background image

STANISŁAW GOSZCZURNY 

DŁUGI PROSI O KARĘ ŚMIERCI 

 

„KB” 

 

background image

Powieść niniejsza narodziła się na tle autentycznego wydarzenia, jakie miało miejsce 

na  Wybrzeżu.  Nie  jest  to  jednak  reportaż  ani  kronika,  toteż  wszystkie  nazwiska,  nazwy, 

metody śledztwa i główne okoliczności akcji są wytworem fantazji. Wszelkie podobieństwo 

postaci z tej książki do osób żyjących może być tylko przypadkowe. 

Autor

background image

 

PROLOG 

 

No  tak,  więc  chcecie,  żebym  wam  opowiedział  o  jakiejś  ciekawej  sprawie,  którą 

prowadziłem. 

To wcale nie jest takie proste, jak by się mogło wydawać. Nie, nie dlatego, żebym nie 

chciał  opowiadać.  Ostatecznie  opowiadanie  o  swojej  pracy  daje  jakąś  przyjemność. 

Satysfakcję  stanowi  fakt,  że  ktoś  słucha  o  tym,  co  przez  długie  dni,  tygodnie  czy  miesiące 

zaprzątało  mnie,  co  było  tylko  moją  sprawą  i  z  czym  musiałem  sobie  jakoś  poradzić. 

Człowiek,  choćby  był  najskromniejszy,  lubi  pokazywać  swoje  dzieło,  pochwalić  się  tym, 

czego dokonał.  Jeśli wam  ktoś  powie, że tego nie lubi, to  mu  nie wierzcie: kieruje się albo 

fałszywym wstydem, albo jakimś ukrytym kompleksem, albo w ogóle gardzi innymi ludźmi, 

bo uważa, że go nie zrozumieją czy nie docenią. 

A ja lubię od czasu do czasu porozmawiać o swojej pracy i jeśli w tej rozmowie mogę, 

bez zbędnych przechwałek, odrobinę zabłysnąć, to korzystam z okazji. Ostatecznie poza gażą 

i  satysfakcją  z  dokonanej  pracy  potrzebna  jest  też  pewna  doza  uznania  nie  tylko 

przełożonych, ale kolegów, bliskich, znajomych... 

Dlaczego  wybrałem  właśnie  tę  sprawę,  a  nie  choćby  sprawę  tego  chłopaka,  którego 

ludzie  ochrzcili  mianem  „wampira”,  bo  udusił  dwie  kobiety.  Atrakcyjna  sceneria:  cmentarz, 

małe miasteczko, noc. Albo choćby sprawę człowieka, który w tajemniczy sposób zniknął ze 

statku,  pozostawiwszy  po  sobie  tylko  kilka  krwawych  śladów  na  ścianach  kabiny  i  kępkę 

włosów  przylepionych  do  znalezionego  tam  wielkiego  młota.  Nie  wybrałem  żadnej  z 

makabrycznych  spraw,  efektownie  prowadzonych  i  błyskotliwie  rozwikłanych,  bo  zawsze 

miały  one  motywy  proste:  skrzywienie  psychiczne,  odrażająca  żądza  mordu,  zemsta, 

pragnienie  zdobycia  łatwą  drogą  wielkiego  majątku.  Już  same  motywy  określały  przyczyny 

postępowania i charakteryzowały sylwetki przestępców. 

Interesująca mnie sprawa obok niby również prostych motywów: chęci zysku, łatwego 

życia  ukazała  tajemnicze  motywy  psychologiczne  i  dla  nich  uznałem  ją  za  godną 

opowiadania. 

Od czego zacząć? Chyba dość daleko trzeba sięgnąć wstecz. 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

1 

Podczas dnia przez kawałek okna więziennej celi, w trzech czwartych zasłoniętego i w 

dodatku  podzielonego  kratami,  widać  było  skrawek  szarego  nieba  i  ołowiane  chmury 

ciągnące nad miastem. W czasie krótkich zimowych dni mieszkańcy celi często patrzyli w to 

okno,  śledzili  wzrokiem  bieg  chmur,  wypatrywali  ptaków.  Ale  ptaki  dawno  odleciały  na 

południe,  a  do  wiosny  było  daleko.  Widzieli  więc  tylko  chmury,  raz  jaśniejsze,  ciągnące 

wyżej, to znów ciemne, jakby groźne, brzuchami niemal dotykające dachów miasta, których 

przez okno nie można było dostrzec. 

W  nocy  nie  widać  było  nieba,  chmur,  nie  można  się  było  domyślić,  w  którą  stronę 

wieje  wiatr  i  jaka  jest  pogoda.  Przewracali  się  obaj  długo.  Czasem  nawet  pogadywali  o 

rzeczach obojętnych, udając, że tamto za oknem nic ich nie obchodzi. Zasypiali późno, a gdy 

nadchodziła pora pobudki, wstawali źli, wilkiem patrzący na siebie, z twarzami zmęczonymi i 

z podkrążonymi oczami. 

Andrzej  i  Józek  niezbyt  długo  mieszkali  w  tej  celi  gdańskiego  więzienia.  Przedtem 

odsiadywali  kary  osobno  i  nigdy  się  nie  znali.  Dopiero  teraz,  kiedy  ich  wyroki  dobiegały 

końca, zrządzenie losu czy przypadkowa decyzja władz więziennych zetknęła ich razem. 

Andrzej  był  starszy.  Wysoki,  szczupły  blondyn,  z  jasnymi  oczami,  którymi  potrafił 

patrzeć zimno, uparcie, jakby badał wnętrze człowieka. Gdy tak patrzył, poważny i spokojny, 

z  ustami  zaciśniętymi  w  wyrazie  skupienia,  miało  się  wrażenie,  że  coś  waży,  kalkuluje, 

ocenia. Szykuje się do konsekwentnego działania. Był skryty, nie mówił współtowarzyszowi 

o sobie, wolał pytać niż odpowiadać. 

background image

Józek,  młodszy  od  Andrzeja  o  dwa  lata,  był  fizycznym  jego  przeciwieństwem. 

Znacznie niższy, o czarnych włosach i wesołych, żywych, równie czarnych jak włosy oczach; 

krępy, silnie zbudowany, gdy ściągnął koszulę, chętnie prężył bicepsy i robił pozy kulturysty, 

demonstrował swoją siłę. Ale zarazem był żywiołowy, naiwny, szukający towarzystwa, skory 

do rozmowy i  zwierzeń. Tylko oschłość Andrzeja i  jego nieustanna  czujność zmusiły  go do 

nieufności  i  zamknięcia  się  w  sobie.  W  dodatku  zaraz  na  początku  ich  wspólnego  pobytu 

zdarzyło się coś, co go wielce speszyło i postawiło na baczność. 

Rozbierali się przed snem i Józek stanął w ulubionej pozie z naprężonymi mięśniami, 

niczym zapaśnik przed walką na macie. Chciał wywołać zachwyt u Andrzeja. Prowokował go 

milcząco, ale tamten zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Wtedy Józek nie wytrzymał. 

- Dotknij, jakie twarde - zaproponował. 

Andrzej zareagował wzruszeniem ramion. 

-  No,  pomacaj,  boisz  się,  czy  co?  -  prowokował  Józek.  -  Chciałbyś  mieć  takie 

muskuły! A może chcesz się spróbować? 

Andrzej  siedział  na  pryczy  i  nawet  nie  drgnął,  tylko  patrzył  przeciągle  na  Józka.  A 

temu się wydało,  że jest w tym  wzroku drwina  czy prowokacja.  Ukłuła  go myśl,  że kolega 

zadziera  nosa,  nie  chce  z  nim  nawet  gadać,  traktuje  jak  smarkacza.  Poczuł  ogarniającą  go 

złość i zbliżył się do siedzącego. 

- Boisz się? No, czego tak patrzysz? 

Wówczas  Andrzej,  w  dalszym  ciągu  nie  mówiąc  ani  słowa,  wstał.  Teraz  patrzył  na 

Józka nieco z góry. Lekko przymrużył oczy i już wyraźnie widać było, że kpi z kolegi. Ale 

Józek  nie  czuł,  że  jest  w  tej  kpinie  nie  tylko  poczucie  wyższości,  lecz  także  przewaga 

przeciwnika. Podsunął pod nos Andrzejowi pięść i powiedział: 

- Powąchaj, chcesz jej spróbować? 

Nagle stało się coś, czego nie przewidział. Jego ramię wyciągnięte w stronę Andrzeja 

odskoczyło  w  bok.  Potem  poczuł  silne  uderzenie  w  żołądek,  odruchowo  przyjął  postawę 

bokserską  i  schylił  się,  żeby  zasłonić  brzuch  przed  ciosem.  Nim  jednak  zdążył  uderzyć, 

Andrzej lekkim kopnięciem w kostkę podciął mu nogę. Zachwiał się i byłby upadł na bok, ale 

silny  cios  w  szczękę  odrzucił  go  do  tyłu.  Zamroczyło  go  trochę.  Oparł  się  o  chropowatą 

ścianę i bezradnie opuścił ręce. Ta lawina ciosów spadła na niego tak błyskawicznie, że nie 

wiedział,  co  się  stało.  Potrząsnął  kilka  razy  głową,  złapał  się  za  bolącą  szczękę  i  dopiero 

wtedy  spojrzał  na  przeciwnika.  A  tamten  stał  spokojnie  na  dawnym  miejscu  koło  swojej 

pryczy i wzrokiem, w którym teraz nie było kpiny, tylko zimna złość i zaciętość, patrzył na 

background image

niego, gotów do dalszej walki. Lecz Józek miał dość tej jednej lekcji. Ogarnął go nagle strach 

i bał się oderwać od ściany. 

- Masz dosyć czy chcesz jeszcze? - zapytał wreszcie Andrzej. 

-  Dobra  -  powiedział  Józek,  uciekając  wzrokiem  przed  tym  złym  spojrzeniem.  -  Nie 

ma sensu się bić. Chciałem się tylko pomocować, a ty zaraz poważnie... 

- W porządku - Andrzej  rozluźnił się i usiadł znów na swej pryczy. -  Idziemy spać i 

nie podskakuj więcej. 

Gdy zgasło światło i leżeli już w mroku, Józek wiercił się przez jakiś czas na swym 

twardym posłaniu, aż wreszcie zagadnął: 

- Nie wiedziałem, żeś taki mocny. Jeszcze mnie nikt tak szybko nie załatwił jak ty! - 

Było w tym uznanie dla silniejszego i przyznanie się do porażki. 

Andrzej  przez jakiś czas milczał,  a kiedy Józek  pomyślał ze złością, że  kolega śpi  i 

cała jego pokora na nic się zdała, nagle usłyszał: 

-  Zapamiętaj,  że  każdy  głupi  może  być  silny.  Oprócz  muskułów  trzeba  jeszcze  mieć 

coś niecoś pod włosami, a wtedy zawsze zrobisz, co chcesz... 

Józef nie wiedział, co odpowiedzieć. Upokorzony, milczał przez długą chwilę. 

Na  drugi  dzień  wstał  pełen  obaw,  że  jego  zwycięzca  będzie  teraz  okazywał  swoją 

przewagę i zatruje mu życie w ciasnej celi. Ale Andrzej zachowywał się tak, jakby nic między 

nimi  nie  zaszło.  Był  nadal  skryty,  nie  zwierzał  się  i  nie  zamierzał  wyciągać  zwierzeń  od 

naburmuszonego Józka. 

Dni  mijały  im  monotonnie,  odmierzane  posiłkami,  spacerami  i  rzadkimi  w  zimie 

pracami.  Obaj  wkrótce  mieli  opuścić  więzienie  i  czekali  na  tę  chwilę,  choć  prawie  nigdy  o 

tym nie mówili. 

Ale kiedyś, gdy grudzień zbliżał się ku końcowi i nastrój świąteczny docierał nawet 

tu, do ich celi, doszło między nimi do rozmowy. Stało się to nocą, bo noc, gdy już leżeli na 

pryczach, była do tego porą najstosowniejszą. Józek nie wytrzymał i zaczepił Andrzeja: 

- Choinkę przywieźli, widziałeś? 

Usłyszał, jak tamten poruszył się na pryczy, a potem dobiegł go zły głos: 

- No to co z tego? 

- Święta za parę dni. A zaraz po świętach fiuu, na wolność. Pierwszego kończy mi się 

kara, tobie też, nie? 

- Mhm... 

-  Mogliby,  cholera,  wypuścić  te  parę  dni  wcześniej  -  rozgadał  się  Józek.  -  Święta 

spędziłoby się na wolności, co im zależy ten tydzień krócej... 

background image

- Tak cię ciągnie do rodzinki? - niespodziewanie zapytał Andrzej. 

- No wiadomo, święta... - mruknął Józek nieco rozmarzony, ale zaraz przybrał zwykły 

ton.  -  Zresztą  co  tam  rodzinka.  Koledzy,  znajome...  Wiesz,  jak  to  jest...  Święta  to  wesoły 

okres... A tak człowiek wyjdzie dopiero na Nowy Rok... Szkoda... 

Zapadła chwila milczenia. Słychać było odgłos kroków strażnika wędrującego gdzieś 

korytarzem.  Mocno  przytłumiony  przez  grube  mury  jęk  tramwaju  na  zakręcie  doleciał  jak 

sygnał z innego świata. 

-  A  właściwie  za  co  siedzisz?  -  pytanie  Andrzeja  padło  tak  niespodziewanie,  że 

zupełnie  zaskoczyło  Józka.  Myślał  o  czym  innym,  wspomnienie  o  świętach  sprawiło,  że 

zatęsknił do swego brudnego przedmieścia, do jasno oświetlonych okien Domu Kultury, pod 

którymi  spotykał  się  z  kolegami,  do  kiosku  z  piwem,  znajomych  twarzy,  wesołego  gwaru, 

rubasznych  żartów  i  kawałów.  Zatęsknił  do  tego  wszystkiego,  co  było  jego  życiem  na 

wolności.  Nie  myślał,  czy  to  było  dobre,  czy  złe  życie.  Nie  znał  innego,  nie  miał  innych 

kolegów  i  nawet  do  innych,  weselszych,  ładniejszych  dzielnic  Gdańska  jeździł tylko  wtedy, 

kiedy  musiał,  bo  czuł  się  tam  nieswojo.  Szybko  jednak  otrząsnął  się  z  tego  rozmarzenia  i 

odpowiedział z ociąganiem: 

-  Eee  tam,  takie  głupstwa...  Miałem  kolesia,  wiesz,  taki  jeden  z  Oruni.  Trzymaliśmy 

się zawsze razem. Jak trzeba było do kogoś podskoczyć, to lepiej było z nim. Jak byliśmy we 

dwóch,  nikt  nam  nie  mógł  dać  rady.  Ale  wiesz,  jak  to  jest...  Człowiekowi  czasem  floty 

brakowało. Jak ja miałem, to dawałem, a jak on miał, to też się dzielił. Ale zdarzało się, że 

obydwaj  nie  śmierdzieliśmy  groszem.  Wtedy  się  jakoś  kombinowało.  Też  razem.  Wiesz... 

Jeden pilnował, a drugi robił, co trzeba... I tak jakoś leciało. Ale kiedyś nas nakryli. Taki głupi 

wypadek. Podawałem mu z kiosku trochę towaru i wtedy musiał przestać uważać, bo odbierał 

paczkę. No i na to wlazł glina. Przyskrzynił nas obu. Nie było jak pryskać. 

- Dużoś dostał? 

- Półtora roku. 

- Sporo, jak na pierwszy raz. 

- Wiesz, jak to jest. Dołożyli mi inne kioski i jeszcze jakieś samochody, z których coś 

poginęło.  Uskładali  na  półtoraka.  Koleś  wpadł  gorzej,  dostał  dwa  i  pół.  U  mnie  wzięli  pod 

uwagę młody wiek. 

- Ile masz lat? 

- Wtedy miałem osiemnaście. 

- Toś jeszcze szczeniak. Zresztą to widać. 

background image

- A tyś znów taki stary - obraził się Józek. - Nie masz więcej jak dwadzieścia jeden, 

dwa... 

- Ale na taką  głupią robotę bym nie poszedł  - odciął się  Andrzej.  - A nawet  jakbym 

poszedł, toby mnie w kiosku nie nakryli. 

- A jednak cię złapali. Za co siedzisz? 

- Nieważne - wykręcił się Andrzej. - W każdym razie nie za takie głupstwa. 

- Powiedz, coś taki ważny? 

-  Nie  o  wszystkim  można  mówić...  Pamiętaj,  że  jak  ci  ktoś  nie  chce  opowiadać,  to 

znaczy, że nie trzeba go wypytywać. Ma powody, żeby nie mówić, rozumiesz? 

- Iii, co za powody? - powątpiewał Józek. - Możesz najwyżej się wstydzić, żeś głupio 

wpadł, a udajesz ważnego... 

- Co z tobą będę gadał - uciął Andrzej. - Dziecko jeszcze jesteś! 

Józek  umilkł  urażony.  Ale  rozmowa,  którą  po  raz  pierwszy  prowadzili,  mocno  go 

podnieciła i nie potrafił długo milczeć. 

background image

Pomyślał,  że  może  jednak  Andrzej  ma  rzeczywiście  powody,  żeby  nie  o  wszystkim 

mówić. Tajemniczość kolegi imponowała mu i zarazem go podniecała. Toteż po chwili znów 

się odezwał: 

- Obraziłeś się? Co ty, nie ma o co, nie chcesz mówić, to nie, twoja sprawa. 

- Co się miałem obrażać - podjął Andrzej. - Tylko musisz zrozumieć, że jak się chce 

zrobić coś naprawdę wielkiego, to trzeba umieć milczeć i myśleć... 

-  A  co,  myślisz,  że  ja  nie  potrafię  milczeć?  U  nas  jak  chłopak  za  dużo  gadał,  to 

niedoczekanie... Zbierał gnaty do worka... 

- Milczeć może i umiesz - zgodził się Andrzej. - Ale z myśleniem to masz kłopoty. 

Tym razem Józek się nie obraził. Czuł, że kolega przewyższa go inteligencją, tak jak i 

sprawnością fizyczną. 

- Wiesz, z nas to by była niezła para, co? - oświadczył nagle i było w tym przyznanie 

się do uległości wobec kolegi, deklaracja współpracy i uznanie dla wyższości tamtego. 

Andrzej  pogrzebał  chwilę  w  posłaniu,  wyciągnął  kawałek  papierosa  tam 

przechowanego,  zapalił  ukradkiem  pod  kocem  i  zaciągnął  się  głęboko.  Dopiero  wtedy 

odpowiedział: 

- Możemy spróbować. Ja też wychodzę na Nowy Rok. 

- Wiem. 

- Jak chcesz, to się spotkamy na wolności. 

- No pewnie - niemal z entuzjazmem zgodził się Józek. - Daj adres, przyjdę do ciebie, 

jak tylko nas wypuszczą... 

- Widać, że jesteś naiwny i niedoświadczony  - z wyższością stwierdził Andrzej. - Po 

co ci adres? 

- No to jak się spotkać? Może chcesz mój? Ale to daleko, za Orunią, prawie na wsi. 

- Coś  ty z tymi adresami? Po diabła to? Możemy  się spotkać w biurze pośrednictwa 

pracy. 

-  Zgoda,  masz  rację.  Tam  kupa  ludzi  przychodzi,  kręcą  się,  można  się  spotkać.  A 

kiedy? 

- Będę tam zaglądał po Nowym Roku. Przychodź, to mnie spotkasz. Nie ma sensu się 

konkretnie umawiać. Jak się mamy spotkać, to i tak się spotkamy. 

- No dobra - zgodził się Józek nieco rozczarowany, że nie umówili się dokładniej. Był 

jednak zadowolony i podniecony całą tą rozmową. Toteż długo jeszcze się kręcił na pryczy, 

usiłował zagadywać Andrzeja, ale ten już nie odpowiadał. Roztarł na pył resztkę papierosa, 

odwrócił się na bok i zasnął po chwili. 

background image

 

 

Niezbyt wielkie pomieszczenie było brudne i zadymione. Na podłodze leżały skrawki 

porzuconych  gazet,  roztarte  butami  błoto  przylepiało  się  do  podeszew,  wszędzie  walały  się 

niedopałki, choć dwie wielkie popielnice stały pod ścianami. Mimo że codziennie rano było 

tu  czysto,  już  po  dwóch-trzech  godzinach  nikt  by  tego  nie  poznał.  Sprzątaczka  wiecznie 

narzekała na ten jeden pokój i stale mówiła, że wolałaby sprzątać trzy inne zamiast tego. 

Ale nie było na to rady. Codziennie sporo osób przewijało się przez tę poczekalnię. Na 

ścianie  wisiały  wykazy  instytucji  i  fabryk  poszukujących  pracowników.  Przy  każdej 

podawano  warunki  i  żądane  kwalifikacje.  Mężczyźni  i  kobiety  stawali  przed  tymi 

ogłoszeniami,  czytali  je  uważnie,  rzucali  uwagi,  wzruszali  ramionami,  czasem  szli  do 

sąsiedniego pokoju, gdzie przy okienku od urzędniczki można się było dowiedzieć bliższych 

szczegółów, a także wziąć skierowanie do pracy. Byli też tacy, którzy przychodzili tu często, 

zbyt  często  jak  na  ludzi  naprawdę  szukających  zajęcia.  Grymasili,  nie  odpowiadały  im 

warunki, zrażały dojazdy, przebierali, potem niekiedy brali jakieś skierowanie, lecz po paru 

dniach wracali, aby znów rozpoczynać poszukiwania, sami nie bardzo wiedząc czego... 

Często  przewijały  się  tutaj  kobiety,  mniej  śmiałe  od  mężczyzn,  uważniej  czytające 

wykazy,  chętnie  biorące  skierowania,  gdy  tylko  nadarzyła  się  jakaś  praca  jako  tako  im 

odpowiadająca. 

Wśród tych ludzi  bywali także młodzi,  którzy wchodzili  tu  krokiem pewnym,  jakim 

stały  bywalec  wkracza  do  znajomej  knajpy.  Większość  z  nich  nawet  nie  rzucała  okiem  na 

ogłoszenia.  Siadali  po  prostu  na  krzesłach  rozstawionych  pod  ścianami,  zapalali  papierosy. 

Było im tu ciepło i zacisznie. Można było posiedzieć, nie mając grosza, jak długo się chciało, 

bo dopóki urząd był czynny, nikt ich nie wypraszał. Na ogół zresztą nie czekali, aż urzędnicy 

opuszczą biurka i rada narodowa zamknie podwoje. Zbierali się grupkami, znali się doskonale 

między  sobą,  umawiali  na  dalszy  ciąg  dnia.  Czasem  robili  po  cichu  składkę  na  butelkę

background image

wina, które pili, starając się, aby nikt z urzędu ich nie zauważył, bo wówczas podnosił 

się krzyk, grożono milicją i wyrzucano ich z przytulnego miejsca. A na dworze było zimno. 

Styczeń przyniósł mrozy dość silne, jak na Wybrzeże, a wraz z nimi  śniegi,  które pobieliły 

strome dachy gdańskich kamieniczek i okryły białym płaszczem nagiego Neptuna na Długim 

Targu. 

Kiedy minął okres noworoczny i skończyły się powitania z kolegami, którzy ciekawi 

przeżyć więziennych Józka stawiali grzane piwo w małych brudnych knajpkach, począł Józek 

zaglądać do „pośredniaka”. 

Domu rodzicielskiego nigdy nie lubił. Drażniła go atmosfera, jaka tam panowała. Nie 

mógł  znieść  natarczywości  matki,  domagającej  się,  aby  zajął  się  jakąś  pracą.  Z  ojcem 

rozmawiał rzadko, bo rzadkie były chwile, w których stary  potrafił  rozmawiać trzeźwo. Na 

ogół  dochodziło  do  awantur,  sprzęty  fruwały  w  powietrzu,  a  od  krzyku  trzęsły  się  ściany 

starej chałupy. Młodsze dzieci chowały się wtedy po kątach. 

Mieszkali  na  samym  krańcu  miasta,  właściwie  już  na  wsi.  Był  to  jeden  z  ostatnich 

domów tej dzielnicy. Kawałek ziemi, którą uprawiali, dawał im nieco ziemniaków i kapusty 

na  zimę,  a  warzyw  w  lecie.  Właściwie  tylko  matka,  stara,  schorowana  kobieta,  trzymała  to 

wszystko  jako  tako,  bo  ojciec  już  od  dłuższego  czasu  nie  widział  świata  poza  butelką. 

Alkoholik  niekiedy  dawał  się  zmusić  do  jakiejś  pracy,  przy  sprzątaniu  ulic  albo  gdzieś  w 

fabryce jako robotnik, ale prędko wylatywał stamtąd za pijaństwo i znów zajmował swój kąt 

lub znikał gdzieś, aby wrócić zamroczony, zaczepny, gotów do bicia i awantur. 

Młodsze  rodzeństwo:  trzech  braci  i  dwie  siostry,  gromadka  obdarta,  chciwa, 

przebiegła,  wiecznie  patrzyła  Józkowi  na  ręce,  zaglądała  do  kieszeni,  byle  tylko  gdzieś  coś 

uzyskać,  coś  zdobyć,  wyciągnąć.  Mieli  ubrania  z  opieki  społecznej,  młodsi  nosili  po 

starszych,  bo  takie  tu  panowało  prawo,  że  nic  nie  powinno  się  zmarnować.  Dwoje 

najstarszych chodziło do szkoły i tam dostawali obiady, ale trójka młodszych (od dwóch do 

sześciu lat) była, często głodna. Matka, kiedy już nie mogła wytrzymać pijackich wyczynów 

ojca, pokazywała mu te dzieci, mówiła o wstydzie, jaki musi cierpieć, o ich biedzie. Ale stary, 

choć  potrafił  czasem  wzruszyć  się  po  pijacku  i  przyrzec  poprawę,  na  drugi  dzień  jednak 

znikał i wracał w nocy na nogach miękkich, z ustami pełnymi przekleństw, zionący odorem 

kwaśnego piwa i taniego wina... 

Po wyjściu z więzienia Józek uległ matce, kiedy uparcie się domagała, żeby poszedł 

do pracy i pomógł jej utrzymać dom. Sama wyprosiła w administracji tymczasowe zajęcie dla 

niego.  Odgarniał  śnieg  z  chodników  okolicznych  ulic  i  miał  za  to  dostać  kilkaset  złotych 

miesięcznie. 

background image

Ale z tą nie lubianą pracą załatwiał się szybko, wczesnym rankiem, a potem uciekał z 

domu. Szukał kolegów, chciał z nimi kontaktu. Wystawał w sklepiku na rogu, gdzie można 

było  na  stojąco  wypić  piwo.  Wieczorami  zaglądał  do  Domu  Kultury,  gdzie  było  rojno, 

gwarno i ciepło, a co najważniejsze: można było spotkać kolegów. 

A przy tym wszystkim nie zapomniał o swej rozmowie z Andrzejem. Z czasem zatarły 

się kontury wypowiedzianych wówczas zdań i wydawało mu się, że to spotkanie będzie dla 

niego  wybawieniem,  że  otworzy  przed  nim  jakąś  bramę,  przez  którą  przejdzie  do  innego 

życia.  Chodził  więc  do  „pośredniaka”.  Trochę  szukał  tam  pracy,  bo  odgarnianie  śniegu 

zbrzydło  mu  prędko.  Uważał  to  zresztą  za  zajęcie  niezbyt  zaszczytne,  a  kiedy  koledzy 

dowcipkowali na ten temat, wręcz wstydził się tego machania wielką drewnianą łopatą i kucia 

lodu w rynsztoku. Ale niezbyt pilnie czytał wykazy wolnych miejsc pracy. Częściej rozglądał 

się  po  brudnej  i  zadymionej  sali,  a  gdy  dojrzał  kogoś  znajomego,  rozpromieniał  się. 

Rozpoczynały się gadki, zdarzało się wino, palili papierosy i tak jakoś czas mijał. 

Któregoś dnia przyszedł do urzędu koło południa. Był w niezbyt dobrym humorze, bo 

w nocy spadł obfity śnieg i od wczesnego ranka musiał się zdrowo napracować, żeby oczyścić 

swój  rejon.  Zanim  jednak  skończył,  śnieg  począł  prószyć  na  nowo,  niwecząc  jego  pracę. 

Cisnął więc swoją drewnianą łopatę i nie zważając na gniewne krzyki matki wyszedł z domu. 

W  urzędzie  rozejrzał  się,  ale  nie  dostrzegł  żadnej  znajomej  twarzy.  Stanął  więc  pod 

ścianą i nieuważnym wzrokiem począł się prześlizgiwać po długim szeregu czarnych liter. 

„Stocznia Gdańska poszukuje spawaczy elektrycznych, tokarzy, ślusarzy...” - czytał i 

zaraz dalej przenosił wzrok: „Zarząd Portu zatrudni...”. 

background image

Nagle poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu i usłyszał znajomy głos: 

- Jesteś? 

Odwrócił się błyskawicznie i nie potrafił ukryć radości. 

- Andrzej,  to  ty?  - zawołał  ucieszony.  -  Szukałem cię tu  parę razy. Myślałem, że już 

nie przyjdziesz! 

-  Stęskniłeś  się  do mnie,  czy  co?  -  zaśmiał  się  Andrzej.  Był  teraz  weselszy,  bardziej 

przystępny i jego jasne oczy patrzyły mniej zimno niż wtedy, w celi. 

- No pewnie! - wołał Józek. - Nie masz pojęcia, jak cię chciałem spotkać! 

- No to dobrze - Andrzej także sprawiał wrażenie zadowolonego. - Nie przychodziłem 

wcześniej, bo nie było po co. Trzeba było odpocząć po tym, no wiesz... - zająknął się i zaraz 

zaproponował: - Chodźmy stąd, pogadamy trochę... 

- Ale dokąd? - zatroskał się Józek - na dworze zimno i śnieg... 

-  A  kto  by  chodził  po  dworze  w  taką  pogodę?  -  roześmiał,  się  Andrzej.  -  Chodź, 

wpadniemy „Pod Wieżę”... 

- Ale ja... wiesz, nie tego... - jąkał się Józek, nie wiedząc, jak powiedzieć, że jest bez 

grosza. 

- Co się martwisz, przecież ja zapraszam... - powiedział Andrzej wspaniałomyślnie. 

-  Jak  tak,  to  co  innego  -  ucieszył  się  Józek  i  jego  szacunek  dla  kolegi,  który  miał 

pieniądze, wzrósł jeszcze bardziej.  

Opuścili  nieprzyjemny  pokój  i  wyszli  na  ulicę.  Śnieg  padał  tak  gęsty,  że  olbrzymia 

bryła  kościoła  Mariackiego,  choć  znajdowała  się  tuż  przed  nimi,  była  ledwie  widoczna. 

Podnieśli kołnierze i pędem przebiegli kawałek drogi dzielący ich od kawiarni „Pod Wieżą”. 

Otrzepali śnieg, zostawili okrycia w szatni i weszli do sali w piwnicy. Było w niej mroczno. 

Przy stolikach siedziało niewiele osób; jakaś para szeptała w kącie, trzy młode dziewczyny w 

pobliżu bufetu chichotały denerwująco, dwóch chłopaków obok spoglądało na nie z zaczepką 

w oczach. 

Andrzej  i  Józek  usiedli  na  prawo  od  drzwi,  w  miejscu,  które  było  szczególnie 

mroczne.  Kelnerka  czytająca  gazetę  obok  bufetu  spojrzała  na  nich  z  urazą  i  niechętnie 

podniosła się z miejsca. 

- Co podać? - zapytała nie bawiąc się w zbyteczne grzeczności. 

Andrzej  nie  zwracając  uwagi  na  jej  niechęć  rzucił  jakiś  żart,  czym  ją  nieco 

rozchmurzył,  potem  zamówił  dwie  kawy  i  po  dużym  serniku.  Kiedy  wreszcie  zostali  sami, 

zapytał: 

- No jak tam u ciebie? 

background image

Józek jadł łapczywie słodki sernik i musiał przełknąć, zanim odpowiedział: 

- Eee tam, szkoda gadać! 

- Marnie? 

-  Żyć  się  nie  chce,  bracie!  -  wyrzucił  z  siebie  chłopak.  -  W  chałupie  nie  mogę 

wytrzymać,  forsy  nie  ma,  najlepszy  koleś  jeszcze  siedzi,  mówię  ci,  chwilami  to  mnie  taka 

złość bierze, że... 

- Szukałeś roboty w pośredniaku? 

- Skądże! Jaką robotę mogę dostać? Pójdę na fizycznego? Taką robotę to mam i bez 

pośredniaka. 

- A co robisz? 

-  Wstyd  mówić!  Odgarniam  śnieg  na  ulicy.  Nie  poszedłbym,  ale  matka  marudzi  i 

marudzi. Wiesz, jak jest, jakbym się nie zgodził, toby mi zryć nie dała... 

Zapadła dłuższa chwila ciszy. Andrzej pił kawę, a Józek ze spuszczoną głową kończył 

sernik. Widząc to, Andrzej podsunął mu swój. 

- Masz, zjedz - zaproponował. - Mnie się nie chce... 

- Coś ty! - obraził się Józek. - Myślisz, że jestem taki głodny? 

-  Jak  chcesz  -  wzruszył  ramionami  Andrzej.  -  Zapalisz?  Poczęstował  Józka 

papierosami i obaj zaciągnęli się głęboko. 

Teraz Józek zaczął wypytywać: 

- Au ciebie co? Jak ci leci? 

- Nie mogę narzekać - pogodnie odpowiedział Andrzej. - Jakoś idzie. Moi koledzy nie 

siedzą.  Zresztą  ja  z  byle  kim  nie  idę  na  robotę...  Jak  już  coś  zaplanuję,  to  poważnie  i  bez 

pudła... 

- A jednak... 

- Tamto było co innego - Andrzej przerwał mu wpół słowa. - Dałem się zamknąć, bo 

się bałem, że będzie gorzej. 

- Jak to gorzej? Przecież gorzej nie może być, niż jak człowieka zamkną... 

background image

- Co ty, bracie, wiesz! Obrażasz się, jak ci mówię, że jesteś jeszcze zielony, ale to fakt. 

Jak człowiekowi grozi piętnaście lat albo dożywocie, to woli dwa czy trzy lata, rozumiesz? 

Zresztą mówiłem ci, że są sprawy, o których lepiej nie mówić. Za poważne... 

- Ale ze mną możesz. Wiesz, stary, ja jak grób... - Józek za wszelką cenę pragnął, aby 

go  kolega  dopuścił  do  swych  tajemnic.  Fascynowały  go  te  półsłówka.  A  Andrzej  rozgniótł 

papierosa w popielniczce, wyjął z pudełka drugiego, zapalił go natychmiast i dopiero patrząc 

przez kłęby dymu na kolegę powiedział ściszonym głosem: 

- Jak się przekonam, jaki jesteś, to może przyjmę cię na jakąś robotę. 

- Jak chcesz, ja się nie pcham - Józek odsunął się lekko. Andrzej skinął na niego, aby 

się nachylił i począł mówić: 

- Wiesz, ja mam czasem taką robotę, że lepiej o niej nie gadać. Sam rozumiesz, różne 

zadania  muszę  wykonywać.  A  jak  to  się  zbiegnie  z  jakimś  normalnym  skokiem,  to  dobrze. 

Nawet  staram  się,  żeby  moja  praca  wyglądała  na  zwykły  skok,  kradzież,  rabunek  czy  coś 

takiego... 

- Szpiegostwo? - przestraszył się Józek, odruchowo odsuwając głowę. 

Andrzej niecierpliwie sapnął i mówił dalej: 

-  Po  co  tyle  gadasz?  Nie  wypytuj,  tylko  jak  chcesz  coś  ze  mną  zadziałać,  musisz 

słuchać i robić, co ci każę. 

-  Ale  za  to  można  zarobić...  -  Józek  przejechał  palcem  po  szyi.  Był  teraz  szczerze 

przerażony, lecz mimo to ciekawie nadstawiał ucha, kiedy Andrzej mówił: 

-  Co  ty  pieprzysz!  Mówię  ci,  że  wszystko  planuję  pierwszorzędnie.  Moja  robota 

zawsze  wygląda  zwyczajnie,  jak  jakiś  normalny  skok.  Ale  ten,  kogo  obrobię,  wie  za  co  i 

siedzi cicho! Zresztą jak się boisz, to nie ma o czym gadać, szkoda czasu... 

Teraz  Andrzej  wyprostował  się,  jakby  uważał  rozmowę  za  skończoną.  Wypił  łyk 

wystygłej kawy i począł się rozglądać po sali. Józek nie pytając go wziął papierosa, drżącymi 

palcami zapalił i hamując ciekawość niby od niechcenia zapytał: 

- A co, masz teraz coś takiego? 

- No chyba. A jak myślisz, po co cię szukałem,  żeby kawki  się napić? Mnie, bracie, 

szkoda czasu na takie rzeczy. Ale widzę, że się boisz, to co będę mówił... 

-  Co  ty,  ja  się  boję?  -  zaperzył  się  Józek.  -  Tylko  mówisz  tak  niejasno,  że  człowiek 

sam nie wie, o co chodzi... 

- Co cię obchodzi? Powiedziałem tyle, ile mogłem. Chcesz ze mną iść, to dobrze, nie, 

to znajdę sobie drugiego i w porządku. 

background image

Józek  popatrzył  w  okno.  Za  matowymi  szybami  widać  było  śnieżycę  zasypującą 

miasto. Pomyślał, że w domu teraz zimno i nieprzytulnie, a kiedy przyjdzie, matka zrobi mu 

awanturę, że nie odgarniał śniegu. Potem będzie machał łopatą, a rano znów śnieg wszystko 

zasypie.  Usłyszał  charkot  ojca  i  przekleństwa,  które  ten  rzucał  nawet  przez  sen.  Słowa 

Andrzeja docierały do niego jak przez mgłę: 

-  Czy  ja  cię  trzymam,  czy  co?.  Idź  do  śniegu  albo  poszukaj  pracy  w  pośredniaku, 

zarobisz tysiąc albo może nawet dwa, jak się będziesz grzecznie starał. Robota lubi głupich, 

idź, jak chcesz... W nagrodę poślą cię do szkółki i za dwa lata dostaniesz podwyżkę, a może 

nawet zrobią z ciebie brygadzistę... 

-  Eee,  co  tam  chrzanisz  -  Józek  oderwał  się  wreszcie  od  swych  myśli  i  był  już 

zdecydowany. - Jak naprawdę chcesz, żebym z tobą poszedł, to gadaj, o co chodzi. 

- A jutro ci się nie odmieni? Nie zaczniesz trząść portkami ze strachu? 

- Jak mówię, że idę z tobą, to idę. 

Andrzej jednak nie spieszył się zbytnio. Jak dobry reżyser chciał napiąć do maksimum 

ciekawość swego słuchacza. Skinął na kelnerkę, która teraz nieco skwapliwiej podeszła do ich 

stolika.  Poprosił  o  dwa  kieliszki  wina,  a  kiedy  je  dostali,  zatrzymał  rękę  Józka,  sięgającą 

natychmiast po naczynie. 

-  Zaczekaj,  zdążymy.  Najpierw  ci  powiem  z  grubsza,  o  co  chodzi.  Wszystkiego  nie 

musisz  wiedzieć,  ale  pamiętaj,  że  to  nie  jest  taka  sobie  zwykła  sprawa,  jak  by  wyglądało. 

Pójdziemy do gościa, na którym trzeba się zemścić. 

- Trzeba mu mordę skuć? Andrzej ofuknął Józka: 

- Nie przeszkadzaj, tylko słuchaj. Takiemu gościowi mordy nie trzeba tłuc. Są lepsze 

metody ukarania. Obrobimy mu mieszkanie, to go bardziej zaboli. 

- Gdzie, kiedy? - znów niecierpliwie przerwał Józek. 

-  Coś  taki  w  gorącej  wodzie  kąpany?  Dzisiaj  ci  wszystkiego  nie  powiem.  Nie  to 

żebym ci nie ufał, ale rozumiesz, tak będzie lepiej. Dowiesz się szczegółów, jak pójdziemy na 

robotę. W każdym razie to jest w Trójmieście i nie musisz się bać, wszystko pójdzie łatwo. 

Mam  dokładny  plan.  Znam  tego  faceta,  to  taki  jeden  inżynier  i  wykładowca  w  szkole 

zawodowej. Oboje z żoną pracują. Poradzimy sobie bez kłopotu, a co zabierzemy, to nasze. 

No zgoda? 

- Zgoda - Józek podał przez stół rękę Andrzejowi, którą ten mocno uścisnął. Zaraz też 

sięgnął po kieliszek i stuknął się z kolegą: 

- No, za powodzenie, stary, napij się! 

background image

Józek wychylił duszkiem wino i rzucił jeszcze pytanie; - Powiedz chociaż kiedy, może 

trzeba się przygotować... 

-  Nic  nie  trzeba.  Jak  przyjdzie  pora,  to  przyjdę  po  ciebie.  Na  razie  siedź  cicho, 

odgarniaj śnieg, niech cię widzą, że grzecznie pracujesz. No, idziemy, za długo nam tu zeszło, 

we Wrzeszczu na mnie czekają... 

Kiedy się rozstali, Józek pojechał szóstką na Orunię. Śnieg sypał nadal, ale teraz nie 

wydawał mu się już tak straszny. 

 

 

Józek  odsunął  właśnie  talerz  i  zaczął  grzebać  w  kieszeni  szukając  papierosa,  kiedy 

rozległo się pukanie do drzwi. Maciek poderwał się pierwszy, a za nim gromadka pozostałych 

dzieci pobiegła ciekawa, kto przyszedł. Józek nie ruszył się z miejsca. Był zły i nie wyspany. 

Wczorajszy śnieg dokładnie zasypał ulice i dziś od piątej rano pracował, żeby go jako tako 

poodgarniać. 

Przed samym obiadem skończył robotę i teraz marzył o tym, żeby się trochę przespać, 

zanim wyjdzie w okolice Domu Kultury. Matka krzątała się po kuchni trzaskając naczyniami. 

Dziś  nic  mu  nie  mówiła,  bo  widziała,  że  się  solidnie  napracował,  nawet  przy  obiedzie 

dokładała mu kartofli, jakby pragnąc podkreślić, że kto tak pracuje, ten ma specjalne u niej 

względy. Teraz wysadziła tylko ciekawie głowę i zapytała: 

- Kogo tam przyniosło? 

background image

- Józek, to do ciebie - wołała Magda sepleniąc poprzez szczerby w mlecznych zębach. 

-  Do  mnie?  -  zdziwił  się  Józek  i  niechętnie  wstał  od  stołu.  Zanim  zdążył  wyjść  z 

kuchni, dzieci wpuściły gościa do środka. 

Był to Andrzej, w porządnej ortalionowej kurtce z kołnierzem ze sztucznego misia i 

czapce  z  nausznikami.  Józek  speszył  się  na  jego  widok,  bo  kuchnia  była  brudna  i  ciasna. 

Wstydził  się  też  rodzeństwa  natrętnie  otaczającego  gościa  i  po  trosze  matki,  która  nie 

ukrywając swej ciekawości, z talerzem pełnym odpadków w ręce stała przy piecu. 

-  Ledwo  cię  tu  znalazłem  -  śmiał  się  swobodnie  Andrzej,  nie  zwracając  uwagi  na 

rodzinę  i  skrępowanie  kolegi.  -  Dzień  dobry  pani  -  ukłonił  się  matce.  -  Ależ  tu  mieszkacie 

państwo na końcu świata... 

-  Chodź  stąd,  chodź  do  pokoju  -  Józek  zagarniał  kolegę  rękami,  byle  jak  najprędzej 

wyprowadzić go z kuchni. Ogarnęło go podniecenie, domyślał się, z czym tamten przyszedł, a 

równocześnie  zbudziła  się  w  nim  nonsensowna  obawa,  że  Andrzej  zacznie  mówić  przy 

wszystkich. Gdy stanęli w ciasnym, wypełnionym starymi meblami pokoju, poprosił: - Masz 

coś zapalić? Daj, bo nie mam nawet peta. 

Andrzej poczęstował go i sam także zapalił. Józkowi trzęsły się palce i oczy biegały 

niespokojnie. 

- To już? - zapytał szeptem. 

Andrzej skinął głową, ale powiódł znacząco wzrokiem po gromadce dzieci i odparł: 

- Może się przejdziemy? Masz trochę czasu? 

- Mam, a jakże, możemy iść  - skwapliwie zgodził się Józek i zaraz sięgnął po swoją 

starą kurtkę pokrytą nieprzemakalnym brezentem. Owinął szyję szalikiem, na głowę wcisnął 

wysoką  baranią  czapkę  i  zapominając  o  obowiązkach  gospodarza  sam  pierwszy  ruszył  do 

wyjścia. Usłyszał niezadowolony głos matki: 

- A wróć na kolację, nie włócz się tam do nocy z koleżkami! Nie zwrócił na to uwagi, 

tylko zatrzasnął drzwi, aż śnieg osypał się z dachu na ich głowy. 

- Gdzie idziemy? - zapytał oddychając z ulgą, że nareszcie są sami. 

background image

- Wszystko jedno - odparł Andrzej - byleby tam, gdzie ludzi nie ma. 

Ruszyli  wolno  szosą  w  kierunku  Kościerzyny.  Wyglądali  jak  dwaj  młodzi  ludzie, 

którzy  wracają  do  którejś  z  pobliskich  wiosek  leżących  pod  Gdańskiem.  Pora  była  jeszcze 

wczesna, południe minęło niezbyt dawno. Po wczorajszej śnieżycy pogoda zrobiła się piękna, 

słońce przygrzewało, jakby wiosna miała zamiar już zawitać na Wybrzeże. Ciężkie od śniegu 

gałęzie drzew uginały się ku ziemi, a daleki las na horyzoncie odcinał się wyraźną linią na tle 

białej, niczym nie skalanej przestrzeni pól. Mechaoniczny i pług odgarniał rano śnieg z szosy, 

szli więc jakby w wąwozie obrzeżonym skarpami ze skrzącego się w słońcu śniegu. 

Andrzej podniósł głowę w górę, popatrzył na niebo i powiedział: 

- Ale pogoda! Jak wytrzyma do jutra, to będzie odwilż. Utoniemy w wodzie. 

- Chyba nie po to przyszedłeś, żeby gadać o pogodzie? - zniecierpliwił się Józek, który 

dreptał obok kolegi, czekając chciwie I na wiadomości. 

Andrzej uśmiechnął się i zapytał: 

- Czekałeś na mnie? 

- Nie spodziewałem się, że tak prędko przyjdziesz. 

-  No  widzisz.  Ze  mną  tak  jest.  Jak  się  do  czegoś  zabieram,  toj  nie  marnuję  czasu. 

Zresztą mówiłem ci, że cały plan jest gotowy. 

- To kiedy idziemy? 

- Jutro. 

- Myślałem, że dziś. 

-  Niecierpliwy  jesteś,  ale  nie  można  tak  na  wariata.  Mówiłem,  i  że  przyjdę  cię 

uprzedzić, więc przyszedłem. Musimy się teraz konkretnie umówić. 

- No to gadaj! - Józek już nie ukrywał zniecierpliwienia. 

- Dobra, tylko pamiętaj: ani słowa, bo... 

- Co, mam ci  przysięgę  składać? Przecież ja też nie chcę  siedzieć  -  zdenerwował  się 

Józek. - Mów gdzie, co i jak ma być. 

- Jutro o godzinie dziesiątej wsiądziesz do kolejki elektrycznej na dworcu Głównym. 

Tylko pamiętaj, pojedziesz tym pociągiem, który odchodzi punktualnie o dziesiątej. 

- To sam mam jechać, a ty? - zaniepokoił się Józek. 

background image

- Słuchaj, nie gadaj tyle - Andrzej przybrał ton szefa. - Mówię ci, że masz być w tym 

pociągu, który jedzie punktualnie o dziesiątej, bo spotkamy się właśnie w nim. Ja wsiądę we 

Wrzeszczu.  Pojedziesz  w  drugim  wagonie  od  końca,  jasne?  Tylko  nic  nie  pomyl,  bo  się 

będziemy szukać... 

- Co mam pomylić, matoł jestem, czy co? - obraził się Józek. 

-  Ten  facet  mieszka  w  Gdyni.  Już  ci  mówiłem,  co  za  jeden.  Zresztą  dla  nas  to 

nieważne kto, tylko mamy zrobić swoje. 

- A jak się dostaniemy do środka? 

- Zwyczajnie, otworzy nam dziewczyna. 

- Jaka dziewczyna, twoja? Przecież to podpadnie. Gliny nie są głupie. 

- Nie martw się o to, co nie do ciebie należy. To nie jest żadna moja dziewczyna, na 

oczy  mnie  nie  widziała.  Zwyczajna  służąca,  która  pilnuje  im  dzieciaka.  Smarkula,  ma  z 

piętnaście, może szesnaście lat. 

-  To  i  dzieciak  jest?  Andrzej,  czy  ich  tam  nie  za  dużo?  Mogą  podnieść  krzyk  i  co 

wtedy? 

- Nie będzie żadnego krzyku. Dzieciak się nie liczy. To gówniarz, ledwo chodzi, nie 

ma  chyba  jeszcze  dwóch  lat.  A  dziewczynę  musimy  związać,  żeby  za  prędko  nie  narobiła 

alarmu. 

- Związać? - przestraszył się Józek. - A jak się nie pozwoli? Narobi wrzasku, będzie 

się szarpała, to co wtedy? 

-  Na  pewno  sama  się  nie  pozwoli  związać  jak  cielę.  Trzeba  wejść  sposobem. 

Powiemy, że pan nas przysłał po coś i wtedy ona nas wpuści do środka. Jak już będziemy w 

mieszkaniu, to raz dwa ją złapiemy i uciszymy. Jakby bardzo się rzucała, to dasz jej po łbie, 

żeby się uspokoiła, tylko nie za mocno... 

- Ja? 

-  Cały  plan  jest  bardzo  precyzyjny.  Jak  ty  się  nią  zajmiesz,  ja  będę  robił  co  innego. 

Trzeba pomyśleć o telefonie, dzieciaku, rozejrzeć się po mieszkaniu.  Potem zapakujemy  co 

się da i jazda z powrotem. W ciągu paru minut musi wszystko być zrobione. 

Józek  milczał,  oszołomiony  planem  przedstawionym  mu  przez  kolegę.  Był  nieco 

rozczarowany.  Spodziewał  się  czegoś  bardziej  efektownego,  jakiejś  akcji  bojowej,  która  by 

pasowała do obrazu tajemniczej działalności, jaki zasugerował mu poprzednio Andrzej. A ten 

od razu wyczuł to wahanie. 

background image

- Co, namyślasz się? A może się boisz? - zapytał i zaraz dorzucił groźnie: - No, bracie, 

wczoraj sam mnie błagałeś, żeby cię dopuścić do roboty, a teraz coś kręcisz. Uważaj... 

- Nic nie kręcę - gorąco zaprzeczył Józek - tylko myślę, jak stamtąd wrócimy, chyba 

taksówką. 

- Mówiłem ci, że ja wszystko planuję w najdrobniejszych szczegółach. Niech cię o nic 

głowa  nie  boli.  Wrócimy,  tak  jak  pojedziemy,  kolejką  elektryczną.  Taksówka  jest 

niebezpieczna. Milicja przede wszystkim będzie pytała taksiarzy, czy wieźli takich dwóch jak 

my  i  w  dodatku  z  tobołkami,  bo  przecież  z  pustymi  rękami  stamtąd  nie  wyjdziemy.  A  w 

kolejce takich pasażerów nikt nie zauważy. Żywy duch nie będzie wiedział, żeśmy z Gdańska 

pojechali do Gdyni i wrócili. 

-  Masz  rację  -  zgodził  się  Józek,  uspokojony  tym,  że  kolega  o  wszystkim  pomyślał. 

Pierwszy lęk już przeminął. Teraz nadchodziło podniecenie i chęć czynu. 

Andrzej wyczuwszy w nim tę zmianę klepnął go z rozmachem w plecy i wykrzyknął: 

-  Zobaczysz,  stary,  jak  ładnie  wszystko  pójdzie.  A  opłaci  się,  ja  ci  to  mówię.  To 

bogata rodzinka. Będzie forsa, skończy się odgarnianie śniegu! 

Józek wystraszył się tego głośnego okrzyku i spojrzał dokoła, czy nikt ich nie słyszy. 

Ale szosa była pusta i tylko śnieg z gałęzi osypywał się z szelestem. 

Wracali  lekko  i  swobodnie,  jak  dwaj  chłopcy,  którzy  z  przyjemnością  przeszli  się 

zaśnieżoną drogą. Przed domem nawet zaczęli się obrzucać śnieżkami, śmiejąc się beztrosko. 

Na progu Andrzej pożegnał się z Józkiem. 

- Idź do chaty - powiedział niczym troskliwy opiekun. - Nie łaź już dziś nigdzie, żebyś 

się w jaką drakę nie wplątał. - I pamiętaj, jutro o dziesiątej! 

- Dobra jest! - wesoło wykrzyknął Józek i uścisnął mu dłoń na pożegnanie. 

Matka  była  szczerze  zdziwiona,  że  wrócił  tak  wcześnie.  Próbowała  go  nawet 

wypytywać o Andrzeja, ale Józek zbył ją niczym. Do kolacji kręcił się po mieszkaniu, trochę 

bawił młodsze dzieci, ale gdy nadszedł wieczór, zjadł, co dostał od matki, i poszedł spać. 

background image

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

1 

Na  dworzec  przyszedł  znacznie  wcześniej,  niż  należało.  Wyszedł  z  domu  już  o 

dziewiątej,  z  Oruni  miał  daleko  i  obawiał  się,  że  może  tramwaj  się  spóźnić  lub  zajść  jakaś 

inna nieprzewidziana okoliczność. Tak więc była dopiero za piętnaście dziesiąta. 

Matka  niechętnie  patrzyła  na  to  jego  wczesne  wyjście  z  domu.  Próbowała  go 

zatrzymać, ale wykręcił się brakiem zajęcia, bo śniegu w nocy nie było. 

- Pójdę, rozejrzę się, może coś znajdę lepszego niż to odgarnianie śniegu - powiedział. 

Nie protestowała dłużej, sama byłaby rada, gdyby przyjął wreszcie pracę w stoczni, w 

porcie  lub  w  jakiejś  innej  fabryce.  Jeszcze  tylko  się  zbuntowała,  kiedy  ją  poprosił  o 

dwadzieścia złotych. Nie miał nawet na wykupienie biletu. 

- Mama da dwie dychy, oddam pierwszego, jak mi za ten śnieg zapłacą - prosił. 

- Po co ci aż tyle? Do śródmieścia dojedziesz za złotówkę. Dam ci pięć złotych. 

- Ale co, mama, przecież muszę choć raz fajek kupić. Już mnie wstyd przed kolegami, 

stale ich opalam, jak jaki żebrak. Oddam na pierwszego. 

Matka uległa w końcu, ale zapowiedziała, że przy wypłacie odbierze mu wszystko, a 

nie tylko te dwadzieścia złotych. Nie spierał się z nią dłużej i pobiegł do tramwaju. 

Teraz  kręcił  się  po  holu  dworca  Głównego,  niecierpliwie  spoglądając  na  tarczę 

elektrycznego zegara wiszącego nad wejściem do tunelu. Był jeszcze czas. Przespacerował się 

więc  pasażem,  zajrzał  do  bufetu,  gdzie  mężczyźni  w  długiej  kolejce  cierpliwie  czekali  na 

piwo. Przez moment nawet się wahał, czy nie wypić „dużego jasnego”, niecierpliwość jednak 

nie  pozwoliła  mu  stać  w  kolejce.  Wrócił  do  holu,  kupił  paczkę  sportów  i  palił  łapczywie, 

odbijając sobie zaległości od wczorajszego wieczoru. 

Dwóch  młodych  chłopców  w  ceratowych  czapkach,  z  włosami  wyłażącymi  na 

kołnierze kusych kurtek, podeszło do niego. 

background image

- Cześć, Józek - zagadnął wyższy, w spodniach dzwonowato rozszerzonych u dołu.  - 

Jak leci? Czekasz na kogoś? 

Józek podał im dłoń i odpowiedział niechętnie: 

- Tak, mam się spotkać z takim jednym. 

- Organizujecie coś? Może się dołożymy, zimno, to by się coś wypiło. 

- Nic z tego, jestem zajęty. Roboty szukam - skłamał. Zgodnie się roześmiali. 

- Z bykaś spadł? Ty, roboty? 

-  No  dobra,  dobra,  spływajcie  -  usiłował  się  ich  pozbyć.  -  Spotkamy  się  wieczorem, 

jak chcecie. 

-  Tak  to  co  innego  -  domyślnie  zauważył  ten  drugi,  w  butach,  z  wysoko  zadartymi 

nosami niczym góralskie kierpce. - Mów od razu, że czekasz na dziewczynę, to nie będziemy 

przeszkadzali. Chodź, Maniek. - Nie żegnając się odeszli w kierunku bufetu z piwem. Józek 

spojrzał  na  zegar  i  stwierdził,  że  jest  za  pięć  dziesiąta.  Odczekał,  aż  koledzy  zniknęli  za 

drzwiami bufetu, i poszedł korytarzem. Po drodze kupił bilet w automacie i z rękami wbitymi 

głęboko  w  kieszenie  swej  brezentowej  kurtki  powędrował  na  peron.  Pociąg  z  Gdyni 

podjeżdżał właśnie i stawał z piskiem hamulców. Zastukały drzwi, rozległ się syk sprężonego 

powietrza  i  nieliczni  pasażerowie  wysypali  się  z  wagonów.  Mijali  go  spiesznie,  potrącając 

łokciami i  rzucając krótkie „przepraszam”. Wszedł  do wagonu, jak wszyscy opuścili  peron. 

Od  razu  ogarnęło  go  przyjemne  ciepło.  Choć  na  dworze,  jak  przewidział  Andrzej,  była 

odwilż,  zmarzł  porządnie,  czekając  w  pełnym  przeciągów  holu.  Wybrał  teraz  miejsce  z 

grzejnikiem  pod  spodem,  wtulił  się  w  kąt,  daleko  wyciągając  nogi.  Drzwi  zatrzasnęły  się  i 

pociąg ruszył prawie pusty. 

O tej porze mało kto podróżował w kierunku Gdyni - ruch zaczynał się dopiero, kiedy 

w  fabrykach  kończyła  się  zmiana  i  ludzie  wracali  do  domów  lub  spieszyli  do  pracy.  Na 

przystankach Stocznia Gdańska i Politechnika nikt nie przybył do przed-: ostatniego wagonu. 

Gdy pociąg stanął we Wrzeszczu, Józek wstał i zajął miejsce w pobliżu drzwi. Zaraz 

też  dostrzegł  Andrzeja,  który  zwinniej  wskoczył  do  środka  i  pociągnął  go  na  ławkę. 

Przywitali  siej  w  milczeniu,  czekając,  aż  pociąg  ruszy  i  turkot  kół  zagłuszy  ich  słowa,  na 

pobliskich bowiem ławkach usadowiły się dwie osoby przybyłe na tym przystanku. 

- No jak, w porządku? - zapytał Józek, kiedy już jechali. 

- A jak ma być? - odpowiedział Andrzej głosem, w którym brzmiała pewność siebie. - 

U ciebie nic się nie zmieniło? 

- Jasne! 

- Nikomu nie gadałeś? 

background image

- Oszalałeś? 

- W porządku - Andrzej zatarł ręce i wyciągnął papierosy, ale przypomniawszy sobie, 

że w elektrycznym nie wolno palić, schował je na powrót do kieszeni. 

-  Zobaczysz,  jak  nam  ładnie  pójdzie.  Tylko  nie  nawal  w  ostatniej  chwili.  Szybko, 

odważnie i zdecydowanie. 

Józek już nic nie odpowiedział, skinął głową na znak, że Andrzej może być spokojny. 

W ciągu dalszej drogi koledzy niemal się już do siebie nie odzywali. Wszystko było 

ustalone.  Józek  zauważył,  że  Andrzej,  skupiony,  patrzył  po  dawnemu,  ostro,  przenikliwie, 

spod  lekko  ściągniętych  jasnych  brwi.  Przemknęło  mu  przez  myśl,  że  może  kolega  tylko 

udaje takiego odważnego i zdecydowanego, a w duchu też się boi, ale zaraz odrzucił tę myśl, 

bo nic go nie upoważniało do takich wniosków. Dotychczas tamten konsekwentnie dążył do 

celu i jemu także nie pozostawiał czasu na wahania. 

Gdy  wysiedli  w  Gdyni,  Andrzej  poszedł  pierwszy  schodami  do  holu  kolejki 

elektrycznej. Tu skręcił koło kas biletowych i pociągnął Józka do kabiny telefonicznej. 

- Co, jeszcze po kogoś dzwonisz? - zdziwił się Józek, ale Andrzej burknął gburowato: 

-  Zamknij  się  wreszcie  i  skończ  z  tymi  pytaniami.  Zaczynamy  robotę.  Trzeba 

sprawdzić, kto jest w domu u naszego profesorka. 

Docisnął  mocniej  drzwi,  żeby  jego  głos  nie  wydostał  się  na  zewnętrz.  Wrzucił 

pięćdziesięciogroszówkę  do  automatu,  zdjął  mikrotelefon  i  okrył  go  chusteczką.  W  kabinie 

panowała  taka  cisza,  że  słychać  było  sygnał,  jaki  rozległ  się  w  słuchawce.  Józkowi  serce 

zaczęło bić tak mocno, że z trudem oddychał. Czuł się, jakby za chwilę miało go spotkać coś 

groźnego  i  niedobrego.  Zasłaniał  plecami  szybkę  drzwi  i  patrzył  na  Andrzeja,  który

background image

z pochyloną lekko głową i słuchawką przyciśniętą do ucha tkwił nieruchomo przy automacie. 

Wreszcie  przeciągły  sygnał  urwał  się,  w  aparacie  trzasnęło,  brzęknęła  opadająca  moneta  i 

jasny, wyraźny głos dziewczęcy spytał: 

- Słucham? 

- Czy to mieszkanie inżyniera Walatka? - Andrzej ścisnął sobie palcami gardło, żeby 

zmienić głos. 

- Tak, kto mówi? 

- Czy zastałem pana inżyniera albo jego żonę? 

- Nie, są teraz w pracy. A kto mówi? - natarczywie dopytywała się dziewczyna. 

- To przepraszam - rzucił Andrzej krótko - zadzwonię do pana później. Do widzenia - 

i szybko odłożył słuchawkę, jakby go parzyła w dłoń. Schował chusteczkę do kieszeni i Józek 

dostrzegł, jak ukradkiem wyciera spocone dłonie. Nie zdziwił się, bo sam miał koszulę mokrą 

na plecach. 

W  holu Józek  spojrzał  pytająco  na  kolegę.  Ten  uśmiechnął  się  z  przymusem  i  lekko 

zmrużył oko. 

- Dobra. - szepnął. - Koza jest sama w domu. 

- To idziemy? - Józek chciałby szybko mieć wszystko za sobą. 

-  Trzeba  z  pół  godziny  odczekać  -  powstrzymał  go  kolega.  -  Niech  zapomni  o  tym 

telefonie.  Może  ta  siksa  nie  jest  taka  głupia,  jak  nam  się  zdaje,  i  połączy  sobie  telefon  z 

naszym przyjściem. 

Poczęstował Józka papierosem, potem poprowadził go do holu głównego, gdzie przy 

półokrągłym, mokrym bufecie wypili po wielkiej bombie piwa. Nie mówili nic, ale obaj byli 

pełni napięcia, naprężeni, choć starali się ukryć zdenerwowanie jeden przed drugim. 

Wreszcie gdy zegar wskazał godzinę jedenastą, Andrzej powiedział krótko: - Idziemy! 

 

 

Zosia Kurek nie należała do dziewczyn nie mogących żyć bez pracy. Chlebodawczyni 

Zosi  dość  często  robiła  uwagi  na  temat  jej  pracowitości,  a  gdy  w  końcu  miała  różnych 

zaniedbań  dość  dochodziło  do  rozmowy  z  matką,  która  błagała,  żeby  dziewczynę  zostawić 

jeszcze na jakiś czas, a na pewno się ustatkuje i będzie z niej pociecha. Toteż pani Walatkowa 

ulegała, pozwalała Zosi pozostać, po trosze litując się nad matką, która miała z dziewczyną 

kłopoty,  a  po  trosze  dlatego,  że  o  pomoc  domową  było  trudno,  mała  Joasia  zaś  wymagała 

opieki, kiedy oboje z mężem szli do pracy. 

background image

Przystojna, może nieco za pulchna dziewczyna, o oczach zaczepnie świdrujących i o 

naturze  nazbyt  ciekawej,  potrafiła  zdobyć  sobie  sympatię  państwa  Walatków,  była  bowiem 

rozgarnięta,  wygadana,  bystra,  a  półtoraroczna  Joasia  wręcz  za  nią  przepadała.  Toteż  choć 

poza bawieniem dziecka niewiele z niej było pociechy, Zosia pracowała u państwa Walatków 

już blisko rok. 

W tym dniu od morza ciągnęła mgła, mokry śnieg osuwał się ze stromych dachów, a 

w  powietrzu  pełno  było  wilgoci  tak  typowej  dla  Wybrzeża.  Zosia,  która  wstała  razem  z 

gospodarzami  i  pomogła  przygotować  śniadanie,  potem,  gdy  została  sama,  niemal  siłą 

wcisnęła dziecko do łóżeczka i sama się położyła, żeby jeszcze trochę pospać. Dopiero koło 

dziesiątej  wstała,  ubrała  się  jako  tako  i  z  apetytem  zjadła  drugie  śniadanie.  Potem  postała 

trochę w oknie, patrząc na niezbyt piękny dziś świat. 

Mieszkanie  znajdowało  się  na  piątym  piętrze  nowego  osiedla  w  Gdyni  i  widok  stąd 

był rozległy. W dole ciągnęła się szeroka, niezbyt jeszcze ruchliwa ulica. Daleko na wprost 

okna, między dwoma dużymi blokami  stojącymi naprzeciwko, widniało morze rozciągające 

się  niebieską  płaszczyzną  aż  po  Półwysep  Helski.  Na  widocznej  doskonale  redzie  zawsze 

można  było  dostrzec  jakieś  statki,  które  w  dziewczynie  wywoływały  tęsknotę  do  obcych 

krajów, do ciepła, egzotyki i w ogóle do czegoś innego niż jej dzień powszedni. 

Ale dzień powszedni dawał o sobie znać płaczem głodnej Joasi, bo panna zapomniała 

jej  dać  drugiego  śniadania.  Zosia  lubiła  małą,  sama  jeszcze  była  niemal  dzieckiem,  miała 

niespełna  szesnaście  lat,  toteż  chętnie zajmowała  się  dziewczynką,  bawiły  się  razem,  fikały 

koziołki na dywanie. 

Zosia  szybko  podgrzała  mleko,  posmarowała  masłem  kawałek  bułki  i  nakarmiła 

Joasię.  Kiedy  po  tej  czynności  spojrzała  na  zegarek,  ogarnął  ją  strach.  Było  już  późno, 

zmarnowała masę czasu. Pani kazała jej dziś solidnie posprzątać mieszkanie, potem porobić 

niektóre zakupy i z grubsza przygotować obiad. A tymczasem minęło już wpół do jedenastej. 

Dziewczyna obłożyła dziecko kolorowymi książeczkami i pobiegła do kuchni, żeby najpierw; 

pozmywać  naczynia  stojące  w  zlewie  od  śniadania.  Przy  tym  zajęciu  poprzez  szum  wody 

doleciał ją dźwięk dzwonka telefonu. Spiesznie wytarła ręce i pobiegła do aparatu. 

Kiedy  rozmowa  dość  niespodziewanie  się  skończyła,  przez  chwilę  trzymała  jeszcze 

słuchawkę,  a  potem  rzuciła  ją  na  widełki  i  wzruszyła  ramionami.  Pomyślała,  że  to  ktoś  z 

wielu  znajomych  pana,  ale  jakoś  nie  mogła  sobie  przypomnieć  tego  głosu.  A  znała 

wszystkich,  którzy  bywali  u  jej  państwa.  Zaraz  jednak  woda  cieknąca  z  kranu  w  kuchni 

przypomniała jej o zajęciu, przestała więc sobie zaprzątać tym głowę. 

background image

Po zmyciu naczyń zabrała się od razu do sprzątania kuchni. Przejechała dość niedbale 

ścierką  po  sprzętach,  pośpiesznie  poukładała  naczynia,  szczotką  byle  jak  omiotła  podłogę, 

zagarniając  I  śmieci  pod  szafkę  i  rozpylając  je  po  kątach.  Śpieszyła  się,  żeby  I  zdążyć 

wszystko zrobić, ale słów pani, aby było dziś porządnie I posprzątane, nie bardzo sobie wzięła 

do serca. 

Kończyła zamiatanie, kiedy znów usłyszała dzwonek, tym razem od drzwi. Zawahała 

się, czy w ogóle podejść, ale Joasia z pokoju zaczęła coś wykrzykiwać. Zosia pomyślała więc, 

że ten za drzwiami i tak się domyśli, iż ktoś jest w domu, i podeszła do drzwi. Nie otwierając 

zapytała: 

- Kto tam? Odpowiedział jej młody męski głos: 

- Proszę otworzyć, przyszliśmy z polecenia inżyniera Walatka. 

- A o co chodzi? 

- Proszę otworzyć, przecież nie będę tłumaczył wszystkiego przez drzwi. 

Dziewczyna  zawahała  się.  Głos  był  młody,  śmiały,  przyjemny.  Nie  bała  się,  ale 

pamiętała, jak państwo wielekroć ją upominali, aby nikogo obcego podczas ich nieobecności 

nie wpuszczała den mieszkania. Już położyła rękę na klamce, jeszcze jednak zapytała: 

- Proszę powiedzieć, o co chodzi, jestem sama w domu państwo w pracy. 

- Wiem - głos za drzwiami brzmiał teraz niecierpliwie. 

Przecież  mówię,  że  przychodzimy  z  polecenia  pana  profesora.  Przysłał  nas  po 

dzienniczki uczniowskie, których zapomniał z domu, a są mu potrzebne na wykłady. 

Zosia nie wiedziała, co zrobić. Wyjaśnienie brzmiało prawdopodobnie, głos nie budził 

niepokoju. Ale ostrzeżenie państwa jeszcze ją powstrzymywało. 

- A gdzie są te dzienniczki, to ja podam - zaproponowała. 

-  Skąd  mogę  wiedzieć,  są  gdzieś  w  mieszkaniu.  Proszę  nas  wpuścić,  przecież  nie 

będziemy tak rozmawiać! 

Ale Zosia już podjęła decyzję. Nieufność zwyciężyła i postanowiła ich nie wpuszczać. 

- To ja zadzwonię do pana i zapytam - powiedziała. 

- A my mamy tak czekać pod drzwiami? - denerwował się mężczyzna. 

-  To  nie  potrwa  długo,  chwileczkę  -  niefrasobliwie  odparła  dziewczyna  i  nie  wdając 

się już w dłuższe rozmowy sięgnęła po słuchawkę telefonu, który stał tuż obok w przedpokoju 

na  małym  stoliczku.  Znała  numer  stoczni  na  pamięć,  szybko  go  więc  wybrała  i  zażądała 

połączenia z inżynierem Walatkiem. 

Józek poczuł, że robi mu się coraz cieplej. Koszula znów przylepiła, mu się do pleców 

jak w czasie rozmowy w budce telefonicznej. Podczas pertraktacji Andrzeja z Zosią stał nieco 

background image

z  boku,  obserwował  klatkę  schodową  i  drzwi  sąsiednich  mieszkań.  Każdy  nerw  w  nim 

dygotał  z  napięcia.  Zdawało  mu  się,  że  ktoś  lada  chwila  otworzy,  wyjdzie  z  mieszkania  i 

zacznie krzyczeć:  milicja, na pomoc, złodzieje!  Czapka ciążyła mu  na  głowie, jakby  była z 

ołowiu, nogi lekko dygotały w kolanach i najchętniej odszedłby czym prędzej z tego miejsca. 

Ale  zabrnął  już  zbyt  daleko.  Spod  tych  drzwi  sam  nie  mógł  zawrócić.  Co  innego  gdyby 

Andrzej podjął taką decyzję: był od niego zależny, całkowicie mu się podporządkował. Kiedy 

Zosia zaczęła telefonować do inżyniera, nie wytrzymał i zaproponował szeptem: 

- Zwiewajmy, teraz się wszystko wyda! 

Andrzej,  sam  blady  ze  zdenerwowania,  obrzucił  go  spojrzeniem,  w  którym  była 

pogarda i zarazem zawziętość. 

- Czekaj! 

-  Ale!...  -  zaczął  Józek  i  natychmiast  umilkł,  ujrzawszy  na  twarzy  kolegi  grymas 

wściekłości.

background image

Tymczasem spoza drzwi dobiegł ich głos dziewczyny: 

-  Czy  to  sekretariat  inżyniera  Walatka?  Proszą  mnie  połączyć  z  panem  inżynierem. 

Go, nie ma? A kiedy będzie? Och, nic, tylko przyszli tu panowie po jakieś dzienniczki i  nie 

wiem,  co  robić.  Aha,  tak,  dziękuję,  to  zadzwonię  za  chwilą...  -  trzasnęła  odkładana 

słuchawka. 

Józek  poczuł,  jak  nagle  cały  się  odpręża.  Zrozumiał,  że  niebezpieczeństwo  minęło  i 

spojrzał przytomniej na Andrzeja. A tamten także musiał odczuć ulgę, bo gdy odezwał się do 

Zosi, jego głos był niemal wesoły: 

- No i co, panienko? 

- A nic - odparła Zosia, nadal nie otwierając drzwi. - Pana nie ma w biurze, wyszedł 

gdzieś na teren stoczni, ma za chwilę wrócić. 

- To co robimy? Poszukamy razem tych dzienniczków? 

- Nie, zadzwonię jeszcze do pani, zapytam, co mam robić. - Zosia widocznie nie tylko 

skrupulatnie chciała wykonać zalecenie państwa, ale również lubiła telefonować. 

Józek  zacisnął  dłonie  i  zobaczył,  że  Andrzej  znów  zbladł  ze  złości.  Ta  dziewczyna 

doprowadzała ich obu do pasji. Ale nie mogli protestować. Andrzej powiedział tylko: 

- To nie ma sensu, pani też pewnie nic nie poradzi. 

-  A  może  będzie  wiedziała,  gdzie  są  te  dzienniczki  -  odparła  Zosia  i  już  wybierała 

numer. 

Znów  zapadła  pełna  napięcia  cisza.  Stojący  pod  drzwiami  słyszeli  każdy  szelest,  do 

ich uszu dobiegło gaworzenie Joasi W tym momencie rozległ się przeciągły dźwięk i Józek aż 

podskoczył  ze  strachu.  Dopiero  po  chwili  uprzytomnił  sobie,  żel  to  winda  ruszyła  z  dołu  i 

szybko jedzie na górne piętra. 

Obaj  z  Andrzejem  odwrócili  głowy  i  czujnie  nasłuchiwała  Dźwięk  narastał,  brzmiał 

coraz  głośniej.  Byle  tylko  nie  tu,  byli  nie  tu  -  powtarzał  w  duchu  Józek. Dom  miał  siedem 

pięter  I  i  zachodziło  prawdopodobieństwo,  że  ktoś  jedzie  windą  wyżeł  A  tymczasem  Zosia 

otrzymała połączenie. Słyszeli, jak mówiła! 

- Poproszę panią Walatkową... 

Odgłos  windy  nagle  ucichł  i  rozległ  się  trzask  drzwi.  Jednaj  stanęła  na  ich  piętrze  i 

teraz ktoś wychodził na klatkę. A może to sam inżynier? - przemknęło nagle Józkowi przez 

myśl.  Było to rzeczą prawdopodobną, przecież Zosia nie zastała  go  w pracy. Szarpnął  się i 

miał  zamiar skoczyć w  stronę schodów, aby uciec jak najprędzej,  ale nagle poczuł,  że dłoń 

Andrzeja zaciska się na jego rękawie. Chwyt był silny i osadził go w miejscu. Obaj stali teraz 

background image

twarzą do drzwi i niemal wtulali się w nie, jakby chcieli, żeby się wreszcie otwarły. Usłyszeli, 

jak Zosia mówi, zawiedziona: 

- Nie ma? Tak, rozumiem, zaraz wróci? To dobrze... 

Józek kątem oka dostrzegł, że z windy wyszła starsza, gruba kobieta z małym, może 

czteroletnim chłopcem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i wolno poszła do swego mieszkania. Nie 

zwracała na nich uwagi, spojrzała tylko przelotnie i zaraz zaczęła manipulować kluczem. 

- No więc jak będzie? - teraz już głos Andrzeja nie był taki wesoły i pewny. 

- Słyszał pan przecież. Nie ma ani pana, ani pani - odparła bezradnie Zosia. 

- Poskarżę się panu profesorowi, że musieliśmy tak długo stać pod drzwiami - zagroził 

Andrzej. Kobieta z chłopcem weszła już do mieszkania i znów byli sami na klatce schodowej. 

Mimo to Józek nie mógł się uspokoić i czuł, jak serce omal nie rozsadzi mu piersi. Groźba 

Andrzeja widocznie poskutkowała, bo Zosia zapytała: 

- No to co mam robić? 

- Wpuścić nas  do mieszkania  - twardo zażądał  Andrzej.  -  Poczekamy, jak pan wróci 

do biura, wtedy panienka zadzwoni i dowie się, gdzie są dzienniczki. 

- No dobrze - zgodziła się Zosia i obaj usłyszeli, że przekręca zatrzask. Drzwi otwarły 

się  i  ujrzeli  w  przedpokoju  młodą  dziewczynę  o  miłej  twarzy,  nieco  nachmurzoną,  ale 

ciekawie na nich zerkającą. Andrzej ukłonił się i nie zdejmując czapki pierwszy przekroczył 

próg. Józek wszedł za nim. Zosia zamknęła drzwi i powiedziała: 

- Proszę do pokoju, tam panowie poczekają... 

 

 

Józek z ciekawością rozejrzał się po mieszkaniu. Było tu ładnie. Nowoczesne meble 

wypełniały  wnętrze.  Pod  jedną  ze  ścian  stała  długa  wersalka,  na  której  leżały  rozrzucone 

książeczki  Joasi.  W  rogu  trzy  fotele  otaczały  stolik,  obok  pochylała  się  lampa  z  ładnym 

abażurem.  Niski  bufet  z  wielkim  wazonem  pełnym  kwiatów  uzupełniał  to  wnętrze.  Przez 

otwarte drzwi widać było drugi pokój z wysuwającą się na pierwszy plan dość dużą szafą. 

- Proszę, siadajcie, panowie - Zosia była teraz gościnna. Jej dotychczasowa nieufność 

zniknęła  zupełnie,  coraz  śmielej  na  nich  spoglądała,  a  do  Andrzeja  zaczęła  się  nawet 

uśmiechać. - Może panowie zdejmą kurtki, tu jest ciepło. 

-  Nie,  chyba  nie  warto  -  oświadczył  Andrzej.  -  Pan  inżynier  pewnie  zaraz  wróci,  to 

panienka zadzwoni do niego i weźmiemy te dzienniczki. 

background image

-  No  tak,  ale  na  razie  trzeba  chwilę  poczekać.  Proszę,  proszę  nie  krępujcie  się, 

panowie. -  Zgarnęła książeczki, odsunęła nieco Joasię, która dreptała za nią krok w krok i z 

zaciekawieniem oglądała gości. 

Usiedli.  Józek  zauważył,  że  Andrzej  nie  zdjął  rękawiczek  i  w  tym  momencie 

uświadomił sobie, po co tu weszli. Spojrzał na kolegę, jakby go wzrokiem pytał, co dalej. Nie 

mógł sobie wyobrazić, jak w tej sytuacji, przy małym dziecku, mają zaatakować dziewczynę. 

Andrzej widocznie także jeszcze się nie zdecydował, co robić, bo siedział i tylko rozglądał się 

uważnie po mieszkaniu. Sytuacja stawała się  niezręczna. Dziewczyna stała nad nimi, Joasia 

dreptała po pokoju. Obaj rozumieli, że w nieskończoność niej mogą czekać. W pewnej chwili 

dziecko  podeszło  do  Józka  i  poczęło  szczebiotać.  Chłopak  obyty  z  dziećmi,  nie  namyślając 

się,  wziął  małą  na  kolana  i  zaczął  huśtać,  udając,  że  wiezie  ją  na  koniu.  Mała  uradowana 

zaśmiewała się. Objęła go ufnie rączkami za szyję i wołała: 

- Pata taj, patataj, patataj... 

- Widzę, że Joasia się dobrze przy panach czuje - powiedziała Zosia. - To ja panów z 

nią na chwilę zostawię. Pójdę do kuchni, nie skończyłam swojej roboty, a już jest późno... 

-  Ależ  oczywiście,  proszę  sobie  nie  przeszkadzać.  My  poczekamy  -  skwapliwie 

zachęcał ją Andrzej, czując, że nadchodź wreszcie swobodny moment do działania. 

Zosia  nie  miała  już  co  dłużej  robić  w  pokoju.  Poszła  do  kuchni  i  nawet  drzwi 

zamknęła  za  sobą.  Nie  chciała,  żeby  widzieli,  jak  przed  lustrem  w  przedpokoju  poprawia 

włosy. Pomyślała też, że zaraz ponownie zatelefonuje do pana. 

Gdy  dziewczyna  odeszła,  Andrzej  przez  chwilę  nasłuchiwał  pochylony  do  przodu. 

Usłyszawszy, że już jej nie ma w przedpokoju, odezwał się szeptem: 

- Teraz jak wejdzie, trzeba jej dać w łeb. Tylko  pamiętaj: szybko, szkoda czasu i tak 

go dosyć zmarnowaliśmy przez tę gęś. 

- Ale jak to zrobić? Czym? Przy dziecku? - pytał przestraszony Józek? 

- Tu masz - Andrzej z rękawa wyciągnął drewnianą pałkę. - To wystarczy. 

-  Ale  dziecko  -  Józek  obejmował  Joasię  rękami  i  bezwładnie  jeszcze  ją  kołysał  na 

kolanie. 

Andrzej nagle się rozzłościł. Porwał małą i postawił gwałtownie na podłodze. 

- Zostaw tego szczeniaka i przestań się nim przejmować - niemal krzyknął. 

Joasia  nagle  zaczęła  płakać  -  nie  wiadomo  czy  dlatego,  że  ją  zbyt  mocno  popchnął, 

czy z żalu, że skończyła się zabawa. Józek odruchowo schował pałkę za siebie. 

W przedpokoju już było słychać kroki Zosi. Weszła do pokoju mówiąc: 

background image

- Co to się stało? Czemu dziecko płacze? Przecież panowie nie zrobią Joasi nic złego... 

-  Pochyliła  się  nad  małą  i  miała  zamiar  wziąć  ją  na  ręce.  W  tym  momencie  Andrzej  dał 

wzrokiem  znak  Józkowi.  Chłopak  poczuł,  jak  znów  oblewa  się  potem.  Ręce  mu  nagle 

zdrętwiały  i  nie  był  zdolny  wykonać  najmniejszego  ruchu.  Chciał  działać,  ale  palce  tylko 

kurczowo zaciskały się na pałce, którą trzymał za plecami. Nagle zobaczył, że ręka Andrzeja 

obciągnięta rękawiczką unosi się do góry i z całą siłą spada na głowę dziewczyny pochyloną 

nad dzieckiem. Zośka krzyknęła i upadła na bok. Ale nie straciła przytomności. Wtedy jego 

niemoc minęła. Usłyszawszy okrzyk Andrzeja „bij!”, jak w transie podniósł w górę pałkę i 

zadał dwa ciosy w głowę. Dziewczyna krzyknęła jeszcze raz. Na jej czole pokazała się krew. 

Joasia była tak przerażona, że aż przestała płakać. 

-  Jeszcze,  idioto,  widzisz,  że  przytomna!  -  krzyczał  Andrzej.  Józek  znów  podniósł 

pałkę,  ale  w  tym  momencie  Zosia  uchyliła  się.  Turlała  się  po  podłodze,  zasłaniała  głowę 

przed jego uderzeniami i błagała: 

- Panowie, nie zabijajcie! Ja nic nie powiem! Darujcie! Panowieee! 

To było ponad jego siły. Ręka sama opadła w dół. Pierwszy szał minął i teraz już nie 

mógłby uderzyć płaczącej, pokrwawionej dziewczyny. 

- Nie mogę! - jęknął. Ze strachem spojrzał na Andrzeja, ale ten także widocznie miał 

już dosyć tej sceny. 

- Będziesz milczała? - zapytał. - Nie powiesz milicji, kto cię bił? 

- Nie powiem. Przecież was nie znam! - wyjęczała Zosia. 

-  Dobrze,  ale  pamiętaj,  jak  piśniesz  słówko,  to  cię  znajdziemy  i  wtedy  zginiesz!  - 

zagroził Andrzej. Józek z ulgą odrzucił pałkę, którą przytomny kolega natychmiast schował 

pod  ubraniem.  Obaj  przenieśli  dziewczynę  na  wersalkę.  Andrzej  otworzył  wąską  szafę  w 

przedpokoju i wyciągnął stamtąd froterkę. Odwinął długi sznur i podał Józkowi: 

- Zwiąż jej nogi, tylko mocno! 

Józek  posłusznie  począł  wykonywać  polecenie.  Ręce  mu  się  przy  tym  trzęsły  i  nie 

mógł sobie poradzić z zaciągnięciem węzła, tym bardziej że sznura nie odcięli i froterka mu 

bardzo przeszkadzała. Zanim się uporał z tym zadaniem, Andrzej już zdążył otworzyć szafę. 

Wyciągnął  z  niej  pęk  krawatów  i  rzucił  go  ze  słowami:  -  A  tym  zwiąż  jej  ręce!  -  Był  już 

opanowany, widocznie zdenerwowanie mu minęło, bo działał pewnie i precyzyjnie. Zostawił 

Józka  z  dziewczyną,  a  sam  zaczął  plądrować  mieszkanie.  W  przedpokoju  znalazł  dwie 

walizki  i  torbę  turystyczną,  ustawił  je  na  podłodze.  Z  szafy  począł  wygarniać  rzeczy  i  co 

cenniejsze pakował do środka. 

background image

Tymczasem  Józek  niezgrabnie  związał  Zosię.  Dziewczyna  miała  zamknięte  oczy  i 

cicho pojękiwała. Z czoła ciekła jej krew i spływała po policzku cienką zasychającą strużką. 

Dygotała z przerażenia i bezwolnie pozwalała się wiązać. 

Józek, kiedy tak patrzył z bliska w jej twarz, poczuł litość. A poza tym dopiero teraz 

zauważył,  że  jest  ładna.  Jej  gładka  cera,  świeża  buzia,  ciemne  gęste  włosy  -  wszystko  to 

zrobiło na nim wrażenie. 

-  Boli  cię?  -  zapytał.  Odpowiedziała  jękiem.  Rozejrzał  się  wokoło  i  dostrzegł  stertę 

wypranych pieluszek Joasi. Wziął jedną i jak umiał, okręcił głowę dziewczyny. Rogiem starł 

jej krew z twarzy, mówiąc przy tym: - No już dobrze, nie jęcz, nic ci nie będzie. Ledwo cię 

stuknąłem. Musiałem przecież, bo inaczej byś nam nic nie pozwoliła zrobić. Zresztą to on mi 

kazał  -  dodał  nagle,  jakby  się  usprawiedliwiał.  Zosia  otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego 

niespodziewanie  przytomnie.  Ucieszył  się.  -  O,  widzisz!  Nie  jest  tak  źle.  Fajna  z  ciebie 

dziewczyna.  Jak  chcesz,  to  możemy  się  umówić.  Przyjedź  do  Kartuz,  tam  się  możemy 

spotkać w „Rybce”. Tylko nikomu ani słowa, słyszałaś, co on powiedział? 

Skinęła  głową,  ale  się  nie  odezwała.  Joasia,  która  dotychczas  z  zainteresowaniem 

przyglądała  się  wszystkiemu,  znów  zaczęła  płakać,  widząc,  że  się  nią  nie  zajmują.  Józek 

wziął ją na ręce i posadził Zosi na kolanach. 

- Siedź tu sobie, póki mama nie przyjdzie - powiedział. Andrzej ukazał się w drzwiach 

zasapany z pośpiechu. Zawołał na Józka: 

- Długo tak się będziesz z nią cackał? Sam mam wszystko robić? 

- Już idę - skwapliwie odparł Józek. - Musiałem ją przecież związać i dziecko uciszyć. 

- Tam, z tej szafy w przedpokoju trzeba jeszcze zabrać ciuchy - dyrygował Andrzej. - 

Ja sprawdzę biurko, może tam coś jeszcze jest! 

Józek posłusznie wyszedł do przedpokoju i niemal na ślepo począł ładować garderobę 

do  torby  stojącej  na  podłodze.  Kiedy  była  pełna,  zamknął  ją  na  zamek  i  postawił  obok 

napełnionych już poprzednio przez Andrzeja walizek. 

- Gotowe - powiedział niezbyt głośno. 

- Dobra - odparł Andrzej ukazując się w drzwiach. - Nic tu więcej nie ma. Wiejemy! - 

Starannie  zamknął  drzwi  od  pokoju,  w  którym  siedziała  związana  Zosia  oparta  plecami  o 

ścianę,  z  Joasią  na  kolanach.  Rozejrzał  się  jeszcze  dokoła  i  dostrzegł  aparat  telefoniczny 

czerwieniejący na stoliku. Jednym szarpnięciem wyrwał przewód ze ściany. Wziął walizkę i 

powtórzył: - Wiejemy! 

background image

Chwilę  nasłuchiwali,  a  kiedy  się  przekonali,  że  na  klatce  nikogo  nie  ma,  wyszli  z 

mieszkania zatrzaskując drzwi za sobą. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI  

1 

Nie mieli klucza od windy i dlatego z piątego piętra musieli zejść po schodach. Józek 

znajdował się w takim stanie, że właściwie poruszał się jak bezwolny automat. Tempo całej 

akcji,  wstrząs,  jaki  wywołało  w  nim  bicie  Zosi,  wreszcie  strach  tak  go  oszołomiły,  iż  nie 

zdawał sobie dobrze sprawy, gdzie jest i co czyni. Gdyby był sam, chyba by rzucił zdobycz 

albo w ogóle nic by nie wyniósł z mieszkania Walatków. 

Ale  Andrzej  czuwał  nad  wszystkim.  Miał  bez  przerwy  oko  na  kolegę  i  popędzał  go 

nieustannie. 

- Prędzej, prędzej, ruszaj się, do cholery! 

To  popędzanie  wywierało  dodatkowy  wpływ  na  Józka,  gdyż  wyobrażał  sobie,  że  są 

zagrożeni, ktoś ich ściga i lada chwila zostaną zatrzymani. Toteż objuczony walizkami gnał 

po  schodach  na  złamanie  karku,  przeskakując  po  dwa  stopnie  na  raz.  Kiedy  ujrzał  jasny 

prostokąt drzwi, zatrzymał się nagle. Zdał sobie sprawę, że oto musi wyjść na ulicę, po której 

chodzą ludzie, a każdy z tych ludzi może ich zatrzymać, lecz Andrzej nie dawał mu czasu do 

namysłu. 

- Ruszaj się - rzucił ostro. A kiedy Józek niemal pędem wypadł z bramy, powstrzymał 

go ostrym szeptem: - Nie tak, idioto, wolniej, spokojnie. Idź jak gdyby nigdy nic. 

Ulica  była  niezbyt  ruchliwa.  Szeroka,  nowoczesna  arteria  jeszcze  nie  przyciągnęła 

zbyt wielu przechodniów, którzy woleli starą Świętojańską, przy której znajdowało się więcej 

sklepów,  kawiarni  i  do  której  z  dawna  byli  przyzwyczajeni.  Nieliczni  przechodnie  szli 

szybko, zajęci swymi myślami, nikt nie zwracał uwagi na dwóch młodzieńców z walizkami. 

A  oni  skręcili  w  lewo,  kierując  się  w  stronę  przystanku  kolejki  elektrycznej  na 

Wzgórzu Nowotki. Szli teraz obok siebie i wyglądali tak, jakby jeden drugiego odprowadzał 

na  dworzec  kolejowy.  Ale  gdyby  ktoś  im  się  przyjrzał  uważniej,  dostrzegłby  coś 

nienaturalnego w ich ruchach, uderzyłyby ich szeptem wymieniane krótkie zdania, spłoszone 

spojrzenia, jakie rzucali dokoła. 

- Wolniej, spokojniej - pouczał Andrzej. 

Józek  skinął  głową,  że  rozumie,  ale  mimo  woli  wyrywał  się  do  przodu,  nogi  same 

chciały  uciekać.  Był  spocony,  ręce  zaczynały  go  boleć  od  ciężkich  walizek,  najchętniej 

rzuciłby wszystko i uciekł jak najdalej od Andrzeja, i tego miejsca. 

background image

- Złapią nas, cholera, stary, złapią... - wyrzucił z siebie rozpaczliwie. 

- Zamknij się - warknął Andrzej. - Już niedaleko. 

- Ale w kolejce... Lepiej było taksówką... 

- Uspokój się, bo się zerżniesz w portki ze strachu! Idź tak jak ja. Zaraz będziemy na 

dworcu, a w kolejce nic nam nie zrobią. Teraz nie ma ruchu. 

- No właśnie, każdy nas zauważy, zapamiętają... potem powiedzą... 

Andrzej  już  nie  odpowiadał,  bo  choć  przechodnie  rzadko  ich  mijali,  to  jednak 

zachodziło  prawdopodobieństwo,  że  ktoś  może  usłyszeć  tę  rozmowę.  Zbliżali  się  do 

skrzyżowania.  Szybko  przeszli  przez  jezdnię  obok  stacji  benzynowej  i  po  chwili  już 

dochodzili do dworca. 

- Idź na peron jakby nigdy nic - dyrygował Andrzej. 

- A ty? Sam nie pójdę! - rozpaczliwie zaprotestował Józek. 

- Idź, do cholery, przecież muszę bilety kupić! 

- Pójdę z tobą - uparł się Józek. 

Andrzej  zgrzytnął  zębami,  ale  nie  sprzeciwiał  się,  kilka  osób  kręciło  się  po  małym 

dworcu  kolejki  elektrycznej,  i  nie  chciał,  aby  na  nich  zwrócili  uwagę.  Pchnął  ze  złością 

wahadłowe drzwi i puścił je za sobą, aż grzmotnęły Józka, który mając ręce zajęte nie mógł 

ich  przytrzymać.  Chłopak  był  już  teraz  całkiem  mokry  i  dyszał  ciężko.  Strach  i  wysiłek 

zupełnie  go  wykończyły.  Gdy  Andrzej  kupował  bilety,  on  pogrzebał  w  kieszeni,  znalazł 

sporty  i  chciwie  zapalił.  Zanim  zdążył  się  parę  razy  zaciągnąć,  tamten  już  był  przy  nim.

background image

- Jazda, nie ma tu co sterczeć. Idziemy na peron. Pociągi za trzy minuty. 

Po  wzniesionym  wysoko  peronie  kręciło  się  sporo  osób  czekających  na  kolejkę  do 

Gdańska. Józek aż się skulił,  kiedy siei tam znalazł.  Zdawało  mu  się, że każda z tych osób 

patrzy na nich podejrzliwie i każda się domyśla, kim oni są i co zrobili! Miał wrażenie, że jest 

wystawiony  na  widok  publiczny,  jakby  się  znajdował  w  oszklonej  ze  wszystkich  stron 

gablocie i całe miasto go oglądało. Stanął przy słupie, postawił swoje walizka i nie patrzył w 

oczy Andrzejowi, bo obawiał się, że tamten wyczyta z jego twarzy strach i będzie się złościł. 

Bał się nie tylko ludzi, ale także swego kolegi. 

Andrzej  tymczasem  swobodnie  postawił  wypchaną  łupem  torbę  na  ławce  i  niby  od 

niechcenia  rozglądał  się  wokoło.  Powiódł  nawet  wzrokiem  za  zgrabnymi  łydkami  jakiejś 

dziewczyny.  Nie  widać  było  po  nim  strachu.  Tylko  oczy  miał  czujne.  Obserwował  w 

skupieniu twarze przechodzących obok ludzi. Niczym nie zdradzał swego napięcia i Józkowi 

się wydawało, że jest oni zupełnie spokojny, nawet nonszalancki. 

Od strony dworca Głównego zbliżał się szybko z głośnym stukotem kół wąż żółtych 

wagonów.  Z  szumem  zajechał  na  stację  i  drzwi  otwarły  się  równocześnie.  Wzięli  swoje 

bagaże, ale Andrzej nie wsiadał. Przeszedł szybko kawałek wzdłuż pociągu szukając wagonu, 

w którym było najmniej pasażerów. Wreszcie wskoczył zwinnie do środka, a za nim wszedł 

Józek, taszcząc obie walizki. Znaleźli sobie miejsce na końcu wagonu, gdzie nie było nikogo. 

Postawili bagaże przy nogach i usiedli w kącie. 

- Ale bym teraz zapalił - zwierzył się Józek. 

- Szkoda gadać. Jakby wybuchła draka, to zwrócą na nią uwagę. Lepiej siedzieć cicho. 

Wytrzymasz. 

Józek oparł głowę o dygocącą ścianę wagonu. Czapka mu się przekrzywiła, a na czole 

wystąpiły grube krople potu. Był tak zmęczony, jakby odbył bieg dziesięciokilometrowy. W 

tym momencie pożałował, że poszedł na ten skok. Wiele dałby za ta żeby znaleźć się na swej 

Oruni,  nawet  z  łopatą  do  odgarniania  śniegu.  Ale  był  to  tylko  moment.  Zmęczenie  mijało 

szybka Wokół nich było pusto, stopniowo się więc uspokajał. Gdy spój rżał na walizki i torbę, 

przeszło  mu  przez  myśl,  że  oto  wiózł  pieniądze,  których  tak  bardzo  pragnął.  Ocknął  się  z 

zamyślenia, słysząc głos Andrzeja: 

-  Ale  z  ciebie  tchórz.  Myślałem,  żeś  odważniejszy.  Nie  odpowiedział,  tylko  się 

zaczerwienił ze wstydu. 

-  I  słaby  jesteś,  chociaż  się  lubisz  chwalić  muskularni.  Takie  dwie  walizeczki  z 

ciuchami, a tyś się zasapał, jakby w nich były kamienie. 

- Dobrze ci mówić, tyś wziął tylko torbę. Wygodny hrabia - odciął Józek. 

background image

Pociąg  przystanął  w  Orłowie  i  nagle  Józek  zdrętwiał  z  przerażenia.  Do  przedziału 

wsiadł  milicjant.  Chłopak  zacisnął  kurczowo  palce  i,  nieprzytomnym  wzrokiem  wpił  się  w 

przybysza.  Andrzej,  który  był  odwrócony  bokiem  do  wejścia,  zorientował  się  po  twarzy 

kolegi, że coś się stało. Spojrzał i też drgnął, ale natychmiast się opanował. Kopnął Józka w 

kostkę i syknął: 

-  Nie  rób  takich  min,  cholera,  bo  cię  zostawię  samego!  Józek  oderwał  wzrok  od 

milicjanta i spojrzał na kolegę. 

Przeżył  moment  takiego strachu, że  aż mu  zabrakło  tchu. Pomyślał, że ten milicjant 

przyszedł  po  nich.  A  tymczasem  plutonowy,  w  zimowej,  uszatej  czapce,  nawet  na  nich  nie 

zwrócił uwagi, poszedł w głąb wagonu i usiadł gdzieś na wolnym miejscu pod oknem. Józek 

odetchnął, jakby mu zdjęto z pleców stukilowy ciężar. Andrzej już nic nie mówił, patrzył na 

Józka  niemal  z  nienawiścią  i  zacisnął  swoje  wąskie  wargi  tak,  że  miał  na  twarzy  cienką 

poziomą kreskę. 

-  Opanuj  się  -  syknął  wreszcie.  -  W  Sopocie  wsiądzie  dużo  ludzi.  Tam  zawsze 

wsiadają.  Siedź  spokojnie,  jakby  nigdy  nic,  bo  ci  przy  wszystkich  mordę  zbiję.  Inaczej 

wpadniemy tylko przez twoją głupią facjatę. 

Józek skinął głową i zapytał: 

- Gdzie z tym pojedziemy? 

- Nie twoja głowa. Jak przez ciebie nie wpadniemy, to schowamy to tak, że diabeł nie 

znajdzie. 

Znów  był  przystanek.  Tym  razem  wsiadła  konduktorka,  która  od  nich  zaczęła 

sprawdzanie biletów. Ale teraz już Józek był spokojniejszy. Zresztą bilety miał Andrzej i on 

nawet nie musiał się odzywać. W Sopocie, wbrew obawom Andrzeja, Józek także zachował 

się  spokojnie.  Najgorszy  strach  już  mu  minął.  A  wśród  pasażerów,  którzy  teraz  wypełnili 

wagon,  poczuł  się  raźniej.  W  tłumie  był  jak  w  lesie,  zniknęło  wrażenie,  że  wszyscy  go 

obserwują. 

 

 

Za Oliwą, na przystanku Polanki, Andrzej podniósł się z miejsca i dał Józkowi znak, 

że wysiadają. Szybko opuścili peron i wyszli na pustą, odludną ulicę. Przed nimi w kierunku 

morza  widać  było  wysokie,  nowe  wieżowce,  dźwigi  budowlane  strzelające  w  niebo,  w 

pobliżu przejeżdżały ciężarówki wyładowane betonowymi elementami. 

- Idziemy na Przymorze? - domyślił się Józek. 

background image

Andrzej  pokręcił  głową  i  ruszył  pod  wiaduktem  w  przeciwnym  kierunku.  Przeszli 

aleję  Grunwaldzką  i  znaleźli  się  niemal  na  polu.  Były  tu  ogródki  działkowe  z  małymi 

budkami i altankami pustymi teraz i zasypanymi śniegiem. Między ogródkami niemal polna 

droga  wiodła  w  stronę  wąskich  wieżowców  zwanych  żyletkowcami.  Było  tam  rozrzucone 

wielkie osiedle niskich domków, otoczonych drzewami will, ciągnących się aż po morenowe 

wzgórza na zapleczu Oliwy. 

- Dokąd idziemy? - uparcie dopytywał się Józek, taszcząc z wysiłkiem walizy. Domki 

były daleko i nie uśmiechała mu się wędrówka odkrytą drogą aż do tej części Oliwy. Znów 

zdawało mu się, że pierwszy lepszy człowiek ich zatrzyma, uczucie bezpieczeństwa minęło, a 

wrócił strach. 

-  Mam  kolesiów  na  Grottgera  -  odpowiedział  Andrzej.  -  Żywy  duch  nas  tu  nie 

znajdzie. 

- Ale ich starzy? Co powiedzą, jak nas zobaczą? 

- Nie bój się, ofiaro! Oni pracują w stoczni. Tu nie mają starych. Mieszkają w pokoju 

wynajętym. Zresztą zobaczysz, zaraz będziemy na miejscu. 

-  A  jak  ich  nie  zastaniem  w  domu?  -  niepokoił  się  Józek,  który  teraz  widział  same 

przeciwności. 

- Będą - Andrzej uspokoił go. - Myślisz, że o tym nie pomyślałem? W tym tygodniu 

pracują na nocnej zmianie. Mówiłem ci, że wszystko jest zaplanowane, to czego jęczysz? 

background image

Józek  już  o  nic  nie  pytał,  tylko  sapiąc  głośno  podążał  za  kolebą  w  stronę  coraz 

bardziej zbliżających się domków. Po chwili zeszli z odkrytej drogi i skręcili w prawo. Teraz 

szli  uliczką  typowo  podmiejską,  ze  starannie  wykończonym  chodnikiem,  oczyszczonym  ze 

śniegu, wśród ogrodzeń z siatki drucianej. W pewnej chwili Andrzej skręcił i pchnął  furtkę. 

Znaleźli  się  przed  niewielkim  jednopiętrowym  domkiem,  starym  i  odrapanym.  Drzwi  były 

zamknięte  i  domek  sprawiał  wrażenie  nie  zamieszkałego.  Andrzej  jednak  nacisnął  przycisk 

dzwonka  i  długo  trzymał  palec  na  białym  krążku.  Gdzieś  w  głębi  domu  słychać  było 

przeciągły terkot. Potem raz krótko i znów długo. Trzasnęły drzwi na dole i zły kobiecy głos 

zawołał: 

- Panie Ryśku, to do was, nie słyszycie? Dzwonią, jakby tu byli głusi! 

-  Już,  już  lecę  otworzyć  -  odpowiedział  młody  chłopięcy  głos  i  kroki  zadudniły  na 

drewnianych schodach. 

Drzwi otworzył chłopak z gęstą czupryną zaczesaną misternie aż na brwi. Na widok 

stojących na progu zamrugał ze zdumienia, a potem powiedział prędko: 

- A, to ty? Co się stało, dawno cię tu nie było! 

- Mówiłem ci, że dzisiaj wpadnę - przypomniał Andrzej. 

- Mówiłeś, ale nie myślałem, że tak wcześnie. A to kto? 

- Koleś. Potem się będziemy przedstawiać, puszczaj do środka. Sam jesteś? 

- Jest jeszcze Burek. Ale... 

-  Zamykajcie  drzwi,  zimno  leci  -  wrzasnęła  gospodyni.  -  Koksu  człowiek  nie 

nastarczy, jak tak będziecie wietrzyć. 

- Wchodźcie - Rysiek otworzył szerzej i wpuścił ich wreszcie do środka. Poprowadził 

schodami  na  piętro.  Gospodyni  patrzyła  za  nimi  z  otwartych  drzwi  kuchni  i  odprowadzała 

złym  wzrokiem.  Mruczała  coś  przy  tym.  Nie  zwrócili  na  to  uwagi.  Weszli  do  niedużego 

mansardowego pokoju. Niewielkie okno wpuszczało niewiele światła, a dym snujący się pod 

sufitem  jeszcze  bardziej  wszystko  zaciemniał.  Pokój  był  brudnawy,  a  duchota  i  przykry 

zapach nie pranych skarpetek świadczyły, że gospodarze hołdowali zasadzie, iż „od smrodu 

jeszcze nikt nie umarł, a od świeżego powietrza można się przeziębić”. 

Nie  było  tu  wiele  sprzętów.  Pod  przeciwległymi  ścianami  stały  dwa  żelazne  łóżka, 

niedbale zaścielone kocami o podejrzanej czystości. W rogu przy oknie stała stara drewniana 

szafa,  a  na  środku  królował  nakryty  szarym  papierem  stół,  wokół  którego  ustawiono  dwa 

krzesła.  Na  jednym  z  łóżek  w  ubraniu  i  butach  leżał  pryszczaty  chłopak  z  rozkudłanymi 

niesamowicie włosami. Czytał jakąś postrzępioną książkę, której resztki okładki wskazywały, 

background image

że należała do serii „kryminałów”. Na widok wchodzących podniósł nieco głowę, spojrzał z 

niechęcią i miał zamiar wrócić do lektury, ale kolega powiedział: 

- Rusz się, Burek, gości mamy. Andrzej przyszedł. 

-  Przecież  widzę  -  niechętnie  odparł  leżący.  -  Przyszedł  do  ciebie,  mnie  dupy  nie 

zawracajcie - i podsunął sobie książkę pod nos. 

-  On  zawsze  taki  -  roześmiał  się  Rysiek.  -  Nie  przejmujcie  się,  ze  wsi  przyszedł, 

jeszcze nie zna towarzyskich obowiązków. Ale jak wyciągniecie pół litra, to wstanie, nawet 

zagrychy poszuka. 

- I po drugie poleci - rzucił Burek nie odrywając oczu od książki. 

-  Nie  mam  dziś  pół  litra  -  oświadczył  Andrzej.  -  Będzie  innym  razem,  nawet  litr. 

Dzisiaj nie mamy czasu. 

- To po cholerę żeście przyszli? I kto jest ten koleś, przedstaw go wreszcie - żartował 

Rysiek, ale bystrym wzrokiem lustrował Józka i jego walizki. 

Józek  wyciągnął  rękę,  wymienili  swoje  nazwiska.  W  tym  czasie  Andrzej  ściągnął 

kurtkę  i  bezceremonialnie  usiadł  przy  stole.  Rysiek  wskazał  Józkowi  drugie  krzesło,  a  sam 

przycupnął na brzegu łóżka. 

-  No,  co  jest?  -  zagadnął.  Widać  było,  że  płonie  z  ciekawości.  Lecz  Andrzej  nie 

spieszył  się  z  odpowiedzią.  Wobec  gospodarzy  zachowywał  tę  samą  pełną  nonszalancji  i 

wyższości postawę co wobec Józka. Wyjął papierosy, poczęstował wszystkich i dopiero kiedy 

zapalili, zagęszczając do niemożliwości i tak nieczyste powietrze w pokoju, odezwał się: 

- Przynieśliśmy trochę bagażu. 

- Widzę - mruknął Rysiek bez entuzjazmu. 

Burek oderwał wzrok od swojej książki, rzucił okiem na walizki i ni to zapytał, ni to 

stwierdził:

background image

- Podpieprzyliście? 

Józek kręcił się niespokojnie. Miał kolegów, których styl bycia był podobny do tych 

chłopców,  ale  nigdy  jeszcze  nie  znajdował  się  w  takiej  sytuacji  jak  teraz.  Toteż  czekał,  co 

powie Andrzej. A ten wyjaśnił krótko: 

- Mamy tu trochę rozmaitych rzeczy. Kupiłem od jednego niemieckiego marynarza w 

Gdyni. Do domu tego nie chcę taszczyć, zostawię u was. 

- Co tam jest? 

-  Ciuchy.  Sam  nawet  dobrze  nie  wiem,  bo  kupowałem  w  ciemno.  Ale  myślę,  że  za 

patyka było warto. 

-  Nie  podpieprzyliście  wy,  to  podpieprzył  ten  matros  -  zauważył  Burek.  -  Na  jedno 

wychodzi: i tak śmierdzi, i tak śmierdzi. 

Andrzej nagle położył obie ręce na stole i uniósł się lekko, jakby poczuł od dołu lekkie 

ukłucie. Zimne oczy zaświeciły mu złowrogo i Józek pomyślał, że za chwilę z Burkiem stanie 

się coś złego. Ale tamten nawet nie zwrócił na to uwagi, bo nadal czytał swój kryminał. 

Rysiek pytał dalej: 

- A jak tu przyjdą po te ciuchy, to kto będzie siedział? Ty czy ja? 

-  Powiedziałem,  że  kupione  od  marynarza  -  Andrzej  opadł  z  powrotem  na  krzesło  i 

wziął drugiego papierosa. - Niech on poświadczy - wskazał głową Józka. 

-  No  jasne,  byłem  przy  tym  -  potwierdził  spokojnie  Józek.  Od  czasu  jak  minął  lęk 

przed ludźmi, mógł już myśleć spokojnie i rozumiał, czego od niego oczekuje Andrzej. 

Rysiek był dociekliwy. 

- Jak sam nie wiesz dobrze, co tam jest, to zobacz teraz - zaproponował. 

-  Dobra  -  niespodziewanie  zgodził  się  Andrzej.  -  Józek,  dawaj  walizki  na  stół, 

obejrzymy, na cośmy wydali patyka. 

Teraz  ciekawość  zwyciężyła  u  Burka.  Odłożył  książkę,  spuścił  nogi  z  łóżka  i 

wyciągając szyję przyglądał  się, jak otwierają walizki  i wykładają ich zawartość. Na widok 

futra gwizdnął przeciągle. Garnitury omacał, a spodnie obejrzał pod światło, czy nie przetarte 

na siedzeniu. Koszulę niemnącą wziął do rąk i zaczął  przykładać do siebie. 

-  Chyba  dobra  by  była,  co,  Rysiek?  -  pytał.  -  Przydałaby  się,  dawno  chciałem  sobie 

kupić non dron, ale forsy nie miałem - wyznał. 

- To sobie ją weź - nagle zaproponował Andrzej. 

- Za ile? - rzeczowo pytał Burek. 

- Dasz stówę i będzie twoja. 

- A za przechowanie nic się nie należy? - Burek chytrzą zmrużył oczy. 

background image

- Za to tak ci tanio daję. Non iron kosztuje pięć stów. To używana, warta cztery. Trzy 

setki zarabiasz. Bierz, jak chcesz a nie, to oddawaj. 

Burek  wahał  się,  przykładał  do  siebie.  Wreszcie  włożył  koszulą  i  z  zadowoleniem 

stwierdził, że jest w sam raz. 

- Dobra, dam stówę - zgodził się - ale nie dziś. Po wyj płacie. 

- Weź i nie marudź - zniecierpliwił się Andrzej. 

Burek  mruknął  z  zadowoleniem  i  przestał  się  nimi  interesować.  Józek,  w  milczeniu 

obserwujący tę scenę, poczuł ukłucie zazdrości. On też od dawna chciał mieć taką niemnącą 

koszulę która zawsze wygląda elegancko. Nie mógł sobie na to pozwolić i teraz był zły, że 

Burek sprzątnął mu ją sprzed nosa. Toteż widząc drugą koszulę wyciągniętą właśnie z walizki 

pozbył się niej śmiałości i oświadczył: 

- To ja wezmę sobie tę. 

Andrzej obejrzał go krytycznie i skinął głową. A po chwili dorzucił: 

-  Mógłbyś  też  tę  swoją  starą  kurtkę  zamienić  na  porządna  ortalion  -  podał  Józkowi 

płaszcz, który ten chwycił skwapliwie i począł oglądać. Był nieco za duży na niego, ale kiedy 

ściągnął  go  paskiem  w  talii,  wyglądał  całkiem  dobrze.  Andrzej  tym  czasem  zwrócił  się  do 

Ryśka: 

- A ty co byś chciał? 

Rysiek odsunął się, siadł na powrót na łóżku i odparł obojętnie: 

- Mnie tam nic nie potrzeba. Co będę stare ciuchy brał. 

- Patrzcie, jaki honorowy - roześmiał się Burek. 

background image

- W porządku - Andrzej zaczął upychać na powrót rzeczy do walizek i torby. 

-  Ta  torba  to  by  mi  się  przydała  -  niespodziewanie  odezwał  się  Rysiek.  -  Jak  ci  nie 

będzie potrzebna, mogę ją wziąć. 

-  Dobrze  -  zgodził  się  Andrzej.  -  Tylko  potem,  jak  odbierzemy  te  rzeczy.  Na  razie 

niech wszystko tu zostanie. 

Nie  pytając  gospodarzy  o  zdanie,  otworzył  szafę  i  ustawił  bagaże  na  dole.  Ryśka 

jednak widocznie nurtowały jeszcze jakieś wątpliwości, bo pytał: 

- Andrzej, a jak będą z tego jakieś kłopoty, to co? 

- Jakie kłopoty? - Andrzej zrobił zdziwioną minę. 

-  No  wiesz...  Przecież  mi  nie  wmówisz,  że  to  czysta  sprawa.  Nawet  jeśli  kupiłeś  od 

marynarza, to  musi być  kradzione. Kto by sprzedał  tyle  ciuchów za tysiąc złotych?  I futro! 

Jaki marynarz takie rzeczy wozi ze sobą? To nie był marynarz, tylko... 

-  Co  cię  to  obchodzi?  -  przerwał  mu  ostro  Andrzej.  -  Ja  ci  mówię,  że  kupiłem  od 

marynarza i koniec. Nawet jakby cię kto o to pytał, to twoja głowa spokojna. Powtórzysz to, 

co wiesz ode mnie. Ale nie martw się, nikt cię nie będzie pytał. 

-  Długo  to  tu  będzie  leżało?  -  Rysiek  zdawał  się  być  nie  przekonany  argumentami 

Andrzeja. 

-  Niedługo.  Nie  kłopocz  się  o  to.  Najlepiej  obaj  zapomnijcie,  żeśmy  tu  byli  i  coś 

zostawili. A jak przyjdziemy zabrać, to będzie oblewanie. - Podniósł się z miejsca na znak, że 

sprawę uważa za załatwioną. 

 

 

Kiedy  znaleźli  się  na  ulicy,  Józek  najpierw  przez  jakiś  czas  kroczył  zadowolony  z 

nowego płaszcza. Czapkę wsadził z fantazją na bakier, ręce swoim zwyczajem wbił głęboko 

do  kieszeni  i  czuł  się  jakby  odmieniony.  Poprzednie  uczucia,  które  nim  targały  w  drodze  z 

Gdyni do Oliwy, minęły bez śladu. Gdy pozbył  się uciążliwego ładunku, odzyskał humor, a 

nowy  płaszcz  i  koszula  jeszcze  bardziej  poprawiły  jego  samopoczucie.  W  pewnej  chwili 

przypomniał sobie jednak scenę z Burkiem i powiedział z żalem: 

- Ale tamtej koszuli mi szkoda, ja też wolałbym białą! 

background image

Józek skinął głową na znak zgody i posłusznie zatrzymał się na wysepce. Przez długą 

chwilę  patrzył  na  plecy  oddalającego  się  Andrzeja,  który  szedł  szybko  drogą  między 

działkami. Dopiero tramwaj, który nadjechał od Oliwy, zasłonił mu sylwetkę kolegi. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Siedziała  długo  nie  mając  odwagi  nawet  się  poruszyć.  W  głowie  czuła  lekki  szum i 

ćmiący  ból,  cała  była  zdrętwiała  w  niewygodnej  pozycji.  Bała  się  również,  żeby  Joasia  nie 

spadła jej z kolan na podłogę. A dziecko czuło się dobrze, jeździło jej rączkami po twarzy, 

usiłowało  rozwiązać  pieluchę  i  wierciło  się  nieustannie,  sprawiając  dodatkowy  ból  w 

wyciągniętych nogach. Z wolna Zosia przychodziła do siebie. Mogła już myśleć spokojniej, 

paraliżujący strach mijał.  Przypomniała jej  się w pewnej  chwili jakaś książka o  Indianach i 

przyszło  jej na myśl,  że  oto  jest związana przez okrutnych wrogów,  ale  żywa i  cała  a  więc 

może mieć nadzieję na uratowanie. Zaraz jednak uprzytomniła sobie, że to nie żadni Indianie, 

ale  jacyś  dwaj  bandyci  poturbowali  ją  i  ograbili  mieszkanie.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i 

płakała  długą  chwilę,  trochę  pod  wpływem  powracającej  fali  strachu,  a  trochę  z  litości  nad 

sobą. 

Jej  żywa  natura  nie  znosiła  zbyt  długiej  bezczynności.  Zrozumiała,  że  tamci  dwaj 

odeszli  i  teraz  już  nie  potrzebuje  się  ich  obawiać.  Zaczęła  więc  przemyśliwać,  jak  by  się 

wyswobodzić.  Chciała  krzyknąć,  ale  usta  miała  związane  pieluszką,  dość  zresztą  niedbale, 

niemniej ledwo mogła wydobyć z siebie cienki pisk. Pojęła, że to na nic się zda, bo nikt i tak 

jej nie usłyszy. Zaczęła więc się lekko obracać, żeby łagodnie zrzucić dziecko z kolan. Udało 

się. Mała padła bokiem na wersalkę i myśląc, że to nowi rodzaj zabawy, poczęła się śmiać i 

miała zamiar ponownie się wdrapać na kolana Zosi. Dziewczyna odsunęła ją i wiercąc się na 

wszystkie  strony  poczuła,  że  krawaty  krępujące  jej  ręce  zaczynają  się  rozluźniać. 

Zdenerwowany Józek niezbyt dokładnie wykonał swe zadanie. Po chwili więzy się zsunęły i 

Zosia miała wolne ręce. Odwiązanie sznura od froterki i oswobodzenie nóg było już rzeczą 

łatwą.  Wstała  i  natychmiast  musiała  z  powrotem  usiąść.  W  głowie  kręciło  jej  się,  a  w 

skroniach dziwnie pulsowało. Odpoczęła chwilkę, potem poszła do kuchni, napiła się wody i 

mokrymi  palcami  przejechała  po  twarzy.  Ulżyło  jej  znacznie.  Teraz  mogła  poruszać  się 

swobodniej,  a  choć  głowa  jeszcze  bolała,  to  jednak  nie  odczuwała  już  zawrotów.  Znów 

chciało  jej  się  krzyczeć,  lecz  zrezygnowała  z  tego  i  poszła  do  przedpokoju,  żeby 

zatelefonować do pana Walatka. Kiedy jednak podniosła słuchawkę, nie usłyszała zwykłego 

sygnału. Dopiero wówczas zobaczyła sznur luźno zwisający na podłogę. 

background image

Poczuła  się  bezradna  i  znów  ogarnął  ją  lęk.  Odruchowo  otworzyła  drzwi  na  klatkę 

schodową,  ale  zanim  zdążyła  wyjrzeć,  zaraz  je  na  powrót  zamknęła.  Przestraszyła  się 

naiwnie, że któryś z bandytów może jeszcze stoi i kiedy ona się ukaże, znów ją zaatakuje. 

Z pokoju dobiegł płacz Joasi. 

- Zosiaaa, Zosiaaa! 

Zosia przybiegłszy zaczęła ją uspokajać. Sama jednak jeszcze bardziej potrzebowała 

pociechy.  Trzymając  małą  w  ramionach  rozpłakała  się  bezradnie.  Nie  słyszała  nawet,  jak 

zazgrzytał klucz w zamku i dopiero znajomy głos pani przywrócił jej przytomność. 

- Jezus Maria, Zosiu, co tu się stało? 

 

 

Pani  Walatkowa  nieprzypadkowo  tak  prędko  znalazła  się  w  domu.  W  pracy  była 

nieobecna tylko  kilka minut. Wyszła coś załatwić w pobliskiej instytucji i  zaraz wróciła do 

swego pokoju. Koleżanka, która odbierała telefon, była bardzo pochłonięta swoim zajęciem i 

zapomniała  jej  powiedzieć,  że  Zosia  dzwoniła.  Może  zresztą  nie  przywiązywała  do  tego 

zbytniej  Wagi,  bo  Zosia  telefonując  rozmawiała  spokojnie  i  tylko  pytała  o  swą  panią,  nie 

prosząc, aby jej powtórzono, że dzwoniła. 

Pani Maria spokojnie powiesiła płaszcz na wieszaku i zabrała się do jakichś nudnych 

wykazów, które miały być gotowe na jutro. Utonęła w kolumnach cyfr i kiedy odezwał się w 

pokoju dzwonek telefonu, nawet nie wyciągnęła ręki po słuchawkę. Dopiero na dźwięk głosu 

koleżanki podniosła głowę. 

- Proszę, to do pani... 

Dzwoniła  sekretarka  jej  męża.  Ta  solidna  starsza  pani,  znająca  doskonale  swoje 

obowiązki,  starała  się  czuwać,  aby  szef  miał  wszystko  załatwione  nie  tylko  w  pracy. 

Przypominała  mu  o  niektórych  sprawach  pozasłużbowych  i  w  ogóle  uważała  się  za  jego 

przyjaciółkę i opiekunkę, bo była starsza o dobrych dwadzieścia lat. Pan Walatek cenił ją za 

to  i  stale  powtarzał,  że  taka  sekretarka  to  prawdziwy  skarb.  Mógł  jej  spokojnie  powierzyć 

każdą  pracę  i  bez  kontrolowania  wiedział,  że  będzie  wykonana  na  czas  i  bez  zarzutu.  Pani 

Jadwiga  znała  jego  żonę,  nawet  bywała  u  szefa  w  celach  na  pół  urzędowych,  na  pół 

towarzyskich, bo kobiety znajdowały wspólny język, jeśli trzeba było coś kupić, i lubiły się 

wzajemnie. 

Po  telefonie  od  Zosi  pani  Jadwiga  była  trochę  niespokojna.  Znała  dziewczynę, 

wiedziała,  że  jest  trzpiotowata  i  uważała,  że  państwo  Walatkowie  powinni  mieć  w  domu 

background image

kogoś  odpowiedniejszego.  Teraz  pomyślała,  że  ta  historia  z  kimś,  kto  przyszedł  po  jakieś 

dzienniczki,  była  niezbyt  wyraźna.  Wiedząc,  że  inżynier  wykłada  w  wieczorowej  szkole, 

sądziła, że jest rzeczą prawdopodobną, aby miał  w domu  dzienniczki.  Ale znała go dobrze, 

nie był roztargniony, niemal nigdy niczego nie zapominał, dlaczego więc akurat dziś miałby 

zapomnieć dzienniczków? I dlaczego ktoś zgłosił się po nie teraz, gdy inżynier był w stoczni, 

a nie w szkole? Przecież nie mógł nikogo posyłać dziś, bo zrobiłby to dopiero po południu. A 

jeśli nie wysłał dziś, to tym bardziej nie mógł prosić o to wczoraj, bo przecież mógł je rano 

zabrać z domu sam i w teczce zanieść do szkoły wprost z pracy. 

Coś  tu  nie  pasowało.  Im  dłużej  pani  Jadwiga  o  tym  myślała,  tym  bardziej  czuła  się 

niespokojna. A inżynier jak na złość nie wracał. Poszedł do którejś z hal i utknął tam zapewne 

na  długo.  Rozmyślała,  że  może  dobrze  będzie  poszukać  go  telefonicznie,  ale  zaraz 

uprzytomniła sobie, że to nie jest takie łatwe, bo jeśli inżynier jest w którymś z wydziałów 

stoczni,  to  dużo  czasu  upłynie,  zanim  go  odszukają  i  podejdzie  do  telefonu.  Zważywszy  to 

wszystko, pani Jadwiga, postanowiła zadzwonić do żony szefa. 

- Pani Mario, dzwoniła tu Zosia z państwa domu - informowała teraz. - Chciała mówić 

z mężem pani, ale go nie było i nie ma do tej pory. 

- Zosia? - zdziwiła się pani Maria. - A cóż jej się stało? Nie wie pani, czego chciała? 

- Mówiła, że jacyś mężczyźni przyszli do domu po dzienniczki uczniowskie. Rzekomo 

przysłał ich pan inżynier. Nie wiedziała, co zrobić i chciała go zapytać... 

-  Dzienniczki?  -  zdziwiła  się  Maria.  -  Ależ  mój  mąż  żadnych  dzienniczków  nie 

przynosił ostatnio do domu. Przecież bym je widziała. 

- No właśnie - podchwyciła pani Jadwiga. - Mnie też to się wydało dziwne... 

- Co to za historia? - pani Maria jeszcze się zastanawiała, ale już w głowie zaczynało 

jej coś świtać. Zanim zrozumiała, czego się lęka, pani Jadwiga uprzedziła jej domysły: 

-  Nie  chcę  być  złym  prorokiem,  ale  to  mogą  być  jacyś  złodzieje...  Może...  -  nie 

dokończyła, bo pani Maria nagle krzyknęła: 

- O Boże! Ta idiotka gotowa ich wpuścić do mieszkania! 

Koleżanka  zdziwiona  spojrzała  na  panią  Marię,  nie  rozumiejąc,  o  co  chodzi.  Pani 

Jadwiga  chciała  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  słuchawka  już  opadła  na  widełki.  Pani  Maria 

gorączkowo poczęła wykręcać numer własnego domu. Odetchnęła, gdy usłyszała sygnał. Ale 

przeciągły dźwięk brzmiał długo, powtarzał się uparcie, lecz nikt nie podnosił słuchawki. Pani 

Maria  denerwowała  się  jak  nigdy,  kręciła  się  niespokojnie  na  krześle,  nie  odpowiadała  na 

pytania zdumionej koleżanki. Wreszcie rzuciła słuchawkę. 

background image

-  Tam  chyba  stało  się  coś  strasznego!  -  zawołała  i  dopadła  do  wieszaka.  Ze 

zdenerwowania  nie  mogła  trafić  w  rękawy  płaszcza.  Nie  zapinając  się  wybiegła  prędko  z 

biura.  Rozejrzała  się  za  taksówką,  ale  postój  był  dość  daleko.  Zniecierpliwiona,  Pełna 

najgorszych  przeczuć,  poczęła  biec  ulicami,  roztrącając  przechodniów,  którzy  przystawali  i 

patrzyli na nią zdziwieni. Nie co dzień zdarza się zobaczyć elegancką kobietę w rozwianym 

płaszczu, bez nakrycia głowy pędzącą na złamanie karku ulicą. Pani Maria na nic nie zważała. 

Po  piętnastu  minutach  była  już  pod  swoim  domem.  Takiego  tempa  nigdy  dotychczas  nie 

osiągnęła,  nawet  najbardziej  się  spiesząc.  Chwilę  szukała  klucza  od  windy,  znalazła  go 

wreszcie i pojechała na górę, dygocąc ze zdenerwowania i niecierpliwości. Gdy znalazła się 

na  swoim  piętrze,  nawet  nie  zamknęła  za  sobą  drzwi  od  windy  spiesząc  do  mieszkania. 

Wpadłszy do środka ujrzała Zosię trzymającą Joasię w ramionach i zanoszącą się od szlochu. 

Na jej okrzyk dziewczyna spojrzała półprzytomnie i zawołała: 

- O, proszę pani, jak to dobrze, że pani już przyszła, jak to dobrze! - i łzy znów obficie 

puściły jej się z oczu. 

- Mów, mów, co tu się stało? - pani Maria krzyczała i tarmosiła dziewczynę, aż Joasia 

poczęła także płakać. 

-  Dwóch  bandytów...  -  mówiła  Zosia  nie  przestając  szlochać.  -  Mówili,  że  pan  ich 

przysłał...  Ja  dzwoniłam,  ale  nie  było  ani  pana,  ani  pani...  Weszli,  potem  mnie  pobili... 

Okradli, wszystko zabrali!... 

Dziewczyna miała jeszcze na głowie pieluszkę, którą owiązała ranę Józek, a zastygła 

na twarzy krew wyglądała groźnie. Pani Maria rzuciła się do niej. 

- Co ci zrobili? Pokaż głowę. Trzeba natychmiast po pogotowie... Boże, jaka rana, ile 

krwi!... 

- Mnie nic już nie jest, proszę pani - Zosia powoli się uspokajała. - Ale mieszkanie... 

Okradli, zabrali walizki... 

- A dziecko? Joasia, moje dziecko! - pani Maria porwała małą z rąk Zosi i poczęła ją 

nerwowo tulić do siebie. Była bliska histerycznego ataku. Jednak gdy stwierdziła, że córeczce 

nic się nie stało, a Zosia trzyma się dość dzielnie, zaczęła myśl leć nieco trzeźwiej. 

-  Milicja,  trzeba  natychmiast  zawiadomić  milicję.  I  pana  też!  Oddała  dziecko  Zosi  i 

ruszyła do telefonu. 

- Ja chciałam dzwonić - powstrzymała ją dziewczyna - ale oni telefon popsuli. Sznur 

jest wyrwany i nie można telefonować. 

background image

Lecz pani Maria już była całkiem przytomna i działała zdecydowanie. Tak jak stała, 

jeszcze  w  płaszczu,  wybiegła  na  korytarz  i  poczęła  dobijać  się  do  sąsiadów.  Dopiero  w 

drugim mieszkaniu rozległ się kobiecy głos: 

- Kto tam? 

-  To  ja,  sąsiadka,  Walatkowa.  Proszę  mnie  puścić  do  telefonu.  Bandyci  napadli  na 

moje mieszkanie... Muszę wezwać milicję i męża... 

Na progu stanęła starsza otyła kobieta, która niedawno wróciła (z chłopcem. Jej twarz 

wyrażała ciekawość i emocję. 

- Bandyci? Pani mieszkanie? 

-  Tak  -  niecierpliwie  odparła  pani  Maria  wchodząc  do  środka.  Szukała  wzrokiem 

telefonu, a sąsiadka pytała dalej: 

- Dwaj? Kiedy? 

-  Nie  wiem.  Niedawno,  jakieś  pół  godziny  temu  -  rzuciła  pani  Maria  sięgając  po 

słuchawkę i nakręcając numer milicji. 

-  To  ja  ich  widziałam!  -  sąsiadka  plasnęła  w  ręce.  -  Mój  Boże,  żebym  to  wiedziała. 

Stali pod drzwiami i rozmawiali z pani służącą! 

Pani Maria podniosła na nią wzrok. 

- Widziała ich pani? 

-  Ależ  tak!  Dwaj  młodzi  ludzie,  właściwie  chłopcy.  Twarzy  nie  rozpoznam,  bo  byli 

odwróceni w stronę drzwi, ale sylwetki na pewno. Żebym to wiedziała! 

W słuchawce odezwał się głos: 

- Dyżurny Komendy Miejskiej, słucham! 

-  Napad,  dwaj  bandyci.  Obrabowali  mieszkanie!  -  chaotycznie  wykrzykiwała  pani 

Maria. 

Dyżurny przerwał jej rzeczowo: 

- Proszę mówić spokojnie i po kolei. Adres pani? Nazwisko? 

- Maria Walatek, ulica Władysława IV... 

-  Proszę  niczego  nie  ruszać,  zaraz  przyjedzie  ekipa  -  oświadczył  dyżurny  i  odłożył 

słuchawkę. Sąsiadka, która milczała w czasie składania meldunku, teraz znów miała zamiar 

podjąć  rozmowę,  ale  pani  Maria  nie  zwracając  na  nią  uwagi  nakręciła  numer  męża.  Pani 

Jadwiga natychmiast się zgłosiła. 

- Proszę z mężem, tylko prędko, pani Jadwigo - zażądała pani Maria. 

background image

- Nie ma już pana inżyniera - odpowiedziała sekretarka. - Poszedł do domu, jak tylko 

mu  powiedziałam  o  tym  telefonie  Zosi  i  wizycie  dwóch  mężczyzn.  Nikogo  do  domu  nie 

posyłał. 

- Tak, wiem, wiem. 

- Ale co się stało? Chyba nic strasznego? 

Pani Maria siłą powstrzymała się, żeby nie odłożyć słuchawki, i odpowiedziała: 

-  Tak,  eee  nie,  okradli  nas,  pani  Jadwigo,  to  byli  złodzieje!  -  Co  pani  powie?  - 

wykrzyknęła  sekretarka  i  zabierała  się  do  dłuższej  rozmowy,  ale  pani  Maria  teraz  już  bez 

skrupułów  odłożyła  słuchawkę.  Poszła  do  swego  mieszkania,  dość  niegrzecznie  zamykając 

drzwi przed nosem ciekawej sąsiadki. 

 

3 

 

Jeszcze nie zdążyła wszystkiego opowiedzieć mężowi, kiedy rozległ się dzwonek. 

-  Już  są  -  domyślił  się  inżynier  i  poszedł  otworzyć  drzwi.  Na  progu  stało  trzech 

milicjantów  w  mundurach  z  jakimiś  narzędziami,  aparatem  fotograficznym  i  walizeczką. 

Przepuszczali niskiego mężczyznę w ubraniu cywilnym. Inżynier Walatek domyślił się, że to 

oficer, z którym przybyła ekipa. 

- Proszę bardzo - powiedział wpuszczając gości. - Walatek jestem, to moja żona, a to 

dziewczyna, która była świadkiem napadu - ręką pokazywał prezentowane osoby. 

Mężczyzna ukłonił się lekko. 

- Porucznik Wróbel z Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej. Co tu się stało? 

-  Napad  bandycki  -  rzeczowo  wyjaśnił  inżynier.  -  Dwóch  młodych  mężczyzn  mniej 

więcej godzinę temu dostało się do mieszkania. Pobili dziewczynę, obezwładnili ją, a potem 

obrabowali mieszkanie. 

Porucznik  skinął  głową.  Lubił  krótkie  rzeczowe  wyjaśnienia.  Cenił  czas,  zwłaszcza 

jeśli  znajdował  się  na  miejscu  wkrótce  po  wypadku.  Wiedział,  że  niekiedy  liczy  się  każda 

minuta. 

- Niczego państwo nie ruszaliście do tej pory? 

- Nie, tak jak panowie kazali - odparła tym razem pani Maria. 

Porucznik znów skinął głową z uznaniem i dał znak stojącym z boku technikom. 

- Proszę bardzo, róbcie swoje, może coś się po nich znajdzie. Milicjanci rozeszli się po 

mieszkaniu, poczęli szukać śladów, zdejmując odciski, robić zdjęcia otwartych szaf, biurka i 

background image

innych sprzętów, które ruszali przestępcy. Tymczasem porucznik wraz z całą rodziną i Zosią, 

ciągle jeszcze pochlipującą, wszedł do pokoju i wyciągnął notes. 

- Kiedy mniej więcej opuścili mieszkanie? - pytanie rzucił do wszystkich. 

- Z tego, co mówi Zosia, około dwunastej, może nieco wcześniej. 

- To panna była w mieszkaniu, jak oni przyszli? - teraz wzrok porucznika spoczął na 

Zosi. 

Poczuła,  jak  nagle  ogarnia  ją  strach.  Wszyscy  na  nią  patrzyli  wyczekująco. 

Zrozumiała to jako oskarżenie, że ich wpuściła... 

- No mówże, Zosiu! - ponagliła pani Maria. 

-  Taak,  ale  ja  nie  wiedziałam.  Nie  chciałam  wpuścić,  tylko...  Porucznik  przerwał  jej 

niecierpliwie: 

- Potem, potem wszystko sobie wyjaśnimy. Teraz powiedz, jak wyglądali. 

- No... byli młodzi... Jeden starszy, ale niedużo. Trochę wyższy od tamtego - jąkała się 

Zosia. 

- Spokojnie, mów, dziecko, spokojnie i po kolei - zachęcał porucznik. - Najpierw jak 

wyglądał jeden, powiedzmy, ten wyższy. Ile mógł mieć lat? Jakie miał włosy, jak był ubrany? 

-  Mógł  mieć  ze  dwadzieścia,  dwadzieścia  dwa  lata.  Był  blondynem,  jasnym 

blondynem. Dosyć wysoki, taki jak pan inżynier, może trochę wyższy. 

- Dobrze, jak był ubrany? 

-  Miał  na  głowie  beret.  I  nosił  kurtkę,  wie  pan,  taką  ortalionową,  granatową  z 

kołnierzem  z  beżowego  misia.  Spodni  nie  pamiętam...  Aha,  miał  rękawiczki,  zwykłe, 

wełniane, czarne, ale nie zdejmował ich przez cały czas, jak tu byli, nawet wydało mi się to 

dziwne... 

- Dobrze - przerwał jej porucznik. - Teraz drugi. 

-  Ten  był  zupełnie  inny.  Sporo  niższy,  jakieś  dziesięć  do  piętnastu  centymetrów,  i 

jakby grubszy, bardziej przysadzisty. Miał ciemne włosy. Nosił kurtkę z zielonego brezentu, 

taką starą i nawet trochę poplamioną. Na głowie miał czapkę z szarego baranka... 

- Ile mógł mieć lat? 

- Był młodszy o jakieś dwa, trzy lata. I był, proszę pana czarny. Miał zupełnie czarne 

włosy. On był zresztą bardziej sympatyczny... 

-  Dobrze,  na  razie  dziękuję  -  porucznik  nie  dopuścił  do  dalszych  zwierzeń 

dziewczyny. Pospiesznie pisał coś na wyrwanej z notatnika kartce. Potem powiedział do Zosi: 

-  Blond,  wzrósł  około  metr  osiemdziesiąt,  ubrany  w  granatową  ortalionowi  kurtkę  z 

kołnierzem z beżowego misia, wiek około dwudziestu dwóch lat. Szatyn, wzrost około metr 

background image

siedemdziesiąt,  brezentowi  zielona  kurtka,  czapka  z  szarych  baranków,  wiek  około 

dwudziestu lat. Zgadza się? 

- Tak, zgadza się - potwierdziła Zosia. 

- W czym wynieśli skradzione rzeczy? 

- Zabrali dwie walizki i turystyczną torbę. 

Porucznik dopisał te dane do swej notatki i skinął na jednego z funkcjonariuszy. 

- Konopka, zanieście to prędko do radiowozu. Niech nadadzą te rysopisy do komendy, 

a stamtąd do wszystkich radiowozów. Powiedzcie, że proszę, żeby też zawiadomili Gdańsk i 

Sol pot, może to opryszki z ich terenu. 

Konopka bez słowa wziął kartkę i wyszedł z mieszkania. 

A porucznik wyjaśnił inżynierowi: 

- Jest wpół do pierwszej, wyszli stąd stosunkowo niedawno. Może jeszcze uda się ich 

złapać gdzieś w drodze, jeśli nie pojechali taksówką do swojej meliny... 

Dopiero  teraz  porucznik  skorzystał  z  zaproszenia  gospodarza  i  usiadł  w  jednym  z 

foteli.  Zanotował  skrupulatnie  dokłada  dane  wszystkich  obecnych,  potem  zaproponował 

gospodyni: 

-  Technicy  już  skończyli,  jeżeli  były  jakieś  ślady,  to  je  zł  brali.  Może  pani  teraz 

sprawdzi, co zginęło, potrzebny będzie dokładny opis i wykaz. 

Pani Maria skinęła głową i odeszła do przedpokoju. Inżynier poczęstował porucznika 

papierosami. Obaj zapalili i zapadła dłuższa chwila milczenia. Zosia, stojąca skromnie obok, 

poczuła się nieswojo. Wzięła za rączkę małą Joasię i chciała odejść za panią, ale zatrzymał ją 

głos oficera. 

- Nie, nie odchodź, panno, siądź tu z nami i opowiadaj po kolei, jak to się odbyło. 

Dziewczyna  nie  wypuszczając  małej  usiadła  posłusznie,  nieco  zażenowana,  ale  z 

oczami błyszczącymi podnieceniem. Coraz bardziej jej się podobało, że stała się ośrodkiem 

zainteresowania  wszystkich.  Posłusznie  zaczęła  opisywać  całą  historię,  starając  się  barwnie 

oddać wszystkie szczegóły. Kiedy opowiedziała, jak wpuściła natarczywych młodzieńców do 

mieszkania, inżynier nie wytrzymał: 

- Tyle razy cię upominaliśmy, żebyś nikogo nie wpuszczała, jak nas nie ma! - skarcił 

ją. 

Zosia zaczerwieniła się, a porucznik przyszedł jej z pomocą: 

-  Nie  pora  teraz  na  wymówki,  panie  inżynierze.  Przecież  i  tak  długo  się  wahała  i 

wydzwaniała do pana i żony. 

background image

Dziewczyna spojrzała z wdzięcznością i z zapałem podjęła swoją opowieść. Od czasu 

do czasu przerywał jej pytaniami, pragnąc wydobyć każdy szczegół. 

-  Więc  jak  się  pochyliłam  nad  Joasią,  to  wtedy  nagle  poczułam  mocne  uderzenie  w 

głowę i przewróciłam się na podłogę. Potem dalej mnie bili aż do krwi - odruchowo sięgnęła 

palcami do głowy. 

Porucznik zrobił współczującą minę i przerwał jej pytaniem: 

- Który uderzył wtedy, jak się pochyliłaś? 

-  Ten  wysoki  blondyn.  On  stał  akurat  nade  mną.  Ten  niski  nie  mógł,  bo  siedział  i 

przedtem bawił się z Joasią. Dopiero jak się przewróciłam, to blondyn krzyknął: „bij ją”, a ten 

czarny wyciągnął zza siebie pałkę i zaczął mnie bić po głowie. 

- To ten bardziej sympatyczny? - w głosie porucznika zadrżała nutka ironii. 

-  Tak,  ten.  Blondyn  mu  kazał.  Uderzył  mnie  dwa  razy,  aż  poszła  krew,  ale  jak 

zaczęłam prosić, żeby nie bił, to przestał. Powiedział nawet „nie mogę”. I wtedy ten wyższy 

kazał mu mnie związać... 

- Z tego wynika, że ten blondyn był szefem? - pytał porucznik. 

- Tak, na pewno tak. On był taki jakiś... no, jak by powiedzieć... On mógłby człowieka 

zabić, taki zawzięty. A ten bawił się z Joasią, potem, jak już przestali mnie bić, wiązał nie za 

mocno  i  pieluszkę  mi  położył  na  głowę,  bo  krew  leciała  po  twarzy,  więc  chciał  ją 

zatamować... - Samarytanin, psiakrew - wtrącił inżynier. „Porucznik pytał dalej: 

- Co mówili potem? Jak już przestali bić? 

-  No,  ten  czarny  mnie  wiązał  i  bandażował  głowę,  a  ten  blondyn  zaraz  poszedł 

wygarniać ubrania z szaf. Potem zawołał... 

-  Nie,  nie,  dojdziemy  i  do  tego.  Proszę  pokazać,  jak  cię  związali  i  czym,  Zosia 

posłusznie pokazała froterkę i krawaty, wszystko zresztą leżało w nieładzie na podłodze obok 

wersalki. Ale musiała dokładnie wyjaśnić, jak miał związane ręce, a jak nogi i w jaki sposób 

Joasia siedziała na jej kolanach. Trochę ją dziwiło, że porucznik wypytuje o takie szczegóły, 

ale odpowiadała chętnie i wyczerpująco. 

- No, a czarny? Co mówił, kiedy cię wiązał? Jak się zachowywał? 

-  O,  on  był  naprawdę  sympatyczniejszy  od  tego  drugiego.  Powiedział  mi...  -.Zosia 

nagle  zacięła  się  i  na  policzki  wypłynął  jej  rumieniec.  Zdziwiło  to  porucznika.  Odczekał 

chwilę a widząc, że Zosia nie mówi dalej, zapytał: 

- No cóż takiego powiedział? 

- Ee nic. To nieważne. Wygłupiał się na pewno. 

- Ale co mówił? Proszę powiedzieć, każde słowo ma znaczenie. 

background image

-  Takie  tam  gadanie...  Ale  jak  pan  porucznik  każe...  Powiel  dział,  że  jestem  fajna 

dziewczyna i chciał się ze mną umówił 

-  Umówić?  -  mężczyźni  spojrzeli  po  sobie  ze  zdumieniem.  A  Zosia  mówiła  już 

znacznie śmielej: 

- Mówił, że jak się chcę z nim spotkać, to żebym przyjechała do Kartuz. Tam go mogę 

spotkać  w  lokalu,  to  ma  być  jakaś  „Szprotka”  czy  „Płotka”...  Nie,  chyba  „Rybka”.  Tak,  na 

pewno mówił, że w „Rybce” w Kartuzach. 

- No dobrze i co dalej? 

- A już nic. Joasia płakała, więc mi ją posadził na kolanach. 

Żal mu chyba było dziecka. Zresztą przedtem bawił się z nią, nic a nic go się nie bała. 

A  ten  drugi,  znaczy  się  blondyn,  przyszedł  i  był  wściekły,  że  on  tu  się  ze  mną  tak  długo 

guzdrze  i  mu  nie  pomaga  pakować  rzeczy.  Wtedy  ten  czarny  mnie  zostawił  i  poszedł  do 

przedpokoju wyjmować wszystko z szafy. I już więcej nic nie wiem. Bo oni zaraz poszli, a ja 

zostałam. Głowa mnie bolała, byłam prawie nieprzytomna i bardzo się bałam. Aha, i jeszcze 

mi grozili, że jak powiem coś milicji albo komuś o nich, to mnie znajdą i zabiją... 

- A jednak nie boisz się wszystkiego mi opowiadać? - znienacka zapytał porucznik. 

Zosia patrzyła na niego speszona i bąkała: 

- No bo pan porucznik kazał i pan inżynier kazał mówić... I chyba trzeba powiedzieć... 

A oni nie będą wiedzieli, że to ja... Zresztą pan ich złapie!  - ostatnie zdanie wykrzyknęła z 

taką naiwną pewnością, że obaj mężczyźni zgodnie się roześmieli. 

- Postaram się - zapewnił ją Wróbel. - Już ich szukam, a twoje opowiadanie może mi 

w tym pomóc. 

-  Bardzo  bym  chciała!  Tak  mi  przykro,  że  okradli  państwa...  -  ostatnie  słowa 

skierowała Zosia do inżyniera. 

Porucznik  wałkował  długo  ekstramocnego  w  palcach,  przyjął  ogień  od  inżyniera, 

przez kłęby dymu popatrzył na Zosię i wreszcie wolno zapytał: 

-  Powiedz  mi,  panienko,  ale  przedtem  dobrze  się  zastanów,  zanim  odpowiesz...  Czy 

znasz któregoś z tych bandytów? 

- Ja? Skądże! - niemal z oburzeniem zaprotestowała dziewczyna. 

Porucznik uspokoił ją ruchem dłoni. 

- Mówiłem, żebyś się zastanowiła, zanim odpowiesz. Przecież nie twierdzę, że któryś 

z  nich  był  twoim  narzeczonym  albo  kolegą.  Tylko  może  gdzieś  któregoś  z  nich  widziałaś? 

Może w kawiarni, na ulicy, na plaży, czy ja wiem gdzie? 

background image

Zosia  zmarszczyła  brwi,  jakby  rzeczywiście  z  całym  wysiłkiem  chciała  sobie 

przypomnieć. Wyglądała teraz bardzo dziecinnie, jakby nie miała nawet swoich szesnastu lat. 

Wreszcie pokręciła przecząco głową. 

- Nie, na pewno żadnego nie widziałam. 

- A poznasz ich, jeśli ci pokażę któregoś? 

background image

- To pan porucznik ich zna? - znów tyle było naiwnego zdumienia w tym pytaniu, że 

mężczyźni się roześmieli. 

- Nie, nie znam - odparł porucznik Wróbel - ale mam nadzieję, że poznam... A teraz 

dziękuję ci. Idź do łazienki obmyć twarz, może potrzebny będzie opatrunek. Potem posiedź w 

kuchni i postaraj się nam nie przeszkadzać. 

Zosia  wyszła  dygnąwszy  jak  grzeczna  uczennica  i  zabrała  Joasię  z  sobą.  Inżynier 

zapalając nie wiadomo już którego papierosa, zwrócił się do Wróbla: 

- No i co, panie poruczniku? 

Porucznik zamiast odpowiedzieć, sam zapytał: 

- Czy ona zawsze taka jest grzeczna jak teraz? Inżynier wzruszył ramionami. 

-  Oczywiście  nie.  Dziewczyna  ma  swoje  zagrania.  Trzymał  my  ją  w  braku  kogoś 

lepszego  i  dlatego,  że  matka  ciągle  błaga  żonę,  żeby  jej  nie  wyrzucała.  Ale  sprawia  nam 

nieraz  kłopoty.  Jest  niezbyt  zdyscyplinowana,  roztrzepana,  nieporządna.  Potrafi  wyjść  po 

zakupy i zniknąć na parę godzin z koleżankami w kawiarni. Kładziemy to na karb młodości. 

Smarkata ma szesnaście lat. Nie dostała się do szkoły już drugi raz i pracuje u nas. 

- Taak - przeciągnął porucznik patrząc na notatnik. Inżynier zainteresował się: 

- Pan ją podejrzewa? 

- Zostawmy ją na razie - porucznik wykręcił się od odpowiedzi.  - A pan, inżynierze, 

co pan myśli o tym napadzie? 

- Ja? - inżynier był szczerze zdziwiony. - Nie zdążyłem się jeszcze dobrze zastanowić. 

To  stało  się  tak  nagle.  Telefon;  mnie  nie  było.  Potem  sekretarka  powiedziała  mi,  że 

rozmawiała: z żoną. Przybiegłem więc, bo nie można się tu było dodzwonić i to wszystko... 

Naprawdę nie mam jeszcze swojego zdania... 

- Niech pan pamięta, że oni przyszli rzekomo po dzienniczki! A więc wiedzieli, że pan 

wykłada w szkole zawodowej... 

- Przypuszcza pan, że to ktoś z mojego otoczenia? Uczniowie? 

- Nic nie przypuszczam, szukam tylko śladu - niechętnie) odparł Wróbel. 

-  A  wie  pan,  że  to  możliwe!  -  zaczynał  się  zapalać  do  ta  myśli  inżynier.  -  Nawet 

bardzo prawdopodobne. Jeśli to by ktoś ze szkoły albo choćby ze stoczni, to wiedział, że o tej 

porze jestem w pracy. Mogli też wiedzieć, że żona pracuje, skoro mnie znali... 

-  Niech  pan  nie  idzie  za  daleko  w  swoich  domysłach,  to  często  zawodzi  -  ostrzegł 

porucznik. 

-  No  bo  skąd  ktoś  obcy  mógł  wiedzieć,  że  Zosia  jest  sama  w  domu?  -  dociekał 

inżynier. - Chyba że to był któryś z jej znajomych... 

background image

-  Niekoniecznie,  panie  inżynierze,  niekoniecznie  -  hamował  go  porucznik.  Nagle 

jakby sobie coś przypomniał, zawołał: - Zosiu, panno Zosiu, proszę jeszcze na chwilę. 

Dziewczyna zjawiła się i wtedy Wróbel zapytał: 

- A przedtem, zanim ci dwaj przyszli, czy nie zaszło tu nic godnego uwagi? Nikt nie 

pukał, nikt nie dzwonił? 

-  Nie,  nikt  nie  przychodził  -  odparła  Zosia  -  ale  telefon  to  był...  Ktoś  pytał  o  pana 

inżyniera,  potem  o  panią.  Pytałam  nawet,  kto  mówi,  ale  mi  się  nie  przedstawił,  tylko 

powiedział, że później do pana zadzwoni. 

- A głos? Czy nie był taki sam jak któregoś z tych, co tu przyszli? 

-  Nie,  chyba  nie  -  z  namysłem  zaprzeczyła  Zosia.  -  Zresztą  tamten  był  niewyraźny, 

jakiś przytłumiony, nie poznałabym tego, co telefonował. 

- Dziękuję, możesz już odejść - odprawił ją porucznik, a kiedy wyszła, zwrócił się do 

inżyniera: - Widzi pan, w taki sposób sprawdzili, ozy ktoś z państwa jest w domu, To wcale 

nie musiał być ktoś z pańskiej szkoły czy stoczni. 

- Ale mógł, dużo o nas wiedział... 

- Ludzie pana znają, Zosia też rozmawiała z koleżankami i kolegami, panie inżynierze 

-  zauważył  porucznik  i  urwał,  bo  do  pokoju  weszła  pani  Maria.  Była  zapłakana.  Widocznie 

przegląd  strat  zrobił  na  niej  duże  wrażenie.  Usiadła  na  trzecim  fotelu  i  przyjęła  od  męża 

papierosa.  Przez  ten  czas  porucznik  taktownie  milczał,  pozwalając  jej  przyjść  do  siebie.  W 

końcu, gdy już uznał, że milczenie zbyt długo się przeciąga, zapytał: 

- Sprawdziła pani straty? 

-  Tak,  wszystko  dokładnie  przejrzałam  -  odparła  pani  domu.  -  Okradli  nas 

doszczętnie... 

- Jest pani w stanie wyliczyć, co zginęło? Musimy zrobić spis. 

- Chyba tak, może jakiś drobiazg pominę, ale najważniejsze straty już znam. 

Inżynier bez słowa wstał, wyszedł do drugiego pokoju, a po chwili wrócił z arkuszem 

papieru i długopisem w ręku. Był gotów notować. Żona wyliczała: 

- Futro z baranów, nienowe, ale całkiem dobre. Garnitur męża, ciemnoszary... 

-  Chwileczkę  -  przerwał  jej  porucznik.  -  Proszę  określać  możliwie  dokładnie  każdą 

rzecz i podawać jej wartość. 

-  Dobrze  -  zgodziła  się pani  Maria.  -  Futro  było  warte  jakieś  osiem-dziesięć  tysięcy. 

Nowe  kosztuje  dwanaście.  Garnitur  około  dwóch  tysięcy,  był  jeszcze  całkiem  dobry.  Dwie 

koszule non iron, prawie nowe, po czterysta złotych. 

- Jakie koszule? Proszę opisać - znów przerwał porucznik. 

background image

-  Jedna  biała,  druga  w  ciemny  prążek.  Drugi  garnitur  męża,  granatowy,  bardziej 

zniszczony niż tamten, wart około tysiąca. Dwa płaszcze ortalionowe po tysiąc złotych... 

Lista  skradzionych  rzeczy  wydłużała  się.  Pani  Maria  rzeczywiście  dokładnie 

przejrzała  szafy  i  wiedziała,  co  zginęło.  Kiedy  już  wyliczyła  wszystko,  porucznik  jeszcze 

zapytał: 

- A to w czym wynieśli? Dwie walizki i torba turystyczna, tak? 

-  Tak.  Jedna  walizka  była  starsza,  podniszczona,  zwykła,  brązowa,  ze  sztucznego 

tworzywa,  takiego  jak  dykta.  Warta  sto  złotych,  nie  więcej.  Ale  druga,  mniejsza,  zupełnie 

nowa.  Kupiłam  ją  w  Czechosłowacji.  Była  jasna  w  czarne  paski,  takie  jak  podszewka  do 

rękawów. Warta jakieś czterysta złotych. 

- Jakie miała wymiary? 

-  Jakieś  osiemdziesiąt  na  pięćdziesiąt  na  dwadzieścia  centymetrów  -  ocenił  fachowo 

inżynier. 

-  Torba  turystyczna  z  brezentu,  zwyczajna,  za  sto  pięćdziesiąt  złotych,  zapinana  na 

zamek błyskawiczny, ciemnozielona - uzupełniła żona. 

Jeszcze raz sprawdzono całą listę, potem podsumowano wartość zaginionych rzeczy. 

Wyszło  blisko  dwadzieścia  pięć  tysięcy  złotych.  Porucznik  poprosił,  żeby  gospodarze 

podpisali tę listę i schował ją do portfela. Zaraz też podniósł się z miejsca na znak, że wstępne 

czynności uważa za skończone. 

- To co będzie, panie poruczniku, myśli pan, że ich złapiecie? - pytała pani domu. 

Wróbel rozłożył ramiona. 

- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Za rezultat nie ręczę, mogę tylko powiedzieć, 

że takie sprawki prędzej czy później wychodzą na jaw. 

- Ale do tego czasu nasze rzeczy przepadną - ponuro zauważył inżynier. 

-  Zrobimy  wszystko,  co  w  naszej  mocy  -  powtórzył  porucznik  i  dodał:  -  Będziemy 

oczywiście jeszcze wzywać państwa w tej sprawie, Zosię także. Do widzenia. 

Opuścił mieszkanie Walatków i po chwili jechał radiowozem do komendy. 

 

 

W dość obszernym gabinecie zastępcy komendanta siedzieli we trzech wokół niskiego 

podłużnego  stolika.  Porucznik  Wróbel  i  jego  przełożony,  naczelnik  Janik,  zostali  wezwani 

przez  majora,  który  chciał  zapoznać  się  ze  sprawą.  Porucznik  przygotował  szczegółowy 

background image

raport, w którym opisał wypadek, a także czynności, jakie dotychczas wykonał, ale zastępca 

odsunął papier na bok i zażądał: 

- Opowiadaj, potem to przeczytam. 

-  Wczoraj  o  godzinie  jedenastej...  -  zaczął  porucznik.  Major  przerwał  mu 

niecierpliwym gestem. 

-  Początek  znam.  Telefon,  rozmowa  pod  drzwiami,  szukanie  inżyniera  i  jego  żony 

przez tę dziewczynę, potem rabunek - to wszystko jasne. Co dalej? 

-  No  więc  byłem  w  tym  mieszkaniu,  obejrzałem  je  dokładnie,  porozmawiałem 

wstępnie z gospodarzami i dziewczyną - zaczął Wróbel. 

- Kto to jest ten Walatek? 

-  Inżynier,  kierownik  wydziału  w  stoczni.  Rozsądny,  spokojny  jegomość.  Oprócz 

pracy  w  stoczni  wykłada  po  południu  w  szkole  zawodowej.  To  właśnie  posłużyło  im  za 

pretekst, 

żeby 

się 

dostać 

do 

mieszkania.

background image

Major skinął głową w milczeniu i słuchał dalej. Porucznik, uzupełniał: 

- Jego żona pracuje jako główna księgowa w „Polfrachcie”. Oboje bywali za granicą, 

dom jest dość zasobny, nieźle wyposażony, na dobrym poziomie. 

- Co zastałeś na miejscu? 

-  Mieszkanie  było  wybebeszone  porządnie.  Tu  jest  dokładny  spis,  co  zostało 

zrabowane. Wartości około dwudziestu pięciu tysięcy. 

Major wziął spis w palce, przejrzał go pobieżnie i zauważył: 

- Brali, co popadło. Nieźle się obłowili. A czego się dowie działeś? 

-  Najciekawsza  jest  -  na  pewno  ta  dziewczyna.  To  smarkula,  ma  dopiero  szesnaście 

lat, ale bystra i wygadana jak rzadko. Mówiła dużo i chętnie. Może nawet za chętnie. 

-  Widać  miała  wyrzuty  sumienia,  że  ich  wpuściła,  i  chciała  wykazać  dobrą  wolę  - 

zauważył naczelnik. 

-  Na  pewno  tak  było  -  porucznik  skinął  głową.  -  Ale  ona  w  ogóle  nie  bardzo  mi  się 

podoba. Nie to, żebym ją podejrzę wał, ale jest w niej coś takiego, no wiecie, bywają takie 

osoby,  niby  miłe,  chętne  do  współpracy,  a  jednak  coś  od  nich  odpycha,  coś  człowieka 

ostrzega. 

- Nie kieruj się uczuciami, ale faktami - powiedział zastępca. 

-  Tak,  oczywiście  -  zgodził  się  porucznik.  -  A  fakty  znamy  do  tej  pory  tylko  z  jej 

relacji. Oczywiście wszystko wygląda prawdopodobnie. Uderzyli ją, kiedy się nachyliła nad 

dzieckiem. To fakt chyba niezaprzeczalny, bo głowę miała rozbitą. Ale potem obchodzili się z 

nią  jakoś  bardzo  dziwnie.  Łagodnie,  nie  jak  zawodowi  bandyci,  a  jakby  koledzy.  Niby  ją 

związali, ale tak, że z łatwością się oswobodziła. Z tym biciem też, nawet w jej relacji, było 

coś nie tak, jak trzeba. Niby ją bił ten jeden, ale w końcu się zlitował i dał jej spokój. Albo to 

partacka robota, albo mieli dla niej względy. 

-  Ja  bym  wcale  głowy  nie  dał,  że  to  byli  zawodowcy  -  zauważył  naczelnik.  -  Mogli 

być jacyś zieloni, co to dopiero zaczynają. Mogli być też amatorzy, którzy zrobili jeden skok 

Wcale nie jest powiedziane, że to jakieś stare oprychy. 

-  Oczywiście  -  przytwierdził  zastępca.  -  Az  tym  biciem  to  też  różnie  mogło  być. 

Weźcie  pod  uwagę  moment  psychologiczny.  Młody  chłopak  tłucze  dziewczynę  po  łbie,  ale 

ona nie traci przytomności, tylko zaczyna szlochać i prosić o litość. Dziewczyna ładna. Mógł 

się zawahać? 

-  Naturalnie  że  mógł  -  zgodził  się  porucznik.  -  Jeżeli  to  był  młody  i  początkujący 

bandzior,  to  mogło  go  nawet  sumienie  ruszyć,  jak  zobaczył  krew.  Mógł  po  prostu  nie 

wytrzymać  jatki,  jaką  sam  zrobił,  i  dlatego  jej  darował.  Ale  przecież  związać  powinien  ją 

background image

porządnie! - Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby porucznik miał pretensję do bandytów, że 

swoją robotę wykonali niechlujnie. 

- I tak, i nie - zastanawiał się naczelnik. - Weź pod uwagę, że ten, co bił i wiązał, był 

prawdopodobnie  pomocnikiem.  Wygląda  na  to,  jakby  tamten  dyrygował,  a  ten  wykonywał. 

Był w ogóle bardziej miękki i jakby się bał czy coś takiego. Jeżeli był taki, to pod wpływem 

strachu mógł ofiarę związać byle jak. 

- Ale żeby się jeszcze umawiał z nią na randkę? 

- Co to było? - zainteresował się major. 

- Podobno powiedział jej, że jest fajną dziewczyną i zaproponował spotkanie w jakimś 

lokalu w Kartuzach. „Rybka” czy coś takiego. 

- Jest tam taki lokal? 

- Nie wiem - wzruszył ramionami Wróbel - ale to możliwe. 

- To mi wygląda na zwyczajny wygłup szczeniacki - zauważył naczelnik. - Jest rzeczą 

nieprawdopodobną, żeby się umawiał poważnie. 

-  Bardzo  możliwe,  że  ot,  tak  gadał,  jak  to  szczeniaki.  I  to  by  świadczyło  o  tym,  że 

sprawcy  byli  młodzi  i  niedoświadczeni  -  snuł  rozważania  zastępca.  -  A  co  ty  sądzisz?  - 

zwrócił się do naczelnika. - Nie wygląda ci to na robotę któregoś z twoich znajomych? 

Roześmiali się zgodnie, ale naczelnik zaraz spoważniał i odparł: 

-  Zastanawiałem  się  nad  tym.  On  zresztą  też.  Ale  nie,  takiej  roboty  u  nas  nie 

pamiętamy.  Były,  owszem,  podobne,  ale  ta  ma  jakieś  cechy  charakterystyczne,  które  ją 

odróżniają.  Gadatliwość  bandytów,  sposób  dostania  się  do  mieszkania  -  tak  żaden  z  moich 

„znajomych” nie pracuje. 

- Czyli może być ktoś obcy, z innego terenu? 

- Oczywiście, wszystko możliwe - powiedział naczelnik. - Albo ktoś nowy. 

-  Dobrze  -  zastępca  skinął  głową  i  zwrócił  się  do  Wróbla:  -  Co  wiesz  o  tej 

dziewczynie? Zebrałeś jakiś materiał? 

- Tak, coś niecoś zdążyłem się dowiedzieć. Wygląda wszystko ciekawie. Walatkowie 

chyba niezbyt dobrze wiedzą, kogo mają w domu. 

-  Coś  mi  się  wydaje,  że  ta  dziewczyna  pasuje  do  jakiejś  twojej  teorii  -  zauważył 

zastępca. - Uważaj, nie sugeruj się za wcześnie. 

- Staram się niczym nie sugerować, ale niech major sani powie, czy ona nie wydaje się 

najbardziej podejrzana? Mieszki razem z matką na Świętojańskiej. Matka osoba starsza, dość 

spokojna i chyba porządna. Wynajmuje pokój facetowi o nazwisku Kubik. Z tym Kubikiem 

mieszka osoba, którą dobrze zna dzielnicowy. Znają ją także nasi z obyczajówki. 

background image

- To co, ten Kubik jest sutenerem? - chciał wiedzieć dokładnie major. 

-  Wygląda,  że  tak.  A  ta  mała  przyjaźni  się  z  „narzeczoną”  Kubika.  To  daje  dość 

szerokie wejście do podejrzanego towarzystwa,  które tam przychodzi.  A oprócz tego w tym 

samymi  domu  jest  kawiarnia  „Oaza”.  Frania,  czyli  ta  narzeczona  Kubika,  jest  tam  stałą 

rezydentką.  Zosia,  jak  tylko  ma  czas,  tej  także  tam  przesiaduje  i  często  właśnie  razem  z 

Franią. Jasne, że nie siedzą same, tylko poznają różnych facetów. 

- Czyżby ta smarkata już też?... - spytał naczelnik. 

-  Nie,  nasi  tego  nie  stwierdzają.  Ale  jest  na  najlepszej  drodze,  bo  ta  Frania  i  Kubik 

wyedukują ją, jak należy. A rzecz najważniejsza, że to jest droga, którą mogły pójść od Zosi 

wiadomości o Walatkach i ich mieszkaniu... 

- Tak, to możliwe. A co z matką tej dziewczyny? 

-  Na  lokatorów  przymyka  oczy.  Płacą  dobrze,  a  u  niej  się  nie  przelewa.  To  zresztą 

prosta  kobieta,  mocno  już  teraz  starsza  i  schorowana.  Ale  o  Zosię  się  martwi  i  dlatego 

wypycha  ją  z  domu.  Uważa,  że  u  Walatków  jest  jej  dobrze  i  w  ten  sposób  chce  ją  pewnie 

uchronić od demoralizacji. 

-  No  dobrze  -  major  sięgnął  po  papierosy  i  poczęstował  podwładnych.  -  Dajmy  na 

razie spokój tej małej. Co wiesz bliżej o inżynierze i jego żonie? 

-  Żona  ma  tu  chyba  najmniejsze  znaczenie.  Ale  inżynier  pracuje  i  uczy  w  szkole. 

Obraca się między różnymi ludźmi, W stoczni jest kilka tysięcy pracowników. Większość z 

nich to młodzi chłopcy. 

- Rozumiem - powiedział major. - Ale nic konkretnego nie masz? Ma jakichś wrogów, 

naraził się komuś? Może komuś dokuczył? 

- To trzeba dopiero zbadać. Nie było jeszcze czasu. 

- Jasne. Coś zrobił do tej pory? 

- Wczoraj dałem od razu telefonogram na całe Trójmiasto z rysopisem tych facetów. 

Byłem na miejscu jakieś pół godziny po rabunku, myślałem, że może jeszcze ich się gdzieś 

przyuważy - porucznik lubił czasem używać żargonu, z którym stykał się w swej pracy. 

- Rezultatów nie było? - domyślił się major. 

-  Nie.  Albo  już  się  schowali,  albo  pojechali  taksówką,  która  mogła  gdzieś  blisko 

czekać. W każdym razie nikt ich nie widział. 

-  Taksówki  trzeba  sprawdzić.  Przepytajcie  taksiarzy,  czy  nie  wieźli  takich  dwóch  z 

bagażami. 

- To już się robi - oznajmił naczelnik. - Co masz jeszcze? 

background image

-  Dziś  z  samego  rana  zrobiłem  raport  -  porucznik  Wróbel  wskazał  na  pogardzane 

dotychczas przez zastępcę papiery. - Ten, kto będzie prowadził, ma wszystko jasne - dodał od 

niechcenia. 

Naczelnik uśmiechnął się i zrobił do niego oko. 

- Czego się krygujesz, wiesz, że tobie dam tę sprawę. 

- Nie palę się do niej - odpadł Wróbel. - Mam przecież robotę a... 

-  Wiem,  wiem,  ale  tamto  odłożysz  na  parę  dni.  Załatwisz  raz  dwa  tych  gagatków  i 

wrócisz do swojej dłubaniny.  

-  Przytyk,  dotyczył  sprawy,  którą  porucznik  prowadził  od  trzech  miesięcy.  Była 

mocno rozgałęziona, wymagała konsultacji, wyjazdów do innych województw, ale porucznik 

zawziął się i chciał ją jak najprędzej doprowadzić do końca. 

- No więc widzę, że w wydziale postanowiono, kto to  będzie prowadził - powiedział 

zastępca. - Zresztą dobrze tak, tyś tam był pierwszy, znasz już sporo szczegółów, masz jakiś 

obraz. 

- On już prawie ma przestępcę, w każdym razie podejrzanego - zaśmiał się naczelnik. 

- Tak? - zdziwił się zastępca, nie zrozumiawszy aluzji. - Kogo? 

-  No  tę  dziewczynę,  przecież  ją  wyraźnie  podejrzewa  -  naczelnik  lubił  żartować  i 

docinać nieszkodliwie. 

- Nikogo jeszcze nie podejrzewam - obruszył się Wróbel. - Mówiłem, co wiem. 

- No dobrze, już dobrze - major wrócił do poważnego tonu. - Zebrałeś coś na miejscu? 

Ślady są? 

- Nie było nic. Technicy mają trochę linii papilarnych. Posłaliśmy do laboratorium w 

Gdańsku.  Będą  jutro,  pojutrze.  Ale  to  się  przyda  dopiero,  jak  będziemy  któregoś  mieli. 

Zresztą jeden był w rękawiczkach, wszedł w nich i nie zdejmował przez; cały czas - wyjaśnił 

Wróbel. 

-  Taak  -  przeciągnął  major  przeglądając  leżący  przed  nimi  raport  -  jakby  chciał 

zapamiętać niektóre szczegóły opisanej przez porucznika Wróbla. - Macie coś jeszcze? 

-  Nie,  to  już  wszystko  -  odparł  za  porucznika  naczelnik  -  W  takim  razie  trzeba  się 

zastanowić, co dalej. 

- Skoro on będzie prowadził sprawę, musi przygotować piani operacyjny  -  zauważył 

naczelnik. 

-  Nie  ma  na  co  czekać  -  oznajmił  zastępca.  -  Naszkicujemy  zaraz  plan  w  ogólnych 

zarysach. 

background image

Porucznik  był  rad  z  takiego  obrotu  sprawy.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  jeśliby 

opracował plan samodzielnie, choćby był najlepszy, zawsze naczelnik coś w nim znajdzie, a 

potem  major  Będą  kreślić,  uzupełniać,  a  przez  to  sprawa  mogłaby  się  przeciągnąć.  Jeśli 

opracują plan wspólnie, można będzie od razu zabierać się do pracy. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Mróz  znów  wrócił  na  Wybrzeże.  Poranna  mgła  snuła  się  nisko  nad  miastem,  a  od 

portu dobiegał przeciągły jęk buczków mgłowych. 

Zosia tym razem nocowała w domu. Po napadzie czuła się nieswojo. Nikt jej nic nie 

mówił,  nie  słyszała  żadnych  wymówek  ani  uwag,  a  jednak  atmosfera  była  ciężka  i 

dziewczyna wolała wymknąć się do domu. 

Matka wiedziała o wszystkim, bo była przepytywana przez milicjanta, toteż powitała 

dziewczynę  z  płaczem.  Oglądała  jej  głowę,  ubolewając  nad  krzywdą  córki.  Ale  Zosia  była 

wesoła, bagatelizowała całe zdarzenie, a z rany była niemal dumna. 

- Nic mi się nie stało, mamo - mówiła pogodnie. - Do wesela się zagoi. 

- Ale mogli cię zabić! 

- Eee tam, zaraz zabić! Uderzył mnie dwa razy, a jak poprosiłam, żeby dał spokój, to 

przestał. 

Imponowało Zosi, że zdołała wywrzeć wpływ nawet na takiego bandytę. Była niemal 

dumna ze swego udziału w tej całej historii. Opowiadała wszystkim chętnie, jak to się odbyło, 

a  w  każdym  opowiadaniu  przedstawiała  swoje  zachowanie  coraz  bardziej  bohatersko.  W 

końcu słuchacze mogli się domyślać, że wszystko skończyło  się tylko  na kradzieży jedynie 

dzięki postawie Zosi, bo mogło być znacznie gorzej. Nie wyjaśniała, jak sobie wyobrażała to 

„znacznie  gorzej”,  ale  każdemu  przychodziło  na  myśl,  że  bandyci  na  przykład  mogli  na 

odchodnem  podpalić  mieszkanie,  lecz  nie  zrobili  tego,  bo  przestraszyli  się  dzielnej 

dziewczyny. 

Kiedy już wszystkie sąsiadki zapoznały się z tym zdarzeniem, Zosia poszła jeszcze do 

współlokatorów,  gdzie  Frania  i  jej  amant  wysłuchali  opowiadania  z  wielkim 

zainteresowaniem,  Kubik  nawet  wypytywał  o  pewne  fachowe  szczegóły,  jak  na  przykład 

czym dostała po głowie, pałką drewnianą czy żelaznym łomem, albo jak wyglądali i jak się 

zachowywali napastnicy. 

Po kolacji Frania wyciągnęła Zosię do kawiarni. Matka chciała wprawdzie zatrzymać 

dziewczynę i położyć do łóżka, ale ona zdecydowanie się temu sprzeciwiła. Oświadczyła, iż 

background image

czuje  się  doskonale  i  nie  ma  zamiaru  marnować  życia  w  łóżku.  Poszła  więc  z  Franią, 

obiecując jedynie matce, że nie będzie tam zbyt długo. 

Kawiarnia  była  niewielka,  mocno  zadymiona  i  szczelnie  nabita  gośćmi.  Przy 

okrągłych  stolikach  ze  szklanymi  blatami  siedziały  młode  dziewczyny,  przeważnie  w 

towarzystwie mężczyzn stawiających im wino i wiśniówkę. Zapach kawy z ekspresu miel szał 

się  z  tytoniowym  dymem,  a  gwar  głosów  zagłuszał  dźwięki  fortepianu,  na  którym  starszy, 

skromnie ubrany mężczyzna wygrywał niemodne szlagiery. 

Frania i Zosia nie speszyły się tym, że wszystkie stoliki były zajęte. Chwilkę postały 

w  drzwiach,  usiłując  poprzez  kłęby  dyl  mu  rozpoznać  znajome  sylwetki.  Wreszcie  Frania 

dojrzała ją przy gęsto obsadzonym stoliku i pożeglowała przez salę, a Zosia podążyła za nią. 

Po drodze wzięły sobie niskie stołeczki i wcisnęły się między kobiety zajmujące stolik. 

-  Jeszcze  was  tu  brakowało!  -  zawołała  bez  wrogości  szczupła  czarnulka  z  mocno 

podcienionymi oczami i wielką grzywa wysoko utapirowanych włosów. 

- Zmieścimy się - pogodnie odparła Frania zajmując miejsce bez ceregieli. - Co same 

tak siedzicie? 

Jakby  w  odpowiedzi  jedna  z  dziewcząt  podniosła  się  z  miejsca  i  przeszła  do 

sąsiedniego  stolika,  przy  którym  siedziało  dwóch  modnie  ubranych  młodych  mężczyzn  o 

wyglądzie  zagranicznych  marynarzy.  Czupryny  mieli  czarne  i  błyszczące  na  skroniach  od 

brylantyny. Pili wino. 

-  Dzieci  powinny  już  spać  -  uszczypliwie  powiedziała  czarnulka,  patrząc  wymownie 

na Zosię. 

Dziewczyna się zaczerwieniła, a Frania przyszła jej w sukurs. 

- Ona dziś nie będzie spała przez całą noc - oznajmiła. Dostała po łbie! 

- Co, twój chlebodawca zaczyna cię bijać? - roześmiała się któraś z dziewczyn. Frania 

odparła poważnie: 

- Nie śmiejcie się. Był u nich napad. Zośka oberwała, a jej państwa nieźle obrobili. 

- Fiu! - gwizdnęła czarnulka. - A wiesz chociaż, od kogoś dostała? 

- Skąd? - odpowiedziała Zosia. - W życiu ich nie widziałam. 

- A może to z miłości tak ci dosunął? - zakpiła inna. Zosia potraktowała to poważnie. 

- Z miłości, nie z miłości, ale jeden chciał się umówić. 

- Zwariowałaś? Balona z ciebie robił. 

-  Poważnie.  Powiedział,  żebym  przyjechała  do  Kartuz,  tam  się  mamy  spotkać  w 

„Rybce”. 

- To jedź, głupia, co ci szkodzi! 

background image

Rozgadały  się  i  poczęły  wszechstronnie  wałkować  ten  problem.  Tylko  drobna, 

spokojna  blondynka  dyskretnie  wstała  i  opuściła  stolik,  bo  tamta,  która  przysiadła  do 

zagranicznych sąsiadów, dała jej znak, że może siąść z nimi.  Potem jesizcze jedna  znalazła 

sobie partnera i opuściła z nim kawiarnię, ale na jej miejsce przybyła nowa i rozmowa toczyła 

się wartko, bez przeszkód. Zosia opowiedziała znów wszystkie szczegóły, postawiły jej za to 

lampkę wina i kawę. Dziewczyna była w siódmym niebie. Czuła się bohaterką dnia. Do domu 

wróciła dopiero koło północy. 

A  teraz  nie  wyspana  i  zziębnięta  wyszła  z  domu  w  ten  mroźny  i  mglisty  ranek, 

ziewając szeroko i szczelnie otulając się lekkim płaszczykiem. Była dopiero siódma, i Zosia 

wiele dałaby za to, żeby jeszcze się przespać choć z godzinę, ale obiecała państwu Walatkom, 

że przyjdzie, zanim będą musieli wyjść do pracy. 

Truchtem pobiegła do pobliskiego sklepu, kupiła pieczywo i z siateczką w ręku poszła 

do swoich chlebodawców. 

W  domu  Walatków  Zosia  siedziała  do  czwartej.  Gospodarze  przyszli  z  pracy  po 

trzeciej, razem zjedli obiad i wtedy dziewczyna znów wyszła od nich, żeby przenocować w 

domu. 

Pogoda od południa zmieniła się radykalnie. Mgła przyniosła z sobą wilgoć, a potem 

ciepły podmuch wiatru przepędził mróz. Z dachów poczęło kapać i chodniki znów zrobiły się 

mokre. 

Zosia, wyszedłszy od Walatków, nie poszła wprost do domu. Było jeszcze wcześnie, a 

ruch  o  tej  porze  panował  w  mieście  największy.  Toteż  dotarła  do  Świętojańskiej  i  tu 

zatrzymała się nie zdecydowanie na rogu 10 Lutego. 

Młoda,  wyższa  od  niej  dziewczyna,  ubrana  w  szary  płaszczyk  z  futrzanym 

kołnierzem, zatrzymała się z okrzykiem: 

- Zośka, to ty? Myślałam, że leżysz w szpitalu! 

- Stefka! - odpowiedziała nie mniej uradowana Zosia. - Gdzie cię niesie? 

- Wyszłam przelecieć się po sklepach. Może znajdę śniegowce. Masz czas? Chodź ze 

mną! 

Podały  sobie  ręce,  potem  ruszyły  Świętojańską,  rajcując  wesoło.  Oglądały  okna 

wystawowe, wchodziły do sklepów z obuwiem! Śniegowce przymierzały obydwie, bo Zosia 

nie chciała przepuścić takiej okazji, żeby trochę sobie poprzymierzać. Po drodze opowiedziała 

znów koleżance swoją przedwczorajszą historię, rada, że znalazła nową słuchaczkę. Stefka co 

chwila wydawała z podziwu okrzyki. 

background image

Robiło  się  już  szaro,  kiedy  Zosia  zapytała,  która  godzina.  Dochodziła  piąta. 

Otrzymawszy od Stefki informację, zawołała: 

- Oj, jak późno, już muszę lecieć! 

- Gdzie ci się spieszy? - Stefka była rozczarowana. - Wpadłybyśmy jeszcze na ciastka, 

ja stawiam. 

- Nie, nie, umówiłam się, muszę lecieć. 

- Z kim? - żywo zainteresowała się Stefka. 

- Eee, taki jeden - zbyła ją Zosia i pożegnała się koło Międzynarodowego Klubu Prasy 

i Książki. Zaraz też zawróciła na pięcie i niemal pobiegła ulicą. 

Pod kinem „Warszawa” zatrzymała się przy jasno oświetlonych witrynach  sklepu ze 

słodyczami  i  poczęła  się  rozglądać  doi  koła.  Ulicą  przelewał  się  gęsty  tłum.  Grupy  ludzi 

cisnęły się dc kas kina, gromady chłopców z długimi włosami i spodniami rozszerzonymi u 

dołu  stały  bezczynnie,  rzucając  uwagi  pod  adresem  przechodzących  dziewcząt.  Zosię  też 

próbowali  zaczepiać,  ale  nie  odpowiadała,  uparcie  rozglądała  się  z  coraz  większą 

niecierpliwością. 

Chłopak  ukazał  się  niespodziewanie  zza  grubego  filara.  Podszedł  do  niej 

nonszalanckim krokiem i nie wyjmując rąk z kieszeni przywitał się: 

- Jesteś? Cześć. 

- Cześć, Sławek - odparła tym samym tonem Zosia. - Już chciałam iść. 

-  Spieszysz  się  gdzieś?  -  obrzucił  ją  przelotnym  spojrzeniem  i  zaraz  jego  wzrok 

powędrował za sylwetką przechodzącej obok dziewczyny. 

- Nie, ale nie lubię czekać. 

- No dobra, nie złość się - wywołał na twarz grymas, który miał być uśmiechem. - Pięć 

minut to nie spóźnienie... 

- Nie kłóćmy się, tylko chodźmy stąd gdzieś - zaproponowała Zosia, którą zaczynało 

irytować to, że młodzieńcy stojący wokół nich bez przerwy robili jakieś głośne uwagi. Były 

to  słowa  rzucane  niby  w  przestrzeń,  ale  dobrze  wiedziała,  że  dotyczą  jej.  Zresztą  w  tym 

jaskrawo oświetlonym  miejscu czuła się zbyt  wystawiona na widok publiczny. Chłopak nie 

zaprotestował,  bez słowa dał  nura w tłum,  ruszając przed siebie i  nie zwracając uwagi,  czy 

dziewczyna idzie za nim. Nie obraziła się, poszła także, starając się dotrzymać mu kroku. Gdy 

uszli kawałek, chłopiec skręcił w boczną uliczkę. Było tu ciemniej, tłum pozostał za nimi. 

- Sławek, nie leć tak - poprosiła. 

Chłopak, jakby teraz przestał się wstydzić, że jest  z dziewczyną, zwolnił i  szli dalej 

ramię przy ramieniu. Był sporo wyższy od niej. Ceratową oprychówkę opuścił lekko na czoło, 

background image

kołnierz od kusego płaszoza postawił, choć było ciepło. Zosia wzięła go pod ramię. Nie wyjął 

rąk z kieszeni, ale zrobił ruch, jakby się do niej przytulił. 

- Gdzie chcesz iść? - zapytał. Porzucił dawny ton, mówił miękko. - Może wstąpimy na 

kawę? 

-  Nie  -  odparła  -  wolę  się  przejść.  Głowa  mnie  jeszcze  trochę  boli  -  chciała  zwrócić 

uwagę na swój wypadek. 

Sławek już dawno zauważył rozcięcie na jej czole. 

- Kto ci tak dosunął? 

- Nie wiesz? - zdziwiła się - przecież mnie pobili, był napad u nas. 

- W domu czy tam, gdzie służysz? 

- U państwa Walatków - wytwornie odpowiedziała Zosia, nie lubiła słowa „służysz”. 

Nie  opowiadała  dalej,  czekając  na  Pytania,  ale  Sławek  kroczył  w  milczeniu,  kierując  się  w 

stronę przystanku trolejbusowego. Prawie już nie odzywali się do siebie. Wsiedli i pojechali 

kawałek w kierunku Orłowa. Koło Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wyszli z trolejbusu 

i Sławek poprowadził Zosię w lewo, na Polankę Redłowską. Ludzi było tu coraz mniej. Tylko 

od czasu do czasu słyszeli stuk butów na chodniku albo z dala widzieli cienie przechodniów. 

Nie  zwracali  jednak  na  nikogo  uwagi.  Przytulali  się  coraz  ciaśniej  do  siebie,  a  kiedy  weszli 

między pierwsze drzewa, chłopak objął ją wpół i dalej już kroczyli mocno złączeni.  Nawet 

nie troszcząc się o to, czy ich ktoś nie widzi, przystanęli, długo się całowali, a potem poszli 

dalej w las. 

Robiło się coraz ciemniej. Rzadkie drzewa zlewały się, tworzyły jednolitą ścianę, aż 

wreszcie  wszystko  pochłonął  mrok.  Wokół  było  cicho  i  tylko  szum  pobliskiego  morza 

rozlegał się monotonnie, uparcie. 

Po  godzinie  Zosia  i  Sławek  wyszli  z  lasu  i  skierowali  się  na  powrót  w  kierunku 

miasta. Kroczyli lekko, wesoło. Wkrótce znaleźli się w kręgu światła pierwszej latarni. Zosia 

przystanęła, poprawiła sobie włosy, pociągnęła szminką wargi i zaproponowała: 

- Teraz byśmy mogli gdzieś wstąpić. 

- Spieszę się - oznajmił Sławek. - Przed siódmą mam być w internacie, bo kolacji nie 

dostanę. 

Nadąsała  się,  ale  nim  doszli  do  trolejbusu,  znów  miała  pogodną  minę.  Zanim  go 

pożegnała, umówili się na spotkanie za trzy dni. Zosia poszła do domu. Zastała tam wezwanie 

dostarczone przez dzielnicowego na jutro do Komendy Miejskiej Milicji. 

 

background image

 

Pani Maria była lekko zdenerwowana, choć starała się tego nie okazywać. Pomyślała, 

że  rozmowa  tutaj  robi  jednak  zupełnie  inne  wrażenie  niż  tamta,  w  jej  mieszkaniu,  tuż  po 

napadzie  Siedzący  za  biurkiem  porucznik  był  wprawdzie  ujmująco  uprzejmy,  podsuwał  jej 

papierosy,  uśmiechał  się,  ale  czuła,  że  obserwuje  ją  jakoś  czujnie  i  uważnie.  Siedzący  przy 

drugim biurku sierżant, wkręcający formularz do maszyny, dodatkowo ją peszył. 

- To będzie przesłuchanie? - zapytała splatając ręce na ko łanach. 

-  Zwykła  formalność  -  odparł  porucznik  Wróbel.  -  Potrzebuję  nieco  informacji  od 

pani. 

- Oczywiście, rozumiem - uśmiechnęła się. - Ale jednak to trochę dziwne. Okradziono 

mnie i jeszcze jestem przesłuchiwana. 

- Przecież nie jako oskarżona - roześmiał się porucznik. 

-  Mam  nadzieję.  Ale  mimo  wszystko  jest  mi  niewyraźnie,  pierwszy  raz  w  życiu  to 

mnie spotyka - wyjaśniła. 

- Przykro mi, że to ja pierwszy muszę panią trudzić - zapewnił ją porucznik. - Ale nie 

ma rady, pani informacje mogą się okazać bardzo cenne. 

-  Rozumiem,  ale  cóż  ja  mogę  powiedzieć?  Wszystkiego  dowiedział  się  pan  od  nas 

podczas swojej wizyty po tym wypadku. 

- Och, nie! Wtedy rozmawialiśmy o rzeczach ogólnych, tych które się same nasuwały. 

Rozumie  pani,  to  były  informacje  wstępne.  Teraz  chciałbym  szczegółów,  jak  najwięcej 

szczegółów. 

- Jakich?  - zapytała pani Maria i  wyjęła z torebki  papierosa. Wróbel  podał  jej ogień, 

sam zapalił ekstramocnego i zaproponował: 

-  Zacznijmy  od  początku.  Proszę  o  pani  personalia,  proszę  wybaczyć,  ale  to 

formalność konieczna do protokołu. 

Pani  Maria  podała  imię,  nazwisko,  adres  i  wszystko,  o  co  ją  pytał  Wróbel.  Potem 

powtórzyła  swoją  wersję  wypadku,  poczynając  od  telefonu  aż  do  stwierdzenia,  co  zostało 

skradzione. 

- A jak się czuje Zosia? - zapytał dość niespodziewanie porucznik. Specjalnie zwlekał 

z pytaniem o dziewczynę, nie chciał bowiem sugerować pani Marii, że ją podejrzewa. 

- Zosia? - pani Maria przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie zrozumiała pytania.  - 

Dobrze, nie można powiedzieć... Łatwo przeżyła ten wstrząs. 

- Miała szczęście - zauważył porucznik. - Musieli ją niezbyt mocno poturbować. 

background image

-  Tak,  rana  jest  niewielka.  Dziewczyna  w  każdym  razie  nie  skarży  się,  pracuje 

normalnie. Tylko trochę jest, no, jak by to powiedzieć, speszona... 

-  Prawdopodobnie  obawia  się,  że  państwo  macie  do  niej  żal  -  zauważył  Wróbel, 

patrząc badawczo na panią Marię. 

Zaciągnęła się głęboko, starannie zadusiła niedopałek i dopiero wtedy odpowiedziała: 

background image

-  Prawdę  mówiąc,  to  trochę  mamy.  Staramy  się  jej  tego  nie  okazywać,  ale  pan 

rozumie, gdyby wykazała więcej rozsądku, nie doszłoby do tego... 

- Rozumiem - przytaknął Wróbel - ale czy państwo nie za wiele od niej wymagacie? 

Starała  się  zasięgnąć  rady,  telefonowała.  W  końcu  im  uległa.  To  przecież  bardzo  prosta 

dziewczyna. 

-  O,  niech  pan  nie  sądzi,  że  Zosia  jest  głupia  albo  naiwna!  -  zaprotestowała  pani 

Maria. - To bardzo bystra dziewczyna. Powiedziałabym nawet, że jest przebiegła, może nawet 

za przebiegła jak na swój wiek... 

- Skąd takie wnioski? - Wróbel zerknął, czy sierżant protokołuje skrupulatnie. 

- Ona przebywa u nas już od roku, zdążyłam ją poznać dość dobrze. Niewielką mam z 

niej  pociechę,  tyle  co  pobawi  się  z  Joasią.  Gdyby  mi  nie  było  żal  matki,  dawno  bym  ją 

zwolniła. 

- Jest młoda, w tym wieku niezbyt chętnie się pracuje, tym bardziej u kogoś obcego - 

próbował bronić Zosi porucznik. 

Pani Maria zaoponowała: 

-  To  nie  jest  sprawa  jej  stosunku  do  pracy.  Muszę  powiedzieć,  że  wymagam  od  niej 

niezbyt wiele i w zasadzie robi to, co każę. Ale ona ma trochę pstro w głowie. Imponują jej 

stroje, chciałaby się bawić, biegać na randki, przesiadywać w kawiarniach... 

- W tym  wieku to  nic dziwnego, znam  starsze panie, które pragną tego samego, tyle 

tylko że one mogą sobie na to pozwolić, a Zosia nie. 

-  Obawiam  się,  że  pan  mnie  nie  rozumie  -  pani  Maria  nie  ustępowała.  -  Nie  jestem 

ostatecznie  taka  stara,  żeby  nie  wiedzieć,  co  pociąga  taką  młodą  dziewczynę.  Mam  też 

nadzieję,  że  jestem  dość  wyrozumiała,  żeby  nie  gorszyć  się  tym,  że  dziewczyna  idzie  na 

randkę albo posiedzi z koleżankami w kawiarni. Alf nie o to chodzi. Jej imponuje specjalne 

towarzystwo. Nie wiem czy pan się orientuje, jaka osoba mieszka u jej matki. Ta właśnie pani 

jest powiernicą i najbliższą przyjaciółką Zosi. Jej matka obawia się, że dziewczyna po prostu 

zacznie  uprawiać  nie?  rząd.  Dlatego  ciągle  mnie  błaga,  żeby  ją  u  siebie  zatrzymywać,  bo 

myśli, że przez to zapobiegnie złu... 

-  Ale  przecież  u  państwa  Zosia  zachowuje  się  przyzwoicie  -  ni  to  zapytał,  ni  to 

stwierdził porucznik. 

Pani Maria spojrzała na niego uważnie. Po namyśle odparła: 

- Tak, niby tak, ale jednak nie mam do niej stuprocentowego zaufania... 

-  Niech  pani  to  umotywuje.  A  może  są  to  tylko  wrażenia,  odczucia  trudne  do 

określenia? 

background image

- Nie, to są rzeczy całkiem konkretne. Na przykład ostatnio, w Sylwestra, zdarzyła się 

historia, która mnie bardzo zdenerwowała. Prosiła o wolny wieczór, ale nie zgodziliśmy się, 

bo szliśmy na zabawę, a trudno było zostawić Joasię samą na całą noc. Zosia została więc w 

domu. Ale tak się złożyło, że zabawa nam się nie udała. Poczułam się bardzo źle i zaraz po 

północy  wróciliśmy  do  domu.  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  zastaliśmy  Zosię  w  gronie 

koleżanek i kolegów. Urządziła sobie sylwestrową zabawę w mieszkaniu bez naszej wiedzy. 

Było  wino,  tańce,  ona  paradowała  w  mojej  sukni.  A  jakie  to  było  towarzystwo!  Jakbym 

spotkała takiego kogoś w ciemnej ulicy, to bym chyba zaczęła wzywać pomocy. 

-  Nie  było  wtedy  nikogo,  kto  by  odpowiadał  rysopisom  sprawców  napadu?  - 

znienacka zapytał porucznik. 

Pani Maria popatrzyła na niego, mrugając szybko, ale pokręciła głową. 

- Nie... chyba jednak nie... Ale widzę, że pan ją podejrzewa? 

- zapytała nagle. 

- Nie, tylko szukam sprawców - chłodno odparł Wróbel. 

- I nie wolno mi przeoczyć żadnej ewentualności. Porozmawiał jeszcze przez dłuższą 

chwilę,  wypytał  o  stosunki  w  pracy  u  niej  i  u  męża,  ale  niczego  interesującego  się  już  nie 

dowiedział.  Poprosił  więc  sierżanta  o  protokół  i  głośno  go  przeczytał.  Pani  Maria 

zaakceptowała  wszystko  i  podpisała  się  u  dołu.  Odprowadził  ją  do  drzwi  i  pożegnał 

uprzejmie. 

 

 

Gdy  zamknęły  się  drzwi  za  panią  Marią,  natychmiast  z  drugiego  pokoju  wyszedł 

podporucznik Mazur. Jego młodzieńcza twarz płonęła z niecierpliwości. W ręku miał teczkę z 

jakimiś papierami. 

- No i jak, szefie? Powiedziała coś ciekawego? 

- Iii, w zasadzie nic - skrzywił się Wróbel. - Nie lubi tej I małej i jest przekonana, że to 

przez nią okradli jej mieszkanie.  

- Podała jakieś fakty? 

- Domysły, same domysły. To, że dziewczyna urządziła sobie Sylwestra w czasie ich 

nieobecności, uważa za największe przestępstwo. No nic, zobaczymy, co ta mała nam powie, 

powinna zaraz być. 

- O jedenastej - przypomniał Mazur - a teraz jest dopiero wpół. 

- Dobrze, mamy trochę czasu, wal, co tam masz - zażądał Wróbel. 

background image

-  Mam  tu  trochę  danych,  może  się  przydadzą  szefowi  do  rozmowy  z  tą  Zosią  - 

powiedział podporucznik ze skromną miną. 

- Dawaj, dawaj, nie kryguj się jak dziewica - popędził porucznik. 

Mazur podał mu sztywne arkusze z ponaklejanymi odbitkami! 

- To zdjęcia miejsca przestępstwa - wyjaśnił. - A tu linie papilarne. Te i te należą do 

domowników - pokazywał palcem! - A te są obce. Nie pasują do nikogo z Walatków ani do 

Zosi. 

-  Nie  ma  co  się  podniecać  -  ostudził  go  Wróbel.  -  Mogą  należeć  do  kogoś  ze 

znajomych Walatków. Skąd je zdjęto? 

-  Z  froterki  -  niemal  z  triumfem  zawołał  Mazur.  -  Wątpię,  żeby  ktoś  ze  znajomych 

froterował Walatkom podłogi. 

- To już lepiej - przyznał porucznik. - Ale schowaj to, Kaziu. Przydadzą się dopiero, 

jak  będziemy  mieli  tego,  do  kogo  należą.  Na  razie  niech  sobie  polezą  w  teczce.  Co  masz 

jeszcze?! 

- Meldunki z terenu. W Trójmieście nie znają nikogo, kto by odpowiadał rysopisom. 

Taksówkarze  z  Gdyni  nikogo  takiego  nie  wieźli.  Była  w  tym  dniu  w  Gdyni  taksówka  z 

Sopotu,  która woziła dwóch gości,  rysopisy są trochę niewyraźne, bo taksiarz słał  bo im się 

przyjrzał. Chcę z nim przejechać tą samą trasą, co wtedy jeździł, może coś z tego wyjdzie, ale 

wątpię. 

- Dobra, jakby się okazało, że zatrzymywał się na dłużej koło Walatków, to musisz się 

do tego zabrać solidniej. Co jeszcze?  

- Mamy już albumy z Sopotu, Gdańska i Wejherowa. Pokażemy tej pannie? 

- Pokażemy, ale najpierw z nią pogadam. 

-  To  niech  szef  przed  tą  rozmową  przeczyta  sobie  to  -  Mazur  niemal  z  triumfem 

podsunął porucznikowi gęsto zapisany arkusz papieru. Był to meldunek wywiadowcy z dnia 

wczorajszego. 

„O  godzinie  7.05  wyszła  ze  swego  mieszkania  i  udała  się  do  sklepu  przy  ulicy 

Świętojańskiej,  gdzie  nabyła  pieczywo.  Potem  poszła  do  mieszkania  Walatków  przy  ulicy 

Władysława  IV.  Przebywała  tam  do  godziny  czwartej.  Następnie  opuściła  dom  i  wyszła  na 

ulicę. Zatrzymała się na skrzyżowaniu Świętojańskiej z 10 Lutego, gdzie spotkała koleżankę, 

do  której  odzywała  się  per  Stefka,  ubraną  w  szary  płaszcz  z  futrzanym  kołnierzem.  Wiek 

koleżanki  siedemnaście-osiemnaście  lat.  Razem  poszły  Świętojańską,  oglądały  wystawy  i 

przymierzały  obuwie  w  sklepach.  O  piątej  podejrzana  pożegnała  koleżankę  i  udała  się  pod 

kino »Warszawa«, gdzie spotkała kolegę. Kiedy się witali, powiedziała do niego: »Sławek«. 

background image

Wzrost  metr  siedemdziesiąt  centymetrów,  na  głowie  oprychówka  z  ceraty,  krótki  jesienny 

płaszcz.  Twarz  pociągła,  bez  zarostu,  wiek  około  siedemnastu-osiemnastu  lat.  Wspólnie 

pojechali  trolejbusem,  wysiedli  koło  Prezydium  Miejskiej  Rady  Narodowej,  następnie  udali 

się na Polankę Redłowską i około godziny przebywali tam w lesie. Kiedy się żegnali, Sławek 

oświadczył,  że  się  spieszy,  bo  musi  przed  siódmą  być  w  internacie.  Następnie  Sławek 

pojechał trolejbusem, dokąd, nie stwierdzono, a podejrzana udała się do swego domu, już tego 

dnia nie wychodziła”. 

Porucznik gwizdnął i powtórnie przeczytał końcową partię raportu. 

- Nieźle - powiedział. - Sławek z internatu. W tym może coś być. Ładnie się spisał ten 

Pilarek, ma niezłe oczy i uszy. 

-  Ale  zmarzł  jak  diabli  -  podporucznik  roześmiał  się.  -  Szef  sobie  wyobraża,  jak 

przeklinał ich za te amory w lesie? 

- Dobrze, Kaziu, nie ma się z czego śmiać. Trzeba coś z tym Sławkiem zrobić. 

-  To  nie  będzie  takie  trudne,  szefie.  -  Mazur  wyciągnął  z  kieszeni  kopertę  i  z 

triumfującą miną podał porucznikowi. - Tu jest ten Sławek. 

Wróbel  otworzył  kopertą.  Wyleciały  z  niej  trzy  zdjęcia.  Były  trochę  ciemne,  ale 

widniał na nich całkiem wyraźnie młody, człowiek w oprychówce i kusym płaszczyku. Jedno 

ze zdjęć; przedstawiało go w towarzystwie Zosi na tle wystawy z cukierkami i czekoladkami. 

- Dostaniesz naganę, Kaziu - oświadczył porucznik. 

- Ja? Za co? - zdumiał się podporucznik. 

- Za ukrywanie przed przełożonym najciekawszych materiałów - roześmiał się Wróbel 

i  widać  było,  że  jest  bardzo  zadowolony.  -  Ten  Pilarek  zarobił  na  premię,  zdolny  chłopak, 

powiedz mu to! 

- Zrobi się, a premię mu obiecać? 

-  Nie  spiesz  się,  poczekaj,  aż  złapiemy  tych  ptaszków.  No,  jak  tam,  jest  już  nasza 

panna? - pytanie było skierowane do sierżanta, który cierpliwie, w milczeniu czekał, aż znów 

będzie  musiał  protokołować.  Teraz  podniósł  się  i  wyszedł  z  pokoju.  Już  poprzednio 

zadzwonił  do  biura  przepustek,  żeby  wpuścili  Zosię,  kiedy  się  zjawi.  Sekretarka  miała  ją 

zatrzymać, dopóki porucznik nie wezwie jej na przesłuchanie. 

Mazur  począł  zbierać  dokumenty,  ale  Wróbel  go  powstrzymał:  -  Zostaw  mi  ten 

protokół i zdjęcia - zażądał - resztę weź do akt. 

Sierżant wrócił i oznajmił, że Zosia już czeka w sekretariacie. 

- Proś ją! - rozkazał porucznik. Mazur wyszedł, a sierżant wykonał polecenie szefa. 

 

background image

 

Zosia  weszła  do  pokoju  i  rozejrzała  się  nieco  wystraszona  Kiedy  jednak  dostrzegła 

porucznika, uśmiechnęła się z ulgą. Widok znajomej twarzy dodał jej widocznie otuchy. 

-  Proszę,  proszę,  chodź  bliżej,  siadaj  -  zapraszał  Wróbel  starając  się  pogodnym 

uśmiechem i wesołym niemal tonem ośmielić dziewczynę. 

Podeszła do jego biurka, usiadła na brzeżku krzesła i patrzyła mu w oczy, czekając na 

pytania. 

- Jak tam głowa? - zapytał Wróbel. - Boli? 

- Trochę, a właściwie już nie - odpowiedziała, odruchowo sięgając palcami do skroni. 

- Lekarz to oglądał? - troskliwie dociekał porucznik. 

- Nie, skądże? Takie głupstwo! Porucznik jednak wyraził niezadowolenie. 

-  To  niedobrze.  Trzeba  ranę  pokazać  lekarzowi.  Z  takimi  historiami  nie  ma  żartów. 

Może być pęknięcie i potem zaczną się komplikacje. 

- Naprawdę? - przestraszyła się Zosia. 

-  Oczywiście,  takie  rzeczy  mogą  się  ujawnić  dopiero  po  pewnym  czasie.  Ale  się  nie 

martw.  Mamy  tu  lekarza  na  miejscu.  Jak  sobie  porozmawiamy,  to  sierżant  cię  zaprowadzi. 

Lekarz zbada głowę, a jak będzie trzeba, to zrobi porządny opatrunek. 

- Ale nie trzeba, przecież już się prawie zagoiło - próbowała oponować, lecz Wróbel 

nie ustępował: 

- Będę spokojny, jak lekarz wyda swoją opinię. 

Zosia była przyjemnie zaskoczona, że tak się o nią tutaj troszczą. Nie domyślała się, 

że porucznik, tak jak i ona, był przekonany, iż rana jest niegroźna. Musiał jednak mieć wyniki 

badań  lekarskich.  Chodziło  o  stwierdzenie,  jakim  narzędziem została zadana  rana  i  czy  jest 

głęboka. Można było  przypuszczać, że jeśli  dziewczyna jest zamieszana  w napad, to  mogła 

sobie  sama  skaleczyć  głowę,  aby  w  ten  sposób  uzyskać  alibi.  Badanie  lekarskie  mogło 

potwierdzić lub wykluczyć taką ewentualność. 

- Jak pan porucznik uważa - zgodziła się Zosia wreszcie i siedząc skromnie czekała na 

dalsze pytania.  A Wróbel  patrzył  na nią długo i  zastanawiał  się od czego zacząć. Próbował 

sobie  wyobrazić,  jakie  pomysły  mogły  się  narodzić  w  jej  głowie,  ale  im  dłużej  tak  patrzył, 

tym  bardziej  słabło  w  nim  podejrzenie  o  jej  udział  w  przestępstwie.  Gąska,  ale  chyba 

niewinna - pomyślał i przystąpił do przesłuchania. 

- Czy od dnia napadu nic się nie zmieniło? Nic nowego nie zaszło? 

background image

-  Nie  -  żywo  zaprzeczyła  Zosia.  -  Wszystko  jest  tak  jak  przedtem,  tylko  państwo 

ciągle o tym mówią, a zwłaszcza pani. 

-  To  naturalne  -  zauważył  porucznik.  -  Ale  czy  ty  niczego  sobie  nie  przypomniałaś? 

Może  jakiś  nowy  szczegół  nasunął  ci  się  w  ciągu  tych  dni?  Chyba  myślałaś  o  tej  sprawie, 

rozmawiałaś z kimś? 

- No tak, przecież pan porucznik nie mówił, żeby nie rozmawiać... 

- A przedtem, zanim był ten napad, z kim rozmawiałaś o swoich gospodarzach? 

-  Jak  to  z  kim?  -  zdziwiła  się  Zosia.  -  Przecież  wszyscy  wiedzieli,  gdzie  pracuję. 

Rozmawiałam z koleżankami, kolegami, w domu... 

- Z Franią też? 

Dziewczyna jakby się trochę speszyła. Uciekła wzrokiem w bok, ale zaraz opanowała 

ten odruch i spojrzała zaczepnie porucznikowi w oczy. 

- A co, miałam nie rozmawiać? 

-  Nie,  nikt  tego  nie  powiedział.  Chcę  tylko  wiedzieć,  kto  zna  twoich  państwa,  kto 

wiedział, że tam można się nieźle obłowić.. 

-  To  na  pewno  nikt  z  moich  znajomych  -  gorąco  zapewniała  dziewczyna.  -  Ja  się  z 

takimi nie zadaję! 

-  Naprawdę?  -  porucznik  przeciągnął  nieco  to  pytanie.  -  I  A  Frania  to  może  święta? 

Albo ten jej narzeczony? 

-  To  nie  narzeczony,  tylko  mąż  -  zaprotestowała.  -  Żyją  razem  jak  małżeństwo,  a  to 

przecież nikogo nie obchodzi, czy mają ślub, czy nie. 

-  Widzę,  że  jesteś  zorientowana  w  naszym  prawodawstwie  -  z  przekąsem  zauważył 

Wróbel.  Ta  wymiana  zdań  trochę  go  zirytowała.  Postanowił  nieco  energiczniej  przycisnąć 

Zosię. Zapalił papierosa i zapytał: 

- A czy podczas nieobecności państwa często wpuszczałaś obcych do domu? 

- Ja? - Zosia aż się uniosła z oburzenia. - Nigdy! Przecież wiem, że nie wolno. 

- Mam na myśli nie całkiem obcych, ale takich, których znałaś. Obcych dla państwa. 

- Nigdy w życiu! To nie mój dom, więc nikogo nie przyjmowałam. 

- Ani przez telefon nie rozmawiałaś z nikim ze swoich znajomych? 

- Przez telefon to co innego. Przecież porozmawiać można, nie? Człowiek może się z 

nudów  urwać,  jak  tak  przez  parę  godzin  posiedzi  zamknięty  z  dzieciakiem.  Czasem  sobie 

zadzwoniłam do koleżanki albo ona do mnie. 

- Do której? Jak się nazywa? 

- A taka jedna, Stefka... 

background image

- Podaj nazwisko i adres. Co ona robi? 

Zosia niechętnie spełniła życzenie porucznika i zaraz go zapewniła: 

- Ona jest z porządnego domu, na pewno nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą to byli 

mężczyźni. 

- Wiem, wiem, ale muszę wszystko zanotować dla porządku  - uspokoił ją porucznik. 

Patrzył na nią przez chwilę badawczo, aż spuściła wzrok, i wolno zapytał: - Więc mówisz, że 

z kolegami nie rozmawiałaś? 

- Nie... 

- I nie przyjmowałaś ich podczas nieobecności państwa? 

- Co pan porucznik myśli, że ja kłamię? Jak Boga... 

- Zaraz, zaraz, bo popełnisz krzywoprzysięstwo  - powstrzymywał ją unosząc dłoń do 

góry. - Ja, córeczko, nie tylko myślę, ale wiem, że kłamiesz. 

-  To  pani  musiała  na  mnie  naskarżyć!  -  dziewczyna  nagle  zrobiła  się  czerwona  i  w 

oczach zabłysły jej łzy. - Ona mnie nie lubi. Nie wiem dlaczego, ale nie lubi mnie... 

- Coś mi się wydaje, że nie bardzo rozumiesz, po co tu jesteś - dość ostro powiedział 

porucznik. - Myślisz, że ja mam czas na to, żeby się zajmować twoimi przywidzeniami? Pani 

na ciebie się nie skarżyła, tylko  mówiła prawdę, bo tu  trzeba mówić tylko prawdę, jeśli  się 

chce wykryć przestępców. Chyba że ty tego nie chcesz! 

- Jak to nie chcę, co pan porucznik?... Oni mnie pobili, okradli państwa, a ja miałabym 

ich kryć? 

- No to czemu nie mówisz prawdy? Jak to było w Sylwestra? 

background image

- To tylko ten jeden raz. Miałam iść na zabawę, ale pani nie pozwoliła, bo sami szli. 

To zaprosiłam  koleżankę i  dwóch kolegów. Nic złego nie  robiliśmy. Gdyby  nie wrócili  tak 

wcześnie, to nawet by nie wiedzieli, że ktoś był w domu... 

- Kto to taki? Podaj nazwiska, adresy... 

- Koleżanka była ta sama, Stefka. A koledzy to... - zawahała się i jakoś mniej pewnie 

dokończyła: - ...nie znam ich.J To ona ich przyprowadziła. 

Porucznikowi zachciało się śmiać. Kłamstwo było tak nieudolne, że sama mina Zosi ją 

zdradzała. Ale równocześnie poczuł coś jakby niepokój. Pierwsze wrażenie, któremu uległ na 

początku  rozmowy,  że  Zosia  jest  niewinna,  poczęło  się  rozwiewać.;  Skoro  tak  uparcie 

chroniła chłopaka, to musiało się coś za tym kryć. 

- Dobrze - odezwał się i zmienił temat. - Powiedz mi, co robiłaś na przykład wczoraj. 

- Wczoraj? - Zosia zrobiła minę, jakby ją pytano o bardzo: odległe czasy.  - Wczoraj? 

No,  rano  kupiłam  pieczywo,  bo  nocowałam  w  domu  i  pani  chciała,  żebym  przyszła  ze 

świeżym.  Potem  państwo  poszli  do  pracy,  a  ja  jak  zwykle  byłam  z  Joasią.  Jak  wrócili,  to 

zjedliśmy obiad i po południu już pani mi pozwoliła iść do domu. 

- Poszłaś prosto do domu? 

- Tak, eee, to znaczy nie... Spotkałam koleżankę, tę Stefkę, i razem trochę połaziłyśmy 

po mieście. Ona szukała botków, więc chodziłam z nią, żeby pomóc wybrać. A potem to już 

poszłam do domu. 

- I nie wychodziłaś? 

- Nie, było zimno, mokro, chciało mi się spać. Głowa mniej bolała... 

Porucznik pochylił się nad biurkiem i z bliska zajrzał dziewczynie w oczy. Próbowała 

wytrzymać to spojrzenie, ale zaraz spuściła wzrok. 

-  Czy  ty  się  orientujesz,  córeczko,  co  grozi  za  ukrywanie  sprawców  przestępstwa?  - 

zapytał surowo. 

- Jak, co? Ja nikogo nie ukrywam! - niemal z płaczem zawołała Zosia. 

- Nie mam zamiaru cię straszyć, ale muszę cię ostrzec, żebyś potem nie mówiła, że nie 

orientowałaś się, co ci grozi. Jesteś jeszcze niepełnoletnia, więc do więzienia cię nie zamkną, 

ale do domu poprawczego możesz pójść. 

- Za co, panie poruczniku, za co? 

- Bo kłamiesz i przez to pomagasz przestępcom. Albo to są twoi znajomi i chcesz ich 

uchronić od kary, albo po prostu nieświadomie kryjesz kogoś, na kim ci zależy... 

- Kiedy ja naprawdę... 

background image

- Znów będziesz przysięgała? Pamiętaj, że kto raz skłamał, temu już się nie wierzy. A 

ty raz skłamałaś i teraz kłamiesz po raz drugi. 

Zosia nagle się rozpłakała. Przyłożyła palce do policzków i usiłowała nimi zetrzeć łzy. 

Porucznik czekał cierpliwie, aż jej trochę przejdzie, a potem zapytał: 

- No więc będziesz mówiła prawdę? Skinęła głową, nie odejmując rąk od twarzy. 

- Mów, jak to było wczoraj po południu. 

-  To  pan  porucznik  wie?  -  nagle  przestała  płakać  i  patrzyła  bystro,  pragnąc 

wywnioskować,  ile  powinna  powiedzieć,  żeby  zaspokoić  jego  ciekawość,  a  równocześnie 

zataić to, co chciała przed nim ukryć. 

- O czym mam wiedzieć? - z głupia frant zapytał Wróbel. 

- No o tym, to jest, że... - jąkała. 

-  Dobrze  -  oświadczył  Wróbel.  -  Pomogę  ci.  Po  południu  spotkałaś  się  z  chłopcem. 

Nie musisz mówić, gdzie byliście i co robiliście. To mnie nie obchodzi, choć powinienem ci 

za to skórę przetrzepać. Obchodzi mnie, co to był za chłopak. 

- Aaa, taki jeden. Sławek ma na imię. Spotykamy się czasem - wypieki nie schodziły z 

twarzy dziewczyny. 

- Jak się nazywa? 

- Musiał, Musik czy tak jakoś, nie wiem nawet dokładnie... 

- Jak to, spotykasz się z chłopcem, spędzasz z nim czas i nawet nie wiesz dobrze, jak 

się nazywa? 

- No tak... Poznaliśmy się kiedyś w kinie. Teraz się umawiamy od czasu do czasu pod 

„Warszawą”. Czasem on do mnie zadzwoni... 

- To ten? - porucznik podsunął jej zdjęcie Sławka zrobionej wczoraj. 

Zosia szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Skinęła głową i zapytała: 

- Skąd pan ma jego zdjęcie? Mnie nie dał... 

- Mnie też nie. Powiedz przynajmniej, co on robi. 

- Uczy się - skwapliwie odpowiedziała dziewczyna, wyraźnie rada, że wreszcie może 

się  wykazać  dobrymi  chęciami.  -  Jest  w  Technikum  Hotelarskim.  Mieszka  w  internacie. 

Opowiadał mi, bo tam mają zespół i on gra na gitarze, zawsze przed siódmą idzie na próby... 

Porucznika  wypełniły  sprzeczne  uczucia:  z  jednej  strony  zawód,  że  ten  chłopak  nie 

jest  uczniem  szkoły,  w  której  wykładał  Walatek,  a  więc  najprawdopodobniej  nie  ma  nic 

wspólnego  z  przestępstwem,  a  z  drugiej  ulga,  że  jednak  Zosia  okazała  się,  przynajmniej 

dotychczas, niewinna. 

background image

-  No  dobrze  -  powiedział.  -  Teraz  widzę,  że  mówisz  prawdę.  Ale  pamiętaj,  na  drugi 

raz nie kłam i nie plącz niczego, bo my sporo wiemy, a czego nie wiemy, to i tak wyjdzie na 

jaw...  Jeżeli  chcesz,  żeby  ci,  co  cię  tak  urządzili,  zostali  ujęci,  to  musisz  nam  szczerze 

pomagać, a nie kręcić... 

- Ja nie kręcę, panie poruczniku... Tylko tak... Głupio mi. 

-  Wiem,  wiem  i  myślę,  że  masz  jeszcze  czas  na  takie  randki  jak  wczoraj  -  nie  mógł 

powstrzymać się od uwagi, choć wiedział, że to i tak się na nic nie zda... Poprzekładał nieco 

papierów na biurku i znów wrócił do oficjalnego tonu: - Więc twierdzisz z całą pewnością, że 

to nie był nikt z twoich znajomych? 

- Nie, na pewno nie! - dziewczyna zapewniła z takim zapałem, że trudno jej było nie 

wierzyć. 

- I na pewno byś ich poznała, gdybym ci pokazał któregoś z nich? 

- Tak, na pewno. Przecież rozmawiałam z nimi, byliśmy tak blisko! 

-  Dobrze,  spróbujemy  -  oświadczył  porucznik.  -  Chcę  się  przekonać,  czy  naprawdę 

masz zamiar nam pomóc. 

- Ale jak? - gorliwie spytała Zosia. 

- Zobaczysz. 

Porucznik skinął na sierżanta, który wyszedł do sąsiedniego pokoju, a po chwili wrócił 

razem z podporucznikiem Mazurem. Młody oficer niósł grube albumy oprawione w sztywne 

okładki. Położył je na biurku przed porucznikiem i czekał, patrząc z ciekawością na Zosię. 

-  Tu  mamy  fotografie  -  informował  dziewczynę  Wróbel.  -  przyjrzyj  im  się  uważnie. 

Nie  spiesz  się,  patrz  spokojnie,  mamy  czas.  Jeżeli  któreś  ze  zdjęć  będzie  ci  przypominało 

chociaż trochę tych z napadu, to mów. 

Zosia  skinęła  głową  na  znak,  że  rozumie.  Poprawiła  się  na  krześle  i  z  oczami 

błyszczącymi od ciekawości czekała, aż porucznik otworzy pierwszy album. Ale on jeszcze 

pouczał: 

-  Niczym  się  nie  sugeruj.  Pamiętaj,  że  tu  ich  może  nie  być.  Nie  staraj  się  na  siłę 

dopasować  zdjęcia  do  tego,  co  ci  zostało  w  pamięci.  A  z  drugiej  strony  nie  bój  się,  że 

wskażesz niewinnego. Jeśli ten, którego nam pokażesz, będzie niewinny, to mu krzywdy nie 

zrobimy... 

Przesunął  wreszcie  pierwszy  album  bliżej  dziewczyny  i  otworzył  go.  Były  tam 

powklejane  rzędem  zdjęcia  różnych  osób.  Galeria  była  okazała.  Niektóre  twarze  już  na 

pierwszy rzut oka wzbudzały niechęć, inne były niewinne, nikt by nie posądził, że należą do 

przestępców  wielokrotnie  notowanych  w  aktach  milicyjnych.  Były  twarze  zapijaczone,  z 

background image

podkrążonymi  oczami  i  kilkudniowym  zarostem,  i  młode,  niemal  dziecinne,  z  oczami 

bezczelnymi, wyzywająco patrzącymi w obiektyw. Sporo znajdowało się tam zdjęć kobiet i 

dziewcząt, ale przeważali mężczyźni. 

Zosia  wolno  wodziła  wzrokiem  od  jednego  zdjęcia  do  drugiego.  Czasem  się  na 

którymś zatrzymała, czasem wracała, ale potem znów patrzyła dalej, na następną fotografię. 

Porucznik tymczasem śledził jej wyraz twarzy. Chciał uchwycić to drgnienie, które musiało 

nastąpić, jeśliby dziewczyna poznała kogoś na zdjęciu. 

Nagle ujrzał, jak zabłysły jej oczy. Otworzyła usta, ale zaraz zamknęła je i poleciała 

wzrokiem dalej... - Co, kto to był? - zapytał i zajrzał do albumu. 

background image

-  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  prędko  -  to  nie  żaden  z  nich.  Porucznik  uśmiechnął  się.  W 

albumie widniały zdjęcia en face i z profilu Frani, a obok niej taka sama kolekcja fotografii jej 

przyjaciela. 

- Jak widzisz, mamy tu  twoich znajomych  -  zauważył,  chcąc dać  Zosi  małą lekcję.  - 

Nieraz byli w areszcie, a on miał nawet grubsze sprawy. To nie jest towarzystwo dla ciebie... 

- Nie wiedziałam - bąknęła Zosia, wyraźnie zawstydzona i jakby ten temat sprawiał jej 

przykrość, przewróciła kartkę. 

Potem jeszcze przejrzeli uważnie pozostałe albumy z Gdańska Sopotu  i Wejherowa, 

ale żadna twarz nie przypominała Zosi nawet w przybliżeniu sprawców napadu.  

- Nie ma ich tu - stanowczo stwierdziła. Porucznik nie był rozczarowany. Spodziewał 

się,  że  wśród  tych  figurantów  kronik  milicyjnych  nie  znajdzie  przestępców  Oswoił  się  z 

myślą, że to byli jacyś młodzi albo nowi w tym fachu. Zresztą wiedział, że w albumach nie 

ma zdjęć wszystkich przestępców lub podejrzanych o przestępstwo, bo to było niemożliwe. 

-  Dziękuję  ci  -  powiedział,  zamykając  albumy  i  oddając  Mazurowi.  -  Na  dziś  już 

dosyć, ale będziemy cię jeszcze potrzebowali. 

Zosia wstała i zapinając płaszcz popatrzyła zdziwiona. 

- Ja już nic nie wiem - bąknęła. 

- Chcemy cię zaprosić na nocną zabawę - zaśmiał się Wróbel.  

- Mnie? Pan żartuje - dziewczyna szeroko otworzyła oczy. 

-  Tak,  ciebie.  Przejdziesz  się z  jedną  panią  i  panem  po  nocnych  lokalach.  Może  tam 

zobaczysz kogoś podobnego do tyci bandytów. - Było to jedno z posunięć, które przewidywał 

milicyjny plan postępowania w odniesieniu do tej sprawy. 

-  Aha!  Dobrze,  chętnie  -  ucieszyła  się  Zosia.  Podpisała  odczytany  jej  protokół  i  nie 

ukrywając ulgi opuściła komendę. 

- No i co, zawiodła? - zapytał po jej wyjściu Mazur. 

-  Na  razie  tak  -  przyznał  porucznik.  -  Ale  zobaczymy,  może  się  jeszcze  przydać.  W 

końcu to nasz główny świadek. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Podłużna sala kina „Znicz” z wolna wypełniała się publicznością. Janka stała jeszcze z 

grupą koleżanek w poczekalni. Do rozpoczęcia seansu pozostało kilka minut, i nie spieszyły 

się do dusznej sali. Paliły papierosy, rozmawiały dość głośno, rozglądały się dokoła. 

background image

Janka  była  dwudziestokilkuletnią  dziewczyną,  dość  znaną  w  tej  dzielnicy  Gdańska. 

Przed  dwoma  czy  trzema  laty,  kiedy  jeszcze  mieszkała  sama,  jej  pokój  był  miejscem,  w 

którym spotykano się na wesołe zabawy. Często sąsiedzi musieli stukać do drzwi i domagać 

się spokoju, ale niewiele to pomagało. Janka była nie tylko wesoła, ale potrafiła odpowiedzieć 

wulgarnie, a w razie potrzeby nie wahała się urządzić awantury na całą okolicę. Toteż ludzie, 

którzy mieszkali w pobliżu, woleli z nią nie zadzierać. Tym bardziej że jej goście mieli gorące 

głowy, usta pełne przekleństw, a ręce prędkie do bitki. 

Potem  jej  tryb  życia  nieco  się  zmienił,  a  przynajmniej  na  tyle,  że  spokojni  ludzie 

trochę  odetchnęli.  Janka  przyjęła  do  swego  pokoju  Adama  Wyrobka,  mężczyznę  w  sile 

wieku,  niezbyt  ogładzonego,  ale  nie  awanturnika.  Wypić  lubił,  czasem  nawet  sprowadzał 

kolegów  do  mieszkania,  większych  jednak  awantur  nigdy  nie  urządzał,  a  Jance  zakazał 

kontaktów z młodzieńcami, którzy przedtem u niej bywali. 

-  Jak  chcesz  iść  na  poważną  robotę,  to  idź,  pieniądze  przynieś,  ale  tu  mi  nikogo  nie 

przyprowadzaj. A tych gówniarzy, co potrafią tylko rozróbki robić, w kawiarni „Toto” wino 

popijać,  nie  chcę  tu  widzieć.  Przeważnie  groszem  nie  śmierdzą!  W  ten  sposób  wyraźnie 

określił jej zajęcie i towarzyskie kontakty. Sam  zresztą nie leniuchował.  Pracował niekiedy, 

ale  za-jęcia  te  nie  były  zbyt  systematyczne,  bo  dość  często  widywano  go  w  mieszkaniu 

zamiast w pracy. Mówiono, że pracuje, żeby stworzyć pozory normalnego życia, ale czasem 

robi jakiś wyskok, tylko jest ostrożny i nie daje się złapać milicji. Teraz Janka była w kinie z 

koleżankami, a jej Adam pozostał w domu, nie czując się dobrze po wczorajszym pijaństwie. 

Już  miały  ruszyć  na  salę,  kiedy  Janka  dostrzegła  w  drugim  końcu  poczekalni 

wysokiego młodego mężczyznę dopalającego  I papierosa.  I on kierował  się w stronę sali, a 

wtedy także ją dojrzał. Uśmiechnął się i skinął głową. Koleżanki natychmiast to zauważyły. 

-  Co  to  za  facet?  -  zapytała  niska,  pulchna  blondynka,  migająca  zbyt  grubo 

umalowanymi rzęsami. 

- A, taki jeden - niechętnie mruknęła Janka. 

- Co, nie wiesz? - pośpieszyła z wyjaśnieniem druga koleżanka. - Przecież to Kuba, jej 

były ukochany. 

- Co bredzisz? Jaki ukochany, znaliśmy się trochę i tyle. 

- Czego się wypierasz. Kochałaś się w nim, a potem w jego młodszym bracie, tym, jak 

mu tam, Długim, może nie? 

- Chodźmy, chodźmy, zaraz się film zacznie - Janka chciała zakończyć rozmowę. Ale 

w tym momencie Kuba zbliżył sieli do nich i nie witając się z koleżankami Janki pociągnął ją 

za łokieć. 

background image

- Co jest? - zapytała opryskliwie. 

- Mam do ciebie interes - powiedział niezbyt głośno. 

- Film się zaczyna. 

- Po filmie będę czekał przed wyjściem. Tylko nie ucieknij, to ważna sprawa. 

Kiwnęła głową na znak zgody i poszła z koleżankami, które dyskretnie oddaliły się w 

stronę wejścia na widownię. Gdy tyli ko usiadły, wścibska blondynka zaczęła ją wypytywać: 

- Chciał cię poderwać? Czemuś go tak spławiła? 

-  Przecież  ma  swojego  Adama  -  zauważyła  druga.  -  Mordę  by  jej  skuł,  jakby  ją 

zobaczył z drugim. 

- Może byście się zamknęły - zaproponowała Janka. 

-  Jak  ty  nie  chcesz,  to  przedstaw  go  mnie  -  oświadczyła  blondynka.  -  Przystojny  i 

wygląda dość porządnie... 

- Porządny... Dopiero co wyszedł z kicia - poinformowała z satysfakcją Janka. 

- No to co? - blondynka wzruszyła ramionami. - Niech sobie wyszedł. Jak ci... 

- Och, przestań, do cholery! - Janka zdenerwowała się nie na żarty. 

Druga koleżanka powiedziała z chichotem do blondynki: 

- Czego się pchasz? Nie widzisz, że jej jeszcze na nim zależy? 

Janka chciała odpowiedzieć ostro, ale się powstrzymała, bo światła na widowni zgasły 

i wokoło rozległo się sykanie, żeby zamilkły. Rozpoczynał się dodatek rysunkowy. 

Janka mimo że te kreskówki bardzo lubiła, nie mogła się skupić i uważnie patrzeć na 

ekran. Koleżanka miała rację. Spotkanie z Kubą poruszyło w niej jakąś starą strunę. Dawniej 

przez jakiś czas żyli ze sobą blisko. Kuba nawet mieszkał u niej przez kilka miesięcy. I choć 

na jej oczach umawiał się z innymi dziewczynami, choć czasem  nawet  kazał  się wynosić z 

mieszkania, bo chciał się tu spotkać z którąś z jej koleżanek, nie miała siły, żeby go wyrzucić. 

Nie zastanawiała się, czy go kochała, czy nie. Po prostu musiała z nim być, bez względu na to 

jak się zachowywał i jak ją traktował. 

Potem  przyłapano  go  na  jakimś  napadzie  i  poszedł  do  więzienia.  I  wtedy  właśnie 

oszołomienie minęło tak nagle, jak przyszło. Janka odetchnęła z ulgą, poczuła się wyzwolona 

od  jego  uroku.  Nie  odwiedziła  go  ani  razu,  a  pierwszym,  z  którym  się  pocieszyła,  był  brat 

Kuby, Długi, młody wówczas jeszcze chłopak. Później poznała Adama, przyjęła go do swego 

mieszkania i zapomniała o Kubie i jego bracie. 

Teraz  widok  tego  wysokiego,  przystojnego  blondyna  z  bezczelną  miną,  zawsze 

pewnego siebie, jakby cały świat należał do niego, wywołał w niej sprzeczne uczucia. Była 

ciekawa,  co  się  z  nim  dzieje,  co  robi  po  wyjściu  z  więzienia,  a  równocześnie  czuła  jakiś 

background image

dziwny lęk, że tamto, co kiedyś z nim przeżywała, znów powróci. Był wprawdzie Adam, ale 

czuła, że gdyby Kuba chciał, nie miałaby siły mu się oprzeć... 

Myślała o tym i ogarniało ją coraz większe zdenerwowanie. Zastanawiała się, czego 

Kuba może od niej chcieć i szybko doszła do wniosku, że ten wielki interes, o którym mówił, 

to zwykły pretekst. Sądziła, że będzie chciał się z nią po prostu umówić, a potem... nie miała 

odwagi myśleć, co będzie potem. 

Na  ekranie  odbywała  się  jakaś  strzelanina,  trupy  padały  getto  wśród  amerykańskich 

prerii  Dzikiego  Zachodu,  ale  Janka  Prawie  tego  nie  widziała,  nie  mogąc  oderwać  myśli  od 

Kuby. 

background image

Dopiero chyba w połowie filmu zainteresowała ją cukierkowa, miłosna scena między 

kowbojem  a  wysmukłą  dziewczynę  o  rudych  włosach  i  uważniej  już  teraz  śledząc  akcję 

powoli się uspokajała. 

Kiedy ekran pojaśniał i zapłonęły światła, natychmiast tamto, wróciło. Kuba siedział 

dwa rzędy przed nią, a teraz szedł między krzesłami, odwrócony bokiem i dawał jej znaki, że 

będzie czekał na ulicy. 

- Kiwa na ciebie, Janka, widzisz? - powiedziała jedna z koleżanek. 

- Nie wtrącajcie się! - burknęła Janka. 

- To jak, zaczekać na ciebie czy nie? - zapytała blondynka. 

- Idźcie powoli, to was dogonię - oświadczyła Janka. 

Zrobiło się już całkiem ciemno i trudno było rozpoznać poszczególne twarze ludzkie, 

ale Janka od razu dostrzegła wysoką sylwetkę Kuby. Stał po drugiej stronie pod samą latarnią. 

Nie żegnając się z koleżankami odsunęła się od nich i podeszła dc niego. 

- Jesteś? - ucieszył się. - Straciłem cię z oczu i myślałem, że się pogubimy. 

- Taki byłeś pewny, że przyjdę? 

- A czemu miałabyś nie przyjść? Co to, boisz się mnie czy co? 

- Nie, ale wiesz... 

- Nie zawracaj głowy - roześmiał się. - Co było, to było, teraz się nie liczy. Mówiłem, 

że mam do ciebie interes... 

Poczuła nagle rozczarowanie. Nie przypuszczała, że tak lekko pożegnał się z tym, co 

było  między  nimi  dawniej.  Ambitnie  jednak  nie  dała  poznać  po  sobie,  że  ją  to  zabolało. 

Powiedziała szorstko: 

- Jak masz interes, to gadaj, koleżanki czekają. 

- Co ci się stało? Gniewasz się na mnie? 

- Nie, tylko nie mam czasu. 

- Dobra. Mój brat, wiesz, Długi, chce się z tobą zobaczyć. 

- O co chodzi? 

- Ma jakieś rzeczy do opylenia. Podobno niezłe ciuchy. Może byś mu pomogła? 

-  Coś  ty,  wiesz,  że  się  tym  nie  zajmuję.  -  Janka  podniosła  głowę  i  po  raz  pierwszy 

spojrzała mu w oczy. Stali nadal pod latarnią. Wszyscy ludzie wyszli już z kina, spłynęli w 

dół  ulicą  i  teraz  wokół  nich  było  pusto.  Jedynie  daleko,  w  pobliżu  Grunwaldzkiej,  słychać 

było kroki i jakieś głosy przechodniów. Kuba roześmiał się. 

-  Nie  bój  się,  towar  jest  pewny.  Długi  kupił  to  od  jakiegoś  niemieckiego  marynarza. 

Możesz ładnie zarobić. Nie przyda ci się forsa? 

background image

-  Takie  gadki  możecie  obaj  zakładać  nie  do  mnie  -  odparła.  -  Jak  gliny  to  znajdą  u 

mnie, mogą być kłopoty. 

-  Janka!  -  Kuba  ujął  ją  za  rękę  i  uśmiechnął  się.  -  Mówię  ci,  nie  bój  się.  Trzeba 

Długiemu pomóc. Zrób to dla mnie, no, zrobisz? 

Opuściła głowę. Nie chciała dłużej patrzeć na jego twarz dobrze widoczną w świetle 

jarzeniówki. I żeby uspokoić swoje sumienie, pomyślała, że Adam ucieszy się z zarobku. 

- Dobra - powiedziała - niech przyjdzie do mnie. Pogadamy. 

- No widzisz - Kuba uścisnął jej rękę. - Wiedziałem, że to zrobisz. On wpadnie jeszcze 

dziś. Cześć, trzymaj się, Janka! 

Dopiero  gdy  odszedł,  uświadomiła  sobie,  że  chciała  go  przecież  zapytać,  co  robi, 

gdzie się obraca i jak mu się powodzi. Zła na siebie i rozczarowana poszła szybko wąskimi 

uliczkami w stronę Alei Wojska Polskiego. Dogoniła koleżanki, ale kiedy ją namawiały, żeby 

poszła jeszcze z nimi do „Akwarium” na kawę, odmówiła. 

-  Spieszę  się,  Adam  czeka  -  powiedziała  i  pożegnała  się  z  nimi  na  przystanku 

tramwajowym. 

 

 

Andrzej długimi krokami wchodził po stopniach. Klatka schodowa była ciemna, ale z 

okien na półpiętrach padało  dość światła, poruszał  się więc szybko i  pewnie. Wspiął się na 

trzecie  piętro  i  stanął  na  podeście.  Były  tu  tylko  jedne  drzwi,  podobne  do  tych,  które 

prowadzą 

na 

strych. 

Poszukał 

palcami 

dzwonka

background image

na futrynie, a kiedy znalazł, nacisnął energicznie. Odczekał chwilę, a gdy miał zamiar 

jeszcze raz zakołatać, rozległ się skrzyp drzwi, kroki i kobiecy głos zapytał: 

- Kto jest? 

- To ja, Andrzej, Długi - poprawił się, wiedząc, że ten pseudonim szybciej mu otworzy 

drzwi.  

Zgrzytnął  zamek  i  wpuszczono  go  do  środka.  Znalazł  się  w  ciasnym,  zatłoczonym 

starymi  gratami  przedpokoju,  oświetlonym  słabą  żarówką  wiszącą  pod  sufitem.  Przed  nim 

stała  Janka  w  grubym  swetrze  zapiętym  wysoko  pod  szyję.  Andrzej  patrzył  chwilę  na  jej 

twarz,  która  w  świetle  żarówki  wydała  mu  się  stara  i  zmięta.  Spoza  kobiety,  gdzieś  z  głębi 

mieszkania, doleciał ochrypły okrzyk: 

- Kogo tam diabli przynieśli? 

-  To  ten,  co  ci  mówiłam  -  rzuciła  Janka  przez  ramię,  równocześnie  podając  rękę 

Andrzejowi. - Udawaj, że się małej znamy - szepnęła. 

Andrzej skinął głową i poczuł się trochę nieswojo. Znów rozległ się tamten głos: 

- No to dawaj go tu, czego tam marudzisz? 

Janka  poprowadziła  Andrzeja  dalej  i  po  chwili  znaleźli  się  w  obszernym  pokoju  o 

tylko  jednym  oknie  wychodzącym  na  dach  sąsiedniego  domu.  Mieszkanie  widocznie 

przerobiono  ze  strychu.  Gospodarze  niezbyt  musieli  się  troszczyć  o  jego  wygląd,  bo  ściany 

były odrapane, podłoga zaśmiecona, łóżko rozgrzebanej a na stole walały się resztki jedzenia. 

Na parapecie okiennymi stała bateria pustych butelek po wódce i winie. 

Otyły, nie golony mężczyzna siedział przy stole podparty łokciami i patrzył uważnie 

na Andrzeja. Jego małe czarne oczki zdawały się przewiercać gościa na wylot. Biegnące od 

nosa do kącików ust bruzdy nadawały tej obrzękłej twarzy wyraz skrzywienia. W pokoju było 

zimno. Mężczyzna ubrany był w granatowy gruby golf, z plamami na piersiach świadczącymi 

o niechlujności właściciela. Gospodarze widocznie mieli dopiero zamiar napalić w piecu, bo 

na  podłodze  stało  wiadro  pełne  węgla,  a  obok  drzwiczek  na  kawałku  blachy  widniała 

piramida popiołu wygarniętego z paleniska. 

- Cześć, siadaj, synu - mężczyzna podał Andrzejowi rękę i pokazał krzesło. - Co jest? 

- Brat mówił, żeby tu przyjść - zaczął Andrzej. - Rozmawiał podobno z... - zawahał się 

i szybko dokończył: - ...z panią Janką. 

- Rozmawiał - potwierdziła Janka. - Ale dokładnie nie mówił, o co chodzi. 

- No to gadaj, szkoda czasu - zażądał mężczyzna. - Fajki jakieś masz? - spytał jeszcze, 

zanim Andrzej zaczął mówić. - I możeś przyniósł coś do picia? 

background image

-  Papierosy  mam  -  Andrzej  podał  przez  stół  paczkę.  -  Ale  do  picia  nic...  Jakoś  nie 

tego... 

- No to jak przychodzisz w gości, synu? - Zapalił nie zwracając uwagi na Andrzeja i 

już nieco łagodniej powtórzył: - Gadaj, o co chodzi. 

- Mam coś niecoś do opylenia... 

Adam palił obojętnie nie patrząc na gościa. Janka rozpaliła w piecu i teraz nakładała 

węgiel  łopatką,  robiąc  hałas,  że  na  razie  trudno  było  rozmawiać.  Adam  przeczekał.  Gdy 

podniosła się z klęczek, zapytał: 

- Co masz? 

- Ciuchy. Nawet niezłe. Jest futro z baranów, dwa garnitury, sporo innych rzeczy. 

- Kogoś zrobił? - fachowo zapytał Adam. 

-  Skądże!  -  obruszył  się  Andrzej:  -  Uczciwie  kupione  od  niemieckiego  matrosa.  Był 

pijany i potrzebował forsy. Okazja była, to kupiłem. 

-  Dobra,  dobra  -  Adam  zmrużył  oko,  przejechał  językiem  po  spieczonych  wargach  i 

znów się skrzywił boleśnie. - Cholera, ale mam kaca, że też nie pomyślałeś, że interesy bez 

wódki nie idą. 

- Zrobimy interes, będzie wódka. 

- To już co innego - Adam próbował się uśmiechnąć. - Ale nie mam zamiaru siedzieć 

przez parę głupich ciuchów. 

- To jest warte z piętnaście patyków. 

Adamowi  oczy  zabłysły.  Janka  zdążyła  już  umyć  ręce  i  przysiadła  na  krześle  koło 

nich. Patrzyła z zainteresowaniem to na jednego, to na drugiego. 

background image

- Jak myślisz - zwrócił się Adam do niej - warto się tym paprać? 

- Jak ciuchy dobre, to się sprzeda - oświadczyła. 

-  Trzeba  to  zobaczyć  -  zdecydował  Adam.  -  Przywieź  tu  ten  majdan,  synku,  to 

pogadamy. 

- Dobrze - zgodził się szybko Andrzej - ale gotówka będzie zaraz? 

- Jak to: zaraz? - nastroszył się Adam. - Co, myślisz, że mam bank? 

- Forsa mi potrzebna. 

- Zobaczymy. Jak będzie o czym gadać, to dam zaliczkę. Reszta po spyleniu. Przywieź 

to, a po drodze nie zapomnij coś do przepłukania gardła. 

Andrzej  podniósł  się  z  miejsca,  ale  jeszcze  nie  odchodził.  Przestępował  z  nogi  na 

nogę, jakby się wahał. 

- No, co jeszcze, synku? Przecież wszystko chyba jasne, nie?  

- Tak. Ale z tym wypiciem... Groszem nie śmierdzę. Postawię, jak sprzedam, chyba że 

pan da teraz coś... 

Adam mruknął groźnie i oczka mu zaświeciły złowrogo. 

- Daj mu ze sto złotych  - powiedziała Janka. - Nie zwie-; je, ja go znam  i jego brata 

też... 

- Za dużo ich znasz - mruknął Adam, ale sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyjął sto 

złotych i podał Andrzejowi. 

 

 

Andrzej  wskoczył  do  tramwaju  i  pojechał  w  stronę  Gdańska.  Przed  dworcem 

Głównym przesiadł się do taksówki. Nie była wprawdzie jeszcze późno, dochodziła dopiero 

siódma,  ale  na  Orunię  miał  kawał  drogi,  a  stamtąd  do  Oliwy  musiał  przejechać  przez  cały 

Gdańsk. Obawiał się, że to potrwa zbyt długo. 

Przed domem Józka kazał taksówkarzowi zaczekać, a sam zapukał do drzwi. Otworzył 

mu brat Józka. 

- Jest Józek? - niecierpliwie spytał Andrzej. 

- A bo co? 

- Umówiliśmy się - skłamał na poczekaniu. 

- Nie ma - flegmatycznie odparł chłopak. - Mało kiedy o tej porze jest w domu. 

- A gdzie może być? 

background image

- Ja wiem? Może w Domu Kultury, a może pojechał gdzieś z kolesiami do Gdańska? 

Czy ja go pilnuję? 

Andrzej  nie  wdawał  się  już  dłużej  w  rozmowę,  tylko  pobiegł  do  taksówki  i  kazał 

jechać  w  stronę  niezbyt  odległego  Domu  Kultury.  Zajrzał  do  kawiarni,  a  potem  do  sali 

telewizyjnej. Tu w mroku wreszcie odnalazł Józka zapatrzonego w srebrny ekran. Pociągnął 

go za ramię i krótko rozkazał: 

- Chodź! 

Józek szarpnął się: 

- Czego? - ale poznawszy kolegę rozchmurzył się i wstał z miejsca. - Co jest? 

Andrzej nie odpowiedział, tylko poszedł przodem do wyjścia. Dopiero gdy znaleźli się 

na zewnątrz, zrobił mu wymówkę: 

- Szukam cię po całym Gdańsku, wszystką forsę wydam przez ciebie na taksę. 

-  Nie  wiedziałem,  że  przyjdziesz.  A  co  się  stało?  Może?...  -  w  jego  głosie  nagle 

zabrzmiał strach. 

- Siadaj - Andrzej komenderował. - Jedziemy do Oliwy. Mam kupca na te rzeczy. 

- Nareszcie będzie forsa - ucieszył się Józek wsiadając do taksówki. 

Po  drodze  Andrzej  kazał  się  jeszcze  zatrzymać  przed  Delikatesami,  kupił  pół  litra  i 

teraz już ruszyli prosto do Oliwy. Gdy stanęli przed domem na Grottgera, długo grzebał po 

kieszeniach, żeby uzbierać na taksówkę. Wódka kosztowała pięćdziesiąt złotych, a taksometr 

wybił ponad sześćdziesiąt. Na szczęście Józek miał parę złotych i jakoś zapłacili. 

- Może ich nie ma - niepokoił się Józek. - Mogli wyjść już do roboty. 

-  Chodzą  na  dziesiątą  w  tym  tygodniu,  na  pewno  jeszcze  są  -  uspokoił  go  Andrzej. 

Schylił  się,  nabrał  w  garści  śniegu,  uformował  kulę  i  rzucił  w  najwyższe  okno  jaśniejące 

słabym  blaskiem.  Nie  trafił,  rozległo  się  tylko  mocne  uderzenie  w  dachówki.  Józek  zrobił 

drugą  kulę  i  też  rzucił.  Na  dole  gwałtownie  otwarły  się  drzwi  i  rozległ  się  jazgotliwy  głos 

gospodyni: 

- Co to za chuligaństwo? Przestańcie, bo zawołam milicję! 

-  Przepraszam...  -  bąknął  speszony  Andrzej  -  my  do  kolegów...  Nie  chcieliśmy 

dzwonić... 

background image

- Za to chcieliście szyby powybijać! - gospodyni burczała jeszcze, ale wpuściła ich do 

domu, nieco udobruchana pokornym głosem Andrzeja. 

Obaj  pospiesznie wbiegli  na piętro i  Andrzej bez pukania pchnął  drzwi. Rysiek mył 

się nad miednicą na jednym z krzeseł w kącie pokoju. Burek siedział przy stole i jadł chleb z 

kiełbasą nie popijając niczym. 

- Cześć - powiedział Rysiek. - To wyście tak tłukli w okno? 

- Nie mogłeś otworzyć? - złościł się Andrzej. - Musiała ta stara wychodzić? 

- A co, nie może? Za co bierze forsę? - Burek mówił z pełnymi ustami. - Stocznia jej 

płaci za nas po cztery stówy miesięcznie. Niech chociaż za to drzwi otwiera! 

Rysiek  wycierając  twarz  i  szyję  podszedł  do  stołu.  Kiedy  tak  stał  w  świetle  lampy, 

wyglądał jak młody atleta z dobrze rozwiniętą klatką piersiową i mięśniami drgającymi pod 

skórą przy każdym ruchu. Zwrócił się do Andrzeja: 

- Co cię tak przycisnęło, że teraz przychodzisz? 

- Chcemy zabrać te rzeczy - oznajmił Andrzej. 

-  No  to  zabierajcie  -  flegmatycznie  zgodził  się  Rysiek.  -  Będzie  spokój.  -  Otworzył 

szafę i wystawił obydwie walizki naj podłogę. Torbę zostawił na miejscu. 

- A to? - Andrzej sięgnął po torbę. Rysiek złapał go za rękę. 

- To moje. Dałeś mi, nie pamiętasz? 

- Torbę, ale nie to co w środku - zaoponował Andrzej. 

- W porządku, ona jest pusta. Ciuchy przełożyłem do walizek. Andrzej wziął do ręki 

torbę turystyczną, zajrzał, czy nic w niej nie zostało, i zapytał podejrzliwie: 

- Wszystko przełożyłeś? 

-  Coś  ty,  myślisz,  żeś  to  zostawił  u  jakich  złodziei?  -  obraził  się  Rysiek,  a  Burek 

kończąc jedzenie zaproponował: 

- Jak ci nie wierzy, to niech sobie sprawdzi. 

- Dobra, nie mam czasu - Andrzej już brał jedną walizkę za rączkę. - Potem sprawdzę. 

Jak coś brakuje, to... 

Rysiek  wzruszył  ramionami  i  począł  wciągać  koszulę.  Józek  wziął  drugą  walizkę  i 

obaj już ruszyli do wyjścia, kiedy nagle Burek wstał i zagrodził im drogę. 

-  Te,  koleś  -  zaczepnie  zwrócił  się  do  Andrzeja.  -  Miało  być  coś  mokrego  za 

przechowanie. Tak chcecie zwiać? 

- A tyś miał dać forsę za koszulę! - odparował Andrzej. 

-  To  co  innego.  Powiedziałem,  że  po  wypłacie.  A  tu  się  nam  obydwóm  należy, 

obiecałeś. 

background image

- Nie ma teraz czasu. Jak opchnę, to przyjadę z wódą. 

-  A  to  co?  -  Burek  bez  ceremonii  sięgnął  do  kieszeni  Andrzeja,  z  której  sterczała 

główka półlitrówki. - Sami chcecie wypić? Rysiek, dawaj szkła! 

- Zostaw! - Andrzej postawił walizkę i błyskawicznie wyrwał Burkowi butelkę z ręki. 

- To nie dla was. Muszę postawić facetowi, który kupuje te rzeczy. 

- A my to pies? - upierał się Burek. 

-  Powiedziałem,  że  postawię,  jak  sprzedam.  Możemy  jeszcze  dziś  wrócić.  Gość  da 

forsę, to zaraz przyjedziemy. 

-  Dobra,  zostaw  go  -  powiedział  Rysiek.  -  Nie  będę  się  szarpał  o  głupie  pół  litra. 

Zobaczymy, czy masz słowo. 

- Przekonacie się - rzucił Andrzej, ponownie ruszając do wyjścia. 

Szybko zbiegli po schodach i po chwili spiesznie kroczyli w stronę tramwaju. 

Teraz  już  nie  mieli  zbyt  daleko.  Przejechali  cztery  przystanki  i  wysiedli  przy  Alei 

Wojska Polskiego. Józek przez cały czas milczał. Nie pytał o nic. W duchu cieszył się tylko, 

że Andrzej tak sprawnie wszystko załatwia i wkrótce będą mieli pieniądze. Posłusznie szedł 

za nim ulicą, potem wspinał się na poddasze. Wreszcie znaleźli się w mieszkaniu Janki i jej 

przyjaciela. 

- Więcej was matka nie miała? - Adam z niezadowoleniem łypał oczkami. - Musiałeś 

go tu przyholować? 

- Sam bym nie dał rady - tłumaczył się Andrzej - walizki ciężkie. Zresztą to mój koleś, 

razem kupowaliśmy te ciuchy i razem sprzedajemy. 

Józek pocałował Jankę w rękę, zakręcił się trochę nieśmiało i siadł wreszcie przy stole 

na  krześle  wskazanym  mu  przez  grubego  gospodarza.  Andrzej,  nim  zaczął  rozmowę, 

wyciągnął  butelkę  z  kieszeni.  Adamowi  oczka  rozjaśniły  się  żywszym  blaskiem.  Grymas 

zniknął z jego twarzy, a fałdy tłuszczu ułożyły się w uśmiech. 

- No tak to co innego! - zawołał. - Janka! kieliszki i coś na ząb! Od rana męczy mnie 

cholerny kac. Teraz się dopiero jako tako poczuję. 

Kiedy  wypili  po  jednej  kolejce,  Janka  znowu  napełniła  kieliszki,  gospodarz  już  nie 

spiesząc się do picia, zażądał: 

- No to pokażcie, coście tam przytaskali. 

Józek  posłusznie  wziął  walizkę.  Janka  chwyciła  drugą  i  postawiła  ją  na  łóżku. 

Chłopak poszedł w jej ślady. Wszyscy wstali i skupili się przy łóżku. Janka otwierała walizki 

i  poczęła  kolejno  wyjmować  rzeczy.  Pierwszym  przedmiotem  było  futro.  Rozwinęła  je, 

strzepnęła i uniosła w górę. 

background image

- Ładne - powiedziała z nieukrywanym zachwytem. - Widać, że mało noszone. 

-  Iii  tam,  pewnie  mole  je  nadżarły,  trzeba  dobrze  obejrzeć  -  skrzywił  się  Adam.  Ale 

Janka  już  wkładała  je  na  siebie,  podeszła  do  starego  lustra  i  przeglądała  się,  strojąc  miny, 

podnosząc i opuszczając duży kołnierz. 

- W sam raz na mnie - stwierdziła. - Ile ma kosztować? 

- Warte jest z dziesięć patyków - powiedział Andrzej. 

- Ty nie mów, ile warte, synku, tylko ile chcesz - osadził go Adam. 

- No z osiem, a najmniej siedem tysięcy. 

- Weź je sobie od razu - Adam machnął ręką. - Nie mamy o czym gadać. Jak chcesz 

takie pieniądze, to idź do komisu. 

- No dobra - Andrzej od razu zrobił się bardziej ugodowy. 

- Ile pan da? 

- Ja nic nie dam, bo go nie kupię - odparł Adam. - Ale jak znajdę kupca, to mogę mu 

powiedzieć pięć tysięcy. Tysiąc będzie dla mnie, ty dostaniesz cztery. 

- To mało - zaprotestował Andrzej. 

- Jak mało, to sprzedawaj sam. I tak nie wiem, czy kupca znajdę. 

-  Dobra,  niech  będzie,  pogodzimy  się  -  zmiękł  Andrzej.  -  Ale  nie  mniej  niż  cztery 

patyki dla nas do ręki. 

- Zobaczymy - mruknął Adam i rzucił do Janki: - Zdejmij to, bo się przyzwyczaisz. 

- Adam... A jakbyśmy tak my... dla mnie? Adam wściekle błysnął oczkami. 

-  Zwariowałaś?  W  kradzionym  chcesz  chodzić?  Żeby  zamknęli  cię  razem  z  tym 

futrem? 

- To nie kradzione - zaprotestował Andrzej. - Mówiłem... 

- Dobra, dobra... Pokazuj, co masz tam jeszcze. 

Obejrzeli dokładnie całą zawartość obu walizek. Rozkładali każdą rzecz, naradzali się, 

ustalali  cenę  z  reguły  niższą  co  najmniej  o  połowę  od  rzeczywistej  wartości.  W  końcu 

wszystko leżało wyłożone, a na łóżku pozostały tylko puste walizki. Andrzej wskazał na nie. 

- To się też chyba liczy, nie? - zapytał. 

- Co, te stare graty? Na cholerę to komu? 

-  No,  ta  może  zostać  za  darmo,  jako  dodatek  -  Andrzej  wskazał  na  bardziej  zużytą 

walizkę. - Ale ta jest bardzo” ładna, zagraniczna. Warta parę złotych. 

-  No  to  zostaw  ją,  zobaczymy,  może  razem  z  ciuchami  ktoś  weźmie  -  zgodził  się 

Adam i wrócił do stołu. Nie zapraszając gości sam wychylił kieliszek wódki. Andrzej również 

uniósł swój kieliszek, a Józek i Janka zrobili to samo. Kiedy wypili, Andrzej podsumował: 

background image

- Futro cztery, garnitury po osiemset to tysiąc sześćset... reszta dwa i pół, razem osiem 

tysięcy sto złotych. 

- Nie będziemy się spierać - odparł Adam. - Dostaniecie siedem i pół patyka i będzie 

dosyć. 

- Co? - oburzył się Andrzej. 

- Dobrze - ustąpił nagle Adam - pogadamy, jak to opchnę. 

- To nie będzie forsy zaraz? - powiedział Józek z takim rozczarowaniem, że wszyscy 

spojrzeli na niego. 

Adam uśmiechnął się wyrozumiale. 

-  Kto  dziś  ma  pod  ręką  taką  gotówkę?  Zresztą  mam  sobie  założyć  z  tym  komis  czy 

jak? Sprzedam, to dostaniecie. 

- Futro może weźmie moja siostra ze wsi - wtrąciła się Janka. 

- No widzicie, to pójdzie prędko, ale trzeba trochę poczekać. 

- Obiecał pan chociaż zaliczkę - Andrzej też był rozczarowany. 

- Dostałeś przecież... 

background image

- Te sto złotych? To było na wódkę. 

- No dobra - Adam sięgnął do kieszeni i wyciągnął zwitek banknotów. - Nie chcę się z 

wami  targować,  bo  widzę,  że  groszem  nie  śmierdzicie.  Macie  tu  -  położył  na  stole  kilka 

czerwonych banknotów. - To będzie osiem setek. 

- Tu jest siedem - Andrzej przeliczył pieniądze. 

-  No  przecież  setkę  dostałeś  -  zezłościł  się  Adam.  -  Coś  myślał,  że  jeszcze  ja  wam 

będę stawiał? 

Nie targowali się dłużej. Umówili się tylko, że Andrzej wpadnie za kilka dni, żeby się 

dowiedzieć, co sprzedane, i odebrać resztę pieniędzy. Adam rozlał pozostałą wódkę. 

- No to zdrowie - powiedział - żeby interes dobrze poszedł! 

- Zdrowie - Odpowiedzieli równocześnie. Wypili i zaraz zaczęli się żegnać. 

Gdy wyszli na ulicę, Józek sapnął ze złością. 

- Ależ to drań. On nas wykiwa, zobaczysz, że nas wykiwa. 

-  Nie  odważy  się  -  z  pewnością  siebie  odparł  Andrzej.  -  Wie,  że  bym  mu  tego  nie 

podarował. 

- Zobaczymy - mruknął Józek i zaraz zapytał: - To co robimy? Wcześnie jeszcze. 

- Obiecałem tym dwóm z Oliwy, że wpadniemy do nich - przypomniał Andrzej. 

- Możemy - zgodził się Józek. - Warto by coś jeszcze wypić, pół litra na tyle osób to 

było nic. 

Poszli  do  pobliskiego  sklepu,  kupili  litr  wódki,  kilo  kiełbasy  i  kilka  bułek.  Z  tymi 

zakupami  wsiedli  do  tramwaju.  Kiedy  już  jechali,  Józek  siedzący  naprzeciw  kolegi  pochylił 

się i powiedział: 

-  A  my  kiedy  się  policzymy?  -  Myśl  o  pieniądzach  nurtowała  go  od  dawna,  ale 

dopiero teraz znalazł okazję, żeby się upomnieć o swoją część. 

Andrzej  bez słowa wyciągnął  z kieszeni  banknoty, odliczył  dwieście złotych i  podał 

mu. 

- Trzymaj - burknął z niechęcią. - To twoje. 

- Tylko tyle? Przecież dostałeś osiem stów. 

-  A  ileś  chciał?  Setka  poszła  na  taksówkę  i  tamto  pół  litra.  Teraz  wydaliśmy  dwie 

setki. Zostało pięć. 

- No to należy mi się dwie i pół - nalegał Józek. 

-  A  tej  setki,  co  ci  dałem  zaraz  po  skoku,  już  nie  pamiętasz?  Józek  zamilkł  i  nie 

spierając  się  dłużej  schował  pieniądze  do  kieszeni.  Był  jednak  naburmuszony.  Liczył,  że 

wreszcie będzie miał sporo pieniędzy, a tymczasem musiał się zadowolić tylko tymi dwiema 

background image

setkami.  Pomyślał,  że  jeśli  tak  dalej  będzie,  to  niewiele  więcej  zobaczy,  i  po  raz  drugi 

pożałował, że wziął udział w tym napadzie. Kiedy uprzytomnił sobie, ile przeżył strachu i ile 

włożył w to wszystko wysiłku za tak mały zysk, zżymał się wewnętrznie i ogarniała go coraz 

większa złość. 

Jazda trwała krótko i nim dojrzał w nim wybuch buntu, już ponownie stali przed willą 

na  Grottgera.  Tym  razem  nie  rzucali  śniegiem  w  okna,  tylko  normalnie  zadzwonili.  Rysiek 

natychmiast zbiegł na dół, żeby ich wpuścić, ale gospodyni i tak zdążyła wyjrzeć na korytarz i 

słyszeli, jak mruczała: 

- Kręcą się tu jak po jakim hotelu! Spokoju człowiek nie ma z tymi lokatorami! 

Nie odpowiedzieli na tę zaczepkę, szybko zniknęli za drzwiami. 

- Myślałem, że nawalicie! - powitał przybyłych wesoło Burek. - Fajne z was chłopaki! 

- A coś myślał? - Józek czuł się tu już śmielej niż za pierwszym razem, zresztą wypite 

trzy kieliszki dodawały mu animuszu. - Jak się słowo dało, to mur! 

Rysiek  zgarniał  ze  stołu  sterty  rozmaitych  śmieci,  a  Burek  wyciągał  brudnawe 

szklanki  i  poobtłukiwane  kubki.  Postawił  też  szczerbaty  talerz,  na  którym  położyli  kiełbasę 

pokrajaną  w  duże  kawałki.  Bułki  złożyli  na  starej  gazecie.  Józek  sprawnie  uderzył  w  dno 

butelki i korek wyskoczył, a wódka prysnęła na ścianę. 

- Uważaj, nie rozlewaj - zawołał Rysiek - wódki szkoda! 

- Starczy, jest jeszcze druga - uspokoił go Józek, a Andrzej postawił na stole następną 

butelkę. 

Łapczywie rzucili się na wódkę i pili dużymi porcjami, niemal nie zagryzając. Jedynie 

Burek rwał kiełbasę zdrowymi zębami i jadł mlaskając głośno. 

Józkowi zrobiło się ciepło. Rozpiął marynarkę, ukazując wymiętą flanelową koszulę. 

Było mu dobrze i poprzedni gniew z powodu pieniędzy przeminął. 

Andrzej pił mało. Pociągał ostrożnymi łykami, kiełbasy ledwo dotknął, cały czas palił. 

Nigdy nie miał zbyt mocnej głowy i wolał wino niż wódkę. Nie chciał jednak okazać się inny 

niż oni. 

A dwaj gospodarze łykali hausty wódki jak wytrawni pijacy. Rysiek dostał wypieków, 

Burek zrobił się rozmowniejszy, oczy; zaczynały im się świecić. 

-  Jak  będziecie  jeszcze  kiedy  coś  mieli,  to  możecie  tu  wstawić  -  wylewnie  zapraszał 

Rysiek. - U nas jak w banku, nic nie zginie. 

- Tylko zawsze starajcie się jak dziś - roześmiał się Burek, sięgając po drugą butelkę. 

- Pozalewamy się - zauważył Andrzej, który wcześniej niż inni czuł szmer w głowie. 

background image

- No to co? - Burek już podnosił w górę swój kubek. - Jak jest, to się pije. Odmawiam 

tylko pacierze, wódki nigdy! - wygłosił stary slogan. 

- A robota? - zatroskał się nagle Józek. - Zalani pojedziecie? 

- Nie twój interes - Rysiek roześmiał się wesoło. - Robota lubi głupich, a my nie głupi. 

-  Nic  wam  nie  powiedzą,  jak  zobaczą,  że  jesteście  po  kielichu?  -  interesował  się 

Andrzej. 

Teraz Burek się roześmiał. 

- Kto? Na nocnej zmianie? Wlezie się gdzieś w kąt i prześpi do rana. Albo wcale nie 

pójdziemy i też będzie dobrze! Najwyżej dniówkę potrącą! 

- Co tam robota, pijmy, póki jest! - zawołał Rysiek. - Sto lat, sto lat! 

Zgodnym chórem zaśpiewali głośno, wrzaskliwie, aż się ściany trzęsły. Potem Burek 

zaintonował  jakąś  świńską  piosenkę,  którą  odśpiewali  z  przytupywaniem  i  wybuchami 

śmiechu. 

W  butelkach  pokazało  się  dno.  Wszyscy  już  byli  pijani,  weseli,  pełni  animuszu  i 

zadziorności. 

Nagły łomot do drzwi uciszył ich. Spojrzeli po sobie półprzytomni, a Rysiek zapytał: 

- Kto? 

- Ciszej tam, musicie tak wrzeszczeć? - sierdziła się gospodyni. - Noc już, ludzie chcą 

spać, a oni się drą na całe gardło! Do roboty idźcie, bo się spóźnicie! 

-  Dobrze,  mamusiu,  dobrze!  -  odkrzyknął  Burek  i  natychmiast  począł  ryczeć  big-

beatową piosenkę, wytłukując butelką rytm na stole. 

Drzwi  otwarły  się  z  trzaskiem  i  na  progu  stanął  gospodarz.  Był  to  starszy  już 

mężczyzna,  z  grubymi,  obwisłymi  wąsami.  Miał  na  sobie  spodnie  i  podkoszulkę  z  długimi 

rękawami. Twarz skurczyła mu się we wściekłym grymasie. 

- Milczeć! - huknął, aż zadrżały szyby. - Milczeć, bo powyrzucam wszystkich na zbite 

mordy! 

Chłopcy  podnieśli  się  z  miejsc  jak  na  komendę  i  ze  strachem  cofali  się  przed 

rozwścieczonym gospodarzem. Od razu spotulnieli i umilkli. 

- No czego? - bąknął Rysiek. - Przecież nic takiego... Co pan?... 

-  Jak  jeszcze  raz  usłyszę,  że  tak  ryczycie,  to  wylecicie  wszyscy  z  domu!  -  zagroził 

gospodarz. - A jutro pójdę do stoczni. Powiem w dyrekcji i radzie zakładowej, że nie chcę u 

siebie takich bandziorów! 

- No dobrze, dobrze, już nie będziemy - łagodził Rysiek. Andrzej z trudem przełykając 

ślinę wysunął się do przodu i powiedział: 

background image

- Nie ma co się złościć, eee... panie. Co to, pośpiewać nie wolno? 

- Wynocha, pókim dobry! - krzyknął gospodarz i groźnie podszedł do Andrzeja. 

Już mieli się wziąć za klapy, kiedy wmieszał się Józek. Ujął kolegę za ramię i szarpnął 

do tyłu. 

- Idziemy - powiedział. - Spływamy stąd! 

- Tylko prędko - popędził ich gospodarz. 

- Wszyscy idziemy - zdecydował nagle Burek. 

- Co, tak się dajecie wypędzić? - w Andrzeja nagle wstąpił bojowy duch. - Ja nigdzie 

nie idę, wolno mi być u kolegów! - krzyczał coraz głośniej, a gospodarz znów ruszył w jego 

stronę. Ale koledzy, których awantura nieco otrzeźwiła, mocno chwycili Andrzeja pod pachy. 

Siłą wcisnęli na niego kurtkę, nabili na oczy beret i choć się szarpał i wyrywał, wyprowadzili 

z pokoju. Na schodach nagle zaparł się nogami, rękami ujął poręcz i oświadczył: 

-  Nigdzie  nie  idę...  Puśćcie,  wszarze!  Co  mi  tu...  -  nagle  ucichł,  sflaczał  i  począł 

gwałtownie przełykać ślinę. 

-  Weźcie  go  prędko,  bo  mi  zarzyga  dom!  -  krzyknęła  gospodyni  stojąca  przez  cały 

czas za mężem. 

Ale  już  nie  zdążył.  Andrzej  zwymiotował  na  schody.  Teraz  dał  się  bez  oporu 

wyprowadzić Józkowi i Ryśkowi, a Burek przeklinając go został, aby posprzątać. 

Potem  w  trójkę  odwieźli  przelewającego  się  przez  ręce  Andrzeja  do  Wrzeszcza. 

Chcieli go jeszcze zabrać na kawę, żeby się otrzeźwił, ale odepchnął ich i poszedł sam gdzieś 

w kierunku ulicy Matki Polki. Józek, Burek i Rysiek nie zmartwili się tym. Poszli do „Cafe 

Toto”  i  wypili  butelkę  kwaśnego  wina,  które  kupili  w  pobliskich  Delikatesach,  żeby  było 

taniej. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 1 

Józek jadł pospiesznie, szeroko rozstawiwszy łokcie na stole. Głośno pociągał herbatę 

z aluminiowego kubka, smarował chleb margaryną i żuł go pełnymi ustami. 

Siedział przy stole razem z matką i resztą rodzeństwa. Ojca nie było w domu. Zniknął 

gdzieś zaraz po obiedzie, a na pytanie żony, dokąd idzie, nawet nie odpowiedział. 

Ostatnio stary pracował  przez jakiś czas w którymś  z przedsiębiorstw budowlanych, 

prowadzących mimo pełnej zimy intensywne roboty. Nawet sobie chwalił, że jest mu ciepło, 

bo  wnętrze  domu,  który  budowali,  było  sztucznie  ogrzewane  dmuchawami  wtłaczającymi 

ciepłe powietrze.  Dość  regularnie  wychodził rano, jeszcze po ciemku, a  wracał  po czwartej. 

background image

Matka  cieszyła  się  z  tego  i  niecierpliwie  czekała  na  pierwszą  wypłatę,  obliczając,  co  za  to 

kupi.  Mężowi  zapowiedziała,  że  samą  z  nim  pójdzie  do  biura,  żeby  nie  zdążył  po  drodze 

przepić tego, co zarobił. 

I  właśnie  dziś  stary  znów  rozpoczął  swoje  kolejne  pijaństwo.  Z  roboty  przyszedł 

zaczerwieniony,  z  błyszczącymi  oczami.  Ale  matka  nic  nie  powiedziała.  Była  rada,  że  w 

ogóle wrócił po pracy. Podała mu obiad, zagadywała przychylnie, wiedząc, że każda kłótnia 

skończy się jego wyjściem z mieszkania. 

Wszystko to na nic się jednak zdało. Ledwo skończył jeść, wyciągnął waciak, czapkę 

wbił na głowę i ruszył do drzwi. 

-  Gdzie  idziesz?  -  próbowała  go  zatrzymać  żona.  -  Posiedź,  odpoczynij  po  robocie  - 

jeszcze chciała z nim łagodnie, ale już w jej głosie brzmiała irytacja. 

Nie zatrzymaj się, nie odpowiedział i nawet nie spojrzał w jej kierunku, tylko uciekł 

pośpiesznie z mieszkania. 

Matka  wybuchnęła  spóźnionym  gniewem,  wytłukła  najmłodszą  córkę  za  zmoczenie 

majtek, zasypała też Józka wyrzutami, że jest taki sam jak ojciec, choć chłopak siedział cicho 

i  nie  dał  jej  powodu  do  wymówek.  Musiała  przecież  wyładować  na  kimś  swój  gniew,  tak 

robiła zawsze i dopiero po długiej litanii przestała narzekać i przeklinać. 

Józek z trudem  przetrzymał tę burzę. Był  moment,  że chciał pójść w ślady ojca,  ale 

powstrzymała  go myśl,  że nie dostanie za to  kolacji. Był  umówiony z Andrzejem na ósmą, 

chciał więc przetrwać do tej pory i  przed wyjściem  zjeść, co matka da. Jeszcze gdyby miał 

pieniądze, może by sobie kupił coś w barze do jedzenia, ale to, co dostał od Andrzeja, już się 

rozpłynęło. Prawie całe sto złotych wydał tego samego wieczora, kiedy z Burkiem i Ryśkiem 

poszli do „Cafe Toto” na kawę i wino. A drugie znalazła matka, kiedy nazajutrz, zła za to, że 

wrócił  późno  i  w  dodatku  pijany,  przetrząsnęła  mu  kieszenie.  Nie  pomogły  protesty  i 

zaklinania, że to pożyczone i musi oddać. Pieniądze zostały skonfiskowane bezpowrotnie. 

Dziś  mieli  się  spotkać  z  Andrzejem  o  ósmej  w  barze  „Jacek”  koło  Hali  Targowej. 

Umówili  się,  że  Andrzej  pojedzie  do  Janki,  bo  może  już  coś  udało  się  sprzedać  i  będą 

pieniądze. Józek naciskał, żeby wydębić od Adama choćby drugą zaliczkę. Andrzej, który też 

był  już  bez  grosza,  sam  zaproponował,  że  załatwi  tę  sprawę,  a  potem  się  spotkają  i  odda 

Józkowi jego część. 

Chłopak  nie  powiedział  matce,  że  ma  zamiar  po  kolacji  jeszcze  wyjść  z  domu. 

Wiedział, że będzie z tego powodu nowa burza i może się nawet skończyć szarpaniną, a już 

co najmniej musi wysłuchać krzyku i narzekań. Przeczekał więc cierpliwie całe popołudnie, a 

background image

teraz  spiesznie  jadł  kolację,  gdyż  minęła  siódma  i  pora  była  wychodzić.  Do  „Jacka”  miał 

kawał drogi. 

- Czego się tak śpieszysz? - zapytała matka podejrzliwie. - Udławisz się tym chlebem. 

Józek przełknął ostatni kęs i wycierając usta ręką odparł: - Bo muszę iść. 

- Gdzie? Gdzie cię znów niesie? 

Wstał i pochyliwszy nad nią głowę skłamał: 

- Pójdę na telewizję do Domu Kultury. 

- W domu byś posiedział! Latasz ciągle tak jak twój ojciec. Taki sam rośniesz! Ja to 

nie mam czasu na żadne telewizje ani kina! 

- Pójdę z tobą - zaproponował nagle młodszy brat. 

- Siedź w domu, matce pomożesz - burknął Józek. 

- A ty byś nie pomógł? Nasprzątam się w administracji i w domu też sama wszystko 

muszę zrobić. Gdzie cię niesie? Taki sam rośniesz jak ojciec... 

-  Mama  by  chciała,  żebym  z  kurami  chodził  spać.  A  ja  mam  już  przecież 

dziewiętnaście lat i mogę robić, co chcę. 

- Jak zarobisz na siebie, to będziesz sobie robił, co chcesz! Mój chleb jesz, grosza nie 

zarobisz,  boś  wałkoń,  a  jeszcze  pyskujesz!  Już  by  cię  lepiej  do  wojska  wzięli,  bo  znów 

pójdziesz siedzieć, jak tak będziesz latał! 

Matka liczyła na to, że w wojsku chłopak się ustatkuje, nauczy dyscypliny. Ale Józka 

nic  tak  nie  denerwowało  jak  myśl  o  wojsku.  Teraz  jednak  nie  chciał  się  dłużej  kłócić,  bo 

właśnie wskazówka starego zegara wiszącego na ścianie wskazywała piętnaście po siódmej i 

już był najwyższy czas, żeby wyjść. Obawiał się, że jeśli Andrzej przyjdzie pierwszy i go nie 

zastanie,  gotów  odejść,  a  wówczas  znów  musiałby  chodzić  bez  pieniędzy.  Wciągnął  więc 

pośpiesznie  swój  ortalionowy  płaszcz,  z  którymsię  teraz  nie  rozstawał,  i  już  chciał  wyjść, 

kiedy nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wtoczył się ojciec. 

Był teraz o wiele bardziej pijany niż po południu. Waciak rozpiął, koszulę pod szyją 

miał  rozchełstaną,  a  czapka  zjechała  mu  na  tył  głowy.  Trzasnął  drzwiami,  zatoczył  się  w 

stronę  stołu  i  nic  nie  mówiąc,  począł  się  rozbierać.  Zaczynał  od  brudnych  butów,  które 

usiłował ściągnąć z nóg, nie odwiązawszy sznurowadeł. 

Matka  patrzyła  w  milczeniu,  jakby  zabrakło  jej  słów.  Młodsze  dzieci,  jak  spłoszone 

stado wróbli, uciekły momentalnie na łóżka, a Józek usiłował się przemknąć bokiem, żeby nie 

zawadzić o pijanego. Ale ojciec dojrzał go, podniósł nogę do góry i zawołał: 

- Ściągnij to, no, pomóż ojcu! 

W tym momencie matka wybuchnęła strasznym krzykiem: 

background image

-  Że  też  święta  ziemia  chce  nosić  takiego  pijaka!  To  ja  haruję,  ręce  sobie  po  łokcie 

urabiam, dzieciom nie ma co do pyska włożyć, a ty wszystko przepijesz! Jeden kryminalista, 

drugi pije jak ostatnia świnia! Za co mnie pan Bóg pokarał, za co? 

Krzyczała  spazmatycznie  chwyciwszy  dłońmi  głowę,  nieprzytomna  z  gniewu  i 

rozpaczy. Dzieciaki już zaczynały pochlipywać. A stary podniósł z trudem obrzękłą od wódki 

twarz, zamrugał powiekami i powiedział spokojnie: - Zamknij mordę, czego się tak drzesz? 

Józek  nie  czekał  na  dalszy  ciąg.  Wiedział,  że  skończy  się  to  rozbijaniem  mebli  i 

sprzętów  przez  ojca.  Nie  chciał  brać  w  tym  udziału.  Czym  prędzej  dopadł  drzwi  i  nim 

ktokolwiek zdążył go zatrzymać, już był na ulicy. Krzyki matki dobiegały aż tutaj, smagały 

go, zmuszały do szybszej ucieczki. 

Józek  zawsze  w  takich momentach  ogromnie  się  denerwował.  Nie  przywykł  do  tych 

scen,  choć  był  ich  świadkiem  i  uczestnikiem  od  wielu  lat.  Zawsze  miał  ochotę  stanąć  po 

stronie  matki,  niekiedy  nawet  próbował  tego,  jeśli  ojciec  zabierał  się  do  rękoczynów,  ale 

wtedy wszystko skupiało się na nim i w rezultacie obrywał porządnie. Wprawdzie teraz był i 

wyższy, i silniejszy od starego, nie umiał jednak wyzyskać tej przewagi nad ojcem. Bronił się, 

unikał  ciosów,  czasem  nawet  przyjmował  postawę  zaczepną,  ale  nie  odważył  się  jeszcze 

uderzyć. Najwyżej szarpał  się z nim i  odpychał  pijanego, ale po tym  zawsze zostawały  mu 

ślady w postaci podbitego oka czy paru siniaków. 

Niejeden  raz  po  takiej  awanturze  miał  ochotę  uciec  z  domu  i  nigdy  już  nie  wracać. 

Bywały  momenty,  że  włóczył  się  przez  dwie,  nawet  trzy  doby,  nocował  gdzieś  w  nie 

zamkniętych piwnicach, żył z tego, co skombinował lub ukradł, w końcu jednak wracał. Jakoś 

nie  umiał  sobie  wyobrazić  samodzielnego  życia,  wrósł  w  ten  dom,  którego  nie  kochał,  ale 

który był jednak jego domem. 

Tym  razem  nie  miał  czasu  na  rozważanie  sytuacji,  jaką  zostawił  w  mieszkaniu.  Był 

zbyt  zaabsorbowany  umówionym  spotkaniem  z  Andrzejem.  A  że  było  już  bardzo  późno, 

popędził do tramwaju, żeby zdążyć do „Jacka” na ósmą. 

 

 

Duża  sala  z  prostokątnymi  filarami  sprawiała  wrażenie  poczekalni  dworcowej  po 

dwudziestu  czterech  godzinach  ruchu.  Stoliki  pokryte  szkłem  zastawione  były  brudnymi 

talerzami z resztkami jedzenia. Widniały na nich kałuże piwa i wódki, w których rozmakały 

niedopałki  i  popiół  z  papierosów,  okruchy  pieczywa.  Od  strony  wejścia  zalatywały  ostre 

wonie z ubikacji. Przy bufecie, znajdującym się w drugim końcu sali, tłoczyli się mężczyźni 

background image

niecierpliwie  domagający  się  piwa.  Bufetowa  obsługiwała  ich  sprawnie,  nakładała  na 

talerzyki zakąski, odkorkowywała butelki i podawała kelnerom, którzy nieśli to do stolików. 

Pili tu bywalcy pobliskiej hali targowej, ubijano niezbyt czyste interesy, a ci, którzy zaczęli 

libacje gdzie indziej, tu przychodzili, żeby się doprawić „dużym jasnym” lub „setką” czystej. 

Kiedy już kelner komuś zbyt pijanemu nie chciał podać więcej alkoholu, przypominał sobie o 

zasadzie obowiązującej tu od dawna i mówił: 

- Nie podam samej wódki. Jedna wódka, jedno danie! 

- Dobra - odpowiadał nie speszony bywalec baru. - Daj pan dużą wódkę i małe piwo, 

to też zakąska, nie? - kelner szedł w stronę bufetu wykonać zamówienie, bo wiedział, żer z 

tymi gośćmi lepiej nie zadzierać. 

Józek zatrzymał się na progu, jakby zaduch panujący w barze osadził go na miejscu. 

Chwilę patrzył przed siebie, usiłując poprzez sine kłęby dymu rozpoznać sylwetkę Andrzeja, 

ale  sala  była  duża,  w  dodatku  załamana  pod  kątem  prostym,  musiał  więc  postąpić  dalej. 

Zaczerpnął  powietrza  głęboko  i  wszedł.  Zaraz  zderzył  się  z  jakimiś  dwoma  pijanymi 

mężczyznami,  którzy  balansując  między  stolikami  opuszczali  lokal.  Jeden  z  nich  zaklął  i 

błysnął wściekle przekrwionymi oczami, ale drugi, nieco trzeźwiejszy, szarpnął go za ramię i 

pociągnął do drzwi. 

Józek przeszedł całą salę, obejrzał wszystkich gości i z rozczarowaniem stwierdził, że 

Andrzeja jeszcze nie ma. Nie bardzo wiedział, co ma robić. Nie miał pieniędzy, żeby sobie 

coś  zamówić,  a  wiedział,  że  bez  zamówienia  kelner  nie  pozwoli  mu  zająć  miejsca. 

Zdecydował  się jednak zostać, licząc, że Andrzej zaraz przyjdzie. Podszedł  do stolika, przy 

którym  siedział  tylko  jeden  mężczyzna.  Był  pijany,  głowę  smętnie  zwiesił  i  drzemał 

posapując  przez  nos.  Od  czasu  do  czasu  otwierał  oczy,  drżącą  ręką  brał  ogromny  kufel, 

pociągał łyk piwa i znów przymykał powieki. 

- Można? - grzecznie zapytał Józek. 

Pijany czknął, podniósł jedną powiekę i mruknął: 

- Nie pieprz, tylko siadaj. - A gdy Józek siadł, otworzył drugie oko i zapytał sepleniąc: 

- Postawisz setkę? 

Kelner już podszedł do stolika i pochyliwszy się nad nimi pytał: 

- Co podać? - zwracał się do Józka, jakby tego drugiego w ogóle nie było. 

- Piwo - zamówił Józek, wywołując nieznaczny grymas na twarzy kelnera. 

- Dla mnie setkę czystej - zawołał nagle pijany. - Koleś płaci - wskazał na Józka. 

Kelner podniósł pytająco brwi, ale Józek bez ceremonii zaprzeczył: 

- Mowy nie ma, kup se pan sam! 

background image

- To wypieprzaj od stolika - zdenerwował się pijak. 

-  Spokój  -  powiedział  nagle  kelner.  -  Dosyć  już,  zjeżdżaj  pan  -  to  było  do  pijanego, 

który nagle wpadł w złość i huknął pięścią w stół. 

- Kto ma zjeżdżać, ja? Ja wam!...  -  ale nie zdążył dokończyć, co im zrobi, bo kelner 

wolno, a przy tym zdecydowanie, ujął go za łokieć i tak szarpnął, że gość podskoczył jakby 

pchnięty sprężyną. Wrzasnął i  zaklął, kelner jednak nie zwracając na to  uwagi  popchnął  go 

brutalnie do drzwi i wyrzucił na ulicę. Otrzepał potem elegancko ręce, wrócił, zabrał ze stołu 

kufel i poszedł po piwo dla Józka. 

Chłopak  rozglądał  się  dokoła.  Nie  raził  go  widok  pijanego  ani  brudu  w  knajpie. 

Nurtował go jedynie niepokój, co będzie, jeśli Andrzej nie przyjdzie w ogóle. Nie miał nawet 

tyle pieniędzy, żeby zapłacić za kufel  piwa. Pomyślał więc, że trzeba będzie w razie  czego 

wymknąć się chyłkiem. Ale właśnie gdy rozważał tę możliwość, dojrzał w drzwiach wysoką 

postać Andrzeja. Zamachał ręką, tamten zobaczył go natychmiast i ruszył do stolika. 

- Jesteś? - ucieszył się. - Coś zamówił? 

Nim Józek zdążył odpowiedzieć, kelner znalazł się przy nich i postawił wielki kufel. 

- Piwo? - skrzywił się Andrzej. 

-  A  masz  ochotę  na  coś  mocniejszego?  -  bystro  zapytał  Józek  i  zaraz  dodał:  -  To 

postaw, ja też chętnie się napiję. 

-  To  co  dać?  -  kelner  stał  wyczekująco.  -  Ćwiartkę  -  zarządził  Andrzej  i  zaraz  się 

poprawił  -  albo  nie,  daj  pan  pół  litra,  po  co  dwa  razy  chodzić.  I  śledzika  na  zakąskę.  W 

śmietanie. 

Józkowi,  słuchającemu  tego  zamówienia,  humor  od  razu  się  poprawił.  Gdy  kelner 

odszedł, zapytał niecierpliwie: 

- Forsę masz? Andrzej skrzywił się. 

- Niech go jasna cholera, tego Adama. 

- Co ty, co się stało? - przestraszył się Józek. - Wykiwał nas? 

-  Eee,  co  to,  to  nie!  Spokojna  głowa,  mnie  on  nie  wykiwa.  Ale  kręci  trochę,  nie 

spieszy się, jeszcze prawie niczego nie opylił. 

- Ale coś jednak poszło? - w głosie Józka była nadzieja. Andrzej nie odpowiedział, bo 

właśnie nadszedł kelner. Postawił butelkę, podsunął im talerzyki ze śledziami, od razu nalał 

do kieliszków. Kręcił się, choć już nic tu  nie miał  do roboty. Andrzej  nie paprząc na niego 

powiedział: 

- Sobie też! 

background image

Kelner błyskawicznie wyciągnął z kieszeni duży kieliszek i nalał do pełna. Ukradkiem 

rozejrzał  się po sali, czy nikt nie patrzy, mrugnął  do nich i  rzuciwszy krótkie „na zdrowie” 

jednym  haustem  wlał  alkohol  do  gardła.  Chłopcy  także  wypili,  stuknąwszy  się  lekko 

kieliszkami. 

-  No  to  jak  jest?  -  pytał  niespokojnie  Józek,  kiedy  kelner  odszedł  wreszcie  od  ich 

stolika. - Sprzedał coś czy nie? 

- I tak, i nie - mruknął Andrzej nie patrząc na niego. 

- Co to znaczy? Albo tak, albo nie, mów wyraźnie! 

- To futro - zaczął ściszonym głosem Andrzej. - Wzięła je jakaś baba ze wsi, nie wiem 

kto, jakaś krewna Janki, zresztą wszystko jedno kto. Tylko nie dała jeszcze całej forsy. Dała 

patyka zaliczki. 

- Tylko patyka? - Józek nie ukrywał rozczarowania. 

-  Resztę  ma  przywieźć  za  parę  dni,  jak  będzie  w  Gdańsku.  Oni  mówią,  że  to  pewna 

sprawa, bo babę dobrze znają. 

-  Niech  to  szlag  trafi.  Raz  setka,  raz  dwie  i  właściwie  człowiek  forsy  nie  widzi  - 

narzekał Józek, nalewając wódki do kieliszków. 

Andrzej teraz już pewniej patrzył na niego, rozumiejąc, że najgorsze przeszło. Nie był 

pewny, czy Józek spokojnie przyjmie wiadomość, że przyniósł tak mało pieniędzy. 

- Jakoś  to będzie  -  pocieszył  kolegę.  - Ktoś  wziął też garnitur. Ma przymierzyć i  jak 

będzie  dobry,  to  zaraz  zapłaci.  Reszta  też  poleci.  Zresztą  co  się  martwisz,  na  dłużej  ci 

starczy... 

-  Taki  skok  -  biadał  Józek  -  i  gówno  mamy  nie  forsę.  -  Podniósł  kieliszek.  Andrzej 

poszedł w jego ślady i obaj wypili. 

-  Iii,  co  za  skok!  -  Andrzej  powiedział  wylewnie.  -  Dla  mnie  to  nic.  Taka  robota  to 

śmiech! 

Józek popatrzył na niego spode łba, ale słuchał zaciekawiony. 

- Mówisz, jakbyś nie wiem co robił - rzucił prowokacyjnie. 

Andrzej zabłysnął oczami, machnął lekceważąco ręką i wypił swoją wódkę. Józek nie 

pozostał w tyle. 

-  A  ja  ci  mówię,  że  nic  nie  wiesz  -  upierał  się  Andrzej.  -  To,  co  było,  to  frajer.  Ja, 

bracie, mogę robić nie takie skoki, mówię ci, żebym tylko chciał... 

- Gadasz, gadasz, a chodzisz bez grosza jak i ja - z przekąsem zauważył Józek. 

Andrzeja to nie speszyło. Roześmiał się i pochyliwszy głowę w stronę kolegi szeptał: 

background image

- Bo ja na forsę nie lecę, kapujesz? Jak coś się podłapie, to dobrze, frajer by nie wziął, 

ale dla mnie forsa to nic, mogę mieć, ile chcę. 

- Skąd? - rzeczowo spytał Józek. - I dlaczego nie masz, jak możesz mieć? 

-  Bo  nie  chcę.  A  zresztą  co  ci  będę  tłumaczył,  to  nie  są  sprawy  dla  ciebie!  Szkoda 

gadania! 

-  Możesz  mnie  pocałować...  -  obraził  się  Józek,  który  pod  wpływem  alkoholu  był 

odważniejszy wobec kolegi. - Jak cii byłem potrzebny, toś poszedł ze mną i co, nawaliłem? 

-  Nie,  aleś  w  portki  o  mało  nie  narobił  ze  strachu.  A  ze  mną,  bracie,  tak  nie  można. 

Facet musi być odważny, gotowy na wszystko! 

- Jaki facet, co chrzanisz? 

- No ten, co ze mną idzie. Nie ma co się łamać, albo rybka, albo pipka, jak się idzie, to 

na całego. To są za duże sprawy, żeby nawalać... 

- Gadasz, a nic z tego nie można skapować - zirytował się Józek. - Mów wyraźnie, a 

jak nie, to trzymaj jadaczkę i daj mi spokój... 

- Dobrze, bracie, tak trzeba - niespodziewanie pochwalił go Andrzej. - Nie pchać się, 

nie pytać, a słuchać i robić to, co każę... 

- Ale co mi tam zawracasz... Napijmy się jeszcze, dawaj forsę i idziemy... 

-  Nie  spiesz  się,  koleś,  mamy  czas  -  powstrzymał  go  Andrzej.  -  Możemy  wypić, 

pewnie, ale ja chcę jeszcze trochę pogadać z tobą... 

-  To  mów,  ale  wyraźnie  -  Józek  nie  ukrywał  złego  humoru.  Wypili  wódkę  i  przez 

chwilę  panowało  milczenie.  Andrzej  wydłubywał  z  paczki  papierosa.  Poczęstował  kolegę, 

zapalili i dopiero wtedy, przysunąwszy się bliżej, zaczął mówić cicho. Zmienił się przy tym. 

Stał się jakiś czujny, oczy latały mu bystro dokoła. 

- Nie wierzysz mi. Dobra. To ci  powiem,  jak chcesz. Mam kogoś  w  Zielonej  Górze. 

Taką  dziewczynę,  wiesz,  no...  nieważne.  Ale  przez  nią  poznałem  faceta.  Jest  szoferem  w 

pekaesie. Jeździ za granicę, do Austrii i Włoch... 

- No to co z tego? - rzeczowo pytał Józek. 

-  To,  że  taki  facet  ma  kontakt  z  zagranicą.  Jakby  nam  się  tu  coś  stało,  to  pomoże 

prysnąć jak nic. Jeździ takimi wozami, że może słonia przywieźć. Ale to tak ci mówię, żebyś 

wiedział,  że  jesteśmy  bezpieczni.  Przez  tego  gościa  można  to  i  owo  przerzucić  za  granicę, 

jasne? 

-  No!  -  mruknął  Józek  niepewnie,  bo  nie  chciał  się  przyznać,  że  w  dalszym  ciągu 

niewiele z tego rozumie. 

background image

-  Ale  to  jeszcze  nic  -  kontynuował  Andrzej.  -  Znam  też  jedną  w  Nowym  Porcie. 

Trochę stara, ale dobra... To żona kapitana, bracie... On też fajny gość, stale pływa za granicę. 

Jak kiedyś jego nie było, poznałem u niej jednego kapitana z Niemiec Zachodnich. To duży 

gość, bracie, i płaci dolarami... Teraz widzisz, że jak będę  chciał, to w każdej  chwili mogę 

mieć forsy o, tyle - Andrzej przeciągnął palcem pod nosem. 

- No to czemu nie chcesz? 

- Bo ja, bracie, nie chcę robić tego za forsę. Jak mi trzeba na ćwiartkę, to robię sobie 

skok i już forsa jest. Mówiłem ci, pamiętasz? Łączę to z tamtymi sprawami... To jest coś, nie 

takie sobie zwykłe latanie na pierwszą lepszą robotę... 

Słowa Andrzeja wywołały w głowie Józka chaos. Ciągle nie bardzo jeszcze rozumiał, 

o czym tamten mówi, ale coś mu zaczynało świtać i czuł się coraz bardziej niespokojny. Nie 

bardzo  wierzył  słowom  kolegi,  ale  tamten  mówił  z  taką  pewnością  siebie,  przykłady  z 

Zielonej Góry i Nowego Portu były tak przekonujące, że Józek wahał się, czy jednak czasem 

coś  w  tym  nie  tkwi  prawdziwego...  Miał  ochotę  zapytać  wprost,  co  to  oznacza,  ale  się 

obawiał, że Andrzej znów nazwie go głupcem i wyśmieje bezlitośnie. Zdobył się więc jedynie 

na pytanie: 

- Po co mi to wszystko mówisz? Co mnie to obchodzi?... 

- Nie chcesz, to nie słuchaj - obruszył się Andrzej. - Myślałem, że jak raz zacząłeś ze 

mną kombinować, to będziesz chciał dalej... 

- Czemu nie, mogę - odparł Józek. - Ale jak to coś śmierdzącego, to wolę nie... 

- Coś śmierdzącego? - zaperzył się Andrzej. - Albo idziesz na wszystko ze mną, albo 

się boisz i siedzisz w chacie. Zdecyduj się! 

W tej chwili Józkowi przypomniała się scena, jaką przeżył  przed wyjściem  z domu. 

Zdawało  mu  się,  że  słyszy  jeszcze  krzyk  matki,  przed  oczyma  ukazała  mu  się  czerwona  z 

przepicia  twarz  ojca  i  ujrzał  wystraszone  oczy  rodzeństwa.  Z  trudem  otrząsnął  się  od  tych 

myśli.  Och,  gdybym  miał  forsę  -  pomyślał.  Zdawało  mu  się,  że  pieniądze  pozwolą  mu  się 

wyrwać z tego, wyzwolić z szarzyzny dni, które musiał przeżywać. 

- Jasne, że pójdę z tobą - oświadczył zdecydowanie. 

-  Tylko  pamiętaj,  ja  jestem  dowódcą!  -  niemal  pełnym  głosem  zawołał  Andrzej.  - 

Mnie  słuchasz  i  morda  na  kłódkę!  Zobaczysz,  jak  razem  zadziałamy!  Nie  pożałujesz.  A  o 

forsę  się  nie  martw,  tu  masz  twoje,  a  reszta  też  będzie,  już  ja  się  tym  zajmę  -  wyciągnął 

banknoty z kieszeni i położył je przed Józkiem. Ale gdy ten chciał wszystko schować, złapał 

go  za  rękę  i  odliczył  połowę.  Nie  był  jednak  tak  pijany,  jak  się  poprzednio  zda-:  wało 

Józkowi. 

background image

Kelner przechodził w pobliżu. Józek spojrzał pytająco na kolegę: 

- Napijemy się jeszcze? - zapytał. 

-  Najwyżej  po  setce  -  odparł  Andrzej.  -  Ja,  bracie,  dużo  nie  piję.  To  nie  dla  mnie, 

muszę być zawsze trzeźwy... 

Józek  słuchał  go  niezbyt  uważnie.  Skinął  na  kelnera,  zamówił  dwa  duże  kielichy 

wódki. 

-  No  to  za  powodzenie!  -  lekko  oszołomiony  Józek  usłyszanymi  od  Andrzeja 

wiadomościami skwapliwie sięgnął po dostarczony przez kelnera alkohol. Chciał się oderwać 

od wszystkiego, poczuć lekkość, swobodę i pewność siebie, jaką mu zawsze dawała wódka. 

Wypili. Andrzej nie zwracał uwagi na Józka, był zajęty jakimiś myślami i planami. 

- Ech, bracie - westchnął niespodziewanie. - Kopyto by się przydało. 

- Co? - nie zrozumiał Józek. 

- No, spluwa! Jak rozkręcimy robotę, to koniecznie trzeba ją mieć. Tu, bracie, gliny do 

ciebie, a ty bach, bach... 

- Stary, coś ty, oszalał? - Józek aż się odsunął od kolegi. 

- Głupi jesteś! Jak iść, to na całego... A kopyto  koniecznie trzeba zdobyć... Słuchaj  - 

Andrzej  przysunął  się  jeszcze  bliżej  -  Słuchaj,  już  dawno  o  tym  myślę.  To  wcale  nie  takie 

trudne. W mojej dzielnicy milicjant przeważnie sam koło północy obchodzi swój rejon... 

- No to co? - Józek czuł, że ogarnia go coraz większy strach. 

- Jak to co? - roześmiał się Andrzej. - W czapę go i po krzyku. Tam są płotki, drzewa, 

krzaczki, można się schować. Jak podejdzie, to go z tyłu i już jest spluwa... 

Józek  nie  odpowiedział.  Był  wstrząśnięty  planami  kolegi.  W  pierwszym  odruchu 

chciał się poderwać z miejsca, zostawić Andrzeja i uciekać jak najdalej od niego. Ale dojrzał 

brudną kurtkę kelnera pochylającego się nad nimi. 

- Dać jeszcze coś? - pytał - bo zaraz zamykamy. Dziesiąta. 

- Dodaj pan jeszcze dwie setki - zażądał Józek. 

- Niech będzie - zgodził się Andrzej i dorzucił w stronę kelnera. - Trzy, dla pana też. I 

rachunek. 

Kelner  obsłużył  ich  z  nadzwyczajną  szybkością.  Wypili  w  trójkę.  Józek  poczuł,  że 

nagle  wszystko  wydało  mu  się  łatwe  i  proste.  Andrzej  zaś  jakoś  oklapnął  i  milczał  patrząc 

smętnie  przed  siebie.  Od  czasu  do  czasu  tylko  podrzucała  nim  czkawka.  Józek  sięgnął  po 

rachunek. Przeraziła go jego wysokość. 

- Coś pan? - wykrzyknął do kelnera - datę urodzenia pan tu wypisał czy jak? 

- Płacić, bo zamykamy - kelner już sprzątał naczynia, nie patrząc na gości. 

background image

Ale Józek nie dał się zagadać. Począł sprawdzać. 

- Była jedna półlitrówka, a nie dwie! - wykrzyknął triumfalnie. 

- Taak? - przeciągnął kelner. - Panowie nie pamiętacie. Jesteście pijani. Każdy, jak się 

zaleje, mówi, że mniej wypił. 

background image

- Była jedna półlitrówka i pięć setek - upierał się Józek. - A tu są dwie, siedem setek i 

cztery śledzie. 

- Płacicie? - groźnie spytał kelner. Andrzej nagle się ocknął. Podniósł głowę. 

- Co jest? Józek, o co chodzi? 

- Wypisał nam podwójny rachunek, popatrz! 

Andrzej  nawet  nie  spojrzał  na  podsuniętą  kartkę.  -  Podniósł  się,  oparł  ręce  o  mokre 

szkło  na  stole  i  pochyliwszy  głowę,  jak  byk  atakujący  przeszkodę,  zwrócił  się  do  kelnera 

stłumionym z wściekłości głosem: 

-  Ach,  ty  wszo  śmierdząca!  To  ja  ci  wódkę  stawiam,  a  ty  mnie  chcesz  wykiwać?  - 

Chwycił kelnera za gardło. - Józek, bierz go! - wrzasnął, aż nieliczni pijacy siedzący jeszcze 

w  barze  poodwracali  głowy  w  ich  kierunku,  a  bufetowa  krzyknęła  rozpaczliwie:  -  Ratunku, 

bandyci! 

Andrzej  nie  zważał  na  nic.  Dusił  kelnera  i  trząsł  nim  ze  wszystkich  sił  w  napadzie 

nieprzytomnej  wściekłości.  Józek  podskoczył  z  drugiej  strony  i  już  chciał  pomagać 

przyjacielowi, ale kelner nagle jednym rozpaczliwym rzutem ciała wyrwał się, odskoczył dwa 

kroki do tyłu i zaczął skamleć: 

- Panowie, o co chodzi? To pomyłka... Pewnie pomyliłem z drugim stolikiem. Po co 

zaraz tak... Cóż to, pomylić się nie można? - cofnął się, przerażony. 

- To ile płacimy? - Andrzej zatrzymał się wyczekująco. 

- Zaraz, zaraz - kelner podskoczył do stołu, chwycił rachunek, udawał, że jeszcze raz 

oblicza... Ale Andrzej już nie czekał. Wyciągnął pieniądze, odliczył dwieście złotych, rzucił 

je na stół ze słowami: 

- Masz tu, gnido, i na drugi raz nie próbuj tego ze mną, bo ci gnaty połamię... 

Kelner  ukłonił  się,  rad  z  takiego  obrotu  sprawy,  bo  i  tak  otrzymał  więcej,  niż  się 

należało. - Chodź, stary, idziemy - Andrzej wziął Józka pod rękę. 

 

 

Po wyjściu z baru skręcili do pobliskiej bramy i kiwając się na wszystkie strony długo 

załatwiali swą potrzebę fizjologiczną. 

- Aleś mu dał! - powiedział z uznaniem Józek: - Piszczał jak szczur. 

- Iii tam, rozniósłbym go, jakbym chciał - chełpliwie odpowiedział Andrzej. 

Kroczyli teraz wąskim chodnikiem ulicy prowadzącej do Targu Drzewnego. Obaj byli 

porozpinani, buchało z nich gorąco, rozpierali się, jakby cały świat do nich należał. 

background image

- Zapłaciłeś wszystko - przypomniał sobie nagle Józek.  - Oddam  ci połowę - sięgnął 

do kieszeni, ale Andrzej powstrzymał go: 

- Zostaw, mówiłem ci, że mi nie zależy na forsie. 

- Jak nie, to nie - szybko zgodził się Józek, rad z takiego obrotu sprawy. 

- Trzymaj się mnie - ciągnął Andrzej - to będziesz miał forsę. Na każde zawołanie. Ile 

będziesz chciał. 

- Opowiadasz! 

- Co, nie wierzysz? Chcesz się przekonać? 

- No, w jaki sposób? 

- Mam zaplanowany nowy skok. Nie taki jak tamten - Andrzej się zatrzymał, ściszył 

głos. - Wszystko gotowe. Pójdziesz? 

- Pójdę! 

- To chodź - Andrzej ruszył naprzód. 

- Coś ty, teraz, tak od razu? - przestraszył się Józek. 

- Chodź, baranie, pokażę ci, gdzie to jest. Potem pogadamy. Józek już o nic nie pytał, 

tylko posłusznie poszedł za kolegą. 

Skierowali się w stronę Targu Węglowego, gdzie był postój taksówek. 

-  Do  Wrzeszcza  -  zarządził  Andrzej  opadając  na  siedzenie.  Taksówkarz  obejrzał  się, 

popatrzył na nich podejrzliwie, ale widząc, że jeszcze trzymają się jako tako, ruszył. 

W  czasie  jazdy  nie  odzywali  się  do  siebie.  Palili  papierosy  i  patrzyli  przez  szyby 

samochodu na przemykające światła miasta. Koło Jaśkowej Doliny Andrzej kazał zatrzymać 

taksówkę i sięgnął po pieniądze, ale Józek ambitnie go ubiegł. Wysiedli. 

Zegar na narożnym budynku wskazywał wpół do jedenastej. Jasno oświetlona szeroka 

ulica  była  pusta,  cienka  pokrywa  lodu  lśniła  matowo  w  świetle  latarni.  Tylko  od  pobliskiej 

restauracji  „Pod  Kominkiem”  dobiegały  przytłumione  dźwięki  orkiestry.  Andrzej  pstryknął 

niedopałkiem na środek jezdni i zapiął szczelnie kurtkę. Trzeźwiał i teraz czuł ogarniający go 

chłód. Józef także otulił się swym ortalionowym płaszczem. Spojrzał na kolegę pytająco. 

-  Chodź!  -  Andrzej  był  czujny,  spokojny  i  sprężony  jak  zwykle.  Poszedł  w  górę 

Jaśkową Doliną. Wkrótce skręcili w jedną z bocznych ciemnych uliczek i zatrzymali się przed 

kilkupiętrowym starym domem. 

W niektórych tylko oknach jarzyło się jeszcze światło. Otwarta brama wyglądała jak 

wejście  do  tajemniczej  groty.  Wewnątrz  na  klatce  schodowej  było  ciemno  i  ziało  stamtąd 

stęchlizną. 

- Co tu jest? - zapytał Józek. 

background image

Andrzej nie odpowiedział. Cofnął się na drugą stronę ulicy i zadarłszy głowę, długo 

patrzył w okna, jakby je chciał policzyć. 

- Jest w domu - powiedział jakby do siebie. 

- Kto? - zapytał Józek. 

- No ta, co ją zrobimy - wyjaśnił Andrzej. - Moja ciotka. 

-  Coś  ty,  ciotka?  -  przestraszył  się  Józek.  Andrzej  ciągle  szokował  jakimiś  nowymi 

pomysłami. 

- A cóż to ciotka? - odparł Andrzej z nutą zniecierpliwienia. - Taka sama cholera jak 

każda inna, może nawet gorsza. 

Józek już nic nie mówił, tylko także począł patrzyć w okna. Nie wiedział, które z nich 

należy do ciotki Andrzeja, ale wyobrażał sobie, że jedno z tych jasno oświetlonych, wysoko, 

na czwartym czy piątym piętrze. 

Tymczasem Andrzej ruszył dalej ulicą. Po kilkudziesięciu krokach zatrzymał się przed 

jedną z bram. Józek, towarzyszący mu jak cień, stanął posłusznie obok. 

- Tu mieszkam - niespodziewanie oznajmił Andrzej. 

- Tu? - zdumiał się Józek. - Tak blisko? 

-  A  co  to  przeszkadza?  -  Andrzej  wzruszył  ramionami.  -  Będzie  łatwiej  ją  zrobić, 

znam tu każdy kamień. 

- To kiedy i jak? - Józek chciał już wiedzieć wszystko. 

-  Nie  pali  się.  Jutro  spotykamy  się  w  probierni  wina  na  Piwnej,  to  ci  wszystko 

powiem. Płyń do chaty, bo późno, spać się chce i zimno. 

Słabło  działanie  alkoholu  i  teraz  obydwaj  odczuwali  chłód  zimowej  nocy.  Uścisnęli 

sobie w milczeniu dłonie i Józek powędrował z powrotem ku Grunwaldzkiej. 

Szedł wolno. Nie chciało mu się jeszcze wracać do domu. Ale tanie knajpy były już 

pozamykane, a na nocny lokal żal mu było pieniędzy. Żeby więc jak najbardziej opóźnić swój 

powrót, pojechał tramwajem i do domu dotarł dopiero po północy, kiedy wszyscy już spali i 

nikt nie robił mu wymówek. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 1 

-  Tu  jest  papierek  od  doktora  -  podporucznik  Mazur  położył  przed  Wróblem  kartkę 

papieru zapisaną niewyraźnymi literami i opatrzoną pieczęcią. - Ale ta mała była zdumiona, 

że tak się troszczymy o jej zdrowie! 

background image

Porucznik  nie  odpowiedział,  tylko  zabrał  się  do  czytania  diagnozy.  Z  trudem 

rozszyfrował niewyraźne hieroglify, a im dalej brnął, tym bardziej marszczył brwi. 

- Niech ich diabli wezmą! - wykrzyknął skończywszy czytanie. 

- Kogo? - zainteresował się Mazur. 

-  A  tych  całych  specjalistów.  Jeszcze  nie  spotkałem  jednoznacznej  opinii  tych 

facetów.  Zapytasz,  czy  podejrzany  jest  wariat,  a  oni  ci  tak  odpowiedzą,  że  ni  czorta  nie 

zrozumiesz.  Może  wariat,  a  może zdrowy.  Zapytasz  lekarza,  czym  i  jak  została  zraniona  ta 

mała, a ten ci odpisuje, zresztą posłuchaj... 

- Wiem, czytałem - przyznał się podporucznik. - „Rana powierzchowna, zadana tępym 

narzędziem.  Mogła  to  być  pałka  drewniana  lub  metalowa  o  słabej  sile  uderzenia.  Nie 

wyklucza  się  możliwości  autozranienia,  np.  o  futrynę  lub  kant  drzwi.  Z  całą  pewnością 

pochodzenia  rany  stwierdzić  nie  można,  gdyż  siłę  uderzenia  zamortyzowały  włosy,  a  także 

obserwuje się daleko posunięte objawy normalnego gojenia”. 

- Kaziu, czy ty masz wszystkich w domu? - Porucznik patrzył podejrzliwie na swego 

podwładnego. 

- Co się stało, szefie? 

- Uczyłeś się tego jak wiersza w szkole? 

-  Zawsze  byłem  zdolny  -  powiedział  Mazur.  Roześmiali  się  zgodnie.  -  Taki  kwiatek 

trzeba zapamiętać, dzieciom się będzie opowiadało. Gość nie napisze, że rana goi się szybko, 

tylko „obserwuje się daleko posunięte objawy normalnego gojenia”. 

- No dobra - Wróbel spoważniał. - Pośmialiśmy się z niewinnego doktora, ale sprawa 

jak stała tak stoi w miejscu. Ani kroku naprzód. 

- Fakt - zgodził się Mazur. - Niech to cholera, a tak liczyłem na tego chłopaka Zosi. 

Nie mógł to on tego zrobić? Byłoby po kłopocie. 

-  Nie  wygłupiaj  się  -  skarcił  go  dobrodusznie  porucznik.  -  To,  żeśmy  go 

wyeliminowali, już coś znaczy. Jeden ślad mniej. 

-  Taksiarza  też  wyeliminowaliśmy  -  uzupełnił  Mazur.  -  Wcale  nie  był  w  rejonie 

mieszkania Walatków. 

-  Myślę,  że  musimy  się  trzymać  tej  smarkuli  -  Wróbel  paląc  papierosa  mówił  w 

zamyśleniu. 

- Sądzisz, że jednak coś z niej wyciągniemy? - poważnie pytał Mazur. - Zdaje się, że 

wypompowałeś ją do dna... 

background image

-  Możliwe,  chociaż  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Próbowała  mnie  bujać.  Skąd  mogę 

wiedzieć,  czy  kogoś  jednak  przede  mną  nie  ukryła?  Walatkowa  ma  rację,  ta  koza  jest  za 

przebiegła jak na swój wiek... 

- To co z nią zrobimy, kazać Pilarkowi jeszcze jej się przyjrzeć? 

-  Nie,  to  nic  nie  da.  Zmarznie  chłopak  i  najwyżej  jeszcze  raz  ją  odprowadzi  z  tym 

Sławkiem na spacer. 

- Więc co? 

- Masz, Kaziu, jakiś przyzwoity cywilny garnitur? Twarz podporucznika zamieniła się 

w znak zapytania. 

- Chcesz mnie zaprosić na urodziny? - zapytał uprzejmie. 

-  Niezupełnie  -  podparł  Wróbel.  -  Ale  pójdziesz  się  dziś  pobawić.  Wypijesz  trochę, 

potańczysz, a przy okazji popatrzysz sobie, posłuchasz... 

-  Szefie  -  jęknął  podporucznik  -  pierwszy  niedaleko,  a  gaża  najniższego  oficera  MO 

wcale nie jest taka wielka jak kierownika sekcji. 

-  Nie  martw  się  -  uspokoił  go  Wróbel.  -  Nie  musisz  ruszać  żałosnych  resztek  twojej 

pensji. 

- Szef stawia? 

- Zgłupiałeś? Ja to nie czekam pierwszego? Pójdziesz służbowo. Inaczej mówiąc, dziś 

w nocy zwiedzasz lokale na koszt komendy. 

-  To  co  innego  -  rozpogodził  się  Mazur.  -  Jeśli  zrozumiałem,  to  otrzymuję  rozkaz 

zrobienia  tury  po  gdyńskich  knajpach  w  celu  przyjrzenia  się  różnym  typkom  i  poszukania 

wśród nich kogoś pasującego do rysopisu naszych bohaterów, tak? 

- Niezupełnie  - zaprzeczył  Wróbel.  - Otrzymujesz rozkaz zwiedzenia knajp  nie tylko 

Gdyni, ale całego Trójmiasta! 

- Fiuu, szefie, kto to wytrzyma?! Trzeba mieć końskie zdrowie i łeb z żelaza. 

- Twoja sprawa, nie każę ci przecież pić w każdej knajpie po pół litra. Zresztą uważaj, 

bo księgowy nie uzna ci rachunku, jak będzie więcej niż po litrze na głowę - żartował. - Nie 

uwierzy, że tyle można wytrzymać. 

- Powiedziałeś „na głowę”? Mam komuś stawiać? 

- Zależy od okoliczności, Kaziu. Możesz się nawet zaprzyjaźnić z jednym albo drugim 

bandziorem,  to  ci  dobrze  zrobi.  Jak  wypijesz  brudzia,  to  cię  zaproszą  na  robotę.  Łatwiej 

przetrzymasz do pierwszego, jak sobie tak z nimi zarobisz na boku... 

-  Nie  lubię  żartów  -  skrzywił  się  pociesznie  Mazur.  -  Ja  mam  się  całować  z  jakimiś 

typami? Jeszcze żeby coś w spódnicy, to nie powiem... 

background image

- Czemu nie, Kaziu, czemu nie? Będziesz miał okazję, jak rzadko. Pójdziesz z „płcią 

piękną”, i to nie jedną, a dwoma. 

-  Szefie,  ja  mam  narzeczoną  -  jęknął  Mazur.  -  Będziesz  mnie  odwiedzał  w  szpitalu? 

Nie  możesz  tym  paniom  przydzielić  jakiegoś  wywiadowcę,  musisz  męczyć  człowieka  z 

kwalifikacjami  oficerskimi?  -  żartował,  ale  widać  było,  że  zadanie  teraz  mu  się  już  mniej 

podoba. 

background image

-  Nie  ma  rady,  Kaziu  -  odpowiedział  Wróbel  poważnie  Tego  me  dam  wywiadowcy. 

Pójdziesz po prostu z tą małą, może ona kogoś rozpozna. A może znów będzie chciała kogoś 

kryć?  Będziesz  obserwował  nie  tylko  bywalców  lokali,  ale  i  ją.  Zresztą  będzie  z  tobą 

wywiadowca w spódnicy. Ta druga dama pracuje w naszej obyczajówce. 

- Rany boskie, ale towarzystwo, ona przecież zna wszystkie kurewki. Co będzie, jak te 

jej znajome zaczną się do nas dobierać? 

- Nie znasz ich, Kaziu. Mowy nie ma. One ją znają, to fakt, ale draki milicjantce nie 

zrobią. A są takie, które pomogą w razie potrzeby. 

- Jak ją znają, to po co ona idzie z nami? Nie lepiej jakbym poszedł sam ze smarkatą? 

-  Myślę,  że  nie.  Funkcjonariuszka  zna  lokale,  zna  sporo  ludzi,  nieraz  przecież  tam 

chodzi  po  nocach.  Wszystkie  panny  i  jej  opiekunowie,  którzy  ją  znają,  pomyślą,  że  to 

normalny przegląd obyczajówki. Nie domyśla się, że szukacie czegoś innego. To taka mała 

zasłonka dymna, kapewu? 

- Trudno - zgodził się z rezygnacją podporucznik. - Ale spiję się jak nic, bo nie mam 

treningu. Niech nikt ode mnie nie oczekuje, że rano przyjdę do pracy! 

- Kaziu, raport będzie u mnie o dwunastej, jasne? A teraz zjeżdżaj, prześpij się trochę, 

przygotuj. Aha, nie zapomnij poinformować matkę Zosi i Walatków, że ją zabierasz służbowo 

na  nocną  hulankę.  Niech  wiedzą,  bo  mogą  dziewczynę  podejrzewać  o  różne  rzeczy.  No, 

cześć! 

 

 

O  dwudziestej  podporucznik  Mazur  w  dobrze  skrojonym  ciemnoszarym  garniturze, 

śnieżnej koszuli, wyczesany i wygolony jak na własne wesele wstępował na schody jednego z 

domów  przy  Świętojańskiej.  Czuł  się  niezbyt  pewnie,  jakby  szedł  na  prywatną  randkę  w 

tajemnicy  przed  narzeczoną.  Sprawdził  tabliczkę  na  drzwiach  i  stwierdziwszy,  że  jest  na 

miejscu, zadzwonił. Miał stąd zabrać koleżankę z sekcji do walki z nierządem. Umówili się, 

że  razem  potem  pójdą  po  Zosię  i  już  wspólnie  rozpoczną  swój  nocny  rajd.  Uprzedzona, 

telefonicznie Zosia miała na nich czekać u matki. 

Drzwi  otworzył  mężczyzna  mogący  liczyć  około  czterdziestki.  Był  w  domowych 

pantoflach i koszuli wpuszczonej w spodnie od piżamy. 

- Przepraszam, czy tu mieszka pani Fałkowska? 

-  Tu,  tu,  niech  pan  wejdzie  -  mruknął  bez  entuzjazmu  mężczyzna.  Poprowadził 

podporucznika do pokoju. Zza otwartych drzwi rozległ się głos kobiecy: 

background image

- To pan, panie poruczniku? Już, już, kończę się ubierać, sekundę, zaraz będę gotowa. 

Zapalcie sobie w tym czasie z mężem, poznajcie się... 

Mazur tak się zdumiał, że o mało nie upuścił kapelusza. Znał funkcjonariuszkę bardzo 

luźno, tyle tylko co się widywali czasem w komendzie na jakiejś ogólnej odprawie, zebraniu 

czy akademii. Nie miał pojęcia, że jest ona mężatką. Mężczyzna, który go wpuścił, wyciągnął 

teraz rękę i przedstawił się. Mazur czuł się głupio jak nigdy. Pierwszy raz w życiu znalazł się 

w takiej sytuacji, że przychodził po kobietę, aby z nią pójść na nocną zabawę, i stawał twarzą 

w twarz z mężem, który miał pozostać w domu. Szybko jednak otrząsnął się z tego uczucia i 

zażartował swobodnie: 

- Ale to historia! Powinien mnie pan wyrzucić, wyzwać na pojedynek czy coś w tym 

guście. 

- Za co? - nie zrozumiał mąż Fałkowskiej. 

- No przecież podrywam panu żonę! 

- Ech, przyzwyczaiłem się - odparł tamten niezbyt wesoło. 

-  On  przecież  też  pracuje  w  milicji,  to  wie,  jaką  mamy  służbę:-  mówiła  koleżanka 

wchodząc do pokoju. 

Mazur  automatycznie  podniósł  się  z  miejsca.  Wyglądała  zupełnie  inaczej  niż 

wówczas,  kiedy  ją  widywał  w  komendzie.  Była  ubrana  skromnie,  ale  elegancko.  Fryzurę 

miała świeżo ułożoną, paznokcie wylakierowane, nigdy by nie powiedział, że to milicjantka, 

która idzie na służbę. 

- Musiałaś się tak ubrać? - dość kąśliwie zapytał mąż. 

- Nie mogę przecież iść  jak Kopciuszek. Teraz trzeba w nocnych lokalach wyglądać 

przyzwoicie, nie wiesz? 

- Nie wiem, bo nie chodzę. 

background image

- No dobrze już, dobrze - pocałowała męża w policzek. - Zawsze ma zły humor, kiedy 

wychodzę na noc - wyjaśniła Mazurowi. - Tylko pamiętaj, uważaj na Kasię, żeby nie miała 

mokro! - zwróciła się do męża. - Zmień pieluszkę, jak usłyszysz, że płacze. O północy dasz 

jej mleko, jest przygotowane we flaszce, stoi w piecyku. Jakby wystygło, podgrzej trochę, ale 

nie za bardzo, żeby się dziecko nie poparzyło... 

- Co jeszcze? Może dać jej piersi? 

- Musimy iść  -  Fałkowska nie przejmując się złym nastrojem męża odwróciła się do 

Mazura. - Aha, musimy sobie mówić per ty. Jestem Elżbieta, a ty? 

- Kazik - odparł szybko i mimo woli spojrzał na męża funkcjonariuszki. Ale ten już się 

nimi  nie  zajmował.  Ruszył  do  drugiego  pokoju,  bo  właśnie  rozległo  się  popiskiwanie 

paromiesięcznego dziecka. 

Elżbieta rzuciła na odchodnym: 

- Trzymaj się, wrócę chyba nad ranem. Dobranoc. 

-  Dobranoc  -  odpowiedział  mąż  już  z  tamtego  pokoju.  -  Tylko  nie  pij  dużo,  jutro 

będziesz się źle czuła. 

-  Dobranoc  -  powiedział  też  Mazur,  który  nagle  poczuł  przypływ  sympatii  do  tego 

człowieka  zostającego  na  noc  w  domu,  kiedy  żona  szła  wykonywać  swoją  niezbyt  miłą  i 

wdzięczną pracę. 

Na schodach funkcjonariuszka zatrzymała się i powiedziała: 

- Nie ma rady, zachowujmy się albo jak narzeczeni, albo jak starzy dobrzy znajomi, co 

wolisz? 

- Dobrzy znajomi - powiedział Mazur, przypominając sobie twarz narzeczonej. 

- W porządku - zgodziła się Elżbieta. - Tylko się nie myl. Mów Ela. A ta druga co za 

jedna? 

- Smarkata, ma na imię Zosia, szesnaście lat. 

-  Trochę  za  stara  na  córkę,  a  za  młoda  na  narzeczoną.  Będzie  twoją  siostrą,  chcesz? 

Zresztą  to  tylko  tak  na  wszelki  wypadek,  nie  musimy  się  przedstawiać,  ale  ktoś  może  cię 

pytać  co  za  cizie  przytargałeś  ze  sobą  -  zakończyła  żargonem,  z  którym  była  świetnie 

obeznana. 

Uzgodniwszy  te  szczegóły,  już  szybko  podążyli  do  mieszkania  Zosi,  która  czekała 

gotowa  do  wyjścia.  Jej  matka  powitała  przybyszów  niemal  z  płaczem.  Załamując  ręce  po 

wiejsku mówiła: 

- Mój Boże, czy to się nigdy nie skończy z tą historią? Niechby już miała dziewczyna 

spokój, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. 

background image

-  Mamy  nadzieję,  że  Zosia  pomoże  nam  rozpoznać  przestępców  -  wyjaśnił 

podporucznik. 

- To do tego potrzeba w nocy po knajpach chodzić? - dziwiła się matka. 

- Trzeba, nie ma rady - zapewniła Ela. - Próbujemy różnych sposobów. Może właśnie 

znajdziemy ich gdzieś w knajpie. Zosia ich rozpozna. 

- Na pewno - oświadczyła z zapałem dziewczyna. 

- Nie ma to innych sposobów? - biadała matka. - Kto to widział... 

- Niech pani się nie martwi - Ela objęła kobietę ramieniem. - Nic się Zosi nie stanie. 

Będziemy nad nią czuwali i odstawimy całą nad ranem. 

- Jeszcze ją tam który pobije albo co... 

- Chodźmy - zniecierpliwiła się Zosia. - Niech, mama się nie boi, co mi się może stać? 

Opuścili  wreszcie  mieszkanie.  Energiczna  Ela  pouczyła  Zosię,  jak  ma  się 

zachowywać, i poleciła, aby mówiła im po imieniu. Potem zwróciła się do Mazura, którego, 

jako najstarszego stopniem, traktowała jak dowódcę wyprawy. 

- Od której knajpy zaczynamy? 

-  Czy  ja  wiem?  -  zastanawiał  się  podporucznik.  Nie  miał  doświadczenia  w  tych 

sprawach,  po  raz  pierwszy  otrzymał  takie  zadanie.  -  Może  od  „Polonii”  -  zaproponował  na 

chybił trafił. 

Ela postanowiła przejąć inicjatywę. 

- Nie, to nie ma sensu - powiedziała obcesowo. - W „Polonii” nocne życie zaczyna się 

później,  koło  dziesiątej.  A  w  „Bałtyku”  jeszcze  później.  Teraz  przelećmy  się  po  gorszych 

knajpach, tych, co są otwarte do dziesiątej, jedenastej. Zgoda? - zapytała dla formalności. 

Bez  sprzeciwu  przyjęto  jej  propozycję  i  poszli  do  pierwszej  z  brzegu  restauracji. 

Zanurzyli się w dymie, wyziewach alkoholu, gwarze głosów ludzi siedzących przy stolikach. 

Nie zagrzewali długo miejsca. W pierwszej wypili po jednym kieliszku winiaku, w drugiej też 

nie przekroczyli tej miary. Brali do tego niezbyt  wystawne zakąski, kawą, herbatę. Dla Zosi 

zamiast  alkoholu  zamawiali  sok,  co  nie  w  smak  było  dziewczynie.  Mazur  rozglądał  się  z 

ciekawością, obserwował twarze ludzkie. Miał wrażenie, jakby go wrzucono do stawu i teraz 

musi koniecznie nauczyć  się pływać. Z zazdrością zauważył,  że Ela czuje się tu  doskonale, 

rozmawia  swobodnie,  żartuje,  czasem  rzuci  dowcip.  A  równocześnie  baczne  ma  oko  na 

wszystko, co się dzieje wokół nich. Raz dostrzegł, że jedna z kobiet siedząca przy stoliku z 

mocno podchmielonym mężczyzną skinęła głową. Odkłonił się także, ale Ela uśmiechnęła się 

lekko, mówiąc: 

background image

- Nie musisz być taki  wytworny. To jedna z moich „podopiecznych”, Pyskata Jolka. 

Zasłużyła  na  ten  przydomek.  Jak  rozpuści  buzię,  nie  daj  Boże.  Ale  mnie  się  trochę  boi  - 

dokończyła chełpliwie. 

- I tak nie możesz im nic zrobić - zauważył Mazur. 

- Pewnie, ale zawsze dobrze jest mieć na nie oko. Znam je tak, że jak obrobią jakiegoś 

pijanego amatora miłości, to wystarczy, żeby powiedział, jak była uczesana jego donna, a już 

ją znajdę. 

- To pani... to znaczy ty się zajmujesz mewkami? - zapytała Zosia. - Każdą znasz? 

- Z Gdyni każdą - potwierdziła Ela. - Dwanaście lat pracuję w obyczajówce. Chyba że 

jakaś nowa przyjdzie ze wsi albo z innego miasta, to jej nie znam. Ale wystarczy parę dni, a 

już  wiem,  co  to  za  jedna.  One  same  mi  wszystko  powiedzą.  Czasem  nawet  próbują  mnie 

napuszczać na konkurencję. Zresztą tu ich mało. Zobaczycie w „Bałtyku”... 

W „Polonii” zamówili gorącą kolację, bo było już po dziesiątej i czuli głód. Zresztą 

Ela rozsądnie zauważyła: 

- Będziemy musieli jeszcze trochę wypić, a na pusty żołądek to szkodzi A ty nie patrz 

tak  nachalnie  na  mężczyzn  -  zwróciła  uwagę  Zosi.  -  Jeszcze  cię  posądzą,  że  jesteś  mewką. 

Rób to dyskretnie, rzuć okiem, jakby nigdy nic... Mów, rozmawiaj z nami, a równocześnie się 

rozglądaj. Nie strzelaj oczkami, boś nie przyszła tu nikogo uwodzić. 

- Marnie jakoś nam idzie - zauważył Mazur, żeby podtrzymać rozmowę. - Ludzi mało 

po knajpach... 

-  Chciałeś  od  razu  trafić  na  swoich  opryszków?  -  Ela  zaśmiała  się  swobodnie, 

popijając  wodę  sodową.  -  Widać,  że  mało  miałeś  takich  zadań.  To  żmudna  robota  i 

niewdzięczna.  I  prawdę  mówiąc,  rzadko  daje  rezultaty.  Już  prędzej  czegoś  się  można 

dowiedzieć od moich „znajomych” - albo od innych naszych kontaktów - użyła służbowego 

słowa.  Mazur  nieznacznie  pokazał  wzrokiem  Zosię,  przypominając,  że  mała  jednak  nie  jest 

pracownikiem milicji i nie należy jej wtajemniczać we wszystkie arkana ich pracy. Ale Zosia 

niemal  ich  nie  słuchała.  Pałaszowała  befsztyk  z  pieczarkami,  strzelała  oczkami  na  prawo  i 

lewo i w ogóle robiła wrażenie zadowolonej z tej eskapady. 

- Zatańczymy? - podporucznik zwrócił się do Eli, ale ona pokręciła przecząco głową. 

- Tu nie ma sensu. Wystarczy, żeśmy zjedli kolację. A w ogóle to tańcz lepiej z nią, na 

parkiecie możecie kogoś zobaczyć. Pamiętaj o tym w „Bałtyku”. Do baru też trzeba zajść... 

Mazur nie miał do niej pretensji za to pouczanie. Był jej nawet wdzięczny, bo czuł się 

swobodniej, wiedział, jak ma postępować. 

background image

Zapłacił rachunek i opuścił „Polonię”. Na ulicy zaczął się rozglądać za taksówką, ale 

Ela znów go powstrzymała: 

- Przejdziemy, to przecież kawałek. Spacer dobrze nam zrobi. 

Podporucznik zgodził się chętnie. Spojrzał na zegarek i zmartwił się. Dopiero minęła 

jedenasta, do końca wędrówki było jeszcze daleko. 

W następnym lokalu ogarnął ich nastrój zupełnie inny. Gdy zeszli w dół po schodach i 

znaleźli  się  na  sali,  porucznik  od  razu  wyczuł,  że  tu  odbywa  się  zabawa,  jakiej  jeszcze  nie 

widział. 

Zresztą już na progu natknęli się na pierwszą przeszkodę w postaci portiera. Zagrodził 

im drogę i nie bawiąc się w grzeczności oświadczył: 

- Miejsc nie ma, wszystkie stoliki zajęte. 

Mazur  spojrzał  bezradnie  na  Elę,  ale  ona  uśmiechnęła  się  tylko  i  wysunęła  się  do 

przodu. 

background image

- No, panie Franciszku, w barze pewnie będzie tam jakiś wolny stołek... 

Na  jej  widok  portier  zmienił  się  w  oka  mgnieniu.  Na  twarzy  pojawił  się  uśmiech, 

skłonił się nisko i odpowiedział gościnnie: 

- Oczywiście, dla pani zawsze, proszę bardzo. Gdzie się pchacie, mówiłem, że miejsc 

nie ma! - krzyknął w stronę grupy młodzieńców, którzy usiłowali się przemknąć, korzystając, 

że portier otworzył drzwi Eli i jej towarzystwu. 

- Stary kombinator - mruknęła Ela do Mazura, kiedy już byli w środku. - Jak dostanie 

setkę od łebka, to miejsce znajdzie. Zobaczysz, że ci faceci dogadają się z nim i zaraz będą w 

środku. 

Nie  myliła  się,  bo  zanim  zdążyli  zdjąć  okrycia,  już  ujrzeli  tamtych  wesoło 

zstępujących po schodach do wnętrza lokalu. 

Stoliki  wszystkie  były  zajęte.  Towarzystwo  wypełniające  lokal  było  już  w 

doskonałych humorach, rozlegały się śmiechy i okrzyki przebijające się nawet przez dźwięki 

zbyt  głośno  grającej  orkiestry.  Na  małym  parkiecie  kilkadziesiąt  par  tłoczyło  się 

niemiłosiernie.  Niektóre  z  nich,  szczelnie  zwarte,  nie  mogły  się  niemal  poruszać.  Ten  i  ów 

partner całował bez żenady swoją tancerkę albo mówił coś do ucha, zapominając o orkiestrze 

i  tańcu.  Kelnerzy  z  trudem  przeciskali  się  przez  tę  ciżbę,  unosząc  nad  głowami  tace,  na 

których z daleka widać było białe etykietki wyborowej i ciemne jak herbata butelki koniaku. 

Stali jeszcze przy wejściu, kiedy orkiestra przestała grać. Pary rozchodziły się leniwie, 

niektóre  kobiety  odchodziły  sam  do  stolików,  a  ich  partnerzy  kierowali  się  do  baru.  Nie 

bardzo  już  młoda  kobieta,  silnie  umalowana,  o  zmęczonych  oczach  i  nie  zbyt  kształtnej 

figurze podniosła się od pobliskiego stolika i podeszła do Eli. Mazur usłyszał, jak zapytała: 

-  Pani  kierowniczka  szuka  miejsca?  Może  się  pani  przysiądzie,  jest  nas  tylko  trójka 

przy stoliku. 

- Co, nie masz jeszcze nikogo? - przyjacielsko zapytała Ela 

- Nieważne - kobieta wzruszyła ramionami - do rana daleko. To jak z tym stolikiem? 

-  Dziękuję  ci  -  powiedziała  Ela.  -  Nie  jestem  sama.  Chce  my  się  pobawić.  Dziś  nie 

mam służby - dorzuciła konfidencjonalnie. 

Kobieta  uśmiechnęła  się  wyrozumiale.  Ela  wiedziała,  że  jej  informacja  natychmiast 

rozejdzie się po lokalu i dzięki temu nie będą na nich zwracać tak bacznej  uwagi  jak w tej 

chwili. Bo choć ani Mazur, ani Zosia tego nie widzieli, ona zdawała sobie jednak sprawę, że 

są  w  tej  chwili  przedmiotem  pilnej  obserwacji.  Nad  salą  zawisło  coś,  jakby  nastrój 

niepewności czy wyczekiwania. Znała to. Prostytutki niepewne, po co przyszła, uciszały się 

nieco, hamowały partnerów, nie chciały jej się zbytnio rzucać w oczy. 

background image

Tymczasem starszy, szpakowaty mężczyzna przecisnął się do nich między stolikami. 

-  Proszę  bardzo,  zaraz  będzie  stolik  -  powiedział.  -  Już  kelner  dostawia,  tam  koło 

orkiestry. 

-  Dobrze,  dziękuję  bardzo  -  odparła  Ela,  a  Mazur  rzucił  na  nią  spojrzenie  pełne 

zdziwienia. 

- To kierownik - wyjaśniła szeptem, kiedy szli do ustawionego właśnie przez kelnera 

stolika. - Zna mnie. 

Usiedli i podporucznik natychmiast zamówił u kelnera wódkę i zakąski. Już sam się 

orientował, że tu nie wypada wykręcać się byle kieliszkiem lub kawą. Poprosił więc butelkę 

jarzębiaku, łososia, cielęcinę na zimno i w duchu zastanawiał się czy ten rachunek mu uzna 

finansowy komendy. 

- Uważaj tutaj - powiedział do Zosi. - Może ktoś ci wpadnie w oko... 

Dziewczyna i bez tego z ciekawością rozglądała się dokoła. Była po raz pierwszy w 

takim  lokalu.  Dotychczas  nie  wyszła  poza  kawiarnię  w  swoim  domu  i  towarzystwo  Frani. 

Teraz  doskonale  rozumiała,  co  to  za  kobiety  siedzą  przy  stolikach.  Zdumiewało  ją,  że  tak 

mało się krępują, czuła się trochę speszona atmosferą panującą w restauracji. A równocześnie 

ogromnie jej się tu podobało. Dekoracje, fraki kelnerów, ciemne ubiory mężczyzn, orkiestra, 

bar  -  wszystko  to  sprawiało  wrażenie  świata  z  bajki,  bez  trosk,  wesołego,  takiego,  o  jakim 

niekiedy marzyła. 

- Napijemy się - zaproponował Mazur. Tym razem Zosi także nalał jarzębiaku. 

Ela wzięła kieliszek i powiedziała do Zosi: 

background image

-  Uważaj,  mała,  pij  połówkami,  bo  więcej  nie  dostaniesz.  Wypili.  Zosia,  nieco  się 

zakrztusiła, bo był to jej pierwszy dziś łyk alkoholu. Dotychczas udawało się jej opiekunom 

postępować  tak,  że  dziewczyna  piła  wodę  sodową  albo  sok  owocowy.  Teraz  uznali,  że 

mogłoby się to wydać nienaturalne. 

Rozmawiali  udając  swobodę,  a  naprawdę  jedna  tylko  Ela  była  swobodna  i 

nieskrępowana. Sporo kobiet kiwało do niej głowami, a niektóre nawet podchodziły, żeby się 

przywitać. 

Po następnym kieliszku Mazur skłonił się przed Zosią. 

- Zatańczymy? 

Wstała i przylepiła się natychmiast do niego. Podporucznik nieco się przestraszył tego 

jej  odruchu,  ale  już  wciągnął  go  wir  par  na  parkiecie  i  tańczył  z  dziewczyną,  rzucając  od 

czasu do czasu krótkie spojrzenia na twarze mężczyzn. 

W  pewnej  chwili  spojrzał  na  swoją  partnerkę.  Zarzuciła  mu  rękę  na  szyję,  drugą 

położyła na klapie marynarki i tańczyła z przejęciem. Miała przymknięte oczy i nuciła cicho 

melodię graną przez orkiestrę. Mazur poczuł, że ogarnia go złość na smarkulę. Nachylił się i 

syknął jej do ucha: 

- Otwórz oczy, patrz, co się dokoła dzieje. Zapomniałaś? Podniosła leniwie powieki i 

uśmiechnęła się do niego. 

- Nie - powiedziała - nie zapomniałam. Ale tu tak ładnie... Dobrze mi... 

- Zobacz, ten jest trochę jakby podobny. Też blondyn - porucznik usiłował zwrócić jej 

uwagę na wysokiego młodego mężczyznę miętoszącego grubawą blondynkę. 

Zosia spojrzała przelotnie i pokręciła głową: 

- Nie, to  nie on...  Zresztą... -  nie dokończyła, usiłowała przytulić policzek do twarzy 

porucznika. 

Miał  ochotę  potrząsnąć  nią  albo  uszczypnąć,  żeby  przestała.  Ale  nie  mógł  robić 

widowiska. Próbował więc tylko dyskretnie odsuwać Zosię od siebie i co chwila zmuszał ją, 

by  patrzyła  na  twarze  migające  wokół  nich  w  tańcu.  Zosia  reagowała  leniwie,  ciągle 

przecząco kręciła głową. Chciała tańczyć, bawić się, lgnęła do porucznika. 

Odetchnął z ulgą, kiedy orkiestra przestała grać. Silnie chwycił dziewczynę za ramię i 

zbyt energicznie poprowadził do stolika. Ogarniała go coraz większa złość. 

-  Co,  do  cholery?  -  rozgniewał  się  nie  na  żarty,  kiedy  usiedli.  -  Myślisz,  że 

przyszedłem  tu  z  tobą  na  amory  i  zabawy?  -  Eli  nie  było  jeszcze  przy  stoliku.  Jakiś 

mężczyzna poprosił ją do tańca i teraz odprowadzał, kłaniając się elegancko na pożegnanie. 

- Co macie takie miny? - natychmiast zauważyła. - Stało się coś? 

background image

- Pan... On na mnie krzyczy - poskarżyła się Zosia. - Tańczę, jak umiem, a on... 

- Masz myśleć o czym innym, a nie o tańeu - hamując się powiedział Mazur. 

-  Ooo,  widzę,  że  panna  jest  rozmarzona.  Ten  jeden  kieliszek  też  było  za  dużo  - 

stwierdziła  Ela.  -  Zaraz  dostaniesz  kawy.  Uważaj  na  siebie,  bo  nam  zaśniesz.  I  nie  uwodź 

porucznika -  dodała z szelmowskim uśmiechem,  czym  wywołała  grymas  niezadowolenia na 

twarzy Mazura. 

Pobawili  się  jeszcze  z  godzinę  w  tym  lokalu.  Mazur  z  Elą  byli  w  barze,  tańczyli, 

obserwowali gości, którzy się kręcili po sali i przy wejściu. 

Zosia  też,  jakby  sobie  wzięła  do  serca  ich  uwagi,  usiłowała  się  skupić  i  starała  się 

uważnie obserwować gości. W końcu jednak doszli do wniosku, że czas ruszyć dalej. Tu nie 

mieli już co dłużej robić. 

Pojechali  do  Gdańska,  gdzie  odwiedzili  „Monopol”,  potem  dostali  się  po  dłuższych 

perypetiach „Pod Kominek”, a w „Akwarium” Ela musiała dyskretnie poinformować portiera, 

kim są, o trzeciej bowiem nie chciał ich za nic wpuścić do środka. 

Na  koniec  wylądowali  w  sopockim  Grand  Hotelu,  gdzie  w  barze  „Caro”  trwała 

jeszcze zabawa na całego. Ale i tu nie zobaczyli nikogo, kto by przypominał poszukiwanych. 

Dochodziła piąta nad ranem, kiedy taksówka zawiozła ich z powrotem do Gdyni. Zosi 

kleiły  się  oczy  i  nawet  nie  miała  siły  się  z  nimi  pożegnać.  Poszła  od  razu  do  domu, 

odprowadzona przez Mazura aż pod same drzwi mieszkania. 

-  Pamiętaj  -  powiedział  na  pożegnanie.  -  Nie  rozgaduj  nigdzie  i  nikomu  o  tej  naszej 

wyprawie, 

rozumiesz?

background image

-  Rozumiem  -  Zosia  półprzytomnie  skinęła  głową.  Nagle  zrobiła  ruch,  jakby  go 

chciała pocałować. 

Mazur odsunął się szybko i czym prędzej wrócił do taksówki. 

Elę  pożegnał  także  przed  drzwiami  jej  mieszkania.  Oboje  byli  bardzo  zmęczeni.  W 

żółtym  świetle  żarówki  oświetlającej  klatkę  schodową  widział  bruzdy,  jakie  utworzyły  się 

koło  jej  ust,  drobne  zmarszczki  koło  oczu.  Fryzura,  tak  elegancka  wieczorem,  była  teraz 

zburzona, oczy matowe, klejące się ze znużenia. 

-  Dobranoc  -  powiedziała  i  starając  się  podtrzymać  humor,  który  jej  nie  opuszczał 

przez cały wieczór, zapytała: - Dobrze się bawiłeś? 

- A ty? - Mazur zapytał poważnie. 

- Och, jak ja mam tego dosyć - wyrzuciła z siebie niespodziewanie. - Żebyś wiedział, 

jak dosyć... No, ale nic - kończyła prędko. - Wyśpię się i jutro znów będę w formie. Trzeba 

zrobić raport... 

- Nie martw się tym, ja zrobię - zapewnił ją. - Dziękuję ci, Ela, przepraszam, pani Elu 

- poprawił się, chcąc podkreślić, że wspólną służbę już skończyli. - Dobranoc... 

- Dobranoc - odparła i przekręciła klucz w zamku. 

Stał  jeszcze  chwilę  na  schodach  i  słuchał,  czy  nie  dobiegną  go  odgłosy  wymówek 

męża Eli,  ale nic nie usłyszał.  Poszedł  więc do  domu,  myśląc po drodze, że będzie spał do 

południa, nie przejmując się Wróblem ani żadnym innym przełożonym. 

 

 

A jednak o dwunastej zjawił się w pokoju i wesoło powitał porucznika Wróbla. Ten 

uśmiechną się szeroko na widok podwładnego i zawołał: 

-  No,  Kaziu,  myślałem,  że  nawalisz.  Czekam  na  ciebie.  Wypiłeś  z  tymi  facetami 

brudzia? 

- Aha, mam ich obu w kieszeni - podporucznik od razu wpadł w zwykły ton. 

- Z tego wynika, że nici? - domyślił się Wróbel. 

- Zgadłeś, szefie. Ojczyzna niepotrzebnie wydała pieniądze na wódkę dla mnie. 

- Miałeś jakieś ciekawe przygody? 

-  Niespecjalnie.  Tyle  że  przyjrzałem  się  trochę  różnym  typkom  w  „Bałtyku”,  w 

„Grandzie”, w „Akwarium”... 

- Przyda ci się - roześmiał się porucznik. - No nic, Kaziu, prawdę mówiąc, nie bardzo 

liczyłem, że osiągniemy sukces. 

background image

- Szkoda było czasu i zarwanej nocy - Mazur ziewnął. 

-  Nie,  wcale  nie  szkoda  -  zaprzeczył  Wróbel.  -  Widzisz,  Kaziu,  zacieśnia  się  teren 

działania. Możliwości, jakie nam zostają, są coraz mniejsze, obracamy się w coraz węższym 

kręgu. A to przecież jest posuwanie się naprzód, nie sądzisz? 

-  Nie  wiem  -  podporucznik  wzruszył  ramionami.  -  Mnie  się  w  ogóle  zdaje,  że 

błądzimy po omacku, macamy przed sobą rękami, bo oczy mamy zawiązane. Jak trafimy na 

coś, to będzie przypadek, ale zachodzi prawdopodobieństwo, że nie trafimy i sprawa pójdzie 

do akt nie wyjaśniona. 

-  Pewnie,  może  być  i  tak  -  zgodził  się  Wróbel.  -  Na  pewno  błądzimy  trochę  po 

omacku.  Ale  pamiętaj,  Kaziu,  że  nie  działamy  sami.  Szukają  ich też  w  Gdańsku,  Sopocie  i 

Wejherowie, szukają dzielnicowi, szukają z Komendy Wojewódzkiej. Kto wie, może gdzieś 

w  komisie  czy  na  bazarze  pokaże  się  coś  z  tych  skradzionych  rzeczy.  Wtedy  już  sprawa 

poleci. 

- Ale na razie nic takiego się nie pokazało? 

-  Jesteś  dziś  niewyspany,  to  pesymizm  cię  ogarnia  -  zauważył  Wróbel.  -  Machnij 

raport z tej nocnej wyprawy. 

- Mam już gotowy - odparł Mazur, wyciągając z teczki arkusze papieru. 

- O, toś bardziej sumienny niż wyglądasz, awans cię nie minie... za dziesięć lat. Połóż 

to tutaj, a w nagrodę pokażę ci coś ciekawego. 

- Więc jednak szef coś ma? - zainteresował się podporucznik. Od początku rozmowy 

podejrzewał,  że  dobry  humor  Wróbla  ma  swoje  przyczyny.  Teraz  domyślał  się,  że  musiał 

wpłynąć jakiś ciekawy materiał dotyczący ich sprawy. 

Wróbel rozłożył na biurku papiery i skinął na Mazura, żeby usiadł bliżej niego. 

- Nie sam piłeś dziś wódkę za państwowe pieniądze - zaczął. 

- Pewnie że nie sam - zgodził się Mazur. - Jeszcze paru mankowiczów. 

background image

-  Eee,  Kaziu,  nie  porównuj  się  do  takich  typków.  Mam  na  myśli  naszego  Pilarka. 

Chłopak  narzeka,  że  jak  tak  dalej  pójdzie  i  nie  zmienię  mu  przydziału  służbowego,  to  się 

rozpije,  żona  go  rzuci  i  wyląduje  w  szpitalu  na  odwykówce.  Ale  on  ma  głowę,  jest 

wytrzymały i po takim wyskoku przychodzi jeszcze wcześniej niż ty. 

- Szef ma pretensje? - podporucznik poczuł się urażony. 

- Nie - zaśmiał się Wróbel. - Tylko Pilarek złożył wcześniej raport z dzisiejszej nocy. 

- Trafił na coś? 

- Kto wie, kto wie? - Wróbel uśmiechnął się pod nosem i w ogóle był w doskonałym 

humorze. - Posłuchaj, Kaziu, co pisze ta nasza perła: 

Przebiegł oczyma dokument, chwilę szukał odpowiedniego fragmentu. 

„Następnie  przez  dwie  godziny  przebywałem  w  lokalu...”  -  nie,  to  mało  ważne  - 

mruknął  Wróbel.  -  O,  tu  jest:  „Zygfryd  wdał  się  ze  mną  w  dłuższą  rozmowę  o  różnych 

sprawach. Między innymi udzielił mi informacji, że pewien osobnik o pseudonimie Karaluch 

chciał ostatnio sprzedać torbę turystyczną z jakimiś używanymi rzeczami. W tej torbie miały 

być  dwie  koszule  non  iron,  które  Karaluch  chciał  nawet  sprzedać  osobno,  bo  pilnie 

potrzebował pieniędzy. Zygfryd nie orientował się, czy Karaluch sprzedał w końcu te rzeczy, 

ale przypuszcza, że tak, bo jeden osobnik, znany w lokalach pod pseudonimem Mrówka, był 

tym zainteresowany i targował się tylko o cenę”. 

- Szefie - wykrzyknął z entuzjazmem podporucznik. - To jest coś! Torba turystyczna, 

a w niej dwie koszule non iron! I ten pseudonim Karaluch. Karaluch jest czarny, a przecież 

jeden z nich był niski i czarny! 

- Spokojnie, Kaziu, spokojnie - studził zapał podporucznika Wróbel. - Jeżeli on, to już 

go  mamy.  Pilarek  jeszcze  dziś  przyniesie  mi  dane  o  Karaluchu.  To  facet  dość  znany  w 

gdyńskim półświatku, jeszcze nie siedział, ale na pewno nie jest kryształowy. Przyjrzymy mu 

się, zobaczymy... 

- A ten Mrówka? 

- On jest chyba nieważny - rozważał Wróbel. - Jeżeli chciał kupić, to nie mógł ukraść, 

ale na wszelki wypadek Pilarek ma też dowiedzieć się coś niecoś o nim. 

-  To  jednak  jedziemy  naprzód  -  teraz  podporucznikowi  poprawił  się  humor  i  jakby 

zapomniał o nie przespanej nocy. - Jak Zosia rozpozna Karalucha, to... 

- Zaczekaj, Kaziu, zaczekaj, jeszcze nie wieczór - Wróbel hamował podwładnego. - A 

na  wszelki  wypadek  zobacz  to  -  podsunął  mu  drugi  dokument.  Była  to  notatka  milicyjna  z 

jednego z rejonów Gdyni. 

Mazur zaczął szybko czytać: 

background image

„Budek po pijanemu chwalił się przed kolegami, że zrobił niedawno jakiś skok i może 

im  stawiać  wódkę.  Mówił  jeszcze,  że  szykuje  coś  nowego.  Podobno  ma  działać  razem  z 

jakimś kolegą, bliżej nie znanym. Nadmienia się, że osobnik o nazwisku Budek mieszka na 

Grabówku,  jest  w  wieku  około  dwudziestu  pięciu  lat,  wysoki,  blondyn.  Utrzymuje  się  z 

niewiadomych źródeł. W aktach MO nie jest notowany, ale zachodzi podejrzenie, że środki 

materialne czerpie z kradzieży, a także sutenerstwa”. 

- To jest mniej ciekawe niż raport Pilarka - skrzywił się Mazur. 

- Kaziu - ostrzegł porucznik. - To może być taki sam ślad jak tamten. 

- Co z nim robimy? 

-  Zajmiesz  się  tym  Budkiem.  Sprawdzisz  dokładniej,  co  za  jeden,  jak  żyje,  gdzie 

dokładnie mieszka i  co robił w dniu  napadu. Jak będzie trzeba, to  poprosimy prokuratora o 

nakaz rewizji i aresztowania. Wszystkie inne ślady zawiodły, to musimy dobrze sprawdzić te, 

które mamy. 

-  Jasne!  -  Mazura  już  ogarnęła  żądza  czynu.  -  Grunt,  że  się  zaczyna  jakiś  ruch  w 

interesie. Już było nudno, szefie! 

- No to bierz się do roboty - zdecydował Wróbel. - Ja pójdę do stoczni i do tej szkoły. 

Trzeba jeszcze raz tam  pogadać i  popatrzeć. Spotkamy się o trzeciej. Musimy przygotować 

wszystkie materiały na jutro, stary zapowiedział odprawę w tej sprawie. 

Podporucznik  zapomniał  o  zmęczeniu  i  ruszył  wykonać  polecenie.  Wróbel  także  po 

jakimś czasie wyszedł z gmachu komendy. 

background image

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Wstał z dość silnym bólem głowy. W mieszkaniu panowała cisza. Andrzej podszedł 

do okna i odsunął zasłonę. Potok jaskrawego światła zalał pokój. Musiał aż przymrużyć oczy 

przed tą powodzią światła. 

Pokój był mały, umeblowany starymi sprzętami. Na półce przy ścianie stały książki z 

kolorowymi  okładkami.  Stolik  w  pobliżu  kaloryfera  był  zawalony  tygodnikami,  na  starym 

biurku  opodal  okna  walały  się  sterty  jakichś  papierów,  fotografii,  wycinków  z  gazet. 

Wszystkie  zawierały  materiały  o  różnych  przestępstwach,  napadach,  aferach  kryminalnych. 

Wśród książek na półce przeważały wydawnictwa kryminalne, a tylko gdzieniegdzie między 

nimi  dojrzeć  można  było  okładkę  iskrowskiej  serii  „Dookoła  Świata”  albo  innej  książki 

przygodowej. 

Andrzej  pogrzebał  w kieszeni  spodni rzuconych  niedbale na krzesło  koło tapczanu i 

zapalił. Skrzywił się przy pierwszym hauście, bo dym silnie przeorał mu płuca. Patrzył długo 

na  ulicę,  pustą  i  cichą  o  tej  porze.  W  nocy  spadło  trochę  śniegu,  który  skrzył  się  teraz  w 

blasku słońca. Wróble na drzewie pod oknem rajcowały zawzięcie, a co odważniejszy siadał 

na parapecie szukając okruchów. 

Andrzej poczłapał do łazienki i siedział w niej długo. Mył się starannie, puszczał na 

potylicę strumień zimnej wody, żeby przepędzić skutki wczorajszego pijaństwa. Potem ubrał 

się i poszedł do kuchni. 

Była  niewielka,  ale  czysta,  starannie  rozplanowana,  pełna  pożytecznych  sprzętów. 

Zajrzał  do  lodówki,  potem  do  szafki  z  pieczywem,  ale  nie  znalazł  nic,  co  by  go 

zainteresowało. Właściwie nie miał apetytu. Chciało mu się jedynie pić. Nalał sobie ciepłego 

mleka  z  garnczka  stojącego  na  płycie  kuchenki  gazowej  i  wypił  duszkiem.  Potem  znów 

wrócił do swojego pokoju i stanął przy oknie. 

Tym  razem  patrzył  w  określonym  kierunku.  Przytknął  czoło  do  szyby  i  obserwował 

dom znajdujący się w prawym końcu ulicy. Kiedy tak trwał w bezruchu, do jego uszu dotarł 

trzask drzwi wejściowych. Potem rozległy się ciche kroki i delikatnie pchane drzwi otwarły 

się  z  ledwo  dosłyszalnym  szelestem.  Kiedy  odwrócił  głowę,  ujrzał  ojca  zaglądającego  do 

pokoju. 

- Wstałeś? - zapytał ojciec. 

- Już dawno! - mruknął Andrzej niezbyt grzecznie. 

- No nie, jak wychodziłem, jeszcze spałeś, a nie było mnie tylko piętnaście minut. 

background image

- Nieważne... - burknął Andrzej, sięgając po drugiego papierosa. 

- Nie pal, jeszcze nic nie jadłeś - powiedział ojciec. 

Był  to  mocno  już  starszy  człowiek,  z  rzadką,  zupełnie  białą  czupryną.  Gładko 

wygolona twarz sprawiała wrażenie rześkiej, a przy niej dziwiła niepewność, z jaką poruszał 

się mężczyzna. Miał na sobie podniszczone ubranie z końcami rękawów obszytymi tasiemką, 

żeby się nie strzępiły. 

Andrzej był od ojca wyższy o głowę i miał zupełnie inne rysy twarzy. 

-  Chodź  do  kuchni,  zrobimy  sobie  śniadanie  -  zaproponował  ojciec.  -  Przyniosłem 

świeże bułeczki. 

- Nie chce mi się jeść - skrzywił się syn. Ojciec spojrzał na niego z wyrzutem. 

- Piłeś wczoraj? - zapytał z lekką naganą w głosie. 

- Trochę. Nie ma o czym mówić... 

- Nie radzę ci, nie radzę - ojciec używał tonu łagodnego, przyjacielskiego, a zarazem 

takiego,  jakiego  się  używa  w  stosunku  do  małych  dzieci,  nieco  krnąbrnych,  lecz  bardzo 

drogich. 

- Oj, wiem, wiem... Chyba mi z tego powodu nie palniesz mówki? 

- Czemu tak do mnie mówisz? - zapytał ojciec z wyrzutem. - Przecież nigdy tego nie 

robię. Staram się tylko jakoś z tobą porozumieć. 

-  Ojciec,  od  czasu  jak  przeszedł  na  emeryturę,  szuka  zdaje  się  kolegi  -  złośliwie 

zauważył syn. 

Stary zamrugał, jakby go zabolały słowa Andrzeja. 

- Nie masz z czego kpić - zauważył z goryczą. - To wcale nie jest wesołe. Ale myślę, 

że tobie bardziej niż mnie jest potrzebny dobry kolega. 

- Więc jednak będzie kazanko! - Andrzej podniósł oczy w górę. 

background image

Ale starszy pan nie zważając na miny syna kontynuował: 

- Dawno miałem zamiar z tobą porozmawiać... 

- Słyszę to od lat. 

- Słyszysz, ale nie słuchasz mnie. A teraz, po tym jak wyszedłeś z...  - ojcu nie mogło 

przejść  przez  gardło  słowo  „więzienie”  -  uważam,  że  tym  bardziej  powinniśmy  z  sobą 

pogadać jak mężczyzna z mężczyzną. Postępujesz źle, jesteś niedobry i niesprawiedliwy dla 

mnie i dla matki... 

- Co ci się dziś stało? - Andrzej podszedł bliżej i spojrzał zaczepnie ojcu w oczy. 

Ten  był  już  rozdygotany.  Ręce  mu  się  trzęsły,  mrugał  nerwowo  i  widać  było,  że  ta 

rozmowa z synem kosztuje go bardzo wiele. 

-  Tak,  tak,  pora,  żebyś  to  wreszcie  zrozumiał!  -  ojciec  niemal  krzyczał.  -  Jesteś 

niedobry dla matki, tyranizujesz nas, lenisz się, do żadnej nauki nie można cię zmusić... 

- To już wszystko było! 

- A tak, było! I co z tego? Chodzisz własnymi drogami. Żadnej szkoły nie ukończyłeś, 

zewsząd cię wylewano. I czym to się skończyło? Kryminałem! A czym się jeszcze skończy? 

Szubienicą? 

- Co ty wygadujesz! - krzyknął Andrzej, a ojciec umilkł przestraszony. 

-  Uniosłem  się  -  powiedział  starając  się  opanować  zadyszkę.  -  Ale  sam  musisz 

zrozumieć,  że  to  już  jest  nie  do  wytrzymania.  Martwimy  się  o  ciebie.  Matka  i  ja.  Przecież 

jesteś  dorosłym  mężczyzną,  a  siedzisz  bezczynnie  w  domu  i  nic  nie  robisz.  Zjadasz  to,  co 

zarobi matka, i tę moją emeryturę. Wstydu nie masz? Co u ciebie jest w piersiach, kamień czy 

serce? 

Andrzej  odwrócił  się  tyłem  do  ojca  i  znów  stanął  przy  oknie.  Ale  choć  patrzył  na 

ulicę,  nie  widział  niczego  przed  sobą.  Surowe  słowa  zrobiły  jednak  na  nim  wrażenie. 

Wreszcie nie odwracając się zaczął mówić z początku cicho, a potem z coraz większą siłą: 

- Czego ode mnie chcecie, czego? Żebym był przez całe życie marnym urzędniczyną 

jak ty? Od małego mówiliście, że to nie dla mnie, że będę wielki, że zadziwię wszystkich. I 

będę! Zobaczysz! Nie pójdę za parę złotych marnować życia przy biurku. Ja się do tego nie 

nadaję. Jeszcze osiągnę swoje! Zrobię coś takiego, co zadziwi was i wszystkich, zobaczysz! 

- Ale co zrobisz? Co chcesz osiągnąć, przecież lata płyną? - przerwał mu ojciec. 

-  A  niech  płyną!  Przyjdzie  moja  chwila.  Muszą  o  mnie  ludzie  usłyszeć,  muszą  mnie 

słuchać i bać się! Zobaczysz, jak będzie o mnie głośno! 

background image

- Andrzej, synku, co ty wygadujesz!  - przeląkł się ojciec. Ale ten wpadł  w jakiś stan 

nienormalnego  podniecenia,  oczy  mu  błyszczały,  twarz  wykrzywił  grymas,  rękami 

gestykulował, jakby miał przed sobą tłum słuchaczy. 

-  Ty  przez  całe  życie  słuchałeś  innych,  a  ja  chcę,  żeby  mnie  ludzie  słuchali!  Tylko 

wtedy można się czuć silnym, jak człowieka słuchają, robią wszystko, co im każę! 

- Ależ ty powinieneś iść do wojska, zostać dowódcą! - wykrzyknął ojciec. 

-  Do  wojska?!  -  zaśmiał  się  Andrzej.  Teraz?  W  czasie  wojny  -  tak!  Ale  co  może 

zdziałać  człowiek  w  wojsku  teraz,  kiedy  nie  ma  wojny?  W  jaki  sposób  zostać  bohaterem? 

Nie,  to  dla  naiwnych.  Jakby  była  wojna,  to  co  innego.  Strzela  się,  walczy,  można  pokazać 

odwagę  i  siłę.  Żeby  chociaż  brali  ochotników  gdzieś  do  Afryki  czy  Wietnamu.  Ale  można 

zgnić i do niczego człowiek nie dojdzie. 

- To co chcesz zrobić? Jak masz zamiar się wybić? 

- Znajdzie się sposób. Tylko mnie zostawcie w spokoju, a zobaczycie! 

- Obawiam się, że matce będzie trudno to zrozumieć - cicho zauważył ojciec. - Ona co 

dzień na ósmą chodzi do pracy... i boli ją to, że ty śpisz do południa, a wieczorami długo nie 

wracasz... 

-  Ech,  matka!...  -  było  w  tym  okrzyku  tyle  lekceważenia,  że  ojciec  aż  się  żachnął. 

Powstrzymał się jednak od zrobienia uwagi synowi, bo gniew już w nim wygasł i znów był 

cichym, skromnym, nieco niezaradnym urzędnikiem na emeryturze. 

- Chodź, chodź, zjemy śniadanie - powiedział. - Mimo wszystko jeść trzeba... 

 

 

Koło południa, nic nie mówiąc ojcu, nałożył swoją kurtkę i ruszył do wyjścia. Starszy 

pan wyjrzał z kuchni, gdzie przygotowywał jarzyny do obiadu i zapytał: 

- Wychodzisz? Kiedy wrócisz? 

- Nie mam pojęcia - odburknął Andrzej. - Bo matka... - zaczął ojciec. 

-  Wiem,  wiem  -  syn  przerwał  mu  gwałtownie  -  będzie  się  martwiła.  Powiedz  jej,  że 

mam  już  sporo  ponad  dwadzieścia  łat.  I  jak  mnie  nie  przestaniecie  męczyć,  to  się 

wyprowadzę,  tak  jak  Karol.  -  Wiedział,  że  ten  przykład  zawsze  działał  na  rodziców.  Nie 

chcieli  być  sami.  Od  czasu  jak  ich  starszy  syn  wyprowadził  się  i  rozpoczął  samodzielne, 

niezbyt chwalebne życie, drżeli na myśl, że i młodszy, Andrzej, także może odejść. Dopóki 

był z nimi, łudzili się, że mają na niego wpływ i jeszcze się zmieni. Andrzej dobrze wiedział, 

background image

że rodzicom zależy na tym, aby pozostał w domu i wykorzystywał to bezlitośnie, szantażując 

ich, gdy go zbytnio zasypywali wyrzutami za nienormalny tryb życia. 

Zanim  ojciec  zdążył  coś  odpowiedzieć,  trzasnął  drzwiami  i  pobiegł  po  schodach  w 

dół.  Przed  domem,  który  go  tak  interesował  od  wczoraj,  zwolnił  nieco  kroku,  ale  się  nie 

zatrzymał, tylko rzucił przelotne spojrzenie na okna i mimo woli się uśmiechnął. Zaraz jednak 

przyśpieszył  kroku  i  po  chwili  już  jechał  „dwójką”  do  Gdańska.  Wysiadł  koło  Bramy 

Wyżynnej, przeciął na ukos Targ Węglowy i pasażem w Zbrojowni przedostał się do Piwnej. 

Tu skręcił do probierni win, w której umówił się z Józkiem. 

Zastał  go  już  sączącego  wolno  rubinowy  napój.  Poza  nim  było  jeszcze  trzech  czy 

czterech mężczyzn. Rozmawiali o jakichś interesach, pociągając małymi łykami wino. 

- Józek ucieszył się na widok kolegi. 

- Zamówić ci lampkę? - zaproponował. 

- Nie chcę. Mówiłem ci, że mało piję. 

- Ale wczoraj żeś pociągnął zdrowo. 

- Czasem trzeba przeczyścić organizm. Ale w ogóle picie to dobre dla słabeuszów bez 

charakteru. 

Józek spojrzał ze zdziwieniem na kolegę. Skąd w jego ustach taka maksyma? Andrzej 

tymczasem rozkazał: 

- Kończ. Idziemy! 

- A gdzie? - Józek jednym haustem połknął wino i już był gotów. 

- Skończ raz z tymi pytaniami! - zniecierpliwił się Andrzej. Józek zamilkł i posłusznie 

podążył za nim na ulicę. Ogarnął ich tłum ludzi spieszących we wszystkich kierunkach. 

Ulica  była  wesoła,  zalana  słońcem,  krople  wody  z  topniejącego  śniegu  padały  z 

dachów.  Z  wieży  pobliskiego  ratusza  rozległy  się  majestatycznie  dźwięki  carillonu 

wygrywającego „Rotę”. Minęła dwunasta. 

- Pamiętasz, o czym wczoraj mówiliśmy? - zapytał Andrzej, kiedy już przebrnęli przez 

najgęstszy tłum i znaleźli się na wąskiej uliczce prowadzącej do Długiej. 

- Co mam nie pamiętać? - Józek niemal się obraził. - Przecież byłem trzeźwy. Jakbym 

nie pamiętał, to bym nie przyszedł dzisiaj. 

- Fajno - Andrzej skinął głową. - Postanowiłem to przyspieszyć. 

- Pójdziemy dziś? - interesował się Józek. 

- Nie zdążymy, już późno. Zresztą nie wszystko jeszcze gotowe. 

- To kiedy? 

- Jutro na pewno. 

background image

Józek spojrzał spod oka na kolegę. Im dłużej się znali, tym bardziej mu imponował. 

Podziwiał  go  za  spokój,  pewność  siebie,  zdecydowanie,  ale  i  bał  się  po  trosze,  choć 

równocześnie czuł się jakby bezpieczniejszy w jego towarzystwie. 

Znaleźli  się  już  na  Długiej.  Szeroka  ulica  z  rzędami  renesansowych  kamieniczek 

wyglądała  pięknie.  Śnieg  i  sople  dodawały  uroku  kolorowym  frontonom  i  fantazyjnym 

szczytnicom  kupieckich  domów.  Ludzie  chodzili  tu  jezdnią,  którą  zamieniono  na  wygodny 

szeroki deptak. 

- Przejdziemy się trochę - zaproponował nagle Andrzej, jakby go pociągnął urok ulicy. 

- Mamy jeszcze czas, umówiłem się o wpół do pierwszej. 

- To jeszcze ktoś ma być? 

background image

- Aha, taki jeden kumpel. Raczek się nazywa. 

- Sami nie damy rady? - Józek już myślał o tym, że zdobycz trzeba będzie dzielić na 

trzech zamiast na dwóch. 

-  Mój  plan  przewiduje,  że  potrzeba  trzech  -  odparł  Andrzej  z  wyższością,  jakby 

wszelką dyskusję na ten temat uważał za osobistą obelgę. Ale domyśliwszy się, o co chodzi 

koledze, odparł: - Nie bój się, jak zrobimy tę babę, to starczy na trzech. Będziesz miał tyle 

forsy jak nigdy w życiu. 

Józek pomyślał, że to może nie być znów tak wiele. Ostatecznie w życiu nie miewał 

zawrotnych  sum.  A  zarazem  zrodziła  się  w  nim  obawa,  żeby  się  nie  skończyło  tak  jak 

ostatnim  razem.  Ciągle  go  niepokoił  fakt,  iż  Andrzej  nie  wydobył  jeszcze  wszystkich 

pieniędzy od Adama, i w duchu coraz bardziej się obawiał, że zostali wyprowadzeni w pole 

przez tego grubasa i jego „żonę”. Nie wypowiedział jednak głośno swych myśli, gdyż obawiał 

się, że zirytuje tym Andrzeja. 

Doszli  do  Fontanny  Neptuna.  Nagi  bóg  morza  stał  w  szeroko  rozwartym  kielichu  z 

trójzębem  wzniesionym  do  uderzenia.  Z  muskularnego  ramienia  i  końców  trójzęba  zwisały 

malowniczo  ostre  sople  lodu,  a  gołębie  bezceremonialnie  siedziały  na  głowie  Neptuna  i 

otaczających fontannę metalowych sztachetkach. 

- Nikomu nie mówiłeś o tamtym wypadzie? - zapytał nagle Andrzej. 

- Coś ty? - żachnął się Józek. 

- W porządku, nie szarp się - osadził go Andrzej. - Chciałem ci tylko przypomnieć, bo 

gliny na pewno szukają. Jakbyś rozpaplał, mogłoby się roznieść i dotrzeć do nich. 

- Ja nie rozpaplę, ale żeby nie złapali czegoś z tych rzeczy... 

- E, co to, to nie, Adam jest za cwany, żeby wpaść tak głupio. Wie, że też by dostał za 

paserstwo. 

- Przecież mówiłeś mu, że to od marynarza. 

- On nie taki naiwniak, żeby uwierzyć w tę bajeczkę. Ale co mnie to obchodzi, niech 

pilnuje swojej skóry. 

Doszli  jeszcze  wolnym  krokiem  do  Zielonej  Bramy,  a  potem  zawrócili.  Zegar  na 

ratuszu  wskazywał  wpół  do  pierwszej.  Nie  rozmawiając  -  już,  bo  nie  bardzo  mieli  o  czym, 

poszli w stronę czerwonego budynku poczty. Andrzej skierował się wprost do holu głównego, 

gdzie przy okienkach stały długie kolejki interesantów. Na ławce pośrodku sali siedział młody 

chłopak  i  rozglądał  się  dokoła.  Był  brudny,  nogi  w  zabłoconych  butach  wyciągnął  daleko  i 

palił  papierosa,  choć  na  ścianie  widniał  wielki  napis  zakazujący  palenia.  Gdy  zobaczył 

wchodzących, podniósł się szybko, zadeptał niedopałek i ruszył na ich spotkanie. 

background image

- Cześć - pozdrowił Andrzeja. - Kogoś przytargał? Myślałem, że masz tylko do mnie 

samego interes. 

-  Zamknij  japę  -  krótko  osadził  go  Andrzej.  -  Poznajcie  się:  to  Józek,  a  to  Raczek. 

Idziemy stąd. 

- Już, tak od razu? - zdziwił się Raczek. 

- Do „Kameralnej”, baranie - objaśnił Andrzej. - Przecież nie będziemy tu gadali. 

We  trójkę  opuścili  gmach  poczty  i  po  chwili  już  byli  w  kawiarni  znajdującej  się  po 

drugiej stronie ulicy. 

 

 

- Co stawiasz? - bezczelnie zapytał Raczek, kiedy zajęli miejsca przy stoliku w rogu 

sali, z dala od rzadkich gości znajdujących się w kawiarni. 

- Mogę ci postawić herbatę, kawę, oranżadę - zaproponował Andrzej. 

- A mleka nie? - obraził się Raczek. 

-  Jest?  -  Andrzej  zwrócił  się  do  kelnerki,  która  stała  obok  stolika  niecierpliwie 

czekając na zamówienie. 

- Nie prowadzimy - odparła z godnością. - Może być wino, likier albo koniak. 

- Stawiasz koniak? - Raczek był natarczywy. 

- Niech pani mu da jedno wino, tobie też? - zwrócił się do Józka. 

- Może być. 

- To dwa, a dla mnie kawę, podwójną. 

- Kieliszka koniaku żałujesz? - Raczek był rozczarowany. 

-  Zamknij  się  -  powiedział  Andrzej  groźnie,  zniecierpliwiony  natręctwem  kolegi.  - 

Jelenia sobie znalazłeś? Jak ci się nie podoba, to... 

- No dobra już, dobra - wycofywał się Raczek, przestraszony miną i tonem Andrzeja. - 

Na żartach się nie znasz? 

Józek odczuł po tej scenie coś w rodzaju satysfakcji, bo przedtem myślał, że Raczek 

nie boi się Andrzeja i jest przez niego inaczej traktowany niż on. 

Nie  zaczynali  rozmowy,  dopóki  kelnerka  nie  przyniosła  tego,  co  zamówili.  Dopiero 

kiedy Andrzej był pewny, że ich nikt nie słyszy, zapytał: 

- Obydwaj z grubsza orientujecie się, o co chodzi? 

- Mówiłeś, że mamy zrobić skok - odparł Raczek - ale co i jak to nie mam pojęcia. 

Józek nic nie powiedział, był bardziej wtajemniczony niż Raczek. 

background image

Andrzej upił łyk kawy, dołożył jeszcze kostkę cukru, wolno zamieszał w filiżance. 

- Więc tak - zaczął - zrobimy skok na mieszkanie jednej baby. Józek wie gdzie. Tobie 

pokażę dzisiaj. Zresztą pewnie ją znasz. 

- Ja? - zdziwił się Raczek. 

- Mieszka niedaleko nas na tej samej ulicy. 

Józek domyślił się, że Raczek i Andrzej są sąsiadami. 

-  To  nie  mogłeś  coś  innego  znaleźć?  -  zaprotestował  Raczek.  -  Na  naszej  ulicy 

niebezpiecznie. Ktoś zobaczy, pozna, łatwo możemy wpaść. 

- Głupi jesteś. Właśnie na naszej ulicy jest najbezpieczniej. Jesteśmy tam u siebie, nikt 

nie będzie nas o nic podejrzewał, jak zobaczy, że się kręcimy koło naszych domów. 

- Może i tak - zgodził się Raczek. 

- A poza tym znam dobrze tę babę - mówił dalej Andrzej. 

-  To  moja  ciotka.  -  Raczek  złożył  usta,  jakby  chciał  gwizdnąć,  ale  powstrzymał  się. 

Andrzej zaś wyjaśniał dalej: - Ma forsy do cholery i trochę. Jest współwłaścicielką sklepu w 

Sopocie.  Taka,  wiecie,  co  to  skupuje  zagraniczne  ciuchy  za  bezcen,  a  potem  sprzedaje  z 

grubym zarobkiem. 

- Ale czy trzyma w domu forsę? - zastanawiał się Józek. 

- Bo jak ma na książeczkach pekao, to nici z tego. 

-  Ma  w  domu  -  autorytatywnie  stwierdził  Andrzej.  -  Sam  widziałem  i  wiem  gdzie. 

Mówiłem, że to moja ciotka. Chodzę tam czasem. 

- To co innego - odetchnął z ulgą Józek. 

-  A  oprócz  tego  ma  biżuterię.  Nie  wiem,  ile  tego  jest,  ale  dużo.  To  są  dziesiątki 

tysięcy, rozumiecie? 

- O rany! - jęknął Raczek. - Postaw jeszcze wino... 

- Potem, teraz słuchaj. Musimy cały plan omówić, bo jutro nie będzie czasu. 

- No to jazda  - Raczek nie mógł opanować podniecenia. Józek także poprawił się na 

krześle i uważnie nadstawiał uszu. 

Andrzej wziął serwetkę, rozłożył ją na szkle, wyciągnął długopis i zaczął rysować. 

-  Uważajcie  dobrze  -  mówił.  -  To  jest  plan  mieszkania.  Czwarte  piętro,  wejście  na 

wprost schodów. Pokażę ci dokładnie, które drzwi - zwrócił się do Raczka. 

- A jemu nie? - spytał chłopak. 

-  Słuchaj,  nie  gadaj  tyle.  Mieszkanie  składa  się  z  dwóch  dużych  pokoi,  kuchni, 

przedpokoju i łazienki. O, tu jest przedpokój, obok kuchnia. Jeden pokój na prawo, drugi na 

background image

lewo  od  kuchni.  Łazienka  po  drugiej  stronie  przedpokoju,  ale  to  nieważne.  Zapamiętajcie 

rozkład pokoi. 

Pochylili głowy i w milczeniu przyglądali się rysunkowi. Andrzej odczekał chwilę, a 

potem kontynuował: 

-  Ten  pokój  na  lewo  jest  oddzielony.  Właściwie  całe  mieszkanie  jest  podzielone  na 

dwie  części.  Oprócz  ciotki  mieszka  tam  jej  były  mąż,  rozwiedli  się,  ale  on  się  nie 

wyprowadził. Więc ten pokój na lewo od kuchni nas nie interesuje, jasne? 

- Dobra - Józek skinął głową. - Znaczy idziemy na prawo, do pokoju ciotki? 

-  Tak.  Tylko  się  nie  pomylcie,  bo  szkoda  czasu.  Wszystko  trzeba  zrobić  szybko, 

najwyżej w ciągu piętnastu minut. 

- Co mamy pomylić? Przecież idziesz z nami, nie? - zapytał Raczek. 

- Niezupełnie. Musimy się rozdzielić. 

- Jak rozdzielić, po co? 

- Ja będę przed domem na ulicy. Mogę na przykład odgarniać śnieg czy po prostu stać 

sobie 

bramie. 

Jakby 

na 

przy-

background image

kład  niespodziewanie  wracała  ciotka  albo  ten  jej  były  mąż,  to  dam  wam  cynk  i 

zdążycie zwiać. Albo ich zatrzymam, odciągnę, to już zresztą moja sprawa. 

- To dobrze - zgodził się Józek. - Będzie spokojniej na górze. 

- Właśnie - przytaknął Andrzej. - Teraz robota dla was. Ty - zwrócił się do Raczka - 

otworzysz drzwi. Potrafisz? 

- Mowa! 

- Więc uważaj. Tam jest zamek automatyczny, potem drugi zwykły i jeszcze zasuwa, 

na dole. Taka, wiesz, otwierana kluczem.” 

- Warto by zobaczyć - zauważył Raczek. 

-  Zobaczysz.  Pójdziemy  tam,  wejdziemy  na  schody  i  rzucisz  okiem  na  wszystko. 

Wystarczy ci? 

- Wystarczy, tylko może być kłopot z tym automatem. Trzeba by dorobić klucz. 

-  Nie  ma  czasu,  skąd  zresztą  weźmiesz  odcisk?  Otwórz  tamte  dwa,  a  ten  możesz 

wyłamać, jak sobie inaczej nie poradzisz. 

- Jakoś się zrobi. 

- Jak ty będziesz otwierał, Józek będzie stał na schodach pół piętra niżej i patrzył, czy 

ktoś nie idzie. Gdybyś kogoś zauważył - zwrócił się do Józka - to udawajcie, że dzwonicie do 

drzwi. 

- A jak to będzie akurat ona? 

-  Nie  będzie,  bo  ja  ją  na  dole  zatrzymam.  A  inni  ludzie  nie  są  groźni.  Przejdą  po 

schodach i koniec. 

- No to wszystko jasne - Raczek uważał naradę za skończoną. 

-  Zaraz,  słuchaj  do  końca  -  powstrzymał  go  Andrzej  -  bo  potem  coś  nawalisz.  Jak 

wejdziecie do środka, to może jeszcze być zamknięty na klucz jej pokój. Otworzysz go. 

- To jasne, przez zamknięte drzwi nie wejdziemy. 

- Pieniądze są w biurku. Prawa szuflada, pierwsza od góry. Pod papierami. Mogą być 

w kopercie. 

- A te szkiełka? 

- Trzeba poszukać, bo nie jestem  pewny. Ale  chyba w kredensie pod ścianą na lewo 

od drzwi. To jest taki stary, ciężki rupieć. W środkowej przegrodzie za szkłem jest zdaje się 

szkatułka,  taka  jak  na  nici.  Jakby  w  niej  nie  było,  to  poszukacie  w  tym  kredensie  albo  w 

biurku. 

- Wszystko? - zapytał Raczek. 

background image

-  Wszystko.  Po  robocie  wyjdziecie  spokojnie,  zamkniecie  drzwi,  żeby  lokatorzy  za 

wcześnie  nie  zauważyli  i  nie  narobili  alarmu.  Na  dole  się  spotkamy  i  pryśniemy  razem  do 

Gdańska. 

- A łachy jakieś brać? - rzeczowo spytał Józek. 

- Zależy co. Jakieś bluzki zagraniczne, futro albo coś takiego  - brać. Już mam kogoś 

na  Oruni,  kto  kupi  i  od  razu  da  forsę.  Ale  dużo  tego  nie  bierzcie,  żeby  nie  podpadło,  jak 

będziemy jechać stamtąd do Gdańska. 

Tym razem już wszystko było jasne. Andrzej podarł serwetkę na drobniutkie skrawki, 

zmiął ją i wrzucił do kieszeni. 

- Spotykamy się jutro o dziewiątej pod filarami na Jaśkowej Dolinie. 

- Dobra - zgodził się Raczek. 

Józek także wyraził swą zgodę ruchem głowy. 

- No to teraz możemy się napić po kieliszku - powiedział Andrzej i skinął na kelnerkę. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

1 

Porucznik  Wróbel  od  samego  rana  działał  szybko.  Wczorajsze  spotkanie 

popołudniowe z Mazurem i Pilarkiem popchnęło go do czynu. 

Karaluch  przy  bliższym  rozpoznaniu  okazał  się  bardzo  podejrzany.  Zebrane 

informacje  wskazywały,  że  jest  to  niewątpliwie  złodziejaszek  i  niebieski  ptak,  któremu 

dotychczas  udawało  się  uniknąć  bezpośrednio  kontaktu  z  milicją.  Dane  Pilarka  były  ścisłe. 

Miał  on  rzeczywiście  torbę  turystyczną  z  brezentu,  w  której  znajdowały  się  jakieś  rzeczy. 

Najbardziej rzucało się w oczy, iż były tam dwie koszule niemnące. Zarówno sąsiedzi, jak i 

informatorzy Pilarka, których miał sporo w gdyńskim półświatku, potwierdzali, że Karaluch 

mógł dokonać tego napadu. 

-  Jedno  tylko  jest  wątpliwe  -  zastanawiał  się  porucznik  -  nikt  nic  nie  mówi  o  jego 

kompanie. 

-  Karaluch  ma  na  pewno  kolegą  -  wyjaśnił  Pilarek.  -  Tylko  tamten  jest  może 

mądrzejszy od niego i  po skoku nie utrzymują kontaktów. Ten okazał  się prymitywniejszy, 

bardziej niecierpliwy i wyszedł z kradzionymi rzeczami. 

- To by się zgadzało z ich sylwetkami, jakie mamy po przesłuchaniach Zosi - przyznał 

porucznik. - Tamten organizuje, podstawia Karalucha, a sam siedzi w cieniu. 

- To co, zdejmujemy go? - gorączkował się Mazur. 

- Zdejmujemy - zdecydował Wróbel. - Jutro rano. 

background image

- Czemu nie dziś, na co czekać? - niecierpliwił się podporucznik. - Przecież możemy 

go zatrzymać w areszcie, a potem prokurator da sankcję. 

-  Możemy  -  przyznał  Wróbel  -  ale  trzeba  zrobić  rewizję.  -  Może  mieć  pochowane 

rzeczy. Załatwimy nakaz rewizji i rano go odwiedzimy. Nie ucieknie. 

-  A  co  z  tym  drugim?  -  podporucznik  przypomniał  sobie  o  raporcie  dzielnicowego, 

który zwracał uwagę na mężczyznę chwalącego się, że zrobił ostatnio jakiś skok. 

- Tak samo. Załatwię, żeby go zatrzymała dzielnica i dostarczyła do nas. 

- Ty - zwrócił się do Pilarka - pójdziesz do nich i dopilnujesz, żeby wszystko było, jak 

należy. Karaluchem zajmiemy się sami. 

- Rewizję też zrobić? - pytał Pilarek. 

- Na razie nie - odparł porucznik. - Dostarczysz go tylko do komendy. Jeżeli Zosia go 

rozpozna, zrobimy rewizję. 

Jeszcze tego samego dnia porucznik uzgodnił akcję z naczelnikiem. Uzyskawszy jego 

aprobatę,  załatwił  formalności  z  prokuratorem  i  rano  miał  już  w  kieszeni  dokumenty 

potrzebne do rewizji i aresztowania Karalucha. 

Przed siódmą rano spotkał się w komendzie z podporucznikiem Mazurem. Mazur był 

wyspany, bo wieczór miał wolny. Zosia wprawdzie robiła jeszcze jedną rundę, tym razem po 

gdańskich kawiarniach, ale już bez podporucznika, tylko w towarzystwie funkcjonariuszki z 

sekcji do walki z nierządem. Porucznik polecił, żeby dziewczyna o godzinie dziesiątej stawiła 

się w komendzie. Spodziewał się, że będzie potrzebna do konfrontacji z zatrzymanymi. 

Motor  warszawy  pracował  na  małych  obrotach.  Kierowca  uprzejmie  otworzył 

drzwiczki i zapytał: 

- Dokąd? 

- Na Grabówek - krótko rzucił Wróbel, sadowiąc się obok. Mazur zajął miejsce z tyłu. 

Warszawa wyskoczyła na ulicę, aż rozpaćkany śnieg wyprysnął spod kół na wszystkie strony. 

Ruch o tej porze był jeszcze mały na gdyńskich ulicach. Dzień robił się szary i mglisty. Od 

pobliskiego  portu  doleciał  żałosny,  przeciągły  ryk  syreny  statku  wychodzącego  w  morze. 

Jakby w odpowiedzi zabrzmiały długie, jękliwe głosy syren fabrycznych. 

- Siódma - stwierdził Mazur. - Chyba jeszcze będzie w domu? 

-  Nie  martw  się,  Kaziu  -  zaśmiał  się  Wróbel.  -  Zobaczysz,  jeszcze  go  z  betów 

wyciągniemy. 

Wóz przeleciał ulicami śródmieścia, skręcił pod wiaduktem i pognał wąską szosą do 

dzielnicy  Grabówek.  Porucznik  podał  dokładny  adres,  a  kierowca  doskonale  znający 

wszystkie  zakamarki  miasta  skręcił  za  kompleksem  gmachów  Szkoły  Morskiej  w  jedną  z 

background image

bocznych uliczek. Od razu jakby się znaleźli w innym mieście. Zniknęły wysokie bloki, a ich 

miejsce zastąpiły nędzne wiejskie chałupy. Na pagórkowatym terenie samochód poruszał się 

z  trudnością,  pojękując  na  drugim  biegu.  Krzywe  płoty,  walące  się  szopki  i  komórki,  nie 

osłonięte śmietniki - wszystko to stwarzało obraz smutny, sprawiający wrażenie niechlujstwa 

i zaniedbania. 

- Mogliby to już porozwalać - zauważył Mazur. 

-  „Drewniana  Warszawa”  -  odpowiedział  porucznik.  -  To,  Kaziu,  było  jeszcze 

budowane  przed  wojną,  niby  tymczasowo.  Widzisz,  jakie  trwałe  są  rzeczy  robione 

„tymczasowo”? Stoją trzydzieści i czterdzieści lat! 

- No to czemu ich się nie zburzy! Przecież dziś to wstyd dla Gdyni. 

- Zburzą, zburzą - uspokajał go porucznik. - Tylko mieszkań ciągle brakuje. Co kogo 

stąd wyprowadzą do nowych bloków, to już mieszka inny, przybyły nie wiadomo skąd, zanim 

zdążą rozebrać chałupą. I co, wyrzucać ludzi? Czasu na to trzeba, czasu... 

Rozmowa przerwała się, bo kierowca wykonał karkołomny zakręt i zatrzymał wóz na 

skrzyżowaniu dwóch uliczek. 

- To tam, trzeci od rogu będzie numer osiem - wskazał głową ni to szopę, ni to barak. 

Był  starym  pracownikiem  milicji  i  wiedział,  że w  takich  wypadkach  nie  należy  podjeżdżać 

pod sam obiekt, który ich interesował. - Iść też? Będę potrzebny? - zapytał porucznika. 

-  Chodźcie  -  nakazał  Wróbel.  -  Diabli  wiedzą,  co  to  za  jeden.  Może  będzie  chciał 

prysnąć, przypilnujecie okna. 

Wyszli z samochodu i wolno ruszyli w stronę domku. Stał na dość stromo opadającym 

piaszczystym zboczu, podmyty wodą, która wiosną i jesienią ściekała tu jak górski strumyk. 

Był  przekrzywiony  niczym  chatka  czarownicy.  Zbudowano  go  z  małych  deseczek 

pochodzących ze skrzynek po owocach czy innych towarach. Duży polny kamień zastępował 

stopień. Malutkie okno było zasłonięte jakąś szmatą. Porucznik wskazał kierowcy głową, że 

ma  obejść  z  drugiej  strony  i  tam  czuwać,  a  sam  zapukał  do  drzwi.  Dość  długo  nikt  się  nie 

odzywał.  Mazur  już  zaczynał  niecierpliwie  się  kręcić,  gdy  wreszcie  po  mocniejszym 

uderzeniu w drzwi zaspany głos zapytał ze złością: 

- Czego tam, do cholery? 

- Otwórzcie - wesoło powiedział Wróbel - goście przyszli. 

- Co za diabli? Pospać człowiekowi nie dadzą. Kto jest? 

- Otwierać, milicja! - żartobliwy ton zniknął z głosu porucznika. 

Za  drzwiami  zapanowała  cisza  i  trwała  tak  długo,  że  Wróbel  już  uniósł  pięść,  aby 

zapukać ponownie. Ale nim to uczynił, zgrzytnął klucz w zamku, drzwi się uchyliły i ukazała 

background image

się  w  nich  rozkudłana  czarna  głowa  mężczyzny.  Był  boso,  w  długich  kalesonach  i  grubej 

flanelowej koszuli, która widocznie służyła mu za piżamę. 

-  Żarty  czy  co?  -  zapytał  ze  strachem.  -  O  co  chodzi?  Porucznik  pchnął  dość 

bezceremonialnie drzwi i dopiero kiedy przestąpił próg, pokazał legitymację. Ale gospodarz 

nawet nie spojrzał na nią, nie mógł mieć wątpliwości, co za goście go odwiedzili, Mazur był 

w mundurze. 

- O co chodzi, naczelniku? - Karaluch zwrócił się do Wróbla, który choć w cywilu od 

razu wydał mu się ważniejszy od podporucznika. - Jakaś pomyłka, czy co? 

- Zamknijcie drzwi - powiedział porucznik. - Zimno na dworze, przeziębicie się. 

Karaluch  zamknął  posłusznie,  ale  nie  ruszał  się  od  drzwi,  nie  prowadził  gości  z 

malutkiego,  ciemnego  przedsionka  dalej,  do  obszerniejszej  izby,  którą  stąd  było  widać. 

Przedsionek,  pełniący  także  rolę  kuchni,  na  co  wskazywał  żelazny  piecyk,  był  oddzielony 

wymiętą i brudną zasłoną od dalszej części mieszkania. Porucznik widział przez szparę stół 

zawalony  naczyniami,  żelazne  łóżko  z  ciemnymi  kocami  i  ścianę  wyklejoną  szarym 

papierem. Właśnie z łóżka rozległ się piskliwy kobiecy głos. 

- Co tam się stało, Maniek, kto przyszedł? 

- Gli... - zaczął Karaluch, ale zreflektował się i dokończył: - milicja. 

- Jezus Maria! - kobieta za tupotała nogami po podłodze i wyjrzała zza zasłony. Miała 

ogromną  szopę  rudych  włosów  skręconych  w  drobne  pierścienie,  duże,  podsinione  oczy  i 

blade  wargi,  które  teraz  dygotały  ze  strachu.  Porucznik  zauważył,  że  spała  w  swetrze 

narzuconym na koszulę. W mieszkaniu było zimno jak na dworze. 

- Trzeba się ubrać - powiedział do Karalucha. 

- Zabieracie mnie? - zapytał płaczliwie gospodarz. - Za co? 

Weszli  do  wnętrza  mieszkania  i  teraz  stali  wszyscy  wokół  stołu.  Panował  tu 

nieporządek,  resztki,  wczorajszej  kolacji  mieszały  się  z  częściami  kobiecej  garderoby. 

Współlokatorka  Karalucha  naciągnęła  na  siebie  płaszcz  i  nic  nie  mówiąc  stała  na  środku 

patrząc szeroko otwartymi ze strachu oczami to na przybyszy, to na swego mężczyznę. 

Porucznik  poczuł  się  trochę  niewyraźnie.  Było  coś  w  zachowaniu  tych  ludzi,  co 

wywoływało w nim jakby współczucie. Może dlatego, że nie byli krzykliwi, zaczepni jak inni 

przestępcy,  których  zatrzymywał?  Wyczuwał  u  nich  lęk,  ale  i  zaskoczenie,  zdziwienie  z 

powodu tej wizyty. 

background image

- Pojedziemy do komendy - powiedział - tam się wszystko wyjaśni. 

-  Ale  co  się  stało?  Niech  pan  powie,  o  co  jesteśmy  oskarżeni?  -  zapytała  kobieta  i 

zauważył, że w jej oczach pojawiają się łzy. 

-  Pani  o  nic  -  odparł  krótko.  Nie  chciał  się  tutaj  wdawać  w  żadne  rozmowy.  Z 

doświadczenia wiedział, że w takiej atmosferze trudniej jest wydobyć zeznania. W komendzie 

podejrzani stawali się mniej pewni siebie, łatwiej przyznawali się do winy. - A co do was, to 

się okaże. Proszę się ubrać. 

Karaluch  już  o  nic  nie  wypytywał,  tylko  wciągnął  spodnie,  wełniane  skarpetki, 

przyczesał  czuprynę  i  nie  myjąc  się  włożył  marynarkę.  Kobieta  podsunęła  mu  zniszczone, 

zabłocone półbuty i sięgnęła po szalik. 

- Weź, bo się przeziębisz - powiedziała troskliwie i zaraz zwróciła się trochę nieśmiało 

do porucznika: - Długo go tam zatrzymacie? On naprawdę nic nie zrobił... Ja wiem najlepiej... 

- Jeżeli tak jest, to bardzo prędko wróci - uspokoił ją Wróbel. Żal mu było tej kobiety, 

która  nie  krzyczała,  nie  awanturowała  się,  nie  miotała  przekleństwami  jak  inne  „żony”  czy 

„narzeczone” mężczyzn aresztowanych przez niego w podobnych warunkach. Nie pasowało 

mu to wszystko do obrazu tego, kogo poszukiwał, ale nie chciał ulegać sugestiom. Wiedział, 

że  subiektywne  wrażenia  często  bywają  zawodne.  Niejeden  przestępca  nie  mówił  o  swoich 

wyczynach  w  domu  i  bywało,  że  dopiero  na  rozprawie  kobieta  dowiadywała  się,  za  co 

odpowiada bliski jej człowiek. 

Gdy Karaluch był już gotów do wyjścia, porucznik powiedział: 

- Musimy jeszcze przeszukać mieszkanie. 

- Co? Niczego nie ukradłem, nic tu nie ma! - żachnął się zatrzymany. 

- Okaże się - przerwał mu Wróbel i wyciągnął kartkę papieru. - Proszę, tu jest nakaz 

rewizji. Pani będzie świadkiem. 

Kobieta  cofnęła  się  aż  pod  okno  i  oparła  dłonie  na  poręczy  krzesła.  Usta  miała 

zaciśnięte, patrzyła na Karalucha jakoś groźnie. 

- Proszę - powiedziała do milicjantów - Niech panowie robią, co chcą. A ty - zwróciła 

się  do  Karalucha  -  uważaj!  Jeżeli  się  okaże,  że  zrobiłeś  coś  takiego,  że  cię  posadzą,  to  nie 

zobaczysz mnie więcej... 

-  Władzia,  jak  Boga  kocham...  -  zaczął  Karaluch  niemal  z  płaczem.  -  Nic  nie 

zrobiłem... Zobaczysz, przekonasz się! Nic nie znajdą! Szukajcie - nagle wpadł we wściekłość 

- szukajcie i pytajcie, o co chcecie. Niech prawda wyjdzie na wierzch! 

Wróbel był coraz bardziej zdziwiony. Domyślił się, że ta kobieta ma wielki wpływ na 

Karalucha.  Widać  było,  jak  mu  na  niej  zależy  i  jak  bardzo  chce  w  jej  oczach  okazać  się 

background image

niewinnym. Porucznikowi zrobiło to niewytłumaczoną przyjemność. Poczuł sympatię do tej 

niezbyt pięknej kobiety, która jednak wyraźnie miała charakter i potrafiła trzymać w ryzach 

swego mężczyznę. 

Razem z Mazurem zaczęli przetrząsać nędzne pomieszczenie. Nie mieli wiele z tym 

roboty.  W  mieszkaniu  nie  było  porządnej  szafy,  ubrania  wisiały  na  gwoździach  wbitych  w 

ścianę.  Nieco  sprzętów  domowych  stało  w  przedpokoju  obok  piecyka.  Tam  też  był  stary 

kredens. 

Kobieta  jakby  się  wstydząc  tego  mieszkania,  jego  wyglądu  i  własnego  ubóstwa, 

powiedziała: 

-  Brzydko  tu  u  nas,  ale  nic  nie  robimy,  nie  meblujemy,  bo  mam  dostać  mieszkanie. 

Obiecali w radzie zakładowej... 

- Pani pracuje? - Mazur był zaskoczony. 

-  A  co,  z  manny  niebieskiej  mam  żyć?  -  odparła.  -  Sprzątam  w  Zarządzie  Portu. 

Szkoły nie mam, to nie mogą mi dać innej pracy... Ale jemu też tam chcą dać zajęcie. Ma iść 

od pierwszego. Na razie jest w rezerwie portowej. Idzie czasem na parę dni, jak ruch statków 

większy. Od pierwszego chcą go wziąć na stałe. Ale teraz... 

- Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze - pocieszył porucznik. 

- Tak pan mówi?  -  niemal  się ucieszyła.  -  A czemu  go zabieracie? Co zrobił? Niech 

pan mi powie, muszę wiedzieć, bo jak coś, to nie będę z nim żyła. Obiecał mi, że... 

- Daj spokój, Władzia, sama się przekonasz - przerwał jej Karaluch. 

Porucznik kończył przegląd mieszkania. Już myślał, że niczego nie znajdzie, kiedy w 

ciemnym  kącie  za  kredensem  dojrzał  stojącą  na  podłodze  torbę  turystyczną.  Pasek  miała 

zapięty, ale widać było, że coś w niej jest, bo stała sztywno, wypchana dość mocno. Sięgnął 

po nią i wyciągnął na światło dzienne. 

- A to co? - zapytał unosząc zdobycz do góry. 

- Torba - odpowiedział Karaluch. 

-  Widzę  -  zniecierpliwił  się  Wróbel  -  ale  czyja?  Karaluch  spojrzał  niepewnie  na 

kobietę, opuścił wzrok i szybko wyjaśnił: 

- Moja. 

- Maniek! - krzyknęła kobieta. - Skąd to masz? Czyje to? Skąd przyniosłeś? - ruszyła 

w stronę mężczyzny, jakby chciała go zaatakować. Ale on cofnął się za porucznika i mówił 

prędko: 

- Władzia, uspokój się, to nie kradzione, jak Boga kocham, mówię ci... Władzia... 

background image

- Chodźmy - porucznik chciał przerwać tę scenę. Było mu coraz bardziej żal kobiety, 

która  teraz  rozpłakała  się  żałośnie.  Pomyślał,  że  jeśli  Karaluch  jest  sprawcą  napadu,  to 

spotkała ją wielka, niezasłużona krzywda. 

Zabrał  torbę  z  sobą  i  razem  z  Mazurem  wyprowadzili  mężczyznę  do  samochodu. 

Zanim wsiedli, zwrócił się jeszcze do zatrzymanego: 

- Mam nadzieję, że nie będziecie robili kawałów, bo jak coś to założymy kajdanki. 

-  Nie,  panie  naczelniku,  tylko  nie  kajdanki  -  zaszeptał  ze  strachem  Karaluch.  -  Nie 

zwieję, jestem niewinny, pan się przekona... 

Wróbel dojrzał, że kobieta wyszła przed dom i patrzy za nimi. Skinął głową i wszyscy 

wsiedli do samochodu. 

 

 

Karaluch siedział na krześle przed biurkiem. Porucznik przesłuchiwał go w obecności 

Mazura i protokolanta. 

Mężczyzna był mizerny, miał mocno podkrążone oczy, palił nerwowo ekstramocnego 

podsuniętego  mu  przez  Wróbla.  Był  wyraźnie  przestraszony,  i  porucznik,  patrząc  na  jego 

rozbiegane oczy, czarną czuprynę, nieco przyczajoną sylwetkę pomyślał, że pseudonim, jaki 

mu nadali koledzy, jest wyjątkowo trafny. 

- Imię i nazwisko? Data urodzenia? Podajcie to wszystko do protokołu - zażądał. 

-  Marian  Karaś  -  posłusznie  odparł  zatrzymany.  -  Urodzony  dwudziestego  drugiego 

marca w trzydziestym drugim roku. 

- Karany? 

Mężczyzna opuścił oczy. Chwilę milczał miętosząc w palcach papierosa. 

- No, karany czy nie? - popędzał go Wróbel. 

-  Tak,  panie  naczelniku.  Raz  za  niezapłacenie  rachunku  w  restauracji.  Ale  to  było 

dawno, pięć lat temu i nie tu na Wybrzeżu. Człowiek był  głupi, chciał wypić z kolegami, a 

forsy  nie  było...  Dostałem  pół  roku...  -  zalał  porucznika  potokiem  słów,  chcąc  się 

usprawiedliwić. Widać było, że się wstydzi tej kary. 

- To jesteście niedawno na Wybrzeżu? - podchwycił Mazur. 

- No tak, dopiero trzeci rok - wyjaśnił, z ulgą przyjmując zmianę tematu. - Pochodzę z 

Warszawskiego. Tu byłem w wojsku, potem wróciłem w swoje strony, ale jakoś tak ciągnęło 

w świat. No więc przyjechałem znów tutaj, myślałem iść do jakiejś roboty... 

- I nie zabraliście się do żadnej pracy? 

background image

-  No,  różnie  bywało.  Trochę  pracowałem.  Raz  w  stoczni,  raz  w  jednej  spółdzielni, 

potem u budowlanych... Ostatnio chcę iść do portu... 

- Czemu nigdzie nie zagrzewacie długo miejsca? 

-  A  bo  robota  taka  nie  najlepsza...  Za  fizycznego  zawsze  byłem...  Trzeba  by  szkoły 

skończyć,  a  ja  mam  tylko  cztery  klasy  i  trochę  za  stary  jestem  na  kursy...  W  porcie  będzie 

inaczej, robota dobra, zarobić można, Władzia mówi... 

- Ona pracuje i utrzymuje was - raczej stwierdził niż zapytał Wróbel. 

-  Co  pan  naczelnik?  -  obraził  się  Karaluch.  -  Jak  mam  forsę,  to  jej  wszystko  daję. 

Jesteśmy  już  drugi  rok  ze  sobą.  To  porządna  kobieta.  Mamy  brać  ślub,  jak  robotę  dostanę. 

Wcześniej ona się nie chce zgodzić. 

- Ma rację, co, będzie was całe życie utrzymywała? - zauważył porucznik. 

Karaluch  opuścił  głowę  i  nie  odpowiadał.  Wróbel  przyglądał  mu  się  uważnie  przez 

dłuższy czas, wreszcie zapytał wolno: 

- Powiedzcie, Karaś,  coście robili dwunastego stycznia. Przez cały dzień, od samego 

rana. 

- Dwunastego? - Karaś podniósł głowę i zmarszczył brwi z wysiłkiem. - Co to był za 

dzień? 

- Środa w zeszłym tygodniu. 

-  Środa,  środa  -  zastanawiał  się  Karaluch.  -  A  czy  ja  wiem?  Panie  naczelniku,  skąd 

człowiek może pamiętać? 

- Przypomnijcie sobie, to dla was bardzo ważne. 

-  Chyba  przed  południem  byłem  w  domu  -  z  namysłem  mówił  Karaluch.  -  Tak,  na 

pewno. We wtorek wezwali na noc rezerwę portową, byłem przy rozładunku tego norwega. 

No to rano poszłem spać. Spałem, aż Władka przyszła z roboty. A potem... 

- A kiedy  byliście  w knajpie z tą torbą?  -  porucznik  wskazał  torbę stojącą na biurku 

obok niego. 

- Panie naczelniku... 

- Odpowiedzcie. 

- No byłem. W piątek albo nie, chyba w sobotę... Chciałem...” 

- Wiem, chcieliście sprzedać torbę i te rzeczy, które w niej są, tak? 

- Tak. 

- Skąd to macie? 

- To nie moje, panie naczelniku. 

- Mówiliście w domu, że wasze... 

background image

- Bo moje, ale właściwie to nie... 

- Więc jak: wasze czy nie wasze? Mówcie prawdę, bo to poważna sprawa. 

-  Powiem.  Panu  powiem  prawdę.  Władzi  nie  mogłem,  boby  się  złościła.  Kupiłem  to 

od matrosa. Właśnie wtedy, we wtorek w nocy na tym norweskim statku. Pan wie, oni lubią 

wypić,  a  dolarów  nie  chcą  u  nas  wymieniać.  To  mi  jeden  z  nich  pokazał  tę  torbę  i  dwie 

koszule  non  iron  i  jeszcze  parę  ciuchów,  krawaty,  skarpetki.  Chciał  pięć  stów.  Dałem  mu 

dwie i pół. Jeszcze setkę musiałem pożyczyć od kolegi, bo nie miałem tyle. Jak Boga kocham, 

to prawda... 

- Czemu nie powiedzieliście tego w domu? 

-  Bo  Władzia,  pan  wie...  ona  by  się  złościła,  że  handluję.  I  teraz  będzie  piekło,  jak 

mnie za to zamkniecie. 

- Sami wiecie, że taki handel jest niedozwolony. 

- Wiem, panie naczelniku, ale taka okazja...  I  ten Norweg tak prosił. Koledzy by  się 

śmiali,  jakbym  tego  nie  kupił.  Przecież  za  każdą  koszulę  mogę  dostać  dwie  setki,  zarobić 

można, a komu nie potrzeba forsy?... 

Karaluch denerwował się, mówił bezładnie, zaciskał kurczowo palce. 

A porucznik patrzył na niego i zastanawiał się, ile w jego zachowaniu jest krętactwa i 

zakłamania, a ile szczerego zmartwienia i zwykłego strachu. 

- W jaki sposób udowodnicie mi, że to jest prawda? - zapytał wreszcie. 

- No przecież sam się przyznałem. 

- Podobna torba, też z koszulami, krawatami i jeszcze dwie walizki z innymi rzeczami 

zostały zrabowane w środę ubiegłego tygodnia z mieszkania w Gdyni przy ulicy Władysława 

IV. 

- Co, co? - Karaluch aż podniósł się z krzesła i szeroko otworzył oczy. - Niemożliwe, 

panie naczelniku, co pan mówi? Sam ją kupiłem od Norwega... Jak Boga... O rany! - krzyknął 

nagle.  - To on może obrobił tych ludzi,  a potem  mnie sprzedał? Jakże to? Nie, niemożliwe, 

oni tego dnia przyszli do Gdyni z Rio... 

Wróbel  obserwował  mówiącego  i  coraz  bardziej  wątpił,  czy  Karaluch  jest  tym, 

którego poszukiwał. 

- Więc twierdzicie, że to nie wy byliście w środę na ulicy Władysława IV? 

- Panie naczelniku! - Karaluch dopiero teraz pojął, że to jego oskarża się o tę kradzież. 

- Jak żyję nikogo nie obrobiłem... 

- Przekonamy się, Karaś, przekonamy się  - wtrącił Mazur, który bardziej niż Wróbel 

nie dowierzał zatrzymanemu. A porucznik rzucił znienacka: 

background image

- Znacie Zofię Kurek? 

background image

- Jaką Kurek? W co mnie chcecie wrobić? 

- Dobrze, Karaś - oznajmił Wróbel. - Zaraz wszystko sprawdzimy. 

Zadzwonił po milicjanta i kazał wyprowadzić Karasia z pokoju. 

- No i co, szefie - niecierpliwie zapytał Mazur. - On czy nie on? 

-  A  co,  myślisz,  że  jestem  jasnowidzem?  -  rozzłościł  się  porucznik.  -  Zobacz  lepiej, 

czy wszystko przygotowane do konfrontacji. Zosia przyszła? 

- Już sprawdzam, szefie - Mazur zerwał się z miejsca i pośpiesznie opuścił pokój. 

Wróbel  zapalił  papierosa,  stanął  przy  oknie  i  zapatrzył  się  na  ścianę  budynku  po 

przeciwnej  stronie  i  na  niebo,  które  było  teraz  jasne,  niemal  bez  chmur,  choć  ranek 

zapowiadał,  że  dzień  będzie  wilgotny.  Pomyślał,  że  jeśli  Karaluch  mówi  prawdę,  to  znów 

stanie w punkcie wyjściowym. A z drugiej strony odczul jakby ulgę, przypomniawszy sobie 

kobietę żegnającą ich, gdy zabierali zatrzymanego. Darzył sympatią tę rudowłosą sprzątaczkę, 

tak energicznie walczącą o spokój w swoim życiu. Za handel  z obcym  marynarzem  groziła 

Karaluchowi  najwyżej  kara  pieniężna.  Dostanie  nauczkę  -  pomyślał  i  uśmiechnął  się  do 

siebie. Życzył Władzi, aby jej Karaś tylko to miał na sumieniu. 

 

 

- Jest już ta mała, szefie - głos Mazura wyrwał go z zamyślenia. 

- A tamci gotowi? - zapytał odwracając się od okna. 

- Gotowi, czekają. 

- W porządku - Wróbel podszedł do biurka. - Wprowadź ją. 

Zosia  weszła  jak  zwykle  nieco  nieśmiało,  ale  strzelając  oczkami.  Porucznik  z 

niechęcią  zauważył,  że  dziewczyna  podmalowała  sobie  twarz,  pociągnęła  szminką  wargi  i 

grubo zarysowała brwi ołówkiem. 

- Jak wypadła wczorajsza wycieczka po kawiarniach? - zapytał, choć wiedział już, bo 

Ela złożyła raport. 

-  Nie  zauważyłam  nikogo  podobnego  do  tych  dwóch  -  odparła  Zosia.  -  Byliśmy  w 

pięciu kawiarniach. 

-  Mam  nadzieję,  że  jesteś  zadowolona  z  takich  wypraw?  -  dość  złośliwie  zauważył 

Wróbel.  Sam  nie  wiedział,  dlaczego  odczuwał  chęć  dokuczenia  dziewczynie,  która  dziś 

wyjątkowo wydawała mu się nieznośna, choć zachowywała się tak jak zwykle. 

Zosia, nieświadoma jego nastroju, odpowiedziała: 

background image

- Nie, nie bardzo... Jak był pan porucznik, to było lepiej... - Nagle zaczerwieniła się po 

uszy. 

Wróbel  rzucił  okiem  na  Mazura,  dojrzał,  że  i  ten  się  czerwieni.  Uśmiechnął  się 

nieznacznie i rzucił kąśliwie: 

- Nie wiedziałem, że porucznik tak ci wpadł w oko... 

- Szefie - jęknął Mazur, ale Wróbel już zmienił temat: 

- Posłuchaj - zwrócił się do Zosi poważnie. - Za chwilę pokażemy ci paru mężczyzn. 

Musisz się bardzo dokładnie przyjrzeć. 

- Myśli pan, że oni są wśród nich? - zaciekawiła się Zosia. 

- Nic nie myślę, wszystko się zaraz okaże - szorstko odparł porucznik. - Chcę ci tylko 

zwrócić uwagę, żebyś im się bardzo uważnie przyglądała. Ci, którzy dokonali napadu, mogą 

dziś wyglądać trochę inaczej niż wtedy. Mogą mieć zarost, mogli zmienić uczesanie, inaczej 

się ubrać, rozumiesz, o co chodzi? 

- Tak, tak, rozumiem - zapewniła skwapliwie Zosia. - Ale ja ich i tak poznam, panie 

poruczniku. Poznam od razu. 

- To dobrze, idziemy. 

Przepuścił dziewczynę przodem i wszyscy poszli korytarzem do sali znajdującej się w 

pobliżu.  Ujrzeli  tam  grupę  mężczyzn  stojących  rzędem  pod  ścianą.  Byli  ustawieni  tak,  że 

światło  z  okien  padało  wprost  na  ich  twarze.  Plutonowy  z  paskiem  pod  brodą  pilnował  ich 

stojąc nieco z boku. 

Było ich czterech. Żaden nie był podobny do drugiego. Różnili się nie tylko wyglądem 

zewnętrznym, ale także sylwetkami. Wszyscy tylko mieli ponure miny i wilkiem, w milczeniu 

patrzyli na wchodzących. 

Porucznik wziął Zosię za łokieć i wolno zbliżył się z nią do stojących mężczyzn. 

Dziewczyna,  pozostawiona  sama  sobie,  zawahała  się,  widać  było,  że  czuje  się 

niepewnie  pod  obstrzałem  czterech  par  męskich  oczu.  Dość  szybko  jednak  się  opanowała  i 

poczęła 

iść 

wol-

background image

no  przed  tym  szeregiem.  Zaglądała  w  twarze,  niektórym  przyglądała  się  długo  i 

natarczywie, ale w końcu przechodziła do następnego. 

Był w tej grupie dość wysoki szczupły blondyn o jasnych oczach i lekko pochylonej 

głowie. Stał na końcu szeregu. Zosia kiedy podeszła do niego, zatrzymała się. Musiała nieco 

unieść  głowę,  aby  mu  się  dobrze  przyjrzeć.  Porucznik  zauważył,  że  dziewczyna  otworzyła 

usta,  jakby  chciała  coś  powiedzieć,  ale  się  powstrzymała.  Blondyn  świdrował  ją  wzrokiem. 

Coś, jakby nieuchwytny kontakt, nawiązało się między tą parą. 

- No co? - nie wytrzymał porucznik. - Znasz któregoś z nich? 

-  Eeee  -  Zosia  jeszcze  przez  moment  się  wahała,  ale  wreszcie  wskazała  palcem  na 

blondyna. - Tego chyba znam. 

- Skąd, gdzie się poznaliście? 

- Ona bredzi, panie władzo! - zaprotestował blondyn. 

- Nie, teraz wiem na pewno. Byłam kiedyś z Franią w „Okrąglaku” i on siedział przy 

sąsiednim stoliku. Trochę się do nas dowalał... 

- Nie wiedziałem, że pracujesz w milicji - ponuro zauważył blondyn. 

-  Dobrze,  odprowadzić  zatrzymanych  -  rozkazał  milicjantowi  Wróbel.  -  A  my 

chodźmy na chwilę tu - poprowadził do sąsiedniego pokoju, stanowiącego jakby poczekalnię 

przed salką konferencyjną. 

- No więc jak? - niecierpliwie natarł na Zosię Mazur. - To był ten czy nie ten? 

- No ten - pogodnie odparła dziewczyna - to znaczy ten z kawiarni... 

- Eeech - Wróbel z trudem pohamował przekleństwo cisnące mu się na usta. - Przecież 

pytamy eię o napad, a nie o randki w kawiarni. 

- Nie, w napadzie on nie brał udziału. 

- Na pewno? 

- Na pewno, panie poruczniku. Tamten był nawet trochę podobny, ale to nie on... 

Zaprezentowany  przed  chwilą  Zosi  blondyn  był  tym,  który  według  informacji 

dzielnicowego  chwalił  się,  że  niedawno  dokonał  jakiegoś  włamania  czy  kradzieży. 

Oficerowie  nie  mówili  tego  Zosi,  spojrzeli  tylko  na  siebie  porozumiewawczo.  Powiedzieli 

sobie wzrokiem, że ta możliwość odpada. Ale nie był to koniec konfrontacji. W tym  czasie 

milicjant  wprowadził  drugą  grupę  mężczyzn  i  ustawił  tak  jak  poprzednio.  Wśród  nich, 

skulony i mocno wystraszony, stał Karaluch. Porucznik, dojrzawszy przez uchylone drzwi, że 

wszystko już gotowe, poprowadził znów Zosię, tak jak poprzednio, przed front mężczyzn. 

Dziewczyna  tym  razem  poruszała  się  pewniej  i  nieco  szybciej,  jakby  już  nabrała 

wprawy i wyzbyła się całkowicie tremy. Wróbel i Mazur uważnie obserwowali jej twarz, ale 

background image

nie  dostrzegli  żadnego  drgnienia  powiek,  żadnego  ruchu,  który  -  by  świadczył,  że  zna 

któregoś  ze  stojących.  Przed  Karaluchem  przesunęła  się  szybko  i  obojętnie,  nawet  nie 

zatrzymując na nim wzroku. 

- Nie - powiedziała, gdy już dokonała przeglądu - tu też nie ma żadnego z tamtych. 

Wróbel dostrzegł, jak Karaluch nieco się wyprostował i odetchnął z ulgą. Mimo woli 

uśmiechnął  się  do  niego  lekko.  Zaraz  też  polecił  wyprowadzić  mężczyzn,  a  z  Zosią  i 

Mazurem powrócił do swego pokoju. Dla pewności pokazał jej jeszcze torbę, ale dziewczyna 

stanowczo oświadczyła, że to nie ta, którą zrabowano u Walatków. 

Po sporządzeniu protokołu o konfrontacji i oględzinach torby zwolnił Zosię. 

- No i co, klops? - zagadnął Mazur, kiedy zostali sami. 

- Ano, jak widzisz - odpowiedział porucznik. 

- Co teraz? 

- Porządkujemy materiały. Za pół godziny narada u starego. 

- Ja też mam być? 

-  Też.  Naczelnik,  ty  i  ja.  Będziemy  pewnie  podsumowywać  tę  sprawę  -  a  po  chwili 

dorzucił  niespodziewanie:  -  Właściwie  to  cieszę  się,  że  ten  Karaluch  jest  niewinny.  Żal  mi 

było tej kobiety. 

- Ale sprawy to nam nie ułatwiło - zauważył Mazur. Dołączyli ostatnie dokumenty do 

dość już grubej teczki i wkrótce poszli do naczelnika, z którym razem mieli się zameldować u 

zastępcy 

komendanta.

background image

 

 

Major  powitał  wchodzących  i  od  razu  zaprosił  wszystkich  do  stolika,  przy  którym 

zawsze  odbywały  się  takie  małe  narady.  Zanim  poprosił  ich  o  zreferowanie  sprawy, 

poinformował: 

- Jest pułkownik, zaraz przyjdzie, kończy rozmowę z komendantem. 

Na  wiadomość,  że  przybył  naczelnik  Wydziału  Kryminalnego  Komendy 

Wojewódzkiej, Mazur zakręcił się niespokojnie, a Wróbel zrobił zdziwioną minę. 

- Dla takiej sprawy fatygował się tu? 

-  Nie  -  wyjaśnił  zastępca  -  nie  bądź  zarozumiały.  Rzecz  nie  jest  aż  tak  ważna. 

Załatwiał tu jakieś inne sprawy służbowe, a ponieważ zna tę historię, więc chce wziąć udział 

w naszej naradzie. 

Otwarły  się  drzwi  i  do  gabinetu  wszedł  niski,  uśmiechnięty  mężczyzna  z  cienkim 

wąsikiem i żywo błyskającymi oczami. Wszyscy na jego widok podnieśli się z miejsc, a on 

szybko się przywitał, siadł i oznajmił: 

- Mówcie, ja sobie posłucham. 

- No więc kto będzie referował? - zapytał zastępca. - Naczelnik czy ty? - zwrócił oczy 

na Wróbla. 

Porucznik spojrzał na swego przełożonego, ale ten zaproponował: 

-  Niech  on  mówi,  zna  sprawę  lepiej  niż  ja,  powtarzałbym  tylko  to,  co  wiem  z  jego 

raportów. 

- Dobrze, dobrze, zaczynajcie - popędzał pułkownik. 

- Początku sprawy nie trzeba chyba referować, wszyscy ją znamy, czy może? 

Pułkownik pokiwał głową, że też jest zorientowany. 

- Mów, jaki jest stan obecny - zażądał zastępca. 

-  Właściwie  -  zaczął  niezbyt  pewnie  porucznik  -  niewiele  posunęliśmy  się  naprzód. 

Dotychczas... 

-  Mów  kolejno  -  przerwał  mu  zastępca.  -  Jak  realizowałeś  założenia  poszczególnych 

wersji włamania i co to dało. 

-  Wersja  pierwsza  -  zaczął  Wróbel  -  która  zakładała,  że  Zosia  jest  winna  albo 

współwinna, moim zdaniem, jest teraz mało prawdopodobna. Aczkolwiek nie można jej nadal 

całkowicie  wykluczyć,  to  jednak  myślę,  że  brak  jest  jakichś  konkretnych  dowodów  na 

poparcie tej tezy. 

background image

- Dowody, dawajcie fakty - wtrącił pułkownik. 

-  Przesłuchaliśmy  ją  dokładnie,  rozmawialiśmy  o  niej  z  jej  matką  i  z  Walatkową. 

Ustaliliśmy  też  jej  kontakty.  Wszystko  to  początkowo  było  dość  ciekawe,  a  potem  się 

okazywało,  że  nie  wiąże  się  ze  sprawą.  Zosia  przyjmowała  w  domu  Walatków  swoje 

towarzystwo  podczas  nieobecności  gospodarzy.  Bywał  tam  chłopak,  którego  rozpoznaliśmy 

jako jej sympatię. Jest to uczeń technikum gastronomicznego, ma alibi na dzień napadu, po 

prostu był wtedy na lekcjach. Koleżanka także jest bez zarzutu. 

W domu u matki ma kontakty z Franią i jej nielegalnym mężem, niejakim Kubikiem. 

Oboje są u nas notowani, ale z tą sprawą nie mają nic wspólnego. 

Nie  znaleźliśmy  punktu  zaczepienia,  który  by  pozwolił  potwierdzić  wersję  o 

współudziale Zosi w tym napadzie. 

- Jak wersja druga? - pytał zastępca. 

-  Tu  najmniej  było  materiałów  na  dowód,  że  napadu  dokonał  ktoś  z  otoczenia 

Walatka.  Bardzo  dokładnie  zbadaliśmy  uczniów  szkoły,  w  której  on  wykłada. 

Interesowaliśmy  się  także  tymi  z  Zakładu  Poprawczego,  którzy  pracują  w  jego  wydziale. 

Wreszcie  dość  skrupulatnie  przejrzeliśmy  sam  wydział.  Nie  znaleźliśmy  żadnego  punktu 

zaczepienia. Ta wersja jest chyba najmniej prawdopodobna. 

Co do trzeciej - kontynuował Wróbel - czyli tej, że napadu dokonał ktoś spoza terenu 

Gdyni, to ja mam niewiele na ten temat do powiedzenia. Mieliśmy parę meldunków z Sopotu 

i  z  Gdańska,  że  spotkano  podobnych  osobników,  ale  wszyscy  mieli  alibi.  Pokazaliśmy  też 

Zosi albumy ze zdjęciami, nie rozpoznała nikogo. Był wywiadowca w Kartuzach, w kawiarni 

„Rybka”,  w  której  jeden  z  przestępców  umawiał  się  z  Zosią.  Siedział  tam  trzy  dni.  Nikogo 

sam  nie  rozpoznał  i  nie  trafił  na  ślad  podobnego  do  sprawców.  Reszta  to  chyba  sprawa 

Komendy Wojewódzkiej, może gdzieś jeszcze pokażą się rzeczy z tej kradzieży, w komisie 

czy na bazarze albo może ktoś trafi na ślad według rysopisów. 

background image

-  Dobrze  -  wtrącił  znów  pułkownik.  -  Co  z  następną  wersją?  Tą  dotyczącą  waszego 

terenu? 

- Tu mieliśmy stosunkowo najwięcej  materiału  - odparł Wróbel.  -  Przede wszystkim 

świadek  razem  z  naszymi  funkcjonariuszami  spenetrował  lokale  rozrywkowe.  Nie 

natrafiliśmy  tam  na  ślad.  Ale  nasi  ludzie  wykryli  dwóch  osobników,  którzy  wydawali  się 

podejrzani.  Właśnie  pół  godziny  temu  robiliśmy  konfrontację.  Niestety,  świadek  nie 

rozpoznał ani w jednym, ani w drugim wypadku przestępcy. 

W  czasie  kiedy  porucznik  referował  sprawę,  pułkownik  przeglądał  akta,  niektóre 

przerzucając tylko pobieżnie, inne czytając bardzo uważnie. 

Były  tam  notatki  służbowe  i  liczne  protokoły.  Cały  obraz  śledztwa,  począwszy  od 

sprawdzenia przechowalni bagażu na dworcu, poprzez telefonogramy, sprawozdania z wizyt 

w lokalach, zeznania świadków, aż po dzisiejszą konfrontację, znajdował się w tej teczce. 

Kiedy  Wróbel  skończył,  pułkownik  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  zastępcę.  A  ten 

powiedział: 

- Czyli, krótko mówiąc, dziś jesteś w tym samym miejscu, co w dniu przestępstwa? 

Wróbla  zabolało  trochę  to  pytanie.  Odczuł  je  jako  naganę,  ale  pułkownik  przyszedł 

mu z pomocą: 

-  Nikt  nie  może  do  porucznika  mieć  o  to  pretensji  -  odezwał  się.  -  Z  akt  widzę,  że 

sprawa jest prowadzona czysto, starannie i bardzo dokładnie. Błąd musi tkwić gdzie indziej. 

- Może błędu wcale nie ma? - wtrącił naczelnik. - Tylko po prostu nie mamy żadnego 

śladu, bo go nie zostawili? 

-  Nie,  śladów  trochę  jest  -  zaprotestował  porucznik.  -  Rysopisy,  opis  rzeczy 

skradzionych, mamy świadka. Tylko przestępcy mogli przelecieć przez nasz teren jak meteor, 

potem zapadli gdzieś w swoją dziurę, przyczaili się i teraz ich nie widać. 

-  Nie  wierzcie  w  to  -  powiedział  pułkownik.  -  Przecież  ten  rabunek  musiał  być 

zaplanowany. A jak się planowało taki skok, to trzeba było robić rozpoznanie, oni musieli tu 

bywać więcej razy przed rabunkiem, jeśli nie pochodzą z Gdyni. Ktoś ich musiał widzieć w 

kolejce, na dworcu, w taksówce, w kawiarni. Trzeba jeszcze dokładniej poszukać. 

-  Tak  -  zgodził  się  Wróbel.  -  Taka  robota  mogła  być  zrobiona  przez  tego,  kto  znał 

miejsce  napadu  osobiście  albo  z  opowiadania.  Czyli  że  mógł  ktoś  przestępcom  nadać  ten 

napad. Kto? 

- O, właśnie - pułkownik pochylił się w stronę porucznika. - Nadać robotę mógł ktoś z 

bardzo bliskiego otoczenia Walatków. 

- Ta dziewczyna? - zastanowił się naczelnik. 

background image

-  Od  początku  miałem  do  niej  najmniej  zaufania  -  powiedział  Wróbel  -  ale  teraz  to 

wygląda trochę inaczej. Zbadaliśmy ranę, z orzeczenia nie wynika, że zadała ją sobie sama. 

- Ale też lekarz nie wyklucza takiej ewentualności - zauważył pułkownik. 

- Tak, ale całe jej otoczenie jest dość czyste, przynajmniej w tej sprawie  - upierał się 

Wróbel. - A poza tym ona nam bardzo chętnie pomaga. Wygląda na to, że naprawdę chce ich 

odnaleźć. 

- Uważajcie, to może właśnie was zmylić - ostrzegł pułkownik. - Może dlatego tak się 

zachowuje, żeby odwrócić od siebie podejrzenie. 

- Jest chyba za młoda na takie sztuczki - zauważył Mazur. 

-  O,  to  bardzo  niepewne  stwierdzenie!  Myślę,  że  ciągle  jeszcze  nie  doceniamy 

możliwości  takich  właśnie  młodych  ludzi  zamieszanych  w  przestępstwa.  Czasem  uwierzyć 

trudno,  na  jakie  wpadają  pomysły  i  jak  potrafią  zagmatwać  sprawę.  Pamiętajcie,  że  to 

najpilniejsi czytelnicy literatury kryminalnej. 

-  Tak,  to  racja  -  przyznał  naczelnik.  -  Czasem  starzy  przestępcy  nie  wykazują  tyle 

sprytu co młodzi albo w ogóle młodociani. 

-  Zgoda  -  zastępca  mówił  teraz,  jakby  wydawał  dyspozycje.  -  Wobec  tego  trzeba 

jeszcze dokładniej przyjrzeć się tej dziewczynie, jej najbliższym koleżankom i kolegom... 

-  I  całemu  środowisku,  w  którym  się  obraca  -  uzupełnił  pułkownik.  -  Jestem  jakoś 

dziwnie przekonany, że tam właśnie powinniście dobrze poszukać, a znajdziecie. Tę Franię i 

jej amanta, tego chłopaka ze szkoły hotelarskiej czy gastronomicznej, nawet koleżankę Stefkę 

trzeba bliżej zbadać. Przez nich mogły jakoś przejść informacje. Przestępcy mogli je mieć z 

trzeciej 

ręki, 

wcale 

nie 

bezpośrednio 

od 

Zosi, 

ale 

choćby 

od 

tego

background image

Sławka czy Stefki lub Frani, a już nie mówię o Kubiku, który jest u was notowany. 

-  A  poza  tym  -  uzupełnił  zastępca  -  trzeba  jeszcze  iść  nadal  śladami  innych  wersji. 

Mnie otoczenie Walatka też jakoś nie daje spokoju. 

-  Możliwe  -  zgodził  się  Wróbel.  -  Tylko  sam  nie  mam  tyle  ludzi,  żeby  pracować  na 

wszystkich frontach na raz. 

- To dajcie mu pomoc - zastępca zwrócił się do naczelnika. Ten skinął głową na znak 

zgody. 

-  Trzeba  kogoś,  kto  by  wlazł  w  środowisko  tej  Zosi  -  podsunął  pułkownik.  -  Taka 

penetracja  może  dać  ładne  rezultaty,  spróbujcie.  Zbierzcie  jeszcze  raz  rysopisy.  Zrobimy  z 

nich domniemane portrety i damy do listów gończych, jeśli wszystkie inne sposoby zawiodą. 

Narada  przeciągnęła  się  dość  długo  i  obaj  oficerowie  opuścili  gabinet  zastępcy  już 

dobrze  po  południu.  Naczelnik  jeszcze  został,  bo  okazało  się,  że  pułkownik  miał  do 

przedyskutowania inne problemy kryminalne z terenu Gdyni. 

Gdy znaleźli się w pokoju, Mazur zagadnął: 

- To co, szefie, startujemy od nowa? 

- Zniechęciłeś się, Kaziu? - Wróbel roześmiał się pogodnie. 

- No nie, ale tyle roboty i właściwie nic nie mamy. 

- Nie szkodzi.  Czasem  nie idzie przez jakiś czas,  a potem jak sprawa ruszy, to  sama 

dalej leci. Trzeba tylko złapać pierwszą nitkę. 

- Właśnie, a my tej nitki nie mamy. 

- Kto wie, może jej w ogóle nie ma na naszym terenie?  - zastanowił się porucznik. - 

Być może jakiś ślad pokaże się w Gdańsku albo gdzieś dalej. 

-  Wtedy  tamci  będą  mieli  radość,  że  złapali  naszych  przestępców,  a  my  co?  Z  całej 

harówki nic. 

- Nie martw się, Kaziu - Wróbel uspokoił podporucznika. - Żeby tylko ich złapać. A 

czy ich się dostanie tu czy gdzie indziej, to już nie ma znaczenia. 

- Takie to gadki. A ja bym wolał sam im nałożyć kajdanki. 

- Możliwe, że nałożysz - pocieszył kolegę Wróbel. 

- Żeby tylko nie zapeszyć - Mazur zapukał przesądnie w biurko. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

background image

Znów  padał  mokry,  nieprzyjemny  śnieg.  Ludzie  podnosili  kołnierze  od  płaszczy, 

przemykali  ulicami  pospiesznie,  byle  jak  najkrócej  przebywać  na  powietrzu.  Wiatr  zacinał 

ostro i niósł ukośnie duże mokre płaty, wciskające się wszędzie. 

Józek  przyjechał  pierwszy  na  miejsce.  Kilka  kroków  dzielących  go  od  narożnego 

domu z filarami przebiegł szybko zgarbiony, z twarzą nisko pochyloną. Dopiero gdy stanął na 

niskim  podwyższeniu,  chroniony  stropem  domu,  wyprostował  się,  otrzepał  z  siebie  szybko 

topniejące  płatki  i  palcami  wytarł  nos.  Osuszył  ręce  o  koszulę  pod  kurtką  i  zapalił  sporta. 

Zdyszany oparł się o filar i patrzył na ulicę. W lewo od niego ciągnęła się Jaśkowa Dolina, 

teraz niemal zupełnie pusta, a na wprost i po prawej miał Grunwaldzką, po której przebiegali 

pospiesznie  przechodnie.  Jezdnią,  ostrożnie,  ślizgając  się  i  zarzucając  sunęły  samochody. 

Śnieg był tak gęsty, że tramwaje, przejeżdżające zaledwie o kilkadziesiąt metrów od miejsca, 

w którym stał, były ledwo widoczne. 

- Ale bryja, niech to krew zaleje - usłyszał Józek głos i dostrzegł Raczka, który tak jak 

on przed chwilą otrzepywał się ze śniegu. Gdy tłukł rękami po swym płaszczu, coś brzęczało i 

dzwoniło podejrzanie. 

- Jesteś już? - powitał go Józek. 

-  Aha,  daj  zapalić  -  poprosił  Raczek.  Wziął  sporta  ustami  wprost  z  paczki,  bo  palce 

miał mokre od śniegu. - Długiego jeszcze nie ma? 

- Przecież widzisz - mruknął Józek. - Zresztą jeszcze wcześnie. 

- Dobra, poczekamy - zgodził się chłopak ciągnąc papierosa. Upłynęło zaledwie parę 

minut, aż Andrzej wychynął zza rogu i stanął obok nich. Śnieżyca właśnie poczęła słabnąć, 

tylko  wiatr  zacinał  tnąc  bezlitośnie  po  twarzach.  Obaj  ucieszyli  się  na  widok  szefa.  A  on 

otrząsnął się jak psiak, który wyszedł z wody, i zapytał: 

- W porządku? Wszystko macie, co potrzeba? 

background image

- A co ja mam mieć? - Józek przestraszył się, że coś przeoczył. 

- Nie ty, ale on - Andrzej wskazał brodą na Raczka. 

-  Nie  martw  się  -  nadął  się  chłopak.  -  Jak  się  ze  mną  idzie,  zawsze  wszystko  gra. 

Tylko ten cholerny śnieg... 

-  Nie  szkodzi  -  stwierdził  Andrzej.  -  To  nawet  lepiej,  że  pada,  bo  wszyscy  siedzą  w 

domach i nikt nie będzie się pętał po ulicy i schodach. 

- Racja, będzie spokój - podchwycił Józek. 

Umilkli.  Akurat  wyszedł  z  domu  jakiś  mężczyzna,  postał  chwilę  koło  nich,  wahając 

się, ozy iść dalej, w końcu dał nura przed siebie. Śnieg już całkiem wyraźnie padał rzadszy - 

druga strona Grunwaldzkiej była widoczna dobrze i  można było  oglądać perspektywę ulicy 

daleko, aż za Delikatesami. 

- Wszystko jasne, każdy wie, co robić? - Andrzej pytał jak dowódca przed bitwą. 

Nawet mu nie odpowiedzieli, swymi sylwetkami wyrażali gotowość do akcji. 

- No to płyniemy - Andrzej nerwowo zatarł ręce. - Tylko uważajcie, nie razem. Ja idę 

pierwszy.  Pójdziecie  za  mną  jakieś  dziesięć,  piętnaście  kroków.  Jakby  coś  koło  domu 

śmierdziało, to się zatrzymam w bramie i zacznę gwizdać. Wtedy przechodźcie dalej, jakby 

nigdy  nic,  i  spotykamy  się  przed  wejściem  do  Spółdzielczego  Domu  Towarowego.  A  jeśli 

wszystko  będzie  w  porządku,  to  ja  minę  bramę  i  pójdę  w  stronę  mojego  domu.  Wtedy  wy 

wchodzicie do środka i dalej robicie wszystko tak, jak było mówione. 

- Ty gdzie będziesz? - chciał wiedzieć Raczek. 

- Będę przed domem odmiatał śnieg. W razie czego daję znak. 

- Jasne, możemy iść - niecierpliwił się Józek. 

- Zaraz - ostudził go Raczek. - Gdzie się spotkamy po robocie? 

- Każdy jedzie na swoją rękę do Gdańska. Spotkanie w pasażu Zbrojowni. 

- Dobra, idziemy. 

Andrzej  odwrócił  się  i  ruszył  Jaśkową  Doliną.  Szedł  dość  szybko,  lekko  zgarbiony, 

niby obojętny na wszystko, co się wokół działo. Zresztą ulica nadal była niemal wyludniona i 

tylko  z  rzadka  widać  było  na  niej  przechodniów.  Józek  i  Raczek  odczekali,  aż  ich  kolega 

zniknął za szarym budynkiem, i poszli także, wolniej jednak, aby go nie dogonić. Dostrzegli 

go jeszcze, jak skręcał w boczną uliczkę. Teraz przyspieszyli kroku. 

Tym  razem  Józek  czuł  się  raźniej,  był  bardziej  pewny  siebie.  Obecność  Raczka  i 

Andrzeja, działanie w grupie, według ściśle przemyślanego planu napawała go pewnością, że 

wszystko się powiedzie. Kątem oka patrzył na idącego obok chłopaka, ale tamten był zupełnie 

obojętny, człapał po chodniku, rozpryskując mokry śnieg, i nawet nie rozglądał się dokoła. 

background image

W perspektywie wąskiej uliczki, jakby żywcem wyjętej z włoskiego filmu, widać było 

pochylone plecy Andrzeja, kołyszące się w takt kroków. Minął bramę domu, zwolnił nieco i 

już zbliżał się do swojej klatki. 

- Szybciej! - rzucił nerwowo Józek. 

-  Zdążymy,  nie  pali  się  -  pogodnie  mruknął  Raczek,  mimo  to  przyspieszył  trochę 

kroku. Już dochodzili do wyznaczonego domu. 

Andrzej  tymczasem  podszedł  do  swej  bramy,  odwrócił  się,  spojrzał  w  ich  stronę, 

nieznacznie  skinął  głową  na  znak,  że  wszystko  w  porządku,  i  zniknął  wewnątrz.  Zanim  ci 

dwaj  zdążyli  wejść  do  domu,  ukazał  się  z  wielką  drewnianą  łopatą  do  odgarniania  śniegu. 

Józek odetchnął swobodnie, bo jednak w tych ostatnich sekundach przed akcją odczuwał silne 

zdenerwowanie.  Raczek  tymczasem  już  wstępował  na  schody,  nie  interesując  się  Józkiem  i 

Andrzejem. 

Na  palcach  szybko  obaj  wspięli  się  na  czwarte  piętro.  Józek  pozostał  na  podeście 

schodów, a Raczek podsunął się pod same drzwi mieszkania ciotki Andrzeja. Przez moment 

obaj stali nieruchomo, nasłuchując, czy nikt nie idzie. Na klatce schodowej było jednak cicho, 

tylko gdzieś z niższego piętra dobiegały przytłumione dźwięki radia. 

- Uważaj teraz - Józek raczej rozumiał po ruchu warg, niż słyszał, szept Raczka. Zaraz 

też  do  jego  uszu  dobiegł  delikatny  brzęk.  To  Raczek  wyciągnął  z  kieszeni  pęk  kluczy  i 

wytrychów. Zasłoniwszy sobą drzwi począł manipulować przy zamkach. 

background image

Józek zamarł w najwyższym napięciu.  Zdawało  mu się, że każde brzęknięcie, każdy 

szelest, brzmi niczym armatni wystrzał. 

Nagle  na  dole  rozległ  się  trzask  drzwi.  Obaj  zastygli  w  bezruchu.  Nasłuchiwali  z 

natężeniem  i  po  chwili  dosłyszeli  trzeszczenie  schodów  i  ciche  skradające  się  kroki.  Nie 

ulegało wątpliwości, ktoś wchodził na górę. Raczek odwrócił nieco głowę i przerażony Józek 

widział teraz pół jego twarzy skupionej, napiętej, czujnej. Kroki były coraz bliżej, wchodzący 

już znajdował się na piętrze pod nimi. Józek stał jak spairalizowany, nie wiedząc, co począć. 

Ale Raczek okazał się bardziej opanowany. Ze złością skinął na niego ręką i niemal głośno 

rozkazał: 

- Chodźże tu! 

Józek podskoczył jak oparzony i znalazł się obok niego. 

-  To  nie  ciotka,  bo  Długi  dałby  znak  -  szeptał  Raczek.  -  Udajemy,  że  dzwonimy.  - 

Położył palec na przycisku dzwonka, jednak go nie naciskał. Nie chciał, żeby dźwięk dotarł 

do któregoś z sąsiednich mieszkań. 

Stali teraz tyłem do schodów i nie widzieli, kto wchodził n? piętro. A tamten był tuż, 

tuż. Józkowi zdawało się, że ten kto otrze się o niego, że zaraz go chwyci za ramię i zacznie 

alarmować mieszkańców. Niespodziewanie obaj z Raczkiem usłyszeli zły szept: 

- Jeszcze się pieprzycie z tymi drzwiami? Prędzej, do cholery! 

Jak na komendę odwrócili głowy. Andrzej stał na schodach i z wściekłością patrzył na 

nich.  Józek  poczuł,  jakby  ogromny  kamień  spadł  mu  z  piersi,  a Raczek  bez  słowa  szarpnął 

drzwi,  potem  nacisnął  narzędzie  włożone  w  zamek  i  pchnął.  Drzwi  odskoczyły.  Po  chwili 

wszyscy byli w środku. Dopiero tu Raczek odwrócił się i z niebywałą wściekłością natarł na 

Andrzeja: 

-  Po  jaką  cholerę  tu  przylazłeś?  Miałeś  być  na  dole!  Andrzej  nie  tłumacząc  się 

szorstko rozkazał: 

- Jazda, czas ucieka! Otwieraj te drzwi - pokazał w prawą stronę przedpokoju. 

Raczek posłusznie podszedł tam, krótką chwilę manipulował wytrychem i po minucie 

droga do pokoju stała otworem. 

-  Andrzej  tymczasem  penetrował  drugą  część  mieszkania.  Nacisnął  klamkę  do 

drugiego pokoju i ze zdziwieniem się przekonał, że było otwarte. Wszedł do środka, a Józek 

zajrzał tam za nim. 

Zaraz  za  drzwiami  na  haku  wbitym  w  ścianę  wisiała  dubeltówka.  Andrzej  bez 

namysłu sięgnął po nią i począł oglądać. Zajrzał do luf, potem poszperał w biurku i znalazłszy 

naboje nabił broń. 

background image

- Co robisz? - przestraszył się Józek. 

- Nie twój interes - bufknął Andrzej. - Przyda się na wszelki wypadek. 

- Ej, gdzie jesteście? - pytał głośnym szeptem Raczek stojący na progu pokoju ciotki. - 

Chodźcie, do cholery. 

Józek poszedł pierwszy, Andrzej ruszył za nim, niosąc dubeltówkę w ręku. Raczek nie 

zwrócił na to wcale uwagi. - Gdzie ma być forsa? - pytał. 

- Tam, w biurku - wskazał Andrzej mebel stojący w pobliżu okna. - W tych szufladach 

po prawej stronie. 

Raczek  bezzwłocznie  przystąpił  do  otwierania  szuflad.  Były  zamknięte  na  klucz,  i 

musiał  znów  sięgnąć  po  swoje  wytrychy...  Józek  tymczasem  przypomniał  sobie  wskazówki 

Andrzeja i podszedł do ciężkiego starego kredensu, zajmującego niemal całą ścianę. Szybko, 

nerwowo począł otwierać jego liczne szufladki i drzwiczki. Wszędzie było mnóstwo naczyń, 

kryształów,  porcelany.  Dopiero  w  środkowej  części  znalazł  niedużą  szkatułkę  z  ciemnego 

drzewa.  Była  również  zamknięta  na  klucz.  Ale  Józek  nie  tracił  czasu.  Wyciągnął  nóż  i 

podważył wieko. Odskoczyło bez większego trudu. 

W  pierwszej  chwili  zobaczył  jakieś  stare  papiery,  listy,  rachunki.  Dopiero  kiedy  to 

odgarnął, na dnie szkatułki coś zalśniło. Józek zanurzył rękę i wyciągnął garść błyszczących 

przedmiotów. 

- Patrz, stary! - zawołał do Andrzeja. - Oo to, brać? Andrzej podszedł bliżej i aż sapnął 

z podziwu. 

-  Pytasz  się,  kutafonie?  To  biżuteria,  prawdziwe  brylanty!  Wyciągnął  rękę,  aby 

odebrać zdobycz od Józka, gdy w tym momencie rozległ się entuzjastyczny okrzyk Raczka: 

- O rany, jest forsa, patrz, Długi, ile tego! 

Andrzej skoczył do biurka. Józek nie puścił szkatułki. Dwoma ruchami opróżnił ją z 

kosztowności,  ładując  je  do  wewnętrznej  kieszeni  marynarki.  Dopiero  wtedy  zbliżył  się  do 

kolegów. 

Andrzej  trzymał  w  garści  gruby  plik  banknotów.  Były  to  same  pięćsetki  i  tysiące. 

Raczek  znalazł  je  w  tylnej  częsta  szuflady  pod  samą  jej  ścianą,  przywalone  stertą  jakichś 

papierów. 

- Ile tego może być? - pytał patrząc błyszczącymi z pożądania oczami na banknoty. 

-  Nieważne,  potem  policzymy  -  Andrzej  bez  ceremonii  schował  plik  do  kieszeni  i 

zaraz szczelnie zapiął kurtkę. - Teraz ciuchy, raz dwa, Józek, dawaj jakąś walizkę! 

background image

Z  przedpokoju  przynieśli  walizkę,  do  której  szybko  załadowali  kilkanaście 

cenniejszych  sukien,  płaszcz,  sporo  bielizny.  Sapali  przy  tym  z  pośpiechu,  ale  nic  już  do 

siebie nie mówili, podnieceni zdobyczą, zdenerwowani, czy wszystko dobrze się skończy. 

Gdy gotowi do wyjścia stanęli w przedpokoju, Andrzej sięgnął po dubeltówkę. 

- A to co? - zapytał Raczek. 

-  Gówno  cię  obchodzi  -  odparł  Andrzej.  -  Spływaj  pierwszy.  Wiesz,  gdzie  się 

spotykamy? 

- Zostaw to - Raczek okazał niespodziewane zdecydowanie. 

- Stul mordę i zwiewaj - Andrzej już zacisnął wargi i zrobił wściekłą minę. 

-  Zostaw  tę  flintę!  -  nie  ustępował  chłopak.  -  W  razie  czego  za  rabunek  broni 

dostaniemy dodatkowo po pięć lat. Zostaw to, mówię ci! 

.-  Może  lepiej  zostawić  -  Józek  nieśmiało  poparł  Raczka,  przestraszywszy  się 

wzmianki o karze. 

Andrzej  zgrzytnął  zębami.  Ale  nie  spierał  się  już  dłużej.  Postawił  broń  pod  ścianą  i 

powiedział: 

- Pryskamy stąd. Każdy jedzie osobno. Ty, Józek, weź walizkę, ciebie tu nie znają, tak 

jak nas. Spotykamy się w pasażu. 

- A ty zwiejesz z forsą? - zaniepokoił się Raczek. 

- Jak się boisz, to możemy jechać razem - ustąpił Andrzej 

-  Idź  ty  pierwszy  -  popchnął  Józka.  -  Masz  biżuterię,  to  chyba  się  nie  boisz,  że  ci 

zwiejemy... 

Józek wyszedł z mieszkania, posłuchawszy chwilę pod drzwiami, czy na schodach jest 

spokojnie. Gdy już był na dole, usłyszał lekkie trzaśniecie i zrozumiał, że koledzy także już 

opuścili okradzione mieszkanie. 

 

2 

 

 „Dwójką”  dotarł  do  Gdańska  i  wysiadł  na  Targu  Węglowym  obok  Zbrojowni. 

Walizka  parzyła  go  w  rękę,  najchętniej  rzuciłby  ją  teraz.  W  drodze  zastanawiał  się,  czemu 

Andrzej kazał jeszcze brać te rzeczy, skoro znaleźli tyle pieniędzy i biżuterii. 

Ta  myśl  o  błyszczących  kamieniach  pomacał  palcami  kieszeń.  Poczuł  ucisk  na 

piersiach. Włożył rękę głębiej i dotykał przez moment kanciastych kamieni, gładził nierówne 

oprawy.  Wreszcie  namacał  jeden  pierścionek,  wyjął  go  i  obejrzał  dyskretnie,  żeby  nikt  nie 

background image

zauważył. Zalśniło tak, że aż się przestraszył. Szybko schował zdobycz, ale już gdzie indziej. 

Wpuścił za podszewkę w marynarce. 

Teraz  szybko  przeciął  plac  i  zniknął  w  ruchliwym,  pełnym  przechodniów  pasażu 

Zbrojowni. Gdy tylko przestąpił bramę, po obu jego stronach pojawili się Raczek i Andrzej. 

- Jesteś nareszcie - warknął Raczek. - Myślałem, żeś gdzieś skręcił. 

- Jechałem tramwajem - usprawiedliwiał się Józek. - Co z tym? - zrobił ruch walizką. 

-  Zawieziemy  na  Orunię  -  powiedział  Andrzej.  -  Mam  tam  takiego,  co  kupi.  Jak 

chcecie, to zaczekajcie tu gdzieś „Pod Wieżą” albo w „Kameralnej”, a ja to załatwię. 

-  Jedziemy  razem  -  zdecydował  Raczek,  który  wyraźnie  nie  ufał  Andrzejowi  i  nie 

chciał go ani na moment zostawić samego z pieniędzmi. 

-  To  wsiądziemy  do  taksówki  -  zaproponował  Józek,  który  miał  już  dość  dźwigania 

ciężkiej walizki. 

- Wystarczy, żeśmy we dwóch przyjechali z Wrzeszcza taksą - sprzeciwił się Andrzej. 

-  Byliśmy  bez  niczego,  to  nie  podpadło.  Ale  z  walizką  nie  można.  Gliny  by  się  raz  dwa 

dowiedziały. Jedziemy „szóstką”. 

- Ponieś teraz ty - Józek podał walizkę Raczkowi. Ten obruszył się: 

- Targaj i tak najmniej robiłeś. Forsę będziesz chciał brać równo. 

Wyszli ze Zbrojowni i na pobliskim przystanku wsiedli do tramwaju. Przez całą drogę 

jechali  w  milczeniu,  jakby  się  w  ogóle  nie  znali.  Andrzej  zresztą  przeszedł  dio  przodu 

zostawiając  Raczka  z  Józkiem  ma  tylnym  pomoście.  Dopiero  na  końcowym  przystanku 

Andrzej dał im wzrokiem znak, że wysiadają. Tu Józek powtórzył swoją propozycję: 

- Weźcie to ode mnie. Każdy gówniarz mnie tu zna! 

-  Dobra,  weź  -  rozkazał  Andrzej  Raczkowi.  A  gdy  ten  niechętnie  to  uczynił,  Józek 

znów się odezwał: 

- Może lepiej nie pójdę z wami? Mieszkam na Oruni, ten facet może mnie znać. Lepiej 

mu się nie pokazywać. 

- Dobrze - zgodził się Andrzej. - Gdzie będziesz na nas czekał? 

- Gdzie chcecie? 

- Bądź w „Adrii” - zaproponował Raczek - to niedaleko. - Dobra! 

Rozstali się. Józek poszedł wolno ulicą. Miał czas. Wiedział, że upłynie co najmniej 

pół godziny, zanim koledzy zdążą załatwić sprawę i wrócić. A restauracja „Adria” była tuż 

obok, na ulicy Jedności Robotniczej. W pierwszej chwili chciał od razu wejść, zamówić piwo 

i  czekać,  poszedł  więc  w  tamtym  kierunku,  ale  po  drodze  się  rozmyślił.  Przyszło  mu  do 

głowy,  że  jeśli  samotnie  znajdzie  się  w  restauracji,  to  w  każdej  chwili  może  się  przysiąść 

background image

któryś ze znajomych chłopaków i potem trudno mu się będzie go pozbyć. Sięgnął do kieszeni 

po  papierosy  i  wtedy  mimo  woli  dotknął  kamienia  pod  podszewką.  Chwilę  trzymał  go  w 

palcach przez płótno marynarki. Nagle przyśpieszył kroku, jakby go ktoś zaczął gonić. Szedł 

coraz szybciej i szybciej. Skręcił w boczną ulicę, potem jeszcze raz i zdyszany stanął po paru 

chwilach przed swoim domem. 

Matki  nie  było.  Tylko  młodsze  siostry  bawiły  się  na  podłodze.  Józek  ukrył  się  na 

moment  w  komórce,  gdzie  matka  składała  różne  przedmioty  potrzebne  w  domu  i 

gospodarstwie. Gdy stamtąd wyszedł, był jakiś lekki, swobodny i uśmiechnięty. Nie zważając 

na prośby małej siostry, która chciała go zatrzymać, wyszedł z domu i szybko skierował się 

do „Adrii”. Rozejrzawszy się po sali odetchnął z ulgą. Tamtych dwóch jeszcze nie było. 

Zanim jednak zdążył wypić kufel piwa, Andrzej i Raczek zjawili się w lokalu. Usiedli 

przy stoliku i Raczek zaraz zaczął swoje: 

- Postawisz coś czy mam sobie sam postawić? 

-  Niech  ci  będzie  -  Andrzej  miał  dobry  humor.  -  Pół  litra  jarzębiaku  -  rzucił  do 

kelnera. 

-  I  coś  do  przegryzienia  -  dodał  Raczek.  -  Może  być  szynka.  Gdy  kelner  odszedł, 

Józek spytał niecierpliwie: 

- No i jak? 

-  W  porządku  -  odparł  Andrzej.  -  Gość  wziął  wszystko  od  razu  i  z  miejsca  wypłacił 

gotówkę. 

- To fajnie - ucieszył się Józek. - Dużo za to było? 

- Cztery i pół patyka. Nie targowałem się, bo więcej by nie dał, a czekać nie chciałem. 

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. 

- A taki szmaciak! - rozważał Raczek. - Bieda w chałupie aż piszczy, łata stare ciuchy, 

nigdy bym nie powiedział, że ma cztery i pół patyka. 

Nadejście  kelnera  z  wódką  i  zakąskami  przerwało  rozmowę.  Wypili  po  kieliszku, 

zakąsili  szynką  i  kiszonymi  ogórkami.  Raczek  zaraz  nalał  po  drugim,  a  gdy  i  to  wypili, 

zażądał: 

- To dzielmy dolę. 

- Co się tak śpieszysz? - hamował go Andrzej. 

- A na co mam czekać? Robota zrobiona, forsa się należy, to dawaj! 

- Tu w knajpie, żeby kto zobaczył? - upierał się Andrzej. 

-  Nikt  nie  zobaczy  -  poparł  Raczka  Józek.  On  także  już  chciał  czuć  w  kieszeni 

banknoty. - Siedzimy w ciemnym kącie, specjalnie wybrałem ten stolik. 

background image

Andrzej  tym  razem  sami  nalał  jarzębiaku  do  kieliszków.  Wszyscy  trzej  wypili  w 

milczeniu.  Ale  Józek  i  Raczek  patrzyli  na  swego  przywódcę  podejrzliwie  i  w  napięciu. 

Tymczasem on popił alkohol wodą sodową i wreszcie zgodził się. 

- Dobra, jak chcecie - powiedział. 

Wyciągnął  z  kieszeni  banknoty  i  dyskretnie  pod  stołem  począł  je  liczyć.  Długo 

szeleścił  papierkami.  Tamci  wyciągnęli  szyje,  starając  się  nadążyć  wzrokiem  za  jego 

szybkimi palcami. Raczek nawet poruszał wargami, jakby także liczył półgłosem. 

- Dwadzieścia siedem - powiedział w końcu Andrzej. 

- To po dziewięć - szybko podzielił Raczek. 

- A jeszcze tamto za ciuchy - przypomniał Józek. 

background image

Andrzej łypnął na niego złym okiem i dołączył zmięte pięćsetki do poprzedniej kwoty. 

- Dziesięć i pół na łeb - wyliczył Raczek. 

- Równo chcecie? - zapytał pozornie spokojnie Andrzej. 

-  A  jak?  -  Józek  poczuł,  że  szef  chce  ich  skrzywdzić.  Ale  Raczek  niespodziewanie 

poparł Andrzeja. 

- Racja - powiedział. - Należy ci się więcej. Zaplanowałeś, zorganizowałeś, należy ci 

się. Ale mnie też. Najgorszą robotę zrobiłem. Jemu najmniej - wskazał na Józka. 

- Gówno! - Józek krzyknął pełnym głosem i rąbnął pięścią w stół. - Długi może dostać 

więcej, ale ty? Równo, inaczej się nie zgadzam. 

- Zamknij się! - uspokoił go Andrzej. W lokalu na szczęście było jeszcze pusto i nikt 

nie zwrócił uwagi na okrzyk Józka. 

- Nie bierz gnojka na drugi raz, bo będziesz miał kłopoty.  - Raczek patrzył na Józka 

niemal z nienawiścią. Ale ten odwrócił się w jego stronę groźnie i położył pięść na stole. 

- Uważaj, palancie - powiedział przez zaciśnięte zęby - uważaj, bo jak ci przypier... 

- Spokój! - Andrzej wtrącił się do kłótni i Józek momentalnie przerwał wpół słowa. - 

Zrobimy tak - ciągnął tonem nie znoszącym sprzeciwu: - Wy po osiem, ja resztę. 

- To znaczy weźmiesz piętnaście i pół! - jęknął Raczek. 

- Nie podoba ci się? - Andrzej popatrzył na niego przeciągle, tak że chłopak skurczył 

się i już potulnie powiedział: 

- Dobra, dawaj! 

Szybko podzielili pieniądze i nie licząc schowali do kieszeni. Ale Raczek pamiętał o 

wszystkim. 

- A to co on ma? - zapytał wskazując głową na Józka. To szkiełka, nie wiem, ile warte 

- odparł Andrzej. 

-  Miały  być  drogie  kamienie  -  Raczek  chytrze  zmrużył  oczy.  -  A  jak  są  warte  kupę 

forsy? 

- To dostaniesz, co ci się należy - uciął Andrzej. - Daj to, Józek! 

Józek posłusznie wyciągnął biżuterię i dyskretnie podał Andrzejowi pod stołem. Ten 

rzucił pobieżnie okiem i natychmiast schował. 

- Spróbuję sprzedać. Jeżeli są w tym  brylanty, to  może być  sporo  forsy,  ale niektóre 

wyglądają na imitację. Jednak z tym trzeba poczekać, będą szukali. Potrzymam jakiś czas, a 

potem opchnę gdzieś poza Wybrzeżem. Wtedy dostaniecie forsę. 

background image

-  Racja,  nie  ma  tego  jak  dzielić  -  poparł  go  Józek,  wdzięczny,  że  nie  został 

skrzywdzony  w  stosunku  do  Raczka.  Tamten  jednak  był  niezbyt  zadowolony  i  mruczał 

jeszcze przez jakiś czas. Na zgodę wypili resztę jarzębiaku. 

- To ja jeszcze zamówię - zaproponował Józek. 

- Jak chcecie, to sobie pijcie - Raczek nagle się nie zgodził - ja się stąd zmywam. 

Nie zatrzymywali go. Pożegnał się i wyszedł z restauracji, rad, że ma w kieszeni kilka 

tysięcy złotych. 

- A my co? - zapytał Józek po jego wyjściu. - Pijemy jeszcze coś? 

-  Chodźmy  też  stąd  -  zaproponował  Andrzej.  -  Mamy  forsę,  po  co  siedzieć  w  takiej 

dziurze? 

- Idziemy w Polskę? - ucieszył się Józek. 

- Można, czemu nie - zgodził się Andrzej. 

Zapłacił kelnerowi, zostawiając mu suty napiwek, i po chwili znaleźli się na ulicy. 

 

 

Minęło już południe. Śnieg dawno przestał padać i tylko mokre jezdnie świadczyły o 

porannej zawierusze. Wiatr pogwizdywał między domami, ale teraz nie niósł już wilgoci, lecz 

suszył chodniki, topił resztki śniegu na dachach domów. 

Wypity  alkohol  dodawał  im  animuszu.  Było  go  zbyt  mało,  aby  mogli  się  upić,  a 

jednak dosyć, aby poczuli się silni, pewni siebie i żądni przygód. Józek zapytał: 

- Gdzie płyniemy? 

- Warto by obiad zjeść - zaproponował Andrzej. 

-  Byliśmy  przecież  w  „Adrii”  -  zdziwił  się  Józek,  że  kolega  tuż  po  opuszczeniu 

restauracji mówi o pójściu na obiad. 

- Forsę masz i chcesz w takiej dziurze jeść obiad? Jedziemy do „Monopolu”. 

-  Do  „Monopolu”?  -  przestraszył  się  Józek.  Nigdy  jeszcze  tam  nie  był,  lokal  był  za 

drogi i za elegancki dla niego. 

background image

Andrzej roześmiał się. 

- Co się łamiesz? Jak masz forsę, to wszystko dla ciebie otwarte! 

Poprowadził  kolegę  na  pobliski  postój  taksówek  i  kazał  jechać  do  śródmieścia 

Gdańska. Józek już nie protestował, bał się drwin kolegi, a zresztą był ciekaw, jak wygląda 

taka restauracja. 

Andrzej  wprowadził  go  na  górę  i  wybrał  stolik  pod  oknem.  Józek  czuł  się  mocno 

skrępowany  swoim  wyglądem,  wstydził  się  wyświechtanej  marynarki,  koszuli  bez  krawata 

zapiętej  pod  szyję.  Ręce  niezbyt  czyste  chował  pod  stołem.  Zdawało  mu  się,  że  kelner 

podający  im  kartę  patrzy  ironicznie.  Andrzej  bawił  się  jego  zakłopotaniem.  Podsunął  mu 

kartę, ale Józek zdał się na niego. Obawiał się w duchu, że nie potrafi sobie z tym poradzić. 

- Wybierz ty - powiedział. - Tylko zamów też coś do picia. Andrzej zamówił sardynki 

na przekąskę i mrożoną czystą wyborową. Potem jedli zupę rakową, a na drugie befsztyk z 

pieczarkami obficie zakrapiany wódką. Z każdym kieliszkiem Józek czuł się lepiej. Nabierał 

pewności  siebie,  jadł  z  apetytem,  popijał  świetnym  piwem.  Kiedy  wreszcie  kelner  podał 

kawę, po kawale tortu i dwa duże kieliszki koniaku, chłopak aż sapnął z zadowolenia. 

- To jest życie! - powiedział rozpierając się w krześle. - Żeby tak zawsze mieć forsę i 

chodzić do takich knajp! 

- Trzymaj się mnie, a będziesz to miał! - zapewnił go Andrzej. Palili kupione w szatni 

camele, rozkoszując się ich aromatem. Józek był w siódmym niebie. 

-  Teraz  możesz  zawsze  na  mnie  liczyć  -  oświadczył  wylewnie,  -  Wszędzie,  bracie, 

pójdę z tobą, wszędzie... Zamówimy jeszcze po koniaku? 

- Nie, tu już wystarczy - powstrzymał go Andrzej. - Pojedziemy do Oliwy, pobawimy 

się trochę. 

- Z Ryśkiem i Burkiem? - zgadywał Józek. 

- Coś ty, z takimi baranami? Mam dwie znajome, zobaczysz jakie! 

Józek ucieszył się z tej propozycji. Kiedy doszło do płacenia rachunku, otrzeźwiał na 

moment,  bo widniała na nim suma, jakiej do niedawna jeszcze na oczy  nie oglądał.  Ale na 

szczęście dla niego zapłacił Andrzej. 

Minęła już trzecia po południu i ruch o tej porze był bardzo duży. Musieli dość długo 

czekać pod dworcem  na postoju,  zanim wreszcie udało  im się wsiąść do taksówki.  Andrzej 

rzucił kierowcy adres i pomknęli do Oliwy. Wysiedli na osiedlu Przymorze wśród wysokich 

nowych  wieżowców.  Andrzej  kazał  Józkowi  poczekać,  a  sam  poszedł  po  dziewczęta.  Nie 

było  go z pół  godziny. Józek już się zaczął  niecierpliwić i  pomyślał, że  kolega zostawił go 

background image

samego,  kiedy  wreszcie  ukazał  się  zza  rogu.  Szedł  w  towarzystwie  dwóch  młodych 

dziewczyn i wołał z daleka: 

- Długo byliśmy, ale damy musiały się ubrać. Poznajcie się, to Józek, mój koleś! 

Dziewczęta  chichotały  i  podając  mu  ręce  odwracały  głowy.  Józek  stwierdził,  że  są 

młode,  żadna  z  nich  nie  przekroczyła  siedemnastego  roku.  Nie  czuł  się  skrępowany, 

przeciwnie, ich obecność dodała mu animuszu, teraz chciał się bawić na całego. 

- Gdzie idziemy? - pytał wesoło. - Prowadź, Andrzej! 

- Do „Kameleona”! - zaproponowała ta, która się przedstawiła jako Ola. 

- Tak, tam dobra kawa! - poparła ją Lilka. 

-  Można  na  razie  tam  -  zgodził  się  łaskawie  Andrzej.  -  Ale  potem  pójdziemy  do 

„Cristalu” albo „Akwarium”. 

-  Nie,  do  „Monopolu”  -  wtrącił  Józek,  któremu  lokal  ten  wyjątkowo  przypadł  do 

gustu. 

Na razie jednak poszli do oliwskiego „Kameleona”, gdzie Józek od razu zamówił całą 

butelkę  gruzińskiego  koniaku.  Chciał  zaimponować  dziewczynom  i  równocześnie  pokazać 

Andrzejowi,  że  też  stać  go  na  gest.  Koniak  wprawdzie  nie  smakował  mu  zanadto,  wolałby 

czystą wódkę albo wiśniówkę, ale uważał, że tak jest bardziej wytwornie. 

Butelka szybko została opróżniona. Dziewczęta okazały się miłe i przystępne, śmiały 

się  dużo,  słuchały  chętnie  grubych  dowcipów,  pozwalały  się  dyskretnie  obejmować.  Piły 

małymi  łykami,  za  to  Andrzej  i  Józek  nie  żałowali  sobie,  co  chwila  unosili  kieliszki, 

namawiali dziewczyny, żartowali i przekomarzali się z nimi. 

Andrzej zamówił jeszcze jedną butelkę koniaku. Gdy wypili jej zawartość, wszystkim 

już mocno kręciło się w głowach. 

- Chodźmy stąd - zaproponował wtedy Józek. - Za długo siedzimy w jednym miejscu! 

Propozycja  została  przyjęta  i  cała  czwórka  wysypała  się  z  lokalu.  Na  ulicy  było  już 

zupełnie  ciemno.  W  oknach  domów  jarzyły  się  światła,  latarnie  świeciły  jasnym  blaskiem. 

Józek  objął  wpół  Olę  i  został  nieco  z  tyłu.  Pod  drzewem  w  cieniu  przystanął  i  zaczął  ją 

całować. Nie opierała się zbytnio. Chłopak dostrzegł, że Andrzej o kilka kroków dalej robi to 

samo.  Poczuł  się  tak  dobrze,  lekko  i  wesoło,  że  chciało  mu  się  nagle  całować  wszystkich 

dokoła,  tańczyć  i  śpiewać  tu,  na  ulicy.  Nie  namyślając  się  zaczerpnął  powietrza  i  całą  siłą 

młodych płuc ryknął: 

Nie dlaaa mnieee sznur samochodóóów! 

Natychmiast odpowiedział mu Andrzej: 

Niech dalej jadą wprost przed siebieee! 

background image

- Cicho - uspokajała ich Lilka. 

-  Co  cicho?  -  wołał  Andrzej  -  pośpiewać  nie  wolno?  -  Mieliśmy  iść  tańczyć  - 

domagała się Ola. 

- Dobra, jedziemy, taksówkaaa! - darł się Józek. 

Nieliczni  przechodnie  oglądali  się  i  zaraz  chyłkiem  pomykali  dalej,  nie  chcąc  się 

narazić na zaczepkę pijanych. 

Taksówka  stała  w  pobliżu  lokalu.  Józek  otworzył  drzwiczki  i  nie  zważając  na 

dziewczęta zaczął się pakować do środka. Ale kierowca oświadczył: 

- Pijanych nie wiozę, proszę wysiąść! 

-  Jakich  pijanych,  kto  pijany?  -  Józek  od  razu  się  najeżył.  -  Nie  wiozę  -  stanowczo 

powtórzył taksówkarz. - Nieraz miałem wóz zarzygany i nie miał kto posprzątać. 

- Panie! - groźnie zaczął Józek, unosząc się na siedzeniu, ale Andrzej siłą go posadził, 

a sam zwrócił się do kierowcy. 

- Dwie stówy do Gdańska - powiedział krótko. 

- A, to co innego - taksówkarz od razu zmienił ton i włączył silnik. 

Przez całą drogę śpiewali, choć dziewczęta nieco przestraszone incydentem usiłowały 

ich  uciszyć.  Taksówkarzowi  jednak  to  nie  przeszkadzało.  Koło  dworca  zatrzymał  się, 

zainkasował dwieście złotych i zostawił towarzystwo na chodniku. 

-  Chodźmy!  -  Józek  rwał  się  w  kierunku  jarzącego  się  światłami  okien  hotelu 

„Monopol”. 

- Pić mi się chce - powstrzymywał go Andrzej. - Wstąpimy na piwko. 

- Może być piwko - zgodził się Józek. - Idziemy! Weszli do jasno oświetlonego holu 

dworcowego. Nie było  tu zbyt  wiele ludzi.  Kilka osób stało przy  kasach, grupka mężczyzn 

kupowała  gazety  i  papierosy  w  kiosku,  paru  pasażerów  z  walizkami  czekało  na  pociąg. 

Dziewczęta, jakby onieśmielone światłem i otrzeźwione przejażdżką, pozostały nieco w tyle. 

Andrzej kroczył pierwszy w stronę bufetu z piwem, Józek trzymał się za nim. 

Tuż za drzwiami Andrzej zderzył się z jakimś mężczyzną szybko idącym od peronów 

kolejki elektrycznej. Zderzenie było dość silne i obaj mężczyźni odskoczyli od siebie. 

- Panie, uważaj pan! - powiedział tamten. 

- Kto, ja mam uważać? - nagle zaperzył się Andrzej. 

- Jak się spiłeś, to idź spać! - krzyknął mężczyzna z gniewem. 

Podziałało to na Andrzeja jak czerwona płachta na byka. 

-  Ach,  ty  skur...  -  zaklął  na  cały  głos  i  od  razu  skoczył  naprzód.  -  Ja  ci!  -  podniósł 

pięść do góry i zamierzył się. Tamten zdążył się uchylić i cios Andrzeja poszedł w powietrze. 

background image

- Józek, bierz go! - wołał Andrzej, nacierając ponownie. 

Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim milicjant z paskiem pod brodą. Już sięgał po 

pałkę, a drugą ręką chwytał Andrzeja za kołnierz. Ale ten zgrabnie się wywinął, zawrócił w 

miejscu  i  skoczył  do  ucieczki.  W  tym  momencie  napadnięty  mężczyzna

background image

podłożył mu nogę i Andrzej runął jak” długi. Padając popchnął stojącego obok Józka, 

któremu też zaplątały się nogi. Ludzie otoczyli ich i udaremnili ucieczkę. Dziewczęta zdążyły 

zniknąć.  Dwóch  czy  trzech  mężczyzn  razem  z  zaatakowanym  przez  Andrzeja  pomogło 

milicjantowi  odprowadzić  ich  na  dworcowy  posterunek.  Tam  złożyli  swoje  zeznania  do 

protokołu. Andrzej patrzył ponuro, spode łba, a Józek, trzeźwy już zupełnie, był bliski płaczu. 

Dyżurny pogroził im: 

- Dostaniecie za chuligaństwo ze trzy miesiące, to wam się odechce takich numerów. 

Wypróżniajcie kieszenie, zdejmujcie paski i sznurowadła! 

Józek z rozpaczą spojrzał na Andrzeja i szepnął cicho: 

- Stary, co będzie? 

-  Co  tam  za  konszachty?  -  huknął  dyżurny.  -  Słyszeliście,  co  powiedziałem?  Mam 

wam pomóc? 

Wolno  powyjmowali  z  kieszeni  różne  drobiazgi.  Żaden  nie  wyciągnął  jednak 

pieniędzy. Lecz dyżurny wstał, podszedł do nich i zażądał: 

- No, pokażcie, chłopaczki, co tam macie jeszcze. Rączki w górę! 

- Co, jakim prawem? - próbował się buntować Andrzej. - Gdzie nakaz rewidowania? 

- Ja ci dam nakaz! - bez ceregieli oświadczył dyżurny. - Pokazuj kieszenie, ale już! 

Drugi  milicjant  zbliżył  się  także  do  zatrzymanych,  a  ten,  który  przyprowadził, 

pilnował drzwi. Andrzej zrozumiał, że nie ma wyjścia. Pozwolił sobie przetrząsnąć kieszenie. 

Milicjant wyjmując plik banknotów mruczał: 

- Ooo, bratku, tyle forsy! Spadek dostałeś, czy jak? 

-  Nie  wolno  mieć  pieniędzy?  -  Andrzej  jeszcze  próbował  z  tupetem.  Ale  właśnie 

milicjant natrafił na biżuterię. 

- A to co? - podniósł garść pierścionków, naszyjników i broszek. 

- Znalazłem - powiedział Andrzej ponuro. - Pieniądze też. 

- Masz szczęście, synku. - Milicjant domyślał się, że jakiś grubszy ptaszek wpadł mu 

w ręce. - A ty, pokaż, coś znalazł - zaczął rewidować Józka, który cały dygotał ze strachu. 

Gdy zamknęły się za nimi drzwi celi, Józek powiedział do Andrzeja. 

- I co teraz? Wszystko się wyda! 

- Zamknij mordę! - huknął Andrzej. - Jak się wyda, to spędzaj wszystko na mnie. Ale 

teraz trzymaj się wersji, żeśmy znaleźli. Ciotka się nie przyzna, że ją okradli, boby ją pytali, 

skąd miała tyle forsy i biżuterii. Niczego nam nie udowodnią. Najwyżej skonfiskują. 

- Wszystko na nic - biadał Józek. - Tyle forsy, tyle forsy... 

- Stul gębę, działasz mi na nerwy! - krzyknął na niego Andrzej. 

background image

A tymczasem dyżurny z posterunku dworcowego telefonował do Komendy Miejskiej. 

Podał  nazwiska  zatrzymanych,  okoliczności  zatrzymania,  ale  najważniejszą  informację 

zatrzymał na koniec. 

- Przy obu aresztowanych znaleziono większą ilość pieniędzy. Ponad dwadzieścia dwa 

tysiące  złotych.  Prócz  tego  jeden  z  nich  miał  w  kieszeni  biżuterię  -  dokładnie  wyliczył 

precjoza odebrane Andrzejowi. Gdy skończył, w słuchawce zapanowała cisza. 

- Jak zrozumiano? - dopytywał milicjant. - Kto odebrał? 

-  Zaraz,  zaraz  -  odparł  dyżurny  Komendy  Miejskiej.  -  Chwileczkę.  Szukam 

komunikatu.  O,  jest!  Mamy  meldunek,  że  dziś  rano  we  Wrzeszczu  dokonano  włamania  do 

mieszkania. Zginęły pieniądze i biżuteria, a także sporo innych rzeczy. 

- To chyba oni! - wykrzyknął dyżurny z dworca. 

- Wygląda, że tak. Pilnuj ich dobrze, zaraz przyślę radiowóz i zabierzemy ptaszków do 

nas! 

-  Dobra!  -  dyżurny  odłożył  słuchawkę  i  odwróciwszy  się  do  milicjanta,  który 

przyprowadził Andrzeja i Józka, powiedział wesoło: 

-  No,  bracie,  udało  ci  się.  Zdaje  się,  żeś  złapał  dwóch  ładnych  oprychów.  Zaraz  po 

nich przyjedzie radiowóz z komendy. 

Nim  upłynęła  godzina, już Andrzej  i Józek siedzieli  w areszcie Komendy  Miejskiej, 

ale tym razem w oddzielnych celach. 

background image

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Porucznik  Wolak  z  Komendy  Wojewódzkiej  był  w  niezbyt  dobrym  humorze.  Z 

samego  rana,  zanim  jeszcze  zdążył  przejrzeć  raporty,  przeczytać  biuletyn  i  zapoznać  się  z 

innymi materiałami leżącymi na jego biurku, już został wezwany do szefa sekcji. 

- Masz coś nowego u siebie? - zaczął szef. 

-  Nic  specjalnego.  Znaleźliśmy  w  komisie  materiał  z  tej  kradzieży  w  Domu 

Towarowym. Do „Jubilera” przynieśli srebro, było pogniecione, ale zdaje się, że pochodzi z 

włamania do tego starego doktora. Ekspertyza bez większych trudności chyba rozpozna. Kroi 

się  też  sprawa  tego  gangu  samochodowego  ze  śródmieścia,  ale  trzeba  z  tym  jeszcze  trochę 

poczekać,  aż  będzie  więcej  szczegółów.  Na  razie  mamy  na  oku  jednego  z  gości,  który 

wygląda  na  przywódcę  posługującego  się  młodymi  chłopaczkami...  -  porucznik  podawał  te 

informacje  spokojnie,  rzeczowo,  z  pamięci.  Znał  dobrze  swoją  pracę  i  nie  musiał  się 

posługiwać  aktami,  dopóki  nie  żądano  od  niego  bardziej  szczegółowych  danych.  Swoje 

sprawozdanie  zakończył:  -  Raport  będzie  za  godzinę,  jak  zwykle  o  dziewiątej...  -  W  ten 

sposób delikatnie zwracał szefowi uwagę, że jest bardzo wcześnie i trudno od niego wymagać 

więcej. 

- A co z tą sprawą z Gdyni? - uśmiechnąwszy się lekko zapytał kapitan. 

- Z jaką? 

- No, z tym włamaniem do inżyniera Walatka. 

- Przecież to prowadzi Gdynia. 

- Wiem, ale chodzi o to, czy u was nie ma żadnych śladów tej sprawy? Pamiętasz ją 

chociaż dobrze? 

-  Jasne,  że  pamiętam.  To  było  nie  tak  dawno.  Czytałem  w  biuletynie.  Dałem  znać 

wszystkim, żeby zwracali uwagę, czy gdzieś nie pokażą się te skradzione rzeczy. Ale to może 

się trafić albo przypadkowo, albo przy jakiejś innej okazji... 

- Albo po jakimiś czasie - uzupełnił niecierpliwie kapitan. Porucznik zamilkł i patrzył 

nieco zdziwiony na przełożonego. 

Na  ogół  w  takich  sprawach  nie  popędzano  go.  Pozwalano  mu  pracować  spokojnie, 

cierpliwie,  wiedząc,  że  taka  właśnie  praca  przynosi  rezultaty.  Zdarzało  się  niekiedy,  że  po 

wielu  miesiącach  od  napadu  czy  kradzieży  porucznik  i  jego  ludzie  wyławiali  skradzione 

przedmioty  gdzieś  na  bazarze  czy  w  komisie  albo  dowiadywali  się  sobie  tylko  znanymi 

sposobami,  że  ktoś  kupił  rzecz  pochodzącą  z  kradzieży  i  wtedy  była  to  nitka,  po  której 

background image

dochodzili  do  kłębka.  Cierpliwość  zawsze  popłacała.  Porucznik  przywykł  już  do  swej 

mrówczej pracy i lubił ją, tym bardziej że dawała piękne wyniki. Teraz dziwił się, dlaczego 

przełożony zwraca jego uwagę szczególnie na tę sprawę. Rozumiało się samo przez się, że nie 

wypuszczał  jej  z  kręgu  swych  zainteresowań,  ale  nie  poświęcał  jej  więcej  czasu  niż  innym 

sprawom, może nawet ważniejszym od niej. 

- Co się stało? - zapytał wreszcie. - Są jakieś nowe wskazówki albo materiały? 

- Nic takiego - odparł kapitan. - Tylko pułkownik był wczoraj w Gdyni i zapoznał się 

bliżej z tą historią. 

- Aha! - domyślnie mruknął porucznik. 

- Nie, nie - szybko wyjaśnił szef - nie wygląda na to, żeby mu ta sprawa szczególnie 

leżała na sercu. Tylko zwrócił uwagę, że chłopaki z Gdyni mają sporo kłopotów. Nie mogą u 

siebie  trafić  na  żaden  ślad,  kazał  ci  więc  przekazać,  żebyś  dokładniej  poszukał,  czy  nie 

pokazały się w Gdańsku jakieś ślady. Może ktoś się chwalił, że zrobił skok w Gdyni, może 

ktoś komuś sprzedał jakieś ciuchy z tej kradzieży, rozumiesz, o co chodzi? 

-  Rozumiem,  rozumiem.  -  Porucznik  był  trochę  zniecierpliwiony,  bo  i  bez 

przypominania pamiętał o tej sprawie. 

-  No  to  sobie  jeszcze  raz  przeczytaj  biuletyn  z  opisem  tego  napadu  i  wykazem 

zrabowanych rzeczy. Może ci się coś nawinie. 

Porucznik opuścił pokój szefa sekcji w niezbyt dobrym humorze. Był bardzo ambitny 

i aż do przesady obowiązkowy i to zwrócenie uwagi na gdyńską sprawę potraktował jako coś 

w rodzaju nagany, że jeszcze nie trafił na żaden ślad. 

Nie  zwlekając  wziął  do  ręki  biuletyn  sprzed  kilkunastu  dni,  przeczytał  wszystko, 

potem odłożył go i przystąpił do zwykłych porannych czynności. 

background image

Paląc  papierosa  uważnie  przeglądał  raporty  wywiadowców,  notatki  dzielnicowych, 

meldunki  z  komend  miejskich  i  powiatowych  dotyczące  jego  działu.  Niektóre  zdania 

podkreślał,  od  czasu  do  czasu  coś  sobie  wynotowywał,  porównywał  dane  z  tymi,  które  już 

posiadał, i tak pogrążył się w pracy. 

Nagle  w  jednej  z  notatek  przykuło  jego  uwagę  zdanie  dotyczące  jakiejś  walizki. 

Czytał: 

„Maria Kubala, zamieszkała we Wrzeszczu przy ulicy Chopina, nabyła w tych dniach 

walizkę z niewiadomego źródła. Opis walizki jest nie znany, ale zwraca uwagę szczególnie 

fakt, iż wymieniona nabyła ją bardzo tanio. Według jej słów miała za nią zapłacić tylko sto 

złotych,  podczas  gdy  prawdziwa  wartość  wynosi  około  czterystu.  Maria  Kubala  nadmieniła 

także,  że  walizka  jest  pochodzenia  zagranicznego  -  czeska  czy  węgierska.  Dyskretnie 

wypytywana  wyżej  wymieniona  dała  do  zrozumienia,  że  walizkę  nabyła  od  pewnej  swojej 

znajomej”. 

Meldunek  pochodził  z  Wrzeszcza  i  dalsza  jego  treść  była  już  dla  porucznika 

nieistotna. Przeczytał jeszcze raz tych kilka zdań i zamyślił się nad nimi. 

Niezbyt  często  się  zdarza  -  rozważał  w  milczeniu  -  żeby  ludzie  handlowali  między 

sobą walizkami. Ale z drugiej strony trudno przypuszczać, żeby każda walizka, o której się 

cokolwiek  usłyszy,  była  właśnie  tą  szukaną.  Trzeba  to  jednak  sprawdzić  -  postanowił  bez 

zapału. Oglądał dotychczas już kilka walizek, żadna jednak nie pasowała do opisu skradzionej 

w Gdyni nawet w przybliżeniu. 

Porucznik Wolak zadzwonił do Komendy Dzielnicowej we Wrzeszczu i połączył się z 

komendantem. Przypomniał mu meldunek, który przeszedł przez dzielnicę, i poprosił: 

- Czy można tak zrobić, żeby ktoś z waszych ludzi obejrzał tę walizkę? 

- Można, czemu nie - odparł komendant. 

-  Macie  dokładny  opis  tamtych,  które  zginęły  w  Gdyni  -  kontynuował  porucznik.  - 

Jeżeli będzie podobna, zainteresujemy się bliżej osobą, która ją sprzedała. 

- Dobra - zgodził się komendant. - Poślę tam kogoś i za godzinę dam wam znać. 

Nie upłynęła jednak nawet godzina, kiedy odezwał się telefon na biurku porucznika. 

- Poruczniku - mówił komendant z Wrzeszcza - sprawa tej walizki robi się ciekawa. 

- No co? - spytał Wolak z hamowanym zaciekawieniem. 

- Posłałem tam dzielnicowego, który zna tę Marię Kubalę. Miał pogadać sobie z nią, a 

przy okazji dyskretnie obejrzeć tę walizkę. 

- No i co, obejrzał? - niecierpliwił się porucznik. 

- Nie tylko obejrzał, ale przyniósł ją tu, do komendy. 

background image

- Jak to, tak od razu? 

- Tak. Uznał,  że jest  bardzo podobna do tej, która figuruje w spisie. To ta czeska, w 

ciemne i jasne paski.  Wymiary  też się zgadzają. Dzielnicowy  wypożyczył ją od  Kubali. Ta 

kobieta,  kiedy  zrozumiała,  że  walizka  jest  podejrzana,  sama  zgłosiła  chęć  wyjaśnienia  i 

pomocy. Dała nazwisko i adres osoby, od której ją kupiła. 

- A teraz prędko tę osobę uprzedzi i zdążą pozacierać ślady 

- sceptycznie zauważył porucznik. 

-  Nic  podobnego!  -  wykrzyknął  komendant.  -  To  uczciwa  kobieta.  Nie  chce  być 

posądzona  o  świadome  kupowanie  rzeczy  pochodzących  z  kradzieży.  Mówiłem,  że 

dzielnicowy ją zna. Zresztą prosił, żeby zachowała dyskrecję, bo może się okazać, że to nie ta 

walizka i wówczas wyrządzilibyśmy komuś krzywdę niesłusznymi podejrzeniami. 

- W porządku! - Porucznik nie wierzył w żadne przeczucia, ale teraz coś mu mówiło, 

że  znalazł  się  na  tropie.  Kiedy  przypomniał  sobie,  iż  zaledwie  przed  dwoma  godzinami 

rozmawiał  o  tej  sprawie  z  szefem,  nie  mógł  się  powstrzymać  od  lekkiego  uśmiechu.  Już 

myślał  o  tym,  co  będzie,  jeśli  się  okaże,  że  odnaleziono  właściwą  walizkę.  Ogarnęła  go 

niecierpliwość. 

- Chciałbym jak najprędzej mieć ją u siebie - powiedział. 

- Tę kobietę? - spytał komendant nieco zdziwiony. 

- Nie, walizkę. Pokażemy właścicielom. 

- Zaraz wysyłam dzielnicowego, to wam podrzuci. 

- Dziękuję - powiedział porucznik i na razie wrócił do przerwanej mniej interesującej 

go pracy. 

background image

 

 

Porucznik  Wróbel  niechętnie  ujął  słuchawkę  telefonu.  Dzwoniła  Komenda 

Wojewódzka.  Pomyślał,  że  po  wczorajszej  rozmowie  pułkownik  zażąda  jakichś  nowych 

szczegółów  albo  może  będzie  go  dopingował  do  energiczniejszego  działania.  Usłyszał 

tymczasem  głos  porucznika  Wolaka  i  rozchmurzył  się.  Znali  się  od  dawna,  niejednokrotnie 

współpracowali  ze  sobą.  Wzajemnie  przekazywane  materiały  pozwoliły  im  rozwikłać 

niejedną trudną i mocno rozgałęzioną sprawę. 

- Możesz wpaść teraz do mnie? - pytał Wolak. 

- Co się stało? Masz coś pilnego? - dopytywał Wróbel. 

- Chciałbym ci coś pokazać. 

- Powiedzże co, nie bądź taki tajemniczy - nalegał Wróbel. 

- Mam u siebie walizkę. Znaleźli ją we Wrzeszczu. Moim zdaniem bardzo pasuje do 

twojej sprawy - wolno cedził Wolak. 

Porucznik Wróbel zareagował bez entuzjazmu: 

-  Tyle  już  ich  pasowało  do  mojej  sprawy,  że  gdybym  zebrał  wszystkie,  mógłbym 

założyć sobie sklepik. 

- Ale ta mi coś szczególnie nie daje spokoju - twierdził Wolak. - Jedna baba kupiła ją 

za  sto  złotych.  Jest  czeska,  ma  szare  i  białe  paski,  wymiary  jak  ulał.  No  i  źródło  nabycia. 

Została kupiona od takich ludzi, których mam u siebie w aktach. Przyjedź, nie odkładaj, może 

coś z tego będzie. 

- Ale ja będę taki mądry jak i ty - powiedział z namysłem Wróbel. - Przecież też znam 

tę skradzioną walizkę tylko z opisu. 

- No to przywieź jej właścicielkę. 

- Dobra - zgodził się w końcu porucznik. - Postaram się być jak najprędzej. 

Ściągnąwszy Walatkową telefonicznie z pracy Wróbel stawił się z nią w Gdańsku. 

Ledwie przekroczyli próg pokoju Wolaka, Walatkową krzyknęła: 

-  To  ta!  Moja  walizka!  -  i  podbiegła  do  biurka,  na  którym  jej  zguba  stała 

przygotowana do oględzin. 

Obaj oficerowie spojrzeli na siebie, a Wolak powiedział: 

-  Niech  pani  się  jej  przyjrzy  dokładnie.  Walizki  bywają  do  siebie  bardzo  podobne. 

Sklepy sprowadziły ich sporo z Czechosłowacji, łatwo się pomylić. 

background image

Pani Maria poczęła oglądać walizkę ze wszystkich stron. Otworzyła ją, wzięła do rąk, 

zajrzała do środka, w końcu oświadczyła: 

-  To  jest  moja  walizka.  Nie  mylę  się.  O,  tu  nawet  jest  jeszcze  kawałek  sznurka  od 

kartki bagażowej z lotniska. Mąż ostatnio brał ją z sobą, jak leciał do Warszawy. A tutaj ten 

róg jest zadrapany, to z ubiegłego roku, kiedy byliśmy na urlopie. 

- Świetnie - ucieszył się Wolak. - Mamy więc nareszcie ślad. 

- A reszta rzeczy? - pytała pani Maria. 

- O, pani by zaraz chciała odzyskać wszystko! - roześmiał się Wolak. - Ale proszę się 

nie martwić, teraz jak mamy pierwszą rzecz, znajdziemy także pozostałe. 

- A kiedy? 

-  Och,  to  już  tylko  kwestia  czasu  -  zapewnił  ją  Wolak.  Pani  Maria  była  ogromnie 

zadowolona.  Chciała  zaraz  zabrać  swoją  własność,  ale  walizka  musiała  jeszcze  pozostać  w 

dyspozycji  milicji.  Oficerowie  uzgadniali  teraz  dalsze  szczegóły.  Porucznik  Wolak  podał 

Wróblowi nazwisko i adres Janki, uzyskane przez dzielnicowego z Wrzeszcza. 

- Myślisz, że to ten jej „mąż”? - pytał Wróbel usłyszawszy dane o Jance i Adamie. 

-  Nie  wiem  -  odparł  Wolak  -  ale  wszystko  możliwe.  Ten  facet  wygląda  na  takiego, 

który się przyczaił i udaje nawróconego. Mógł zadziałać raz na obcym terenie. 

- Pojedziemy do niego? 

-  A  ja  tam  po  co?  To  twoja  robota.  Wy  prowadzicie  sprawę,  wy  ją  sobie  kończcie. 

Moja  rola  wypełniona,  chyba  że  jeszcze  coś  znajdę  z  tych  rzeczy,  które  pani  zginęły,  ale 

myślę, że teraz już poradzisz sobie beze mnie. 

Porucznik Wróbel był wdzięczny koledze za te słowa. Sądził, że teraz wmiesza się w 

to Komedna Wojewódzka, a nie chciał oddawać sprawy przed jej ostatecznym wyjaśnieniem. 

Podziękował  serdecznie  Wolakowi  za  pomoc  i  zostawił  pokwitowanie  na  walizkę. 

Pani Maria także wylewnie dziękował  porucznikowi. Oboje z Wróblem wkrótce służbowym 

wozem  jechali  z  powrotem  do  Gdyni.  A  porucznik  Wolak  tymczasem  z  satysfakcją  składał 

szefowi meldunek, że sprawa, o której mówili rano, znalazła się na dobrej drodze. 

 

 

Porucznik  Wróbel  odwiózł  zadowoloną  panią  Marię  do  pracy,  po  czym  pojechał  do 

komendy. Z walizką w ręku lekko wbiegł po schodach i od razu zameldował się u naczelnika. 

Został przyjęty natychmiast. 

- Więc jednak to ta walizka? - ucieszył się kapitan, widząc zdobycz porucznika. 

background image

- Poszkodowana twierdzi z całą pewnością, że ta! 

-  Melduj  po  kolei,  jak  się  sprawa  przedstawia  -  zażądał  naczelnik.  Wysłuchał  w 

milczeniu  wszystkiego,  co  miał  do  powiedzenia  Wróbel.  Potem  zapytał:  -  Co  masz  zamiar 

dalej robić? 

- Trzeba jak najprędzej pojechać do Wrzeszcza. 

- Zgoda. 

- Zabiorę z sobą Mazura, może się przydać. 

- Zgoda. 

-  Myślę,  że  może  część  zdążyli  sprzedać  albo  schować,  ale  może  coś  tam  jeszcze 

będzie. 

- Możliwe. 

- Chyba trzeba będzie przeprowadzić rewizję. Przydałby się nakaz. 

- Postaram się załatwić. Myślisz, że ten gość okradł Walatków? 

- Wątpię, nie zgadza się z opisem, jaki podała Zosia. 

- Mogła specjalnie nas mylić, żeby go, kryć, pamiętasz, co mówił pułkownik? 

- Wszystko możliwe, ale coś mi się wydaje, że to tylko paser. 

- Od pasera niezbyt trudno dojść do tego, kto mu dał towar. W każdym razie ten nakaz 

rewizji warto mieć. Załatwię u prokuratora. 

-  To  w  takim  razie  załatw  dwa.  Jak  tak  dobrze  ruszyło,  to  może  od  razu  trafię  na 

tamtych i też trzeba będzie im przeszukać melinę. 

- Dobrze. Ale to teren Gdańska. Trzeba uzgodnić z tamtą komendą. 

- Sprawa jest nasza. 

- Jasne, ale trzeba ich powiadomić. Ich teren, mają prawo aresztować tych gości. Ale 

myślę,  że  nie  będą  się  chcieli  wtrącać.  Jak  zaczęliśmy,  to  i  dokończymy.  W  każdym  razie 

uzgodnię  to  z  nimi.  Z  prokuratorem  też.  Zresztą  nakazów  aresztowania  na  razie  nie  trzeba. 

Możemy ich sami zatrzymać na czterdzieści osiem godzin. Jak się okaże, że to oni, prokurator 

da sankcję. 

- To oni, głowę dam - porywczo wyrwało się porucznikowi. 

-  Nie  dawaj  głowy  -  ostudził  go  naczelnik.  -  Idź  teraz  i  z  tym  swoim  Mazurem 

przygotujcie  się  do  akcji.  Za  godzinę  zgłoś  się  po  papierki.  Która  teraz  jest?  -  spojrzał  na 

zegarek. - Czwarta dochodzi. O piątej wystartujecie. 

Porucznik  wyszedł,  a  naczelnik  natychmiast  udał  się  do  zastępcy  komendanta 

zameldować  mu  o  wszystkim  i  prosić  o  załatwienie  nakazów  rewizji.  Prosił  także  o 

background image

powiadomienie  Komendy  Miejskiej  w  Gdańsku  i  uzgodnienie  z  nią  akcji.  Jak  przewidywał, 

koledzy z Gdańska nie robili trudności i nie hamowali przebiegu postępowania. 

Prokurator, który znał dobrze sprawę, gdyż nadzorował ją od początku i kilkakrotnie 

już popędzał milicję, aby przyspieszyła działania, teraz ucieszył się, gdy usłyszał, co zaszło. 

Mimo iż minęły godziny urzędowe, bez trudu wydał dokumenty, ostrzegając tylko przed zbyt 

pochopnym  działaniem.  Zrobił  to  zresztą  na  wszelki  wypadek,  zbyt  dobrze  znał  bowiem 

oficerów z komendy, aby wiedzieć, że z dokumentów tych zrobią dobry użytek. 

Wróbel tymczasem denerwował się, bo Mazura nie było w komendzie. Na szczęście 

zastał Pilarka i zaraz wysłał go do miasta, aby odszukał podporucznika i sprowadził do niego. 

Mazur przybiegł zdyszany. 

-  Gdzie  łazisz?  -  napadł  na  niego  Wróbel.  -  Jak  jesteś  potrzebny,  to  cię  nie  ma  pod 

ręką. 

-  Szefie,  zapomniałeś,  żeś  mi  kazał  ciuchy  macać  po  komisach?  -  odparł  pogodnie 

Mazur.

background image

- Diabli z ciuchami, jedziemy do Wrzeszcza! - zawołał porucznik. 

- To rozumiem! - ucieszył się Mazur. - Nareszcie ruch w interesie. Mamy ich? 

- Zobaczymy, nie mów hop, póki nie przeskoczysz - ostrzegł porucznik. 

W  paru  słowach  wyjaśnił  podwładnemu,  co  zaszło  i  dokąd  jadą.  Mazur  był  w 

siódmym niebie. 

- Szefie, obiecałeś, że ja im założę kajdanki - przypomniał. 

-  Założysz,  jak  ich  złapiemy  -  zgodził  się  Wróbel.  -  Ale  na  razie  nie  ciesz  się  za 

wcześnie, bo zapeszysz. 

Sekretarka naczelnika zadzwoniła, że porucznik może przyjść po dokumenty. 

- Ubieraj  się, Kaziu  -  zawołał  Wróbel.  -  Jedziemy.  I zabierz tę walizkę,  może trzeba 

im będzie pokazać. 

Po upływie paru minut warszawa gnała ulicami Gdyni. Wyskoczyła z Świętojańskiej 

na rondo, potem już na prostej drodze kierowca jeszcze zwiększył szybkość. 

 

 

Janka  przyszła  właśnie  z  zakupami  i  stojąc  przy  stole  wyjmowała  paczki  z  siatki. 

Adam, w swoim grubym golfie, siedział rozparty i oglądał wiktuały, jakie przyniosła. 

- Mógłbyś choć raz napalić w piecu - narzekała. - Zawsze tylko ja muszę. 

Otworzył  usta,  żeby  jej  ostro  odpowiedzieć,  gdy  w  tym  momencie  rozległo  się 

energiczne pukanie do drzwi. 

- Kogo diabli niosą? - powiedział niezadowolony. - Idź, zapytaj! 

Janka podeszła do drzwi. 

- Kto tam? 

- Otwierać, milicja! 

Adam podniósł się z miejsca, oparł ręce o stół i patrzył z przestraszoną miną w stronę 

drzwi. W tej pozycji zastali go Wróbel i Mazur. 

- Co jest? - zapytał Adam - po coście przyszli? 

-  Spokojnie,  zaraz  się  wszystkiego  dowiecie  -  Wróbel  był  czujny  i  przelatywał 

wzrokiem po zakamarkach mieszkania. Skinął ręką na Mazura, który wysunął się do przodu i 

postawił walizkę na stole. 

- Znacie to? 

Oczki  Adama  zabłysły  na  moment,  zaraz  jednak  przykrył  je  powiekami  i  odparł  z 

obojętnością w głosie: 

background image

- Walizka jak walizka, dużo takich widziałem. 

Wróbel stanął po drugiej stronie stołu i tak jak Adam oparł się rękami o blat. Mówił 

wolno, z naciskiem. 

-  Wiemy,  że  wyście  sprzedali  tę  walizkę  za  sto  złotych.  Wiemy,  komu  ona  zginęła. 

Gdzie jest druga, gdzie reszta rzeczy z rabunku? 

- Z rabunku! - Janka krzyknęła głosem pełnym przerażenia. 

- Widzisz! - Adam postąpił krok ku niej, jakby ją chciał uderzyć. - Mówiłem ci, żebyś 

byle komu nie sprzedawała! 

-  Ale  to  kupione  od  marynarza!  -  wołała  Janka.  -  Tak  powiedzieli!  Myśmy  nie 

wiedzieli, że kradzione! 

- Kto tak mówił? Od kogo to macie? - porucznik szybko rzucał pytania. 

Adam  usiadł  ciężko  i  zapalił  papierosa.  Mazur  zaś  kręcił  się  po  mieszkaniu,  zbierał 

rzeczy Walatków, które teraz już Janka sama mu podawała. 

- Powiem - wyrzucił z siebie Adam z głębokim westchnieniem.  - Wszystko powiem. 

Nie będę krył drani. Nie chcę siedzieć przez gówniarzy. Dość miałem raz... Miał być czysty 

interes... I ty też wszystko powiesz! - rzucił wściekle głową w stronę Janki. 

Porucznik położył mu rękę na ramieniu, jakby chciał zahamować wybuch wściekłości. 

-  Dobrze  -  oświadczył.  -  Powiecie,  ale  już  nie  tu,  tylko  w  komendzie.  No,  idziemy. 

Wszyscy - spojrzał wymownie na Jankę. 

Poszli  potulnie  i  przez  całą  drogę  aż  do  Gdyni  nie  odzywali  się  ani  słowem, 

przedzieleni na siedzeniu podporucznikiem Mazurem. 

Porucznik Wróbel pierwszego wziął na przesłuchanie Adama. Grubas nie taił niczego. 

Już po półgodzinnej rozmowie porucznik wiedział wszystko, co mu Adam mógł powiedzieć. 

Resztę dopowiedziała potem Janka, która była szczerze przerażona i przez cały czas płakała. 

Wyjaśniła,  jak  nawiązała  kontakty  z  Andrzejem.  Oboje  stwierdzili,  że  oddali  wszystkie 

rzeczy,  jakich  nie  zdążyli  sprzedać.  Podali  adresy  osób,  które  kupiły  niektóre  przedmioty. 

Futro było już na wsi pod Kartuzami. O koszulach nic nie wiedzieli. Nie umieli też wyjaśnić, 

gdzie się podział drugi płaszcz ortalionowy, bo oni otrzymali tylko jeden. 

Janka  bez  oporu  podała  adres  Andrzeja.  Opowiedziała  także  wszystko  o  jego 

wspólniku, podała rysopis zgadzający się z opisem podanym przez Zosię. Wspomniała o tym, 

że obaj jeździli po rzeczy gdzieś do Oliwy. 

W  końcu  porucznik  zrozumiał,  że  nic  więcej  nie  wydusi  z  tej  pary.  Oboje  byli 

wyraźnie przerażeni i bali się o własną skórę. Nie miał zamiaru ich uspokajać. 

- Tak czy owak będziecie mieli sprawę o paserstwo - oznajmił, kończąc przesłuchanie. 

background image

- Przecież my nie wiedzieliśmy - biadała Janka. - Mówił, że to od marynarza... 

- A wy mu wierzyliście? - z drwiną w głosie zapytał Wróbel. 

Nie otrzymał na to odpowiedzi ani od Janki, ani od Adama. Adam nie ukrywał swojej 

wściekłości na Jankę i tamtych dwóch. 

-  No,  on  jej  zdrowo  za  to  da!  -  zauważył  Mazur,  kiedy  zostali  sami  z  Wróblem.  - 

Wścieka się, że go w to wrobiła. 

- Ona nie lepsza od niego - stwierdził porucznik. - Kto im kazał to brać do sprzedania? 

Dostaną za swoje... 

- A myślałem, że mu nałożę kajdanki - rozżalił się Mazur. - Tymczasem to nie on... 

- Nie martw się,  Kaziu,  wiemy sporo o tym  Długim, Andrzeju  -  pocieszył Wróbel.  - 

Zdejmiemy ptaszka raz dwa. Zamelduję naczelnikowi, a ty zaczekaj, bo możesz jeszcze być 

potrzebny. 

Porucznik u naczelnika był krótko. Gdy wrócił, już od progu wołał: 

- Pakuj manatki, jedziemy! 

- Do Długiego? - pytał Mazur. 

- A na co czekać? Jak się dowiedzą, żeśmy zdjęli Adama i Jankę, to mogą natychmiast 

zwiać. Późno, psiakrew - dodał spoglądając na zegarek. - Dziewiąta minęła, sporo czasu nam 

zabrali ci dwoje. Ale to nic, może właśnie teraz Długi będzie w domu... 

Podporucznik od razu się rozpogodził. Wsiedli do warszawy i Wróbel podał kierowcy 

adres. Znów pomknęli w stronę Gdańska. Nie wiedzieli, że teraz właśnie Andrzej z Józkiem 

są już w areszcie Komendy Miejskiej w Gdańsku. 

Na  schodach  musieli  sobie  przyświecać  latarką.  Dochodziła  dziesiąta.  Z  ulicy  padał 

zbyt słaby blask latarni. 

- To tutaj - Wróbel zatrzymał się pod drzwiami. Zadzwonił, długo trzymając palec na 

przycisku. Mazur stał tuż obok, pełen napięcia. 

Ciche,  człapiące  kroki  rozległy  się  w  mieszkaniu,  a  po  chwili  usłyszeli  głos  starej 

kobiety: 

- Kto tam? 

-  Proszę  otworzyć,  milicja!  -  łagodnie  powiedział  porucznik.  Za  drzwiami  zapadła 

krótka chwila ciszy, potem usłyszeli męski głos: - Otwórz, przecież trzeba wpuścić. 

Szczęknął zamek i smuga światła z przedpokoju oświetliła oficerów. Przed nimi stała 

kobieta zniszczona, w skromnym szlafroku, z siwymi włosami zawiązanymi w węzeł. Wróbel 

zauważył, że w jej oczach błyszczą łzy. Czyżby się domyślała? - pomyślał ze zdziwieniem i 

wszedł do środka. 

background image

- Czy tu mieszka Andrzej Pytko? 

-  Tak,  to  nasz  syn  -  odparł  stary  mężczyzna,  który  stanął  teraz  obok  żony.  A  ona 

dodała:  -  Ale,  panowie...  po  co  tutaj?  Co  my?...  -  nagle  przyłożyła  dłonie  do  twarzy  i 

szlochając gwałtownie poczęła mówić: - Taki wstyd, taki wstyd... 

- Ależ co się pani stało? - pytał zdetonowany Wróbel, nie rozumiejąc, czemu kobieta 

tak  się  zachowuje,  zanim  zdążył  powiedzieć,  po  co  przyszli.  Lecz  mąż,  cały  rozdygotany, 

wyjaśnił: 

- Proszę się nie dziwić. To dla nas cios... Wielki cios... Syn aresztowany... I to jeszcze 

za taką rzecz... To doprawdy trudno znieść... 

Trząsł się tak, że słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. A Wróbla ogarniało 

coraz większe zdziwienie. Spojrzał na Mazura, który zrobił zdumioną minę. 

- Zaraz - Wróbel podniósł nieco głos ze zniecierpliwienia. 

- Proszę się uspokoić i wyjaśnić mi wszystko. 

- My, wyjaśnić? - kobieta oderwała ręce od twarzy. - A cóż my możemy wyjaśnić? - 

To panowie wszystko wiecie, aresztowaliście go przecież. 

-  Nie,  proszę  pani  -  Wróbel  postanowił  nie  ukrywać  prawdy.  -  Myśmy  dopiero 

przyszli go aresztować. 

-  Co  pan  mówi?  -  teraz  starszy  pan  podniósł  głos.  -  Co  to  ma  znaczyć?  Więc  kto 

zatrzymał  Andrzeja  za  tę  kradzież  u  ciotki?  Nie  milicja?  Przecież  godzinę  temu  był  tu 

dzielnicowy. Sprawdzał dane Andrzeja i oświadczył, że zatrzymano go z kolegą na dworcu. 

Byli obaj pijani. Znaleziono przy nich biżuterię, która zginęła mojej siostrze! I panowie o tym 

nie wiecie? To po co przychodzicie? A może nie jesteście z milicji? 

Wróbel  głęboko  wciągnął  powietrze.  Był  zaskoczony  tym,  co  usłyszał.  Starając  się 

opanować odpowiedział: 

- Owszem, proszę pana, jesteśmy z milicji. Tylko my go szukaliśmy za coś innego. Za 

napad na mieszkanie w Gdyni... 

-  O  Boże,  jeszcze  to!  -  matka  Andrzeja  zachwiała  się,  jakby  miała  zemdleć.  Mąż 

podtrzymał  ją,  a  Mazur  podskoczył  z  drugiej  strony.  Poprowadzili  kobietę  do  pokoju  i 

posadzili w fotelu. 

- Panowie - powiedział mąż starając się zapanować nad rozedrganymi rękami - jeżeli 

możecie, zostawcie ją dzisiaj. Jutro złożymy wszelkie zeznania... 

-  Dobrze  -  powiedział  zakłopotany  Wróbel.  -  Bardzo  nam  przykro,  że  przynieśliśmy 

takie nowiny. Ale cóż... 

- To nic, to nic - powtarzał starszy pan - zostawcie ją tylko w spokoju. 

background image

Oficerowie wycofali się z mieszkania. Na dole Mazur odezwał się z żalem: 

- A obiecywałeś, szefie, że założę te kajdanki... 

-  Nici  z  tego,  Kaziu,  już  im  założył  ktoś  inny  -  zamilkł,  przystanął,  żeby  zapalić 

ekstramocnego, a potem dodał jeszcze: 

- No nic, w każdym razie już siedzą, a to najważniejsze. 

 

 

Po  powrocie  do  Gdyni  natychmiast  zameldował  o  tym,  co  zaszło,  naczelnikowi. 

Kapitan  wysłuchawszy  wszystkiego  spokojnie,  zaraz  przy  nim  nakręcił  numer  zastępcy. 

Powtórzył dokładnie meldunek. Potem przez chwilę słuchał jakichś poleceń, wreszcie odłożył 

słuchawkę i powiedział: 

- Dobrze, stary kazał ci się zgłosić u siebie jutro o dziewiątej. Musi skonsultować się z 

pułkownikiem w tej sprawie. Powie ci, co masz dalej robić. 

Punktualnie  o  dziewiątej  następnego  dnia  porucznik  wszedł  do  gabinetu  zastępcy. 

Major wstał zza biurka na jego powitanie i mocno uścisnął mu dłoń. 

- Już wiem o wszystkim - powiedział - nie musisz mi meldować, siadaj. 

Zapalili. Zastępca nie patrzył w oczy porucznikowi, kiedy się odezwał: 

- Przygotujcie wszystkie akta tej sprawy. Przekazujemy ją Komendzie Wojewódzkiej. 

Pułkownik uważa, że teraz musi to poprowadzić ktoś, kto ma w ręku całość. 

- Tak jest - służbiście odparł porucznik Wróbel. Pomyślał przy tym, że Mazur będzie 

miał pretensje, że to jednak nie oni doprowadzili przestępców aż na salę sądową. 

-  No  a  ty  zabierz  się  za  tamtą  historię,  którą  odłożyłeś  -  dodał  zastępca.  -  Teraz 

możesz ją spokojnie dokończyć. 

- Tak jest - powtórzył porucznik Wróbel. 

 

background image

EPILOG 

 

No  i  w  taki  właśnie  sposób  sprawa  Andrzeja  i  Józka  znalazła  się  w  moich  rękach. 

Pułkownik wezwał mnie do swego gabinetu, pokazał grubą tekę akt i powiedział: 

-  Zapoznajcie  się  z  tym,  kapitanie.  Sprawę  prowadziła  Gdynia  i  właściwie  ją 

zakończyła. Ale wyszły dodatkowe elementy, które trzeba wyjaśnić, żeby obraz był pełny. 

A kiedy już z teczkami zabierałem się do wyjścia, dodał: 

- Winni już są ujęci, siedzą. Mają dwie sprawy, które zbadajcie łącznie. Ale myślę, że 

znajdziecie jeszcze coś w ich życiorysach. 

Nie powiem, żebym był szczęśliwy z takiego obrotu rzeczy. Absorbowało mnie akurat 

coś  innego,  ale  nie  mogłem  przecież  dyskutować.  Odłożyłem  więc  wszystko  inne  na  bok  i 

zagłębiłem się w studia materiału. 

Dalsze  stadia  postępowania  ukazały  ciekawe  rysy  w  tej  historii.  Ukazały  postać 

Andrzeja  jako  człowieka  żądnego  władzy,  pragnącego  przewodzić  i  planującego  wszystkie 

przestępstwa. 

Pierwszego poprosiłem na przesłuchanie właśnie Andrzeja, Od momentu aresztowania 

nikt z nim nie rozmawiał, nawet się nie domyślał, że wiemy o obydwu przestępstwach. Toteż 

wszedł  do  pokoju  dość  pewny  siebie.  Mierzyliśmy  się  przez  chwilę  wzrokiem.  Był 

zdecydowanie przystojny. Już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna. Ale było coś w jego 

rysach  twarzy,  w  sposobie  zaciskania  ust,  w  oczach,  co  mimo  woli  nastrajało  człowieka 

nieprzychylnie.  Jakiś  niedobry,  trudno  uchwytny  rys  charakteru  wyłaniał  się  z  tej  twarzy: 

może  okrucieństwo,  może  zarozumialstwo,  a  może  po  prostu  odpychająca  pewność  siebie, 

dająca mu poczucie wyższości nad otoczeniem. Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, 

bo trzeba było zacząć przesłuchanie. 

Po spisaniu personaliów zapytałem go o ostatnią kradzież. 

- Opowiedzcie, za co was zatrzymali. 

- Przecież pan wie - odpowiedział arogancko. - Byliśmy z kolegą trochę pod gazem i 

kiedy jakiś gość zaczepił mnie na dworcu, milicjant zabrał nas do komisariatu. 

- Nie o to chodzi. Mam na myśli te rzeczy, które przy was znaleziono. Skąd to macie? 

-  Już  mówiłem  -  patrzył  mi  w  oczy  i  nawet  się  nie  zaczerwienił.  -  Znaleźliśmy  z 

kolegą na ulicy. 

- Słuchaj - przeszedłem na ty, bo w ten sposób, sądziłem, łatwiej mi będzie nawiązać z 

nim kontakt. - Nie jesteś głupi. Czemu więc chcesz mnie traktować jak głupca? Nie pierwszy 

background image

raz  rozmawiasz  z milicją,  byłeś  karany.  Wiesz,  że  za  przyznanie  się  do  winy  i  skruchę  sąd 

zawsze zmniejsza wyrok. 

- Powiedziałem prawdę - upierał się. 

- Myślisz, że ci uwierzę w bajeczkę? Po co się wysilasz? Zapominasz, w jakim żyjemy 

wieku. Jeżeli rano została popełniona kradzież i poszkodowany zgłosił o tym około trzeciej, 

to już o szóstej wiedzą o tej kradzieży wszystkie komendy i posterunki milicji. 

- Jeżeli wiecie, to po co pan pyta? 

-  Więc  przyznajesz  się  do  tego,  że  wspólnie  z  Józefem  Oborkiem  dokonaliście 

włamania do mieszkania Marianny Pytko, twojej ciotki? 

- Tak, przyznaję się - powiedział twardo i patrzył przy tym tak na mnie, jakby chciał 

dodać  „no  i  co  mi  zrobicie?”  Ale  miałem  nad  nim  przewagę.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że 

wiem  także  o  napadzie  w  Gdyni.  Na  razie  jednak  wyjaśniłem  szczegóły  z  Wrzeszcza.  Nie 

ukrywał  niczego,  poza  tym  że  nie  ujawnił  udziału  Raczka.  Co  do  Józka,  to  osłaniał  go. 

Twierdził, że pełnił tylko funkcję pomocniczą. Brał wyraźnie całą winę na siebie. 

- No i dlaczego, powiedz, dlaczego to zrobiliście? - zapytałem. 

- Potrzebowaliśmy forsy. 

- I to była najłatwiejsza droga, aby ją zdobyć? 

-  Tak.  A  zresztą  komu  wyrządziliśmy  krzywdę?  Tej  handlarce?  Ona  ma  dosyć... 

Szybko 

sobie 

odbije 

na 

ciuchach.

background image

-  Nie  zgrywaj  się  na  Zorro  -  osadziłem  go.  -  Czasy  szlachetnych  bandytów  minęły. 

Nie ty będziesz wymierzał ludziom sprawiedliwość. 

Umilkł i tylko patrzył na mnie spode łba z wyraźną wrogością. Dodałem bezlitośnie: 

- Nie da się zwykłego rabunku przedstawić jako pięknego czynu. 

- Nigdy mi na forsie nie zależało! - wykrzyknął. 

- A na czym? - zapytałem prędko. 

Nie  odpowiedział.  Teraz  już  nie  patrzył  mi  w  oczy,  opuścił  głowę  i  siedział 

nieruchomo,  jakby  mi  chciał  pokazać,  że  czuje  się  dotknięty.  Postanowiłem  przystąpić  do 

drugiej sprawy. 

-  No  dobrze  -  powiedziałem.  -  Zostawmy  to  na  razie.  Powiedz,  co  robiłeś  dnia 

dwunastego stycznia przed południem? 

Drgnął.  Niezbyt  wyraźnie,  ale  jednak  widziałem,  że  zaskoczyło  go  to  pytanie.  Za 

szybko podniósł głowę i za odważnie spojrzał na mnie. 

-  Dwunastego?  -  zapytał  przeciągle.  -  A  któż  może  pamiętać?...  Robiłem  to  co 

zawsze... 

- To znaczy co? Przypomnij sobie. 

- Nie wiem dokładnie. Spałem pewnie do jakiejś dziewiątej, dziesiątej. Potem zjadłem 

śniadanie z ojcem. Koło południa wyszedłem do miasta. 

- Z kim się spotkałeś? Kto to może potwierdzić? 

- Z nikim. Spacerowałem sam po Gdańsku. Potem byłem w kinie... 

- Uprzedzałem cię, że za przyznanie się sąd daje wyrok łagodniejszy. 

-  Do  czego  mam  się  przyznać?  O  co  chodzi?  Przecież  już  wszystko  powiedziałem  - 

mówił śmiało, ale to już nie była poprzednia tupeciarska pewność siebie. Już się wewnętrznie 

naprężył. 

- Powiedziałeś sporo, nie wiem, czy wszystko, w sprawie kradzieży z włamaniem we 

Wrzeszczu. Ale ja cię pytam  o dzień dwunasty  stycznia. Przypomnisz sobie sam,  co wtedy 

robiłeś, czy też ja mam ci przypomnieć? 

- Powiedziałem prawdę - próbował się upierać. 

-  No  więc  posłuchaj.  Dwunastego  przed  jedenastą  zadzwoniłeś  do  mieszkania 

inżyniera Walatka w Gdyni. Pytałeś o niego i o jego żonę. Rozmawiałeś z Zosią, ich służącą. 

- Nie znam żadnej Zosi, do nikogo nie dzwoniłem. 

-  Potem  razem  z  koleżką,  tym  samym  Józkiem  Oborkiem,  poszliście  do  tego 

mieszkania.  Dziewczynie  powiedzieliście,  że  przysłał  was  Walatek  po  dzienniczki.  Kiedy 

background image

dostaliście  się  do  środka,  ogłuszyliście  dziewczynę  uderzeniami  pałki  w  głowę,  potem  ją 

związaliście, a mieszkanie obrabowaliście. Przyznajesz się? 

- Nie przyznaję się. Nie byłem dwunastego w Gdyni. 

-  Potem  zawiozłeś  zrabowane  rzeczy  do  kolegów  w  Oliwie.  Przez  swojego  brata 

nawiązałeś kontakt z Janiną i Adamem we Wrzeszczu... 

Opowiedziałem  mu  dość  dokładnie  przebieg  rabunku  znany  mi  z  dotychczasowego 

śledztwa.  Przez  cały  czas  nieustannie  bacznie  go  obserwowałem.  Widziałem,  jak  w  miarę 

moich słów oczy błyszczą mu coraz bardziej, wargi zaciskają się bezwiednie, a na policzkach 

ukazuje się rumieniec. Ale to nie był wstyd. Wyraźnie ogarniała go zimna wściekłość, że tak 

dużo już wiemy. 

- Przyznajesz się do tego wszystkiego? - zapytałem jeszcze raz. 

- Nie! - krzyknął. - Nie przyznaję się! Chcecie mnie wrobić w tę historię. Niczego mi 

nie udowodnicie! 

- Zobaczymy  - powiedziałem spokojnie. - Sam  widzisz, ile już wiemy. Dowiemy się 

także reszty. Ale wtedy sąd nie znajdzie żadnych okoliczności łagodzących. 

- Nie zależy mi na tym! - odparł butnie. 

Wtedy  wziąłem  te  jego  słowa  za  głupią  fanfaronadę.  Później  miałem  je  usłyszeć 

jeszcze raz i wtedy zastanowiły mnie. Czemu tak mówił? 

Wezwałem milicjanta i poleciłem odprowadzić Andrzeja do aresztu. Na jego miejsce 

sprowadziłem Józka. 

Od  razu  zauważyłem,  że  ten  chłopak  jest  zupełnie  inny.  Nie  tylko  zewnętrznie. 

Zamiast  arogancji  tamtego,  wyzywającej  pewności  siebie,  był  w  nim  strach,  żeby  nie 

powiedzieć: pokora. Toteż zaatakowałem go od razu, bez krążenia wokół tematu. Zapytałem, 

czy 

zna 

Zosię. 

Widziałem, 

jak 

oczy 

rozszerzyły 

mu 

się

background image

ze  zdziwienia.  Patrzył  na  mnie  długo,  jakby  chciał  się  przekonać,  czy  nie  żartuję  z 

niego. 

- Nie - odpowiedział - nie znam żadnej Zosi. 

- A przecież umawiałeś się z nią - upierałem się. 

- Kiedy, gdzie? Z jaką Zosią? - pytał szczerze zdziwiony. 

- Dwunastego stycznia w Gdyni. Umawiałeś się z nią w lokalu „Rybka” w Kartuzach. 

Nie pamiętasz? 

Dopiero teraz pojął, o czym mówię. Zdziwienie na nowo ustąpiło miejsca strachowi. 

Milczał uparcie i tylko dolna warga mu się trzęsła, jakby miał za chwilę wybuchnąć płaczem. 

-  Jak  widzisz,  sporo  wiemy  o  tobie  -  powiedziałem.  -  Mogę  ci  dość  dokładnie 

powiedzieć, co robiłeś w tym dniu, chcesz? 

- Nie, nie! - zawołał i zrobił ruch, jakby chciał zasłonić twarz. 

- Wobec tego ty opowiedz mi wszystko, od początku. - Starałem się mówić do niego 

w miarę łagodnie. Chłopak był dostatecznie wystraszony. Wiedziałem już, że bez oporu złoży 

zeznanie. 

- Przecież pan wszystko wie... - bąknął. 

-  Nie  szkodzi,  mimo  to  opowiadaj.  Kiedy  i  w  jakich  okolicznościach  poznałeś 

Andrzeja Pytkę? 

- W zeszłym roku, w więzieniu... 

Widać  było,  że  ogarnął  go  wstyd.  Opowiadanie  całej  historii  przychodziło  mu  z 

trudnością. Musiałem go nieco popędzać, pomagać pytaniami. Jednakże nie starał się kłamać, 

niczego nie ukrywał. Podał adres Burka i Ryśka w Oliwie, sam wspomniał o Raczku i jego 

udziale  w  ostatnim  włamaniu.  Nie  pominął  nawet  takich  szczegółów,  jak  spotkanie  z 

Andrzejem  w  barze  „Jacek”...  Z  jego  opowiadania  wyłonił  się  dość  dokładny  obraz  ich 

wspólnej działalności. Coraz wyraźniej także rysowała mi się sylwetka Andrzeja. Ale niektóre 

fragmenty  zeznań  Józka  były  niepokojące.  Mianowicie  te  punkty,  które  dotyczyły 

przechwałek  Andrzeja  o  kapitanie  obcego  statku,  o  znajomej  z  Zielonej  Góry  i  kierowcy, 

który miał mu ułatwić przerzut do Austrii. 

Nurtowało mnie jeszcze jedno pytanie. Teraz zadałem je Józkowi: 

- Powiedz, czemu właśnie wybraliście mieszkanie inżyniera Walatka? 

- Nie wiem - odparł bez namysłu. - To Andrzej zaplanował. 

Spodziewałem  się  tego.  Zresztą  Józek  już  wspominał  o  tym,  że  gdy  się  spotkali  w 

Urzędzie Zatrudnienia i potem byli w kawiarni „Pod Wieżą”, Andrzej przedstawił mu gotowy 

plan i żądał tylko posłuszeństwa. 

background image

Przesłuchanie  Józka  dobiegło  końca.  Chłopak  wyczerpująco  odpowiedział  na 

wszystkie  pytania,  naszkicował  obraz  obydwu  przestępstw.  A  jednak  nie  chciało  mi  się 

jeszcze  kończyć  rozmowy  z  nim.  Nie  wiem,  czy  mnie  rozumiecie,  ale  w  czasie  śledztwa 

zawiązuje się między tym, który je prowadzi, a tym, który odpowiada, coś w rodzaju więzi. 

Czasem człowiek odczuwa nawet jakby sympatię, nie, źle mówię, raczej litość, współczucie, 

czy ja wiem wreszcie co. Już po tym pierwszym przesłuchaniu było mi Józka po prostu żal. 

- Czy wiesz, co ci za to grozi? - zapytałem. 

- Przyznałem się, wszystko powiedziałem - bąkał. 

- Tak, ale ja nie jestem sędzią. A sąd weźmie pod uwagę to, że waliłeś dziewczynę po 

głowie. Prokurator może ci nawet postawić zarzut usiłowania zabójstwa. 

- Nie! - krzyknął ze strachem. - Przecież pan wie, że to nieprawda! Nawet żal mi jej 

było, zawiązałem jej głowę... 

- Powiedz, Józek - odezwałem się po chwili - powiedz, dlaczego to zrobiłeś? 

Opuścił głowę i nie odpowiedział. Widziałem, że wstydził się tego. 

Nie doczekawszy się odpowiedzi, zakończyłem przesłuchanie słowami: 

- Ech, Józek, Józek, dałbym ci baty!... 

Nie  musiałem  się  zbytnio  śpieszyć.  Kiedy  śledztwo  znajduje  się  w  moich  rękach, 

ważniejsza  jest  precyzja,  cierpliwość  niż  pośpiech.  Chodziło  o  to,  aby  wydobyć  wszystkie 

najdrobniejsze szczegóły, wynaleźć powiązania z innymi sprawami. 

Powoli doszedłem do tego, że Andrzej miał kiedyś sympatię, która przeniosła się do 

Zielonej  Góry.  Odnalazłem  ją.  Dziewczyna  powiedziała  mi  więcej,  niż  się  spodziewałem. 

Zeznała, że był on u niej dawniej, jeszcze przed rabunkiem w Gdyni. Przywiózł jakieś rzeczy. 

Miała je dotychczas u siebie. 

Gdy pokazałem te rzeczy porucznikowi Wolakowi, bez większych kłopotów odnalazł 

w  swych  aktach  wskazówki,  skąd  pochodzą.  Okazało  się,  że  był  to  łup  z  kradzieży,  której 

dokonano  w  jednym  z  mieszkań  gdańskich.  Sprawa  ta  była  już  odłożona  do  akt,  jako  nie 

wyjaśniona.  Teraz  wiedzieliśmy,  że  to  Andrzej  był  jej  sprawcą.  Doszło  mu  więc  trzecie 

przestępstwo. 

Kierowcę  wyjeżdżającego  za  granicę  w  rzeczywistości  poznał  w  bazie  PKS,  ale  nie 

przez  tę  dziewczynę.  Było  to  spotkanie  przypadkowe,  nie  dające  mu  absolutnie  żadnych 

podstaw do twierdzenia, iż może liczyć na jakiś nielegalny przerzut za granicę. Nie znalazłem 

też  żadnych  śladów  znajomości  Andrzeja  z  kapitanem  obcego  statku  lub  żoną  polskiego 

kapitana  w  Nowym  Porcie  ani  gdzie  indziej.  Wyssał  to  z  palca..  Dlaczego?  Bo  chciał 

imponować, zaczarować Józka mitem o swych kontaktach i stworzyć poczucie bezkarności. 

background image

Oczywiście  dokładniej  zarysowało  mi  się  to  wszystko  dopiero  podczas  następnego 

przesłuchania. Ale właściwie już wtedy niedwuznacznie mi się taka psychologiczna sylwetka 

tego chłopaka kształtowała. Miałem pewność, że się przechwalał, puszył jak paw, żeby tego 

drugiego, głupszego i bardziej prymitywnego, omotać, sparaliżować swą „wielkością”. Temu 

samemu  celowi  miało  służyć  gadanie  o  „zemście”  na  Walatku.  To  był  wymysł,  który  miał 

pokryć  zwykłą  chęć  rabunku,  zdobycia  pieniędzy,  dodać  napadowi  wobec  naiwnego  Józka 

pozorów tajemniczej eskapady. 

Nim  po  raz  drugi  przesłuchałem  Andrzeja,  musiałem  zarządzić  konfrontację  obu 

aresztowanych  z  Zosią.  Wprawdzie  Józek  przyznał  się  do  wszystkiego,  Andrzej  jednak 

zaprzeczał,  trzeba  było  mu  więc  postawić  świadka  przed  oczami.  Nie  ukrywam,  że  miał  to 

być także dodatkowy sprawdzian dla Zosi. Pułkownik ciągle jeszcze był nieufny wobec niej. I 

miał chyba rację, bo wciąż pozostawało rzeczą nie wyjaśnioną, dlaczego właśnie mieszkanie 

Walatków zostało obrabowane. Zosia być może znała Andrzeja i przekazała mu odpowiednie 

informacje,  czyli  „nadała  robotę”.  Jej  zachowanie  podczas  konfrontacji  mogło  to  jakoś 

zdradzić. 

Ale Zosia nie dała żadnych podstaw do dalszych podejrzeń. Nie ulegało wątpliwości, 

że  nie  znała  uprzednio  ani  jednego,  ani  drugiego.  Podczas  konfrontacji,  gdy  tylko  ujrzała 

Andrzeja i Józka między innymi mężczyznami, bez chwili wahania wskazała na nich. 

- To oni! 

Józek  opuścił  głowę,  czerwony  ze  wstydu,  a  Andrzej  patrzył  na  nią  z  nieukrywaną 

nienawiścią. 

Po  tej  konfrontacji  przesłuchałem  go  ponownie.  Tym  razem  zmienił  taktykę.  Co 

prawda nie podał, czemu wybrał Walatków, skąd miał dane o inżynierze i jego mieszkaniu. 

Do końca tego nie wyjawił. Mogłem tylko przypuszczać, że jakiś jego gdyński kompan, który 

być  może  był  uczniem  Walatka  albo  pracował  w  jego  wydziale,  opowiedział  Andrzejowi  o 

nim jako o człowieku zamożnym.  To mogło skusić Andrzeja, w dodatku Gdynia wydawała 

mu się terenem stosunkowo bardziej bezpiecznym od Gdańska, w którym mieszkał. Zdobycie 

adresu, choćby z książki telefonicznej, to już był drobiazg. 

To, co powiedział na drugim przesłuchaniu, zaskoczyło mnie i zdumiało. 

- Tak, przyznaję się - oświadczył. Mowa była już o wszystkich trzech przestępstwach: 

u Walatka, u ciotki i o tym, na którego ślad trafiłem w Zielonej Górze. 

Przez  dłuższy  czas  wypytywałem  go  o  tego  kierowcę  i  kapitana,  którzy  mieli  mu 

gwarantować ucieczkę za granicę. Rzecz zrozumiała, że ten ślad musiał  być  wyjaśniony do 

końca bez żadnych wątpliwości czy niejasności. Nie bardzo miał ochotę o tym mówić. Gdy 

background image

jednak go przycisnąłem do muru, oświadczył, iż rzeczywiście nie miał żadnych podstaw do 

mówienia wobec Józka o współpracy z tamtymi osobami i o jakiejś nielegalnej działalności. 

- Więc czemu o tym mówiłeś? Czemu się przechwalałeś? Nie odpowiedział. A ja, nie 

pozwalając mu zbyt długo się zastanawiać, naciskałem dalej: 

- Jesteś inteligentny, mądrzejszy od Józka. Lepiej od niego zdajesz sobie sprawę, co ci 

grozi za te wszystkie historie. Chciałeś zdobyć broń, planowałeś napady rabunkowe, czemu? 

Dlaczego? 

Podniósł głowę i popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie, że poczułem się głupio. Było w 

tym chłopaku coś niesamowitego, czego nie umiem określić. 

- Wszystko mi jedno  - powiedział wolno. -  I tak urodziłem się po to, żeby wisieć na 

szubienicy... 

Myślę, że w tym momencie go rozgryzłem. Na ogół staram się w takich momentach 

panować  nad  sobą,  ale  wtedy  z  trudem  tylko  wytrzymałem.  Byłem  dla  niego  bezlitośnie 

ironiczny. 

- Dość tego błaznowania! Wiem, o co ci chodzi! Nie myśl, że jesteś aż tak przebiegły, 

żeby nie można było cię rozszyfrować! Jesteś chory na manię wielkości. Marzysz o tym, żeby 

być  wielkim  przywódcą!  Chcesz  władzy  nad  ludźmi,  chcesz  ich  zmuszać  do  posłuchu 

terrorem,  rabunkiem,  a  nawet  przed  morderstwem  byś  się  nie  zawahał.  A  wszystko  po  to, 

żeby cię podziwiali. Ty bohaterze z kawiarni „Toto”! 

Odsuwał się ode mnie, kiedy to mówiłem. Czułem, że gdyby mógł, toby mnie w tym 

mornancie zamordował. Ale nie dawałem mu spokoju. Obnażałem go dalej: 

- A teraz, kiedy nic z tego nie wyszło, kiedy nie udało ci się zostać sławnym bandytą, 

chcesz być wielkim męczennikiem. Patrzcie, jaki biedny, los go przeznaczył na szubienicę! A 

jaki szlachetny, prawda? 

Musiało go to zaboleć. Kiedy mówiłem, milczał, starając się nawet nie patrzeć mi w 

oczy. Później, gdy ochłonąłem, wiele razy zastanawiałem się nad tym, czy miałem wówczas 

rację. Myślę, że jednak tak. Musiałem ugodzić go celnie, bo od tej pory był bardziej miękki, 

odpowiadał  mniej  patetycznie.  Nie  ułatwiał  mi  dochodzenia,  ale  mimo  to  nie  miałem  już 

trudności z wydobyciem z niego wszystkich szczegółów. 

I tak oto w końcu wszyscy znaleźliśmy się na sali sądowej. Józek i Andrzej zasiedli na 

ławie  oskarżonych.  Sądzono  ich  w  trybie  doraźnym.  Pozostałych  wspólników:  paserów, 

chłopaków  z  Oliwy  i  Raczka  wyłączono  do  trybu  zwykłego,  a  tu  wzywano  tylko  jako 

świadków. 

background image

Obok  mnie  siedzieli  Wróbel  i  Mazur,  nieco  dalej  porucznik  Wolak.  Walatkowie  z 

napięciem  słuchali  naszych  wyjaśnień  składanych  przed  sądem,  sami  także  opowiedzieli 

wszystko, czego sąd żądał. 

Na prawo ode mnie siedziała Zosia, obok swej matki, wystraszonej, skulonej starszej 

kobiety. Pomyślałem, że dla tej dziewczyny cały ten wypadek jest lekcją nie lada. Sprawdził 

się zresztą mój domysł, bo okazało się potem, że dziewczyna poszła do szkoły, a matka lepiej 

jej pilnowała niż poprzednio. 

Na  sali  nie  było  rodziców  Andrzeja  ani  Józka.  Nie  przyszli.  Szkoda.  Szczególnie 

szkoda,  że  nie  było  ojca  Józka...  Rodzicom  zaś  Andrzeja  właściwie  się  nie  dziwiłem. 

Wiedziałem,  jak  im  musiało  być  ciężko  w  tej  chwili,  wszak  Andrzej  był  ich  ukochanym 

synem, kandydatem na wielkiego człowieka, rozpieszczanym, wychuchanym... 

Nie  było  też  Karalucha  i  Wróbel  chyba  się  z  tego  cieszył.  Chłop  rzeczywiście  był 

niewinny  i  zaraz  po  tej  historii  rozpoczął  pracę  w  porcie.  Kara  za  kupienie  tych  rzeczy  od 

marynarza nie była tak dotkliwa, żeby mu zatamować tę drogę. 

Najbardziej jednak w tej sali interesowało mnie zachowanie oskarżonych. Tak jak w 

życiu i w śledztwie, również tutaj różnili się między sobą. Józek był przestraszony, potulny, 

załamany.  Andrzej  zaś  trzymał  się  swej  linii.  Grał  rolę  człowieka,  którego  prześladuje  złe 

fatum.  Podkreślał,  że  mu  na  niczym  nie  zależy.  Desperacko  brał  na  siebie  całą 

odpowiedzialność. Chwilami mogło się wydawać, że jest cyniczny w podawaniu szczegółów 

dotyczących popełnionych przez siebie przestępstw. 

Złościło  mnie  to  jego  zachowanie.  Byłem  przekonany,  że  to  ta  sama  poza,  którą 

przybrał u mnie podczas drugiego przesłuchania. 

Po zakończeniu rozprawy sędzia zapytał oskarżonych o ich ostanie słowo. 

Józek  wstał  szturchnięty  przez  milicjanta.  Popatrzył  na  Zosię,  potem  nasze  oczy  się 

spotkały. Widziałem, jak drżał cały i z trudem się hamował, żeby nie wybuchnąć płaczem. 

-  Wysoki  Sądzie...  -  zaczął  jakoś  nieśmiało.  -  Wiem...  to  znaczy  rozumiem,  że 

zrobiłem  źle... Gdybym  mógł  się uczyć, na pewno bym  tego nie zrobił... To moja wina, bo 

mogłem się uczyć, pracować, ale... Wysoki Sądzie - nie umiał sobie jakoś poradzić, plątał się, 

wreszcie  zakończył  żałośnie:  -  Proszę  o  łagodny  wymiar  kary...  I  proszę,  żebym  tam...  w 

więzieniu mógł się nauczyć jakiegoś fachu albo czegoś... 

Nie  dam  głowy,  czy  to  było  szczere.  Przestępcy  potrafią  przed  sądem  udawać 

niewinne  baranki.  Ale  sądzę,  że  jednak  on  był  naprawdę  skruszony.  Chyba  zdawał  sobie 

sprawę z tego, w co się wplata,!, a wyraźnie nie miał predyspozycji na wielkiego bandziora. 

background image

To był raczej wykonawca. Gdyby się dostał w dobre ręce i gdyby dom miał inny, kto wie, jak 

by się potoczyły jego losy. 

Andrzej pozostał sobie wierny. Zachowywał się, jakby był na trybunie przed tłumem, 

który miał go podziwiać. 

- Wysokie Sądzie - mówił patetycznie. - Wiem, że i tak długo nie będę żył. Taki mój 

los. Jestem przeznaczony na stracenie! Niczego nie odwołuję, niczego nie żałuję... Proszę o 

wymierzenie mi kary śmierci! 

Na  sali  zapanowało  poruszenie.  Nawet  Walatkowie  zaszeptali  do  siebie,  a  Zosia  z 

wrażenia aż podniosła ręce do twarzy. 

Tylko  sędzia,  stary  doświadczony  prawnik,  lekko  się  uśmiechnął.  Nic  jednak  nie 

powiedział. Sąd udał się na naradę. 

Oskarżeni  podnieśli  się,  świadkowie  i  publiczność  także  wstali  z  miejsc.  Sędzia 

odczytał wolno wyrok: 

„...Skazuje się: 

Andrzeja  Pytkę  na  karę  dwunastu  lat  więzienia,  Józefa  Obórka  na  karę  ośmiu  lat 

więzienia. 

Od wyroku oskarżonym nie przysługuje prawo apelacji...” 

Józek rozpłakał się jak dziecko. 

 

„KB”