwonych i po stronie białych. 

I rozumie się, że choć dzień był raczej rześki, to atmosfera była raczej gorąca. 

Do najbardziej zdolnych  ludzi  ze strony  białych  należała Gilda  Marossi,  dziewczyna 

młoda  i  ładna,  ale  jeśli  chodzi  o  zaangażowanie  w  politykę,  to  warta  była  tyle,  co  dwóch 

chłopów razem wziętych. 

Wśród ludzi Peppona jednym z najzdolniejszych był Angiolino Grisotti, zwany Gioli, 

młody  chłopak  z  wielkimi  łapskami,  który  mógłby  uchodzić  za  normalnego  przystojnego 

chłopaka, gdyby nie to, że był tak piekielnie czerwony. 

Historia nie byłaby banalna, gdyby Gilda i Gioli nie spotkali się. 

No, ale oczywiście spotkali się. 

Najpierw  w  ławach  szkolnych,  kiedy  jeszcze  żadne  z  nich  nie  wiedziało,  co  to 

polityka. 

Później  na  festynach,  kiedy  już  wiedzieli,  co  to polityka,  ale  interesowali  się  przede 

wszystkim tańcem. 

Zaczęli unikać spotkań dopiero wtedy, gdy nasiąknięci aż po czubki włosów polityką, 

spostrzegli, że są zdeklarowanymi i nieprzejednanymi przeciwnikami. 

background image

Ale pewnego razu spotkali się twarzą w twarz i musieli siłą rzeczy patrzeć na siebie, 

bo siedzieli w autobusie jedno naprzeciwko drugiego. 

Spoglądali na siebie przez dobrą chwilę, aż Gilda wściekła się i powiedziała: 

- Gdyby niektóre osoby miały choć trochę przyzwoitości, to powinny się wstydzić, że 

gapią się na porządnych ludzi. 

- I ja tak myślę - odparł. 

Wszystko,  co  można  było  powiedzieć,  zostało  powiedziane,  ale  nie  aż  tak,  żeby 

tamtemu  przeszkodziło  to  w  zauważeniu,  że  ona  zrobiła  się  jeszcze  piękniejsza,  a  jej  w 

spostrzeżeniu, że tamten ani trochę nie zbrzydł, choć walczył w szeregach czerwonych. 

Kiedy  dojechali  do  miasta,  rozstali  się  bez  pożegnania.  Ale  kiedy  Gioli  został  sam, 

miał ochotę sprać się po gębie. 

 

Gioli  chodził  na  kursy  do  szkoły  partyjnej  i  tam  wyłożono  mu  jasno,  jak  należy 

działać  na  rzecz  propagandy.  I  Gioli,  przed  którym  pojawiła  się  wspaniała  okazja,  żeby 

umiejętnie  rozpracować  przeciwnika  i  wykorzystując  do  tego  starą  przyjaźń,  wkręcić  się  w 

szeregi nieprzyjaciela, zachowywał się niczym dywersant. 

Należało koniecznie naprawić sytuację i Gioli z zimną krwią przygotował plan ataku. 

Towarzysz,  którego  wszyscy  szanują  -  pomyślał  sobie  -  musi  być  przede  wszystkim 

psychologiem. A co mówi psychologia? 

Mówi  na  przykład,  że  jeżeli  jakaś  dziewczyna  decyduje  się  jechać  z  miasteczka  do 

miasta, czyni tak dlatego, bo ma zrobić zakupy. 

A  robiąc  zakupy,  kobieta  nie  zadowala  się  wejściem  do  pierwszego  sklepu,  jaki 

napotka, ale chce obejrzeć co najmniej dwadzieścia witryn, żeby porównać ceny, jakość i tak 

dalej.  Tak  więc  traci  mnóstwo  czasu  i  przychodzi  do  autobusu  w  najostatniejszej  chwili. 

Muszę ten fakt wykorzystać. 

Dlatego więc Angiolino Grisotti, zwany Gioll, przyszedł do autobusu pierwszy przed 

wszystkimi i usiadłszy zajął paczką miejsce naprzeciwko siebie i czekał. 

Zgodnie  z  psychologią  Gilda  powinna  przyjść  ostatnia,  to  znaczy  wtedy,  jak  już 

wszystkie  miejsca  będą  zajęte,  oprócz  tego  zaklepanego  przez  Giolego.  Ale  Gilda  przyszła 

kilka minut po nim. Kiedy ją zobaczył, zbladł. 

Gilda, jak tylko wsiadła do autobusu, rozejrzała się w poszukiwaniu wolnego miejsca. 

Wszystkie były wolne, wyjąwszy to, które zarezerwował Gioll, ale Gilda (zwróć uwagę na te 

psychologiczne  subtelności)  uznała,  że  jedynym  miejscem,  które  można  było  wziąć  pod 

uwagę, było właśnie to naprzeciwko towarzysza Gioli. 

background image

- Wolne? - spytała bardzo wyniośle Gilda, wskazując na miejsce, gdzie Gioli położył 

swoją paczkę. 

Gioli zabrał więc paczkę i Gilda usiadła. 

Przez  parę  minut  siedzieli  jak  manekiny,  aż  nagle  Gioll,  oświecony  błyskiem 

geniuszu, wyciągnął paczkę papierosów i podsunął niemej sąsiadce z naprzeciwka. 

-  My  nie  palimy  w  miejscach  publicznych  –  odpowiedziała  Gilda,  kładąc  akcent  na 

my. - Wasze dziewczyny mogą robić, co chcą w miejscu publicznym i prywatnym; nas uczą 

zachowywać się przyzwoicie. 

Gioli schował papierosy. 

-  A  gdybyśmy  tak  zostawili  politykę  i  porozmawiali  o  nas  dwojgu?  -  zaproponował 

młodzieniec. 

- Porozmawiali? A w jakim sensie? - zapytała Gilda głosem lodowatym i agresywnym 

zarazem. 

-  W  takim  sensie,  w  jakim  rozmawiało  się  na  przykład  wtedy,  kiedy  chodziło  się 

razem tańczyć. 

Gilda najeżyła się. 

-  Tylko  źle  wychowany  komunistyczny  bezbożnik  może  mieć  czelność  publicznie 

wypominać kobiecie, że miała chwilę słabości - zawołała z pogardą. - Dlaczego nie napiszesz 

o tym w tej twojej  łajdackiej gazetce ściennej z tymi twoimi  głupotami,  w które  przez  jakiś 

czas wierzyłam. 

-  A  po  co?  -  odparł  Gioli.  -  To  jest  sprawa,  która  dotyczy  tylko  mnie,  a  nie  Partii. 

Chyba,  że  przeszkadza  ci  rozmowa  ze  mną  z  powodu  narzeczonego,  którego  przydzielił  ci 

proboszcz; jak tak, to co innego. 

-  Nie  mam  narzeczonych -  odparła Gilda.  -  To raczej ty uważaj, żeby  nie zrobiła  się 

zazdrosna towarzyszka Gisella Cibatti! 

Gioll  przysiągł,  że  między  nim  a  towarzyszką  Cibatti  nie  było  nic  a  nic.  Zwykła 

sympatia. A Gilda odpowiedziała mu na to, że ona doskonale wie, jak się kończyły sympatie 

w partii wolnej miłości. 

Gioli zaprotestował dotknięty, Gilda docięła mu jeszcze i na dobrą sprawę trwało tak 

przez całą drogę. A ponieważ temat nie został wyczerpany, dyskusja ciągnęła się aż do domu 

Gildy. 

Był już wieczór i rozmawiali jeszcze dobrych parę chwil, aż 

Gilda  pozwoliła  mu  wejść  do  domu.  Ale  zanim  go  wpuściła,  powiedziała  z  wielkim 

żalem: 

background image

- Szkoda, że dzieli nas polityka! 

Słowa  głupie  i  nieszczere,  bo  kiedy  trzy  minuty  wcześniej  Gilda  i  towarzysz 

Angiolino, zwany Gioli, obejmowali się, to z pewnością nie było między nimi polityki. 

 

Te  historie  miłosne  są  zawsze  takie  same,  identycznie  takie  same  i  nie  można 

zrozumieć,  dlaczego  ludzkość  wciąż  interesuje  się  tym  wątkiem  powtarzanym  od  setek 

tysięcy lat. 

Faktem  jest,  że  wieczorem  dwa  dni  później  Gilda,  wyglądając  oknem  ze  swojego 

pokoju, zobaczyła towarzysza Angiolino siedzącego na mostku. Postała przez chwilę patrząc 

na niego, aż się rozeźliła i zeszła zapytać chłopaka, czego szuka w tych stronach. 

Była  zdecydowana  na  wszystko,  nawet  na  to,  żeby  go  zdrowo  objechać,  ale  kiedy 

odpowiedział z prostotą, że szuka właśnie jej, Gildę zatkało, a on skorzystał z tego i ją objął. 

A  wtedy  Gilda,  zamiast  obrazić  się  i  zwymyślać  gbura,  postanowiła  wykorzystać  tę 

interesującą sytuację. 

„Ten  kretyn  -  pomyślała  -  jest  we  mnie  zadurzony.  Ja  mu  pomogę  i  w  ten  sposób 

przerobię go,  aż doprowadzę do tego,  że się wypisze z tej swojej przeklętej partii.  A potem 

puszczę go kantem.” 

W  kolejne  wieczory  Gilda  sekundowała  nicponiowi,  a  kiedy  według  niej  nadszedł 

odpowiedni moment, wypaliła: 

- Gioli, przysięgasz i zaklinasz się, że mnie kochasz? Jesteś gotów mi to udowodnić? 

- Jestem gotów na wszystko. 

-  Więc  odejdź  z  tej  twojej  przeklętej  partii.  Ja  nie  wyjdę  nigdy  za 

ekskomunikowanego. 

Gioli najeżył się. 

- Gilda, a ty przysięgasz i zaklinasz się, że mnie kochasz? Daj mi na to dowód i odejdź 

z tej twojej obrzydliwej partii. Ja nigdy nie ożenię się z klechą w spódnicy. 

A wtedy Gilda błyskawicznie zmieniła front: 

- Więc idź do diabła ty i cała Rosja! - krzyknęła. 

-  W  porządku  -  odparł  spokojnie  Gioli.  -  Jak  mam  tam  iść,  to  ty  też  idź  do  diabła 

razem z Watykanem i Ameryką! 

Rozstali się jak dwoje najzacieklej szych wrogów. Ale Bóg zakochanych czuwał. 

Jednocześnie przeciw Gildzie i Giolemu rozpętała się nagonka rodzinna. 

 

Rodzice Gildy i Giolego zaczęli swoją śpiewkę, jakby się umówili. 

background image

Zdaniem rodziców i przyjaciół Giolego, jeśli miał on odrobinę godności, nie powinien 

nawet spojrzeć na tę świętoszkę Gildę. 

Zdaniem  rodziców  i  przyjaciół  Gildy,  powinna  ona  natychmiast  zerwać  wszelkie 

kontakty z tym bolszewickim nicponiem Giolim. 

Ciosanie kołków na dwóch frontach trwało z dużym natężeniem przez cały tydzień, aż 

w końcu Gioli, który miał głowę twardą jak z marmuru, napisał liścik do Gildy:”Jeżeli jutro 

wieczorem  będę  czekał  na  ciebie  przy  moście  koło  twojego  domu,  to  będę  mógł  cię 

zobaczyć?” 

A Gilda za pośrednictwem tajnego kuriera odpowiedziała: 

„Nie.  Jeżeli chcesz ze  mną  mówić,  bądź dziś wieczór  na moście w Molinetto, dzięki 

czemu zobaczą nas ci wszyscy z miasteczka.” 

O ósmej byli na moście w Molinetto i wszyscy ich widzieli. A ci wszyscy, co ich nie 

widzieli, dowiedzieli się o tym. 

Nagonka stała się jeszcze gwałtowniejsza. Gilda znalazła się sama przeciw wszystkim, 

włącznie z tymi z jej partii, i to samo spotkało Giolego. Ale im bardziej inni naciskali, starając 

się ich rozdzielić, tym bardziej oni do siebie lgnęli. 

W gruncie rzeczy towarzysz Angiolino, zwany Gioli,  mimo swojego nicponiowatego 

wyglądu, był porządną osobą. A Gilda, mimo swojego wyglądu dobrze wychowanej panienki, 

była nicponiem. Jedno i drugie miało charakter i swoją dumę i dlatego nigdy nie rozmawiali 

ze  sobą  o  walce,  jaką  każde  z  nich  musiało  toczyć  z  rodziną  i  przyjaciółmi.  Znajdowali 

ucieczkę w coraz silniejszym uczuciu. 

Ale Gilda, kiedy wręcz jej zagrożono, straciła opanowanie. 

Peppone nie spodziewał się podobnej wizyty i o takiej porze. 

Patrzył więc zdumiony na Gildę zastanawiając się, czegóż mogłaby od niego chcieć ta 

przeklęta dziewucha, która przerobiła w doskonałego imbecyla najlepszego chłopaka z sekcji. 

- Jesteście w stanie dochować tajemnicy do jutra rana? - zapytała. 

- Jeśli to przyzwoity sekret, pewnie. 

Gilda  wyciągnęła  z  torebki  legitymację  z  krzyżem  na  tarczy,  podarła  ją  na  cztery 

kawałki i rzuciła szczątki na biurko. 

 

-  A  teraz  dajcie  mi  jedną  z  waszych  legitymacji  i  siedźcie  cicho  do  jutra,  bo  chcę 

zrobić prezent Giolemu i tym przeklętym, którzy chcą mnie od niego oderwać. 

Peppone trwał przez chwilę z otwartymi ustami, a potem zaoponował: 

- Ale wy działacie z zemsty, a prośba o naszą legitymację nie wynika z wiary. 

background image

-  A  co  was  to  obchodzi?  Od  kiedy  to  komuniści  zrobili  się  sentymentalni  i  mają 

skrupuły, jak trzeba zrobić na złość proboszczowi? 

Peppone, który gryzł się na myśl o jutrzejszym święcie, gdy usłyszał o proboszczu, to 

aż podskoczył. 

-  Dam  wam  i  trzydzieści  legitymacji,  jeśli  tylko  chodzi  o  to,  żeby  zrobić  na  złość 

proboszczowi! 

Gilda poszła sobie, otrzymawszy tę swoją legitymację, a Peppone, rozmyślając o tym 

na  spokojnie,  odkrył,  że  jakkolwiek  by  patrzeć,  było  to  wspaniałe  zwycięstwo  towarzysza 

Angiolina, zwanego Gioli. 

- Również i miłość - zawyrokował - pracuje na rzecz Partii Komunistycznej! 

Następnego  dnia  przypadał  pierwszy  dzień  maja.  Podwójny  pierwszy  maja;  na 

placyku przykościelnym zbierali się ludzie od białego goździka, a tymczasem za słupkami na 

właściwym placu gromadzili się tamci od czerwonego goździka. 

Peppona rozsadzała złość i radość zarazem i życzył sobie z jednej strony nie wpaść na 

don Camilla, a z drugiej jednak dałby nie wiadomo co, żeby go móc spotkać. 

I  rzeczywiście  spotkali  się  na  linii  granicznej,  nie  opodal  jednego  z  kamiennych 

słupków. 

- Chrystus robotnik! - zawołał donośnym głosem Peppone i uśmiechnął się. 

-  No  właśnie  -  odpowiedział  mu  uśmiechem  don  Camillo.  -  Nie  był  zapisany  do 

związków, ale pracował jako cieśla obok swego ojca Józefa. 

- O ile dobrze mi się zdaje, to słyszałem, że Jezus był synem 

Boga - odrzekł grzecznie Peppone. 

 

- Dokładnie tak, panie wójcie. Robotnik, Syn największego 

(Robotnika wszechświata, jako że Bóg Ojciec stworzył bez materii cały wszechświat. 

 Peppone  przełknął  to,  a  potem  rzekł  przez  zaciśnięte  zęby:  l  -  A  ksiądz,  wielebny 

księże, bierze udział w święcie pracy, |a niby cóż takiego ksiądz robi? 

-  Modlę  się  za  twoją  przeklętą  duszę  -  odpowiedział  spokojnie  don  Camillo.  -  A  to 

ciężka praca! 

Peppone szybko rozejrzał się wkoło i zobaczywszy, że wszystko gra, palnął: 

-  Więc  może  się  ksiądz  również  modlić  za  inną  duszę  -  powiedział,  wskazując  na 

pewien punkt w zgrupowaniu czerwonych. 

background image

Don  Camillo  spojrzał  i  wybałuszył  oczy:  Gilda,  w  czerwonym  stroju,  z  czerwonym 

goździkiem  we  włosach,  stała  tam,  między  czerwonymi,  dokładnie  obok  czerwonego 

sztandaru. 

Nie  wiedział,  co  powiedzieć,  był  załamany.  Ale  Peppone  nie  mógł  sycić  się  swoim 

zwycięstwem,  bowiem  w  tym  momencie  ukazał  mu  się  przerażający  widok:  w  sektorze 

białych,  obok  sztandaru  z  krzyżem,  stał  Gioli  z  białym  goździkiem  w  butonierce.  Eks-

towarzysz Gioli. 

W  końcu  również  zobaczyli  się  i  Gilda,  i  Gioli,  bo  od  jakiegoś  czasu  szukali  się 

gorączkowo wzrokiem. 

Zatkało  ich  oboje.  I  powoli,  instynktownie  podeszli  do  linii  granicznej.  Spotkali  się 

przy następnym słupku obok Peppona  i don Camilla. 

Kiedy tam doszli, zatrzymali się i spoglądali na siebie z zaciekawieniem, a po chwili 

Gilda powiedziała: 

- Chciałam ci zrobić niespodziankę... 

- Ja też - powiedział Gioli. 

Ktoś zaczął się śmiać.  A wtedy Gilda  i Gioli spojrzeli sobie w oczy  i zrozumieli się 

bez słów. 

I tak jakby się umówili. 

 Gilda wyjęła z włosów czerwony goździk, a Gioli biały z butonierki. 

Każde  położyło  swój  goździk  na  kamiennym  słupku.  Potem  wzięli  się  pod  ręce  i 

spokojni, ale zdecydowani, odeszli z placu i z polityki. 

 

Na słupku zostały dwa goździki -  czerwony  i  biały;  don Camillo  i Peppone długo  je 

podziwiali. 

- Ba! - burknął w końcu Peppone, wzruszając ramionami. 

- Ech! - powiedział don Camillo, rozkładając ręce. 

I  były  to,  zarówno  Peppona,  jak  i  don  Camilla,  dwa  najlepsze  przemówienia  na 

pierwszego maja. 

Nigdy nie jest za późno 

Giacomo  Dacó  należał  do  tego  typu  ludzi,  na  których  nawet  potop  powszechny  nie 

zrobiłby  wrażenia.  Był  jednym z tych,  którzy nigdy  nikomu  nie dadzą satysfakcji,  nawet po 

śmierci,  i  są  obojętni  również  wobec  siebie  samych  i  przyjąwszy,  że  nawet  może  i  myślą  o 

tym, że kiedyś pójdą do ziemi, to interesuje  ich to jedynie  jako fakt,  który  należy zgłosić w 

magistracie. 

background image

Rozkwit  rodziny  Dacó  miał  swój  początek  temporibus  illis,  kiedy  pierwszy  Dacó 

umierając zostawił synowi trzy morgi ziemi. 

Syn zdobył następne dwadzieścia, a jego syn znów trzydzieści i tak dalej, aż doszło do 

Giacoma, który w wieku osiemdziesięciu lat z Campolungo zrobił majątek trzystumorgowy, a 

oprócz  Campolungo  posiadał  serowarnię  z  przyległą  hodowlą  trzody  chlewnej,  przetwórnię 

pomidorów i dwa młyny. 

Stary  Dacó  wszystko  sobie  dobrze  obmyślił;  majątek  Campolungo  można  było 

podzielić  na  dwa,  było  pięć  obiektów,  każdy  o  takiej  samej  wartości,  i  pięcioro  dzieci  nie 

miałoby powodów do kłótni przy dziedziczeniu. 

Gdyby, oczywiście, nie wmieszał się w to ten wydziedziczony. 

 

Carlino, wyłączony z dziedziczenia, był ostatnim z sześciorga dzieci Giacoma Dacó i 

czwartym potomkiem męskim, bo żona 

Giacoma Dacó popełniła ten błąd, że po tym, jak na świat przyszli: 

Marco,  Giorgio  i  Antonio, a  nie  było  jeszcze  Carlina, powiła  bliźnięta: Clementinę  i 

Marię. 

Błąd  w  tym  sensie,  że  kiedy  Giacomo  Dacó  zobaczył  je  na  rękach  akuszerki,  zaczął 

wrzeszczeć,  że  takiego  świństwa  to  się  po  swojej  żonie  nie  spodziewał.  Zwłaszcza  zaś 

dlatego,  że  w  poważnej  rodzinie  nie  może  być  dzieci  płci  żeńskiej,  bo  takie  służą  tylko  do 

sprawiania  kłopotów.  Po  drugie  zaś,  jeżeli  już  kobieta  chce  popełnić  to  głupstwo,  niech 

przynajmniej  zachowa  odrobinę  przyzwoitości  i  nie  wydaje  z  siebie  dwóch  dziewczyn  za 

jednym razem. 

Oczywiście przy pierwszej okazji powydawał córki za mąż. 

Później,  jak  synowie  żenili  się po kolei, usunął  ich,  bo  nie  lubił zamieszania.  Marco 

dostał  serowarnię,  Giorgio  przetwórnię  pomidorów,  Antonio  młyny,  a  sobie  Giacomo 

zatrzymał Campolungo. 

Kiedy umarła żona,  został zupełnie  sam,  bo Carlino opuścił dom wiele  lat temu.  Ale 

Giacomo Dacó był twardym zawodnikiem. 

Tak więc, gdy w wieku osiemdziesięciu lat stary Dacó odszedł, by towarzyszyć swojej 

żonie, wszyscy byli całkiem spokojni, bo wiadomo było, że trzej bracia zachowają to, co już 

mają,  a  Campolungo  zostanie  podzielone  między  dwie  siostry.  Carlino,  oprócz tego,  że  był 

wydziedziczony, był Carlinem, kimś, kto prędzej da sobie odrąbać głowę, niż ją schyli. 

Sprawa z Carlinem zaczęła się, gdy chłopak skończył dwanaście lat. Ojciec zbliżał się 

do  pięćdziesięciu  trzech,  obie  dziewczyny  oraz  Marco  i  Giorgio  byli  już  na  swoim.  W 

background image

Campolungo oprócz Carlina  był  jeszcze Antonio, ale  i on za parę lat miał odejść. Tak  więc, 

kiedy Carlino skończył piątą klasę podstawową, stary powiedział: 

- No dobra, a teraz zabierzesz się do roboty i postarasz się zarobić na chleb, tak ja to 

robiłem i jak robili wszyscy twoi bracia. 

 

Ale wtedy, po raz pierwszy w swoim życiu, matka podniosła os: 

-  Nie!  -  wykrzyknęła.  -  Tamci  to  wszystko tępaki.  A  Carlino  jest  pojętny  i  musi  się 

uczyć! 

Starego  zatkało  na  taką  rewoltę.  Siedzieli  właśnie  przy  stole;  złapał  miskę  pełną 

jeszcze zupy i cisnął nią o ścianę. 

- Ja tu rządzę! - wrzasnął. - A jeżeli się komuś nie podoba, to tam są drzwi! 

Matka  wstała  i,  nie  wyrzekłszy  ani  pół  słowa,  wyszła.  Stary,  Carlino  i  jego  brat 

siedzieli na swoich miejscach i minęło dziesięć, może piętnaście minut, a w izbie nie słychać 

było nawet oddechów. 

Potem  nagle  stary  wstał  i  rzucił  się  do  sieni,  gdzie  nadział  się  na  żonę  ubraną  w 

odświętny  czarny  strój  z  dawnych  lat,  jak  z  tobołkiem  w  rękach,  szła  w  stronę  drzwi, 

prowadzących na podwórze. 

- Co robisz? - wrzasnął rozwścieczony Giacomo. 

- Nie podoba mi się, więc odchodzę - odparła oschle żona. 

 Pierwszy raz się zdarzyło, że stary spotkał się w domu z kimś, po miał odwagę mu się 

sprzeciwić,  więc stracił panowanie.  Złapał żonę za ramię  i zaczął  nią gwałtownie potrząsać. 

Ale robił to tylko przez chwilę, bo kobieta wydała z siebie przeraźliwy okrzyk: 

- Carlino! 

Stary odwrócił się; w głębi sieni stał Carlino z dubeltówką w rękach. 

Ojciec i syn spoglądali na siebie przez parę chwil  i nikt nie odezwał się ani słowem. 

Później  też  nie  wspominano  tego  wydarzenia.  Życie  wróciło  do  normy.  Matka  znów  była 

cicha i pokorna, Carlino dalej pracował w stajni, oborze i w polu, tak jak robił to i przedtem w 

czasie  wolnym  od  szkoły.  I  tak  nadszedł  koniec  września  aż  któregoś  wieczoru  po  kolacji 

stary Giacomo wyciągnął z kieszeni kopertę i podał ją Antoniowi. 

- Jutro o szóstej wsiądziesz do kolejki. Tutaj jest adres szkoły, kwity opłat za wpisowe 

i bilet miesięczny na kolejkę. Tym razem pojedziesz z nim, zaczekasz na niego i przywieziesz 

z powrotem. 

Od pojutrza sam sobie będzie dawał radę. 

 

background image

Carlino  rozpoczął  w  ten  sposób  kursowanie  między  wsią  a  miastem  i  ciągnął  to 

nieugięcie, a stary zdawał się go nie zauważać. 

W czasie ferii albo wakacji Carlino pomagał bratu i parobkom w pracy w oborze albo 

w  polu.  Uczył  się  wieczorami,  co  kosztowało  go  piekielnie  dużo,  ale  nic  sobie  z  tego  nie 

robił. 

Nadszedł koniec pierwszego roku szkoły zawodowej i stary 

Giacomo zauważył to tylko dlatego, że Carlino nie jeździł już do miasta i całkowicie 

poświęcił się pracy. O nic nie pytał, a ponieważ w domu Dacó mówiło się tylko wtedy, kiedy 

się  było  pytanym,  to  nikt  mu  nic  nie  powiedział.  Tyle,  że  w  dwa  tygodnie  po  ostatecznym 

powrocie Carlina do pracy w polu, matka powiedziała przy stole: 

- Antonio, jutro rano zaprzęgnij klacz, zawieziesz mnie do miasta. 

Stary podniósł głowę i wytrzeszczył oczy na żonę. Pierwszy raz się zdarzyło, że żona 

wysuwała jakieś żądania. Ale nie wrzasnął, tylko ograniczył się do burknięcia: 

- Głupiejemy, tak? 

Matka wróciła po południu, kiedy żar  lał  się z  nieba.  Carlino drzemał pod drzewem; 

matka poszła go szukać i jak tylko siadła koło niego, zaczęła płakać. 

- No i co? - spytał Carlino. 

Matka poszperała za pazuchą i wyciągnęła karteczkę. 

-  Przepisał  je  Tonino,  a  potem  kazaliśmy  sprawdzić  woźnemu  -  tłumaczyła  wśród 

szlochów. 

Carlino przebiegł szybko wzrokiem karteczkę. 

- Ale zdałem wszystko! - zawołał. 

- Wiem - wyjęczała kobieta. 

Potem popłakując opisała mu całą wyprawę i to, co mówili inni, kiedy czytali stopnie, 

i to, co powiedział woźny, i jak się wchodzi do szkoły, i tak dalej. Wreszcie zakończyła: 

- Pomyśl, jak się dowie! 

Chłopak skoczył, jakby go coś ugryzło. 

- Powiecie mu dopiero wtedy, jak was zapyta, inaczej nie. 

Jeżeli  go  interesuje,  niech  jedzie  do  miasta  i  zobaczy.  Ja  nie  jestem  mu  nic  winien: 

pieniądze na opłaty i przejazdy zarabiam, pracując w polu. Niech idzie do diabła! 

 

Ale  starego  Giacoma  interesowało  tylko  to,  żeby  Carlino  wykonywał  swoją  robotę. 

Rozumiał się tylko na robocie i kiedy jesienią chłopak znów zaczął jeździć tam i z powrotem, 

burknął: 

background image

- Znowu zaczyna się ta historia! 

Antonio,  skończywszy  dwadzieścia  siedem  lat,  ożenił  się  i  poszedł  na  swoje,  jak  to 

było regułą, i stary Giacomo powiedział do żony: 

-  Chłopak  miał  już  dość  rozrywek;  ma  siedemnaście  lat  i  może  mi  pomóc  w 

prowadzeniu całego majdanu. 

-  Robi  czwarty  rok  i  musi  ciągnąć  aż  do  końca.  Kiedy  dostanie  dyplom  geometry, 

wtedy o tym pomówimy - odparła kobieta. 

Stary zaśmiał się szyderczo. 

- Geometra! Ten tam zostanie geometrą, tak jak ja biskupem. 

A zresztą po co mu świadectwo? Do podrzucania słomy krowom? 

Carlino uczył się w dalszym ciągu i jak tylko miał wolną chwilę, harował w polu tak, 

że stary poprzestawał na burczeniu. 

I tak było aż do Wielkanocy  1930 roku. 

Nadeszły  ferie  wielkanocne  i  Carlino,  który  miał  już  osiemnaście  lat,  a  ręce  jak 

trzydziestoletni  mężczyzna,  zastępował  jednego  z  pastuchów  od  krów,  który  się  właśnie 

rozchorował. I zdarzyło się tak, że pewnego popołudnia, kiedy wywoził taczkami obornik na 

gnojówkę, na podwórzu zatrzymał się jakiś samochód i wysiadło z niego dwóch młodzieńców 

i trzy dziewczyny. 

Wrzeszczały niczym gęsi, aż wyszedł stary Giacomo z widłami na ramieniu. 

- Czy tu mieszka pan Carlo Dacó? - spytał jeden z młodzieniaszków. 

-  Pan  Carlo  Dacó  jest  tam  i  robi  prawo  jazdy  na  balilli*  -  odpowiedział  stary, 

wskazując na wrota obory. 

W  tym  samym  momencie  ukazał  się  Carlino,  ubrany  jak  ostani  obszarpaniec;  pchał 

taczki, na których leżało z pół tony świeżego, parującego gnoju. 

Dwaj młodzieńcy i trzy dziewczyny zawołali do niego, a Carlino, widząc przed sobą 

nagle ferajnę, postawił taczki i stanął jak głupek. 

* Model Fiata popularny w latach trzydziestych. 

 

-  Więc  tak  się  wita  przyjaciół,  którzy  przyjeżdżają  z  miasta,  żeby  cię  odwiedzić?  - 

krzyknął jeden z młodzieniaszków. - Nic nam nie powiesz? 

-  Pan  Carlo  Dacó  nie  ma  czasu  na  pogawędki!  -  powiedział  twardym  tonem  stary, 

który podszedł do nich. - Tutaj się pracuje. 

Carlino podniósł nagle głowę: 

- To moi koledzy ze szkoły - wyjaśnił. 

background image

- I te też? - spytał ironicznie stary, wskazując na trzy dziewczyny. 

- Oczywiście! - odparł Carlino. 

Stary z widocznym  niesmakiem  przyjrzał  się  miodkom, a potem odwrócił  się do tej, 

która wyglądała wśród nich na najstarszą: 

-  Uczą  was  w  szkole  malować  usta  i  paznokcie,  czy  bierzecie  prywatne  lekcje  od 

jakiejś wydry z variete? 

Dziewczyna zrobiła się czerwona i ze złości i upokorzenia do oczu napłynęły jej łzy. 

Carlinowi też napłynęły łzy do oczu, ale czuł się tak brudny i marny obok tych taczek pełnych 

gnoju, że nie miał nawet odwagi się odezwać. 

-  Pospiesz  się,  bo  masz  jeszcze  krowy  do  wydojenia!  -  rzucił  na  odchodnym  stary 

Giacomo. 

Dwaj  młodzieńcy  i  trzy  dziewczyny  skierowali  się  do  samochodu,  a  Carlino  ich 

dogonił. 

- Przykro mi - wyjąkał - trzeba było mnie uprzedzić. 

- Trudno uwierzyć, że zaledwie trzydzieści kilometrów od miasta żyją takie dzikusy! - 

odparła oschle ta najchudsza. 

- To ty powinieneś był nas uprzedzić, że masz ojca wariata! 

- dodała druga, wsiadając do samochodu. 

Ale  wyglądało  na  to,  że  Carlino  martwi  się  tylko  trzecią  dziewczyną,  najwyższą  i 

najbardziej kobiecą, tą, do której stary Giacomo skierował swoje impertynencje. 

-  Franca,  posłuchaj  mnie  przez  chwilę!  -  wydusił  z  siebie  Carlino,  chwytając  ją  za 

ramię i nie pozwalając jej wsiąść. 

- Zostaw mnie! Nie widzisz, że plamisz mi sukienkę tymi swoimi brudnymi łapskami? 

- odpowiedziała tamta, wyślizgując mu się. 

Samochód odjechał, a Carlino stał i patrzył, jak się oddala. 

 

- Ej tam! Ocknij się! 

Obudził  go  głos  ojca;  odwrócił  się  gwałtownie,  zaciskając  pięści,  ale  stanął  twarz  w 

twarz z matką. 

- Mamo! - powiedział Carlino. - Tym razem zabiję go! 

Matka otarła mu chusteczką pot z czoła.. 

- Ta najstarsza musi mieć dla ciebie specjalną sympatię - szepnęła. 

Carlino najeżył się jęcząc. 

- Od razu to poznałam - szepnęła matka. - On też, widzisz, spostrzegł to. 

background image

Słychać  było,  jak  stary  wydziera  się  jeszcze  w  oborze,  a  wtedy  kobieta  złapała  za 

taczki pełne gnoju. Ale Carlino szybko podskoczył i odsunął ją. 

- Muszę zrobić dyplom! - ryknął, popychając taczki. 

Wieczorem przy stole stary Giacomo z miejsca zaczął: 

- Niech siedzą w swoim domu - wykrzyknął - a nie przyjeżdżają przeszkadzać tym, co 

pracują! 

Carlino wziął głęboki wdech. 

-  Zrobiliście ze  mnie odrażającego typa -  powiedział ponuro ze wzrokiem wbitym w 

obrus.  -  Mogliście  chociaż  nie  obrażać  tej  biednej  dziewczyny.  Co  w  tym  złego,  że  maluje 

sobie paznokcie? 

-  Dla  mnie  nic.  Jak  dla  mnie,  może  sobie  nawet  siedzenie  wymalować.  Póki  ktoś 

siedzi w swoim domu, niech sobie robi, co chce. Kiedy przychodzi do mojego domu, musi mi 

się  podobać,  a  jak  nie,  to  fora  ze  dwora.  Niech  siedzą  u  siebie  ci  głupcy!  Każdy  ma  swój 

świat.  Mnie  by  się  nigdy  nie  śniło, żeby  pójść do domu  mieszczucha  z taczką gnoju. Jak tu 

wchodzą, to niech zostawiają swoje paskudztwa na zewnątrz. To niesłychane! 

- Nie musi się wam podobać! - powiedział agresywnie Carlino. - Wystarczy, że mnie 

się podoba. 

- Kto? Ta nieszczęsna wymalowana kukła, do której się strzela na karuzeli? A więc to 

ona  jest  tym  słynnym  patentem  na  geometrę.  To  nie  jest  towar  dla  ciebie.  Twój  świat  jest 

tutaj. 

Wieśniakiem się urodziłeś i wieśniakiem zdechniesz. 

Carlino nic nie odpowiedział; wpatrywał się wciąż w obrus, ale czuł wlepione w siebie 

oczy matki, zupełnie jakby je widział. 

 

Ostatnie  dwa  lata  były  piekłem.  W  końcu  jednak  Carlino  dostał  swój  dyplom 

geometry. Ale zaraz nagle spadła na niego służba wojskowa i zdawało się, że sam Pan Bóg ją 

zesłał, tak bardzo chłopak pragnął oderwać się na trochę od Campolungo. 

Nie chciał brać przepustek; wiedział, że matka jest zadowolona, kiedy pozostaje z dala 

od Campolungo i to mu wystarczało. Nikt z domu nie pisał do niego. On nigdy nie napisał do 

domu. Kiedy skończył się kurs dla podchorążych, wystąpił z prośbą, by mógł odbyć od razu 

służbę  po  pierwszym  awansie  i  kiedy  wreszcie  z  podchorążego  stał  się  podporucznikiem, 

wrócił do domu. 

Był  w  ciężkiej  artylerii  polowej.  W  tamtych  czasach  oficerowie  nie  byli  ubrani  jak 

pracownicy gazowni,  jak teraz bywa z tymi okryciami z płótna w kolorze rumianku i bluzie 

background image

wepchanej w spodnie. Wtedy oficerowie ubierali się jak na oficerów przystało, a ci z artylerii 

mieli  błękitne  płaszcze,  które  wyglądały  jakby  wyciągnięte  z  najpiękniejszego  rozdziału 

Risorgimenta. 

Carlino w błękitnym płaszczu był imponujący niczym trójdrzwiowa szafa i ludziom ze 

wsi wydawało się, że to przybył Napoleon. 

Kiedy  stara  Dacó  zobaczyła  go  przed  sobą,  wybałuszyła  oczy,  otworzyła  ramiona  i 

wpatrywała się w uniesieniu w swojego Carlina, jakby tu chodziło o Madonnę. 

A  gdy  potem  zobaczyła,  że  ma  do  tego  lśniącą  szablę,  zaczęła  płakać,  bo  nie  mogła 

wytrzymać z tej wielkiej radości. 

Stary  Giacomo,  kiedy  ujrzał  Carlina,  dotknął  palcem  do  ronda  kapelusza.  Brak 

szacunku  dla  syna  nie  pozwolił  mu  przecież  zapomnieć  o  głębokim  szacunku,  jaki  miał  dla 

Armii Królewskiej. 

Ale  nic  nie  powiedział,  a  ponieważ  nie  czuł  się  na  siłach  rozkazać  oficerowi,  żeby 

poszedł  porządzić  się  trochę  w  oborze,  pozostawał  z  dala  od  domu  przez  całe  dziesięć  dni 

przepustki Carlina. 

Kiedy  skończyła  się  służba  pierwszego  stopnia,  Carlino  wrócił  do  Campolungo,  a 

Giacomo, jak zobaczył go po cywilnemu, zaczął starą śpiewkę. 

-  Teraz  już  koniec  z  wykrętami  -  powiedział.  -  Zabieraj  się  do  roboty  i  rób,  co  do 

ciebie należy. 

 

- Teraz, to się przede wszystkim żenię - odpowiedział spokojnie Carlino. 

Stary zmierzył go wzrokiem, jakby miał przed sobą kompletnego wariata. 

- Żenisz się? 

- Tak. I jeżeli nie sprawia wam to przykrości, to żenię się z tą nieszczęsną malowaną 

kukłą ze strzelnicy,  którą wtedy obraziliście.  A nawet jeżeli wam przykro, to, i tak się z nią 

żenię. 

Stary Giacomo Dacó miał koło sześćdziesięciu czterech lat, Carlino dwadzieścia trzy; 

różnica wieku była znaczna, ale upór dokładnie taki sam. 

- Jeżeli masz odwagę popełnić taką głupotę, pójdziesz stąd i nigdy tu nie wrócisz, póki 

ja żyję - powiedział stary. 

- Idę i moja noga nigdy tu nie postanie, póki nie umrzecie - odparł Carlino. 

- Ani nawet jak umrę! - wrzasnął stary. - Wydziedziczam cię! 

- Nie potrzebuję waszych ochłapów, żeby zarobić na życie! 

background image

- odrzekł tamten. - Wy urodziliście się wieśniakiem i takim umrzecie. Ja urodziłem się 

wieśniakiem, ale wieśniakiem nie umrę! 

Carlino skierował się do wyjścia; kiedy doszedł do drzwi kuchennych, odwrócił się: 

- A jeżeli moja matka chce ze mną pójść teraz, jutro, czy kiedykolwiek, to niech tylko 

da znak. Dość się przez was nacierpiała. Stary wariat! 

Matka pokręciła głową. 

- Nie, nie, idź Carlino i niech ci Bóg błogosławi. Mnie tu dobrze. 

Carlino  odszedł  i  stary  Dacó  został  sam  z  żoną.  Nigdy  nie  mówił  o  Carlinie.  Jakby 

tamten nie istniał. I matka też nigdy nie zaczynała tego tematu; trzymała w starej orzechowej 

szafie błękitny płaszcz i lśniącą szablę swojego Carlina i to jej zupełnie wystarczało. 

Co jakiś czas zamykała się  w pokoju, odkurzała  płaszcz,  gładziła go dłonią,  czyściła 

szablę i podziwiała to wszystko niczym najbardziej zadziwiające widowisko świata. 

 

Potem kiedy Carlino przysłał  jej dwie  fotografie, na  jednej on z żoną pod rękę,  a na 

drugiej  dziecko,  radość  matki  nie  miała  granic.  A  kiedy  podziała  gdzieś  obie  fotografie,  to 

wydawało się, że oszaleje i nie wiadomo było, co jej jest, bo nikomu o nich nie powiedziała. 

Kiedy się odnalazły, szepnęła dobremu Bogu: 

- Jezu, dziękuję Ci, że okazałeś mi łaskę. 

Umarła  dziesięć  lat  po  odejściu  Carlina.  Umarła  spokojnie,  z  dwiema  fotografiami 

przyciśniętymi do piersi, tak przyciśniętymi, że je zostawiono i tak ją włożono do trumny. A 

kiedy czuła, że odchodzi, chciała, żeby otworzono drzwi starej orzechowej szafy, która stała 

tam, naprzeciwko łóżka, i aż do końca patrzyła na niebieski płaszcz i lśniącą szablę Carlina. 

Stary po śmierci żony zamknął szafę i ciągnął sam przez następne sześć lat, aż dobił 

do osiemdziesiątki.  W tym  czasie  nikt nigdy  nie  ośmielił  się  mówić o Carlinie.  Tylko  jeden 

raz don Camillo spróbował bardzo delikatnie poruszyć ten temat, ale stary przerwał mu. 

-  Uch!  -  wrzasnął,  jakby  mu  powiedziano  jakieś  okropne  świństwo.  I  splunął  na 

ziemię. 

Umarł  którejś  nocy  w  wieku  osiemdziesięciu  lat.  A  już  o  szóstej  rano  ludzie  z 

Campolungo podnieśli alarm. 

„Jeśli o tej porze nie było słychać jeszcze jego wrzasku, to są dwie możliwości:  albo 

oszalał, albo umarł” - orzekli. 

O  siódmej  weszli  oknem  do  pokoju  starego  i  znaleźli  go  leżącego  na  kapach  łóżka. 

Wyschnięty jak szczapa, ze zwykłym grymasem na twarzy i w zupełnie nowym ubraniu. 

background image

Wszystko  zrobił  sam,  żeby  nikogo  nie  fatygować.  Zrozumiał,  że  nadeszła  pora  i 

znalazł siłę, żeby ubrać się w strój nieboszczyka. 

Ułożył  się  na  łóżku  starej  Dacó.  Ludzie  oniemieli.  Taki  człowiek  wzbudzał  strach 

nawet jako umarły. A stary, wyciągnąwszy się na łóżku, miał jeszcze siłę, żeby położyć sobie 

krucyfiks na piersiach i skrzyżować na nim swoje długie kościste ręce. 

Nie ruszali go. 

Synowie  i  córki  przeszli  przed  nim  nie  płacząc.  Pokręcili  głowami  i  potem  poszli 

sobie,  bo wiedzieli, że za życia zawsze  mu przeszkadzali,  więc nie chcieli  mu tego robić po 

śmierci.  A  zresztą  taka  była  jego  wola:  ”Dopóki  będę  w  swoim  domu,  zostawcie  mnie 

samego.” 

Testament  został  otwarty  od razu,  bo tak  stary  polecił  notariuszowi  i  nie  chodziło  w 

końcu o jakąś powieść. 

„Zostawiam serowarnię z przyległościami mojemu synowi 

Marcowi.  Zostawiam  wytwórnię  konserw  z  przyległościami  mojemu  synowi 

Giorgiowi. Zostawiam dwa młyny z przyległościami mojemu synowi Antoniowi. Zostawiam 

folwark  Campolungo  z  tym  wszystkim,  co  jest  w  środku,  niczego  nie  pomijając,  mojemu 

synowi  Carlowi,  zwanemu  Carlino.  Mój  syn  Carlino  w  ciągu  pięciu  lat  przeleje  w  gotówce 

mojej córce Clementinie i mojej córce 

Marii,  w  równych  częściach,  kwotę  lirów  globalnie...  stanowiących  równowartość 

połowy Campolungo.” 

Mężowie obydwu kobiet zaczęli gderać, ale żony uciszyły ich: 

- Bądźcie cicho, nie dajcie mu satysfakcji! 

Nadszedł wieczór i przy zmarłym czuwał tylko Giusa, dziewięćdziesięcioletni pastuch 

od krów; odchodził koło północy, kiedy zjawił się Carlino, żeby go zastąpić. 

Carlino  miał  trzydzieści  dziewięć  lat  i  zrobił  się  masywny  jak  ojciec  w  swoich 

najlepszych czasach. 

Popatrzył na starego, sztywnego i zimnego, leżącego na łóżku, a w jego oczach kryła 

się  tylko  nienawiść  i  pogarda.  Przez  dłuższy  czas  chodził  tam  i  z  powrotem,  potem  nagle 

zatrzymał się i spojrzał na starego. 

- Wieśniakiem urodziliście się i wieśniakiem umarliście! - zawołał z goryczą Carlino. 

-  Ale  ja  nie  umrę  wieśniakiem.  Dobrze  was  znam  i  ta  sztuczka  się  wam  nie  uda.  Więc 

zachciało  się  wam  satysfakcji!  ”Zostawiam  mojemu  synowi  Carlowi,  z  tym  wszystkim,  co 

jest w środku i z obciążeniem pieniężnym, które musicie spłacić kobietom.” I niby Carlino z 

background image

żądzy posiadania Campolungo rzuci wszystkie swoje interesy i przyjdzie tutaj troszczyć się o 

majątek? 

Nachylił się nad starym i krzyknął: 

-  A  tymczasem  ja  jutro  sprzedaję  Campolungo  z  tym  wszystkim,  co  jest  w  środku, 

płacę  to,  co  muszę,  kobietom  i  resztę  forsy  przepuszczam  w  mieście  za  wasze  zdrowie! 

Sprytni  jesteście,  ale  umknęło  wam  coś  przez  nieuwagę:  nie  ma  klauzuli,  że  jeżeli  zechcę 

sprzedać  Campolungo,  to  utracę  spadek.  Zgodnie  z  testamentem  mam  jedynie  oddać  tyle  a 

tyle lirów kobietom. 

Pochodził trochę tam i z powrotem i znów odwrócił się do starego. 

- A zresztą, co mnie obchodzą wasze pieniądze! - wykrzyknął. 

-  Powiedziałem,  że  pójdę  własną  drogą  i  dałem  sobie  radę!  Tak,  nawet  jeśli  wy  nie 

byliście nigdy łaskawi, żeby zauważyć, że zdobyłem zawód, tak mam zawód! 

Wyciągnął z kieszeni arkusz papieru z nadrukiem firmowym i pokazał staremu. 

- Proszę, tutaj:” Biuro techniczne. Geometra Carlo Dacó. ViaFaina 12. Tel.45 273 i 45 

280  Dwa  telefony,  jedna  sekretarka,  dwóch  pracowników  i  klientela,  nawet  jeśli  o  tym  nie 

chcecie wiedzieć! 

Wyciągnął z kieszeni książeczkę oszczędnościową: 

-  Proszę,  a  to  są  pieniądze,  które  mam  w  banku  i  które  sam  zarobiłem.  A  mury 

mieszkania  i  biura  też  są  moje.  A  na  dole  stoi  samochód.  Gwiżdżę  na  wasze  pieniądze! 

Możecie je sobie zatrzymać.  Zobaczycie, że sprzedam Campolungo, a pieniądze oddam tym 

waszym  nieszczęsnym  synom.  Tak,  oni  to  są  nieszczęśni.  I  wy  to  wiecie  i  dlatego to  swoje 

oczko w głowie, słynne Campolungo, zostawiacie mnie! Mnie, co jak miałem dwanaście lat, 

wymierzyłem do was z dubeltówki... Najedliście się wtedy strachu, co? 

Carlino podszedł do okna, a księżyc oświetlał puste podwórze. 

-  Tak,  nie  musicie  stroić  odważniaka  -  powiedział  odwracając  się  nagle.  -  Mieliście 

wtedy  stracha!  Mojej  matce  zapewniliście  piekło  za  życia.  Do  tego  stopnia  ją 

sterroryzowaliście,  że  bała  się  odejść  ze  mną.  Już  ja  wam  pokażę,  kim  jestem!  Wszystko 

sprzedam!  I  nie  chcę  ani  centyma  z  tych  waszych  przeklętych  pieniędzy!  Do  diabła  z 

Campolungo i tym wszystkim, co jest w środku! 

Odwrócił  się  plecami  do  starego  i  stanął  naprzeciw  orzechowej  szafy.  Otworzył  ją  i 

zobaczył swój niebieski płaszcz i lśniącą szablę. 

 

background image

           -  Wiem  -  powiedział,  zbliżając  się  do  wezgłowia.  -  Wiem,  że  ona  chciała,  żeby  ją 

otworzyć,  żeby  do ostatniej chwili widzieć  mój płaszcz  i  szablę.  Wiem, że umarła tu,  gdzie 

teraz wy leżycie. 

Ale  jeżeli  się  wam  zdaje,  że  mnie  weźmiecie  na  sentymenty,  to  się  mylicie.  Moja 

matka  to  jedno,  a  wy  to  co  innego.  A  Campolungo  symbolizuje  was,  a  nie  moją  matkę. 

Campolungo  oznacza  to  wszystko,  co  było  okropnego  w  życiu  moim  i  mojej  matki.  Niech 

będzie  przeklęta  ta  ziemia  i  niech  będzie  przeklęty  ten  dom!  l  Stary  leżał  nieruchomo  jak 

bryła lodu i płomień świecy też k trwał w bezruchu, jakby zamarzł. 

Carlino podszedł i zamknął gwałtownie szafę. 

-  Tak,  a  potem  ożeniłem  się  z  tą,  którą  obraziliście,  nazywając  nalewaną  kukłą 

odpustową. I jestem z tego bardzo zadowolony. 

[choć was to nigdy nie obchodziło,  mam też syna, bardzo ładnego i bardzo mądrego, 

który  nie  urodził  się  wieśniakiem  i  też  wieśniakiem  nie  umrze.  I  zrobi  karierę,  tak  jak  ja 

zrobiłem! Nigdy nie będzie miał ojca takiego, jak ja miałem. Ojca, który mnie i ciągle poniżał 

wobec wszystkich. Ojca, który zawsze uważał mnie za tępaka i który nie mogąc zrobić mnie 

wieśniakiem za życia, próbuje uczynić to po śmierci... 

W  pokoju  obok  było  biuro  starego.  Maluteńki  pokoik  z  krzesłem  i  wielką  sekreterą. 

Kiedy opuściło się szeroką klapę, służyła jako biurko. Carlino otworzył sekreterę i usiadł. 

Rejestry,  teczki  z  umowami,  pokwitowania;  wszystko  w  niesłychanym  porządku. 

Wszystko niesamowicie  jasne.  Tylko człowiek,  który  ma zamiast serca nakręcany  motorek  i 

któremu brak odrobiny fantazji, może być tak uporządkowany i dokładny. 

Carlino odsunął teczki z niesmakiem. 

Były  jeszcze  duże  koperty  wypchane  papierami,  związane  sznurkiem.  Na  każdej 

kopercie podano zawartość: ”Książki i zeszyty ze szkoły podstawowej syna Carla, od roku... 

do roku...”, 

„Dokumenty ze szkoły zawodowej syna Carla, od roku... do roku...”. 

Carlino rozwiązał sznurek  i rozsypał  zawartość koperty  na  blacie; każda rzecz  miała 

swoje  miejsce  i  adnotację  z  datą  i  kolejnym  numerem.  Brudnopis  z  prośbą  o  przyjęcie, 

pokwitowanie  wpisowego,  kwit  za  bilet  na  kolejkę,  pokwitowania  czesnego.  Każdy  rok 

stanowił  osobny  plik  i  każdy  kończył  się  na  karteczce  zapisanej  ołówkiem,  zawierającej 

końcowe  oceny  spisane  z  list  w  szkole.  Ta  sama  ręka,  która  napisała  nazwy  przedmiotów  i 

stopnie, dopisała potem: ”Przeszedł do następnej klasy”. 

Ostatni  plik  był  najgrubszy,  bo  oprócz  kopii  słynnej  pamiątkowej  reprodukcji  z 

dyplomantami,  jakie  po  egzaminach  można  oglądać  w  niejednej  sklepowej  witrynie  w 

background image

mieście,  był  egzemplarz  gazety,  w  której  zamieszczono  spis  dyplomowanych.  I  nazwisko 

Carlo Dacó było podkreślone na czerwono. 

Trzecia  koperta  z  napisem:  ”Służba  wojskowa  syna  Carla,  podporucznika  Armii 

Królewskiej,  Artyleria,  Specjalność  Ciężka  Polowa”,  była  najcieńsza,  bo  zawierała  tylko 

jeden numer dziennika „Gazetta Emiliana”. Podkreślono w niej następującą notkę: 

„Wczoraj  Ciężka Polowa wyruszyła na manewry”. 

Czwarta  koperta  była  opisana:  ”Działalność  publicystyczna  syna  Carla”.  W  środku 

trzy  egzemplarze  ”Corriere  del  Po”,  w  każdym  został  zakreślony  na  czerwono  artykulik  na 

niecałe pół kolumny. Całkiem świeża sprawa - Carlino miał niewielką polemikę z kimś, przez 

kogo został wciągnięty w pewne projekty dotyczące zagród wiejskich. Nic nadzwyczajnego. 

W  jednym  z  artykulików  Carlina  zostało  podkreślone  na  czerwono  zdanie:  ”Wina 

niepokojów,  jakie dziś  zakłócają życie w  naszych wsiach,  leży przede wszystkim po stronie 

właścicieli ziemskich, którzy zmuszają swoich robotników do zamieszkiwania jakże często w 

nędznych domach”. Ten sam czerwony ołówek dopisał na marginesie: ”Osioł!” 

Ostatnia  koperta  zawierała  dwie  dość  wyblakłe  reprodukcje  fotografii,  które  zgubiła 

któregoś dnia stara Dacó. A napis na kopercie wyjaśniał: ”Fotografie syna Carlo i jego syna 

urodzonego... i ochrzczonego imieniem Giacomo.” 

Carlino skoczył na równe nogi i wpadł do pokoju starego. 

-  Tak!  -  krzyknął,  chwytając  rękami  za  oparcie  łóżka.  -  Giacomo!  Nazywa  się 

Giacomo Dacó, chociaż na zawiadomieniach kazałem wydrukować Mino Dacó. Poszliście do 

urzędu stanu cywilnego, prawda? Żeby mnie jeszcze upokorzyć! Ałe wbijcie sobie do głowy, 

że  to  nie  ja!  To  był  kretyński  pomysł  mojej  żony.  To  ona  bez  mojej  wiedzy  nazwała  go 

Giacomo. Prędzej  nazwałbym go zdrajcą,  niż dał  wasze  imię  mojemu  synowi!  Wy  ją wtedy 

zapytaliście, czy bierze prywatne lekcje u jakiejś wydry, ale za to ona z żądzy pieniędzy dała 

mu wasze imię. Lecz przeze mnie będziecie zdychać z wściekłości oboje, i wy, i ona, bo jutro 

sprzedam  Campolungo  i  rozdam  wszystkie  pieniądze!  Tylko  kobieta  bez  honoru,  po 

usłyszeniu takiej obelgi, może popełnić czyn tak haniebny. 

Carlino  pocił  się  i  głos  mu  ochrypł.  Dyszał  i  wciąż  chodził  tam  i  z  powrotem  po 

pokoju przed łóżkiem starego. 

- To moja sprawa! - wycharczał w pewnej chwili. - To ja się z nią ożeniłem i mnie się 

ma podobać, a nie wam!  A życie,  jakie wiodę, sam sobie wybrałem i musi mi się podobać... 

W Campolungo wy zdychajcie... Ja jutro wszystko sprzedaję razem z tym, co jest w środku... 

Zatrzymajcie sobie swoje pieniądze i swoją ziemię... Ja nie jestem, jak ta biedaczka matka... 

background image

Mam  na dole samochód i za dwadzieścia  minut mogę  być w  mieście...  W  mieście  jest moja 

praca, moja przyszłość, moja rodzina... Tutaj nie mam nic... 

Stary  w  dalszym  ciągu  leżał  nieruchomo,  a  wyraz  jego  twarzy  był  twardy,  prawie 

bezlitosny. 

Carlino zatrzymał się i znów złapał za oparcie łóżka: 

- Nigdy się was  nie bałem za życia, więc tym bardziej nie boję się was po śmierci! - 

wy dyszał. - Idźcie rządzić na cmentarzu! 

Tutaj  ja  rządzę!  Ja  jestem  właścicielem!  Wszystko  sprzedam!  Idę  sobie,  już  dosyć 

nałykałem  się  przez  was  złości.  Jeżeli  nie  wiecie,  jaka  jest  droga  na  cmentarz,  to  ją  wam 

pokażę! 

Wyszedł z pokoju, kiedy świtało. 

Robotnicy  pracowali  już  przy  krowach.  Carlino  zdjął  marynarkę  i  złapawszy  widły, 

wszedł  do  obory.  Chwilę  potem  wyszedł,  pchając  duże  taczki  pełne  świeżego,  parującego 

gnoju. 

Przechodząc  obok  samochodu,  przypomniał  sobie,  co  powiedział  stary:  ”Pan  Carlo 

Dacó jest tam, robi prawo jazdy na «balilli»„. 

„Pokażę  ci  ja  kanastę  i  herbatkę  o  piątej”  -  rzekł  w  duchu,  myśląc  o  dziewczynie  z 

malowanymi  ustami  jak  u  kukły  z  odpustu.  ”Przyjedź  tutaj,  do  Campolungo,  to  sama 

zobaczysz!” 

Kiedy zwalił gnój na kupę, nie wrócił do obory; zostawił taczki i poszedł prosto aż do 

rzeki. Usiadł na kamieniu nad brzegiem. 

I  myśląc  o  starym,  leżącym  na  łóżku  w  wielkim  pokoju,  cichym  i  pustym,  po  raz 

pierwszy w życiu poczuł litość dla ojca i w sercu poczuł lekki, świdrujący niepokój. 

A na posłuszne wargi spłynęły mu słowa modlitwy: ”Panie, pomóż mi i spraw, aby ten 

niepokój nigdy mnie nie opuścił i szedł za mną przez całe życie. Spraw, abym cierpiał, tak jak 

on musiał cierpieć i nikt o tym nie wiedział”. 

Słowa spadły do wody, która zabrała je daleko, ale Bóg je odnotował. I Campolungo 

zostało uratowane z tym wszystkim, co było w środku: z niebieskim płaszczem, z kopertami, 

w których leżały dokumenty syna Carla, i ze straconym życiem mężczyzny, który tak bardzo 

kochał jednego ze swoich synów, że zapomniał o pozostałych i znienawidził samego siebie. 

 

Operacja”Pies55” 

Od  jakiegoś  czasu  Piór  zszedł  na  złą  drogę  i  nie  raz  don  CamUlo  musiał  go  srogo 

karać i brać na łańcuch na wiele tygodni. 

background image

Ale  Piór,  kiedy  wydawało  się,  że  już  ozdrowiał,  kierował  się  do  drzwi  i  oddawał 

próżniaczemu życiu, pozostając poza domem nawet dwa, trzy kolejne dni. 

- Mimo że okres polowań się zakończył - starał się wytłumaczyć mu don Camillo - nie 

zwalnia  cię  to  z  twoich  normalnych  obowiązków  dobrze  wychowanego  psa.  Ty  nie  jesteś 

bezpański  i  bez  zajęcia,  ty  jesteś  rasowym,  szlachetnym  psem  i  musisz  zachowywać  się 

godnie  w  każdym  momencie.  Chcesz  się  gdzieś  przelecieć?  Proszę  bardzo,  ale  wieczorem 

masz być z powrotem. 

Piękne  przemowy  słuchane  przez  Piorą  z  ogromną  skruchą,  jakby  rozumiał  z  nich 

słowo po słowie, nie przynosiły niestety żadnego efektu. 

I widząc, że Piór, zamiast się poprawiać, robi się coraz gorszy, don Camillo kipiał ze 

złości, bo bardzo mu na tym psie zależało i wolałby, żeby mu ukradziono motorower, niż by 

miał stracić 

Jego- 

 

A jakie znaczenie ma motorower dla biednego księdza z Niziny, to nie ma co mówić. 

Przewrotny los chciał jednak, by don Camillo zamiast motoroweru stracił psa. 

Piór  zniknął z domu w  sobotę rano; uciekł podstępnie,  kiedy don  Camillo odprawiał 

poranną mszę. 

Przez pierwsze dwa dni don Camillo martwił się umiarkowanie, ale z upływem czasu 

wzrastał w nim niepokój. Zaczął więc w okolicy rozpytywać o Piorą. 

Nikt  w  miasteczku  nie  widział  Piorą,  więc  don  Camillo  poszerzył  krąg  śledztwa  i 

przeszedł po kolei po wszystkich zagrodach w okolicy. 

To tak jakby szukać igły w stogu siana. 

Pierwszą myślą don Camilla było spytać Peppona, bo w końcu 

Peppone, obok don Camilla, był jedyną osobą, która cieszyła się poważaniem u Piorą. 

I  to  do  tego  stopnia,  że  Peppone  przyznał  kiedyś  otwarcie:”Polityka  nas  dzieli,  wielebny 

księże, a Piór łączy. Ale mimo to, w dniu odwetu proletariatu nie schowacie się za niego, by 

umknąć słusznej kary!” 

Don Camillo chciał pomówić z Pepponem o zniknięciu Piorą, ale od kilku miesięcy w 

miasteczku sytuacja polityczna była ponad miarę ciężka i łatwo przewidzieć, że każda próba 

nawiązania  kontaktu  don  Camilla  z  szefem  czerwonych  skończyłaby  się  istnym  trzęsieniem 

ziemi. 

W  każdym  razie  don  Camillo  po  daremnym  stukaniu  do  wszystkich  drzwi  musiał 

również zastukać do Peppona. Jednak nie zrobił tego osobiście, tylko napisał: 

background image

Szanowny panie Giuseppe Bottazzi, dwa tygodnie temu mój pies 

Piór  zniknął  z  domu.  Gdyby  był  Pan  w  stanie  dostarczyć  mi  jakaś  informację 

ułatwiającą  znalezienie  psa,  byłbym  Panu  wielce  zobowiązany  za  uprzejmą  wzmiankę  na 

odnośny temat. Z poważaniem. 

Odpowiedź nadeszła zwykłym listem. 

Szanowny mości księże, jeżeli pański mości pies uciekł od księdza, to znaczy, że i on 

zrozumiał, kim ksiądz jest. Z poważaniem. 

Don  Camillo  nie  zaprzestał  swoich  poszukiwań  i  po  upływie  miesiąca,  kiedy  nie 

wiedział,  w  którą  stronę  ma  się  obrócić,  kazał  wydrukować  Barchiniemu  pięćdziesiąt 

egzemplarzy ogłoszenia i rozwiesić je w miasteczku i po okolicznych osadach: Odpowiednia 

nagroda dla tego, kto udzieli informacji na temat myśliwskiego psa... 

Minęły  trzy  dni,  ale  nikt  się  nie  pojawił;  wreszcie  przyszedł  jakiś  dziwny  list,  bez 

podpisu, drukowanymi literami: 

Proszę  księdza,  jeśli  chce  ksiądz  znaleźć  swojego  psa,  bez  słusznej  nagrody,  niech 

ksiądz idzie w chaszcze Pragrande i poszuka koło śluzy. 

Don  Camillo  nie  zastanawiał  się  nad  tym  ani  minuty  i  pognał  ścieżką  przez  pola  w 

stronę akacjowego lasku Pragrande. 

Nie  naszukał się wiele;  obok śluzy zobaczył wbity  w ziemię palik.  A  na  jego końcu 

przywiązano kawałkiem drutu obrożę psa i kartonik. 

Obroża należała do Piorą, a na kartoniku napisano drukowanymi literami: 

Tutaj  spoczywa  jeden  z  psów  z  plebanii.  Zginął  pod  ciężarówką,  a  szkoda,  bo  był 

mniejszym psem niż ten drugi. 

Don  Camillo  rozgrzebał  ziemię  palikiem,  a  kiedy  zrobił  dziurę  na  piędź,  szybko  ją 

zasypał i uciekł. 

Po  przyjściu  na  plebanię  zamknął  się  w  swoim  pokoju,  bo  musiał  w  samotności 

przetrawić żal i oburzenie, od których aż mu się flaki przewracały. 

„Został zabity przez ciężarówkę... Szkoda, bo był mniejszym psem niż ten drugi...” 

Don  Camillo  obracał  w  rękach  obrożę  Piorą,  powtarzając  w  duchu:”Zabili  mi  go... 

Zamordowali...” 

 

Nie  miał  cienia  wątpliwości;  ktoś  zabił  Piorą,  żeby  zrobić  jak  największą  przykrość 

proboszczowi. 

Ale kto mógł być tym niegodziwcem? 

background image

Choć wściekłość mąciła mu umysł, nie miał odwagi pomyśleć o kimś ze znanych osób 

jako o zbrodniarzu. 

To nie mógł być nikt z miasteczka; gdyby jeszcze chodziło o chrześcijanina, to wtedy 

tak, ale chodziło o Piorą. A w miasteczku nie było żadnego takiego łotra, który zabiłby psa po 

to, by zemścić się na jego panu. 

Minął ponury dzień, a wieczorem don Camillo był tak wykończony, jakby rozładował 

cały transatlantyk. 

Nie  miał  nawet  siły  mówić  i  kiedy  poszedł  do  kościoła,  żeby  pozamykać  i  zastał 

czekającą nań starą Forini, o mało nie przyszła mu ochota, żeby ją niegrzecznie potraktować. 

- Proszę księdza - odezwała się do niego tajemniczo stara 

Forini - muszę księdzu coś wyjawić w wielkim sekrecie. 

- O co chodzi? - spytał nieuprzejmie don Camillo. 

- Czytałam ogłoszenie o psie... 

- No i co? - wykrzyknął don Camillo, jakby się ocknął. 

-  Niepotrzebnie  ksiądz  proponuje  nagrodę.  Jest  ktoś,  kto  dobrze  wie,  gdzie  pies 

skończył, ale z pewnością nie powie. 

- A wy, dlaczego nie powiecie? - wysapał don Camillo. 

- Może mi nie ufacie? 

- Proszę księdza, ja księdzu ufam, ale nie chcę mieć kłopotów z pewnymi ludźmi. 

- Jakimi ludźmi? 

Stara westchnęła, kiwając głową: 

-  Tymi  samymi,  co  zawsze,  proszę  księdza.  Pies  zniknął  w  sobotę  dwudziestego 

czwartego zeszłego miesiąca? 

Don Camillo szybko policzył. 

- Tak. 

- A więc w sobotę dwudziestego czwartego widziałam psa z jednym z nich. 

Don  Camillo  nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać.  Ostrożność  starej  przyprawiała  go  o 

szaleństwo. Z drugiej strony trzeba się było oprzeć chęci złapania jej za szyję i wyduszenia z 

niej wszystkiego. 

 

- Powiedzcie, powiedzcie, Desolino. Przecież dobrze mnie znacie. 

- Tak, ale tamtych też znam... To nie pierwszy raz, jak księdza pies chodził z tą hołotą. 

Najpierw  tylko  chodził  z  szefem;  zawsze  mu  się  plątał  pod  nogami  w  warsztacie.  Potem 

background image

zawiązała  się  przyjaźń  z  prawą  ręką  szefa.  Wyznam  księdzu,  że  dziwiłam  się,  widząc 

księżowskiego psa z pewnymi ludźmi. 

Don Camillo zaprotestował: 

- Zwabili go. A zresztą, co chcecie, co on wie o polityce? 

-  Rozumiem,  proszę  księdza.  Ale  ja  od  razu  poczułam,  że  nie  może  się  to  dobrze 

skończyć. Ci, co idą razem z czerwonymi, wszyscy źle kończą. 

Don Camillo wypytywał ostrożnie: 

- Desolino, kiedy mówicie”prawa ręka szefa”, to macie na myśli Chudego? 

Stara rozejrzała się wokół bojaźliwie. 

- Tak - przyznała niechętnie. - Bardzo się z nim zaprzyjaźnił. 

I  nieraz  widziałam,  jak  odjeżdżał  razem  z  nim  ciężarówką  Peppona...  W  sobotę 

dwudziestego  czwartego  pies  wyjechał  ciężarówką  razem  z  Chudym.  A  wieczorem,  kiedy 

Chudy wrócił, psa już nie było. 

Don Camillo wiedział aż za dużo. Uspokoił starą, a sam poszedł do łóżka przeżuwać 

wściekłość. 

Oczywiście  spał  niewiele  i  wstał  o  świcie.  Po  odprawieniu  mszy  ruszył  wprost  do 

warsztatu Peppona. 

Wszystko wyglądało na ukartowane, bo w warsztacie razem z Pepponem był również 

Chudy. 

Peppone  nie  spodziewał  się  ujrzeć  przed  sobą  don  Camilla  o  tej  porze  i  z  takim 

wyrazem twarzy. 

- Źle ksiądz spał? - spytał. 

- Tak. Ale zawsze lepiej niż ktoś, kto ma sumienie zaświnione jak gnój. 

- Na ten przykład, kto? - spytał groźnie Peppone. 

- Na przykład ten, kto chcąc zrobić mi na złość, zabił Piorą. 

Peppone pokręcił głową. 

- Na mózg się rzuciło z tym psem, biedaczkowi - mruknął. 

 

- A niech sobie gada. Teraz mu się przyśniło, ze mu zabili psa i przychodzi opowiadać 

to nam, zamiast tej, co obstawia numery w totolotku. 

-  Nic  mi się  nie przyśniło -  odparł don  Camillo,  wyciągając z kieszeni obrożę Piorą, 

list i kartonik. - Znalazłem go zabitego w chaszczach i to też tam było. 

Peppone przeczytał list i kartonik. 

background image

-  Przykro  mi.  W  każdym  razie  pomylił  ksiądz  adres.  Tutaj  są  jedynie  ludzie,  którzy 

chętnie by księdza ukatrupili, żeby psu zrobić przyjemność, a nie ludzie, którzy zabiliby psa, 

żeby zrobić księdzu na złość. 

-  Nie  pomyliłem  adresu  -  wyjaśnił  don  Camillo.  -  Ponieważ  szukałem  tego,  kto  w 

sobotę  dwudziestego  czwartego  zeszłego  miesiąca  wyjechał  ciężarówką  będącą  własnością 

niejakiego Giuseppe Bottazziego. Tego, kto odjechał razem z moim psem, a wrócił sam. 

Peppone postąpił krok naprzód. 

- Proszę księdza - wrzasnął - mówię, że pomylił ksiądz adres! 

-  Ale  nie  pomyli  go  sierżant  karabinierów,  kiedy  za  dziesięć  minut  złożę  u  niego 

doniesienie razem z listą świadków. 

-  Ja się  nie  boję ani księdza,  ani sierżanta.  Jeżeli  zabito księdzu psa,  to nic  na to nie 

poradzimy. Winy kleru na żołdzie Ameryki spadają na głowy niewinnych psów! 

-  Będziemy  się  jeszcze  śmiali!  -  zawołał  don  Camillo,  idąc  w  stronę  drzwi.  -  Za 

dziesięć minut wybuchnie bomba H i zacznie się przedstawienie. 

Chudy zrobił się blady jak dama kameliowa. Uczepił się Peppona i dyszał: 

- Szefie, zatrzymaj go! Szefie, nie pozwól mu iść! 

Peppone spojrzał na niego przerażony i potrząsnął nim energicznie. 

- Co ci jest, piekielniku? 

Don Camillo zdążył się zatrzymać i zawrócić. 

- Daremnie odstawiasz komedię! - krzyknął do Chudego. 

- Narobię wstydu tobie i całej waszej przeklętej bandzie kryminalistów. 

 

-  Proszę  księdza  -  wykrzyknął  ze  strachem  Chudy  -  ja  nie  zabiłem  psa.  Przysięgam 

księdzu. 

- Ach, wspaniale! No to przysięgnij, że to nie ty napisałeś ten list i bilecik! A jeszcze, 

jak  już przy tym  jesteśmy, przysięgnij,  że  w sobotę dwudziestego czwartego nie wyjechałeś 

razem z Piórem. 

- Ja nic nie przysięgam - odparł Chudy. - Przysięgam, że nie zabiłem Piorą. 

- A ten pies pochowany w zaroślach, to co za jeden? 

-  Nie wiem -  powiedział  Chudy. -  Znalazłem go tydzień temu  na drodze,  zdechłego, 

więc go tam pogrzebałem. Był bardzo podobny do Piorą. Potem napisałem do księdza, żeby 

już skończył ksiądz to biadolenie po zniknięciu psa. 

Peppone  złapał  Chudego  za  klapy  marynarki  i  potrząsał  nim,  jakby  chciał  mu 

przemieszać flaki z mózgiem. 

background image

- Tłumacz się, łobuzie, albo zabiję jak psa! 

Don Camillo zaśmiał się: 

- A więc wszyscy macie na pieńku z psami. To chyba jakieś nowe wytyczne partii. 

- Tłumacz się! - powtórzył Peppone. - Chcę wiedzieć wszystko. 

Kiedy Chudy zaczął znów normalnie oddychać, wyznał wszystko. 

- Ja z Piórem bardzośmy się zaprzyjaźnili - powiedział. - To porządny pies. Nawet nie 

wygląda na księżowskiego. 

Don Camillo złapał za młot. 

- Niech się ksiądz uspokoi - upomniał go Peppone. - Nie można zastraszać świadków. 

Dalej. 

- Byliśmy wielkimi przyjaciółmi - mówił dalej Chudy. 

-  w  każdą  sobotę,  kiedy  jeździłem  ciężarówką  załatwiać  sprawy  na  targu,  jeździł  ze 

mną.  Pewnego  razu  byliśmy  w  gospodzie  w  Peschetto,  żeby  coś  przekąsić,  i  tam  jakiś  typ 

zapytał mnie, czy nie sprzedałbym tego psa. Powiedziałem, że to nie mój, że znalazłem go na 

drodze.  A  tamten  na  to,  że  i  tak  go  kupuje,  i  to  od  razu.  Wsadził  mi  w  rękę  tysiąclirowy 

banknot,  zostawiłem  mu  psa  i  poszedłem.  Załadowałem  całą  furę  towaru.  Ale  kiedy 

znalazłem się trzy kilometry od miasteczka, pojąłem, że popełniłem straszną 

 głupotę  i  zatrzymałem  samochód,  żeby  wrócić  i  zabrać  Piorą  z  powrotem.  Właśnie 

wykręcałem,  kiedy  nadleciał  Piór  i  wskoczył  do  ciężarówki.  Wysiedliśmy  przy  pierwszej 

gospodzie i przepiliśmy tysiąc lirów. 

Don Camillo spojrzał na niego z odrazą. 

- Łajdaku, nawet pić go nauczyłeś? 

- Nie, powiedziałem, że przepiliśmy tysiąc lirów w tym sensie, że ja się napiłem wina, 

a on zjadł cały talerz mięsa, jakiego z pewnością nigdy nie jadał, jak był z klerem. 

- Zostaw kler w spokoju i mów dalej! - krzyknął don Camillo. 

- Nie ma dalej co mówić - tłumaczył Chudy. - Następnej soboty pomyślałem, żeby to 

powtórzyć.  Więc  jak  już  przyjechałem  do  Fornella,  to  zanim  poszedłem  zjeść,  zdjąłem 

Piórowi  obrożę,  wysmarowałem  mu  sierść  błotem  i  powiodłem  ze  sobą  uwiązanego  na 

kawałku sznurka. Rozumie się, że zrobiłem węzeł klerykalny, taki naprędce, i wytłumaczyłem 

Piórowi,  jak  się  ma  z  niego  uwolnić.  Lekkie  uderzenie  i  węzeł  rozwiązany.  Potem  kazałem 

sobie wskazać traktiemię, do której uczęszczają zazwyczaj myśliwi i poszedłem tam. Od razu 

znalazłem jakiegoś gościa, co kupił ode mnie psa za dwa tysiące. I tak dalej. 

- Jak to, i tak dalej”? - spytał don Camillo. 

background image

-  I  tak  dalej  w  tym  sensie,  że  ja  poszedłem  sobie,  a  dwa  kilometry  za  miasteczkiem 

czekałem, aż Piór wróci. I wrócił, a na pierwszym postoju odpowiedni napitek i przekąska. W 

sumie zorganizowaliśmy wspaniałą trasę objazdową, ja go sprzedawałem, on uciekał, a potem 

dzieliliśmy się zyskiem. 

- I on na to przystawał? - spytał oburzony don Camillo. 

-  Jasne,  że  przystawał!  Nie  jest  przecież  zaprzedany  Ameryce  tak  jak  ksiądz!  On 

rozumie sytuację społeczną i konieczność współpracy z klasami mniej majętnymi. 

Don Camillo złapał znowu za młot. 

- Streszczaj się! Gdzie skończył Piór? 

-  Piór  skończył  w  Castelmonti.  Sprzedałem  go  jakiemuś  typowi  za  trzy  tysiące  i  już 

nie wrócił. Widać nie udało mu się uciec. 

Ot,  i  cała  historia.  Ja  go  nie  zabiłem.  Nabujałem,  że  zdechł,  żeby  ksiądz  wreszcie 

siedział cicho. 

 

- Dobrze - zawołał don Camillo. - Sprzeniewierzenie, notoryczne oszustwo, potwarz. 

Don  Camillo  pomachał  groźnie  znanym  kartonikiem  i  Peppone  uznał,  że  należy  się 

wtrącić: 

- Powiedzieć, że mniejszym psem z was dwóch jest Piór, to nie potwarz. To czysta  i 

zwykła prawda. 

- Posłuchamy na ten temat opinii sądu - stwierdził kategorycznie don Camillo. - Tego 

na pewno nie puszczę wam płazem. 

Peppone pokręcił głową. 

-  Polityka  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Jeśli  Chudy  popełnił  głupotę,  to  na  własny 

rachunek.  I  przy  udziale  księżowskiego  psa,  bo  jest  ewidentne,  że  rozumieli  się  doskonale. 

Tak więc działanie księdza jest nie przeciwko nam, ale przeciwko prywatnemu obywatelowi. 

Chcecie go wsadzić do więzienia? Niech ksiądz siada. 

Don Camillo walnął młotem w kowadło. 

- Nie chcę nikogo wsadzać do więzienia. Chcę z powrotem mojego psa! Nie wiem, kto 

jest  bardziej  winny,  niegodziwiec,  który  sprzedaje  cudzego  psa,  czy  łajdak,  który  oszukuje 

bliźniego, kupując za trzy tysiące psa wartego co najmniej sto tysięcy. Ale pies jest mój i chcę 

go z powrotem. 

Peppone zdjął z gwoździa marynarkę i włożył ją na siebie. 

- Zamknijcie swoją świętą gębę. Będziecie mieli psa. 

Wyszedł, a za nim Chudy, i wsiedli obaj do ciężarówki. 

background image

- Ja też jadę - zawołał don Camillo. 

Chudy siadł za kierownicą. 

- Do Castelmonti - rozkazał Peppone. - Znajdziemy traktiernię, dowiemy się, kto kupił 

psa i odzyskamy go. Za każdą cenę. 

Ciężarówka  ruszyła  i  popłynęła  po  zakurzonych  drogach  Niziny  prosto  w  stronę 

odległych wzgórz. 

Ale wiele się nie nażeglowała, bo po piętnastu kilometrach 

Chudy przydepnął nagle hamulec i zatrzymał samochód. 

- Co się dzieje? - wrzasnął wściekły Peppone. 

Chudy otworzył drzwiczki i do kabiny wskoczył pies. 

To był Piór. 

Nikt nic nie powiedział. Chudy zawrócił i ruszył w powrotną drogę. 

 

Po dwóch kilometrach ciszę przerwał ponury skowyt Piorą. 

Więc Chudy zatrzymał ciężarówkę. 

- No i co? - spytał rozgniewany don Camillo. 

-  Umowa  jest  taka,  że  przy  pierwszej  gospodzie  staje  się  na  przekąskę  -  tłumaczył 

Chudy. - Jestem mu winien jego część za ostani raz. 

Wysiadł, a za nim Piór. Weszli do gospody, przed którą zatrzymał się samochód. 

Wysiadł również Peppone. 

Don Camillo został. 

Było  gorąco,  jakby  to  było  lato  i  don  Camillo  ociekał  potem  w  rozpalonej  blaszanej 

szoferce. 

Więc i on wysiadł, i wszedł do gospody, żeby napić się szklaneczkę wody. 

- Proszę bardzo, proszę księdza - powiedział karczmarz, mijając go z olbrzymią wazą 

pełną spaghetti. - Księdza przyjaciele czekają w małej salce. 

Salka  była  chłodna,  zacieniona,  cicha  i  dyskretna.  Spaghetti  wydzielało  z  siebie 

oszałamiającą woń. 

Don Camillo usiadł przed swoim wielkim talerzem spaghetti. 

A  wtedy  Piór,  który  do  tej  pory  zachowywał  ogromną  powściągliwość,  zaczął 

hałaśliwie witać don Camilla. 

Ale don Camillo nie dał się złamać. 

- Jem - wyjaśnił - ale jest jasne, że zapłacę za to, co zjem. 

Chleb z oszustwa i matactwa nie jest na moje zęby. 

background image

- Ani na moje - dodał Peppone. - Tak więc to jasne, że każdy płaci to, co się za niego 

należy. Chudy płaci za siebie i za Piorą... 

- A ja płacę za siebie i za ciebie, bo my z Chudym podobnie; każdy płaci za swojego 

zwierzaka - powiedział pospiesznie don 

Camillo. 

I  zaczął  jeść  zadowolony,  bo  za  taki  dowcip  warto  było  zapłacić,  nawet  gdyby  na 

obiedzie miał być cały pułk. 

Wyborcze papierzyska 

Tej soboty wszyscy ludzie, którzy pojechali na targ do miasta, wrócili do miasteczka i 

oczy im o mało nie powychodziły z orbit. 

I  wieczorem  też,  w  kafejkach  i  gospodach,  w  grupkach  stojących  w  podcieniach  nie 

mówiło  się  o  niczym  innym,  bo  w  końcu  tym  razem  było  to  zbyt  wielkie  świństwo.  Nawet 

więcej, to bardziej łajdactwo niż świństwo. 

Dwa nowiuteńkie duże gmachy przy głównym placu zostały zapaskudzone od samego 

dołu propagandowymi plakatami wyborczymi. 

„Zapaskudzone  od  góry  do  dołu”  -  dokładniej  mówiąc,  znaczyło  to,  że  dwie 

majestatyczne budowle zostały zaklejone drukowanymi papierzyskami, począwszy od cokołu 

aż po strych z wyłączeniem drzwi i okien. 

Perfekcyjna  robota  tapeciarska,  wykonana  bez  oszczędzania  materiału,  przy  użyciu 

najbardziej mocnego kleju. Tego przeklętego kleju, który trzyma tak, że przy zrywaniu papier 

odchodzi z tynkiem, a przynajmniej zostawia na tynku i cegłach widoczne ślady. 

Ślady nie do usunięcia, nawet po przejechaniu pędzlem. 

 

Dwa  nowiuteńkie  gmachy,  jeden  dopiero  co  wykończony,  doprowadzone  do  stanu 

budzącego litość. 

Ludzie  długo  dyskutowali  i  mówili  rzeczy,  które  każdy  normalny  człowiek 

powiedziałby w podobnych okolicznościach. Ale wszystko kończyło się na ogólnikach, póki 

ktoś nie wyskoczył z konkretnym stwierdzeniem: 

-  Gdzie  indziej  niech  sobie  robią,  co  chcą,  ale  dlaczego  my  tutaj  nie  zbierzemy  się, 

żeby zapobiec takiemu świństwu? 

Ktoś  inny  zauważył,  że  coś  podobnego  udało  się  przeprowadzić  w  kilku 

miejscowościach nadmorskich podczas poprzednich wyborów. 

- My nie jesteśmy nad brzegiem morza, tylko nad brzegiem 

background image

Padu.  Ale  olej,  który  ludzie  mają  albo  go  nie  mają  w  mózgownicach,  nie  zależy  od 

faktu zamieszkiwania w pobliżu wody słonej czy słodkiej. Spróbujmy więc pomyśleć. Niech 

ktoś coś wymyśli. 

Wreszcie  znalazł  się  ktoś,  kto  się  tym  zajął  i  w  kilka  dni  później  przedstawiciele 

rywalizujących partii zebrali się i przedstawili wniosek: ograniczyć do niezbędnego minimum 

plakatową  propagandę  tak,  aby  nie  zamienić  miasteczka  w  górę  śmieci  i  ustrzec  się  od 

wyrzucania pieniędzy w błoto. 

-  Skoro  wszyscy  na  to  przystają  -  zakończył  Spiletti,  przedstawiciel  klerykałów  -  to 

tyle samo warte jest rozlepienie po tysiącu plakatów na głowę co jednego jedynego. 

-  Zgoda  -  odrzekł  Peppone.  -  Ale  wszyscy  muszą  na  to  przystać.  Nikt  nie  może 

oszukiwać. 

- To proste - dodał ktoś inny - wybierze się akceptowaną przez wszystkich apolityczną 

komisję rewizyjną, ostempluje taką samą ilość plakatów dla każdej partii. Plakaty bez stempli 

nie będą mogły być rozklejane. Kontrola jest łatwa. 

-  Nie  -  stwierdził  Peppone.  -  Ja  nie  chcę  w  domu  szpiegów,  którzy  doniosą  moim 

przeciwnikom, jakie będą nasze plakaty i co na nich będzie. 

-  Słusznie  -  wykrzyknął  Spiletti.  -  Komisja  ostempluje  w  rogach  ustaloną  liczbę 

białych  arkuszy  i  każdy  nadrukuje  sobie  potem,  co  będzie  chciał.  W  takim  przypadku  nie 

potrzebna będzie nawet komisja. Sami damy sobie radę. Ustalimy przydział plaka- 

 tów  dla  każdej  partii,  postemplujemy  arkusze  specjalną  pieczęcią,  która  później 

zostanie  złożona  u  notariusza.  Każdy  zabierze  sobie  swój  przydział  i  zrobi  z  nim,  co  tylko 

zechce.  Będzie  mógł  rozwiesić  swoje  plakaty  wszystkie  jednego  dnia  albo  każdego  dnia  po 

trochu.  A  ponieważ  plakatów  będzie  mało,  to  łatwo  da  się  je  skontrolować,  bo  komisja,  w 

której zasiądzie po jednym przedstawicielu z każdej partii, codziennie zrobi obchód i zedrze 

każdy plakat bez  legalnego stempla.  To tak,  jakbyśmy rozdali drobniakami po tysiącu  lirów 

na głowę; każdy wyda je, jak chce i kiedy chce, a fałszywe liry zostaną wyeliminowane. 

Dyskutowano nad szczegółami, aż w końcu Peppone powiedział: 

- Jeszcze to przemyślimy. 

- Niech pan zwróci uwagę na to, że może się pan zastanawiać jedynie jako przywódca 

komunistów, bo jako wójt to musi się pan z nami absolutnie zgadzać, jako że wyrażamy wolę 

ogółu obywateli - zauważył Spiletti, który miał wnikliwy umysł. 

Następnego  dnia,  korzystając  z  faktu,  że  umowa  dotycząca  racjonowania  plakatów 

wyborczych jeszcze nie weszła w życie, klerykałowie i partie stowarzyszone zakomunikowali 

obywatelom,  że  właśnie  wysunęli  taką  propozycję  i  jeżeli  dojdzie  do  pożałowania  godnego 

background image

rozwoju  wypadków,  to  odpowiedzialność  za  to  spadnie  wyłącznie  na  wójta,  który  będzie 

wtedy podwójnie winien, jako szef komunistów i jako wójt. 

I Peppone musiał przystać do gry. 

Umowa  wymagała  czasu  i  konsultacji,  ale  w  końcu  każda  partia  otrzymała  swój 

przydział postemplowanych arkuszy, a pieczęć została uroczyście złożona u notariusza. 

Kiedy pojawiły się pierwsze plakaty,  komisja kontrolna zrobiła obchód  i stwierdziła, 

że wszystko jest w najlepszym porządku. 

Podobnie  było  w  dniach  następnych  i  rzeczywiście  wypadało  to  bardzo  dobrze,  bo 

każda z partii zanim zużyła arkusz papieru, zastanawiała się nad nim dziesięć razy i wszyscy 

starali się mieć je w zapasie, żeby potem móc legalną drogą odpowiadać na każdy celny strzał 

przeciwników. 

Ludzie z miasteczka byli ogromnie zadowoleni. Kiedy potem 

 w najważniejszym dzienniku o zasięgu ogólnokrajowym pojawił się artykulik,  który 

mówił o całej sprawie, a kończył się słowami: 

„Niechby  niebiosa  sprawiły,  żeby  w  każdej  gminie  był  taki  rozsądny  wójt!”,  ludzie 

pękali z zadowolenia, a Peppone czuł, że rozpiera go usprawiedliwiona duma. 

Ale taki już był los, że ktoś musiał wlać gorycz w jego serce. 

I nietrudno się domyślić, o kogo chodziło. 

Peppone wytrzymywał, póki mógł, w końcu wrzucił bieg i ruszył na plebanię. 

- Proszę księdza - powiedział, jak tylko znalazł się przed don 

Camillem.  -  Ostrzegam,  że  tydzień  temu  pewien  ksiądz  został  skazany  przez  sąd  za 

nakłaniactwo. 

-  Nie  dziwię  się  -  odpowiedział  spokojnie  don  Camillo.  -  Dobry  kapłan  nie  może 

nigdy wobec nikogo stosować”nakłaniactwa”. 

Peppone spojrzał na niego krzywo. 

- Przeksie - wykrzyknął -  nawet jeśli się źle wyraziłem, to i tak ksiądz dobrze wie, o 

co chodzi. 

- Przeksie! - zdumiał się don Camillo. 

-  Skrótowiec  mniejszościowy -  tłumaczył Peppone,  który  jak  już  zgubił  wątek, to na 

nic nie zważał, nawet na słownik. 

-  Rozumiem.  Ale  musisz  mi  powiedzieć,  o  co  masz  do  mnie  żal.  Co  ci  zrobił  ten 

biedny proboszcz? 

background image

-  Ten  biedny  proboszcz  zrobił  mi  to,  że  zamiast być  proboszczem,  to  nim  nie  jest.  I 

jeżeli z tym nie skończy, złoży się na niego doniesienie za nadużywanie urzędu kapłańskiego. 

W kościele powinien się ksiądz ograniczyć do robienia propagandy Panu Bogu. 

Propaganda polityczna nie leży w księdza kompetencjach. Jeżeli ją ksiądz uprawia, to 

postępuje wbrew prawu. 

Don Camillo rozłożył ręce. 

- Nie wiem, gdzie pan zmierza, panie wójcie. 

-  Właśnie  tam,  gdzie  dotarłem,  mości  księże.  Ksiądz  krępuje  wolność  oddawania 

głosu. Jeżeli nieszczęśnik, który idzie do kościoła, słyszy od proboszcza, że jak zagłosuje na 

komunistów,  pójdzie  do  piekła,  to  tenże  nieszczęśnik  nie  jest  już  wolny  w  głosowaniu  na 

kogo chce. 

 

Don Camillo uśmiechnął się. 

-  Zdaję  sobie  sprawę  z  pańskiego  niepokoju,  panie  wójcie.  Ale  takich  tam  nie  ma; 

przecież ci,  co chodzą do kościoła,  nie są  nieszczęśnikami.  Są  nimi tylko ci, którzy tam  nie 

przychodzą. 

Peppone wrzucił już czwarty bieg. 

-  Ksiądz,  grożąc przyszłą karą temu,  kto będzie  głosował  na pewną partię,  dokonuje 

wymuszenia, czyli popełnia nieuczciwość. 

Don Camillo pokręcił głową. 

- Nie, byłbym nieuczciwy, gdybym wiedząc, że popełnia ciężki grzech ten, kto głosuje 

na pewną partię, nie wytłumaczył tego wiernym. A ponieważ to wiem, więc tłumaczę. 

Peppone zrobił się czerwony jak rewolucja październikowa. 

- Ksiądz to wie? A kto księdzu powiedział? 

- Ktoś, kto się na tym zna. Papież. 

- Papież! - wrzasnął Peppone. - A jemu kto powiedział? 

- Nie wiem, spróbuję go zapytać. 

Peppone zacisnął pięści. 

- Proszę księdza, ostrzegałem. Albo ksiądz przestanie, albo doprowadzę księdza przed 

sąd. 

- Dziękuję za informację. Już wolę być skazany przez sąd ludzki niż przez sąd Boski. 

Ludzie mogą się mylić, a Bóg nie. 

Peppone  poszedł  sobie,  a  w  następną  niedzielę  don  Camillo  powiedział  to,  co 

powinien był powiedzieć, nie przejmując się ostrzeżeniami Peppona. 

background image

Peppone został o tym od razu poinformowany i źle to przyjął. 

Ale siedział spokojnie aż do soboty wieczorem. 

A kiedy nadszedł sobotni wieczór, poszedł odwiedzić don Camilla. 

- Proszę księdza, według mnie lepiej by było, gdyby niedzielne kazanie było inne niż 

w zeszłym tygodniu. Słyszałem na mieście, że się nie podobało. 

Don Camillo rozłożył ręce. 

- Mnie natomiast bardzo się podobało. To kwestia gustu. 

-  Proszę  księdza,  jesteśmy  przed  wyborami  i  zaczyna  się  robić  gorąco.  Mogę 

odpowiadać za siebie, ale nie za innych. Nie chciałbym, żeby ksiądz potknął się o coś. 

 

- Będę uważał, gdzie stawiam nogi. 

- Nogi tak, proszę księdza. Ale jeśli stuknie się ksiądz głową w akacjową lagę? 

Don Camillo wzruszył ramionami: 

- To zależy od jej grubości. 

-  A  jeżeli,  przypuśćmy,  będzie  gruba  jak  ta?  -  spytał  Peppone,  wyciągając  spod 

płaszcza kij i pokazując go don Camillowi. 

Don Camillo spojrzał na kij i pokręcił głową. 

-  Musiałaby  być  przynajmniej  taka  gruba  jak  ta  -  odrzekł,  wyciągając  spod  stołu 

solidną pałkę i pokazując ją Pepponowi. 

Peppone kiwnął głową, że zrozumiał ten wątek. 

- A gdyby była nawet grubsza od tej, to by księdzu nie przeszkadzało? 

-  Nie  -  powiedział  don  Camillo.  -  Ale  przeszkadzałoby  mi,  gdybyś  zaraz  sobie  nie 

poszedł. 

I Peppone przestał przeszkadzać, a don Camillo poszedł spokojnie do łóżka. Kazanie 

następnego ranka było w identycznym tonie, co w poprzednią niedzielę. To znaczy takie, jak 

trzeba. 

Peppone więcej się nie pokazał i tak minął następny tydzień. Aż nadeszła niedziela. 

W  kościele  było  bardziej  tłoczno  niż  zazwyczaj  i  don  Camillo,  kiedy  doszedł  do 

kazania, rozejrzał się z zadowoleniem. 

-  Bracia  -  rozpoczął.  I  w  tym  momencie  zauważył,  że  w  głębi,  dokładnie  na  progu 

drzwi,  stoi Peppone.  Nieruchomo  i  z założonymi  rękami.  A obok niego stoją  Chudy, Szary, 

Ostry i cały sztab główny. 

Don Camillo dostrzegł również, że przed kościołem, tuż za drzwiami, stoi zbity tłum. 

Od razu zrozumiał, co to za jedni. 

background image

Doprawdy  interesujące  posunięcie:  czerwoni  Peppona  praktycznie  zablokowali 

kościół,  bo  oprócz  tego,  że  tłoczyli  się  przed  głównym  wejściem,  to  cisnęli  się  też  przed 

drzwiczkami na dzwonnicę i pchali się aż na chór. 

Wszyscy  tam  byli  i  oczy  zwykłych  wiernych  wlepiały  się  z  niepokojem  w  don 

Camilla. 

- Bracia - powtórzył z uśmiechem don Camillo. - Bogu niech 

 będą  dzięki,  że  pozwolił  nam  dzisiaj  wszystkim  zgromadzić  się  tutaj  i  z  przodu,  i  z 

tyłu, i po bokach ołtarza. 

Potem rozpoczął kazanie. Było długie, długie jak nigdy, bo nigdy nie nadarzyła mu się 

okazja, żeby mówić do takich tłumów. 

A  głos  jego  grzmiał  i  wypełniał  cały  kościół,  wylatywał  z  impetem  huraganu  przez 

otwarte drzwi i rozlegał się na placu. 

Powiedział wszystko, co musiał powiedzieć. 

A  nawet,  bądźmy  szczerzy,  powiedział  odrobinę  więcej,  niż  powinien  był  mówić.  I 

wszystko było proste i jasne. 

Peppone i jego banda jakby skamienieli; przyjmowali razy bez mrugnięcia okiem. 

I kiedy don Camillo skończył kazanie, ani drgnęli. 

Po skończonej  mszy don  Camillo poszedł do zakrystii zdjąć  szaty  liturgiczne  i zaraz 

wrócił do kościoła. 

Ludzie  udawali,  że  się  chcą  szybko  rozejść;  banda  czerwonych  zrobiła  przejście,  ale 

tkwiła nieruchomo na placyku, oskrzydlając tłum wiernych. 

Don Camillo skłonił się przed głównym ołtarzem. 

- Jezu - powiedział - pilnuj mnie od tyłu. Z przodu sam się będę pilnował. 

Potem  odwrócił  się  i  przeszedł  przez  pusty  już  kościół  wolnym,  ale  zdecydowanym 

krokiem. 

Czerwoni czekali  na  niego na progu,  ale don Camillo  nie wahał  się.  Czuł  się  mocny 

jak Samson. 

Kiedy doszedł do drzwi, Peppone i czerwoni cofnęli się, a on przystanął. 

Zobaczył, ale nic nie rzekł. 

Plebania  stała  wciąż  po  lewej  stronie,  lecz  jej  fasadę  kompletnie  pokryły  plakaty  z 

sierpem i młotem oraz hasłem: ”Głosuj na Włoską Partię Komunistyczną”. 

Określenie: ”kompletnie pokryły” oznaczało, że w czasie, gdy don Camillo grzmiał z 

ambony,  banda  piętnastu  łajdaków,  uzbrojonych  w  piętnaście  drabin,  piętnaście  pędzli  i 

background image

piętnaście  kubłów  pełnych  kleju  wytapetowała  fasadę  domu  nie  pozostawiając  wolnego 

milimetra. 

 

Plakaty  zostały  przyklejone  w  doskonałym  porządku  również  na  okiennicach  i 

drzwiach. 

I wzdłuż rynny przy dachu. 

I na kominach. 

Praca  została  dopieszczona  w  najdrobniejszych  szczegółach,  tak  więc  również  na 

chodnikach zostały naklejone plakaty, a mniejsze pokryły nawet przestrzeń pod okapem. 

Don Camillo zobaczył, ale nie odezwał się. 

Wyciągnął  z  kieszeni  okulary,  wsadził  na  nos,  potem  wyszedł  przed  plebanię, 

zatrzymał się, obejrzał dzieło i odwracając się spytał Peppona, który stał za jego plecami: 

- Aha! To jakaś nowa partia? 

- Istnieje już od jakiegoś czasu - odparł Peppone. 

Don Camillo podszedł do drzwi, wyciągnął z kieszeni scyzoryk, namacał wgłębienie 

we framudze i z najwyższą delikatnością przeciął papier pokrywający całe drzwi. 

Potem nacisnął klamkę, uchylił drzwi, wszedł i zamknął za sobą. 

Sekundę później otworzył z powrotem i wychylił się. 

-  Jeżeli  nie  pomyliłem  się  w  rachunkach  -  powiedział  do  Peppona  -  tu  są  wszystkie 

plakaty, jakie dostałeś w przydziale! 

Peppone spojrzał na niego spode łba i krzyknął: 

- Został nam tylko jeden, ale wystarczy, żeby ogłosić ludowi nasze zwycięstwo! 

-  Jeżeli do tego  ma służyć,  to  możesz go sobie przyczepić  na plecach! -  wykrzyknął 

don Camillo. 

I tylko jeden Bóg wie, ile wysiłku kosztowało go, żeby powiedzieć”na plecach”. 

Ważne, żeby być na liście 

W  magistracie  miała  miejsce  poważna  bitwa,  bo  Spiletti,  szef  klerykałów  i  jedyny 

radny mniejszości, wykorzystując pierwsze posiedzenie energicznie zaprotestował przeciwko 

szkodzie wyrządzonej proboszczowi przez czerwonych. 

-  Wśród  rozsądnych  ludzi  nie  ma  takiej  osoby,  która  by  nie  odczuła  głębokiego 

obrzydzenia na widok plebanii wytapetowanej plakatami - zakończył Spiletti. 

- A właśnie, że jest! - krzyknął Peppone. - tą osobą jestem ja. 

-  Pan  nie  jest  osobą  rozsądną  -  krzyknął  Spiletti.  -  Inaczej  nie  zaaprobowałby  pan 

nagannego postępku wymyślonego w celu obrażenia czcigodnego kapłana! 

background image

Peppone zaśmiał się szyderczo. 

- Czcigodnego kapłana! Czcigodni kapłani nie przemieniają kościoła w propagandową 

trybunę  wyborczą!  Jeżeli  nasz  czcigodny  kapłan  chce  robić  wiec,  to  niech  go  sobie  robi  na 

placu. A kiedy jest w kościele, niech będzie księdzem. 

- A pan, kiedy jest w magistracie, niech będzie wójtem! - odparował Spiletti. - To jest 

posiedzenie  rady  gminnej,  a  nie  zebranie  sekcji  komunistycznej.  To,  co  ksiądz  mówi  w 

kościele, nie ma nic do rzeczy w naszej dyskusji; tutaj chodzi jedynie o ważny budynek, który 

został oszpecony, co wzbudza oburzenie większości obywateli. To właśnie musi pan brać pod 

uwagę, bo tu musi się pan zachowywać jak wójt! 

-  Ja  się  będę  zachowywał  jak  wójt,  kiedy  mości  ksiądz  zamiast  zachowywać  się  jak 

agitator polityczny, będzie zachowywał się jak ksiądz! - upierał się Peppone. 

Ale Spiletti pokręcił głową. 

- Już mówiłem, że nie chodzi o postępowanie księdza, które tu nie ma nic do rzeczy. 

Chodzi  o  plebanię,  której  znaczenie  nie  podlega  dyskusji,  zwłaszcza  że  plebania  nigdy  nie 

zachowywała  się  jak  agitator  polityczny,  ale  zawsze  jak  plebania.  Obywatele  są  oburzeni  z 

powodu opłakanego stanu, w jakim obecnie znajduje się ten budynek, i żądają od wójta, by to 

szkaradziejstwo zostało usunięte! 

Dał się słyszeć głos Chudego: 

- Co innego należałoby usunąć, nie to szkaradziejstwo, tylko księdza! 

- Póki co obywatele nie żądają usunięcia księdza! – powiedział Spiletti. - Jak zażądają, 

to  wtedy  porozmawiamy.  Na  razie  żądają  jedynie  usunięcia  tego  szkaradziejstwa 

plakatowego, którym oblepiona jest plebania. To sprawa estetyki i przyzwoitości. 

Peppone, który do tej pory przetrawiał wściekłość, wtrącił się: 

- Wszystko, co może zrobić gmina, to pożyczyć księdzu wiadro, szczotkę i drabinę. 

- Propozycja jest szczodra i sympatyczna - powiedział Spiletti. 

- Ale muszę uprzedzić, że już została ona przedstawiona księdzu prałatowi. A ksiądz 

prałat powiedział, że nie może jej przyjąć. 

Obawia się, że kiedy ludzie zobaczą go, jak zrywa plakaty wyborcze, przypiszą temu 

działaniu znaczenie polityczne.  I  nikt na ochotnika nie podjąłby się tego zadania.  Chyba,  że 

praca  zostałaby  wykonana  przez  osoby  naznaczone  przez  gminę,  co  wykluczyłoby 

nieprzyjemne dwuznaczności. 

Peppone  miał  żyły  na  szyi  nabrzmiałe  jak  korzenie  dębu.  Zacisnął  zęby,  a  chwilę 

potem wrzasnął: 

 

background image

- Stawiam wniosek, żeby ksiądz prałat poszedł do diabła razem z całą swoją bandą! 

-  Przyjęte przez aklamację -  odpowiedzieli wszyscy radni,  oprócz Spilettiego,  ma się 

rozumieć. 

Mimo  to  sprawa  nie  została  rozwiązana.  Peppone  spostrzegł  to  następnego  ranka, 

kiedy Chudy przyszedł ostrzec go, że na placyku przykościelnym dzieje się coś nie tak. 

Peppone poleciał na placyk i zobaczył mnóstwo ludzi zebranych przed plebanią. 

A  pośrodku  zgromadzenia  stał  don  Camillo.  Wyniósł  na  dwór  łóżko,  stół,  krzesło, 

parawan, miednicę i komodę, a teraz siedząc na łóżku, wyjaśniał: 

- Tak, spałem tu dziś w nocy; miałem szczęście, bo nie padało. 

- A jak będzie padać, proszę księdza? 

-  Synu,  otworzę  parasol!  Przecież  nie  mogę  mieszkać  w  domu  bez  światła  i  bez 

powietrza.  W  domu  z  zatkanymi  wszystkimi  oknami...  Ale  nie  narzekam.  Trzeba  mieć 

cierpliwość. Siódmy czerwca już niedaleko, a po siódmym, jak już skończą się wybory, będę 

miał  prawo  zerwać  plakaty,  które  mi  nakleili  na  okiennicach,  i  otworzę  sobie  okna.  Nie 

narzekam, a nawet dziękuję Bogu, że plakat na drzwiach nakleili mi w ten sposób, że mogę je 

otworzyć, nie zrywając go. A to znaczy, że do siódmego czerwca będę mieszkał na placyku. 

Wtrącił się Barchini, który nie spostrzegł Peppona: 

- Proszę księdza, to, co ksiądz robi, przecież to szaleństwo! 

Niech ksiądz zdziera plakaty i wraca do domu! Zobaczy ksiądz, że nikt nie odważy się 

ani pisnąć! 

Don Camillo rozłożył ręce i pokręcił głową: 

- Synu, ty oczywiście nie wiesz, co to za typy, ci co nakleili mi te plakaty. Nie wiesz, 

że  w  Czechosłowacji  w    przykleili  taki  plakat  jak  ten  na  drzwiach  domu  jakiegoś  biednego 

proboszcza i potem, jak proboszcz go zdarł, gnębili go procesem za działalność prowokacyjną 

i sabotażową? 

- Ale oni tu nie rządzą! - zawołał Barchini. 

-  A  jeżeli  wygrają  wybory?  -  westchnął  don  Camillo.  -  To  kto  mnie  uratuje?  Nie, 

dzieci,  ja  nie  chcę  kłopotów.  Ja  jestem  biednym  starym  księdzem  nastawionym  pokojowo, 

który chce żyć w świętej zgodzie z Bogiem i z ludźmi. 

Jakaś staruszka powiedziała wielce zaaferowanym głosem: 

- Ma rację, biedny don Camillo! Wy nie wiecie, co to za ludzie, ci bezbożnicy! 

To była akcja wołająca o pomstę do nieba i Peppone nie zdzierżył. 

background image

Zwiał  stamtąd  biegiem  i  w  dziesięć  minut  później  nadeszła  ekipa  z  wiadrami, 

szczotkami, drabinami, gąbkami, skrobaczkami i od razu wzięła się z zapałem do zdzierania 

plakatów z plebanii. 

Robota trwała dwie godziny  i w końcu don Camillo rozłożył ręce  i wzniósł oczy do 

nieba. 

-  Jezu,  popatrz,  co  mi  zrobili  z  fasady  plebanii!  Jezu,  powiedz  sam,  czy  biednego 

księdza, który odejmuje sobie chleb od ust... 

Nie  mógł dalej  mówić,  bo  nadeszli  murarze  i tynkarze dowodzeni przez Szarego we 

własnej osobie. 

- Proszę księdza - powiedział szeptem Szary - proszę, niech ksiądz nie przesadza. 

Don  Camillo  dłużej  nie  przesadzał  i  wrócił  do  domu  ze  wszystkimi  swoimi 

klarnetami. 

A plebania miała odnowiony front. 

Na kolejnym posiedzeniu rady gminnej Peppone zwrócił się do opozycji: 

- Szanowna mniejszość zadowolona? - spytał agresywnie. 

Spiletti rozłożył ręce. 

- Żeby odpowiedzieć,  muszę najpierw uzyskać informację, kto zlecił wykonanie prac 

przywracających plebanię do poprzedniego stanu. 

- A niby kto mógł zlecić? - wrzasnął Peppone. - My! 

- Wy w sensie zarządu gminy, czy w sensie partii komunistycznej? Bo byłoby nie do 

przyjęcia, gdyby za szkody wyrządzone przez partię komunistyczną płacił zarząd gminy! 

-  My,  w  sensie  Giuseppa  Bottazziego,  prywatnego  mieszkańca,  który,  żebyście 

wreszcie z tym skończyli, zapłacił ze swojej kieszeni! - zawołał Peppone. 

Spiletti pokręcił głową. 

 

-  Opozycja  oświadcza,  że  jest  nieusatysfakcjonowana.  Obywatele  żądali  interwencji 

gminy  dla  usunięcia  szkaradziejstwa,  chcąc,  by  obciążono  później  kosztami  partię 

odpowiedzialną  za  owo  szkaradziejstwo.  To  nie  do  pojęcia,  żeby  zarząd  gminny  zezwolił 

prywatnemu obywatelowi zastępować go w czynnościach, które muszą należeć do wyłącznej 

kompetencji samego zarządu. 

Tak  więc  wyrażamy  naszą  pełną  dezaprobatę  dla  niedbalstwa  wójta  Giuseppe 

Bottazziego,  który  toleruje  nie  dającą  się  tolerować  samowolę  obywatela  Giuseppe 

Bottazziego, a wszystko to dla korzyści towarzysza Giuseppe Bottazziego i jego partii. 

Peppone był tak czerwony na twarzy, że wydawał się aż czarny. 

background image

-  A  dla  Giuseppe  Bottazziego,  kandydata  na  mordercę,  nic  nie  ma?  -  wy  dyszał 

Peppone zaciskając pięści. 

Spiletti nie przeciągał więcej struny. 

- Opozycja nie widzi konieczności zwiększania liczby Bottazzich i uważa incydent za 

zakończony. 

Peppone miał poczucie humoru, więc odpowiedź Spilettiego sprawiła, że natychmiast 

spadło  mu  ciśnienie.  A  nawet  tak  go  to  rozbawiło,  że  po  skończonym  posiedzeniu  wziął 

opozycję pod ramię i chciał ją zaprosić na wino. 

Ale  sam  miał  ciężki  dowcip,  więc  wieczorem  przeszedł  się  do  don  Camilla,  żeby 

trochę pogadać. 

- Proszę księdza - powiedział Peppone - farsa się skończyła. 

Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  że  wyszedłem  na  głupka.  Ale  teraz  nie  trzeba  zaczynać 

znów  od  początku.  Bo  w  przeciwnym  razie  ta  farsa  skończy  się  tragedią.  I  to  od  księdza 

zależy. 

- Ode mnie? 

- Proszę księdza, niech ksiądz zostawi politykę. 

Don Camillo westchnął. 

-  Peppone,  jak  by  to  było,  gdybyś  w  swoim  warsztacie  hartował  stalowe  dłuto,  a  ja 

bym ci mówił:”Rób dalej swoją robotę, ale wygaś ogień”. Co byś mi odpowiedział? 

-  Odpowiedziałbym,  że  jesteście  głupi,  bo  żeby  hartować  stal,  trzeba  ją  rozgrzać  do 

czerwoności w odpowiednim momencie, a żeby ją rozgrzać, potrzebny jest ogień. 

 

- A więc, Peppone, ogień nie jest twoim wymysłem, ale jest czymś niezbędnym. 

- Rozumie się. 

-  Tak  samo  dzieje  się  ze  mną.  To  nie  animozje  polityczne  pchają  mnie  do  tego,  by 

mówić  o  ekskomunice,  Peppone.  Ja  muszę  to  robić.  A  gdybym  tego  nie  robił,  to  byłbym 

najgorszym z kapłanów. Postaraj się zrozumieć. 

Peppone spojrzał na niego ponuro. 

- Zrozumiałem, proszę księdza. Ale ksiądz nic nie zrozumiał. 

Peppone poszedł sobie, a don Camillo dalej radośnie kroczył po słusznej drodze. I za 

każdym razem, kiedy zwracał się do swoich wiernych, zauważał na wstępie: 

-  Bracia,  muszę wam powiedzieć,  że dwa  i dwa to cztery.  Jeśli ten wynik komuś  się 

nie podoba, kto ma swoje osobiste zdanie w sprawie matematyki, to czy mam wam mówić, że 

background image

dwa i dwa to pięć? Są tacy, którzy w opium znajdują jedyną radość, jaką niesie im życie. Czy 

ja mogę mówić, nie drażniąc ich, że opium to trucizna? 

Ale  Peppone  nie  mógł  tego  strawić  i  z  dnia  na  dzień  wpadał  w  coraz  większą 

wściekłość. 

I tak się zatruł tym jadem» że stracił wszelką kontrolę nad rozsądkiem. 

Tego wieczoru don Camillo jadł właśnie kolację, kiedy ktoś zapukał w okno jadalni. 

Poszedł  więc  wyjrzeć,  a  kiedy  rozpoznał  typa,  pomaszerował  do  sieni  i  otworzył 

drzwi. Typ wlazł, a don Camillo niczego nie podejrzewając, powrócił do jadalni, poleciwszy 

mu zamknąć drzwi. 

Ledwo don Camillo usiadł, kiedy na progu jadalni pojawił się tamten. Ale nie był sam. 

Za  nim  stała  cała  drużyna  Peppona  w  komplecie  i  wszyscy  mieli  mało  obiecujący  wyraz 

twarzy. 

- No już dobrze, a cóż to znowu za historia? - spytał ostrożnie don Camillo. Czterech 

czy pięciu stanęło mu za plecami, inni po bokach. 

- Proszę starać się zachować spokój, proszę księdza - powie- 

 dział Peppone wchodząc i zamykając za sobą drzwi. - Niech ksiądz się dalej posila. A 

my zajmiemy się swoją robotą. 

Zbliżył  się  Chudy,  który  miał  w  prawej  ręce  wiadro  pełne  kleju,  a  w  lewej  rulon 

papierów. 

Postawił  wiadro  na  ziemi,  zanurzył  w  nim  szeroki  pędzel  i  przejechał  klejem  po 

ścianie na wprost don Camilla. 

Potem przejechał po odwrocie plakatu i przykleił go starannie do ściany. 

Następnie przykleił plakaty na drzwiach wyjściowych i na drzwiach od szafy. 

- Zrobione - powiedział w końcu. 

Don Camillo popatrzył na plakaty, a potem na Peppona. 

- To jest najgorsze łajdactwo, jakie mogłeś wymyślić - stwierdził don Camillo. 

-  Nie  gorsze  łajdactwo  od  tego,  jakie  mi  ksiądz  robi,  wkradając  się  podstępnie  do 

domów,  ukrywając  się  w  niewinnych  duszach  starców  i  niewiast.  To  jest  o  wiele  gorsze 

pogwałcenie spokoju domowego, niż to tutaj. W każdym razie mamy nadzieję, że teraz ksiądz 

zrozumiał, jak już wyjaśniliśmy to księdzu na konkretnym przykładzie. 

-  Dobrze  -  burknął  don  Camillo.  -  Zapamiętajcie  sobie,  że  za  tę  zniewagę  mi 

zapłacicie! 

Chudy zaśmiał się szyderczo. 

background image

- Wszystko dobrze zorganizowane, proszę księdza. Nie może ksiądz nic zrobić, bo nie 

ma ksiądz świadków. 

- Bóg to widział! 

- Testimonis unus, nientoribus! - zachichotał Chudy. 

- Nie martw się o to, młodzieńcze - odparł spokojnie don 

Camillo. - Bóg jest takim świadkiem, że za dwóch wystarczy. 

Zobaczycie. 

Wyszli  przez  ogród  i  don  Camillo  został  sam,  patrząc  na  plakaty  przyklejone  na 

ścianie, na drzwiach i na szafie. 

- Jezu - powiedział don Camillo - dlaczego na nich wszystkich nie ześlesz gromu? 

-  To kwestia zasad,  don  Camillo.  Jeżeli  nie zsyłałem gromów,  kiedy  mnie przybijali 

do krzyża, jak mogę to uczynić teraz, za to, 

 że  przykleili  trzy  kawałki  papieru  na  ścianie  twojego  domu?  Pomyśl,  don  Camillo, 

mogłoby to wyglądać na akcję utrudniającą wolny udział w wyborach. 

Don Camillo schylił głowę. 

Następnego  dnia  znalazł  się  ktoś,  kto  zobaczył  plakaty  przyklejone  w  pokoju  don 

Camilla  i  rozniosło  się,  mimo  że  don  Camillo  starał  się  uciąć  wszelkie  gadanie,  żeby  z 

atmosfery,  i  tak  już  gorącej,  nie  zrobić  atmosfery  nie  do  wytrzymania.  Ale  któregoś  dnia 

Chudy  przyleciał  zdyszany  do  Domu  Ludowego  i  przyniósł  nowiny  Pepponowi  i  sztabowi 

głównemu: 

-  Don  Camillo  przeszedł  do  kontrataku!  Żeby  zemścić  się  za  tamtą  nauczkę, 

powiedział że... 

Słowa przypisane don Camillowi były tak śmieszne i niepoważne, że wszyscy o mało 

nie pękli ze śmiechu. 

- Widać, że już rzeczywiście goni w piętkę! - podsumował 

Peppone.  -  Kiedy ksiądz ucieka się do podobnych  sztuczek,  to już koniec z  nim!  To 

wielkie zwycięstwo moralne. To jest całkowite zdruzgotanie przeciwnika. 

Sprawa  został  przedyskutowana  i  wszyscy  byli  zadowoleni,  aż  w  końcu  Peppone 

wniósł sensowne zastrzeżenie. 

-  Są  to  jednak  zwykłe  pogłoski.  Żeby  móc  to  odpowiednio  wykorzystać,  potrzebny 

byłby dowód. 

Chudy pokiwał głową. 

- Łatwo powiedzieć! Trzeba by przynajmniej sfotografować dokument. 

background image

- Nie trzeba - wyjaśnił Peppone - wystarczy obejrzeć. Jeśli zostały dokonane zmiany, 

możemy zmusić go do wypisania dokumentu, a wtedy wszyscy spostrzegą. Porozmawiamy o 

tym, jak nadejdzie pora. Na razie nikt nic nie wie. 

Nikt  więcej  o  tym  nie  mówił  i  wydawało  się,  że  sprawa  odeszła  w  zupełne 

zapomnienie. Był jednak ktoś, kto doskonale o niej pamiętał. 

Dlatego też pewnego razu,  kiedy don Camillo został w kościele aż do północy, żeby 

przestudiować  pewien  utwór  na  fisharmonię  i  przerobić  go  na  piosenkę,  którą  dzieci  miały 

zaśpiewać na przy- 

 jazd biskupa, usłyszał nagle, że coś jest nie tak. Odwróciwszy się gwałtownie, znalazł 

się twarzą w twarz  jakimś otulonym w płaszcz intruzem. 

Skoczył na równe nogi i złapał ciężki świecznik z brązu stojący w pobliżu. 

- Precz stąd! - rozkazał don Camillo. 

-  Nie ruszę  się,  póki  nie zobaczę ksiąg -  odparł  intruz  pozwalając,  by płaszcz zsunął 

mu się z ramion. 

Miał  w  rękach  potężną  sztabę  i  perspektywa  pojedynku  o  tej  godzinie  nie  była 

zachęcająca dla don Camilla. 

- Zwariowałeś, Peppone? 

- Proszę księdza, chcę zobaczyć księgi, bo jak nie, to zwariuję. 

- Księgi? 

- Tak, księgi parafialne.  Chcę zobaczyć, czy to prawda, że ksiądz z zemsty wykreślił 

nasze nazwiska. 

Sprawa była na tyle poważna, że don Camillo opuścił świecznik. 

- Jezu! - zawołał, wznosząc oczy do nieba. - To już gorzej niż wariat. On skretyniał! 

-  Chcę  zobaczyć  księgi!  -  powtórzył  ponuro tamten.  -  Wszyscy  mówią,  że  wykreślił 

ksiądz nasze nazwiska, 

- A w jakim celu? 

- Żeby wyeliminować nas ze spisu chrześcijan. 

Don  Camillo  spojrzał  zdumiony  na  Peppona,  potem  zbliżył  się  do  wielkiej  szafy 

pełnej starych ksiąg. Znalazł tę, która go interesowała (wiedział jaki rocznik, bo don Camillo 

urodził się w tym samym roku co Peppone) i położył ją na fisharmonii. 

- Sam zobacz. 

Peppone przekartkował księgę. Sprawdził to, co chciał sprawdzić. 

- A inni? - spytał. 

- Znasz daty; ja posunę się z moją robotą, a ty tymczasem znajdź sobie księgi i zobacz. 

background image

Don  Camillo  siadł  z  powrotem  do  fisharmonii  i  podjął  na  nowo  komponowanie 

piosenki. 

I od razu spostrzegł, że melodia przychodziła mu z ogromną łatwością. Tak, że po pół 

godzinie skończył. 

 

A wtedy zagrał całą od początku, podkładając słowa. 

A kiedy skończył, był podekscytowany. 

- To chyba Marsylianka! - burknął Peppone, który po sprawdzeniu ksiąg został, żeby 

posłuchać. 

Rzeczywiście, gdyby dzieci przywitały biskupa śpiewem tego hymnu, to stary biskup 

chyba by zwątpił. 

Don Camillo zdawał sobie z tego sprawę, ale nie martwił się tym, raczej cieszył. Ale 

nie ujawnił stanu swojej duszy przed 

Pepponem. A nawet spojrzał na niego krzywo i spytał napastliwie: 

- No i co? 

- W porządku - odrzekł Peppone. 

- Fakt, że wciąż jest się na liście chrześcijan, nie powinien stwarzać ci złudzeń. I tak 

na koniec zapłacisz za wszystkie swoje świństwa, które popełniłeś! 

- To moja sprawa - stwierdził Peppone. - Ważne, żeby być na liście. 

Słoniowe ślubowanie 

Piorun  zwany  Piórem  był  psem  don  Camilla.  A  Cabazza  Antenore  zwany  Piorunem 

był jednym z ludzi Peppona. 

Z  dwóch  Piorunów,  tym,  który  miał  więcej  rozumu,  był  bez  wątpienia  pies  don 

Camilla;  to  tak,  żeby  pokrótce  dać  wyobrażenie  o  Piorunie  na  dwóch  nogach,  który  jest 

obiektem naszej opowieści. 

Piorun był powolnym i masywnym osiłkiem, kimś w rodzaju słonia, który puszczony 

wolno  parł  do  przodu  z  wdziękiem  i  nieugiętą  wolą  gruboskóra.  Doskonale  wykonywał 

rozkazy, lecz największą troską Peppona było właśnie to, żeby mu ich nie wydawać. 

Tak  więc  Piorun  prowadził  swoją  działalność  wojującego  komunisty  głównie  w 

gospodzie w Molinetto, gdzie spędzał prawie cały czas wolny od pracy na graniu w karty. 

Miał hyzia na punkcie scopy i, ze względu na swoją wspaniałą pamięć, okazywał się 

niebezpiecznym  przeciwnikiem.  Oczywiście  powodzenie  w  kartach  nie  zawsze  zależy  od 

dobrej pamięci, więc Piorun od czasu do czasu dostawał dość solidne cięgi. 

 

background image

Ale  do  tej  pory  nie  zdarzyło  mu  się  jeszcze  to,  co  mu  się  przytrafiło  owej  soboty, 

kiedy grał z Cino Biolchim. 

Bo faktycznie, kiedy zasiadał do stołu, miał pięć tysięcy, a po pięciu godzinach gry już 

ani lira w kieszeni. 

Piorun  w  obliczu  kolosalnej  klęski  był  jak  ogłupiały  i  nie  chciał  przyjąć  do 

wiadomości, że ma wrócić do domu kompletnie oskubany. 

- Rewanż! - wy dyszał w pewnej chwili, łapiąc karty roztrzęsionymi rękami. 

- Dałem ci go już trzydzieści tysięcy razy! - odrzekł Cino 

Biolchi. - Teraz już dość. 

- Zagrajmy rewanż nad rewanżami i jak wygram, odbiorę sobie moje pięć tysięcy. 

- A jak przegrasz? - spytał Cino Biolchi. 

Piorun otarł czoło spływające potem. 

- Nie mam więcej pieniędzy - wybełkotał. - Ale zagram o wszystko, co chcesz. 

Biolchi zaczął się śmiać. 

- Nie gadaj głupstw; wracaj do domu i prześpij się z tym. 

- Chcę rewanżu! - ryknął Piorun. - Gram, o co chcesz. Gadaj! 

Biolchi był z gatunku osobliwych typów. 

- W porządku, zgadzam się. Pięć tysięcy lirów za twój głos. 

Piorun popatrzył na niego osłupiały. 

- Mój głos? Co to znaczy? 

- To znaczy, że jeżeli wygrasz, zabierzesz pięć tysięcy lirów. 

A  jeżeli  przegrasz, to zobowiążesz  się oddać swój głos  nie  na twoją partię,  ale  na tę 

listę, którą ja wybiorę. 

Piorun nie chciał wierzyć, że Biolchi mówi na serio, ale wreszcie zgodził się. 

W  końcu  miał  przecież  nóż  na  gardle!  Albo  się  zgadza,  albo  nic  z  tego...  Biolchi 

wyłożył na stół banknot pięciotysięczny i podał 

Piorunowi kartkę i długopis. 

-  Pisz:  Ja  niżej  podpisany  Cabazza  Antenore  zobowiązuję  się  moim  słowem  honoru 

głosować    czerwca  na  listę...  Napisz  datę  i  podpisz.  Nazwę  partii  sam  wstawię  według 

własnego uznania i kiedy mi się będzie podobało. 

 

Piorun napisał to, co miał napisać, potem spojrzał ponuro na 

Biolchiego. 

- Ale zostanie to między nami, a przed siódmym czerwca mam prawo do rewanżu. 

background image

- Zgoda. 

Peppone wychodził właśnie z Domu Ludowego, kiedy pojawił się przed nim Piorun. 

- Szefie, jestem zrujnowany. Grałem z Biolchim i wszystko straciłem. 

- Tym gorzej dla ciebie. To są sprawy, które mnie nie interesują. 

- A właśnie, że cię interesują. Przegrałem pieniądze i głos. 

Piorun opowiedział, jak się sprawy miały i na koniec Peppone zaczął się śmiać. 

-  Miej  to  w  nosie,  głosowanie  jest  tajne;  kiedy  będziesz  w  kabinie,  oddasz  głos  na 

swoją listę i nikt się o niczym nie dowie. 

Piorun pokręcił głową. 

- Nie da się. Podpisałem papier. 

- Papier to papier; jest bezwartościowy. 

-  Dałem  słowo  honoru  i  uścisnęliśmy  sobie  ręce.  Ja  dotrzymuję  słowa.  Nie  jestem 

łajdakiem. 

Piorun miał w sobie więcej ze słonia niż z oszusta. Zamiast rozumu posiadał silnik od 

traktora, a jak wiadomo silniki są z żeliwa i mają swoją określoną zasadę działania, której nikt 

nie może zmienić, o ile oczywiście nie chce nic rozwalić na siłę. 

Peppone, doskonały znawca silników, spostrzegł, że sprawa jest o wiele poważniejsza, 

niż mu się na pierwszy rzut oka zdało. 

Piorun nigdy w życiu nie mógłby nie dotrzymać słowa. 

- Dobra, Piorun, jutro na spokojnie o tym pogadamy. 

- O której? 

- O dziesiątej trzydzieści pięć - odparł Peppone ze złością. 

I powiedział:”O dziesiątej trzydzieści pięć” zamiast:”Idź do diabła ty i tobie podobni 

łajdacy”. Ale o dziesiątej trzydzieści pięć następnego ranka Piorun pojawił się w warsztacie i 

powiedział: 

- Szefie, jest dziesiąta trzydzieści pięć. 

 

Piorun na pewno nie spał tej  nocy; czekał  nieruchomo przed kowadłem,  a oczy  miał 

zmęczone i pełne przerażenia. 

Pierwsza myśl, jaka wpadła Pepponowi do głowy, to żeby dać 

Piorunowi młotem po łbie i to była myśl nawet uzasadniona i logiczna. 

Ale potem zrobiło mu się żal biedaka, więc poprzestał na odrzuceniu młota. 

- Jesteś naprawdę godny pożałowania! - wrzasnął Peppone. 

background image

- Zasługujesz  na to, żebym cię kopniakiem wywalił z partii.  Ale mamy teraz wybory 

na głowie  i  nie  możemy  sobie pozwolić,  żeby przeciwnicy wykorzystali tę historię.  Masz tu 

pięć  tysięcy  lirów,  idź  do  tego  łajdaka  i  niech  ci  odda  kartkę.  Jeżeli  nie  będzie  chciał  cię 

zwolnić z przyrzeczenia, przyjdź mi powiedzieć. 

Piorun schował do kieszeni pięć tysięcy lirów i zniknął. 

Nie minął nawet kwadrans, a już był z powrotem. 

- No i co? - spytał Peppone. 

- Nie chce. 

Peppone włożył marynarkę i kapelusz i pędem wybiegł z warsztatu. 

- Czekaj tu na mnie. 

Biolchi przyjął Peppona nadzwyczaj uprzejmie. 

- W czym mogę być pomocny, panie wójcie? 

- Daj spokój z wójtem! Tutaj chodzi o tego nieszczęsnego 

Pioruna. Bierz te pięć tysięcy i zwolnij go z zobowiązania. Wczoraj był pijany. 

- Nie był pijany, ale w pełni władz umysłowych. To on nalegał. 

Umowa  jest  jasna:  do  siódmego  czerwca  jestem  do  jego  dyspozycji,  jeśli  chodzi  o 

rewanż. 

-  Biolchi  -  odparł  Peppone  -  gdybym  złożył  karabinierom  doniesienie  o  tej 

śmierdzącej sprawie, to poszedłbyś co najmniej siedzieć. Ale ponieważ nie chcę robić z tego 

sprawy  publicznej,  ostrzegam  cię,  że  jeżeli  nie  oddasz  mi  tego  papieru,  rozpłaszczę  cię  na 

ścianie jak afisz. 

Biolchi uśmiechnął się leciutko: 

- A tobie się wydaje, że nie doniósłbym karabinierom o napaści. Nie opłaca ci się to, 

Peppone. 

 

Peppone zacisnął pięści, ale zrozumiał, że Biolchi jest górą. 

- W porządku, Biolchi. Ale jeżeli nie jesteś ostatnim łotrem, to zagraj ze mną, zamiast 

rewanżu z tym nieszczęśnikiem Piorunem. 

Biolchi zamknął drzwi od jadalni, wyciągnął z szuflady talię kart i siadł do stołu. 

Peppone zajął miejsce naprzeciw niego. 

To  była  historyczna  partia  scopy,  ale  w  końcu  Peppone  musiał  wyciągnąć 

pięciotysięczny banknot i odejść z niczym. 

Wieczorem  odbyło  się  zebranie  sztabu  głównego  w  Domu  Ludowym.  Peppone 

przedstawił sprawę z należną powagą i zakończył: 

background image

-  Ten  nicpoń  nie  należy  do  żadnej  partii,  ale  zdecydowanie  jest  przeciwko  nam. 

Musimy skończyć tę historię  bez rozgłosu,  bo inaczej  zrobi  się z tego draka.  W  jaki  sposób 

możemy to załatwić? 

- Z pewnością nie za pomocą scopy - mruknął Chudy. 

-  Biolchi  w  scopę  pożre  każdego  żywcem.  Spróbujmy  pertraktować,  proponując 

dziesięć tysięcy lirów zamiast pięciu. 

Było już późno, ale i tak poszli zapukać do drzwi Biolchiego. 

Był jeszcze na nogach i wyglądało na to, że nie zamierza wcale iść do łóżka. Musiała 

mu się przytrafić jakaś bieda. 

- Biolchi - powiedział spokojnie Peppone - interes to interes. 

Dlaczego nie mielibyśmy się dogadać co do ceny? 

Biolchi zrezygnowany rozłożył ręce. 

-  Za  późno.  Dopiero  co  wyszedł  ode  mnie  Spiletti;  wygrał  piętnaście  tysięcy  i 

zobowiązanie Pioruna. 

Peppone podskoczył. 

- Biolchi, jesteś łajdakiem: umowa z Piorunem miała zostać między nim a tobą. 

-  No  właśnie  -  odparł  zaczepnie  Biolchi.  -  Miało  to  zostać  między  nami  dwoma,  a 

pierwszym, który złamał  umowę,  był właśnie Piorun,  bo wmieszał w to ciebie.  Tak  więc  ja 

jestem w porządku, jeśli wciągnąłem w to kogoś z mojej strony.  Ale przegrałem ten papier  i 

Spiletti zobowiązał się, że nie rozgłosi publicznie całej sprawy, a do siódmego czerwca musi 

dać rewanż Piorunowi. 

Szkoda gadać! Dokument był w rękach szefa klerykałów. 

Można sobie wyobrazić, jaki użytek zrobi z tego przeklęty Spiletti. 

 

Wrócili razem do siebie, gdzie czekał niespokojny Piorun. 

-  Nie  ma  co  dyskutować!  -  zawołał  Peppone.  -  Trzeba  temu  zapobiec.  Jutro  rano 

ogłosimy komunikat o wyrzuceniu Pioruna. 

Piorun spojrzał na Peppona, jakby tu chodziło o jakieś niezwykłe zjawisko. 

- Szefie, jak powiedziałeś? - wybełkotał. 

- Powiedziałem, że od tej chwili jesteś wydalony z partii za niegodne postępowanie. I 

twoje wydalenie zostanie antydatowane na trzy miesiące wstecz. 

Peppone i cała banda gotowi byli stawić czoło kataklizmowi, jaki mógłby wyniknąć z 

nieuchronnego napadu szału Pioruna. 

Tymczasem nic takiego się nie stało; Piorun pobladł i wzruszył ramionami. 

background image

-  Masz  rację,  szefie  -  westchnął  głosem,  który  zdawał  się  nie  należeć  do  niego.  - 

Dobrze robisz, że wyrzucasz mnie jak psa. 

Wyciągnął z portfela legitymację partyjną i delikatnie położył na biurku. 

- Nie wyrzucamy cię jak psa! - zawołał Peppone. - Udajemy, że cię wyrzucamy, żeby 

zadać  cios  klerykałom.  Po  wyborach  złożysz  porządną  samokrytykę  i  przyjmiemy  cię  z 

powrotem. 

- Moją samokrytykę złożę od razu; potwór jestem - powiedział smutno Piorun. - jeżeli 

teraz jestem potworem,  to po wyborach też nim  będę.  Tak  więc  nie  ma co się  łudzić,  że się 

zmienię. 

Piorun  poszedł  sobie,  ale  zanim  Peppone  i  jego  wspólnicy  mogli  zacząć  mówić, 

musiał minąć jakiś czas, bo odwrót biednego potworzyska był po prostu rozdzierający. 

-  Przygotujemy  teraz  komunikat  -  powiedział  Chudy.  -  Ale  nie  będziemy  się  z  nim 

wychylać. Kto wie, może Spiletti dotrzyma słowa? 

- Nie znasz tego typa! - odpowiedział Peppone. - Ale zróbmy, jak mówisz. 

Następnego  dnia  nie  wydarzyło  się  nic  szczególnego  i  wydawało  się,  że  również 

podczas następnych dwudziestu czterech godzin wszystko powinno pozostać bez zmian, aż tu 

nagle nad wieczorem przyleciała do Domu Ludowego żona Pioruna. 

 

Była niesamowicie wzburzona. 

- On zwariował! - wyjęczała. - Od czterdziestu ośmiu godzin nic nie je. Cały czas leży 

w łóżku. Nie odzywa się. Na nikogo nie patrzy. 

Peppone poszedł zbadać to niepokojące zjawisko i kiedy znalazł się przed łóżkiem, na 

którym leżał Piorun, stanął w obliczu niemego i nieporuszonego cielska. 

Potrząsnął  nim  delikatnie,  prosił,  zwymyślał,  ale  nie  zdołał  wydobyć  z  niego  ani 

słowa. Nie zdołał skłonić go do tego, by choć przez chwilę porzucił swoją postawę doskonałej 

obojętności wobec spraw tego świata. 

Wreszcie po jakimś czasie Peppone stracił cierpliwość. 

- Jeżeli zwariowałeś, to jutro wezwę pielęgniarzy z domu wariatów i już oni się tobą 

zajmą! 

Piorun  opuścił  powoli  prawe  ramię  i  wyciągnął  coś  ze  szpary  między  łóżkiem  a 

ścianą. 

Potem spojrzał na Peppona, a jego oczy mówiły:”Jeżeli przyjdą ci z domu wariatów, 

już ja ich przyjmę jak należy.” 

background image

Ponieważ  Piorun  ściskał teraz w ręku  siekierę,  Peppone doskonale pojął sens  niemej 

wypowiedzi. 

Odesłał wszystkich i kiedy zostali sami, zapytał: 

- Nie możesz powiedzieć mnie, tylko mnie, dlaczego tak się zachowujesz? 

Piorun  pokręcił  głową.  Odłożył  jednak  na  dół  siekierę,  otworzył  szufladę  w  szafce 

nocnej, wyciągnął z niej notes i ołówek i zaczął z trudem pisać. 

Potem podał kartkę Pepponowi. 

Nie mogę mówić, ponieważ złożyłem ślubowanie Madonnie, że dopóki nie odzyskam 

mego papieru, nie będę mówił, nie będę jadł, nie będę pił, nie ruszę się ani nawet nie pójdę za 

potrzebą. 

Pozdrowienia - Cabazza Antenore 

Peppone przeczytał, włożył kartkę do kieszeni, a potem zawołał żonę i córki Pioruna. 

-  Nikomu  nie  wolno  wchodzić  do  tego  pokoju,  jeżeli  on  nie  zawoła  -  to  rozkaz. 

Zostawić  go  w  spokoju  -  to  rozkaz.  To  nic  poważnego,  zwyczajny  atak  psychoanalizy.  To 

pewien rodzaj moralnej grypy, wymagającej jedynie diety i odpoczynku. 

Peppone odwiedził Pioruna następnego wieczoru. 

- Tak jak wczoraj i przedwczoraj - powiedziała do niego żona Pioruna. 

- Dobrze - odrzekł Peppone. - Wszystko prawidłowo. 

To samo powtórzyło się wieczorem czwartego dnia. A wtedy 

Peppone, po wyjściu od Pioruna, skierował się prosto na plebanię. 

Don Camillo siedział przy biurku i czytał dużą, odręcznie napisaną kartkę. 

- Proszę księdza - powiedział Peppone - zna ksiądz tę historyjkę o pewnym kretynie, 

który przegrał w scopę swój głos, a potem... 

-  Nie  wysilaj  się,  wiem  -  przerwał  mu  don  Camillo.  -  Czytam  właśnie  z  tej  kartki! 

Wygląda na to, że ktoś chce zrobić z tego manifest. 

-  Aha,  a  więc  to  jak  zwykle  ten  łajdak  Spiletti,  który  dał  słowo  honoru,  że  do 

siódmego czerwca nie ujawni tego publicznie i da ofierze okazję rewanżu. 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Wiem  natomiast,  że  manifest  będzie  interesujący 

zwłaszcza  z  powodu  fotokopii  pewnego  odręcznego  dokumentu,  wystawionego  przez 

głównego uczestnika tej sprawy. 

Peppone wyciągnął z kieszeni karteczkę wyrwaną z notesu. 

- O, tu, proszę księdza, powinien ksiądz opublikować również kopię i tego odręcznie 

napisanego  dokumentu,  który  główny  bohater  wystawił  mnie.  Przez  to  historia  będzie 

pełniejsza i bardziej pouczająca. Gdyż bohater niedługo raczej wykituje. 

background image

Peppone  poszedł  sobie,  a  don  Camillo  wrócił  do  odczytywania  słów  zapisanych  na 

karteczce. 

Kwadrans później na plebanię przybył Spiletti. 

- Proszę księdza, czy znalazł ksiądz jakieś braki w moim projekcie? 

- Nie. Kłopot w tym, że dziesięć minut temu przyszedł tu 

Piorun żądając rewanżu. 

- Rewanżu? - zawołał Spiletti. - Nie popuszczę mu ani trochę. 

 

Zbyt wygodny jest dla mnie ten manifest i nie jestem skłonny z niego rezygnować. 

- Rozumiem, ale umowa... 

-  Umowa?  Czy  mamy  się  przejmować  dotrzymywaniem  umów  z  ludźmi,  którzy  ze 

zdrady i kłamstwa czynią swoją normalną broń zaczepną? 

- Zgoda, drogi Spiletti, ma pan po tysiąckroć rację. Ale faktem jest, że Pioruna można 

się obawiać, kiedy jest normalny, a teraz zrobił się na wpół oszalały.  Jeżeli odmówi mu pan 

rewanżu, gotów jest jak nic obedrzeć pana ze skóry. Propaganda to ważna sprawa, ale własna 

skóra jeszcze ważniejsza. 

Spiletti zastanowił się nad tym i przyznał, że don Camillo nie we wszystkim się myli. 

- Zagrać. Można i zagrać. A jeżeli przegram? 

-  Nie  należy  przegrywać,  drogi  Spiletti.  Jeżeli  udało  się  panu  pokonać  Cina 

Biolchiego, to z łatwością pobije pan tego półgłówka Pioruna. 

Spiletti pokiwał głową: 

-  Nigdy  nie  udało  mi  się  pokonać  Cina  Biolchiego,  a  tego  dokumentu  wcale  nie 

wygrałem, tylko mi go podarował. A on jedynie odegrał komedię, żeby się pozbyć Peppona. 

Proszę księdza, a dlaczego nie zagrałby ksiądz za mnie? Powiem, że przekazałem dokument i 

należy teraz do księdza. Z księdzem Piorun na pewno nie będzie miał nic do gadania. 

Don Camillo był Giuseppe Verdim scopy. Zachichotał. 

-  Jeśli  zagra  ze  mną,  to  zetrę  go  w  proch.  Nie  dam  nawet  pisnąć  temu  nieborakowi. 

Wygramy, Spiletti! 

Następnego dnia don Camillo poszedł do Peppona. 

- Dokument jest teraz w moich rękach; jeżeli twój głodówkowicz chce go z powrotem, 

musi  go  ode  mnie  wygrać.  Jeżeli  przyjmie  rewanż  teraz,  w  porządku,  bo  jak  nie,  to  zaraz 

wykorzystam ten dokument. 

Peppone spojrzał na niego oburzony. 

- Jak biedak, który nie je prawie od tygodnia, może z księdzem zagrać w scopę! 

background image

 

- Ty jesteś takim samym biedakiem jak on, tyle, że jesz regularnie; jak chcesz, możesz 

ze mną zagrać. 

- A żeby to...! 

- Stoi: pięć tysięcy lirów za dokument. 

Peppone wyciągnął z portfela pięciotysięczny banknot i położył na stole. Don Camillo 

położył na banknocie dokument. 

To był ciężki bój i Peppone przegrał. 

Don Camillo wsadził banknot do kieszeni i spytał: 

- Wiesz już teraz, czy jeszcze raz chcesz? 

Peppone wyciągnął z kieszeni następne pięć tysięcy. 

Zaczął grać  i grał  jak wściekły pies.  A don Camillo nie pozostawał dłużny  i grał  jak 

dwa wściekłe psy, ale tym razem wygrał 

Peppone. 

-  Oto  bilet  Pioruna,  towarzyszu  -  powiedział  don  Camillo.  -  Ja  zadowolę  się  twoim 

pięciotysięcznym. 

Peppone od kwadransa pilnował wyzwolicielskiego posiłku 

Pioruna, kiedy zjawił się don Camillo. 

-  Piorunie  -  powiedział  don  Camillo  -  przegrałeś  pięć  tysięcy  lirów  z  Biolchim, 

nieprawdaż? 

- Tak - wybełkotał Piorun. 

- Proszę, to twoje pięć tysięcy. Boska Opatrzność ci je przysyła. Pamiętaj o tym, kiedy 

będziesz oddawał swój głos. Nie głosuj przeciwko wrogom Boga. 

- Tak, wiem, to też było zawarte w ślubowaniu - wyjaśnił nieszczęśliwy Piorun. 

Peppone wyszedł i poczekał za drzwiami na don Camilla. 

- Proszę księdza, jest ksiądz najperfidniejszą osobą na świecie. 

Robi ksiądz z Boskiej Opatrzności dobrego wujka za moje pieniądze! 

- Drogi Boskiej Opatrzności są niezbadane, towarzyszu! 

- westchnął don Camillo, wznosząc oczy ku niebu. 

Historyczne przemówienie 

Na  wiec  dwudziestego  szóstego  trzeba  przestudiować  coś  ekstra  -  powiedział 

poważnym głosem Peppone. 

Szary, Ostry i Chudy spojrzeli na niego nieco zakłopotani, ale 

Peppone ich oświecił. 

background image

- Wypadło na to, że ostatni wiec jest nasz - powiedział. - Zabierać głos na końcu jest 

korzystnie,  bo  oprócz  wszystkiego  nikt  nie  może  nam  zaprzeczyć.  Ale  za  to  trzeba  dobrze 

mówić.  Nie  możemy  wykpić  się  jedną  ze  zwykłych  pogadanek.  I  nie  możemy  też  wezwać 

mówcy z zewnątrz. Tojestsprawa lokalna i musimy sami dać sobie radę. Trzeba przygotować 

przemówienie j ak się patrzy. Historyczne. 

Sztab główny rozpromienił się; jeżeli tylko o to chodzi, nie ma co się przejmować. 

- Jesteśmy górą, szefie - zawołał wesoło Chudy. - Rozgnieciesz ich jak skórkę od figi! 

Peppone pokręcił głową: 

-  Takie  przemówienie  to  wcale  nie  żarty!  -  burknął.  -  Potrzebne  jest  specjalne 

przemówienie; żadne argumenty polityczne,  tylko administracyjne.  Zrobiono tyle  i tyle,  a to 

trzeba jeszcze zrobić. 

Czyli  fakty.  W  polityce  fakty  są  faktami,  nawet  jeśli  trzeba  ich  dokonać.  Pod 

warunkiem, że chodzi o rzeczy konkretne. Obiecywać sprawiedliwość społeczną - to jedno, a 

obiecywać pralnię miejską 

- to drugie. Teoria jest dobra jedynie w wyborach powszechnych. 

W  wyborach  gminnych  należy  trzymać  się  praktyki.  Nie  jest  łatwo  przygotować 

historyczne przemówienie o takiej tematyce. 

Chudy  stwierdził,  że  się  nie  zgadza;  jeśli  ktoś  wie,  co  chce  powiedzieć,  to  wszystko 

staje się łatwe. 

-  Ani  trochę!  -  odparł  Peppone.  -  Kiedy  się  robi  historyczne  przemówienie,  nie 

wystarcza  wiedzieć  to,  co  ma  się  mówić,  trzeba  również  umieć  powiedzieć,  co  się  chce 

powiedzieć.  Przemówień  historycznych  nie  improwizuje  się;  należy  je  przestudiować, 

napisać, ważąc dobrze każde słowo. W przemówieniach historycznych każde słowo ma swoje 

znaczenie i musi być tym a nie innym.Tak więc nie wystarczy, że się zna słowa, trzeba czuć 

ich znaczenie. 

I dlatego należy pracować ze słownikiem w ręku. 

- Szefie, ty masz słownik, więc jesteś dobry! - wykrzyknął 

Chudy. 

-  Nie  wystarczy  sam  słownik!  -  zawołał  Peppone.  -  Oprócz  słownika  potrzebny  jest 

absolutny  spokój.  I  właśnie  po  to  was  tu  wezwałem.  Nie  ma  mnie  dla  nikogo,  póki  nie 

skończę pisać przemówienia. Nawet gdyby wylatywał w powietrze Dom Ludowy, przyjechał 

Togliatti,  czy  wybuchła  rewolucja,  nikt  nie  może  mi  przeszkadzać.  Nikt  nie  może  przerwać 

mi wątku przemówienia. Wyraziłem się jasno? 

Zrozumieli doskonale. 

background image

-  Szefie  -  powiedział  Chudy  -  nawet  gdybyśmy  mieli  postawić  przed  twoim  domem 

karabin  maszynowy,  nie  pozwolimy  nikomu,  żeby  ci  przeszkodził.  My  będziemy  myśleć  o 

wszystkim. 

Oto  i  całe  wyjaśnienie  tego,  że  w  pewnym  momencie  Peppone  zniknął  z  pola 

widzenia. 

W takim właśnie  momencie,  dokładnie wtedy,  gdy atmosfera zaczęła  się robić coraz 

gorętsza,  bo  zbliżał  się  dzień  wyborów,  a  przeciwnicy  czerwonych  pokazali  pazury  i 

obecność  Peppona  byłaby  jak  nigdy  potrzebna,  żeby  ukrócić  ich  reakcyjną  zuchwałość,  to 

właśnie wtedy Peppone zniknął. 

Chory? Z misją? Uciekł? Wydalony? 

W  warsztacie  było  cicho,  a  na  opuszczonej  rolecie  naklejono  kartkę,  która  mówiła 

tylko to, co wszyscy wiedzieli: Zamknięte. 

Drzwi i okna domu Peppona pozostawały zamknięte, dzieciaki umieszczono u babki, a 

kiedy  się  ich  pytało,  gdzie  jest  ich  ojciec  albo  co  robi,  to  nic  a  nic  nie  można  się  było 

dowiedzieć. 

Zniknęła również żona Peppona. 

Don Camillo wysłał na przeszpiegi wszystkich swoich szpicli, postawił w pogotowiu 

wszystkie starowiny z miasteczka. 

Sam  osobiście  poszedł  się  przepytać,  docierając  aż  do  drzwi  Peppona,  ale  tajemnica 

pozostała tajemnicą. 

Jednakże  w  miasteczku,  gdzie  od  wieków  wie  się  wszystko  o  wszystkich,  podobna 

sytuacja nie mogła długo trwać. 

I  tak dotarła  na plebanię pierwsza wiadomość, że dom Peppona  nie stoi pusty.  Żona 

Peppona była tam, widziano ją w oknie. 

Potem wyszło  na  jaw,  że  Chudy co noc wchodzi tam z dużym tobołkiem, a wraca  z 

pustymi rękami. 

Dozór został wzmożony. Chudego poddano obserwacji, dzięki czemu okazało się, że 

każdego ranka jeździ do Castelletto po prowiant. 

Ustalono,  że  ilość  prowiantu  jak  najbardziej  przemawia  za  obecnością  dwóch 

solidnych gąb w otoczonym tajemnicą domu. 

Kiedy potem ustalony został fakt codziennego kupowania przez 

Chudego również cygar  toskańskich, zdano sobie sprawę, że jeżeli  jedną z solidnych 

gąb była ślubna żona Peppona, to właścicielem drugiej musiał być osobiście sam Peppone. 

background image

Agenci prowokatorzy deptali Chudemu po piętach i pewnego dnia, kiedy Chudy opił 

się lambrusco aż po czubek nosa, wpadł w pułapkę. 

Rozmowa,  bardzo  uprzejma,  zeszła  na  politykę.  Ktoś  zauważył,  że  wydaje  mu  się 

dziwne zniknięcie Peppona. 

Kompan tamtego zaśmiał się sarkastycznie i stwierdził, że to wcale nie jest dziwne. 

- To rodzaj pietra z przedwczesnym zapłonem - powiedział. 

 

- Już teraz jest pewien przegranej i nie ma odwagi pokazywać się na oczy. 

-  Zobaczycie  wy,  no,  jak  usłyszycie  historyczne  przemówienie,  które  pisze!  - 

odpowiedziało lambrusco spoczywające w żołądku Chudego. 

Don  Camillo  dowiedział  się  o  tym  pięć  minut  później  i  nie  przyłożył  do  tego 

najmniejszej wagi. 

- Tylko tyle? - burknął. - Nie warto nawet o tym mówić. 

I  rzeczywiście  więcej  już  o  tym  nie  mówił.  A  jednak  tej  samej  nocy  jakiś  nieznany 

osobnik napisał smołą na ścianie domu Peppona: 

Tutaj  spoczywa  towarzysz  Giuseppe  Bottazzi,  który  w  wielkim  skupieniu  pisze 

historyczne przemówienie na finał. 

Teraz tylko trzeba się przekonać, czy po napisaniu będzie umiał je przeczytać. 

Oczywiście z powodu nierozsądnego epigrafisty, sprawa, która - według pozbawionej 

emocji oceny don Camilla - w żaden sposób nie zasługiwała nawet, żeby o niej wspominać, 

stała się tematem numer jeden wszystkich rozmów świętokradczych języków. 

Języków, których na Nizinie było na szczęście niewiele, jako że każdy z mieszkańców 

miasteczka miał tylko jeden, a nie sześć, czy siedem,  jak by się to mogło wydawać po ilości 

krążących plotek. 

Peppone, niczego nie świadom, tworzył dalej swoje historyczne przemówienie. 

Żona,  najwierniejsza  i  najbardziej  milcząca,  krzątała  się  ostrożnie  po  cichym  domu, 

chodząc w miękkich pantoflach, żeby nie przerwać wątku historycznego przemówienia. 

Peppone  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  namęczył.  Napracował  się  bardziej,  niż  gdyby 

zrobił czterdzieści metrów ogrodzenia z kutego żelaza i do tego jeszcze bramę. 

 

Ale  stawka  była  duża;  inni  chcieli  zdobyć  władzę  w  gminie  za  wszelką  cenę,  a 

Pepponowi i towarzyszom chodziło o to, żeby ich wybrano po raz trzeci. 

I  z  tego  przymusu  ważenia  każdego  słowa,  wygładzania  każdego  zdania,  wyszło,  że 

całe  przedsięwzięcie  okazało  się  dłuższe  i  trudniejsze,  niż  Peppone  to  sobie  wyobrażał,  i 

background image

dopiero  w  piątek  rano  zostało  skończone  historyczne  przemówienie,  które  miał  odczytać  w 

sobotę wieczorem. 

I wtedy okazało się, że w pewnym sensie przewidywania nieznanego epigrafisty były 

słuszne. Peppone nie był w stanie odczytać tego, co nabazgrał na stercie papierów. 

Ale to też zostało przewidziane. Chudy czekał już od dwóch dni; otrzymał powierzony 

mu  cenny  rękopis,  wskoczył  na  motocykl  i  ruszył  jak  błyskawica  do  miasta,  gdzie  jakaś 

godna  zaufania  towarzyszka  maszynistka  miała  wystukać  na  maszynie  ten  cenny  tekst. 

Oczywiście w dwóch egzemplarzach. 

Jeden dla Peppona, drugi dla Historii. 

Było  już  późno  i  don  Camillo  szykował  się  do  łóżka,  kiedy  przyszła  stara  Carolina, 

biedaczka, która chodziła po okolicy zbierając chrust i czerstwy chleb. 

Miała jakąś paczkę i oddała ją don Camillowi. 

- Znalazłam to nad kanałem, niedaleko Piopazzy - wyjaśniła. 

- Pełno tam papierów. Może to coś ważnego, niech ksiądz ogłosi w kościele i znajdzie 

tego, kto je zgubił. 

Stara poszła sobie, a don Camillo otworzył paczkę i rzucił okiem na papiery. 

I nagle aż podskoczył. 

Miał  w  rękach  historyczne  przemówienie  Peppona:  oryginał  i  dwa  egzemplarze 

maszynopisu. 

A Chudy siedział w tym czasie u stóp topoli nad brzegiem rzeki i myślał o śmierci. 

Zgubił  kopertę  z  przemówieniem.  Wyleciała  mu  z  kieszeni  marynarki,  kiedy  wracał 

motocyklem na pełnym gazie. 

Przemierzył dwa razy tę samą drogę, szukając nadaremnie jak potępieniec, i w końcu 

ukrył się nad brzegiem rzeki. 

 

„Jeżeli zjawię się z pustymi rękami, szef mnie zabije” - powtarzał. 

I prawdę mówiąc, nie mylił się. 

Peppone miał straszną noc; ponieważ Chudy spóźniał się, więc zadzwonił do miasta, a 

maszynistka wyjaśniła mu, że tamten wyjechał z robotą już cztery godziny temu. 

A  wtedy  wezwał  sztab  główny  i  natychmiast  zorganizowana  została  akcja 

poszukiwawcza. 

O czwartej nad ranem o Chudym nie było jeszcze żadnych wieści i Peppone, który aż 

do tej chwili chodził wściekły po domu tam i z powrotem, załamał się. 

background image

Powiedział: ”Zdrada!” i pozwolił zanieść się do łóżka, gdzie zapadł w kamienny sen, 

któremu towarzyszyła bardzo wysoka gorączka. 

Chudy wypłynął gdzieś około dziewiątej; Szary znalazł go nie wiadomo jakim cudem 

w domu i kiedy dowiedział się, że koperta została zgubiona, poczuł, że tchu mu braknie. 

Spojrzał przerażony na Chudego, a potem rzekł: 

- Opłaca ci się chyba wyemigrować do Wenezueli. 

Dyrektywy dla drużyn zostały uaktualnione, poszukiwania trwały nadal. Ale teraz nie 

chodziło już o to, żeby znaleźć Chudego, tylko zgubioną przez niego żółtą kopertę. 

Tego  rodzaju  manewry  i  z  takim  rozdysponowaniem  sił  nie  mogły  przejść 

niezauważone.  Ludzie  obserwowali,  podpytywali,  zagadywali,  plotkowali,  łączyli  słowa  z 

faktami  i  po  południu  byli  w  stanie  wysnuć  wniosek,  że  tekst  słynnego  przemówienia 

Peppona został zgubiony i dlatego wieczorem Peppone znajdzie się w tarapatach. 

A to znaczyło, że wieczorem całe miasteczko wylegnie na plac. 

Całe. Również i chorzy, bo nikt nie chciał stracić takiego przedstawienia. 

Wiec  był  wyznaczony  na  dziewiątą  wieczór,  ale  już  o  wpół  do  dziewiątej  plac  był 

zapchany do ostateczności. 

Dopiero w tym momencie ludzie ze sztabu głównego zdobyli się na odwagę i obudzili 

Peppona. 

 

Trzeba  się  było  dobrze  namęczyć,  żeby  go  zmusić  do  otworzenia  oczu;  miał  wciąż 

bardzo wysoką gorączkę i nie dawał nawet rady utrzymać otwartych powiek. 

Wyjaśnili mu, że ludzie czekają na placu i że trzeba coś zdecydować. 

- Chudy? - spytał dalekim głosem Peppone. 

- Odnaleziony - odrzekł Szary. 

- Przemówienie? - wysapał Peppone. 

- Zagubione - odparł Szary, zrobiwszy uprzednio dla pewności trzy kroki do tyłu. 

Ale nie było potrzeby; Peppone był załamany, zrobił się z niego cień człowieka. 

Ograniczył się jedynie do zamknięcia oczu i westchnięcia. 

- Szefie, co robimy? - ośmielił się niepokoić go Szary. 

- Idźcie wszyscy do diabła - odpowiedział jak przez sen Peppone. 

- A ludzie? A partia? 

- Do diabła również z ludźmi i z partią - zakomunikował spokojnie Peppone. 

To była katastrofa i ci ze sztabu głównego popatrzyli po sobie zatrwożeni. 

background image

- Nic się nie da zrobić - zakończył Szary. - Nie pozostaje nam nic innego, jak ogłosić 

to, że wiec jest odwołany, bo mówca zachorował. 

Dokładnie w tym samym momencie pojawił się don Camillo. 

Nie  spodziewał  się  oczywiście  zastać  Peppona  doprowadzonego  do  takiego  stanu, 

więc stał, przyglądając się zakłopotany strzępowi człowieka spoczywającemu na łóżku. 

Nic  nie powiedział,  nie dotknął  nawet  łóżka,  ale  po jakiejś  chwili  Peppone otworzył 

jedno oko. 

A potem drugie. 

- Jeszcze nie przyszła pora na oleje święte - burknął. 

- Szkoda - odparł don Camillo. 

- Może ksiądz sobie iść, nie potrzebuję księdza - stwierdził 

Peppone. 

-  Zawsze  będziesz  mnie  potrzebował,  towarzyszu!  -  zawołał  don  Camillo.  I 

wyciągnąwszy z kieszeni dużą żółtą kopertę, rzucił ją na łóżko. 

 

Peppone sięgnął ręką, wziął kopertę, wyciągnął zawartość i popatrzył. 

- Sprawdź no, towarzyszu - zaśmiał się don Camillo. - Jest wszystko, rękopis i kopie. 

Pamiętaj, że”nie do omminięcia” pisze się przez jedno”m”, i podziękuj proboszczowi. 

Peppone powoli włożył z powrotem kartki do koperty, podniósł się z trudem na łóżku, 

żeby usiąść, popatrzył don Camillowi w oczy, zacisnął szczęki, a potem powiedział twardym 

głosem: 

- Już wolę nie dziękować. 

Miał  dłonie  jak  łopaty;  jednym  ruchem  rozdarł  na  pół  kopertę  z  całą  zawartością, 

potem,  jakby ogarnięty nagłym szałem, podarł obie części na strzępki i z resztek dokumentu 

zgniótł grubą kulę i wyrzucił przez okno. 

Potem jednym susem wyskoczył z łóżka. 

Była punkt dziewiąta i ludzie na placu zaczynali już szemrać, kiedy na trybunie zjawił 

się Peppone. 

Nie miał już gorączki. 

A nawet lepiej, ogarnęła go innego typu gorączka, co dało się poznać po sposobie, w 

jaki powiedział:” Obywatele”. 

Ludzie zamilkli i Peppone zaczął mówić. 

Improwizował; 

powiedział 

dwadzieścia 

razy”moziemy” 

zamiast”możemy”. 

Powiedział ”ja się wydaję” zamiast” mnie się wydaje”, wspomniał o ”nemezis historycznej” i 

background image

”nemezis  geograficznej”,  ale  czuło  się,  że  te  niezgrabne  słowa  wydobywają  się  z  tak 

ogromnego serca, że w końcu nawet najbardziej źle nastawieni musieli stwierdzić: ”To zdolny 

człowiek”. 

I  tak  się  złożyło,  że  Chudy  nie  musiał  emigrować  do  Wenezueli,  a  Peppone  został 

ponownie  wybrany  wójtem  bez  obowiązku  dziękowania  don  Camillowi,  ale  za  to  z 

obowiązkiem  podziękowania  Boskiej  Opatrzności,  że  uniemożliwiła  mu  wygłoszenie 

przemówienia  historycznego,  ale  idiotycznego.  A  don  Camillo  w  głębi  duszy  nie  był 

nadmiernie pognębiony całą sprawą, bo wiedział, że w polityce często można skorzystać dużo 

więcej od przeciwników niż od przyjaciół. 

Spis treści 

Od Wydawcy...... 

Droga Dobra...... 

Ciężarówka trojańska... 

Złodzieje rowerów.... 

Czerwony goździk i biały goździk 

Nigdy nie jest za późno... 

„Operacja - pies”.... 

Wyborcze papierzyska... 

Ważne, żeby być na liście.. 

Słoniowe ślubowanie... 

Historyczne przemówienie..