background image

FRITZ LEIBER

PRZEZ

MGŁY I MORZA

Przełożył Dariusz Kopociński

Wydanie I

SOLARIS

Olsztyn 2004

background image

 

CHMURA GNIEWU

 

background image

W   podziemiach   Świątyni   Nienawiści,   gdzie   pięć   tysięcy   odzianych   w   łachmany 

wyznawców   pokornie   klęczało   i   w   religijnym   uniesieniu   przykładało   czoła   do   chłodnych, 

chropowatych kamieni - przytłumionym, lecz nieubłaganym rytmem warczały bębny i hipnotycznie 

mrugały czerwone światła. Trans rozbudzał w ludziach zwierzęce, barbarzyńskie instynkty.

Rozlegały się ciche dudnienia, czasami jęki i pomruki. Tętno uczuć było niesłyszalne, a 

mimo to tłum wyznawców wytwarzał piekielne wibracje, zdolne wstrząsnąć całym miastem, całą 

lankmarską ziemią i całym światem Nehwonu.

Od wielu miesięcy Lankmar cieszył się spokojem. Tym większa była nienawiść. Mało tego, 

tej   nocy   w   samym   sercu   miasta   odziana   w   czarne   togi   arystokracja   hulała   w   najlepsze   na 

zaręczynach   córki   suwerena   z   księciem   Iltmaru.   Dzikie   tańce   i   swawolne   zabawy   podsycały 

nienawiść.

W rozległej sali podziemnej świątyni rósł las grubych słupów, ustawionych bez dbałości o 

jakikolwiek porządek; wzrok gubił się w ich gąszczu. Strop był tak nisko, że wysoki człowiek mógł 

sobie głowę potłuc... aczkolwiek w tej chwili wszyscy się płaszczyli. Zapach zgnilizny przyprawiał 

o   mdłości.   Zgarbione   plecy   srodze   zagniewanych   wyznawców   ścieliły   się   na   podobieństwo 

pagórkowatej krainy; pokryte saletrą kamienne podpory przypominały szare drzewa.

Arcykapłan   uniósł   kościsty   palec.   Żelazne   cymbały   o   strunach   cienkich   jak   pergamin 

zaczęły przygrywać czerwonym płomykom do wtóru z bębnami, by rozjątrzyć zawistną złość w 

uniesionych czcicielach, doprowadzić ją do wrzenia i wybuchu.

W półmroku olbrzymiej krypty z falistego morza wygiętych ludzkich grzbietów zaczęły się 

unosić ledwie widoczne macki - zupełnie jakby rósł tam w siłę hufiec duchów. Macki, które w 

innym świecie mogłyby zostać nazwane ektoplazmą, prędko się mnożyły, gęstniały, wydłużały się i 

łączyły w kształt zbliżony do kłębowiska węży. Powstawało wrażenie, jakby to wścibska mgła znad 

rzeki Hlal zapuszczała w podziemia szarobiałe jęzory. Węże wiły się wokół słupów i snuły pod 

niskim stropem. Swym wilgotnym dotykiem pieściły wyznawców, którzy powołali je do istnienia. 

Wpływały obłokami w  czeluść wąskich, spiralnych, wysłużonych schodów - miejscami niemal 

doszczętnie startych i zdradliwie śliskich.

W   mglistym,   żywym   tumanie   jarzyły   się   czerwone   punkty.   Czas   płynął,   lecz   bębny   i 

cymbały wciąż bez potknięć wygrywały swą melodię. Opiekunowie piekielnego ognia obracali 

drewniane koła, na których czerwonym ogniem płonęły kagańce. Oczy arcykapłana pod drewnianą 

maską ani razu nie pobiegły w bok i ani jedna zgarbiona, skamieniała postać nie podniosła głowy. 

A   na   górze   zamgloną   alejką   do   swego   domu   w   złodziejskiej   dzielnicy   śpieszyła   młodziutka, 

zmizerowana żebraczka, ledwie skóra i kości. Wielkie lemurowe oczy błysnęły strachem w drobnej, 

pięknej buzi elfa, gdy dostrzegła szarobiały łeb mgły, która na podobieństwo ślimaka wysuwała się 

background image

z   zakratowanego   okienka   przy   chodniku.   Od   dawna   czuła   na   sobie   ramiona   chłodnych 

nadrzecznych oparów, domyślała się więc, że ma przed sobą zgoła inne zjawisko.

Próbowała ominąć ten wybryk natury, jednakże kłąb mgły z chyżością nacierającej kobry 

rozpełzł się od muru do muru, by zagrodzić jej drogę. Pobiegła w drugą stronę, lecz on doścignął ją 

i otoczył podkową przy pustej ścianie. Mogła już tylko stać z drżeniem, kiedy mgielny wąż chudł, 

gęstniał i  zacieśniał  półkole. Kiwał głową niczym jadowity gad oko w  oko z ofiarą, aż  nagle 

skoczył jej na piersi. Wtenczas przestała drżeć, wywróciła białka lemurowych oczu i, niby pusty 

wór, nieprzytomnie osunęła się na chodnik.

Przez  chwilę   szarobiałe  wężysko  zdawało  się  ją  obwąchiwać,  ale  ponieważ   nie  dawała 

znaku życia, ze złością przewróciło ją twarzą do ziemi i pognało w tym samym kierunku, w którym 

poruszała   się   nadrzeczna   mgła:   przez   miasto   ku   domom   arystokracji   i   ozłoconemu   latarniami 

pałacowi suwerena.

Obie mgły doskonale się z sobą połączyły, choć gdzieniegdzie w tej mieszaninie pojawiały 

się czerwone błyski.

***

Przy pustym kamiennym korycie u zbiegu pięciu ulic dwóch mężczyzn siedziało skulonych 

obok szerokiego piecyka, w którym gorzały resztki węgla. Mieli stamtąd ledwie parę kroków do 

dzielnicy   bogaczy,   skąd   dolatywały   na   przemian   ciche   echa   muzyki   i   wybuchy   śmiechu.   Po 

dachach błądziły mdłe, tęczowe łuny. Na pierwszy rzut oka wyglądali na żebraków, wszelako ich 

bluzy, płaszcze i sztylpy, choć w wielu miejscach przetarte, uszyte były z porządnego materiału. I 

mieli pod ręką miecze w pochwach.

- Mglista noc będzie - zauważył Fafryd, potężnie zbudowany rudzielec o bladej, spokojnej 

twarzy. - Ciągnie wilgocią od rzeki.

W   odpowiedzi   jego   mniejszy   kompan   wzruszył   ramionami,   podsycił   ogień   w   piecyku 

dwiema miskami węgla drzewnego i rzekł ironicznie:

- Następnym razem przepowiadaj lodowce! Najlepiej niech przyjdą aleją Bogów. - Oto cały 

Kocur: wzrok czujny, usta szyderczo wykrzywione, policzki przykryte szarym kapturem.

Fafryd wyszczerzył zęby. Kiedy doszły go leciutkie dźwięki śpiewanej daleko pieśni, rzucił 

w ciemność z udawaną rozpaczą:

background image

- Czemuż to nie siedzimy gdzieś na ciepłych poduchach? Czemu wino nie szumi nam w 

głowach i słodkie rączęta nie tulą nas namiętnie?

Zamiast odpowiedzi Szary Kocur odpiął od pasa trzos ze szczurzej skóry, chwycił go za 

rzemyki i pacnął nim o dłoń. W sflaczałym woreczku nie brzęknęły monety. Dla podkreślenia wagi 

swoich słów podsunął druhowi pod oczy dziesięć palców. Na żadnym nie błyszczał pierścień.

W ciemnościach przepływały pierwsze zwiewne opary, zwiastujące idący za nimi wał mgły. 

Fafryd raz jeszcze wyszczerzył zęby i odezwał się jak gdyby do niewidzialnej widowni:

- Wprost wierzyć się nie chce! Trudno zliczyć, ileśmy w trakcie naszych przygód nazbierali 

klejnotów, ile kosztowności ze złota zwykłego i zielonego! Były nawet akredytywy pieniężne gildii 

handlarzy   zbożem.   Gdzież   to   się   wszystko   rozeszło?   Akredytywy   odfrunęły   na   skrzydłach   z 

pergaminu?   Kamienie   bluznęły   ogniem   i   uszły   w   niebo   jak   czerwone,   zielone   i   perłowe 

kałamarniczki? Czemu nie jesteśmy bogaci?

Kocur prychnął.

- Ba, gdybyś chociaż  nie trwonił  dorobku na dziewki wszeteczne! Albo nie  zaspokajał 

swych   szlachetnych   zachcianek,   takich   jak   pomoc   fałszywym   aniołom   w   szturmowaniu   bram 

piekieł. Co do mnie, to zubożyło mnie tak niańczenie ciebie.

Fafryd parsknął śmiechem.

-   Zapominasz   o   własnych   nieprzemyślanych   kaprysach.   Kto   jednej   nocy   zwędził 

suwerenowi kiesę, wypróżnił mu kieszenie i zarazem oddał koronę? No kto? Nie, nie, Kocurze. 

Myślę, żeśmy biedni, bo... - Nagle uniósł łokieć, rozchylił nozdrza i wciągnął w płuca chłodne, 

wilgotne powietrze. - Dzisiaj mgła ma jakąś dziwną właściwość - orzekł.

Kocur odpowiedział beztrosko:

- Wyraźnie czuję zdechłe ryby, przypalony tłuszcz, końskie łajno, zzieleniałą lankmarską 

kiełbasę, tanie świątynne kadzidła, dziesięciofuntowe bochny chleba, zjełczały olej, podpleśniałe 

zboże,   czarną   maź   w   skrzyniach   balsamiarzy,   swąd   lnianych   odpadów   oraz   smród   z   baraków 

niewolników i z katedry pełnej niemytych przewoźników i cudzołożnic wyprawiających rytualne 

orgie... a ty mi mówisz o dziwnej właściwości?!

- Ja czuję coś jeszcze. - Fafryd spojrzał kolejno w głąb każdej z pięciu ulic. - Chociaż 

może... - Urwał, niezdecydowany, i wzruszył ramionami.

background image

***

Przez wychodzące na ulicę okienka tawerny zwanej „Gniazdem Szczurów" wlewały się 

chyłkiem   obłoki   mgły.   Mieszały   się   osobliwie   z   gęstym   dymem   dogorywającej   pochodni, 

niezauważone   przez   nikogo   prócz   starej   nierządnicy,   która   otuliła   się   szczelniej   połatanym 

kożuszkiem.

Uwaga   zebranych   skupiała   się   przede   wszystkim   na   osławionym   zabijace   Gnarlagu   i 

niewiele mu ustępującym muskulaturą smagłym najemniku. Walczyli na ręce. Każdy z nich wpierał 

łokieć w blat wiekowego, dębowego stołu i miażdżył palce przeciwnika, próbując przyłożyć jego 

dłoń do porysowanego, wyszczerbionego i podziobanego drewna. Gnarlag, który uśmiechał się z 

drwiną, miał drobną przewagę.

Jedno z odnóży mgły zatrzymało się nad ramieniem Gnarlaga, jakby samo było miłośnikiem 

tego   rodzaju   rozrywek   i   z   zainteresowaniem   czekało   na   rozstrzygnięcie   pojedynku.   Stara 

nierządnica   dostrzegła   w   niej   dziwne,   czerwone   kosmyki.   Odbłyski   pochodni,   cóżby   innego? 

Modliła się jednak, żeby w jej faworycie na nowo zawrzała krew.

Koniuszek   mgły   dotknął   naprężonego   ramienia.   Twarz   Gnarlaga   nie   wyrażała   już 

szyderstwa,   ale   zaciekłą   nienawiść.   Mięśnie   przedramienia   nabrzmiały   do   nieprawdopodobnej 

wielkości   i   zmusiły   rękę   do   gwałtownego   obrotu.   Dał   się   słyszeć   cichy   trzask   i   jęk   boleści. 

Najemnik miał złamany nadgarstek.

Gnarlag wstał, strącił ze stołu podany mu kubek wina i odepchnął dziewczynę, która chciała 

go objąć. Zabrał z ławy szeroki pas z dwoma mieczami, pomaszerował do ceglanych schodów i 

wspiął się do drzwi. Najwyraźniej za sprawą jakichś przeciągów i zawirowań powietrza kosmyk 

mgły położył się na jego ramionach niczym ręka kompana.

- Gnarlag był zawsze zimnym draniem - zauważył ktoś po jego wyjściu. - On się nigdy nie 

cieszy ze zwycięstwa.

Czarnowłosy najemnik patrzył na swoją okaleczoną rękę i powściągał się od krzyku.

background image

***

- Tedy mi powiedz, wielki filozofie, czemu nie jesteśmy diukami? - zapytał Szary Kocur, 

wysuwając palec z pięści zaciśniętej na kolanie. Wycelował nim w Fafryda siedzącego po drugiej 

stronie piecyka. - Albo cesarzami, dajmy na to. Albo półbogami.

- Nie jesteśmy diukami, bo przed nikim nie bijemy czołem - odparł rezolutnie Fafryd i oparł 

się   wygodniej  o  kamienne   koryto.  -  Nawet  diuk  liże   buty  królowi,  a  półbogowie  bogom.  My 

nikomu schlebiać nie musimy. Chadzamy, gdzie nam się żywnie podoba. Sami sobie wybieramy 

przygody i decydujemy, czy pchać się w tarapaty. Lepsza wolność o chlebie i wodzie niźli pełna 

kiesa i żywot w poddaństwie.

- Oto słowa ogara, co go ostatni pan przegnał na cztery wiatry i teraz nie wie, do kogo się 

łasić - odparował Kocur z jawną drwiną, na którą mogą sobie pozwolić serdeczni przyjaciele. - 

Spójrz   na   siebie,   obłudniku!   Sprzedawałeś   się   magnatom,   królom   i   brzuchatym   kupcom.   Za 

Wewnętrznym Morzem służyłeś Mowaralowi. Ja zaś wykonywałem zlecenie bandyty Harsela. No i 

razem służymy Glipkeriowi, który dziś w nocy wydaje córkę za iltmarskiego księcia.

- Toż to jeno wyjątki! - zaprotestował gromko Fafryd. - Ale nawet na służbie trzymamy się 

zasad.   Nie   słuchamy   niegodziwych   rozkazów,   nie   tańczymy   w   rytm   bębnów   czarodzieja,   nie 

mieszamy się z tłuszczą i nie dajemy się zatruć jadem nienawiści. Jeśli już dobywamy miecza, to w 

obronie własnej. Hej, co to? 

Dotąd trzymał miecz demonstracyjnie wysoko, obejmując palcami pochwę tuż poniżej jelca, 

lecz teraz przysunął rękojeść do ucha.

- Słychać ostrzeżenie! - oświadczył raptownie. - Stal cicho pobrzękuje w pochwie.

Kwitując   ten   przesąd   pobłażliwym   chichotem,   Kocur   wysunął   swą   smuklejszą   klingę, 

przyjrzał się natłuszczonej stali w świetle czerwonych węgli, znalazł kilka ciemniejszych plamek i 

zaczął je szorować szmatką.

Ponieważ nie działo się nic szczególnego, Fafryd odłożył pochwę z mieczem i przyznał 

niechętnie:

- Pewnikiem smok zajrzał do jaskini, gdzie głownię wykuto. Tak czy siak, mgła mi się nie 

podoba.

background image

***

Płatny   morderca   Gisz   i   kurtyzana   Tres   patrzyli,   jak   mgła   wędrująca   po   fantazyjnie 

czubatych dachach lankmarskich kamienic przesłania najpierw wiszący nisko złoty sierp księżyca, a 

potem gasi tęczową poświatę pałacu. Zapalili łuczywa, zaciągnęli niebieskie zasłony i jęli się bawić 

miotaniem noży, aby zaostrzyć apetyt przed bardziej intymną, lecz nie mniej dziką zabawą.

Tres mogła się pochwalić pewną wprawą, lecz Gisz potrafił tak rzucić nóż, że obrócił się 

dwanaście lub trzynaście razy, nim wbił w deskę. Z równą biegłością rzucał między nogami, jak i 

do tyłu przez ramię. I to bez pomocy lustra. Ilekroć ostrze grzęzło o włos od dziewczyny, uśmiechał 

się   z   zadowoleniem.   Nieraz   musiała   powtarzać   sobie   w   duchu,   że   nie   jest   dużo   gorszy   niż 

przeciętny łotrzyk.

Zza zasłony wcisnęło się mgielne ramię i musnęło Gisza w skroń, kiedy sposobił się do 

kolejnego rzutu.

- We mgle jest krew, wchodzi ci do oczu! - krzyknęła Tres, patrząc nań ze zgrozą.

Rzezimieszek chwycił dziewczynę za ucho i z obleśnym uśmiechem poderżnął jej gardło tuż 

pod kształtnym podbródkiem. Uskoczywszy przed strugą tryskającej krwi, zwinnie porwał pas z 

nożami i zbiegł krętymi schodami na ulicę, gdzie wtopił się we mgłę - jemu przyjazną, lecz poza 

tym nafaszerowaną nienawistnymi uczuciami jak towiliskie wino cukrem. Była to istna chmura 

gniewu. Przepełniały go cudowne wizje podobne do silnych, lecz ulotnych wrażeń, jakie zalęgły się 

w   jego   głowie,   gdy   został   dotknięty   siwobiałą   mgiełką.   Przed   oczami   tańczyły   mu   obrazy 

zasztyletowanych   księżniczek   i   pochlastanych   pokojówek.   Maszerował   raźnym   krokiem,   na 

skrzydłach radosnych oczekiwań, w kompanii Gnarlaga, mistrza dwóch mieczy. I choć spotkali się 

po   raz   pierwszy   w   życiu,   od   razu   wiedzieli,   że   są   braćmi   uświęconymi   nienawiścią,   sługami 

błogosławionej mgły.

background image

***

Fafryd   splótł   nad   piecykiem   swoje  krzepkie   dłonie  i   zagwizdał   skoczną   melodię,   która 

niosła się z dalekiego, mrugającego światełkami pałacu.

Kocur na nowo oliwił klingę Skalpela.

- Zanadtoś wesół, jak na kogoś, kto boi się zaczarowanej mgły i brzęku żelaza - zauważył.

- A bo mi się tu podoba - odparł barbarzyńca. - Pluję na dwory, łoża i kominki! Dopiero na 

ulicy człowiek wie, że żyje. Albo na szczycie góry. Czyż wino nie smakuje lepiej w wyobraźni 

aniżeli w kielichu?

- No, ja nie wiem! - zaśmiał się kpiąco Kocur.

- I czy głodujący nie zjada skórki chleba z większym apetytem niż wytrawny smakosz 

słowicze języki? Przeciwności losu wyostrzają zmysły i oczyszczają umysł.

-   Oto   mowa   małpy,   która   nie   sięga   banana   -   zadrwił   Kocur.   -   Gdyby   obok   w   murze 

otworzyły się wrota raju, wskoczyłbyś w nie bez namysłu.

- Dlatego, że nigdy tam nie byłem - zripostował Fafryd.

- Nie przyjemniej posłuchać muzyki z daleka, niż przepychać się wśród ucztujących na 

zaręczynach Innezgai, wydurniać się z nimi, przestrzegać reguł obowiązujących w ich świecie, 

uważać na potknięcia?

- Niejeden w Lankmarze zielenieje i pęka z zazdrości, słysząc tę muzykę - rzekł ponuro 

Kocur. - Ja nie zielenieję, jak te szajbusy. Moja zazdrość ma inne, racjonalne podłoże. Tak czy 

inaczej, na twoje pytanie odpowiadam: nie!

- Stokroć przyjemniej być dziś strażnikiem w służbie Glipkeria niż jego wychuchanym 

gościem - upierał się  Fafryd. Urzeczony poetycznością swych porównań, nie zważał na słowa 

Kocura. 

- To znaczy, że mamy służyć Glipkeriowi za darmo? - zapytał ostro ten drugi. - No tak, oto 

gorzka pestka wolności: brak wynagrodzenia!

Fafryd zaśmiał się, zreflektował i rzekł prawie ze skruchą:

-   Mimo   to   jest   pewien   urok   w   niezłomnym   czuwaniu,   w   powinności   strażnika.   Nie 

trzymamy straży za pieniądze, ale z czystej przyjemności! Człowiek jest ślepy pod dachem, gdzie 

ciepło mu i wygodnie. Tutaj widzimy miasto i gwiazdy, słyszymy szmer i tupot życia. Czyhamy jak 

myśliwi w skalnej kryjówce, próbując złowić wzrokiem...

background image

- Proszę, Fafryd, tylko nie strasz mnie zjawami i upiorami! - wpadł mu w słowo Kocur. - 

Zaraz powiesz, że ulicami włóczy się krwiożerczy potwór. Taki, któremu ślina cieknie na myśl o 

Innezgai i jej służkach. Który chrupnąłby na przystawkę książątko w zbrojnym przybraniu.

Fafryd popatrzył na niego w zadumie i potoczył wzrokiem po zasnutych mgłą miejscach.

- Kiedy będę miał pewność, nie omieszkam ci powiedzieć.

***

Bracia bliźniacy Kreszmar i Skel, z zawodu zamachowcy i rabusie, próbowali wydusić 

pieniądze od pewnego liczykrupy w jego ruderze, kiedy dopadła ich mgła z czerwonymi pasmami. 

Dokończyli   dzieła   z   chyżością   ambitnych   ludzi,   którzy   po   otrzymaniu   niespodziewanego 

zaproszenia   na   ucztę   monarchy   w   pośpiechu   przełykają   ostatni   kęs   na   rodzinnym   przyjęciu. 

Kreszmar bez skrupułów roztrzaskał pałką czaszkę liczykrupy, podczas gdy Skel chował za pas 

mieszek złota, który udało mu się wydrzeć padającemu już bez życia staruszkowi. Miecze kołysały 

im się u boków, gdy szybko wychodzili na zamgloną ulicę. Maszerowali teraz w towarzystwie 

Gnarlaga i Gisza, w kłębach zwartej, szarej chmury, która poruszała się prawie niedostrzegalnie 

wraz   z   nadrzecznymi   mgłami,   a   mimo   to   z   mocą   najtęższego   wina   rozbudzała   w   nich   żądzę 

niszczenia i mordowania; tuszując wszelkie wątpliwości i obawy, przyrzekała krocie pasjonujących, 

owocnych rozbojów.

Za czterema łotrami fałszywa mgła rzedła do wąskiego sznura, połyskującego miejscami 

czerwienią tętnicy, a miejscami srebrem włókna nerwowego - nigdzie nie rozerwanego, choć musiał 

ominąć   niejeden   kamienny   narożnik   po   wyjściu   ze   Świątyni   Nienawiści.   Włókno   tętniło 

nieprzerwanie, w miarę jak ze świątyni płynęły polecenia i pokarm do pełznącego obłoku mgły i 

czterech doszczętnie opętanych nienawiścią morderców, którzy wraz z nią maszerowali. Walec 

mgły sunął z zawziętością śnieżnego tygrysa do dzielnicy arystokracji, gdzie nad morzem blisko 

falochronu świecił tęczą latarni pałac Glipkeria.

Trzej odziani na czarno lankmarscy gwardziści, uzbrojeni w okute blachą pałki i ciężkie 

strzałki z ostrymi haczykami, dostrzegli zbliżającą się do nich ścianę mgły i poruszających się w 

niej ludzi. Zdawało im się, że to czterej mężczyźni uwięzieni w czarodziejskim, giętkim lodzie. 

Ciarki im przeszły po skórze. Stali jak sparaliżowani. Mgła obmacała ich, lecz zostawiła w spokoju; 

uznała, że są za słabym narzędziem dla jej celów.

background image

W kłębach mgły użądliły ich noże i miecze. Gwardziści padli bez krzyku; czarne bluzy 

błyszczały   od   wilgoci   okraszonej   czerwienią   na   bladych,   zmartwiałych   kończynach.   Mgła 

zgęstniała,   jakby   nażarła   się   do   syta   swoimi   ofiarami.   Z   zewnątrz   czterej   mordercy   byli 

niewidoczni, choć sami wszystko doskonale widzieli.

***

W świetle łun wylewających się z pałacu w najdłuższą z pięciu ulic, tę prowadzącą w głąb 

lądu, Kocur zauważył sunącą ku nim szarą mgłę, która wypuszczała przed siebie badawcze odrosty.

- Patrz, Fafrydzie, mamy towarzystwo! - zawołał wesoło.

- Mgła ciągnie od rzeki setką zakrętasów, żeby ogrzać łapy przy naszym piecyku!

Fafryd zmarszczył czoło i odparł z podejrzliwością:

- Cosik mi się widzi, że kryją się w niej nieproszeni goście.

- Wiecznie trzęsiesz gaciami! - zganił go Kocur i dodał tajemniczym głosem: - Śmieszna 

myśl przyszła mi do głowy. Może to nie mgła, jeno dym z ogniska, gdzie pali się ogromny stos 

słomy makowej z konopną żywicą? Wiesz, jakich zaznamy niesamowitych wrażeń, jakie sny mieć 

będziemy?

- Najpewniej koszmary - rzekł cicho Fafryd i podniósł się w kucki. - Kocurze, mam złe 

przeczucia! I miecz łaskocze w dotyku!

Najdalej   wysunięta   macka   toczącego   się   żwawo   wału   mgły   musnęła   obu   przyjaciół   i 

przylgnęła do nich z radością, jakby znalazła wreszcie dowódców wyprawy, hersztów oddziału 

niewolników, których pod ich wodzą nikt nie pokona.

Dwaj serdeczni druhowie, niski i wysoki, zostali wystawieni na wielką pokusę. Łechtani 

czułą,   gorzko-słodką   pieśnią   nienawiści,   słuchali   obietnic   wiecznego   pławienia   się   w   krwawej 

zemście, trwających wieki wieków rozkoszy morderczego szału.

Fafryd, który tej nocy nie kosztował wina, pijany jedynie własnymi wizjami i rozważaniem 

etosu strażnika, pozostał nieczuły na podszepty, których treść wydała mu się wyjątkowo mało 

pociągająca.

Z drugiej strony Kocur, którego serce nieraz trawiła zawiść i nienawiść, przeżywał ciężkie 

chwile, lecz i on w końcu oparł się chytrym namowom - nawet jeśli tylko dlatego, mówiąc bez 

ogródek, że wolał być autorem własnego zła, niż uczyć się go od innych, choćby naukę proponował 

sam arcy-diabeł.

background image

Mgła cofnęła się parę kroków, po czym z kocią szybkością, niczym odtrącona kobieta o 

mściwym   charakterze,   wydaliła   ze   swoich   trzewi   czterech   łotrów   i   równocześnie   wymierzyła 

mgielne odrośle w Kocura i Fafryda.

Kocurowi wyszła na dobre biegła znajomość lankmarskiego półświatka, a w nim nawet 

początkujących   morderców,   co   w   połączeniu   z   intuicją   i   umiejętnością   błyskawicznego 

podejmowania   decyzji   uratowało   mu   życie.   Rozpoznał   pas   z   nożami   najniższego   z   czterech 

bandziorów, Gisza, najniebezpieczniejszego w tej grupie. Bez wahania wyrwał z pochwy Koci 

Pazur, wycelował i rzucił.

W tym samym momencie Gisz, równie szybki i zwinny, cisnął jeden z noży. Wszelako 

Kocur, który nigdy nie lekceważył przeciwników i nie zapominał o ostrożności, w chwili rzutu 

przekrzywił w bok głowę, dzięki czemu nóż Gisza przeciął tylko płatek ucha i minął go ze świstem.

Gisz zanadto ufał swej zręczności, nie zrobił, bowiem uniku, co przyniosło ten skutek, że 

zaraz potem sterczała mu z prawego oczodołu rękojeść Kociego Pazura. Czas jakiś zdawał się łypać 

na   świat   zdrowym   okiem   w   niepomiernym   zdumieniu,   by   w   końcu   runąć   na   bruk   z   twarzą 

wykrzywioną śmiertelnym grymasem.

Kreszmar, Skel i Gnarlag ochoczo sięgnęli po broń, bynajmniej niezrażeni nagłą śmiercią, 

która zatopiła swe szpony w mózgu ich towarzysza. 

Fafryd, zwolennik strategicznego myślenia na polu walki, nie od razu dobył miecza, ale 

chwycił piecyk za jedną z trzech rozgrzanych nóżek, zakręcił nim nad głową i obsypał czerwonym 

żarem twarze napastników. To ich na chwilę zatrzymało, dzięki czemu

Kocur  zdążył  wyszarpnąć   Skalpel,  a  Fafryd  -  swój  ciężki,  wykuty  w   jaskiniach  miecz. 

Wolałby rozstać się już z parzącym piecykiem, jednak na widok Gnarlaga, nacierającego nań z 

dwoma mieczami, przerzucił piecyk do drugiej ręki.

Doszło do gwałtownego starcia, którego wynik chylił się to na jedną, to na drugą stronę. 

Trzej napastnicy, tylko przez chwilę zdezorientowani żarem i popiołem, nie doznawszy obrażeń, 

śmiałym   krokiem   przystąpili   do   boju.   Cztery   dobrze   wymierzone   pchnięcia   omal   nie   dosięgły 

Kocura   i   Fafryda.   Barbarzyńca   zasłonił   się   piecykiem   przed   klingą   trzymaną   w   prawej   garści 

Gnarlaga, drugą zablokował własnym mieczem.

Błyskawiczny kontratak Fafryda przyniósł śmierć mordercy.

Z żelazem w szyi Gnarlag pochylił ku ziemi oba miecze i już ich nie uniósł, konając. Fafryd 

nie mógł dłużej wytrzymać piekielnego bólu ręki, odrzucił, więc piecyk w pierwszą lepszą stronę, 

gdzie mogła wyniknąć z tego jakaś korzyść. I tak zdzielił w łeb Skela, już-już zamierzającego 

dźgnąć   sztychem   Kocura,   który   wprawdzie   uskakiwał,   lecz   nie   dość   szybko   w   porównaniu   z 

atakiem bliźniaków.

background image

Kocur pochylił się pod przelatującym mieczem Kreszmara i wraził mu Skalpel pod żebra, 

by tą nie najłatwiejszą drogą dotrzeć do serca. Zaraz też wyciągnął ostrze i tą samą porcją stali 

poczęstował chwiejącego się półprzytomnie Skela. Odskakując zwinnie z groźnie uniesioną bronią, 

omiótł okolicę uważnym spojrzeniem.

- Wyrżnięci do nogi - zapewnił go Fafryd, który miał więcej czasu, żeby się rozejrzeć. - 

Paskudnie sobie poparzyłem rękę!

- A ja mam rozcięte ucho - oświadczył Kocur, przytykając palce do rany. Uśmiechnął się. - 

Na szczęście tylko z brzegu. - Zastanowiwszy się nad uwagą Fafryda, dodał: - Dobrze ci tak, boś 

walczył orężem kuchcików!

- Też mi coś! - odciął się Fafryd. - Gdybyś nie skąpił węgla, oślepiłbym wszystkich chmurą 

żaru.

- I jeszcze gorzej poparzył sobie łapy - rzekł wesoło Kocur i dorzucił z radością: - Zdało mi 

się, że słyszę brzęk złota za pasem tego, coś go powalił piecem. Jak mu tam... Skela, właśnie, 

rabusia Skela. Kiedy wyciągnę Koci Pazur...

Urwał,   zaskoczony   ohydnym   odgłosem   ssania,   które   zakończyło   się   głośniejszym 

siorbnięciem. W mdłym świetle napływającym z dzielnicy bogaczy ujrzeli nieziemski, zatrważający 

widok: okrwawiony sztylet kocura, dopiero co wbity w oko Gisza, unosił się na poskręcanym 

ramieniu   szarobiałej   mgły,   która   wcześniej   dawała   schronienie   napastnikom,   a   teraz   wyraźnie 

zgęstniała - rzekłby kto, i słusznie - posilona pożywną strawą, wzmocniona na siłach dzięki śmierci 

swych czterech służalców.

Fafryd i Kocur zdrętwieli ze strachu przed nadprzyrodzonymi mocami - ze strachu przed 

samotną   błyskawicą,   która   uderza   z   czarnej   chmury;   przed   olbrzymim   wężem   morskim, 

szturmującym spod wody; przed cieniami gromadzącymi się w kniei, żeby zadusić zbłąkanego 

tułacza; przed czarnym powrozem dymu, który sączy się znad ogniska czarodzieja, aby zacisnąć się 

na gardle ofiary.

Z wielu stron dobiegało dzwonienie żelaza: oto mgielne macki podnosiły cztery porzucone 

przez bandytów miecze i nóż Gisza, podczas gdy inne szarpały pasem zabitego złoczyńcy, aby 

wydobyć zeń pozostałe noże.

Wyobraźnia nasuwała obraz ducha ośmiornicy z głębin Morza Wewnętrznego, który zbroi 

się przed decydującym starciem. Dwa sążnie nad ziemią, gdzie zbiegały się macki nieprzejrzanej 

mgły, dokładnie w środkowej części sinego korpusu, tworzył się czerwony dysk wielkości ludzkiej 

głowy, który stopniowo upodabniał się do oka. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że gdy tylko oko 

uzyska zdolność widzenia, dziesięć macek zacznie dźgać i chlastać swym zdobycznym orężem z 

bezlitosną precyzją.

background image

Fafryd stał jak skamieniały między szybko formującym się okiem a Kocurem, który chyba 

wpadł na jakiś szaleńczy pomysł, zacisnął bowiem dłoń na rękojeści Skalpela, przygotował się do 

ataku i krzyknął do barbarzyńcy:

- Podsadzisz mnie!

Odgadując plan druha, Fafryd otrząsnął się z osłupienia, splótł dłonie i zgiął się w kolanach. 

Kocur rozpędził się, włożył nogę w prowizoryczne „strzemię" i wybił się w górę, kiedy wielkolud 

dźwignął się i podrzucił go z wysiłkiem i okrzykiem bólu.

Z   mieczem   nastawionym   do   pchnięcia   Kocur   przeleciał   przez   czerwoną   źrenicę   z 

ektoplazmy, która natychmiast rozproszyła się w nicość. Zniknął Fafrydowi z oczu, zupełnie jakby 

zapadł się z kretesem w śnieżną zaspę. Zaraz po tym uzbrojone macki zaczęły bić na lewo i prawo 

niczym niewidomi wojownicy - na oślep, gdzie popadło. Ale ponieważ było ich dziesięć, niektóre 

ciosy  mogły  dosięgnąć  Fafryda,  który  uchylał   się  i   uskakiwał,  aby  nie   oberwać.  Kiedy   stukał 

obcasami o bruk, miecze i noże we władaniu macek kąsały odrobinę celniej - i znów, niczym 

ślepiec   kierujący   się   słuchem.   Fafryd   musiał   dwoić   się   i   troić,   co   wymagało   od   niego   tym 

większego wysiłku, że był taki duży. Postronny świadek, jeśliby taki zapuścił się w te rejony o tej 

niezwykłej porze, mógłby dojść do wniosku, że to gigantyczna ośmiornica, która uczy barbarzyńcę 

tańczyć.

Tymczasem   po   drugiej   stronie   szarobiałego   potwora   Kocur   dostrzegł   srebrno-różowe 

włókno. Usiłowało przed nim uciec, toteż musiał wyskoczyć wysoko, aby ciachnąć je końcem 

Skalpela.   Stawiało   klindze   większy   opór   niż   główny   korpus   mgły,   a   pękło   z   niezwykłym, 

niespodziewanie głośnym brzękiem.

Mgła   od   razu   opadła,   bez   porównania   szybciej   niż   jakikolwiek   przekłuty   pęcherz   - 

właściwie jak wielka purchawka przydeptana stopą olbrzyma. Macki rozwiały się, a porzucone 

miecze i noże szczęknęły o kamienie. Dmuchnęło tak obrzydliwym smrodem, że

Fafryd i Kocur musieli zatkać rękami nos i usta.

Ostrożnie wciągając w nozdrza powietrze, Kocur przekonał się, że znowu można oddychać 

swobodnie.

- Hura! Chyba przeciąłem wąską gardziel tej bestii, drogi przyjacielu! Choć może był to 

przewód sercowy, główny nerw, srebrny kantar, pępowina... nieważne.

- Ciekawe, dokąd prowadził.

- Ani mi się śni sprawdzać - zapewnił go Kocur, z niepokojem spoglądając przez ramię w 

kierunku, skąd nadeszła mgła. - Jak chcesz, to się włócz po lankmarskich zaułkach, ale beze mnie. 

Zresztą, popatrz: wąska nić też znikła.

- Aj! - krzyknął nagle Fafryd i zaczął rozcierać dłonie. - Ty cwany łobuzie! Kazałeś mi się 

podsadzić, choć jestem poparzony!

background image

Kocur uśmiechnął się szeroko, przesuwając spojrzenie po wstrętnie oślizgłych kocich łbach, 

martwych ciałach i rozrzuconym bojowym ekwipunku.

- Gdzieś tu leży Koci Pazur - mruknął. - I naprawdę słyszałem brzęk złota... 

- Wyczułbyś miedziaka pod językiem łotrzyka, którego dusisz! - burknął Fafryd ze złością.

***

W Świątyni Nienawiści pięć tysięcy wyznawców zaczęło wstawać ociężale, ze stękaniem - 

każdy lżejszy o kilka łutów niż w chwili, kiedy padał na kolana. Bębniarze oparli się bezradnie na 

bębnach,   obsługujący   korby   pochylili   się   nad   zgaszonymi,   czerwonymi   świecami,   a   chudy 

arcykapłan posępnie zwiesił głowę i przykrył drewnianą maskę szponiastymi palcami.

***

Na skrzyżowaniu ulic Kocur machnął Fafrydowi przed oczami mieszkiem odciętym od pasa 

zabitego Skela.

- Starczy tego na prezent zaręczynowy dla słodkiej Innezgai, mój szlachetny przyjacielu? - 

zapytał   śpiewnie.   -   Potem   rozpalimy   ogień   w   naszym   kochanym   piecyku,   aby   oddawać   się 

niezrównanym rozkoszom strażniczej posługi i przeżywać rozliczne cuda...

- Dawaj, cymbale! - warknął Fafryd i porwał brzęczący mieszek w swe poparzone dłonie. - 

Znam   miejsce,   gdzie   wcierają   w   ciało   lecznicze   olejki.   I   gdzie   mają   igły   do   zszywania 

złodziejaszkom przytarganych uszu. A kobiety i wino są tam czyste i ostre.

background image

 

CIĘŻKIE CZASY

W LANKMARZE

 

background image

Pewnego razu w Lankmarze, Mieście Czarnej Togi, dwa lata po tak zwanym roku czarnej 

śmierci rozeszły się drogi Fafryda i Szarego Kocura. Do dziś nie wiadomo, co dokładnie sprawiło, 

że krewki barbarzyńca rozstał się ze szczupłym, przebiegłym księciem złodziei.

W owym czasie różnie na ten temat spekulowano. Jedni twierdzili, że poszło o dziewkę. 

Inni utrzymywali, czemu jeszcze trudniej było dać wiarę, że pokłócili się przy podziale klejnotów 

zagrabionych lichwiarzowi Mulszowi. Dziejopis Szryt nie wyklucza, że ich wzajemna wobec siebie 

oziębłość stanowiła w dużej mierze echo nieprzyjaźni, w jakiej natenczas żyli ze sobą Szylba o 

Twarzy Bezokiej, demoniczny mentor Kocura, i Ningobel Siedmiooki, tajemniczy i chimeryczny 

opiekun Fafryda.

Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie, stojące w zasadniczej sprzeczności z hipotezą o 

klejnotach Mulsza, wiązało ich rozstanie z ciężkimi czasami, jakie nastały w Lankmarze. Przygody 

zdarzały się rzadko i nie należały do najciekawszych, ponadto obaj bohaterowie osiągnęli ten etap 

w   życiu,   kiedy   człowiek   niegrzeszący   zasobnością   rezygnuje   z   najwspanialszych   wojaży   i 

przyjemności   na   rzecz   pewnych   pożytecznych   zajęć,   które   pozwalają   osiągnąć   dobrobyt   lub 

duchową doskonałość... choć rzadko jedno i drugie naraz.

Zapewne nuda, niepewność jutra, tudzież rozbieżność zdań w sprawie sposobów wywinięcia 

się z przykrego położenia, ostatecznie i nieodwołalnie poróżniły przyjaciół. Właśnie to założenie w 

pewien   sposób   tłumaczy,   a   nawet   usprawiedliwia   śmieszną   skądinąd   plotkę,   jakoby   druhowie 

pospierali się o prawidłowe wymawianie imienia „Fafryd". Otóż Kocur, z uporem godnym lepszej 

sprawy, obstawał przy wypowiadanym niedbale w lankmarskiej gwarze „Fafyrze", podczas gdy 

sam zainteresowany wolał oryginalną, twardą wymowę wszystkich spółgłosek: ponoć tylko taka nie 

zgrzytała   mu   w   uszach   i   nie   kłóciła   się   z   jego   barbarzyńską   wrażliwością   na   ład   i   porządek. 

Człowieka znudzonego i ubogiego byle niedogodność wyprowadza z równowagi.

Niewątpliwie ich przyjaźń, choć do cna nie wygasła, to znacząco ostygła. Jakkolwiek nadal 

mieszkali w Lankmarze, ich życiowe ścieżki zaczęły się rozchodzić.

Szary Kocur znalazł zatrudnienie u niejakiego Pulga, bezwzględnego pasożyta raczkujących 

religii.   Jako   król   mętnego   lankmarskiego   półświatka,   ściągał   haracz   od   kapłanów   służących 

bożkom, którzy mieli ambicje zostać wielkimi bogami. Oporni musieli liczyć się z nieprzyjemnymi, 

zatrważającymi i odrażającymi incydentami podczas  obrzędów poświęconych skąpemu bóstwu. 

Jeżeli kapłan uchylał się od płacenia haraczu, jego cuda okazywały się szarlataństwem, zbór i 

stronnicy   szli   w   rozsypkę,   a   na   domiar   złego   ktoś   mógł   mu   w   ciemnej   uliczce   złoić   skórę   i 

pogruchotać kości.

W   kompanii   zabijaków   Pulga   i   często   jednej   bądź   dwóch   pięknych   tancereczek   Kocur 

stanowił teraz swojski i złowieszczy widok na lankmarskiej alei Bogów, która łączy Bagienną 

Bramę z odległymi dokami i cytadelą. Nadal chodził ubrany na szaro, nadal zakryty kapturem, z 

background image

Kocim Pazurem i Skalpelem u boku. Jednakże sztylet i wąski miecz najczęściej spoczywały w 

pochwach.   Ponieważ   dawno   się   przekonał,   że   groźba   jest   zwykle   skuteczniejsza   niż   samo   jej 

wykonanie, ograniczał się do pertraktacji i pobierania należności.„Przychodzę w imieniu Pulga. 

Puul... ga!" - tak zwykł otwierać rozmowę. Kiedy świątobliwi mężowie odmawiali współpracy lub 

nazbyt ostro się targowali i należało porozbijać figurki bądź przegonić wiernych ze świątyni, kiwał 

palcem   na  osiłków,  by  zastosowali   odpowiednie   środki   dyscyplinarne,  sam  natomiast  stawał  z 

boku,   ucinał   sobie   żartobliwą   pogawędkę   z   towarzyszącymi   mu   dziewczętami   i   objadał   się 

słodyczami. W miarę upływu miesięcy przybierał na wadze, tancerki zaś stawały się coraz bardziej 

pokorne i dziecięco urodziwe.

Fafryd złamał miecz na kolanie (i przy okazji paskudnie się skaleczył), pozdzierał z odzienia 

skrawki szczurzego futra i ostatnie ozdoby (nic niewarte paski ściemniałego żelaza), wyrzekł się 

mocnych   napitków   i   związanych   z   nimi   przyjemności   (już   od   dłuższego   czasu   zadowalał   się 

cienkim piwem i obywał bez kobiety) oraz został jedynym akolitą Bwadresa, jedynego kapłana 

oddającego cześć Garncowemu Iszkowi. Zapuścił nader długą brodę, wcale nie krótszą od włosów 

opadających na ramiona. Wychudł, policzki mu zapadły, pojawiły się cienie pod oczami, a głos z 

basowego przeszedł w tenor... choć nie w rezultacie samookaleczenia, do którego doprowadziła go 

rozpacz, jak rozpowiadali kłamcy, mimo iż dobrze wiedzieli, gdzie mu się to stało.

Bogowie  w Lankmarze (mianowicie  ci z bogów  i pretendentów  do tytułu boga, którzy 

mieszkają   lub,   zdaniem   niektórych,   obozują   w   Niezniszczalnym   Mieście,   nie   zaś   lankmarscy 

bogowie,   bo   to   zupełnie   inna,   wielce   tajemnicza   i   poważna   sprawa)...   No,   więc   bogowie   w 

Lankmarze czasem wydają się liczniejsi od ziaren piasku na Wielkiej Pustyni Wschodu. Znakomita 

ich   większość   rozpoczynała   swą   karierę   jako   ludzie,   a   w   zasadzie   męczennicy,   którzy   wiedli 

ascetyczny, wizjonerski żywot i zeszli ze świata okrutną, wstrząsającą śmiercią. Można odnieść 

wrażenie, że od zarania dziejów niezliczone hordy kapłanów i apostołów (a nawet samych bogów - 

niewielka to różnica), wędrowały przez pustynię, Tonącą Ziemią i Wielkie Słone Bagnisko, aby 

spotkać się przed potężną, nisko sklepioną Bagienną Bramą Lankmaru... a równocześnie, rzecz 

jasna,   cierpieć   najrozmaitsze   tortury,   kastracje,   oślepienia,   kamienowania,   wbijania   na   pal, 

krzyżowania, ćwiartowania i tak dalej, zawsze z rąk zbójców ze wschodu i mingolskich pogan - 

stworzonych   wyłącznie   po   to,   aby   pielęgnować   tradycję   męczeńskiej   śmierci.   Grono   świętych 

cierpiętników zasiliły też czarownice i czarnoksiężnicy, walczący o nieśmiertelność dla swoich 

piekielnych, demonicznych bóstw czy, rzadziej, pra bogiń. Tutaj na czoło wysuwały się najczęściej 

dziewice więzione dziesiątki lat w lochach magów-sadystów lub gwałcone przez całe plemiona 

Mingoli.

Sam   Lankmar,   a   zwłaszcza   wyżej   wspomniana   ulica   jest   sceną,   czy   raczej   areną 

artystyczno-intelektualnych zmagań bogów po ich bardziej widowiskowych, lecz bynajmniej nie 

background image

okrutniejszych przejściach z Mingolami i rozbójnikami. Nowy bóg (reprezentowany przez swego 

kapłana   lub   kapłanów)   przystępuje   do   zawodów   w   Bagiennej   Bramie   i   powoli   czy   wręcz 

ślamazarnie   posuwa   się   aleją   Bogów:   bądź   to   odnajmuje   świątynię,   bądź   dzierżawi   skrawek 

chodnika, aż dotrze do miejsca odpowiedniego dla swej rangi. Rzadko, któremu udaje się przebić w 

pobliże cytadeli i znaleźć sobie kąt wśród arystokracji bogów... również podlegających wymianie, 

choć   obecnych   tam   od   stuleci,   a   nawet   tysiącleci   (prawdziwi   lankmarscy   bogowie   są   równie 

zazdrośni, co tajemniczy). Całe tabuny bożków, jak można się domyślać, po odbyciu całonocnego 

czuwania   pod  bramą   odchodziły  w   nieznane  -   może   szukać   miast,  gdzie   widownia   jest   mniej 

wybredna. Większość tych, co weszli do środka, wędrowała mniej więcej do połowy alei, by potem 

wolno, walcząc zażarcie o każdą piędź ziemi, wycofać się z powrotem pod Bagienną Bramę i na 

zawsze odejść z Lankmaru. Pamięć po nich prędko się zacierała.

Garncowy   Iszek,   któremu   zdecydował   się   służyć   Fafryd,   był   w   Lankmarze   jednym   z 

najmarniejszych, najmniej zaradnych bogów, a właściwie bożków. Wegetował tu przez trzynaście 

lat, w którym to czasie zdołał zaliczyć jedynie dwa place. Teraz wracał, skazany na zapomnienie. 

Nie należy go mylić z Iszkiem Bezbronnym, Iszkiem ze Spalonymi Nogami, Iszkiem Obdartym ze 

Skóry czy innymi bóstwami z licznej rzeszy jego równie widowiskowo okaleczonych imienników. 

Po prawdzie, swą niewielką siłę przebicia powinien złożyć na karb powszechnego mniemania, że 

taka śmierć jak jego (rozciąganie na ławie tortur) nie jest szczególnie spektakularna. Niejeden 

uczony   pomylił   go   z   Garncowym   Iszkiem,   świętym   z   zupełnie   innej   bajki,   który   na   swą 

nieśmiertelność   zapracował   siedemnastoletnim   pobytem   w   niezbyt   przestronnym   glinianym 

naczyniu.   Garniec   Garncowego   Iszka   zawierał   rzekomo   wodę   pokoju   z   Sylwijskiego   Zdroju, 

aczkolwiek   nie   było   na   nią   zapotrzebowania.   Gdyby   ktoś   szukał   sztandarowego   przykładu 

zdegradowanego boga, który nigdy do niczego nie doszedł, mógłby nie znaleźć lepszej kandydatury 

niż Garncowy Iszek. Z kolei Bwadres ucieleśniał sobą wszystkie cechy niewydarzonego kapłana: 

był zgrzybiały, niemrawy, uległy i mówił bełkotliwie. Fafryd miał powód, dla którego przystał do 

niego,   a   nie   do   jednego   z   wielu   obrotniejszych,   perspektywicznych   duszpasterzy:   widział,   jak 

kapłan głaszcze po głowie głuchoniemego dzieciaka, mimo że nikt na niego nie patrzył (Fafryda nie 

zauważył). To zdarzenie, niespotykane, na  co dzień w Lankmarze, zapadło głęboko w pamięć 

barbarzyńcy. Poza tym Bwadres okazał się przeciętnym, starym piernikiem.

Dopiero kiedy Fafryd został jego akolitą, los zaczął mu sprzyjać.

Po pierwsze, barbarzyńca wyglądał na imponującą podporę zboru już pierwszego dnia, gdy 

pojawił się w potarganym, poplamionym krwią ubraniu (poranił się przy łamaniu miecza, jak się 

rzekło). Za sprawą blisko siedmiu stóp wzrostu i wciąż wojowniczej postawy wybijał się jak góra 

wśród brzdąców, leciwych babulek i różnorodnej hołoty, która tworzyła smrodliwy i hałaśliwy tłum 

kapryśnych wyznawców na alei Bogów, kawałek drogi od Bagiennej Bramy. Wydawało się wielce 

background image

prawdopodobne, że jeśli Garncowy Iszek przeciągnął na swoją stronę takiej miary wyznawcę, z 

pewnością wykazywał się jakimiś niespodziewanymi zaletami. Ze wzbudzającego respekt wzrostu 

Fafryda,   jego   szerokich   barów   i   zawadiackiego   zachowania   wynikała   jedna   niezaprzeczalna 

korzyść: mógł zabezpieczyć dla Iszka i Bwadresa całkiem sporą powierzchnię chodnika, kiedy po 

nocnych obrzędach wyciągał się do snu na kamieniu.

Łotry i swawolnicy z czasem przestali pluć na Bwadresa i szturchać go łokciami. Mimo 

radykalnej zmiany obyczajów Fafryd nie stał się uległym poczciwcem - choć Garncowy Iszek był 

bogiem   pokoju   -   przede   wszystkim,   dlatego,   że   barbarzyńscy   przodkowie   wszczepili   weń 

poszanowanie podstawowych wartości moralnych.

Jeśli ktoś dręczył Bwadresa lub zakłócał obrzędy sprawowane ku czci Iszka, wylatywał w 

powietrze i zaliczał twarde lądowanie, a jeśli się burzył, dostawał krótkie, ostrzegawcze lanie.

Bwadres nabrał niezwykłego wigoru w rezultacie tej nieoczekiwanej odsieczy, gdy wraz ze 

swoim bogiem chylił się już ku przepaści zapomnienia. Zaczął jadać częściej niż dwa razy w 

tygodniu   i   czesać   swą   długą,   rzadką   brodę.   Wkrótce   nie   zostało   w   nim   śladu   po   starczej 

niemrawości, jedynie w głębi obwiedzionych żółtawymi krostkami oczu czaiły się jak dawniej 

błyski szaleńczego uporu. Głosił teraz nauki Garncowego Iszka z zacięciem i charyzmą, jakiej nie 

znalazł w sobie nigdy dotąd.

Tymczasem Fafryd już niebawem promował kult Garncowego Iszka nie tylko wzrostem, 

postawą   i   wybitnymi   osiągnięciami   w   fachu   wykidajły.   Po   dwóch   miesiącach   wypełniania 

dobrowolnych   ślubów   milczenia,   kiedy   to   nie   odpowiadał   na   najprostsze   pytania   Bwadresa,   z 

początku wielce zdziwionego postępowaniem swego olbrzymiego pomocnika, Fafryd wyszperał 

gdzieś małą, pękniętą lirę, naprawił ją i zaczął regularnie przy wszystkich obrzędach odśpiewywać 

wyznanie wiary i dzieje Garncowego Iszka. Żadną miarą nie rywalizował z Bwadresem, nie wtrącał 

się w jego litanie i nie próbował udzielać błogosławieństwa w imieniu Iszka. Wprost przeciwnie: 

zawsze klękał i milkł, kiedy Bwadres przeprowadzał obrzęd.

Kiedy jednak kapłan medytował między rytuałami, Fafryd siadywał za nim na kamieniach, 

wydobywał   melodyjne   dźwięki   z   malutkiej   liry   i   śpiewał   swym,   dość   jak   na   niego   cienkim, 

przyjemnym i romantycznie przychrypniętym głosem. A trzeba wiedzieć, że w dzieciństwie na 

Lodowych Pustaciach, a więc gdzieś pod biegunem w pojęciu lankmarczyków - hen za Morzem 

Wewnętrznym, porośniętym puszczami Państwem Ośmiu Miast i Górami Trollowych Schodów - 

Fafryd pobierał nauki w szkole śpiewających skaldów (tak się nazywała, choć uczono tam śpiewać 

wyłącznie   lirycznym   tenorem),   mając   jeszcze   do   wyboru   szkołę   ryczących   skaldów,   gdzie 

śpiewano   basem.   Właśnie   ten   powrót   do   wyrobionego   w   dzieciństwie   sposobu   artykułowania 

dźwięków, objawiający się w odpowiedziach na te nieliczne pytania, których raczył wysłuchać w 

swej skromności, był prawdziwym i jedynym powodem przejścia jego basu w tenor - pomimo 

background image

niestworzonych opowieści plotkarzy pamiętających Fafryda jako obdarzonego tubalnym głosem, 

skorego do bitki druha Szarego Kocura.

W przedstawianych dziesiątki razy dziejach Garncowego Iszka systematycznie dokonywały 

się   zmiany,  wszelako  tak  wolno,  że  nawet   Bwadresowi,  gdyby  chciał,  trudno  byłoby  zgłaszać 

zastrzeżenia. Ostatecznie powstała z tego, wprawdzie stonowana pod wieloma względami, wielka 

saga o bohaterze z północy. Iszek za młodu nie zabijał smoków i innych potworów, co przeczyłoby 

jego zasadom moralnym, on się tylko z nimi bawił: pływał z lewiatanem, kąpał się z behemotem, 

przemierzał bezdroża podniebnych przestrzeni na grzbiecie wiwerny, gryfa i pegaza. Zarazem nie 

gromił w boju królów i cesarzy: po prostu wprawiał w osłupienie najwyższych dygnitarzy, gdy 

kroczył po sztychach zatrutych mieczy, stawał na baczność w ogniu paleniska czy stąpał po wodzie 

wrzącej w olbrzymich kadziach - i zarazem wygłaszał pięknym, doskonale rymowanym wierszem 

natchnione kazania o braterskiej miłości.

Garncowy Iszek, jakiego znał Bwadres, skonał po stosunkowo krótkich męczarniach (choć 

nie bez kilku pożegnalnych napomnień), kiedy porozrywano mu stawy na ławie tortur. Garncowy 

Iszek, jakiego ukazał ludziom Fafryd (właściwie starczyło rzec „Iszek": każdy wiedział, o kogo 

chodzi), połamał siedem ław, nim zaczęły opuszczać go siły. Nawet, kiedy w mniemaniu, że rozstał 

się   z   życiem,   popuszczono   powrozów,   poderwał   się   i   chwycił   za   gardło   głównego   kata, 

zachowawszy w sobie dość krzepy, by udusić niegodziwca... nieważne, że mistrza zapaśników w 

swoim cechu.

Iszek wszakże tego nie uczynił, jak zawsze wierny zasadom; poprzestał na złamaniu grubej, 

mosiężnej   obroży   kata,   będącej   znakiem   jego   profesji,   i   wygięciu   jej   w   kunsztowny, 

niewypowiedzianie piękny symbol garnca. Dopiero wtedy wyzionął ducha i udał się do krainy 

wiecznej szczęśliwości, gdzie spotykają go nowe, nadzwyczajne przygody.

A   ponieważ   zdecydowana   większość   bogów   w   Lankmarze   przywędrowała   z   krajów 

Wschodu   lub   z   południa,   z   podupadłych   kulturowo   okolic   Kuarmalu,   w   swoich   ziemskich 

wcieleniach byli słabeuszami: potrafili przeżyć ledwie kilka chwil na stryczku i parę godzin na 

palu, nie wykazywali szczególnej odporności na roztopiony ołów czy grad zębatych strzał, nie 

oddawali się z zamiłowaniem tworzeniu heroicznych poematów i widowiskowym zmaganiom z 

groźnymi   potworami,   nic   więc   dziwnego,   że   Garncowy   Iszek,   jakim   przedstawiał   go   Fafryd, 

zwrócił   na   siebie   uwagę,   a   wnet   zaskarbił   sobie   przychylność   i   miłość   zwykle   chwiejnej   w 

poglądach bogobojnej tłuszczy. Nade wszystko wizja Garncowego Iszka, który wstaje z ławą na 

plecach,   zrywa   więzy   i   łamie   dechy,   a   następnie   czeka   pokornie   z   podniesionymi   rękami,   aż 

oprawcy naszykują kolejną ławę i go do niej przytwierdzą... otóż ta wizja zajęła naczelne miejsce w 

snach i marzeniach czeredy żebraków, tragarzy, przemęczonych kucharek oraz ich biednych dzieci i 

zniedołężniałych rodziców.

background image

Na fali swej rosnącej popularności Garncowy Iszek nie tylko po raz drugi przesuwał się 

aleją Bogów w kierunku cytadeli, - co samo w sobie było nie lada rzadkością - ale też udawała mu 

się ta sztuka o wiele łatwiej niż jakiemukolwiek bożkowi w czasach nowożytnych. Praktycznie 

przed każdą kolejną ceremonią Bwadres i Fafryd przenosili ołtarzyk kilka kroków dalej, a to dzięki 

temu, że tłum wyznawców wdzierał się na tereny tymczasowo poświęcone bogom o słabszych 

umiejętnościach przyciągania wiernych. Zdarzało się coraz częściej, że niezmordowani, schodzący 

się o późnej porze wyznawcy umożliwiali im sprawowanie obrzędów do pierwszych brzasków 

jutrzenki. Dziesięć, czasem dwanaście nocnych ceremonii pozwalało tyleż razy przesunąć się w 

nowe miejsce. I nie trzeba było długo czekać, żeby zaczął się zmieniać charakter członków zboru. 

Pokazywali się ciekawscy z coraz cięższymi trzosami: najemnicy, kupcy, modnie ubrani złodzieje, 

pomniejsi dostojnicy, strojne kurtyzany, arystokraci lubiący się szwendać po dzielnicach biedoty 

oraz gładko ogoleni filozofowie, którzy pokpiwali z nieprzekonujących argumentów Bwadresa i 

absurdalnego zbioru zasad Iszka, lecz w duchu podziwiali szczery zapał staruszka tudzież jego 

rosłego, oddanego poezji akolitę. Wraz z zamożniejszymi przybyszami zjawiali się, oczywiście, 

nieprzebłagani wysłannicy Pulga i inne lisy szukające gąsek w tym stadku. Co w nader niezręcznej 

sytuacji stawiało Szarego Kocura.

Dopóki   Iszek,   Bwadres   i   Fafryd   trzymali   się   w   odległości   paru   rzutów   kamieniem   od 

Bagiennej Bramy, dopóty nie było powodu do obaw. Kiedy bowiem przychodził czas zbierania 

datków i Fafryd zbliżał się do słuchaczy z wyciągniętymi rękami, ci dawali mu, jeśli w ogóle 

cokolwiek,   to  najwyżej   pleśniejące  skórki   chleba,   przywiędnięte   warzywa,  szmaty,   kije,  bryłki 

węgla   drzewnego,   a   już   najrzadziej,   co   wywoływało   zwykle   okrzyki   zdziwienia,   pogięte, 

wyszczerbione   i   zaśniedziałe   miedziaki.   Tego   rodzaju   drobnica   nie   interesowała   nawet   mało 

ambitnych wyłudzaczy haraczu, a Fafryd bez trudu radził sobie z nierozgarniętymi cherlakami, 

którzy chcieli się bawić w księcia złodziei w cieniu Bagiennej Bramy. Niejeden raz Szary Kocur 

przekonywał Fafryda, żeby nie zmieniał tego stanu rzeczy, bo dalsza wędrówka aleją Bogów może 

mieć przykre następstwa.

Kocur z jednej strony nie skąpił dalekowzrocznych porad, ale i był nad wyraz ostrożny. 

Polubił   -   a   przynajmniej   święcie   wierzył,   że   polubił   -   swą   stałą,   dochodową   pracę   bez   mała 

bardziej, niż lubił samego siebie. Dobrze wiedział, że jako świeży nabytek Pulga, jest teraz pod 

szczególną obserwacją Wielkiego Człowieka i najmniejszy dowód przyjaźni z Fafrydem (pogłoska 

mówiła, że są skłóceni na dobre) może go w przyszłości słono kosztować. Tak, zatem w czasie 

wolnym od pracy - czyli w dzień, albowiem obrzędy religijne odbywają się w Lankmarze zwykle 

nocą, w blasku pochodni - spacerując aleją Bogów, niby to przypadkiem spotykał się z Fafrydem, 

jednakże   jawnie   z   nim   nie   rozmawiał.   Udawał,   że   załatwia   tu   jakieś   swoje   sprawy,   szuka 

przyjemności bądź skrycie naśmiewa się z pożałowania godnego zajęcia swego dawnego kompana 

background image

(jego druga linia obrony na wypadek oskarżeń ze strony Pulga) - gdy w istocie rzeczy wygłaszał 

półgębkiem długie mowy, na które Fafryd odpowiadał, jeśli już, w ten sam sposób, choć bardziej 

przez roztargnienie niż z wyrachowania.

- Słuchaj no, Fafryd - rzekł Kocur przy trzeciej tego rodzaju okazji. Jednocześnie udawał, że 

przygląda   się   młodej   żebraczce   o   kościstych   kończynach   i   wydętym   brzuchu,   jakby   próbował 

ocenić,   czy   chude   mięso   w   połączeniu   z   odpowiednimi   ćwiczeniami   nie   wydobędzie   z   niej 

urzekającej, chłopczykowatej urody. - Masz tu wszystko, czego chcesz, czyli sposobność klecenia 

wierszydeł i wyśpiewywania jej bęcwałom, jak mi się wydaje. Radzę ci, siedź przy bramie, bo 

jedną   jedyną   rzeczą,   jakiej   tutaj   nie   ma,   to   pieniądze,   a   przecież   tobie   podobno   nie   potrzeba 

pieniędzy. Czyste wariactwo, ale to już nie moja sprawa. Słuchaj więc! Jeśli poleziesz z Bwadresem 

pod cytadelę, ba, jeśli ruszysz się stąd o pchli krok, zaczniesz zgarniać forsę, czy tego chcesz, czy 

nie chcesz. Za pieniądze kupicie sobie coś z Bwadresem, choćbyście nie wiem jak ciasno wiązali 

trzosy i zatykali uszy, żeby nie słyszeć krzyków przekupni. Towar, który sobie kupicie, nazywa się 

kłopoty.

Fafryd   odpowiedział   cichym   mruknięciem,   odpowiednikiem   wzruszenia   ramionami. 

Przebijając wzrokiem odstające kudły krzaczastej brody, patrzył w niemalże nabożnym skupieniu 

na   tajemniczy   przedmiot,   który   zasłaniał   długimi   palcami,   wykonując   nimi   zdecydowane,   acz 

delikatne ruchy.

- A tak przy okazji, co słychać u twojego głupiego staruszka? Ponoć zaczął się zdrowo 

odżywiać - ciągnął Kocur, przybliżając się nieznacznie, aby zobaczyć, czym zajmuje się Fafryd. - 

Wciąż uparty jak osioł, co? Wciąż chce zaciągnąć Iszka do cytadeli? Wciąż beznadziejnie tępy... 

ee... w interesach?

- Bwadres to dobry człowiek - stwierdził cicho Fafryd.

- Przez tę swoją dobroć napyta sobie biedy! - odpowiedział Kocur ze złośliwą ironią. - 

Słuchaj, Fafryd, nie naciskajmy na niego, by zmienił sposób myślenia. Coś mi się zdaje, że nawet 

Szylba i Ning nie dokonaliby wespół tej kosmicznej rewolucji. Sam wszystkiego dopilnujesz. Po 

prostu twórz poezję nieco niższych lotów, znajdź parę niepowodzeń w chlubnym żywocie Iszka. 

Pewnie   sam   już   masz   dosyć   tego   śmiesznego   mariażu   północnej   obojętności   z   południowym 

samoudręczeniem. Więc zmień coś! Prawdziwy artysta pracuje w każdym tworzywie. Jeśli ci to nie 

odpowiada, cóż, są łatwiejsze sposoby. W gorączce ceremonii zapomnij o przestawianiu ołtarza, a 

nawet   cofnij   go   trochę!   Stary   pryk,   podniecony   widokiem   tłumów,   nawet   nie   wie,   gdzie   się 

przesuwacie. Posuwajcie się rakiem. Możesz chować część datków, nim oddasz je Bwadresowi. 

Starczy jeden ranek, żebyś nauczył się sztuczki. Zresztą, po co cię uczyć? W tych wielkich łapskach 

wszystko da się ukryć.

- Nie.

background image

- Jak uważasz - rzekł Kocur tonem pozornie lekkim, lecz bynajmniej nie beznamiętnym. - 

Kupuj sobie kłopoty, skoro chcesz, lub śmierć, skoro musisz. Słuchaj, czym ty się tam bawisz? Hej! 

Nie dawaj mi tego, zwariowałeś!? Jeno sobie popatrzę. Na czarną togę! Co to ma być?

Nie   podnosząc   wzroku,   bez   zbytecznych   ruchów,   Fafryd   przekrzywił   splecione   dłonie, 

jakby chciał pokazać Kocurowi schwytanego motyla lub żuka. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka 

mogło się wydawać, że Fafryd starannie ukrywa rzadki, dorodny okaz żuka z pancerzem w kolorze 

lekko zszarzałego złota.

- To z wczorajszych datków dla Iszka - wymamrotał Fafryd. - Dar od pobożnej niewiasty, 

która duchem oddana jest bogu.

- Racja! - syknął Kocur. - Jak też połowie młodej lankmarskiej magnaterii, i to nie tylko 

duchem. Myślisz, że nie rozpoznam podwójnie skręconej bransolety Leszni? Dwie takie dostała, jak 

wieść niesie, od bliźniaczych diuków z Iltmaru. Co jej zrobiłeś, że ci ją dała? Czekaj, nic nie mów! 

Łatwo zgadnąć. Pewnie recytowałeś poemat! Słuchaj, sprawy zaszły dalej, niż się spodziewałem. 

Jeśli Pulg się dowie, że już dają wam złoto... - Urwał znacząco. - Ale cóżeś z tym zrobił?

- Wygiąłem na kształt świętego garnca. - Fafryd trochę bardziej pochylił głowę, odrobinę 

bardziej rozchylił dłonie i ździebko bardziej je przekrzywił.

-   No   tak,   widzę...   -   wycedził   Kocur.   Ozdoba   z   miękkiego   złota   została   skręcona   w 

zadziwiająco staranny, niezwykły węzeł. - Nieźle ci wyszło. Nie mam pojęcia, Fafryd, jak to się 

dzieje, że z jednej strony wykazujesz tak wielkie upodobanie do krągłości, a z drugiej nie spałeś 

przy nich od sześciu miesięcy. Pewnie w tym względzie jedno wyklucza drugie. Na razie mi nie 

przerywaj, bo coś mi w głowie świta. Na czarny szkaplerz, toż to świetny pomysł! Dasz mi tę 

błyskotkę, a ja zaniosę ją Pulgowi. Czekaj! Wysłuchaj mnie do końca i wtedy się zastanów. Nie 

chodzi mi o złoto, przekupstwo czy żaden podział łupów; o coś takiego nie prosiłbym Bwadresa ani 

ciebie. Będzie z niej pamiątka, okaz do kolekcji. Ostatnio miałem okazję przyjrzeć się Pulgowi i 

odkryłem w nim dziwną słabość: lubi dostawać podarki (traktuje je zapewne jak trofea) od swoich... 

hm... kooperantów, jak czasem ich nazywamy. Upominki powinny być związane z przedmiotem 

kultu, a więc są to kielichy, kadzielnice, kości zdobione srebrnym filigranem, amulety wysadzane 

klejnotami i tym podobne rzeczy. Siaduje przed półką z darami i snuje marzenia. Czasem mam 

wrażenie, że nieświadomie staje się religijnym człowiekiem. Jeśli przyniosę mu to cacko, to na 

pewno, bez dwóch zdań, poczuje afekt do Iszka. Każe mi nie zdzierać skóry z Bwadresa. Kto wie, 

może nawet dałoby się was zwolnić od płacenia haraczu na... co najmniej trzy place.

- Nie.

- Twoja wola, przyjacielu. Chodź ze mną, serdeńko, kupię ci kotleta. - Tę drugą uwagę, 

wypowiedzianą już normalnym głosem, Kocur skierował do żebraczki, która odpowiedziała mu z 

pewnym ociąganiem miną wyrażającą wyćwiczony przestrach. - I nie myśl sobie, kiciu, że się 

background image

wymigasz kotletem rybnym. Wiesz, że są jeszcze inne? Rzuć mamuśce pieniążek, mała, i chodź ze 

mną. Buda z kotletami jest cztery place dalej. Na lektykę nie licz, ruch dobrze ci zrobi. Żegnaj, 

poszukiwaczu śmierci! - dodał szeptem do Fafryda.

Choć Szary Kocur udawał, że nie chce już mieć z tym nic wspólnego, dokładał wszelkich 

starań, aby odwlec nieszczęsną noc rozrachunku. Obmyślał coraz to nowe, skomplikowane zadania 

dla   zabijaków   Pulga   i   ostrzegał,   że   ten   czy   tamten   omen,   póki   co,   wróży   niepowodzenie   w 

rozliczeniach z  Bwadresem...  albowiem  Pulg, oprócz  przesadnej  uczuciowości, ostatnimi  czasy 

okazywał także nadmierną wiarę w przesądy.

Zapewne udałoby się wyjść obronną ręką z tej kłopotliwej sytuacji, gdyby Bwadres twardo 

stąpał po ziemi i w sprawach pieniężnych miał choćby tę znikomą dozę wyczucia, którą w obliczu 

poważnych sankcji dyscyplinarnych był w stanie wykrzesać z siebie nawet najbardziej chciwy, 

kochający   luksusy   kapłan   czy   najchudszy   ze   świątobliwych   mężów   niebywałych   w   świecie. 

Bwadres   był   wszakże   uparty   ponad   miarę,   co   świadczyło,   że   niestety   sukcesy   na   gruncie 

zawodowym mimo wszystko nie wyleczyły go ze starości. Chełpił się, że poborcom haraczu nie 

odda   ni   ćwierci   zardzewiałego   tyka   (żelazna,   najdrobniejsza   moneta   w   Lankmarze).   I   -   jakby 

jeszcze   bardziej  chciał  się   pogrążyć,  jeśli  w   ogóle   było  to  możliwe  -  nie  zamierzał  „trwonić" 

pieniędzy na wypożyczanie bogatych sprzętów i dzierżawienie dla Iszka dodatkowego miejsca w 

świątyni, bez czego praktycznie nie mógł się obejść żaden bóg, który tak daleko zawędrował aleją. 

Stanowczo zapowiedział, że każdy zarobiony tyk, brązowy agol, srebrny smerduk, złoty rylk, a 

nawet gluldycz, diament zatopiony w bursztynie, pójdzie na „zakup" najwspanialszej świątyni dla 

Iszka   pod   samą   cytadelą   -   ściślej   mówiąc,   świątyni   Niewidzialnej   Wszechwiedzącej   Aarty, 

uznawanej za jedną z najstarszych i najpotężniejszych bogiń w Lankmarze.

Oczywiście,   rozgłoszenie   tak   szumnej   zapowiedzi   poskutkowało   kolejnym   wzrostem 

popularności   Iszka;   zbór   się   powiększał   o   osobników   wszelkiej   maści,   schodzących   się, 

przynajmniej na początku, zwykle w poszukiwaniu wrażeń. W Lankmarze, gdzie takie rzeczy nie 

należały do rzadkości, zakładano się, jak daleko zajdzie Iszek aleją Bogów i w jakim czasie to 

zrobi, przy czym kursy ulegały nieprzewidywalnym wahaniom, ponieważ cała sprawa przechodziła 

ograniczoną, nastawioną tylko na zarobek wyobraźnię bukmacherów. Do snu Bwadres zwykł się 

zwijać w kłębek w rynsztoku przy skarbonie Iszka - początkowo będącej zwykłym workiem na 

czosnek, potem już mocną beczułką z przebitą pokrywą, którędy wrzucano monety. Przy nim z 

kolei sadowił się Fafryd. Zawsze gdy jeden spał, drugi odpoczywał i czuwał.

Przyszła taka chwila, że Szary Kocur w przystępie desperacji był skłonny poderżnąć gardło 

Bwadresowi. Wiedział jednak, iż sprzeniewierzyłby się haniebnie zasadom obowiązującym w jego 

nowej   profesji   (zaszkodziłby   interesom   swego   pryncypała).   Gdyby   na   niego   padł   bodaj   cień 

podejrzenia,   czekałaby   go   sroga   zemsta   ze   strony   Pulga   i   innych   poborców   haraczu.   W   razie 

background image

potrzeby powinno się Bwadresa z lekka poturbować, trudno, nawet wziąć na tortury, lecz poza tym 

musiał być traktowany jak kura znosząca złote jajka. Co więcej, Kocur obawiał się, że choć nauczy 

Bwadresa moresu, Iszka nie zatrzyma. Dopóki Iszkowi sprzyjał Fafryd.

W końcu doszło do rozstrzygnięcia w sprawie, a właściwie pierwszego z rozstrzygnięć. 

Kocura zmusiło do działania niezachwiane przekonanie, że jeśli dłużej będzie odmawiał Pulgowi 

przekąski z Bwadresa, Iszka bezlitośnie złupi konkurencja. Niejaki Baszarat pewnie już ostrzył 

sobie zęby. Będąc numerem jeden wśród żerujących na kapłanach lankmarskich poborców haraczu, 

Pulg   miał   prawo   pierwszy   sięgnąć   po   zdobycz,   gdyby   jednak   zwlekał   w   nieskończoność   -   w 

absurdalnej obawie przed złą wróżbą czy przedwczesnym podcięciem skrzydeł Bwadresowi - Iszek 

mógł paść czyjąkolwiek ofiarą, a w szczególności Baszarata, najgroźniejszego rywala Pulga. 

Jak to się zwykle dzieje w podobnych przypadkach, mimo iż Kocur starał się odsunąć w 

czasie   noc   rozprawy  z   Bwadresem,   i   tak   w   końcu   nadeszła,  do   tego   w   towarzystwie   burzy   z 

piorunami.

***

Kiedy wreszcie przyszedł krytyczny wieczór, zwiastowany ostrzeżeniem wysłanym Pulgowi 

przez Baszarata, Kocur przestał się łudzić nadzieją, że w ostatniej chwili nasunie mu się jakiś 

zbawczy,   genialny   pomysł.   Ktoś   mógłby   mu   zarzucić,   że   podszedł   do   rzeczy   w   sposób   dość 

tchórzliwy.   Posługując   się   młodą   żebraczką,   którą   nazywał   Czarną   Liliją,   i   jeszcze   paroma 

zaufanymi   znajomkami,   rozpuścił   pogłoski,   jakoby   skarbnik   świątyni   Aarty   sposobił   się   do 

potajemnego wypłynięcia na Morze Wewnętrzne wynajętym czarnym statkiem. Ponoć zabierał ze 

sobą wszystkie fundusze i całe kosztowne wyposażenie świątyni - łącznie z kompletem czarnych, 

wysadzanych perłami dekoracji na ołtarz, darem od żony wielkiego suwerena, za który jeszcze nie 

rozliczył się z Pulgiem. Plotka rozchodziła się ze ściśle wyliczoną prędkością, aby wiarygodnymi 

kanałami wrócić do Kocura zaraz po tym, jak w obstawie czterech uzbrojonych po zęby osiłków 

wyprawił się do miejsca, gdzie rezydował bóg Iszek.

background image

A   trzeba   wiedzieć,   że   skarbnik   Aarty   w   rzeczywistości   borykał   się   z   trudnościami 

finansowymi i naprawdę szykował do przeprawy przez morze. Co nie tylko świadczyło o tym, że 

Kocur oparł swą intrygę na rzetelnych podstawach, ale że przynajmniej z perspektywy bankierów i 

właścicieli ziemskich Bwadres powziął nader trafną decyzję przy wyborze przybytku boga Iszka - 

czy pomógł mu przypadek, czy też kierował się jakąś godną podziwu chytrością, spokrewnioną z 

jego starczym uporem - to już inna kwestia.

Kocur   nie   mógł   zawrócić   z   drogi   swego   korpusu   ekspedycyjnego,   ponieważ   należało 

uchronić Bwadresa przed Baszaratem. Wobec tego podzielił swoje siły, święcie przekonany, że 

Pulg pochwali jego strategię działania, wziąwszy pod uwagę okoliczności. Trzech zabijaków posłał 

zatem   z   bezwzględnym   poleceniem   przywołania   Bwadresa   do   porządku,   podczas   gdy   sam   w 

szczupłej obstawie pospieszył zatrzymać skarbnika, rzekomo uciekającego z wielkimi bogactwami.

Naturalnie,   mógł   znaleźć   się   w   grupie   idącej   na   Bwadresa,   wtedy   jednak   musiałby   się 

pojedynkować z Fafrydem - ze skutkiem trudnym do przewidzenia. Jakkolwiek ze wszystkich sił 

starał się wybawić przyjaciela z opałów, własne bezpieczeństwo też mu nie było obojętne.

Jak wspomniano, można by mieć za złe Szaremu Kocurowi, że rzucił Fafryda wilkom na 

pożarcie. Należy wszakże pamiętać, że Kocur dobrze znał swego druha.

Trzej zabijacy, którzy nie znali Fafryda (Kocur nieprzypadkowo takich wybrał), ucieszyli 

się z tego nieoczekiwanego obrotu rzeczy. Wszak w trakcie odpowiedzialnych misji często nadarza 

się   okazja   błysnąć  zaradnością,  a   za  tym   idą  awanse.  Poczekali  do  pierwszej   przerwy  między 

obrzędami, kiedy to ludzie zwykle się przepychają i powstaje zamieszanie. Ten z toporkiem u boku 

podszedł bezpośrednio do Bwadresa i baryłki, służącej kapłanowi również jako ołtarz, obciągnięty 

na tę okoliczność workiem na czosnek.

Drugi dobył miecza i zwrócił się groźnie do Fafryda, aczkolwiek nie podchodził za blisko i 

bacznie śledził ruchy wielkoluda. Trzeci, niczym mistrz ceremonii w podrzędnym burdelu, przybrał 

niedbałą,   lekceważąco   żartobliwą   postawę,   dźwięcznym   głosem   wypowiedział   ostrzeżenie   i 

rozejrzał się przenikliwym wzrokiem. Rodowici lankmarczycy są do tego stopnia przywiązani do 

tradycji, że ponad wszelką wątpliwość żaden nie wszedłby w paradę ludziom wykonującym tak 

poważany zawód jak ściąganie haraczu (a już szczególnie numerowi jeden w tej branży), zawsze 

jednak trzeba wziąć poprawkę na cudzoziemców i szaleńców - aczkolwiek w Lankmarze nawet ci 

ostatni szanują zwyczaje.

Nikt z tłumu nie zauważył arcyciekawej rzeczy, jaka się zaraz potem wydarzyła, bowiem 

wszyscy patrzyli na zabijakę, co to jedną ręką przyduszał kapłana, a toporkiem sięgał do skarbony. 

Rozległ się okrzyk zdumienia i brzęk żelaza. Łotrzyk pilnujący Fafryda upuścił miecz i trząsł ręką, 

jakby go nieznośnie piekła. Nie śpiesząc się, Fafryd chwycił go od tyłu za ubranie, w dwóch 

olbrzymich susach dopadł drugiego draba i tego też podniósł w podobny sposób.

background image

Widok zapierał dech w piersiach: wielkolud o zmizerniałej twarzy, brodaty akolita w długim 

płaszczu   z   niebarwionej   wielbłądziej   skóry   (niedawny   dar   od   żarliwego   wyznawcy),   stał   w 

szerokim   rozkroku,   zgięty   w   kolanach,   trzymając   z   lewa   i   prawa   dwóch   szamoczących   się 

poborców.

Jednakowoż trzeci zabijaka ani myślał zachwycać się malowniczością tej sceny, albowiem 

otwierała   się   przed   nim   wymarzona   sposobność:   błyskawicznie   wysunął   z   pochwy   szablę, 

uśmiechnął się i pomachał do tłumu niczym cyrkowiec przed występem, po czym rzucił się na 

Fafryda, celując między rozwarte pod szerokim kątem nogi przeciwnika.

Kobiety piszczały, a mężczyźni wzdrygali się na myśl o strasznym losie, jaki czeka akolitę.

Rozległ się głuchy brzęk. Napaleniec wypuścił szablę z garści. Nie ruszając się z miejsca, 

Fafryd potrząsnął trzymanymi w rękach łotrami, aż z hukiem zderzyli się łbami. Z niezmąconym 

spokojem rozłączył ich i odrzucił w dwie strony. Gdy wpadli w tłum bez przytomności, postąpił do 

przodu i wciąż bez pośpiechu złapał za kark i krocze trzeciego poborcę; ciśnięty dużo dalej między 

ludzi, nieszczęśnik przewrócił dwóch wysłanników Baszarata, którzy z wielkim zainteresowaniem 

śledzili rozwój wydarzeń.

W ciągu trzech uderzeń serca panowała cisza, potem wybuchła żywiołowa owacja. Mimo iż 

przestrzegający tradycji lankmarczycy nie odmawiali poborcom prawa do ściągania należności, nie 

widzieli niczego zdrożnego czy nadzwyczajnego w tym, że gorliwy akolita dokonuje cudów. I 

nagradzali oklaskami każde udane przedstawienie.

Bwadres obmacał sobie szyję, jeszcze zdyszany i uśmiechnął się z prostoduszną radością, 

kiedy Fafryd w odpowiedzi na wiwaty usiadł na chodniku ze skrzyżowanymi nogami i pochylił 

głowę.

Stary   kapłan   bezzwłocznie   wygłosił   kazanie,   podczas   którego   parokrotnie   wstrząsnął 

słuchaczami, dając im do zrozumienia, że hen, w swym niebieskim królestwie, Iszek szykuje się 

odwiedzić   Lankmar.   Sromotną   klęskę,   jaką   akolita   zadał   złoczyńcom,   Bwadres   przypisywał 

objawiającej się w nim mocy Iszka. Co miało zwiastować rychłe wcielenie się boga w człowieka.

Bezpośrednim skutkiem tego zwycięstwa wróbli nad sokołami była narada odbywająca się o 

północy na zapleczu „Srebrnego Węgorza", gdzie Pulg najpierw obsypał pochwałami Kocura, by 

następnie chłodno go zrugać.

Chwalił Kocura za schwytanie  skarbnika ze  świątyni Aarty, który wszelako wsiadał  na 

pokład statku nie z zamiarem ucieczki z Lankmaru, lecz by zabawić się na dwudniowej wycieczce 

w kompanii kilkorga wesołków, w tym niejakiej Hali, najwyższej kapłanki bogini o tym samym 

imieniu. Tak się jednak złożyło, że istotnie zabrał część wysadzanych perłami dekoracji ołtarza, 

prawdopodobnie jako dar dla najwyższej kapłanki. Kocur uczciwie je skonfiskował, nim złożył 

świątobliwej gromadce życzenia wielu upojnych wrażeń na morzu. Pulg szacował, że łup wart jest 

background image

prawie dwa razy tyle, ile wynosiło zadłużenie świątyni, lecz skarbnik został słusznie ukarany za 

nieterminowe regulowanie płatności.

Naganę Kocur otrzymał za to, że nie ostrzegł poborców przed siłą Fafryda i nie objaśnił im 

szczegółowo, jak mogą zapędzić w kozi róg olbrzyma.

-   Dostałeś   chłopaków   pod   swoją   komendę,   synu   -   mówił   Pulg   ojcowskim,   rzeczowym 

tonem. - Jak oni się spisują, tak ja ciebie oceniam. Jeśli oni zawalą, w moich oczach ty będziesz 

winny. Dobrze znasz tego barbarzyńcę. Powinieneś był ich pouczyć, jak mają się bronić przed jego 

sztuczkami. Owszem, poradziłeś sobie z trudniejszym zadaniem, lecz nie dopilnowałeś ważnego 

drobiazgu. Oczekuję od swoich poruczników umiejętności strategicznego myślenia, lecz stanowczo 

wymagam sumiennego wypełniania zadań.

Kocur zwiesił głowę.

-   Kiedyś   przyjaźniłeś   się   z   tym   barbarzyńcą,   hę?   -   ciągnął   Pulg.   Pochylił   się   nad 

porysowanym stołem i na chwilę zwiesił dolną wargę. - Czyżbyś miał do niego jakąś słabość, synu?

Kocur uniósł brwi, rozchylił nozdrza i wolno pokręcił głową.

Pulg w zamyśleniu podrapał się po nosie.

- Pójdziemy tam jutro w nocy - rzekł. - Trzeba przykładnie ukarać Bwadresa, wziąć tego psa 

na   łańcuch.   Proponuję,   niech   Gryl   w   pierwszym   starciu...   poderżnie   ścięgna   barbarzyńcy.   Nie 

wolno go zabić, bo dzięki niemu płynie forsa. Jak mu łydki potniemy, będzie mógł jeszcze łazić na 

czworakach. Dopiero wierni zaczną rzucać datki! Podoba ci się mój pomysł?

Kocur zmrużył oczy, jakby w głębokiej zadumie.

- Przykro mi, ale jest do niczego - rzekł odważnie. - Ten barbarzyńca popisuje się czasem 

magicznymi  sztuczkami, wobec  których  nawet  ja  jestem  bezradny.  Dzikus  stosuje  zwariowane 

wybiegi, obmyśla je na poczekaniu, nie przewidzi ich żaden cywilizowany człowiek. Gryl być 

może go draśnie, to prawda, ale jeśli nie da rady? Coś ci poradzę. Masz prawo sądzić, że czuję 

słabość do tego człowieka, niemniej to moja najlepsza rada. Zezwól mi spoić go wieczorem. Zaleje 

się w sztok. Wtenczas nawet palcem nie kiwnie.

Pulg mruknął z powątpiewaniem.

- Pewny jesteś, synu, że temu podołasz? Powiadają, że nikt mu w piciu nie dorówna. I 

trzyma się Bwadresa jak gigantyczna ośmiornica.

-   Już   ja   ich   rozdzielę   -   zapewnił   Kocur.   -   Dzięki   temu   wciąż   będzie   się   nadawał   do 

przedstawień Bwadresa. A podczas walki wszystko może się zdarzyć. Zechcesz podciąć mu ścięgna 

i przypadkowo poderżniesz mu gardło.

Pulg potrząsnął głową.

background image

- Tak, tylko że znowu dosoli naszym chłopakom, jak następnym razem pójdą po gotówkę. 

Chcesz   lać   mu   wino   w   gardło   za   każdym   razem,   kiedy   trzeba   się   rozliczyć?   To   zbyt 

skomplikowane. I ryzykowne.

-   Niczego   się   nie   bój   -   rzekł   Kocur   poufnym   tonem.   -   Jeżeli   Bwadres   zacznie   płacić, 

barbarzyńca pójdzie za jego przykładem.

Pulg ciągle kręcił głową.

- To jeno przypuszczenia, synu - powiedział. - Myślisz prawidłowo, ale nie masz pewności. 

A ja chcę mieć to z głowy raz na zawsze. Musi go spotkać przykładna kara, jak już wspomniałem. 

Pamiętaj,   synu,   że   człowiekiem,   dla   którego   urządzimy   jutro   przedstawienie,   jest   Baszarat. 

Trzymam zakład, że przyjdzie popatrzeć, choć pewnie stanie w ostatnim rzędzie. Opowiadali ci, jak 

barbarzyńca   obalił   dwóch   jego   chłopaków?   Niesamowite.   -   Uśmiechnął   się   szeroko   i   zaraz 

spoważniał. - Będzie po mojemu. Na Grylu można polegać.

Kocur wzruszył ramionami z kamiennym obliczem.

- Jak sobie chcesz. Oczywiście, barbarzyńcy z północy wolą czasem popełnić samobójstwo, 

niż żyć w kalectwie. Wątpię, by ten to zrobił, ale wszystko możliwe. Pomijając to, oceniam szanse 

powodzenia twojego planu jak cztery do pięciu. Cztery do pięciu.

Pulg nerwowo zmarszczył czoło i wbił w Kocura swe przekrwione, świńskie oczka.

- Jesteś pewien, że go spijesz, synu? Jak pięć do pięciu?

- Ma się rozumieć. - Kocur miał na podorędziu jeszcze kilka argumentów na korzyść swego 

planu, lecz rozważnie je przemilczał. Nawet nie dodał, chociaż świerzbił go język: Jak sześć do 

sześciu. Wolał nie przeciągać struny.

Nagle Pulg odchylił się w krześle i wybuchnął śmiechem, co znaczyło, że oficjalna część 

spotkania dobiegła końca. Uszczypnął stojącą opodal nagą dziewczynę.

- Wina! - zażądał. - Nie, precz z tymi słodkimi popłuczynami, trzymam je dla gości! Zyzia 

cię nie pouczyła? Dawaj porządny trunek, znajdziesz go za zielonym bożkiem! No dobrze, synu, 

stuknij się ze mną kielichem i opowiedz coś jeszcze o tym Iszku. Bardzo mnie zaciekawił. Wszyscy 

mnie ciekawią. - Swobodnym gestem wskazał kunsztownie rzeźbiony przenośny regał i połyskujące 

w cieniu przedmioty kultu. Znów zmarszczył czoło, lecz tym razem na jego twarzy malowało się 

zupełnie   inne   uczucie.   -   Są   rzeczy   na   tym   świecie,   o   których   nam   się   nie   śniło   -   rzekł 

sentencjonalnie.

- Zgadzasz się ze mną, synu? - Wielki Człowiek pokręcił głową, znów inaczej niż przedtem. 

Staczał się w przepaść filozoficznych rozważań. - Czasem się zastanawiam. Ja i ty, synu, dobrze 

wiemy, że to są tylko zabawki - wskazał raz jeszcze regał. - Ale to, co czują do nich ludzie... to 

przecież nie złudzenie. Bardzo dziwne. Niektóre uczucia można łatwo zrozumieć: malcy drżą na 

myśl   o   upiorach,   spragnieni   widoku   krwi   i   rozebranych   dziewek   głupcy   wywalają   gały   na 

background image

przedstawienie. Dziwi mnie, co innego. Kapłan bredzi trzy po trzy, ludzie modlą się i stękają, a 

potem... coś powstaje. Nie mam pojęcia, co to takiego, chętnie bym się dowiedział... Tak, dziwne... 

- Pokiwał głową. - Któż by się nie dziwował. Cóż, napij się wina. Hej, dziewczyno! Pilnuj, by miał 

pełen kielich! No, opowiadaj mi teraz o Iszku, synu. Ciekawią mnie wszyscy, ale w tej chwili 

najchętniej posłuchałbym o nim.

Ani słowem nie wspomniał, że od dwóch miesięcy, przynajmniej pięć razy w tygodniu, 

skrycie obserwuje z zaciemnionych, zasłoniętych okien kamienic przy alei Bogów obrzędy ku czci 

Iszka.

Nie podejrzewał go o to nawet Kocur.

***

Kiedy   nad   czarnymi,   cuchnącymi   bagniskami   wypłynęły   na   niebo   wstęgi   czerwono-

różowych zórz, Kocur odszukał Fafryda.

Bwadres chrapał jeszcze w rynsztoku z beczułką w objęciach, lecz rosły barbarzyńca już nie 

spał: siedział na krawężniku z brodą opartą na ręce. W pobliże przypałętała się garstka szkrabów, 

lecz oprócz nich nikogo nie było widać.

- To ten, co go zranić nie można? - podsłuchał Kocur szept któregoś dzieciaka.

- Ten, ten - drugi mu odpowiedział.

- Podszedłbym z tyłu i ukłuł go gwoździem.

- Kto by nie chciał!

- On ma chyba skórę z żelaza - rzekła dziewczynka z dużymi oczami.

Kocur stłumił śmiech, pogłaskał dziecko po głowie i śmiałym krokiem podszedł do Fafryda. 

Patrząc z obrzydzeniem na zaśmiecony chodnik, ostrożnie usiadł w kucki. Nadal nie miał z tym 

trudności, aczkolwiek brzuch wypiął się przed nim jak baniak.

Odezwał się bez wstępów przyciszonym głosem, aby nie usłyszała go dzieciarnia:

- Niektórzy mówią, że siła Iszka bierze się z miłości. Inni, że z uczciwości, z odwagi lub z 

perfidnej obłudy. Chyba już znam poprawną odpowiedź. Jeśli mam rację, napijesz się ze mną wina. 

Jeśli się mylę, rozbiorę się do gaci, uznam Iszka za swego boga i pana i zostanę pomocnikiem jego 

akolity. Zakład stoi?

Fafryd przyglądał mu się uważnie.

- Stoi.

background image

Kocur wyciągnął rękę i dwa razy opukał Fafryda poprzez brudną wielbłądzią skórę. Raz 

stuknął go w pierś, raz między nogi. Za każdym razem dał się słyszeć cichy stuk połączony z 

delikatnym brzękiem.

- Kirys z Mingwardu i nakrocznik z Gorczu - zawyrokował Kocur. - Grubo watowane, żeby 

nie dzwoniły. To z nich bierze się niezwyciężona siła Iszka. Sześć miesięcy temu jeszcze by na 

ciebie nie pasowały.

Fafryd przyglądał mu się w zdumieniu. Nagle szeroki uśmiech rozświetlił jego twarz.

- Wygrałeś - przyznał. - Kiedy zapłacę?

- Dzisiaj po południu - odpowiedział szeptem Kocur. - Kiedy Bwadres naje się i utnie sobie 

drzemkę. - Powstał z cichym stęknięciem i odszedł, lekko stąpając po bruku.

Niebawem   aleja   Bogów   zbudziła   się   do   życia   i   przez   pewien   czas   pielgrzymowały   do 

Fafryda   grupki   ciekawskich.   Jednakże   tego   dnia   nawykłym   do   zimna   mieszkańcom   Lankmaru 

dawał się we znaki upał. Wczesnym popołudniem ulice się wyludniły, nawet dzieci pochowały się 

w cieniu. Bwadres dwa razy odśpiewał z Fafrydem Litanię akolity, po czym poprosił o jedzenie, 

dotykając ust dłonią: jako wielki zwolennik praktyk ascetycznych, celowo jadał o tej niewygodnej 

porze, zamiast w chłodzie wieczoru.

Fafryd przyniósł mu zaraz potrawkę z ryby w dużej misce. 

Bwadres przyjrzał się jej podejrzliwie, Lecz wsunął wszystko bez sprzeciwu, czknął, dał 

Fafrydowi parę wskazówek i zwinął się do snu przy beczułce. Od razu zachrapał.

Z niskich podcieni dobiegł czyjś syk. Fafryd wstał i po cichu wszedł pod arkady. Kocur 

chwycił go za ramię i poprowadził do przesłoniętych kotarą drzwi.

- Toś się spocił, przyjacielu - rzekł półszeptem. - Powiedz mi, bom ciekaw, czy ty naprawdę 

nosisz pancerz z ostrożności, czy może to jest blaszany rodzaj włosiennicy?

Fafryd pominął milczeniem to pytanie. Zmrużył oczy i zawahał się przed odsuniętą kotarą.

- Nie bardzo mi się podoba ten pomysł - powiedział. - Dom schadzek! Jeszcze ktoś mnie 

zobaczy i podli ludzie wezmą mnie na języki.

- Śmiało, raz kozie śmierć - ponaglił go żartobliwie Kocur. - Na dobrą sprawę, nikt cię 

jeszcze nie widział. No, właź!

Fafryd nie opierał się dłużej. Kotara zakołysała się za nim i znieruchomiała, pogrążając 

pokój   w   półmroku.   Odrobina   światła   dostawała   się   do   środka   jedynie   przez   wywietrzniki   w 

okienkach pod sufitem.

Gdy Fafryd wytężał wzrok, Kocur pośpieszył z wyjaśnieniem:

- Wynająłem ten pokój na cały wieczór. Nie musisz daleko chodzić i będziemy tu sami. Nikt 

się o tym nie dowie. Czego jeszcze można chcieć?

background image

- Chyba to i racja - przyznał z wahaniem Fafryd. - Jeno szkoda pieniędzy, które wywaliłeś 

za pokój. Zrozum, maluchu, możemy razem wypić najwyżej po kielichu. Przywiodłeś mnie tu 

podstępem,   choć   niezłośliwie,   wiem   o   tym.   Trudno.   Musi   skończyć   się   na   jednym   kielichu. 

Przyjaźnimy się, lecz każdy z nas idzie swoją drogą. Tedy jeden kielich i basta! Góra dwa.

- Ależ oczywiście - mruknął Kocur.

Przed oczami Fafryda wyłaniały się z szarości rozpoznawalne kształty. Ujrzał przegrodzone 

kotarą   drzwi   do   sąsiedniego   pomieszczenia,   wąskie   łóżko,   miednicę,   niski   stół   i   taboret,   a   na 

podłodze przy taborecie rząd opasłych stągwi z krótkimi szyjkami i wielkimi uchami.

-   Raz   kozie   śmierć,   powiadasz?   -   rzekł   cicho,   wreszcie   swoim   charakterystycznym 

basowym głosem, nie odrywając wzroku od glinianych naczyń z winem. - Ja tu widzę cztery kozy.

- Ależ oczywiście - powtórzył Kocur.

Kiedy przyniesiona przez Kocura świeca tonęła w kałuży wosku, Fafryd osuszał trzecią 

„kozę". Obrócił dzban do góry dnem, spił ostatnią kroplę, podrzucił naczynie i trzepnął je w locie 

niczym wypchaną pierzem piłeczkę. Dzban potłukł się z hałasem. Nie ruszając się z łóżka, Fafryd 

pochylił się nisko, aż dotknął brodą podłogi. Pochwycił oburącz ostatnią „kozę" i z przesadną 

ostrożnością postawił ją na stole. Wyciągnąwszy maleńki nożyk, mrużąc oczy z wysiłku, zaczął 

żmudnie zeskrobywać, płatek po płatku, resztki żywicy z szyjki garnca.

Fafryd   żadną   miarą   nie   przypominał   już   choćby   najbardziej  niepoprawnego   akolity.  Po 

rozprawieniu się z pierwszą „kozą" rozochocił się i zrzucił z siebie wierzchnie odzienie. Płaszcz z 

wielbłądziej skóry wylądował w kącie, w drugim znalazł się w częściach watowany pancerz. W 

samej  przepasce  biodrowej, niegdyś  białej,  wyglądał  niby jakiś  chudy,  wojowniczy  dzikus   lub 

barbarzyński król w łaźni.

Dłuższą chwilę przez okienka nie wpadało światło. Potem wkradła się tamtędy czerwona 

poświata pochodni. Wieczór niósł z sobą narastający gwar ulicy: piskliwe śmiechy, nawoływania 

przekupni, rozliczne wezwania do modlitw. „Fafryd! - wyróżniało się w zgiełku chrapliwe, donośne 

wołanie Bwadresa. - Fafryd! Fafryd!" Teraz jego krzyków już nie było słychać.

Fafryd guzdrał się z żywicą, jakby zeskrobywał złote listki. 

Kocur musiał walczyć z ogarniającym go zniecierpliwieniem.

Mimo to na jego ustach błąkał się zwycięski uśmieszek. Tylko raz się ruszył, żeby odpalić 

nową świeczkę od tej, która dogasała. Fafryd nie dostrzegał żadnych zmian wokół siebie. Kocur 

przypuszczał, że jego przyjaciel widzi w tej chwili świat w świetle urojonej latarni, która wskazuje 

drogę wszystkim zatwardziałym pijusom.

Niespodziewanie barbarzyńca uniósł nożyk i wraził go w środek korka.

- Giń, mingolski psubracie! - Wyszarpnął nożyk z nabitym nań korkiem. - Już ja ci krwi 

utoczę! - Przytknął do ust gliniany garniec.

background image

Wychyliwszy duszkiem, jak szacował Kocur, jedną trzecią zawartości naczynia, odstawił je 

na stół dość stanowczym ruchem.

Zapadając  w  błogostan,  przewrócił  oczami, zadrżał  na  całym  ciele  i majestatycznie  jak 

padające drzewo, które ledwie podcięto, osunął się na plecy. Liche łóżko zatrzeszczało złowieszczo, 

lecz nie załamało się pod jego ciężarem.

Myliłby się ten, kto by myślał, że to koniec. Między krzaczastymi brwiami Fafryda pojawiły 

się   bruzdy;   uniósł   głowę   i   drapieżnym   spojrzeniem   przekrwionych   oczu   potoczył   po   pokoju. 

Zatrzymał wzrok na ostatnim glinianym garncu. Wysunął długie, muskularne ramię, zacisnął dłoń 

na szyjce garnca, wsunął go pod łóżko i nie puszczał. Wreszcie zamknął oczy, grzmotnął głową w 

materac i zachrapał z uśmiechem.

Kocur   wstał   i   zbliżył   się   do   łóżka.   Uniósłszy   powiekę   Fafryda,   pokiwał   głową   z 

zadowoleniem - raz i potem drugi, gdy zbadał jego tętno, wolne i miarowe niczym huk fal na 

brzegu Morza Zewnętrznego. Równocześnie druga ręka Kocura pracowała ze zwinnością i maestrią 

niekoniecznie   wymaganą   w   tej   sytuacji,   aż   wyłuskała   z   fałdy   w   przepasce   biodrowej   Fafryda 

połyskliwy przedmiot ze złota. Włożył go do zamaskowanej kieszonki w spodniej części szarego 

kaftana.

Ktoś za nim odchrząknął. Był to dźwięk tak wyraźny i wystudiowany, że Kocur nie okazał 

przestrachu, nawet nie oderwał stóp od ziemi, tylko się odwrócił ruchem wolnym i dostojnym jak w 

rytualnym tańcu w Świątyni Węża.

W drzwiach do sąsiedniego pokoju stał Pulg w pasiastej, srebrno-czarnej szacie z głębokim 

kapturem. Przy twarzy trzymał czarną, wysadzaną klejnotami maseczkę. Przyglądał się Kocurowi 

zagadkowym wzrokiem.

-   Nie   wierzyłem   w   twoje   możliwości,   synu,   ale   ci   się   udało   -   ozwał   się   spokojnie.   - 

Odzyskałeś moje pełne zaufanie, ostatnio nadszarpnięte. Wigin, Gryl, Kwacz! Do mnie!

Trzech zbójów wśliznęło się za Pulgiem do pokoju, wszyscy na wzór herszta w cudacznym, 

ponurym odzieniu. Dwaj byli tędzy, lecz trzeci chudy i zwinny jak łasica - niższy nawet od Kocura, 

na   którego   spozierał   zimnym   wzrokiem   zapiekłego   rywala.   W   przeciwieństwie   do   osiłków, 

uzbrojonych w krótkie miecze i małe kusze, nie miał przy sobie żadnej widocznej broni.

- Wziąłeś sznur, Kwacz? - ciągnął Pulg i wskazał na Fafryda.

-   Przywiąż   go   do   łóżka.   Jeno   tak,   żeby   nie   porwał   więzów   tymi   swoimi   mocarnymi 

łapskami.

- Bezpieczniej go nie pętać... - zaczął Kocur.

- Daj spokój, synu - wpadł mu w słowo Pulg. - Nadal się tym zajmujesz, nie przeczę, tylko 

że   odtąd   będę   ci   patrzył   na   ręce.   Będę   mógł   na   bieżąco   zmieniać   twoje   plany   i   czepiać   się 

szczegółów. Przyda ci się taka lekcja. Kompetentny porucznik nie zraża się, że musi wypełniać 

background image

rozkazy pod okiem generała. Tak, tak, nawet jeśli w obecności podkomendnych wysłuchuje nagan. 

To się nazywa sprawdzian.

Kocur   był   zdziwiony   i   zaniepokojony.   Nie   potrafił   zrozumieć   zachowania   Pulga. 

Wyczuwało się w nim jakąś wewnętrzną sprzeczność, jakby herszt poborców haraczu sam ze sobą 

toczył walkę.

Z pewnością nie był pijany, choć jego świńskie oczka nadzwyczajnie błyszczały. Zdawał się 

istotą nie z tego świata.

- Kiedy zawiodłem twoje zaufanie? - zapytał ostro Kocur.

Pulg uśmiechnął się kącikami ust.

- Wstyd mi za ciebie, synu - powiedział. - Kapłanka Hala wyznała mi całą prawdę o twej 

przygodzie ze statkiem. Odnająłeś go od skarbnika, w zamian, za co mógł zatrzymać wysadzaną 

perłami tiarę i drogocenny napierśnik. Następnie kazałeś Mingolowi Ourfowi przepłynąć na inne 

nabrzeże.   Hala   wściekła   się   na   skarbnika,   bo   przeszła   mu   na   nią   ochota   lub   się   po   prostu 

wystraszył. W każdym razie nie chciał jej dać tych kosztownych cacuszek. I przyszła do mnie na 

skargę.   Żeby   było   śmieszniej,   twoja   Czarna   Lilija   opowiedziała   o   wszystkim   swemu   lubemu 

Grylowi. Cóż ty na to, synu?

Kocur skrzyżował ręce i odrzucił w tył głowę.

- Sam powiedziałeś, że dał nawet więcej, niż się należało. A statków w porcie nie brakuje.

Pulg parsknął przyciszonym, trochę przydługim śmiechem.

- Nie zrozum mnie źle, synu - rzekł w końcu. - Cieszę się, że moi pełnomocnicy to przezorni 

ludzie,   którzy   lubią   mieć   pod   ręką   zapasowe   wyjście.   Inaczej   sądziłbym,   że   zadaję   się   z 

półgłówkami. Niech dbają o własne interesy, proszę bardzo, ale przede wszystkich niech myślą o 

moim! Nie pękaj, synu, jakoś się dogadamy. Taką mam nadzieję. Kwacz! Związałeś go należycie?

Dwaj roślejsi łotrzykowie, przypiąwszy kusze do pasa, skrzętnie się uwijali. Sznury ciasno 

zaciągnięte na piersi, w biodrach i kolanach przytwierdziły Fafryda do łóżka; ręce rozłożono mu na 

boki   i   przywiązano   w   nadgarstkach   do   brzegów   łóżka.   Fafryd   leżał   na   wznak   i   spokojnie 

pochrapywał. Nieznacznie się poruszył i mruknął coś niezrozumiale, kiedy wyrwano mu z dłoni 

garniec z winem, ale to było wszystko. Wigin zabierał się już do krępowania stóp barbarzyńcy, lecz 

Pulg dał znak, że to zbyteczne.

- Gryl! - krzyknął. - Chodź tu z brzytwą!

Prędki jak łasica rozbójnik przesunął tylko dłoń nad piersią i zaraz błysnęło w niej ostrze o 

tępo ściętym końcu. Z  uśmiechem przystanął przy gołych łydkach Fafryda. Pogłaskał  żelazem 

grube ścięgna i spojrzał z nadzieją na Pulga.

Herszt przewiercał wzrokiem Kocura, który czuł w sobie nieodpartą wręcz presję. Zrób coś! 

Zakrył dłonią usta i ziewnął.

background image

Pulg wskazał głowę Fafryda.

- Gryl! - powtórzył. - Pięknie mi go wygolisz. Pozbaw go brody i rozpraw się z grzywą. 

Chcę zobaczyć łysą czachę! - Nachylił się do Kocura i rzekł niedbałym, konfidencjonalnym tonem: 

-   Słyszałem,   że   dzikusy   tracą   siłę,   gdy   im   zgolić   włosy.   Prawda   to?   Nieważne,   rychło   się 

przekonamy.

Ścinanie grzywiastej czupryny i bujnej brody wraz ze starannym goleniem jest czasochłonną 

czynnością,   nawet,   jeżeli   golibroda   podchodzi   do   rzeczy   z   nerwowym   pośpiechem   i   nie 

przeszkadza   mu   wątłe,   chybotliwe   światło.   Kocur   wykorzystał   tę   chwilę,   by   na   siedemnaście 

sposobów rozważyć zaistniałą sytuację, a jednak nie udało mu się znaleźć klucza do zagadki. Jedna 

rzecz   szczególnie   go   frapowała,   jakkolwiek   patrzył   na   sprawę:   przedziwne   zachowanie   Pulga. 

Zdradzał   tajemnice,   oskarżał   bezpośredniego   podwładnego   na   oczach   prostych   zabijaków, 

proponował   jakiś   bzdurny   „sprawdzian",   ubierał   się   jak   na   święto   cudaków,   wiązał   człowieka 

zalanego w pestkę i na domiar wszystkiego wierzył w przesądy o goleniu ludzi. Całkiem jakby ktoś 

rzucił nań urok i zmusił go do odprawienia niezwykłego rytuału pod płaszczykiem zagmatwanej 

strategii.

Nie  ulegało  wątpliwości, że  kiedy Pulg  otrząśnie się  z  uroku, wyrwie  z narkotycznego 

otępienia - w ten czy inny sposób wyzwoli się spod wpływu nieznanej mocy, nigdy już nie zaufa 

nikomu, kto był świadkiem jego osobliwych postępków, a zwłaszcza Kocurowi.

Ten wniosek napełnił smutkiem Kocura, który nie mógł się pogodzić z faktem, że został na 

lodzie, choć ciężko pracował na swoją pozycję. Tak czy inaczej, musiał spojrzeć prawdzie w oczy. 

Zamiast   się  niepotrzebnie  zamartwiać,  powinszował  sobie  w  duchu  wejścia  w   posiadanie  -  co 

prawda dzięki ryzykownego kombinatorstwu - czarnego jednomasztowca. Zapasowe wyjście już 

wkrótce mogło uratować mu życie. Pulg nie miał szans się dowiedzieć, gdzie Ourf zaszył się ze 

statkiem. A póki co, na każdym kroku spodziewał się zdrady ze strony herszta lub nawet śmierci z 

rąk któregoś z łotrów na rozkaz nieprzewidywalnego, kapryśnego księcia poborców. Doszedł do 

wniosku, że im mniej możliwości szkodzenia będą mieli oni (w szczególności Gryl), tym lepiej.

Pulg znowu się śmiał.

- Patrzcie, wygląda jak nowo narodzone dziecię! - zawołał. - Dobra robota, Gryl!

Fafryd  rzeczywiście  odmłodniał,  odkąd  wygolono mu  włosy aż  po  klatkę piersiową;  w 

pewnym sensie bardziej odpowiadał powszechnemu wyobrażeniu przykładnego akolity. Mieściłby 

się może w romantycznych kanonach urody, gdyby nadgorliwy Gryl nie usunął brwi. Skutek był 

taki, że blada głowa Fafryda przypominała marmurowe popiersie, osadzone na tułowiu żywego 

człowieka.

Pulg nie przestawał chichotać.

- I ani kropli krwi, najmniejszego draśnięcia! To dobry znak. Gryl, jesteś niezastąpiony!

background image

Co racja, to racja. Pomimo swej diabelskiej szybkości Gryl ani razu nie zaciął Fafryda. Cóż, 

komu nie pozwolono nacieszyć się podrzynaniem ścięgien, ten niewątpliwie z pogardą odnosił się 

do   drobnych,   powierzchownych   zadrapań.   Traktowałby   je   wręcz   jak   plamę   na   honorze. 

Przynajmniej w mniemaniu Kocura.

Przyglądał   się   swemu   wygolonemu   druhowi   i   sam   miał   ochotę   się   pośmiać.   Jednakże 

odechciało mu się śmiechu, a nawet zapomniał na chwilę o grożącym mu niebezpieczeństwie, kiedy 

tknęło go mrożące krew w żyłach przeczucie, że całe to zdarzenie jest nader podejrzane - nie tylko 

zadziwia odstępstwami od normy, ale też trąci tajemną, okultystyczną praktyką. Fafryd rozebrany...

Fafryd   ogolony...   Fafryd   przywiązany   do   wąskiego,   skrzypiącego   łóżka...   Instynkt   go 

wyraźnie ostrzegał. Znów doznał wrażenia, tym razem silniejszego, że Pulg nieświadomie odprawia 

jakiś nieziemski rytuał.

- Sza! - Herszt uniósł palec, nakazując ciszę.

Zarówno on, jak i Kocur z trzema łotrzykami posłusznie nadstawili uszu. Dochodząca z 

zewnątrz wrzawa przycichła, nawet ustała na moment. Wtem zza kotary zasłaniającej wyjście i 

wypełnionych czerwonym blaskiem okienek doleciał ochrypły głos Bwadresa, który rozpoczynał 

Długą litanię. Zebrany tłum odpowiedział mrukliwym szeptem.

Pulg walnął w ramię Kocura.

- No to zaczęło się! Pora na nas! - krzyknął. - Rozkazuj nam, synu! Zobaczymy, czyś to 

sobie dobrze zaplanował. Pamiętaj, że będę patrzył ci na ręce. Dasz nauczkę Bwadresowi pod 

koniec   obrzędu,   gdy   zbierze   ofiarę.   -   Popatrzył   groźnie   na   Gryla,   Wigina   i   Kwacza.   -   We 

wszystkim się go słuchajcie, chyba, że osobiście odbiorę mu dowództwo. Do dzieła, synu! Prędzej, 

czekamy na rozkazy!

Jakże chętnie Kocur grzmotnąłby teraz w tę drogocenną maskę, którą herszt wyłudzaczy 

zasłonił sobie twarz. Rozkwasiłby wielgachnego nochala i dał nogę z tego domu wariatów, gdzie 

każą   rozkazywać.   Czuł   się   wszakże   odpowiedzialny   za   Fafryda:   rozebranego,   ogolonego, 

spętanego, spitego do nieprzytomności i całkowicie bezbronnego. Wobec tego podbiegł do wyjścia 

i skinął na pozostałych poborców, w tym Pulga, żeby szli za nim. Ruszyli bez słowa, co nie bardzo 

dziwiło w tych okolicznościach, kiedy nie dało się odróżnić rzeczy zwykłych od niezwykłych.

Kiwnięciem   ręki   kazał   Grylowi   odsunąć   i   przytrzymać   kotarę.   Przenosząc   wzrok   nad 

ramieniem niższego od siebie mężczyzny, dostrzegł ostatniego w grupie Kwacza, który pochylił się, 

by zgasić świeczkę i przy tej sposobności gwizdnąć spod łóżka nadpity garniec wina. Nie wiedzieć 

czemu, ów niewinny złodziejski wybryk wydał się Kocurowi najbardziej podejrzanym incydentem 

w długim łańcuchu wydarzeń z pogranicza normalności i okultystycznego absurdu. Żałował, że nie 

zna   boga,   któremu   mógłby   bezgranicznie   zaufać,   bo   pomodliłby   się   doń   o   mądrość   i   jakiś 

drogowskaz na bezdrożu męczących go przeczuć. Niestety, mógł liczyć wyłącznie na siebie. Chcąc 

background image

nie chcąc, musiał zapuścić się na bezdroża i zdać się na łaskę losu przy wyborze drogi - bez 

namysłu wypełniać wszystko, co podpowiadał mu instynkt.

Toteż   kiedy   Bwadres   zawodził   żałobnym   głosem,   wspomagany   w   litanii   półśpiewnym 

mamrotaniem   tłumu   (ale   też   zadziwiająco   często   przedrzeźniany   drwinami   i   wzgardliwym 

buczeniem), Kocur uwijał się jak w ukropie, organizując scenę i rozstawiając bohaterów sztuki, 

której fabuła jawiła mu się jeszcze w urywkach.

Cienie były w tym dziele jego sprzymierzeńcami, gdy niezauważenie przemykał się między 

pogrążonymi w mroku zakamarkami.

Szukając   rekwizytów,   mógł   korzystać   z   towarów   naniesionych   tu   przez   połowę 

lankmarskich przekupniów.

Między innymi kategorycznie zażądał sprawdzenia broni Kwacza i Wigina: krótkich mieczy 

i pochew, niedużych kusz i futerałów z maleńkimi bełtami o odstraszającym wyglądzie. Kiedy 

rozbrzmiewały ostatnie jękliwe słowa Długiej litanii, scena była przygotowana, chociaż to, jak, 

gdzie   i   w   którym   momencie   podniesie   się   kurtyna   -   i   kto   będzie   widzem,   a   kto   aktorem   - 

pozostawało wielką niewiadomą.

Stworzyła się sceneria wspaniałego widowiska: aleja Bogów ciągnąca się w obu kierunkach 

ku barwnie oświetlonym lalkowym światom, chmury płynące nisko nad ziemią, pierwsze pasma 

mgły   sunące   z   Wielkiego   Słonego   Bagniska,   odległy   grzmot   burzy,   mruczenie   i   zawodzenie 

kapłanów   służących   bogom   rywalizującym   z   Iszkiem,   piskliwe   śmiechy   kobiet   i   dzieci, 

niezmordowane wołania przekupni i niewolników rozgłaszających nowiny; aromat świątynnych 

kadzideł mieszał się z drażniącym zapachem smażonych potraw, swądem kopcących pochodni, 

tudzież piżmowymi i kwiatowymi aromatami, jakimi się skrapiały bogatsze niewiasty.

Tłuszcza zebrana w niespotykanej liczbie przed ołtarzem Iszka, żądna wrażeń po usłyszeniu 

wieści o dokonanych zeszłej nocy wyczynach demonicznego akolity i szumnych zapowiedziach 

Bwadresa, tarasowała ulicę od krawężnika do krawężnika. Przedostać się na drugą stronę można 

było   jedynie   wąskimi,   niewygodnymi   przejściami   w   podcieniach.   Wszystkie   warstwy 

lankmarskiego   społeczeństwa   miały   tu   swoich   przedstawicieli:   łachmany   sąsiadowały   z 

gronostajami, bose stopy ze złoconymi sandałami, oręż najemników z różdżkami filozofów, twarze 

natarte drogimi balsamami z twarzami pokrytymi kurzem, oczy cierpiących głód z oczami sytych 

wielmożów, bezgraniczna wiara ze strachem ukrytym pod maską niedowiarstwa.

Bwadres, jeszcze zdyszany po litanii, stał na krawężniku po drugiej stronie ulicy dokładnie 

naprzeciwko   sklepionego   wejścia   do   domu,   gdzie   leżał   skrępowany   Fafryd.   Dygoczącą   dłoń 

położył na beczułce owiniętej workiem na czosnek, stanowiącej zarazem ołtarz i skarbonę Iszka. U 

jego stóp - stłoczeni tak blisko, że brakowało mu miejsca na zrobienie kroku - zgromadzili się 

background image

najwierniejsi   członkowie   zboru:   siedzieli   w   kucki   bądź   ze   skrzyżowanymi   lub   podwiniętymi 

nogami.

Kwaczowi   i   Wiginowi   Kocur   wyznaczył   posterunek   na   samym   środku   alei,   przy 

wywróconym straganie sprzedawcy ryb. Podawali sobie na przemian gliniany garniec, zdobycz 

Kwacza, z pewnością w pewnej mierze po to, aby uprzyjemnić sobie czas oczekiwania na tym 

śmierdzącym stanowisku. Tak czy inaczej, ilekroć Kocur przyłapał ich na popijaniu, napastowało 

go nieznośne uczucie, że kieruje tym jakaś tajemnicza siła.

Pulg ulokował się w podcieniu pod „domem Fafryda". Zatrzymał przy sobie Gryla, podczas 

gdy Kocur po zakończonych przygotowaniach przykucnął nieopodal. Zdobiona klejnotami maska 

herszta nie była żadnym wyjątkiem w zbieraninie ludzi; wiele kobiet paradowało w maskach, jak 

również garstka mężczyzn - kolorowe, anonimowe postacie w morzu twarzy.

Morze to bynajmniej nie było spokojne. Nie brakowało w tłumie osób mocno oburzonych 

nieobecnością   olbrzymiego   akolity;   to   właśnie   oni   podczas   litanii   głośno   okazywali   swoje 

niezadowolenie. Nawet stali bywalcy spotkań z Iszkiem tęsknili za lutnią akolity i jego śpiewanymi 

słodkim tenorem historiami. Z niepokojem pytano się o nowiny i dzielono domysłami.

Wystarczył jeden okrzyk.

- Gdzie jest akolita?!

Już po chwili połowa zebranych skandowała:

- My... chcemy... akolitę! My... chcemy... akolitę!

Bwadres wszystkich umiejętnie uciszył: z przejęciem zatrzymał wzrok w jakimś odległym 

punkcie alei i przesłonił oczy, udając, że widzi znajomą sylwetkę. Teatralnym gestem wymierzył 

palec   w   tamtą   stronę,   jakby   wskazywał   człowieka,   którego   wzywały   tłumy.   Kiedy   ciekawscy 

wiercili się i wyciągali szyje, aby zobaczyć tego, kogo widział Bwadres - i przy okazji przestali 

skandować - staruszek przystąpił do kazania.

- Zaraz wam powiem, co przydarzyło się akolicie! - zawołał. - Wykończył się w Lankmarze! 

Lankmar podciął mu skrzydła! To miasto występku, pijaństwa i rozpusty, siedlisko złych mocy! 

Przybytek czarnych, cuchnących kości!

Bluźniercza uwaga o lankmarskich bogach (za samą o nich wzmiankę groziła kara śmierci, 

mimo że przyjezdnych bogów można było obrażać do woli) przeraziła słuchaczy tak, iż zaległa 

grobowa cisza.

Bwadres zadarł głowę i wzniósł ręce do zaciągniętego chmurami nieba.

- Iszku, potężny i łaskawy panie, zlituj się nad swym uniżonym sługą, co przed tobą stoi 

samotny, opuszczony przez przyjaciół! Miałem akolitę, dzielnego piewcę twych nauk, ale mi go 

zabrali! Odsłoniłeś przed nim, panie, dzieje swego żywota, przekazałaś mu swoją mądrość. On miał 

uszy, by słuchać, i usta, by śpiewać. Lecz oto wpadł w sidła demonów! Iszku, miej litość nade mną! 

background image

- Bwadres rozłożył ręce nad tłumem i wolno się rozejrzał. - Iszek był młodym bogiem, kiedy stąpał 

po ziemi. Nie mówił o niczym prócz miłości, a jednak skończył na katowskiej ławie. Przyniósł 

wodę   pokoju   w   świętym   garncu,   lecz   mu   go   rozbito.   -   Bwadres   długo   jeszcze   w   słowach 

barwniejszych,   niż   to   miał   w   zwyczaju   (może   czuł,   że   powinien   wynagrodzić   zebranym   brak 

skalda) rozwodził się na temat życia, a przede wszystkim męczeńskiej śmierci Garncowego Iszka, 

aż w końcu nie było ani jednego słuchacza, który nie widziałby w wyobraźni Iszka na ławie tortur - 

właściwie na wielu kolejnych ławach - i który nie czułby przynajmniej drżenia w stawach na myśl o 

cierpieniach boga.

Kobiety i nawet silni mężczyźni nie wstydzili się łez, żebracy i posługacze ryczeli żałośnie, 

filozofowie zatykali uszy.

A Bwadres kończył płaczliwym głosem, lecz wciąż z tym samym rozmachem:

- Kiedyś na ósmej ławie oddawał swego ducha, panie, kiedyś połamaną dłonią nadawał 

obroży kata kształt garnca niezrównanej urody, świątobliwy młodzieńcze, myślałeś tylko o nas. 

Myślałeś, jak osłodzić życie swym nieszczęsnym sługom, kalekim i udręczonym.

Po tych słowach Pulg wyszedł chwiejnie z podcieni, ciągnąc za sobą Gryla, i padł na kolana 

na brudnych kamieniach. Kaptur w srebrno-czarne pasy spadł mu na ramiona, a kosztowna maska 

odsłoniła twarz, po której ciurkiem płynęły łzy.

- Wyrzekam się wszystkich innych bogów - wykrztusił herszt zbójców, szlochając. - Od 

dzisiaj będę służył wyłącznie szlachetnemu Garncowemu Iszkowi!

Zwinny Gryl kręcił się w niewygodnej pozycji, aby nie pobrudzić kolan na zapaskudzonym 

chodniku. Patrzył na Pulga jak na wariata, nie mógł jednak albo nie ważył się jeszcze wyrwać ręki.

Pulg swoim zachowaniem nie zwrócił na siebie powszechnej uwagi (w tej chwili dochodziło 

do masowych nawróceń), lecz Kocur wszystko widział, tym bardziej że znajdował się teraz tak 

blisko Pulga, iż mógł go poklepać po łysej łepetynie. Z wielkim zadowoleniem, a w zasadzie ulgą 

przyjął ten fakt, bo jeżeli Pulg skrycie od dłuższego czasu był wyznawcą Iszka, to jego dziwne 

postępowanie dało się racjonalnie wytłumaczyć. Równocześnie próbowało zdobyć nad nim władzę 

uczucie podobne do litości. Spojrzał na przedmiot trzymany w lewej dłoni. Musiał bezwiednie 

wyciągnąć z kieszonki złotą błyskotkę, którą skradł Fafrydowi. Korciło go, żeby delikatnie włożyć 

ją Pulgowi do ręki. Jakże stosowny, poruszający serce, po prostu dobry byłby to uczynek, gdyby 

herszt w tej chwili, kiedy pękła w nim tama religijnego uniesienia, otrzymał tę naprawdę cudowną 

pamiątkę   zerwania   z   dotychczasowym   życiem.   Ale   złoto   to   złoto,   a   czarny   jednomasztowiec 

wymaga takich samych nakładów jak zwyczajna kolorowa łajba. Dlatego Kocur oparł się pokusie.

Tymczasem Bwadres rozkrzyżował ramiona i krzyknął:

- Gardła nasze spieczone, o panie! Wody twej pragniemy! Nasze wargi spękane i trzewia 

wyschnięte! Pozwól swym niewolnikom, o panie, zwilżyć usta bodaj kroplą z twego garnca! Dusze 

background image

oddamy za jeden łyk, który doda nam otuchy w tym przeklętym mieście, gdzie rządzą czarne kości. 

Iszku, zstąp do nas! Przynieś wodę pokoju! Jesteś nam potrzebny, bez ciebie zginiemy. Panie, 

przybywaj!

Tyle mocy i tęsknoty brzmiało w tym błaganiu, że podjęła je natychmiast cała gromada 

klęczących, pokornych wyznawców, którzy skandowali coraz głośniej i głośniej, bez końca, jakby 

sami chcieli siebie zahipnotyzować:

- Przybądź, Iszku! Przybądź, Iszku!

Dopiero ów miarowy huk głosów wdarł się do maleńkich, wciąż przytomnych zakątków w 

umyśle Fafryda, który leżał w ciemnym pokoju zamroczony winem. Choć kto wie, może cudu 

dokonały wzmianki Bwadresa o spieczonych gardłach, spękanych wargach i ożywczej wodzie. W 

każdym razie, Fafryd zadrżał i ocknął się raptownie, powodowany jedną jedyną myślą: napić się. I 

jednym wspomnieniem: zostało jeszcze nieco wina.

Zmieszał się trochę, gdy okazało się, że jego ręka nie spoczywa na glinianej stągwi pod 

łóżkiem, ale z niewiadomych przyczyn leży wyżej, blisko ucha. Spróbował sięgnąć po naczynie, by 

z wściekłością stwierdzić, że nie może się ruszyć. Był uwięziony przez coś lub przez kogoś. Nie 

tracąc czasu na niepotrzebne przymiarki, olbrzymi barbarzyńca szarpnął potężnie, żeby za jednym 

zamachem wyzwolić się z więzów i dostać się pod łóżko, gdzie powinno być wino. Powiodło mu 

się   w   tym   sensie,   że   razem   z   łóżkiem   przewrócił   się   na   bok.   Tym   się   zanadto   nie   zmartwił, 

odrętwiałe ciało nie poczuło wstrząsu. Zmartwił go wszakże brak wina: nie czuł jego zapachu, nie 

zobaczył go nawet kątem oka, nie mógł dosięgnąć głową stągwi. A przecież pamiętał, że schował 

sobie na czarną godzinę, taką jak teraz, co najmniej kwartę trunku.

Powoli zaczęło do niego docierać, że jest w pewien sposób przytwierdzony do tego, na 

czym   spał.   Najmocniej   trzymało   go   coś   za   pierś,   ramiona   i   nadgarstki.   Na   szczęście   nogom 

pozostawiono częściową swobodę ruchów, choć były ściśnięte w kolanach. A ponieważ tak się 

zdarzyło,   że   łóżko   wparło   się   skrajem   o   stolik,   a   wezgłowiem   o   ścianę,   Fafryd   potężnym 

szarpnięciem i skrętem tułowia zdołał się wyprostować, wciąż z wyrkiem na plecach.

Omiótł wzrokiem kąty. Jego uwagę przykuła kotara u wyjścia, odznaczająca się jaśniejszym 

odcieniem szarości. Niezwłocznie ruszył w jej stronę. Zrazu łóżko udaremniało jego zamysły i nie 

mógł się wydostać na zewnątrz. Zderzenie z framugą zdenerwowało go, w końcu jednak pochylił 

się, pchnął czołem kotarę i zdołał wyjść bokiem. Zastanawiał się w otępieniu, czy przypadkiem 

wino nie rozpłynęło mu się po kończynach i nie cierpi z tego powodu na niedowład. Albo czy nie 

ciąży   na   nim   urok   rzucony   przez   czarnoksiężnika.   Czuł   się   dość   głupio,   zmuszony   chodzić   z 

uniesionymi rękami. Dokuczał mu również dziwny chłód na głowie, brodzie i policzkach - być 

może kolejne świadectwo działania czarnej magii.

background image

Wreszcie kotara zsunęła mu się z twarzy. Ujrzał przed sobą sklepienie niskich podcieni oraz 

- czym się nie zraził ani nie przejął - tłumy klęczących i kiwających się ludzi.

Pochylił się, przeszedł pod arkadą i znów się wyprostował.

Blask pochodni omal go nie oślepił, więc zatrzymał się i kilkakrotnie zamrugał. Gdy po 

chwili przejrzał na oczy, pierwszą znajomą osobą, którą zobaczył, był Szary Kocur. Teraz sobie 

przypomniał, że pił z nim wino przed zaśnięciem. Idąc dalej tym tropem - w tej materii przytępiony 

umysł   Fafryda   działał   błyskawicznie   -   doszedł   do   wniosku,   że   to   Kocur   zwędził   mu   kwartę 

lecznicze-go trunku. Czując w sobie zarzewie srogiego, acz słusznego gniewu, wziął bardzo głęboki 

oddech.

To tyle w kwestii tego, co widział Fafryd.

Zupełnie inna sprawa, co widziały tłumy - rozmodlone, szlochające, porwane nabożnym 

uwielbieniem.   Otóż   zobaczyły   człowieka   o   iście   boskiej   posturze,   uwiązanego   ramionami   do 

dziwnej   drewnianej   ramy.   Muskularnego   olbrzyma   z   ogoloną   głową,   odzianego   jedynie   w 

przepaskę   biodrową,   którego   twarz,   biała   jak   marmur,   nadawała   mu   zaskakująco   młodzieńczy 

wygląd. Na tej twarzy gościł wszelako wyraz krańcowej udręki.

Jakby tego było mało (zaiste, być nie mogło) do przekonania zebranych, że mają przed sobą 

boga,   wszechmocnego   Iszka   wezwanego   natarczywymi,   błagalnymi   okrzykami,   miara   się 

przebrała, kiedy mierząca siedem stóp zjawa ryknęła gromkim, donośnym głosem:

- Gdzie garniec!? Gdzie mój garniec!?

Nieliczni, którzy mimo wszystko ciągle jeszcze stali, teraz padli na kolana lub rzucili się 

twarzą do ziemi. Ci, co klęczeli zwróceni w inną stronę, obracali się jak wystraszone kraby. Ze 

czterdzieści   osób   zemdlało,   między   innymi   Bwadres,   przy   czym   w   pięciu   przypadkach   serce 

przestało bić na zawsze. Przeszło dziesięcioro nieszczęśników postradało zmysły, aczkolwiek w 

tym momencie niczym się nie odróżniali od reszty; w tej liczbie znalazło się siedmiu filozofów i 

siostrzenica wielkiego suwerena Lankmaru. Na znak pokory przerażeni i zachwyceni ludzie jak 

jeden mąż tarzali się po ziemi, bili się w piersi i skronie, zakrywali rękami oczy i spozierali poprzez 

uchylone palce, jakby raziło ich oślepiające światło.

Ktoś powie, że wielu gapiów powinno rozpoznać rosłego akolitę Bwadresa. Bądź co bądź, 

wzrost się zgadzał. Różnice jednak były zasadnicze. Akolita był brodaczem z wielką grzywą, gdy 

tymczasem   zjawa   miała   gładko   ogoloną   twarz   i   tak   samo   głowę,   łącznie   z   brwiami.   Akolita 

przyodziewał się w wielbłądzią skórę, zjawa ukazała się prawie nago. Akolita zawsze posługiwał 

się aksamitnym tenorem, natomiast gardłowy ryk zjawy brzmiał prawie dwie oktawy niżej.

Nie dość na tym: zjawa była przywiązana do ławy tortur, jakżeby inaczej, i wołała głosem 

człowieka wziętego na męki za swój garniec. 

background image

Tłum kajał się i bił pokłony w pokorze. Wyjątek stanowili Szary Kocur, Gryl, Wigin i 

Kwacz. Dobrze wiedzieli, z kim mają do czynienia. Oczywiście, Pulg również wiedział, w czym 

rzecz,   ale   ponieważ   stał   się   teraz   nieprzejednanym   wyznawcą   iszekianizmu   i   błądził   myślami 

wyłącznie w sferach ducha, przyjął, że Iszek odrodził się w ciele Fafryda, a nim, Pulgiem, kiedy 

przygotowywał ciało na tę okoliczność, kierowała wola boska. Rozpierała go duma, gdy coraz 

wyraźniej uświadamiał sobie wagę swych dokonań, dzięki którym Iszek wcielił się w człowieka.

Jego trzej poborcy nie popadli jednak w religijną ekstazę, choć Gryl na razie nie mógł nic 

zrobić: Pulg trzymał go za rękę z siłą imadła.

Wszelako Wigin i  Kwacz  mogli  się swobodnie poruszać. Choć nie wyróżniali się zbyt 

lotnym umysłem i nie przywykli podejmować działania na własną odpowiedzialność, dość szybko 

sobie przypomnieli, że po to unieszkodliwiali wielkoluda, aby nie pokrzyżował planów ich dziwnie 

zachowującego się herszta i jego sprytnego, szarego pełnomocnika. Nadto wiedzieli, jakiego garnca 

domaga się Fafryd z taką złością. Ano tego, który mu ukradli i już zdążyli opróżnić. Wystraszyli 

się, i słusznie, że Fafryd lada chwila może ich zobaczyć, porwać więzy i wywrzeć srogą zemstę.

W gorączkowym pośpiechu nakręcili kusze, nałożyli bełty, przyklękli, wycelowali i strzelili 

w nagą pierś Fafryda. Świadkowie ich zbójeckiego postępku krzyknęli z oburzeniem.

Bełty dotarły do celu, odbiły się i spadły na bruk... i nie dziwota, jako że były to bełty do 

polowania na ptactwo - z grotami w postaci drewnianych gałek, aby strącić zdobycz, ale jej nie 

uszkodzić.

To Kocur włożył im je do futerałów.

Iszek   wykazał   się   zdumiewającą   niewrażliwością   na   ciosy,   tłum   piał   i   wył   z   radości. 

Tymczasem bełt do polowań na bażanty, choć nie przebije człowieka nawet z bliskiej odległości, 

potrafi boleśnie ukłuć nawet osiłka, który częściowo stracił czucie w ciele i wlał w siebie kilka 

kwart   wina.   Z   przeraźliwym   rykiem   Fafryd   napiął   mięśnie...   i   złamał   ramę,   którą   dźwigał   na 

plecach.

Tłum zgotował mu histeryczną owację, urzeczony widowiskiem nawiązującym do dziejów 

Iszka, tak często opiewanych w opowieściach akolity.

Kwacz i Wigin uświadomili sobie, że ich pociski dziwnym trafem nie są w stanie wyrządzić 

olbrzymowi   żadnej   szkody.   Na   skutek   wypitego   wina   lub   po   prostu   braku   rozgarnięcia   nie 

dostrzegli niczego nadprzyrodzonego czy choćby podejrzanego w tym, co się stało. Sięgnęli zatem 

po   miecze   i   ruszyli   pędem   na   Fafryda,   ażeby   go   wykończyć,   nim   zdoła   się   wyswobodzić   z 

fragmentów połamanego łóżka, co niezgrabnie próbował uczynić.

Jak szybko zerwali się do biegu, tak nagle przystanęli - w zabawnej pozie komików, którzy 

podrywają w górę pasy, chcąc unieść się w powietrze.

background image

Miecze utknęły w pochwach. Mingolski klej trzyma diabelnie mocno, a Kocur przysiągł 

sobie, że choć nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać, postara się wyłączyć z gry zakapiorów Pulga.

Niestety,   wyłamanie   zębów   Grylowi   przechodziło   jego   siły,   gdyż   ów   niepozorny 

człowieczek   był   niezwykle   przebiegły   i   Pulg   najczęściej   trzymał   go   przy   sobie.   Pieniąc   się   z 

niepohamowanej wściekłości i obrzydzenia, Gryl wyrwał się swemu pobożnemu hersztowi, błysnął 

brzytwą i rzucił się na Fafryda. Ten już zorientował się, co mu tak przeszkadza, i nieźle sobie radził 

z ostatnimi krnąbrnymi deskami: łamał je na kolanie lub opierał krawędzią o bruk i gniótł nogą. 

Każdy trzask drewna tłuszcza nagradzała dzikiem wrzaskiem radości.

Kocur   poderwał   się  jeszcze   szybciej   od  Gryla,  który   na   jego   widok  zmienił   cel   ataku: 

dwukrotnie udał pchnięcie, by za trzecim razem ciąć i tylko o włos chybić. Gwałtowny upływ krwi 

odebrał mu ochotę do dalszych zmagań. Koci Pazur jest dosyć wąski, lecz rozcina gardło jak 

zwyczajny   sztylet  (choć  nie   ma   ostro  skrzywionego   szpica   lub   kolca   wbrew   opinii   mądralów, 

którzy wszystko biorą dosłownie).

Po rozprawie z Grylem Kocur znalazł się blisko Fafryda. Uświadomił sobie, że w lewej ręce 

nadal   trzyma   wykonaną   przez   przyjaciela   złotą   podobiznę   garnca.   Ten   przedmiot   natchnął   go 

zapałem i skłonił do działań, które następowały płynnie jedno po drugim niczym kolejne figury 

tańca. Wierzchem dłoni wymierzył policzek Fafrydowi, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Potem 

przyskoczył   do   Pulga,   zataczając   ręką   szeroki   łuk,   jakby   przekazywał   coś   od   nagiego   boga 

hersztowi poborców. Wcisnął złotą błyskotkę w chciwe palce tego ostatniego. Była to jedna z tych 

chwil, która zmusza człowieka, nawet Kocura (nie na długo, co prawda), do przyłożenia innej miary 

do takich rzeczy jak złoto. Poznając relikwię, Pulg omal nie zwariował ze szczęścia.

Kocur przedarł się na drugą stronę ulicy. Dopadłszy ołtarzyka Iszka, przy którym Bwadres 

leżał nieprzytomny z uśmiechem na ustach, zdarł worek z baryłki, wskoczył na nią i zatańczył, aby 

zatrzymać na sobie uwagę Fafryda. Wskazał pod nogi.

Rzecz   jasna,   Fafryd   od   razu   dostrzegł   beczkę,   lecz   ta   nie   skojarzyła   mu   się   wcale   ze 

skarboną Iszka (nie zaprzątał sobie głowy takimi sprawami), ale z winem, którego pragnął ponad 

wszystko.

Z okrzykiem zadowolenia pośpieszył na drugą stronę ulicy. Jego wyznawcy umykali mu z 

drogi lub jęczeli w duchowej ekstazie, kiedy tratował ich bosymi stopami. Chwycił beczułkę i 

przytknął ją do ust.

Ludziom zdawało się, że Iszek je datki. Oto bóg na oczach wiernych przyjmował ich ofiarę - 

przypadek wprawdzie niespotykany, lecz jakże spektakularny.

Dając   wyraz   swojemu   rozczarowaniu,   Fafryd   ryknął   i   uniósł   wstrętną   beczkę,   żeby 

roztrzaskać ją na kamieniach... choć może chciał się dobrać do trunku, który jego zdaniem był tam 

gdzieś w środku. Trudno powiedzieć. Na szczęście Kocur mu przeszkodził: porwał dwa kufle piwa 

background image

z czyjejś porzuconej tacy i zaczął przelewać ich ponętną zawartość z jednego naczynia do drugiego, 

aż spłynął po ściankach cały kożuch piany.

Wsadziwszy beczułkę pod pachę - wielu pijaków ma osobliwy, acz pożyteczny zwyczaj 

mimowolnego  przywłaszczania  sobie   pewnych   rzeczy,  zwłaszcza   jeśli   mogą  zawierać   trunek  - 

Fafryd ruszył za Kocurem, który wbiegł w  mrok podcieni, potem wyskoczył nieco dalej i tak 

poprowadził przyjaciela wielkim kołem wokół wrzącego motłochu.

Patrząc chłodnym okiem, nie było to pouczające widowisko: potężny bóg gonił szarego 

demona i próbował chwycić kufel piwa, który ciągle mu się wymykał. Jednakowoż lankmarczycy 

przyglądali   się   temu   przez   pryzmat   mistycznej   symboliki;   dopatrywano   się   najrozmaitszych 

alegorii, spośród których wiele spisano później w uczonych księgach.

Kiedy po raz drugi Iszek i szary demon wpadli w podcienie, zniknęli w nich na dobre. 

Długo jeszcze rozbrzmiewały chóry bojaźliwych, błagalnych okrzyków, lecz dwie nadziemskie 

istoty już się nie pokazały.

Lankmar jest labiryntem zaułków i wąskich przesmyków, a okolice alei Bogów szczególnie 

w nie obfitują. Niektóre ciemny-mi, zawiłymi szlakami prowadzą do odległych miejsc, takich jak 

port. Wszakże iszekianie - zarówno ci pierwsi, jak i nowicjusze - nawet nie brali pod uwagę tak 

prymitywnych dróg, kiedy rozważali, dokąd udał się ich bóg. Bogowie przemieszczają się w czasie 

i przestrzeni własnymi ścieżkami, a nagłe i niewyjaśnione zniknięcia leżą w ich naturze. Krótkie 

odwiedziny to wszystko, czego wierni mogą oczekiwać od boga, który już wypełnił swoją ziemską 

misję. Jeśliby kręcił się uparcie po świecie, przedłużając ponad miarę swą powtórną wizytę, ludzie 

mogliby się poczuć zdegustowani. Czyje nerwy by to wytrzymały?

Gęsty tłum, któremu dane było ujrzeć Iszka, rozchodził się bardzo wolno, czego właściwie 

należało się spodziewać. Toczyły się ożywione rozmowy, spekulacje, oczywiście wybuchały też 

kłótnie.

Późno, bo późno, ale jednak ukarano Kwacza i Wigina za ich świętokradczy atak na boga, 

choć niektórzy widzieli w tym incydencie fragment szerszej, alegorycznej całości. Po porządnym 

laniu łotrzykowie mogli się cieszyć, że w ogóle uszli z życiem.

Zwłoki Gryla zostały bezceremonialnie zabrane i nad ranem wrzucone na wóz śmierci. Jego 

przygoda się skończyła.

Ocknąwszy się z omdlenia, Bwadres ujrzał nad sobą zatroskane oblicze Pulga. To właśnie ci 

dwaj mieli kształtować oblicze iszekianizmu przez następne lata.

Żeby się nad tym długo nie rozwodzić, starczy rzec, iż Pulg został - używając przenośni - 

wielkim   wezyrem   Iszka.   Pracował   niestrudzenie   ku   chwale   swego   pana,   zawsze   ze   złotym 

symbolem garnca na piersi - oznaką posłannictwa. Nawracając się na wiarę w szlachetnego boga, 

nie   zerwał   bynajmniej   z   dawną   profesją,   czego   mogliby   oczekiwać   niektórzy   moraliści,   lecz 

background image

oddawał się jej z jeszcze większą pasją; bezlitośnie darł ze skóry kapłanów niesłużących Iszkowi i 

doprowadzał ich do ruiny. U szczytu swej potęgi iszekianiści mogli się pochwalić w Lankmarze 

pięcioma dużymi świątyniami, niezliczoną ilością kapliczek i prężnym zborem, któremu oficjalnie 

przewodził Bwadres - aczkolwiek staruszek znów pogrążył się w swym niedołęstwie.

Iszekianizm miał się dobrze dokładnie trzy lata pod opiekuńczymi skrzydłami Pulga. Ale 

kiedy   rozeszły   się   wieści   (nieopatrznie   puszczone   przez   paplającego   Bwadresa),   że   Pulg   pod 

przykrywką   ściągania   haraczu   nie   tylko   prowadzi   świętą   wojnę   ze   wszystkimi   bogami   w 

Lankmarze,  chcąc   wyrugować  ich  z   miasta,   a   najlepiej   ze   świata,  ale  że  również  w   skrytości 

opracowuje   plany   obalenia   lankmarskich   bogów   bądź   zmuszenia   ich   do   ukorzenia   się   przed 

Iszkiem... Cóż, gdy to się rozniosło, upadek iszekianizmu był przypieczętowany. W trzecią rocznicę 

powtórnego przyjścia Iszka nastała złowieszcza i nadzwyczaj mglista noc - jedna z tych nocy, kiedy 

wszyscy rozsądni lankmarczycy siedzą w domach i pilnują ognia.

Około północy w mieście dały się słyszeć okropne wrzaski, żałosne jęki, trzask pękających 

drewnianych wrót i huk burzonych murów.

A   poprzedzały   ten   hałas   i   po   nim   następowały,   wedle   licznych   doniesień,   marsze 

kościotrupów.   Pewien   młodzik,   co   wyjrzał   akurat   przez   okno   na   poddaszu,   długo   jeszcze 

opowiadał,  zanim  popadł  w   obłęd  i  skonał,  o  tym  jak  widział  na  ulicy  tłum  chudych  niczym 

szkielety postaci o ciele koloru sadzy, ubranych w czarne togi.

Rano świątynie Iszka były puste i zbezczeszczone, a wszystkie kaplice leżały w gruzach. 

Liczna rzesza kapłanów, łącznie z czcigodnym starcem i zachłannie ambitnym wezyrem, przepadła 

jak kamień w wodę i słuch po niej zaginął.

***

A wracając do poranka sprzed trzech lat, zobaczymy, jak Szary Kocur i Fafryd wdrapują się 

z chybotliwej, przeciekającej łódki na rufę czarnego jednomasztowca, stojącego na kotwicy za 

Wielkim Falochronem, który ciągnie się z Lankmaru wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Hlal ku 

Morzu   Wewnętrznemu.   Przed   wejściem   na   pokład   Fafryd   wręczył   beczułkę   beznamiętnemu, 

blademu Ourfowi, po czym z nieskrywanym zadowoleniem wepchnął łódź pod wodę.

Bieg   ulicami   miasta,   a   potem   krótkie   urozmaicenie   w   postaci   galerniczej   pracy   przy 

wiosłach (muskularny, prawie nagi Fafryd świetnie pasował do tej roli) oczyściły jego umysł z 

resztek oparów wina, choć niemiłosiernie łupało go w skroniach. Kocur nie czuł się za dobrze po 

background image

swych wyczynach na lądzie; był w kiepskiej formie, miesiące lenistwa i obżarstwa wycisnęły na 

nim swe piętno.

Mimo   wszystko   obaj   pomogli   Ourfowi   wciągnąć   kotwicę   i   postawić   żagle.   Niebawem 

chłodny, orzeźwiający wiatr z prawej burty oddalał ich od brzegu i Lankmaru. Podczas gdy Ourf 

zaopiekował się Fafrydem i narzucił mu na ramiona ciepły płaszcz, Kocur odwrócił się prędko w 

porannym półmroku i zbliżył do beczułki Iszka, aby zatroszczyć się o zdobycz, zanim Fafryd, 

powodowany jakimiś względami religijnymi lub głupią barbarzyńską dumą, wrzuci skarbonę do 

wody.

Kocurowi nie udało się namacać otworu w wieku, obrócił, więc beczkę do góry nogami - 

przyjemnie ciężką i wypakowaną do tego stopnia, że nic w niej nie brzęczało. Ale i w drugiej 

pokrywie Kocur nie doszukał się dziury, natrafił zaś na coś, co wyglądało jak wypalony w drewnie 

napis wykonany lankmarskimi hieroglifami.

Ponieważ mrok uniemożliwiał jeszcze czytanie i z tyłu zbliżał się Fafryd, Kocur szybko 

podniósł ciężką maczetę, zabraną z komórki na narzędzia, i trzasnął w klepki. Ze środka trysnął 

płyn o ostrym, swojskim zapachu. Baryłka musiała być pełna okowity, od denka do denka, dzięki 

czemu zawartość nie bulgotała.

Nieco później mogli już przeczytać wypalony napis. Była to zwięzła wiadomość:

„Drogi Pulgu, możesz w tym utopić swoje smutki. Baszarat".

Cała rzecz dała się łatwo wytłumaczyć. Zeszłego dnia numerowi  dwa  wśród poborców 

haraczu trafiła się wyborna okazja do podmienienia beczek: aleja Bogów się wyludniła, Bwadres 

spał jak zabity po nadzwyczaj sutej potrawce z ryb, a Fafryd opuścił posterunek, żeby napić się z 

Kocurem.

- Teraz już wiem, czemu w nocy nie było z nami Baszarata - rzekł Kocur w zamyśleniu.

Fafryd optował za wyrzuceniem beczki za burtę; nie złościł się wcale stratą łupu, lecz czuł 

odrazę wobec jej zawartości. Kocur wszakże kazał Ourfowi zatkać ją i odłożyć w  bezpieczne 

miejsce.

Wiedział, że tego rodzaju odraza często mija. Fafryd wymusił na nim obietnicę, że ognistą 

wodą   posłużą   się   tylko   w   razie   najwyższej   konieczności,   na   przykład   przy   paleniu   statków 

nieprzyjaciela.

Nad   krawędzią   morza   wstawał   gorejący   krąg   słońca.   W   jego   czerwonych   promieniach 

Fafryd i Kocur po raz pierwszy od wielu miesięcy uważnie się sobie przyjrzeli. Wokół szumiały 

fale, Ourf troszczył się o liny i rumpel. Tym razem nigdzie im się nie spieszyło. Patrzyli na siebie 

dziwnie szklistym wzrokiem; Kocurowi przeszło przez myśl, że sprowadza przyjaciela ze ścieżki, 

którą ten chciał iść przez życie w Lankmarze, może ścieżki zgodnej z jego powołaniem. Fafryd 

myślał tak samo o Kocurze.

background image

- Nie martw się, brwi ci jeszcze odrosną - rzekł Kocur, aby przerwać ciszę.

- Nie mają wyboru! - zagrzmiał Fafryd. - Będę miał szopę włosów, nim pozbędziesz się tego 

brzuszyska!

- Dzięki, jajogłowy. - Kocur zaśmiał się lekko. - Nie mam do ciebie żalu za Lankmar - 

skłamał, choć w tym łgarstwie kryła się odrobina prawdy. - Teraz rozumiem, że gdybym został, 

poszedłbym w ślady Pulga i innych Wielkich Ludzi. Byłbym gruby, przytłoczony władzą, osaczony 

pomocnikami,   oblegany   przez   obłudne   tancerki   i   na   koniec   wpadłbym   w   szpony   kapłanów 

Przynajmniej   ominęła   mnie   ta   ostatnia   przygoda,   gorsza   niż   wpadnięcie   do   wilczego   dołu.   - 

Spoważniał. - Jeno co z tobą, przyjacielu? Nie będziesz tęsknił za Bwadresem, spaniem na bruku i 

conocnym snuciem opowieści?

Fafryd marszczył czoło, gdy statek płynął na północ i bryzgała nań słona piana.

-   Ja   tam   tęsknić   nie   będę   -   powiedział   po   chwili.   -   Zawsze   będzie   okazja   do   snucia 

opowieści.   Dobrze   służyłem   bogu,   przybrałem   go   w   nowe   szaty   i   zrobiłem   coś   jeszcze.   Kto 

chciałby znowu być akolitą, gdy zaszedł tak wysoko? Bo widzisz, przyjacielu, ja naprawdę byłem 

Iszkiem.

Kocur uniósł brwi.

- Tak myślisz?

Fafryd z powagą dwa razy kiwnął głową. 

background image

 

MORZE, ICH PANI

 

background image

Następne dni nie były łaskawe dla Fafryda i Kocura. Po tylu miesiącach spędzonych na 

lądzie   obaj   cierpieli   na   chorobę   morską.   Wśród   doprawdy   potwornych   napadów   mdłości   i 

wymiotów Fafryd czynił wyrzuty Kocurowi za to, że ten podstępnie zwiódł go z drogi ascetycznego 

życia i kazał mu uciec od religijnego powołania. W przerwach między nawrotami nudności Szary 

Kocur wyklinał Fafryda, lecz najczęściej miał pretensje do samego siebie, że porzucił wygodne 

życie w Lankmarze na rzecz przyjaciela.

W tym czasie - w zasadzie dość krótkim, choć im zdawał się wiecznością - Mingol dbał o 

żagle   i   stawał   przy  rumplu.   Na   jego  kamiennej  twarzy  pod   siatką   zmarszczek  zawsze   taił   się 

uśmiech, który jednak nigdy nie wypływał na usta. Jedynie w oczach czarnych jak węgle błyskały 

niekiedy wesołe iskierki.

Fafryd, który pierwszy wydobrzał, przejął od Ourfa dowództwo i zaczął go zaganiać do 

dziesiątków   żeglarskich   prac:   refowania,   zwijania   i   brasowania   żagli,   przekładania   balastu, 

szukania w zakamarkach szczurów i karaluchów, halsowania, sterowania ostrzej do wiatru, robienia 

zwrotów przez rufę i tym podobnych czynności. Rozgoryczony Kocur klął bez przekonania, kiedy 

podczas krzątaniny Ourf i Fafryd przewalali się tam i z powrotem po pokładzie, przeskakując nad 

nim jak nad kłodą. Ledwie przywykł do łagodnego kołysania „Czarnego Skarbnika", a już musiał 

przeżywać nowe katusze szaleńczej chwiejby.

Ilekroć Fafryd przestawał się bawić w pana niewolników, siadał ze skrzyżowanymi nogami 

i tonął w rozmyślaniach, głuchy na siarczyste przekleństwa Kocura. Początkowo kierował wzrok 

wyłącznie w stronę Lankmaru, lecz z czasem coraz częściej zaczął popatrywać na północ.

Po   przezwyciężeniu   choroby   Kocur   wyrzekł   się   wszelkiego   jedzenia   prócz   rzadkiej 

owsianki   w   skromnych   racjach.   Nie   poddając   się   żeglarskiemu   rygorowi,   jaki   załodze   chciał 

narzucić Fafryd, z ponurym uporem rzucił się w wir najróżniejszych ćwiczeń siłowych, w trakcie, 

których padał zdyszany i zlany potem... by znów do nich wrócić po odzyskaniu oddechu.

Widok był to przedziwny: Kocur chodził na rękach, gdy w tym czasie Ourf biegł na dziób 

poprawić ustawienie kliwra, Fafryd zaś napierał całym ciałem na rumpel i wołał:

- Ster na zawietrzną!

Pomimo tego od czasu do czasu, głównie o zachodzie słońca, kiedy popijali wodę z małą 

domieszką wina (okowita nadal była wyklęta), zdarzało im się wspominać stare dzieje i opowiadać 

o dalekich krajach - zrazu kończyli szybko, potem coraz później.

Rozmawiali   o   wyprawach   korsarskich,   w   których   brali   udział,   i   o   bitwach   z   wrogimi 

piratami. Przypominali sobie najstraszniejsze sztormy, długie okresy ciszy morskiej i spotkania z 

tajemniczymi   okrętami,   które   znikały   we   mgle   lub   w   sinej   dali,   by   więcej   się   nie   pokazać. 

Dyskutowali   o   morskich   potworach,   syrenach   i   podwodnych   diabłach.   Odgrzebali   z   pamięci 

przygody, jakie spotkały ich w trakcie przeprawy przez Morze Zewnętrzne ku owianym legendą 

background image

Zachodnim Ziemiom, których istnienie wszystkim lankmarczykom oprócz Ourfa, Fafryda i Szarego 

Kocura wydawało się wątpliwe.

Brzuch Kocura powoli ginął, a Fafrydowi wyrosła na głowie, policzkach i brodzie ostra 

szczecina. Życie stawało się ciągiem zdarzeń, nie zgryzot. Nauczyli się cieszyć każdym wschodem i 

zachodem słońca. Gwiazdy znów ich lubiły. Przede wszystkim jednak połączyła ich z morzem 

bratnia więź, jakby się z nim przyjaźnili i podróżowali w jego towarzystwie, a nie tylko po nim 

płynęli.

Niestety,   kurczyły   się   zapasy   żywności   i   wody,   wina   już   nie   było,   brakowało   też 

wygodnego ubrania - w szczególności Fafrydowi.

Ich   pierwszy   piracki   napad   o   mało   nie   skończył   się   katastrofą.   Mały,   ociężały   statek 

handlowy, do którego ukradkiem zbliżyli się o brzasku, najeżył się nagle procarzami i pikinierami 

w brązowych hełmach. Nadziali się na lankmarski statek-pułapkę, krążący po tych wodach w celu 

zwalczania piractwa. Tylko, dlatego uratowali skórę, że potrzask zamknął się przedwcześnie, a 

„Czarny   Skarbnik",   przeobrażony   pod   fachową   opieką   w   przedniej   klasy   ścigacz,   z   łatwością 

umknął strażnikom. Podczas tej konfrontacji Ourf został trafiony kamieniem z procy i padł bez 

przytomności. Fafryd z tej samej przyczyny miał dwa pęknięte żebra. 

Następna łupieska eskapada miała nadzwyczaj udany przebieg. Załogę zdobycznego kutra 

stanowiło pięć podstarzałych Mingolek, zawodowych wiedźm, jak same o sobie mówiły. Ciągnęły 

w handlowych i wróżbiarskich interesach na południe, do osad w okolicach Kuarmalu.

Kocur i Fafryd oskubali je z żywności, wody i wina. Fafryd wybrał sobie ponadto kilka 

jedwabnych sukni i futrzanych płaszczy, trochę posrebrzanej biżuterii i skórę na buty. Spodobał mu 

się również długi miecz i toporek. Mimo wszystko nie ograbili do cna kłótliwych kobiet i zabronili 

Ourfowi gwałcenia choćby jednej (Mingol odgrażał się chełpliwie, że zgwałci całą piątkę).

Natenczas odpłynęli, poniekąd ze wstydem, żegnani chóralnymi przekleństwami wiedźm. A 

były to złorzeczenia najzjadliwsze z możliwych: kobiety nasyłały na nich złe moce wody, ognia, 

ziemi i powietrza. O dziwo, nie bluzgały na Ourfa, zatem należało się zastanowić, czy przypadkiem 

ich  największa   złość   nie   wynikała  z   tego,  że   nie   pozwolono   Ourfowi   spełnić  jego   lubieżnych 

zamierzeń.

Odkąd   na   „Czarnym   Skarbniku"   przestało   dramatycznie   brakować   prowiantu,   Fafryd   z 

ferworem rozprawiał o ponownej przeprawie przez Morze Zewnętrzne i podróży na wody Morza 

Zamarzniętego, gdzie można polować na tygrysy polarne lub olbrzymie białowłose węże.

Miarka się przebrała i podstarzały Ourf wreszcie się zbuntował, chociaż, jak na Mingola, był 

nadzwyczaj   opanowanym,   miłym   człowiekiem.   Przepracowany,   poobijany,   siłą   odciągnięty   od 

niewiast mimo naprawdę nadzwyczajnej w jego wieku okazji do miłosnych igraszek i teraz jeszcze 

straszony planami dalszych wariackich wojaży - stanowczo zażądał, aby wysadzono go na lądzie.

background image

Kocur i Fafryd nie stawiali mu przeszkód. „Czarny Skarbnik" płynął akurat na południowy-

zachód wzdłuż północno-zachodniego wybrzeża Lankmaru. Mingol został wysadzony na brzeg pod 

maleńką osadą w okolicach Krańca Ziemi; nie zważając na prezenty, którymi go obładowano, 

zrzędził i przeklinał.

Po naradzie dwaj bohaterowie zdecydowali się obrać kurs na północ, czyli najkrótszą drogą 

dopłynąć do pokrytego puszczami Państwa Ośmiu Miast, a dokładniej do miasta Ol Plerns, gdzie 

ongiś służyli Szalonemu Diukowi.

Podróż minęła bez większych wrażeń, nie zobaczyli nawet żagla. Fafryd sporządził sobie 

buty:   wykroił   kawałki   skóry,   zszył   je   i   ponabijał   ćwiekami.   Zapewne   marzyła   mu   się   górska 

wspinaczka,   albowiem   opatrzył   podeszwy   kolcami.   Kocur   przestrzegał   codziennego   reżimu 

ćwiczeń, a w wolnych chwilach czytywał wygrzebaną z małej, lecz treściwej biblioteczki Księgę 

Aarty, Księgę niższych bogów, Dokonywanie cudów oraz traktat zatytułowany Potwory mórz i 

oceanów.

Uwielbiali   beztrosko   gawędzić   do   późnych   godzin   nocnych,   ponieważ   czuli   się   wtedy 

najbliżej gwiazd, morza i siebie nawzajem. Toczyli spór o to, czy gwiazdy istnieją od zawsze, czy 

może   zostały   wystrzelone   przez   bogów   z   najwyższej   góry   w   Nehwonie...   czy   też,   wedle 

najnowszych   opracowań   mędrców   zajmujących   się   teorią   bytu,   są   ogromnymi,   oświetlonymi 

klejnotami   na   wyspach   po   przeciwnej   stronie   Nehwonu,   gigantycznego   bąbla   zanurzonego   w 

wodach   nieskończoności.   Zastanawiali   się,   kto   jest   najgorszym   czarnoksiężnikiem   na   świecie: 

Ningobel od Fafryda, Szylba od Kocura czy, w co jakoś trudno było uwierzyć, inny czarodziej.

Najczęściej jednak rozmawiali o morzu - swej pani, której kołysanie znowu pokochali i z 

której nastrojami czuli się teraz wewnętrznie zestrojeni. Mówili o jej gniewie i pieszczocie, jak to 

naprzemiennie ogarnia ją cichość lub ochota do tańców - czasem lekkich, wolnych menuetów, 

czasem zaś siarczystych przytupów i podskoków. Urzekała ich niezliczona mnogość jej sekretów.

Wiatr zachodni był coraz słabszy, aż stopniowo przeszedł we wschodni, zmienny i dość 

łagodny. Zapasy znów się kończyły.

Wspólnie doszli do przekonania, że z takim zaprowiantowaniem nie dotrą do Ol Plerns i 

dobrze będzie, jeśli w ogóle zdołają dobić do Szponów - wąskich, urwistych cyplów wschodniego 

kontynentu, a właściwie olbrzymiego, wykręconego ku zachodowi półwyspu, na którym leżały 

Lodowe Pustacie, Państwo Ośmiu Miast i trudne do przebycia łańcuchy górskie.

Pewnego razu o północy nastała głucha cisza. „Czarny Skarbnik" kołysał się na wodzie tak 

spokojnej, jakby morska pani zapadła w letarg. Najlżejszy wiaterek nie głaskał żagli. Zastanawiali 

się, co przyniesie im jutro... lub co im się wtedy pokaże.

background image

 

POD NIEOBECNOŚĆ

KRÓLA MÓRZ

 

background image

Rozebrany do samej przepaski biodrowej i dyndającego pod szyją woreczka na amulety, 

Szary Kocur wyciągnął się na podobieństwo jaszczurki na pochylonym bukszprycie „Czarnego 

Skarbnika" i spojrzał z góry w morską rozpadlinę. Promienie słoneczne, nie napotykając na swej 

drodze na najlżejszy obłok, niemiłosiernie prażyły go w opalone na brąz plecy, choć z dołu, od 

tajemniczych morskich odmętów, zaciągało chłodem.

Gdziekolwiek spojrzeć, aż po krańce widnokręgu Morze Wewnętrzne było spokojne niczym 

jezioro rtęci w piwnicach zamku czarodzieja. Najdrobniejsze fale nie nadbiegały zza horyzontu na 

północy,   południu   i   wschodzie   ani   też   nie   wracały   odbite   od   nieskończenie   długiej,   pociętej 

pionowymi żlebami, żółtobiałej ściany skalistego wybrzeża - piętrzącej się w odległości strzału z 

łuku od statku i wysokiej na trzy takie strzały. Nie dalej jak wczoraj

Kocur i Fafryd wspięli się na szczyt urwiska, gdzie dokonali piorunującego odkrycia. Cóż 

mógł teraz robić Kocur? Ano rozmyślać o tej właśnie wędrówce lub martwić się, że statek stoi 

unieruchomiony przez ciszę, żywność się kończy, wody już prawie nie ma (nie licząc nieszczęsnej 

beczułki z gorzałką), a od Ol Hruspu, ostatniego cywilizowanego portu na zachodnim wybrzeżu 

kontynentu - lub, równie dobrze, niecywilizowanego - dzielą ich długie dnie znojnej żeglugi. Mógł 

dumać nad kusicielskimi śpiewami, które zeszłej nocy wydobywały się chyba z głębiny, i nad 

niewieścimi   głosami   wplatającymi   się   subtelnie   w   muzykę   fal:   w   ich   szum   na   piasku,   gulgot 

między kamieniami i jękliwy poświst, gdy wicher gnał je na skute lodem brzegi. Przede wszystkim 

jednak mógł się zastanawiać nad szaleństwem, jakie zeszłego dnia po południu ogarnęło Fafryda, 

który ni z tego, ni z owego, głosem nie znoszącym sprzeciwu bajdurzył o konieczności szukania 

„podwodnych dziewcząt"; zabrał się nawet do przystrzygania brody, szczotkowania brązowego 

płaszcza ze skóry wydr i polerowania ozdób, aby przyjąć podmorskie dziewczyny w przyzwoitym 

odzieniu   i   rozpalić   ich   żądze.  Wedle   jednej   z  najstarszych   symorgijskich  legend,   przekonywał 

Fafryd,   siódmego   dnia   siódmego   miesiąca   siódmego   roku   cyklu   siódemkowego   król   mórz 

podróżuje na przeciwległe krańce ziemi, zezwalając swoim pięknym, mieniącym się wszystkimi 

odcieniami   zieleni   żonom   i   zgrabnym,   okrytym   srebrną   łuską   nałożnicom   na   przygody   z 

kochankami, jeżeli takowych uda im się znaleźć. Fafryd upierał się z całą stanowczością, tłumacząc 

swoje racje nieziemskim spokojem morza i innymi nadnaturalnymi znakami, że nie dość, iż znaleźli 

się nad siedzibą króla mórz, to jeszcze dokładnie w przeddzień owej szczególnej pory!

Bezskutecznie   Kocur   mu   przypominał,   że   od   wielu   dni   nie   zobaczyli   nawet   ryby   o 

kształtach   zbliżonych   do   niewieścich,   że   w   okolicach   nie   ma   wysepek   ani   plaż   potrzebnych 

syrenom do prowadzenia handlu, zażywania kąpieli słonecznych i uwodzenia żeglarzy, że próżno 

szukać tutaj czarnych, dryfujących okrętów lub wraków statków pirackich, pod których pokładem 

(a   więc   praktycznie   pod   wodą)   czekałyby   na   uwolnienie   piękne   branki,   że   jeno   szaleniec 

spodziewałby się nadejścia dziewcząt z niegościnnych terenów za wałem żółtobiałych skał oraz - na 

background image

zakończenie   -   że   na   „Czarnego   Skarbnika"   od   tygodni   nie   łypnęło   z   lewej   czy   prawej   burty 

dziewczęce oko. Nie wdając się w zawiłości, Fafryd odpowiedział z niezachwianym przekonaniem, 

że   gdzieś   pod   nimi   są   dziewczyny   króla   mórz   i   właśnie   przygotowują   magiczny   kanał   czy 

podwodną groblę dla ludzi oddychających powietrzem i Kocur również powinien być gotów do 

drogi, kiedy przyjdzie zaproszenie.

Kocur przypuszczał, że Fafryd traci zmysły w prażącym, oślepiającym słońcu, w dodatku 

porwany nieukojoną tęsknotą, częstą przypadłością marynarzy na morzu. Wygrzebał z ładowni 

kapelusz z szerokim rondem i wąskie gogle, lecz barbarzyńca nie dał się namówić do ich założenia. 

Kocur doznał, zatem wielkiej ulgi, kiedy z nadejściem nocy Fafryd zasnął kamiennym snem... 

mimo iż wówczas słodkie syrenie śpiewy - ułudne bądź prawdziwe - znów się odezwały, by burzyć 

jego spokój ducha.

O   tak,   Kocur   miał   o   czym   myśleć,   gdy   leżał   nieruchomo   w   gorących,   choć   nie 

wyciskających   zeń   potu   promieniach   słońca   na   sztywnym   bukszprycie   statku.   Nie   tylko   o 

proroczych słowach Fafryda. A prawda była taka, że całą swoją uwagę skupił na zaczarowanej 

szmaragdowej studni - znajdującej się tak blisko, że wyciągniętą ręką był w stanie dotknąć jej 

osobliwych brzegów. 

Dobrze   jest   zapoznawać   się   z   cudami   i   dziwami   stopniowo,   bez   pośpiechu,   chociaż 

oglądając   wśród   sennych   morskich   przestworzy   jeszcze   jedno   zjawisko,   które   Kocur   także 

powinien zauważyć... lecz tego nie uczynił.

Choć nieurozmaicone większą czy mniejszą falą, nawet zmarszczką czy drżeniem, Morze 

Wewnętrzne wokół statku nie było całkowicie płaskie. Tu i ówdzie, w przypadkowych miejscach, 

znajdowały   się   niewielkie   wgłębienia   o   kształcie   i   rozmiarze   talerzy,   jakby   na   wodzie   stały 

olbrzymie, niewidzialne i prawie nic nieważące chrząszcze wodne... jednakże dołki nie układały się 

w  żadne  sześcio-, cztero-, a nawet trzynożne wzory. Co więcej, pośrodku każdego wgłębienia 

zapadał się w dół, ku niezbadanym czeluściom, wąski słup powietrza - podobny do maleńkiego 

wiru, jaki się czasem tworzy po wyciągnięciu turkusowego korka w złotej, pełnej po brzegi wannie 

królowej Wschodu (lub po wyciągnięciu zatyczki w balii z pośledniego materiału, używanej przez 

gorzej sytuowanych ludzi). Z jednak wszakże różnicą: w tym przypadku woda nie wirowała, a 

wloty   nie   wyginały   się   i   nie   skręcały,   lecz   wnikały   prostym   szybem,   iż   komuś   mogłoby   się 

wydawać,   że   w   zastygłe   wody   otaczające   „Czarnego   Srebrnika"   powtykano   gdzie   popadnie 

dziesiątki smukłych, niewidocznych rapierów z ochronnymi koszami w kształcie miski. Albo że 

wokół jednomasztowca wyrastał rzadki las niewidzialnych wodnych lilii z prostymi niewidzialnymi 

łodygami.

Teraz wyobraźcie sobie taki dołek z powietrznym korzeniem powiększony tyle razy, że 

miska już nie ma wielkości dłoni, ale średnicę dobrego rzutu oszczepem, natomiast głębinowy szyb 

background image

nie mierzy sobie tyle co paznokieć, ale prawie sążeń szerokości. Wyobraźcie sobie, że statek zsuwa 

się dziobem w płytką nieckę, by zatrzymać się w bezruchu nad krawędzią tajemniczej otchłani. 

Wyobraźcie sobie bukszpryt lekko przechylonego statku, wysunięty nad wejście do podwodnego 

tunelu czy może powietrznego leja. Wyobraźcie sobie niskiego, czerstwego, opalonego na orzech 

mężczyznę w szarej przepasce biodrowej, który leży rozpostarty na bukszprycie z nogami wpartymi 

w poręcze nadburcia i spoziera w głąb zapadliska... a doskonale zrozumiecie sytuację Kocura!

Człowiek   zawieszony   nad   tak   fascynującym   fenomenem   natury   rzeczywiście   mógłby 

zapomnieć   o   reszcie   świata,   nawet   umysł   kobiety   o   niczym   innym   by   nie   pamiętał.   Woda   w 

odległości strzału z łuku od skalistego wybrzeża była zielona i zdumiewająco przejrzysta, a mimo 

to wzrok nie sięgał dna. Przeprowadzone zeszłego dnia pomiary wykazały, że dno znajduje się na 

głębokości  od dwustu dziesięciu do  dwustu pięćdziesięciu sążni. Schodzący pod  wodę szeroki 

korytarz miał gładkie, perfekcyjnie okrągłe ściany, jakby obłożone szkłem. Kocur nawet byłby 

skłonny   przypuszczać,   że   istotnie   widzi   szklane   ściany,   a   jeżeli   nie,   to   w   niezwykły   sposób 

zamarzniętą lub stwardniałą wodę, choć wciąż tak samo przezroczystą... wszelako już niewielki 

hałas, jak na przykład kichnięcie, wywoływał pewne drżenie, które przemieszczało się w dół i w 

górę po obrzeżu tunelu pierścieniami fal.

Kocur nawet nie próbował sobie wyobrażać, jak mocarne siły muszą przezwyciężać napór 

morza, zapobiegając natychmiastowemu zalaniu korytarza.

W   każdym   razie,   głębia   cieszyła   oczy   cudownymi   widokami.   Światło   słoneczne   po 

przejściu przez wodę rozświetlało ją do znacznej głębokości dość jasnym, zielonkawym blaskiem. 

A okrągłe ściany zabawnie mamiły wzrok, fałszując wymiary. Ot, chociażby teraz, kiedy Kocur 

patrzył w toń wnętrza leja, dostrzegał tłustą rybę długości ludzkiego ramienia, która opływała w 

koło tunel i z ciekawością mu się przyglądała. Kształt ryby wydawał mu się znajomy, lecz nie umiał 

określić   gatunku.   Gdy   jednak   obrócił   głowę   i   spojrzał   na   tę   samą   rybę   poprzez   zwał   wody, 

rozpoznał trzykrotnie dłuższego od siebie rekina. Wzdrygnął się i zastanowił, czy przypadkiem 

ściany podmorskiego korytarza nie działają jak soczewki zmniejszające, używane niekiedy przez 

lankmarskich artystów.

Koniec końców, Kocur mógłby i tak dojść do wniosku, że pionowy szyb w wodzie jest 

złudzeniem,   owocem   gry   świateł   i   naiwnych   oczekiwań.   Mógłby   włożyć   gogle,   zatkać   uszy 

woskiem w obronie przed syrenim śpiewem, pociągnąć tęgi łyk zakazanej okowity i pójść spać... 

gdyby   nie   pewne   okoliczności,   które   nadawały   zjawisku   znamię   realności.   Choćby   takie,   jak 

przywiązana do bukszprytu węźlasta lina, której koniec ginął w mroku tunelu; od czasu do czasu 

naprężała   się   i   trzeszczała,   jakby   ktoś   zawiesił   na   niej   spory   ciężar.   Z   podmorskich   czeluści 

ulatywały smużki czarnego dymu (to przez nie Kocur kichał). Warto jeszcze dodać - co w zasadzie 

powinno się rzec już na samym początku - że hen w dole mrugało czerwone światełko pochodni, 

background image

wyglądające z daleka na płomyczek świecy. Aha, jeszcze jedno: tuż przy ogniku pochodni, nieco 

przysłonięta dymem i ledwie widoczna, obracała się w górę twarz Fafryda!

Kocur   bez   zastrzeżeń   uwierzyłby   w   realne   istnienie   najbardziej   nieprawdopodobnego 

cudactwa,   jeśli   miałby   z   nim   jakiś   związek   Fafryd,   zwłaszcza   gdyby   osobiście   był   w 

niezamieszany. Mierzący bez mała siedem stóp wzrostu barbarzyńca przedstawiał sobą tak wielki 

kawał namacalnej materii, że nie sposób było wyobrazić go sobie, jak porusza się po urojonym 

świecie.

Zanim całą tę niezwykłą scenerię uwiarygodniły takie znaki jak wspomniany dym, lina i 

Fafryd schodzący do podwodnej studni, musiał nastąpić ciąg prostych zdarzeń. O świcie „Czarny 

Skarbnik" zaczął dryfować między dołkami na wodzie - rzecz o tyle dziwna, że statku nie popychał 

najsłabszy wiaterek i nie ciągnął prąd morski. Chwilę później statek z gwałtownym przechyłem 

minął  krawędź wielkiego, okrągłego wgłębienia, zsunął się na dół  z lekkim przyspieszeniem  i 

znieruchomiał, jakby zwarły się dwa przeciwnie namagnesowane bieguny: jeden w bukszprycie, 

drugi w podwodnej gardzieli. Potem Kocur dzwonił zębami i wybałuszał oczy na Fafryda, który 

zajrzał do dziury, mruknął z zadowoleniem, spuścił w dół linę i zaczął się sposobić do podbojów 

sercowych i zarazem wojennych: wypomadował swoje bujne włosy i brodę, wtarł wonności pod 

pachy i w owłosioną klatkę, włożył niebieską tunikę z jedwabiu pod wyszczotkowany wydrowy 

płaszcz, obwiesił się wszystkimi posrebrzanymi naszyjnikami, bransoletami i broszami, powtykał 

pierścienie  na  palce...  ale  też  nie   zapomniał  o  przypasaniu  długiego  miecza   i  toporka,  tudzież 

wzuciu butów z kolcami. Następnie od węgli w kuchennym żarniku zapalił długie, chude łuczywo z 

żywicznej sosny, a kiedy pochodnia strzeliła jasnym płomieniem - wbrew desperackim przestrogom 

Kocura i nawet siłowym sprzeciwom - wdrapał się na bukszpryt i stamtąd opuścił do studni. W 

dwóch palcach prawej ręki trzymał pochodnię, pozostałymi palcami obejmował linę.

Dopiero z dołu się odezwał, wołając do Kocura, żeby ten przygotował się do zejścia, jeśli 

ma w sobie więcej gorącej krwi niż zimnokrwista jaszczurka.

Kocur i owszem, przymierzał się do tego zadania: zrzucił z siebie prawie wszystkie łachy (a 

nuż trzeba będzie zanurkować i ratować Fafryda, kiedy dziura uświadomi sobie, że istnieje wbrew 

prawom natury i zaleje się wodą) oraz przyniósł na dziób statku pokrowce z foczej skóry, a w nim 

miecz Skalpel i sztylet Koci Pazur, na wypadek gdyby wywiązała się walka z rekinami. Na koniec, 

jak to już zostało opisane, uczepiony bukszprytu obserwował powolne zejście przyjaciela i chłonął 

fascynujące widoki.

W pewnej chwili opuścił głowę i zawołał niezbyt głośno:

- Dotarłeś już na dno, Fafryd? - Ze zmarszczonym czołem przypatrywał się pierścieniom fal, 

które wzbudził mimo tłumionego głosu. Fale wędrowały w głąb studni i po odbiciu wracały na 

górę.

background image

- Co tam mówisz?

Gromka   odpowiedź   Fafryda,   wzmocniona   w   okrągłej   czeluści,   wypadła   niczym   pocisk 

bojowy i o mało nie strąciła Kocura z bukszprytu. Najstraszniejsze było to, że w rezultacie owego 

ryku powstał olbrzymi pierścień fal: gdzie akurat przebiegał, tam gardziel studni zwężała się prawie 

dwukrotnie. Gdy dotarł do powierzchni i uniósł obrzeże zapadliska, twarz Kocura została opryskana 

pianą. Potem pierścień spełzł w otchłań.

Kocur zacisnął powieki w grymasie przerażenia, lecz po ich odemknięciu stwierdził, że 

wciąż zieje pod nim wylot podwodnego korytarza, a gigantyczne pierścienie fal zaczynają ginąć.

- Fafryd, nie rób tego więcej! - zawołał kapkę głośniej niż poprzednim razem, za to z 

większą natarczywością.

- Czego?

Kocur   nie   dał   się   już   zaskoczyć,   choć   i   teraz   patrzył   z   trwogą   na   potężne,   zielone 

pierścienie, które przesuwały się ruchem robaczkowym z prędkością strzały. Postanowił więcej nie 

krzyczeć, gdy raptem Fafryd ozwał się głosem o rozsądnie stonowanym natężeniu:

- Nie bój się, to proste! Na końcu braknie sążnia, ale łatwo zeskoczyć!

Nowe pierścienie były tylko trochę grubsze od ludzkiego nadgarstka.

- Nigdzie nie skacz, Fafryd! - odparł pośpiesznie Kocur. - Wyłaź na górę!

- Już skoczyłem! Udało się! Stoję na dnie. O, ho, ho!

Ostatnia   część   wypowiedzi   Fafryda   była   do   tego   stopnia   przepojona   zdumieniem   i 

podziwem, że Kocur natychmiast odkrzyknął:

- Co? Co za: ho, ho!? 

-   Cudowne,   niesamowite,   zadziwiające!   -   nadeszła   z   dołu   odpowiedź,   lecz   tym   razem 

zduszona, jakby Fafryd odszedł podwodnym korytarzem za jeden lub dwa zakręty.

- Co takiego, Fafryd? - zapytał ostrzej Kocur. Teraz on wywołał pierścienie na ścianach 

studni, i to całkiem spore. - Nie odchodź daleko! Co tam widać?

- Wszystko! - zabrzmiała dość wyraźna odpowiedź.

- Są tam dziewczyny?

- Cały świat!

Kocur westchnął. Jak zawsze, nadeszła ta chwila, kiedy splot okoliczności i wewnętrznych 

bodźców nakazuje działanie, kiedy zachwyt i ciekawość przeważają nad zdrowym rozsądkiem, 

kiedy urok nieznanego i żądza przygód zatapiają swe szpony tak głęboko, że trzeba pójść za głosem 

natury albo stracić szacunek do samego siebie.

Na podstawie swego bogatego doświadczenia wiedział, że jeśli chce wydobyć Fafryda z 

tarapatów, w które ten dostał się na własne życzenie, musi osobiście pofatygować się po tego 

naperfumowanego, zbrojnego w miecz zuchwalca! Zakrzątnął się, zatem co żywo.

background image

Przytroczył do pasa broń w skórzanych pochwach oraz krótką, zwiniętą linę z węzłami i 

pętlą   na   końcu;   sprawdził,   czy   zejściówki   są   pozamykane,   a   od   żaru   nie   zapali   się   kuchnia; 

pośpiesznie wymamrotał pełną wyrzutów modlitwę do lankmarskich bogów, po czym opuścił się z 

bukszprytu w zieloną otchłań.

W studni było chłodno. Śmierdziało rybami, dymem i pomadą Fafryda. Zaledwie Kocur 

zszedł pod poziom wody, odkrył ku swemu zdziwieniu, iż największym strachem napełniają go 

szkliste ściany. Dręczyło go podejrzenie, że wystarczy je lekko musnąć, a zaczarowana wodna 

„skóra" pęknie i morze wciągnie go w odmęty - zupełnie jak tłustą igłę, która pływa w misce w 

maleńkim wodnym hamaczku, lecz idzie na dno, kiedy ją trącić palcem. Schodził w pośpiechu, 

prędko mijając kolejne węzły; zawieszony właściwie tylko na rękach, prawie nie dotykał stopami 

liny. Modlił się w duchu, żeby się nie rozhuśtać, a jeśli już mu się to przytrafi, żeby zdołał się 

ustrzec   od   większego   wychylenia.   Zadawał   sobie   teraz   pytanie,   czemu   nie   kazał   Fafrydowi 

przytrzymać liny z dołu, a przede wszystkim, czemu go nie przestrzegł, aby na razie powstrzymał 

się od krzyczenia w studni. Sama myśl, że te okropne pierścienie fal mogłyby go zmiażdżyć, była 

nie do zniesienia. Ale teraz było za późno! Wolał już nic nie mówić, by nie narazić się na grzmiącą 

odpowiedź barbarzyńcy.

Zapoznawszy się z najważniejszymi powodami do strachu, którego jeszcze bynajmniej nie 

przezwyciężył, Kocur nieśmiało zaczął się rozglądać po swoim nowym świecie. Zieleniejąca w 

świetle podwodna okolica nie była wcale szmaragdową pustką, jak mu się przedtem wydawało. 

Wprawdzie dość marnie, ale jednak kwitło tu życie. Cienkie, falbaniaste liście czerwonobrązowych 

wodorostów kiwały się smętnie, półprzezroczyste meduzy ciągnęły za sobą welony z frędzelkami, 

podobne z daleka do nietoperzy ciemne manty dostojnie kołowały, srebrzyste rybki z wysokimi 

grzbietami   harcowały   wesoło.   Ławica   ryb   w   niebiesko-żółte   prążki   i   czarne   cętki   prowadziła 

wewnętrzną rozgrywkę o podział łupu - odpadków wyrzuconych rankiem z „Czarnego Skarbnika"; 

Kocur rozpoznał je po wielkim gnacie wołowym, który Fafryd naprędce obgryzł, nim cisnął za 

burtę.

Kiedy podniósł  wzrok, z  trudem powstrzymał  się  od okrzyku  grozy.  Doznał  złudzenia, 

jakby   czarny   kadłub   statku,   leżący   na   wodzie   w   kostiumie   z   perłowych   baniek   powietrza, 

znajdował się siedem razy wyżej, niż to wynikało z przeliczenia węzłów na linie, po której schodził. 

Kiedy jednak zadarł głowę i spojrzał prosto do góry, ucieszył się, ponieważ niebieski krąg nieba nie 

skurczył się proporcjonalnie do kadłuba, a bukszpryt nadal był gruby jak należy. Krzywizna studni 

zmniejszyła statek w podobny sposób jak przedtem rekina. Mim wszystko owa przedziwna ułuda 

miała niepokojącą, złowieszczą wymowę.

W   miarę   jak   Kocur   szparko   opuszczał   się   w   podmorską   gardziel,   krąg   nieba   malał   i 

ciemniał: już stał się chabrową miską, już kobaltowym spodkiem, już ciemnogranatową monetą, w 

background image

której ginęła lina. Kocur miał wrażenie, że widzi  błysk gwiazdki. Przesyłając  jej  ustami  kilka 

pożegnalnych całusów, przyłapał się na myśli, że są nader podobne do bąbelków opuszczających 

płuca   tonącego   człowieka.   Robiło   się   ciemniej.   Barwy   gasły;   czerwono-brązowe   wodorosty 

poszarzały, ryby straciły żółte prążki, a Kocurowi dłonie zsiniały jak umrzykowi. Niewyraźnie 

zaczął   dostrzegać   dno   -   w   tej   samej   przesadnej   odległości,   co   kadłub   statku,   aczkolwiek 

bezpośrednio pod nim było ono dziwnie rozmyte, jakby zamglone. Dopiero dalej wypatrzył skały i 

wydmowe ławice piasku.

Bolały go ramiona, piekły dłonie. Do studni podpłynął monstrualnie tłusty granik i zaczął 

wokół niej krążyć, jakby śledził jego poczynania. Kocur przeszył rybę groźnym spojrzeniem, lecz 

wtedy obróciła się i postraszyła go zdumiewająco szeroko rozwartą paszczą. Na widok ostrych jak 

brzytwa zębów Kocur zdał sobie sprawę, że ma przed sobą rekina, którego przedtem widział, a 

przynajmniej jego pobratymca, zmniejszonego w swoistej studziennej soczewce. Zębiska kłapnęły, 

przy czym półksiężyce szczęk przebiły się częściowo do środka korytarza, by zatrzasnąć się o piędź 

od jego ręki. Nie doszło do katastrofy, wodna powłoka nie rozerwała się do reszty, jednakże Kocur 

odniósł nieprzyjemne wrażenie, że po ścianach korytarza, niby krew z rany, ściekła odrobina wody. 

Rekin odsunął się i krążył w niewielkim oddaleniu, lecz Kocur wolał go już nie prowokować 

wrogim spojrzeniem.

Tymczasem zapach ryb się nasilił, a i dym musiał zgęstnieć, bowiem Kocura zaczął męczyć 

kaszel.   Pierścieniowe   fale   znów   kursowały   w   dół   i   w   górę.   Kiedy   walczył   z   siarczystymi 

przekleństwami, jakie cisnęły mu się na usta, jego stopy rozstały się nagle z liną. Odpiął od pasa 

dodatkowy sznur, zszedł trzy węzły niżej, zacisnął pętlę na przedostatnim węźle i ruszył w dalszą 

drogę. Jeszcze pięć razy przekładał dłonie, nim stopy znalazły punkt oparcia w chłodnym szlamie. 

Z ulgą rozprostował i porozcierał zdrętwiałe palce, wołając druha cichym, acz gniewnym głosem.

Wreszcie się rozejrzał. Znalazł się w czymś, co można by przyrównać do namiotu bez 

płócien.   Podłogę   zastępował   aksamitny   kobierzec   mułu,   w   którym   stopy   grzęzły   po   kostki, 

natomiast dachem było połyskliwe, ciemnoszare podbrzusze olbrzymich mas wody, w dodatku 

nierówne, pełne wgłębień i wypukłości, a gdzieniegdzie obciążone złowróżbnymi nawisami. Sam 

namiot mierzył pod wylotem studni mniej więcej dziesięć stóp wysokości. Średnicę miał na oko 

dwadzieścia razy większą, choć jak daleko sięgały jego krawędzie, niepodobna było precyzyjnie 

ocenić, a to z kilku przyczyn. Po pierwsze, ze względu na nierównomierny kształt dachu. Po wtóre, 

rozległe zakątki, gdzie odległość stropu od mulistego podłoża mierzyło się w piędziach, nikły w 

mrocznej, niedosiężnej dali. Szare światło, docierające tu poprzez toń wody, zapewniało względną 

widoczność w promieniu trzydziestu kroków. Dochodziła jeszcze ta uciążliwa okoliczność, że w 

wielu  miejscach   zebrały  się   pokaźne   kłęby  dymu  z   pochodni,   które   snuły  się   jak  gałęzie  pod 

background image

dachem, zbierały w kątach i niszach, zanim ospałym ruchem wczołgiwały się do studni i ulatywały 

do góry.

Jakież niewiarygodne niewidzialne „żerdzie" podtrzymywały ów namiot? Kocur mógłby 

nad  tym   główkować   z   równym   skutkiem,   co  nad  siłami,   które   wydrążyły   powietrzny  tunel   w 

morzu.

Owiany smrodem ryb i swądem dymu, Kocur z obrzydzeniem kręcił nosem i natężał wzrok, 

aby rozeznać się w otoczeniu. Wreszcie dojrzał w najgęstszej chmurze dymu mętny, czerwony 

ognik. To stamtąd po chwili wynurzył się Fafryd, po pas uwalany błotem.

W cuchnącym płomieniu sosnowego łuczywa, wypalonego ledwie do połowy, widać było, 

że bez wysiłku dźwiga pod pachą kupę błyszczących przedmiotów, które jeszcze ociekały wodą. 

Szedł lekko pochylony, bowiem dach nad nim nieco się obniżał.

- Gaś pochodnię, nim się tu podusimy, zakuta pało! - zganił go Kocur na powitanie. - Lepiej 

widać bez niej. Jaki bałwan szuka światła w dymie?

Kocur znał tylko jeden mądry sposób na zgaszenie pochodni (przydusiłby płomień w mule), 

jednakowoż Fafryd, chociaż uśmiechnął się półgębkiem, jakby zgadzał się w zupełności z sugestią 

Kocura, miał nieco inny pomysł. Nie zważając na rozpaczliwe ostrzeżenia ze strony przyjaciela, 

beztrosko wcisnął palący się łeb łuczywa w wodny strop. Dał się słyszeć głośny syk, buchnęły 

kłęby pary. Przez chwilę Kocur myślał, że spełnią się jego najgorsze obawy, albowiem z miejsca, 

gdzie Fafryd gasił pochodnię, na kark barbarzyńcy trysnęła mocna struga wody. Kiedy jednak para 

się rozwiała, okazało się, że za przykładem owej strugi nie pójdzie reszta morza, a przynajmniej nie 

od razu. Po tym zdarzeniu strop się uwypuklił, co przypominało okrągłego guza; woda lejąca się z 

niego wartkim, grubym na palec strumieniem żłobiła w szlamie mały krater.

- Nie rób tego więcej! - rozkazał Kocur nierozważnie gniewnym tonem.

- Tego? - udał zdziwienie Fafryd, dziurawiąc palcem strop obok miejsca, gdzie zrobił to 

poprzednio. Znów wściekle buchnął strumień wody, który szybko zamienił się w cienką strużkę.

Dwie wypukłości wyglądały teraz łudząco podobnie do kobiecych piersi.

-   Właśnie   tego!   -   wydusił   z   siebie   Kocur   ochrypłym,   nieswoim   głosem.   Ostatkiem   sił 

powstrzymał się przed wybuchem wściekłości, aby nie zachęcać Fafryda do kolejnych szaleńczych 

igraszek z wodą.

- Jeśli nie chcesz, to nie będę - zapewnił go barbarzyńca. - Wszelako - dodał, patrząc w 

zadumie na dwie bliźniacze strugi - trzeba by czekać lata, zanim wypełniłaby się ta podwodna 

komora.

- Na szczęście nikt nie zamierza spędzać tu tyle czasu - prychnął Kocur. - Osioł z ciebie, 

wiesz? Skończony kretyn. Po coś kłamał, że tutaj jest wszystko? Niby cały świat! A ja schodzę i co 

widzę? Ano nic nie widzę! Jeno kawał paskudnego, cuchnącego błocka w przykrytej wodą dziurze! 

background image

- Ze złością tupnął nogą, przez co tylko ochlapał się mułem. Zdyszana ryba z fosforyzującymi 

płetwami spojrzała nań z wyrzutem ze swej błotnej mogiły.

- Jeśli będziesz tak walił buciorami - rzekł spokojnie Fafryd - możesz rozgnieść srebrny, 

ażurowy   diadem   na   czaszce   księżniczki.   Twierdzisz,   że   nic   tu   nie   ma?   No   to   sobie   popatrz, 

Kocurku, ile skarbów wykopałem z cuchnącego błocka.

Mimo kolców na olbrzymich butach, podchodząc do przyjaciela, Fafryd delikatnie sunął po 

wierzchu mulistego podłoża.

Ostrożnie   potrząsnął   wetkniętą   pod   pachę   zdobyczą   i   zaczął   głaskać   drogocenne 

przedmioty.

- Otóż patrz. Klejnoty i świecidełka, jakie nawet się nie śnią tym, co żeglują po morzu. 

Wygrzebałem je ze szlamu przypadkiem, bom nie tego szukał.

- A czegoś szukał? Zamku z kości? - burknął szorstko Kocur, choć łakomie zezował na 

skarb przyjaciela.

- Szukałem drogi - rzekł Fafryd z niejakim zniecierpliwieniem, jakby Kocur powinien był w 

lot odgadywać jego myśli. - Drogi do dziewczyn króla mórz. Z pewnością ją znajdziemy w którymś 

zakamarku tej powietrznej komórki. Najlepiej o tym świadczy moje znalezisko. Tylko zobacz.

Odsunął   ramię   od   tułowia   i   delikatnie,   czubkami   palców,   wyciągnął   metalową   maskę 

naturalnej   wielkości.   W   mdłym,   szarym   świetle   można   było   mieć   wątpliwości,   z   czego   ją 

wykonano:   ze   złota,   srebra,   cyny,   może   brązu?   I   czy   szerokie,   faliste   pasma   -   rzekłby,   kto, 

niebieskozielone łzy lub krople potu - to śniedź czy zwykły brud. Pomimo tego na pierwszy rzut 

oka   widać   było,   że   to   oblicze   zjawiskowo   pięknej   kobiety,   arystokratki,   skarbnicy   mądrości   i 

niewieścich czarów, kochanki i okrutnicy. Kocur wyrwał maskę Fafrydowi na poły ze złością, na 

poły z pożądaniem... niestety, jej dolna część połamała się w jego dłoni. Pozostało jedynie dumne 

czoło i oczodoły wpatrzone weń z większym dramatyzmem niż zwyczajne oczy.

Kocur cofnął się trwożnie, jakby lada chwila miały spaść na niego ciosy Fafryda, lecz 

barbarzyńca nieoczekiwanie odwrócił się i powolnym ruchem, niczym sygnalista z chorągiewką, 

skierował przed siebie prawe ramię i wysunął palec.

- Miałeś rację, Kocurze! - krzyknął radośnie. - Nie tylko dym mnie oślepił, ale również 

światło! Patrz, droga! Widzisz?

Kocur pobiegł spojrzeniem tam, gdzie wskazywał mu Fafryd.

Odkąd rozproszyła się zasłona dymna, a pochodnia nie rzucała żółto-czerwonych blasków, 

w   spływającym   z   góry   niemrawym   świetle   uwidoczniły   się,   rozrzucone   tu   i   tam   w   mule, 

dogorywające   stworzenia   o   fosforyzującym   ciele.   W   istocie   nie   były   rozrzucone   tak   całkiem 

bezładnie. Dokładnie poniżej dyndającego końca węźlastej liny miała swój początek nieprzerwana, 

background image

szeroka na dwa kroki ścieżka, podświetlona magicznym żółtozielonym światłem. Wiodła w mało 

ciekawy zakątek powietrznego „namiotu", gdzie zdawała się znikać.

- Lepiej tam nie idź! - odruchowo napomniał Kocur przyjaciela, lecz ten już go mijał, 

stawiając długie, zamaszyste kroki. Pod pachą robiło mu się coraz luźniej i luźniej, bo jeden po 

drugim zaczęły stamtąd wypadać jego skarby, by zginąć w szlamie, z którego je wygrzebał. Wszedł 

na ścieżkę i ruszył raźno samym jej środkiem. - Nie idź tam, mówię! - powtórzył Kocur bez 

przekonania, tonem, cóż tu dużo mówić, niemalże błagalnym. - Wracaj natychmiast! Sczeźniesz w 

tym mule i tyle! Mamy linę! Starczy wspiąć się na statek z tym, coś już znalazł!

Wbrew obiekcjom szedł jednak za Fafrydem, nie dość na tym, zbierał po drodze - choć z 

większą ostrożnością niż wcześniej, gdy szarpnął za maskę - rozrzucone kosztowności! Nie warto, 

powtarzał sobie w duchu podczas tej czynności: wprawdzie wszelakie precjoza, naszyjniki, kornety, 

filigranowe pokrywki na piersi i wspaniałe brosze kusząco błyszczały, to jednak nic już nie ważyły 

i były równie kruche co wyplatanki z suchych liści paproci. Obchodząc się z nimi, nie umiał się 

zdobyć na delikatność Fafryda, toteż rozsypywały mu się w rękach.

Fafryd odwrócił się doń z promieniejącym obliczem człowieka, który śni o odurzających 

przyjemnościach. 

- Nic nam po nich - powiedział, kiedy wypadła mu spod ramienia ostatnia trupia błyskotka. - 

Tak   samo   jak   po   tej   masce.   To   zwykłe   widma   skarbów,   ogryzione   przez   morze,   lecz   dają 

przedsmak tego, co nas czeka. Zapowiadam ci ucztę, Kocurze.

Co powiedziawszy, znowu się odwrócił i pochylił pod olbrzymim nawisem ciemnoszarego, 

wodnego dachu.

Kocur obejrzał się i zatrzymał wzrok na małym, okrągłym skrawku słonecznego światła, 

gdzie wisiał koniec liny. Woda cieknąca ciurkiem z dwóch bliźniaczych nieszczelności w suficie 

spadała z większą siłą, aż rozchlapywało się błoto. Nie zwlekając dłużej, Kocur pośpieszył za 

Fafrydem.

Za nawisem dach ponownie się wznosił, tak, iż człowiek mógł się swobodnie wyprostować, 

lecz ściany komory prędko się schodziły. Niebawem przyjaciele maszerowali ciasnym podmorskim 

tunelem; szare sklepienie było równie wąskie, co jarząca się zielono-żółtą poświatą ścieżka. Raz po 

raz tunel skręcał to w lewo, to w prawo, wobec czego trudno było zgadnąć, dokąd naprawdę 

prowadzi. Czasami zdawało się Kocurowi, że z daleka dobiegają ciche odgłosy nawoływań i jęków. 

W pewnej chwili musiał przestąpić nad dużym krabem, który próbował ospale usunąć mu się z 

drogi. Obok niego z lśniącego szlamu sterczała dłoń nieboszczyka, wskazującego pogryzionym 

palcem kierunek, skąd przyszli.

Fafryd nieznacznie wykręcił głowę.

- Czary jakoweś tu działają - mruknął poważnym tonem.

background image

- Zapamiętaj sobie moje słowa.

Kocur chyba jeszcze nigdy w życiu nie słyszał równie zbytecznej uwagi. Było mu ciężko na 

sercu. Dawno już pogodził się z myślą, że nie namówi Fafryda do powrotu. Jeśli chciałby go 

naprawdę zatrzymać, musiałby zapewne przemówić mu do rozsądku pięścią, lecz w czasie bójki 

niewątpliwie wpadliby na wodną ścianę i uszkodzili tunel, a to mu się nie uśmiechało. Oczywiście, 

zawsze mógł wrócić bez niego. Nie, nie mógł...

Wędrując ubogim w ciekawostki korytarzem, zajęty wyłącznie pakowaniem stóp w kleiste 

błoto   i   wyciąganiem   ich   z   cichym   plaśnięciem,   Kocur   miał   aż   nadto   czasu,   żeby   poczuć   się 

przytłoczony brzemieniem morskich wód. Zupełnie jakby ktoś złożył mu na ramionach wszystkie 

statki świata. Wyobraźnia pracowała nad możliwie najwierniejszym przedstawieniem zatopionego 

tunelu. 

Tulił głowę w ramiona, bo tylko tyle mógł zrobić, żeby nie paść na czworaki, nie zakopać 

się w mule i tam czekać na koniec.

Przed   nimi   coś   bielało.   Kocur   uzmysłowił   sobie,   że   podmorski   korytarz   zbliża   się   do 

przedmurzy   urwistego,   żółtobiałego   wału   skał,   gdzie   urządzili   sobie   wczoraj   wspinaczkę. 

Wspomnienia tamtych wrażeń ostudziły jego rozpaloną wyobraźnię - może, dlatego, że współgrały 

z jego obecnym pragnieniem wyjścia na powierzchnię, na górę, byle wyrwać się z matni...

Wyprawa na szczyt urwiska kosztowała ich wiele trudu, mimo że jasna skała, nieobfitująca 

wprawdzie w półki i występy, okazała się twarda i godna zaufania. Musieli wspinać się po linie, 

drapać widlastymi żlebami, wbić haki w szpary w beznadziejnych miejscach, lecz sił dodawała im 

nadzieja na znalezienie wody i upolowanie zwierzyny - nadzieja uzasadniona, bowiem tak daleko 

od Ol Hruspu nie zapuszczali się tamtejsi myśliwi. Obolali i zasapani po uciążliwej wspinaczce, 

stanęli wreszcie na szczycie, ciesząc się na myśl, że zejdą w dół i znajdą przyjemne miejsce na 

odpoczynek z pięknymi widokami trawiastych równin, usianych skupiskami karłowatych drzew; 

tak właśnie wedle ich wiedzy powinny wyglądać odległe rejony tego odludnego półwyspu, który 

wyginał się na południowy-zachód między wodami mórz Wewnętrznego i Zewnętrznego.

Zawiedli się srodze w swych rachubach. Rzeczywistość okazała się straszna. Utęskniony 

szczyt urwiska był w gruncie rzeczy granią grzbietu skalnego, szeroką najwyżej na dwa kroki, a w 

wielu miejscach węższą. Zbocza z drugiej strony opadały zawrotną stromizną, na domiar złego były 

mocno poderwane przez fale. Od stóp głębokiej przepaści aż het, po horyzont, rozciągało się dzikie 

królestwo skał i spienionych kipieli.

Wystraszeni, usiedli okrakiem - można by rzec - na skalistej kurtynie, cienkiej jak papier w 

porównaniu z jej wysokością i szerokością, oddzielającej Morze Wewnętrzne od  w ich mniemaniu

background image

- Morza Zewnętrznego, które wdzierało się w ten niezbadany obszar półwyspu, lecz nie 

zdążyło jeszcze przebić go całkowicie. Jak okiem sięgnąć, rozpościerał się ten sam pejzaż, choć 

Kocurowi zdało się, że skalny wał się rozszerza w kierunku Ol Hruspu.

Zdziwienie Fafryda było tak wielkie, że gruchnął tubalnym śmiechem; Kocur przeklinał po 

cichu jego niedźwiedzie ryki, bojąc się, że pod wpływem wibracji oderwie się i runie w otchłań 

ostra grań, na której siedzieli jak w siodle. Wreszcie poniosła go złość, zerwał się na równe nogi i 

dał upust wściekłości, odtańczywszy taniec z przytupami na skalnej krawędzi. Przypomniały mu się 

wtedy mądre słowa Szyłby: „Nie wiem, czy wiesz, ale człowiek idzie po linie rozwieszonej między 

dwiema przepaściami, po linie bez początku i końca".

Kiedy już dali wyraz pełnemu zgrozy zdumieniu, każdy na swój sposób, z większą uwagą 

potoczyli wzrokiem po wzburzonych morskich odmętach. Nagromadzenie skał wystających spod 

wody w połączeniu z dużą ilością morskiej piany dowodziło, że morze na dość sporym obszarze 

jest stosunkowo płytkie. Fafryd wysunął nawet przypuszczenie, że woda stąd ustępuje w porze 

odpływu; wykazując się znajomością faz księżyca, domniemywał, jakoby zbliżała się właśnie w tej 

części świata pora największego przypływu.

Spośród   wszystkich   skał   sterczących   z   wody   wyróżniała   się   jedna,   odległa   od   skalnej 

bariery   o   dwa   strzały   z   łuku:   gruby   słup   wysokości   trzypiętrowego   budynku.   Słup   obiegały 

spiralnie kamienne półki, wyglądające w połowie na dzieło rąk ludzkich. U szerszej podstawy 

wśród   rozbryzgów   piany   pokazywał   się   czasem   pocięty   dziwnymi   krechami   prostokąt,   który 

kojarzył się nieodparcie z masywnymi drzwiami. Lecz dokąd prowadziły i kto z nich korzystał? Oto 

była zagadka.

Ponieważ rozwiązanie tej i innych zagadek przerastało możliwości Kocura i Fafryda, a o 

zdobyciu wody i prowiantu na tym jałowym wybrzeżu mogli co najwyżej pomarzyć, zeszli na brzeg 

Morza Wewnętrznego i wrócili na pokład „Czarnego Skarbnika". Ilekroć wbijali hak w kamień, 

lękali się, że całe zbocze pęknie i rozleci się...

- Uwaga, skały!

Ostrzegawczy okrzyk Fafryda wyrwał Kocura z jego zamyślenia - w okamgnieniu zrzucił go 

z   górnych   partii   żółtobiałego,   urwistego   stoku   i   przemieścił   o   tę   samą   odległość   pod   jego 

poszarpane podnóża. Naprzeciwko trzy grube, sękate skalne sztylety przekłuwały się w dół przez 

szare, wodne sklepienie. Kocur wzdrygnął się i podobnie jak Fafryd wyciągnął szyję, aby zbadać 

dalszy   bieg   korytarza.   Choć   przyjaciel   częściowo   zasłaniał   mu   widok,   ujrzał   kolejne   skalne 

występy, wciskające się ze wszystkich stron do tunelu.

Idąc dalej, zrozumiał, że wodne ściany i dach oraz muliste podłoże zostaną wnet zastąpione 

kamieniem. Skąpe światło dzienne, towarzyszące im dotąd w wędrówce, stopniowo zagasło, lecz 

jego   obowiązki   przejmowała   naturalna   fosforescencja   żywych   istot   obecnych   w   podmorskiej 

background image

pieczarze. Poświata wydobywała z mroku mokrą ścieżkę, a miejscami nabierała szczególnej mocy i 

czarowała   różnorodnością   barw,   obecną   w   paskach,   czułkach   i   obrzeżach   oczu   mnóstwa 

zdychających ryb i dennych pełzaczy.

Kocur   nie   miał   wątpliwości,   że   wchodzą   głęboko   pod   górską   barierę,   którą   wczoraj 

zdobywał wespół z Fafrydem, i że tunel prowadzi w przybrzeżną topiel Morza Zewnętrznego. 

Przestała mu dokuczać przygniatająca świadomość działania sił magicznych i zawieszonych nad 

nim morskich przestworzy. Jednakże strach, że studnia, komora i tunel mogą ulec zalaniu, a wtedy 

zmiażdży ich z tyłu taran wody, w pewnym sensie był czymś jeszcze gorszym.

Pod wodnym sklepieniem przynajmniej mógł się łudzić, że w razie pęknięcia niewidzialnej 

zapory   popłynie   ostro   w   górę,   dotrze   na   powierzchnię,   a   może   jeszcze   przyholuje   ciężkiego 

Fafryda. Tymczasem tutaj niechybnie by zginęli.

Owszem, tunel piął się z lekka, lecz nie tak szybko i wyraźnie, jakby sobie tego życzył. 

Zresztą, dokąd mogli dotrzeć? Jedynie do kotła spienionej wody, który wczoraj oglądali z wysoka. 

Zaiste, niełatwo wybrać mniejsze zło, jeśli właściwie nie ma się wyboru. Frasunki Kocura ciągle się 

nasilały, aż sięgnęły granic udręki i zwątpienia, żeby, więc nie utonąć w bagnie czarnej rozpaczy, 

wysiłkiem woli przywołał na pamięć najhuczniejszą winiarnię, jaką znał w Lankmarze: wielka, 

szara piwnica skąpana w blasku pochodni, trunek lejący się strumieniami, brzęk monet i kufli, 

krzyki   i   wybuchy   śmiechu,   obłoki   opiumowego   dymu,   nagie   dziewki   kołyszące   biodrami   w 

wyuzdanych tańcach...

- Patrz na to!

Kocur przystanął, zatrzymany półgłośnym, pełnym zdumienia szeptem Fafryda i jego ręką 

na   swej   piersi,   choć   nie   od   razu   rozstrzygnął,   czy   powrócił   duchem   do   podziemi   Morza 

Zewnętrznego, czy po prostu przeniósł się w wyobraźni do innej, fantastycznej rzeczywistości.

Stali u wejścia do olbrzymiej podwodnej pieczary, która licznymi schodami i tarasami pięła 

się   ku   niedosiężnym   sklepieniom,   skąd,   niczym   srebrna   mgiełka,   spływał   blask   trzykrotnie 

silniejszy od księżycowej poświaty. Pieczarę wypełniał ten sam co w tunelu morski zapach. I tutaj 

zalegały gromady dogorywających ryb, węgorzy i małych ośmiornic; zarówno drobne, jak i wielkie 

mięczaki siedziały na ścianach i w zakamarkach między gobelinami i srebrno-zielonymi welonami 

z wodorostów. Najrozmaitsze wnęki, tarasowe schody i ciemne, okrągłe przejścia wydawały się 

przynajmniej w części wyrzeźbione przez wodę i wytarte przez piasek.

Srebrna mgiełka nie rozchodziła się równomiernie, lecz koncentrowała się w skłębionych 

obłokach na trzech tarasach. Pierwszy z nich był położony pośrodku i na tym samym poziomie, co 

gardziel podmorskiego tunelu. Stał na nim potężny, kamienny stół, opleciony z boków wodorostami 

i oblepiony na nogach małżami.

Na końcu stołu spoczywała złota misa i dwa złote puchary.

background image

Za   owym   tarasem   wznosił   się   szereg   nierównych   schodów;   miejscami   tonęły   w 

złowieszczym cieniu wdzierającym się na nie z dwóch stron. Ponad mrocznymi zakątkami pieczary 

ukazywał się drugi i trzeci taras, który w sposób szczególny upodobało sobie srebrne światło. Ów 

po prawej ręce - powiedzmy, że po stronie Fafryda, bo to on stał bardziej na prawo u wylotu tunelu 

- znajdował się pod stropem i ścianą z masy perłowej, zupełnie jakby okrywała go gigantyczna 

muszla;   z   podłoża   wyrastały   perłowe   twory,   przypominające   spiętrzone   atłasowe   poduchy. 

Natomiast taras po stronie Kocura, położony nieco niżej od poprzedniego, osłonięty był od tyłu 

arrasem   z   brunatnych   wodorostów,   które   opadały   postrzępioną   falbaną   i   kłębiły   się   na   ziemi. 

Pomiędzy tymi dwoma bliźniaczymi tarasami szła w górę droga z nierówno wyciosanych schodów 

lub zwykłych skalnych półek, by zniknąć w ciemnościach.

Poruszające   się   cienie   i   tajemnicze   błyski   pozwalały   przypuszczać,   że   półmrok   jest 

zamieszkany - tak samo jak trzy oświetlone tarasy, co nie ulegało wątpliwości. Na górnym, po 

stronie  Fafryda,  stała  wysoka   kobieta   majestatycznej   urody.  Jej   złote  włosy,  upięte  w  wysoki, 

spiralnie skręcony kok, przypominały muszlę. Sukienka ze złotej siatki rybackiej okrywała ciało o 

bladozielonym kolorze, palce połączone były zielonkawymi błonami, a z boku na szyi widniały 

nikłe bruzdy, kojarzące się z rybimi skrzelami.

Kocur zobaczył przed sobą szczuplejszą dziewczynę o ponętnych, niewieścich wdziękach. 

Jej   srebrzysta   skóra   łagodnie   przechodziła   w   srebrne   łuski   na   ramionach   i   plecach   na   wpół 

zakrytych   zwiewną,   fiołkową   sukienką.   Czarne,   krótko   przycięte   włosy   rozdzielał   pośrodku 

biegnący od czoła w tył falisty, srebrzysty grzebień. Także ona miała bruzdy na szyi i błony między 

palcami. 

Stojąca w pochyleniu nad stołem trzecia postać była mniej powabna: chuda i wysuszona, 

sprawiała   wrażenie   dobrze   zachowanej   staruszki.   Miała   na   sobie   kruczoczarny,  obcisły  strój   o 

dziwnym kroju, na głowie zaś szopę grubych jak postronki włosów w czerwonobrązowym kolorze 

rdzy. Mogła się poszczycić dobrze rozwiniętymi skrzelami i błonami pławnymi.

Kobiety zakrywały twarze metalowymi maskami, przypominającymi kształtem i miną tę 

skruszałą, którą Fafryd znalazł w mule.

Pierwsza opisana wyżej niewiasta nosiła maskę złotą, druga - srebrną, trzecia - wykonaną z 

brązu, choć pod wpływem wody pociemniałą już i zaśniedziałą. Dwie pierwsze nie ruszały się, 

jakby nie grały w przedstawieniu, ale mu się przyglądały. Chuda morska wiedźma tryskała życiem, 

choć jej czarne stopy tylko z rzadka przesuwały się drobnymi, błyskawicznymi kroczkami. Błony 

pławne dłoni składały się nad zgiętymi palcami, w których dzierżyła dwa krótkie pejcze, służące do 

wymuszania i korygowania ruchu sześciu przedmiotów na wypolerowanym blacie stołu, o których 

dało się powiedzieć niewiele ponad to, że są w miarę owalne. Półprzezroczyste na pierwszy rzut 

oka mogłyby ujść za wirujące spodki lub duże pierścienie, podczas gdy pozostałe przypominały do 

background image

złudzenia dziecięce bąki. Połyskując srebrem, złotem i zielenią, obracały się z taką prędkością i 

przemieszczały po tak zawiłych torach, że w mglistym powietrzu zdawały się zostawiać za sobą 

lśniące ślady. Ilekroć któryś zaczynał się guzdrać i ukazywać swe prawdziwe oblicze, wiedźma 

popędzała go dwoma, trzema chlaśnięciami bicza. I niech tylko zbliżył się zanadto do brzegu stołu 

lub   złotej   misy   bądź   miał   ochotę   się   zderzyć,   wprawnymi   smagnięciami   doprowadzała   go   do 

porządku. Raz za razem, popisując się niebywałą zręcznością, uderzała wirujący obiekt, tak by 

poderwał się wysoko w górę, a kiedy przy spadaniu dotykał stołu, uderzała go ponownie - dzięki 

temu, zostawiając nad sobą zawirowanie srebrzystej mgiełki, kręcił się dalej bez przerwy.

To właśnie owe wirujące przedmioty wydawały jękliwe świsty, słyszalne już w tunelu. 

Patrząc na nie teraz i wsłuchując się w ich odgłosy, Kocur dochodził do przekonania - poniekąd 

dlatego, iż korytarzyki srebrzystych zawirowań przywodziły mu na myśl podmorski tunel i studnię, 

do której spuścił się po linie - że rozpędzone przedmioty grają pierwszoplanowe role w okrutnym 

zaklęciu,   potrzebnym   do   podtrzymania   przejścia   w   głębinach   Morza   Wewnętrznego. 

Prawdopodobnie, rozmyślał, jeśli przestaną się obracać, woda zaleje studnię, komorę i podmorską 

drogę, wedrze się do skalnego tunelu i wypełni pieczarę.

Zaprawdę, przyglądając się wyczynom chudej wiedźmy, Kocur miał wrażenie, że od wielu 

godzin pogania swoje bąki i jest w stanie czynić to jeszcze bardzo długo. Nie okazywała zmęczenia, 

jeśli nie liczyć miarowych ruchów płaskiej klatki piersiowej, świszczącego oddechu za szparą w 

masce, tudzież zamykających się i otwierających skrzeli.

Jakby po raz pierwszy dostrzegła Fafryda i Kocura: nie przestając wymachiwać pejczami, 

gwałtownie obróciła się ku nim w swej brązowej masce, aż na śniedziejącym czole rozsypały się 

rdzawe   postronki   włosów.   Łypała   na   nich,   jak   się   zdawało,   pożądliwym   wzrokiem.   Nie 

wykonywała żadnych nieprzyjaznych gestów. Po uważnym obejrzeniu gości ostro kiwnęła głową w 

lewo i w prawo, dając im znak, że mogą iść dalej. W tej samej chwili obie królowe, zielona i 

srebrna, z senną powolnością kiwnęły na nich palcami.

Kocur i Fafryd ocknęli się z odrętwienia i ruszyli ochoczo ku schodom. Przy stole ów 

pierwszy   poczuł   wino,   przystanął   i   sięgnął   po   oba   złote   puchary,   aby   jeden   z   nich   wręczyć 

przyjacielowi. Wychylili je do dna, nie przejmując się zieloną barwą trunku, który miał wszakże 

kuszący zapach i palił w gardle mimo słodkiego smaku. Czarna wiedźma nie zwracała na nich 

uwagi, zajęta biczowaniem swoich błyszczących, osnutych mgłą bąków.

Pijąc   wino,   Kocur   podziwiał   z   bliska   blat   stołu,   wycięty   z   żółto-białego   marmuru   w 

purpurowe pręgi, wypolerowanego do wręcz zwierciadlanej gładkości. Zajrzał także do złotej misy. 

Nie   zawierała   zielonego   wina,   lecz   była   po   brzegi   wypełniona   krystaliczną   cieczą,   choć 

niekoniecznie wodą. Na jej powierzchni unosił się krótszy od palca model czarnego stateczku, 

przed którego dziobem prowadził w dół maleńki powietrzny tunel.

background image

Nie było czasu na dłuższe oględziny, ponieważ Fafryd zdążył go wyprzedzić. Wszedł w 

obręb   cienia   po   swojej   stronie,   podobnie   jak   po   prawej   stronie   w   cieniu   pogrążał   się   Fafryd. 

Zaledwie to uczynił, wychynęli przed nim z mroku dwaj bladzi, sini mężczyźni, uzbrojeni w noże z 

szerokimi klingami. Mysie ogonki i niezgrabny chód zdradzały marynarzy, mimo że obaj byli 

zupełnie nadzy i bezsprzecznie nieżywi, o czym świadczyły: bezkrwista skóra, lekceważenie grubej 

warstwy błota na ciele, wyłupiaste oczy z wyraźnymi białkami i ledwie zaznaczonymi tęczówkami 

czy wreszcie to, że ich włosy, uszy i inne części anatomii wyglądały na cokolwiek podżarte przez 

ryby.   Za   nimi   na   krótkich,   pałąkowatych   nogach   wytoczył   się   karzeł   z   szablą;   miał   skrzela   i 

potwornie   wielki   łeb   -   istny   chodzący   embrion.   Zapewne   i   on   należał   do   umrzyków,   na   co 

wskazywały   wywrócone   białka   oczu   -   co   bynajmniej   nie   dodawało   otuchy   Kocurowi,   gdy 

wyszarpywał z pochwy Skalpel i Koci Pazur. Cała trójka szła na niego pewnym, śmiałym krokiem, 

tak się ustawiając, by nie mógł przejść bokiem.

Może to i dobrze, że w tym momencie Kocur nie miał czasu zapoznać się z fatalnym 

położeniem   swego   przyjaciela.   Fafryd   brodził   bowiem   pod   ścianą   w   nieprzeniknionych 

ciemnościach,   choć   szedł   tylko   ich   skrajem.   Kiedy   minął   poszarpany   zrąb   skalny   wielkości 

człowieka, rozpostarła się w mroku - niczym osiem gigantycznych węży wstających z legowiska - 

potężna, giętka, drapieżna ośmiornica o ramionach naszpikowanych przyssawkami. Potwór morski 

swoim ruchem musiał skrzesać w sobie jakąś iskrę, albowiem rozjarzył się naraz purpurową barwą, 

przetykaną żółtymi pasmami. Fafryd miał okazję zapoznać się z ogromnymi jak talerze zimnymi 

ślepiami, strasznym otworem gębowym przypominającym dziób odwróconego kutra i tą raczej 

niewygodną   okolicznością,   że   każde   mocarne   ramię   głowonoga   owijało   się   wokół   rękojeści 

lśniącego miecza o szerokiej głowni.

Porwawszy za własny miecz i toporek, Fafryd cofnął się przed orężną ośmiornicą, aż wsparł 

się  plecami o twardą skałę. Jej  dwie krawędzie, będące w istocie  rzeczy pionowym obrzeżem 

mierzącej   cztery   stopy   muszli   olbrzymiego   małża,   przytrzasnęły   luźny   skrawek   płaszcza   z 

wydrowej   skóry   i   tym   sposobem   uwięziły   Fafryda.   Gotów   mimo   strachu   walczyć   o   życie, 

barbarzyńca mieczem zakreślił w powietrzu wielką ósemkę, której dolny kraniec stykał się niemal z 

ziemią,   górny   zaś   znalazł   się   nad   jego   głową   niczym   brzeg   wysokiej   tarczy   piechura.   Ów 

dwupłatkowy kwiat wyrysowany stalą odbił cztery klingi, którymi dość ostrożnie natarła na Fafryda 

ośmiornica. Kiedy potwór cofnął ramiona, sposobiąc się do następnego zmasowanego ataku, do 

głosu doszedł toporek i jedno z nich odciął.

Zwierzę zakwiczało i cięło kolejno wszystkimi mieczami. Wydawało się, że uniwersalna 

zasłona Fafryda zostanie w końcu przełamana, lecz toporek znów wyskoczył zza mieczowej tarczy, 

aby ukąsić raz, drugi, trzeci i czwarty. Za każdym razem spadał koniec ramienia głowonoga, a wraz 

z nim miecz. Wtedy ośmiornica odsunęła się od barbarzyńcy i wystrzyknęła chmurę śmierdzącej 

background image

czarnej wydzieliny, aby pod jej osłoną spokojnie przyszpilić Fafryda i dopiąć swego celu. Lecz w 

tej samej chwili, kiedy buchnęła czarna mgławica, Fafryd rzucił toporkiem w łeb ośmiornicy. I 

jakkolwiek broń zaraz po oderwaniu się od ręki przepadła w atramentowej wydzielinie, ciężkie 

żeleźce musiało trafić w czuły narząd.

Ośmiornica rozrzuciła resztę mieczy po całej grocie (szczęściem nikogo nie raziły, choć 

spadły z dramatycznym brzękiem) i zatrzęsła ramionami w przedśmiertnych drgawkach.

Wyciągniętym nożykiem Fafryd rozciął płaszcz na brzuchu i ramionach i wyszedł zeń ze 

wzgardliwym mruknięciem, jakby chciał powiedzieć małżowi: A nażryj się, jeśliś głodny! Potem 

odwrócił się, żeby sprawdzić, jak wiedzie się jego przyjacielowi. Kocur wprawdzie krwawił na 

zielono z dwóch niegroźnych ran na piersi i ramieniu, tym niemniej kończył już przecinać główne 

ścięgna   swoich   trzech   odrażających   przeciwników.   Jak   się   okazało,   tylko   tą   metodą   mógł   ich 

unieszkodliwić, skoro najróżniejsze śmiercionośne ciosy w żadnym stopniu nie powstrzymywały 

ich od natarcia i nie powodowały najlżejszego krwawienia.

Uśmiechnął się kwaśno do Fafryda i razem z nim odwrócił ku wyższym tarasom. Teraz już 

był pewien, że przynajmniej pod jednym względem młode kobiety są prawdziwymi królowymi: nie 

uciekły na widok krwi i przemocy, co uczyniłyby poślednie niewiasty, lecz dotrwawszy do końca 

zmagań, oczekiwały na zwycięzców z wyciągniętymi rękami. Ich drogocenne maski nie potrafiły 

wyrazić uśmiechu, lecz ciała - tak. Gdy bohaterowie wychodzili na oświetlone stopnie (skaleczenia 

Kocura odzyskały naturalny czerwony kolor, jednak odzienie Fafryda w wielu miejscach nadal było 

czarne), wydawało im się, że delikatne błony między palcami i lekkie bruzdy na szyi stanowią 

szczyt kobiecego piękna. W górnych piętrach groty zaczęło przygasać światło - w przeciwieństwie 

do dolnego tarasu, skąd wciąż dobiegała jednostajna, sześciotonowa muzyka bąków. Znaleźli się w 

ciemnym, bajecznym królestwie, gdzie człowiek zapomina o odniesionych ranach, gdzie nawet 

wspomnienia najhuczniejszych lankmarskich winiarni tracą blask i gdzie morze, nasza nielitościwa 

matka i kapryśna pani, spłaca wszystkie długi. 

Do rzeczywistości przywołał Kocura potężny, bezgłośny wstrząs, jakby przesunął się pod 

nim skalny fundament. Prawie równocześnie świst jednego z bąków przeszedł w świdrujący skowyt 

i   urwał   się   szklanym   brzękiem.   Srebrna   poświata   zaczęła   pulsować,   a   potem   mrugać   w 

chaotycznym rytmie. Zerwawszy się do działania, Kocur popatrzył za siebie i ujrzał zapadającą w 

pamięć scenę: czarna wiedźma z grzywą rdzawych włosów smagała biczami buntownicze bąki, 

które   szalały   na   stole   jak   rozgniewane   łasice,   podczas   gdy   zewsząd,   choć   głównie   z   tunelu, 

zlatywały się ku niej rozpędzone gromady czarnych stworzeń z otwartymi pyskami: ryb, płaszczek, 

cętkowanych muren.

Wtem Fafryd chwycił go za ramię, bezceremonialnie obrócił i wskazał wyższe półki. W 

blasku   srebrzystej   błyskawicy   zobaczyli   u   szczytu   kamiennych   schodów   potężne,   przykryte 

background image

nadprożem drzwi w masce z wodorostów. Kocur skwapliwie pokiwał głową, dając do zrozumienia, 

że są to nie tylko podobne, ale wręcz te same drzwi, na które wczoraj patrzyli z wierzchu skalnej 

bariery.

Fafryd musiał być przekonany, że Kocur pójdzie za nim, toteż bezzwłocznie pobiegł do 

góry.

Kocurowi wszakże, co innego chodziło po głowie. Rzucił się w przeciwną stronę, wbrew 

wiatrom dmuchającym mu w twarz złowróżbnymi zapachami morza. Kiedy wracał po dwunastu 

rozbłyskach, dostrzegł królowe znikające w czarnych, okrągłych tunelach, wydrążonych w ścianach 

po obu stronach tarasu. Więcej ich nie zobaczył.

Gdy już pomagał Fafrydowi, który mocował się ze skrytymi w wodorostach zasuwami i 

wyrywał przerdzewiałe sworznie, drzwi zadrżały od trzech głośnych uderzeń, jakby ktoś tyleż razy 

trzepnął w nie długą kolczugą. Spod drzwi i przez pionową szczelinę trysnęła woda. Kocur obejrzał 

się  wówczas, wystraszony  na myśl, że  mogą jeszcze  zostać zmuszeni  do szukania  innej  drogi 

ratunku... i zobaczył szeroki słup wody z białą grzywą, strzelający do połowy wysokości pieczary z 

podmorskiego tunelu. Srebrzyste światło zgasło całkowicie, zastąpione natychmiast nowym, które 

padało z góry. Ostatkiem sił Fafryd uchylił wielkie drzwi. Wokół ich kolan spieniła się i opadła 

zielona woda. Zaledwie przecisnęli się na zewnątrz, skrzydło drzwi wyrwało się z zawiasów pod 

naporem fali. Znaleźli się na wzburzonej plaży; po twarzach siekły ich bryzgi piany, skotłowana 

woda próbowała zwalić ich z nóg. 

Ziemia   usłana   była   dużymi,   płaskimi,   wygładzonymi   kamieniami,   które   wyglądały   tak, 

jakby   olbrzym   miał   po   nich   przeskakiwać   nad   kipielą.   Kocur   odwrócił   się   w   stronę   brzegu   i 

trwożnym spojrzeniem ogarnął oddalony o dwa strzały z łuku żółtobiały wał skał, zastanawiając 

się, czy zdołają tam dotrzeć przy tak wysokim poziomie morza, a jeśli dotrą, czy uda im się przejść 

na drugą stronę.

Fafryd   tymczasem   patrzył   na   morze.   Kocur   znów   został   boleśnie   chwycony   za   ramię, 

obrócony i w dodatku wciągnięty na pierwszy stopień wysokiej skalnej wieży, z której dopiero, co 

wyszli.   Potknął   się,   obtarł   na   kamieniu   kolana,   lecz   przyjaciel   szarpnął   nim   bez   ceregieli. 

Przekonany, że Fafryd nie bez przyczyny tak stanowczo nagli do pośpiechu, Kocur starał się już 

bez popędzania wspinać po spiralnych schodach. Przy drugim okrążeniu zerknął na morze, sapnął 

ze zdumienia i desperacko przyspieszył kroku, nie bacząc na nierówności i ryzyko upadku.

Rozciągająca się poniżej kamienista plaża była zalana wodą tylko w niektórych miejscach, 

gdzie potworzyły się rozległe, spienione bajora. Jednakże z głębi oceanu zbliżała się z hukiem 

gigantyczna fala, sięgająca grzywami - jak się wydawało - do połowy wysokości skalnej wieży. 

Olbrzymi,   naszpikowany   kamieniami   wał   wody,   biały   z   drobnymi   brązowo-zielonymi 

przebarwieniami, przypominał wywołane trzęsieniem ziemi fale, które szarżują po morzach niczym 

background image

ciężkozbrojna   kawaleria   potworów.   Za   tym   wałem   toczył   się   drugi,   wyższy,   i   trzeci,   jeszcze 

wyższy.

Kocur i Fafryd, zadyszani, po trzecim okrążeniu znajdowali się już dość wysoko, kiedy 

mocna wieża zadrżała i zatrzęsła się przy pierwszym starciu z rozhukanymi bałwanami. Zarazem 

wyleciały   na   zewnątrz   drzwi   wieży;   wody   Morza   Wewnętrznego,   które   przedarły   się   tu 

podziemnymi jaskiniami, mieszały się i nikły w kipiącej topieli. Grzywa fali obmyła stopy Kocura i 

Fafryda, lecz nie zachwiali się ani nie zwolnili biegu. Dwie następne fale również ich ochlapały, 

jednakże za każdym razem dopadały ich na większej wysokości. Przyszła też czwarta i piąta fala, 

ale żadna z nich nie dorównywała mocą trzeciej. Bohaterowie dotarli wreszcie na płaski dach wieży 

i tam padli plackiem. Chwytając się garbów wciąż trzęsącej się skały, przeczołgali się tak, żeby 

widzieć wybrzeże. Fafryd zauważył przy tym rzecz zdumiewającą: Kocur trzymał w zębach małe, 

czarne cygaro. 

Żółtobiała skalna zapora zadrżała pod ciosem pierwszej fali, pojawiły się w niej długie rysy. 

Druga fala ją roztrzaskała. Urwiska runęły w spienione zwały trzeciej fali, w powietrze wystrzeliły 

olbrzymie chmury rozpryśniętej słonej wody. Powrotna fala omal nie zatopiła skalnej wieży; jej 

brudna grzywa szarpała za ręce Fafryda i Kocura, smagała ich ciała. Wieża ponownie zatrzęsła się 

w posadach, lecz dzielnie wytrzymała napór wody. Teraz już nic jej nie zagrażało. Fafryd i Kocur 

zbiegli po spiralnych schodach, aż dogonili opadające morze, które wciąż sięgało ponad nadproże 

drzwi wykutych w podstawie skały. Skierowali wzrok na wybrzeże, gdzie rozpraszały się już mgły 

wytworzone w czasie kataklizmu.

Na długości pół staja skalna bariera rozpadła się od góry do dołu, jej szczątki poginęły w 

kipieli.   Przez   tak   powstałą   wyrwą   wlewały   się   groźną,   jednostajną   strugą   wody   Morza 

Wewnętrznego,   które   prędko   zgładziły   resztki   monstrualnych   fal   przybyłych   z   głębi   Morza 

Zewnętrznego.

Dryfując   nurtem   tej   szerokiej   rzeki,   wynurzył   się   z   mgły   dziób   „Czarnego   Skarbnika". 

Statek gnał wprost na ich skalną przystań. 

Fafryd zaklął, wietrząc w tym działanie sił nadprzyrodzonych.

Zaprawiony w ciągłych bojach z czarną magią, czuł się zdecydowanie gorzej, gdy ta sama 

magia szła mu w sukurs.

Kiedy statek podpłynął bliżej, dali nura do wody, kilkoma silnymi uderzeniami ramion 

dotarli do burty, wdrapali się na pokład, przypadli do steru i ominęli skałę. Potem bez chwili 

wytchnienia wytarli się do sucha, włożyli świeże ubranie i przygotowali gorący trunek. Niebawem 

zerkali na siebie znad kubków z parującym grogiem: cóż, w końcu zdecydowali się odszpuntować 

baryłkę z okowitą.

background image

- Skorośmy już zmieszali oceany - ozwał się Fafryd - przy tym mokrym wietrze w ciągu 

dnia dotrzemy do No-Ombrulska.

Kocur pokiwał głową i przez chwilę uśmiechał się pobłażliwie do swego towarzysza. Na 

koniec zapytał:

- To wszystko, co masz mi do powiedzenia, przyjacielu?

Fafryd zmarszczył czoło.

- Hm, coś faktycznie nie daje mi spokoju - odrzekł z wahaniem po dłuższym milczeniu. - 

Powiedz mi, czy twoja dziewczyna zdjęła maskę?

- A twoja? - odciął się Kocur, patrząc nań spode łba.

Fafryd raz jeszcze zmarszczył czoło. 

- Dobrze, zapytam inaczej - burknął. - Czy to wszystko naprawdę się zdarzyło? Pogubiliśmy 

miecze, straciliśmy odziewek i nie mamy nic na pamiątkę.

Kocur uśmiechnął się, wyciągnął z ust czarne cygaro i wręczył je Fafrydowi.

- Po to wróciłem. - Napił się grogu. - Pomyślałem sobie, że będzie nam potrzebne, jeśli 

chcemy odzyskać statek. No i miałem rację.

Była to wykonana z czarnego bursztynu maleńka replika statku. Wokół dzioba odbiły się 

głęboko ślady zębów Kocura.

background image

 

 

ZA ROZDROŻEM

 

background image

Wśród mądrych szczurów, które mieszkają w podziemiach wielkiego miasta, i rozumnych 

kotów, które tam czają się w cieniu, i światłych nietoperzy, które sfruwają nocą z poddaszy, tudzież 

doświadczonych żatów, co szybują w nadpowietrznych przestrzeniach, chwytając świetlne wiatry 

metalowymi  skrzydłami  -  chodziły pogłoski, jakoby Szary Kocur  i Fafryd,  znani  wojownicy  i 

wierni przyjaciele, szukali przygód nie tylko w świecie Nehwonu, w tym na ziemiach pysznego 

Lankmaru, ale też w wielu innych światach, epokach i wymiarach. Przenosili się tam za pomocą 

sekretnych   przejść,   ukrytych   głęboko   w   labiryntach   jaskiń   Ningobla   Siedmiookiego   -   w   jego 

rozległej siedzibie istniejącej jednocześnie w przeróżnych światach i czasach, w pełni zasługującej 

na swe miano Wielkich Drzwi. Sam Ningobel posługiwał się płynnie językami wielu światów i 

wszechświatów,   gdyż   z   upodobaniem   zbierał   plotki   z   miejsc   odległych   od   siebie   w   czasie   i 

przestrzeni.

W każdym nowym świecie, jak wieść niesie, Kocur i Fafryd pojawiali się wyposażeni w 

stosowną wiedzę, znajomość języka i nawet gotowe wspomnienia. Lankmar podówczas wydawał 

im się  snem;  nie pamiętali  używanej  tam  mowy, choć właśnie Lankmar mogliby  nazwać  swą 

najważniejszą ojczyzną.

Szeptano nawet tu i ówdzie, że zakosztowali życia w najdziwniejszym ze światów, zwanym 

naprzemiennie Midgardem, Gają, Terrą i Ziemią, gdzie wojowali mieczem na wschodnim wybrzeżu 

śródziemnego morza - w królestwach będących fragmentami potężnego imperium, zbudowanego 

sto lat wcześniej przez niejakiego Aleksandra Wielkiego.

Tyle wiemy od dziejopisa Szryta, lecz ze źródeł lepiej poinformowanych dowiadujemy się 

rzeczy następujących: Otóż po ucieczce przed gniewem króla mórz Fafryd i Szary Kocur obrali 

kurs   na   zimny   No-Ombrulsk,   jednakże   o   północy   przychylny   zachodni   wiatr   przeszedł 

niespodziewanie w północno-wschodni wicher.

Fafryd utrzymywał, choć Kocur kpił z niego, że ta zmiana zapowiada działania odwetowe 

króla   mórz.   Wobec   tego   zapobiegliwie   podkulili   pod   siebie   ogon   (czy   rufę,   jak   powiedziałby 

drobiazgowy marynarz) i skręcili na południe, płynąc pod samym kliwrem. Starali się nie rozstawać 

z   widokiem   ponurych,   górzystych   wybrzeży   na   lewej   burcie,   żeby   omyłkowo   nie   zboczyć   na 

pustkowia Morza Zewnętrznego, przez które przeprawili się - daleko stąd na południe - tylko raz w 

życiu i to w okropnych okolicznościach.

Nazajutrz   wpłynęli   z   powrotem   na   wody   Morza   Wewnętrznego,   przebywszy   cieśninę 

powstałą   po   zawaleniu   się   skalnej   bariery.   Fakt,   że   zdołali   przeprawić   się   tędy   mimo 

niebezpieczeństw, braku map i bez uciekania się do holowania „Czarnego Srebrnika", a przy tym 

nawet nie zarysowali stępki statku, wystarczył Kocurowi jako dowód, że król mórz zapomniał o 

nich lub poniechał zemsty... jeśli tak potężna istota rzeczywiście istniała. Fafryd wprost przeciwnie: 

twierdził posępnie, że pławiący się w wodorostach poligamiczny mąż morskiej królowej bawi się z 

background image

nimi w kotka i myszkę; ratuje ich przed zgubą tylko po to, by dodać im otuchy, a potem, w 

niedalekiej przyszłości, rozprawić się z nimi zbójeckim sposobem.

Przygody   na   Morzu   Wewnętrznym,   które   znali   nie   gorzej   niż   królowa   Wschodu   swój 

turkusowo-złoty basen, coraz to potwierdzały czarne przypuszczenia Fafryda. Ze dwadzieścia razy 

unieruchomiła ich cisza morska i z pięćdziesiąt razy miotali się w szkwale. Trzykrotnie musieli 

zmykać przed piratami, a raz pogromić ich w krwawej, zażartej walce. Kiedy pragnęli uzupełnić 

zapasy w Ol Hruspie, straż portowa Szalonego Diuka oskarżyła ich o czyny pirackie. Tylko dzięki 

bezksiężycowej   nocy,   niezwykle   wprawnej   obsłudze   steru   i   sporej   dawce   szczęścia   „Czarny 

Srebrnik" wyrwał się z sideł - mimo poszczerbionych burt i żagli tak gęsto nakłutych strzałami, że 

statek upodobnił się do jakiegoś smukłego, czarnego jeżozwierza lub nabijanej kolcami belony.

Dopiero w okolicach Kwarch Naru udało im się uzupełnić zapasy, wszelako musieli się 

zadowolić niewyszukaną żywnością i wodą z mulistej rzeki. Wkrótce potem wręgi statku zostały 

poddane   próbie   wytrzymałości;   niestety,   dwie   pękły,   kiedy   zawadzili   o   podwodną   rafę,   która 

znalazła się na ich drodze niepojętym trafem. Najbliższym miejscem, gdzie mogli przechylić statek 

i naprawić uszkodzenia, była maleńka plaża w południowo-zachodniej części Smoczych Skał. Po 

dwóch   dniach   mozolnego,   bezustannego   wylewania   wody   za   burtę   na   wpół   zanurzona   łajba 

dowlokła się do brzegu. Podczas gdy jeden łatał dziury i drzemał, drugi musiał trzymać straż 

przeciwko   ciekawskim   dwu   i   trzygłowych   smokom,   a   czasami   jednogłowcom.   Kiedy   przed 

ostatnimi   poprawkami   rozpalili   ogień   pod   kotłem   ze   smołą,   smoki   przestały   ich   napastować, 

odegnane   smrodem   czarnej   mazi.   Zamiast   uradować   się   tą   okolicznością,   rozbitkowie 

zdenerwowali się, że wcześniej nie wpadli na pomysł z grzaniem smoły. Niekończące się pasmo 

niepowodzeń w ciągu tej długiej, wyczerpującej tułaczki doszczętnie popsuło im nastrój, stali się 

przeczuleni.

Gdy   znów   wyszli   w   morze,   Kocur   nareszcie   przyznał   rację   Fafrydowi.   Rzeczywiście, 

ciążyła nad nimi klątwa króla mórz, więc aby się jej pozbyć, musieli zwrócić się o pomoc do 

czarodziejów.

Gdyby   po   prostu   zeszli   na   ląd,   król   ścigałby   ich   dalej   za   pośrednictwem   swych 

sprzymierzeńców rzek i burz. I nie mogliby już wrócić na ocean z obawy przed furią swego wroga. 

Pozostało im, zatem zdecydować, czy mają poprosić o radę Szylbę o Twarzy Bezokiej, czy też 

Ningobla Siedmiookiego. Ponieważ jednak, Szylba kręcił się po bagnistych terenach w sąsiedztwie 

Lankmaru, gdzie po niedawnych przejściach z Pulgiem i przygodzie z iszekianizmem mogli wpaść 

w nie lada opały, postanowili udać się do jaskini w górach za Iltmarem, do siedziby Ningobla.

Również podróż do Iltmaru nie przebiegała bez zakłóceń.

Odparli   szarżę   wielkich   ośmiornic   i   szturm   latających   ryb   z   trującymi   kolczastymi 

wyrostkami.   Musieli   też   wznieść   się   na   szczyty   marynarskich   umiejętności   i   zużyć   wszystkie 

background image

strzały, którymi naszpikowano ich w Ol Hruspie, żeby odeprzeć jeszcze jeden piracki atak. Beczka 

z okowitą została osuszona.

Kiedy stanęli na kotwicy w iltmarskim porcie, „Czarny Skarbnik" rozleciał się dosłownie 

jak   pudełko   magika:   lewa   i   prawa   burta   rozpadły   się   niczym   dwie   ćwiartki   przepołowionego 

melona, podczas gdy maszt i kabina, obciążone stępką, prędko poszły na dno.

Fafryd i Kocur uratowali jedynie ubranie, które mieli na sobie, miecze, sztylet i toporek. I 

dobrze się stało, że nie rozstali się z bronią, albowiem w wodzie, gdy wpław płynęli do brzegu, 

otoczyło ich stado rekinów. Nie dość, że ciężko im się płynęło, to jeszcze musieli bronić siebie 

nawzajem i z osobna. Iltmarczycy, licznie zebrani na nabrzeżu i falochronach, dopingowali zarazem 

rozbitków i rekiny, choć w proporcjach zależnych od poczynionych zakładów. Przeważnie stawiano 

trzy przeciwko jednemu, że zginą obaj pływacy. Nieco mniej można było wygrać, obstawiając, że 

przeżyje konkretnie mały albo duży, a jeszcze mniej, jeśli obojętnie, który z nich.

Iltmarczycy są ludźmi dosyć gruboskórnymi i uwielbiają hazard. Poza tym nie tępią rekinów 

w porcie, bo dzięki nim można łatwo się rozprawić a to z pospolitym przestępcą, a to z pijanym i 

okradzionym   cudzoziemcem,   a   to   z   niewolnikiem,   który   niedomaga   na   starość   lub   z   innych 

przyczyn przestaje być potrzebny.

A bóg-rekin przyjmował wybrane przez siebie ofiary zawsze w widowiskowy sposób.

Kiedy wreszcie Fafryd i Szary Kocur wygramolili się na nabrzeże, powitały ich owacje 

tych, co się wzbogacili na zakładach.

Jednakże większa rzesza gapiów pohukiwała z pogardą na rekiny.

Gotówki uzyskanej ze sprzedaży wraku „Czarnego Srebrnika" nie starczyło na zakup czy 

wynajęcie koni, ale przynajmniej zaopatrzyli się w żywność, wodę i wino na jedną solidną popijawę 

i kilka dni życia. W czasie pijackiej hulanki niejeden raz wznosili toast za „Czarnego Srebrnika" - 

poczciwy   i   wierny   statek,   który   dosłownie   dał   z   siebie   wszystko,   zaharował   się   do   upadłego, 

dzielnie znosił huragany, ataki piratów, szczęki morskich potworów i inne dopusty króla mórz. 

Kocur wieszał psy na morskim włodarzu, gdy Fafryd tylko krzyżował palce na szczęście. Musieli 

też   w   bardziej   lub   mniej   łagodny   sposób   bronić   się   przed   zalotami   licznego   grona   tancerek, 

przeważnie grubych i już nie związanych z zawodem.

Koniec   końców,   nie   mogli   się   nawet   porządnie   upić.   Iltmar   to   miasto,   gdzie   człowiek 

choćby   z   krztą   zdrowego   rozsądku   nie   waży   się   spać   wstawiony.   Na   dokładkę   niezliczone 

podobizny boga-szczura, potężniejszego od boga-rekina, wszechobecne w rzeźbach, malowidłach i 

wystroju mieszkań (nie wspominając o wielkich żywych okazach, trzymających się w cieniu lub 

tańcujących w zaułkach), po kilku godzinach wzbudzają w przyjezdnych pewną nerwowość.

background image

Tak,   więc   Fafryda   i   Kocura   czekały   dwa   dni   marszu   piaszczystymi   drogami   do   jaskiń 

Ningobla - dni uciążliwe zwłaszcza dla ludzi, których wielomiesięczny pobyt na morzu oduczył 

pieszych wojaży. Na domiar złego, pod koniec wędrówki musieli iść pustynnymi okolicami.

Chłód   tunelu   ukrytego   we   wnętrzu   góry,   prowadzącego   do   siedziby   Ningobla,   sprawił 

niemałą ulgę utrudzonym, spragnionym i zakurzonym wędrowcom. Przodem szedł Fafryd, lepiej 

obeznany   ze   zwyczajami   Ningobla   i   labiryntem   jaskiń;   po   omacku   wyszukiwał   przed   sobą 

stalaktyty i ostre występy skalne, na których można było się posiniaczyć lub poważnie pokaleczyć. 

Ningobel nie pochwalał palenia świec i pochodni w swym królestwie.

Po minięciu wielu bocznych korytarzy dotarli do rozwidlenia tunelu. Daleko w głębi lewej 

odnogi Kocur zauważył blade światełko, obstawał więc, żeby właśnie tam się udać.

-   Zawsze   możemy   wrócić,   jeśli   się   okaże,   żeśmy   źle   wybrali   -   powiedział.   -   Do   sali 

audiencyjnej Ningobla trzeba iść w prawo - zdziwił się Fafryd. - Właściwie to... jestem prawie 

pewien. Pustynne słońce przytępiło mi zmysły.

-   Niech   cię   kaci!   Wszystko   ci   się   miesza   w   tej   kapuścianej   głowie!   -   burknął   Kocur, 

wyjątkowo drażliwy po znojnym marszu w upale. Zamaszyście wkroczył do lewej odnogi.

Fafryd dwa razy odetchnął i ruszył za nim, wzruszając ramionami.

Przed nimi coraz jaśniej płonęło zimne światło. Obaj doświadczyli dziwnego zawrotu głowy 

i przez moment czuli drżenie skał, jakby gdzieś daleko miało miejsce trzęsienie ziemi.

- Wracajmy - zadecydował Fafryd.

- Zaraz, poczekaj. Najpierw się rozejrzymy.

Po przejściu paru kroków otworzył się przed nimi pustynny krajobraz. Tuż za wyjściem z 

jaskini   z   nienaturalnym   spokojem   stał   biały   rumak   w   bogatym   rynsztunku,   obok   zaś   czarny, 

mniejszy, ze srebrnymi sprzączkami i pierścieniami. Był także krępy muł obładowany bukłakami, 

garnkami i paczkami; prawdopodobnie zawierały wodę i żywność dla człowieka i czworonoga. 

Przy siodłach wisiały łuki i kołczany ze strzałami. Dodatkowo na siodle białego rumaka leżał 

kawałek pergaminu z nader oszczędną wiadomością:

„Klątwa króla mórz została zdjęta. Ning".

Pod pewnymi względami pismo wydawało się dziwne, lecz, na czym dokładnie polegało 

udziwnienie, tego żaden nie potrafił powiedzieć. Zaskakujący drobiazg: Ningobel na określenie 

króla mórz użył słowa Posejdon... Cóż, zamiana jak najbardziej na miejscu. A jednak...

- Aż trudno uwierzyć - odezwał się Fafryd głosem, który zabrzmiał trochę dziwnie w uszach 

Kocura i jego własnych - Ningobel za każdą uprzejmość każe sobie płacić wiadomościami bądź 

przysługami.

- Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby - rzekł roztropnie Kocur. - To samo się tyczy 

darowanych mułów.

background image

Gdy wędrowali podziemnymi tunelami, zmieniła się pogoda.

Nie dął już nieznośny gorący wiatr ze wschodu, ale rześki z zachodu. Obaj z radością 

przyjęli tę odmianę, a kiedy się okazało, że jeden z bukłaków przytroczonych do muła nie zawiera 

wody ze strumienia, ale mocną gorzałę, nie mieli już żadnych oporów. Wsiedli na konie; Fafryd 

dosiadł białego, Kocur - czarnego, po czym kłusem, z ochotą, wyruszyli na zachód. Za nimi ciągnął 

muł.

Wieczorem już wiedzieli, że stało się coś niezwykłego, nie dotarli, bowiem do Iltmaru. I nie 

ujrzeli bodaj skrawka Morza Wewnętrznego. Nadto wypowiadało im się słowa niezbyt wygodnie, 

mimo   iż   nawzajem   świetnie   się   rozumieli.   I   jeszcze   jedno:   zdawali   sobie   sprawę,   że   jakimś 

zaburzeniom uległy ich wspomnienia, a codzienna wiedza wzbogaciła się nagle o nowe mądrości... 

choć jeszcze na początku nie zwierzali się sobie z tych obaw. Mięso pustynnych zwierząt, łatwych 

do   upolowania,   było   wyborne   po   przyrządzeniu   i   pozwalało   zapomnieć   o   ich   niespotykanym 

wyglądzie i umaszczeniu. Napotkali też źródełko z cudowną, słodką wodą.

Trzeba   było   tygodnia   i   spotkania   z   karawaną   pokojowo   nastawionych   kupców, 

handlujących   jedwabiem   i   korzeniami,   aby   wreszcie   pojęli,   że   nie   rozmawiają   ze   sobą   po 

lankmarsku, łamaną mingolszczyzną czy językiem leśnym, ale po fenicku, aramejsku i grecku. 

Wspominając czasy dzieciństwa, Fafryd nie myślał już o Lodowych Pustaciach, lecz o ziemiach 

położonych   nad   morzem   zwanym   Bałtykiem.   Kocur   zaś   wracał   pamięcią   do   Tyru,   już   nie   do 

Towilisu. Obaj wiedzieli, że najwspanialszą metropolią świata przestał być Lankmar. Tutaj ten 

zaszczyt należał się Aleksandrii.

W miarę jak gromadziły się podobne myśli, zacierały się wspomnienia z Lankmaru i całego 

świata   Nehwonu,   które   upodobniły   się   ostatecznie   do   serii   wrażeń   sennych.   Jedynie   jaskinie 

Ningobla żyły wyraźnie w pamięci Fafryda i Kocura, aczkolwiek wyleciało im z głowy, jakiego 

psikusa spłatał im czarodziej.

A cóż tam! Powietrze było tu czyste i ożywcze, jedzenie dobre, wino słodkie i ciężkie, a 

ludność ogólnie przystojna, co obiecywało miłostki z pięknymi kobietami. Co z tego, że nazwy i 

nowe słowa wydawały się zrazu niezdarne? Człowiek sam nie wiedział, jak szybko się do nich 

przyzwyczaja.

Przed nimi stał otworem nowy świat, czekały ich tutaj niewiarygodne przygody. Wszelako 

nawet, gdy mówiło się o nim „nowy", zaczynał stawać się bliski.

Jechali   białą,   piaszczystą   ścieżką   ku   swemu   nowemu,   choć   ułożonemu   z   góry 

przeznaczeniu.

background image

 

GAMBIT ADEPTA

 

background image

1. TYR

Pewnego razu w Tyrze, w winiarni niedaleko Portu Sydońskiego, gdzie wszystkie speluny 

cieszą się jak najgorszą sławą, Fafryd i Kocur spędzali wesoło czas, gdy raptem usadowiona na 

kolanach   osiłka   długonoga,   jasnowłosa   Galatka   przemieniła   się   w   tłustą,   wierzgającą   maciorę. 

Nawet w Tyrze taka rzecz budziła zdumienie. Kocur uniósł brwi i obserwował całe zdarzenie z 

nieskrywaną ciekawością, kiedy piersi Galatki - niezasłonięte przez szatę o wracającym do łask 

kreteńskim kroju - przeobraziły się w parę białych, oklapniętych wymion.

Nazajutrz,   czterej   handlarze   wielbłądów,   którzy   pili   tylko   wodę   uzdatnioną   kwaśnym 

winem, oraz dwaj farbiarze z rękami ubabranymi purpurą, kuzyni właściciela, zarzekali się na 

wszystkie świętości, że nie doszło do żadnego przemienienia i nie widzieli nic, czy może prawie nic 

nadzwyczajnego. Wszelako trzej pijani żołnierze króla Antiocha, cztery towarzyszące im dziewki, 

tudzież zupełnie trzeźwy żongler z Armenii opowiadali w szczegółach, co zaszło. Pewien egipski 

przemytnik mumii zwrócił na siebie uwagę hipotezą, jakoby cudacznie odziana świnia była li tylko 

pozorem,   zjawą   ułudną;   swoje   wywody   podpierał   mętnymi   wzmiankami   o   czczonych   w   jego 

ojczyźnie bogach-zwierzętach, sprowadzających wizje na ludzi. Ale ponieważ nie minął jeszcze 

rok, odkąd Seleucydzi przegnali z Tyru Ptolemeuszów, wnet go zakrzyczano. Następnie ubogi 

wędrowny   nauczyciel   z   Jerozolimy   wysunął   całkiem   już   niewiarygodną   teorię,   wedle   której 

maciora nie była maciorą ani nawet pozorem maciory, a jedynie pozorem pozoru maciory.

Fafryd jednakże nie miał czasu na filozoficzne rozważania.

Z rykiem obrzydzenia i trwogi odrzucił precz kwiczące monstrum, aż przeleciało pół izby i 

z głośnym pluskiem wpadło do kadzi z wodą, gdzie przeistoczyło się na powrót w długonogą 

Galatkę... na dodatek srodze rozgniewaną, albowiem w stęchłej wodzie, w której nurzała się jako 

maciora, ubranie jej przemokło, a złote włosy obwisły mokrymi puklami. „Afrodyta!" - mruknął 

Kocur, ponieważ gruby świński tułów rozsadził obcisłą talię kreteńskiej sukni. W świetliku nad 

kadzią zabłysły gwiazdy zwiastujące północ, a kielichy wielekroć napełniono winem, zanim złość 

ją odeszła.

Aż nagle, kiedy Fafryd wyciskał przepraszający pocałunek na jej uległych ustach, poczuł, że 

znowu napełniają się śliną i wyrastają w nich kły.

Tym razem dziewczyna musiała się wygrzebać spomiędzy beczek z winem. Nie zważając 

na krzyki, uszczypliwe uwagi i zdumione spojrzenia, jakby uważała je za część gminnej zabawy, 

przeciągającej się już ponad miarę, wyszła z izby niczym butna Amazonka. Tylko raz zatrzymała 

się   na   ciemnym,   mocno   wytartym   progu,   żeby   cisnąć   w   Fafryda   małym   nożem,   który   ten 

background image

odruchowo  odbił  miedzianym kielichem. Nóż trafił  w  gębę wiszącego  na ścianie  drewnianego 

satyra, przez co bożek wyglądał tak, jakby ze szczególną pieczołowitością dłubał sobie w zębach.

W   szarozielonych   oczach   Fafryda   pojawiła   się   głęboka   zaduma.   Zastanawiał   się,   który 

czarodziej stroi sobie żarty z jego miłosnych podbojów. Powoli przyglądał się bywalcom winiarni, 

przesuwał   wzrok   z   jednej   łotrowskiej   twarzy   na   drugą.   Zatrzymał   się   na   dłużej   na   wysokiej, 

ciemnowłosej dziewczynie, która siedziała za kadzią z wodą, po czym skierował spojrzenie na 

Kocura. Wtem coś go tknęło, bo w jego minie ukazała się wyraźna podejrzliwość.

Kocur skrzyżował ramiona, pokręcił perkatym nosem i odwzajemnił spojrzenie z udawaną 

grzecznością   partyjskiego   posła.   Niespodzianie   odwrócił   się,   objął   i   pocałował   młodziutką 

zezowatą   Greczynkę,  która  przy  nim   siedziała.  Bez  słowa  uśmiechnął  się  szeroko  do  Fafryda, 

strzepnął ze swych szarych jedwabnych szat drobiny antymonu z dziewczęcych rzęs i ponownie 

skrzyżował ramiona.

Fafryd uderzał o spód dłoni podstawą kielicha. Jego szeroki, ciasno spięty skórzany pas 

trzeszczał z lekka, wilgotny od potu, którym przesiąkł lniany chiton.

A tymczasem przy stołach zastanawiano się półszeptem, kogo obciążyć odpowiedzialnością 

za   rzucenie   uroku   na   Fafrydową   Galatkę,   przy   czym   podejrzenia   koncentrowały   się   przede 

wszystkim na wysokiej, czarnowłosej dziewczynie - może, dlatego, że siedziała sama i nie brała 

udziału w plotkarskich dociekaniach.

- Dziwna jakaś - zwierzyła się Kocurowi zezowata Chloe.

- Mówią o niej Cicha Salmakis, lecz dowiedziałam się przypadkiem, że naprawdę nazywa 

się Ahura.

- Persjanka?

Chloe wzruszyła ramionami.

- Od lat się tu kręci, ale nikt nie wie, gdzie mieszka i czym się zajmuje. Zawsze była wesoła 

i skora do żartów, choć z chłopami się nie zadawała. Kiedyś dała mi amulet. Powiedziała, że on 

mnie przed kimś obroni. Do dziś go noszę. Potem na jakiś czas słuch o niej zaginął - trajkotała 

Chloe. - Od powrotu zachowuje się... sam widzisz jak. Nieśmiałe to, język na smyczy trzyma, a 

patrzy tak, jakby przez szparę w murze zaglądała do burdelu.

-   Aha   -   Kocur   odszukał   wzrokiem   czarnowłosą   dziewczynę   i   z   nieskrywanym 

zaciekawieniem długo jej się przyglądał.

Chloe z początku na próżno szarpała go za rękaw. Nie mogła sobie wybaczyć, że w tak 

głupi sposób zainteresowała upatrzonego mężczyznę inną kobietą.

Fafryda nie ciekawiła treść rozmowy. Nadal gapił się na Kocura z kamienną obojętnością 

całej alei egipskich posągów. Jednakże złość zaczynała wrzeć w nim jak woda w kotle.

background image

- Słuchaj, popłuczyno upadającej kultury! - odezwał się. - Uważam to za szczyt chamstwa z 

twojej strony, że wypróbowujesz na mnie swoje partackie czary.

- Spokojnie, entuzjasto miłosnych osobliwości - mruknął Kocur. - Nie ciebie pierwszego 

spotkał   tak   niezwykły   przypadek.   Kochanka   namiętnego   wodza   asyryjskiego   zamieniła   się   w 

pościeli w pająka. Z kolei pewien jurny Etiopczyk został poderwany w powietrze i tam całował się 

z żyrafą. Zaiste, kto czyta annały magii i kabały, tego nic nie zadziwi.

- Co więcej - ciągnął Fafryd niskim głosem, nader wyraźnym w ciszy - podszedłeś mnie 

haniebnie, boś użył swej świńskiej sztuczki, kiedym się tego najmniej spodziewał, czyli w chwili 

przyjemności.

-   Gdybym   nawet   pragnął   czarodziejskim   sposobem   położyć   kres   twej   rozpuście,   nie 

starałbym się zmieniać kobiet.

- To nie koniec - wycedził Fafryd. Nachylił się i położył dłoń na leżącej na ławie pochwie z 

dużym puginałem. - Znieważyłeś mnie bezczelnie i niewybaczalnie, skoroś pognębił dziewczynę z 

Galacji, gdzie żyje naród spokrewniony z moim.

- Nie pierwszy to raz muszę bić się z tobą przez kobietę - zauważył złowieszczo Kocur, 

wsuwając palce za pazuchę.

- Za to pierwszy raz będziemy się bić przez świnię! - rzekł Fafryd tonem jeszcze bardziej 

złowieszczym.

Chwilę   czekał   na   odpowiedź   w   wojowniczej   pozie:   z   pochylonym   czołem,   wysuniętą 

szczęką i zmrużonymi oczyma. Aż wreszcie wybuchnął śmiechem.

A było, czego posłuchać, kiedy śmiał się Fafryd. Na wstępie poparskiwał nosem, potem 

prychał przez zaciśnięte zęby, następnie urywany chichot wydzierał mu się z gardła, z którego na 

koniec buchał grzmiący ryk. Barbarzyńca chwytał się stołu, szeroko rozstawiał nogi i odrzucał w tył 

głowę, jakby zmagał się z wichurą.

Był to śmiech puszczy szarpanej przez huragan lub wzburzonego morza, śmiech urzekający 

epickimi wizjami, pobrzmiewający swobodą zamierzchłych, barwniejszych epok. Był to śmiech 

Starszych Bogów, którzy przyglądają się stworzonemu przez siebie człowiekowi i kpią ze swoich 

niedopatrzeń i błędów.

Wargi Kocura zadrżały. Skrzywił się kwaśno, jakby nie chciał się zarazić. W końcu i on się 

przyłączył.

Fafryd uspokoił się, wziął głęboki oddech, porwał w dłonie pucharek z winem i duszkiem 

wypił zawartość.

- Świńskie sztuczki! - huknął i znów zaniósł się śmiechem.

Zdumiona   tyryjska   hołota   patrzyła   na   to   z   wytrzeszczonymi   oczami   -   z   zaskoczeniem, 

przejęciem   i   podnieconą   wyobraźnią.   Wśród   zebranych   wyróżniała   się   wszakże   jedna   osoba. 

background image

Ciemnowłosa dziewczyna przeszywała Fafryda natarczywym spojrzeniem, słuchając go z zapartym 

tchem. Jej oczy wyrażały niejasne pragnienie, zmieszanie, ciekawość, a także głęboki namysł.

Kocur zauważył to i przestał się śmiać, śledząc jej zachowanie.

Chloe wymierzyła sobie w myślach chłostę w pięty stopek ozdobionych bransoletami.

Fafryd   wreszcie   zdusił   w   sobie   śmiech.  Po   ostatnich  bezgłośnych  chichotach   odetchnął 

spokojnie i zatknął kciuki za pas.

- Znać po gwiazdach, że świt blisko - zwrócił się do Kocura, zerkając na ciemny świetlik. - 

Czas na nas, praca czeka.

Już bez żadnych brewerii opuścili winiarnię. Po drodze, w drzwiach piwnicy, zepchnęli na 

bok podpitego kupca z Pergamonu, który odprowadził ich zdziwionym wzrokiem, jakby próbował 

ustalić, czy to wysoki bóg i podległy mu karzeł, czy też mały czarodziej i umięśniona kukła na jego 

usługach.

I gdyby tak skończyła się ta przygoda, już po dwóch tygodniach

Fafryd twierdziłby z przekonaniem, że zdarzenie w winiarni to pijacki wymysł albo sen, 

który   przypadkiem   przyśnił   się   kilku   moczymordom   naraz;   sam   zresztą   doświadczał   na   sobie 

podobnych historii. Przygoda miała jednak ciąg dalszy. Wspomniana praca okazała się trudniejsza, 

niż   zakładali,   bo   urosła   z   dość   prostej   rozprawy   z   sydońskimi   przemytnikami   do   rozmiarów 

złożonej   intrygi,   osnutej   wokół   cylicyjskich   korsarzy,   porwanej   księżniczki   z   Kapadocji, 

sfałszowanych   nakazów   płatniczych   kupca   z   Syrakuz,   umowy   z   cypryjskim   handlarzem 

niewolników, schadzki zakończonej zasadzką, rzekomo bezcennych klejnotów z rzekomo egipskich 

grobowców oraz watahy zbójców z Idumei, którzy nadciągnęli galopem z pustyni i pokrzyżowali 

wszystkim szyki. Po tej „pracy", kiedy Fafryd i Szary Kocur pławili się w czułych objęciach i 

słodkich szczebiotach portowych dziewek, barbarzyńca powtórnie ucierpiał w wyniku świńskiej 

sztuczki. Tym razem doszło do bójki na noże z ludźmi, którzy sądzili, że ratują piękną Bitynkę 

przed morderczymi zakusami rudowłosego barbarzyńcy, chcącego utopić ją w słonej, cuchnącej 

breji. Fafryd uparł się bowiem, żeby wepchnąć głowę dziewczyny - w jej zwierzęcej skórze - do 

beczki z zalewą solną pozostałą po peklowaniu wieprzowiny.

Przy okazji Kocurowi zaświtał w głowie pewien plan, z którego nigdy nie zwierzył się 

Fafrydowi: zatrudnić ładną dziewczynę, kazać Fafrydowi przemienić ją w świnię, bezzwłocznie 

sprzedać ją rzeźnikowi. Gdy mu ucieknie, sprzedać ją kochliwemu kupcowi jako więzioną w rzeźni 

nieszczęśnicę. Później posłać za kupcem Fafryda, żeby znów zmienił ją w świnię (musiałby tego 

dokonać na odległość, tylko pieszcząc ją lubieżnym spojrzeniem), sprzedać ją drugiemu rzeźnikowi 

i tak w kółko. Niskie koszty, szybki zysk.

Przez   długi   czas   Fafryd   z   niesłabnącą   podejrzliwością   obserwował   Kocura,   który   stale 

babrał się w czarnej magii oraz nosił przy sobie szarą, skórzaną teczkę z dziwnymi przyborami 

background image

znalezionymi w kieszeniach czarodziejowi tajemniczymi książkami z obrabowanych chaldejskich 

bibliotek. I nie miał tu nic do rzeczy fakt, że Kocur rzadko wypuszczał się poza przedmowy w 

książkach, (choć często, nie szczędząc  ironicznych uwag, przebiegał  krytycznym  wzrokiem  po 

dalszych   rozdziałach)   i   że   nigdy   nie   udało   mu   się   zdziałać   tego   samego   dwa   razy,   mimo 

posługiwania się tym samym zaklęciem. Czy dałby radę przemienić w zwierzęta dwie kokietki 

Fafryda? Mało prawdopodobne. A dwa razy w świnie? Praktycznie niemożliwe. Nie dosyć na tym: 

owo przykre nieszczęście spotkało Fafryda więcej niż dwa razy. W rzeczy samej, jeszcze się tak nie 

zdarzyło...   żeby   go   nie   spotkało.   Zresztą,   ostatnie   wątpliwości   się   rozwiały,   kiedy   śliczna, 

kruczowłosa Egipcjanka o aksamitnej skórze przeobraziła się w ramionach Kocura w ogromnego 

ślimaka.

Fafryd nie przeoczył wstrętu, jaki odmalował się w oczach przyjaciela na widok oślizgłych 

śladów   na   jedwabnej   odzieży.   Kocura   wciąż   mdliło   z   obrzydzenia   pomimo   zeznań   dwóch 

świadków, wędrownych lekarzy koni, gotowych przysiąc, że nie widzieli żadnego ślimaka: ani 

olbrzymiego, ani zwyczajnego. Ich zdaniem, Kocura dosięgła nieznana odmiana zarazy grzybiczej, 

która wywołuje w człowieku halucynacje. Wspaniałomyślnie zaproponowali wyjątkową medyjską 

miksturę... po okazyjnej cenie dziewiętnastu drachm za słoiczek.

Fafryd   niedługo   naśmiewał   się   z   niedoli   przyjaciela,   bowiem   po   nocy   rozpaczliwego, 

zakrojonego na szeroką skalę eksperymentowania (podobno od Portu Sydońskiego aż po świątynię 

Baala-Melkarta zostawił po sobie łańcuch ślimaczych śladów, którymi zdumiewały się rankiem 

wszystkie burdelmamy i połowa  mężów  w  Tyrze) - Kocur odkrył  coś, czego od początku się 

obawiał, lecz miał nadzieję, że się myli: jedynie Chloe była odporna na dziwną chorobę, którą 

roznosił pocałunkami.

Rzecz jasna, Chloe nie posiadała się z radości. Pycha i samouwielbienie błyskały w jej 

zezowatych oczach niby krzyżujące się miecze. Swe biedne, obite w myślach stopki traktowała już 

niczym   innym   tylko   kosztownym   pachnącym   olejkiem   -   olejkiem   bynajmniej   nie   wyśnionym: 

rychło wykorzystała swą uprzywilejowaną pozycję i wydusiła z Kocura tyle złota, że mogła sobie 

pozwolić na kupno służebnicy, której zadania ograniczały się właściwie do pielęgnacji jej ciała. 

Teraz już śmiało zwracała uwagę Kocura na inne kobiety, co więcej, nawet ją to bawiło. Gdy zatem 

pewnego razu, po wejściu do tawerny o szumnej nazwie „Muszla Rozkolca", napotkali czarnowłosą 

Ahurę czy inaczej Cichą Salmakis, Chloe postanowiła powiedzieć o niej coś więcej.

- Ahura unika towarzystwa, ale nie myśl sobie, że jest taka niewinna. Kiedyś wyjechała z 

miasta ze starszym mężczyzną, jeszcze zanim dała mi amulet. A raz słyszałam, jak wysztafirowana 

paniusia z Persji krzyczy na nią: „Co zrobiłaś z bratem?" Ahura nie odpowiedziała, tylko popatrzyła 

na nią jadowitym wzrokiem. Po chwili Persjanka uciekła. Brr! Żebyś widział, jak się wystraszyła!

Kocur udawał, że ta historia go nie interesuje.

background image

Zapewne wystarczyłoby grzecznie poprosić i również Fafryd miałby Chloe, która ze swej 

strony aż się garnęła, żeby tym sposobem rozszerzyć i zacieśnić kontrolę nad dwoma zuchami. 

Jednakże Fafryd miał swoją dumę i nie przyjąłby od przyjaciela takiej przysługi, ponadto ostatnimi 

czasy złorzeczył na Chloe jako na rozwydrzoną i nieapetyczną miłośniczkę własnego tyłka.

Wobec   tego   z   musu   wiódł   mnisi   żywot.   Przy   knajpianym   stole   znosił   wzgardliwe 

dziewczęce spojrzenia i opędzał się od malowanych chłopców, którzy opacznie pojmowali jego 

wstręt do kobiet. Denerwowały go też coraz częstsze pogłoski, jakoby potajemnie został eunuchem 

i   kapłanem   bogini   Kybele.   Plotki   i   domysły   karykaturalnie   zniekształciły   prawdziwą   wersję 

wydarzeń, a w dodatku dziewczyny, którym przytrafiło się przemienienie w zwierzę, wszystkiemu 

zaprzeczały z obawy o trudności w interesach. Co poniektórzy zarzucali Fafrydowi ohydny grzech 

spółkowania ze zwierzętami i postulowali, by zaciągnąć go przed trybunał. Inni uważali go za 

szczęśliwca, którego nawiedziła bogini miłości pod postacią świni - nic dziwnego, że teraz gardził 

ziemskimi kobietami. Jeszcze inni rozgłaszali szeptem, że Fafryd jest bratem Kyrke i ma swą 

siedzibę na pływającej wyspie na Morzu Tyrreńskim, gdzie trzyma całe stado pięknych dziewic z 

rozbitych statków, okrutnie zamienionych w świnie. Nie słyszano już jego śmiechu, a na białej 

skórze wokół oczu wyskoczyły mu cienie. Zaczął dyskretnie wypytywać magów, czy nie znają 

lekarstwa na jego przypadłość.

- Chyba znalazłem remedium na twą kłopotliwą dolegliwość - stwierdził pewnego wieczora 

Kocur lekkim tonem, odsuwając na bok wystrzępiony brązowy papirus. - Wskazówek udziela nam 

ten   oto   tajemniczy   traktat,   „Demonologia   Izaaka   ben   Elszaza".   Wygląda   na   to,   że   jeśli   twoja 

kochanka zmienia postać, musisz się z nią kochać do samego końca, wierząc w potęgę namiętności, 

która przywróci jej pierwotny wygląd.

Fafryd przestał ostrzyć długą klingę miecza.

- To może zaczniesz całować ślimaki, ha?

- Po cóż  miałbym się męczyć, skoro jestem  człowiekiem  pozbawionym barbarzyńskich 

uprzedzeń i wystarcza mi Chloe?

- Wolne żarty! Zadajesz się z nią, byle nie okryć się wstydem. Już ja cię znam. Od siedmiu 

dni cięgiem myślisz o tej dziewce, Ahurze.

- Apetyczna kicia, jeno nie w moim typie - odparł chłodno Kocur. - Zdaje się, że właśnie 

tobie   wpadła   w   oko.   W   każdym   razie,   powinieneś   zastosować   się   do   wskazówek.   Na   pewno 

spiszesz się tak dobrze, że zlecą się do ciebie z kwikiem lochy z całego świata!

Fafryd zgodził się i już niebawem trzymał wytrwale na wyciągnięcie ramienia następną 

maciorę zrodzoną z jego świńskiej pasji, karmiąc ją pomyjami w nadziei na osiągniecie czegoś 

uprzejmością. W końcu jednak musiał przyznać się do porażki i srebrnymi ateńskimi didrachmami 

z podobizną sowy ugłaskiwać gniew rozhisteryzowanej Scytyjki, która skarżyła się na ból brzucha. 

background image

Po tym wydarzeniu pewien lekkomyślny filozof z Grecji jął pouczać barbarzyńcę z północy, że 

najważniejsza jest dusza czy raczej forma wewnętrzna ukochanej istoty, natomiast forma zewnętrza 

ma drugorzędne znaczenie.

- Należysz do szkoły Sokratesa? - spytał go łagodnie Fafryd.

Grek skwapliwie pokiwał głową.

-   Sokrates   był   tym   filozofem,   który   potrafił   wypić   ogromną   ilość   wina   bez   zmrużenia 

powieki?

Znów szybkie kiwnięcie głową.

- Czy nie dlatego, że racjonalna strona jego osobowości dominowała nad stroną zwierzęcą?

- Znać, żeś uczony - rzekł Grek z większym szacunkiem, choć z tym samym ruchem głowy.

- Jeszcze nie skończyłem. Czy uważasz się za prawego spadkobiercę nauk swego mistrza?

Tym razem Greka zgubiła jego porywczość. Pokiwał głową i dwa dni później przyjaciele 

musieli   go   wynosić   z   winiarni,   gdzie   kulił   się   w   połamanej   beczce   na   wino   niczym   dziecko 

narodzone w cokolwiek niezwykły sposób. Przez parę dni leżał pijany w sztok, co wystarczyło, 

żeby członkowie maleńkiej, nowo powstałej sekty ujrzeli w nim wcielenie Dionizosa i jako takiemu 

zaczęli  mu  składać  cześć.  Sekta  się  rozwiązała,  bo ledwie  częściowo  wytrzeźwiał,  z oratorską 

swadą wygłosił mowę potępiającą nałóg pijaństwa. 

Następnego  ranka  po  wyniesieniu  do  chwały  boskiej  filozofa  Fafryd  obudził  się,  kiedy 

pierwsze promienie słońca padły na płaski dach, na którym wraz z Kocurem uciął sobie drzemkę. 

Nie mówiąc nic ani się nie ruszając, powstrzymywał się od błagalnej prośby, aby ktoś przyniósł mu 

worek   śniegu   z   białych   szczytów   Libanu,   (nad   którymi   błyskało   wschodzące   słońce);   chętnie 

przyłożyłby  sobie  zimny okład na  rozpaloną  głowę. Otworzył  oko  i zobaczył  widok  łatwy  do 

przewidzenia: Kocur siedział w kucki i spozierał na morze.

- Hej, synu czarodzieja i czarownicy! - zagadnął - Zdaje się, że znowu musimy uciec się do 

ostateczności.

Kocur nie odwrócił głowy, ale kiwnął nią raz, zdecydowanie.

- Pierwszym razem o mało nie postradaliśmy życia - dodał Fafryd.

- Drugim razem Obce Istoty przejęły nasze dusze - włączył się Kocur, jakby intonowali 

poranny hymn ku czci Izydy.

- A ostatnim razem został nam zabrany piękny sen o Lankmarze.

- Może nas podstępem skłonić do wypicia napoju i nie obudzimy się przez pięćset lat.

- Może nas oddać w szpony śmierci i nie zostaniemy wskrzeszeni przez lat dwa tysiące - 

ciągnął Fafryd.

- Może poznać nas z Panem, odesłać do Starszych Bogów, porwać między gwiazdy lub 

umieścić w podziemiach Kuarmalu - dokończył Kocur.

background image

Przez chwilę milczeli. Na koniec Szary Kocur odezwał się szeptem:

- Mimo wszystko musimy odwiedzić Ningobla Siedmiookiego

I miał rację, jeżeli - jak podejrzewał Fafryd - jego dusza krążyła nad morzem snów o 

ciemnowłosej Ahurze.

2. NINGOBEL

Tak   więc   przeprawili   się   przez   ośnieżone   góry   Libanu   i,   kierowani   wielkodusznym 

poczuciem sprawiedliwości, ukradli trzy wielbłądy bogatemu panu, który gnębił swoje sługi, każąc 

im zbierać plon na skałach i obsiewać brzegi Morza Martwego. Czuli, że nie godzi się jechać na 

spotkanie z plotkarzem bogów z nazbyt skalanym sumieniem. Po siedmiu dniach błąkania się po 

pustyni   i   smażenia   w   słonecznym   żarze,   kiedy   to   Fafryd   lżył   wszystkich   bogów   ognia   z 

Muspelheimu, dotarli do Piaskowych Grzywaczy i Wielkich Dołów Piaskowych. Ostrożnie kluczyli 

i kołowali, aż minęli te zdradliwe tereny i wspięli się na Skalistą Wysepkę. Kocur, który najlepiej 

czuł się w mieście, narzekał na Ningobla i jego zamiłowanie do, jak się wyraził, zaśniedziałej 

pustynnej prowincji. Aczkolwiek można było podejrzewać, że pleciuga i jego emisariusze poruszają 

się  wygodniejszym szlakiem  niż ten, z  którego korzystają  goście,  zwłaszcza  nieproszeni. Obaj 

zresztą wiedzieli, że łowca pogłosek (szczególnie fałszywych, czyli tych najcenniejszych) musi 

mieszkać w tej samej bliskości Indii, co sławnych z ogrodów ziem Ludzi Żółtych, barbarzyńskiej 

Brytanii, imperialnego Rzymu, jak również tonących w oparach mgły pozaetiopskich dżungli oraz 

zagadkowych, samotnych płaskowyżów i podniebnych szczytów za Morzem Kaspijskim.

Pełni oczekiwań, spętali wielbłądy, zabrali pochodnie i zapuścili się odważnie w Bezdenne 

Jaskinie, bowiem niebezpieczeństwo nie wiązało się z samym wejściem do siedziby Ningobla, ale z 

nieodpartym   czarem   jego   zaleceń   -   tak   przemożnym,   że   człowiek   wypełniał   je   do   ostatniego 

szczegółu.

Mimo to Fafryd burknął:

- W czasie trzęsienia ziemi dom Ningobla wpadł między skały i stanął im kością w gardle. 

Oby kiedyś nie dostały czkawki.

Kiedy przechodzili Drżącym Mostem nad Przepaścią Prawdy Ostatecznej, gdzie światło 

dziesięciu tysięcy pochodni ani na jotę nie rozproszyłoby mroku, napotkali i minęli bez słowa 

człowieka w hełmie: przybyłego tu z daleka Mongoła o kamiennej twarzy. Zastanawiali się, czy to 

szpieg,  czy  zwyczajny   gość   plotkarza.  Fafryd   nie   wierzył,  by   siedmioro   oczu   miało   zdolności 

nadprzyrodzonego widzenia; twierdził, że są rekwizytem służącym do onieśmielania głupców, a 

background image

wiadomości   dochodzą   do   Ningobla   za   pośrednictwem   korpusu   domokrążców,   rajfurów, 

niewolników, bezdomnych dzieciaków, eunuchów i położnych, liczniejszego od połączonych armii 

dziesięciu wielkich królów.

Z ulgą przedostali się na drugą stronę. Minęli następnie kilkanaście bocznych korytarzy, do 

których Kocur zaglądał z tęsknotą.

- Może wybierzmy jeden z nich na chybił trafił? - mruknął. - Poszukajmy innego świata. 

Ahura nie jest Afrodytą, a i do Asztarte trochę jej brakuje.

- Bez przyzwolenia Ninga? - oburzył się Fafryd. - Kto zdejmie z nas klątwę? Marsz przed 

siebie!

Dostrzegli nikłe, migotliwe błyski na stropie obwieszonym stalaktytami, będące odbiciem 

światła w górnej części pieczary.

Wnet   wspinali   się   tam   po   Błędnych   Schodach,   powstałych   z   nagromadzenia   wielkich, 

ostrych głazów. Fafryd stawiał olbrzymie kroki, Kocur przeskakiwał z kamienia na kamień ze 

zwinnością wiewiórki. Powiększały się hufce małych zwierząt, które wystrzeliwały im spod nóg, 

ocierały się o nich w swoim powolnym locie lub ze szpar i skalnych gzymsów kierowały na nich 

swoje żółte, ciekawe świata oczy. I nie dziwota, bowiem zbliżali się do arcy-podpatrywacza.

Nieco później, nie tracąc czasu na rozglądanie się wkoło, Fafryd i Kocur przystanęli pod 

Wielkimi   Wrotami,   których   górne   krawędzie,   nabijane   żelaznymi   ćwiekami,   gardziły   blaskiem 

maleńkiego   ogniska.   Interesowały   ich   wszakże   nie   same   wrota,   ale   pilnujący   ich   strażnik   - 

potwornie opasły stwór siedzący na ziemi obok pokaźnego stosu glinianych skorup. Czekałby tu 

praktycznie w bezruchu, gdyby nie rozcierał rąk. Chował je pod wyświechtanym, przepaścistym 

płaszczem. Głowę zakrywał mu kaptur, a trochę niżej na płaszczu siedziały dwa duże nietoperze.

Kiedy Fafryd odchrząknął, wszelki ruch pod płaszczem ustał.

Wtem   spod   kaptura   wysunęło   się   giętko   coś   podobnego   do   węża,   tyle,   że   miejsce   łba 

zajmował   opalizujący   klejnot   z   ciemnym   rdzeniem.   Nasuwało   się   też   skojarzenie   z   pąkiem 

egzotycznego kwiatu na grubej łodydze. Twór zakołysał się w lewo i prawo. Kiedy skierował się na 

gości, zesztywniał, a pękaty czub szybko się rozświetlił. Dało się słyszeć ciche mruczenie.

Spod płaszcza wynurzyło się pięć podobnych tworów i ustawiło w tym samym kierunku co 

ich poprzednik. Rozszerzyły się czarne źrenice.

- Brzuchaty siewco plotek! - przywitał się Kocur z irytacją. - Co tak się nam przyglądasz jak 

gołym babom w burdelu?

Na   początku   spotkania   z   Ningoblem   Siedmiookim   człowiek   odczuwał   niepokój   i 

podenerwowanie. 

- Masz prostackie maniery, Kocurze - wydobył się spod kaptura cienki, drżący głos. - Kto tu 

przychodzi, szukając mądrej rady, ten nie powinien wyrażać się o mnie z szyderstwem. Mimo to 

background image

jestem dziś w dobrym humorze i rad posłucham o tym, co was trapi. Najpierw powiedzcie, z 

którego świata przybywacie.

- Z Ziemi, o czym dobrze wiesz, królu półprawdy i władco obłudy - odparł sucho Kocur i 

podszedł   do   czarodzieja.   Troje   oczu   śledziło   jego   ruchy,   podczas   gdy   czwarte   obserwowało 

Fafryda.

- I znowu szydzisz - mruknął ze smutkiem Ningobel. Potrząsnął głową, huśtając łodygami 

oczu. - Myślisz, że łatwo zapanować nad bezlikiem miejsc, czasów i światów? A skoro mowa o 

czasie, to czy nie czas, byście przestali już nadużywać mojej uprzejmości?

Wszak przynieśliście mi kiedyś nienarodzonego gula, którego ojcostwa nie dało się ustalić. 

Kiepska to była przysługa, a jednak nie miałem do was pretensji. Na Bezkształtnego Boga, ze 

dwadzieścia razy odwdzięczałem się za to!

-   Bzdury,   architekcie   sekretów   -   odparował   Kocur   i   śmiało   postąpił   krok   do   przodu, 

nareszcie wesół i z tupetem. - Wszyscy wiemy, że twoje tłuste brzuszysko trzęsie się z radości, 

kiedy możesz prawić morały takim dwóm wiernym słuchaczom jak my.

- Jesteś równie daleki od prawdy jak ja od rozwiązania zagadki Sfinksa. - Czworo oczu 

Ningobla   miało   baczenie   na   Kocura,   jedno   patrzyło   na   Fafryda,   a   szóste   zawinęło   się   wokół 

kaptura, uniosło i podejrzliwie spojrzało w głąb jaskini.

- Ależ sędziwy roznosicielu wieści, z pewnością byłeś bliżej Sfinksa, niż którykolwiek z 

jego   kamiennych   kochanków.   Prawdopodobnie   pierwszą   błahą   zagadkę   otrzymał   z   twoich 

nieograniczonych zasobów.

Ningobel zadrżał jak galareta, ciesząc się z tego taniego pochlebstwa.

- No cóż - zapiał - dziś jestem w dobrym nastroju i wysłucham waszych żalów. Wszelako 

pamiętajcie, że raczej nie będę w stanie przyjść wam z pomocą.

-   Kto   jak   kto,   ale   ty   jesteś   mistrzem   w   przezwyciężaniu   niepokonanych   przeszkód   - 

stwierdził Kocur z udawanym szacunkiem.

- A czemuż to twój przyjaciel chowa się za tobą? - zapytał Ningobel z nagłą oschłością.

Fafryd tylko czekał na to pytanie. Zawsze go drażniło, że musi wysilać się na uprzejmość w 

obecności   tego,   kogo   równie   często   nazywał   najpotężniejszym   czarodziejem,   jak   plotkarzem 

bogów. Jednakże jawna bezczelność, z jaką Ningobel sadzał sobie na ramionach nietoperze, którym 

dla   ośmieszenia   kruków   Odyna   nadał   imiona   Huginn   i   Muninn,   wyprowadziła   Fafryda   z 

cierpliwości. Powodowały nim bardziej względy patriotyczne niż religijne, albowiem w Odyna 

wierzył jedynie w chwilach rozczulającej słabości.

- Zabij nietoperze lub przegnaj je w cholerę, to podejdę! - zastrzegł się.

- Cóż, w takim razie usta moje milczą - rzekł Ningobel z rozdrażnieniem. - Wszyscy wiedzą, 

że zdrowie nie pozwala mi sprzeczać się o głupoty.

background image

-  Ależ  wirtuozie  fałszu  -  wtrącił   Kocur,  piorunując   Fafryda  morderczym  spojrzeniem   - 

wielka   by   to   była   szkoda,   bo   już   nie   mogę   się   doczekać,   żeby   wtajemniczyć   cię   w   arkana 

intrygującego skandalu, o którym piątkowa nałożnica satrapy Filipa nie wspomniała nawet swej 

zaufanej niewolnicy.

- Rozumiem - odparł Wielooki. - Muninn i Huginn chciałyby już coś zjeść.

Nietoperze niechętnie rozwinęły skrzydła i powoli zniknęły w ciemnościach.

Fafryd drgnął i ruszył się z miejsca, nic sobie nie robiąc z patrzących na niego sześciorga 

oczu, które uważał za kule, sprytnie poruszane jak w teatrze lalkowym. Siódmego oka nikt nigdy 

nie widział ani nie przechwalał się, że je widział... choć w tym drugim przypadku wyjątek stanowił 

Kocur:   twierdził,   jakoby   siódmym   okiem   było   drugie   oko   Odyna,   wykradzione   mędrcowi 

Mimirowi; wcale w to nie wierzył, po prostu chciał dopiec pochodzącemu z północy druhowi.

- Witaj, wężooki - odezwał się Fafryd tubalnie.

- A, to ty, byczku - rzekł beztrosko Ningobel. - Usiądźcie obaj  przy moim skromnym 

ognisku.

- Nie wprowadzisz nas za Wielkie Wrota, byśmy skorzystali z twoich wykwintnych wygód?

- Nie kpij ze mnie, szaraku. Wszyscy wiedzą, że jestem ubogim, oszczędnym Ningoblem.

Kocur przykucnął z westchnieniem, bo rzeczywiście wiedział, że plotkarz nade wszystko 

pragnie być znany z ubóstwa, cnotliwości, pokory i gospodarności, toteż osobiście strzeże drzwi do 

swego domostwa - prawie zawsze oprócz pewnych dni, kiedy zza Wielkich Wrót słychać wesoły 

brzęk sistrum, frywolne pienia fletów i chichoty uczestników teatru cieni.

Teraz jednak Ningobel żałośnie kaszlał, dygotał i grzał przy ogniu opatulone płaszczem 

ramiona. Mętne cienie chwiały się na kamieniach i żelazie, a małe zwierzęta podkradały się z 

szelestem, otwierając szeroko oczy, aby lepiej widzieć, i strzygąc uszami, aby lepiej słyszeć. Na 

kołyszących   się   majestatycznie   łodygach   pulsowało   sześcioro   oczu.   Co   pewien   czas   -   nie 

zmieniając wzajemnego ułożenia oczu i, jak się wydawało, toku myśli - Ningobel wybierał ze stosu 

pozornie przypadkową skorupę i zapoznawał się prędko z wyrytą na niej inskrypcją.

Fafryd i Kocur siedzieli obok cierpliwie. Kiedy ów pierwszy otwierał już usta, uprzedził go 

czarodziej:

- A więc dobrze, dzieci, mieliście mi coś powiedzieć o piątkowej nałożnicy...

- I owszem, mistrzu nieprawdy - wpadł mu w słowo Kocur.

- Choć właściwie nie o nałożnicy, ale trzech eunuchach ze świątyni Kybele i niewolnicy z 

Samos. To przedziwna historia i nad wyraz powikłana, zatem musi być wstępnie przyrządzona w 

myślach, żebyś mógł ją smakować bez zbędnego tłuszczu wyolbrzymienia, lecz ze wszystkimi 

przyprawami rzetelnych szczegółów.

background image

-   A   póki   co,   nim   się   w   myślach   Kocura   przygotuje   potrawka   -   dodał   lekko   Fafryd, 

połapawszy się w zamiarach swego przyjaciela - możesz się trochę rozerwać i poratować nas radą 

w   pewnej   doprawdy   błahej   sprawie.   -   I   tu   dokładnie   opisał   nękającą   ich   plagę   dziewek 

przemienionych w świnie i ślimaki.

-  Powiadasz,  że  tylko  Chloe  oparła  się  zaklęciu?  -  zadumał   się  Ningobel,  przerzucając 

skorupy na drugi koniec stosu. - Hm, przychodzi mi na myśl...

- Niezwykle trafna uwaga na zakończenie czwartego listu Diotimy do Sokratesa? - przerwał 

Kocur, podekscytowany. - Czyż nie mam racji, ojcze?

-   Nie,   nie   masz   -   odrzekł   chłodno   Ningobel.   -   Kiedy   kornikiem   swego   rozumowania 

chciałeś się wryć w moje myśli, miałem właśnie powiedzieć, że z pewnością coś wpływa ochronnie 

na Chloe. Znasz imię boga lub demona, który otacza ją szczególną pieczą? A może co jakiś czas 

mamrocze zaklęcia lub wypowiada runy? Nie zauważyłeś przy niej amuletów bądź talizmanów? 

Nie wypisała niczego szczególnego na skórze?

-   Wspomniała   o   pewnej   rzeczy   -   przyznał   niechętnie   Kocur   po   chwili   milczenia.   -   O 

amulecie, który przed laty dostała od jakiejś Persjanki czy Greko-Persjanki. Nie warto sobie nią 

zaprzątać głowy.

- Nie warto, mówisz? A kiedy pierwsza dziewka zamieniła się w świnię, czy Fafryd ryczał 

ze śmiechu? Nie ryczał? Nieraz ostrzegałem, że to bardzo niemądre. Krzyczcie całemu światu o 

swoich powiązaniach ze Starszymi Bogami, a prędzej czy później jakiś wysłannik z piekieł...

-   Cóż   to   za   powiązania   ze   Starszymi   Bogami?   -   zapytał   ochoczo   Kocur,   choć   bał   się 

odpowiedzi.

Fafryd tylko mruczał drwiąco.

- Lepiej pominąć te sprawy milczeniem - rzekł stanowczo Ningobel. - Zauważyliście kogoś, 

kto okazywał szczególne zainteresowanie śmiechem Fafryda?

Kocur bił się z myślami, lecz gdy Fafryd zakasłał, przezwyciężył rozterki.

- Owszem. Pewną dziewczynę, Persjankę, jego ryki ciekawiły troszkę bardziej niż innych. 

Jeśli mnie pamięć nie myli, to tę samą, która dała Chloe amulet.

- Ma na imię Ahura - dorzucił Fafryd. - Kocur się w niej podkochuje.

- Ależ on zmyśla! - zaprzeczył Kocur ze śmiechem, mszcząc się na Fafrydzie morderczym 

spojrzeniem. -  Zaufaj mi,  ojcze, że  to  nieśmiała, głupiutka  dziewczyna.  Nie mieszajmy  jej  do 

naszych kłopotów.

- No, skoro tak twierdzisz - rzekł Ningobel karcącym głosem.

-   Tak   czy   inaczej,   jednego   jestem   pewien.   Ten,   kto   pohańbił   was   tak   niegodziwym 

zaklęciem, jeśli już miałbym go zaliczyć do rodzaju ludzkiego, jest mężczyzną...

background image

Kocurowi ulżyło. Wolałby oszczędzić gibkiej, czarnowłosej Ahurze udręk związanych z 

metodami, jakimi Ningobel podobno wymuszał zeznania. Choć miał do siebie żal za tak nieudolną 

próbę odwrócenia uwagi Ningobla od dziewczyny. Kiedy była o niej mowa, myśli plątały mu się w 

głowie.

- ...i adeptem - dokończył Ningobel. - Tak, synowie, adeptem, aczkolwiek po mistrzowsku 

praktykuje najczarniejszą z magii, w której nie znajdziecie bodaj błysku światła.

Kocur wzdrygnął się.

- Znowu? - bąknął Fafryd.

-   Ano   znowu   -   potwierdził   Ningobel.   -   Chociaż   nie   pojmuję,   czym,   jeśli   nie   swymi 

powiązaniami ze Starszymi Bogami, skierowaliście na siebie ciekawość tych wielce tajemniczych 

osobistości. To nie są ludzie, którzy szukają rozgłosu i chcą się zapisać złotymi zgłoskami na 

kartach historii. Oni wolą...

- Ale o kim ty mówisz!? - wykrzyknął Fafryd.

- Cicho bądź, gwałcicielu retoryki! Oni wolą trzymać się na uboczu i mają po temu słuszne 

powody.   Są   niestrudzonymi   zdobywcami   wiedzy   tajemnej,   nie   przejmują   się   następstwami   jej 

zastosowania.   Zależy   im   wyłącznie   na   zaspokajaniu   swoich   pragnień   poznawczych,   przez   co 

każdemu z ich strony grozi podwójne niebezpieczeństwo. Są...

- Jak się nazywają?

-   Milcz,   ciemięzco   pięknych   zwrotów!   Są   niereligijni   i   na   swój   sposób   nieustraszeni. 

Uważając się za współtwórców przeznaczenia, gardzą boginią losu, demonem prawdopodobieństwa 

i mocami opatrzności. Słowem, są przeciwnikami, przed którymi powinniście drżeć i pokłonić się w 

pokorze.

- Jakże on się nazywa, ojcze? Ma imię? - wybuchnął Fafryd.

Kocur znowu ośmielił się na zgryźliwość:

- Zapewne to jeden z Sabichonów, prawda, ojcze?

-   Nieprawda.   Sabichonowie   są   biednym   ludem   rybaków,   którzy   mieszkają   na   bliższym 

brzegu dalszego jeziora i oddają cześć zwierzęcemu bożkowi Wejonowi. Innych bogów nie znają.

Kocur zdziwił się niepomiernie tym wyjaśnieniem, albowiem sądził, że Sabichonowie żyją 

tylko w jego wyobraźni.

- Cóż, nazywa się... - zaczął Ningobel i parsknął chichotem.- Zapomniałem, że pod żadnym 

pozorem nie wolno mi wyjawić jego imienia.

Fafryd zerwał się na równe nogi, zdenerwowany.

- Co?!

-   Tak,   tak,   dzieci.   -   Łodygi   oczu   czarodzieja   zesztywniały   nagle,   wyrażając   tym   jego 

nieprzebłagany upór. - Możecie być pewni, że nijak wam nie pomogę - (Tu Fafryd zacisnął pięści) - 

background image

a nawet się cieszę - (Fafryd zaklął) - bo nie sadzę, żeby mogła was dosięgnąć sprawiedliwsza kara 

za szkaradną rozpustę, w której się nurzacie bez opamiętania, co mnie zawsze bolało... - ( Fafryd 

położył dłoń na rękojeści miecza). - Szczerze mówiąc, sam wybrałbym to zaklęcie, gdybym miał 

się z wami policzyć za występne czyny.

Teraz jednak posunął się za daleko, bowiem Fafryd warknął:

- A więc to ty za tym wszystkim stoisz! - Wyszarpnął miecz i ruszył wolno ku zakrytej 

płaszczem postaci.

- Pogódźcie się z losem, dzieci, nie buntujcie się i nie narzekajcie. - (Fafryd wciąż się 

zbliżał)   -   Będzie   lepiej,   jak   za   moim   przykładem   wycofacie   się   z   życia   i   oddacie   pokucie   i 

medytacjom.

- (Miecz połyskujący w świetle ogniska był już pół piędzi od niego). - Będzie lepiej, jak swą 

ziemską pielgrzymkę zakończycie gdzieś w cichym ustroniu, w otoczeniu wiernego stada świń i 

ślimaków

- (Miecz dotknął skraju jego płaszcza) - resztę swoich dni poświęcając pogłębianiu więzi 

zrozumienia   i   miłości   między   człowiekiem   a   istotą   niższego   rzędu.   Wszelako...   -   Ningobel 

westchnął i miecz się zatrzymał. - Jeżeli poważnie rozważacie zuchwały zamiar zmierzenia się z 

owym adeptem, to poczuwam się do obowiązku dania wam kilku wskazówek. Zarazem ostrzegam, 

że napytacie sobie biedy i obarczycie się powinnościami, których do starości nie wypełnicie i które 

łatwo mogą przywieść was do zguby.

Fafryd opuścił miecz. W czarnej jaskini zapadła grobowa, złowieszcza cisza. Po dłuższym 

milczeniu - głosem głuchym, lecz wyraźnym, podobnym do dźwięków wydawanych przez posąg 

Memnona w Tebach w pierwszych promieniach wschodzącego słońca

Ningobel ciągnął swój wywód:

- Widzę wszystko dość niewyraźnie, jak obraz na rdzewiejącym zwierciadle, tym niemniej 

widzę, co następuje: na początek musicie zdobyć kilka drobiazgów. Całun Arymana z tajemnej 

kaplicy w pobliżu Persepolis...

- Ale co z okrutnymi wojownikami Arymana, ojcze? - wtrącił Kocur. - Jest ich aż dwunastu. 

Dwunastu, ojcze, i nie sposób z nimi wygrać ani ich przekonać.

- Wyobrażasz sobie, że będziesz traktowany jak szczenię? Rzucę ci patyk, przyniesiesz i 

koniec zadania? - prychnąt gniewnie Ningobel. - A więc do rzeczy. Odnajdziecie sproszkowaną 

mumię Faraona-Demona, którego straszne rządy po śmierci Echnatona trwały trzy noce, jakich 

historia nie znała...

- Ależ ojcze! - zaprotestował Fafryd z lekkim rumieńcem na twarzy. - Wiesz przecież, kto 

posiada sproszkowaną mumię i czego zażąda od dwóch mężczyzn, którzy ją odwiedzą!

background image

- Sza! Jestem starszy od ciebie o całe eony. Po trzecie, musicie znaleźć kielich, z którego 

Sokrates wypił cykutę. Po czwarte, gałązkę z pierwszego Drzewa Życia. I wreszcie... - Zawahał się, 

jakby pamięć go zawodziła. Wygrzebał ze stosu glinianą skorupę i odczytał napis: - I wreszcie 

musicie zdobyć kobietę, która przyjdzie, gdy będzie gotowa.

- Jaką kobietę?

-   Kobietę,   która   przyjdzie,   gdy   będzie   gotowa.   -   Ningobel   odrzucił   skorupę,   przez   co 

obsunęło się całe zbocze ogromnej sterty.

- Do kroćset kości Lokiego! - zaklął Fafryd.

- Ależ ojcze - rzekł Kocur. - Żadna kobieta nie przychodzi, kiedy jest gotowa. Zawsze coś 

jeszcze poprawia.

Ningobel sapnął wesoło.

- Nie smućcie się, dzieci. Wszak wasz serdeczny przyjaciel plotkarz ma w zwyczaju dawać 

proste rady, prawda?

- Nieprawda - odpowiedział Fafryd.

- Cóż, kiedy już zdobędziecie to wszystko, udacie się do Zaginionego Miasta Arymana, 

które leży na wschód od Armenii. Nawet szeptem nie wspominajcie jego nazwy.

- Chodzi o Hatti? - szepnął Kocur.

-   Nie,   trutniu!   Zresztą,   jakim   prawem   mi   przerywasz,   zamiast   ciężko   pracować   nad 

szczegółami skandalu z piątkową nałożnicą, trzema eunuchami i niewolnicą z Samos?

- Jakże to, tropicielu niewspomnianych wiadomości? Wszak wytężam wszystkie siły, aż 

myśli się mącą i w głowie trzeszczy, a wszystko z życzliwości dla ciebie. - Kocur ucieszył się z 

pytania Ningobla, bowiem na śmierć zapomniał o trzech eunuchach, co mogło się na nim zemścić; 

nikt o zdrowych zmysłach nie próbował okpić plotkarza choćby na strzępek obiecanej bujdy.

-   Po   przybyciu   do   Zaginionego   Miasta   -   ciągnął   Ningobel   -   odszukacie   gruzy   czarnej 

kaplicy, zaprowadzicie kobietę przed główny grobowiec, owiniecie ją całunem Arymana i podacie 

jej do wypicia proszek z mumii w kielichu po cykucie. Proszek rozpuścicie w winie zabranym z 

tego samego miejsca, gdzie znajdziecie mumię. Wręczycie kobiecie gałązkę z Drzewa Życia i 

zaczekacie do świtu.

- A potem co? - zapytał gromko Fafryd.

- Potem zwierciadło już całkiem rdzewieje. Widzę niewiele więcej ponad to, że ktoś wróci 

skądś, gdzie powinien zostać, a wy... lepiej uważajcie na kobietę.

- Ojcze, to uganianie się za magicznym chłamem jest wielce uciążliwe! - denerwował się 

Fafryd. - Nie lepiej od razu iść do Zaginionego Miasta?

- Bez mapy na całunie Arymana? - bąknął Ningobel.

background image

-   Nadal   nie   chcesz   nam   wyjawić   imienia   adepta?   -   zaryzykował   Kocur   pytanie.   -   Ani 

imienia kobiety? Rzeczywiście, szczenięcy problem. Oddajemy ci sukę, a ty nam ją zwracasz i w 

dodatku z młodymi.

Ningobel   nieznacznie   pokiwał   głową.   Sześcioro   oczu   powróciło   pod   kaptur,   gdzie 

utworzyły złowieszczą świetlistą mozaikę.

Kocurowi mrowie przeszło po skórze.

- Czemuż to, rozdawco zagadek - zapytał zdenerwowany Fafryd - wyjawiasz nam zawsze 

jeno pół prawdy? - Może po to, aby w decydującej chwili nasze miecze uderzyły z połowicznym 

impetem?

Ningobel zachichotał.

- Dlatego, że znam was aż za dobrze, dzieci. Gdybym ci rzekł, byczku, bodaj słowo więcej, 

już byś rąbał tym swoim mieczyskiem na lewo i prawo. A twój koci towarzysz już by obmyślał 

niezdarne,   dziecinne   zaklęcia.   W   swoim   zuchwalstwie   nie   porywacie   się   na   konkretną   istotę, 

porywacie się na tajemnicę. Nie macie do czynienia z jedną osobą, lecz z mirażem. Przed wami 

kamień, który spił krew i tkankę życia, koszmar wyzwolony ze snu.

Zdawało   się,  że  w   głębokich  czeluściach   pieczary  rusza   się   coś   przyczajone  w   mroku. 

Wrażenie szybko minęło.

Ningobel mruknął z zadowoleniem.

- A teraz należy mi się chwila odpoczynku. Jeśli łaska, posłuchałbym już owej historii, którą 

Kocur z taką ochotą chce mi opowiedzieć.

Nie było rady, Kocur musiał spełnić jego życzenie. Od razu uprzedził, że nałożnica, trzech 

eunuchów i niewolnica to dopiero wierzchołek góry lodowej. Główny wątek, choć nie jedyny, 

dotyczył czterech niesławnych służek bogini Isztar i jednego karła, któremu natura w pewnym 

względzie hojnie zrekompensowała pokraczny wygląd. Kiedy ognisko przygasało, podkradał się 

dziwny stwór podobny do małpy i dokładał drzewa. Godziny płynęły i płynęły, bowiem Kocur 

zawsze dawał się ponieść wyobraźni. Bywało, że Fafryd wytrzeszczał oczy ze zdumienia, innymi 

razy brzuch Ningobla kołysał się na podobieństwo góry przy trzęsieniu ziemi. Wreszcie jednak 

opowieść dobiegła końca, mimo iż wydawała się urwana w połowie niczym fragment nieznanej 

melodii.

Przyszło się pożegnać. Padły jeszcze ostatnie pytania (bez odpowiedzi) i dwaj przyjaciele 

ruszyli w  drogę powrotną. A  Ningobel zaczął w  pamięci porządkować szczegóły Kocurowego 

opowiadania; wiedząc, że zostało zaimprowizowane, tym bardziej je cenił.

Jedno z jego ulubionych powiedzeń brzmiało: Kto w kłamstwie jest artystą, nawet nie wie, 

jak bardzo się zbliża do prawdy.

background image

Fafryd i Kocur prawie już zeszli po schodach z głazów, kiedy usłyszeli za sobą cichy stukot. 

Obejrzawszy się, zobaczyli Ningobla zerkającego na nich zza skalnego załomu. Czarodziej jedną 

laską się podpierał, drugą uderzał o kamień.

- Dzieci! - zawołał głosem cieniutkim jak śpiew fleta w świątyni Baala. - Właśnie sobie 

uświadomiłem, że w odległych przestrzeniach coś pożąda czegoś, co do was należy. Strzeżcie pilnie 

tego, czego zwykle strzec nie trzeba.

- Oczywiście, praojcze łamigłówek.

- Będziecie na siebie uważać? - dodał czarodziej głosem elfa. - Od tego zależy wasze życie.

- Tak, ojcze.

Ningobel pomachał im laską i zniknął między skałami. Mdłe zwierzęta podążyły za nim ku 

nieprzebytym ciemnościom - ale czy po to, żeby składać raporty i odbierać rozkazy, czy po prostu 

żeby   uprzyjemnić   mu   czas   swawolami   figlami,   tego   nie   sposób   było   rozstrzygnąć.   Niektórzy 

twierdzili,   że   Ningobla   powołali   do   istnienia   Starsi   Bogowie,   aby   dawał   ludziom   zagadki   do 

rozwiązywania i tym samym hartował ich wyobraźnię przed konfrontacją z cięższymi dylematami. 

Nikt nie wiedział, czy Ningobel istotnie posiada zdolność jasnowidzenia, czy może ustawia scenę 

dla przyszłych wydarzeń z tak niedościgłą pomysłowością, że jedynie potężny dżinn lub biegły 

adept wiedzy tajemnej mógłby uchylić się od odegrania powierzonej mu roli.

3. KOBIETA, KTÓRA PRZYSZŁA

Odkąd po wyjściu z Bezdennych Jaskiń Fafryd i Szary Kocur ponownie znaleźli się w 

oślepiającym słońcu, przez pewien czas mgiełka tajemnicy owiewała ich losy. Ogólnie rzecz biorąc, 

kronikarze skąpili im miejsca w annałach, albowiem herosi o tak zszarganej reputacji nie mieścili 

się w konwencji klasycznej mitologii: byli zbyt niezależni, aby przypisać ich do jakiegokolwiek 

ludu, miewali zbyt nieprawdopodobne i spektakularne przygody jak na gusta historyków i wreszcie 

nazbyt często bratali się z hołotą tak zróżnicowanego autoramentu jak bezimienne demony, wyklęci 

czarodzieje i na wpół zapomniani bogowie - reprezentantami całego nadprzyrodzonego półświatka. 

Ich   przeżycia   tym   trudniej   zrekonstruować,   że   następowały   w   czasie,   gdy   zajmowali   się 

złodziejstwem wymagającym skrytości, ostrożności i mylenia tropów. Nie oznacza to jednak, że 

zatarły się wszelkie ślady.

Jakie? Otóż jeszcze sto lat później kapłani Arymana śpiewali w trakcie rytuałów - choć 

tylko   głupiec   uwierzyłby   w   ich   słowa   -   o   niezwykłym   zniknięciu   świętego   całunu,   po   który 

pofatygował się sam jego właściciel. Pewnej nocy dwunastu okrutnych wojowników ujrzało, jak 

background image

pokryty czarnymi znakami całun unosi się nad ołtarzem niby słup pajęczyn i przybiera olbrzymie 

rozmiary, chociaż ukryta pod nim postać zdawała się mieć człowiecze kształty. Wówczas dał się 

słyszeć   głos   Arymana.   Gdy   oddali   mu   cześć,   odpowiedział   im   niejasnymi   przypowieściami   i 

krokiem giganta wyszedł z tajemnej kaplicy. Po stu latach najmądrzejszy z kapłanów wysunął takie 

przypuszczenie:   „Rzekłbym,   człek   jakowyś   na   szczudłach   albo   (tu   mu   się   udało!)   człowiek 

siedzący na ramionach drugiego".

Do tego dochodziła historia, którą Nikri, służebnica cieszącej się złą reputacją Fałszywej 

Leodike, opowiedziała kucharce, smarując maścią ciało posiniaczone po ostatniej chłoście. Mówiła 

o dwóch nieznajomych goszczących u jej pani, zaproszonych przez nią na wspólną balangę, i o tym, 

jak uciekli przed puginałami czarnoskórych eunuchów, mających rozprawić się z nimi po uczcie.

„To   jacyś   czarownicy   -   utrzymywała   Nikri   -   bo   w   czasie   orgii   przemienili   panią   w 

obrzydliwego, rogatego dziwotwora, straszne połączenie świni i ślimaka. Ha, nie koniec na tym! 

Ukradli wina z afrodyzjakami. Kiedy wyszło na jaw, że zabrali także proszek z mumii demona, 

dzięki   któremu   zamierzała   rozbudzić   cielesne   żądze   Ptolemeusza,   wrzasnęła   wniebogłosy   i 

oćwiczyła mnie drapakiem do pleców. Aj, jak to piecze!" 

Kucharka zachichotała.

Kto jednak i w jakim przebraniu odwiedził Hieronima, zachłannego poborcę podatkowego i 

znawcę win z Antiochii, tego można się tylko domyślać. Któregoś ranka znaleziono go w skarbcu, 

gdzie leżał z zimnymi i nieruchomymi kończynami, jakby się napił soku z cykuty. Na jego nalanej 

twarzy gościł wyraz trwogi, a sławetny kielich, częsty towarzysz jego pijatyk, przepadł bez wieści, 

choć na stole przed poborcą widać było jeszcze mokre kółka.

Nieszczęśnik wrócił do zdrowia, lecz nie chciał nikomu powiedzieć, co się wydarzyło.

Kapłani   opiekujący   się   Drzewem   Życia   w   Babilonie   byli   bardziej   rozmowni.   Pewnego 

wieczora, zaraz po zmierzchu, zauważyli w półmroku, że najwyższe gałęzie się trzęsą. Do tego dał 

się słyszeć chrobot piłki. Nic więcej się nie ruszało i nie hałasowało w okolicy. Wokół rozciągało 

się   wyludnione   miasto,   skąd   przeszło   siedem   dekad   wcześniej   przegnano   ludzi   do   pobliskiej 

Seleucji.  Kapłani   przychodzili   tu   jednak,  choć   potajemnie   i  w   wielkim  strachu,  aby  dopełniać 

świętych obowiązków.

Bardzo szybko przygotowali się do działania: jedni zamierzali wejść na drzewo z ostrymi 

złotymi sierpami, drudzy zakładali na łuk strzały ze złotymi grotami, aby ustrzelić świętokradcę, 

gdy   raptem   oderwał   się   od   gałęzi   wielki,   szary   stwór   podobny   do   nietoperza   i   zniknął   za 

poszarpanym murem. Można zaryzykować stwierdzenie, że był to człowiek na cienkiej, mocnej 

linie, ale ponieważ ostatnio sporo się mówiło o tajemniczych istotach, które fruwały nocą nad 

ruinami Babilonu, kapłani woleli zaniechać pościgu.

background image

Wreszcie Fafryd i Szary Kocur wrócili do Tyru, a po tygodniu byli już przygotowani do 

ostatniego etapu misji. Po minięciu bram grodu zatrzymali  się na chwilę u wejścia na Groblę 

Aleksandra,   będącą   trzonem   wciąż   rozrastającego   się   przesmyku.   Patrząc   na   nią,   Fafryd 

przypomniał sobie, jak kiedyś pewien nieznajomy opowiedział mu o przygodzie dwóch mężnych 

podróżników, którzy z górą sto lat temu dzielnie wspierali Tyryjczyków w beznadziejnej obronie 

przed wojskami Aleksandra Wielkiego. Większy zarzucał wrogie statki ciężkimi głazami, mniejszy 

nurkował   i   pod   wodą   przecinał   pilnikiem   łańcuchy   kotwic.   Nieznajomy   twierdził,   że   imiona 

bohaterów brzmiały Fafryd i Szary Kocur. Fafryd nawet nie wyprowadzał go z błędu.

Zbliżał się wieczór: najlepsza pora, by wytchnąć od przygód, powspominać dawne wojaże i 

snuć mgliste i romantyczne przypuszczenia w kwestii tego, co przyniesie przyszłość.

- Myślę, że każda kobieta by się nadała - upierał się Kocur, rozdrażniony. - Ningobel lubi 

mówić zagadkami. Weźmy Chloe!

- Mamy czekać wiecznie, aż będzie gotowa? - zapytał Fafryd z lekkim uśmiechem.

Czerwono-złota   tarcza   słońca   chowała   się   w   pomarszczonym   morzu.   Kupcy,   którzy 

zbudowali stragan na tym końcu grobli, aby w dniu targowym farmerzy i handlarze z lądu mogli 

zahaczyć najpierw o nich, pakowali już towary i rozbierali wiatę.

-   Prędzej   czy   później   każda   kobieta   będzie   gotowa   i   przyjdzie   -   żachnął   się   Kocur.   - 

Starczyłoby wziąć dla niej jedwabny namiot i kilka niezbędnych przedmiotów. Jakiż to kłopot?

- Żaden. Pewnie upchałoby się wszystko na jednego słonia.

W zapadającym zmroku budynki miasta rysowały się ciemną krechą, chociaż tu i ówdzie na 

dachach   błyskały   światełka,   a   złocony   szczyt   świątyni   Baala-Melkarta   kładł   na   wodzie   długą, 

połyskliwą smugę, skręcającą  ku  wielkiemu  świetlistemu  gościńcowi,  jaki  malowało  na morzu 

zachodzące słońce. Osłonięty zmrokiem fenicki port wydawał się uśpiony, jakby wspominał we 

snach dni minionej chwały i nie przykładał wagi do wieści z szerokiego świata - o nieustannym 

pochodzie na wschód Rzymian, o porażce króla macedońskiego Filipa na wzgórzach Psie Głowy i o 

mającym   podzielić   jego   los   Antiochu,   któremu   z   pomocą   śpieszył   Hannibal   -   hen,   z   dalekiej 

zamorskiej siostry Tyru, Kartaginy.

- Chloe na pewno przyjdzie, jeśli poczekamy do jutra - ciągnął Kocur. - I tak musimy 

poczekać, bo Ningobel powiedział, że kobieta przyjdzie, kiedy będzie gotowa.

Od spustoszonego Starego Tyru dmuchnął chłodny wiaterek.

Kupcy   prędko   się   uwijali;   pierwsi   wracali   już   groblą   z   niewolnikami,   którzy   z   racji 

dźwiganych   pakunków   wyglądali   na   wybitnych   garbusów   czy   wręcz   jakieś   nieziemskie, 

groteskowe poczwary.

background image

- Nie będziemy tu czekać - rzekł Fafryd. - Jeśli kobieta nie przyjdzie, kiedy będzie gotowa, 

nie będzie tą kobietą, która miała przyjść, kiedy będzie gotowa. A jeśli nawet nią będzie, to lepiej 

niech się spręża, żeby nas dogonić.

Trzy konie awanturników poruszyły się nerwowo, a ten należący do Kocura zarżał. Jedynie 

rosły   wielbłąd,   któremu   zarzucili   na   grzbiet   bukłaki   z   winem,   różnorakie   kuferki   i   starannie 

owiniętą broń, stał zupełnie spokojnie. Fafryd i Szary Kocur bez szczególnego zainteresowania 

spoglądali na samotną postać, idącą groblą pod prąd ludzkiego strumienia. Ten widok co prawda 

nie   rozbudził   w   nich   podejrzliwości,   lecz   po   tylu   zuchwałych   przedsięwzięciach   nie   mogli 

wykluczać, że depcze im po piętach bezwzględna pogoń pod postacią okrutnych wojowników, 

czarnoskórych   eunuchów   z   puginałami,   babilońskich   kapłanów   ze   złotą   bronią   czy   zabójców 

nasłanych przez Hieronima z Antiochii.

- Chloe przyszłaby na czas, gdybyś pozwolił mi ją przekonać - twierdził Kocur. - Ona cię 

lubi i na pewno to o niej właśnie mówił Ningobel. Posiada amulet, który strzeże ją przed adeptem.

Słońce błyskało jeszcze rąbkiem tarczy, by zaraz skryć się pod wodą. Zgasły światełka na 

tyrejskich dachach. Świątynia Baala-Melkarta wrzynała się czarnym zarysem w granatowe niebo. 

Rozebrano ostatni stragan, a większość kupców przeszła już pół grobli. Nadal tylko jedna postać 

zmierzała w stronę głównego lądu.

- Po siedmiu nocach z Chloe jeszcze nie masz dosyć? - zapytał Fafryd. - Zresztą, czy 

będziesz jeszcze jej pragnął, kiedy zabijemy adepta i zdejmiemy z siebie zaklęcie?

- Owszem, całkiem możliwe, jeno pamiętaj, że tego adepta trzeba pierwej złapać. Poza tym, 

nie tylko ja skorzystam na towarzystwie Chloe.

Uwagę ich przykuł cichy okrzyk, który doleciał znad ciemnych wód, a dokładniej z miejsca, 

gdzie do Portu Egipskiego wolno wpływał statek handlowy z łacińskim ożaglowaniem. Można było 

odnieść wrażenie, że ten koniec grobli całkiem opustoszał... aż nagle na tle morza odcięła się ostro 

czarna, smukła postać, nie obładowana żadnym pakunkiem.

- Patrz, nie jesteśmy jedynymi głupcami, którzy opuszczają słodki Tyr o tak niewdzięcznej 

porze - zauważył Kocur. - Pomyśl, Fafryd, jak bardzo przyda nam się kobieta w zimnych górach. 

Zawsze ci przygotuje przysmaczek, pogłaszcze po czole.

- Ty nie myślisz wcale o czole, maluchu.

Znów się zerwał chłodny wiatr, jęczący na wydmach. Tyr zdawał się zwierzem prężącym 

się w zaczajeniu przeciwko groźbom czyhającym w ciemnościach. Ostatni kupiec szukał jakiejś 

zguby na czworakach.

Fafryd położył dłoń na grzbiecie wierzchowca. 

- Jedziemy.

Kocur spróbował raz jeszcze:

background image

-   Jeżeli   umiejętnie   z   nią   pogadamy,   nie   będzie   się   upierać,   żeby   wziąć   służkę   do 

namaszczania stóp olejkami.

Wtedy   zobaczyli,   że   ów   nieznajomy,   który   podobnie   jak   oni   opuszczał   miasto,   jest   w 

gruncie rzeczy szczupłą i wysoką kobietą. Miała na sobie ubranie, w którym wsiąkała w gęstniejący 

mrok, jakby w rzeczywistości przybywała nie z Tyru, ale z jakiegoś napowietrznego królestwa, 

skąd można zejść na ziemię dopiero po zachodzie słońca. Kiedy tak szła lekkim, rozkołysanym 

krokiem, ujrzeli jej jasne oblicze i kruczoczarne włosy. Serce o mało nie wyskoczyło z piersi 

Kocurowi;   czuł,   że   to   najwspanialsze   zwieńczenie   długich   oczekiwań   i   miał   wrażenie,   że   jest 

świadkiem narodzin Afrodyty - choć nie z piany morskiej, lecz z mroku. Albowiem była to jego 

ciemnowłosa   Ahura,   tyle   razy   spotykana   w   winiarniach,   chociaż   nie   patrzyła   już   chłodnym, 

nieśmiałym spojrzeniem, ale uśmiechała się ciepło.

Także w piersi Fafryda wezbrały gorące uczucia.

- A więc ty jesteś kobietą, która miała przyjść, gdy będzie gotowa? - zapytał wolno.

- Pewnie nawet nie wiesz - dodał wesoło Kocur - jak mało brakło, abyś się spóźniła.

4. ZAGINIONE MIASTO

Mijał już tydzień, w trakcie, którego stale posuwali się na północ skrajem pustyni, a mimo 

to o dziejach i zamierzeniach swej zagadkowej kompanki wciąż wiedzieli niewiele ponad to, co 

wyjawiła im Chloe. Pytana o powody swego przyjścia, Ahura odpowiadała, że wysłał ją Ningobel 

albo że Ningobel nie miał z tym nic wspólnego, albo że pewien zmarły bóg ze Starszyzny Bogów 

zesłał   jej   widzenie,   w   którym   szukała   brata,   o   którym   słuch   zaginął,   gdy   wybrał   się   na 

poszukiwania Zaginionego Miasta Arymana. Często pytania zbywała milczeniem, co wprawdzie 

przydawało jej tajemniczości, ale czasem rodziło podejrzenia. Tak czy owak, dzielnie znosiła trudy 

podróży, okazała się wytrawnym jeźdźcem i nie narzekała, ilekroć przyszło jej spać na gołej ziemi 

pod cienkim kocem. Wyglądało na to, że niczym jakiś szczególnie wrażliwy wędrowny ptak, Ahura 

dąży do celu z jeszcze większą niż oni zawziętością.

Przy każdej sposobności Kocur uparcie się do niej przymilał, hamowany jedynie obawą 

przed zamienieniem jej w ślimaka.

Jednakże po kilku dniach tych niespożytych zalotów spostrzegł, że Fafryd idzie z nim w 

zawody. Już wkrótce przyjaciele stali się rywalami ścigającymi się o przywilej udzielenia Ahurze 

nawet najdrobniejszej pomocy w tych rzadkich przypadkach, kiedy jej potrzebowała. Każdy chciał 

przodować   w   przechwałkach   i   opowieściach   o   najbardziej   nieprawdopodobnych   przygodach, 

background image

zawsze na baczności, by drugi nie został sam na sam z Ahurą. Jak długo ze sobą podróżowali, tak 

nigdy jeszcze nie musieli się wysilać na tyle rycerskości. Pozostali serdecznymi przyjaciółmi, o 

czym dobrze wiedzieli, ale i przyjaciółmi bardzo drażliwymi, o czym również wiedzieli. A pełna 

milczenia - i może chytrości - nieśmiałość Ahury, zachęcała obu do wzmożonych wysiłków.

Na południe od ruin Karkemisz przeprawili się przez Eufrat i ruszyli w kierunku źródeł 

Tygrysu, aż wpadli na szlak, którędy Ksenofont ongiś cofał się nad morze na czele 10 tysięcy 

greckich najemników. Stąd odbili na wschód. Zarazem wzbierało w nich rozdrażnienie.

Pewnego   dnia   Ahura   wędrowała   po   okolicy   w   niewielkim   oddaleniu,   pozwalając 

wierzchowcowi skubać zwiędnięte chwasty, gdy tymczasem dwaj przyjaciele siedzieli na głazie i 

sprzeczali się szeptem. Fafryd proponował zaniechać umizgów na czas trwania wyprawy, Kocur 

natomiast był zdania, że należy mu się pierwszeństwo. Ich zwada tak się zaogniła, że nie zauważyli 

frunącego ku nim białego gołębia, dopóki ptak z biciem skrzydeł nie usiadł na ramieniu Fafryda, 

które   ten   akurat   szeroko   rozkładał,   demonstrując   swą   wolę   czasowego   wyrzeknięcia   się 

dziewczyny... jeśli Kocur postąpi tak samo.

Fafryd zamrugał oczami i odpiął gołębiowi od nogi kawałek pergaminu.

- „Dziewczyna jest niebezpieczna - przeczytał. - Dajcie sobie z nią spokój".

Na maleńkiej pieczęci odciśnięto plątaninę siedmiorga oczu.

- Patrz, jest ich siedem! - zauważył Kocur. - Dowcipny!

Przez chwilę milczał, próbując wyobrazić sobie gigantyczną pajęczynę z niewidzialnych 

nici, która służyła plotkarzowi do zbierania wiadomości i załatwiania interesów.

Skoro więc propozycja Fafryda uzyskała tak nagłe i nieoczekiwane poparcie, spór został 

rozstrzygnięty i Kocur niechętnie poszedł na ustępstwa. Solennie sobie przyrzekli, że dopóki nie 

rozprawią się z adeptem, nie będą dobierać się do dziewczyny ani w żaden sposób ubiegać się o jej 

względy.

Przebywali   właśnie   w   okolicach,   gdzie   nie   było   miast,   w   kraju   żywcem   wziętym   ze 

wspomnień   Ksenofonta:   ranek   wstawał   tu   chłodny   i   mglisty,   w   południe   prażyło   słońce,   a   o 

zmierzchu człowiek bał się czujnych, okrutnych górskich plemion, pomny na powszechnie znane 

legendy o „małych ludziach" - różniących się od zwykłych ludzi w tym samym stopniu, co koty od 

psów. Ahura jakby nie chciała zauważyć, że Szary Kocur i Fafryd wyraźnie ochłodli w uczuciach 

dla niej. Wciąż była prowokująco nieśmiała i małomówna.

Nastawienie Kocura do dziewczyny poczęło ulegać diametralnej zmianie... może za sprawą 

goryczy związanej z potrzebą poskromienia namiętności, a może - po uwolnieniu się od obowiązku 

układania komplementów i dowcipnych uwag - dzięki trzeźwej ocenie sytuacji. Coraz częściej i 

częściej doznawał wrażenia, że tamta Ahura, dama jego serca, jest wątłą iskierką, ledwie widoczną 

w mroku obcej osoby, która z każdym dniem zachowuje się bardziej enigmatycznie, podejrzanie 

background image

czy   nawet,   rzec   można,   odpychająco.   Przypomniał   sobie,   jak   Chloe   nazywała   Ahurę.   Nieraz 

zastanawiał się nad legendą o Hermafrodycie, który kąpał się w karyjskim zdroju i tam złączył się 

w jedną istotę z nimfą Salmakis. Teraz, ilekroć patrzył na Ahurę, widział jedynie ogniste oczy 

spoglądające   przez   szczelinę   na   świat   łakomym   wzrokiem.   Wyobrażał   sobie,   jak   w   nocy 

dziewczyna śmieje się pod nosem z okrutnego zaklęcia, które ciążyło na nim i Fafrydzie. Znów 

miał obsesję na jej punkcie, wszelako kierowały nim teraz inne pobudki. Śledził ją potajemnie i 

obserwował   jej   minę,   kiedy   na   niego   nie   patrzyła,   jakby   tym   sposobem   zamierzał   rozwikłać 

zagadkę.

Zachowanie   Kocura   nie   uszło   uwagi   Fafryda,   który   przypuszczał,   że   jego   przyjaciel 

zamierza obejść warunki umowy. Zamiast dać wyraz swemu oburzeniu, jął śledzić druha równie 

pilnie, jak ten śledził Ahurę. Gdy trzeba było uzupełnić zapasy żywności, żaden już nie chciał 

polować w pojedynkę. Ich serdeczna dotąd komitywa znacznie się popsuła, a pewnego popołudnia 

całkiem legła w gruzy, bo kiedy przekraczali ciemny wąwóz na wschód od Armenii, znienacka 

sfrunął sokół i zatopił szpony w ramieniu Fafryda. Osiłek rozsiekał drapieżnika, aż posypały się 

okrwawione pióra, lecz zdążył zauważyć, że ptasi wysłannik przyniósł wiadomość.

„Uważaj na Kocura" - przeczytał, a ponieważ piekła go ręka podrapana szponami sokoła, 

przestał nad sobą panować. Kiedy Ahura uspokajała spłoszonego zajściem konia, zrównał się z 

Kocurem,   wynurzył   się   przed   nim   ze   swoich   podejrzeń   i   przestrzegł   go   przed   naruszaniem 

uzgodnionych reguł, bo w przeciwnym razie ich przyjaźń się skończy i przerodzi w śmiertelny 

pojedynek.

Obserwując Ahurę, Kocur słuchał jego wymówek z ponurą miną, jakby myślami błądził 

gdzieś   daleko.   Chętnie   opowiedziałby   Fafrydowi   o   swych   obawach,   lecz   wątpił,   czy   jego 

zwierzenia   zabrzmią   wiarygodnie.   Dodatkowo   denerwował   go   fakt,   że   jego   dobre   zamiary 

odczytano na opak. Tak więc kiedy Fafryd wyrzucił z siebie cały potok pogróżek, nic mu nie 

odpowiedział.   Co   ten   uznał   za   przyznanie   się   do   winy   i   kłusem   odjechał   naprzód,   dysząc   z 

wściekłości.

Byli już blisko kamienistej wyżyny, skąd niegdyś Medowie i Persowie zjeżdżali na podbój 

Asyrii i Chaldei. Tam właśnie, jeśli wierzyć wskazówkom Ningobla, powinni odnaleźć zapomnianą 

siedzibę Pana Wiecznego Zła. Archaiczna mapa na całunie Arymana początkowo wprowadzała w 

błąd, zamiast pomagać, wszakże po jednej niepokojącej, bo zdumiewająco błyskotliwej sugestii 

Ahury,   stała   się   o   wiele   bardziej   zrozumiała.   Wskazywała   drogę   do   głębokiego   jaru   -   gdzie 

zbliżający się wędrowiec oczekiwałby raczej zejścia łagodnym zboczem - a zaraz za nim dolinę, 

choć z daleka wydawało się, że wznosi się tam góra. Zgodnie z mapą, za kilka dni powinni dotrzeć 

do Zaginionego Miasta.

background image

Tymczasem   obsesja   Kocura   stale   się   pogłębiała,   by   w   końcu   nabrać   wyraźnych, 

zatrważających kształtów. Uwierzył, bowiem, że Ahura jest mężczyzną. Wspólne obozowe życie i 

konsekwentne śledztwo już dawno powinno dostarczyć niezbitych dowodów na potwierdzenie lub 

obalenie tej śmiałej hipotezy, jednakże, - co ze zdziwieniem uświadomił sobie Kocur po wnikliwym 

rozważeniu sytuacji - tak się nie stało. Owszem, z wyglądu, ruchów i najbłahszych czynności 

zdawała się kobietą, lecz on nieraz spotykał wymalowanych, słodkich i naturalnie zachowujących 

się   szpiegów   z   podkładkami   na   piersiach,   którzy   z   równym   powodzeniem   wcielali   się   w   rolę 

niewiasty.   Ohydne,   lecz   prawdziwe.   Odtąd   chorobliwa   ciekawość   zmuszała   go   do 

zwielokrotnionych wysiłków, toteż wodził za dziewczyną posępnym wzrokiem jeszcze częściej, co 

oczywiście złościło Fafryda, który swój nastrój okazywał uderzaniem dłoni o rękojeść miecza... 

mimo, iż nigdy nie udało mu się nastraszyć tym Kocura. Każdy z nich z własnych powodów 

pozostawał markotny - niczym wielbłąd, który co rusz przystawał, dając do zrozumienia, że z 

największą niechęcią oddala się od życiodajnej pustyni.

Ostatnie   dni,   kiedy   zbliżali   się   do   starożytnej   świątyni   Arymana,   pokonując   mroczne 

wąwozy i skaliste wzniesienia, były prawdziwym koszmarem dla Szarego Kocura. Fafryd jawił mu 

się jako nieprzyjazny olbrzym o białej twarzy (przypominający mu kogoś znanego z dawnych 

czasów), a sama wyprawa zdawała się marszem splątanymi, ślepymi korytarzami snów. Nadal miał 

ochotę zdać sprawę olbrzymowi ze swoich potwornych podejrzeń, lecz brakowało mu odwagi, a 

olbrzym   kochał   Ahurę.   Do   tego   wciąż   nie   udawało   mu   się   zdemaskować   dziewczyny,   zjawy 

krążącej poza jego zasięgiem. Doszedł do wniosku, iż w jej zachowaniu nie zaszła żadna zmiana - 

może   tylko   taka,   że   bardziej   nalegała   na   pośpiech,   jakby   jej   statek   miał   wkrótce   wpłynąć   do 

macierzystego portu.

Aż   w   końcu   pewnej   nocy   nie   mógł   już   znieść   męki   niepewności.   Wyczołgał   się   spod 

rumowiska dokuczliwych sennych majaków, dźwignął się na łokciach i rozejrzał cicho jak zwierzę, 

od którego wziął sobie przydomek.

Na szczęście nie było wiatru, inaczej chłód dawałby się mocno we znaki. W ognisku ledwo 

tliły się węgle. Księżycowa poświata odsłaniała gęstwę loków Fafryda i jego ramię wysunięte spod 

włochatego niedźwiedziego futra. W tej samej poświacie tonęła postać Ahury leżącej na wznak po 

drugiej stronie ogniska; jej spokojne, śpiące oblicze, z lekka poruszane oddechem, było zwrócone 

na gwiazdy.

Kocur odczekał dłuższą chwilę, po czym, wciąż bezszelestnie, zsunął z siebie szary płaszcz, 

sięgnął po miecz, okrążył ognisko i przyklęknął obok dziewczyny. Znów musiało upłynąć trochę 

czasu, nim beznamiętnie przyjrzał się jej twarzy. Ciągle jednak widział maskę hermafrodyty, która 

prześladowała go na jawie - jeżeli umiał jeszcze odróżnić jawę od snu. Wtem jego dłonie pobiegły 

ku   niej...   i   zatrzymały   się   raptownie.   Ponownie   zamarł   w   bezruchu.   Wreszcie,   wykonując 

background image

wyważone ruchy wyćwiczonego lunatyka, (choć bez porównania cichsze), zdjął z niej wełniany 

płaszcz, wyciągniętym nożykiem uniósł pod szyją rąbek sukni i ostrożnie, aby nie dotknąć ciała, 

rozciął ją aż do kolan. Podobnie postąpił z chitonem.

Białe jak alabaster piersi, o których sądził, że ich nie zobaczy, były na swoim miejscu. 

Pomimo to jego koszmar, zamiast ustąpić, jeszcze się nasilił. Nasunęła mu się myśl tak niezwykła, 

że wymagała czegoś więcej niż zwykłe zdumienie. Bo kiedy tak klęczał, pochłonięty oględzinami, 

nabrał bezwzględnej pewności, że owo alabastrowe ciało także jest maską - wykonaną z równą 

starannością co twarz i z równie strasznych, nieodgadnionych przyczyn.

Powieki nawet nie drgnęły, za to ukazały się brzegi zębów, jak gdyby w rozmyślnym, 

przelotnym uśmiechu. Kocur nie miał już cienia wątpliwości: Ahura była mężczyzną.

Posłyszał z tyłu chrzęst węgli. Odwróciwszy się, ujrzał głowę Fafryda, a nad nią lśniącą 

stalową klingę, która na moment zastygła, jakby bóg z iście nadludzką cierpliwością dawał swemu 

stworzeniu ostatnią szansę, nim razi go piorunem.

Kocur w samą porę wyrwał z pochwy smukły miecz, by zasłonić się przed tytanicznym 

ciosem. Obie głownie jęknęły od rękojeści po sztych.

W  odpowiedzi na  ów  jęk, łącząc się  z  nim, pogłębiając  go i  wydłużając,  nadciągnął  z 

zachodu, mimo panującej dotąd ciszy, huraganowy wicher, w którego porywach Kocur poleciał w 

przód, Fafryd zatoczył się w tył, a Ahura przeturlała się po wypalonym ognisku.

 Wicher ucichł, nim się na dobre rozhulał. Gdy się uspokajał, coś podobnego do nietoperza 

zjawiło się przed Kocurem i pozwoliło się schwytać. Nie był to wszakże ani ptak, ani duży liść, 

tylko papirus.

Żar z ogniska obsypał kępę suchej trawy i jakby celowo wzniecił ogień. W czerwonym 

blasku Kocur obejrzał przybyły nie wiedzieć skąd skrawek cienkiego papirusu. Skinął nagląco na 

Fafryda, który wykręcał się spomiędzy gałęzi karłowatych sosen.

Nad   bezkształtną   pieczęcią,   wypisana   dużymi   czarnymi   literami,   widniała   taka   oto 

wiadomość:

„Do kroćset katów, przerwijcie wreszcie tę kłótnię i ruszajcie za kobietą!"

Spostrzegli, że Ahura zagląda przez szparę między ich ramionami. Zza strzępka czarnej 

chmury wyjrzała jasna tarcza księżyca.

Dziewczyna   bacznie   im   się   przyjrzała,   poprawiła   chiton   i   suknię   i   owinęła   płaszczem. 

Zebrali konie, wyciągnęli wielbłąda z kolczastych zarośli, gdzie bezradnie udręczał się nad swoim 

losem, i wyruszyli w dalszą drogę.

Nawet nie przypuszczali, jak prędko zobaczą Zaginione Miasto.

background image

Bali się nawet, że to jakaś pułapka albo robota iluzjonisty. Dopiero, co Ahura pokazywała 

im usiany głazami grzbiet wzgórza, a już patrzyli w dół na wąską kotlinę, w której stały monolity: 

wsparte o siebie w dziwacznych pozach, osrebrzone blaskiem księżyca i pocięte siatką cieni.

Od razu widać było, że „miasto" to określenie zbyt szumne.

Ludzie z pewnością nigdy nie mieszkali w tych masywnych ,kamiennych budowlach, choć 

może dokonywali tu religijnych obrzędów.

Mogłyby tu bytować co najwyżej egipskie posągi bądź mechaniczne twory z kamienia.

Fafryd i Szary Kocur nie mieli czasu podziwiać zabytków w całej okazałości, bo nagle, bez 

uprzedzenia, Ahura spięła konia i zaczęła zjeżdżać w dół po osuwającym się zboczu. Zatem i oni 

wyrwali   karkołomnym,   zwariowanym   galopem   -   konie   zdawały   się   rozpędzonymi   cieniami, 

wielbłąd zaś drapieżnym duchem - poprzez las z grubsza ciosanych słupów, pod nadprożami o 

słoniowych rozmiarach, wciąż za niedoścignionym odgłosem kopyt. Znaleźli się wnet na otwartym 

placu zalanym blaskiem księżyca, między wielkim monolitem przypominającym formą człowieka a 

olbrzymią kamienną bryłą podobną do sarkofagu, ku któremu pięły się schody.

Jeszcze nie zdążyli zastanowić się nad niesamowitością tego miejsca, gdy przyzwała ich 

niecierpliwym gestem Ahura. Przypomnieli sobie rady Ningobla i spostrzegli, że już prawie świta. 

Poodpinali paczki i kuferki z grzbietu drżącego, parskającego wielbłąda. Fafryd rozwinął ciemny, 

powiewny całun Arymana i otulił nim dziewczynę, która w milczeniu patrzyła na grobowiec. Na jej 

marmurowym obliczu odbijało się podniecenie, jakby przed chwilą wyskoczyła spod kamieni.

Podczas gdy Fafryd zajmował się swoją robotą, Kocur otworzył hebanowy kuferek, dawną 

własność Fałszywej Leodike. Ogarnięty dziwną ochotą do błazeństw, niezgrabnie odtańczył rolę 

służącego eunucha, nim ustawił na kamiennej płycie w artystycznym porządku wszystkie słoiczki, 

flakoniki i amforki wyciągnięte z kuferka. Odpowiednim do okazji falsetem, zaśpiewał:

Nakryłem raz dla Seleacjana,

Z gustem i sercem zastawa dobrana.

Wielce rad musiał być satrapa,

Bo gdy już się napchał, wysapał:

„Za karę kastrować cię każę!"

- Hej, Fafryd! - zawołał. - Chłopa wykastrowano jeszcze za dzieciaka, tedy żadna krzywda 

stać mu się nie mogła! A że wcześniejsza kastracja...

- Zaraz ci wykastruję tę przemądrzałą japę! - krzyknął Fafryd.

background image

Zamachnął się pierwszym magicznym przedmiotem, jaki wpadł mu w ręce, lecz w porę się 

powstrzymał.

Kiedy Kocur dostał kielich Sokratesa, nie rezygnując ze śpiewów i pląsów, wsypał doń 

miarkę prochu z mumii, dodał wina, wszystko starannie rozmieszał, po czym w dzikich podskokach 

zbliżył się do Ahury i podsunął jej naczynie. A skoro się nie ruszała, przytknął jej kielich do ust. 

Nie spuszczając oka z grobowca, Ahura duszkiem wypiła zawartość. Wtedy przyniósł gałązkę z 

babilońskiego Drzewa Życia, która zachowała swą cudowną świeżość i sztywność listków, jakby 

uciął ją przed paroma chwilami. Delikatnie rozchylił ściśnięte palce dziewczyny, położył na nich 

gałązkę i zamknął jej dłoń.

Pozostało im tylko czekać. Na horyzoncie niebo zaróżowiło się i na krótko pociemniało, 

kiedy gwiazdy zaczęły gasnąć, a księżyc przybladł. Rozłożone afrodyzjaki ostygły, tak iż wiatr nie 

mógł spijać ich wonnych oparów. Kobieta wciąż stała ze wzrokiem wbitym w grobowiec, a za nią - 

niby jej groteskowo powiększony cień, wpatrzony w to samo miejsce - wznosił się przypominający 

postać  ludzką   monolit.  Kocur   zerkał  z   niepokojem   przez  ramię,  próbując  rozstrzygnąć,   czy   to 

prymitywne   dzieło   niewprawnych   rzeźbiarzy,   czy   raczej   posąg,   który   ludzie   gruntownie 

zdeformowali, bo symbolizował zbyt wiele zła.

W miarę jak wstawał świt. Kocur zaczął dostrzegać szczegóły odrażających płaskorzeźb na 

sarkofagu, przedstawiających ludzi podobnych do kamiennych słupów i zwierzęta jak góry.

Fafryd patrzył na zieloną gałązkę w ręku Ahury, aż nagle ujrzał rzecz przedziwną. Oto 

gałązka w okamgnieniu zwiędła, pozwijała się i zamieniła w czarny patyk. W tej samej chwili 

Ahura   zadrżała   i   jeszcze   bardziej   pobladła.   Zdawała   się   teraz   biała   jak   śnieg.   Kocur   odniósł 

wrażenie, że wokół jej głowy tworzy się mały, zwiewny obłok, a tajemniczy nieznajomy, którego 

nienawidził, wychodzi z jej ciała niby dżinn z butelki.

Ciężka kamienna pokrywa sarkofagu zgrzytnęła i jęła się udnosić.

Ahura ruszyła w stronę grobowca. Kocurowi wydawało się, że czarny obłok ciągnie ją tak 

samo, jak żagle ciągną statek.

Podnosząca   się   szybko   pokrywa   wyglądała   na   górną   szczękę   kamiennego   krokodyla. 

Czarny   obłok   sunął   triumfalnie   do   poszerzającego   się   otworu,   wlokąc   za   sobą   białą   chmurkę. 

Sarkofag otworzył się na całą długość. Ahura podeszła i zajrzała do wnętrza... lub, w przekonaniu 

Kocura, została tam częściowo wciągnięta przez czarny obłok. Chwyciły ją silne dreszcze i po 

chwili osunęła się jak pusty worek na krawędź sarkofagu.

Fafryd zazgrzytał zębami, Kocur wyłamywał głośno palce.

Mimowolnie dobyli mieczy i zacisnęli dłonie na rękojeściach, aż pobielały im knykcie.

Aż na koniec - niczym wałkoń po całodniowym wypoczynku w cieniu drzewa, indyjski 

książę po żmudnych dworskich obradach lub filozof po dyspucie z głupcami - znad grobowca 

background image

wstała   smukła   postać.   Mężczyzna   nosił   czarne   ubranie,   srebrną   kolczugę,   miał   też   miękkie, 

kruczoczarne włosy i takąż brodę. Co jednak najbardziej rzucało się w oczy, niby znak na tarczy 

zamaskowanego rycerza, to srebrzysta połyskliwość młodzieńczej oliwkowej skóry, przywodząca 

na   myśl   trąd   i   podbrzusze   ryby.   I   jeszcze   jedno:   rysy   twarzy   srebrno-czarnego   mężczyzny 

bezspornie przypominały Ahurę.

5. ANRA DEWADORIS

Wsparłszy swe długie dłonie na brzegu sarkofagu, nieznajomy popatrzył na nich z przyjazną 

miną i kiwnął głową, jakby się znali od dawna. Nie zwlekając dłużej, lekko wyskoczył na zewnątrz 

i śmiałym krokiem zszedł po schodach; podeptał całun Arymana, Ahury zaś nie zaszczycił bodaj 

krótkim spojrzeniem.

Przyjrzał się mieczom.

-   Przeczuwacie   niebezpieczeństwo?   -   Starannie   wygładził   brodę,   która   zdaniem   Kocura 

mogła wyrosnąć tak gęsta jedynie w grobowcu.

- Jesteś adeptem? - zapytał Fafryd niezbyt pewnym głosem.

Nieznajomy puścił pytanie mimo uszu i pochylił się, by obejrzeć z rozbawieniem komicznie 

porozkładane afrodyzjaki.

- Drogi Ningobel pewnie jest ojcem armii siedmiookich rozpustników - mruknął. - Chyba 

się już domyślacie, że kazał wam pozbierać te zabawki, bo sam ich potrzebuje. Nawet w pojedynku 

ze   mną   nie   potrafi   oprzeć   się   pokusie   dorobienia   na   boku.   Ale   może   tym   razem   stary   kutwa 

niechcący ściągnął na siebie nieszczęście. Cóż, miejmy nadzieję.

To   rzekłszy,   odpiął   i   beztrosko   odłożył   pas   z   mieczem   o   niezwykle   wąskiej   klindze   i 

srebrnej rękojeści. Kocur wzruszył ramionami i schował do pochwy własny oręż, lecz Fafryd tylko 

warknął:

- Nie podobasz mi się! Czy to aby nie ty rzuciłeś na nas świńską klątwę?

Nieznajomy zawiesił na nim drwiące spojrzenie.

-   Szukasz   przyczyny,   co?   -   powiedział.   -   Chciałbyś   poznać   osobę,   która   w   twoim 

przekonaniu wyrządziła ci krzywdę. Zamierzasz dać upust wściekłości, kiedy już ją poznasz. Tyle 

że za każdą przyczyną kryje się następna, a za każdym sprawcą jeszcze jeden sprawca. Nawet 

nieśmiertelność nie pozwoli ci dotrzeć do sedna rzeczy. Wierz mi, szedłem tą ścieżką dalej niż 

większość śmiałków i pokonywałem najdziwniejsze przeszkody, piętrzące się na drodze tych, dla 

których   mózg   jest   więzieniem,   a   doczesność   jeno   namiastką   życia.   Nie   wyobrażasz   sobie 

background image

okrucieństwa wrogów i pułapek, jakie trzeba ominąć. Bardzo cię proszę, wstrzymaj się chwilowo z 

wydawaniem mi wojny, podobnie jak ja się wstrzymam, nim dam ci odpowiedź na drugie pytanie. 

Adeptem jestem, i owszem, tego się nie wypieram.

Słysząc to, Kocur znów miał ochotę pobrykać, parodiując tym razem obrzęd czarodzieja. 

Oto   stała   przed   nim   nieczęsto   spotykana   osoba,   na   której   mógł   sprawdzić   działanie   zaklęcia 

trzymanego   w   sakwie!   Marzył,   żeby   przez   zaciśnięte   zęby   wycedzić   tekst   magicznej   formuły, 

pomachać ramionami w określony sposób, splunąć na adepta i trzy razy okręcić się na lewej pięcie 

w kierunku przeciwnym do obrotu zegara słonecznego. Ale i on wolał poczekać.

- O wszystkim można powiedzieć w prostych słowach - rzekł Fafryd groźnym tonem.

- Tu bym się z tobą nie zgodził - odparł adept z większym ożywieniem. - O pewnych 

rzeczach w ogóle nie da się rozmawiać, inne stawiają przed nami takie wymagania, że człowiek 

prędzej osiwieje i umrze, nim znajdzie właściwie słowa. Czasem trzeba szukać wyrażeń na niebie, 

określeń między gwiazdami. Inaczej powstaje błazeński, dyletancki bełkot.

Kocur   przewiercał   wzrokiem   adepta,   wyczuwając   w   nim   jakąś   potworną   sprzeczność   - 

jakby ktoś  wychwytywał ślad obłudy w wykrzywionych ustach Solona, tchórzostwo w oczach 

Aleksandra bądź bezmyślność w twarzy Arystotelesa. Bo chociaż adept był niewątpliwie erudytą, 

człowiekiem potężnym i pewnym siebie, kojarzył się również z dzieckiem chłonącym osobliwości 

świata - bojaźliwym chłopcem, dręczonym ciekawością. Kocurowi zaświtała w głowie zadziwiająca 

myśl, że stoi u progu tajemnicy, którą tak długo starał się wyśledzić w zachowaniu Ahury.

Na   ramieniu   Fafryda   wybrzuszyły   się   mięśnie,   jakby   chciał   dać   zuchwałemu   adeptowi 

zasłużoną nauczkę, lecz w końcu schował miecz i podszedł do kobiety. Przytrzymał w palcach jej 

nadgarstek, po czym nakrył ją swoim niedźwiedzim futrem.

- Jej duch nie odszedł daleko - oznajmił. - Wkrótce wróci. Cóżeś jej uczynił, srebrno-czarna 

papugo?

-   A   czy   to   ważne,   co   uczyniłem   jej,   wam   lub   sobie?   -   odparł   adept   z   niejakim 

rozdrażnieniem. - Skoro tu jesteście, wysłuchacie mojej propozycji. - Pomilczał. - Oto, w krótkich 

słowach, co wam proponuję: również zrobię z was adeptów, podzielę się z wami całą wiedzą, którą 

zdołacie   ogarnąć   rozumem,   wszelako   pod   jednym   warunkiem.   Nadal   będziecie   poddawać   się 

zaklęciom, jakie uznam za stosowne na was nałożyć. Dzięki temu pogłębimy wiedzę. Co wy na to?

- Czekaj, Fafryd! - poprosił Kocur przyjaciela, łapiąc go za rękę. - Jeszcze nie uderzaj! 

Najpierw rozważmy, czego od nas żąda. Czemuż to, wielkoduszny czarowniku, zwracasz się z tym 

właśnie do nas i dlaczego musieliśmy przemierzyć pół świata, zamiast spotkać się w Tyrze i tam 

obgadać sprawę?

background image

- Mam być adeptem?! - żachnął się Fafryd, ciągnąc Kocura za rękaw. - Mam się całować z 

maciorami, bo będzie robił ze mnie magika? To może jeszcze splunę w gardziel wilkowi Fenrisowi, 

ha?

- Pytacie, czemu was tu sprowadziłem? - odezwał się chłodno adept. - Moje możliwości 

podróżowania   i   skutecznego   porozumiewania   się   podlegają   pewnym   ograniczeniom.   Ponadto 

istnieje   szczególny   powód,   który   natychmiast   poznacie,   jeśli   dojdziemy   do   porozumienia, 

aczkolwiek, przyznaję, jużeście mi nieświadomie bardzo pomogli.

- Jeno czemu wybór padł na nas? - dociekał Kocur, opierając się szarpiącemu go Fafrydowi.

- Czasem takie pytania, jeśli drążyć głęboko, prowadzą ku kresom rzeczywistości - odrzekł 

rycerz. - Szukałem wiedzy w snach żyjących ludzi, zaszedłem daleko w mrok, gdzie toną gwiazdy i 

umysły. Teraz jednak, w czarnym labiryncie pokrętnych ścieżek, skończyła się nić i boję się iść 

dalej po omacku. Bezlitosne potęgi, strzegące nieznanej im tajemnicy wszechświata, wyczuły moją 

obecność. Nieubłagani strażnicy, którzy posługują się Ningoblem jak marionetką i których ledwie 

cieniem jest Ormuzd, zastawili sidła i wznieśli barykady. Moje najlepsze pochodnie gasną lub 

chwieją się wątłym ogniem. Szukam nowych dróg dojścia do wiedzy. - Obrócił na nich oczy, 

zdające się przeobrażać w dwie dziury wycięte w zasłonie. - Macie coś w sobie, gdzieś na dnie 

duszy, co może tylko wy, a może też inni przed wami skrzętnie chowali przez wiele stuleci. Coś, co 

skłania was do śmiechu, jakim wybuchali jeno Starsi Bogowie. Coś, co pozwala wam dostrzec 

pewien niewinny żart w biedzie, rozczarowaniu i śmierci. Można się dowiedzieć wielu rzeczy, 

rozplątując ten wątek.

- Bierzesz nas za kosztowne szale, które będziesz do woli szarpał i rozdzierał? - burknął 

Fafryd. - A potem dosztukujesz sobie nić i ruszysz labiryntem do samego Niflheimu?

- Adept wprzódy rozdziera siebie, by później rozdzierać mógł innych - rzekł brodacz z 

kamienną miną. - Nawet nie wiecie, jak wielkie skarby się w was marnują lub są trwonione w 

bezmyślnym   śmiechu.   Nosicie   w   sobie   bogactwa   niemalże   nieprzebrane,   nici   przeznaczenia 

wiodące ku niebu i dalej, gdzie człowiek myślą nie sięgnie. - Zaczął mówić szybko, natarczywie. - 

Nie pragniecie pełniejszego zrozumienia świata? Nie zamienicie swoich dziecięcych igraszek na 

prawdziwe przygody? Wykonujcie moje polecenia, a dam wam bogów za przeciwników. Całe 

gwiazdy będą waszymi skarbcami, a ludzie zwierzyną; najlepszych włączycie do myśliwskiej sfory. 

Całowanie świń i ślimaków? Toż to jeno przygrywka! Zdepczecie bożków, przestraszycie narody, 

zadacie światu gwałt.

Wszechświat zadrży na głos waszych pragnień, lecz wy go ujarzmicie i wyrwiecie z posad. 

Starożytny śmiech da wam moc...

- Przestaniesz wreszcie kłapać dziobem, łotrze obłudny, jęzorze owrzodzony?! - huknął 

Fafryd.

background image

- Wystarczy, że poddacie się mojej woli - ciągnął adept, wciąż z tym samym zapałem. Gdy 

ruszał wargami, jego czarna broda podrygiwała miarowo. - Torturowane i prześladowane istoty 

będą   wiedzieć,   czemu   to   zawdzięczają.   Rozpusta   bogów   posłuży   za   drogowskaz,   który   w 

burzowych ciemnościach wskaże drogę do tego, kto siedzi w czaszce Odyna, pociąga za sznurki i 

kieruje życiem waszym i moim. Cała wiedza będzie nasza, my trzej ją posiądziemy. Poddajcie się 

mojej woli i bądźcie panami ziemi! Przez chwilę Kocur słuchał jak urzeczony tych straszliwych 

zapewnień. Raptem poczuł, że muskuły Fafryda silnie się naprężają (jeszcze niedawno wiotczały 

pod jego palcami, jakby i barbarzyńca ulegał). W ciszy głośnym echem odbiły się słowa, które 

wypowiedział pod wpływem odruchu:

- Twoim zdaniem wystarczy jeden rym i parę obrzydliwych obiecanek, żeby przeciągnąć 

nas na swoją stronę? Myślisz, że zależy nam cokolwiek na twoich poronionych doświadczeniach? 

Fafrydzie,   ten   płaz   mnie   obraża,   nie   wspominając   już   o   szkodach,   które   nam   wyrządził. 

Zdecydujmy się, kto ma się z nim porachować. Z miłą chęcią bym go porozdzierał, poczynając od 

żeber.

-   Czyżbyście   nie   pojmowali,   co   wam   proponuję?   Tak   hojny   dar,   a   wy   go   odtrącacie! 

Naprawdę nic nas nie łączy?

- Spór i nic więcej. Wzywaj demony, czarowniku, a jak nie, to chwytaj za miecz!

Znikły   ślady   nieugaszonej   żądzy   w   oczach   adepta,   pozostała   w   nich   tylko   śmiertelna 

wrogość. Fafryd porwał kielich Sokratesa i zdając się na los, rzucił go na ziemię. Zaklął, kiedy 

naczynie   potoczyło   się   do   Kocura,   który   szybkim,   kocim   ruchem   położył   dłoń   na   rękojeści 

smukłego Skalpela.

Adept tymczasem pochylił się, namacał w zamyśleniu pas z pochwą i wysunął z niej klingę 

delikatną i sprężystą jak igła. Potem ze złowróżbną opieszałością wyprostował swe szczupłe ciało, 

oświecone czerwonymi promieniami wschodzącego słońca. Z tyłu, niczym jego sekundant, wznosił 

się czarny, człekopodobny monolit. 

Kocur bezszelestnie wydobył miecz z pochwy, pieszczotliwie pogłaskał palcem klingę... i 

przy okazji zobaczył napis wykonany czarną kredką: „Nie pochwalam twych zamysłów. Ningobel". 

Prychnął, rozdrażniony, wytarł stal o kolano i skupił się na adepcie - tak bardzo, że nie zauważył, 

jak nieopodal odmyka oczy Ahura.

- A więc dobrze, martwy czarowniku - rzekł beztrosko. - Nazywam się Szary Kocur.

- A ja Anra Dewadoris.

Kocur nie zwlekał z wprowadzeniem w życie swego starannie ułożonego planu: podbiec do 

przeciwnika w dwóch susach, uderzyć ostro w jego miecz, który miał zostać zbity w bok, i potem w 

szyję, która miał zostać rozcięta. Oczyma wyobraźni widział już strumień krwi, kiedy to w połowie 

drugiego susa spostrzegł ostrze adepta, mknące jak strzała prosto w jego oczy. Z wysiłkiem, po 

background image

którym zabolało go w brzuchu, wykręcił się w bok i zastawił na oślep. Klinga adepta zachłannie 

minęła Skalpel, lecz zdołała tylko drasnąć szyję i zostawić po sobie niegroźną ranę. Kocur o mało 

się nie wywrócił, przez chwilę odsłonięty na ciosy, lecz prędko skoczył w tył, co go ocaliło przed 

drugim   kąśliwym   atakiem   Anry   Dewadorisa.   Szykując   się   na   odparcie   kolejnego   natarcia, 

wybałuszał oczy na wroga; nie spotkał dotąd nikogo, kto górowałby nad nim szybkością.

Twarz Fafryda była kredowobiała, jednakże Ahura uniosła głowę znad futrzanego płaszcza i 

wykrzywiła   usta   w   bladym,   zjadliwym   uśmiechu.   Jej   otwarta,   złośliwa   radość   różniła   się 

zasadniczo od wcześniejszych nieśmiałych, słabo uzewnętrznionych objawów okrucieństwa.

Anra   Dewadoris   uśmiechał   się   jeszcze   szerzej,   a   nawet   pokiwał   głową   z   szyderczym 

uznaniem, nim ruszył na Kocura. I oto nadszedł czas Igły, kąsającej teraz ze swobodą i chyżością 

błyskawicy, gdy Skalpel zwijał się w rozpaczliwej obronie. Kocur musiał się cofać mimo zażartego 

oporu z twarzą zlaną potem i piekącym gardłem, ale też z radującym się sercem, ponieważ nigdy 

jeszcze nie walczył tak dobrze - nawet pamiętnego ranka, kiedy obudził się z workiem na głowie i 

rozprawił z okrutnym, rozbestwionym egipskim porywaczem. 

Niespodziewanie dla samego siebie zaczynał mieć coraz większą pewność, że wszystkie te 

dni, kiedy śledził Ahurę, teraz przynoszą zysk.

W pewnej chwili, gdy po raz kolejny doskoczyła doń Igła i przejechała ze zgrzytem po jego 

mieczu, a on stracił rozeznanie, którą stroną miecza się broni, desperacko uskoczył... jednak nie 

dość szybko. Poczuł ukłucie z boku pod żebrami. Ciął mściwie w wyprostowane ramię adepta... i 

ledwo zdążył cofnąć własną rękę przed obronnym pchnięciem.

Wtem Ahura zawołała głosem urągliwym i tak cichym, że Fafryd z trudem ją zrozumiał, a 

Kocur w ogóle jej nie usłyszał:

- Nie łaskotały cię pająki, Anra, kiedy po tobie biegały?

Może adept zawahał się na moment, a może tylko nieuchwytnie pogłębiła się pustka w jego 

oczach,   w   każdym   razie   Kocurowi   nie   nadarzyła   się   wytęskniona   okazja   do   przeprowadzenia 

kontrataku i powstrzymania ciągłego, zabójczego naporu przeciwnika.

Mimo iż wytężał wzrok, nie wypatrzył ani jednej szczeliny w tkanej mieczem stalowej sieci, 

którą adept niezmordowanie na niego zarzucał. Na twarzy za tą siecią nie dostrzegał najlżejszych 

czytelnych grymasów; nawet ruch gałki ocznej nie zdradzał celu planowanego natarcia. Nozdrza się 

nie rozchylały, a usta nie wydymały, co wskazywałoby na podobne zmęczenie, jakie odczuwał 

Kocur.

To było nieludzkie, zakrawało na czary. Widział przed sobą osłonę maszyny zbudowanej 

przez Dedala bądź sztuczną istotę przybyłą z dawnych legend. Bo też całkiem jak wspomniana 

maszyna, Dewadoris zdawał się czerpać siły i zyskiwać na szybkości, wykorzystując ten sam rytm, 

który   wyczerpywał   Kocura.   Uzmysłowił   sobie,   że   jeśli   nie   przerwie   tego   rytmu   kontratakiem, 

background image

jakimkolwiek, byle kontratakiem, to ulegnie w pojedynku z szybkim jak myśl przeciwnikiem. W 

ślad za tym pierwszym wnioskiem nasunęły się drugie: dogodna sposobność zdobycia przewagi 

nigdy się nie zdarzy, daremnie będzie czekał na błąd adepta, musi zaryzykować i zdać się na 

szczęście.

W gardle go paliło, serce łomotało jak szalone, płuca domagały się powietrza, a po rękach i 

nogach rozchodziła się piekąca, paraliżująca trucizna.

Dawadoris   wykonał   mylący   wypad...   a   może   było   to   śmiertelne   pchnięcie   w   twarz. 

Równocześnie Kocur usłyszał szyderstwo Ahury: 

- Wieszały ci pajęczyny w brodzie, Anra, a robactwo panoszyło się w twoich wstydliwych 

miejscach!

Kocur zaryzykował... i spróbował zranić adepta w kolano.

Albo   trafnie   odgadnął,   albo   coś   innego   przeszkodziło   adeptowi,   bo   ten   wprawdzie   z 

łatwością zasłonił nogę, lecz wypadł z rytmu i zwolnił.

Gdy po chwili znów nabierał szybkości, zmuszając Kocura do następnego ryzykownego 

wypadu, ponownie wtrąciła się Ahura:

- Robaki zrobiły ci naszyjnik, Anra - zakpiła. - Maszerujące żuki przystawały, żeby zajrzeć 

ci w oczy!

Ten sam scenariusz powtarzał się wiele razy: prędkość wroga, ryzyko, makabryczny żart 

dziewczyny. Kocur zyskiwał tylko moment wytchnienia, nie mógł więc wyprowadzić złożonego 

ataku.

Wciąż i wciąż cofał się po obwodzie koła, aż poczuł się jak w kleszczach morskiego wiru. Z 

każdym okrążeniem przesuwały mu się przed oczami te same elementy krajobrazu: blada ze strachu 

twarz Fafryda, masywny grobowiec, wykrzywione drwiną i nienawiścią oblicze Ahury, czerwona 

tarcza wschodzącego słońca, czarny monolit o zbezczeszczonych kształtach, drużyna kamiennych 

wojów wśród gigantycznych kamiennych namiotów, znowu Fafryd...

Miał pewność, że ciągnie już naprawdę ostatkiem sił. Każdy brawurowy kontratak przynosił 

mu mniej wytchnienia i słabiej spowalniał ruchy przeciwnika. Krajobraz kołysał się, ciemniał.

Wydawało   mu   się,   że   tonie   w   burzliwej   kipieli,   jakby   czarny   obłok,   który   przedtem 

zniewolił Ahurę, teraz jego osaczał z wampirzą drapieżnością i tamował mu dech w piersiach.

W końcu wiedział, że przeprowadzi już tylko jeden, ostatni kontratak. Musiał zaryzykować 

jak nigdy dotąd i celować w serce.

Przygotował   się...   lecz   zwlekał   chyba   za   długo.   Nie   potrafił   wykrzesać   z   siebie 

dodatkowych sił, a przecież trzeba było przyspieszyć. Na domiar złego, adept szykował się do 

piorunowego, śmiercionośnego ataku.

background image

Wykonał pchnięcie kojarzące się raczej z gestem schorowanego staruszka, który próbuje się 

podnieść z łoża boleści.

I wtedy Ahura się roześmiała. A był to okropny, histeryczny śmiech, półchichot i półrechot. 

Śmiech do tego stopnia szczery, że Kocur nie mógł się oprzeć zdumieniu: czyżby jego śmierć tak 

bardzo ją rozbawiła? Jednakowoż, mimo pewnych oczywistych różnic, śmiech Ahury brzmiał jak 

zniekształcone echo śmiechu Fafryda czy jego własnego. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy Igła 

nie przeszyła go na wylot, a błyskawiczne pchnięcie Dewadorisa zwalniało i zwalniało, jakby ów 

jadowity śmiech owijał się wokół niego niewidzialnym bandażem, jakby każdy następny poryw 

śmiechu pętał mu ręce łańcuchami.

Kocur nastawił Skalpel i rzucił się w przód, a właściwie zatoczył półprzytomnie. Usłyszał 

głośne westchnienie Fafryda. Nagle zdał sobie sprawę, że próbuje wyciągnąć miecz z piersi adepta i 

że to nad wyraz trudne zadanie, jakkolwiek ostrze weszło w ciało z łatwością, jakby Anra był pusty 

w  środku.  Kocur powtórnie  szarpnął, zdołał  wyciągnąć  Skalpel  i  wypuścił  go ze  zdrętwiałych 

palców. Kolana się pod nim ugięły, głowa opadła na piersi i świat pogrążył się w mroku.

Fafryd,   mokry   od   potu,   przyglądał   się   adeptowi.   Wyprężone   ciało   Anry   Dewadorisa 

przechyliło   się   jak   kamienny   monument,   mniejszy   krewniak   stojącego   za   nim   monolitu.   Usta 

zastygły w cierpkim, domyślnym uśmiechu. Ciągle się przechylał, choć dawno już powinien się 

przewrócić; wyglądał teraz na wcielenie wahadła wstrzymanego ręką śmierci. W końcu jednak 

prawa natury zwyciężyły i runął na ziemię, aczkolwiek sztywno niby posąg. Rozległ się okropny, 

głuchy brzęk, gdy głowa uderzyła o czarną płytę.

Histeryczny śmiech Ahury zabrzmiał z nową siłą.

Fafryd   zawołał   Kocura,   podbiegł   doń   i   ze   strachem   potrząsnął   bezwładnym   ciałem. 

Odpowiedziało mu chrapanie. Niczym tebański hoplita wsparty na swej włóczni o zmierzchu bitwy, 

Kocur   spał   snem   człowieka   do   cna   wycieńczonego.   Fafryd   przyniósł   szary   płaszcz,   okrył 

przyjaciela i ostrożnie ułożył go na ziemi. Ahurą wstrząsały dreszcze.

Fafryd zatrzymał wzrok na zabitym adepcie, który leżał wyciągnięty w teatralnej pozie, 

trochę jak przewrócona rzeźba nagrobna. Dewadoris był wyjątkowo chudy, istny szkielet. Z rany 

zadanej mieczem wyciekło parę kropel krwi, za to czoło rozpadło się jak gliniany dzban. Fafryd 

dotknął ciała. Skóra była zimna, mięśnie zesztywniały na kamień.

Fafryd widział już ludzi tak sztywnych tuż po śmierci: Macedończyków, którzy walczyli 

zbyt długo i zbyt zaciekle. Tamci jednak po męczącym boju słabli i omdlewali. Anra Dewadoris do 

samego końca zachował świeżość i pełną kontrolę nad swoimi ruchami - na przekór truciznom, 

których   musiało   nazbierać   się   w   żyłach   tyle,   że   krew   nie   mogła   już   płynąć.   Pierś   w   trakcie 

pojedynku ledwie się ruszała.

- Na rozkrzyżowane ciało Odyna! - mruknął Fafryd. - Był adeptem, ale walczył mężnie.

background image

Ktoś położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się gwałtownie.

To   Ahura   podeszła   do   niego   z   błędnym   wzrokiem.   Uraczyła   go   krzywym   uśmiechem, 

znacząco   uniosła   brew,   przyłożyła   palec   do   ust   i   nagle   osunęła   się   na   kolana   przy   trupie.   Z 

wahaniem dotknęła gładkiej, atłasowej powierzchni maleńkiej plamy krwi na piersi adepta. Fafryd 

aż sapnął, uderzony niezwykłym podobieństwem twarzy kobiety i mężczyzny.

Ahura poderwała się jak spłoszona kotka, lecz chwilę potem znieruchomiała w tanecznej 

pozie i spojrzała za siebie. Na jej twarzy odmalował się radosny wyraz spełnionej zemsty. Skinęła 

głową na Fafryda, lekkim krokiem wbiegła na schody, wskazała wnętrze sarkofagu i po raz wtóry 

skinęła   głową.   Barbarzyńca   ruszył   za   nią   niezdecydowanie,   nie   odrywając   spojrzenia   od   jej 

wykrzywionego, nieziemsko pięknego oblicza. Powoli się wspinał na schody.

Zajrzał do sarkofagu. Zajrzał i stwierdził, że widzialny świat jest tylko powłoką nałożoną na 

fundament   ohydztwa.   W   tym,   co   pokazywała   mu   Ahura,   dostrzegł   świadectwo   ostatecznego 

upodlenia zarówno jej, jak i istoty nazywającej się Anrą Dewadorisem.

Przypomniał   sobie   osobliwe   szyderstwa,   jakimi   dziewczyna   obrzucała   adepta   w   czasie 

pojedynku. Dziki śmiech wciąż dźwięczał mu w uszach, uporczywie naprowadzał jego myśli na 

trop plugawych bezeceństw i zdrożnej zażyłości. Prawie nie zauważył, że Ahura, oparta o ścianę 

sarkofagu, opuściła bezwładnie białe ręce, jakby dziesięć smukłych, rozcapierzonych palców miało 

przekonać kogoś o jej trwodze. Nawet nie wiedział, że Kocur obudził się i odszukał go mętnym 

spojrzeniem zmęczonych oczu.

Wracając   myślami   do   niedawnych   wydarzeń,   doszedł   do   wniosku,   że   pod   wpływem 

wyjątkowo schludnego, wręcz wykwintnego wyglądu Dewadorisa wyobrażał sobie grobowiec jako 

ekstrawagancko   zaprojektowane   wejście   do   wspaniałego,   podziemnego   pałacu.   Dopiero   teraz 

przekonał   się,   że   w   ciasnym   sarkofagu   nie   ma   drzwi   ani   szpar   świadczących   o   ich   istnieniu. 

Ktokolwiek   stamtąd   wyszedł,   musiał   tam   właśnie   mieszkać,   wśród   suchych   kątów   obrosłych 

pajęczynami, na ziemi pełnej robaków, żuków i czarnych, kosmatych pająków.

background image

6. GÓRA

Być może tak to sobie zaplanował jakiś psotny demon albo sam Ningobel. W każdym razie, 

kiedy Fafryd zszedł po schodach grobowca, zaplątały mu się nogi w całun Arymana i wściekle 

zaryczał (co później Kocur nazwał beczeniem), nim odkrył powód swych udręk. Tkanina została 

jednak podarta na strzępy.

Potem Ahura, którą hałas wyrwał z otępienia, wywołała krótkotrwały popłoch, krzycząc, że 

czarny monolit maszeruje na czele kamiennych wojów, aby ich zmiażdżyć i zmasakrować. Chwilę 

później zmroził wszystkim krew w żyłach kielich Sokratesa, zataczając na ziemi pół koła, jakby 

niewidzialny duch mędrca próbował chwycić znajome mu naczynie - może po to, aby przepłukać 

gardło po szczególnie męczącej dyspucie w świecie zmarłych. Po uschniętej gałązce z Drzewa 

Życia wszelki ślad zaginął, aczkolwiek Kocur uskoczył równie prędko i daleko, co któryś z jego 

zwierzęcych   imienników,   zobaczywszy   ogromnego,   czarnego   owada,   który   dreptał   w   pobliżu 

miejsca, gdzie powinna leżeć gałązka.

Sprawcą największego zamieszania okazał się jednak wielbłąd: zaczął niezgrabnie brykać w 

sposób zgoła przedziwny. Wreszcie dźwignął się podniecony na zadnie nogi i ruszył do klaczy, 

która pierzchła z trwożnym kwikiem. Szybko się wydało, że wielbłąd dobrał się do afrodyzjaków, 

albowiem jedna z butelek leżała na boku, prawdopodobnie potrącona kopytem; część jej zawartości, 

która wyciekła,  została  prawie  doszczętnie  zlizana.  W  dodatku  zaginęły  dwa  gliniane  słoiczki. 

Fafryd dosiadł jednego z pozostałych koni i z obłąkańczym wołaniem ruszył w pogoń za dwoma 

zbiegłymi zwierzętami.

Kocur,   który   został   sam   z   Ahurą,   musiał   wykazać   się   całym   swoim   krasomówczym 

kunsztem, aby nie wpadła w obłęd. Zalał ją więc potokiem opowiastek, przeważnie pikantnych 

tyryjskich   plotek,   wśród   których   przemycił   pewną   historię   wątpliwej   autentyczności,   jak   to 

pewnego świątecznego dnia razem z Fafrydem i pięcioma etiopskimi chłopcami poszedł w tany z 

łodygami   oczu   pijanego   Ningobla,   zmuszając   czarodzieja   do   patrzenia   w   najprzeróżniejszych 

kierunkach. Kocur zastanawiał się, czemu ich siedmiooki mentor nie przesłał im jeszcze żadnej 

wiadomości.   Zawsze   po   zwycięstwie   Ningobel   ze   szczególną   skwapliwością   zgłaszał   się   z 

Żądaniami zapłaty. Był przy tym nad wyraz wymagający; z pewnością upomni się o brakujące 

słoiczki z afrodyzjakami.

Należałoby się spodziewać, że Kocur nie przepuści okazji do dalszych zalotów, co więcej, 

spróbuje się dowiedzieć, czy klątwa ślimaczych przemienień została już z niego zdjęta. Wszelako, 

pomijając już histeryczne zachowanie Ahury, czuł się w jej obecności dziwnie onieśmielony, jakby 

zamiast kobiety, którą pokochał, zjawiła się przy nim nieznajoma niewiasta. Niewątpliwie miał 

background image

przed   sobą   zupełnie   inną   Ahurę   w   porównaniu   z   tamtą,   która   towarzyszyła   im   w   drodze   do 

Zaginionego Miasta, a wspomnienie niezdarnych umizgów wielce go teraz krępowało. Mimo to 

pocieszał ją i zabawiał niczym bezdomną tyryjską znajdę, a w końcu wyciągnął z sakwy dwie 

śmieszne pacynki, żeby odegrały krótką komedyjkę.

Ahura pochlipywała, dygotała i szeroko otwierała oczy, słuchając jednym uchem paplaniny 

Kocura, ostatecznie jednak uspokoiła się i przegnała z twarzy wyraz otępienia. Najgorsze chwile 

minęły.

Wreszcie powrócił Fafryd ze zdenerwowaną klaczą i ciągle niesfornym wielbłądem. Jął z 

ponurą miną przysłuchiwać się rozmowie, lecz nie brał w niej udziału. Wędrował spojrzeniem do 

nieżyjącego adepta i czarnego monolitu; właściwie to oglądał całe kamienne miasto i obniżające się 

ku północy dno kotliny Wysoko na niebie leciało w tym samym kierunku stado ptaków. Raptem 

rozpierzchło się na boki, jakby między nie wtargnął orzeł. Fafryd zmarszczył czoło. Chwilę później 

usłyszał   głośny   furkot.   Kocur   i   Ahura   zadarli   głowy   i   natychmiast   dostrzegli   smukły   pocisk 

spadający z góry. Mogli się tylko skulić. Długa, biała strzała wbiła się z hałasem w szczelinę 

między płytami, dwie piędzie od Fafryda. Przez chwilę jeszcze drżała.

Fafryd zaczekał i dotknął jej niepewnie. Drzewce było oblodzone, a pióra twarde, jak gdyby 

czarodziejskim sposobem długo leciała w mroźnej, ponadniebnej przestrzeni. Do pręta zostało coś 

przytwierdzone.   Fafryd   odczepił   i   z   trudem   rozwinął   sztywny,   zimny   kawałek   papirusu,   który 

jednak zmiękł od ciepła ręki.

- „Czeka was dalsza droga - przeczytał. - Misja jeszcze się nie skończyła. Obserwujcie 

znaki. Ningobel".

Trzęsąc się z wściekłości, Fafryd wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw. Pogniótł papirus, 

a strzałę wyrwał, przełamał na dwoje i odrzucił na oślep.

- Parchaty potomek eunucha, puchacza i ośmiornicy! - dokończył. - Wali w nas z góry 

strzałami i mówi, żeśmy jeszcze misji nie spełnili. Przecież jest spełniona!

Kocur, przyzwyczajony do gniewnych wybuchów Fafryda po bitwie, zwłaszcza jeśli osiłek 

nie mógł w niej czynnie uczestniczyć, zamierzał usadzić go chłodną uwagą. Wtem zobaczył, że w 

oczach przyjaciela gaśnie zapalczywość... aczkolwiek zostały po niej dzikie ogniki, które też mu się 

nie podobały.

- Słuchaj, Kocurze! - rzekł Fafryd. - W którym kierunku rzuciłem złamaną strzałę?

- Północnym - odparł Kocur bez wahania.

- Zgadza się. Nadto ptaki leciały na północ, a strzała była pokryta lodem! - W jego oczach 

zrodziło się z iskierek zbójeckie lśnienie.

- Każe nam patrzeć na znaki? Ano dobrze, zaufamy znakom! Będziemy jechać na północ, na 

północ, cały czas na północ!

background image

Kocur upadł na duchu. Zdawał sobie sprawę, jak ciężka czeka go przeprawa, jeśli chce 

wybić z głowy ten pomysł Fafrydowi, który zawsze pragnął zabrać go „do tej cudownej, chłodnej 

krainy, gdzie mogą żyć jeno ludzie krzepcy i nieustraszeni, gotowi walczyć o byt z krwiożerczymi, 

włochatymi bestiami". Perspektywa takiej podróży budziła trwogę w miłośniku słońca, gorących 

kąpieli i południowych nocy.

- Oto szansa, jaka już się nie zdarzy - ciągnął Fafryd natchnionym głosem skalda. - Ach, 

żeby   tak   znów   natrzeć   skórę   śniegiem,   nurzać   się   niczym   mors   między   krami!   Za   Morzem 

Kaspijskim, za górami wysokimi, wiedzie szlak, który ongiś mój lud przemierzył. Droga Thora, 

będziesz pod wrażeniem. Żadnego wina, jeno miody pitne i pieczona, przyprawiana dziczyzna! 

Grube futra na plecy, a w nocy mroźne powietrze, żeby sen był słodki i pokrzepiający. I wspaniałe 

kobiety o szerokich biodrach. Ach, postawić żagle na zimowym statku i śmiać się ze zmrożonych 

bryzgów! Czemu tak długo żeśmy z tym zwlekali? W drogę! Na lodowego członka, co spłodził 

Odyna! Nie marnujmy czasu!

Kocur powstrzymał się od nerwowego prychnięcia.

- Ach, druhu mój serdeczny - odpowiedział tonem równie patetycznym. - Serce me raduje 

się nie mniej niż twoje na myśl o rozkoszach śnieżnej kąpieli i wszystkich przyjemnościach życia 

na   północy,   o   których   z   dawna   marzyłem.   Wszelako   -   dodał   z   wyraźną   nutą   smutku   -   nie 

zapominajmy o naszej zacnej towarzyszce, którą musimy, choćby wbrew poleceniom Ningobla, 

odwieźć bezpiecznie do Tyru. - Uśmiechnął się w duchu.

- Ależ ja nie chcę wracać do Tyru! - wdała się w rozmowę Ahura, odrywając wzrok od 

pacynek z tak dużą dozą dziecięcej przekory, że Kocur zrugał się za to, że wcześniej traktował ją 

jak dziewczynkę. - Z tego odludzia do wszystkich zamieszkanych krain jest chyba równie daleko. 

Jedźmy na północ, skoro los tak każe.

-   Mojaż   ty   Frejo   wcielona!   -   zawołał   Fafryd,   otwierając   szeroko   ramiona.   -   Słyszałeś, 

Kocurze, co powiedziała? Na Idunę, słowa godne kobiety ze śnieżnego kraju! Nie wolno nam 

mitrężyć więcej czasu! Zanim rok upłynie, uraczymy się miodem. Na Friggę, toś mi się udała! 

Zauważyłeś, Kocurku, jak to pięknie ujęła?

I   tak   rozpoczęły   się   gorączkowe   przygotowania,   wiązania   pakunków   i   rozważania   o 

czekającej ich drodze, na którą (póki co, wmawiał sobie Kocur) byli nieodwołalnie skazani. Kufer z 

afrodyzjakami, kielich i porwany całun wtłoczono z powrotem na wielbłąda; garbus nadal spozierał 

łakomym wzrokiem na klacz i oblizywał pysk. A Fafryd podskakiwał, krzyczał i klepał Kocura po 

plecach, jakby nie znajdowali się w wymarłym przedpotopowym mieście z kamiennych ciosów, a 

tuż obok nie grzały się w słońcu zwłoki adepta.

Już niebawem truchtem opuszczali kotlinę. Fafryd wyśpiewywał opowieści o zamieciach 

śnieżnych,  polowaniach,  potworach  wielkich  jak  góry  lodowe   i  olbrzymach  sięgających  głową 

background image

białych szczytów. Kocur natomiast dla zabawy wyobrażał sobie śmierć w objęciach jakiejś nad 

miarę kochliwej „wspaniałej kobiety o szerokich biodrach".

Wkrótce opuścili pustynne tereny. Mieli z górki, tym szybciej więc skupiska rachitycznych 

drzew zasłoniły miasto. Kiedy ostatni kamienny strażnik zniknął z pola widzenia, Kocur poczuł 

głęboką ulgę, która wszakże nie szła w parze z pocieszeniem. Wolał też nie wracać myślami do 

czarnego olbrzyma, dumającego nad ciałem zabitego adepta. Skupił się na tym, co widział przed 

sobą, a więc na stożkowej górze zagradzającej wyjście z kotliny. Przykrywała ją wysoka czapa 

mgieł - samotne spiętrzenie obłoków, z których wyobraźnia formowała bajkowe wieże i iglice. 

Aż   raptem   ocknął   się   z   zamyślenia,   gdy   Fafryd   i   Ahura   przystanęli,   zaskoczeni   zgoła 

niespodziewanym   widokiem   drewnianej   chatki   bez   okien,   wciśniętej   w   gąszcz   poskręcanych 

drzewinek.   Za   nią   widać   było   zaorane   pole.   Niezręcznie   wyrzeźbione   figurki   strażników   przy 

czterech   narożnikach   dachu   i   nad   kalenicą   cechowały   się   perską   ornamentyką   -   a   właściwie 

staroperską, bo pozbawioną jakichkolwiek południowych naleciałości.

Na mieszkańca dawnej Persji wyglądał również staruszek o szczupłej twarzy, prostym nosie 

i   szpakowatej   brodzie,   obserwujący   ich   bacznie   z   progu   niskich   drzwi.   Zdawało   się,   że   z 

największym zaciekawieniem przygląda się Ahurze... a w zasadzie próbuje się przyjrzeć, jako że 

częściowo zasłaniał ją Fafryd.

- Witaj, ojczulku! - krzyknął Kocur. - Cudowny dzień na przejażdżkę! Zwłaszcza w twoich 

pięknych stronach!

- Jużci prawda! - odparł z wahaniem staruszek archaiczną gwarą. - Aliści mało komu tędy 

droga wypada.

- Nie ma to jak osiedlić się z dala od grzesznych, cuchnących miast! - odezwał się gromko 

Fafryd. - Znaszli tę górę, ojczulku? Miniemy ją łatwą drogą na północ?

Kiedy wspomniał o górze, starzec się zasępił. Nie odpowiedział.

- Coś złego spotka nas po drodze? - zapytał Kocur. - Mamy się bać tej góry ze szczytem we 

mgle?

Leciwy chłop skulił ramiona, jakby chciał nimi wzruszyć i tak zastygł. Potoczył wzrokiem 

po twarzach wędrowców. Na jego twarzy przyjazne uczucia walczyły o lepsze ze strachem i chyba 

wygrały, bowiem pochylił się i wyrzucił z siebie:

- Radzę wam z serca, nie jedźcie dalej. Czymże żelazo najlepszego oręża, czymże rumaków 

chyżość przeciwko... Jeno nie myślcie, cobym się skarżył - dodał podniesionym głosem i rozejrzał 

się   prędko   na   boki.   -   Na   swoją   dolę   nijak   mi   narzekać.   Dzięki   onej   górze   dobrodziejstw 

doświadczam. Rodzice wrócili na tę ziemię, bo zbój tu nie przylezie, ni człek uczciwy nie zajdzie. I 

dani tu ze mnie nie ściągają... pieniężnej dani, oczywiście. Żyć, nie umierać.

background image

-   No   cóż,   ojczulku,   nie   będziemy   igrać   z   niebezpieczeństwem   -   rzekł   chytrze   Kocur, 

wzdychając. - Jesteśmy włóczykijami, co pojadą tam, gdzie ich oczy poniosą. Czasami w drodze 

słyszy się dziwne opowieści. I tu przechodzimy do pewnej sprawy, w której mógłbyś za hojnym 

wynagrodzeniem służyć nam pomocą. - Zatrząsł kiesą z brzęczącymi monetami. - Słyszeliśmy 

opowieść   o   mieszkającym   tu   demonie:   młodym,   bladym,   czarnobrodym,   odzianym   w   czerń   i 

srebro.

W miarę jak to mówił, dziadunio cofał się w głąb izby, by na koniec uskoczyć w mrok i 

zatrzasnąć drzwi. Zanim to jednak uczynił, ktoś pociągnął go za rękaw. Wnet dały się słyszeć 

zduszone wymówki wypowiadane dziewczęcym, rozgniewanym głosem.

Drzwi otworzyły się na oścież, gdy staruszek akurat kończył mówić:

- ...na wszystkich nas ściągniesz!

Z chaty wybiegła dziewczyna, wyglądająca na piętnaście lat.

Miała zarumienione policzki, a w oczach troskę i przerażenie.

- Wracajcie czym prędzej! - krzyknęła w biegu. - Wszelakie zło ciągnie do tej góry. Bądź ci, 

co śmierci szukają. A we mgle ukryty jest wielki, straszny zamek! Władają nim w samotności 

potężne demony. Jeden z nich...

Przypadła   do   strzemienia   Fafryda,   zanim   jednak   chwyciła   je   w   dłonie,   odnalazła 

spojrzeniem Ahurę. Na jej twarzy odbił się wyraz bezgranicznej trwogi.

- To on! - wrzasnęła. - Ten z czarną brodą! - I osunęła się na ziemię.

Drzwi zamknęły się z hukiem i rozległ się odgłos zakładanej sztaby.

Wędrowcy zsiedli z koni. Ahura szybko uklękła przy dziewczynie i po chwili dała znać 

ręką, że to tylko omdlenie. Fafryd podszedł do zamkniętych drzwi, lecz nie otworzono ich, choć 

pukał, prosił i groził. W końcu znalazł sposób: sforsował je kopniakiem.

Wewnątrz   zobaczył   dziadunia   wkulonego   w   ciemny   kąt,   niewiastę   próbującą   schować 

dziecko   pod   wiechciem   słomy,   młodzieńca   trzymającego   siekierę   w   drżących   rękach   oraz 

niebywale   zasuszoną   starowinkę   -   najwyraźniej   ślepą,   a   mimo   to   wytrzeszczającą   oczy   z 

wystraszoną miną. Wszystkich domowników cechowało wyraźnie rodzinne podobieństwo.

Fafryd   uchylił   się   przed   słabowitym   ciosem   siekierą   i   spokojnie   odebrał   młodzieńcowi 

narzędzie. Kocur i Ahura wprowadzili do chaty dziewczynę. Pojawieniu się Ahury towarzyszyły 

następne okrzyki przerażenia.

Kiedy ułożyli dziewczynę na słomie, Ahura przyniosła wodę i zaczęła obmywać jej skronie. 

Tymczasem   Kocur,   wykorzystując   strach   rodziny,   utwierdził   ją   w   przekonaniu,   że   jest 

górskim demonem, dzięki czemu skwapliwie odpowiadano mu na pytania. Na początek pytał o 

kamienne miasto. Usłyszał, że ongiś oddawano tam cześć starożytnemu duchowi zagłady. Należało 

unikać   tego   miejsca.   Owszem,   widzieli   czarny   monolit   przedstawiający   Arymana,   ale   tylko   z 

background image

daleka. O nie, sami nie służyli Arymanowi; wszak obok chaty stała kapliczka poświęcona jego 

przeciwnikowi,   ognistemu   Ormuzdowi.   Jednakże   bali   się   Arymana,   a   kamienie   w   diabelskim 

mieście żyły własnym życiem.

Następnie   wypytywał   o   zamgloną   górę,   lecz   teraz   trudniej   mu   było   wydusić   z   nich 

konkretne wiadomości. Upierali się, że wierzchołek zawsze tonie w chmurach. Chociaż pewnego 

wieczora   o   zachodzie   słońca,   wyznał   młodzieniec,   zwidziały   mu   się   dziwnie   wsparte   o   siebie 

zielone wieżyce i poskręcane kopuły minaretów. W górze ponoć czaiła się groźba, piekielna groźba. 

Jakiego rodzaju? Nie chciał powiedzieć.

Kocur zwrócił się w końcu do staruszka:

- Powiedziałeś przedtem - rzekł ostro - że bracia moi, demony, nie pobierają od ciebie 

pieniężnej dani za użytkowanie ziemi. Jaka więc dań ich zadowala?.

- Biorą życie - wyszeptał staruszek. Oczy mu się zaszkliły.

- Życie, powiadasz? Często? I kiedy po nie przychodzą?

- Dyć nie oni przychodzą, ino my do nich chadzamy. Raz na dziesięć, czasem pięć lat zapala 

się w nocy na wierchu żółtozielone światło, a po okolicy głośne wołanie się niesie. Bywa, że po 

nocy takowej ktoś przepada bez wieści. Zwykle ten, co od domu najdalej. Kto w izbie siedzi z 

innymi, potrafi się oprzeć wołaniu. Inom raz światło zoczył, aliści za moimi plecami ogień buzował 

i był ktoś, żeby mnie przytrzymać. Brat mój odszedł, kiedym pacholęciem był jeszcze. Później 

przez wiele lat światło się nie pokazywało, ażem począł dociekać, czy to nie ułuda jakowaś bądź 

legenda w dzieciństwie zasłyszana... Lat temu siedem, pode wieczór - ciągnął drżącym głosem, ze 

wzrokiem wbitym w Kocura - na dwóch chudych, srodze pomęczonych szkapinach przejeżdżali 

kole chaty dwaj mężowie, stary i młody. Kiedym siedział za drzwiami z okiem przy szparze, wnet 

pojąłem, że na Zamek Mgłą Zwany wracają jego panowie. Stary był jako sęp łysy i brody nie miał, 

za to młodemu czarny zarost się puszczał. Tenże oblekł się w szaty czarne i zbroicę srebrną. Lica 

jego blade były, a rysy... - Skierował na Ahurę wylęknione spojrzenie. - Sztywno w siodle siedział, 

ino chwiał się na boki. Rzekłby kto, nieboszczyk... Zmierzając ku górze, ni razu się nie obejrzeli. 

Od   czasu   onego   światło   żółtozielone   nieledwie   co   noc   błyska   na   wierzchowinie.   Na   zew 

pospieszyło niejedno zwierzę z trzody, a i dzikich znać sporo ubyło. Mamy się tedy na baczności, 

od chałupy się nie oddalamy. Będzie trzy lata, jak odszedł syn mój najstarszy. Polował daleko i noc 

go w drodze zaskoczyła... Czarnobrodego młodziana wieleśmy razy widzieli, choć rzadko z bliska. 

Postać jego często się ukazuje w sinej dali bądź na skałach, gdzie staje z głową spuszczoną. Raz 

córka bieliznę prała w strumieniu. Odłożywszy kijankę i wzrok podniósłszy, ujrzała w sitowiu 

martwe oczy. A raz syn mój najstarszy zapuścił się w zarośla za śnieżnym lampartem, by znaleźć 

tam i zwierzę, i młodzieńca... gadających ze sobą. Jeszcze innym razem, kiedym wstał rankiem 

siano kosić, on siedział przy studni i patrzał na chatę, ino tak, jakoby mnie zgoła nie widział. 

background image

Starego, bywa, takoż widujemy, aliści nieczęsto. Od dwóch lat nie wiem, czyśmy choć raz któregoś 

napotkali, aż teraz... - Znów nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem na Ahurę.

Tymczasem   córka   gospodarza   odzyskała   przytomność.   Wprawdzie   przestała   bać   się 

panicznie Ahury, to jednak nie dodała ani słowa do opowieści ojca.

Przygotowali się do wyjścia. Kocur zauważył, że rodzina, a zwłaszcza kobieta z dzieckiem, 

popatruje na dziewczynę z ledwie tajonym gniewem, jakby miała jej za złe, iż próbowała ostrzec 

nieznajomych. Wobec tego zatrzymał się w progu i oświadczył:

- Niech dziewczynie włos z głowy spadnie, wrócimy tu z czarnobrodym, oświetlając sobie 

drogę zielonym światłem. Zemsta będzie straszliwa! - Rzucił na podłogę parę złotych monet i 

wyszedł.

Nawiasem mówiąc, przez to lub dzięki temu, że dziewczyna została uznana za przyjaciółkę 

demonów,   chuchano   na   nią   i   dmuchano,   aż   zaczęła   uważać   się   za   lepszą   od   innych. 

Wykorzystywała bezwzględnie ich strach przed Kocurem, Fafrydem i Czarnobrodym. W końcu 

ugięli   się   przed   groźbami   i   oddali   jej   wszystkie   złote   pieniądze.   Zawędrowała   pomyślnie   do 

odległego miasta, kupiła wyzywające suknie, owinęła sobie wokół palca satrapę i jako jego żona 

wiodła   długie   i   dostatnie   życie.   Cóż,   los   najczęściej   nagradza   ludzi   przedsiębiorczych   i 

przebojowych. 

Kiedy Kocur wyszedł na zewnątrz, Fafryd dzielnie starał się odzyskać swój wojowniczy 

nastrój.

- Ruszaj się, mały! - powitał go. - Mamy schadzkę z zacną krainą lodu! Nie możemy się 

spóźnić, uczniu demona!

Odjeżdżając, Kocur odparł wesoło:

- Co z wielbłądem, Fafrydzie? Chcesz go ciągnąć między śnieżne zawieje? Wyziębi się i 

zdechnie.

- Kto powiedział, że śnieg nie wpływa zbawiennie na wielbłądy tak samo jak na ludzi? - 

Podniósłszy się w siodle, odwrócił się i krzyknął: - Chłopcze! Ty, z siekierą! Jeśli przyjdzie chwila, 

kiedy poczujesz w kościach dziwną tęsknotę, zwróć się na północ! Tam leżą kraje, które zrobią z 

ciebie prawdziwego mężczyznę!

Jednakże   w   głębi   serca   wiedzieli,   że   mówią   tak   jedynie   dla   niepoznaki,   ponieważ   ich 

horoskopem rządziły już inne planety - a szczególnie jedna, błyszcząca żółtozielonym światłem. W 

miarę  jak  niestrudzenie   jechali  cichą   kotliną,  brak  zwierząt,  choćby  najdrobniejszych  owadów, 

napawał ich coraz większym lękiem. Wyczuwało się jakąś pradawną tajemnicę związaną z tym 

miejscem. Wiedząc, że niejedno mogłaby im wyjaśnić Ahura, nie chcieli jej jednak wypytywać; 

litowali   się   nad   nią   przez   wzgląd   na   ciężkie   wewnętrzne   przeżycia,   których   ostatnio   musiała 

doświadczyć.

background image

Wreszcie Kocur zdecydował się wyrazić myśl, która ich obu trapiła:

- Obawiam się, że Anra Dewadoris, który chciał nas przyjąć na uczniów, sam nim był. 

Prawdopodobnie   lubił,   jak   to   zwykle   uczniowie,   przypisywać   sobie   zasługi   swego   mistrza. 

Czarnobrody już nam nie zaszkodzi, ale został stary. Pamiętasz słowa Ningobla? Porywacie się na 

tajemnicę, a nie na konkretną istotę. Nie macie do czynienia zjedna osobą, lecz z mirażem...

- Na wszystkie pchły kąsające wielkiego Antiocha i wszy gryzące jego małżonkę! - odezwał 

się   za   nimi   ktoś   piskliwym,   bezczelnym   głosem.   -   Widać   już   wiecie,   panowie   samobójcy,   co 

zawiera list?

Odwrócili   się   błyskawicznie.   Obok   wielbłąda   stał,   jakby   dopiero   co   wylazł   zza 

przydrożnego   głazu,   szelmowsko   uśmiechnięty   ciemnoskóry   chłystek   o   tak   wybitnie 

aleksandryjskim   wyglądzie,   że   można   go   było   sobie   wyobrazić   wśród   domostw   Rakotis   w 

towarzystwie wychudzonego kundla. Kocur nie zdziwiłby się, gdyby za chwilę pies wyszedł z 

ukrycia. 

- Ty od kogo, chłopcze? - zapytał Fafryd. - Jak się tu dostałeś?

-   A   jak   ci   się   wydaje,   hę?   -   odparował   młokos.   -   Łap!   -   Rzucił   Kocurowi   woskową 

tabliczkę. - Chcecie znać moje zdanie? Lepiej zabierajcie się stąd, pókiście cali i zdrowi. Wasza 

ekspedycja   pewnie   pójdzie   na   marne.   Ningobel   już   zwija   namiot   i   wraca   pędem   do   domu. 

Przyjaciel w potrzebie, nie ma co!

Kocur rozerwał sznurki, odwinął tabliczkę i przeczytał:

- „Witajcie, moi waleczni podróżnicy! Dobrze się sprawiliście, lecz najgorsze przed wami. 

Posłuchajcie wezwania, wędrujcie za zielonym światłem, lecz potem bardzo na siebie uważajcie. 

Żałuję, ale tylko tyle mogę wam pomóc. Całun, kielich i kuferek oddacie chłopcu jako pierwszą ratę 

mojego honorarium".

- Sługus Lokiego! Bękart Reginna! - rozsierdził się Fafryd.

Kocur odwrócił głowę i dostrzegł chłystka, który huśtał się i podskakiwał na grzebiecie 

ochoczo  uciekającego  wielbłąda,  kierując  się  w   stronę  Zaginionego  Miasta.  Z   dala  dochodziły 

ściszone wybuchy bezwstydnego śmiechu.

- Oto cała szczodrość ubogiego, pokutującego Ningobla - rzekł Kocur. - Już nie musimy się 

martwić o wielbłąda.

- Do licha z nim! Niech się udławi bydlęciem i tymi zabawkami! Nie będzie tu nikt tęsknił 

za jego trajkotaniem!

- Niezbyt wysoka ta góra - zawyrokował Kocur godzinę później. - Ale i nie mała. Ciekaw 

jestem, kto wyciosał w skale tę wąską ścieżynę i kto się troszczy, żeby była przejezdna.

Mówiąc to, nawijał luźno na ramię długą, cienką linę z hakiem z rodzaju tych używanych 

przez wspinaczy.

background image

Zachodziło słońce i szybko zbliżał się zmierzch. Mizerna ścieżynka stopniowo stawała się 

coraz   widoczniejsza;   jej   początku   nawet   nie   zauważyli.   Wiodła   ich   teraz   serpentynami   wokół 

olbrzymich   głazów   i   nad   krawędziami   usianych   kamieniami   zboczy,   z   każdą   chwilą   bardziej 

stromych. Rozmowy, którymi próbowali oderwać się od zmęczenia, przeobrażały się najczęściej w 

spekulacje na temat sposobów, jakimi Ningobel porozumiewał się ze swoimi wysłannikami: czy 

spotykali się z nim bezpośrednio, czy też przekazywali sobie myśli na odległość, czy wreszcie 

posługiwali się maleńkimi gwizdkami, które wydawają z siebie wysokie dźwięki, niesłyszalne dla 

ludzkiego ucha, lecz wzbudzają drżenia w bliźniaczych gwizdkach lub w uchu nietoperza. 

Nadeszła pora, kiedy cały wszechświat zdawał się wstrzymywać oddech. Przy osnutym 

mgłami   wierzchołku   rozjarzyło   się   widmowe   zielone   światło...   choć   było   to   zapewne   jedynie 

dziwne   zjawisko   atmosferyczne,   rzadki   rodzaj   wieczornej   zorzy.   Skądś   doleciał   potężny, 

jednostajny poświst, dźwięk tuż powyżej progu słyszalności, zupełnie jakby niewidoczna armia 

owadów stroiła instrumenty. Wszystkie te wrażenia były osobliwie nieuchwytne niczym siła, która 

ciągnęła   ich   w   górę   -   siła   tak   wątła,   że   mogliby   wyrwać   się   spod   jej   władzy   jak   z   wiotkiej 

pajęczyny... a jednak nie chcieli.

Raptem obaj, Fafryd i Szary Kocur, jak na komendę odwrócili się do Ahury. Na ich oczach 

zachodziła   w   niej   trudna   do   określenia   zmiana;   otwierała   się   niby   kwiat   kwitnący   nocą,   co 

nadawało jej postaci osobliwie dziecięcy wygląd. Można by rzec, że jakiś mistrz hipnozy zdziera z 

niej wierzchnią osłonę, by ukazać wnętrze podobne do spokojnego jeziorka o niezmierzonej głębi, z 

którego wypływały wszakże na powierzchnię pierwsze ciemne bańki.

Znów zapałali do niej namiętnością, lecz teraz czuli na sobie więzy nieśmiałości. Ich serca 

umilkły i były ciche jak górski szczyt w sinej czapie, kiedy powiedziała:

- Anra Dewadoris był moim bratem bliźniakiem.

background image

7. AHURA DEWADORIS

- Nie znałam ojca. Zginął, zanim się urodziłam. Matka nie lubiła się przede mną zwierzać, 

lecz raz mi powiedziała: „Twój ojciec był Grekiem, człowiekiem dobrym i uczonym. Często się 

śmiał". - Kiedy o nim mówiła, traciła jakby urodę, wyglądała na spiętą. Pamiętam, jak w tamtej 

chwili promienie słońca połyskiwały na loczkach jej czarnych, farbowanych włosów. Zdawało mi 

się, że położyła szczególny nacisk na słowo „twój". Miałam sporo wątpliwości związanych z Anrą, 

więc postanowiłam popytać się Starej Bereniki, która zarządzała służbą. Dowiedziałam się, że na 

własne oczy widziała, jak matka rodzi nas tej samej nocy. Stara Berenika mówiła mi jeszcze o 

śmierci   ojca.   Prawie   dziewięć   miesięcy   przed   moim   urodzeniem   znaleziono   go   na   ulicy,   pod 

samymi   drzwiami   domu.   Podobno   zakatowała   go   na   śmierć   banda   egipskich   robotników 

portowych, którzy nocą dopuszczali się gwałtów i rozbojów. 

Tyrem rządzili wtenczas Ptolomeusze, więc nawet ich nie sądzono.

Straszna rzecz go spotkała. Zrobili z niego miazgę na bruku. Kiedy indziej Stara Berenika 

opowiedziała mi co nieco o matce, aczkolwiek kazała mi wcześniej przysiąc na Atenę, Seta i 

Molocha (miał mnie zjeść w razie czego), że nikomu o tym słowa nie pisnę. Usłyszałam wtedy, że 

matka pochodziła z perskiego rodu, w którym dawnymi czasy pięć dziewic zostało kapłankami. 

Zaraz po narodzinach przeznaczono je na żony złego perskiego boga i zakazano im stosunków 

cielesnych ze śmiertelnikami. Miały spędzać noce sam na sam z kamiennym posągiem boga w jego 

ustronnej świątyni „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami". Tego dnia byłyśmy tylko dwie 

w domu, toteż Berenika zaciągnęła mnie do piwniczki pod sypialnią matki i pokazała trzy szare 

kamienie, wstawione między cegły, mówiąc, że pochodzą ze wspomnianej świątyni. Stara Berenika 

lubiła napędzać mi stracha, choć śmiertelnie bała się matki. Oczywiście, jak zwykle pobiegłam do 

Anry, żeby się z nim podzielić nowinami.

Ścieżka pięła się teraz wąską granią na nie lada stromiznę. Konie kolejno przechodziły w 

stępa:   najpierw   Fafryda,   potem   Ahury,   a   na   końcu   Kocura.   Fafryd   jechał   z   wypogodzonym 

obliczem, chociaż wciąż się czujnie rozglądał. Kocur przypominał wyrośniętego dzieciaka.

- Niełatwo mi wytłumaczyć, jak bardzo byłam przywiązana do Anry, bo żyliśmy z sobą w 

tak bliskiej komitywie, że trudno określić jednym słowem nasz związek. Uwielbialiśmy się bawić w 

ogrodzie w zgadywankę. Zamykał oczy i próbował odgadnąć, na co patrzę. Podczas innych zabaw 

zamienialiśmy się rolami, w tej nie... W końcu opracował tyle odmian zgadywanki, że brakowało 

czasu bawić się w coś innego. Czasami wspinałam się po drzewie oliwnym na dach domu (Anra 

tego   nie   potrafił)   i   przyglądałam   się   czemuś   godzinę.   Potem   schodziłam   i   mówiłam   mu   o 

farbiarzach rozkładających mokre zielone sukna, by słońce nadało im purpurowy kolor, o procesji 

background image

kapłanów wokół świątyni Baala-Melkarta, o żaglach stawianych na galerze z Pergamonu, o greckim 

dygnitarzu, który tłumaczył coś niecierpliwie egipskiemu skrybie, o dwóch damach poplamionych 

henną, naśmiewających się z marynarzy w krótkich spódniczkach lub o samotnym, tajemniczym 

Żydzie. On mi wtedy mówił, co to byli za ludzie, o czym myśleli i jakie mieli plany na najbliższą 

przyszłość. Posiadał niebywałą wyobraźnię, bo później, kiedy już mogłam chodzić po mieście, 

okazało się, że przeważnie ma rację. Nieraz zastanawiałam się, czy nie widzi w moich myślach 

więcej, niż sama mogę zobaczyć. Ale mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, sprawiało 

przyjemność...   Oczywiście,   nasza   przyjaźń   wynikała   głównie   z   tego,   że   matka,   zwłaszcza   po 

zmianie stylu życia, nie pozwalała nam oddalać się od domu i spotykać z rówieśnikami. Owszem, 

trzymała nas krótko, lecz kierowały nią jeszcze inne powody. Anra był delikatnym dzieckiem. 

Złamał   raz   rękę   w   nadgarstku   i   kość   długo   nie   chciała   się   zrosnąć.   Matka   przyprowadziła 

niewolnika   obeznanego   z   ranami   i   dowiedziała   się,   że   kości   Anry   będą   kruszeć   z   wiekiem. 

Opowiadał o dzieciach, które z czasem stają się żywymi posągami, gdy skamienieją im mięśnie i 

ścięgna.   Matka   spoliczkowała   go   i   wygnała   z   domu,   przez   co   odwróciła   się   od   niej   pewna 

przyjaciółka, jako że był to pożyteczny niewolnik... Anra nie mógł pójść na miasto, nawet gdyby 

mu   pozwolono.   Niedługo   po   tym,   jak   sama   zaczęłam   wychodzić,   namówiłam   go,   żeby   mi 

towarzyszył.   Z   początku   się   sprzeciwiał,   ale   go   wyśmiałam,   czego   on   od   małego   nie   znosił. 

Wspięliśmy się na mur w ogrodzie, lecz Anra rozmyślnie spadł z niego. Daremnie szarpałam go i 

szarpałam, nie chciał wstać i basta. W końcu przelazłam z powrotem przez mur, żeby otworzyć 

furtkę   i   tamtędy   go   wciągnąć.   Przyłapała   mnie   Stara   Berenika   i   musiałam   jej   wszystko 

opowiedzieć. Najpierw pomogła mi go wciągnąć, a potem mnie wychłostała, wiedząc, że postępuję 

wbrew zaleceniom matki. Anra ocknął się, nim skończyło się lanie, ale chorował jeszcze kilka 

tygodni. Chyba już nigdy się z niego nie śmiałam. Do dzisiaj... Anra zamykał się w czterech 

ścianach i ślęczał nad księgami. Uwielbiał bibliotekę ojca, gdzie bezustannie czytał lub uczył się 

nowych języków z tłumaczonych tekstów i podręczników do gramatyki. Ja w tym czasie oglądałam 

świat   z   dachu,   prosiłam   o   opowieści   niewolników   lub   Starą   Berenikę   i   zbierałam   nowiny   na 

mieście. Matka nauczyła nas czytać po grecku, a ja dzięki rozmowom z niewolnikami umiałam się 

dogadać   po   aramejsku   i   trochę   w   innych   językach.   Ilekroć   dowiedziałam   się   czegoś   nowego, 

natychmiast   mu   o   tym   donosiłam.   Anra   opanował   sztukę   czytania   dużo   lepiej   ode   mnie. 

Rozkochiwał się w pismach, jak ja w tym, co mnie otaczało. Litery żyły w jego oczach. Pamiętam, 

jak pokazywał mi egipskie hieroglify i mówił, że to owady i zwierzęta. Potem pokazał egipskie 

pismo hieratyczne i demotyczne, twierdząc, że to te same zwierzęta, tylko w innej szacie. Wszelako 

najbardziej   podobał   mu   się   język   Hebrajczyków,   albowiem,   według   niego,   każda   litera   w   ich 

alfabecie miała moc magiczną. Wtedy jeszcze nie znał staroperskiego. Czasem musiały upłynąć 

lata, nim poznał prawidłową wymowę obcych słów. Swoje osiągnięcia zawdzięczał głównie mnie, 

background image

bo to ja zasięgałam języka u cudzoziemców... W bibliotece ojca niczego nie przestawiano od chwili 

jego śmierci. Starannie poskładani w wiklinowych koszach spoczywali wszyscy wielcy filozofowie, 

historycy, poeci, retorzy i gramatycy. Jednakowoż w kącie wśród śmieci, razem z potrzaskanymi 

glinianymi   tabliczkami   i   resztkami   papirusu,   niszczały   zwoje   o   zgoła   innym   charakterze.   Na 

odwrocie jednego z nich ojciec nabazgrał, z pewnością dla żartu, wielkimi, zamaszystymi literami: 

„Wiedza  tajemna!"  Te  właśnie   szpargały  rozpaliły  ciekawość   Anry.  Owszem,  czytał   szacowne 

księgi z wiklinowych koszy, lecz w przerwach wygrzebywał z kąta kruche pisma, zdmuchiwał kurz 

i głowił się nad treścią... W zwojach rozpisywano się o rzeczach, które budziły we mnie strach, 

obrzydzenie i zarazem ochotę do śmiechu. W wielu przypadkach nie dbano o styl i poprawność 

gramatyczną.   Jedne   wyjaśniały   znaczenie   snów,   inne   zawierały   wskazówki   pomocne   przy 

tworzeniu   zaklęć,   wstrętne   opisy   tego,   co   z   czym   ugotować.   Żydowskie   zapiski   w   języku 

aramejskim   traktowały   o   końcu   świata   tudzież   niesamowitych   działaniach   złych   duchów   i 

cudacznych potworów, takich jak dziesięciogłowe monstra mające zamiast nóg koła ozdobione 

szlachetnymi kamieniami. Były też chaldejskie księgi astrologiczne, w których pisano, że światła 

widoczne na niebie mają swoje życie, nazwy i określony wpływ na człowieka. Jeden pognieciony, 

ledwie   czytelny   zwój   pisany   greką   opowiadał   o   czymś   okropnym,   czego   długo   nie   mogłam 

zrozumieć, a co miało jakiś związek z kłosem zboża i sześcioma nasionami granatu. W podobnym 

greckim zwoju Anra po raz pierwszy napotkał wzmiankę o Arymanie i jego wiecznym imperium 

zła.   Od   tamtej   pory   ze   wszystkich   sił   starał   się   opanować   język   staroperski.   Niestety,   wśród 

nielicznych staroperskich zwojów w bibliotece ojca nie znalazł żadnych szczegółów dotyczących 

Arymana, musiał więc poczekać, aż ukradnę i przyniosę mu coś stosownego... Z domu zaczęłam 

wychodzić   po   tym,   jak   matka   zmieniła   styl   życia.   Miałam   wtedy   siedem   lat.   Była   złośliwą, 

kapryśną   kobietą,   choć   czasem   przez   krótki   czas   umiała   okazywać   mi   miłość.   Anrę   zawsze 

rozpieszczała i faworyzowała, wszelako z daleka, za pośrednictwem niewolników, jakby się go 

bała... Z każdym rokiem działo się z nią gorzej. Niejednokrotnie podglądałam ją, gdy wpatrywała 

się z grozą w pustkę lub biła się w czoło z zamkniętymi oczami i wyrazem udręczenia na pięknej 

twarzy. Wydawało mi się, że traci rozum. Zupełnie jakby błądząc w podziemnych korytarzach, 

miała wybór: znaleźć wyjście albo popaść w obłęd. Pewnego popołudnia, kiedy zajrzałam do jej 

sypialni,   przeglądała   się   w   srebrnym   lusterku.   Długo,   bardzo   długo   oglądała   twarz.   Stałam   w 

drzwiach   cicho   jak   trusia,   bo   wiedziałam,   że   dzieje   się   coś   ważnego.   W   końcu   chyba 

przezwyciężyła skrupuły, bowiem jej rysy, ściągnięte w wyrazie strachu i niepewności, wygładziły 

się i ułożyły na powrót w kształt pięknej maski. Otworzyła kluczykiem szufladkę, do której nigdy 

nie zaglądałam, skąd wyciągnęła rozmaite słoiczki, fiolki i pędzelki. Następnie starannie rozjaśniła 

policzki, nałożyła ciemne cienie wokół oczu i pomalowała usta na ceglasty kolor. Nie wiedzieć 

czemu, serce waliło mi młotem i tchu brakowało w piersiach. Matka odłożyła pędzelki, zrzuciła z 

background image

siebie chiton, po czym w skupieniu obmacała szyję i piersi. Na koniec wzięła znowu lusterko i 

spojrzała na siebie ze spokojnym zadowoleniem. Była przepiękna, lecz jej piękno mnie przeraziło. 

Dotychczas uważałam ją za twardą i szorstką kobietę, mającą wszakże miękkie, czułe serce dla 

tego, kto umiałby się przebić przez wierzchnią warstwę zgorzknienia. Teraz wyszła na jaw cała 

prawda. Dusząc łzy, pobiegłam do Anry, żeby się dowiedzieć, co to wszystko znaczy. Jednakże siły 

go   zawiodły,   czym   był   wielce   zdziwiony   i   zaniepokojony...   Po   tym   zdarzeniu   matka   zaczęła 

częściej wylewać na mnie swą złość i chociaż Anra ciągle mógł liczyć na jej pobłażliwość, byliśmy 

jeszcze bardziej odcięci od świata. Nie pozwoliła mi nawet rozmawiać z nowo kupioną niewolnicą: 

paskudną, niemiłą i chudą jak szczapa dziewczyną imieniem Fryne, która wykonywała masaże i 

czasem   grała   na   flecie.   Nocami   schodzili   się   do   domu   najrozmaitsi   goście,   lecz   mnie   i   Anrę 

zamykano w maleńkiej sypialni wysoko nad ogrodem. Słuchaliśmy tylko, jak przy dźwiękach fleta 

hulacy   krzyczą   za   ścianą,   wrzeszczą   i   tłuką   się   po   głównej   sali.   Nieraz   całą   noc   przeleżałam 

wpatrzona w ciemności z trwogą w sercu. Uciekałam się do wszelkich sztuczek, aby nakłonić do 

zwierzeń Starą Berenikę, ale wolała się nie narażać na gniew mojej matki. Tylko patrzyła na mnie 

dziwnym wzrokiem... Ostatecznie Anra wymyślił sposób na zdobycie wiadomości. Kiedy wyłożył 

swój plan, odmówiłam. Aż ciarki po mnie chodziły. Wtedy się okazało, że brat ma nade mną 

władzę. Dotąd wszystko robiłam dla zabawy, którą lubiłam nie mniej od niego. Nie przyszło mi do 

głowy, że staję  się niewolnicą posłuszną jego rozkazom. Dopiero, kiedy mu się  sprzeciwiłam, 

odkryłam dwie rzeczy. Z jednej strony wywierał dziwny wpływ na moje ciało, przez co nie mogłam 

(albo wyobrażałam sobie, że nie będę mogła, jeśli mi zabroni) ruszyć ręką ani nogą. Z drugiej 

strony myśl o jego nieszczęściu i zmartwieniu wydawała mi się wręcz nie do zniesienia... Teraz już 

wiem, że przeżywał wówczas pierwszy kryzys w życiu. Nie potrafiąc spełnić swoich zamysłów, 

bezlitośnie złożył swą najwierniejszą pomocniczkę na ołtarzu nienasyconej ciekawości... Nastała 

noc. Zaledwie nas zamknięto, spuściłam z okienka sznur z węzłami, wydostałam się na parapet i 

zeszłam   na   dół.   Potem   wdrapałam   się   po   drzewie   oliwnym   na   dach.   Przeczołgałam   się   po 

dachówkach do niewielkiego świetlika nad główną salą i przecisnęłam nad krawędzią (przy tym 

omal nie spadłam) do ciasnej, pełnej pajęczyn szpary między sufitem a dachówkami. Z jadalni 

dochodził   cichy   gwar   rozmów,   lecz   sala   świeciła   pustkami.   Leżałam   jak   mysz   pod   miotłą   i 

czekałam cierpliwie.

Fafryd krzyknął zduszonym głosem i zatrzymał konia. Pozostali poszli za jego przykładem. 

Po stoku zsunął się kamień, na co jednak nie zwrócili większej uwagi. Hen spopod szczytu roznosił 

się i wypełniał całe nocne przestworze dźwięk nie będący tak do końca dźwiękiem; wabił niczym 

syreni   śpiew,   którego   słuchał   przywiązany   do   masztu   Odyseusz.   Czas   jakiś   wsłuchiwali   się   z 

niedowierzaniem, aż Fafryd wzruszył ramionami i ruszył w dalszą drogę. Znów rozbrzmiał stukot 

kopyt trzech koni.

background image

-   Bardzo   długo   nic   się   nie   działo   -   ciągnęła   opowieść   Ahura.   -   Czasem   przebiegali 

niewolnicy z pustymi lub pełnymi misami. Usłyszałam śmiechy i Fryne zagrała na flecie. Nagle 

śmiechy się nasiliły i ludzie zaczęli śpiewać. Słyszałam szuranie przesuwanych sof, tupot nóg i 

niebawem na salę wysypał się dionizyjski korowód. Na czele maszerowała naga Fryne z fletem. 

Zaraz za nią szła moja matka, wzięta pod boki przez dwóch tańczących młodzieńców. Przyciskała 

do piersi duży srebrny puchar z winem. Wino się oczywiście wylało i poplamiło szkarłatną barwą 

górę białego, jedwabnego chitonu. Ona tylko zaniosła się śmiechem i zaczęła się jeszcze bardziej 

zataczać. Po nich wychodzili następni, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi, a każdy tańczył i 

śpiewał.   Pewien   zwinny   młodzik   wyskakiwał   w   powietrze   i   klaskał   stopami,   a   stary   obleśny 

tłuścioch tak się zasapał, że dziewczyny musiały go ciągnąć. Korowód trzykroć okrążył salę, zanim 

biesiadnicy posiadali na sofach i poduchach. Podczas gdy goście żartowali, śmiali się, całowali, 

obejmowali i płatali sobie psikusy, matka puściła w obieg misę z winem, w której napełniano 

kielichy... Byłam zdumiona i zachwycona. Niedawno umierałam ze strachu, wyobrażając sobie 

najgorsze ohydztwa i potworności, aż tu raptem zobaczyłam najzupełniej zwyczajną, beztroską 

zabawę. Olśniło mnie. A więc to są te cudowne, ważne rzeczy, którymi zajmują się dorośli! Nie 

bałam się już matki. Co prawda nie odrzuciła swojej nowej twarzy, lecz nie widziałam w niej 

złości, jawnej ani tajonej, tylko radość i piękno. Nawet Fryne choć raz nie wyglądała na ordynarną i 

niemiłą dziewkę, gdy kucała jak chudy chłopak i bawiła gości grą na flecie. Nie mogłam się już 

doczekać, kiedy opowiem o tym bratu... I byłoby wszystko wspaniale, gdyby nie jeden zgrzyt. Tak 

mały, że zrazu nie zwróciłam na niego uwagi. Otóż dwaj mężczyźni, którzy wodzili rej wśród 

żartownisi, młody rudzielec i starszawy mąż o twarzy szczupłego satyra, chowali coś w zanadrzu. 

Widziałam, jak na boku naradzają się ze znajomkami. W pewnej chwili młodszy uśmiechnął się 

szeroko do matki i zawołał:

„Nie myśl sobie, że nikt nie zna twojej przeszłości!"

Innym razem ów starszy krzyknął szyderczo:

„Słyszałem parę ciekawostek o twojej prababce, ty stara Persjanko!"

Matka kwitowała ich uwagi śmiechem i z politowaniem machała ręką, ale widać było, że 

coś jej doskwiera. Za każdym razem część biesiadników milkła, jakby się domyślali, co wisi w 

powietrzu, lecz woleli się nie przyznawać. W końcu podejrzani mężczyźni znikli i nic już nie 

mąciło harców i swawoli... Ludzie szaleli i potykali się w tańcu, sala dudniła śmiechem, wino lało 

się częściej na ziemię niż w gardła. Nieoczekiwanie Fryne odrzuciła flet, rozpędziła się i z takim 

impetem wylądowała na kolanach grubasa, że temu tchu zabrakło. Przy okazji wylądowało na ziemi 

czterech czy pięciu swawolników. W tej samej chwili rozległ się huk i trzask pękającego drewna, 

jakby   ktoś   próbował   staranować   zamknięte   wrota.   Zaległa   cisza   jak   makiem   zasiał.   Ktoś 

nieuważnie strącił latarnię i połowa sali pogrążyła się w cieniu. Wówczas gdzieś w głębi domu 

background image

rozległ   się   niezwykły   grzmot   czyichś   kroków,   jakby   na   ucztę   spieszyły   dwie   kamienne   płyty. 

Ludzie stali jak wryci, ze wzrokiem wlepionym w drzwi. Fryne kurczowo obejmowała za szyję 

tłuściocha, lecz największa, nieopisana wręcz trwoga malowała się na twarzy matki. Cofnęła się 

pod świecącą latarnię i padła na kolana. Błysnęła białkami oczu. Zaczęła wyrzucać z siebie krótkie, 

urywane krzyki, jak pies w pułapce. Wtem zza drzwi wyczłapał mierzący pełnych siedem stóp 

wzrostu nagi kamienny człowiek o topornych, z grubsza ciosanych kształtach. Zamiast twarzy miał 

na   płaskiej   powierzchni   czarne,   nabazgrane   pręgi.   Przed   sobą,   niby   tłuk   moździerza,   prężył 

kamiennego członka. Mierził mnie ten widok, lecz musiałam patrzeć. Przemierzając salę, zbliżył się 

z hałasem do krzyczącej matki, chwycił ją za włosy, poderwał z ziemi i wolną ręką zdarł z niej 

poplamiony winem chiton. Wtedy zemdlałam... Wszystko to nie trwało chyba zbyt długo, bo kiedy 

przyszłam do siebie, wciąż struchlała ze strachu, ludzie ryczeli ze śmiechu. Kilku, w tym dwóch 

mężczyzn, o których wcześniej mówiłam, pochylało się nad moją matką: pocieszali ją i zarazem 

wykpiwali. Z boku leżała sterta płócien i cienkich desek umazanych zaprawą murarską. Z ich 

rozmów wywnioskowałam, że rudzielec włożył na siebie to okropne przebranie, podczas gdy ów z 

twarzą   satyra   sprokurował   huk   kroków,   waląc   cegłą   o   ziemię,   oraz   odgłos   pękających   drzwi, 

skacząc na deskę podpartą z obu końców.

„Nikomu   już   nie   wmówisz,   że   twoja   prababka   nie   była   poślubiona   w   Persji   głupiemu 

kamiennemu bałwanowi!" - szydził z niej, kiwając na boki palcem.

Potem stała się rzecz straszna, która piekła mnie jak rana zadana zardzewiałym sztyletem i 

wystraszyła bardziej niż sam opłakany wygląd matki. Chociaż zbladła jak płótno i ledwie trzymała 

się na nogach, starała się, by goście odnieśli wrażenie, że był to niewinny żart, a nie okrutna, 

zamierzona złośliwość. Wiedziałam, czemu udaje. Czuła paniczny strach przed utratą przyjaciół i 

posunęłaby się do wszystkiego, byle nie zaznać samotności... Sztuczka jej się udała. Choć niektórzy 

goście opuścili dom, reszta przyjęła za dobrą monetę jej humorystyczne wyjaśnienia. Pili na umór, 

kładli się i chrapali. Przed samym świtem zebrałam wszystką odwagę i mimo zdrętwiałych kończyn 

wygramoliłam się jakoś na dach, chłodny i mokry od rosy. Do naszej dziecięcej sypialni wdrapałam 

się   już   reszką   sił.   O   spaniu   na   razie   nie   było   mowy.   Anra   z   niecierpliwością   czekał   na 

sprawozdanie. Błagałam go, żeby odłożył to na później, ale się uparł. Musiałam mu wszystko 

dokładnie   opowiedzieć.   Sceny,   które   rozegrały   się   przed   moimi   oczami,   odżywały   w   mojej 

przeciążonej   pamięci   z   taką   wyrazistością,   jakby   były   rzeczywistością,   nie   wspomnieniami. 

Zadawał setki pytań, żeby wydobyć ze mnie szczegóły. Wskrzesiłem w sobie pierwsze ekscytujące 

uczucie radości, choć psuła mi nastrój świadomość, że wśród ucztujących przeważały osoby podłe i 

bezduszne.   Kiedy   doszłam   do   opisu   kamiennej   maszkary,   Anra   nadspodziewanie   się   ożywił. 

Usłyszawszy,   że   była   dziełem   dwóch   dowcipnych   łotrów,   nie   krył   rozczarowania.   Nawet   się 

background image

rozzłościł, jakbym go okłamała. W końcu pozwolił mi zasnąć. Następnej nocy ponownie wybrałam 

się do kryjówki pod dachem.

Fafryd   znów   osadził   wierzchowca.   Mgły   otulające   górne   partie   masywu   nagle   się 

rozjarzyły, jakby wschodził wśród nich zielony księżyc albo wybuchł wulkan i strzeliły zielone 

płomienie. Twarze przyglądających się temu wędrowców przybrały nieziemski odcień.

Wabił ich do siebie olbrzymi, zachmurzony klejnot. Fafryd i Szary Kocur spojrzeli po sobie 

ze stoickim spokojem. Po chwili cała trójka wspinała się dalej wąską percią.

- Przysięgałam na wszystkich bogów, że więcej tego nie zrobię - podjęła Ahura. - Wolałam 

już umrzeć. Ale... Anra mnie zmuszał. Za dnia włóczyłam się jak duch na pokucie. Stara Berenika 

dziwiła się i patrzyła na mnie podejrzliwie, a raz czy dwa zdawało mi się, że Fryne uśmiecha się 

znacząco. W końcu nawet matkę to zaniepokoiło: wypytywała mnie i wezwała lekarza. Mogłam 

rozchorować się na dobre, postradać zmysły lub umrzeć, lecz poszczęściło mi się. Z rozpaczy 

zaczęłam uciekać z domu i zaraz otworzył się przede mną cały wielki świat.

Kiedy mówiła o tym głosem tchnącym tęsknotą do chwil zachowanych we wspomnieniach, 

Fafryd i Kocur wyobrażali sobie Tyr jako miasto pełne magii w oczach małolaty. Nabrzeża, bogate 

rezydencje, gwar na targowiskach, uliczne śmiechy i pogawędki, statki i przybysze z dalekich 

krajów...

- Na każdym kroku spotykałam ludzi, których nocami widywałam na ucztach. Każdy z nich 

wydawał   mi   się   nadzwyczaj   tajemniczy,   więc   uśmiechałam   się   do   nich   i   z   nimi   żartowałam. 

Ubierałam się w szaty młode] niewolnicy. Z czasem poznali mnie wszyscy i nawet czekali, kiedy 

przyjdę: inni niewolnicy, dziewki z tawern, sprzedawcy łakoci, przekupki, skrybowie, posłańcy, 

wioślarze,   szwaczki   i   kucharze.   Starałam   się   być   uczynna,   załatwiałam   sprawunki,   chętnie 

przysłuchiwałam   się   niekończącym   się   rozmowom,   przekazywałam   najświeższe   nowiny, 

rozdawałam resztki jedzenia wyniesione z domu. Byłam powszechnie lubiana. Nigdy nie miałam 

dość tego miasta, biegałam po ulicach od świtu do wieczora. Zwykle zapadał zmierzch, kiedy 

wracałam przez mur ogrodowy... Nie mogłam wyprowadzić w pole Starej Bereniki, ale znalazłam 

sposób na uniknięcie kary. Postraszyłam ją, że matka się dowie, jak to jej służebnica podsunęła 

satyrowi i rudemu pomysł z kamienną maskaradą. Nie wiem, czy dobrze zgadłam, w każdym razie 

poskutkowało. Potem już tylko burczała i zrzędziła, kiedy wkradałam się po zmroku do domu. Jeśli 

chodzi o matkę, to oddalała się od nas coraz bardziej. Nocą używała życia, za dnia pogrążała się w 

smętnych   rozmyślaniach...   Co   wieczór   czekała   mnie   jeszcze   jedna   przyjemność.   Opowiadałam 

Anrze   wszystko,   co   widziałam   i   słyszałam,   rozprawiałam   z   nim   o   każdej   nowej   przygodzie   i 

każdym małym sukcesie. Byłam sroką, która recytowała mu listę kolorów, dźwięków, zapachów. 

Jak sroka powtarzałam bełkotliwe zdania cudzoziemców i strzępy uczonych dysput, jakie wiedli 

kapłani   i   mędrcy.   Już   dawno   zapomniałam,   jak   mnie   kiedyś   potraktował.   Bawiliśmy   się   w 

background image

najbardziej fascynującą zgadywankę. Często mi pomagał. Radził, dokąd powinnam pójść, na co 

popatrzeć,   a   raz   nawet   uchronił   mnie   przed   porwaniem   przez   dwóch   przymilnych   handlarzy 

niewolników z Aleksandrii, którym chyba tylko ja w mieście ufałam. Spotkało mnie wtedy coś 

bardzo dziwnego. Ci dwaj uśmiechali się do mnie przymilnie, obiecując słodycze, jeśli przejdę się z 

nimi kawałek. Nagle usłyszałam w myślach szept Anry: „Nie rób tego!" Zatrzęsłam się ze strachu i 

prysłam w alejkę... Anra musiał nauczyć się patrzeć moimi oczami, nawet jeśli dzielił nas szmat 

drogi. Zawsze czułam jego bliskość. Denerwowało mnie to, że gardzi spacerami, ale już wam 

mówiłam, czym się skończyła nasza pierwsza wyprawa. Wraz z upływem lat bez reszty zżył się z 

domem.   Wystarczyło,   że   matka   napomknęła   o   przeprowadzce   do   Antiochii,   zapadł   na   ciężką 

chorobę i nie chciał wrócić do zdrowia, póki nie przyrzekła mu, że nigdy, przenigdy nie wyjadą z 

Tyru... Tymczasem wyrósł na szczupłego, w miarę przystojnego młodzieńca. Fryne strzygła do 

niego oczyma i szukała wymówki, by znaleźć się z nim sam na sam w pokoju. On jednak bał się i 

odrzucał   jej   zaloty.   Pomimo   tego   nakłonił   mnie   do   zaskarbienia   sobie   jej   względów.   Miałam 

spędzać z nią więcej czasu, a nawet dzielić z nią łoże podczas tych nocy, kiedy nie chciała jej moja 

matka. Lubił tę zabawę. Wiecie, że wiek dojrzewania to pogoń za miłością, przygodą lub bogami. 

Albo za wszystkim po trochu. Anra przeżywał to samo, lecz jego bogowie kryli się w zakurzonych, 

podniszczonych zwojach, które ojciec zatytułował „Wiedza tajemna!". Przestało mnie interesować 

to, czym się zajmuje całymi dniami. Wiedziałam tylko, że uzupełnia naukę dziwnymi rytuałami i 

eksperymentami. Niektóre przeprowadzał w piwniczce, gdzie były trzy szare kamienie. Wówczas 

stawałam na straży. Już mi nie mówił, co czyta i o czym myśli, a ja marzyłam o szerokim świecie i 

nie   zauważałam   różnicy   w   jego   zachowaniu...   A   powinnam,   bo   odzywały   się   w   nim   coraz 

gwałtowniejsze   żądze   związane   z   okresem   dojrzewania.   Zlecał   mi   trudniejsze,   czasochłonne 

zadania. Musiałam pytać o książki, o których w życiu nie słyszeli skrybowie, odszukiwać wszelkiej 

maści   astrologów   i   wróżki,   kraść   zielarzom   lub   kupować   od   nich   rzadkie   rośliny.   A   kiedy 

przynosiłam mu ciężko zdobyte skarby, zabierał mi je niczym daninę, by nazajutrz wieczorem 

okazywać jeszcze gorszy nastrój. Odeszły w niepamięć radosne dni, gdy wręczałam mu pierwszą 

perską księgę o Arymanie, pierwszy magnetyczny kamień lub gdy powtarzałam mu słowo w słowo 

podsłuchaną wypowiedź słynnego ateńskiego filozofa. Tego rodzaju rzeczy już go nie cieszyły. 

Czasami słuchał półuchem moich opowieści, jakby wcześniej je przejrzał i wiedział, że nie będą 

zawierać nic ciekawego... Zmizerniał i stał się chorowity. Wyniszczający głód wiedzy zmuszał go 

do gorączkowego chodzenia po komnacie. Przypominała mi się wizja matki uwięzionej w ślepych, 

podziemnych korytarzach. Serce mi się krajało, kiedy na niego patrzyłam. Pragnęłam mu pomóc, 

podzielić się z nim wszystkimi radościami świata, dać mu to, czego brak sprawiał mu męczarnie... 

Owszem, potrzebował pomocy, ale nie mojej. Wędrując swoją ciemną, niezbadaną ścieżką, dla 

background image

mnie niepojętą, załamał się pod potężną zaporą, której ze swoim doświadczeniem nie był w stanie 

przekroczyć. Potrzebował nauczyciela. 

8. STARZEC BEZ BRODY

- Mając piętnaście lat poznałam starca bez brody. Wtedy go tak nazwałam i dziś go tak 

nazywam, bo nie znam innej wyróżniającej go cechy, która mogłaby utkwić mi w pamięci. Ilekroć 

o nim myślę, nawet gdy stoi przede mną, jego twarz gubi się w tłumie. Jakby wybitny aktor po 

wcieleniu   się   w   role   postaci   wszystkich   dramatów   świata   wybrał   dla   siebie   najprostszą   i 

najskuteczniejszą charakteryzację. Ale co kryje się za tą nieprzeciętnie przeciętną twarzą? Czasem 

można to wyczuć, lecz nigdy nie ma pewności. Powiedziałabym, że jest tam przesyt i pustka nie z 

tego świata. 

Fafryd wstrzymał oddech. Dojechali do końca grani. Po lewej stronie zbocze wyginało się 

raptownie   w   górę,   tworząc   fragment   pionowej   skalnej   ściany,   gdy   prawy   stok   rwał   w   dół   ku 

czarnej, niezgłębionej otchłani. Ścieżka przed nimi jednak ciągle się pięła - kamienna wstążka 

szerokości dwóch kroków. Aby dodać sobie otuchy, Kocur dotknął liny zwiniętej na ramieniu. Z 

początku konie nie chciały iść dalej, lecz w końcu ruszyły, jakby mdła, zielona poświata razem z 

niezmienną melodią wciągnęła je w swoje niewidzialne sieci.

- To było w winiarni - ozwała się znów Ahura. - Właśnie przyniosłam wiadomość dla 

pewnego, niewiele starszego ode mnie kochasia Greczynki Chloe, kiedy zobaczyłam go siedzącego 

w kącie. Zapytałam Chloe, kto to taki. Powiedziała, że grecki chórzysta i zarazem wędrowny poeta, 

ostatnio  bez   szczęścia...  Albo  nie,  zmieniła   szybko  zdanie.  Egipski  wróżbita!  Próbowała  sobie 

jeszcze przypomnieć słowa sambijskiego kupczyka, patrzyła wnikliwie na mężczyznę, by na koniec 

oznajmić, że wcale go nie zna i ma to gdzieś... Zaintrygowała mnie jego pustka. Oto miałam przed 

sobą nową tajemnicę. Długo mu się przyglądałam, aż wreszcie odwrócił się i spojrzał na mnie. 

Miałam   wrażenie,   że   od   samego   początku   zdawał   sobie   sprawę   z   mojego   zaciekawienia,   lecz 

ignorował je jak senny człowiek ignoruje brzęczącą muchę. Po krótkiej chwili pobiegł wzrokiem 

gdzieś dalej, ale kiedy wyszłam z winiarni, prędko mnie dogonił.

„Prócz ciebie ktoś jeszcze patrzy twoimi oczami, mam rację"? - spytał cicho. 

Tak się wystraszyłam, że zabrakło mi słów, ale on nie oczekiwał odpowiedzi. Wyraźnie się 

rozpromienił, choć jego twarz wciąż się niczym nie wyróżniała. Zaraz zaczął prowadzić ze mną 

miłą pogawędkę, nie szczędząc mi żartów i śmiesznych opowieści. Mimo to nie zdradził, kim jest i 

czym się trudni. Jednakże z różnych drobnych wzmianek wywnioskowałam, że posiada wiedzę z 

background image

tych dziwnych dziedzin, które zawsze interesowały Anrę. Dlatego nie wyrywałam się, gdyśmy szli 

ręka w rękę. Wnet jednak zrzedła mi mina. Wspinaliśmy się właśnie wąską, krętą uliczką, kiedy 

ścisnął moją dłoń tak, jak tego nie lubiłam. Do tego zerkał na mnie dziwnym wzrokiem. Poczułam 

się   niepewnie   i   oczekiwałam,   że   lada   chwila   Anra   ostrzeże   mnie   przed   niebezpieczeństwem. 

Minęliśmy pochyłą kamienicę i zatrzymaliśmy się pod przylegającą do niej obskurną, dwupiętrową 

ruderą. Powiedział, że mieszka na samej górze. Ciągnął mnie do drabiny służącej za schody, a 

ostrzeżenia   jak   nie   było,   tak   nie   było.   Kiedy   jego   dłoń   przesunęła   mi   się   na   nadgarstek,   nie 

czekałam dłużej. Szarpnęłam się i uciekłam, jakby goniło mnie stado wilków... W domu Anra 

przechadzał się po komnacie jak rozjuszony lampart. Z wypiekami na policzkach opowiadałam mu 

o strasznej przygodzie, lecz ciągle mi przerywał, pytając o drobiazgi związane ze Starcem. I z 

rozczarowaniem kiwał głową, bo za mało wiedziałam. A kiedy zaczęłam wyjaśniać mu powody 

ucieczki,   zdumiał   się   niepomiernie.   Wykrzywione   rysy   jego   twarzy   zdradzały   bolesną   udrękę; 

zawiódł się w nadziejach i podniósł ręce, jakby chciał mnie uderzyć. Na koniec rzucił się na sofę ze 

szlochaniem. Gdy jednak pochyliłam się nad nim ze współczuciem, przestał się mazać i spojrzał na 

mnie przez ramię. Ciągle był trupio blady, lecz mówił ze spokojem. „Ahuro, muszę wiedzieć o nim 

jak najwięcej!". Nareszcie uświadomiłam sobie to, czego powinnam się była domyślić już kilka lat 

wcześniej. Wolność: tyle mi dała radości, tyle marzeń spełniła. A jednak była złudzeniem. To nie 

Anra, lecz ja dźwigałam kajdany. Zabawa? Nie było żadnej zabawy, tylko zniewolenie. Kiedy pełna 

zapału cieszyłam się swobodą otwartego miasta, zachwycona jego dźwiękiem i kolorem, kształtem i 

ruchem, on ingerował w tę część mojej natury, nad którą przestałam panować, a która odpowiada za 

wolę, poczucie celu, umiejętność wnioskowania. Byłam jego bezwolnym narzędziem, niewolnicą 

na posyłki, wygodnym przedłużeniem ciała, macką odrastającą po oderwaniu jak u ośmiornicy. 

Ubolewałam nad jego strapieniami, ze wszystkich sił starałam się go pocieszyć, lecz on bezlitośnie 

wykorzystał moją słabość. Byliśmy z sobą naprawdę blisko, jak dwie połówki jednej całości... co 

jemu dawało tylko przewagę taktyczną. Przechodził drugi poważny kryzys w życiu i znowu bez 

wahania   podporządkował   swoim   celom   najbliższą   mu   osobę.   Kiedy   już   wiedział,   że   mu   nie 

odmówię, zobaczyłam nikczemną podłość w jego oczach. Można by nas przyrównać do brata i 

siostry sprawujących wspólne rządy w Antiochii lub Aleksandrii: zawsze razem od wczesnego 

dzieciństwa,   przeznaczeni   sobie,   choć   jeszcze   o   tym   nie   wiedzą,   chłopiec   niedojrzały   i 

nieuświadomiony, aż tu raptem, o zgrozo, przed nimi noc poślubna... Skończyło się tak, że szłam z 

powrotem wąską uliczką do pochyłej kamienicy, obskurnej rudery, drabiny i na drugie piętro do 

starca bez brody. Nie myślcie sobie, że się nie buntowałam. Po wyjściu z domu, co parę kroków 

próbowałam zawrócić. Wcześniej, nawet, jeśli musiałam czołgać się w pajęczynach pod dachem, 

zajmowałam   się   tylko   szpiegowaniem   i   składaniem   raportów.   Nie   angażowałam   się   w   nic 

bezpośrednio. Cóż, stało się to, co było do przewidzenia. Wdrapałam się po drabinie i zapukałam 

background image

do krzywych drzwi. Otworzyły się, ledwie ich dotknęłam. A w środku zadymionej izdebki, za 

dużym i pustym stołem, przy świetle dogasającej lampki, ze skierowanymi na mnie nieruchomymi, 

rybimi oczami, siedział starzec bez brody.

Ahura   przerwała   opowieść.   Fafryd   i   Szary   Kocur   czuli,   jak   osiada   na   nich   wilgoć. 

Zapuszczając wzrok między skalne zbocza, dostrzegli wędrujące ku nim z niebosiężnego szczytu - 

niczym leśne pnącza lub duchy węży dusicieli - pasma zielonkawej mgły.

- Tak... - powiedziała Ahura. - Gdzie jest on, tam są zawsze jakieś mgły i dymy... Po trzech 

dniach wróciłam do Anry i opowiedziałam mu, co przeżyłam. Jak trup zwierzający się swemu 

mordercy.   Tym   razem   mój   oprawca   chciwie   chłonął   każde   słowo.   Kiedy   streściłam   mu   plan 

opracowany   przez   starca,   niezwykła   radość   zaświeciła   w   jego   oczach.   Starzec   miałby   znaleźć 

zatrudnienie jako nauczyciel i lekarz Anry, co nie powinno mu sprawić kłopotu, bowiem matka 

zawsze przychylała się do życzeń syna i może wciąż żywiła nadzieję, że zdoła go uchronić przed 

pustelniczym żywotem. W dodatku starzec miał charyzmę i dar przekonywania. Jestem pewna, że 

dostałby się wszędzie, gdzie by mu się spodobało. W ciągu paru tygodni przejął po cichu rządy w 

domu; niektórych, na przykład matkę, zupełnie ignorował, zaś innych, jak Fryne, bezwzględnie 

wykorzystywał. Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy się zjawił. Anra po raz pierwszy miał zetknąć 

się z rzeczywistością świata istniejącego poza murem ogrodu. I bał się tego jak ognia. Godziny 

oczekiwania   potwornie   się   dłużyły.   Nie   wyściubiał   nosa   z   komnaty   i   chyba   tylko   duma 

powstrzymała go przed tym, żeby wszystko odwołać. Nic by nas nie uprzedziło o nadejściu starca, 

wszelako Stara Berenika, która akurat liczyła srebra na podwórzu, nagle przestała mruczeć do 

siebie.  Anra  rzucił  się  na   sofę   w  kącie  i   z  rękami  zaciśniętymi  na   jej   skraju  badał   wzrokiem 

korytarz. Aż pojawił się tam jakiś cień, ciemniejący i nabierający wyraźniejszych kształtów. Starzec 

położył w progu dwa worki i spojrzał na Anrę, który siedział za mną. Chwilę potem mój brat 

przestał nerwowo sapać, powietrze uszło zeń z cichym sykiem i zemdlał... Wieczorem rozpoczął 

nauki. Wydawało się, że wszystko musi sobie powtórzyć wraz z dotąd nieznanymi, dziwnymi 

szczegółami. Musiał się uczyć języków, lecz niekoniecznie każdego spotykanego w księgach ludzi. 

Musiał dokonywać obrzędów, ale niekoniecznie sprawowanych z myślą o każdym powszechnie 

czczonym bogu. Wykonywać czynności magiczne, jednak potrzebnych mu ziół nie mogłam nigdzie 

kupić   ani   ukraść.   Dzień   w   dzień   Anra   zgłębiał   mroczne   tajniki   ludzkiej   natury,   schorzeń   i 

zagadkowych   mocy   umysłu,   uśpionych   uczuć   sprzed   tysiącleci   -   osobliwości   wynikających   z 

niedopatrzeń bogów i zanieczyszczeń w ziemi, z której powstał człowiek. Nie wiedzieć, kiedy, nasz 

dom   stał   się   przybytkiem   obrzydliwości,   świątynią   sił   nieczystych.   A   jednak   nie   organizowali 

zwyrodniałych orgii i zachowywali umiar w doświadczeniach. Cokolwiek robili, wymagało to od 

nich wielkiej dyscypliny i skupienia sił duchowych. Musieli ściśle trzymać się zasad i receptur. 

Dążyli do wiedzy i władzy... zrodzonej z ciemności, to prawda, lecz mieli zamiar realizować swoje 

background image

plany za cenę największych wyrzeczeń. Należeli do ludzi osobliwie religijnych: ich obrzędy były 

tożsame   z   profanacją,   cuglami   genialnych   umysłów   pragnęli   kierować   rozbitym   światem   jak 

koniem   pociągowym,   obrali   sobie   za   boga   Arymana,   kwintesencję   zła,   rządcę   piekielnych 

otchłani... Życie domu toczyło się zwykłym trybem, choć czuliśmy się niczym lunatycy. Prawdę 

mówiąc, niejeden raz miałam wrażenie, że wszyscy oprócz Anry jesteśmy sennymi zjawami w 

pustych oczach starca, aktorami w koszmarnym spektaklu, gdzie ludzie odgrywają role zwierząt, 

zwierzęta - robaków, a robaki - szlamu... Tradycyjnie, co rano wybierałam się na obchód Tyru. 

Śmiałam się i żartowałam jak kiedyś, lecz nie było w tym serca, odkąd wiedziałam, że przykuto 

mnie do domu niewidzialnymi łańcuchami, przerzucono za mur jak lalkę na sznurku. Nie ważyłam 

się   otwarcie   niweczyć   zamierzeń   moich   panów,   choć   mogłam   nieśmiało   podkładać   im   nogę. 

Pewnego razu przemyciłam Chloe amulet ochronny, bo podejrzewałam, że zastanawiają się nad 

przeprowadzaniem na niej takich samych doświadczeń, jakim była poddawana Fryne. Z każdym 

dniem zwiększał się zakres ich zainteresowań. W zasadzie, już dawno wyjechaliby z domu, gdyby 

nie więź łącząca Anrę z domem. Pracowali więc usilnie nad jej zerwaniem. Nie powiedzieli mi, jak 

chcą tego dokonać, lecz szybko się domyśliłam, że przewidzieli dla mnie rolę w swych planach. 

Świecili mi w oczy mrugającymi płomykami, a Anra dotąd mamrotał, póki nie zasnęłam. Kiedy 

budziłam   się   po   kilku   godzinach   lub   dniach,   okazywało   się,   że   bez   udziału   świadomości 

wykonywałam swoje codzienne obowiązki. Moje ciało słuchało rozkazów Anry. Innymi razy Anra 

zakładał   na   twarz   cienką   skórzaną   maskę,   bo   wtedy   łatwiej   było   mu   patrzeć   moimi   oczami. 

Narastało we mnie poczucie jedności z bratem, ale zarazem strach przed nim... Aż pewnego dnia 

odebrali   mi   resztkę   swobody,   jakbym   miała   być   głównym   bohaterem   brutalnego   obrzędu, 

wprowadzającego mnie w wiek dojrzałości bądź przygotowującego na śmierć, narodziny lub coś 

jeszcze innego. Podsłuchałam starca, gdy mówił o nie oglądaniu słońca i nie dotykaniu ziemi. 

Spędzałam długie godziny w kryjówce pod dachem lub na trzcinowych matach w piwnicy. Tym 

razem nie bratu, ale mnie zakrywano oczy i zatykano uszy. Oto ja, dla której dźwięki i widoki były 

najpożywniejszą strawą, nie  mogłam  zobaczyć  niczego prócz  fragmentarycznych  wspomnień  o 

małym, schorowanym Anrze, starcu w zadymionej izbie czy Fryne czołgającej się na brzuchu i 

syczącej jak wąż. Najgorzej znosiłam rozłąkę z bratem. Po raz pierwszy w życiu nie dane mi było 

oglądać jego twarzy, słyszeć głosu, czuć myśli. Usychałam jak drzewo z podciętymi korzeniami 

albo drapieżnik po stracie zębów... W końcu przyszedł dzień - a może noc, sama nie wiem - w 

którym starzec zdjął mi maskę z twarzy. W piwnicy było dość mroczno, lecz moje oczy, tak długo 

przyzwyczajane   do   ciemności,   zobaczyły   z   bolesną   ostrością   najdrobniejsze   szczegóły   w 

podziemnym pomieszczeniu. Z ceglanej podłogi wydłubano trzy szare kamienie. Obok na wznak 

leżał rozkrzyżowany Anra: blady, wychudzony, ledwie oddychający, bliski śmierci.

background image

Trójka podróżników zatrzymała się przed nieziemsko zielonym wałem mgły. Niedawno 

zdradliwa   ścieżynka  wyprowadziła   ich   na  płasko  ścięty   wierzchołek  góry.   Przed   nimi   ciemne, 

skalne podłoże już po kilkunastu krokach ginęło pod pierzyną mglistych oparów. Bez słowa zsunęli 

się z siodeł i pociągnęli dygoczące zwierzęta w królestwo wilgoci, które - gdyby mgła ważyła tyle 

co woda - do złudzenia przypominałoby fosforyzujące dno morza.

- Serce we mnie skowyczało z żalu na widok mojego znękanego brata. Uzmysłowiłam 

sobie, że choć okrutnie znęcał się nade mną, kocham go bardziej niż cokolwiek na świecie, kocham 

go jak niewolnica swego słabego, bezlitosnego pana, który tylko w niej ma oparcie, kocham go jak 

sponiewierane ciało kocha despotyczny umysł. Nie mogłam żyć bez niego i umrzeć bez niego. 

Czułam,   że   zrodziła   się   między   nami   więź   trwalsza   od   więzi   krwi   i   ciała,   jaka   w   rzadkich 

przypadkach łączy bliźniaki... Starzec powiedział, że życie brata zależy ode mnie. Na razie pozwolił 

mi   mówić   do   niego   jak   za   dawnych   czasów.   Po   tylu   dniach   nieukojonej   tęsknoty   ochoczo 

skorzystałam z okazji. Anra od czasu do czasu poruszał ziemistymi powiekami, nic więcej, a jednak 

czułam,   że   nigdy   jeszcze   nie   słuchał   mnie   tak   uważnie   i   nigdy   tak   dobrze   nie   rozumiał.   W 

porównaniu   z   tym   wszystkie   nasze   niegdysiejsze   rozmowy   wydawały   się   chłodne   i   banalne. 

Wyszukiwałam w pamięci i przekazywałam mu różnorakie szczególiki, które dawniej wyleciały mi 

z   głowy   lub   wymagały   zbyt   mozolnego   opisu.   Opowieści   ciągnęły   się   w   nieskończoność; 

żonglowałam   wątkami,   przebierałam   w   przygodach,   przeskakiwałam   z   miejscowych   plotek   do 

dziejów   świata,   odświeżałam   wrażenia   i   doświadczenia,   nie   tylko   moje   własne...   Tak   mijały 

godziny, a kto wie, może i dni. Prawdopodobnie starzec jakimś czarodziejskim zaklęciem sprawił, 

że reszta domowników posnęła lub ogłuchła, dzięki czemu nikt nam nie przeszkadzał. Gdy zaschło 

mi w gardle, dostawałam coś do picia, choć wolałabym ani na moment nie przerywać, albowiem 

wygląd brata powoli, lecz nieubłaganie zmieniał się na gorsze. Poza tym wbiłam sobie do głowy, że 

moje słowa są jego ostatnią deską ratunku i łączą nasze ciała kanałem, którym mogę mu przesyłać 

swą ożywczą siłę. Oczy mi się sklejały i łzawiły, ręce dygotały, a z krtani wydobyłam chyba 

wszystkie możliwe rodzaje chrypy aż do ledwie słyszalnego szeptu. Mimo wielkiego samozaparcia 

pewnie i tak bym zemdlała, gdyby starzec nie podsuwał mi pod nos wonnego dymu palonych ziół, 

który momentalnie przywracał mnie do przytomności. .. W końcu straciłam głos, ale i wtedy nie 

spoczęłam na laurach. Nadal poruszałam spękanymi wargami i snułam wątki najróżniejszych myśli. 

Jakby wydobywane z głębin pamięci szczątki pojęć tworzyły cienką nić, na której wisiało życie 

Anry.   Nękała   mnie   zwłaszcza   jedna   wizja:   umierający   Hermafrodyta   zbliża   się   do   źródła,   by 

połączyć   się   w   jedno   z   nimfą   Salmakis...   Zapuszczałam   się   coraz   dalej   i   dalej   łączącym   nas 

kanałem. Blada, krucha, zabiedzona twarz Anry zbliżała się do mnie, aż w końcu, kiedy ostatnim 

wysiłkiem   woli   przelałam   na   niego   resztkę   sił,   twarz   rozrosła   się   przede   mną   na   kształt 

alabastrowego klifu o zielonych odcieniach, który walił się na mnie...

background image

Ahura przerwała, gdyż strach odebrał jej mowę. Wędrowcy stanęli jak wryci i otworzyli 

szeroko oczy. Albowiem przed nimi pięła się w górę - tak blisko, że poczuli się jak w zasadzce - 

potężna, przedziwna budowla ni to z białego, ni żółtego kamienia. Przez wąskie okna i otwarte na 

oścież drzwi wylewało się złowieszcze, zielonkawe światło, za sprawą, którego mgła zdawała się 

fosforyzować.   Fafryd   i   Kocur   pomyśleli   o   obeliskach   w   Karnaku,   latarni   morskiej   na   Faros, 

ateńskiej   Akropolis,  babilońskiej  Bramie  Isztar,  ruinach  Hatti,  Zaginionym  Mieście  Arymana  i 

ułudnych   wieżach,   które   zwodzą   marynarzy   między   Scyllą   a   Charybdą.   W   istocie   rzeczy, 

architektura   tej   imponującej   budowli   odznaczała   się   nieprzebranym   bogactwem   form   i   tak 

niezwykłą oryginalnością, że można ją było uznać za kolebkę nowej, nieziemskiej stylistyki. Mgła 

potęgowała wrażenie. Łukowe rampy i strzeliste pinakle, niczym niewyraźny kształt widziany w 

sennym koszmarze, pełzły ku wyżynom, gdzie powinny być gwiazdy.

9. ZAMEK MGŁA ZWANY

- Później zdarzyła się rzecz bardzo dziwna - podjęła Ahura. - Czułam się, jakby ktoś mnie 

uwolnił od gorączkowych majaków i umieścił w zaciszu bajkowego snu. 

Uwiązawszy   konie,   podróżnicy   szerokimi   schodami   ruszyli   ku   drzwiom   -   beztrosko 

otwartym, jakby pan zamku drwił sobie ze szturmów czy ukradkowych podchodów.

-   Leżałam   na   plecach   obok   trzech   kamieni   i   patrzyłam,   jak   moje   ciało   porusza   się   w 

piwnicy. - Ahura opowiadała swą historię z takim samym chłodnym, filozoficznym spokojem, z 

jakim trójka podróżników maszerowała po schodach. - Byłam słaba jak trzcina, nie mogłam nawet 

palcem ruszyć, a mimo to doznawałam uczucia niewymownej błogości. Gardło już mnie nie piekło 

ani nie bolało. Beznamiętnie, jak człowiek we śnie, przyglądałam się swojej twarzy. Widziałam na 

niej triumfalny uśmieszek, który wydał mi się dość głupi. Po pewnym czasie w moim przyjemnym 

śnie pojawił się strach. Twarz niby należała do mnie, lecz jej rysy dziwnie się układały. Nagle 

musiała mnie zobaczyć, bo wykrzywiła się wzgardliwie, odwróciła i powiedziała coś do starca, 

który   z   powagą   pokiwał   głową.   Strach   przeniknął   mnie   do   szpiku   kości.   Z   przeogromnym 

wysiłkiem przesunęłam wzrok i spojrzałam na moje prawdziwe ciało, to leżące na ziemi. Ciało 

Anry...

Dotarli do drzwi i znaleźli się w przestronnej sali z kamiennymi ścianami i mnóstwem wnęk 

i zakamarków. Wydawało się, że ani na krok nie zbliżyli się do źródła zielonego światła, które tutaj 

jasnym blaskiem przesycało mgliste powietrze. Tu i tam stały kamienne stoły, ławy i krzesła, lecz w 

oczy  rzucało   się   przede   wszystkim   ogromne   sklepione   przejście,   znad   którego   rozchodziły   się 

background image

fantazyjnie rozplanowane kamienne żebra. Fafryd i Kocur natychmiast zauważyli nieprzeciętnie 

duży kamień zwornikowy, w którym u góry widniała dziwna, ciemna nisza.

W   niepokojącej   ciszy   dłonie   podróżników   błądziły   po  rękojeściach  mieczy.  I   nie   tylko 

dlatego, że nie słyszeli już wzywających ich dźwięków (w Zamku Mgłą Zwanym rozlegało się co 

najwyżej ich własne bicie serc). Otóż całą przestrzeń w zamku - zdawać by się mogło - wypełniała 

pod   postacią   mgły   miażdżąca   zmysły   koncentracja   umysłu,   jakby   przebywali   w   głowie 

gigantycznego myśliciela lub same kamienie oddawały się mistycznym rozmyślaniom.

A ponieważ mieli wrażenie, że przedłużając swój pobyt w tej martwej sali, wykazaliby się 

takim   samym   brakiem   rozsądku,   co   zabłąkany   myśliwy   stojący   w   bezruchu   na   trzaskającym 

mrozie, skierowali się do sklepionego przejścia i zaczęli wspinać pierwszą z brzegu rampą. 

- Mogłam tylko patrzeć bezradnie, jak się szykują do opuszczenia domu - podjęła wątek 

Ahura. - Podczas gdy Anra zbierał manuskrypty i pakował ubranie, starzec obtłukiwał z zaprawy 

trzy szare kamienie. Być może w chwili zwycięstwa zapomniał o zachowaniu środków ostrożności. 

Tak   czy   inaczej,   moja   matka   zeszła   do   piwnicy,   kiedy   pochylał   się   i   zmagał   z   kamieniami. 

Krzycząc: „Cóżeś z nim zrobił?!", schyliła się nade mną i ze strachem zaczęła mnie obmacywać. 

Nie spodobało się to starcowi, bo chwycił ją za ramiona i bezceremonialnie odsunął. Skuliła się pod 

ścianą, gdzie szczękała zębami i z grozą w oczach patrzyła, jak Anra w moim ciele nieporadnie 

podnosi oczyszczone kamienie. Starzec zarzucił mnie sobie na ramię  (moje wyniszczone ciało 

niewiele   ważyło),   wziął   pakunki   i   po   schodkach   wyszedł   na   górę.   Przeszliśmy   przez   usłaną 

płatkami   róż   salę,   gdzie   wyperfumowani,   opryskani   winem   goście   gapili   się   na   nas   w   tępym 

zdumieniu. I tak opuściliśmy dom. Była noc. Przy osłoniętej lektyce, do której wpakował mnie 

starzec, czekało już pięciu niewolników. Pamiętam jeszcze twarz matki, na której łzy rozmazywały 

puder, kiedy patrzyła za nami przez uchylone drzwi.

Po rampie dotarli na wyższe piętro, gdzie jakiś czas błąkali się w labiryncie pustych komnat. 

Nie ma potrzeby rozpisywać się o rzeczach majaczących w cieniu bocznych korytarzy i o tym, co 

było słychać za żelaznymi drzwiami pozamykanymi na ciężkie, skomplikowane zasuwy, których 

nie śmieli ruszać. Natknęli się na zagraconą bibliotekę z regałami po sam sufit. Oczywiście, było 

tam mnóstwo starych zwojów; karty wydawały się kopcić i parować, jakby papirus przechodził 

powolny   proces   samospalenia.   W   kątach   stały   jeden   na   drugim   zamknięte   kosze   wiklinowe   z 

zieleniejącymi tabliczkami z kamienia i zaśniedziałymi z miedzi.

Zobaczyli też takie przyrządy, że Fafryd nie musiał napominać Kocura, aby ich nie dotykał. 

W innej komnacie bił w nos okropny zwierzęcy fetor. Na śliskiej podłodze leżało rozsypane czarne, 

krótkie i nadzwyczaj grube włosie, lecz jedyną żywą istotą, jaką ujrzeli, było zwierzątko bez sierści, 

które wyglądało jak nieudana kopia niedźwiadka. Kiedy Fafryd pochylił się, aby je pogłaskać, 

smyknęło w kąt z popiskiwaniem. Napotkali również drzwi sięgające kolan, trzykrotnie szersze niż 

background image

wysokie, tudzież okno otwarte na pustkę sprawiającą wrażenie bezkresnej, czarnej dali - ni to 

nocnych ciemności, ni to smolistego kopcia. Fafryd wyjrzał na zewnątrz i niewyraźnie dostrzegł na 

murze nadżarte przez rdzę i niknące w mroku uchwyty żelaznej drabinki. Kocur rozwinął linę na 

całą długość, rozkręcił ją za oknem i zatoczył wielkie koło, lecz hak o nic nie zawadził.

Wszelako   najdziwniejszym   wrażeniem,   jakie   budziła   w   nich   ta   zatrważająco   pusta 

warownia, z początku dość trudnym do uchwycenia, choć pogłębiało się ono w każdym nowo 

odwiedzonym pomieszczeniu i krętym korytarzu - była świadomość architektonicznego absurdu. 

Wydawało   się   rzeczą   niemożliwą,   aby   podpory   mogły   udźwignąć   niewyobrażalne   brzemię 

kamiennych stropów i posadzek - niemożliwą do tego stopnia, że człowiek święcie wierzył w 

istnienie przypór i konstrukcji oporowych... choć na razie nigdzie ich nie widział. Albo więc były 

niewidzialne, albo należały do zupełnie innego świata, a Zamek Mgłą Zwany tylko częściowo 

wynurzał się tutaj z jakiejś obcej sfery. Na domiar złego spotykało się czasem zaryglowane drzwi 

do pomieszczeń, gdzie teoretycznie nie było miejsca bodaj na komórkę.

Wędrowali taką gmatwaniną korytarzy, że nawet zachowując w pamięci wszystkie znaki 

orientacyjne, kompletnie się pogubili.

- Tak dalej być nie może - odezwał się w końcu Fafryd. - Niezależnie od tego, czego 

szukamy i z kim mamy się spotkać, ze starcem czy demonem, możemy raz jeszcze popróbować 

szczęścia w tamtej dużej sali z ogromnym sklepionym przejściem.

Kocur pokiwał głową i zawrócili.

- Na pewno nie będziemy tam w gorszej sytuacji niż tutaj - powiedziała Ahura. - Na Isztar, 

starzec słusznie rymował: „W każdej sali wilcze oczy, w każdym przejściu pazur smoczy". Zawsze 

się bałam tego miejsca, ale nie przypuszczałam, że będzie tu piekielny labirynt, a w nim kamienny 

władca i kamienne pułapki... Bo wiecie, moi oprawcy nigdy mnie tu nie przyprowadzili. Od tamtej 

nocy, kiedy opuściłam dom w ciele Anry, byłam żywym trupem: zabierali mnie i zostawiali, gdzie 

im się żywnie podobało. Pewnie by mnie zabili (raz nawet Anra nalegał, by to zrobić), tyle że 

koniecznie ktoś musiał żyć w ciele Anry, a także w moim prawowitym ciele, kiedy on je opuszczał. 

Albowiem Anra mógł na powrót przyoblec się we własną skórę i poruszać się w niej w krainie 

Arymana. Na ten czas zaciągali mnie do Zaginionego Miasta i odurzali ziołami, bym nie mogła się 

ruszyć. Jestem pewna, że coś zrobiono z jego ciałem. Starzec wspominał, że można je uczynić 

niezniszczalnym. Kiedy po raz któryś do niego wróciłam, wydało mi się bardziej puste i jakby 

kamienne.

Zaledwie Kocur ruszył w dół rampą, doszedł go z daleka, wyraźny pośród przytłaczającej 

ciszy, cichutki jęk.

- Poznałam na wylot ciało brata, ponieważ w ciągu siedmiu lat, gdy zamykali mnie w 

grobowcu,   spędzałam   w   nim   większość   czasu.   Aż   przyszła   taka   chwila,   kiedy   mimo   niedoli 

background image

przestałam się zadręczać i strach minął. Śmierć nie robiła już na mnie wrażenia. Po raz pierwszy w 

życiu mój sposób myślenia i poglądy na świat miały okazję rozwinąć się i dojrzeć. Uwięziona w 

grobowcu,   zmuszona   obywać   się   bez   doznań   zmysłowych,   hartowałam   w   sobie   moc   ducha.   I 

zobaczyłam to, czego wcześniej nie widziałam. Słabe strony Anry Otóż Anra nie był w stanie 

uwolnić się ode mnie. Rozerwanie łańcucha, którym niegdyś skuł nasze umysły, okazało się ponad 

jego siły. Bez względu na to, jak daleko przebywał i jakich używał kamuflaży, miałam pewien 

wgląd w jego myśli, choć cokolwiek widziałam, zawsze to była, że tak powiem, scena rozgrywająca 

się na końcu długiego, wąskiego, ciemnego korytarza... Widziałam przedmiot jego dumy, srebrną 

zbroję.   Patrzyłam,   jak   na   skrzydłach   ambicji   szybuje   między   gwiazdy;   były   dlań   klejnotami 

wpiętymi w czarny aksamit, ozdobą jego przyszłego skarbca. I czułam tak wyraźnie, jakby to 

uczucie zrodziło się w moim sercu, jego namiętną nienawiść wobec nieczułych, zaborczych bogów 

-   wszechmogących   ojców,   którzy   strzegą   zazdrośnie   tajemnic   wszechświata,   drwią   z   naszych 

błagań, wpadają w gniew, potrząsają głowami, zakazują, dają nauczki. Z całej duszy nienawidził 

więzów czasu i przestrzeni, jakby każda piędź ziemi, na której nie postawił stopy i nie zatrzymał 

spojrzenia,   pętała   mu   ręce   srebrnymi   kajdanami,   a   każda   chwila   wcześniejsza   i   późniejsza 

względem jego życia - przytwierdzała go srebrnym gwoździem do krzyża. Przechadzałam się po 

targanych   wichrem   salach   jego   samotności   i   zrozumiałam,   że   gustuje   w   pięknie   ciemnych, 

połyskliwych kształtów, które rozdzierają ciało i duszę. A raz zajrzałam do lochów jego miłości, 

gdzie żaden promień światła nie ujawniał pieszczonych tam trupów i całowanych kości. Oswoiłam 

się z jego marzeniami o wszechświecie pełnym cudów, zaludnionym przez bogów widocznych 

gołym okiem. Gorąco pragnął poznać tajemnice świata, jak ktoś pragnie poznać tajemnice kobiety, 

wszystkie jej ukryte zakamarki... Na szczęście (mówię tak, bo w końcu zdołałam go znienawidzić), 

choć do woli korzystał z mojego ciała, nie przychodziło mu to ze swobodą i łatwością. Nie umiał 

się śmiać, kochać, chodzić śmiało między ludźmi. Zamiast tego wycofywał się, krył w cieniu, 

zerkał z ukrycia i wydymał wargi.

Zeszli już dalej niż do połowy rampy, kiedy Kocurowi wydało się, że jęk się powtarza, jest 

głośniejszy i przechodzi w gwizdanie.

- Brat i starzec rzucili się w wir studiów i eksperymentów, co zmuszało ich do odwiedzania 

najdalszych   zakątków   świata.   Mieli   nadzieję   otworzyć   czarne   wrota   królestwa,   gdzie   ich 

możliwości będą nieograniczone. Ze swego ciasnego więzienia z wielką ciekawością śledziłam ich 

postępy. Owoce ich trudów prędko dojrzewały, lecz w końcu zgniły, co mnie wielce ucieszyło. 

Wyciągali drapieżnie palce w ciemności i po prostu nie trafili na następny szczebel. Jednemu i 

drugiemu czegoś brakowało. Anra zrobił się zgorzkniały, winił starca za niepowodzenia. Pokłócili 

się... Widząc, że Anra ponosi sromotną porażkę, śmiałam się z niego szyderczo. W myślach, nie 

ustami. Nie mógł się schować przed tym śmiechem na ziemi ani w gwiazdach. To wtedy postanowił 

background image

mnie zabić. Jednak co z tego, skoro bał się tknąć własnego ciała? Na dodatek potrafiłam już go do 

niego nie dopuścić... Być może to właśnie mój drwiący śmiech tak mu dokuczył, że zainteresował 

się wami i zagadką śmiechu Starszych Bogów. Poza tym szukał w magii sposobów na odzyskanie 

utraconego ciała. Były chwile, kiedy bałam się, że znajdzie nową drogę ucieczki albo fortelem 

wypędzi mnie z ciała. Ulżyło mi dopiero dziś rano przed grobowcem - ach, słodka zemsto! - 

gdyście pluli na jego propozycje i rzucili mu wyzwanie, by w końcu z pomocą mego śmiechu go 

zabić. Teraz czeka nas już tylko rozprawa ze starcem.

Pod   monumentalnym,   ekscentrycznie   sklepionym   przejściem   z   dziwnie   wklęśniętym 

kamieniem zwornikowym ponownie usłyszeli jękliwy gwizd. Tym razem nie mieli najmniejszych 

wątpliwości: nie był złudzeniem i dochodził z bliska, ze ściśle określonego kierunku. Podbiegłszy 

do pogrążonego w cieniu kąta sali, gdzie mgła zebrała się w szczególnej obfitości, dojrzeli otwór w 

ścianie, umieszczony nisko nad podłogą, zaś w tym oknie - twarz, która unosiła się wśród gęstych 

oparów   mgły   w   oderwaniu   od   reszty   ciała.   W   jej   rysach,   doszczętnie   wypranych   ze   znaków 

szczególnych,   mogłyby   znaleźć   swe   odzwierciedlenie   twarze   wszystkich   ludzi   pomarłych   w 

starożytności, zawiedzionych w swoich pragnieniach. Na brodzie i wpadniętych policzkach nie było 

śladu zarostu.

Zbliżając się z trwogą do okna, przekonali się, że twarzy towarzyszy jednak trochę skóry i 

kości tudzież jakiś punkt podparcia.

Niewyraźnie   rysowały   się   długie   strzępy   ubrania   (bądź   porozrywanego   ciała),   srebrne 

łańcuchy z hakami lub kolcami, puchnący i wiotczejący worek: płuco.

Wtem   jedyne   oko,   które   ostało   się   w   tej   żałosnej   ruinie   człowieka,   otworzyło   się   i 

skierowało na dziewczynę. Skurczone usta wykrzywiły się w karykaturalnym uśmiechu.

- Podobnie jak ciebie, Ahuro - stęknął nieszczęśnik najwyższym falsetem - wyprawił mnie z 

misją, której nie chciałem przyjąć.

Zdjęci strachem, którego nawet nie śmieli wyrazić słowami, wszyscy jak jeden mąż obrócili 

głowy, by spojrzeć przez ramię na wypełnione mgłą wejście do zamczyska. Patrzyli tak przez trzy, 

cztery uderzenia serca. Doleciało ich ciche rżenie konia. Teraz już odwrócili się całkiem do drzwi... 

choć   wcześniej   sztylet   wyrzucony   pewną,   nie   znającą   drżenia   ręką   Fafryda   ugrzązł   w   oku 

torturowanego człowieka.

Stali ramię przy ramieniu: Fafryd z szeroko otwartymi oczami, Kocur w napięciu, Ahura z 

miną kogoś, kto szczęśliwie wdrapał się na szczyt urwiska i tam raptownie się pośliznął.

W poświacie za drzwiami przystanął wielki cień.

- Śmiej się! - rozkazał Fafryd Ahurze ochrypłym głosem. - Śmiej się, na co czekasz? - 

Potrząsnął nią.

background image

Szarpała   głową,   naprężała   struny   głosowe,   krzywiła   usta,   lecz   jej   śmiech   przypominał 

mizerny rechot żaby, a twarz wyrażała rozpacz.

- Otóż to! - zabrzmiał głos, wszystkim doskonale znany. - Są takie chwile, kiedy śmiech jest 

bronią podatną na stępienie. Równie bezużyteczną jak miecz, którym mnie dzisiaj przekłuto. - 

Śmiertelnie blady, z plamką zaschniętej krwi na piersi, strzaskanym czołem, okurzony po podróży, 

Anra Dewadoris ukazał swoją twarz.

- A zatem wracamy do punktu wyjścia - rzekł wolno. - Tylko że teraz nie rozstaniemy się 

tak szybko.

Fafryd usiłował coś powiedzieć, lecz słowa i śmiech uwięzły mu w gardle.

- Po części już wiecie, do czego jestem zdolny, znacie moją historię - ciągnął adept. - Na to 

właśnie liczyłem. Mieliście czas zważyć argumenty i wyciągnąć wnioski. Czekam na odpowiedź.

Tym razem to Kocur chciał wykrztusić słowo lub wybuchnąć śmiechem - nadaremnie.

Adept przyglądał im się dłuższą chwilę z miłym wyrazem twarzy. Nagle jego spojrzenie 

powędrowało dalej. Zmarszczył czoło, podszedł szybkim krokiem, przepchnął się między nimi i 

nachylił nad otworem w ścianie.

Zaledwie odwrócił się do nich plecami, Ahura szarpnęła Kocura za rękaw i otworzyła usta 

do szeptu. Co przypominało wysiłki głuchoniemego.

Usłyszeli markotny głos adepta.

- Był moim ulubieńcem...

Kocur wyciągnął sztylet, chcąc zaatakować Anrę od tyłu, lecz Ahura chwyciła go i pokazała 

mu palcem coś zupełnie innego.

Adept okręcił się na pięcie.

- Cymbały! - wrzasnął. - Nie umiecie docenić wspaniałości mroku? Nie zachwyca was 

potęga przerażenia? Nie ciągnie was do przygód, przy których wszelkie inne przygody niegodne są 

tego   miana?   Zniweczyliście   największe   moje   dokonanie,   zabiliście   tak   drogą   memu   sercu 

wyrocznię! Wspaniałomyślnie wpuszczam was na zamek, przekonany, że jego cudowna muzyka i 

rozmach nowatorskich rozwiązań skłoni was do przyjęcia oferty... a wy tak mi odpłacacie? Tyle w 

was pokładałem nadziei, gdy osaczyły mnie ślepe, zazdrosne moce. Kiedym tu szedł z Zaginionego 

Miasta,   rozmaite   znaki   wróżyły   mi   trudności.   Białe   światło   idioty   Ormuzda   zabrudziło   czarne 

niebo. Usłyszałem na wietrze stękanie zdziadziałych Starszych Bogów. Ktoś się za mną skradał, 

jakby próbował mnie dogonić niedouczony Ningobel, ta ostatnia, niezdarna psina w myśliwskiej 

sforze. Miałem przeciwko nim zaklęcie, lecz potrzebowałem starca, żeby było skuteczne. Teraz się 

zbliżają, ostrząc na mnie pazury. Ale ja wciąż mam możliwości obrony, nie wszyscy sojusznicy 

mnie opuścili. Choć wisi nade mną miecz, są tacy, którzy przez wzgląd na łączące nas więzi 

background image

odpowiedzą na moje wezwanie. Nie dane wam będzie ujrzeć mój koniec, jeśli nadejdzie! - Po tych 

słowach potężnym, nieziemskim głosem zawołał: - Ojcze! Ojcze!

Jeszcze echo nie przebrzmiało, a już Fafryd ruszył na niego, robiąc szeroki zamach swoim 

wielkim mieczem.

Kocur podążyłby w jego ślady, ale gdy strząsnął rękę Ahury, uświadomił sobie nagle, co mu 

tak natarczywie pokazywała: wnękę w kamieniu zwornikowym olbrzymiego sklepienia. Bez chwili 

wahania zdjął z ramienia linę. Biegnąc środkiem komnaty, zakręcił końcem sznura i ze świstem 

wyrzucił go w górę. Hak zaczepił się we wnęce. Jął się wspinać, mozolnie przekładając ręce. Za 

nim   rozległ   się   szczęk   ścierających   się   zażarcie   mieczy   oraz   jeszcze   jeden   dźwięk,   głęboki   i 

odległy. 

Jedną ręką chwycił krawędź wnęki, podciągnął się wyżej, aż wreszcie, wsparty na łokciu i 

biodrze, wpakował do środka głowę i ramiona. Po chwili ręką uzbrojoną w sztylet kilkakrotnie 

machnął przed sobą.

Wnęka okazała się pusta jak wnętrze miski. Dno wypełniał paskudny zielonkawy płyn, 

ściany były wyłożone lśniącymi minerałami. W zanurzeniu spoczywały dziwne przedmioty: trzy 

prostokątne, inne zaś, pulsujące rytmicznie, miały zaokrąglone kształty.

Kocur podniósł sztylet, lecz wstrzymał się z ciosem. Coś się w nim buntowało. Potrzebował 

czasu,   żeby   przypomnieć   sobie   i   ocenić   wagę   całej   masy   poszlak:   słów   Ahury   o   rytualnych 

zaślubinach wśród perskich przodków matki i jej podejrzeń, że choć urodziła się równocześnie z 

Anrą, nie są dziećmi tego samego ojca; tragicznej śmierci Greka (Kocur przypuszczał, co go tak 

zmasakrowało);   osobliwej   skłonności   do   ukamienienia,   którą   dostrzegł   w   Anrze   niewolnik 

poproszony o pomoc lekarską; wzmianki o kruchych kościach i nie chcącym się zagoić złamaniu; 

zagadki, czemu nie zmarł mimo przebitego serca i czemu jego czaszka pękła jak gliniany dzbanek; 

niewidocznego oddychania; ludowych legend o czarnoksiężnikach, którzy umieli schować serce, 

chroniąc je przed zranieniem; czarnego monolitu o ludzkich kształtach w Zaginionym Mieście... I 

rzecz najważniejsza: wszyscy wyczuwali bliskie pokrewieństwo Anry i półżywego zamku.

Zobaczył Anrę Dewadorisa, który nadział się na miecz, a mimo to wpychał go w siebie i 

przesuwał się do przodu. Fafryd rozpaczliwie bronił się sztyletem przed Igłą.

Ta koszmarna scena musiała sparaliżować Kocura, słuchał, bowiem bezradnie, jak brzęk 

żelaza narasta, wróżąc fatalny koniec pojedynku. Ponad ten hałas wybił się wszakże nowy dźwięk: 

łomot tytana maszerującego górską ścieżką niczym chodzące trzęsienie ziemi. Zamek Mgłą Zwany 

zaczął drżeć, lecz Kocur nadal nie mógł zdobyć się na działanie.

Aż   raptem   posłyszał   -   dobiegający   wskroś   nieskończonych   przestrzeni,   zza   najdalszej 

rubieży, dokąd odeszli Starsi Bogowie po przekazaniu świata młodszym bóstwom - przepotężny 

background image

śmiech, wyraz szyderstwa wobec wszystkich i wszystkiego, nawet wypadków rozgrywających się 

na tym zamku. Śmiech niósł z sobą moc i Kocur wiedział, że tą mocą wolno mu rozporządzać.

Posłał sztylet w dół, by zanurzyć ostrze w zielonym płynie, a tym samym naruszyć spójność 

skamieniałego   serca,   mózgu,   płuc   i   wątroby   Anry   Dewadorisa.   Płyn   spienił   się   i   wzburzył. 

Gwałtowne kołysanie zamku omal nie strąciło Kocura na ziemię, gdy śmiech i grzmot kroków 

połączyły się w jeden piekielny huk.

Nieoczekiwanie, niemal  w ułamku chwili, zapanowała cisza i ustąpiło drżenie. Mięśnie 

odmówiły posłuszeństwa Kocurowi, który na poły spadł, na poły ześliznął się po linie. Leżąc na 

ziemi, rozglądał się w otumanieniu. Zobaczył Fafryda, który wyszarpnął miecz z ciała zabitego 

adepta i zatoczył się w tył, aż jego dłoń namacała brzeg stołu. Ahura wciąż dochodziła do siebie po 

ataku śmiechu; podszedłszy do brata, uklękła i położyła sobie na kolanach jego rozłupaną głowę.

Nie padło żadne słowo. Czas mijał. Zielona mgła powoli się rozwiewała.

Nagle mały, czarny kształt wpadł na salę przez okno pod sufitem.

- Huginn, tutaj! - zawołał Kocur z uśmiechem.

Nietoperz zleciał posłusznie i głową w dół zawisł na jego rękawie. Niósł przywiązany do 

łapki zwitek pergaminu.

- Wyobraź sobie, Fafrydzie, że mam tu wiadomość od dowódcy tylnej straży! - oświadczył 

wesoło Kocur. - Posłuchaj: „Do moich wysłanników Fafryda i Szarego Kocura, z przedśmiertnymi 

pozdrowieniami! Z żalem wyznaję, że nie ma już dla was nadziei. Mimo tego, w dowód mojej 

przyjaźni, narażam na szwank drogiego mi Huginna, aby zaniósł wam tę ostatnią wiadomość. Tak 

się składa, że Huginn przy odrobinie szczęścia wróci do mnie z Mgły, która to sztuka wam się 

niestety nie uda. A więc jeśli przypadkiem przed śmiercią zobaczycie coś ciekawego, a zobaczycie 

na   pewno,   łaskawie   opiszcie   mi   to   w   krótkich   słowach.   Jest   takie   przysłowie:   nauka   ma 

pierwszeństwo   przed   śmiercią.   No   to   do   zobaczenia   za   dwa   tysiące   lat,   drodzy   przyjaciele. 

Ningobel".

- Trzeba to oblać - rzekł Fafryd i znikł w ciemnościach.

Kocur   ziewnął   i   przeciągnął   się   w   ramionach.   Ahura   drgnęła,   złożyła   pocałunek   na 

zszarzałej twarzy brata, uniosła z kolan lekką jak piórko głowę i delikatnie ułożyła ją na posadzce. 

Z górnych pięter zamczyska dobiegły ciche trzaski.

Fafryd powrócił szybkim krokiem z dwoma butlami wina pod pachą.

- Przyjaciele! - oświadczył. - Na niebo wytoczył się księżyc. W jego świetle zamek wydaje 

się o wiele mniejszy niż przedtem. Ani chybi, we mgle rozproszono środek odurzający, po którym 

w oczach mącą się odległości. Idę o zakład, że nas odurzono, bośmy nie widzieli niczego u stóp 

schodów, a tam przecież, z nogą na pierwszym stopniu, stoi czarny posąg, kubek w kubek jak 

tamten w Zaginionym Mieście!

background image

Kocur uniósł brwi.

- A gdyby tak wrócić do Zaginionego Miasta? - podsunął pomysł.

- Ha! Pewnie się okaże, że ta perska ciemnota obaliła posąg, rozbiła go młotami i schowała 

szczątki.   -   Chwilę   milczał.   -   Macie   tu   wino!   -   zagrzmiał.   -   Trzeba   przepłukać   gardła   po   tym 

zielonym paskudztwie!

Kocur uśmiechnął się, wiedząc, że w przyszłości Fafryd będzie mówił o tej przygodzie: 

„wówczas, kiedyśmy zostali odurzeni na szczycie góry".

Siedzieli sobie w trójkę na krawędzi stołu, butla przechodziła z rąk do rąk. Po zielonej mgle 

prawie nie zostało śladu, tak, iż Fafryd, poniechawszy swej teorii o środkach odurzających, zaczął 

twierdzić, że nawet ta mgła im się zwidziała. Z góry docierały coraz głośniejsze trzaski, na co 

Kocur znalazł wytłumaczenie: w bibliotece musiały płonąć zwoje z bluźnierczymi tekstami, których 

przed spaleniem nie chroniła już wilgoć. Pośredniego dowodu na prawdziwość tej tezy dostarczył 

zapomniany   niedorozwinięty   niedźwiadek,   który   zbiegł   z   rampy   kaczym   krokiem.   Naga   skóra 

zwierzęcia   pokrywała   się   już   stosownym   puszkiem.   Fafryd   popryskał   mu   pyszczek   winem   i 

podsunął go pod nos Kocurowi.

- Chce być pocałowany! - zadrwił gromkim głosem.

- Sam go sobie całuj! - odciął się Kocur. - Na pamiątkę świńskiej klątwy!

Wzmianka o całowaniu przypomniała im o Ahurze. Rezygnując z rywalizacji, przynajmniej 

na razie, namówili ją, żeby pozwoliła im sprawdzić czy zaklęcie jej brata rzeczywiście straciło 

swoją moc. Kilka umiarkowanie czułych uścisków dało im pewność, że tak jest w istocie. 

- Coś mi przyszło do głowy, Fafrydzie - odezwał się Kocur żartobliwym tonem. - Skorośmy 

już wykonali zadanie, to czy nie pora wyruszyć na daleką północ, gdzieś śnieg nas ożywi i doda 

nam krzepy?

Fafryd spił resztkę wina z butli i sięgnął po następną.

- Na daleką północ, powiadasz? - rzekł z zadumą. - A czymże ona jest, jeśli nie polem bitwy 

głupiutkich,   podmarzniętych   królewiątek,   którzy   nie   znają   prawdziwych   przyjemności   życia? 

Dlatego stamtąd odszedłem. Miałbym wracać? Na śmierdzący kubrak Thora, nigdy!

Kocur uśmiechnął się znacząco i łyknął wina. Wtem jego wzrok spoczął na nietoperzu, 

który nie odczepił się jeszcze od rękawa. Wyciągnął z sakwy rylec, atrament i skrawek pergaminu, 

po czym zaczął pisać, uskrzydlony chichotami Ahury:

„Do mego sędziwego brata, nieświadomego partnera w świństwach i świństewkach. Witaj! 

Z głębokim ubolewaniem muszę cię zawiadomić o skandalicznej i najzupełniej nieprzewidzianej 

ucieczce dwóch niewdzięcznych gburów z Zamku Mgłą Zwanego. Przed odejściem zdradzili mi 

zamiar złożenia wizyty niejakiemu Ningoblowi (tyżeś nim jest, mistrzu, prawda?), wycięcia mu 

sześciorga oczu i wzięcia ich na pamiątkę. Radzę ci po przyjacielsku, strzeż się. Jeden z nich był 

background image

nieprzeciętnie wysoki i czasem w jego rykach można się było dosłuchać składnej mowy. Znasz go? 

Drugi, w szarym gustownym ubraniu, spryciarz nad spryciarze, pełen osobistego uroku, oddany..."

Gdyby któryś z nich popatrzył w tej chwili na zwłoki Anry Dewadorisa, dostrzegłby lekkie 

drżenie szczęki. W końcu usta się otworzyły i wybiegła z nich czarna myszka. Półniedźwiadek, 

któremu wino i pieszczoty Fafryda wybitnie dodały odwagi, rzucił się na nią pijackim truchcikiem. 

Uciekinierka z piskiem gnała pod ścianę. Wpadła do dziury, na której zaraz potem roztrzaskała się 

butla ciśnięta przez Fafryda. Fafryd zobaczył - albo zdawało mu się, że widzi - osobliwe miejsce, 

skąd wyskoczył gryzoń.

-   Myszy   w   gębie,   fuj!   -   rzekł   z   czkawką.   -   Paskudne   upodobania   miał   ten   przystojny 

młodzieniec. Żeby się babrać w takich plugastwach! I on się mienił adeptem wiedzy tajemnej!

- Przypomniałem sobie, co mi kiedyś mówiła czarownica o adeptach - powiedział Kocur. - 

Otóż powiedziała, że jeśli adeptowi się zemrze, jego dusza odradza się w myszy. Jeżeli w skórze 

myszy zdoła zabić szczura, dusza przejdzie na szczura. Szczur musi zabić kota. Kot ma zabić wilka, 

wilk panterę, a ta wreszcie człowieka. Dopiero wtedy będzie wolno mu rozpocząć od nowa naukę. 

Oczywiście, rzadko się zdarza, żeby ktoś pokonał wszystkie szczeble drabiny, poza tym trzeba na to 

czasu. Próba zabicia szczura wymaganie jednej myszy, ale całego stada.

Fafryd natychmiast się zarzekł, że nigdy nie uwierzy w podobne brednie. Ahura natomiast 

płakała,   aż   wreszcie   doszła   do   wniosku,   że   mysi   żywot   prędzej   zaciekawi,   niż   zmartwi   jej 

szczególnego brata. W drugiej butli pomału kończyło się wino. Na górnym piętrze trzask przerodził 

się w huk; cienie pierzchały pod naporem czerwonych płomieni. Poszukiwacze przygód postanowili 

opuścić to miejsce.

A tymczasem mysz, ta sama co poprzednio lub inna, podobna, wysunęła łebek z dziury i 

zaczęła oblizywać mokre od wina skorupy, popatrując ze strachem na osobników obecnych w 

wielkiej sali, a zwłaszcza na stąpającego dumnie przyszłego niedźwiedzia.

- Misja spełniona - orzekł Kocur. - Wracam do Tyru.

- A ja do bramy Ninga i do Lankmaru. Hej, a może to mi się tylko przyśniło?

Kocur wzruszył ramionami.

- Skąd wiesz, że Tyr to nie sen? Lankmar też mi odpowiada.

- A znajdzie się przy was miejsce dla dziewczyny? - zapytała Ahura.

Silny podmuch zimnego, ożywczego wiatru rozgonił resztki mgły. Kiedy wyszli z zamku, 

na firmamencie świeciły niewzruszone gwiazdy.