background image

FRITZ LEIBER

DROGA DO SKARBU

Swords Against Wizardry

Przełożył

Dariusz Kopociński

Wydanie I

SOLARIS

Olsztyn 2004

 

background image

Książkę dedykuję

Harremu Fischerowi,

Odkrywcy Kuarmalu,

Który napisał dziesięć tysięcy słów,

Przeze mnie nie zmienionych,

O tym podziemnym królestwie.

Opowiadanie Grań Niebios

Chciałbym zadedykować

Dwóm dzielnym wspinaczom,

Paulowi Andersonowi i Paulowi Turnerowi.

 

background image

 

U WIEDŹMY W NAMIOCIE

 

background image

Wiedźma nachyliła się nad piecykiem. Szary dym, szukając drogi do góry, przedzierał się 

przez długie kosmyki jej czarnych, potarganych włosów. Płomyki ognia oświetlały oblicze posępne, 

odpychające i brudne niczym wykopany z ziemi korzeń czarnej jabłoni. Przez pół wieku hartowana 

w dymie i żarze, skóra stała się ciemna, pomarszczona i twarda jak mingolski boczek.

Z   charczeniem   wdychała   dym   i   z   sykiem   go   wydychała   przez   rozszerzone   nozdrza   i 

rozchylone   usta   -   gdzie   czaiły   się   na   kształt   starych   pniaków   trzy   brązowe   zęby,   rosnące   w 

nierównych odstępach przy skraju szarego języka.

Pasma dymu, które zdołały uniknąć jej łakomej paszczy, wzlatywały mozolnie pod zapadły 

dach namiotu, rozpięty na siedmiu pałąkowatych  żerdziach rozbiegających się promieniście od 

słupka, i składały na sędziwych skórach daninę z żywicy i sadzy. Wieść gminna głosi, że taki 

właśnie namiot, podgotowywany przez dziesięciolecia, a najlepiej stulecia użytkowania, wydziela 

wilgoć, która przyprawia o mdłości i wywołuje osobliwe, niebezpieczne wizje.

Za sfalowanymi ścianami namiotu rozciągał się gąszcz ciemnych, krętych uliczek Ilikwingu 

- zatłoczonego i hałaśliwego miasta, najmniejszego w Państwie Ośmiu Miast. Wiał zimny wiatr. 

Nad światem Nehwonu, tak podobnym i niepodobnym do naszego świata, migotały przedziwne 

konstelacje.

W namiocie, po drugiej stronie piecyka, pilnie śledzili poczynania wiedźmy dwaj mężczyźni 

w barbarzyńskim przyodziewku. Barczysty rudzielec przypatrywał jej się z poważną miną, lecz 

jego mniejszy kompan w szarym ubraniu przymrużył powieki, stłumił ziewnięcie i zmarszczył nos.

- Sam już nie wiem, co tu bardziej śmierdzi: piecyk czy ta wiedźma - ozwał się półszeptem. 

- Pewnikiem cały namiot cuchnie, jak wszystko na tej zafajdanej ulicy. A może jej poddaniec jest 

skunksem? Ech, Fafrydzie, skorośmy już musieli szukać rady u czarowników, trzeba było przed 

wypłynięciem z Lankmaru odnaleźć Szylbę i Ningobla.

- Akurat by nam pomogli - odparł wielkolud przyciszonym  głosem. - Cichaj,  Kocurze. 

Chyba zapada w trans.

- Prędzej w sen - rzekł z pogardą jego towarzysz.

Chrapliwy   oddech   wiedźmy   przypominał   teraz   rzężenie   konającego.   Pod   drżącymi 

powiekami  widoczne  były białe  szparki. Wiatr  załopotał  ścianami  namiotu...  albo  niewidzialne 

postacie obmacywały je i ściskały.

Niski mężczyzna nie zwracał na to uwagi.

- Zaczynam się zastanawiać, po co kogoś pytać o zdanie. Wszak nie wybieramy się do 

innego świata, jak ostatnim razem. Mamy dokument na kawałku baraniej skóry i wiemy, dokąd 

prowadzi droga. Sam tak powiedziałeś.

-   Cichaj!   -   warknął   Fafryd   i   dorzucił   oschle:   -   Przed   daleką   wyprawą   zwyczaj   każe 

zasięgnąć rady czarownicy lub czarnoksiężnika.

background image

Kocur odparował z równą zapalczywością:

-   Mogliśmy   się   zwrócić   do   fachowca!   Chociażby   jednego   z   renomowanych   członków 

lankmarskiej gildii czarowników. Tacy przynajmniej mają pod ręką gołe dziewczynki, na których 

można zawiesić oko, załzawione od ślęczenia nad hieroglifami i horoskopami.

-   Wiedźmy   z   prowincji   twardo   stąpają   po   ziemi   i   nie   oszukują   jak   miejska   hołota, 

wystrojona w czarne szpiczaste kapelusze i płaszcze z gwiazdkami - dowodził swego Fafryd. - 

Zresztą, stąd jest bliżej do celu naszej śnieżnej podróży, czuć już tchnienie lodowców. Ech, to twoje 

zamiłowanie do wielkomiejskich luksusów! Pracownię czarownika zamieniłbyś w burdel!

- A pewnie! Tu czary i tam czary! - Gwałtownym ruchem wskazał wiedźmę. - Ma stąpać po 

ziemi, powiadasz? Ta częściej stąpa po gównie niż po ziemi!

- Cichaj, bo wyjdzie z transu!

- Z jakiego transu? - Kocur ponownie zlustrował czarownicę.

Mocno zaciskała usta i oddychała ze świstem przez krogulczy nochal, którego okopcony 

czubek   próbował   się   spotkać   ze   spiczastym   podbródkiem.   Dał   się   słyszeć   cichutki   skowyt, 

kojarzący się z odległym wyciem wilków lub bliskim wyciem upiorów. A może była to po prostu 

nowa nuta w postękiwaniu wiedźmy?

Niski   mężczyzna   wydął   wargi   i   potrząsnął   głową,   choć   skrzętnie   ukrywał   nieznaczne 

drżenie rąk.

- Na moje oko, wylazła z ciała - zawyrokował. - Za dużo makowej słomy jej dałeś.

- Do tego właśnie służy trans. Rzecz w tym, żeby wywarem czy batem wypędzić z ciała 

duszę, która wspina się na tajemne, niebotyczne szczyty, skąd rozpościera się widok na ziemie 

przeszłości i przyszłości, a może nawet innych światów.

- Chciałbym, żeby nasze góry były tylko i wyłącznie tajemne - mruknął Kocur. - Słuchaj, 

mogę tu siedzieć do rana, a przynajmniej wytrzymać jeszcze pięćdziesiąt śmierdzących oddechów 

lub dwieście uderzeń znudzonego serca, skoro taka jest twoja zachcianka. Wszelako nie przyszło ci 

do łba, że w tym namiocie nie jest zbyt bezpiecznie? Pomijam już duchy. Niejeden łotr w Ilikwingu 

z chęcią poderżnie nam gardła, a są tu pewnie i tacy, co jadą tam gdzie my. W tej skórzanej budzie 

wystawiamy się im jak kaczki na łowisku lub jelenie na łysej polanie.

W tym momencie wiatr dmuchnął z nową siłą. Powtórzyło się ściskanie i obmacywanie 

namiotu, nadto szuranie, które można by tłumaczyć dotykiem rozkołysanych gałęzi albo długich 

paznokci nieboszczyka. Do uszu docierały ciche skowyty i powarkiwania oraz odgłos skradających 

się kroków. Przestrogi Kocura nabrały raptem nowego znaczenia. Przyjaciele zatrzymali spojrzenie 

na czarnej szczelinie wyjścia i częściowo wysunęli miecze z pochew.

background image

Wtem ustał głośny oddech wiedźmy, a wraz z nim wszelki inny hałas. Otworzyła białe oczy, 

bez źrenic, nad wyraz zagadkowe w ciemnej gmatwaninie skołtunionych włosów i zmarszczek. 

Szary koniec języka ślizgał się po wargach niby robak.

Kocur   powstrzymał   się   od   komentarza:   rozcapierzone   stanowczym   gestem   palce   dłoni 

Fafryda ostrzej nakazywały milczenie niż jakiekolwiek „cichaj”.

Głosem   stłumionym,   acz   doskonale   słyszalnym,   niemalże   dziewczęcym,   wiedźma 

wyśpiewała:

Siły magiczne i zagadkowe,

Wiodą was na ustronie lodowe...

Zagadka: oto kluczowe słowo w tej sprawie, pomyślał Kocur. Typowy bełkot czarownicy. 

Pewnie wie o nas jeno tyle, że ruszamy na północ. A to mogła usłyszeć od każdego pleciugi.

Na północ, na północ poniosą was nogi,

Gdzie śnieg bije w oczy i zawiewa drogi...

Znowu   to   samo,   skomentował   w   duchu   Kocur.   Choć   mogłaby   mówić   o   czymś 

przyjemniejszym. Brr... Aż zimno się robi.

Zazdrośni rywale pójdą waszym śladem,

Może wam się zdarzyć śmiertelny wypadek.

Oczywiście.   Stosowna   zapowiedź   niebezpieczeństwa,   bez   której   nie   obędzie   się   żadna 

przepowiednia!

Po trudach i znojach, po wielu błądzeniach,

Spełnią się wasze gorące pragnienia!

background image

Szczęśliwe zakończenie, jakżeby inaczej? Święci bogowie, najgłupsza iltmarska prostytutka 

wywróżyłaby to z ręki...

Natenczas znajdziecie...

Kocur ujrzał przed oczami srebrnoszary przedmiot, który śmignął tak blisko, że wydał mu 

się   rozmyty.   Natychmiast   odskoczył   i   wyciągnął   Skalpel.   Ostry   niczym   brzytwa   grot   włóczni 

(przebił   ścianę   namiotu,   jakby   była   z   papieru)   zatrzymał   się   o   cal   od   głowy   Fafryda.   Potem 

włócznię cofnięto. Zaraz po niej wdarł się oszczep, który Kocur trzasnął z boku mieczem.

Na dworze podniosła się wrzawa.

- Śmierć przybłędom! - powtarzało się jak refren.

- Wyłazić, psie juchy!

- Na pohybel im!

Rozbiegany wzrok Kocura spoczął na wejściu do namiotu.

Również Fafryd działał błyskawicznie. Wpadł na dość nietypowe rozwiązanie trudnego pod 

względem strategicznym problemu ludzi zamkniętych w oblężonej twierdzy, gdzie mury nie dają 

schronienia i zasłaniają widok na przedpola. W pierwszej kolejności przyskoczył do słupa i wyrwał 

go potężnym szarpnięciem.

Czarownica   wykazała   się   zdrowym   rozsądkiem   i   też   nie   marnowała   czasu:   rzuciła   się 

plackiem na ziemię.

- Zwijamy obóz! - krzyknął Fafryd. - Kocurze, wyjdź na czoło i wskazuj mi drogę!

Co powiedziawszy, dźwignął namiot i ruszył w stronę wyjścia. Nastąpiła seria głośnych 

trzasków, kiedy pękały jeden po drugim skruszałe ze starości rzemienie, którymi przywiązano do 

kołków skórzane płachty. Z przewróconego piecyka wysypały się węgle. Żywioł przetoczył się po 

wiedźmie.   Kocur   wyskoczył   przed   Fafryda   i   rozchylił   ściany   namiotu.   Od   razu   musiał   użyć 

Skalpela do sparowania miecza, którym dźgano z ciemności, lecz drugą ręką wciąż trzymał skraj 

płachty. Przeciwnik runął jak długi, przypuszczalnie zaskoczony faktem, że atakuje go namiot. 

Kocur podeptał go i zaraz potem, gdy to samo uczynił Fafryd, rozległ się odgłos łamanych żeber. 

Potraktowali wroga w sposób brutalny, aczkolwiek miły uszom.

- Obrót w lewo, Fafryd! - wrzasnął. - Teraz trochę w prawo! Niedługo po lewej ręce będzie 

uliczka. Skręcimy w nią, kiedy powiem. Już! - Chwycił za brzegi płachty i wsparł przyjaciela w 

jego wysiłkach.

background image

Goniły  ich   krzyki   wściekłości   i   zdumienia,   a   wśród   nich   chyba   jazgot   wiedźmy,   która 

pomstowała na złodziei domu.

Uliczka była tak wąska, że ściany namiotu szorowały o płoty i zabudowania. Zaledwie 

wypatrzyli   pod   nogami   pierwszy   kawałek   rozmiękłego   gruntu,   wbili   weń   słup   i   po   takim 

zatarasowaniu przejścia pobiegli przed siebie.

Za nimi zgiełk nagle się nasilił, kiedy pogoń znalazła się w uliczce, wszakże Fafryd i Kocur 

nie przemęczali się w biegu. Podejrzewali, że badanie i szturmowanie pustego namiotu zajmie 

napastnikom dużo czasu.

Truchtem   przemierzali   uśpione   przedmieścia   w   stronę   swego   ustronnego   obozowiska. 

Chwytali w płuca chłodne, orzeźwiające powietrze napływające od najdogodniejszej przełęczy w 

Górach   Trollowych   Schodów   -   skalistego   łańcucha,   który   oddzielał   Państwo   Ośmiu   Miast   od 

sąsiadującego z nim od północy płaskowyżu Lodowych Pustaci.

- Kobiecina miała nam rzec coś ważnego, kiedy nam przerwali - powiedział Fafryd.

- A ja miałem już dość jej rymowanek - burknął Kocur w odpowiedzi. - Wszystko się w nich 

wyzerowało.

- Ciekawe, kim byli ci hultaje i co nimi kierowało. Chyba słyszałem głos Gnarfiego, tego 

piwosza, który ma awersję do niedźwiedziego mięsa.

- Hołota! Zresztą, my się czasem też lubimy powygłupiać. A co nimi kierowało? O to samo 

pytaj kozy i barany. Dziesięciu gamoni posłuchało się jednego głupawego przywódcy.

- Tak czy owak, ktoś nas nie lubi - rzekł Fafryd.

- A było kiedyś inaczej?

 

background image

 

GRAŃ NIEBIOS

 

 

 

background image

Parę tygodni później, pewnego wczesnego wieczoru, szary pancerz obłoków odpływał na 

południe, rozbity i roztopiony pod wpływem, można by rzec, uderzeń maczanej w kwasie maczugi. 

Ten   sam   porywisty   północno-wschodni   wicher   rozkruszył   dotąd   nierozerwalny   wał   chmur   na 

zachodzie. Odsłonił się majestatyczny łańcuch górski, rozciągnięty z północy na południe, mający 

swój   początek   wysoko   przy   samym   płaskowyżu   Lodowych   Pustaci.   Był   niczym   długie   na 

kilkadziesiąt staj smoczysko, które próbowało dźwignąć swój kolczasty grzbiet z lodowego leża.

Fafryd znał Pustacie na wskroś. Urodzony u samych podnóży gór, za młodu nieraz się 

wspinał   na   niższe   zbocza.  Teraz   wymieniał   nazwy   szczytów,   stojąc   obok   Szarego   Kocura   na 

chrzęszczącej,   oszronionej   krawędzi   niewielkiego   wgłębienia,   w   którym   biwakowali.   Słońce 

chowające się za ich plecami ciągle jeszcze oświetlało zwrócone na zachód ściany wyniosłych 

turni,  gdy  wskazywał   je  po kolei  przyjacielowi  -  aczkolwiek nie  było  to  romantyczne  różowe 

światło, ale zimny, surowy blask harmonizujący ze srogą potęgą gór.

- Sięgnij wzrokiem do pierwszego od północy wielkiego wypiętrzenia - instruował Kocura. - 

Widzisz ten hufiec lodowych włóczników, gdzie miejscami znać szarą skałę, a miejscami błyska 

zieleń?   Mówimy   na   niego   Pila.   Dalej,   nad   nią,   samotny   biały   wierzchołek,   na   który   nie 

wdrapywałby się żaden rozumny człowiek. Nazywamy go Zębem. Następna góra, jeszcze wyższa i 

trudniejsza do zdobycia, od południa opada bezdennym pionowym urwiskiem, a szczyt ma ostry jak 

igła. To Biały Kieł, tam zginął mój ojciec. Rzekłby kto, paszcza Gór Olbrzymów... A teraz przenieś 

się do pierwszego ośnieżonego kopca na południowym końcu łańcucha - ciągnął rosły, opatulony 

futrem mężczyzna, miedzianowłosy i miedzianobrody, z gołą głową mimo mroźnego powietrza, 

które przy ziemi było równie spokojne jak morska głębina w czasie sztormu. - Mówią na niego 

Przyczółek   albo   Przystawka.   Może   i   nie   wygląda   groźnie,   a   jednak   ludzie   nocujący   na   jego 

zboczach zamarzali na śmierć lub porywały ich znienacka zabójcze lawiny. Następnie widać dużo 

szerszy kopiec, prawdziwą królową przy księżniczce Przystawce. Ma nieskazitelnie białą kopułę, 

tak wspaniałą, że mogłaby stanowić dach sali obrad wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek byli i 

będą. To Wielki Hanak, którego mój ojciec jako pierwszy człowiek zdobył i poznał. U jego stóp 

stały   namioty   naszej   osady.   Zapewne   ani   śladu   po   niej   nie   zostało,   zniknęły   nawet   doły   po 

latrynach...   Za   Wielkim   Hanakiem,   najbliżej   nas,   wznosi   się   olbrzymi   słup   z   płasko   ściętym 

wierzchołkiem,   rzekłbyś   cokół   nieba.   Co   z   daleka   wydaje   się   zzieleniałym   śniegiem,   w 

rzeczywistości jest jasnym jak śnieg granitem, wytartym przez wichry. To Polarny Obelisk... Na 

koniec - dodał Fafryd cichszym głosem, chwytając przyjaciela - popatrz sobie na te ciemne skaliste 

zbocza, lekko przyprószone śniegiem i przykryte śnieżną czapą między Obeliskiem i Białym Kłem. 

Oba szczyty przysłaniają skrzące się pięknie dolne partie góry, która jest od nich o tyle wyższa, o 

ile one są wyższe od płaskowyżu Pustaci. To właśnie Grań Niebios, cel naszej wyprawy. Teraz 

zasiania wschód księżyca.

background image

-   Owszem   dość   ładna,   smukła   i   wysoka   krosta   na   przemarzniętym   obliczu   Nehwonu   - 

odparł Szary Kocur, uwalniając ramię z uścisku Fafryda. - To może jeszcze mi powiesz, kolego, 

czemuś za młodu nie wspiął się na Grań Niebios, żeby zabrać skarb, jenoś czekał, aż zdobędziemy 

konkretne namiary w dusznej, zakurzonej, patrolowanej przez skorpiony pustynnej wieży ćwierć 

świata stąd? Straciliśmy pól roku, żeby tu dotrzeć.

-   Nie   wspiął   się   na   nią   mój   ojciec;   miałbym   go   prześcignąć?   -  odpowiedział   Fafryd  z 

niejakim wahaniem. - Poza tym, nie zachowało się w klanie żadne podanie o skarbach na szczycie 

góry...   choć   krążyło   mnóstwo   legend   z   nią   związanych,   przy   czym   każda   przestrzegała   przed 

wspinaczką. Ludzie nadali ojcu miano Mitobórcy i ze zrozumieniem wzruszali ramionami, kiedy 

zginął   na   stokach   Białego   Kła.   Wierz   mi,   Kocurze,   wspomnienia   z   tamtych   czasów   dawno 

wymazałem z pamięci. Życie nie szczędziło mi razów, nim się na nie uodporniłem. Kiedy byłem 

gołowąsem, klan opuścił Lodowe Pustacie, aczkolwiek twarde, chropawe skały Polarnego Obeliska 

były moim zwykłym placem zabaw.

Kocur pokiwał głową z niedowierzaniem. W ciszy doskonale słyszeli kuce, które na uwięzi 

przeżuwały oszronioną trawę. Nagle rozległo się ciche, spokojne warknięcie śnieżnego kota Hrysy, 

zwiniętego w kłębek między maleńkim ogniskiem a kupą bagaży: prawdopodobnie jeden z kuców, 

pasąc   się,   za   bardzo   się   zbliżył   do   drapieżnika.   Na   ciągnącej   się   wkoło   rozległej,   oblodzonej 

równinie nic (albo prawie nic) się nie ruszało.

Kocur zatopił w sakwie dłoń w rękawiczce z szarej jagnięcej skóry, wyciągnął z przegródki 

maleńki zwój pergaminu i nie tyle przeczytał, co wyrecytował z pamięci:

Zdobądź białą Grań Niebios, Drzewo Księżycowe,

Omiń gnomy, potwory, niewidzialne bramy.

Jeśli pragniesz dostatków, kluczem otwórz schowek;

Serce Światła zobaczysz i worek z gwiazdami.

- Wieść niesie - rzekł Fafryd w półsennej zadumie - że bogowie mieszkali i mieli kuźnie na 

tej górze, skąd ongiś wśród buchających płomieni i snopów iskier wystrzeliwali w niebo gwiazdy. 

Dlatego mówimy Grań Niebios. Ponoć najwspanialsze kamienie szlachetne, diamenty,  rubiny i 

szmaragdy,   są   maleńkimi   makietami   gwiazd,   które   bogowie   po   zakończeniu   wielkiego   dzieła 

beztrosko rozsypali po świecie.

- Nigdy mi o tym nie mówiłeś. - Kocur przypatrywał mu się spode łba.

Fafryd zmrużył oczy i zmarszczył czoło w zamyśleniu.

background image

- Zaczynam sobie przypominać rzeczy, o których mówiono mi w dzieciństwie.

Kocur z nikłym uśmiechem schował pergamin do przegródki w sakwie.

- Domniemywamy, że worek gwiazd może być workiem klejnotów - rzekł. - Słyszeliśmy 

legendę o największym nehwońskim brylancie, Sercu Światła. Na najwyższym piętrze pustynnej 

wieży,   zamkniętej   na   głucho   przez   stulecia,   wpadła   nam   w   ręce   barania   skóra   z   paroma 

gryzmołami...   Zaiste   dość,   by   rozsądni   ludzie   mieli   przemierzać   odludne,   zabójcze   Lodowe 

Pustacie? Przyznaj się, stary koniu: tak bardzo się stęskniłeś za tymi nieszczęsnymi pustkowiami, 

że uwierzyłbyś we wszystko, byleby tutaj wrócić!

Fafryd skierował wzrok na Białego Kła.

-   Przesłanki,   które   nas   tu   przywiodły,   zwabiły   na   północ   śmiałków   z   różnych   stron 

Nehwonu. Niechybnie i oni znaleźli kawałki baraniej skóry, choć nie sposób zgadnąć, czemu akurat 

w tym samym czasie.

- Zostawiliśmy znalazców w Ilikwingu, a niektórych nawet w Lankmarze, nim wspięliśmy 

się   na   Trollowe   Schody   -   stwierdził   Kocur   z   niezachwianą   pewnością   siebie.   -   Niedorajdy   i 

słabeusze! Marzy im się zdobycz, lecz nie za cenę trudów.

Fafryd pokiwał głową i wskazał palcem na ledwie dostrzegalny ślad czarnego dymu.

- W twoim przekonaniu Gnarfi i Kranarch to nieudacznicy? - zapytał, kiedy w końcu Kocur 

dostrzegł dym. - Że nie wspomnę o innych poszukiwaczach?

- Kto wie, kto wie... - zgodził się ponuro Szary Kocur. - Ale... czy na Pustaciach nie ma 

zwykłych podróżników? Co prawda, od spotkania z Mingolem nie zoczyliśmy tutaj ani jednej istoty 

podobnej do człowieka.

- Można się napatoczyć na obóz Lodowych Gnomów - odrzekł Fafryd po chwili namysłu. - 

Ci jednak wyłażą z jaskiń głównie w środku lata, a minął już miesiąc... - Urwał i ściągnął brwi, 

zasępiony. - Skąd ja to wiem?

- Kolejny okruch wiedzy wypłynął z czarnej studni zapomnienia? - wysunął przypuszczenie 

Kocur.

Fafryd wzruszył ramionami z powątpiewaniem.

- Dobra, weźmy dla przykładu Gnarfiego i Kranarcha - ciągnął Kocur. - Dwóch dryblasów, 

nie przeczę. Może trzeba było ponabijać im guzów w Ilikwingu... A może nie wszystko jeszcze 

stracone? - zasugerował. - Zajdziemy ich znienacka pod osłoną ciemności, krótkie lanie...

Fafryd pokręcił głową.

- Nie jesteśmy zbójcami, tylko wspinaczami. Kto nie poświęca wszystkich sił wspinaniu, 

niech się nawet nie przymierza do Grani Niebios. - Ponownie wskazał najwyższą górę. - Lepiej 

przyjrzyjmy się zachodnim zboczom, bo zaraz się ściemni. Widzisz podnóża?

background image

Niższe partie, które przypominają połyskliwą spódnicę zawieszoną na śnieżnych biodrach, 

tych na wysokości wierzchołka Obeliska, to Biały Wodospad. Tam żaden człek nie przeżyje. A teraz 

głowa. Z płaskiej, pochylonej czapy spadają dwa wielkie, faliste warkocze śniegu, gdzie prawie bez 

przerwy schodzą ciężkie lawiny, jakby Grań rozczesywała je w dzień i w nocy. To są tak zwane 

Pukle. Między nimi pnie się ciemna, szeroka Drabina; nawet stąd widać trzy większe półki skalne. 

Najwyższa, z nich to Twarz. Patrz na ciemniejsze wypukłości, przypominają oczy i usta. Środkowa 

półka zwie się Grzędą, najniższa zaś, na równi z wierzchołkiem Obeliska, Legowiskiem. 

- Co siedzi na grzędzie i co mieszka w legowisku? - zaciekawił się Kocur.

- Nie wiadomo. Nikt się nie wdrapał na Drabinę. Teraz ci powiem, jak zdobyć górę. Prosta 

sprawa. Najpierw wejdziemy na Polarny Obelisk; jeśli którejś górze można tutaj zaufać, to na 

pewno jej. Następnie czeka nas chyba najniebezpieczniejsza część wyprawy, czyli zejście w śnieżną 

przełęcz. Docieramy do Grani Niebios i wchodzimy na szczyt po Drabinie.

- Jak pokonamy długie przestrzenie między skalnymi półkami? - spytał Kocur z niemalże 

dziecięcą niewinnością. - Oczywiście, jeśli mieszkańcy grzęd i legowisk przyjmą nasze przepustki i 

pozwolą nam spróbować.

Fafryd wzruszył ramionami.

- Znajdziemy jakiś sposób. Skała to skała.

- Czemu nie ma śniegu na Drabinie?

- Za stromo, nie utrzyma się.

Kocur postanowił zwierzyć się z reszty swoich obaw:

- Załóżmy, że wejdziemy na szczyt. Jak powciągamy swoje poobijane, wychudzone ciała na 

ten śnieżny kapelusz z rondem wygiętym wedle najnowszej mody?

- Jest w nim trójkątna dziura zwana Uchem Igielnym - odpowiedział lekceważąco Fafryd. - 

Tak mówią ludzie. Nie przejmuj się, Kocurze, jakoś to będzie.

- W to nie wątpię - zgodził się Kocur twardym głosem, w którym trudno było wychwycić 

nutę nieszczerości. - Cóż to dla chojraków, którzy kicają jak zające po śnieżnych mostach i bez 

chwytania się rękami granitu tanecznym krokiem biegają po ścianach urwiska! Przypomnij mi o 

zabraniu długiego noża: na pamiątkę naszej małej wycieczki wytniemy na chmurach swoje inicjały. 

- Jego spojrzenie przesunęło się w górę. Ciągnął już innym tonem: - Ciemna północna ściana Grani 

Niebios... Stroma jak cholera, to prawda, ale do samego szczytu nie ma na niej śniegu. Czemu tam 

nie spróbujemy szczęścia? Jak sam powiedziałeś z niezwykłą wnikliwością, skała to skala.

Fafryd parsknął śmiechem pozbawionym sarkazmu.

- Nie wiem, czy widzisz, Kocurze, na tle ciemnego nieba tę długą, białą wstęgę, która spada 

południowym stokiem ze szczytu Grani? Właśnie, a nieco bliżej mniejszą wstęgę. Widzisz, prawda? 

Ta druga przechodzi przez Ucho Igielne! Otóż te wstęgi nazwano Dużym i Małym Pióropuszem. To 

background image

puszysty śnieg wywiany Z wierzchołka podmuchami północno-wschodniego wiatru, który przestaje 

wiać raz na osiem dni. I nigdy nie przewidzisz, kiedy przyjdzie. Wichura strąci z północnej ściany 

najsilniejszego człeka z taką samą łatwością, z jaką ty zdmuchujesz puch dmuchawca. Drabinę 

chroni przed wiatrem cielsko góry.

- Wicher nie wieje nigdy z innej strony? Nie szarpie Drabiny? - zapytał beznamiętnie Kocur.

- Bardzo rzadko - pocieszył go Fafryd.

- O, to świetnie! - odpowiedział Kocur bez cienia udawania. Już chciał wrócić do ogniska, 

lecz   słońce   ostatecznie   dało   nura   za   zachodni   horyzont   i   mrok   prędko   jął   ogarniać   Góry 

Olbrzymów. Został więc, żeby podziwiać wspaniałe widowisko.

Przysiągłbyś,   że   ktoś   naciąga   na   turnie   czarny   płaszcz.   Najpierw   okrył   się   nim   Biały 

Wodospad, potem Legowisko i Grzęda. W końcu wszystkie szczyty otuliła ciemność, nawet lśniące 

zimnym blaskiem wierzchołki Białego Kła i Ciosa, nawet zielonkawy daszek Polarnego Obeliska. 

Pozostała śnieżna czapa Grani Niebios, Kapelusz, a pod nią Twarz między srebrzystymi Puklami. 

Skalne półki zwane Oczami zdawały się świecić. Jeszcze chwila i wszystko znikło w mroku.

Już tylko miejscami utrzymywała się blada poświata. Panowała niczym niezmącona cisza, 

powietrze było nieruchome. Lodowe Pustacie rozpościerały się na północ, południe i zachód aż po 

krańce horyzontu, w niezbadaną dal.

Raptem w ciszy dziwny szept poniósł się nad martwą równiną, odgłos podobny do szumu 

wysokich żagli w powiewie lekkiej bryzy. Fafryd i Kocur rozejrzeli się podejrzliwie. I nic. Po 

drugiej stronie ogniska Hrysa poderwała się z sykiem. Wciąż nic więcej się nie działo. Aż w końcu 

ucichł ów tajemniczy szept niewiadomego pochodzenia.

Fafryd odezwał się półgłosem:

-   Jest   taka   legenda...   -   Zamilkł   na   dłużej.   Potem   potrząsnął   głową   i   dodał   już   swoim 

normalnym głosem: - Chyba mam kłopoty z pamięcią, Kocurze. Zdaje mi się, że już chwytam 

wspomnienie, ale mi ucieka. Zróbmy jeden obchód i chodźmy spać.

***

background image

 

Za pierwszym razem Kocur obudził się tak spokojnie, że Hrysa, której grzbiet czuł przy 

swoich plecach od strony ogniska, nawet się nie poruszyła.

Spoza Grani Niebios wychylił część swej niepełnej twarzy księżyc i osrebrzył południowy 

Pukiel. Doprawdy, dorodny owoc Księżycowego Drzewa. Obrysowana mdłą poświatą góra tym 

bardziej imponowała swą ogromną postacią.

Nagle, zaraz pod wierzchem śnieżnego Kapelusza wypatrzył Kocur mrugające niebiesko 

światełko. Przypomniał sobie, że Aszasza - biało-niebieska gwiazda, najjaśniejsza na nehwońskim 

firmamencie - tej nocy miała się mijać z księżycem. Zastanawiał się, czy przedziwnym trafem jej 

blask nie przesącza się akurat przez Ucho Igielne, co potwierdzałoby słuszność hipotezy Fafryda. 

Sporo   by  dał,   żeby  się   dowiedzieć,   jakiż   wspaniały  szafir   lub   niebieski   diament   (może   Serce 

Światła?)   posłużył   bogom  za   makietę  Aszaszy.   Zaspany,   podśmiewał   się   z   siebie   w   duchu   za 

dziecięcą wiarę w mity - piękne, lecz wyssane z palca. Pomimo tego, skłonny uznać prawdziwość 

wszystkich mitologicznych opowieści, dumał, czy bogowie przypadkiem nie zostawili resztek pełno 

wymiarowych gwiazd na szczycie Grani Niebios. Kiedy o tym myślał, Aszasza zgasła.

Kocurowi   było   wygodnie   w   kożuchu   podbitym   owczą   wełną,   spiętym   na   kształt   wora 

rogowymi haczykami wzdłuż brzegów ubrania. Patrzył na górę długo, z rozmarzeniem, aż księżyc 

oderwał się od turni, a nad jej ośnieżonym wierzchołkiem zabłysnął niebieski klejnot i też się od 

niej oderwał. Teraz miał pewność, że to Aszasza. Medytował nad niespodziewanym szumem wiatru 

podczas   bezwietrznej   pogody;   może   był   to   jedynie   długi   jęzor   zbliżającej   się   burzy?   Jeżeli 

nadejdzie, z pewnością przyjdzie im się z nią mocować.

Hrysa przeciągnęła się przez sen. Fafryd wymruczał coś ochryple i wtulił głowę w swój 

wielki płaszcz, ocieplany edredonowym puchem.

Kocur przesunął spojrzenie ku błędnym płomykom dogasającego ogniska. Chciał zasnąć. 

Płomyki układały się w figury kobiet, potem w kobiece twarze. Chwilę później upiornie blade 

oblicze   dziewczyny   -   zrazu   myślał,   że   to   pozostałość   poprzedniego   widoku   -   pojawiło   się   za 

ogniskiem i zmrużonymi oczyma spojrzało nań zza płomieni. W miarę jak się przyglądał, rysy się 

wyostrzały, aczkolwiek ciągle nie było śladu włosów czy reszty ciała. Twarz unosiła się w mroku 

niczym maska.

Na swój sposób była piękna: wąski podbródek, mocno zarysowane policzki, lekko odęte 

purpurowe ustka, prosty nos sięgający bez wgięcia do szerokiego czoła... a także tajemnica ukryta 

pod przymkniętymi oczami, które wydawały przyglądać mu się uważnie. Z wyjątkiem ust i rzęs 

wszystko było jaspisowo zielone.

background image

Kocur nic nie powiedział i starał się nie ruszać, albowiem twarz wydała mu się nieziemsko 

piękna - podobnie każdy mężczyzna pragnie rozciągnąć w nieskończoność ten moment, kiedy jego 

naga kochanka bezwiednie lub ze zmysłową kokieterią przybierze szczególnie wdzięczną pozę. I 

tak to już jest, że na posępnych Pustaciach człowiek szuka ukojenia w złudzeniach, choćby miał 

prawie stuprocentową pewność co do ich fałszywej natury.

Wtem szeroko otworzyły się oczy - a w zasadzie puste oczodoły, jakby twarz istotnie była 

maską. Kocur wystraszył się, ale nie na tyle, żeby zbudzić Hrysę. W końcu oczy na powrót się 

zamknęły, a usta rozchyliły się w drwiącej zachęcie. Twarz zaczęła szybko znikać, jakby coś ją 

ścierało: najpierw znikła prawa część, potem lewa i środek, wreszcie ciemne usta i oczy. Przez 

chwilę Kocurowi zdawało się, że czuje delikatną woń wina, lecz i to wrażenie minęło.

Zastanawiał   się   nad   obudzeniem   Fafryda   i   omal   nie   parsknął   śmiechem   na   myśl   o 

gniewnych wymówkach druha. Nie wiedział, czy twarz była znakiem od bogów, czy wysłannikiem 

czarnoksiężnika mieszkającego w zamku na szczycie Grani Niebios, czy nawet duchem góry... Tak, 

tylko gdzie się podziały błyszczące pukle, kapelusz i oko z gwiazdą? A może to przypadkowy 

wytwór   jego   nieprzeciętnej   wyobraźni,   rozjątrzonej   długotrwałym   brakiem   kobiecego   ciała   i 

widokami cudownych, ale i diabelnie groźnych gór? Dość prędko opowiedział się za tym ostatnim 

wyjaśnieniem i zasnął.

***

Po dwóch dniach, tą samą wieczorową porą, Fafryd i Szary Kocur stali w odległości rzutu 

nożem od zachodniej ściany Polarnego Obeliska, gdzie układali pryzmę z zielonkawych kamieni, 

jakie tu się usypały w ciągu tysiącleci. W rumowisku można było znaleźć kości kóz i owiec, często 

połamane.

Jak przedtem, tak i teraz powietrze było nieruchome, mróz szczypał w uszy, na pustkowiach 

nic   się   nie   działo,   a   promienie   zachodzącego   słońca   oświetlały   stoki   gór.   Tutaj   perspektywa 

nadawała Obeliskowi kształty piramidy, która zwęża się pionowo w górę pozornie bez końca. Na 

szczęście   skała   sprawiała   wrażenie   twardej   jak   żelazo,   a   jej   ściany   -   przynajmniej   u   dołu   - 

obfitowały   w   nierówne   występy   dla   rąk   i   nóg,   przez   co   z   daleka   przypominały   skórę   z 

pęcherzykami.

Na południu oko nie widziało już zasłoniętego Przyczółka i Wielkiego Hanaka. Na północy 

piętrzył   się   jak   potwór   Biały   Kieł:   żółtobiały   w   promieniach   słońca,   zdawał   się   sposobić   do 

background image

wyszarpania ogromnej dziury w szarzejącym niebie. Uśmiercił ojca Fafryda, przypomniał sobie 

Kocur.

Jeśli   chodzi   o   Grań   Niebios,   to   spoza   załomów  Obeliska   wynurzał   się   jedynie   ciemny 

fragment starganej wiatrem północnej ściany i północny kraniec zabójczego Białego Wodospadu. 

Reszta czaiła się w ukryciu. No, może z jednym wyjątkiem: kto zadarł głowę, prawie dokładnie nad 

sobą mógł zobaczyć upiorny Duży Pióropusz, stanowiący na pozór całość z Obeliskiem.

Fafryd i Szary Kocur ostro pracowali, chłonąc ponętny zapach dwóch śnieżnych zajęcy, 

piekących się nad ogniem. Był jeszcze trzeci zając, upolowany przez Hrysę, którego pomału i z 

wielkim smakiem rozrywała na sztuki. Śnieżny kot budową ciała i wielkością przypominał geparda, 

lecz miał białą, kosmatą sierść. Kocur odkupił go od mingolskiego trapera, który wypuścił się na 

łowy hen na północ od Trollowych Schodów.

Za ogniskiem kuce głośno zajadały się resztką ziarna - treściwym pokarmem, którego nie 

kosztowały od tygodnia.

Fafryd owinął pochwę z Szarą Rózgą natłuszczoną jedwabną szmatą, wcisnął ją między 

kamienie i wyciągnął rękę do przyjaciela.

- Dajesz Skalpel?

- A, zatrzymam go sobie - oświadczył Kocur i dodał na usprawiedliwienie: - W porównaniu 

z twoim mieczem waży tyle co listek.

- Tak? To jutro się przekonasz, ile listek może ważyć. - Fafryd wzruszył ramionami, po 

czym umieścił obok miecza hełm, skórę z dzika, zwinięty namiot, szpadel, kilof, złote bransolety 

zdjęte z ramion i nadgarstków, pióra, atrament, papirus, duży miedziany garnek, parę książek i 

zwojów.

Kocur dołożył kilka pustych lub prawie pustych worków, dwa myśliwskie oszczepy, narty, 

luk z kołczanem pełnym strzał, słoiczki z farbą, pergaminowe karty i końskie uzdy. Podobnie jak 

Fafryd, wiele przedmiotów zabezpieczył przed wilgocią.

A ponieważ zapachy pieczystego wyostrzały apetyt, przyjaciele w pośpiechu ułożyli dwie 

wierzchnie   warstwy   kamieni.   Akurat   kiedy   odwracali   się   do   ogniska,   twarzą   do   płaskiego, 

gdzieniegdzie   ozłoconego   zachodniego   horyzontu,   ciszę   ponownie   zakłócił   odgłos   podobny  do 

szumu żagli - tym razem słabszy, za to w dwóch częściach: najpierw napłynął z północy, a zaraz 

potem z południa.

Znowu prędko zlustrowali okolicę, lecz nic szczególnego nie wpadło im w oczy oprócz - 

Fafryd i tym razem zobaczył ją pierwszy - czarnej nici dymu dobywającego się z lodowca między 

Białym Kłem a Granią Niebios.

- Gnarfi i Kranarch, jeśli to rzeczywiście oni, zdecydowali się wchodzić północną ścianą - 

zauważył Kocur.

background image

- Tedy czeka ich zguba - odparł Fafryd, wskazując kciukiem Pióropusz.

Kocur kiwnął głową bez przekonania.

- Naprawdę nie wiesz, Fafryd, skąd się biorą te dźwięki? Wszak tu mieszkałeś.

Zmarszczki poorały czoło Fafryda, oczy się przymknęły.

- Są legendy o wielkich ptakach... - bąknął niepewnie. - A może o rybach? Nie, na pewno 

nie...

- W studni zapomnienia wciąż nie pali się światło? - spytał Kocur.

Fafryd pokiwał głową. Przed odejściem od kamieni położył przy nich ogromną grudę soli.

- No! Kuce mają co lizać, mogą pić wodę z nie całkiem zamarzniętego stawu i skubać 

zielsko, które tutaj rośnie. Za tydzień jeszcze tu będą. Jeśli nie wrócimy... Cóż, przynajmniej znają 

drogę do Ilikwingu.

Hrysa uśmiechnęła się nad krwistym przysmakiem, jakby chciała powiedzieć: O mnie się 

nie martwcie, ja z głodu nie umrę.

***

Zaledwie Kocur zapadł w głębszy sen, coś go obudziło. Tym razem było mu błogo - jak 

komuś, kto przypomina sobie udaną schadzkę z dziewczyną. Podobnie jak poprzednio, choć bez 

wstępnego podziwiania gwiazd i popatrywania w ogień, za gasnącym ogniskiem zjawiła się żywa 

maska - z tą samą miną i identycznymi rysami twarzy: drobne usta, grzbiet nosa w jednej linii z 

czołem. Aczkolwiek tej nocy, dla odmiany, oblicze miało barwę ciemnej kości słoniowej, zaś wargi, 

powieki i rzęsy wpadały w odcień zieleni.

Kocur zdumiał się niezmiernie, bowiem zeszłej nocy bronił się przed zaśnięciem, daremnie 

czekając na pojawienie się nieziemskiej dziewczęcej twarzy (próbował ją nawet wywołać myślami). 

Czuwał do chwili, kiedy księżyc oderwał się na trzy piędzi od Grani Niebios. Zdrowy rozsądek 

podpowiadał, że zjawa po prostu mu się przywidziała, lecz z drugiej strony czuł, że jest inaczej. W 

końcu zrugał się w duchu za bzdurne wyobrażenia i zmarnowanie sporej części nocy.

Z nastaniem dnia ukradkiem przeczytał ostatnią z czterech zwrotek spisanych na kawałku 

pergaminu, który przechowywał na samym dnie sakwy:

Bo kto pierwszy zdobędzie twierdzę Króla Śniegu,

background image

Stawi czoło żywiołom, a wrogom śmierć zada,

Rychło ojcem zostanie synów dwóch cór jego,

Którzy w chwale żyć będą długie, długie lata.

Dzień wcześniej widział w tych słowach obietnicę dla siebie (podobała mu się wzmianka o 

córach i ojcostwie), po rozczarowującej nocy wydały mu się jednak szyderstwem.

Wszelako żywa maska powróciła i podejmowała te same kusicielskie działania... łącznie z 

przerażającą, acz dziwnie fascynującą sztuczką z nagłym uniesieniem powiek, pod którymi kryła 

się nieprzenikniona pustka. Mimo dreszczy Kocur był zauroczony, chociaż tej nocy postanowił nie 

dać się zwieść majakom: mrugał oczami, patrzył na boki i po cichu obracał głowę pod kapturem. A 

skoro maska nie znikła, bezszelestnie rozpiął górny rzemyk kożucha (Hrysa spała przy Fafrydzie), 

wysunął   rękę,   znalazł   kamyk   i   rzucił   nim   w   stronę   maski,   celując   poniżej   twarzy.   Choć   za 

mizernymi płomykami ogniska rumosz skalny pokrywał stwardniałą na kamień ziemię, Kocur nie 

usłyszał hałasu. Równie dobrze mógł wyrzucić kamień poza obszar Nehwonu.

Jednocześnie zjawa uraczyła go ponętnym uśmiechem. Kocur w mgnieniu oka strząsnął z 

siebie kożuch i zerwał się na równe nogi, lecz maska bardzo szybko wymazała się z góry w dół i 

rozpłynęła w nicość. Kocur gorączkowo obszedł, a właściwie obiegł ognisko i w miejscu, gdzie nie 

tak dawno zdawała się wisieć, rozejrzał się uważnie. Nic nie zwróciło jego uwagi prócz ledwie 

wyczuwalnego   zapachu   wina   lub   spirytusu.   Rozgrzebał   kijem   ognisko   i   raz   jeszcze   omiótł 

spojrzeniem najbliższą okolicę. Nikogo nie wypatrzył. Przez niego tylko Hrysa obudziła się przy 

Fafrydzie,   najeżyła   wąsy   i   przeszyła   go   chmurnym,   karcącym   wzrokiem.   Czuł   się   jak   idiota. 

Zastanawiał się, czy tych halucynacji nie wywołuje rozum walczący z pragnieniami.

Raptem na coś nadepnął. Sądził, że to rzucony przezeń kamień. Podniósł słoiczek podobny 

do jego słoiczków z pigmentami, lecz dużo mniejszy, wielkości naparstka, do tego nie wykonany z 

drążonego kamienia, ale z kości słoniowej lub podobnego materiału. Kucnął nad ogniem i obejrzał 

ze wszystkich stron znalezisko, po czym włożył do środka mały palec i ostrożnie zanurzył go w 

dość gęstej substancji. Koniuszek palca zabarwił się na kolor kości słoniowej. Barwnik pachniał 

olejem, nie winem.

Kocur długo rozmyślał. W końcu, zerknąwszy na pochrapującego Fafryda oraz Hrysę, która 

zamknęła oczy i opuściła wąsy, wrócił na swoje miejsce, owinął się kożuchem i zaczął czekać na 

sen.

Ani słowem nie wspomniał Fafrydowi o przygodzie z żywą maską. Niby bał się narazić na 

drwiny dziecinną historyjką o twarzach z dymu, choć słuszniej byłoby powiedzieć, że kierowały 

background image

nim te same obawy co mężczyzną, który poznaje śliczną pannę i trzyma to w tajemnicy przed 

najbliższym przyjacielem.

Może więc z tej samej przyczyny Fafryd nie zwierzył się najlepszemu druhowi z tego, co go 

spotkało w nocy. Otóż przyśniło mu się, że w nieprzeniknionych ciemnościach czule głaszcze twarz 

dziewczyny, podczas gdy ona pieściła jego ciało. Miała okrągłe czoło, oczy z cienistymi rzęsami, 

pucułowate policzki, hardo zadarty nosek z wklęśniętym grzbietem (dało się wyczuć tę hardość!) 

tudzież szerokie usta, na których jego silne, lecz delikatne dłonie odnajdywały promienny uśmiech.

Zbudziwszy się, ujrzał na południowej stronie nieba błyszczącą tarczę księżyca. Poświata 

srebrzyła niebosiężne zbocza Obeliska, nadając skalnym występom monstrualne cienie. Zaraz też 

przeżył bolesne rozczarowanie, bo sen nie okazał się jawą. Choć w pierwszej chwili przysiągłby, że 

ktoś opuszkami palców muska jego twarz, nadto wyraźnie usłyszał czyjś chichot, który szybko 

ucichł. Siedział jak mumia w swym sznurowanym płaszczu i rozglądał się, zdumiony. W ognisku 

ledwie się tlił czerwony żar, lecz nawet silny blask księżyca nie wydobywał z mroku żadnych 

osobliwości.

Hrysa   warknęła,   zdegustowana   zachowaniem   nocnego   wiercipięty.  A  Fafryd   przeklinał 

siebie w duchu za to, że wziął senną marę za istotę z krwi i kości. Przeklinał Lodowe Pustacie, 

gdzie próżno szukać dziewczyn, bo zjawiały się tu wyłącznie pod postacią widziadeł. Mróz zapuścił 

zimne ramię pod kołnierz kożucha. Fafryd wiedział, że powinien wyspać się należycie, ot, jak 

chociażby mądry Kocur. Wszak nazajutrz czekały ich nie lada trudy. Położył się więc i po chwili 

już drzemał.

***

Przyjaciele ocknęli się o pierwszym brzasku, kiedy księżyc błyszczał jeszcze na zachodzie 

jak śniegowa kula. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu się do wyprawy przystanęli pod ścianą 

Polarnego Obeliska. Na tęgim mrozie, gotowi rzucić całe swoje męstwo na szalę zdobywania góry, 

zapomnieli wreszcie o dziewczynach.

Fafryd miał  na nogach wysoko  sznurowane buty,  nabijane grubymi, ostrymi  hufnalami. 

Nosił futro z wilczej skóry, odwrócone włosem do środka, rozpięte od szyi do brzucha. Nogi miał 

odsłonięte i tak samo ręce po łokcie, aczkolwiek włożył krótkie rękawiczki z surowej skóry. Na 

plecach zamocował nieduży, owinięty futrem pakunek, do niego zaś przypiął imponujący zwój 

konopnej liny. Do szerokiego, skórzanego pasa przytroczył czekan w pochwie, zrównoważony po 

background image

drugiej   stronie   bioder   nożem,   małym   bukłakiem   z   wodą   i   woreczkiem   z   żelaznymi   uszatymi 

hakami.

Kocur nosił szary kaftan z trzech warstw jedwabiu i kaptur z baraniej skóry o brzegach 

ściągniętych   rzemykiem.  Rękawice   miał   dłuższe   od  Fafryda   i  podszyte   futrem  -  tak  samo  jak 

wąskie buty, obłożone dodatkowo chropowatą skórą behemota. Przytroczony do pasa sztylet Koci 

Pazur i bukłak z wodą równoważyły kołyszący się w pochwie Skalpel. Do owiniętego kożuchem 

plecaka przywiązał dziwny kij bambusowy; czarny, krótki, gruby, z jednego końca zakończony 

szpikulcem, z drugiego - dużym hakiem, przypominał laskę pasterza.

Obaj   byli   mocno   opaleni,   muskularni   i   wygimnastykowani.   Swą   doskonałą   formę 

wspinaczkową   szlifowali   na   Trollowych   Schodach   i   Lodowych   Pustaciach,   dzięki   czemu   po 

tygodniach wdychania rozrzedzonego powietrza mieli odrobinę pojemniejsze klatki piersiowe.

Nie musieli wypatrywać najłatwiejszej drogi, albowiem Fafryd zrobił to już wczoraj, kiedy 

tylko zbliżyli się do Polarnego Obeliska.

Kuce   skubały   wątłe   rośliny;   jeden   nawet   dobrał   się   do   soli,   którą   oblizywał   grubym 

językiem.   Kocur   rozejrzał   się   za   Hrysą,   chcąc   na   pożegnanie   potarmosić   ją   po   policzku,   lecz 

śnieżny kot z postawionymi na sztorc uszami obwąchiwał ślady ludzi i zwierząt po drugiej stronie 

obozowiska.

- Woli się żegnać po kociemu - rzekł Fafryd. - To nawet lepiej.

Różane brzaski umalowały skraj nieba i lodowiec przy Białym Kle. Spoglądając w tamtą 

stronę, Kocur wstrzymał oddech i natężył wzrok. Fafryd przesłonił palcami zmrużone oczy.

- Brązowe postacie - ozwał się w końcu Kocur. - Jeśli mnie pamięć nie myli, Gnarfi i 

Kranarch zawsze chodzili w brązowym skórzanym przyodziewku. Tyle że tam widać więcej osób.

- Dokładnie cztery. Dwie dziwnie kudłate, pewnikiem w grubych kożuchach. Chcą przeleźć 

z lodowca na ścianę skalną.

- Gdzie wiatr ich... - zaczął Kocur i zadarł głowę.

W górę popatrzył też Fafryd. Nie było Dużego Pióropusza.

- Mówiłeś, że czasem... - bąknął Kocur.

- Nie zaprzątaj sobie głowy wiatrem, tymi dwoma oprychami i ich naprędce skrzykniętą 

obstawą! - przerwał mu Fafryd.

Obejrzeli się na Polarny Obelisk.

- Ten stok wydaje się trudniejszy do zdobycia niż północna ściana Grani - powiedział Kocur. 

Z   głową   odchyloną   na   kark   przyglądał   się  zielonkawobiałym   zboczom.   -  I   pnie   się   chyba   do 

samego nieba.

background image

- E! - zadrwił Fafryd. - W dzieciństwie wdrapywałem się na szczyt przed śniadaniem. Wiele 

razy. - Uniósł rękę z zaciśniętą pięścią w skórzanej rękawicy, jakby dawał znak buławą. - W drogę! 

- krzyknął.

Bez   wahania   zaczął   maszerować   po   pełnym   nierówności   zboczu;   można   było   odnieść 

wrażenie, że maszeruje, bo choć często chwytał się kamiennych występów, nie lgnął ciałem do 

skały - jak przystało na wytrawnego wspinacza.

Kocur szedł w ślad za przyjacielem, dokładnie tą samą drogą, aczkolwiek musiał wydłużyć 

krok i niżej się pochylał.

***

Mijał   ranek,  a oni  bez  przerwy  się  wspinali.  Kocura  bolały  wszystkie  kości,  piekły  go 

otarcia. Czuł się tak, jakby na plecach zamiast plecaka siedział jakiś grubas, a Skalpel zamienił się 

w małego chłopca. Już pięć razy dzwoniło mu w uszach.

Tymczasem   buty   Fafryda   stukały   na   wystających   kamieniach   i   zgrzytały   w   dziurach   z 

niemiłosierną   miarowością   mechanicznego   urządzenia,   która   doprowadzała   Kocura   do   szału. 

Pomimo tego nie spuszczał wzroku z tych butów. Raz spojrzał w dół, w przepaść widoczną między 

swoimi nogami, i postanowił więcej tego nie robić. Człowiek nie czuje się najprzyjemniej, kiedy 

widzi pod sobą siną dal, a nawet tę nieco bliższą, sinawą.

Dlatego wielce się zdumiał, kiedy znienacka ukazał się przy nim i minął go w podskokach 

zwierzak z białą, kosmatą głową, trzymający w pysku okrwawioną zdobycz.

Głośno sapiąc, Hrysa zatrzymała się obok Fafryda na maleńkiej półce skalnej. Z każdym 

oddechem jej kudłaty brzuch mocno się zapadał. Mogła oddychać wyłącznie przez nozdrza, w 

zębach bowiem ściskała śnieżne zające, upakowane jeden przy drugim, z nieruchomymi łebkami i 

dyndającymi nogami.

Fafryd wziął je i schował do worka.

- Dała dowód zręczności i wytrzymałości - rzekł odrobinę górnolotnym tonem - i wniosła 

swój wkład w koszty wyprawy. Jest jednym z nas.

W to akurat Kocur nigdy nie wątpił. Stanowili teraz zgraną paczkę przyjaciół, wspinających 

się wspólnie na Polarny Obelisk. Poza tym, był winien wdzięczność Hrysie, bo dzięki niej wreszcie 

mógł odpocząć. Częściowo po to, aby przedłużyć chwilę wytchnienia, ostrożnie wycisnął z bukłaka 

garść wody i podsunął rękę kocicy, aby się napiła. Potem on sam i Fafryd ugasili pragnienie.

background image

***

Zbliżał   się   schyłek   letniego   dnia,   a   przyjaciele   nadal   wspinali   się   na   zachodnią   ścianę 

srogiego Obeliska. Fafryd miał chyba niespożyte siły. Kocur po raz drugi złapał wiatr w żagle, 

stracił go i po raz trzeci nie mógł już go złapać. Ciało wydawało mu się obłożone ołowiem, na 

wskroś umęczone, jakby ból narodził się w kościach i rozchodził się po całym organizmie niczym 

wyrafinowana trucizna. Widoki rzeczywistych i zapamiętanych występów skalnych mieszały mu 

się przed oczami. Ciągłe poświęcanie uwagi temu, żeby nie chybić ani jednego uchwytu dla ręki i 

oparcia   dla   stopy,   było   jak   wypełnianie   polecenia   szalonego   boga   nauczycieli.   Raz   po   raz   w 

skrytości ducha przeklinał cały ten idiotyczny wypad na Grań Niebios, drwiąc z samego siebie za 

naiwną   wiarę  w   wierszyki,  które  ktoś  spisał  dla   zabawy.  Nie   zamierzał   jednak   nawoływać  do 

powrotu ani na siłę przedłużać krótkich odpoczynków.

Wielce się dziwował chyżości Hrysy, która obok niego hycała z kamienia na kamień, lecz 

pod wieczór zauważył, że kocica utyka, a raz w miejscu, gdzie położyła łapę, dostrzegł nikły ślad 

krwi.

Na dwie godziny przed zachodem słońca zatrzymali się wreszcie na biwak. Trafiła im się 

dość szeroka półka, do tego zaczął prószyć śnieg; drobne okruszki sypały się z nieba jak mąka.

W   przydźwiganym   przez   Fafryda   piecyku   rozpalili   ogień   z   maleńkich,   żywicznych 

szczapek. W jedynym rondelku, jaki mieli, wąskim i wysokim, gotowali wodę na ziołową herbatę. 

Trzeba było długo czekać, by woda choć trochę się podgrzała. Kocur starał się rozmieszać Kocim 

Pazurem dwie małe grudki miodu.

Półka była głęboka na cztery kroki i miała taką długość, że mogłyby się na niej położyć 

rzędem   trzy   dorosłe   osoby.   Na   stromiźnie   Polarnego   Obeliska   taka   przestrzeń   wydawała   się 

przynajmniej morgą.

Hrysa prężyła się leniwie przy skromnym piecyku. Fafryd i Kocur, szczelnie opatuleni, 

również cisnęli się do ognia. Ze zmęczenia nie chciało im się rozglądać, rozmawiać ani nawet 

myśleć.

A  śnieg   padał   i   padał   -   na   tyle   gęsty,   że   zasłaniał   już   rozciągnięty   w   dole   przestwór 

Lodowych Pustaci.

Po drugim łyku słodkiej herbaty Fafryd zawyrokował, że pokonali co najmniej dwie trzecie 

drogi na wierzchołek.

Kocur nie miał pojęcia, co daje Fafrydowi tę pewność; równie dobrze można badać na oko 

odległość przebytą przez statek, gdy nie widać wybrzeża. Kocur wiedział jedno: znajdowali się 

background image

gdzieś pośrodku ostro nachylonej granitowej równiny - zwykle zielonkawej, teraz przyprószonej 

białym śniegiem. Wszelako nie czuł się na siłach mówić druhowi o swoich przypuszczeniach. 

Zdobył się jedynie na lakoniczną uwagę:

- Za młodu wchodziłeś i schodziłeś z Obeliska przed śniadaniem?

- Późno się wtedy śniadało - odburknął Fafryd.

- Ani chybi, piątego dnia po południu.

Po   wypiciu   herbaty   znów   zagotowali   wodę.   Wrzucili   przy   tym   do   rondelka   posiekane 

kawałki sprawionego zająca. Kiedy mięso zrobiło się szare, powoli je zjedli i wypili mdły rosół.

Hrysa zainteresowała się drugim, obdartym ze skóry zającem, który leżał przed jej nosem i 

zarazem blisko piecyka, żeby nie zamarzł. Zainteresowała się do tego stopnia, że w końcu jęła go 

szarpać zębami i rozgryzać.

Kocur ostrożnie przebadał poduszki łap śnieżnego kota. Miejscami były cienkie jak jedwab, 

opuchnięte. Czasem też skaleczone, gdzie biała sierść ubrudziła się czerwoną krwią. Starając się 

dotykać poduszek jak najdelikatniej, Kocur wtarł w nie maść. Co pewien czas kręcił głową, aż 

wreszcie potrząsnął nią silniej i wyciągnął z woreczka przybory: dużą igłę, nawiniętą na szpulkę 

dratwę, mały rulon cienkiej, twardej skóry. Sztyletem wykroił kawałek w kształcie pękatej gruszki i 

uszył z niego bucik dla Hrysy. Kiedy go włożył na tylną łapę kocicy, tylko przez chwilę nic z nim 

nie robiła, zaraz bowiem zaczęła targać go łagodnie, zerkając z ciekawością na swego dobroczyńcę. 

Po   namyśle   Kocur   z   wyjątkową   ostrożnością   wyciął   w   buciku   otwory  na   pazury,   a   następnie 

stosownie go podciągnął, żeby każdy pazur wystawał na całą długość. Na koniec ścisnął górne 

brzegi rzemykiem przewleczonym przez dziurki wykłute w skórze.

Hrysa przestała zwracać uwagę na but. Kocur wziął się za następne, w czym dopomógł mu 

Fafryd: on też szył i wycinał.

Kiedy Hrysa została już wyposażona we wszystkie cztery ochraniacze na łapy, kolejno je 

obwąchała, wstała i kilkakrotnie przespacerowała się wzdłuż krawędzi półki skalnej. Ostatecznie 

ułożyła się przy jeszcze ciepłym piecyku, z pyskiem na łydce Kocura.

Drobniutkie ziarenka śniegu wciąż padały prosto jak po sznurku, kładły się białą warstwą na 

półce i miedzianych włosach Fafryda. Z myślą o nadchodzącej nocy podróżnicy nasunęli głębiej 

kapuzy i zasznurowali kożuchy. Mimo śnieżycy słońce jaśniało mętnym, białym blaskiem, lecz nie 

dawało ani trochę ciepła.

Polarny Obelisk nie należał do gór hałaśliwych: nie było tu plusku wody spływającej z 

lodowców, chrzęstu kamieni  osuwających się  stokiem, zgrzytu  warstw  skalnych pod wpływem 

nierównomiernego ogrzania się lub ochłodzenia. Nic nie mąciło ciszy.

background image

Kocura korciło, żeby opowiedzieć Fafrydowi o tym, jak pokazywała mu się w nocy zjawa w 

postaci żywej dziewczęcej maski, a równocześnie Fafryd rozważał, czy nie zwierzyć się kamratowi 

ze swojego rozkosznego snu.

Aż   nagle,   zupełnie   bez   uprzedzenia,   znów   to   się   zdarzyło.   Choć   nie   wiał   najlżejszy 

wietrzyk, rozległ się głośny szum. W padającym śniegu wyraźnie rysował się duży, płaski, falujący 

kształt. Dość wolno przeleciał obok nich, w odległości dwóch rzutów oszczepem od skalnej półki.

Nie   było   widać   nic   prócz   przestrzeni   omijanej   przez   płatki   śniegu.  Wokół   powstawały 

zawirowania, lecz sama w żaden sposób nie zasłaniała śniegu prószącego po drugiej stronie. Jej 

ruchom wszakże towarzyszył nieznaczny podmuch powietrza.

Niewidzialne dziwadło narzucało skojarzenie z płaszczką o wymiarach sześć na osiem łokci. 

Dało się też wyodrębnić coś jakby wysoką płetwę grzbietową i wydłużony, kiwający się ogon.

- Wielka, niewidzialna ryba! - szepnął Kocur. Wsunął dłoń do na wpół zasznurowanego 

kożucha i jednym szybkim ruchem wyciągnął Skalpel. - Miałeś rację, Fafryd. Podejrzana sprawa!

Kiedy obrysowana śniegiem zjawa szybowała za skalny załom od strony południowego 

krańca   półki,   wydała   z   siebie   szyderczy,   melodyjny   śmiech,   w   którym   pobrzmiewały   dwa 

niewieście głosy: alt i sopran.

-  Niewidoczna  ryba  pozdrawia  nas  dziewczęcym  śmiechem.  Odrażające!  - podsumował 

Fafryd, zdegustowany. 

Machnął toporkiem przezornie wyciągniętym z pochwy, choć uwiązanym do pasa na długim 

rzemyku.

Przez chwilę czaili się w gotowości do obrony: zrzucili z siebie kożuchy, obnażyli broń i 

czekali na powrót niewidzialnego potwora. Hrysa stała między nimi z najeżoną sierścią. Szybko 

jednak zaczęli drżeć z zimna, toteż, chcąc nie chcąc, na powrót okutali się w ciepłe ubrania. Mimo 

to jeden wciąż trzymał w garści sztylet, a drugi toporek - obaj zdolni w mgnieniu oka rozerwać 

górne rzemyki i stanąć do boju. W krótkiej rozmowie wymienili pierwsze spostrzeżenia na temat 

dziwnej przygody, jaka ich spotkała, a przy okazji opowiedzieli sobie wreszcie o majakach, które 

nachodziły ich w nocy.

Na koniec Kocur oświadczył:

-   Skąd   wiesz,   czy   dziewczyny   nie   leciały   na   niewidzialnym   stworze?   Może   leżały   na 

grzbiecie? Pewnikiem i one są niewidzialne! Rad bym wiedzieć, co koło nas fruwa.

Fafrydowi przemknęło przez głowę pewne mgliste wspomnienie.

- Pamiętam - rzekł z ociąganiem - jak kiedyś w dzieciństwie obudziłem się w nocy i ojciec 

mówił do matki: „.. .podobne do wielkich, grubych, łopoczących żagli. Ale najgorsze są te, których 

nie widać”. Nic więcej nie powiedzieli, bo chyba zauważyli, żem się obudził.

background image

- A nie wspominał twój ojciec o spotkaniach z dziewczętami wysoko w górach? Takimi z 

krwi i kości albo tylko duchami? Bądź z widzialnymi lub niewidzialnymi wiedźmami?

- Nawet jeśli je spotkał, wolał o tym nie mówić. Moja matka była strasznie zazdrosna i 

miała diabelską wprawę w rzucaniu tasakiem.

Biała zamieć, którą próbowali przebić wzrokiem, powoli ginęła w szarówce. Zaszło słońce. 

Nie widać już było płatków śniegu. Przyjaciele naciągnęli kaptury, otulili się kożuchami i w głębi 

półki, z Hrysą pośrodku, ułożyli się do snu.

***

Następny  dzień   nie   zaczął  się   najprzyjemniej.  Wstając   skoro   świt,   czuli  się   połamani   i 

umęczeni koszmarami. Z trudem rozprostowywali ścierpnięte kończyny, gdy w rondelku niemrawo 

grzała się papka ze śniegu, sproszkowanego mięsa i silnej ziołowej herbaty o mocnym zapachu. 

Hrysa ogryzła ciepławe kostki zająca. Nie pogardziła również odrobiną wody i niedźwiedziego 

sadła, które dał jej Kocur.

W nocy śnieg  przestał  padać,  lecz wszystkie  wgłębienia i  występy na zboczu  Obeliska 

zdążyły się pokryć białym puchem - gorzej, utworzyła się pod nim warstewka lodu: świeży śnieg, 

który spadł wczoraj, topił się w popołudniowym słońcu, by w nocy na nowo zamarznąć.

Wobec powyższego, połączyli się liną, choć przedtem wykonali prowizoryczną uprząż dla 

Hrysy:   wycięli  dwa  otwory przy dłuższej  krawędzi  owalnego   płata  skóry,   zmusili   protestującą 

kocicę do włożenia w nie przednich łap, a skrzydła wywinęli jej na grzbiet i tam zszyli podwójnym 

ściegiem.   Gdy   jednak   Fafryd   obwiązał   uprząż   końcem   swojej   czarnej,   konopnej   liny,   Hrysa 

położyła   się   na   brzuchu   w   cieplejszym   miejscu,   gdzie   wcześniej   stał   piecyk,   jakby   chciała 

powiedzieć: Nie dam się prowadzić w tym haniebnym jarzmie, nie jestem człowiekiem.

Dopiero kiedy Fafryd pomału podjął wspinaczkę, a za jego przykładem Kocur - kiedy lina 

szarpnęła uprzężą i Hrysa podniósłszy wzrok zobaczyła, że obaj są tak samo powiązani, ruszyła za 

nimi z nadąsaną miną. Niebawem pośliznęła się na kamieniu - w odsłoniętych łapach czułaby się 

znacznie pewniej niż w bucikach, choćby najwygodniejszych - i jakiś czas huśtała się na linie, 

drapiąc zbocze wszystkimi czterema łapami, nim znalazła punkty oparcia. Na szczęście Kocur 

znalazł sobie akurat wygodne stanowisko. Po tym zdarzeniu Hrysa wspinała się raźniej, czasem 

nawet wyprzedzała z boku Kocura i uśmiechała się do niego - szyderczo, jak mu się zdawało.

background image

Stok   okazał   się   trochę   bardziej   stromy   niż   zeszłego   dnia,   co   zmuszało   do   szczególnej 

dbałości w wyszukiwaniu oparcia dla rąk i stóp. Dłoń w rękawicy miała chwytać kamień, a nie lód. 

Haki   musiały  przebijać   kruchą   warstwę   i   grzęznąć   w   litej   skale.   Fafryd   przywiązał   czekan   (a 

właściwie   czekano-młotek)   do   prawego   nadgarstka   i   obuchem   rozbijał   zdradzieckie   skorupy 

szklistego lodu.

Wspinanie   się   było   tym   bardziej   męczące,   że   należało   trzymać   nerwy   na   wodzy. 

Wystarczyło zerknąć w dół kątem oka, a już nogi uginały się ze strachu. Co będzie, jeśli zacznie 

wiać? - zastanawiał się Kocur, walcząc z trudną do odparcia pokusą przylgnięcia całym ciałem do 

ściany urwiska. Pot spływał mu po twarzy i piersi, zatem zsunął kaptur z głowy i rozpiął się do 

brzucha, aby nie przepocić ubrania.

Ale najgorsze dopiero nadchodziło. Z dołu wydawało się, że zbocze pod szczytem będzie 

łagodniejsze,   wszelako   z   bliska   rzeczywistość   wyglądała   inaczej:   nagle   sześć   sążni   nad   sobą 

zobaczyli nawis odstający od ściany na dobre pięć łokci. Wewnętrzna powierzchnia zwieszającej się 

skalnej masy była nierówna i w wielu miejscach dziurawa; znalazłyby się w niej świetne oparcia 

dla rąk... gdyby obrócić ją do góry nogami. Nawis ciągnął się na boki nie wiedzieć jak daleko, 

gdzieniegdzie jeszcze trudniejszy do pokonania.

Zatrzymali   się   na   w   miarę   bezpiecznym   stanowisku   możliwie   najbliżej   przeszkody   i 

obejrzeli ją sobie dokładnie. Nawet Hrysa, nie odstępująca Kocura, czekała przygaszona.

- Teraz sobie przypominam - ozwał się cicho Fafryd - że ludzie mówili o jakimś zgrubieniu 

pod samym wierzchołkiem Obeliska. Ojciec chyba nazywał je Koroną. Ciekawe, czy...

- To ty nie wiedziałeś?! - przerwał mu ostro Kocur. 

Gdy   tak   stał   nieruchomo   z   rękami   i   stopami   wczepionymi   w   nierówności   skały,   ból 

dokuczał mu bardziej niż kiedykolwiek.

- Słuchaj, Kocurze - wyznał Fafryd - nie wspinałem się na Polarny Obelisk wyżej niż do 

połowy, gdzieśmy biwakowali. Jeno się przechwalałem, żeby cię podnieść na duchu.

Kocur nie wiedział, co na to powiedzieć, zacisnął więc usta z gniewną miną.

Fafryd jął pogwizdywać znaną tylko sobie melodię, po czym ostrożnie wyłuskał z worka 

kotwiczkę z pięcioma łapami ostrymi jak sztylety i uwiązał ją do końca czarnej liny zwiniętej na 

plecach. Prostując prawe ramię nad przepaścią, zakręcił kotwiczką młynka, a kiedy się rozpędziła, 

cisnął ją do góry. Usłyszeli, jak uderza w kamień nad nawisem, lecz nie zahaczyła o żadną krawędź 

dziury  lub   wypukłość,   lecz   prędko   się   ześlizgnęła.   Kocur   odniósł   wrażenie,   że   kiedy  spadała, 

minęła o włos jego głowę.

Fafryd wciągnął kotwiczkę, choć szło mu to niesporo, albowiem ostre łapy czepiały się 

wszystkiego, co tylko mogły. Potem znów nią zakręcił i rzucił. Powtarzał tę czynność wiele razy, 

background image

wciąż bez powodzenia. Raz nawet kotwiczka została na górze, ale wystarczyło lekko szarpnąć, żeby 

się zsunęła.

Szósta próba Fafryda naprawdę mu nie wyszła. Kotwiczka nie doleciała do nawisu, lecz 

kiedy osiągnęła pułap lotu, metal na moment błysnął.

- Słońce! - zawyrokował z radością. - Jesteśmy już prawie na szczycie!

- Gruba przesada z tym „prawie” - burknął Kocur, choć nie ukrył zadowolenia.

Niestety,   po   kolejnych   siedmiu   nieudanych   rzutach   przyjaciela   Kocur   znów   popadł   w 

przygnębienie. Okropnie go wszystko bolało, ręce i nogi drętwiały na mrozie. Nawet rozum mu się 

przytępił, bo kiedy Fafryd ponownie rzucił i spudłował, wbrew zdrowemu rozsądkowi podążył 

spojrzeniem za spadającą kotwiczką.

Po  raz  pierwszy tego  dnia  ogarnął  wzrokiem świat  pod sobą.  Ogromne szaroniebieskie 

Lodowe Pustacie przypominały bezmiarem niebo, co więcej, wydawały się bardziej oddalone. Lasy, 

pagórki i jeziorka dawno już musiały roztopić się w dali. Szmat drogi na zachód, prawie na samym 

widnokręgu, złocista poszarpana wstęga wskazywała miejsce, dokąd docierał cień gór. Pośrodku tej 

wstęgi znać było siną wyrwę: cień Grani Niebios zapuszczał się het, aż za krawędź ziemi.

Kocurowi  zakręciło się w głowie. Prędko odwrócił się do ściany Obeliska... ale granit, 

mimo   że   Kocur   jeszcze   go   widział,   nie   był   już   dla   niego   opoką,   tylko   czterema   niepewnymi 

punktami   oparcia   w   osobliwej   szarozielonej   przestrzeni;   obok   dostrzegł   Fafryda   i   Hrysę, 

zawieszonych w pustce. Nie potrafił ocenić stromizny.

Ogarniała go coraz większa ochota do rzucenia się w przepaść, lecz dał jej upust ironicznym 

prychnięciem. Odezwał się z nietajoną, kłującą wzgardą:

- Twoja nieporadność mnie przeraża, Fafryd! Zaraz zobaczysz, jak lankmarski znawca nauk 

o górach radzi sobie z tą błahostką, choć na nic się przy niej zdało barbarzyńskie miotanie kotwic!

To   rzekłszy,   z   pośpiechem,   niebaczny   na   niebezpieczeństwo,   odpiął   od   plecaka   grubą 

bambusową laskę czy może bosak i, przeklinając pod nosem zdrętwiałe palce, zaczął wysuwać i 

mocować kolejne elementy, póki całość nie była czterokrotnie dłuższa niźli na początku.

Ów   wyrafinowany   przyrząd   do   wspinaczki,   istotnie   przytaszczony   przez   Kocura   aż   z 

Lankmaru, przez całą podróż stanowił przedmiot sporów. Fafryd twierdził, że to zawodna zabawka, 

którą nie warto się objuczać. Teraz jednak powstrzymał się od komentarza; zwinął kotwiczkę, 

schował   ręce   pod   futro   z  wilczej   skóry  i   z   politowaniem  obserwował   gorączkowe   poczynania 

Kocura.

Hrysa przysunęła się do Fafryda i usiadła z kamiennym spokojem.

Kiedy Kocur drżąco dźwignął swój przyrząd węższym końcem do nawisu, Fafryd wyciągnął 

rękę i razem z nim go przytrzymał. Nie przepuścił jednak okazji do drwiny:

- Jeśli myślisz, że hak zasadzi się mocno na krawędzi i wleziesz po kiju...

background image

- Uspokój się, ośle przemądrzały! - warknął Kocur i z pomocą Fafryda umieścił koniec 

bosaka w skalnym wgłębieniu tuż przy krawędzi nawisu. Ustawił opatrzoną hakiem stopkę tyki w 

wąskiej, głębokiej dziurze nad swoją głową, a następnie rozłożył, schowane dotąd w trzonie bosaka, 

dwa krótkie uchwyty i zaczął nimi kręcić. Zaraz się okazało, że obracają potężną śrubę wewnątrz 

przyrządu, który wydłużył się, naprężył i lekko wygiął między dwoma punktami zaczepienia.

Wtem odłamał się od nawisu kawałek skały wypychany przez bosak. Przyrząd wyprostował 

się z cichym brzękiem, a Kocur z głośnym przekleństwem na ustach pośliznął się i odpadł od 

zbocza.

Całe szczęście, że przyjaciół dzielił krótki odcinek liny, a raki na butach Fafryda, niczym 

sztychy sztyletów wykutych przez demona, siedziały twardo w skalnych zagłębieniach, bo kiedy 

spadający ciężar szarpnął jego pasem i lewą ręką, zdołał uchronić się przed losem Kocura; stęknął, 

ugiął nogi w kolanach, a zarazem prawą ręką chwycił i ocalił kiwający się bosak.

Kocur nie spadł nawet tak daleko, żeby ściągnąć Hrysę ze skalnej półki, choć niewiele 

brakowało. Śnieżny kot ostro pochylił swój kudłaty kark i z wielką ciekawością przyglądał się 

bujającemu człowiekowi.

Fafryd udawał, że nie widzi poszarzałej twarzy przyjaciela. Wręczył mu czarną tykę.

- To dobry przyrząd. Skróciłem go za pomocą śruby. Osadź go w innym miejscu i spróbuj 

jeszcze raz.

Wkrótce bosak prężył się między dziurą nad głową Kocura a wgłębieniem oddalonym o 

piędź od skraju nawisu. Łukowate wygięcie bosaka skierowane było w dół. Potem Kocur, teraz 

przywiązany do liny przed Fafrydem, wspiął się na tyczkę z plecami nad przepaścią, szukając 

butami   maleńkich   wsporników   w   miejscach   łączenia   elementów   bosaka.   Unosił   się   nad 

przeogromną, szaroniebieską krainą, której widok niedawno przyprawił go o zawrót głowy.

Pod wpływem ciężaru tyczka wygięła się jeszcze bardziej, a jej górny koniec przesunął się o 

cal z okropnym zgrzytem, lecz Fafryd dokręcił śrubę i przyrząd znieruchomiał. Później wraz z 

Hrysą patrzył, jak Kocur wdrapuje się pod sam skalny okap, nabiera oddechu, a następnie unosi 

lewą   rękę  i   przekłada  łokieć  nad  nawis;   równocześnie  prawą  ręką   trzymał  się   haku  bosaka,  a 

nogami  oplatał   długą  tykę.   Przez  chwilę  obmacywał  wierzch  nawisu,  aż  wreszcie  coś  znalazł. 

Bardzo powoli, z odchyloną głową, dźwignął się, by szybkim, zdecydowanym ruchem przerzucić 

prawą rękę nad krawędź skały. Przez pewien czas widać było tylko dolną część Kocura; ciemne, 

pomarszczone podeszwy jego butów czepiały się bosaka. Aż w końcu, na pozór ślamazarnie, niby 

szary ślimak, odepchnął się od haka i wpełzł na nawis.

Fafryd stopniowo odwijał linę.

Niebawem doleciał go z góry głos brzmiący obco, lecz wyraźnie:

- Ahoj! Owiązałem linę wokół kamiennego garbu podobnego do pniaka! Dawaj Hrysę!

background image

Fafryd przesunął śnieżnego kota na początek liny, mocując węzeł na uprzęży. Hrysa broniła 

się   przed   lotem   nad   przepaścią,   ale   zaledwie   znalazła   się   w   powietrzu,   zwisła   bez   ruchu   jak 

nieżywa. Kiedy Kocur powoli wciągał ją na górę, węzeł Fafryda zaczął się rozsuwać. Hrysa prędko 

chwyciła zębami linę i trzymała ją głęboko w pysku. Przy krawędzi nawisu drapała już pazurami 

skałę, aż wczołgała się na wierzch i zniknęła z oczu Fafrydowi.

Po chwili z góry przyszła wiadomość, że Hrysa ma się dobrze i Fafryd może się wspinać. Ze 

zmarszczonym czołem przekręcił śrubę o pół obrotu, choć bosak złowróżbnie zatrzeszczał, po czym 

ze szczególną ostrożnością wszedł na tyczkę. Kocur utrzymywał linę naprężoną, lecz tym sposobem 

mógł odciążyć bosak najwyżej o kilka funtów wagi.

Górny hak postraszył zgrzytaniem, choć się nie przesunął. Głównie z pomocą liny Fafryd 

przełożył tułów ponad skalną krawędź. Ujrzał przed sobą dość gładki, łagodnie nachylony stok, 

który   mógł   pokonać,   wykorzystując   tarcie.   U   szczytu,   na   tle   błękitnego   nieba,   ozłocony 

promieniami słońca, stał Kocur z Hrysą.

Niebawem się spotkali.

-   Fafryd,   po   powrocie   do   Lankmaru   przypomnij   mi,   żebym   dał   wynalazcy   Glintiemu 

trzynaście brylantów ze skrzyni, którą znajdziemy nad czapą Grani Niebios. Po jednym za każdy 

element tyczki i wspornik na łączeniu, po jednym za haki i dwa za śruby.

- Są dwie śruby? - zapytał Fafryd z uznaniem.

- Owszem, po jednej z każdego końca.

Kocur   kazał   Fafrydowi   przytrzymać   linę,   a   sam   zsunął   się   po   stoku,   wychylił   nad 

przepaścią, skrócił bosak kilkoma obrotami górnej śruby i triumfalnie wciągnął przyrząd. Kiedy 

rozebrał bosak i poskładał, Fafryd rzekł poważnie:

-   Musisz   go  przytroczyć   rzemieniem  do   pasa,   jak   ja   przytroczyłem   czekan.  Wynalazek 

Glintiego może się nam jeszcze nie raz przydać.

 

***

background image

Zsunąwszy kaptury i szeroko rozpiąwszy płaszcze, aby poczuć na ciele ciepłe słońce, Fafryd 

i   Kocur   rozglądali  się   wkoło,   podczas  gdy  Hrysa   z  wielkim  zadowoleniem  rozprostowywała  i 

wyginała swoje szczupłe kończyny, szyję i tułów. Białe futro skutecznie kryło sińce i zadrapania.

Przyjaciele czuli się rześko w rozrzedzonym powietrzu; osiągnęli tę szczególną równowagę 

ducha i umysłu, którą daje pełne poświęceń pokonanie niebezpiecznej przeszkody.

Poniekąd   ze   zdziwieniem   zauważyli,   że   słońce   przebyło   dopiero   pół   drogi   do   zenitu. 

Zmagania, które rozgrywały się w ich odczuciu na przestrzeni godzin, zajęły im tylko minuty.

Wierzchołek Polarnego Obeliska był w zasadzie falistą, skalną połacią - tak rozległą, że 

trudno byłoby ją zmierzyć w „lankmarskich” morgach. Podróżnicy znajdowali się na południowo-

zachodnim krańcu tej  podniebnej krainy,  która wydawała się stąd ciągnąć na północ i wschód 

niemal   nieskończenie.  Tu   i   tam   widać   było   pagórki   i   zagłębienia   o   łagodnych,   zaokrąglonych 

kształtach.  Tylko   gdzieniegdzie   leżały  większe   głazy,   a   daleko   na   wschodzie   majaczyły  cienie 

krzaków lub drzewek wrośniętych korzeniami w szczeliny z nawianym pyłem.

- Co jest na wschód od łańcucha górskiego? - zapytał Kocur. - Znowu Lodowe Pustacie?

- Mój klan nigdy tam nie wędrował - odpowiedział Fafryd i ściągnął brwi. - Dostępu do tych 

ziem broni chyba jakieś tabu. Zawsze były zasłonięte mgłą, kiedy ojciec wyprawiał się wysoko w 

góry. Tak mówił.

- Teraz możemy sobie wszystko obejrzeć - zasugerował Kocur.

Fafryd pokręcił głową.

- Nasza droga wiedzie tam! - Wskazał na północny-wschód, gdzie Grań Niebios wznosiła 

się jak mocarny wielkolud, pogrążony we śnie lub udający sen. Wydawała się siedem razy większa 

i wyższa aniżeli z dołu przed dwoma dniami, kiedy Obelisk zasłaniał jej szczyty.

- Czyżby Grań Niebios rosła, gdyśmy z mozołem leźli na Obelisk? - rzekł Kocur, zasępiony. 

- Jesteś pewien, że na górze nie czeka nas jeszcze jedno podejście, może na jakieś niewidzialne 

zbocze?

Fafryd   pokiwał   głową,   nie   odwracając   wzroku   od   tej,   która   samotnie   i   niepodzielnie 

królowała w Górach Olbrzymów. Pukle urosły do postaci wielkich, skłębionych kaskad śniegu. 

Poszukiwacze  przygód dostrzegli w  nich  nikłe  poruszenie:  wzburzone, ześlizgujące się lawiny. 

Południowy   Pukiel   spadał   w   dwóch   zakolach   ku   północno-zachodniemu   krańcowi   potężnego 

wierzchołka zdobytej przez nich góry.

Kapelusz   Grani   Niebios,   którego   rondo,   oświetlone   z   wierzchu,   sprawiało   wrażenie 

wysadzanego brylantami, wydawał się nachylony w ich stronę odrobinę bardziej niż przedtem, a 

wraz z nim majestatyczna Twarz szacownej damy, pełnej łask dla swych wiernych poddanych. 

background image

Jednakże Duży i Mały Pióropusz nie wyrzucały długich, powiewnych wstęg z Kapelusza. Powietrze 

na szczycie Grani Niebios musiało być równie spokojne jak na Obelisku.

-  Ten  Kranarch   i   Gnarfi   mają  diabelne  szczęście!   Biorą   się   za   północną   ścianę   w   tym 

jedynym dniu na osiem, kiedy wiatru nie ma! - Fafryd rzucił przekleństwo. - Nie ujdą stamtąd 

bezkarnie. Oni i ich kudłaci znajomkowie. Ino patrzeć pogorszenia pogody.

- Coś mi się właśnie przypomniało - rzekł Kocur. - Kiedyśmy z nimi chlali w Ilikwingu, 

Gnarfi wygadał się po pijaku, że ma władzę nad wiatrem. Babka nauczyła go sztuczek. Potrafi go 

uciszyć, ale w razie czego także wezwać. Lepiej uważajmy.

-  Tedy   w   drogę,   nie   traćmy   czasu!   -   krzyknął   Fafryd.   Podniósłszy   plecak,   nasunął   na 

ramiona   szerokie   paski.   -   Idziemy,   Kocurze!   Ruszaj   się,   Hrysa!   Przekąsimy   coś   dopiero   pod 

ośnieżonym grzbietem.

- To znaczy, że jeszcze dziś będziemy się piąć po zamarzniętych zboczach nad zdradliwymi 

urwiskami? - zmartwił się Kocur, który najchętniej rozebrałby się teraz i trochę poopalał.

- Mało tego, że dzisiaj. Do południa! - zdecydował Fafryd.

Po   tych   słowach   pomaszerował   żwawo   przed   siebie,   kierując   się   na   północ   wzdłuż 

zachodniej krawędzi szczytu, aby już na wstępie dać do zrozumienia Kocurowi, że o patrzeniu na 

wschód   może   sobie   pomarzyć.   Ten   zaś   poszedł   za   nim   bez   większych   sprzeciwów.   Hrysa 

początkowo utykała i wlokła się daleko z tyłu, ale kiedy rozbudziła się w niej kocia ciekawość 

świata, prędko nadrobiła stracony dystans.

I tak wędrowali po ogromnej, falistej powierzchni Obeliska, granitowej wierzchowinie z 

wtrętami białego jak kreda wapienia.

Cisza, nie gasnący blask słońca, jednostajna rzeźba terenu - wszystko to coraz bardziej 

dziwiło. Płytkość wgłębień bywała zwodnicza: Fafryd zauważył kilka, w których mogłyby siedzieć 

w przyczajeniu zastępy zbrojnych mężów - zupełnie niepostrzeżenie, nimby człowiek się zbliżył na 

odległość rzutu włócznią.

Im dłużej szli, tym uważniej badał Fafryd podłoże, na którym zgrzytały jego raki. Wreszcie 

przystanął i wskazał osobliwie pofałdowany teren.

- Przysiągłbym, że kiedyś tu było dno morza - mruknął.

Kocur zmrużył oczy. Poczuł na plecach mrowienie, przypominając sobie niewidzialnego 

latającego stwora, który w padającym śniegu wyginał się jak wielka płaszczka.

Hrysa wysunęła się na czoło, kołysząc na boki głową.

Niebawem minęli ostatni głaz, prawdziwy olbrzym, za którym ujrzeli w odległości zaledwie 

jednego strzału z łuku lśnienie śniegu.

- Podczas górskich wspinaczek najlepsze chwile są stanowczo za krótkie - rzekł Kocur.

background image

- Cicho! - ostrzegł go Fafryd. Padł plackiem na ziemię niczym ogromny czteronogi żuk 

wodny i przyłożył ucho do kamienia. - Posłuchaj tego!

Hrysa rozejrzała się z powarkiwaniem. Zjeżyła białe futro.

Kocur   już   się   nachylał,   lecz   nagle   zrozumiał,   że   to   niepotrzebne.   Tajemniczy   dźwięk 

narastał   bowiem   nader   szybko;   był   to   szalony   warkot,   jakby   z   pięć   setek   czartów   waliło   w 

największy   na   świecie   kamienny   bęben   długimi   pazurami.   Aż   raptem,   najzupełniej 

niespodziewanie, runęła prosto na nich zza najbliższego skalnego wzniesienia falanga spłoszonych 

kozic; zwierzęta o lśniąco białej sierści biegły w takim tłoku, że na pierwszy rzut oka można by je 

wziąć za ożywione masy śniegu. Nawet mocarne, kręcone rogi rwących na czele samców miały 

barwę kości słoniowej. Kocur spostrzegł, że powietrze nad środkiem stada drży jak nad płomieniem 

ogniska. Ratując się ucieczką, Kocur, Fafryd i biegnąca przodem Hrysa rzucili się za pobliski głaz.

Za  nimi  narastał  diabelski  grzmot  szarżujących   zwierząt.  Dopadli  głazu  i  dosłownie  na 

jedno uderzenie serca przed nadejściem białej hordy wspięli się na górę. Hrysa już tam była przed 

nimi. I dobrze się stało, że Fafryd w okamgnieniu chwycił w garść czekan, albowiem wysoko w 

powietrze   wybił   się   gnający   pośrodku   rosły   kozioł:   podwinął   przednie   nogi   i   pochylił   łeb   z 

nastawionymi groźnie rogami. Z bliska Fafryd mógł zobaczyć nawet ich rozszczepione końce. Bez 

chwili zwłoki zamaszystym, druzgoczącym ciosem rąbnął kozła w śnieżnobiałą łopatkę - ciosem 

tak   potężnym,   że   zwierz   przetoczył   się   po   głazie   i   spadł   na   pochyłość   nad   zachodnią   ścianą 

Obeliska.

Rozpędzone stado opływało z dwóch stron wielki głaz. Ścisk był tak duży, że brakowało 

miejsca   do   skakania.   Tętent   racic,   sapanie   i   strachliwe   beczenia   składały   się   na   trudny   do 

wytrzymania hałas, zwierzęcy smród zapierał oddech, kamień trząsł się w posadach.

Kiedy zgiełk osiągał pułap, gwałtowny podmuch powietrza na moment rozwiał nieznośny 

zapach. Coś przesunęło się nad głowami Fafryda i Kocura, a obraz nieba zafalował, jak gdyby 

nałożył się na niego długi, falujący koc z płynnego szkła. Poprzez hałas przebił się czyjś ochrypły, 

zjadliwy śmiech.

Mniejsze odgałęzienie stada przewalało się między głazem a skrajem stoku; spośród tych 

kozic wiele runęło w przepaść z beczeniem przypominającym wrzaski w izbie tortur. Razem z 

pechowcami poleciał wielki kozioł zraniony przez Fafryda.

Oddalając się równie nagle jak lodowaty huragan, ogałacający statki z masztów na Morzu 

Zamarzniętym, stado ominęło głaz i waliło dalej na południe, choć nie za blisko zgubnych zboczy 

góry. Od głównej grupy odstawały przerażone koźlęta i parę opiekujących się nimi samic.

Kocur skierował ramię ku słońcu, jakby próbował je przeszyć niewidzialnym mieczem.

- Patrz! - krzyknął. - Widzisz, jak promienie załamują się nad stadem? Toż to latawiec, który 

przed chwilą nad nami przelatywał, a wczoraj wieczorem w śnieżycy! Ten sam spłoszył kozice, to 

background image

jego sternik napuścił je na nas! Niech piekło pochłonie te dwie nikczemne, niewidzialne zdziry! 

Zgotowałyby  nam  śmierć  pod  racicami,  gdzie  cuchnie  gorzej  niż  w   czasie  świątynnej  orgii  w 

Mieście Guli.

- Wydawało mi się, że tym razem śmiech brzmiał inaczej - zaoponował Fafryd. - To nie były 

dziewczyny.

- A więc ich zachrypnięty sutener! Czy to je usprawiedliwia w twoich oczach? - zapytał ze 

złością Kocur. - Albo w uszyskach złaknionych dziewczęcych szczebiotów?

Grzmot stada ucichł prędzej, niż można by się tego spodziewać. W ciszy, która zapadła tak 

nagle, dało się słyszeć radosne, na wpół stłumione warczenie. Otóż Hrysa po zeskoczeniu z głazu 

obaliła biegnące w ogonie stada tłuste koźlę i teraz rozszarpywała jego białą, okrwawioną szyję.

Myśli Kocura momentalnie pobiegły w inną stronę.

-  Mniam,  już  czuję  zapach  rosołu!  - zakrzyknął  z  roześmianą  twarzą.  - Brawo,   Hrysa! 

Słuchaj, Fafryd, gdzieś na wschodzie rosną drzewka, krzaki i trawa! Muszą rosnąć, bo czymże się 

żywią kozice? Pewnie są tam resztki dawnego lasu. To może poszukamy mięty? Dobrze byłoby 

też...

- Na obiad będzie surowe mięso - zarządził kategorycznie Fafryd. - Nie chcesz, trudno, 

chodź o pustym brzuchu, ale ja nie zamierzam uciekać znowu przed spłoszonym stadem! Jeśli 

sternik latawca wkurzy się, naśle na nas śnieżne lwy. Co wtedy? Nie łudź się, że tutaj ich nie ma, z 

pewnością polują na kozice. No, chyba że chcemy podać Kranarchowi i Gnarfiemu szczyt Grani 

Niebios na srebrnym półmisku wysadzanym klejnotami. Kto wie, czy ta czarcia pogoda nie utrzyma 

się   dłużej,   a   oni   nie   okażą   się   zaradnymi,   wytrwałymi   wspinaczami...   w   przeciwieństwie   do 

pewnego lubiącego sobie smacznie podjeść obiboka, którego mógłbym wskazać palcem!

Kocur więc z rzadka tylko psioczył, kiedy wespół z Fafrydem wartko upuszczał krew z 

koźlęcia, patroszył je i obdzierał ze skóry. Kawałki mięsa spod łopatek i z udźca owinęli i schowali 

na   kolację.   Hrysa   wychłeptała   jeszcze   trochę   krwi   i   zżarła   pół   wątroby,   nim   podążyła   za 

poszukiwaczami przygód, którzy już drałowali na północ w stronę śnieżnego grzbietu. Przeżuwając 

posypane pieprzem cienkie plastry surowej koźliny, obaj oglądali się czujnie za siebie, aby nie 

zaskoczyło ich następne szarżujące stado.

Kocur miał nadzieję, że patrząc na wschód wzdłuż północnej krawędzi Polarnego Obeliska, 

wreszcie   zobaczy,   co   kryją   tamtejsze   otchłanie,   lecz   jego   nadzieje   zniweczył   okryty   śniegiem 

fragment wielkiego górskiego siodła.

Mimo wszystko widok, jaki ukazał się jego oczom, budził zachwyt, choć po części i trwogę. 

Dobrych pięćset sążni niżej, skrząc się w półcieniu, spadał w tajemniczą głębię Biały Wodospad.

Wąski grzbiet, po którym teraz mieli iść, najpierw piął się lekko na długości kilkudziesięciu 

kroków, potem równie łagodnie obniżał się do wydłużonego śnieżnego siodła piętnaście sążni niżej, 

background image

a na koniec wznosił się wolno ku Południowemu Puklowi, którym - co widać było wyraźnie - 

zsuwały się i staczały lawiny.

Wicher dmący niemal zawsze z północnego-zachodu, choć oszczędzał Drabinę, spiętrzał 

zaspy śniegu między Obeliskiem i wyższą Granią Niebios, ale czy skalisty pomost łączący góry 

leżał kilka, czy może kilkaset sążni pod śniegiem, tego nie dało się stwierdzić.

- Musimy się znowu przywiązać do liny - oświadczył Fafryd.

- Będę szedł pierwszy i wycinał stopnie na zachodniej ścianie.

- A po cóż nam w taką pogodę stopnie wycinać? - zdziwił się Kocur. - Albo wspinać się na 

zachodnią ścianę? Po prostu nie chcesz, żebym patrzył na wschód, przyznaj się! Grzbiet jest na tyle 

szeroki, że można na nim ustawić dwie karety bok w bok.

-  Wiatr   nawiewa   śnieg   w   ten   sposób,   że   po   stronie   wschodniej   tworzy   się   nawis   nad 

przepaścią. Mógłby się pod nami załamać - wyjaśnił Fafryd. - Słuchaj no, kolego, kto się lepiej zna 

na śniegu i lodzie, ja czy ty?

- Zdobyliśmy razem Trupie Gnaty - odparował Kocur ze wzruszeniem ramion. - Pamiętam, 

że było tam sporo śniegu.

- E tam! Toż to puszek z książęcej pierzyny w porównaniu z tym żywiołem. Zapamiętaj 

sobie, Kocurku, że w tych stronach moje słowo jest prawem.

- Niech ci będzie - zgodził się Kocur.

Przywiązali się do liny dość blisko siebie: na przedzie szedł Fafryd, po nim Kocur, a z tyłu 

Hrysa. Nie marnując czasu, Fafryd włożył rękawice, zamocował do nadgarstka rzemyk od czekana i 

jął wyrąbywać schodki za krawędzią śnieżnego wzniesienia. Praca wymagała sporego wysiłku, jako 

że pod cienką warstwą sypkiego śniegu czaiły się zlodowaciałe grudy. Na domiar każdy stopień 

należało wykonać w dwóch etapach: najpierw wgryźć się w podłoże, potem je wyrównać. W miarę 

jak zejście stawało się bardziej strome, malała odległość między schodkami. Chociaż były dosyć 

małe, przynajmniej dla jego wielkich butów, zapewniały pewny punkt oparcia.

Niebawem bryła Obeliska przesłoniła słońce. Zrobiło się zimno. Kocur otulił się kożuchem i 

nasunął na oczy kaptur. Hrysa w oczekiwaniu na przeskok na następny stopień wyprawiała kocie 

pląsy, aby nie pomarzły jej łapy. Podczas najbliższego smarowania maścią jej skaleczeń Kocur 

postanowił wymościć buciki owczą wełną. Do ręki przywiązał swój tyczkowaty przyrząd, teraz 

oczywiście skrócony.

Zeszli na sam dół krótkiego zbocza i zatrzymali się naprzeciwko miejsca, gdzie zaczynało 

się   śnieżne   siodło,   lecz   Fafryd   nie   zamierzał   wycinać   prowadzących   doń   schodów.   Wręcz 

przeciwne, zaczął schodzić w dół zatrważającą stromizną.

- Ejże! - zaprotestował nieśmiało Kocur. - Naszym celem nie jest Biały Wodospad, jeno 

wierzchołek Grani Niebios.

background image

- Zdaje się, że powiedziałeś: „Niech ci będzie” - odpowiedział Fafryd pomiędzy jednym a 

drugim uderzeniem czekana. - Zresztą, nie ty odwalasz najgorszą robotę. - Ostrze narzędzia wbiło 

się z trzaskiem w lód.

- Patrz, dwie kozice na stoku nad szczytem siodła! O, nawet trzy!

- Mamy ufać kozicom? Lepiej zapytaj, kto je przysłał. - Znów zadźwięczał czekan.

Tymczasem   słońce   wychynęło   zza   skał   w   swej   wędrówce   po   niebie.   Cienie   trojga 

wspinaczy położyły się długimi smugami na śniegu - dotąd szarym, teraz lśniąco białym. Kocur 

zdjął   kaptur,   łowiąc   złociste   promienie.   Przez   pewien   czas   przyjemnie   grzały   go   w   kark   i 

powstrzymywał się od uszczypliwości, ale ponieważ Fafryd bezlitośnie prowadził ich w dół coraz 

uciążliwszą pochyłością, w końcu nie wytrzymał:

- Jeśli mnie pamięć nie myli, mieliśmy się wspinać na Grań Niebios, chociaż oczywiście 

mogę się mylić. Słuchaj, wierzę ci na słowo, że powinniśmy trzymać się z dala od grzbietu, tylko 

czy na pewno nie przesadzamy? Trzem kozicom nic się nie stało.

- Rzekłeś: „Niech ci będzie” - powtórzył zdawkowo Fafryd, tym razem z irytacją.

Kocur wzruszył ramionami. Niemalże bez przerwy musiał podpierać się tyką, natomiast 

Hrysa nie przeskakiwała już tak nonszalancko ze stopnia na stopień.

Ich cienie sięgały teraz na odległość dobrego rzutu oszczepem. Gorące promienie słońca 

zaczynały topić wierzchnią warstwę śniegu, po którym ściekały strużki lodowatej wody, przez co 

mokły rękawice i obślizgiwały się stopy.

A Fafryd wycinał stopnie ciągle niżej i niżej. Nagle nieznacznie zmienił kierunek i zrobiło 

się jeszcze bardziej stromo. Lekkimi uderzeniami czekana wykrawał nad stopniami chwyty dla rąk, 

które zaiste były nieodzowne!

- Hej, Fafryd! - zagadnął niewinnym tonem Kocur. - Może lodowy chochlik zdradził ci 

szeptem sekret lewitacji? Wybijesz się z tej pięknej odskoczni, dasz nura w przepaść, wyrównasz 

lot i wzlecisz jak orzeł nad szczyty? Jeżeli tak, to powiedz mi z łaski swojej, co mamy zrobić ja i 

Hrysa, żeby wyrosły nam skrzydła?

- Cichaj! - rzucił Fafryd głosem stłumionym, lecz zarazem naglącym. - Mam złe przeczucia. 

Coś się do nas zbliża. Chwyć się czegoś i patrzaj za siebie.

Kocur głęboko wbił tykę i obrócił głowę. Hrysa akurat dała susa na jego stopień: nadepnęła 

mu na buta i przywarła do jego nogi, przy czym zrobiła to z taką gracją, że Kocur się nawet nie 

zachwiał.

- Nic nie widzę - zameldował, patrząc prawie pod słońce. Wtem dodał z przejęciem: - Oho, 

promienie znowu się załamują, jakby kto kręcił latarnią. Odblaski na lodzie chwieją się i drgają. 

Nadlatuje latawiec! Trzymajmy się!

background image

Dał się słyszeć szum o wiele głośniejszy niż ostatnim razem, prędko narastający, zaraz też 

uderzyła   w  nich  fala  powietrza,  jakby kilka  piędzi nad  nimi przemknęło  olbrzymie  ptaszysko. 

Podmuch   targnął   ubraniami   i   futrem   kocicy  i   zmusił   ich   do   desperackiego   wczepienia   się   we 

wszystkie możliwe nierówności stoku. Fafryd zdołał jednak zamaszyście machnąć czekanem. Hrysa 

warknęła. Fafryd o mało co nie odpadł od zbocza, pociągnięty impetem swego ciosu.

- Głowę daję, że drasnąłem drania! - krzyknął, kiedy się pozbierał. - Ostrze przeszło nie 

tylko przez powietrze.

- Ośle patentowany! - zdenerwował się Kocur. - Jeśliś go okaleczył, wróci i zemści się na 

nas!   -   Oderwał   dłoń   od   dziury  w   lodzie,   wyprostował   się   przy  tyczce   i   jął   szukać   wzrokiem 

podejrzanych zjawisk w powietrzu.

- Wątpię, bom mu stracha napędził - stwierdził Fafryd i też się rozejrzał.

Szum ucichł i już nie rozbrzmiał na nowo. W powietrzu panował ład, a na stromym stoku 

nic się nie poruszało. Nie słychać było nawet szmeru spływającej wody.

Kocur  z westchnieniem  ulgi  odwrócił  się  twarzą  do zbocza...  i  napotkał pustkę.  Strach 

sparaliżował   jego   ruchy.   Strzelając   oczami   na   wszystkie   strony,   zauważył,   że   od   miejsca 

położonego na wprost jego kolan wzwyż zniknęła część ośnieżonego zbocza, całe siodło i okoliczne 

skały, jak gdyby pod nieuwagę Kocura jakiś potężny bóg nachylił się i usunął w niebyt fragment 

rzeczywistości.

Oszołomiony,   chwycił   się   kurczowo   tyczki.   Stał   teraz   na   szczycie   nowo   powstałego 

śnieżnego siodła. Poza jego poszarpanym, świeżo spękanym wschodnim zboczem spadała coraz 

szybciej   i   szybciej,   wciąż   w   jednym   kawałku   wielkości   wzgórza,   odłamana   czarodziejskim 

sposobem skalna bryła.

Stopnie wycięte przez Fafryda dochodziły do nowej krawędzi stoku i znikały.

- Widzisz? Ciąłem i rąbałem, żebyśmy zeszli dość daleko - mruknął Fafryd. - Zwąchałem 

pismo nosem.

Spadający fragment góry zniknął w przepaścistej otchłani, dzięki czemu Fafryd i Kocur 

mogli się wreszcie przekonać, co znajduje się na wschodzie za Górami Olbrzymów. Ujrzeli wielki 

szmat ciemnozielonej, falistej równiny, będącej zapewne morzem lasów - aczkolwiek stąd nawet 

najpotężniejsze drzewa jawiłyby się mniejsze od źdźbeł trawy. Cała ta część lądu zdawała się 

położona   jeszcze   niżej   aniżeli   Lodowe   Pustacie.   Za   wyłożoną   zielonym   kobiercem   depresją 

majaczył, niby duch, nieznany łańcuch górski.

- Słyszałem opowieści o Wielkiej Rozpadlinie - szepnął Fafryd. - Krainie pełnej słońca, 

ograniczonej górami jak dno filiżanki. Miałaby leżeć setki sążni poniżej poziomu Pustaci.

Podziwiali widok.

background image

- Patrz! - odezwał się naraz Kocur. - Widzisz drzewa na wschodnich stokach Obeliska? 

Podchodzą prawie na sam szczyt. Nie ma się co dziwić, żeśmy spotkali kozice. 

Nie dostrzegli wszakże ani rąbka wschodnich zboczy Grani Niebios.

- Chodźmy! - rozkazał Fafryd. - Jak będziemy się guzdrać, chichotliwy latawiec zbierze się 

na odwagę i wróci, mimo żem go poharatał.

Tyle   powiedziawszy,   zabrał   się   z   werwą   do   wyrąbywania   dalszych   stopni...   przy  czym 

nadal, choć pod skosem, kierował się w dół.

Hrysa marudziła jeszcze nad krawędzią, o którą nieledwie wspierała swą kudłatą brodę. 

Poruszała nosem, jakby z odległej o wiele staj puszczy docierały do niej nikłe, rozproszone zapachy 

mięsa, kiedy jednak lina szarpnęła za uprząż, nie zwlekała dłużej.

Teraz na każdym kroku groziło im niebezpieczeństwo. Dotarli do ciemnej ściany Drabiny, 

lecz przedtem musieli wyciąć sobie stopnie w niezwykle stromym  lodowym żlebie do tego w 

półmroku pod lekko wygiętym wodospadem śniegu, który zsypywał się znad oblodzonej półki 

skalnej. Można by go uznać za miniaturową wersję Białego Wodospadu, swoistej „spódnicy” Grani 

Niebios.

Kiedy nareszcie wspięli się na ciemną, szeroką półkę, przemarznięci do szpiku kości, nie 

dowierzając, że udała im się ta sztuka, na śniegu wokół siebie ujrzeli mnóstwo krwawych śladów 

kozic.

Praktycznie bez żadnego ostrzeżenia długa zaspa śnieżna, rozłożona pod ścianą, uniosła się 

z końca i z przerażającym sykiem ukazała swą prawdziwą postać. Był to bowiem monstrualny wąż 

o łbie wielkości głowy łosia, obrośnięty włochatą, śnieżnobiałą sierścią. Otworzyły się szkarłatne 

ślepia, duże jak u wystraszonego konia, a w rozdziawionym pysku wśród iście rekinich zębów 

błysnęły dwa wielkie kły, z których tryskała mglista wydzielina.

Włochata   bestia,   kołysząc   się   w   lewo   i   prawo,   wahała   się   pomiędzy   stojącym   bliżej 

drągalem z błyszczącą siekierką a mężczyzną uzbrojonym w czarną, grubą lagę. Wówczas z okazji 

skorzystała Hrysa: sycząc i warcząc, jednym susem minęła Kocura.

Wąż   natychmiast   zaatakował   wroga,   który   rzucił   się   nań   z   taką   zaciętością.   Kwaśne 

wyziewy z jego paszczy owiały Fafryda, a rozproszona w powietrzu wydzielina spryskała mu lewy 

łokieć.

Kocur skoncentrował uwagę na przysłoniętym włoskami szkarłatnym oku potwora, wielkim 

jak dziewczęca piąstka.

Hrysa   zajrzała   w   ciemnoczerwoną   gardziel   przeciwnika,   uzbrojoną   w   ociekające   śliną 

porcelanowe noże, w tym dwa groźne sztylety. Szczęki się zwarły, lecz nim to się stało, Hrysa 

odskoczyła jeszcze szybciej, niż wcześniej zaatakowała.

background image

Kocur wraził w szkarłatne oko szpic swego przyrządu do wspinaczki, a Fafryd w tej samej 

chwili,   trzymając   oburącz   czekan,   ciął   włochatą   szyję   tuż   za   szpetną   głową.   Z   rany   trysnęła 

fontanna parującej krwi.

A   podróżnicy   już   gramolili   się   na   zbocze,   choć   potwór   wił   się   w   przedśmiertnych 

konwulsjach, które wstrząsały skałą i barwiły na czerwono zarówno śnieg, jak i śnieżnobiałą sierść 

gada. Mając świadomość, że odeszli już na bezpieczną odległość, zatrzymali się i obserwowali 

spokojnie ostatnie chwile zwierza. Czasem jednak omiatali wzrokiem skały, aby nie zaskoczył ich 

krewniak zarżniętego potwora lub jakiś inny drapieżnik.

-   Gorącokrwisty   wąż   -   rzekł   Fafryd.   -   Gadzina   pokryta   sierścią.   No,   no,   niecodzienny 

obrazek. Ojciec nie wspominał o takowych bestyjach. Pewnikiem ich nigdy nie spotkał.

- Założę się - odpowiedział Kocur - że szukają zdobyczy na wschodnich zboczach Grani 

Niebios. Tutaj lezą jeno po to, by się wyspać i płodzić młode. Może niewidzialny latawiec zagnał 

trzy kozice na tę stronę śnieżnego siodła, żeby wywabić węża z kryjówki.  A może - dodał w 

zamyśleniu - w czeluściach Grani Niebios kryje się tajemniczy świat.

Fafryd potrząsnął głową, jakby chciał ją oczyścić z rozgorączkowanych myśli.

- My się wspinamy na sam szczyt - powiedział. - Lepiej, żebyśmy o zmroku nie byli za 

blisko Legowiska. Daj mi trochę miodu, chcę się napić. - Odwiązując bukłak z wodą, odwrócił się i 

przyjrzał Drabinie.

Z   dołu   jawiła   się   jako   mroczny,   wąski   trójkąt   wymierzony   w   błękitne   niebo   między 

śnieżnymi, zawsze skotłowanymi Puklami. Na początku były półki, na których obecnie stali: zrazu 

łatwe, prędko stawały się węższe i mniej równe. Potem następowała niemal gładka ściana, pocięta 

tu   i   ówdzie   cieniami   i   krechami,   które   zapewne   oznaczały   odcinki   szlaków   dogodnych   do 

wspinaczki; niestety, nie łączyły się z sobą. Wyżej znajdowało się zbiorowisko półek: Grzęda. Nad 

nią rozciągała się połać zbocza jeszcze gładsza niż ta wcześniej. Wreszcie docierało się do ostatnich 

skalnych   gzymsów,   zwanych   Twarzą.   Na   samej   górze,   jakby   ktoś   wyskrobał   tam   dziwnego 

gryzmoła białym atramentem, rysował się brzeg śnieżnego kapelusza Grani Niebios, chwilowo 

odartego z Pióropuszy.

Kiedy Kocur wygrzebywał z worka słoiczek z miodem i zerkał na Drabinę, odezwały się w 

nim uśpione bóle i na powrót dopadło go zmęczenie. Był pewien, że nigdy w życiu nie widział 

równie wielkiej odległości tak ściśniętej za sprawą perspektywy. Wyobrażał sobie, jak bogowie 

budują drabinę, żeby dojść do nieba, a gdy się wspinają, strącają kopniakami co niektóre stopnie. 

Mimo wszystko, zacisnął zęby, gotów iść za Fafrydem.

***

background image

 

Dotychczasowa   wspinaczka   wydawała   im   się   prostą,   podręcznikową   zaprawką   w 

porównaniu z mordęgą, której doświadczali z każdym wymęczonym krokiem przez całe długie, 

letnie popołudnie. Podczas gdy Polarny Obelisk był dla nich surowym nauczycielem, Grań Niebios 

okazała się szaloną królową, niestrudzoną w wyszukiwaniu przeszkód i niespodzianek, miłośniczką 

najdzikszych kaprysów.

Półki Legowiska były zbudowane z kruchej skały, obłupującej się często pod naciskiem 

palców. Zalegały na nich kupy żwiru. Śmiałkowie mieli okazję zaznajomić się z lawinami kamieni, 

które ni z tego, ni z owego przelatywały im ze świstem koło głowy. Niejednokrotnie płaszczyli się 

przy ścianie, a Fafryd żałował, że przed wejściem na Obelisk rozstał się z hełmem. Hrysa na 

początku warczała na każdy Lecący z góry kamyk, ale kiedy mały kamyczek trafił ją w żebra, 

przestraszyła się i przypadła do Kocura, próbując - póki jej nie zganił - wcisnąć się między skałę a 

jego nogi.

Raz na odległej półce skalnej uniósł się na wysokość dorosłego człowieka krewniak owego 

śnieżnego gada, którego zabili. Spoglądał złowrogo, lecz ich nie napastował.

Musieli dobrnąć do najdalej na północ wysuniętego punktu najwyższej półki, na sam brzeg 

Północnego   Pukla,   nim   natrafili   na   częściowo   przykryty   zsuwającym   się   śniegiem,   zawalony 

rumoszem żleb, który wyżej zwężał się i tworzył szerokie, pionowe wcięcie - czy raczej komin, jak 

mówił Fafryd.

Kiedy   się   w   końcu   wdrapali   po   zdradliwych   okruchach   skalnych,   Kocur   zauważył,   że 

następny   etap   wspinaczki   rzeczywiście   będzie   przypominać   wczołgiwanie   się   prostokątnym 

przewodem komina, tyle że o zróżnicowanej grubości i bez jednej z czterech ścian. Skała była tutaj 

twardsza niż przy Legowisku, ale ponad to nie dało się powiedzieć o niej niczego dobrego. Każdy 

musiał   się   wykazać   całym   swoim   kunsztem   wspinaczkowym   i   wykrzesać   z   siebie   resztki   sił. 

Czasami podciągali się przy wykorzystaniu szczelin tak wąskich, że z trudem wchodził w nie palec. 

Jeżeli szczelina była za mała, Fafryd wbijał hak, który potem koniecznie należało podważyć i 

wyciągnąć. Bywało, że kiedy komin robił się bardzo wąski, mogli pełznąć z plecami wpartymi o 

jeden bok i podeszwami w drugi. Dwukrotnie komin na tyle się rozszerzył i wygładził, że trzeba 

było rozpiąć między ścianami wielofunkcyjny przyrząd Kocura, aby uzyskać punkt podparcia. Pięć 

razy przejście blokowały wielkie głazy, które podczas upadku zaklinowały się na stałe w kominie. 

Te nad wyraz niewygodne przeszkody omijali bokiem, zwykle przy pomocy haków wbijanych 

między głaz a ścianę, albo też zaczepiali w górze kotwiczkę.

background image

- Kiedy Grań Niebios płacze, lecą jej z oczu młyńskie kamienie - zażartował Kocur na 

widok   jednej   z   potężnych   zapór.   Po   ostatnim   słowie   musiał   się   odsunąć   przed   spadającymi 

okruchami skalnymi.

Hrysa na ogół nie mogła się sama wspinać. Najczęściej Kocur brał ją na plecy, rzadziej 

kazał   jej   czekać   na   zaklinowanym   głazie   lub   trafiającym   się   sporadycznie   występie   skalnym; 

potem, gdy nadarzała się sposobność, wciągał ją wyżej. Kiedy ogarnęło ich śmiertelne zmęczenie, 

mieli wielką ochotę pozostawić kocicę na łasce losu, wciąż jednak pamiętali o jej bohaterskiej 

postawie, która uchroniła ich przed kłami śnieżnego potwora.

Wszystko   to   robili   pod   obstrzałem   kamiennych   lawin,   których   im   nie   szczędziła   Grań 

Niebios. Głazy tarasujące komin przydawały się jako dach, dopóki nie musieli ich omijać. Ponadto 

do komina wpadał śnieg, wyrzucony aż tutaj z lawin schodzących z szumem Północnym Puklem. 

Przed nim też mieli się na baczności. Od czasu do czasu ścianami komina ściekała lodowata woda, 

od której przemakały buty i rękawice, a skały stawały się niebezpiecznie śliskie.

Jakby  tego   było   mało,   powietrze   z   trudem   zaspokajało   wymagania   płuc,   więc   Kocur   i 

Fafryd często się zatrzymywali i oddychali głęboko. Na lewej ręce Fafryda zaczęła się tworzyć 

opuchlizna, w miejscu gdzie poraziła ją jadowita wydzielina z zębów gada. Po pewnym czasie z 

trudem chwytał napuchniętymi pakami linę i haki. Do tego skóra piekła go i swędziała. Raz po raz 

wkładał dłoń w śnieg, co na krótko przynosiło ulgę.

Ich jedynymi sojusznikami w tym morderczym przedsięwzięciu było słońce - dodawało 

otuchy swoim blaskiem i ciepłem pozwalającym znieść dotyk mroźnego, rozrzedzonego powietrza - 

oraz sama męczarnia i rozmaitość wrażeń, które pozwalały oderwać się myślami od otaczającej ich 

pustki i ziejącej pod nimi przepaści - głębszej, niż można było to sobie wyobrazić nawet ze szczytu 

Obeliska. Lodowe Pustacie wydawały się krainą z innego świata, oddzieloną w przestrzeni od Grani 

Niebios.

Raz bez apetytu przekąsili co nieco, kilkakrotnie pili wodę. Kocura dopadła nawet choroba 

górska, z którą uporał się dopiero po długich, męczących wymiotach.

Jedyne zdarzenie nie związane ze złośliwą naturą góry nastąpiło, kiedy powoli, niczym dwa 

spasione ślimaki, omijali piąty głaz w kominie; Kocur szedł akurat pierwszy z Hrysą na plecach, 

blisko za nim Fafryd. W tym miejscu Północny Pukiel się zwężał i za śnieżną kaskadą widać było 

kawałek północnej ściany.

Coś   zaszumiało,   zupełnie   inaczej   niż   w   przypadku   spadających   kamieni.   Szum   się 

powtórzył, głośniejszy teraz i zakończony trzaskiem. Kiedy Fafryd wdrapał się na głaz i schronił w 

niszy między ścianami, znalazł w plecaku strzałę z zabójczym, haczykowatym grotem.

Kocur zaryzykował. Choć furknęła mu nad głową kolejna strzała, wyjrzał na północny stok 

góry. Fafryd, który chował się pod nim, chwycił go za nogi i szybko wciągnął do kryjówki.

background image

- Nikt inny, jeno Kranarch - zameldował Kocur. - Widziałem, jak napina cięciwę. Ani śladu 

Gnarfiego. Obok Kranarcha klęczał jeden z jego nowych kompanów w brązowym futrze. Miał 

zasłoniętą twarz, ale to kawał chłopa, choć jakiś krótkonogi.

- Wyprzedzają nas - burknął Fafryd.

- I lubią sobie urozmaicać wspinaczkę zabijaniem. - Kocur złamał brzechwę strzały, która 

wgryzła się w plecak Fafryda, i wyszarpnął resztę. - Obawiam się, przyjacielu, że kożuch, którym 

się   owijasz   do   snu,   dochrapał   się   szesnastu   dziur.   Mieszek   z   sosnowym   mazidłem   też   chyba 

ucierpiał. Ach, co za zapach!

- Cosik mi się zdaje, że łotry z Ilikwingu nie mają w sobie ducha sportowej walki. A zatem 

w górę, nie marudźmy!

Czuli się już wszyscy, łącznie z Hrysą, do cna wyczerpani. Słońce wisiało zaledwie dziesięć 

palców nad płaskim horyzontem Pustaci, przy czym pewna właściwość powietrza nadawała tarczy 

srebrnobiały kolor. Nie dawało już ciepła, nie walczyło z mrozem. Na szczęście byli już blisko 

Grzędy, gdzie mieli nadzieję znaleźć wygodniejsze miejsce na biwak niż wnętrze komina. Tak więc 

pomimo sprzeciwów wszystkich ludzkich i kocich mięśni polecenie Fafryda zostało spełnione.

Pod samą Grzędą zaskoczył ich drobny, zmrożony śnieg; podobnie jak zeszłego wieczoru, 

wiatr go nie rozdmuchiwał, choć zanosiło się na gęste opady. Biała cisza potęgowała wrażenie 

spokoju   i   bezpieczeństwa   -   ze   wszech   miar   złudne,   ponieważ   śnieżyca   maskowała   upadek 

kamyków,   które   nadal   zlatywały   kominem   niczym   pociski   wystrzeliwane   z   machin   boga 

przypadku.

Dziesięć łokci przed zakończeniem komina uderzył Fafryda w prawe ramię skalny odłamek 

wielkości   pięści,   przez   co   jego   dotąd   sprawna   ręka   zdrętwiała   i   bezwładnie   opadła.   Końcowy 

odcinek drogi okazał się jednak na tyle łatwy, że poradził sobie z pomocą samych nóg i spuchniętej, 

niepełnosprawnej lewej ręki.

Wyjrzał ostrożnie poza ścianę żlebu, lecz na tej wysokości nabrzmiałe Pukle zasłaniały 

widok   północnej   ściany.  Tak   się   szczęśliwie   składało,   że   najniższa   półka   była   dość   szeroka   i 

osłonięta   skalnym   okapem,   dzięki   czemu   do   wnęki   nie   padał   nawet   śnieg,   nie   mówiąc   o 

kamieniach. Fafryd wdrapał się do niej gorliwie, a zaraz za nim Kocur i Hrysa.

Ledwie   wczołgali   się   do   kryjówki   -   Kocur   zdążył   tylko   wyswobodzić   się   z   ciężkiego 

plecaka i odwiązać od ręki przyrząd wspinaczkowy, który okazał się również nieznośnym balastem 

- gdy nagle posłyszeli znajomy szum i ujrzeli wielki, płaski kształt wśród srebrzącego się w słońcu 

śniegu. Opadł dostojnie i zawisł na wysokości półki niby olbrzymi diabeł morski pod powierzchnią 

morza. Na śniegu przy skraju półki odbiły się wąskie rzędy przyssawek, jakby chwyciło się skały 

dziesięć krótkich ramion głowonoga.

background image

Niewidzialna maszkara, jak się zdawało, uniosła pośrodku mniejszy organ o rozmiarach 

człowieka.   Wczepiony   był   w   nią   jedyny   naprawdę   widzialny   przedmiot:   wąski   miecz   o 

ciemnoszarym brzeszczocie i srebrzystej rękojeści, wymierzony sztychem w pierś Kocura.

Miecz raptownie strzelił naprzód, prawie tak prędko, jakby ktoś nim rzucił, a za nim równie 

szybko podążył z gardłowym śmiechem niewidoczny wojownik.

Kocur chwycił swą odwiązaną tyczkę i dźgnął nią w obwiedzioną śniegiem postać. Szary 

miecz zwinnie odchylił się przed bosakiem i wężowym ruchem wyłuskał go z garści zmęczonego 

Kocura. Tak oto narzędzie, nad którym przed trzema laty wynalazca Glinti pracował co wieczór 

przez cały miesiąc łasicy, pogrążył się bezpowrotnie w szarobiałej otchłani.

Hrysa cofnęła się w głąb niszy; drżała ze zmęczenia i warczała ze spienionym pyskiem.

Fafryd   gorączkowo   szarpał   się   z   czekanem,   lecz   spuchnięte   palce   nie   zdołały   nawet 

odemknąć przypiętej do pasa pochwy.

Kocur, do tego stopnia rozjuszony utratą cennego przyrządu, że nie obchodziło go już, czy 

jego wróg jest widoczny, czy też nie, wysunął Skalpel z pochwy i z wściekłością sparował drugi 

cios szarego miecza. Zablokował jeszcze sześć ataków, został dwa razy niegroźnie draśnięty w 

ramię i zepchnięty pod ścianę, gdzie stała Hrysa, zanim dokładnie namierzył przeciwnika, pod 

okapem całkowicie niewidzialnego, i rzucił się do natarcia. W pewnej chwili, celując w punkt 

położony pół łokcia nad klingą szarego miecza, gdzie powinny znajdować się oczy (jeżeli jego 

przeciwnik w ogóle miał głowę), zaszarżował z wigorem: okładał ze wszystkich stron szarą klingę, 

obracał wokół niej swoją, próbował ją zablokować i wykonywał zaciekłe pchnięcia w niewidzialną 

rękę i korpus.

Trzykrotnie   poczuł,   jak   ostrze   przeszywa   ciało,   a   raz   wygięło   się   po   trafieniu   w   kość. 

Przeciwnik   przeskoczył   z   powrotem   na   niewidzialnego   latawca,   zostawiając   drobne   ślady   w 

rozdeptanym śniegu. Latawiec zakołysał się.

Uniesiony bitewnym zapałem, Kocur omal nie rzucił się za wrogiem na żywą, wyginającą 

się platformę, lecz zwyciężyła rozwaga i zatrzymał się na brzegu półki. Dopisało mu szczęście, bo 

latawiec, otrząsnąwszy się ze śniegu, odpłynął pędem niczym manta uciekająca przed rekinem. Z 

dołu doleciał ni to śmiech, ni skowyt cichnący w zakrytych śnieżycą głębinach.

Kocur także wybuchnął śmiechem, może trochę histerycznym, i cofnął się w głąb skalnej 

niszy.  Wycierając   miecz,   poczuł   na  klindze  lepką  krew.  Jeszcze   raz  się  roześmiał   -  szalonym, 

perlistym śmiechem.

Sierść kocicy była nadal zjeżona i musiało upłynąć dużo czasu, nim się wygładziła.

Fafryd dał sobie spokój z niewdzięcznym czekanem i rzekł z poważną miną:

-   Nie   było   z   nim   dziewcząt,   to   pewne.   Widzielibyśmy   ich   sylwetki   bądź   ślady   na 

ośnieżonym grzbiecie latawca. Pewnie działa na własną rękę. Żre go zazdrość i tyle.

background image

Kocur zaśmiał się po raz trzeci, tym razem beztrosko.

Zmierzchało,   więc   postanowili   czym   prędzej   napalić   w   piecyku   i   przygotować   sobie 

posłania. Na przekór ranom i krańcowemu znużeniu gwałtowny, niebezpieczny przebieg ostatniej 

przygody pozwolił im złapać drugi oddech, podniósł ich na duchu i zaostrzył apetyt. Najedli się do 

syta chudą koźliną, pieczoną w pachnącym żywicą ogniu lub gotowaną w wodzie, którą, o dziwo, 

można było swobodnie popijać, gdy wrzała.

- Zbliżamy się do królestwa bogów - mruknął Fafryd. - Wieść niesie, że z upodobaniem piją 

wrzące wino i wchodzą bez strachu w ogień.

- I tutaj można się oparzyć ogniem - rzekł beznamiętnie Kocur. - Jeno powietrzem trudniej 

się oddycha. Jak myślisz, czym żywią się bogowie?

- Istotom niebiańskim nie trzeba powietrza ni  strawy - odpowiedział  Fafryd  po długim 

namyśle ze zmarszczonym czołem.

- A gadasz, że wino piją.

- Wino każdy pije - stwierdził Fafryd, ziewając.

Te słowa położyły kres dalszej dyskusji i zniechęciły Kocura do rozważania mętnej kwestii 

rozrzedzonego powietrza, które, jak mu się zdawało, z mniejszą mocą naciskało na gotującą się 

wodę i ułatwiało bąbelkom opuszczanie wrzątku.

Fafryd  odzyskiwał   zdolność   poruszania   palcami   prawej   ręki,   a   lewa   przestała   puchnąć. 

Kocur   posmarował   maścią   i   zabandażował   swoje   lekkie   rany,   potem   przypomniał   sobie   o 

konieczności   posmarowania   łap   Hrysy   i   wymoszczenia   jej   bucików   pachnącym   sosną 

edredonowym puchem, wyskubanym z dziur w kożuchu Fafryda.

Kiedy w celu uprzyjemnienia sobie biwaku wrzucili do piecyka kilka cennych żywicznych 

szczapek i zawinęli się do połowy w futra (kocica wsunęła się między nich), Fafryd wyciągnął 

butelczynę mocnego iltmarskiego wina i przyjaciele napili się po łyku, przywodząc wspomnienia 

słonecznych winnic i rozgrzanych, żyznych ziem daleko na południu.

Jaśniejszy rozbłysk w piecyku uprzytomnił im, że śnieg jeszcze pada. Gdzieś w pobliżu 

kamienie   osypały  się   po   skałach,   przeszła   też   z  szumem   śnieżna   lawina.   Potem  Grań   Niebios 

uspokoiła się w mroźnych objęciach nocy. Podniebne przytulisko wydawało się dziwem natury, 

wyniesione ponad wszystkie inne szczyty Gór Olbrzymów, a może i całego Nehwonu... a zarazem 

ogrodzone ciemnością niczym mały pokoik.

- Teraz wiemy, co mieszka na grzędach - rzekł cicho Kocur. - Ciekawe, czy jest tu całe stado 

niewidzialnych diabłów morskich. Może zalegają na półkach skalnych jak dywany lub krążą w 

okolicy? Mróz się ich nie ima? Ktoś się nimi opiekuje? I jeszcze ci niewidzialni ludzie. Co to za 

jedni?   Nie   są   to   widma,   wszak   widziałeś   miecz.   I   miałem   z   tym   mieczem   pewien   kłopot. 

Niewidzialni! Jak to możliwe?

background image

Fafryd wzruszył ramionami i skrzywił się, bo ten ruch sprawił mu ból.

- Może są nie z ciała, jeno z wody lub szkła - wysunął przypuszczenie. - Choć swobodnie 

się zginają i w słabym stopniu zakrzywiają światło. I żadnej mętnej powierzchni. Widziałeś, jak 

piasek i popiół stają się w ogniu przezroczyste. Może da się bez podpalania sprawić, żeby potwór 

czy człowiek uzyskał niewidzialność.

- I jeszcze zrzucił wagę?

- Powietrze tu lekkie, tedy musi być chudy - odrzekł Fafryd sennym głosem.

- A co powiesz o zabójczych wężach? No i kto wie, jaki diabelski pomiot czeka na nas na 

górze. - Przerwał. - Mimo to musimy wleźć na sam szczyt Grani Niebios, prawda? Po co?

Fafryd pokiwał głową.

- Aby prześcignąć Kranarcha i Gnarfiego... - bąknął. - Prześcignąć mojego ojca... Zbadać 

tajemnicę... Poznać dziewczyny... Kocurze, zrezygnować teraz, to jak zadowolić się pieszczeniem 

połowy kobiety.

- Coś ostatnio zapominasz o skarbach. Wątpisz, czy je znajdziemy?

Fafryd   poruszył   ramionami   i   zaraz   wymamrotał   przekleństwo,   po   którym   nastąpiło 

ziewnięcie.

Kocur pogrzebał w sakwie, by wyciągnąć pergamin z przegródki. Dmuchnął na piecyk i 

przy gasnących ognikach zdążył jeszcze przeczytać:

Zdobądź białą Grań Niebios, Drzewo Księżycowe,

Omiń gnomy, potwory, niewidzialne bramy.

Jeśli pragniesz dostatków, kluczem otwórz schowek;

Serce Światła zobaczysz i worek z gwiazdami.

Niegdysiejsi bogowie, co światem rządzili,

Wznieśli twierdzę na szczycie, het przed wieków wiekiem.

Stamtąd gwiazdy promienne na niebo rzucili,

Stamtąd szlaki prowadzą do niebios i piekieł.

 

Przybywajcie, śmiałkowie, przez Trollowe Schody,

Bohaterzy, ciągnijcie wskroś śnieżnych Pustaci!

Każdy, komu niestraszne zdradliwe przeszkody,

Niechaj pnie się odważnie, niech czasu nie traci.

Bo kto pierwszy zdobędzie twierdzę Króla Śniegu,

background image

Stawi czoło żywiołom, a wrogom śmierć zada,

Rychło ojcem zostanie synów dwóch cór jego,

Którzy w chwale żyć będą długie, długie lata.

Drewienka się dopaliły.

- Jużeśmy potworowi przetrzepali skórę. I jednemu niewidzialnemu hultajowi, co stanął 

nam na drodze. Były też dwie niewidoczne wiedźmy, być może córki Króla Śniegu. Ha, jeszcze 

gnomy!   To   dopiero   byłaby   zabawa!   Wspominałeś   kiedyś   o   Lodowych   Gnomach.   Cóż   to   za 

draństwo?

Z wytężoną uwagą czekał na odpowiedź i po chwili istotnie ją usłyszał: ciche, miarowe 

chrapanie. Prychnął ze złością. Demon niecierpliwości szalał teraz w jego obolałym ciele. Źle się 

stało, że pomyślał o dziewczynach, a w zasadzie o takiej jednej, widocznej pod postacią powabnej 

maski z wydętymi usteczkami i niezgłębioną tajemnicą w czarnych oczach.

Zrobiło mu się duszno. Prędko rozpiął kożuch i mimo pytających warknięć Hrysy poczołgał 

się na drugą stronę skalnej półki. Niebawem poczuł na rozpalonej twarzy lodowate igiełki śniegu. 

Wyszedł poza okap. Aż nagle śnieg przestał padać. Oho, drugi okap, pomyślał. Ale przecież się nie 

ruszył. Spojrzał w górę wytężonym wzrokiem i zobaczył ostatnią, czarną ćwiartkę Grani malującą 

się na tle nieboskłonu - rozjaśnionego blaskiem schowanego księżyca i pocętkowanego kilkoma 

bladymi gwiazdkami. Na zachodzie śnieżyca nadal zasłaniała firmament.

Zamrugał oczami i zaklął pod nosem, bo nagle na czarnym urwisku, które mieli z rana 

zdobywać, zapłonęły wątłe, rozsiane tu i tam światełka: fioletowe, różowe, ciemnozielone i żółte. 

Najbliższe   z   nich,   choć   i   tak   położone   wysoko   nad   jego   stanowiskiem,   miało   chyba   kształt 

prostokąta, niczym rozświetlone okno widziane z dołu.

Grań Niebios wydawała się olbrzymią gospodą.

Zmrożone kruszyny śniegu znów posypały się na jego twarz, a niebo ściemniało. Śnieżyca, 

która przesunęła się z powrotem nad Grań, wygasiła wszystkie gwiazdy i światła.

Złość  opadła  w Kocurze.  Czuł, że  jest lekkomyślny,  zagubiony i  bardzo, ale to bardzo 

zziębnięty.  Tajemnicze   światła   wryły   mu   się   w   pamięć,   lecz   powlekła   je   mgła,   jakby   mu   się 

przyśniły. Kiedy ostrożnie wracał na swoje  miejsce, poczuł przyjemne ciepło Fafryda, Hrysy i 

stygnącego piecyka. Otulił się kożuchem i długo leżał zwinięty w kłębek jak dziecko. Umysł miał 

pusty, gościły w nim tylko lodowate ciemności. W końcu zasnął.

***

background image

Ranek był ponury. Przyjaciele chwilę szamotali się z sobą na leżąc, aby rozruszać i rozgrzać 

zesztywniałe kończyny. Utykając, Hrysa powstała w nie najlepszym nastroju.

Tak czy inaczej, rękom Fafryda nie doskwierała już drętwota i opuchlizna, a Kocur przestał 

zwracać uwagę na swoje lekkie obrażenia. Na śniadanie wypili jedynie ziołową herbatę z miodem i 

zaraz podjęli wspinaczkę. Prószył drobny śnieg, który utrudniał im sprawę przez cały ranek; czasem 

tylko silne podmuchy wiatru odrzucały go od Grani Niebios. W takich chwilach mogli zobaczyć 

wielką ścianę urwiska, gładką między Grzędą a Twarzą. Z dołu ów trudny do sforsowania odcinek 

góry wydawał się pozbawiony jakichkolwiek nierówności, najzupełniej jednolity. Nic dziwnego, że 

Fafryd śmiał się z opowieści o kolorowo oświetlonych oknach i wyzwał Kocura od niepoprawnych 

marzycieli. Kiedy jednak zbliżyli się do podstawy urwiska, wypatrzyli pionową szczelinę, z daleka 

cienką jak włosek.

Nie napotkali ani jednego niewidzialnego latawca, czy to w powietrzu, czy na półce skalnej, 

ale za każdym razem, gdy wicher dawał im osobliwe wytchnienie od śniegu, chwytali się mocniej 

kamieni, gotowi sięgnąć po broń. Hrysa warczała cicho.

Wiatr   nie   spowalniał   znacząco   ich   wspinaczki,   choć   przejmował   zimnem.   Obawiali   się 

bardziej sypiących się kamieni, aczkolwiek spadały rzadziej niż wczoraj - może dlatego, że został 

im do przebycia mniejszy odcinek górskiego zbocza.

Dotarli do podstawy nagiej ściany akurat w miejscu, gdzie powstała szczelina. Los się do 

nich uśmiechnął, ponieważ rozpętała się taka śnieżyca, że ciężko byłoby cokolwiek teraz znaleźć. 

Wielce się ucieszyli, jako że szczelina okazała się następnym kominem, szerokim na niespełna trzy 

łokcie   i   niewiele   bardziej   głębokim,   do   tego   obfitującym   w   nierówności.   W   odróżnieniu   od 

wczorajszego żlebu ten rwał do góry z pozoru nieskończenie i wszędzie tak samo szeroki. Jak 

okiem   sięgnąć,   żaden   głaz   nie   blokował   przejścia.   Pod   wieloma   względami   skalny  komin   był 

drabiną, na wpół osłoniętą przed śniegiem. Nawet Hrysa mogła się tu wspinać jak wcześniej na 

Obeliska.

W   południe   pożywili   się   jedzeniem   ogrzanym   tylko   ciepłem   swego   ciała.   Choć   nie 

opuszczał ich zapał, poświęcili czas, żeby należycie napełnić brzuchy. Kiedy rozpoczęli wędrówkę 

żlebem - Fafryd  na czele - doszły ich z góry trzy basowe  pomruki, prawdopodobnie  grzmoty 

piorunów, które nie wróżyły niczego dobrego. Kocur skwitował je śmiechem.

Wspinanie się szło im łatwo, do czego przyczyniały się solidne występy skalne i ściana 

dająca oparcie plecom. Przeszkadzał jedynie szybki ubytek sił, wymagający częstych postojów w 

celu   zaczerpnięcia   kilku   haustów  rozrzedzonego   powietrza.  Tylko   dwa   razy  komin   na   tyle   się 

background image

zwęził, że Fafryd musiał ominąć bokiem wąskie gardło. Drobniej zbudowany Kocur wszędzie mógł 

się przecisnąć.

Zmagania z górą rozpalały zmysły. W zamieci śnieżnej dzień był szary, na zboczach bliżej i 

głośniej   rozbrzmiewały   gromy   (bezwzględnie   sprawka   piorunów,   których   błyski,   przyblakłe 

wskutek   śniegu,   wędrowały   kominem),   a   jednak   Kocurowi   i   Fafrydowi   dopisywał   humor   jak 

dzieciom idącym po krętych, niezbadanych schodach w nawiedzonym zamku. Choć z trudem łapali 

oddech,   rzucali   na   głos   żarty,   których   słabe   echa   roznosiły   się   poszarpanym   żlebem   wraz   ze 

światłami błyskawic.

Niestety, komin stawał się coraz gładszy, prawie jak lico urwiska, a zarazem stopniowo 

zaczął   się   poszerzać:   najpierw   o   piędź,   później   o   drugą,   potem   jeszcze   o   cal,   aż   wspinaczka 

przestała być bezpieczna. Należało zapierać się ramionami i butami o dwie przeciwległe ściany 

żlebu   i   wolno   podpychać   się   w   górę.   Kocur   wciągnął   na   siebie   Hrysę,   która   usiadła   mu   na 

zmęczonej, rozkołysanej piersi. Dodatkowe brzemię bardzo mu ciążyło. Mimo trudności przyjaciele 

czuli się wyśmienicie, aż w końcu Kocur zaczął się zastanawiać, czy powietrze pod niebem nie jest 

przesycone jakąś substancją rozweselającą.

Będąc   niższym   o   dwie   głowy  od   Fafryda,   którego   natura   lepiej   przysposobiła   do   tego 

rodzaju wspinaczki, Kocur w pewnej chwili uświadomił sobie, że jego ciało nie może już bardziej 

rozciągnąć się między ramionami a stopami; Hrysa podróżowała na nim jak na prostym pomoście. 

Nie dałby rady wspinać się dalej w ten sposób; dziwił się nawet, że udało mu się wdrapać tak 

wysoko.

Słysząc   wołanie,   Fafryd   zlazł   niczym   wielki   pająk.   Minę   miał   taką,   jakby   niedole 

przyjaciela nie robiły na nim większego wrażenia. Błyskawica wydobyła z półmroku jego brodatą 

twarz, na której gościł szeroki uśmiech.

- Bądź łaskaw tu zaczekać. Jużeśmy pod szczytem. Chyba go widziałem, kiedy się błysnęło. 

Wdrapię się na górę i wartko wciągnę cię na linie. Masz nad głową szczelinę. Wbiję  hak dla 

bezpieczeństwa. Tymczasem odzyskuj siły.

Jak powiedział, tak zrobił, przy czym  wszystkie czynności wykonał w  lot i szedł dalej 

żlebem, zanim Kocur - wyciągnięty jak struna i obładowany ciężarem - ubrał w słowa którąkolwiek 

ze swoich uszczypliwych myśli.

Kiedy   kolejne   błyskawice   rozwidniały   wnętrze   komina,   długoręka   postać   barbarzyńcy 

kurczyła się litościwie szybko; wkrótce przypominał pająka u wylotu swego tunelu. Aż wreszcie, 

gdy ponownie błysnęło, zniknął - choć trudno było dociec, czy dlatego, że wszedł na szczyt, czy 

może żleb odchodził w bok.

Lina się wszakże odwijała, aż pozostała jedna mała pętla. Ciało Kocura cierpiało katusze, do 

tego skostniało z zimna, lecz on tylko zaciskał zęby. Hrysa, jakby nie miała nic innego do roboty, 

background image

przechadzała się nerwowo po swoim miękkim mostku. Niebo rozdarła oślepiająca błyskawica i 

grzmotnęło tak, że zatrzęsła się góra. Hrysa skuliła się ze strachu.

Lina się napięła i szarpnęła Kocura za pas. Przyciskając Hrysę do piersi, szykował się już do 

jazdy w górę, postanowił jednak zaczekać na sygnał od Fafryda. Powziął mądrą decyzję, bo nagle 

lina   zwiotczała   i   zaczęła   spadać   na   brzuch   niczym   struga   czarnej   wody.   Hrysa,   wystraszona, 

wchodziła mu na głowę. Sznur zlatywał i zlatywał, aż górny koniec trzepnął Kocura w obojczyk. 

Choć tyle dobrze, że nie runął w dół Fafryd!

Następnej błyskawicy znów towarzyszył ogłuszający huk. Koryto żlebu było puste.

- Fafryd! - zawołał Kocur.

- Fafryd! - odpowiedziało echo.

Po krótkim zastanowieniu podniósł rękę i namacał za uchem hak, który Fafryd wbił jednym 

beztroskim uderzeniem czekano-młotka. Cokolwiek przydarzyło się Fafrydowi, jemu nie pozostało 

nic innego, jak tylko przywiązać linę do haka i opuścić się do miejsca, gdzie komin był węższy.

Wszelako hak, lekko szarpnięty, wypadł i zleciał z piskliwym brzękiem, który wnet zginął w 

grzmocie kolejnego pioruna. Wobec tego Kocur zdecydował się zsunąć żlebem. Bądź co bądź, 

pokonał w ten sposób kilkadziesiąt sążni, i to w górę.

Pierwsza próba ruszenia nogą nie powiodła się: chwycił go skurcz mięśni. Wiedział, że jeśli 

zechce   ugiąć   i   ponownie   wyprostować   kolano,   nie   zdoła   się   utrzymać   i   spadnie.   Pomyślał   o 

przyrządzie Glintiego, zrzuconym w białą otchłań, lecz szybko odegnał tę myśl.

Hrysa siedziała na jego piersi i patrzyła mu w oczy z miną, która w ogniu błyskawicy 

wyrażała smutek i zarazem wymówkę, jakby kocica chciała powiedzieć: Gdzie się podziała sławna 

chytrość człowieka?

***

Zaledwie Fafryd wygramolił się z komina na rozległą, głęboką, przykrytą skalnym okapem 

półkę, kiedy po cichu odemknęły się w skale drzwi: wysokie na cztery łokcie, szerokie na jeden i na 

background image

dwie piędzi grube. Uderzał przede wszystkim rozdźwięk między surowym wyglądem skały i gładką 

powierzchnią ciemnego kamienia, z którego wykonano skrzydło drzwi, próg, wiązary i nadproże.

Na zewnątrz wylewało się mdłe różowe światło, a z nim wonne opary brzemienne w wizje 

łodzi wycieczkowych, kołyszących się na morzu zalanym czerwienią zachodzącego słońca. Ciężki, 

odurzający   aromat   do   spółki   z   otumaniającym   działaniem   rozrzedzonego   powietrza   omal   nie 

sprawił,   że   Fafryd  zapomniał   o   swej   misji,   lecz   dotknięcie   czarnej   liny   było   na   swój   sposób 

dotknięciem Hrysy i Kocura, którzy czekali na ratunek. Odpiął więc linę od pasa, aby owinąć ją 

wokół   mocnego   kamiennego   słupa   przy   drzwiach.   Chcąc   prawidłowo   zawiązać   węzeł,   musiał 

podciągnąć sznur.

Jednakże   narkotyczna   woń   oszołomiła   go   na   tyle,   że   przestał   się   przejmować   ciężkim 

położeniem Kocura i Hrysy. Wkrótce już nie pamiętał swoich towarzyszy.

Wówczas doleciał go czyjś dźwięczny głos - tak dobrze mu znany, choć ongi słyszał tylko 

śmiech i chichot.

- Wejdź, barbarzyńco. Zapraszam do siebie.

Koniec liny niezauważenie wyśliznął mu się z palców, zsunął poza krawędź półki i zniknął 

w   czeluści   żlebu.   Lekko   się   pochylił   i   przeszedł   przez   drzwi,   które   zamknęły   się   za   nim 

bezszelestnie,   tłumiąc   rozpaczliwe   wołanie   Kocura.   Znalazł   się   w   pomieszczeniu   oświetlonym 

przez różowe kule, wiszące na wysokości jego twarzy. Ich łagodny, ciepły blask barwił makaty i 

dywaniki, a zwłaszcza białą kapę na przeogromnym łożu, będącym tu jedynym meblem.

Obok łóżka stała szczupła kobieta w czarnej, jedwabnej sukni, która okrywała całą postać 

prócz twarzy, aczkolwiek nie zasłaniała powabnych niewieścich kształtów. Oblicze chowało się pod 

czarną, tiulową woalką.

Serce Fafryda zabiło siedem razy, nim przyjrzała mu się i usiadła na łóżku. Spod sukni 

wysunęła wiotką rękę w czarnej, ażurowej rękawiczce i znacząco poklepała kapę. Zawoalowana 

twarz   nie   odwracała   się   od   niego   ani   na   moment,   kiedy   zdejmował   plecak   i   rozpinał   pas   z 

czekanem.

Kocur mozolnie wbił cienką klingę sztyletu w szczelinę nad głową, wykorzystując do tego 

celu wygrzebany z sakwy krzemień; przy każdym uderzeniu o głowicę rękojeści sypały się iskry - 

malusieńkie błyskawice bez szans na nawiązanie równorzędnej rywalizacji z potężnymi ogniami, 

nawiedzającymi komin przy akompaniamencie gromów.

Hrysa siedziała mu na kolanach. Od czasu do czasu patrzył na nią złowrogo, jakby chciał 

zapytać: Co jest, kocie?

Do komina z rykiem wpadł wicher, dmuchnął śniegiem i potrząsnął chudym, kudłatym 

zwierzęciem. Przy okazji omal nie strącił Kocura, lecz ten naparł silniej na ściany żlebu i mostek, 

choć odrobinę wygięty do góry, nie załamał się.

background image

Mimo słabości w palcach kończył obwiązywać liną jelec sztyletu, kiedy w głębi komina 

otworzyło   się   okno   mierzące   półtora   łokcia   szerokości   i   cztery   wysokości.   Gruba,   kamienna 

okiennica zsunęła się tuż przy jego ramieniu. W środku zapłonęło czerwone światło i ukazało się 

czterech typów o płaskich, łysych czaszkach i czarnych, świńskich oczkach.

Kocur przyjrzał im się uważnie. Czterech nieprzeciętnych brzydali, ocenił beznamiętnie. 

Jedynie w ich białych, szerokich zębach, - które błyskały w ustach rozwartych w tak szerokim 

uśmiechu, że sięgały niemal od jednego świńskiego ucha do drugiego - można było doszukiwać się 

znamion piękna.

Hrysa natychmiast wskoczyła w czerwone okno. Na twarzach osobników, między którymi 

znikła, nie pojawił się najdrobniejszy grymas zaskoczenia. Zamiast tego przysunęły się do Kocura 

cztery pary krótkich, acz krzepkich ramion, z łatwością wyłuskały go ze żlebu i wciągnęły do 

wnętrza  góry.  Wydał   z  siebie   zduszony  okrzyk  bólu,   kiedy dały  o  sobie   znać   skurcze  mięśni. 

Obejrzał pobieżnie grubawych pół karłów, odzianych w czarne, futrzane kubraczki i spodnie (jeden 

miał na sobie spódnicę z tego samego materiału). Chodzili boso na szeroko rozstawionych stopach 

z grubymi paznokciami.

Kocur zemdlał. Odzyskał przytomność zapewne dlatego, że położono go na twardym stole i 

tam bezceremonialnie rozmasowywano jego nagie, natarte ciepłą oliwą ciało. Znajdował  się w 

niskiej, słabo oświetlonej komnacie, bez wątpienia wciąż otoczony przez czterech małych ludzików 

-   czego   domyślił   się   jeszcze   przed   otwarciem   oczu,   czując   na   sobie   uderzenia   i   uciski   ośmiu 

zrogowaciałych dłoni.

Osobnik   ugniatający  prawy  bark   i   obtłukujący  górną   część   kręgosłupa   przymrużył   swe 

okryte krostami powieki i wyszczerzył  piękne zęby,  większe od zębów olbrzyma, w uśmiechu 

mającym   chyba   wyrażać   przyjazne   nastawienie.   On   to   się   odezwał   w   koślawym   mingolskim 

narzeczu:

- Zwą mnie Gruchokostem, a to moja żona, Trzęsotłustka. Po lewej burcie dopieszczają cię 

moi bracia, Nogokruszec i Głowołamacz. Napij się wina i chodź ze mną.

Wino piekło w gardle, lecz wyleczyło go z zawrotów głowy. Nadto radował się, że nie musi 

już cierpieć morderczego masażu ani - jak się zdawało - nieznośnych bólów mięśni.

Gruchokost   i   Trzęsotłustka   pomogli   mu   zejść   z   kamiennej   płyty,   zaś   Nogokruszec   i 

Głowołamacz wytarli go migiem szorstkimi ręcznikami. Ciepła, niska komnata na moment się 

zakołysała, a potem czuł już w sobie cudowną rześkość.

Gruchokost ruszył kaczym krokiem w mrok za dymiącymi pochodniami. O nic nie pytając, 

Kocur udał się za nim. A jeśli to były Lodowe Gnomy, o których wspominał Fafryd?

background image

W   ciemnościach   Gruchokost   odsunął   grubą   zasłonę.   Pokazało   się   żółte   światło.   Kocur 

przenosił się spomiędzy szorstkich skał w miękkie puchy. Kotara z szelestem wróciła na swoje 

miejsce.

Przebywał sam w pomieszczeniu nastrojowo oświetlonym przez podobne do olbrzymich 

topazów   wiszące   kule;   przypuszczał,   że   każda   z   nich,   trącona   palcem,   odskoczyłaby   niczym 

purchawka. Stała tu obszerna kanapa, a za nią, pod obwieszoną gobelinami ścianą, niski stolik i 

taboret   z   kości   słoniowej.   Na   stoliku   stały   buteleczki   najwymyślniejszych   kształtów   i   masa 

porcelanowych słoiczków, nad nim zaś wisiało ogromne srebrne lustro.

A jednak nie był całkiem sam. W kącie odpoczywała Hrysa z wyszczotkowaną sierścią. Nie 

patrzyła na Kocura, lecz w pewien punkt nad taboretem.

Ciarki mu przeszły po skórze, choć niezupełnie ze strachu.

Ze słoiczka wynurzyła się odrobina ciemnozielonej mazi, przefrunęła szybko do miejsca, 

które   obserwowała   Hrysa   i   tam   zniknęła.   Wszelako   w   lustrze   pojawiła   się   zielona   plama. 

Zagadkowe zdarzenie powtórzyło się i wkrótce w zwierciadle malowała się barwna maska, nieco 

zmatowiała na srebrnej powierzchni. Raptem zniknęła w lustrze, by ukazać się w ostrych zarysach 

nad   białym   taboretem.   O,   jak   dobrze   Kocur   znał   tę   maskę!   To   ona   tak   bardzo   nim   kiedyś 

wstrząsnęła: wąski podbródek, mocno zarysowane policzki, prosty nos i czoło.

Wydęte, purpurowe usta rozchyliły się i padły słowa wypowiedziane cichym, ochrypłym 

głosem:

- Krzywisz się na moje oblicze, lankmarczyku?

- Złośliwy to żart, księżniczko - odparł Kocur, starając się nie stracić rezonu i pochylić się w 

dworskim ukłonie. - Wszak widzę tu cud piękność.

Smukłymi palcami, po części wymalowanymi na zielono, sięgnęła do słoiczka, skąd nabrała 

większą   ilość   barwidła.   Cichym,   ochrypłym   głosem,   przypominającym   tamten   chichot,   który 

słyszał w śnieżycy, rzekła:

- Oceń tedy resztę mej osoby.

***

background image

Fafryd obudził się w ciemności i dotknął leżącej dziewczyny. Kiedy poznał, że i ona nie śpi, 

objął ją w biodrach. Czując, jak pręży się jej ciało, uniósł ją w powietrze i przytrzymał nad sobą, 

sam leżąc na wznak. Była niesamowicie lekka, jakby utkano ją z pajęczyny lub puchu, kiedy jednak 

położyła się przy nim, znowu miał przy sobie twarde ciało, choć nad podziw gładkie.

- Hirywio, zapalmy światło. Możemy? - spytał.

- A cóż to za życzenie, Fafyr? - odpowiedziała takim głosem, jakby kto lekko trącił zasłonę 

ze srebrnymi dzwoneczkami. - Zapominasz, żem teraz całkiem niewidzialna. Niejeden mężczyzna 

byłby tym podniecony, lecz ty, jak sądzę...

- Spokojnie, spokojnie! Lubię cię taką, jaką jesteś naprawdę. - Dla dobitniejszego wyrażenia 

swoich uczuć chwycił ją dziko za ramiona, by zaraz z wyrzutami sumienia cofnąć ręce. Wszak była 

taka delikatna.

Srebrne dzwoneczki rozbrzmiały szczerym śmiechem, jakby wspomniana zasłona została 

silnie potrząśnięta.

- Nie lękaj się - powiedziała. - Moje niewidoczne kości są z materiału mocniejszego od stali. 

Ten   sekret   przechodzi   możliwości   rozumowania   waszych   filozofów,   ma   związek   z   zagadką 

niewidzialności  całej  mojej rasy  i  zwierząt,  od których  pochodzimy.   Pomyśl   sobie,  jak  bardzo 

można zahartować szkło, a jednak światło przenika je na wskroś. Mój przeklęty brat Farumfar, choć 

chudy, ma w sobie siłę odyńca, a mego ojca Umforafora przyrównać można do lwa, mimo że ma 

setki lat na karku. Twój przyjaciel zwyciężył Farumfara, wszelako przed nim nowe próby, także 

ojciec wydzierał się na mego brata! Wkrótce, nim świt nastanie (jeno się nie zrywaj, mój drogi: 

księżyc   jeszcze   wschodzi),   będziesz   musiał   zejść   z   Grani   Niebios.   Obiecaj,   że   tak   zrobisz. 

Świadomość   niebezpieczeństw,   którym   stawiłeś   czoło,   przeszywa   mrozem   moje   serce,   serce 

zamienione w lód sama nie wiem ile razy w ciągu ostatnich trzech dni.

- Ani razu mnie nie ostrzegłaś - zdziwił się. - Ciągnęłaś mnie do siebie?

- Jeszcze pytasz?

Wyczuwał jej zadarty nosek i pucułowate policzki, wiedział więc, że się uśmiechnęła.

- A możeś zły - dodała - że wystawiałeś na szwank swoje życie i zdobyłeś jeno moje łoże?

Wycisnął żarliwy pocałunek na jej szerokich ustach, aby ją zapewnić o bezpodstawności 

tego typu oskarżeń. Ona jednak po chwili odepchnęła go od siebie.

- Wstrzymaj się, mój luby - powiedziała. - Wstrzymaj się, powiadam! Wiem, żeś porywczy i 

napalony, lecz cóż ci zaszkodzi poczekać, aż się księżyc przesunie o szerokość gwiazdy. Prosiłam, 

byś mi obiecał, że z nastaniem dnia zejdziesz z Grani Niebios. Dość długo w ciemności panowała 

cisza.

- Cóż ty na to? - zniecierpliwiła się. - Język kołkiem ci stanął? Gdy szło o co innego, nie 

okazywałeś niezdecydowania. Czas ucieka, księżyc nie czeka.

background image

- Słuchaj, Hirywio - rzekł cicho Fafryd. - Muszę wspiąć się na szczyt Grani Niebios.

- Czemu? - zapytała podniesionym głosem. - Spełniło się wszystko, o czym mówią wiersze. 

Nagroda jest twoja. Idź dalej między skute lodem skały, jeśli chcesz się daremnie narażać. Ale jeśli 

wrócisz, będę cię strzegła z powietrza, ciebie i twego kompana, aż do samych Pustaci. - Jej słodki 

głos jął się rwać. - Zaprawdę, Fafyrze, nie zrezygnujesz dla mnie z wchodzenia na tę okrutną górę? 

Powiem więcej, o wiele więcej: ja cię kocham... jeżeli dobrze rozumiem znaczenie tych słów w 

ustach śmiertelników.

- Posłuchaj. - W ciemnościach jego głos brzmiał niezwykle poważnie. - Jesteś cudowną 

dziewczyną, w życiu takiej nie znałem, nadto i ja cię kocham, a rzadko mi się zdarza komuś to 

powiedzieć. Lecz dzięki tobie bardziej pragnę zdobyć Grań Niebios. Potrafisz to zrozumieć?

Teraz Hirywia dla odmiany milczała.

- Trudno - rzekła na koniec. - Lubisz narzucać swą wolę, rób więc to, na co masz ochotę. 

Tylko   pamiętaj,   że   cię   ostrzegałam.   Mogłabym   dłużej   z   tobą   rozmawiać,   wytoczyć   masę 

argumentów, wyjawić ci nowe rzeczy, lecz twojego uporu przecież nic nie złamie. A czas galopuje 

jak szalony. Pora dosiąść rumaków i dogonić księżyc. Pocałuj mnie, wolno. Tak właśnie...

***

Kocur   leżał   w   poprzek   łoża   pod   żółtymi   kulami   i   pieścił   wzrokiem   śpiącą   Kejarę,   jej 

zgrabne ramiona koloru niedojrzałych jabłek i spokojną twarz, ułożoną na stosie poduszek.

Podwinął rąbek prześcieradła, zwilżył  je winem z czarki opartej o jego kolano i potarł 

smukłą łydkę Kejary - tak delikatnie, że nie nastąpiła żadna zmiana w wolnych, miarowych ruchach 

jej wąskiej piersi. Udało mu się usunąć zielonkawy barwnik z kawałka skóry o powierzchni pół 

dłoni.   Przyjrzał   się   bacznie   swemu   dziełu.   Tym   razem   spodziewał   się   zobaczyć   ciało,   a 

przynajmniej zieloną substancję po drugiej stronie łydki, ale nie: przez mniej więcej prostokątne 

okienko zobaczył jedynie włochate prześcieradło, oświetlone z góry żółtym blaskiem. Nie był w 

stanie wytłumaczyć sobie tej intrygującej i zarazem męczącej zagadki.

Spojrzał   pytająco   na   Hrysę,   która   leżała   na   skraju   niskiego   stolika,   otoczona   mrowiem 

wymyślnych, szklanych buteleczek z pachnidłami; z kudłatą brodą wspartą na przednich łapach 

uważnie obserwowała wydarzenia na łóżku. Kocur odnosił rażenie, że zwierzę patrzy na niego z 

niesmakiem,   więc   pośpiesznie   rozprowadził   barwidło   na   nodze   dziewczyny,   aż   pokryło   plamę 

niewidoczności.

background image

Rozległ   się   cichy   śmiech.   Wsparta   na   łokciach   Kejara   przyglądała   się   Kocurowi   spod 

przymrużonych powiek, osłoniętych gęstymi rzęsami.

- Wiedz, że my, niewidzialni - odezwała się rozbawionym głosem ze szczerą lub udawaną 

sennością - pokazujemy światu jeno przyodziewek bądź warstwę kosmetyku. Tej tajemnicy nie 

zgłębi żaden z mędrców.

- Jesteś królową wszelkiej tajemniczości, a twoim królestwem są gwiazdy - rzekł zalotnie 

Kocur, pieszcząc jej zielone stopki. - Jam przy tobie najszczęśliwszy z ludzi. Lękam się, że to sen, 

po którym się ocknę na zimnych zboczach Grani Niebios. Jak to się stało, że się tu znalazłem?

- Moja rasa wymiera - powiedziała. - Mężczyźni stali się bezpłodni. Z księżniczek ostałam 

się jeno ja i Hirywia. Nasz brat Farumfar gorąco pragnie dzielić z nami łoże, chełpi się pełnią 

swego   męstwa   (to   z   nim   walczyłeś),   wszelako   ojciec   Umforafor   powiada:   „Świeżej   krwi   tu 

potrzeba, krwi prawdziwych bohaterów”. Wobec tego Farumfar, chcąc nie chcąc, jak i moi dalsi 

krewniacy,   lata   tu   i   tam,   rozrzucając   w   dziwnych,   odludnych   zakątkach   baranie   skóry   z 

rymowankami, którymi wabi nieustraszonych chwatów.

- Czy jednak niewidzialni mogą współżyć z widzialnymi? Parsknęła figlarnym śmiechem.

- Nie posądzałam cię o tak krótką pamięć, Myszorku.

- Chodziło mi o to, czy mogą mieć potomstwo - sprostował, odrobinę podrażniony tym, że 

wpadła na jego chłopięce przezwisko. - A jeśli tak, czy nie będzie ono takie... przymglone, pół 

widoczne i pół niewidoczne?

Zielona maska Kejary zakołysała się lekko na boki.

-   Ojciec   uważa,   że   owocem   takiego   zbliżenia   byłoby   dziecko   posiadające   pełnię 

przywilejów niewidzialności, która dominuje nad widzialnością, ale też ubogacone o domieszkę 

gorącej, bohaterskiej krwi.

- Tedy ojciec kazał ci spać ze mną? - spytał Kocur z pewnym rozczarowaniem.

- Ależ skąd, Myszorku! - zaprzeczyła pośpiesznie. - Srodze by się rozgniewał, gdyby mu się 

bodaj przyśniło, że tu jesteś, a Farumfar to by chyba zmysły postradał. Prawda jest taka, że kiedy 

wypatrzyłam   cię   na   Pustaciach,   spodobałeś   mi   się   tak   samo,   jak   Hirywii   spodobał   się   twój 

towarzysz podróży. Winieneś dziękować opatrzności, bo gdybyście się wdrapali na szczyt Grani 

Niebios,   mój   ojciec   wziąłby  od   was   nasienie   w   zupełnie   inny  sposób.  A  skoro   o   tym   mowa, 

Myszorku, to obiecaj, że o świcie zejdziesz na dół.

- Niełatwo dać taką obietnicę. A jeszcze trudniej pokonać upór Fafryda. Do tego dochodzi 

sprawa torby z klejnotami, jeśli dobrze rozumiem, co znaczy „worek gwiazd”. Tak, tak, wiem, że to 

drobiazg w porównaniu z ramionami cudownej dziewczyny, jednak...

- A jeśli powiem, że cię kocham? I to kocham szczerze?

background image

- Ależ księżniczko! - westchnął Kocur, przesuwając dłoń w stronę jej kolana. - Jakże mi 

opuszczać cię rankiem? Jedna noc zaledwie...

- Myszorku - przerwała mu Kejara z łobuzerskim uśmiechem, wykręcając lubieżnie swe 

zielone ciało - czyżbyś nie wiedział, że każda noc jest wiecznością? Czy żadna dziewczyna cię tego 

nie nauczyła? Zdumiewające. Tylko pomyśl, mamy przed sobą jeszcze pół wieczności. Co jest 

również wiecznością, o czym powiedziałby ci każdy rachmistrz, czy to z białą brodą, czy jędrnymi 

piersiami.

- Ale skoro mam począć wiele dzieci... - zaczął Kocur.

- W zasadzie mnie i Hirywię możesz przyrównać do pszczelich matek - wyjaśniła Kejara. - 

Ale mniejsza o to. Czeka nas dziś wieczność, to prawda, lecz pod warunkiem, że się postaramy. 

Przytul się do mnie.

Po pewnym czasie Kocur sam siebie zacytował:

- Tak to już jest, że podczas górskich wspinaczek najlepsze chwile są stanowczo za krótkie.

-   Mogą   trwać   w   nieskończoność   -   szepnęła   mu   nad   uchem   Kejara.   -   Niech   trwają, 

Myszorku.

 

***

Kiedy Fafryd się obudził, wstrząsały nim zimne dreszcze. Kule, przedtem różowe, teraz 

były   szare   i   bujały   się   na   lodowatym   wietrze,   który   zawiewał   od   otwartych   drzwi.   Śnieg 

przyprószył   mu   ubranie   i   rozrzucony  po   ziemi   ekwipunek,   a   w   progu   zalegał   grubą   na   piędź 

warstwą. Z zewnątrz wpadało mętne światło dnia.

Pomimo to serce Fafryda wzbierało bezmiernym szczęściem, co skutecznie odwracało jego 

uwagę od posępnych widoków. Tak czy inaczej, był nagi i dygotał. Skoczył na równe nogi, otrzepał 

odzienie   na   łóżku   i   wsunął   ręce   w   sztywne,   zmrożone   futro.   Kiedy   zapinał   pas   z   czekanem, 

przypomniał sobie, że zostawił w skalnym kominie bezradnego Kocura. Jakoś przez całą noc, nawet 

rozmawiając z Hirywią o przyjacielu, ani razu o tym nie pomyślał.

Porwał w ręce plecak i wybiegł na skalną półkę. Kątem oka zauważył za sobą poruszenie. 

Zamknęły się masywne drzwi.

Uderzył go przepotężny podmuch zbrojnej śniegiem wichury. Przyskoczył do szorstkiego 

słupa, wokół którego w nocy planował owinąć linę, i trzymał się go kurczowo. Bogowie niech mają 

background image

w opiece Kocura! Wtem ktoś ześliznął się, zasapany, z wyższego miejsca na skale i, walcząc ze 

śnieżycą, przylgnął do słupa niżej od niego.

Wicher na moment osłabł. Fafryd odwrócił się w stronę drzwi, lecz nie było po nich nawet 

śladu. Zaspy wędrowały z miejsca na miejsce. Jedną ręką trzymał plecak i obejmował słup, drugą 

przesunął po nierównej powierzchni kamienia. Jednakże paznokcie, tak samo jak i oczy, nie zdołały 

odnaleźć najmniejszej szczeliny.

- A więc i tobie dali kopa? - ozwał się ktoś wesołym tonem. - Jeśli chcesz wiedzieć, mnie 

dały kopa Lodowe Gnomy.

- Kocur! - wykrzyknął Fafryd. - Ty wcale nie... Myślałem, żeś...

-  Czyś  ty w  ogóle  o  mnie  myślał?  Wątpię,  bo cię  znam.  Kejara  zapewniała  mnie,  żeś 

bezpieczny i nawet zadowolony. Hirywią powiedziałaby ci to samo o mnie, gdybyś pytał. Ale nie 

pytałeś, bo i po co.

- To ty również...? - zapytał Fafryd, uśmiechnięty od ucha do ucha.

- Tak, mój szwagrze z książęcego rodu - odparł Kocur z wesołą miną.

Wszczęli krótką potyczkę na pięści, aby rozruszać krew w żyłach, przy czym ani na chwilę 

nie opuścił ich dobry humor.

- Co z Hrysą? - zapytał Fafryd.

- Grzeje się w środku, spryciara! Nie wypuściliby tu kota, jedynie ludzi. Hm, ciekawe, czy... 

Nie   sądzisz,   że   Hrysa   od   samego   początku   służyła   Kejarze,   która   wszystko   ukartowała   i 

przewidziała? - Zamyślił się.

Ustała zawierucha. Prószył tak rzadki śnieg, że wzrok sięgał na całe staje. W górze, ponad 

obsypanymi   śniegiem   półkami   tworzącymi  Twarz,   dostrzec   można   było   Kapelusz,   w   dole   zaś 

początek Drabiny.

Raz jeszcze przytłoczył ich i lękiem przejął ogrom Grani Niebios. Poczuli się skazani na 

zgubę:   dwie   zziębnięte   mrówki,   które   nieopatrznie   zapędziły   się   na   pionową   ścianę   królestwa 

mrozu, oddalonego jak księżyc od reszty Nehwonu.

Na  niebie  widać   było  bladą,  srebrzystą  tarczę   słońca.  Okazało  się,  że   spali  do  samego 

południa.

- Kiedy noc trwa osiemnaście godzin, łatwiej o złudzenie wieczności - zauważył Kocur.

- Głęboko pod wodą goniłem na rumaku księżyc - rzekł Fafryd w zadumie.

- Obiecałeś jej, że zejdziesz na dół? - zapytał nagle Kocur. 

Fafryd pokręcił głową.

- Nie, ale chciała wymóc na mnie obietnicę.

background image

- Tak samo jak moja. I muszę przyznać, że to niegłupi pomysł. Mówiła, że na szczycie może 

być krucho z nami. Ale do komina pełno śniegu nawiało. Przytrzymaj mnie za nogi, wysunę głowę 

nad przepaść. Proszę bardzo: do samego dołu zawalony śniegiem. Co robimy?

- Posłuchaj mnie uważnie - odrzekł Fafryd niemalże ponuro. - Czy można w dół schodzić, 

czy też nie, ja zdobędę Grań Niebios.

- Wiesz, że twoje szaleństwo i mnie się udziela? Może trafimy na szlak na wschodnich 

zboczach góry, którym zejdziemy w tę zieloną dolinę, co ją zwiesz Wielką Rozpadliną. Zostało nam 

siedem godzin do zmroku, więc nie marnujmy czasu. Za dnia próżno liczyć na wieczność.

Wchodzenie   na   Twarz   okazało   się   najłatwiejszym   i   zarazem   najtrudniejszym   etapem 

wspinaczki. Półki, chociaż dość szerokie, czasem mocno odstawały od lica ściany i były od spodu 

okryte   warstwą   skruszałego   łupka,   który   osypywał   się   przy   lada   dotknięciu.   Niejednokrotnie 

należało posuwać się w poprzek zbocza przy wykorzystaniu wąskich szczelin, co zmuszało do 

zwieszania się na samych rękach.

Na tej wysokości chłód, zmęczenie i zawroty głowy dawały się bardziej we znaki. Ilekroć 

nadarzała   się   okazja,   śmiałkowie   zatrzymywali   się,   aby   zaczerpnąć   oddechu   i   porozcierać 

drętwiejące dłonie. W głębi jednej z półek (w prawym oku Grani Niebios wedle ich rozeznania) 

musieli   zużyć   resztkę   opału,   żeby   napalić   w   piecyku   -   chcieli   napić   się   i   zjeść   coś   ciepłego, 

owszem, ale przede wszystkim się ogrzać.

Nocne wyczyny w znacznym stopniu nadwątliły ich siły, jednocześnie wspomnienia tych 

wyczynów sił im dodawały. Na domiar złego, nękały ich porywiste podmuchy złośliwej wichury i 

ciągłe, acz zróżnicowane opady śniegu, który raz bił tumanami w szczyt góry, a raz się odsuwał i 

pozwalał dojrzeć szarą kopułę nieba - ograniczoną teraz olbrzymim, białym nawisem Kapelusza, 

który piętrzył  się groźnie nad nimi. Wrażenie, że Grań Niebios, zawieszona gdzieś w śnieżnej 

przestrzeni, należy do świata wydzielonego z Nehwonu, jeszcze się pogłębiło.

W końcu jednak niebo stało się błękitne, a słońce zaczęło grzać w plecy: wydostali się 

ponad   granicę   padającego   śniegu.   Fafryd   wskazał   palcem   granatową   kropkę   w   „rondzie” 

Kapelusza, ledwie widoczną nad następnym, biało-szarym skalnym wybrzuszeniem.

- Wyjście z Ucha Igielnego! - krzyknął.

W tym momencie coś wpadło obok niego w zaspę, czemu towarzyszył stłumiony brzęk 

żelaza o kamień. Ze śniegu pionowo sterczał opierzony koniec strzały.

Fafryd i Kocur poszukali schronienia pod skalnym okapem, kiedy druga i trzecia strzała 

zgrzytnęły na nagim kamieniu, gdzie przed chwilą stali.

-   Niech   licho   weźmie   Gnarfiego   i   Kranarcha!   -   warknął   Fafryd.   -   Wyprzedzili   nas   i 

przygotowali zasadzkę przy Uchu, czego właściwie należało się spodziewać. Musimy ich obejść i 

dostać się wyżej.

background image

- Nie przejrzą naszych zamiarów?

- To bałwany, mogli jeszcze trochę poczekać. Poza tym, nie mamy innego wyjścia.

A zatem odbili bardziej na południe, choć wciąż posuwali się w górę i zawsze tak, żeby 

odgradzał ich jakiś załom skały od miejsca, gdzie, jak sądzili, powinno znajdować się Ucho Igielne. 

Aż w końcu, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, skręcili z powrotem na północ. Stale szli pod 

górę.   Depcząc   śnieg,   robili   sobie   schodki   na   stromym,   białym   zboczu,   które   wyżej   łukowatą 

krzywizną   wyginało   się   nad   przepaść;   „rondo”   Kapelusza,   zatrważająco   wielkie   z   tak   bliska, 

przesłaniało już dwie trzecie nieba. Na przemian to pot z nich spływał, to chwytały ich dreszcze, 

walczyć też musieli z nieustannymi mdłościami i zawrotami głowy, a mimo to dokładali starań, 

żeby poruszać się możliwie cicho i ostrożnie.

Po   ominięciu   kolejnego   okrągłego,   śnieżnego   wybrzuszenia   mogli   popatrzeć   w   dół   na 

olbrzymią, gładką połać zbocza, którą zazwyczaj smagał wicher, przedzierający się przez Ucho 

Igielne i tworzący Mały Pióropusz.

Na odgiętym fragmencie odsłoniętej skały czatowali dwaj mężczyźni, obaj w brązowym, 

skórzanym odzieniu, mocno wystrzępionym, a w wielu miejscach, gdzie znać było zwrócone do 

środka włosie, również potarganym. Szczupły, czarnobrody Kranarch o twarzy łosia z rozmachem 

zabijał ręce, żeby się rozgrzać. Obok niego leżały strzały i łuk. Przysadzisty Gnarfi o twarzy dzika 

klęczał   i   spoglądał   poza   krawędź.   Fafryd   zastanawiał   się,   co   stało   się   z   ich   dwoma   rosłymi 

pomocnikami.

Kocur   pogrzebał   w   worku.   Wtem   Kranarch   dostrzegł   ich   i   prędko   sięgnął   po   broń... 

aczkolwiek uczynił to wolniej w rozrzedzonym powietrzu. Równie powoli Kocur wyciągnął kamień 

wielkości pięści, wyszukany kilka półek niżej właśnie do tego celu.

Strzała   Kranarcha   przemknęła   ze   świstem   między   głowami   przyjaciół.   Chwilę   później 

kamień wyrzucony przez Kocura trafił łotrzyka w ramię ręki naciągającej cięciwę. Łuk spadł mu 

pod nogi, ręka zwisła bezwładnie. Na ten widok Fafryd i Kocur, zsuwając się ośnieżonym stokiem, 

rzucili   się   otwarcie   do   ataku;   pierwszy   wymachiwał   odwiązanym   od   pasa   czekanem,   drugi 

wyciągnął Skalpel.

Kranarch   i   Gnarfi   (tenże   dodatkowo   uzbrojony   w   sztylet,   trzymany   w   lewej   garści) 

szykowali   się  do  walki   na  miecze.   Starcie,   do  którego  doszło,   miało   ten  sam  powolny,   senny 

przebieg jak niedawna wymiana pocisków. Na początku impet natarcia dał przewagę Fafrydowi i 

Kocurowi, lecz potem do głosu doszli ich silniejsi, a właściwie mniej strudzeni przeciwnicy, którzy 

zepchnęli ich nad sam skraj przepaści. Fafryd otrzymał boczne cięcie: klinga rozerwała twarde 

wilcze futro, wgryzła się w ciało i zachrzęściła na żebrach. Okazało się jednak, że najbardziej liczy 

się - jak w większości podobnych przypadków - wprawa. Okutani brązowymi skórami bandyci, 

background image

kilkakrotnie ranieni, odwrócili się nagle i wbiegli do Ucha Igielnego: wielkiego, białego tunelu o 

trójkątnym przekroju.

Gnarfi darł się w niebogłosy:

- Grach! Kruk!

- Ani chybi, wołają swoich kudłatych kompanów. Albo służalców - snuł domysły Kocur. 

Ciężko dysząc, pochylił się i wsparł rękę na kolanie, wycieńczony krwawą rozprawą. - Wyglądali 

na tłustych chłopów, co to ledwo od pługa odeszli. Gdzie im tam wojować! Nawet jeśli przybędą na 

zew Gnarfiego, nic złego nam nie uczynią.

Fafryd pokręcił głową, zadumany.

- A jednak weszli na Grań Niebios - wychrypiał.

Aż nagle ze śnieżnego tunelu wybiegły pędem na zadnich nogach, zgrzytając pazurami po 

omiecionej   przez   wiatr   skale,   szczerząc   czerwone,   oślinione   paszcze,   rozpościerając   szeroko 

mocarne ramiona... dwa olbrzymie, bure niedźwiedzie.

Z szybkością, do której poprzedni przeciwnicy nie zdołali ich przymusić, Kocur podniósł 

łuk Kranarcha i posłał przed siebie dwie strzały, podczas gdy Fafryd nad głową zatoczył młynka 

czekanem i rzucił nim z całej siły. Obaj następnie uskoczyli na boki: Kocur dobył miecza, Fafryd 

trzymał w ręku nóż.

Nie   było   jednak   potrzeby   dłużej   walczyć.   Pierwsza   strzała   trafiła   biegnącego   na   czele 

zwierza w szyję, druga przebiła czerwone podniebienie i ugrzęzła w mózgu. Czekan Fafryda wbił 

się aż po rękojeść między dwa żebra w lewym boku drugiego misia. Zalane krwią zwierzaki padły 

wprzód na pyski, w przedśmiertnych konwulsjach przetoczyły się po dwa razy i runęły w bezdenną 

przepaść.

-   Obie   samice,   jak   sądzę   -   zażartował   Kocur,   odprowadzając   je   wzrokiem.   -   Ech,   ci 

zwyrodniali mieszkańcy Ilikwingu! Ale żeby zaczarować bądź przyuczyć takie zwierzę do noszenia 

bagaży, wspinania się na stoki, a nawet poświęcenia żywota. Nędzne go, bo nędznego...

- Kranarch i Gnarfi nie umieją walczyć czysto, to już wiemy na pewno - oświadczył Fafryd. 

- Nie wychwalaj ich sztuczek!

Wtykając szmatę poprzez dziurę w kożuchu, pod którą była rana, skrzywił się i zaklął tak 

siarczyście,   że   Kocur   powstrzymał   się   od   ironicznej   uwagi:   „Widać   misie   są   urodzonymi 

tragarzami. Ja zawsze mam rację”.

Wówczas to przyjaciele powoli, noga za nogą, weszli pod wysoki, podobny do namiotu 

lodowy przełaz, żeby zbadać owo tajemnicze królestwo na samym dachu świata, w którym czuli się 

już   po   trosze   jak   domownicy.  Wskutek   przemożnego   zmęczenia,   choć   zbliżała   się   decydująca 

chwila, odechciewało im się nawet myśleć o niewidzialnych istotach, które władały Granią Niebios. 

Posuwali  się   naprzód  ostrożnie,   jednakże  nie   przesadzali  z   tą  ostrożnością,   albowiem  Gnarfi  i 

background image

Kranarch uciekli przed nimi w popłochu, odnieśli wcale niebłahe rany, a drugi na dokładkę stracił 

łuk.

Szczyt góry poza wielką, pochyloną falistością Kapelusza rozciągał się niemal tak samo 

daleko z północy na południe co szczyt  Polarnego Obeliska, chociaż tutaj wschodnia krawędź 

wydawała się oddalona tylko o dwa krótkie strzały z łuku. Warstwa zmrożonego śniegu, okryta 

cienkim   płaszczem   puchu,   zalegała   na   całej   powierzchni   z   wyjątkiem   północnego   krańca   i 

skrawków nad wschodnią krawędzią, gdzie widać było ciemną skałę.

Lodowo-skalna wierzchowina była jeszcze bardziej płaska tutaj niż na Polarnym Obelisku, 

ponadto lekko opadała ku południowym stokom góry. Nie dało się zauważyć żadnych budowli, 

żywych istot ani nierówności, w których można było się schować. Prawdę mówiąc, Kocur i Fafryd 

nie przypominali sobie, żeby kiedykolwiek widzieli miejsce bardziej odludne i jałowe.

Jedyną osobliwość, jaka wpadła im w oko już na samym początku, stanowiły trzy niezbyt 

oddalone dziury w śniegu; każda miała pojemność baryły, ale kształt trójkąta równobocznego i 

sięgała   do   litej   skały.   Trzy   dziury   tworzyły   z   kolei   wierzchołki   innego,   większego   trójkąta 

równobocznego.

Kocur rozejrzał się z przymrużonymi oczyma i wzruszył ramionami.

- Worek z gwiazdami pewnie nie jest zbyt duży - powiedział.

- A Serce Światła? Tu wszystko możliwe.

Cały   szczyt   był   pogrążony   w   sinoniebieskim   cieniu   z   wyjątkiem   północnej   krawędzi   i 

wielkiej   ścieżki   złocistego   blasku,   na   malowanej   przez   zachodzące   słońce,   którego   promienie 

przeciskały się przez Ucho Igielne na rozległą połać wygładzonego wiatrem śniegu. Dokładnie 

pośrodku owej świetlistej drogi biegł ślad Kranarcha i Gnarfiego. Uciekając, pozostawili po sobie 

gdzieniegdzie   krwawe   plamy   na   śniegu.   Widać   było,   że   poza   nimi   nikt   nie   wędrował   po 

wierzchowinie. Fafryd i Kocur ruszyli w trop za zbiegami, maszerując trasą wytyczoną przez ich 

wydłużone cienie.

- Ani widu, ani słychu - rzekł Kocur. - Wygląda na to, że jest jakieś zejście wschodnim 

stokiem, z którego skorzystali. Nie zdziwiłbym się, gdyby urządzili na nas zasadzkę.

Gdy się zbliżali do wschodniej krawędzi, Fafryd nagle oznajmił:

-   Oho,   kolejny   trop!   Oddala   się   stąd   na   rzut   oszczepem.   Prowadzi   na   północ.   Może 

zawrócili.

- Niby dokąd?

Już   niebawem   zagadka   znalazła   swoje   makabryczne   wyjaśnienie.   Dotarłszy   do   granicy 

śniegu,   ujrzeli   na   ciemnej,   ochlapanej   krwią   skale   -   przysłonięte   nawianą   przez   śnieg   zaspą   - 

rozkrzyżowane zwłoki Kranarcha i Gnarfiego. Mieli porozrywane kożuchy, a ciała w obsceniczny 

sposób okaleczone.

background image

Kocurowi żołądek podszedł do gardła. Przypomniał sobie wypowiedziane lekkim tonem 

słowa   Kejary.   „...gdybyście   się   wdrapali   na   szczyt   Grani   Niebios,   mój   ojciec   wziąłby  od   was 

nasienie w zupełnie inny sposób”.

Fafryd   potrząsnął   głową,   z   nachmurzonym   czołem   obszedł   ciała,   zbliżył   się   nad   skraj 

przepaści i spojrzał w dół. Cofnął się o krok, potem przyklęknął i jeszcze raz popatrzył. Wszystkie 

entuzjastyczne teorie Kocura wzięły w łeb. Nigdy jeszcze Fafryd nie spoglądał w dół z takiej 

wysokości.

Kilka   sążni   niżej   wschodnia   ściana   zaginała   się   do   środka.   Nie   było   możliwości 

sprawdzenia, jak daleko odstaje nawis od głównego lica ściany. Z tego miejsca człowiek runąłby 

prosto w zielonkawą pomrokę Wielkiej Rozpadliny - odległej o pięć lankmarskich staj, a może i 

bardziej.

- Droga dla ptaków albo samobójców - odezwał się Kocur nad jego ramieniem. - Nic tu po 

nas.

Raptem  zieleń  w  dole  pojaśniała,  choć  nie  pokazały  się żadne  charakterystyczne  cechy 

terenu z wyjątkiem srebrzystej nitki, która mogła być wielką rzeką płynącą środkiem puszczy. 

Kiedy podnieśli wzrok, uderzyły ich złociste zorze na niebie. Odwrócili się i oniemieli z zachwytu. 

Otóż ostatnie promienie słońca, przechodzące przez Ucho Igielne, strzelały ukośnie w górę i nieco 

w bok, by użyczyć blasku przezroczystej, symetrycznej konstrukcji - wielkiej niczym największy 

dąb - która stanęła dokładnie w miejscu trzech dziur w śniegu. Można by ją opisać jako gwiazdę o 

osiemnastu ostro ściętych ramionach, trzema z nich wspartą na wierzchowinie Grani Niebios, a 

zbudowaną z najczystszego diamentu lub podobnego tworzywa.

Ta  sama  myśl  błysnęła  Kocurowi  i  Fafrydowi:   oto  gwiazda,   której   bogowie   z  jakiegoś 

powodu nie wysłali na niebo. Blask słońca rozdmuchał ogień w jej wnętrzu, lecz ogień słaby i 

krótkotrwały - nie żywy i trwały, jaki byłby na niebie.

Wtem ciszę panującą na szczycie przerwał świdrujący dźwięk trąbki.

Przyjaciele zwrócili oczy na północ. Na kamienistym krańcu wierzchowiny podźwignął swe 

przezroczyste mury wysoki, strzelisty zamek; odbijając refleksy ciemnozłotego światła, bardziej 

przypominał widmo niż niezwykła gwiazda, wszelako na tle nieba pewne fragmenty miały wyraźną 

postać. Najwyższe iglice rozpływały się na wysokościach.

Rozległ się następny odgłos, tym razem warczenie połączone z żałosnym skowytem. Z 

północnego-wschodu pędziło ku nim po śniegu długimi susami ciemne zwierzę. Hrysa, bo ona to 

była, z głośnym warknięciem wyminęła zmasakrowane zwłoki i przypadła do przyjaciół, znów 

warcząc.

Mało brakło, a nie zauważyliby niebezpieczeństwa, przed którym próbowała ich ostrzec. Z 

północy i zachodu, co widać było na czystym śniegu, zbliżało się do nich kilkanaście linii śladów. 

background image

Nie zobaczyli odciskających je stóp ani ciał nad nimi, a jednak powstawały wciąż nowe, i to coraz 

prędzej: z lewej, z prawej, z lewej, z prawej ... Aż wreszcie spostrzegli to, czego zrazu nie widzieli 

ze względu na kąt patrzenia: nad każdą parą śladów unosiło się - wycelowane prosto w nich - 

wąskie drzewce z wąskim grotem, w dodatku poruszało się równie szybko co ślady.

Uciekli razem z Hrysą w kierunku południowym. Przodem biegł Fafryd, który po dziesięciu 

krokach usłyszał za sobą okrzyk. Zatrzymał się i błyskawicznie odwrócił.

Kocur pośliznął się na krwi swoich niedawnych wrogów i rąbnął w kamienie. Kiedy się 

pozbierał, szare groty włóczni otaczały go ze wszystkich stron prócz tej od przepaści. Dwukrotnie z 

desperacją machnął Skalpelem, lecz to nie odstraszyło niewidzialnych włóczników, którzy musieli 

stać blisko siebie i zacieśniali półkole wokół niego. Znajdował się już nad samym urwiskiem. Gdy 

napastnicy przybliżyli się jeszcze o pół długości włóczni, odruchowo odskoczył... i runął w otchłań.

Chłodne powietrze z głośnym szumem dmuchnęło w plecy Fafryda i coś kosmatego otarło 

się o jego łydki. Kiedy szykował się do ataku nożem, aby ukatrupić paru niewidzialnych w zemście 

za śmierć swego przyjaciela, pochwyciły go z tyłu smukłe, niewidoczne ramiona i usłyszał nad 

uchem dźwięczny glos Hirywii:

- Zaufaj nam!

- Dogonimy go - dodała jej siostra miodowym tonem.

Został pociągnięty na niewidzialne, włochate łoże, które falowało trzy piędzi nad ziemią.

- Uważaj, nie spadnij! - usłyszał od dziewczyn.

Chwycił się więc kurczowo długiego, gęstego włosia, aż nagle żywe łoże popędziło naprzód 

nad śniegiem, poza krawędź skały, po czym ustawiło się pionowo, tak że Fafryd kierował stopy w 

niebo, a twarz w Wielką Rozpadlinę. Łoże od tej pory gnało prosto w dół.

Rozrzedzone powietrze huczało mu w uszach, broda z grzywą wyrywały do góry, lecz nie 

wypuszczał z rąk niewidzialnego włosia, a z dwóch stron przytrzymywały go delikatne ramiona. 

Pod futrem czuł tętno serca podobnej do dywanu istoty, której dosiadali. Zauważył również, że pod 

ramię wśliznęła mu się Hrysa; obok siebie zobaczył mały koci pysk o przymrużonych ślepiach, 

kudłatej brodzie i położonych uszach. Przyciskały się doń niewidzialne ciała dziewcząt.

Uzmysłowił sobie, że gdyby ich teraz obserwowały oczy śmiertelnika, widziałyby jedynie 

rosłego człowieka, który trzyma pod pachą białe kocisko i spada głową wprzód poprzez pustą 

przestrzeń  -  aczkolwiek   z  dużo  większą   prędkością,  niż   spadałby jakikolwiek   człowiek,   nawet 

biorąc pod uwagę niebotyczną wysokość.

Hirywia zaśmiała się, jakby czytała w jego myślach, lecz śmiech raptownie ucichł, a i ryk 

wiatru przestał być słyszalny. Fafryd przypuszczał, że ogłuszyło go szybko gęstniejące powietrze.

Zbocza potężnego, ciemnego urwiska, uciekające w górę dwadzieścia łokci od niego, jawiły 

mu się rozmyte, lecz w dole Wielka Rozpadlina nadal była jednolitą zielenią... choć nie, zaczęły się 

background image

wyodrębniać pierwsze szczegóły: lasy, polany, zakola wąziutkich strumieni oraz jeziora niby krople 

rosy.

Między sobą a zieloną krainą dostrzegł ciemniejszy punkcik, który się powiększał.

Niewątpliwie był to Kocur. Leciał w dół niczym pływak skaczący na główkę, wyprężony 

jak   struna,  z  dłońmi  splecionymi   przed  sobą  i   złączonymi   nogami.   Prawdopodobnie   łudził  się 

nadzieją, że trafi się pod nim głęboka toń wody.

Latające stworzenie zrównało się prędkością z Kocurem i stopniowo się doń przybliżyło, 

przy czym powoli przyjmowało poziome położenie. Dzięki temu Kocur znalazł się nagle przy 

swoich wybawcach. Widzialne i niewidzialne ramiona chwyciły go i przyciągnęły do siebie, tak że 

cała piątka lotników stłoczyła się na jednym wielkim, rozumnym łożu. Stworzenie teraz hamowało 

i wychodziło z lotu nurkowego. Gdy z wywróconymi żołądkami leżeli wciśnięci we włochaty 

grzbiet, długo jeszcze puszcza pędziła im na spotkanie, w końcu jednak frunęli bezpiecznie nad 

drzewami, skręcając w stronę rozległej polany.

Od tej pory wypadki toczyły się błyskawicznie, o wiele za szybko dla Kocura i Fafryda. Był 

dotyk sprężystej trawy pod nogami, orzeźwiające powietrze o przyjemnej woni, pośpieszne całusy, 

chichoty, serdeczne gratulacje (z pewnością głośne, do ich uszu docierały jednak stłumione, jak 

szepty   duchów),   twardy   i   miękko   opakowany   przedmiot   o   nieregularnym   kształcie   w   rękach 

Kocura, ostatni pocałunek. Potem Hirywia i Keraja oderwały się od nich, silny podmuch powietrza 

rozkołysał trawę i niewidzialny latawiec odleciał, a wraz z nim dziewczęta.

Mogli wszelako obserwować jego spiralny lot, ponieważ Hrysa nie została z nimi. Śnieżny 

kot kierował na nich pożegnalne spojrzenie. Wreszcie i ona zniknęła, kiedy złocista zorza zgasła na 

ciemniejącym niebie.

Stali wsparci o siebie, aby się nie poprzewracać w mroku. Potem się wyprostowali, ziewnęli 

przeciągle i odzyskali zdolność słyszenia. Doleciał do ich uszu gulgot strumyka, szczebiot ptactwa, 

oddalający się szelest suchych liści i nikłe brzęczenie kręcącego się nad nimi komara.

Kocur rozwinął niewidzialny pakunek.

- Klejnotów też chyba nie widać gołym okiem - powiedział.

- Choć czuć je w palcach. Ciężko je będzie opchnąć, chyba że trafi się ślepy jubiler.

Robiło się coraz ciemniej. W jego dłoniach zaczęły się zapalać maleńkie, chłodne ogniki: 

rubinowe, szmaragdowe, szafirowe, ametystowe i nieskazitelnie białe.

- Na Iszka, patrz na to! - krzyknął Kocur. - Po prostu trzeba je sprzedać w nocy! To i tak 

najlepsza pora na handel szlachetnymi kamieniami.

Wschodzący   księżyc   -   sam   niewidoczny   za   pomniejszymi   górami,   które   na   wschodzie 

stanowiły granicę Wielkiej Rozpadliny - oblewał bladą poświatą górną połowę smukłej kolumny 

Grani Niebios.

background image

-   Dzielne   dziewuchy,   wszystkie   cztery...   -   rzekł   Fafryd,   napawając   oczy   przepysznym 

widokiem.

 

background image

 

NAJLEPSI ZŁODZIEJE W LANKMARZE

 

background image

Zawiłymi uliczkami i przesmykami wspaniałego Lankmaru skradała się noc. Zbierała siły, 

żeby zarzucić czarną pelerynę na wygwieżdżone niebo, na którym wciąż majaczyły blade upiory 

wieczornych zórz.

Sprzedawcy używek i mocnych napitków, za dnia pochowani w domach, dopiero zabierali 

się do potrząsania dzwoneczkami i cichego nawoływania przechodniów. Rozpustnice jeszcze nie 

zapalały   czerwonych   latarenek   i   nie   włóczyły   się   wyzywającym   krokiem.   Zbóje,   złodzieje, 

szpiedzy,   sutenerzy,   szarlatani   i   wszelkiej   maści   łotrzyki   ziewali,   przecierali   zaspane   oczy   i 

przeciągali się w łóżkach. Ludzie nocy o tej porze siadali do śniadania, ludzie dnia spożywali 

kolację. Z tego powodu na wyludnionych ulicach panował spokój, co odpowiadało przemykającej 

tędy   i   owędy   nocy.   I   nikt   postronny   nie   szwendał   się   pod   ciemnym,   doskonale   zachowanym 

fragmentem grubego muru przy zbiegu ulicy Srebrzanej i alei Bogów. To właśnie tutaj zwykły się 

spotykać zarówno młode kadry, jak i starzy wyjadacze ze złodziejskiej gildii. Ale nie tylko oni. 

Zjawiali się też nieliczni samodzielni złodzieje, zaradni i nie bojący się działać bez porozumienia z 

gildią, tudzież złodzieje z rodzin o arystokratycznych korzeniach, wśród nich nierzadko błyskotliwi 

amatorzy, których gildia tolerowała, a nawet wspierała ze względu na ich szlachetne pochodzenie, 

przydające odrobiny dostojeństwa równie starej, co niesławnej profesji.

Pod pustym murem, gdzie nikt ich nie mógł podsłuchać, snuli się dwaj złodzieje: jeden 

niespotykanie wysoki, drugi dość niski. Mamrotali coś do siebie półgłośnie jak na więziennym 

spacerniaku.

Podczas długiej i beznadziejnie nudnej podróży na południe z Wielkiej Rozpadliny stosunki 

przyjacielskie między Fafrydem i Szarym Kocurem znacznie oziębły. Najzwyczajniej w świecie 

zaczynali już mieć siebie dosyć, nadto poróżnił ich zażarty spór w kwestii korzystnej sprzedaży 

niewidzialnych klejnotów, daru od Hirywii i Kejary. Spór tak ich w końcu zacietrzewił, że podzielili 

zdobycz na dwie równe połowy. Wreszcie po przybyciu do Lankmaru znaleźli sobie oddzielne 

kwatery   i   każdy   na   własną   rękę   kontaktował   się   z   jubilerami,   paserami   i   prywatnymi 

kolekcjonerami. Widywali się teraz o wiele rzadziej niż kiedyś, aczkolwiek nadal darzyli siebie 

bezgranicznym zaufaniem.

- Witaj, maluchu! - zagaił Fafryd półszeptem. - Przyszedłeś opchnąć swoją część Ślepemu 

Ogowi, co? Chcesz dać mu klejnoty do obejrzenia, jeśli mogę się tak wyrazić o niewidomym.

- A ty skąd to wiesz? - zapytał ostro Kocur.

- Łatwo się domyślić - odpowiedział Fafryd pobłażliwym tonem. - Najprościej sprzedać 

kamienie człowiekowi, który nie zauważy w nocy, że świecą, ani w dzień, że znikają. Handlarzowi, 

który zbada ciężar, gładkość i sprawdzi, co można nimi zarysować i co je zarysuje. W dodatku, 

stoimy  naprzeciwko   domostwa   Oga.   Siedzi   tam   jak   w   twierdzy,   strzeżony  przynajmniej   przez 

dziesięciu uzbrojonych Mingoli.

background image

- Też mi nowina, wszyscy o tym wiedzą - odparł drwiąco Kocur. - No cóż, słusznie się 

domyślasz. Zdaje się, że nasza znajomość dała ci jakie takie pojęcie o moich metodach pracy. 

Chociaż twoje w tym czasie za bardzo się nie polepszyły. Owszem, dogadałem się z Ogiem. Dziś w 

nocy dobijemy targu.

-   Prawda   li   to,   że   Ogo   omawia   interesy   w   nieprzejrzanych   ciemnościach?   -   spytał 

beznamiętnie Fafryd.

- A jednak! Zatem nie są ci wiadome wszystkie sprawy tego świata! Ogo rzeczywiście po 

ciemku układa się o cenę. Trzeba na niego uważać. Obstaje przy tej ciemności, żeby rozmówca nie 

miał nad nim przewagi. Mało tego, w lepszym położeniu jest Ogo, bowiem od dziecka przywykł 

oglądać jeno czarną pustkę. A żyje chyba już długo; w każdym razie, mówi jak stary dziadek. Na 

szczęście Ogo nie może wiedzieć, czym się wyróżnia ciemność, skoro oprócz niej nigdy nic nie 

widział. Obmyśliłem sposób, żeby wywieść go w pole. W twardej, ściągniętej sznurkiem sakwie 

noszę kawałki świeco-drzewa, mogę je w okamgnieniu wysypać.

Fafryd pokiwał głową z uznaniem.

- A co masz w tej teczce, którą ściskasz pod pachą? Burzliwe dzieje klejnotów, wytłoczone 

na starym pergaminie, żeby staruszek poczytał je sobie palcami?

- Tym razem nie zgadłeś. Powkładałem kamienie tak sprytnie, że nie skubnie mi ich żaden 

złodziejaszek. Sam zobacz. - Bacznie rozejrzał się na boki, zerknął na szczyt muru i dopiero wtedy 

ledwie, ledwie uchylił teczkę.

Fafryd dostrzegł mieniące się tęczowo klejnoty - osadzone w czarnym, aksamitnym futerale 

i drobiazgowo powleczone siateczką z mocnych, żelaznych drucików.

Kocur zatrzasnął teczkę.

- Na pierwsze spotkanie wyciągnąłem z futerału dwa najmniejsze klejnoty, żeby je obmacał 

i sprawdził w dowolny sposób. Może sobie pomarzyć o kradzieży wszystkich, drucianej siatki nie 

rozerwie.

- Chyba że dmuchnie ci całą teczkę - podsumował Fafryd. - Jeśli chodzi o mnie, to trzymam 

skarb na łańcuchu. - I on rozejrzał się uważnie, zanim podciągnął luźny rękaw na lewej ręce. Za 

przegubem ukazała się ciężka, żelazna bransoleta; dopięty do niej krótki łańcuszek przytrzymywał i 

zarazem   zamykał   wypchaną   kiesę.   Skórzany   trzos   był   gęsto   pozszywany   drobnym   drucikiem. 

Fafryd odpiął bransoletę i z powrotem ją zamknął.

- Drutu z oksydowanej stali nie przetnie złodziejski nożyk - rzucił Fafryd od niechcenia, 

opuszczając rękaw.

Kocur uniósł brwi, a zaraz potem wzrok. Gdy zatrzymał spojrzenie na twarzy Fafryda, jego 

mina nie wyrażała już względnej aprobaty, ale głębokie zdziwienie.

- Ubzdurało ci się, że tą sztuczką ochronisz przed Nocną Nemią swoją połowę skarbu?

background image

- Kto ci powiedział, że targuję się z Nemią? - zapytał Fafryd, próbując ukryć zaskoczenie.

- Bo jest jedyną paserką w Lankmarze, rzecz jasna. Powszechnie wiadomo, że jeśli masz 

wybór, wolisz wchodzić w układy z kobietami. Tak w interesach, jak i sprawach łóżkowych. To 

jedna z twoich największych słabostek, że tak powiem. Nemia jest sąsiadką Oga, a to również coś 

znaczy. Jeno uważaj, bo podobno siedmiu dusicieli z Kleszu strzeże jej z lekka przejrzałej osoby. 

Przynajmniej już wiesz, w co się pakujesz. Targować się z kobietą! Toż to pierwszy stopień do 

ruiny! Zaraz, zaraz. Targujesz się, powiadasz? Czy mam rozumieć, że to nie będzie twoja pierwsza 

wizyta?

Fafryd kiwnął głową.

- Wszak sam odwiedzałeś Oga. Poczekaj, a może ty nie ufasz kobietom tylko dlatego, że nie 

są mężczyznami? Byłaby to jeszcze większa słabość niż ta, którą mi przypisujesz. Tak czy owak, 

idę po raz drugi do Nocnej Nemii, podobnie jak ty wracasz do Oga, żeby dobić targu. Za pierwszym 

razem   pokazałem   jej   klejnoty   w   półmroku   komnaty   i   zaprezentowały   się   z   najlepszej   strony: 

migotały akurat tyle, że nie dopatrzyła się w nich nic nadzwyczajnego. Nie wiem, czy obiło ci się o 

uszy,   ale   ona   nie   ma   zwyczaju   pracować   w   pełnym   świetle.   Stąd   się   wziął   jej   przydomek. 

Najważniejsze, że gdy tylko zobaczyła klejnoty, zapałała do nich nieodpartą żądzą. Mówię ci, aż jej 

dech zaparło. I z miejsca zgodziła się na cenę... właściwie dość wysoką, żeby można było później z 

czego urwać. Wszelako tak się składa, że Nemia kieruje się w życiu pewną zasadą, którą jak 

najbardziej   popieram:   nigdy   nie   dobijać   targu   z   przedstawicielem   odmiennej   płci,   jeśli   się   go 

wprzódy nie wypróbuje w miłosnych harcach. Po to dziś do niej idę. Gdyby jej partner miał się 

okazać za stary lub za brzydki, oddelegowałaby do tego zadania jedną z pokojówek. Ale w moim 

przypadku, hm, sam rozumiesz... - Fafryd zaśmiał się łobuzersko. - Aha, na koniec jedno ważne 

sprostowanie. Rzekłeś „przejrzała”, a to krzywdzące określenie. Słuszniej byłoby powiedzieć „w 

kwiecie wieku” lub „w pełni kobiecych wdzięków”.

- Spierać się nie będę. Nemia jest w kwiecie wieku: w pięknym, wczesnojesiennym kwiecie. 

Takie jak ona wolą odsłaniać swoje nader dojrzałe wdzięki po zmroku. - Kocur omal nie zakrztusił 

się śmiechem. Od pewnego czasu walczył z wesołością, ale już z trudem wytrzymywał. - Słońce ci 

mózg wypaliło? Zgodziłeś się pójść Z nią do łóżka? I nie boisz się, że ogołoci cię z klejnotów, a 

nawet rodzinnych błyskotek? Albo że cię tam uduszą w trakcie miłosnych igraszek? Musi być z 

tobą gorzej, niż myślałem.

- Niektórym się wydaje, że miłosne igraszki osłabiają moją czujność, ale to nieprawda - 

odpowiedział Fafryd z niezmąconym spokojem. - Wręcz przeciwnie, zabawa w łóżku pobudza 

mnie, zamiast  otępiać. Obyś  miał  tyle  samo szczęścia  z chłopem po omacku, co ja  z babą  w 

półmroku. A tak w ogóle, na cóż ci składać dwie wizyty Ogowi? Do łóżka z nim przecie nie 

pójdziesz.

background image

Kocurowi zrzedła mina, lekko przygryzł wargę.

- Daję klejnoty do zbadania tak zwanemu Oku Oga - wyjaśnił, siląc się na zdawkowy ton. - 

To jego odwieczna zasada. Niech je sobie sprawdza do woli, jakoś go przechytrzę.

Fafryd zapytał po chwili namysłu:

- A cóż to jest (czy może kto), co kryje się pod pojęciem Oka Oga? Trzyma je w kuferku?

- Kto - uściślił Kocur z udawanym lekceważeniem. - Zapewne rozkapryszona panienka z 

wyrobioną intuicją w sprawach świecidełek. Ciekawe, że taki mądrala jak Ogo wierzy w dziecinne 

przesądy. I w dodatku polega na słabej płci. Wierz mi, to będzie zwykła formalność.

- Rozkapryszona panienka, powiadasz? - zastanawiał się Fafryd. Pokiwał głową raz, drugi i 

trzeci. - Mianowicie jedna z tych niedojrzałych młódek, w jakich gustujesz ostatnimi laty? No tak, 

zapomniałem, że ty nigdy nie łączysz spraw sercowych z interesami - dodał z nadmierną powagą.

- Ależ w żadnym wypadku! - odrzekł Kocur z nadmierną zapalczywością. Obejrzał się i 

zauważył: - Pora wczesna, a tu kompania już idzie. Pierwszy Dykon ze złodziejskiej gildii, stary 

gryzipiórek, co rysował plany domów do obrabowania. Ostatnią fuchę dostał chyba jeszcze w roku 

węża. O, jest również Grom, ich podskarbi, drugi skapcaniały łotrzyk. A kto tam nadciąga teatralnie 

powłóczystym krokiem? Na czarne kości, to przecież Snarwe, siostrzeniec jaśnie nam panującego 

Glipkeria! Z kim rozmawia? Oczywiście, z kieszonkowcem Torkiem.

-   A   oto   dalsi   bohaterowie   tej   sztuki   -   podjął   Fafryd.   -   Wiek,   wschodząca   gwiazda 

złodziejstwa w przekonaniu wielu. Zobacz, jak się drwiąco uśmiecha, i słuchaj, jak skrzypią jego 

buty. Zaraz za nim szarooka, czarnowłosa amatorka, Aliks Włamywaczka. Przynajmniej buty jej nie 

skrzypią. Podziwiam ją za odwagę, bo przybyła tutaj, gdzie wrogość złodziejskiej gildii wobec 

samodzielnych kobiet jest równie silna jak wrogość wobec nich gildii sutenerów. Kogo my tu 

jeszcze   mamy?   Z   alei   Bogów   skręca   właśnie   hrabina   Kronia,   ta   od   siedemdziesięciu   siedmiu 

ukrytych kieszeni; jej metodą jest szaleństwo. Tej chudzinie nigdy bym nie zaufał, choć ona ma 

trochę wdzięku, a ja ponoć słabość do kobiet.

Kocur pokiwał głową i rzekł buńczucznie:

- I to ma być złodziejska śmietanka? Muszę powiedzieć najzupełniej szczerze, że mimo 

swoich słabości, do których się na szczęście przyznaje, jeden z dwóch najlepszych lankmarskich 

złodziei   właśnie   przy   mnie   stoi.   Nie   trzeba   wspominać,   że   drugi   chodzi   w   moich   butach   ze 

szczurzej skóry.

Fafryd również pokiwał głową i skrzyżował palce na szczęście.

Kocur przezwyciężył ziewnięcie.

-  A  tak   przy   okazji,   zastanawiałeś   się   może,   co   będziesz   robił,   jeśli   ktoś   ci   sprzątnie 

skarbczyk   spod   rękawa   lub,   w   co   trudniej   uwierzyć,   sprzedasz   go   i   odbierzesz   zapłatę?   Mnie 

background image

osobiście przyszedł do głowy pomysł... właściwie już od dłuższego czasu żyję myślą o wędrówce 

do krajów Wschodu... czy gdzieś w tamtą stronę.

- Gdzie jest jeszcze cieplej niż w rozprażonym Lankmarze? Dziękuję za taką wycieczkę! 

Wolałbym raczej - dodał obojętnym tonem - obrać kurs... na północ.

- Znowu cię ciągnie do parszywych Pustaci? Wybacz, ale to nie dla mnie! - Kocur objął 

wzrokiem   ulicą   Srebrzaną,   popatrzył   na   gwiazdę   mrugającą   nisko   nad   horyzontem   i   ciągnął 

zapalczywie: - No cóż, za chwilę mam spotkanie z Ogiem i jego głupiutką laleczką. Radzę ci, weź 

ze sobą miecz do łóżka i bacz, byś w ciemnościach przy Nemii nie stracił Szarej Rózgi... ani 

ważniejszego od niej pałasza!

- Czyżby i tobie wyznaczono spotkanie, gdy błyśnie Wielorybia Gwiazda? - Fafryd odsunął 

się od muru. - Ciekawe, czy ktoś wie, jak wygląda ten Ogo. Kiedy o nim słyszę, staje mi przed 

oczyma stary, spasiony, napuchnięty pająk.

- Bądź łaskaw nie wyobrażać sobie przy mnie takich rzeczy - obruszył  się Kocur. - A 

przynajmniej nie wyjeżdżaj mi tu z opisami. Pamiętaj, że jedynym niebezpiecznym pająkiem jest 

kobieta. Nie wiadomo, jak naprawdę wygląda Ogo, ale może już dzisiaj dowiem się o nim czegoś 

więcej.

- Lepiej popracuj nad swoją najgorszą wadą: przesadną ciekawością. I nie łudź się, nawet 

najsłodsze idiotki nie zawsze zachowują się głupio.

Kocur odwrócił się doń gwałtownie.

- Niezależnie od tego, jak nam się ułoży dziś wieczór, spotkajmy się później. Może w 

„Srebrnym Węgorzu”?

Fafryd skinął głową na znak zgody i uścisnęli sobie dłonie. Potem jeden chwat i drugi udali 

się do domów... gdzie już na nich czekano.

***

Kocur przykucnął z zaostrzonymi zmysłami w pomieszczeniu pogrążonym w grobowych 

ciemnościach. Na płaskiej powierzchni przed sobą (po omacku rozpoznał kształty stołu) leżała 

zamknięta teczka  z klejnotami. Miał  ją pod ręką.  W prawej  dłoni  ściskał Koci  Pazur, którego 

ostrzem nerwowo rozcinał atramentowy mrok.

- Otwórz teczkę! - dobiegł go z tyłu gardłowy, szorstki rozkaz.

background image

Na ten straszny głos mrowie przeszło Kocurowi po skórze, tym niemniej spełnił polecenie. 

Klejnoty w drucianej siateczce trysnęły feerią barw i mętnie rozświetliły dość dużą, nisko sklepioną 

komnatę. Wydawała się pusta, nie licząc stołu i majaczącej z tyłu w kącie postaci, której ciemny, 

przysadzisty kształt wcale a wcale mu się nie podobał. Mogła to być gruba, okrągła poducha lub 

tapicerowany   taboret.   Albo   też...   Szkoda,   że   Fafryd   nie   oszczędził   mu   swego   ostatniego 

porównania.

Wtem odezwał się za nim ktoś dźwięcznym, melodyjnym głosem, zupełnie niepodobnym do 

poprzedniego:

- Po raz pierwszy widzę klejnoty, które lśnią, gdy brakuje światła.

Kocur omiótł wzrokiem zakamarki komnaty, lecz nie wypatrzył ani śladu swojego nowego 

rozmówcy. Próbując zapanować nad głosem i przygłuszyć dławiący go strach, rzucił w pustkę 

śmiałym tonem:

- Próżno szukać po krajach drugich takich klejnotów. Po prawdzie, to pochodzą z innego 

świata. Utworzyły się z tego samego materiału co gwiazdy. Mimo to, co udowodniła próba, są 

twardsze od diamentów.

- Zaiste, nieziemskiej urody klejnoty nam przynosisz - odpowiedział mu słodki, dźwięczny 

głos. - Przenikam je umysłem na wskroś, do samej głębiny, wiem tedy, że nie kłamiesz. Poradzę 

Ogowi, by się zgodził na proponowaną cenę.

W tym momencie Kocur usłyszał za sobą krótki kaszel i przyśpieszony, suchy tupot kroków. 

Odwrócił się wartko ze sztyletem gotowym do pchnięcia. Nie wyczuł wszakże ani nie zobaczył 

niczego podejrzanego; poducha, czy cokolwiek to było, pozostała na swoim miejscu. Tupot ucichł.

Odwrócił   się   z   powrotem   do   stołu   i   oto   ujrzał   za   nim,   cudnie   oświetloną   migotliwym 

blaskiem klejnotów, zgrabniutką nagą dziewczynę o prostych, pszenicznych włosach, dość ciemnej 

karnacji,   dziecięcym   drobnym   podbródku   i   pięknie   wykrojonych   ustach.   Dziewczę   czarowało 

zalotnym spojrzeniem dużych oczu.

Kocur   najprzód   upewnił   się,   że   klejnoty  spoczywają   bezpiecznie   w   drucianej   osłonie   i 

żadnego nie brakuje, po czym nagłym ruchem przyłożył ostry sztych Kociego Pazura do napiętej 

skóry między dwiema małymi, lecz kształtnymi piersiami.

- Nie strasz mnie więcej w ten sposób! - syknął. - Nie za takie głupstwa zabijałem ludzi, ba, 

i dziewczęta także!

Nawet jeden lśniący włos nie drgnął na jej głowie, nie poruszyło się oblicze ani się nie 

zmienił wyraz rozmarzonych, lecz skupionych na nim oczu. Dopiero po chwili małe usta rozchyliły 

się w uśmiechu i wypadły z nich miodowe słowa:

- A więc tyżeś to Szary Kocur. Spodziewałam się przygarbionego bandziora z twarzą całą w 

bliznach, a przyszedł do mnie... książę.

background image

Klejnoty   zdawały   się   mienić   weselszymi   barwami   i   krzesać   kolorowe   iskierki   w   jej 

ciemnych   źrenicach,   jakby   rozkoszowały   się   słodkim   głosem   dziewczyny   i   jeszcze   słodszymi 

kształtami.

-   Chcesz   mnie   podejść   pochlebstwem!?   -   oburzył   się   Kocur.   Porwał   ze   stołu   teczkę   i 

przycisnął ją do boku. - Racz wiedzieć, żem uodporniony na czarodziejskie sztuczki wszelkich nimf 

i intrygantek!

-  Wszak   mówię   prawdę,   jak   wcześniej   o   klejnotach   -   odpowiedziała   z   niewinną   miną. 

Otworzyła lekko usta, lecz nimi nie poruszała.

-   Jesteś   Okiem   Oga?   -   zapytał   ostro   Kocur,   aczkolwiek   cofnął   Koci   Pazur.  Trochę   się 

zmartwił, ale tylko trochę, że maleńka strużka krwi, podobna do czarnej nitki, wydłużyła się na 

kilka cali od miejsca, gdzie ukłuł ją sztyletem/

Dziewczyna kiwnęła głową, jakby nieświadoma skaleczenia.

- I mogę wejrzeć w głąb ciebie, jak wejrzałam w klejnoty. Odkryłam w tobie wyłącznie 

rzeczy dobre i szlachetne, jeśli nie liczyć maleńkich skłonności do przemocy i okrucieństwa, które 

takiej jak ja dziewczynie mogłyby się wydać nader pociągające.

-  W  tym   względzie   mylą   się   twoje   wszechwidzące   oczy,   jestem   łotrem   jakich   mało!   - 

burknął ironicznie Kocur, choć w zasadzie czuł się mile połechtany.

Raptem dziewczyna przeniosła wzrok nad jego ramieniem i z przestrachem wybałuszyła 

oczy.

Za plecami Kocura ponownie rozległ się starczy, ochrypły głos:

- Pilnuj interesu! - I po chwili: - Zgoda, zapłacę ci w złocie, ileś sobie zażyczył, choć nie 

zbiorę od razu żądanej sumy. Przyjdź jutro o tej samej porze, to dokonamy transakcji. Możesz już 

zamknąć teczkę.

Ledwie Ogo zaczął mówić, Kocur odwrócił się z teczką w ręce. I tym razem nie udało mu 

się odkryć, gdzie się skrywa gospodarz, mimo iż uważnie zlustrował wszystkie kąty. Miał wrażenie, 

że głos dochodzi ze ścian.

Znowu się odwrócił. Ku swemu rozczarowaniu nie zobaczył już rozebranej dziewczyny. 

Sprawdził pod stołem: nic z tego. Ani chybi, jakaś klapa w podłodze lub przyrząd hipnotyczny...

Wciąż podejrzliwy niczym wąż, Kocur wracał tą samą drogą, którą tu przyszedł. Przyjrzał 

się z bliska poduszce, lecz nie dopatrzył się w niej niczego niezwykłego. Kiedy drzwi wyjściowe 

otworzyły  się   bezszelestnie,   postąpił   wedle   ostatniego   zalecenia   Oga   i   zamknął   teczkę.   Potem 

wyszedł.

***

background image

Fafryd pieścił wzrokiem Nemie, leżącą obok niego w przesyconym perfumami półmroku, 

wszelako kątem oka obserwował swe muskularne przedramię i umocowany do niego trzos; jedno i 

drugie głaskała czule jego towarzyszka.

Aby oddać sprawiedliwość Nemii, nawet jeśli Kocur miałby wyjść na zgryźliwca, należy 

powiedzieć, że jej wdzięki nie były wcale przekwitłe ani nawet obfite, a właściwie... to były w sam 

raz.

Za   Fafrydem   rozległo   się   głośne   prychnięcie.   Prędko   odwrócił   głowę   i   napotkał   złe 

spojrzenie   niebieskich   oczu   białego   kota,   który   stał   na   stoliku   obok   misy   z   rdzawymi 

chryzantemami.

- Iksi! - napomniała go Nemia z pewną obojętnością.

Równocześnie   Fafryd   posłyszał   brzęk   otwieranej   bransolety  i   po   nim   nieco   głośniejszy 

szczęk zamykanej. Okazało się, że Nemia obok bransolety z oksydowanego na brązowo żelaza 

właśnie mu zapięła kosztowniejszą, ze złota, wysadzaną na przemian szafirami i rubinami.

Patrząc na niego spomiędzy kosmyków długich, czarnych włosów, rzekła z lekką chrypką:

-   Ot,   taki   drobny   upominek,   jaki   wręczam   tym,   którzy   mi   zrobią   przyjemność...   dużą 

przyjemność.

Fafryd   przysunął   rękę   do   oczu,   żeby   przyjrzeć   się   z   podziwem   nagrodzie,   ale   przede 

wszystkim po to, by palcami drugiej dłoni obmacać trzos. Wypchany był mocno jak zawsze. 

- Pozwól, że podaruję ci jeden z moich klejnotów - rzekł w przystępie wielkoduszności. - Z 

powodów dokładnie takich samych jak twoje. - Sięgnął do woreczka.

Długie palce Nemii przysunęły się doń natychmiast w geście sprzeciwu.

- Stój - szepnęła. - Nie wolno mieszać klejnotów na sprzedaż z klejnotami rozkoszy. Jeśliś 

tak łaskawy, przynieś mi jakiś mały prezent jutro o tej samej porze. Wówczas wymienisz klejnoty 

na złoto i akredytywy Glipkeria potwierdzone przez kupca Hisfina.

- Zgoda - odparł skwapliwie Fafryd z uczuciem ulgi. Cóż to za poroniony pomysł, dawać 

Nemii jeden z klejnotów, żeby mogła za dnia odkryć wszystkie związane z nimi dziwactwa!

- A więc do jutra. - Nemia otworzyła szeroko ramiona.

-   Do   jutra.   -   Fafryd   przytulił   ją   żarliwie,   a   zarazem   ścisnął   w   garści   zabezpieczony 

łańcuszkiem trzos ze skarbem. Palił się już do odejścia.

***

background image

W „Srebrnym Węgorzu” bawiła skromna garstka bywalców, paliła się rzadko która świeca, 

a obsługa snuła się sennie, kiedy jednocześnie Fafryd i Szary Kocur weszli do środka różnymi 

drzwiami i udali się do jednego z wielu pustych stołów.

Śledziło ich tylko jedno szare oko - spozierające znad wąskiego, bladego policzka, spod 

czarnej czupryny i zza skraju kotary przysłaniającej stół pod ścianą w głębi izby.

Gdy   obsługa   zapaliła   grube   świeczki   na   stole,   postawiła   przed   nimi   kubki   z   butlą 

wzmacnianego wina i dosypała węgla drzewnego do stołowego piecyka, Kocur rzucił na blat swoją 

płaską teczkę i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- No i po sprawie. Klejnoty przeszły próbę i spodobały się Oku, niczego sobie dziewuszce, 

ale o niej później. Gotówkę zgarniam jutro w nocy, nawet schodzić z ceny nie musiałem! Ale co 

tam!   Najważniejsze,   że   widzę   cię   przy  życiu,   mimo   wielu   obaw.  Napijmy  się!  Zakładam,   żeś 

czmychnął Nemii z łoża cały i zdrów, choć czy na pewno, dopiero przyszłość pokaże. A klejnoty? 

Co z nimi?

- Sprostały oczekiwaniom. - Fafryd lekkim ruchem wysunął trzos z rękawa i zaraz schował 

go z powrotem. - Jutro w nocy zgłaszam się po pieniądze. Dostanę tyle, ile zażądałem. Tak jak ty.

W miarę jak świtały mu w głowie coraz to nowe zbieżności, czoło mu się marszczyło. I nie 

wygładziło się nawet mimo dwóch głębokich łyków wina.

Kocur przyglądał mu się uważnie.

- Była chwila - ciągnął Fafryd w zamyśleniu - kiedy myślałem, że zastosuje wobec mnie 

starą   sztuczkę   z   podmianką.   Bo   gdyby   przypięła   mi   identyczny   woreczek,   lecz   wypakowany 

bezwartościowym   chłamem?   Obejrzała   sobie   wszystko   przy  pierwszym   spotkaniu,   więc   mogła 

kazać rzemieślnikowi sporządzić taki sam trzos z łańcuszkiem i bransoletą.

- W końcu nie...?

- Nie, nie. Skończyło się na niespodziance - przerwał Fafryd lekkim tonem, aczkolwiek 

jakaś niewesoła myśl nadawała jego twarzy markotny wyraz.

- Dziwna to rzecz - zauważył Kocur. - W pewnym momencie, choć był to jedynie moment, 

pamiętaj, Oko Oga, działając niezwykle szybko, zwinnie i cicho, mogłaby podmienić teczki.

Fafryd uniósł brwi.

- Oczywiście, gdyby teczka była zamknięta - dodał pośpiesznie Kocur. - Wszelako była 

otwarta i nie mam pojęcia, jak można podrobić wielobarwne migotanie klejnotów w ciemności. 

Fosforem albo świeco-drzewem? Światło byłoby za słabe. Rozpalone węgle? Poczułbym ciepło. 

Zresztą, niepodobna sfałszować białego lśnienia brylantu. To niewykonalne.

background image

Fafryd przytwierdził kiwnięciem głowy, jednak ciągle ze wzrokiem zawieszonym gdzieś 

nad ramieniem przyjaciela.

Kocur  już,   już  wyciągał  rękę   do  teczki,  lecz  wykpił   własną  podejrzliwość  nieszczerym 

śmiechem, sięgnął po butlę i jął napełniać kubek wąską, równą strugą wina.

Fafryd w końcu wzruszył ramionami, wierzchem ręki pchnął swój cynowy kubek druhowi 

do   napełnienia,   ziewnął   przeciągle,   rozparł   się   wygodniej   na   ławie   i   rozsunął   dłonie   z 

rozcapierzonymi   palcami,   jakby   tym   sposobem   odpierał   nawałę   kłopotliwych   wątpliwości   i 

zadziwiających skojarzeń.  Palcami lewej dłoni dotknął teczki Kocura. Twarz mu poszarzała. Z 

wolna obrócił oczy na teczkę.

Ku niepomiernemu zdumieniu Kocura, który właśnie nalewał drugi kubek, jego kompan 

pochylił się nagle i przyłożył ucho do teczki.

- Kocurze - wyszeptał - cosik w niej brzęczy.

Kubek Fafryda był już pełen, lecz wino lało się dalej. Pachnący trunek zbierał się w kałuży i 

zaczynał spływać w stronę żarzącego się piecyka.

- Dotknąwszy teczki, poczułem drżenie - mówił Fafryd w zadumie. - Cały czas tam coś 

brzęczy.

Kocur warknął z cicha, palnął butlą o blat stołu i wyrwał teczkę Fafrydowi spod ucha. Wino 

z sykiem dotarło do rozgrzanej podstawy piecyka. Nieprzytomnie otworzył teczkę, zdarł drucianą 

osłonę, po czym obaj przyjaciele nachylili głowy. W blasku świec zmętniały, lecz bynajmniej nie 

zgasły   migotliwe   światełka   -   żółte,   fioletowe,   czerwone   i   białe   -   odrywające   się   tu   i   tam   od 

czarnego, aksamitnego futerału.

Blask   świec   okazał   się   wszakże   wystarczający   do   ukazania   w   tych   właśnie   miejscach, 

kolejno   wedle   wymienionych   kolorów:   ognistych   żuków,   świetlistych   os,   nocnych   pszczół   i 

diamentowych much. Owady, wprawdzie żywe, zostały przytwierdzone do podłoża delikatnymi, 

srebrnymi   drucikami.   Raz   po   raz   któryś   poruszał   skrzydłami   z   charakterystycznym   cichym 

brzęczeniem.

Już bez wahania Fafryd odpiął żelazną bransoletę, rozwiązał łańcuszek i wysypał na stół 

zawartość   woreczka.   Starannie   szlifowane   kamienie   najrozmaitszych   rozmiarów   ułożyły   się   w 

ładną mozaikę. Niestety, wszystkie były czarne jak smoła.

Fafryd   chwycił   największy,   przejechał   po   nim   paznokciem,   a   następnie   wyciągnął   nóż 

myśliwski. Ostrze z łatwością wyszczerbiło krawędź. Zaraz też kamień znalazł się w żarze piecyka. 

Po chwili strzeliły zeń żółte i niebieskie płomyki.

- Węgiel - zawyrokował Fafryd.

background image

Kocur ucapił z dwóch stron swoją mieniącą się teczkę, jakby zamierzał cisnąć ją z całej 

mocy, tak żeby przebiła ścianę i poleciała gdzieś za Morze Wewnętrzne. Pomiarkował się jednak, 

zabrał ręce i opuścił je wzdłuż ciała.

- Wyjeżdżam - oznajmił cicho, lecz wyraźnie. Po chwili już go nie było.

Fafryd nawet na niego nie popatrzył. Wrzucał do piecyka drugi czarny „klejnot”. Zdjął 

bransoletę, którą podarowała mu Nemia, obejrzał ją z bliska i rzekł do siebie:

- Mosiądz... i szkło. - Rozłożył palce i upuścił ją do rozlanego wina.

Po wyjściu Kocura osuszył swój nieledwie przepełniony kubek, to samo uczynił z kubkiem 

przyjaciela, a potem ponownie go napełnił. Racząc się drobnymi łykami, wrzucał czarne kamienie 

jeden po drugim do piecyka.

Oko Oga i Nemia siedziały sobie wygodnie w negliżu na wykwintnej kanapie. Mrok z 

trudem rozpraszał blask kilku świec.

Na niskim stoliczku w orszaku kunsztownych dzbanków z winem i likierem, kryształowych 

pucharków na wąskich nóżkach tudzież złotych talerzy z ciastkami i przysmakami królowały dwie 

równe kolekcje klejnotów o tęczowym lśnieniu.

- Pierwszorzędni nudziarze z tych barbarzyńców - stwierdziła Nemia, powstrzymując się 

dyskretnie od ziewnięcia - aczkolwiek czasami, po prostu dla odmiany, można mieć z nich pożytek. 

Choć   ten,   co   mi   się   trafił,   nie   był   bezrozumny.   Przejrzałby  mój   fortel,   gdyby  nie   to,   że   dwa 

brzęknięcia zlały się w jedno, kiedy zapinałam bransoletę z podmienionym trzosem i zarazem 

mosiężny upominek. Dziw, jak te dzikusy lecą na mosiądz i kawałki szkła przemalowane na rubiny 

i szafiry. Myślę, że te trzy podstawowe kolory paraliżują ich małpie móżdżki.

- Jesteś przebiegła jak mało kto, Nemio - pochwaliła ją młodsza dziewczyna ze zmysłową 

pieszczotą. - Mało brakło, a mój przyjemniaczek też by mnie przyłapał na gorącym uczynku, ale 

wolał się skupić na grożeniu mi nożem. Nawet skaleczył mnie między piersiami. Raptus z niego i 

zbereźnik.

- Pozwól, że pocałunkami zaleczę ci ranę, moje drogie Oczko - zaofiarowała się Nemia. - 

Och, co za brutal, paskudnik...

Drżąc podczas tej swoistej kuracji (Nemia miała natarczywy język), Oko powiedziała:

- Z jakiegoś powodu ciągle myślał o Ogu. - Jej twarz przestała cokolwiek wyrażać, jędrne 

usta lekko się rozchyliły.

Z   bogato   obwieszonej   makatami   ściany  naprzeciwko   nich   doleciał   odgłos   kroków   oraz 

ochrypły, gardłowy rozkaz:

- Otwórz teczkę, Szary Kocurze! A teraz ją zamknij! Ejże, dziewczęta! Skończcie z tymi 

bezeceństwami!

Nemia i Oko padły sobie w objęcia, roześmiane.

background image

- Gapcio odszedł w przeświadczeniu, że naprawdę jest jakiś Ogo! - rzekła Oko swoim 

normalnym głosem, jeśli można go było tak nazwać. - A to dopiero! Pewnie teraz pienią się ze 

złości. 

Nemia odsunęła się na oparcie kanapy.

- Powinnyśmy się zabezpieczyć, bo mogą nas odwiedzić, żeby siłą odebrać klejnoty.

Oko wzruszyła ramionami.

- Od czego pięciu moich mingolskich wojowników?

- Ja mam trzech i pół kleszyckich dusicieli.

- I pół? Jak to?

- Policzyłam Iksi. No nie, żartowałam.

Oko zamyśliła się, lecz po krótkiej chwili potrząsnęła głową, uspokojona.

-  Mało   prawdopodobne,   żeby Fafryd i   Szary  Kocur   wrócili   po  swój  skarb  z  mieczem. 

Jesteśmy dziewczynami, więc poczują się urażeni w swej dumie, będą się boczyć na cały świat i w 

końcu wybiorą się gdzieś na krańce ziemi, rzucą się w wir awanturniczych przygód.

- Też mi przygody! - prychnęła ze wzgardą Nemia, jakby chodziło o wybieranie szamba i 

kopanie latryny.

- Racja, wszak to patałachy! - Oko skwapliwie podjęła myśl przyjaciółki. - Nie ma w nich 

prawdziwego zacięcia, ani trochę ambicji, pieniądze nic dla nich nie znaczą. Bo gdyby było inaczej, 

gdyby nie szwendali się po zadupiach z dala od Lankmaru, wiedzieliby, że król Iltmaru zwariował 

na punkcie kamieni świecących w nocy i w dzień niewidzialnych i odda pół królestwa temu, kto mu 

przyniesie   worek  gwiezdnych   klejnotów.   Nie   wpadliby  na   ten   szaleńczy  pomysł,   żeby  nam  je 

sprzedawać.

- Jak sądzisz, co z nimi zrobi? Myślę o królu.

Oko wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Może zbuduje planetarium. Albo je połknie. - Zastanowiła się głębiej. - Biorąc 

pod uwagę okoliczności, będzie chyba najlepiej, jeśli wyjedziemy stąd na parę tygodni. Należą nam 

się wakacje.

Nemia pokiwała głową i zamknęła oczy.

- Udajmy się tam, gdzie Fafryd i Szary Kocur z pewnością nie pojadą szukać swoich, fuj, 

przygód.

Oko również pokiwała głową.

- Błękitne niebo i szmer wody - marzyła na głos. - Czysta plaża, ciepły wiaterek, kwiaty i 

hoże niewolnice w zasięgu ręki...

- Odkąd pamiętam, chciałam zamieszkać w krainie, gdzie pogoda jest piękna i nigdy się nie 

zmienia. Wiesz może, w której części królestwa Iltmaru dnie są najpiękniejsze?

background image

 

- Kochana Nemio - rzekła półgłosem Oko. - Tyle w tobie szlachetności. I niezrównanego 

sprytu. Bezsprzecznie w Lankmarze tylko jeden złodziej jest od ciebie lepszy.

- Kogo masz na myśli? - zapytała z ciekawością Nemia.

- Siebie, oczywiście - odparła nieskromnie Oko.

Nemia   wyciągnęła   rękę   i   uszczypała   w   ucho   swoją   przyjaciółkę,   niezbyt   boleśnie,   ale 

jednak.

-   Gdybyś   chciała   się   ze   mną   założyć   -   rzekła   cichym,   lecz   twardym   głosem   - 

udowodniłabym ci, że się mylisz. Ale ponieważ to tylko rozmowa...

- Ależ moja najdroższa Nemio...

- Moje najsłodsze Oczko...

Dziewczyny objęły się namiętnie i czule pocałowały.

***

Kocur siedział z zaciśniętymi ustami i nasrożoną miną przy stole „Pod Złotym Minogiem”, 

w   knajpie   niewiele   się   różniącej   od   „Srebrnego  Węgorza”.   Puknął   palcem   w   stół   z   tekowego 

drewna i w przytęchłym powietrzu z domieszką pachnidła rozległy się jego słowa:

-   Do   dwudziestu   sztuk   złota   dorzucisz   drugie   tyle,   a   udam   się   w   podróż   i   osobiście 

wysłucham propozycji księcia Gwaja.

Blady jak ściana mężczyzna, który siedział naprzeciwko, mrużył oczy, jakby raził go blask 

świec.

- Dwadzieścia pięć i będziesz mu służył jeden dzień po przyjeździe.

- Masz mnie za przygłupa? - Kocur groźnie podniósł głos. - Może i zdołam w ciągu dnia 

rozwiązać jego trudności, zwykle udaje mi się taka sztuka, jeno co potem? Nie, nie będę się z góry 

umawiał. Najpierw się z nim rozmówię. Ale... ma być trzydzieści pięć sztuk złota zaliczki.

- A  więc  dobrze,  trzydzieści  sztuk  złota. Z  czego  dwadzieścia  do  zwrotu w   przypadku 

ewentualnej odmowy, która, wierz mi, byłaby wielce ryzykowna.

- Ryzyko to mój nieodłączny towarzysz - burknął Kocur. - Mogę zwrócić dziesięć.

Mężczyzna skinął głową i powoli wyłożył na stół złote rylki.

- Dziesięć teraz - powiedział. - Dziesięć jutro rano, kiedy przyłączysz się do karawany za 

Zbożową Bramą, i dziesięć po przyjeździe do Kuarmalu.

background image

 

- Ino zobaczymy iglice miasta - targował się Kocur.

Jego rozmówca się zgodził.

Kocur ponuro zgarnął pieniądze i wstał.  Garstka  monet  wydała mu się  nader skromna. 

Przyszło mu na myśl, że dobrze byłoby wrócić do Fafryda i razem z nim ułożyć plan zemsty na 

Nemii i Ogu.

Nigdy w życiu! Uzmysłowił sobie, że nie mógłby - zdruzgotany nieszczęściem i wściekły na 

samego siebie - spojrzeć w oczy Fafrydowi. Zresztą, barbarzyńca pewnie i tak już był pijany.

A przecież za dwa, najwyżej trzy rylki spędzi dość przyjemnie, może również ciekawie, 

resztę godzin do świtu, który uwolni go od tego wstrętnego miasta.

***

Fafryd rozprawiał się już z trzecią butlą i rzeczywiście był pijany. Po spaleniu czarnych, 

fałszywych   klejnotów   z   największą   ostrożnością,   przy   użyciu   samego   czubka   noża,   zwracał 

wolność wszystkim omotanym srebrnymi drucikami ognistym żukom, świetlistym osom, nocnym 

pszczołom i diamentowym muchom. Owady brzęczały i buczały.

Ostro   protestowała   dwuosobowa   obsługa   tawerny,   do   której   dołączył   sam   Slewiasz, 

rozcierając swój byczy kark. Został użądlony, podobnie jak jeden z klientów. Fafryd otrzymał dwa 

ukłucia, lecz prawie ich nie zauważył. I nic sobie nie robił Z czterech nękających go skrzydlatych 

napastników.

Oswobodzona,   uciekła   ostatnia   nocna   pszczoła.   Przeleciała   z   hałasem   obok   głowy 

Slewiasza, który uchylił się z przekleństwem. Fafryd odsunął się na oparcie ławy. Wyglądał teraz 

jak zbity pies. Właściciel „Srebrnego Węgorza” odszedł wraz z trzema parobkami; wśród nich 

jeden oganiał się przed owadem.

Fafryd podrzucił nóż, który spadł czubkiem w dół, nieco ukośnie, lecz nie wbił się w stół. 

Niezgrabnie wsunął go do futerału i zmusił się do przełknięcia wina.

Zupełnie jakby ktoś chciał wstać od zasłoniętego stołu na tyłach izby: poruszyły się tam 

ciężkie kotary, które - podobne do innych w tawernie - były ponaszywane grubymi łańcuchami i 

żelaznymi   płytkami,   dzięki   czemu  człowiek   nie   mógł   ich   przebić   i  zadźgać   sąsiada,   chyba   że 

miałby sporo szczęścia i długą, wąską szpadę.

 

background image

W  tejże   chwili   niezwykle   blady   jegomość,   który   skrajem   płaszcza   osłaniał   oczy   przed 

światłem świec, wszedł do izby bocznymi drzwiami i skierował swoje kroki do stołu Fafryda.

- Dostanę wreszcie odpowiedź, synu północy? - zapytał złowieszczym półszeptem. Ogarnął 

spojrzeniem przewrócone butle i rozlane wino. - Jeśli pamiętasz, com ci proponował.

-  Siadaj  -  rzekł  Fafryd.  -  Napij   się.  I  uważaj   na  świetliste  osy,   bo  tną  jak  diabli.  Czy 

pamiętam?   -   dodał   pogardliwie.   -   Książę   Hasjaral   z   Markualu,   to   znaczy   Kuarmalu.   Podróż 

statkiem. Góra złotych rylków. Miałbym nie pamiętać?

Nie siadając, nieznajomy rzekł kategorycznie:

-   Dwadzieścia   pięć   rylków.   Pod   warunkiem,   że   zaraz   wsiądziesz   ze   mną   na   statek   i 

zobowiążesz się do wyświadczenia księciu jednodniowej usługi. A potem będzie tak, jak się już z 

księciem dogadasz.

Z wyliczonych uprzednio monet ułożył na stole złotą wieżę.

- Wybornie  - rzekł  Fafryd  z  zadowoleniem. Zebrał  pieniądze  i  chwiejnie  powstał.  Pięć 

monet rzucił na stół, zaś resztę schował do trzosa... z wyjątkiem trzech rylków, które ze słodkim 

dzwonieniem   potoczyły   się   po   ziemi.   Trzecią   butlę   wina   zakorkował   i   wcisnął   pod   pazuchę. 

Odsuwając   się   od  stołu,   powiedział:   -  A  więc   prowadź!   -   Z   impetem  pchnął   mrużącego   oczy 

człowieka w stronę bocznych drzwi i ruszył za nim niepewnym krokiem.

Siedząca pod ścianą Aliks Włamywaczka wydęła usta i pokręciła głową z politowaniem.

 

background image

 

WŁADCY KUARMALU

 

background image

  Półmrok   panujący   w   komnacie   doprowadziłby   do   obłędu   każdego,   kto   lubi   wyraźne 

szczegóły  otoczenia   i   jasny  blask   słońca.   Nieliczne   łuczywa   osadzone   na   ścianach,   nieudolnie 

próbujące rozproszyć ciemności, paliły się wątłym, sennym płomieniem, podobne do błędnych ogni 

na bagnach, aczkolwiek wydawały przyjemny, kadzidlany aromat. Pomyślałby kto, że mieszkający 

tu ludzie, gardząc światłem, tolerują je w ograniczonym zakresie wyłącznie przez wzgląd na gości.

Komnata, choć olbrzymia, wyżłobiona została w szarym, litym kamieniu; równe podłoże, 

wygładzone   ściany   o   zaokrąglonych   kształtach   i   wklęsły   sufit   pozwalały   sądzić,   że   człowiek 

przystosował tu do swoich potrzeb jaskinię utworzoną przez przyrodę albo wydarł skale fragment 

jej wnętrza za pomocą młota, dłuta i materiałów ściernych, chociaż ilość włożonej w to pracy 

musiałaby przechodzić ludzkie wyobrażenie. W głębokich wnękach między łuczywami bladym 

połyskiem skrzyły się metalowe posążki, maski i przedmioty zdobione klejnotami.

W komnacie hulał zimny przeciąg, który kołysał niebieskimi płomykami i przynosił ostre 

zapachy mokrej ziemi i wilgotnego kamienia, których nie potrafiła zabić nawet miła woń pochodni.

Na końcu długiego, drewnianego stołu, gdzie toczyła się gra, raz po raz rozlegał się chrobot 

białych   i   czarnych   kamiennych   pionków.   Z   zewnątrz   dolatywało   ciężkie   buczenie   ogromnych 

wiatraków,   przetłaczających   świeże   powietrze   z   odległego   świata   na   górze.   Słychać   też   było 

miarowe posapywanie niewolników i cichy, nieustający tupot bosych stóp na grubych, skórzanych 

taśmach, które napędzały drewniane łopatki.

Przebywając tutaj kilka dni, ba, ledwie kilka godzin, człowiek odnosił wrażenie, że buczenie 

wiatraków, tupot stóp i sapnięcia wydobywające się ze spracowanych płuc wyszeptują bez przerwy, 

do znudzenia, nazwę tego miejsca. Kuarmal, Kuarmal, hejże hej...

Szary Kocur, którego zmysły odbierały powódź różnorakich wrażeń, a umysł nurzał się w 

najdziwniejszych fantazjach, był mężczyzną niskim, lecz dobrze zbudowanym. W swoim szarym, 

jedwabnym odzieniu, nierównomiernie tkanym i w wielu miejscach postrzępionym, wydawał się 

równie niespokojny i niebezpieczny jak ryś.

Ogromną   tacę   grzybów   o   najniezwyklejszych   kształtach   i   kolorach,   podanych   mu   niby 

ciastka, najpierw obrzucił krytycznym wzrokiem, a następnie wybrał z niej i nadgryzł w miarę 

normalny okaz z szarym kapeluszem. A ponieważ przyjemny zapach ohydnie kłócił się z gorzkim 

smakiem, ukradkiem wypluł na dłoń nie przełknięte resztki, spuścił rękę pod stół i rzucił wszystko 

na ziemię. Zdegustowany, próbował pozbyć się goryczki w ustach, a jednocześnie wolno i nerwowo 

chwytał rękojeść to Skalpela, to Kociego Pazura - tak samo chwytała go złość, gdy nudził się i 

marnował czas w tych ponurych salach.

Po obu stronach wąskiego stołu, w szeroko rozstawionych, wysokich krzesłach, siedziało 

dwunastu chudych starców o łysych czaszkach, gładko ogolonych policzkach, świńskich ryjkach, 

ubranych   jedynie   w   schludne,   białe   opaski   biodrowe.   Jedenastu,   uparcie   wpatrzonych   w 

background image

nieodgadniona   dal,   ściągało   swe   wątłe   mięśnie   do   tego   stopnia,   że   nawet   uszy   zdawały   się 

zesztywniałe,  jakby  sięgali   wzrokiem  do   niewidzialnej   krainy.   Dwunasty  siedział   w   częściowo 

obróconym   krześle,   pochylony  nad   grą   planszową;   to   stamtąd   dobiegało   chrobotanie   pionków. 

Rozgrywał   partię   z   Gwajem,   pracodawcą   Kocura,   rządcą   Dolnych   Pięter   i   zarazem  młodszym 

synem Kuarmana, najwyższego władcy Kuarmalu.

Wprawdzie Kocur już trzeci dzień gościł w kuarmalskich podziemiach, lecz nie zdarzyło mu 

się znaleźć bliżej Gwaja niż w tej chwili, a zatem znał go wyłącznie jako przystojnego, złotoustego 

młodzieńca o bladych licach, który w wiecznym półmroku, zawsze z dala od niego, wydawał mu 

się duchem.

Gra   stanowiła   dla   Kocura   coś   zupełnie   nowego,   wymagała   znajomości   bardzo   wielu 

sztuczek. Chociaż w mizernym świetle pochodni myliły się kolory, plansza wyglądała na zieloną. 

Nie widać było na niej żadnych pól ani dróg, za to dzieliła ją na dwie połowy fosforyzująca linia.

Gracz   rozpoczynał   grę   z   dwunastoma   płaskimi,   okrągłymi   pionkami,   ustawionymi   w 

szeregu u dołu planszy. Gwaj miał pionki z czarnego obsydianu, zaś jego leciwy przeciwnik - z 

białego marmuru, dzięki czemu Kocur mógł je rozróżnić mimo cienia. Gra sprowadzała się do 

przesuwania ich wyrywkowo do przodu, na różne odległości, a celem było chyba wprowadzenie 

siedmiu na połowę przeciwnika. Dowcip polegał na tym, żeby nie dotykać pionków palcami, ale 

popychać je siłą spojrzenia. Wyglądało na to, że jeśli patrzeć uważnie na jednego, poruszał się dość 

szybko, a jeśli na gromadę, przesuwała się całą linią lub grupą, lecz wolniej.

Kocur jakoś nie chciał uwierzyć, że jest świadkiem działania siły woli. Nadal podejrzewał 

istnienie   sznurków,   bezdźwięcznych   podmuchów   powietrza,   potajemnych   uderzeń   od   spodu   w 

planszę, żuków siłaczy ukrytych pod pionkami, a nawet niewidzialnych magnesów: pionki Gwaja, 

sądząc po kolorze, mogły być wykonane w całości z jakiegoś kamienia magnetycznego.

W  tej   chwili   czarne   pionki   Gwaja   i   białe   staruszka   gromadziły  się   przy  linii   podziału, 

przemieszczając się bardzo nieznacznie co pewien czas, w miarę jak front działań przesuwał się to 

w jedną, to w drugą stronę. Wtem najbardziej cofnięty pionek starca zawrócił błyskawicznie i 

łukiem dotarł na wolne miejsce przy górnej krawędzi planszy. Korzystając z okazji, dwa pionki 

Gwaja przebiły się klinem przez linię podziału. Kiedy starzec wycofał własną parę pionków, aby 

tamtym zagrodzić drogę, skrajny pionek Gwaja popędził do przodu. Wszystko się rozstrzygnęło. 

Staruszek jął niezręcznie, palcami, rozmieszczać pionki na pozycjach wyjściowych, mimo że nie 

otrzymał od rządcy zauważalnego polecenia.

- No, no, łatwo ci poszło, Gwaju! - zakrzyknął szyderczo Kocur. - Następnym razem graj z 

dwoma naraz! Ani chybi, dziadunio jest czarodziejem drugiego stopnia, może nawet zgrzybiałym 

uczniem zwykłego szarlatana. Słabizna!

Starzec przeszył Kocura jadowitym spojrzeniem.

background image

- Każdy z  dwunastu,  których tu  widzisz, jest  czarodziejem pierwszego  stopnia, i to  od 

dzieciństwa - oświadczył napuszenie. - Starczy, że jeden z nas wymierzy w ciebie palec, a zaraz się 

przekonasz!

- Weź sobie do serca jego słowa. - Gwaj nawet nie spojrzał na Kocura, gdy mówił to cichym 

głosem.

Kocur - z może i udawaną pewnością siebie - dał mu taką odpowiedź:

- Mimo to twierdzę, że mógłbyś  dowalić dwóm naraz albo nawet siedmiu, albo i całej 

niedołężnej dwunastce! Jeśli to ma być pierwszy stopień, ty musisz być mistrzem stopnia zerowego 

czy wręcz ujemnego.

Starzec poruszał bezgłośnie ustami. Przy tej zniewadze aż prychnął na brodę bąbelkami 

śliny.

Wszelako Gwaj rzekł spokojnym, wyważonym tonem:

-   Gdyby  choć   trzech   moich   wiernych   magów   zaniedbało   się   w   swoich   czarodziejskich 

obowiązkach, wysłannicy wdarliby się tu z Górnych Pięter i spadłyby na mnie wszelkie zarazy z 

kompendium zła, a na dokładkę parę innych, które lęgną się jedynie w zarobaczonej wyobraźni 

mojego brata. Kto wie, mógłbym się nawet pożegnać z życiem.

- Jeśli na dwunastu aż dziewięciu strzeże cię o każdej porze, nie mają kiedy się porządnie 

wyspać - zripostował Kocur.

- Nie zawsze mamy tu niespokojne czasy - odrzekł niewzruszenie Gwaj. - Bywa, że święta 

lub rozkazy króla skłaniają nas do rozejmu. Niekiedy ciemna kipiel się uspokaja. Dziś jednak z 

pewnych znaków wnoszę, że szykuje się groźny atak na mą krew, serce, wątrobę, płuca i kości. 

Drogi   Hasjaral   zgromadził   przy   sobie   czarodziejów   w   dwukrotnie   większej   liczbie,   przy   tym 

niewiele słabszych od moich (drugi stopień, ale wyższy drugi stopień). Ostro ich goni do pracy. 

Szary Kocurze, Hasjaral jest mi tak samo obmierzły jak twemu podniebieniu owoce z naszych 

grządek nawożonych gnojem. Ale słuchaj dalej. Wieczorem mój ojciec stawia sobie horoskop w 

wieży warowni, wysoko nad Górnymi Piętrami Hasjarala, przeto powinienem pilnie obserwować 

wszystkie szczurze dziury.

- Jeżeli potrzebna ci pomoc czarodzieja - rzekł butnie Kocur - to znam parę zaklęć, którymi 

zadam bobu wiedźmom i magikom twego starszego brata! - W rzeczywistości Kocur chował w 

sakwie, spisane na trzeszczącym pergaminie, pewne zaklęcie, co prawda jedyne, ale które miał 

wielką ochotę wypróbować. Otrzymał je od swego mistrza i doradcy w sprawach czarodziejskich, 

Szyłby o Twarzy Bezokiej.

Gwaj odpowiedział ciszej niż poprzednio, tak iż Kocur odniósł wrażenie, że gdyby siedział 

bodaj trzy łokcie dalej, niczego by nie usłyszał.

background image

-   Twoim   zadaniem   będzie   ustrzec   mnie   przed   zapędami   wysłanników   Hasjarala,   a   w 

szczególności przed tym sławnym wojownikiem, którego ponoć wynajął. Moi czarodzieje poradzą 

sobie z podstępnymi zaklęciami Hasjarala. Człowiek musi robić to, na czym się zna. - Lekko 

zaklaskał   w   dłonie,   na   co   w   ciemnym   korytarzu   pojawiła   się   bezszelestnie   młoda,   piękna 

niewolnica. - Mocne wino dla naszego rycerza! - rozkazał Gwaj cichym głosem, nie patrząc na nią 

ani razu.

Niewolnica odeszła.

W końcu starzec uporał się z ustawianiem czarnych i białych pionków. Gwaj zatrzymał na 

nich wzrok w zamyśleniu. Zanim jednak wykonał ruch, zwrócił się do Kocura:

- Jeśli czas ci się dłuży, skorzystaj z wolnej chwili i wybierz sobie nagrodę, która będzie 

twoja po wypełnieniu obowiązków. Radzę wybrać starannie i nie przegapić dziewki przynoszącej 

wino. Nazywa się Iwiwis.

Kocur   nie   wiedział,   co   powiedzieć.   Z   szuflad   i   wnęk   zdążył   już   wygrzebać   dla   siebie 

kilkanaście kosztownych, zachwycających przedmiotów, które następnie zamknął w nieużywanej 

komórce   dwa   piętra   niżej.   Gdyby   je   znaleziono,   tłumaczyłby,   że   to   tylko   niewinna,   wstępna 

selekcja przed ostatecznym wyborem... chociaż Gwaj był nie w ciemię bity i mógł mieć w tej 

kwestii swoje własne zdanie, zważywszy, że nie uszło jego uwagi wyrzucenie grzybów, jak pewnie 

i wiele innych rzeczy.

Dotąd   nie   przyszło   Kocurowi   do   głowy,   że   mógłby   przywłaszczyć   sobie   jakieś   miłe 

dziewczątko i ukryć je w komórce, jakkolwiek, trzeba przyznać, był to ciekawy pomysł.

Starzec odchrząknął i mruknął nad planszą z chichotem:

- Panie, niechże waleczny rycerz wypróbuje swoje magiczne zdolności. Niech wypróbuje je 

na mnie!

Kocurowi   serce   podskoczyło,   lecz   Gwaj   uniósł   dłoń,   pokręcił   głową   i   wskazał   palcem 

planszę. Starzec posłusznie zamyślił się i pchnął do przodu swego pionka.

Kocur   znów   upadł   na   duchu.   Zaczynało   mu   dokuczać   osamotnienie   w   tym   mrocznym 

podziemiu, gdzie wszyscy mówili szeptem i poruszali się cicho. W Lankmarze, kiedy emisariusz 

Gwaja zaproponował mu tę odpowiedzialną pracę, nawet się ucieszył. Fafryd, jego wyszczekany 

kolega po zbójeckim fachu, dostałby porządną nauczkę, gdyby jego szary towarzysz (i mózg!) 

pewnej nocy odszedł bez słowa... i wrócił jakiś rok później z kufrem pełnym złota i szyderczym 

uśmiechem na ustach.

Kocura nie opuszczał dobry humor w czasie długiej drogi, gdy wraz z karawaną ciągnącą do 

Kuarmalu wyruszał z Lankmaru na południe, jechał wzdłuż brzegu rzeki Hlal, mijał jeziora Plija i 

pokonywał   Góry   Głodu.   Bez   dwóch   zdań,   czuł   się   doskonale,   usadowiony   wygodnie   na 

kołyszącym się grzbiecie wielbłąda - daleko od przytłaczającej postury Fafryda, jego przekomarzań 

background image

i   awanturniczego   zachowania   -   podczas   gdy   noce   stawały   się   cieplejsze   i   jaśniejsze,   a   nad 

południowym widnokręgiem zaczęły pojawiać się dziwne gwiazdy, błyszczące jak klejnoty.

I oto spędzał trzecią noc w Kuarmalu, odkąd potajemnie zszedł na Dolne Piętra. Trzy dni i 

trzy   noce,   a   raczej   sto   czterdzieści   cztery   rozwlekłe   półgodziny   grobowego   półmroku...   W 

najgłębszym zakątku jego duszy rodziło się pragnienie, żeby Fafryd był przy nim, zamiast hulać w 

Lankmarze   pół   kontynentu   stąd,   albo   jeszcze   dalej,   jeśli   zrealizował   swoje   mgliste   plany 

odwiedzenia ojczystych stron na północy. Przydałby mu się teraz kompan do wypitki, nawet ostra 

wymiana   zdań   byłaby   ożywczym   tchnieniem   świeżości   po   siedemdziesięciu   dwóch   godzinach 

obcowania z milczącymi sługami, czarodziejami w transie, grzybami w sosie oraz nadzwyczajną, 

wyrafinowaną uprzejmością Gwaja.

Poza tym, wszystko wskazywało na to, że Gwaj potrzebuje wyłącznie mistrza walki na 

miecze, który zażegna niebezpieczeństwo ze strony wojownika sprowadzonego w skrytości przez 

Hasjarala. Fafryd, gdyby tutaj był, mógłby robić za rębajłę, dzięki czemu Kocur miałby okazję 

błysnąć   przed   Gwajem   jako   utalentowany   czarodziej.   Zaklęcie,   którego   opis   przechowywał   w 

sakwie,   otrzymane   od   Szyłby   w   zamian   za   opowieść   o   perwersyjnych   upodobaniach   Kłuto, 

przyniosłoby   mu   niezachwianą   reputację   budzącego   strach   arcymaga.   Co   do   tego   nie   miał 

wątpliwości.

Kocura   wyrwał   z   zamyślenia   widok   klęczącej   przed   nim   -   nie   wiedzieć,   jak   długo   - 

niewolnicy Iwiwis, która podsuwała mu tacę z kości słoniowej, a na niej pękaty kamienny dzbanek 

i   miedziany  kielich.  Trochę   jak   szermierz   w   wypadzie,   klęczała   z   jedną   nogą   zgiętą,   a   drugą 

odrzuconą w tył, napinając krótką spódnicę zielonej tuniki. Jej ciało było nad podziw gibkie; bez 

trudu wytrzymywała w tej niewygodnej pozie. Proste, jedwabiste włosy miały ten sam ciemny 

kolor co skóra, kolor upodabniający ją do ducha. Kocurowi przemknęło przez myśl, że wyglądałaby 

ślicznie w jego tajnej komórce, zwłaszcza w naszyjniku z dużych, czarnych pereł, które znalazł za 

blaszaną statuetką w jednej z wnęk w komnacie Gwaja.

Teraz   jednak   klęczała   w   zwyczajowej   odległości   od   niego   i   ze   skromnie   spuszczonym 

wzrokiem podawała mu tacę. Nawet powieka jej nie drgnęła, gdy bąknął kilka miłych słów, co 

wydawało mu się w tej chwili jedynym stosownym sposobem, aby zwrócić na siebie jej uwagę.

Wziął dzbanek i kielich. Iwiwis pochyliła głowę jeszcze niżej i oddaliła się cicho jak wiatr.

Kocur   nalał   sobie   do   kielicha   odrobinę   czerwonego   i   gęstego   niczym   krew   wina. 

Skosztował. Poczuł w ustach lekką słodycz z gorzkim posmakiem. Zastanawiał się, czy nie pije 

trunku ze sfermentowanych muchomorów.

Białe i czarne pionki, prowadzone wzrokiem Gwaja i starca, przesuwały się z chrobotem po 

planszy. Niemrawe płomyki pochodni chwiały się w chłodnym przeciągu. Niewolnicy zatrudnieni 

przy wiatrakach, płaskie podeszwy ich bosych stóp na skórzanych taśmach i wielkie, niewidoczne 

background image

łopatki wiatraków na potężnych osiach - wszystko to pospołu wydawało pomruk: Kuarmal, hejże 

hej, Kuarmal, wodzi rej, Kuarmal...

***

W równie przestronnej komnacie, wiele pięter wyżej, lecz wciąż pod ziemią - w komnacie 

pozbawionej okien, gdzie pochodnie paliły się czerwonym, jaśniejszym płomieniem (choć i tutaj ze 

względu na obłoki kadzidlanego dymu panował denerwujący półmrok), u szczytu stołu siedział 

Fafryd.

Otóż Fafryd, człowiek z natury nad wyraz opanowany, teraz nerwowo tłukł pięścią w pięść: 

już resztką sił opędzał się przed myślą, że tęskni za towarzystwem Szarego Kocura... który zapewne 

siedział w Lankmarze lub, kto wie, wałęsał się po spalonych na piach ziemiach Wschodu.

Kocur miałby więcej cierpliwości, myślał sobie Fafryd, do zgłębiania tajemnic i dziwactw 

ciemnolubnych   Kuarmalczyków.   Kocur   łatwiej   zniósłby   wstrętne   zamiłowanie   Hasjarala   do 

torturowania, no i wreszcie z małym błaznem można by się przyzwoicie opić!

Fafryd cieszył się niezmiernie, że wreszcie weźmie rozbrat z nadętą bufonadą, chytrością i 

mędrkowaniem Kocura, kiedy przedstawiciel Hasjarala podczas spotkania w Lankmarze obiecał mu 

hojną zapłatę, jeśli natychmiast i bez rozgłosu uda się na służbę do nowego pana. Fafryd nawet 

napomknął   druhowi,   że   prawdopodobnie   wyruszy   w   rejs   z   ziomkami   pływającymi   po   Morzu 

Wewnętrznym.

Nie zdradził mu jednak ani słowem, że długa łódź wiosłowa nie popłynie na północ, ale na 

południe, wzdłuż brzegów Morza Zewnętrznego i zachodnich rubieży lankmarskiego kraju.

Podróż przebiegała w sielskich warunkach: mimo sprzeciwów wysłannika z Kuarmalu od 

czasu do czasu przeprowadzali piracki napadzik, walczyli z silnymi sztormami oraz potykali się z 

olbrzymimi   wężami   i   diabłami   morskimi,   spotykanymi   na   południowych   wodach   w   wielkiej 

obfitości. Przy wspomnieniu tamtych przygód pięść Fafryda powstrzymała się od ruchu, a usta 

rozchyliły się w tęsknym uśmiechu.

Że też licho nadało mu ten Kuarmal! Pławiącego się w torturach Hasjarala! Odrażające 

czary, gdziekolwiek oczy zwrócić! Znowu zawzięcie pięść tłukła o pięść.

I te zasady! Nie wolno mu zapuszczać się niżej, bo tam Dolnymi Piętrami rządzi wróg. Nie 

wolno również wspinać się do góry, aby nie zbezcześcić apartamentów ojca Kuarmana. Nikt się nie 

może   dowiedzieć   o   jego   obecności.   Musi   zadowolić   się   poślednim   napitkiem   i   przeciętnymi 

background image

dziewkami: innych nie znajdzie w zamkniętej strefie Górnych Pięter (te ciemne krypty i labirynty 

nazywali górnymi!).

I marnowanie czasu! Nie można ruszyć w dół wszystkimi siłami i zadać klęski wrażemu 

bratu Gwajowi. Pośpiech był rzeczą niedopuszczalną. Nawet nie mogli zatrzymać napędzanych siłą 

mięśni   ogromnych   wiatraków,   które   -   oprócz   drażnienia   uszu   wiecznym   skrzypieniem   - 

przepychały ożywcze powietrze na niższe piętra do podziemnego świata Gwaja i zarazem osobnymi 

szybami wyciągały stęchliznę. Naturalnie, wiatraki musiały pracować: Kuarman potępiłby każdą 

strategię walki, która prowadziłaby do śmierci drogich niewolników. A synowie bali się jak ognia 

jego gniewu.

Wobec powyższego na radzie wojennej Hasjarala opracowywano kampanie zakrojone na 

całe lata, rezygnowano z użycia broni na rzecz czarów i decydowano się posuwać naprzód w głąb 

Dolnych Pięter za każdym razem o ćwierć korytarza... lub ćwierć zagonu grzybów.

I wreszcie osobliwości! Grzyby podaje się do każdego dania, ale nigdy się ich nie zjada ani 

nie kosztuje. Z drugiej strony, szczur z rożna uchodził za wyszukany smakołyk. Tej nocy ojciec 

Kuarman stawiał sobie horoskop i z jakiegoś powodu owo zabobonne wpatrywanie się w gwiazdy i 

nanoszenie na papier dziwnych znaków stanowiło rzecz doniosłej, pierwszorzędnej wagi. Każda 

dziewka musiała krzyknąć dwa razy, gdy zwrócono się do niej z niemoralną propozycją, niezależnie 

od tego, co później chciała zrobić. Fafryd musiał trzymać się na odległość rzutu sztyletem od 

Hasjarala, przez co mógł się tylko głowić, jakim cudem rządca zwraca uwagę na wszystko, co się 

wokół dzieje, mimo że prawie zawsze ma zamknięte oczy.

Być może Hasjaral posiadał dar jasnowidzenia albo stojący najbliżej niewolnik streszczał 

mu szeptem każde zdarzenie, albo też... cóż, można było snuć różne przypuszczenia.

Tak czy owak, Hasjaral wszystko widział mimo zamkniętych powiek.

Szarlatańska sztuczka dawała Hasjaralowi tę korzyść, że kadzidlany dym nie podrażniał mu 

oczu; dokuczał tylko Fafrydowi i czarodziejom, którzy skarżyli się na łzawienie i zaczerwienienia. 

Ponieważ jednak Hasjaral był księciem popędliwym i pełnym werwy (pałąkowate nogi i nierówne 

ręce stale mu dygotały, a na brzydkiej twarzy co chwila pojawiał się nowy grymas), oczy zamknięte 

jak trumienne wieka stanowiły widok osobliwy i budzący grozę.

Nic więc dziwnego, że Fafryd miał już serdecznie dość Górnych Pięter Kuarmalu, choć 

przebywał tu dopiero tydzień. Korciło go nawet, żeby wykiwać Hasjarala i zaciągnąć się na służbę 

do młodszego księcia lub zostać donosicielem ojca... aczkolwiek i oni w roli pryncypałów mogliby 

mu nie przypaść do gustu.

Czego jednak pragnął nade wszystko, to sprawdzić się w boju z najemnikiem Gwaja, o 

którym   tyle   się   mówiło:   wyzwać   go   na   pojedynek,   zabić   i   zgarnąć   nagrodę   (najlepiej   krasną 

background image

dziewoję z workami złota w rękach). A potem na zawsze wyjechać z Kuarmalu, tego przeklętego 

grobowca, gdzie w ciemności ciągle słychać czyjeś szepty.

Zniecierpliwiony już ponad miarę, Fafryd zacisnął dłoń na rękojeści Szarej Rózgi, swego 

długiego miecza. Co zaraz zauważył Hasjaral, choć na niego nie patrzył, jako że wartko skierował 

swą szpetną twarz między ściśnięte szeregi dwudziestu czterech brodatych, opatulonych płaszczami 

czarodziejów.   Nie   odmykając   oczu,   jął   wyginać   usta   w   zapowiedzi   mowy,   i   po   charkotliwym 

chichocie zawołał:

- Ha! Spieszno ci do bitki, Fafrydzie, mój chłopcze? Lepiej trzymaj miecz w pochwie i 

powiedz mi, jak  myślisz, cóż to za wojownik, bezlitosny ludobójca na usługach Gwaja,  przed 

którym masz mnie bronić? Idą słuchy, że krzepy u niego tyle co u słonia, a chytrością przewyższa 

Zobolda. - Krzywiąc się paskudnie, zdołał bez otwierania oczu spojrzeć na niego z ciekawością.

W ciągu minionego tygodnia Fafryd wielokrotnie wysłuchiwał tego rodzaju uwag, więc 

odrzekł z pogardliwym prychnięciem:

- Też mi coś! O każdym można takie bajki  opowiadać. Jeżeli jednak nie pozwolisz mi 

działać i nie sprzątniesz stąd tych zapchlonych bród...

Fafryd pohamował się, przepłukał gardło resztką wina i rąbnął w stół blaszanym dzbankiem, 

żądając   dolewki.   Bo   chociaż   Hasjaral   zachowywał   się   jak   kretyn   i   miał   temperament   ocelota, 

częstował doskonałym trunkiem z winogron, dojrzewających na gorących południowych stokach 

góry Kuarmal. Poza tym, denerwowaniem go mógł tylko napytać sobie biedy.

Wydawało się, że rządca nie czuje się urażony, a nawet jeśli, to jął wyżywać się na swoich 

brodatych   czarodziejach:   pierwszemu   nakazał   wyraźniej   wymawiać   znaki   runiczne,   drugiemu 

zarzucił niedostateczne roztarcie ziół, trzeciemu przypomniał o trzykrotnym potrząśnięciu srebrnym 

dzwonkiem. Właściwie, to wszystkich traktował jak surowy belfer grupę sztubaków... jakkolwiek 

Fafrydowi dawano do zrozumienia, że to magowie pierwszego stopnia.

Zgromadzenie czarnoksiężników zaczęło uwijać się z większym zapałem, przy czym każdy 

pracował   nad   własnym   zaklęciem:   produkowali   więcej   śmierdzących   oparów,   wylewali   czarne 

krople z kolejnych brudnych buteleczek, gorączkowo machali kolejnymi różdżkami, przekłuwali 

szpilami kolejne kukły, rysowali w powietrzu kolejne magiczne znaki, wygrzebywali z worków i 

wykładali na stół kolejne fetysze.

Przesiadując godzinami u szczytu stołu, Fafryd miał okazję się przekonać, że zaklęciami 

głównie próbowano zesłać na Gwaja paskudne choróbska: czarną gorączkę, czerwoną gorączkę, 

kruszycę kości, wypadanie włosów, wolny gnilec, szybki gnilec, zielony gnilec, krwawy koklusz, 

rozstroje żołądka, żółtą febrę, biegunkę, a nawet błahy katar. Przypuszczalnie czarodzieje z obstawy 

Gwaja odpędzali te zaklęcia przeciwzaklęciami, lecz słano je w nadziei, że pewnego dnia, choćby 

na krótką chwilę, uda się zmylić czujność przeciwnika.

background image

 

Fafryd wolałby, żeby magicy z paczki Gwaja odsyłali nadawcom ich złośliwe zaklęcia. 

Dość się już napatrzył na zawiłe astrologiczne rysunki, wyszyte złotem i srebrem na czarnych 

płaszczach, tudzież wstążki i druciki z drogocennego kruszcu, wplecione w bujne brody zgodnie z 

regułami kabały.

Gdy zrugani czarodzieje dwoili się i troili, Hasjaral wreszcie szeroko otworzył oczy i tym 

razem po krótkim krzywieniu warg zawołał:

- A więc palisz się do działania, Fafrydzie, mój chłopcze?

Mocno już rozeźlony tym ostatnim zwrotem, Fafryd zasadził łokieć na stole, kiwnął ręką na 

Hasjarala i odkrzyknął:

- Jeszcze jak! Nie chcę, aby mi mięśnie poginęły z nieróbstwa. Znać, że i tobie krzepy nie 

brakuje. Miałbyś ochotę siłować się na rękę?

Hasjaral zaśmiał się jadowicie i zakrzyknął:

- Właśnie zamierzam się trochę rozerwać. Siłować się na rękę będzie dziewka podejrzana o 

rozpustne   czyny   z   paziem   Gwaja.   Nawet   raz   nie   krzyknęła...   ale   wkrótce   nadrobi   zaległości. 

Pójdziesz ze mną, Fafrydzie? Zobaczysz, jak się tu bawimy. - To rzekłszy, zamknął oczy, jakby 

przesłonił je maleńkimi maskami. Powieki zaciskał przy tym tak mocno, że z pewnością nie mógł 

patrzeć przez rzęsy.

Fafryd  wzdrygnął   się   z   lekkim   rumieńcem.   Już   pierwszej   nocy   pobytu   barbarzyńcy  na 

Górnych Piętrach Kuarmalu Hasjaral zauważył jego obrzydzenie do tortur i od tamtej pory nie 

przepuścił ani jednej okazji do zakpienia z tego, co uważał za słabość.

Aby   ukryć   zażenowanie,   Fafryd   wyciągnął   spod   płaszcza   książeczkę   z   pozszywanych 

pergaminowych kart. Przysiągłby, że powieki Hasjarala nawet nie drgnęły, a jednak łotr zawołał:

- Symbol na okładce wskazuje, że książka należała do Ningobla Siedmiookiego. Cóż tam 

masz, Fafrydzie?

- Osobiste zapiski - odparł stanowczo zapytany. Prawdę mówiąc, nabawił się strachu, bo 

treść owych zapisków, gdyby je przejrzał Hasjaral, srodze by mu zaszkodziła. W dodatku łotr 

zdawał się wiedzieć bardzo dużo, albowiem na okładce istotnie grubą, czarną krechą namalowano 

dłoń z siedmioma palcami mającymi oczy miast paznokci, która była jednym z wielu podpisów 

czarodzieja, patrona Fafryda.

Książę zakasłał ochryple.

- Żaden sługa Hasjarala nie prowadzi osobistych zapisków - oświadczył. - Jeszcze do tego 

wrócimy, na razie wzywają mnie obowiązki. - Wyskoczył z krzesła, spiorunował czarodziejów 

groźną miną i wrzasnął opryskliwie: - I pamiętaj no jeden z drugim: kto będzie spał, kiedy wrócę, 

lepiej byłoby jemu i jego matce urodzić się w niewoli z kajdanami na nogach! - Zamilkł i już miał 

background image

odejść, lecz ponownie zwrócił się twarzą do Fafryda i krzyknął z drwiną w głosie: - Dziewka 

nazywa   się   Fryska.   Siedemnaście   lat   ma,   nie   więcej.   Jestem   pewien,   że   siłować   się   będzie   z 

wielkim   wdziękiem,   okraszając   widowisko   rozkosznymi   jękami.   Porozmawiam   z   nią...   w 

stosownym czasie. Będę zadawał pytania pomaleńku, w miarę lekkiego dokręcania korby. A ona 

będzie odpowiadać, będzie komentować, będzie mówić, co czuje. Nie musi używać słów, wystarczą 

inne   dźwięki.  To  jak,  chcesz   popatrzeć?  -  Pozostawiając   po  sobie   echo  diabelskiego   chichotu, 

wyszedł szparko z komnaty; czerwone płomienie pochodni w sklepionym korytarzu obmalowały 

krwawą łuną pokraczną postać na pałąkowatych nogach.

Fafryd zgrzytnął zębami. Na razie nie mógł nic zrobić. W sali tortur kwaterowali gwardziści 

Hasjarala. Jednakże barbarzyńca zakonotował sobie w pamięci pewien zamiar... A może była to 

powinność?

Chcąc   otrząsnąć   się   z   paskudnych,   napawających   grozą   myśli,   ponownie   zabrał   się   do 

czytania książeczki, którą przed opuszczeniem Lankmaru dał mu Ningobel w nagrodę za minione 

usługi lub jako zaliczkę na poczet przyszłych. Nie martwił się tym, że czarodzieje mogą podpatrzeć, 

co czyta. Po ostatnich groźbach księcia czarne, brodate mrówki trącały się łokciami w ferworze 

zaklęć.

Po raz pierwszy Kuarmal zwrócił moją uwagę - czytał Fafryd w spisanej ręką bądź macką 

książeczce Ningobla - kiedy doszła mnie wieść, że istnieją tam pod ziemią korytarze prowadzące 

pod   samo   dno   morza,   do   pewnych   pieczar,   gdzie   mogliby   żyć   ostatni   ze   Starszych   Bogów. 

Oczywiście, wysłałem ludzi, by sprawdzili, jak się to ma do rzeczywistości: udało się tam dwóch 

zdolnych, wyszkolonych szpiegów (i jeszcze dwóch do ich pilnowania), którzy mieli zgromadzić 

fakty i pozbierać plotki. Nie wrócił żaden. Nie wysłali wyjaśnienia czy czegokolwiek, co rzucałoby 

światło na ich losy. Wszelki słuch o nich zaginął. To podrażniło tylko moją ciekawość, ale że 

wówczas   nie   chciałem   trwonić   środków   na   ryzykowną   wyprawę,   postanowiłem   poczekać,   aż 

pojawią się nowe wiadomości, co prędzej czy później musiało nastąpić.

Po dwudziestu latach moja cierpliwość została nagrodzona - czytał Fafryd pisane maczkiem 

sprawozdanie. - Przyprowadzono mi pewnego starca z twarzą bladą jak płótno, pokrytą okropnymi 

bliznami. Miał na imię Tamorg i opowiedział mi wielce ciekawą, choć niezbyt składną historię. 

Twierdził,   że   za   młodu   porwała   go   z   drogi   karawana   kupców   i   tak   się   dostał   do   niewoli   w 

Kuarmalu. Przyszło mu służyć na Dolnych Piętrach, głęboko pod ziemią. Światło dzienne tam nie 

docierało, a świeże powietrze do jaskiń tłoczyły olbrzymie wiatraki, poruszane siłą mięśni ludzkich.

Tłumaczyło to jego bladość i niezwykły wygląd.

background image

Tamorg z rozgoryczeniem wspominał wiatraki, bo skuty łańcuchami, pracował na jednej z 

taśm tak długo, że wolał nawet nie liczyć lat. Upływ czasu byłby zaiste trudny do zmierzenia, bo, 

jak mówił, na Dolnych Piętrach nie używano zegarów. Ostatecznie uwolniono go od żmudnego 

maszerowania   po   taśmach,   ponieważ   -   co   udało   mi   się   wyłuskać   z   jego   bezładnej   mowy   - 

wynaleziono lub wyhodowano szczególny rodzaj niewolnika, który lepiej nadawał się do tej roboty.

Z tego wniosek, że władcy Kuarmalu interesują się gospodarką na swoich włościach i idą z 

duchem postępu, z czego rzadko słyną rządzący. Co więcej, jeżeli rzeczywiście wyhodowano nową 

rasę niewolników, władcy muszą żyć nieprzeciętnie długo. Albo też współpraca między ojcem a 

synem jest o wiele ściślejsza niż wszystkie, o jakich dotychczas słyszałem.

Tamorg   opowiadał,   że   razem   z   ośmioma   niewolnikami,   których   tak   samo   jak   jego 

zwolniono z napędzania wiatraków, został zaprzęgnięty do kopania komór i tuneli wymagających 

powiększenia   lub   wydłużenia.   I   tak   od   tamtej   pory   harował   ze   szpadlem   i   kilofem.   Musiał 

zajmować się tym bardzo długo, bo gdym go dokładniej wypytał, okazało się, że sam jeden, bez 

niczyjej pomocy, wydrążył korytarz mierzący tysiąc dwadzieścia kroków. Takich niewolników nie 

trzymano w łańcuchach (chyba że byli umysłowo chorzy), bowiem nie zachodziła konieczność ich 

skuwać. Dolne Piętra to jeden wielki labirynt; pechowy niewolnik, który zejdzie ze znajomej drogi, 

niewielką ma szansę wrócić do punktu wyjścia. Chociaż Tamorg powiedział, że słyszał pogłoski, 

jakoby władcy Kuarmalu mieli niewolników pamiętających rozkład korytarzy we fragmentach stale 

rozrastającego   się   labiryntu.   Dzięki   temu   mogą   bezpiecznie   podróżować   i   komunikować   się 

pomiędzy piętrami.

Tamorgowi w końcu udało się uciec, kiedy przypadkowo przebił się przez ścianę kopanego 

tunelu. Poszerzył wyrwę oskardem i zerknął do środka. W tym momencie, popchnięty przez innego 

robotnika, runął głową w przepaść, której dnem płynął wartki, lecz głęboki strumień. A ponieważ 

sztuki pływania się nie zapomina, zdołał utrzymać się na powierzchni i wypłynąć z podziemi. Przez 

kilka dni oślepiały go promienie słońca i czuł się dobrze jedynie w mdłym blasku pochodni.

Wypytywałem go szczegółowo o wiele intrygujących zdarzeń, które rozegrały się przed jego 

oczyma. Niestety, rozczarował mnie, bowiem nie był z natury bystrym obserwatorem. Mimo to 

wystarałem się dlań o posadę strażnika bramy u pewnego wielkorządcy, o którego wyjazdach i 

przyjazdach do pałacu chciałem wiedzieć jak najwięcej. To tyle o tym człowieku.

O Kuarmalu myślałem jeszcze częściej, odkąd ta garść wiadomości, niczym  smakowita 

przystawka,   zaostrzyła   mój   apetyt   na   wiedzę.   Musiałem   zdobyć   więcej   informacji.   Dzięki 

znajomości z Szylbą skontaktowałem się z Ejkiem, najwyższym władcą szczurów. Skuszony wizją 

sekretnych przejść do lankmarskich spichlerzy, zgodził się mnie odwiedzić. Jego wizyta okazała się 

zarazem daremna i żenująca. Daremna, bo dowiedziałem się, że w Kuarmalu szczury uchodzą za 

przysmak i polują tam na nie przeszkolone fretki w celach kulinarnych. Oczywiście, w związku z 

background image

tym każdy szczur szpiegujący w obrębie murów Kuarmalu mógł liczyć na kryjówkę co najwyżej w 

garnku.   Niezliczona   horda   cuchnących   i   nienażartych   szczurów   z   obstawy   Ejka   pochłonęła 

wszystko, co tylko wpadło im w zęby, więc żeby wynagrodzić mi szkody, Ejek wspaniałomyślnie 

obudził Skrę i namówił go do rozmowy ze mną.

Skra   to   jeden   z   tych   przedpotopowych   karaluchów,   które   żyły   współcześnie   z 

monstrualnymi   gadami,  dawnymi   władcami  ziemi.   Pamięcią  sięga   daleko   w  mrok   dziejów,  do 

czasów sprzed zniknięcia Starszych Bogów. Skra wyjawił mi krótką historię Kuarmalu, starannie 

spisaną   w   niezwykłej   książeczce   z   przemyślnie   połączonych,   skrupulatnie   oczyszczonych   i 

wygładzonych  owadzich   skrzydeł.  Przepisuję  tu  wszystko  i  przepraszam,  jeśli   ton  wypowiedzi 

wyda się suchy i mentorski.

 

  „Miasto-państwo   Kuarmal   to   kolebka   cywilizacji   nie   mającej   sobie   równych   w   sferze 

ludzkiego   zorganizowania.   W   świecie   zwierząt   analogią   mogą   być   jedynie   mrówki,   których 

społeczność   korzysta   z   pracy   niewolniczej.   Dziś   kuarmalskie   włości   zamykają   się   w   obrębie 

niewysokiej góry czy raczej wysokiego wzgórza. Jak w przypadku rzodkiewki, zasadnicza część 

znajduje się pod ziemią. A nie zawsze tak było.

Ongiś władcy Kuarmalu panowali nad rozległymi krainami łąk i wód. Ich statki wpływały 

do wszystkich znanych portów, a karawany przemierzały szlaki od morza do morza. Jednakże w 

żyznych   dolinach i  pustynnych  oazach,  na  nagich  klifach  i  otwartym  oceanie,  powoli  wpływy 

Kuarmalu   zaczynały   słabnąć.   Władcy   ustępowali,   choć   nigdy   dobrowolnie,   zawsze   pod 

przymusem. Z każdym rokiem, z każdym pokoleniem kurczyły się granice, ubywało majątków i 

kolonii.   Aż   została   im   tylko   ostatnia,   najsilniejsza   twierdza,   niezdobyty   kuarmalski   zamek. 

Przyczyny naporu nieprzyjaciół giną w pomroce zapomnienia, lecz mogły do tego doprowadzić 

praktykowane   tam   bestialskie   obyczaje,   których   echa   nawet   dziś   utwierdzają   okolicznych 

mieszkańców w przekonaniu, że przeklęty Kuarmal jest ostoją wszelkiego plugastwa.

W miarę  jak malało  dominium Kuarmalczyków, zmuszonych  cofać  się mimo męstwa i 

biegłości w czarach, rozbudowywali pod twierdzą sieć podziemnych korytarzy, drążyli śmielej i 

dalej.   Kolejni   władcy  wdzierali   się   głębiej   w   trzewia   małej   góry,   która   wspierała   fundamenty 

zamku. Z biegiem czasu wspomnienie dawnej chwały zatarło się i zaginęło, a władcy, skupieni na 

podziemnych   labiryntach,   stracili   zainteresowanie   zewnętrznym   światem.   Wymazaliby   go 

całkowicie   z   pamięci,   gdyby   nie   ciągłe   i   stale   rosnące   zapotrzebowanie   na   niewolników   oraz 

konieczność ich wyżywienia.

Władcy Kuarmalu są znanymi w świecie czarodziejami, mistrzami w wielkiej sztuce. Wieść 

głosi, że za pomocą zaklęć potrafią narzucić człowiekowi poddaństwo ciała i duszy”.

background image

Tyle napisał Skra. Cóż, nie zachwyciła mnie ta historia, bo szukałem przede wszystkim 

opisów fascynujących tuneli, które na początku obudziły moją ciekawość. Nie znalazłem więc 

żadnych informacji o kraju i jego mieszkańcach, a przydałaby się chociaż mapa! Z drugiej strony, 

nieszczęsny staruszek Skra żyje przeszłością, dzisiejsze czasy zainteresują go może w przyszłej 

epoce.

Znam wszelako dwóch śmiałków, którzy za namową mogliby się podjąć pewnej misji...

W tym miejscu kończyły się notatki Ningobla, co zdenerwowało Fafryda i wzbudziło w nim 

niejasne podejrzenia... jak również dokuczliwe uczucie wstydu, albowiem znów musiał myśleć o 

nieznajomej dziewczynie, którą torturował Hasjaral.

Tymczasem wysoko nad Kuarmalem słońce minęło zenit i wydłużały się cienie. Mocarne 

białe woły napierały na jarzmo: nie pierwszy raz i nie ostatni, dobrze o tym wiedziały. Co miesiąc, 

kiedy  przejeżdżały  tędy  podmokłą   drogą,   pan   z   werwą   okładał   je   batem,   aby  się   sprężyły  do 

szybszego marszu, do którego natura ich nie przystosowała. Mimo to posłusznie wytężały siły, aż 

skrzypiała   uprząż:   jak   zawsze,   po   przebyciu   tego   miejsca   pan   nagrodzi   je   solą,   pogłaszcze   z 

uznaniem i pozwoli na krótką przerwę w pracy. To pech, że akurat na tym odcinku drogi koła 

grzęzły w błocie długo po ustaniu deszczów, niemalże do nadejścia następnych. Pech, że nie dało 

się prędzej opuścić tej okolicy.

Pan miał słuszne powody, żeby grzać woły batem. W jego stronach nazywano ten zakątek 

przeklętym. Z wyniosłości na zakolu drogi można było wypatrzyć baszty Kuarmalu; co gorsza, z 

baszt   siłą   rzeczy   rozciągał   się   widok   na   drogę.   Spozieranie   na   zamek   i   rzucanie   się   w   oczy 

zamkowym strażnikom mogło nie wyjść człowiekowi na zdrowie. O tak, należało mieć się na 

baczności. Właściciel zaprzęgu splunął ukradkiem, wykonał zabobonny znak palcami, a kiedy wóz 

rozchlapał ostatnią kałużę błota, trwożnie zerknął przez ramię na zębate korony wież strzelających 

w   niebo.   Choć   spojrzał   przelotnie,   na   najwyższej   wieżycy   zauważył   błysk   światła,   jaskrawe 

iskrzenie. Drżąc na całym ciele, podziękował za ocalenie czczonym przez siebie bogom i wjechał 

między drzewa.

Dzisiaj  w karczmie będzie miał o czym mówić. Ludzie obstawią go dzbankami wina i 

gorzkiego ziołowego piwa. Ten wieczór należał do niego! Ech, gdyby nie pośpiech, pewnie teraz 

maszerowałby bez duszy do przepotężnych wrót Kuarmalu, by tam tyrać w niewoli, póki sił w ciele 

i dłużej. Wioskowa starszyzna straszyła opowieściami o nagłych zauroczeniach i gorszych jeszcze 

rzeczach - opowieściami pozbawionymi morału, lecz przez wszystkich uważnie słuchanymi. Bo 

czyż w ostatnich dniach miesiąca węża młody Ćwielm nie przepadł bez wieści? Czy nie ten sam 

background image

Ćwielm naśmiewał się z opowieści i po pijaku zwiedzał tarasy Kuarmalu? Ano ten sam! Wszak 

jego kompan, trochę mniej odważny, widział go, jak wspina się na górny taras, pod samą fosę. 

Wtedy Ćwielma musiało coś przestraszyć, bowiem odwrócił się i chciał uciekać, lecz choć wywijał 

się i wykręcał, został wciągnięty z powrotem w ciemności. Nawet jeden okrzyk nie obwieścił jego 

zniknięcia ze świata, ziomkowie nie usłyszeli już nigdy jego głosu. Julen, ów mniej odważny lub 

mniej ryzykancki towarzysz Ćwielma, od tamtej pory spędzał dnie w pijackim zamroczeniu. A w 

nocy nie wychodził na dwór.

Resztę   drogi   do   wsi   właściciel   zaprzęgu   główkował.   Obdarzony   ciasnym,   chłopskim 

umysłem, rozmyślał, jak najlepiej zrobić z siebie bohatera. Nie bez trudu ułożył sobie heroiczną 

opowieść, gdy wtem przypomniał mu się los pewnego człowieka, który ośmielił się przechwalać 

kradzieżą   winogron   z   kuarmalskiej   winnicy.   Człowieka   o   imieniu   wypowiadanym   teraz   tylko 

ukradkiem, po cichu. Koniec końców, woźnica postanowił trzymać się faktów, mówić prosto i do 

rzeczy,   ufając   w   nastrój   grozy,   który   musiał   wywołać   każdy   przejaw   tajemniczych   działań   w 

Kuarmalu.

***

Kiedy wieśniak jeszcze biczował swoje woły, Kocur przyglądał się graczom przesuwającym 

pionki siłą wzroku, a Fafryd żłopał wino, aby zapomnieć o mękach nieznajomej dziewczyny - w 

tym   samym   czasie   Kuarman,   władca   Kuarmalu,   stawiał   sobie   horoskop   na   nadchodzący   rok. 

Pracował   w   najwyższej   wieży   zamku,   gdzie   nastawiał   ogromne   astrolabium   i   inne   złożone 

przyrządy, potrzebne do dokonania ścisłych pomiarów.

Poprzez haftowane zasłony wlewało się do niedużej komnaty gorące popołudniowe słońce; 

refleksy światła, ukośnie odbite od wypolerowanych powierzchni, skrzyły się wszystkimi kolorami 

tęczy. Nawet starcowi w przewiewnym odzieniu było ciepło, więc podszedł do okna naprzeciwko 

tych, które ogrzewało słońce, i odsunął zasłonę, aby wpuścić do obserwatorium więcej chłodnego 

powietrza znad wrzosowisk.

Bez szczególnego zainteresowania wyjrzał przez wycięty w grubym murze otwór okienny. 

Daleko   w  dole,  poza   tarasami  na  zboczach,  wiła  się  bura   nitka  drogi   prowadzącej  do  wioski. 

Pojawiły się na niej małe istoty; przypominały mrówki, które mozolnie próbują wyjść z kleistej 

pułapki. I całkiem jak mrówki, szły przed siebie niezmordowanie, aż w końcu zniknęły mu z oczu.

background image

Z westchnieniem odwrócił się od okna. Westchnął, bo było mu żal, że nie spojrzał trochę 

wcześniej.   Nigdy  dość   niewolników.   Poza   tym,   miałby   okazję   wypróbować   parę   najnowszych 

wynalazków.

Nie miał jednak w zwyczaju przejmować się przeszłością, więc i tym razem tylko wzruszył 

ramionami.

Jak na tak starego człowieka, Kuarman nie odrażał wyglądem... jeśli nie patrzeć mu w oczy, 

których   gałki   miały   niespotykany   kształt   i   po   brzegach   rubinowe   zabarwienie.   Śnieżnobiałe 

tęczówki   charakteryzowały   się   martwym,   perłowym   lśnieniem,   wśród   żywych   stworzeń 

spotykanym   wyłącznie   u   mieszkańców   morskich   odmętów.   Tę   ich   właściwość   Kuarman 

odziedziczył   po   matce,   nimfie   morskiej.   Źrenice,   podobne   do   odłamków   czarnego   kryształu, 

błyskały niezwykłą inteligencją i złośliwym usposobieniem. Łysinę podkreślały długie kosmyki 

grubych,   czarnych   włosów,   opadające   symetrycznie   znad   uszu.   Z   boków   nad   podbródkiem 

zwieszały się luźne fałdy podziobanej skóry, która wyżej ściśle przylegała do kości policzkowych. 

Długi nos, wąski u grzbietu jak ostrze noża, kojarzył się z dziobem starego jastrzębia lub pustułki.

Jak   oczy   Kuarmana   uderzały   swym   nieziemskim   wyglądem,   tak   jego   usta   zachwycały 

pięknością. Wiśniowe, pełne wargi zadziwiały u człowieka w tym wieku, nadto cechowały się tą 

szczególną giętkością, obserwowaną u niektórych krasomówców i aktorów. Gdyby Kuarman miał 

w sobie choć odrobinę próżności, pyszniłby się właśnie swoimi ustami, zwłaszcza że ich piękny 

wykrój uwyraźniał grozę bijącą z oczu.

Spojrzał mętnie przez żelazny przeziernik astrolabium na odzwierciedlenie swej twarzy, 

dumnie wiszące na pozbawionej okien ścianie naprzeciwko. Była to woskowa maska, sporządzona 

przed niespełna rokiem, drobiazgowo podbarwiona i opatrzona kosmykami czarnych włosów przez 

najwybitniejszego artystę w Kuarmalu; i choć białe tęczówki oczu były z konieczności zasłonięte 

powiekami,   osoba   przedstawiona   woskowym   obliczem   zdawała   się   patrzeć.   Maska   zajmowała 

ostatnie   miejsce   w   rzędzie   innych   masek,   w   którym   każda   była   nieco   bardziej   przyciemniona 

wiekiem niż następna. Jedne raziły brzydotą, drugie urzekały stonowanym pięknem podeszłego 

wieku,   lecz   wszystkie   łączyło   silne   rodzinne   podobieństwo,   jako   że   w   linii   męskiej   władców 

Kuarmalu pojawiały się tylko śladowe domieszki obcej krwi.

Ktoś odniósłby wrażenie, że masek jest mało, lecz władcy Kuarmalu żyli bardzo długo i 

mieli synów w późnym wieku. W gruncie rzeczy, było ich całkiem sporo, gdyż praprzodkowie 

Kuarmana   panowali   tu   już   w   zamierzchłej   przeszłości.   Najstarsze   maski   były  ciemnobrązowe, 

prawie   czarne,   do  tego  wykonane   nie  z  wosku,   ale   z  prawdziwych  twarzy  protoplastów  rodu, 

odpowiednio   wyprawionych   i   zmumifikowanych.  Aczkolwiek   w   Kuarmalu   sztuka   zdzierania   i 

garbowania   skóry   w   pełni   rozkwitła   już   dawno,   to   jednak   wciąż   ją   z   dumą   kultywowano   i 

zazdrośnie strzeżono jej tajemnic.

background image

Kuarman oderwał wzrok od maski i spojrzał po sobie. Był człowiekiem szczupłym, lecz 

wygląd   jego   ud   i   ramion   wskazywał,   że   kiedyś   rywalizował   z   najlepszymi   sokolnikami, 

szermierzami i myśliwymi. Jego stopy o wysokim podbiciu zachowały niegdysiejszą sprężystość. 

Palce u ręki miał długie, choć sękate, a spód dłoni silnie umięśniony, co świadczyło o zręczności i 

zwinności, przymiotach nieodzownych w jego fachu. Kuarman był czarnoksiężnikiem jak wszyscy 

władcy Kuarmalu od zarania dziejów. Tutaj już w dzieciństwie uczono mężczyzn przyszłej profesji; 

w podobny sposób przymusza się winorośle do rozkrzewienia się na niekorzystnie położonych 

tarasach.

Powoli przystępując do swoich obowiązków, Kuarman zastanawiał się, czy sam jest dobrym 

nauczycielem. Źle się stało, że miał dwóch dziedziców zamiast - zwyczajnie - jednego. Obaj byli 

znamienitymi nekromantami i znawcami nauk potrzebnych do opanowania wielkiej sztuki. Obaj 

wykazywali się niezwykłą ambicją i trwali w nienawiści. Nienawiści do siebie nawzajem, ale też do 

swojego ojca.

Kuarman ujrzał w myśli Hasjarala na Górnych Piętrach pod twierdzą i Gwaja na Dolnych 

Piętrach.   Ów   pierwszy   folgował   swoim   zamiłowaniom,   jakby  przebywał   w   ognistych   kręgach 

piekieł; wywyższając ponad wszystko ruch, wigor, potęgę rozumu, szastał groźbami chłosty i tortur 

i groźby te w czyn wprowadzał. Teraz jeszcze najął dzikiego wielkoluda, prawdziwą bestię wśród 

ludzi, która w jego imieniu miała siać śmierć mieczem. A Gwaj... cóż, ten odżegnywał się od 

wszelkiego działania, jakby polubił najmroźniejszy krąg piekieł; całe swoje życie zamykał w ramy 

sztuki   i   intuicyjnego   myślenia,   a   poprzez   medytacje   próbował   przymusić   martwą   skałę   do 

wypełniania   jego   zamysłów.   Siłą   woli   występował   przeciwko   wyrokom   przeznaczenia.   Teraz 

korzystał z usług niepozornego, szarego mężczyzny, młodszego brata samej Śmierci, który miał 

zabijać na jego rozkaz. Gdy tak myślał o Hasjaralu i Gwaju, rzadki uśmiech ojcowskiej dumy 

wykrzywił na moment jego usta. Zaraz jednak pokręcił głową; uśmiech przygasł i przebiegły po 

nim dreszcze.

Czasy młodości dawno już miał za sobą. Był mocno posunięty w latach, stary nawet jak na 

długowiecznych czarodziejów... ale cieszył się z tego, bo któż chciałby umierać w kwiecie wieku 

czy   przedwieczorną   porą   życia.  Wiedział,   że   prędzej   czy   później,   mimo   ochronnych   zaklęć   i 

rozlicznych środków bezpieczeństwa, Śmierć zjawi się chyłkiem lub sforsuje słaby punkt i uderzy z 

zaskoczenia. Dziś w nocy horoskop mógł objawić rychłe, nieuniknione nadejście Śmierci. I chociaż 

ludzie   zwykli   żyć   w   zakłamaniu,   przypisywać   najprawdziwszej   z   prawd   znamiona   kłamstwa... 

gwiazdy były gwiazdami.

Zdawał sobie sprawę, że z każdym dniem jego synowie coraz bieglej i chytrzej posługują się 

wielką sztuką, której ich nauczył. Nie mógł ich tak po prostu pozabijać. Brat występuje przeciwko 

bratu, syn przeciwko ojcu, lecz od niepamiętnych czasów ojcu nie wolno było podnieść ręki na 

background image

syna.   Zwyczaj   ten   nie   wynikał   z   żadnych   ważnych   przyczyn,   co   jednak   nie   miało   znaczenia. 

Tradycji w rodzie Kuarmanów nikt się nie sprzeciwiał, była silniejsza od wszystkich.

Przypomniał sobie o dziecku rozwijającym się w łonie jego młodziutkiej i faworyzowanej 

konkubiny Kewisy. Z pewnością to on był ojcem, jeśli jego czujność i środki ostrożności cokolwiek 

znaczyły.  A trzeba  wiedzieć,  że  drugiego  tak  czujnego i  chłodno  myślącego  człowieka  próżno 

szukać po świecie. Jeżeli dziecko urodzi się i okaże chłopcem - potwierdzały to znaki - i jeżeli 

Kuarman żyć będzie jeszcze przez dwanaście lat, by przekazać mu wiedzę, wreszcie jeżeli Gwaj i 

Hasjaral zginą zrządzeniem losu lub się wzajemnie wytłuką...

Położył kres czczym spekulacjom. Żeby łudzić się nadzieją na kolejne dwanaście lat życia, 

gdy Gwaj i Hasjaral codziennie pogłębiają czarnoksięską wiedzę, albo żeby czekać, aż zagryzą się 

dwa tak ostrożne wilczki z jego chowu - trzeba być ślepcem zadufanym w sobie!

Rozejrzał   się.   Wstępne   przygotowania   zakończył   skompletowaniem   i   nastawieniem 

przyrządów.   Pozostało   jeszcze   poczynić   obserwacje   i   je   zinterpretować.   Sięgnął   po   ołowiany 

młoteczek i lekko uderzył w mosiężny gong. Ledwie przebrzmiał dźwięk, kiedy w sklepionych 

drzwiach pojawiła się wysoka postać w bogatym przyodziewku.

Flindach piastował godność mistrza czarnoksiężników. Miał wiele obowiązków, lecz nie 

każdy wiedział, co do nich należy. Swoją mocą, którą nigdy się nie chwalił, ustępował jedynie 

Kuarmanowi. Na jego smagłym obliczu gościł rys sytego okrucieństwa, przez co czasem sprawiał 

wrażenie znudzonego, mimo że interesował się żywo sprawami innych ludzi. Flindach nie miał 

miłej aparycji. Lewy policzek szpeciła purpurowa szrama, na prawym trzy wielkie krosty tworzyły 

wierzchołki trójkąta równoramiennego, a nos i podbródek sterczały jak u starej wiedźmy. Jedna 

rzecz zaskakiwała i trąciła szyderczą karykaturą: oczy miał podobne do oczu swego pana, rubinowo 

czerwone z perłowymi tęczówkami. Otóż był latoroślą tej samej nimfy morskiej, która wcześniej 

porodziła Kuarmana - po tym jak ojciec Kuarmana wykorzystał ją i oddał zgodnie z dziwnym 

kuarmalskim obyczajem swemu mistrzowi czarnoksiężników.

Kiedy Kuarman odezwał się, wielkie i hipnotycznie błyszczące oczy Flindacha poruszyły 

się nerwowo.

- Gwaj i Hasjaral mają dziś dużo pracy na swoich piętrach. Byłoby dobrze, gdyby jeszcze tej 

nocy zjawili się w sali narad. Albowiem dziś los odsłoni przede mną swe zamiary. Mam przeczucie, 

że   horoskop   nie   wypadnie   dla   mnie   pomyślnie.   Każ   im   wspólnie   zjeść   wieczerzę   i   niech   się 

zabawiają snuciem planów na wypadek mej śmierci. Jeśli skoczą sobie do gardła, tym lepiej.

Po tych słowach zacisnął usta. Jego mina budziła grozę niezwykłą nawet u człowieka w 

szponach  śmierci. Flindach,  który w  trakcie swoich codziennych zajęć  spotykał się  z wieloma 

okropnościami, teraz z trudem zapanował nad strachem. Kuarman spojrzeniem przewiercał go na 

background image

wylot.   Pomny   jednak   na   swoją   pozycję,   mistrz   czarnoksiężników   skinął   głową   na   znak 

posłuszeństwa i bez słowa, nie oglądając się, wyszedł z komnaty.

***

 

Na Dolnych Piętrach Szary Kocur nie odrywał wzroku od Flindacha, który zamaszystym 

krokiem   przemierzał   mroczną   Salę   Czarnoksiężników,   by   przystanąć   przed   Gwajem.   Kocura 

intrygowały krosty i ciemna blizna na policzkach strojnie ubranego mężczyzny o twarzy wiedźmy, 

jak też niesamowite oczy z czerwonymi białkami. Od razu przyznał tej malowniczej fizjonomii 

honorowe miejsce w olbrzymiej kolekcji dziwadeł, zgromadzonych w sejfach jego pamięci.

Choć wytężał słuch, nie dosłyszał tego, co Flindach zakomunikował księciu, ani co ten mu 

odpowiedział.

Kończąc telekinetyczną grę, Gwaj z głośnym chrobotem wypchnął wszystkie swoje pionki 

na drugą połowę planszy i przewrócił większość białych, które pospadały przeciwnikowi na kolana. 

Potem sprężyście wstał z taboretu.

-   Dziś   siadam   do   stołu   z   ukochanym   braciszkiem   w   apartamentach   naszego   wielce 

czcigodnego ojca! - oznajmił wszem wobec melodyjnym głosem. - jak długo tam będę, w troskliwej 

pieczy wspaniałego Flindacha, złe zaklęcia nie wyrządzą mi krzywdy. Odpocznijcie tedy od swoich 

umysłowych zmagań, szanowni magowie pierwszego stopnia. - Odwrócił się, żeby odejść.

Tymczasem Kocur, uradowany w duchu sposobnością zobaczenia otwartego nieba, choćby i 

chłodną nocą, raptownie zerwał się z krzesła i zawołał:

- Czekaj no, książę! Nie grożą ci zaklęcia, ale czy nie przyda ci się przy posiłku mój miecz 

do ochrony? Iluż to świetnych książąt nie dochrapało się królewskiej korony, bo między zupą i 

drugim daniem wepchnięto im stalowy brzeszczot między żebra! W razie czego, umiem pięknie 

żonglować i znam sztuczki magiczne.

Gwaj obrócił w bok głowę.

- Żelazo się mnie nie ima, póki ojciec ma na wszystko baczenie - odpowiedział tak cicho, że 

słowa wydały się Kocurowi puchowymi piłeczkami, które wysokim lotem ledwie docierają do jego 

ucha. - Lepiej się stąd nie ruszaj.

W jego głosie kryła się bezwzględna odmowa, jednakże Kocur, przerażony widmem nudy, 

nie dawał za wygraną:

background image

-   Mam   także   na   uwadze   potężne   zaklęcie,   o   którym   ci   wspominałem,   książę.   Zaklęcie 

najskuteczniejsze   przeciwko   magom   niższych   stopni,   jakich   zatrudnia   czyjś   zwyrodniały 

braciszek... 

-   Dosyć   już   dzisiaj   czarowania!   -   uciął   ostro   Gwaj,   choć   mówił   niewiele   głośniej   niż 

dotychczas.   -   Nawet   o   tym   nie   myśl,   bo   byłaby   to   obraza   dla   mojego   ojca   i   prześwietnego 

Flindacha, mistrza czarnoksiężników. Pozostań tutaj, gorliwcze, nie unoś się i nic już nie mów! 

Jeszcze będzie okazja rąbać mieczem i rzucać zaklęcia. Czas zabijania już blisko - dokończył 

zagadkowym tonem.

Flindach z powagą pokiwał głową i razem w milczeniu odeszli. Kocur usiadł na swoim 

miejscu. Z niejakim zdziwieniem zauważył, że dwunastu sędziwych czarodziejów pozwijało się jak 

gąsienice na swoich masywnych krzesłach i zaczynało chrapać w najlepsze. Nawet nie mógł sobie 

skrócić   czasu   pojedynkiem   na   planszy   (z   nadzieją   na   dojście   do   wprawy   w   trakcie   gry)   czy 

zwyczajną partyjką szachów. Zewsząd wiało śmiertelną nudą.

Wtem śmiała myśl rozjaśniła jego smagłe oblicze. Uniósł ręce, lekko zwinął dłonie i klasnął 

tak samo, jak to zwykł czynić Gwaj.

Z korytarza wynurzyła się zgrabna niewolnica Iwiwis. Gdy spostrzegła, że Gwaj wyszedł, a 

czarodzieje   śpią,   oczy   jej   się   zaświeciły   jak   małemu   kociakowi.   Przebierając   żywo   nóżkami, 

podbiegła, wskoczyła Kocurowi na kolana i zarzuciła mu na szyję swoje smukłe ręce.

***

Fafryd po cichu schował się w cieniu bocznego tunelu, kiedy oświetlonym pochodniami 

korytarzem   nadszedł   Hasjaral   w   towarzystwie   dostojnego   dygnitarza   o   paskudnie   krostowatej 

twarzy   i   czerwonych   oczach.   Po   drugiej   stronie   księcia   maszerował   bladolicy,   przystojny 

młodzieniec o dziwnym, nad wiek dojrzałym wejrzeniu. Fafryd po raz pierwszy widział Flindacha, 

no i oczywiście Gwaja.

Hasjaral najwyraźniej był w kiepskim nastroju, bo ohydnie wykrzywiał usta i z irytacją 

wyłamywał palce, jakby zagrzewał dłonie do boju na śmierć i życie. Mimo to ani na chwilę nie 

odmykał oczu. Kiedy przechodził koło Fafryda, temu się zdało, że widzi drobny tatuaż na powiece 

księcia.

Rozległ się głos czerwonookiego:

- Niepotrzebnie tak pędzisz na wieczerzę, książę Hasjaralu. Czasu nam nie zabraknie.

background image

Hasjaral tylko prychnął w odpowiedzi, co blady młodzieniec skomentował słodkim głosem: 

- Ech, ten mój brat, złoty wzór posłuszeństwa.

Fafryd wysunął się z kryjówki, odprowadził wzrokiem oddalających się mężczyzn, po czym 

ruszył w przeciwną stronę ku sali tortur, tropem wyziewów rozpalonego żelaza.

Była to rozległa, nisko sklepiona komora - najjaśniejsze pomieszczenie, do którego zaszedł 

Fafryd w tych mrocznych podziemiach, na wyrost zwanych Górnymi Piętrami. Na prawo od siebie 

ujrzał   niewysoki   stół;   wokół   niego   siedziało   w   kucki   pięciu   krępych   osiłków   w   maskach 

zakrywających czoło, oczy i nos. Nogi mieli jeszcze bardziej pałąkowate niż Hasjaral. Hałaśliwie 

miażdżyli   w   zębach   kości,   postawione   przed   nimi   w   wielkiej   misie,   do   tego   siorbali   piwo   ze 

skórzanych łagwi. Cztery maski były czarne, a jedna czerwona.

Za nimi płonął ogień w ceglanym, okrągłym kominie wysokim na pół chłopa. Żelazna krata 

na wierzchu poczerwieniała z gorąca. W miarę jak powykręcana, łysiejąca starucha w łachmanach 

dmuchała miechami, węgle na przemian to rozjaśniały się niemal do białości, to przyjmowały na 

powrót ciemnoczerwoną barwę. Na ścianach lub pod nimi wisiały lub stały różnorakie narzędzia ze 

skóry   i   metalu,   których   ohydnego   przeznaczenia   można   się   było   domyślać   z   ich   łudzącego 

podobieństwa do zewnętrznych powierzchni i naturalnych otworów ludzkiego ciała: buty, kołnierze, 

maski, żelazne dziewice, lejki i wiele innych.

Na lewo od Fafryda, przytwierdzona do ławy, leżała jasnowłosa dziewczyna o miłym dla 

oka jędrnym ciele, okryta białą chustą. Prawa dłoń w żelaznej pół-rękawicy była dociągnięta do 

przyrządu z korbą. Choć jej twarz szkliła się łzami, wydawało się, że przynajmniej w tej chwili nie 

odczuwa cierpienia.

Podchodząc do niej, Fafryd pośpiesznie wyciągnął z trzosu i wsunął na średni palec ciężki 

sygnet,   który   wysłannik   Hasjarala   dał   mu   w   Lankmarze   na   znak   prawdziwości   swoich   słów. 

Wykonany ze srebra pierścień miał czarne pieczęciowe oczko z herbem księcia: zaciśniętą pięścią.

Na widok Fafryda dziewczyna szeroko otworzyła oczy z przerażenia. Ten zaś przystanął nad 

ławą, obrzucił ją zdawkowym spojrzeniem i popatrzył na niechlujnych biesiadników w maskach, 

którzy gapili się na niego z rozdziawionymi gębami. Wyciągnąwszy rękę, pokazał im wierzch dłoni 

i tonem szorstkim, lecz beztroskim zakrzyknął:

- Świadcząc się tym oto pierścieniem, żądam uwolnienia niewolnicy Fryski! - I bąknął 

ukradkiem do dziewczyny: - Odwagi!

Osobnik   w   czarnej   masce,   który   przyskoczył   doń   jak   terier,   albo   miał   trudności   z 

rozpoznaniem herbu, albo nie rozumiał, w czym rzecz, bo pomachał zatłuszczonym paluchem i 

powiedział:

- Jazda stąd, barbarzyńco! Nie dla ciebie ten smakowity kąsek. Zalibyś chciał pofolgować 

swoim brudnym żądzom? Nasz pan...

background image

- Odrzucasz władzę zaciśniętej pięści? - przerwał mu Fafryd. - Dobrze, porachuje się z tobą 

druga! - Zwinąwszy w kułak dłoń z pierścieniem, rąbnął oprawcę w zlaną łojem szczękę, aż ten 

wyłożył się jak długi na ciemną posadzkę i, pchany impetem, znieruchomiał nieco dalej.

Fafryd niezwłocznie odwrócił się do reszty obżerających się typów, którzy podnosili się już 

ze   swoich   miejsc.   Pogładziwszy   głowicę   miecza   (nie   wyciągał   go   jeszcze),   położył   ręce   na 

biodrach,   wbił   wzrok   w   oprawcę   w   czerwonej   masce   i   zagrzmiał   opryskliwie,   jak   to   czynił 

Hasjaral:

- Pan zaciśniętej pięści po namyśle kazał mi sprowadzić Fryskę z powrotem, aby ku uciesze 

zaproszonych  gości  mógł  się  z  nią  nadal  zabawiać  przy  wieczerzy.   Chcecie,  żeby  nowy  sługa 

meldował Hasjaralowi o waszych sprzeciwach i zaniedbaniach? Uwolnicie mi ją zaraz z pęt, a o 

wszystkim zapomnę. - Wymierzył palec w babinę obsługującą miechy. - Hejże! Przynieś jej wierzch 

nie ubranie!

Zamaskowani kaci rzucili się wypełnić jego rozkaz z taką gorliwością, że maski zsuwały im 

się z nosów na usta. Co i rusz któryś mrukliwie przepraszał, lecz Fafryd ignorował ich słowa. 

Nawet ten, co oberwał w gębę, niemrawo pozbierał się z ziemi i starał się pomagać.

Pod okiem Fafryda  dziewczyna została odłączona od przyrządu do łamania przegubów. 

Kiedy usiadła na skraju ławy, wróciła staruszka z sukienką i pantoflami, z których jeden miał nad 

palcem resztki dawnych ozdób. Dziewczyna wyciągnęła rękę, lecz Fafryd sam wziął pantofle, a 

następnie chwycił ją za ramię i bezceremonialnie postawił na nogach.

- Czas nagli! - burknął. - Już Hasjaral zdecyduje, w jakim stroju zabawisz towarzystwo. - 

Nie wdając się w dyskusje, pociągnął ją z sobą i żwawym krokiem wyszedł z sali tortur. - Odwagi! - 

bąknął półgębkiem raz jeszcze. 

Kiedy minęli pierwsze zakole korytarza i dotarli do pogrążonego w mroku rozgałęzienia, 

zatrzymał się i popatrzył na nią ze zmarszczonym czołem.

Na jej twarzy odbił się wyraz przerażenia. Cofnęła się, lecz zaraz przybrała groźną minę i 

oświadczyła hardo, z maskowanych strachem:

- Jeśli po drodze mnie zgwałcisz, opowiem wszystko Hasjaralowi!

- Fryska! Ja nie chcę cię gwałcić, jeno ratować - zapewnił ją Fafryd czym prędzej. - Cała ta 

gadka o rozrywkach przy stole była tylko wybiegiem. Znasz kryjówkę, gdzie mogłabyś przeczekać 

parę dni? Do chwili, gdy damy nogę z tych zapleśniałych krypt. Będę ci przynosił jadło i napoje.

Tymi słowami tylko spotęgował strach dziewczyny.

- Chcesz powiedzieć, że działasz na własną rękę? I że roi ci się ucieczka z Kuarmalu? 

Przybyszu z dalekich stron, zrozum jedno: Hasjaral jeszcze chwilę wykręcałby mi przeguby, ale tak, 

żebym nie odniosła większych obrażeń. Dorzuciłby parę wyzwisk i w końcu darowałby mi winę. 

background image

Gdyby   jednak   podejrzewał,   że   chodzi   mi   po   głowie   ucieczka   z   Kuarmalu...   Zabierz   mnie   z 

powrotem na salę tortur!

- Mowy nie ma! - zdenerwował się Fafryd, myszkując spojrzeniem po pustych korytarzach. 

- Weź się w garść, dziewucho! Świat się nie kończy na Kuarmalu. Tutaj nie znajdziesz nawet 

gwiazd ani morza. Lepiej prowadź mnie do kryjówki.

- Daremne starania! - jęknęła. - Stąd nie ma ucieczki. Gwiazdy są w bajkach. Wracajmy!

-   Żebym   wyszedł   na   głupka?   -   odparł   szorstko   Fafryd.   -   O,   nie!   -   Obronię   cię   przed 

Hasjaralem i wyprowadzę z Kuarmalu. Pogódź się z tym, Fryska, bo ja nie ustąpię. Jeśli będziesz 

krzyczeć, zatkam ci usta. Gdzie kryjówka, gadaj! - Zniecierpliwiony, omal nie wykręcił jej ręki, 

wszelako opamiętał się w porę. Zbliżył twarz do jej twarzy i warknął: - Rusz głową! - Pachniała mu 

wrzosem, choć przede wszystkim wyczuwał pot i łzy.

Oczy jej się zamgliły i rzekła cichutko, jak przez sen:

-  Pomiędzy Górnymi  i  Dolnymi  Piętrami  jest  wielka  sala,  do której  przylega  mnóstwo 

małych komór. Podobno dawniej tętniła życiem, wiele tam się działo, ale teraz Gwaj i Hasjaral 

uważają ją za sporne terytorium. Obaj się o nią wykłócają, żaden nie chce jej wyremontować. 

Nawet kurzu nikt tam nie zamiata. Nazywamy ją Salą Duchów. - Zniżyła głos do szeptu. - Paź 

Gwaja prosił mnie kiedyś, żebym się z nim spotykała w komorze po naszej stronie sali, lecz się 

bałam.

- Ha, tam właśnie pójdziemy! - rzekł Fafryd z szerokim uśmiechem. - Prowadź!

- Ba, żebym to pamiętała drogę - zmartwiła się Fryska. - Paź mi tłumaczył, ale starałam się 

zapomnieć...

Fafryd zauważył spiralne schody w jednej z odnóg głównego korytarza. Ruszył ku nim, 

ciągnąc za sobą dziewczynę.

- Przede wszystkim trzeba zejść niżej - stwierdził przytomnie. - Ruch ci przywróci pamięć.

background image

***

Szary  Kocur   i   Iwiwis   pocieszali   się   pocałunkami   i   pieszczotami   dość   wstrzemięźliwie, 

pomni na to, że znajdują się w komnacie Gwaja, którą można by teraz nazwać Salą Śpiących 

Czarnoksiężników. Potem, głównie za namową Iwiwis, wpadli z wizytą do najbliższej kuchni, gdzie 

Kocur wydębił od przygłupiego kuchcika trzy olbrzymie plastry średnio wysmażonego befsztyka, 

które pożarł ze smakiem.

Kiedy   jedno   z   pragnień   Kocura   zostało   zaspokojone,   zgodził   się   na   dalsze   spacery 

krajoznawcze, a nawet przystanął, żeby obejrzeć hodowlę grzybów. Widok był zaiste niecodzienny: 

wśród   powierzchownie   obciosanych   kamiennych   słupów   białe   kapelusze   ciągnęły  się   rzędami, 

które w tchnących amoniakiem ciemnościach zlewały się w szare potoki.

W tym czasie zaczęli się z lekka przekomarzać. Kocur zarzucał dziewczynie, że ze swoją 

wyzywającą urodą musiała zbałamucić wielu kochanków, czemu ona stanowczo zaprzeczała, by w 

końcu przyznać, że był pewien paź Gwaja imieniem Klewisz, dla którego jej serce raz czy dwa 

zabiło żywiej.

-   I  lepiej   bacz,   Szary  Gościu,   byś   się   gdzieś   na  niego   nie   nadział  -   ostrzegła,   kiwając 

smukłym paluszkiem. - Z pewnością żaden zabijaka na usługach Gwaja tak wprawnie nie włada 

mieczem.

Zaraz   też,   aby   zmienić   temat   i   podziękować   Kocurowi   za   cierpliwość,   jaką   okazywał 

podczas zwiedzania grzybowego pola, zaciągnęła go (trzymali  się teraz za ręce) do piwnicy z 

winem. Uprosiła tam z wdziękiem podstarzałego, chorowitego cześnika, aby nalał jej kompanowi 

potężny kufel złocistego napoju. Kocur skonstatował, uradowany, że to czysty i mocny trunek z 

winogron, bez jakichkolwiek gorzkich domieszek.

Kiedy zaspokoił swoje drugie pragnienie, trzecie paliło go tym bardziej. Trzymanie się za 

rękę wydało mu się nagle wstępem do czegoś stokroć przyjemniejszego, natomiast zielonkawa 

szata Iwiwis przestała być przedmiotem podziwu i wielu komplementów, a stała się przeszkodą, 

którą należało usunąć jak najszybciej, na pewno bez przesadnej galanterii.

Teraz   to  on  wysunął  się  na   czoło.   Przypominając  sobie   rozkład  korytarzy,  poprowadził 

dziewczynę w miarę prostą drogą, właściwie bez słowa, do komory, z której wcześniej wywalił 

wszystkie   rupiecie,   aby   pomieścić   tam   skarby.   Znajdowała   się   dwa   piętra   poniżej   Sali 

Czarnoksiężników.   Wreszcie   odnalazł   właściwy   korytarz,   ten   o   ścianach   wyłożonych   gęstymi, 

fiołkowymi tkaninami, z rzadka oświetlony miedzianymi świecznikami, z których każdy wisiał na 

trzech miedzianych łańcuchach i podtrzymywał trzy grube, czarne świece.

background image

Aż dotąd Iwiwis szła za nim posłusznie i tylko od czasu do czasu opierała mu się z wesołą 

kokieterią, udawała zaniepokojenie i spojrzeniem niewinnych oczu pytała, co jej adorator zamierza 

i skąd wynika jego pośpiech. Teraz jednak dziewczynę zaczęły trapić prawdziwe rozterki; w jej 

oczach pokazała się najpierw obawa, a potem przestrach. Kiedy zatrzymał się między arrasami, pod 

drzwiami  do komory,  i  z  najdworniejszym  z  lubieżnych   uśmiechów,  na  jaki  mógł  się  zdobyć, 

wskazał jej cel ich wędrówki, cofnęła się gwałtownie i dłonią zdusiła okrzyk cisnący się na usta.

- Szary Kocurze - szepnęła trwożnie z prośbą w oczach. - O czymś  powinnam była ci 

powiedzieć już dawno. Teraz muszę to zrobić, nie ma rady. Za sprawą jednego z tych perfidnych, 

ironicznych zbiegów okoliczności, które są utrapieniem w Kuarmalu, znalazłeś sobie kryjówkę w 

tej samej komorze, gdzie...

Całe szczęście, że potraktował poważnie słowa i minę Iwiwis, że był z natury osobą czujną i 

podejrzliwą oraz - co najważniejsze - że poczuł na łydkach lekki, lecz osobliwy powiew powietrza 

spod arrasu. Albowiem bez żadnego wyraźniejszego ostrzeżenia ze szczeliny między tkaninami 

wystrzeliła ręka uzbrojona w ciemny sztylet, wymierzony wprost w jego gardło.

Kantem lewej dłoni, którą wcześniej uniósł, aby wskazać dziewczynie wejście do gniazdka, 

Kocur odbił ramię w czarnym rękawie.

- Klewisz! - krzyknęła niezbyt głośno dziewczyna.

Prawą   ręką   Kocur   chwycił   i   wykręcił   nadgarstek   przeciwnika,   a   równocześnie 

rozcapierzonymi   palcami   wysuniętej   lewej   dłoni   capnął   go   pod   pachą.   Jednakże   ten   uchwyt, 

nieprzemyślany z braku czasu, okazał się niedoskonały. Co więcej, Klewisz nie zamierzał nabawić 

się zwichnięcia lub złamania niepotrzebnym stawianiem oporu. Szarpnięty przez Kocura, wykonał 

skręt ciała i skomplikowane salto w przód.

W rezultacie tego Klewisz wprawdzie zgubił swój wąsaty sztylet, który zabębnił głucho na 

posadzce,  ale  wyrwał  się  cało  Kocurowi   i  po dwóch kolejnych  przewrotkach  stanął  równo  na 

nogach. Natychmiast się odwrócił i dobył rapiera.

Kocur w tym czasie wyciągnął Skalpel i sztylet Koci Pazur, aczkolwiek ten ostatni schował 

za   siebie.   Zaatakował   uważnie,   myląc   przeciwnika   fintami.   Klewisz   przeszedł   do   zaciekłego 

kontrataku. Cofając się, Kocur parował wszystkie kąśliwe pchnięcia dosłownie w ostatniej chwili, 

przez co wroga klinga raz po raz świstała mu koło uszu. Wtem Klewisz przeprowadził szczególnie 

groźny wypad. Kocur obronił się wysoką zasłoną i dla odmiany pozostał na swoim miejscu. Gdy 

przywarli   do   siebie   ciałami,   klingi   ze   zgrzytem   zwarły   się   przy   rękojeściach   nad   głowami. 

Odwracając  się,  Kocur  zablokował  kolano  Klewisza,  którym  ten   chciał  wyrżnąć   go  w  krocze. 

Zarazem niezauważenie dźgnął z dołu sztyletem, który wniknął pod żebra, by rozprawić się z 

kiszkami, wątrobą i sercem.

background image

Puściwszy   rękojeść   sztyletu,   Kocur   pchnął   konającego   przeciwnika   i   odwrócił   się   do 

dziewczyny.

Iwiwis obserwowała ich ze sztyletem Klewisza gotowym do pchnięcia.

Ciało gruchnęło o ziemię.

- Którego z nas wolałabyś zakłuć? - zapytał Kocur.

- Nie wiem - odparła beznamiętnie. - Chyba ciebie. 

Kocur pokiwał głową.

- Zanim nam przerwano, mówiłaś: „W tej samej komnacie, gdzie...” Gdzie co?

- Gdzie często spotykałam się z Klewiszem. To było nasze miejsce schadzek.

Kocur raz jeszcze pokiwał głową.

- A więc go miłowałaś i...

- Milcz, głupcze! - przerwała mu. - Nie żyje? - W jej głosie dało się wyczuć przejęcie i 

zniecierpliwienie.

Kocur stanął nad głową Klewisza. Popatrzył nań z góry.

- Ani chybi, nie dycha. Przystojny był z niego młodzian.

Dłuższą   chwilę   mierzyli   się   wzrokiem   jak   lamparty   nad   ścierwem.   W   końcu   Iwiwis 

odwróciła twarz i powiedziała:

- Zabierz go stąd, wariacie! Serce we mnie skowyczy, gdy na niego patrzę.

Kocur kiwnął głową, pochylił się i przetoczył zwłoki pod ścianę naprzeciwko drzwi. Przy 

nieboszczyku   położył   jego   rapier.   Potem   wyciągnął   z   ciała   Koci   Pazur.   Tylko   odrobina   krwi 

wysączyła się z rany. Wytarł klingę o arras, a następnie zdarł go ze ściany. Wstając, wyszarpnął 

sztylet z dłoni zamyślonej dziewczyny i wrzucił go także pod fałd ściągniętej tkaniny.

Jedną   ręką   odkrył   wejście   do   komory,   drugą   chwycił   za   ramię   Iwiwis   i   pchnął   ją   ku 

drzwiom, które Klewisz zostawił otwarte na swoją zgubę. Natychmiast mu się wyrwała, ale mimo 

to weszła do komory. Kocur ruszył za nią. Nadal rzucali sobie lamparcie spojrzenia.

W pomieszczeniu paliła się jedna pochodnia. Kocur zamknął drzwi i je zaryglował.

Iwiwis parsknęła i zauważyła zaczepnie:

- Jesteś mi coś winien, Szary Gościu.

Kocur odsłonił zęby w niedbałym uśmiechu. Nie trudził się sprawdzaniem, czy ktoś grzebał 

w jego kradzionych świecidełkach. Póki co, na głowie miał inne rzeczy.

background image

***

Fafryd doznał uczucia ulgi, kiedy Fryska stwierdziła, że czarna szpara na samym końcu 

mrocznego, prostego korytarza, do którego właśnie weszli, oznacza drzwi do Sali Duchów. W 

trakcie nerwowej, pośpiesznej wędrówki częstokroć wyglądali Ciszkiem zza narożników, wbiegali 

do ciemnych wnęk na widok przechodzących osób i schodzili w dół o wiele dłużej, niż to sobie 

Fafryd wcześniej wyobrażał. Gdyby choćby już, teraz, dotarli do szczytu Dolnych Pięter, można by 

powiedzieć, że Kuarmal nie ma dna! A jednak  Fryska najwyraźniej nabierała otuchy. Czasami 

poruszała   się   wręcz   w   podskokach   w   swojej   białej   chuście   z   niskim   wycięciem   na   plecach. 

Maszerując zamaszystym krokiem, Fafryd trzymał w lewej ręce suknię i pantofle, a w prawej topór.

Ulga   bynajmniej   nie   uśpiła   czujności   barbarzyńcy,   więc   kiedy   ktoś   wyskoczył   nań   z 

atramentowo czarnej gardzieli bocznego tunelu, trzasnął go nieledwie od niechcenia. Usłyszał, jak 

żeleźce z chrzęstem rozcina głowę.

Ujrzał   przystojnego   blondasa,   nieszczęśnika   już   z   pewnością   martwego.   Ładną   twarz 

cokolwiek oszpeciło uderzenie topora, który sterczał z potwornej rany. Z bladych, bezwładnych 

palców wysunął się miecz i spadł na ziemię.

- Howisz! - rozległ się krzyk Fryski. - O bogowie! O bogowie, czemu was tu nie ma?! 

Howisz!

Fafryd uniósł obutą stopę, kopnął w pierś zabitego i tym sposobem zarówno wyrwał topór, 

jak i wepchnął zwłoki w mrok tunelu, skąd tak nierozważnie szarżował młodzieniec.

Rozejrzał się na boki, chwilę nasłuchiwał i dopiero potem odwrócił się do Fryski, która stała 

w osłupieniu, blada jak płótno.

- Kim jest Howisz? - zapytał ostro i delikatnie potrząsnął ją za ramiona, aby odpowiedziała.

Dwukrotnie   otwierała   i   zamykała   usta,   podczas   gdy   jej   oblicze,   niczym   wejrzenie 

bezrozumnej ryby, pozostało bez wyrazu. Wreszcie z żałosnym westchnięciem oświadczyła:

- Okłamałam cię, barbarzyńco. Tutaj spotykałam się z paziem Gwaja. Niejeden raz.

- W takim razie czemuś mnie nie ostrzegła, turkawko? Miałbym cię obsztorcować, bo się źle 

prowadzisz? Co to ja jestem, siwobrody mędrek z miasta? A może już ci się wszystkie chłopy 

mylą?

- Och, przestań na mnie krzyczeć! - błagała płaczliwie Fryska. - Proszę, już nie krzycz.

Fafryd poklepał ją po ramieniu.

- No już dobrze, dobrze... Zapomniałem, że niedawno wzięto cię na męki. Masz prawo być 

trochę skołowana. Idziemy!

background image

Po   przejściu   kilkunastu   kroków   Fryska   zaczęła   się   trząść   i   zanosić   coraz   głośniejszym 

szlochem. Raptem odwróciła się i puściła biegiem.

- Howisz, wybacz mi! Howisz! - wołała.

Fafryd   dogonił   ją   w   trzech   susach.   Znowu   nią   potrząsnął,   a   ponieważ   ciągle   płakała, 

spoliczkował ją raz i drugi.

Wbiła w niego nieprzytomne spojrzenie.

-   Fryska,   posłuchaj!   -   rzekł   wprawdzie   nie   ostro,   ale   za   to   z   powagą.   -   Howisza   nie 

obchodzą już ani twoje łzy, ani słowa. On nie żyje. I nikt go nie wskrzesi. To ja go zabiłem. Tego 

już też nic nie zmieni. Ty jednak wciąż żyjesz. Możesz się schować przed Hasjaralem. A później, 

czy wierzysz w to, czy nie, moglibyśmy razem uciec z Kuarmalu. Tedy chodź ze mną i nie oglądaj 

się za siebie.

Jęknęła jeszcze raz, cichutko, i bezwolnie poszła za Fafrydem.

***

Szary Kocur przeciągnął się błogo na srebrzystym niedźwiedzim futrze, rozpostartym na 

podłodze w komórce. Podźwignąwszy się na łokciu, odnalazł czarne perły, które tu zadekował. W 

wątłym, zimnym świetle pochodni sprawdził, czy będą ładnie leżeć na piersi Iwiwis. Jak było do 

przewidzenia, leżały wyśmienicie. Jął zapinać naszyjnik.

-   Przestań!   -   sprzeciwiła   się   z   rozleniwieniem.   -   On   przywodzi   na   myśl   niemiłe 

wspomnienia.

Kocur nie nalegał, ale z powrotem się położył i rzekł bez osłonek:

- Szczęściarz ze mnie, Iwiwis, bo mam ciebie. No i dobrego pracodawcę. Trochę przynudza 

swoimi czarami i ugrzecznioną mową, ale to porządne chłopisko. Łatwiej z nim wytrzymać niż z 

jego braciszkiem Hasjaralem, jeśli prawdą jest połowa tego, co o tym ptaszku słyszałem.

Iwiwis wyraźnie się ożywiła.

-   Myślisz,   że   Gwaj   nie   jest   groźny?   Że   jest   łagodniejszy   od   Hasjarala?   Nic   bardziej 

mylnego. Nie dalej jak tydzień temu wezwał do siebie moją najlepszą przyjaciółkę i powiedział, że 

ma dla niej naszyjnik z czarnych pereł. Powiesił jej na szyi szmaragdową żmiję, której ukąszenie 

zawsze jest śmiertelne.

Kocur popatrzył na nią z zaciekawieniem.

- Czemu to zrobił?

background image

Odwzajemniła się badawczym spojrzeniem.

- Jak to czemu? - zdziwiła się. - Zupełnie bez powodu. Taki już jest Gwaj, wszyscy o tym 

wiedzą. 

- To znaczy, że zamiast powiedzieć: „Mam cię dość”, on ją po prostu zabił?

Iwiwis pokiwała głową.

- Gwaj chyba nie chce, żeby odtrąceni ludzie czuli się pokrzywdzeni. Tak samo, jak nie lubi 

krzyczeć.

- Lepiej zginąć, niż być odtrąconym? - spytał rezolutnie Kocur.

-   Nie,   ale   Gwaj   myśli   tylko   o   sobie.   Lżej   mu   kogoś   zabić,   aniżeli   odrzucić.   Tutaj   w 

Kuarmalu śmierć jest wszechobecna.

W  przelotnym   widzeniu   Kocur   ujrzał   Klewisza,   a   właściwie   jego   stygnące   zwłoki   pod 

arrasem. A Iwiwis mówiła dalej:

-   Na   Dolnych   Piętrach   jesteśmy   pogrzebani,   nim   się   narodzimy.   Żyjemy,   kochamy   i 

umieramy w ziemi. Nawet rozebrani do naga, mamy na sobie niewidzialne odzienie, którym jest ta 

mogiła.

-   Zaczynam   rozumieć,   dlaczego   w   Kuarmalu   panuje   powszechna   znieczulica.  Dlaczego 

ludzie  rzucają  się  na każdy kawałek  przyjemności, który mogą  uszczknąć  z  życia...  czy może 

śmierci.

- Taka właśnie jest prawda, Szary Kocurze - odparła Iwiwis z grobową miną, mocno doń 

przytulona.

***

Fafryd zaczął rozsuwać pajęczyny rozpięte w zakurzonej framudze wysokich, częściowo 

uchylonych, nabijanych ćwiekami drzwi, lecz zmienił zdanie, pochylił się i przeszedł pod nimi.

- Schyl głowę! - polecił Frysce. - Lepiej niech nikt nie wie, że tu byliśmy. Później w razie 

potrzeby zajmę się naszymi śladami w korytarzu.

Po kilku krokach przystanęli, trzymając się za ręce, i poczekali, aż wzrok przywyknie do 

ciemności. W drugiej ręce Fafryd nadal trzymał dziewczęce pantofle i suknię.

- To jest Sala Duchów? - zapytał.

- No - szepnęła mu na ucho z przestrachem. - Chodzą słuchy, że Gwaj i Hasjaral posyłają tu 

zmarłych, żeby ze sobą walczyli. Inni mówią, że demony, które nie trzymają żadnej strony...

background image

- Dość już o tym, dziewczyno! - przerwał jej porywczo Fafryd. - Skoro mam się potykać z 

diabłami lub truposzami, nie hałasuj tyle i nie napędzaj mi strachu!

Jakiś czas milczeli. Dwadzieścia kroków za uchylonymi drzwiami słaba poświata ostatniego 

łuczywa ukazała im z wolna olbrzymią komorę, nisko sklepioną wielgachnymi blokami z czarnego 

kamienia. Tu i tam stały żałosne resztki leciwych mebli, okrytych strzępami tkanin, widać było 

również   rzędy   małych,   pozamykanych   drzwi.   Z   lewej   i   prawej   strony   biegły   szerokie   rampy, 

wysokie na pięć łokci, a mniej więcej na środku zachowała się wyschnięta fontanna.

- Ponoć w Sali Duchów mieścił się harem pradawnych władców Kuarmalu, kiedy wieki 

temu mieszkali pod ziemią między Dolnymi i Górnymi Piętrami. Było tak dotąd, dopóki nasz 

obecny władca po przygodzie miłosnej z morską panną nie wrócił do twierdzy. Patrz, odeszli stąd 

tak nagle, że nie zdążyli nawet wykończyć sklepienia: nie obciosano nierówności, nie położono 

tynków, nie zawieszono zdobnych tkanin.

Fafryd pokiwał głową. Nie ufał temu sklepieniu, nie podpartemu kolumnami. Zauważył, że 

sala nie umywa się do wykwintnych, obwieszonych skórami komnat Hasjarala. A to dawało do 

myślenia.

- Powiedz mi, Fryska, jak to się dzieje, że Hasjaral wszystko widzi z zamkniętymi oczyma? 

Może...

- Czyżbyś nie wiedział? - przerwała mu, zdumiona. - To ty nawet nie znasz tajemnicy jego 

wstrętnego podpatrywania? On sobie po prostu...

Z ledwie słyszalnym piskiem przeleciała im nad głowami ciemna, aksamitna istota. Fryska z 

okrzykiem grozy wtuliła twarz w pierś Fafryda i przylgnęła doń całym ciałem.

Przeczesując   palcami   pachnące   wrzosem   włosy,   by   dziewczyna   miała   pewność,   że   nie 

znalazła w nich schronienia latająca mysz, i głaszcząc obnażone ramiona, by wiedziała, że nie 

wylądował tam nietoperz, Fafryd stopniowo zapominał o Hasjaralu i zagadce jego jasnowidzenia. I 

nie martwił się, że spadnie na nich sufit.

Zgodnie z odwieczną tradycją, Fryska dwa razy krzyknęła, chociaż nie za głośno.

Gwaj   leniwie   klasnął   swoimi   białymi,   wypielęgnowanymi   dłońmi   i   lekkim   skinieniem 

głowy   dał   znak   czekającym   niewolnikom,   żeby   uprzątnęli   misy   z   niskiego   stołu.   Rozparł   się 

wygodnie w miękko obitym krześle i nim zabrał głos, spod przymrużonych powiek rzucił krótkie 

spojrzenie na swego towarzysza. Jego brat, siedzący po drugiej stronie stołu, okazywał nienajlepszy 

humor. Aczkolwiek, prawdę mówiąc, Hasjaral rzadko kiedy nie był zacietrzewiony, rozsierdzony 

albo przynajmniej ponury i drażliwy. Prawdopodobnie nie cierpiał swego odrażającego wyglądu. 

Usposobieniem dopasował się do brzydoty ciała... choć kto wie, czy nie było na odwrót. Gwaj nie 

zastanawiał się, które założenie jest prawdziwe. Wystarczyło raz spojrzeć na brata, a potwierdzały 

background image

się   wszystkie   wnioski,   jakie   wysnuwał   na   podstawie   wspomnień.   Ogrom   nienawiści   do   niego 

zdawał się nie mieć miary.

Tak czy inaczej, odezwał się miłym, wyważonym tonem:

- Cóż, bracie, może zagramy w szachy? W tę diabelską grę, o której mówią, że znana jest w 

każdym świecie. Będziesz miał okazję pocieszyć się zwycięstwem. W szachy zawsze wygrywasz, 

no chyba że rezygnujesz przed czasem. To co, rozstawić figury? Oddam pionka bez walki! - dodał 

zachęcająco. Uniósł dłoń, jakby chciał powtórnie klasnąć i czekał jedynie na przyzwolenie brata.

Bykowcem, zawsze przywiązanym do nadgarstka, Hasjaral smagnął w twarz najbliższego 

niewolnika i bez słowa wskazał wielką, kunsztownie wykonaną szachownicę po drugiej stronie 

komnaty. Doskonale się w tym przejawiał charakter księcia, człowieka czynu, który nie szastał 

słowami, przynajmniej na cudzym terytorium.

Poza   tym,   Hasjaral   rzeczywiście   był   w   podłym   nastroju.   Flindach   odciągnął   go   od 

najciekawszej  i najbardziej  podniecającej  z rozrywek: torturowania! I po co? - zastanawiał się 

książę. Żeby mógł zagrać w szachy ze swoim porządnickim braciszkiem? Żeby się gapił na jego 

śliczną buzię? Żeby nawpychał się jedzenia, które go przyprawi o niestrawność? Żeby czekał na to, 

co powie horoskop. .. choć od lat wiedział, co to będzie. I jeszcze, na domiar złego, żeby uśmiechał 

się   do   tych   okropnych,   czerwonych   oczu   ojca,   jedynych   takich   w   Kuarmalu,   jeśli   nie   liczyć 

Flindacha.   W   dodatku,   musiał   wznosić   toasty   za   pomyślność   rodu   w   nadchodzącym   roku! 

Wszystko to go mierziło, z czym wcale się nie krył.

Niewolnik   z   krwawą,   szybko   puchnącą   pręgą   na   twarzy   ostrożnie   ustawił   szachownicę 

między braćmi. Gwaj uśmiechnął się, kiedy drugi niewolnik rozstawił figury na właściwych polach. 

Opracował pewien plan, żeby dopiec bratu. Grając jak zwykle czarnymi, obmyślił sobie gambit - 

pewien, że jego zachłanny przeciwnik nie oprze się pokusie i wpadnie w pułapkę.

Hasjaral rozpierał się w krześle z ponurą miną i rękami na piersi.

- Powinienem ci kazać grać białymi - rzekł, poirytowany. - Wiem, że czarnymi możesz 

zrobić jakąś nędzną sztuczkę. Pamiętam, że jako dzieciak, blady jak dziewczynka, kierowałeś nimi 

w powietrzu, żeby napędzić stracha bachorom niewolników. Skąd mam wiedzieć, czy bez udziału 

rąk nie przesuniesz pionka, kiedy będę myślał nad ruchem?

Gwaj odpowiedział grzecznie:

- Nędzne sztuczki, jak je słusznie określasz, bracie, wykonuję wyłącznie kawałkami bazaltu, 

obsydianu i innych skał wulkanicznych, o jakie łatwiej na moich otchłannych piętrach. Ale figury w 

tym komplecie są zrobione z gagatu, który, o czym ci wiadomo, boś przecie oczytany, jest zwykłą 

odmianą węgla, tkanką drewna sprasowaną na czarną, zbitą skałę. I nie należy do nielicznej grupy 

materiałów wykorzystywanych przeze mnie do magicznych sztuczek. Ale przecież, bracie, gdyby 

background image

twoje   niesamowite,   operowane   przez   niewolników   oczy   przegapiły   bodaj   najbłahszy   z   moich 

wybiegów, byłby to zaiste dziw nad dziwy.

Hasjaral tylko warknął. Poruszył się dopiero wtedy, gdy wszystkie figury stały na swoich 

miejscach. Z szybkością atakującej żmii porwał pionka sprzed czarnej wieży i, prychając śliną, 

chichotliwie wychrypiał:

- Jeden pionek należy do mnie, bracie! Pamiętaj, coś obiecał! Twój ruch!

Gwaj gestem dłoni polecił niewolnikowi odsunąć pionka od króla. Hasjaral odpowiedział 

identycznym posunięciem. Po chwili namysłu Gwaj zastosował swój gambit: następnego pionka 

naraził na atak gońca ze skrzydła królewskiego! Hasjaral natychmiast sięgnął po łatwą zdobycz i od 

tej pory rozgrywka nabrała rumieńców. Z ujmującym, dobrotliwym uśmiechem na ustach Gwaj 

wydawał   się   mniej   zainteresowany   partią   szachów   niż   grą   cieni,   które   na   skutek   chwiejnych 

płomieni   lamp   błąkały   się   po   wzorzystych   obiciach   z   cielęcej   skóry,   jak   również   jagnięcej, 

wężowej, niewolniczej... a nawet ze skóry pewnych możnych dygnitarzy. Z pozoru wykonywał 

ruchy   przypadkowe,   nieprzemyślane,   jednak   konsekwentnie   dążył   do   celu.   Inaczej   Hasjaral:   z 

zaciśniętymi ustami skupiał na szachownicy całą swoją uwagę, każdym ruchem starał się poprawić 

swoją sytuację strategiczną i wpłynąć na psychikę przeciwnika. W tym czasie nie zwracał już uwagi 

na minę brata, nie myślał o niczym prócz obrony i ataku, albowiem ponad wszystko inne uwielbiał 

smak zwycięstwa.

Zawsze tak się działo, a różnice między braćmi uwydatniły się już w dzieciństwie. Hasjaral 

był starszy zaledwie o kilka miesięcy, lecz sądząc po jego wyglądzie i zachowaniu, równie dobrze 

mogły dzielić ich lata. Wydłużony, niekształtny tułów trzymał się krzywo na pałąkowatych nogach. 

Lewa ręka była wyraźnie dłuższa od prawej, a gruzłowate palce, połączone osobliwymi błonami do 

wysokości pierwszego knykcia, odrażały łamliwymi, pobrużdżonymi paznokciami. Rzekłby kto, 

Hasjaral był układanką z fragmentów zestawionych tak kiepsko, że żaden do żadnego dokładnie nie 

pasował.

Jego oblicze było tego najdobitniejszym świadectwem. Nos miał właściwie po swoim ojcu, 

tylko trochę grubszy i porowaty,  lecz jakiekolwiek podobieństwo kończyło się już na wąskich 

ustach, zawsze ściągniętych w ryjek, co nadawało im kształt zwieracza. Cienkie włosy bez połysku 

opadały na czoło kudłatą krzywką. Kontrast pogłębiały niskie, spłaszczone kości policzkowe.

Będąc   dzieckiem,   powodowany   jakimś   perwersyjnym   kaprysem,   Hasjaral   przekupił, 

namówił   albo,   co   bardziej   prawdopodobne,   zastraszył   niewolnika,   biegłego   chirurga,   żeby   ten 

przeprowadził drobną operację jego powiek. Choć była to mała poprawka, jej skutki pod każdym 

względem uprzykrzały życie ludziom... a samego Hasjarala wielce radowały.

background image

Któż by przypuszczał, że dwie dziurki (nachodziły na źrenice, gdy powieki się zamykały) 

będą budzić taką grozę, a jednak budziły. Zrośnięciu się otworów zapobiegały delikatne, lekkie 

niczym piórko pierścionki ochronne ze złota, jaspisu lub, jak teraz, z kości słoniowej.

Kiedy  Hasjaral   popatrywał   przez   te   swoje   prześwity,   odnosiło   się   wrażenie,   że   planuje 

zasadzkę, a każdy, na kogo spojrzał, czuł się jak szpiegowany. Cóż, i tak była to najmniej irytująca 

z jego licznych przywar.

Nic mu nie przychodziło z łatwością, ale co miał zrobić, to zrobił. Nawet w sztuce walki na 

miecze dzięki żmudnym  ćwiczeniom i olbrzymiemu zasięgowi lewej  ręki dorównał atletycznie 

zbudowanemu   Gwajowi.   Górnymi   Piętrami,   gdzie   był   panem   i   władcą,   zarządzał   sprawnie   i 

gospodarnie... albowiem biada niewolnikowi, który choćby w najmniejszym stopniu nie dopełnił 

swoich obowiązków. Hasjaral widział i karał.

Zgłębił już większość tajników wielkiej sztuki, niewiele ustępując w tym względzie swemu 

nauczycielowi,   i   zgromadził   przy   sobie   grupę   czarnoksiężników   prawie   równych   rangą 

Flindachowi. Mimo tylu wymęczonych dokonań nie zaznał jeszcze szczęścia, ponieważ między 

pożądaną   przezeń   władzą   absolutną   a   dojściem   do   tej   władzy   stały   dwie   przeszkody:   władca 

Kuarmalu, którego bał się najbardziej na świecie, i Gwaj, do którego pałał nienawiścią podsycaną 

przez zazdrość i potęgowaną przez niespełnione pragnienia.

Gwaj, całkowite przeciwieństwo Hasjarala, był proporcjonalnie zbudowany, miał krzepę w 

rękach i nogach oraz miłą aparycję. Jego oczy, ciemne i szeroko rozstawione, dawały złudzenie, 

jakby mieszkała w nich dobroć i życzliwość. W rzeczywistości, maskowały tę samą siłę i zdolność 

do działania, jaka czai się w ostrzu noża sprężynowego. Długi pobyt na Dolnych Piętrach sprawił, 

że jego jasna, gładka cera nabrała szczególnego, woskowego połysku.

Gwajowi można było pozazdrościć tego, że wszystko mu świetnie wychodziło, nawet jeśli 

za bardzo się nie starał i słabo przygotowywał. Pod pewnymi względami był dużo gorszy od brata, 

bo chociaż ten więził ludzi w katowniach i - ku swojej nieskrywanej satysfakcji - skazywał ich na 

powolną śmierć, doceniał zarazem wartość istnienia, skoro odbierał życie z takim namaszczeniem. 

Natomiast Gwaj mordował z łagodnym uśmiechem, często bez powodu, jakby dla zabawy. Nawet 

czarnoksiężnicy,   których   zgromadził   przy   sobie,   aby   go   chronili   i   dostarczali   rozrywek,   nie 

wiedzieli, kiedy obrócą się przeciwko nim jego fanaberie.

Niektórzy uważali, że strach jest mu obcy, ale to nieprawda. Bał się zarówno brata, jak i 

władcy Kuarmalu. W zasadzie obawiał się, że brat go zabije, zanim on zgładzi jego. Potrafił jednak 

dobrze  ukryć  strach  i nienawiść,  więc siedział  teraz  w swobodnej  pozie, ledwie  pięć  łokci  od 

Hasjarala,   i   uśmiechał   się   z   rozbawieniem,   jakby  każda   chwila   tej   nocy  sprawiała   mu   wielką 

przyjemność. Gwaj szczycił się umiejętnością kontrolowania uczuć.

background image

Partia   szachów   wkroczyła   w   fazę   wymiany   ciosów,   wykonywano   ruchy   po   dłuższym 

zastanowieniu. Nagle Hasjaral z hałasem postawił wieżę na swojej siódmej linii.

- Twoja waleczna baszta zapuszcza się głęboko na moje terytorium, bracie - rzekł Gwaj. - 

Powiadają, żeś najął mocarza z północy. Jakiż cel ci przyświecał, skoro w naszym jaskiniowym 

świecie od lat gości pokój? A może on jest dla ciebie taką... żywą wieżą? - Zatrzymał dłoń nad 

jednym ze skoczków.

Hasjaral zachichotał.

- Nawet gdyby miał podrzynać śliczne gardziołka, tobie co do tego? Nic nie słyszałem o tym 

wieżowym   wojowniku...   chociaż   wieść   niesie   (zrodziła   się   pewnie   z   plotek   niewolników),   że 

sprowadziłeś   sobie   do   pomocy   wprawnego   szermierza   z   Lankmaru.   Mam   go   przyrównać   do 

skoczka?

- Cóż, nie można grać z samym sobą - zauważył Gwaj, nie siląc się na wyszukaną filozofię. 

Uniósł skoczka i cicho, acz pewnie postawił go na swojej szóstej linii.

- O nie, nie dam się w to wciągnąć - burknął Hasjaral. - Chcesz odwrócić moją uwagę i tym 

sposobem wygrać! - Pochyliwszy się nad szachownicą, zatonął w swoich taktycznych kalkulacjach.

Niewolnicy poruszali się wokół nich bezszelestnie, odmykali lampki i dolewali oliwy. Salę 

narad  oświetlało z konieczności  mnóstwo lampek,  albowiem pod niskim stropem rozciągał  się 

gąszcz masywnych krokwi, obwieszone arrasami ściany skąpo odbijały żółte światło, a mozaika na 

posadzce starła się i zmatowiała pod stopami niezliczonej rzeszy ludzi. Komnatę wydrążyły w litej 

skale ręce dawno zapomnianych budowniczych, tak samo jak dźwignęły olbrzymie cyprysowe belki 

i z artyzmem ułożyły posadzkę. Wielobarwne, spłowiałe tkaniny ścienne zawiesili tu niewolnicy 

dawnego władcy Kuarmalu, który zrabował je ciągnącej w tych stronach karawanie; w podobny 

sposób sprowadził resztę drogocennych ozdób. Figury szachowe i krzesła, żłobione kinkiety i oliwa 

do   zalewania   knotów,   a   także   dbający  o   nie   niewolnicy  -   wszystko   to   pochodziło   z   grabieży. 

Stanowiło   zdobycz   pradawnych   pokoleń,   które   na   rozkaz   włodarzy   grabili   okoliczne   ziemie   i 

pobierali haracz od każdej karawany.

background image

***

Wysoko nad ową ciepłą, wytworną komnatą, gdzie Gwaj i Hasjaral grali w szachy, władca 

Kuarmalu wykonał ostatnie obliczenia, niezbędne do postawienia horoskopu. Ciężkie, skórzane 

zasłony przesłoniły błyski ciał niebieskich, które przed chwilą wyjawiły mu zapowiedzi zdarzeń 

pomyślnych i nieszczęśliwych. W zapchanym przyrządami pomieszczeniu paliła się tylko jedna 

świeczka. Zwyczaj nakazywał odczytywać ostateczne przepowiednie przy słabym świetle, więc 

Kuarman, choć cieszył się dobrym wzrokiem, z wysiłkiem wpatrywał się w gwiazdozbiory.

Po sprawdzeniu poprawności poczynionych obliczeń wykrzywił w gorzkim uśmiechu swoje 

pełne usta. Nie miał powodów do zadowolenia. Jeszcze dziś lub jutro, pomyślał z głośnym biciem 

serca. Najpóźniej jutro wieczorem. A zatem nie zostało mu dużo czasu.

Wtem, jakby rozweselił go jakiś subtelny żart, uśmiechnął się szerzej i pokiwał głową. Jego 

chudy cień przesunął się jak dziwaczne monstrum na zasłonach i ścianach między oknami.

Odłożył kredkę, sięgnął po dogasającą świeczkę i od jej płomyka odpalił siedem większych. 

W   jasnym   blasku   ponownie   odczytał   horoskop.   Tym   razem   gestem   ani   miną   nie   zobrazował 

nurtujących   go   uczuć.   Wolno   zwinąwszy   pergamin   pokryty   zawiłymi   wykresami   i   uwagami, 

zatknął   za   pas   wąski   rulon.   Potem   zatarł   ręce   i   znów   się   uśmiechnął.   Na   pobliskim   stoliku 

znajdowały się rzeczy potrzebne do tego, aby jego plan się powiódł: proszki, olejki, nożyki tudzież 

inne narzędzia i substancje.

Należało się spieszyć, więc wziął się raźno do roboty; jego smukłe palce dokonywały cudów 

zręczności. Raz konieczność zmusiła go do spaceru pod ścianę. Władca Kuarmalu nie popełniał 

błędów, po prostu nie mógł sobie na nie pozwolić.

Nie upłynęło dużo czasu, gdy praca została pomyślnie ukończona. Po zgaszeniu większości 

dopalających się świec Kuarman, władca Kuarmalu, rozsiadł się wygodnie w krześle i w mdłym 

blasku ogarka zawezwał Flindacha. Teraz jego horoskop poznają ci na dole.

Flindach, jak zawsze, pojawił się prawie natychmiast. Stawił się przed obliczem swego pana 

z rękoma skrzyżowanymi na piersi, chyląc głowę z uszanowaniem. Nigdy się samowolnie z niczym 

nie wyrywał. Światło padało nań tylko do pasa, powyżej cień okrywał twarz z krostami, czerwoną 

pręgą i miną wyrażającą cokolwiek - ciekawość bądź znudzenie. Tak samo w ciemności kryła się 

podziobana,   lecz   nie   tak   odpychająca   fizjonomia   Kuarmana;   jedynie   tęczówki   jego   oczu 

fosforyzowały w mroku niby maleńkie księżyce na krwistym niebie.

 

background image

Jakby mierzył wzrost Flindacha lub patrzył nań po raz pierwszy w życiu, Kuarman powoli 

zlustrował   go   od   stóp   do   głów,   po   czym   głęboko   spojrzał   mu   w   oczy,   tak   podobne   do   jego 

własnych.

-   Mistrzu   czarnoksiężników,   w   twojej   mocy   jest   wyświadczyć   mi   dzisiaj   przysługę.   - 

Uniesioną   dłonią   nakazał   Flindachowi   milczenie,   a   sam   ciągnął:   -   Patrzyłem,   jak   stajesz   się 

młodzieńcem, a z młodzieńca mężczyzną. Wtajemniczałem cię w arkana wielkiej sztuki, dzięki 

czemu tylko mnie ustępujesz wiedzą. Porodziła nas ta sama matka, choć jam syn pierworodny, a tyś 

owoc   ostatniego   roku   płodności.   Dzięki   łączącej   nas   więzi   pokrewieństwa   masz   w   Kuarmalu 

wpływy niemal równe moim. Uważam, że należy ci się nagroda za lata wiernej i sumiennej służby. 

- I znów gestem powstrzymał Flindacha od zabrania głosu. Teraz przemówił wolniej, wtórując sobie 

stukaniem w zwój pergaminu. - Obaj dobrze wiemy, że moi synowie zamyślają mnie zgładzić. To 

żeśmy ustalili i o tym ludzie mówią. Niechybnie trzeba im w jakiś sposób pokrzyżować szyki, 

bowiem żaden nie jest godzien panować. Także ich wiedza pozostawia jeszcze dużo do życzenia. 

Będą ze sobą wojować, aż Kuarmal popadnie w ruinę, podobnie jak niszczeje zaniedbana Sala 

Duchów. Co więcej, jeden i drugi, aby wesprzeć orężem swoje czary, przywiedli z dalekich krajów 

zabijaków z mieczami; sam widziałeś, z kim przestaje Gwaj. To dopiero początek sprowadzania do 

Kuarmalu wolnych najmitów i upadku naszej władzy. - Wyciągnął rękę w stronę ciemnych rzędów 

zmumifikowanych i woskowych masek. Zapytał retorycznie: - Czy po to władcy Kuarmalu strzegli 

tych sal i o nie dbali, żeby na naradach zaczęli się pojawiać, później panoszyć, a na końcu wieść 

prym spryciarze z obcych krajów? Posłuchaj, rzeknę ci coś w tajemnicy - dodał ciszej. - Konkubina 

Kewisa   nosi   w   łonie   moje   dziecko.  Wszelkie   znaki   i   przepowiednie   wskazują,   że   narodzi   się 

chłopiec, a wiedzą o tym tylko trzy osoby, ja, ona i teraz ty. Gdyby ta nienarodzona latorośl dorosła 

bodaj   do   wieku   chłopięcego,   lecz   bez   braci,   mógłbym   umrzeć   spokojną   śmiercią,   ufając,   że 

zatroszczysz się o jej dalszą naukę. - Kuarman przerwał i przez chwilę siedział nieruchomo jak 

posąg. - Wszelako walka z Gwajem i Hasjaralem z każdym dniem staje się trudniejsza, albowiem 

rośnie ich moc i zakres wiedzy. Wrodzona podłość umożliwia im dostęp do sfer i demonów, które 

ich poprzednicy mogli sobie tylko wyobrażać. Nawet mnie, znawcę nekromancji, często ogarnia 

trwoga. - Zamilkł i spojrzał wyczekująco na Flindacha.

Mistrz czarnoksiężników przemówił po raz pierwszy, odkąd wszedł do komnaty - głosem 

człowieka spędzającego mnóstwo czasu na recytacji zaklęć, półgłośnym i dźwięcznym:

- Panie, prawdę powiadasz. Jakże jednak przejrzysz ich knowania? Wszak jedyny sposób, 

którym można zniweczyć ich zamiary, byłby sprzeczny z tradycją.

Flindach chciał jeszcze coś dodać, lecz Kuarman szybko wpadł mu w słowo:

background image

- Opracowałem pewien plan, który ma szansę powodzenia. Powiedzie mi się jedynie pod 

warunkiem, że wesprzesz moje wysiłki. - Zniżył głos prawie do szeptu i skinął na Flindacha, aby 

ten podszedł bliżej. - Czasami ściany mają uszy, a chciałbym cały plan utrzymać w tajemnicy.

Przywołany ponownym skinieniem, Flindach stanął przed swoim panem na wyciągnięcie 

ręki. Przygarbił się i przybliżył ucho do jego warg. Nie pamiętał, by kiedykolwiek zdarzyło mu się 

przebywać   tak   blisko   Kuarmana.   Przychodziły   mu   do   głowy   niepokojące   myśli,   wspomnienia 

opowieści   zasłyszanych   w   dzieciństwie   od   starych   kobiet.   Ów   sędziwy,   prawiekowy   mąż   o 

perłowych tęczówkach oczu w takich chwilach nie wydawał się Flindachowi przyrodnim bratem, 

ale zagadkowym, bezlitosnym ojczymem. Groza bijąca od niego przejmowała zimnym dreszczem, 

zwłaszcza gdy czuł na nadgarstku uścisk silnych palców, łagodnie zmuszający go do przysunięcia 

się jeszcze bliżej, do samego krzesła, gdzie musiał bez mała przyklęknąć.

Kuarman prędko poruszał ustami, a Flindach ostatkiem sił nad sobą panował, by nie zerwać 

się na równe nogi i nie uciec przed poznaniem reszty planu. Jeszcze jedno zdanie, jedno słowo i 

Kuarman zakończył swój wywód, a Flindach pojął całą potworność jego zamysłów. Gdy budziło się 

w nim zrozumienie, ostatnia świeczka zaskwierczała i zgasła. Zapadły ciemności.

***

Partia szachów toczyła się wartko. Ciszę mąciło tylko bezustanne szuranie bosych stóp, syk 

knotów w lampkach, głuche stukanie figur i urywany kaszel Hasjarala. Niski stolik, zastawiony 

przekąskami dla książąt, stał naprzeciwko szerokich, sklepionych drzwi, które stanowiły jedyne 

widoczne wejście do sali narad.

Ale było jeszcze jedno wejście, skąd prowadził korytarz do twierdzy władcy Kuarmalu. To 

właśnie   ku   tym   schowanym   za   arrasami   drzwiom   najczęściej   biegły   spojrzenia   Gwaja. 

Przypuszczał,   że   horoskop   powie   im   to   samo   co   zwykle,   lecz   tej   nocy   dręczyła   go   osobliwa 

ciekawość. Przeczuwał bliskość niezwykłych wydarzeń, jakby podmuchy wiatru wieszczyły rychłą 

burzę.

Bogowie dali mu dzisiaj pewien znak - wróżbę, której on sam ani żaden z czarodziejów nie 

był w stanie satysfakcjonująco zinterpretować. Postanowił zatem mieć się na baczności i śledzić 

rozwój wypadków.

background image

Aż raptem, gdy spojrzał na ścienne tkaniny, zza których, o czym wiedział, powinien lada 

chwila wynurzyć się Flindach, by przedstawić wyniki astrologicznych obliczeń, arras wybrzuszył 

się i zadrżał, jakby wiatr weń dmuchnął z drugiej strony albo czyjaś dłoń lekko nań nacisnęła.

Hasjaral odsunął się gwałtownie na oparcie krzesła i krzyknął świdrującym głosem:

- Szachuję wieżą twego króla! Będzie mat w trzech ruchach! - Złowrogo opuścił powiekę i 

zmierzył brata triumfalnym wzrokiem.

Nie odwracając oczu od kołyszącego się arrasu, Gwaj odrzekł uprzejmym, acz stanowczym 

tonem.

- Skoczek zasłania króla, bracie. Udaremnił twój zamiar. Dam ci mata w dwóch ruchach. 

Znowu się omyliłeś, braciszku.

Kiedy Hasjaral z hałasem strącił na ziemię figury, arras mocniej się zatrząsł. Wyszło stamtąd 

dwóch niewolników i zabrzmiał ostry dźwięk gongu, zapowiadający nadejście ważnego dygnitarza.

Po cichu ukazała się postać szczupłego, wysokiego Flindacha. Na jego ocienionej twarzy, 

pomimo szkaradnej blizny i trzech krost, gościło spokojne, niezaprzeczalne dostojeństwo. Wyniośle 

beznamiętna mina, a zarazem kuriozalne błyski w głębi czarnych źrenic obwiedzionych perłową i 

czerwoną barwą oczu, przeczące owej beznamiętności - wróżyły jakąś niepomyślną nowinę.

W długiej, niskiej komnacie zamarło życie, kiedy Flindach, stojąc w bramie z bogatych 

arrasów, gestem uniesionej dłoni nakazał ciszę. Towarzyszący mu niewolnicy, dobrze wyszkoleni, 

czekali na swoich stanowiskach z pokornie zwieszonymi głowami. Gwaj, nie ruszając się, patrzył w 

oczy   Flindachowi.   Hasjaral,   obróciwszy   się   częściowo   na   dźwięk   gongu,   również   czekał   na 

oświadczenie. Spodziewali się, że zaraz wyłoni się zza pleców Flindacha ich ojciec Kuarman i z 

jadowitym  uśmiechem ogłosi swój  horoskop.  Zawsze tak  się działo i zawsze  w tej  chwili, od 

najdawniejszych czasów, bracia pragnęli usłyszeć, że Kuarmana czeka zguba.

Flindach odezwał się z teatralnie wzniesioną dłonią:

- Horoskop postawiony, wnioski wyciągnięte. Co przepowiedzą niebiosa, człowiek tego nie 

zmieni.   Przybywam   z   wieściami   do   Hasjarala   i   Gwaja,   synów   Kuarmana.   -   Nagłym   ruchem 

wyciągnął zza pasa zwinięty pergamin, potargał go i strzępy rzucił pod nogi.

Równie szybko sięgnął za kark i, wychodząc z cienia, nasunął na głowę szpiczasty kaptur. 

Potem rozłożył na boki ramiona i ozwał się głosem, który zdawał się dobiegać z daleka: 

- Kuarman, władca Kuarmalu, już nami nie rządzi. Horoskop się sprawdził. Kto żyw, niech 

go   opłakuje.  Przez   trzy  dni  tron   władcy  Kuarmalu   pozostanie   pusty.   Będzie   tak,   jak   nakazuje 

obyczaj.   Nazajutrz,   kiedy   słońce   oświetli   dziedziniec   zamkowy,   szczątki   naszego   wielkiego, 

potężnego   władcy   spłoną   w   ogniu.   Teraz   idę   oddawać   się   żałobie,   doglądać   czynności 

pogrzebowych oraz poprzez post i modlitwę przygotować się na odejście mego pana. Wy zróbcie to 

samo.

background image

Flindach wolno się odwrócił i zniknął w ciemnościach, skąd przybył.

W ciągu dziesięciu uderzeń serca Gwaj i Hasjaral siedzieli bez ruchu. Nowiny spadły na 

nich jak grom z jasnego nieba. Przez chwilę Gwaj miał ochotę parsknąć szyderczym śmiechem, jak 

to czyni brzdąc, który niespodziewanie dla samego siebie uniknie kary i jeszcze dostanie nagrodę... 

aczkolwiek książę w cichości ducha oczekiwał, że będzie to noc brzemienna w skutki. Zapanował 

nad wesołością i siedział w milczeniu, zamyślony.

Natomiast  Hasjaral  zachował  się tak,  jak  można  było  tego  po nim  oczekiwać.  Po  jego 

twarzy przewinął się cały zastęp paskudnych grymasów, a z gardła wyrwał się bezczelny, wpół 

tłumiony chichot. W końcu ściągnął brwi i zwrócił się do Gwaja:

-  Słyszałeś,  co  powiedział  Flindach?   Muszę  się   przygotować.  -  Powstał  raptownie,  bez 

słowa przemierzył komnatę i zniknął w głównym korytarzu za drzwiami.

Gwaj   jeszcze   chwilę   siedział   ze   zmarszczonym   czołem   i   przymglonymi   oczyma,   jakby 

próbował   rozwikłać   złożoną   łamigłówkę,   która   wymagała   niezwykłej   koncentracji   umysłu.   W 

końcu pstryknął palcami, zwołując niewolników, gotów do powrotu na Dolne Piętra.

 

***

Fafryd ledwie co opuścił Salę Duchów, kiedy posłyszał cichy brzęk i stukot poruszających 

się ostrożnie uzbrojonych ludzi. Zauroczenie Fryską minęło tak nagle, jakby wylano nań kubeł 

zimnej   wody.   Schowany  w   ciemnościach,   długo  nasłuchiwał,   aż   zdobył   pewność,   że   to   straże 

Hasjarala, czuwające na wypadek napaści z Dolnych Pięter; wartownicy na szczęście nie szli jego 

tropem,   czego   się   zrazu   obawiał.   Udał   się   więc   szparko   w   stronę   Sali   Czarnoksiężników, 

zadowolony, że równie dobrze zapamiętuje punkty orientacyjne i zakręty w labiryncie tuneli, jak 

ścieżki w lesie i strome, wijące się percie w górach.

Na   miejscu   przywitał   go   widok   natury   tak   dziwnej,   że   zatrzymał   się   w   zdumieniu   na 

kamiennym   progu.  Albowiem   stojąc   na   golasa   po   kolana   w   parującej   wodzie,   w   marmurowej 

wannie   o   kształtach   falistej   muszli,   Hasjaral   wściekle   rugał   i   obrzucał   przekleństwami   osoby 

zgromadzone w przestronnej sali. I dosłownie wszyscy - czy to czarodzieje, czy urzędnicy, czy 

nadzorcy, czy wreszcie paziowie trzymający ręczniki kąpielowe z frędzlami, ciemnoczerwone szaty 

lub drobniejsze części garderoby - drżeli w niemej trwodze ze spłoszonym wzrokiem. Poruszały się 

jedynie trzy niewolnice, które mydliły i opłukiwały księcia w gorączkowym pośpiechu.

background image

Fafryd musiał przyznać, że nagie ciało Hasjarala lepiej komponuje się w całość: bez wyjątku 

całe   było   szpetne.   Rzec   by  można,   kobold   się   rodzi   w   gorącym   źródle.  Ale   nawet   jeśli   miał 

groteskowo różowy, dziecięcy tułów i nierówne ręce, którymi machał i potrząsał z obłąkańczym 

uniesieniem, cechowało go pewne dostojeństwo.

- Gadać mi tu zaraz! - ryczał. - Czy czegoś nie dopatrzyłem, czy pominąłem jakieś zaklęcie 

albo czy przegapiłem mysią dziurę, którą mógłby się przekraść Gwaj? Ech, że też właśnie tej nocy, 

kiedy czyhają na mnie demony, a ja muszę się szykować na uroczystości pogrzebowe i mam na 

głowie tysiąc innych rzeczy, służy mi banda cymbałów! Pogłuchliście? Mowę wam odjęło? Gdzie 

mój wojownik, który ma mnie ochraniać? Gdzie moje szkarłatne pierścionki do powiek? Hej, co 

tyle mydlisz?! Uważaj! Esem, straże na górze w gotowości? Nie ufam temu Flindachowi. Jesym, 

straże na dole czuwają? Gwaj to wąż, wlezie każdą szparą. Bogowie ciemności, strzeżcie mnie! 

Biegnij do koszar, Jesym, weź więcej ludzi i wzmocnij straże na dole! Aha, przypomniało mi się! 

Jak tam będziesz, każ torturować Fryskę! Wyciśnij z niej zeznania! Ona służy Gwajowi, teraz już 

mam pewność. Gwaj wiedział, że ojciec wkrótce umrze. Pewnie od wielu tygodni układa plan 

napaści. Każdy z was może być szpiegiem na jego usługach! Gdzież ten mój wojownik!? I gdzie 

szkarłatne pierścionki!?

Fafryd, który już do niego szedł, przyspieszył kroku na wzmiankę o Frysce. Po krótkiej 

rozmowie w izbie tortur okaże się, że Fryska uciekła, a on brał w tym udział. Musiał odwrócić 

uwagę księcia. Stanął więc przed mokrym, zaróżowionym, parującym Hasjaralem i rzekł odważnie:

- Potrzebujesz wojownika, oto jestem! I radzę zapomnieć o tchórzliwej obronie! Proponuję 

nagły wypad na pozycje wroga! W twoim potężnym umyśle z pewnością powstały plany wielu 

zabójczych ataków. Uderz błyskawicą!

Fafryd   tylko   tyle   mógł   powiedzieć   zaczepnym   tonem,   gdyż   jego   uwagę   pochłaniał 

niezwykły zabieg. Otóż Hasjaral kucał z przekrzywioną głową, nieruchomy jak głaz, a usługująca 

mu w kąpieli blada niewolnica chwytała rzęsy księcia i naciągała powieki, aby wstawić w otwory 

maleńkie pierścionki z kołnierzykami, nie większe od ziaren soczewicy. Pierścionek wędrował na 

cienkim jak słomka patyczku z kości słoniowej. Niewolnica wykonywała tę czynność z bojaźnią 

osoby, która napełnia torebki jadowe grzechotnika mającego swobodę ruchów - jeśli można użyć 

takiego porównania.

Tak   czy   owak,   zabieg   został   sprawnie   wykonany   na   lewym   i   prawym   oku...   bez 

najdrobniejszego uchybienia, ponieważ Hasjaral  nie prasnął dziewczyny mokrym,  namydlonym 

bykowcem, z którym się nie rozstawał.

Książę wyprostował się i szeroko uśmiechnął do Fafryda.

- Dobra rada, wojowniku! - wykrzyknął. - Te bałwany nic nie robią, tylko trzęsą portkami. 

Owszem, od dawna planuję śmiałe posunięcie, które nie naruszy obrzędów pogrzebowych. Esem, 

background image

weź niewolników i pójdź po proch; już ty wiesz, o co mi chodzi. Spotkamy się przy szybach. 

Dziewczęta,   spłukujcie   mydliny   letnią   wodą!   Chłopcze,   dawaj   pantofle   i   szlafrok   kąpielowy! 

Reszta ubrania poczeka. Za mną, Fafryd!

Wtem spojrzenie jego zaobrączkowanych oczu spoczęło na dwudziestu czterech brodatych, 

zakapturzonych czarodziejach.

- A wy co tak patrzycie? Jazda do zaklęć, darmozjady! - ryknął. - To, że się kąpię, nie 

zwalnia   was   od  obowiązków.   Jazda   do   zaklęć!   Ześlijcie   na   Gwaja   wszystkie   możliwe   zarazy! 

Czerwone, czarne i zielone wągry! Katar i gnilec! Bo jak nie, to spalę wam brody po same rzęsy, 

żebyście mieli przedsmak dalszych tortur! Esem, śpiesz się! Fafryd, idziemy!

***

Szary   Kocur   i   Iwiwis   wracali   z   kryjówki,   kiedy   Gwaj   odziany   w   atłasy,   w   orszaku 

bosonogich niewolników, nieoczekiwanie wynurzył się zza zakrętu w mrocznym korytarzu, tak iż 

nie sposób było uniknąć spotkania.

Młody władca Dolnych Pięter zdawał się nad podziw spokojny i opanowany, choć odnosiło 

się   wrażenie,   że   pod   maską   spokoju   tętnią   uczucia   i   kłębi   się   nawał   myśli.   Szary   Kocur   nie 

zdziwiłby się, gdyby Gwaja opromieniła aura niebieskiego światła z wyładowaniami. Poczuł nawet 

swędzenie skóry i drobne ukłucia, jakby istotnie dostał się w pole działania niewidzialnych sił, 

którymi otaczał się jego pracodawca.

Gwaj obrzucił spojrzeniem Kocura i piękną niewolnicę, po czym odezwał się melodyjnym, 

wesołym głosem:

- Widzę, Kocurze, żeś odebrał sobie zadatek nagrody. Ach, ta młodość, potajemne schadzki, 

marzenia przed zaśnięciem, miłosne zabawy... Cóż innego osładza życie lub czyni je wartym choć 

tyle, co dogasająca, okopcona świeczka? Dogodziła ci dziewczyna? To się cieszę. Droga Iwiwis, 

muszę nagrodzić twój zapał. Dałem Diwis naszyjnik, też byś taki chciała? Czekaj, mam broszę w 

kształcie skorpiona, rubinowe oczy...

Czując, jak dłoń Iwiwis drży i stygnie w jego dłoni, Kocur pośpieszył ze spostrzeżeniem:

-   Słyszę   głos   mojego   demona,   książę   Gwaju.   Mówi,   że   tej   nocy   rządzą   nami   boginie 

przeznaczenia.

Gwaj się roześmiał.

- Twój demon podsłuchiwał za arrasami. Poznał nowinę o nagłej śmierci mego ojca.

background image

Gdy to mówił, na jego nosie, pod przegrodą, zaszkliła się kropla wilgoci i rosła, na co Kocur 

patrzył ze zdziwieniem. Gwaj już, już miał ją zetrzeć wierzchem dłoni, lecz zmienił zdanie i po 

prostu ją strząsnął. Chwilę marszczył czoło, lecz zaraz znowu się zaśmiał.

- Racja - dodał głosem wciąż wesołym, choć już nie tak śpiewnym. - Boginie przeznaczenia 

wdarły się dziś do kuarmalskiego zamku.

- Demon mi podpowiada, że tej nocy działają niebezpieczne siły - rzekł Kocur.

- Racja. Braterska miłość i tym podobne - zadrwił Gwaj w odpowiedzi, z wyczuwalną 

chrypką. Otworzył szeroko oczy, wielce czymś zaskoczony. Wzdrygnął się, jakby było mu zimno, i 

krople skąpały mu z nosa. Spadły mu trzy włosy z grzywki. Niewolnicy odsuwali się od niego.

- Mój  demon radzi, byśmy czym prędzej użyli przeciwko tym siłom mojego wielkiego 

zaklęcia - ciągnął Kocur, mając na uwadze, jak zwykle, nie wypróbowane słowa runiczne Szyłby. - 

Zaklęcie zniszczy czarodziejów wszystkich stopni od drugiego w dół. Twoim czarodziejom nic się 

nie stanie, ale Hasjaral będzie w opałach.

Gwaj otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz zamiast wyrzec słowa, gruchnął koszmarnym, 

jękliwym charczeniem niemowy. Na policzkach pokazały się gruźlicze plamy, na prawej stronie 

podbródka wydłużało się czerwone przebarwienie, a na lewym wyrastały czarne krosty. Nasilał się 

odrażający smród. Gwaj zachwiał się, jego oczy zaszły zieloną ropą. Gdy przyjrzał się dłoni, jej 

pożółkły grzbiet łuszczył się, skóra pokrywała się czerwonymi strupami.

Niewolnicy uciekli.

- Zaklęcia Hasjarala! - syknął Kocur. - A czarodzieje Gwaja pewnie jeszcze śpią! Zaraz ich 

obudzę. Przytrzymaj go, Iwiwis!

- Odwróciwszy się, pognał jak wicher korytarzem i w górę po pochylni, aż wpadł do Sali 

Czarnoksiężników, jął klaskać i ostro gwizdać przez zęby, albowiem, jakżeby inaczej, dwunastu 

półnagich, chudych magów chrapało sobie w najlepsze na krzesłach z wysokimi oparciami. Kocur 

podbiegał do każdego z osobna, brutalnie nim potrząsał, prostował go i krzyczał mu do ucha: - Do 

pracy! Odtrutka na jady! Ratujcie Gwaja!

Jedenastu czarodziejów prędko się ocknęło - ci już po chwili patrzyli przed siebie tępym 

wzrokiem, chociaż, solidnie wytarmoszeni przez Kocura, kołysali się jeszcze i kiwali głowami 

niczym jedenaście żaglowców w czasie mocnego szkwału.

Z dwunastym był pewien kłopot, choć i on powoli się budził i wnet wspomógłby kamratów. 

Wtem jednak w drzwiach pojawił się Gwaj razem z Iwiwis. Nie potrzebował już wspierać się na 

niej. Twarz młodego księcia błyszczała w półmroku jak jego ciężkie, srebrne popiersie, zawieszone 

we wnęce nad sklepieniem drzwi.

- Odsuń się, Szary Kocurze, sam zbudzę tego śpiocha! - zawołał czystym, przeszywającym 

głosem. Porwał nieduży dzbanek z obsydianu i cisnął nim w stronę zaspanego czarodzieja.

background image

Dzbanek   niby   powinien   spaść   w   połowie   drogi   między   nimi.   Czyżby  książę   chciał   go 

roztrzaskać i hałasem zbudzić staruszka? - zastanawiał się Kocur. Jednakże Gwaj nie spuszczał 

wzroku  z  naczynia,   które  wyraźnie  przyspieszało  w   powietrzu.   Zupełnie,  jak   by  rzucił  piłkę   i 

dobijał   ją   w   locie.   Dzbanek   pędzący  z   prędkością   pocisku   wystrzelonego  z   katapulty  rozłupał 

czaszkę czarodzieja.

Szczątki mózgu ochlapały krzesło i Kocura.

Gwaj wybuchnął piskliwym śmiechem i krzyknął z rozbawieniem:

-   Muszę   poskromić   temperament!   Koniecznie!   Zwalczenie   dwóch   tuzinów   śmiertelnych 

choróbsk, a w zasadzie dwudziestu trzech i kataru, nie usprawiedliwia filozofa, który stracił nad 

sobą panowanie. Och, aż mi się w głowie kręci!

- W komnacie wszystko pływa! - krzyknęła nagle Iwiwis.

- Widzę srebrne ryby!

Nawet Kocurowi zakręciło się w głowie, gdy ujrzał fosforyzujące na zielono ramię, które 

wypełzło zza drzwi i sunęło do Gwaja, rozciągnięte na długość wielu łokci. Zamrugał oczami i 

widmo   znikło,   choć   pozostały   po   nim   obłoki   fioletowej   pary.   Popatrzył   na   księcia,   który   z 

nachmurzonym czołem znowu pociągał nosem, mimo że nie znać było innych śladów kataru.

***

Fafryd stał trzy kroki za Hasjaralem, który w swoim powypychanym, burym szlafroku z 

wysokim kołnierzem wyglądał trochę jak małpolud. Na prawo od księcia - po grubej, skórzanej 

taśmie nawiniętej na wałki - dreptało trzech niewolników o odrażającym wyglądzie: niesłychanie 

szerokie stopy, nogi godne słonia, piersi wielkie jak miechy, skarlałe ramiona oraz maleńkie głowy 

o zębatych pyskach i monstrualnych nozdrzach, bez porównania większych od oczu i uszu. Były to 

istoty wyhodowane wyłącznie do forsownego biegu. Rozpędzona taśma zaginała się i znikała w 

pionowym murowanym cylindrze średnicy dziesięciu łokci, by pojawić się nieco niżej, gdzie gnała 

pod wałkami w przeciwnym kierunku i dalej wbiegała na górę. Cylinder rozbrzmiewał szumem 

ogromnego drewnianego wiatraka; napędzany za pośrednictwem taśmy, tłoczył świeże powietrze na 

Dolne Piętra.

Po lewej stronie za Hasjaralem, w cylindrze, na wysokości głowy Fafryda, znajdował się 

niewielki   otwór.   Po   czterech   ceglanych   stopniach   wspinały   się   doń   gęsiego   ciemnoskóre, 

wielkogłowe karły. Każdy z nich dźwigał na ramieniu wór, który rozwiązywał przed otworem, 

background image

skrupulatnie wytrząsał zawartość do huczącego szybu, a na koniec zwijał go i zeskakiwał, aby 

zrobić miejsce następnemu tragarzowi.

Hasjaral zerknął przez ramię na Fafryda.

- Pachnidła dla Gwaja! - krzyknął. - Nawiewam je na dół w ilościach godnych największego 

króla!   Sproszkowane   ziarna   maku,   pyłek   lotosu   i   mandragory,   starte   konopie.   Setki   upojnych, 

wyuzdanych snów, wszystkie dla Gwaja! Zadaję mu właśnie potrójny cios: będzie spał cały dzień i 

przegapi pogrzeb ojca, a wówczas to mnie się prawnie dostaną rządy w Kuarmalu. Obędzie się bez 

rozlewu   krwi,   który   byłby  pogwałceniem   uroczystości.   Po   drugie,   zasną   jego   czarnoksiężnicy. 

Dopadną go wtedy tysięczne plagi, aż zdechnie w śmierdzącej zgniliźnie. Po trzecie, zasną wszyscy 

jego poddani, wszyscy niewolnicy i przeklęci paziowie, więc po ceremonii pogrzebowej po prostu 

zejdziemy na dół i dokonamy błyskawicznego podboju. Hej, prędzej tam! - Wyrwawszy długi bicz 

z rąk nadzorcy, jął strzelać nim nad małpimi głowami niewolników taśmowych i chłostać ich po 

szerokich plecach. Gdy rzucili się do morderczego cwału, wiatrak aż zawył.

  Fafryd   spodziewał   się,   że   lada   moment   usłyszy   trzask   rozlatujących   się   łopatek   albo 

zobaczy, jak rwie się taśma i pękają osie wałków.

Karzeł   mający   wsypać   do   szybu   zawartość   worka,   korzystając   z   nieuwagi   Hasjarala, 

podkradł szczyptę proszku, przysunął rękę do nosa i niuchnął potężnie z błogą miną. Na jego 

nieszczęście, książę to zobaczył i bezlitośnie prasnął go biczem po nogach. Podskakując z bólu, 

karzeł posłusznie opróżnił i obtrząsnął worek. Znać baty mu jednak nie doskwierały, nawet za 

bardzo się nimi nie przejmował, skoro po wyjściu z komory nałożył na głowę pusty worek i zaczął 

głęboko oddychać. Odszedł chwiejnym krokiem.

A książę nadal trzaskał biczem i wołał:

- Prędzej, mówię! Huragan zwidów dla Gwaja!

Nagle do komory wpadł oficer Jesym i podbiegł do swego pana.

- Niewolnica Fryska uciekła! - zawołał. - Kaci powiadają, że zjawił się twój wojownik z 

książęcą pieczęcią. Twierdził, jakobyś kazał ją uwolnić. Porwał dziewczynę i zniknął! Ćwierć dnia 

nie minęła, odkąd się to stało.

- Straże! - wrzasnął Hasjaral. - Pojmać syna północy! Rozbroić i związać zdrajcę!

Ale Fafryda już przy nim nie było.

***

background image

Kocur w towarzystwie Iwiwis, Gwaja i barwnej gromady widziadeł wtoczył się do komory 

podobnej do tej, z której właśnie czmychnął Fafryd. Tutaj wielki, okrągły szyb kończył się, lekko 

wygięty. Wiatrak wdmuchujący świeże powietrze na Dolne Piętra tkwił pionowo w wylocie szybu. 

Widać było wirujące skrzydła.

Opodal wisiała duża klatka, w której białe ptaki leżały na grzbietach z łapkami w powietrzu. 

Jakby   miał   nie   wystarczyć   ten   wymowny   sygnał,   na   ziemi   wyciągnął   się   nadzorca,   on   także 

zamroczony otumaniającymi wyziewami.

O   dziwo,   trzem   niewolnikom   na   słoniowych   nogach,   którzy  bez   wytchnienia   napędzali 

taśmę, najwyraźniej nic się nie stało. Prawdopodobnie ich móżdżki i potworkowate ciała opierały 

się działaniu rozpylonych substancji, chyba że otrzymałyby śmiertelną dawkę.

Gwaj, ledwie do nich przyczłapał, rozkazał:

- Stójcie! - i sam padł na ziemię.

Wiatrak   cichł,   a   gdy   się   zatrzymał,   można   było   policzyć   siedem   drewnianych   łopatek 

(chociaż Kocurowi jawiły się wśród nich łuskowate stwory). W ciszy rozlegało się tylko sapanie 

niewolników.

Gwaj,   wciąż   leżąc,   uśmiechnął   się   do   nich   kwaśno,   z   pijackim   drżeniem   uniósł   rękę   i 

krzyknął:

- W tył zwrot! W drugą stronę!

Trzej  niewolnicy odwrócili się powoli, co wymagało kilkunastu drobnych kroczków, aż 

stanęli plecami do wiatraka.

- Maszerujcie! - rozkazał Gwaj.

Bez pośpiechu posłuchali polecenia i bez pośpiechu skrzydła znowu zaszumiały, lecz tym 

razem powietrze było tłoczone z powrotem w kierunku dmuchającego w dół wiatraka Hasjarala.

Gwaj i Iwiwis odpoczywali jeszcze na ziemi, póki nie rozjaśniło im się w głowach i nie 

przestały ich dręczyć ostatnie majaki. Kocurowi przywidziało się, że w górę szybem zasysane są 

widmowe postacie, cała horda niebieskich i fioletowych upiorów, uzbrojonych w przezroczyste 

rohatyny i szable.

A Gwaj z roześmianym wzrokiem rzekł cicho, z trudem łapiąc oddech:

- Moi czarodzieje... nie zostali pokonani... tak myślę... Inaczej bym cierpiał... na dwa tuziny 

śmiertelnych   chorób.   Jeszcze   chwila...   i   wyślę   ludzi...   przestawią   obroty   drugiego   wiatraka. 

Dostaniemy stamtąd świeże powietrze. A tu niech wejdzie na taśmę więcej niewolników, może 

napuszczę   na   brata   jego   własne   koszmary.   Obmyjcie   mnie   i   odziejcie   na   ognistą   ceremonię 

pogrzebową. Hasjaral pozielenieje, gdy zobaczy mnie na górze. Iwiwis! Jak tylko będziesz mogła 

background image

chodzić,  zbierz  dziewczęta,  niech  naszykują   mi   kąpiel.  - Wyciągnął  rękę   i  chwycił   Kocura   za 

łokieć.

-   Słuchaj,   szary   -   wyszeptał.   -   Przygotuj   to   potężne   zaklęcie,   którym   pogromisz 

czarodziejów Hasjarala. Zbierz potrzebne zioła, pomódl się do demona, ale wprzódy pogadaj z 

moimi dwunastoma arcymagami... jeśli zdołasz wyciągnąć dwunastego z piekielnej otchłani. Kiedy 

zwłoki Kuarmana sczezną w płomieniach, wyślę do ciebie człowieka. Wtedy zaczniesz działać. - 

Gdy   zamilkł,   jego   oczy   w   półmroku   gorzały   upiornym   blaskiem.   -   Nadchodzi   czas   miecza   i 

zaklęcia!

W klatce z cichym chrobotem wstał jeden z białych ptaków. Krótko ćwierknął, w czym była, 

choć przypominało to czknięcie, jakaś harda nuta.

***

W ciągu tej nocy w Kuarmalu nikt nie spał. Do zamkowej Komnaty Rozkazów wparował 

czarodziej z wołaniem:

- Najłaskawszy Flindachu! Czytający w myślach mają niezachwianą pewność, że bracia 

wkroczyli na wojenną ścieżkę. Hasjaral sypie w dół proszki odurzające, a Gwaj wywiewa je z 

powrotem.

Mistrz czarnoksiężników uniósł oszpeconą twarz znad stołu, gdzie siedział otoczony garstką 

osób czekających na rozkazy.

- Polała się krew? - zapytał.

- Jeszcze nie.

-   Dobrze,   czarujcie   i   nie   spuszczajcie   z   nich   oka.   -   Następnie   zakapturzony   mistrz 

czarnoksiężników potoczył wkoło surowym spojrzeniem i wydał rozkazy. Dwóm czarodziejom w 

szatach wysłanników polecił: - Udacie się bezzwłocznie do Hasjarala i Gwaja. Przypomnicie im o 

ceremonii i zostaniecie z nimi, aż przyjdą ze świtą na dziedziniec zamkowy. - I eunuchowi: - 

Pobiegniesz do swego pana Brylli. Dowiesz się, czy nie potrzebuje pomocy bądź materiałów do 

zbudowania stosu. Wszelką pomoc otrzyma natychmiast i w pełnym wymiarze. - Do dowódcy 

procarzy:   -   Podwoisz   straże   na   murach.   Osobiście   obejdziesz   posterunki.   Rano   powstrzymacie 

każdego, kto zechce szturmować Kuarmal lub uciec na zewnątrz. - Do wytwornie ubranej kobiety w 

średnim   wieku:   -   Pójdziesz   co   żywo   do   haremu   Kuarmana.   Dopilnujesz,   żeby   jego   nałożnice 

background image

wystroiły się i wymalowały, jakby sam władca miał je odwiedzić o świcie. I niech się nie niepokoją. 

Przyślij do mnie Iltmarkę Kewisę.

***

W Sali Czarnoksiężników niewolnice ubierały Hasjarala na ceremonię pogrzebową. Przy 

okazji książę pouczał ludzi pilnujących szybów co do środków ostrożności na wypadek, gdyby 

Gwaj próbował wydmuchiwać na górę odurzające powietrze, kto wie czy nie z jakąś domieszką. 

Zarazem kierował poszukiwaniami wiarołomnego wojownika Fafryda i wyliczał zaklęcia, którymi 

magowie mieli się posłużyć przeciwko Gwajowi, kiedy ciało Kuarmana pochłoną płomienie.

A w Sali Duchów Fafryd urządził sobie małą ucztę. Posilał się z Fryską, tłumacząc, czemu 

popadł w niełaskę Hasjarala. I dumał, jak najbezpieczniej uciec z nią z Kuarmalu.

W Sali Czarnoksiężników Szary Kocur naradzał się po kolei z jedenastoma chuderlawymi 

czarodziejami w białych opaskach biodrowych. Nie zdradzał im szczegółów zaklęcia Szyłby, lecz 

każdy musiał go solenne zapewnić, że jest czarnoksiężnikiem pierwszego stopnia.

W parni, gdzie Gwaj brał kąpiel, przywracano mu rześkość ciała i trzeźwość myślenia, 

nadwątlone   na   skutek   plag   i   usypiających   substancji   w   powietrzu.   Dziewczyny   pod 

przewodnictwem Iwiwis przynosiły pachnące olejki i eliksiry, szorowały go i myły, słuchając jego 

spokojnych, lecz stanowczych wskazówek. Wiotkie postacie, na wpół widoczne i osrebrzone w 

kłębach pary, poruszały się i zginały jak w sennym balecie.

***

Olbrzymi   stos   był   nareszcie   gotowy.   Brylla   odetchnął,   spokojny   i   zadowolony,   mając 

świadomość   dobrze   wykonanego   zadania.   Rozparł   się   tłustym,   szerokim   zadem   na   ławie   pod 

murem i odezwał się do jednego ze swoich kamratów piskliwym, niewieścim głosikiem:

- O takiej porze i z tak krótkim uprzedzeniem... Ale trudno, bogowie mają swoje zdanie, a 

gwiazd nie oszukasz. Szkoda tylko, że Kuarman odejdzie w tak marnej świcie. Bo cóż to jest pół 

tuzina Lankmarek, Iltmarka i trzy Mingolki, w tym jedna nieczysta? Zawsze mu powtarzałem, że 

powinien sobie sprawić większy harem. Ale mamy dorodnych mężczyzn niewolników, może więc 

background image

da   się   uzupełnić   braki.   Ostatnią   drogę   oświetli   naszemu   panu   piękny  ogień!   -   Brylla   żałośnie 

pokręcił głową, westchnął i zmył powiekami łzy ze swoich świńskich oczek. Mało kto oprócz niego 

szczerze opłakiwał śmierć Kuarmana.

Ciesząc   się   u  władcy  rangą   nadzorcy  eunuchów,   nie   musiał   się  bać   utraty  szacownego 

stanowiska.   Poza   tym,   władcę   lubił   zawsze,   odkąd   sięgał   pamięcią.   Ongiś,   kiedy   był   jeszcze 

małym, grubym dzieciakiem, pojawienie się Kuarmana uwolniło go od pastwiącej się nad nim 

grupy starszych, silniejszych niewolników. Właśnie tamto drobne zdarzenie, o którym Kuarman 

zapewne już dawno zapomniał, spowodowało, że Brylla wiernie mu służył.

Tylko bogowie wiedzieli, co przyniesie jutro. Dziś ciało Kuarmana miało zostać spalone i 

wolał nie zastanawiać się nad swoją przyszłością, nie słuchał nawet przeczuć. Ponownie obejrzał 

dzieło   swoich   rąk,   stos   pogrzebowy.   Miał   na   swoje   rozkazy   zastęp   niewolników,   a   mimo   to, 

budując go w ciągu zaledwie sześciu godzin, mocno się namęczył. Stos piętrzył się jak wieża na 

środku dziedzińca, ponad sklepienie wielkiej bramy wjazdowej, trzykrotnie wyższej od dorosłego 

człowieka. Miał formę piramidy płasko ściętej w połowie wysokości. Łatwopalne drewno, służące 

za budulec, szczelnie przykrywały tkaniny w żałobnych kolorach.

Na szczyt, gdzie na wierzchnią warstwę drewna położono szeroką, kwadratową platformę, z 

czterech stron dziedzińca prowadziły długie pochylnie. To tutaj na noszach miał spocząć Kuarman i 

tutaj mieli ofiarnie zginąć członkowie jego  świty.  Jedynie utalentowanym niewolnikom, nie za 

młodym i nie za starym, pozwolono odprowadzić zmarłego pana w ostatnią podróż poza gwiazdy.

Ucieszony tym, co widziały jego oczy, Brylla zatarł ręce i rozejrzał się ciekawie. Tylko 

dzięki   tego   rodzaju   wydarzeniom   człowiek   uzmysławiał   sobie   wielkość   Kuarmalu,   aczkolwiek 

wydarzenia takie należały do rzadkości. Można było w nich uczestniczyć mniej więcej raz w życiu. 

Gdziekolwiek spojrzeć, pod murami ustawiały się równe grupki niewolników, rząd za rzędem; 

podobnie jego własny zespół eunuchów i cieśli. Byli rzemieślnicy z Górnych Pięter, wprawni w 

obróbce drewna i metalu; byli robotnicy z pól i winiarni, opaleni na brąz i umęczeni pracą; byli 

niewolnicy z Dolnych Pięter, którzy mrużyli oczy w świetle dnia, bladzi i dziwnie zdeformowani. I 

była   cała   reszta   ze   wszystkich   zakątków   kuarmalskich   podziemi,   przedstawiciele   mieszkańców 

każdego piętra.

Wielka  rzesza   ludzi  zadawała   kłam  zatrważającym  pogłoskom o  skrytej   wojnie   między 

piętrami.   Brylla   radował   się   tym   widokiem.   Najważniejsze   były  szeregi   gwardii   przybocznych 

Hasjarala i Gwaja, ustawione w najlepszych miejscach po przeciwnych stronach stosu. Brakowało 

tylko czarnoksiężników, co z niepokojem zauważył Brylla. Wolał sobie jednak nie łamać nad tym 

głowy.

Wysoko nad tą różnorodną masą ludzką, ponad strzelistymi basztami, wartę trzymali zawsze 

czujni strażnicy. Stali w milczeniu na swoich stanowiskach, gotowi w każdej chwili użyć proc. 

background image

Mury Kuarmalu nigdy jeszcze nie zaznały smaku oblężenia i nigdy się nie zdarzyło, by uszedł z 

życiem niewolnik szukający ucieczki.

Ze swojej ławki Brylla mógł się wszystkiemu przyglądać. Na prawo, Z muru okalającego 

dziedziniec sterczał taras, z którego Gwaj i Hasjaral mieli obejrzeć spalenie zwłok ojca. Na lewo, z 

podobnego tarasu, Flindach miał prowadzić ceremonię. Brylla siedział w pobliżu drzwi, którymi 

wyprowadzano namaszczone ciało władcy, aby dostąpiło oczyszczenia w ogniu. Rąbkiem tuniki 

starł pot z mięsistego podbródka i zastanawiał się, kiedy wreszcie ruszy ceremonia. Słońce musiało 

już   podchodzić   pod   szczyty   murów,   a   przecież   jego   promienie   dawały   znak   do   rozpoczęcia 

rytuałów.

Jednak długo nie czekał, bo oto rozległ się głośny, przyduszony dźwięk olbrzymiego gongu. 

Ludzie wiercili się z wyciągniętymi szyjami i szelestem ubrań. Potem zapadła cisza. Na tarasie 

ukazała się postać Flindacha.

Czarodziej miał na sobie habit śmierci z ciężkiego brokatu, szarego i posępnego. U jego 

boku połyskiwał tak zwany złoty symbol władzy - broń z ostrzem w kształcie okrągłej płetwy. Gdy 

tron Kuarmalu pozostawał nie obsadzony, Flindach, najwyższy namiestnik, dbał, aby symbolu nic 

nie pokalało.

Uniósł   ręce   w   stronę,   gdzie   lada   chwila   miało   ukazać   się   słońce,   i   zaintonował   hymn 

powitalny. Kiedy śpiewał, pierwsze wątłe promienie zostały dostrzeżone przez zebranych na placu. 

Powtórnie rozległ się przyduszony gong, który wprawił w drżenie kości tych najbliżej stojących. Na 

drugim tarasie naprzeciwko Flindacha pojawili się Hasjaral i Gwaj. Byli podobnie ubrani, różniły 

ich jedynie diademy i berła. Hasjaral nosił na czole srebrną opaskę z szafirem, a w ręku trzymał 

berło Górnych Pięter z wyrytym wizerunkiem zaciśniętej pięści. Gwaj przyozdobił się diademem 

wysadzanym rubinami, zaś na jego berle rozłożył się wąż przebity sztyletem. Poza tym, bracia mieli 

na sobie jednakowe rytualne szaty w kolorze najciemniejszej czerwieni, przewiązane czarnymi, 

szerokimi pasami ze skóry. Ceremoniał zabraniał im noszenia broni i ozdób.

Kiedy zasiedli na wysokich taboretach, Flindach odwrócił się w stronę bramy, przy której 

siedział Brylla, i znowu zaśpiewał. W odpowiedzi na jego dźwięczny głos odezwał się niewidoczny 

chór oraz, niby drugie echo, uderzył w niebo śpiew z niektórych zakątków dziedzińca. Gdy po raz 

trzeci z mocą uderzono w gong i zaległa cisza, ukazały się na noszach zwłoki Kuarmana. Dźwigało 

je sześcioro lankmarskich służebnic, za nimi zaś szły Mingolki. Ta skromna grupa stanowiła ostatek 

wielkiej rzeszy niewolnic, które dzieliły łoże z Kuarmanem.

Ale gdzie się podziała lltmarka Kewisa, faworyta starego władcy? - wystraszył się nie na 

żarty Brylla. Wszak to on osobiście odpowiadał za rygor wśród kobiet. Nie mogła...

Powoli,   szpalerem   wyprężonych   ciał,   nosze   zbliżały   się   do   stosu.   Zwłoki,   Kuarmana, 

podparte w pozycji siedzącej, kołysały się w sposób dający straszne złudzenie tlącego się w nich 

background image

życia, gdy nienawykłe do ciężarów niewolnice uginały się pod brzemieniem. Nieboszczyka odziano 

w purpurowe, jedwabne szaty, a na skroń włożono mu podwójny złoty diadem władców Kuarmalu. 

Smukłe dłonie, niegdyś tak zwinne w czasie magicznych praktyk, teraz leżały sztywno splecione na 

grimuarze,   będącym   dla   niego   za   życia   świętą   księgą.   U   nadgarstka,   w   kapturku   i   łańcuszku, 

spoczywał sokół z gatunku białozorów, a u stóp - faworyzowany lampart gonny, cichy cichością 

śmierci. Jak ptaka zasłonięto kapturem, tak dawniej surowe oczy Kuannana przykryto woskowymi 

powiekami. Oczy, które widziały tyle śmierci, same na zawsze miały pozostać martwe.

Choć Brylla nadal niepokoił się losem Kewisy, wypowiedział słowa zachęty pozostałym 

dziewczynom, kiedy go mijały. Jedna z nich przesłała mu tęskny uśmiech; doskonale wiedziały, że 

towarzyszenie władcy w ostatniej podróży jest zaszczytem, lecz żadna o nim nie marzyła. Nie miały 

wszakże   wyboru,   musiały   słuchać   rozkazów.   Brylla   odczuwał   smutek,   ponieważ   były   jeszcze 

młode, miały niezwykle atrakcyjne ciała i potrafiły dać mężczyźnie masę przyjemności: cóż, dobrze 

je wyszkolił. Ale obyczaj to obyczaj. W takim razie jak wyjaśnić to, że Kewisa...? Brylla odegnał 

od siebie wątpliwości.

Nosze wspinały się teraz po pochylni. Gdy dotarły na szczyt, ludzie wyrzucali z siebie 

silniej i prędzej słowa pieśni. Promienie słońca, padające prosto na nieruchome oblicze nieżyjącego 

Kuarmana,  połyskiwały  również  na ciemnych  włosach  i  jasnej  skórze  lankmarskich  niewolnic, 

które pospołu z resztą dziewcząt przypadły do stóp swego pana.

Nagle   Flindach   opuścił   ręce   i   zrobiła   się   cisza   -   tak   głęboka   i   uroczysta   po   głośnych 

śpiewach i huku gongów, że ciarki chodziły po skórze.

Gwaj i Hasjaral, siedząc bez ruchu, wpatrywali się uważnie w postać, którą dotąd znali jako 

władcę Kuarmalu.

Flindach   ponownie   uniósł   ręce   i   z   bramy   naprzeciwko   tej,   którą   wniesiono   ciało, 

wyskoczyło ośmiu mężczyzn. Nieśli płonące żagwie i byli nadzy, jeśli nie liczyć purpurowych 

kapturów, które cieniem okrywały twarze. Przy ostrych dźwiękach gongów chyżo podbiegli do 

stosu - po dwóch z każdej strony - rzucili żagwie na drewno, wtargnęli w płomienie i, wspiąwszy 

się na platformę, lubieżnie obłapiali niewolnice.

A  płomienie  błyskawicznie  trawiły żywiczne  drewno, nasączone  oliwą.  Przez  chwilę  w 

gęstych kłębach dymu widać było splecione, wijące się postacie niewolników tudzież szczupłą 

sylwetkę   zmarłego   Kuarmana,   który   kierował   na   tarczę   słońca   zamknięte   powieki.  Aż   nagle, 

przebudzony żarem i chmurą smrodliwego dymu, wielki sokół wrzasnął w srogim gniewie i z 

biciem skrzydeł oderwał się od ręki swego pana. Łańcuch wytrzymał naprężenie, lecz wszyscy 

mogli zobaczyć ramię Kuarmana wysoko uniesione na znak ostatecznego pojednania z żyjącymi. 

Potem zakryły go dymy. Śpiew zabrzmiał z nową siłą, by zaraz ucichnąć, kiedy Flindach gestem 

dłoni oznajmił koniec ceremonii.

background image

***

Zanim ogień pochłonął stos i jego brzemię, Hasjaral przerwał uświęconą zwyczajem ciszę. 

Odwrócił się do Gwaja i z jadowitym uśmiechem, głaszcząc graniastą gałkę berła, powiedział:

- Ha! Miałbym niezły ubaw, gdyby twoje zwłoki ginęły w płomieniach. Rozbawiłbyś mnie 

prawie tak samo, jak ojciec, kiedy machał ręką po śmierci. Biegnij, bracie, piorunem! Złóż siebie w 

ofierze i okryj się nieśmiertelną sławą! - Chichotał, aż ślina ciekła mu z ust.

Gwaj nieznacznie skinął na pazia, który popędził dokądś co sił. Młodego księcia Dolnych 

Pięter nie śmieszyły gburowate żarty brata, lecz zrobił wesołą minę, wzruszył ramionami i drwiąco 

odpowiedział:

- Pozwól, że obmyślę dla siebie jakąś inną śmierć, mniej bolesną. Ale to dobry pomysł i 

zapamiętam go sobie. - Nagle spoważniał: - Byłoby lepiej, gdybyśmy narodzili się martwi, niż 

marnowali   życie   na   beznadziejnych   swarach.   Zapomnę   o   odurzających   prochach   i   huraganach 

maku, ba, nawet o tym, że zaklęciami chcesz sprowadzić na mnie śmiertelną chorobę. Zawrzyjmy 

układ. Hasjaralu! Klnę się na cichych bogów, władców spod kuarmalskiej góry, i węża, co go mam 

w godle, że z mojej ręki nie zginiesz. Nie pozbawię cię życia zaklęciem, stalą ni jadem! - Gwaj 

wstał i spojrzał twardo na brata.

Zbity z tropu, Hasjaral przez chwilę nic nie mówił, na twarzy miał wyraz zaskoczenia. 

Wreszcie grymas szyderstwa wykrzywił jego wąskie usta.

- Rozumiem! - burknął. - Nie wiedziałem, że aż tak się mnie boisz! Bo i masz powody! 

Jednakże krew tamtego starego paprocha płynie w żyłach twoich i moich, a w sercu mam pewną 

słabość do ciebie. Zgoda, bracie, niech będzie ugoda! Klnę się na Starych Bogów, którzy pływają w 

czarnych otchłaniach, i na pięść, co ją mam w godle, że z mojej ręki nie zginiesz... póki cię nie 

zmiażdżę! - Prychnął zgryźliwym śmiechem i, niczym karykatura przerośniętego gronostaja, zsunął 

się z taboretu i zniknął.

A  Gwaj  stał  spokojnie;  wytężał  słuch  i  patrzył   na miejsce,  gdzie  przed  chwilą  siedział 

Hasjaral. Kiedy zdobył pewność, że brata już nie ma, klepnął się mocno po udach i mruknął pod 

nosem, dusząc się ze śmiechu:

- Nawet chytry zając wpada w proste sidła. - Nie przestając się uśmiechać, obserwował 

tańczące na stosie płomienie.

background image

Poszczególne grupy widzów stopniowo zaganiano do korytarzy, skąd przyszli. Dziedziniec 

wyludnił się, jeśli nie liczyć niewolników i kapłanów, którzy jeszcze mieli tutaj coś do zrobienia.

Gwaj długo się im przyglądał, ale w końcu i on opuścił taras i zszedł w podziemia. Nikły 

uśmieszek błąkał się po jego ustach, jakby raz po raz przypominał sobie udany dowcip.

***

- ...i na krew tego, który sprowadza śmierć, gdy na niego spojrzeć...

Kocur wypowiadał słowa dźwięcznym głosem, gdy z zamkniętymi oczyma i rozpostartymi 

ramionami wykonywał runiczne zaklęcie, dar od Szyłby o Twarzy Bezokiej, mające zlikwidować 

wszystkich   czarnoksiężników   stopnia   drugiego   i   niższych   w   prawdopodobnie   dość   dużym 

promieniu... oby mierzonym w stajach. Chciał zetrzeć na proch magów Hasjarala.

Czy wielkie zaklęcie odnosiło swój skutek, czy też nie - w skrytości ducha powątpiewał w 

jego działanie - rozpierała go duma na myśl o swej świetnej postawie. Zapewne sam Szylba lepiej 

by się nie spisał. Jakież to wspaniałe, głębokie dźwięki wydobywały się z jego piersi! Nawet Fafryd 

nie słyszał z jego ust takiej deklamacji.

Żałował, że  nie  może choćby na chwilę  otworzyć  oczu.  Zobaczyłby,  jakie  wrażenie  na 

magach   Gwaja   wywiera   jego   wręcz   popisowy   występ.   Mimo   swoich   butnych   przechwałek   z 

pewnością gapili się nań z rozdziawionymi gębami, jednakże Szylba stanowczo przestrzegał: „Oczy 

mają   być   zamknięte,   gdy  będziesz   recytował   ostatnie   słowa.   Jedno   mrugnięcie   unicestwi   moc 

czaru”. Czyżby warunkiem skutecznego czarowania była umiejętność poskramiania ciekawości i 

pychy? Człowiek umarłby z nudów!

Raptem gdzieś w ciemnych zakamarkach umysłu poczuł dotyk innej, większej ciemności, 

potężnej i złośliwej siły, która tylko czeka, by wypełnić światłość. Zadrżał i włosy zjeżyły mu się na 

głowie.   Zimny   pot   wystąpił   mu   na   czoło.   Omal   się   nie   pogubił   przy   wypowiadaniu   słowa 

„szlerysofnak”, lecz wziął się w garść i dokończył bez zająknięcia.

Kiedy   echa   jego   donośnego   głosu   przestały   się   tłuc   między   sklepieniem   a   posadzką, 

odemknął oko i rozejrzał się bojaźliwie. Wystarczyło mu jedno spojrzenie i zaraz szeroko otworzył 

drugie. Zdumienie odebrało mu mowę, choć pytanie brzmi: do kogo miałby mówić? Albowiem 

długi stół, przy którym wykonywał zaklęcie, zupełnie opustoszał. Gdzie tak niedawno siedziało 

jedenastu najpotężniejszych kuarmalskich magów - czarnoksiężników pierwszego stopnia (każdy to 

przysiągł na swój czarny grimuar) - pozostały jeno krzesła.

background image

Kocur zawołał ich cicho. Całkiem możliwe, że prowincjusze wystraszyli się pełnych grozy i 

rozmachu działań lankmarczyka i powłazili pod stół. Ale nikt się nie odzywał. Krzyknął więc 

głośniej. Do jego uszu docierał tylko niemilknący szum wiatraków, choć dla kogoś, kto spędził 

cztery dni w tych salach, stał się prawie niezauważalny, podobnie jak tętno krwi w żyłach.

Kocur wzruszył ramionami i rozsiadł się w krześle.

- Co będzie, jeśli te stare bałwany z pięknymi buźkami dały nogę? - zapytał samego siebie. - 

A jeśli prysły także straże Gwaja?

Szkicując w głowie plan zabicia wolnego czasu, ponuro spojrzał na najbliższe krzesło z 

wysokim oparciem. Siadywał na nim ów najbardziej zarozumiały z arcymagów Gwaja. Zamiast 

niego leżała luźno zmięta opaska biodrowa, a w niej coś, co szczególnie przykuwało uwagę: szary, 

miękki proszek.

Kocur gwizdnął przez zęby i wstał od stołu, aby przyjrzeć się pozostałym krzesłom. Na 

każdym zobaczył to samo: opaskę biodrową, czystą i trochę wymiętą jak po krótkim noszeniu, oraz 

odrobinę szarego proszku.

Po planszy na drugim końcu stołu toczył się wolno czarny pionek; dotarł do krawędzi i z 

cichym stuknięciem spadł na ziemię. Kocur miał wrażenie, że to ostatni dźwięk, jaki przyszło mu 

słyszeć na tym świecie.

Nosił mokasyny ze szczurzej skóry, więc bezszelestnie, z największą ostrożnością, podszedł 

do najbliższego wyjścia z sali, gdzie wcześniej na okoliczność wielkiego zaklęcia zasunął ciężkie 

kotary. Zastanawiał się nad zakresem oddziaływania swoich czarów. Dokąd sięgały? I czy w ogóle 

coś   je   ograniczało?   Załóżmy,   po   prostu  załóżmy,   że   Szylba   nie   docenił  mocy  zaklęcia,   a   ono 

pozabijało nie tylko czarodziejów, lecz...

Zawahał   się   przed   kotarą   i   po   raz   ostatni   obejrzał   się   za   siebie.  Wzruszył   ramionami, 

poprawił   pas   z   mieczem   i   przywołał   na   wargi   dziarski,   zupełnie   nie   przystający   do   sytuacji 

uśmiech.

- A przysięgali, że są najlepszymi z najlepszych - bąknął.

Kiedy wyciągnął rękę do obszytej grubym haftem kotary, ta zadrżała i zafalowała. Zamarł w 

bezruchu,   serce   waliło   mu   młotem.   Wtem   kotary   się   rozchyliły   i   wściubiła   między   nie   swą 

wszędobylską buzię Iwiwis; w jej szeroko otwartych oczach malowała się ciekawość i podniecenie.

- Wielkie zaklęcie podziałało, Kocurze? - wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Odetchnął głęboko z uczuciem przemożnej ulgi.

- W każdym razie, ty przeżyłaś. - Przyciągnął ją do siebie. Bliskość jej gibkiego ciała była 

jak balsam dla duszy. Prawdę mówiąc, w takiej chwili Kocur witałby z otwartymi ramionami każdą 

żywą istotę, ale że okazała się nią akurat Iwiwis, miał za co dziękować losowi. - Najdroższa moja - 

rzekł szczerze. - Czułem się tak, jakbym został sam jeden na świecie. Ale teraz...

background image

- Faktycznie, zachowywałeś się, jakby oprócz ciebie nikogo nie było! - odparowała oschle. - 

Ani to miejsce, ani pora na miłosne igraszki i intymne zwierzenia. - Odsunęła się, źle oceniwszy 

jego zamiary. - Rozprawiłeś się z czarodziejami Hasjarala? - zapytała, patrząc mu w oczy z niejaką 

obawą.

- Owszem, iluś tam czarodziejów uśmierciłem - odrzekł wymijająco. - Ilu dokładnie, to 

sprawa otwarta.

- A gdzie magowie Gwaja? - Rzuciła okiem na puste krzesła. - Zabrał wszystkich z sobą?

- To on jeszcze nie wrócił z pogrzebu? - Próbował uniknąć odpowiedzi na jej pytanie, ale 

ponieważ wciąż mu się pilnie przyglądała, wyjaśnił lekkim tonem: - Magowie znaleźli się w jakimś 

przyjemnym miejscu... Taką mam nadzieję.

Iwiwis łypnęła nań podejrzliwie, podbiegła do długiego stołu i ogarnęła wzrokiem krzesła.

- Ależ Kocurze! - rzekła z wyrzutem, aczkolwiek jej mina wyrażała przestrach.

Wzruszył ramionami.

- Przysięgali, że są czarodziejami pierwszego stopnia - odpowiedział na swoją obronę.

- Nie ostał się po nich bodaj kawałek palca ani skorupa z czaszki - stwierdziła trwożnie 

Iwiwis. Kręcąc głową, oglądała miałki proszek na siedzeniu krzesła.

- Ani kamień żółciowy - dodał szorstko Kocur. - Moje zaklęcie przyniosło im zgubę.

- Ani ząb nawet. - Iwiwis grzebała ciekawie, choć bez szczególnego przejęcia w szarym 

proszku. - Nie ma czego wysłać matkom.

- Niech sobie pieluchy wezmą na pamiątkę! - zadrwił Kocur rozdrażniony, ale i z pewną 

konsternacją. - Oj, Iwiwis! Czarodzieje nie mają matek!

- Co się stanie z księciem Gwajem, skoro nie ma go teraz kto ochraniać? - zapytała całkiem 

do rzeczy. - Wystarczyło, że się pospali, a zaklęcia Hasjarala spadły na niego całą chmarą. A jeśli 

coś złego spotka Gwaja, co się z nami stanie?

Kocur ponownie wzruszył ramionami.

- Jeżeli moje runiczne zaklęcie dosięgło dwudziestu czterech magów Hasjarala i położyło 

ich trupem, to możemy powiedzieć, że nikt nie ucierpiał. Oprócz czarodziejów, oczywiście. Ale ci 

liczą   się   z   ryzykiem.   Kiedy   wypowiadają   pierwsze   zaklęcie,   sami   podpisują   na   siebie   wyrok 

śmierci. To niebezpieczny zawód. Powiem więcej - ciągnął, niesiony siłą swoich argumentów - 

wieleśmy zyskali! Dwudziestu czterech nieprzyjaciół zabitych. Straty własne? Tuzin. Co ja mówię, 

jedenastu! Każdy wódz poszedłby na taką wymianę. A jeśli wszystkich czarowników rzeczywiście 

szlag   trafił,   z   wyjątkiem   książąt,   rzecz   jasna,   no   i   Flindacha   (z   tym   brzydalem   nie   będzie 

przelewek), zarąbię najmitę Hasjarala, a resztę rozpędzę na cztery wiatry! A jeśli...

Słowa   uwięzły   mu   w   gardle.   Zadał   sobie   pytanie,   czemu   jego   samego   nie   spopieliło 

zaklęcie. Do dziś nie miał pojęcia, że jest czarodziejem pierwszego stopnia. Choć w młodości 

background image

nauczył się paru przeciw-zaklęć, potem parał się magią już tylko dorywczo. A może popełnił jakiś 

niepojęty błąd w logicznym rozumowaniu? Bo jeżeli czarodziej rzuca runiczne zaklęcie, w połowie 

którego wyginąć mają wszyscy czarodzieje, pod warunkiem że zaklęcie zostanie doprowadzone do 

końca, to czy on sam zginie, czy też...? A jeśli rzeczywiście - pomyślał, zadufany w sobie - sam o 

tym nie wiedząc, był magiem stopnia pierwszego... albo i wyższego, albo nawet...

Kiedy tak rozmyślał, panowała cisza, tym wyraźniej dały się słyszeć czyjeś zbliżające się 

kroki;   początkowy   szmer   tłumu   bardzo   szybko   przerodził   się   w   tumult.   Odziany   w   szarości 

mężczyzna i dziewka służebna ledwie zdążyli wymienić zdziwione, alarmujące spojrzenia, nim 

ośmiu czy dziewięciu przybocznych gwardzistów Gwaja rozerwało arrasy i wpadło na salę. Mieli 

śmiertelnie   blade   twarze,   a   w   oczach   obłęd.   Przemknęli   wskroś   komnaty   i   znikli   w   innym 

korytarzu, nie zwracając uwagi na Kocura, który z trudem uskoczył im z drogi.

Tupot   nóg   bynajmniej   nie   ustał.   W   czarnym   korytarzu   wciąż   dudniły   kroki   -   czyjś 

przedziwny,   nierówny   galop,   jakby   kuternoga   gnał   na   złamanie   karku,   czemu   towarzyszyły 

miarowe plaśnięcia. Kocur prędko podszedł do Iwiwis i objął ją ramieniem. I on nie chciał w tej 

chwili stać osobno.

- Jeśli twoje wielkie zaklęcie oszczędziło czarodziejów Hasjarala - powiedziała szeptem 

dziewczyna - a jego plagi spadły na bezbronnego Gwaja...

Nie dokończyła myśli, ponieważ widok odrażającej postaci, odzianej w ciemnoczerwone 

szaty,  która  przemieszczała się rwanym  krokiem, jak gdyby w  konwulsjach,  napełnił ją grozą. 

Kocur zrazu myślał, że ma przed sobą Hasjarala o zdeformowanym ciele, bo to i owo już o nim 

słyszał.  Wtem   zauważył   na   jego   szyi  kołnierz   z  szarego   grzyba,   szkarłatną   plamę   na  prawym 

policzku i czarną na lewym, zieloną ropę kapiącą z oczu i czyste krople spadające z nosa. Gdy 

szkaradne monstrum wynurzyło się wreszcie z korytarza, lewa noga zginała się jak słup z galarety, 

a prawa - wyglądająca na sztywną, choć spod obcasa dobywało się plaskanie - pękła w goleni; 

poszarpane kości przebiły skórę. Łuszczące się ręce, na domiar obsypane żółtą wysypką i pokryte 

czerwonymi bliznami, daremnie machały w powietrzu, by utrzymać równowagę ciała. Przy okazji 

prawa dłoń otarła się o głowę i zdarła z jednej strony połowę włosów.

Iwiwis łkała i pojękiwała z wielkiej trwogi, tuląc się do Kocura, który czuł się tak, jakby 

najgorsze ucieleśnienie wszystkich nocnych koszmarów podnosiło kopyta, aby go stratować.

W takim oto stanie książę Gwaj, władca Dolnych Pięter Kuarmalu, wrócił do siebie po 

pogrzebie ojca: dosłownie rozpadał się w cuchnącej, mazistej kupie pokiereszowanego ciała - na 

strzępach   bogato   tkanego   arrasu,   dokładnie   pod   swoim   srebrnym,   nieskazitelnie   pięknym 

popiersiem, które zdobiło wnękę nad sklepieniem otworu wejściowego.

***

background image

Stos   pogrzebowy   tlił   się   jeszcze   długo,   ale   spośród   wszystkich   mieszkańców   tego 

olbrzymiego, podzielonego na strefy zamku-królestwa jedynie eunuch Brylla dotrwał do końca. 

Potem w różnych miejscach zebrał garść popiołu z zamiarem zatrzymania go sobie. Przyszło mu do 

głowy, że popiół może mieć działanie ochronne - cenne o tyle, że teraz już nie żył jego jedyny 

obrońca.

Wszelako ów szary, puchowo-ziarnisty proch był małym pocieszeniem dla Brylli, kiedy 

wracał w smutku do zamkowych komnat. Martwił się i, jak to eunuch, zżymał na myśl o wojnie 

między braćmi - nieuniknionej, jeśli Kuarmalem znowu miał rządzić jeden władca. Szkoda, wielka 

szkoda, że boginie przeznaczenia tak nagle zabrały z tego świata Kuarmana, zanim przygotował i 

wskazał swojego następcę... choć jak miałyby wyglądać te przygotowania, biorąc pod uwagę rygory 

obyczajowe,   tego   Brylla   nie   wiedział.   Cóż,   Kuarman   zawsze   pokonywał   przeszkody   nie   do 

pokonania.

Ale Brylla miał jeszcze jeden, może nawet większy powód do zmartwienia. Ciążyła mu na 

sumieniu świadomość, że konkubina Kewisa uniknęła płomieni. Ktoś mógł go za to winić, choć on 

sam nie poczuwał się do odpowiedzialności, skoro dopełnił wszystkich zwyczajowych czynności. 

Poza tym, paląc się, nieszczęsna dziewczyna czułaby ból będący niczym w porównaniu z udrękami, 

jakich musiała doznawać po tak ciężkim przewinieniu. Wolałby, żeby się otruła lub pchnęła nożem, 

mimo iż skazałaby ducha na wieczną tułaczkę na skrzydłach wiatru, który dmie między gwiazdami 

i sprawia, że migoczą.

Brylla uświadomił sobie, że bezwiednie zmierza do haremu. Zatrzymał się wpół kroku. 

Przecież  mógł  tam  spotkać  Kewisę,  a  nie  chciał  być   tym,  który  ją  wyda.  Ale  jeśli  będzie się 

szwendał w tej części fortecy, z pewnością natknie się na Flindacha i nic przed nim nie ukryje, 

kiedy  arcymag   przewierci   go   tymi   swoimi   chmurnymi,   bazyliszkowymi   oczami.   Musiałby  mu 

donieść o występku Kewisy.

Dlatego   Brylla   obmyślił   dla   siebie   zadanie,   które   da   mu   wymówkę   do   odwiedzenia 

najniższych rejonów twierdzy, usytuowanych bezpośrednio nad dominium Hasjarala. Znajdował się 

tam powierzony jego pieczy skład, którego od miesiąca nie inwentaryzował. Ogólnie, czuł się źle w 

mrocznych   głębiach   Kuarmalu   -   dumny   był   z   przynależności   do   elitarnej   grupy  ludzi,   którzy 

pracowali w świetle dnia, a przynajmniej bardzo blisko niego. Teraz jednak, dręczony obawami, 

chętnie by się schronił gdzieś w lochu.

Powziąwszy decyzję, czuł się nieco pokrzepiony na duchu. Od razu ruszył w drogę raźnym 

krokiem, wykazując się, mimo słoniowej wagi, tym szczególnym wigorem eunucha.

background image

W drodze do składu nie spotkała go żadna przygoda. Zaraz jednak po zapaleniu pochodni 

ujrzał w kryjówce wśród bel materiału drobną, dziewczęcą postać. Nosiła żółtą, połyskliwą suknię o 

luźnym kroju, miała śliczną trójkątną buzię, włosy koloru zielonego mchu i jasnoniebieskie oczy 

Iltmarki.

- Kewisa... - wyszeptał, wstrząśnięty, z matczynym ciepłem.

- Dziecko drogie...

Podbiegła do niego.

-   Brylla!   Tak   bardzo   się   boję!   -   krzyknęła   stłumionym   głosem.   Przylgnęła   do   jego 

wydatnego brzucha i schowała się w ogromnych rękawach.

- Wiem, wiem - mruknął. Cmokając z cicha, tulił ją i głaskał po głowie. - No tak, teraz sobie 

przypomniałem. Zawsze bałaś się ognia. Nie przejmuj się, Kuarman ci wybaczy, gdy się spotkacie 

za gwiazdami. Posłuchaj, kwiatuszku, narażam się na wielkie ryzyko, ale ponieważ byłaś faworytą 

naszego pana, bardzo cię polubiłem. Mam tu przy sobie bezbolesną truciznę. Starczy wziąć kilka 

kropel na język. Potem już będzie ciemność i wicher w otchłaniach. Owszem, potrzeba odwagi, ale 

gorzej ukaże cię Flindach, jeśli się dowie...

Odstąpiła od niego.

- Przecież to z jego rozkazu nie towarzyszyłam panu na ognistym stosie! - żachnęła się z 

szeroko otwartymi oczami. - Powiedział mi, że wyroki gwiazd są dla mnie pomyślne i tego właśnie 

przed śmiercią życzył sobie władca. Niedowierzałam Flindachowi, który budzi we mnie strach, bo 

ma   taką   okropną   twarz   i   oczy   podobne   do   oczu   mojego   dobrego   pana,   brr...  Tak   czy   owak, 

musiałam spełnić jego polecenie... choć wyznam szczerze, drogi Bryllo, że uczułam niemałą ulgę.

- Z jakichże powodów, zaiste niezwykłych...? - wydukał eunuch, skołowaciały.

Kewisa rozejrzała się na boki.

- Dojrzewa we mnie nasienie Kuarmana - wyszeptała.

Przez chwilę Brylla miał zamęt w głowie. Czyżby Kuarman naprawdę wierzył, że uda się 

wprowadzić na tron dziecko konkubiny, póki żyją jego dorośli, prawowici spadkobiercy? I czy tak 

mało   zależało   mu   na   bezpieczeństwie   Kuarmalu,   że   pozwalał   żyć   nienarodzonemu   bękartowi? 

Raptem   przyszło   mu   na   myśl   -   serce   zamarło   w   nim   z   trwogi   -   że   Flindach   pragnie   przejąć 

najwyższą   władzę,   posługując   się   w   swoich   intrygach   dzieckiem   Kewisy   i   rzekomo   ostatnim 

życzeniem   monarchy,   rzucając   na   szalę   również   swoje   oczy,   tak   łudząco   podobne   do   oczu 

Kuarmana. Pałacowe zamieszki nie były w Kuarmalu rzeczą nieznaną. W zasadzie, jak mówiły 

legendy,  tą  właśnie drogą,  ze sztyletem w  garści, przed  wieloma  pokoleniami  obecna dynastia 

doszła do władzy... choć za mówienie o tym groziła kara śmierci.

background image

- Ukryłam się w haremie - ciągnęła Kewisa. - Flindach powiedział, że nic mi nie grozi. Ale 

pod jego nieobecność wtargnęli tam gwardziści Hasjarala, z pogwałceniem wszelkich obyczajów i 

zasad grzeczności. Więc schroniłam się tutaj.

Potwierdzały się straszne przemyślenia Brylli. Jeśli Hasjaral podejrzewał Flindacha o niecne 

dążenie do władzy, musiał zadać mu cios, przechodząc z etapu waśni z bratem do walki na dwa 

fronty, która - ach biada, biada! - objęłaby nawet słoneczne mury twierdzy, do tej pory dalekie od 

wojennej zawieruchy.

W tym momencie, jakby strach Brylli nadał jego obawom namacalną postać, drzwi składu 

otworzyły   się   na   oścież   i   w   progu   stanął   dziki   człowiek,   ucieleśniający   sobą   wszystkie 

okropieństwa barbarzyńskich wojen. Był tak wysoki, że głową sięgał nadproża. Miedzianorude 

włosy  opadały   skołtunione   na   ramiona.   Miał   przystojną,   acz   surową   twarz   i   rozbiegane   oczy. 

Dźwigał na sobie nabijany ćwiekami płaszcz z wilczego futra, długi miecz i ciężki topór z krótką 

rękojeścią.   Na   palcu   wskazującym   prawej   dłoni   przerażone   spojrzenie   Brylli   -   szkolonego,   by 

zwracać   uwagę   na   szczegóły   odzienia   -   odnalazło   pierścień   z   godłem   Hasjarala   w   postaci 

zaciśniętej pięści.

Eunuch i dziewczyna tulili się do siebie z drżeniem.

Kiedy   przybysz   upewnił   się,   że   ma   przed   sobą   jedynie   tych   dwoje,   rozchylił   usta   w 

uśmiechu,   który   może   by   ich   uspokoił,   gdyby   nie   jego   olbrzymia   postura   i   wojowniczy 

przyodziewek.

- Witaj, dziadku! - rzekł Fafryd. - Mam tylko jedną prośbę: pomożecie mi wyjść z podziemi 

i znaleźć stajnie w tym cmentarnym królestwie. Chodźcie! Ustalimy, jak iść, żebyście nie narażali 

się na niepotrzebne ryzyko.

Podszedł do nich żwawo i nadspodziewanie cicho, jak na swoją wagę. Kiedy spostrzegł, że 

Kewisa nie jest już dzieckiem, przyjrzał jej się z ciekawością.

Wyczuła jego zainteresowanie, bo choć serce trzepotało jej w piersi, pisnęła odważnie:

- Ani się waż mnie gwałcić! Noszę w sobie dziecko nieżyjącego człowieka!

Fafrydowi zrzedła mina. Może i powinien cieszyć się z tego, że pierwsze, co dziewczyny 

czują   na   jego   widok,   to   strach   przed   zgwałceniem,   jednak   ogarniało   go   na   tę   myśl   pewne 

rozdrażnienie. Czyżby sądziły, że nie potrafi uwieść kobiety w cywilizowany sposób, bo chodzi w 

futrze i nie jest karłem? Dobra, i tak szybko zmieniały zdanie! Ale żeby w ten sposób próbować go 

odstraszyć? Okropność!

A tymczasem stary tłuścioch, który - co Fafryd dopiero teraz sobie uświadomił - nie był 

stosownie wyposażony, żeby zostać ojcem, a więc i dziadkiem, odezwał się z wymuszoną strachem 

potulnością:

- Nie ma w tym słowa kłamstwa, rycerzu. Osobiście, z największą chęcią pomogę ci...

background image

W korytarzu rozległ się tupot kroków oraz zgrzyt stali ocierającej się o kamień. Fafryd 

odwrócił się tygrysim ruchem. Do komnaty wpychali się dwaj gwardziści w ciemnych, długich 

kolczugach, jakie nosili ludzie Hasjarala. Jeden z nich zadrapał futrynę dobywanym mieczem, gdy 

naraz odezwał się z tyłu głos trzeciego:

-   Pojmać   zdrajcę   z   północy!   Jeśli   będzie   stawiać   opór,   zabić!   Ja   się   zajmę   konkubiną 

Kuarmana.

Dwóch gwardzistów ruszyło na Fafryda, lecz ten, jakby naprawdę chciał się upodobnić do 

tygrysa, skoczył na nich z dziką werwą. Poderwał z dołu Szarą Rózgę i ciął skośnie, odbijając broń 

napastnika, któremu zarazem zmiażdżył  stopę. Potem głowicą rękojeści  rąbnął go w szczękę i 

pchnął   na   drugiego.   Lewą   ręką   wyszarpnął   topór.   Z   najbliższej   odległości   porozbijał   czaszki 

przeciwników, a gdy się przewracali, ramieniem odrzucił ich na bok. Kiedy trzeci sprawdzał, co się 

dzieje, dostał toporkiem w czoło między oczy i zwalił się martwy na ziemię.

Jednakże z dali dolatywały odgłosy następnych biegnących gwardzistów. Fafryd prychnął i 

dał susa ku drzwiom, zatrzymał się gwałtownie i równie szybko zawrócił. Okrwawionym palcem 

wskazał Kewisę, która lgnęła do pobladłego Brylli.

- Byłaś nałożnicą starego Kuarmana? I to jego dziecko nosisz? - wyrzucił z siebie, a kiedy 

przełknęła ślinę i pokiwała głową, dodał stanowczo: - W takim razie pójdziesz ze mną! Nuże! To 

samo dotyczy kastrata!

Wsunął do pochwy Szarą Rózgę, wyrwał topór z czaszki dowódcy gwardzistów, złapał 

Kewisę za łokieć i pociągnął ją w stronę korytarza. Z piekielnym warknięciem skinął nagląco na 

Bryllę.

- Litości, panie! - krzyknęła Kewisa. - Przez ciebie stracę dziecko!

Brylla posłuchał rozkazu, lecz ośmielił się rzec piskliwym głosem:

- Cny rycerzu, jaki z nas pożytek? Jeno zawadą ci będziemy...

Fafryd odwrócił się raptownie i, potrząsając toporem dla podkreślenia wagi swoich słów, 

taką palnął mowę:

-   Myślisz,   że   nie   wiem,   jaką   jest   kartą   przetargową   i   cennym   zakładnikiem   nawet 

nienarodzony   pretendent   do   tronu?   Jeśli   tak,   to   mniej   masz   rozumu   we   łbie   niż   nasienia   w 

lędźwiach! A co do ciebie, dziewko - zwrócił się ostro do Kewisy - to jeżeli prócz gderania umiesz 

jeszcze myśleć, powinnaś wiedzieć, że będziesz bezpieczniejsza ze mną, choć mnie nie znasz, 

aniżeli z drabami Hasjarala, i że lepiej ci poronić, niżbyś miała oddać dziecię w ich ręce. Chodź, 

poniosę cię! - Dźwignął ją z łatwością. - A ty za mną, kastracje! I chyżo przebieraj kulasami, jeśli ci 

życie miłe!

Po tych słowach pobiegł korytarzem. Brylla truchtał za nim ociężale, łapczywie wciągając 

powietrze w przewidywaniu męczącego wysiłku. Kewisa zaplotła ręce na szyi Fafryda i przyglądała 

background image

mu się z nieskrywanym podziwem. A on wreszcie wydusił z siebie dwie uwagi, które zostawił sobie 

na dogodną chwilę.

Pierwsza przepojona była gorzką ironią:

- I jeśli jest gotów do bitki!

W drugiej pobrzmiewał gniew na samego siebie:

- Przeklęte wiatraki, przez nie chyba przygłuchłem! Nie słyszałem żołdaków!

Po czterdziestu wydłużonych krokach minął prowadzącą do góry pochylnię i skręcił do 

węższego, ciemniejszego korytarza.

Z tyłu dobiegło ciche, lecz natarczywe wołanie Brylli, któremu najwyraźniej brakowało tchu 

w piersiach:

- Tą pochylnią można dojść do stajni! Dokąd nas prowadzisz, mości rycerzu?

- Na dół! - odkrzyknął Fafryd, nie zwalniając kroku. - Bez paniki, znajdzie się dla was 

kryjówka i nawet dziewczyna do towarzystwa dla naszej zielonowłosej mamusi! - Potem zwrócił 

się chłodno do Kewisy: - Nie jesteś jedyną dziewczyną w Kuarmalu, którą trzeba ratować, ani mi 

najbliższą.

***

Kocur przemógł się, kucnął i obejrzał z bliska smrodliwą kupę, w jaką przemienił się książę 

Gwaj. Fetor dosłownie powalał z nóg mimo rozlania silnych perfum i zapalonego przed godziną 

kadzidła.   Kocur   nakrył   kocami   i   kożuchami   odrażające   szczątki   Gwaja   z   wyjątkiem   podpartej 

poduszką,  zniszczonej  chorobami  twarzy.   Jedynym   jej  fragmentem, nie  przegniłym  do  cna  jak 

wszystko inne, był wąski, zgrabny nos, z którego wolno, jedna za drugą, niczym tykanie zegara 

wodnego, kapały przezroczyste krople. Poniżej nosa wypływały bez ustanku obrzydliwe wymiociny 

będące dowodem na to, że Gwaj jeszcze nie wyzionął ducha. Z początku książę pojękiwał i rzęził, 

teraz i to już nie leżało w jego możliwościach.

Kocur doszedł do wniosku, że niezwykle ciężko służyć pod rozkazami człowieka, który nie 

może  mówić,  pisać  ani  gestykulować  -  zwłaszcza  jeśli  trzeba  walczyć   z wrogiem  niegłupim  i 

bynajmniej nie zasługującym na wzgardę. Rozum podpowiadał, że Gwaj powinien umrzeć w ciągu 

paru godzin. Przypuszczalnie tylko swej niezłomnej woli i nieprzejednanej nienawiści do Hasjarala 

zawdzięczał, że jego duch nie uciekł od potwornie umęczonego ciała.

background image

Kocur wstał i z pytającym wzruszeniem ramion odwrócił się do Iwiwis, która siedziała przy 

stole, obszywając dwa czarne, obszerne płaszcze z kapturami, jakie zwykli nosić czarodzieje. Pod 

okiem Kocura tak pocięła materiał, aby płaszcze dobrze na nich leżały.

Wpadł na pomysł, że skoro został, jak się wydawało, ostatnim żyjącym czarodziejem Gwaja 

i jego obrońcą, powinien się odpowiednio ubierać i mieć do pomocy przynajmniej jednego akolitę.

W  odpowiedzi   Iwiwis   zmarszczyła   nos,   chwyciła   go   mocno   w   dwa   smukłe   paluszki   i 

również wzruszyła ramionami. Racja, pomyślał Kocur: smród, mimo jego starań, ciągle się nasilał. 

Podszedł do stołu i nalał sobie pół kielicha ciężkiego, krwistoczerwonego wina, które, o dziwo, 

zaczynało mu nawet smakować... chociaż istotnie powstawało ze sfermentowanych muchomorów. 

Upił drobny łyk i stwierdził:

- Nazbierało się tych trudności jak ziół w kotle czarownicy. Magów Gwaja szlag trafił... 

wiem,  że  z   mojej  winy,  ale   mówi  się  trudno.   Gwardziści  i   żołnierze  dali  drapaka,   pewnie  do 

najniższych,   najciemniejszych,   cuchnących   piwnic.   Jeśli   nie   przeszli   na   stronę   Hasjarala. 

Dziewczęta też zwiały, wszystkie oprócz ciebie. Nawet medycy boją się do niego zbliżać; ten, 

którego tu przyciągnąłem, omdlał i już się nie obudził. Niewolnicy ze strachu trzymają się z daleka; 

jedynie te woły przy wiatrakach nie chowają głów w piasek, ale tylko dlatego, że w tych głowach 

nic nie ma! Flindach nie odpowiada na list z propozycją przymierza przeciw Hasjaralowi. Żaden 

paź nie zaniesie mu drugiego i żaden strażnik nie uprzedzi nas o napaści.

- Sam mógłbyś przejść na stronę Hasjarala - zasugerowała Iwiwis.

Kocur rozważył jej słowa.

- Nie - zdecydował. - Jest coś romantycznego w szukaniu wyjścia z beznadziejnych sytuacji. 

To one nadają sens życiu. Zdradzenie biedaka w potrzebie nie przyniesie mi zaszczytu. Tylko jak tu 

układać plany walki bez choćby szkieletu armii?

Iwiwis zmarszczyła czoło.

- Gwaj nieraz mówił, że miecz jest jednym ze środków do wspierania dyplomacji. Moim 

zdaniem, czary są jednym ze środków do wspierania miecza. Niech wybuchnie wojna na zaklęcia. 

Jeszcze raz wykonaj swoją świetną sztuczkę - dokończyła bez większego przekonania.

- O, nie! - przeląkł się Kocur. - Wszak nie udało mi się rozgromić dwudziestu czterech 

czarodziejów Hasjarala, bo inaczej nie spadłoby na Gwaja tyle chorób. Albo są to czarnoksiężnicy 

pierwszego   stopnia,   albo   zaklęcie   przynosi   skutek   przeciwny  do   zamierzonego.   Jeśli   tak,   przy 

następnej próbie być może zawalą się na mnie tunele.

- Od czego są inne zaklęcia? - zauważyła roztropnie dziewczyna. - Powołaj do życia armię 

prawdziwych szkieletów! Doprowadź Hasjarala do szaleństwa lub rzuć na niego urok, żeby przy 

każdym kroku kłuł się w nogę. Niech miecze jego żołdaków zamienią się w ser. Niech się im kości 

roztopią. Niech jego dziewki przeobrażą się w koty i rozbiegną się z podpalonymi ogonami. Albo...

background image

- Wybacz, Iwiwis - wpadł jej w słowo Kocur, gdy rozpędziła się na dobre. - Komu innemu 

bym tego nie powiedział, ale... to było moje jedyne zaklęcie. Możemy wykorzystać jeno miecz i 

rozum. Zapytam cię raz jeszcze: jaką taktykę przyjmuje wódz, kiedy lewe skrzydło walczy odcięte 

w okrążeniu, prawe cofa się w popłochu, a zdziesiątkowany trzon ledwo się broni?

Wtem zaskoczył go słodki, dźwięczny głos, jakby srebrzysty dzwonek krótko zabrzęczał lub 

została trącona srebrna  struna harfy.  Choć  nader delikatny,  zdawał się  przez chwilę wypełniać 

komnatę światłem swego dźwięku.

Kocur i Iwiwis rozejrzeli się badawczo i jednocześnie podnieśli wzrok na srebrne popiersie 

Gwaja,   zawieszone   we   wnęce   nad   miejscem,   gdzie   pod   przykryciem   gniły   doczesne   szczątki 

księcia.

Połyskliwe metalowe usta uśmiechnęły się i rozchyliły - o ile dało się to stwierdzić w 

półmroku - i rozległ się cichy, lecz wesoły głos Gwaja:

- Co robi wódz, pytasz? Ano atakuje!

Kocur zamrugał oczami, Iwiwis upuściła igłę. Oczy popiersia lekko się skrzyły, gdy mówiło 

dalej:

- Witaj, mój dowódco bez armii. Witaj, droga dziewczyno. Przepraszam za smród, który 

wam tak dokucza. Nie wypieraj się, Iwiwis, od godziny patrzę, jak zatykasz nos nad przegniłą kupą 

mojego ciała. Cóż, taki jest świat, pełno na nim plugastwa. Czy to aby nie jadowita żmija skrada się 

tam pod szatą, którą zszywasz?

Z okrzykiem przerażenia i kocią zwinnością Iwiwis zerwała się na nogi, odskoczyła od 

tkaniny   i   gorączkowo   strzepała   dół   sukni.   Popiersie   zaśmiało   się   naturalnym,   srebrzystym 

śmiechem.

- Racz wybaczyć, słodkie dziewczę, ale żartowałem. Duchem jestem tak wysoko, wysoko... 

Może dlatego, że ciałem tak nisko. Układanie planów ostudzi mój ferwor. A teraz słuchajcie!

 

***

W   Sali   Czarnoksiężników   dwudziestu   czterech   magów   Hasjarala   wpatrywało   się   z 

przejęciem w olbrzymi magiczny ekran, usytuowany równolegle do długiego stołu, i próbowało ze 

wszystkich   sił   wyostrzyć   obraz.   Sam   Hasjaral,   straszny   w   swoich   ciemnoczerwonych   szatach 

pogrzebowych,   spoglądał   na   przemian   to   otwartymi   oczami,   to   przez   pierścionki   dziurawych 

background image

powiek,  jakby tym  wątpliwym  sposobem chciał  wspomóc ich  działania  -  a zarazem ślinił  się, 

wyklinając ich za nieudolność. W przerwach rozprawiał z dowódcami żołnierzy.

Ekran mierzący dziesięć łokci wysokości i piętnaście szerokości był ciemnoszary, a obraz 

wyświetlał się na nim w upiornych, bladozielonych odcieniach. Każdy czarodziej, odpowiadający 

za ściśle określony rejon ekranu, ukazywał swoją część ogólnej wizji.

Na ekranie widać było należącą do Gwaja Salę Czarnoksiężników, lecz na razie udało się 

uzyskać jedynie rozmyty obraz stołu, pustych krzeseł, dziwnego kopca na ziemi, źródła srebrnego 

blasku   na   ścianie   i   dwóch   poruszających   się   postaci;   te   ostatnie   przypominały   salamandry   z 

doklejonymi rękami i nogami, tak że nawet płci niepodobna było ustalić... jeśli w ogóle w grę 

wchodzili ludzie, a nie bezpłciowe stwory.

Czasami któryś skrawek ekranu rozkwitał niczym rabata kwiatowa w promieniach słońca, 

lecz w jego obrębie nie pojawiała się nigdy żadna postać ani rzecz ciekawsza od pustego krzesła. 

Wtedy Hasjaral  krzyczał na innych  czarodziejów, żeby zrobili  to samo albo  rozkazywał  temu, 

któremu się powiodło, wymienić się rejonami ekranu z kimś innym, kto akurat uchwycił fragment 

postaci. W efekcie obraz tracił na jakości, a Hasjaral wrzeszczał i pluł śliną, przez co wizja do cna 

się   rozmywała   lub   kwadraty   mieszały  się   i   nachodziły  na   siebie   jak   w   rozsypanej   układance. 

Czarodzieje musieli zaczynać wszystko od nowa, terroryzowani brutalnymi pogróżkami księcia.

Hasjaral   i   jego   podwładni   nie   byli   ze   sobą   zgodni   przy   interpretowaniu   obrazów. 

Nieobecność   czarodziejów   Gwaja   wydawała   się   dobrym   znakiem,   póki   ktoś   nie   wyrwał   się   z 

uwagą, że mogli teraz myszkować na Górnych Piętrach, aby z bliskiej odległości zasypać Hasjarala 

gradem   zaklęć.   Jeden   z   żołdaków   otrzymał   ostrą   burę,   bo   wysunął   przypuszczenie,   że   dwaj 

niewyraźni osobnicy mogą być demonami, które w taki sposób ukazują swą prawdziwą postać. 

Wydawał   się   wystraszony  swoim   pomysłem   jeszcze   długo   po   tym,   jak   Hasjaral   skończył   nań 

złorzeczyć.  Optymistyczne spekulacje na temat śmierci czarodziejów  Gwaja  zostały zarzucone, 

kiedy stało się oczywiste, że ostatnio nie kierował na nich czarodziejskiego zaklęcia ani Hasjaral, 

ani żaden z jego podwładnych.

Jedna  z   tajemniczych  postaci  wyszła  całkowicie   poza  ekran,   a  źródło   srebrnego   blasku 

przygasło. Co dało asumpt do nowych spekulacji, przerwanych dopiero nadejściem kilku dotkliwie 

poturbowanych katów oraz tuzina gwardzistów. Ci ostatni otaczali i kłuli mieczami w pierś i plecy 

nieuzbrojonego   człowieka   w   wilczym   płaszczu,   z   rękami   związanymi   na   plecach.   Na   głowę   i 

ramiona nałożono mu czerwony, jedwabny worek z otworami na oczy. Za nim wlókł się ogon 

czarnej peleryny.

-   Pojmaliśmy   syna   północy,   książę!   -   zameldował   triumfalnie   dowódca   gwardzistów.   - 

Przyparliśmy go do muru w katowni. Przebrał się za oprawcę, kłamał jak z nut i chciał przemknąć 

background image

między nami. Dla niepoznaki przygarbił się i szedł na kolanach, aleśmy i tak go po wzroście 

poznali.

-   Bardzo   dobrze,   Jesym,   nie   minie   cię   nagroda   -   pochwalił   go   Hasjaral.   -  Ale   co   ze 

zdradziecką konkubiną mojego ojca i tłustym eunuchem, którzy z nim byli, kiedy pochlastał twoich 

trzech podwładnych?

- Zobaczyliśmy wszystkich w korytarzu nad piętrami Gwaja, gwardziści rzucili się za nimi. 

Zgubili ich, kiedy zdrajca wrócił do izby tortur, ale pościg trwa.

- Postaraj się ich znaleźć! - rozkazał ponuro książę. - Jeśli nie chcesz, żeby słodycz mojej 

nagrody rozpuściła się w żrącym kwasie gniewu. - Zwrócił się następnie do Fafryda: - Cóż powiesz, 

wiarołomco? Teraz będziesz siłować się na rękę, ba, rozerwiesz się na sto innych sposobów, aż 

znuży cię ta zabawa.

- Nie jestem wiarołomcą, Hasjaralu! - odpowiedział Fafryd głośno i wyraźnie mimo worka 

na głowie. - Po prostu zbrzydło mi twoje chamskie zachowanie i torturowanie dziewcząt!

Naraz   czarodzieje   krzyknęli   donośnie.   Hasjaral   obrócił   się   i   zobaczył,   że   jeden   z   nich 

rozwiązał zagadkę kopca na ziemi. Okazało się, że to doszczętnie schorowany mężczyzna, cały 

przykryty kocami prócz twarzy wspartej na poduszce.

- Zbliżenie! - ryknął Hasjaral podniecony, tym razem bez złośliwych pogróżek.

Może   dlatego,   że   nie   byli   zelżeni   ani   wystraszeni,   czarnoksiężnicy   wywiązali   się 

znakomicie ze swoich zadań, dzięki czemu bladozielone oblicze Gwaja wypełniło ekran, wielkie 

niby furmanka zaprzężona w woły. Choroby odcisnęły na nim swoje  piętno; nie dało się tego 

poznać   po   kolorach,   ale   wystarczyły   olbrzymie   pryszcze,   strupy,   grzybicze   narośle,   oczy 

przypominające słoje z ropą, usta upodobnione do spienionego bagna. Każda kropla kapiąca z nosa 

wydawała się galonem wody.

Hasjaral zawołał ochryple, jakby się zakrztusił mocnym trunkiem:

- O radości! Chyba serce mi z piersi wyskoczy!

Nagle ekran zrobił się czarny, w komnacie zaległa martwa cisza, a z korytarza bezszelestnie 

wyleciał mały, popielaty obiekt. Szybował w powietrzu bez machania skrzydłami niczym jastrząb 

szukający   ofiary,   wysoko   nad   mieczami   zadartymi,   żeby   go   dosięgnąć.   Zakręcając   szerokim 

półkolem ku Hasjaralowi, ominął ręce, którymi ten usiłował go złapać poniewczasie, pacnął go w 

pierś i spadł mu pod nogi.

Była to przemyślnie złożona pergaminowa karta, na której pod różnymi kątami spisano treść 

wiadomości.

Hasjaral porwał ją nerwowo, rozłożył z głośnym szelestem i przeczytał na głos:

-   „Drogi   bracie!   Spotkajmy   się   niezwłocznie   w   Sali   Duchów,   żeby   omówić   kwestię 

następstwa   tronu.   Przyprowadź   swoich   dwudziestu   czterech   czarodziejów.   Ja   przyprowadzę 

background image

jednego. Przyprowadź swojego obrońcę. Ja się stawię ze swoim. Przyprowadź gwardzistów. Zjaw 

się osobiście, jako i ja się zjawię. Chyba że w planach na wieczór masz torturowanie dziewcząt. 

Podpisuję się cudzą ręką: Gwaj”.

Hasjaral zmiął w garści pergamin i podniósł wzrok z nasrożoną miną.

- Pójdziemy! - wychrypiał. - Wydaje mu się, że skoro jest moim bratem, okażę mu litość. O 

święta naiwności! Jeśli chce nas wciągnąć w pułapkę, z pewnością go przechytrzę!

- Może i pokonasz dogorywającego  braciszka, ale co z jego obrońcą? - zapytał  głośno 

Fafryd. - Sprytniejszym od Zobolda i dzikszym w boju od słonia samotnika. Rozdepcze twoich 

cherlawych gwardzistów łatwiej, niż ja wytłukłem pięciu w twierdzy. Potem przyłoży ci nóż do 

niewyparzonej gęby! Beze mnie sobie nie poradzisz.

Po chwili namysłu Hasjaral odpowiedział:

- Nie  jestem zarozumiały.  Skorzystam z  rady zdechłego kundla.  Weźmiemy go z sobą. 

Przynieście jego broń, ale zostawcie mu związane ręce!

***

Maszerując pod górkę raźnym, lecz ostrożnym krokiem na czele dziwnego, maleńkiego 

orszaku, Kocur przemierzał niski tunel, gdzie osadzone na ścianach łuczywa świeciły niebieskim 

ogniem nie jaśniej niż płomyki na bagnach i zdawały się rozmieszczone równie daleko od siebie co 

latarnie na wybrzeżu.

Miał na sobie czarną szatę z czubatym kapturem, który, jeśli go głęboko nasunąć, zasłaniał 

całą twarz. Pod spodem niósł miecz, sztylet i bukłak krwistoczerwonego wina z muchomorów, zaś 

w ręku trzymał cienką, czarną różdżkę ze srebrną gwiazdką, przypominającą mu, że sprawuje teraz 

godność czarnoksiężnika do zadań specjalnych.

Za   nim   truchtali   parami   czterej   niewolnicy   taśmowi   o   słoniowych   nogach   i   skarlałych 

głowach; przypominali ciemne, chodzące stożki, zwłaszcza gdy odcinali się w blasku mijanego 

łuczywa. W drobnych rękach trzymali drągi kunsztownie rzeźbionej lektyki z hebanu i eukaliptusa, 

w   której   leżało   -   na   miękkim   materacu,   przykryte   futrem,   jedwabiem   i   bogato   haftowanymi 

tkaninami - cuchnące, bezradne ciało z niezłomnym duchem księcia Dolnych Pięter.

Za lektyką sunęła, zdawałoby się, mniejsza wersja Kocura: Iwiwis przebrana za jego akolitę. 

Z fałdy kaptura uczyniła swoisty wiatrochron do zasłaniania ust i nosa, ponadto często wąchała 

background image

chusteczkę nasączoną oparami kamfory i amoniaku. Pod lewą pachą w wełnianym worku niosła 

srebrny gong, pod prawą - drewnianą maskę.

Szerokie, stwardniałe stopy niewolników cicho szurały po kamiennej posadzce, w stałych 

odstępach czasu zagłuszane gulgotem wymiocin Gwaja. Innych odgłosów nie było.

Na ścianach i stropie dominowały, malowane przeważnie żółtą ochrą, podobizny demonów, 

groźnych bestii, skrzydlatych dziewcząt i jeszcze wielu piękności z piekła rodem. Wynurzając się 

wolno   z   mroku   i   znikając,   wywoływały   dreszczyk   grozy.   Tak   czy   inaczej,   była   to   jedna   z 

przyjemniejszych podróży, które Kocur zachował w pamięci, porównywalna z dawną wędrówką 

lankmarskimi dachami na szczyt wieży, kiedy w blasku księżyca wieszał przywiędły wieniec na 

szyi zapomnianego posągu boga złodziei, polewał go gorzałką i podpalał.

-   Do   ataku!   -   mruknął   do   siebie   w   wyśmienitym   nastroju.   -   Naprzód,   drużyno 

wielkostopców! Naprzód, siej popłoch, wojenny wehikule! Naprzód, nadobna ariergardo! Odwagi, 

żołnierze!

***

Brylla,   Kewisa   i   Fryska   siedziały   cicho   jak   trusie   w   Sali   Duchów,   obok   wyschniętej 

fontanny   i   niedaleko   otwartych   drzwi   do   komnaty,   gdzie   zgodnie   z   planem   miały   się   ukryć. 

Dziewczyny   rozmawiały   szeptem,   głowa   przy   głowie,   lecz   nie   hałasowały   bardziej   niż 

szczebioczące myszy. Także westchnienie, które czasem wyrywało się z piersi Brylli, nie mąciło 

ciszy.

Za   fontanną   widniały   wielkie   drzwi,   uchylone   do   połowy,   przez   które   wkradały   się 

badawczo mętne promienie światła; stamtąd właśnie przyprowadził ich Fafryd, zanim wrócił, aby 

zatrzymać pogoń. Olbrzymie cielsko Brylli potargało sporą część pajęczyn.

Zakładając,   że   tamte   drzwi   oraz   te   do   kryjówki   stanowią   dwa   przeciwległe   kąty 

pomieszczenia, w pozostałych dwóch ziały czarną pustką sklepione wyloty korytarzy, wąskiego i 

szerokiego, które wychodziły na kamienną rampę, wyniesioną trzy stopnie nad posadzkę otaczającą 

nieczynną   fontannę.   W   innych   miejscach   wzdłuż   ścian   biegły   rzędem   pomniejsze   drzwi, 

nieodmiennie zamknięte, zapewne prowadzące do niegdysiejszych sypialni. Nad tym wszystkim 

górowało dość płaskie sklepienie z czarnych brył kamienia, połączonych szarą zaprawą. Tyle mogły 

zobaczyć oczy od dawna przyzwyczajone do mroku.

background image

Brylla zorientował się, że tutaj ongiś musiał mieścić się harem. I oto znowu powstawał tu 

zarodek haremu - wyobrażał sobie w melancholijnym nastroju. A tworzył go on, eunuch, oraz 

ciężarna kobieta Kewisa, która plotkowała z niespokojną, pełną życia Fryską, obawiającą się o 

bezpieczeństwo swego rosłego kochanka z barbarzyńskich krajów. Tęsknił do przeszłości. Chciałby 

tu   pozamiatać   i   odnaleźć   -   dla   ozdoby  ścian   i   posadzki   -   parę   arrasów   i   dywanów,   choćby  i 

nadgniłych. Jednakże Fryska twierdziła, że nie powinni zostawiać śladów swojej obecności.

Głównym tunelem doleciały niewyraźne dźwięki. Dziewczęta przestały szeptać, a Brylla - 

wzdychać i dumać. Zamienili się w słuch. Rozległy się nowe odgłosy: tupot kroków, zgrzyt nagiej 

stali   na  kamieniach   tunelu.   Uciekinierzy  zerwali   się   do  biegu,   wpadli   do  kryjówki  i   po  cichu 

zamknęli za sobą drzwi. Przez pewien czas w Sali Duchów obecne były tylko duchy.

W progu wielkich drzwi ukazał się gwardzista w hełmie i kolczudze, przystanął i rozejrzał 

się ze strzałą nałożoną na napiętą cięciwę krótkiego łuku. Ostrożnie ruszył na zwiady, kiwnąwszy 

ramieniem,   na   który   to   znak   pojawiło   się   za   nim   trzech   żołdaków   i   czterech   niewolników   z 

uniesionymi wysoko pochodniami. W żółtym blasku pełzły po zakurzonej posadzce monstrualne 

cienie gwardzistów, a po okrągłych ścianach - ich czarne głowy. Rzucali wkoło baczne spojrzenia w 

poszukiwaniu oznak pułapek bądź zasadzki.

Stąd i zowąd wylatywały nietoperze, uciekające przed światłem do tuneli.

Idący   na   czele   gwardzista   odwrócił   się,   zagwizdał   i   pomachał   ręką.   Dwa   zespoły 

niewolników   równocześnie   naparły   na   skrzydła   drzwi,   które   z   przeraźliwym   zgrzytem   i 

skrzypieniem zawiasów otworzyły się na oścież. Przy tym jedna osoba odskoczyła z przestrachem, 

kiedy z poruszonych pajęczyn - takie odniosła wrażenie - spadł jej na plecy pająk.

Nadciągali kolejni gwardziści, każdy w towarzystwie niewolnika z pochodnią, i rozchodzili 

się po zakątkach sali z cichym nawoływaniem. Mocowali się z zamkniętymi drzwiami i przebijali 

wzrokiem ciemności wąskiego i szerokiego korytarza. Wszyscy jednak dość szybko wrócili, by 

utworzyć   półkolisty   kordon   ochronny   przed   otwartymi   drzwiami,   obejmujący   swoim   obrębem 

prawie całą środkową część Sali Duchów.

Na ten pilnie strzeżony teren wkroczył dumnie Hasjaral w otoczeniu swoich siepaczy. Za 

nim w ciasnym dwuszeregu śpieszył pełen zastęp jego czarnoksiężników. Hasjaralowi asystował 

Fafryd - nadal skrępowany, z czerwonym workiem na głowie, w obstawie żołdaków z obnażonymi 

mieczami.   Przybyło   również   niewolników   z   pochodniami,   dzięki  czemu  w   pobliżu   drzwi  Sala 

Duchów była jasno oświetlona, chociaż dalej do głosu dochodziły czarne cienie.

Skoro Hasjaral nic nie mówił, nie odzywał się też nikt inny. Choć nie zachowywał się 

bynajmniej   cicho:   nieustannie   parskał   charkotliwym   kaszlem   i   strzykał   plwociną   w   pięknie 

haftowaną   chusteczkę.   Po   każdym   napadzie   kasłania   rzucał   na   boki   groźne   spojrzenia   i   dla 

podkreślenia swej czujności zamykał przekłutą powiekę.

background image

Wtem rozległ się cichy chrobot i ktoś krzyknął:

- Szczury!

Kto   inny   puścił   strzałę   w   stronę   cieni   przy   fontannie,   skąd   doleciał   charakterystyczny 

odgłos.   Hasjaral   pytał   gniewnym   tonem,   czemu   zapomniano   o   fretkach,   jak   również   o   jego 

wspaniałych  chartach tudzież sowach  mających go strzec przed jadowitymi  zębami nietoperzy, 

które Gwaj mógł na niego nasłać. Zaklinał się, że obedrze ze skóry prawe ręce winowajców.

Hałas   się   powtórzył   -   chrobot   pazurków   drepczących   po   gładkim   kamieniu.   Daremnie 

frunęły i z brzękiem odbijały się od kamiennych płyt następne strzały. Gwardziści wiercili się 

nerwowo, aż spośród nich zawołał głośno Fafryd:

- Hej, zróbcie zasłonę z tarcz! Stańcie murem z dwóch stron księcia! Nikomu nie przyszło 

do   głowy,   że   z   tunelu   mógłby   wystrzelić   pocisk,   wcale   nie   papierowy,   przedziurawić   gardło 

waszemu kochanemu panu i uciszyć na wieki jego dostojny kaszel?

Na ten rozkaz kilku żołdaków przyskoczyło z poczuciem winy do księcia, a ponieważ ten 

nie odgonił ich od siebie, Fafryd roześmiał się i zauważył:

- Zamaskowany wojownik napędzi strachu wrogom, Hasjaralu, ale jeśli mu związać ręce na 

plecach, będzie się jawił bezbronną owieczką. Wtedy dopiero można popaść w biedę. Bo gdyby ów 

niezwyciężony osiłek, sprytniejszy od Zobolda i groźniejszy od rozjuszonego słonia, ruszył na nas 

znienacka, roztrącił i przegonił twych zestrachanych gwardzistów...

- Rozetnijcie mu więzy! - zarządził Hasjaral, a kiedy żołdak zaczął sztyletem ciąć sznury na 

rękach Fafryda, dorzucił: - Nie dawajcie mu jeszcze miecza ni topora! Dostanie je w razie potrzeby.

Fafryd potrząsnął ramionami, kilkakrotnie wygiął swe mocarne ręce i jął je rozcierać. Spod 

maski buchnął śmiech.

Hasjaral spienił się i kazał, by ponownie spróbowano otworzyć pozamykane drzwi. Kiedy 

żołdacy   podchodzili   do   tych,   za   którymi   chowała   się   Fryska   z   dwojgiem   swoich   nowych 

towarzyszy, Fafryd sposobił się do działania. Wiedział, że nie ma tam żadnych zamków czy zasuw. 

Nie ustąpiły jednak mimo silnego naporu. Można było sobie wyobrazić masywny grzbiet Brylli w 

charakterze barykady i dwie dziewczyny pchające jego brzuch. Uśmiechnął się pod czerwonym, 

jedwabnym workiem.

Książę długo jeszcze toczył pianę z ust, przeklinając brata za spóźnienie i zarzekając się, że 

choć zamierzał zlitować się nad nim i nad jego sługami, teraz zmienia zdanie. Jeden z gwardzistów 

poddał myśl, że papierowy pocisk Gwaja mógł być tylko wybiegiem, aby nie wchodzili mu w 

drogę, kiedy wyprowadzi atak tunelami lub szybami wentylacyjnymi, na co książę chwycił go za 

gardło,   potrząsnął   nim   zapalczywie   i   zapytał,   dlaczego   nie   podzielił   się   wcześniej   swoimi 

podejrzeniami.

background image

W tym momencie dał się słyszeć srebrzysty dźwięk gongu. Hasjaral rozpuścił gwardzistów 

po sali, a sam rozejrzał się uważnie. Gong ozwał się powtórnie i oto z mroku szerokiego korytarza 

wynurzyły się wolno dwie szkaradne postacie, dźwigające drągi zdobnie rzeźbionej, czerwono-

czarnej lektyki.

Wszyscy obecni na Sali Duchów byli oswojeni z widokiem niewolników pracujących przy 

wiatrakach, ale kto zobaczył ich gdziekolwiek poza taśmą, musiał być tak samo wstrząśnięty, jakby 

widział ich po raz pierwszy w życiu. Domyślano się jakiegoś strasznego pogwałcenia obyczajów, a 

nawet zamieszek, toteż podniosły się szmery i ludzie kręcili się niespokojnie.

Niewolnicy   szli   dalej   ciężkim   krokiem,   wkrótce   też   ukazała   się   druga   para.   Lektyka 

podjechała  nad samą krawędź rampy,  gdzie  wreszcie spoczęła na  ziemi. Tragarze spletli palce 

krótkich rąk na swych gigantycznych piersiach i znieruchomieli.

Z tego samego korytarza raźno wyszedł dość niski czarodziej w czarnej pelerynie, z twarzą 

zasłoniętą  kapturem,  a  tuż   za  nim,  niczym  cień,  ukazała  się   nieco   niższa  figura   w   podobnym 

przyodziewku. Czarny mag przystanął przy lektyce, tuż przed nią, mając po prawej ręce swego 

akolitę. Dostojnym ruchem uniósł połyskującą srebrem różdżkę, po czym rzekł głośno i dobitnie:

- Przemawiam w imieniu Gwaja, pana demonów i najwyższego władcy Kuarmalu! A że to 

prawda, zaraz się każdy przekona!

Kocur   przemawiał   swoim   najgłębszym   głosem,   znamionującym   wielce   poważnego 

czarownika - głosem, którego nikt prócz niego jeszcze nie słyszał... jeśli nie liczyć niedawnego 

wyczynu,   kiedy   pogromił   czarodziejów   Gwaja.   Jednakże   nikt   z   żyjących   nie   był   świadkiem 

tamtego zdarzenia. Bawił się więc teraz setnie, sam zdumiony własną przebojowością.

Po przerwie, nie za długiej ani nie za krótkiej, powoli skierował różdżkę na lektykę i leżącą 

w niej bezkształtną masę, uniósł drugą rękę władczym gestem, spodem dłoni do przodu, i rozkazał:

-   Na   kolana,   parszywcy!   Pokłońcie   się   swemu   jedynemu   prawowitemu   monarsze, 

wielmożnemu Gwajowi, którego imię budzi strach w demonach!

Kilku bliżej stojących i co mniej rozgarniętych żołdaków usłuchało rozkazu - najwidoczniej 

Hasjaral   dawał   im   się   mocno   we   znaki   -   podczas   gdy  większość   gapiła   się   z   niepokojem   na 

zasłoniętą postać w lektyce. Zaiste, szczęśliwie się złożyło, że Gwaj spoczywał w bezruchu, jak w 

letargu,   niczym   odzwierciedlenie   najstraszniejszego   oblicza   śmierci.   Wyglądał   teraz   na   wielce 

tajemniczą, nieprzewidywalną osobistość.

Tocząc   badawczym   wzrokiem   z   głębin   kaptura,   Kocur   wypatrzył   wybijającą   się   postać 

obrońcy Hasjarala. Na bogów, ależ to był olbrzym, równie wielki jak Fafryd! I znawca ludzkiej 

psychiki, jeżeli sam wpadł na pomysł z tą czerwoną, jedwabną maską. Kocur nie palił się do 

rozprawy z tym osiłkiem, lecz przy odrobinie szczęścia może do tego nie dojdzie...

background image

Przez szeregi zatrwożonych gwardzistów, odganiając ich bykowcem na boki, przedzierała 

się   zgarbiona   postać   w   ciemnoczerwonych   szatach   -   nareszcie   Hasjaral!   -   aż   wysunęła   się   na 

czoło... jak zakładał scenariusz.

Brzydota  i wulgarność  księcia  wykraczała poza  wszystko,  czego  się  Kocur  spodziewał. 

Władca Górnych Pięter zwrócił się twarzą do lektyki i w ciągu pełnej napięcia chwili nie robił nic 

prócz szkaradnych grymasów, pochrumkiwania i ślinienia się - zupełnie jak człowiek niespełna 

rozumu. Gdy się nagle odezwał, warknął tak donośnie, że nie powstydziłby się tego żaden z jego 

chartów.

- Prędzej czy później śmierć każdego weźmie! Później dopadła mojego ojca, zniszczonego 

przez gwiazdy i spalonego na popiół, prędzej mojego brata, którego raziłem zaklęciami, a który nie 

waży   się   mówić   sam   za   siebie,   lecz   opłaca   szarlatana.   Otóż   prawem   śmierci   ja,   Hasjaral, 

ustanawiam się jedynym władcą Kuarmalu i wszystkich jego mieszkańców, ludzi i demonów!

Hasjaral   już   się   odwracał   -   prawdopodobnie   po   to,   aby   rozkazać   gwardzistom   pojmać 

towarzyszy Gwaja albo czarodziejom rozprawić się z nimi za pomocą zaklęć - gdy nieoczekiwanie 

Kocur głośno zaklaskał w dłonie. Na ten znak Iwiwis, stanąwszy między nim a lektyką, zdjęła 

kaptur, rozchyliła szaty i jednym płynnym ruchem spuściła je na ziemię. Odsłonił się widok, który 

wszystkich zdumiał i przeraził. Nawet Hasjarala, co było do przewidzenia.

Iwiwis miała bowiem na sobie czarną, przezroczystą tunikę z jedwabiu - jakby mgiełkę z 

najciemniejszego opalu, rozpylonego nad jej bladym, dziewczęco gibkim ciałem. Twarz zasłoniła 

białą   maską   potwornej   staruchy,   zgrzybiałej   kobiety   z   wielkimi   zębiskami   w   rozdziawionych 

ustach,   o   pałających   nienawiścią   oczach,   czerwonych   z   białymi   tęczówkami.   Tak   właśnie 

pokolorował je w pośpiechu Kocur na polecenie Gwaja, który przemawiał ze srebrnego popiersia. Z 

tyłu, za maską, dziewczynie spadały na plecy zielone pukle z białymi pasemkami, parę kosmyków 

przechodziło po ramionach nad piersi. Przed sobą trzymała w prawej dłoni duży, ceremonialny nóż 

do przycinania gałęzi.

Kocur   wskazał   Hasjarala,   na   którym   od   początku   spoczywały   oczy   maski,   i   rozkazał 

głuchym głosem:

- Przyprowadź mi go, matko-wiedźmo!

Iwiwis dziarsko ruszyła do księcia.

Hasjaral cofnął się i stanął skamieniały ze strachu, gdy zbliżała się doń wieszczka jego 

zguby, górą matka z ludożerczego plemienia, dołem dziewica z elfich szczepów. Obezwładniała go 

oczami   jego   ojca   i   ostrym   nożem   obiecującym   karę   za   to,   że   z   perfidnym   zamiłowaniem 

przyprawiał dziewczyny o śmierć lub dozgonne kalectwo.

Kocur wiedział, że jest o krok od zwycięstwa i wystarczy tylko zacisnąć palce.

background image

W tym momencie z drugiego końca sali doleciał zduszony, głęboki dźwięk gongu, zupełnie 

innego niż gong Gwaja. Wibracje zdawały się przenikać do kości. Naprzeciwko miejsca, gdzie stała 

lektyka, z obu stron wejścia do wąskiego korytarza, z grzmiącym rykiem strzeliły pod sam strop 

białe słupy ognia. Zwróciły się ku nim wszystkie oczy i w niwecz obróciło się zaklęcie Kocura, 

który w duchu przeklął to niespodziewane uzupełnienie scenografii.

Dym buchnął ku czarnym kamieniom sklepienia, słupy ognia skurczyły się do wysokości 

dorosłego   człowieka,   a   między   nie   wydłużonym   krokiem   wszedł   Flindach   w   swoich   grubo 

haftowanych szatach i zatkniętym za pas złotym symbolem władzy. Miał na sobie habit śmierci z 

odrzuconym   na   plecy   kapturem,   który   nie   zasłaniał   blizny   i   krost   na   twarzy   oraz   oczu 

przypominających   te   z   maski   Iwiwis.   Najwyższy   namiestnik   rozpostarł   szeroko   ramiona   w 

zdecydowanym, błagalnym geście i zaraz w Sali Duchów rozbrzmiał jego dźwięczny, donośny głos:

- O Gwaju! O Hasjaralu! W imię ojca pogrzebanego i odeszłego za gwiazdy, w imię dziada 

waszego,   po   którym   i   ja   dziedziczę   oczy,   zaklinam,   pomyślcie   o   Kuarmalu!   Pomyślcie   o 

bezpieczeństwie królestwa i zniszczeniach, jakie niesie wojna. Zakończcie swary, nie dajcie się 

zaślepić nienawiści i ciągnijcie losy, by raz na zawsze ustalić następcę tronu. Zwycięzca zostanie 

udzielnym   władcą.   Przegrany   natychmiast   wyjedzie   ze   wspaniałym   orszakiem   i   skrzyniami 

skarbów, przebędzie Góry Głodu, pustynię, Morze Wschodu i osiedli się na stałe w tamtejszych 

krainach,   gdzie   żyć   będzie   w   dostatku   i   powszechnym   szanowaniu.   leżeli   nie   chcecie   ciągnąć 

tradycyjnych losów, niechaj walczą za was najęci wojownicy, na śmierć i życie. Pozostałe warunki 

nie ulegną zmianie. O Hasjaralu, o Gwaju, com powiedział, powiedziałem. - Skrzyżował ręce i 

między jasnymi słupami ognia czekał na odpowiedź.

Fafryd skorzystał z osłupienia słuchaczy: wyszarpnął swój miecz i topór z rąk zaskoczonych 

gwardzistów. Przepchnął się do Hasjarala, jakby chciał zapewnić ochronę księciu stojącemu w 

oddaleniu, bez obstawy. Lekko go trącił i szepnął mu poprzez jedwab worka:

-   Zgódź   się,   a   twoje   będzie   na   wierzchu.   Zdobędę   dla   ciebie   te   wstrętne,   zatęchłe 

katakumby, zaś po zgarnięciu nagrody wyjadę stąd prędzej niż Gwaj.

Hasjaral spiorunował go wzrokiem, odwrócił się do Flindacha i krzyknął:

- Jam jest udzielnym władcą i nie trzeba ciągnąć losów, żeby o tym zdecydowały! Ba, moi 

arcymagowie policzą się z każdym, kto ośmieli się rzucać na mnie zaklęcia! A mój wielki wojownik 

zgniecie na miazgę śmiałków, którzy wystąpią przeciw mnie z mieczem!

Na potwierdzenie tych słów Fafryd z wypiętą piersią ciskał z oczu błyskawice.

Ciszę,   jaka   zapadła   po   chełpliwym   oświadczeniu   Hasjarala,   zmącił,   niczym   nóż   wodę, 

świdrujący, acz słodki głos, który wydobywał się z nieruchomej masy na lektyce otoczonej przez 

czwórkę beznamiętnych tragarzy... albo też z miejsca położonego tuż powyżej.

background image

-   Udzielnym   władcą   Kuarmalu   jestem   ja,   Gwaj   z   Dolnych   Pięter,   nie   zaś   mój   brat 

nieszczęsny. Żal mi tylko jego potępionej duszy. Moja magia przeciwstawiła się najokrutniejszym 

zaklęciom, mój wojownik zetrze na proch każdego zbója!

Wszystkich strwożyła ta pozornie magiczna przemowa - wszystkich z wyjątkiem Hasjarala, 

który zapluł się cały ze śmiechu, powykrzywiany na twarzy, a potem zawołał, jakby się bawił z 

bratem w piaskownicy:

- O ty podłoto, kłamco bezczelny! Zniewieściały pyszałku! Tani szarlatarzyno! Gdzież jest 

twój wielki wojownik? Niech no się pokaże! Dawaj go tu! Albo lepiej przyznaj, że to wybryk twej 

chorej, umierającej wyobraźni! Ha, ha, ha, ha!

Po tych słowach ludzie zaczęli się rozglądać z ciekawością; jedni w zamyśleniu, drudzy z 

obawą. Ale ponieważ nikt się nie pojawił, żaden waleczny rycerz, niektórzy poddani Hasjarala 

zawtórowali mu w śmiechu i swą wesołością zarażali innych.

Szary Kocur ani myślał nadstawiać karku, zwłaszcza że najemnik Hasjarala z każdą chwilą 

wyglądał na groźniejszego przeciwnika; uzbrojony w topór jak Fafryd, wydawał się w dodatku 

sprawować   funkcję   doradcy   swego   pana.   Zapewne   był   kimś   w   rodzaju   kapitana   z   szerokimi 

uprawnieniami i nie rzucał się w oczy - podobnie jak on zawsze stał w cieniu Gwaja. Brała go 

pokusa, trudna do przezwyciężenia, żeby skorzystać z okazji i przyćmić wszystkie niespodzianki 

jedną mistrzowską niespodzianką.

W tej chwili znów zabrzmiał niesamowity, krystaliczny głos Gwaja; nie powstawał w krtani, 

gdyż ta do szczętu zgniła, lecz pod wpływem nieśmiertelnej woli manipulującej niewidzialnymi 

cząstkami powietrza.

- Z najczarniejszej otchłani, dokąd nikt nie dojrzy, na środek sali... wyjdź, mój obrońco!

Kocur miał już dość czekania. Iwiwis, jeszcze nim Flindach skończył przemawiać, okryła 

się   na   powrót   swoją   czarną   peleryną,   wiedząc,   że   strach,   jaki   wzbudziła   maska   wiedźmy   w 

połączeniu z jej niewieścimi kształtami, prędko minie. Ponownie stała przy Kocurze jako jego 

akolita. A on, nie patrząc na nią, jednym stanowczym ruchem przekazał jej różdżkę, po czym 

przysunął dłonie do kołnierza peleryny, strząsnął z głowy kaptur i zrzucił z ramion wierzchnią 

szatę.   Zachrzęścił   wyciągany   z   pochwy   Skalpel,   gdy   Kocur   dał   susa   i   z   przytupem   obcasów 

wylądował   na  szczycie  trzech  kamiennych   stopni,  gdzie   pochylił  się  na   zgiętych  kolanach  i   z 

wzniesionym mieczem potoczył wkoło wyzywającym spojrzeniem. Postać w szarym, jedwabnym 

odzieniu budziła respekt, choć nie wyróżniała się wzrostem i nosiła u boku nie tylko sztylet, ale i 

bukłak z winem.

Tymczasem Fafryd, który patrzył na Hasjarala, czekając na ostateczne rozkazy, zerwał z 

głowy czerwony worek, z jękliwym brzękiem wysunął Szarą Rózgę i z agresywnym przytupem 

skoczył naprzód.

background image

Dopiero teraz przyjaciele zobaczyli się i poznali. I milczeli, co w przekonaniu świadków 

tego   zdarzenia  wynikało  z  ich   groźnej,   nakazującej   ostrożność  postawy.  Jeden  był   mianowicie 

nieprzeciętnie wysoki, drugi przedzierzgnął się z czarodzieja w wojownika. Najwidoczniej żaden 

nie chciał się rzucać pochopnie w wir walki.

Pierwszy   zareagował   Fafryd.   Może   dlatego,   że   czarny   mag   swą   mową   i   zachowaniem 

nasuwał mu jakieś niejasne skojarzenia. Wybuchnął rechotliwym śmiechem, który w mgnieniu oka 

ustąpił wrzaskliwym szyderstwom:

-   Wypierdku   szamana!   Przemądrzała   gaduło!   Najnędzniejszy   z   nędznych   kuglarzy! 

Niedołężny tropicielu zaklęć! Krasnalu! Ropuszko!

Kocur,   może   ze   względu   na   zdumienie   i   ciągłe   niedowierzanie,   z   jakim   przyjmował 

obecność Fafryda pod postacią swego śmiertelnego wroga, postanowił - i to w samą porę, bo i jemu 

na śmiech się zbierało - ryknąć w odpowiedzi:

-  Gębo niewyparzona!  Karczemna hałaburdo!  Nieudolny,  zaśliniony  podrywaczu!  Jesteś 

mendą i ćwokiem! I masz giry niedźwiedzia!

Wszyscy   słuchali   tego   z   natężoną   uwagą.  Wiedzieli,   że   zniewagi   mogły  paść   znacznie 

ostrzejsze, aczkolwiek wojowniczy ton, jakim zostały wypowiedziane, potęgował ich dosadność.

Fafryd postąpił krok do przodu.

- Długo marzyłem o tej chwili! - odkrzyknął. - Dostaniesz tak w czerep, że kurzy móżdżek 

piętami ci wyjdzie!

Kocur skoczył w górę - nie do przodu, bo wtedy spadłby stopień niżej, skąd byłby mniej 

przekonujący. Równocześnie krzyknął:

- Wreszcie będę mógł dać upust wściekłości! Za każde kłamstwo wyrwę ci połeć bebecha, 

zwłaszcza za przechwałki o podróżach na północ!

- A Ol Hrusp pamiętasz? - odwrzasnął Fafryd.

- A Litokil? Coś ci to mówi? - odgryzł się Kocur.

Większość   Kuarmalczyków   przypuszczała,   że   Litokil   i   Ol   Hrusp   to,   jakżeby   inaczej, 

miejsca, gdzie dwaj wojownicy potykali się niegdyś w pojedynku lub na polu bitwy po dwóch 

przeciwnych stronach, lub przy okazji sporów o kobietę. W rzeczywistości, Litokil był Szalonym 

Diukiem   z   miasta   Ol   Hruspu.   Niegdyś   dla   jego   zachcianki   Fafryd  i   Kocur   odbyli   nad   wyraz 

realistyczny i wielokrotnie przećwiczony pojedynek, który trwał dobre pół godziny. W każdym 

razie ci, co oczekiwali długiej i spektakularnej walki, nie mogli mieć powodów do rozczarowania.

Na początek Fafryd wymierzył trzy potężne cięcia, z których każde rozrąbałoby Kocura na 

pół, lecz ten w ostatnim momencie wszystkie parował silnymi, zręcznymi zastawami Skalpelem. 

Gdy rozbrzmiała zgrzytliwa muzyka ścierającej się stali, klinga miecza przelatywała ze świstem cal 

nad jego głową.

background image

Następnie Kocur wyprowadził trzy pchnięcia; przyskakiwał do Fafryda płytkimi susami jak 

latająca ryba i równie zwinnie uskakiwał po zasłonach przeciwnika. Fafrydowi zawsze udawało się 

uciec w bok, co czynił z niewiarygodną chyżością, biorąc pod uwagę jego gabaryty. Cienka klinga 

Skalpela mijała go w bezpiecznej odległości.

Owa wymiana cięć i pchnięć stanowiła dopiero wstęp do starcia, które przeniosło się w 

pobliże   nieczynnej   fontanny   i   stało   się   dla   oka   zapierającym   dech   w   piersiach   widowiskiem. 

Niejeden raz widzowie musieli cofać się przed walczącymi. Kocur również improwizował: gdy 

dochodziło   do   zwarcia   w   ferworze   pojedynku,   dyskretnie   wylewał   z   bukłaka   gęste, 

krwistoczerwone wino z muchomorów. Dzięki temu obaj wyglądali na srodze poranionych.

Tylko trzy osoby w Sali Duchów nie interesowały się tą na pozór mistrzowską rozgrywką. 

Nie należała do nich Iwiwis: niebawem odrzuciła kaptur na plecy, zerwała z twarzy maskę wiedźmy 

i podążyła w ślad za walczącymi, zagrzewając do boju Kocura. Podobnie rzecz się miała z Brylla, 

Kewisą  i Fryską; mimo troskliwych napomnień eunucha szczęk mieczy zmusił dziewczyny do 

uchylenia   drzwi.   Teraz   cała   trójka,   głowa   nad   głową,   wyglądała   ukradkiem   przez   szczelinę. 

Pośrodku nich Fryska drżała ze strachu na widok niebezpieczeństw, jakim musiał sprostać Fafryd.

Oczy   Gwaja   były   zlepione,   powieki   zalane   ropą,   a   popękane   ścięgna   uniemożliwiały 

uniesienie głowy. Nie próbował też śledzić nadprzyrodzonymi zmysłami przebiegu walki. Jego 

życie wisiało na cienkiej nici zażartej nienawiści, cała reszta była dlań czymś mniej znaczącym niż 

teatr   cieni.   Nienawiść   zastępowała   wszelkie   cuda,   barwy   i   radości   życia   -   nic   więcej   nie 

potrzebował.

Nienawiść   Hasjarala   była   w   tej   chwili   tak   wielka,   że   wzięła   górę   nad   pragnieniami   i 

odruchami   jego   zdrowego   ciała,   wyparła   z   rozgorączkowanego   umysłu   plany   i   wyobrażenia. 

Zobaczył pierwszy cios pojedynku, zobaczył niestrzeżoną lektykę z bratem, a potem - jakby ujrzał 

w myślach zwycięską kombinację zagrań szachowych i był nią oszołomiony - bezwiednie wziął się 

do   działania.   Obchodząc   walczących   szerokim   lukiem,   poruszał   się   w   cieniu   cicho   jak   łasica. 

Wspiąwszy się pod ścianą na trzeci stopień, ruszył prosto do lektyki.

Nie miał w głowie żadnych pomysłów, lecz plątały mu się przed oczami zniekształcone 

obrazy, widoczne jakby z dużej odległości. Zobaczył siebie jako małego szkraba, skradającego się 

nocą do łóżeczka Gwaja, żeby ukłuć go szpilką.

Nawet nie spojrzał na niewolników taśmowych, którzy prawdopodobnie go nie zauważyli, a 

przynajmniej nie zwracali nań uwagi; rachityczne mózgi nie na wiele im pozwalały. Nachylił się 

skwapliwie między dwóch z nich i z ciekawością przyjrzał się bratu. Smród wiercił w nosie, usta 

ściągały się niczym zwieracz, lecz uśmiech nie schodził z jego twarzy.

background image

Z pochwy u pasa wyciągnął szeroki sztylet z oksydowanej na niebiesko stali i zawiesił go 

nad   twarzą   Gwaja,   którą   choroby   zniszczyły   niemalże   do   niepoznaki.   Wyostrzone   krawędzie 

brzeszczotu jeżyły się haczykami skierowanymi w stronę rękojeści.

Pojedynek na miecze wrzał na całego, ale jego to nic a nic nie obchodziło.

- Otwórz oczy, bracie - rzekł cicho. - Zanim cię zabiję, jeszcze raz się odezwij.

Gwaj nie odpowiedział mu ani gestem, ani szeptem, ani gulgotem wymiocin.

- Jak sobie chcesz - burknął książę. - W takim razie giń z zasznurowaną gębą. - I opuścił 

sztylet. 

Ostrze zatrzymało się gwałtownie o włos nad prawym policzkiem Gwaja, a Hasjaral poczuł 

odrętwienie w ramieniu. Miał wrażenie, że coś go szarpnęło.

Wtedy Gwaj otworzył oczy. A był to widok nieprzyjemny, bowiem wypełniała je po brzegi 

zielona ropa.

Hasjaral natychmiast przymknął powieki, choć wciąż wszystko widział przez wycięte w 

nich otwory. Posłyszał nad uchem głos cichy jak brzęczenie natrętnego komara:

-   Jedna   rzecz   ci   umknęła,   drogi   bracie.  Wybrałeś   złą   broń.   Kiedy   spłonął   nasz   ojciec, 

przysięgałeś, że nie zginę z twojej ręki, jeśli nie przyjdzie ci ochota mnie zmiażdżyć. „Póki cię nie 

zmiażdżę”, tak się wyraziłeś. Bogowie zwracają uwagę na słowa, bracie, zamiary ich nie interesują. 

Gdybyś   przytaszczył   głaz   jak   kopalniany   gnom,   którego   tak   bardzo   przypominasz,   być   może 

osiągnąłbyś swój cel.

- A więc zostaniesz zmiażdżony, skoro tak trzeba! - odparował ze złością Hasjaral, bliski 

krzyku. Nachylił się jeszcze bardziej. - Usiądę sobie z boku i będę słuchał, jak ci chrupią kości. 

Jeśli wszystkie nie zgniły! Jesteś głupszy ode mnie, boś po pogrzebie ojca przysięgał, że nic mi nie 

zrobisz. Na domiar głupoty, zdradziłeś mi, jak można cię załatwić.

- Przysiągłem, że nie zabiję cię zaklęciem, stalą ani jadem. Nie zginiesz też z mojej ręki - 

odpowiedział   Hasjaralowi   owadzi   głosik   nad   uchem.   -  Ale   w   przeciwieństwie   do   ciebie   nie 

wspomniałem o miażdżeniu.

Hasjaral poczuł dziwne swędzenie na całym ciele. Przyszło mu oddychać ostrym zapachem: 

mieszaniną trupiego fetoru i swądu, jaki powstaje po uderzeniu pioruna.

Znienacka Gwaj wyciągnął dłonie spod bogato haftowanego koca. Palce, na których z kości 

odpadało ciało, kierowały się wymownie w górę.

Hasjaral omal nie odskoczył do tyłu, lecz w porę nad sobą zapanował. Umrzesz, rzekł do 

siebie, nim odbiegniesz na dwa kroki od Gwaja. Czuł, jak zewsząd napierają potężne siły.

Rozległ się głuchy zgrzyt, a potem Hasjaral zauważył, że na koc Gwaja i jemu na kark 

zaczynają się sypać - o dziwo! - drobne płatki śniegu... a właściwie nie śniegu, tylko szarego, 

twardego prochu: zaprawy murarskiej.

background image

- Wiem, że chcesz mnie zmiażdżyć, drogi bracie - przyznał spokojnie Gwaj. - Ale gdybyś 

wiedział,   jak   mnie   zmiażdżysz,   gdybyś   raczył   sobie   przypomnieć,   że   znam   parę   sztuczek... 

Najlepiej będzie, jak popatrzysz do góry.

Hasjaral   zadarł   głowę.   Spadała   na   niego   czarna,   bazaltowa   skała,   wielka   jak   lektyka. 

Ostatnie chwile życia Hasjarala wypełniły słowa Gwaja:

- I znów niespodzianka, braciszku.

***

Słysząc huk walącego się sklepienia, Fafryd przystanął w połowie serii cięć bocznych, tak iż 

Kocur o mało go nie drasnął wyćwiczoną paradą. Opuścili miecze, by popatrzeć na to, co się stało - 

podobnie jak wszyscy w Sali Duchów.

Gdzie przed chwilą stała lektyka, teraz leżał ogromny kawał bazaltu z resztkami zaprawy. 

Spod niego sterczały drągi lektyki, a powyżej w sklepieniu ziała prostokątna dziura, skąd wysunął 

się kamień. Trudniej go przesunąć siłą woli niż pionek czy garnek, lecz wykonany jest z tego 

samego czarnego tworzywa, rozmyślał Kocur.

Czemu nie zwalił się cały sufit? - zastanawiał się Fafryd. Rzecz to niebywała.

Wszakże   w   największe   zadziwienie   mogła   wprawić   postawa   czterech   niewolników 

taśmowych, którzy nadal stali nieporuszenie, ze wzrokiem skierowanym przed siebie i rękoma 

splecionymi na piersiach, mimo że brakło tylko paru cali, by kamień ich także zgruchotał.

Wówczas ci z gwardzistów i czarodziejów Hasjarala, którzy widzieli, jak ich pan podkrada 

się do lektyki, podbiegli na miejsce wypadku. Zaraz się jednak cofnęli, widząc, że bryła bazaltu 

przylgnęła niemal do samej ziemi. Spod niej wypływał strumyk krwi. Straszny los braci, żyjących z 

sobą w tak wielkiej nienawiści, mroził krew w żyłach. Śmierć połączyła ich w nierozerwalnym 

uścisku i ohydnym akcie wzajemnego zespolenia.

Tymczasem Iwiwis podbiegła do Kocura, a Fryska do Fafryda. Chciały opatrzyć im rany, 

lecz ze zdumieniem i nawet odrobiną rozczarowania odkryły, że nie ma żadnych obrażeń. Zjawił się 

także Brylla z Kewisą, a Fafryd, obejmując w talii Fryskę, wyciągnął umazaną winem dłoń i z 

przyjacielskim uśmiechem delikatnie chwycił Kewisę za nadgarstek.

Wówczas rozbrzmiał głośny, przyduszony dźwięk gongu i bliźniacze słupy białego ognia po 

bokach Flindacha buchnęły z hukiem pod sufit. Blask ukazał liczną grupę osób, które wyszły z 

background image

wąskiego   tunelu   i   stanęły   wokół   mistrza   czarnoksiężników.   Byli   to   rośli   gwardziści   z   załogi 

twierdzy - z bronią w pogotowiu - oraz paru. podlegających mu magów.

Kiedy po chwili ogień przygasł, Flindach władczo uniósł rękę i rzekł gromko:

- Wyroki gwiazd, od których nie ma odwołania, zapowiedziały śmierć władcy Kuarmalu. 

Wszyscy słyszeliście, jak ci dwaj (tu wskazał roztrzaskaną lektykę) ogłaszają się władcami. Tak 

więc   gwiazdy  są   podwójnie   usatysfakcjonowane.  A  bogowie,   którzy  słuchają   wszystkich   słów, 

wszystkich   szeptów,   żeby   na   ich   podstawie   kierować   naszym   losem,   nie   mają   nam   nic   do 

zarzucenia. Pozostaje mi oznajmić, kto będzie następnym władcą Kuarmalu. - Wskazał na Kewisę i 

ciągnął śpiewnie: - Drugi po następnym władca Kuarmalu śpi i nabiera sił w jej łonie, w łonie żony 

Kuarmana,   tak   niedawno   pochowanego   po   ceremonialnym   spaleniu,   żegnanego   krwią   ofiar   i 

tradycyjnymi rytuałami.

Kewisa wzdrygnęła się i szeroko otworzyła swe niebieskie oczy. Twarz jej się rozjaśniła.

A Flindach mówił dalej:

-   Pozostaje   mi   również   oznajmić,   kto   będzie   teraz   władcą   Kuarmalu,   nauczycielem 

dziecięcia królowej Kewisy, aby po dojściu do wieku dojrzałego mogło być znamienitym królem i 

wszechwiedzącym czarnoksiężnikiem. Dzięki niemu nasze podziemne królestwo zazna pokoju, a 

grabiąc dobra zamożnych sąsiadów, stanie się znowu potęgą.

Flindach sięgnął za lewe ramię. Wszyscy sądzili, że przed dalszą patetyczną przemową 

zamierza zasłonić czoło i szkaradną twarz kapturem habitu śmierci. Stało się inaczej. Chwycił się za 

kark, a właściwie za krótkie włosy, po czym uniósł wszystko w górę, to znaczy skórę wraz z 

włosami. Potem ściągnął skalp, a wraz z nim twarz. Ukazało się, gdzieniegdzie błyszczące potem, 

oblicze   Kuarmana   -   nieskazitelne,   obdarzone   wydatnym   nosem   i   pełnymi,   ruchliwymi   ustami. 

Czerwone oczy z białymi tęczówkami spozierały łagodnie na ludzi.

-   Byłem   zmuszony   na   pewien   czas   odwiedzić   zaświaty   -   wyjaśnił   z   powagą,   ale   i   z 

dobroduszną, ojcowską poufałością. - Wtedy inni piastowali moją godność, aż gwiazdy spuściły 

włócznie gniewu. I dobrze się stało, chociaż straciłem dwóch synów. Tylko w ten sposób można 

było uchronić królestwo przed wewnętrznym zamętem i ruiną. - Aby każdy mógł zobaczyć, wysoko 

uniósł obwisłą maskę z otworami na oczy, czerwoną pręgą na lewym policzku i trójkątem krost na 

prawym. - Oddajcie cześć wielkiemu, potężnemu Flindachowi, najwierniejszemu ze wszystkich 

mistrzów czarnoksiężników, jacy kiedykolwiek służyli  królom, złożył  bowiem w ofierze swoje 

życie. W zamian za moją woskową maskę dał mi twarz, bym zmylił czujność wrogów, zaś ciało 

przekazał   na   spalenie.   Uhonorowałem   go,   czuwając   osobiście   nad   uroczystym   przebiegiem 

ceremonii   pogrzebowej.   To   dla   niego   spłonęły   żywcem   moje   kobiety.   Ta   oto   twarz,   którą 

zakonserwuję dzięki swej biegłości w wyprawianiu skóry, będzie wisieć na zawsze na zaszczytnym 

background image

miejscu.  Duch Flindacha zasiada na moim tronie w królestwie ciemności za gwiazdami, gdzie 

będzie udzielnym władcą do mojego przybycia i bohaterem Kuarmalu na wieki wieków.

Zanim   gruchnęły   okrzyki   i   wiwaty  -   które   potrwałyby  dość   długo,   jako   że   wszystkich 

opanowało bezgraniczne zdumienie - odezwał się na cały głos Fafryd:

- O najprzebieglejszy z królów! Tak wysoko cenię ciebie i twą żonę z dzieckiem w łonie, że 

będę jej strzegł i na krok nie odstąpię, dopóki z moim tu obecnym małym przyjacielem nie oddalę 

się, powiedzmy na pół staja, od murów zamku. Czy dostaniemy konie na podróż i skarb obiecany 

nam   przez   tych   dwóch   nieżyjących   już   królów?   -   Podobnie   jak   przedtem   Kuarman,   wskazał 

zgniecioną lektykę.

Kocur   zastanawiał   się,   czy   nie   wygłosić   przed   Kuarmanem   kilku   buńczucznych 

przechwałek - czy mu nie przypomnieć, jak za sprawą swoich nieprzeciętnych czarnoksięskich 

umiejętności rozgromił jedenastu czarodziejów Gwaja. Doszedł jednak do wniosku, że wypowiedź 

Fafryda była celna i wystarczająca... mimo niezbyt szczęśliwej wzmianki o jego osobie. Postanowił 

milczeć.

Kewisa chciała wyszarpnąć rękę z uchwytu Fafryda, lecz on wcale nie zamierzał jej puścić.

Popatrzyła nań ze zrozumieniem i zawołała roztropnie do Kuarmana:

- O mężu mój i panie, ten człowiek uratował mi życie, obronił mnie przed łotrami Hasjarala 

w zamkowych magazynach! Ufam mu!

Brylla rękawem starł z oczu łzy radości i wsparł ją w prośbach:

- Najłaskawszy panie, ona mówi szczerą prawdę, nagą jak nowo narodzone dziecko lub 

świeżo poślubiona żona.

Kuarman lekko uniósł dłoń, z niejakim wyrzutem, jakby dawał do zrozumienia, że są to 

słowa niepotrzebne, a nawet nieprzystojne.

- Będzie tak, jak chcecie - rzekł, uśmiechając się blado do Fafryda i Kocura. - Nie jestem 

niewdzięcznikiem zapatrzonym w siebie. Powiadam wam, że nie przez przypadek moi synowie, 

działając każdy na własną rękę, wynajęli was jako straż przyboczną. I wiedzcie to, że nie są mi 

zupełnie obce dziwactwa Ningobla Siedmiookiego i zaklęcia Szyłby o Twarzy Bezokiej. Bo my, 

czarnoksiężnicy najwyższego stopnia, mamy... Ale dość o tym. Nie będę mówić więcej, żeby nie 

rozbudzić ciekawości bogów, nie niepokoić trolli i nie zwracać na siebie uwagi drapieżnych bogiń 

przeznaczenia. Wystarczy wam to, coście usłyszeli.

Zaglądając   w   przymrużone   oczy   Kuarmana,   Kocur   cieszył   się,   że   powstrzymał   się   od 

samochwalstwa. Nawet Fafryd poczuł ciarki na skórze.

background image

***

Pół   staja   za   murami   zamku   Fafryd   strzelił   z   bata   nad   czterokonnym   zaprzęgiem,   aby 

zwierzęta raźniej ciągnęły wyładowany po brzegi wóz na tym odcinku drogi, gdzie czarną, błotnistą 

ziemię głęboko poorały koła furmanki i racice wołów. Obok niego Fryska i Iwiwis, odwrócone na 

koźle,   długo   machały   na   pożegnanie   Kewisie   i   eunuchowi   Brylli,   którzy   stali   na   poboczu   z 

czterema niewzruszonymi kuarmalskim gwardzistami. Ci dopiero teraz mogli z nimi wrócić.

Szary Kocur leżał z tyłu na brzuchu i też machał, lecz tylko lewą ręką: prawą trzymał na 

napiętej kuszy. Przeczesywał też wzrokiem leśne zagajniki w obawie przed zasadzką. Z drugiej 

strony,  nie  bał   się  aż  tak   bardzo.  Wątpił,  by  Kuarman  próbował   niecnych   sztuczek   przeciwko 

takiemu jak on świetnemu wojownikowi i czarodziejowi. No i przeciwko Fafrydowi, oczywiście. W 

ciągu ostatnich godzin sędziwy władca Kuarmalu dał się poznać jako szczodry gospodarz: raczył 

ich winem najprzedniejszych roczników, obładował podarkami, o jakich wcześniej nie marzyli - 

droższymi  nawet  od kosztowności,  które Kocur sobie  odłożył  - a  także prócz Iwiwis  i Fryski 

sprezentował im kilka dziewcząt na dokładkę. Mimo pewnych wewnętrznych oporów odmówili 

przyjęcia tego ostatniego daru, do czego skłoniły ich zwłaszcza groźne błyski w oczach kochanek. 

Dwa czy trzy razy na twarzy Kuarmana pojawiał się tygrysi, obłudny uśmiech, lecz wtedy Fafryd 

przysuwał   się   bliżej   do   Kewisy   i   chwytał   ją   lekko,   acz   stanowczo   za   rękę.   W   ten   sposób 

przypominał władcy, że zarówno ona, jak i książę w jej łonie są tymczasowymi zakładnikami jego i 

Kocura.

Kiedy grząska droga lekko pięła się w górę, nad koronami drzew ukazały się zamkowe 

wieże.   Kocur   przesunął   ku   nim   spojrzenie   i   przyjrzał   się   w   zadumie   strzelistym   iglicom. 

Zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś je zobaczy. Nagle wzięła go ochota natychmiast wrócić do 

Kuarmalu - o, tak, zsunąć się z wozu i pobiec tam co sił w nogach. Czy w szerokim świecie można 

znaleźć choć połowę tych wspaniałości, które widział w podziemnym królestwie? Równie okazałe 

malowidła ścienne, jak te w labiryntach tuneli, których zwiedzanie trwałoby całe życie? Ach, te 

rozkosze w ciemnych lochach... tam nawet zło było piękne. I ta cudowna czerń w nieskończonej 

gamie odcieni! I to wyjątkowe powietrze, tłoczone przez wiatraki...

Zauważył błysk, iskrzące światełko na najwyższej wieżycy zamku, które dźgnęło go jak kij 

do poganiania bydła. Wypuścił z rąk płótno i zsunął się tyłem z wozu. Jednakże w tym akurat 

momencie   minęli   zakręt,   droga   stała   się   twarda,   a   wysokie   drzewa   zasłoniły   twierdzę.   Kocur 

oprzytomniał i zanim nogami dotknął ziemi, ponownie chwycił się płótna. Czas jakiś, choć zimny 

pot go zlewał, jechał wczepiony w bok wozu, wsłuchany w wesołe skrzypienie kół.

background image

Gdy pojazd się zatrzymał, Kocur zeskoczył i trzy razy głęboko odetchnął. 

Potem   zbliżył   się   do   Fafryda,   który   zsunął   się   z   kozła   i   teraz   zajmował   się   uprzężą   i 

postronkami.

- Wskakuj z powrotem, Fafryd, i nie żałuj bata! - krzyknął. - Ten Kuarman jest sprytniejszą 

bestią, niż myślałem. Jeśli będziemy mitrężyć czas w drodze, możemy stracić wolność i dusze!

- Nie musisz mi tego mówić - odparł Fafryd. - Droga co i rusz skręca, pewnie jest grząska w 

wielu miejscach. Będziemy się guzdrać z wozem? Też mi coś! Wyprzęgniemy konie, zabierzemy 

niezbędną część prowiantu i wybierzemy ze skarbu najmniejsze i najcenniejsze klejnoty. A później 

galopem, na przełaj przez wrzosowiska! Może uda się uniknąć zasadzki i uciec pogoni. Fryska! 

Iwiwis! Bierzcie się do roboty!