background image

Dianne Drake 

Szpital w dżungli

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

David Gentry uniósł się na łokciu i zabił komara, który bzyczał mu przy twarzy. Leżał w 

dżungli i spał, a raczej był nieprzytomny. Komary używały sobie na nim od wielu godzin, a 
może nawet dni, bo nie miał pojęcia, jak długo tak leżał. Zamierzył się na kolejnego żądnego 
krwi napastnika. Z pewnością te stworzenia zaraziły go już malarią. W tej chwili jednak był 
świadom jedynie tego, jak się nazywa, choć i za to nie dałby głowy. 

Spróbował usiąść, lecz tylko skrzywił się z bólu, po czym wrócił do poprzedniej pozycji. 

Powoli przypominał sobie, co się stało. Ktoś go kopnął, słyszał trzask kości... Z lewej strony 
miał   siniaka,   czuł   go,   chociaż   w   ciemnościach   nie   mógł   go   zobaczyć.   Obolałe   miejsce 
zaczynało się pod pachą i kończyło tuż nad talią. Pewnie ma złamane dwa albo trzy żebra. 

Potem spróbował wstać. Łatwo powiedzieć. Bolało go także ramię. Gdyby jednak nie 

wstał, byłby skazany na to legowisko może już na zawsze. Ruszał się ostrożnie, ze strachu, by 
nie przebić płuca złamaną kością, bo to w tych warunkach może oznaczać śmierć. 

Nigdy nie zaznał ani nie wyobrażał sobie takiego bólu, jaki czuł w tej chwili. Z trudem 

uniósł rękę, by otrzeć twarz z potu. Cóż to jest kilka złamanych żeber i rana postrzałowa?

Delikatnie dotknął ramienia, by upewnić się, że rana jest prawdziwa. To dlatego masz 

gorączkę, Davey, rzekł do siebie, wycierając znów czoło. Zainfekowana rana jest w tej chwili 
najgroźniejsza i jeśli szybko się nią nie zajmie... Chyba że jedno z żeber przebiło już płuca, 
wtedy tak czy owak umrze. 

Jeszcze godzina, Davey. Jeszcze godzina i poczujesz się na tyle dobrze, żeby wstać i 

opuścić to miejsce. Jeszcze godzina snu. Tylko jedna... 

Powieki zaczęły mu opadać, ziewnął głośno i przeciągle. Może faktycznie się położy. 

Ziemia nie jest taka twarda. Tylko godzinkę... 

Ale najpierw chciał się czegoś napić. Łyk wody, a potem spać! Sięgnął do stolika przy 

łóżku, by wziąć szklankę, ale jego ręka trafiła na stertę mokrych liści. Natychmiast podniósł 
powieki. Sen tym razem oznacza pewną śmierć. Jest zbyt słaby i odwodniony, by przetrwać 
noc. Wiedziałby o tym każdy student pierwszego roku medycyny, a on rozpoczynał studia 
medyczne  przed szesnastu laty...  Chyba  się nie mylił.  Usiłował liczyć  w pamięci,  ale za 
bardzo kręciło mu się w głowie. 

Podniósł   wzrok   na   baldachim   z   liści   palmowych.   W   świetle   księżyca   widział   cienie 

drzew. Wiecznie zielone lasy. Tak, teraz sobie przypominał. W Toronto drzewa przy domu 
jego matki były liściaste. Że też pamięta się takie głupie rzeczy. Tylko człowiek w malignie 
może zajmować się w takiej sytuacji klasyfikacją drzew! Zaśmiał się głośno. A jeśli na tych 
drzewach są jakieś węże, to bardzo proszę, niech trzymają się ode mnie z daleka, dobrze? 
Wystarczą mu komary. 

Okej, Davey, jeśli chcesz się stąd wydostać, przestań gadać do węży. Ponownie spojrzał 

w górę, wyobrażając sobie błyszczące, wpatrzone w niego oczy gadów. Skup się, bo inaczej 
stąd nie wyjdziesz. Ale na czym ma się skupić? Nie jest w stanie wykrzesać z siebie ani 
odrobiny siły. 

background image

W krzakach  obok niego  coś zaszeleściło.  Odwrócił  głowę, by sprawdzić, co to było. 

Jakby mógł cokolwiek w tej ciemności dostrzec! A może to wąż? Zadrżał na samą myśl o 
tym, a to spowodowało dodatkowy ból. Położył dłoń na żebrach, jakby chciał je osłonić. 

– Zbieraj się, Davey – powiedział do siebie, kiedy ból zelżał. Teraz albo nigdy. Rozejrzał 

się, spojrzał na krzaki. Może mógłby podciągnąć się na nogi... 

Mech, orchidee, paprocie – to mu nie pomoże. Co prawda nie widział dobrze swojego 

bezpośredniego otoczenia, ale przypominał sobie, jak wyglądało, nim stracił przytomność. A 
nie chciał jeszcze umierać. Nie tu, nie w taki sposób. Pokonał w tym stanie tyle kilometrów, 
bo chciał żyć, i tę prostą prawdę doskonale pamiętał. 

– Niech to szlag! – mruknął, usiłując odsunąć od siebie obraz własnej śmierci. 
Musi poszukać rododendronu. Dużego, głęboko zakorzenionego. Gdyby się go chwycił, 

mógłby wstać. Nie brakuje ich tam, rosną pod drzewami, korzystając z ich cienia. Gdyby 
tylko starczyło mu sił, by się podciągnąć... 

Jeszcze raz spojrzał w górę, by upewnić się, że nie zbliżają się do niego żadne pałające 

gniewem oczy.  Nie przejmował się stworzeniami, które mogły go zaatakować z ziemi. Z 
małpami jakoś sobie poradzi. Ale wyobraźnia podsuwała mu inne obrazy: dzikie psy, tygrysy, 
nosorożce. I najgorsze ze wszystkiego nietoperze. Sam nie wiedział, czy wolałby spotkać na 
swej drodze tygrysa czy nietoperza. A nietoperze w Dharavaju są prawie wielkości tygrysów. 
A więc znalazł się z powrotem w Dharavaju. Już nie jest w Kambodży?

Potrzebuje wody. Oblizał popękane wargi. Potrzebuje też antybiotyków. Jego rozpalone 

czoło mówiło  mu  to aż nazbyt  wyraźnie. Nie musiał go dotykać, by czuć gorączkę. Ale 
przede   wszystkim   musi   się   stąd   wydostać.   Jeśli   jakimś   cudem   zdoła   wrócić   do   małego 
szpitala na obrzeżach Kanthy, może wygra tę walkę o życie. 

Oczywiście mógłby się położyć i czekać do świtu, z nadzieją, że się obudzi. Przespać 

resztę nocy i rankiem zacząć od nowa. Wtedy może i trafiłby do domu... 

Opadł na wilgotną ziemię, położył głowę na poduszce z mchu i zamknął oczy. 
– Do rana – mruknął zmęczony. – Tylko do rana. – Westchnął głęboko, zadowolony ze 

swej decyzji. – Rano... Rano zacznie... – Czy ma operację? Tak mu się zdawało, ale nie mógł 
znaleźć planu dyżurów. Kolejna amputacja. Kolejny pacjent na krawędzi śmierci. 

Nie mógł sobie przypomnieć nazwiska tego pacjenta, a wiedział, że nie zaśnie, dopóki go 

sobie nie przypomni. Myśl, Davey. Już widział małą salę operacyjną. Tak, to on stoi przy 
stole operacyjnym, ale kto na nim leży?

Nie zaczynaj zabiegu, dopóki nie znasz danych pacjenta, ostrzegł sam siebie. A mimo to 

rozpoczął operację, ponieważ pacjent umierał. Musiał go ratować. Już trzymał skalpel w ręku, 
by zrobić pierwsze cięcie. 

Nagle zobaczył twarz pacjenta. 
– Nie! – krzyknął, widząc własną twarz. Szeroko otworzył oczy i z trudem usiadł. Bez 

tchu wyciągnął rękę, szukając jakiegoś wsparcia. Ledwie kilkanaście centymetrów od niego 
rósł krzew. Może to rododendron, może nie. Nie mógł tego powiedzieć na podstawie dotyku, 
nie   wiedział,   czy   ów   krzew   okaże   się   ratunkiem,   czy   może   ostatnią   nadzieją,   która   go 
zawiedzie. Przy pierwszej próbie podciągnął się ledwie kilka centymetrów z ziemi. 

background image

– Trzeba to zrobić inaczej – mruknął świadom, jak bardzo bolesna będzie druga próba. 
Aby uklęknąć, musi oprzeć się na ręce, w którą trafiła kula. Jeśli mu się nie uda, jeżeli 

upadnie na twarz, ryzykuje, że złamane żebro przebije płuco. Przygotowując się do kolejnej 
próby, zacisnął zęby. Gdyby nie był tak bardzo odwodniony, pociłby się o wiele bardziej niż 
teraz. Po omacku szukał dużej gałęzi. Dotąd wszystkie wydawały mu się zbyt słabe, jak jego 
własne nogi. 

Wreszcie znalazł odpowiednią gałąź, grubą, mocną... która wyśliznęła mu się ze spoconej 

ręki. 

Był początek czerwca, szczyt upałów, i choć temperatura dochodziła do trzydziestu ośmiu 

stopni, David trząsł się na skutek gorączki i infekcji. A także zbyt długiego przebywania na 
słońcu. Jego organizm nie potrafił sobie z tym poradzić. Raz było mu gorąco, raz zimno, 
majaczył, to znów odzyskiwał przytomność. Czuł się paskudnie. 

Chwycił   znów   gałąź,   zacisnął  mocno   powieki  i   skupił  się  na   swoim   zadaniu.   Potem 

nabrał głęboko powietrza i podciągnął się, wydychając całą rezerwę tlenu. Z wielkim bólem 
stanął wreszcie na nogi. Był zdumiony, że mu się udało, zwłaszcza że nogi miał jak z waty. 

– Dobra robota – wydyszał, zastanawiając się, co dalej. Wstał... i co? Nic ponadto nie 

zaplanował. Objął drzewo, jak nigdy niczego ani nikogo nie obejmował. Po prostu je uściskał, 
otoczył ramionami, jakby było najpiękniejszą kobietą, jaką spotkał w życiu... 

Już kiedyś ją widział. To nie są urojenia. Była olśniewająca, miała czarne włosy i ciemne 

oczy. Trzymał ją w uścisku, aż nogi przestały mu dygotać i mógł znowu normalnie oddychać. 
Brakowało jej tylko orchidei we włosach. 

– Dobra – rzekł do pnia drzewa. – A teraz zobaczmy, jak się stąd wydostać. 
Zrobił kilka kroków, potem kilka następnych, aż poczuł się pewniej. W ciemnościach, w 

obcym terenie, nie miał zielonego pojęcia, w którą stronę ruszyć. Ale to nieważne. Tutaj 
umrze, więc każde inne miejsce jest lepsze. 

Solaina nie lubiła tego odcinka drogi po zmroku. Jeździła  tędy w każdy weekend ze 

swojego mieszkania w Chandelli do małego nadmorskiego domku, który wynajmowała w 
pobliżu parku narodowego. Biały piasek, błękitna woda – myślała o tym cały tydzień. 

Ale tego dnia spotkanie się przeciągnęło i jej wyjazd się opóźnił. 
Jadąc tą krętą drogą za dnia, często mijała wielobarwne parasolki plażowe. Należały do 

mieszkańców  Dharavaju,  którzy jak ona uciekali  z miasta  na  wybrzeże.  Ten  teren  wciąż 
czekał na odkrycie  przez turystów. Miasta i miasteczka na tym  sennym pasie ziemi były 
rozrzucone   tak   daleko   od   siebie,   że   podróż   z   jednego   do   drugiego   była   kłopotliwa.   A 
ponieważ turyści pragnęli wygód, nie przyjeżdżali do Dharavaju. Solainę bardzo to cieszyło. 

Czasami, gdy jechała z Chandelli, a potem wjeżdżała na półwysep, gdzie na plaży stał jej 

mały domek, zatrzymywała się, by popatrzeć na głowy pływaków znikające pod falami albo 
na   ludzi,   którzy   urządzili   sobie   piknik,   ciesząc   się   bogactwem   miejscowych   owoców   i 
słodyczy. 

Ten pas wybrzeża stanowił także ulubione miejsce pochówku chińskich mieszkańców 

Chandelli. Nie był to cmentarz w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ponieważ Dharavaj był 

background image

w większości buddyjski i nie było tam cmentarzy. Ale wzdłuż drogi, w pięknym miejscu z 
widokiem na morze, znajdowały się groby. Czyż można lepiej spędzić wieczność, myślała, 
niż patrząc na ten piękny widok?

Tego wieczoru niczego nie wypatrywała. Było już późno, ona była zmęczona i marzyła 

tylko   o   łóżku.   Prawdę   mówiąc,   oczy   jej   się   zamykały   i   po   dwóch   godzinach   jazdy 
przegrywała walkę z sennością. Zastanawiała się, czy nie powinna się zatrzymać i zdrzemnąć, 
kiedy odtwarzacz CD nic nie pomógł. Symfonia „Fantastyczna” Berlioza powinna ją ożywić, 
ale tego wieczoru nawet największe wysiłki kompozytora nie skutkowały. 

Ma tylko dziesięć minut drogi do swojego domku. 
– Obudź się, Solaina. Na dworze jest za gorąco i za wilgotno. 
Nie była pewna, czy bez klimatyzacji przeżyłaby pięć minut w samochodzie, nie mówiąc 

o godzinnej drzemce. 

–   Obudź   się   i   skup.   –   Otworzyła   oczy   jeszcze   szerzej   i   poczuła   się   trochę   lepiej. 

Mówienie do siebie wyraźnie jej pomagało. Nie było nikogo, kto by uznał, że zwariowała. – 
No mów, powiedz mi o swoich nadziejach i marzeniach. 

Nadziejach i marzeniach?
– Chcę dotrzeć do domku. To moja nadzieja. A moje marzenie to żeby klimatyzacja 

działała. 

Wróciła myślami do wcześniejszej rozmowy z Solange, swoją siostrą bliźniaczką. 
– Powiedz mi, czego naprawdę oczekujesz od mężczyzny? – zapytała Solange niczym 

wścibska telewizyjna reporterka. 

Trudne pytanie, ponieważ specjalnie się nad tym nie zastanawiała. Czasami umawiała się 

na randki, a potem odchodziła. Tak jest bezpieczniej. Nie chciała skończyć jak jej matka. 

–   No   cóż,   nie   byłoby   źle,   gdyby   był   przystojny.   Dobry   początek.   Podobali   jej   się 

Skandynawowie. 

– Niebieskie oczy. Zdecydowanie chłodne i niebieskie. I przeszywające. – Skinęła głową, 

zadowolona.   –   Więc   blondyn   z   niebieskimi   oczami.   No   i   żeby   był   dobrze   zbudowany. 
Wysoki mężczyzna, szeroka klatka... 

Kolejny obraz, który przypadł jej do gustu. A potem nagle ujrzała jakiś poruszający się 

cień i zanim się zorientowała, usłyszała uderzenie w lewy zderzak. Natychmiast poczuła ucisk 
w   żołądku,   a   gdy   zatrzymała   auto,   zastanawiała   się,   czy   to   możliwe,   by   zderzyła   się   z 
jeleniem albo z dziką krową. 

Nie wiedziała, czy ma wysiąść i sprawdzić, co się stało. Nie, to zły pomysł. Jeśli to 

zwierzę, nie ma potrzeby wysiadać. A jeśli nie zwierzę? Ale kto w pełni władz umysłowych 
łaziłby tam po nocy! Nikt. Nie ma tu wiosek, a ośrodki wypoczynkowe znajdują się dużo 
dalej. Więc to musi być zwierzę, prawda? Spojrzała we wsteczne lusterko, ale widziała tylko 
mrok. 

– Zwierzę – powiedziała, otwierając okno. – Jest tam kto? – zawołała. – Czy coś się 

stało?

Nasłuchiwała, ale nikt nie odpowiadał. 
– Jest tam kto?

background image

I znowu żadnej odpowiedzi. Tak więc zamknęła okno i ruszyła, ale nie przejechała nawet 

paru metrów i znów stanęła. Tym razem otworzyła drzwi i wysiadła. 

– Okej, już idę, ale proszę niczego sobie nie wyobrażać, bo... 
Nie wiedziała, jak zakończyć  swoje ostrzeżenie, więc szła dalej, spodziewając się, źe 

znajdzie jakieś nieszczęsne stworzenie rozciągnięte na ziemi. 

–  Do  diabła,   mam  nadzieję,  że  nie  cierpi  –  powiedziała.   Kochała   zwierzęta,  kochała 

drzewa, a nawet owady. W dzieciństwie wybiegała po burzy i zbierała wyłażące z ziemi 
dżdżownice, by nikt ich nie nadepnął. – Halo! – zawołała w noc. – Jest tam kto?

Coś w pobliżu poruszyło się. Usłyszała jęk. 
– Halo – szepnęła, bo bała się odezwać głośno. 
– Halo... 
Solaina aż podskoczyła. 
– Jest pan ranny? – zapytała, zastanawiając się, czy mądrze postępuje. A może powinna 

jechać do domku i sprowadzić pomoc? Ale kogo? W Dharavaju nie zna nikogo poza swoimi 
współpracownikami. Howard i Victoria? Nie, wyjechali na południe. W tej okolicy nie ma 
pogotowia ani policji, a więc nie ma do kogo zadzwonić. A zresztą to ona potrąciła tego 
mężczyznę, więc powinna się nim zająć. 

Wzięła głęboki oddech i ruszyła w stronę, z której dochodził słaby głos. Miała nadzieję, 

że   umysł   płata   jej   figle.   Obcy   głos   w   nocy   na   opustoszałej   drodze   to   typowa   scena   z 
filmowego horroru. 

– Jestem ranny – wybełkotał mężczyzna. – Myślę, że umieram. 
Sądząc z akcentu, musiał być Amerykaninem albo Kanadyjczykiem. 
– Gdzie pan jest? – Milczał. – Halo, może pan mówić?
Znowu nie usłyszała odpowiedzi, więc zaczęła się denerwować. Albo umarł, albo jest 

oszustem. Zawahała się. 

– Muszę usłyszeć pański głos, żeby pana znaleźć. – Krążąc w kółko, mogła stać obok 

niego i go nie zauważyć. 

– Czy tam, skąd pani pochodzi, macie drzewa liściaste? – spytał w końcu słabym głosem. 
– Co? – zapytała, zbliżając się do krzewów, skąd jej zdaniem dobiegał głos. 
– Macie tam drzewa liściaste?
Nie, jednak dobrze usłyszała. Dziwne pytanie, ale cenne, ponieważ doprowadziło ją do 

mężczyzny. 

– Mamy i liściaste, i iglaste – odrzekła, pochylając się nad nim. Nagle pożałowała, że jest 

taką kiepską pielęgniarką, ponieważ nawet w mroku widziała, że nieznajomy naprawdę jest w 
ciężkim stanie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ma pan dobry puls – oznajmiła, trzymając palce na jego tętnicy szyjnej. – Co znaczy, że 

musi pan być silny. – Silny i z silną wolą przeżycia, dzięki Bogu. 

Gdy zabrała palce z jego szyi, poczuła, że są lepkie i instynktownie uniosła je do nosa. 

Znany miedziany zapach. Co prawda rzadko miała do czynienia z krwawiącymi pacjentami, 
ale ten zapach rozpoznawała. 

– Mam złamane żebra – wydyszał. – Z lewej strony. Czwarte i piąte, i chyba szóste. I być 

może zerwaną chrząstkę żebrową. 

Więc zna się na medycynie. Może jest lekarzem?
– Wydaje mi się, że pan krwawi. 
– Moje ramię... – jęknął. Złamała mu żebra i ramię?
– Bardzo mi przykro – powiedziała, odsuwając połę koszuli. – Nie zauważyłam pana, 

naprawdę. 

– Ale ja panią zauważyłem. – Zakasłał, po czym burknął coś pod nosem. 
– Niech pan nic nie mówi. Musi pan oszczędzać siły, żeby się stąd wydostać. Dlaczego 

nie wpadł pan pod samochód w centrum Chandelli, gdzie znalazłby pan pomoc?

– Widziałem pani światła. 
No tak. Widział światła jej samochodu, które go oślepiły i nie zdążył uskoczyć, a ona była 

zbyt zmęczona, by go ominąć. 

– Naprawdę nie powinien się pan ruszać przez jakiś czas, dopóki nie znajdę pomocy. 

Proszę spokojnie oddychać i nie zasypiać. 

Świetna  rada. Pewnie  doznał wstrząśnienia  mózgu.  To częsty skutek uderzenia  przez 

samochód. 

– Pani mi pomoże – wymamrotał. Solaina zaśmiała się gorzko. 
– Gdyby pan wiedział, jak bardzo się pan myli. 
Mimo  że od tamtej  pory upłynęło  dziesięć lat, nadal widziała twarz Jocoba Rennera, 

kiedy usiłowała zasnąć. On także miał nadzieję, że Solaina mu pomoże. 

– Chociaż faktycznie w tej chwili może pan liczyć tylko na mnie – dodała i poczuła się 

jeszcze gorzej. 

Nie   możecie   dopuścić,   by   pacjenci   słyszeli   wasze   wątpliwości,   powtarzała   swoim 

pielęgniarkom. 

–   A   więc   kiedy   upewnię   się,   że   może   pan   jechać   samochodem,   będziemy   musieli 

rozstrzygnąć, dokąd pojedziemy. 

On oddycha, jest przytomny, ale krwawi. Ma złamane żebra, czyli może mieć przebite 

płuco. Tak, znała teorię, ale jeśli chodzi o praktykę... 

– Okej, obejrzę pana, żeby wykluczyć inne obrażenia. Gdzie pana jeszcze boli?
– W wielu miejscach – jęknął, kiedy dotknęła jego ramienia. – Czy duma się liczy?
Roześmiała się mimo woli. 
– Tak, ale kiedy będzie pan wyleczony. A co poza tym?

background image

– Najbardziej boli mnie duma. 
Ma poczucie humoru i jest uparty. Całkiem niezła kombinacja. 
– No cóż, nie mogę zbadać pańskiej dumy, więc obejrzę szyję i kark. Proszę nie ruszać 

głową. 

Wsunęła ostrożnie palce pod jego barki. Niczego nie wyczuła, żadnych otwartych ran ani 

zaschniętej krwi. 

– W porządku. 
– Och – jęknął. – Trochę niżej... 
– Boli? Może mi pan powiedzieć, gdzie dokładnie?
– Masaż... 
Zabrała rękę z jego karku. 
– Żadnego masażu. – Była tak spięta, że masaż jej samej dobrze by zrobił. 
Podczas   dalszego   badania   stwierdziła,   że   wokół   rany   na   ramieniu   mężczyzny   jest 

zaschnięta krew. 

– Kiedy to się stało? – zapytała. 
– Nie wiem. Dwa dni, może trzy... – Urwał. 
– Niech pan nie żartuje – powiedziała, szukając śladów świeżej krwi. – Muszę wiedzieć, 

co to za rana. – Pod palcami czuła, że to rana postrzałowa. Wygląda na to, że zaczęła się goić, 
ale otaczająca ją tkanka była rozpalona, a to oznacza infekcję. 

– Proszę mnie zabrać do domu. 
No i znowu majaczy. Solaina położyła mu rękę na czole. 
– Ma pan gorączkę – stwierdziła. – I jest pan chyba odwodniony. – Żeby się upewnić, 

pogłaskała jego policzek i dotknęła wysuszonych, spękanych warg. 

– Od początku wiedziałem, że to będzie przyjemne. 
– To nie jest randka. – Sprawdziła znów jego puls na szyi.  Nadał silny,  tylko  nieco 

przyspieszony. 

– Chciałem panią zaprosić na randkę. 
– Na pewno. 
– Ale pani mnie nie widziała. 
– Przepraszam – szepnęła, starając się zapomnieć tamto przerażające uderzenie, które 

wciąż wywoływało w niej mdłości. Nieznajomy najwyraźniej szedł drogą, już ranny, a ona go 
jeszcze potrąciła. 

– Rana postrzałowa – powiedział cicho. 
– Co?
– Zostałem postrzelony. 
No tak, oczywiście. Ale nigdy nie miała do czynienia z taką raną, w każdym razie od 

ukończenia   szkoły   pielęgniarskiej.   A   i   wtedy   głównie   obserwowała,   stojąc   za   grupką 
koleżanek. Co prawda potem to ją wybrano, by założyła opatrunek. Żałosny opatrunek! To 
była jej cała dotychczasowa praktyka w tej kwestii. 

–   Ma   pan   szczęście,   ponieważ   mam   dość   wyjątkowe   doświadczenie   w   leczeniu   ran 

postrzałowych – oznajmiła. Musi zrobić wszystko, by pacjent nie stracił do niej zaufania. To 

background image

kolejna zasada, którą wbijała do głowy pielęgniarkom. 

– No nie – szepnął. 
Jego głos był teraz słabszy. 
– Cii. – Wsunęła rękę pod ramiona mężczyzny. 
– Niech pan nic nie mówi, zajmę się panem. Wspominałam już, że jestem pielęgniarką? – 

W każdym razie teoretycznie, bo sama się za taką nie uważała. 

– A ja uwielbiam pielęgniarki. 
–   Dobra,   casanowo.   Muszę   obejrzeć   pana   ramię   z   tyłu.   –   Górna   część   pleców   była 

nienaruszona, nie widziała żadnych ran. A więc kula nie wyszła na zewnątrz, wciąż tkwi w 
ciele. A jeśli leżał na brudnej ziemi, spocony... To cud, że w ogóle przeżył. Mógł złapać 
jeszcze gorszą infekcję albo zapalenie płuc... 

– Proszę nabrać powietrza – poprosiła, zastanawiając się, jak duże są uszkodzenia żeber. 
– To boli. 
– Na pewno, ale muszę posłuchać płuc. A mogę to zrobić tylko wtedy, kiedy nabierze pan 

powietrza. 

– Moje płuca są w porządku. 
– Sama to ocenię. – Żałowała, że nie ma stetoskopu, ponieważ uchem przytkniętym do 

piersi   niewiele   usłyszy.   Rozpięła   mu   koszulę   i   pochyliła   się.   Jego   serce   biło   mocno   i 
rytmicznie. Tak rytmicznie, że było to niemal hipnotyczne. 

Wstrzymała   oddech   na   sekundę,   słuchając,   czy   nie   ma   płynu   w   płucach,   po   czym 

odetchnęła z ulgą. 

– Doskonale – powiedziała. – Nic nie słyszałam. 
– Może pani jeszcze posłucha. Ma pani takie miłe w dotyku włosy. 
Solaina uniosła rękę i poprawiła rozpuszczone włosy. Spinki, którymi je spinała, gdzieś 

wypadły. 

– Teraz rozepnę panu spodnie – oświadczyła. – Zbadam brzuch, zobaczymy, czy nie ma 

żadnych bolesnych miejsc... – Zresztą po co ona mu to mówi? Jeśli faktycznie jest lekarzem, 
wie, że będzie szukała oznak wewnętrznego krwawienia. A jeśli nie jest, nie powinna go 
straszyć. Chociaż nie wydawał się wystraszony, ani trochę. 

– Nie lubię nietoperzy. Tygrysy mi nie przeszkadzają, ale nie znoszę nietoperzy. 
Nie bał się, ale znowu wróciły majaki. Solaina uśmiechnęła się. Człowiek w malignie 

wyjawia najskrytsze sekrety, zdradza ukryte cechy charakteru. 

– Mnie tam nietoperze specjalnie nie przeszkadzają. Nietoperze zjadają komary, które są 

o wiele gorsze. Więc myślę, że nietoperze są w porządku – oświadczyła, zsuwając mu dżinsy 
poniżej pasa. 

Mężczyzna   miał   płaski   brzuch.   I   dzięki   Bogu   miękki,   czyli   nie   doznał   żadnych 

wewnętrznych obrażeń. 

– Zaraz wrócę. Podjadę bliżej samochodem. Proszę nie wstawać – dodała, jakby mógł to 

zrobić. 

Niewiele ponad minutę później stała znowu nad nim. Tym razem widziała go w świetle 

reflektorów. 

background image

– Jest pan przytomny? – Postanowiła właśnie, że zamiast podciągać mu spodnie, ściągnie 

je całkiem, by obejrzeć jego nogi i sprawdzić, czy nie ma tam urazów. 

– Zabierz ten skalpel – odezwał się. – Nie chcę go. Jeszcze nie teraz. 
– Proszę mi zaufać. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi zbliżyć się do skalpela. 

– Solaina ściągnęła buty i skarpetki, a potem zdjęła mu dżinsy i zaczęła oglądać jego nogi. 
Dojrzała na nich mnóstwo siniaków, ale nie stwierdziła złamań. 

Doszła   do   przekonania,   że   został   pobity.   O   ile   mogła   ocenić   w   tym   świetle,   siniaki 

przybrały już zielonkawożółty odcień, co świadczyłoby, że liczą sobie parę dni. Nietrudno 
było je zauważyć, bo mężczyzna miał bardzo jasną karnację. 

Nagle spojrzała na jego włosy. Były tak brudne, że mogła jedynie się domyślać, że jest 

blondynem. 

– Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie w moim jasnowłosym mężczyzną – powiedziała, 

unosząc jego nogę, by obejrzeć ją od spodu. 

– Mam piaskowe włosy. 
– Więc pan mnie słyszy? – Na prawej nodze nie widziała nic prócz siniaków, a zatem 

wzięła się za lewą. 

– Przez chwilę, potem mogę znowu gdzieś odpłynąć. 
Ten człowiek jest bystry i świadomy swojego stanu. Wie, z czym walczy. To dobrze, 

pomyślała, ponieważ do czasu gdy nie znajdzie dla niego pomocy, może polegać jedynie na 
jego silnej woli. 

– Dobra, więc póki jest pan przytomny, może mi pan powie, jak się pan nazywa?
– David. David Gentry. 
Szeroko   otworzyła   usta.   Usłyszała   to   nazwisko   jakiś   rok   temu.   W   Kambodży,   gdzie 

wysłała kilka swoich pielęgniarek z IMO, czyli Międzynarodowej Pomocy Medycznej. David 
był  wówczas  głównym  lekarzem  IMO, znakomitym  chirurgiem ortopedą. Ale porzucił  tę 
pracę, podobno bez powodu. A w każdym razie nikt go nie znał. 

– Pan jest doktorem Davidem Gentry?
– Kiedy jestem przytomny, tak. 
– Więc może mi pan powiedzieć, co się panu stało? Poza tym, że pana potrąciłam?
– Pani mnie nie potrąciła. To ja wpadłem na samochód. 
– Co?
–   Wpadłem   na   panią.   Zobaczyłem   światła   reflektorów.   Potrzebowałem   pomocy,   bo 

inaczej bym tam umarł. – Wciągnął z trudem powietrze. – Cieszę się, że to pani, bo zawsze 
uważałem, że jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. 

Miły komplement, chociaż wypowiedziany przez człowieka w stanie delirium. 
– Nie wiem, jak to zrobię, doktorze, ale muszę pana stąd wyciągnąć. 
–  Tak  będzie  dobrze  –  powiedziała,  gdy  nogawką  spodni  zabezpieczyła   mu   złamane 

żebra. Na razie to wystarczy. Nie ma przecież żadnego sprzętu w swojej podręcznej apteczce. 
Cieszyła się, że w ogóle wozi apteczkę w samochodzie, ponieważ przydał jej się plaster. 

Kołysząc się na obcasach, oceniała swoją pracę. Dżins to mocny materiał. Poddaje się, ale 

jest też sztywny. Tego właśnie potrzebuje David do czasu, aż ktoś zrobi mu prześwietlenie i 

background image

profesjonalny opatrunek. 

– Może pan oddychać? – zapytała. 
– Mogłem oddychać do chwili, kiedy panią zobaczyłem. Teraz chciałbym tylko znaleźć 

orchideę, żeby mogła ją pani wpiąć we włosy. 

Przykucnęła   obok   Davida,   by   spróbować   go   unieść.   Ciekawe,   czy   jest   z   natury 

romantykiem, kiedy jest przytomny? Niewykluczone, sądząc z rodzaju jego urojeń. 

– No, casanowo, bez względu na orchideę muszę wymyślić, jak pana podnieść. 
Zapowiadało się to na trudne zadanie, bo David niewiele mógł jej pomóc. Zwłaszcza że 

wracało delirium. 

– Czy ma pani orchideę nad prawym czy nad lewym uchem?
– To hawajski zwyczaj, doktorze. – Orchidea nad lewym uchem oznacza, że kobieta jest 

mężatką, a nad prawym,  że jest panną. Solaina zaczesała  włosy za prawe ucho, a David 
równocześnie dotknął jej lewego ucha. 

–   Dobrze   –   rzekł   i   opuścił   rękę.   –   Nie   ma   orchidei.   Nawet   w   stanie   delirium   był 

czarujący. Jaki jesteś, kiedy jesteś zdrowy i masz jasny umysł?

– Innym razem porozmawiamy o orchideach, a teraz musimy się skupić na tym, żeby pan 

wsiadł do samochodu. – Jej bardzo małego samochodu, niestety. 

Azjatyckie samochody były małe i ekonomiczne, i dlatego jej się podobały. Ale teraz 

wolałaby mieć amerykańskiego kolosa, dużo metalu, dużo benzyny i dużo miejsca. Miejsce 
było teraz najważniejsze, ponieważ David Gentry był wysoki. 

– Dobra, spróbuję pana podnieść. Proszę mnie objąć mocno za szyję, a kiedy dam znak, 

proszę się podciągnąć. 

Chociaż bardzo się starał, ledwie uniósł się nad ziemię. Potem upadł z powrotem, ciągnąc 

za sobą Solainę. Gdy się z niego stoczyła, stęknął, łapiąc się za żebra. 

– Jest pani ciężka. 
Nigdy dotąd nikt jej o to nie oskarżył.  Była  drobnej  budowy i choć nie należała  do 

chudzielców, nie była też gruba. Oczywiście, dla Davida liść, który spadłby na jego złamane 
żebra, byłby ciężki. 

– Nic panu nie zrobiłam?
– Nie – odparł z trudem. – Ale przydałby się rododendron. 
Znowu   mówi   bez   sensu,   a   skoro   jego   delirium   wraca   coraz   częściej,   zaczęła   się 

zastanawiać, czy przypadkiem nie doznał poważniejszego uszkodzenia głowy. Przerażało ją 
każde takie uszkodzenie, ponieważ nie miała możliwości, by to zdiagnozować, nie mówiąc 
już o udzieleniu pierwszej pomocy. Opatrunek z drugiej nogawki spodni nie pomógłby jego 
głowie. Nie miała ze sobą niczego, co mogłaby wykorzystać. 

– Przy moim domu rośnie ładny rododendron – powiedziała. 
To był jakiś krzew, może i rododendron. Nie wiedziała, i wcale jej to nie obchodziło. W 

tej chwili pragnęła jedynie wciągnąć tego człowieka do samochodu, a jeśli pomoże w tym 
obietnica, że pokaże mu rododendron, niech i tak będzie. 

– Kiedy się pan znajdzie w samochodzie, zawiozę tam pana i zobaczy pan go. 
Jej  domek  jest tylko  dziesięć  minut  drogi od tego  miejsca.  Jeśli  nie będzie  w  stanie 

background image

krytycznym, tam najszybciej mogłaby go zawieźć. Potem umyje go i zadzwoni do Howarda 
Brumleya   zapytać   co   dalej.   Może   Howard   zna   jakiegoś   lekarza   w   okolicy?   Albo   może 
niedaleko znajduje się jakiś szpital, o którym ona nie wie. 

Nie chciała ściągać Howarda z wakacyjnej wyprawy tylko na konsultacje, i by udzielił jej 

moralnego wsparcia. Howard znalazłby jakieś rozwiązanie, była tego pewna. 

Melancholijny ujjmiech wypłynął  na jej usta. Będzie tęsknić za Howardem,  kiedy na 

dobre wyjedzie z Chandelli. Prawdę mówiąc, już za nim tęskni. Howard Brumley, jej drogi 
przyjaciel i absolutnie najlepszy lekarz pod słońcem. On z całą pewnością by jej pomógł. 

– Więc ma pan jakieś sugestie, jak przenieść pana do drzwi mojego samochodu?
Samochód stał niedaleko. Solaina wyliczyła, że to tylko parę dużych kroków, ale David 

niestety nie może chodzić. 

– Mogę się podczołgać – odparł. – To upokarzające, ale działa. 
– Czołgać się? A co z pana ręką? – Gdyby się czołgał, mogłaby się otworzyć rana, która i 

tak była groźna. Z zainfekowanej rany w takich warunkach może łatwo zrobić się gangrena. 

David bez słowa obrócił się i podczołgał kawałek do samochodu. Potem padł i leżał 

płasko, patrząc w niebo. 

– Co dalej? – wydyszał. 
– Może pan wskoczyć do samochodu, a ja zawiozę pana do mojego letniego domku. 
Gdyby to tylko było takie proste. 
– A którą częścią ciała miałbym wskoczyć według pani?
Ucieszyła   się,   że   odzyskał   przytomność.   Kiedy   mówił   z   sensem,   to   nawet   w   tych 

okolicznościach czuła się o wiele pewniej i wydawało jej się, że więcej może zdziałać. 

– Myślę, że w tej chwili byłabym szczęśliwa, widząc, że jakakolwiek część pana ciała 

wskoczyła do samochodu. 

Przyklękła obok Davida. 
– A teraz proszę mnie objąć za szyję. 
– Nie próbowaliśmy już tego? Przypominam sobie, że leżała pani na mnie. 
Solaina zdusiła śmiech. 
– Nie poddaje się pan, casanowo. 
– Póki oddycham, jest nadzieja. 
– Więc proszę wziąć głęboki oddech i trzymać mnie mocno. 
Jakimś   cudem   wstała,   mimo   że   bezwładne   ciało   Davida   było   potwornie   ciężkie. 

Podniosła go na taką wysokość, że mógł paść na siedzenie jej miniaturowego auta. Oparł się 
bokiem o fotel, próbując złapać oddech. 

– Mam nadzieję, że nic panu nie zrobiłam?
– Poza moją dumą... 
– Duma się nie liczy na poboczu drogi w środku nocy. Zwłaszcza że nie ma pan na sobie 

spodni. Więc teraz musimy wsadzić pańskie nogi do środka. 

– Najpierw się zdrzemnę – wymamrotał. – Potem może pani robić z moimi nogami, co się 

pani podoba. – David zamknął oczy, oparł brodę na piersi i natychmiast zasnął. 

– Wiem,  że jest pan wyczerpany,  casanowo – powiedziała – ale nie może pan spać, 

background image

dopóki  nie   dojedziemy   na  miejsce.  –  Potrząsnęła  nim  lekko.   –  David,  słyszy   mnie   pan? 
Potrzebuję pomocy. – Jest na pewno zmęczony, ale ona ma za sobą ciężki dzień i marzyła 
tylko   o   tym,   by   zakończyć   go   przyjemną   lekturą   oraz   snem.   Nawet   przez   myśl   jej   nie 
przeszło, że spotkają coś takiego!

Zaczerpnęła głęboko powietrza i wróciła do roboty. 
– David, niech się pan obudzi. Nie zrobię tego sama.  – Zmierzyła  mu tętno. Trochę 

przyspieszone, ale rytmiczne. – David – spróbowała znów, wciąż bez powodzenia. 

Wydawało się, że zapadł w mocną drzemkę. 
– Pewnie wyjdzie mu to na dobre – powiedziała do siebie, zginając jego prawą nogę i 

wpychając ją do samochodu. Potem to samo zrobiła z lewą nogą. Zanim zamknęła drzwi, 
zlustrowała tę parę nóg. Całkiem ładne, atletyczne. Zapewne David uprawia jakiś sport. Na 
jednej nodze miał jednak tyle siniaków, że nasuwało się podejrzenie, że został skopany. 

– W jakie kłopoty się wpakowałeś, że ktoś tak cię potraktował? I zostawił, żebyś umarł 

samotnie... 

Próbował otworzyć oczy. Bardzo chciał rozejrzeć się i sprawdzić, czy to wszystko mu się 

śni, czy to jest rzeczywistość – czy ta kobieta jest prawdziwa. Pamiętał fragmenty wędrówki 
przez dżunglę, upadał i znowu wstawał. Szukał mocnej gałęzi, przy pomocy której mógłby się 
podciągnąć. Te obrazy tkwiły w nim głęboko, choć były niepełne. I nie układały się w spójny 
obraz. Jednego był pewien: że widział najpiękniejszą kobietę w swoim życiu. 

– Chciałbym, żebyś to była ty – mamrotał. – Żebyś przyszła po mnie. 
Teraz, w jego marzeniach, zabierała go właśnie do swojego domu. Pragnął otworzyć oczy 

i przekonać się, czy to prawda, ale nie był w stanie podnieść powiek. Wszystko go bolało, 
umysł płatał mu figle, ponieważ nawet w stanie bliskim nieświadomości jej zapach wypełniał 
jego nozdrza. Przypomniał sobie, że pachniała kwiatami. Nie była to orchidea, chociaż on 
łączył ją z orchideą. 

Więc może jaśmin? Tak, jaśmin do niej pasuje. 
– Jaśmin – powiedział cicho. 
– Myślałam, że orchidea. Albo rododendron. Prawdziwy głos? Czy może głos z jego snu? 

Zmusił   się,   by   choć   odrobinę   podnieść   powieki,   ale   otaczała   go   mgła,   wszystko   było 
zamazane.   Czy   znajduje   się   w   samochodzie?   Z   kolanami   praktycznie   pod   brodą?   I   bez 
spodni?

Nie, to niemożliwe. Nigdzie nie poszedłby bez spodni. Dotknął swoich nóg i poczuł, że są 

gołe. Potem pomacał prowizoryczny opatrunek na piersi. Powoli przypominał sobie, co się 
stało. 

– Jak długo byłem nieprzytomny?
– Tym razem kilka minut. W każdym razie nie pomógł mi pan wsadzić swoich nóg do 

samochodu, a to nie było łatwe. Ile ma pan wzrostu?

– Metr osiemdziesiąt sześć – odparł, wiercąc się. 
– Na pana miejscu nie ruszałabym się – ostrzegła go. – Ma pan obwiązane żebra, a ramię 

przestało   krwawić,   więc   nie   chciałabym,   żeby   pan   sam   sobie   zaszkodził.   Za   pięć   minut 
będziemy w domu. Obiecuję, że zobaczy pan mój rododendron. 

background image

– Dlaczego miałbym oglądać rododendron? Solaina roześmiała się mimo woli. 
– Na przemian tracił pan i odzyskiwał przytomność, i niemal cały czas plótł pan coś na 

temat drzew. 

– I śniłem o pani. 
– W ciągu minionych piętnastu minut urywał się kontakt z panem co najmniej sześć razy. 

Umysł w zabawny sposób zniekształca świat, kiedy traci pełną świadomość. Widziałam ludzi, 
którzy   byli   nieprzytomni   przez   kilka   dni,   a   potem   budząc   się,   wierzyli,   że   minęła   tylko 
minuta. Nawet naukowcy nie potrafią wyjaśnić pańskich rododendronów, orchidei czy drzew. 

– Ma pani jaśminowe perfumy? – spytał. 
–   Nie,   ale   używam   jaśminowego   mydła.   Westchnął   i   zamknął   oczy.   Pora   wrócić   do 

świata  ze snu. Miał tylko  nadzieję, że ona będzie  z nim,  kiedy się obudzi. Teraz, kiedy 
odnalazł cudowną Solainę, naprawdę chciał się znów obudzić. I to prędko. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Wyłączyła budzik i podniosła się z białego rattanowego krzesła, które zwykle stało po 

drugiej stronie pokoju. Teraz znajdowało się obok jej łóżka, by mogła widzieć Davida. Przez 
ostatnie osiem godzin patrzyła, czy oddycha. Wiedziała już, kiedy spodziewać się lekkiego 
chrapania, a kiedy cichego jęku. Wiedziała nawet, kiedy David wstrzyma oddech nieco dłużej 
niż powinien, choć te pierwsze kilka razy, gdy tak zrobił, zrywała się na równe nogi, sądząc, 
że będzie zmuszona go reanimować. A potem okazywało się, że to niekonieczne. Po prostu 
oddychał po swojemu. 

Zadzwoniła do Howarda zaraz po wejściu do domu. Tego wieczoru popijał koktajle w 

hotelowym holu, słuchał kwartetu jazzowego i palił cygara. A teraz ona czekała, ponieważ 
Howard po ciemku  nie prowadził samochodu.  Wydawało  jej się, że czeka już kilka dni, 
zamknięta w swoim małym domku, gdzie słyszy tylko oddech Davida i widzi jego unoszącą 
się i opadającą klatkę piersiową. 

Był  tam jeden pokój, dostatecznie duży dla jednej osoby. Solaina niczego więcej nie 

potrzebowała, ale teraz, kiedy znaleźli się w nim we dwoje, zrobił się tłok, dom pękał w 
szwach. Nie miała  tam wielu mebli,  ponieważ  to jedyne  pomieszczenie  musiało  spełniać 
rozmaite funkcje i służyć jej za sypialnię, salonik, kuchnię i kącik jadalny. Ale im więcej 
myślała o Davidzie, tym dom wydawał się jej mniejszy i bardziej zagracony. A przecież nie 
cierpiała na klaustrofobię. 

Spojrzała na swoją lilipucią przestrzeń, by odwrócić uwagę od Davida. Prawdę mówiąc, 

było   tam   ładnie.   Bez   luksusów,   ale   dorastała   w   luksusach,   jakie   tylko   można   mieć   za 
pieniądze, i już ich nie potrzebowała. Od lat zarabiała nieźle, a to łącznie ze spadkiem po 
matce, którego jeszcze nie naruszyła, pozwalałoby jej na zaspokajanie wszelkich kaprysów i 
fantazji. Tyle że nie miała na to ochoty. 

A ten mały, pozbawiony ekstrawagancji domek był wprost idealny, zwłaszcza że tylnymi 

drzwiami wychodziło się «& ścieżkę prowadzącą na plażę. Było to cudowne miejsce, bez 
sąsiadów, bez turystów. Większość wieczorów spędzała na tarasie. To był jej azyl. 

Wzięła   głęboki   oddech.   Tak,   to   jest   dla   niej   wymarzone   miejsce.   Dla   każdego,   kto 

chciałby mieć święty spokój. Ale teraz przejmowała  się Davidem,  i to jej przeszkadzało. 
Zwłaszcza że minęło już osiem godzin, odkąd go wciągnęła do środka, i co godzinę wstawała 
z krzesła, by go zbadać. Tak polecił jej Howard. 

Stan Davida nie uległ zmianie ani na lepsze, ani na gorsze. Czasami ruszał się i zadawał 

jej pytania. 

– Jaki mamy dzień, ślicznotko? Która godzina? Czy dzisiaj pada?
To znów mamrotał o jakichś kwiatach, nietoperzach i innych bzdurach. 
– Potrzebny mi rododendron. Zabierzcie tego nietoperza. Przynieście mi orchideę. 
Dziękowała swemu uśmiechniętemu, czerwonoustemu Buddzie za Howarda. Najpierw 

oznajmił jej, że w pobliżu nie ma szpitala ani nawet lekarza, a potem poinstruował ją, jak 
opiekować się Davidem, po czym obiecał, że przyjedzie, jak tylko wstanie dzień. Zerkała na 

background image

swego małego Buddę, który wszędzie z nią podróżował. Był trochę dziwaczny, z jasną skórą i 
wydatnymi czerwonymi wargami. Leżał na boku, z głową wspartą na ręce, i uśmiechnięty 
patrzył w niebo. Może po prostu kontemplował. Tak właśnie Solaina pragnęła przeżyć swoje 
życie. W stanie nirwany. 

Od rozmowy z Howardem minęło już sporo czasu. Denerwowała się, była bliska tego, by 

wstać i zacząć krążyć po pokoju. Nawet uśmiechnięty Budda nie poprawił jej nastroju. 

– Dobra, ranę oczyściłam – powiedziała do siebie, po raz piąty przeglądając listę zaleceń 

podyktowaną przez Howarda. – Podałam mu płyny. – Mimo swego wykształcenia nie czuła 
się pielęgniarką, w związku z czym bez przerwy zadawała sobie pytanie: A jeśli zrobiłam coś 
nie tak?

Solaina kierowała pielęgniarkami. Opracowywała plan ich dyżurów, budżet, akceptowała 

wydatki,   ale   nie   praktykowała.   Nigdy   nie   miała   bezpośredniego   kontaktu   z   pacjentami. 
Można powiedzieć, że nie miała do tego kwalifikacji, i znała swoje braki. Nie chciała brać na 
siebie ryzyka opieki nad pacjentem. Była świetna w tym, co robiła, i koszmarna w tym, czego 
nie robiła. 

Biedny Jacob Renner jednak tego nie wiedział. Westchnęła i pełna niepokoju usiadła 

znów na krześle. Zastanawiała się, czy wyjść na taras i spędzić następną godzinę na świeżym 
powietrzu,   skoro   zbliża   się   świt,   a   ona   tak   bardzo   lubi   obserwować   wschód   słońca   nad 
oceanem, czy też raczej poczekać przy łóżku do chwili, kiedy David znów się ocknie, albo 
ona będzie musiała go obudzić. 

To była jej ulubiona pora dnia. Leżak, filiżanka herbaty, i cała wspaniałość poranka przed 

oczami. Po prostu raj, którego będzie jej brakowało, kiedy stąd wyjedzie. Nie wyobrażała 
sobie, że znajdzie coś, co dałoby się porównać z porankami z Dharavaju. 

W   zamyśleniu   podniosła   się   z   krzesła   i   poszła   do   spiżarni.   Nie   trzymała   zapasów 

żywności   w   domku,   ponieważ   nigdy   nie   przebywała   tam   długo,   ale   zawsze   miała   kilka 
rodzajów herbaty. 

– Milo cię widzieć, Earl – szepnęła do puszki z herbatą, wyjmując ją ze spiżarni. 
Nalewając wodę do czajnika i stawiając go na kuchence, patrzyła na Davida, który wiercił 

się na łóżku. Przyjemnie było na niego patrzeć. 

– Więc kawa czy herbata dla pana? – zapytała, pragnąc, by się obudził i normalnie z nią 

porozmawiał. – A może woda mineralna?

Tylko gdyby obudził się w tym momencie, wyznając swoją niezmienną miłość do wody 

mineralnej o poranku, to co wtedy? Tak naprawdę nie sprawiał wielkiego kłopotu, poza tym, 
że zajął jej łóżko, a ona marzyła o tym, by mieć je tylko dla siebie. 

– Dlaczego nie wpadłeś na inny samochód? – mruknęła, zapalając gaz. 
Kiedy woda gotowała się na wolnym ogniu, Solaina podeszła do łóżka. David oddychał 

normalnie. 

– Lubi pan herbatę? – Szturchnęła go w ramię, by go obudzić, jak robiła co godzinę. – 

Może się pan napije?

Nie   ma   kawy,   nie   ma   wody   mineralnej,   nie   ma   wyboru.   Nie   miała   nic   innego   do 

zaproponowania temu intruzowi. 

background image

– Jak się tu dostałem? – mruknął, otwierając oczy. 
– Z moją pomocą. – Tak mu powiedziała poprzednim razem, kiedy go zbudziła, a on 

zadał to samo pytanie. 

– Nie pamiętam. Nie pamiętam, cholera, nic. 
– Bo miał  pan wstrząśnienie  mózgu.  – To także już mu  mówiła, a on stwierdził, że 

musiało być łagodne. – To dlatego budzę pana co godzinę. Nie chcę, żeby pan odpłynął za 
daleko. – Po mocnym uderzeniu w głowę pacjenta trzeba budzić co godzinę, by nie stracił na 
dobre przytomności albo nie zapadł w śpiączkę. Solaina czuła się lepiej, stosując się do tego 
zalecenia. Miała przynajmniej czym wypełnić czas, skoro nie mogła spać. 

Tej nocy jej bezsenność nie miała nic wspólnego ze wspomnieniami o Jacobie Rennerze, 

które   wciąż   ją   nawiedzały.   Była   wyłącznie   skutkiem   zupełnie   nowych   obrazów,   które 
zepchnęły na bok wszystko inne. 

– Zajmuję pani łóżko – wymamrotał David. 
– Ma pan świętą rację. Łóżko bardzo by mi się przydało, ale moja odpowiedź brzmi nie. 

Jest pan w zbyt kiepskim stanie na takie głupstwa, casanowo. 

Dotknęła jego czoła. Dwie godziny wcześniej dała mu ibuprofen, zgodnie z poleceniem 

Howarda, i gorączka trochę spadla. Ibuprofen, czyszczenie rany i płyny, i jego stan wyraźnie 
się   poprawił.   Może   nie   rewelacyjnie,   ale   wystarczająco,   by   była   zadowolona.   A   przede 
wszystkim przestała się bać, że David nie doczeka przyjazdu Howarda. 

– Będzie pani w moich snach, Solaino... 
– Skąd pan zna moje imię? – zapytała, naciągając mu koc na ramiona. Potem poprawiła 

mu poduszkę. 

– Znam je od zawsze. Piękna Solaina. Moja śliczna pani. Jakże mogłoby być inaczej?
Biedny człowiek, znowu majaczy, pomyślała, patrząc, jak David zapada w sen. A może 

jednak podała mu swoje imię? Ze zmęczenia miała już taki zamęt w głowie jak jej gość. 

– Proszę wypić choć kilka łyków, a potem dam panu spokój. – Kilka łyków herbaty, kilka 

kęsów bułeczki, antybiotyk, a potem pozwoli mu dalej spać. 

W   ciągu   ostatniej   godziny  tak   bardzo   rzucał   się   na   łóżku,   a  podczas   krótkiej   chwili 

przytomności był taki zrzędliwy, że odchodziła już od zmysłów. 

– Jest pan przytomny, Davidzie? Rozumie pan, jak ważne jest, by wypił pan tę herbatę? A 

może wolałby pan wodę?

– Nie lubię earl greya – burknął. 
– Czy przyszło panu może do głowy, żeby mi to powiedzieć, zamiast ze mną walczyć?
– Najwyraźniej nie. – Próbował się uśmiechnąć, po czym zacisnął powieki. – Boli mnie 

głowa. Nie jestem w stanie myśleć. 

– Z powodu wstrząśnienia mózgu. Odwodnienia. Infekcji. Niech pan wybiera. 
– A ja przyprawiam panią o ból głowy, moja śliczna?
Teraz był znowu łagodny i czarujący. Takim go lubiła. 
– I to jaki. Głowa boli mnie od kilku godzin. 
– Nie chciałem sprawiać kłopotu. Ale wie pani, co mówią o lekarzach... 
– Że są najsłodszymi, najbardziej chętnymi do współpracy pacjentami na świecie. Ze piją 

background image

i jedzą, i połykają tabletki bez słowa protestu. I nawet na ochotnika zmieniają sobie pościel, 
kiedy przychodzi pora. To właśnie chciał pan powiedzieć, prawda?

David zaśmiał się cicho. 
– A ja myślałem, że to ja mam urojenia. Podeszła szybkim krokiem do kranu, by nalać 

szklankę wody, po czym wróciła do łóżka. 

– Więc skąd pani jest, Solaino? – zapytał, wziąwszy szklankę do ręki. – Słyszę w pani 

głosie francuski akcent, ale pobrzmiewa też amerykański. 

–   Urodziłam   się   na   Haiti,   wychowywałam   w   Kije,   studiowałam   w   Stanach   i   tam 

pracowałam kilka pierwszych lat po dyplomie. Potem pojechałam na rok pracować w Paryżu i 
Szwajcarii,   a   jeszcze   później   dostałam   posadę   w   Tokio.   Teraz   jestem   w   Dharavaju.   W 
szpitalu w Chandelli. – I wkrótce miała nadzieję dodać do tej listy kolejne miejsce, którego 
jeszcze nie znała. Oferty pracy napływały, ale dotąd nie zdecydowała, którą z nich wybierze. 
– A pan, Davidzie? Tam na drodze prosił mnie pan, żebym pana zawiozła do domu. 

– Urodziłem się, wychowałem i wykształciłem w Toronto, i kiedy przyjdzie pora, wrócę 

tam z radością. Nie kręciłem się po świecie tak jak pani. Byłem w Kambodży i... – Westchnął 
i spróbował podnieść szklankę do ust, aie jego ręka tak drżała, że trochę wody wylało się na 
pościel. – Czy teraz mam pani pokazać, jakim jestem dobrym  pacjentem i zmienić sobie 
pościel?

– Teraz ma mi pan pokazać, że jest dobrym pacjentem i wypić wodę, a potem chociaż ze 

dwa razy ugryźć bułeczkę. Za to później na deser dostanie pan kolejną dawkę amoksycyliny. 
Nie   jest   pan  na   nią   uczulony?   W  przebłysku   świadomości   powiedział   mi   pan,  że   nie.   – 
Znalazła   lekarstwo   w   swojej   domowej   apteczce.   Howard   kazał   jej   natychmiast   podać   je 
Davidowi. 

– Nie jestem uczulony – odparł – a amoksycylina jest antybiotykiem o szerokim spektrum 

działania, więc powinna mi pomóc. Dobry wybór. 

– Raczej  szczęśliwy zbieg okoliczności.  Kilka kapsułek zostało  mi  po infekcji, którą 

miałam w zeszłym roku. 

– Czy lekarz pani nie powiedział, że trzeba wziąć całe opakowanie? – spytał, oddając jej 

nietkniętą szklankę. 

–   Ma   pan   szczęście,   że   nie   zawsze   słucham   swojego   lekarza.   –   Odłamała   kawałek 

owsianej bułeczki i podała Davidowi, który zjadł go, po czym zamknął oczy. 

– Chyba bym się teraz przespał. 
– A ja bym  wyszła,  poleżała  na moim  skrawku plaży,  ale  nie mogę  tego zrobić. W 

każdym razie dopóki nie połknie pan pigułki. – Uśmiechnęła się do niego. Teraz, kiedy był 
czysty, potrafiła sobie nawet wyobrazić, że jest zdrowy. Była ciekawa, jak utrzymuje się w 
takiej dobrej formie.  Jeździ na rowerze? Biega? Podejrzewała, że to właśnie dzięki temu 
udało mu się przeżyć. 

– Może pozwoli mi pani przespać się z godzinkę, a potem zobaczę, co będę mógł dla pani 

zrobić? – David nabrał powietrza, po czym wypuścił je powoli, szykując się do snu. Ale 
jeszcze nie wziął antybiotyku i Solaina nie mogła mu na to pozwolić. 

– Nie, nie. – Potrząsnęła go za ramię. – Może pan zasnąć, ale najpierw łyk wody, kęs 

background image

bułeczki i tabletka. Bez dyskusji. – Już nie mówiła jak słodki anioł miłosierdzia, i była z tego 
zadowolona. Zwłaszcza że mina Davida sugerowała, że tym razem dopięła swego. 

– Dobra – burknął. – Co tylko pani zechce. Znów był zły. No i dobrze. 
– Chcę, żeby się pan napił wody. 
Nie podała mu jednak szklanki, tylko przystawiła mu ją do ust i trzymała tak długo, aż 

wypił łyk. Dla niego był to spory wysiłek. Już po paru sekundach opuścił głowę na poduszkę i 
zamknął oczy. 

– Jestem bez formy – szepnął. 
– Myślę, że gdyby był pan bez formy, nie przeżyłby pan tak długo – odparła, odstawiając 

szklankę i sięgając po bułeczkę. – Gotowy na kęs albo dwa?

– Nie odpuszcza pani facetowi, co?
– Kiedy mężczyzna śpi w moim łóżku, musi robić, co mu każę. A pan przecież śpi w 

moim łóżku. 

– Pościel pachnie jaśminem. To zauważyłem. 
–   Dość   już   tych   botanicznych   dysertacji   –   powiedziała,   odłamując   kolejny   kawałek 

bułeczki. – Ma pan fiksację na punkcie flory. Wie pan o tym?

– W tej chwili wiem niewiele ponad to, że piękna kobieta siedzi na brzegu łóżka i wpycha 

mi bułkę do ust, co powinno być bardzo erotycznym doświadczeniem, gdyby nie fakt, że 
jestem   zbyt   zmęczony,   by  przeżuwać.   Proszę   mi   wierzyć,   w   moich   snach   robi   pani   coś 
zupełnie innego. I mnie stać na wiele więcej niż przełknięcie kęsa bułki. 

–   Dwóch   kęsów.   Postara   się   pan   i   przełknie   dwa   kęsy.   No,   czyż   nie   jest   pan 

lubieżnikiem? Nawet w tym stanie... 

– Musiałbym być martwy, żeby pani nie zauważyć. 
– Wyciągnął rękę po bułkę. 
– Trzy kęsy, a jeśli będzie pan się sprzeczał, dojdziemy do czterech. Ostatnim razem, 

kiedy usiłowałam pana karmić, nazwał mnie pan chyba starą grubą krową. 

– A pani zamierza wykorzystać moje urojenia?
– Trzy kęsy i bez urazy. 
– Nigdy nie nazwałem pani krową, prawda? – spytał, zanim zabrał się za jedzenie. – 

Nawet w delirium nie powiedziałbym o pani czegoś takiego. 

– Cztery kęsy. 
– Wygrała pani. – Udało mu się zjeść tylko dwa kawałki, zanim zmęczenie go pokonało. 

– Dziękuję – szepnął, biorąc od niej antybiotyk. – A jeśli jeszcze tego nie powiedziałem... bo 
naprawdę   nie   pamiętam   wszystkiego,   dziękuję,   że   zatrzymała   się   pani   tam   na   drodze. 
Wykazała się pani odwagą. – Włożył pigułkę do ust i popił ją kolejnym łykiem wody, po 
czym opadł na poduszkę. – Teraz muszę spać i śnić o... 

Pochyliła się i dotknęła jego czoła. Nadal miał gorączkę, chociaż trochę mniejszą dzięki 

temu, że po raz drugi oczyściła mu ranę i podała płyny. Wkrótce powinien zacząć działać 
antybiotyk,   ale   Davidowi   długo   nie   wystarczy   ten   prowizoryczny   opatrunek,   który   mu 
zrobiła.   Chirurg   powinien   wyjąć   kulę.   Powinien   podać   mu   środki   przeciwbólowe,   zrobić 
prześwietlenie. A ona ma tylko wodę, bułkę i pigułkę. To za mało. Zaczęła się denerwować, 

background image

dlaczego Howard tak długo nie przyjeżdża. 

Było już widno, robiło się coraz cieplej. Wkrótce gorące wilgotne powietrze przypłynie i 

przegoni   wszystkich   poza   osiłkami   z   powrotem   pod   dach,   gdzie   usiądą   pod   swoimi 
wiatrakami albo klimatyzatorami. 

Lubiła tę porę dnia. Czekała na nią, prawdę mówiąc. Jej poranne potrzeby – dzbanek 

herbaty, dobra słodka bułka, dobra książka. Zerknęła przez oszklone drzwi na książkę leżącą 
na   stoliku   obok   leżaka.   Kolejna   powieść   Marion   Lennoxmedycyna,   intryga   kryminalna, 
romans. Stłumiła śmiech. To prawie jak w jej własnym życiu, z wyjątkiem romansu. Ten 
facet naprawdę nazwał ją starą grubą krową. 

Poza tym romanse jej nie interesowały, nie angażowała się uczuciowo. Zresztą nigdzie 

nie zagrzewała długo miejsca. Dziś jest tu, jutro tam. Nie zawierała przyjaźni ani związków, 
które   trzeba   by   rozwiązywać.   Nie   było   to   jej   wymarzone   życie,   ale   takie   właśnie   życie 
wybrała, i całkiem nieźle jej się to sprawdzało. Może nie wspaniale, ale wystarczająco dobrze. 

Spojrzała znów na powieść i wiedziała, że gdzieś na tych stronach ktoś się z kimś zwiąże. 

Szczęśliwe zakończenie, szczęśliwe życie. Lepsze niż jej własne. 

– Później sobie poczytam – powiedziała cicho, wzdychając. Usiadła na leżaku, z herbatą i 

babeczką, i zapatrzyła się w piasek i fale. 

– Co zrobić z Davidem? – zapytała siebie, poprawiając się na swoim czerwono-żółtym 

leżaku. 

Zamiast odpowiedzi, zobaczyła Davida walczącego o życie na poboczu ciemnej pustej 

szosy. Gdyby znalazł się tam o innej porze albo gdyby jej spotkanie w Chandelli skończyło 
się  punktualnie,   albo  gdyby  wróciła  do  swojego małego  mieszkanka,   zamiast   jechać  nad 
morze, czego o mały włos nie zrobiła... Było tyle możliwości, a każda z nich oznaczała, że 
zamiast leżeć teraz w jej łóżku, sprawiając jej ogromny problem, David Gentry mógł... 

Nie, on już by nie żył. Zmarłby w nocy z wyziębienia. Trudno było to sobie wyobrazić, 

biorąc pod uwagę jego energię następnego ranka. Mimo to Solaina zadrżała. Martwy David. 
Nie chciała widzieć takiego obrazu obok obrazu Jacoba Rennera. Nie chciała widzieć tego 
wszystkiego w snach, więc otworzyła oczy i popatrzyła na rozciągającą się przed nią plażę. 
Stan Davida był stabilny. Z całą pewnością nie umrze. Nie wygląda nawet na to, żeby bardzo 
cierpiał. 

A wkrótce przyjedzie Howard. Musi tylko czekać, co było jednak o wiele trudniejsze niż 

te poranki w Boże Narodzenie, kiedy była dzieckiem, a rodzice nie pozwalali jej ani Solange 
otworzyć paczek przed śniadaniem. Nigdy nie myślała, że coś może trwać dłużej niż tamto 
czekanie. 

Zniecierpliwiona sięgnęła po powieść Marion Lennox i otworzyła ją na pierwszej stronie. 

Naprawdę nienawidziła tych rodzinnych śniadań w Boże Narodzenie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

David wiercił się, aż w końcu znalazł dość wygodną pozycję – położył się płasko na 

plecach, ze wzrokiem utkwionym w sufit. Tym razem, gdy się obudził, wiedział, gdzie się 
znajduje i skąd się tam wziął. Poprzednio razem zajęło mu to kilka minut, i gdzieś z daleka 
przypłynęło do niego wspomnienie nadąsanego chłopca w wieku szkolnym, który daje się we 
znaki swojej pielęgniarce. 

– To może być sen – wymamrotał. Zjedzona do połowy bułka i wypełniona do połowy 

szklanka z wodą na stoliku obok łóżka mówiły mu co innego. 

Chciał  ją zawołać.  Solaina.  Piękne  imię.  Piękna kobieta.  Pomyślał  tak  za pierwszym 

razem, kiedy ją zobaczył. Kiedy to było? Czy było to w nocy na drodze, kiedy go uratowała? 
Czy może miesiąc temu w Chandelli? A może pół roku temu w Szwajcarii? Teraz wszystkie 
wspomnienia były zamazane, ale to się zmieni. 

Jego   wspomnienia   dotyczące   Kambodży   były   także   niewyraźne.   Pamiętał,   że   dostali 

wezwanie. To był rutynowy kurs karetki, jeśli można nazwać rutynowym wezwanie do ofiary 
miny. W małym szpitalu na obrzeżach Kanthy zdarzało im się bardzo często ratować kogoś, 
kto potknął się o minę leżącą w ziemi trzy dekady. Ale nie pamiętał szczegółów tej wyprawy, 
w rezultacie której wylądował w łóżku Solainy. Musiało się stać coś naprawdę złego. To 
znaczy, że nadal ma kłopoty, a także mimowolnie może wciągnąć piękną Solainę w swoje 
problemy. 

–   Więc   wynoś   się   stąd,   zanim   spadną   na   nią   konsekwencje   twojego   działania   – 

powiedział na głos. 

Nie zamierza umierać, jeszcze nie teraz, więc może powinien przenieść się gdzieś indziej, 

wylizać rany, poczekać, aż odzyska formę i będzie mógł wrócić do Kanthy? Odsunął koc i 
uniósł się, by spojrzeć na swoje ciało. Przypomniał sobie, że ma złamane żebra na skutek 
kopniaka   czarnym   butem   podbitym   metalem.   To   było   ostrzeżenie,   że   ma   się   wynosić   z 
Kambodży, wynosić z Dharavaju. Teraz to wszystko pamiętał. Pamiętał mężczyznę, który 
wyciągnął go z samochodu – z początku myślał, że to jakiś złodziej, ale tamten zwrócił się do 
niego:

– Pan jest doktor Gentry?
Trzymał go na muszce. To także pamiętał. Ale była to tak groteskowo mała broń, że nie 

spodziewał się, iż mężczyzna jej użyje. Mały rewolwer z perłową rączką, który mieścił się w 
dłoni. A może znowu miał majaki? Głowa bolała go jak diabli, ręce mu się trzęsły. 

Cóż,   jedno   jest   pewne:   ktoś   próbował   kopnąć   go   tak,   by   umarł.   Przynajmniej   taką 

postawiłby diagnozę, gdyby coś podobnego zdarzyło się jednemu z jego pacjentów. 

Dotknął żeber i wciągnął powietrze. Ból był ostry, głęboki, przeszywający. Cieszył się z 

każdego bólu, ponieważ to znaczyło, że żyje. No i ona znakomicie go opatrzyła. Jej dotyk był 
miły... Kochana Solaina. Pragnął pamiętać ten dotyk, gdy się obudzi. Niczego nie był pewien 
poza tym, że kogoś takiego jak Solaina... trzeba zapamiętać. 

Ostrożnie zgiął rękę, delikatnie dotykając bandażu. Wyjął już w swoim życiu dość kul, by 

background image

wiedzieć, że ta utkwiła płytko w mięśniach, choć do tego czasu infekcja sięgnęła w głąb ciała. 
Zabiłaby go zapewne, gdyby nie Solaina. Uniósł się jeszcze trochę i zobaczył ją w progu. 

– Wybiera się pan gdzieś?
Słońce padało na jej plecy, widział zarys jej sylwetki, który pozostawiał szczegóły jego 

wyobraźni. 

– Czyja panią znam? Spotkaliśmy się już kiedyś?
– To ma być podryw? Bo jeśli tak, to nie jest pan oryginalny. 
– To nie jest podryw. Tak mi się przynajmniej wydaje. – Uśmiechnął się do niej. – A 

gdyby był, czy osiągnąłbym sukces?

– Byłam głupia, sądząc, że wszystko, co pan mówi, to delirium. 
– Poznała mnie pani w niekorzystnej sytuacji. Zresztą nie wszystko pamiętam. Czy pani i 

ja... Czy my... 

Potrząsnęła gwałtownie głową. 
– Szkoda – rzekł, kładąc się znowu na plecach. Był wciąż bardzo słaby, to dobry powód, 

by przespać się chwilkę, zanim zdecyduje się na jakiś drastyczny ruch, na przykład wyjście 
czy  wyczołganie   się  stąd.  –  Bo  ja  myślałem,  że   choć  jeden  raz   w  życiu  wykazałem   się 
wyjątkowo dobrym gustem. 

– Za te pochlebstwa czeka pana kolejny antybiotyk. 
– Podeszła do łóżka i położyła rękę na jego czole. 
– Myślę, że gorączka panu spada. 
– Nie ma to jak dobra opieka pielęgniarska. 
Solaina odwróciła się i poszła do części kuchennej. 
– Niech pan nie nazywa tego, co robię, dobrą opieką pielęgniarską. To błąd. 
– Ale jest pani pielęgniarką? Nie przyśniło mi się to?
– Mam dyplom pielęgniarki. 
Jej zachowanie zmieniło się w jednej chwili. Już nie była miła, lecz lodowato zimna. 

David zastanowił się, czy nie zapomniał o czymś ważnym, o czym mu wcześniej mówiła. 

– Ale dyplom nie czyni ze mnie pielęgniarki, przynajmniej jeśli chodzi o umiejętności 

praktyczne.   Kieruję   pielęgniarkami,   podejmuję   decyzje   administracyjne,   przygotowuję 
budżet, uczestniczę w spotkaniach zarządu. I nie zbliżam się do pacjentów. 

– Bandaże założyła pani dobrze – zauważył. 
– Każdy potrafi założyć opatrunek. – Nabrała głęboko powietrza, by się uspokoić. – Ma 

pan ochotę coś zjeść? Może sałatkę owocową? Albo ugotuję trochę ryżu. 

Pokręcił głową. Prawdę mówiąc, chciał dowiedzieć się o niej więcej. Dlaczego tak się 

denerwuje, kiedy mówi o pielęgniarstwie? I dlaczego taka wspaniała kobieta zamyka się w 
takiej dziurze? W jego głowie było pełno pytań, lecz jego organizm domagał się snu. Dwie 
minuty na jawie i już czuł, jak ciągnie go znowu w objęcia Morfeusza. 

– Czy mówiłem pani, że jestem chirurgiem? – zapytał bardziej po to, by nie zasnąć, niż 

by podtrzymać konwersację. Lubił rozmawiać z Solainą. 

– Powiedział mi pan, jak się pan nazywa. Wiedziałam, że jest pan chirurgiem. Słyszałam 

o panu. 

background image

Nie był pewien, jak daleko może się posunąć. Najlepiej by było, gdyby następnym razem, 

kiedy   się   obudzi,   wymyślił,   jak   się   stąd   wydostać.   Zniknąć   gdzieś   daleko,   żeby   była 
bezpieczna. 

– Co takiego pani słyszała? Mam w tej kwestii zaniki pamięci. Aha, i chętnie zjem kilka 

plasterków owoców. Zdaje się, że w brzuchu mi burczy. 

Solaina wyjęła karambolę z koszyka, który stał na blacie obok małego zlewu, i umyła ją 

pod bieżącą wodą. Potem wyjęła z szufladki nóż i zaczęła obierać owoc. 

–   Słyszałam,   że   jest   pan   bardzo   dobrym   chirurgiem.   Może   jednym   z   najlepszych   w 

okolicy. 

– I?
Solaina   pokroiła   karambolę   w   plastry   i   włożyła   je   do   miski,   potem   wyjęła   biały 

papkowaty mangostan i wrzuciła jego kawałki do tej samej miski. Trzecim owocem, który 
wybrała, była japońska gruszka, która bardziej przypominała żółte jabłko. 

– To już wszystko. Poza jai ron. Wie pan co to znaczy?
Gorące serce. 
– Myśli pani, że ja mam jai roni – zaśmiał się. 
– Nawet w majakach, casanowo. 
David   przyglądał   się,   jak   Solaina   wyjmuje   durian   z   koszyka   z   owocami,   a   potem   z 

powrotem go tam chowa. Durian to najdroższy z owoców Dharavaju, i zapewne najbardziej 
oryginalny, a najlepiej smakuje w połączeniu z mleczkiem kokosowym albo ryżem. Ale ma 
wyjątkowo odrażający zapach i David nigdy go nie polubił. Miejscowi za to go uwielbiali, ale 
dla farang – czyli obcokrajowców – których odrzucała ta woń, zawsze były lody z durianu, 
ciasto z durianu, a nawet guma do żucia. Jednak David nie odważył się spróbować durianu w 
żadnej formie. 

Zabawne,   że   to   wszystko   pamiętał.   Przypomniało   mu   się   też,   że   plótł   coś   o 

rododendronie. 

–   Nie   pomyślałbym,   że   jest   pani   miłośniczką   durianu.   Wygląda   mi   pani   raczej   na 

zwolenniczkę ananasów, kokosa czy truskawek. 

–   Nigdy   nie   wiadomo,   prawda?   –   zauważyła,   marszcząc   nos.   –   Choć   przyznaję,   że 

truskawki są smaczniejsze. 

Nagle  David  przyłapał   się  na tym,   że  wyobraża   sobie  Solainę   jedzącą   truskawki,  jej 

zmysłowe wargi pochłaniające ten czerwony owoc... 

–  Jai   ron   –  mruknął.   Solaina   zawróciłaby   w   głowie   każdemu   mężczyźnie,   nawet 

osłabionemu tak jak on. – Przypuszczam, że jest panijai yen. – Zimne serce. Albo spokojne. 

Solaina uśmiechnęła się, niosąc mu owoce. 
– Nie jai yen, raczej krienjai. – Czyli ktoś, kto unika konfrontacji. – Przynajmniej tak było 

do wczorajszego wieczoru, kiedy pana spotkałam. 

– Za co bardzo przepraszam. 
–   Przyjmuję   przeprosiny.   –   Postawiła   miskę   na   stoliku   obok   łóżka.   –   A   więc   żeby 

utrzymać mój status krienjai, muszę wymyślić, co z panem począć. Ma pan jakieś sugestie? 
Może kiedy mój przyjaciel pana zbada, zawiozę pana do Chandelli. To długa podróż, ale tam 

background image

mieszkam. 

Chandella. On musi dostać się do Kanthy. Chciał zawiadomić ministra policji o ostatnim 

ataku,   a   potem   spróbować   wrócić   do   normalności,   z   nadzieją,   że   czymkolwiek   była   ta 
wendeta, to już koniec. I modlić się, by Solaina nie została w to przez niego zamieszana. 

– Jeszcze trochę odpocznę i będę w stanie wyjść stąd sam. – Nie był pewien, jak daleko 

by zaszedł, ale jeśli ktoś go ściga, ona będzie bezpieczniejsza bez niego. 

Solaina zaśmiała się krótko. 
– Mieszkańcy Dharavaju są co prawda dość liberalni, ale nie wyobrażam sobie pana 

wędrującego drogą bez spodni. Niech pan to sobie jeszcze raz dokładnie przemyśli. 

Jego spodnie. O tym nie pomyślał. Jeśli dobrze pamiętał, pocięła je i obwiązała jego żebra 

paskami dżinsu. A zatem to chyba koniec jego planu, a nie miał w tej chwili dość siły, by 
wymyślić  coś  innego.   Zabrał  się  zatem   za  karambolę,   a  potem   ugryzł  japońską  gruszkę. 
Później położył się i zamknął oczy, oddając się losowi i swojej pięknej strażniczce. 

– Skoro nie mogę wyjść bez spodni, kiedy się obudzę, chyba będzie pani musiała zrobić 

mi mały zabieg – powiedział, po czym odpłynął w sen. 

– Mogę pokroić panu owoce, Davidzie, ale niczego więcej nie tknę nożem. Pamięta pan, 

że jestem krienjail.

Usiadłszy   na   leżaku   z  naam   phon-la-mai   –  sokiem,   który   zrobiła   z   owoców   nie 

zjedzonych przez Davida – Solaina wzięła znów powieść Marion Lennox i otworzyła ją na 
drugim   rozdziale.   Nawet   gdyby   nie   David,   tak   właśnie   spędzałaby   weekend.   Czytając, 
odpoczywając, drzemiąc... 

Westchnęła zadowolona. Już prawie skończyła pierwszy paragraf, kiedy uderzenie, które 

niemal   wstrząsnęło   ścianami   domku,   a   następnie   stek   przekleństw,   przedarły   się   przez 
zamknięte drzwi tarasu. Solaina upuściła książkę na bambusową podłogę i skoczyła na równe 
nogi, po czym wpadła do środka i znalazła Davida na podłodze obok przewróconego stolika. 
Jego ramię krwawiło. Siedział pośród kawałków rozbitej szklanki i jej małego Buddy, który 
również się potłukł. Wyglądał na bardziej złego niż rannego, toteż pomyślała, że lepiej nie 
pytać go, co się stało. Zresztą odgadła, że to zapewne kolejny atak delirium. Próbował wstać – 
pewnie chciał wyjść. 

Wsuwając   stopy   w  huaraches  o   skórzanej   podeszwie,   podeszła   do   Davida,   który 

próbował się podnieść. 

–   Rana   się   otworzyła   –   powiedziała,   wyciągając   rękę.   Nie   widziała   żadnych   innych 

dodatkowych obrażeń. Poza jego dumą, oczywiście. 

– Trzeba wyjąć kulę – mruknął, podnosząc się, po czym opadł z powrotem na łóżko. – 

Ryzyko infekcji dla kości. Szedłem po panią. 

– To znaczy? – Miała przeczucie, że następne słowa, jakie wypowie David to: Może pani 

to zrobić. 

– To proste. Pani tnie, a ja wyciągam kulę. Pięć minut i po robocie. 
Zamrugał powiekami i zamknął oczy. 
– Nie mogę tego zrobić – oznajmiła. 

background image

Nie miała sprzętu ani wprawy. Czuła rosnącą panikę, natychmiast pojawił się jej przed 

oczami   obraz   Jacoba.   Potem   ręce   zaczęły   jej   dygotać.   Ale   zapanowała   nad   oddechem   i 
zwalczyła słabość, zanim ona ją pokonała. Oddychaj głęboko. Skup się, Solaino, skup. 

Jacob Renner... Tamten wypadek zawsze do niej powracał, ilekroć pomyślała, że może 

jednak jej się uda. Kosztem życia biednego Jacoba nauczyła się jednej strasznej prawdy: że 
nie nadaje się na pielęgniarkę. 

–   Proszę   posłuchać   –   powiedziała,   walcząc   ze   sobą,   by   utrzymać   się   na   nogach.   – 

Największe urojenie, jakie pan miał do tej pory,  to przekonanie, że ja mogę to dla pana 
zrobić. Nie mogę. Nie potrafię. Musi pan poczekać na mojego przyjaciela. – Zerknęła na 
ścienny zegar. Od chwili, gdy zadzwoniła do Howarda, minęło dwanaście godzin. Wiele dróg 
w Dharavaju było w kiepskim stanie, ale Howard powinien już tu być. 

– Okej, jeśli pani tego nie zrobi, ja sam to zrobię. 
– Pan? Pan nie ma majaków, pan jest szalony. – Zobaczyła, że David patrzy na kuchenkę. 

– Przepraszam, chyba muszę schować wszystkie noże. A jeśli pan nie pamięta, że mówiłam to 
już dziesiątki razy, powtarzam, że mój przyjaciel jest w drodze i zaraz się panem zajmie. 

Howard Brumley, Brytyjczyk i sąsiad Solainy w Chandelli, był znakomitym chirurgiem. 

Przeszedł na emeryturę, by podróżować po świecie ze swą żoną Victorią, ale dotarł tylko do 
Dharavaju, pierwszego i ostatniego przystanku w ich wyprawie dookoła świata. Teraz byli dla 
niej jak rodzina, chociaż nie widywała ich zbyt często. Uważała, że Howard i Victoria to 
prawdziwy dar niebios, i ufała im jak nikomu – poza swoją siostrą. 

– Nie będę czekał na pani przyjaciela – odparł David spokojnym głosem. Był przytomny i 

zdeterminowany. To niebezpieczne połączenie w jego stanie. 

Ten człowiek jest albo szalony, albo najdzielniejszy z ludzi, jakich znała. 
–   On   ma   skalpel.   Prawdziwy   skalpel,   a   nie   kuchenny   nóż.   Ma   środek   odkażający   i 

kleszcze. Jest chirurgiem i ma wszystko, co potrzeba, żeby wykonać ten zabieg prawidłowo. – 
Co prawda  Howard  cierpiał  na  zaawansowany  artretyzm  w  rękach.  Martwiła   się  tym   od 
momentu, gdy przeszedł na emeryturę. – Jak na słabego człowieka, na dodatek bez spodni, 
jest pan wyjątkowo apodyktyczny. 

– Nie apodyktyczny, tylko praktyczny. 
–   Słaby,   ale   uparty   i   nieznoszący   sprzeciwu.   Nie   ma   to   nic   wspólnego   z   byciem 

praktycznym.   – Solaina   pomyślała,  że  David  jest  bardzo  silnym  człowiekiem,   także  jeśli 
chodzi o moralność i zasady. – I przywiezie panu spodnie – podjęła. – Co jest akurat bardzo 
praktyczne. Więc nie ma pan wyjścia. Zaczekamy. Chyba że pan sobie wstanie i pójdzie, 
gdzie pan chce. 

– Przepraszam za kłopoty – powiedział David. – Za stłuczone szkło i pani lampę. I tego 

małego Buddę. Za to, że jestem starym zrzędą. 

Spojrzała na małą porcelanową lampkę nocną, która leżała teraz na dnie kosza na śmieci. 

I z żalem przeniosła wzrok na swojego Buddę. Wiedziała, że to tylko bibelot, ale i tak było jej 
smutno.   Zabawne,   teraz,   kiedy   straciła   swojego   Buddę,   przypominała   sobie,   jak   często 
przywoływał na jej twarz uśmiech. 

– To nie jest moja lampa, ja tylko wynajmuję ten domek – oznajmiła. – Ale przyjmuję 

background image

przeprosiny za lampę i za zrzędzenie. Tyle pan przeszedł, że chyba ma pan prawo marudzić. 
Czy mogę zadać panu jedno pytanie?

Oparł głowę na poduszce, koc przykrywał go do pasa. Uśmiechnął się do niej szeroko, ale 

Solaina widziała jakieś zmartwienie w jego oczach. 

– Narobiłem pani tyle kłopotu, że ma pani prawo pytać mnie o wszystko. 
– Czy to znaczy, że na każde pytanie mi pan odpowie?
– Dla pani, moja śliczna, jestem gotów. 
– Nie wiem, czy wolno mi w to uwierzyć. 
– Robiłem w życiu wiele rzeczy, byłem w wielu miejscach, i różne rzeczy mówiłem. Ale 

jedno jest pewne. Nigdy pani nie okłamię. Może nie spodoba się pani prawda, jaką pani ode 
mnie usłyszy, ale to zawsze będzie prawda. – Poruszył się ostrożnie, zsuwając się nieco niżej. 
– Więc jak to jest, zawsze jest pani taka nieufna, czy tylko ja wzbudzam w pani nieufność?

– Tylko pan – odparła, starając się, by zabrzmiało to obojętnie. Nawet nie zdawał sobie 

sprawy, jak bardzo miała się przed nim na baczności. 

– I to, moja śliczna, było kłamstwo. Nie potrafi pani kłamać, wie pani o tym. Te piękne 

oczy   mówią   mi   wszystko.   Chociaż   muszę   powiedzieć,   że   pani   ostrożność   jest   w   pełni 
usprawiedliwiona. Nie jest pani pierwszą osobą, która się mnie boi, i nie ostatnią. 

– A dlaczego ludzie się pana boją?
– Czy to jest pytanie, które chciała mi pani zadać? Chciałbym wiedzieć, bo chyba znów 

zdrzemnę się na sekundę czy dwie. 

– Jedno z pytań – odparła, podchodząc do kącika kuchennego. Przyszła pora na kolejny 

antybiotyk, tyle że tym razem poda mu do popicia resztę swojego soku i sama będzie trzymać 
szklankę, ponieważ w domku zostały już tylko trzy szklanki. – Mam więcej pytań, ale to jest 
dobre na początek. 

– A ja myślałem, że zapyta mnie pani o mój stan cywilny. 
– Pytałabym, gdyby mnie to obchodziło. – Wyjęła dzbanek z małej lodówki. – Ale nie 

obchodzi, więc wracam do mojego pierwszego pytania. Dlaczego ludzie się pana boją?

– Ja nie... 
Obejrzała się i zobaczyła, że ukrył uśmiech. Właściwie miło było mieć towarzystwo dla 

odmiany.  Kogoś, kto uśmiecha  się do niej z łóżka. Ile czasu minęło,  odkąd jest sama,  i 
dlaczego tak się stało?

– Co pan nie? – spytała. 
– Nie jestem żonaty, zaręczony ani z nikim związany. 
Sceptycznie pokręciła głową. 
– To się nie zgadza z pana dokumentami – zażartowała. – Widziałam zdjęcie pańskiej 

żony i trójki dzieci. Bardzo miła rodzinka. I ma pan cocker-spaniela, ślicznego małego pieska. 
I śliczne dzieci. Jak się nazywają? Mówił pan w malignie, ale już zapomniałam. 

– Nie jestem aż tak nieprzytomny – zaśmiał się, zerkając na palec, na którym nosi się 

obrączkę. 

– Ale zastanowił się pan przez moment, czy jest pan żonaty, prawda? – Miło było tak się 

z nim przekomarzać. Miło i jakoś tak naturalnie. 

background image

– Dobrze, odpowiem, zanim przekona mnie pani, że jestem kompletnie obłąkany. Albo 

sam siebie o tym przekonam. – Zaśmiał się. – Ludzie boją się mnie, ponieważ jestem szczery 
i zazwyczaj trochę zbyt bezpośredni, niżby należało. Poza tym jestem uparty i nie zawsze 
przestrzegam zasad... 

– To więcej, niż chciałam wiedzieć – zauważyła, podnosząc rękę, by go powstrzymać. 

Usiadła na skraju łóżka. – Więc może weźmie pan tabletkę, a resztę już sobie wyobrażę. – 
Howard polecił jej zwiększyć mu dawkę. Podwoić, a nawet potroić, jeśli to możliwe. Sądząc 
z zachowania Davida, lekarstwo działało. 

– Mówiłem pani, że nie kłamię. 
– Więc ile ma pan lat? Trzydzieści pięć?
– Trzydzieści sześć. 
– Dobrze. Ma pan trzydzieści sześć lat, w pańskim portfelu nie ma zdjęć żony ani dzieci. 

Ani   cocker-spaniela.   Ale   według   IMO   jakiś   czas   temu   wrócił   pan   do   domu.   Dlaczego 
mówiliby coś takiego, skoro nie poleciał pan do Toronto?

–   Ponieważ,   jak   sądzę,   nie   wiedzą   tego.   –   Wciągnął   powietrze.   –   Zmniejszali   swój 

oddział w Kambodży. Chciałem zostać, a oni chcieli, żebym wyjechał. Więc wyjechałem, 
tylko nie z nimi, dlatego gdy zniknąłem, stracili orientację, co się ze mną dzieje. 

– Co pan takiego zrobił, że jest pan w takim stanie?
– Znalazłem się w złym miejscu w niewłaściwym czasie. 
– To wszystko? Wzruszył ramionami. 
– Czasami ktoś kogoś napada. 
– I nie ma powodu do wszczynania alarmu. Czy to chce mi pan powiedzieć? – Podała mu 

drugi łyk soku owocowego. Odsunął jej rękę, więc sama go wypiła. – Jest pan mistrzem 
niedopowiedzeń. Albo uników. Sama nie wiem. 

– W tej chwili jestem wyłącznie mistrzem bólu żeber i ramienia. – Położył się i przykrył 

pod brodę. – Może zdrzemnę się, dopóki pani przyjaciel nie przyjedzie – powiedział i opuścił 
powieki. 

– I pan doktor zaśnie w ułamku sekundy – mruknęła, pochylając się nad nim tak nisko, że 

jego   wargi   musnęły   jej   ucho.   –   Bo   inaczej   będzie   mi   musiał   powiedzieć   całą   prawdę   o 
Davidzie Gentrym. 

Odwróciła się i poszła na werandę, by poczytać. 

Prawie   przez   godzinę   obserwował   ją,   jak   siedziała   z   książką.   Patrzył   jak 

zahipnotyzowany.  To było  idealne słowo na opisanie jego uczuć. Każdy jej ruch był  tak 
wyważony, a przy tym tak wdzięczny – sposób, w jaki odwracała stronę, podnosiła szklankę, 
poprawiała słomkowy kapelusz, by osłonić oczy przed słońcem. Było na co patrzeć, a on był 
więcej niż zadowolony, że nie zdrzemnął się znowu. 

Teraz, kiedy jego umysł pracował już lepiej, przypomniał sobie, kiedy po raz pierwszy 

zobaczył   Solainę.   To   było   jakiś   miesiąc   wcześniej,   w   szpitalu   w   Chandelli.   Tego   dnia 
wyglądał dość niechlujnie, wpadł prosto z dżungli, by zbadać pacjenta. Miał szerokie szorty 
khaki, tygodniowy zarost, T-shirt z podartymi rękawami, zmierzwione włosy, które jakiś czas 

background image

nie widziały grzebienia... Gdyby go wtedy spotkała, nawet by na niego nie spojrzała. Ale ona 
nie miała pojęcia o jego wizycie. Jego przyjazdy do miasta były zawsze dyskretne, by nie 
zwracać zbytnio uwagi. 

Oczywiście, rząd Dharavaju wiedział o istnieniu jego małego szpitala, David posiadał 

licencję. Rząd był również dość szlachetny, by pomóc zdobyć wizę tym, którzy nielegalnie 
przekraczali granicę, by się leczyć. Wystarczyło kilka dolarów i dwa dni, by załatwić papiery. 

Mimo wszystko sam charakter jego szpitala wzbudzał kontrowersje, ponieważ David nie 

prowadził go w tradycyjny sposób. A także wbrew naturze IMO, które zawsze działało w 
granicach prawa. Na tym polegała istota jego problemu. Było tylu ludzi, którzy potrzebowali 
pomocy – ludzi bez dowodów tożsamości, bez domów, bez ojczyzny. IMO było łaskawe, ale 
wymagało od swoich pacjentów nazwisk, miejsca zamieszkania i narodowości. 

W Kambodży organizacja IMO opiekowała się ludźmi, którzy mogli podać te informacje. 

W Dharavaju David pomagał tym, którzy nie byli w stanie tego zrobić. Z tego powodu w 
IMO się go wyrzekli. Jego odejście było dla nich policzkiem. A fakt, że wkraczał na ich 
terytorium, by zabrać pacjenta do swego szpitala, uważali za obrazę. 

Od sześciu miesięcy na swoim, David był zadowolony z tego, co udało mu się zdziałać. 

Miał już oddział chirurgiczny, a także fizykoterapię. Więc nawet jeśli jego szpital nie był 
legalny w pełnym znaczeniu tego słowa, był dobrym szpitalem, takim, którego David szukał 
od początku swojej kariery zawodowej. Zawsze pragnął tylko jednego – zajmować się tym, co 
naprawdę jest ludziom potrzebne. I teraz to właśnie robił. 

Zasypiając, zamknął oczy,  by przywołać  ten pierwszy raz, kiedy ujrzał Solainę. Była 

wówczas w dwuczęściowym kostiumie w kolorze orchidei, włosy miała spięte na czubku 
głowy i bardzo delikatny makijaż, no i tamtego dnia także pachniała jaśminem. Minęła go 
szybkim krokiem, prowadząc grupę swoich pielęgniarek, a on zdążył poczuć woń jaśminu i 
od tamtej pory miał bzika na tym punkcie. 

Kobiety   w   jego”   życiu   przychodziły   i   odchodziły.   Wystarczy   zapytać   jego   żonę. 

Wchodziły   jednymi   drzwiami   i   wychodziły   drugimi,   tak   że   nawet   nikt   nie   zauważył.   W 
stałych związkach się dusił. Za to wspomnienie Solainy nie opuszczało go. Była marzeniem, 
o które błagał nocą. Ale żeby spotkać ją w taki sposób, w jaki ją teraz spotkał, dosłownie 
wpaść na jej samochód... 

Powstrzymał uśmiech. 
– Tak miało być, Davey – mruknął. – To przeznaczenie. 
Chociaż wypowiedział te słowa na głos, nie był wcale pewien, czy w nie wierzy. Od 

wielu tygodni myślał o spotkaniu z Solainą. Wiedział, kim była, a także, gdzie ją znaleźć. I 
chociaż  dwukrotnie  wpadał  do szpitala  w Chandelli  po tamtym  pierwszym  razie,  celowo 
trzymał się z dala od miejsc, gdzie mógłby natknąć się na nią. Dlaczego?

– Bo jesteś tchórzem – wyjaśnił sam sobie, chociaż chodziło o coś więcej. 
Naprawdę przerażało go to, co taka kobieta jak Solaina może zrobić z mężczyzną. Z 

drugiej strony był też ciekaw i chętnie by tego doświadczył, ale ta ciekawość oznaczałaby 
katastrofę.   Jego   pierwsza   katastrofa   kosztowała   go   sześć   lat:   pięć   lat   małżeństwa   i   rok 
staczania się po równi pochyłej. Walki w sądzie, zdrady, a potem jeszcze zawalona praca i 

background image

kobieta za kobietą. Wyczołgał się z tego bagna poraniony i kulejący, aż w końcu znalazł 
swoje miejsce. Dobry, życzliwy człowiek o znakomitych medycznych kwalifikacjach pomógł 
mu wyjść znów na prostą, a potem wsadził go do samolotu do Kambodży. 

Teraz był szczęśliwy, urządzony i nie miał najmniejszego zamiaru znowu ryzykować. 
Z westchnieniem lekko pomasował obolałe żebra i patrzył, jak Solaina zakłada nogę na 

nogę. Ten drobny ruch rozproszył melancholię, która go ogarniała. Solaina miała na sobie 
krótkie spodnie, a jej nogi... Idealne, szczupłe, opalone. Najpiękniejsze, jakie widział. 

– Solaina – szepnął. – Dlaczego ty? Dlaczego teraz?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Kiedy przyjechałeś?
Upuściła książkę na podłogę. Powieść podobała jej się, jak wszystkie powieści tej autorki, 

pod koniec nawet się wzruszyła. Szczęśliwe zakończenia za każdym razem ją wzruszały, a 
tego dnia przyszło jej to wyjątkowo łatwo. Niewiele brakowało, by wpadła w melancholię. 
Nie tyle z powodu książki, co dlatego, że w jej życiu nigdy nie zdarzały się takie historie jak 
te w powieściach. Może tkwiła w niej nadal mała dziewczynka z dziecięcą wiarą, że każdy 
zasługuje na szczęśliwe zakończenie? Ale jej życie było zadowalające, a zatem nie skarżyła 
się, nawet jeśli wciąż miała jakieś tęsknoty. 

– Nie słyszałam cię. 
Wstała   energicznie,   by   powitać   Howarda.   Był   potężnym   mężczyzną,   z   gęstą   siwą 

czupryną i podobną brodą. Nazywała go wesołym świętym Mikołajem ze względu na jego 
fizyczne atrybuty i dlatego, że był faktycznie wesoły, a jego śmiech zawsze ją rozweselał. 

– Victoria nie chciała wchodzić do środka. Powiedziała, że skoro to wizyta domowa, ona 

skorzysta z plaży i zostawi wszystkie medyczne kłopoty na naszych barkach. Więc zanim 
przejdziemy do szczegółów, przyszedłem wziąć dla niej trochę soku, byle nie z durianem. 

– Jasne – odrzekła Solaina, wpadając w objęcia Howarda. – Tak się cieszę, że jesteś. 
– Jak się masz, moja droga? Nie widywaliśmy cię ostatnio tak często, jak byśmy chcieli. I 

przepraszam, że tak długo tu jechałem. Kręta droga jest przyjemna dla człowieka, który nie 
jeździ zbyt szybko, ale niestety, to potwornie powolny kurs. 

– Wybacz, że ściągnęłam was z wakacji, Howardzie. Nieważne, jak długo tutaj jechałeś, 

ważne, że jesteś. 

– Od czasu przejścia na emeryturę moje życie to nieustające wakacje, więc nie przejmuj 

się. Cieszę się, że mogę ci pomóc. A mówiąc między nami, nie sądzę, żeby mój tylek zniósł 
jeszcze jedną przejażdżkę na słoniu. Victorii bardzo podobały się nasze całodniowe wyprawy, 
ale powiedzmy sobie szczerze, że mnie trochę zmęczyło kołysanie się na grzbiecie słonia. – 
Zaśmiał się i pocałował Solainę po ojcowsku w czoło. – Więc gdzie się ukrywałaś, poza tym, 
że siedzisz w tej dziurze ze swoim pacjentem? – spytał cicho Howard. 

– Byłam zajęta w szpitalu, chciałam zakończyć wszystkie sprawy przed wyjazdem. 
– Więc myślisz o wyjeździe? Sądziłem, że już wybiłaś to sobie z głowy, choćby dlatego, 

że Victoria i ja nie poradzimy sobie bez ciebie. 

Solaina uśmiechnęła się. 
– Zostanę w Dharavaju jakiś czas, póki nie zdecyduję, którą pracę przyjąć. I wiesz, że 

przyjadę zobaczyć się z wami tak często, jak tylko będę mogła. 

– Już teraz rzadko cię widujemy,  a mieszkamy  obok, więc szybko  o nas zapomnisz. 

Wyślesz   nam   kartkę   na   Boże   Narodzenie,   a   potem   wykreślisz   nas   z   notesu.   –   Howard 
westchnął z przesadą. – Victoria bardzo się tym martwi. Nie będzie zadowolona, kiedy nas 
opuścisz. 

Solaina podała mu szklankę soku i wypchnęła go przez drzwi. 

background image

– Powiedz Victorii, żeby się dobrze bawiła na plaży i że jak tylko obejrzysz pacjenta, 

oboje do niej dołączymy. 

– Ty, moja droga, razem z moją kochaną żoną możecie się cieszyć  piaskiem między 

palcami, ale ja zostanę na werandzie i doleję sobie odrobinę grogu do mojego soku. Może 
twój gość będzie już w dość dobrym stanie, żeby wypić ze mną łyka. To uśmierzyłoby te jego 
bóle. 

Solaina zerknęła na Davida. Śpi czy udaje?
– Może mojego gościa już tutaj nie będzie, i sam wypijesz sobie cały sok z grogiem. 
Horward uniósł krzaczaste brwi i skrzywił się. 
– Moja droga, niektóre rzeczy smakują o wiele lepiej, jak sieje z kimś dzieli. Szkoda, że 

jeszcze tego nie doświadczyłaś, ale Victoria i ja wciąż nie tracimy nadziei. Jesteś niebrzydka, 
więc jakiś mężczyzna uzna w końcu, że się dla niego nadajesz. – Zerknął na Davida i uśmiech 
rozjaśnił mu twarz. 

– Chyba jest na odwrót, Howardzie. To ja muszę stwierdzić, że ktoś się dla mnie nadaje. – 

Solaina spojrzała  kątem  oka na Davida i ujrzała  na jego twarzy szeroki uśmiech.  Zanim 
otworzyła usta, by coś powiedzieć, Howard poklepał ją po policzku i potruchtał do swojej 
żony. – Więc przestań się tak uśmiechać – dodała, kiedy znalazł się poza zasięgiem jej głosu. 

– On ma rację. Jest pani niebrzydka – rzekł David. 
– To nie pańskie zmartwienie. – Odwróciła się, by pomachać do Victorii, która właśnie 

wbijała parasolkę w piasek. 

– Jest pani taka drażliwa? Czy może raczej niechętna?
– Wie pan co? Chyba spróbuję wyjąć tę kulę z pańskiego ramienia własnymi paznokciami 

– warknęła, stojąc do niego tyłem. – Tylko najpierw je sobie naostrzę. 

– Proszę mi wierzyć, od kiedy panią spotkałem, marzyłem o tym. W moich marzeniach... 
Powoli odwróciła się do niego twarzą, ale David znów zamknął oczy. Westchnęła z ulgą. 

Czeka na nią kilka posad, on zaś ma wiele różnych rzeczy do zrobienia. Ścieżki ich życia 
biegną osobno. 

Poczuła jakiś ciężar na sercu. 
– W moich marzeniach, Solaino – mamrotał David, odpływając w sen. – Zawsze w moich 

marzeniach... 

– To David Gentry? – Howard Brumley zaśmiał się i podrapał w brodę. – Cała ta sytuacja 

z nim i IMO to doprawdy śliska sprawa. Tak ich zostawił... 

– Co masz na myśli, mówiąc, że ich zostawił? Wspomniał, że się z nimi nie zgadzał i 

odszedł, ale nie odniosłam wrażenia, że spalił za sobą mosty. – Siedzieli na werandzie, drzwi 
były zamknięte, więc David nie mógł ich słyszeć. – Powiedz mi, co wiesz. A zwłaszcza czy 
twoim zdaniem ktoś z IMO  może  mu  mieć  tak bardzo za złe,  żeby dopuścić  się czegoś 
takiego?

– Pozwól, że zacznę od końca. David cieszył się tam ogólnym szacunkiem, więc nie 

wyobrażam sobie, żeby któremuś z nich wpadł do głowy ten szalony pomysł z pobiciem. 
Oczywiście, tworząc swój szpital, działał na nerwy niejednemu w IMO. Musieli ponownie 

background image

ocenić swoją misję i zrobić u siebie porządki. Tak przynajmniej słyszałem. – Zaśmiał się. – 
Zabawne, że się tu znalazł, co? A ty właśnie zaczynasz program szkoleń dla pielęgniarek, 
które mają pracować dla IMO. 

– Tylko dwa dni orientacji w regionie. Miejscowe choroby, owady, jadowite węże. 
Howard wciągnął powietrze, potem wypuścił je powoli. 
– Twój pacjent jest trochę podżegaczem. Kiedy opuścił IMO, stwierdził publicznie, że to 

zaogniony czyrak na czyimś tyłku. Nie podobało im się, kiedy dostało się to do prasy. 

– Ale nie mają mu za złe, że odszedł?
– Moim zdaniem, mają. Ale nie sądzę, żeby go pobili. 
To   była   jedna   z   rzeczy,   które   tak   bardzo   lubiła   u   Howarda.   Zawsze   był   optymistą, 

troskliwym humanistą. 

– Cóż, ktoś z jakiegoś powodu urządził go butem i bronią, a potem on rzucił się na maskę 

mojego samochodu. Od tej pory ja się nim zajmuję. A wiesz, jak się z tym czuję. 

– Chyba wiem. Ty jesteś młodą damą, która się nie angażuje. Jak to szlachetnie z twojej 

strony, że oszczędziłaś jakiemuś potrzebującemu młodemu człowiekowi swoich wdzięków. 

–   Czy   masz   na   myśli   jakiegoś   potrzebującego   młodego   człowieka,   który   zgodzi   się 

zdezorganizować własne życie i pojechać za mną, gdziekolwiek zechcę się udać?

– Myślę, że kiedy uzmysłowisz sobie swoje dziwactwo, będziesz w stanie coś z nim 

zrobić. 

– Dziwactwo? Jedynym dziwactwem w moim życiu byłoby związanie się z mężczyzną, 

który uważa, że mój styl życia jest tylko dziwactwem, a nie świadomym wyborem. 

– Ale protestujesz tak gwałtownie, że zaczynam podejrzewać, że myślisz tak jak ja, choć 

się do tego nie przyznasz. 

–   Nie   wszyscy   mogą   być   tak   szczęśliwi   jak   ty,   Howardzie.   Ty   należysz   do   tych 

wybrańców losu, którzy mają wszystko. 

–   Więc   przyznajesz,   że   nie   jesteś   szczęśliwa?   Uwielbiała   go,   ale   tak   się   uparł,   by 

przekonać  ją o  walorach  pozostawania   w  związku  z  jakimś  mężczyzną,   że  była   tym   już 
zmęczona. 

–   No   cóż,   ten   twój   David   to   znakomity   chirurg.   A   to,   co   robi   tam,   w   tym   nowym 

miejscu... 

– To znaczy gdzie? – przerwała mu. 
–   W   ładnym   miasteczku   o   nazwie,   Kantha.   Założył   tam   mały   szpital.   Opiekują   się 

głównie wieśniakami, ofiarami min. Rolnikami, zbieraczami ryżu, ludźmi, którzy wędrują z 
miejsca na miejsce w poszukiwaniu pracy. Ale ciebie to nie dotyczy, moja droga. Chociaż ty 
też wciąż się przemieszczasz, prawda?

Wyraźnie nie zamierzał zakończyć tego tematu. Solaina postanowiła jednak nie grymasić. 
– Ale on słowem nie wspomniał o szpitalu. 
– Bo był  naprawdę chory. A czy nie mówiłaś, że jego ulubionym tematem jest jakiś 

krzew?

– Kiedy majaczy,  mówi coś o jakimś  krzewie. Ale są momenty,  kiedy nie opowiada 

głupot, a mimo to o szpitalu nie wspomniał. – Oczywiście to nie jej interes, czym zajmuje się 

background image

David.   Nie   wolno   jej   się   angażować,   musi   zachować   obojętność.   Tak   w   każdym   razie 
podpowiadał jej rozum. Ale jakaś jej część pragnęła dowiedzieć się o nim jak najwięcej. W 
końcu nie codziennie przywozi do własnego łóżka obcego człowieka, choćby po to, by się 
nim zająć, zanim nadejdzie fachowa pomoc. 

– Cóż, to jednak nie jest całkowicie legalne. 
– A jednak ty wszystko wiesz. 
– Wiem mnóstwo rzeczy, moja droga. 
– Więc czy w twoim skarbcu wiedzy znajdują się jeszcze jakieś informacje na temat tego 

człowieka?

– zapytała. 
–   Twój   przyjaciel,   odchodząc   z   IMO,   zabrał   za   sobą   dwóch   najlepszych   lekarzy.   – 

Howard położył palec na wargach, by wstrzymała się z kolejnym pytaniem, a potem podszedł 
do łóżka Davida. – Doktor Gentry, jak przypuszczam?

– Tylko jeśli przywiózł pan kleszcze, bo jestem gotowy wyjąć sobie kulę z ramienia w 

jakikolwiek sposób. 

– Długie kleszcze, doktorze. I ładny, ostry skalpel, jeśli mam zrobić ładne cięcie. 
– Miło cię widzieć, Howardzie – powiedział David. 
– Wybacz, że nie uścisnę ci dłoni. 
– To wy się znacie? – wyrzuciła z siebie Solaina. 
– Dlaczego nic mi nie mówiłeś, Howard?
– Mówiąc szczerze, nie wiedziałem, że to on. Nie nie miałem pojęcia, kogo tu masz, do 

chwili, kiedy nie przyszedłem po naam phonlamai dla Victorii. Muszę powiedzieć, że byłem 
trochę zaskoczony, ponieważ od pewnego czasu słuch po nim zaginął. 

– Ale nie powiedziałeś, że go znasz, kiedy podałam ci jego nazwisko. 
– A ty nie pytałaś, więc jesteśmy kwita. – Howard włożył gumowe rękawiczki i zaczął 

zdejmować bandaż z ramienia Davida. – Paskudna mała rana – mruknął. – No i wdała się 
infekcja. Jeszcze nie gangrena. 

– Wspominałam ci, że miał gorączkę. I majaczył, rozmawiał z drzewami i krzewami. 
– Tylko mówiłem o drzewach i krzewach – poprawił Solainę David, po czym zacisnął 

zęby, szykując się na atak bólu. Howard otwierał właśnie butelkę z alkoholem. 

–   Będzie   bolało   jak   diabli   –   oznajmił   Howard.   –   Ale   muszę   się   dostać   do   środka   i 

porządnie oczyścić ranę, zanim zrobię cokolwiek innego. A tak będzie najszybciej. 

Solaina odwróciła się. Nawet odrobina alkoholu na maleńkiej ranie wyciskała z jej oczu 

łzy, więc nie chciała patrzeć na tak bolesny zabieg. 

– Nie, kochanie. Nie zamykaj oczu – rzekł Howard. – Jesteś pielęgniarką, a ja potrzebuję 

pomocy. 

– Wiesz, jaka ze mnie pielęgniarka – zaprotestowała. 
– Jesteś bardzo dobra, nawet jeśli się z tym nie zgodzisz. Jak dotąd świetnie się spisałaś 

przy Davidzie. Kiedy wczoraj opisywałaś mi jego stan, spodziewałem się znaleźć kogoś o 
krok czy dwa od śmierci. 

Oczyściłaś   mu   ranę   i   infekcja   się   nie   rozwinęła,   myślę   też,   że   zadziałał   antybiotyk. 

background image

Nawodniłaś go całkiem przyzwoicie bez pomocy kroplówki i nawet trochę go nakarmiłaś. 
Owinęłaś mu żebra, żeby nie przebiły płuc. Naprawdę dobra robota. Gdybyś kiedyś chciała 
wyjść  zza  biurka, byłabyś  bardzo  dobrą pielęgniarką.  Żeby to udowodnić, będziesz  teraz 
moimi rękami. Ja będę go trzymał, żeby się nie ruszał, a ty wyciągniesz kulę. – Uśmiechnął 
się. – To prosty zabieg, potrzeba tylko dwóch rąk, których ja już nie mam. 

– Chcesz, żebym ja wyjęła kulę? – Przerażona pokręciła głową. – Nie. Mowy nie ma. Nie 

będę go operować. 

– Więc spodziewasz się, że ja to zrobię? – Howard uniósł ręce. Nawet przez gumowe 

rękawiczki widać było spuchnięte kłykcie. – Więc jeśli nie oczekujesz, że David zrobi to 
sam... – Podał jej parę chirurgicznych rękawiczek, które natychmiast odrzuciła na bok. – To 
drobiazg,   moja   droga.   Zbadasz   ranę,   a   potem,   kiedy   znajdziesz   kulę,   chwycisz   ją   i 
wyciągniesz. 

– A jeśli jej nie znajdę?
–   Spróbujesz   jeszcze   raz.   –   Spuścił   wzrok   na   Davida,   marszcząc   czoło.   –   Nie   mam 

żadnych leków, ale czy kropelka whisky przygotuje cię na ten zabieg?

– Więcej niż kropelka – odparł David. – Może dwie albo trzy. 
– Dobry człowiek zna wartość dobrego trunku. Czysta?
– Czysta. Nie ma sensu udawać, że popijamy sobie towarzysko, skoro chcę tylko zabić 

ból. 

– Howard – rzuciła Solaina. – Przez większą część nocy i dnia on był w delirium. A ty 

proponujesz mu... 

– Znieczulenie. Wyłącznie ze względów medycznych. – Zaśmiał się serdecznie. – Chyba 

że chcesz, żeby cierpiał. 

Westchnęła zirytowana. Nie tak planowała zakończenie tych kłopotów. To Howard miał 

wykonać zabieg, a potem David miał wyjechać. A tymczasem teraz ona ma przeprowadzić 
operację, a David ma wypić alkohol, który unieruchomi go do rana. 

– Nie mogę tego zrobić – zaprotestowała ponownie, czując, że jest na straconej pozycji. 
Howard   uparł   się   przy   swoim,   a   pomysł,   by   zawieźć   Davida   do   Chandelli   na 

prześwietlenie i zabieg, jest niewykonalny. David jeszcze jest za słaby. 

Wzdychając głęboko, podeszła do umywalki umyć ręce. 
– Może jeszcze dasz mu cygaro – mruknęła minutę później, kiedy Howard otworzył 

butelkę whisky, ona zaś zajęła się alkoholem do czyszczenia rany. Kiedy poprzednio czyściła 
ranę   Davida,   używała   nadtlenku   wodoru.   Alkohol   był   skuteczniejszy,   ale   też,   delikatnie 
mówiąc, piekący. Ręce jej się trzęsły, żołądek podchodził do gardła. Pewnie w następnej 
kolejności zrobi jej się słabo. Zawsze robiło jej się słabo w podobnej sytuacji – kiedy miała za 
zadanie coś więcej, niż założenie opatrunku. 

Ale Howard nie podoła temu wyzwaniu, trzeba o tym pamiętać. Jak będzie tak marudzić, 

przypomni mu tylko o tym, co stracił, sprawiając mu wielką przykrość. Victoria powiedziała 
jej   kiedyś,   jak   bardzo   przygnębia   go   choroba.   A   Solaina   za   nic   nie   chciała   przysparzać 
zmartwień Howardowi. 

– W ranie jest jeszcze ziemia i brud – zauważył Howard. – Pod kulą, dlatego musimy ją 

background image

usunąć. I nie wolno mu się potem ruszać z tego łóżka przez dwadzieścia cztery godziny. Jego 
stan   jest   stabilny,   co   nie   znaczy,   że   pora   wyrzucić   go   za   drzwi.   Potrzebuje   lepszych 
antybiotyków, zanim cokolwiek z nim zrobimy, więc na razie najlepiej dla niego, żeby tu 
został i odpoczywał. – Podał Solainie kolejną parę rękawiczek. – Dziś jest wspaniały dzień na 
mały zabieg, nie sądzisz?

Wciągnęła rękawiczki i spojrzała na ranę Davida. Rzeczywiście nie wyglądała gorzej niż 

wcześniej, a może nawet odrobinę lepiej, i nie była tak czerwona wokół brzegów. Zapewne 
nadtlenek wodoru i antybiotyk zadziałały. Howard ma jednak rację: kulę trzeba wyjąć. 

Nie,   nie   zemdleje,   nie   zrobi   nic   tak   głupiego.   Ale   kiedy   skończy   ten   zabieg, 

zdecydowanie się napije. 

– Co pan na to, Davidzie? – spytała, siadając na krześle obok łóżka, by znaleźć się na tym 

samym poziomie co jej pole operacyjne. – Żebym ja to zrobiła. – Nie była nawet w stanie 
wymówić słowa „operacja”. 

– To chyba  ja powinienem spytać, co pani na to? – odparł, po czym wlał do gardła 

pierwszy kieliszek whisky. Potem wyciągnął do Howarda rękę z kieliszkiem po drugą porcję, 
która   zniknęła   niemal   tak   szybko   jak   pierwsza.   –   Już   dawno   nie   piłem   –   mruknął   dość 
bełkotliwym głosem. 

Solaina   obejrzała   się   na   Howarda   i   skinęła   głową.   Kiedy   David   wychylił   duszkiem 

ostatnią porcję środka znieczulającego, zauważyła, że powieki mu opadają. 

– Teraz albo nigdy – szepnęła, po czym pokazała Howardowi, by przytrzymał  klatkę 

piersiową Davida poduszką. – Przepraszam, Davidzie. Żałuję, że nie jest pan w lepszych 
rękach. – Powiedziawszy to, nalała alkohol do jego otwartej rany, potem nabrała głęboko 
powietrza i wstrzymała oddech, spodziewając się jakiejś reakcji. 

Ciałem Davida lekko wstrząsnęło kilka razy, otworzył oczy i patrzył na nią około minuty, 

zapewne do momentu,  kiedy minął  szok spowodowany alkoholem.  Ale nie  krzyknął,  jak 
oczekiwała. To ją zdziwiło. Oczywiście jest bardzo silny, inaczej nie przeżyłby do tej pory. 

– Przepraszam – szepnęła. – Wolałabym nie musieć... 
– To teraz nieważne, co byś wolała – wtrącił Howard. – Ważna jest kula. Jeśli chodzi o 

ranę postrzałową,  miał  trochę szczęścia.  Tkanka została  minimalnie  uszkodzona,  to tylko 
powierzchowna rana. Normalnie nie doradzałbym takiego zabiegu, ale ponieważ on walczy z 
paskudną infekcją, musimy ją opanować. W tych okolicznościach najlepiej oczyścić ranę pod 
kulą, a więc pora ją wyjąć. 

– To wszystko? – spytała, szykując się do pracy. – Mam tylko wyjąć kulę? To całe moje 

zadanie?

– Najpierw ją znajdź – wybełkotał David. 
– No właśnie – rzekł Howard. – Prosta operacja, zajmie najwyżej minutę albo dwie. – 

Zaśmiał się i uniósł whisky do ust. – Całe to gadanie trwa już dłużej. 

Solaina   przygryzła   wargę   i   pomyślała   życzenie,   kierując   je   do   swojego   małego 

czerwonoustego Buddy, po czym zabrała się do dzieła. Czy jej się to podoba, czy nie, musi 
być teraz pielęgniarką, a nie urzędniczką, która przesuwa papiery na biurku. 

– Od czego mam zacząć? – spytała. 

background image

– Od zbadania tkanki wokół rany – odparł David, po czym uśmiechnął się głupawo. – 

Zdaje się, że to nie ja jestem tutaj lekarzem. 

– Och, jest pan lekarzem – odparła, dotykając mięśnia wokół dziury, w której tkwiła kula. 

– Pijanym lekarzem. 

– Czy nie w tym celu piłem whisky?
– Nie mogę operować gadającego pacjenta – oznajmiła, delikatnie naciskając mięsień 

palcami. 

– Masz dobre podejście do chorego. – David mówił już prawie całkiem niezrozumiale. 
Solaina podniosła wzrok na Howarda. 
– Co mam z nim zrobić? Nie chcę, żeby do mnie mówił i nie chcę, żeby na mnie patrzył. 
– Połóż mu poduszkę na twarzy – odparł Howard z uśmiechem.  – To rozwiąże  oba 

problemy. 

– A co mam zrobić z tobą? – burknęła. 
Rana była rzeczywiście nieduża, nie większa niż jej kciuk, o dość gładkich brzegach. Gdy 

kontynuowała badanie, trafiła na jakiś twardy przedmiot, nawet nie tak głęboko, by stwarzało 
to duży problem. Logika dyktowała jej następny krok. Ale kiedy wzięła do ręki pakunek ze 
sterylnymi szczypcami, spojrzała na Howarda, szukając u niego moralnego wsparcia. A on 
tylko skinął głową. No cóż, jest zdana na własne siły. Wziąwszy głęboki oddech, rozerwała 
pakunek, włożyła czyste rękawiczki, wyjęła szczypce i zajęła się raną. 

Przy   pierwszej   próbie   David   lekko   zadrżał   i   mruknął   pod   nosem   coś,   czego   nie 

zrozumiała. Ale nie plótł już bzdur. Zastanawiała się, czy w alkoholowym otępieniu był nadal 
dość przytomny, by z nią współpracować. Wreszcie chwyciła kulę szczypcami i ją wyjęła. 
Zabrało to niecałą minutę – zapewne najdłuższą w jej życiu. 

– Gotowe – oznajmiła z dumą. – Jest taka mała – stwierdziła, przyglądając się kuli, kiedy 

rzuciła ją na ręcznik leżący na stoliku obok łóżka. 

–   Po   prostu   zabaweczka   –   powiedział   Howard.   –   Tutaj   używają   większych   kul   do 

zabijania komarów. Moim zdaniem to było ostrzeżenie, a nie próba zabójstwa. 

– Tyle że mało nie umarł, niezależnie od wielkości kuli – zauważyła Solaina, czyszcząc 

ranę gazą namoczoną w alkoholu. – Dobrze się pan czuje, Davidzie?

– spytała, kiedy Howard badał mu puls na nadgarstku. 
– On jest wspaniały – oznajmił Howard. – Chyba się kompletnie uchlał. Ale dobrze. 

Wyczyśćmy to i załóżmy mu opatrunek. Potem wypijemy trochę naam phonlamai z Victorią, 
a on niech sobie odeśpi popijawę. Moja biedna żona już za długo siedzi sama. 

– Howard wyjął z kieszeni butelkę z pigułkami i postawił ją na stoliku. – Wycyganiłem to 

po drodze w Chandelli.  Są silniejsze niż te, które mu  podałaś. Powstrzymają  infekcję. – 
Potem przytrzymał Davida, kiedy Solaina wlała kolejną porcję alkoholu do rany, i zaśmiał 
się, słysząc zamroczony jęk. – Twój przyjaciel chyba kiepsko toleruje whisky. 

–   Wziąwszy   wszystko   pod   uwagę,   myślę,   że   on   to   dobrze   znosi   –   odparła   z 

westchnieniem. 

O wiele lepiej niż ona, ponieważ gdy rana została opatrzona, a Howard poszedł na plażę 

do żony, Solaina usiadła na łóżku, by zmierzyć Davidowi puls i upewnić się, że rana nie 

background image

krwawi. Z tego momentu zapamiętała  tylko  to, że pusta poduszka obok niego wyglądała 
bardzo zachęcająco. 

– Tylko na chwilkę – powiedziała, kładąc na niej głowę. – Na minutkę... 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gdy   się   obudziła,   w   domku   panował   półmrok,   a   w   kąciku   kuchennym   paliło   się 

przyćmione światło. Z początku nie była pewna, gdzie się znajduje. Wiedziała tylko, że jest 
bezpieczna, że jest jej dobrze i wygodnie. Było to tak miłe uczucie, że chciała je zatrzymać. 
Jeszcze minutkę, obiecała sobie, wtulając się w poduszkę. Jeszcze tylko minutkę... 

Kiedy wyciągnęła rękę, usłyszała obok siebie ciche stęknięcie. Jej ręka wylądowała na 

żebrach Davida!

Natychmiast się odsunęła, w końcu oprzytomniała i zdała sobie sprawę, dlaczego czuła 

się tak dobrze, wygodnie i bezpiecznie. Leżała w łóżku z Davidem, przytulona do niego. On 
obejmował ją, a ona jego, jakby spali tak całe życie. Jak kochankowie... 

W jednej chwili usiadła prosto, ale David chwycił ją za rękę. 
– Nie odchodź – mruknął. 
– Na pewno mówisz tak wszystkim dziewczynom,  „które wyjmują ci kule – odparła, 

usiłując uwolnić się z jego uścisku, nie sprawiając mu bólu. Nie było to łatwe, ponieważ 
trzymał ją mocno. 

– Tylko dziewczynie z moich snów. Oczywiście ona nie chce mnie zostawić, więc nie 

muszę o nic prosić. 

Gdy   wreszcie   zdołała   się   uwolnić,   przesunęła   się   na   skraj   łóżka,   po   czym   wstała   i 

rozejrzała się. Na dworze zapadła ciemność. Kiedy spojrzała na zegar, okazało się, że wstaje 
świt. 

– Howard i Victoria pojechali na noc do hotelu. 
– Jak długo spałam? – spytała zdenerwowana. 
– Cały wieczór i większą część nocy. Nie chciałem ci przeszkadzać, ale chyba nie mogę 

już dłużej czekać. Rozumiesz, zew natury. Konieczność odwiedzenia pewnego przybytku. – 
Usiadł z trudem i spuścił nogi z łóżka. – Co prawda jestem odwodniony, więc potrzeba nie 
była taka pilna, ale Howard kazał mi wypić przerażającą ilość tego waszego naam phonlamai, 
zanim stąd wyszedł, i teraz... 

– A mnie to wszystko nie obudziło?
– Chrapałaś jak piła łańcuchowa. 
– Ja nie chrapię – burknęła Solaina, idąc po omacku przez pokój, by zapalić światło. 
–   Cóż,   ktoś,   z   kim   spałem   minionej   nocy,   chrapał,   a   Howard   i   Victoria   mogą   to 

potwierdzić. – Przesunął się na brzeg łóżka. – Przypuszczam, że nie pomożesz mi wstać. 
Chyba  nadal jestem trochę słaby,  niezależnie  od tego  naam  phonlamai.  Och, jeśli byłem 
wczoraj wieczorem zbyt pijany, żeby to wyjąkać albo wybełkotać, dziękuję za to, co zrobiłaś. 
Howard powiedział, że masz awersję do takich sytuacji i że wyjęcie tej kuli wymagało od 
ciebie wielkiej odwagi. Tym bardziej jestem wdzięczny, Solaino. 

– Wyglądasz lepiej – powiedziała, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. Owszem, 

czuła awersję, i wcale nie dlatego, że jest zbyt  delikatna. Ale nie ma sensu ciągnąć tego 
tematu. Zresztą wołała, by sądził, że jest delikatna, a nie niekompetentna. 

background image

– I czuję się lepiej. Poczuję się jeszcze lepiej, jeśli pomożesz mi dojść do... 
Solaina podeszła do łóżka. 
– Proszę mnie objąć za szyję – powiedziała. 
– Już to robiłem – odparł. – Prawie całą noc cię obejmowałem. I bardzo mi się podobało. 
– Chcesz, żebym ci pomogła?
– Zawsze jesteś taka zrzędliwa z samego rana? Wyobrażałem sobie o wiele milszy obraz. 

Nawet radosny. 

– A ty zawsze jesteś rano taki wesoły? – odparowała, szykując się, by pomóc mu wstać. 

Cieszyła się, że stan Davida tak się poprawił. To dobrze świadczyło o jego sile i determinacji. 
Oczywiście   po   tym,   co   Howard   jej   wyjawił,   nie   powinna   być   zaskoczona   jego   szybką 
rekonwalescencją. 

Problem w tym, co dalej? Z pewnością nie będzie potrzebował opieki pielęgniarskiej, o 

jakiej wstępnie myślała. To oznacza, że będzie musiała gdzieś go zawieźć – do szpitala, o 
którym  mówił Howard, do przyjaciół...  Potem powinna wrócić do Chandelli, do swojego 
własnego życia, i zamknąć ten rozdział. 

Zabawne, przed spotkaniem z Davidem żyła sama i była szczęśliwa. A teraz niemal z 

przerażeniem myślała o chwili, kiedy się rozstaną. 

– Jestem wesoły, kiedy budzę się obok niewiarygodnie pięknej kobiety. Och, i budzę się 

żywy. 

– Gdybym nie widziała, że jesteś chirurgiem, pomyślałabym, że jesteś komiwojażerem – 

mruknęła, podciągając go na nogi. – No a teraz proszę się na mnie oprzeć, casanowo, a ja 
pomogę ci przejść przez pokój. 

I znowu przekonała się, że David jest o wiele silniejszy, niż przypuszczała. To, co mogło 

być trudnym manewrem, okazało się dość prostym spacerem. Szli powoli, ale pewnie. David 
ostrożnie stawiał kroki na miękkim birmańskim dywanie. 

– Nie potrzebujesz tam pomocy, prawda? – spytała, kiedy chwycił się framugi drzwi i 

samodzielnie zrobił kilka kroków do łazienki. 

– Zależy, jaką pomoc proponujesz. Popatrzyła na niego z łobuzerskim uśmiechem. 
– Nie taką, na jaką liczysz. 
Przez   moment   wyobraziła   sobie   Davida   zanurzonego   w   kąpieli   z   bąbelkami.   Ona, 

oczywiście, leży z nim w wannie, z gąbką w ręce, gotowa umyć mu plecy. Już niemal czuła 
zapach mydła jaśminowego. Zamrugała powiekami i odsunęła od siebie ten obraz. 

– Umówmy się, że zawołam, gdybym potrzebował pomocy – dodał David i sam zamknął 

drzwi. 

Solaina wlepiła w nie wzrok i stała tak kilka sekund, zanim się odwróciła i poszła do 

kącika kuchennego zaparzyć herbatę i zastanowić się, co zrobi z Davidem. Albo bez niego. 

Oparł się o umywalkę, ledwo dysząc. Nie wyglądał na radosnego, kiedy spojrzał w lustro. 

Ale robił to dla Solainy. Gdy zniknie z jej życia, co nastąpi już wkrótce, nie chciałby, żeby go 
szukała. A jeśli będzie myślała, że on nadal jest w dość kiepskim stanie, na pewno tak zrobi. 
Więc musi ją przekonać, że jest silny i da sobie radę. 

background image

Uważał,   że   jest   niezłym   aktorem.   Rano   Solaina   już   tak   się   o   niego   nie   martwiła. 

Oczywiście gdyby zobaczyła, jak teraz dyszy i z jakim trudem oddycha, i jakim kosztem dla 
jego żeber się to odbywa – przywiązałaby go do łóżka. Była świetną pielęgniarką, choć sama 
by tego nie przyznała. Poza tym musi mieć na względzie jej bezpieczeństwo. Gdyby z nią 
pozostał, mogłaby stać się celem ataku, a tego nie chciał. 

Spojrzał znów w lustro i pokręcił głową. 
– Niechlujny mięczak – mruknął. 
O ile pamiętał, cztery dni krążył ranny po dżungli. W czwartek rano przebiegł granicę, jak 

setki razy wcześniej. To miał być krótki wypad po pacjenta na obrzeża Qailin. Ranny w nogę, 
jak mu powiedziano. Zapewne czekała go amputacja. Kolejny biedny rolnik, który wszedł na 
jeden ze starych zardzewiałych drucianych zasieków rozciągniętych nisko nad ziemią. 

Nie pamiętał wszystkich szczegółów, ale też nie przypominał sobie nic wyjątkowego. 

Poza tym, pomyślał, dotykając zabandażowanych żeber. 

Najpierw ktoś ukradł im samochód – ich karetkę, ich dobrego dżipa, potem obrabowano 

ich schowek z zapasami i sprzętem medycznym i rozbito szybę w sali operacyjnej. To nie 
były bardzo agresywne działania, raczej ostrzeżenia, które najwyraźniej  eskalowały aż do 
napadu na niego samego. Do tej pory nikt nie został poszkodowany, a tym razem skopano go 
niemal śmiertelnie. 

Uniósł rękę, by rozmasować prawe ramię. Przypadek? Już tak nie myślał. A zatem musi 

opuścić Solainę, zanim jej się coś stanie. Zwłaszcza że prowadzi kurs dla pielęgniarek z IMO, 
a on nie był jeszcze gotowy uznać, że IMO jest wolne od podejrzeń. Nie był też gotów, by ich 
oskarżyć. Pomyślał, że to wszystko nie ma sensu, i spryskał twarz wodą. Dlaczego tak go 
urządzili? Oni czy kto inny?

Mycie i doprowadzenie się do porządku zajęło Davidowi niemal pół godziny. Kiedy z 

uśmiechem wziął maszynkę do golenia Solainy, zdał sobie sprawę, że zależy mu na tym, by 
tego ranka dobrze wyglądać. Już dawno mu na tym nie zależało, gdyż poza pracą nic się dla 
niego nie liczyło od momentu, gdy dostał drugą szansę od Howarda. I absolutnie nie mógł 
tego popsuć. 

Pomyślał o Solainie, przeciągając maszynką po zaroście. Westchnął tęsknie. Mogłoby 

być naprawdę miło. 

– Gotujesz coś? – spytał chwilę później, kiedy opadł na jedno z dwóch krzeseł przy 

stoliku wielkości szachownicy. 

– Nawet o tym nie marz – odrzekła ze śmiechem. – Poza tym w Dharavaju jest takie 

wspaniałe jedzenie, że nigdy nie gotuję. Ale potrafię parzyć świetną herbatę. Co ci podać? 
Śmietankę, cukier, cytrynę? Howard zostawił też nieco swojego grogu. 

– Tylko nie grog. Trochę cukru, dużo cytryny i lód. Powiedzmy, że Howard jest o wiele 

lepszy ode mnie, jeśli chodzi o alkohole. 

– Nie chcesz gorącej herbaty? Uśmiechnął się znacząco i puścił do niej oko. 
– Lubię różne gorące rzeczy. Kobiety, salsę... Herbata akurat do nich nie należy. 
– A mnie się wydawało, że twoim ulubionym napojem jest woda sodowa – zażartowała. – 

Przyszło mi to do głowy, kiedy chrapałeś. 

background image

– Ja nie chrapię – wtrącił. – To musiał być jakiś inny rozbójnik, którego przytargałaś do 

domu w środku nocy. 

Solaina roześmiała się. 
– Jesteś moim pierwszym... 
– Te słowa pragnie usłyszeć każdy mężczyzna. 
– Ochłoń, casanowo, bo złamiesz sobie kolejne żebro. 
– Warto zaryzykować, jeśli ty mnie opatrzysz. 
– Zdumiewające, co może zdziałać kąpiel, prawda? – Wyjęła tacę z lodem z zamrażarki. 

– Jesteś chory, słaby, a po chwili... – Wzruszyła ramionami. – Prawie jak każdy facet, z 
którym się umawiałam. 

– Przystojny?
– Napalony, niezależnie od okoliczności. Usiadła naprzeciw niego i podała mu bananową 

babeczkę. 

– Uprzedzając twoje pytanie, nie, nie piekłam ich sama. Kupiłam je w Chandelli. We 

francuskiej   piekarni   tuż   za   rogiem   ulicy,   na   której   mieszkam.   A   skoro   mowa   o   miejscu 
mojego zamieszkania, skąd znasz Howarda?

– Może powinienem zadać ci to samo pytanie?
– Jesteśmy sąsiadami. 
–   A   my   przyjaciółmi,   od   dziesięciu   lat.   To   on   mnie   ściągnął   do   tej   części   świata. 

Wykładał w Toronto, kiedy się spotkaliśmy. Potem coś mi nie wyszło – małżeństwo, praca – i 
Howard wyciągnął do mnie rękę, a potem wysłał mnie do Kambodży i IMO. To był jeden z 
tych ciemnych okresów w życiu, których lepiej często nie wspominać. – Uśmiechnął się. – 
Ale   zawdzięczam   Howardowi   to,   kim   jestem   dzisiaj.   A   teraz   on   czasami   pracuje   jako 
ochotnik w moim szpitalu. Nie operuje, oczywiście, ale jest świetnym lekarzem, i zawsze 
cieszymy się, kiedy Victoria puści go na parę dni. 

– Historia mojej znajomości z Howardem nie jest tak dramatyczna. Byliśmy sąsiadami, a 

on poprosił mnie, żebym poprowadziła kursy dla pielęgniarek z IMO. 

– Czy próbował cię kiedykolwiek zwerbować do pracy?
Solaina gwałtownie potrząsnęła głową. 
– Zna mnie. Potrafię zawiązać bandaż, ale to wszystko, jeśli chodzi o moje praktyczne 

umiejętności. Dlatego uczę i administruję. 

– Czyżbym słyszał żal w twoim głosie? Że nie jesteś kliniczną pielęgniarką?
– Nie. Przed laty dokonałam wyboru i dobrze mi z tym. 
– Ale wolałabyś robić co innego?
– W tej chwili wolałabym leżeć na leżaku i czytać. 
– I mówisz, że to ja robię uniki. Jesteś dobrą pielęgniarką i wiesz o tym. Masz znakomity 

instynkt. 

– Proszę, nie ciągnijmy tego. – Solaina wypiła łyk herbaty. – Niedługo stąd wyjeżdżam, 

więc nie ma sensu mówić o moich instynktach i umiejętnościach. 

– Wyjeżdżasz?
– Tak właśnie żyję, pracuję trochę w jakimś miejscu, a potem przenoszę się gdzie indziej. 

background image

Spędziłam tu dwa łata, to mój limit. 

– Niepokój tak cię goni? Dlatego wyjeżdżasz? Skinęła głową. 
– A ty?
– Ja siedzę w jednym  miejscu. Gdyby Howard nie przekonał mnie,  że w Kambodży 

znajdę cel życia, siedziałbym w Toronto, łażąc po ulicach i szukając celu albo prowadząc 
praktykę rodzinną z moim tatą, dziadkiem i bratem. Jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną 
ortopedów. 

– Brzmi to sympatycznie. 
– W teorii. 
– Czyżbym słyszała jakiś żal w twoim głosie?
– To nie żal. Raczej świadomość. 
– Tak, rodzinne sytuacje bywają trudne – skomentowała. – A twoje małżeństwo?
– Ona mnie oszukiwała. Wychodząc za lekarza za mąż, myślała tylko o pieniądzach, ale 

nie podobało jej się, że spędzam tyle godzin poza domem, więc znalazła sobie kogoś, kto 
pracuje krócej. Oczywiście, ja niczego nie zauważyłem, bo nie było mnie w domu, a ona 
miała romans przez trzy z pięciu lat naszego małżeństwa, zanim ją przyłapałem. To było 
piekło. Myślałem, że jesteśmy szczęśliwi, a byłem tak zajęty robotą, że nie zorientowałem się, 
że to tylko złudzenie. 

– Nadal ją kochasz? David potrząsnął głową. 
– Gdybym ją kochał, zauważyłbym coś wcześniej. 
– Moi rodzice większość czasu spędzili osobno, ale pozostali  sobie wierni. Mieliśmy 

mnóstwo problemów, ale zawsze mogliśmy liczyć na to, że rodzice są sobie oddani. 

– Nie tak łatwo być wiernym – rzucił oschle David. 
– Wystarczy kochać. To wszystko. 
– Jesteś optymistką. 
– Może. 
– Tyle że ta optymistka siedzi sama na pustkowiu. 
– Ponieważ dzięki temu jest szczęśliwa. – I smutna. – Żyję po swojemu, ale nie wciągam 

w to innych, niczego się od nich nie spodziewam, nie pozwalam, żeby mnie rozczarowali. 
Zanim   przylepisz   mi   jakąś   etykietkę   albo   spróbujesz   zdiagnozować   moją   osobowość, 
odpowiem na twoje niezadane pytania. Żyłam sporo czasu zdominowana przez mężczyznę, 
który mówił mi, kim jestem, co powinnam robić, a czego nie. Teraz to się skończyło, a jeśli 
moje życie wydaje ci się dziwne, niech tak pozostanie. Ale już nikt nade mną nie stoi, nikt 
mnie nie ocenia. Kiedy dorastałam, nie marzyłam o tym, żeby zostać baleriną, pielęgniarką 
ani nauczycielką. Chciałam być sobą. 

Tyle było goryczy w jej głosie, że David z trudem się powstrzymał, by nie wstać i nie 

wziąć jej w ramiona. Potrzebowała tego, a on pragnął jej to dać. Ale w ten sposób nigdy jej 
nie opuści. 

– Jesteś dobrą pielęgniarką, Solaino. Nieważne, co o sobie myślisz. Spójrz tylko, co dla 

mnie zrobiłaś. 

– Podstawowe rzeczy. Zrobiłby to każdy, kto przeczytałby dobry podręcznik pierwszej 

background image

pomocy. 

– To twoje zdanie, ale ja uważam, że siebie nie doceniasz. 
– Znam swoje umiejętności. Jestem dobra w tym, co teraz robię. Mam wiedzę na temat 

pielęgniarstwa i zdolności administracyjne, ale praktykę zostawiam innym. Nie masz racji, 
twierdząc, że siebie nie doceniam. Jestem tylko realistką. – Westchnęła zirytowana. – Muszę 
się wykąpać. Siedź tutaj, zaczekaj, aż herbata ci wystygnie, zjedz jeszcze jedną babeczkę. Jak 
wrócę, pomyślimy, co dalej. Gdzie musisz jechać, dokąd mam cię zawieźć. 

Po tych słowach tak szybko zniknęła w łazience, że nie zdążył nic powiedzieć. 
–   Jesteś   dobra!   –   zawołał   mimo   wszystko.   Chętnie   zostałby   z   nią,   żeby   dodać   jej 

pewności siebie, ale nie mógł tego zrobić. – Przyjemnej kąpieli, Solaino. 

–   Fatalnie   wyglądasz,   mój   przyjacielu   –   rzekł   Matteo   Carlini,   pomagając   Davidowi” 

wsiąść do starego dżipa. To był jedyny środek transportu, jakim dysponowali teraz w szpitalu 
Vista. 

– W porównaniu z czym? – mruknął David, wyciągając się na siedzeniu. 
– W porównaniu ze zwłokami, którym  robiłem sekcję na studiach. Facet miał więcej 

koloru niż ty, a nie żył. 

– I pewnie czuł się lepiej niż ja. – Rozbolała go głowa. W zasadzie bolało go całe ciało. 

Nawet serce trochę go bolało. Zostawił Solainę w niezbyt miły sposób, ale nie był w stanie 
wymyślić   nic   innego.   Ledwie   wyszedł   z   jej   domku,   a   już   tego   żałował.   Co   z   kolei 
uświadomiło mu, że jednak dobrze zrobił. Wszystko, co go rozpraszało i odwracało jego 
uwagę od pracy, okazywało się zwykle katastrofalne w skutkach. A Solaina odrywała go od 
pracy. 

– Więc jeśli jest tak piękna, jak mówisz, to dlaczego opuściłeś jej łóżko? Jeszcze jedna 

noc i kto wie? – Doktor Matteo Carlini, romantyczny Włoch i chirurg, zaczął pracować z 
Davidem siedem lat temu. Zaprzyjaźnili się jeszcze podczas studiów, i tak już zostało. 

– Gdybyś nie zauważył, zdradzę ci, że nie jestem w pełni sprawny. Kolejna noc nic by nie 

zmieniła. 

– Kolejna noc zawsze coś zmienia, Davey, więc powiedz mi, co się stało. Martwiliśmy 

się. Wysłaliśmy ludzi, zaangażowaliśmy miejscową policję... 

– Wydostaliście mojego pacjenta? Tego, po którego pojechałem?
– Kiedy nie wróciłeś po dwunastu godzinach, posłaliśmy po niego. Jest już po operacji, 

może wracać do domu. 

– Martwiłem się o niego. 
– Jasne, ale wiesz, że możesz na mnie liczyć. Tak jak ja na ciebie. – Matteo uśmiechnął 

się. – Chociaż jesteś w tej chwili w dosyć kiepskim stanie, co? Mimo to ogromnie się cieszę, 
że cię widzę. 

– Nie byłem pewien, czy mnie w ogóle zobaczysz. 
– Aż zjawił się twój anioł miłosierdzia. – Matteo pokręcił głową. – Niektórzy to mają 

szczęście. 

– Dużo mi przyszło z tego miłosierdzia. 

background image

– Tak szybko cię odrzuciła? To chyba twój rekord, co?
– 7 Żaden rekord, bo niczego nie próbowałem. Ona nie jest taka. – Pokręcił głową. – Nie 

dotarłem nawet do punktu, w którym mogłaby mnie odrzucić. Na samym początku wysłała 
ostrzeżenie. 

– Zraniona dusza?
– Czyż wszystkich nas to nie dotyczy? – odparł David. – Poza tym Solaina nie chce się 

wiązać. 

– To dla ciebie dobrze, bo nie wierzysz w małżeństwo. 
David zaśmiał się, a potem skrzywił. 
– To nie w małżeństwo nie wierzę. Raczej w ludzi. 
– Taa. Już to wszystko słyszałem. Jeżeli nie dostałeś jeszcze mocno po głowie, zaraz to 

nadrobię. 

Wiesz,   że   jestem   beznadziejnym   romantykiem.   Jeśli   tylko   wpadnę   na   odpowiednią 

dziewczynę, natychmiast się ożenię. 

– Na Solainę nie wpadniesz. Wyjeżdża z Dharavaju, więc nie ma co spekulować. 
– To ci odpowiada, co? Zakochujesz się, a ona wyjeżdża, więc nic cię to nie kosztuje. 
David zamknął oczy. 
– Dlaczego ja wciąż się z tobą przyjaźnię? Matteo roześmiał się. 
– Żebym ci wbił trochę rozumu do głowy. Żebym ci mówił, że to ta jedna jedyna, kiedy 

ty nie chcesz tego przyznać. 

To jest ta jedna jedyna... David niemal widział Solainę leżącą w jaśminowej kąpieli. Ta 

fantazja miała złagodzić jego ból. 

– Masz rację co do jednego – westchnął. – Gdybym wierzył w małżeństwo, wybrałbym 

właśnie ją. Ale nie wierzę, więc nie ma o czym mówić. 

–   Gadasz   jak   zakochany.   Znam   ten   ton.   Prawdę   mówiąc,   odkąd   ujrzał   Solainę   w 

Chandelli kilka tygodni wcześniej, nie myślał o niczym innym. A teraz, gdy ją poznał, nadal 
nie myślał o niczym innym... 

– A skąd wziął się tam Howard? Dzwonił do mnie wczoraj, żeby poinformować, że nic ci 

nie jest, i żebym dziś po ciebie pojechał. Ale jak tam trafił?

– Są sąsiadami. Ma ojcowski stosunek do Solainy. Chyba zdziwił się, kiedy znalazł mnie 

w   jej   łóżku   nieprzytomnego.   Och,   będzie   w   Vista   w   przyszłym   tygodniu.   –   Pomimo 
emerytury   Howard   często   spędzał   u   nich   czas.   Nawet   ze   swoim   artretyzmem   był   darem 
niebios dla szpitala. – Myślę, że on chce nas wyswatać, Solainę i mnie. 

– Zawsze to robił, prawda? Bawił się w swatkę. Czy wie, że Solaina jest kobietą twoich 

marzeń?

Dżip wpadł w dziurę. David z bólu złapał się za żebra. 
– Mógłbyś zwolnić, żebym nie złamał kolejnej kości?
– Ależ jesteś drażliwy.  Jako twój osobisty lekarz muszę zapytać,  czy jesteś drażliwy 

dlatego,   że   źle   się   czuje   i   z,   czy   dlatego,   że...   Jak   to   powiedzieć   dyplomatycznie?   Że 
zakochałeś się w pięknej damie i jesteś śmiertelnie przerażony, bo uważasz, że nie da się 
połączyć kariery ze szczęśliwym związkiem?

background image

– Idź do diabła. Matteo zaśmiał się. 
– Przypuszczam, że to odpowiedź na moje pytania, co? Więc kiedy poznam tę diablicę, 

która skradła ci serce?

– Nigdy. Nie chcę, żeby miała do czynienia z naszym szpitalem, a zresztą ona wkrótce 

wyjeżdża z Dharavaju... 

– I nawet nie pocałowałeś jej na pożegnanie?
–   Nawet   nie   próbowałem.   –   Niestety.   David   westchnął   głęboko   i   zamknął   oczy,   z 

nadzieją, że będzie śnił o Solainie do końca podróży. 

Stała   na   tarasie   i   patrzyła   na   plażę.   Nie   zdziwiło   jej   zniknięcie   Davida.   Może   była 

rozczarowana i zaniepokojona sposobem, w jaki zniknął. 

– On nie robi niczego głośno – skomentował to Howard. Przyjechali z Victorią rano, 

postanowiwszy, że zostaną tam jeszcze jeden dzień przed powrotem do Chandelli. – David 
jest tak skupiony na swojej pracy, że odrzuca wszystko inne. Zobaczyłem to, kiedy spotkałem 
go w Toronto. Jest oddany i pełen poświęcenia.  Dobre połączenie,  zwłaszcza przy takiej 
pracy, jaką wybrał. Ale niełatwy los. 

– Jest też przystojny – dodała Victoria rozmarzonym głosem. Leżała na leżaku w białym 

słomkowym kapeluszu z szerokim rondem, ubrana w pomarańczowożółty kwiecisty kaftan. 
Była   piękną   kobietą   w   nieokreślonym   wieku,   o   porcelanowej   cerze.   Chociaż   Solaina 
wiedziała, że Victoria zbliża się do sześćdziesiątki, oceniała ją po wyglądzie na znacznie 
młodszą.   –   Pamiętam,   jak   zobaczyłam   go   po   raz   pierwszy,   przyszedł   do   naszego 
londyńskiego   mieszkania   na   kolację.   Howard   nie   zostawił   nas   samych   ani   na   chwilę.   – 
Śmiejąc się, wdzięcznie przesunęła kapelusz na tył głowy i posłała całusa mężowi. 

– Uroda nie rekompensuje złego zachowania – rzekła Solaina. – A znikając w ten sposób, 

zachował się nieuprzejmie. 

– On nie widzi nic poza pracą – bronił go Howard. – Czasami nie widzi nic poza tym, co 

chce widzieć. Dotyczy to również jego byłej żony. 

– Mówił mi o tym. 
– Myślę, że ją kochał, ale bardziej kochał medycynę, a ona znalazła sobie kogoś, dla kogo 

była najważniejsza. Potem się załamał, tak jak ja bym się załamał, gdybym odkrył, że moja 
kochana   Victoria   mnie   oszukała.   –   Posłał   żonie   całusa.   –   Ale   poza   tym   David   jest 
skoncentrowany na ratowaniu  świata. To naprawdę bardzo dobry człowiek.  I mężczyzna, 
który dostał nauczkę, jeśli cię to interesuje. 

Solaina zignorowała ostatnią uwagę. Howard zawsze chciał ją uszczęśliwić. Zazwyczaj w 

odpowiedzi uśmiechała się cierpliwie, gryząc się w język. . – Więc czemu zwerbowałeś go do 
IMO?

– Nie zwerbowałem, tylko przekonałem. Uznałem, że się do tego nadaje i ma talent do 

ciężkiej pracy. Nie czuł się dobrze w przychodni rodzinnej, a przede wszystkim potrzebował 
odmiany akurat w momencie, kiedy ja organizowałem oddział IMO w Kambodży. A dalej to 
już wiesz. – Howard się zaśmiał. – Sposób, w jaki na ciebie patrzył, kiedy ty nie patrzyłaś, i 
sposób, w jaki ty reagujesz na tak zwyczajną rzecz jak jego wyjazd... to moja droga bardzo 
dobrze wróży. 

background image

– Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć – zawołała Victoria. – Każdy pikantny 

szczegół. – Odwróciła się do męża i przekrzywiła głowę, by wystawić twarz do słońca. 

Howard podszedł do niej, pochylił się i pocałował ją czule w policzek. 

Howard i Victoria mieli ze sobą kosz wypełniony wspaniałym jedzeniem – pieczywem i 

herbatnikami, owocami, kawiorem, ostrygami, serem, a do tego dobrym winem. Solaina nie 
piła wina, ponieważ miała wracać samochodem do Chandelli. Za to tak się najadła, że nie 
zmieściła już na deser czekoladowego trufla. Potem pożegnała parę przyjaciół, obiecując, że 
za kilka dni wpadnie do nich na kolację. 

Po odjeździe Howarda i Victorii Solaina pojechała do miejsca, gdzie znalazła Davida. 

Zatrzymała   się   i   wysiadła,   po   czym   powoli   podeszła   do   krzaków,   obok   których   leżał, 
pochyliła się i dotknęła ziemi. 

– Co takiego w tobie jest, Davidzie, co tak pociąga Howarda, co tak pociąga Victorię, a 

zwłaszcza mnie?

Tak, był przystojny, a jej podobali się przystojni mężczyźni. Nigdy jednak nie kierowała 

się wyglądem. Poza tym był blondynem, a ona lubiła blondynów. Ale w końcu to nie jest 
ważne, skoro nie miała zamiaru się angażować. 

– Czy chodzi o twoją opinię, Davidzie? Fakt, że poświęciłeś życie ważnej sprawie? Czy 

że podniosłeś się i zacząłeś od nowa?

Ona nie była w stanie tego zrobić po Jacobie. 
– To wszystko są doniosłe sprawy – dodała, prostując się i otrzepując ręce z ziemi. Ale 

kiedy myślała o Davidzie, myślała o... szczęściu. 

Tak, szczęściu. Niezależnie od tego, przez co razem przeszli, lubiła się nim opiekować, 

lubiła na niego patrzeć, kiedy spał. Lubiła rozmawiać z nim, nawet gdy majaczył. Czuła się z 
nim szczęśliwa. A teraz za nim tęskniła. 

–   Dwa   dni,   a   ty...   Mało   go   nie   przejechałaś,   potem   wzięłaś   go   do   łóżka,   a   teraz 

zapominasz o swoich zasadach. O tym, że wybrałaś samotność. 

Wsiadła znów do samochodu, zawróciła i pojechała z powrotem. Tyle że minęła skręt do 

swojego domku i jechała na południe przez kolejne pół godziny, aż dotarła do zjazdu na 
drogę, która prowadziła do Kanthy. 

– I co zrobisz, jak już tam dotrzesz? – spytała samą siebie. Bo już nie będzie odwrotu. 

Więc albo wróci do szpitala, skończy swoją pracę i pojedzie w inne nowe miejsce. Albo 
odszuka   Davida   i   zobaczy,   co   on   robi   w   tej   dżungli,   dlatego   że...   Cóż,   nie   była   pewna 
dlaczego. I może to był powód, by za nim jechać: żeby dowiedzieć się dlaczego. Wzięła 
głęboki oddech. Spojrzała przed siebie, potem obejrzała się, i wreszcie skręciła. Zapewne był 
to największy zakręt w jej życiu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Szpital   Vista   był   niedużym   budynkiem   mieszczącym   się   w   pewnej   odległości   od 

miasteczka Kantha. Przycupnął na niewysokim wzgórzu, z którego rozciągał się widok na 
plantację kauczuku. Nie rzucał się specjalnie w oczy, ani nie ukrywał. Znakomicie wtopił się 
w krajobraz – drewniany budynek żył w harmonii z naturą, z wielkimi rododendronami i 
prostymi jak strzała bambusami. 

W Kancie klimat był  gorętszy i bardziej wilgotny niż w pozostałej części Dharavaju. 

David wolał chłodniejszy klimat Toronto, ale uwielbiał bogatą roślinność dżungli. 

Odpoczywając na frontowym ganku szpitala z nogami opartymi na stole i pijąc wodę 

sodową, zaśmiał się na myśl o swoim głupim gadaniu o drzewach i rododendronach. Dla 
Solainy   to   nie   miało   sensu,   dla   niego   przeciwnie.   Jego   umysł,   walcząc   o   zachowanie 
przytomności, skupiał się na rzeczach, które David znał i lubił. Teraz, patrząc na okolice 
Visty, uświadomił sobie, jak bardzo kocha to miejsce. Gdyby ktoś kazał mu spędzić tutaj 
resztę życia, nie skarżyłby się. Może tylko trochę na ten upał... 

– Zapuściłeś tu korzenie, co? – powiedział Matteo, stając za jego plecami. 
– Nawet nie wiesz jak bardzo, dopóki nie pomyślisz, że możesz już tego nie zobaczyć. 
–   Śmiertelnie   mnie   przestraszyłeś,   Davey.   Po   dwóch   dniach   doszły   nas   pogłoski,   że 

zostałeś zabity. 

– Gdyby tak się stało, byłbyś  świetnym szefem – rzekł Davidbez emocji. Jeszcze nie 

wrócił myślami do pracy. Wspominał Solainę, nie był gotowy na powrót do realnego świata. 
Jeszcze minuta albo dwie, a potem o niej zapomni. 

– Nadal w melancholijnym nastroju? – spytał Matteo. 
David potrząsnął głową. 
– Jestem tylko zmęczony i obolały. 
– Świetnie sobie poradziła z twoją ręką, sam lepiej bym tego nie zrobił. Rana jest czysta. 

Masz dobre wyniki, białe ciałka w normie. Uratowała ci życie. Jesteś w znakomitej formie po 
takiej traumie. 

Matteo zmienił mu opatrunek i prześwietlił żebra. Poza tym, że nadał był obolały, radził 

sobie faktycznie nieźle. 

– Wierzysz w przeznaczenie? – spytał. 
– Źle z tobą, co?
– Dużo gorzej, niżbym chciał. Ale przejdzie mi. 
– Albo nie. 
– Ona ucieka. Wbiła sobie do głowy, że nie jest dość dobra, a ja myślę, że ucieka. Ja już 

mam to za sobą. – David rozejrzał się i złapał przyjaciela za rękę. – Chyba ciągle jestem 
nieprzytomny, skoro rozmawiam z tobą o takich sprawach. 

– A ja jestem wciąż romantykiem. Moje związki nie są może trwałe, ale w tej chwili są 

bardzo namiętne. 

background image

–   Wierz   mi,   nam   było   do   tego   daleko.   –   Chociaż   kiedy   się   obudził   i   znalazł   ją   w 

ramionach, poczuł coś, czego nie czuł już bardzo dawno. – Zepsułem jej krótkie wakacje, 
myślę, że od początku tego żałowała. Nie mam jej za złe. Siedziała sobie tam sama i czytała 
jakiś romans, a ja wtargnąłem w jej życie w mało romantyczny sposób. 

– Pytanie, czy ona chce romansu?
– Ona chce ciszy i spokoju. 
–   Czy   wgniotłeś   jej   samochód,   kiedy   na   niego   wpadłeś?   –   spytał   Matteo.   –   Może 

powinieneś tam wrócić i zadośćuczynić, jeśli to konieczne. Nie mówię o zadośćuczynieniu 
finansowym, raczej takim bardziej w stylu książki, którą czytała. 

–   Może   powinienem   zająć   się   robotą   papierkową,   podczas   gdy   ty   weźmiesz   się   do 

prawdziwej pracy. 

– Och, wraca groźny szef. Co mi zrobisz? Obniżysz mi pensję, jak jeszcze chwilę tu 

posiedzę? Powiedz mi, jak można odjąć coś z niczego?

David roześmiał się. Matteo zawsze potrafił poprawić mu humor, kiedy tego potrzebował. 

Oczywiście   płacono   im   kiepsko.   Pieniądze,   jakimi   dysponował   szpital,   pochodziły   z 
charytatywnych   źródeł,   ale   najlepsze   były   stypendia.   To   nie   zapewniało   jednak   życia   na 
wysokim poziomie. Własny pokój, jedzenie i kieszonkowe – to było wszystko. 

Matteo wiedział o tym, przyjeżdżając do Kanthy. Tak samo David. I żaden z nich nie 

zamieniłby tej pracy na nic innego. 

– Przepraszam, że się o mnie martwiłeś – rzekł David. – Ja też się o siebie martwiłem. A 

teraz, kiedy nie mamy hummera, nie wiem, jak poradzimy sobie z transportem. 

– Ktoś chce nas stąd wykurzyć. Nie wiem, o co chodzi – stwierdził Matteo z troską. – 

Może to coś osobistego, choć nie sądzę, żebyśmy obrazili jakąś kobietę tak bardzo, żeby jej 
mąż się na nas mścił. Nie wydaje mi się też, żeby IMO było aż tak wrogo do nas nastawione. 
Jesteśmy po tej samej stronie. Po prostu inaczej pracujemy. Może są źli, że nas stracili. – 
Pomyślał   przez   moment,   potem   pokręcił   głową.   –   Nie,   to   niemożliwe.   Chyba   że   chcą 
doprowadzić do zamknięcia naszego szpitala, żeby odzyskać całą naszą trójkę: ciebie, mnie i 
Howarda. 

– Gdyby chcieli, żebym wrócił, nie strzelaliby do mnie. Kto tam teraz rządzi? Nie jestem 

na bieżąco. 

– Wzięli jakiegoś geniusza od zarządzania, nazywa się Leandre. On jest odpowiedzialny 

za zmiany. 

Zmiany, które spowodowały, że David, Howard i Matteo odeszli. Które dotyczyły przede 

wszystkim wyników i wydatków. Może takie podejście było konieczne. IMO rozrastało się i 
odpowiedzialność finansowa rosła. Jako dyrektor małego szpitala wiedział o tym. Ale wyniki 
nigdy nie powinny być ważniejsze od pacjenta, a kiedy IMO ogłosiło, że ogranicza operację 
w   Kambodży   z   powodów   finansowych,   i   że   wkrótce   zacznie   oceniać   pacjentów   wedle 
potrzeb, wtedy zrozumiał, że czas odejść. 

Nie   winił   IMO   za   te   zmiany.   To   duża   międzynarodowa   organizacja,   a   rozszerzanie 

działalności w świecie zapewne wymaga zmian. Ale osobiście był im przeciwny. Oddział w 
Kambodży potrzebował doświadczonych lekarzy, a plany IMO przewidywały wysłanie ich 

background image

gdzie indziej, jego na jakieś administracyjne stanowisko, Howarda na emeryturę, a Mattea nie 
wiadomo gdzie. 

Brzydko   potraktowali   ochotników,   którzy   tyle   dla   nich   zrobili,   więc   zachował   się   – 

patrząc z perspektywy czasu – może zbyt gwałtownie, po czym odszedł. Jednak nie wierzył, 
by ich nowy guru mścił się na nim. 

– Nie poznałem go, nigdy o nim nie słyszałem. Jeśli to IMO stoi za sabotażem, mogą 

najwyżej udowodnić, że mają rację. A tu nie chodzi o czyjeś ego. 

– Jeśli nie IMO, to kto?
David wzruszył jednym sprawnym ramieniem. 
– Przypadek, być może. Zbieg okoliczności. 
–   Ale   nie   uciekniesz,   co?   –   spytał   Matteo   i   nagle   spoważniał.   –   Teraz,   kiedy   cię 

zaatakowali?

– Jestem jeszcze bardziej zdeterminowany, żeby zostać. Robimy dobrą robotę, nic mnie 

stąd nie ruszy. 

– Nawet piękna Solaina? David westchnął tęsknie. 
– Niestety, nawet ona, ale ona nie spróbuje. 
– Więc wracamy do tego, że się zadurzyłeś. – Matteo poklepał go po ramieniu. – Jesteś 

beznadziejny. 

– Cóż, choć raz się zgadzamy. 
– Więc co powiemy władzom o twojej ostatniej drobnej awanturze?
– To samo  co poprzednio. Nie wiemy kto, nie wiemy dlaczego.  A kiedy miejscowy 

minister napisze raport, wyśle go razem z innymi z wielkim znakiem zapytania. 

– Ten musi leżeć na samym wierzchu – powiedział Matteo. – Wandalizm to jedno, ale to, 

co ci zrobili.

– Jestem zmęczony. To były ciężkie dni. 
– Jako lekarz zalecam ci odpoczynek w łóżku. Samotny. 
– Pomógłbym ci w robocie, ale masz rację. 
– Mam rację?
– Tym razem tak – odparł David i powlókł się do swojego pokoiku. 

– Gdzie ja jestem? – mruknęła Solaina, zatrzymując samochód, by się rozejrzeć, chociaż i 

tak niewiele jej to dało. – Tu gdzieś musi być Kantha. – Podeszła do tyłu samochodu, jakby to 
robiło jakąś różnicę. 

A jeśli zobaczy stąd Kanthę albo szpital Davida, to co? Szczerze mówiąc, nie wiedziała. 
– Cześć, David, właśnie byłam niedaleko, więc postanowiłam wpaść. – Nie uwierzyłby, 

gdyby znów był w delirium. – Oto rachunek za wgniecenie, które zrobiłeś, kiedy uderzyłeś w 
mój samochód. 

Nie, to głupie. Nie była nawet pewna, dlaczego szuka Davida. 
–   Zdecyduj   się   –   mruknęła   znowu,   zastanawiając   się,   czy   gdyby   uderzyła   głową   w 

samochód, wbiłaby sobie do niej trochę rozumu. 

Stała nad brzegiem rzeki Kantha i patrzyła na kościół Niepokalanego Poczęcia, okazały 

background image

budynek   z   pięknymi   architektonicznymi   detalami.   Jakąś   godzinę   wcześniej   miejscowy 
chłopak wskazał jej kierunek, mówiąc, że to najkrótsza droga do szpitala. Potem wyciągnął 
rękę, spodziewając się zapłaty. Solaina zapłaciła mu. 

Chłopak powiedział, że szpital jest na wzgórzu, że zobaczy go, gdy dostrzeże kościół. Ale 

tak się nie stało, oczywiście. Podjechała na kolejne wzniesienie, i jeszcze następne. Teraz, 
pięć wzniesień dalej, chciała już pogodzić się z myślą, że David Gentry to tylko wytwór jej 
zmęczonej wyobraźni, i że szpital o nazwie Vista w mieście Kantha w ogóle nie istnieje. 

– David, gdzie jesteś?
Obróciła się powoli, przyglądając się okolicy. Jeśli nie znajdzie go tym razem, wróci do 

Chandelli i zapomni o minionym weekendzie. Co z oczu, to z serca. 

Rozejrzała się, ale niczego nie dostrzegła, a zatem wróciła do samochodu i już miała 

wsiąść i przyznać, że zrobiła błąd, przyjeżdżając tutaj, kiedy nagle coś wypatrzyła. Szpital 
faktycznie stał na wzgórzu, jak powiedział chłopiec, a równocześnie był dobrze schowany. 

Pół   godziny   później,   pokonawszy   kolejną   wyboistą   drogę,   dotarła   na   miejsce.   Na 

drzwiach wisiała tablica z nazwą Vista. Widok był spektakularny. 

Wysiadłszy z samochodu, przystanęła na moment, by objąć wzrokiem cały teren. Potem 

ruszyła   do   głównych   drzwi,   niepewna,   co   za   nimi   znajdzie,   ani   czego   powinna   się 
spodziewać. Jak się okazało znalazła mały, ale całkiem nowoczesny szpital, wyglądający tak, 
jak   może   wyglądać   szpital   na   obrzeżach   Kanthy.   Czysty,   porządny,   w   stylu   lat 
pięćdziesiątych,   co   zrobiło   na   niej   wrażenie.   Oczekiwała   chyba   chaty   w   dżungli,   ze 
słomianym dachem i bez drzwi. 

– W czym mogę pomóc? – spytała kobieta o miłej twarzy. 
– Przyjechałam zobaczyć się z Davidem Gentrym. 
– Doktor Gentry odpoczywa. Czy może być doktor Carlini?
Solaina nie wyobrażała sobie, że jest tu więcej lekarzy, myślała, że David haruje sam po 

dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale kiedy zobaczyła kolejne dwie osoby w zielonych 
chirurgicznych fartuchach, zdała sobie sprawę, że David jest tutaj tylko jednym z lekarzy. 

– Oczywiście, porozmawiam z doktorem Carlini – odparła. 
Przystojny Włoch pojawił się kilka minut później. 
– Matteo Carlini. – Uśmiechał się szeroko, serdecznie ściskając jej dłoń. – Co mogę dla 

pani zrobić?

– Nazywam się Solaina... 
–   Ta   Solaina?   –   spytał,   patrząc   na   nią   z   aprobatą.   Skinęła   głową,   zerkając   z 

zażenowaniem na swoje krótkie spodnie, po czym podniosła wzrok z uśmiechem. 

– Tak, ta Solaina, jeśli ma pan na myśli Davida. Solaina Leandre. 
Matteo gwizdnął. 
– No, tego nie spodziewałem się usłyszeć. 
– Przepraszam?
– Proszę mi wierzyć, nie ma pani za co przepraszać. 
– Potrząsnął głową. – Przyprowadzę Davida. 
– Jeśli śpi, nie chciałabym przeszkadzać... 

background image

– Niech się pani nie martwi, już się obudził. 
Matteo   ruszył   korytarzem,   zostawiając   Solainę   opartą   o   ścianę.   Nie   widziała   sal   dla 

pacjentów, ale potrafiła ocenić pracę personelu. Profesjonalnie wyglądali i profesjonalnie się 
zachowywali. Nie kręcili się, nie tracili czasu. David ma szczęście, że tu pracuje, pomyślała. 

– Co to znaczy, że ona tu jest? – wymamrotał David, nie otworzywszy jeszcze oczu. 
– Jest w poczekalni. Czeka!
– Jest teraz w Chandelli. 
–   Długie   nogi,   o   których   nie   możesz   przestać   myśleć,   najpiękniejsze   włosy,   jakie 

widziałem. Czarne oczy. Akcent trochę francuski albo z Haiti. Sam nie wiem. 

– Jest tutaj?
– Obudź się. Ona cię szuka, szczęściarzu. 
– Czy powiedziała, czego chce?
– Nie, ale za to powiedziała coś cholernie interesującego. 
– Mianowicie?
– Swoje nazwisko. David zmarszczył czoło. 
– W Chandelli słyszałem tylko jej imię, a kiedy u niej byłem... – Zaczął podnosić się 

powoli, ale Matteo położył mu rękę na ramieniu. 

– Lepiej się nie ruszaj. 
– Co?
– Powiem ci jej nazwisko. Powinieneś siedzieć. 
– No to mów. 
Matteo uśmiechnął się, po czym zrobił krok do tyłu. 
– Leandre. Nazywa się Solaina Leandre. David stęknął, schował twarz w dłoniach. 
– To przypadek, tak?
– Jeśli będziesz to sobie powtarzał, może w to uwierzysz. 
– To przypadek – powtórzył David. Nagle wszystko mu się połączyło w jeden wyraźny 

obraz. 

–   Powiedziałbym,   że   zakochałeś   się   w...   Cóż,   ona   może   być   teraz   twoim   wrogiem, 

prawda? – zauważył Matteo. 

–   Pięć   minut.   Potrzebuję   pięciu   minut,   żeby   spryskać   twarz   wodą   i   włożyć   czystą 

koszulę... 

– Trzy minuty, potem ją tu przyprowadzę. Takiej kobiecie jak ona nie każe się czekać na 

korytarzu. 

Gdy tylko Matteo zamknął za sobą drzwi, David poczłapał do umywalki i spojrzał w 

lustro.  Te  same   szramy  i bruzdy,  to  samo   zmęczenie.  Teraz   doszedł  do tego   niepokój  z 
powodu jej wizyty. Niepokój z powodu jej nazwiska. Ale przede wszystkim z powodu uczuć, 
jakie w nim obudziła. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby wróciła do swojego świata, i zostawiła 
go w spokoju. A z drugiej strony był bardzo zadowolony, że tego nie zrobiła. Jeszcze jedno 
spotkanie z Solainą jest warte wszystkiego. Ruszył do drzwi, zatrzymał się i wziął głęboki 
oddech. 

– Ona nie jest moim wrogiem – szepnął. Przynajmniej póki jej tego nie udowodni. 

background image

Nie jest wrogiem jego serca. I w tym tkwi kłopot. 

– Macie stąd piękny widok – powiedziała, patrząc na dolinę. Było już późno i delikatne 

róże   i   złocienie   zmierzchu   osiadały   nad   dżunglą.   –   Sympatyczne   miejsce   na   szpital.   – 
Odwróciła się do Davida, który wciąż stał w drzwiach. – Dlaczego tak zniknąłeś?

– Musiałem tu wrócić. 
Patrząc na niego, pomyślała, że jest jakiś sztywny. Nie zdenerwowany, ale zdecydowanie 

zakłopotany. To nie był ten sam David, z którym spędziła dwa dni. W delirium był spokojny i 
czarujący. A teraz? Co się z nim stało?

– To wszystko? Musiałeś wrócić? Myślę, że wypadało się pożegnać. Martwiłam się. 
– Brałaś kąpiel. Nie chciałem ci przeszkadzać. 
– Więc zadzwoniłeś po przyjaciela, żeby po ciebie przyjechał?
– Howard zadzwonił, żeby powiadomić wszystkich, że jestem bezpieczny. To on poprosił 

Mattea, żeby po mnie przyjechał. A ja nie chciałem ci już zawadzać. Nie byłaś zachwycona 
moją obecnością, nie zaprzeczysz. 

– Nie byłam zachwycona, kiedy musiałam wyjąć ci kulę. A jeśli chodzi o mieszkanie u 

ranie, to z początku trochę mi to przeszkadzało. Ale potem mi przeszło i cieszyłam się, że 
mam towarzystwo. Chyba  wypadało się pożegnać. – Znów spojrzała na dolinę. Popełniła 
głupstwo,   przyjeżdżając   tutaj.   Wiedziała   o   tym,   a   teraz   on   dał   jej   to   do   zrozumienia.   – 
Przepraszam, że zawracam ci głowę. – Schodząc z ganku, zastanawiała się, czy nie pobiec co 
sił do samochodu, by oszczędzić sobie dalszego poniżenia. 

Co sobie myślała, jadąc tutaj? Ceną za tę decyzję było potworne zażenowanie. Zasłużyła 

na to. Nie będą już przyjaciółmi z Davidem. Powinna była pozwolić mu odejść. Nie zdążyła 
zejść na dół, kiedy chwycił ją za rękę. 

– Nie spodziewałem się ciebie. 
– Pewnie nie, skoro nie podałeś mi adresu. 
– I tak mnie znalazłaś. 
– Tylko dlatego, że w gorączce mamrotałeś coś o Kancie. I Howard wspomniał o szpitalu. 

Niełatwo tu trafić. Pytałam ludzi w miasteczku, zabrało mi to parę godzin. 

– Mamy tutaj jeden cel... 
– Ofiary min. 
– To trochę delikatna sprawa, ponieważ przywozimy poszkodowanych zza granicy. Rząd 

Dharavaju   jest   nam   bardzo   wdzięczny,   ale   pozostaje   faktem,   że   niektórzy  z   tych   ludzi... 
większość  z  nich   nie  ma   wiz,  więc   w  zasadzie   ich  przemycamy   przez   granicę.   –  Zrobił 
przerwę, by wziąć oddech. – Muszę usiąść... 

Przytrzymując go, Solaina burknęła:
– Powinieneś leżeć, obejmij mnie za szyję. 
Kiedy   wchodzili   z   powrotem   na   ganek,   miała   wrażenie,   że   dźwiga   potworny   ciężar. 

David ledwie poruszał nogami. 

– Usiądź na krześle, a ja pójdę po Mattea. 
– Nie potrzebuję go. – David opadł ostrożnie ma drewniane krzesło. – Nic mi nie jest. 

background image

– Jesteś uparty jak osioł – prychnęła. 
– A ty nie?
– Nie powinnam była tu przyjeżdżać – przyznała, podnosząc na niego wzrok. – Nigdy 

więcej nie powtórzę tego błędu. Ale jesteś mi winien wyjaśnienie. 

Byli tak blisko, ledwie kilka centymetrów od siebie, że czuła ciepło promieniujące z jego 

ciała. Cofnęła się. 

– Dlaczego mnie tak zostawiłeś? Żeby mnie zdenerwować? Chyba na to nie zasłużyłam. 
– Wyjeżdżasz z Dharavaju. Nie powinienem wplątywać cię w swoje kłopoty. 
– Kiepsko kłamiesz. – Widziała to w jego oczach, słyszała w jego głosie. 
– To jeden z powodów. Mówię szczerze. 
– A ten drugi powód? Prawdziwy?
– Czuję coś do ciebie, Solaino. – Wziął głęboki oddech, po czym zmarszczył czoło. – 

Chciałaś prawdy. Wyobraziłem sobie ciebie w roli, w której nie powinienem cię stawiać, i 
której byś sobie nie życzyła. Więc wyjechałem, póki jeszcze byłem w stanie się kontrolować. 

Okazał się bardziej szczery, niż oczekiwała. 
– Przypuszczasz, że dopuściłabym cię tak blisko? – Być może. Przerażająca myśl, ale 

przeczuwała to od pierwszej chwili, gdy zaczął bredzić o drzewach. Całe szczęście, że jemu 
starczyło czujności za nich dwoje. – Więc uratowałeś mnie przed sobą?

– Tak to wygląda, co? – Zaśmiał się. – Ja nie potrafię żyć w związku, a ty go nie chcesz. 
– Zakładasz, że jakiś związek między nami istnieje. 
– Od pierwszej chwili, gdy otworzyłem oczy i zobaczyłem cię, myślałem tylko o tym. Po 

powrocie tutaj nadal myślę tylko o tym. Ale nie mogę cię w to wciągać, więc wyjechałem. 

– I to wszystko? – Pokręciła głową. – Naprawdę nie powinnam była się tu zjawiać – 

mruknęła,   odsuwając   się   od   niego.   –   Więcej   tego   nie   zrobię.   –   Właśnie   odmówiono   jej 
czegoś,   przed   czym   broniła   się   z   całej   siły.   To   było   upokarzające,   czuła   się   zraniona   i 
potwornie nieszczęśliwa, mimo że David miał rację. To idiotyczne, że tak się czuje, kiedy 
powinna mu dziękować. – Cieszę się, że masz się dobrze. – Wyciągnęła do niego rękę. – Nie 
sądzę, żebyśmy jeszcze się spotkali, więc żegnaj. 

Wziął jej rękę i przytrzymał. 
– Cieszę się, że wpadłaś – szepnął. – Nawet jeśli mam mieszane uczucia, chciałem cię 

znowu zobaczyć, niemal od chwili, kiedy cię opuściłem. I przepraszam, że tak to wyszło. 
Kiedy mówię, że nie mogę się z tobą związać, to prawda. Ale to nie znaczy, że bym nie 
chciał. Ponieważ tego tylko pragnę. I dlatego właśnie nie mogę, jeśli to ma sens. – Pochylił 
się i pocałował jej dłoń. – Więc wybaczysz mi, że cię zraniłem? Bo wolałbym złamać sobie 
kolejne żebro, niż cię zranić. 

Solaina zaczerpnęła głęboko powietrza. Ona wyjeżdża, David zostaje. Nie ma tu mowy o 

żadnym przeznaczeniu. 

– David, to... 
Wstał i wziął ją w ramiona. Zamknięta w jego objęciach, nie wiedząc, czy się poddać, czy 

uciekać,  przeżyła  szok, czując  jego wargi.  Nie dlatego,  że  pocałunek  ją zaskoczył,  tylko 
ponieważ nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo go pragnęła. 

background image

W końcu odsunęła na bok wszelkie obawy i uległa magii chwili. Objęła go za szyję i 

pogłaskała   jasne,   sięgające   kołnierzyka   włosy.   A   kiedy   on   jej   dotykał,   przechodził   ją 
cudowny   dreszcz.   Po   chwili   David   odsunął   się   od   niej,   i   to   dość   gwałtownie.   O   wiele 
szybciej, niżby sobie życzyła. W gasnącym świetle dnia widziała, że żałował tego, co się 
właśnie stało. 

– To się nie liczy – powiedziała, unosząc rękę do ust. 
– Liczy się bardziej, niż myślisz – odparł. 
– Nie zmienimy się. – Zeszła z ganku i odwróciła się do niego. – Cieszę się, że czujesz się 

lepiej. I życzę ci wszystkiego dobrego. – Nie tak chciała to zakończyć, ale może tak jest 
lepiej. – Żegnaj, David. – Szybkim krokiem ruszyła do samochodu. 

Nie zamierzała wracać do swojego domku na plaży. Długa podróż do Chandelli pozwoli 

jej pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Poza tym domek na plaży przypominałby jej o 
Davidzie. 

–   Zaczekaj!   –   zawołał   David,   schodząc   z   ganku.   Obejrzała   się   i   w   pierwszej   chwili 

chciała mu pomóc, odprowadzić go do łóżka, gdzie powinien się znaleźć. Ale to jest szpital i 
nie   brakowało   tu   lepiej   wykwalifikowanych   i   zdecydowanie   mniej   zakłopotanych 
pomocników. Szła więc dalej do samochodu, a kiedy do niego dotarła, odwróciła głowę i 
zobaczyła, że David klęczy. 

– Cholera – mruknęła, wracając do niego. – Dlaczego wciąż mi to robisz? Pozwalasz 

trochę odejść, a potem każesz mi wrócić. 

– Ponieważ masz przedziwny zwyczaj znajdować się w niewłaściwym dla siebie miejscu 

we właściwym dla mnie czasie – odparł, kiedy pomagała mu wstać. 

– Albo dlatego, że ty masz osobliwy zwyczaj upadania w niewłaściwym dla mnie miejscu 

we właściwym dla siebie czasie. 

Oparł się na niej całym ciałem. 
– Nie krwawisz? – spytała. – Twoje ramię. 
– Nie sądzę. 
– A żebra?
– W porządku. 
– Poczekaj tutaj, a ja zawołam kogoś do pomocy. Bo teraz nie pozwolę ci już iść. 
– Boisz się, że znów upadnę. 
– Więc oprzyj się na mnie. To tylko kilka kroków. Nie chciała znaleźć się znów tak blisko 

Davida,  ale  w  końcu  jest  nadal   jej  pacjentem.   Kiedy doprowadzi  go  do jego  przyjaciela 
Mattea, koniec z tym. Na dobre!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

–   Więc   oznajmiłem   jej,   że   nie   mogę   się   angażować,   chociaż   chciałbym,   a   potem   ją 

pocałowałem. 

– Jestem zdziwiony, że ona dalej na ciebie czeka. Jest w poczekalni. Nie mogę ci obiecać, 

że długo zostanie po tej karuzeli emocjonalnej, jaką jej zafundowałeś. Myślę, że odjedzie, jak 
dowie się, że nic ci nie jest. – Matteo spojrzał na Davida leżącego na łóżku i potrząsnął 
sceptycznie głową. – To było najgorsze aktorstwo, jakie kiedykolwiek widziałem. 

– Co to ma znaczyć?
– To znaczy, że specjalnie upadłeś na kolana. Wyglądałeś jak stulatek z podagrą. 
– Nie udawałem, czuję się jak stulatek z podagrą. 
– Ale pocałunek był w porządku. Chyba jej się podobało. 
– To ile dokładnie z tego widziałeś? Matteo zaśmiał się. 
– Zawsze uważałem, że to musi ci się przytrafić, ale nie masz w tym wiele wprawy, co? 

Założę się, że nie zapytałeś jej też o nazwisko. 

David usiadł, wstrzymując oddech z bólu. 
– I co z tego?
– Jesteś żałosny. Jesteś tak szaleńczo zakochany w tej dziewczynie, że boisz się poznać 

prawdę o niej, boisz się z nią związać, boisz się pozwolić jej odejść... 

– Dobra, wystarczy. 
– Bardzo się cieszę, staruszku. Solaina nie jest kobietą, którą można ignorować. A jeśli 

zastanawiasz się, jak to wszystko ułożyć, sprawdź, czy ona jest związana z IMO. I co łączy ją 
z tym Leandre, który jest tam teraz szefem, jeśli to on stoi za aktami sabotażu. 

– No świetnie, mam powiedzieć: Kocham cię, ale nie mogę z tobą być, ponieważ jestem 

emocjonalnym wrakiem po moich poprzednich związkach. A przy okazji, czy ktoś z twojej 
rodziny nie próbuje mnie zabić?

– Jeśli powiesz to w taki sposób, przegrasz. 
– Przyślij ją tutaj, dobrze? – warknął David. – I nie podglądaj nas tym razem! Pozwól, że 

będę się poniżał bez publiczności i późniejszych komentarzy. 

– Celem pocałunku, Davey, jest zatrzymać ją tutaj. Pamiętaj o tym. – Matteo śmiał się 

jeszcze za drzwiami, podczas gdy David bił się z myślami. 

Przecież   ten   pocałunek   to   przypadek,   a   sposób,   w   jaki   go.   zakończył,   był   może 

nieuprzejmy, ale najmądrzejszy, bo przede wszystkim w ogóle nie powinien był jej całować. 

– Głupiec ze mnie – mruknął. 
– Matteo mówi, że nic ci się nie stało. – Solaina weszła do jego pokoju i skrzyżowała 

ramiona na piersi. – Twierdzi, że to wyczerpanie, że twoje żebra są okej, a rana na ramieniu 
nie otworzyła się. Prosił, żebym została, dopóki nie zakończy badania. Podobno błagałeś go o 
to. 

David powściągnął uśmiech. Dobry stary Matteo. Niepoprawny romantyk. I wytrawny 

kłamca. 

background image

– Chciałem cię tylko raz jeszcze przeprosić i podziękować ci za pomoc. Matteo ma rację. 

To tylko wyczerpanie. – To nie było kłamstwo. Był zmęczony, a myśląc o tym, marzył, by 
znaleźć się w łóżku Solainy. 

– No to lecę. Muszę być rano w Chandelli. – Nadal stała w pobliżu drzwi. Nawet ich za 

sobą nie zamknęła. 

– Solaino, zostań tutaj. Na jedną noc. Wiem, że moje uczucia budzą w tobie obawy, 

mówiąc szczerze we mnie również. Ale proszę cię tylko o jedną noc. Poza tym jest już za 
późno, żebyś jechała tak daleko. Drogi nie są w nocy bezpieczne, zwłaszcza jeśli nie znasz 
okolicy.   –   Atmosfera   w   pokoju   była   tak   gęsta,   że   niemal   brakowało   tlenu.   –   Możesz 
przenocować w pokoju gościnnym. 

– Nie mogę. Naprawdę muszę wracać. Dziękuję za zaproszenie, ale to się nie uda. Nie 

potrafię tego nazwać i nie chcę wiedzieć, co to jest. Ty też nie chcesz, dlatego dziś rano 
zniknąłeś z domku na plaży. – Wzruszyła ramionami. – Czasami lepiej jest uciec. 

–   Przerażasz   mnie   –   przyznał.   –   Kiedy   odzyskałem   przytomność   tam   na   drodze   i 

zobaczyłem   cię...   –   Pokręcił   głową.   –   Przerażasz   mnie,   ponieważ   chcę   wiedzieć   o   tobie 
wszystko. Kim jesteś, skąd pochodzisz, dlaczego jesteś taka, a nie inna. 

–   Dlaczego?   Po   co?   Opowiesz   mi   o   sobie,   ja   opowiem   ci   o   sobie,   i   dokąd   nas   to 

zaprowadzi? To nas nie zbliży do zrozumienia, co robimy.  Gdyby chodziło tylko o seks, 
poradziłabym sobie z tym. Ale my posunęliśmy się za daleko, i dlatego to jest tym bardziej 
kuszące. Nie rozumiem tej pokusy, ponieważ nigdy nic mnie nie kusiło, dopóki nie spotkałam 
ciebie. 

Zawahała się w korytarzu za drzwiami. 
–   Nie   chcę   tego   rozumieć,   ponieważ   to   pociąga   za   sobą   rozmaite   oczekiwania,   a 

oczekiwania pociągają za sobą rozczarowanie. Naprawdę nie chcę więcej rozczarowań. Nie 
chcę, żeby ktoś czegoś ode mnie oczekiwał. 

Jeszcze dwa kroki i zniknie mu z oczu. A potem z jego życia. A kiedy zniknie, nigdy już 

nie wróci. 

–   Ale   dlaczego   to   musi   prowadzić   do   rozczarowań?   Czy   tego   spodziewasz   się   od 

związku?

Uśmiechnęła się smutno. 
– Masz ten sam problem, co? Chcesz związku, ale nie możesz się związać, bo myślisz, że 

jak raz się sparzyłeś, to zawsze tak będzie. Czy to już nie jest rozczarowanie?

– Nawet nie wiesz jakie. 
– Jesteśmy sobie obcy, i niech tak pozostanie. 
– Ale czy chcesz, żeby tak było? – spytał nie wiedząc czemu, poza tym, że gdzieś w głębi 

nie chciał, by rozstawali się w ten sposób. Poza pożądaniem było coś jeszcze, co go do niej 
przyciągało. – Spotkaliśmy się jako dwoje obcych ludzi i mamy się tak rozstać?

Solaina zaśmiała się. 
–   Wiesz,   że   na   chwilę   przed   tym,   zanim   wypadłeś   na   drogę,   wyobrażałem   sobie 

mężczyznę,   którego   chciałabym   spotkać.   Wierz   mi   albo   nie,   to   byłeś   dokładnie   ty. 
Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Nie zastanawiałam się, jaki jeszcze powinien być, zresztą 

background image

nigdy właściwie dokładnie tego nie przemyślałam. Nie ma to sensu, ponieważ stale jestem w 
drodze. I teraz też ruszam w drogę. 

– Bo nie znalazłaś tego, czego szukałaś?
– Bo nie szukałam. Powiedziałeś, że chcesz mnie poznać. Więc taka właśnie jestem. Oto 

ja, Solaina Leandre, zawsze w drodze do kolejnego celu. 

Po   raz   pierwszy   wypowiedziała   przy   nim   swoje   nazwisko.   Wstrzymał   oddech.   Ich 

związek oznaczałby same problemy, a tymczasem on praktycznie błagał ją, by została. 

– Jeden wieczór, Solaino, jeden wieczór, podczas którego ja nie będę pacjentem, a ty nie 

będziesz pielęgniarką. Możesz zostać z tamtej strony pokoju, blisko drzwi, żeby uciec, jak 
będziesz musiała, a ja zostanę tutaj z nadzieją, że nie uciekniesz. I będziemy rozmawiać. 
Spróbujemy odgadnąć, co możemy z tym zrobić... 

– Dlaczego, David?
– Dlatego, że ty też to czujesz. Myślę, że starczy ci uczciwości, żeby to przyznać. 
Solaina zrobiła dwa kroki w stronę drzwi, ale wciąż pozostawała na korytarzu. 
– Wtedy na drodze powiedziałeś, że cieszysz się, że to ja cię znalazłam, że śniło ci się, że 

po ciebie przyjadę. I powiedziałeś moje imię. I że pachnę jaśminem, tak jak poprzednio. – W 
końcu przekroczyła próg. – Nie zwracałam na to uwagi, bo majaczyłeś, ale teraz pora, żebyś i 
ty był ze mną szczery. Znałeś mnie, zanim się spotkaliśmy?

– Tak, ale nie spotkaliśmy się wcześniej. 
– Więc jak?
– Widziałem cię raz w szpitalu. Prowadziłaś grupę pielęgniarek. Zatrzymałem się, żeby 

na ciebie popatrzeć. 

– I rozpoznałeś  mnie w delirium?  Doznałeś  wstrząśnienia mózgu,  byłeś  odwodniony, 

miałeś poważną infekcję. Jakim cudem mnie pamiętałeś?

Ponieważ   serce   nie   zapomina.   Takie   proste   wyjaśnienie,   ale   ona   nie   chciałaby   go 

usłyszeć. 

– Przypuszczam, że mózg jest zdolny do różnych nieprawdopodobnych rzeczy. 
– Zapewne. Ale to taki dziwny zbieg okoliczności, prawda?
Zbieg okoliczności – znowu to określenie... 
– Jesteś może krewną Bertranda Leandre? – spytał ni stąd, ni zowąd. 
– To mój ojciec. Czemu pytasz? – Zesztywniała. 
– Skoro jesteś w pewnym sensie związana z IMO, a on został szefem zarządu... 
– Co? – zdumiała się. 
Była naprawdę szczerze zaskoczona, nawet zszokowana. Czyżby tak dobrze udawała?
– Twój ojciec został szefem IMO. Kilka tygodni temu... 
– Davey! – zawołał Matteo, wbiegając do pokoju. 
–   Wiozą   do   nas   sześciu   ludzi.   Wszyscy   w   kiepskim   stanie.   Przywożą   ich 

międzynarodowe siły ratownicze, będą tu za jakieś dziesięć minut. 

David spuścił nogi z łóżka i zaczął wstawać. 
– Mowy nie ma, żebyś się tym zajął – rzekł Matteo. 
– Ale miałem nadzieję, że może zrobisz selekcję rannych. 

background image

– Czuję się dobrze – burknął David, podnosząc się z trudem. Natychmiast zakręciło mu 

się w głowie i złapał się zagłówka. Zanim upadł na materac, Solaina znalazła się u jego boku i 
podtrzymała go. 

– Nie możesz tam iść! – krzyknęła. 
– Brakuje nam personelu. Ktoś musi... 
– Nie obchodzi mnie, kto to zrobi – zawołał Matteo z korytarza – byle ktoś zszedł na dół 

za dwie minuty. 

– Po to tu jesteśmy. – David skrzywił się z bólu przy kolejnej próbie podniesienia się. – 

Niezależnie od tego, w jakim sami jesteśmy stanie. 

– Nie masz na to siły i wiesz o tym. Matteo też. 
–   Dziękuję   ci   za   troskę   –   powiedział   cicho.   Wsunął   stopy   w   buty,   nie   wkładając 

skarpetek,   po   czym   wsparł   się   o   ścianę,   by   złapać   oddech.   Obejrzy   tylko   pacjentów, 
wyznaczy zadania. Może to robić, siedząc na krześle. – Pamiętasz, kiedy wymieniłem listę 
swoich   cech,   mówiłem,   że   jestem   uparty...   Nic   mi   nie   jest,   Solaino,   a   jak   mi   szczęście 
dopisze, za godzinę wrócę do łóżka. 

– Ciężko jest opiekować się pacjentem, który nie chce opieki. – Pocałowała go czule w 

policzek. 

– I niełatwo być pacjentem, kiedy pielęgniarka jest taka atrakcyjna. – Pocałował ją w 

usta. – Wszystko jest w porządku. 

– Zależy od punktu widzenia. 
To prawda. Był potwornie obolały, zaostrzył się tępy ból głowy, który towarzyszył mu od 

ataku. Ale da sobie radę, musi. 

– Po drugiej stronie jest pokój gościnny. Zaczekaj tam, a ja wpadnę potem do ciebie i 

dokończymy naszą rozmowę. 

– O moim ojcu i IMO. 
David skinął głową i odszedł, trzymając się ściany. 
–   O   tym   i   o   innych   sprawach.   –   Najchętniej   porozmawiałby   o   sprawach,   o   jakich 

rozmawiają   kochankowie.   Ale   oni   nie   są   kochankami.   Nie   był   nawet   pewien,   czy   są 
przyjaciółmi. 

Odprowadzała wzrokiem Davida, który kuśtykał przy ścianie do recepcji, a kiedy zniknął 

jej z oczu, podniosła słuchawkę telefonu, który stał przy jego łóżku, i zamówiła rozmowę na 
koszt rozmówcy. Od roku nie zamieniła słowa ze swoim ojcem. 

– Bonjour, papa – powiedziała słabym głosem. 
– Solaina, kochanie, co za niespodzianka!
– A ja założyłabym się, że nie – odparła, czując sztywność w karku. 
Przez lata była posłuszną córką, podczas gdy jej siostra zawsze się buntowała. Uważała, 

że będąc posłuszną, zasłuży na miłość i szacunek. Bertranda Leandre’a nie obchodziła miłość 
ani troska, tylko ślepe posłuszeństwo. Ale to Solange miała rację. 

– Powiedz mi o IMO, tato. 
– Nie ma o czym mówić. Potrzebowali dobrego dyrektora administracyjnego, a ponieważ 

ty jesteś z nimi luźno związana, pomyślałem, że to szansa, żebyśmy popracowali razem. Ze to 

background image

nas do siebie zbliży. No i już zbliżyło. 

– I nic mi nie powiedziałeś?
–   Wiedziałem,   że   dowiesz   się   we   właściwym   czasie.   Szukali   kogoś   ze   znanym 

nazwiskiem. 

Solaina zamknęła oczy. Zawsze jest tak samo. Przez całe jej życie, niezależnie od tego, 

dokąd pojechała, ojciec zawsze narzucał się jej w ten czy inny sposób. Proponował pieniądze 
albo konsultacje... Po prostu stawał w drzwiach i przejmował kontrolę. 

– Dlaczego? – szepnęła. 
– Dla ciebie, kochanie. Jak zawsze. Wiedziałem, że kończysz pracę w szpitalu. 
Oczywiście, że wie, chociaż mu nie powiedziała. 
– I pomyślałem, że pozycja administratora w IMO może oznaczać dla ciebie kolejny krok 

w karierze – ciągnął. – Da ci międzynarodowy prestiż. Wprowadzi cię w kręgi, gdzie może 
znajdziesz   właściwego   mężczyznę,   ojca   dla   mojego   wnuka.   Pora   zatroszczyć   się   o 
dziedzictwo. 

– Chodzi o twoje dziedzictwo? – prychnęła. – Przejmujesz organizację, z którą jestem 

związana, ponieważ chcesz mieć wnuka? – Dobry Boże, ten człowiek nawet tysiące mil od 
niej chce ją kontrolować. 

–   Kochanie,   siedzisz   gdzieś   na   odludziu.   Próbuję   tylko   wyciągnąć   cię   do   ludzi,   dla 

twojego własnego dobra. 

Bertrand Leandre zaśmiał się. Solaina widziała go, jakby stał obok. Był w swoim domu w 

Miami, siedział za swoim wielkim dziewiętnastowiecznym biurkiem, palił kubańskie cygaro i 
dumał nad swoimi inwestycjami. W jednej ręce trzymał brandy i zerkał na zdjęcie jej matki, 
Gabrielli. Taki miał zwyczaj, a on nigdy nie zmieniał swoich zwyczajów. 

– Co wiesz o Davidzie Gentrym? – zapytała, starając się ukryć złość. Złością nigdy nic 

nie zdołała uzyskać, a skoro David uważa, że za atakiem na niego stoi IMO, to mogłoby 
oznaczać, że jej ojciec jest za to odpowiedzialny. 

– Tylko tyle, że to głupiec. Dobry lekarz, ale potworny idealista. Opuścił IMO po zmianie 

ich polityki. Nie było mnie tu jeszcze, ale tak mi powiedziano. Czemu pytasz?

– Ponieważ ktoś go atakuje. Pobito go tak, że mało nie umarł. A ja przypadkiem go 

znalazłam i opiekowałam się nim. – Nie zamierzała wspominać o szpitalu Davida. Ojciec 
zapewne już o nim wie. 

– Ty się nim opiekowałaś? Myślałem, że po tym paskudnym wypadku z Jacobem rzuciłaś 

to na dobre. 

– W tym paskudnym wypadku zginął człowiek – warknęła. – Zapomniałeś? Wniesiono 

przeciw mnie oskarżenie. Potem porzuciłam pielęgniarstwo, a naprawdę chciałam to robić. 

– Ale to nie oni wygrali sprawę, a ty wyszłaś na tym lepiej, rzuciłaś tę głupią pracę i 

zajęłaś się czymś, co bardziej pasuje do twoich kwalifikacji. 

– Pani Renner straciła męża, a jej syn ojca. – Ponieważ ona nie rozpoznała prostych 

symptomów.   –   Więc   czy   to   ty   szkodzisz   Davidowi   Gentry’emu?   Czy   nasłałeś   kogoś   na 
niego?

– Masz na myśli tego Gentry’ego i to, co nazywa szpitalem?

background image

A zatem wie. Nie była zaskoczona. Nie zdziwił jej też strach, który poczuła. 
– Czy to ty jesteś odpowiedzialny za akty wandalizmu i próbę zamachu na jego życie?
–   A   myślisz,   że   to   ja?   –   spytał   bardziej   rozbawiony,   niż   oburzony.   Znała   ten   ton   i 

nienawidziła go. 

– To możliwe, ale mam nadzieję, że to nieprawda. 
– Gentry nic mnie nie obchodzi. Publicznie źle wyrażał się o IMO, jego odejście zrodziło 

spekulacje i plotki, z powodu których kilku naszych sponsorów poważnie zastanawiało się, 
czy dalej nas wspierać. Inni się wycofali, czekają, jak z tego wyjdziemy. Jesteśmy w trudnej 
sytuacji. I moje zadanie jest trudne. Ale czy to powód, żeby mu szkodzić?

Solaina zacisnęła powieki i pokręciła głową. Ojciec nie zaprzeczył. Ale Bertrand Leandre 

nigdy nie przyznałby się do swoich występków. 

– Zostaw go w spokoju, tato. Jeśli to ty, zostaw go w spokoju. 
– Coś cię z nim wiąże? Chyba stać cię na kogoś lepszego. 
Ojciec   wybiera   jej   pracę   oraz   męża.   Teraz   przypomniała   sobie,   dlaczego   się   nie 

angażowała. Związek oznacza kontrolę, a ona miała dość kontroli. 

– Posłuchaj mnie, tato, ponieważ powiem to tylko raz. Nie chcę, nie, domagam się, żebyś 

przestał wtrącać się w sprawy Davida i jego szpitala. Zrozumiałeś mnie?

– Ty się domagasz? Gdybyś była chłopcem, może byłbym z ciebie dumny. 
–   Wszystko,   co   było   dobre,   umarło   razem   z   mamą,   tamtego   dnia   straciłam   oboje 

rodziców. Gdybym była twoim synem, opuściłabym ze wstydu głowę. Ale ponieważ jestem 
córką, nawet tego nie muszę robić. 

–   Tak   mi   dziękujesz   za   wszystko,   co   zrobiłem,   za   to,   że   załatwiłem   ci   kierownicze 

stanowisko w IMO?

Solaina   zamknęła   oczy,   rozdarta   między   chęcią   trzaśnięcia   słuchawką   i   wyrwania 

telefonu ze ściany. 

– Nie chcę tego. I nie przyjmę tej posady. 
– Ostatnią pracę przyjęłaś. 
– Co?
– Tę w Chandelli. Chyba nie sądzisz, że spadła ci z nieba. 
– Ty to zaaranżowałeś?
– Wszystkie prace zawdzięczasz mnie. I każda posada, jakiej zapragniesz, będzie twoja. 

Tego chyba oczekuje się od ojca, prawda? Żeby wspierał swoje dziecko. 

– Jaka ja byłam głupia. Sądziłam, że zdobyłam te stanowiska dzięki własnym zasługom. 
– Ale kiedy towarzyszy im nazwisko Leandre, prezentują się o wiele lepiej. Jeśli masz 

jakiś głupi pomysł, na przykład pozostanie w tym szpitalu w Kancie, sugeruję... 

– Tutaj potrzebują prawdziwych pielęgniarek. Nie takich jak ja. Nie musisz się martwić. 
– Ale jeśli twoje uczucia... 
– Nazywam się Leandre. Moje uczucia nigdy nie skłonią mnie do zejścia z obranej drogi. 
Odwiesiwszy słuchawkę, Solaina  patrzyła  przez chwilę  na telefon  ogłupiała,  a potem 

przypomniała sobie o Davidzie. Czy ojciec usłyszał w jej głosie, że się zakochała? Czy to 
takie oczywiste, czy tylko zgadywał?

background image

– Zgadywał – rzekła z nadzieją, ruszając do recepcji, by zobaczyć, jak radzi sobie David. 

Tak czy owak jest już za późno na jazdę do Chandelli, może więc przyda się do czegoś tutaj. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Jak często się to zdarza? – spytała młodego mężczyznę, który trzymał w ramionach 

dziecko. Dziewczynka miała trzy, najwyżej cztery lata. Była zbyt przerażona, żeby płakać. – 
Tyle ofiar naraz. Jak często się to zdarza?

– Nie tak często jak dawniej. Ale podobne wypadki, kiedy pięć czy sześć osób zostaje 

rannych, są dość częste. Jest pani lekarzem? – spytał. 

Potrząsnęła głową. 
– Tylko gościem. 
Widziała zadrapania i otarcia na ręce dziewczynki. Nie byłyby poważne u dorosłego, ale 

takie dziecko śmiertelnie przestraszyły. 

– Co jej się stało?
– Uszkodzenie naczynia obocznego. Dostała w ręce i nogi. Nic takiego, ale mina miała ze 

dwadzieścia lat i była zardzewiała. Trzeba ją obserwować. Może potrzebny będzie zastrzyk 
przeciwtężcowy. 

David   zajmował   się   pacjentem,   któremu   groziła   amputacja.   Ofiarą   miny   był   młody 

mężczyzna,   pewnie   nie   więcej   niż   dwudziestoletni.   Siedział   w   milczeniu,   z   rękami   na 
kolanach i spuszczonym wzrokiem, kiedy David oceniał jego stan. 

Solaina obserwowała Davida przy pracy. Był pełen współczucia. Widziała więcej bólu na 

jego twarzy niż na obliczu młodego człowieka. Pracował skutecznie i sprawnie, zwłaszcza 
biorąc pod uwagę jego stan. 

Na kolejnym łóżku pielęgniarka podłączała starszego mężczyznę do kroplówki. Krzyczał 

i jęczał, kołysał się i ściskał owiniętą rękę. David kazał podać mu morfinę. 

– Możesz się zająć tą małą? – zapytał Solainę. 
– Nie! – krzyknęła w panice. – Ja nie... 
– Ależ tak. Potrafisz – odparł. – To proste. To tylko skaleczenie, a w razie czego ja tu 

jestem. 

– Ale David... 
David wrócił do swojego pacjenta, a mężczyzna podał dziewczynkę Solainie. 
– Na imię ma Pholla – ciągnął. – Jej ojciec jest w drodze, tylko przejdzie przez odprawę 

celną. – Szepnął coś do dziecka w ich języku. – Powiedziałem, żeby się nie bała, że się nią 
dobrze   zaopiekujesz.   –   Potem   odwrócił   się   i   wyszedł,   zostawiając   Solainę   z   rannym 
dzieckiem. 

– Dam sobie radę – rzekła do Pholli. – To tylko kilka zadrapań. – Chciała wierzyć w te 

słowa, ale ręce jej się trzęsły, ponieważ przed laty tak samo mówiła do Jacoba Rennera. 

Przypadek Jacoba był naprawdę prosty. Ból głowy. Nawet niedoświadczona pielęgniarka 

dałaby  sobie   z  tym   radę.  A   kiedy  zachorowała   pielęgniarka   z  nocnej   zmiany  z  oddziału 
ratunkowego,   Solaina   nie   miała   powodu   sądzić,   że   sobie   nie   poradzi.   Spojrzała   na 
dziewczynkę i wzdrygnęła się. 

– Za kilka minut będzie po wszystkim – powiedziała, sadzając małą na łóżku. 

background image

Tamtej nocy na oddziale ratunkowym, kiedy zgłosił się Jacob, prosiła, by przysyłali jej 

tylko proste przypadki. Podczas pierwszej godziny prawie przekonała samą siebie, że czas 
spędzony  za  biurkiem   nie  wpłynął   na  jej  umiejętności  praktyczne.   Pacjenci  przychodzili, 
zajmowała się nimi i odsyłała ich do domu. 

Potem pojawił się Jacob. Był  miłym  mężczyzną, który skarżył  się na napięciowy ból 

głowy. Ból dokuczał mu cały dzień, nic się nie zmieniało. Powiedział, że może powinien 
zmienić okulary. A może zjadł za dużo cukru. Cukier powoduje migrenę, a jego żona właśnie 
upiekła ciasteczka. Kiedy Solaina mu oznajmiła, że wszystko będzie dobrze, uwierzył jej. 
Uwierzyła także jego żona i dziesięcioletni syn. 

Zaufali komuś, kto dopiero skończył szkołę i pracował w administracji. I nie przyszło im 

do głowy, że tej nocy wrócą do domu bez Jacoba. Podała mu tabletkę ibuprofenu. Lekarze 
stwierdzili później, że i tak nie dałoby się go uratować, że nawet operacja nic by nie pomogła. 

Solaina poczuła chłód na samą myśl o tym. Nieważne, co mówili inni, by ją pocieszyć. 

Mężczyzna   zmarł,   ponieważ   brakowało   jej   doświadczenia   i   nie   rozpoznała   symptomów. 
Tamtej   nocy   po   raz   ostatni   miała   bezpośredni   kontakt   z   pacjentem.   Aż   do   spotkania   z 
Davidem, a teraz z Phollą. 

–   No   to   zobaczmy,   co   możemy   zrobić   –   powiedziała   do   dziewczynki,   wkładając 

rękawiczki. 

– Potrzebujesz pomocy? – spytał David. Zerknęła na niego i pokręciła głową, zaciskając 

zęby. 

– To ty wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje pomocy – zauważyła. – Powinieneś leżeć. 
Odsunęła koc, w który owinięta była Pholla i zobaczyła coś, na co nie była przygotowana. 

Dziewczynka   wyglądała,   jakby   zaplątała   się   w   drut   kolczasty   i   próbowała   się   z   niego 
wyzwolić. Na jej nogach były dziesiątki ran, niektóre głębokie, inne mniej. Jedne wymagały 
szwów,   inne   tylko   porządnego   oczyszczenia,   a   jedna...   Solaina   przyjrzała   się   bacznie 
skaleczeniu pod kostką. Było nieduże i nie krwawiło mocno, lecz ulokowało się na ścięgnie. 
Zbadała ranę palcem, wciągając nerwowo powietrze. To jest pilne. Dziecko może  stracić 
stopę. 

–   Matteo!   –   zawołała,   chwytając   rolkę   bandażu   ze   stolika   obok   łóżka.   Natychmiast 

zaczęła opatrywać ranę, by dziewczynka nie ruszała stopą i nie spowodowała więcej szkód. 
Matteo przybiegł natychmiast. David też przykuśtykał, by rzucić okiem, co się dzieje. – Puls 
jest   tu   słaby,   stopa   zimna,   ale   można   ją   uratować.   Trzeba   ją   niezwłocznie   operować   – 
powiedziała. 

Potem   odwróciła   się   i   wybiegła,   walcząc   z   nudnościami.   Zatrzasnęła   za   sobą   drzwi 

pokoju gościnnego i na środku padła na kolana, a potem usiadła. Nie płakała, nie myślała. 
Siedziała jak otępiała. Jak długo? Dość długo, by wypadek z Jacobem przewinął się przed jej 
oczami dziesiątki razy, a każdy moment był tak żywy, jakby działo się to w tej chwili. Nie 
mogła się od tego wyzwolić. Ale też nie chciała tego robić. Przypomnienie tamtych chwil 
było sprawiedliwą karą, która trzymała ją przez te wszystkie lata na właściwym miejscu. W 
momentach słabości, kiedy rozważała powrót do praktyki, owe wspomnienia nie pozwoliły jej 
karmić się złudzeniami. 

background image

– Wszyscy mamy za sobą przykre doświadczenia – rzekł David chwilę później, wchodząc 

do pokoju. Mówił tak łagodnie, że do bólu pragnęła, by nie przestawał. David jej ufa, a ona 
rozpaczliwie  pragnie   uwierzyć,   że  on ma  rację.  A  jednak  się mylił.  –  To część   naszego 
zawodowego życia – ciągnął. – Doskonale zdiagnozowałaś tę małą, opatrzyłaś ją. 

Solaina milczała. Nie miała nic do powiedzenia, ponieważ kiedyś zabiła człowieka. 
– Chcesz o tym pogadać? – spytał, siadając obok niej. 
– Nie ma o czym. Nie jestem pielęgniarką. Nie powinieneś stawiać mnie w takiej sytuacji. 

Zajęłam się tobą, bo wtedy na drodze nie było nikogo innego. Ale tutaj są inni. Masz personel 
i nie powinieneś... 

– Atak paniki? – spytał, biorąc ją za rękę. Skinęła głową. David objął ją ramieniem. 
– Kiedy byłem  studentem,  przywieźli  dziewczynkę,  miała  pięć  albo sześć lat.  Pobita 

przez ojczyma. Skierowano ją do mnie, więc zrobiłem prześwietlenie i badania laboratoryjne. 
Nastawiłem   jej   złamaną   rękę,   zabandażowałem   i   przekazałem   ją   odpowiednim   władzom, 
które obiecały się nią zająć. Powiedzieli, że przeprowadzą śledztwo, a ja im uwierzyłem. W 
następnym   tygodniu   ta   sama   dziewczynka,   ten   sam   ojczym.   Nieodwracalne   uszkodzenie 
mózgu. Tamtego dnia rzuciłem medycynę. Znalazłem sobie pracę w myjni samochodów, bo 
uznałem, że to dobre miejsce, żeby zastanowić się, co zrobić dalej z życiem. 

– Zaśmiał się. – Wytrzymałem tam pół dnia. Chcesz wiedzieć dlaczego?
– Bo jesteś lekarzem – odparła sztywno Solaina. 
– Bo jestem lekarzem. Tak jak ty jesteś pielęgniarką. Każdy z nas przeżywa  coś, co 

załamuje naszą wiarę w siebie. Nie wiem, co ci się przydarzyło, ale jesteś wciąż pielęgniarką. 

– Administratorką pielęgniarek. 
– Pielęgniarką. Inaczej w ogóle zmieniłabyś branżę. 
– Nie rozpoznałam symptomów tętniaka. Dałam choremu ibuprofen i powiedziałam, że 

lekarz za chwilę go zbada. Tętniak pękł, podczas gdy on czekał na lekarza. Zmarł, a ten durny 
ibuprofen mu nie pomógł. Wciąż mam koszmary i ataki paniki. Ręce mi się trzęsą. Jest mi 
niedobrze, kręci mi się w głowie. Wciąż widzę jego twarz. A teraz, kiedy przynieśli Phollę, 
też go zobaczyłam. Kiedy ciebie badałam, też go widziałam. 

– Ale nie poddajesz się, prawda?
– Właściwie to nigdy nawet nie zaczęłam pracy jako pielęgniarka. Kiedy kończysz szkołę 

jako magister biznesu, uzyskujesz najwyższy stopień z pielęgniarstwa, nie dają ci basenu. 
Sadzają cię za biurkiem. 

– A te wszystkie dyplomy?
– Długo studiowałam, przez długi czas bałam się konfrontacji ze światem. W rezultacie 

zostałam, jak to ja mówię, wykształconym głupkiem. Kiedy w szkole pielęgniarskiej zdałam 
sobie sprawę, że tego właśnie chciałam, nie miałam już szansy. W dniu, kiedy obroniłam 
doktorat, zostałam zasypana ofertami pracy. Poza praktyką studencką nie mam żadnej innej. 
Nie mam prawa zbliżać się do pacjenta. – Urwała i wzięła głęboki oddech, potem wypuściła 
powoli powietrze. 

– Przepraszam za tę scenę, ale nie powinno mnie tam być. Znam swoje możliwości. 
– I nie doceniasz się. 

background image

– Wszystkie dotychczasowe posady zawdzięczam ojcu, tak mi powiedział, kiedy do niego 

zadzwoniłam. Może ja też popracuję trochę w myjni samochodów, zobaczę, co sama dla 
siebie wymyślę, żeby nikt inny nie dokonywał za mnie wyboru. Och, mój ojciec powiedział 
też, że nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w Viście. 

Przytuliła   się   do   niego   mocniej.   Tak   dobrze   czuła   się   w   jego   objęciach,   lepiej   niż 

powinna. Może o to właśnie chodzi, by mieć do kogo się przytulić w trudnych chwilach? Ale 
może Davidowi chodzi o co innego. 

– Chcesz tu pracować? Fatalne godziny, marna pensja. Szef jest podobno dosyć miły. – 

Ujął jej twarz w dłonie. – I gwarantuje ci dodatkowe świadczenia w wolnym czasie. 

Solaina   rozchyliła   wargi,   jakby   to   było   całkiem   naturalne.   Jakby   od   zawsze   byli 

kochankami, a ta chwila była podobna do wielu innych wspólnie spędzonych. Obiecała sobie, 
że to będzie tylko jeden krótki pocałunek, ale jeszcze nim David dotknął jej warg, tak bardzo 
go zapragnęła, że kompletnie straciła nad sobą kontrolę. Nie myślała, a nawet nie oddychała 
normalnie. Pragnęła kochać się z nim natychmiast, w tym pokoju. Nigdy żaden mężczyzna 
nie wzbudził w niej takiego pożądania. 

– Solaino – wyszeptał, wsuwając dłoń pod jej bluzkę. 
– Twoje ramię – szepnęła, pomagając mu. – Jesteś... 
– Moje ramię jest w porządku – odparł, rozpinając jej stanik. Zanim wzięła następny 

oddech, jej bielizna poszybowała w powietrze, a potem wylądowała przy drzwiach. 

– Co z twoim pacjentem? – zapytała. 
– Jest operowany – odparł. 
– A Pholla?
– Matteo się nią zajął. A ty jesteś prawdziwą pielęgniarką, w każdym sensie tego słowa. 

Nawet teraz, kiedy zaczyna się jedna z najlepszych nocy twojego życia, myślisz o pacjentach. 

–   Jedna   z   najlepszych   nocy   mojego   życia?   Wyznaczasz   sobie   wysokie   standardy   – 

zażartowała. 

David tymczasem mocował się ze swą koszulą. 
– Pozwolę ci to ocenić – rzekł, kiedy koszula wylądowała na jej biustonoszu. 
– A co z twoimi żebrami?
– A co mi radzi moja pielęgniarka?
Solaina pchnęła go lekko, po czym usiadła na nim, uważając, by nie dotykać jego klatki 

piersiowej. Potem spojrzała na niego z uśmiechem. 

– Czy pan doktor wyraża zgodę?
– Wyrażam zgodę. Nie chcesz zgasić światła? Widziała go już nagiego, kiedy się nim 

opiekowała. 

Ale teraz chciała go widzieć jako kochanka. 
– Nie. – Przy Davidzie nabierała pewności siebie i nawet jeśli miało to trwać krótko, 

pragnęła zapamiętać każdy szczegół – jego i najlepszej nocy swojego życia. 

– Na podłodze i przy świetle. Nie jesteś konwencjonalną kobietą, Solaino. 
– Nie muszę. – Odsunęła go, by zdjąć mu spodnie. 
– Już nie. – Potem przez chwilę patrzyła na niego z podziwem, a on na nią. – Nigdy dotąd 

background image

nie kochałam się z blondynem – oznajmiła nieco zawstydzona, kiedy wstała, by zdjąć swoje 
spodnie, a później białe bawełniane majtki, które nosiła do pracy, a nie jakieś koronkowe 
cuda,   które   trzymała   na   dnie   szuflady.   Pocałowała   go   lekko   tuż   pod   zabandażowanymi 
żebrami. – Powiedz mi, czy blondyni mają jakieś specjalne potrzeby?

–   Jedyną   specjalną   potrzebą   tego   blondyna   jesteś   ty.   Czy  mówiłem   ci   już,   że   jesteś 

najpiękniejszą kobietą, jaką znam?

– Tak, w delirium. 
– Teraz nie jestem w delirium, a ty nadal jesteś najpiękniejsza. – Pogłaskał ją po policzku. 

– Nie mogłem cię” zapomnieć, nie znałem cię, ale myślałem tylko o tobie. 

– To mnie przeraża. Pociągasz mnie i myślę, że ty czujesz to samo. 
– Mam ci pokazać, jak bardzo? Ze złamanymi żebrami i dziurą w ramieniu to się nie uda. 

– Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie. – Ale znam pewne sztuczki. 

Nie kłamał, jego palce potrafiły czynić cuda, ale w pewnej chwili szepnął:
– Nie mam zabezpieczenia. 
– Ja też – odparła. 
– W kieszeni mojej koszuli. 
– Taki byłeś pewny?
– Modliłem się o to. 
Poczuła przyjemny dreszcz. Jego dotyk, zapach, wszystko, co go dotyczyło, wywoływało 

w   niej   dreszcz   podniecenia.   Tak   bardzo   go   pragnęła,   że   była   gotowa   zapomnieć   o 
zabezpieczeniu.   Cieszyła   się   więc,   że   on   się   przygotował,   a   równocześnie   trochę   ją   to 
zasmuciło. Bo w ten sposób robi się z tego randka. 

–   Więc   powiedz   mi,   co   lubisz.   –   Położyła   mu   rękę   na   brzuchu.   Marzyła   o   tym   od 

pierwszej chwili, kiedy go ujrzała. Potem jej wargi powędrowały po jego nodze aż do palców 
stóp. – Twoje siniaki wyglądają lepiej... 

– Przestań oceniać szkody, ale nie przestawaj robić tego, co robisz. 
Roześmiała się. 
– Mówiłeś, zdaje się, że jestem pielęgniarką. 
– Zabijasz mnie. 
– Staram się, żeby to była twoja najlepsza noc. Najlepsza z najlepszych – dodała. Jeśli nie 

dla   niego,   to   dla   niej.   Ponieważ   to   nie   było   przypadkowe   spotkanie,   a   David   nie   był 
przypadkowym partnerem, z którym uprawia się seks na szpitalnej podłodze. Nie była gotowa 
przyznać, że to miłość, ale jeśli jej życie się odmieniło, ona też może się zmienić. 

– Jesteś gotowy? – zapytała. 
– Solaino! – Wiedziała, że to nie jęk bólu. Potem nie było już tak uroczo. Trudno zresztą 

o to na zimnej twardej podłodze w jasnym świetle lampy. Kiedy Solaina wstała, David znowu 
stęknął, lecz tym razem nie miało to nic wspólnego z rozkoszą. 

– Chyba zerwałem sobie chrząstkę żebrową – oznajmił, przewracając się na bok. 
Solaina westchnęła, zbierając swoje ubrania. Pod jednym względem oboje mieli rację – to 

była noc, której żadne z nich nie zapomni. 

–   Chyba   się   nie   mylisz   –   oświadczył   Matteo,   patrząc   na   zdjęcie   rentgenowskie.   – 

background image

Zerwana chrząstka żebrowa. – U człowieka chrząstka łączy żebra, a zerwanie jest bolesne. – 
Zalecam ci łóżko, ale chyba wiem, jak to się stało. 

– Zamknij  się – warknął  David, z trudem siadając  na kozetce.  Nie żałował  tego,  co 

przeżył z Solainą, ale był zły, że tak się to skończyło, bo chciał z nią porozmawiać, upewnić 
się,   że   ona   wreszcie   zacznie   w   siebie   wierzyć.   Pragnął   ją   zapewnić,   że   jest   świetną 
pielęgniarką, że widział ją przy pracy, i że spisała się znakomicie. A zatem zbyt surowo się 
ocenia. I może dałby jej do zrozumienia, że mu na niej zależy. 

– Jak ci poszło z Solainą? – spytał wprost Matteo. 
– Nie wiem – przyznał David. – To skomplikowane, ona ma swoje zdanie. 
– A ty nie?
– Jak powiedziałem, to skomplikowane. 
– Dziwactwa młodości, Davey. Dotąd się bawiłeś, ale dorosłeś, teraz jesteś gotowy. 
– Może. Ale ona nie chce się wiązać. Powtarzała mi to wiele razy, a ja wierzę, że ona 

wbrew swoim uczuciom odejdzie, i nie wiem, co z tym zrobić. 

–   A   zatem   to   jest   skomplikowane.   Ale   jakie   znaczenie   mają   drobne   komplikacje   w 

obliczu prawdziwej miłości? Tylko dodają jej smaku. 

Prawdziwa miłość? Tak, jeśli chodzi o niego. Co do Solainy nie był przekonany. 
– Aha, jeśli cię to interesuje, Solaina nie miała pojęcia, że jej ojciec jest związany z IMO. 
– Na pewno?
David   przytaknął.   To   był   jedyny   ruch,   jaki   jego   obolałe   ciało   mogło   wykonać   bez 

problemu. 

– Dzwoniła do niego. Powiedział, że nic nie wie o atakach na nas – podjął, wstając. – Nie 

mam pewności, czy on mówi prawdę, ale ona tak. 

– Nie kłamałaby, żeby go chronić?
– To najbardziej uczciwa osoba, jaką znam. – Zachwiał się i przystanął. – Potrzebuję 

jakiegoś cudownego leku. 

–   Potrzebujesz   rydwanu.   –   Matteo   wskazał   na   staroświeckie   drewniane   krzesło   na 

kółkach. Wysokie oparcie, twarde siedzenie, mało wygodne dla pasażera. 

1 trzeba je pchać. Ale był to jedyny wózek inwalidzki w Viście. 
– Mogę iść sam – zaprotestował, kiedy Matteo próbował mu pomóc. 
– Taa, a jeśli wpadniesz na Solainę po drodze, wytrzymasz  jeszcze jedną naderwaną 

chrząstkę albo coś gorszego? – Podjechał wózkiem do kozetki. – Dopóki nie wyzdrowiejesz, 
muszę zaostrzyć rygor. Bardzo bym tego nie chciał, ale ty powinieneś wiedzieć, do czego 
prowadzą złamane żebra w połączeniu z piękną kobietą. 

– Tak, wiem – burknął David, siadając ostrożnie na wózku. Tym razem odniósł wrażenie, 

jakby cala armia przemaszerowała mu po klatce piersiowej. Poprzednim razem, kiedy miał 
tylko złamane żebra, to było... pół armii. Więc Matteo nie musi go ostrzegać... 

Gdy jednak Matteo wiózł go do pokoju, na wargach Davida pojawił się lekki uśmiech. 

Ból w końcu minie, a wspomnienia pozostaną. 

Solaina stała pod prysznicem, dopóki ciepła woda nie zaczęła się ochładzać, a potem 

wytarła się i włożyła czysty chirurgiczny fartuch. Patrząc na siebie, zastanawiała się, dlaczego 

background image

wciąż udaje. Jeszcze niedawno, stojąc obok Pholli, udowodniła, że nie jest pielęgniarką. Więc 
może to koniec tego okresu w jej życiu? Wkrótce dobiegnie końca jej praca w Chandelli. 
Może pora spojrzeć w oczy faktom i zacząć coś zupełnie nowego. 

– Na przykład co? – zapytała samą siebie. David prosił ją, by została w Viście, i chociaż 

ją   to   kusiło,   bała   się   komplikacji.   Praca   ma   silny   wpływ   na   życie   osobiste.   Znała   to   z 
rodzinnego domu. Jej matka była lekarką z zawodu i z powołania. To ukształtowało jej życie, 
jej opinie. 

Gdyby została, rozczarowałaby Davida swoimi zawodowymi umiejętnościami i w końcu 

odbiłoby się to na ich życiu osobistym. Nie zniosłaby tego, bez względu na to, co do niego 
czuła.   Tego   wieczoru,   zamiast   rozwiązać   problemy,   kochali   się.   A   co   się   stanie,   kiedy 
następnym razem David postawi ją w zawodowej sytuacji, w której nie chciałaby się znaleźć? 
Była pewna, że do tego dojdzie. 

Otuliła się kołdrą i patrzyła w sufit. 
– Nie wierzę, że to zrobiłaś – szepnęła do siebie, powstrzymując się, by nie dotknąć warg, 

ramion, piersi, wszystkich tych miejsc, których on dotykał. Kochała się z mężczyzną, którego 
znała ledwie parę dni. Ale ona się w nim zakochała, chociaż nie rozumiała dlaczego. 

Och, mogłaby zostać w Kancie, ale w głębi serca czuła, że nic by z tego nie wyszło. 

Zajęła się Phollą, ponieważ David na nią naciskał. On w nią wierzył, a ona go za to kochała. 
Ale ta wiara wynikała z miłości, a nie logiki. 

– A zatem wyjadę – szepnęła. Rano odejdzie, nie oglądając się za siebie. Bo gdyby się 

obejrzała i ujrzała choćby przebłysk tego, czego tak bardzo pragnęła, zaczęłaby żałować. 

Kiedy zapadała w sen, pod jej powiekami przepłynęła twarz Jacoba Rennera. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

– Solaina? – szepnął, siadając na skraju jej łóżka. Słyszała, jak wchodził, ale udawała, że 

śpi. Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Znów by ją pocałował i prosił, by została, a jej 
postanowienie uleciałoby przez okno. 

– Solaino – powtórzył,  tym  razem kładąc delikatnie  rękę na jej ramieniu. – Musimy 

porozmawiać. 

Nie ma o czym. Nie może spełnić jego oczekiwań. 
– Posłuchaj, nie  będę udawał,  że rozumiem  twoje stosunki z ojcem  ani to,  przez co 

przeszłaś z Jacobem. 

– Uważasz, że mój ojciec stoi za atakami na szpital? – spytała, leżąc twarzą do ściany. 
– Naprawdę nie wiem. WIMO byli niezadowoleni, kiedy odszedłem. 
Solaina odwróciła się na plecy. 
–   Ojciec   chce,   żebym   przyjęła   administracyjną   posadę   w   IMO.   Dlatego   zasiadł   w 

zarządzie. 

– Byłabyś na pewno bardzo dobra. 
– Nie o to chodzi. To nie mój wybór. Opieka nad Phollą też nie była moim wyborem. 

Całe życie inni podejmują za mnie decyzje, mówią mi, kim jestem i co mam robić. Nawet nie 
wiedziałam, że ojciec torował mi drogę. A ty jeszcze zmusiłeś mnie, żebym zaopiekowała się 
tą dziewczynką. 

–  Ponieważ  jesteś   dobrą  pielęgniarką.  Jeden  raz  zdarzyło  się  nieszczęście,  ale   to  nie 

powinno   wpływać   na   całą   twoją   karierę.   –   David   odsunął   kołdrę   i   uniósł   jej   fartuch. 
Pocałował ją w pępek, po czym złapał się za klatkę piersiową. – Matteo miał rację. 

– Kazał ci leżeć w łóżku, samemu. 
– Coś w tym rodzaju. 
– To ci dobrze zrobi – oznajmiła, wstając. David po prostu jej nie rozumiał. Widział to, co 

chciał widzieć. To jest chyba najsmutniejsze. Na domiar złego ona rozpaczliwie pragnęła być 
taka, jaką ją postrzegał. – Powinieneś słuchać lekarza – dodała. 

Kiedy postawiła gołą stopę na podłodze, David położył się na jej poduszce. 
– Co ty robisz? – spytała. Zamierzał tam zostać, a ona tego chciała. Jeszcze jedna noc... – 

Szykujesz się, żeby zerwać kolejną chrząstkę?

– Przeszło mi to przez myśl. Ale teraz, obawiam się, jestem tylko w połowie mężczyzną, 

który leżał na podłodze, a ta połowa wczołgała się do twojego łóżka, żeby tutaj spać. Z tobą, 
mam nadzieję. Już raz to robiliśmy i było dosyć miło. 

– Ale ja podobno chrapię. – Tak trudno mu się oprzeć. Gdyby była mądra, jechałaby już 

do Chandelli. Gdyby miała choć trochę rozumu, znalazłaby sobie inny pokój i zamknęła się, 
na klucz. Gdyby miała silną wolę, nie zbliżałaby się do tego łóżka. 

– Chrapałaś, ale seksownie – dodał z uśmiechem. 
– Powiedziałeś, że jak piła łańcuchowa. 
–  Ale   bardzo  seksowna   piła  łańcuchowa.  –  Przesunął   się  do  ściany  i  poklepał  puste 

background image

miejsce obok siebie. 

– Wiesz, że nie powinniśmy tego robić. – Ale te oczy,  ten diabelski uśmiech... No i 

zaczęli jej się bardzo podobać blondyni... – To, co zrobiliśmy, to... 

– Za dużo gadasz – wtrącił. – Chodź tu do mnie. – Poklepał znów materac. – Powoli, 

wszystko po kolei. 

Weszła do łóżka i przytuliła się do niego, oczywiście ostrożnie. Nawet jej najlżejszy ruch 

powodował u niego grymas bólu. 

– Tylko pamiętaj, że nie chrapię i nie złamię ci kolejnego żebra. 
– To może mnie pocałujesz?
– Gdzie? – spytała. 
– Tam, gdzie nie boli. 
Pokazał na swój lewy łokieć, potem na swoje lewe ramię, potem na szyję i brodę. Kiedy 

pocałowała koniuszek jego ucha, westchnął głęboko, a ona wiedziała, że zasnął. Uśmiechnęła 
się i zamknęła oczy. Powoli, wszystko po kolei. Może on ma rację... 

– Jeszcze jeden dzień – mruknęła, odpływając w sen. 
– Kocham cię, ślicznotko – szepnął David. 
Czy naprawdę to powiedział, czy jej się zdawało? Nie była pewna, ale może tak jest 

lepiej. 

Jeszcze jedna minuta, powtarzała sobie. Niczego więcej nie chce, jeszcze tylko minuta, a 

potem wyjedzie, zanim on się obudzi. Trudno było jej nawet myśleć o tym, że go zostawi. Po 
raz nie wiadomo który zacisnęła powieki. Jeszcze tylko godzina, obiecała sobie stanowczo. 
Jeszcze godzina i wyruszy w długą drogę do Chandelli. Ale wtedy właśnie usłyszała ciężkie 
kroki w korytarzu i rozpaczliwy krzyk kogoś, kto walił w drzwi pokoju naprzeciwko. 

– Szpital się pali! – krzyczała kobieta. – Doktorze Gentry, szpital się pali!
Dopiero po chwili te słowa dotarły do Solainy. Wyskoczyła z łóżka, David obudził się i 

próbował usiąść. 

– Pożar powiedziała. – Musimy się stad wydostać. David powoli przesuwał się na skraj 

łóżka, ale szło mu to tak niezdarnie, że musiała mu pomóc. Chwyciła go za rękę i pociągnęła, 
nie myśląc o jego ranach. 

– Włóż je. – Podała mu buty. – Wyjdźmy stąd. Natychmiast. Chodźmy na dwór, trzeba 

policzyć   ludzi   i   kazać   im   zostać   jak  najdalej   od   budynku.   Zapisać   nazwiska   –  ciągnęła, 
podając mu swoją torbę. – Mam tam notes. Zapisz wszystkich pacjentów, którzy wyjdą na 
zewnątrz i niech sobie przyczepią karteczki z nazwiskiem do ubrania. Postaram się wydostać 
karty pacjentów, żebyś mógł je potem porównać i zobaczyć, czy nikogo nie brakuje. 

Pobiegła do drzwi, ale odwróciła się jeszcze, by upewnić się, że David idzie za nią. 
– Pomogę w ewakuacji pacjentów. Ty zajmij się sobą. Kocham cię, David. Chcę, żebyś to 

wiedział na wypadek... 

– Nie. 
– Tyle mogę zrobić, to potrafię. – Pogłaskała go po policzku, po czym zniknęła w tłumie 

na korytarzu, próbując przedostać się do wyjścia. 

background image

– Gdzie Davey? – krzyknął za nią Matteo. 
– Poszedł zająć się selekcją rannych. Ilu pacjentów musimy ewakuować?
–  Dwudziestu  leżących,  dziesięciu,   którym  trzeba  pomóc  i  dwudziestu   pięciu,  którzy 

poradzą sobie sami. 

– Personel?
–   Większość   mieszka   poza   głównym   budynkiem.   Ośmioro   tutaj,   zakładam,   że   oni 

pomagają, ale... 

– Zostań z leżącymi – przerwała mu Solaina. – A ja upewnię się, czy wyszła cała reszta. 
– Pali się w operacyjnej! – krzyknął jeszcze, spiesząc do drzwi. – Bądź ostrożna, Davey 

mnie zabije, jeśli jego ukochanej coś się stanie. 

Jego ukochanej... Powtarzała te słowa w myśli, biegnąc korytarzem na oddział leczenia 

ambulatoryjnego,   mijając   po   drodze   kilku   pracowników   szpitala,   którzy   wyprowadzali 
pacjentów. Chwyciła za rękę młodą pielęgniarkę. 

– Weź wszystkie karty pacjentów, jakie ci się uda znaleźć! – zawołała. – Nie ryzykuj, ale 

staraj się wynieść jak najwięcej. I zanieś je doktorowi Gentry’emu. 

– Ale ja muszę... 
– Musisz wziąć karty – powtórzyła  Solaina – zanim ogień się rozprzestrzeni.  Znajdź 

kogoś   do   pomocy,   jeśli   to   konieczne.   –   Wypatrzyła   starszego   mężczyznę,   który   człapał 
korytarzem. – Mówi pan po angielsku? – zapytała go. 

– Tak – odparł, uśmiechając się z wahaniem. – Trochę. 
– Może pan nam pomóc?
– Mogę pomóc. 
– Zabierz go ze sobą – powiedziała Solaina pielęgniarce. – Zbierz karty z pierwszego 

oddziału na wózek i niech on je wywiezie z budynku. Rozumiesz?

Pielęgniarka   i  mężczyzna   skinęli   głowami,   chociaż   Solaina   nie   była   przekonana,   czy 

mężczyzna ją zrozumiał, po czym ruszyli w stronę pokoju pielęgniarek obok oddziału dla 
pacjentów najbardziej zagrożonego ogniem. 

– A pan – Solaina krzyknęła do kolejnej osoby – pójdzie na oddział pierwszej pomocy i 

weźmie   tyle   zapasów,   ile   pan   da   radę:   tlen,   maski,   koce.   Niech   pan   poprosi   o   pomoc 
pacjentów ambulatoryjnych. 

Młody mężczyzna przytaknął i pobiegł. Solaina stała przez moment, oceniając sytuację. 

W ciągu kilku minut ogień może dostać się do jakichś materiałów łatwopalnych, na przykład 
gazów medycznych. Dzięki Bogu sała operacyjna jest daleko od sal pacjentów. Zdążą więc 
uciec, a większość niezbędnego sprzętu zostanie chyba uratowana, nim ogień zajmie cały 
szpital. 

Kiedy dotarła na oddział ambulatoryjny,  prawie nikogo już tam nie było. Kilka osób 

usiłowało pozbierać rozrzucone rzeczy osobiste, pewnie swoją jedyną własność. 

– Mówicie po angielsku? – spytała. 
– Ja tak – odparł jeden z mężczyzn. 
– Proszę im powiedzieć, że potrzebuję pomocy. Jeśli mogą chodzić, chcę, żeby pomogli 

background image

wydostać się z budynku tym, którzy nie chodzą. 

Pewna   stara   kobieta   walczyła   jak   szalona,   by   zebrać   swoje   rzeczy   w   prześcieradło. 

Solaina patrzyła na nią z bólem serca, bo musiała jej powiedzieć, i wszystkim tym ludziom, 
żeby uciekali i ratowali życie. 

– Potrzebujemy wszystkich, którzy mogą pomóc. A ci, którzy nie mogą, niech wyjdą na 

dwór. I to natychmiast. 

Zauważyła, że temperatura w budynku rośnie. Czuła pot, którym przesiąkło jej ubranie, i 

zapach dymu na skórze. Przypomniały jej się gazy medyczne w sali operacyjnej – czy zdąży 
zabezpieczyć szpital przed eksplozją?

– Niech pan im powie, żeby się pospieszyli – poinstruowała mężczyznę, który tłumaczył 

jej słowa. 

Sześć osób rzuciło swoje rzeczy na podłogę i pospieszyło do drzwi. Nawet stara kobieta 

wyszła za Solainą na korytarz. Nie został już nikt. Dzielni ludzie, pomyślała Sołaina, którzy 
nie zasługują na los, jaki ich tu przywiódł. Nic dziwnego, że David kocha swoją pracę. Dla 
takich ludzi warto wszystko poświęcić. 

Dobry Boże, nagle zrozumiała, co musi zrobić, jeśli wyjdzie z tego cało. Nagle wszystko 

stało się jasne. 

W holu Solainę i jej grupę powitała mała armia ludzi o kulach, kilku nawet czołgało się 

do wyjścia. Oni dadzą sobie radę, pomyślała. Powoli wydostaną się na zewnątrz, więc razem 
ze swoją grupką minęła ich, aż dotarła na oddział, gdzie potrzeby były największe. Leżało 
tam sześć osób, które trzeba uratować. 

Personel starał się jak mógł, wynosząc pacjentów albo wywożąc ich na łóżkach. Szło to 

wolno, a jednak, kiedy patrzyła na twarze tych, którzy czekali na swą kolej, zauważyła na 
nich spokój. Przyszło jej do głowy, że jej Budda miał w sobie ten sam spokój. Ci ludzie 
czekali na swoje przeznaczenie – ratunek albo śmierć. 

Było tam tyle dymu, że Solaina żałowała, że nie pomyślała o maskach. Ale czas uciekał. 
W ciągu kilku sekund jej pomocnicy przenieśli pozostałych leżących pacjentów na wózki 

albo nosze, i w końcu Solaina została sama. Za kilka minut ten oddział zniknie z powierzchni 
ziemi. Potem, za kolejnych kilka minut, zniknie cały szpital. 

–   Co   jeszcze,   Matteo?   –   zawołała,   kiedy   przebiegał   obok   niej,   popychając   wózek   z 

dwoma pacjentami. – Gdzie są jeszcze ludzie?

– Oddziały są już puste – odkrzyknął: – Nie ma nikogo na chirurgii ani ratunkowym. Cały 

personel jest na dworze. Wychodź stąd, zrobiliśmy wszystko, co się dało. 

Nagłe niedaleko usłyszała pierwszy wybuch, tak silny, że rzuciło ją na ścianę. 
– Dobry Boże – szepnęła. Ktoś zrobił to Davidowi. Ta sama osoba, która omal go nie 

zabiła. Jej ojciec?

Chciała paść na kolana i zawołać Davida, ale druga eksplozja nastąpiła tuż po pierwszej. 

Solaina rozejrzała się po oddziale, by sprawdzić, czy na pewno nikt tu nie został. Strach przed 
ogniem rodzi różne dziwne reakcje. Ludzie chowają się pod kołdry, za zasłony i do szaf. Z 
ulgą stwierdziła, że w pokoju jest pusto. 

– Uciekaj! – krzyknął do niej ktoś z holu. – Ogień wyszedł z chirurgii. 

background image

Kiedy to usłyszała, spojrzała najpierw na sufit, potem na ścianę. Zostało jeszcze trochę 

czasu. Zdąży pobiec na drugi oddział. 

Wybiegając z pokoju, chwyciła ręcznik z jednego z łóżek, oblała go wodą i przyłożyła go 

do ust i nosa. Potem pobiegła najszybciej jak umiała i szybko sprawdziła następny oddział. 
Pusty, dzięki Bogu. 

W   odległym   końcu   sali   dla   leżących   pacjentów,   z   której   wyszła   chwilę   wcześniej, 

dojrzała ogień, który ogarnął drewniane drzwi i przesuwał się dalej po’ drewnianej podłodze 
holu.   Znaczy   to,   że   ma   tylko   kilka   sekund,   by   się   wydostać.   Budynek   miał   drewnianą 
konstrukcję, zapewne z bambusa. Ogień pochłonie wszystko w ciągu kilku minut. Ale co z 
ostatnim oddziałem, ambulatoryjnym? Była tam, widziała, że wszyscy wyszli. Nie ma czasu 
tam wracać. Pora uciekać. W połowie drogi do drzwi usłyszała krzyk. 

– Davey mówi, że brakuje Pholli. 
Poznała głos Mattea, choć nie widziała go w gęstym dymie. Oddychanie przez mokry 

ręcznik stawało się coraz trudniejsze. A żar... 

– Solaina! – krzyczał. – Gdzie jesteś?
– Który oddział?  – zawołała, modląc  się, by chodziło  o ambulatoryjny,  bo pozostałe 

oddziały zajął już ogień. 

– Tam, przenieście go tam! – wołał David, przekrzykując jęki i lamenty pacjentów. – I 

przykryjcie tych ludzi kocami. – Wskazał na trzy starsze kobiety leżące na ziemi. Były dwa 
dni po operacji, jedna po amputacji nogi, jedna z ciężkimi ranami od szrapnela w obu nogach, 
a trzecia straciła dwa palce. Jeśli nie znajdzie dla nich szybko jakiegoś lokum, mogą umrzeć z 
szoku czy innych komplikacji. – Potem zanieście je do jednego z domów personelu i niech 
ktoś z nimi zostanie. 

Ruszył  do mężczyzny,  który leżał  na wózku. Jedyne  światło pochodziło  z ognia, ale 

David nie potrzebował światła, by widzieć, na czym polega problem. Mężczyzna nie mógł 
złapać   oddechu,   pewnie   z   paniki.   David   czułby   się   tak   samo,   gdyby   miał   na   to   czas. 
Powiedział kilka uspokajających słów po angielsku, potem ujął dłoń mężczyzny i zmierzył 
mu puls. 

– Wszystko dobrze – oznajmił, chowając rękę mężczyzny pod koc. – Okej. – Pokazał mu 

uniesiony do góry kciuk, międzynarodowy znak, a pacjent odpowiedział mu tym samym. 

Potem wskazał na bandaże Davida, a ten dopiero teraz zauważył, że nie włożył koszuli. 
– Okej? – spytał mężczyzna, szczerze zatroskany. 
David skinął głową, chociaż nic nie było w porządku. Solaina została w budynku, a on nie 

mógł jej pomóc. 

Zerknął na szpital i zaczerpnął nerwowo powietrza. Solaina i dziecko. Uda im się, musi 

się udać. 

–   Okej   –   szepnął,   przechodząc   do   kolejnego   pacjenta,   młodej   kobiety,   którą   sam 

zoperował.   Gdy   pochylił   się,   by   ją   zbadać,   ból   w   piersiach   odebrał   mu   dech.   Po   kilku 
sekundach mógł wziąć kolejny oddech, ale nierówny. Właśnie zerwał sobie kolejną chrząstkę 
żebrową. 

background image

Przygryzając dolną wargę, przykucnął i odsunął koc, by obejrzeć nogę kobiety. 
– Jak pani się czuje?
– Dobrze, doktorze – odparła płynną angielszczyzną. – Proszę się o mnie nie martwić. 
Zerknął znów na szpital. 
– Ktoś przeniesie panią za chwilę do innego budynku – rzekł. Ból rozdzierał mu piersi i 

serce. – Wychodź stamtąd, Solaina – modlił się na głos. 

– Powinna być w ambulatoryjnym! – krzyczał Matteo. 
– Jestem tu, wezmę ją, a ty uciekaj i pomóż Davidowi – odkrzyknęła Solaina, niepewna, 

czyjej   głos   jest   dość   silny,   bo   w   płucach   miała   już   pełno   dymu.   Trzydzieści   sekund, 
powiedziała sobie. Tylko tyle jej zostało. – Pholla! – zawołała, wpadając na oddział. – Gdzie 
jesteś?

Było tam sporo dymu, ale nie tak dużo jak w holu. 
– Pholla? – zawołała, po czym zaczęła kasłać. Dwadzieścia pięć sekund, dwadzieścia 

cztery... 

– Pholla, proszę, kochanie. – Dwadzieścia jeden, dwadzieścia... – Solaina zaglądała pod 

łóżka, odsunęła szafkę z lekami. Ani śladu dziewczynki. Dwanaście, jedenaście... Jej płuca 
nie wytrzymywały. Czas uciekał, dla dziewczynki też. – Pholla! – krzyknęła, po czym zgięła 
się wpół z kaszlu. – Kochanie... 

Dym   tak  już  zgęstniał,   że  ledwie  widziała  własną  rękę.  Spojrzała   na okno.  Ale  jeśli 

wybije szybę, przeciąg może wciągnąć ogień... Nie ma wyboru. Musi się stąd wydostać. Ale 
jeśli ona gdzieś jest... Trzy, dwie, jedna... Żeby przeżyć, musi ratować własne życie. 

– Solaina?
Czy to David ją woła?
– Pholla! – odezwała się po raz ostatni. 
Potworne uczucie, że porzuci dziecko, było trudniejsze do zniesienia niż żar, dym i brak 

tlenu. Solaina pobiegła na środek pokoju, zamknęła oczy i wyobraziła sobie, co widziała, 
kiedy weszła na oddział kilka minut wcześniej. Łóżka, szafka... To wszystko? Kosz na pościel 
do prania, w rogu na prawo od drzwi. 

Pobiegła tam natychmiast. Było za dużo dymu, by zaglądać do środka, więc włożyła ręce 

do kosza – i znalazła dziewczynkę między brudnymi ręcznikami i pościelą. Tuliła do siebie 
szmacianą lalkę. 

Solaina wstrzymała oddech, mierząc puls dziecka. 
Żyje! Wyciągnęła ją i przytuliła, po czym pognała do holu, zatrzymując się na ułamek 

sekundy, by zorientować się w sytuacji. Kiedy przypomniała sobie, gdzie są drzwi, pobiegła 
tam, po czym upadła na ziemię, kilka kroków dalej, wciąż z Phollą na rękach. 

Kiedy Matteo z kolegami odciągnęli je dalej, ogień szalał już w całym budynku. 
– Solaino – powiedział David, trzymając maskę tlenową przy jej twarzy. Boże, jak on 

pragnął wziąć ją w ramiona. To on powinien być tam w środku i kierować ewakuacją. 

– Nic mi nie jest. – Odsunęła maskę. – Jak Pholla?
–   Przeszła   dziś   piekło,   ale   jest   w   dobrej   formie.   Oddycha   samodzielnie.   Tylko   jest 

przerażona. 

background image

– Próbują jeszcze coś uratować?
David przeniósł wzrok na budynek. Przyjechała straż pożarna z Kanthy, ale przywieźli ze 

sobą   wiadra,   a   nie   węże.   Biegali   tam   i   z   powrotem   między   szpitalem   i   pompą,   która 
znajdowała się na dworze. Był to daremny trud. Płomienie lizały drewniany budynek jak 
łakome dzieci lody. 

– Nie – odparł. – Nic. 
– Tak mi przykro. 
– Ale wszyscy przeżyli. – Wszystko, jego nadzieje, marzenia, zostało pochłonięte przez 

ogień, ale kiedy myślał o Solainie i Pholli, o tym, że mogły się stamtąd nie wydostać, zdał 
sobie sprawę, jaką ważną częścią jego nadziei i marzeń stała się Solaina. Otarł łzy. – Tylko to 
się liczy. 

Przez kilka następnych minut żadne z nich nie powiedziało słowa. Patrzyli tylko, jak 

ochotnicy gaszą ogień. Kilku ludzi napełniało wiadra, inni nieśli je do mężczyzn, którzy teraz 
sięgnęli   po   szufle   i   rzucali   ziemię   na   to   inferno.   Jedynym   ich   celem   było   teraz 
niedopuszczenie ognia do innych budynków. Szpital był już stracony. Wszyscy to widzieli. 
Ich przygnębienie było widoczne w przygarbionych plecach i smętnych minach. 

Tymczasem krzaki między szpitalem a pozostałymi budynkami także zajęły się ogniem. 
– Oni tego nie widzą – powiedziała Solaina, wskazując w tamtą stronę. – Co tam jest?
– Magazyn, rzeczy potrzebne do rehabilitacji, z którymi wysyłamy pacjentów do domu, 

wózki i kule. Trzymamy tam też ich rzeczy osobiste. 

– Ja je uratuję. 
– Nie! – krzyknął i chwycił ją za rękę, ale się wyrwała. – Cholera – mruknął, idąc za nią. 

– Zostaw, to nieważne. 

Nie słuchała go. Chwyciła szpadel przyniesiony przez jednego z ochotników z Kanthy i 

zaczęła   walić   nim   w   płomienie.   Widział   ją   z   daleka,   jak   nabiera   ziemię   i   zasypuje   nią 
płomienie. Kilku ochotników dołączyło do niej i ugasili ogień. 

David wziął ją za rękę i trzymał z całej siły ze strachu, że znów gdzieś pobiegnie toczyć 

kolejną bitwę. 

– Co ty sobie myślisz?
– Myślałam o rzeczach tych ludzi, o tym, jak wiele już stracili. Myślałam o wózkach i 

kulach, i o tym, jak będzie wyglądało bez nich ich życie. – Po chwili dodała: – I myślałam, że 
nie pozwolę, żeby mój ojciec to zniszczył. 

– Twój ojciec?
– On to zrobił. Tak uważasz, prawda?
Nie wiedział, co odpowiedzieć. To mógł być wypadek. Albo dzieło Bertranda Leandre’a. 

Taka była hipoteza Mattea, ale David nie był przekonany. 

Zapewne nie dojdą przyczyny pożaru, ponieważ lokalne służby kryminalne nie są zbyt 

wysokiej klasy. Jeśli nikt nie podłożył puszki z benzyną, uznają, że to był wypadek. 

– Nie wiem, Solaino. A nawet gdyby stał za tym twój ojciec, to nie twoja wina. Zresztą 

wszyscy są bezpieczni, a szpital możemy odbudować. 

– Tak mi przykro. – Zakasłała, a David ją przytulił. 

background image

– Wiem, ślicznotko. Ale nie masz z tym nic wspólnego. To nie twoja wina. – Jeśli to 

konieczne, będzie jej powtarzał te słowa do końca życia. Tej nocy, kiedy pomyślał, że może 
ją   stracić,   zdał   sobie   sprawę,   że   jeśli   Solaina   wyjdzie   z   płonącego   budynku,   on   jej   nie 
wypuści. Ale teraz nie pora na mówienie takich rzeczy. – Potrzebuję twojej pomocy – dodał. 
– Sam tego nie zrobię. 

Kilku miejscowych stawiło się w szpitalu, kiedy ogień został już ugaszony. Kobiety z 

dziećmi, starsi ludzie. Potem nie wiadomo skąd pojawiły się stoły z dzbankami wody i soków 
owocowych. Przed świtem, w zaszytym w dżungli szpitalu, wszyscy pracowali tak zgodnie, 
jakby często musieli razem gasić pożary. Nikt nie mówił tym ludziom, co mają robić. A oni 
pracowali chętnie, z własnej woli. Solaina ich podziwiała. 

Przyjęła   filiżankę   wody   od   starszej   kobiety,   potem   podała   ją   Davidowi.   Siedzieli 

przytuleni,   patrząc,   jak   budynek   szpitala   ostatecznie   pada.   Wyglądało   to   niemal 
surrealistycznie. Teraz przyszła pora, by Solaina zajęła się tym, co robiła najlepiej. 

– Podzielę pacjentów zależnie od ich potrzeb – oznajmiła. – Niektórym trzeba znaleźć 

jakieś schronienie. Musimy zorganizować przewóz do szpitala w Chandelli. 

A w międzyczasie poleci ochotnikom, by przygotowali kwatery personelu dla chorych. 
– Zadzwonię do nich i zapytam,  czy mogą przysłać transport. Może osoby, które nie 

wymagają   bezwzględnie   hospitalizacji,   znajdą   miejsce   w   domach   mieszkańców   Kanthy. 
Poproszę kogoś z twojego personelu, żeby popytał. 

– Jesteś dobrą pielęgniarką – powiedział David. 
– Dobrą administratorką. 
– To też. Ale również dobrą pielęgniarką. Zanim zaczniesz się kłócić, obejrzę chorych, 

póki mam jeszcze siły. 

– Powinieneś teraz odpocząć, niech Matteo się tym zajmie. 
– To zalecenia administratorki czy pielęgniarki?
– Kobiety, której na tobie zależy. 
– Kobieta, której na mnie zależy, powinna widzieć, co należy do moich obowiązków. 
Skinęła głową. Ale czy mężczyzna, któremu na niej zależy, rozumie, co ona powinna 

robić? Musnęła jego wargi. 

– Uważaj na siebie. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Victoria Brumley zawsze ładnie nakrywała do kolacji, a Solaina znała ten jej obyczaj. 

Tego jednak wieczoru Victoria przeszła samą siebie. Przygotowała dania kuchni francuskiej, 
zaczynając   od  soupe   de   piments   d’espelettes,  po   której   zaserwowała  crepes   aux   poires. 
Wszystko to podała na swej najlepszej porcelanie. Solaina jednak ledwie tknęła jedzenie. Od 
tygodni niewiele mogła przełknąć. 

– On zamierza odbudować szpital – powiedział Howard, nalewając sobie trzeci kieliszek 

wina. – Wiem, że chciałby, żebyś z nim pracowała. Nie zmienił zdania. 

– Jestem zadowolona z nowej posady – odparła Solaina. Naprawdę lubiła swoją nową 

pracę w małym szpitalu na przedmieściach Chandelli. Miała głównie do czynienia z dziećmi. 
Robiła im zastrzyki, mierzyła temperaturę, rozdawała lizaki. No i baseny. Było to dla niej 
znakomite miejsce, gdzie mogła wylizać rany i czegoś się nauczyć. I odsunąć od siebie obraz 
Jacoba Rennera. 

– Cóż, moim zdaniem cała ta odbudowa to nonsens – stwierdziła Victoria, odsuwając 

butelkę wina od Howarda. – To zajmie wiele miesięcy. David zrobiłby lepiej, wracając do 
Toronto. 

Solaina zerknęła na nią ze zdumieniem. Victoria po raz pierwszy wypowiedziała się na 

temat   związany   z   ich   pracą.   Zwykle   zostawiała   zagadnienia   medyczne   mężowi,   a   sama 
opowiadała o podróżach, kuchni i operze włoskiej. 

– David chce tu pracować – powiedziała Solaina. 
– To jego pasja. 
Pasja, którą zaczynała rozumieć. 
– Gdyby chodziło tylko o jego karierę – Victoria wstała od stołu po srebrny dzbanek do 

kawy – ale on wciąga w to innych. Spójrz na siebie. Minęły cztery miesiące, a ty wciąż przez 
niego cierpisz. 

– Ona jest w nim zakochana – stwierdził Howard. 
– Dlatego cierpi. Bo oskarża się o to nieszczęście. 
– Może to nieszczęście to na długą metę zbawienie. Solaina przenosiła wzrok z Howarda 

na Victorię i z powrotem. Zastanawiała się, czy nie powinna wyjść, zanim ich sprzeczka 
zamieni się w prawdziwą kłótnię. 

– Co masz na myśli? – wybuchnął Howard. 
–   Dobrze   wiesz.   Przez   te   wszystkie   lata,   kiedy   ty   goniłeś   za   różnymi   sprawami,   ja 

siedziałam  sama.  Przez  jakiś  czas  mi  to nie przeszkadzało,  bo podziwiałam  twoją pracę. 
Byłam z . ciebie dumna. Ale potem lat mi przybywało, byłam coraz starsza i coraz bardziej 
samotna. Nigdy nie byłam w operze we Włoszech. Zawsze coś wypadało. 

Victoria postawiła serwis do kawy na stole i usiadła u szczytu stołu, naprzeciw swojego 

męża. Kiedy zdjęła kapelusz z szerokim rondem, była smutną, samotną starszą kobietą. I 
zgorzkniałą. 

– Zawsze myślałam, że na emeryturze będzie inaczej – podjęła Victoria. – Liczyłam na 

background image

to, że będziemy wreszcie mieli czas dla siebie. Ale myliłam się, oczywiście. Znalazłeś sobie 
IMO.   A   kiedy   ich   opuściłeś   i   już   myślałam,   że   przyszła   moja   kolej,   zacząłeś   pomagać 
Davidowi. – Spojrzała na Solainę, jej wzrok złagodniał. – Widzisz, tak będzie dla ciebie 
lepiej. Nie będziesz musiała martwić się o męża, którego nigdy nie ma w domu. Zasługujesz 
na lepsze życie. 

– Lepsze życie! – krzyknął Howard. 
Solaina nigdy dotąd nie widziała, by stracił panowanie nad sobą. Poderwała się od stołu, 

gotową zostawić Brumleyów, żeby sami rozwiązali swoje problemy. 

– Lepsze życie! – odkrzyknęła Victoria. – Dałeś mi mnóstwo przedmiotów. Popatrz. – 

Wstała i rozłożyła ręce. – To są tylko przedmioty. Tyle od ciebie dostałam przez te wszystkie 
lata. Mimo to trwałam przy tobie, bo liczyłam, że w końcu będziemy mieć dla siebie czas, bo 
inaczej nigdy bym... – Urwała i usiadła. – Na pewno nie chcesz kawy przed wyjściem? – 
spytała Solainę. – A może brandy?

– Co byś nigdy? – spytał Howard spokojniej. Ręce mu się trzęsły, poczerwieniał. 
Victoria zerknęła na niego. Solaina widziała jej lodowate spojrzenie. 
– Nie próbowałabym cię powstrzymać. 
– Dobry Boże! – jęknęła Solaina. – To ty? Victoria skromnie skinęła głową. 
–   Nie   zamierzałam   nikogo   skrzywdzić.   Najpierw   to   miały   być   tylko   ostrzeżenia, 

myślałam, że po nich David skończy z tym głupim szpitalem. Ale nie zrobił tego. Nigdy nie 
chciałam,   żeby   został   pobity.   Człowiekowi,   którego   zatrudniłam,   spodobał   się   samochód 
Davida i postanowił go zdobyć. Dodam, że potem mu nie zapłaciłam. Ale zatrzymał  mój 
pistolet. Szkoda. 

Howard podarował mi go, żebym broniła się przed wężami. Tak bardzo dbał o moje 

bezpieczeństwo, kiedy jego nie ma w domu. Howard sięgnął po kieliszek. 

– Bardzo tego wszystkiego żałuję – ciągnęła Victoria. 
Solaina zerknęła na Howarda, który siedział oniemiały. 
– A szpital? – spytała Solaina. – To też twoje dzieło? Spaliłaś szpital Davida?
– Niechcący.  Nieporozumienie  z powodu nieznajomości  języka.  Poinstruowałam  tego 

człowieka, żeby podpalił magazyn koło szpitala. Nigdy bym... – Opuściła głowę i zaczęła 
cicho płakać. – Nigdy bym nikomu nie zrobiła krzywdy.  Chciałam tylko odzyskać męża. 
Przepraszam. 

– Victoria! – Howard otworzył usta, po czym upadł na podłogę. Solaina podbiegła do 

niego i zbadała mu puls na tętnicy szyjnej. Howard nie oddychał. 

– Dzwoń po karetkę. 
Zaczęła   robić   Howardowi   sztuczne   oddychanie.   Bezskutecznie.   Nacisnęła   mu   lekko 

klatkę piersiową, ale jego serce nie biło. Potem, przez dziesięć kolejnych minut robiła mu 
masaż   serca   na   zmianę   ze   sztucznym   oddychaniem,   dopóki   nie   przyjechała   pomoc   i   nie 
zabrali go do szpitala. Kiedy Solaina wychodziła za ratownikami, Victoria siedziała wciąż w 
jadalni, poprawiając serwetkę na kolanach i pijąc poobiednią kawę. Sama. 

–   Przeżyje   –   powiedział   David,   wychodząc   z   intensywnej   terapii.   –   Zaczyna   lepiej 

oddychać.   Chociaż   będzie   ciężko.   W   jego   wieku...   Będzie   musiał   przejść   rehabilitację 

background image

kardiologiczną. Myślę, że musi w tym celu wrócić do Londynu. 

Solaina siedziała przy ścianie od dwunastu godzin. David był tam od sześciu godzin, 

głównie przy łóżku Howarda. 

– A potem? – spytała. – Co zrobi potem? David zdjął fartuch i wrzucił go do kosza, po 

czym usiadł na ławce obok Solainy. 

– Po kolei. Nie zamierzam wnosić oskarżenia. Wysłanie Victorii do więzienia niczemu 

nie służy. Tyle lat żyli razem, może uda im się coś zrobić, żeby spędzić wspólnie ten czas, 
który im został. – Urwał i uśmiechnął się smutno. – Mam taką nadzieję. 

– Cieszę się. – Solaina wsunęła rękę w jego dłoń. 
– Victoria jest teraz w swoim własnym świecie. Rozmawiałem przed chwilą z lekarzami, 

powiedzieli, że nie wróciła do przytomności, siedzi i patrzy. 

– Czeka na ukochanego. – Solaina położyła głowę na ramieniu Davida. 
Od chwili, gdy opuściła Vistę, często z nim rozmawiała. Gdy się żegnali, nie oponował, 

nie próbował jej przekonać, by została. Wyjaśniła, że musi złapać dystans i popracować sama, 
i prosiła, by za nią nie jechał. Trudno było jej odchodzić ze świadomością, jak bardzo jest mu 
potrzebna. Teraz widziała go po raz pierwszy od tamtej chwili. 

– Tęskniłam za tobą – szepnęła. – Bardzo. 
– Ja też. – Pocałował ją w czubek głowy. – I za zapachem jaśminu. Zacząłem sypiać z 

kostką jaśminowego mydła pod poduszką. 

Solaina roześmiała się. 
– A ja zasadziłam rododendron pod moim oknem. – Urwała. – Dzwoniłam do ojca. 
– I?
– I nic. Cieszył się, że już nie jest podejrzany. Nadal chce, żebym przyjęła tę posadę w 

IMO. Albo żebym została szefową pielęgniarek w szpitalu w Brazylii. Nic się nie zmienił. 

– A ja tak – powiedział David. – Chociaż szpital musiał spłonąć, żeby do tego doszło. 

Przepraszam, że cię nie słuchałem, tylko upierałem się przy swoim. Powinienem cię słuchać i 
pomóc ci przełamać lęki. Przecież mówiłaś mi, że całe życie ktoś ci dyktował, co masz robić. 

– Ale ja na to pozwalałam. Znałam swoje słabe punkty i nie robiłam nic, żeby... naprawić 

swoje życie. Bo tak było łatwiej. Potem zobaczyłam  tych  ludzi w Viście... – Potrząsnęła 
głową. – Zawsze oskarżałam się o śmierć Jacoba Rennera i zawsze tłumaczyłam tym swoją 
bierność. Ukrywałam się, robiąc nie to, co naprawdę chciałam, byle znowu nie narazić się na 
zranienie. 

– A ja cię nie słuchałem. Tkwiłem w swoim małym świecie. Masz rację. Czasami tak jest 

łatwiej. 

– Tamtej nocy, kiedy wybuchł pożar, byłam w swoim żywiole. Robiłam to, co potrafię. 

Ale kiedy powiedziałeś, że mnie potrzebujesz, przeraziłam się, choć wiedziałam, że mnie 
kochasz i wszystko mi wybaczysz. Nasze życie i nasza praca są nierozłączne. Nie byłam 
pewna, czy zdołam spełnić twoje oczekiwania. Musiałam odnaleźć siebie, zanim będę mogła 
żyć z tobą w każdym sensie tego słowa. 

– A ja uważałem, że jestem fatalnym partnerem i nie chciałem cię skrzywdzić, i tak się 

tego bałem, że cię skrzywdziłem. Sam tego nie rozumiem. 

background image

– Chodzi o to, żeby dobrze słuchać – powiedziała. – Słuchać sercem, a także uszami. 
– Nawet najdoskonalsze związki są trudne. Howard pewnie nigdy nie słuchał Victorii. 
– Wszyscy mamy swoje wady. Ale ja powoli staję się dobrą pielęgniarką. Przez lata tylko 

jęczałam, ale nic nie robiłam. Teraz nad tym pracuję. 

– Myślę, że Howard to sprawdzi, pytał o ciebie. Bez przerwy powtarza, że uratowałaś mu 

życie. 

– Czy wspomniał o Victorii? David pokręcił głową. 
– Chyba jest jeszcze w szoku. Może nie zdaje sobie sprawy, co zrobiła, a może zdaje, i 

nie ma nic do powiedzenia. Ale kocha ją i pomoże jej przez to przejść. 

– To takie smutne, kochać tak bardzo i czuć się tak samotnym. Żal mi jej. Chciała tylko 

zatrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę. 

– A ty?  Co zrobisz, by zatrzymać  przy sobie ukochanego? – Solaina odsunęła się w 

milczeniu. – Jestem pełen podziwu dla twoich starań. Ale musisz wiedzieć, że bez ciebie mało 
nie oszalałem. Życie jest krótkie. 

– Wiem. Ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, zanim wrócę do Visty w roli pielęgniarki. 
– Nie masz nic przeciw noszeniu basenu?
– Uwielbiam nosić basen. 
– I zmieniać pościel?
– W tym jestem bardzo dobra. 
– I nie masz nic przeciw poślubieniu dyrektora szpitala?
– Jeśli dyrektorowi szpitala nie przeszkadza, że jego żona nosi basen i zmienia pościel... 
–   A   zatem,   dopóki   nie   wrócisz   do   domu,   czy   mogę   czasami   zakraść   się   do   kwater 

pielęgniarek w twoim szpitalu?

– Liczę na to. Ktoś musi zmiąć pościel, żebym mogła ćwiczyć naciąganie prześcieradła. 

Kocham cię od pierwszej chwili, kiedy zapytałeś mnie o drzewa. 

– Ale dotąd nie wiem, czy wolisz liściaste czy iglaste? – rzekł ze śmiechem. 
– Wolę to, pod którym będziemy się kochać. – Pocałowała go i położyła mu głowę na 

piersi. Koniec z ucieczkami. Po raz pierwszy w życiu ma wszystko, czego chce i potrzebuje. 

Na   stoliku   obok   łóżka   Howarda   postawiła   uśmiechniętego   Buddę,   którego   David 

posklejał. To on przyniósł jej szczęście. A teraz, razem z nią i Davidem, pomoże Howardowi. 


Document Outline