background image

 

 

 

Antoni Marczyński 

 

ALOHA 

2013 

background image

 

Spis treści 

1 Egzotyczna znajomość 

2 Wspomnienia z odległej przeszłości 

3 Ważna nowina 

4 Noc podzwrotnikowa 

5 Chmury na pogodnym niebie 

6 Na plaży Waikiki 

7 Na progu śmierci 

8 Podejrzenia 

9 Cyklon 

10 Uwięzieni 

11 Zasadzka 

12 Nieoczekiwane spotkanie 

13 Epilog 

Opracowano  na  podstawie  edycji  Towarzystwa  Wydawniczego”Rój”,  Warszawa 

1929. 

background image

 

   

ROZDZIAŁ I 

 

 

Egzotyczna znajomość 

Jakiś  ciemny  punkcik  zamajaczył  nagle  wśród  białych  płatów  piany  na  siwym 

grzbiecie  grzywacza,  a  potem  znikł  równie  szybko,  jak  się  ukazał.  Zapewne  zsunął  się  po 

tylnym zboczu bałwanu i znajdował się w szerokiej na kilkanaście metrów dolinie, pomiędzy 

dwiema  potężnymi  falami.  Jakoż  zaczerniał  znowu  na  szczycie  grzebienia  następnej  góry 

wodnej. 

Ryszard przeciągnął się leniwie i wyjął ze skórzanego pokrowca lornetę. Nie mógł się 

powstrzymać  od  lekkiego  okrzyku  zdumienia,  skoro  poznał,  że  owym  ciemnym  punktem, 

który go od chwili  intrygował,  jest głowa ludzka.  Śmiały pływak sunął równolegle do lekko 

wygiętej linii brzegu, potem skręcił na miejscu, odwracając się frontem w stronę obserwatora. 

Chciał widocznie lądować. Silnymi rzutami wygimnastykowanych ramion zbliżał się szybko, 

korzystając  z  każdej  fali.  Każda  niosła  go  na  swym  spienionym  grzbiecie  kilka  metrów  i 

przysuwała do brzegu. 

-  Kobieta?  -  szepnął  Ryszard  w  pewnej  chwili.  Upewniał  się  z  każdą  sekundą  o 

trafności  swego  spostrzeżenia,  a  przekonał  się  ostatecznie,  kiedy  znakomita  pływaczka 

dotarła do mielizny i szła po płytkim dnie, kołysząc się lekko w biodrach. Była naga zupełnie. 

Po  tym  szczególe,  po  cerze  złotobrązowej,  tak  różnej  od  zwykłego  opalenia  się  mimo 

pozorów  podobieństwa,  wreszcie  po  sposobie  upięcia  czarnych,  lśniących  włosów  poznał  z 

daleka,  że  ma  przed  sobą  kobietę  z  miejscowego plemienia,  a  nie  jakąś  ekscentryczną  miss, 

trenującą  do  zawodów  pływackich.  Zauważył  także  ze  zdumieniem,  że  w  ustach  trzymała 

drewniany trzon olbrzymiego noża. 

-  Pływa  w  pełnym  rynsztunku  bojowym  -  mruknął,  uśmiechając  się  na  widok 

uzbrojenia wyspiarki. 

Przeszła całkiem  blisko obok leżącego  mężczyzny,  nie dostrzegając go jednak,  może 

dlatego, że zasłonięty był z tej strony kępą karłowatych paproci. 

Oglądała uważnie pnie kilku palm, wybrała wreszcie jedno drzewo i zaczęła się na nie 

wspinać z małpią zręcznością. Wysoko nad powierzchnią łączki wisiała spódniczka z rafii. 

-  Cha,  cha,  cha!  -  chichotał  Ryszard  rozweselony.  -  Piękna  Hawajka  urządziła  sobie 

background image

kabinę  kąpielową  na  drzewie  i  tam  zostawia  garderobę.  Byłbym  ją  gdzie  schował,  gdybym 

wiedział, cha, cha, cha... Ale pomysł bądź co bądź niepowszedni, oryginalny. 

Dźwignął  się z ziemi  i, skradając się ostrożnie,  dotarł aż pod palmę; przyczaił  się za 

grubą osłoną pnia. 

Hawajka,  zajęta  przeglądaniem  się  w  małym  lusterku  oraz  poprawianiem  nieco 

uszkodzonej  w  kąpieli  fryzury,  nie  zauważyła  intruza  zupełnie.  Po dobrej  chwili  zaczęła  się 

opuszczać  w  dół.  I  w  momencie,  kiedy  miała  zeskoczyć  z  dwumetrowej  wysokości,  jej 

spódniczka z rafii zaczepiła się o korę drzewa. 

Wówczas  miał  Ryszard  doskonałą  sposobność  podziwiać  siłę  muskułów  brązowej 

dziewczyny.  Nie  opierając  się  nogami  o  pień  drzewa,  wisiała  na  jednej  ręce,  a  drugą 

odłamywała  skrawki  złośliwej  kory;  potem,  żeby  móc  lepiej  sięgnąć,  ugięła  rękę  w  łokciu, 

dźwignęła  się  w  górę  i  w  tej  trudnej  pozycji  wisiała  czas  dłuższy...  Zauważył  jednak,  że 

zaczyna się wyczerpywać. Wysunął się więc szybko, pochwycił jej nogi w kostkach, a stopy 

oparł  sobie  na  głowie,  podtrzymując  ją  w  ten  sposób  i  przychodząc  z  wydatną  pomocą 

zmęczonej ręce. 

Hawajka przestraszyła się trochę, lecz nie cofnęła nóg, nie odtrąciła pomocy. Szybko 

odplątała ostatnie włókna i zeskoczyła wprost w ramiona mężczyzny. 

W ten sposób zawarli znajomość. 

Zaprowadził  ją  do  swego  legowiska  i  wyjął  zapasy  z  plecaka.  Hawajka  po 

kilkugodzinnym  pływaniu  miała  bajeczny  apetyt,  lecz  pomimo  to  nie  jadła  bynajmniej 

żarłocznie. Jej ruchy miały w sobie dużo wdzięku, a nawet dystynkcji, która go zdumiewała... 

Każdy  sandwich  brała  w  dwa  palce,  w  taki  sposób,  by  nie  dotknąć  szynki,  i  pochłaniała 

zapasy wytrwale, ale bez pośpiechu. 

Mówiła  po  angielsku  biegle,  mieszając  tylko  od  czasu  do  czasu  hawajskie  wyrazy. 

Kiedy  zauważyła,  że  towarzysz  przygląda  się  uporczywie  jej  smukłym,  bardzo  długim 

nogom,  cofnęła  je,  podwinęła  wstydliwie  pod  siebie  i  jeść  przestała.  Wobec  tego  musiał  się 

zadowolić tylko dorywczą obserwacją. Stwierdził więc przede wszystkim, że nowa znajoma, 

a raczej nieznajoma  jest zbudowana wspaniale,  że rysy  ma regularne,  włosy  jak heban, oczy 

podłużne,  głębokie  i  ciemne,  nosek  tak  minimalnie  zadarty,  że  prostym  go  nazwać  można, 

wargi nieco za grube, a zęby równe,  białe,  jak dwa rzędy dobieranych pereł. Tak, gdyby  nie 

wargi,  mogłaby  uchodzić  za  skończoną  piękność  nawet  dla  wybrednego  smaku  człowieka 

białej rasy. 

Przy  deserze,  złożonym  z  tabliczki  czekolady  i  cukierków,  zawiązała  się  rozmowa. 

Ryszard dowiedział się przede wszystkim, jak brzmi imię pięknej wyspiarki. Było długie, lecz 

background image

brzmiało  dźwięcznie:  Lilinokalana

1

.  Postanowił  więc  nazywać  ją  jakoś  krócej,  na  przykład 

Lili  lub  Kala.  Dalsza  pogawędka  dotyczyła  celu  długiej,  męczącej  wycieczki  wpław  przez 

nurty zatoki Maunalua.  Lili  wyjaśniła,  że pływa codziennie po kilka godzin  bez względu  na 

pogodę i na wysokość fal, po prostu dla zabicia czasu oraz by nie wyjść z wprawy. 

- A po cóż sztylet? - zagadnął, wskazując na olbrzymi nóż, jaki można spotkać chyba 

u rzeźnika. 

W  odpowiedzi  rozchyliła  swe  mięsiste,  purpurowe  wargi,  demonstrując  po  raz  nie 

wiedzieć który drapieżne, białe jak śnieg ząbki: 

- To na rekiny. 

Ryszard  wzdrygnął  się  mimowolnie.  W  czasie  przejażdżek  statkami  Inter  Islands 

Steamship  Company  lub  podczas  kilku  wycieczek  kutrem  wzdłuż  brzegów  O`ahu  miał 

niejedną  sposobność  przyjrzeć  się  z  bliska  tym  bestiom  i  wyobraził  sobie  nagle  smukłą 

sylwetkę  Lili  w  nierównej  walce  z  nimi.  Cóż  znaczył  głupi  sztylet,  choćby  był  jeszcze  trzy 

razy  dłuższy  niż  jest.  Szalona  dziewczyna  nie  zdaje  sobie  chyba  sprawy  z  ogromu 

niebezpieczeństwa,  na  jakie  się  naraża.  Prędzej  czy  później  padnie  ofiarą  własnej 

lekkomyślności. 

I  z  całym  zapałem,  energią  dwudziestopięcioletniego  mężczyzny,  z  wiarą  w  swój 

przekonywający  sposób  mówienia  zaczął  tłumaczyć  towarzyszce  bezsensowność  takich 

eskapad. Biorąc pod uwagę, że przemawia do dziewczyny stojącej zapewne na niskim stopniu 

kultury, do dziecka Dalekiego Wschodu, do którego wyobraźni trafiają najłatwiej malownicze 

opisy i przenośnie, zaczął przedstawiać, snuć przed jej oczyma możliwie najbardziej barwne i 

fantastyczne obrazy, których bohaterką była ona, Lili. 

Odpowiedziała  rezolutnie,  że  gdyby  spotkała  rekina,  da  nurka  i  pchnie  go  nożem  od 

spodu  w  biały  brzuch,  o  ile  potwór  w  ogóle  nie  pierzchnie  z  placu,  jak  się  to  najczęściej 

zdarzało. 

- A jeśli będzie ich dwa, dziesięć, dwadzieścia? 

Lili  rozłożyła  ręce  bezradnie.  Tej  ewentualności  nie  brała  dotychczas  w  rachubę. 

Przyrzekła  w  przyszłości  nie  zapuszczać  się  tak  daleko  od  brzegu.  Potem  jakaś  nowa  myśl 

musiała jej przyjść do głowy, bo przerwała jego potok wymowy i spytała niespodzianie: 

- Czy byłoby ci smutno, gdyby mnie rekin pożarł? 

- Ależ naturalnie, Lili. Byłoby mi bardzo smutno, bardzo. 

Przypatrywała  mu  się  badawczo,  jakby  nieufnie,  potem  zagadnęła  o  coś  i  rozmowa 

przeszła na obojętne tematy. 

W pewnym momencie zerknął Ryszard dyskretnie na zegarek. 

background image

-  Och! To już tak późno! -  zauważył ze zdziwieniem, zrywając  się szybko z ziemi.  - 

Mister  Dragon  będzie  miał  znów  okazję  do  zrobienia  kilku  cierpkich  uwag  o  mej 

niepunktualności - mruknął do siebie i zaczął się żegnać ze swą towarzyszką. 

Hawajka  zamieniła  się  w  słuch.  Wstała  szybko  z  miękkiej,  gęstej  trawy,  oddała 

niezgrabny uścisk dłoni i spytała: 

- O kim ty mówiłeś? Powtórz raz jeszcze... 

-  Ech,  nic...  Przypomniałem  sobie  tylko,  że  jestem  zaproszony  na  lunch  do  pewnych 

znajomych i spóźnię się zapewne. Ładny kawałek drogi mam jeszcze do Honolulu. A może ty 

byś mnie odprowadziła?... 

- Nie, nie... Ja także się spieszę w swą stronę... Tylko powiedz, mi, jak się nazywa ten 

pan... ci państwo, do których idziesz. - nalegała. 

-  A cóż ci  może na tym zależeć,  moja piękna przyjaciółko? -  pytał,  zaciekawiony  jej 

natarczywością.  Kiedy  nalegała  w  dalszym  ciągu,  powtórzył  nazwisko,  które  przedtem 

machinalnie powiedział. 

-  Mister  Dragon!...  Mister  Dragon!  -  szeptała  brązowa  dziewczyna  z.  niezwykłym 

jakimś ożywieniem, którego mimo wysiłków nie potrafiła ukryć. 

Ryszard  zaczął  się  niecierpliwić.  Pożegnanie  trwało  zbyt  długo  jak  na  tak  świeżą 

znajomość.  Pragnąc  się  prędzej  pozbyć  swej  zamyślonej  towarzyszki,  spytał,  czy  będzie  ją 

mógł nazajutrz spotkać w tym samym miejscu. 

- Jutro nie... Za cztery dni dopiero tu będę - odparła. 

- Dobrze... Zabiorę swój kostium kąpielowy i będziemy razem pływać. A teraz żegnaj 

mi, piękny kwiecie egzotycznej krainy, bo śpieszę się diabelnie. 

- Więc za cztery dni... Aloha!... Aloha! 

Rozstali  się  i  ruszyli  w  dwie  przeciwne  strony.  Ona  poszła  powoli,  z  głową  nisko 

schyloną,  zamyślona,  skupiona  dziwnie.  Poszła  w  kierunku  Wailupe,  w  stronę  wysoko 

wystrzelających, żelaznych wieżyczek radiostacji. On przyśpieszył kroku i jął się wspinać po 

łagodnym  zboczu  Diamond  Head.  Na  myśl  o  tym,  że  za  godzinę  ujrzy  anielsko  piękną 

Mistress  Violet  Dragon,  że  uczuje  na  sobie  ciepłe  spojrzenie  jej  fiołkowych,  jakby  wciąż 

zalęknionych oczu, uściśnie jej dłoń białą, na myśl o tym zapomniał szybko o Hawajce. Czyż 

mógł przewidzieć, że ten drobny epizod, to dzisiejsze poznanie zaważy, i jak bardzo zaważy, 

na szali jego życia?... 

Docierał  właśnie  do  najwyższego  punktu  drogi.  Jeszcze  chwila  i  ujrzy  stolicę  Wysp 

Hawajskich,  piękne  Honolulu,  setki  białych  willi  rozrzuconych  pośród  malowniczych 

ogrodów,  a  wśród  nich  ten  najmilszy,  najładniejszy  domekpałacyk  letni,  gdzie  przy  boku 

background image

męża tyrana mieszka ona, Violet. Pozna tę willę z daleka! Sąsiaduje ona z parkiem Kapiolani. 

Swymi dwiema wieżyczkami patrzy wprost na słynne na cały świat akwarium honolulskie. 

Idąc  bardzo  szybko  pod  górę,  zmęczył  się  trochę;  przystanął  na  moment  i  w  tejże 

chwili usłyszał zbliżający się tętent bosych stóp. 

- Lili - zdziwił się głośno, odwróciwszy głowę. 

Była  to  rzeczywiście  Lilinokalana.  Przybiegła  doń  zadyszana,  lecz  uśmiechnięta 

radośnie,  jakby ucieszona, że znów ma sposobność zamienienia słów kilku. Ale uśmiech ten 

ustąpił  natychmiast  miejsca  zakłopotaniu,  lękowi,  czy  jej  pytanie  nie  wywoła  grymasu 

zniecierpliwienia lub niezadowolenia. 

- No powiedzże, co masz na języku - rzekł łaskawie. 

Ośmielona tym wstępem, wyrecytowała jednym tchem: 

- Słuchaj!... ile on ma lat, ten Mister Dragon? 

- Co takiego?... Nie, to zaczyna być interesujące! A cóż ci zależy na tej informacji? 

Hawajka  nie  pojęła  znaczenia  tak  trudnego  słowa  jak  informacja,  lecz  pochwyciła 

oburącz dłoń Ryszarda i z uporem dziecka zaczęła powtarzać swe pytanie w kółko, aż ustąpił. 

-  Mister  Dragon  ma  lat  pięćdziesiąt  dwa  -  odrzekł.  -  Teraz  na  ciebie  kolej,  moja 

brązowa boginko. Musisz mi powiedzieć, dlaczego... 

- Zaraz!... zaraz - przerwała mu szybko. - Powiedz mi jeszcze, czy on ma długie ręce... 

Bardzo długie, jak małpa... 

The devil! - parsknął Ryszard rozweselony. - Jak widzę, stary Ralph nie stracił tych 

dwu tygodni na O`ahu. Już tu wiedzą o jego sławetnych łapach. No, mała, przyznaj się teraz, 

kiedy z nim zawarłaś znajomość? 

Lilinokalanie  żartobliwy  nastrój  towarzysza  nie  udzielił  się  bynajmniej.  Była 

poważna,  zamyślona.  Powtarzała  wciąż  jedno  zdanie,  jakby  sobie  jego treść  w  pamięć  wbić 

chciała  dokładnie...  -  Ralph  Dragon.  Ralph  Dragon,  zły  człowiek  o  rękach  małpy...  Tak,  to 

on... I wiek się zgadza... To on na pewno. 

-  Co  ty  tam  mruczysz  pod  nosem?  -  spytał  Ryszard,  który  z  całej  oracji, 

wypowiedzianej w obcym dla siebie języku, zrozumiał tylko nazwisko męża Violet. 

Hawajka otrząsnęła się z zadumy. 

- Za cztery dni nad zatoką Maunalua, tam, gdzie dziś - rzekła, uwalniając zręcznie swą 

dłoń, którą Ryszard chciał teraz przytrzymać. 

- Czekajże, filutko - zawołał, ale już zbiegła kilkanaście kroków. Raz jeszcze obejrzała 

się  wstecz,  raz  jeszcze  rzuciła  swe  pożegnalne  aloha  i  pomknęła  z  chyżością  ściganej  przez 

drapieżnego kota antylopy. Zasłonił ją przed oczyma zdziwionego mężczyzny występ skalny, 

background image

który drożynę górską do zatoczenia łuku w tym miejscu przymuszał. 

- Muszę Ralpha spytać - mruknął Ryszard zaintrygowany; potem wzruszył ramionami 

i puścił się w dalszą drogę do miasta, wyrzucając sobie nową, niepotrzebną zwłokę... 

1

  Właściwie  Lili`uokalani;  takie  imię  nosiła  ostatnia  ostatnia  królowa  niepodległych 

Hawajów.  Pozostawiam  angielskojęzyczną  pisownię  zastosowaną  przez  autora.  Litera  ` 

oznacza  niemą  spółgłoskę  (zwarcie  krtani)  jaką  wymawiamy  w  wyrazach  idea,  kamea,  zoo

choć jej nie zaznaczamy w piśmie. (Wszystkie przypisy od red.) 

background image

   

ROZDZIAŁ II 

 

Wspomnienia z odległej przeszłości 

Uchwyciwszy  odpowiedni  moment,  zwrócił  się  Ryszard  do  gospodarza.  W  krótkich, 

treściwych słowach opowiedział przebieg zawarcia znajomości z piękną Hawajką i powtórzył 

w skróceniu obie rozmowy, opuszczając oczywiście aluzje do długich rąk Mister Dragona. Na 

ustach gości wykwitły domyślne uśmieszki, na moment zapanowała nawet trochę kłopotliwa 

cisza, przerwana na szczęście dość szybko przez rubasznego inżyniera Le Brixa, który huknął 

na całe gardło: 

-  A to  cię  wsypali  przed  małżonką!  No,  stary  przyjacielu,  przyznaj  się,  jak  to  było  z 

ową uroczą Hawajką. Grzechy na stół! 

-  Tak, tak.  Proszę  nam  opowiedzieć  -  piszczała  Mistress  Rebecca  Yeats.  potrząsając 

zalotnie swą ptasią głową przytłoczoną brzemieniem utlenionych na rudo włosów. - Ja proszę, 

ja bardzo proszę. 

Pierwsze  spojrzenie  stalowych  oczu  gospodarza  padło  na  młodą  małżonkę,  z  kolei 

przeniosło  się  na  twarz  Ryszarda  i  stało  się  zimne,  jakby  wzgardliwe;  zdawało  się  mówić: 

Wiem, dlaczego to opowiedziałeś w obecności Violet. Rozumiem cię doskonale, młokosie! 

Potem  Mister  Dragon  zaczął  wyjaśniać  spokojnie,  że  odkąd  przybył  ze  Stanów  na 

O`ahu,  a  więc  w  ciągu  dwóch ostatnich  tygodni,  przebywał  zawsze  w towarzystwie  żony,  o 

ile  naturalnie  nic  znajdował  się  w  miejscowym  jachtklubie,  że  wobec  tego  nie  miał  nawet 

okazji do zawarcia znajomości z jakąś egzotyczną pięknością. 

-  Zachodzi  tu  więc  nieporozumienie,  jeśli  w  ogóle  cała  historia  nie  jest  doskonałym 

dowcipem naszego sympatycznego Mister Gratha - zakończył. 

Ryszard zaprotestował gorąco. Już miał na języku szczegół, który najlepiej dowodził, 

że  nie  może  być  mowy  o  jakimś  qui  pro  quo,  mianowicie  wzmiankę  o  charakterystycznych 

rękach gospodarza. Powstrzymał się jednak na czas, powtarzając tylko, że nic nie zmyślił, nie 

dodał,  a  na  dowód  swej  prawdomówności  proponuje,  by  mu  ktokolwiek  towarzyszył  w 

następnej przechadzce nad zatokę Maunalua. 

- Za cztery dni mam się tam spotkać z Lili - dodał. 

-  Patrzcie państwo! - pisnęła Mistress Yeats. - Nasz  młody przyjaciel  nie traci czasu. 

Już sobie zdążył schadzkę naznaczyć. Chi, chi, chi! 

Nie  uszło  bacznego  oka  gospodarza,  że  ledwie  przebrzmiały  słowa  Mistress  Yeats, 

background image

lękliwa  Violet,  zahukana,  potulna  małżonka,  rzuciła  badawcze  spojrzenie  na  Ryszarda.  Ten 

drobny szczegół zanotował sobie Mister Dragon dobrze w pamięci. 

-  Mam!  -  krzyknął  w  tej  chwili  siwiuteńki  jak  gołąb  Le  Brix  i  mówił  dalej  bardzo 

głośno,  jak  wszyscy,  którzy  nie  dosłyszą.  -  Zagadka  rozwiązana.  Przecież  byłeś  tutaj  ongiś 

jako oficer marynarki wojennej. Prawda, Ralph? 

- Owszem. 

- No tak, ale owa Hawajka ma mieć kilkanaście wiosen zaledwie, a tyś był tutaj... bo 

ja wiem... będzie chyba z trzydzieści latek. 

-  Dwadzieścia cztery -  poprawił Mister  Dragon z kwaśnym uśmiechem. Jak wszyscy 

starsi panowie, nie lubił aluzji do swego wieku. 

-  Niech  będzie  dwadzieścia  cztery  -  ciągnął  Le  Brix.  -  Tak,  tak.  To  się  zgadza. 

Archipelag został przyłączony do Stanów w roku 1898. 

- Dnia 12 września roku 1898 - uzupełnił milczący dotychczas doktor Hearne. 

-  To nowość usłyszałam -  wtrąciła swe trzy grosze pani  Rebecca.  -  Byłam pewna,  iż 

wyspy Hawajskie  już od wielu stuleci do Stanów należą,  a teraz słyszę,  że ani ćwierć wieku 

nie upłynęło... 

Le Brix parsknął głośnym śmiechem... 

- Od wielu stuleci, od wielu stuleci! - powtarzał. - Pyszny kawał! Kochana pani zdaje 

się  zapomniała,  że  nasze  poczciwe  Stany  to  młode  państwo.  Zaledwie  półtora  wieku  sobie 

liczy. 

Mistress  Yeats  nie  czuła  się  bynajmniej  zażenowana.  (Nieznajomość  historii  i  wielu 

innych  nauk,  tak  pielęgnowanych  w  starej  Europie,  jest  na  porządku  dziennym  u 

Amerykanek, należy jak gdyby do dobrego tonu). Zrobiła więc tylko minę podlotka i zwróciła 

się  do  gospodarza  z  prośbą,  by  dla  uświadomienia  młodszych  zechciał  opowiedzieć  historię 

wysp Hawajskich. 

- Tylko możliwie najkrócej - zastrzegła przezornie. 

Mister Dragon chrząknął, jak na mówcę przystało, i zaczął w te słowa: 

-  Pierwotną  ludność  archipelagu  stanowili  Kanakowie.  Miało  ich  być  około  pół 

miliona, a jak James Cook obliczył, za jego czasów, trochę ponad trzysta tysięcy. Kanakowie 

odznaczali  się wspaniałą  budową ciała,  byli  bardzo gościnni,  słynęli z rycerskości,  męstwa  i 

dumy.  Ich  kobiety  znane  były  z  urody,  wdzięku,  z  wielkiej  skłonności  ku  białym 

podróżnikom,  marynarzom,  awanturnikom,  ale  znane  też  były  z  niesłychanej  mściwości. 

Bodaj czy nie to właśnie było przyczyną zamordowania sławnego Cooka. 

Ten lud wojowniczy, żyjący przeważnie z rozboju, rozleniwiony przez przyrodę, która 

background image

zaopatrywała  go  we  wszystko,  nie  mógł  czy  nie  chciał  przystosować  się  do  zmienionych 

warunków  życia  i  wymierał  w  szybkim  tempie.  Dziś  autochtonów  pozostało  zaledwie 

dwadzieścia tysięcy na całym archipelagu... 

- To straszne - szepnęła Mistress Violet Dragon. 

-  Trudno,  moja  droga.  Słabsi  muszą  zawsze  zrobić  miejsce  silniejszym.  Panowanie 

nad  światem  należy  do  nas,  do  silnej  rasy  białej.  Zresztą  nie  ma  czego  żałować  tych 

ludożerców. 

- Ludożerców?! - przeraziła się Mistress Yeats. 

- A tak, droga pani. Dzisiaj jeszcze utrzymała się tradycja, że w czasie uczty weselnej 

obok  ciasta  poipoi,  ryb,  owoców  i  innych  przysmaków  wnoszą  jako  honorową  potrawę 

wielką,  upieczoną  w  całości  świnię.  Za  dawnych  „lepszych”  czasów  wnoszono  człowieka, 

upieczonego  również  w  całości,  aczkolwiek  ten  kanibalski  przysmak  figurował  w 

„jadłospisie” pod niewinną firmą długiej, białej świni. Spytajcie państwo doktora, czy kłamię. 

- Tak, to prawda - potwierdził krótko małomówny doktor Hearne. 

-  W  ten  sposób  znakomity  podróżnik  James  Cook,  a  raczej  jego  doczesna  powłoka 

znalazła  się  na  stole  i  w  żołądku  króla  Kamehamehy

1

  oraz  jego  najwyższych  dostojników 

dworskich...  Ale  wracam  do  mego  opowiadania.  Otóż  u  schyłku  ubiegłego  stulecia  zanosiło 

się  na  to,  że  wyspy  Hawajskie  przypadną  Japonii.  Nawiasem  dodam,  że  połowę  dzisiejszej, 

trzystutysięcznej  ludności  tutejszej  stanowią  Żółci,  licząc  Chińczyków  razem  z 

Japończykami.  Przybywa  ich  z  każdym  rokiem,  a  kompetentne  czynniki  patrzą  na  to  z 

bezmyślną pobłażliwością. 

Przedostatni  monarcha  hawajski,  król  Kalākaua  chciał  wydać  swą  piękną  córkę 

Ka`iulani  za  następcę  tronu  kraju  Wschodzącego  Słońca.  Wianem  jej  miały  być  wyspy 

Hawajskie.  Na  szczęście  intrygi  naszej  dyplomacji  zdołały  połaskotać  próżność  głupiego 

mikada, który propozycję króla Kalākauy

2

 ze wzgardą odrzucił. 

Ladies  and  gentlemen.  Proszę  mi  wierzyć,  że  Hawaje  w  rękach  Japonii  to  rewolwer 

przystawiony do skroni Stanów! Nie doszło do tego jednak. 

Wypadki  potoczyły  się  szybko.  Nastąpił  zamach  na  ostatniego  władcę,  na  królową 

Lilinokalanę... 

- Jak?! - krzyknął Ryszard Grath - Lilinokalana, pan powiada? Ależ tak właśnie brzmi 

imię młodej wyspiarki, którą dziś poznałem wśród romantycznych okoliczności... 

Mister  Dragon  wzruszył  ramionami  niecierpliwie  niezadowolony,  że  przerwano  mu 

znów opowiadanie. 

- Cóż w tym dziwnego lub nadzwyczajnego? - rzekł. - Czy sądzi pan, że tylko królowe 

background image

mają monopol na pewne imiona? Wracam do wątku przerwanej historii. 

Nastąpił okres pięcioletnich rządów republikańskich. Biali osadnicy słali jedną petycję 

po  drugiej  do  rządu  Stanów,  prosząc  o  opiekę  i  zaprowadzenie  porządku.  Bojaźliwy 

prezydent  Cleveland  wahał  się.  Lecz  potem  przyszedł  energiczny  Mac  Kinley,  który  też  w 

roku 1898 ogłosił aneksję wysp Hawajskich do USA. 

Oczywiście  nie  wystarczało  ogłosić.  Trzeba  było  ten  akt  poprzeć  bardziej  ważkimi 

argumentami. 

Dwie  eskadry  naszych  statków  wojennych  krążyły  już  od  dawna  w  pobliżu. 

Skierowano  je  w  stronę  wysp.  Tu  i  ówdzie  były  małe  akcje  patriotów,  finansowane 

niewątpliwie  przez  zazdrosną  Japonię,  która  poniewczasie  spostrzegła,  jaki  kąsek  z  rąk 

wypuściła lekkomyślnie. 

Ja,  jako  komendant  torpedowca  T33,  miałem  także  sposobność  zetknąć  się  z 

buntownikami  i  kilkunastu  z  nich  wysłałem  do  krainy  duchów.  Tak,  tak.  W  związku  z  tym 

miałem nawet ciekawy epizod z pewną pięknością tubylczą, ale to już do rzeczy nie należy. 

Ostatecznie,  wszelkie  zamieszki  stłumiliśmy  w  ciągu  kilku  miesięcy  i  od  tej  pory 

panuje  tutaj  wzorowy  ład  i  porządek.  Wnieśliśmy  kulturę,  pobudowaliśmy  szkoły,  porty, 

dworce,  linie  kolejowe,  szpitale.  Yes!  Dawniej  trędowaci  włóczyli  się  wszędzie,  roznosząc 

straszną  zarazę.  Dziś  mają  wspaniałą  kolonię  na  Moloka`i.  Tak,  moi  państwo.  Ludność 

rdzennie  tubylcza  potrafiła  też  doskonale  ocenić  ogrom  dobrodziejstw,  jakie  spłynęły  na  jej 

kraj  z  łaski  Stanów  i,  jak  wskazują  każdorazowe  wybory,  naszymi  największymi 

zwolennikami, 

sprzymierzeńcami, 

przyjaciółmi 

są 

właśnie 

rodowici 

Kanakowie. 

Malkontentów można by szukać tylko wśród ludności japońskiej. 

Ladies and gentlemen, skończyłem. 

Nikt jakoś nie kwapił się z zabraniem głosu. Po dłuższej chwili przemówiła pierwsza 

Mistress Violet Dragon: 

- A co się stało z rodziną królewską, z dawną arystokracją, dostojnikami? 

- Kiedy stąd odjeżdżałem, darling, przedmiotem debat była właśnie kwestia emerytur 

dla  członków  rodziny  królewskiej  i  innych  uprzywilejowanych  kacyków.  Jaki  jednak  obrót 

sprawa  wzięła,  nie  wiem.  Nie  interesowałem  się  tym  nigdy.  Nasz  doktor,  który  mieszka  tu 

stale, będzie cię mógł lepiej zapewne objaśnić. Cóż, doktorze? 

-  Wiem  niewiele  więcej  od  pana  -  odparł  doktor  Hearne.  -  Podobno  kilku 

ambitniejszych Kanaków zrezygnowało z „jałmużny”, nie uznając w głębi duszy, oczywiście, 

obecnego stanu rzeczy. A inni biorą dolary z wielkim zamiłowaniem. 

Mistress Yeats zaczęła się niecierpliwić. Głośno zamanifestowała swe uczucia: 

background image

-  Może  byśmy  jednak  pozostawili  tych  nieciekawych  Kanaków  w  spokoju.  Mówmy 

raczej  o  jutrzejszej  wycieczce  do  Pearl  Harbour.  Mister  Dragon,  panu  udzielam  głosu.  Pan, 

jako były oficer marynarki, musi być naszym przewodnikiem w tej eskapadzie. Przecież Pearl 

Harbour  jest  główną  bazą  wojennej  floty  morskiej  i  powietrznej  Stanów  na  Oceanie 

Spokojnym; jest, jak to wyczytałam w jakimś dzienniku, kluczem do władania nad olbrzymim 

Pacyfikiem. Pan więc, jako fachowiec, będzie miał wdzięczne pole do popisu, bo co do mnie, 

to nie odróżniam krążownika od torpedowca - dodała z rozbrajającym uśmiechem. 

-  Doskonale.  Proponuję  jednak,  abyśmy  program  wycieczki  omówili  na  świeżym 

powietrzu... Violet, każ nam kawę przynieść do altany. 

W  chwilę  później  całe  towarzystwo  przeniosło  się  do  ogrodu,  który  otaczał  ze 

wszystkich stron mały pałacyk wynajęty przez Mister Dragona na całe tegoroczne lato. 

1

 Kamehameha - Była dynastia pięciu królów o tym imieniu. 

2

  Kalākaua  -  Poprzednik  Lili`uokalany  na  tronie  hawajskim.  (Pozioma  kreska  nad 

samogłoską oznacza jej wydłużenie.) 

background image

   

ROZDZIAŁ III 

 

Ważna nowina 

-  Prędzej...  Prędzej  -  komenderowała  młoda  dziewczyna,  stojąca  na  samym  dziobie 

łodzi bardzo długiej a wąskiej jak koryto do pojenia bydła. 

Dwunastu wioślarzy zwiększyło tempo, dobywając resztek sił. Ich nagie, potem zlane 

ciała  lśniły  jak  brąz  w  promieniach  chylącego  się  ku  zachodowi  słońca.  Ich  muskularne 

ramiona prężyły się w nadludzkim wysiłku, ilekroć łopatki wioseł zapadały w zieloną wodę, a 

pochylony wstecz korpus przyciągał ręce ku sobie. 

Lecz  mimo  całkowitego  wyczerpania  nie  podniosła  się  ani  jedna  skarga  na  rozkaz 

bezlitosny. Żadna głowa nie odwróciła się i ani jedno spojrzenie, pełne niemego wyrzutu, nie 

pobiegło  ku  smukłej  sylwetce  niecierpliwej  dziewczyny.  A  po  każdym  jej  przynagleniu 

brązowe  ciała  Kanaków  kołysały  się  jeszcze  szybciej,  cienkie  wiosła  gięły  się 

nieprawdopodobnie  i długa,  wąska  łódź dziwacznego kształtu  mknęła,  jak  jaskółka,  poprzez 

spokojną toń morza. 

Ocean  zdawał  się  drzemać,  wypoczywać.  Rozleniwił  go  zapewne  wściekły, 

całodniowy żar słońca,  które teraz pochyliło swą szczerozłotą tarczę i dolnym  jej  brzeżkiem 

dotykało  już  szczytów  wyniosłych  palm.  Cały  bukiet  tych  przepięknych  drzew  wystrzelał  z 

wyniosłego  brzegu  wysepki  ku  lazurowemu  niebu,  a  bujne  pióropusze  ogromnych  liści 

zdawały się płonąć żywym ogniem w pożodze słońca. 

Dziób  niezwykłego  kajaka  mierzył  wprost  w  wysepkę.  Widać  była  ona  celem 

podróży. 

Młoda  dziewczyna  przebiegła  wzrokiem  przestrzeń  dzielącą  łódź  od  tej  małej  oazy, 

kaprysem  bogów  rzuconej  w  bezmiar  wodnej  pustyni.  Przestrzeń  kurczyła  się  szybko,  nie 

dość  szybko  jednak  dla  wymagań  niespokojnej  pasażerki.  Zmarszczki  zniecierpliwienia,  na 

kształt chmurek pędzonych wiatrem po niebie, przebiegały raz po raz gładkie, wyniosłe czoło 

stojącej.  Niekiedy  obracała  się  poza  siebie,  przelotnym  spojrzeniem  obrzucała  świecące  od 

potu  plecy  wioślarzy,  ich  napęczniałe  od  wysiłku  karki  oraz  węzły  muskułów  na  rękach  i 

znów rzucała swój bezlitosny rozkaz: Prędzej... Jeszcze prędzej, słyszycie?! 

Słowa jej działały jak smagnięcie biczem na posłuszną dwunastkę brązowych atletów. 

-  Rekin!  -  krzyknęła  dziewczyna  w  pewnym  momencie.  Przestraszyła  się  trochę,  bo 

wypłynął  całkiem  niespodziewanie,  jak  gdyby  spod  zadartego  dzioba  łodzi,  i  wyglądał  na 

background image

dobre szesnaście stóp długości. 

Wioślarz siedzący  na pierwszej  ławeczce zerwał  się błyskawicznie z  miejsca  i  stanął 

tuż obok swej pani. Zasłoniwszy się przed blaskiem słońca dłonią od czoła, wpił groty swych 

bystrych  spojrzeń  w  zielone  nurty,  zamącone  gniewnym  trzepnięciem  ogona  potwora. 

Straszliwy  władca  oceanów  znikł  równie  szybko,  jak  się  pokazał.  Wyłonił  się  po  dłuższej 

chwili  w  odległości  kilkudziesięciu  metrów,  ale  z  tyłu  lodzi.  Widocznie  badał  teren  oraz 

szanse ewentualnej walki. Złowroga płetwa sunęła czas jakiś poza pędzącym stateczkiem, po 

czym  znikła  powtórnie,  aby  wypłynąć  tym  razem  całkiem  blisko,  z  boku  łodzi.  Szkaradna 

paszcza  ukazała  się  tuż  koło  łopatki  drugiego  wiosła.  Wówczas  Kanak,  stojący  obok 

dziewczyny, wyszczerzył swe zdrowe zęby w szerokim uśmiechu. 

- To jednooki! - zawołał... - Stary znajomy. 

Wszystkie  spojrzenia  pobiegły  w  stronę  rekina,  który,  posuwając  się  równolegle  do 

łodzi w głębokości pół metra poniżej zwierciadła wody, wybałuszał swe jedyne oko na załogę 

i  wciąż  jeszcze  kalkulował,  czy  warto  się  porywać  na  przeciwników.  Drugie  oko  było  jak 

gdyby przekreślone grubą blizną, na łokieć długą, biegnącą pionowo poprzez łeb. 

-  A  któż  go  tak  naznaczył?  -  zagadnęła  dziewczyna,  nie  spuszczając  z  oka 

manewrującego w pobliżu potwora. 

- Stary Puna - brzmiała odpowiedź... - Jednooki pożarł mu żonę. 

- Ach, więc to ten rekin. 

- Ten, ale wtedy miał jeszcze drugie oko. 

-  Opowiedz,  jak  to  było,  a  wy  tam  wiosłujcie  szybciej  -  zadysponowała  i  usiadła  na 

podniesionym dziobie kajaka. 

Wioślarz  śledził  jeszcze  przez  chwilę  oddalającą  się  płetwę.  Potem  zajął  miejsce  na 

pierwszej ławeczce, zwracając się plecami do towarzyszy, a twarzą do uroczej słuchaczki. 

- Trzy zimy już upłynęły od tego czasu - zaczął. - Puna łowił ryby na wędkę, z łódki, 

tam, przy drugim atolu; poczuł, że coś szarpie przynętę; ciągnie, ani rusz; ryba zdołała widać 

opłynąć krzak koralowy, co rósł na dnie. Więc Puna - hyc do wody! Była tam głębia na pięciu 

rosłych  chłopów.  Ryba  tak  zaplątała  linkę,  że  mu  tchu  zaczynało  brakować,  ale  odplątał  w 

końcu,  rybę  w  garść  -  i  płynie  ku  górze.  Nagle  widzi  dwa  cienie:  jeden  od  łódki,  a  drugi... 

Puna widział,  że rekin. Noża nie  miał z sobą; w rękach ryba... no źle,  śmierć pewna...  wtem 

trzeci  cień,  mniejszy...  Puna  zrozumiał,  że  żona  skoczyła  z  czółna,  że  idzie  z  pomocą... 

Ominął potwora, rzucił rybę w łódź, porwał nóż i dalej do walki. Ale jego żonie gorzej poszło 

tymczasem.  Rekin  dał  nurka  spodem,  otarł  się  o  nią  i  swą  ostrą  łuską  zdarł  starej  kobiecie 

skórę z brzucha, nóg, piersi. Puna mówił, że, kiedy wypłynęła tuż koło niego, była jak jedno 

background image

krwawe mięso. Puna objął  ją  lewą ręką,  pchnął ku łodzi,  lecz w tej chwili  zmartwiał z bólu. 

Paszcza  rekina  pochwyciła  w  pół  kobietę  i  zarazem  lewą  dłoń  męża...  Wtedy  z  całej  siły 

palnął nożem w łeb wroga. Przejechał przezeń z góry na dół, aż trysnęło... Prawe oko, mówi 

Puna. Wynurzył się tuż koło burty czółna; był wolny. Rekin znikł, unosząc z sobą żonę i lewą 

dłoń Puny. On sam zdołał się jakoś wgramolić na łódkę, lecz nie wie, co potem, bo objęły go 

mroki.  Fale  wyrzuciły  łódź  na  sąsiednią  rafę,  gdzie  ją  znaleźli  poławiacze  pereł.  Takim 

sposobem Puna wrócił na naszą wyspę, ale bez żony, bez lewej dłoni. 

Więc - reasumował narrator - ten rekin to na pewno stary znajomy Puny. Prawego oka 

nie miał, dobrze widziałem... 

- No, to powiedz mu, jak przyjedziemy, że żarłacz grasuje w tej stronie wyspy. Niech 

na nim pomsty poszuka. 

-  Stanie  się,  jako  rozkazałaś  -  odparł  wioślarz,  pochylając  głowę  nisko,  na  znak 

posłuszeństwa  oraz  wielkiego  szacunku.  -  Powtórzę  mu,  że  ma  zemsty  na  jednookim 

poszukać. 

Ale  młoda osóbka,  która taki respekt w wioślarzach  budziła,  nie dosłyszała ostatnich 

słów.  Zadumała  się  nad  czymś  głęboko.  Twarz objęła  dłońmi,  łokcie  wsparła  na  kolanach  i 

siedziała  nieruchomo  jak  posąg.  Ocknęła  się  dopiero  wtedy,  gdy  wioślarz,  który  jej  o 

wypadku Puny opowiadał, powstał z ławki. 

- Dojeżdżamy - rzekł krótko. 

- To dobrze. 

Dźwignęła  się  elastycznie,  by  objąć  komendę  nad  załogą  stateczku.  Łódź  zatoczyła 

duży  łuk,  gdyż  w  tym  miejscu  nie  można  było  lądować.  Trzysta  metrów  dalej  bariera  raf 

koralowych  urywała  się,  jak  nożem  uciął,  ukazując  wyłom  szeroki  na  trzydzieści  metrów. 

Wyłom  ten  był  zapewne  dziełem  jakiegoś  większego  huraganu.  Wewnątrz  olbrzymiego 

pierścienia  atolu  woda  była  spokojna  jak  w  stawie.  Łódź  żeglowała  teraz  po  cichej  lagunie, 

równolegle do wewnętrznej krawędzi pasa startych na miał korali. Pas ten, szeroki miejscami 

do stu metrów, był porośnięty gęstym płaszczem zieleni, która schodzi aż do linii wody i zwie 

się mangrowe

-  Tam  stoi  Puna,  a  to,  co  widać  poza  kępą  bananów,  to  jego  chata  -  rzekł  pierwszy 

wioślarz, skoro łódź upłynęła dobry kilometr i zbliżyła się do najszerszego miejsca atolu. 

Rzeczywiście,  obok  małego  zagajnika  szerokolistnych  bananów  stał  bardzo  wysoki, 

chudy Kanak, a przysłoniwszy sobie oczy dłonią od słońca, wypatrywał uważnie, jakich gości 

bogi  wiodą  na  zapomnianą  przez  ludzi  wysepkę.  Chata  jego  stała  opodal  małej  wioski, 

przyczajonej u stóp wysokich palm. Toteż puścił się pędem wzdłuż brzegu w stronę domostw 

background image

sąsiadów,  ponieważ  łódź zmierzała w tamtym kierunku. Ale  spóźnił  się  i przybył,  kiedy  już 

leżała  wyciągnięta  na  brzegu.  Zmęczeni  wioślarze  porozkładali  się  obok  na  niskiej  zbitej 

trawie;  zajęci  byli  bardzo  intensywnie  wypróżnianiem  całej  serii  kokosów,  które  im  wciąż 

jeszcze znosili mieszkańcy wioski. 

- Kogo przywieźliście? - zagadnął przybyły prosto z mostu. 

-  A,  Puna!...  ucieszył  się  pierwszy  wioślarz,  wyjadając  żarłocznie  miąższ  soczystego 

kokosu.  -  Dobrze,  żeś  przyszedł  -  mówił,  mlaskając  językiem.  -  Spotkaliśmy  jednookiego, 

tego, co żonę ci pożarł. No i ręki kawał także... Ten kokos jest trochę stęchły... 

Puna spojrzał mimowolnie na ucięty aż po dłoń kikut lewej ręki i pogładził go drugą 

ręką pieszczotliwie. Potem, podnosząc wzrok na zajadającego z apetytem ziomka, powtórzył 

swe pytanie; 

- Kogoście przywieźli? Widziałem jakąś kobietę... 

-  Dobrześ widział... Przyjechała ona. Tak, przyjechała.  Widziała także  jednookiego  i 

powiedziała, że powinieneś na nim zemsty poszukać. 

- Tak ona powiedziała? 

- Wszyscy słyszeli. 

- To dobrze. Poszukam jednookiego. 

- No, no, stary... Żeby on ciebie nie poszukał. 

- Jego śmierć albo moja - odparł Puna spokojnie i zaczął wypytywać, dokąd udała się 

przybyła... 

Tymczasem  dziewczyna  uszła  szmat  drogi.  Jak  wicher  popędziła  przez  środek 

maleńkiej  wioski  rybackiej,  odpowiadając  niecierpliwym  ruchem  ręki  na  owacyjne  okrzyki 

mieszkańców,  trochę  zdziwionych  tak  niezwykłym  pośpiechem  rzadkiego  gościa.  Potem 

zwolniła, gdyż las palmowy, który w poprzek przecięła,  był bardzo długi,  lecz równocześnie 

bardzo  wąski,  a  poza  lasem  rozlewał  się  pas  płytkiej  wody.  Pas  ten  miał  w  najwęższym 

miejscu  około  sześćdziesięciu  kroków  szerokości  i  był  przecięty  z  kamieni  oraz  większych 

głazów zbudowaną groblą, na której szczycie biegła karkołomna ścieżka. Dziewczyna pędziła 

znaną sobie dobrze drożyną śmiało, gdyż w razie potknięcia groził  jej co najwyżej upadek z 

trzymetrowej  wysokości  w  płytką  wodę.  Grobla  owa  łączyła  koralowy  atol  z  małą,  lecz 

wysoko sterczącą wysepką wulkanicznego pochodzenia. 

Droga  wznosiła  się  teraz  pod  kątem  jakichś  trzydziestu  stopni.  Toteż  przybyła 

zwolniła  kroku,  zwłaszcza  że  była  dobrze  zdyszana  dotychczasowym  biegiem.  Zbocze  góry 

porastał puszysty kobierzec paproci, na ogół karłowatych, pośród których trafiały się jednakże 

imponujące  rozmiarami  okazy.  Ścieżka,  wijąca  się  w  gzygzak,  była  miejscami  dobrze 

background image

zarośnięta  jakimiś  pełzającymi  pnączami  czy  lianami;  snadź  nieczęsto  tędy  chodzono. 

Wreszcie  gąszcz  bujnej  podzwrotnikowej  roślinności  zaczął  się  przerzedzać  i  oczom  idącej 

ukazała się mała polana, a w głębi chata okryta olbrzymimi liśćmi, tylną ścianą przytulona do 

prawie prostopadłego wzniesienia. 

Jakiś stary Kanak dźwignął się krzepko z ziemi i posłał gniewne spojrzenie intruzowi, 

który ośmielał się wtargnąć do tego azylu. Ale nieprzyjazny wyraz jego zwiędłej twarzy znikł 

natychmiast,  skoro  poznał  nadchodzącą,  skoro  usłyszał  jej  słodki,  świeży  głosik.  Bo 

dziewczyna wołała już z daleka: 

- Witaj mi, Kalohi!... Nie poznałeś mnie, widzę... Gdzie moja poczciwa Kameha?

1

 

- Bądź błogosławiona, królewno - odparł stary bardzo ceremonialnie, po czym dodał, 

wznosząc  trzęsące  się  dłonie  ku  niebu:  -  Dzięki  wam  składam,  Kukane  i  Lono,  iżeście 

pozwolili mym oczom ujrzeć raz jeszcze córę władców moich. 

-  Ujrzysz  mnie  jeszcze  niejeden  raz  -  zaszczebiotała  z  figlarnym  uśmiechem,  lecz 

pomyślała, że żartobliwy ton mógłby urazić starca i szybko zastosowała się do górnolotnego 

stylu: - Dziękuję ci za te słowa, najwyższy kapłanie mego ludu. Zechciej mi teraz powiedzieć, 

gdzie jest moja ciotka, gdyż niosę jej wielką nowinę. 

- Ciotka jest w chacie, królewno. Dobre aumakua opiekowały się nią, jak zawsze. 

- Więc chodźmy do niej - rzekła szybko, widząc że znów się zanosi na dłuższe okresy 

krasomówcze. 

Powitanie  ciotki  z  siostrzenicą  było  bardzo  serdeczne.  Wyściskawszy  dziewczynę, 

zaczęła  stara  narzekać,  że  tak  długo  musiała  tym  razem  czekać  na  przybycie  najdroższego 

gościa, że lękała się, by jej przyjazdu śmierć nie uprzedziła... 

- Bo czuję, że umrę niebawem - dodała i rozgadała się na dobre: - Dawniej miałam cel 

jakiś w życiu. Ciebie jeszcze wówczas nie było na świecie, Lilinokalano, lecz Kalohi pamięta. 

Towarzyszył  mi  poczciwiec  w  dziesięcioletniej  tułaczce  po  dalekich  krajach,  zamieszkałych 

przez Białych. Balet księżniczki Kamehy, jak nazywano mnie i trzy moje wierne przyjaciółki, 

zwiedził wszystkie większe miasta Ameryki. Pisali o nas w swych obrzydliwych, cuchnących 

farbą  płachtach  papieru,  które  sprzedają  po  ulicach.  Sławili  nas,  płacili  dobrze,  klaskali, 

przysyłali  kwiaty.  Jeden  Kalohi  wiedział,  że  tańczę  nie  dla  pieniędzy,  bo  ich  nie 

potrzebowałam  nigdy,  nie  dla  sławy,  bo  smutna  to  sława,  gdy  córa  królewska  robi  z  siebie 

widowisko. Jeden Kalohi wiedział, że włóczę się po świecie tylko dlatego, by jego odnaleźć... 

i zapłacić mu za moją krzywdę straszliwą. 

Może  źle  zrobiłam,  że  nie  dopuściłam  do  swej  tajemnicy  przyjaciółek.  Nie  byłyby 

mnie zapewne tak prędko porzuciły. A tak? Jedna się rozpiła, że ustać na nogach nie mogła, 

background image

druga  uciekła  z  jakimś  drabem,  co  jej  kiesę  pełną  dolarów  pokazał,  trzecia,  och...  szkoda 

wspominać,  zaraziła  się  szkaradną  chorobą.  Zostałam  sama.  Jeszcze  jeździłam  od  miasta  do 

miasta,  jeszcze  wciąż  tańczyłam  dla  Białych.  Ale  czułam,  że  takie  życie  mnie  zżera,  że  się 

starzeję,  a  twarz  moja  więdnie.  W  końcu  dostałam  ospy.  Kalohi  sprawił  lekami,  że  nie 

umarłam, lecz kiedy po chorobie dźwignęłam się z łoża i spojrzałam w zwierciadło, upadłam 

jak nieżywa. Nie dlatego, iżby mi żal było straconej urody. Nie. Zemdlałam, bo zrozumiałam, 

że zemsty  mej  sprawiedliwej  już nie będę  mogła wykonać.  Z takimi dziobami  na twarzy nie 

mogłam  już  tańczyć.  Straciłam  raz  na  zawsze  sposobność  do  odnalezienia  tego  łotra 

przeklętego, straciłam więc cel życia... 

Wróciłam tu, by spokojnie czekać śmierci... Och, to straszny los czuć własną niemoc, 

nie móc zemsty dokonać i umierać niepomszczona... 

Poczciwy  Kalohi  pociesza  mnie  ciągle,  że  on  już  pewnie  nie  żyje,  że  potężny  bóg 

Lono pokarał go swą ręką sprawiedliwą... To nieprawda. Pytam duchów, czy on już jest tam, 

w krainie cieni... Odpowiedziały: nie. On żyje i śmieje się z mej bezsilności, przeklęty rekin, 

pies podły... 

Stara  Kameha  zachłysnęła  się  nagle,  zakaszlała.  Kaszel  wyczerpał  ją  bardzo. 

Skurczyła się, zgarbiła, jakby jej jeszcze z dziesięć lat przybyło. 

Zapanowała  chwila  dłuższego  milczenia.  Lilinokalana,  która  biegła  tu,  by  jak 

najprędzej  powiadomić  ciotkę  o  niezwykłym  odkryciu;  Lilinokalana,  która  z  najwyższym 

zniecierpliwieniem  słuchała  dobrze  znanej  sobie  historii,  starczego  ględzenia  Kamehy, 

Lilinokalana,  którą  usta  paliły,  by  powiedzieć,  jaki  był  właściwy  cel  dzisiejszej  jej  wizyty, 

teraz milczała uparcie,  bojąc się,  czy nieoczekiwana wiadomość nie zabije chorej ciotki,  czy 

nie pogorszy choćby stanu jej zdrowia... Wreszcie nie wytrzymała. Z bijącym głośno sercem, 

trzęsącymi się ze wzruszenia wargami, zaczęła mówić, nie mówić, lecz cedzić wolno słówko 

po słówku: 

- Kameho... Spotkałam Białego... który powiedział mi w rozmowie, że zna człowieka, 

który  ma...  długie,  bardzo  długie  ręce  -  odpoczęła  chwilę,  potem  ciągnęła  dalej:  -  Ten 

człowiek ma pięćdziesiąt dwa lata... Nazywa się... 

Stara dźwignęła się na łokciu z posłania... 

- Jak?... Jak się nazywa? - wysepleniła. 

- Ralph... Dragon!... 

Chwilę  trwało  milczenie.  Kameha  chwytała  powietrze  szeroko  otwartymi  ustami. 

Nagle zakrzyknęła takim głosem, że przestraszona dziewczyna odskoczyła aż pod ścianę: 

-  Li!...  słuchaj,  jeśli  kłamiesz,  Lono  cię  trądem  ukarze...  Kalohi!..  czy  ja  śnię?...  Co 

background image

ona  mówiła?...  Dragon?  Dragon?...  -  potem,  zeskoczywszy  na  równe  nogi  z  pęku  skór, 

wczepiła swe przeraźliwie chude palce w ramiona siostrzenicy: - Gdzie jest ten pies? Gdzie? 

Mów, widziałaś go?! - bełkotała. 

Nie  bez  trudu  udało  się  obojgu  uspokoić  Kamehę.  Lilinokalana  opowiedziała  z 

najdrobniejszymi  szczegółami  historię  zawarcia  znajomości  z  Ryszardem,  nie  tając 

bynajmniej,  że  młody  Amerykanin  zrobił  na  niej  wrażenie  i  że  ujęła  ją  za  serce  jego 

troskliwość o jej bezpieczeństwo. 

-  Li,  nie  ufaj  Białemu...  Nie  ufaj!  Ja  ci  to  mówię  -  przerwała  Kameha.  Potem,  ku 

najwyższemu zdziwieniu kapłana, zaczęła się przechadzać nerwowym krokiem po chacie. Nie 

była to już ta sama Kameha, niedołężna, schorowana staruszka, śmierci tylko od litościwych 

bogów  wyglądająca.  Elektryzująca  wiadomość  ujęła  jej  w  mgnieniu  oka  kilkanaście  lat, 

odmłodziła  ją,  nadała  jej  członkom  elastyczność  pełnej  życia  kobiety.  Nawet  jej  oczy, 

wiecznie  przymrużone  do  tej  pory,  rozszerzyły  się  drapieżnie,  rzucając  dokoła  błyskawice 

gniewnych,  mściwych  spojrzeń.  Nawet  jej  trzęsący  się  głos  odzyskał  dawną  dźwięczność, 

kiedy przemówiła wreszcie: 

-  Kalohi!...  Idź  zaraz  do  wioski.  Żeby  mi  się  wioślarze  nie  porozchodzili  za 

dziewczętami.  Niech  dobrze  wypoczną.  Jutro,  skoro  świt,  wyruszymy  na  O’ahu.  Tylko 

śpiesz!... 

Kiwając  głową  na  znak  podziwu,  opuścił  stary  kapłan  chatę  i  puścił  się  szybko 

drożyną, biegnącą po zboczu stożkowatej góry w dół ku grobli, a dalej ku wiosce. 

Ciotka  z  siostrzenicą  zostały  same.  Od  dłuższej  chwili  trwające  milczenie  zaczęło 

ciążyć Lilinokalanie, lecz przerwać go nie śmiała. Chorowita ciotka nigdy jeszcze nic wydała 

jej  się  tak  majestatyczna  jak  dzisiaj...  Wreszcie...  Wreszcie  Kameha  przemówiła  półgłosem, 

jak gdyby treść wyrzeczonych słów nie była przeznaczona dla nikogo prócz niej samej: 

- Nie!... Podrzucić truciznę, pchnąć sztyletem czy strzelić z zasadzki to żadna zemsta... 

On  musi wiedzieć,  z czyjej ręki ginie  i za co... Tak!...  On tam winien śmierć ponieść,  gdzie 

zbrodni dokonał, aby się sprawiedliwości stało zadość... A ja go tam nie zwabię... Za staram 

na to, za brzydka... 

Ogarnęło  ją  znowu  zniechęcenie.  Zgarbiła  się,  zmalała;  dolna  warga  odwinęła  się, 

ukazując zepsute zęby; oczy straciły blask. 

Ten widok wzruszył dziewczynę, ośmielił ją znowu. 

-  Kameho! -  zaczęła,  obejmując  łagodnym uściskiem wąską kibić ciotki.  - Słyszałam 

twoje słowa... Powiedz!... Może mogłabym ci być w czymś pomocna. 

Stara,  zwiędła,  dziobata  twarz  dźwignęła  się  w  górę  powoli.  Pytające  spojrzenia 

background image

przygasłych oczu spoczęły  na świeżych, zarumienionych  licach dziewczyny,  oceniły  szybko 

harmonię rysów twarzy, spłynęły na szyję łabędzią, na toczone, silne ramiona i twarde, jędrne 

piersi. Potem Kameha uwolniła się z uścisku siostrzenicy, odsunęła się kilka kroków wstecz, 

a  w  miarę,  jak  podziwiała  jej  postawę,  niezrównany  łuk  bioder  i  linie  nóg  smukłych,  w 

przygasłych oczach zaczęły migotać jakieś żywsze blaski. 

-  Ty  jesteś  bardzo  piękna  -  powiedziała  w  końcu  - tak  urodziwa  ja  nie  byłam  nigdy, 

ani twoja królewska matka nawet... 

- Ależ, ciociu - przerwała zapłoniona dziewczyna. 

-  Tak,  Li...  Mogłabym  cię  chyba  porównać  z  Ka`iulani,  z  czasów,  kiedy  sława  jej 

wdzięków biegła aż hen, do Kraju Wschodzącego Słońca. 

Lilinokalana  spuściła  oczy  skromnie,  by  nie  okazać,  jaką  dumą  napawały  ją  słowa 

ciotki.  Wszak  już  najwyższym  komplementem  jest  powiedzieć  Hawajce:  masz  uśmiech 

księżniczki Ka`iulani lub takie oczy miała jedna Ka`iulani. A tu stara Kameha. która pamięta 

ową  piękność  wysp  Hawajskich,  oświadcza  z  całą  szczerością,  że  ona,  Lilinokalana.  nie 

ustępuje urodą tamtej. 

Tymczasem  Kameha  podeszła  całkiem  blisko  do  siostrzenicy  i  objęła  ją  wyschłymi 

ramionami. 

-  I  ty  byś  chciała  dopomóc  starej  ciotce?  -  spytała,  a  kiedy  usłyszała  solenne 

zapewnienie, zaczęła ją ściskać serdecznie i dziękować: 

- Lono ci to wynagrodzi, kochanie... Tak, tak... On, ten łotr przeklęty, pójdzie za tobą 

wszędzie,  jak wierny pies,  skoro cię ujrzy, skoro go w sobie rozkochasz.  Ty go zwabisz bez 

trudu  do  świętego  lasu,  który  szumi  u  stóp  grzmiącej  góry  Kilauea,  a  gdy  tam  przybędzie, 

spełni  się  jego  los.  Moja  w  tym  głowa...  Tylko  ty  go  musisz  wciągnąć  w  zasadzkę.  Li, 

kochanie... Potężny bóg Lono ci to wynagrodzi. 

-  No,  dobrze,  Kameho  -  odparła  Lilinokalana.  -  Ale  Dragon  przebywa  na  O`ahu,  a 

święty las rośnie na odległej Hawai`i. Jakże więc... 

-  Nad  tym  się  właśnie  musimy  naradzić...  Czekaj,  nogi  mi  ścierpły.  Usiądziemy  na 

mym  posłaniu...  -  pociągnęła  zaciekawioną  i  przejętą  swą  rolą  siostrzenicę  w  kąt  chaty, 

posadziła  obok  siebie  na  legowisku  ze  skór  i  tam  odbyła  się  tajemna  narada,  która  trwała 

długo, bardzo długo... 

1

  Kameha  -  W  oryginale  Kamcha.  Zmieniłem,  by  nadać  temu  imieniu  hawajskie 

brzmienie.  Głoska  ch  nie  występuje  w  języku  hawajskim.  (Prawdopodobnie  w  odręcznych 

notatkach  autora  litery  c  i  e  były  do  siebie  podobne;  stąd  pomyłka.  Również  królewskie 

background image

nazwisko Kamehameha u Marczyńskiego figuruje jako Kamchamcha.) 

background image

   

ROZDZIAŁ IV 

 

Noc podzwrotnikowa 

Doktor  Hearne,  który  jako  gospodarz  musiał  się  często  zrywać  z  miejsca,  usiadł  na 

samym  skraju; za nim szli kolejno:  Mrs Rebecca Yeats, Mr Dragon, Mrs Violet Dragon, Mr 

Le  Brix,  Miss  Lucy  Hearne,  bratanica  gospodarza,  wreszcie  Ryszard  Grath.  W  siedem  osób 

obsiedli  półkolem  dwa  filigranowe,  złączone  z  sobą  stoliki,  zastawione  chłodnikami  oraz 

stertami najpiękniejszych owoców. 

- Panie i panowie, uwaga - rzekł gospodarz. - Przedstawienie rozpocznie się za chwilę 

- dodał, klaszcząc w dłonie. 

Na  werandę  weszły  dwie  filigranowe  służące  japońskie,  ubrane  w  barwne  kimona, 

zbliżyły się do  frontowej  ścianki  i w  momencie,  kiedy dr  Hearne przekręcił taster, odsunęły 

na dwie strony skrzydła siodzi

1

, po czym cicho, jak duchy, znikły w przyległym pokoju. 

Oczy, przyzwyczajone do silnego światła elektrycznego, nie widziały początkowo nic 

w tych ciemnościach. 

-  Chmura  zasłoniła  księżyc  -  mruknął  lekarz  niezadowolony  -  zastąpimy  go  więc  na 

razie małym reflektorem. Podszedł do bocznego stolika, na którym spoczywał maleńki aparat. 

Nagle  strumień  oślepiającego  białego  światła  lunął  z  werandy  w  przestrzeń,  ukazując 

zebranym gościom malowniczy obraz. 

Na  puszystym  kobiercu  łączki,  u  stóp  kilkunastu  rosłych  palm,  siedziała  grupa 

dziewcząt.  Mr  Dragon,  któremu  na  widok  młodych,  półnagich  ciał  od  razu  oczy  zabłysły, 

naliczył piętnaście tancerek, ale było ich właściwie pięć tylko, bo reszta stanowiła „orkiestrę”. 

Jakoż  w  tej  chwili  zabrzmiały  tony  ukulele  i  rozległ  się  śpiew.  Choć  poza  lekarzem  goście 

słów  piosenki  nie  rozumieli,  jednak  tęskna,  sentymentalna  melodia  chwyciła  wszystkich  za 

serce.  Harmonizowała  ona  doskonale  z  przepięknym  tłem.  Bo  w  głębi,  poza  wąskim  pasem 

łąki,  widać  było  jeszcze  węższą  wstążkę  jasnego  piasku,  na  którym  konały  zmęczone  swą 

nieustanną,  odwieczną  pracą  srebrne  fale  zatoki  Waikiki.  A  w  dali  ukazał  się  rząd  żółtych 

lampeczek, ponad nim zaś dwie kolorowe latarki. To statek Inter Islands Steamship Company 

defilował  równolegle  do  linii  wybrzeża,  mierząc  dziobem  w  wyniosły  Diamond  Head, 

którego  kontury  oświecił  księżyc.  Tak,  udało  mu  się  przedrzeć  misternie  utkany  woal 

obłoków  i  ukazał  wysoko  swe  pucołowate  oblicze,  oblewając  całą  okolicę  srebrzystą 

poświatą. 

background image

-  Wobec takiej konkurencji -  zauważył dr  Hearne z humorem  i wskazał  na księżyc - 

można reflektor zgasić. 

Piątka właściwych tancerek oderwała się od siedzącej grupy. Ubrane były jednakowo: 

charakterystyczna  spódniczka  z  rafii,  spływająca  od  pasa  w  dół  ku  kostkom,  a  na  szyi 

zawieszona girlanda z kwiatów, dla przysłonięcia piersi. 

Tancerki rozpoczęły swe  pląsy, pląsy  zrazu poważne,  uroczyste,  godne może starych 

świątyń  heiau.  Ale  w  miarę  jak  rosło  tempo  akompaniującej  muzyki,  w  miarę  jak  bandżo 

zaczęło  zagłuszać  dźwięczne  ukulele,  zwiększył  się  i  rytm  tańca,  spódniczki  rozwiały  się 

jakoś,  ukazując  smukłe  nogi  w  całej  ich  długości,  a  girlandy  poobsuwały  się  na  boki  i  na 

plecy.  Nagle  pięć  tancerek  wydało  jakiś  okrzyk  i,  trzymając  się  za  ręce,  pobiegło  ku 

bocznemu żywopłotowi. Znikły na chwilę z oczu patrzących. 

Very interesting - zaopiniowała Mrs Yeats. - Więc to jest ów sławny taniec hulahula. 

-  No,  najciekawsza  faza  dopiero  nastąpi  -  rzekł  gospodarz  i  ciszej  dodał  kilka  słów, 

które  słyszała  zarówno  Mrs  Yeats,  jak  też  jej  sąsiad  od  prawej  ręki,  Mr  Dragon,  który 

zainteresował się bardzo zasłyszaną nowiną. 

-  Może  byśmy  bliżej  trochę  podeszli  -  zaproponował.  -  O,  choćby  tutaj  -  dodał, 

wskazując okryte dywanem stopnie schodów wiodących z łączki na werandę. 

Wniosek ten zyskał ogólną aprobatę. Całe towarzystwo przeniosło się szybko na nowy 

punkt  obserwacyjny.  W  tym  samym  prawie  momencie  wbiegły  tancerki  wracające  z 

zaimprowizowanej  na  łonie  natury  szatni.  Toaletę,  jaką  każda  z  nich  miała  teraz  na  sobie, 

można  by  nazwać  toaletą  listka  figowego,  tylko  że  rolę  listka  spełniał  bukiet  dużych, 

różowych kwiatów. Girlandy oraz spódniczki z rafii znikły. 

- Teraz się zacznie - mruknął cicho gospodarz. 

Jakoż zaczęło się. Nie była to już pantomima ani rytmiczny taniec, ale wściekły pląs, 

na  widok  którego  kręciło  się  w  głowie  patrzącym.  Dziesięć  toczonych  gibkich  ramion, 

lśniących  od  kokosowego  olejku,  wiło  się  w  powietrzu  na  kształt  stada  wężów.  Dziesięć 

długich, wysmukłych nóg drgało w oszałamiającym tempie. Pięć ciał brązowych skłębiło się, 

zbiło w jedno, rzekłbyś: jakaś olbrzymia ośmiornica, polip o dwudziestu kończynach. 

Wreszcie  z  tego  kłębowiska  oderwała  się  jedna  tancerka.  Nie  leciała,  nie  szła,  lecz 

płynęła poprzez rozgrzane powietrze parnej, podzwrotnikowej nocy. Przesunęła się tuż przed 

oczyma  gości  doktora  Hearne’a,  tak  blisko,  że  można  ją  było  ręką  dosięgnąć.  Przeciągnęła 

się, przegięła lubieżnie i odpłynęła szybko ku czterem pląsającym siostrzycom, by za chwilę 

znowu  powrócić.  Ryszard,  który  przy  zmienianiu  miejsc  tak  manewrował,  by  znaleźć  się 

obok  Mrs  Violet  Dragon,  chciał  właśnie  szepnąć  swej  sąsiadce,  że  w  „primabalerinie” 

background image

rozpoznaje  uroczą  Lilinokalanę  znad  zatoki  Maunalua,  kiedy  dostrzegł  pewien  ruch 

porozumiewawczy  tancerki.  Trzymając  prawą  ręką  bukiet  ceglastoróżowych  kwiatów  na 

wysokości  łona,  palce  lewej  dłoni  przytknęła  na  chwilę  do  swych  warg  ukarminowanych. 

Ryszard schwycił jej przelotne, lecz błagalne spojrzenie i zrozumiał jego treść; miał milczeć, 

nie  zdradzić,  że  zna  tancerkę.  Lekko  skinął  głową  na  znak  zgody  i  zajął  się  z  zapałem 

rozmową z piękną Violet, odkładając na później rozwiązanie zagadki. 

Tymczasem Lilinokalana rozpoczęła jakiś taniec solowy. 

Mr  Dragon  musnął  dłonią  kilkakrotnie  swój  rudy  wąsik,  dumny  niezmiernie,  że  z 

czterech mężczyzn jego właśnie tancerka wyróżniała. Do niego najczęściej podbiegała, przed 

nim  wykonywała  najrozkoszniejsze  przegięcia,  jemu  jednemu  rzuciła  wonny  kwiatek  z 

bukietu  wyrwany,  przedtem  go  do  ust  przytknąwszy.  Potem  odbiegła  z  powrotem  do 

towarzyszek. 

- No, stary, nie ma co mówić - zachichotał Le Brix. - Boska primabalerina okazała ci 

wyraźny preferans. Nie będę się dziwił, jeśli ci twoja pani uszu natrze w domu. 

-  A  co?  Widać  nie  jesteśmy  jeszcze  tacy  starzy,  drogi  przyjacielu.  -  Mr  Dragon 

zacierał  ręce  z  widocznym  zadowoleniem,  śmiejąc  się  w  duszy  z  aluzji  do  ewentualnej 

reprymendy od żony. Rzeczywiście, doskonały kawał! Potulna, przestraszona Violet i natrzeć 

uszu! Poprawił sobie kwiat, zatknięty w klapę białego smokingu, potem zerknął zaczepnie w 

stronę żony. Jego spojrzenie zawierało w sobie równą dozę zarozumiałości, jak i pogardy dla 

ślamazarności  zahukanej  doszczętnie  w  ciągu  trzechletniego  pożycia  małżeńskiego  Violet. 

Ale ton tego spojrzenia zmienił się błyskawicznie, skoro dostrzegł wzrok swej ofiary. Patrzyła 

właśnie  na  Ryszarda  i  patrzyła  w  taki  sposób,  w  jaki  może  spoglądać  tylko  kobieta  bardzo 

słaba,  bardzo  niezaradna  życiowo  na  wybranego  mężczyznę,  którego  uważa  za  opiekuna, 

starszego brata, przewodnika po rozstajach trudnej, doczesnej podróży. Mr Dragon przyłapał 

ten  wzrok  i  przypomniał  sobie  swe  pierwsze  spostrzeżenie,  tam  w  domu,  podczas  lunchu 

wydanego  na  cześć  gości,  kiedy  to  żartobliwe  powiedzenie  Mrs  Yeats  wywołało  zalęknione 

spojrzenie Violet. Ale w tej chwili coś zaszeleściło delikatnie, coś jedwabistego musnęło mu 

dłonie, na kolanach splecione. 

-  Ho,  ho!  -  rżał  Le  Brix,  rozweselony  niebywale:  -  Primabalerina  zagięła  parol  na 

ciebie, Ralphku. Znowu cię zaczepia. 

Produkcje  taneczne  dobiegały  końca.  Gospodarz  zaproponował  przechadzkę  nad 

brzegiem  morza.  Jego  siostrzenica,  Miss  Lucy,  urażona  trochę  zachowaniem  się  Ryszarda, 

który jej się od dawna podobał, pochwyciła za rękę rubasznego inżyniera i zawołała: 

- Brawo, stryju! To mi pomysł!... Spacer nad oceanem przy blasku księżyca... Hej, za 

background image

nami!... para za parą! 

-  Para  za  parą!  -  wtórował  basem  Le  Brix.  -  Może  znajdziemy  gdzie  czółna...  Mam 

ochotę powiosłować trochę... 

Ryszard podał ramię swej towarzyszce. Violet spojrzała pytająco na męża. 

- Idź, kochanie - przyzwolił Mr Dragon głosem bardzo słodkim. 

-  Ja  anektuję  kochanego  doktora  -  zdecydowała  mrs  Yeats  widząc,  że  Mr  Dragon 

zmierza ku grupie tancerek i że nie ma innego wyboru. 

- O, pan nie ma partnerki! - zmartwił się szczerze gospodarz. 

- Może jaką znajdę - rzucił tamten znacząco. 

-  Prawda!...  No,  gratuluję...  Ale,  ale,  byłbym  zapomniał.  Niech  mnie  pan  zastąpi  i 

poczęstuje nasze baletniczki tym, co zostało na stole. 

-  Bardzo  chętnie.  Wolałbym  jednak  coś  bardziej  orzeźwiającego...  Szampana  nie  ma 

doktor?!... 

-  Che,  che,  che...  A  prohibicja?  -  po  czym,  nachylając  się  do  ucha  gościa,  dodał 

szeptem...  -  Oto  kluczyk  od  mej  „biblioteczki”.  Znajdzie  pan  tam  białe  kruki,  na  widok 

których  ucieszyłby  się  jaki  komisarzyna  ze  świętej  prohibicji.  Aloha,  Mr  Dragon!...  Życzę 

wesołej zabawy. Postaram się, byśmy nie wrócili wcześniej, jak za pół godziny... 

Mrs Yeats pogroziła paluszkiem spiskowcom i uprowadziła doktora czym prędzej. 

Mr  Dragon  spojrzał  za  odchodzącymi.  Dwie  pierwsze  pary  zniknęły  już  zasłonięte 

palmami  oraz  kępą  dziko  rosnących  bananów.  Potem  skierował  swój  wzrok  w  stronę  grupy 

tancerek.  Siedziały  na  dawnym  miejscu,  szwargocząc  coś  niezrozumiale  w  swym  języku. 

Zaklaskał  w  dłonie.  Nadbiegłym  służącym  japońskim  zlecił  przenieść  wszystko,  co  na 

stolikach  pozostało,  pod  palmę,  koło  której  pnia  siedziały  tancerki.  Szybko  trafił  do 

„biblioteczki”,  dobył  stamtąd  dwie  flaszki  szampana  i  wstawił  je  do  błyszczących  kubłów  z 

lodem, w którym mroziły się dotychczas chłodniki. Potem spojrzał na kwiat wpięty w klapę. 

Ten widok napełnił go otuchą. Śmiało ruszył ku zajadającej z apetytem grupie. 

To  wcale  rozumna  dziewczyna  -  stwierdził  w  duchu,  kiedy  „primabalerina”  przyjęła 

bez wahania jego propozycję. - I pije z wielką rutyną - dodał po chwili. 

Ale  czuł  się  bardzo  skrępowany.  Dwie  Japonki  krzątały  się  ustawicznie;  co  gorsza, 

zapaliły lampy. 

-  Teraz  ja  daję  z  siebie  widowisko  -  mruczał,  zerkając  w  kierunku  tancerek,  które 

musiały zarówno jego, jak i jego przygodną towarzyszkę widzieć jak na dłoni. 

Zaproponował więc mały spacer nad brzegiem morza. 

- Pójdziemy śladem tamtych. Nie mogli jeszcze zajść daleko. 

background image

Hawajka zawahała się na chwilę, rzuciła przelotne spojrzenie w stronę koleżanek, lecz 

ostatecznie  przystała.  Zeszli  po  stopniach  na  niezrównanie  puszystą  trawę,  która  przed 

kwadransem  była  estradą  dla  baletu;  minęli  szybko  siedzącą  grupę,  po  czym  wykręcili  na 

prawo,  dochodząc  pod  ostrym  kątem  do  plaży.  W  oddali  błyszczały  światełka  budynków 

położonych  przy  wylocie  portu  honolulskiego.  W  równych  odstępach  czasu  migotały 

błyśnięcia dwóch latarń morskich. 

Mr Dragon czuł się bardzo nieswojo. Bliskie sąsiedztwo prawie zupełnie nagiego ciała 

brązowej  dziewczyny  działało  nań  przemożnie.  Wyczuwał  doskonale  żar  bijący  od  niej,  żar 

krwi gorącej już z przyrodzenia i rozpalonej jeszcze szalonym tańcem oraz winem. Drżał jak 

w febrze,  ilekroć jego ręka, kołysząca się w miarę chodu po nierównym piasku,  dotknęła  jej 

biodra.  Lecz  z  drugiej  strony  sytuacja  była  bardzo  niepewna.  Dyskretny  księżyc,  jakby  nie 

chcąc przeszkadzać spacerującym parom, zasłonił  się welonem  białych chmurek. Zrobiło się 

ciemno.  I  ta  ciemność,  będąca  na  ogół  najlepszym  sprzymierzeńcem,  była  właśnie  bardzo 

zdradliwa.  Któż mógł zaręczyć,  czy  lada chwila  w odległości kilku kroków nie wyłoni się z 

mroków ta czy owa para? Kto mógł zaręczyć, czy Violet, która tak skwapliwie pobiegła z tym 

przeklętym  smarkaczem,  nie  usiadła  tu  gdziekolwiek  i,  niewidziana  przezeń,  widzi  go  sama 

doskonale, albo może go ujrzeć, skoro księżyc znów niespodzianie zabłyśnie? 

Tak kalkulował Mr Dragon i był odpowiednio zdenerwowany. Nagle zaświtała mu w 

głowie myśl, którą od razu zakwalifikował jako genialną. 

-  Te  światła  rażą  mnie  nieznośnie  -  rzekł  głosem  trochę  drżącym.  -  Skręcimy  na 

prawo. 

Hawajka  zawahała  się  po  raz  wtóry.  Przystanęła  na  moment.  Jej  wprawne  ucho 

pochwyciło prawie niedosłyszalny szelest stóp, gdzieś od tyłu. Piasek zaskrzypiał leciuteńko. 

-  Dobrze,  pójdźmy  tam,  gdzie  chcesz  -  rzekła  tak  głośno,  że  Mr  Dragon  zdumiał  się 

trochę. 

Szli teraz pod górę, obróciwszy się do oceanu plecami. Piaszczysta plaża przechodziła 

łagodnie,  niepostrzeżenie  w  łąkę,  tak  jak  tam,  przed  willą  doktora  Hearne’a.  Tak  jak  tam, 

rosły  palmy  wyniosłe  i  z  powiewem  lekkiego  wietrzyka  potrząsały  olbrzymimi  liśćmi  z 

suchym, papierowym szelestem. 

Mężczyźnie  wróciła  cała  pewność  siebie.  Teraz  nie  lękał  się  już,  by  go  kto  mógł 

zaskoczyć w niepożądanym momencie. Nagłym ruchem opasał wpół kibić swej towarzyszki, 

wczepiając  drapieżne  palce  w  jej  nagie  ciało.  Wzdrygnęła  się  silnie,  jakby  pod  dotknięciem 

oślizgłych  łusek  węża,  lecz  nie  stawiła  oporu.  Uchyliła  tylko  twarz  przed  natarczywymi 

wargami napastnika. Podniecony i ośmielony zaczął całować jej szyję, kark, ramiona, potem 

background image

pchnął całym korpusem, chcąc ją obalić na ziemię. 

- Nie! - krzyknęła prawie głośno. 

-  Słuchaj!...  Kocham  cię...  pragnę...  dam,  ile  zechcesz...  -  jąkał  się,  szukając 

nadaremnie jej ust... 

- Nie... teraz... Ktoś nadchodzi... Słyszysz szmer? 

Rzeczywiście,  gdzieś  bardzo  blisko  rozległ  się  podejrzany  szelest,  jak  gdyby  ktoś 

końcem noża drapał po korze drzewa. 

-  Muszę  już  iść  -  rzuciła  szeptem,  uwalniając  się  zręcznie  z  jego  objęć.  -  Powiedz, 

gdzie mieszkasz... Przyjdę do ciebie kiedyś. 

Mruknął  krótki  adres,  ogarniając  szybko  umysłem  całą  niedogodność  spotkania  w 

takim właśnie miejscu. Tajemniczy szmer powtórzył się, lecz był teraz jakby bliższy. 

- Choć jednego całusa - błagał, widząc, że nie zatrzyma dłużej egzotycznej piękności. 

Przylgnęła  do  niego  ciałem,  wpiła  swe  nieco  za  szerokie  usta  w  jego  wargi  wilgotne  od 

wypitych  cocktaili.  Potem  odepchnęła  go  tak  gwałtownie,  że  się  w  tył  zatoczył,  i  znikła  w 

mrokach. 

- Jutro po południu u ciebie! - usłyszał jeszcze. 

- Jutro po południu - powtarzał, idąc pod górę. Postanowił wracać inną drogą do willi 

doktora. -  Jutro po południu... Ślicznie,  ale z drugiej  strony trzeba się Violet jakoś pozbyć z 

domu... Hm... hm. I służby także... Hm... Na szczęście jest dość czasu do obmyślenia jakiegoś 

pretekstu. 

A  gdy  pełen  najlepszych  myśli  Mr  Dragon  zmierzał  pod  górę,  dwie  przytulone  do 

siebie sylwetki śpieszyły  szybko ku morzu. Jedna z nich  mówiła właśnie w pięknym  języku 

Kanaków: 

- Jeszcze miasta Białych nie stępiły mego słuchu, Kameho. Słyszałam każdy twój krok 

nieledwie i raźniej mi było na duszy. O, Kameho biedna! Jakże mi ciebie żal! Jakże cię teraz 

dopiero  rozumiem!  Ja  ledwie  przez  kilka  okamgnień  czułam  jego  wstrętne  łapy  oplecione 

dokoła  mego  ciała,  a  wzdrygam  się,  jakbym  spała  na  wężach...  Puść  mnie,  niech  skoczę  w 

fale i spłuczę z siebie ślady jego dotknięć! 

Sylwetki rozdzieliły się nagle. Jedna z nich pomknęła jak strzała po piasku wybrzeża, 

wskoczyła  w  nurty  zatoki  i,  bryzgając  fontannami  kropel,  szła  wytrwale  przed  siebie,  póki 

woda nie dosięgła różowych pączków jej piersi. Potem zaczerpnęła dłonią i gorzkosłoną wodą 

morską płukała usta po pocałunku złego człowieka z długimi rękami

Chmurka,  napadnięta  zdradziecko  przez  psotny  wietrzyk,  rozdarła  w  ucieczce  swą 

białą, muślinową sukienkę, a przez tę dziurę wyjrzał znów miesiąc i z dobrotliwym, figlarnym 

background image

uśmiechem spoglądał na niezwykłe ablucje brązowej dziewczyny... 

1

 siodzi (jap.) - ruchomy, zsuwany ekran do dzielenia pokoju lub jako drzwi do niego, 

składający się z drewnianych ramek wypełnionych papierem. 

background image

   

ROZDZIAŁ V 

 

Chmury na pogodnym niebie 

Mr  Dragon  przeciągnął  się  rozkosznie  na  wspomnienie  wczorajszego  epizodu.  Nie 

spał  już  od  dobrego  kwadransa  i  z  zapałem,  godnym  lepszej  sprawy,  analizował  dokładnie 

kategorię pocałunku, jakim go na pożegnanie obdarzyła nimfa hawajska. 

- To był pocałunek egzotyczny w całym tego słowa znaczeniu - zdefiniował wreszcie i 

zaczął  się znowu uśmiechać.  W czasie tych gwałtownych poruszeń olbrzymia kapa,  która  w 

tym klimacie zastępuje kołdrę, zjechała na dół, odsłaniając do pasa panią Violet. 

Mr  Dragon  spojrzał  na  śpiącą  małżonkę  ze  zwykłą  dozą  ironii.  W  głębi  ducha  nie 

mógł odmówić, że wyglądała prześlicznie, że rysunek jej delikatnego profilu był harmonijny, 

prawie klasyczny. Policzki miała od snu zaróżowione. Oddychała równo, przy czym chrapki 

jej zgrabnego noska poruszały się leciuteńko. Spała sobie w najlepsze. 

To właśnie wprawiło w zły humor Ralpha. Żeby taka głupia Violet spała, kiedy on nie 

śpi  od  godziny.  Powiedzmy,  że  trochę  mniej  niż  od  godziny.  Wobec  siebie  samego  nie 

potrzebował  Mr  Dragon  kłamać.  Niechby  więc  nawet  od  kwadransa;  to  postaci  rzeczy  nie 

zmienia. Fakt pozostanie faktem, że ona śpi, a chrapki drgają zabawnie. 

Mr  Dragon  przechylił  się  w  bok  tak  mocno,  że  omal  nie  spadł  z  szerokiego  łoża 

małżeńskiego.  Dosięgnął  swą  bajecznie  długą  ręką  skraju  makaty  z  plecionej  trawy, 

wyciągnął  okazałe,  twarde  źdźbło  i  rozpoczął  swą  ulubioną  zabawę  własnego  (jak  z  dumą 

twierdził)  pomysłu.  Dowcip  polegał  na  tym,  że  końcem  źdźbła  należało  łechtać  śpiącą 

małżonkę  po  górnej  wardze  i  pod  nosem,  a  zasada  gry,  by  cofnąć  źdźbło  szybko,  gdy  ręka 

śpiącej podnosiła się ku twarzy, ażeby spędzić rzekomą muchę. 

Ale  nie  koniec  na  tym.  Mr  Dragon,  wielki  sportsmen,  nie  zapomniał  o  zasadzie: 

zawsze  należy  dążyć  do  rekordu.  Więc  liczył  skrupulatnie  senne  opędzania  się  małżonki  i 

doszedł  już  do  takiej  wprawy,  że  cały  kwadrans  mógł  męczyć  śpiącą,  nim  się  ostatecznie 

przebudziła.  Dotychczasowy  rekord,  nie  pobity  mimo  kilkudziesięciu  prób,  wynosił 

pięćdziesiąt  dwa  machnięcia  ręką.  Należy  przyznać,  że  rekord  ten  był  zdobyty  wśród 

okoliczności  wyjątkowo  sprzyjających,  mianowicie  po  pierwszej  nocy  spędzonej  w  Paryżu, 

kiedy  żołądki  państwa  Dragonów,  wyposzczone  przez  bezlitosną  prohibicję  w  Stanach, 

zawarły bliższą znajomość z szampanem. 

-  To  było  trzy  lata  temu...  Nasza  podróż  poślubna  -  mruczał  Mr  Dragon  i  dodał 

background image

melancholijnie: -  Od tego czasu rekord nie pobity.  O, proszę!... Już za piętnastym razem się 

budzi. 

Rzeczywiście,  Violet  kichnęła  dwa  razy.  Zaczęła  sobie  gwałtownie  nos  dłonią 

pocierać,  potem  przetarła  oczy,  ziewnęła  dyskretnie  i  uniosła  się  na  łokciu,  spoglądając  z 

łagodnym  wyrzutem  na  męża,  który  potrząsał  swą  bronią,  rechocząc  głośnym  rubasznym 

śmiechem. Nie czyniła mu żadnych wymówek. Może nie odważyłaby się na to. Może sądziła, 

że  nie  warto.  Ale,  przeciągając  się  ruchem  rozpieszczonej  kotki,  wsparta  na  łokciu,  w 

prześlicznym sleepingdressie była tak ponętna, tak czarująca, że Mr Dragon udobruchał się  i 

wcale przyjaźnie się uśmiechał. 

- Pocałuj mnie - rzekł łaskawie. 

Drgnęła.  Udawała,  że  nie  słyszy.  Kiedy  powtórzył  swój  rozkaz  tonem  bardziej 

kategorycznym, przysunęła się posłusznie. Swe cudne, fiołkowe oczy nakryła firanką długich 

czarnych rzęs i zaciśniętymi usteczkami musnęła wargi męża. 

- Eeechhh! - otrząsnął się Mr Dragon. - To pańszczyzna, nie pocałunek. - Wspomniał 

wczorajszy  pocałunek  wyspiarki.  Jakaż  olbrzymia  różnica  pomiędzy  tamtym  a  tym 

muśnięciem  warg  zaciśniętych.  Nagle  błysnęła  mu  nowa  myśl.  Przytrzymując  obie  dłonie 

żony w swych łapach, spytał podejrzliwie: 

- Dlaczego ty zawsze zamykasz oczy, ilekroć mnie całujesz? 

Nie  odpowiedziała  nic,  ale  nagły  dreszcz  i  trwożne  spojrzenia  zalęknionych  oczu 

wystarczyły mężczyźnie. 

-  Rozumiem!  -  zasyczał.  -  Myślisz  w takich  momentach  o  innym.  Milcz!...  Nie  broń 

się!...  Cokolwiek  powiesz,  będzie  kłamstwem...  Ja  się  domyślam,  kto  jest  tym  gagatkiem... 

No?  Masz  odwagę  wyznać?  Nie,  oczywiście.  Jesteś  na  to  za  tchórzliwa...  Ale  nie  brak  ci 

odwagi,  by zdradzać  męża,  prawda? -  bełkotał coraz niewyraźniej,  w  miarę  jak ogarniała go 

wściekłość. 

Tego już było za dużo nawet dla tak cierpliwej istoty, jak Violet. 

-  Jesteś  podły!  -  wybuchła.  -  Jak  śmiesz  mi  robić  podobne  zarzuty!  Jakie  masz 

dowody?!...  -  Tu  zachłysnęła  się  łzami  i  zaczęła  popłakiwać  cicho,  jak  zawsze  płakała  od 

trzech  lat,  odkąd  stała  się  ofiarą  Ralpha.  Krótki  przebłysk  energii  u  ustępliwej  małżonki 

wprowadził w dobry humor Mr Dragona. 

-  Proszę,  proszę  -  szydził.  -  Jaka  werwa,  święty  ogień  oburzenia  w  oczach. 

Uciemiężona  niewinność  -  pomyślałby  kto  naiwny.  Ale  ja  do  naiwnych  nie  należę.  Ja 

widziałem  doskonale  owe  czułe  spojrzenia,  jakimi  obrzucałaś  tego  głupiego  młokosa..  Cóż? 

Może  się  wyprzesz,  że  Ryszard  Grath  zaleca  się  do  ciebie  bezwstydnie,  ale  nie  bez 

background image

wzajemności?  No,  zaprzecz.  A  to  co  znowu??!  -  krzyknął  prawie  głośno,  dotykając  palcem 

czerwonych  i  sinych  znaków  na  szyi  żony.  -  Czy  to  ślady  po  jego  pocałunkach?  -  zasyczał 

złowrogo... 

-  To...  pamiątka...  po twoich  paznokciach...  -  szlochała  Violet.  -  Prędko  zapominasz, 

jak widzę. 

Mr  Dragon  zerknął  na  swe  krogulcze  paznokcie.  Tak,  tak,  było  coś  takiego,  ale 

zapomniał przez  noc.  Któż by tam obciążał pamięć drobnym epizodem  „zgodnego” pożycia 

małżeńskiego. A jednak Violet pamięta. Najlepszy dowód, że nie ma ważniejszych trosk ani 

kłopotów, skoro pamięta o takim drobiazgu. Czy to pierwszy raz robił jej scenę zazdrości, czy 

pierwszy  raz  ją  chwycił  pod  gardło  i  w  ten  sposób  wymuszał  zeznania.  Mr  Dragon  był 

szczerze  zgorszony  małostkowością  swej  małżonki.  Chciał  to  nawet  dosadnie  napiętnować, 

kiedy  sobie  przypomniał,  że  dziś  po  południu  ma  przybyć  ona,  urocza  primabalerina  baletu 

hawajskiego,  że  wobec  tego  należy  przede  wszystkim  willę  opróżnić  z  domowników. 

Odpowiednio więc zmodyfikował swe przemówienie: 

-  Przyznaję,  posprzeczaliśmy  się  wczoraj  wieczorem  trochę.  To  prawda.  Zrobiłem  ci 

nawet  małą  scenkę  o  Ryszarda.  Ale  kto  temu  winien?  Kto  wyrabia  we  mnie  ustawicznie  tę 

manię prześladowczą? Ty... Nikt inny, tylko ty. Odpłacam ci pięknym za nadobne. Włóczysz 

się za mną wszędzie, towarzyszysz mi wszędzie, gdzie się ruszę, a jeśli zostaję w domu i chcę 

trochę popracować, załatwić zaległą korespondencję, to oczywiście będziesz znowu ze mną. 

- Chcę ci dogodzić i unikać pozorów, które... 

-  To  jest  perfidia!  -  przerwał  podniesionym  głosem:  -  Ohydna  perfidia,  na  którą  się 

może  zdobyć  tylko  kobieta.  Twoja  śmieszna  zazdrość  naraża  mnie  na  kpiny  przyjaciół. 

Kiedyś  w  klubie  zagadnął  mnie  jeden  z  naszych  wspólnych  znajomych  (nazwiska  nie 

wymieniam  umyślnie):  Jak  to?!  Bez  żony?  Puściła  cię  samego?...  Oczywiście  wszyscy  w 

śmiech,  a  mnie  wściekłość  dusiła.  Ja  tego  dłużej  nie  zniosę  -  huknął,  zrywając  się  z  łóżka. 

Czuł,  że  jest  dobrym  aktorem  i  przejmował  się  coraz  więcej  swą  rolą:  -  Ja  nie  potrzebuję 

takiego  anioła  stróża... To  się  musi  zmienić  natychmiast, od  dzisiaj.  Słyszysz?  Od  dzisiaj!... 

Mam  sterty  listów  do  pisania.  Chcę  mieć  spokój,  absolutny  spokój.  Musisz  się  gdzieś 

wynieść. Rozumiesz? Od trzeciej do wieczora, do jakiejś dziewiątej chcę być sam. Musisz się 

powoli  przyzwyczaić  do  tego,  że  będę  częściej  samotności  potrzebował.  Zrozumiano?...  A 

może  ty  przypuszczasz,  że  się  chcę  dlatego  od  ciebie  uwolnić,  aby  iść  na  jakąś  schadzkę? 

Przy  twej  podejrzliwości  wszystko  możliwe.  No,  powiedz,  posądzasz  mnie  -  zatrzymał  się 

raptownie w swej nerwowej wędrówce po pokoju i spojrzał wyzywająco na żonę. 

Nic  nie  odpowiedziała.  Płacz  jej  przycichł  nieco  pod  wpływem  zdziwienia,  jakie 

background image

wywołała nowa zupełnie kategoria zarzutów. 

Mr Dragon tupnął z całą siłą w podłogę: 

- No, raczysz odpowiedzieć, kiedy pytam? - wrzasnął. 

- Nigdy cię o nic podobnego nie posądzałam - wyksztusiła. 

- Taak? I  może będziesz mnie zapewniała, że bez trudności pozbędę się twej kurateli 

na dzisiejsze popołudnie? Che, che, che, che... 

-  Skoro  chcesz,  skoro  każesz  -  poprawiła  się  szybko  -  bym  wyszła  z  domu  na  kilka 

godzin, to pójdę. 

Mr  Dragon  zatarł  dłonie  na  znak  zadowolenia;  poszło  łatwiej  niż  się  można  było 

spodziewać. Rozpogodził więc oblicze i zaczął się ubierać. 

- Pójdę - powtórzyła głosem rezygnacji. - Tylko dokąd? Do kogo? 

-  Do...  no,  choćby  do  poczciwego  doktora.  Jego bratanica  jest  w  twoim  wieku.  Tak, 

Lucy  to  bardzo  miła  osóbka...  Ale  czekaj!...  Zrobię  ci  przyjemność  -  dodał  ze  znaczącym 

uśmiechem. - Nie wypada, byś szła sama. Zadzwonię do twego błędnego rycerza. 

Podszedł  do  telefonu  stojącego  przy  łóżku  i  wymienił  numer  Ryszarda.  Potem, 

wciskając słuchawkę w rękę żony, powiedział: 

- Poproś go, by przyszedł po lunchu i by ci towarzyszył. 

- Nie! - rzekła stanowczo. 

- Halo! Kto tam? - niecierpliwił się Ryszard Grath. 

- Mów albo... - zasyczał Mr Dragon złowrogo... 

Skurczyła się ze strachu na dźwięk tego głosu i, zahipnotyzowana silą jego spojrzenia, 

powtarzała słowo za słowem, co tylko jej podpowiedział. 

- Przyjdzie - rzekła bezdźwięcznie, kładąc słuchawkę na widełki. 

- No, spodziewam się, że przyjdzie, che, che, che, che... Tobie by odmówił? Nie,  nie 

bój  się,  maleńka...  Nie  będę  ci  czynił  żadnych  wyrzutów  z  powodu  jego  towarzystwa.  Sam 

przecież tego żądałem... Bo z drugiej strony, che, che, che... nie mam powodów do obaw. W 

obecności  doktora  i  jego  bratanicy  nie  będziecie  mogli  spoglądać  na  siebie  tak  czule,  jak 

wczoraj.  I  jest  jeszcze  jedna,  zasadnicza  różnica  -  dodał,  chwytając  ją  brutalnie  za  ramię.  - 

Popołudniowa  wizyta  to  nie  romantyczny  spacer  nad  brzegiem  morza  przy  księżycu...  Tak, 

darling... Taka sposobność, jak wczoraj, nie nastręczy się już więcej... Będę nad tym czuwał. 

Violet  syknęła  z  bólu.  wyrwała  ramię  z  jego  drapieżnych  palców  i  zaczęła  sobie 

pocierać dłonią uszczypnięte miejsce. 

Mr  Dragon  był  zadowolony.  Wszystko  poszło  gładko.  Ryszard  zjawił  się  kwadrans 

przed trzecią.  Dziesięć  minut  później  wyszli  razem  z  Violet.  Pozostała  jeszcze  służba,  ale  z 

background image

nią uporał się szybko. Szoferowi polecił udać się natychmiast do portu, naoliwić motorówkę, 

przygotować  ją  do  dłuższej  wycieczki  i  czekać  tam  choćby  do  zmroku,  dopóki  on  nie 

nadejdzie. 

-  Gdybym  nie  przyszedł  do  ósmej,  to  znaczy,  że  zrezygnowałem  z  przejażdżki.  Do 

tego czasu proszę tam zostać. 

Szofer  skinął  głową  potakująco,  rzucając  przelotne,  pełne  melancholii  spojrzenie  na 

czekającą rozkazów pokojówkę. 

Mr Dragon uśmiechnął się wyrozumiale: 

- Wiem, że się macie ku sobie - powiedział. - Wcale się nie dziwię. Situki wygląda jak 

rumiane jabłuszko. Zabierz ją z sobą; myślę, że nie będzie ci przeszkadzała w robocie? 

Situki spuściła oczy wstydliwie, a ośmielony szofer rzekł z zapałem: 

-  Nauczyłem  ją czyścić  mosiężne części. Jeśli  sir  pozwoli,  to ona tak je wyczyści, że 

będą się świeciły jak złoto... 

- Pozwalam, oczywiście... Ale o dziewiątej żebyś była z powrotem. 

- Wcześniej będę, sir. 

- Wcześniej nie - odparł, marszcząc się nagle. 

Z  kucharzem  nie  było  żadnych  trudności.  Miał  rodzinę  w  Honolulu  i  chętnie 

skorzystał z okazji. Druga służąca była jego córką. 

Mr  Dragon  patrzył  przez,  okno  z  uśmiechem  zadowolenia  na  wychodzącą  służbę. 

Potem  szybko  zmienił  białe  ubranie  na  jedwabną  piżamę,  a  chwyciwszy  flaszeczkę  z 

kolońską wodą i rozpylacz, ustawił się przed największym lustrem. 

-  Trzeba  przyznać,  że  nie  wyglądam  źle  -  zauważył  z  dumą,  rozcierając  palcami 

zmarszczki. 

  Żeby tylko urocza brązowa boginka nie przyszła zbyt późno. 

W tej chwili zadźwięczał dzwonek. 

Mr  Dragon  klasnął  w  dłonie,  ale  równocześnie  przyszło  mu  do  głowy,  że  furtkę 

ogrodową trzeba było zostawić otwartą. 

-  Jakże  teraz  zrobić?  Gdyby  mnie  tak  kto  zobaczył.  Ja  w  piżamie,  otwierający 

osobiście  furtkę  tancerce,  którą  pewnie  tu  wszyscy  znają  w  Honolulu!  Hm...  Naciągnijmy 

ubranie  na  wszelki  wypadek  -  monologował,  ubierając  się  szybko...  -  Ooo,  śpieszno  ci, 

kochanie!  -  dodał,  kiedy  dzwonek  zadźwięczał  powtórnie  i  tym  razem  bardzo  gwałtownie. 

Raz jeszcze spojrzał w lustro. Potem wybiegł z willi, sapiąc trochę ze wzruszenia. 

Szpalery  strzyżonych  wiciokrzewów  zasłaniały  willę  przed  oczyma  patrzących  z 

ulicy,  toteż  Mr  Dragon  zrobił  minę  bardzo  kwaśną,  skoro  ujrzał,  że  po  tamtej  stronie  furtki 

background image

stoi jakiś obcy zupełnie mężczyzna, z okazałą teczką pod pachą. 

-  Miałem  się  dla  kogo  spieszyć  -  mruknął  półgłosem,  a  potem  zainterpelował  ostro 

przybysza, z czym przybywa i kim jest właściwie. 

- Niechże mnie pan wpierw wpuści - odparł tamten. 

-  Z  kim  mam  przyjemność?  -  zasyczał  gospodarz,  obracając  klucz  w  zamku  z 

prawdziwą pasją... 

- Chcę panu zaproponować bardzo korzystny interes. 

- Co? Interes?! Ja teraz mam wakacje, mój panie. Żadnych interesów nie załatwiam... 

zwłaszcza z ludźmi, których nie znam... Zresztą, co to  za business?...  Tylko krótko, panie!... 

Ja... mam gości... 

-  Cały  świat  wie,  że  największe,  najsolidniejsze,  najpewniejsze  towarzystwo 

ubezpieczeń od wypadku, włamania lub... 

- Panie! - ryknął Mr Dragon z furią i ścichł nagle. Wydało mu się, że na najbliższym 

skrzyżowaniu ulic dostrzega tancerkę. Zrozumiał natychmiast, że nie pozbędzie się natręta tak 

szybko. Długoletnie doświadczenie z agentami nauczyło go, że są to stworzenia gruboskórne, 

nieczułe na żadne obelgi czy wyzwiska. - Panie - zaczął bardzo słodko - proszę mi dać swój 

adres  lub  przyjść  tutaj  jutro  o  tej  porze.  Zrobimy  business,  to  panu  solennie  przyrzekam 

tylko... 

- Przyjdę jutro - zapewniał agent wśród uprzejmych ukłonów i wcisnął w dłoń drżącej 

z  niecierpliwości  ofiary  swój  bilet  oraz  plik  prospektów,  wymieniających  dobrodziejstwa, 

jakie przyrzeka ubezpieczonemu „znakomite, jedyne, najpewniejsze” Star Life Insurance. 

-  Dobrze,  doskonale  -  sapał  Mr  Dragon,  ładując  papiery  do  kieszeni  marynarki.  - 

Tylko teraz idź pan już do wszystkich diabłów, bo stracę cierpliwość. 

Pożegnany  tak  uprzejmie,  oddalił  się  agent,  zapewniając  uroczyście,  że  przybędzie 

nazajutrz o umówionej porze. 

-  Nie!...  To  nie  ona,  niestety  -  stwierdził  Mr  Dragon,  przyglądając  się  przechodzącej 

chodnikiem Hawajce... - Ach, zmęczyło mnie to bydlę!... 

Powróciwszy do willi, zdjął ubranie i ze zmartwieniem zauważył przy tej sposobności, 

że  kołnierzyk  piżamy  i  mankiety  pomięły  się  trochę.  Zły  humor,  jaki  stąd  wynikł,  został 

zapisany na konto przedstawiciela Star Life Insurance. 

-  No,  może  on  czekać,  aż  z  nim  zrobię  jaki  business!  -  warknął  pod  adresem 

niefortunnego gościa. 

Spojrzawszy  na  zegarek,  stwierdził,  że,  nie  wiadomo  jak  ani  kiedy,  upłynęło  pół 

godziny. 

background image

-  Ostatecznie  jest  jeszcze  dosyć  wcześnie  -  pocieszał  się  w  myśli  i  wyruszył  do 

spiżarni po zapasy. Skrupulatnie obmyślane menu, przekąski, zastawienie stołu, przyniesienie 

lodu  z  chłodni,  zamrożenie  flaszki  wina,  wreszcie  wypalenie  jednego  cygara  pochłonęły 

dalsze  pół  godziny.  Wybiła  czwarta.  Mr  Dragon  począł  się  lekko  niecierpliwić.  Potem 

sekundy, minuty, kwadranse zaczęły się wlec przeraźliwie wolno, a równocześnie cenny czas, 

przeznaczony na rozkoszne sam na sam, kurczył się bezlitośnie. 

-  Piąta,  do  stu  piorunów!  -  zaklął.  Nie  oglądając  się  już  tym  razem  na  to,  że  jest  w 

piżamie,  wyszedł do ogrodu i dłuższy czas  stał przy  furtce,  chowając  się za drzewo,  ilekroć 

ujrzał  jakiego przechodnia w europejskim ubraniu. Po kwadransowym wyczekiwaniu wrócił 

do  swego  gabinetu.  Nalał  sobie  szklaneczkę  wina,  wypił  duszkiem,  zapalił  nowe  cygaro,  w 

końcu usiadł w fotelu, który przysunął sobie do okna. Nieubłagany czas biegł znowu szybko. 

Mr  Dragon  zaczął  rzucać  soczyste  epitety  i  wyzwiska,  tym  razem  pod  adresem  niesłownej 

dziewczyny.  Wreszcie  zaciął  zęby.  Wpił  wzrok  we  wskazówkę  zegara,  jakby  chciał 

zahamować  jej  ruch  wolny,  lecz  stały.  Ale  brązowy  antyczny  zegar  nie  pozwolił  się 

zahipnotyzować ani zatrzymać w swym biegu. Tykał sobie miarowo pod szklanym kloszem, 

kpiąc w żywe oczy ze zdenerwowanego donżuana. 

-  Zwymyślam  ostatnimi  słowy  tę  dziewkę  -  rzekł  Mr  Dragon,  skoro  wybiła  szósta.  - 

Wyrzucę ją na łeb, jeśli się waży przyjść lub nawet... - nie dokończył, gdyż w tej samej chwili 

duży wonny kwiat opisał łuk nad jego głową i spadł mu na kolana. Równocześnie za oknem 

zaperlił się śmiech dziewczęcy srebrzystą kaskadą. 

Mr Dragon skoczył  na równe nogi.  W odległości  trzech  metrów stała  na  strzyżonym 

gazonie  wyczekiwana  tak  niecierpliwie  tancerka.  W  dziennym  oświetleniu  wydała  mu  się 

jeszcze  piękniejsza  niż  wczoraj,  jeszcze  bardziej  ponętna.  Wyciągnął  ku  niej  swe  dłonie, 

drżące  od  żądzy,  i  bełkotał  stłumionym  głosem,  zapominając  od  razu  o  pogróżkach,  jakie 

przed chwilą zaledwie wypowiedział. 

- Nareszcie, moja złota boginko!... Czemu tak późno przyszłaś? Ale wejdź tutaj... Tu, 

za  rogiem  willi,  są  drzwi...  Czekaj,  biegnę  ci  wskazać  i  furtkę  zatrzasnąć.  -  Ostatnie  słowa 

wypadły oczywiście ciszej znacznie. 

Zatrzymała go stanowczym ruchem ręki. 

- Słuchaj! - zaczęła. - Przyszłam tu, by ci powiedzieć... 

-  Wszystko  mi  powiesz,  kochanie,  tylko  wejdź  najpierw.  Mógłby  cię  kto  zobaczyć  z 

sąsiedniej willi. 

- Przyszłam ci powiedzieć, że ciotka moja jest chora... 

- Dziewczyno złota, nie traćmy drogiego czasu! Dosyć go już upłynęło. 

background image

-  Nie  odchodź  od  okna,  bo  ucieknę!  -  zastrzegła  się  energicznie,  kiedy  cofnął  się  w 

głąb pokoju,  chcąc wybiec z willi  i wprowadzić  do wnętrza ociągającą się tancerkę.  -  Zaraz 

ucieknę,  jak  będziesz  nieposłuszny.  Ponieważ  więc  ciotka  jest  chora,  nie  mogę  być  dziś  z 

tobą... Czekaj, nie przerywaj mi!... Przyjdę kiedy indziej... Ciotka czeka na ulicy... Idę już. 

- Stójże, wariatko! - krzyknął zrozpaczony, widząc, że dziewczyna cofa się ku ścieżce 

wiodącej  do  furtki.  Nie  panując  nad  sobą,  nie  bacząc  na  nic,  dla  skrócenia  sobie  drogi 

wyskoczył przez okno i puścił się w pogoń. Dopadł ją przy sztachetach ogrodzenia. 

- Słuchaj,  mała - syczał jej do ucha, przyciskając oburącz furtkę - ze mnie sobie kpić 

nie wolno. O jakiejś ciotce opowiadaj głupiemu. Dla mnie wynajdź lepsze wykręty. 

- Ależ ona tu czeka, przysięgam. 

Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów  wyłoniła  się  po  drugiej  stronie  ogrodzenia 

zgarbiona  sylwetka  starej  wyspiarki.  Twarzy  jej  nie  można  było  dojrzeć,  gdyż  głowę 

pochyliła ku ziemi bardzo nisko. Wyciągnęła tylko swą suchą, starczą rękę przez sztachety. 

-  Czemu  nie  wracasz,  córko?  -  wysepleniła  głosem  tak  chropowatym  i 

nieprzyjemnym,  że  Mr  Dragon  cofnął  się  o  dwa  kroki.  Brązowa  dziewczyna  wyzyskała 

znakomicie  tę  okazję  i  w  mgnieniu  oka  znalazła  się  na  ulicy.  Przylgnęła  całym  ciałem  do 

żelaznych prętów ogrodzenia. 

-  Gniewasz się  na  mnie? -  spytała z najrozkoszniejszą  minką.  -  Przecież to obojętne, 

czy dziś, czy kiedy indziej... 

Głos uwiązł mu w krtani. Wzbierał w nim gniew straszliwy, lecz równocześnie wzrok 

wpił  się  chciwie  w  błyszczącą  skórę  dziewczyny  i  ślizgał  się  po  jej  smukłej  sylwetce.  Na 

dodatek spódniczka z rafii podwinęła się, ukazując nogi aż poza kolana, te nogi, które wczoraj 

pierwsze przykuły do siebie uwagę Mr Dragona. 

- Kiedy przyjdziesz? - zapytał wbrew woli. 

-  Nie  wiem  jeszcze.  Będę  jutro  na  plaży  w  Waikiki.  Jeżdżę  tam  na  desce  co  rano... 

Przyjdź... 

Stara wyspiarka zakaszlała niecierpliwie i wyciągnęła rękę. odciągając dziewczynę od 

sztachet. 

Mr  Dragon  zaklął  szpetnie.  Zatrzasnął  furtkę  i,  nie  oglądając  się  za  odchodzącymi, 

podążył ku willi. 

- Przez tę przeklętą starą wiedźmę - mełł w zębach. - Ale że też to cielę nie umiało się 

pozbyć towarzystwa swej pokrzywionej ciotki na kilka godzin. Głupie cielę! 

Powróciwszy do gabinetu, wybuchnął histerycznym śmiechem na widok zastawionego 

stołu.  Zmierzając  w  stronę  butelki  z  winem,  musiał  przejść  koło  lustra;  ujrzał  swe  odbicie. 

background image

Wydało mu się nagle, że tamten drugi Ralph spogląda na niego z szyderczym uśmiechem. Z 

największym wysiłkiem powstrzymał się od grzmotnięcia flaszką w zdradzieckie zwierciadło. 

Rzucił się na otomanę i zaczął pić duszkiem szklankę po szklance. To mu przyniosło niejaką 

ulgę, lecz jednocześnie skierowało tok myśli w inną stronę. 

- A Violet sobie grucha z tym smarkaczem - wymamrotał. - I ty, bezdenny głupcze, z 

którego sobie pokpiwa nawet takie brązowe cielę, ty głupcze, ułatwiłeś jeszcze własnej żonie 

schadzkę  z  jej  wielbicielem.  Nie,  tego  za  dużo  na  moje  nerwy!  -  ryknął,  aż  się  rozległo  w 

pokoju. Zerwał się i pobiegł do biurka, na którym stał aparat telefoniczny. Opanowując głos, 

podał numer doktora Hearne’a. Długo musiał czekać, zanim z tamtej strony zdjęto słuchawkę 

z widełek. Odezwała się służąca japońska, mówiąca dość słabo po angielsku. 

-  Poproś  pana  doktora  do  telefonu.  Mówi  Dragon...  No  tak,  Ralph  Dragon...  Co?! 

Doktor wyjechał? - zdziwił się nieprzyjemnie. - Więc poproś Miss Lucy... Miss Lucy, mówię 

wyraźnie przecież... Także wyjechała? Aha, wracają wieczorem... No, dobrze... A moja żona? 

Wybierała się do panny Lucy... Więc była, lecz poszła, skoro się dowiedziała, że ich nie ma. 

Dobrze, doskonale - zasyczał, kładąc słuchawkę z taką siłą, że widełki się wygięły. 

Zaczął  się  przechadzać  po  pokoju.  Jak  rzeka,  co  toczy  swe  wezbrane  nurty,  skoro 

przerwie  groblę,  pędzi  rozhukana  w  dolinę,  zaniechawszy  starego  koryta,  tak  gniew  Mr 

Dragona,  wzbudzony  zawodem,  jaki  mu  zgotowała  tancerka,  skierował  się  wyłącznie  w 

stronę Bogu ducha winnej Violet. 

Uprzątnięcie śladów niedoszłej biesiady było dziełem pięciu minut. Dalsze pięć minut 

pochłonęła  zmiana  jedwabnej  piżamy  na  zwykłe  białe  ubranie.  Było  trzy  kwadranse  na 

siódmą,  kiedy  Mr  Dragon,  pozamykawszy  willę  na  cztery  spusty,  ruszył  na  poszukiwania 

małżonki  i  Ryszarda.  Znalazłszy  się  na  ulicy,  stwierdził,  że  nie  wie,  w  którym  kierunku  iść 

powinien. 

-  Diabli  wiedzą,  gdzie  się  zaszyli  -  warczał  złowrogo.  -  I  to  jest  moja,  rzekomo 

niezaradna, niedołężna Violet! Skoro Hearne’a nie zastała w domu, powinna była natychmiast 

powrócić, a nie włóczyć się gdzieś w towarzystwie takiego młokosa, nie afiszować się z nim 

publicznie - narzekał, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że gdyby Violet postąpiła w taki 

sposób,  gdyby  wróciła  do  domu  wówczas,  a  więc  gdzieś  koło  czwartej,  kiedy  był  jeszcze 

pełen  błogich  nadziei,  byłby  wtedy  wpadł  w  pasję  i  byłoby  doszło  do  nieobliczalnej  wprost 

sceny.  Ale  przecież  Violet  nie  może  wiedzieć,  że  pozbył  się  jej  z  domu  dla  schadzki  z 

tancerką,  a  więc  będzie  jej  można  zrobić  gorzkie  wymówki  w  każdym  razie.  Ta  myśl  była 

pewną osłodą dla zdenerwowanego do ostatnich granic Mr Dragona. 

Spostrzegł  po  chwili,  że  nie  zaszedł  daleko  i  że  wciąż  jeszcze  krąży  w  pobliżu  swej 

background image

willi oraz sąsiadującego z nią ogrodu botanicznego.  Nagle drgnął  jak  chłopak schwytany  na 

kradzieży  jabłek.  Ktoś  go  zawołał  po  imieniu.  Był  to  Le  Brix.  Jowialny  inżynier  sunął 

wielkimi krokami po przeciwnej stronie ulicy. 

-  Dokądże  to  bogi  prowadzą?  -  zagadnął,  wymachując  rękoma  ze  zwykłym 

ożywieniem. 

- Idę po żonę - odparł szczerze i nieszczerze zarazem. 

- Ach, tak. Widziałem przed godziną twą panią z Mr Grathem. 

- Gdzie? - padło bardzo nieśmiało. 

- Koło akwarium. 

Mr Dragon omal nie krzyknął z radości. Zapanował jednak doskonale nad sobą i rzekł 

obojętnie, jakby wzgardliwie: 

-  Więc  jeszcze  się  tam  kręcą?  -  Mówiłem  im,  by  poszli  raczej  nad  zatokę.  Mieliśmy 

się przejechać motorówką. 

-  A,  jeśliś  się  tak  umówił,  to  zapewne  tam  poszli.  Jak  już  mówiłem,  widziałem  ich 

koło akwarium przed godziną. A zatem... 

- Nie, nie, zgadza się. Żona nadmieniła nawet na odchodnym... 

-  Nie  zatrzymuję  cię,  przyjacielu  -  przerwał  Le  Brix,  ściskając  kordialnie  dłoń 

towarzysza. 

Kilka minut później wkraczał Mr Dragon do ogrodu botanicznego, w którym znajduje 

się  sławne  na  cały  świat  akwarium  honolulskie.  Szedł  szybko  szerokimi  alejami  wśród 

przepięknych okazów flory podzwrotnikowej i rozglądał się uważnie na wszystkie strony. Ale 

cierpliwość jego miała być narażona na ogniową próbę. Blisko półgodzinne poszukiwania nie 

dały żadnych rezultatów. Już był zdecydowany skierować się ku wyjściu, kiedy przyszło mu 

na  myśl zajrzeć w tę część parku, gdzie stoi  mała grota z lawy,  nad stawem pokrytym gęsto 

olbrzymimi kwiatami Victoria regia

Znalazłszy  się  blisko  wody,  wychylił  głowę  spoza  parawanu  bujnych  paproci  i 

spojrzał przed siebie.  Po  przeciwnej stronie stawu,  na  ławeczce przed grotą, siedziało dwoje 

ludzi.  Odległość  nie  pozwalała  rozpoznać  twarzy  gruchającej  parki,  lecz  fiołkowy  szal  był 

wystarczającym dla Mr Dragona dowodem. 

-  Więc  tam  się  zaszyli!...  Hm...  Warto  by  jednak  posłuchać,  o  czym  gołąbki 

szczebiocą  -  mruczał,  wycofując  się  ze  swego  punktu  obserwacyjnego.  Obszedł  staw  i 

zatrzymał  się  nagle.  Ścieżka,  którą  się  dotychczas  posuwał,  biegła  wprost  do  groty.  Jeszcze 

kilka kroków na tej drodze, a Violet lub Ryszard ujrzą go i nie dowie się, co było tematem ich 

rozmowy. Mr Dragon decydował się zawsze szybko. Rozejrzał się, czy jaki dozorca parkowy 

background image

nie  nadchodzi,  potem  skoczył  między  drzewa,  których  srebrne  listki  spływały  bujnymi 

kaskadami aż do ziemi, tworząc znakomitą zasłonę. Szedł teraz ostrożnie, przy czym zmęczył 

się dobrze, gdyż musiał się schylać bardzo nisko lub na przemian przełazić przez liany wijące 

się  zdradziecko  pod  nogami.  Powietrze  było  parne  jak  przed  burzą.  Toteż  odetchnął  z  dużą 

ulgą,  kiedy  wśród  szmaragdowego  gąszczu  zarośli  zaczerniała  tylna  ściana  groty.  Odpoczął 

trochę,  potem z zachowaniem  największej ostrożności ruszył  naprzód,  wzdłuż prawej ściany 

sztucznej  jaskini.  Znalazł  się  w  odległości  jakich  pięciu  metrów od  śledzonej  pary.  Widział 

przed  sobą  plecy  Ryszarda  i  profil  żony  siedzącej  bokiem  do  swego  sąsiada.  Słyszał 

doskonale  każde  słowo.  A  Violet  mówiła  właśnie  głosem  drżącym  od  wewnętrznego 

wzburzenia: 

-...wtedy  chwycił  mnie  pod  gardło, obalił  na  podłogę  i  zaczął  dusić.  Nic  wierzysz?  - 

Patrz!... Oto ślady po jego paznokciach - pochyliła się ku towarzyszowi, zerwała szal z szyi i 

wskazała  palcem  ślady  wczorajszej  „sprzeczki”  z  mężem.  -  Pytałeś  mnie  kiedyś,  dlaczego 

nigdy nie noszę sukni bez rękawów, dlaczego się z wami w morzu nie kąpię? Wymówiłam się 

pierwszym lepszym kłamstewkiem. Teraz mogę ci powiedzieć prawdę. Moje ramiona pokryte 

są sińcami, moje uda noszą ślady jego butów... 

- Przestań! - jęknął Ryszard Grath, chwytając jej dłonie. - Tego słuchać spokojnie nie 

można. 

- A co dopiero znosić na własnej skórze? 

Mr Dragon oddychał ciężko. Cofnął  się nawet jeszcze głębiej poza skałę,  lękając się, 

że tamci mogą usłyszeć jego świszczący oddech. - Więc aż tak daleko między wami doszło? - 

myślał  w  duchu.  -  Więc  ty,  niedołęgo,  ośmielasz  się  wywłóczyć  sceny  z  małżeńskiego 

pożycia wobec obcego człowieka? - Na dalsze uwagi nie miał czasu, gdyż w tej chwili zabrał 

głos Ryszard. Widać było, że sili się na spokój, choć ton głosu zdradzał dobitnie cały ogrom 

oburzenia: 

- Jednej rzeczy nie mogę zrozumieć, kochanie. Jak mogłaś tolerować bezkarnie tyranię 

tego  brutala?  Dlaczego  się  z  nim  nie  rozwiodłaś  już  dawno?  Przecież  wobec  tych  danych 

sąd... każdy sąd... 

-  Wiem  o  tym  -  przerwała.  -  Ale  dopóki  żył  mój  biedny  ojczulek,  miałam  ręce 

związane.  Dlaczego,  opowiem  ci  innym  razem.  To  długa  historia.  Ojciec  mój  zmarł  przed 

pięcioma  miesiącami.  Wówczas  Ralph  zmienił  się  bardzo.  Nie  katował  mnie,  nie  bił,  nie 

dokuczał... Domyślałam  się zaraz,  że nie współczucie dla  mego sieroctwa jest przyczyną tej 

zmiany  na  lepsze,  lecz  względy  majątkowe.  Opowiem  ci  to  kiedyś  obszerniej.  Otóż, 

jakkolwiek  nie  miałam  żadnych  złudzeń  co  do  charakteru  mego  małżonka,  byłam  tak 

background image

przygnębiona stratą ojca, że nie wszczynałam żadnych kroków... Cha, cha, cha... Nawet były 

takie  momenty,  iż  przypuszczałam,  że  brutalne  sceny  nie  powtórzą  się  nigdy,  że  nasze 

pożycie  jakoś  się  przecież  ułoży.  Ale  zaledwie  wyruszyliśmy  w  tegoroczną  podróż, 

przekonałam się o swej straszliwej omyłce. Ralph nie zmienił się ani trochę, tylko jak gdyby 

przypuszczał,  jak gdyby  się domyślał  mej determinacji;  po każdej awanturze jest podwójnie 

grzeczny  i  brutalne kopniaki stara się później  „osłodzić” pieszczotami... Brrr! Żeby on  mógł 

wiedzieć,  jaki  wstręt  fizyczny  we  mnie  budzi,  żeby  mógł  wiedzieć,  jak  ja  go  śmiertelnie 

nienawidzę!  -  zawołała  prawie  głośno,  zrywając  się  z  ławki  i  wygrażając  zaciśniętymi 

piąstkami. 

Mr  Dragon  oparł  się  całym  ciężarem  o  ścianę  groty.  -  Wiem  już,  wiem,  ty  obłudna 

histeryczko - powtarzał przez zaciśnięte zęby. 

Gdzieś  w  oddali  zagrzmiało.  Powietrze  stało  się  niesłychanie  duszne.  Po  drugiej 

stronie stawu widać było zapóźnione parki. Śpieszyły teraz ku wyjściu, uciekając przed burzą. 

-  Musimy  wracać  -  zdecydowała  Violet.  -  Wracać  do  piekła,  bo  inaczej  nie  mogę 

nazwać swego domu. A co do twej rady, bym jutro poszła do jakiegoś adwokata, namyślę się 

jeszcze przez noc. 

Ryszard potrząsnął głową energicznie. 

-  Nie,  Violet.  Tu  nie  ma  się  nad  czym  namyślać.  Jeśli  natychmiast  nie  rozpoczniesz 

kroków  rozwodowych,  jeśli  pozwolisz  się  nadal  tyranizować  przez  tego  łotra,  to  ja  z  nim 

koniec zrobię.  Zastrzelę go jak psa... Tak  jest. Przysięgam  ci,  że  jestem gotów na wszystko, 

nawet na to - zawołał z siłą. 

Był tak porywający z ogniem świętego oburzenia, z ręką podniesioną jak do przysięgi, 

że Violet patrzyła nań jak urzeczona. Dopiero po dłuższej chwili zdołała przemówić: 

-  Nie,  kochany  dzieciaku  -  rzekła  miękko,  gładząc  go  dłonią  po twarzy.  -  Nie  trzeba 

mówić  takich  rzeczy  ani  się  zaklinać.  To  byłaby  zbrodnia,  którą  złamałbyś  życie  sobie  i 

mnie... 

-  Tobie?  Przecież,  uwalniając  cię  raz  na  zawsze  od  tyrana  -  zaczął  Ryszard  z 

młodzieńczym zapałem, ale przerwała mu szybko: 

- Unieszczęśliwiając siebie, unieszczęśliwiłbyś i mnie zarazem. Czy to rozumiesz? 

- Violet! - krzyknął wzruszony. - Więc ty mnie także kochasz? 

Zamiast odpowiedzi przytuliła się doń i podała mu usta do pocałunku. 

A  Mr  Dragon  musiał  na  to  patrzyć  własnymi  oczyma,  musiał  liczyć  długie  sekundy 

pocałunku, który trwał, zda się, wieki. Nie był w stanie oderwać się od swej zimnej podpory. 

Tamci dwoje poszli już dawno, uciekając przed deszczem. Burza podzwrotnikowa nadciągała 

background image

szybko,  jak  zawsze.  Mr  Dragon  ani  się  spostrzegł,  kiedy  spadły  pierwsze  duże  krople.  Nie 

czuł  ich,  zasłonięty  zbitym  dachem  listowia,  ale  po  mnóstwie  kółek,  marszczących  gładką 

dotychczas  toń  wielkiego  stawu,  poznał,  że  pada.  Dwadzieścia  sekund  później  lunęła  ulewa 

tak  przeraźliwa,  że  powstał  jakby  mur  wody,  przez  który  trzeba  się  było  z  wysiłkiem 

przedzierać. Przemoczony do ostatniej nitki dotarł Mr Dragon do groty. Tu mógł się śmiać z 

burzy, ale o rychłym powrocie do domu nie było co marzyć. Więc usiadł na jakimś głazie i w 

potoku marynarskich przekleństw dał upust swej wściekłości. 

Zadygotała nagle grota od bliskiego uderzenia piorunu. 

Mr Dragon wzdrygnął się trochę. Nie lękał się burzy bynajmniej. Za czasów służby w 

marynarce  wojennej  miał  sposobność  przeżywać  nie  takie  nawałnice  jak  obecna.  Ale  kiedy 

wspomniał sobie naiwne zresztą pogróżki Ryszarda, kiedy wspomniał, że Violet słuchała ich 

z największą obojętnością, uczuł się ogromnie osamotniony. - Więc własna żona mogła tego 

słuchać  spokojnie  i  pocałunkiem  wynagradzać  go  za  zbrodnicze  zamysły?  -  myślał.  Ale 

chwilowa depresja psychiczna ustąpiła natychmiast miejsca chęci odwetu. 

- Prędzej wasza śmierć niż moja - zawołał. Potem sięgnął do kieszeni po chusteczkę, 

by otrzeć czoło, z którego spływały liczne krople. Przy tej sposobności dłoń natrafiła na jakąś 

sztywną kartę. 

-  Czyjże  to  bilet  -  zainteresował  się  nagle,  usiłując  bezskutecznie  przebić  wzrokiem 

gęste mroki. Piorun uderzył w staw. W oślepiającym, żółtofioletowym świetle przeczytał Mr 

Dragon: 

- Star Life Insurance - 

I ta sama błyskawica, co rozjaśniła nieprzebite ciemności wieczoru, podszepnęła także 

Mr Dragonowi plan piekielnej zemsty. Wśród szalonej wichury, wśród nieustannego grzmotu 

bijących  piorunów,  obmyślał  spokojnie  szczegóły  odwetu,  który  miał  z  jednej  strony 

wykreślić  tamtych  dwoje  z  liczby  żyjących,  a  z  drugiej  strony  jemu  samemu  przynieść 

korzyści materialne. 

A  na  niebie,  tak  pogodnym  przed  godziną  zaledwie,  przewalały  się  teraz  olbrzymie 

ołowiane chmury. 

background image

   

ROZDZIAŁ VI 

 

Na plaży Waikiki 

-  Na  sto  tysięcy  dolarów?!  -  krzyknął  zachwycony  agent.  -  Ależ  tak,  oczywiście... 

Tylko że tego już nie można bez badania lekarskiego. 

- Nie można? - Mr Dragon skrzywił się, jakby rozgryzł niedojrzały owoc. 

-  To  drobiazg,  sir...  Proszę  mi  wierzyć.  Właściwie  tylko  formalność.  Pan  doktor 

Hearne, który jest lekarzem tutejszej filii naszego towarzystwa... 

- Ach, Hearne? To mój przyjaciel... 

- Więc nie ma o czym mówić, sir, zwłaszcza że pan wygląda jak uosobienie zdrowia... 

- Owszem, czuję się dobrze... Hm... Ale moja małżonka także pragnie się ubezpieczyć. 

- Również na sto tysięcy? 

- Może nawet na większą kwotę. 

- Na większą - powtórzył przedstawiciel Star Life Insurance upojony. Obliczał już w 

myśli  swą  prowizję  i  błogosławił  pomysł  wczorajszego  kołatania  do  tej  pięknej  willi. 

Wysokość  stawek  zależy  oczywiście  od  wieku  asekurowanej  osoby.  Im  się  jest  młodszym, 

tym stawki niższe. Sir będzie sobie liczył już z czterdziestkę, jak przypuszczam. Ale może za 

dużo panu dałem? - zerwał się z dobrze udanym przestrachem. 

Mr Dragon połknął wyraźne pochlebstwo z prawdziwą przyjemnością. 

- Oto najlepszy sprawdzian mego zdrowia - rzekł zarozumiale. - Wszyscy mi mówią, 

że nie wyglądam na więcej, jak na czterdzieści... 

- Na mniej, słowo daję - licytował agent. 

- A jednak mam już pięćdziesiąt dwa. 

- Nie uwierzę nigdy! 

- Urodziłem się w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym. 

Gość wciąż jeszcze kiwał głową niedowierzająco, orientując się doskonale, że odkrył 

achillesową piętę swego nowego klienta. 

- A lady jest młodsza o... 

- Tak. Moja żona jest młodsza... Dużo młodsza... Ma lat dwadzieścia trzy. 

-  Ach,  to  świetnie!  Stawka  będzie  bardzo  niska  w  tym  wypadku,  a  polisę  będzie 

można  tu  na  miejscu  wypisać.  Bo  ze  starszymi  zawsze  więcej  zachodu.  -  Tu  zmieszał  się 

porządnie,  zauważywszy  ukośne  spojrzenie  klienta.  Szybko  uzupełnił  swą  niezręczną 

background image

enuncjację:  -  Mówiąc  o  starszych,  mam  na  myśli  tych,  którzy  przekroczyli  sześćdziesiątkę. 

Co poniżej, to młodzież, che, che, che, che... Więc zapiszemy. Sir pragnie się ubezpieczyć na 

sto tysięcy dolarów, a jego czcigodna małżonka... na... na... 

- Napisz pan, pół miliona... 

-  Pół  miliona!  -  bełkotał  piszący,  któremu  nagle  cyfry  charlestonować  zaczęły  na 

deklaracji.  Opanował  jednak  radosne  wzruszenie  i  szybko  wypełnił  dwa  świstki  papieru, 

pokryte liniami fioletowego, drobnego jak mak druku. - Teraz jeszcze poproszę o podpis. 

- Gdzie? 

-  O tu,  pod  spodem...  A  chciałem  jeszcze  zapytać.  gdzie  mógłbym,  względnie  kiedy 

mógłbym zastać Mrs Dragon i poprosić ją o podpis. 

- Ona musi podpisać osobiście? 

Agent  rozłożył  ręce  i  wyraził  głośno  swe  oburzenie  na  wstrętną  biurokrację,  dzięki 

której trzeba czcigodną lady fatygować osobiście. 

- Zaczekaj pan chwilę - rzucił Mr Dragon, wychodząc z pokoju z obiema deklaracjami 

w  dłoni.  Zastał  żonę,  rozmawiającą  w  salonie  z  panną  Lucy  Hearne,  która  przyszła  wyrazić 

swój żal z powodu, że mili goście nie zastali jej w domu w dniu wczorajszym. 

Mr Dragon przerwał te wywody trochę niegrzecznie: 

-  To  się  da  odrobić,  proszę  pani.  Właśnie  dziś  mamy  zamiar  wpaść  do  państwa,  co 

prawda  z  interesem.  Chodzi  tu  o  wystawienie  świadectwa,  że  VioIet  i  ja  jesteśmy  zdrowi. 

Wiesz,  darling -  zwrócił się słodko w stronę żony -  nie  mogłem się  już pozbyć tego agenta. 

Łaził  za  mną  od  tygodnia  krok  w  krok.  Chce  biedak  zarobić  swoją  prowizję.  Ostatecznie 

można mu zrobić tę przyjemność. 

- Jaki agent? - spytała zdziwiona. 

- Jak to, jaki. Przecież przychodził tu dwa razy dziennie, przez ten tydzień. Jak ty się 

jednak  mało  interesujesz  tym,  co  się  koło  ciebie  dzieje.  No,  nie  chcę  ci  robić  wymówek. 

Kobiety  mają  przecież  inny  horyzont  zainteresowań  niż  my,  na  których  barkach  spoczywa 

walka  o  byt...  Otóż,  chcąc  biednemu  człowiekowi  przyjść  z  pomocą,  postanowiłem 

ubezpieczyć  ciebie  i  siebie  na  pewną  sumkę.  Składki  roczne  to  głupstwo,  a  gdybym  umarł, 

będziesz miała kilka dolarów na otarcie łez. 

- Co też pan mówi! - zaprotestowała Miss Lucy. - Tak czerstwo wyglądający człowiek 

nie  powinien  w  ogóle  myśleć  o  śmierci...  Ja  wiem,  to  był  tylko  żart,  ale  powinnaś,  Violet, 

wykrzyczeć męża za takie żarty. 

Ale  Violet  nie  kwapiła  się  wcale  ani  do  protestów,  ani  do  wykrzyczenia  męża. 

Wymuszonym  uśmiechem  starała  się  zamaskować  swe  zakłopotanie.  Potem,  nie  czytając 

background image

nawet podsuniętej deklaracji, podpisała ją i odsunęła niedbałym ruchem dłoni. 

Mr Dragon zatarł ręce mimowolnie. 

-  Wiesz,  kochanie  -  rzekł  bardzo  uprzejmie  -  najlepiej  byłoby,  gdybyś  później 

odprowadziła  panią  i  dała  się  zbadać  doktorowi,  o  ile  to  w  ogóle  potrzebne.  Bo  agent 

zapewnia  mnie,  że chodzi tu tylko o formalność. Ja pójdę tymczasem do portu i podjadę po 

was motorówką. Dobrze? Zrobimy wspólną wycieczkę. Cóż panie na mój projekt? 

-  Zachwycający!  -  odparła  Lucy.  -  Dawno  już  miałam  ochotę  zobaczyć,  jak  państwa 

łódź chodzi. Violet, wobec tego idziemy zaraz. 

- Z pani jest czarująca dziewczyna - zapewniał gospodarz zupełnie szczerze. 

-  Jaka  szkoda,  że  nie  wszyscy  mężczyźni  są  tego  zdania  -  westchnęła,  myśląc  o 

Ryszardzie. 

- No, idę wyprosić nudziarza ze Star Life Insurance, a do stryja pani zatelefonuję. 

- A zatem: Good bye!... Aloha, jak mówią tutaj. 

-  I  niech  pani  powie  stryjowi,  by  nie  był  zbyt  skrupulatny,  bo  się  nasza  wycieczka 

opóźni - rzucił Mr Dragon na odchodnym. 

Wśród  niskich  ukłonów  oddalił  się  agent,  a  znalazłszy  się  na  ulicy,  zanucił  marsza 

triumfalnego  z  Aidy;  potem  skierował  się  do  znajomego  baru,  gdzie  można  było  sobie 

przypomnieć,  jak  piękne  były  Stany  przed  prohibicją.  Należało  uczcić  tak  niebywale 

szczęśliwy interes. 

A Mr Dragon zawiadomił tymczasem lekarza o przybyciu małżonki i celu jej wizyty, 

zapowiedział, że po południu także przybędzie po świadectwo dla siebie i, pełen najlepszych 

myśli,  wyszedł  z  willi.  Pierwsza  napotkana  taksówka  odwiozła  go  do  portu.  Szofer  John 

czekał  już  od  godziny.  Mosiężne  części  motorówki  błyszczały  w  słońcu  jak  złote,  dając 

wymowne świadectwo, że Situki czyściła je sumiennie. 

- Na pełne morze! - rozkazał, kiedy wydostali się z labiryntu portowego. Potem usiadł 

obok Johna i zasypał go pytaniami na temat, jaka jest najwyższa do osiągnięcia chyżość łodzi 

przy spokojnym  morzu,  jaka przy średniej  fali,  ile  litrów benzyny  może pomieścić zbiornik, 

czy są zapasowe rezerwuary itd. Odpowiedzi notował sobie skrzętnie w pamięci. 

- A pasy ratunkowe gdzie się mieszczą? - zagadnął w pewnej chwili. 

- Tu, pod ławką, sir. 

Mr  Dragon  otworzył  wieko  i  przyglądał  się  kamizelkom  ratunkowym  z  takim 

zaciekawieniem, jak gdyby je pierwszy raz w życiu widział. 

- Więcej ich nie ma? 

- Nie, sir. Jest tylko koło gumowe. 

background image

- Aha... A jakże John jest zadowolony z motoru? Nie zawodzi? 

- Chodzi jak nowy zegarek. 

- Hm... Chciałbym jeszcze obejrzeć dno łodzi. Kupiłem ją od inżyniera tak na oko, ale 

warto przy sposobności zobaczyć... czy tam gdzie nie przecieka. Niech John zatrzyma motor. 

Ustał turkot maszyny. Łódź biegła jeszcze chwilę nabytym rozpędem, potem dała się 

kołysać małym falom uspokojonego po wczorajszej krótkiej burzy oceanu. 

Tymczasem  John  podniósł  kilka  desek  podłogi  i  pokazywał  chlebodawcy  dno 

benzynowego stateczku. 

-  Tutaj  trochę  przeciekało  -  mówił  -  ale  uszczelniłem.  Poza  tym  nigdzie.  Deski 

zdrowe... Sir, to było dobre kupno. O ile słyszałem, pięć tysięcy dolarów. To tanio, naprawdę, 

za takie cacko... 

-  Tak,  pięć  tysięcy  -  potwierdził  Mr  Dragon  i  liczył  w  duchu:  -  Premia  wynosi  pół 

miliona,  jeśli  ona  umrze  naturalną  śmiercią  lub  zginie  skutkiem  nieszczęśliwego  wypadku... 

Łódź  kosztowała  pięć  tysięcy...  A  więc  stracę  zaledwie  jeden  procent  na  tym  interesie,  a 

pozbędę  się  raz  na  zawsze  wrogów...  Do  tego  dochodzi  spadek  po  niej...  Chyba  testamentu 

nie robiła, u diabła! Trzeba tylko działać szybko... jak najszybciej. 

-  Sir  coś  mówił? Nie dosłyszałem -  mówił szofer, widząc,  że wargi chlebodawcy  się 

poruszyły... 

-  Owszem,  mówiłem,  żeby  skręcić  na  lewo...  Pojedziemy  przez  zatokę  Waikiki,  do 

przystani pod willę doktora Hearne’a. 

- Dobrze. 

Zatoka Waikiki roiła się od ludzi. Zwolennicy morskiej kąpieli mieli tu raj prawdziwy. 

Piasek na plaży był jak srebro, a bezpieczna dla nieumiejących pływać mielizna ciągnęła się 

miejscami  na  pół  kilometra  w  głąb  morza.  Woda  czysta,  przezroczysta  aż  do  dna 

piaszczystego,  ufryzowanego  ruchem  fal  w  równe  karby  misternej  ondulacji,  fale  niezbyt 

duże stosunkowo, ale mocno spienione, o grzebieniach ze srebrnej piany. Dla wyczerpanych 

kąpielą  i  działaniem  złotych,  prawie  prostopadłych  promieni  słońca,  rozciągała  się  powyżej 

plaży  zielona  ruń,  puszysty  kobierzec  gęstej,  zbitej  trawy  i  błogosławiony  cień  u  stóp  palm 

rozłożystych. Cóż więc dziwnego, że całe Honolulu, wszyscy turyści oraz marynarze z Pearl 

Harbour wylegają zawsze na plażę Waikiki. 

Ale Waikiki ma coś więcej, mianowicie niezrównane warunki dla królewskiego sportu 

Kanaków,  dla  jazdy  na  desce.  Dzięki  umiejętnemu  manewrowi  pędzi  taka  gruba,  na  półtora 

metra długa deska na grzbiecie fali, gdzieś hen z pełnego morza aż do samego brzegu, niosąc 

na  sobie  człowieka  leżącego  na  brzuchu  lub,  co  trudniejsze,  lecz  co  większe  wrażenie  na 

background image

patrzących wywiera, w stojącej pozycji. 

Toteż Miss Lucy Hearne zaproponowała natychmiast, aby podjechać motorówką aż do 

miejsca, gdzie wytrenowani znakomicie sportsmeni dosiadają swych drewnianych rumaków. 

Mr Dragon przystał  bez wahania.  Był tak zadowolony z wyniku  lekarskiego badania,  że  nie 

bardzo  nawet  wiedział,  co  doń  mówi  rozmowna  bratanica  doktora.  Bądź  co  bądź  losy  mu 

sprzyjały.  Przecież  taki  pedant,  jak  dr  Hearne,  mógł  na  upartego  doszukać  się  u  pacjentki 

jakiejś  drobnej  wady  sercowej,  jakiegoś  zajęcia  szczytów  czy  innego  niedomagania.  Violet 

musiałaby  stawać  przed  komisją,  złożoną  z  kilku  lekarzy,  uprzedzonych  już  do  jej  stanu 

zdrowia  diagnozą  kolegi,  wynikłyby  z  tego  rozmaite  trudności,  a  przede  wszystkim 

niepożądana  zwłoka.  Tymczasem  nic  z  tego.  Violet  była  zdrowa  jak  rydz,  a  świadectwo 

lekarskie znajdowało się już w portfelu Mr Dragona. 

- Jutro załatwię resztę... Skoro zaś będę miał w rękach polisę, che, che, che... wówczas 

- wymownym gestem dłoni uzupełnił swą myśl. 

- Mr Grath! - zawołała nagle Lucy, wskazując ręką przed siebie. 

Na  dźwięk  tego  nazwiska  zmarszczył  się  Mr  Dragon  mimowolnie,  lecz  spojrzał  we 

wskazanym kierunku. 

Rzeczywiście,  na  szmaragdowym  tle  wody  ukazały  się  dwie  czarne  głowy.  Para 

dzielnych  pływaków  sunęła  wytrwale  w  stronę  pełnego  morza,  popychając  przed  sobą  dwie 

ciężkie deski. 

-  Planking  jest  rozkosznym  sportem  -  rzekł  Mr  Dragon  -  ale  krótkotrwała  jazda  nie 

stoi w żadnym stosunku z pracą, jakiej wymaga zaciągnięcie deski na głębinę. Niegdyś także 

próbowałem,  lecz  dziś  wolę  jazdę  na  desce  przywiązanej  za  motorówką.  To  daleko 

wygodniejsze. 

-  Ależ  to  syzyfowe  trudy  -  dodała  Lucy,  patrząc  na  wysiłki  pływaków.  Musieli 

walczyć  z  każdą  falą.  Potężne  bałwany  usiłowały  za  wszelką  cenę  wyrwać  deskę  ze 

zmęczonych dłoni lub przynajmniej dać nią upartemu człowiekowi klapsa, od którego pęknąć 

mogła  czaszka.  Ale  przeciwko  bezrozumnej  sile  żywiołu  stawał  do  walki  rozum,  spryt, 

chytrość  kruchej  istoty,  zwanej  pospolicie  człowiekiem.  Więc  chował  się  pod  deskę  w 

momencie  uderzenia  góry  wodnej,  przecinał  ją  podstępnym  sztychem  i  wypływał  z  drugiej 

strony zdrów, cały, by po przepłynięciu kilku metrów nową staczać batalię. 

- Czy mnie wzrok myli? - mruknął Mr Dragon, kiedy obaj pływacy znużyli się walką i 

dosiedli  swych  rumaków.  Siedzieli  na  deskach  okrakiem,  wiosłując  rękami  zawzięcie. 

Twarzami odwrócili się teraz do brzegu,  a więc  i  do motorówki, zdążającej od chwili w  ich 

stronę. - Tak, to ona! - dodał. 

background image

Olbrzymi bałwan, spieniony jakby od wysiłku, dopędził parę pływaków. Znikli oboje 

na chwilę, okryci chmurą pyłu wodnego. Potem wśród odmętów śnieżnobiałej piany ukazały 

się  dwa  ciała,  wyciągnięte  nieruchomo.  Dwa  ciała:  jedno  jaśniejsze,  drugie  jak  brąz.  To 

drugie dźwignęło się zręcznie i pędziło na szczycie syczącej fali w stojącej pozycji. 

Ryszard  Grath, który uprawiał planking tylko na  leżąco i był  jeszcze  nowicjuszem w 

tym sporcie, wyminął dość zręcznie przeszkodę,  jaką była nadjeżdżająca motorówka, ale nie 

podniósł  oczu  wyżej  i  nie  ujrzał,  kto  znajduje  się  na  jej  pokładzie.  Skutkiem  tego  nie  ujrzał 

też czułych spojrzeń dwóch kobiet ani nienawistnego wzroku Mr Dragona. Lecz Lilinokalana, 

która  pędziła  na  szczycie  fali,  stojąc,  poznała  natychmiast  pasażerów  łodzi  motorowej. 

Posłała nawet mężczyźnie porozumiewawcze spojrzenie, ale w tej chwili straciła równowagę. 

Krzyknęła rozpaczliwie,  zatrzepotała rękami w powietrzu, jak ptak ugodzony kulą,  i wpadła 

w wodę. Wynurzyła się, potem znowu zniknęła na dłużej niż pierwszym razem. 

- Boże, ona tonie! - przeraziła się Violet. Lucy, zapatrzona w oddalającą się sylwetkę 

Ryszarda,  nie  zauważyła  nawet,  co  zaszło.  Za  to  Mr  Dragon  zainteresował  się  bardzo 

wypadkiem pięknej wyspiarki. Odepchnął Johna od kierownicy, podjechał szybko do miejsca, 

gdzie  jakby  bezwładne  ciało  dziewczyny  ukazywało  się  i  znikało  na  przemian  w  odmętach 

oceanu, potem zatrzymał łódź i rzucił do wody ratunkowe koło ze sznurem. Jeszcze większą 

gorliwość okazał, kiedy rzekomo nieprzytomna Hawajka znalazła się w motorówce. 

-  Trzeba  ją przenieść  do kajuty -  zdecydował, a widząc,  że szofer  chce  mu przyjść  z 

pomocą,  warknął  bardzo  szorstko:  -  Niech  John  pilnuje  kierownicy!  Proszę  jechać  w  stronę 

willi  pana  doktora...  Odejdźcie,  moje  panie,  odejdźcie!...  Zamoczycie  sobie  sukienki...  Ja  ją 

sam zaniosę. 

Troskliwość  o  wygląd  toalet  obu  pań  była  dość  uzasadniona,  gdyż  wyłowiona 

topielica ociekała dosłownie wodą. Mr Dragon, który tak zazdrośnie strzegł swego monopolu 

w  udzielaniu  pierwszej  pomocy,  był  także  mokry,  a  jego  białe  ubranie  poprzylepiało  się 

miejscami do ciała. Toteż obie panie nie narzucały się więcej, ograniczywszy swą współpracę 

do podtrzymywania zwisającej głowy wyspiarki. Zemdloną złożono na rozsuwanym łóżku w 

ciasnej kajucie. 

-  Ależ  ona  jest  prawie  naga  -  zgorszyła  się  Lucy  i  ku  wielkiemu  niezadowoleniu 

mężczyzny nakryła leżącą aż po szyję. 

Mr Dragon nie taił złego humoru. 

-  Jest  tu  tak  ciasno,  że  ruszyć  się  nie  można  -  narzekał,  sądząc,  że  panie  wyjdą  z 

kajuty. Jakoż, przywykła do odgadywania myśli mężowskich, ruszyła Violet ku drzwiom, ale 

Lucy chwyciła ją za rękę. 

background image

-  Ma  pan  rację  -  rzekła  -  tu  jest  bardzo  ciasno  i  powinien  pan  wyjść  na  pokład, 

zwłaszcza że chodzi o cucenie kobiety... 

Mr  Dragon,  wyszedłszy  z  kabiny,  zaczął  łapać  powietrze  gwałtownie,  jak  ryba 

wyrzucona  na  piasek.  Od  stłumionej  złości  nie  mógł  słowa  przemówić  przez  chwilę.  Potem 

jął seplenić, mamrotać sycząco, co mu się przytrafiało tylko w momentach największej pasji: 

-  I  ja  tę  kozę,  tę  głupią  purytankę  nazwałem  czarującą  dziewczyną!  O,  ironio  losu! 

Dzisiaj  ją  tak  nazwałem.  Czemu  łódź  zwalnia,  u  licha  ciężkiego!  -  wrzasnął  nagle  w  stronę 

szofera. 

John  wskazał  jakiegoś  pływaka,  który  siedział  okrakiem  na  desce  i  dawał  znaki 

rękoma.  Był  to  Ryszard.  Przybiwszy  do  brzegu,  ujrzał  drugą  deskę  pustą.  Zaniepokoił  się 

zrazu,  ale  natychmiast  uznał  za  nieprawdopodobne,  by  takiej  mistrzyni  w  pływaniu  czy  w 

plankingu,  jak  Lilinokalana,  mógł  się  wydarzyć  nieszczęśliwy  wypadek.  Obejrzawszy  się 

jednak  w  stronę  pełnego  morza,  zobaczył  swymi  sokolimi  oczyma,  że  załoga  motorówki, 

którą  wyminął  szczęśliwie  w  czasie  piekielnej  jazdy  na  desce,  wyławia  z  wody  jakieś 

nieruchome,  brązowe ciało.  Toteż puścił się z powrotem na  morze,  ale przybywał za późno. 

Łódź  mknęła  już,  defilując  bokiem  do  linii  brzegu.  Wtedy  zaczął  dawać  znaki,  które 

sprowokowały Johna do zwolnienia jazdy. 

Mr Dragon poznał Ryszarda. 

- Jeszcze mi jego do kompletu potrzeba! - zawarczał. - Proszę jechać, dokąd kazałem. 

Zrozumiano? Ja tu rozkazuję, nie jakiś pierwszy lepszy bałwan, co pływa na deskach. 

Szofer skulił się i dodał gazu. Motorówka pędziła teraz jak strzała. Zwolniła dopiero, 

kiedy przybliżyła się do małej przystani łódek, tuż w pobliżu willi doktora Hearne’a. 

Lucy wybiegła z kajuty. 

-  Spieszę  po  stryja.  Violet  czuwa  przy  niej.  -  Skinęła  głową  i  lekko,  zręcznie 

wyskoczyła na drewniany pomost. 

Mr Dragon rzucił się pędem do drzwi kajuty. 

-  Violet!... Jesteś bardzo wygodna.  Ty  nie  mogłaś się pofatygować po doktora, tylko 

Lucy? Proszę bardzo iść ją wyręczyć... - krzyknął. 

Niby podając żonie rękę, szarpnął ją tak gwałtownie, że omal nie upadła na wysokim 

progu. Zauważył natomiast z zadowoleniem, że Lucy jest już przy końcu pomostu, że wobec 

tego Violet nie zdoła jej dopędzić. 

-  Nareszcie  się  ich  pozbyłem  -  stwierdził  i  stanął  jak  wryty.  Rzekomo  zemdlona 

wyspiarka  siedziała  na  łóżku  i  zanosiła  się  od  śmiechu.  Śmiech  ten  udzielił  się  i  jemu. 

Podbiegł ku dziewczynie. Chwycił ją za ręce. Przyciągnął je ku swoim piersiom. 

background image

- Więc ty udawałaś? - spytał... 

- Tak. 

- Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? Powiedz, kochanie!... 

- Chciałam ciebie zobaczyć i powie... 

-  Ty  moja,  najdroższa!  -  krzyknął.  Nie  zważając,  że  szofer  może  być  mimowolnym 

świadkiem całej sceny, pochwycił dziewczynę wpół. Spragnione wargi zbliżył do jej twarzy, 

którą zasłoniła sobie tymczasem dłońmi. Więc całował jej ręce aż do łokci. Ale kiedy chciał 

je oderwać od policzków i puścił jej kibić, wyślizgnęła się zręcznie. Stanęła przy drzwiach. 

-  Stójże!  -  krzyknął  przestraszony.  -  One  pobiegły  po  lekarza.  Musisz  grać  swą 

komedię do końca. 

- Ale nie zbliżaj się do mnie. 

-  Dobrze,  wariatko...  Słuchaj  teraz.  Wczoraj  mnie  zwiodłaś,  lecz  na  odchodnym 

przyrzekłaś, że przyjdziesz innym razem. Więc powiedz, kiedy? 

- Przyrzekłam... To prawda... Ale... 

- Znowu jakieś ale. Pewnie nowy wykręt... 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

-  Wiesz,  że  jestem  tancerką  i  z  tego  żyję.  Za  tydzień  będzie  wielka  uroczystość 

weselna. Mój brat się żeni. Dziś wieczór wyjeżdżam do Keauhou. 

- Już dzisiaj? Gdzież leży to Keauhou czy jak tam? 

-  Na  Hawai`i,  u  stóp  ognistej  góry  Kīlauea.  Przyjedź  tam,  ale  bez  żony.  Będziemy 

razem długo, bardzo długo. 

-  Na  Hawai`i  -  mruknął...  Nagle  błysnęła  mu  jakaś  nowa  myśl,  bo  klasnął  w  dłonie 

radośnie: 

  -  To  się  da  świetnie  pogodzić  -  rzekł  i  dodał  z  jakimś  złym  uśmiechem:  -  Oczywiście,  że 

przybędę już bez żony. Lecz ty, moja boginko, spław gdzieś swą obrzydłą ciotkę... Kładź się 

prędko!  -  krzyknął  nagle,  zobaczywszy  przez  okienko  powracające  kobiety.  W  przelocie 

zdołał jej skraść jednego całusa, po czym wybiegł na spotkanie pań. 

- Stryja nie zastałam, niestety - zaczęła Lucy - ale zabrałam trochę amoniaku. Może ją 

jakoś docucimy... 

-  Ja  też  tak  myślę  -  odparł  rozweselony.  Rzeczywiście  skutek  był  nadzwyczajny. 

Lilinokalana  skoczyła  z  łóżka  na  równe  nogi,  spoglądając  przerażonymi  oczami  dokoła... 

Lucy wystąpiła znów w roli purytanki: 

- Niechże pan wyjdzie. Przecież ona jest... 

- Tak, tak - przystał gorliwie i mruknął: - Teraz już mogę wyjść rzeczywiście. 

background image
background image

   

ROZDZIAŁ VII 

 

Na progu śmierci 

-  Wiesz,  mam  wrażenie,  że  wasz  poczciwy  John  wszedł  w  poważny  konflikt  z 

kodeksem karnym. 

- Jak to? - zaniepokoiła się Violet. 

- Po prostu zajrzał dobrze do kieliszka, nie dbając o sławetną prohibicję. Spójrz tylko, 

jak melancholijnie kołysze głową nad kierownicą. 

- Ależ on może nas w takim razie zawieźć w zupełnie złym kierunku. 

- Czekaj, pójdę się przekonać, jak jest z jego trzeźwością. 

Ryszard  Grath  podszedł  do  mechanika,  który  wyglądał  rzeczywiście  bardzo 

podejrzanie. 

-  Nie  jestem  bynajmniej  pijany  -  zapewniał,  wlepiając  błędne  spojrzenia  swych 

wyłupiastych oczu w Ryszarda. - Zrobiło mi się tylko trochę tak... ja... koś dziwnie. 

- Rozumiem. Niechże więc John idzie do kajuty i zdrzemnie się godzinkę. 

- Kiedy... ja nie jestem wcale pi... jaaaaa... ny - twierdził z uporem pijaka. 

- Proszę iść natychmiast! - rzekł Ryszard stanowczo. Potem przywołał Violet, polecił 

jej  stanąć  na  chwilę  przy  kole  sterowym,  dopóki  nie  ulokuje  „zawianego”  szofera  na 

składanym łóżku kajuty. Sam objął wpół chwiejącego się gwałtownie na nogach mężczyznę i 

odprowadził go. W kilka minut później powrócił do Violet. Był dziwnie zamyślony. 

-  Nie  podoba  mi  się  ta  cała  historia  -  rzekł,  a  kiedy  kobieta  zwróciła  nań  wzrok 

pytający, dodał: - Czy wiesz, co mi John powiedział? Ni mniej ni więcej, tylko że otrzymał od 

twego męża butelkę whisky, że, co dziwniejsze, Ralph sam przepił do niego i zachęcał go do 

dalszych kolejek. 

-  To  kłamie.  Chce  się  w  ten  sposób  zabezpieczyć.  Sądzi,  że  wobec  takiego  stanu 

rzeczy  nie  będziemy  mogli  na  niego  przed  Ralphem  naskarżyć.  Ale  to  kłamstwo.  Ralph 

miałby  przepijać  do  szofera?  On,  który  jest  taki  szorstki  dla  służby  i  mnie  zawsze  przed 

spoufalaniem się przestrzega? Nie uwierzę w to nigdy. 

-  A  jednak,  darling...  dzisiejszy  dzień  przyniósł  nam  więcej  niespodzianek.  Jego  list 

choćby. Pozwól, że go jeszcze raz przeczytam. 

Violet wskazała swą torebkę. 

- Tam jest, Rysiu. 

background image

Grath  wyjął  z  torebki  małą  kopertę,  wyciągnął  z  niej  złożony  we  czworo  świstek 

papieru i czytał powoli, jakby się nad każdym słowem zastanawiał: 

Droga Violet! 

Podczas  kiedy  byłaś  z  Mr  Grathem  na  przechadzce,  otrzymałem  ważną  depeszę.  Nie 

mam  chwili  do  stracenia.  Wracam  parowcem  do  Honolulu  na  kilka  godzin.  Aby  odrobić 

zwłokę, jaką mój powrót wywołał, nie jedźcie już do Kawaihae, lecz prosto do Hōlualoa. Tam 

przenocujcie i  czekajcie na mnie.  Przyjadę,  jak  wyliczyłem,  jutro pod  wieczór i  dalszą część 

wycieczki aż do Keauhou znowu razem odbędziemy. 

A więc do zobaczenia w Hōlualoa! 

Uściski dla Ciebie, ukłony dla pana Ryszarda od Ralpha. 

-  No i cóż? Ja  nie widzę tu nic  nadzwyczajnego -  przemówiła  Violet,  kiedy Ryszard 

skończył lekturę listu Mr Dragona. 

- W treści nic, na to zgoda. Ale sam fakt, że on zgodził się, abyśmy całe dwa dni i noc 

spędzili bez jego towarzystwa, sam ten fakt jest zadziwiający. 

-  Zapewne,  że  przeklinał  pomysł  zaproszenia  cię  wówczas  do  motorówki,  ale  skoro 

nadeszła depesza, nie miał już innego wyjścia. Nie mógł przecież napisać do ciebie drugiego 

listu tej treści: Ponieważ jestem zmuszony wyjechać na kilka godzin do Honolulu, zechce pan 

opuścić moją łódź i nie towarzyszyć Violet aż do mego powrotu. Prawda? 

Ryszard parsknął śmiechem: 

-  Bądź  pewna,  że  byłby  tak  uczynił,  gdyby  nie  wzgląd  na  konwenanse.  Jednakże 

zastanawia  mnie wciąż,  dlaczego on zaprosił  mnie właśnie  na kilkudniową wycieczkę,  a nie 

kogo innego, na przykład Lucy Hearne. Ona miała taką ochotę. 

-  To  prawda.  Byłam  także  zdziwiona,  ale  równocześnie  cieszyłam  się  w  duchu  z 

takiego obrotu rzeczy. 

- Stop!... Zdaje mi się, że rozwiązałem zagadkę. 

- Dotyczącą twego zaproszenia? 

- Nie. Zagadkę dotyczącą spicia się szofera. 

- Mianowicie? 

-  Nie  mogąc  nam  towarzyszyć  osobiście,  uprosił  go  Ralph,  aby  nas  śledził,  i  dla 

oblania przymierza ofiarował mu flaszkę whisky. 

- Sądzisz, że Ralph wchodziłby w konszachty ze służącym? 

-  Violet, człowiek,  który  mógł katować takiego anioła  jak ty,  jest zdolny do każdego 

łotrostwa. 

- W takim razie John zapewne udawał tylko pijanego, a postępując w myśl otrzymanej 

background image

instrukcji, podpatruje nas teraz z kajuty - dorzuciła szeptem. 

-  Warto  się  przekonać  -  odparł,  przeszedł  szybko  kilka  kroków  i  nagłym  ruchem 

otwarł  drzwi  kajuty  na  oścież.  W  głębi  ciasnej  przestrzeni  ukazało  się  łóżko,  a  na  nim 

rozwalony na wznak szofer. Chrapał, aż się rozlegało. 

- Jeśli moje domysły są słuszne, to Ralph ma kiepskiego sprzymierzeńca. Ale, darling, 

nie róbmy mu tego zaszczytu i nie mówmy wciąż o nim. Mamy ciekawsze tematy. Obiecałaś 

mi  opowiedzieć,  w  jakich  okolicznościach  poznałaś  twego  „wytwornego”  mężulka  i  co  cię 

skłoniło do tego mariażu. 

-  Dobrze,  Rysiu.  Wpierw  jednak  upewnijmy  się,  czy  jedziemy  we  właściwym 

kierunku.  Bo  jeśli  nie  czujesz  się  na  siłach,  że  dopłyniemy  do  celu  bez  pomocy  Johna,  to 

może lepiej zawrócić. 

-  Co  potrafi  szofer,  potrafię  ja  także  -  odparł  z  dużą  dozą  zarozumiałości.  Potem 

wskazał  na znikające w oddali kontury południowych wybrzeży wyspy  Maui,  gdzie spędzili 

ostatnią noc: 

- Byłoby nonsensem nawracać, kiedy zrobiliśmy już dobre dwanaście mil morskich. - 

Rozłożył mapę i oznaczył w przybliżeniu punkt, w którym łódź znajdowała się w tej chwili, 

po czym zaczął objaśniać towarzyszkę co do kierunku drogi: 

-  Mieliśmy  jechać  pierwotnie  do  Kawaihae,  jednakże  wobec  zmiany  marszruty 

musimy  zboczyć  na  prawo,  na  zachód,  chciałem  powiedzieć  -  i  wylądujemy  o  tutaj,  w 

Hōlualoa. 

- Ależ to prawie dwa razy dłuższa droga - zauważyła trafnie. 

-  Zmierzymy dokładnie według podziałki.  Hm!... Tak:  było czterdzieści osiem  mil,  a 

tu będzie blisko osiemdziesiąt. 

- Osiemdziesiąt mil! Czy to nie za dużo na motorówkę? Jak widzę,  jest to najdłuższy 

etap naszej wycieczki. 

- Masz rację. Dotychczasowy najdłuższy liczył zaledwie czterdzieści dwie mile. Było 

to pomiędzy Honolulu a wyspą Moloka`i... Ale przy tak spokojnym morzu jak dzisiaj można 

sobie pozwolić. Nie ma prawie żadnych fal. 

Rzeczywiście,  ocean  był  bardzo  spokojny.  Zasługiwał  w  zupełności  na  swą  nazwę. 

Nie  było  żadnego,  nawet  najlżejszego  wietrzyku.  Gdyby  nie  pęd  motorówki,  gwiaździsta 

chorągiewka,  zatknięta  z  tyłu,  byłaby  obwisła  wzdłuż  swej  żerdki.  Toteż  zakupiona  od 

inżyniera  Le  Brix  Mewa  mknęła  chyżo  po  gładkiej  toni,  gnana  siłą  czterdziestokonnego 

motoru.  Na  lśniącej  w  blaskach  złotego  słońca  powierzchni  morza  znaczyła,  kędy  przeszła, 

szeroką bruzdę, która zaczynała się pod rufą i biegła prostą kreską gdzieś w nieskończoność, 

background image

ku niewidocznym już w tej chwili brzegom wyspy Maui. 

Ryszard  usiadł  przy  kole  sterowym.  Nie  miał  najmniejszego  pojęcia  o  nawigacji,  ale 

widząc  przed  sobą  mapę  i  kompas,  a  wiedząc,  że  ma  się  kierować  stale  na  południe  z 

minimalnym  odchyleniem  ku  wschodowi,  był  pewien,  iż  sprosta  zadaniu.  -  Zresztą  John 

wytrzeźwieje  za  jaką  godzinę  -  dodawał  sobie  otuchy.  Niepokoiła  go  trochę  cisza  morska  i 

przeraźliwa  duszność  powietrza,  która  dawała  się  we  znaki  pomimo  pędu  łodzi.  Tydzień 

temu,  kiedy  spędzili  długie,  niezapomniane  godziny  na  rozmowie  z  Violet,  atmosfera  była 

równie ciężka i sprowadziła tę gwałtowną burzę, która wygnała  ich z uroczego zakątka przy 

grocie,  tam  w  botanicznym  ogrodzie.  Nawet  deszcz  ich  nieco  pokropił,  nim  doszli  do  willi. 

Ale co innego uciekać z ogrodu do domu przed zmoczeniem,  a co innego dać się zaskoczyć 

przez burzę w wątłej motorówce, na pełnym morzu, w odległości co najmniej dwudziestu mil 

od lądu. 

-  Niebo jest czyste na szczęście -  pocieszał się,  spoglądając ku lazurowemu stropowi 

niebios. 

- Co mówisz, Rysiu? 

- Badam, kochanie, czy pogoda będzie nam sprzyjała. 

- Najlepiej poradzić się barometru. 

Dał  się  zawstydzić.  -  Że  też  mogłem  o  tym  zapomnieć  -  myślał  niezadowolony  z 

siebie. Potem wpatrzył się w tarczę aneroidu. - Nie jest źle - skonstatował z miną znawcy, nie 

wiedząc o tym, że gwałtowna zniżka ciśnienia wróży nieuchronną burzę. 

- A teraz, darling - dodał po chwili - usiądź tu, przy mnie i zacznij swą opowieść. 

Podczas  nieobecności  brutalnego  męża  odzyskiwała  Violet  natychmiast  wrodzoną 

wesołość. Cóż dopiero mówić o obecnej chwili! Oto pędziła poprzez rozsłonecznioną, grającą 

miliardem  refleksów  toń  morza,  przy  boku  człowieka,  który  ją  kochał  i  którego  ona 

wzajemnie  pokochała  swą  pierwszą,  czystą  miłością.  Jeszcze  w  czasie  wspólnej  podróży 

przez  Pacyfik,  począwszy  od  wyjazdu  z  San  Francisco,  jeszcze  w  ciągu  pierwszych  dwóch 

tygodni pobytu na O`ahu, sądziła, że uczucie,  jakie żywi ku Ryszardowi, jest tylko sympatią 

lub  wdzięcznością  za  współczucie,  okazywane  dla  jej  smutnej  doli,  wdzięcznością  za 

niesłychanie delikatny i ujmujący sposób postępowania. Od kilku dni, bodaj czy nie od czasu 

owej  pamiętnej  rozmowy  w  botanicznym  ogrodzie,  wiedziała,  że  kocha,  że  to  już  nie  jest 

przelotna sympatia, lecz głęboka, wielka miłość. 

Toteż  czuła  się  bezmiernie  szczęśliwa,  dokazywała  jak  rozkapryszona  dziewczynka, 

szczebiotała jak dziecko. Kiedy Ryszard zawołał ją do siebie, podbiegła szybko, ucałowała go 

w oczy, potem przytuliła się doń z takim zapałem, że koło sterowe wykonało ćwierć obrotu i 

background image

pędząca Mewa zboczyła nieco na zachód z wytkniętej drogi. 

-  Moje ty kochanie najdroższe! -  szeptał Ryszard wzruszony.  Objął swą towarzyszkę 

wpół i drżącymi ze szczęścia wargami muskał jej czoło, oczy, policzki. Zapomniał zupełnie o 

pilnowaniu  kierunku  biegu  motorówki,  o  możliwości  burzy,  zapomniał  o  całym  świecie, 

zapatrzony w fiołkowe oczy oddanej mu kobiety. Violet zaś szeptała zmienionym głosem: 

-  Jak  pomyślę,  że  jeszcze  tylko  kilka  dni  będzie  trwała  moja  straszna  niewola,  że 

potem pójdziemy razem przez życie, zawsze razem, to mi się płakać chce ze szczęścia... 

- Płakać nie wolno. 

-  Kiedy  taką  mam  ochotę  -  droczyła  się,  choć  roześmiane  oczęta  przeczyły 

kategorycznie  owej  ochocie.  Potem  przezorne  spojrzenie  ku  drzwiom  kajuty  przywiodło  jej 

na  myśl  szofera:  -  Wiesz,  darling  -  rzekła,  odrywając  głowę  od  ramienia  towarzysza  -  teraz 

widzę, że John dobrze zrobił, zawierając bliższą znajomość z whisky. Oby chciał spać aż do 

końca naszej dzisiejszej przejażdżki. 

-  Niestety,  tak  dobrze  nie  będzie.  Żołądek  ma  swoje  prawa  i  John  się  zbudzi,  kiedy 

nadejdzie pora lunchu. 

Wzmianka  o  lunchu  wzbudziła  w  Violet  przeświadczenie,  że  właściwie  jest  głodna. 

Nie było w tym zresztą nic dziwnego,  gdyż Mr Dragon, który, jak twierdził,  nie  mógł nigdy 

doczekać rana w łóżku hotelowym, zbudził ją bardzo wcześnie i poszedł do pokoju Ryszarda, 

aby jego z kolei ściągnąć z łoża. Kiedy wstawali od śniadania, dochodziła dopiero siódma. Mr 

Dragon  oświadczył,  że  pójdzie  do  przystani  sprawdzić,  czy  John  przygotował  wszystko 

należycie do dzisiejszego, najdłuższego etapu podróży, że potem wróci napisać bardzo ważny 

list,  ureguluje  rachunek  hotelowy  etc.,  etc.,  że  wobec  tego  najlepiej  będzie,  jeśli  Violet  z 

Ryszardem zrobią dwugodzinny spacer  w kierunku południowych stoków olbrzymiego (dziś 

wygasłego) wulkanu Haleakalā. 

- Tylko bądźcie na dziewiątą z powrotem - dodał, patrząc ukosem na Ryszarda. 

Skorzystali  z  okazji  skwapliwie.  Przez  te  trzy  dni  wspólnej  podróży,  w  czasie 

zwiedzania  pięknej  Moloka`i  z  jej  wielką  kolonią  trędowatych,  ani  w  ciągu  opływania 

brzegów  Lāna`i  czy  Maui,  ani  wreszcie  podczas  górskiej  wycieczki  do  Ukulele,  schroniska 

położonego mniej więcej w połowie wysokości potwornego Haleakala, nie mieli sposobności 

do  zamienienia  choćby  kilkunastu  słów  bez  świadków.  Mr  Dragon  sterczał  przy  nich 

nieustannie,  a  jeśli  już  jakaś  wyższa  siła  zmuszała  go  do  odejścia,  to  zalecał  z  naciskiem 

przewodnikowi, aby zabawiał młodych państwa i sam wracał też za kilka minut. 

Ta kuratela aż się w oczy rzucała. Więc otrzymawszy najniespodziewaniej w świecie 

dwugodzinny  urlop,  pośpieszyli  czym  prędzej  w  kierunku  wąwozu,  którym  biegła  droga 

background image

wijąca  się  pod  górę  na  zboczu  wulkanu.  Wrócili  bardzo  punktualnie,  aby  nie  dać  Ralphowi 

powodów  do  narzekania.  Ale  Mr  Dragona  już  nie  było  ani  w  hotelu,  ani  w  przystani. 

Odjechał, wezwany jakimś telegramem, pozostawiając krótki list do żony. 

Nic  dziwnego  ostatecznie,  że  po  przemiłym  spacerze  we  dwoje,  po  dalszych  dwóch 

godzinach  jazdy  motorówką  uczuła  Violet  apetyt  i  Ryszard  się  bynajmniej  od  przekąski  nie 

wymawiał.  Tylko,  kiedy  ona  zajęła  się  przygotowaniem  posiłku,  on  znalazł  więcej  wolnego 

czasu na sprawdzenie kierunku drogi i zdziwił się nieprzyjemnie. Z nurtów oceanu, w prostej 

linii przed dziobem Mewy, wyłoniła się w oddali jakaś wysepka, której kontury rosły szybko 

w  miarę  biegu  łodzi.  A  równocześnie  bardzo  dokładna  mapa  nie  ujawniała  najmniejszego 

skrawka ziemi na wytkniętej linii marszruty. 

- To znaczy, że zboczyliśmy z drogi - mruczał niezadowolony. 

Spojrzawszy  na  kompas,  stwierdził,  że  zboczyli,  i  to  na  zachód.  Wobec  tego  skręcił 

łodzią trochę na lewo, postanawiając tajemniczą wysepkę pozostawić po prawej ręce. 

-  Czy  nie  uważasz,  kochanie,  że  Mewa  zanurza  się  teraz  więcej  niż  zwykle?  I  mam 

wrażenie, że posuwamy się wolniej - rzekła w tej chwili Violet. Stała przy burcie i wyrzucała 

skórki  z  obranych  owoców.  Z  szybkości,  z  jaką  łupiny  oddalały  się  od  łodzi,  wysnuła  swój 

wniosek o zmniejszonej chyżości stateczku. 

W  tym  samym  momencie  motor,  który  pracował  do  tej  pory  bez  zarzutu,  zaczął  się 

krztusić i prychać. Ryszard przybrał znów minę wytrawnego żeglarza. 

- Trzeba dolać benzyny - zawyrokował. - Wielki czas, aby zbudzić Johna. 

- Ja to zrobię - odparła. Pobiegła żwawo do drzwiczek, pociągnęła je ku sobie i nagle 

wydała okrzyk przerażenia. Ryszard porzucił koło sterowe. W mgnieniu oka znalazł się przy 

boku ukochanej. Zbladł jak ściana. W małej kajucie, położonej o trzy stopnie poniżej pokładu, 

było  wody  na  stopę  wysoko.  Chlupotała  złowrogo  w  miarę  lekkiego  kołysania  się  Mewy  i 

zdawała się lizać palce zwisającej z łóżka ręki Johna. A szofer spał w najlepsze. 

-  John!  -  krzyknęli  równocześnie.  Śpiący  mężczyzna  ani  nie  drgnął.  Nie  namyślając 

się  dłużej,  doskoczył  Ryszard  do  niego  i  zaczął  go  tarmosić  bardzo  niedelikatnie.  Nie 

odniosło to również skutku. Wówczas pochwycił go za jedną rękę i za jedną nogę i ściągnął 

na  podłogę  zalaną  wodą.  Niespodziewana  kąpiel  pomogła.  John  usiadł.  Mokrymi  pięściami 

rozcierał sobie przerażone oczy. - Co się stało? Co się stało? - pytał. 

Ale Ryszard nie tracił czasu na pogawędki. 

-  Gdzie  czerpak?!  -  ryknął  w  ucho  niezupełnie  jeszcze  wytrzeźwionego.  Musiał  swe 

pytanie  powtórzyć  kilka  razy  i  poprzeć  trzema  lub  czterema  chluśnięciami  wodą  prosto  w 

twarz.  John  skinął  głową  potakująco.  Dźwignął  się  i,  ociekając  wodą,  ruszył  chwiejnym 

background image

krokiem ku drzwiom. 

- Gadać prędzej - gdzie czerpak? 

-  Tam,  pod  ławką  -  wykrztusił  zapytany  z  pewną  trudnością,  gdyż  napadła  go 

czkawka. 

- Człowieku, nie doprowadzaj mnie do pasji. Tu nie ma czerpaka... No gadaj... gadaj, 

bo... 

-  Jak  to  nie  ma?  -  upierał  się,  ale,  podszedłszy  bliżej,  stwierdził,  iż  czerpak  znikł 

tajemniczo.  -  Wczoraj  wieczorem  jeszcze  tu  był,  mógłbym  przysiąc  -  mruczał,  trzeźwiejąc 

coraz bardziej. 

- Może masz jakiś garnek? 

John  poruszył  głową  przecząco.  Violet  ofiarowała  się  ze  szklanką  i  udając,  że  nie 

widzi  ironicznego  spojrzenia  szofera,  pobiegła  do  kajuty.  Po  chwili  rozległ  się  łoskot 

otwieranego okna, potem miarowe chlupnięcia. Kiedy dwaj mężczyźni stali bezradni, ona już 

pracowała.  Lecz cóż mogły  znaczyć te  małe  ilości  wody, wylewanej szklanką,  wobec  masy, 

jaka wdarła się do Mewy, nie wiedzieć którędy. 

Ryszardowi  wróciła  zimna  krew.  -  Proszę  iść  czerpać  wodę  moim  kapeluszem.  Ja 

tymczasem  stanę przy sterze  i skieruję  łódź do wysepki -  rozkazał, ale przypomniał  sobie w 

tej chwili, że trzeba dolać benzyny. Jakoż motor ledwie dyszał. 

John spojrzał na zegarek. Wyraził powątpiewanie, by rezerwuar mógł już być próżny. 

Sam go przecież wczoraj napełniał. 

-  Zawsze  starczyło  na  dobre  cztery  godziny,  a  dziś  by...  -  nie  dokończył  i  zaklął. 

Rezerwuar  był  prawie  próżny.  Mógł  mieć  jeszcze  dwa  litry  benzyny  najwyżej.  Dno  już 

świeciło. 

- Są przecież zapasowe zbiorniki - niecierpliwił się Grath. 

-  Cóż  ona  tak  ciężka?  -  narzekał  szofer,  niosąc  dużą  bańkę  blaszaną.  Ryszard 

powstrzymał  się  od  uwagi,  że  zapewne  osłabienie,  wywołane  nadużyciem  alkoholu, 

pozbawiło  go  sił,  i  dlatego  bańka  wydaje  się  niezwykle  ciężka.  John  odkręcił  tymczasem 

żelazny szpunt zbiornika. Duży haust bezbarwnego płynu chlusnął mu na nogi i ręce. 

- Czemu się tak gapicie, u licha?! 

Rzeczywiście  szofer  wybałuszył  swe  wyłupiaste  oczy  na  Ryszarda,  wąchał  mokrą 

dłoń  i ku niemałemu zdumieniu patrzącego zaczął  ją  lizać.  Potem splunął siarczyście,  zaklął 

w dialekcie marynarzy honolulskich. 

-  Przecież  ja  nie  śpię,  panie?  -  zapytał  dla  pewności.  -  Niech  sir  sam  skosztuje...  To 

jest woda... wstrętna morska woda. 

background image

Ryszard  wyrwał  mu  bańkę  z  ręki.  Zachwiał  się  na  nogach.  John  miał  rację. 

Popychając  się  nawzajem,  podbiegli  do  dwóch  ostatnich  zbiorników.  Mieściły  w  sobie  tę 

samą zawartość. Wówczas Ryszard chwycił szofera pod gardło: - Łotrze! - huknął. - To twoja 

sprawka. Przepiłeś pieniądze otrzymane na benzynę. - A kiedy silny mechanik odepchnął go 

od siebie, wyjął z kieszeni rewolwer: - Gadaj całą prawdę!... Mów albo ci w łeb palnę! 

I  znów Violet okazała się przytomniejsza od swego krewkiego towarzysza.  Łagodnie 

ujęła wymierzoną w głowę szofera dłoń. 

- Później będziemy dochodzić, kto zawinił. Teraz przyjdźcie mi pomóc czerpać wodę, 

bo przybywa, niestety. 

-  Dobrze,  kochanie  -  rzekł  Ryszard  zawstydzony,  nie  bacząc  nawet,  że  wobec 

służącego czy rzekomego szpiega Mr Dragona, mówi jego małżonce ty. - Ty stań przy sterze. 

Kieruj się prosto na wyspę. 

Potem  weszli  obaj  do  zatopionej  kajuty  i  własnymi  nakryciami  głowy  zaczęli  na 

wyścigi  wylewać  wodę  przez  boczne  okienka.  John,  któremu  dziwnie  zaimponowała 

energiczna  postawa  Ryszarda  lub  może  lufa  rewolweru,  jął  się  uniewinniać,  nie  przestając 

jednocześnie gorliwie pracować. 

-  Sir,  klnę  się  na  wszystko,  że  jestem  uczciwym  człowiekiem.  Nigdy  jeszcze  swemu 

chlebodawcy  litra  benzyny  nie  skradłem.  Gdzieżbym  więc  śmiał  nalewać  wodą trzy  wielkie 

banie? Przecież to musiałoby się wydać. 

Ryszard  nie  mógł  się  oprzeć  uczuciu,  iż  ten  człowiek  mówi  prawdę.  A  John  ciągnął 

dalej, wytrzeźwiony już zupełnie, ale niezwykle po rannej bibce rozmowny. 

-  Tylko  nie  rozumiem,  jak  się  to  stać  mogło.  Kiedy  mi  wczoraj  benzynę  przynieśli, 

nalewałem ją sam do każdego zbiornika. 

- Więc może dostawca był oszustem? 

John potrząsnął głową przecząco. 

- Przecież to  mój fach, panie.  Ja mam taki nos,  że gatunek benzyny od razu poznam. 

Zresztą przyznam się... odlałem sobie trochę do butelki. Nie dla siebie, oczywiście - zastrzegł 

się szybko. Ale zawsze się przyda do czyszczenia czy do zapalniczki. 

- Czemu tego zaraz nie mówicie? Gdzie ta flaszka? 

John  sięgnął  pod  ławkę.  Spod  zwoju  szmat,  ścierek  irchowych,  flanel  wyciągnął 

litrową butelkę. Kiedy ją podniósł pod światło, ujrzał Ryszard lekko różowy płyn. 

-  Szampan nie ucieszyłby  mnie tak w tej chwili -  zawołał rozweselony.  -  Niech John 

to zaraz wleje do rezerwuaru. Może teraz jakoś dojedziemy do wysepki. 

Szofer  spojrzał  na  zawartość  flaszki,  potem  zmierzył  wzrokiem  odległość  dzielącą 

background image

dziób Mewy od rosnących tu i ówdzie palm, które można już było odróżnić dobrym okiem. 

- Nie dojedziemy - odparł - ale trochę pomoże. 

Rzeczywiście  motor,  od  chwili  szarpiący  gwałtownie,  zaczął  znów  równo  pracować. 

Ryszard był już najlepszej myśli, lecz szofer nie podzielał jego optymizmu. 

-  Jakoś dojedziemy, pewnie.  Jak benzyna wyjdzie,  mamy wiosła.  Tylko to  mi  się nie 

podoba - tu wskazał na mały obłoczek, wykwitający z oceanu na samym krańcu widnokręgu. 

Potem rzucił okiem na barometr i chwycił się za głowę. 

- Co? Co? - dopytywał się Ryszard, zaniepokojony nagle. 

- Ależ ciśnienie spadło! No, będzie tu wesoło! 

- Więc chodźmy czym prędzej do naszej roboty. 

Po  śladach  wilgoci  na  ścianach  kajuty  stwierdzili  z  zadowoleniem,  że 

„wypompowywanie”  nie  poszło  na  marne.  Połowę  wody,  wznoszącej  się  przedtem  nad 

poziom  podłogi,  zdołali  wylać  przez  okienko.  Ale  z  drugą  połową  było  gorzej.  Kapelusz  i 

czapka  nie  nadawały  się  stanowczo  do  roli  czerpaków.  Pracowali  jednak  z  zapałem, 

rozmawiając  w  dalszym  ciągu  na  temat  tajemniczej  metamorfozy  benzyny  w  wodę  morską. 

Właściwie to mówił wyłącznie John. 

-  Więc  osobiście  przelewałem  benzynę  do  zbiorników.  Potem  spałem  w  łodzi  aż  do 

chwili, kiedy mnie obudził Mr Dragon. Dochodziła czwarta. 

- Czwarta? Rano? - Ryszard nie taił zdziwienia. 

-  Yes,  sir.  Czwarta.  Mr  Dragon  kazał  mi  iść  do  hotelu  po  walizki.  Miały  być  u 

portiera,  ale  on  spojrzał  na  mnie  jak  na  wariata.  Pani  nie  chciał  budzić.  Więc  wróciłem  z 

niczym.  Pan  wie,  jaki  to  spory  kawałek  drogi.  Mr  Dragon  stał  na  pokładzie  bez  marynarki. 

Skrzyczał  mnie,  że  kuferków  nie  przyniosłem,  potem  dał  mi  dziesięć  dolarów:  Kupisz  litr 

dobrej  whisky  i  dziesięć  cygar.  Ale  proszę  mi  tym  razem  nie  wracać  z  próżnymi  rękami

Poszedłem,  proszę  pana,  ale  Bóg  świadkiem,  że  nie  było  to  łatwe  zadanie.  Po  pierwsze, 

wczesna pora, po drugie,  gdzie tu szukać whisky, po trzecie,  kto sprzeda tak łatwo zupełnie 

obcemu człowiekowi flaszkę wódki? Areszt z miejsca, a jaka grzywna jeszcze? W Honolulu 

byłbym  się  uwinął  w  pół  godziny,  ale  w  tej  przeklętej  dziurze  straciłem  przeszło  dwie 

godziny.  Wracałem  nawet  ze  strachem,  lecz  Mr  Dragon  był  wyjątkowo  w  dobrym  humorze 

dzisiaj.  Dał  mi  pięć  cygar  i  kazał  się  spać  położyć:  Zbudziłem  cię  tak  wcześnie.  Wypocznij 

sobie  przed  dzisiejszą  podróżą  -  powiedział  łaskawie.  I  niech  sir  powie  sam,  jaki  to  jednak 

dobry człowiek. Nie poszedł prędzej, dopóki się na łóżko nie wgramoliłem. 

- Tak, rzeczywiście, to bardzo zacny człowiek - rzekł Ryszard, któremu zaczęło świtać 

w głowie. I co dalej? I co dalej? 

background image

Język Johna, naoliwiony obficie whisky, chodził jak dobry motor. Znacznie lepiej niż 

krztuszący się motor Mewy

-  Niechże więc sir  zauważy, że  łódź ani chwili  nie była bez opieki. Przez noc w niej 

spałem; potem, kiedy szukałem wódki, był w łodzi Mr Dragon, potem znów spałem bez mała 

półtorej godziny, w końcu znowu pan w niej pozostał. 

- Znowu? Jakże to? 

- Ano, przyszedł przed ósmą i wysłał mnie po walizki. „Teraz ci już portier nie będzie 

robił  trudności”  -  powiedział.  Rzeczywiście,  nie  miałem  najmniejszego  kłopotu.  Nająłem 

sobie  tylko  chłopca  do  pomocy,  bo  to  diabelny  kawałek  drogi.  Mr  Dragon  był  tu,  w  tej 

kajucie, kiedy wróciłem. Poklepał mnie po ramieniu, chłopcu dał napiwek, potem darował mi 

resztę  cygar  i  kazał  podać  flaszkę:  Na  twoją  pomyślność,  John!  -  powiedział  i  przepił  do 

mnie: Użyj sobie, chłopcze, przed tą bardzo wielką podróżą. 

- Bardzo wielką podróżą? Tak powiedział? 

Szofer, rozczulony wspomnieniem, przytakiwał z zapałem. 

-  Tak  powiedział.  Gdzieżbym  tak  prędko  mógł  zapomnieć.  Przecież  człowiek,  choć 

jest w służbie... 

Te  refleksje  mniej  interesowały  Ryszarda.  Przerwał  je  niecierpliwym  ruchem:  -  I  co 

dalej? - nalegał. 

- Co dalej? Och, to było piękne! Mr Dragon jeszcze raz przepił, potem wlał we mnie 

prawie przemocą sześć kieliszków. Nie, siedem ich było. 

- Weźmy nawet osiem - przystał Grath zgodliwie. 

-  Nie,  siedem.  Potem  pan  zawołał  mnie  na  pomost.  Gawędziliśmy  tam  aż  do 

dziewiątej. 

- Co? Czy się John nie myli? 

- Sir, przecież słyszałem zegar wieżowy. Mr Dragon także go usłyszał. Muszę już iść - 

powiedział.  -  Dzisiaj  z  wami  nie  pojadę.  Proszę  tu  czekać  na  pomoście,  póki  pani  z  Mr 

Grathem  nie  nadejdzie.  Tu  proszę  czekać,  a  zresztą  idź,  chłopcze,  i  napij  się  jeszcze.  Jak  z 

tego sir widzi - konkludował rozmowny mechanik - łódź nie pozostała bez dozoru ani minuty 

i chyba diabeł benzynę w wodę przemienił. 

-  Tak, John.  Masz rację.  Tego dokonał prawdziwy diabeł,  ale  Bóg pokrzyżował  jego 

plany  -  odparł  Ryszard  głosem  jakby  uroczystym.  -  Teraz  musimy  podnieść  deski  podłogi  i 

odszukać dziurę - dodał. 

-  Nie  będzie  to  łatwa  sprawa,  panie.  Tam  będzie  wody  na  stopę,  w  środku  głębiej 

nawet. 

background image

-  Wszystko  jedno.  Nie  lękam  się  już  zatopienia  Mewy,  ale  chodzi  mi  o  to,  by  ją 

odciążyć.  Aha,  jedno  ważne  pytanie.  Tylko  niech  John  mówi  prawdę!  Czy  łódź  przeciekała 

bardzo? 

- Od dwóch tygodni ani trochę. Pouszczelniałem wszystkie szpary. Mr Dragon nawet 

pytał mnie o to przed kilkoma dniami i razem oglądaliśmy spód łodzi. 

-  Więc  pytał  o  to?  Ślicznie,  doskonale!  Żeby  tylko  John  zapamiętał  przebieg 

dzisiejszego dnia. Przyda się w sądzie. 

- Pan mnie posądza? 

-  Dam  sobie  w  tej  chwili  rękę  odrąbać,  że  John  jest  niewinny.  Ale  sprawcę  już 

odkryłem. Nie, nie! Teraz nic nie powiem. Proszę podnieść wieko. 

-  John klęczał  na podłodze  i ciągnął  za ucho klapy.  -  Jakież  licho opętało dzisiaj ten 

głupi  statek  -  mruczał:  -  Czerpak  zniknął,  benzyna  stała  się  wodą,  Mewa  przecieka  jak 

dziurawy  garnek,  a  teraz  jeszcze  ta  klapa...  Nie!...  Tego  gwoździa  wczoraj  nie  było  także. 

Mógłbym przysięgać. 

- Zapewne „tajemniczy” sprawca zabił wieko gwoździem. 

- To niemożliwe, proszę pana. W tym miejscu nie ma żadnej listwy. Ostrze gwoździa 

trafiłoby w próżnię. Ale niechże mi pan pomoże. 

Razem  chwycili  za  ucho  i  z  całej  siły  szarpnęli.  Rozległ  się  złowrogi  trzask,  klapa 

ustąpiła,  lecz  z  otworu  wystrzeliła  fontanna  wody,  na  jakie  pół  metra  wysoka.  John,  nie 

bacząc na kąpiel, wsunął rękę w głąb, szukając dziury. Nagle zbladł strasznie: - Na stopę! Na 

stopę długi otwór! - jąkał się. 

- Niemożliwe! Bylibyśmy dawno zatonęli. Myśmy teraz dziurę wyrwali. 

- Jak to?! Nie rozumiem... 

W odpowiedzi wyjął John z głębi kawał deski,  na stopę długi,  z tkwiącym w środku 

ciężkim  skoblem.  Do  skobla  był  przytwierdzony  koniec  grubego  drutu,  przerwanego  w 

odległości może piętnastu centymetrów od drewna. 

- A tu ma sir drugi koniec - wskazał na spodnią stronę klapy. 

Ryszard  sprecyzował sobie  szybko w umyśle plan zbrodniarza,  który zrobił  świdrem 

w  dnie  dziurę,  potem  mały  otworek  powiększył  do  rozmiarów  szpary  na  całą  szerokość 

przewierconej deski. Następnie lub raczej przedtem jeszcze wbił skobel, przeciągnął przezeń 

drut,  którego  drugi  koniec  przytwierdził  do  gwoździa,  wbitego  w  klapę  wyciętą  w  podłodze 

kajuty.  Ten  mechanizm  miał  odegrać  rolę  alternatywną.  Albo  nie  pozwolić  na  podniesienie 

klapy,  albo  spowodować  złamanie  nadwyrężonej  deski  i  przyśpieszyć  zagładę  Mewy.  Losy 

zrządziły, że miał miejsce drugi wypadek. 

background image

- Próbujcież jakoś zatkać. 

John  nie  potrzebował  zachęty.  Leżał  na  brzuchu  w  wodzie,  której  poziom  wzrastał 

teraz w zastraszającym tempie,  i obiema rękami  majstrował coś przy nieszczęsnym otworze. 

Tylko głowę unosił coraz wyżej, w miarę jak powódź wzrastała. 

- Tam, gdzie była flaszka z benzyną, są szmaty, pakuły i kawałki drewna. Prędko, sir, 

prędko! 

Ryszard podał żądane przedmioty natychmiast, brodząc w wodzie. Potem przykucnął 

obok  i  niespokojny,  pytający  wzrok  utkwił  w  oczach  mechanika.  John  wciąż  jeszcze 

manipulował  pod  wodą.  Klął  przy  tym  soczyście  i  piekielne  kary  obmyślał  na  sprawcę 

nieszczęścia.  Głowę  podnosił  coraz  wyżej,  gdyż  zalewała  mu  brodę.  Na  chwilę  przestał 

mamrotać. Jakby wyczekiwał. Potem skoczył na równe nogi. 

- Zatkałeś? 

- Na nic, panie! Wypchnęła szelma. Nie mogę już dosięgnąć. Trzeba uciekać. 

W drzwiach kajuty zderzyli się z towarzyszką niedoli. 

- Motor stanął - brzmiała nowa wieść hiobowa. 

-  Pasy  ratunkowe!  Prędko,  pasy!  -  krzyczał  Ryszard.  Jednocześnie  mierzył  ze 

ściśniętym  sercem  odległość  dzielącą  Mewę  od  wyspy.  Pozostała  jeszcze  przeszło  mila.  -  Ja 

przepłynę, ale ona? - myślał z rozpaczą. - I morze już nie to samo. 

Jakoż  spokojny  dotychczas  ocean  zaczął  się  marszczyć  gniewnie.  Nie  było  żadnego 

podmuchu  wiatru,  a  jednak  gładka  przedtem  powierzchnia  jeżyła  się  tysiącami  małych, 

szpiczastych pagórków. które wykwitały to tu, to tam bez żadnego porządku. Fale zdawały się 

pędzić  we wszelkich  możliwych kierunkach.  Mewa podskakiwała,  kołysała  się coraz silniej, 

pomimo  zwiększonego  balastu,  jakim  była  wdzierająca  się  wciąż  woda.  Bez  swej  potężnej 

siły napędowej stała się igraszką fal w całym tego słowa znaczeniu. 

John  zaklął  w  tym  momencie  bardzo  ordynarnie,  pomimo  że  Violet  stała  tuż  obok 

niego. 

- Ktoś skradł pasy. 

Chwiejąc  się  na  nogach,  podszedł  Ryszard  do  skrzynki  ukrytej  pod  ławką.  Była 

pusta...  Nie!  Na  dnie  leżało  coś  białego.  List?  Tak,  list.  Adresowany  do  Violet.  Pismo 

znajome. 

Violet zdziwiła się bardzo: 

- List do mnie? W tej skrzynce? 

Kobieca ciekawość przeważyła. Rozdarła kopertę. Poprosiła Ryszarda, by czytał z nią 

razem. I czytali wspólnie krótką treść cynicznego wyroku: 

background image

Kiedy będziecie czytać te słowa, 

znaczyć to będzie, że stanęliście 

na progu śmierci... 

Skazałem was na śmierć i żadna moc 

was nie ocali. Wszystko dobrze ob- 

myśliłem, jak o tym mogliście się chyba 

przekonać. Macie prawo zapytać, dla- 

czego tak postąpiłem. Słusznie. Otóż 

wiedzcie, że stałem za grotą, w odleg 

łości kilku metrów od ławki, na któ- 

rej siedzieliście, i słyszałem każde 

słowo waszej budującej rozmowy. Ty, 

głupi młokosie, groziłeś mi śmiercią. 

Ty, „kochająca” małżonko, nagrodziłaś 

go za to pocałunkiem. Kochacie się. 

Dobrze. Ja wam ręczę, że w godzinie 

śmierci znienawidzicie się nawzajem. 

Nie doszłoby do tego, gdybyście 

się nie poznali. Żegnaj mi, Vio- 

let. Żałobę po tobie osłodzi mi 

półmilionowa premia z St. L. Insurance. 

Skaczcie w wodę, bo łódź tonie. 

R. 

Drżąc  z  oburzenia  i  grozy,  spojrzeli  mimowolnie  ku  drzwiom  kajuty.  Na  schodkach 

ukazała  się  woda.  Cienki  języczek  przecisnął  się  przez  szparę  drzwi  i  rozlał  się  szeroką 

wstęgą. Skaczcie w wodę, bo łódź tonie - brzmiały końcowe słowa listu Mr Dragona. 

- Halo, sir! Mam myśl! - krzyknął John, który nie brał oczywiście udziału w lekturze 

listu, lecz kręcił się po skazanej na zagładę Mewie, jak tygrys w klatce. - Dach kajuty jest na 

zawiasach. Będzie z niego tratwa. 

Poskoczył do skrzyneczki z narzędziami. Razem z Ryszardem wybili zawiasy, skręcili 

bardziej  oporne  śruby  i  w  dziesięć  minut  później  zaimprowizowana  na  poczekaniu  tratwa 

została zepchnięta na wodę. 

- Wiosła! Gdzie są wiosła? - gorączkował się Ryszard, gdyż Mewa zanurzała się coraz 

groźniej.  Przytomniejsza  Violet  ujrzała  wiosła  pod  ławką.  John  zrobił  się  nagle  jakiś 

background image

chmurny, ponury. 

- Trojga ludzi to nie uniesie - warknął. 

-  Przede  wszystkim  kobieta  wsiąść  musi,  rozumiesz?  -  krzyknął  Ryszard.  -  My 

umiemy  pływać,  możemy  więc  tratwę  popychać  przed  sobą.  -  Zwracając  się  do  pobladłej 

Violet, dodał: - Musisz zdjąć suknię, trzewiki i pończochy. Dalej, kochanie! Czas ucieka! 

Wypadki następowały teraz z błyskawiczną szybkością. 

Violet,  mając  na  sobie  tylko  jedwabną  kombinację,  usiadła  nie  bez  lęku  na  środku 

tratwy. A John, który stanął z wiosłem za jej plecami, pożerał ją teraz wzrokiem i snuł jakieś 

myśli  zuchwałe.  Potem,  nie  bacząc,  że  Ryszard  jeszcze  stoi  na  pokładzie  Mewy,  odepchnął 

tratwę i zaczął wiosłować. 

- Rysiu!... Rysiu!... - krzyknęła przerażona kobieta. - Niech John zaczeka. 

-  Ani  myślę  -  brzmiała  odpowiedź.  -  Jak  łódź  pójdzie  pod  wodę,  wir  nas  przewróci. 

Musimy uciekać. 

Ryszard  nie  był  jednak  tak  lekkomyślny,  by  czekać  do  końca.  Skoczył  w  morze  i, 

płynąc dzielnie crawlem, dopędził odjeżdżających w kilkunastu sekundach. 

-  W  ostatniej  chwili  przyszło  mi  na  myśl  koło  ratunkowe  -  mówił,  gramoląc  się  na 

przeciążoną tratwę. - Niestety, ten łotr nie zapomniał o nim. Niezdatne do użytku. 

-  Boże!...  Toniemy!  -  Krzyk  przestrachu  Violet,  którą  fala  zamoczyła  aż  po  szyję, 

wywołał ostre sprzeciwy szofera: 

-  Mówiłem,  że  nas  wszystkich  nie  uniesie.  Kto  dobrze  pływa,  nie  powinien  być 

balastem  -  warknął  łypiąc  oczyma  nieprzyjaźnie  w  stronę  Ryszarda.  -  Siedź  pani  cicho!  - 

dodał, chwytając brutalnie za obnażone ramię Violet, która chciała powstrzymać zsuwającego 

się w wodę kochanka. - Oho, już po Mewie. 

Rzeczywiście,  w  tej  samej  chwili  motorówka  zanurzyła  się  rufą  pod  wodę.  Dziób, 

zadarty w górę, sterczał jeszcze parę sekund ponad wzburzone odmęty morskie, jeszcze widać 

było trzy litery: Mew, potem łono oceanu wessało w siebie nieszczęsną łódź. Tylko złowrogi 

lej  znaczył  miejsce  katastrofy,  ale  wzrastające  z  każdym  drgnięciem  oka  fale  zasypały  go 

niebawem doszczętnie. 

John  stawał  się  coraz  bardziej  ponury.  Niespokojnymi  spojrzeniami  obrzucał  niebo 

pokryte  już  w  piątej  części  chmurami,  mierzył  wzrokiem  odległość  od  zbawczego  skrawka 

ziemi  i  wysokość  zielonkawych  bałwanów,  które  zalewały  raz  po raz tratwę.  Violet  uklękła 

teraz,  by  choć  głowę  uchronić  od  ustawicznej  kąpieli.  Z  trudem  utrzymywała  równowagę, 

lecz  jękliwy  wzrok  utkwiła  w  twarzy  Ryszarda  płynącego  tuż  obok  i  popychającego  ku 

brzegowi  niepewną  platformę.  O  niego  bała  się  bardziej  niż  o  siebie,  choć  pływała  bardzo 

background image

słabo, a każda fala mogła ją zmieść do wody. 

Nagle  John  przestał  wiosłować.  Oglądając  się  ustawicznie  poza  siebie  na  czarne 

chmury,  ujrzał  coś,  co  go  zahipnotyzowało  na  kilka  sekund.  Twarz  mu  ściemniała, 

odzwierciedlając wymownie bezgraniczny przestrach, a zarazem zbrodniczą myśl, która się w 

nim  jednocześnie  zrodziła  i  którą  natychmiast  uznał  za  jedyną  deskę  ratunku  dla  siebie. 

Przede  wszystkim  dla  siebie,  a  może  i  dla  tej  kobiety,  bo  widok  jej  prawie  nagiego  ciała 

obudził w nim zwierzęcą żądzę. 

-  Pan  tylko  mi  przeszkadza  w  wiosłowaniu  -  wyrzucił  z  zaschłej  krtani,  siląc  się  na 

zwykły, uprzejmy, godny służącego ton głosu. - Proszę płynąć dalej, nie opierać się o tratwę. 

Ryszard,  nie  przeczuwając  niczego,  skinął  głową  na  znak  zgody.  Pomiędzy  nim  a 

kantem platformy ukazała się zaraz wolna przestrzeń wody, na metr szeroka. Ale Violet, która 

zauważyła  nienaturalny  ton  głosu  szofera  i  która  rzuciła  wzrokiem  w  kierunku  jego 

niespokojnych spojrzeń, wydała przeraźliwy okrzyk grozy. Od strony granatowych, skutkiem 

rzuconego przez obłoki cienia, nurtów sunęła w stronę rozbitków złowroga płetwa. 

- Rekin!!! Ratuj się, Rysiu!... Prędzej, na Boga!... 

Dwoma  silnymi  podrzutami  ramion  dopędził  Ryszard  tratwę.  Był  trupio  blady,  jak  i 

Violet,  której  twarz  miała  barwę  opłatka.  Zaczął  się  wspinać  na  wątłą  deskę  ratunku,  kiedy 

John  ryknął  na  całe  gardło:  -  Precz!!!  -  Zamierzył  się  wiosłem  na  intruza,  lecz  Violet 

powstrzymała  oburącz  jego  ramię.  W  obliczu  śmierci  nie  wstydziła  się  swych  sińców,  swej 

nagości,  nie  czuła  jego  oślizgłych  spojrzeń,  pełzających  z  błyskawiczną  szybkością  po  jej 

piersiach,  których  rysunek  uwydatniał  się  doskonale  poprzez  przezroczysty,  przylepiony  do 

ciała  jedwab.  Wiedziała  tylko  jedno,  że  zagraża  najukochańszemu  człowiekowi  straszliwe 

niebezpieczeństwo,  że ten  zbuntowany  sługa  chce  go  zgubić.  Tymczasem  Ryszard  stanął  na 

deskach.  Tratwa,  przeciążona  balastem  trzech  ciał,  zanurzała  się  powoli,  lecz  stale.  Jeszcze 

chwila a poziom wody sięgnie do kolan, nie mówiąc już o przelewających się falach. Przyszła 

kolej na walkę o byt, o życie, i tak na włosku zawieszone. 

- Toniemy. Trojga nas deski nie uniosą. Więc? - rzucił Ryszard, przygotowując się na 

atak szofera. 

John położył swą ciężką łapę na karku kobiety. Spytał: 

- Chcesz ją poświęcić? 

Nie  wiedzieć  dlaczego  stanęły  Ryszardowi  w  tej  chwili  w  pamięci  słowa  listu  Mr 

Dragona: W godzinę śmierci znienawidzicie się nawzajem. Nie doszłoby do tego, gdybyście się 

nie poznali... Nie doszłoby do tego - dzwoniło uparcie w uszach. - Gdyby nie ona... 

A zdrętwiałej z przerażenia kobiecie musiało to samo przyjść na myśl w tej chwili, bo 

background image

skrzyżowała  ręce  na  piersiach  i  utkwiła  w  twarzy  kochanka  spojrzenie,  które  zdawało  się 

mówić: - Ja się poświęcę. 

Czas  liczył  się  już  na  setne  części  sekundy.  Mały  ułamek  sekundy  zaledwie  trwało 

osłupienie Ryszarda, a John już się zniecierpliwił. - No? - rzekł. 

- Puść ją, łotrze! - ryknął Grath, chwytając Violet za rękę. 

- Więc ty skacz w wodę albo cię!... 

-  Spróbuj!  -  Zasłonił  sobą  słaniającą  się  kobietę  i  stanął  oko  w  oko  z  barczystym 

przeciwnikiem.  Złowroga  płetwa  przystanęła  w  odległości  czterech  metrów.  Kiedy  tratwa  i 

olbrzymi  rekin  znaleźli  się  w  dolinie,  pomiędzy  dwiema  falami,  ujrzeli  wszyscy  troje 

potworną  paszczę  i  oko  spozierające  spod  wody  ciekawie.  Jedno  wyłupiaste  oko.  Drugie 

przekreślone  było  pionową  krechą  starej  blizny.  Nauczony  smutnym  doświadczeniem,  które 

kosztowało go niegdyś stratę jednego oka i bolesną ranę, wielki korsarz morski nie kwapił się 

do ataku, lecz uważnie obserwował swe ofiary, wyczekując na pomyślniejszą koniunkturę, na 

chwilę, kiedy ofiary znajdą się w obcym dla siebie żywiole, w wodzie. 

A mała platforma zanurzała się coraz bardziej. 

-  Giń!  -  wrzasnął  John  i  wymierzył  Ryszardowi  potężny  cios  pięścią  w  piersi. 

Uderzony zachwiał się, poślizgnął, zatrzepotał rękami i runął na wznak. Równocześnie duży, 

spieniony  bałwan  palnął  z  boku  w  rozkołysaną  tratwę.  Stanęła  prawie  pionowo,  a  John  i 

Violet podzielili los Ryszarda. Wszyscy troje znaleźli się w wodzie. 

Jednooki rekin machnął ogonem na znak zadowolenia. Szybko ruszył naprzód. Łowy 

zapowiadały się wspaniale. 

background image

   

ROZDZIAŁ VIII 

 

Podejrzenia 

Mr Dragon drgnął silnie. Ktoś wymówił głośno jego nazwisko. Odwrócił się na pięcie 

i stanął twarzą w twarz z Miss Lucy Hearne. Młoda Amerykanka parsknęła śmiechem: 

- Ależ pan nerwowy, Mr Dragon! - mówiła. - Tak się pan skurczył, kiedy zawołałam, 

jakby pan coś miał na sumieniu i przed policjantem uciekał. Cha, cha, cha, cha... 

-  Porównanie  nieszczególne  -  zauważył  kwaśno.  Był  zły  na  siebie  za  ten  wyraźny 

objaw zdenerwowania;  był zły tym  bardziej  na  bystrą  obserwatorkę. Zagadał więc szybko:  - 

Nie  ma  się  czemu  dziwić,  że  jestem  zdenerwowany.  Lękam  się  o  Violet...  i  o  Mr  Gratha. 

Wczorajszy  huragan  przekroczył  zwykłe  rozmiary.  Jako  oficer  marynarki  spędziłem  na 

Pacyfiku kilka lat, ale takiej burzy!... 

-  Jak to! - przerwała niecierpliwie.  - Więc pan sam tylko powrócił do Honolulu? Nie 

rozumiem... 

- Niestety, musiałem powrócić... Dotarliśmy już do Kaupo... 

- To leży na Maui? 

-  Tak.  Na  południowym  brzegu  Maui.  Stamtąd  zrobiliśmy  wycieczkę  na  Heleakalā. 

Wczoraj rano  mieliśmy wyruszyć do Kawaihae.  Przed samym odjazdem odebrałem depeszę 

wzywającą mnie tutaj. Więc powróciłem, a oni pojechali sami... 

- I puścił pan żonę? - wyrwało się Lucy złośliwie. 

Mr Dragon zrobił dobrą minę do złej gry. 

-  Najlepszy dowód, jaki ze  mnie tolerancyjny  małżonek -  odparł,  a Lucy,  czując doń 

urazę  za  niezaproszenie  jej  na  wycieczkę,  w  której  brał  udział  Ryszard,  pozwoliła  sobie  na 

dalszą aluzję: 

- Owa tolerancja to rzecz chyba bardzo świeża, bo... 

Mr Dragon przerwał niegrzecznie: 

- Czy ja pani nie zatrzymuję? 

- O, bynajmniej! - odparła z humorem. - Szłam przecież za panem, z czego wynika, że 

drogi  nasze  biegną  w  tym  samym  kierunku.  Ja  przynajmniej  idę  do  Mrs  Yeats.  Była  tak 

uprzejma, że zaprosiła całe nasze kółko na przejażdżkę swym jachtem. O, to bardzo uprzejma 

osoba! 

Mr Dragon pojął doskonale wyraźną aluzję. 

background image

-  Mój  Boże  -  rzekł  swobodnie.  -  Jak  się  ma  parowy  jacht  do  dyspozycji,  można 

rzeczywiście wielu znajomych zaprosić. Moja Mewa bbby... jest bardzo ciasna. - Otarł sobie 

chusteczką krople potu, jakie mu nagle wystąpiły na czoło. O mały włos, a byłby powiedział 

zamiast jest ciasna... była ciasna! Potem dla treningu zaczął wymieniać szybko wady i zalety 

Mewy,  używając  z  naciskiem  czasu  teraźniejszego:  Motor  jej  chodzi  znakomicie,  Mechanik 

John jest porządnym człowiekiem lub: Mewa spisuje się dobrze. Potem przyszło mu na myśl, 

że to akcentowanie  może wzbudzić podejrzenia.  Zaczął więc  z  innej  beczki:  -  Przyznam  się 

pani w sekrecie, iż właściwie mieliśmy tę wycieczkę odbyć tylko we dwoje, z Violet. Ale co 

począć, kiedy kobieta się uprze? 

- Więc na jej żądanie zaprosił pan Mr Gratha? 

- Właśnie. 

- Ach, tak! 

Mr  Dragon  czuł  się  coraz  bardziej  zdenerwowany.  Potakiwania  Lucy  brzmiały  jakoś 

dziwnie, jakby nieszczerze. - Cóż ona mnie tak indaguje, jakby była sędzią śledczym - myślał. 

Ale kiedy stanęli przed willą Mrs Yeats, nie pożegnał się i oświadczył gotowość odwiedzenia 

wspólnej znajomej. - Trzeba się oswoić z niebezpieczeństwem - postanowił i przez dobre pół 

godziny zwracał ustawicznie rozmowę na osobę żony i młodego przyjaciela, Mr Gratha. 

Mrs Yeats słuchała z wielkim przejęciem. 

-  Very  interesting!  -  oświadczyła  w  końcu.  -  Mała  motorówka,  zbłąkana  wśród 

odmętów  wzburzonego oceanu,  a  w  niej  para  młodych  ludzi.  Jakie  to  romantyczne!  Tak  we 

dwoje pośród rozszalałych żywiołów! 

- We troje - dorzuciła Miss Hearne. - Tam był także szofer. 

-  Ach,  szofer  jeszcze.  -  W  głosie  ekscentrycznej  wdówki  zabrzmiało  wyraźne 

rozczarowanie. 

Mr Dragon uznał, że pora wystąpić w roli zrozpaczonego małżonka. 

-  Romantyczne,  romantyczne.  To  straszne,  proszę  pani!  Całą  noc  nie  spałem  i  sny 

mnie  straszliwe  trapiły.  Widziałem  złotą  główkę  Violet  zanurzającą  się  w  odmęty  morskie. 

Wyciągnęła  rączęta  i  wołała  mnie  po  imieniu...  Och,  Boże,  Boże!...  Oka  nie  mogłem 

zmrużyć... 

- Więc miał pan w takim razie widzenie - zauważyła Lucy z najniewinniejszą miną. 

- Jak to pani rozumie? 

-  Całkiem  po  prostu. Skoro  pan  całą  noc  nie  spał,  skoro  pan  nawet  oka  nie  zmrużył, 

nie mogło się panu śnić. 

-  Racja  -  potwierdziła  pani  domu.  -  To  było  widzenie.  Nie,  tego  tak  zostawić  nie 

background image

można; zmieniam  marszrutę.  Wyjeżdżamy dzisiaj  wieczorem...  Pana zabieram,  oczywiście... 

Nie ma żadnych wymówek, Mr Dragon! Jutro rano staniemy w Kaupo i zasięgniemy języka. 

W  Bogu  nadzieja,  że,  widząc  nadchodzącą  burzę,  pozostali  dotychczas  w  Kaupo  lub 

wyruszyli w dalszą drogę dopiero dzisiaj. 

Mr  Dragon  ugryzł  się  w  język  boleśnie.  Drżał  wewnętrznie,  że  wypowie  jakie 

niepotrzebne słowo, które może rzucić na niego dziwny cień. Przecież wiedział doskonale, że 

„Mewa” wypłynęła z przystani w  Kaupo wczoraj rano, kilka  minut po dziewiątej, że wzięła 

kierunek  prosto  na  Hōlualoa,  że  wobec  tego  straszny  huragan,  jaki  się  rozpętał  około 

dwunastej w południe,  zaskoczył  ją na pełnym  morzu, w odległości dobrych dwudziestu mil 

od najbliższego lądu. Przecież on, Ralph, stał ukryty za magazynem i patrzył za odjeżdżającą 

łodzią długo, bardzo długo, dopóki jej kontury nie rozpłynęły się w oddali. 

-  Jak pan sądzi? -  zaskrzeczała  mu Mrs Yeats nad samym uchem, aż drgnął.  - To mi 

się  wydaje  prawdopodobne,  że,  spojrzawszy  na  barometr,  zrezygnowali  z  przejażdżki. 

Prawda? 

-  Tak...  Zapewne...  Oczywiście...  Chociaż,  kiedy  ja  sam  spojrzałem  na  aneroid, 

ciśnienie było normalne... Nie zanosiło się na burzę zupełnie. 

- Wczoraj pan patrzył? - zainteresowała się Lucy. 

-  Tak...  Prawie  przed  odjazdem...  Pięć  minut  później  przyniesiono  mi  przeklęty 

telegram, który rozłączył mnie z moją ukochaną... 

-  To  dziwne  -  przerwała  Lucy.  -  Pamiętam  dokładnie,  że  przedwczoraj  wieczorem 

zajrzałam do Prognoz meteorologicznych. Wróżyły  na wczoraj silny wiatr  wschodni  i burzę. 

Może pani ma jaki dziennik z datą przedwczorajszą? Łatwo będzie sprawdzić. 

Mr Dragon uczuł, że się czerwieni. Powstał, zaczął się żegnać: 

- Muszę jeszcze skoczyć do domu. O której godzinie mam się stawić w porcie? 

- Punktualnie o dziewiątej start. Proszę się nie spóźnić. 

Kiedy  gość  wyszedł  z  pokoju,  Lucy  jęła  kręcić  głową  na  znak  zdziwienia:  -  Jaki  on 

nieswój dzisiaj - zauważyła trafnie. 

- Nie ma się czemu dziwić. Obawa o ukochaną żonę... 

- Pani sądzi, że on kocha Violet? Ani tyle! - tu odmierzyła na wąskim paluszku skąpy 

kawałek białej skórki. Ale doświadczona wdówka zaoponowała: 

- Nie, drogie dziecko. Kiedy się jest mężczyzną tak starym i brzydkim jak Ralph, nie 

można  nie  kochać  takiego  anioła  jak  Violet.  To  chodząca  dobroć,  nie  mówiąc  już  o 

wspaniałej urodzie... 

- To prawda... Ona jest bardzo piękna - rzekła Lucy cichuteńko i myśli jej pobiegły ku 

background image

szczęśliwej rywalce, która Ryszarda Gratha tak oczarowała. 

Mr  Dragon  stawił  się  w  porcie  punktualnie.  Z  każdą  minutą  grał  swą  rolę  lepiej.  W 

towarzystwie inżyniera Le Brixa i starego lekarza czuł się nawet nieźle. Słuchali ze szczerym 

współczuciem  jego  narzekań,  pocieszali  go  na  wyścigi.  Przywykł  też  szybko  do 

romantycznych  uniesień  Mrs  Yeats.  Tylko  pytania  Lucy,  tej  nieznośnej  smarkuli,  napawały 

go  lękiem.  Właśnie  z  jej  strony  czekała  go  jeszcze  przed  udaniem  się  na  spoczynek  niemiła 

niespodzianka. Lucy zaproponowała urządzenie małego seansu spirytystycznego. 

- Pokojówka Mrs Yeats jest świetnym medium - rzekła. 

Mr  Dragon  skamieniał  z  przerażenia.  Wielokrotnie  już  brał  udział  w  udanych 

seansach, otrzaskał się z duchami, jak sam mawiał, ale na myśl, że w półmroku mogłyby się 

wyłonić widma żony,  Ryszarda  i  niewinnego szofera,  że,  jak duch Banka

1

,  mogłyby zasiąść 

na  wolnych  krzesłach  przy  stole  lub,  co  gorsza,  wskazać  mordercę,  na  tę  myśl  zimny  pot 

zaperlił się na skroniach Mr Dragona. 

Powstał gwałtownie. Krzesło z hałasem odepchnął. 

-  Miss  Lucy,  pozwolę  sobie  zauważyć,  że  na  seansie  mogą  się  pojawić  dusze  tylko 

tych,  co  umarli  -  zawołał  i  podniósł  głos  o  jeszcze  jedną  oktawę.  -  Pani  chciała  wywołać 

ducha  Violet...  Pani  tego  nie  powiedziała  oczywiście,  ale  taki  był  tok  jej  myśli...  A  zatem 

sugeruje  pani  z  góry,  że  moja  biedna  żona  nie  żyje.  Z  bólu  zrozpaczonego  męża  chce  pani 

sobie uczynić widowisko. Nie mogę pani zabronić urządzenia seansu, lecz ja tam zabawką nie 

będę. Państwo wybaczą moje podniecenie, ale powinno ono być zrozumiałe - dodał spokojnie 

i wśród grobowej ciszy wyszedł z salonu na pokład. 

Dr Hearne zgromił zarumienioną bratanicę i seans oczywiście się nie odbył. 

-  Trzeba  go  teraz  pilnować  -  rzekł  Le  Brix,  zmierzając  ku  drzwiom.  -  Jeśli  tamtych 

spotkało rzeczywiście nieszczęście, gotów się biedak zastrzelić. 

-  Albo  w  nurty  skoczyć  -  dodała  Mrs  Yeats,  uważając  takie  zakończenie  dramatu  za 

bardziej romantyczne. 

Jacht  Rebecca,  tak  ochrzczony  od  imienia  właścicielki,  zarzucił  rankiem  następnego 

dnia  kotwicę  przed  przystanią  w  Kaupo.  Całe  towarzystwo  udało  się  łodzią  na  brzeg,  by 

zasięgnąć języka. Mr Dragon był już znacznie spokojniejszy, ale na wszelki wypadek trzymał 

się od Lucy daleko. 

Już  samo  przybycie  luksusowego  jachtu  wywołało  sensację  w  Kaupo,  cóż  dopiero, 

kiedy  przybiła  do  pomostu  śnieżnobiała  łódź  z  trzema  eleganckimi  gentlemanami  i  dwiema 

pięknymi  ladies,  i  kiedy  całe  towarzystwo  zaczęło  nerwowo  wypytywać  o  łódź  motorową 

Mewa, która miała przedwczoraj wypłynąć stąd do Kawaihae. 

background image

-  A  jakże!  -  zawołał  jakiś  rybak.  -  Widziałem  na  własne  oczy,  jak  wychodziła  na 

morze. Miałem nawet ochotę powiedzieć, żeby się wstrzymali, bo morze będzie tańczyć... Ale 

myślę se... pańska fantazja jechać. Przecie musieli mieć barometr z sobą. 

- Więc jednak pojechali - westchnął Mr Dragon, po czym zaczął się oburącz chwytać 

za  głowę.  Ruch  ten  wykonywał  bardzo  dobrze,  gdyż  wystudiował  go  w  swej  kabinie  przed 

lustrem. 

Le Brix badał rybaków spokojnie: 

- Popłynęli więc w kierunku południowowschodnim? 

- Tak, panie. 

- A jak przypuszczacie, czy mogli zdążyć przed burzą do Kawaihae? 

Rybak  potrząsnął  głową  przecząco.  Tymczasem  poprzez  tłum  gapiów  zaczął  się 

przeciskać drugi informator... 

- Do Kawaihae? Jak to do Kawaihae! - krzyczał już z daleka. - Przecież gadałem z tym 

mechanikiem, zanim wypłynęli. Jechało od niego nawet dobrze whisky. 

- Coście z nim mówili? - przerwał Mr Dragon gorączkowo. 

-  Mówiłem  mu,  żeby zaczekali z wyjazdem... A on na to: Co mi burza? Mam rozkaz 

jechać, to jadę. Mam dziś ładną podróż do odwalenia. Jedziemy jednym ciągiem do Hōlualoa

Te słowa powiedział, żebym tak zdrów był,  jeśli kłamię.  Ażem się zdziwił. Przecie to szmat 

drogi. Motorówką do Hōlualoa?! Tłumaczyłem mu nawet, ale on wciąż swoje, że ma dobrego 

pana, że, skoro pan tak kazał, to musi słuchać. 

Mr  Dragon  raczej  wyczuł  niż  ujrzał,  że  wszystkie  spojrzenia  zwracają  się  w  jego 

kierunku. 

-  Prawda!  Gdzie  moja  głowa!  -  bełkotał.  -  Mr  Grath  uparł  się  jechać  do  Hōlualoa. 

Razem oglądaliśmy mapę. Tracę pamięć powoli. 

-  Jakie  to  szczęście,  że  ten  poczciwy  rybak  panu  przypomniał,  dokąd  pojechali  - 

wtrąciła Lucy, patrząc spod rzęs na męża Violet. 

Więcej  informacji  w  Kaupo  zdobyć  się  nie  udało. Rebecca  podniosła  kotwicę.  Pełną 

parą śpieszyła na południe, prawdziwym czy rzekomym szlakiem Mewy. Jej nadawcza stacja 

radiotelegrafu wysyłała bezustannie w przestrzeń zapytania o losy zaginionej łodzi i jej trzech 

pasażerów. Depesze wyłapywały stacje odbiorcze okrętów krążących po wodach hawajskich i 

stacje  lądowe  z  Maui,  Kaho`olawe,  Hawai`i.  Potem  zaczęły  nadpływać  odpowiedzi,  same 

negatywne.  Motorowej  łodzi  Mewa  nie  spotkał  żaden  statek,  nie  dobiła  do  żadnego  portu. 

Może znajduje się w jakiej małej osadzie rybackiej. Wszczęto energiczne poszukiwania. 

O godzinie dwunastej w

:

 południe zmienił jacht taktykę. Nie posuwał się już więcej w 

background image

kierunku  południowym,  lecz  płynął  zygzakiem,  zachowując  nadal  odchylenie  na  południe. 

Pięć mil na zachód, pięć na wschód i znów pięć na zachód. 

O godzinie czwartej po południu, kiedy statek miał właśnie nawracać po raz któryś z 

kolei ku wschodowi, kapitan zobaczył z mostku przez lornetę jakiś przedmiot na falach. 

- Koło ratunkowe! - ogłosił pięć minut później wśród ogólnego napięcia. Wyciągnięto 

je  migiem  na  pokład,  przewrócono  na  drugą  stronę.  Wszystkie  spojrzenia  skierowały  się  na 

Mr Dragona z wyrazem serdecznego współczucia. Na białym tle koła ratunkowego widniały 

trzy litery, wymalowane tłustą farbą, której woda nie zmyła... Trzy litery: MEW. 

-  Ależ  je  nożem  pocięto!  -  zauważył  któryś  marynarz,  lecz  w  tej  chwili  zabrała  głos 

energiczna właścicielka jachtu: 

-  Kapitanie,  proszę  statek  zatrzymać  i  przeszukać  dokładnie  każdy  cal  powierzchni 

oceanu dokoła. 

Mr  Dragon  pozostał  sam  przy  wyłowionym  kole.  Załoga  zajęła  się  wykonaniem 

rozkazu  chlebodawczym,  przyjaciele  pozostawili  go  samego,  szanując  jego  ból.  Tylko  Lucy 

usiadła opodal w trzcinowym fotelu i, jakby nic nie zaszło, czytała spokojnie gazetę. 

Mr Dragon pamiętał, że teraz właśnie należy grać rolę najlepiej. Ale na myśl, że tu, w 

tym  miejscu,  znajduje  się  grób  trojga  ludzi,  których  on  na  śmierć  skazał,  których  on  z  całą 

premedytacją wymordował (tego słowa nie trzeba się było zapierać wobec siebie), na myśl o 

tym  odczuwał  dziwne  wzruszenie.  Nie  był  to  żal  bynajmniej.  Nie!  Mr  Dragon  nie  żałował 

wcale, że tak postąpił. Według własnej opinii miał po temu prawo. Czyż nie słyszał pogróżek 

Ryszarda? Czyż Violet nie rzuciła się na szyję młodemu zapaleńcowi właśnie wtedy, gdy się 

odgrażał, że jej męża zastrzeli? Czyż nie przyznała, że kocha Ryszarda? Tak, tak i jeszcze raz 

tak!  A  więc  oni  sami  wydali  na  siebie  wyrok,  gdyż  on,  Ralph,  miał  prawo  bronić  się,  miał 

prawo ich uprzedzić. 

Mr Dragon podszedł do burty. U jego stóp kłębiły się fale.  Fale szemrzą, wzdychają, 

jak  zawsze,  lecz  nie  powiedzą  nic.  Nie  zdradzą  tajemnicy.  Nie  rozstąpią  się  i  nie  ukażą  dna 

piaszczystego, na którym spoczęła Mewa wraz ze swą załogą. 

-  Więc  jestem  wolny  -  szepnął  i  snuł  przędzę  swych  myśli:  -  Violet  nie  zostawiła 

testamentu.  Byłoby  to  nawet  dziwne,  żeby  dwudziestotrzyletnia  kobieta  przewidziała  swą 

rychłą śmierć i spisywała ostatnią wolę. Zbadałem wczoraj dokładnie zawartość szufladek jej 

biurka.  Nie  było  tam  żadnych  notatek,  które  by  pozwalały  przypuszczać,  że  myślała  o 

testamencie. Notariusza żadnego nie znała... O, byłem na tyle przezorny, że do naszego kółka 

nie wprowadzałem  nigdy prawników! A zatem w myśl  brzmienia ustawy  ja  jestem  jedynym 

spadkobiercą.  Bliższej  rodziny  Violet  nie  miała,  a  dalsza...  -  tu  nastąpiło  wzgardliwe 

background image

machnięcie  ręką.  -  Teraz  weźmy  cyfry.  Jej  majątek  przedstawia  wartość,  no...  nie 

przesadzajmy,  milion  i  trzysta,  dodajmy  moją  część,  pochodzącą,  nawiasem  mówiąc,  z  jej 

posagu,  dwieście  tysięcy,  dodajmy  wreszcie  premię  z  asekuracji,  pół  miliona,  to  już  są  dwa 

miliony. Dwa miliony, Ralphku!... Z tym można już coś zacząć!... 

Doszedłszy  do  tego  wniosku,  nie  mógł  się  Mr  Dragon  powstrzymać  od  ulubionego 

ruchu  i  uśmiechnięty,  zadowolony  z  siebie,  jął  zacierać  ręce,  jak  to  czynił  zawsze,  ilekroć 

udało mu się zrobić korzystny business. 

Nagle  zdrętwiał.  Jak  można  było  tak  wypaść  z  roli!  Któż  widział  uśmiechać  się  nad 

mogiłą  żony  i  przyjaciela!  Gdyby  tak  kto  zobaczył!  Ale  nie.  Pokład  był  przecież  pusty.  Dla 

pewności rozejrzał się Mr Dragon dokoła i zrobiło mu się bardzo ciepło. Znowu ta przeklęta 

Lucy!  Siedziała  w  trzcinowym  fotelu,  zajęta  rzekomo  lekturą  dziennika,  w  rzeczywistości 

jednak  obserwowała  uważnie  „rozpaczającego”  małżonka  Violet.  Mr  Dragon  był  pewny,  że 

Lucy  śledziła go od dłuższej chwili,  że  nie  mogła nie widzieć dziwnych objawów „smutku” 

po  stracie  żony  i  na  myśl  o  tym  poczuł  się  bardzo  nieswojo.  Sytuacja  zaczęła  się  stawać 

kłopotliwa.  Nagle  któraś  fala  podszepnęła,  że  owo  zacieranie  rąk  nie  było  bynajmniej  złym 

momentem gry, że przecież prawdziwa, wielka rozpacz graniczy z obłędem. 

Mr Dragon zrozumiał. 

Mr  Dragon  zaczął  grać  swą  rolę  tak  świetnie,  że  pozazdrościłby  mu  niejeden  aktor. 

Biegał wzdłuż burty, chwytał się za głowę, jęczał, wybuchał dzikim nienaturalnym śmiechem, 

zatrzymywał  się  nagle,  pochylał  nad  wodą,  jakby  w  zamiarze  wskoczenia  w  nurty,  i  znów 

biegał po pokładzie z rozwianym włosem. 

-  Boże!  On  zwariował  -  krzyknął  inżynier  Le  Brix,  który  pojawił  się  właśnie  w 

drzwiach kabiny radiotelegrafu. 

-  Rzeczywiście  -  dodała  Miss  Lucy  Hearne,  z  jakimś  nieokreślonym  uśmiechem.  - 

Gdybym nie wiedziała, że to Mr Dragon, byłabym skłonna pomyśleć, iż patrzę na wariata. 

1

 duch Banka - duch zamordowanego Banka objawia się podczas uczty sprawcy jego 

śmierci. (Szekspir - Makbet

background image

   

ROZDZIAŁ IX 

 

Cyklon 

Ryszard  podsunął  właśnie  lewą  rękę  pod  piersi  Violet,  ułatwiając  jej  tym  sposobem 

utrzymanie się na powierzchni wody, kiedy w odległości dwóch kroków ujrzał przed sobą łeb 

rekina.  Groza  sytuacji  przywróciła  mu  momentalnie  zimną  krew,  więcej  nawet,  bo  dała  mu 

przytomność umysłu, jakiej często brakowało krewkiemu młodzieńcowi. Wiedząc, że śmiała, 

zaczepna  postawa  może  zbić  z  tropu  korsarza,  puścił  Violet  i,  zasłaniając  ją  swym  ciałem, 

rzucił  się  naprzód.  Ale  potwór  nie  czekał.  Nauka  w  las  nie  poszła,  a  smutne  doświadczenie 

wbiło  mu  w  pamięć,  że  te  małe,  niezdarne  stworzenia,  co  bezmiar  oceanu  przepływają  w 

małych,  dużych  lub  olbrzymich  twardych  pudłach,  potrafią  także  w  wodzie  kąsać  zjadliwie. 

Więc  rekin  palnął  gniewnie  ogonem,  aż  wystrzeliła  fontanna  kropel,  a  zielonkawa  woda 

zmąciła się w promieniu kilku metrów, i począł manewrować. Lecz z którejkolwiek strony się 

przysuwał,  zawsze  widział  przed  sobą  zuchwałego  człowieka,  który  rzucał  się  z  furią  do 

ataku, mając zapewne jakąś piekielną broń w rękach. 

Nagle  dostrzegł  rekin  inny  kąsek,  znacznie  większy,  grubszy,  tłustszy.  Zanurzył  się 

głębiej  i  runął  jak  burza  w  tamtą  stronę.  W  swą  potworną  paszczę  chwycił  wpół  szofera,  w 

chwili, kiedy ten już wspinał się na tratwę. Powietrze rozdarł mrożący krew w żyłach ryk bólu 

i grozy. Przed oczyma Ryszarda i jego towarzyszki rozgrywała się jedna z wielu straszliwych 

tragedii  oceanu.  Olbrzymi  rekin  sunął  poziomo  tuż  pod  powierzchnią  morza,  unosząc  swą 

zdobycz.  John, którego zębynoże przecięły prawie na pół,  powyżej kolan,  wznosił się wciąż 

górną  połową  korpusu  nad  poziom  wody  i  wył  nieludzkim  głosem.  Jego  ręce  wyciągnięte, 

pomstujące  ku  niebu,  widzieli  tamci  dwoje  długo,  bardzo  długo,  widzieli  je  jeszcze  wtedy, 

gdy znaleźli się z powrotem na tratwie. Nagle Violet obsunęła się na mokre deski. Zemdlała. 

Ryszard  czuł,  że słabnie.  Uderzenie szofera,  brawurowe ataki  na rekina,  windowanie 

osłabionej kobiety na tratwę wyczerpały go zupełnie. A litania nieszczęść i niebezpieczeństw 

nie skończyła się jeszcze. Oto Violet zemdlała i nie wiedział, co pilniejsze, czy cucić ją, czy 

pracować  jedynym  wiosłem  pod  wiatr,  który  zmienił  nagle  kierunek  i  dla  odmiany  dął 

kapryśnie  od  zachodu  na  wschód.  Czarne  obłoki  zasłoniły  już  połowę  nieba.  W  swym 

zwycięskim  pochodzie  sunęły  do  słońca,  które  stało  prawie  pionowo  nad  oceanem.  Jeszcze 

chwila,  a  nastaną  ciemności.  Fala  rosła.  Tratwa  kołysała  się,  tańczyła.  Aby  uchronić 

nieprzytomną  towarzyszkę  od  upadku  w  morze,  dźwignął  ją  Ryszard,  posadził  na  środku 

background image

platformy  i,  rozkraczywszy  się,  ścisnął  ją  nogami.  W  tej  pozycji  wiosłował,  rzucając  wciąż 

niespokojne  spojrzenia  na  chmury  lub  na  przemian  w  tę  stronę,  w  którą  podążył  morski 

rozbójnik  z  nieszczęśliwą  ofiarą.  Przecież  inne  rekiny  mogły  odbić  zdobycz  lub  choćby  jej 

część, mogły zobaczyć rozbitków i przypłynąć po swój udział w uczcie. 

I  kiedy  był  już  bliski  rozpaczy,  ujrzał  coś,  co  pokrzepiło  nadwątlone  siły,  a  w  serce 

wlało  otuchę.  Od  wysepki  odbiła  jakaś  mała  łupinka.  Nie  bacząc  na  nadchodzącą  burzę, 

mknęła szybko na pełne morze. 

Ryszard  wiosłował teraz z zapałem.  Nabrał zresztą wprawy w swym  nowym zajęciu. 

Wiedział  już,  jak  należy  nachylić tratwę, kiedy  bałwan  nadbiega.  A skoro  wiatr  zdecydował 

się ostatecznie na pierwotny kierunek i dął w stronę wyspy, w stronę zbliżającej się pomocy, 

zastosował Ryszard metodę „plankingu”, oczywiście nie w całym tego słowa znaczeniu. Więc 

żadna  fala  nie  zaniosła  go  od  razu  na  swym  grzbiecie  do  zbawczego  brzegu,  ale,  dzięki 

umiejętnemu  manewrowaniu,  każda  dźwigała  platformę  choć  kilka  sążni  i  przysuwała  ją  do 

celu podróży. 

Teraz można już było rozpoznać kształt łodzi i sylwetkę siedzącego w niej człowieka. 

Był to niewątpliwie Kanak, a łódź jego miała wygląd kajaka. Miała z pięć metrów długości, a 

niecały  metr  szerokości.  Dla  utrzymania  równowagi  miała  z  jednego  boku  długi  drąg,  który 

spoczywał w wodzie równolegle do burty czółna i był z nim połączony dwiema żerdkami. 

Ryszard wiosłował dzielnie, choć pot spływał z niego strumieniem. 

-  Violet!  -  zawołał  w  pewnej  chwili,  pochylając  się  nad  kobietą,  której  bezwładna 

głowa opierała się o jego uda. - Ocknij się, dziecinko. Jesteśmy ocaleni! 

Lecz  Violet  ani  drgnęła,  a  do  ocalenia  było  jeszcze  bardzo  daleko.  Jakby  dla 

zaprzeczenia  słowom  Ryszarda  zajaśniała  w  tej  chwili  gzygzakowata  kreska  błyskawicy  i 

rozległ się odległy grzmot. 

- Prędzej!... Prędzej!... 

Kanak  nie potrzebował zachęty. On znał się  lepiej z  morzem czy wichurą  od białego 

człowieka i wiedział, że za pół godziny, a może wcześniej, rozpęta się tu piekło. 

Wreszcie łódź przybiła do tratwy, ale przeniesienie zemdlonej kobiety z jednej łupiny 

na drugą nie było zadaniem łatwym. Przewalające się fale rozłączały ustawicznie obie burty i 

dwaj mężczyźni napracowali się niemało, zanim Violet znalazła się w łodzi. 

- Czemu nie płyniemy wprost do brzegu? 

-  Tam  rafy  być  -  odparł  krajowiec  nieszczególną  angielszczyzną.  -  Pan  tylko 

wiosłować, ja sam kierować łódką. 

- Boże! - jęknął Ryszard nagle, ujrzawszy wśród fal dobrze znajomą płetwę. 

background image

W trzy  minuty później dopędził rekin rozbitków. Okrutne ślepie wyjrzało znów spod 

wody. 

W  krótkich  słowach  wyjaśnił  Ryszard  Kanakowi,  że  ten  sam  potwór  porwał  mu 

towarzysza podróży. - To on, na pewno. Poznaję go po bliźnie. 

-  Jednooki!  -  wrzasnął  krajowiec.  Nim  Ryszard  zdołał  przeszkodzić  lub  słowo 

powiedzieć,  zsunął  się  w  morze  po  drugiej  stronie  łodzi.  Dał  nurka  tak  głęboko,  że  nożyce 

jego nóg rozpłynęły się w wodzie. Ku zdumieniu Ryszarda rekin dał gwałtownego szczupaka, 

wytrysła  fontanna,  nurty  skłębiły  się,  zaróżowiły,  zaczerwieniły,  jakby  kto  wylał  wiadro 

szkarłatnej  farby.  W  tym  zaś  miejscu,  gdzie  przed  pół  minutą  spoczywało  cielsko  potwora, 

zaczerniała skołtuniona, wełnista czupryna i nad zwierciadło wody wynurzyła się roześmiana 

twarz krajowca. Kiedy znalazł się ponownie w łodzi, Ryszard obsypał go wymówkami. 

-  On  mi  pożreć  żona  i  lewa  ręka,  ja  mu  wyłupać  jedno  oko  i  teraz  brzuch  rozpłatać. 

Puna wziąć pomstę - odparł, potrząsając zbielałym kikutem lewej ręki. - On teraz iść zdychać 

-  dodał  i,  uważając,  że  porachunki  z  jednookim  są  załatwione,  zajął  się  intensywnie 

wiosłowaniem. 

Ryszard pomagał swym wiosłem w miarę sił, a równocześnie patrzył z podziwem na 

Kanaka,  który  zachowywał  się  spokojnie,  jakby  nic  nie  zaszło.  Zazdrościł  mu  w  duszy  tej 

bajecznej  flegmy,  zręczności  i  wytrzymałości  w  nurkowaniu,  a  przede  wszystkim  odwagi. 

Jakaż  bezdenna  przepaść  dzieliła  tego  półdzikusa  od  białego  człowieka,  Johna,  układnego, 

uśmiechniętego  zawsze  uprzejmie  wobec  swych  chlebodawców  szofera.  Jak  wielka  była 

między  tymi  ludźmi  różnica!  Oto tamten,  nieboszczyk  obecnie,  w  chwili  niebezpieczeństwa 

nie wahał się poświęcić towarzysza, a nawet kobiety, swej pani, dla uratowania, a właściwie 

dla  przedłużenia  własnego  życia.  Ten  zaś,  dla  załatwienia  jakichś  prawdziwych  czy 

rzekomych porachunków z rekinem, opuścił bezpieczne schronisko w łodzi i z nożem w dłoni 

rzucił się w nurty. A kiedy Ryszard wyraził głośno swój podziw, odparł skromnie: - To łatwo, 

kiedy rekin być obżarty. 

To prawda, że Ryszard nadmienił kilka słów o porwaniu Johna, ale mógł się pomylić 

przecież  co  do  „identyczności”  rekina,  mogły  inne  rekiny  odebrać  jednookiemu  zdobycz, 

mogło  zajść  sto  rozmaitych  kombinacji,  a  wreszcie  cóż  znaczył  taki  drobiazg  jak  ciało 

ludzkie,  dla  żarłocznej,  wiecznie  głodnej  bestii?  Jego  szybki  powrót  świadczył  najlepiej  o 

dobrym apetycie. 

Więc  z  rosnącym  uznaniem  i  szczerą  wdzięcznością  spoglądał  Ryszard  na  krajowca. 

Wszakże  mógł  pozostać  na  wyspie,  nie  troszcząc  się  o  losy  jakichś  tam  rozbitków.  Nie 

pozostawał.  Dla  ratowania  obcych  ludzi  wyruszył  sam  jeden  wątłą  łódką  na  wzburzone 

background image

morze, wiedząc dobrze, że lada chwila rozpęta się wściekły cyklon, że swą szaloną eskapadę 

może przypłacić życiem. 

Ogromny  bałwan,  który  porwał  łódź,  zakręcił  nią  jak  nic  nie  ważącą  drzazgą  i 

przerwał rozmyślania Ryszarda, a ponowna kąpiel ocuciła zemdloną kobietę. Uniosła głowę i 

rozglądała się dokoła trochę nieprzytomnie. 

-  Czerpak!  Puna,  czerpak  dawaj!  -  Na  migi  wskazał,  czego  potrzebuje.  Puna  był 

zdania, że szkoda czasu na wyczerpywanie wody, gdyż pierwsza lepsza fala zniweczy wyniki 

mozolnej 

  pracy. 

Słońce  znikło  nagle,  przysłonięte  chmurą.  Skutkiem  refrakcji  promieni  słonecznych 

mniejsza  część  morza,  a  z  nią  także  wyspa  były  jakby  w  półcieniu,  podczas  gdy  reszta 

pogrążyła się szybko w mrokach. 

Łódź,  napełniona  wodą  prawie  do  połowy,  minęła  szczęśliwie  zjeżoną  koralowymi 

rafami  gardziel  i  znalazła  się  w  lagunie.  Woda  nie  była  tu  tak  spokojna  jak  zazwyczaj,  ale 

zawsze mniej wzburzona niż po zewnętrznej stronie atolu. 

Kiedy  wysiadali  z  łodzi  w  pobliżu  domku  Puny,  chmury  zakryły  trzy  czwarte  części 

nieba.  Lunął  deszcz  tak  rzęsisty,  tak  gęsty,  że  z  największym  wysiłkiem  można  się  było 

posuwać  naprzód.  Przez  potoki  spadającej  prostopadle  wody  trzeba  się  było  przedzierać, 

jakby  przez  ścianę  lian,  pnączy,  jakby  przez  zbity  mur  bujnej  roślinności  podzwrotnikowej 

puszczy. 

- Nie mogę dalej - jęknęła Violet, osuwając się na ziemię. 

Ryszard  rozejrzał się  bezradnie.  Na próżno usiłował przebić wzrokiem ścianę ulewy. 

Widział tylko skrawek piasku pod nogami i jakiś czarny cień. Był to pień palmy. Odgadł go 

raczej niż poznał. Odgadł po charakterystycznym  szeleście wielkich  liści, na które spadały z 

jednostajnym  grzechotem  całe  wiadra  dużych  kropel.  Zaniósł  więc  osłabioną  kobietę  pod 

drzewo  i  własnym  ciałem  osłaniał  ją,  jak  mógł,  przed  gradem  kropel,  które  zaczęły  teraz  z 

boku zacinać. 

- Moja dom być blisko - zachęcał Puna, lecz ze względu na stan Violet nie można było 

skorzystać z zaproszenia, przynajmniej na razie. 

Może  dziesięć  minut  później  ulewa  poczęła  słabnąć.  Szkwał  przeszedł  prędzej  niż 

przyszedł. 

- Chwała Bogu... Chwała Bogu - powtarzał Ryszard, otrząsając się, jak pies po kąpieli. 

- Niebo się przeciera - dodał, zadarłszy głowę ku chmurom. 

Puna  był  odmiennego  zdania.  Niespokojnymi  spojrzeniami  obrzucał  spienione  fale, 

background image

które  wdzierały  się  prawie  do  połowy  wąskiego  pasa  ziemi  lub  wpadłszy  z  rykiem  przez 

kanał, burzyły i tak już niespokojną toń laguny. - Taka wysoka woda Puna jeszcze nie widzieć 

- mruknął. Potem chwycił Ryszarda za łokieć i wskazał ręką w zachodnim kierunku. Deszcz 

przestał  padać.  Zrobiło  się  widniej.  Grath  ujrzał  więc  znowu  stożkowatą  górę,  której  szczyt 

ginął w obłokach. Tak daleko dotarły już chmury w swym zwycięskim pochodzie. 

-  My  tam  uciekać  -  rzekł  Kanak  z  energią.  Ujął  Violet  pod  ramię,  polecając 

Ryszardowi uczynić to samo z drugiej strony. - Prędzej, dużo prędzej! - upominał wciąż i nie 

pozwalał  na  żadne  odpoczynki.  Upadając  ze  zmęczenia,  dotarli  do  wioski.  Chaty,  kryte 

liśćmi, były puste. Krajowcy, doceniając w zupełności gwałtowność huraganu, nie dowierzali 

swym słabym lepiankom i zajęci byli gorączkowym przywiązywaniem swych żon i dzieci do 

pni  palmowych.  Obrzucili  zdziwionym  wzrokiem  parę  Białych,  przyprowadzonych  przez 

Punę, ale nie zamierzali z tego powodu przerywać sobie zajęcia. Lecz pogromca jednookiego 

wytrącił  ich szybko ze stanu obojętności. Zaczął  coś szybko przedkładać w swej dźwięcznej 

mowie,  przy  czym  często  wskazywał  na  morze  lub  niebo.  Jego  przemowa  zrobiła  silne 

wrażenie na kobietach i młodszych mężczyznach. Starsi potrząsali głowami sceptycznie. Puna 

nie tracił czasu  na przekonywanie opozycji. Podbiegł z powrotem ku ocalonym przez siebie 

rozbitkom  i  pociągnął  ich  w  głąb  lasu.  Skutkiem  silnego  zachmurzenia  było  w  wiosce  dość 

mroczno, lecz tu, u stóp olbrzymich, rozłożystych palm panowały takie ciemności,  że trzeba 

było ręce przed siebie wyciągać,  by w pośpiesznym  marszu nie wpaść na drzewo. Nagle tuż 

przed  uciekającą  trójką  wytrysnął  słup  niebieskawofioletowego  ognia.  Rozległ  się 

ogłuszający huk. Piorun wybrał sobie na ofiarę sędziwego patriarchę lasu. Z uderzonej palmy 

odpadło  kilka  wielkich  liści,  a  w  powietrzu  rozszedł  się  orzeźwiający  zapach  ozonu.  Oczy, 

przerażone blaskiem błyskawicy, widziały jeszcze gorzej, kiedy znowu nastały ciemności. Na 

szczęście  drzewa  zaczęły  się  przerzedzać.  W  szczelinach  pośród  potężnych  koron  liści 

zamajaczały ciemnoołowiane płaty zachmurzonego nieba. 

-  Prędzej,  dużo prędzej! -  nawoływał Puna. Znaleźli się  znowu nad  brzegiem  morza. 

Ryszard stwierdził z dużą ulgą, że mają przed sobą tylko wąską gardziel zatoki, która wdarła 

się długim, cienkim językiem pomiędzy dwie wysepki - wulkaniczną i koralową. 

-  Violet!...  Odważnie,  kochanie!...  Jeśli  przejdziemy  tę  groblę,  będziemy  zupełnie 

bezpieczni  -  tłumaczył  towarzyszce.  Teraz  dopiero  zrozumiał,  w  jakim  celu  Kanak 

przyprowadził ich tutaj. 

Ale  przeprawa  przez  groblę  nie  była  łatwą  rzeczą,  gdyż  w  tej  właśnie  chwili  zadął 

wicher  z  przeraźliwą  siłą.  Co  cieńsze  palmy  wygięły  się  jak  trzciny,  a  rosnące  tu  i  ówdzie 

bambusy  rozpoczęły  swą  żałosną  symfonię.  Potężne  bałwany,  wegnane  w  wąską  gardziel 

background image

zalewu,  obmywały  oba  brzegi  zjadliwymi  jęzorami,  ryczały,  pędząc  ku  grobli.  Potem 

uderzały z dziką furią w głazy, wystrzelały tysiącem kipiących gejzerów wysoko nad poziom 

karkołomnej ścieżki. 

Puna ruszył śmiało: 

- Prędzej... dużo prędzej! 

- Nie! - zaprotestował Ryszard. - Ja tamtędy nie przejdę, a cóż dopiero ona. 

- Pani musieć przejść. Tu być jedno morze. 

W  tym  momencie  wybiegła  z  lasu  czereda  płaczących  dzieciaków,  czepiających  się 

rąk  i  nóg  swych  matek.  Obok  szło  kilku  mężczyzn.  Byli  to  ci,  co  zrozumieli  ogrom 

niebezpieczeństwa i usłuchali rad Puny. Cała gromada stłoczyła się u wejścia na groblę. Nikt 

nie  chciał  iść  na  pierwszy  ogień.  Wreszcie  jakiś  chłopak  zaryzykował.  Z  kocią  zwinnością 

wdrapał się na drewniany  mostek,  dał susa na pierwszy głaz  i, skacząc zręcznie,  śpieszył ku 

przeciwległemu brzegowi. Dwie kobiety, zachęcone przykładem, poszły w jego ślady, za nimi 

jeszcze jakiś wyrostek. 

-  Baczność!  -  krzyknął  Ryszard,  obserwujący  nie  tyle  akrobatyczne  popisy  tamtej 

czwórki,  ile  wielkość  nadlatujących  od  prawej  ręki  bałwanów.  Właśnie  wyłonił  się  z 

półmroku  potężny  grzywacz.  Sycząc  zjadliwie,  runął  jak  burza  na  groblę.  Rozgrzmot  wody, 

szum,  huk  i  krzyk  zaskoczonych  na  grobli  zlały  się  w  jedno.  Fontanny  wody,  gęste  płaty 

piany,  białe kłęby  startych  na  miał kropel,  obłoki podobne chmurom pary wodnej przykryły 

wszystko.  Kiedy  opadły,  ścieżka  na  szczycie  grobli  była  pusta.  W  kotłującym  wirze 

zaczerniła  czarna  czupryna  śmiałka,  który  dał  hasło  do  przejścia.  Z  odmętów  wystrzeliły  w 

górę jego dwa okrwawione ramiona i znikły pod śmiertelnym całunem następnej fali, aby się 

już więcej nie ukazać. Obie kobiety zmyło bez śladu, natomiast mały wyrostek wisiał głową 

w  dół  i  wył  nieludzko.  Głaz,  podmyty  atakiem  morza,  przygniótł  mu  obie  stopy. 

Przygwoździł  go,  aby  nie  mógł  uniknąć  swego  losu.  Kiedy  odmęty  dalszej  fali  zasłoniły 

ponownie  groblę,  krzyk  chłopca  ustał.  Ryszard  wzdrygnął  się  i  objął  wpół  słaniającą  się 

kobietę. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że słyszał suche trzaśnięcie czaszki o skalną barierę. 

- Tamtędy nikt nie przejdzie - mruknął. 

- Musi! - dorzucił uparty Puna. 

Jakby  na  potwierdzenie  tego  słowa  nowy  bałwan,  największy  z  dotychczasowych, 

wdarł  się  lewym  bokiem  na  atol,  smagnął  przerażoną  gromadę  po  kolanach  i  rozlał  się  po 

brzegu w dziesiątkach ton wody. A kiedy jego lewe skrzydło siało popłoch wśród zebranych 

ludzi,  główny  korpus  runął  na  kamienną  barierę.  Gdy  spienione  bryzgi  opadły,  ukazały  się 

dwie szczerby w szczycie grobli. Przejście przez groblę stało się jeszcze trudniejsze. 

background image

-  Zaraz  przyjść  większe  fale  -  warknął  Puna  i  zaczął  się  przeciskać  przez  tłum 

współbraci ku mostkowi. Z palmowego lasu wybiegła garstka mężczyzn. Urywanymi głosami 

opowiedzieli,  że  z  tamtej  strony  morze  wdarło  się  już  na  atol,  że  większa  część  domków 

spłynęła. 

Ryszard  zacisnął  zęby.  Pojął,  że  musi  iść  w  ślady  swego  zbawcy.  Ryzykowna 

przeprawa przez szczyt chwiejącej się już bariery głazów wydała mu się mniejszym złem niż 

oczekiwanie  na  niskim  brzegu  nieuchronnej  śmierci.  Większość  Kanaków  była  snadź  tego 

samego  zdania,  bo  na  mostku  zaroiło  się  od  nowych  śmiałków.  Nie  posuwali  się  jednak  w 

pozycji  stojącej,  lecz  na  czworakach.  Ta  innowacja  okazała  się  zbawienna.  Pełzając  po 

oślizgłej  ścieżynie,  czuli  się  pewniej  i  nie  narażali  się  na  zdradliwe  podmuchy  wichru.  A 

kiedy  bałwan  dobiegał  do  grobli,  przypadali  brzuchami  do  zmoczonych  głazów,  przylepiali 

się  całym  ciałem,  wpijali  palce  w  szczeliny  i  wychodzili  cało,  choć  nie  wszyscy.  Trzyletnie 

dziecko, jadące na plecach matki, która niosła przed sobą niemowlę, znikło nagle Ryszardowi 

z  oczu.  Zmartwiała  z  bólu  matka  zatarasowała  na  chwilę  drogę  i  zatrzymała  cały  korowód. 

Dopiero  pogróżka,  że  zostanie  bezzwłocznie  zepchnięta  w  odmęty,  skłoniła  ją  do 

kontynuowania pochodu dla ocalenia przynajmniej drugiego dziecięcia. 

Violet  wlokła  się  ostatkiem  sił.  Ciągnięta  przez  Punę,  popychana  z  tyłu  przez 

Ryszarda,  pełzła  niezgrabnie,  przymykając  oczy,  ilekroć  nowa  fala  gotowała  się  do  ataku. 

Czuła,  że  jeśli  spojrzy  w  skłębiony  wir  wodny,  runie  nieuchronnie  i  pociągnie  swych 

zbawców za sobą. Więc modląc się żarliwie, czołgała się śladem jednorękiego krajowca. 

-  Śmierć  idzie!  -  wyszeptała  w  pewnej  chwili  zbielałymi  wargami.  Jakoż  olbrzymi 

grzywacz  palnął  z  taką  mocą  w  barierę,  że  wszyscy  wyczuli,  jak  głazy  zachybotały  się  w 

posadach.  W  łańcuchu  pełzających  ludzi  powstały  cztery  wyrwy.  Jakaś  kobieta,  spadając  w 

odmęty,  pochwyciła  za  nogę  Ryszarda  i  omal  go  nie  pociągnęła  za  sobą.  Wyrwał  stopę 

szczęśliwie z tego uścisku, lecz ostre paznokcie zdarły mu skórę aż do palców. 

- Prędzej!... Dużo prędzej!... Już niedaleko! - zaryczał po swojemu pogromca rekina. 

Ryszard  obliczał,  że  nie  pozostało  więcej  jak  dziesięć  metrów  do  przebycia.  Nagle 

znikł  mu  świat  sprzed  oczu.  Uczuł,  że  nogi  towarzyszki  wyślizgują  mu  się  z  rąk.  Ścisnął 

mocniej i stoczył się w wodę wraz z Violet. Było to pewnego rodzaju szczęściem, że spadli na 

lewą  stronę,  gdzie  woda  była  znacznie  spokojniejsza.  Usłyszał  nowy  plusk,  ujrzał  mały 

wytrysk wody. Pojął natychmiast, że osłabiona grobla zaczyna się kruszyć, a spadające głazy 

mogą ich zmiażdżyć i zatopić. Rzucił się więc szybko na wznak, wczepił palce we włosy swej 

towarzyszki i położywszy sobie jej głowę na piersiach, zaczął intensywnie pracować nogami. 

-  Dobrze,  panie... tylko  znacznie  prędzej!  -  usłyszał  tuż  nad  uchem.  Puna  wszedł  do 

background image

wody i razem wynieśli bezwładną kobietę na zbawczy brzeg. Czwarta część krajowców stała 

tu już, obserwując z lękiem przeprawę braci. 

A  łańcuch  kobiet,  dzieci,  wyrostków,  starców  pełzał  nieprzerwanie  przez  groblę, 

wśród  szalejącej  ulewy,  grzmotów,  błyskawic  i  bezustannych  ataków  gór  wody.  Około 

trzydziestu  młodszych  mężczyzn,  którzy  widzieli,  że  Ryszard,  strącony  przez  fale  na  lewą 

stronę  zalewu,  dotarł  szczęśliwie  do  brzegu,  weszło  do  wody.  W  świetle  błyskawic  widać 

było ich głowy, prujące toń śmiało. Bariera grobli chroniła ich przed uderzeniem wielkich fal, 

więc posuwali się ku brzegowi wulkanicznej wysepki równolegle do ściany głazów. 

Nagle wicher  zmienił kierunek.  Zaczął dąć od północy na południe z tak przeraźliwą 

siłą, że połowa czołgających się ludzi wpadła w wodę na głowy płynącego oddziału. Spadali 

jak dojrzałe kokosy z palm na ziemię, kiedy wiatr zatrzęsie koronami drzew. Dzieci, których 

ciężar ciała przedstawiał mniejszy opór dla rozszalałego żywiołu,  leciały kilkanaście metrów 

w  powietrzu,  zanim  dotknęły  powierzchni  wody.  Okrzyki  zgrozy  zagłuszył  piekielny  świst 

wichru, ryk fal i grzmoty. 

Uderzony  gwałtownym  podmuchem,  runął  Ryszard  na  ziemię.  Zdołał  jeszcze 

pochwycić  wpół  zemdloną Violet i razem potoczyli się po pochyłości  w stronę wody. Jakaś 

litościwa palma zagrodziła im drogę. Dzięki temu nie runęli w odmęty, jak się to kilku mało 

przewidującym kobietom przytrafiło.  Nieoceniony Puna znalazł  się w pobliżu.  Gramoląc się 

na  czworakach  i  turlając  przed  sobą  Violet,  zaczęli  odrabiać  żmudnie  tę  drogę,  którą  tak 

szybko przebyli przed chwilą.  Wreszcie dotarli do małego wzniesienia,  gdzie  mogli  się czuć 

bezpiecznie przed zalewem, przynajmniej na razie. 

Deszcz siekł bez przerwy. Skutkiem gwałtowności wichru wielkie krople biegły przez 

powietrze,  jak  gdyby  były  kulkami  grochu.  Siła  natężenia  wiatru  rosła  z  każdą  sekundą,  a  z 

nią  także  wysokość  gór  wodnych.  Fale  przelatywały  już  teraz  ponad  ścieżką  na  grobli, 

odcinając w ten sposób drogę większej części wyspiarzy. 

Wtem głuchy trzask! Jakby się góry skał stoczyły  w morze...  Grobla runęła podmyta 

zdradziecką robotą fal, obalona na obie łopatki pięściami huraganu. W świetle koronkowych 

błyskawic  ukazały  się  gruzy  wybudowanej  przez  Kanaków  bariery,  ostre  złomy  głazów, 

sterczące pośród spienionych odmętów i bezkształtna  masa ciał,  mielonych  na  miazgę przez 

kamień i wodę w tym diabelskim młynie. Olbrzymi bałwan wdarł się przez wyłom z rykiem 

zwycięzcy, wyrównał gruzy, zmełł resztki ludzkiego mięsa i pognał w głąb zalewu, unosząc z 

sobą grupę mężczyzn, którzy już, już docierali do zbawczego brzegu. 

Połączenie pomiędzy koralowym atolem,  na którym pozostała większość krajowców, 

a wulkaniczną wysepką, zostało zupełnie przerwane. 

background image

Ze  swego  wzniesienia  spoglądał  Ryszard  rozszerzonymi  od  grozy  oczami  na 

straszliwe  dzieło  zniszczenia.  W  migotliwym  świetle  nieustannych  błyskawic,  które  jasno 

rozwidniały  mroki,  widział  wszystko  jak  na  dłoni.  Więc  widział  rozpacz  ludzkiej  gromady, 

pozostawionej  na  niskim  atolu.  Zaledwie  kilkunastu  przytomniejszych  Kanaków  pobiegło  z 

powrotem w stronę lasu, by wspiąć się na drzewa i sznurami przywiązać się wśród koron do 

tęższych  palm.  Reszta,  ogarnięta  bezprzykładną  paniką,  pełzała  z  miejsca  na  miejsce, 

uciekając przed zalewem wciąż rosnących bałwanów. 

Więc  widział  w  oddali  wioskę  rybacką  wyspiarzy.  Jeszcze  kilka  chat  tkwiło  na 

dawnym  miejscu,  lecz  znaczna  większość  pływała  już  po  lagunie  lub  gnana  wichrem 

wykonywała  na  brzegu  zwariowane  pląsy,  koziołki  i  zjeżdżała  coraz  niżej,  coraz  bliżej  ku 

oszalałym nurtom. 

Więc,  spozierając  jeszcze  dalej,  widział  spienione  góry  wodne,  przewalające  się  po 

północnej  części  koralowego  pierścienia,  tam,  gdzie  przedtem  stała  chata  Puny,  gdzie  rosły 

palmy,  ananasy,  banany.  Palmy  rosnące  w  większych  skupieniach  trzymały  się  jeszcze  jako 

tako,  lecz  pojedyncze,  samotne  drzewa  ucierpiały  wiele  od  huraganowego  wichru.  Niektóre 

wznosiły  ku  zachmurzonemu  niebu  swe  pałki,  ogołocone  z  liści,  inne  gięły  się  jak  napięte 

łuki,  a  jeszcze  inne,  obciążone  przywiązanymi  wśród  ich  koron  ludźmi,  nie  wytrzymały 

naporu i pękły, pękły w połowie grubego pnia jak złamane zapałki. 

Ryszard zaczął się rozglądać dokoła. Wściekła ulewa przeszła w umiarkowany deszcz, 

za to wiatr dął z niesłabnącą siłą. Należało w każdym razie wyzyskać ten moment, by znaleźć 

jakieś  pewniejsze  schronienie.  Strome  zbocze  góry  osłaniało  wprawdzie  rozbitków  przed 

gwałtownością wichru, wzniesienie chroniło przed zalewem fal, lecz brakło dachu nad głową 

przed deszczem. 

Grath  zagadnął  jakąś  popłakującą  kobietę;  zapytał  ją,  czy  nie  widziała  Puny  lub  czy 

nie  wie  o  jakiej  jamie,  grocie,  domku  czy  innym  schronieniu.  Potrząsnęła  głową  przecząco. 

Na tej wysepce nikt nie mieszka prócz starego kapłana i jego towarzyszki, ale ich chata pusta. 

Wyjechali  łodzią  razem  z...  -  ucięła  nagle,  przypomniawszy  sobie  na  czas,  że  mówi  do 

człowieka obcego. 

- Więc jest przecież jakaś chata - rzekł Ryszard, podnosząc się z rozmokłej ziemi. 

Wyspiarka wzniosła obie dłonie nad głowę: 

- Ty nie iść tam... Nie iść - zawołała głośno, chcąc, by usłyszał jej głos wśród wichru. 

- Dlaczego nie mam iść? 

Przybliżyła swe usta do jego twarzy. Krzyknęła mu w samo ucho: 

- Miejsce poświęcone. 

background image

Ryszard machnął ręką wzgardliwie. Schylił się po leżącą na ziemi Violet i dźwignął ją 

jak dziecko. Na wiadomość, że gdzieś, może niedaleko stąd, znajduje się domek, gdzie można 

znaleźć  schronienie  przed  deszczem  i  wichrem,  suchy  kąt,  w  którym  można  się  będzie 

przespać, na wiadomość o tym poczuł przypływ sił i energii. 

-  Precz  z  drogi!  -  huknął  na  wyspiarkę,  która  rozłożyła  ręce  jak  drogowskaz  i 

wzbraniała  mu  wejścia  na  ścieżkę.  Odepchnął  zabobonną  kobietę.  Ruszył  śmiało  pod  górę, 

niosąc na rękach swe brzemię. Wśród ustawicznych piorunów, które zlały się w jeden ciągły 

grzmot,  wśród  blasku  oślepiających  błyskawic  szedł  pewnie  zarośniętą  trochę  ścieżyną,  nie 

widząc pełnych grozy spojrzeń wyspiarzy, którzy powtulali się tu i ówdzie w gąszcz zarośli, 

nie słysząc ostrzegawczych okrzyków Puny, który nadbiegł w tym momencie,  lecz nie śmiał 

wkroczyć na terytorium poświęconego bogom miejsca. 

- Ty pożałować tego! - zabrzmiało gdzieś z tyłu poprzez świst wiatru i ryk szalejących 

w dole bałwanów. 

Doszedłszy do polanki, wydał Ryszard głośny okrzyk radości. U stóp wysokich drzew 

ujrzał  w  świetle  błyskawicy  domek  kanacki,  przytulony  tylko  ścianą  do  prostopadłej  skały. 

Szybko minął dzielącą go przestrzeń i silnym kopnięciem otworzył drzwi. 

- Nareszcie dach nad głową - odsapnął z ulgą, złożywszy Violet na legowisku ze skór. 

Potem  zabrał  się  do  cucenia  zemdlonej.  Nie  poszło  to  łatwo,  gdyż  straszliwe  przejścia  tego 

dnia wyczerpały  ją  i osłabiły do tego stopnia,  że kiedy wreszcie otworzyła oczy,  nie  była w 

stanie ręką poruszyć. 

-  Gdzie  jestem?  -  wyszeptała  cichuteńko,  potem,  zobaczywszy  cień  Ryszarda:  -  Kto 

to? - zawołała przerażona. 

-  To  ja,  Ryszard  -  odpowiedział  miękko  i  przysiadłszy  na  krawędzi  posłania,  zaczął 

gładzić ręką jej zmoczone włosy. Uśmiechnęła się radośnie. Słabym ruchem dłoni przyzwała 

go, by się nachylił i szepnęła: 

-  Tak  się  czegoś  lękam...  Przytul  mnie,  Rysiu,  i  bądź  blisko...  całkiem,  całkiem 

blisko... Chcę czuć twój oddech, darling. 

...Na dworze szalał huragan aż do świtu... 

background image

   

ROZDZIAŁ X 

 

Uwięzieni 

- Troje dzieci straciłem, o Kalohi!... 

- Mnie żonę porwało. Nawet ciała nie znalazłem. 

- Gdzie mama? Powiedz, Kalohi, gdzie mama. Czemu nie wraca?! 

- Głaz mu nogi przygniótł i wisiał tak głową w dół, póki go fale nie zmyły. Ja, matka, 

musiałam na to patrzeć... Och!... 

- Z naszej chaty ja jeden pozostałem. 

Sędziwy  kapłan  opuścił  ręce  bezradnie.  Ci,  co  nie  zginęli  w  czasie  straszliwego 

orkanu, otoczyli go teraz zwartym kołem, narzekając, lamentując, pomstując. Nie wiedział, co 

rzec  tym  biednym  ludziom,  jak  ich  pocieszyć,  jak  wytłumaczyć  przyczyny  gniewu  bogów, 

którzy na bogobojnych wyspiarzy zesłali taką burzę. A należało coś wymyślić na poczekaniu, 

bo w skargach niektórych mężczyzn zaczęła się odzywać nuta nieprzyjazna dla kapłana Lono. 

Znowu zabrzmiało ze wszystkich stron: 

- Za co nas Lono tak pokarał? Czy nie składamy mu ofiar? 

- Czy nie odbywamy dorocznej pielgrzymki do jego heiau

- Czy przy ofiarach zapomnieliśmy kiedy o Kāne? 

- Albo o Kanaloa? 

- Albo o aumakua

- Snadź lepiej o nich zapomnieć, skoro oni nas zapomnieli!... 

Cisza  zaległa  po  wypowiedzeniu  tego  bluźnierstwa,  lecz  nikt  się  za  bogami  nie  ujął. 

Kalohi zaniemówił od zgrozy. Przeszył śmiałka piorunującym spojrzeniem, ale nie rzekł nic. 

A tamten, ośmielony ogólną biernością, wystąpił naprzód i krzyknął: 

- Byłem na Kauna, na Hamoa i innych wyspach. Burza zniszczyła tam także wszystkie 

chaty, lecz tylko jeden człowiek zginął. Tylko jeden, a u nas?!... U nas nie ma rodziny, która 

by kogoś nie opłakiwała. Ale na tamtych wyspach są misjonarze. Widać ich czary mocniejsze 

od czarów naszych kāhuna. 

- Kłamiesz! - zawołał Kalohi. 

-  Ty  sam  kłamiesz!  -  wrzasnął  jeszcze  głośniej  rozzuchwalony  wyspiarz  i,  nie 

zważając na sprzeciwy kapłana, wołał: - Na Hamoa stoi biały heiau misjonarzy, z krzyżem na 

wieżyczce.  Zbudowany  jest  całkiem  blisko  brzegu.  Fale  go obmyły  ze  wszystkich  stron,  ale 

background image

nie runął... Słyszycie?!... Nie runął, choć wszystkie chaty zmiotło z atolu w lagunę! 

- Bo murowany - zacharczał Kalohi. 

-  Murowany?  Wy,  kāhuna,  zawsze  znajdziecie  jakiś  wykręt.  Więc  powiedz  mi, 

kapłanie, czy słyszałeś, by w czasie burzy zginął jaki Biały?... 

Kalohi  odsapnął  z  ulgą.  Wolał  dysputę  z  nieuczonym  krajowcem  niż  wyraźne  aluzje 

do kapłańskiego stanu. Odparł też bez namysłu: 

-  Z  pewnością  tak  było,  ale  tyś  o  tym  nie  słyszał.  Zresztą  nie  sztuka  ocaleć,  jak  się 

mieszka  na  Hawai`i,  Lāna`i,  Moloka`i,  Maui,  czy  O`ahu,  gdzie  można  się  schronić  na  stoki 

olbrzymich  gór.  Ale  sprowadź  Białych  tutaj,  na  nasz  niski  atol,  to  zobaczysz,  czy 

przetrzymają burzę. Zginą pierwej niż z was który... 

Arcykapłan chciał mówić dalej, ale przerwał mu hałaśliwy śmiech niedowiarka: 

-  Znowu zełgałeś,  Kalohi... Che,  che,  che!...  Wszyscy  jesteście świadkami, że zełgał, 

jak  wszyscy  nasi  kāhuna...  Słuchaj,  stary!...  Puna  wyratowała  dwoje  białych  rozbitków, 

mężczyznę  i  kobietę.  Od  samego  początku  cyklonu  znajdowali  się  na  naszym  atolu  i...  no, 

zgadnij!...  Żyją!...  Żyją,  Kalohi!  Chodzą  po  wyspie,  a  mieszkają  nawet  w  twej  poświęconej 

chacie i nic im się nie stało... 

- Co? W mej chacie mieszkają Biali? Coś ty powiedział, szaleńcze?! 

- Hila prawdę mówi - potwierdziło kilka głosów. 

-  Tak, Kalohi.  Burza  im krzywdy  nie zrobiła  i aumakua cię  nie pomściły za to,  że w 

twej chacie zamieszkali. To szczera prawda. 

Kalohi  w  lot  wyzyskał  zasłyszaną  nowinę.  Wgramolił  się  szybko  na  pobliski  głaz  i 

huknął na całe gardło: 

-  Bezbożni!...  Wy  śmiecie  pytać,  dlaczego  Lono burzę  zesłał,  dlaczego  żony  mężom 

odebrał, czemu dzieci osierocił? Wy ośmielacie się wypominać bogom wasze drobne ofiary? 

Padnijcie  na  twarze,  nędznicy,  i  dziękujcie  dobremu  Lono,  że  was  przy  życiu  zostawić 

raczył!... - Tu Kalohi wzniósł drżące dłonie ku błękitowi nieba i modlił się głośno: - O, wielki 

Lono,  który  gromy  dzierżysz  w  dłoni,  ulituj  się  nad  tym  ludem.  Zbłądzili,  to  prawda. 

Zgrzeszyli  ciężko,  dopuszczając  białych  najeźdźców  do  miejsca  świętego,  lecz  dosyć  już 

wycierpieli.  Ja,  twój  arcykapłan,  błagam  cię,  zachowaj  ich  w  zdrowiu,  a  ukarz 

świętokradców.  Ukarz  surowo  Białych  i  tego  bluźniercę,  i  tego  szpiega  misjonarzy,  którzy 

burzą twe święte heiau i kłaniają się przed drewnianym krzyżem. Niechaj się ich los spełni!... 

Kalohi opuścił ścierpnięte ręce. Ujął w dłonie kraj swej szaty i zaczął mruczeć jakieś 

straszliwe zaklęcia, rzucając badawcze spojrzenia w tłum. Nastała długa chwila dzwoniącej w 

uszach  ciszy.  Tylko  fale  szemrały,  jak  zazwyczaj,  tylko  lekki  wiaterek  szeleścił  wśród 

background image

wachlarzy liści palmowych. 

Hila  zrozumiał,  że  sprawy  zły  dlań  biorą  obrót.  Dzięki  częstemu  stykaniu  się  z 

rybakami  z  wysp,  na  których  pozakładali  misje  anglikańscy  duchowni,  przestał  od  dawna 

wierzyć  w  bogów  swych  ojców,  lecz  będąc  zabobonnym,  jak  wszyscy  Kanacy,  bał  się 

panicznie  tajemniczych  klątw  i  czarów  wszechmocnych  kāhuna.  Kalohi  piorunujący, 

krzyczący,  łający,  nie  budził  w  nim  najmniejszego  respektu,  lecz  ten  sam  Kalohi,  mruczący 

półgłosem  jakieś  rytualne  formułki,  rzucał  mu  na  duszę  niesamowity  lęk.  Zauważył,  że  inni 

wyspiarze, którzy przedtem solidaryzowali się z nim wyraźnie, teraz odsunęli się jak najdalej 

i  spoglądają  nań  spode  łba.  Chciał  znowu  głos  zabrać,  zdemaskować  starego  oszusta, 

powiedzieć  braciom,  że  on  kłamie,  bo  wszakże  burza  rozszalała  na  oceanie,  zanim  Biali 

wstąpili  na  teren  poświęconego  miejsca,  że  zatem  nie  mogła  być  karą  bogów,  gdyż 

przestępstwo jeszcze wtedy miejsca nie miało... to wszystko chciał powiedzieć, lecz nie mógł. 

Jakaś  tajemnicza  siła  promieniowała  z  sylwetki  arcykapłana  i  zimną  pieczęć  milczenia 

położyła na drżących wargach niedowiarka. Nagle drgnął silnie. 

  Kalohi zaprzestał modłów. Wyciągnął w jego stronę swą długą kościstą rękę i rzekł głosem 

uroczystym: 

- Hila, słuchaj!... Bóg przemawia przeze mnie. 

- Słu... cham - wyszeptały zbielałe wargi wbrew woli. 

- Iżeś bluźnił przeciwko bogom, zginiesz... 

- Oha!... Oha!... - zabrzmiało wśród przerażonego tłumu. 

Hila  zgiął  się  wpół.  jak  gdyby  jakaś  potężna  ręka  pochwyciła  go  za  kark  i  pochyliła 

głowę nisko ku ziemi. Kalohi skandował dalej, tonem coraz bardziej triumfalnym: 

- Zginiesz jeszcze tej nocy... Ostatni raz słońce oglądasz. Módl się i błagaj bogów, by 

ciało twe w ziemi spoczęło. Może wyżebrzesz tę łaskę... 

- Oha!... - jęknął zgnębiony człowiek. 

Kalohi  nie  raczył  nań  spojrzeć  więcej.  Polecił  wyspiarzom  powrócić  do  zburzonej 

wioski i pracować nad odbudowaniem swych domków. Kiedy odeszli wśród niskich ukłonów, 

skinął  dłonią  w  stronę  czekających  wioślarzy,  którzy  go  tutaj  przywieźli.  Wydzielił  z 

dwunastki dwóch najtęższych drabów i zaczął im coś szeptem wykładać. Potakiwali na znak, 

że rozumieją. 

- I zaczekacie, dopóki nie przyjdę... Tylko, żeby wam nie uciekł!... - rzucił ostro. 

-  Nie  ucieknie  -  odpowiedzieli  równocześnie.  Potrząsnęli  przy  tym  pięściami  w  taki 

sposób,  że  uspokojony  oddalił  się  szybko  w  kierunku  łodzi.  Pozostała  dziesiątka  wioślarzy 

powitała go głośnym okrzykiem. Chwilę później  długa,  wąska  łódź odbiła od brzegu i przez 

background image

kanał, jeszcze bardziej rozszerzony po ostatniej burzy, wyszła z laguny na morze. 

- Płynąć wzdłuż brzegu! - padł krótki rozkaz. 

W ciągu dwugodzinnej jazdy arcykapłan nie raczył przemówić ani słowa. Tylko kiedy 

łódź, płynąc równolegle do zewnętrznego brzegu atolu, chciała skręcić na południe, w zatokę, 

przeciętą w najwęższym  miejscu zburzoną dziś groblą,  kiwnął ręką,  by płynąć dalej,  prosto. 

Wioślarze, przywykli do ślepego posłuszeństwa, nie protestowali, choć po dzisiejszej długiej 

podróży upadali ze zmęczenia, choć rozpalona do czerwoności tarcza słońca zanurzyła się już 

dawno w fale oceanu. Kalohi rozkazał płynąć prosto, więc popłyną choćby na kraniec świata, 

jeśli sił starczy. 

Tymczasem  stary  arcykapłan  bił  się  z  myślami.  Położenie  jego  nie  było  łatwe.  Para 

rozbitków,  ocalona  przez  jednorękiego  Punę,  wtargnęła,  świadomie  czy  nieświadomie,  na 

terytorium poświęcone, czyli dopuściła się świętokradztwa, które śmiercią tylko ukarane być 

może, według odwiecznych praw Kanaków. Poza tym on sam wytłumaczył wyspiarzom, że to 

właśnie  było przyczyną gniewu bogów,  że to sprowadziło  niebywały cyklon... Ale,  niestety, 

ci dwoje byli Białymi, a Białych bezkarnie zgładzić nie wolno. Stars and Stripes

1

 powiewają 

wszędzie  na  wyspach  Hawajskich.  Do  jakiejkolwiek  zawitasz  przystani,  wszędzie  ujrzysz 

gwiaździstą banderę. 

Stary  Kalohi  miał  pamięć  młodą  i  pamiętał  doskonale  te  czasy,  kiedy  Zjednoczone 

Stany  ogłosiły  aneksję  archipelagu.  Garstka  zapaleńców  chwyciła  za  broń,  ale  cóż  to 

pomogło?  Kilku  rozstrzelano,  kilku  powieszono  na  drzewach  dla  przykładu,  resztę 

wywieziono  dokądś  i  nikt  z  nich  nie  powrócił.  A  sędziwy  Pahoa,  po  którym  Kalohi  stolec 

arcykapłański  odziedziczył,  zawisł  na  palmie  przed  własną  chatą,  powieszony  nie  wiedzieć 

przez kogo, ani kiedy, ani dlaczego. Bo przecież nikt z Białych nie powinien był wiedzieć o 

tym,  że  Pahoa  był  duszą  powstania  przeciwko  białym  najeźdźcom.  Chyba  że  znalazł  się 

zdrajca...  Otóż to  właśnie!  Zdrajca!  Kto  może  ręczyć,  że  wśród tych  wyspiarzy  nie  znajdzie 

się ktoś, kto przy pierwszej lepszej sposobności opowie sąsiadomrybakom, że para rozbitków 

znikła  w  tajemniczy  sposób.  Kalohi  nie  miał  najmniejszej  wątpliwości,  że  w  takim  razie 

podejrzliwi  urzędnicy  jego  przede  wszystkim  wezmą  na  spytki.  Puna  będzie  musiał 

świadczyć i inni, i Hila... 

-  No,  ten  już  nie  -  mruknął  arcykapłan,  uśmiechając  się  złowrogo.  Potem  westchnął 

głęboko i szczerze: - Ach, czemu z nimi nie można się załatwić, jak z tym szpiegiem czciciela 

krzyża! 

Wioślarze  widzieli,  że  wargi  patriarchy  poruszyły  się  kilkakrotnie.  Sądząc,  że  rzuca 

jakieś rozkazy, przestali wiosłować i nadstawili ucha. 

background image

Kalohi zorientował się momentalnie w sytuacji: 

- Czemu nie lądujecie? Drugi raz już powtarzam - rzekł, marszcząc się gniewnie. 

Łódź  zawróciła  na  miejscu.  Jej  dziób  mierzył  teraz  w  środek  wulkanicznej  wysepki. 

Dziesięć brązowych ciał pochyliło się naprzód, potem zgodnym ruchem szarpnęło w tył. 

Kiedy przybili do brzegu, Kalohi wysiadł sam, polecając, by zaczekano nań, póki nie 

wróci. Znikł szybko z oczu wioślarzy, zasłonięty zbitą ścianą zarośli.  Miał duży szmat drogi 

do  zrobienia,  gdyż  chata  na  polance  leżała  po  drugiej  stronie  stożkowatej  góry.  Idąc, 

rozmyślał  wciąż,  jak  należy  postąpić  z  zabłąkaną  parą  rozbitków,  by  na  wypadek  jakichś 

poszukiwań  móc  się  powołać  na  świadectwo  wszystkich  wyspiarzy,  że  się  do  śmierci 

przybyszów nie przyczynił. 

-  Mam!  -  krzyknął  prawie  głośno  i  przysłonił  sobie  usta  dłonią,  gdyż  zaszedł 

tymczasem  w  bezpośrednie  sąsiedztwo  polanki.  Posuwał  się  od  tej  pory  bardzo  ostrożnie. 

Przystawał  co  chwila,  okrążał  miejsca  niezalesione,  lękając  się,  by  cień  nie  zbudził 

ostrożności  intruzów.  Potem  czekał  czas  dłuższy.  Trzeba  było  nareszcie  się  wynurzyć  z 

zarośli  na  skąpaną  w  srebrnych  blaskach  księżyca  polanę.  Nadsłuchiwał.  Dokoła  panowała 

bezwzględna cisza. Podbiegł do zamkniętych drzwi własnej chaty. Nacisnął je lekko, lecz nie 

ustąpiły.  Były  od  wewnątrz  zaparte.  Nie  zmartwił  się  jednak  tym  szczegółem.  W  tylnej 

ścianie domku znajdowało się drugie wejście,  doskonale zamaskowane.  Otworzył  je  i  stanął 

w izbie. 

Gdzieś na zewnątrz  rozległ się suchy  łoskot. Prawdopodobnie dojrzały kokos spadł z 

palmy na ziemię i trafił w jakąś deskę, bo zadudniło silnie. 

Kalohi zamarł w bezruchu. Plecami przylepił się do ściany i tworzył z nią jedno. Oczy 

zmrużył tak silnie, że tylko maleńkie szpareczki pozostały. Wiedział dobrze, że oczy ludzkie 

fosforyzują  trochę  i  mogą  łatwo  zdradzić  jego  obecność.  A  należało  zachować  wszelkie 

ostrożności,  bo  kiedy  przeklęty  kokos  spadł  z  drzewa,  w  rogu  chaty  poruszyło  się  coś 

podejrzanie. 

W  tym  właśnie  kierunku  zwrócił  Kalohi  głowę.  Spod  gęstej  firanki  rzęs  patrzał. 

Widział doskonale, bo światło księżyca, wdzierające się przez pusty otwór okienny, świeciło 

śpiącym  prosto  w  twarze.  Mężczyzna  leżał  na  wznak,  obejmując  prawą  ręką  szyję  kobiety, 

która przechyliła swą twarzyczkę, jak gdyby szeptała mu coś do ucha. Uśmiechała się słodko, 

przeżywając zapewne we śnie wieczorne pieszczoty. 

Kalohi  wciąż  patrzył.  Patrzył  z  nienawiścią.  Oto  miał  przed  sobą  białą  kobietę  i 

białego mężczyznę, dwoje przedstawicieli przeklętej rasy. Tej rasy, która zawładnęła pięknym 

krajem  Kanaków,  która  mężnych  wojowników  zepchnęła  z  piedestału  rycerskiej  glorii  do 

background image

rzędu  robotników  portowych,  pasterzy  cudzych  stad  bydła,  cudzych  owiec,  rolników, 

majtków,  rybaków,  wszystkich  pracujących  w  pocie  czoła  na  rachunek  białych  najeźdźców. 

Tej  rasy,  która  dzięki  swej  zamożności,  dzięki  alkoholowi  i  narkotykom,  uczyniła  dumne, 

urodziwe  córy  wysp  Hawajskich  płatnymi  tancerkami,  kelnerkami,  służącymi,  a  przede 

wszystkim  w  znacznej  większości  prostytutkami.  Tej  rasy,  która  wyrwała  berło  z  rąk 

dawnych  panów  tego  kraju,  a  przepotężnych  kapłanów  strąciła  do  roli  jakichś  wróżbitów 

jarmarcznych, szarlatanów, błaznów, których się toleruje łaskawie... do czasu... 

Oto  on  sam,  następca  arcykapłanów,  przed  którymi  drżało  niegdyś  pół  miliona 

dorodnego  ludu,  z  trudem  zdołał  dziś  zachować  swój  mocno  nadszarpnięty  autorytet  na  tej 

biednej wysepce i w kilku zaledwie wioskach na Hawai`i. Oto ci dwoje wdarli się aż tutaj, aż 

do  jego  zagrody,  i  on  nie  może  ich  kazać  związać,  nie  może  ich  uśmiercić  przykładnie, 

publicznie,  dla  przestrogi  innych  zuchwalców,  bo  uzależniłby  się  od  całej  gromady  ludzi. 

Jakiś  zatarg  najmniejszy  lub  nawet  prosta  gadatliwość  mogłaby  spowodować  przybycie 

sinostalowego torpedowca z gwiaździstą flagą. Żadna moc ni czary żadne, nie wyrwałyby go 

wtedy  z  rąk  białych  sędziów,  dla  których  arcykapłan  Kalohi  czy  nędzny  kulis  chiński  to 

jedno. 

Więc  nie  może  wystąpić  otwarcie.  Musi  się  uciec  do  podstępu,  musi  kłamać  wobec 

swoich, że tutaj w ogóle nie był i do śmierci rozbitków się nie przyczynił. 

Przeświadczenie  o  własnej  bezsilności,  a  przede  wszystkim  przeświadczenie,  że 

tolerując pozornie karygodną obecność białych w swej chacie, przekona wyspiarzy o własnej 

bezsilności, najwięcej drażniło kapłana. 

Więc  oczy  jego  ziały  straszliwą  nienawiścią,  a  dłoń  ścisnęła  kurczowo  głownię 

sztyletu, skrytego w fałdach szaty. 

Violet, jakby odczuła ostrze zabójczych spojrzeń, przestała się uśmiechać. Objęła ręką 

ramię Ryszarda i przytuliła się doń całym ciałem. 

Kalohi  czekał  cierpliwie.  Kiedy  usłyszał  znowu  zgodny  rytm  oddechów,  przykucnął, 

położył się na ziemi. Pełzał ostrożnie w stronę łoża. Jego bystre oczy dojrzały w cieniu łupiny 

wypróżnionego kokosu. Spełniały rolę misek i były napełnione wodą. 

Kalohi zmienił plan działania. Widok wody, przeznaczonej prawdopodobnie do picia, 

nasunął mu nową myśl, którą natychmiast wprowadził w czyn. Zaczołgał się w przeciwległy 

róg  izby,  powstał  i,  macając  rękami  uważnie,  wyszukał  wśród  rupieci  flaszkę  po  mineralnej 

wodzie.  Butelka  była  zamknięta  hermetycznie  i  zachlupotała  w  niej  jakaś  ciecz  zielonkawa. 

Powrócić do legowiska śpiącej pary, wlać po kilkanaście kropel tajemniczego płynu do każdej 

miseczki  i  podpełznąć  znowu  ku  zamaskowanemu  wyjściu  było  dziełem  następnego 

background image

kwadransa. 

Violet dźwignęła się na łokciu. 

- Rysiu!... Rysiu! - rzekła półgłosem, tarmosząc delikatnie kochanka. 

- Co?! Co się stało? - pytał zaspany. 

- Nie słyszałeś? Zdawało mi się, że tu ktoś chodził. 

- Przed chatą? 

- Nie, tu, w izbie. 

- Nonsens, darling! Drzwi zaparłem od środka. 

- Ale okno. 

-  Nie,  dziecinko. Na oknie poustawiałem  sterty  małych kokosów. Narobiłyby  hałasu, 

gdyby je kto potrącił. Musiało ci się śnić tylko. 

- Ależ przysięgam... 

-  Nie  przysięgaj  nigdy  -  odparł  żartobliwie  i  pogładził  jej  policzek.  -  Czy  ty  nie 

gorączkujesz? - zauważył zaniepokojony. - Jesteś taka rozpalona. 

- Może... Czy ja wiem... Daj mi trochę wody. 

Ryszard  wyciągnął  rękę.  Pochwycił  najbliższą  łupinę  kokosową  i  podał  ją  swej 

towarzyszce. Piła chciwie, dużymi haustami. 

- Ryby, które wczoraj zakupiliśmy od Puny były piekielnie słone - zażartował, bo soli 

na wyspie nie było zupełnie. - Pozwól, że i ja się dla towarzystwa napiję. 

Violet przytuliła się do jego boku i zaczęła opowiadać sennym głosem: 

-  Masz  rację...  Musiałam  śnić...  Zdawało  mi  się  tylko,  że  słyszę  kroki...  Ale  sen 

miałam nieprzyjemny... Byliśmy w jakiejś ogromnej pieczarze we trójkę. 

- We trójkę? To znaczy my i John? 

- Nie. My i Ralph. Byliśmy przywiązani do żelaznych kółek, wbitych w ścianę skalną. 

Cztery  pochodnie  rozjaśniały  mroki.  Ich  migotliwe  płomienie  kołysały  się  leniwie.  Ralph 

patrzył  na  nas  wzrokiem,  w  którym  przebijało  przerażenie,  graniczące  z  obłędem...  Nagle 

zabrzmiały kroki... Gdzieś w końcu bardzo długiego tunelu zabłysło światełko. Rosło szybko. 

Wszedł starzec... Och!... Jaki on był  straszny! Podszedł do każdego z nas, drżącymi palcami 

dotykał  naszych  ramion,  piersi,  łydek  i  uśmiechał  się  złowrogo.  Pieczeń  będzie  niezła  - 

rzekł... 

- W jakim języku? 

- Po angielsku. 

- Więc to był Biały? 

-  Nie.  Kanak.  Na  pewno  Kanak.  Nie  zapomnę  nigdy  jego  twarzy:  kiedy  mówił  te 

background image

straszne słowa,  oczy  jego świeciły  jak rozżarzone węgielki.  Brrr!... Rysiu!...  Drżę cała  na to 

wspomnienie... 

Objął  ją  serdecznie  i  uspokoił  jak  mógł,  a  kiedy  mu  słów  brakowało,  całował  jej 

rozchylone  usteczka,  jej  duże  oczy,  jej  włosy.  Delikatna  pieszczota  była  chyba  lepszym 

argumentem  od  wszelkich  słów,  bo  Violet  przestała  się  lękać.  A  kiedy  usłyszała  jego  szept 

błagalny, rzekła z udanym oburzeniem: - To byłaby zdrada. Jeszcze nie otrzymałam rozwodu. 

Jeszcze jestem małżonką Ralpha. 

-  Nie,  kochanie  -  odparł  bardzo  poważnie.  -  Ralph  skazał  cię  na  śmierć,  na  okrutną 

śmierć.  Umarłaś  dla  niego  na  zawsze.  Teraz  jesteś  moją  żoną.  Słuchaj,  darling:  Ja,  Ryszard 

Grath,  biorę  sobie  ciebie  za  małżonkę  i  przysięgam  na  Boga,  że...  -  urwał  nagle,  bo  na 

zewnątrz chaty zachrobotało coś podejrzanie. 

- Słyszałeś, Rysiu? Tak jak przedtem. 

- Cicho, maleńka - odparł również szeptem. - Jakieś zwierzę zapewne... lub ptak. 

Nadsłuchiwali dłuższą chwilę. Tajemniczy szelest nie powtórzył się więcej, lecz kilka 

minut  później  zabrzmiał  gdzieś  dalej  śmiech  straszny,  złowrogi,  szatański.  Było  to  jakby 

szczekanie obłąkanego. 

Ryszard porwał się, by wybiec z chaty, lecz Violet przytrzymała go z całej siły: - Nie 

pozwolę!... Nie pozwolę! - mówiła, szczękając zębami. 

- Dziecko jesteś, ale i ze mnie osioł skończony, żeby się zrywać dla lada głupstwa. Po 

tym, co przeżyliśmy z łaski Ralpha, nie powinien był nas przestraszyć śmiech jakiegoś idioty. 

- Więc ty myślisz... 

-  Ja  myślę  -  przerwał  niecierpliwie  -  że  nie  było  się  czym  przejmować.  Dla  mnie  to 

zupełnie  zrozumiałe.  Któraś  z  tych  nieszczęśliwych  kobiet,  które  w  czasie  cyklonu  dzieci 

straciły, zwariowała i włóczy się po obu wyspach. 

- To nie był śmiech kobiety. To był głos męski. 

Ryszard  nie  mógł temu spostrzeżeniu odmówić słuszności,  lecz dla uspokojenia swej 

towarzyszki zaczął obracać w żart całe zajście, mówiąc, że oboje ulegli złudzeniu. 

- Nie, nie - przeczyła - Ja wiem, co to było. 

- No? 

- To był znak, iż nie wolno mi zapominać, że jeszcze nie przestałam być żoną Ralpha, 

że nie wolno mi... 

- Ech! -  mruknął,  niezadowolony  z takiej  interpretacji.  -  Jak zresztą chcesz.  Możemy 

się nadal  bawić w rodzeństwo.  Dobranoc,  siostrzyczko -  dodał  ironicznie  i  ziewnął szeroko. 

Zasnął też rzeczywiście niebawem, ale Violet czuwała,  nadsłuchiwała jeszcze z pół godziny. 

background image

Dopiero wtedy zmożona, wyczerpana zasnęła, czując dziwny chaos w myślach. 

A tymczasem arcykapłan Kalohi powracał do oczekujących go wioślarzy. 

Była  to  chwila  wielkiej  ciszy  morskiej.  Najlżejszy  wiaterek  nie  marszczył  czoła 

sędziwego morza, nie szemrał wśród listowia bujnej roślinności, która zarastała niemal każdy 

cal  urodzajnej,  wulkanicznej  gleby.  Maleńkie  fale,  nie  większe  od  tych,  jakie  ujrzysz  na 

jeziorku  czy  wielkim  stawie,  kołysały  delikatnie  długi,  lśniący,  jak  ze  srebrnego  brokatu 

warkocz  miesiąca,  a  potem  udzielającym  się  ruchem  sunęły  bezszelestnie  do  brzegu,  by  z 

cichym westchnieniem skonać na piasku. 

-  Zepchnąć  łódź! -  rzekł  Kalohi,  wynurzając się  niespodzianie z gąszczu.  Czuwający 

wioślarz zbudził kolegów kilkoma szturchańcami i w dwie minuty później maleńki stateczek 

pędził  przez  skąpaną  w  księżycowej  poświacie  toń  morza,  gnany  siłą  dziesięciu  par 

muskularnych ramion. 

Kiedy  po  dwugodzinnej  jeździe  znaleźli  się  w  lagunie,  Kalohi  rzucił  krótki  rozkaz. 

Wiosła wstrzymały się w pół drogi, wioślarze zastygli w bezruchu. Długa łódź mknęła jeszcze 

przez  chwilę  nabytym  rozpędem,  lecz  coraz  wolniej,  coraz  wolniej,  aż  stanęła  i  kołysała  się 

leciutko w odległości dobrych stu kroków od brzegu. 

Kalohi złożył dłonie przy ustach w trąbkę i zakwilił dwa razy, naśladując do złudzenia 

głos mewy. 

Cisza  panowała  dokoła.  Ludzie  posnęli  dawno,  i  ptaki,  i  drzewa.  Wyniosłe  palmy, 

które  ocalały  po  strasznym  cyklonie,  drzemały  spokojnie  w  sinych  blaskach  księżyca; 

przebolałyjuż stratę wszystkich owoców, opłakały śmierć tylu siostrzyc i wznosiły dumnie ku 

szafirowym niebiosom swe piękne pióropusze. 

Kalohi odczekał dłuższą chwilę, potem zakwilił znowu. Nadsłuchiwał uważnie. Nic!... 

Żadnej odpowiedzi. Grobowa cisza zakłócona tylko melodyjną gamą delikatnych tonów, jakie 

wydzwaniały fale na zewnętrznym dnie łodzi. Ting, tang, tang, ting... Ting, tang, tang, tang, 

ting  -  oto  zwykła  mowa  morza.  Można  ją  słyszeć  w  każdej  przystani,  usiadłszy  przy  burcie 

zakotwiczonego kutra czy na ławeczce stojącego czółna. Ludzie nieczuli,  niewrażliwi nazwą 

to chlupotaniem, nie rozumiejąc dźwięcznego fal języka. A przecież to rozmowa. Tematu nie 

braknie im nigdy, bo zbyt wiele mają wspólnych wspomnień, obaw i nadziei wspólnych. 

Kalohi  zmarszczył  się  gniewnie.  Już  po  raz  trzeci  wznosił  dłonie  ku  ustom,  kiedy  z 

atolu zabrzmiał dwukrotnie piskliwy głos  mewy.  Zabrzmiał  jak gdyby z tego miejsca,  gdzie 

jeszcze kilka dni temu stała chata Puny, a gdzie obecnie pozostało zaledwie kilkanaście na pół 

zniszczonych krzewów bananowych. 

Arcykapłan  polecił  skierować  łódź  w  stronę  źródła  głosu.  Wysiadłszy  na  brzeg, 

background image

przemówił łaskawie: 

-  Dosyć  na  dzisiaj.  Popłyńcie  do  wioski  i  prześpijcie  się,  by  zebrać  nowe  siły.  Jutro 

wyruszymy w dalszą drogę. 

- Wyruszymy skoro świt? - spytał starszy wioślarz. 

- Zaspałbyś, śpiochu... Wypłyniemy dopiero pod wieczór. A teraz znikajcie mi z oczu 

czym prędzej. Chcę sam zostać i wezwać dobre aumakua. 

Wioślarzom  nie  trzeba  było  dwa  razy  powtarzać.  Paniczny  strach  przed  duchami 

przynaglał ich do pośpiechu skuteczniej niż perspektywa posiłku, a przede wszystkim dobrze 

zasłużonego  wypoczynku.  Pracowali  wiosłami  z  oszałamiającą  szybkością  i  długa  łódź 

mknęła poprzez uśpioną lagunę z chyżością motorówki. 

Kalohi spoglądał za odjeżdżającymi z drwiącym uśmiechem. 

-  Muszę  im  częściej  o  duchach  wspominać  -  mruknął.  -  Zaraz  im  sił  przybywa, 

próżniakom. 

  Odczekał jeszcze jakiś czas, a kiedy łódź przebyła z połowę drogi, ruszył żwawo w kierunku 

bananów. Rosły Kanak wybiegł naprzeciw i powitał go czołobitnym pokłonem. 

- Jest? - spytał Kalohi. 

- Jest. 

- Związany dobrze? 

- Bardzo dobrze. 

- Prowadź więc. 

Drugi Kanak, siedzący w kucki na ziemi, zerwał się na widok nadchodzącego kapłana. 

Kalohi nie raczył nawet spojrzeć w stronę wiernego sługi. Podbiegł czym prędzej do leżącego 

na wznak człowieka i z całej siły przygniótł mu brzuch kolanami. 

-  Hila!...  - poznajesz  mnie? -  zacharczał,  pochylając się nad ofiarą.  - Wróżyłem  ci że 

zginiesz tej nocy... I zginiesz! 

Wyspiarz miał oczy szczelnie zamknięte, nie śmiąc spojrzeć na prześladowcę. 

- Hila! - ciągnął Kalohi. - Mówiłem ci z wieczora: Módl się i błagaj bogów, by ciało 

twe  w ziemi spoczęło. Może wyżebrzesz tę łaskę - tak ci mówiłem... Wstawiałem się za tobą, 

lecz rzekł  mi Lono, co gromy dzierży w dłoni:  Nie!... Bluźnił przeciw mnie,  więc ciało jego 

rzucisz rybom na pożarcie... 

Dreszcz  przerażenia  wstrząsnął  ciałem  skazańca  lecz  powiek  me  rozwarł.  Kalohi, 

zniecierpliwiony  rzucił  krótki  rozkaz.  Dwaj  olbrzymi  schylili  się,  chwycili  związanego  za 

nogi i ramiona. 

- Za mną! - zabrzmiała komenda. 

background image

Krótki  korowód  wynurzył  się  z  krzaków  bananowych,  przedefilował  wzdłuż  skraju 

lasku kokosowych palm i zmierzał szybko ku lagunie. 

- Postawcie go... Niech ostatni raz spojrzy na swoją wyspę. 

Musieli go podtrzymać, gdyż nogi się pod nim uginały i byłby runął na piasek. Kalohi 

pochylił się do ucha więźnia. Syczał zjadliwie: 

-  Hila!...  Otwórz  oczy!...  Zobacz,  jaki  świat  jest  piękny...  Na  twym  czole  usiadł 

komar...  Czujesz  go?  Maleńki  owad,  jakich  milion  mógłbyś  zabić  jednym  uderzeniem  ręki. 

Maleńkie, kruche stworzonko, którego życie liczy się często na minuty... A jednak ten komar 

cię przeżyje... Będzie ssał krew z twego trupa... 

Nieszczęśliwy  Kanak wzdrygnął  się  i ku radości arcykapłana otworzył oczy szeroko, 

bardzo szeroko. Zdawało się, że z orbit wyjdą. Nie żebrał jednak spojrzeniami o miłosierdzie. 

Wiedział,  że  serca  kāhuna  ani  zbirów  nie  znają  litości.  Więc  unikając  szyderczego  wzroku 

kapłana spoglądał w dal, ku na pół zburzonej wiosce rybackiej, gdzie się urodził, wychował, 

gdzie był szczęśliwy aż do dnia, w którym ostatni huragan zabił mu żonę i dziecko. Rozumiał, 

że żadna moc ocalić go nie zdoła. Pogodził się ze swym losem. Kiedy usłyszał wyrok śmierci 

na  siebie,  szedł  brzegiem  morskim,  żegnając  się  z  każdą  palmą,  z  każdą  zatoczką,  w  której 

ryby zwykł był łowić. Nie bronił się ani nie uciekał, kiedy dwóch drabów wypadło z zarośli i 

rzuciło  się  na  niego.  Uległ  łatwo,  pozwolił  się  związać,  lecz  teraz  nagle  zbudziło  się  w  nim 

pragnienie życia. Teraz życie wydało mu się tak piękne... 

-  Przewrócić  go!  -  warknął  Kalohi,  dostrzegłszy  jakieś  energiczniejsze  błyski  w 

oczach skazańca. 

Jedno pchnięcie wystarczyło. Mając nogi w kostkach skrępowane, runął Hila jak kłoda 

na piasek. 

Kalohi  sam  kierował  egzekucją.  Oprawcy  weszli  do  wody  po  kolana,  niosąc  ofiarę 

między sobą. 

-  Głową na dół -  padł rozkaz... - Powoli!...  powoli!...  niech się czoło tylko zanurzy... 

Hej, Hila!... Jeszcze raz spojrzyj na mnie... 

Hila  sprężył  się  rozpaczliwym  wysiłkiem  muskułów.  Jak  taranem  walił  głową  po 

udach  tych.  Co  go  trzymali.  Znać  było,  że  chce  za  wszelką  cenę  wypluć,  wypchnąć  na 

zewnątrz olbrzymi knebel, który mu połowę jamy ustnej wypełniał. 

- Zanurzyć głębiej, aż po usta... Hej, Hila!... Żegnaj!... Aloha! 

Dwaj silni oprawcy z trudem utrzymali swą ofiarę. Smukłe nogi, choć związane, choć 

ściśnięte  kleszczami  czterech  dłoni,  wiły  się,  wyślizgiwały,  wymykały.  Gibkie  ciało  rybaka 

miotało się z przeraźliwą szybkością i siłą. Jego związane ręce prężyły się tak gwałtownie, że 

background image

krępujące  je  postronki  wżerały  się  głęboko  w  napiętą  skórę,  w  mięso.  Jego  głowa,  pragnąc 

uniknąć  zetknięcia  z  wodą,  kołysała  się  ruchem  wahadłowym  tam  i  na  powrót.  Tam  i  na 

powrót,  bardzo  szybko,  potem  wolniej...  wolniej,  coraz  niżej,  coraz  słabiej,  aż  zwisła 

prostopadle. 

- Niżej, mówiłem! 

Zbirom  ręce  ścierpły  już  dawno,  więc  bardzo  skwapliwie  wykonywali  rozkaz. 

Szamocące się ciało zjechało o dobry decymetr. Jeszcze ostatni rozpaczliwy wysiłek, jeszcze 

ostatni raz głowa wynurzyła się z wody o własnej mocy, potem opadła bezwładnie. Na trochę 

spienionej  powierzchni  zabulgotały  małe  banieczki  powietrza.  Był  to  ostatni  wydech  płuc 

skazańca. 

- Oha! - wrzasnął jeden z oprawców. Ostre paznokcie związanych rąk tonącego wpiły 

się,  wczepiły,  wżarły  w  udo  wioślarza.  Rosły  Kanak  przeraził  się  do tego  stopnia,  że  puścił 

czym prędzej  nogi Hili,  a  jego strach udzielił się  koledze.  Bezwładne ciało wpadło w wodę, 

lecz zaciśnięte palce  nie rozluźniły  śmiertelnego uścisku.  Kalohi rad  nierad  musiał wejść do 

wody  i  ratować  swego  wspólnika  z  przykrej  sytuacji.  Udało  im  się  w  końcu  rozprostować 

palce zmarłego, zakrzywione na kształt sępich szponów. 

- Rozwiązać go i zepchnąć na głębinę. 

Kalohi  powrócił  na  brzeg.  Otrząsając  się  po  nadprogramowej  kąpieli,  obserwował 

swych  oddanych  służących.  Widział,  z  jakim  zabobonnym  lękiem  popychają  przed  sobą 

martwe ciało, uważając na ręce, które jednemu z nich tak bolesną zgotowały niespodziankę. 

-  Baby...  tchórzliwe!  -  mruknął.  Nagle  uczuł,  że  krew  mu  napływa  do twarzy,  że  go 

wstyd  pali,  wstyd  przed  sobą  samym.  Czyż  on,  potężny  niby  czarownik,  prawy  następca 

arcykapłanów,  nie  jest takim samym tchórzem  jak tamci dwaj oprawcy  lub  nawet gorszym? 

Czy mógłby zgładzić bezkarnie świętokradcę w biały dzień? Nie, bo uzależniłby się od całej 

wioski  i  lada  donos  mógłby  go  zaprowadzić  przed  białych  sędziów,  a  potem  na  krzesło 

elektryczne.  Czy  może  się  przyznać,  że  Hila  nie  utonął  skutkiem  przypadku?  Także  nie. 

Przeciwnie,  musi  twierdzić,  iż  spotkała  go  kara  z  ręki  obrażonych  bogów,  uzależniając  się 

tym  samym  tylko  od  obu  wspólników.  Musi  im  nakazać  milczenie.  Nie  wolno  mu 

występować otwarcie. Jest bezsilny. Dobrze jeszcze, że chodzi tu o śmierć jednego krajowca. 

Tym się nikt z białych urzędników zbytnio nie przejmie, żadna komisja nie zjedzie. 

Kalohi  zagryzł  wargi  z  wściekłości.  Nie  mógł  się  nie  przyznać  wobec  siebie,  że  był 

tchórzem, że z obawy przed białymi urzędnikami nie uciekał się do zwykłej metody dawnych 

kāhuna, do trucizny, bo chytrzy lekarze Białych potrafią jeszcze po miesiącach rozpoznać, co 

było  przyczyną  śmierci  człowieka.  Rozkopią  nawet  roczną  mogiłę,  pogrzebią  w  szczątkach 

background image

jelit i powiedzą: trucizna. Dlatego musiał wybrać inny rodzaj śmierci dla skazańca. 

Plusk wody przerwał dumania arcykapłana. Dwaj wierni służący powracali z głębiny, 

pędząc po płytkiej wodzie na wyścigi. 

- Już! - rzekł pierwszy. 

- Prąd go unosi - dodał drugi. 

- To dobrze... A teraz pójdźcie!... Chcę wam coś powiedzieć. 

I  długo,  w  ową  noc  księżycową  tłumaczył  Kalohi  swym  wspólnikom,  że  muszą 

milczeć  jak groby,  we własnym  interesie,  gdyż  inaczej  mściwe aumakua ześlą  na nich trąd i 

śmierć w mękach. 

Co żyło, zebrało się w przystani żegnać odjeżdżającego arcykapłana. Zauważono już, 

że  Hila  zniknął  w  tajemniczy  sposób  ostatniej  nocy.  Dziwiono  się,  czemu  para  Białych  nie 

zeszła  tym  razem  do  wioski  po  ryby  i  banany.  Ktoś  wyraził  przypuszczenie,  iż  bogowie 

uśmiercili  rozbitków.  Przypuszczenie  to  stało  się  prawie  pewnością,  kiedy  słońce  pochyliło 

swą tarczę ku zachodowi, a Biali  nie pojawili  się jeszcze, a ten fakt, jako też zniknięcie Hili 

podniosły  znów  niebotycznie  autorytet  arcykapłana.  Więc  kłaniano  mu  się  w  pas,  jak  za 

dawnych  czasów,  naznoszono  całe  sterty  ryb  oraz  owoców,  które  wioślarze  Kalohiego 

ładowali z zapałem do łodzi. 

-  Już  nas  opuszczasz,  o  Kalohi?  Któż  się  nami  zaopiekuje,  skoro  ty  odjeżdżasz?!  - 

narzekał jakiś pochlebca z dobrze udanym żalem. 

-  Nim  upłynie  tyle  dni,  ile  macie  palców  u  obu  rąk,  powrócę.  A  teraz  słuchajcie 

uważnie, co powiem. 

- Słuchajcie, słuchajcie! - nawoływali się nawzajem najwięksi krzykacze. 

Kalohi odchrząknął i przemówił donośnym głosem: 

-  Nie  mogłem  zajść  do  mojej  chaty,  skoro  tam  Biali  wtargnęli.  Dzisiejszej  nocy, 

kiedyście  spali  smacznie,  ja,  wasz  kahuna,  pozbawiony  domu,  błąkałem  się  po  wybrzeżu, 

rozmawiając z dobrymi aumakua. 

Tłumy cofnęły się z respektem. Rozmawiał z duchami - biegło od ust do ust. 

-  Bogowie obwieścili  mi,  że  biali świętokradcy poniosą taką samą karę,  jaką poniósł 

bezbożny  Hila.  Utoną  przy  grobli,  która  dlatego  runęła,  że  oni  przez  nią  przeszli.  Przecież 

oparła się tylu burzom. 

- To prawda. To prawda - potakiwał ten czy ów. 

- Więc jutro idźcie w tamtą stronę i szukajcie ich ciał. ich odzieży. Ale nie prędzej jak 

jutro rano. Taka jest wola bogów. A teraz żegnajcie mi... Aloha! 

- Aloha, Kalohi!.. Aloha! - zabrzmiało zgodnym chórem. 

background image

Już  łódź odbiła od brzegu,  gdy zebrana gromada  ujrzała wyrostka pędzącego szybko 

wzdłuż brzegu laguny. 

- Hila utonął!... - krzyczał z daleka. 

-  Zaczekajcie!  -  rzekł  Kalohi  do  wioślarzy,  patrząc  ukradkiem  na  obu  wspólników. 

Ale  oni  czuli  snadź  jego  wzrok  na  sobie,  bo  nie  porozumiewali  się  z  sobą  spojrzeniami  i 

czekali na dalsze rozkazy z równą obojętnością jak reszta dwunastki. 

-  Hila  utonął!  -  powtarzał  chłopiec  i  zdyszanym  od  biegu  głosem  jął  opowiadać,  że 

fale wyrzuciły ciało bezbożnika na przeciwległy brzeg laguny. 

-  Ryby  mu  obgryzły  nos  i  palce  u  nóg.  Na  rękach  ma  jakieś  ślady,  jakby  po 

postronkach. 

- Biedny Hila. Trzeba go pogrzebać - rzekła jakaś kobieta. 

-  Milcz!  -  huknął  czujny  na  wszystko  Kalohi.  -  Milcz  i  nie  waż  się  zmieniać  woli 

bogów!  Skoro  odmówili  mu  mogiły  w  ziemi,  niech  woda  będzie  jego  grobem.  Rozkazuję 

wam zepchnąć jego ciało w fale. Czyście słyszeli? 

- Słyszeliśmy, o Kalohi. 

Gromada  krajowców,  ogarnięta  zabobonnym  strachem,  stała  w  przystani,  póki  łódź 

arcykapłana nie wyszła z laguny na morze i nie znikła w oddali. 

A  Kalohi  czekał  na  zachód  słońca.  Kiedy  zmierzch  zapadł  i  zmalały  kontury  atolu, 

polecił  wykręcić  na  zachód.  Trzy  godziny  później  wylądował  na  brzegu  wysepki 

wulkanicznej,  w  tym  samym  miejscu  co  wczoraj.  Tak  jak  wczoraj  rozkazał  wioślarzom 

czekać  na  swój  powrót,  a  sam,  dobrawszy  sobie  do  towarzystwa  zabójców  Hili,  ruszył 

znajomą  drogą  do  swej  chaty.  Tym  razem  szedł  śmiało,  nie  kryjąc  się,  nie  unikając  miejsc 

odsłoniętych.  Fakt,  że  Biali  nie  zeszli  do  wioski,  był  najlepszym  dowodem,  że  pili  wodę 

zaprawioną tajemniczym eliksirem, który kilkudniowy letargiczny sen sprowadza. 

Rzeczywiście Ryszard i Violet leżeli jak martwi. Nie obudziło ich wejście kapłana ani 

bezceremonialne  zachowanie  się  całej  trójki.  Nie  obudzili  się,  kiedy  ich  wyniesiono  z  chaty 

na polanę ani gdy blady księżyc zaświecił im w oczy prostopadle. 

-  Rozebrać  ich  do  naga!  -  Wydawszy  ten  rozkaz  odszedł  Kalohi  do  chaty,  by 

przygotować nowe mikstury czarodziejskie.  Oprawcy  nie  mieli dużo do roboty.  Ryszard był 

ubrany  tylko  w  kostium  kąpielowy,  ściśnięty  skórzanym  pasem  z  kieszonką.  Jej  zawartość 

najbardziej zaciekawiła Kanaków i nie zawiedli się w oczekiwaniach. Wewnątrz  znajdowała 

się  mała  portmonetka,  a  w  niej  list,  złożony  w  ósemkę  i  kilka  zielonych  papierków  z 

magicznym  napisem  Twenty  Dollars.  Podzielili  się  nimi  sumiennie,  a  bezwartościowy  dla 

nich list włożyli na miejsce. Potem podeszli do drugiego bezwładnego ciała. Violet miała na 

background image

sobie  strzępy  jedwabnej  kombinacji  oraz  kawałek  płótna,  nabyty  od  jakiejś  wyspiarki  za 

horrendalną cenę dwudziestu dolarów. 

-  Już?  -  spytał  Kalohi,  wychodząc  z  drzwi  chaty.  W  rękach  trzymał  łupinę  z  kokosa 

napełnioną  czarnym,  gęstym  płynem  i  dwa  naprędce  skręcone  pędzle.  Podszedł  do  swych 

pomocników.  postawił  miskę  na  trawie,  umoczył  pędzel  i  tłustawą,  oleistą  cieczą  zaczął 

smarować ramię Ryszarda.  Jego opalona skóra  przybrała  natychmiast barwę ciemnobrązową 

w tych miejscach, gdzie jej dotknęła tajemnicza farba. 

Kalohi dźwignął się z ziemi i z uśmiechem spoglądał na swe dzieło. 

- Ja teraz odchodzę na chwilę, a wy mi przemalujecie tę parkę, ale dokładnie. Żeby ani 

na palec białej skóry nie zostało!... I śpieszcie się!... 

Pozbierał  z  ziemi  pas,  kostium,  kawał  płótna  i  kombinację.  Raz  jeszcze  nakazał 

pośpiech,  potem  ruszył  wydeptaną  ścieżką  ku  tamie.  Kiedy  zniknął,  zasłonięty  krzewami, 

wyższy Kanak trącił towarzysza łokciem porozumiewawczo. 

- Może byśmy tak od niej zaczęli? Jej skóra bielsza. Będzie więcej roboty. 

-  Che,  che,  che!...  Wiem,  o  jakiej  robocie  mówisz...  Ja  także  jeszcze  nigdy  białej 

kobiety nie miałem. 

- Warto spróbować - dorzucił tamten, przyklękając przy Violet. Pochylił się nad nią  i 

nagle odskoczył przestraszony: - Ona nie żyje! Spójrz tylko!... Oczy ma otwarte. 

Rzeczywiście szparki powiek były na pół odchylone, a cudne, szafirowe oczy patrzały 

tępo w twarz Kanaka. 

Dwaj krajowcy spojrzeli po sobie. Zrobiło im się jakoś straszno. Nie bali się niczego, 

skoro  był  przy  nich  Kalohi,  wszechmocny  czarodziej,  ale  pozostawieni  sam  na  sam  z  parą 

ludzi,  którzy  raczej  na  nieboszczyków  niż  na  żywych  wyglądali,  pozostawieni  w  świętym 

miejscu, którego żaden wyspiarz za dnia przekroczyć się nie ważył, uczuli dziwną trwogę w 

sercach.  Cienie  konarów  jakiegoś  rozłożystego  drzewa  przybrały  kształt  straszliwych 

polipów. W takt rześkiej morki kołysały się lekko wielkie gałęzie hen w górze, a na murawie 

czarne  macki  pełzały,  jakby  w  stronę  przerażonych  Kanaków.  Gdzieś  z  gęstwy  oświetlonej 

sinymi  blaskami  księżyca  dobiegł  piskliwy  głosik  duszonego  ptaka.  Gdzieś  zachrzęściła 

złamana gałązka. Niesamowity nastrój uroczyska udzielił się zabobonnym krajowcom. Gdyby 

nie  surowy  rozkaz  kapłana,  byliby  najchętniej  wzięli  nogi  za  pas  i  pomknęli  ku  wiosce  z 

chyżością jaskółek. 

-  Nie  waż  się  jej  dotknąć  -  szepnął  stojący  Kanak  w  ucho  klęczącego  przy  Violet 

towarzysza. - Może ona pochodzi z rodu białych kāhuna. Może to czarodziejka!... 

-  Tttak...  ttaak  -  wybełkotał  tamten,  czując,  że  blady  strach  stanął  mu  za  plecami  i 

background image

lodowato zimną rękę położył na jego zgiętym karku. 

- Zacznijmy od niego - zaproponował pierwszy. 

Obaj przykucnęli przy Ryszardzie  i zaczęli go nacierać obficie  lepką  farbą,  ściskając 

mocno pędzelki, które wymykały się z drżących palców. 

Tymczasem  Kalohi  stanął  nad  gruzami  tamy.  Podarł  w  strzępy  odzież  swych 

więźniów  i porozrzucał  ją  na kamieniach, głazach oraz cudem ocalałej resztce  mostku.  Pasa 

podrzeć  nie  mógł.  Przyda  się  -  zawyrokował  i  rozchyliwszy  fałdy  swe  go  cudacznego 

płaszcza ścisnął się wpół Ryszardowym pasem. 

- Skończyliście? - spytał, skoro powrócił na polankę. 

- Mężczyzna prawie gotów, ale... 

- Prędzej, próżniaki, albo wezwę aumakua, by na was chorobę zesłały. 

Pomimo  obecności  opiekuna,  który  był  w  tak  zażyłych  stosunkach  z  bogami  i 

duchami.  Kanakowie  podeszli  do  Violet  z  lękiem.  Zaczęli  ją  malować  od  nóg  począwszy, 

pragnąc  jak  najpóźniej  ujrzeć  jej  półotwarte  oczy.  Kalohi  łajał,  zachęcał,  mruczał,  wreszcie 

poszedł do chaty po odpowiednią toaletę dla więźniów.  Więc Violet otrzymała spódniczkę z 

rafii,  należącą  do  starej  Kamehy,  girlandę  dobrze  zeschłych  liści  i  kwiatów,  pozostawioną 

jeszcze  przez  Lilinokalanę,  oraz  sznur  tanich  paciorków  na  szyję.  Ryszarda  ekwipunek  był 

skromniejszy. Dostał tylko czerwoną przepaskę na biodra. 

- A teraz do łodzi z nimi!... Każdy z was jedno poniesie. 

Obydwaj rzucili się z zapałem dźwigać Ryszarda. Rozpoczęli nawet głośny spór o ten 

„zaszczyt” i Kalohi musiał interweniować. 

- Prędzej! - rzekł, popychając tego, który niósł Violet, i rozmyślał nad genezą dziwnej 

metamorfozy,  która  osławionych  próżniaków  zmieniła  nagle  w  pracowitych,  chętnych 

służących, wadzących się o niesienie znacznie większego ciężaru jak o zaszczyt jaki. 

1

 Stars and stripes (ang.) - gwiazdy i pasy. 

background image

   

ROZDZIAŁ XI 

 

Zasadzka 

Mr  Dragon  posłyszał  kroki  z  tyłu,  poza  sobą.  Natychmiast  przybrał  na  twarz  maskę 

rozpaczliwego  bólu  osieroconego  małżonka,  a  szło  mu  to  już  nieźle  po  kilkudniowym 

treningu.  Pochylił  się  nieco  przez  burtę,  spoglądając  osowiałym  wzrokiem  w  zielonkawe 

nurty oceanu. 

- Ralph! - zabrzmiał głos inżyniera Le Brixa. - Przyniosłem ci dzienniki. 

Mr Dragon pochwycił przyjaciela za obie dłonie. 

- Jest?!... Jest jaka wiadomość? - wyrzucił szybko. 

-  Niestety  nie  ma  żadnej,  ale  nie  należy  jeszcze  tracić  nadziei.  Wróć  do  kabiny  i 

przerzuć  gazety...  To  nada  twym  smutnym  myślom  inny  kierunek.  W  ogóle  nie  powinieneś 

wciąż  na  pokładzie  przesiadywać.  Widok  morza,  które  koi  zazwyczaj  nerwy,  ciebie  musi 

przecież  rozdrażniać.  Jego  widok  rozdrapuje  świeżą  ranę  twej  duszy...  -  No,  chodź  -  dodał, 

obejmując towarzysza ramieniem. 

-  Nie,  nie!...  Dziękuję  ci,  przyjacielu,  za  tyle  serca,  ale...  ja  wolę  tutaj  pozostać... 

Widzisz - tu głos mówiącego zadrgał jakby wzruszeniem i załamał się. - Widzisz... ja tu sobie 

gwarzę z morzem i pytam je, dlaczego mi wyrządziło tak straszną krzywdę. 

Le Brix uścisnął mu dłonie współczująco. 

-  Rozumiem  twój  ból,  biedaku...  lecz  opamiętaj  się,  na  Boga!  Mężczyzną  jesteś!... 

Skoro chcesz, pozostawię cię tu samego... 

-  Ale będę z daleka czuwał,  byś  nie popełnił  jakiego głupstwa -  dodarł Mr Dragon z 

melancholijnym  uśmiechem.  -  To  chciałeś  powiedzieć,  mój  drogi...  Nie  przecz!...  Pomimo 

smutku, jaki mnie przytłoczył, mam oczy i nie od dzisiaj widzę, że czuwasz stale nade mną... 

Nie  lękaj  się!...  Da  Bóg,  że  przeboleję...  że  jakoś  przetrzymam,  choć...  -  tu  urwał  nagle  i 

szybkim ruchem dłoni otarł sobie oczy, które były... suche. 

Le  Brix  uczuł,  że  mu  serce  jak  wosk  mięknie.  Ucałował  przyjaciela  w  oba  policzki, 

położył na trzcinowym stoliku plik przyniesionych gazet i odszedł szybko. 

Mr  Dragon  spoglądał  zezem  za  odchodzącym.  Już  miał  się  zabrać  do  przejrzenia 

dzienników, kiedy zobaczył w drzwiach Miss Lucy Hearne. 

-  Ta  smarkula  mi  właśnie  do  szczęścia  teraz  potrzebna!  mruknął  przez  zęby...  - 

Najwyższy czas, żebym się odczepił od tego miłego towarzystwa... Tak... Dzisiaj to zrobię... 

background image

Przecież  jutro  wieczorem  mam  podziwiać  występ  primabaleriny  hawajskiej...  Na  szczęście 

niedaleko stąd do Keauhou. 

-  Boże!...  Pan  znowu  coś  szepce  -  rzekła  Lucy,  podając  rękę  małżonkowi  zaginionej 

Violet.  Potem  dodała  z  jakimś  dziwnym  uśmiechem:  -  Tak  mnie  to  przeraża  kiedy  ktoś  do 

siebie mówi półgłosem. Och, nie ma pan pojęcia, jak mnie to przeraża. 

-  Mówi  do  siebie?  Chyba  się  pani  zdawało  -  odparł  dość  opryskliwie...  -  Ani  mi  się 

śniło! Tylko obłąkani rozmawiają z sobą... 

-  Właśnie  dlatego  jestem  taka  niespokojna  -  brzmiała  dwuznaczna  odpowiedź.  -  Nie 

zdziwiłabym się. gdyby się pan na nerwy rozchorował. Pan tak kochał biedną Violet... 

Słowo tak wypadło jakoś bardzo nieszczerze. 

Nastała chwila kłopotliwego milczenia.  Usiedli oboje  naprzeciw  siebie.  Ona mi chce 

wsunąć  jakąś  szpilkę  -  myślał  Ralph  z  niepokojem,  patrząc  spode  łba  na  zagadkowo 

uśmiechniętą  twarzyczkę  dziewczyny.  A  Miss  Lucy  widziała  wzrastające  zdenerwowanie 

swego  vis  à  vis  i  przedłużała  umyślnie  chwilę  rozpoczęcia  rozmowy.  Wreszcie  wyciągnęła 

swą opaloną rękę ku leżącym na stole dziennikom. Zaczęła je niedbale przerzucać. 

- Które czasopismo lubi pan najbardziej? - zagaiła. 

- Ja?... Ja tutejszych pism prawie zupełnie nie czytuję. 

- A w New Yorku jakie pan czyta? 

-  W  New  Yorku  -  powtórzył  machinalnie,  nie  rozumiejąc  treści  pytania.  Ona  do 

czegoś zmierza - myślał i denerwował się coraz więcej. 

-  Ja  się  przyzwyczaiłam  do  tutejszych  Morning  News  -  ciągnęła  Lucy  niezrażona 

brakiem  odpowiedzi  na  swe  pytanie.  -  Ta  gazeta  ma  zawsze  najświeższe  nowiny  i  bardzo 

wyraźny druk. To dużo znaczy. 

-  Pewnie!  Dla  niektórych  czytelników  to  rzecz  najważniejsza  -  spróbował  ukąsić. 

Potem  przypomniał  sobie,  że  miał  kilka  razy  w  rękach  egzemplarz  omawianego  pisma  i 

zaczął  z  ironią:  -  Zresztą  te  wasze  Morning  News  to  pismo  brukowe,  pełne  tanich  sensacji, 

morderstw,  wężów  morskich  i  tym  podobnych  szlagierów  obliczonych  na  najgorszą 

publiczność.  Nikt  poważny  tego  nie  czyta.  Pani  chyba  zażartowała,  droga  Miss  Lucy, 

mówiąc, że to właśnie pismo jest najbardziej w jej guście. 

Lekki rumieniec przebiegł przez wysokie czoło dziewczyny. 

-  You  are  right,  Mr  Dragon  -  wycedziła  z  niemniejszą  ironią.  -  To  rzeczywiście 

brukowe pisemko. Bo czy poważny organ prasy może zamieszczać podobne notatki? Proszę, 

niech pan przeczyta głośno. 

Mr Dragon wziął podaną sobie gazetę nie bez lęku. Z intonacji głosu partnerki wyczuł 

background image

doskonale, że rzuca właśnie do gry atutowego asa. 

- Proszę, niech pan przeczyta głośno. Będziemy się mogli wspólnie uśmiać z konceptu 

brukowych  Morning  News.  O,  ten  artykuł.  Widzi  pan,  jak  szumnie  zatytułowany?  Proszę 

słuchać! 

GŁUPI DOWCIP 

czy też 

ZEMSTA ZDRADZONEGO MĘŻA! 

Mr Dragon drgnął, pochwycił aż nazbyt skwapliwie dziennik i przylepił się wzrokiem 

do ogromnych liter, jakimi wydrukowano nagłówek opisanego zdarzenia. 

- Niechże pan czyta głośno - powtórzyła po raz trzeci. 

Nolens volens zastosował się do życzenia i czytał, starając się opanować głos, który w 

miarę postępu lektury zaczynał drżeć coraz silniej: 

Walter  Tailor,  rybak,  zamieszkały  w  Napo`opo`o,  wyjeżdżając  na  połów  tuńczyków, 

znalazł  w  dniu  wczorajszym  w  zatoce  Kealakekua  zakorkowaną  butelkę  którą  fale  niosły  w 

stronę  brzegu.  Wewnątrz  wspomnianej  butelki  znajdował  się  arkusik  papieru  listowego, 

pokryty energicznym, męskim pismem. Pismo było zamazane, a częściowo zupełnie zniszczone 

przez  wodę,  która  przesiąkła  przez  dziurawy  korek  do  wnętrza.  W  każdym  razie  tekst 

zagadkowego  listu  wydal  się  uczciwemu  znalazcy  podejrzany  Powrócił  więc  natychmiast  do 

przystani i oddał znalezioną flaszkę, wraz z listem, we właściwe ręce. 

Oto jak brzmi treść tajemniczego listu: 

na progu śmierci... 

Skazałem was na śmierć i żadna moc 

was nie ocali. Wszystko dobrze ob- 

myśliłem, jak o tym mogliście się chyba 

przekonać. Macie prawo zapytać, dla- 

czego tak postąpiłem. Słusznie. Otóż 

wiedzcie, że stałem za grotą, w odleg 

łości kilku metrów od ławki, na któ- 

rej siedzieliście, i słyszałem każde 

słowo waszej budującej rozmowy. Ty, 

głupi młokosie, groziłeś mi śmiercią. 

Ty, „kochająca” małżonko, nagrodziłaś 

go za to pocałunkiem. Kochacie się. 

Dobrze. Ja wam ręczę, że w godzinie 

background image

śmierci znienawidzicie się nawzajem. 

Nie doszłoby do tego, gdybyście 

się nie poznali. Żegnaj mi, Vio- 

let. Żałobę po tobie osłodzi mi 

półmilionowa premia z St. L. Insurance. 

Skaczcie w wodę, bo łódź tonie. 

B. 

Podaliśmy dosłowny odpis znalezionego pisma, w tym stanie, w jakim się ono obecnie 

znajduje,  pozostawiając  łatwe  zresztą  uzupełnienie  brakujących  liter  domyślności  naszych 

Czytelników.  W  jutrzejszym  numerze  podamy  fotograficzną  odbitkę  tego  listu.  Ma  ją  nam 

nadesłać Mr S.S., nasz korespondent z Hilo. 

Jak widać z zacytowanego powyżej tekstu, wilgoć zniszczyła całkowicie początek listu. 

Jest to niepowetowana szkoda, gdyż w nagłówku musiały być wymienione imiona adresatów, 

więc  niewiernej  żony  i  kochanka,  oraz  mściwego  małżonka,  a  nadto  musiała  się  tam 

znajdować data listu. Te szczegóły bardzo by ułatwiły śledztwo. 

Uszkodzone są również ostatnie linijki pisma. Co do litery, prawdopodobnie pierwszej 

litery imienia nadawcy,  to jak nasz korespondent telefonicznie doniósł, nie ustalono, czy jest 

to duże „K” czy „B”, czy wreszcie „R”. 

Ostatnie słowo wypadło bardzo, bardzo cicho. 

Miss  Lucy  nie  omieszkała  zaakcentować,  że  treść  sensacyjnej  notatki  znała  już 

przedtem i że umie ją prawie na pamięć. 

Czy wreszcie „R” - rzekła dobitnie. Potem zaszczebiotała swobodnie: - Tam już nic 

więcej ciekawego nie ma, Mr Dragon. Redakcja brukowych - podkreśliła to słowo - Morning 

News przychyla się ostatecznie do zdania, że nie ma się tu do czynienia z głupim żartem, lecz 

z  istotną  tragedią  jakiegoś  małżeńskiego  trójkąta.  Kończy  artykuł  apelem  do  miejscowej 

policji,  by  mając  ten  wątek  sprawy  w  rękach,  dołożyła  wszelkich  starań  do  wyświetlenia 

zagadki i zdemaskowania... winnego. 

Mr  Dragon  uczuł  zimne  kropelki  potu  na  czole,  skroniach,  nawet  na  karku,  ale  był 

zbyt  obezwładniony,  by  sięgnąć  po  chusteczkę  do  kieszeni.  Jego  przerażone  oczy  oderwały 

się ostatnim wysiłkiem woli od zadrukowanej szpalty papieru, podniosły się w górę i spotkały 

wyzywający wzrok Lucy. Dziewczyna przeszywała go na wylot grotami swych przenikliwych 

spojrzeń, widziała jego zmieszanie, lecz nie poprzestała na dotychczasowym tryumfie. 

-  Bardzo  pan  przybladł,  Mr  Dragon  -  rzekła  z  obłudnym  współczuciem.  -  Ma  pan 

zupełną  rację.  Nie  powinno  się  w  ogóle  czytywać  takich  piśmideł  brukowych,  jak  je  pan 

background image

nazwał. To denerwuje... zwłaszcza... 

- Co, zwłaszcza? - zacharczał. Złe błyski zamigotały w jego oczach. 

- Zwłaszcza... jeśli się jest pod wrażeniem własnego nieszczęścia, jak pan na przykład. 

Wyczuł doskonale, że całkiem inne słowa zawisły na jej wargach, choć nie spłynęły... 

nie mogły spłynąć, u licha!! Zaryzykował. Postawił wszystko na jedną kartę. 

- Pani chciała powiedzieć zupełnie co innego! - rzekł sucho. 

- Co innego? Nie rozumiem pana... Cóżby? 

- Miss Lucy, ja lubię otwartą grę. Niech pani śmiało wypowie to, co pani myśli. 

- No, wie pan?! Pierwszy raz zdarza mi się coś podobnego! 

-  Poniechajmy  tych  komedii!  Pani  dzisiejsze  dzienniki  i  tę  szmatę  -  tu  wstrząsnął  z 

pasją wielkimi płachtami Morning News - czytała już przedtem, zanim do mnie przyszła. 

- Owszem - potwierdziła spokojnie. 

-  Pani  ma tupet,  bo nie wiem  jak to nazwać doprawdy; wówczas,  kiedy  inni okazują 

mi współczucie z powodu strasznego nieszczęścia, jakie na mnie spadło... pani jedna zasypuje 

mnie dziwnymi pytaniami, rzuca jakieś półsłówka, niedomówienia, słowem... 

- Słowem... - podchwyciła, kiedy się zaciął i urwał w pół zdania. 

-  Słowem,  zachowanie  się  pani  jest  co  najmniej  dziwne  i  jestem  zmuszony  pani 

oświadczyć,  że  sobie  je  na  przyszłość  najkategoryczniej  wypraszam  lub  wyciągnę 

odpowiednie konsekwencje. 

Lucy  poczerwieniała  jak  piwonia.  Z  trudem  zapanowała  nad  swym  niewieścim 

językiem.  Zagryzła  wargi  mocno,  by  nie  wybuchnąć  i  nie  powiedzieć  słów,  jakie  jej  się 

przemocą na usta cisnęły, a które mogły nieobliczalne następstwa wywołać. Lecz opanowała 

się  w  końcu.  Wstała,  odsunęła  swój  fotel  trzcinowy  i  cedząc  słowo  po  słowie  powiedziała 

spokojnie: 

-  Oświadczam  panu,  że  czytałam  ranne  dzienniki  zanim  tu  przyszłam.  Nie  byłabym 

pana  z  pewnością  fatygowała,  lecz  skłoniła  mnie  jedna  okoliczność.  W  liście  znalezionym 

przez  owego  rybaka  jest  mowa  o  jakiejś  Violet...  Tak,  Violet,  Mr  Dragon!  Dwie  litery  się 

wprawdzie  zatarły,  lecz  V,  a  po  małej  przerwie  let  są  i  mogą  być  tylko  kawałkami  słowa: 

Violet.  Ponieważ  pańskiej  zaginionej  małżonce,  a  mej  serdecznej  przyjaciółce  było  na  imię 

także  Violet,  przyszłam  tu  do  pana  podzielić  się  z  nim  tą...  -  Szukała  przez  chwilę 

odpowiedniego  słowa,  potem  machnęła  ręką  i  kończyła  szybko:  -  Zaręczam  panu,  że 

tajemnicze zniknięcie mej drogiej Violet... 

- I Mr Ryszarda Gratha... To przede wszystkim! - wtrącił zjadliwie. 

-  Tajemnicze  zniknięcie  mej  drogiej  Violet  -  powtórzyła  z  naciskiem...  -  obchodzi 

background image

mnie  i  obeszło  mnie  może  więcej  niż  pana.  Dołożę  też  wszelkich  starań,  by  dopomóc  do 

wyświetlenia  tej  zagadki.  To  wszystko,  co  chciałam  panu  zakomunikować,  Mr  Dragon.  A 

teraz żegnam. 

Odprowadził  ją  nienawistnym  spojrzeniem  aż  do  drzwi  hallu  parowca,  za  którymi 

zniknęła.  Potem  zaczął  się  przechadzać  nerwowo  po  pokładzie.  -  Najwyższy  czas  stąd 

uciekać! - powtarzał, trzaskając palcami. - Na nerwy mi działa ta smarkula. W detektywa się 

chce bawić, głupia koza. - Z kolei myśli jego skierowały się w inną stronę, na artykuł, a raczej 

sensacyjną  notatkę  dzisiejszych  Morning  News.  -  Nie  rozumiem  doprawdy  -  mruczał.  -  Nie 

rozumiem,  jakim sposobem ten list znalazł się w butelce. Hm,  byłażby to zemsta zza grobu? 

W  takim  razie  bardzo  niedołężny  pomysł.  Skoro,  w  chwili  gdy  Mewa  tonęła,  znaleźli  w 

skrzyni zamiast ratunkowych pasów mój list, skoro, przekonawszy się o niemożności ratunku, 

chcieli przynajmniej na mnie zemstę wywrzeć, to powinni byli dołączyć kilka słów od siebie: 

Giniemy  z  ręki  Ralpha  Dragona,  który  dno  łodzi  przedziurawił  i  pasy  ratunkowe  ukrył.  Na 

dowód  załączamy  jego  cyniczny  list.  Pomścijcie  nas.  Ot,  coś  w tym  stylu  powinno  było  być 

dołączone,  jako  komentarz  do  niezrozumiałego  listu,  który  na  żart  jakiegoś  dowcipnisia 

wygląda - monologował Mr Dragon, przechadzając się po pokładzie jachtu. 

Nagle  przystanął,  obezwładniony  zupełnie  nową  myślą:  jeśli  taki  przypisek  znajduje 

się  przy  znalezionym  piśmie,  to  policja  umyślnie  nie  podała  go  prasie  do  wiadomości,  by 

przedwcześnie  nic  spłoszyć  winowajcy.  Może  w  pierwszej  lepszej  przystani  wsiądzie  na 

pokład  jachtu  Rebecca  agent,  podejdzie  do  niego  i  rzeknie:  -  Mr  Dragon,  aresztuję  pana. 

Proszę  się  ze  mną  udać  na  ląd.  -  Dwóch  rosłych  policjantów  położy  swe  ciężkie  łapy  na 

ramionach  aresztowanego  i...  brr...  Mr  Dragon  wstrząsnął  się  na  samą  myśl.  Potem 

zdecydowanym  krokiem  odszedł  w  stronę  schodków,  by  odszukać  Mrs  Rebeccę  Yeats, 

podziękować  jej  za  gościnę,  za  wszelkie  starania  i  zawiadomić  ją  o  swym  zamiarze 

opuszczenia statku. 

Dwie  godziny  później  opuścił  jacht  w  Ho`ōpūloa,  osadzie  położonej  w 

południowozachodniej części wyspy Hawai`i. 

Mrs Yeats ofiarowała się odwieźć go do jakiegoś większego portu. Le Brix chciał mu 

koniecznie  towarzyszyć,  dr  Hearne  przyniósł  ze  swej  podręcznej  apteczki  pastylki  na 

uspokojenie  nerwów,  a  Lucy  nie  omieszkała  oświadczyć  przy  pożegnaniu,  że  skłoni  Mrs 

Yeats, by skierowała swój jacht do Napo`opo`o, gdzie znaleziono tajemniczą butelkę. 

-  Muszę  zobaczyć  oryginał  tego  pisma  -  mówiła  przyciszonym  głosem,  gdyż  pani 

Rebecca stała w pobliżu wraz z inżynierem. - Ogromnie mnie, intryguje ta sprawa. 

Mr  Dragon  byłby  ją  z  przyjemnością  chwycił  za  gardło,  kiedy  posłyszał  te  słowa. 

background image

Odetchnął  też  z  wielką  ulgą,  kiedy  łódź,  która  miała  go  odwieźć  do  brzegu,  odbiła  od 

zwisających  schodków  statku.  Wylądowawszy  w  Ho`ōpūloa,  udał  się  przede  wszystkim  do 

leżącej na uboczu tawerny portowej, by zasięgnąć języka, jak daleko jest do Keauhou. 

-  W  linii  prostej  -  odparł  oberżysta,  rozkładając  przed  gościem  zatłuszczoną  mapkę 

wyspy - w prostej linii nie będzie nad czterdzieści mil, ale w rzeczywistości trzeba kołować. 

O,  tędy,  najpierw  na  północ,  potem  na  wschód  -  mówił,  przejechawszy  grubym  palcem 

wzdłuż czarnej linii, która wiła się w licznych splotach jak wąż, wśród zielonego tła karty. - 

Trzeba liczyć, że będzie prawie sześćdziesiąt mil. 

- Hm. Nie przypuszczałem. Przeszło sto kilometrów. 

- Tak jest. Czy sir potrzebuje przewodnika? 

- Owszem, ale przyznam się, iż taki spacer nie zachwyca mniej bynajmniej. 

-  Któż  mówi  o  spacerze?  Sir  pojedzie  konno.  I  wygodniej,  i  bezpieczniej,  bo  droga 

miejscami dość karkołomna. Czy mam wezwać przewodnika? 

Mr Dragon skinął głową na znak zgody. O drugiej po południu wyruszył z Ho`ōpūloa 

na  grzbiecie  małego,  wychudzonego  konika,  którego  nędzny  wygląd  nie  zdradzał  zupełnie 

tych  wszystkich  zalet,  jakie  się  w  ciągu  podróży  okazały.  Kucyk  wspinał  się  po  urwistych 

zboczach  z  niesłychaną  zręcznością,  sunął  wąskimi  ścieżkami  nad  brzegiem  przepaści,  na 

dnie których ryczały rwące potoki, przesadzał jednym susem przeszło metrowe szczeliny, nie 

kierowany  zupełnie  lejcami.  Jedynym  drogowskazem  był  mu  ogon  kolegi,  na  którego 

grzbiecie  jechał  przewodnik.  Mr  Dragon  zamykał  oczy  chwilami,  by  nie  dostać  zawrotu 

głowy i nie stracić równowagi. Podciągał tylko swe długie nogi jak najwyżej,  lękając się, że 

będą  przeszkadzać  dzielnemu,  choć  tak  niepokaźnemu  wierzchowcowi.  A  największą  zaletą 

małych  rumaków  była  niesłychana  wytrzymałość.  Dzięki  niej  popasali  zaledwie  trzy  razy  i 

koło północy stanęli w Keauhou, przed zajazdem Kita Stumpa. 

Mr  Dragon  spał  źle  tej  nocy.  Złożyło  się  na  to  wiele  przyczyn.  Z  jednej  strony 

kiepskie łóżko i roje komarów w pokoju, a z drugiej świeże wspomnienia ostatniej rozmowy z 

Lucy,  z  tą  przeklętą  dziewczyną,  która  stała  się  w  ostatnich  dniach  dziwnie  domyślna  i 

złośliwa. Toteż zasnął dopiero koło trzeciej nad ranem. 

Zbudził  się  odpowiednio  późno.  Po  śniadaniu  kazał  przywołać  gospodarza  i  zaczął 

wypytywać o miejsce, w którym ma wystąpić balet hawajski. 

-  Balet?  -  rzekł  zdziwiony  Kit,  nie  wypuszczając  przygasłej  fajeczki  z  zepsutych 

zębów. - Balet ma dzisiaj wystąpić?... No, sir. Kit musiałby coś o tym wiedzieć. 

- Mają się odbyć zaślubiny jakiegoś zamożniejszego Kanaka i z tej okazji... 

- No, sir. Jakiś przewodnik pana nabrał. Tu miało się odbyć wesele? Tu, w Keauhou? 

background image

- Pewnie, że nie w Honolulu, tylko tutaj - odparł zniecierpliwiony. - Umyślnie w tym 

celu przybyłem, żeby zobaczyć tę uroczystość. 

Kit Stump pokiwał głową wyrozumiale. 

-  Wiem,  wiem.  Panowie  turyści  lubią  oglądać  takie  hece.  Zjeżdżają  się  wtedy  całe 

rzesze  ciekawych.  A  wie  pan,  kto  je  tutaj  przyciąga?  Nie  zgadłby  pan,  che,  che,  che.  Nikt 

tylko  stary  Kit,  czyli  ja,  we  własnej  osobie.  Ilekroć  ma  się  odbyć  czyje  wesele  czy  jaka 

narodowa  uroczystość  Kanaków,  piszę  do  Cooka.  Mam  z  tego  interesu  pewną  prowizję 

nawet. Ech, panie, nie ma takiego długiego turystycznego biura jak Tom Cook. 

-  No,  dobrze  -  przerwał  zniecierpliwiony  Mr  Dragon:  -  Nie  wątpię  w  to,  że  jest  pan 

agentem  Cooka,  ale  widzę,  że  tym  razem  nie  potrafi  mi  pan  dać  żadnych  informacji.  Będę 

musiał kogo innego zapytać. 

Kit Stump zrobił obrażoną minę. 

-  Proszę  bardzo  -  rzekł  z  godnością.  -  Niech  sir  zapyta  kogo  tylko  chce.  Bardzo 

wątpię,  czy  jest  w  Keauhou  człowiek,  który  by  mógł  być  lepszym  informatorem  od  starego 

Kita. Ale proszę spróbować. Bardzo proszę. 

Mr Dragon udał się przede wszystkim do przystani. Znał tu każdą drogę, każdy zakręt 

nieledwie. Przecież był tutaj ongiś jako oficer wojennej marynarki USA. Tutaj, a właściwie w 

okolicy Keauhou, przeżył jeden z ciekawszych epizodów swego życia. 

-  Jak  te  lata  płyną!  -  monologował,  rozglądając  się  dokoła:  -  I  jak  się  ta  maleńka 

wówczas osada rozrosła! - dodał z podziwem. 

Ujrzawszy las masztów, przyśpieszył kroku. 

Dochodził właśnie do miejsca, gdzie na drągach poprzecznych wisiały sieci rybackie, 

kiedy  posłyszał  za  sobą  tętent  szybko  biegnącego  człowieka.  Odwrócił  głowę  machinalnie. 

Prawie równocześnie padły z ust zdyszanego wyrostka słowa: 

- Szukam cię, panie. 

- Mnie? 

W mózgu Mr Dragona zrodziła się nagle niespokojna myśl, że może policja zapytała o 

niego w zajeździe, a Kit Stump wysłał za nim tego tubylca. Nie! To nie miało żadnych cech 

prawdopodobieństwa. 

- Tak, pana szukam - powtórzył młody Kanak. 

- Skąd wiesz, kim jestem, jak się nazywam albo... 

- Mister Ralph Dragon. 

- Hm. To się zgadza - mruknął. 

- Przysyła mnie tancerka, która... 

background image

- Tak mi gadaj! - wykrzyknął ucieszony, przerywając tamtemu w pół zdania: - Gdzież 

ona jest? Chciałbym ją zobaczyć. 

- Sir, mogę pana do niej zaprowadzić. 

- Więc prowadź, chłopcze! Prowadź! 

Z  niezwykłym  ożywieniem  wypytywał  przez  drogę  przygodnego  przewodnika  o 

tancerkę i wszelkie szczegóły dotyczące  jej osoby.  Lecz mały tubylec nie był wymowny  lub 

nie miał ochoty na pogawędkę; krótkimi monosylabami odpowiadał na każde z przelicznych 

pytań, przy czym najczęstszą odpowiedzią było: nie wiem. Jego lakoniczność nie zniechęciła 

jednak rozgadanego jankesa,  któremu  na  myśl o rychłym spotkaniu z uroczą Hawajką świat 

wydał się piękniejszy. 

Wśród  takiej  rozmowy,  która  raczej  na  miano  monologu  zasługiwała,  dotarli  do 

małego domku, na uboczu położonego. 

- Tutaj? 

- Yes, sir. Proszę chwilę zaczekać. 

Z  tymi  słowy  pchnął  Kanak  maleńką  furtkę  i  znikł  poza  zieloną  ścianą  krzewów 

bananowych. 

Mr  Dragon  rozejrzał  się  w  sytuacji.  W  oddali  majaczyły  szczyty  potężnego  wulkanu 

Kīlauea,  spowite  podartym  na  strzępy  szalem  obłoczków,  po  przeciwnej  stronie  przezierały 

poprzez bujną zieleń ogrodów białe plamy ścian ostatnich domostw osady Keauhou. 

- No, proszę - mruknął patrzący. - Taki szmat drogi. Anim się spostrzegł. 

Potem myśli jego pobiegły ku hawajskiej piękności, którą miał ujrzeć niebawem. 

-  Może  się  przebiera  na  moje  przyjęcie  -  pomyślał  i  olśniony  nowym  pomysłem 

odemknął  furtkę  jak  najciszej,  by  nie  zaskrzypiała  przypadkiem.  Zniecierpliwiony 

oczekiwaniem,  drżący  od  żądzy,  szedł  szybko  wąską  ścieżyną  wśród  bujnej  gęstwiny 

ogrodowych  krzewów.  Nie  zauważony  przez  nikogo  dotarł  do  otwartego  okna  domku  i 

ostrożnie  zajrzał  do  środka.  To,  co  ujrzał,  nie  wzbudziło  w  nim  zachwytu  bynajmniej.  Na 

progu stał wyrostek, który go tu przyprowadził, a nieco głębiej tancerka i... jej stara ciotka. 

-  Do diabła! Nie  mogła spławić tej starej wiedźmy! -  zaklął pod nosem pod adresem 

zgarbionej  kobiety.  Starucha  z  dłonią  przy  uchu,  z  otwartymi  ustami  słuchała  uważnie 

gorączkowego  szeptu  młodej  krewniaczki,  potakując  niekiedy  głową  na  znak,  że  dosłyszała 

czy  zrozumiała.  Potem  wybuchła  śmiechem.  Śmiała  się  cicho,  szczerze,  lecz  ten  starczy 

chichot  miał  w  sobie  jakieś  niemiłe  dla  ucha  zgrzyty.  Jej  zeszpecona  śladami  ospy,  zwiędła 

twarz  wykrzywiła  się  w  ohydnym  grymasie,  zmarszczki  stały’  się  dużymi  fałdami,  a  z 

rozchylonych warg zaczęła spływać ślina na brodę, upstrzoną licznymi dziobami. 

background image

- Brrr! - wzdrygnął się Mr Dragon z obrzydzenia. 

W  izbie  zapanowała  niemała  konsternacja.  Trzy  pary  przerażonych  oczu  przenosiły 

swe  spojrzenia  z  drzwi  na  okno  i  z  powrotem,  szukając  sprawcy  i  autora  tego  okrzyku. 

Tancerka  pierwsza  go  dostrzegła,  pierwsza  też  oprzytomniała  z  całej  trójki.  Mrugnęła 

porozumiewawczo na wyrostka, pchnęła łagodnie starą ciotkę, która też zaraz pokuśtykała ku 

drzwiom sąsiedniej izby, a sama z radosnym okrzykiem przyskoczyła do okna. 

-  Przyszedłeś,  najdroższy!  -  zawołała  głosem  trochę  drżącym  i  niepewnym  - 

Przyjechałeś statkiem? 

-  Wysiadłem  w  Ho`ōpūloa;  stamtąd  jechałem  konno  i  jestem  tutaj,  jak  przyrzekłem. 

Dotrzymałem więc słowa, czego o tobie powiedzieć nie mogę. 

- Jak to, najmilszy? Czyż nie czekam cię z tęsknotą? 

Te  słowa  i  towarzyszące  im  spojrzenia  udobruchały  go  od  razu,  lecz  udawał,  że  się 

jeszcze dąsa. 

- Powiedziałaś, że pozbędziesz się ciotki, tymczasem ta nieapetyczna baba przywlokła 

się za tobą. Przed chwilą słyszałem... 

Drgnęła mimowolnie. 

- Co słyszałeś, darling? - spytała z udaną obojętnością. 

- Jej ohydny chichot. Cóż ją tak rozśmieszyło, u licha? 

- Ach, nie zwracaj na nią uwagi. Rozum jej się pomieszał na starość. 

-  Współczuję  mocno,  ale  nie  uważam,  żeby  jej  towarzystwo  było  nam  do  szczęścia 

potrzebne. 

Wychyliła  się  jeszcze  bardziej  przez  okno,  oplotła  mu  szyję  toczonymi  ramionami  i 

zaszeptała obiecująco: 

- Tej nocy będziemy już sami. 

- Tu, w tym domku? 

-  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  szybko  -  Tej  nocy  odbędzie  się  uroczystość  weselna  mego 

brata.  Zobaczysz nasz prawdziwy taniec narodowy. Nie ten,  jaki widziałeś w Honolulu,  jaki 

głupim turystom pokazujemy za pieniądze. 

- Ty będziesz tańczyć? 

- Oczywiście. Jestem pierwszą tancerką - podkreśliła z odcieniem dumy. 

- A ja? 

-  Ty  będziesz  patrzył,  podziwiał,  potem  pójdziesz  do  maleńkiej  chaty,  otoczonej 

zewsząd  kwitnącymi  krzewami.  Tam  spoczniesz  na  miękkim  posłaniu,  które  wczoraj 

własnymi rękami przygotowałam. Wtedy przyjdę do ciebie. 

background image

Rozmarzony  słuchał  z  przymkniętymi  oczami.  Kiedy  skończyła,  zapytał  stłumionym 

głosem: 

- I będziemy razem do rana? 

- Dłużej, kochanie. Znacznie dłużej. 

- Jak długo będę chciał? 

-  Nie.  Jak  długo  ja  będę  chciała!  -  To  zabrzmiało  jakoś  dziwnie  twardo,  a 

równocześnie w oczach wyspiarki zamigotał złowrogi błysk,  lecz Mr Dragon był  i głuchy,  i 

ślepy  w  tym  momencie.  Jego  wzrok  ślizgał  się  pożądliwie  po  gładkiej  skórze  ramion 

dziewczyny, jego słuch nie rejestrował innych dźwięków prócz słodkich obietnic. 

Po chwili przypomniał sobie ranną rozmowę z właścicielem zajazdu. 

-  A  to  osioł  z  tego  Kita!  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  Upierał  się  stanowczo,  że  żadna 

uroczystość  narodowa  ani  prywatna  się  w  najbliższych  dniach  nie  odbędzie.  On  musiałby  o 

tym wiedzieć przede wszystkim, tak twierdzi. 

Lilinokalana  zaniepokoiła  się  znowu.  Kiedy  na  jej  prośbę  powtórzył  dokładnie  treść 

rozmowy z cichym agentem firmy Tom Cook and Co, odetchnęła i zaczęła prosić, by tamtego 

nie wtajemniczał. 

-  Mówiłam  ci  już,  że  u  nas  odbywają  się  uroczystości  dwóch  rodzajów:  pierwsze, 

dostępne dla każdego, obliczone na zysk dla najbiedniejszych tancerek, głównie dla chciwych 

pośredników,  drugie  wyłącznie  dla  rodowitych  Kanaków.  Nawet  mieszańców  nie 

dopuszczamy, a co dopiero Białych. 

- Więc ja będę wyjątkiem? - zauważył trafnie. 

Zaskoczyło  ją  to  pytanie,  lecz  dążąc  konsekwentnie  do  zamierzonego  celu,  potrafiła 

łatwo wybrnąć z każdej trudności: 

- Będziesz wyjątkiem dzięki mej miłości, to prawda, ale prawda także, że będziesz się 

przyglądał naszym pląsom z ukrycia. Nikt z moich nie może się o tym dowiedzieć. 

W sąsiednim pokoju zachrobotał niemiły głos starej ciotki. 

- Muszę cię już pożegnać, najdroższy. 

- Przez tę przeklętą czarownicę znowu! - wybuchnął. - Już drugi raz nam przeszkadza. 

-  Nie  myśl  o  tym.  Myśl  raczej  o  tej  nocy.  Teraz  słuchaj.  Nie  trafiłbyś  tam  bez 

przewodnika. Skoro wieczór zapadnie, przyjdzie po ciebie chłopak. 

- Ten, co mnie tu przyprowadził? 

- Ten sam. Zaufaj mu w zupełności. Żebyś się nie zmęczył, przyślę ci konie. 

- Rozczulasz mnie, darling. 

-  Muszę  dbać  o  twoje  ciało  -  odparła  podobnym  tonem  jak  wówczas,  kiedy 

background image

zaznaczyła, że od niej tylko zależeć będzie, jak długo potrwa sielanka. Uszczypnęła przy tym 

jego policzek  i poklepała go dłonią kilkakrotnie,  rozkoszując się tą pieszczotą więcej  niż on 

sam: - Pulchniutki jesteś i skóra twoja nie mniej gładka od mojej. 

Przy akompaniamencie tych pochlebstw rósł Mr Dragon jak na drożdżach. 

-  Słuchaj  dalej:  wskoczywszy  na  przysłanego  ci  konia  i  jadąc  krok  w  krok  za 

przewodnikiem, dotrzesz do lasu. Tam ja będę czekała. Potem... 

- Co mi tam o potem, skoro ty będziesz czekała. Potem pójdziemy razem ku szczęściu. 

- Tak, najdroższy. Aha! Mam jeszcze jeden pomysł. 

- Mów... 

- Myślę, że nie sprzykrzę ci się przez jedną noc. 

- Jak możesz nawet!... 

- Mężczyźnie nigdy nie należy dowierzać. 

- Mnie możesz. 

-  Tak  każdy  mówi.  Otóż  jeśli  zamierzasz  ze  mną  dłużej  w  tym  pięknym  ustroniu 

pozostać, byłoby lepiej, abyś swój bagaż zabrał ze sobą. 

- Oczywiście, że tak zrobię. Nie mam go zresztą wiele. Dwie walizki wszystkiego. 

- To doskonale. Więc wyprowadź się z zajazdu, zabierz rzeczy i przyjeżdżaj. A Kitowi 

nic nie mów. Gotów jeszcze pójść twoim śladem z paczką turystów. Zepsułby nam wszystko. 

- O, niedoczekanie jego! 

Starucha  stanęła  na  progu.  Łypnęła  oczyma  w  stronę  sterczącego  za  oknem 

mężczyzny, lecz natychmiast spuściła głowę ku ziemi. 

- Szkoda, że weszła - westchnęła Lilinokalana obłudnie. 

- Wstrętna czarownica! - warknął Mr Dragon i zmełł w zębach brzydkie przekleństwo. 

-  Chciałam  cię  właśnie  pocałować  na  pożegnanie,  ale  to  już  wieczorem  odrobimy. 

Prawda? 

Jego  spojrzenie  i  uścisk  dłoni  były  najwymowniejszą  odpowiedzią.  Ze  względu  na 

obecność  starej  pożegnali  się  bez  czułości,  jakie  sobie  podniecony  mężczyzna  w  duchu 

obiecywał.  Potem  dla  pamięci  powtórzyli  raz  jeszcze  to,  co  każdemu  z  nich  najbardziej  na 

sercu leżało: 

- Pozbądź się ciotki, pamiętaj! 

- A ty nie mów nic Kitowi. 

- Żegnaj mi, darling, do wieczora! 

- Do wieczora! 

- Będę liczył minuty, sekundy. 

background image

- I mnie czas będzie się wlókł nieznośnie. 

- Kochanie najdroższe! 

Spoglądając  rozczulonym  wzrokiem  na  znikającą  w  oknie  Hawajkę,  cofał  się  mr 

Dragon  ku  ścieżce,  nie  patrząc  gdzie  stąpa.  Skutkiem  tego  potknął  się  o  kamień  i  runął  jak 

długi na trawę. 

-  No,  no,  Ralphku!  -  mruczał,  trąc  ręką  stłuczone  miejsca  -  zachowujesz  się  jak 

zakochany młokos. Gdyby cię tak kto ze znajomych zobaczył. 

Parsknął  śmiechem.  Przecież  tu,  w  Keauhou,  nie  było  nikogo  z  nielicznych 

znajomych, jakich miał na wyspach Hawai. Dr Hearne i poczciwy Le Brix zostali na jachcie 

Mrs  Yeats,  a  z  nimi  przeklęta  Lucy.  Tamci  dwoje  zginęli  w  nurtach  wzburzonego  oceanu. 

Więc kogo może spotkać lub kto go zobaczy? 

Znów  myśli  pobiegły  ku  pięknej  kusicielce.  Na  samo  wspomnienie  jej  obiecujących 

spojrzeń  przenikał  go  dreszcz  wzruszenia,  jakiego  już  od  lat  nie  zaznał.  Ale  znał  to 

wzruszenie.  Pamiętał.  Jako  młody  chłopak  podkochiwał  się  często  w  dziewczętach,  w 

mężatkach,  latał  za  każdą  niemal  spódniczką.  Potrafił  godzinami  wyczekiwać  przed  żeńską 

szkołą,  później  przed  prywatnym  mieszkaniem  lub  kawiarnią.  Przeżywał  chwile  wielkiej 

emocji, drżał na widok każdej sylwetki niewieściej, która mu tamtą wybrankę przypominała. 

Potem  to  minęło.  Otrzaskał  się,  nabrał  rutyny,  nie  tracił  cennego  czasu  na  beznadziejne 

wyczekiwania.  Z  Violet  ożenił  się  dla  interesu.  Pracując  w  biurze  jej  ojca,  wykrył  pewne 

nieścisłości w deklaracjach podatkowych. Potrafił wyzyskać swe odkrycie. Ojciec Violet był 

człowiekiem  bojaźliwym.  którą  to  cechę  córka  po  nim  w  dużej  mierze  odziedziczyła. 

Wiedząc,  że  władze  w  Stanach  nie  żartują  z  nieuczciwymi  podatnikami,  uległ  bez  trudności 

szantażyście i dla ocalenia siebie, a przede wszystkim majątku, poświęcił jedynaczkę. 

Toteż walka o zdobycie ręki Violet nie dała Mr Dragonowi  momentów emocji,  jakie 

daje walka o zdobycie ukochanej kobiety. Po prostu zabrał się do zrobienia businessu, zrobił 

go.  jak  zrobił  niedawno  inny  business  z  ubezpieczeniem  żony  na  życie.  Czy  kochał 

kiedykolwiek Violet? Nie. Pożądał jej tylko. Był wprawdzie o nią zazdrosny, lecz ta zazdrość 

nie  poczęła  się  bynajmniej  z  uczucia  miłości;  poczęła  się  z  samczego  egoizmu:  To  moja 

wyłączna  własność.  Innym  wara!  Mężczyzna,  który  kocha,  zabije  rywala,  ale  umiłowaną 

istotę  oszczędzi.  Zazdrosny  samiec  zabije  oboje.  Dlatego  Violet  musiała  podzielić  los 

Ryszarda Gratha. 

W  stosunku  do  egzotycznej  tancerki  weszło  w  grę  to  dawne,  zapomniane  uczucie, 

które poznał za czasów szkolnych. Gdyby mu się była oddała owego wieczoru po pamiętnym 

przyjęciu  w  willi  doktora  Hearne’a,  byłby  to  uważał  za  miły  epizod,  których  każdy 

background image

mężczyzna  przeżywa  na  tuziny,  na  kopy  i  o  których  wnet  zapomina  tak  dokładnie,  że  nie 

pamięta  nawet  imienia  przygodnej  kochanki.  Ale  chytra  kusicielka,  drażniąc  go  z  rutyną 

wyrafinowanej  kokietki,  nie  dopuszczała  nigdy  do  upragnionego  przezeń  finału,  przy  czym 

niepoślednią  rolę  odegrała  ospowata  ciotka.  Ta  metoda  sprawiła  właśnie,  że  prócz  żądzy 

zakiełkowało w starzejącym  sią sercu  dawnego erotomana owo dziwne uczucie,  którego nie 

wstydził się nazwać miłością. 

-  Tak.  Jestem  zakochany!  -  rzucił  światu  wyzwanie,  mając  dziewięćset 

dziewięćdziesiąt  dziewięć  szans  na  tysiąc,  że  nikt  ze  znajomych  go  nie  słyszy.  Jeszcze  raz 

obrzucił pożegnalnym spojrzeniem domek, gdzie była ona, i pogwizdując jakąś arię ruszył ku 

furtce. 

Dzień  wlókł  się  strasznie  powoli.  Nie  wiedząc,  co  począć  z  nadmiarem  wolnego 

czasu,  zaczął  obmyślać,  jaki  prezent  zrobić  uroczej  nimfie  hawajskiej.  W  zapadłej  dziurze, 

jaką  było  Keauhou,  nie  można  było  nic  odpowiedniego  znaleźć;  zdecydował  się  więc,  że 

obdarzy kochankę jakimś pierścionkiem lub bransoletką z biżuterii Violet. 

-  Jakie  szczęście,  że  kasetkę  zabrałem  ze  sobą  -  myślał.  Potem  wyjął  najcenniejsze 

przedmioty, schował je osobno, a pozostałe zamknął w kasecie... 

-  Niech  sobie  sama  coś  z  tego  wybierze  -  monologował  i  rozkoszując  się  własną 

wspaniałomyślnością,  poklepał  żelazne  wieczko  skrzyneczki.  Mr  Dragon  mimo  zakochania 

potrafił  być  praktyczny.  Wolał  się  nie  narażać  na  taką  ewentualność,  że  tancerka  wybierze 

jakieś bardziej kosztowne cacko... - Po co jej robić przykrość odmową? To mogłoby zepsuć 

nastrój sielanki... 

Pod  wieczór  uregulował  rachunek  za  nocleg  i  posiłki.  Kit  Stump  zdradzał  wyraźną 

ochotę do pogawędki. Wreszcie nie wytrzymał... 

- No jakże, panie?... Kto miał rację? - zagaił... 

Mr  Dragon  był  tak  podniecony  myślą  o  bliskim  spotkaniu  z  Hawajką,  że  na  śmierć 

zapomniał o jej przezornych radach... 

-  Oczywiście,  że  ja  miałem  rację  -  odparł  i  wziął  się  pod  boki...  -  Po  powrocie  do 

Honolulu poradzę Cookowi, aby sobie innego agenta w tych stronach poszukał... 

Flegmatyczny gospodarz skoczył jak oparzony. 

- Jak to pan rozumie?! - krzyknął. 

-  Tak  to  rozumiem,  że  człowiek,  który  nie  wie,  co  się  dzieje  w  jego  najbliższym 

sąsiedztwie, nie powinien być agentem porządnego biura turystycznego. 

- Ja nie wiem, co się dzieje w sąsiedztwie?!... Mówże pan jaśniej... 

-  Nic  więcej  nie  powiem...  Ani  słowa!  -  odparł  Mr  Dragon  przypomniawszy  sobie 

background image

teraz dopiero przestrogi Lilinokalany. 

Nie chcąc słuchać litanii pytań rozżalonego gospodarza, wyszedł przed dom. 

-  A,  jesteś!  -  zawołał  ucieszony,  gdyż  w  skulonej  pod  parkanem  sylwetce  poznał 

natychmiast znajomego sobie wyrostka... 

- Jestem, panie. 

- Miałeś przyprowadzić konia, słyszałem. 

- Są, panie... Dwa konie są... czekają. 

- Gdzie? 

-  Tam,  w  drugiej  ulicy.  Tu  nie  miałby  mi  ich  kto  przytrzymać  -  usprawiedliwiał  się 

tubylec. 

Mr Dragon pomyślał w duchu, że wierzchowce można było uwiązać u płotu, lecz nie 

powiedział  tego  głośno.  Wszelkie  myśli  i  spostrzeżenia  zeszły  na  drugi  plan  wobec 

świadomości, że za godzinę czy nawet wcześniej pochwyci w objęcia piękną tancerkę. 

Idąc  w  zadumie  za  chłopcem,  niosącym  jego  dwie  walizki,  nie  widział,  że  z  tyłu 

skrada  się  za  nimi  jeszcze  ktoś  trzeci,  mianowicie  zaintrygowany  do  najwyższego  stopnia 

właściciel zajazdu, Kit Stump. 

Poczciwy Kit miał nie lada klina zabitego w głowę i zdziwionymi spojrzeniami śledził 

wyprowadzającego  się  gościa  aż  do  chwili,  kiedy ten  wskoczył  na  grzbiet  jednego  z  dwóch 

kucyków... Wówczas palnął się dłonią w czoło i powtarzając zasapanym głosem: - To trzeba 

wyjaśnić! W tym się coś kryje! - pobiegł z powrotem do domu po konia. 

Mr Dragon pędził już tymczasem ze swym przewodnikiem. 

Pozostawił wnet poza sobą ogrody i pola ryżowe, należące do mieszkańców Keauhou. 

Obejrzawszy  się wstecz w pewnym  momencie,  ujrzał żółte światełka osady,  lampy portowe, 

morską  latarnię,  lecz  wszystko  to  znikło  z  oczu  niebawem,  zasłonięte  ścianą  pierwszych 

drzew lasu. 

Wjechali na terytorium Hawai`i Park, wspaniałego rezerwatu przyrody. 

Krętą,  zarośniętą  drożyną  posuwali  się  u  stóp  olbrzymich  paproci  drzewiastych, 

których liście, postrzępione misternie, tworzyły nieszczelny baldachim i rzucały fantastyczne 

rysunki  cienia  na  bujne  poszycie  puszczy,  na  barwny  kobierzec  mchów,  traw,  kwiatów... 

zalany poświatą miesiąca. 

Teren podnosił się zrazu łagodnie, potem coraz silniej. Ścieżka stawała się miejscami 

niemal  stroma,  a  po  obu  jej  bokach  zaczęły  sią  pojawiać  nader  oryginalne  formacje  lawy. 

Więc  w  sinych  blaskach  księżyca  ukazywały  się  jakieś  groty,  pieczary,  jaskinie,  jakieś 

stopnie,  schody,  słupy,  bryły  nieokreślonych  wymiarów,  mające  wygląd  upiornych  ptaków, 

background image

przyczajonych zbójców lub przedpotopowych potworów. 

Takimi  się  przynajmniej  wydały  Mr  Dragonowi,  którego  podniecona  wyobraźnia 

odkryła nawet cienie, dziwnie przypominające sylwetki jego ofiar. 

-  To...  jakby  Ryszard  Grath...  -  szeptał  drżącymi  wargami.  -  Za  nim  Violet...  Cóż,  u 

licha! Rozum tracę czy co?! Przecież to złamane pnie drzew... 

- Co mówisz, panie? 

Młody  przewodnik  pochwycił  urywek  cichego  monologu,  wstrzymał  swego 

wierzchowca i obejrzał się za siebie... 

- Nic! - burknął szorstko, a po chwili dodał uprzejmiej: - Pytałem, czy wnet staniemy 

na miejscu... 

- O, wnet... Już niedaleko. 

- Tak samo pocieszyłeś mnie w Keauhou, półtorej godziny temu... 

- Półtorej godziny? A, w takim razie mamy jeszcze tylko ćwierć drogi przed sobą... 

-  Jeszcze  ćwierć  drogi... Ładna  historia!  -  zrzędził  tamten  i  aby  nie  pozostać  sam  na 

sam  ze  swymi  myślami,  aby  odwrócić  uwagę  od  cieni,  które  tak  niesamowite  kształty 

przybierały, podpędził konia i jechał w równej linii z przewodnikiem. 

Dziesięć  minut  późnej  musiał  jednak  się  cofnąć  z  powodu  wąskości  drogi.  Znowu 

wjechali w gęstwinę niezrównanie  bujnej puszczy  podzwrotnikowej, która  walczyła o każdą 

piędź  ziemi  z  dziełem  ludzi,  ze  ścieżką.  W  niektórych  miejscach  jechali  pod  naturalnymi 

mostami  utworzonymi  przez  liany,  co  spływały  zielonymi  kaskadami  ze  szczytów  drzew  na 

najniższe  gałęzie,  co  przeskakiwały  z  konaru  na  konar  ponad  dróżką,  co  plątały  się  koniom 

pod nogami. 

-  Dojeżdżamy -  rzekł w pewnej chwili  małomówny guide  i, zbaczając z drogi,  wparł 

kuca w krzaki. 

Mr Dragon poszedł w jego ślady, dziwiąc się w duszy, w jaki sposób Kanak dostrzegł 

to miejsce na tle równej, nieprzerwanej ściany potężnych krzewów. 

Bo owe krzaki kryły wylot bocznej ścieżki,  jakby świeżo wyciętej, a w każdym razie 

znacznie wygodniejszej od tamtej. 

Jeszcze dziesięć minut jazdy stępa i wśród drzew zamajaczyła jakaś duża, niezgrabna 

masa. 

- W tej chacie czeka tancerka - mruknął wyrostek... - Czy zsiądziemy już z koni? 

Mr  Dragon  nic  nie  odpowiedział.  Jechał  dalej  zamyślony.  Ta  okolica  nie  była  mu 

obca. Ożyły nagle jakieś zadawnione, niewyraźne wspomnienia. 

-  Byłożby  to  to  samo  miejsce,  gdzie...  -  nie  dokończył,  gdyż  spokojny  kuc  zaczął 

background image

strzyc  trwożnie  uszami  i  przysiadać  na  zadzie,  a  gdzieś  z  boku  zachrzęściły  gałęzie...  Na 

wszelki wypadek sięgnął ręką po rewolwer, lecz jego dłoni dotknęły jakieś miękkie palce. 

- To ja - zaszemrał głos znajomy. 

Jeździec  zeskoczył  na  ziemię.  Pozostawiając  troskę  o  walizki  przewodnikowi, 

pochwycił obie ręce tancerki i przyciągnął ją ku sobie. 

-  Nareszcie,  darling!  -  bełkotał,  szukając  spragnionymi  ustami  jej  ust...  -  Tak 

tęskniłem... Tak bardzo tęskniłem!... 

Wyślizgnęła mu się wężowym ruchem. 

- Pójdź tam... - odparła i pobiegła pierwsza w stronę chaty. 

-  No,  na  pałac  to  nie  wygląda  -  zażartował,  kiedy  znaleźli  się  w  dużej  izbie  na  pół 

rozwalonej chałupy. 

Jakoż  lokal  ten  nie  miał  ani  drzwi,  ani  okien  we  właściwym  znaczeniu  tego  słowa; 

przez duże szpary w powale wdzierało się światło księżyca, deski trzeszczały przy stąpnięciu, 

a w jednym miejscu podłogi szczerzyła czarną paszczę czeluść piwnicy czy lochu... 

- Hm... Ten loch podziemny... - monologował mężczyzna. - Te dwie trójkątne dziury 

zamiast okien... Hm, hm... Dziwny zbieg okoliczności albo... 

-  Na  pałac  nie  wygląda...  pewnie  -  wtrąciła  dziewczyna,  jakby  odpowiadając  na 

poprzednie zdanie. Przytuliła się do niego jak kotka i ręką wskazała w jeden róg izby... - ale 

takiego łoża nie znajdziesz w żadnym pałacu. 

Spojrzał we wskazanym kierunku i spostrzegł tapczan obsypany kwiatami. Zrozumiał. 

Objął,  owinął  swym  długim  ramieniem  smukłą  tubylkę;  nie  rozluźniając  tego  uścisku, 

doprowadził  ją  do  posłania,  na  skraju  którego  usiedli  razem,  przytuleni  do  siebie,  jak  para 

najczulszych kochanków. 

- Co tam masz? - spytała po chwili. - Kawałek żelaza? 

- Rewolwer, najdroższa. 

- Rewolwer?... Och, pokaż... pokaż... Nigdy w ręku nie miałam takiej broni. 

Kiedy  spełnił  jej  życzenie,  zaczęła  się  bawić  otrzymanym  browningiem  z  taką 

radością, z jaką małe dziewczynki bawią się nowymi lalkami... 

- Drugiego nie masz? - zagadnęła w pewnym momencie... 

- Nie... Dlaczego pytasz? 

- Bo gdybyś miał, musiałbyś mi jeden podarować. 

- Nie mam, niestety. To moja jedyna broń, z którą się nigdy nie rozłączam. 

-  Jedyna  broń -  powtórzyła w zamyśleniu.  -  Ale tu możesz  się z nią rozłączyć.  Mnie 

się przecież nie lękasz... 

background image

Zanim zdołał przeszkodzić, zamachnęła się i rzuciła trzymaną w dłoni broń z taką siłą, 

że upadła tuż koło otworu w podłodze. 

- Darling - rzekł z łagodnym wyrzutem - o włos, a byłby spadł do piwnicy... Pozwól - 

dodał,  usiłując  się  oswobodzić  z  jej  objęć,  by  wstać  i  przynieść  rewolwer.  Nie  puściła  go 

jednak. Otoczyła mu szyję ramionami, a głowę przytuliła do swych obnażonych piersi. Kiedy 

podniósł wzrok i skierował go ponownie w tę samą stronę, wydał głośny okrzyk zdziwienia... 

Rewolwer znikł z podłogi. 

Znikł  bez  śladu,  a  przecież  pięć,  może  dziesięć  sekund  temu  leżał  tam.  w  pobliżu 

otworu, obok owej czarnej czeluści. Czy stoczył się do piwnicy? Jak to, sam?! 

Mr  Dragon  skoczył  na  równe  nogi.  Przetarł  dłonią  zdumione  oczy.  Przebiegł  szybko 

kilkumetrową  przestrzeń  i  pochylił  się  nad  otworem  lochu.  Wydało  mu  się,  że  słyszy 

delikatny szmer, jakby pełzającego węża. 

Tancerka wybuchła śmiechem. 

- Czego tam szukasz, człowieku? 

- Czego szukam... Dobre sobie! Rewolweru... 

- Nie ma go... Jesteś rozbrojony... Lękasz się?... 

Wzruszył ramionami wzgardliwie. 

- Nie lękam się niczego... Intryguje mnie tylko, w jaki sposób znikł ten przeklęty... 

-  Nic  dziwnego,  że  znikł  -  przerwała  mu  z  zagadkowym  uśmiechem...  -  To  chata 

czarodzieja. Te ściany nie takie dziwy widziały. Te ściany patrzyły na ohydną zbrodnię, jaką 

tu popełniono... 

Zrezygnowawszy  z  bezcelowych  poszukiwań,  ruszył  w  stronę  tapczanu  z 

wyciągniętymi ramionami. 

- Co mi tam głupi browning. Kupię sobie nowy choćby w Keauhou... 

- O ile wrócisz tam jeszcze kiedy... 

W tonie jej głosu dźwięczała wyraźna pogróżka. 

- Czy wrócę?... Jak to rozumiesz?... - spytał. 

Był  już  tak  blisko,  że  niemal  dosięgał  jej  rękami.  Lecz  nie  dosięgnął.  Zwinnym 

ruchem  poderwała  się  z  miejsca,  wskoczyła  na  tapczan  i  stojąc  na  nim,  krzyknęła 

przeraźliwie. 

- Precz ode mnie!... Ani kroku dalej, morderco! 

- Morderca? 

Stanął  jak  wryty.  Przez  mózg  przemknęła  mu  myśl  mało  prawdopodobna,  że  ta 

dziewczyna zna tajemnicę Violet, Ryszarda i tamtego trzeciego. 

background image

- Darling... Nie rozumiem - bąknął zmieszany... 

- Zapomniałeś, chciałeś powiedzieć... Nie ja będę ci wypominać twe zbrodnie... Ona ci 

przypomni. Ta, którąś skrzywdził nieludzko... Tam patrz i drżyj!... 

Machinalnie  spojrzał  w  kierunku  wyrwanych  drzwi...  Stała  tam  jakaś  postać 

zgarbiona,  a  za  nią  sześciu  rosłych  Kanaków.  Prawie  równocześnie  z  dziury  w  podłodze 

wysunęły  się  cztery  muskularne  ramiona,  prawie  jednocześnie  wyjrzały  z  trójkątnych  okien 

skołtunione  czupryny  i  w  półciemnej  izbie  zrobiło  się  niemal  jasno.  To  liczne  ręce  nowych 

przybyszów  zerwały  w  okamgnieniu  liście,  tworzące  nieszczelny  dach  chaty,  i  wpuściły  do 

wnętrza izby powódź księżycowej poświaty. 

-  Co to  znaczy?!  -  ryknął  Mr  Dragon.  Błyskawicznym  ruchem  sięgnął  po  rewolwer, 

lecz jego dłoń trafiła na pustą kieszeń. Prawda! Nie miał już broni. Przypomniał sobie świeży 

incydent z browningiem i zagadkowe słowa tancerki... Jesteś rozbrojony - powiedziała. Teraz 

zrozumiał.  Zrozumiał, że został wciągnięty w zasadzkę,  rozbrojony podstępnie,  osaczony ze 

wszystkich stron... Ale dlaczego, kim są ci ludzie, tego nie mógł pojąć... Widząc, że zgarbiona 

starucha podchodzi bliżej wraz z szóstką olbrzymich drabów,  skrzyżował ręce na piersiach  i 

kołysząc się na szeroko rozstawionych nogach, wycedził ironicznie: 

- O ile pomnę, nie zapraszałem tak licznego grona... 

Starucha wyprostowała swą złamaną sylwetkę, urosła w oczach. 

-  Nie  ty,  lecz  ja  ciebie  tu  zaprosiłam,  Ralphie  Dragon  -  zasyczała  złowrogo.  - 

Zaprosiłam cię przez usta mej siostrzenicy i przyszedłeś... 

- Znowu ta wiedźma - zaklął pod nosem. 

-  Przyszedłeś  -  ciągnęła,  przystając  w  miejscu  -  ale  nie  domyślasz  się  jeszcze, 

dlaczego cię tu zwabiłam... 

-  Rzeczywiście,  nie  domyślam  się  -  odparł  dość  swobodnie,  gdyż  spokojne 

zachowanie się przybyłych wróciło mu zwykłą pewność siebie. 

-  Więc  nie  poznajesz  mnie,  zły  człowieku  o  rękach  małpy?  Ta  chata  nic  ci  nic 

przypomina?... 

Zaniepokojony tonem jej głosu, cofnął się o krok. 

-  Nie  znam  cię!  -  wybuchnął  wreszcie.  -  I  nie  chcę  cię  znać.  Proszę  stąd  wyjść 

natychmiast albo... 

-  Albo  co?  Ty  chcesz  grozić,  nędzny  robaku?  Ty,  którego  wykreśliłam  z  liczby 

żyjących?... 

-  Kameho,  uważaj! -  zabrzmiał ostrzegawczy głos Lilinokalany.  Jej  bystrego wzroku 

nie  uszło,  że  dłonie  długich  rąk  białego  zacisnęły  się  w  twarde  kułaki,  że  tułów  przestał  się 

background image

kołysać, jakby gotując się do rozpaczliwego skoku. Ale na dźwięk tego imienia odprężyły się 

napięte muskuły, pięści otworzyły się, a ręce zwisły bezwładnie wzdłuż korpusu. 

- Kameha? - powtórzył zmienionym głosem. - Ty? 

-  Nie  zapomniałeś  przecież...  Tak...  Jestem  księżniczka  Kameha,  którąś  ty,  łotrze 

przeklęty, skrzywdził ponad miarę ludzką! 

Mr  Dragon  poczuł  zimne  perełki  potu  na  skroniach.  W  małym  ułamku  sekundy 

przebiegł trwożną myślą dzieje pamiętnej nocy, jaką dwadzieścia cztery lata temu spędził tu, 

w tej chacie. Niewątpliwie w tej samej chacie. Dlatego właśnie zwabiono go tutaj. A ta urocza 

kusicielka była narzędziem mścicielki, była przynętą, dzięki której on, taki przezorny zawsze, 

taki ostrożny, dał się bez trudu wciągnąć w pułapkę bez wyjścia. 

Bez wyjścia? 

Błyskawicznym spojrzeniem policzył zastępy przeciwników, tych sześciu olbrzymów, 

stojących  poza  Kamehą,  tych  kilkunastu  siedzących  na  szczytach  czterech  ścian,  tych  w 

oknach. Nie do 

  strzegł  lub zapomniał o obecności tamtych,  którzy  byli ukryci w  lochu  i wychylając głowy 

ponad podłogę, czekali cierpliwie na rozkaz. 

-  Dużo  ich  diabelnie,  ale  gdybym  miał  rewolwer...  -  pomyślał  w  duchu  i  nagle  cała 

jego wściekłość zwróciła się przeciwko pięknej dziewczynie,  która  go tu zwabiła  i rozbroiła 

podstępnie. 

Kameha  dostrzegła  jego  ukradkowe  spojrzenia,  jakimi  obliczał  odległość  od  drzwi  i 

okien. 

- Brać go! - krzyknęła. 

W tej samej sekundzie runął Mr Dragon do ataku. Boksował się nieźle i na tym oparł 

całą swoją taktykę walki. Postanowił nie dopuścić żadnego przeciwnika do siebie bliżej jak na 

długość ramienia. Potężnym ciosem sierpowym wybił szczękę najbliżej stojącemu Kanakowi, 

rozciągnął  go  na  podłodze,  lecz  drugi  cios  trafił  w  próżnię.  Tubylcy  wiedzieli  z 

doświadczenia,  że w sztuce kułakowania nigdy  nie sprostają Białemu.  Rozpierzchli  się więc 

na wszystkie strony, czekając na okazję do zaatakowania Amerykanina od tyłu i z boków. 

- Naprzód, tchórze! - zakomenderowała starucha. 

Mr Dragon zmiażdżył nos drugiemu napastnikowi i zbliżył się o dwa metry do drzwi. 

Słaba iskierka nadziei zamigotała mu silniej,  lecz na krótko. Dwóch Kanaków zawieszonych 

u szczytu ściany runęło nań z góry, zanim zdołał  w bok uskoczyć.  Deski zbutwiałej podłogi 

nie  wytrzymały  ciężaru  upadku  trzech  ciał,  pękły  z  trzaskiem  i  cała  trójka  zapadła  się  w 

otchłań piwnicy,  gdzie rozległy się  natychmiast jęki, krzyki, odgłosy zaciekłego szamotania. 

background image

Dziesięciu tubylców zeskoczyło czym prędzej w głąb lochu, by rozstrzygnąć nierówną walkę 

i chwilę później zapanowała wymowna cisza. 

Ciemne  postacie  zaczęły  się  windować  z  piwnicy.  Nie  bez  wysiłku  wyciągnięto 

białego jeńca, który leciał bezwładnie przez ręce zwycięzców. 

- Żyje? - zaniepokoiła się Kameha. 

- Żyje... Jest trochę ogłuszony - brzmiała odpowiedź. 

- To dobrze. Dziękuję wam, chłopcy, a przede wszystkim tobie, Lilinokalano. 

Podeszła do siostrzenicy i uściskała ją serdecznie. 

Kanakowie zajęli się opatrzeniem ran pobitych. Zwłaszcza ten z wybitą szczęką jęczał 

przeraźliwie, kiedy wzięły go w obroty twarde łapy niepowołanych znachorów. Inni wyszli na 

dwór, by pogawędzić o przyrzeczonej uczcie, w jakiej już od długich lat nie brali udziału. 

Kiedy  Ralph  Dragon  odzyskał  przytomność,  Kameha  rzuciła  rozkaz  wymarszu  w 

góry.  Rozwalona  chata,  choć  na  uboczu  leżąca,  nie  była  odpowiednim  miejscem  dla 

spełnienia  okrutnej  zemsty...  Strażnicy,  wałęsający  się  po  Hawai`i  Parku,  znali  ją  z 

pewnością, a za dnia mógł się tu zapędzić zastęp turystów. W górach były lepsze kryjówki. 

Więc  ze  skrępowanymi  na  plecach  rękami,  z  głową  posępnie  zwieszoną,  szedł  zły 

człowiek  o  rękach  małpich,  przywiązany  dwumetrowym  sznurem  do  ogona  tego  samego 

wierzchowca,  na  którego  grzbiecie  śpieszył  tu  przed  dwiema  godzinami,  pełen  błogich 

nadziei. Kameha i Lilinokalana jechały wierzchem, jak na księżniczki przystało. Nie raczyły 

nawet spojrzeć na jeńca, który wlókł się z tyłu i obrzucał je nienawistnymi spojrzeniami. 

Czterej Kanakowie, idący w przedniej straży, zatrzymali się w pewnym momencie. Po 

obu  stronach  drogi  stały  dwa  słupy  kamienne,  prawie  niewidoczne  wśród  bujnej  roślinności 

podzwrotnikowej,  jaka wyrosła  na żyznym gruncie wulkanicznym.  Słupy stanowiły granicę, 

której  nie  ważyłby  się  przekroczyć  najdzielniejszy  wojownik  kanacki  ani  strażnik  z  dozoru 

Hawai`i Parku, ani żaden miejscowy przewodnik. Niekiedy tylko grupa turystów pogwałciła 

owe tabu, szybkiemu odjazdowi z Keauhou zawdzięczając całość własnej skóry. Lecz ludność 

okolicznych  wiosek  wierzyła  święcie,  że  straszliwa  klątwa  będzie  towarzyszyć  wszędzie 

zuchwałym  świętokradcom  i  dosięgnie  ich  nawet  na  krańcach  świata...  Bo  od  tego  miejsca 

zaczynało  się  poświęcone  terytorium,  zamieszkałe  przez  niedobitków  potężnej  ongiś  kasty 

kapłanówczarodziei,  co  na  zamówienie  potrafili  zesłać  nagłą  śmierć  na  człowieka, 

zamieszkałego gdzieś hen na O`ahu, Moloka`i czy innej wyspie, terytorium pełne pomników 

dawnej  świetności,  pełne  głębokich  jaskiń,  które  kryją  w  swych  labiryntach  stare  heiau, 

przedziwne  mauzolea,  grobowceświątynie,  gdzie  snem  wiecznym  śpią  dzielni  wodzowie 

Kanaków w swych bojowych czółnach. 

background image

Więc  tylko  dwie  księżniczki  i  dwaj  kāhuna,  towarzyszący  im,  mogli  przekroczyć 

granicę. Wojownicy musieli pozostać i powrócić do swych osiedli. 

Kameha wskazała ich ręką siostrzenicy... 

- Oto garstka, na którą możesz liczyć w każdej potrzebie. Tylu ci ich tylko pozostało z 

potężnego narodu, przez tych łotrów - tu mściwe spojrzenie posłała jeńcowi. 

Najstarszy wiekiem Kanak pokłonił się obu księżniczkom i przemówił, zwracając się 

ku starszej: 

- Przyrzekłaś nam ucztę z długiej świni. Bracia zapytują przez moje usta, kiedy i gdzie 

będzie biesiada. 

Kamcha zmarszczyła brwi. 

-  Niech  czekają,  aż  im  dam  znać  -  odrzekła  szorstko,  lecz  przypomniała  sobie 

natychmiast,  że  minęły  czasy  świetności  i  władzy,  że  tych  ludzi  potrzebuje,  że  do  pewnego 

stopnia jest od nich zależna. Szybko więc dodała tonem dużo łagodniejszym: 

- Sami widzicie, że upolowana dzisiaj długa świnia jest bardzo chuda... 

- To prawda - przyznał „delegat” - chuda jest i stara w dodatku. 

- Trzeba ją zatem podkarmić, aby przytyła. 

Delegat  powrócił  do  swoich,  aby  zdać  sprawę  ze  zleconej  misji.  Zapanowała  chwila 

ciszy, którą najniespodziewaniej w świecie zmąciło wesołe parsknięcie konia. 

-  Słyszałeś?  -  rzuciła  szeptem  Lilinokalana.  Dwaj  kāhuna  zrobili  miny  bardzo 

niepewne. Z duszą na ramieniu oczekiwali zjawienia się tajemniczego jeźdźca czy jeźdźców. 

Kilku  tubylców  przypadło  uchem  do  ziemi,  kilku  potrząsnęło  wojowniczo  nożami,  lecz 

większość  zdradzała  wyraźny  niepokój.  Wiedzieli  zbyt  dobrze,  że  z  Białymi  nie  ma  żartów, 

wiedzieli,  że za porwanie długorękiego człowieka,  który  miał  figurować w  jadłospisie uczty 

pod nazwą długiej świni, przyszłoby gorzko odpokutować. Och, rozkosz z tego przysmaku nie 

stała  w  żadnym  stosunku  do  kary,  jaką  naznaczyliby  biali  sędziowie,  u  których  pieczyste  z 

długiej świni jest jak najgorzej widziane. 

Toteż  niewinne  parsknięcie  obcego  konia  wywołało  zrozumiałą  konsternację  wśród 

orszaku  księżniczek.  Ucieszyło  tylko  jednego  człowieka  i  po  raz  drugi  tej  nocy  wskrzesiło 

zamierającą nadzieję ocalenia. 

-  Help!...  Help!  -  krzyknął  Mr  Dragon  głosem  tak  potężnym,  że  kuc  Kamehy  dał  w 

bok  szczupaka,  a  starucha  spadła  na  ziemię.  Zerwała  się  natychmiast,  przyskoczyła  do 

więźnia i wpiła mu ostre paznokcie w brodę, w otwór nosa, w policzki.  aby nie dopuścić do 

ponownego wołania o pomoc. 

- Halo!... Co tam? - zabrzmiał gruby męski głos gdzieś niedaleko. 

background image

Dwaj kāhuna uskoczyli w krzaki, kilku wojowników zdradzało dużą ochotę do pójścia 

w  ślady  bojaźliwych  kapłanów.  Byłoby  doszło  do  ogólnej  ucieczki,  gdyby  nie  interwencja 

Lilinokalany. 

-  Wstyd!  -  krzyknęła,  nawracając  swego  wierzchowca.  -  Trzeba  schwytać  tego 

człowieka. W czyich żyłach płynie krew wojowników kanackich, za mną! 

Spięła  kuca,  lecz  starszy  tubylec,  ten  sam,  który  występował  przed  chwilą  w  roli 

delegata, osadził konia w miejscu. 

- Stój, królewno... - rzekł - tamten posłyszy tętent i ucieknie... Pozwól nam zapolować 

na niego dawnym obyczajem... 

Skinęła  głową  przyzwalająco.  Naprędce  sformowany  oddział  rozdzielił  się  na  dwie 

połowy, z których każda zapadła w zarośla, ciągnące się po obu stronach drogi. Zaległa cisza. 

Wojownicy sunęli poprzez splątaną gęstwinę bez szelestu, jak duchy. Słychać było natomiast 

wyraźnie zbliżający się dźwięk żelaznych podków uderzających o kamienie wyboistej drogi. 

Mr  Dragon  zrozumiał,  że  nieoczekiwana  odsiecz  jedzie  prosto  w  zasadzkę,  że  wątły 

promyczek nadziei znowu zgaśnie, tym razem na zawsze. Rozpaczliwym ruchem szarpnął się 

w bok, związanymi rękami palnął w piersi uczepioną staruchę, odepchnął ją i wrzasnął z całej 

mocy: 

-  Uciekaj!...  Zaczaili  się  na  ciebie...  Uciekaj...  Sprowadź  policję!...  Ucie...  -  Nie 

dokończył  i  runął  bez  czucia  na  ziemię  uderzony  kamieniem  w  głowę.  Nie  słyszał  więc 

czterech  szybko  po  sobie  następujących  wystrzałów  rewolwerowych  i  wściekłego  tętentu 

uciekającego na południe konia. 

background image

   

ROZDZIAŁ XII 

 

Nieoczekiwane spotkanie 

Mrs Violet Dragon drgnęła niespokojnie. 

- Słyszysz? - rzuciła szeptem. 

Ryszard Grath dźwignął głowę zwieszoną na piersi i ocknął się z posępnej zadumy. 

- Słyszę kroki - odparł - znowu któryś z nich. 

-  Słuchaj  uważnie.  Idą  całą  gromadą...  Nigdy  jeszcze  nie  szli  w  takiej  liczbie... 

Ryszard... Ja się... boję! 

Posłyszał  w  ciemności  jej  płacz  i  targnął  z  wściekłością  więzami.  Ale  sznury  były 

mocne,  bardzo  mocne,  choć  cienkie.  Za  każdym  gwałtowniejszym  ruchem  więźnia  pętle 

zaciskały  się  i  wżerały  boleśnie  w  skórę,  w  przeguby  rąk.  Więc  zaniechał  daremnych 

wysiłków; panując nad mimowolnym drżeniem głosu, zaczął uspokajać towarzyszkę niedoli, 

jak mógł najlepiej. 

- To zapewne nowy posiłek, Violet... Na wikt nie możemy chyba narzekać - próbował 

żartować - karmią nas obficie, dobrze i często... 

- Za często - przerwała mu szybko - za często i to mnie przeraża. 

Zapanowało  znów  grobowe  milczenie,  cisza,  zmącona  tylko  dalekim  echem  tupotu 

licznych kroków. 

- Rysiu - zabrzmiał po chwili głos kobiety - nie chciałam ci tego nigdy mówić, ale sam 

powiedz, czy skazańcom gdziekolwiek tak dogadzają przed śmiercią, jak nam tutaj. 

-  Owszem... Naturalnie -  odpowiedział  niepewnie. - Słyszałem, że nigdzie  im się  nie 

odmawia  drobnych  przyjemności,  jak  lepsze  jedzenie,  kieliszek  wódki,  szklaneczka  wina. 

Papieros czy... 

-  Tak, w krajach kulturalnych  i  na godzinę przed straceniem.  A te dzikusy  fetują nas 

od tylu dni. 

- Kochanie najdroższe, nie trwóż się. Może tym „poczciwcom” zależy na tym, abyśmy 

nie  umarli  z  głodu  przed  dniem  egzekucji.  Obliczają  wielkość  naszych  apetytów  według 

własnych.  Może  wreszcie  troszczą  się  o  nasz  dobry  wygląd  -  plótł,  co  ślina  na  język 

przyniosła. 

- Nie żartuj, Rysiu. Nie bądźmy jak strusie, co niebezpieczeństwu w oczy zajrzeć nie 

śmieją.  Powiedzmy  sobie  bez  osłonek:  oni  nas  celowo  tuczą...  Co  się  stało?  -  spytała, 

background image

posłyszawszy  jego  głuchy  jęk.  -  Przestraszyłeś  mnie  -  ciągnęła  dalej  cichuteńko.  -  Słuchaj, 

czy pamiętasz, co o tubylcach opowiadał niegdyś Ralph i doktor Hearne? 

- Nnnnie - zaprzeczył, rozwierając z trudem kurczowo zaciśnięte szczęki. Domyślił się 

już  dawno,  jaki  jest  tok  rozumowania  Violet,  lecz  sama  myśl  o  tym  wydała  mu  się  czymś 

nieskończenie potwornym. 

- Twierdzili obaj, że Kanakowie są... och, ludożercami! 

- Byli nimi, Violet... Byli ongiś,  bardzo dawno temu, ale nie dziś... Nie! Nigdy!... To 

nonsens!... Absurd! - stopniował, podnosząc głos niechcący. 

-  A  ja  sądzę  inaczej  -  snuła  nieubłaganie  swój  pogląd  -  wiem.  O  kanibalizmie  nie 

może  być  mowy  tam,  gdzie  sięga  silna  dłoń  białych  władców.  Lecz  na  odludziu,  w 

niedostępnych kryjówkach  ludożercy hołdują z pewnością  barbarzyńskim zwyczajom  swych 

przodków. 

- Bajki, dziecinko. 

- Jednakże w Afryce... 

- Tak, tak, słyszałem - przerwał skwapliwie. - Były wypadki antropofagii w środkowej 

Afryce, w Południowej Ameryce, gdzieś w dorzeczu Orinoko... 

- Oraz w Oceanii. 

- Ale nigdy tutaj, na Hawajach. 

-  Czemu nie,  Rysiu? Czy ten  labirynt skalnych  jaskiń,  ganków,  pieczar  nie zapewnia 

zbrodniarzom bezkarności? Nikt się nigdy nie dowie... 

- Zamilcz, kobieto! - syknął wzburzony do ostatnich granic. 

-  Wolisz  więc  być  strusiem,  co  zasłoniwszy  głowę  sądzi,  że  w  ten  sposób  ujdzie 

zguby? 

- Nie, darling... Ale to wiem, że jestem związany jak baran, że zębami do postronków 

nie  mogę  sięgnąć,  że  jestem  bezsilny,  bezbronny  i  że  karmienie  wyobraźni  takimi 

okropnościami  w  niczym  naszego  losu  nie  zmieni.  Przeciwnie,  denerwuje,  odbiera  resztki 

równowagi  duchowi  i  osłabia  ciało,  co  może  fatalnie  zaważyć  na  szali,  kiedy  wybije 

godzina... 

- Zatem nie straciłeś jeszcze nadziei ocalenia nas obojga? - spytała zdziwiona. 

- I nie stracę jej nawet wtedy, gdy zacznę skwierczeć na patelni tych szatanów! - rzekł 

prawie głośno. 

- Tssss! Już minęli zakręt. 

Jakoż  w  tej  chwili  do  ciemnego  więzienia  wtargnęły  przednie  straże  światła.  Żółte 

odblaski  niesionych  przez  kogoś  pochodni  zamigotały  płochliwie  na  kamiennej  posadzce, 

background image

polizały mury, pogłaskały jeńców siedzących na głazach i przywiązanych z rozkrzyżowanymi 

ramionami  do  żelaznych  kółek  wpuszczonych  w  skalną  ścianę,  zatańczyły  wśród 

stalaktytowych  iglic  zwisających  z  nierównego  sklepienia  groty,  i  rozprzestrzeniły  się 

zwycięsko,  wypierając  zewsząd  ostatnie  hufce  mroków.  Zrobiło  się  po  chwili  tak  jasno,  jak 

gdyby snop złotych promieni słonecznych wpadł do wnętrza przez jakiś otwór. Lecz, niestety, 

słońce nie zajrzało tu nigdy i nigdy nie wiedzieli więźniowie, czy dzień jest w danej chwili na 

świecie, czy noc ujęła w dłonie berło krótkotrwałego panowania. Tu zawsze tonęło wszystko 

w mrokach nieprzebitych, póki nie zjawili się milczący cerberzy z pochodniami. 

A  zjawiali  się  bardzo  często.  Najczęściej  przychodzili  z  żywnością,  z  koszami 

owoców,  z  rybami,  kokosami,  chlebem  dziwnego  smaku.  Niekiedy  wpadali  znienacka, 

zapalając światło dopiero w grocie; te wizyty  miały  na celu sprawdzenie,  czy  jakimś cudem 

nie  udało  się  jeńcom  przerwać  postronków.  A  czasami  wyprowadzali  Ryszarda  i  Violet  z 

przepaskami na oczach do jakiejś małej, ponurej kotliny, która na krater wygasłego wulkanu 

wyglądała. Tu przywracano jeńcom pewną swobodę ruchu,  lecz spadzistość ścian skalnych  i 

liczne towarzystwo uzbrojonych dozorców nie nastręczały bynajmniej okazji do ucieczki. 

- Nie po nas - westchnął Ryszard z wielką ulgą, kiedy wychyliwszy się tak daleko, jak 

na  to  pozwalały  więzy,  dojrzał  w  sąsiedniej  grocie  nowego  więźnia,  otoczonego  gromadą 

Kanaków. Więzień ów zwrócony był doń profilem, lecz gruby zawój skrwawionych bandaży 

spowijał  jego  głowę  do  tego  stopnia,  że  z  tej  odległości  rysów  twarzy  nie  można  było 

rozpoznać.  Ręce  miał  skrępowane  na  plecach  i  chwiał  się  niepewnie  na  nogach.  Po  chwili 

znikł  Ryszardowi  z  oczu,  popchnięty  w  głąb  olbrzymiej  pieczary.  Pochodnie  przestały 

podskakiwać,  chyba umieszczono  je w  jakichś pylonach. Znikały także sylwetki dozorców i 

sędziwych  tubylców  odzianych  w  dziwaczne  stroje,  ale  pomruk  rozmów  rozbrzmiewał  w 

dalszym ciągu. 

- Widzisz co? - spytała Violet jak najciszej. 

- Teraz już nic. Widziałem nowego towarzysza niedoli. 

- Biały? 

-  Zdaje  się,  że  tak.  Twarz  miał  obandażowaną.  Hm...  Ciekawym,  dlaczego  nic 

przyprowadzili go tutaj i nad czym tak spiskują zawzięcie. 

- Może go męczyć będą?... Och, Boże, Boże! 

- Ty zawsze najgorsze przypuszczasz... Czekaj no... Widzę dwie kobiety... 

- Także Białe? 

- Nie, tubylki. Jedna stara, brrr... jaka brzydka... Druga młoda... Czy mnie wzrok myli? 

- Co, co takiego?... 

background image

- Idzie tutaj... Ależ tak... To ona! 

- Kto, Rysiu... Jaka ona? 

-  Lilinokalana...  Moja  znajoma  znad  zatoki  Maunalua...  Skąd  ona  się  wzięła  w  tym 

gronie?... Czyżby?... 

Nie dokończył swej myśli, gdyż ściemniło się nagle w pieczarze. W wąskim i niskim 

przejściu pomiędzy wielką a małą grotą stanęła jakaś postać, rzucając olbrzymią plamę cienia. 

Była  to  rzeczywiście  Lilinokalana.  Nie  raczywszy  nawet  spojrzeć  w  stronę  Violet, 

podeszła do Ryszarda i przywitała się z nim serdecznie. 

- Cóżeś ty taki brudny? - zauważyła trafnie. 

- Brudny jak brudny, ale pomalowany cudacznie. 

- Pomalowany? Któż cię tak upiększył? 

-  Spytaj  swoich  rodaków.  Uciekając  przed  strasznym  cyklonem,  schroniliśmy  się  do 

jakiejś chatki i usnęliśmy zmęczeni, wyczerpani z sił do cna. 

- Wiem - wtrąciła marszcząc brwi nagle - wkroczyliście na miejsce poświęcone. 

-  Nie  było  nigdzie  tabliczki  z  ostrzeżeniem,  że  wstęp  wzbroniony  -  zażartował  z 

uśmiechem; widząc znajomą tancerkę,  nie  lękał się  już niczego i  był  spokojny o swój  los,  o 

los Violet przede wszystkim. Ale ładna twarzyczka Hawajki nie rozchmurzyła się wcale. 

- Ostrzegano was jednak, a nie usłuchaliście i za to macie odpokutować. 

-  Więc  za  to!  Dobrze,  że  wiem  przynajmniej.  Twoi  rodacy  nie  są  rozmowni  i  nie 

raczyli  mnie  do  tej  pory  poinformować,  z  jakiego  powodu  nas  uwięziono  i  pomalowano  w 

czasie twardego snu na brązowo. 

- Ty, widzę, nie przeczuwasz, jaka kara czeka świętokradców. Inaczej nie byłbyś taki 

wesół. 

-  Czemu  nie  mam  być  wesoły,  Lili?  Uważam  całe  zdarzenie  za  dość  oryginalną 

przygodę, a przygody lubię pasjami. 

- O ile się dobrze kończą; w to wierzę. Ale stare prawa Kanaków są niewzruszone. A 

prawa te głoszą; za świętokradztwo... śmierć! 

Starała się to powiedzieć surowo, twardo i powiodło się jej niezgorzej; równocześnie 

jednak  obrzuciła  więźnia  spojrzeniami  tak  ciepłymi,  że  groźba  wywarła  efekt  wręcz, 

przeciwny zamiarom. 

-  Śmierć  -  powtórzył...  -  pięknie  powiedziane.  Chciałbym  tylko  wiedzieć,  czy  nasze 

władze zaaprobowały ten surowy kodeks kanacki. 

-  Zaapro...  Co  znaczy  to  słowo?  -  spytała,  a  kiedy  jej  wyjaśnił,  dodała  z  odcieniem 

dumy:  -  Tu  moc  Białych  nie  sięga.  Jeśli  liczyłeś  na  ich  pomoc,  to  wyzbądź  się  wszelkiej 

background image

nadziei.  Nikt  was  szukać  nie  będzie.  Zginęliście,  spadłszy  w  wir  morski  wśród  raf  cieśniny, 

jaka  przedziela  dwie  małe  wysepki.  Świadczą  o  tym  strzępy  waszej  odzieży,  rozrzucone  po 

brzegu.  Nikomu przez  myśl  nie przejdzie,  że przebywacie żywi  jeszcze  na razie,  o setki  mil 

stamtąd... 

- Jak to? Więc nie jesteśmy na owej wulkanicznej wysepce, co sąsiaduje z koralowym 

atolem? 

- Setki mil stamtąd, powiedziałam. 

- Gdzie zatem? 

Zawahała się na moment, potem machnęła dłonią lekceważąco i odrzekła: 

-  Kto tu  wszedł  więźniem,  nie  ujrzy  więcej  słońca.  Mogę  ci  powiedzieć.  Jesteśmy  u 

stóp Mauna Loa. 

Ryszard  oniemiał  ze  zdziwienia.  Uwierzył  słowom  pięknej  wyspiarki;  nie  miała 

zresztą  powodów  kłamać;  zaznaczyła  wyraźnie,  że  nie  wyjdą  stąd  nigdy,  nie  zdradzą 

tajemnicy, gdzie mieszczą się ogromne pieczary, ostatni azyl ostatnich Kanaków. 

Byli  więc  na  wyspie  Hawai`i,  największej  z  archipelagu,  który  swą  nazwę  od  niej 

otrzymał.  Byli  u  stóp  największego  wulkanu  Mauna  Loa,  zatem  w  głębi  wyspy,  z  dala  od 

morskiego wybrzeża. - Jakże to możliwe - myślał, wspominając sobie noc spędzoną z Violet 

w opuszczonej chatce  jakiegoś czarownika.  Nagle zmarszczył czoło.  Było coś,  co stanowiło 

niejako  pomost  pomiędzy  tamtym  zdarzeniem  a  niewolą  w  podziemnych  jaskiniach.  Plątały 

się w głowie niewyraźne wspomnienia czy sny o podróży morskiej w długiej łodzi kanackiej, 

o  nocnych  przeprawach  na  grzbiecie  małych  koników  przez  jakieś  dżungle  bajecznie 

wysokich  paproci,  o  garstce  rosłych  tubylców,  spełniających  posłusznie  wszelkie  rozkazy 

posępnego kapłana czy wróżbity. 

Chciał  zadać  kilka  pytań  wyspiarce,  lecz  w  tym  samym  momencie  zabrzmiał  w 

sąsiedniej grocie głos niski, donośny dzięki dobrym warunkom akustycznym. Bas prawił coś 

uroczyście, niby spiker, który zagaja posiedzenie parlamentu. 

- Co on mówi? Nie rozumiem ani słowa - bąknął. 

Lilinokalana wyjaśniła chętnie: 

-  Słuchajcie dobrze.  Tam odbędzie się sąd  nad złym  człowiekiem, którego  los wydał 

wreszcie  w  ręce  pokrzywdzonej  i  mścicieli.  Mówi  właśnie  kapłan  najwyższy.  Wzywa 

skrzywdzoną,  by  wyjawiła,  o  co  tamtego  oskarża...  Słuchajcie  dobrze.  Niebawem  i  wy 

staniecie przed sędziami... 

- Waszymi oczywiście - zauważył z ironią. 

- Przed naszymi sędziami - potwierdziła poważnie. 

background image

- Których ja nie uznaję i którzy sądzić nas żadnego prawa nie mają. 

- Niemniej was osądzą. 

- I zginą za to na elektrycznym krześle. 

-  Jeśli  Biali  się  o  tym  kiedykolwiek  dowiedzą.  Ale  nie  dowiedzą  się  nigdy,  bądź 

pewien. 

Chciał zareplikować, lecz ruchem dłoni nakazała mu milczenie. 

- Słuchaj lepiej, zamiast się spierać. Uważaj... Teraz wystąpi oskarżycielka. 

Wzruszył ramionami niecierpliwie. 

-  Słuchałbym  chętnie  choćby  dlatego,  żeby  wiedzieć,  jak  wygląda  taka  farsa... 

Niestety, nie rozumiem ani słowa... 

- Będę wam tłumaczyć. 

- Chcesz nam być tłumaczem? 

- A wiesz dlaczego? 

- Żeby nam uprzyjemnić nudy niewoli, jak mniemam. 

- Znowu żartujesz, nieszczęsny... Żartujesz mimo wszystko - dodała nie bez podziwu 

dla jego odwagi. - Powinnam odejść. Może mi bracia za złe wezmą, że tracę czas na rozmowy 

z białym świętokradcą. 

- Więc nie narażaj się szanownym rodakom. 

-  Lecz  postanowiłam  zostać  i  zostanę  -  ciągnęła  niezrażona  jego  drwinami.  -  Chcę 

wam  tłumaczyć,  co  tam  będą  mówić,  słowo  po  słowie,  abyście  się  przekonali,  jakim 

okrutnikiem  był  wasz  brat, człowiek o białej skórze  i  jak sprawiedliwe są sądy  moich braci. 

Dlatego  tylko  tu  przyszłam  i  słucham  cierpliwie  twoich  kpin,  biały  człowieku...  A  teraz 

słuchajcie bacznie... 

W sąsiedniej grocie zabrzmiał drżący głos kobiety.  Mówiła powoli,  z przystankami  i 

tak  cicho,  że  Lilinokalana,  która  przyjęła  rolę  tłumacza,  przyłożyła  dłoń  do  ucha,  by  lepiej 

słyszeć.  Chcąc  uniknąć  nonsensów  i  dziwolągów  językowych,  nie  przekładała  zeznań 

oskarżycielki dosłownie, wyraz za wyrazem, lecz całymi zdaniami. 

- Było to dawno temu, o sędziowie - zaczęła. - Było to wówczas, kiedy biali osadnicy 

pozbawili  tronu  moją  starszą  siostrę,  kiedy  przyszli  do  władzy  republikanie,  zdrajcy,  którzy 

ojczyznę naszą wrogom zaprzedali... 

Rodzina  królewska  opuściła  O`ahu  i  przybyła  na  Hawai`i  z  małym  orszakiem 

przyjaciół. Z małym, powiadam, bo większość myślała tylko o własnych zagrodach, o swoich 

brzuchach,  nie  troszcząc  się  o  los  tych,  pod  których  berłem  żyli  w  szczęściu  ich  ojcowie, 

dziadowie, pradziadowie. A nie brakło tchórzów, którzy zawsze silniejszym sprzyjając, witali 

background image

z radością gwiaździste sztandary. 

Więc  szczupła  przy  nas  pozostała  garstka;  szczupła,  lecz  doborowa.  Był  z  nami 

najdostojniejszy Pahoa i Kalohi, który po nim tron arcykapłański odziedziczył, a którego teraz 

proszę, aby dał świadectwo prawdzie. 

Było  kilkunastu  kāhuna,  byli  najwyżsi  dostojnicy,  podpory  tronu  Lilinokalany, 

ostatniej  naszej  królowej,  byli  i  tacy,  co  mądrą  radą  wspierali  rodzica  mego  Kālakauę; 

zgrzybiali  starcy  woleli  z  nami  dzielić  nędzę  tułaczą  niż  przyjąć  dolary,  jakich  nie  skąpili 

nowi władcy wysp. 

Poszła z nami wreszcie garść dzielnych wojowników, których trudno było utrzymać w 

karbach,  chcieli  bowiem  walczyć  do  upadłego  z  potężnym  najeźdźcą  i  mogli  przez  to  cały 

naród na większe klęski narazić. 

W gronie owych dzielnych był... Manu... 

Głos  oskarżycielki  zamilkł  na  chwilę,  jakby  słów  szukała,  jakby  chciała  dobrać 

najlepsze określenia... 

- Manu... O nim chcę mówić, sędziowie - ciągnęła dalej miękko, pieszczotliwie. Manu 

był piękny jak bogowie; kiedy mówił o swym miłowaniu, szept jego był szmerowi strumyka 

podobny, a kiedy wzywał do walki, gromy mu z ust padały. Rosły był i smukły, niby młoda 

palma,  co  prosty  pień  murowi  siostrzyc  zawdzięcza,  bowiem  osłoniły  ją  przed  napadem 

cyklonów. Nogi miał silne, potężne, by... 

W  tym  miejscu  umilkła,  a  prawie  jednocześnie  zahuczał  niski  głos  jakiegoś 

mężczyzny... 

- Co on mówi? - spytał Ryszard Grath. 

Urodziwa tłumaczka uśmiechnęła się lekko i przełożyła natychmiast zasłyszane słowa: 

- Mówił najdostojniejszy Kalohi. Powiedział, że pamięta doskonale rycerskiego Manu, 

jego  wszelkie  zalety,  przeto  oskarżycielka  niepotrzebnie  rani  sobie  serce  drobiazgowymi 

wspomnieniami. 

-  Aha -  mruknął Ryszard z  humorem. -  Grzecznie to wyraził,  prawda,  Violet? U  nas 

sprawozdawcy  dziennikarscy  określiliby  to  w  rubryce  Z  sali  sądowej  takimi  słowami: 

Przewodniczący wezwał świadka, aby się streszczał i nie odbiegał od tematu. Ano, uczmy się 

od Kanaków. 

-  Przestań,  Rysiu  -  napomniała  go  Mrs  Dragon,  widząc  chmurkę  niezadowolenia  na 

czole  wyspiarki.  Nie  należało  sobie  przecież  zrażać  jedynej  przyjaznej  duszy  w  gronie  tych 

barbarzyńców. 

Oskarżycielka zabrała głos po krótkiej przerwie, a Lilinokalana przekładała w dalszym 

background image

ciągu jej zeznania dłuższymi okresami: 

-  Manu  był  nie  tylko  piękny,  najpiękniejszy  wśród  mężczyzn  ówczesnej  doby.  Był 

najdzielniejszy,  był  nawet  zuchwały.  Na  szyi  nosił  wielki  naszyjnik  z  zębów rekinów,  które 

legły  z  jego  ręki.  Kiedy  burza  się  zrywała  i  nawet  większe  statki  chroniły  się  do  najbliższej 

przystani,  on  opuszczał  brzeg,  sunął  wpław  na  morze,  popychając  przed  sobą  swą  deskę; 

płynął tak daleko,  że znikał  nam z oczu  i  napawał strachem  nasze  serca.  A potem  wynurzał 

się  nagle  w  oddali.  Stojąc  pewnie  na  pochylonej  desce,  gnał  na  grzbiecie  ujarzmionej  fali, 

złowrogo  syczącego  grzywacza,  wśród obłoków piany,  bryzgów,  rozbitej  na  drobną  miazgę 

kropel wody... 

Powiecie  mi,  sędziowie,  że wówczas każdy  Kanak był  mistrzem w  jeździe  na desce. 

Prawda  to,  ale  żaden  nie  zapuszczał  się  na  morze,  kiedy  burza  nadchodziła.  Żaden,  prócz 

niego. On drwił z cyklonów, z rekinów, nie lękał się raf podwodnych, nie bał się nikogo... 

Nawet Białych!... 

Nawet Białych, o sędziowie, się nie lękał... 

Kiedyśmy przybyli na Hawai`i. kiedy wiozący nas żaglowiec zawinął do przystani w 

Keauhou, kiedy na widok odległych zarysów świętej góry posmutniały oblicza wszystkich, że 

tam,  wśród  tych  urwisk  niedostępnych  muszą  szukać  przytułku  prawi  dziedzice  i  władcy 

urodzajnej  krainy...  on  jeden  zachował  twarz  wesołą,  on  jeden  nas  wszystkich  pocieszał: 

Przyjdzie nasz dzień - mówił z zapałem. - Przyjdzie dzień, w którym ocknie się dzielny naród 

Kanaków i wyrżnie w pień najeźdźców i przypomni sobie ze wstydem swoich książąt, wodzów, 

kapłanów,  opuszczonych  sromotnie  na  widok  żelaznych  okrętów...  Widzę  ten  dzień  oczyma 

mojej  duszy.  Widzę  już  mnogie  hufce  skośnookich,  małych  wojowników,  walczących  z 

Białymi.

1

  Oni  też  mają  stalowe  okręty,  armaty,  karabiny;  mają  ich  daleko  więcej  niż  Biali. 

Statki  pod  gwiaździstą  banderą  pierzchają  w  nieładzie  na  wschód,  ku  odległej  ojczyźnie, 

ostrzeliwując  się  rozpaczliwie  licznym  napastnikom.  A  kiedy  obie  walczące  floty  znikną  z 

widnokręgu,  Kanakowie  pochwycą  za  broń.  Załogi  Białych,  pozbawione  opieki  stalowych 

okrętów,  nie  zdzierżą  długo.  Zdobędziemy  ich  broń,  ich  działa  potężne  i  ustawimy  je  na 

wybrzeżach, aby odpędzały nieproszonych gości, Białych czy Żółtych. Pokażemy, że nie trzeba 

nam żadnych opiekunów i  wrócą dni dawnej świetności. Więc nie smućcie się, lecz hartujcie 

w niedoli serca i mięśnie, abyście byli gotowi do czynu, kiedy nadejdzie chwila walki... 

Tak mówił Manu, o sędziowie... 

I  nie  poprzestał  na  słowach,  na  proroctwach,  które  spełnią  się  kiedyś,  w  co  święcie 

wierzę... 

Nie poprzestał... 

background image

Jego  czynna  natura  wymagała  czegoś  więcej.  Zaledwie  odprowadził  nas  do  stóp 

świętej góry i zabezpieczył dostęp do naszych kryjówek, przepadł jednej nocy wraz z garstką 

najwierniejszych  towarzyszy,  nie  mówiąc  starszyźnie,  dokąd  wyrusza,  co  czynić  zamierza. 

Już zaczęliśmy się niepokoić, kiedy pewnego ranka zbudził nas gwar licznych głosów. Pahoa 

sądził, że Biali nadciągają naszym śladem i doradzał ucieczkę w głąb podziemnych ganków. 

Słuchano go zawsze; niewiasty wyruszyły w drogę z pochodniami; mężczyźni pośpieszyli ku 

miejscu,  gdzie  leżały  nagromadzone  głazy,  potrzebne  do  zamknięcia  wejścia.  Wówczas  to 

skusiło  mnie,  by  wybiec  na  zewnątrz  i  zajrzeć  w  oczy  domniemanemu  niebezpieczeństwu. 

Wybiegłam  i  wydałam  okrzyk  radości.  U  moich  stóp  leżał  obóz,  rozbrzmiewający  gwarem 

kilkuset  głosów.  Obóz  naszych  wojowników.  W  otoczeniu  kilkunastu  starszych  wstępował 

Manu na skalne tarasy, dążąc ku wejściu do podziemnych kryjówek... 

Och, był to dzień pamiętny i szczęśliwy. W obecności mej królewskiej rodziny, wobec 

dostojnych kāhuna i starców sędziwych zdawał Manu sprawę ze swoich czynów... 

Mówił: Oto macie najlepszy dowód, że nie wszyscy jeszcze was opuścili. Oto zaczątek 

naszego  wojska,  które  przepędzi  najeźdźców,  kiedy  nadejdzie  dzień.  Na  mój  zew  przyszli 

ochoczo,  by dodać wam otuchy.  Patrzcie na ich stalowe mięśnie i  radujcie się. Powiodło  się 

nam  zdobyć  kilkanaście  karabinów  na  początek.  Patrzcie,  jak  władamy  bronią  Białych  i 

krzepcie wasze serca... 

Przemawiał tak długo, lecz piękne słowa uciekły mi niestety z pamięci. Pomnę tylko, 

że najdostojniejszy Pahoa nie podzielał  jego zachwytów. Lękał się,  iż wieści o tym dotrą do 

Białych  i  spowodują  wysłanie  ekspedycji,  jak  się  to  wówczas  nazywało.  Przewidywał 

słusznie, zaiste. Na razie stanęło jednak na tym, że stu młodzieńców pozostanie w obozie, by 

czuwać nad bezpieczeństwem naszym, a reszta rozejdzie się do swoich wiosek; po dziesięciu 

dniach  zluzuje  strażników  nowa  setka,  potem  znowu  inna  i  tak  w  koło.  Oby  tylko  przyszli

rzekł Pahoa powątpiewająco i znowu miał słuszność... 

Już za pierwszą zmianą nadeszła niepełna secina, a zły przykład był bardzo zaraźliwy. 

Strażnicy  uciekali  nocami,  nowi  nie  przybywali  na  czas,  każdy  zaś  miał  gotową  wymówkę. 

Jeden  musiał  wyruszyć  na  połów  ryb  z  innymi  rybakami,  drugiemu  żona  zachorowała, 

trzeciemu  koń  okulał,  czwarty  sam  czuł  się  niedobrze  i  zastępy  naszego  wojska  topniały 

szybko... 

Manu  nie  spostrzegał  tego,  rozkochany  we  mnie  do  szaleństwa.  Bo  muszę  wam 

wyjaśnić, o sędziowie, że miałam go niebawem poślubić. Kochaliśmy się od dawna, lecz były 

przeszkody,  dopóki  starsza  moja  siostra  dzierżyła  królewskie  berło.  Manu,  mieszaniec, 

nieślubny syn białego kolonisty i urodziwej córki rybaka znad zatoki Kāne`ohe na O`ahu, nie 

background image

był  godny  ręki  księżniczki  Kamehy,  dla  której  szukano  męża  wśród  książąt  japońskich.  Ale 

kiedy po zamachu na Lilinokalanę republikanie przyszli do rządów, kiedy rodzina królewska 

musiała  się  udać  na  tułaczkę,  rycerski  Manu,  który  pragnął  pomścić  krzywdę  swej  matki  na 

wszystkich  rodakach  białego  ojca,  Manu,  na  wezwanie  którego  śpieszyły  zastępy  żądnej 

walki  młodzieży,  Manu,  mający  największy posłuch wśród młodych  i starych, ten Manu był 

teraz  w  oczach  mej  rodziny  lepszym  mężem  dla  mnie  niż  dalecy  książęta  z  kraju 

Wschodzącego Słońca... 

Więc  w  dniu,  w  którym  przywiódł  do  stóp  świętej  góry  setki  wojowników, 

ożywionych  wówczas  zapałem  do  walki  z  najeźdźcą,  otrzymaliśmy  przez  usta 

najdostojniejszego  Pahoa  zezwolenie  na  zawarcie  małżeństwa  i  w  oczekiwaniu 

wyznaczonego terminu spędzaliśmy dni niezapomniane... 

Och,  piękne to były dni,  najpiękniejsze,  jakie przeżyłam w ciągu tylu  lat.  Niczym są 

wobec nich chwile świetności, kiedy na tronie królewskim zasiadała moja siostra. Niczym są 

dni  mojej  sławy,  smutnej  sławy,  jaką  zdobyłam  później  w  czasie  mych  podróży  po  krajach 

białych  ludzi,  popisując  się  tańcem  dla  pozoru,  a  w  rzeczywistości  szukając  tego...  podłego 

łotra, oszusta, mordercy... 

Manu  był  ze  mną,  to  starczy  za  wszystkie  słowa.  Trzymając  się  za  ręce,  błądziliśmy 

wśród puszczy,  kąpaliśmy  się w ciepłych  jeziorkach,  brodziliśmy poprzez rwące strumienie, 

kryliśmy  się  w  grotach,  zbieraliśmy  kwiaty  na  łąkach,  na  leśnych  polanach,  zapatrzeni  w 

siebie,  roześmiani,  szczęśliwi,  od  bogów  szczęśliwsi.  Kochałam  go  bardziej  niż  życie,  niż 

wszystko.  Zasypiając  w  jego  ramionach,  śniłam  o  tym,  by  móc  dać  dowód  mej  wielkiej 

miłości,  by  dać  życie  za  niego.  Tak.  Na  to  byłam  gotowa  w  każdej  chwili.  Nie  raz,  ale 

dziesięć,  sto  razy  dałabym  się  zabić  w  najokrutniejszy  sposób,  byle  za  tę  ofiarę  od 

zazdrosnych  bogów  jeden  rok  życia  więcej  dla  Manu  wybłagać.  Ale  na  to  nie  zanosiło  się 

wtedy i nic nie mąciło naszego szczęścia. Było nam za dobrze i to mnie przerażało niekiedy. 

Wiedziałam,  że  aumakua  są  wszędzie,  widzą  wszystko  i  zawistnym  okiem  patrzą  na  radość 

ludzi.  Więc,  by  ich  nie  drażnić,  wbijałam  sobie  ostre  kolce  w  ciało,  zadawałam  sobie  ból,  i 

cierpiąc,  cieszyłam  się  w  duszy,  że  cierpię  dla  Manu,  dla  naszej  miłości,  że  w  ten  sposób 

składam  przebłagalną  ofiarę  złym  aumakua,  których  łzy  ludzkie  cieszą,  a  śmiech  boli  i 

gniewa... 

Ale  nie  zdołałam  ich  przebłagać;  pozazdrościły  mi  szczęścia  rychło,  ooo,  jakże 

rychło!... 

Pewnego  wieczora  przybył  do  nas  konno  młody  rybak  aż  z  Papaikou.  Wieści,  jakie 

przywiózł,  zatrwożyły  nas  wszystkich  z  wyjątkiem  Manu,  który  nie  znał  lęku.  Oto  dwa  dni 

background image

temu ukazały się koło Honomu cztery żelazne okręty. Dwa z nich zarzuciły kotwice w zatoce 

Hilo,  a  dwa  pozostałe  popłynęły  na  południe,  jak  gdyby  w  stronę  Kumukahi.  Nietrudno  się 

było domyślić, że opłynąwszy cypel wyspy, podążą do Keauhou, aby nas wziąć w dwa ognie. 

Tejże nocy odbyła się burzliwa narada, w której ja, jak i inne niewiasty, nie wzięłam udziału. 

Tejże nocy wyruszył Manu ze swymi towarzyszami na wojenną wyprawę. Wyruszył, wbrew 

zakazowi Pahoy i innych starszych, którzy radzili, by nie wszczynać walki, lecz zaszyć się w 

puszczy i przeczekać burzę... 

Przyszły  dni  strasznej  niepewności.  Siedząc  na  stokach  świętej  góry  w  pobliżu 

zamaskowanego  wejścia  do  podziemi,  wsłuchiwałam  się  z  trwogą  w  sercu  w  odległe  echa 

wystrzałów karabinowych, które rozbrzmiewały w najrozmaitszych stronach; raz od Pāhali, to 

znów jakby u szczytu groźnego Kilauea, lub wreszcie na tyłach gdzieś koło Moku`aweoweo. 

A raz nawet zadudniły armaty stalowych okrętów, zakotwiczonych przed Keauhou... 

Którejś  nocy  nadciągnął  mały  oddziałek  naszych,  sami  ranni,  bo  każdy  zdrowy 

potrzebny  był  w  szczupłych  szeregach  bratnich.  Przyprowadzili  z  sobą  czterech  jeńców, 

marynarzy  amerykańskich,  w  ich  liczbie  jednego  oficera.  Przywieźli  mi,  co  ważniejsze, 

pozdrowienia  od  Manu  i  radosną  wieść,  że  zdrów  jest,  że  mimo  złego  uzbrojenia  swoich 

żołnierzy  nęka  nieprzyjaciół  skutecznie  i  wierzy,  iż  ich  odeprze.  Jeńców  ukryliśmy  w  głębi 

podziemi, gdyż Pahoa nie pozwolił ich zabić wbrew naszym zwyczajom. Lepiej mieć w nich 

zakładników  do  wymiany,  gdyby  się  ktoś  znaczniejszy  z  naszych  dostał  w  ręce  Białych  - 

mówił, kierując się, jak zawsze, wielką przezornością. Poparłam go gorąco, gdyż przyszło mi 

nagle  na  myśl,  że  jeśli  kto,  to  przede  wszystkim  Manu,  nieustraszony,  zuchwały  wojownik, 

który, jak słyszałam, zakradł się samopas do obozów Białych, może łatwo popaść w niewolę. 

Więc  własnoręcznie  opatrzyłam  lekką  zresztą  ranę  schwytanego  oficera,  własnoręcznie 

przynosiłam mu najlepsze jedzenie i wodę, dbając o jego życie więcej niż o własne... 

Coraz  silniej  utrwalało  się  we  mnie  przekonanie,  że  ten  zakładnik  wykupi  mego 

Manu, którego śmiałe wyprawy mogą lada dzień przynieść zły koniec... 

Przesiadywałam  więc  godzinami  przy  jeńcu,  w  tamtej  sąsiedniej  grocie,  bo  tam  był 

uwięziony... 

Znosiłam  mu  najpiękniejsze  owoce,  rozluźniałam  jego  więzy,  aby  nie  raniły  skóry  i 

nie wrzynały  się w ciało. A kiedy wpadł w ponure przygnębienie  i odmawiał przyjmowania 

pokarmów,  grałam  mu  na  ukulele  najpiękniejsze  pieśni,  nuciłam  śpiewki,  zagadywałam  go, 

uczyłam  naszego języka,  nawet tańczyłam przy  nim, byle tylko odzyskał wesołą twarz, chęć 

do jadła, do życia. On musiał żyć, musiał za wszelką cenę! Moja nadmierna troskliwość rosła 

z każdym dniem, w miarę jak coraz gorsze wieści przychodziły z pola walki... 

background image

On zaś przyjmował moje zabiegi zrazu obojętnie, później z wyraźną wdzięcznością, a 

potem  wyczytałam  w  jego  oczach  coś  więcej  niż  niemą  podziękę.  Czy  kochał  mnie,  czy 

pożądał, nie wiedziałam wówczas; tego nie poznasz ze spojrzeń chytrego, białego człowieka; 

zresztą  było  mi  to  najzupełniej  obojętne,  bowiem  wszystkie  moje  myśli  były  przy  Manu. 

Gdyby  Manu  nie  zabrał  całej  mojej  miłości,  nie  byłabym  tego  jeńca  także  nigdy  pokochała, 

gdyż jego brzydota aż biła w oczy, a wzrok, jakim ślizgał się po mej twarzy, ciele, ramionach 

czy  nogach,  budził we  mnie wstręt, lęk  i złe przeczucie. Z wysiłkiem przemagałam w sobie 

chęć ucieczki i zamiar nieprzychodzenia tam więcej... 

Ale musiałam przychodzić. Musiałam twarz składać w obłudnym uśmiechu, bo pojął, 

że przedstawia dla  mnie  jakąś dziwnie wielką wartość, lub  może przeniknął  moje  myśli  i za 

żadną cenę nie chciał przyjmować posiłku, jeśli mnie przy tym nie było... 

Jednego dnia wyznał mi swoją miłość. Kalecząc okropnie naszą piękną mowę, zaczął 

opowiadać,  że  po  stłumieniu  powstania  zabierze  mnie  z  sobą  i  poślubi.  Omal  mu  w  twarz 

śmiechem nie parsknęłam. Zapanowałam jednak nad sobą i żeby go nie drażnić, nadmieniłam, 

że wojna zapewne nieprędko się skończy... Wojna? - powtórzył szyderczo. - Jaka wojna? Tę 

ruchawkę  wojną  nazywasz.  Niech  tylko  przybędą  oczekiwane  posiłki,  powywieszamy 

buntowników  do  nogi.  W  dziesięć  dni  będzie  po  wszystkim,  za  to  ręczę!  Tak  rzekł  i 

znienawidziłam  go  od  tej  chwili.  Ale  pewność,  z  jaką  mówił,  zbiła  mnie  z  nóg. 

Powywieszamy buntowników, wszystkich... wszystkich - dzwoniło mi w uszach i niewidzialny 

polip  opasał  mackami  moje  serce,  ścisnął  je  kleszczami  złowrogich  przeczuć.  Wybiegłam  z 

podziemi  jak szalona,  upadłam  na trawę, modląc się żarliwie do Lono, Kū,  Kāne,  Kanaloa  i 

wszystkich aumakua, aby w zamęcie bitew strzegli mojego Manu... 

Nie wysłuchali mnie jednak... 

Zmierzch  już zapadł,  kiedy posłyszałam gdzieś u  mych stóp słaby  jęk.  Wielki krzew 

paproci zachybotał podejrzanie,  jakby  jakiś ciężar runął  na  niego.  Wezwałam wartowników. 

Pobiegli  na dół  i w  jakiś czas potem przynieśli  zemdlonego człowieka.  Kiedy po opatrzeniu 

rany  odzyskał  przytomność,  zaczął  urywanym  głosem  opowiadać,  że  postrzelono  go  z 

zasadzki. Mówił: Było nas sześciu, licząc z wodzem... 

Chwyciłam go za ramię: Manu  był z wami? -  krzyknęłam przeraźliwie...  - Gdzie on? 

Czy ranny?... 

Wojownik  westchnął  smutno:  Gorzej,  księżniczko,  bo  ogłuszony  uderzeniem  kolby, 

wpadł  w  ręce  Białych.  Tamci  polegli  wszyscy,  próbując  go  odbić  liczebnie  silniejszemu 

wrogowi. Mnie  nikt nie dostrzegł, bowiem  wczołgałem się  w gęstwinę krzaków. Pełzałem na 

czworakach śladem zwycięzców, chcąc wiedzieć, jaki los spotka wodza... 

background image

Umilkł,  a  mnie serce  bić nagle przestało. Osunęłam  się na trawę; nie  byłam w stanie 

wykrztusić jednego słowa, jednego zapytania, które cisnęło się na usta... 

Wyręczył mnie Pahoa. I widziałeś, jak go stracono? - wymamrotał drżącym głosem. 

Ranny  zaprzeczył  energicznie.  Jutro  mają  go  sądzić  dopiero.  Dlatego  śpieszyłem  do 

was, nie bacząc na upływ krwi i osłabienie. Jeszcze czas... Ratujcie wodza! Ratujcie!... 

Zerwałam  się  jak  biczem  podcięta.  Przyskoczyłam  do  Pahoy,  do  innych  starców. 

Całowałam  ich  dłonie,  obejmowałam  nogi,  kłaniałam  się  do  stóp  pokornie,  ja,  dumna 

księżniczka  Kameha!  Błagałam,  żebrałam,  zaklinałam,  by  oswobodzili  Manu.  Ratujcie  go 

przez  wzgląd na  was samych. Pomnijcie,  że kiedy jego nie stanie,  rozprzęgnie się  wszystko i 

ciężki but najeźdźcy naciśnie wam karki do ziemi... 

Uspokoili  mnie  uroczystym  zapewnieniem,  że  uczynią  wszystko,  co  będzie  w  ich 

mocy... 

Zaczęła  się  narada.  Wypytywano  rannego,  gdzie  przebywa  w  tej  chwili  Manu,  jak 

silny  jest  oddział  Białych,  który  go  pojmał  w  niewolę.  Pierwsza  odpowiedź  była  radosna, 

druga  zasmuciła  nas  niezmiernie.  Okazało  się,  że  Manu  jest  uwięziony  w  lochu  domku 

starego wróżbity, który zmarł przed rokiem, a więc bardzo blisko stąd, zaledwie trzy godziny 

drogi...  A  strażników  przy  nim  dużo?  -  wtrąciłam  niecierpliwie.  -  Więcej  niż  setka  -  odparł 

posępnie.  Wszyscy  pochylili  głowy  i  zapanowała  cisza  straszna,  przeklęta.  Nie  zdzierżymy  - 

rzekł wreszcie Pahoa, a słowa te powtórzyli zebrani jak echo... 

Wówczas oślepiająca błyskawica rozjaśniła mroki mych myśli. 

Wybuchnęłam radosnym śmiechem, ku zdumieniu i przerażeniu obecnych. Pahoa ujął 

mnie  łagodnie za rękę  i  szepnął współczująco:  Ból  ci  rozum  miesza,  córko. Chciał  coś dalej 

mówić, lecz przerwałam mu zaraz: Nie ból, ale radość, o świątobliwy - zawołałam... - Radość, 

iż znalazłam ratunek dla mojego Manu... Widząc zaś, że nadal patrzą na mnie jak na obłąkaną 

i nie domyślają się niczego, rzuciłam jedno słowo... Zakładnicy!... 

Pośpieszyliśmy w głąb podziemi. Wyprzedziłam innych i pierwsza stanęłam w grocie, 

gdzie  przebywali  czterej  biali  jeńcy.  Gorączkowo  wyjaśniłam  brzydkiemu  oficerowi,  o  co 

chodzi, i w zapale wyrwałam się niebacznie, że w zamian za Manu jesteśmy gotowi wypuścić 

na  wolność  wszystkich  czterech  zakładników.  Musi  to  być  ktoś  bardzo  znaczny  -  zauważył 

chytrze, lecz w tej chwili nadbiegł zdyszany Pahoa. W lot ogarnął położenie, spostrzegł moje 

zmieszanie i spróbował jeńca w błąd wprowadzić... Wcale nie znaczy. Zwykły sobie żołnierz. 

Kameha gardłuje za nim tylko dlatego, że to jej... - tu spojrzał  na  mnie pytająco. Miałam  na 

ustach słowo brat, ale Biały już rzucił krótkie pytanie: To mąż twój?... Potwierdziłam ruchem 

głowy, nie wiedząc jak ani kiedy... 

background image

Oficer  białych  zamyślił  się  nad  czymś.  Myślał  długo,  nie  odpowiadając  na  pytanie 

arcykapłana,  ślizgał  się  swymi  lepkimi  spojrzeniami  po  moich  nogach  i  znowu  dumał  w 

milczeniu.  Nagle  jakieś  chytre  ogniki  zamigotały  w  jego  oczach.  Dobrze  -  rzekł  krótko  i 

zażądał przyborów do pisania. 

Przyniesiono mu czym prędzej jego plecak i uwolniono z więzów ręce. Rozprostował 

ścierpnięte palce, aż zatrzeszczało w stawach, potem wyjął z plecaka cienką cegiełkę papieru 

oraz sztyft, jakiego Biali używają, gdy piszą. Głaz, na którym zawsze siedział, miał mu służyć 

za stół. 

Zaczął  pisać.  Chwilami  namyślał  się,  ślinił  koniec  sztyftu,  gryzł  drzewo,  jakby  słów 

potrzebnych szukając, potem rzucał całe linie niezrozumiałych znaków na papier i niebawem 

długi list był gotowy. 

Pahoa  patrzał  nań  cały  czas  uważnie.  Po  co  to  pisanie?  -  bąknął  w  pewnej  chwili.  - 

Jeśli się zgadzasz na wymianę, to wystarczy wysłać człowieka, który umówi z twoimi miejsce i 

porę spotkania. 

Jeniec  spojrzał  spode  łba...  Mylisz  się,  stary  człowieku.  To  mało,  że  ja  się  zgadzam. 

Oni muszą swą zgodę przede wszystkim wyrazić i muszą mieć w rękach dowód, że ja żyję, że 

jestem zdrowy, rozumiesz?... Trudno było na to coś odrzec... 

Kiedy  stanęliśmy u wylotu ganku, Pahoa zażądał pochodni.  Co robisz? - krzyknęłam 

przestraszona,  widząc,  że  rozwija  pakiecik,  jaki  jeniec  zrobił  z  innych  kartek,  umieszczając 

list  pośrodku...  Lękam  się  jakowejś  zdrady,  córko.  Jemu  źle  z  oczu  patrzyło  -  brzmiała 

prorocza  odpowiedź.  Zeszli  się  wszyscy  najmędrsi,  lecz  nic  nie  wskórali.  Mało  kto  znał 

wówczas  mowę  Białych,  a  co  dopiero  ich  pismo.  Ktoś  orzekł  stanowczo,  że  to  jakiś  inny 

język,  nie  tych,  co  walczą  pod  gwiaździstymi  sztandarami.  Pahoa  rozłożył  ręce  na  znak,  że 

jest bezradny... Trudno... Musimy mu zaufać. Nie mamy innego wyjścia. 

Świtało już, kiedy niecierpliwie wyglądany posłaniec powrócił do naszych kryjówek... 

Powrócił z pomyślną wiadomością. Manu miał być wymieniony na oficera i trzech majtków 

w  samo  południe.  Jako  miejsce  spotkania  wyznaczyli  biali  wodzowie  łączkę  pod  lasem, 

widoczną  doskonale  ze  zbocza  wulkanu,  gdzie  wybiegałam  co  wieczór,  by  zaczerpnąć 

powietrza i wyglądać Manu... 

Och, nigdy nie zapomnę tej chwili!... 

W dolinę, leżącą u naszych stóp, zstępował szczupły orszak. Na przedzie szedł Pahoa 

z dużą, zieloną gałęzią w dłoniach, na znak, że pokój przynosi. Tuż za nim wlekli się czterej 

jeńcy,  z  rękami  związanymi  na  plecach,  z  głowami  spuszczonymi  na  piersi,  jak  gdyby  się 

wstydzili wobec swoich, że popadli w niewolę. Pochód zamykali dwaj poważni kāhuna i dwaj 

background image

wojownicy, wszyscy bez broni, wszyscy z zielonymi gałązkami... 

Z wysokości zbocza górskiego patrzyłam ja, moje siostry, nieletni bracia, cała rodzina 

królewska,  cała  starszyzna  i  ci  wszyscy  wierni  przyjaciele,  którzy  nie  porzucili  nas  aż  do 

końca... 

Patrzyliśmy tedy wszyscy i na oczach wszystkich popełniono ohydną zbrodnię... 

Kiedy  Pahoa  zrobił  połowę  drogi,  przystanął  zdziwiony.  Las  milczał.  Nikt  się  nie 

wychylił z zarośli, nikt naszym nie wyszedł naprzeciw. 

Jeńcy  zaczęli  się  niespokojnie  rozglądać.  Szybkimi  spojrzeniami  mierzyli  odległość. 

Chcieli ruszyć dalej, lecz Pahoa powstrzymał ich w miejscu. Przemówił coś do oficera, który 

skinął  głową  potakująco.  Zwracając  twarz  w  stronę  cichej  puszczy,  jął  wołać  głośno,  aby 

wyprowadzono zakładnika imieniem Manu... 

Zaklaskałam z radości w dłonie. Bo oto rozchyliły się krzaki i z zarośli wyszło trzech 

ludzi.  Dwaj  po  bokach  to  byli  biali  marynarze,  a  pośrodku  on,  Manu.  Choć  ręce  miał 

skrępowane  na  plecach,  choć  wiedli  go  na  sznurze,  jak  zwierzę  na  rzeź  przeznaczone,  szedł 

pewnie, z głową w górę podniesioną... 

Nie  usiedziałam  dłużej.  Krzycząc:  Manu!  Najdroższy  Manu!,  pędziłam  w  dół  po 

stromym zboczu, by jak najprędzej przytulić do wezbranego serca mojego chłopca... 

Krzyk zgrozy rozdarł powietrze... 

Zbierałam  się  właśnie  z  ziemi  po  upadku,  kiedy  posłyszałam  nad  sobą  okrzyk  mego 

rodzeństwa.  Spojrzałam  w  dół,  tknięta  złym  przeczuciem.  Pahoa  leżał  na  trawie,  ogłuszony 

zdradzieckim ciosem buta jednego z jeńców. Oni zaś biegli pędem w stronę lasu, do swoich. 

Manu  szarpnął  się  rozpaczliwie.  Zdołał  obalić  jednego  z  dozorców,  lecz  drugi  targnął 

sznurem w tym momencie. Pętla zacisnęła się dokoła szyi Manu. Zatrzepotał rękoma i runął 

na  wznak.  Prawie  jednocześnie  gruchnęły  strzały.  Dwaj  kāhuna  i  jeden  z  wojowników, 

przydanych  do  odprowadzenia  zakładników,  padli  trupem  na  miejscu.  Drugi  legł  plackiem, 

usiłując  podpełznąć  do  najbliższych  skał,  lecz  w  tym  momencie  wysypała  się  z  lasu  hurma 

marynarzy.  W  mgnieniu  oka  dopadli  go,  związali  i  powlekli  razem  z  nieprzytomnym 

arcykapłanem w głąb puszczy. 

Nie  wiem,  co  było  dalej.  Zemdlałam,  to  pewne.  Ktoś  mnie  przeniósł  do  naszych 

podziemi.  Kiedy otworzyłam oczy,  pochwyciłam  gwar  rozmowy  mężczyzn  i szlochy kobiet. 

Jeden  z  kāhuna  mówił  właśnie:  Straciliśmy  zakładników,  dwóch  oddanych  ludzi  i  trzech 

kapłanów,  w  tej  liczbie  świątobliwego  Pahoę,  lecz  ta  bolesna  strata  warta  nauki,  jaką 

wynosimy, że słowo Białych zeschły liść na szali przeważy... Na to drugi dodał: Nie zapomnij, 

bracie,  iż  straciliśmy  także  Manu.  Nic  go  teraz  śmierci  nie  wyrwie.  Nie  płakałam,  słuchając 

background image

tego. Łzy mi wyschły, serce zmieniło się w zimny głaz, który piersi tłoczył, a myśli ogarnęła 

dziwna,  głucha  martwota.  Byłam  pewna,  że  Manu  już  nie  żyje;  mieli  go  przecież  osądzić 

jeszcze  tego  dnia,  jak  zeznał  ranny  wojownik,  zwiastun  strasznej  nowiny.  Wyczerpana  z  sił 

do ostatka, zdrzemnęłam się, nawet nie wiem, kiedy... 

Zbudziłam  się  z  kroplami  zimnego  potu  na  skroniach.  Ktoś  dotykał  ostrożnie  mego 

ramienia w ciemnościach. To duch Manu - była moja pierwsza myśl, ale nie był to duch, jeno 

żywy człowiek, ów wojownik, wzięty dziś rano do niewoli wraz z arcykapłanem... 

Usiadłam na posłaniu i spytałam zdziwiona: Udało ci się zbiec, bracie?... Zaprzeczył. 

Nie,  księżniczko.  Wypuścili  mnie  sami  na  wolność,  abym  był  posłem  pomiędzy  nimi  a  tobą. 

Chodzi  o  twego  Manu...  Nie  pomnę,  czy  go  ucałowałam  z  radości,  posłyszawszy  te  słowa. 

Więc on żyje  i żyć będzie z pewnością,  skoro gońca do mnie wysłali. Wojownik, zarzucony 

deszczem moich pytań, z trudem dorwał się głosu: Najlepiej będzie, jeśli powtórzę dosłownie, 

co  mi  przykazał  powiedzieć  ten,  który  u  nas  przebywał  w  niewoli.  Rzekł  mi:  -  Wybacz, 

Kameho, to, co dzisiaj uczyniłem, ale miłość ku tobie to sprawiła. Wiedziałem, że jeśli Manu 

już dzisiaj powróci, stracę cię na zawsze. Lecz klnę się na cienie mych rodziców, że wrócę ci 

go,  jeśli  spełnisz  jeden  jedyny  warunek...  Serce  biło  mi  jak  u  schwytanego  ptaka...  -  Jaki  to 

warunek? - wykrztusiłam z zaschniętej krtani. Tego 

n

ie wiem. On ci sam chce to powiedzieć. 

Masz  przyjść  o  świcie  w  to  samo  miejsce,  gdzie  dzisiaj  nas  napadnięto.  Tak  on  powiedział, 

lecz  jeśli  wolno  wiernemu  słudze  coś  dodać  do  tego,  to  mówię  i  błagam:  nie  opuszczaj  tych 

kryjówek,  nie  wierz przysięgom Białych i miej  w pamięci ich dzisiejsze  wiarołomstwo.  Manu 

nie ocalisz i siebie zgubisz, księżniczko... 

Nie przestał  mnie zaklinać,  dopóki  mu  nie przyrzekłam, że  nie posłucham wezwania 

białego  człowieka.  Wtedy  dopiero  odszedł  do  sąsiedniej  groty  i  zaraz  zasnął,  zmęczony 

przejściami tego pamiętnego dnia... 

A  na  mnie  przyszły  ciężkie  chwile  walki  wewnętrznej.  Iść  czy  nie  iść?  Przestroga 

oddanego  sługi  brzmiała  mi  wciąż  w  uszach  i  uznawałam  w  zupełności  jej  słuszność.  Tak, 

tak. Białym wierzyć  nie  można,  zwłaszcza temu niewdzięcznikowi, który za wszystkie  moje 

starania,  za  całą  troskliwość  i  opiekę  w  czasie  pobytu  w  niewoli  odpłacił  mi  zdradzieckim 

listem, podstępną zasadzką, która udaremniła wymianę zakładników... 

Wszystko więc przemawiało za tym, aby nie wychylać się z. bezpiecznej kryjówki... A 

jednak... Przecież tu chodziło o życie mojego Manu. Żadna ofiara nie była zbyt wielka, by go 

ocalić.  Żadna!  Wszakże  żyłam  zawsze  myślą,  że  z  miłości  do  niego  zdobędę  się  na  każde 

poświęcenie. Czy miałam teraz kłamać wobec siebie?... 

Postanowiłam  wyjść  z  jaskiń  górskich,  udać  się  na  spotkanie  z  białym  oficerem  i 

background image

spytać go, jaki to jest warunek, jaka cena uwolnienia Manu... I poszłam. 

Oskarżycielka  zachłysnęła  się,  zakaszlała  głośno  i  zamilkła,  a  równocześnie  umilkła 

przygodna  tłumaczka  jej  zeznań,  piękna  Lilinokalana.  Zapanowała  cisza,  przerywana  tylko 

skwierczeniem pochodni oraz cichym pogwarem rozmów, jakie toczyli sędziowie, zebrani w 

przyległej pieczarze. 

Ryszard  Grath ziewnął od ucha do ucha  i z  humorem przeprosił obie kobiety,  że  nie 

zasłonił sobie „paszczy” dłonią, gdyż ręce ma związane. 

-  Wiele gadania o nic -  zauważył ze znudzoną  miną.  -  Więc to ma  być owa straszna 

zbrodnia,  o  której  mówiłaś  z  taką  zgrozą.  I  podkreślasz,  że  winowajcą  był  człowiek  biały. 

Biedna Lili!!! Aż zachrypłaś od dokładnego tłumaczenia tej przydługiej historii, lecz niestety 

nie zdołałaś mnie przekonać. 

Mrs  Violet  Dragon  stanęła  po  stronie  księżniczki  Kamehy;  być  może,  iż  przez 

wrodzoną  dobroć  serca,  ale  również  być  może,  iż  wstawiła  się  w  położenie  wyspiarki  i 

wyobraziła sobie nagle Ryszarda w roli Manu. 

- Przyznasz chyba, Rysiu, że ów oficer był człowiekiem wyzutym z honoru i postąpił 

podle. 

-  Podle...  Hm...  czy  nie  za  silne  określenie?  -  droczył  się  nie  tyle  z  Violet,  ile  z 

milczącą  Lilinokalaną.  -  Gentlemanem  nie  był,  trudno  twierdzić  inaczej,  ale  nie  można 

zapominać o łagodzących okolicznościach. 

- Co to znaczy? - wtrąciła młoda Kanaczka. 

- To znaczy, moja Lili, że wówczas był okres zamieszek wojennych, a na wojnie wiele 

uchodzi,  że  dalej  ów oficer  nie  miał  żadnych  skrupułów,  ponieważ  w  konkretnym  wypadku 

chodziło  o  rebeliantów  i  w  dodatku  niższej  rasy...  że  wreszcie,  kiedy  stawką  jest  pożądana 

kobieta, mało kto uprawia czystą grę, raczej pozwala sobie na wszelakie tricki. 

- Przeraża mnie twój cynizm. 

-  Ależ,  Violet...  Ja  bynajmniej  nie  twierdzę,  że to,  co teraz  powiedziałem,  jest  moim 

własnym  credo.  Wziąłem tylko na  barki rolę obrońcy z urzędu tego jegomościa  i  staram się 

was przekonać, że to, co uczynił, było wprawdzie niegodne gentlemana, niemniej jednak nie 

było żadną zbrodnią. 

- A skutki? 

- Skutki były bardzo sympatyczne dla wszystkich trojga, my darling. 

- Nie mówisz chyba serio. 

-  Nigdy  bardziej  serio  nie  rozumowałem.  Bo  pozwól  tylko.  Ów  oficer  wojennej 

marynarki  USA  odjechał  zapewne  do  swej  ojczyzny,  unosząc  wspomnienie  upojnej  nocy  i 

background image

wymuszonych,  a  może  wcale  niewymuszonych  (one  mają  temperament)  pieszczot  pięknej 

księżniczki  hawajskiej... Dalej  Kameha przebolała rychło (o ile w ogóle  nad tym  bolała)  ten 

epizodzik,  a  w  zamian  nasyciła  swą  żądzę  poświęcenia  się  za  Manu.  Mogła  sobie  z  dumą 

powiedzieć,  że  jej ofiara,  tylko  jej ofiara ocaliła życie kochankowi, dla którego  nie było  już 

żadnego znikąd ratunku. 

- Lecz on... Manu. O nim zapominasz. 

-  Co  do  niego  zachodzą  dwie  możliwości.  Albo  nie  dowiedział  się  nigdy,  jaką  cenę 

zapłacono  za  jego  życie  i  wolność,  albo  wiedział.  W  pierwszym  wypadku  jest  wszystko  w 

porządku.  W  drugim  zaś  jego  nienawiść  do  Białych  wzrosła  wydatnie,  a  równocześnie 

wzrosła  miłość  i  przywiązanie  do  kochanki,  która  nic  wahała  się  złożyć  największej  ofiary, 

byle jego od śmierci wyratować. 

- Ale jakiś cień pozostał na zawsze. 

-  Cień?  Nie  rozumiem  cię,  darling.  Nie  taiłem  nigdy  przed  tobą,  że  zanim  cię 

poznałem, nie pędziłem wcale pustelniczego żywota. Opowiedziałem ci o wszystkich  moich 

miłościach  i  miłostkach.  I  czy  ta  wesoła,  kawalerska  przeszłość  rzuciła  jakiś  cień  na  mnie? 

Powiedz szczerze. 

- Właściwie... nie. Mężczyźnie wszystko uchodzi, lecz kiedy mówimy o kobiecie... 

- Kubek w kubek to samo, honey - przerwał jej z ożywieniem. - Znowu powracam do 

naszego przykładu. Jesteś mężatką. Od kilku lat należałaś do innego mężczyzny i czy sądzisz, 

że  ta  okoliczność  rzuca  jakikolwiek  cień,  używając  twego  wyrażenia,  na  ciebie,  na  moją 

miłość?  Nigdy!  Kocham  cię  stokroć  więcej,  niż  gdybyś  była  dziewicą.  Kocham  cię  więcej 

może właśnie dlatego, że znam twoją smutną przeszłość, wiem, jakim tyranem był Ralph dla 

ciebie. 

- Więc miłość twoja zrodziła się ze współczucia, z litości. 

-  Jak  możesz,  Violet!  Współczucie  wzmocniło  ją  tylko,  wysubtelniło,  ale  przenigdy 

nie  było  źródłem.  Lecz  odbiegliśmy  od  tematu...  Załatwiwszy  się  z  obu  możliwościami 

odnośnie do Manu,  stwierdzam raz  jeszcze,  że niegentlemański postępek białego oficera  nie 

mógł mieć złych skutków dla żadnej z trzech zainteresowanych osób. Czy nie tak, Lili? 

Wyspiarka  nie  dosłyszała  pytania,  zajęta  inną  myślą.  Zniżając  głos  mimowolnie, 

spytała Ryszarda: 

-  Powiedziałeś,  że jej  mąż był dla niej  niedobry  i  życie  miała z nim smutne...  Czy to 

prawda? 

-  Święta  prawda.  Mało  powiedzieć:  niedobry.  To  zbrodniarz,  który  nastawał  na  jej 

życie!  -  wybuchnął  szczerze  i  ugryzł  się  w  język  poniewczasie,  zorientowawszy  się,  że  tak 

background image

osobiste  sprawy  nie  są  przeznaczone  dla  uszu  ludzi  obcych.  Chciał  jakoś  zagadać,  lecz 

pierwsze  słowo  utknęło  mu  w  gardle  na  widok  tego,  co  teraz  nastąpiło  nieoczekiwanie. 

Lilinokalana podbiegła do Violet i ucałowała ją serdecznie. 

- Biedna ty... Bardzo biedna, lecz nie bój się. On cię już dręczyć nie będzie - mówiła, 

głaszcząc delikatnie włosy oniemiałej ze zdziwienia Amerykanki. 

W grocie, w której odbywał się sąd, zabrzmiał głos kobiety. 

- O kim ty mówisz? - spytał Ryszard, nawiązując do ostatnich słów Lilinokalany. 

W jej oczach zamigotały dziwne błyski. 

- Dowiesz się wszystkiego niebawem. Teraz słuchaj. Oskarżycielka zabrała głos. 

- Jak to, jeszcze się nie wygadała? Jeszcze nie koniec tej szopki? 

- Nie - odparła szybko. - Słuchałam przedtem twych słów. Orzekłeś, iż nikt nie został 

skrzywdzony czynem białego oficera... Ale stało się całkiem inaczej... Słuchaj uważnie. 

Potem odczekawszy, aż przebrzmi wymawiane właśnie przez Kamehę zdanie, zaczęła 

jej zeznania w dalszym ciągu na poczekaniu przekładać na język angielski. 

- Poszłam więc, o sędziowie, na spotkanie ze złym białym człowiekiem. Nikt z moich 

nie  zauważył  mego  odejścia.  Spali  wszyscy.  Główne  wejście  do  podziemi  było  założone 

olbrzymimi głazami,  których nawet poruszyć nie  zdołałam.  Musiałam więc  nadłożyć drogi  i 

wydostałam  się  na  zewnątrz  inną  szczeliną,  po  drugiej  stronie  świętej  góry.  Biegłam  jak 

szalona,  lękając się,  że tamten odejdzie,  nie doczekawszy się  mego przybycia  i  mszcząc się, 

przyśpieszy  jeszcze  moment  stracenia  Manu.  Potykałam  się,  lecz  pędziłam  wytrwale,  nie 

bacząc, że stopy kaleczę o ostre kamienie i ciernie. Już z daleka ujrzałam jego znienawidzoną 

sylwetkę.  Chodził  pośpiesznym  krokiem  tam  i  na  powrót  po  łące  tuż  pod  samym  lasem  i 

rzucał niespokojne spojrzenia dokoła. Wreszcie zobaczył mnie. Wydał okrzyk radości, ruszył 

szybko naprzeciw,  lecz zaraz przystanął. Był przezorny  i  nieufny.  Według siebie  nas sądził; 

lękał się podstępu czy odwetu za wczoraj... 

  Przybrałam pewną  minę,  choć nogi  mi drżały.  Jestem -  przemówiłam po chwili  milczenia - 

żądałeś widzenia się ze mną w sprawie Manu. Chcę, aby był wolny. Mów, jaka jest cena! Tu 

urwałam  i  odskoczyłam  w  tył,  gdyż  gałęzie  zakołysały  się  w  jednym  miejscu  i  wśród 

zielonych  liści  zaczerniła  granatowa  bluza  ukrytego  majtka...  Zakląłeś  się  na  rodziców  - 

przypomniałam mu, wskazując chyboczący krzew olbrzymiej górskiej borówki. Zakląłeś się, 

a znowu zastawiłeś sidła... Zaprzeczył stanowczo. Mylisz się, Kameho. Tam są moi żołnierze z 

nabitą  bronią,  nie przeczę;  ale są po to tylko,  by czuwać nad moim bezpieczeństwem.  Jesteś 

wolna i możesz odejść, kiedy zechcesz. A kiedy powiedziałam, że pragnę odejść, ale razem z 

Manu, uśmiechnął się złowrogo. Albo on wróci, albo ty... 

background image

Rozmawialiśmy  bardzo  długo.  Podczas  tej  rozmowy  wyszedł  z  lasu  jeden  żołnierz. 

Już zamierzałam uciec, lękając się jakiegoś podstępu, lecz biały oficer uspokoił mnie nowym 

zapewnieniem  i odebrawszy od owego majtka  jakiś papier, odesłał go zaraz. Przeczytawszy, 

schował  papier  do  kieszeni.  Los  ci  sprzyja,  Kameho  -  powiedział.  -  Myślałem,  że  wiele 

tygodni razem spędzimy, jak para najczulszych kochanków, a tymczasem jutro mamy wracać 

do przystani. Bunt stłumiony. Tak więc wykupisz twego Manu za bardzo niską cenę... Za jedną 

noc. Jutro, skoro świt, wypuszczę twego małżonka i razem wrócicie do swoich... 

Zwiesiłam  głowę  zawiedziona  w  nadziejach,  jakie  w  mym  sercu  obudziły  jego 

pierwsze  słowa.  Sądziłam,  że  po  stłumieniu  powstania  zwycięzca  będzie  wspaniałomyślny  i 

uwolni  Manu  bez  mojej  ofiary.  Powiedziałam  to  nawet  głośno,  lecz  wyśmiał  mnie  i  udał 

gniew.  Daj  jej  palec,  chciałaby  zaraz  całą  rękę.  Przedtem  godziłaś  się  z  myślą,  że  całe 

miesiące będziesz do mnie należeć,  a teraz żal ci  jednej nocy.  Nie,  moja piękna. Albo, albo! 

Daję  ci  pięć  minut  do  namysłu,  potem  wracam  do  obozu.  Za  godzinę  Manu  zawiśnie  na 

gałęzi, bo szkoda kul dla powstańca. Nie wierzysz? Pójdź ze mną. Zapewniam ci nietykalność. 

Mogę dać na piśmie. Własnymi oczami zobaczysz, jak twój małżonek zadynda... Krzyknęłam 

przeraźliwie.  Sama  myśl  o  tym  z  nóg  mnie  zbiła...  Przyjdę  -  wybełkotałam  i  powtórzyłam 

kilkakroć...  Przyjdę  do  ciebie,  przyjdę,  ale  pomnij,  że  jutro  o  świcie  wydasz  mi  Manu... 

Zawahał  się  na króciusieńką chwilę.  Skinął głową.  Rzekł z  naciskiem:  Wydam  ci  go  jutro  o 

świcie... Jeszcze nie dowierzałam: Przysięgnij na swoich rodziców. Wzruszył ramionami, lecz 

przysiągł.  Przysiągł  na wszystko,  że tym razem dotrzyma słowa.  I  Manu  się nie dowie,  jaką 

cenę zapłaciłam  za jego życie.  Prześwidrował  mnie złymi spojrzeniami... Boisz się go czy ci 

zależy, by wierzył, że mu zawsze byłaś wierna? - spytał. Ani jedno ani drugie, ale ty tego nie 

pojmiesz, biały człowieku. Nie chcę tylko, aby Manu zaciągnął wobec mnie dług wdzięczności

Mruknął coś o szlachetnych pobudkach  i w krótkich słowach umówił  ze  mną czas  i  miejsce 

spotkania... 

Nie wróciłam do podziemi, lękając się, że nie pozwolą mi wyjść wieczorem. Błąkałam 

się dzień cały,  modląc się,  aby  nic  nie pokrzyżowało  mych planów  i  nie  sprowadziło zguby 

dla  Manu.  Zaspokoiłam  głód  jagodami,  a  kiedy  słońce  pochyliło  się  ku  zachodowi, 

pośpieszyłam w stronę miejsca schadzki. 

Miejscem  tym  była  chata  zmarłego  wróżbity  otoczona  zewsząd  gąszczem  leśnym. 

Warty  rozstawione  dokoła  przepuściły  mnie  bez  trudu,  pouczone  chyba  przedtem  przez 

swego zwierzchnika. On sam czekał na progu i zerwał się z okrzykiem na mój widok. Gdzie 

Manu?  -  spytałam  szeptem,  wahając  się  jeszcze,  czy  przestąpić  próg,  czy  zniknąć  w 

ciemnościach nocy,  gdyż  jakiś głos ozwał się w mej duszy  i gorączkowo doradzał ucieczkę. 

background image

Oficer zaczął  mówić głośno, tak głośno, że zdziwiło  mnie to  nawet... Pytasz,  Kameho, gdzie 

Manu?  Ooo,  daleko  stąd.  Wysłałem  go  pod  strażą  w  głąb  puszczy,  jak  sama  chciałaś.  Nie 

dowie  się  nigdy,  że  tę  noc  ze  mną  spędziłaś...  Wciągnął  mnie  do  chaty  i  drzwi  zaparł  od 

środka. Dwie latarki rozjaśniały mroki żółtym światłem. W głębi, pod przeciwległą ścianą stał 

niski tapczan, obsypany płatkami odurzająco woniejących kwiatów. Na podłodze leżały kiście 

kwiecia, zerwane owoce, dwie butelki z jakimś płynem i ukulele... 

Biały człowiek wydobył z plecaka metalowy kubek i napełnił go szumiącym płynem. 

Nie  chciałam  pić  pierwsza,  lękając  się,  nie  wiedzieć  czego.  Wówczas  on  pierwszy  kubek 

wypił,  zmuszając  mnie  do  wychylenia  drugiego,  trzeciego,  czwartego.  Przyjemne  ciepło 

rozeszło się po moich żyłach, a w głowie zaczęło mi szumieć. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, 

co to jest ognista woda białych ludzi i jakie skutki przynosi. Stałam się pewniejsza, śmielsza, 

mówiłam coraz głośniej, podobnie jak on; resztki lęku pierzchły bez śladu. Nie drżałam już o 

losy Manu.  Wiedziałam, że  będzie wolny  jutro, że powróci ze  mną do naszych gór, a to, co 

czynię tej nocy, będzie później li tylko dalekim wspomnieniem, co jak zły sen trapi i przeraża 

człowieka w jedną noc, po czym ginie w rzece niepamięci na długo. 

Biały  człowiek  polecił  mi  śpiewać.  Usiadłam  na  podłodze,  wtórowałam  sobie  na 

strunach  ukulele,  lecz  nuciłam  stłumionym  głosem.  Gdzieś  w  mózgu  ozwało  się 

wspomnienie,  że Manu  jest pod strażą w puszczy, że może usłyszeć  mój głos  i poznać.  Cóż 

bym mu odpowiedziała, gdyby jutro zapytał? 

Biały  człowiek kazał tańczyć.  Zaczęłam  najpiękniejszy taniec.  Wszak  nie dla białego 

tańczyłam,  ale  dla  Manu.  Zrzuć  girlandę  z  szyi  -  padł  nowy  rozkaz,  wykonany  natychmiast 

posłusznie.  Potem  przyszła  kolej  na  spódniczkę  z  rafii.  Kiedy  rozpinałam  pasek,  podał  mi 

nowy  kubek  palącej  cieczy  z  butelki.  Tańczyłam  dalej.  W  głowie  kręciło  mi  się  dziwnie, 

wnętrze chaty wirowało wraz ze mną, w oczach zaczęły się dziać rzeczy nieprawdopodobne, 

bo  podłoga  kołysała  się  jak  morze,  ściany  biegły  ku  sobie,  a  tapczan  wędrował  po  powale. 

Szybciej,  jeszcze  szybciej  -  brzmiał  w  uszach  rozkaz  mego  władcy,  mego  pana  na  ową  noc 

przeklętą.  Kręciłam  się w kółko  jak  liść,  trąbą powietrzną porwany,  stopy  nie tykały  niemal 

desek,  wszystko  dokoła  zlało  się  w  jeden  obłok,  rozpędzony  dokoła  niewidzialnej  osi,  w 

oszalałą chmurę, z której oparów wyłaniały  się chwilami ściany,  sufit,  ukulele,  kwiaty  i  mój 

prześladowca. Runęłam na podłogę półżywa. Jak przez sen czułam, że jakieś ręce, długie jak 

węże,  lepkie  jak  macki  polipa,  owijają  się  wokół  mego  ciała,  podnoszą  mnie,  niosą  na 

tapczan.  Potem  ciężar  bezmierny  zwalił  się  na  mnie,  przygniótł,  zmiażdżył  falujące  szybko 

piersi, rozepchnął nogi bezwładne, dech płucom zabrał i wtrącił mnie w ciemną otchłań. 

Biały  człowiek  wziął  mnie.  Należałam  do  niego,  lecz  nie  wtedy  był  kres  mej 

background image

męczarni, o sędziowie. Bo wówczas byłam prawie nieprzytomna: czułam tylko, że spadam w 

przepaść, a nie wiedziałam, co się ze mną dzieje właściwie. 

Gorsze chwile przyszły później, kiedy minęło odurzenie, spowodowane ognistą wodą, 

kiedy  zrozumiałam,  co  zaszło,  i  z  całą  świadomością  musiałam  być  nadal  powolna 

zachciankom białego człowieka... 

Jego  wstrętne  ręce  błądziły  bezustannie  po  moim  ciele,  a  z  drżących  warg  wypełzał 

szept,  sykowi  węża  podobny...  Powiedz,  że  mnie  kochasz,  że  mnie  pożądasz,  moich  tylko 

pieszczot łakniesz. Mów głośno... albo jutro!!... - kończył cichutko, lecz zjadliwie, złowrogo i 

szczypał mnie w piersi. 

Drżałam  od  wewnętrznego  gniewu,  wzdrygałam  się  od  oburzenia,  ale...  musiałam 

słuchać,  aby  kupić  życie  mojego  Manu...  Ciebie  kocham...  -  powtarzałam  drewnianym 

głosem... Twoich jedynie pieszczot łaknę... 

Nie  dość  mu  było,  iż  tyle  wymusił.  Dokonał  znacznie  więcej...  Dokonał  tego,  że 

głośno  wyparłam  się  Manu,  nazwałam  go  brudnym  dzikusem  i  prosiłam,  aby  on,  przeklęty 

biały człowiek, całował mnie jeszcze... 

Tak kazał... 

Podpowiadał mi każde słowo szeptem, a jeśli które z tych bluźnierstw ugrzęzło mi w 

gardle, wydobywał je stamtąd od razu groźbą, że najmniejsze nieposłuszeństwo z mej strony 

zrywa naszą umowę i stanowi wyrok śmierci dla Manu... 

I znów mnie pieścił... Pieścił? Oooo, nie. Męczył, katował, pastwił się nad ciałem, jak 

podeptał  moją  duszę...  Płakałam  jak  najciszej,  aby  nie  wzbudzić  jego  gniewu,  i  zamarłam  z 

przestrachu, kiedy nagle zabrzmiał w izbie stłumiony jęk bólu... Byłam gotowa zakląć się na 

wszystkie aumakua, że to nie ja ten jęk wydałam. Lecz kto w takim razie?... Ukulele?... Nie. 

Ani ja, ani on, żadne z nas nie trąciło strun gitary: leżała na podłodze, w tym samym miejscu, 

gdzie upadła, wyślizgnąwszy się z moich rąk, kiedy on niósł mnie na posłanie, jak zdobycz... 

Więc może kwiaty załkały, litując się nad moją niedolą?... 

Biały  człowiek  nie  dosłyszał  tego  jęku...  Dojrzał  już,  że  za oknem  szarzeć  zaczyna  i 

śpieszył się; nie chciał ani chwili uronić z tej nocy ofiarowanej mu przez piękną księżniczkę 

Kamehę... 

Dopiero z brzaskiem dnia opuścił posłanie, pozwolił mi włożyć porzuconą spódniczkę 

i  wyprowadził  mnie  z  chaty...  Oddaj  mi  Manu;  przysiągłeś!  -  przypomniałam  mu... 

Uśmiechnął się jakoś dziwnie... Pamiętam - rzekł - ale ty wpierw dotrzymaj umowy... - Czyż 

jej nie dotrzymałam? Potrząsnął głową: Musisz mnie odprowadzić aż do drogi.  Kto  wie,  czy 

nie  zastawiłaś  tu  jakichś  sideł...  Może  mają  mnie  napaść,  może  twoi  chcą  mnie  ustrzelić  z 

background image

zasadzki... 

Zaklęłam  się,  że  nikt  z  moich  nawet  nie  wie,  iż  opuściłam  podziemne  kryjówki.  Nie 

wierzył.  Wolę  mieć  w  tobie  zakładnika...  To  pewniejsze  od  wszelkich  przysiąg...  Nie  upieraj 

się,  Kameho;  toć  przecież  drobnostka  wobec  tej  nocy.  Odprowadzisz  mnie  do  drogi  i  zaraz 

tutaj  powrócisz...  Rzekłszy  to,  skinął  na  starszego  żołnierza  i  wydał  mu  szeptem  jakieś 

rozkazy.  A  Manu?  -  spytałam,  patrząc  nań  badawczo.  Żachnął  się  zniecierpliwiony: 

Zastaniesz go w chacie za powrotem; tak ci przecież przyrzekłem... 

Musiałam  przystać  na  wszystko.  Byłam  przecież  zdana  na  jego  łaskę  i  niełaskę; 

musiałam ufać jego słowu... 

Otoczeni oddziałem wojska, wyruszyliśmy w stronę drogi, która wiedzie do Keauhou. 

Przy  chacie  pozostało  tylko  kilkunastu  żołnierzy.  Mieli  oni  sprowadzić  ukrytego  w  lesie 

Manu, puścić go wolno i iść potem w tylnej straży... 

I  nadeszła  wreszcie  chwila  rozstania  z  białym  człowiekiem.  Tej  nocy  nie  zapomnę 

nigdy,  Kameho  -  rzekł,  kradnąc  mi  pożegnalne  całusy...  A  kiedy  go  odpychałam,  dodał  z 

uśmiechem:  Śpieszno  ci  do  niego?  Zostań  jeszcze...  Nasycisz  się  nim  do  syta...  Skoro  zaś 

chwycisz go w swoje objęcia, wspomnij mnie czule, mnie, który ci go zwróciłem... 

Tulił  się  do  mnie,  lecz  w  jego  głosie  brzmiała  jakaś  zła,  fałszywa  nuta...  Nie 

zwracałam na to uwagi, przejęta radością na myśl o rychłym zobaczeniu Manu... 

Wyrwałam się w końcu z objęć oficera i pomknęłam, jak strzała wypuszczona z łuku, 

z powrotem ku chacie, gdzie złożyłam tak ciężką ofiarę tej nocy. 

Bez  tchu,  z  drżącymi  od  zmęczenia  nogami,  podchodziłam  ku  garstce  żołnierzy, 

którzy jeszcze nie wyruszyli w drogę i marudzili, nie wiedzieć dlaczego; stali u stóp wielkiej, 

pochyłej palmy, otaczając zwartym pierścieniem kogoś z naszych... Tak, z naszych, albowiem 

pośród gęstwy mundurów złociła się brązowa skóra obnażonego mężczyzny. 

Zachwiałam się na nogach od wzruszenia... Manu - zawołałam nadludzkim wysiłkiem, 

bo głos uwiązł mi w gardle. Słaniałam się, wyczerpana długim biegiem przez puszczę. 

Nie  był  to  jednak  Manu,  lecz  najdostojniejszy  Pahoa.  Stał  pod  drzewem,  ze 

związanymi  na  plecach  rękami  i  modlił  się  szeptem  do  bogów...  Ty  żyjesz?  Żyjesz,  o 

świątobliwy! - ucieszyłam się, gdyż mniemałam,  iż zginął;  biały oficer powiedział wyraźnie, 

że moja ofiara ma ocalić tylko życie Manu. 

Arcykapłan  nie  rzekł  ani  słowa;  spojrzeć  nawet  na  mnie  nie  raczył,  a  kiedy, 

przebiwszy  się  przez  mur  żołnierzy,  chciałam  go  uściskać,  odepchnął  mnie  z  taką  siłą,  że, 

gdyby  nie drzewo,  byłabym runęła  na ziemię  jak  kłoda... Idź do białego łotra,  z którym noc 

spędziłaś... Ode mnie precz! - huknął... 

background image

Pociemniało  mi  w  oczach.  Pahoa  wie?  Skąd?  Od  kogo?  Kto  mu  powiedział?  Ci 

żołnierze?  Przecież  oni  stali  z  daleka  od  chaty...  Potem  poraziła  mnie  myśl  druga:  A  jeśli 

Manu  wie  już  także?  Jeśli  dowiedział  się  skądś  o  tym,  zanim  usłyszy  z  moich  ust  słowa 

wyjaśnienia?... 

Nie  zdążyłam  skupić  myśli,  gdy  ugodziły  mnie  dalsze  słowa  kipiącego  od  gniewu 

kapłana:  Wszystko  wiemy,  ja  i  twój  Manu...  Och,  już  nie  twój,  bezwstydna!...  Zamknięci  w 

lochu pod podłogą, związani, z zakneblowanymi ustami, słyszeliśmy wszystko, wszystko. Twój 

taniec,  śpiew,  słowo  każde  i  pocałunki.  Myślałaś,  że  Manu  w  lesie...  Pytałaś  o  to  przecie, 

przybywając na schadzkę z białym psem... 

Długo  tak  mówił,  ale  co?...  Nie  pomnę...  Byłam  ogłuszona  zasłyszaną  wieścią, 

zmiażdżona  podłością  białego  oficera...  Bo  zrozumiałam  wszystko  w  jednej  chwili...  Jasna 

błyskawica  rozjaśniła  mroki  mych  myśli...  Wiedziałam  teraz,  kto  wydał  ów  bolesny  jęk, 

pojęłam,  dlaczego biały podły człowiek podpowiadał  mi  bluźniercze słowa cichym szeptem, 

podczas  gdy  mnie  kazał  mówić  bardzo  głośno;  wymuszone  słowa  miały  uchodzić  za  moje 

własne dla zamkniętego w lochu Manu,  który szeptu Białego słyszeć przecież nie  mógł... W 

ten sposób ten łotr przeklęty chciał mnie na zawsze rozłączyć z ukochanym... 

Lecz  przeliczył  się,  mściwy  pies...  Pahoa  dał  się  wprawdzie  w  błąd  wprowadzić, 

sądząc  z  jego  karcących  mnie  niesłusznie  słów...  Manu  nigdy!...  Manu  uwierzy  moim 

wyjaśnieniom, łzom, zaklęciom. Zrozumie, że była to tylko przeogromna ofiara, wielka cena 

kochającej kobiety, zapłacona za jego życie... Musi uwierzyć! 

Starszy żołnierz spojrzał  na zegarek. Wnet  inni podeszli  i chcieli kapłanowi zarzucić 

pętlę sznura na szyję... Pahoa opierał się, uchylał głowę, na kolana padał, rzucając straszliwe 

klątwy  na  napastników,  ale  skoro  ujrzał,  że  śpieszę  mu  z  pomocą  i  odtrącam  oprawców, 

zaprzestał  natychmiast  oporu  i  sam  dobrowolnie  włożył  głowę  w  śmiertelne  kolisko...  

twoich rąk żadnej łaski nie przyjmę, ty nędzna dziwko! - rzucił mi w twarz... 

Zmierzyłam go dumnym wzrokiem... zagrała we mnie książęca krew... Więc giń, stary 

głupcze  -  rzekłam  twardo  i  zwróciłam  się  do  najbliższego  żołnierza  z  zapytaniem,  gdzie 

znajduje się powstaniec imieniem Manu, który miał mi być wydany tego ranka... 

Pahoa wyręczył go w odpowiedzi. Manu jest w chacie... leży na tym samym posłaniu, 

gdzie w nocy ty... 

Nie słuchałam dalej. On jest tutaj, tak blisko... 

Z okrzykiem: Manu najdroższy, jedyny!... rzuciłam się w przymknięte drzwi chaty... 

Wpadłam  do  wnętrza  jak  burza...  Manu,  Manu  mój  -  załkałam,  gotowa  paść  mu  do 

nóg i stopy jego całować, biedaka, który stokroć więcej niż ja wycierpiał tej nocy przeklętej, 

background image

związany,  bezsilny,  nieświadom  mego  poświęcenia,  a  przeciwnie  -  dręczony  strasznymi 

podejrzeniami, ach, nie podejrzeniami, lecz pewnością, że tam, na górze, jego Kameha oddaje 

się z miłości wrogowi ojczyzny... 

Złowroga  cisza  powitała  mnie  w  izbie.  Grobowy  chłód  wiał  przez  otwarte  na  oścież 

drzwi  lochu,  w  którym  oni  obaj  siedzieli  noc  całą...  Nawet  promień  słońca,  co  przedarł  się 

przez  liście  drzew  rosnących  wokół  chaty,  przez  dziury  w  dachu  i  spadł  na  podłogę  obok 

tapczanu, miał jakiś smutny, trupi kolor. 

Przypadłam do posłania, pochyliłam się nad nieruchomo leżącym Manu i, wydawszy 

okrzyk zgrozy, runęłam bez zmysłów... 

Dużo  czasu  upłynęło,  zanim  przyszłam  do  siebie.  Zabarwiony  przez  liście  promyk 

słońca posunął się o dwa kroki, padał prosto na wykrzywioną strasznie twarz Manu, na jego 

oczy, szeroko w przedśmiertnym przerażeniu rozwarte, na język,  który wypełzł aż  na brodę, 

na zaciśniętą dokoła szyi pętlicę, która przechodziła w ucięty postronek. 

Dotknęłam  zwisającej  dłoni...  Była  zimna.  Manu  nie  żył  od  dawna.  Powieszono  go 

wtedy,  gdy  ja  musiałam  towarzyszyć  białemu  oficerowi,  gdy  musiałam  znosić  jego 

pożegnalne  pocałunki,  nie  przeczuwając  nieszczęścia.  Zginął  biedak  i,  umierając,  przeklinał 

zapewne swą  Kamehę;  moje poświęcenie poczytał za wiarołomstwo,  za zdradę... Ooo,  biały 

człowiek  dobrze  to  wszystko  obmyślił  i  przygotował!  I  przysięgi  dotrzymał,  cha,  cha,  cha, 

cha!  Na  pamięć  rodziców  swoich  się  zaklął,  że  rano  wyda  mi  kochanka.  Wydał  mi  go, tak, 

tylko...  nieżywego.  A  żegnając  się,  powiedział:  Skoro  pochwycisz  swego  Manu  w  objęcia, 

wspomnij mnie czule, mnie, który ci go zwróciłem... Ooo, wspominałam go, myślałam o nim 

nieustannie,  obejmując  martwe  ciało  kochanka.  Lecz  nie  płakałam  więcej.  Łzy  wyschły, 

płynąć  już  nie chciały,  a  bezdenną rozpacz zepchnęło  na dno serca  inne uczucie: nienawiść, 

śmiertelna nienawiść i żądza straszliwego odwetu. 

Tegoż  jeszcze  wieczora  pobiegłam  do  Keauhou.  Szłam  długo,  przeklęcie  długo,  całą 

noc  bez  mała,  gdyż  nogi  odmawiały  mi  posłuszeństwa;  dwa  dni  nie  miałam  nic  w  ustach 

prócz  garści  jagód  leśnych;  dwie  noce  nie  spałam,  prócz  krótkiej  chwili,  kiedy  po  wypiciu 

wody  ognistej  wpadłam  w  odurzenie,  z  którego  wyrwały  mnie  rychło  obmierzłe  pieszczoty 

białego człowieka.  Więc upadałam ze zmęczenia,  przedzierając się przez puszczę, upadałam 

pod brzemieniem strasznego ciosu. I nie dowlokłabym się pewnie do rana, gdyby nie myśl o 

zemście. Ona krzesała nowe siły we mnie, zmuszała nogi do śpiesznego biegu i była mi tym, 

czym  jest  bat  dla  leniwego  konia.  Rankiem  stanęłam  w  Keauhou...  Przybyłam  za  późno, 

niestety. Z morza spokojnej toni wystrzelały ku niebu dwa pióropusze dymu. Morderca mego 

Manu,  mój  krzywdziciel  i  pogromca  mych  braci,  uszedł,  odjechał,  uciekł  na  żelaznym 

background image

okręcie. A ja pozostałam tutaj nie pomszczona, ze złamanym sercem, z duszą pełną... 

Głos oskarżycielki, przeplatany płaczem od chwili, kiedy zaczęła opowiadać o śmierci 

Manu, załamał się teraz ostatecznie i przeszedł w spazmatyczne łkanie. 

Korzystając z tej przerwy, zwróciła się Lilinokalana do Ryszarda. 

- I co powiesz po tym, coś słyszał, o białym człowieku, a waszym bracie? 

- Łajdak, skończony łajdak - odparł Grath bez namysłu. 

-  Nikczemny  zbrodniarz  -  dodała  Violet.  -  Trudno  wprost  uwierzyć,  żeby  człowiek 

mógł się zdobyć na tyle... 

- Możesz wierzyć - wtrąciła szybko brązowa dziewczyna - Kameha nie kłamie, zresztą 

jej słowa potwierdzą świadkowie. 

W  sąsiedniej  jaskini  zabrzmiał  znowu  głos  księżniczki  Kamehy.  Z  nużącą 

drobiazgowością opisywała pogrzeb Manu, żałobę oraz wyprawę do Stanów Zjednoczonych. 

Tam  bowiem  wyruszyła  w  towarzystwie  kilku  oddanych  sobie  dziewcząt,  aby  odszukać 

krzywdziciela  i  wykonać  przysięgę.  Trupa  młodych  mścicielek,  znana  szeroko  pod  nazwą 

baletu  hawajskiego,  objechała  kolejno  wszystkie  większe  miasta  Ameryki  Północnej. 

Dziesiątki,  kto  wie,  może  setki  tysięcy  widzów  przewinęło  się  przez  widownię  kabaretów, 

teatrzyków,  cyrków,  w  których  występował  balet  hawajski,  lecz  nigdy  nie  było  wśród  nich 

człowieka, którego Kameha tak gorąco pragnęła spotkać. Trupa zaczęła się rozpadać. Jedna z 

tancerek uciekła z jakimś wielbicielem, druga się rozpiła, trzecią jeszcze gorszy los spotkał  i 

w  końcu  księżniczka  Kameha  pozostała  sama.  Towarzyszył  jej  tylko  wierny  Kalohi,  który 

krążył  w  czasie  przedstawienia  pośród  widzów,  szukając  mordercy  Manu.  Potem  przyszło 

nieszczęście. Księżniczka nabawiła się ospy. Choroba zeszpeciła jej twarz licznymi dziobami, 

kariera  egzotycznej  tancerki  była  skończona.  Nie  pozostało  nic  innego,  jak  powrócić  do 

ojczyzny  i  zemstę  bogom  pozostawić.  Tak  też  uczyniła  Kameha,  zawiedziona  w  swych 

nadziejach, zrezygnowana, oczekująca już tylko śmierci. Ale losy inaczej sprawiły... 

- Przekleństwo zbrodni, które każe winowajcy choćby raz tylko powrócić do miejsca, 

gdzie  popełnił  przestępstwo,  przygnało  tutaj  tego  łotra  -  ciągnęła  Kameha  podniesionym 

głosem, a Lilinokalana tłumaczyła parze swoich słuchaczy zdanie po zdaniu... - On przyjechał 

tutaj.  Nie  zmienił  się  przez  te  dwadzieścia  cztery  lata.  Pozostał  takim  samym  nędznikiem, 

jakim  był  wtedy.  Ledwie  przybył,  zaczął  szukać  nowej  ofiary  i  upatrzył  sobie  moją 

siostrzenicę, księżniczkę Lilinokalanę... 

- Lilinokalanę? - zdumiał się Ryszard Grath. 

-  Tak,  mnie  -  uśmiechnęła  się  dziewczyna,  po  czym  przekładała  w  dalszym  ciągu 

zeznania starej Kamehy. 

background image

-  Nie przeczuł  jednak,  nikczemnik,  iż Lilinokalana wie dobrze,  kim on  jest, iż udaje, 

że miłe jej są jego hołdy i wciąga go powoli w zastawioną pułapkę... Sędziowie! Oto stoi tu, 

przed  wami,  morderca  mojego  Manu  i  mój  krzywdziciel  przeklęty.  Oto  biały  człowiek  o 

rękach małpy. Jego nazwisko brzmi: Ralph Dragon! 

- Cooo? 

- Ralph Dragon?! 

Okrzyki  Violet  i  Ryszarda  padły  niemal  jednocześnie.  Lilinokalana  skinęła  głową 

potwierdzająco. 

- Tak, Ralph Dragon, twój małżonek - powiedziała spokojnie, po czym zwróciła się do 

młodzieńca  -  czy  pamiętasz  nasze  poznanie  nad  zatoką  Maunalua?  Wyrzekłeś  wtedy  w 

rozmowie  nazwisko  Dragon  i  zdziwiłeś  się,  że  obudziło  ono  moją  ciekawość.  Teraz  nie 

dziwisz się już chyba. Nazwisko mordercy Manu zna u nas każde dziecko. 

-  Więc to był  Ralph -  mruknął Ryszard  i dodał w zamyśleniu:  -  Teraz nie dziwię się 

rzeczywiście niczemu. Nikczemnik, który tak postąpił z biedną Kamehą,  mógł się zdobyć na 

każdą  zbrodnię,  mógł  z  zimną  krwią  skazać  na  śmierć  nie  tylko  mnie,  ale  i  swoją  żonę,  i 

niewinnego człowieka, Johna. To do niego podobne. 

Słowa  te  zainteresowały  niezmiernie  piękną  Hawajkę.  Zaczęła  wypytywać  o  bliższe 

szczegóły,  a  Ryszard  nie  miał  powodu  taić  prawdy.  Lilinokalana  wysłuchała  krótkiego 

opowiadania z wielką uwagą, po czym wyszła zamyślona do przyległej groty, gdzie odbywał 

się sąd nad Ralphem. 

Po jej odejściu Ryszard i Violet milczeli długo, wstrząśnięci do głębi tragedią Kamehy 

i  wiadomością,  że  owym  zbrodniarzem,  ową  zakałą  białej  rasy  był  właśnie  Ralph  Dragon. 

Wreszcie, po długiej chwili, Ryszard przemówił głosem bardzo wzruszonym: 

-  Darling,  biedactwo  moje  słodkie,  i  ty  musiałaś  z  nim  przeżyć  trzy  długie  lata...  Z 

takim łotrem! 

Odpowiedział mu tylko cichy płacz kobiety. 

Upłynęła  może  godzina.  Przycichła  wrzawa  w  sąsiedniej  pieczarze  i  dochodził 

stamtąd tylko pomruk  rozmów,  prowadzonych półgłosem.  Potem cień  jakiś zamknął  światłu 

dostęp do więzienia pary rozbitków. 

- Lili? - rzekł Ryszard pytająco, gdyż nie poznał jej od razu w ciemnościach. 

Podeszła doń szybko i nożem przecięła jego więzy... 

- Tylko nie próbuj uciekać - ostrzegła. 

Chwilę  później  Ryszard  oraz  Violet  padli  sobie  w  objęcia.  Lilinokalana  śledziła  ich 

zachowanie ze ściągniętą brwią... 

background image

- Za mną teraz - rzekła dość szorstko. 

Wyprowadziła ich do wielkiej groty, w której przeciwległym końcu odbył się sąd nad 

krzywdzicielem  Kamehy.  Na  głazach,  okrytych  plecionymi  matami,  siedzieli  surowi 

sędziowie, bo trybunał składał się wyłącznie z członków stanu kapłańskiego, a przewodniczył 

mu najdostojniejszy Kalohi, nieubłagany wróg Białych. Kameha, oparta o ścianę, wpatrywała 

się  wzrokiem  błyszczącym  nienawiścią  w  oskarżonego,  który  znów  stał  pod  strażą  dwóch 

Kanaków przed sędziami,  tyłem  zwrócony do wejścia,  wiodącego do pieczary,  skąd właśnie 

wychodziła  para  jeńców.  Głowę  miał  obandażowaną,  ręce  skrępowane  na  plecach  i  czekał 

jeszcze na coś, ale na co? Przecież wyrok mu już ogłoszono, a na miejsce stracenia wybrano 

pamiętną  chatę  wśród  dżungli.  -  Cóż  mnie  tu  jeszcze  ma  spotkać?  -  rozmyślał  ze  strachem, 

przenosząc wzrok z jednego kahuny na drugiego. 

-  Został  skazany  na  śmierć  -  rzuciła  szeptem  Lilinokalana,  objęła  jednym  ramieniem 

Violet,  drugim  Ryszarda,  podprowadziła  ich  tak  blisko,  że  stanęli  niemal  za  plecami 

skazańca, potem chrząknęła znacząco... 

-  Ralphie  Dragon  -  przemówiła  -  chcę  ci  pokazać  moich  drogich  gości.  Znasz  ich 

chyba. 

Mąż  Violet  drgnął,  odwrócił  się  na  pięcie,  obrzucił  przelotnym,  nienawistnym 

spojrzeniem  twarzyczkę  uroczej  kusicielki,  która  go  w  tak  straszną  zasadzkę  wciągnęła, 

przeniósł  wzrok  błyskawicznie  na  Ryszarda,  na  żonę,  cofnął  się  przerażony,  jakby  widmo 

ujrzał lub symboliczny kościec śmierci, i runął bez zmysłów na kamienną posadzkę. 

- Poznał nas - szepnął Ryszard. 

Lilinokalana zwróciła się do arcykapłana... 

- A co, najdostojniejszy - rzekła triumfalnie - to był sroższy cios dla niego niż wyrok 

śmierci. 

-  Czy  tylko  żyje?  -  zatroskał  się  Kalohi,  podchodząc  szybko  do  bezwładnego  ciała 

skazańca.  Pochylił  się  nad  nim,  wlał  mu  w  usta  kilkanaście  kropel  jakiegoś  płynu  i 

uśmiechnął się złowrogo. 

- Żyje, che, che, che, che - zarechotał takim śmiechem, że Violet przytuliła się całym 

ciałem do brązowej księżniczki. 

Teraz  wysunęła  się  Kameha.  Poleciła  czekającym  Kanakom  podnieść  zemdlonego 

Ralpha,  sama  podłożyła  dłonie  pod  jego  głowę  i  ujęła  ją  z  macierzyńską  troskliwością.  Jej 

czułość miała w sobie coś niesamowitego, kiedy powiedziała: 

- Sama go będę pielęgnowała i karmiła, aby wydobrzał na pojutrze. 

- Więc pojutrze nastąpi egzekucja - domyślił się Ryszard. Lilinokalana skinęła głową. 

background image

Odprowadziła  wzrokiem  aż  do  wyjścia  swą  ciotkę,  po  czym  dodała  z  rozbrajającym 

uśmiechem szczerości: 

- Pojutrze morderca Manu spocznie... w żołądkach mężnych wojowników kanackich! 

1

 Czyżby to była wizja ataku Japończyków na Pearl Harbour? 

background image

  Epilog 

Na  pół  nieprzytomnym  od  zgrozy  wzrokiem  patrzył  związany  jeniec  na  gorączkowe 

przygotowania  do  uczty,  w  której  jemu  przypadła  straszliwa  rola  honorowej  potrawy.  Bo 

mściwa  Kameha,  dotrzymująca  wytrwale  towarzystwa  swej  ofierze,  nie  szczędziła  słów  ani 

nader  realistycznych  objaśnień  i  pasła  oczy  widokiem  śmiertelnego  przerażenia  Ralpha. 

Wiedział  już  więc,  w  jakim  celu  postawiono  obok  niego  długie,  drewniane  koryto,  jakiego 

używają rzeźnicy przy ćwiartowaniu wieprzów, w jakim celu rozpalono olbrzymie ogniska, i 

rozumiał powody szalonej radości tych kilkudziesięciu tubylców,  znoszących ryby, ananasy, 

banany, ciasto poipoi oraz tym podobne „przystawki” do wspaniałej pieczeni z długiej, białej 

świni...  Stracił  wszelką  nadzieję  ocalenia,  cierpiał  niezmiernie,  dowiedziawszy  się  z  ust 

Lilinokalany, że jej mili goście, Ryszard i Violet, cieszą się najlepszym zdrowiem i wyjadą z 

tych stron, skoro on, Ralph, spocznie w żołądkach mężnych Kanaków; pogodził się już z tym, 

że  musi  zginąć,  i  marzył  tylko  o  jednym:  nie  cierpieć,  umrzeć  jak  najprędzej  w  sposób 

gwałtowny,  bez tortur fizycznych, bez mąk duszy. Ale nie zanosiło się na to. Kameha, która 

dwadzieścia  cztery  lata  żyła  wyłącznie  myślą  o  jak  najbardziej  wyrafinowanej  zemście, 

baczyła pilnie,  aby pokonanemu wrogowi żadnej  męki, żadnego cierpienia  nie zaoszczędzić. 

Widząc tedy, z jaką trwogą odwraca twarz od ogniska, zapraszała wałęsających się tubylców, 

aby  bliżej  podeszli,  szczypała  związanego  jeńca  po  obnażonych  plecach  lub  łydkach  i 

wychwalała pod obłoki kulinarne zalety długiej, białej świni. 

-  Mięso  będzie  żylaste,  łykowate  -  wyraził  swe  obawy  jeden  ze  znawców,  leciwy 

Kanak, który pamiętał jeszcze dobre czasy przed okupacją amerykańską, kiedy to takie uczty 

trafiały się co kilka miesięcy, a nie raz na parę lat, jak w obecnych ciężkich czasach. 

-  Było go zarżnąć wczoraj. Skruszałby trochę - odezwał  się  inny  fachowiec,  a Ralph 

Dragon zacisnął szczęki kurczowo, aby nie wyć, nie ryczeć z trwogi. 

Potem  brązowi  wojownicy  rozstąpili  się  z  należytym  szacunkiem  przed 

najdostojniejszym arcykapłanem. 

- Lilinokalany jeszcze nie ma? - zmarszczył brwi i spojrzał na słońce. 

-  Nie  ma,  o  Kalohi  -  odparła  Kameha  śpiewnie,  klepiąc  chudą  dłonią  muskularne 

ramiona skazańca. 

- Dłużej czekać nie mogę. 

-  Więc  zaczynaj,  o  najdostojniejszy.  Należną  część  pieczeni  odłożymy  i  królewna 

spożyje ją, jak tylko nadejdzie. 

- Dobrze... Wszelako dziwi mnie jej nieobecność - dodał ciszej, pochylając się do ucha 

Kamehy - niepokoi mnie jej postępowanie wobec tamtych jeńców. Czy nie sądzisz, Kameho, 

background image

że nie przybyła tutaj dlatego, aby tymczasem tamtych uwolnić? Cierpnę na samą myśl... 

-  Zbądź obaw,  o Kalohi. To się nigdy  nie stanie.  Lilinokalana kocha Białego, on zaś 

nie widzi świata poza białą kobietą. Już w tym mamy najlepszą gwarancję, że Lili nie popełni 

nigdy  szaleństwa.  Lękam  się  natomiast,  iż  nie  pozwoli  go  zgładzić.  -  Miała  na  myśli 

oczywiście Ryszarda. 

Ralph  Dragon  nie  rozumiał  ani  słowa,  nie  znając  tego  narzecza,  narzecza,  jakiego 

używają  wyłącznie  kāhuna  i  członkowie  dawnej  rodziny  królewskiej.  Nie  starał  się  zresztą 

odgadnąć  treści  tej  rozmowy.  Przeklinał  w  duchu  gwar  panujący  dokoła,  który  mu 

przeszkadzał  w  czymś  daleko  ważniejszym.  Oto ucho,  przylepione  do  ziemi,  zarejestrowało 

niewyraźne  odgłosy  jakiegoś  dudnienia,  jakby  echa  odległego  stąpania  olbrzyma...  Może  to 

śmierć tak kroczy - przemknęło przez labirynty mózgu i myśl ta poraziła na chwilę,  jak silny 

prąd elektryczny, wszystkie nerwy i tkanki ciała. 

Tymczasem  Kalohi  zwołał  wszystkich  uczestników  uczty,  kazał  im  się  ustawić  w 

półkole i rozpoczął uroczystość od przemowy: 

-  Oto  morderca  mężnego  Manu.  Wy,  młodsi  bracia  moi,  nie  wiecie  może,  kim  był 

dzielny  Manu.  Spytajcie  starszych,  którzy  pamiętają  tego  bohatera.  Oni  wam  opowiedzą  o 

czynach  mężnego  Manu,  o  jego  śmierci  i  krzywdzie  księżniczki  Kamehy.  Najwyższy  sąd 

kapłański  skazał  tego  mordercę  na  karę  śmierci,  a  dobre  księżniczki  Kameha  i  Lilinokalana 

raczyły przyzwolić, abyście jego ciało spożyli w czasie dzisiejszej uczty... 

Pomruk  radości  przerwał  w  tym  miejscu  przemówienie  arcykapłana;  potem  wszyscy 

wojownicy,  jak  na  komendę,  zaczęli  się  oblizywać,  cmokać  na  znak  zachwytu  i  klepać  się 

dłońmi po nagich brzuchach. 

Ralph  Dragon,  który  dobrze  zrozumiał  znaczenie  tej  demonstracji,  jęknął,  a  głowa 

jego  opadła  bezwładnie  na  trawę.  Lecz  Kameha  czuwała.  Garniec  zimnej  wody,  wylany  na 

ciało  skazańca,  zrobił  swoje.  Ralph  oprzytomniał  zupełnie  i  musiał  słuchać,  musiał  patrzeć, 

musiał cierpieć. 

-  Według  naszych odwiecznych zwyczajów -  ciągnął dalej  Kalohi -  czaszka zabitego 

przypada  skrzywdzonej.  Księżniczka  Kameha  uwędzi  ją  własnoręcznie  i  zawiesi  w  swojej 

chacie,  aby  jej  swym  widokiem  przypominała  zawsze,  że  została  pomszczona...  Lecz  mózg 

jego należy do nas, do stanu kapłańskiego. 

- Tak, tak, to prawda, mózg należy do kāhuna - potakiwali słuchacze, wierni tradycji i 

nader  konserwatywni  z  natury.  Przecież  mózg  odkrywcy  wysp  Hawajskich,  dzielnego 

podróżnika Jamesa Cooka, został spożyty przez kapłanów, jego serce raczył zjeść sam mądry 

monarcha Kamehameha I, ramiona wodzowie, stopy posłańcy królewscy, zaś inne członki w 

background image

małych  porcjach  dostojnicy  i  wojownicy  odpowiednio  do  stopnia  w  hierarchii,  do rangi  czy 

wieku. Półtora wieku upłynęło od śmierci nieszczęsnego badacza, lecz zwyczaj się zachował, 

znajdując  tylko  coraz  rzadziej  zastosowanie  skutkiem  „nietolerancji”  obecnych  władców 

Hawajów. 

-  Jego  serce  i  wątrobę  spożyją...  -  zaczął  znów  Kalohi  i  uciął  w  pół  zdania. 

Zachrzęściły  bowiem  gdzieś  gałęzie,  zakwilił  ostrzegawczo  jeden,  drugi  wartownik, 

naśladując głos ptaka, a potem nadbiegło z daleka echo, jak gdyby parskanie tabunu koni. 

- Goniec przybywa - ozwał się ktoś z obecnych. wtajemniczony w fonetyczny alfabet 

strażników, których przezorny Kalohi porozstawiał w okolicy miejsca stracenia. 

Jakoż  niebawem  u  wylotu  leśnej  ścieżyny  ukazał  się  młody  krajowiec.  Pędził 

olbrzymimi  krokami,  jednym  susem  przesadził  barierę  lian,  potem  kopiec  ananasów 

przygotowanych do dzisiejszej uczty, rozepchnął półkole słuchaczy i runął do stóp kapłana. 

- Biali... idą... dużo! - wykrztusił, po czym zmęczenie zacisnęło mu krtań na długo. 

- Idą tutaj? Turyści? - spytał Kalohi. 

Goniec  nie  mógł  jeszcze  tchu  złapać.  Pokazał  na  migi,  że  nie  może  mówić,  a 

jednocześnie poruszył głową poziomo, przecząc, jakoby nadchodzącymi mieli być turyści... 

- Wojsko? Policja? - zmarszczył brwi arcykapłan. 

Panika zapanowała wśród zebranych, kiedy zdyszany chłopak skinął głową. Wreszcie 

przyszedł  do  siebie  na  tyle,  że  urywanym  głosem  mógł  zdać  relację:  Oto,  stojąc  na 

posterunku, najbardziej w stronę Keauhou wysuniętym, ujrzał nagle oddział konnych mężów; 

na czele jechał oficer oraz dobry znajomy tutejszych Kanaków, Kit Stump, właściciel zajazdu 

w  Keauhou.  Biali  ujrzeli  go  także,  bo,  kiedy  zsuwał  się  z  drzewa,  trzasnęła  pod  nim  jakaś 

gałąź i spadł, jak dojrzały owoc, na ziemię. 

-  Ścigali  mnie,  gonili,  o najdostojniejszy... Są tu całkiem  blisko, na głównej drodze - 

zakończył swe sprawozdanie. 

Z  drżeniem  smukłych  łydek  słuchali  „mężni  wojownicy”  tego opowiadania,  rzucając 

trwożne spojrzenia w tę stronę, skąd dobiegało teraz już wcale wyraźne dzwonienie podków o 

kamienistą drogę, zagłuszane coraz częściej przez ostrzegawcze sygnały wartowników. 

- Źle - mruknął jeden z najstarszych - już od kilku dni zauważyłem, że strażnicy leśni 

czegoś szukają. Może wiedzą, że... 

Huk wystrzału targnął ciszą puszczy. 

-  Uciekać!  -  wrzasnął  ktoś  z  młodszych  i  garść  największych  tchórzów  zapadła  w 

gęstwinę, zanim Kalohi zdołał usta otworzyć. 

-  Stać mi! -  warknął groźnie -  musimy zabrać  jego - tu wskazał na skazańca,  który z 

background image

błyszczącymi oczami przysłuchiwał się rozmowie. 

Przyskoczyli ku niemu, postawili go na nogi, przecięli postronek, krępujący jego stopy 

i  kolana,  zarzucili  mu  powróz  na  szyję  i  szarpnęli.  Lecz  potulny  dotychczas  jeniec  stawił 

gwałtowny opór. W mgnieniu oka zrozumiał, że jedynym ratunkiem może być gra na zwłokę, 

że  tutaj,  na  tej  polance  nie  zabiją  go  teraz,  skoro  odsiecz  nadchodzi,  aby  nie  narazić 

sąsiednich  osad  na  surowe  represje,  że  natomiast  w  leśnym  gąszczu  nic  go  nie  wyrwie  ze 

szponów tych ludożerców. Rzucił się więc na ziemię na wznak i oswobodzonymi nogami jął 

wierzgać  tak  skutecznie,  że  kilku  najbardziej  zaciekłych  napastników  powalił  dobrze 

wymierzonym kopniakiem w brzuch czy w podbrzusze. Ale cóż znaczył ten chwilowy sukces 

wobec  takiej  przewagi?  Nie  minęły  dwie  minuty,  kiedy  Ralph  Dragon,  poturbowany,  obity, 

związany jak pakunek, rozpoczął „powietrzną” podróż przez dżunglę, niesiony przez czterech 

silnych krajowców. Nie stracił jednak nadziei. Widział doskonale, że ciężar jego ciała krępuje 

swobodę ruchów brązowych, że potykają się  na  lianach, sapią ze zmęczenia,  a  jednocześnie 

po  chrzęście  łamanych  gałęzi  i  naszczekiwaniu  psa  poznał,  iż  pościg  zbliża  się  z  każdą 

minutą.  Ach,  ten  psiak  był  całą  jego  nadzieją.  Na  próżno  Kanakowie  kluczyli  w  tę  czy  ową 

stronę,  zachodzili  do  swych  najlepszych  kryjówek.  Mądre  zwierzę,  kierując  się  wspaniałym 

węchem,  naprowadzało  od  razu  Białych  na  trop  właściwy  i  Brązowi  niedługo  popasali  w 

znakomitym  schowku.  W  końcu  zrozumiał  Kalohi,  że  najgroźniejszym  przeciwnikiem  jest 

pies.  Wybrał  dwóch  najlepszych  strzelców,  rzucił  im  po  cichu  jakiś  rozkaz,  po  czym  para 

wyznaczonych wojowników puściła się szybko w powrotną drogę, naprzeciw nadciągającemu 

pościgowi. 

-  Baczność!  -  Zasadzka!  -  ryknął  Ralph  co  siły  w  piersiach,  lecz  w  tejże  chwili  łapa 

jednego z kapłanów spadła mu na usta. 

Dwie  minuty  trwała  cisza  po  tym  okrzyku;  potem  rozległ  się  bolesny  skowyt  psa  i 

runęła salwa karabinowa. Chwilę później jeden z owej pary wojowników dopędził swoich. 

- Brat zginął - wyrzucił z siebie zdyszanym głosem. 

Kalohi machnął ręką lekceważąco. 

- A pies? - spytał przede wszystkim. 

- Już nie pójdzie naszym śladem - brzmiała odpowiedź. 

Jakoż  skutki  tego  faktu  nie  dały  na  siebie  długo  czekać.  Biali,  pozbawieni 

czworonożnego  przewodnika  i  nie  zaprawieni  do  czytania  w  śladach,  zabłąkali  się  w  inną 

część  puszczy,  a  w  miarę  jak  cichły  odgłosy  ich  pościgu,  malały  szanse  ocalenia  dla  męża 

Violet... Rozwiązano mu nogi ponownie,  gdyż droga stała się niesłychanie ciężka  i trzeba  ją 

było  sobie  wyrąbywać  dopiero  w  murze  pnączy,  lian,  powietrznych  korzeni.  Z  tego  właśnie 

background image

powodu  prowadzono  jeńca  na  samym  końcu  prześlizgującej  się  gęsiego  kolumny.  Za  nim 

szedł tylko Kalohi oraz jeden wojownik. Ralph Dragon zauważył to i postanowił spróbować 

szczęścia. Nie miał nic do stracenia, wszakże skazano go na śmierć i na jak okrutną jeszcze. 

Choćby mnie ustrzelili, lepsze to niż... - nie dokończył swej myśli. Nie mógł o tym myśleć bez 

zawrotu  głowy.  Nie  będę  się  męczył  przynajmniej,  a  o  to  mi  głównie  chodzi  -  dokończył  w 

duchu,  nie  przyznając  się  nawet  wobec  siebie,  że  na  dnie  serca  tliła  się  jeszcze  iskierka 

nadziei. Oddział Białych nie był znów tak bardzo oddalony... 

Ralph  Dragon  zaczął  udawać  zmęczenie.  Szedł  niby  posłusznie,  ale  zwalniał  kroku, 

chcąc się nieco odsunąć od tych, którzy wycinali drogę przed nim. Wreszcie dopiął celu. Jego 

poprzednik  zniknął  poza  ścianą  zieleni.  Błyskawicznie  odwrócił  się  skazaniec,  kopnął  w 

brzuch  arcykapłana,  palnął  nisko  schyloną  głową  w  brązowy  tors  ogłupiałego  wojownika, 

odrzucił go na bok i popędził jak szalony. 

- Trzymać! - wrzasnął Kalohi. 

Uciekający jeniec wydał ryk bólu i wściekłości. Wypuszczony starczą dłonią toporek 

przeciął  mu  więzy  rąk,  skrępowanych  na  plecach,  lecz  zarazem  przeciął  mu  do  połowy 

przegub  lewej  dłoni  i  skaleczył  łopatkę.  Niebo,  dżungla,  świat  zatańczyły  mu  w  oczach. 

Ukląkł. Jak przez grubą zasłonę posłyszał szelest szybkich kroków za plecami. W przelotnym 

spojrzeniu  dojrzał  na  ziemi  skrwawiony  toporek.  Pochwycił  go,  zerwał  się  na  równe  nogi, 

stanął oko w oko z Kalohim, który  nadbiegł właśnie,  i palnął  z całej  siły w obnażoną głowę 

starca.  Arcykapłan  zwalił  się  jak  kłoda,  z  czaszką  rozpłataną  na  dwoje,  lecz  w  tej  chwili 

trzech  tubylców  wpadło  na  zbiega,  przewracając  go  samym  impetem.  Zawrzała  walka  na 

śmierć  i życie.  Rozwścieczeni zuchwalstwem  jeńca,  śmiercią arcykapłana,  nie  starali  się  już 

wziąć Białego żywcem, nie słyszeli lub nie chcieli słyszeć okrzyków Kamehy, która biegła ku 

walczącym z rozwianym włosem. I w pewnym momencie przygwożdżony do ziemi skazaniec 

ujrzał opadające szybko ostrze topora. Lewa ręka po strasznej ranie nie była zdolna do walki, 

prawą  uwięziły  właśnie  szpony  kilku  mocnych  łap.  Nie  było  się  czym  zasłonić,  odbić  cios 

śmiertelny,  nie stało miejsca,  by głowę uchylić.  Lecz zanim ostrze dotknęło karku, zobaczył 

Ralph  Dragon  w  małym  ułamku  sekundy  całą  swą  przeszłość  od  dzieciństwa  aż  do  dnia 

dzisiejszego i wzdrygnął się z przerażenia, iż zmarnował tak nędznie najhojniejszy dar Boga... 

życie, iż splugawił je tyloma zbrodniami. Gdyby miał przed sobą jeszcze minutę życia, byłby 

niewątpliwie zdziwił  się,  że takie refleksje,  taka myśl zatrważająca nawiedziła go właśnie w 

tym  momencie,  a nigdy przedtem. Lecz  już ostrze ciężkiego topora  spadło na kark  napięty  i 

przecięło  skórę,  splot  nerwów,  mięso  krwawiące  i  kości  kręgów,  pogrążając  zwyciężonego 

człowieka w sen śmierci. 

background image

Trzy  godziny  później  oficer,  dowodzący  ekspedycją  karną,  dojrzał  przez  połową 

lornetę jakąś tubylkę na południowym stoku wulkanu... 

-  Czy  mi  się  zdaje?  -  mruknął,  podając  szkła  swemu  zastępcy.  Ten  patrzył  długo, 

uważnie,  wreszcie  odjął  lornetę od oczu,  z  których  sypały  się  skry  oburzenia,  i  rzucił  przez 

zaciśnięte zęby: 

- Ona niesie uciętą głowę ludzką. 

- Głowę białego człowieka - dorzucił Kit Stump, który z kolei rozpoczął obserwację. 

- Tak - potwierdził przywódca, po czym odbyła się gorączkowa narada. Jednogłośnie 

zgodzono się z tym, że żaden ze zmęczonych żołnierzy nie dopędzi już krwiożerczej kobiety, 

która, skoro spostrzeże pościg, ukryje się w jednej z przelicznych pieczar i ujdzie zasłużonej 

kary, że wobec tego pozostał tylko jeden środek... 

- Zastrzelić jak psa! - rzekł twardo Kit Stump. 

Jack, najlepszy strzelec w plutonie, mierzył długo, starannie. 

-  Spudłowałeś  -  warknął  wzgardliwie  zastępca  komendanta,  widząc,  jak  po  strzale 

tubylka  przyśpieszyła  kroku.  Nie  lepiej  poszło  trzem  następnym  strzelcom.  Przywódca, 

trzymający wciąż lornetę przy oczach, pokręcił głową i powiedział: 

- Jeśli dotrze do białego głazu, do którego zmierza widocznie, będzie ocalona. Nic jej 

nie zrobimy. Hm, może lepiej było jednak ścigać ją do upadłego... Spłoszyliśmy ją teraz. 

Piąta  kula  zaryła  się  w  ziemię  niemal  pod  stopami  uciekającej,  o  czym  świadczył 

obłoczek  kurzu.  Kolej  przyszła  znowu  na  Jacka.  Młody  żołnierz  był  przejęty  swą  rolą,  lecz 

zawstydzony nieco pierwszym niepowodzeniem. 

- Spudłuje na pewno - mruknął ktoś, a przywódca podniósł rękę - dochodzi do skały... 

Jack, uwaga... cel... pal! 

Tubylka  dobiegła  już  do  głazu  i  oparła  się  o  jego  krawędź.  Nagle  wypuściła  z  rąk 

odciętą  głowę,  zachwiała  się,  runęła  na  wznak,  a  ciało  jej  zaczęło  się  toczyć,  zsuwać  po 

spadzistym zboczu góry na wyścigi z odrąbaną głową białego. 

Kiedy  przyniesiono  do  przywódcy  strasznie  pokaleczonego  na  kamieniach  trupa 

tubylki i skrwawioną głowę, Kit Stump pochylił się nad nimi. 

-  To  głowa  mojego  gościa,  Ralpha  Dragona  -  powiedział  po  chwili,  a  to  księżniczka 

Kameha. 

Potem podszedł do Jacka i ścisnął mu dłoń serdecznie: 

-  Brawo,  chłopcze  -  pogratulował  mu  i  dodał  głośno,  jakby  rzucał  wyzwanie  całemu 

światu - niech wiedzą, łotry, że śmierć białego człowieka nie może zostać nie pomszczona. Za 

jednego Białego dziesięciu Czarnych, Brązowych czy Żółtych - to moje credo. 

background image

Wygłosiwszy te słowa z głębokim przekonaniem, usiadł  na  zwalonym pniu drzewa  i 

zapalił wygasłą fajeczkę... 

* * * 

Pewnego razu do pieczary, w której więziono Ryszarda oraz Violet, wkroczyło trzech 

uzbrojonych  od  stóp  do  głów  Kanaków.  Rozwiązali  pęta  jeńcowi,  pozostawiając  mu  tylko 

więzy na rękach, i ujęli go w ramiona. 

- Księżniczka cię wzywa - oświadczyli. 

- A moja towarzyszka? - wskazał na Violet. 

-  Nic  nam  o  niej  nie  mówiono.  Nie  opieraj  się  albo  użyjemy  siły...  I  źle  na  tym 

wyjdziesz - dodał najstarszy. 

Minęli  ogromną  jaskinię,  w  której  przed  tygodniem  odbył  się  sąd  nad  Ralphem 

Dragonem,  minęli  cały  labirynt  podziemnych  ganków,  korytarzy,  aż  stanęli  w  przestronnej 

grocie,  słabo  oświetlonej  blaskami  jedynej  pochodni.  Pod  przeciwległą  ścianą,  do  której 

światło  prawie  nie  docierało,  majaczyły  podłużne  cienie  dziwnego  kształtu.  Oderwała  się 

stamtąd jakaś postać i szła powolnym, lecz elastycznym krokiem naprzeciw przybyłym. Trzej 

strażnicy zniknęli bezszelestnie; stosownie do otrzymanego uprzednio rozkazu mieli czekać w 

ganku i nie przeszkadzać swej młodej władczyni w rozmowie z białym więźniem. 

-  Czemuż  tak  patrzysz  posępnie?  Nie  poznajesz  mnie  w  tym  stroju?  -  spytała 

Lilinokalana z zalotnym uśmiechem. 

Ryszard  podniósł  głowę.  Myśląc  nieustannie  o  Violet,  której  zdrowie  zaczęło  nieco 

szwankować w ostatnich dniach, nie zwrócił dotychczas uwagi na odmienny od codziennego 

strój  wyspiarki.  A  był  to  strój  bezcenny  naprawdę.  Od  pasa  spadały  aż  poza  kolana  gęste 

szeregi  sznurów  pereł,  tworząc  jak  gdyby  imitację  spódniczki  z  rafii.  Również  górną  część 

„toalety”, którą u dziewcząt hawajskich stanowi lei, girlanda z kwiatów zawieszona na szyi  i 

osłaniająca  piersi,  zastępowały  tutaj  perły.  I  głowę  zdobił  także  kosztowny  kołpak  z  pereł, 

które w długich wisiorach spływały na ramiona, na szyję, odbijając żywo od złotobrązowego 

tła skóry. 

Wszystko  to  objął  Ryszard  w  jednym  szybkim  spojrzeniu,  osłupiał  na  widok  takich 

bogactw,  milczał  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem,  zły  na  siebie,  że  on,  człowiek  białej  rasy, 

pozwolił  sobie  zaimponować,  rzekł  głosem  trochę  zbyt  szorstkim  w  odpowiedzi  na  jej 

pytania: 

-  Owszem,  poznałem cię od razu, a że się nie ucieszyłem zbytnio ze spotkania, temu 

się chyba nie powinnaś dziwić. Zwiodłaś nas. 

- Ja was zwiodłam? 

background image

-  Czy  jesteś  naprawdę  tak  naiwna,  czy  udajesz  tylko?  -  odparł  zniecierpliwiony.  - 

Powiedziałaś  przecież  wówczas,  że  jesteśmy  twoimi  miłymi  gośćmi.  Miało  to  oznaczać,  iż 

przestaliśmy  być  więźniami.  Tymczasem,  skoro  tylko  Ralpha  wyniesiono,  ten  stary  dziad 

Kalohi, czy jak mu tam, kazał nas ponownie związać i twoi „mili goście” muszą nawet spać w 

kajdanach, jak najgorsi przestępcy. Dokądże trwać będzie ta licha komedia?... 

- Bądź cierpliwy. Dzisiaj się to zmieni, jeśli... 

- Jeśli co? 

-  Wszystko  zależy  od  ciebie  -  odparła  wymijająco  -  ale  porozmawiamy  sobie  gdzie 

indziej. Idź za mną - dodała i, ująwszy zatkniętą pochodnię, ruszyła szybko w głąb olbrzymiej 

groty. 

Szedł za nią krok w krok, poświstując nonszalancko przez zęby i patrząc z rosnącym 

zaciekawieniem  na  podłużne  sprzęty  czy  przedmioty,  które  w  miarę  zbliżania  się  ku  nim 

zaczęły  przybierać  kształty  jakichś  łodzi  dziwacznej  budowy.  W  niespokojnym  blasku 

pochodni zajaśniały nagle liczne szkielety ludzkie. 

-  Co  to  jest?  -  zdumiał  się  Ryszard.  Przestał  gwizdać,  przystanął,  z  ciekawością 

dotknął  dłonią  zadartego  fantazyjnie  dzioba  najbliższej  łódki  i  cofnął  rękę  zaskoczony. 

Drewno było tak spróchniałe, że rozsypało mu się w palcach, a w dłoni pozostało tylko trochę 

muszelek oraz płytka perłowej masy, którą burty małego stateczku były wykładane. 

Lilinokalana przystanęła również. 

-  To  są  moi  przodkowie,  królowie  Hawajów,  ich  bracia,  synowie  i  najdzielniejsi  z 

naszych wodzów - powiedziała, obejmując szerokim ruchem liczne czółna bojowe, w których 

snem  wiecznym  spali  dawni  władcy  wysp  Hawajskich.  W  głosie  jej,  przyciszonym  przez 

szacunek  dla  prochów  przodków,  dźwięczała  duma,  lecz  i  gorycz  zarazem,  że  ona,  prawa 

dziedziczka tej ziemi, musi się ukrywać w podziemnych jaskiniach. 

-  Pójdź...  Nie  tu  zamierzałam  z  tobą  porozmawiać  -  rzekła  szybko  i  niebawem 

wojenne  łodzie  z  poczerniałego  drewna  akcji  koa  wraz  z  rozsypującymi  się  w  nich 

szkieletami ogarnęły nieprzebite mroki. 

Znaleźli się oboje w  maleńkiej grocie,  która  była sypialnią  Lilinokalany.  Tu  dama  w 

perłach,  jak  ją  Ryszard  określił w  myśli  żartobliwie,  posadziła  swego gościa obok  siebie  na 

posłaniu, rozwiązała  mu ręce  i  nader  szczegółowo przedstawiła  mu wypadki dni ostatnich.  - 

Tak  więc po śmierci  Kamehy  i arcykapłana  ja tutaj  jestem  jedyną panią  i wasz  los w  moich 

rękach  spoczywa,  wyłącznie  w  moich!  -  zakończyła  z  naciskiem.  Ryszard  jednak 

zainteresował  się  przede  wszystkim  wiadomością  o  śmierci  Ralpha  Dragona.  Odsunął  się 

nagle i spytał, nie tając wzburzenia. 

background image

- I ty miałaś wziąć udział w uczcie ludożerców? 

-  Nie,  nigdy  -  zaprzeczyła  stanowczo  -  dlatego  właśnie  opóźniłam  swe  przybycie  na 

polanę,  na  której  zginął  Manu  oraz  Pahoa.  Widzisz  -  urwała  zawstydzona,  po  czym 

wyrecytowała jednym tchem: - ja przez pół roku chodziłam w Honolulu do Białych Sióstr, co 

się  modlą  do  drewnianych  krzyży  -  odetchnęła,  jakby  ciężar  jej  spadł  z  serca  i  dokończyła 

spokojnie:  -  No,  gdyby  Kameha  wiedziała...  Potem  wychowywał  mnie  Kalohi  i  przyjęłam 

wszystkie  jego  nauki,  wszystkie  zwyczaje  naszych  przodków,  prócz... tego  jednego.  Czy  mi 

nie wierzysz? 

-  Wierzę  ci  -  odparł  i  spojrzał  na  nią  po  dawnemu,  przyjaźnie,  ze  szczerą  sympatią. 

No, a teraz pomówmy o naszych sprawach. Zaznaczyłaś, że los mój i los białej kobiety, żony 

Ralpha Dragona, spoczywa wyłącznie w twoich zgrabnych łapkach - dodał żartobliwie, chcąc 

ją dobrze usposobić. - Nie wątpię, że nas wypuścisz natychmiast. 

-  A  jeślibym  ci  powiedziała,  że  wypuszczę  tylko  jedno  z  was  na  wolność,  a  drugie 

zatrzymam tu na zawsze? 

- Jak to? - zmarszczył brwi. 

-  No tak,  jak  mówiłam. Ty wybierzesz, które z was wyjdzie,  a które  zostanie.  Kogóż 

byś wybrał? 

Spojrzał  na nią niedowierzająco. Nie wiedział, czy żartuje,  czy  mówi serio.  Ale oczy 

pięknej Hawajki ani drgnęły. 

-  W  takim  razie  ja  tutaj  pozostanę  -  rzekł  twardo,  potem  zwiesił  głowę  i  popadł  w 

smutną zadumę.  Zdawał się  nie  czuć.  że Lilinokalana objęła go wpół ramieniem,  że  się doń 

przytuliła ruchem rozpieszczonej kotki, zdawał się nie słyszeć  jej  słów,  w których  malowała 

barwnie wizje ich przyszłego szczęścia, ich wspólnego pożycia. 

-  O,  tak,  pozostaniesz  ze  mną,  a  jeśli  zechcesz  kiedykolwiek  wyjechać,  zabierzesz 

mnie z sobą i będziemy z sobą wciąż razem, razem zawsze - ciągnęła szybko, upajając się tą 

myślą.  Zręcznym ruchem osunęła  mu się na kolana,  opasała  mu szyję rękami  i  swe nieco za 

duże usta wysunęła do pocałunku. 

Ocknął się nagle, cofnął głowę szybko. 

-  Nie chcesz  mnie -  uśmiechnęła się  i przechyliła główkę kokieteryjnie.  Była pewna, 

że on przekomarza się tylko, że się dąsa. 

-  Nie!  -  padła  odpowiedź  krótka,  szorstka,  bolesna  jak  chlaśnięcie  szpicrutą  przez 

twarz. 

W  oczach  Lilinokalany  zamigotały  błyski  gniewu.  Nie  wybuchnęła  jeszcze,  zmusiła 

się do pozostania w obranej roli. 

background image

-  Czy  jestem  tak  strasznie  brzydka?  -  wyszeptała,  przysuwając  znowu  swą  twarz  do 

jego głowy. 

-  Nie,  jesteś  naprawdę  piękną  dziewczyną...  Jesteś  bardzo  piękna,  Lili,  ale  -  zawahał 

się i umilkł. 

- Ale ty kochasz inną! 

- Tak! - spojrzał w jej oczy prosto, uczciwie. 

Zacisnęła zęby. Jeszcze wciąż panowała nad sobą, a głos jej brzmiał niemal tak samo 

jak przedtem, kiedy przemówiła: 

-  A  jeśli  ci  powiem,  że  ona,  ta,  którą  kochasz,  okupi  życie  i  wolność  tylko  za  cenę 

twego małżeństwa ze mną, to co? 

-  To  cię  poślubię,  lecz  nie  sądź,  że  cię  pokocham  kiedykolwiek...  Znienawidzę  cię 

tylko! 

Pokręciła głową, zachwycona jego odwagą i ryzykowną szczerością. Potem, olśniona 

nowym pomysłem, pochwyciła obie jego ręce. 

- Dobrze zatem. Ona wyjdzie jutro na wolność, ty mnie poślubisz, a miłość przyjdzie 

później.  A teraz,  mój przyszły  małżonku, daj  mi  pocałunek twych ust, za którym tęsknię od 

dnia,  kiedy  cię  ujrzałam  po  raz  pierwszy  nad  zatoką  Maunalua.  -  O  ile  pierwsze  zdania 

wypadły  jak  dobrze  wyuczona  lekcja,  o  tyle  ostatnie  były  szczere,  jakby  wprost  z  serca,  i 

zadrgała  w  nich  nuta  tęsknej  udręki,  gorącego  pożądania,  które  u  tej  namiętnej  dziewczyny 

było synonimem prawdziwej miłości. 

Ryszard  nie  był  nigdy  nieczuły  na  wdzięki  niewieście,  ocenił  już  dawno  urodę 

egzotycznej  nimfy,  jej  wyznanie  połechtało  mile  jego  męską  próżność,  a  jej  ponętne, 

rozchylone  usta  znalazły  się  nagle  tak  blisko,  że  według  kawalerskiego  kodeksu  byłoby 

ciężkim przestępstwem nie skorzystać z okazji, lecz równocześnie uświadomił sobie to, iż ten 

niewinny pocałunek byłby już dowodem jego słabości, ustępliwości. Nie! Dla ocalenia Violet 

należało wyzyskać sytuację. 

-  Dam  ci  pocałunek  i  będę  twym  mężem  dopiero  wtedy,  gdy  Violet  znajdzie  się  w 

bezpiecznym miejscu - odparł, odwracając głowę przed natarczywymi atakami dziewczyny... 

- Musisz mnie przekonać, że ona znajduje się już w Keauhou lub w innej mieścinie. 

Sfrunęła z jego kolan, oparła się o ścianę, tocząc z sobą walkę. Jego słowa odczuła w 

pierwszej  chwili  jako  obelgę,  lecz  w  ogniu  gorącej  miłości  ku  Ryszardowi  topniały  szybko 

wszelkie urazy i żale. Zaklaskała w dłonie i poleciła trójce strażników, którzy wysunęli się z 

mroków sąsiedniej groty jak duchy, aby odprowadzili jeńca do jego celi. 

Tam zaś, ku swemu przerażeniu, Ryszard nie zastał już Violet. Nie przeczuł, że w tej 

background image

samej  „sypialni”  Lilinokalany  rozgrywa  się  już  pomiędzy  obiema  kobietami  scena  podobna 

do tej, jaką sam przeżył przed chwilą. Violet, postawiona wobec alternatywy, że jedno z nich 

tylko może wolność odzyskać, wybrała bez wahania Ryszarda. 

-  Uwolnij  jego  -  rzekła  cichym,  smutnym  głosem  -  ja  już  niczego  nie  oczekuję  od 

życia. On młody, zapomni o mnie, będzie jeszcze szczęśliwy. 

Odesławszy  białą  kobietę,  długi  czas  rozmyślała  Lilinokalana  w  samotności.  Skora 

chęć  do  poświęceń  u  obojga  kochanków  była  dla  niej  początkowo  czymś  niezrozumiałym, 

zdziwiła ją, zaskoczyła, ale i wzruszyła w końcu. 

-  Jak  oni  się  kochają!  -  powtarzała  w  kółko  i  nagle  padł  jej  na  serce  ciężki  głaz 

smutku, że ona, księżniczka hawajska, nie potrafiłaby się nigdy zdobyć na miłość tak wielką, 

tak  pełną  zaparcia  się,  tak  gotową  do  poświęcenia  własnego  życia  dla  szczęścia  ukochanej 

istoty,  na  jaką zdobyli się ci dwoje.  Tak, ale oni  należeli do najpotężniejszej rasy  świata,  do 

białej  rasy,  która  wszystko  może,  która  wydaje  ze  swego  pnia  niekiedy  takich  łotrów  jak 

Ralph  Dragon,  lecz  która  wydaje  również  setki  bohaterskich  sióstr  z  krzyżem  na  piersiach  i 

księży,  i  lekarzy,  co  na  nic  nie  bacząc,  udają  się  do  kolonii  trędowatych  na  Moloka`i  i 

poświęcają życie dla ulżenia doli swych kolorowych bliźnich. 

- Och, oni wszystko potrafią! - westchnęła z zazdrością, bawiąc się perłami i słuchając 

ich  suchego  szelestu  z  przyjemnością.  -  A  my  nie...  i  dlatego  wymieramy,  giniemy  -  dodała 

sentencjonalnie.  Wtem  fala  gorącej  krwi  uderzyła  jej  do  głowy...  -  Ja  także  potrafię!  - 

krzyknęła  energicznie  i  olśniona  szlachetną  myślą  zaczęła  z  gorączkowym  pośpiechem 

zrzucać  bezcenny  strój  na  swoje  posłanie.  W  kwadrans  później,  ubrana  już  w  zwyczajną 

spódniczkę  z  rafii,  z  girlandą  przywiędłego  nieco  kwiecia  na  szyi,  wybiegła  jak  szalona  ze 

swej groty. 

- Czuję powiew świeżego powietrza - szepnął Ryszard do ucha Violet. Z zawiązanymi 

oczami,  z  rękami  skrępowanymi  lekko,  nieboleśnie,  na  plecach,  szli  już  dłuższą  chwilę 

poprzez labirynt ganków i dotykali się ustawicznie ramionami, aby być blisko siebie. Kanak, 

idący  na  czele  małego  oddziałku,  wsunął  dłoń  poza  pasek,  przytrzymujący  opaskę  na 

biodrach  jeńca  i  w  ten  sposób  ciągnął  Ryszarda  za  sobą,  wskazywał  mu  drogę  w 

ciemnościach. 

- O tej porze nie wyprowadzali nas nigdy - odparła równie cicho Violet - czyżby nas 

wiedli na miejsce stracenia? 

Ryszard  zacisnął  pięści  i  stwierdził  z  ulgą,  że  więzy  założono  bardzo  niedbale,  że 

wystarczy  jeden  bohaterski  wysiłek,  a  ręce  będzie  miał  wolne.  Ale  nie  śpieszył  się  z  tym. 

Czuł  na  obnażonych  plecach  ciepło  bijące  z  pochodni,  jakie  nieśli  strażnicy  zamykający 

background image

pochód przez podziemia. Ujrzeliby niewątpliwie wysiłki jeńca i sparaliżowaliby jego akcję w 

zarodku.  Należało  czekać  sposobniejszej  chwili.  Potem  ciepło,  grzejące  skórę  na  plecach, 

znikło.  Orzeźwiające,  ostre  powietrze  górskie  wywołało  lekkie  dreszczyki.  Stopy, 

przyzwyczajone do wygodnego chodu po równych gankach labiryntu, zaczęły się potykać na 

kamieniach;  kolce,  twarde  źdźbła  skąpej  roślinności  podrapały  skórę  na  łydkach  raz,  drugi, 

trzeci, dziesiąty, potem coraz częściej, aż trzeba było zwolnić kroku. 

- Zdjąć im opaski z oczu - zabrzmiał stłumiony głos Lilinokalany. Tak, jej. Ryszard  i 

Violet  poznali  to  od  razu,  choć  mówiąca  jakby  naumyślnie  zmieniła  naturalne  brzmienie 

swego głosu. 

- Noc? - zdziwili się oboje. 

Zgrabna,  smukła  sylwetka  wychynęła  z  mroków  i  zwinnymi  palcami  rozwiązała 

sznur,  krępujący  dłonie  Violet.  Potem  wsunęła  jej  rękę  pod  ramię  Ryszarda  i  popchnęła  ich 

łagodnie. 

-  Tak  jej  lżej  będzie  -  rzekła  krótko  i  oddaliła  się  równie  szybko,  jak  przyszła  przed 

chwilą. 

O  wschodzie  słońca  zarządziła  Lilinokalana  mały  odpoczynek.  Ryszard  zorientował 

się  już  w  sytuacji.  Gorejąca  kula  słońca  zdawała  się  spoczywać  na  szczycie  stożka 

potwornego wulkanu 

  Manua Loa. 

- Posuwamy się stale w zachodnim kierunku. Tam gdzieś, w prostej linii przed nami, 

musi leżeć Napo`opo`o - poinformował Violet, która oglądała troskliwie swe podrapane nogi. 

Potem zwrócił się do siedzącej opodal Lilinokalany i zwrócił jej uwagę, że jego towarzyszka 

jest bardzo wyczerpana, że dłuższego marszu nie przetrzyma. 

-  To  już  niedaleko  -  odparła  z  jakimś  nieokreślonym  uśmiechem,  a  trzej  strażnicy 

porozumieli się wzrokiem. 

Violet spojrzała na Ryszarda smutnie i wymownie. Nie było najmniejszej wątpliwości, 

że  prowadzono  ich  na  miejsce  stracenia.  Tymczasem  Ryszard  obmyślał  w  najdrobniejszych 

szczegółach  plan  walki.  -  Jeśli  zdołam  przerwać  postronek  od  jednego  razu  i  wyrwać  temu 

drabowi  jego toporek, jakoś to pójdzie.  Trzech  ich  jest, to prawda,  hm,  trzech.  A  jeśli sznur 

nie  pęknie  od  razu?  -  Przyczołgał  się  do  Violet  pod  pozorem,  że  nie  chce  leżeć  w  cieniu  i 

zdołał  jej  szepnąć,  aby  mu  nieznacznie  rozluźniła  pętlicę  więzów.  Lecz  zaledwie  Violet 

wysunęła dłonie, Lilinokalana spostrzegła jej manewr i poleciła jeńców rozdzielić. Niebawem 

wyruszyli  w  dalszą  drogę:  przodem  Violet  pod  strażą  Kanaka,  kilkanaście  kroków  za  nimi 

Ryszard  pod  czułą  opieką  dwóch  muskularnych  wyspiarzy.  Brązowa  księżniczka  szła  zrazu 

background image

na końcu, lecz kiedy zbliżyli się do jakiegoś wąwozu, wysunęła się na czoło małej kolumny. 

- Stać - zakomenderowała, po czym, rzuciwszy ukośne spojrzenie Ryszardowi, dodała. 

Tutaj się wasz los spełni. 

I  nagle,  ku  bezmiernemu  zdumieniu  pary  więźniów,  poleciła  trzem  krajowcom 

zawrócić  i  czekać  na  jej  powrót  w  tym  miejscu,  gdzie  odpoczywali  o  wschodzie  słońca. 

Odeszli  natychmiast,  nawykli  do  ślepego  posłuszeństwa  i  nieobliczalnych  kaprysów  młodej 

księżniczki.  Kiedy  zasłoniła  ich  kępa  olbrzymich  paproci,  Lilinokalana  podeszła  do  Violet, 

objęła ją ramieniem, a drugą ręką wskazała strumyczek, wijący się na dnie wąwozu. 

- On będzie wam przewodnikiem - powiedziała - zaprowadzi was do osady, która leży 

stąd  o  dwa  tysiące  kroków.  Tam  wynajmiecie  sobie  konie  i  dziś  jeszcze  dotrzecie  do 

Napo`opo`o. 

- Więc wypuszczasz nas oboje? - Ryszard nie dowierzał jeszcze. 

Uśmiechnęła się ironicznie: 

-  Sądzisz  może,  że wpadniecie w  jaką pułapkę  lub że  moi wojownicy ustrzelą was z 

zasadzki. Nie bój się. Gdybym chciała was zdradzić, nie wyprowadzałabym was tutaj... 

-  Tak, tak,  my cię też nie posądzamy o takie zamiary -  załagodziła Violet  i spytała z 

właściwą sobie nieśmiałością, z którą było jej tak zawsze do twarzy, jak twierdził Ryszard: - 

Czy pozwolisz, Lili, że cię ucałuję, jak siostrę, jak przyjaciółkę? 

Lilinokalana  zawahała  się  krótką  chwilę,  potem  pochwyciła  tamtą  w  objęcia  i  dwie 

rywalki, biała i brązowa, uściskały się serdecznie. 

- Jesteś szlachetna, Lili. Wspominając pobyt na Hawajach, będę cię nazywała zawsze 

dobrą księżniczką. 

-  A  ty  jesteś  piękna  jak  anioły,  o  których  mówiły  mi  siostry  w  Honolulu...  Nic 

dziwnego,  że  on  -  tu  wskazała  Ryszarda  -  wybrał  ciebie...  No,  pora  mi  odejść  -  rzekła  ze 

sztuczną szorstkością, aby pokryć wzruszenie. 

-  Z  nim  się  nie  pożegnasz?  -  Violet  popchnęła  ją  lekko  w  stronę  Ryszarda,  który 

jeszcze  nie  ochłonął  ze  zdziwienia.  -  Uściskaj  ją,  Rysiu.  Niech  zachowa  po  nas  miłe 

wspomnienie  -  dodała  po  francusku  i  zaczęła  się  zsuwać  po  spadzistym,  lecz  porośniętym 

mchami zboczu lewej ściany jaru. 

Pozostali  sami.  Niepewnym  krokiem  podeszła  Lilinokalana  do  niego  i  zaczęła 

rozwiązywać postronek, wiążący mu dłonie na plecach. Lecz,  jak zwinne były zazwyczaj jej 

długie  palce,  tak  niezdarnie  szła  jej  robotatym  razem.  Wysilała  się  wprost,  aby  nie  dotknąć 

jego ręki i dłonie jej drżały coraz silniej. 

-  Dlaczego?  -  powtórzyła  szeptem,  kiedy  ją  spytał,  jakie  pobudki  skłoniły  ją  do  tak 

background image

szlachetnego odruchu -  dlaczego was uwalniam oboje?  Bo chcę ci pokazać,  że Hawajka  nie 

jest gorsza od białej kobiety i potrafi uczynić wszystko dla człowieka, którego kocha. 

Wreszcie  był  wolny.  Rozprostował  ścierpnięte  ręce,  splótł  dłonie,  aż  zatrzeszczały 

stawy i ciepłym, przyjaznym spojrzeniem objął smukłą sylwetkę brązowej dziewczyny, która 

stała  przed  nim  z  wzrokiem  wbitym  w  ziemię.  Kiedy  postąpił  krok  naprzód,  zadrżała,  lecz 

brakło jej siły, by uciec. 

-  Prosiłaś  mnie  wczoraj  o  jeden  pocałunek  -  zaczął  miękko  i  ujął  jej  dłonie  - 

powiedziałem  wówczas:  najpierw  musisz  uwolnić  Violet...  Tyś  zrobiła  więcej.  Obdarzyłaś 

nas wolnością oboje... Więc... 

Szarpnęła  się  wstecz,  lecz  słabo,  bez  przekonania,  jak  to  w  myśli  określił.  Potem 

przysłoniła  oczy  firanką  długich,  czarnych  rzęs  i,  drżąc  na  całym  ciele,  osunęła  się  w  jego 

objęcia.  A  kiedy  oderwał  wreszcie  usta  od  warg  rozchylonych  i  wypuścił  ją  ze  słodkiej 

niewoli swych ramion, zachwiała się na nogach, upojona tym pocałunkiem. 

- Aloha, Lili - zabrzmiał jego głos. 

- Aloha - wykrztusiła, nie podnosząc powiek. Wolała się łudzić, że to sen rozkoszny, a 

nie smutna rzeczywistość... rozstanie. 

-  Coś  nazbyt  długo  się  żegnaliście,  Rysiu  -  pogroziła  Violet  żartobliwie,  kiedy 

Ryszard  zsunął  się  zręcznie  po  stoku  jaru  i  dopędził  swą  wybrankę  na  dole.  Potem 

zakrzyknęli  razem  trzykrotnie  Aloha,  a  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi,  ruszyli  rześkim 

krokiem  wzdłuż  brzegu  strumienia,  co  miał  im  być  przewodnikiem.  Zaś  na  górze,  nad 

brzegiem  wąwozu,  leżała  brązowa  dziewczyna  i,  łkając  rozdzierająco,  tuliła  rozpaloną 

twarzyczkę do chłodnych mchów, z których ciepłe pocałunki słońca nie spiły jeszcze rosy. 

Dziesięć  dni  później  Ryszard  Grath  i  Violet  Dragon  opuścili  Honolulu  na  pokładzie 

olbrzymiego  parowca  President  Ulysses  Grant.  Przerwały  się  już  dawno  barwne  wstęgi 

serpentyn,  jakimi  obrzucili  ich  znajomi,  przyjaciele:  doktor  Hearne,  jego  bratanica  Lucy, 

która  pogodziła  się  już  z  losem  i  naprawdę  serdecznie  uściskała  dawną  rywalkę,  dalej 

poczciwy  Le  Brix,  który  w  dalszym  ciągu  nie  wierzył,  iż  Ralph  Dragon  był  pospolitym 

zbrodniarzem, wreszcie Mrs Rebecca Yeats, narwana milionerka, ale baba z kościami dobra

według  zgodnej  opinii  obydwóch  starszych  panów.  Zniknęły  już  ich  sylwetki  zasłonięte 

plecami  budynków  portowych  i  las  masztów  zaczął  się  z  wolna  zacierać.  Okręt  zataczał 

łagodny łuk w lewo, defilując przed wyniosłym stożkiem Diamentowego Przylądka. 

- Diamond Head... - rzekł Ryszard. 

- Tam miała czekać - wtrąciła Violet... 

Tak, tam miała czekać i żegnać stamtąd odjeżdżający okręt. Tak im przyrzekła dzisiaj, 

background image

kiedy ją spotkali i prosili, aby przyszła do przystani. Na to nie chciała się zgodzić. Może się 

wstydziła  lub  lękała,  że  wybuchnie  płaczem,  jak  wtedy,  u  stóp  wulkanu  Mauna  Loa. 

Natomiast obiecała solennie,  iż będzie czekać choćby do nocy na Diamentowym Przylądku i 

prześle im stamtąd ostatnie pożegnanie. 

- Spójrz no, Rysiu... Tam ktoś stoi... 

Okręt  zataczał  łuk  tak  blisko  brzegu,  że  gołym  okiem  można  było  dojrzeć  sylwetkę 

dziewczyny  stojącej  na  wzgórzu.  Powiewała  nad  głową  dużym  liściem  palmowym, 

wypatrując zapewne podobnego sygnału od kogoś z pasażerów statku. 

-  To  ona,  na  pewno  ona  -  upierała  się  Violet,  po  czym  oboje  zaczęli  potrząsać 

chusteczkami,  a  za  nimi  cała  zgraja  towarzyszy  podróży  znajdujących  się  na  najwyższym 

pokładzie i przy tej burcie właśnie. 

President  Ulysses  Grant  pruł  bez  litości  fale  oceanu,  które  gnane  do  szturmu  przez 

tysięczne  szeregi  siostrzyc,  biegły  bez  wiary  w  zwycięstwo  na  plażę  zatoki  Waikiki  i 

Maunalua, aby tam skonać u stóp palm wyniosłych. President Ulysses Grant mknął szybko i 

postać  samotnej  dziewczyny  na  Diamentowym  Przylądku  zaczęła  się  niebawem  kurczyć, 

maleć, zacierać, aż zlała się w jedno wraz z zielonym tłem. Lecz Ryszard i Violet trwali nadal 

przy  burcie,  powiewali wytrwale chusteczkami  i  wsłuchiwali  się w żałosną pieśń rozpiętych 

drutów anteny, bo wydało im się obojgu, że na skrzydłach wiatru biegnie z wyspy O`ahu echo 

cichego płaczu brązowej dziewczyny i jej pożegnalny okrzyk: 

- ALOHA!!! 

KONIEC 

 

 

background image