background image

- 1 - 

Arthur Conan Doyle 

 

Arthur Conan Doyle ..................................................................................................................................................................... 1

 

EKSPERYMENT PROFESORA CHALLENGERA ....................................................................................................................... 1

 

TRUJĄCE PASMO .................................................................................................................................................................... 13

 

ROZDZIAŁ I ZAĆMIONE LINIE ................................................................................................................................................. 13

 

ROZDZIAŁ II  PRZYPŁYW ŚMIERCI ........................................................................................................................................ 21

 

ROZDZIAŁ III  W TONI .............................................................................................................................................................. 28

 

ROZDZIAŁ IV ZAPISKI UMIERAJĄCEGO ................................................................................................................................ 35

 

ROZDZIAŁ V WYMARŁY ŚWIAT .............................................................................................................................................. 40

 

ROZDZIAŁ VI WIELKIE PRZEBUDZENIE ................................................................................................................................. 47

 

 

 

EKSPERYMENT PROFESORA CHALLENGERA 

 
Przypominałem  sobie,  jak  przez  sen,  że  mój  przyjaciel  Edward  Malone  z  „Gazety"  mówił  mi  o 

profesorze Challengerze, z którym przeżył swojego czasu jakieś niezwykłe przygody. Jestem jednakże 
tak zapracowany i firma moja ma tyle spraw do załatwienia, że interesować mnie muszą tylko wypadki 
związane  z  moim  zawodem.  Przypomniałem  sobie,  że  Challenger  miał  opinię  dzikiego  geniusza  o 
gwałtownym  i  bezwzględnym  charakterze.  Toteż  ze  zdziwieniem  przeczytałem  przesłany  mi  list  tej 
treści: 

 
14 (Bis), Enmore Gardens, Kensington 
Panie, 
Szukam  eksperta,  znaj

ącego  się  na  wierceniu  artezyjskich  studzien.  Nie  chcę  ukrywać,  że  mam 

bardzo  złą  opinię  o  ekspertach  w  ogóle,  gdyż  przekonałem  się,  że  każdy,  jak  ja,  zrównoważony 
człowiek stoi o całe  niebo  wyżej  od  jednostki  poświęcającej się wyłącznie jakiejś specjalności (która 
najczęściej  nie  zasługuje  nawet  na  miano  specjalności).  Ale  mimo  wszystko  chcę  spróbować. 
Przeglądając  listę  znawców  studzien  artezyjskich,  zwróciłem  przypadkowo  uwagę  na  pańskie 
nazwisko,  a  zasięgnąwszy  informacji,  dowiedziałem  się,  że  jesteś  znajomym  mojego  młodego 
przyjaciela, Mr. Edwarda Malone'a. Proszę Pana zatem, abyś zgłosił się do mnie na krótką rozmowę, 
gdyż  jeśli  odpowiesz  moim  wymaganiom  (w  co  wątpię),  jestem  skłonny  powierzyć  Ci  sprawę 
pierwszorzędnej  wagi.  Nie  mogę  na  razie  nic  więcej  powiedzieć,  jest  to  bowiem  tajemnica,  o  której 
można  dyskutować  tylko  w  cztery  oczy.  Proszę  pana,  abyś  nie  umawiał  się  z  nikim  na  oznaczony 
termin i zechciał zgłosić się do mnie pod podanym adresem o 10. 30 rano w przyszły piątek, pozostaję 
Sir, jak na p

oczątku 

George Edward Challenger 

 
Wręczyłem list urzędnikowi, który zawiadomił pisemnie profesora, że Mr. Peerless Jones stawi się u 

niego  w  oznaczonym  czasie.  Była  to  zupełnie  grzeczna  odpowiedź,  ale  zaczynała  się  zwrotem: 
Otrzymaliśmy Pański list (bez daty): W rezultacie dostałem od profesora drugą epistołę: 

 
Panie - 

pisał, a pismo jego wyglądało jak zasieki z kolczastego drutu. -Jak widzę, uraziło cię to, że 

list mój nie miał daty. Zwracam jednak pańską uwagę na fakt, że Rząd nasz ma zwyczaj umieszczać 
na  kopercie  pieczątkę,  która  zaopatrzona  jest  w  datę  wysłania  listu  na  pocztę.  O  ile  pieczątki  tej 
brakowało, lub o ile była zatarta, ma pan prawo wniesienia skargi do odpowiednich władz. Co do mnie, 
radziłbym zajmować się sprawami zawodowymi, a nie interesować się zewnętrzną formą moich listów.  

 
Było  jasne,  że  miałem  do  czynienia  z  wariatem,  postanowiłem  zatem  przed  zgłoszeniem  się  do 

profesora  porozumieć  się  z  moim  przyjacielem  Malone'em,  którego  znałem  jeszcze  z  czasów 
studenckich i zapytać go o zdanie w tej sprawie. Przywitał mnie serdecznie i przeczytał z uśmiechem 
listy Challengera. 

To jeszcze nic, mój chłopcze - rzekł. - Przekonasz się sam po pięciu minutach rozmowy, że trudno 

z nim wytrzymać. Wyzywa do walki cały świat. 

background image

- 2 - 

I świat sobie na to pozwala? 

Cóż znowu. Jeśli policzysz wszystkie pozwy sądowe, wszystkie sprzeczki, wszystkie bitki... 

- Bitki? 

Zapewniam cię, że drobnostką dla niego jest zrzucić ze schodów osobnika, który się mu narazi. 

Jest  to  człowiek  jaskiniowy.  Z  pałką  w  jednej  ręce  i  krzemiennym  nożem  w  drugiej  wyglądałby 
wspaniale.  Pewni  ludzie  rodzą  się  o  sto  lat  za  późno,  ale  on  powinien  urodzić  się  tysiąc  lat  temu. 
Należy do okresu neolitycznego, to pewne. 

- I jest profesorem? 

To  jest  właśnie  najdziwniejsze.  Jest  to  najgenialniejszy  mózg  w  Europie...  Rozporządza  tak 

wielkim zasobem energii, że urzeczywistnić może najśmielsze zamysły. Koledzy nienawidzą go, gdyż 
trzeba nadludzkiej cierpliwości, aby znieść wszystkie jego uchybienia... Nic sobie nie robi z nikogo... 

-  Dobrze  - 

rzekłem.  -  Zrzeknę  się  więc  pracy  na  jego  korzyść  i  nie  pójdę  wcale  na  wyznaczone 

spotkanie. 

Tego ci nie radzę. Mógłbyś narazić się  na  wielkie nieprzyjemności. Zresztą, nie bierz  zbyt serio 

tego,  co  mówiłem  o  starym  Challengerze.  Każdy,  kto  go  bliżej  pozna,  musi  go  pokochać.  Ten  stary 
niedźwiedź nie wyrządzi nikomu krzywdy. Pamiętam, jak niósł na plecach dziecko chore na ospę, na 
przestrzeni  stu  mil,  kiedyśmy  szli  w  kierunku  rzeki  Madiery.  Jest  pod  każdym  względem  wielki.  Nie 
zrobi ci najmniejszej przykrości, jeśli potrafisz się zabrać do niego. 

Dziękuję. Nie mam zamiaru. 

Nie bądź głupi. Czy słyszałeś o Tajemnicy Hengist Down, szybu na Wybrzeżu Wschodnim? 

O ile wiem, chodzi o jakieś towarzystwo, które buduje w tajemnicy kopalnię węgla. 

Malone zmrużył oczy. 

Nie mogę udzielić ci objaśnień w tym względzie, dopóki on sam na to nie zezwoli. Zobowiązałem 

się milczeć. Ale mogę powiedzieć ci to, co podały gazety. Niejaki Betterton, człowiek który dorobił się 
pieniędzy na kaloszach, zapisał Challengerowi przed kilku laty cały swój majątek z zastrzeżeniem, że 
użyje go na cele naukowe. Była to suma olbrzymia - kilka milionów. Challenger kupił majątek Hengist 
Down,  w  Sussex.  Było  tam  kilkanaście  morgów  nieużytków,  które  otoczył  drutem  kolczastym.  W 
środku tego terenu znajdowała się głęboka rozpadlina. Tu zaczął kopać. Ogłosił, że w Anglii znajduje 
się nafta i że chce to udowodnić. Zbudował - tu Malone znowu zmrużył oczy - małą kolonię robotniczą, 
której  mieszkańców  zobowiązał  do  milczenia,  płacąc  im  wysokie  pensje.  Rozpadlina,  jak  i  cały 
majątek,  otoczona  jest  kolczastym  drutem.  Pilnują  jej  psy  gończe.  Kilku  dziennikarzy  o  mało  co  nie 
przypłaciło  życiem  spotkania  z  nimi,  nie  wspominając  już  o  ich  garderobie.  Jest  to  przedsięwzięcie 
zakrojone  na  olbrzymią  skalę.  Roboty  prowadzi  firma  Tomasza  Mordena,  która  zobowiązała  się 
również  do  zachowania  tajemnicy.  Obecnie  szukają  inżyniera,  znającego  się  na  wierceniu  studzien 
artezyjskich.  Byłoby  szaleństwem  z  twojej  strony  odmawiać  pomocy  człowiekowi  takiemu  jak 
Challenger i wyrze

kać się doskonałego zarobku. 

Argumenty Malone'a przekonały mnie i w piątek rano wybrałem się do Enmore Gardens. Bałem się 

spóźnić, toteż nic dziwnego, że stanąłem na miejscu o dwadzieścia minut za wcześnie. Przed bramą 
czekał  wspaniały  rolls-royce  z  srebrną  strzałką  na  drzwiach  -  wóz,  który  jak  wiedziałem,  należał  do 
Jakuba Deconshire'a, wspólnika wielkiej firmy Morden. Był to człowiek bardzo spokojny, więc zdziwiło 
mnie jego nagłe zjawienie się i wzburzenie malujące się na jego twarzy. Wypadłszy z bramy, wznosił 
ręce ku niebu i zawołał głośno: „A niech go diabli wezmą!" 

Co ci się stało, Jack? Jesteś nie w humorze. 

Ach, Peerless. I ty tutaj? Nie zazdroszczę ci. 

Spotkało cię coś przykrego? 

Chciałem  się  widzieć  z  Challengerem.  Polecił  mi  przez  odźwiernego,  abym  się  zgłosił  w 

odpowiedniejszym czasie, gdyż je właśnie jajka. A tu chodzi o czterdzieści dwa tysiące funtów, które 
jest nam winien. 

I nie chce płacić? 

Nie,  trzeba  przyznać,  że  ten  stary  goryl  jest  bardzo  hojny.  Ale  płaci,  kiedy  chce  i  jak  chce  i  nie 

zależy mu na nikim. Bądź co bądź jednak spróbuj, a może ci się uda. -I wskoczył do swego auta. 

Czekałem z zegarkiem w ręku, aż przyjdzie oznaczona godzina. Muszę przyznać, że byłem bardzo 

niespokojny. Nie  lękałem się,  gdyż przypuszczałem, że sprostam temu szaleńcowi, gdyby chciał się 
na  mnie  rzucić,  ale  doznawałem  dziwnego  uczucia,  na  które  składała  się  obawa  przed  publicznym 

background image

- 3 - 

skandalem  i  niezadowolenie  z  możliwości  utraty  zarobku.  Jednakże  jestem  człowiekiem  czynu. 
Spojrzawszy jeszcze raz na zegarek

, zadzwoniłem do bramy. 

Otworzył  ją  stary  odźwierny  o  drewnianej  twarzy,  która  świadczyła,  że  przyzwyczajony  był  do 

wszelkich emocji i że nic na świecie nie mogło go już zadziwić. 

- Pan przychodzi wezwany? - 

zapytał. 

- Rzecz prosta. 
Spojrzał na listę, którą trzymał w ręce: 

Pańskie  nazwisko,  sir?...  Ach,  Mr.  Peerless  Jones.  Dziesiąta  trzydzieści. Wszystko  w  porządku. 

Musimy mieć się na baczności przed dziennikarzami, Mr. Jones. Profesor, jak pan może wie, nie znosi 
dziennikarzy. Tędy, sir. Profesor Challenger przyjmuje. 

Jeszcze chwila i stanąłem przed jego obliczem. Wobec tego, że przyjaciel mój Ted Malone opisał 

tak dobrze Challengera w swoim „Świecie zaginionym", wszelkie moje próby sprostania mu pod tym 
względem,  nie  mają  szans.  Wspomnę  więc  tylko,  że  ujrzałem  mężczyznę  olbrzymiego  wzrostu  z 
wielką  czarną  brodą  w  kształcie  łopaty  i  parą  szarych  oczu,  na  wpół  przysłoniętych  przez  powieki. 
Siedział  za  biurkiem  z  głową  przechyloną  w  tył.  Cała  jego  postać  świadczyła  o  aroganckim 
lekceważeniu. 

- Czego ten chce

, u diabła? - czytałem z jego twarzy. Położyłem na stole mój bilet wizytowy. 

- Ach, tak - 

rzekł, rzuciwszy na niego okiem. -Rzecz prosta. Pan jesteś tak zwanym ekspertem... Mr. 

Jones... Hm! 

Proszę siadać... Czytałem pańską broszurę o naszych prawach do Półwyspu Synaj. Czy 

pan ją sam pisał? 

- Naturalnie, sir. Podpisana jest moim nazwiskiem. 

Tak... Tak... Chociaż to niczego nie dowodzi. Ale przyjmuję do wiadomości pańskie oświadczenie. 

Mimo całej stylistycznej gmatwaniny, znajdzie się w tej pracy i mądrzejsze miejsce. Czyś pan żonaty? 

- Nie, sir. 

A więc jest nadzieja, że zachowa pan powierzoną mu tajemnicę. 

Jeśli się do tego zobowiążę, przyrzeczenia dotrzymam. 

Tak pan mówi. Mój młody przyjaciel Malone  -mówił o Tedzie jak o dziesięcioletnim chłopczyku  -

wystawił panu pochlebne świadectwo. Twierdzi, że mogę panu zaufać. Chodzi o rzecz wielkiej wagi... 
Kończę  właśnie  przygotowania  do  jednego  z  największych  eksperymentów...  mógłbym  powiedzieć 
nawet największego eksperymentu w dziejach świata. Proszę o pańską pomoc. 

- Wielki to zaszczyt dla mnie. 

W istocie, to wielki zaszczyt. Przyznaję, że nie dzieliłbym się z nikim trudami, ale przedsięwzięcie 

zakrojone  jest  na  olbrzymią  skalę  i  wymaga  drobiazgowego  opracowania.  Krótko  mówiąc,  chodzi  o 
udowodnienie, że ziemia, na której żyjemy, jest sama również żyjącym organizmem i że posiada swój 
własny system nerwowy, własne narządy oddychania, krążenia itd. 

Zaiste człowiek ten był chyba szaleńcem. 

Widzę, że pański mózg nie stoi na wysokości zadania. Ale postaram się wytłumaczyć stopniowo, 

co  mam  na  myśli.  Zapewne  zwróciło  pańską  uwagę  podobieństwo  wrzosowisk  do  sierści  jakiegoś 
wielkiego zwierzęcia. A potem, przypomnij pan sobie wzniesienia i spadki terenu, które wskazują na 
powolne oddychanie stworzenia. W końcu, weź pan pod uwagę drobne poruszenia się i skurcze, które 
naszym lilipucim organizmem odczuwamy jako trzęsienia ziemi. 

- A wulkany? - 

zapytałem. 

Właśnie. Te odpowiadają aparatowi regulującemu dopływ ciepła w naszym ciele. 

Zakręciło mi się w głowie. Nie umiałem znaleźć odpowiedzi na te monstrualne twierdzenia. 
- A temperatura? - 

zawołałem. Czyż nie jest faktem, że ta podnosi się raptownie w miarę posuwania 

się w głąb ziemi? Czyż nie uczono nas, że centrum jej pozostało w stanie płynnym dzięki panującemu 
tam gor

ącu? 

Machnął ręką. 

A  czy  nie  uczono  pana,  że  ziemia  jest  spłaszczona  na  biegunach?  Znaczyłoby  to,  że  bieguny 

znajdujące  się  bliżej  środka  ziemi  niż  jakiś  inny  punkt  na  jej  powierzchni,  powinny  być  bardziej 
wystawione  na  działanie  tego  gorąca,  o  którym  wspominasz.  Czemuż  nie  panują  tam  tropikalne 
upały? 

Wszystko to jest dla mnie zupełnie nowe. 

background image

- 4 - 

Rzecz  prosta.  Przywilejem  oryginalnego  myśliciela  jest  głosić  idee  nowe  i  niezrozumiałe  dla 

pospolitego motłochu. Czy pan wie, co to jest? - Pokazał mi mały przedmiot, który wziął ze stołu. 

Powiedziałbym, że to jeżowiec. 

- W istocie - 

zawołał zdziwiony, jakby nie spodziewał się ode mnie rozsądnej odpowiedzi.  - Jest to 

jeżowiec - pospolity jeż morski. Przyroda powtarza się w wielu formach, różniących się do siebie tylko 
wielkością. Jeżowiec ten jest modelem, pierwowzorem świata. Ma kształt kulisty, ale jest spłaszczony 
na biegunach. Twierdzę, że ziemia jest olbrzymim jeżowcem. Cóż pan na to? 

Myśl  ta  wydała  mi  się  absurdem,  ale  nie  śmiałem  mu  tego  powiedzieć.  Starałem  się  wycofać  z 

dyskusji jak na j ostrożniej. 

Zwierzę  potrzebuje  pokarmu  -  rzekłem.  -  Skąd  ziemia  mogłaby  pobierać  pokarm  dla  swego 

olbrzymiego cielska? 

Doskonały  argument,  doskonały  -  profesor  rzekł  tonem  protekcjonalnym.  -  Na  ogół  orientuje  się 

pan 

szybciej, niż  przypuszczałem. W jaki sposób  ziemia pobiera  pokarm? Wróćmy  do jeżowca, mój 

przyjacielu. Woda, która go otacza, przepływa przez cewki tego małego stworzenia i zaopatruje je w 
materiał potrzebny do życia. 

A więc pan sądzi, że woda... 

Nie, sir. Eter. Ziemia krąży w przestrzeni, a eter przedostaje się do jej wnętrza i zaopatruje ją w 

czasie  ciągłej  wędrówki  w  substancje  odżywcze.  Inne  światy-jeżówce,  Mars,  Wenus  itd.  pobierają 
pokarm w ten sam sposób. 

Człowiek  ten  był  szaleńcem,  ale  trudno  było  z  nim  dyskutować.  Milczenie  moje  wziął  za  zgodę  i 

uśmiechnął się do mnie łaskawie. 

Zaczynamy rozumieć - rzekł. - Zrazu oszałamia to i ogłupia, ale można się wkrótce przyzwyczaić. 

Słuchaj pan dalej. Zajmiemy się jeszcze tym małym stworzonkiem w mojej ręce. Przyjmijmy, że na tej 
twardej jego skorupie żyją maleńkie owady. Czy jeż morski zdaje sobie sprawę z ich obecności? 

Sądzę, że nie. 

Podobnie i ziemia nie ma najmniejszego pojęcia, że rasa ludzka wykorzystuje ją do swoich celów. 

Nie zdaje sob

ie sprawy z istnienia drobnych żyjątek, które rozmnożyły się na jej powierzchni, nie wie 

nic o roślinności pokrywającej jej skorupę na kształt pleśni. Tak się sprawa miała do dnia dzisiejszego. 
Postanowiłem to jednak zmienić: 

Spojrzałem na niego zdumiony. 

Pan chce to zmienić? 

Zamierzam  dać  do  zrozumienia  ziemi,  że  jest  przynajmniej  jeden  człowiek,  George  Edward 

Challenger,  który  chce  zwrócić  na  siebie  jej  uwagę,  który  domaga  się  tego.  Zapewne,  że  będzie  to 
próba jedyna w swoim rodzaju. 

- I w jaki sposób 

chce pan to uczynić? 

Zawezwałem  pana  właśnie  w  tym  celu.  Proszę  znowu  spojrzeć  na  to  interesujące  stworzonko, 

które trzymam w ręce. Pod ochraniającą je skorupą znajdują się nerwy czuciowe. Rzecz zrozumiała, 
że  jakiś  pasożyt  mógłby  ściągnąć  na  siebie  uwagę  jedynie  wówczas,  gdyby  wywiercił  dziurę  w 
ochraniającej je skorupie i podrażnił jego narządy czuciowe. 

- Zapewne. 

Podobnie rzecz się ma z muchą lub moskitem, na które zwracamy uwagę dopiero wówczas, kiedy 

nas ukłują swoim żądłem. Czy pan domyśla się, do czego zmierzam? 

Wielkie nieba! Pan chce wykopać studnię, wydrążoną przez ziemską pokrywę? 

Przymknął oczy z wyrazem niewysłowionej błogości na twarzy. 

Ma  pan  przed  sobą  -  rzekł  -  pierwszego  człowieka,  który  przebije  tę  rogową  pokrywę.  Mogę 

powiedzieć nawet, który ją przebił. 

Przebił? 

Tak jest. W ciągu kilku lat bezustannej pracy we dnie i w nocy, przy użyciu najlepszych narzędzi, 

świdrów, zgniataczy, środków wybuchowych dokonałem tego. Wspierała mnie wydatnie firma Morden. 
Jesteśmy już prawie u celu. 

Chce pan powiedzieć, że ziemska pokrywa została przebita? 

Jeśli słowa pańskie oznaczają przestrach, pominę je milczeniem. Jeśli oznaczają niedowierzanie... 

- Niech mnie Bóg broni! 

background image

- 5 - 

Proszę przyjąć do wiadomości to, co powiem. Przebiliśmy ziemską skorupę. Grubość jej wynosiła 

dokładnie  czterdzieści  tysięcy  czterysta  jardów,  to  jest  w  przybliżeniu  osiem  mil.  Może  zainteresuje 
pana  wiadomość,  że  natrafiliśmy  w  czasie  naszych  robót  wiertniczych  na  pokłady  węgla,  których 
wartość przewyższa znacznie koszta przedsięwzięcia. Pewne trudności sprawiło nam usunięcie wody 
z  dolnych  warstw  piasku  i  kredy,  ale  trudności  te  zostały  pokonane.  Jesteśmy  w  ostatnim  stadium 
robót,  a  ostatnim  stadium  jest...  Mr.  Peerless  Jones. 

Pan  ma  odegrać  rolę  moskita.  Pański  świder 

artezyjski będzie żądłem. Zrozumiał pan? 

-  Osiem  mil!  - 

zawołałem.  -  Ależ  najgłębsza  ze  znanych  studzien  artezyjskich,  zbudowana  na 

Górnym Śląsku, ma sześć tysięcy dwieście stóp głębokości! 

Nie  rozumie  mnie  pan,  Mr.  Peerless.  Nie  wydawałbym  milionów  na  kopanie  ogromnej  studni, 

gdybym mógł osiągnąć cel przy pomocy sześciocalowego świdra. Nie żądam od pana niemożliwości. 
Chodzi  mi,  po  prostu,  o  przygotowanie  ostrego  świdra,  długiego  na  sto  stóp  i  poruszanego  przy 
pomocy elektryczności. 

- Dlaczego przy pomoc

y elektryczności? 

Jestem  tu  na  to,  Mr.  Jones,  aby  wydawać  rozkazy,  a  nie  aby  udzielać  wyjaśnień.  Zanim 

skończymy, może się zdarzyć, może się zdarzyć, powiadam, że życie pańskie zależeć będzie od tego, 
czy świder da się wprawić w ruch z pewnej odległości przy pomocy prądu elektrycznego. Sądzę, że da 
się to zrobić? 

- Owszem. 

A więc proszę wszystko przygotować. Na razie obecność pańska nie jest nam potrzebna, ale czas 

już przystąpić do przygotowań. Skończyłem. 

Chciałbym zapytać się jeszcze o jeden ważny szczegół - rzekłem. - Muszę wiedzieć, jaki grunt ma 

przebić mój świder. Piasek, glina lub wapień wymagają zupełnie odmiennego postępowania. 

Powiedzmy, galaretę - rzekł Challenger. - Tak jest, przyjmijmy, że ma pan zapuścić swój świder w 

galaretę.  A  teraz  muszę  zwrócić  panu  uwagę,  Mr.  Jones,  że  mam  do  załatwienia  kilka  spraw 
pierwszorzędnej  wagi...  Do  widzenia.  Proszę  przedłożyć  formalny  kontrakt  z  obliczeniem  kosztów 
mojemu kierownictwu robót. 

Ukłoniłem się i zawróciłem do drzwi. Ale ciekawość przemogła. Pisał już coś na papierze i spojrzał 

na mnie z gniewem, widząc, że nie wychodzę. 

- Pan jeszcze tutaj ? 

Chciałem zapytać tylko, sir, co może być celem tak niezwykłego doświadczenia? 

-  Precz,  precz  - 

zawołał rozgniewany. - Zapomnij pan chociaż na chwilę o interesach! Wznieś się 

ponad  poziom  niskich  i  przyziemnych  potrzeb  handlarza  i  kupca!  Chodzi  o  zdobycze  naukowe,  o 
wzbogacenie  wiedzy  ludzkiej.  Chodzi  o  przekonanie  się,  czym  jesteśmy  i  dlaczego  żyjemy,  a 
znalezienie odpowiedzi na te pytania jest najszc

zytniejszym naszym dążeniem. 

Jego  czarna,  wielka  głowa  pochyliła  się  znowu  nad  papierami.  Pióro  zaczęło  skrzypieć  jeszcze 

głośniej... Wyszedłem. W głowie zakręciło mi się na myśl, że stałem się uczestnikiem tak niezwykłego 
przedsięwzięcia... 

Wróciłem  do  biura  i  zastałem  tam  czekającego  na  mnie  Teda  Malone'a.  Z  wiele  mówiącym 

uśmiechem zapytał o rezultat mojej wizyty. 

I nic więcej? - zawołał, kiedy powtórzyłem mu moją rozmowę z Challengerem.  - Żadnych obelg i 

wygrażań? Okazałeś wiele taktu. A co o nim sądzisz? 

To człowiek w najwyższym stopniu arogancki, bezwzględny i uparty, ale... 

Właśnie!  -  zawołał  Malone.  -  Wszyscy  dochodzą  do  tego  „ale".  Rzecz  prosta,  że  sąd  twój  jest 

trafny, lecz z drugiej strony jest to człowiek niezwykły i trzeba mu wiele wybaczyć. Nie sądzisz? 

Znam  go  bardzo  mało  i  nie  mogę  wydawać  o  nim  sądu,  ale  przyznaję,  że  jest  jedyny  w  swoim 

rodzaju, o ile mówi prawdę i o ile słowa jego nie są przechwałkami megalomana. Ale czy to prawda? 

Rzecz  prosta,  że  prawda.  Challenger  nigdy  nie  kłamie.  Ale,  co  ci  właściwie  powiedział? 

Wspominał o Hengist Down? 

Bardzo pobieżnie. 

Zapewniam cię jednak, że przedsięwzięcie zakrojone jest na olbrzymią skalę... Zarówno pomysł, 

jak  i  wykonanie  są  gigantyczne.  Challenger  nie  lubi  dziennikarzy,  ale  ja  cieszę  się  jego  zaufaniem, 
gdyż on wie, że nie napiszę nic ponad to, czego sobie życzy. Dlatego znam jego plany, a przynajmniej 
niektóre z nich. Jest bardzo skryty i nigdy nie można wiedzieć, do czego właściwie dąży. Bądź co bądź 
wiem  tyle,  że  mogę  cię  pod  pewnymi  względami  uspokoić.  Hengist  Down  jest  przedsięwzięciem 

background image

- 6 - 

realnym i prawie ukończonym. Radzę teraz po prostu czekać, i w tym czasie przygotować wszystko, 
co potrzebne. Sądzę, że wkrótce albo on albo ja będziemy ci mogli udzielić bliższych wyjaśnień. 

Udz

ielił mi ich sam Malone. Zjawił się w moim biurze w kilka tygodni później jako poseł. 

Przychodzę od Challengera - rzekł. - Wszystko gotowe. Teraz na ciebie kolej, a potem może się 

rozpocząć przedstawienie. 

Uwierzę, jak zobaczę. Ale wszystko mam już przygotowane i zapakowane na wozie, który mogę 

wysłać w każdej chwili. 

A więc zrób to teraz. Przedstawiłem cię jako człowieka energicznego, nie możesz mi więc zrobić 

zawodu. Pojedziemy razem i wtedy powiem ci, na czym polega twoje zadanie. 

Był  to  piękny  poranek  wiosenny  -  dokładnie  22  maja,  kiedy  wybraliśmy  się  w  podróż  do  miejsca 

dzisiaj już historycznego. W drodze wręczył mi Malone list z instrukcjami Challengera. 

 
Sir (czytałem), 
Po  przybyciu  do  Hengist  Down  zgłosi  się  pan  do  Mr.  Bartfortha,  naczelnego  inżyniera,  który  zna 

moje plany. Mój młody przyjaciel Malone, doręczyciel tego listu, jest również iv stałej ze mną łączności 
i może zawiadomić mnie o każdym pańskim życzeniu. Zauważyliśmy ostatnio w szybie na głębokości 
czternastu tysięcy stóp i niżej pewne fenomeny, które przemawiają za słusznością moich zapatrywań 
co  do  natury  ciała  planetarnego,  potrzeba  jednak  bardziej  sensacyjnego  dowodu,  aby  przekonać 
pogrążonych  w  odrętwieniu  uczonych  współczesnego  świata.  Dowodu  tego  pan  mi  dostarczy. 
Zjeżdżając  w  głąb  szybu  zauważy  pan  -o  ile  posiadasz  jakiś  zmysł  obserwacyjny  -  że  ściany  jego 
stanowi  od  góry  począwszy  najpierw  warstwa  wapienna  potem  po  kolei  węgiel,  złoża  formacji 
dewońśkiej  i  kambryjskiej,  a  w  końcu  granit,  przez  który  wiedzie  większa  część  tunelu.  Dno  jego 
przykryte  jest  obecnie  płótnem  nieprzemakalnym,  którego  radzę  nie  zdejmować,  gdyż  wszelkie 
niezgrabne  manipulacje  mogą  wywołać  przedwczesne  skutki  przez  zadrażnienie  czułej  zewnętrznej 
błony ziemi. Z mojego rozkazu umocowano w szybie w odległości dwudziestu stóp od jego dna dwie 
silne  belki,  pomiędzy  którymi  znajduje  się  szpara.  Belki  służyć  mają  do  podtrzymania  pańskiej  rury 
artezyjskiej.  Świder  powinien  być  długi  na  stóp  pięćdziesiąt,  z  czego  dwadzieścia  stóp  będzie 
znajdować się poniżej belek tak, aby koniec jego dotykał prawie nieprzemakalnego płótna. Jeśli panu 
życie  miłe,  radzę  przestrzegać  ściśle  odległości.  Trzydzieści  stóp  świdra  sterczeć  będzie  zatem  do 
szybu, a kiedy go pan spuści, należy się spodziewać, że co najmniej czterdzieści stóp  żelaza zagłębi 
się w ziemskiej substancji. Ponieważ substancja ta jest bardzo miękka, sądzę, że proste spuszczenie 
rury  wystarczy,  aby  własnym  ciężarem  zaryła  się  w  odsłonięty  pokład.  Instrukcje  te  powinny 
wystarczyć każdemu inteligentnemu człowiekowi, ale nie wątpię, że będzie pan potrzebował dalszych, 
których udzielę, za pośrednictwem naszego młodego przyjaciela Malone'a. 

George Edward Challenger 

 
Łatwo  pojąć,  że  kiedy  przybyliśmy  do  stacji  Storrington,  w  pobliżu  północnego  krańca  Wydm 

Południowych, byłem w stanie ogromnego napięcia nerwowego. Czekała tu na nas stara drynda, na 
której przebyliśmy sześć czy siedem mil ciężkiej drogi. Droga ta była jednak mimo jej odosobnienia  - 
jak  świadczyły  ślady  wielu  kół  -  bardzo  uczęszczana.  Połamany  wózek,  leżący  w  trawie  w  jednym 
punkcie  wskazywał,  że  i  inni  doznali  na  niej  niezbyt  przyjemnych  wrażeń.  W  jednym  miejscu 
natrafiliśmy na sterczące z piasku jakieś żelastwo, które przypominało z wyglądu zjedzone przez rdzę 
klapy i tłok pompy hydraulicznej. 

To  dzieło  Challengera  -  rzekł  Malone  z  uśmiechem.  -  Znalazł  w  niej  jakiś  defekt  i  wyrzucił  po 

prostu na śmieci. Ten stary diabeł z niczym się nie liczy. 

Ciągłe zatargi, nieprawdaż? 

Zatargi? Mój drogi, powinniśmy mieć osobny sąd do załatwiania naszych spraw! Ale jesteśmy na 

miejscu. Dobrze, Jenkins możecie nas przepuścić. 

Jakiś  wysoki  człowiek  zaglądał  do  wnętrza  wozu.  Na  widok  mojego  towarzysza  przyłożył  rękę  do 

czapki, pozdrawiając nas. 

W porządku, Mr. Malone. Myślałem, że to ktoś z Amerykańskiej Prasy Związkowej. 

Och, chcą się czegoś dowiedzieć? 

Próbują  dziś,  jak  ci  z  „Timesa"  próbowali  wczoraj.  Och,  kręcą  się  wszędzie.  Niech  pan  spojrzy! 

Wskazał jakiś punkt na widnokręgu. - Widzi pan ten błyszczący przedmiot? To teleskop „Daily News" z 
Chicago. 

Nie dają nam spokoju. 

background image

- 7 - 

-  Biedacy  - 

rzekł  Malone,  kiedy  wjechaliśmy  do  bramy  w  płocie  ubezpieczonym  wstęgami 

kolczastego drutu. -

I ja należę do prasy, i ja wiem, jak to smakuje. 

W  tej  chwili  usłyszeliśmy  za  nami  jakiś  żałosny  głos.  -  Malone!  Ted  Malone!  -  wołał  tłusty,  mały 

jegomość,  który  nadjechał  na  motocyklu  i  usiłował  wyswobodzić  się  właśnie  z  uścisku  rosłego 
odźwiernego. 

Puść mnie - stękał. - Precz z rękami! - Malone, odwołaj tego goryla. 

Puść go, Jenkins. To mój znajomy - zawołał Malone. -I cóż, przyjacielu? O co chodzi? Czego tu 

szukasz w Sussex? 

- Wiesz dobrze, czego szukam - 

rzekł nasz gość. -Zobowiązałem się do artykułu o Hengist Down i 

nie mogę wracać do domu bez niego. 

Przykro  mi,  Roy,  ale  nic  na  to  nie  poradzę.  Musisz  pozostać  z  tej  strony  płotu.  Jeśli  chcesz  się 

czegoś dowiedzieć, zgłoś się do profesora Challengera. 

Byłem u niego - rzekł dziennikarz żałosnym głosem. - Byłem dziś rano. 

I cóż ci powiedział? 

Powiedział, że mnie wyrzuci przez okno. Malone roześmiał się. 

Cóż ty na to? 

Powiedziałem,  że  wolę  wyjść  przez  drzwi  i  ledwie  miałem  czas  ulotnić  się  tą  drogą.  Ale  nie 

przypuszczam, Ted, abyś pochwalał postępowanie tego asyryjskiego byka w Londynie i tego dzikusa 
tutaj... 

Nic  ci  nie  mogę  poradzić,  Roy;  doprawdy  nie  mogę.  Zapewniam,  że  za  kilka  dni,  kiedy  stary 

zezwoli, dostarczę ci potrzebnych informacji. 

A więc nie ma sposobu, abym się dostał do środka? 

- Nie ma. 

Pieniądze? 

Sądzę, że już próbowałeś. 

Mówią mi, że to tunel do Nowej Zelandii? 

- Do widzenia, Roy. Mam jeszcze kilka spraw do 

załatwienia. 

-  To  Roy  Perkins,  korespondent  wojenny  - 

rzekł  Malone,  kiedy  ruszyliśmy  dalej  pieszo.  Chytra 

sztuka, ale tym razem nie udało mu się. Swego czasu pracowaliśmy razem. Oto domki robotników  - 
wskazał  na  grupę  ładnych  budynków,  pokrytych  czerwoną  dachówką.  -  Doskonali  pracownicy,  ale  i 
dobrze  płatni.  Wszyscy  są  kawalerami,  nie  piją  i  umieją  milczeć.  Zobowiązali  się  do  przestrzegania 
tajemnicy.  Oto  ich  boisko  futbolowe,  a  w  tym  domku  mieści  się  biblioteka  i  czytelnia.  Stary  jest 
doskonałym organizatorem. Ale oto i Mr. Bartforth, nasz pierwszy inżynier. 

Stanął przed nami długi, chudy, melancholijny mężczyzna, na którego twarzy malował się niepokój. 

Pan jest, jak sądzę, budowniczym studzien artezyjskich  - rzekł głosem ponurym.  - Czekałem na 

pana.  Cies

zę  się,  że  pan  przybył,  gdyż  wszystko  to  zaczyna  mi  już  działać  na  nerwy.  Pracujemy 

ciągle,  a  nie  wiem  nigdy,  czy  w  najbliższym  czasie  nie  natrafimy  na  wodę,  węgiel,  naftę  lub  ogień 
piekielny. 

Czyżby na dole było tak gorąco? 

Jest  bardzo  gorąco.  Nie  przeczę.  Ale  być  może,  że  odgrywa  tu  rolę  ciśnienie  barometryczne  i 

zamknięta  przestrzeń.  Rzecz  prosta,  że  wentylacja  jest  okropna.  Pompujemy  na  dół  powietrze,  ale 
ludzie nie mogą tam pracować dłużej niż dwie godziny. Profesor był na dole wczoraj i zdaje się, że jest 
zadowolony. Pójdziemy na śniadanie, a potem się pan rozejrzy. 

Po  krótkim  posiłku  zaprowadzono  nas  do  oddziału  maszyn,  który  mieścił  się  w  osobnym  domku. 

Wokół  niego  leżały  stosy  żelaza  i  zużytych  przyrządów.  Po  jednej  stronie  widniały  części  składowe 
hydraulicznej  łopaty  Arrolda,  której  użyto  do  robót  początkowych.  Obok  niej  znajdowała  się  wielka 
maszyna wydobywająca z głębi szybu wykopany materiał. W hali maszyn pokazano mi szereg silnych 
turbin  Escher-

Wyssą,  robiących  sto  czterdzieści  obrotów  na  minutę,  które  wprawiały  w  ruch 

hydrauliczne  akumulatory.  Ciśnienie  uzyskane  dzięki  działaniu  tych  akumulatorów,  a  wynoszące 
czterysta funtów na cal kwadratowy, oddziaływało za pośrednictwem trzycalowych rur wpuszczonych 
w  głąb  ziemi  na  cztery  świdry  skalne  systemu  Brandta.  Obok  oddziału  maszyn  znajdowała  się 
elektrownia dostarczająca prądu dla całej osady, a obok stała osobna turbina o sile dwustu koni, która 
wprawiała w ruch dziesięciostopowy wentylator pompujący powietrze do szybu przez dwunastocalową 
rur

ę.  Inżynier  pokazywał  mi  wszystkie  te  cuda  z  pewną  dumą,  nie  szczędząc  wyjaśnień.  Przerwano 

background image

- 8 - 

nam  jednak  wkrótce  tę  interesującą  pogawędkę,  gdyż  przed  dom  zajechała  z  turkotem  trzytonowa 
ciężarówka leyland, załadowana moimi narzędziami, pod kierownictwem mojego zaufanego Petersa i 
jego  pomocnika.  Obaj  przystąpili  od  razu  do  wyładowywania  i  przenoszenia  moich  rzeczy. 
Pozostawiwszy ich przy pracy, podszedłem wraz z pierwszym inżynierem i Malone'em do szybu. 

Był  o  wiele  większy,  niż  się  spodziewałem.  Ziemia  i  skały  wydobyte  z  głębi  w  ilości  tysięcy  ton 

otaczały  go  półkolem,  tworząc  spore  wzgórze. Wewnątrz  tego  półkola,  złożonego  z  wapienia,  gliny, 
węgla i granitu wznosiło się żelazne rusztowanie szybu z jego pompami i windami. Murowany dom, w 
którym  stały  maszyny  napędowe,  zamykał  wspomniane  półkole.  Gardziel  szybu,  wielka  ziejąca 
studnia  o  średnicy  około  czterdziestu  stóp,  wyłożona  była  cegłą  i  cementem.  Kiedy  spojrzałem  w  tę 
straszliwą  czeluść,  głęboką,  jak  mi  mówiono,  na  osiem  mil,  zakręciło  mi  się  w  głowie.  Światło 
przenikało  w  głąb  szybu  zaledwie  na  kilkaset  jardów,  padając  na  brudnobiałe  ściany  wapienne, 
podtrzymywane  w  niepewnych  miejscach  przez  obmurowania.  W  chwili,  kiedy  patrzyłem  w  dół, 
pojawiła  się  w  oddali  plamka  świetlna,  maleńki,  ale  jasny,  dobrze  widoczny  punkcik  na  czarnym  jak 
atrament tle. 

Co to za światło? - zapytałem. Malone pochylił się nad studnią. 

To jedna z klatek wyjeżdżająca na powierzchnię - rzekł. - Cudowny widok, nieprawdaż? Dzieli ją 

od nas odległość co najmniej mili, a to małe światełko jest silną lampą. Będą tu za kilka minut. 

Plamka  świetlna  rosła  bardzo  szybko...  Wkrótce  ściany  szybu  były  już  oświetlone  tak  jasno,  że 

musiałem odwrócić oczy. W następnej chwili żelazna klatka zatrzymała się i wysiadło z niej czterech 
ludzi. 

Prawie wszyscy pracują - rzekł Malone. - A praca na tej głębokości, to nie żarty. Ale część twoich 

rzeczy  jest  już  gotowa  do  drogi.  Najlepiej  zrobisz,  jeśli  zjedziesz  ze  mną  na  dół  i  rozejrzysz  się  w 
sytuacji. 

Zaprowadził  mnie  do  sąsiedniego  pokoiku  obok  hali  maszyn.  Na  ścianach  wisiały  ubrania  z 

najlżejszego  tussoru.  Idąc  za  przykładem  Malone'a,  rozebrałem  się  i  założyłem  jedno  z  tych  ubrań 
wraz  z  parą  butów.  Malone  pospieszył  się  i  wyszedł  pierwszy  z  garderoby.  W  chwilę  później 
usłyszałem jakiś hałas i wypadłszy z pokoiku ujrzałem, że przyjaciel mój tarzał się po ziemi, trzymając 
w objęciach robotnika, który pomagał wyładowywać moje rury artezyjskie. Usiłował on wydrzeć mu z 
ręki  jakiś  przedmiot,  którego  ten  rozpaczliwie  bronił.  Ale  Malone  okazał  się  silniejszy,  wyrwał 
przedmiot z rąk powalonego i zgniótł go pod stopami. Dopiero wówczas spostrzegłem, że był to aparat 
fotograficzny. Mój robotnik zerwał się na nogi. 

Niech  cię  diabli  wezmą,  Malone  -  rzekł.  -  Aparat  był  zupełnie  nowy  i  kosztował  mnie  dziesięć 

gwinei. 

Nic ci na to nie poradzę, Roy. Widziałem, że zrobiłeś zdjęcie i nie miałem wyboru. 

W jaki sposób przyczepił się pan do moich ludzi? - zapytałem ze słusznym oburzeniem. 

Zagadnięty uśmiechnął się. 

Są  środki  i  sposoby  -  rzekł.  -  Ale  niech  pan  nie  bierze  tego  za  złe  swojemu  mechanikowi. 

Przypuszczał, że chodzi o żart. Zamieniłem ubranie z jego pomocnikiem i dostałem się do środka. 

I zaraz się stąd wyniesiesz - rzekł Malone. 

Szkoda słów, Roy. Gdyby tu był Challenger, poszczułby cie psami. Rozumiem cię jednak i dlatego 

nie będę surowy, chociaż w razie potrzeby mogę się okazać prawdziwym brytanem. Ale czas w drogę. 

I  nasz  przedsiębiorczy  gość  pomaszerował  w  towarzystwie  dwóch  zjadliwie  się  uśmiechających 

robotników. Tak przedstawiałaby się geneza fantastycznego czteroszpaltowego artykułu z nagłówkiem 
„Szalony pomysł uczonego" i podtytułem „Droga do Australii", który ukazał się w „Adviserze" w kilka 
dni później i o mało co nie przyprawił Challengera o apopleksję, a naczelnego redaktora „Advisera" o 
najnieprzyjemniejszą  rozmowę  w  jego  całym  życiu.  Artykuł  był  odpowiednio  zmieniony  i  upiększony 
opisem  przygody  Roya  Perkinsa,  „naszego  doświadczonego  korespondenta  wojennego"  i  zawierał 
takie  soczyste  zwroty  jak  „ten  byk  z  Enmore  Gardens",  „teren,  otoczony  drutem  kolczastym  i 
pilnowany  przez  psy  gończe",  a  w  końcu  „od  wyjścia  do  angloaustralijskiego  tunelu  odpędziło  mnie 
dwóch  drabów,  z  których  jednego  znałem  ongiś  z  widzenia  jako  pokątnego  gazeciarza,  a  drugi  - 
niesamowita postać w cudacznym stroju - podawał się za inżyniera, chociaż wygląd jego przypominał 
raczej  bandytę  z  Whitechapel".  Odmalowawszy  nas  w  ten  sposób,  zapuścił  się  autor  artykułu  w 
szczegółowy  opis rusztowania,  wznoszącego się nad  studnią, i krętego tunelu, przez który miała iść 
kolej zębata. Artykuł ten przyczynił się do powiększenia liczby ciekawych obserwatorów na Wydmach 
Południowych, którzy czekali na jakieś wydarzenia. Przyszedł dzień, kiedy wydarzyło się w istocie coś 
niezwykłego, ale wówczas obserwatorzy ci mieli się z pyszna. 

background image

- 9 - 

Mój  m

echanik zgromadził wraz ze swoim pomocnikiem wszystkie moje przyrządy obok windy, ale 

Malone  nalegał,  abyśmy  spuścili  się  do  szybu  sami.  Wobec  tego  weszliśmy  do  klatki,  zrobionej  ze 
stalowych  prętów  i  w  towarzystwie  pierwszego  inżyniera  zjechaliśmy  na  dół.  Był  to  szereg 
automatycznych  wind,  z  których  każda  miała  własną  stację,  wykopaną  z  boku  tunelu.  Poruszały  się 
one z wielką szybkością tak, że spuszczenie się na dno szybu robiło wrażenie raczej jazdy koleją niż 
powolnego upadku. 

Ponieważ  klatka  była  okratowana  i  jasno  oświetlona,  mogliśmy  widzieć  dobrze,  jakie  warstwy 

mijamy. Widziałem pokłady wapienia, złoża Hastingsowe koloru kawy, złoża Ashburnskie, czarną glinę 
z domieszką węgla, a potem już błyszczał w świetle elektrycznym węgiel na przemian z wstęgami iłu. 
Tu  i  ówdzie  znajdowały  się  podmurowania,  ale  z  reguły  ściany  nie  były  podparte.  W  istocie,  widok 
tunelu  budził  zdumienie  i  podziw  dla  ludzi,  którzy  dokonali  tego  dzieła.  Minęliśmy  pokłady  węgla  i 
warstwę  jakiejś  zbitej  masy,  a  potem  otoczyły  nas  ściany  granitowe,  w  których  błyszczały,  jak 
diamenty, drobne kryształki kwarcu. Jechaliśmy  w dół  - ciągle  w  dół  -  obecnie już  na głębokość, do 
której nie dotarł żaden człowiek. Archaiczne skały mieniły się cudnymi kolorami... Nie zapomnę nigdy 
widoku  szerokie

j  wstęgi  czerwonawego  szpatu,  który  lśnił  w  świetle  naszych  potężnych  lamp, 

zdumiewając  swą  nieziemską  pięknością.  Mijaliśmy  piętro  za  piętrem,  szyb  za  szybem,  a  powietrze 
stawało się coraz bardziej duszne i ciepłe tak, że zaczęły nam ciążyć nawet lekkie ubrania z tussoru. 
Na skórę wystąpił nam pot. W końcu, kiedy myślałem już, że zemdleję, ostatnia winda zatrzymała się i 
wysiedliśmy  na  wykutą  w  skale  kolistą  platformę.  Zauważyłem,  że  Malone  spojrzał  nieufnie  na 
otaczające nas ściany. Gdybym go nie znał jako człowieka wyjątkowo odważnego, powiedziałbym, że 
był ogromnie zdenerwowany. 

Dziwnie to wygląda - rzekł pierwszy inżynier, biorąc do ręki kawałek odłupanej skały. Podniósł go 

do  światła  i  zwrócił  naszą  uwagę  na  błyszczące  w  nim  żyłki.  Mieliśmy  tu  na  dole  wstrząsy  i 
przesunięcia terenu. Nie wiem, co to za materiał. Profesor jest, jak się zdaje, bardzo zadowolony, ale 
dla mnie wszystko to jest czymś zupełnie nowym. 

Muszę  przyznać,  że  sam  widziałem,  jak  ta  ściana  zadrżała  -  rzekł  Malone.  -  W czasie  ostatniej 

mojej  bytności  tutaj  umocowaliśmy  te  dwie  belki,  które  mają  podtrzymywać  twój  świder.  Za  każdym 
uderzeniem  w  skałę  stwierdzałem  kołysanie  się  ściany.  Teoria  starego  wydawała  się  w  solidnym 
Londynie absurdem, ale tu na głębokości ośmiu mil pod powierzchnią, nie jestem już tak pewny siebie. 

Gdyby pan widział to, co jest zakryte żaglowym płótnem, byłby pan jeszcze mniej pewny  - rzekł 

inżynier.  -  Skała  tu  na  dnie  krajała  się  jak  seler,  a  kiedy  przebiliśmy  ją,  ukazała  się  naszym  oczom 
nowa i zupełnie na ziemi nieznana formacja. „Przykryjcie dziurę! Nie ruszajcie tego!" - rzekł profesor. I 
stosownie do jego polecenia przykryliśmy otwór płótnem żaglowym. 

Czy możemy zobaczyć? 

Ponura twarz inżyniera zdradzała niepokój. 

Nie chciałbym występować przeciw zarządzeniom profesora - powiedział. - Jest on tak sprytny, że 

człowiek nigdy nie może być pewny siebie. Ale możemy spojrzeć. 

Skierował snop światła naszej lampy na czarne płótno żaglowe. Potem, chwyciwszy za linę, która 

przytwierdzona  była  do  rogu  zasłony,  podniósł  płótno,  pokazując  nam  kilka  jardów  kwadratowych 
powierzchni. 

Był to widok niezwykły i budzący grozę. Dno składało się z jakiegoś szarego, szklistego i lśniącego 

materiału, który wznosił się i opadał ruchem powolnym i regularnym. Ruchy te nie były samoistne, ale 
robiły wrażenie udzielonych i przeniesionych z głębi na powierzchnię. Pod tą powierzchnią, jakby pod 
szklaną  osłoną,  widniały  białawe  plamy  lub  pęcherzyki,  których  wielkość  i  kształt  ustawicznie  się 
zmieniały. Staliśmy zdumieni, przyglądając się temu niezwykłemu widokowi. 

To wygląda jak obdarte ze skóry zwierzę  - szepnął Malone. - Stary nie kłamał, mówiąc o swoim 

jeżowcu. 

Wielki Boże! - zawołałem. - I ja mam zagłębić harpun w ciele tego potwora! 

- To twój przywilej, mój synu - 

rzekł Malone. -Ale będę przy tobie, kiedy przystąpisz do dzieła. 

- Ja nie mam ochoty - 

rzekł pierwszy inżynier tonem zdecydowanym. - Tego jestem pewny, a jeśli 

stary będzie nalegał, poproszę o dymisję. Wielki Boże, patrzcie! 

Szara powierzchnia podniosła się nagle ku górze, wzdymając się jak fala oglądana z brzegu. Potem 

opadła  z  powrotem,  ale  pulsowanie  i  uderzenia  w  głębi  nie  ustawały.  Bartforth  opuścił  linę  i  płótno 
opadło. 

Zdaje  się,  po  prostu,  jakby  zwierzę  wiedziało  o  naszej  tu  bytności  -  rzekł.  -  Dlaczegóż  by 

wyk

onywało takie ruchy? Sądzę, że światło musi je drażnić. 

background image

- 10 - 

Co mam teraz robić? - zapytałem. 

Mr. Bartforth wskazał na dwie belki leżące w poprzek studni tuż pod miejscem, gdzie zatrzymała się 

winda. Dzieliła je od siebie przestrzeń niespełna dziesięciu cali. 

To  pomysł  starego  -  rzekł.  -  Sądzę,  że  można  by  je  lepiej  umocować,  ale  z  tym  wariatem  nie 

można dyskutować. Lepiej i bezpieczniej robić to, co każe. Życzeniem jego jest, aby pan użył swego 
sześciocalowego świdra i umieścił go w jakiś sposób między tymi dwiema belkami. 

To nie będzie trudne - odpowiedziałem. - Zabiorę się dziś do pracy. 

Było to, jak sobie można wyobrazić, najdziwniejsze doświadczenie w moim urozmaiconym życiu, w 

którym  budowałem  studnie  we  wszystkich  częściach  świata.  Ponieważ  profesor  Challenger  nalegał, 
aby  zabiegu  dokonano  z  pewnej  odległości,  co  wydawało  mi  się  teraz  rzeczą  rozsądną,  musiałem 
założyć łączniki elektryczne. Nie sprawiło mi to większych trudności, gdyż cała studnia od dna aż do 
szczytu była podrutowana. Z ogromną ostrożnością przetransportowałem wraz z moim mechanikiem 
Petersem  nasze  przyrządy  na  dno  szybu.  Ostatnia  winda  została  nieco  podniesiona  w  górę,  aby 
zrobić nam miejsce. Ponieważ zamierzałem zastosować w danym przypadku system perkusyjny, nie 
chcąc polegać wyłącznie na sile ciężkości, poleciłem zawiesić nasz stofuntowy ciężar na bloku poniżej 
windy  i  umieścić  pod  nim  rury  z  zakończeniem  w  kształcie  litery  V.  Lina,  na  której  wisiał  ciężar, 
przytwierdzona  była  do  ściany  szybu  w  ten  sposób,  aby  włączenie  prądu  elektrycznego  mogło  ją 
natychmiast  odczepić.  Była  to  trudna  robota,  a  wykonaliśmy  ją  w  upale  więcej  niż  tropikalnym  i  w 
głębokim  przeświadczeniu,  że  poślizgnięcie  się  lub  upadek  jednego  z  narzędzi  na  płótno  pod  nami 
może doprowadzić do jakiejś katastrofy. To, co się działo dookoła nas, budziło żywy niepokój. Ściany 
szybu trzęsły się  i  dygotały  od czasu  do czasu, a kiedy  dotknąłem ich ręką, doznałem wrażenia,  że 
czuję, jak się poruszają. Toteż z prawdziwą ulgą wyjeżdżałem z Petersem na powierzchnię ziemi po 
ukończeniu roboty, a złożenie raportu Bartforthowi, że profesor Challenger może przystąpić do swego 
doświadczenia w dowolnym czasie, sprawiło mi wielką radość. 

Niedługo czekaliśmy. W trzy dni po ukończeniu naszej pracy otrzymaliśmy zawiadomienie. 
Było to zwyczajne zaproszenie w rodzaju tych, jakie rozsyła się na „wieczorki tańcujące". Brzmiało 

w ten sposób: 

 
Profesor G. E. Challenger 
(b.  prezydent  Instytutu  Zoologicznego,  właściciel  wielu  honorowych  tytułów  i  odznaczeń,  których 

liczba jest tak wielka, że nie pomieściłaby się na tej karcie) 

zaprasza  
Mr. Jonesa ( bez żony) na wtorek 21 czerwca, godzinę 11. 30 przed południem, aby zechciał być 

świadkiem zwycięstwa ducha nad materią w Hengist Down, Sussex. 

Specjalny pociąg z dworca Wiktorii o 10. 50. Pasażerowie płacą za bilet sami. 
Śniadanie - ewentualnie po doświadczeniu (zależnie od okoliczności). Stacja Storrington. 
Listy  z  podaniem  nazwiska  wielkimi  literami  należy  przesłać  pod  adresem  14(Bis),  Enmore 

Gardens,  

S. W. 

 
Poszedłszy do Malone'a, zastałem go z podobnym biletem w ręku. 

Przysłał  go  nam  jedynie  dla  żartu  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  Musimy  tam  być  przecież  w  każdym 

razie. Ale mówię ci, że cały Londyn kipi. Stary jest w swoim żywiole. 

W końcu nadszedł wielki dzień. Co do mnie, udałem się na miejsce wieczorem poprzedniego dnia, 

aby się upewnić, że wszystko w porządku. Świder był odpowiednio nastawiony, ciężar przymocowany, 
łączniki  elektryczne  działały  sprawnie.  Byłem  zadowolony,  że  rolę  moją  w  tym  niezwykłym 
doświadczeniu  odegrałem  bez  zarzutu.  Prąd  elektryczny  miał  być  włączony  w  miejscu  odległym  o 
pięćset  jardów  od  wejścia  do  tunelu,  aby  nie  narazić  obecnych  na  niebezpieczeństwo,  i  tu 
umieszczono  odpowiedni  taster.  Kiedy  rankiem  tego  brzemiennego  w  następstwa  dnia  wyjechałem 
uspokojony  na  powierzchnię,  wybrałem  się  na  spacer  na  pobliskie  wzgórza,  aby  przyglądać  się 
przygotowaniom. 

Zdawało się, że do Hengist Down przybył cały świat. Jak daleko mogłem sięgnąć wzrokiem, drogi 

roiły się od ludzi. Automobile zwoziły pasażerów -kołysząc się i potykając na wybojach - i wysadzały 
ich  przed  bramą  osiedla.  Tu  czekała  cała  armia  odźwiernych,  którzy  nie  zważając  na  obietnice  i 
pieniężne datki wpuszczali do wnętrza tylko zaproszonych. Ci, którzy nie mogli pokazać biletu, zbierali 
się tłumnie na stoku wzgórza, które przypominało obecnie z wyglądu Wydmy Epson podczas Derby. 
Na  terenie  osiedla  otoczonego  drutem,  pewne  miejsca  przeznaczono  dla  gości  uprzywilejowanych. 

background image

- 11 - 

Znajdowały  się  tu  ogrodzenia  dla  parów,  dla  członków  Izby  Niższej,  dla  przedstawicieli  towarzystw 
naukowy

ch  i  dla  sławnych  uczonych,  między  którymi  znajdował  się  Le  Pellier  z  Sorbony  i  Dr 

Driesinger  z  Akademii  Berlińskiej.  Specjalne  miejsce  zarezerwowano  dla  trzech  członków  Rodziny 
Królewskiej. 

Za  kwadrans  dwunasta  przyjechali  ze  stacji  omnibusami  zaproszeni 

goście. Wróciłem  do  osiedla, 

aby asystować przy ich przyjęciu. Profesor Challenger stał obok ogrodzenia dla gości, przybrany we 
frak,  białą  kamizelkę  i  błyszczący  cylinder,  z  wyrazem  pewności  siebie  i  wprost  obrażającej 
pobłażliwości na twarzy. Sam prowadził, a czasem zapędzał swoich gości na wyznaczone miejsca, a 
po pewnym czasie wstąpił na wzniesienie, zebrawszy dookoła siebie elitę towarzystwa i rozglądał się 
z  miną  przewodniczącego,  który  spodziewa  się  gorącego  przyjęcia.  Ponieważ  jednak  nikt  nie 
przery

wał milczenia, przystąpił od razu do rzeczy. 

-  Panowie  - 

ryknął,  a  głos  słychać  było  w  najdalszych  zakątkach  osiedla.  -  Tym  razem  nie 

potrzebuję  zwracać  się  do  pań.  Jeśli  nie  zapraszałem  ich  na  to  zebranie,  to  nie  z  braku  szacunku, 
gdyż mogę powiedzieć - z niedźwiedzim honorem i szyderską skromnością - że stosunki, jakie mnie z 
nimi łączyły były zawsze znakomite, a nawet serdeczne. Prawdziwa przyczyna leży w tym, że nasze 
doświadczenie  grozi  pewnym  niebezpieczeństwem,  chociaż  nie  jest  ono  tak  wielkie,  aby  mogło 
usprawiedliwić  niepokój,  jaki  czytam  na  twarzach  zebranych.  Zapewne  zainteresuje  członków  prasy 
wiadomość,  że  zarezerwowałem  dla  nich  miejsca  w  ławkach,  znajdujących  się  w  bezpośrednim 
sąsiedztwie  terenu  operacyjnego.  Wtrącali  się  oni  tak  często  i  tak  bezczelnie  w  moje  sprawy,  że 
winienem teraz okazać zrozumienie dla ich ciekawości. Jeśli nic nie nastąpi - co jest zawsze możliwe - 
nie  będą  mi  mogli  zarzucić,  że  odniosłem  się  do  nich  z  lekceważeniem.  Jeśli  zaś  coś  się  przytrafi, 
będą pierwsi w stanie zobaczyć to, o ile staną na wysokości zadania. 

Rozumiecie,  panowie,  że  człowiekowi  nauki  trudno  wyjaśnić  pospólstwu  -  jeśli  użyję  trochę 

drastycznego  wyrażenia  -  dlaczego  tak,  a  nie  inaczej  postępuje.  Słyszę  jakieś  niegrzeczne  okrzyki  i 
proszę dżentelmena w okularach w rogowej oprawie, aby przestał machać parasolem. (Głos: „Epitety, 
jakie  pan  dajesz  swoim  gościom,  są  w  najwyższym  stopniu  obrażające".  )  Być  może,  że  wyrażenie 
„pospólstwo" wzburzyło tak dżentelmena. Nie będę się jednak zastanawiał nad głupstwami. Chciałem 
właśnie powiedzieć, zanim nie przeszkodziła mi ta niegrzeczna uwaga, że sprawą tą zajmowałem się i 
dokładnie ją omówiłem w mojej książce o ziemi, która ma się teraz ukazać i którą z całą skromnością 
nazwać mogę jednym z epokowych dzieł świata. (Ogólne przerywania i okrzyki: „Fakty!" „Po cośmy tu 
przyjechali?" „Czy to żarty?"). Chciałem udzielić pewnych wyjaśnień i jeśli mi wciąż będą przerywać, 
będę zmuszony zastosować odpowiednie środki, celem zachowania porządku i spokoju. Sprawa ma 
się zatem tak, że wykopałem tunel w skorupie ziemi 

I mam obecnie zamiar podrażnić jej czułą błonę przy pomocy pewnego zabiegu, którego dokonają 

moi podwładni: Mr. Peerless Jones, budowniczy i znawca studzien artezyjskich, i Mr. Edward Malone, 
który  mnie  w  tym  wypadk

u  reprezentuje.  Odsłonięta  i  czuła  substancja  Ziemi  będzie  połaskotana. 

Zobaczymy,  jak  na  to  zareaguje.  Proszę  zająć  miejsca,  a  panowie  ci  zjadą  do  szybu  i  poczynią 
ostateczne przygotowania do doświadczenia. Potem nacisnę ten guzik na stole i eksperyment będzie 
skończony. 

Po  każdej  przemowie  Challengera  słuchacze  czuli  się  zazwyczaj,  jakby  ich  kto  ukłuł  w 

najwrażliwsze miejsce. I to zebranie nie było wyjątkiem. Zaproszeni goście zajęli przygotowane ławy, 
nie  szczędząc  krytycznych  uwag  i  niepochlebnych  wyrażeń.  Challenger  siedział  sam  na  szczycie 
wzgórza, za małym stolikiem, z rozwianą brodą i czupryną postać zaiste imponująca. Niestety, ani ja, 
ani Malone nie mogliśmy podziwiać tej sceny. Trzeba było wykonać rozkaz profesora. W dwadzieścia 
minut później byliśmy już na dnie szybu i zdejmowaliśmy płótno z odsłoniętej powierzchni. 

Przedstawił  się  nam  widok  niezwykły.  Stara  planeta  zdawała  się  wiedzieć,  jakby  dzięki  dziwnej 

kosmicznej  telepatii,  że  wystawiona  ma  być  na  upokarzającą  próbę.  Odsłonięta  powierzchnia 
przypominała  z  wyglądu  gotującą  się  w  garnku  wodę.  Wielkie,  szare  bańki  powstawały  i  pękały  z 
trzaskiem.  Przestrzenie  powietrzne  i  pęcherzyki  pod  skórą  dzieliły  się  i  łączyły  ustawicznie. 
Poprzeczne smugi zaznaczały się wyraźniej i pulsowały silniej niż poprzednio. W krętych połączeniach 
kanałów leżących pod powierzchnią pojawiła się ciemnopurpurowa ciecz. Wszystko tętniło życiem. W 
powietrzu unosił się przykry i trudny do zniesienia zapach. 

Przypatrywałem się jeszcze temu dziwnemu widowisku, kiedy Malone chwycił mnie przestraszony 

za rękę. - Wielki Boże. Jones! - zawołał. - Popatrz! 

Jeden  rzut  oka,  jeden  szybki  ruch,  uwalniający  łączniki  elektryczne  i  wskoczyłem  do  windy.  - 

Wsiadaj! - 

zawołałem. -Tu chodzi o życie! 

To cośmy ujrzeli, budziło  w istocie najwyższy  niepokój. Cała dolna część szybu  zdawała się  brać 

udział  w  obserwowanych  przez  nas  zjawiskach.  Ściany  tętniły  i  pulsowały,  jakby  w  sympatycznym 

background image

- 12 - 

odruchu.  Poruszenia  te  udzieliły  się  wyżłobieniom,  w  których  spoczywały  belki  i  było  jasne,  że  tylko 
drobnego odchylenia - 

co najwyżej na kilka cali -potrzeba, aby runęły w dół. A w tym wypadku ostrze 

mojego  świdra  zagłębiłoby  się,  rzecz  prosta,  w  ziemskiej  substancji  niezależnie  od  włączenia  prądu 
elektrycznego. 

Chodziło  o  to,  abyśmy  wydobyli  się  ze  studni,  zanim  dojdzie  do  katastrofy.  Krew  ścinała  się  w 

żyłach z przerażenia na myśl, że znajdujemy się w głębokości ośmiu mil pod ziemią i że lada chwila 
nastąpić może coś straszliwego. Pędziliśmy na łeb, na szyję, na powierzchnię Ziemi. 

Czy zapomnimy kiedyś tę straszliwą podróż? Windy gwizdały i huczały, a jednak minuty wydawały 

się  nam  godzinami.  Na  każdym  piętrze  wyskakiwaliśmy  z  klatki,  wpadaliśmy  do  następnej  i 
nacisnąwszy  guzik,  sunęliśmy  w  górę.  Przez  sufit  ze  stalowych  prętów  mogliśmy  dostrzec  w  oddali 
m

ały krążek światła, oznaczający wejście do tunelu. Poszerzał się on z każdą chwilą, aż wreszcie stał 

się  pełnym  kręgiem  i  nasze  uradowane  oczy  spoczęły  na  obmurowaniu  wejścia.  Sunęliśmy  w  górę 
szybko,  jak  strzała,  wyżej,  coraz  to  wyżej  -  aż  wreszcie  w  chwili  szalonej  radości  i  zadowolenia 
wyskoczyliśmy  z  naszego  więzienia  i  stanęliśmy  na  zielonym  trawniku.  Ale  nie  było  czasu  do 
stracenia. Zaczęliśmy biec... Ubiegliśmy od szybu zaledwie na trzydzieści kroków, kiedy tam na dole 
mój żelazny świder spadł na ganglion nerwowy Matki Ziemi i nadeszła chwila decydująca. 

Co się stało? 

Ani Malone, ani ja nie mogliśmy odpowiedzieć na to pytanie, gdyż porwał nas jakiś potężny cyklon i 

potoczył  po  trawniku,  jak  dwa  kamienie  po  tafli  lodu.  Równocześnie  do  uszu  naszych  dobiegł 
najstraszliwszy  krzyk,  jaki  słyszano  na  ziemi.  Czy  któryś  z  zebranych  w  Hengist  Down  setek  gości 
mógłby  go  określić,  mógłby  go  chociaż  opisać?  Było  to  wycie,  wyrażające  ból,  gniew,  groźbę  i 
obrażony  majestat  Przyrody.  Trwało  przez  minutę  -  tysiąc  syren  w  jednej  -  przyprawiając  o  lęk 
wszystkich zebranych dziką swą gwałtownością, płynąc w dal w cichym letnim powietrzu, budząc echo 
na  całym  Południowym  Wybrzeżu  i  przedostając  się  nawet  poza  kanał  do  naszych  francuskich 
sąsiadów. Żaden odgłos w historii świata nie mógłby mierzyć się z krzykiem skaleczonej Ziemi. 

Zarówno  Malone,  jak  i  ja,  odczuliśmy  wstrząs  i  słyszeliśmy  wycie,  ale  o  innych  szczegółach  tej 

niezwykłej sceny dowiedzieliśmy się dopiero później. 

Najpierw wyleciały z głębi klatki windy. Reszta urządzeń, przytulona do ściany nie była narażona na 

podmuch  wiatru,  ale  solidne  podstawy  klatek  stawiły  mu  opór...  W  rezultacie  czternaście  klatek 
wyleciało  w  powietrze,  jedna  po  drugiej,  opisując  wspaniały  łuk.  Jedna  z  nich  wpadła  do  morza  w 
pobliżu  grobli  Worthing,  a  druga  na  pole  pod  samym  Chicesterem.  Świadkowie  tego  wydarzenia 
utrzymywali, że widok czternastu klatek szybujących w powietrzu, na tle niebios, był zaiste jedynym w 
swoim rodzaju. 

A potem trysnął gejzer. Była to olbrzymia fontanna brudnej mazistej cieczy, która strzeliła w górę na 

wysokość  około  dwóch  tysięcy  stóp.  Aeroplan  krążący  nad  szybem  został  pochwycony,  jakby  przez 
trąbę powietrzną i  zmuszony do  wylądowania. Lotnik i maszyna skąpani  w mazi przedstawiali obraz 
nędzy i rozpaczy. Straszliwa ta i cuchnąca okropnie ciecz była widocznie krwią planety, względnie, jak 
utrzymuje  profesor  Driesinger  i  szkoła  berlińska,  ochronną  wydzieliną  podobną  do  wydzieliny 
gruczołów śmierdziela, którą Przyroda obdarzyła Matkę Ziemię dla ochrony przed natarczywymi Chal-
lengerami.  Jeśli  tak  było,  to  główny  sprawca  zamachu,  siedzący  na  szczycie  wzgórza,  wyszedł  bez 
szwanku,  podczas  gdy  nieszczęśliwi  przedstawiciele  prasy,  znajdujący  się  w  linii  ognia,  zostali 
przemoczeni do nitki i tak ubabrani, że żaden z nich nie mógł pokazać się w towarzystwie przez wiele 
tygodni.  Deszcz  nieczystości  uniesiony  został  przez  wiatr  na  południe  i  opadał  na  tłum 
nieszczęśników, którzy tak długo i tak cierpliwie czekali na Wydmach na jakieś niezwykłe wydarzenie. 
Nie było żadnego wypadku. Żaden dom nie został zburzony, ale wiele śmierdziało jeszcze przez długi 
czas. 

A potem studnia zamknęła się. Podobnie jak przyroda zamyka ranę do dołu ku górze, tak i Ziemia 

leczy wszelkie skaleczenia swej życiowej substancji, tylko o wiele prędzej. Rozległ się przeciągły huk, 
kiedy  ściany  szybu  zetknęły  się  ze  sobą,  huk  dochodzący  z  głębi  i  rozbrzmiewający  później  coraz 
bliżej powierzchni, aż w końcu z ogłuszającym trzaskiem zawarto się obmurowane wejście do studni, 
podczas gdy wstrząśnienie ziemi zawaliło w dół podpory i spiętrzyło w miejscu, gdzie był otwór, stos 
żelaza  i  odłamków  skał  w  formie  piramidy  wysokiej  na  pięćdziesiąt  stóp.  Eksperyment  profesora 
Challengera był nie tylko skończony, ale i zagrzebany raz na zawsze. Gdyby nie obelisk, wystawiony 
niedawno przez Towarzystwo Królewskie, potomkowie nasi nie domyśliliby się nigdy, gdzie rozegrało 
się to niezwykłe i epokowe widowisko. 

A  potem  przyszedł  wielki  finał.  Przez  długi  okres  czasu  po  tych  szybko  po  sobie  następujących 

zjawiskach  panowało  głuche  milczenie.  Ludzie  musieli  zebrać  myśli  i  uprzytomnić  sobie,  co  się 
właściwie  stało  i  jak  do  tego  doszło.  A  potem  nagle  zrozumieli...  Ocenili  niezwykły  pomysł,  jego 

background image

- 13 - 

genialne szczegóły i ulegając zgodnemu impulsowi zwrócili się do Challengera. Zewsząd dochodziły 
okrzyki  podziwu.  Profesor  mógł  widzieć  ze  szczytu  swego  wzgórza  morze  skierowanych  ku  niemu 
twarzy i powiewające na wietrze chusteczki. Kiedy sięgnę pamięcią w przeszłość, widzę ten obraz jak 
na dłoni. Challenger wstał z krzesła, z oczyma przymkniętymi, z uśmiechem zadowolenia na twarzy, 
wsparł lewą rękę na biodrze, a prawą założył na klapę fraka. Zapewne obraz ten będzie uwieczniony, 
gdyż słyszałem wokoło trzask fotograficznych migawek. Czerwone słońce słało do jego stóp swe złote 
promienie,  a  on 

stał,  kłaniając  się  z  powagą  na  wszystkie  strony.  Challenger  uczony,  Challenger 

arcyinżynier, Challenger pierwszy człowiek, który dał znać o sobie Matce Ziemi. 

Jeszcze słowo, jako epilog. Rzecz prosta, że o doświadczeniu dowiedział się cały świat. To prawda, 

że  nigdzie  zraniona  planeta  nie  ryknęła  tak  głośno,  jak  w  miejscu  doświadczenia,  ale  zjawiska 
obserwowane w innych krajach dowodziły jasno, że jest ona w istocie niepodzielną jednostką. Przez 
wszystkie  szczeliny  i  wszystkie  wulkany  krzyczała  rozgniewana.  Hekla  ryczała  tak,  że  Islandczycy 
spodziewali się katastrofy.  Szczyt Wezuwiusza  wyleciał  w powietrze.  Etna  wypluła potoki lawy,  a do 
sądów  włoskich  wniesiono  skargę  przeciw  Challengerowi  o  pół  miliona  lirów  odszkodowania  za 
zniszczone  winnice.  Nawet  w  Me

ksyku i  w  Ameryce  Centralnej  były  objawy  wielkiego  plutonicznego 

wzburzenia,  a  wycie  Stromboli  słyszano  na  Wschodzie,  w  całym  pasie  podzwrotnikowym.  Ziemia 
uważała  za  punkt  honoru  zwrócić  na  siebie  uwagę  całego  świata.  Ale  zasługą  jednego  tylko 
Challengera 

było pobudzenie jej do krzyku. 

 

 

TRUJĄCE PASMO 

ROZDZIAŁ I ZAĆMIONE LINIE 

Jest  rzeczą  konieczną,  abym  od  razu,  dopóki  te  dziwne  wydarzenia  są  jeszcze  świeże  w  mej 

pamięci, spisał je z pełną wiernością, zanim  czas nie zatrze szczegółów. Lecz nawet teraz, kiedy to 
czynię, jestem pod przemożnym wrażeniem tego niezwykłego faktu, że to właśnie nasze małe grono 
ze  „Świata  zaginionego"  -  profesor  Challenger,  profesor  Summerlee,  lord  John  Roxton  i  ja  -  miało 
doświadczyć tak zadziwiających przeżyć. 

Kiedy kilka lat temu  zamieściłem w „Daily Gazette" sprawozdanie  z naszej epokowej wyprawy  do 

Ameryki Południowej, nie sądziłem bynajmniej, że kiedyś wypadnie mi opowiedzieć o jeszcze bardziej 
dziwnych wydarzeniach, jakie prze

żywałem, a które nie mają precedensu w kronikach całej ludzkości i 

na  pewno  wyróżniać  się  będą  w  księdze  dziejów  tak,  jak  ogromny  wierzchołek  pośród  skromnych 
pagórków.  Samo  zdarzenie  zawsze  będzie  czymś  niezwykłym,  lecz  okoliczność,  że  w  tych 
nadzwyczajny

ch chwilach znaleźliśmy się znów razem, powstała w sposób prawie naturalny i w rzeczy 

samej  nieunikniony.  Przyczyny,  które  do  tego  doprowadziły,  pragnę  wyłożyć  tak  prosto  i  jasno,  jak 
tylko umiem najlepiej, chociaż zdaję sobie doskonale sprawę, że im dokładniej przedstawię szczegóły 
tego  rodzaju  historii,  tym  wdzięczniej  przyjmie  ją  czytelnik,  bowiem  ciekawość  ludzka  jest  wciąż 
nienasycona. 

Było  to  w  piątek,  dwudziestego  siódmego  sierpnia  -  data  na  zawsze  pamiętna  w  historii  świata  -

kiedy  pojechałem  do  redakcji  i  poprosiłem  pana  Mc  Ardle'a,  kierującego  dotąd  jeszcze  naszym 
Działem Wiadomości, o trzy dni urlopu. Poczciwy stary Szkot potrząsnął głową, podrapał się po łysinie 
okolonej resztką rudawych włosków, aż w końcu wyraził swoją niechęć słowami: 

-  Chcieli

śmy  panu  przedstawić  w  tych  dniach  pewną  korzystną  propozycję,  panie  Malone.  Byłem 

przekonany, że jedynie pan mógłby zająć się tą sprawą tak, jakby należało. 

-  Bardzo  mi  przykro  - 

powiedziałem,  próbując  ukryć  rozczarowanie.  -  Oczywiście,  jeżeli  jestem 

koni

ecznie potrzebny, to nie ma dyskusji. Sprawa jednak jest bardzo ważna i dotyczy mnie osobiście. 

Jeżeli zatem panowie mogliby się obyć beze mnie... 

Nie wydaje mi się to takie proste. 

Nie była to przyjemna wiadomość, lecz musiałem robić dobrą minę do złej gry. Jednakże sam sobie 

byłem  winien,  ponieważ  wówczas  już  mogłem  chyba  wiedzieć,  że  dziennikarz  nie  ma  prawa  robić 
własnych planów. 

A  zatem  nie  będę  już  do  tego  wracał  -  odpowiedziałem  jak  najbardziej  pogodnie,  mimo  że 

uprzedzono mnie o tym tak późno. - O jaką to więc sprawę chodzi? 

Hm, chodzi o to, aby pan przeprowadził wywiad z tym wcielonym diabłem z Rotherfield. 

Nie ma pan chyba na myśli profesora Challengera? - wykrzyknąłem. 

background image

- 14 - 

Tak, to właśnie o nim myślę. W zeszłym tygodniu wyrzucił młodego Aleca Simpsona z „Couriera" i 

pędził go chyba z milę drogą, trzymając za kołnierz i za spodnie. Prawdopodobnie czytał pan o tym w 
kronice policyjnej. Nasi chłopcy woleliby raczej przeprowadzić wywiad z aligatorem, który wyrwał się 
na wolność z ogrodu zoologicznego. Ale pan, jego stary przyjaciel... pan chyba może to zrobić. 

Ależ - powiedziałem z ulgą - to całkiem zmienia sprawę. Właśnie tak się składa, że prosiłem o tych 

kilka  wolnych  dni  tylko  po  to,  żeby  złożyć  wizytę  profesorowi  Challengerowi  w  Rotherfield!  Właśnie 
przypada trzecia rocznica naszej wielkiej przygody na owym płaskowyżu w Ameryce Południowej i dla 
uczczenia tej uroczystości profesor zaprosił do siebie wszystkich uczestników wyprawy. 

-  Znakomicie!  - 

wykrzyknął  Mc  Ardle,  zacierając  ręce  i  patrząc  rozpromienionym  wzrokiem  spoza 

swoich szkieł. - W takim razie będzie pan mógł wysondować jego opinię. O innych ludziach można by 
powiedzieć, że blagują, ale on już raz dobrze utrafił, kto wie, czy i tym razem nie ma racji. 

Wysondować jego opinię? - spytałem. - Z czym on teraz wystąpił? 

Czyż nie czytał pan w dzisiejszym „Timesie" jego listu pod tytułem „Hipotezy nauki"? 

-Nie. 
Mc Ardle schylił się i podniósł z podłogi egzemplarz gazety. 

Niech pan czyta na głos - rzekł, wskazując palcem kolumnę. - Chętnie posłucham raz jeszcze, bo 

doprawdy nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, o co temu człowiekowi chodzi. 

Oto list, który czytałem redaktorowi Działu Wiadomości „Daily Gazette": 
 

HIPOTEZY NAUKI 
Szanowny panie - szczerze ubawiony i bynajmniej nie zbudowany - 

przeczytałem  ów  napuszony  i  całkowicie  niedorzeczny  list  Jamesa 
Wilsona  Mac  Phaila,  jaki  ukazał  się  na  łamach  Waszego  pisma,  i  w 
którym  wypowiada  się  on  na  temat  zaćmienia  linii  Frauenhofera  w 
widmach  zarówno  planet,  jak  i  gwiazd  stałych.  Autor  traktuje  sprawę 
jako nieistotną i nie posiadającą żadnego znaczenia. Tymczasem dla 
szerszego umysłu może ona mieć ogromną wagę - chodzi tu bowiem 
o  ostateczny  los  każdego  mężczyzny,  każdej  kobiety  i  dziecka  na 
naszej planecie. 

Nie  spodziewam  się  bynajmniej,  aby  przy  pomocy  języka 

naukowego udało mi się przekazać sens tego, co mam na myśli, tym 
ograniczonym  ludziom,  którzy  swoje  pojęcia  kształtują  na  podstawie 
lektury dzienników. Dlatego będę usiłował zniżyć się do ich poziomu, 
przedstawiając sytuację przez użycie zwykłej analogii, która mieści się 
w granicach inteligencji Waszych czytelników. 

 

Ależ to jest fenomen, chodzący fenomen - rzekł Mc Ardle, potrząsając głową w zamyśleniu. - On 

nawet z niewinnego jagnięcia potrafi zrobić wilka i pokłócić spokojnych kwakrów. Nic dziwnego, że w 
Londynie ziemia pali mu się pod stopami. A szkoda, panie Malone, bo to jest tęgi umysł! Zobaczmy 
jednak, jak to tam jest z tą analogią. 

 

Wyobraźmy sobie  

czytałem dalej –  

że niedługi sznur połączonych ze sobą korków został puszczony z 

leniwym prądem na daleką podróż przez Atlantyk. Korki płyną powoli 
z dnia na dzień w tych samych warunkach. Gdyby korki te posiadały 
zdolność  odczuwania,  wówczas  można  by  założyć,  iż  uważać  one 
będą  warunki  te  za  niezmienne  i  stałe.  Tymczasem  my,  posiadając 
wiedzę  wyższego  rzędu,  wiemy,  że  może  zdarzyć  się  wiele  rzeczy, 
które  będą  dla  tych  korków  całkowitą  niespodzianką.  Mogą  zostać 
rzucone  falą  o  okręt  lub  śpiącego  wieloryba  albo  też  zaplątać  się  w 
wodorosty. Ostatecznie,  ich podróż  zakończy się  zapewne rozbiciem 
na  skalistym  wybrzeżu  Labradoru.  Lecz  cóż  one  mogą  o  tym 
wszystkim wiedzieć, płynąc tak 'spokojnie z dnia na dzień po oceanie, 
który uważają za bezgraniczny i jednorodny?... 

Czytelnicy  Wasi  pojmą  zapewne,  że  Atlantyk  w  tej  przypowieści 

sym

bolizuje  wszechpotężny  ocean  eteru,  który  nas  unosi,  i  że  ów 

background image

- 15 - 

sznur  korków  przedstawia  ten  mały,  prawie  nieznany  system 
planetarny,  do  którego  należymy.  Jako  trzeciorzędne  słońce  z 
hałastrą  nic  nie  znaczących  satelitów  płyniemy  w  tych  samych, 
codziennych  wa

runkach  ku  jakiemuś  nieznanemu  końcowi,  jakiejś 

nędznej  katastrofie,  która  pochwyci  nas  na  ostatecznych  krańcach 
przestrzeni, gdzie zmieceni zostaniemy przez jakąś Niagarę eteru lub 
zdruzgotani  o  jakiś  niepojęty  Labrador.  Nie  widzę  tu  miejsca  dla 
płytkiego  i  pełnego  ignorancji  optymizmu  Waszego  korespondenta, 
pana  Jamesa  Wilsona  Mac  Phaila.  Widzę  natomiast  wiele  przyczyn, 
dla  których  powinniśmy  śledzić  z  bardzo  natężoną  uwagą  i  pełnym 
zainteresowaniem  każdy  symptom  zmian  w  otaczającym  nas 
kosmosie, a od któ

rych zależeć może nasz własny, ostateczny los. 

 

Człowieku,  z  niego  byłby  wielki  kaznodzieja  -wykrzyknął  Mc  Ardle.  -  To  przypomina  grzmot 

organów. Posłuchajmy więc, co go tak niepokoi. 

 

Ogólne  zatarcie  i  przesunięcie  się  linii  Frauenhofera  w  widmie 

wskazu

je, według mnie, na szeroko zakrojone, lecz subtelne i jedyne 

w  swoim  rodzaju  zmiany  kosmiczne.  Światło  planety  jest  odbiciem 
światła  słonecznego.  Światło  gwiazdy  jest  światłem  własnym,  przez 
nią  samą  wytworzonym.  Tymczasem  widma  zarówno  planet,  jak  i 
gwia

zd  uległy  w  tym  wypadku  identycznym  zmianom.  Czyż  mamy 

więc  tu  do  czynienia  ze  zmianą,  która  zaszła  w  samych  tylko 
planetach i gwiazdach ? Tego rodzaju koncepcja jest dla mnie nie do 
przyjęcia.  Bo  jakiż  to  wspólny  proces  mógłby  dokonać  się  w  nich 
jednocześnie?  Czyż  nie  są  to  raczej  przeobrażenia  zachodzące  w 
samej  naszej  atmosferze?  To  jest  możliwe,  lecz  w  najwyższym 
stopniu  nieprawdopodobne,  bowiem  nie  dostrzegamy  śladów  tych 
zmian wokół nas, a poprzez analizy chemiczne również nie udało się 
tego wykazać. 

Jakaż więc jest trzecia możliwość? Ta mianowicie, że może to być 

zmiana,  która  zaistniała  w  samej  substancji  przewodzącej,  w  tym 
nieskończenie  wspaniałym  eterze,  który  rozprzestrzenia  się  między 
gwiazdami i przenika cały wszechświat. Unoszeni przez powolny prąd 
płyniemy w głębinach tegoż oceanu. Oby nas tylko prąd ten nie uniósł 
w  nie  znane  nam  dotąd  pasmo  eteru  o  własnościach,  o  których  na 
razie nie mamy pojęcia. 

Gdzieś  dokonała  się  zmiana.  Dowodzą  tego  owe  kosmiczne 

zaburzenia  widma.  Może  to  być  zmiana  na  lepsze  lub  na  gorsze,  a 
może  też  nie  mieć  żadnego  wpływu.  Nie  wiemy  tego.  Płytki 
obserwator będzie zdania, że sprawa ta nie zasługuje na uwagę, lecz 
ktoś,  kto  jak  ja  obdarzony  jest  wyższą  inteligencją  prawdziwego 
filozofa,  zrozumie,  że  przemiany  zachodzące  we  wszechświecie  są 
nieobliczalne, i tylko tego można nazwać mądrym człowiekiem, kto z 
góry przygotowany jest na wszelkie niespodzianki. 

Nie  chcę  być  gołosłownym.  Któż  na  przykład  śmiałby  zaprzeczyć, 

że  ów  tajemniczy  i  powszechny  wybuch  choroby,  o  którym  pisaliście 
dziś  rano  na  łamach  waszego  pisma,  a  który  -  jak  czytamy  -  pojawił 
się  wśród  tubylczych  ras  Sumatry,  nie  ma  związku  ze  zmianami 
kosmicznymi,  na  które  tubylcy  mogą  reagować  szybciej  niż  bardziej 
rozwinięte ludy Europy? 

Przedstawiam tu tylko pewn

ą koncepcję, nie upierając się przy niej. 

W obecnym stanie rzeczy nie ma sensu twierdzić, że jest ona słuszna. 
Lecz  pozbawionym  wyobraźni  głupcem  jest  ten,  kto  nie  potrafi 
zrozumieć,  że  sprawy  te  mogą  mieścić  się  w  ramach  hipotez 
naukowych. 

Szczerze oddany 
George Edward Challenger 
Briars Rotherfield 

background image

- 16 - 

 
Jest  to  wspaniały  i  zachęcający  list  -  powiedział  w  zamyśleniu  Mc  Ardle,  wkładając  papierosa  do 

długiej szklanej rurki, której używał jako cygarniczki. Co pan o tym sądzi, panie Malone? 

Musiałem się przyznać do zupełnej i upokarzającej ignorancji w tej sprawie. 
Czym na przykład były linie Frauenhofera? 
Mc Ardle właśnie badał tę sprawę w biurze z pomocą naszych ostrożnych naukowców. Wziął więc z 

biurka  dwie  spośród  wielokolorowych  taśm  spektralnych,  przypominających  wstążki  do  kapeluszy 
członków  jakiegoś  młodego  i  pretensjonalnego  klubu  krykieta.  Zwrócił  mi  uwagę  na  pewne  czarne 
linie,  tworzące  poprzeczne  pasma  na  tle  całego  szeregu  jaskrawych  kolorów,  przechodzących 
stopniowo z czerwonego w pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski oraz z indygo w fiolet. 

- Te ciemne pasma to linie Frauenhofera - 

rzekł - kolory zaś są właśnie światłem. Każdego rodzaju 

światło  przepuszczone  przez  pryzmat  daje  nam  te  same  kolory.  Nic  z  nich  jednak  nie  można 
wywnioskować. To tylko linie należy wziąć pod uwagę, ponieważ zmieniają się one w zależności od 
tego, co może być źródłem światła. Te właśnie linie zamiast jaśnieć zaćmiły się w zeszłym tygodniu, a 
wszyscy  astronomowie  zaczęli  się  kłócić  o  przyczynę  tego  zjawiska.  Tutaj  oto  mamy  fotografię 
zaćmionych  linii,  przeznaczoną  do  jutrzejszego  wydania.  Publiczność,  jak  dotąd,  nie  wykazała 
zainteresowania tą sprawą, myślę jednak, że pobudzi ją do tego list Challengera w „Timesie". 

- A co do Sumatry... ? 

No  oczywiście,  zaćmione  linie  widma  a  chorzy  tubylcy  na  Sumatrze  -  to  dwie  bardzo  odległe 

sprawy... a jednak ten nasz profesor wykazał już raz, że wie, o czym mówi. Nie ulega wątpliwości, że 
istnieje  tam  jakaś  dziwna  choroba.  W  dodatku  dziś  otrzymaliśmy  telegram  właśnie  z  Singapuru, 
donoszący, że latarnie morskie w Cieśninie Sundajskiej przestały pracować, w następstwie czego dwa 
okręty utkwiły przy brzegu. W każdym razie to wystarczy, aby przeprowadzić wywiad z Challengerem. 
Jeżeli uda się panu wydostać coś konkretnego, zamieścimy to w poniedziałek. 

Wychodziłem  właśnie  z  pokoju  redaktora  Działu  Wiadomości,  rozmyślając  nad  swoim  nowym 

zadaniem,  gdy  nagle  usłyszałem,  jak  ktoś  na  dole  w  poczekalni  wywołał  moje  nazwisko.  Był  to 
chłopiec,  który  przyniósł  mi  telegram  z  mego  mieszkania  na  Streatham.  Wiadomość  pochodziła  od 
osoby, o której dopiero co dyskutowaliśmy. Brzmiała następująco: 

 

Malone, Hill Street 17, Streatham Proszę przywieźć tlen –  
CHALLENGER 

 
„Przywieźć  tlen!"  Jak  sobie  przypominam,  profesora  cechował  ciężki  dowcip,  godny  najbardziej 

niezdarnych  satyrów.  Czyżby  to  był  jeden  z  tych  jego  kawałów,  które  zwykle  przyprawiały  go  o 
niepohamowany śmiech, kiedy to nie było mu widać oczu, broda trzęsła się, a usta rozdziawione były 
od  ucha  do  ucha,  tworząc  zupełne  przeciwieństwo  do  powagi  osób  zebranych  wokół  niego? 
Zastanawiałem  się  nad  treścią  słów,  ale  nie  widziałem  w  nich  nic  zabawnego.  A  więc  było  to 
niewątpliwie  jakieś  zwięzłe  polecenie  -  jakkolwiek  bardzo  dziwne.  Profesor  był  bodaj  jedynym 
człowiekiem,  któremu  nie  śmiałbym  odmówić  wykonania  jego  przemyślanych  poleceń.  Być  może, 
przeprowadzał  jakieś  chemiczne  doświadczenie,  być  może...  no  tak,  ale  nie  do  mnie  należało 
zastanawiać  się,  w  jakim  celu  tego  potrzebował.  Tlen  trzeba  było  zdobyć.  Miałem  jeszcze  prawie 
g

odzinę  czasu  do  odejścia  pociągu  ze  stacji  Victoria.  Wziąłem  taksówkę,  a  upewniwszy  się  co  do 

adresu w książce telefonicznej, udałem się na Oxford Street do Zakładów Chemicznych. 

Kiedy  znalazłem  się  na  miejscu  przeznaczenia,  w  wejściu  do  gmachu  ukazało  się  dwóch 

młodzieńców,  niosących  żelazną  tubę,  którą  z  pewnym  wysiłkiem  wciągnęli  do  stojącego  obok 
samochodu.  Jakiś  starszy  pan  deptał  im  po  piętach,  popędzając  ich  i  zrzędząc  skrzeczącym, 
zgorzkniałym  głosem.  Odwrócił  się  w  moją  stronę.  Nie  ulegało  wątpliwości:  te  ostre  rysy  i  ta  kozia 
bródka... ! Był to mój stary, opryskliwy towarzysz, profesor Summerlee. 

Coś  takiego!  -  wykrzyknął.  -  Nie  powie  mi  pan  chyba,  że  i  pan  otrzymał  jeden  z  tych 

niedorzecznych telegramów z żądaniem tlenu? 

Pokazałem mu telegram. 

No tak, no tak. Ja również otrzymałem i jak pan widzi, chociaż jest to wbrew moim przekonaniom, 

postąpiłem zgodnie z poleceniem. Nasz stary przyjaciel jest jak zawsze niepoprawny. Nie potrzebował 
chyba tlenu aż tak bardzo, aby musiał odbiegać od normalnego sposobu zdobycia go i zabierać czas 
tym, którzy są bez wątpienia bardziej zajęci niż on sam. Dlaczego nie zamówił tlenu bezpośrednio? 

Mogłem jedynie podsunąć myśl, że prawdopodobnie potrzebuje go natychmiast. 

background image

- 17 - 

Albo tak mu się tylko wydaje. Teraz jednak  jest zupełnie  zbyteczne, aby jeszcze i pan kupował, 

skoro mam tu ten znaczny zapas. 

A jednak musi mieć jakieś powody, dla których chce, abym ja także przywiózł tlen. Lepiej będzie 

uczynić dokładnie tak, jak sobie życzy. 

Zgodnie  z  tym,  co  powiedziałem,  zamówiłem  mimo  zrzędzenia  i  sprzeciwu  ze  strony  profesora 

Summerlee  dodatkowa  butlę,  którą  umieszczono  obok  tej  drugiej  w  jego  samochodzie,  ponieważ 
zaofiarował się podwieźć mnie na stację Victoria. 

Odszedłem na chwilę, aby zapłacić za taksówkę, gdyż kierowca w sposób nieprzyjemny i obraźliwy 

domagał  się  zapłaty.  Kiedy  powróciłem,  profesor  Summerlee  awanturował  się  z  ludźmi,  którzy 
przenosili tlen. Jego biała, kozia bródka trzęsła się z oburzenia. Jeden z ludzi nazwał go  - jak sobie 
przypominam  - 

głupią,  starą,  wypłowiałą  papugą,  co  tak  rozzłościło  jego  szofera,  że  zerwał  się  z 

miejsca, aby stanąć w obronie znieważonego chlebodawcy. Nic więcej nie mogliśmy zrobić, nie chcąc 
dopuścić do bójki na ulicy. 

Przytoczone  tu  przeze  mnie  drobne  zdarzenia  mogą  wydawać  się  błahe,  wówczas  też  nie 

przywiązywaliśmy do nich wagi. Dopiero teraz, kiedy patrzę wstecz, widzę ich związek z całą sprawą, 
którą mam tu przedstawić. 

Miałem wrażenie, że kierowca musiał być albo nowicjuszem, albo też po tej kłótni stracił panowanie 

nad ne

rwami do tego stopnia, że do samej stacji prowadził wóz skandalicznie. Dwukrotnie o mało nie 

mieliśmy zderzenia z innymi, równie niepewnie prowadzonymi pojazdami. Pamiętam, że zwróciłem się 
do  Summerleego  z  uwagą,  iż  poziom  jazdy  u  kierowców  londyńskich  znacznie  się  obniżył.  Raz 
otarliśmy  się  nawet  o  gęsty  tłum,  który  przyglądał  się  jakiejś  bójce  na  rogu  ulicy  Mall.  Podnieceni 
ludzie  podnieśli  krzyk  oburzenia  na  tak  niezdarną  jazdę,  a  jakiś  człowiek  wskoczył  na  stopień 
samochodu i wymachiwał laską nad naszymi głowami. Zepchnąłem go, lecz odczuliśmy ulgę dopiero 
wówczas,  kiedy  wydostaliśmy  się  z  tłumu  i  znaleźliśmy  się  w  bezpiecznej  odległości  od  parku.  Te 
drobne zajścia, następujące jedne po drugich, rozprzęgły moje nerwy, a po gniewnych ruchach mego 
towarzy

sza mogłem również spostrzec, że i jego cierpliwość dobiegła granic wytrzymałości. 

Wrócił  nam  jednak  dobry  humor,  kiedy  ujrzeliśmy  wysoką,  chudą  postać  lorda  Johna  Roxtona, 

oczekującego  nas  na  peronie  w  żółtym  tweedowym  myśliwskim  ubraniu.  Jego  wyrazista  twarz,  z 
owymi nie dającymi się zapomnieć oczyma, tak srogimi, a jednak pełnymi humoru, zarumieniła się z 
radości na nasz widok. Jego rudawe włosy były przyprószone siwizną, a dłuto czasu pogłębiło jeszcze 
bruzdy na czole, lecz poza tym był to ten sam lord John, nasz dobry kompan z przeszłości. 

Dzień dobry, Herr Professor! Dzień dobry, młody przyjacielu! - wykrzyknął zbliżywszy się ku nam. 

Ryknął śmiechem na widok butli z tlenem, które ujrzał za nami na bagażniku. 

Więc wy też je macie! - zawołał. - Moja została oddana na bagaż. Co też ten kochany staruszek 

znowu wymyślił? 

Czy widział pan jego list w „Timesie"? - zapytałem. 

Cóż to było takiego? 

- Bzdura i nonsens! - 

odezwał się Summerlee cierpko. 

Myślę, że to ma jakiś związek z tą historią z tlenem, a może się mylę... - powiedziałem. 

- Bzdura i nonsens! - 

wykrzyknął ponownie Summerlee, niepotrzebnie się unosząc. 

Siedzieliśmy wszyscy w przedziale dla palących, w wagonie pierwszej klasy, a Summerlee zapalił 

już  swoją  krótką,  zwęgloną  i  starą  fajkę  z  pianki  morskiej,  która  zdawała  się  osmalać  jego  długi 
zaczepny nos. 

Kolega Challenger to mądry człowiek - powiedział z niepohamowaną gwałtownością. - Nikt temu 

zaprzeczyć nie może. Tylko głupiec zaprzeczy. Wystarczy spojrzeć na jego kapelusz. Mieści się pod 
nim  siedemset  uncji  mózgu  - 

ogromna,  idealna  i  sprawna  maszyna,  funkcjonująca  bez  zarzutu. 

Pokażcie  mi  obudowę  maszyny,  a  określę  wam  jej  wielkość.  Ale  to  urodzony  szarlatan.  Sami 
słyszeliście,  jak  rzuciłem  mu  w  twarz  te  słowa,  urodzony  szarlatan,  posługujący  się  jakimś 
dramatycznym  chwytem,  aby  zyskać  publiczny  rozgłos.  Życie  toczy  się  zbyt  spokojnie,  kolega 
Challenger korzysta więc z okazji, aby zwrócić na siebie powszechną uwagę. Nie wyobrażacie sobie 
chyba,  że  wierzy  on  we  wszystkie  te  nonsensy  o  zmianach  w  eterze  i  niebezpieczeństwie  rzekomo 
grożącym ludzkości. Czy słyszał kto kiedykolwiek o tak nieprawdopodobnej historii? 

Przysiadł jak stary siwy kruk, skrzecząc i zanosząc się sardonicznym śmiechem. 
Ogarnęła mnie fala gniewu, kiedy słuchałem tego, co mówił Summerlee. To haniebne z jego strony 

wypowiadać się w ten sposób o przywódcy, który przyczynił się do całej naszej sławy i stworzył nam 

background image

- 18 - 

okazję do takich przygód, jakich nikt dotąd nie doświadczył. Otworzyłem już usta, aby wygłosić gorącą 
replik

ę, gdy ubiegł mnie lord John. 

Pan już miał kiedyś utarczkę z naszym kochanym profesorem  - powiedział ostro - no i rozprawił 

się  z  panem  w  dziesięciu  sekundach.  Wydaje  mi  się,  profesorze  Summerlee,  że  Challenger  daleko 
pana przerasta, a więc najlepiej będzie, jeżeli pójdzie pan własną drogą, a jego zostawi w spokoju. 

- Ponadto - 

rzekłem - był on dla nas jak najlepszym przyjacielem. Ma on wprawdzie swoje wady, ale 

jest  szczery  i  bezpośredni  i  nie  sądzę,  aby  kiedykolwiek  mówił  źle  o  swoich  towarzyszach  poza  ich 
plecami. 

Dobrze  pan  powiedział,  młodzieńcze  -  rzekł  lord  John  Roxton.  Potem  z  uprzejmym  uśmiechem 

poklepał profesora Summerlee po ramieniu. - No cóż, Herr Professor, chyba nie będziemy się kłócić o 
tak  wczesnej  porze  dnia.  Zbyt  wiele  już  razem  przeżyliśmy.  Lecz  trzymaj  się  pan  z  dala  od 
Challengera, bo ja i ten oto młody człowiek mamy pewną słabość do tego kochanego staruszka. 

Niestety, Summerlee nie zdradzał chęci do kompromisu. Twarz jego wyrażała nieprzejednany upór, 

gęste kłęby dymu unosiły się z fajki, którą pykał zawzięcie. 

- Co do pana, lordzie Roxton - 

zakrakał - to pańska opinia w sprawach wiedzy ma takie znaczenie 

w moich oczach, jakie w oczach pana miałby mój pogląd na nowe typy broni myśliwskiej. Mam swoje 
własne  zdanie,  proszę  pana,  i  stosuję  je  według  własnego  upodobania.  Czyż  dlatego,  że  się  raz 
omyliłem,  powinienem  przyjmować  bezkrytycznie  wszystkie,  chociażby  najdalej  idące,  wnioski,  które 
ten człowiek stara się nam narzucić? Czyż ma nam przewodzić jakiś papież nauk, który by wygłaszał 
ex  cathedra  nieomylne  dogmaty,  przyjmowane  bez  sprzeciwu  przez  bierną,  pokorną  społeczność? 
Powtarzam  panu,  drogi  panie,  że  posiadam  własny  rozum  i  że  czułbym  się  snobem  i  niewolnikiem, 
gdybym nie robił  z niego użytku. Jeżeli ta bezsensowna gadanina o  eterze  i liniach Frauenhofera  w 
widmie sprawia wam przyjemność, proszę, zajmujcie się nią dalej, lecz nie żądajcie od kogoś, kto jest 
starszy i mądrzejszy, aby  uczestniczył w tym szaleństwie. Czyż nie jest rzeczą jasną, że gdyby eter 
zatruty  był  do  tego  stopnia,  jak  to  on  twierdzi,  oraz  gdyby  był  szkodliwy  dla  zdrowia  ludzkiego,  to 
rezultat  tego  byłby  już  widoczny  w  nas  samych?  -  Wybuchnął  przy  tym  triumfalnym  śmiechem, 
zadowolony  z  własnej  argumentacji.  -  Tak,  proszę  pana,  bylibyśmy  już  bardzo  dalecy  od  naszego 
normalnego  stanu,  a  zamiast  siedzieć  spokojnie  w  pociągu  i  rozstrząsać  problemy  naukowe, 
wykazywalibyśmy  już  pierwsze  objawy  działającego  w  nas  zatrucia.  A  gdzież  tu  pan  widzi  jakieś 
oznaki  tych  trujących  zaburzeń  kosmicznych?  Niech  mi  pan  odpowie.  Ale  zaraz,  natychmiast,  bez 
wykrętów. No więc, czekam, odpowiadaj pan! 

Czułem,  jak  gniew  we  mnie  wzrastał.  W  zachowaniu  Summerleego  było  coś  bardzo  irytującego  i 

agresywnego. 

Sądzę, że gdyby pan lepiej znał fakty, nie byłby pan tak pewny swojej opinii - rzekłem. 

Summerlee wyjął fajkę z ust i zmierzył mnie kamiennym spojrzeniem. 

Proszę,  może  zechce  mi  pan  wyjaśnić,  co  ma  oznaczać  ta,  powiedziałbym,  impertynencka 

uwaga? 

Po  prostu  to,  że  kiedy  wychodziłem  z  biura,  redaktor  Działu  Wiadomości  powiadomił  mnie  o 

nadejściu  telegramu,  który  potwierdził  fakt  powszechnej  epidemii  wśród  krajowców  na  Sumatrze  i 
podał dalszą wiadomość, że latarnie w Cieśninie Sundajskiej nie świecą się. 

W  istocie.  Głupota  ludzka  powinna  mieć  jakieś  granice!  -  wykrzyknął  Summerlee  z  niekłamaną 

złością.  -  Czyż  to  możliwe,  aby  pan  nie  mógł  pojąć,  że  eter,  nawet  gdybyśmy  na  moment  przyjęli 
niedorzeczne  przypuszczenia  Challengera,  jest  substancją  powszechną,  która  ma  tutaj  te  same 
właściwości,  co  i  po  drugiej  stronie  globu?  Czyżby  pan  mniemał  przez  chwilę,  że  istnieje  jakiś  eter 
angielski  i  eter  Sumatry?  Być  może,  wyobraża  pan  sobie,  że  eter  Kentu  jest  w  pewnym  stopniu 
nadrzędny  wobec eteru hrabstwa Surrey, przez które niesie  nas właśnie ten pociąg? Zaiste, między 
łatwowiernością a ignorancją przeciętnego laika nie ma naprawdę granic. Czyż można zgodzić się z 
tym, aby na Sumatrze eter był aż tak zabójczy i powodował całkowity bezwład, podczas gdy tutaj nie 
wykazuje on żadnych dostrzegalnych skutków? Osobiście, mogę szczerze wyznać, nigdy w życiu nie 
byłem w tak doskonałej kondycji fizycznej i nigdy nie miałem tak świetnej równowagi umysłowej. 

Być może. Nie pretenduję wcale do miana naukowca - odpowiedziałem - a jednak słyszałem już 

gdzieś, że wiedza jednego pokolenia okazuje się często omylna w następnym. Zresztą nie wymaga to 
od  nas  aż  tyle  zdrowego  rozsądku,  abyśmy  nie  mogli  stwierdzić,  nawet  przy  naszej  ograniczonej 
wiedzy  o  eterze,  że  mogą  tu  działać  pewne  lokalne  warunki  w  różnych  częściach  świata,  w  których 
szkodliwe  skutki  eteru  mogą  wystąpić  wcześniej,  podczas  gdy  u  nas  może  pojawią  się  one  dopiero 
później. 

background image

- 19 - 

Słowami  „może"  i  „mógłby"  dowiedzie  pan  wszystkiego  -  zawołał  z  wściekłością  Summerlee.  -

Prosię mogłoby fruwać. Tak, proszę pana, prosię mogłoby fruwać, ale przecież nie fruwa. Nie warto z 
panem  dyskutować.  Challenger  nakładł  wam  do  głowy  nonsensów  i  obaj  nie  jesteście  zdolni 
rozumować. Moje słowa są i tak jak groch rzucany o ścianę. 

Muszę stwierdzić, profesorze Summerlee, że pańskie zachowanie nie uległo poprawie ani trochę 

od cz

asu, gdy miałem przyjemność widzieć pana ostatni raz - odezwał się lord John poważnie. 

Wy,  paniczykowie,  nie  przywykliście  do  wysłuchiwania  prawdy  -  odpowiedział  Summerlee  z 

gorzkim uśmiechem. - Jest to chyba dla pana niezbyt miłą niespodzianką, gdy ktoś udowodni panu, że 
mimo tytułu jest pan tylko wielkim ignorantem. 

Daję słowo, drogi panie - powiedział bardzo ostro i cierpko lord John - gdyby pan był człowiekiem 

młodszym, nie śmiałby pan odzywać się do mnie w sposób tak obraźliwy. 

Summerlee wysunął podbródek trzęsąc swą niepozorną kozią bródką. 

Chcę  panu  podać  do  wiadomości,  mój  panie,  że  młody  czy  stary,  nigdy  w  życiu  nie  bałem  się 

powiedzieć tego, co myślę, każdemu fircykowi nie grzeszącemu rozumem. Tak, mój panie, każdemu 
fircykowi, jeżeli już chce pan mieć tyle tytułów, ile niewolnicy byli w stanie wymyślić, a głupcy przyjąć. 

Na chwilę oczy lorda Johna zapłonęły, potem z ogromnym wysiłkiem opanował swój gniew, opadł 

na  ławkę  skrzyżowawszy  ramiona,  z  gorzkim  uśmiechem  na  twarzy.  Cała  ta  kłótnia  była  dla  mnie 
wstrętna i przykra. Przeszłość powróciła ku mnie falą wspomnień - szczere, przyjazne stosunki, pełne 
przygód dni - 

wszystkie nasze cierpienia i trudy, i nasze ostateczne zwycięstwo. Czyż musiało dojść 

aż  do  tego?  Do  wzajemnych  ubliżeń  i  zniewag?  Nagle  zacząłem  płakać  -  wstrząsał  mną  głośny, 
nieopanowany szloch. Moi towarzysze spojrzeli na mnie zdumieni. Zakryłem twarz rękami. 

- Wszystko dobrze - 

wykrztusiłem - tylko... tylko tak mi żal! 

Pan jest chory, młody człowieku, to pana gnębi - powiedział lord John. - Od razu wydawało mi się, 

że pan ma zmartwienia. 

Pański sposób bycia, drogi panie, nie uległ poprawie w ciągu tych trzech lat  - rzekł Summerlee, 

potrząsając  głową.  -  Ja  również  zwróciłem  uwagę  na  pana  zachowanie  od  chwili,  kiedyśmy  się 
spot

kali. Nie ma potrzeby, aby się pan litował, lordzie John. Te łzy należy przypisać tylko alkoholowi. 

Ten  człowiek  pił.  Ale  zaraz,  dopiero  co  nazwałem  pana  fircykiem,  co  być  może,  było  zbyt  ostro 
powiedziane.  Lecz  określenie  to  przypomina  mi  pewną  drobną  umiejętność,  trochę  prostacką,  ale 
zabawną,  którą  zwykłem  się  popisywać.  Znacie  mnie  jako  poważnego  naukowca.  Czy  uwierzycie 
jednak, że niegdyś cieszyłem się w kilku przedszkolach dobrze zasłużoną opinią naśladowcy zwierząt 
domowych?  Być może, mógłbym uprzyjemnić wam czas podróży. Czy  zabawiłoby  was na przykład, 
gdybym zapiał jak kogut? 

- Nie, mój panie - 

odparł lord John, który czuł się jeszcze wysoce dotknięty. - Mnie to nie zabawi. 

Sposób, w jaki naśladowałem gdakającą kurę, która co dopiero zniosła jajko, uważano także za 

nieprzeciętny. Czy mogę spróbować? 

Nie, panie szanowny, lepiej już nie. 

Lecz  pomimo  stanowczego  sprzeciwu  profesor  Summerlee  odłożył  fajkę  i  do  końca  podróży 

zabawiał  -  a  raczej  próbował  zabawiać  nas  -  naśladując  głosy  ptaków  i  zwierząt.  Wydawało  się  to 
takim  absurdem,  że  płacz  mój  przerodził  się  w  gwałtowne  wybuchy  śmiechu,  który  musiał  nabrać 
histerycznego charakteru w miarę, jak siedząc oto naprzeciw tego poważnego profesora widziałem - a 
raczej  słyszałem  go  -  w  roli  wrzaskliwego  koguta  lub  szczenięcia,  któremu  nadepnięto  na  ogon.  W 
pewnym momencie lord Roxton, przeglądając gazetę, napisał na marginesie ołówkiem: 

„Biedny człowiek! Zwariowany jak kapelusznik". 
Niewątpliwie  było  to  bardzo  ekscentryczne,  a  jednak  sposób  wykonania  uderzył  mnie  jako 

nadzwyczaj pomysłowy i zabawny. Podczas gdy to wszystko się działo, lord John Roxton pochylił się 
ku mnie i zaczął mi opowiadać jakąś historyjkę o bawole i hinduskim radży, która, jak mi się zdawało, 
nie miała ani początku, ani końca. Profesor Summerlee zaćwierkał właśnie jak kanarek, a lord Roxton 
zbliżał się do punktu kulminacyjnego swego opowiadania, kiedy pociąg zatrzymał się w Jarvis Brook, 
dokąd trzeba było pojechać, jak nam podano, aby dostać się do Rotherfield. 

Na  stacji  oczekiwał  nas  Challenger.  Wyglądał  wspaniale.  Żaden  indyk  w  całej  swojej  krasie  nie 

mógłby  kroczyć  z  równie  majestatyczną  godnością,  z  jaką  on  paradował  po  rodzimej  stacji, 
spoglądając na każdego wokół siebie z łaskawie zachęcającym uśmiechem. Jeśli zmienił się od czasu 
ta

mtych, dawnych dni, to tylko o tyle, że jego cechy charakterystyczne bardziej się uwydatniły. Jego 

ogromna głowa i szerokie czoło wydawały się jeszcze większe niż dawniej. Czarna broda spływała do 

background image

- 20 - 

przodu  imponującą  kaskadą,  a  czyste,  szare  oczy,  spoglądające  ze  wzgardą,  i  wyzwaniem  spod 
przymrużonych powiek, były bardziej władcze niż za owych dawnych dni. 

Rozbawiony,  uścisnął  mi  rękę,  uraczył  zachęcającym  uśmiechem,  jaki  przybiera  dyrektor  szkoły 

wobec uczniaka, i pozdrowiwszy pozostałych, pomógł zebrać ich bagaże i butle z tlenem, wpakował je 
i  nas  do  wielkiego  samochodu,  który  prowadził  ten  sam  beznamiętny  Austin,  człowiek  oszczędny  w 
słowach,  którego  widziałem  już  w  roli  kamerdynera  podczas  mojej  pierwszej,  brzemiennej  w  skutki 
wizyty  u  profesora.  Droga  p

rowadziła  krętym  szlakiem  na  wzgórze,  poprzez  piękną  okolicę. 

Siedziałem z przodu razem z szoferem, przy czym wydawało mi się, że moi trzej towarzysze siedzący 
za  mną  rozmawiają  jeden  przez  drugiego.  Jak  się  zorientowałem,  lord  John  nie mógł  się  uporać  ze 
swoją  opowiastką  o  bawole,  a  jednocześnie  jak  dawniej  usłyszałem  głęboki,  dudniący  głos 
Challengera i jak zwykle dobitnie akcentowane słowa Summerleego, w miarę jak ich umysły ścierały 
się  w  zaciekłej  i  wysoce  naukowej  dyskusji.  Nagle  Austin,  nie  spuszczając  wzroku  z  kierownicy, 
pochylił ku mnie swą mahoniową twarz. 

- Mam wypowiedzenie - 

rzekł. 

Niemożliwe - odparłem. 

Wszystko tego dnia było jakieś dziwne. Każdy mówił jakieś niezwykłe, nieoczekiwane rzeczy. Jak 

we śnie. 

To już czterdziesty siódmy raz - ciągnął Austin w zamyśleniu. 

- Kiedy odchodzicie? - 

zapytałem, aby coś powiedzieć. 

Nie odejdę - rzekł Austin. 

Miałem wrażenie, że na tym skończy się rozmowa, za chwilę jednak Austin podjął ją na nowo. 

Gdybym  miał  odejść,  kto  będzie  o  niego  dbał?  -Ruchem  głowy  wskazał  swego  pana.  -  Kogo 

dostanie na moje miejsce? 

Kogoś innego - podsunąłem niezręcznie. 

Ale  nie  on.  Nikt  nie  wytrzyma  z  nim  ani  tygodnia.  Bo  jakbym  ja  sobie  poszedł,  to  ten  cały  dom 

zawali  się  i  stanie  jak  zegarek  bez  sprężyny.  Panu  to  mówię,  bo  pan  jest  jego  przyjacielem  i  pan 
powinien  wiedzieć.  Gdybym  się  przejmował  tym  wszystkim,  co  on  wygaduje...  ale  widzi  pan,  nie 
miałbym serca. I on, i pani byliby jak dzieci w powijakach porzucone przez matkę. Beze mnie nic nie 
zrobią. A teraz, proszę, daje mi wypowiedzenie. 

Dlaczego nikt by nie wytrzymał? - zapytałem. 

Bo nikt nie będzie taki wyrozumiały jak ja. Tak, to bardzo mądra głowa, ten mój pan, i aż czasami 

mu się w tej głowie miesza od mądrości. Widziałem go już jak wyszedł z siebie, ho, ho... Niech pan 
tylko posłucha, co on zrobił dziś rano! 

- Co takiego? 
Austin pochylił się ku mnie. 

Ugryzł służącą - rzekł chrapliwym szeptem. 

Ugryzł ją? 

Tak, proszę pana, ugryzł ją  w nogę. Widziałem na  własne oczy  jak rozpoczęła  iście maratoński 

bieg od drzwi hallu. 

Wielki Boże! 

A co by pan powiedział, gdyby pan widział, co się działo. On nie ma ani jednego przyjaciela wśród 

sąsiadów.  A  są  i  tacy,  którzy  uważają,  że  wówczas  kiedy  mój  pan  był  tam,  wśród  tych  potworów,  o 
których pan pisał, to czuł się z nimi jak u siebie w domu i nigdy nie miał stosowniejszego towarzystwa. 
Widzi  pan,  tak  oni  mówią.  Ale  ja  służyłem  u  niego  dziesięć  lat  i  lubię  go,  o,  proszę  pana,  to  wielki 
człowiek i między nami mówiąc, to nawet zaszczyt służyć u niego. Ale on czasami wystawia ludzi na 
ciężką  próbę.  Bo  niech  pan  na  przykład  na  to  popatrzy.  Tego  chyba  pan  nie  nazwie  starodawną 
gościnnością, co? Niech pan tylko to przeczyta. 

Powoli,  z  wysiłkiem,  samochód  wspinał  się  po  krętej  drodze.  Na  zakręcie,  ponad  dobrze 

utrzymanym żywopłotem widniała tablica informacyjna. Jak powiedział Austin, można ją było odczytać 
bez trudu, ponieważ zawierała kilka uderzających słów: 

 
OSTRZEŻENIE 
Goście, dziennikarze i żebracy 
niepożądani 

background image

- 21 - 

G. E. Challenger 

 

Tak,  to  nie  jest  zbyt  zachęcające  -  rzekł  Austin,  potrząsając  głową  i  patrząc  na  ten  godny 

pożałowania  napis.  -  Niezbyt  przyjemnie  by  to  wyglądało  na  kartce  świątecznej.  Niech  mi  pan 
wybaczy, już dawno tak się nie rozgadałem, ale dziś tak mi się jakoś dziwnie nazbierało. On mi może 
wypowiadać, aż mu twarz nie spuchnie, ale ja i tak się stąd nie ruszę, to jasne. Ja jestem sługa, a on 
pan, i tak już na zawsze zostanie. 

Minęliśmy  dwa  białe  słupy  bramy,  wjeżdżając  na  kolisty  zajazd,  otoczony  krzewami 

rododendronów. W głębi stał niski dom z cegły, o jasnym drewnianym belkowaniu, ładny i przytulny. 
Pani Challenger, drobniutka i filigranowa, wyszła uśmiechnięta na próg, gotowa nas przywitać. 

- No, moja droga - 

zawołał Challenger, wydostając się z trudem z samochodu - oto są nasi goście. 

To zupełna nowość w naszym domu, prawda? Bo z sąsiadami żyjemy na wojennej stopie. Gdyby tylko 
mogli wrzucić truciznę na szczury do wozu naszego piekarza, na pewno by to uczynili. 

Ależ  to  straszne,  straszne  -  zawołała  dama,  na  pół  śmiejąc  się  i  płacząc.  -  George  zawsze  z 

każdym się kłóci. Nie mamy jednego przyjaciela w całej okolicy. 

Dzięki temu mogę zająć się bez reszty moją niezrównaną żoneczką - rzekł Challenger, obejmując 

ją wpół swoim krótkim, grubym ramieniem. Przedstawcie sobie goryla i gazelę, a będziecie mieli obraz 
tej  pary.  - 

Chodźmy  już,  chodźmy,  panowie  są  zmęczeni  podróżą,  a  posiłek  powinien  już  być 

przygotowany. Czy Sara wróciła? 

Pani potrząsnęła żałośnie głową, a profesor roześmiał się na głos i władczo pogładził brodę. 
- Austin - 

zawołał - kiedy odstawicie wóz, zechcecie pomóc swej pani przy nakrywaniu do stołu. A 

teraz,  moi  panowie,  pozwólcie  ze  mną  do  gabinetu,  mam  bowiem  kilka  palących  spraw,  które 
chciałbym z wami omówić.  

 

ROZDZIAŁ II  PRZYPŁYW ŚMIERCI 

Kiedy  przechodziliśmy  przez  hall,  zadzwonił  telefon.  Byliśmy  mimowolnymi  świadkami  rozmowy 

profesora  Challengera.  Mówię  „my",  ale  nikt  w  obrębie  stu  jardów  nie  mógłby  nie  słyszeć  tego 
grzmiącego, potężnego głosu, który rozlegał się po całym domu. Jego odpowiedzi utrwaliły się w moim 
umyśle. 

-

... No tak, oczywiście, to ja jestem... Tak, na pewno! Ten profesor Challenger, ten sławny profesor, 

a  któż  by  to  miał  być...  Oczywiście,  każde  słowo,  inaczej  nie  pisałbym  tego...  Nie  zdziwiłbym  się 
wcale... Wszystko na to wskazuje... Najdalej 

w ciągu jednego dnia, w każdym razie niewiele później... 

Dobrze,  nic  na  to  nie  poradzę,  to  chyba  jasne?...  Tak,  to  jest  bardzo  przykre,  bez  wątpienia,  ale  ja 
raczej wyobrażam sobie, że dotknie to ważniejszych ludzi niż pan. I po co tu skomleć... Nie, absolutnie 
nie mogę. Musi  pan sam sobie radzić... Dość tego, mój panie. Nonsens! Mam coś ważniejszego do 
roboty niż wysłuchiwanie takich bredni. 

Trzasnął z hałasem słuchawką i zaprowadził nas na górę do dużego, przestrzennego apartamentu, 

który  był  jego  gabinetem.  Na  wielkim  mahoniowym  biurku  leżało  siedem,  czy  osiem  nie  otwartych 
telegramów. 

Rzeczywiście  -  rzekł,  biorąc  je  do  ręki  -  moi  korespondenci  zaoszczędziliby  dużo  pieniędzy, 

gdybym miał jakiś adres telegraficzny. Coś takiego jak „Noe, Rotherfield" byłoby najwłaściwsze. 

Jak zwykle kiedy wyrwał się z jakimś niezrozumiałym dowcipem, oparł się o biurko i ryczał, dusząc 

się ze śmiechu, a ręce trzęsły mu się tak, że z ledwością mógł otworzyć koperty. 

- Noe! Noe! - 

dyszał z twarzą czerwoną jak burak. 

Lord  Joh

n  i  ja  uśmiechaliśmy  się  przyjaźnie,  a  Summerlee  niby  kozioł  cierpiący  na  niestrawność 

kiwał  głową  ze  wzgardą  na  znak  dezaprobaty.  W  końcu  Challenger,  wybuchając  wciąż  swym 
podobnym do ryku śmiechem, zabrał się do otwierania telegramów. Wszyscy trzej staliśmy we wnęce 
okna,  podziwiając  rozpościerający  się  przed  nami  wspaniały  widok.  Było  naprawdę  na  co  patrzeć. 
Droga  wijąca  się  łagodną  serpentyną  rzeczywiście  wywiodła  nas  na  znaczną  wysokość,  siedmiuset 
stóp, jak stwierdziliśmy to później. 

Dom  Challengera  z

najdował  się  na  samym  skraju  wzgórza,  a  od  strony  południowej,  na  którą 

wychodziło okno gabinetu, widać było ogromną przestrzeń Wealdu, sięgającą aż tam, gdzie łagodne 
wzniesienia  Wydm  Południowych  kształtowały  falujący  horyzont.  Smugi  dymu  zawieszone  nad 
rozstępem  wzgórz  wskazywały  położenie  Lewes.  Tuż  pod  nami  rozpościerały  się  szeroką  równiną 
wrzosowiska  z  długimi,  jaskrawozielonymi  pasami  pola  golfowego  w  Crowborough,  pocętkowanego 

background image

- 22 - 

wszędzie postaciami grających. Nieco na południe  -  poprzez prześwity  w  lesie  można  było  dostrzec 
odcinek  głównej  linii  kolejowej,  prowadzącej  z  Londynu  do  Brighton.  Pod  samym  oknem  było  małe, 
ogrodzone podwórze, gdzie stał samochód, którym przyjechaliśmy ze stacji. Nagły okrzyk Challengera 
zmusił  nas do odwrócenia  się. Profesor odczytywał telegramy i  układał je równo w stosik na biurku. 
Jego  szeroka,  grubo  ciosana  twarz  - 

albo  to,  co  dostrzegaliśmy  spod  gęstego  zarostu  brody  -  była 

wciąż  jeszcze  mocno  zaczerwieniona;  sprawiał  wrażenie,  jak  gdyby  znajdował  się  pod  wpływem 
jakieg

oś silnego podniecenia. 

- Moi panowie - 

odezwał się głosem mówcy na publicznym zebraniu - to jest naprawdę interesujące 

spotkanie,  a  dokonuje  się  ono  w  nadzwyczajnych  okolicznościach,  powiedziałbym:  okolicznościach 
bez  precedensu.  Chciałbym  wiedzieć,  czy  nie  zauważyliście  czegoś  szczególnego  jadąc  tutaj  z 
miasta? 

Jedyną rzeczą, którą ja zauważyłem - rzekł Summerlee z kwaśnym uśmiechem - było to, że ten 

oto  młodszy  nasz  przyjaciel  w  ciągu  tych  kilku  minionych  lat  nie  poprawił  ani  trochę  swoich  manier. 
Musz

ę  z  przykrością  stwierdzić,  że  jego  zachowanie  w  pociągu  pozostawiało  wiele  do  życzenia,  i 

byłbym  doprawdy  nieszczery,  gdybym  nie  powiedział,  że  to  wywarło  na  mnie  jak  najbardziej 
nieprzyjemne wrażenie. 

No,  no,  wszyscy  stajemy  się  niekiedy  trochę  prozaiczni  -  powiedział  lord  John.  -  Ten  młody 

człowiek nie zamierzał nam wcale dokuczyć. Ponadto należy on do narodowej reprezentacji, tak więc, 
jeżeli zabiera nam pół godziny na opisywanie gry w piłkę nożną, ma do tego większe prawo niż wielu 
innych ludzi. 

- Pó

ł godziny na opisywanie gry! - wykrzyknąłem oburzony. - Ależ to właśnie pan zabrał pół godziny 

swoim zawikłanym opowiadaniem o bawole. Profesor Summerlee może to poświadczyć. 

Trudno mi rozsądzić, który z was był bardziej nudny - odrzekł Summerlee. - Ale oświadczam panu, 

Challenger,  że  nigdy już, do końca mego  życia, nie będę miał ochoty na  wysłuchiwanie historyjek o 
piłce nożnej lub bawołach. 

Nie  powiedziałem  dziś  ani  słowa  o  piłce  nożnej!  -  zaprotestowałem.  Lord  John  gwizdnął 

przeraźliwie, a Summerlee potrząsnął żałośnie głową. 

O,  wcześnie  pan  zaczyna  -  powiedział  -  to  rzeczywiście  godne  pożałowania.  Kiedy  siedziałem 

tam, wprawdzie smutny, lecz głęboko zamyślony i milczący... 

Milczący!  -  wykrzyknął  lord  John.  -  Jak  to?  Naśladował  pan  przecież  przez  całą  drogę  program 

music-

hallu w sposób bardziej podobny do rozklekotanego gramofonu niż do człowieka. 

Summerlee poderwał się z ostrym protestem. 

Pan pozwala sobie na niewczesne żarty, milordzie - rzekł z miną, jak gdyby się napił octu. 

Ależ zostawmy to wszystko, to przecież prawdziwe szaleństwo! - wykrzyknął lord John. - Zdaje mi 

się, że każdy z nas wie, co robili inni, a nikt z nas nie wie, co sam robił. Odtwórzmy to wszystko od 
początku.  Wsiedliśmy  do  przedziału  pierwszej  klasy  dla  palących,  to  jasne,  prawda?  Potem 
zaczęliśmy  się  sprzeczać  na  temat  listu  naszego  kochanego  Challengera  zamieszczonego  w 
„Timesie". 

A więc sprzeczaliście się - zagrzmiał nasz gospodarz, przymrużając oczy. 

Powiedział pan, Summerlee, że w tej polemice nie było źdźbła prawdy. 

Niemożliwe - rzekł Challenger, prężąc pierś i gładząc brodę. - Ani źdźbła prawdy! Zdaje mi się, że 

słyszałem  już  przedtem  te  słowa.  A  czy  mógłbym  wiedzieć,  z  jakimi  to  argumentami  wielki  i  sławny 
profesor  Summerlee  przystąpił  do  zniweczenia  skromnego  indywiduum,  które  odważyło  się  wyrazić 
opinię w związku z hipotezami naukowymi? A może, zanim unicestwi on to kompletne zero, sam raczy 
łaskawie dać nam uzasadnienie przeciwstawnych poglądów, które sformułował? 

Mówiąc  to  z  tym  swoim  wymyślnym,  a  zarazem  niezdarnym  sarkazmem,  Challenger  kłaniał  się, 

wzruszał ramionami i rozkładał ręce. 

No,  uzasadnienie  było  dosyć  proste  -  odciął  zajadle  Summerlee.  -  Twierdziłem,  że  jeżeli  eter 

otaczający ziemię jest tak toksyczny w jednej części świata, iż powoduje niebezpieczne symptomy, to 
jest rzeczą wprost nie do uwierzenia, aby zupełnie nie działał na nas trzech w wagonie kolejowym. 

Wyjaśnienie to wywołało u Challengera tylko głośny wybuch niepohamowanej wesołości. Wszystko 

w pokoju trzęsło się wprost i dygotało od jego śmiechu. 

- Nasz czcigodny Summerlee nie rozumie - i to nie po raz pierwszy - 

faktów wynikających z sytuacji 

powiedział  w  końcu,  wycierając  spocone  czoło.  -  A  teraz,  moi  panowie,  nie  pozostaje  mi  nic 

lepszego, jak opowiedzieć wam szczegółowo o tym, co sam robiłem dziś rano. Łatwiej wytłumaczycie 
sobie  swoje  własne  zamroczenie  umysłowe,  skoro  dowiecie  się,  że  nawet  ja  miałem  momenty,  w 

background image

- 23 - 

których  równowaga  mego  umysłu  była  zachwiana.  Mamy  w  tym  domu  już  od  kilku  lat  gosposię  - 
niejaką  Sarę  Jej  nazwiskiem  nie  usiłowałem  nigdy  obciążać  pamięci.  Jest  to  kobieta  o  surowym, 
odpychającym wyglądzie, sztywna i nieprzystępna w sposobie bycia, z natury beznamiętna i znana z 
tego, że nigdy, w ciągu całego pobytu u nas, nie zdradzała nawet najmniejszych oznak jakiegokolwiek 
wzruszenia.  Kiedy  siedziałem  sam  przy  śniadaniu  (żona  ma  zwyczaj  pozostawania  rano  w  swoim 
pokoju), przyszło mi naraz do głowy, że byłoby rzeczą zabawną a zarazem pouczającą stwierdzić, czy 
uda  mi  się  wyprowadzić  tę  kobietę  z  granic  jej  niewzruszoności. Wymyśliłem  prosty,  lecz  skuteczny 
sposób.  Przesunąwszy  wazonik  z  kwiatami,  który  stał  na  środku  obrusa,  zadzwoniłem  na  służącą  i 
wsunąłem się pod stół. Weszła, a widząc pusty pokój, przypuszczała, że poszedłem do gabinetu. Jak 
się spodziewałem, zbliżyła się i pochyliła nad stołem, aby przestawić wazon. Miałem przed sobą widok 
bawełnianej pończochy i buta z elastyczną wstawką. Wytknąwszy głowę, zatopiłem zęby w jej łydce. 
Eksperyment  udał  się  ponad  wszelkie  oczekiwania.  Przez  kilka  sekund  stała  jak  sparaliżowana, 
gapiąc  się  na  moją  głowę.  Potem  zerwała  się  i  uwolniwszy  nogę  wybiegła  z  krzykiem  z  pokoju. 
Pobiegłem  za  nią  z  zamiarem  jakiegoś  wyjaśnienia,  lecz  ona  pędziła  szybko  aleją  i  w  kilka  minut 
potem  mogłem  ją  dostrzec  przez  szkła  polowej  lornetki,  jak  biegła  szybko  gdzieś  w  kierunku 
południowo-zachodnim.  Przedstawiam  wam  tę  anegdotkę  po  prostu,  bez  żadnych  upiększeń. 
Przekazuję  ją  waszym  mózgom  i  czekam,  by  tam  dojrzała.  Czy  nie  objawiła  czegoś  waszym 
umysłom? Co pan o tym sądzi, lordzie John? 

Lord John pokręcił smutno głową. 

Pan  sobie  kiedyś  jeszcze  przysporzy  poważnych  nieprzyjemności,  jeżeli  pan  się  w  porę  nie 

pohamuje - 

odpowiedział. 

A może pan ma jakieś swoje uwagi, Summerlee? 

Powinien pan, Challenger, rzucić natychmiast wszelką pracę i odpocząć sobie przynajmniej przez 

trzy miesiące w jakimś niemieckim kurorcie - odrzekł Summerlee. 

Świetna myśl! Głęboka myśl!  -  zawołał Challenger.  - No, mój młody przyjacielu, a może u  pana 

znajdzie się ta mądrość, której niepokojący brak dał się zauważyć u tych starszych panów? 

I tak też było. Mówię to z całą skromnością, ale tak istotnie było. Oczywiście, wszystko to wydaje 

się  dostatecznie  zrozumiałe  dla  was,  którzy  wiecie,  co  zaszło  potem,  lecz  nie  było  to  takie  jasne 
wtedy,  kiedy  się  wszystko  dopiero  zaczynało.  Coś  mnie  nagle  olśniło  z  całą  mocą  absolutnej 
pewności. 

- Trucizna! - 

wykrzyknąłem. 

I  natychmiast,  już  w  chwili  wypowiadania  tego  słowa,  myśl  moja  ogarnęła  błyskawicznie 

dotychczasowe  zdarzenia  - 

lorda  Johna  z  jego  bawołem,  moje  własne  histeryczne  łzy,  oburzające 

zachowanie  profesora  Summerlee  i  dalej  dziwne  wydarzenia  w  Londynie,  awanturę  w  parku,  jazdę 
szofera, kłótnię w składnicy tlenu. Nagle wszystko znalazło swoje uzasadnienie. 

Oczywiście! - zawołałem ponownie. - To trucizna! 

- W istocie - 

rzekł Challenger, zacierając ręce. -Jesteśmy wszyscy zatruci. Planeta nasza znalazła 

się w trującym paśmie eteru i obecnie zanurza się w nie coraz głębiej, z szybkością kilku milionów mil 
na minutę. Nasz młody przyjaciel określił przyczynę  naszych  perypetii i  wszystkich powikłań jednym 
prostym słowem: „trucizna". 

Zdumieni popatrzyliśmy na siebie bez słowa. Nikt nie potrafił się tu zdobyć na jakąkolwiek uwagę. 

Umysł nasz działa odpornie na tego rodzaju symptomy, może je powstrzymać i opanować - mówił 

Challenger.  - 

Nie  mogę  się  spodziewać,  aby  te  dyspozycje  rozwinęły  się  u  każdego  z  was  do  tego 

samego stopnia co u mnie, ponieważ przypuszczam, że procesy umysłowe w nas zachodzące stoją 
do  siebie  w  pewnej  określonej  proporcji  pod  względem  nasilenia.  Można  to  nawet  zauważyć  na 
przykładzie  naszego  młodego  przyjaciela.  Po  tym  nieoczekiwanym  wybryku,  który  tak  zaniepokoił 
moją  służącą,  usiadłem  i  zacząłem  polemizować  sam  z  sobą.  Uprzytomniłem  sobie,  że  nigdy 
przedtem nie odczuwałem chęci, aby ugryźć kogoś z domowników. Był to więc impuls anormalny. W 
jednej jednak chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Okazało się, że tętno miałem przyspieszone o 
dziesięć  uderzeń,  a  moja  pobudliwość  wzrosła.  Odwołałem  się  do  swego  wyższego  ja,  do  mojego 
zdrowego  rozsądku,  do  prawdziwego  G.  E.  Challengera,  który  spokojny  i  niewzruszony  stoi  poza 
zasięgiem wszelkich zaburzeń molekularnych. Wezwałem go więc, aby hamował te wszystkie głupie 
figle, które rozum może płatać pod wpływem trucizny. Stwierdziłem, że stałem się rzeczywiście panem 
sytuacji.  Zdawałem  sobie  teraz  sprawę  ze  stanu  mego  rozstrojonego  umysłu  i  mogłem  nad  nim 
zapanować. Był to znakomity dowód zwycięstwa ducha nad materią, ponieważ było to zwycięstwo nad 
tą szczególną formą materii, która jest jak najściślej związana z umysłem. Rzekłbym nawet, że rozum 
zawodził,  a  tylko  osobowość  nad  nim  panowała.  Tak  więc,  kiedy  żona  moja  zeszła  na  dół,  a  mnie 

background image

- 24 - 

korciło,  aby  schować  się  za  drzwi  i  przestraszyć  ją  jakimś  dzikim  okrzykiem,  zdołałem  powstrzymać 
ten  odruch  i  powitać  ją  spokojnie  i  z  godnością.  Podobnie  udało  mi  się  opanować  wprost 
niepohamowaną  chęć,  aby  naśladować  głos  kaczki.  Później,  gdy  wyszedłem,  by  zadysponować 
samochodem,  i  zobaczyłem  Austina  pochylonego  przy  naprawie  wozu,  wstrzymałem  rękę,  którą  już 
podniosłem, chcąc go uderzyć, na co prawdopodobnie zareagowałby tak jak gospodyni. Przeciwnie, 
dotknąłem  jego  ramienia  i  nakazałem  mu  wyprowadzić  samochód  przed  bramę,  aby  był  gotów 
pojechać na stację. W tej chwili na przykład mam szaloną pokusę, by chwycić za tę śmieszną, starczą 
brodę profesora Summerlee i potrząsnąć gwałtownie jego głową w tył i w przód. A jednak, jak widzicie, 
jestem jak najbardziej opanowany. Bierzcie przykład ze mnie. 

Muszę sobie przemyśleć tę historyjkę o bawole - odezwał się lord John. 

- A 

ja moje gadulstwo na temat meczu piłki nożnej. 

Być  może,  ma  pan  rację,  Challenger  -  odezwał  się  Summerlee  skruszonym  głosem.  -  Muszę 

przyznać,  że  mój  sposób  myślenia  jest  raczej  krytyczny  niż  konstruktywny  i  niełatwo  daję  się 
przekonać do nowej teorii, zwłaszcza wtedy, gdy jest ona tak niezwykła i fantastyczna. Chociaż kiedy 
powracam myślą do wydarzeń dzisiejszego rana i rozważam to bezsensowne zachowanie się moich 
towarzyszy,  nietrudno  mi  uwierzyć,  że  objawy  te  zostały  wywołane  działaniem  jakiejś  trucizny  z 
rodzaju podniecających. 

Challenger poklepał kolegę dobrodusznie po ramieniu. 

Robimy postępy - rzekł - robimy wyraźne postępy. 

Czy  nie  zechciałby  mi  pan  powiedzieć  -  spytał  pokornie  Summerlee  -  jak  pana  zdaniem  należy 

patrzeć na obecną sytuację? 

Jeśli  pan  pozwoli,  powiem  zaraz  kilka  słów  na  ten  temat.  -  Usadowił  się  przy  biurku,  huśtając 

krótkimi,  krępymi  nogami.  -  Jesteśmy  świadkami  spełniania  się  jakiegoś  straszliwego,  okropnego 
dzieła. W moim pojęciu jest to koniec świata. 

Koniec  świata!  Oczy  nasze  zwróciły  się  ku  wielkiemu  oknu.  Patrzyliśmy  na  ten  piękny  krajobraz  i 

pełne  uroku  lato,  na  wydłużone  stoki  pokryte  wrzosem,  na  duże  wiejskie  domy,  fermy  i  ludzi 
szukających rozrywek na polach golfowych. Koniec świata! Słowa te słyszało się często, lecz myśl, że 
mogłyby  one  kiedykolwiek  nabrać  bezpośredniego,  realnego  znaczenia,  że  nie  miało  to  stać  się  w 
jakimś  nieokreślonym,  dalekim  terminie,  ale  zaraz,  już  dziś  -  była  naprawdę  straszna,  wstrząsająca. 
Staliśmy  w  uroczystym  skupieniu,  czekając  na  dalszy  ciąg  wywodów  Challengera.  Jego  imponująca 
postać  i  wygląd  nadawały  takiej  mocy  i  powagi  jego  słowom,  że  przez  chwilę  cała  szorstkość  i 
wszystkie śmiesznostki tego człowieka zniknęły; wyrastał przed nami jak jakaś istota pełna majestatu, 
nie mieszcząca się w granicach zwykłego człowieczeństwa. Wtedy to ja przynajmniej przypomniałem 
sobie na pocieszenie, że przecież od tego czasu, kiedy weszliśmy do pokoju, Challenger aż dwa razy 
ryczał ze śmiechu. „Z pewnością - myślałem - umysł ludzki może oderwać się od rzeczywistości tylko 
do pewnych granic. Mimo wszystko, kryzys ten nie może być ani tak wielki, ani tak bliski". 

Wyobraźcie  sobie  winogrono  -  rzekł  Challenger  -pokryte  jakimiś  drobniutkimi,  lecz  szkodliwymi 

bakcylami. Ogrodnik odkaża je środkiem dezynfekującym. Być może, pragnie on, aby jego grono było 
bardziej  czyste,  być  może,  potrzeba  mu  pewnej  przestrzeni,  aby  wyhodować  jakieś  nowe  bakcyle, 
mniej szkodliwe niż te ostatnie. Zanurza je w truciźnie i bakcyle giną. Nasz Ogrodnik zamierza, według 
mnie,  zanurzyć  nasz  układ  planetarny,  a  ludzki  bakcyl,  ten  mały,  śmiertelny  krętek,  który  wije  się  i 
pełza  po  skorupie  ziemskiej,  zostanie  w  jednej  krótkiej  chwili  wysterylizowany  i  w  ten  sposób 
pozbawiony istnienia. 

I znowu zapanowała cisza. Przerwał ją ostry sygnał telefonu. 

Oto  jeden  z  tych  bakcyli  skomlę  już  o  pomoc  -powiedział  Challenger  z  ponurym  uśmiechem.  - 

Zaczynają  zdawać  sobie  sprawę,  że  ciągłość  ich  istnienia  nie  jest  w  rzeczy  samej  nieodzowna  dla 
przetrwania wszechświata. 

Wyszedł  z  pokoju  na  kilka  minut.  Pamiętam,  że  nikt  z  nas  nie  rozmawiał  w  czasie  jego 

nieobecności. Sytuacja zdawała się wykluczać wszelkie słowa i komentarze. 

To z Wydziału Zdrowia z Brighton - rzekł, gdy wrócił. - Z nieznanych przyczyn objawy rozwijają się 

bardziej 

gwałtownie  na  terenach  położonych  na  wysokości  poziomu  morza.  Nasze  siedemset  stóp 

stwarza nam korzystną sytuację. Prawdopodobnie ludzie  zrozumieli już,  że to ja jestem najwyższym 
autorytetem  w  tej  sprawie.  Niewątpliwie  jest  to  rezultatem  mego  listu  w  „Timesie".  Swoją  pierwszą 
rozmowę  po  naszym  tutaj  przybyciu  miałem  właśnie  z  burmistrzem  jakiegoś  prowincjonalnego 
miasteczka.  Może  słyszeliście  jak  rozmawiałem...  Zdawało  mu  się,  że  jego  nadęta  osoba  jest  taka 
ważna. Pomogłem mu zrewidować jego pojęcia. 

Summe

rlee wstał i podszedł do okna. Jego chude, kościste ręce drżały z podniecenia. 

background image

- 25 - 

-  Challenger  - 

odezwał  się  z  powagą  -  to  sprawa  o  zbyt  wielkim  znaczeniu,  aby  ją  zbyć  jedynie 

czczymi  argumentami.  Niech  pan  nie  sądzi,  abym  zadając  panu  pewne  pytania,  zamierzał  pana 
drażnić. Przyzna pan jednak, że pańskie wiadomości i rozumowanie mogą być nieścisłe. Oto słońce 
świeci  tak  jasno,  jak  zawsze  na  błękitnym  niebie.  Widzimy  wrzosowiska,  kwiaty  i  ptaki,  ludzi 
zabawiających się na boiskach golfa i żniwiarzy koszących zboże* Twierdzi pan, że tak my, jak i oni, 
możemy  się  znajdować  tuż  u  progu  katastrofy,  że  ten  słoneczny  dzień  może  być  tym  dniem  Sądu 
Ostatecznego, którego ludzkość oczekuje tak dawno. I na czymże to, jak się orientujemy, opiera pan 
ten swój straszliwy wnio

sek? Na jakichś zniekształceniach linii w widmie spektralnym, na pogłoskach z 

Sumatry,  na  pewnych  dziwnych  objawach  podniecenia,  które  u  siebie  dostrzegliśmy?  Te  ostatnie 
objawy  nie  są  znowu  tak  gwałtowne,  aby  nie  można  ich  opanować  przy  świadomym  wysiłku.  Nie 
potrzebuje się pan bawić z nami w ceremonie, profesorze. Już nieraz wspólnie spoglądaliśmy śmierci 
w  oczy.  Niech  pan  będzie  szczery  i  wyjaśni  nam  dokładnie,  jaka  jest  obecna  sytuacja,  oraz  co, 
zdaniem pana, czeka nas wszystkich w najbliższej przyszłości. 

Było  to śmiałe, rzeczowe  wystąpienie, głos człowieka o silnym, nieugiętym charakterze, który krył 

się pod zewnętrznymi cechami zgorzknienia i szorstkości starego zoologa. Lord John wstał i uścisnął 
mu rękę. 

Moje  pełne  uznanie  -  rzekł.  -  A  teraz,  profesorze  Challenger,  od  pana  zależy,  aby  nam 

uświadomić,  jakie  jest  nasze  położenie.  Pan  wie  dobrze,  że  nie  należymy  do  ludzi  bojaźliwych,  ale 
fakt,  że  przyjeżdżamy  na  week-end  i  trafiamy  wprost  na  Dzień  Sądu  Ostatecznego,  wymaga  chyba 
nieco  wyjaśnień. W czym  właściwie leży niebezpieczeństwo, jak dalece ono  zagraża  i jak mamy się 
wobec niego zachować? 

Stał przy oknie w promieniach słońca, wysoki i silny, trzymając opaloną dłoń na ramieniu profesora 

Summerlee. Siedziałem w fotelu, w pozycji na pół leżącej, ze zgaszonym papierosem w ustach, w tym 
stanie  odrętwienia,  w  którym  wrażenia  nabierają  cech  niezwykłej  ostrości.  Mogła  to  być  nowa  faza 
zatrucia,  jednak  obłędna  pobudliwość  minęła,  a  po  niej  nastąpiła  jakaś  niezwykła  apatia  przy 
jednoczesnej zdolności percepcyjnej umysłu. Ja byłem widzem. Zdawało mi się, że mnie to osobiście 
nie dotyczy. Oto miałem przed sobą trzech silnych ludzi w krytycznym momencie i obserwowanie ich 
było  rzeczą  fascynującą.  Challenger  zmarszczył  krzaczaste  brwi  i  pogładził  brodę,  nim  wreszcie 
odpowiedział. Można było spostrzec, że starannie waży każde słowo. 

Jakie były ostatnie wiadomości, kiedy opuszczaliście Londyn? - spytał. 

Byłem w redakcji „Gazette" około dziesiątej -odezwałem się. - Właśnie wtedy nadeszła wiadomość 

Reutera z Sing

apuru, że choroba na Sumatrze przybrała charakter powszechny oraz że w następstwie 

tego latarnie morskie nie zostały zapalone. 

Wypadki  potoczyły  się  od  tego  czasu  dość  gwałtownie  -  rzekł  Challenger,  biorąc  do  ręki  plik 

telegramów. - 

Jestem w ścisłym kontakcie zarówno z władzami, jak i prasą: w ten sposób nadchodzą 

do  mnie  wiadomości  ze  wszystkich  stron.  W  rzeczy  samej,  powszechnie  i  natarczywie  wysuwa  się 
żądanie,  abym  przybył  do  Londynu,  lecz  nie  uważam  tego  za  celowe.  Ze  sprawozdań  wynika,  że 
działanie  trucizny  rozpoczyna  się  od  psychicznego  podniecenia;  mówi  się,  że  rozruchy,  jakie  miały 
miejsce dziś rano w Paryżu, były bardzo gwałtowne, a wśród górników walijskich panuje powszechne 
wrzenie.  O  ile  można  polegać  na  posiadanych  przez  nas  dowodach,  po  tej  fazie  podniecenia,  która 
jest różna w zależności od rasy i indywidualności, następuje pewna egzaltacja i jasność umysłu, zdaje 
się, że rozpoznaję podobne oznaki u naszego młodego przyjaciela. Stan ten po wystarczająco długiej, 
aby  ją  dostrzec,  przerwie  przechodzi  w  utratę  przytomności  i  kończy  się  gwałtownie  śmiercią.  Na 
podstawie  moich  wiadomości  z  toksykologii  mogę  sądzić,  że  istnieją  pewne  trucizny  roślinne 
działające na system nerwowy... 

- Datura - 

podsunął Summerlee. 

- Wspaniale! - 

wykrzyknął Challenger. - Nauka zyskałaby na dokładności, gdybyśmy mogli nazwać 

nasz  czynnik  toksyczny.  Niech  będzie  daturon.  Panu,  mój  drogi  Summerlee,  przypadnie  honor, 
pośmiertny niestety, ale nie mniej wyłączny, nazwania owego narzędzia powszechnego zniszczenia, 
jakiego użył wielki Ogrodnik. Symptomy daturonu mogą być więc takie, jak je określiłem. Jest rzeczą 
dla  mnie  prawie  pewną,  że  obejmie  on  cały  świat,  zaś  na  skutek  jego  działania  wszelkie  życie 
prawdopodobnie  zaniknie,  eter  bowiem  jest  substancją  powszechną.  W  miejscach,  w  których  się 
dotąd pojawił,  zachowywał się  bardzo kapryśnie, ale  nie stanowi to  zasadniczej różnicy, bo  w ciągu 
kilku zaledwie godzin - 

podobnie jak przypływ, który zagarnia jeden pas piasku po drugim, posuwając 

się  nieregularnym  nurtem  raz  tu,  raz  tam  -  w  końcu  wszystko  zaleje  i  zatopi.  Działanie  i 
rozprzestrzenianie  się  daturonu  podlega  jakimś  prawom,  które  mogłyby  stanowić  dla  nas  przedmiot 
bardzo  interesujących  badań,  gdybyśmy  mieli  do  dyspozycji  trochę  więcej  czasu.  Według 
dotychczasowych  danych 

mogę  stwierdzić  -  tu  spojrzał  na  telegramy  -  że  rasy  mniej  rozwinięte 

background image

- 26 - 

pierwsze zareagowały na jego wpływy. Z Afryki nadchodzą rozpaczliwe wieści, a tubylcy australijscy 
przypuszczalnie są już wyniszczeni. Jak dotychczas, rasy północne wykazały większą odporność niż 
rasy południowe. Ten telegram, jak panowie  widzicie,  został nadany  w Marsylii  dziś rano  o godzinie 
dziewiątej czterdzieści pięć. Odczytam go wam słowo w słowo: 

Ubiegłej  nocy  szaleńcze  podniecenie  w  całej  Prowansji.  Wrzenie 

wśród hodowców winnic w Nimes. Rozruchy socjalistyczne w Talonie. 
Nagła  choroba  połączona  z  utratą  przytomności  zaatakowała  dziś 
rano  ludność.  Peste  foudroyante.  Wielka  liczba  zmarłych  na  ulicy. 
Ruch sparaliżowany. 

W godzinę później nadszedł z tego samego źródła następujący telegram: 

Zagraża  nam  całkowita  zagłada.  Katedry  i  kościoły  przepełnione. 

Liczba umarłych przewyższa liczbę żyjących. To niepojęte i okropne. 
Choroba wydaje się bezbolesna, lecz jest szybka, nieuchronna. 

Mam też podobny telegram z Paryża, gdzie objawy te nie wystąpiły jeszcze z taką ostrością. Indie 

i Persja zostały już prawdopodobnie zmiecione z powierzchni. Słowiańska ludność Austrii jest zatruta 
zupełnie, podczas gdy ludność germańska zaledwie to odczuwa. Ogólnie mówiąc, mieszkańcy równin 
i  wybrzeży  morskich  -  o  ile  mogę  oprzeć  się  na  moich  niekompletnych  informacjach  -  zdają  się 
odczuwać działanie trucizny bardziej gwałtownie niż ludność zamieszkująca centrum kraju lub wyżej 
położone tereny. Nawet niewielkie wzniesienie stanowi znaczną różnicę i być może, że jeśli ktokolwiek 
z  rodzaju  ludzkiego  uratuje  się  z  powszechnej  zagłady,  to  znowu  znajdzie  się  na  szczycie  jakiegoś 
Araratu. Nawet nasze małe wzgórze może już niebawem okaże się chwilową wysepką wśród morza 
nieszczęść. 

Jednak  przy  obecnym  postępie  fali  zatrutego  powietrza  wystarczy  kilka  krótkich  godzin,  abyśmy 

wszyscy zostali zatopieni. 

Lord John Roxton wytarł spocone czoło. 

Nie mogę tego zrozumieć - odezwał się - jak pan może siedzieć tu i śmiać się, mając w ręku ten 

plik  telegramów.  Patrzyłem  na  śmierć  nie  mniej  często  niż  inni,  lecz  powszechna  zagłada  -  to 
straszne! 

Macie  mi  za  złe,  że  się  śmieję  -  odpowiedział  Challenger  -  zważcie  jednak,  że  i  ja,  tak  jak  wy, 

podlegam działaniu zatrutego eteru, atakującego ośrodki mózgowe. I muszę wam powiedzieć, że jest 
pewna  przesada  w  tej  trwodze,  jaką  napawa  was myśl  o  powszechnej  śmierci.  Gdyby  wysłano  was 
samych  na  morze,  w  jakimś  nieznanym  kierunku,  na  pewno  serce  by  wam  ze  strachu  zamarło. 
Nękałoby  was  odosobnienie,  niepewność.  Lecz  gdyby  podróż  wasza  odbywała  się  na  wygodnym 
statku,  gdzie  znajdują  się  wasi  krewni  i  przyjaciele,  czulibyście,  jakkolwiek  port  waszego 
przeznaczenia  pozostałby  nadal  niepewny,  że  łączy  was  co  najmniej  wspólne  przeżycie,  które 
podtrzymywałoby  was  aż  do  samego  końca  w  poczuciu  wspólnego  losu.  Samotna  śmierć  jest 
straszna, lecz powszechna, i jak na to wygląda, bezbolesna, moim zdaniem, nie może być powodem 
obaw. Raczej mógłbym zrozumieć osobę, która by uważała, że największa groza budzi się na samą 
myśl o pozostaniu przy życiu, gdy wszystko, co wzniosłe, uczone i sławne, przeminęło na zawsze. 

Co  więc  pan  proponuje?  -  zapytał  Summerlee,  który  raz  przynajmniej  zgadzał  się  z 

rozumowaniem swego kolegi-naukowca. 

Pójść na lunch - odrzekł Challenger, bo właśnie po całym domu rozległo się uderzenie w gong. - 

Mamy tutaj kucharkę, która robi wspaniałe omlety, a kotlety jeszcze lepsze. Miejmy tylko nadzieję, że 
żadne kosmiczne zaburzenia nie stępiły jej wspaniałych zdolności. Mój Schwarzberger z 96 roku musi 
być  także  uratowany,  o  ile  tylko  przy  naszych  wspólnych  poważnych  wysiłkach  sprostamy  temu 
zadaniu,  bo  inaczej  wino  tego  wspaniałego  rocznika  zmarnuje  się  w  sposób  godny  pożałowania.  - 
Dźwignął swoje ogromne cielsko z biurka, na którym siedział już w chwili, kiedy oznajmiał katastrofę 
planety.  - 

Chodźmy  -  powiedział.  -  Skoro  pozostało  nam  tak  mało  czasu,  tym  większa  zachodzi 

potrzeba, abyśmy czas ten spędzili przyjemnie, zachowując trzeźwość i rozsądek. 

Okazało się, że nastrój przy lunchu był rzeczywiście wesoły. Co prawda nie mogliśmy zapomnieć o 

naszej  strasznej  sytuacji.  Cała  powaga  chwili  ciążyła  gdzieś  nad  naszą  świadomością  i  hamowała 
wesołość. Lecz z pewnością właśnie dusze tych, którzy nigdy nie stanęli w obliczu śmierci, najbardziej 
się  w  ostateczności  przed  nią  wzdragają.  Dla  każdego  jednak  z  nas,  mężczyzn,  śmierć  była  w 
pewnym  doniosłym  okresie  naszego  życia  czymś  zupełnie  zwyczajnym.  A  jeśli  chodzi  o  panią 
Challenger, ulegała ona silniej indywidualności swego władczego małżonka i bez sprzeciwu szła tam 
wszędzie, gdziekolwiek prowadziły jego drogi. Przyszłość była w rękach losu. Teraźniejszość należała 
do nas. Czas upływał  nam w koleżeńskiej atmosferze i miłym, wesołym nastroju. Umysły nasze, jak 
już  powiedziałem,  działały  wyjątkowo  jasno.  Nawet  ja  krzesałem  od  czasu  do  czasu  iskry  dowcipu. 

background image

- 27 - 

Sam  Challenger  był  wspaniały!  Nigdy  przedtem  nie  miałem możności  poznać  tak  dalece  żywiołowej 
wielkości  tego  człowieka,  rozmachu  i  siły  jego  umysłu.  Summerlee  prowokował  go  swoimi  na  poły 
złośliwymi, krytycznymi uwagami, podczas gdy lord John i ja zaśmiewaliśmy się z tego sporu, a pani 
Challenger,  ciągnąc  męża  za  rękaw,  hamowała  gwałtowne  wybuchy  filozofa.  Życie,  śmierć,  los  i 
przyszłość  ludzkości  -  stały  się  niesłychanie  doniosłymi  problemami  w  tej  pamiętnej  godzinie,  a 
nabierały  tym  większej  żywotności,  w  miarę  jak  upływał  czas  posiłku,  gdy  odczułem  nagłe,  dziwne 
podniecenie  umysłu  i  drżenie  w  członkach,  świadczące  o  tym,  że  niedostrzegalny  przypływ  śmierci 
powoli  i  łagodnie  zaczął  nas  ogarniać.  Raz  spostrzegłem  lorda  Johna  unoszącego  nagłym  ruchem 
rękę do oczu, a raz Summerlee przez moment osunął się bezwładnie w fotelu. Każdy oddech sprawiał 
nam  coraz  większą  trudność.  A  jednak  czuliśmy  się  lekko  i  błogo.  W  pewnym  momencie  Austin 
położył na stół papierosy i zabierał się do wyjścia. 

- Austin! - 

zawołał jego chlebodawca. 

Słucham pana? 

Dziękuję wam za waszą wierną służbę. Uśmiech przemknął przez pomarszczoną twarz 

służącego. 

Spełniałem tylko swoje obowiązki, proszę pana. 

Oczekuję dziś końca świata, Austin. 

- Tak jest. O któ

rej godzinie, proszę pana? 

Nie mogę tego dokładnie powiedzieć, Austin. Dziś przed wieczorem. 

Doskonale, proszę pana.  

Małomówny Austin skłonił się i wyszedł. Challenger zapalił papierosa i przysunąwszy krzesło bliżej 

fotela swojej żony, ujął jej rękę w swe dłonie. 

Ty wiesz, kochanie, jak sprawy wyglądają -rzekt - Wyjaśniłem to także naszym przyjaciołom. Nie 

boisz się, prawda? 

Czy to nie będzie bolesne, George? 

Nie  bardziej  niż  zastrzyk  znieczulający  u  dentysty.  Właściwie  i  tak  umierałaś  za  każdym  razem, 

kiedy ci go dawano. 

- Ale to jest przyjemne uczucie. 

Śmierć  też  może  być  przyjemna.  Zużyty  mechanizm  ciała  nie  jest  w  stanie  odtworzyć 

ostatecznego  wrażenia,  choć  przecież  dobrze  znamy  przyjemność,  jakiej  doznajemy  w  sennych 
marzeniach  lub  w  trans

ie.  Natura  może  stworzyć  tu  jakąś  piękną  bramę  i  zawiesić  ją  kilkoma 

zwiewnymi  i  skrzącymi  się  zasłonami,  aby  w  ten  sposób  przygotować  nasze  zadziwione  dusze  na 
przejście  do  nowego  życia.  Zawsze  kiedy  stykałem  się  z  rzeczywistością,  odnajdywałem  na  dnie 
mądrość i dobroć; jeżeli kiedykolwiek przerażony śmiertelnik potrzebuje współczucia, to chyba wtedy, 
kiedy dokonuje niebezpiecznego przejścia z jednego życia w drugie. Nie, profesorze Summerlee, nie 
chcę mieć nic wspólnego z pańskim materializmem, bo ja przynajmniej jestem zbyt wielką istotą, aby 
moje  życie  skończyło  się  na  samych  tylko  fizycznych  składnikach,  paczce  soli  mineralnych  i  trzech 
wiadrach  wody.  Tutaj...  tutaj  -

rzekł,  uderzając  się  po  wielkiej  głowie  ogromną  owłosioną  pięścią  -  tu 

jest  coś,  co  zużywa  materię,  lecz  co  nie  jest  z  niej,  coś,  co  mogłoby  zniszczyć  śmierć,  lecz  czego 
śmierć nigdy nie zniszczy. 

Jeżeli już mówimy o śmierci - odezwał się lord John - to, wydaje mi się, chociaż jestem czymś w 

rodzaju  chrześcijanina,  że  coś  nad  wyraz  naturalnego  cechowało  tych  naszych  przodków,  którzy 
grzebali zmarłych razem z siekierami, łukami, strzałami i innymi narzędziami, jak gdyby nadal mieli żyć 
w  taki  sam  sposób,  jak  na  ziemi.  Nie  wiem  - 

dodał,  patrząc  z  lekkim  zawstydzeniem  na  siedzących 

przy  stole  -

czy  nie  czułbym  się  najbardziej  swojsko,  gdyby  złożono  mnie  w  grobie  z  moim  starym 

Ekspresem 450 i  wiatrówką, tą  najkrótszą,  z  ogumioną kolbą,  a do tego jeden  lub  dwa  ładunki... ot, 
taka  sobie,  oczywiście  głupia  fantazja,  ale  mówię,  co  myślę.  Jak  pan  się  na  to  zapatruje,  Herr 
Professor? 

-  No  - 

odrzekł  Summerlee  -  skoro  już  pan  pyta  o  moje  zdanie,  to  wszystko  uderza  mnie  jako 

niewybaczalne cofnięcie się do epoki kamiennej lub nawet dalej. Osobiście żyję w dwudziestym wieku 
i  życzyłbym  sobie  umrzeć  jak  rozumny,  cywilizowany  człowiek.  Nie  powiem,  abym  się  bał  śmierci 
bardziej niż wy, jestem przecież już niemłody i niech będzie, co chce, ja i tak niezbyt długo pożyję, ale 
siedzieć i czekać bez walki jak baranek na rzeź, to jest wbrew mej naturze. Czy jest pan całkowicie 
pewny, Challenger, że nic już nie da się zrobić? 

background image

- 28 - 

Aby się uratować, nic - odrzekł Challenger. - Ale prawdopodobnie będę w stanie przedłużyć nasze 

życie  o  kilka  godzin,  abyśmy  w  ten  sposób  mogli  oglądać  kolejne  etapy  tej  olbrzymiej  tragedii,  nim 
staniemy się jej ofiarami. Poczyniłem pewne kroki... 

- Tlen? 

Otóż to. Tlen. 

Ale  co  może  zdziałać  tlen  wobec  trującego  eteru?  Różnica  jakości  pomiędzy  odłamkiem  cegły  i 

gazem nie jest większa aniżeli między tlenem i eterem. Są to dwa różne składniki materii, które należy 
rozpatrywać  na  zupełnie  różnych  płaszczyznach.  Nie  mogą  się  one  wzajemnie  ścierać.  No  cóż, 
Challenger, tego twierdzenia nie zdoła pan obronić. 

Mój poczciwy Summerlee, na truciznę eteru najprawdopodobniej wpływają pewne czynniki materii. 

Świadczy  o  tym  sam  sposób  i  geograficzne  rozprzestrzenianie  się  epidemii.  Nie  powinniśmy  tego 
zakładać  a  priori,  ale  niewątpliwie  jest  to  faktem.  Dlatego  też  uważam,  że  taki  gaz  jak  tlen,  który 
wzmaga  żywotność  i  uodparnia  ciało,  może  według  wszelkich  cech  prawdopodobieństwa  odwlec 
działanie  tego,  co  tak  beztrosko  nazwał  pan  daturonem.  Nie  wykluczone,  że  się  mylę,  mam  jednak 
całkowite zaufanie do poprawności swego rozumowania. 

-  No  dobrze  - 

odezwał  się  lord  John  -  ale  jeżeli  mamy  tu  siedzieć  i  ssać  te  butle  z  tlenem  jak 

niemowlęta swoje butelki, ja tam żadnej nie biorę. 

- Do tego nie dojdzie - 

odrzekł Challenger. - Poczyniliśmy pewne przygotowania, głównie mej żonie 

zawdzięczacie to, że jej buduar będzie pomieszczeniem nie przepuszczającym powietrza, tak dalece 
przynajmniej, jak to jest możliwe. Matami i pokostowanym papierem... 

Na  Boga,  Challenger,  nie  przypuszcza  pan  chyba,  że  można  powstrzymać  dostęp  eteru 

pokostowanym papierem? 

Ależ  doprawdy,  czcigodny  przyjacielu,  nieco  przewrotnie  udaje  pan,  że  nie  wie,  o  co  chodzi. 

Przecież nie dlatego zadaliśmy sobie tyle trudu, aby powstrzymać dostęp eteru. Chodzi o to, aby tlen 
nie  ulatniał  się  na  zewnątrz.  Wierzę,  że  jeżeli  uda  nam  się  zabezpieczyć  atmosferę,  nasyconą  w 
wysokim stopniu tlenem, to być może, będziemy w stanie zachować przytomność. Miałem dwie butle z 
tlenem, teraz przywieźliście jeszcze trzy. Nie jest to dużo, ale to już coś znaczy. 

Na jak długo tego wystarczy? 

Nie mam pojęcia. Nie otworzymy ich wcześniej, jak dopiero wtedy, gdy objawy zatrucia staną się 

nie  do  zniesienia.  Wówczas  będziemy  wypuszczać  tlen  w  takich  dawkach,  jakich  będzie  wymagała 
niezbędna  konieczność.  W  ten  sposób  zyskamy  kilka  godzin,  być  może  kilka  dni,  w  czasie  których 
będziemy mogli oglądać ginący świat. Tylko w tej mierze uda się opóźnić nasz własny los. Spotka nas, 
całą  naszą  piątkę,  jedyne  w  swoim  rodzaju  przeżycie;  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa 
będziemy  stanowić  ostateczną,  końcową  straż  ludzkości  w  jej  marszu  ku  nieznanemu.  Może  teraz 
zechcecie  mi  łaskawie  pomóc  przy  otwieraniu  butli.  Zdaje  się,  że  powietrze  jest  już  trochę  bardziej 
duszne. 

 

ROZDZIAŁ III  W TONI 

Pokój,  w  którym  mieliśmy  przeżyć  niezapomniane  chwile  naszego  życia,  był  uroczym  damskim 

salonikiem wielkości około czternastu czy szesnastu stóp kwadratowych. W samym końcu, za kotarą z 
czerwonego aksamitu, znajdowało się oddzielne niewielkie pomieszczenie, które stanowiło garderobę 
profesora, stąd przechodziło się dalej,  do ogromnej sypialni. Wprawdzie kotara jeszcze  wisiała, lecz 
buduaru  i  alkowy  mogliśmy  użyć  łącznie  dla  celów  naszego  eksperymentu.  Jedne  drzwi  i  ramę 
okienną oklejono pokostowanym papierem, aby je w jakiś sposób uszczelnić. Nad drugimi drzwiami, 
którymi  wychodziło  się  na  klatkę  schodową,  znajdowało  się  okienko  wentylacyjne,  dające  się  łatwo 
otworzyć za pomocą sznura, gdyby zachodziła konieczność przewietrzenia. W każdym narożniku stał 
w drewnianej skrzynce ogromny krzew. 

Niezmiernie  drażliwą  a  zarazem  istotną  sprawą  jest  dla  nas  to,  jak  uwolnić  się  od  nadmiaru 

dw

utlenku  węgla,  nie  marnując  niepotrzebnie  naszego  szczupłego  zapasu  tlenu  -  powiedział 

Challenger, spoglądając na pięć żelaznych butli, ustawionych jedna przy drugiej pod ścianą. - Gdybym 
miał więcej czasu na przygotowania, mógłbym skoncentrować wszystkie władze swego umysłu, aby w 
pełni przeanalizować ten problem, lecz w tej sytuacji musimy robić to, na co nas stać. Krzewy oddadzą 
nam pewną przysługę. Dwie butle z tlenem są już przygotowane, tak aby w odpowiedniej chwili można 
je było łatwo odkręcić. Nic więc nie może nas zaskoczyć. Jednocześnie dobrze będzie nie oddalać się 
z pokoju, ponieważ moment krytyczny może nastąpić gwałtownie i nagle. 

background image

- 29 - 

Był  tu  też  balkon,  na  który  wychodziło  się  przez  szerokie  oszklone  drzwi.  Mieliśmy  stąd  ten  sam 

widok, który już przedtem podziwialiśmy z okna gabinetu. Patrząc teraz, nie mogłem nigdzie dostrzec 
ani śladu zakłócenia. Tuż przed sobą miałem drogę, która wiła się w dół po zboczu wzgórza. Dorożka 
jadąca  ze  stacji  -  jeden  z  tych  przedpotopowych  antyków,  jakie  można  jeszcze  spotkać  tylko  na 
naszych zapadłych wioskach - wtaczała się powoli na wzniesienie. 

Jeszcze niżej widziałem jakąś nianię, która pchała wózek dziecięcy, prowadząc drugie dziecko za 

rączkę. Niebieskie mgiełki  dymu,  wydobywające się  z chat, nadawały temu rozległemu krajobrazowi 
atmosferę  ustalonego  ładu  i  zadomowienia.  Nigdzie,  ani  na  błękitnym  niebie,  ani  na  rozgrzanej 
słońcem ziemi, nie było nawet cienia wróżącego katastrofę. Żniwiarze byli znowu na polach, a golfiści 
parami lub czwórkami schodzili się na  boiska. Odczuwałem tak dziwny chaos w głowie i miałem tak 
rozstrojone nerwy, że zdumiewał mnie spokój tych ludzi. 

- Tamtym chyba nic nie dolega - 

odezwałem się, wskazując na boiska golfowe. 

- Czy grywa pan w golfa? - 

zapytał lord John. 

- Nie, nie gram. 

- N

o tak, młodzieńcze, gdyby pan grał, to by pan wiedział, że zapalonemu golfiście, skoro zacznie 

już swą partię golfa, przeszkodzić mogą tylko trąby Sądu Ostatecznego. Oho, znowu dzwoni telefon. 

Od czasu do czasu, w trakcie obiadu i po obiedzie, odwoływał profesora ostry, natarczywy sygnał 

telefonu. Profesor podawał nam wiadomości w tej formie, w jakiej do niego docierały, w kilku krótkich 
zdaniach.  Tak  straszne  wydarzenia  nigdy  dotychczas  nie  były  notowane  w  historii  świata.  Ogromny 
cień  posuwał  się  z  Południa  jak  jakiś  wzrastający  przypływ  śmierci.  Egipt  po  przejściu  delirium 
pogrążył się już w letargu. Cisza zaległa nad Hiszpanią i Portugalią po dzikim szale wywołanym przez 
rozpaczliwą  walkę  kleryków  i  anarchistów.  Nie  nadchodziły  już  żadne  telegramy  z  Ameryki 
Południowej.  Po  straszliwych  rozruchach  na  tle  różnic  rasowych  ulegały  truciźnie  południowe  stany 
Ameryki  Północnej.  Nie  zaznaczyło  się  jeszcze  jej  działanie  na  północ  od  stanu  Maryland,  a  w 
Kanadzie było zaledwie dostrzegalne. Kolejno padały: Belgia, Holandia i Dania. Rozpaczliwe depesze 
z  błaganiem  o  pomoc  napływały  ze  wszystkich  stron  świata  do  wielkich  ośrodków  naukowych,  do 
światowej  sławy  chemików  i  lekarzy.  Zarzucano  także  pytaniami  astronomów.  Nic  nie  można  było 
zrobić.  Zjawisko  miało  charakter  powszechny  i  opanowanie  go  przekraczało  ludzką  wiedzę.  Była  to 
śmierć  -  bezbolesna,  lecz  nieuchronna  -  śmierć  dla  młodych  i  starych,  dla  słabych  i  silnych,  dla 
bogatych i biednych, bez nadziei lub możliwości ocalenia. Takie były wiadomości, które w urywanych, 
rozpaczliwych zdaniach dochodziły do nas przez telefon. Wielkie miasta wiedziały już, co je czeka i, 
jak mogliśmy się zorientować, gotowe były przyjąć swój los z godnością i rezygnacją. Tymczasem tu 
oto  widzieliśmy  naszych  golfistów  i  żniwiarzy,  niby  jagnięta  igrające  pod  nożem.  Wydawało  się  to 
zdumiewające.  A  jednak  skąd  mogli  wiedzieć?  Wszystko  to  dosięgło  nas  z  szybkością  skoku 
olbrzyma.  

Czy gazeta poranna pisała o czymś, co mogłoby ich zaniepokoić? A teraz była zaledwie trzecia po 

południu. Właśnie kiedy tak na nich patrzeliśmy, prawdopodobnie szerzyła się już jakaś pogłoska, bo 
ujrzeliśmy żniwiarzy uciekających z pól. Niektórzy golfiści powracali do domu klubowego, a biegli tak, 
jakby  uciekali  przed  ulewą.  Chłopcy  od  piłeczek  wlekli  się  za  nimi.  Inni  grali  dalej.  Niania  zawróciła, 
pchając  spiesznie  swój  wózek  z  powrotem  na  wzgórze.  Zauważyłem,  że  rękę  podniosła  do  czoła. 
Dorożka  stanęła,  a  zmęczony  koń  odpoczywał,  zwiesiwszy  nisko  łeb.  W  górze  rozpościerało  się 
najpiękniejsze  letnie  niebo  -  jedna  olbrzymia  kopuła  nieskazitelnego  błękitu.  Tylko  kilka  pierzastych 
chmurek  pojawiło  się  nad  odległymi  nizinami.  Jeżeli  dziś  sądzone  jest  umrzeć  ludzkości,  to 
przynajmniej jej łoże śmiertelne będzie wspaniałe. A jednak cały ten delikatny powab natury potęgował 
jeszcze  grozę  i  tragizm  tej  powszechnej  zagłady.  Ziemia  była  dla  nas  tak  przyjemnym  miejscem 
pobytu, a naraz mieliśmy być wywłaszczeni tak szybko, tak bezlitośnie! 

Ach  prawda,  mówiłem,  że  znowu  zadzwonił  telefon.  Nagle  usłyszałem  z  hallu  potężny  głos 

Challengera. 

- Malone - 

wołał - jest pan proszony. Pobiegłem na dół do aparatu. Z Londynu dzwonił 

Mc Ardle. 

-  To  pan,  panie  Malone?  - 

wołał  znajomy  głos.  -Panie  Malone,  okropne  rzeczy  dzieją  się  w 

Londynie. Na miłość boską, niech pan się dowie, czy  profesor Challenger nie mógłby nam w czymś 
dopomóc. 

On  nie  może  tu  nic  poradzić  -  odpowiedziałem.  -  Uważa,  że  katastrofa  jest  powszechna  i 

nieuchronna. Mamy trochę tlenu, ale to może przedłużyć nasze życie tylko o kilka godzin. 

-  Tlen!  - 

wołał  zrozpaczony  głos.  -  Za  późno,  aby  go  sprowadzić.  Od  chwili  kiedy  pan  wyjechał, 

biuro  stało  się  miejscem  prawdziwej  anarchii.  Już  połowa  zespołu  jest  nieprzytomna.  Mnie  samego 

background image

- 30 - 

jakiś  ciężar  przygniata  do  ziemi.  Z  okna  widzę  ludzi  leżących  pokotem  na  Fleet  Street.  Ruch  jest 
całkowicie wstrzymany. Sądząc po ostatnich telegramach, cały świat... 

Głos  zanikał,  aż  nagle  urwał  się.  W  sekundę  później  usłyszałem  w  słuchawce  głuchy  stuk,  jak 

gdyby głowa opadła na biurko. 

- Panie Mc Ardle! - 

wołałem. - Panie Mc Ardle! 

Nie  było  odpowiedzi.  Wiedziałem,  odkładając  słuchawkę,  że  już  nigdy  nie  usłyszę  tego  głosu. 

Odszedłem  już  od  telefonu,  by  wrócić  na  górę,  gdy  naraz...  zaczęło  się.  Było  to  takie  uczucie, 
jakbyśmy kąpiąc się w wodzie, która sięga nam aż do ramion, zostali nagle zalani przez nadbiegającą 
falę.  Miałem  wrażenie,  że  jakaś  niewidzialna  ręka  zamyka  mi  się  spokojnie  wokół  szyi  i  łagodnie 
wyciska ze mnie życie. Czułem niezmierny ucisk na piersiach, coś rozsadzało mi głowę, miałem szum 
w  uszach  i  jasne  płaty  przed  oczyma.  Zatoczyłem  się  pod  balustradę  na  schodach.  W  tym  samym 
momencie, pędząc i charcząc jak zraniony bawół, minął mnie Challenger -okropne widmo z purpurową 
twarzą,  gorejącymi  oczyma  i  rozwichrzonym  włosem.  Jego  mała  żoneczka,  najwidoczniej 
nieprzytomna,  zwisała  mu  na  potężnym  ramieniu,  on  zaś  biegł  na  oślep  po  schodach  z  wielkim 
hałasem,  wspinając  się  i  potykając  przebijał  się  ze  swoim  ciężarem  całą  siłą  woli  przez  tę 
zapowietrzoną  atmosferę  do  przystani  chwilowego  bezpieczeństwa.  Pobudzony  przykładem 
Challengera, ja także rzuciłem się ku schodom i wlokąc się, to upadałem, to czepiałem się poręczy, 
dopóki  pół  przytomny  nie  upadłem  na  twarz  już  u  szczytu  klatki  schodowej.  Żelazne  palce  lorda 
Roxtona uchwyciły mnie za kołnierz, a w minutę później leżałem rozciągnięty na dywanie w buduarze, 
całkowicie bezwładny i niezdolny wyrzec słowa. Panią Challenger ułożono obok mnie, a Summerlee 
siedział  skurczony  w  fotelu  przy  oknie,  z  głową  osuniętą  prawie  do  kolan.  Jak  we  śnie  zobaczyłem 
Challengera, który niby jakiś olbrzymi chrząszcz czołgał się na drugą stronę pokoju, a w chwilę potem 
usłyszałem  miłe  dla  ucha  syczenie  uwalniającego  się  z  butli  tlenu.  Challenger  oddychał  jakiś  czas 
głęboko, jego płuca charczały, gdy wciągał życiodajny tlen. 

Działa! - wykrzyknął radośnie. - Potwierdza się słuszność mego rozumowania! 

Wstał, znowu rześki i silny. Rzucił się ku swojej żonie z butlą w ręce, którą podsunął jej do twarzy. 

Po  kilku  sekundach  kobieta  westchnęła,  poruszyła  się  i  wstała.  Zwrócił  się  teraz  ku  mnie,  ja  zaś 
poczułem nagły przypływ życia, a wraz z nim ciepło rozchodzące się po moim ciele. Rozsądek mówił 
mi, że było to tylko chwilowe zawieszenie wyroku śmierci, a jednak mimo że tak beztrosko wyrażamy 
się o wartości życia, teraz każda godzina istnienia zdawała się rzeczą bezcenną. Nigdy nie doznałem 
takiej rozkoszy zmysłów, jak teraz, w przypływie nowego życia. Ciężar znikł z piersi, obręcz rozluźniła 
się  na  czole,  wkradło  się  we  mnie  uczucie  słodkiego  upojenia  i  odurzającej  ciszy.  Spoczywałem, 
obserwując profesora Summerlee, który wracał do życia pod wpływem tego samego środka. W końcu 
przyszła kolej na lorda Johna. Skoczył na równe nogi i podał mi rękę, pomagając wstać. W tym czasie 
Challenger podniósł swą żonę i ułożył ją na kanapie. 

O, George, żałuję bardzo, że przywróciłeś mnie do życia - rzekła, trzymając go za rękę. - Brama 

śmierci jest istotnie, tak jak powiedziałeś, pozawieszana pięknymi, skrzącymi się zasłonami, bo skoro 
już raz minie uczucie duszności, wszystko inne jest niewymownie kojące i piękne. Dlaczego wyrwałeś 
mnie śmierci? 

Ponieważ  chcę,  abyśmy  przeszli  przez  tę  bramę  wspólnie.  Żyjemy  ze  sobą  już  tyle  lat.  Przykro 

byłoby, gdybyśmy w tej najważniejszej sekundzie nie byli razem. 

W  jego  głosie  było  coś  tak  łagodnego,  że  przez  moment  zdawało  mi  się,  że  widzę  nowego 

Challenge

ra, kogoś, kto nie przypominał w niczym tego bombastycznego aroganta i brutala, który na 

zmianę  to  zadziwiał,  to  obrażał  swoich  współczesnych.  Tu  w  cieniu  śmierci  ujawnił  się  ten  najmniej 
nam znany Challenger, człowiek, który zdobył i potrafił utrzymać miłość kobiety. 

Nagle otrząsnął się z tego nastroju i był już znowu naszym dzielnym dowódcą. 

Ja  jeden  spośród  całej  ludzkości  przewidziałem  i  zapowiedziałem  tę  katastrofę  -  rzekł  z  pewną 

dozą  egzaltacji  i  dumą  triumfującego  naukowca.  -A  jeżeli  chodzi  o  pana,  drogi  Summerlee,  mam 
nadzieję,  że  rozwiały  się  już  pańskie  ostatnie  wątpliwości  w  sprawie  zaćmionych  linii  w  widmie 
spektralnym.  Ufam  również,  że  nie  będzie  pan  już  dłużej  utrzymywał,  jakoby  mój  list  w  „Timesie" 
opierał się na błędnym rozumowaniu. 

Nasz w

ojowniczy kolega stał się naraz głuchy na to wyzwanie. Nie był zdolny do niczego, łapał tylko 

powietrze  i  rozprostowywał  swoje  długie,  chude  kości,  jak  gdyby  chciał  się  upewnić,  czy  jeszcze 
przebywa na tej planecie. Challenger podszedł do butli, a głośny szum wydobywającego się tlenu cichł 
coraz bardziej, aż przeszedł w delikatny syk. 

Musimy  umiejętnie  gospodarzyć  naszym  zapasem  -  rzekł.  -  Powietrze  w  pokoju  jest  teraz  silnie 

nasycone tlenem, a ja już dopilnuję, aby nikt z nas nie czuł niepokojących objawów. Teraz tylko przez 

background image

- 31 - 

odpowiednie eksperymentowanie możemy określić, jaka doza tlenu przyczyni się do zneutralizowania 
trucizny. Zobaczymy, jaki to będzie miało skutek. 

Pięć  minut,  a  może  dłużej,  siedzieliśmy  w  ciszy  pełnej  nerwowego  napięcia,  obserwując,  jakie 

zachodzą w nas reakcje. Uświadomiłem sobie, że znowu odczuwam ucisk w głowie, gdy nagle pani 
Challenger, siedząca na kanapie, zawołała, że mdleje. Challenger odkręcił zawór butli tlenowej. 

W czasach kiedy nauka była jeszcze w powijakach - rzekł - istniał zwyczaj trzymania na okrętach 

białej myszy, ponieważ jej delikatny organizm ostrzegał przed zatrutym powietrzem, zanim marynarze 
odczuli je sami. Ty, kochanie, będziesz naszą białą myszką. Zwiększyłem dopływ tlenu i już ci lepiej, 
prawda? 

- Tak, czu

ję się lepiej. 

Być może, trafiliśmy na właściwą mieszaninę. Skoro upewnimy się dokładnie, jaka ilość tlenu nam 

wystarczy,  będziemy  mogli  obliczyć,  jak  długo  możemy  zachować  się  przy  życiu.  Niestety,  ratując 
siebie zużyliśmy już znaczną zawartość pierwszej butli! 

-  Czy  to  ma  sens?  - 

spytał  lord  Roxton,  stojąc  przy  oknie  z  rękami  w  kieszeniach.  -  Jeżeli  i  tak 

mamy  umrzeć,  po  co  się  sztucznie  podtrzymywać?  Nie  przypuszcza  pan  chyba,  że  istnieją  dla  nas 
jakieś szansę ratunku? 

Challenger  uśmiechnął  się  i  potrząsnął  głową.  .  -  Czy  wobec  tego  nie  uważacie,  że  zachowamy 

więcej  godności,  jeżeli  poddamy  się  od  razu,  zamiast  czekać,  aż  nas  do  tego  zmusi  konieczność? 
Jeżeli tak, to proponuję odmówić modlitwy, zakręcić butlę tlenową i otworzyć okno. 

-  Dlaczego  nie  - 

rzekła  pani  Challenger  odważnie.  -  George,  lord  John  na  pewno  ma  rację,  tak 

będzie lepiej. 

Stanowczo protestuję - krzyknął Summerlee ostrym tonem. - Jeżeli musimy zginąć, to gińmy, ale 

świadome poddanie się śmierci wydaje mi się czynem nierozsądnym i niesprawiedliwym. 

Co powie na to nasz młody przyjaciel? - spytał Challenger. 

Myślę, że powinniśmy zobaczyć wszystko aż do końca. 

W zupełności podzielam tę opinię - rzekł. 

Skoro ty to mówisz, George, to i ja tak chcę! -zawołała pani Challenger. 

Ależ ja tylko poddaję to pod dyskusję - rzekł lord Roxton. - Jeżeli wy wszyscy chcecie zobaczyć, 

co  się  będzie  działo,  jestem  po  waszej  stronie.  To  diabelnie  interesujące,  bez  wątpienia.  Niemało 
miałem  przygód  w  swoim  życiu  i  nie  mniej  doznałem  emocji  niż  inni,  ale  kończę  w  punkcie 
kulminacyjnym. 

Jeśli przyjmiemy, że istnieje jakieś dalsze życie - dodał Challenger. 

Bardzo wątpliwe! - zawołał Summerlee. Challenger spojrzał na niego z niemym wyrzutem. 

Jeżeli  przyjmujemy,  że  istnieje  jakieś  dalsze  życie  -  powtórzył  jak  najbardziej  dydaktycznym 

tonem.  - 

Nie  umiemy  sobie  nawet  wyobrazić,  jakie  możliwości  otwiera  przed  nami  obserwowanie 

materii  czynione  niejako  z  pozycji  ducha.  Jestem  pewien,  że  nawet  najbardziej  tępy  człowiek 
dostrzeże  -  tu  spojrzał  na  Summerleego  -  że  skoro  sami  jesteśmy  związani  z  materią,  potrafimy 
najwłaściwiej obserwować zjawiska materialne i kształtować na ich podstawie swoje sądy. A więc tylko 
dzięki  utrzymaniu  się  przy  życiu  przez  tych  kilka  dodatkowych  godzin  wolno  nam  mieć  nadzieję,  że 
uniesiemy ze sobą w to jakieś nowe życie jasne pojęcie o tym zdumiewającym wydarzeniu, którego, 
tak dalece przynajmniej, jak sięga nasza wiedza, ani świat, ani wszechświat dotąd nie doświadczyły. 
Gdybyśmy mieli skrócić w jakiś sposób to nadzwyczajne przeżycie chociażby o minutę, byłaby to dla 
mnie nigdy nie odżałowana strata.  

Jak najbardziej zgadzam się z pańskim zdaniem - zawołał Summerlee. 

- Przejdzie ono bez sprzeciwu - 

rzekł lord John Roxton. - Do licha, ten wasz biedny szofer tam na 

podwórzu 

odbył już swoją ostatnią podróż. Czy nie warto by wyskoczyć i przynieść go tutaj? 

To byłoby ostatnie szaleństwo - zawołał Summerlee. 

No tak, nie przeczę - zreflektował się lord John. - Nic by to nie pomogło, a nasz drogocenny gaz 

rozszedłby  się  po  całym  domu,  nawet  chociaż  byśmy  wrócili  żywi.  Słowo  daję,  spójrzcie  na  te 
maleńkie ptaszki pod drzewami! 

Przysunęliśmy cztery krzesła do szerokiego, niskiego okna - pani Challenger spoczywała jeszcze z 

przymkniętymi oczyma na kanapie. Przypominam sobie, że wyobraźnia podsunęła mi jakąś potworną, 
groteskową  wizję  -  złudzenie  mogło  być  spotęgowane  przez  ciężkie,  duszne  powietrze,  którym 
oddychaliśmy - otóż zdawało mi się, że siedzimy w loży, zajmując cztery pierwsze miejsca, i oglądamy 
ostatni akt dramatu świata. 

background image

- 32 - 

Na pierwszym planie, tuż  pod  nami, był mały  dziedziniec,  na którym stało na  wpół  wyczyszczone 

auto.  Austin,  kierowca,  otrzymał  w  końcu  swoje  ostatnie  wypowiedzenie,  leżał  bowiem  rozciągnięty 
przy kole samochodu z ogromnym siniakiem na czole -prawdopodobni

e padając uderzył się o stopień 

lub  błotnik.  W  ręce  wciąż  jeszcze  trzymał  gumowy  wąż,  którym  przedtem  polewał  auto.  W  kącie 
podwórza  stały  dwa  jaworowe  drzewka,  a  pod  nimi  leżało  kilka  wzruszających,  maleńkich  kulek 
puszystego pierza z cienkimi, wzniesiony

mi ku górze nóżkami. Kosa śmierci zagarniała zamaszyście 

wszystko, co wielkie i małe. Poza murem okalającym podwórze widać było w dole krętą drogę, która 
wiodła  na  stację.  Kilku  spośród  żniwiarzy,  których  widzieliśmy,  gdy  uciekali  z  pól,  leżało  tak,  jak kto 
upadł  -  jeden  na  drugim.  Nieco  wyżej  dostrzegliśmy  nianię  -  jej  głowa  i  ramiona  opierały  się  o 
porośnięte  trawą  zbocze  drogi.  Dziecko,  które  wyjęła  przedtem  z  wózka,  trzymała  w  ramionach  jak 
nieruchome  zawiniątko.  Tuż  obok  niej  mała  plamka  na  skraju  drogi  wskazywała,  gdzie  upadł 
chłopczyk. Jeszcze bliżej nas klęczał pomiędzy dyszlami dorożkarski koń. Stary dorożkarz zwisał na 
błotniku  jak  groteskowy  strach  na  wróble  ze  śmiesznie  dyndającymi  rękami.  Przez  szybę  z  trudem 
udało nam się rozróżnić siedzącego w środku młodzieńca. 

Drzwiczki  karety  były  otwarte,  a  ręka  mężczyzny  opierała  się  na  klamce,  jak  gdyby  miał  zamiar 

wyskoczyć  w  ostatniej  chwili.  W  niewielkim  oddaleniu  mieliśmy  boiska  golfowe,  pocętkowane 
podobnie jak rano ciemnymi postaciami golfistów, ocz

ywiście leżących teraz bez ruchu na trawie albo 

wśród wrzosów, które rosły opodal. Tam, gdzie trawa odcinała się ciemniejszą zielenią, leżało osiem 
ciał.  Było  to  w  tym  miejscu,  gdzie  czterech  golfistów  wraz  z  chłopcami  prowadziło  uparcie  grę  do 
końca.  Żaden  ptak  nie  unosił  się  pod  niebieską  kopułą  nieba,  żaden  człowiek  lub  zwierzę  nie 
poruszało się po rozległej okolicy, która rozciągała się pod nami. Wieczorne słońce roztaczało nad nią 
swe  łagodne  promienie,  ale  nad  tym  wszystkim  czaiła  się  złowroga  cisza  i  bezruch  powszechnej 
śmierci,  w  której  już  wkrótce  mieliśmy  się  połączyć.  W  obecnej  jednak  chwili  ten  kruchy  kawałek 
szyby, zatrzymując wewnątrz dodatkowy tlen, który przeciwdziałał zatrutemu powietrzu, odgrodził nas 
od  losu  całej  reszty  ludzi.  Wiedza  i  przewidywanie  jednego  człowieka  mogły  utrzymać  przez  kilka 
krótkich godzin naszą maleńką oazę życia na tej olbrzymiej pustyni śmierci i uchronić nas od udziału 
we wspólnej katastrofie. Potem stopniowo tlen się wyczerpie, my także będziemy leżeć dusząc się na 
tym wiśniowym dywanie w buduarze, a los ludzkości i wszelkiego życia na ziemi zostanie dopełniony. 
Przez długi czas patrzeliśmy na ten tragiczny świat w nastroju zbyt poważnym, aby cokolwiek mówić. 

Jakiś  dom  się  pali  -  rzekł  w  końcu  Challenger,  wskazując  na  słup  dymu,  który  unosił  się  ponad 

drzewami.  - 

Spodziewam  się,  że  pożarów  będzie  o  wiele  więcej,  być  może,  całe  miasta  staną  w 

płomieniach,  jeżeli  weźmiemy  pod  uwagę,  ilu  ludzi  mogło  paść  z  zapalonymi  przedmiotami  w  ręku. 
Sam fakt, że ogień się pali, wystarcza jako dowód, iż proporcja tlenu w atmosferze jest normalna oraz 
że coś się stało z eterem. Proszę, oto macie jeszcze jedną łunę na szczycie wzgórza Crowborough. 
Jeżeli  się  nie  mylę,  pali  się  klub  golfa.  Zegar  kościelny  wydzwania  godzinę.  Byłoby  to  ciekawe  dla 
naszych filozofów, gdyby wiedzieli, że mechanizmy przeżyły istoty, które je wykonały. 

-  Na  Boga!  - 

zawołał lord Roxton, wstając z krzesła zaintrygowany.  - Co znaczy ta smuga dymu? 

Ależ to pociąg. 

Słyszeliśmy jego dudnienie i natychmiast, pędząc, ukazał się naszym oczom. Miałem wrażenie, że 

jedzie z niesamowitą szybkością. Skąd przybywał, z jak daleka, nie mieliśmy najmniejszego pojęcia. 
Chyba jakimś cudem mógł przejechać pewną odległość. Teraz jednak mieliśmy  zobaczyć straszliwy 
koniec  jego  kari

ery.  Na  linii  stał  nieruchomo  pociąg  towarowy  naładowany  węglem.  Wstrzymaliśmy 

oddech, kiedy ekspres, rycząc, pędził po tym samym torze. Zderzenie było przerażające. Lokomotywa 
i  wagony  wybrzuszyły  się  w  jedną  górę  połamanego  drzewa  i  powyginanego  żelastwa.  Czerwone 
języki ognia wybuchały raz po raz z rumowiska, aż wszystko zostało objęte płomieniem. Pół godziny 
siedzieliśmy prawie bez słowa, oszołomieni tym niezwykłym widokiem. 

- Biedni, biedni ludzie - 

zawodziła z płaczem pani Challenger, uwiesiwszy się na ramieniu męża. 

Moja droga, pasażerowie tego pociągu nie byli bardziej żywi niż ten węgiel, z którym się zderzyli, 

lub zwęglona masa, która z nich teraz pozostała -rzekł Challenger, gładząc łagodnie rękę żony. - Był 
to pociąg żywych jeszcze wtedy, gdy opuszczał stację Victoria, lecz na długo przedtem, zanim doszło 
do tego zderzenia, zarówno pasażerowie, jak i obsługa składali się z umarłych. 

Na  całym  świecie  dzieje  się  chyba  tak  samo  -powiedziałem,  mając  przed  oczyma  wizję 

nieszczęśliwych wypadków. - Weźmy na przykład okręty na morzu, będą posuwały się wciąż naprzód, 
dopóki kotłownie nie przestaną pracować lub dopóki nie rozbiją się o jakiś brzeg. Albo żaglowce, będą 
płynąć tam i z powrotem z ładunkiem martwych marynarzy, aż zgnije drzewo i dno zacznie przeciekać, 
wreszcie jeden po drugim zatoną. Być może, za sto lat jeszcze Atlantyk będzie pokryty gdzieniegdzie 
dryfującymi szczątkami okrętów. 

background image

- 33 - 

- Albo górnicy  w kopalniach  - 

odezwał się Summerlee ze złowieszczym chichotem. - Jeżeli znowu 

przez  jakiś  przypadek  będą  żyli  na  ziemi  geolodzy,  wytworzą  dziwną  teorię  o  istnieniu  człowieka  w 
okresie karbonu. 

Nie jestem uczonym i nie znam się na takich sprawach - zaznaczył lord John - ale mam wrażenie, 

że po tym wszystkim ziemia będzie pusta, do wynajęcia. Skoro już raz nasz ludek zostanie starty z jej 
powierzchni, jak może zjawić się tu znowu? 

Świat był już przedtem pusty - odpowiedział Challenger poważnie. - A zaludniał się dzięki prawom, 

których źródło istnieje gdzieś poza i ponad nami. Dlaczego nie miałby się ten proces powtórzyć? 

- Mój drogi, nie wierzy pan chyba w to, co pan mówi. 

Nie  mam  zwyczaju,  profesorze  Summerlee,  mówić  tego,  w  co  nie  wierzę.  Ta  uwaga  jest 

niesmaczna. - 

Broda Challengera uniosła się, a powieki opadły. 

Całe życie był pan upartym dogmatykiem i takim też pan umrze - rzekł Summerlee cierpko. 

A  pan,  łaskawy  panie,  całe  życie  był  pozbawionym  wyobraźni  opozycjonistą  i  nie  może  pan  już 

mieć nadziei, aby się z tego wyleczyć. 

Najzacieklejsi krytycy nie oskarżą pana o brak wyobraźni - odpalił Summerlee. 

Daję słowo! - wtrącił się lord John. - To jest do was podobne, żeby zużyć ostatnią odrobinę tlenu 

na to, aby siebie wzajemnie obrażać. Co nas to obchodzi, czy ludzie znowu będą na ziemi? Na pewno 
nie stanie się to za naszych czasów. 

-  Ta  uwaga,  drogi  panie,  wskazuje  na  to,  jak  bardzo  jest  pan  ograniczony  - 

powiedział  ostro 

Challenger. - 

Umysł prawdziwego naukowca nie może być uzależniony od warunków czasu i miejsca. 

Wznosi własne obserwatorium na granicy teraźniejszości, która oddziela nieskończoną przeszłość od 
nieskończonej  przyszłości.  Z  tak  pewnego  stanowiska  czyni  wypady  nawet  do  początku  i  końca 
wszechrzeczy.  A  jeżeli  chodzi  o  śmierć,  umysł  naukowca  ginie  na  posterunku,  pracując  w  sposób 
normalny i metodyczny  do końca.  Lekceważy tak błahą rzecz jak własny rozkład fizyczny, podobnie 
jak wszelkie niedoskonałości materii. Czy mam rację, profesorze Summerlee? 

Summerlee odburknął: 

Zgadzam się, ale nie bez zastrzeżeń. 

Idealny  umysł  naukowca  -  ciągnął  dalej  Challenger  - mówię  to  raczej  w  trzeciej  osobie,  aby  nie 

wydawać się zbyt zarozumiałym, otóż idealny umysł naukowca powinien być zdolny do przemyślenia 
jakiegoś  problemu  abstrakcyjnej  wiedzy  nawet  w  czasie,  zanim  jego  właściciel,  spadając  z  balonu, 
dosięgnie ziemi. Ludzie o tak silnych nerwach są nam potrzebni, ponieważ oni to pokonają Przyrodę i 
staną na straży prawdy. 

Dziwi mnie, że tym razem Przyroda jest górą -rzekł lord Roxton, patrząc w okno. - Czytałem kilka 

czołowych  artykułów  o  was,  dżentelmeni,  którzy  panujecie  nad  Przyrodą,  ale  ona  też  czasem 
przychodzi do głosu. 

-  To  jest  tylko  chwilowy  regres  - 

odrzekł Challenger  z przekonaniem.  - Kilka milionów  lat... cóż to 

jest w olbrzymich cyklach czasu? Świat roślinny, jak możecie zauważyć, przetrwał. Spójrzcie na liście 
drzewa jaworowego. Ptaszki są martwe, lecz jawor rozkwita. Z tego świata roślinnego pojawią się w 
swoim czasie w stawach i kałużach delikatne, pełzające, mikroskopijne ślimaczki, które są pionierami 
tej wielkiej armii życia, w której my pięcioro spełniamy w obecnej chwili szczególny obowiązek, służąc 
jako tylna straż. Skoro już raz zawiążą się najniższe formy życia, ostateczne przyjście Człowieka jest 
tak pewne, jak kiełkowanie dębu z żołędzia. Wszystko zacznie się od nowa. 

- A trucizna? - 

spytałem. - Czy nie zetnie pączkującego życia? 

Trucizna, być może, jest tylko jakimś pokładem, jakąś warstwą w eterze, trującym Golfstromem w 

potężnym  oceanie,  w  którym  płyniemy...  Może  ustalą  się  znośne  warunki  i  życie  się  do  nich 
przystosuje?  Sam  fakt,  że  za  pomocą  małego  stosunkowo  dotlenienia  naszego  organizmu  możemy 
oprzeć  się  truciźnie,  jest  z  pewnością  wystarczającym  dowodem  na  to,  że  nie  tak  znowu  wielka 
zmiana byłaby potrzebna, aby świat zwierzęcy mógł to wszystko przetrwać. 

Dom, który  dymił  za  drzewami,  wybuchnął  teraz  płomieniem.  Mogliśmy  obserwować  długie  języki 

ognia strzelające wysoko w powietrze. 

To  przecież  straszne  -  wyszeptał  lord  John,  bardziej  przejęty,  niż  to  kiedykolwiek  dotychczas 

spostrzegłem. 

Właściwie,  co  to  szkodzi?  -  wtrąciłem.  -  Świat  i  tak  jest  wymarły.  Palenie  ciał  jest  niewątpliwie 

najlepszą formą pogrzebu. 

Gdyby ten dom się zapalił, skróciłoby to nasz żywot. 

background image

- 34 - 

Przewidziałem niebezpieczeństwo - rzekł Challenger - i poprosiłem moją żonę, aby nas przed nim 

zabezpieczyła. 

Jesteśmy  całkowicie  bezpieczni,  kochanie.  Ale  w  głowie  zaczyna  mi  znowu  pulsować.  Jakie 

wstrętne powietrze! 

Musimy je zmienić - zadecydował Challenger. Pochylił się nad butlą tlenową. 

-  Jest  prawie  pusta  - 

powiedział.  -  Wystarczyła  nam  jakieś  trzy  i  pół  godziny.  Dochodzi  teraz 

godzina  ósma.  Przetrzymamy  noc  bez  trudu.  Spodziewam  się,  że  kres  nadejdzie  jutro  rano,  około 
godziny dziewiątej. Zobaczymy jeszcze wschód słońca, który będzie należał wyłącznie do nas. 

Odkręcił  drugą  butlę  tlenową  i  otworzył  na  pół  minuty  okienko  wentylacyjne  nad  drzwiami.  Potem 

gdy powietrze stało się bardziej znośne, lecz symptomy zatrucia wystąpiły w nas ostrzej, Challenger 
zamknął okienko z powrotem. 

- A propos - 

rzekł - nie samym tlenem żyje człowiek. Najwyższy czas na kolację. Zapewniam, moi 

panowie,  że  skoro  zaprosiłem  was  do  mego  domu,  i  na  to,  co  jak  przypuszczałem,  będzie 
interesującym  spotkaniem  po  latach,  chciałem,  aby  moja  kuchnia  stanęła  na  wysokości  zadania. 
Niestety,  niewiele  można  zrobić  w  tych  warunkach.  Na  pewno  zgodzicie  się  ze  mną,  że  niemądrze 
byłoby zapalać piecyk naftowy, zużywając w ten sposób powietrze zbyt szybko. Mamy nieduży zapas 
zimnego  mięsiwa,  chleb  i  marynaty,  co  razem  z  paroma  butelkami  czerwonego  wina  powinno  nam 
wystarczyć. Dziękuję ci, moja droga, teraz jak zwykle ty obejmujesz rządy, królowo. 

Podziwialiśmy  szczerze,  jak  pani  Challenger  z  godnością  i  smakiem  właściwym  angielskiej 

gospodyni  w  kilku  minutach  nakryła  stół  śnieżnobiałym  obrusem,  ułożyła  serwetki  i  zastawiła  prosty 
posiłek z całą wytworną elegancją, ustawiając na środku latarkę kieszonkową. Dziwiliśmy się również, 
gdy okazało się, że mamy wilcze apetyty. 

Dowodzi  to,  jak  silne  są  nasze  wrażenia  -  powiedział  Challenger  tym  ugrzecznionym  tonem, 

jakiego  zwykle  używał  wtedy,  gdy  zniżał  swój  umysł  naukowca  do  wyjaśnienia  błahych  rzeczy.  - 
Przechodzimy wielki kryzys. Oznacza to zaburzenia molekularne. A to z kolei świadczy, że organizm 
nasz wymaga pokrzepienia. Wielki smutek i wielka radość z zasady powodują intensywny głód, a nie, 
jakby tego pragnęli nasi powieściopisarze, brak apetytu.  

To dlatego ludzie na wsi urządzają wielkie stypy pogrzebowe - zaryzykowałem. 

Właśnie.  Nasz  młody  przyjaciel  znalazł  trafny  przykład.  Pozwoli  pan  podać  sobie  jeszcze  jeden 

plasterek ozora? 

Tak  samo  robią  dzicy  -  powiedział  lord  Roxton,  odkrawając  kawałek  wołowiny.  - Widziałem,  jak 

nad rzeką Aruwimi chowali wodza. Skonsumowali wówczas hipopotama, który musiał ważyć tyle, ile 
całe plemię. W Nowej Gwinei spotyka się jeszcze takich, którzy zjadają opłakiwanego nieboszczyka, 
po prostu dla porządku. Tak, ale przypuszczam, że ze wszystkich styp pogrzebowych na ziemi ta, do 
której przystąpiliśmy, jest najbardziej dziwna. 

To  niezwykłe  -  odezwała  się  pani  Challenger  -ale  nie  potrafię  znaleźć  w  sobie  uczucia  żalu  po 

tych,  któ

rzy  odeszli.  W  Betfordzie  mieszkają  moi  rodzice.  Wiem,  że  już  nie  żyją,  a  jednak  w  tej 

olbrzymiej,  powszechnej  tragedii  nie  mogę  odczuwać  głębokiego  bólu  wobec  poszczególnych 
jednostek, nawet wobec nich. 

- Albo moja stara matka w swojej chatce, tam w Irlandii - 

odezwałem się. - Widzę ją oczyma duszy: 

w  szalu  i  koronkowym  czepku,  wpół  leżącą,  z  zamkniętymi  oczami,  w  starym  fotelu  z  wysokim 
oparciem, który  stoi  przy  oknie,  a  obok  niej  leżą  okulary  i  książka.  Dlaczego  miałbym  ją  opłakiwać? 
Ona odeszła i ja już odchodzę, chociaż na pewno znajdę się bliżej niej w tym jakimś przyszłym życiu, 
bliżej, niż jest z Anglii do Irlandii. A jednak boleję na myśl, że nie ma już tego drogiego ciała. 

Jeżeli  chodzi  o  ciało  -  zaznaczył  Challenger  -nie  płaczemy  przecież  po  kawałku  odciętego 

paznokcia  ani  uciętego  pukla  włosów,  mimo  że  były  one  częścią  nas  samych.  Nawet  człowiek  z 
amputowaną nogą nie płacze za brakującą kończyną. Fizyczne ciało jest dla nas raczej źródłem bólu i 
cierpień.  Stale  przypomina  nam  o  naszej  niedoskonałości.  Dlaczego  więc  mielibyśmy  się  tak 
przejmować, kiedy następuje oddzielenie duszy od ciała? 

Jeżeli  takie  oddzielenie  istotnie  ma  miejsce  -mruknął  Summerlee.  -  Lecz  mimo  wszystko 

powszechna śmierć jest straszna. 

Jak już wyjaśniłem - rzekł Challenger - powszechna śmierć jest z natury rzeczy mniej przerażająca 

niż śmierć w odosobnieniu. 

-  To  tak,  jak  w  bitwie  - 

nadmienił  lord  Roxton.  -Gdybyście  zobaczyli  człowieka  leżącego  tu  na 

podłodze z rozbitą klatką piersiową i dziurą w głowie, przyprawiłoby was to o mdłości. Ale ja widziałem 
jakieś dziesięć tysięcy zabitych w Sudanie i nie doznałem takiego uczucia, bo kiedy tworzy się historia, 

background image

- 35 - 

życie  jednostki  nie  jest  na  tyle  ważne,  aby  się  nim  przejmować.  Jeżeli  za  jednym  zamachem  giną 
miliony, jak to się dzieje teraz, trudno jest wyodrębnić siebie spośród tłumu. 

Chciałabym,  aby  już  było  po  wszystkim  -  rzekła  pani  Challenger  z  tęskną  nutą  w  głosie.  -  O 

George, tak się boję. 

Kiedy  nadejdzie  czas,  ty  będziesz  najdzielniejsza  z  nas  wszystkich,  mała  kobietko.  Byłem  dla 

ciebie  szorstkim,  starym  małżonkiem,  kochanie,  ale  ty  właśnie  uniesiesz  wspomnienie  o  George'u 
Edwardzie  Challengerze  takim,  jakim  go  stworzono,  a  co  nie  było  jego  winą.  Mimo  wszystko,  nie 
chciałabyś zamienić mnie na kogoś innego? 

Na  nikogo  spośród  wszystkich  ludzi  na  szerokim  świecie,  kochanie  -  odpowiedziała,  zarzucając 

ręce na jego potężny kark. Summerlee, lord Roxton i ja podeszliśmy do okna i stanęliśmy zdumieni na 
widok, jaki ukazał się naszym oczom. 

Zapadła  ciemność  i  wymarły  świat  spowity  był  w  posępny  kir  żałoby.  Lecz  tuż  nad  południowym 

horyzontem  wznosiła  się  długa,  jasna,  purpurowa  smuga,  która  rosła  i  przygasała  jakimś  żywym 
pulsem życia, to bijąc nagle aż po szkarłatny zenit, to opadając do poziomej linii ognia. 

Lewes w płomieniach! - krzyknąłem. 

Ależ  ińe,  to  pali  się  Brighton  -  rzekł  Challenger,  podchodząc  do  naszego  towarzystwa.  -  Na  tle 

ognia widać przecież postrzępiony grzbiet wydm. Ogień pali się o kilka mil poza nimi. Widocznie płonie 
całe miasto. 

W  różnych  punktach  widać  było  czerwone  łuny,  ponuro  tliły  się  jeszcze  zgliszcza  nad  torem 

kolejowym,  lecz  wszystko  to  wydawało  się  drobnymi  punkcikami  światła  w  porównaniu  z  potworną 
pożogą,  która  szalała  ponad  wzgórzami.  Cóż  za  materiał  dla  „Daily  Gazette"!  Czyż  dziennikarz  miał 
kied

ykolwiek  taką  okazję,  a  równocześnie  tak  mało  szans,  aby  ją  wykorzystać?  Tak  niezrównany 

temat,  a  przy  tym  nikogo,  kto  by  to  przeczytał?  I  wtedy  nagle  odezwała  się  we  mnie  żyłka  starego 
reportera.  Jeżeli  ci  dwaj  naukowcy  potrafili  być  tak  wierni  dla  dzieła  swego  życia  aż  do  ostatka,  to 
dlaczego i ja nie miałbym okazać się wytrwały w swojej skromnej pracy? Żadne oko ludzkie nie miało 
spocząć na tym, co tworzyłem. Ale tę długą noc trzeba było jakoś przetrwać, a dla mnie przynajmniej 
sen był niemożliwy. Zapisywanie wrażeń pomoże mi przebrnąć przez te męczące godziny i pochłonie 
moją  uwagę.  W  taki  więc  sposób  doszło  do  tego,  że  mam  teraz  przed  sobą  mój  notes  z 
zagryzmolonymi stronicami, pisany w nieładzie na kolanach, w mdłym, przygasającym świetle naszej 
jedyne

j kieszonkowej lampki. Może gdybym miał zacięcie literackie, opisałbym to zdarzenie lepiej. Ale 

nawet  w  tym  stanie  notatki  te  mogą  się  na  coś  przydać,  odtwarzając  w  czyjejś  wyobraźni 
nieskończenie długie chwile wzruszeń i grozy tej potwornej nocy. 

 

ROZDZIAŁ IV ZAPISKI UMIERAJĄCEGO 

Jakże dziwnie wyglądają te słowa napisane niezgrabnie na początku pustej stronicy mojej książki! 

Tym  dziwniej,  że  to  ja  je  napisałem,  ja,  Edward  Malone,  ja,  co  wyszedłem  przed  mniej  więcej 
dwunastu  godzinam

i  z  mego  mieszkania  na  Streatham,  nie  mając  pojęcia  o  tych  niezwykłych 

zdarzeniach,  które  dzień  miał  przynieść  z  sobą!  Patrzę  wstecz  na  łańcuch  wydarzeń,  przypominam 
sobie  moją  rozmowę  z  Mc  Ardle'em,  pierwszy  sygnał  alarmowy  Challengera  w  „Timesie", 
niedor

zeczną podróż w pociągu, przyjemny lunch i katastrofę. Teraz doszło do tego, że pozostajemy 

osamotnieni na pustej planecie, a los jest już przesądzony, tak że mogę uważać te rzędy liter, pisane 
mechanicznie,  raczej  z  nawyku  zawodowego,  niż  przeznaczone  dla  ludzkich  oczu,  jako  słowa 
człowieka już nie żyjącego, tak blisko bowiem stoi on przy rubieżach krainy cieni, do której przenieśli 
się wszyscy poza tym małym gronem przyjaciół. Rozumiem teraz, jak mądre i prawdziwe były słowa 
Challengera, kiedy powiedział, że istotną tragedią byłoby pozostać przy życiu, podczas gdy wszystko, 
co szlachetne, dobre i piękne, zginęło bezpowrotnie. Lecz to nam z pewnością nie grozi. Druga butla z 
tlenem  jest  już  prawie  wyczerpana.  Możemy  liczyć  te  nędzne  resztki  naszego  życia  nieledwie  na 
minuty. Już z górą kwadrans słuchaliśmy wykładu Challengera, który był tak wzburzony, że grzmiał i 
ryczał, jak gdyby zwracał się do swoich starych oponentów z Queen's Hall. Dziwnych miał doprawdy 
słuchaczy; jego żona, która godziła się ze wszystkim, choć niczego nie rozumiała; Summerlee ukryty 
w cieniu, nastawiony kłótliwie i krytycznie, lecz pełen zainteresowania; lord Roxton wygodnie rozparty 
w fotelu, nieco znudzony tymi wywodami; a przy oknie ja sam, obserwujący tę scenę z roztargnieniem, 
jak 

gdyby wszystko to było snem lub czymś, co mnie osobiście zupełnie nie interesuje. 

Challenger  siedział  przy  dużym  stole,  a  elektryczne  światło  skupiało  się  na  lusterku  mikroskopu, 

który przyniósł z alkowy. Niewielki, jasny krąg ostrego światła, który odbijał się od lusterka, sprawiał, 
że szorstka, obrośnięta twarz profesora tonęła częściowo w jasnym blasku, częściowo pozostawała w 

background image

- 36 - 

głębokim cieniu. Challenger pracował ostatnio nad najniższymi formami życia, a tym, co go w obecnej 
chwili tak frapowało, był fakt, że ameba spreparowana poprzedniego dnia jeszcze żyła. 

Możecie to stwierdzić sami - powtarzał w wielkim podnieceniu. - Summerlee, czy zechciałby pan 

podejść  i  zaspokoić  swoją  ciekawość?  Malone,  czy  mógłby  pan  łaskawie  sprawdzić,  że  istotnie  jest 
tak, 

jak mówię? Te małe żyjątka o kształcie pajączkowatym, które widać w środku, to okrzemki i nie 

należy  ich  brać  pod  uwagę,  ponieważ  są  raczej  roślinami  niż  zwierzętami.  Lecz  po  prawej  stronie 
możecie  zobaczyć  najprawdziwszą  amebę,  poruszającą  się  pełzakowato  w  obrazie  mikroskopu.  Ta 
górna śruba służy do wyregulowania obrazu. Zobaczcie sobie sami. 

Summerlee  popatrzył  i  przyznał  rację.  Spojrzałem  również  w  mikroskop  i  w  oświetlonym  polu 

dostrzegłem maleńkie stworzenie, które wglądało, jak gdyby było zbudowane z przezroczystej masy, 
przelewające  się  ruchem  charakterystycznym  dla  substancji  ciągliwych.  Lord  Roxton  był  gotów 
uwierzyć na słowo. 

Nie mam zamiaru zawracać sobie głowy tym, czy ona jest żywa, czy martwa - rzekł. - Znamy się 

tylko  z  widzenia,  dlaczego  w

ięc  miałbym  się  nią  przejmować?  Nie  przypuszczam,  aby  ona  sama 

martwiła się stanem naszgo zdrowia. 

Roześmiałem  się  na  to,  a  Challenger  zmierzył  mnie  swym  jak  najbardziej  chłodnym  i  wyniosłym 

spojrzeniem. Poczułem się tak, jak gdyby mnie ktoś oblał zimną wodą. 

Zuchwalstwo półinteligenta jest bardziej szkodliwe dla postępu wiedzy niż tępota ignoranta -rzekł. 

Jeżeli lord John Roxton łaskawie pozwoli... 

Drogi  George,  nie  bądźże  taki  zgryźliwy  -  przerwała  mu  żona,  chwytając  go  za  czarną  grzywę, 

która opada

ła na mikroskop. - Czy ma to jakieś znaczenie, czy ona żyje, czy też nie? 

- To ma bardzo wielkie znaczenie - 

odpowiedział cierpko Challenger. 

Więc  niech  nam  pan  coś  o  tym  powie  -  odezwał  się  lord  John  z  pojednawczym  uśmiechem.  - 

Możemy mówić o amebie równie dobrze jak o czymkolwiek innym. Jeżeli pan uważa, że odniosłem się 
do tej rzeczy zbyt lekceważąco albo obraziłem w jakiś sposób jej uczucia, to mogę się wytłumaczyć. 

-  Ze  swej  strony  - 

zaznaczył  Summerlee  swym  skrzeczącym,  kłótliwym  głosem  -  nie  rozumiem, 

dlaczego miałby pan przywiązywać taką wagę do tego, czy stworzenie to żyje. Oddycha ono tą samą 
atmosferą, co my, a więc naturalnie trucizna na nie nie działa. Gdyby ameba znalazła się na zewnątrz 
tego pokoju, zginęłaby podobnie jak wszelkie inne istoty żywe. 

Pańskie  uwagi,  kochany  Summerlee  -  odparł  Challenger  z  przesadną  uniżonością  (o,  gdybym 

umiał  odmalować  tę  hardą,  zuchwałą  twarz,  oświetloną  żywym  refleksem  światła  padającego  od 
lusterka  mikroskopu!)  - 

Pańskie  uwagi  świadczą,  że  niedostatecznie  ocenia  pan  sytuację.  Ten  okaz 

był  umieszczony  na  szkiełku  już  wczoraj  i  jest  całkowicie  odizolowany.  Nie  dostanie  się  tam  ani 
odrobina  naszego  tlenu.  Eter  jednak  przeniknął  do  preparatu,  jak  zresztą  do  każdego  punktu  we 
wszechświecie. Stąd wniosek, że ameba nie uległa zatruciu. Możemy wobec tego twierdzić, że każda 
ameba znajdująca się na zewnątrz faktycznie przetrwała tę katastrofę i bynajmniej nie zginęła, jak pan 
tego mylnie dowodził. 

No, nawet teraz nie czuję ochoty, aby wykrzyknąć „hip, hip hurra!" na jej cześć - rzekł lord John. - 

Niewielkie ma już to chyba znaczenie. 

Przeciwnie. Oznacza to, że świat nie jest martwy, ale żyje. Gdyby pan miał wyobraźnię naukowca, 

potrafiłby pan wybiec na podstawie tego jedynego faktu myślą naprzód i dostrzec, że za  jakieś kilka 
milionów lat, cóż, moment przejściowy w olbrzymim nurcie wieków, świat raz jeszcze zaroi się życiem 
zwierząt  i  ludzi,  które  wyrosło  z  tego  oto  delikatnego  korzenia.  Widzieliście  już  ogień  prerii,  którego 
płomienie  zmiatały  z  powierzchni  ziemi  każde  źdźbło  trawy  czy  innej  rośliny,  pozostawiając  tylko 
sczerniałe pustkowie. Można by przypuszczać, że miejsce to będzie już na zawsze pustynią. A jednak 
korzenie roślin zachowały się i gdyby wypadło nam przejeżdżać tamtędy za kilka lat, nie umielibyśmy 
nawet wskazać, gdzie były te czarne blizny. Tu, w tym drobniutkim stworzonku, mieszczą się korzenie 
rozrodcze całego świata  zwierzęcego. Dzięki samorodnemu rozwojowi i  ewolucji  zatrą się  z czasem 
ślady tego nie dającego się z niczym porównać kryzysu, który nas obecnie pochłonął. 

Diabelnie interesujące! - powiedział lord Roxton, podchodząc leniwie do mikroskopu. - Śmieszny, 

mały facet, i to ma wisieć jako numer pierwszy wśród rodzinnych portretów. Ma ładną spinkę u koszuli! 

Ten czarny przedmiot to jego jądro - rzekł Challenger z miną niańki uczącej dziecko wymawiania 

liter. 

A więc, nie potrzebujemy czuć się osamotnieni - powiedział śmiejąc się lord John. - Jest jeszcze 

ktoś, kto żyje oprócz nas na ziemi. 

background image

- 37 - 

Pan  zdaje  się  przesądzać  z  góry,  Challenger  -odezwał  się  Summerlee  -  że  celem,  dla  którego 

świat został stworzony, jest to, aby wytwarzał i podtrzymywał życie ludzkie. 

No  cóż,  mój  panie,  a  jaki  pan  cel  upatruje?  -spytał  Challenger,  złoszcząc  się  na  najmniejszy 

odruch sprzeciwu. 

Czasami myślę, iż tylko wielka zarozumiałość ludzkości każe człowiekowi przypuszczać, że cała 

ta scena została wzniesiona po to, aby mógł on pysznić się na niej. 

Nie powinniśmy być w tej sprawie dogmatyczni, lecz pomijając chociażby to, co zaryzykował pan 

nazwać potworną zarozumiałością, możemy śmiało powiedzieć, że jesteśmy najdoskonalszym tworem 
Natury. 

Najdoskonalszym spośród tych, o których wiemy. 

To nie ulega wątpliwości, drogi panie. 

Zwróćmy  uwagę  na  te  wszystkie  miliony,  a  może  miliardy  lat,  przez  które  ziemia  krążyła  pusta 

wśród  przestrzeni,  a  jeżeli  nie  pusta,  to  przynajmniej  bez  jakiegokolwiek  śladu  ludzkiego  rodzaju. 
Pomyślmy o ziemi, zmywanej przez deszcze, spalanej przez słońce i smaganej przez wiatry w ciągu 
tych niezliczony

ch wieków. Geologiczne biorąc, człowiek pojawił się zaledwie wczoraj. Dlaczego więc 

mielibyśmy z góry zakładać, że te zadziwiające przygotowania czynione były dla jego dobra? 

Dla kogo więc i na co? Summerlee wzdrygnął ramionami. 

Jak by to powiedzieć?... Dla jakichś ogólnych przyczyn, nie mieszczących się w naszym pojęciu, a 

człowiek jest może wyłącznie przypadkiem, tworem ubocznie wyłonionym w procesie! Jest to tak, jak 
gdyby piana na powierzchni oceanu wyobrażała sobie, że tenże ocean został stworzony  po to, aby z 
kolei ją wytworzyć i utrzymać, albo jak gdyby mysz, która mieszka w katedrze, myślała, że budynek 
ten jest jej własną przeznaczoną dla niej rezydencją. 

Notowałem szybko słowa tej dysputy, lecz teraz przeradza się ona już tylko w hałaśliwą kłótnię; z 

każdej  strony  padają  wielosylabowe  wyrazy  naukowego  żargonu.  Bez  wątpienia  niemała  to  gratka 
przysłuchiwać się, jak takie dwa tęgie umysły polemizują o najwyższych sprawach nauki, ale ponieważ 
nasi uczeni są w wiecznej niezgodzie, prosty ludek, tak jak lord John i ja, niewiele wynosi korzyści z 
tego  całego  popisu.  Zbijają  wzajemnie  swoje  poglądy,  a  my  dwaj  jesteśmy  tak  samo  mądrzy,  jak 
przedtem. Nareszcie wrzawa cichnie... Summerlee kręci się na krześle, podczas gdy Challenger, stale 
jeszcze manipulu

jąc śrubkami mikroskopu, wydaje z siebie raz po raz niski, głęboki, nieartykułowany 

pomruk, podobnie jak morze po skończonym sztormie. Lord Roxton podchodzi do mnie - spoglądamy 
teraz razem w noc. 

Widzimy blady nów księżyca - ostatniego księżyca, na którym spoczną kiedykolwiek ludzkie oczy -i 

gwiazdy  świecą  jak  najwspanialej.  Nawet  w  czystym  powietrzu  nad  płaskowyżem  Ameryki 
Południowej  nie  były  nigdy  jaśniejsze.  Przypuszczalnie  zmiany,  które  zaszły  w  eterze,  mają  jakiś 
wpływ na światło. Pogrzebowy stos  Brightonu jeszcze płonie, daleko na  zachodzie  widać szkarłatną 
plamę,  co  może  oznaczać  klęskę  pożaru  w  Arundel  lub  Chichester,  nie  wykluczone,  że  i  w 
Portsmouth.  Siedzę  zadumany  i  od  czasu  do  czasu  notuję.  Jakaś  łagodna  melancholia  zawisła  w 
powietrzu. Młodość i piękno, i rycerskość, i miłość  - czyż miałby to być koniec wszystkiego? Ziemia, 
nad którą błyszczą gwiazdy, wygląda jak zaczarowana kraina ukojenia i pokoju - któż by przypuszczał, 
że jest to straszliwa Golgota, usłana ciałami całej ludzkości? Nagle uświadamiam sobie, że się śmieję. 

Hola,  młodzieńcze!  -  zwraca  się  do  mnie  lord  John,  zdziwiony.  -  My  też  chętnie  posłuchamy 

dowcipu w tych ciężkich czasach. A więc, co to było? 

Rozmyślałem  o  tych  wszystkich  nierozwiązanych  problemach  -  odpowiadam  mu  -  problemach, 

którym  poświęciliśmy  tyle  pracy  i  rozważań.  Niech  pan  na  przykład  weźmie  pod  uwagę  rywalizację 
angielsko-

niemiecką,  albo  Zatokę  Perską,  czym  się  tak  żywo  interesował  mój  stary  szef.  Czy 

ktokolwiek  mógł  odgadnąć  wówczas,  kiedyśmy  się  tak  gryźli  i  trapili,  jak  te  problemy  miały  być 
ostatecznie rozstrzygnięte? 

Znowu zapanowało milczenie. Przypuszczam, że każdy z nas myśli o przyjaciołach, którzy odeszli 

wcześniej. Pani Challenger szlocha cichutko, a jej mąż coś do niej szepcze. Myśl moja zwraca się ku 
najróżniejszym osobom. Widzę ich, każdego z osobna, jak leżą bladzi i sztywni podobnie jak biedny 
Austin tam na podwórzu. Wśród nich jest na przykład Mc Ardle. Wiem dokładnie, gdzie się znajduje, z 
twarzą  pochyloną  na  biurku  i  ręką  na  telefonie,  tak  właśnie,  jak  upadł  w  chwili,  gdy  go  słyszałem. 
Redaktor  Beaumont  również  leży,  przypuszczam,  na  niebieskoczerwonym  tureckim  dywanie,  który 
upiększał  jego  sanktuarium.  Albo  na  przykład  koledzy  z  pokoju  reporterów  -  Macdonna  i  Murray,  i 
Bond...  Ci  na  pewno  padli 

przy  ciężkiej  pracy,  wykonując  obowiązki  z  notesami  w  ręku,  pełnymi 

żywych impresji i opisów o dziwnych zdarzeniach. Mogłem sobie wprost wyobrazić, jak jeden z nich 
został wysłany na interview do lekarzy, drugi do Westminsteru, a trzeci do Katedry Św. Pawła. Jakże 

background image

- 38 - 

wspaniałe  nagłówki  musieli  sobie  układać  w  ostatniej  pięknej  wizji,  nagłówki,  którym  nigdy  nie  było 
przeznaczone ucieleśnić się w farbie drukarskiej! Wydaje mi się, że widzę Macdonnę wśród lekarzy  - 
„Nadzieje na Harley Street" - Mac zawsze miał słabość do aliteracji. 

„Wywiad z panem Soleyem Wilsonem". 
„Sławny  specjalista  mówi:  »Nie  należy  tracić  nadziei«.  Nasz  specjalny  korespondent  zastał 

wybitnego  naukowca  na  dachu,  dokąd  wycofał  się  on,  aby  uniknąć  tłumu  przerażonych  pacjentów, 
szturmujących jego mieszkanie. Dając odczuć całym zachowaniem, że rozumie powagę chwili, sławny 
lekarz  nie  chciał  przyznać,  że  wszelkie  drogi  nadziei  zostały  zamknięte".  Tak  właśnie  Mac  zacząłby 
swój artykuł. Dalej był jeszcze Bond; on prawdopodobnie pisałby reportaż z Katedry Św. Pawła. Ten 
miał  wyobraźnię  literacką.  Słowo  daję,  co  za  temat  dla  niego!  „Kiedy  stałem  w  małej  galeryjce  pod 
katedrą i patrzyłem na tę zwartą masę rozpaczających ludzi, którzy w tym ostatnim momencie kornie 
chylili czoło przed Potęgą, tak zawzięcie dotąd przez nich ignorowaną - dobiegł moich uszu ze strony 
kołyszących  się  tłumów  tak  głęboki  jęk  prośby  i  rozpaczy,  tak  wstrząsający  krzyk  o  pomoc  do 
Nieznanego, że... " i tak dalej... 

Oto koniec godny reportera, chociaż, podobnie jak ja wkrótce, mógł on umrzeć z niewykorzystanym 

skarbem.  Czego  by  nie  dał  Bond,  biedne  chłopisko,  aby  ujrzeć  swoje  inicjały:  J.  H.  B.  u  dołu  takiej 
kolumny? 

Ale  jakież  to  nonsensy  tu  wypisuję!  Silę  się,  aby  jakoś  spędzić  przygnębiające  chwile.  Pani 

Challenger  poszła  do  alkowy,  a  profesor  mówi,  że  zasnęła.  On  sam  notuje  przy  stole  i  zagląda  do 
książek z takim spokojem, jak gdyby miał przed sobą całe lata niezakłóconej pracy. Pisze skrzypiącym 
gęsim piórem, a dźwięk ten zdaje się urągać tym wszystkim, którzy są profesorowi przeciwni. 

Summerlee  uciął  drzemkę  na  krześle,  drażniąc  nas  raz  po  raz  swoim  chrapaniem.  Lord  John 

zamknął oczy i leży na wznak z rękami w kieszeniach. Nie mogę pojąć, jak ludzie mogą spać w takiej 
sytuacji. 

Trzecia trzydzieści nad ranem. Obudziłem się nagle z przerażeniem. Było pięć minut po jedenastej, 

gdy  pisałem  swoje  ostatnie  uwagi.  Pamiętam,  że  nakręciłem  zegarek  i  zanotowałem  czas.  A  więc, 
zmarnowałem  jakieś  pięć  godzin  z  tej  małej  cząstki  czasu,  jaka  nam  jeszcze  pozostała.  Kto  by 
uwierzył, że to możliwe? Czuję się jednak znacznie odświeżony, gotów na przyjęcie swego losu, lub 
przynajmniej próbuję wmówić w siebie, że jestem gotów. A jednak, im bardziej człowiek jest w formie, 
im większy czuje przypływ energii życiowej, tym bardziej wzdraga się przed śmiercią. Jakże mądra i 
jakże łaskawa jest owa przezorność Natury, dzięki której nasza ziemska kotwica rozluźnia się zwykle 
za pomocą wielu drobnych, ledwo dostrzegalnych szarpnięć, dopóki świadomość nie odbije od swego 
niestałego, ziemskiego portu na pełne morze leżące poza nim! 

Pani Challenger przebywa jeszcze w alkowie, a jej mąż zasnął na krześle. Cóż za obraz! Ogromny 

kształt pochylony do tyłu, olbrzymie włochate ręce skrzyżowane na piersiach, a głowa tak opuszczona, 
że  widać  tylko  ponad  kołnierzykiem  szczecinowatą  plątaninę  obfitej  brody.  Trzęsie  się  od  wibracji 
własnego  chrapania.  Wysoki  tenor  profesora  Summerlee  łączy  się  raz  po  raz  z  donośnym  basem 
Challengera.  Śpi  także  lord  Roxton,  jego  długie  ciało  zgięte  wpół,  na  boku,  w  trzcinowym  fotelu. 
Pierwsze z

imne światło poranku zakrada się do pokoju, wszystko jest szare i smutne. 

Patrzę  na  wschodzące  słońce  -  to  nieszczęsne  słońce,  które  zaświeci  nad  wyludnioną  ziemią. 

Rodzaj ludzki przestał istnieć, zmieciony z powierzchni w ciągu jednego dnia, lecz planety krążą wokół 
i przypływy wód wznoszą się i opadają, a wiatr szepce i cała Natura kroczy swoją drogą, powracając, 
zda  się,  aż  do  samej  ameby,  i  nigdy  nie  daje  poznać,  czy  obecność  tego,  który  mienił  się  panem 
stworzenia,  była  kiedykolwiek  dla  wszechświata  błogosławieństwem,  czy  klątwą.  Tam  na  podwórzu 
leży Austin z rozciągniętymi ramionami, twarz jego odcina się blado w świetle poranku, a wąż gumowy 
ciągle  sterczy  w  martwej  ręce.  Cała  ludzkość  uosobiona  jest  w  tej  na  wpół  śmiesznej,  na  wpół 
patetycznej postac

i, leżącej bezradnie obok maszyny, nad którą tak łatwo panowała. 

Tu kończą się notatki, które wówczas robiłem. Odtąd wydarzenia potoczyły się  zbyt szybko i zbyt 

były absorbujące, abym mógł pozwolić sobie na ich notowanie, ale rysują mi się w pamięci aż nadto 
wyraźnie, tak że żaden szczegół nie ujdzie mej uwagi. 

Czując,  jak  coś  mnie  dławi  w  gardle,  spojrzałem  na  butle  z  tlenem  i  przeraziłem  się  tym,  co 

zobaczyłem. W klepsydrze naszego życia usypywały się ostatnie ziarnka piasku. O pewnej porze nocy 
Challenge

r wykręcił zawór z trzeciej butli i wkręcił go do czwartej. Było widać teraz, że i w tej już nic 

prawie  nie  pozostało.  Miałem  teraz  to  okropne  uczucie,  że  zbliża  się  chwila  całkowitego  uduszenia. 
Podbiegłem  i  odkręcając  zawór  przełożyłem  go  do  ostatniej  zapasowej  butli.  Natychmiast  gdy  to 
uczyniłem, odczułem wyrzut sumienia, miałem bowiem wrażenie, że gdybym powstrzymał swą rękę, 
wszyscy  oni  przeszliby  na  tamten  świat  we  śnie.  Myśl  ta  została  spłoszona  przez  kobiecy  głos 
wołający z pokoju w głębi: 

background image

- 39 - 

- George, 

George, duszę się! 

Zaraz będzie dobrze, proszę pani - odpowiedziałem w chwili, gdy inni zerwali się na równe nogi. - 

Właśnie otworzyłem świeży zapas. 

Nawet  w  takim  momencie  nie  mogłem  powstrzymać  uśmiechu  na  widok  Challengera,  który  trąc 

oczy wielkimi owłosionymi pięściami, wyglądał jak olbrzymie brodate dziecko, dopiero co zbudzone ze 
snu. Kiedy Summerlee zdał sobie sprawę z sytuacji, zaczął drżeć na całym ciele jak człowiek w febrze 
i  na  chwilę  zwykły,  ludzki  strach  wziął  górę  nad  stoicyzmem  naukowca.  Lord  Roxton  natomiast  był 
opanowany i czujny, jak gdyby wstał właśnie w dniu polowania. 

Piąta i ostatnia - rzekł, spoglądając na butlę. -Niech mi pan tylko nie mówi, młodzieńcze, że przez 

cały ten czas zapisywał pan swoje wrażenia na tym papierze, który ma pan na kolanach. 

Tylko parę uwag, tak dla spędzenia czasu. 

No  tak,  jedynie  Irlandczyk  mógłby  się  na  to  zdobyć.  Mam  nadzieję,  że  zanim  pan  znajdzie 

czytelnika,  będzie  pan  musiał  poczekać,  aż  urośnie  nasza  maleńka  siostrzyca  ameba.  Nie  robi  ona 
wrażenia,  żeby  ją  obecnie  cokolwiek  obchodziło  z  tego,  co  się  tutaj  dzieje.  Herr  Professor,  jakie  są 
widoki na przyszłość? 

Challenger patrzył przez okno na smugi porannej mgły, która zawisła nad krajobrazem. Zalesione 

pagórki wyłaniały się gdzieniegdzie jak stożkowate wyspy sponad wełniastego morza mgieł. 

Wygląda  to  jak  śmiertelny  całun  -  rzekła  pani  Challenger,  wchodząc  w  poranniku.  -  Masz  taką 

swoją  piosenkę,  George,  „Król  umarł,  niech  żyje  król",  to  były  prorocze  słowa.  Ależ  wy  drżycie,  moi 
biedni drodzy przyjaciele. Ja grzałam się całą noc pod swoją kołderką, a wy marzliście na krzesłach. 
Zaraz postawię was na nogi. 

Dzielne  małe  stworzenie  wybiegło,  a  za  chwilę  usłyszeliśmy  syczenie  czajnika.  Wkrótce  była  z 

powrotem, niosąc na tacy pięć parujących filiżanek czekolady. 

- Wypijcie to - 

rzekła. - Poczujecie się znacznie lepiej. 

Usłuchaliśmy.  Summerlee  zapytał,  czy  może  zapalić  fajkę,  a my  zapaliliśmy  papierosy.  Myślę,  że 

wzmocniło  to  nasze  nerwy,  ale  było  to  jednocześnie  błędem,  bo  atmosfera  w  tym  dusznym  pokoju 
zrobiła się nieznośna. Challenger musiał otworzyć okienko wentylacyjne. 

Jak długo jeszcze, Challenger? - zapytał lord John. 

Możliwie trzy godziny - odrzekł, wzdrygnąwszy ramionami. 

Dotąd  bałam  się  -  wtrąciła  jego  żona.  -  Lecz  im kres  jest  bliższy,  jakoś  łatwiej  przychodzi  mi  to 

znieść. Czy nie uważasz, George, że powinniśmy się pomodlić? 

Możesz się modlić, kochanie, jeżeli tak chcesz -odpowiedział olbrzym bardzo łagodnie. - Wszyscy 

modlimy się na swój własny sposób. Moja modlitwa to całkowite pogodzenie się ze wszystkim, co Los 
mi zsyła, pogodna rezygnacja. Najwyższa religia i najwyższa wiedza zdają się tu jednoczyć. 

Mówiąc prawdę, nie mogę określić swojej postawy  duchowej mianem rezygnacji, a tym bardziej 

pogodnej  rezygnacji  -  za

mruczał  Summerlee  spoza  swojej  fajki.  -  Poddaję  się,  ponieważ  jestem 

zmuszony.  Przyznaję,  że  chętnie  skorzystałbym  jeszcze  z  jednego  roku  życia,  aby  mieć  możność 
ukończenia pracy nad klasyfikacją skamielin kredowych. 

Pańska nie dokończona praca to drobiazg -rzekł Challenger pompatycznie  - zważywszy fakt, że 

moje  własne  magnum  opus:  „Drabina  życia",  jest  dopiero  w  pierwszym  stadium.  Mój  rozum,  moje 
oczytanie,  moje  doświadczenie,  istotnie,  moje  wszystkie  wyjątkowe  zdolności  i  umiejętności  miały 
skupić się w tym epokowym dziele. A jednak, powiadam, godzę się z Losem. 

Przypuszczam, że każdy z nas coś tam zaczął robić i nie skończył  - rzekł lord Roxton.  - A co  z 

panem, młody przyjacielu? 

Pracowałem nad tomem wierszy - odparłem. 

Świat  ich  bądź  co  bądź  uniknął  -  rzekł  lord  Roxton.  -  Nie  ma  tego  złego,  co  by  na  dobre  nie 

wyszło. 

- A pan? - 

spytałem. 

Tak  się  akurat  złożyło,  że  miałem  już  wszystko  uporządkowane.  Obiecałem  Merivale'owi,  że 

pojadę  wiosną  do  Tybetu  na  śnieżnego  lamparta.  Pani  jednak  musi  być  przykro,  pani  Challenger, 
skoro założyła już pani ten miły dom... 

Tam gdzie jest George, tam jest mój dom. Ale naprawdę dałabym wiele za ostatni wspólny spacer 

na świeżym, rannym powietrzu po tych pięknych dolinach. 

background image

- 40 - 

Jej  słowa  odbiły  się  echem  w  naszych  sercach.  Słońce  przebiło  się  poprzez  muślinową  zasłonę 

mgieł  i  cała  rozległa  przestrzeń  Wealdu  skąpana  była  w  jego  złotawym  blasku.  Siedząc  tak  w 
ciemnym,  pełnym  zatrutego  powietrza  pokoju,  mieliśmy  wrażenie,  że  ta  wspaniała,  czysta,  wiatrem 
muskana  okolica  je

st  jak  gdyby  sennym  marzeniem  o  pięknie.  Pani  Challenger,  powodowana 

tęsknotą,  trzymała  ręce  wyciągnięte  w  tę  stronę.  Przysunęliśmy  krzesła  i  siedliśmy  półkolem  przy 
oknie. Powietrze stało się już teraz bardzo ciężkie. Zdawało mi się, że skrzydła śmierci rozpościerają 
się nad nami – niedobitkami ludzkości. Mieliśmy wrażenie, że niewidzialna zasłona opada na nas ze 
wszystkich stron. 

Ta butla nie była dostatecznie napełniona -rzekł lord John, biorąc głęboki oddech. 

Zawartość  może  być  różna  -  odparł  Challenger  -  w  zależności  od  siły  sprężenia  tlenu  i 

dokładności, z jaką butlę zamknięto. Jestem skłonny zgodzić się z panem, lordzie Roxton, że ta butla 
ma jakiś defekt. 

A  więc  okradziono  nas  z  ostatniej  godziny  naszego  życia  -  spostrzegł  Summerlee  z  goryczą.  - 

Doskonała  końcowa  ilustracja  oszukańczego  wieku,  w  którym  przypadło  nam  żyć.  Challenger,  teraz 
czas na pana, jeżeli ma pan ochotę przestudiować subiektywne zjawiska śmierci fizycznej. 

Siądź  na  taborecie  u  moich  kolan  i  podaj  mi  rękę  -  powiedział  Challenger  do  żony.  -  Sądzę, 

przyjaciele,  że  dalsze  przebywanie  w  tej  nieznośnej  atmosferze  jest  raczej  niewskazane.  Nie 
pragniesz tego, prawda, kochanie? 

Pani Challenger wydała cichy jęk i ukryła twarz na kolanach męża. 

Widziałem, jak ludzie kąpali się zimą w sadzawce Serpentine w Hyde Parku - rzekł lord John. 

Gdy wszyscy już byli w wodzie, można było dostrzec jednego lub dwóch trzęsących się na brzegu 

i zazdroszczących tym, którzy odważyli się wejść do wody. Ten, kto zostaje, ten ma zawsze najgorzej. 
Ja jes

tem za tym, żeby dać nurka i skończyć z tym. 

Czyżby pan chciał otworzyć okno i wyjść eterowi naprzeciw? 

Lepiej się zatruć niż udusić. 

Summerlee zgodził się, choć niechętnie, i wyciągnął wąską rękę do Challengera. 

Dosyć  nakłóciliśmy  się  w  życiu,  lecz  to  już  minęło  -  rzekł.  -  Byliśmy  dobrymi  przyjaciółmi  i  w 

rzeczywistości mamy dla siebie wzajemny szacunek. Żegnam! 

Żegnaj, młody przyjacielu! - rzekł lord John. -Okno jest zalepione. Nie można go otworzyć. 

Challenger wstał, uniósł swoją żonę i przycisnął do piersi. Zarzuciła mu ręce na szyję. 

Proszę mi podać lornetkę, Malone - rzekł z powagą. 

Spełniłem prośbę. 

Oddajemy się znów w ręce tej Potęgi, która nas stworzyła - wykrzyknął grzmiącym głosem i z tymi 

słowami rzucił w okno lornetką. 

Nim 

zamarł  ostatni  brzęk  spadającego  szkła,  wprost  w  nasze  rozognione  twarze  uderzył 

orzeźwiający, silny i przyjemny wiatr. 

Nie wiem, na jak długo zdumienie odebrało nam mowę. Potem, jak we śnie, usłyszałem raz jeszcze 

głos Challengera. 

Jesteśmy znowu w normalnych warunkach - zawołał. - Świat oczyścił się z zatrutego pasma, lecz 

jedynie my spośród całej ludzkości jesteśmy uratowani. 

 

ROZDZIAŁ V WYMARŁY ŚWIAT 

Pamiętam,  że  siedzieliśmy  wszyscy  w  fotelach,  chłonąc  chciwie  powietrze. Wilgotny,  południowo-

zachodni  wietrzyk  wiejący  od  morza  poruszał  muślinowe  firanki  i  chłodził  nasze  rozpalone  twarze. 
Ciekaw  jestem,  jak  długo  siedzieliśmy!  Absolutnie  nie  mogliśmy  tego  później  ustalić.  Byliśmy 
oszołomieni,  ogłuszeni,  półprzytomni.  Uzbroiliśmy  się  wszyscy  w  odwagę  wobec  śmierci,  lecz  ten 
przerażający,  nagły  fakt  -  iż  jesteśmy  zmuszeni  żyć  nadal,  mimo  że  wyginęła  cała  ludzkość  - 
wstrząsnął  nami  jak  fizyczny  cios  i  obezwładnił  nas.  Potem  stopniowo  zahamowany  mechanizm 
rozpoczął działać na  nowo, ruszyły czółenka pamięci, obrazy splotły się  znowu  w jednolitą całość w 
naszej wyobraźni. Ujrzeliśmy jasno, z bezwzględną ostrością, związek między tym co było, co jest i co 
będzie  -  życie,  które  wiedliśmy  i  które  nas  teraz  czekało.  Oczy  nasze  kierowały  się  w  milczącym 
przerażeniu  na  współtowarzyszy  i  napotykały  to  samo  pytające  spojrzenie.  Zamiast  radości,  jakiej 
należało  się  spodziewać  u  ludzi,  którzy  z  takim  trudem  uniknęli  groźby  śmierci,  pogrążyła  nas 

background image

- 41 - 

straszliwa  fala  najczarniejszej  rozpaczy.  Wszystko, 

co  ukochaliśmy  na  ziemi,  pochłonął  jakiś  wielki, 

bezbrzeżny, niepojęty ocean i tylko my sami zostaliśmy jak rozbitki na bezludnej wyspie świata, bez 
towarzyszy, nadziei czy dążeń. Kilka lat jeszcze będziemy skradać się jak szakale na cmentarzysku 
ludzkości, a potem nadejdzie nasz własny i opóźniony kres. 

-  To straszne, George, straszne!  - 

szlochała pani Challenger z rozdzierającym łkaniem.  - Obyśmy 

raczej  odeszli  z  tamtymi  ludźmi.  Och,  dlaczego  nas  uratowałeś?  Czuję,  jak  gdyby  to  właśnie  nas 
śmierć dotknęła, a wszyscy inni pozostali przy życiu. 

Krzaczaste  brwi  Challengera  były  ściągnięte,  znamionując  skupienie  myśli,  podczas  gdy  jego 

ogromna  owłosiona  łapa  zamknęła  się  na  wyciągniętej  ku  niemu  rączce  żony.  Zauważyłem,  że  ona 
zawsze w strapieniu wyciągała do niego ręce, jak dziecko do matki. 

Mimo  że  nigdy  nie  byłem  fatalistą  na  tyle,  aby  rezygnować  z  walki  z  losem  -  rzekł  -  zawsze 

uważałem,  że  najwyższa  mądrość  leży  w  pogodzeniu  się  z  rzeczywistością.  -  Mówił  powoli,  a  jego 
donośny głos drżał od wzruszenia. 

Ja nie mogę pogodzić się z losem? - rzekł Summerlee dobitnie. 

To, czy się pan godzi, czy nie, pomoże nam tyle co umarłemu kadzidło - odezwał się lord John. -

Los  nie  ominie  pana  ani  wtedy,  gdy  pan  z  nim  walczy,  ani  wówczas,  gdy  czeka  pan  z  założonymi 
rękami, a więc co nam z tego przyjdzie, czy się pan zgadza, czy nie? Nie mogę sobie przypomnieć, 
aby  ktokolwiek  pytał  o  nasze  zdanie,  zanim  rozpoczęła  się  ta  cała  historia,  nikt  też  nie  ma  zamiaru 
pytać nas o to teraz. Zresztą nasz sąd w tej sprawie niczego tu nie zmieni. 

A  jednak  w  tym  tkwi  cała  różnica  między  szczęściem  a  nieszczęściem  -  rzekł  Challenger  ze 

wzrokiem utkwionym w dal, głaszcząc rękę żony. - Można płynąć z prądem i zachować spokój duszy i 
umysłu, można też płynąć pod prąd i doznać bolesnych obrażeń, i wyczerpać siły. I tak nie mamy na 
to wpływu, a więc przyjmijmy wszystko, co nam Los zsyła, i nie mówmy o tym więcej. 

Ale  co,  na  miłość  boską,  mamy  począć  ze  swoim  życiem?  -  spytałem,  szukając  desperacko 

pocieszenia w opustoszałym błękicie nieba. - Co ja mam na przykład robić? Nie ma przecież gazet, a 
więc koniec z moim dziennikarskim powołaniem. 

Nie ma na co polować, koniec z wojaczką, a więc koniec i ze mną - rzekł lord John. 

I nie ma studentów, a więc koniec i ze mną - zawołał Summerlee. 

Ale  ja  mam  męża  i  dom,  a  więc  mogę  Bogu  dziękować,  że  życie  nie  skończyło  się  dla  mnie  - 

rzekła pani Challenger. 

- Ani dla mnie - 

dorzucił profesor Challenger -bo wiedza nie umarła, a obecna katastrofa już sama w 

sobie nastręcza wiele absorbujących problemów, które należy zbadać. 

Otworzył teraz na oścież okna, spoglądaliśmy więc na cichy, zastygły w bezruchu krajobraz. 

Pozwólcie  mi  się  zastanowić  -  kontynuował.  -Była  godzina  trzecia  lub  parę  minut  później,  kiedy 

wczoraj  po  południu  świat  ostatecznie  wkroczył  w  zatrute  pasmo  tak  dalece,  że  pogrążył  się  w  nim 
całkowicie.  Jest  teraz  godzina  dziewiąta.  Powstaje  pytanie,  o  której  godzinie  wydostaliśmy  się  z 
zatrutego pasma. 

Powietrze było jeszcze bardzo złe o brzasku dnia - odezwałem się. 

Nawet później - rzekła pani Challenger. - Nie wcześniej jak o ósmej godzinie poczułam dokładnie 

to samo dławienie w gardle, jak za pierwszym razem. 

Przyjmiemy  więc,  że  to  wszystko  minęło  po  godzinie  ósmej.  Przez  siedemnaście  godzin  świat 

nasiąkał trującym eterem. Tyle czasu potrzebował Wielki Ogrodnik, aby wysterylizować ludzką pleśń, 
która pokazała się na powierzchni Jego owocu. Czy to możliwe, aby takie dzieło było nie dokończone, 
aby uratowali się jeszcze inni oprócz nas? 

Tak, mnie to też ciekawi - rzekł lord John. -Dlaczego mielibyśmy być jedynymi kamyczkami, które 

morze wyrzuciło na nadbrzeżny piasek? 

To  absurd  przypuszczać,  że  ktoś  oprócz  nas  mógł  się  uratować  -  rzekł  Summerlee  z 

przekonaniem. - 

Zważmy, że trucizna była tak jadowita, iż nawet Malone, człowiek bez nerwów i silny 

jak  koń,  z  trudem  tylko  dostał  się  na  górę  i  padł  nieprzytomny.  Czy  jest  możliwe,  aby  ktoś  mógł  to 
wytrzymać przez siedemnaście minut, a cóż dopiero przez kilka godzin? 

Chyba że ktoś przewidział katastrofę i poczynił przygotowania podobne jak nasz drogi przyjaciel 

Challenger. 

Sądzę,  że  jest  to  mało  prawdopodobne  -  odparł  Challenger,  wysuwając  brodę  naprzód  i 

spuszczając  powieki.  -  Takie  połączenie  obserwacji,  wnioskowania  i  przewidującej  wyobraźni,  które 
pozwoliło mi dostrzec niebezpieczeństwo, rzadko powtarza się dwukrotnie w tym samym pokoleniu. 

background image

- 42 - 

Wobec tego twierdzi pan ostatecznie, że wszyscy na pewno zginęli? 

Niewiele mam wątpliwości co do tego. Musimy jednak pamiętać, że trucizna postępowała od nizin 

ku górze, będzie więc prawdopodobnie mniej szkodliwa w wyższych warstwach atmosfery. To istotnie 
dziwne, gdyby tak miało być, ale objawia się tu jedna z tych cech, które otwierają nam na przyszłość 
fascynujące pole do badań. Można by więc sobie wyobrazić, że chcąc szukać ocalonych z jakąkolwiek 
nadzieją powodzenia, należy zwrócić oczy właśnie na jakąś tybetańską wioskę lub alpejską zagrodę 
leżącą o kilka tysięcy stóp ponad poziomem morza. 

Biorąc jednak pod uwagę, że nie ma ani pociągów, ani parowców, można by równie dobrze mówić 

o  ocalonych  na  księżycu  -  powiedział  lord  John.  -Zastanawiam  się,  czy  jest  już  rzeczywiście  po 
wszystkim, czy też jest to tylko chwilowa przerwa. 

Summerlee wyciągnął szyję, rozglądając się dokoła, aby zbadać horyzont. 

Wygląda zupełnie, jakby powietrze było czyste i pogodne - rzekł z powątpiewaniem w głosie - ale 

wczoraj też tak było. Nie mam wcale przekonania, że to się już skończyło. 

Challenger wzruszył ramionami. 

Raz kiedyś jeszcze spotka ludzkość podobna katastrofa  - powiedział. - O ile świat już  przedtem 

przeszedł  taki  kataklizm,  co  bynajmniej  nie  przekracza  granic  prawdopodobieństwa,  było  to  z 
pewnością  bardzo  dawno  temu.  Stąd  też  możemy  mieć  słuszną  nadzieję,  że  upłynie  sporo  czasu, 
zanim coś podobnego zdarzy się ponownie. 

-  To  wszystko  brzmi  ba

rdzo pięknie - odpowiedział lord John  - a jednak w czasie trzęsienia ziemi 

jest więcej niż pewne, że po jednym wstrząsie natychmiast nastąpi drugi. Myślę, że zrobimy mądrze, 
jeżeli  rozprostujemy  nogi  i  wyjdziemy  zaczerpnąć  świeżego  powietrza,  korzystając  z  okazji,  póki 
jeszcze czas. Skoro nie mamy już tlenu, może to nas zaskoczyć tak samo na dworze, jak i w domu. 

Dziwny  był  ten  całkowity  bezwład,  w  który  popadliśmy  na  skutek  tych  przerażających  wrażeń 

ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin.  Niemoc  była  zarówno  duchowa,  jak fizyczna,  było  to  płynące 
gdzieś  z  głębi  przeświadczenie,  że  życie  straciło  wszelki  sens  i  że  wszystko  jest  tylko  udręką,  a 
wszelki  wysiłek  bezcelowy.  Nawet  Challenger  uległ  ogólnej  apatii.  Siedział  w  fotelu,  błądząc  gdzieś 
myślami,  podparłszy  rękoma  wielką  głowę,  aż  wreszcie  lord  John  i  ja  ujęliśmy  go  pod  ramiona  i 
postawiliśmy  bezceremonialnie  na  nogi,  otrzymując  za  nasz  trud  tylko  złowrogie  spojrzenie  i 
warknięcie  rozgniewanego  brytana.  Jednakże  skoro  już  raz  wydostaliśmy  się  z  naszej  ciasnej, 
bezpiecznej przystani na otwartą  przestrzeń codziennego  życia, czuliśmy, jak stopniowo  wraca nam 
zwykła energia. 

Od  czego  właściwie  należało  zaczynać  na  tym  cmentarzysku  świata?  Czyż  od  zarania  wieków 

człowiek  mógł  kiedykolwiek  stanąć  wobec  takiego  pytania?  Prawdą  jest,  że  przyszłość  zapewniała 
nam  zaspokojenie  wszelkich  potrzeb  materialnych,  a  nawet  wygód.  Wszystkie  magazyny 
żywnościowe,  wszystkie winem płynące  winnice,  wszelkie skarby sztuki  - wszystko należało do nas. 
Ale  co  właściwie  mieliśmy  teraz  zrobić?  Sytuacja  narzucała  nam  kilka  natychmiastowych  zadań  - 
wprost na nas czekały. Zeszliśmy do kuchni i ułożyliśmy obie służące na  ich łóżkach. Zmarły chyba 
bez  cierpień:  jedna  w  fotelu  przy  kominku,  druga  na  podłodze  w  pomywalni.  Potem  poszliśmy  na 
po

dwórze po biednego Austina i wnieśliśmy go do mieszkania. Muskuły miał tak napięte i twarde, jak 

drewno,  jak  w  przypadku  najbardziej  skrajnego  rigor  mortis,  a  skurcz  mięśni  wykrzywił  mu  usta  w 
dziwaczny grymas. Objawy te były wspólne dla wszystkich, którzy zmarli z powodu zatrucia. 

Wszędzie później napotykaliśmy podobnie wykrzywione grymasem twarze, które zdawały się drwić 

z  naszej  przerażającej  sytuacji,  uśmiechając  się  ponuro,  bezgłośnie  wobec  nieszczęsnych 
niedobitków ludzkości. 

Słuchajcie - odezwał się lord John, przemierzając niespokojnie jadalnię wzdłuż i wszerz w czasie 

naszego skromnego posiłku. - Nie wiem, jak wy, moi drodzy, to odczuwacie, ale ja ze swej strony po 
prostu nie jestem w stanie wysiedzieć bezczynnie na miejscu. 

A może - odpowiedział Challenger - będzie pan tak uprzejmy i doradzi nam, co powinniśmy robić? 

Ruszyć się stąd i zobaczyć wszystko, co się stało. 

To samo chętnie bym i ja zaproponował. 

Nie chodzi o to małe osiedle wiejskie. Z okna mamy wystarczający obraz tego, co się stało. 

Dokąd więc mamy pójść? 

- Do Londynu! 

No  tak,  pięknie,  ładnie  -  mruczał  Summerlee.  -Wy  młodzi,  być  może,  nadajecie  się  do 

czterdziestomilowego  marszu,  ale  nie  ręczę  za  Challengera  z  jego  koślawymi  nogami,  jestem 
natomiast absolutnie pewien swoich nóg. 

background image

- 43 - 

Oburzyło to bardzo Challengera. 

Gdyby  pan  znalazł  sposób  na  to,  szanowny  panie,  aby  ograniczyć  swoje  uwagi  do  własnych 

fizycznych słabostek, stwierdziłby pan, że ma bardzo szerokie pole do popisu! - wykrzyknął. 

Nie miałem zamiaru pana obrazić, drogi Challenger - odpowiedział nasz nietaktowny przyjaciel. -

Nie  ponosi  się  odpowiedzialności  za  budowę  własnego  ciała.  Jeżeli  Natura  obdarzyła  pana  krępym, 
ociężałym tułowiem, jasne, że nogi muszą być koślawe. 

Challenger był zbyt wściekły, aby odpowiedzieć. Mógł tylko burczeć, rzucać piorunujące spojrzenia i 

pienić się. Lord Roxton pospieszył z interwencją, zanim kłótnia przybrała na gwałtowności. 

Mówił pan o tym, aby iść, dlaczego mamy iść pieszo? - wtrącił. 

Czy chce nam pan zaproponować jazdę pociągiem? - spytał Challenger, jeszcze wzburzony. 

A co się dzieje z samochodem? Dlaczego nie mielibyśmy skorzystać z auta? 

Wprawdzie się na tym nie znam  - powiedział Challenger, ciągnąc brodę w zamyśleniu  - ale pan 

ma rację sugerując, że umysł ludzki o wyższym poziomie powinien być wystarczająco giętki, aby dać 
sobie  radę  w  każdej  sytuacji.  Pański  pomysł  jest  wspaniały,  lordzie  John.  Ja  będę  prowadził 
samochód do Londynu. 

- Nie ma o tym mowy - 

rzekł zdecydowanie Summerlee. 

Oczywiście,  że  nie,  George  -  zawołała  pani  Challenger.  -  Raz  tylko  prowadziłeś  wóz  i  chyba 

pamiętasz, jak uderzyłeś w bramę garażu. 

To był chwilowy brak skupienia - odrzekł Challenger ugrzecznionym tonem. - Możecie uważać tę 

kwestię za załatwioną. Rzecz jasna, że powiozę was wszystkich do Londynu. 

Sytuację rozładował lord Roxton. 
- Jaki to jest typ samochodu? - 

zapytał. 

- Dwudziestokonny Humber. 

Ależ  przecież  prowadzę  już  taki  samochód  od  lat  -  rzekł.  -  Na  Boga!  -  dodał.  -  Nigdy  nie 

przypuszczałem,  iż  dożyję  tego,  że  cały  rodzaj  ludzki  załaduję  na  raz  w  jeden  samochód.  O  ile 
pamiętam, jest to właśnie wóz pięcioosobowy. Przygotujcie swoje rzeczy, a ja będę czekał na was o 
godzinie dziesiątej przy bramie. 

Istotnie  o  wyznaczonej  godzinie  z  warkotem  i  hałasem  zajechał  od  strony  podwórza  samochód. 

Przy  kierownicy  siedział  lord  John.  Usadowiłem  się  obok  niego,  a  pani  Challenger  jak  małe, 
pożyteczne  państwo  buforowe  wcisnęła  się  pomiędzy  dwóch  gniewnych  mężów  na  tylne  siedzenie. 
Potem  lord  John  zwolnił  hamulce,  przełożył  raptownie  bieg  z  pierwszego  na  trzeci,  wreszcie 
ruszyliśmy całym pędem na najdziwaczniejszą przejażdżkę, na jaką nie wyruszyła chyba żadna ludzka 
istota od czasu pojawienia się człowieka na ziemi. 

Można  sobie  wyobrazić  powaby,  jakie  przyroda  roztaczała  w  tym  sierpniowym  dniu:  świeżość 

rannego  powiewu,  złote  błyski  letniego  słońca,  bezchmurne  niebo,  soczystą  zieleń  lasów  hrabstwa 
Sussex  i  bogatą  purpurę  pokrytych  wrzosem  dolin.  Kiedy  patrzyliśmy  tak  wokół  na  różnokolorowe 
piękno krajobrazu, myśl o  całym ogromie katastrofy mogłaby ulecieć  z pamięci, gdyby nie ten jeden 
złowrogi znak - grobowa, wszechogarniająca cisza. Istnieje jakiś łagodny pogwar życia, który przenika 
gęsto zaludnioną okolicę, tak głęboki i jednostajny, że przestaje się go w końcu zauważać, podobnie 
jak  mieszkanie

c  wybrzeża  zatraca  świadomość  ciągłego  szumu  fal  morskich.  Świergot  ptaków, 

brzęczenie  owadów,  zanikające  echo  głosów,  porykiwanie  bydła,  oddalone  szczekanie  psów,  łoskot 
pociągów  i  turkot  wozów  -  to  wszystko  zlewa  się  w  jeden  nieprzerwany  ton,  wciskający  się 
niepostrzeżenie do naszego ucha. Odczuliśmy teraz jego brak. Ta śmiertelna cisza przerażała. Była 
tak  poważna  i  nastrojowa,  że  warkot  i  hałas  naszego  samochodu  wydawały  się  nieuzasadnionym 
natręctwem, nieprzyzwoitym lekceważeniem tego dostojnego milczenia, które kładło się kirem ponad 
ruiną ludzkości. Właśnie ów ponury spokój i te wielkie obłoki dymu, unoszące się gdzieniegdzie ponad 
okolicą z tlejących budynków, przenikały chłodem nasze serca, kiedy rozglądaliśmy się po wspaniałej 
panoramie Wealdu. 

A  p

otem  natrafiliśmy  na  umarłych.  Ten  niekończący  się  szereg  wykrzywionych  grymasem  twarzy 

przyprawiał nas z początku o dreszcz przerażenia. Jakie potężne, a zarazem niezatarte było wrażenie, 
że na nowo przeżywam ten powolny zjazd łagodnym zboczem ze Station Hill, że mijam ową nianię z 
dwojgiem  dzieci  i  widzę  tego  starego  konia  klęczącego  między  dyszlami,  dorożkarza  uwikłanego  w 
lejce na koźle i owego młodzieńca w dorożce z ręką na otwartych drzwiczkach jak gdyby w momencie 
wyskakiwania.  Poniżej  leżało  na  sianie  sześciu  żniwiarzy  o  skrzyżowanych  rękach  i  nogach,  o 
martwych, szeroko rozwartych oczach wypatrzonych w blask nieba. Widzę te rzeczy jak na fotografii. 
Wkrótce jednak dzięki łaskawej opatrzności Natury wzburzone nerwy przestały reagować. Sam ogrom 

background image

- 44 - 

przer

ażenia  spowodował,  że  przestaliśmy  je  odczuwać  na  sposób  indywidualny.  Jednostki 

przechodziły  w  grupy,  grupy  w  tłum,  tłum  w  powszechne  zjawisko,  na  które  wkrótce  zaczęliśmy 
patrzeć  jako  na  nieodzowny  szczegół  każdej  napotykanej  scenerii.  Tylko  niekiedy,  gdy  brutalne  lub 
groteskowe  zdarzenia  pociągnęły  naszą  uwagę,  pod  wpływem  nagłego  wstrząsu  uświadamialiśmy 
sobie nasze własne położenie i tragedię całej ludzkości. 

Przede  wszystkim  straszny  był  los  dzieci.  To,  jak  sobie  przypominam,  wywołało  w  nas 

zdecydowan

y  opór  przeciw  bezwzględnej  niesprawiedliwości.  Mogliśmy  nieomal  płakać  -  pani 

Challenger naprawdę płakała - gdy mijaliśmy wielki budynek szkoły powszechnej, widząc długi szereg 
drobnych  postaci,  które  znaczyły  wiodącą  stamtąd  drogę.  Dzieci  zostały  opuszczone  przez 
przerażonych wychowawców, a trucizna złapała je w swoje sidła, kiedy spieszyły już do domów. Wielu 
ludzi widać było w otwartych oknach mieszkań. 

W  Tunbridge  Wells  nie  napotkaliśmy  okna,  w  którym  by  nie  było  stężałej  w  makabrycznym 

uśmiechu twarzy. Brak powietrza, to śmiertelne pragnienie tlenu, które tylko my jedni byliśmy w stanie 
zaspokoić - popchnęło ich w ostatnim momencie do okna. 

Chodniki ulic również usłane były ciałami mężczyzn i kobiet, którzy wybiegali z domów tak, jak stali, 

nie zdążywszy nawet okryć głowy. Wielu z nich upadło na jezdnię. Na szczęście lord John okazał się 
doskonałym  kierowcą,  bo  torowanie  drogi  nie  było  rzeczą  łatwą.  Jadąc  przez  wsie  lub  miasteczka 
mogliśmy  tylko  posuwać  się  żółwim  krokiem,  a  raz  -  pamiętam  -  naprzeciw  szkoły  w  Tunbridge 
musieliśmy zatrzymać się na jakiś czas, aby usunąć ciała, które tarasowały drogę. 

Spośród  tej  całej  rozległej  panoramy  śmierci,  którą  oglądaliśmy  na  drogach  Sussexu  i  Kentu, 

utrwaliło mi się w pamięci kilka drobnych, lecz wyraźnych obrazów. Oto jeden z nich. Przed gospodą 
w wiosce Southborough stał wielki błyszczący samochód. Siedziało w nim, sądząc z pozorów, grono 
ludzi powracających z jakiejś przyjemnej wycieczki do Brighton lub Eastbourne. Były tam trzy barwnie 
ubrane  kobiety,  młode  i  piękne,  z  których  jedna  trzymała  na  kolanach  pekińskiego  spaniela. 
Towarzystwa  dopełniał  jakiś  starszy,  wyglądający  na  hulakę  pan  oraz  młody  arystokrata,  który  miał 
jeszcze monokl w oku, a w ręce, z której nie zdjął rękawiczki, trzymał niedopałek papierosa. Śmierć 
musiała zaskoczyć ich w jednej chwili i zostawiła ich tak, jak siedzieli. Gdyby nie to, że ów starszy pan 
zerwał  w  ostatnim  momencie  kołnierzyk,  łaknąc  gwałtownie  powietrza,  wyglądaliby  wszyscy  na 
uśpionych. Z jednej strony samochodu, tuż przy stopniu, wśród stłuczonych naczyń leżał kelner z tacą, 
z  drugiej  strony  leżało  dwoje  bardzo  obdartych  włóczęgów,  mężczyzna  i  kobieta,  tak  jak  padli,  on  z 
chudą  wyciągniętą  ręką,  właśnie  kiedy  prosił  o  jałmużnę.  Wystarczyła  jedna  chwila,  aby  przemienić 
arystok

ratę, kelnera, włóczęgę i psa w tę samą bezwładną, rozkładającą się protoplazmę. 

Przypominam  sobie  inny,  szczególny  obraz,  napotkany  w  Sevenoaks,  kilka  mil  od  Londynu.  Po 

lewej stronie  znajduje się  ogromny klasztor, a  przed  nim łagodne,  zarosłe trawą  zbocze.  Na  zboczu 
tym  zgromadziła  się  duża  ilość  dzieci  szkolnych,  wszystkie  klęczały  jak  w  modlitwie.  Przed  nimi 
nierówny korowód zakonnic, a wyżej na wzniesieniu, zwrócona twarzą do nich, stała samotna postać, 
która  wyglądała  na  matkę  przełożoną.  W  przeciwieństwie  do  goniącego  za  przyjemnościami 
towarzystwa  w  aucie  ci  ludzie  musieli  przeczuć  niebezpieczeństwo,  umarli  więc  piękną,  wspólną 
śmiercią, nauczający i nauczani zgromadzili się na ostatnią wspólną lekcję. 

Wspomnienie tego wstrząsającego przeżycia paraliżuje mi umysł i na próżno szukam odpowiednich 

środków wyrazu, aby móc odtworzyć uczucia, które nas wówczas ogarnęły. Może lepiej nie silić się na 
to,  może  roztropniej  będzie  mówić  o  samych  tylko  faktach?  Nawet  Summerlee  i  Challenger  byli 
zdruzgotani  i  poza 

cichym,  odzywającym  się  raz  po  raz  łkaniem  pani  Challenger  nasi  towarzysze 

siedzący  poza nami milczeli. Oczywiście lord John  nie miał ani czasu, ani ochoty  do rozmowy,  zbyt 
bowiem był zajęty prowadzeniem samochodu i omijaniem przeszkód na drogach. Jedno tylko zdanie 
powtarzał  do  znudzenia,  tak  że  utkwiło  mi  w  pamięci,  a  w  końcu,  nieomal  roześmiałem  się  na  tego 
rodzaju komentarz odnoszący się do dnia Sądu Ostatecznego. 

Ładna  robota,  co?  -Wykrzykiwał  za  każdym  razem,  kiedy  nowa  scena  śmierci  i  spustoszenia 

rozgrywała się przed naszymi oczami. - Ładna robota, co? - wołał, kiedy zjeżdżaliśmy w dół ze Station 
Hill  w  Rotherfield,  a  powtarzał  te  same  słowa  jeszcze  wtedy,  kiedy  szukaliśmy  wolnej  drogi,  jadąc 
przez pustynię śmierci na High Street w Lewisham oraz gdy jechaliśmy przez Old Kent Road. 

To  tu  właśnie  doznaliśmy  nagłego,  zdumiewającego  wstrząsu.  W  oknie  niepozornego 

narożnikowego  domu  powiewała  w  długiej  wychudzonej  ręce  chusteczka.  Nawet  widok 
nieoczekiwanej śmierci nie przyprawił nas o taki skurcz serca, a potem o tak oszalałe przyspieszenie 
tętna, jak ten zdumiewający znak życia. Lord John zatrzymał auto przy chodniku, a w sekundę później 
pędziliśmy przez otwarte drzwi domu i dalej po schodach na drugie piętro, do frontowego pokoju, skąd 
pochodził sygnał. 

background image

- 45 - 

W fotelu tuż przy oknie siedziała bardzo stara kobieta, a obok niej na krześle stała butla z tlenem, 

mniejsza  wprawdzie,  ale  o  tych  samych  kształtach,  jak  te,  które  uratowały  nam  życie.  Kiedy 
stłoczyliśmy się w drzwiach, zwróciła ku nam chudą, pomarszczoną twarz w okularach. 

Obawiałam się, że będę opuszczona już na zawsze - odezwała się - bo ja jestem chora i nie mogę 

się poruszać. 

No  cóż,  proszę  pani  -  odrzekł  Challenger  -  tak  się  szczęśliwie  złożyło,  że  akurat  tędy 

przejeżdżaliśmy. 

Chciałabym  was  zapytać  o  jedną  niezmiernie  ważną  sprawę  -  powiedziała.  -  Panowie,  błagam, 

abyście  byli  ze  mną  szczerzy.  Jakie  skutki  mogą  wywrzeć  te  wypadki  na  akcje  Kolei  Londyńskiej  i 
Północno-zachodniej ? 

Wybuchnęlibyśmy  śmiechem,  gdyby  nie  to,  że  z  tak  tragicznym  napięciem  oczekiwała  od  nas 

odpowiedzi.  Pani  Burston,  bo  tak  brzmiało  jej  nazwisko,  była  już  od  lat  wdową,  której  cały  dochód 
pochodził  z kilku akcji kolejowych. Życie jej układało  się  w  zależności od tego,  czy dywidendy rosły, 
czy malały. Nie umiała zresztą wyobrazić sobie innej egzystencji prócz tej, która kształtowała się na 
podstawie  kursu  jej  udziałów  na  giełdzie.  Na  próżno  staraliśmy  się  jej  wytłumaczyć,  że  wszystkie 
pieniądze na świecie były  do jej dyspozycji, a gdyby  je nawet  wzięła, to  i tak nie miały już  wartości. 
Starczy  jej  umysł  nie  był  w  stanie  przystosować  się  do  nowej  sytuacji,  opłakiwała  więc  głośno  swój 
stracony kapitał. 

To było wszystko, co posiadałam - lamentowała. - Jeżeli przepadło, to i ja nie mam po co żyć. 

Z jej narzekań dowiedzieliśmy się, w jaki sposób utrzymała się przy  życiu ta krucha stara roślina, 

podczas gdy spłonął cały olbrzymi las. Była osobą całkowicie zniedołężniałą i cierpiała na astmę. Na 
tę chorobę zapisywano jej tlen. W momencie krytycznym miała jedną butlę tlenu u siebie. Naturalnie 
wchłaniała  go  po  trochu,  tak,  jak  to  było  w  jej  zwyczaju,  gdy  odczuwała  trudności  w  oddychaniu. 
Sprawiało jej to ulgę, a dzieląc na porcje swój zapas, zdołała przeżyć całą noc. W końcu zapadła w 
sen, obudził ją dopiero warkot naszego samochodu. Niestety, nie mogliśmy jej zabrać ze sobą, widząc 
jednak, że ma wszystko, co jej do życia potrzebne, obiecaliśmy skontaktować się z nią najpóźniej w 
ciągi kilku dni. Tak więc pozostawiliśmy staruszkę, wciąż jeszcze gorzko opłakującą stracony majątek. 

Kiedy  zbliżaliśmy  się  do  Tamizy,  ulice  były  coraz  częściej  zatarasowane,  a  przeszkody  coraz 

trudniejsze  do  przebycia.  Z  największym  wysiłkiem  utorowaliśmy  sobie  drogę  przez  London  Bridge. 
Dojazdy do mostu od strony Middlesexu były od początku do końca zablokowane zamarłym ruchem 
ulicznym,  co  uniemożliwiało  jakiekolwiek  posuwanie  się  w  tym  kierunku.  W  pobliżu  mostu,  przy 
nabrzeżu,  palił  się  jasnym  płomieniem  statek,  a  w  powietrzu  pełno  było  unoszącej  się  sadzy  i 
drażniącego  zapachu  spalenizny.  Gdzieś  niedaleko  nad  Parlamentem  zawisła  gęsta  chmura  dymu, 
jednak z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy, nie można było rozpoznać, co się pali. 

Nie wiem, jakie wy odnosicie wrażenie  - odezwał się lord John, wyłączając motor  - ale mnie się 

zdaje,  że  wieś  jest  weselsza  niż  miasto.  Wymarły  Londyn  zaczyna  mi  działać  na  nerwy.  Proponuję 
objechać miasto, a potem wrócić do Rotherfield. 

Przyznaję, że nie bardzo wiem, czego możemy się tu jeszcze spodziewać - odezwał się profesor 

Summerlee. 

-  A  jednak  - 

powiedział  Challenger,  a  jego  stentorowy  głos  dziwnie  zagrzmiał  pośród  tej  ciszy  -

trudno  pojąć,  aby  z  siedmiu  milionów  ludzi  pozostała  tylko  ta  jedna  staruszka,  która  z  powodu 
specyficznego  stanu  swego  zdrowia  i  dzięki  przypadkowi,  że  używała  tlenu,  zdołała  przeżyć  ten 
kataklizm. 

Jeżeli pozostali przy  życiu  jeszcze  inni  ludzie,  jaką możemy  mieć  nadzieję,  że  ich  odnajdziemy, 

George?  - 

spytała pani Challenger.  - Ale zgadzam się z tobą, że nie wolno nam wracać, dopóki nie 

spróbujemy ich odnaleźć. 

Wydostawszy się z auta i pozostawiwszy je przy krawężniku, przeszliśmy z pewnym trudem przez 

zapchany  chodnik  na  King  William  Street  i  przez  otwarte  drzwi  dostaliśmy  się  do  wielkiego  biura 
ubezpieczeń.  Gmach  stał  na  narożniku,  wybraliśmy  go  więc  za  punkt  obserwacyjny,  ponieważ 
rozpościera!  się  stąd  widok  w  każdym  kierunku. Wszedłszy  po  schodach  na  górę,  minęliśmy  pokój, 
który, jak przypuszczam, musiał służyć jako sala obrad, bowiem wokół długiego stołu mieszczącego 
się  na  środku  pokoju  siedziało  ośmiu  starszych  panów.  Przez  otwarte  drzwi  wyszliśmy  wszyscy  na 
balkon. Stąd mogliśmy obserwować zatłoczone ulice londyńskiego City, rozchodzące się promieniście 
we  wszystkich  kierunkach.  Ulica  tuż  pod  nami  wypełniona  była  po  brzegi  czarnymi  dachami 
nieruchomych  taksówek.  Wszystkie  auta,  albo  prawie  ws

zystkie,  zwrócone  były  ku  przedmieściom. 

Dowodziło to, że przerażeni ludzie z City czynili daremne wysiłki, aby w ostatnim momencie połączyć 
się  ze  swoimi  rodzinami  mieszkającymi  za  miastem  lub  w  okolicach  Londynu.  Tu  i  ówdzie  wśród 

background image

- 46 - 

skromnych taksówek wzno

sił się wielki samochód z mosiężnymi ozdobami, wtłoczony beznadziejnie w 

zastygły prąd ruchu ulicznego. Właśnie przy gmachu, w którym byliśmy, stała jedna z tych ogromnych 
luksusowych  limuzyn.  Właściciel,  otyły  starszy  pan,  znajdował  się  w  środku.  Jego  ociężałe  cielsko 
zwisało  na  wpół  z  okna,  a  krótka,  tłusta  ręka,  połyskująca  diamentami,  była  wyciągnięta  tak,  jak  w 
momencie, kiedy przynaglał szofera do ostatniego wysiłku, aby przedrzeć się przez zator. 

Kilkanaście autobusów wznosiło się jak wyspy w tym potoku pojazdów; pasażerowie, którzy zalegali 

tłumnie  dachy,  leżeli  pokotem,  jeden  na  drugim,  jak  dziecięce  zabawki  w  przedszkolu.  Na  środku 
jezdni, na szerokiej platformie latarni, stał pokaźnej tuszy policjant, opierając się plecami o słup w tak 
naturalny  s

posób,  że  trudno  było  się  zorientować,  czy  istotnie  nie  żyje.  Tuż  u  jego  nóg  leżał  w 

poszarpanych  łachmanach  mały  gazeciarz,  a  obok  niego  na  ziemi  stała  paczka  gazet.  Wózek 
gazeciarski utknął zablokowany w tłumie i mogliśmy nawet przeczytać ogromne czarne litery wypisane 
na  żółtym  papierze:  „Sceny  w  Izbie  Lordów",  „Mistrzostwa  hrabstwa  przerwane".  Musiało  to  być 
najwcześniejsze  wydanie,  bo  znalazły  się  tu  jeszcze  inne  afisze  z  napisami:  „Czy  to  już  koniec?  - 
Ostrzeżenie wielkiego naukowca", albo inne: „Czy Challenger ma rację? - Złowróżbne wieści". 

Challenger  zwrócił  żonie  uwagę  na  ostatni  plakat,  który  rzucał  się  w  oczy  jak  sztandar  ponad 

tłumem.  Kiedy  spoglądał  na  plakat,  zaobserwowałem,  że  wyprężył  pierś  i  szarpał  bródkę.  Myśl,  że 
Londyn  umierał  z  jego  imieniem  na  ustach  i  jego  słowami  wyrytymi  w  pamięci  -  schlebiała  mu  i 
cieszyła jego skomplikowaną mentalność. To, co odczuwał, było tak widoczne, że wywołało złośliwą 
uwagę jego kolegi: 

- Challenger na forum publicznym do ostatka -

odezwał się Summerlee. 

-  Wszystko  na  to  wskazuje  - 

odpowiedział  napuszony  Challenger.  - Właściwie  -  dodał,  patrząc  w 

dół, na rozległą pustynię rozchodzących się promieniście ulic, całkowicie teraz spokojnych i całkowicie 
zastygłych w śmierci - nie widzę doprawdy żadnego celu, dla którego mielibyśmy jeszcze pozostawać 
w Londynie. Proponuję, abyśmy powrócili natychmiast do Rotherfield, a potem naradzimy się, w jaki 
sposób należy wykorzystać jak najlepiej lata, które mamy przed sobą. 

Jeszcze tylko jeden obraz przedstawię spośród scen, które unieśliśmy w pamięci z wymarłego City. 

Chodzi tu o widok, jaki przedstawił się naszym oczom we wnętrzu starego kościoła Panny Marii, który 
mieści  się  tam,  gdzie  pozostawiliśmy  nasz  samochód.  Lawirując  wśród  rozłożonych  na  schodach 
postaci,  pchnęliśmy  na  oścież  wahadłowe  drzwi  i  weszliśmy  do  środka.  Widok  był  zadziwiający. 
Kościół był wypchany po brzegi klęczącymi postaciami, które przybrały najrozmaitsze pozy błagania i 
pokory.  W  ostatniej  strasznej  chwili  - 

stanąwszy  twarzą  w  twarz  z  rzeczywistością,  tą  przerażającą 

rzeczywistością, która ciąży nad nami nawet wtedy, kiedy gonimy za złudnym cieniem - przestraszeni 
ludzie  wbiegli  do  starych  kościołów  w  City,  gdzie  niemal  już  od  pokoleń  nie  odbywały  się  żadne 
nabożeństwa. Stłoczyli się tu tak ciasno, jak tylko na to pozwalała pozycja klęcząca. Wielu z nich w 
podnieceniu  zapomniało  zdjąć  kapelusze,  a  nad  nimi  jakiś  młody  człowiek  ubrany  po  świecku 
widocznie przemawiał z ambony w momencie, gdy zaskoczył ich ten sam wspólny los. Człowiek ten 
leżał teraz jak kukła z teatru marionetek, ze zwieszoną głową i bezwładnie opuszczonymi z ambony 
rękoma.  Wszystko  to  było  jak  nocna  mara:  szary  zakurzony  kościół,  rzędy  udręczonych,  martwych 
postaci, mroczność i cisza całego  wnętrza. Poruszaliśmy się, mówiąc ściszonym szeptem i chodząc 
na palcach. 

I  wtedy  nagle  wpadła  mi  do  głowy  pewna  myśl.  W  kruchcie  kościoła,  w  pobliżu  drzwi,  stała 

średniowieczna chrzcielnica, a poza nią mieściła się głęboka nisza, w której zwisały sznury używane 
przez  dzwonników.  Dlaczego  nie  mielibyśmy  tą  drogą  dać  znać  o  sobie  całemu  Londynowi  i  w  ten 
sposób przywołać do siebie każdego, kto jeszcze zachował się przy życiu? Podbiegłem i ciągnąc za 
rączkę sznura, zdziwiłem się, jak trudno jest rozkołysać dzwon. Lord John poszedł w moje ślady. 

- Na  Boga, 

młodzieńcze! - rzekł ściągając płaszcz. - Wpadł pan na diabelnie dobry pomysł. Niech 

mi pan poda uchwyt, a wkrótce go poruszymy. 

Lecz  nawet  wówczas  dzwon okazał się tak ciężki,  że dopiero  wtedy gdy  Challenger  i  Summerlee 

obciążyli  sznur  swoją  wagą,  usłyszeliśmy  ponad  głowami  ogłuszające  bicie,  które  mówiło  nam,  że 
stare  serce  dzwonu  wydzwaniało  znów  swoją  muzykę.  Daleko,  ponad  wymarłym  Londynem, 
rozbrzmiało  nasze  orędzie  braterstwa  i  nadziei  dla  każdego  utrzymującego  się  przy  życiu 
współtowarzysza.  Ten  silny  metaliczny  głos  napawał  radością  nasze  serca  i  powodował,  że 
pracowaliśmy jeszcze gorliwiej. Każde szarpnięcie sznura w górę odrywało nas o dwie stopy od ziemi, 
ale  wytężaliśmy  wszystkie  siły,  aby  ściągnąć  sznur  ku  dołowi.  Challenger,  najniższy  z  nas,  ułatwiał 
zadanie całą swą siłą, podskakiwał to  w  górę, to  w dół jak monstrualna  żaba, skrzecząc  za każdym 
pociągnięciem  sznura.  Był  to  moment,  który  mógłby  zachęcić  artystę  do  namalowania  obrazu  o 
czterech  awanturnikach,  niegdyś  towarzyszach  ryzykownych  przygód,  którym  los  zgotował  teraz  tak 
niezwykłe  przeżycie.  Pracowaliśmy  przez  całe  pół  godziny,  pot  lał  nam  się  z  czoła,  ramiona  i  plecy 

background image

- 47 - 

bolały  z  wysiłku.  Potem  wyszliśmy  na  krużganek  kościoła,  badając  uważnie  wzrokiem  spokojne, 
tłumne ulice. Żadnego dźwięku, żadnego poruszenia w odpowiedzi na nasze wezwanie. 

To nie ma sensu. Nikt się nie uratował! - zawołałem. 

Nic  więcej  nie  możemy  zrobić  -  powiedziała  pani  Challenger.  -  Na  miłość  Boską,  George, 

wracajmy do Rotherfield. Jeszcze jedna godzina pobytu w tym 

okropnym mieście, a oszaleję. 

Bez słowa wsiedliśmy do samochodu. Lord John zawrócił i skierował wóz na południe. Wydawało 

nam się, że jeden rozdział życia został zamknięty. Nie przewidywaliśmy, że nowy niezwykły rozdział 
otworzy się przed nami. 

 

ROZDZIAŁ VI WIELKIE PRZEBUDZENIE 

Wreszcie zbliżam się do końca opowiadania o tym nadzwyczajnym wydarzeniu. Miało ono ogromny 

wpływ nie tylko na nasze skromne indywidualne życie, ale w ogóle na historię całej ludzkości. Jak już 
powiedziałem  na  wstępie,  jeżeli  wydarzenia  te  będą  kiedykolwiek  spisane  w  kronikach,  wówczas  z 
pewnością  dominować  będą  wśród  innych  wypadków  tak  jak  szczyt  górski  wznoszący  się  wysoko 
ponad  otaczające  go  pagórki.  Pokolenie  nasze  spotkał  szczególny  los,  skoro  dane  mu  było 
doświadczyć  rzeczy  tak  niezwykłych.  Przyszłość  dopiero  okaże,  jak  długo  działać  będzie  ich  wpływ, 
jak długo ludzkość zachowa pokorę i cześć, której nauczył ją ten wielki wstrząs. Myślę, iż bezpieczniej 
jest twierdzić, że historia nigdy nie powtarza się  w takiej samej formie. Doprawdy nie zdajemy sobie 
sprawy,  jak  jesteśmy  słabi  i  jak  mało  wiemy.  Nie  potrafimy  uświadomić  sobie  nawet,  że  trzyma  nas 
jakaś niewidzialna ręka, aż w pewnym momencie ręka ta zaciska się i miażdży. Groziła nam już bliska 
śmierć. Wiemy,  że  każdej  chwili  może  powrócić.  Ponura  jej  postać  rzuca  cień  na  nasze  życie.  Któż 
jednak  zaprzeczy,  że  właśnie  w  tym  cieniu  nie  zbudziła  się  świadomość  obowiązku,  trzeźwość  i 
poczucie  odpowiedzialności,  uznanie  dla  powagi  życia  i  jego  celów,  usilne  pragnienie  lepszego  i 
pełniejszego rozwoju - wszystko to, co dojrzewa w nas i nabiera realnych kształtów do tego stopnia, 
że  objęło  całe  nasze  społeczeństwo  bez  reszty?  Jest  to  coś,  co  wyrasta  ponad  wszelkie  klany  i 
dogmaty. Jest to raczej zmiana perspektyw

y, przesunięcie się naszych pojęć o wielkościach, głębokie 

przekonanie, że jesteśmy nic nie znaczącymi efemerydami i że istnienie nasze zdane jest na łaskę i 
niełaskę lada zimnego podmuchu ze strony Nieznanego. Gdyby ludzie sobie to uświadomili, staliby się 
poważniejsi, a świat w rezultacie nie byłby, sądzę, wcale tak przykrym miejscem bytowania. Na pewno 
zgadzamy się co do tego,  że  bardziej umiarkowane i  skromne przyjemności, do  których musimy się 
teraz  ograniczyć,  zawierają  w  sobie  więcej  głębi  i  mądrości  niż  hałaśliwa  i  szaleńcza  pogoń  za 
uciechami,  które  tak  często  uchodziły  za  rozrywkę  w  dniach  minionych  -dniach  tak  niedawnych,  a 
jednak  tak  już  teraz  niepojętych.  Ludzie,  których  życie  pozbawione  jakiejkolwiek  głębszej  treści 
upływało  na  bezsensownych  wzajemnych  wizytach,  w  trosce  o  utrzymanie  wystawnego  domu,  na 
przygotowywaniu  wyszukanych  posiłków  spożywanych  w  atmosferze  nudy  -  odzyskali  teraz  dobre 
samopoczucie  i  znaleźli  odpoczynek,  czytając  książki  i  słuchając  muzyki  w  cichej,  serdecznej 
atmosferze 

życia rodzinnego, która rodzi się z rozsądniejszego i zdrowszego trybu życia. 

Zdania  odnośnie  dokładnej  godziny  wielkiego  przebudzenia  są  w  pewnym  stopniu  sprzeczne.  Na 

ogół  jednak  wszyscy  zgodni  są  co  do  tego,  że  niezależnie  od  różnic  w  czasie  wskazywanym  przez 
poszczególne  zegary  - 

mogły  zaistnieć  lokalne  przyczyny,  dzięki  którym  działanie  trucizny  nie  było 

wszędzie  jednakowe.  Oczywiście,  w  każdej  oddzielnej  strefie  powrót  do  życia  był  w  zasadzie 
jednoczesny. Liczni świadkowie stwierdzają, że Big Ben wskazywał w tym momencie dziesięć minut 
po szóstej. Królewskie Obserwatorium Astronomiczne ustaliło, że według czasu Greenwich było wtedy 
dwanaście  minut  po  szóstej.  Z  drugiej  strony  Laird  Johnson,  wybitny  astronom  pracujący  w  East 
Anglia, zanotował godzinę szóstą dwadzieścia. Na Hebrydach nastąpiło to dopiero o godzinie siódmej. 
W  naszym  wypadku  nie  może  być  jakiejkolwiek  wątpliwości,  ponieważ  siedziałem  wtedy  właśnie  w 
gabinecie  Challengera,  mając  przed  sobą  pieczołowicie  sprawdzany  chronometr.  Była  godzina 
kwadrans po szóstej. 

Ogarniała mnie jakaś niezwykła depresja. Wrażenia nagromadzone po tych wszystkich okropnych 

widokach, które mijaliśmy podczas drogi, kładły się ciężarem na mą duszę. Przy moim wprost końskim 
zdrowiu i ogromnej energii fizycznej apatia b

yła stanem rzadkim. Moje irlandzkie usposobienie zawsze 

pozwala  mi  dostrzec  jakiś  promyk  nadziei  nawet  w  najbardziej  nieprzeniknionej  ciemności.  Lecz 
obecnie mrok był przerażający i nie do pokonania. Moi współtowarzysze przebywali w pokoju na dole, 
robiąc plany  na  przyszłość. Ja siedziałem przy otwartym  oknie  z  głową  opartą na ręce,  zatopiony  w 
rozmyślaniach  nad  naszą  godną  pożałowania  sytuacją.  Zacząłem  pytać  sam  siebie.  -  Czy  można 
egzystować  na  wymarłym  świecie?  Czyż  nie  przyciągnie  nas  do  siebie  ta  olbrzymia  społeczność 
ludzka,  która  przekroczyła  już  próg  Nieznanego,  podobnie  jak  w  fizyce  większe  ciało  przyciąga 

background image

- 48 - 

mniejsze?  Jaki  będzie  nasz  koniec?  Czy  nastąpi  może  powrotna  fala  trującego  eteru?  Albo  może 
zaraźliwe wyziewy spowodowane powszechnym rozkładem uniemożliwią nam dalsze życie na ziemi? 
A  może  padniemy  ofiarą  tej  straszliwej  sytuacji,  która  zachwieje  nam  równowagę  umysłu?  Grupa 
obłąkanych ludzi na wymarłym świecie! - Oczyma duszy widziałem już ten ostatni przerażający obraz, 
gdy  nagle  jakiś  lekki  hałas  zmusił  mnie  do  spojrzenia  na  wijącą  się  w  dole  drogę.  Ów  stary  koń 
dorożkarski wjeżdżał na wzgórze! 

W tej samej chwili uświadomiłem sobie, że słyszę ćwierkanie ptaków, czyjś kaszel dochodzący od 

strony  podwórza  i  widzę,  że  cała  okolica  tętni  ruchem.  A  jednak,  pamiętam,  właśnie  ten  śmieszny, 
wychudły,  wysłużony  koń  dorożkarski  przykuwał  mój  wzrok.  Powoli,  dysząc,  człapał  na  wzniesienie. 
Potem  przeniosłem  oczy  na  siedzącego  na  koźle  zgarbionego  dorożkarza,  a  w  końcu  na  młodego 
człowieka, który wychylał się z okna dorożki i podnieconym głosem wskazywał kierunek. Nie ulegało 
wątpliwości, wszyscy oni byli pełni energii i życia! 

Każdy żył jak przedtem. Czyżby wszystko było złudzeniem? Czyż możliwe, aby to całe zdarzenie z 

trującym pasmem było jakimś nieprawdopodobnym snem? Zaskoczony, gotów byłem przez chwilę w 
to  uwierzyć.  Wówczas  dostrzegłem  powiększający  się  pęcherzyk  na  dłoni,  którą  obtarłem  sobie 
sznurem od dzwonu w londyńskim City. A więc jednak wszystko działo się naprawdę. A więc jednak 
był  to  wskrzeszony  świat  -  życie  powracało  na  naszą  planetę  jakimś  nagłym,  pełnym  przypływem. 
Teraz, gdy oczy moje wędrowały po rozległym krajobrazie - widziałem go z każdej strony - a wszystko 
w  nim  ku  memu  zdziwieniu  szło  tym  samym  torem,  co  poprzednio.  A  nasi  golfiści...  czyż  można 
uwierzyć,  że  podjęli  grę?  Istotnie,  jeden  z  grających  startował  z  kopczyka,  a  tamta  grupa  osób  na 
trawie bez wątpienia uderzała piłeczkę, celując w dołek. Żniwiarze powoli gromadzili się znowu przy 
pracy. Niania obdarzyła klapsem jednego ze swoich wychowanków, a potem zaczęła pchać wózek z 
dzieckiem na wzgórze. Zupełnie obojętnie podejmował każdy swój wątek w tym miejscu, w którym go 
porzucił.  Pobiegłem  na  dół,  ale  drzwi  hallu  były  otwarte,  a  z  podwórza  dochodziły  głosy  moich 
współtowarzyszy,  słychać  było  ich  gromkie  okrzyki  zdziwienia  i  gratulacji.  Jakże  ściskaliśmy  sobie 
ręce, jak śmialiśmy się, będąc już razem, i jakże nas pani Challenger całowała w podnieceniu, nim w 
końcu rzuciła się w niedźwiedzi uścisk swego męża! 

Przecież oni nie mogli być uśpieni - wołał lord John. - Do diabła z tym wszystkim, Challenger, nie 

każe mi pan chyba wierzyć w to, że ci ludzie spali z wybałuszonymi oczyma, zesztywniałym ciałem i 
tym strasznym grymasem śmierci na twarzy. 

Mógł  to  być  tylko  stan,  który  nazywa  się  katalepsją  -  odrzekł  Challenger.  -  Było  to  zjawisko 

należące do rzadkich w przeszłości i stale mylnie uważane za śmierć. W czasie trwania takiego stanu 
temperatura ciała spada, oddech zanika, bicie serca jest niewyczuwalne, faktycznie, to j e s t śmierć, z 
tą tylko różnicą,  że trwa  przelotnie. Nawet najbardziej  zdolny  umysł  - tu spuścił  powieki  z filuternym 
uśmiechem - z trudem może pojąć zjawisko tak powszechnego wybuchu tej choroby. 

Pan może temu nadać etykietkę katalepsji - zauważył Summerlee - lecz mimo wszystko będzie to 

tylko nazwa, a my wiemy równie mało o skutkach, jak o truciźnie, która ten stan wywołała. Możemy co 
najwyżej powiedzieć, że skażone powietrze spowodowało tymczasową śmierć. 

Austin,  cały  skulony,  siedział  na  stopniu  samochodu.  To  jego  kaszel  słyszałem  z  góry.  Podniósł 

głowę w milczeniu, ale teraz mruczał coś do siebie i przebiegał wzrokiem po samochodzie. 

Żółtodziób! - zrzędził. - Nie może zostawić rzeczy w spokoju! 

Co się stało, Austin? 

Smarowniki  otwarte,  proszę  pana.  Ktoś  sobie  urządzał  głupią  zabawę  z  tym  samochodem.  To 

pewnie ten chłopak od ogrodnika. 

Lord John wyglądał na winowajcę. 

Nie wiem, co mi się stało - ciągnął Austin, słaniając się na nogach. - Coś dziwnego musiało mi się 

przydarzyć,  kiedy  polewałem  wężem  samochód.  Coś  sobie  przypominam,  że  trzepnąłem  się  o 
stopień. Ale mogę przysiąc, że na pewno nie zostawiłem otwartych smarowników. 

Krótko  i  zwięźle  wytłumaczyliśmy  zdumionemu  Austinowi,  co  stało  się  z  nim  i  całym  światem. 

Wyjaśniliśmy  mu  także  tajemnicę  cieknących  smarów.  Spoglądał  z  głęboką  nieufnością,  gdy 
opowiadaliśmy mu, jak to jeden z amatorów prowadził jego wóz; słuchał z dużym zainteresowaniem 
tych  kilku  zdań,  w  których  odtworzyliśmy  mu  nasze  przeżycia  w  uśpionym  City.  Pamiętam  nawet 
uwagi, jakie poczyn

ił pod koniec opowiadania. 

I byliście nawet pod Bankiem Angielskim, proszę pana? 

- Tak, Austin. 
- I wszyscy spali, a tam jest tyle milionów! 

No tak, właśnie.  

A mnie tam nie było! - jęknął i przygnębiony powrócił do polewania samochodu. 

Nagle  usłyszeliśmy  skrzypienie  kół  po  żwirze.  Stara  dorożka  zajeżdżała  akurat  pod  drzwi  domu 

Challengera.  Zobaczyłem,  jak  wysiadał  z  niej  młody  pasażer.  W  chwilę  później  zjawiła  się  służąca, 

background image

- 49 - 

która  była  tak  rozczochrana  i  przestraszona,  jakby  dopiero  co  wstała  z  łóżka.  Przyniosła  na  tacy 
wizytówkę.  Kiedy  Challenger  odczytał  ją,  zacharczał  wściekle.  Zdawało  się,  że  z  gniewu  jego 
szczecinowate, czarne włosy zjeżyły mu się na głowie. 

-  Dziennikarz  - 

mruczał.  Potem  dodał  z  przepraszającym  uśmiechem.  -  Ostatecznie,  to  zupełnie 

zrozumiałe, że cały świat chce jak najszybciej dowiedzieć się, co myślę o tym całym wydarzeniu. 

Nie  sądzę,  aby  to  było  celem  jego  wizyty  -  odezwał  się  Summerlee  -  bo  dziennikarz  był  już  w 

drodze, zanim nastąpiło przesilenie. 

Spojrzałem na wizytówkę: „James Baxter, korespondent londyński »New York Monitor«". 
- Porozmawia pan z nim? - 

spytałem. 

- Ja? Nigdy. 

O, George. Powinien pan być bardziej uprzejmy i mieć wzgląd na innych. Chyba nauczył się pan 

czegoś po tym, co przeszliśmy. 

Challenger żachnął się i potrząsnął z uporem swoją wielką głową. 

Zatrute  plemię!  Co,  Malone?  Najgorszy  chwast  współczesnej  cywilizacji,  gotowe  narzędzie 

szarlatanerii oraz zawada na drodze szanującego się człowieka! Czy mieli oni kiedykolwiek dla mnie 
dobre słowo? 

-  A  czy  pan  m

iał  dobre  słowo  kiedykolwiek  dla  nich?  -  odparłem.  -  Chodźmy,  profesorze,  to 

cudzoziemiec, który odbył długą podróż, aby się z panem zobaczyć. Mam nadzieję, że nie będzie pan 
dla niego nieuprzejmy. 

-  No  dobrze,  dobrze  - 

mruczał  -  pójdzie  pan  ze  mną  i  poprowadzi  rozmowę.  Z  góry  protestuję 

przeciw  tego  rodzaju  gwałtownemu  zakłócaniu  mego  prywatnego  życia.  -  Zrzędząc  i  mamrocząc 
toczył się za mną jak zły, a raczej podrażniony brytan. 

Elegancki młody Amerykanin wyciągnął notes i od razu przystąpił do sedna sprawy. 

Przyjechałem  - rzekł  - ponieważ nasi ludzie  w Ameryce chętnie chcieliby się dowiedzieć czegoś 

bliższego o niebezpieczeństwie, które zdaniem pana, zagraża światu. 

Nie  wiem  o  żadnym  niebezpieczeństwie,  które  by  teraz  groziło  światu  -  odpowiedział  szorstko 

Challenger. 

Dziennikarz spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. 

Mam proszę pana na myśli to, że świat mógłby przypadkowo dostać się w pasmo trującego eteru. 

Nie obawiam się obecnie tego rodzaju niebezpieczeństwa - rzekł Challenger. 

Dziennikarz sp

ojrzał jeszcze bardziej zmieszany. 

- Pan jest profesorem Challengerem, prawda? -

spytał. 

Owszem, drogi panie, tak właśnie brzmi moje nazwisko. 

Nie  mogę  wobec  tego  zrozumieć,  jak  pan  może  twierdzić,  że  nie  istnieje  tego  rodzaju 

niebezpieczeństwo.  Chodzi  mi  o  list  napisany  osobiście  przez  pana,  opublikowany  pod  pana 
nazwiskiem dziś rano w londyńskim „Timesie". 

Tym razem zdziwił się Challenger. 

Dziś rano? - rzekł. - Żaden londyński „Times" nie wyszedł dziś rano. 

Ależ na pewno, proszę pana - odrzekł Amerykanin, lekko zaniepokojony - musi pan przyznać, że 

londyński „Times" jest gazetą codzienną. - Wyjął z wewnętrznej kieszeni egzemplarz dziennika. -Oto 
list, na który się powołuję. 

Challenger odchrząknął znacząco i zatarł ręce. 
- Zaczynam rozum

ieć - rzekł. - A więc czytał pan ten list dziś rano? 

Tak, proszę pana. 

I natychmiast przybył pan, aby przeprowadzić ze mną wywiad? 

- Tak jest. 

Czy pan nie zauważył czegoś niezwykłego, jadąc tutaj? 

Owszem, mówiąc prawdę, Anglicy wydali mi się bardziej ożywieni i ogólnie mniej wyniośli, niż to 

kiedykolwiek zauważyłem. Bagażowy zaczął mi opowiadać zabawną historyjkę, a to jest zupełnie coś 
nowego dla mnie w tym kraju. 

Nic więcej? 

Chyba nie, w każdym razie nic takiego, co mógłbym sobie przypomnieć. 

No dobrze, a o której godzinie wyjechał pan ze stacji Victoria? 

Amerykanin uśmiechnął się. 

background image

- 50 - 

Przyjechałem  tu,  aby  przeprowadzić  z  panem  wywiad,  profesorze,  tymczasem  sprawa  przyjęła 

taki obrót, że można by zapytać: „Czy Murzyn złapał rybę, czy ryba Murzyna?" Z panem jest zupełnie 
podobnie. 

To mnie przypadkowo interesuje. Czy przypomina pan sobie godzinę? 

Oczywiście... Było wpół do pierwszej. 

A przybył pan... ? 

- Za kwadrans trzecia. 

I wynajął pan dorożkę? 

- Tak jest. 

- Jak daleko, zdaniem pana, jest do stacji? 

No, przypuszczam, że dobre dwie mile. 

A więc jak pan sądzi, ile to panu zabrało czasu? 

Jakieś pół godziny, biorąc pod uwagę tego astmatycznego konia. 

Więc mogła być trzecia godzina? 

- Tak, albo nieco po trzeciej. 

Niech pan spojrzy na swój zegarek. Amerykanin uczynił to, a potem popatrzył na nas zdumiony. 

Ależ  -  zawołał  -  zrobiło  się  późno.  Ten  koń  pobił  z  pewnością  wszelkie  rekordy.  Dopiero  teraz 

spostrzegam, że słońce jest już dość nisko. Jest w tym coś, czego nie mogę zrozumieć. 

Czy  naprawdę  nie  przypomina  pan  sobie  nic  szczegółowego,  co  uderzyło  pana  w  drodze  na 

wzgórze? 

Owszem, zdaje mi się, że w pewnym momencie byłem strasznie śpiący. Pamiętam, że chciałem 

coś powiedzieć dorożkarzowi i że nie udało mi się zwrócić na siebie jego uwagi. Przypuszczam, że to 
z powodu upału, nawet przez chwilę doznałem zawrotu głowy. To wszystko. 

Tak  jest  z  całą  ludzkością  -  rzekł,  zwracając  się  do  mnie,  Challenger.  -  Wszyscy  oni  odczuwali 

przez  chwilę  zawrót  głowy.  Nikt  z  nich,  jak  dotąd,  nie  ma  pojęcia,  co  się  stało.  Każdy  przystąpi  do 
przerwanego zajęcia, podobnie jak Austin, który chwycił za gumowy wąż, lub golfiści, którzy od razu 
podjęli  grę.  Pański  wydawca,  Malone,  będzie  nadal  wydawał  gazety,  a  zdziwi  się  niezmiernie 
stwierdziwszy  brak  jednego  nakładu.  Tak,  młody  przyjacielu  -  rzekł  do  amerykańskiego  reportera  z 
nagłym  przypływem  dobrodusznej  wesołości  -  może  zainteresuje  pana  wiadomość,  że  świat 
bezpiecznie przepłynął przez trujący prąd, który niby jakiś Golfstrom płynie w oceanie eteru. Zechce 
pan  także  wziąć  pod  uwagę  dla  uniknięcia  w  przyszłości  nieporozumień,  że  dzisiaj  nie  jest  piątek, 
dwudziestego  siódmego  sierpnia,  lecz  sobota,  dwudziestego  ósmego  sierpnia,  oraz  że  pan  siedział 
nieprzytomnie w dorożce przez dwadzieścia osiem godzin na Wzgórzu Rotherfield. 

I „w tym miejscu"  - jakby powiedział mój amerykański kolega  - mógłbym  zakończyć opowiadanie. 

Jest to tylko, jak się prawdopodobnie zdążyliście zorientować, pełniejsza, bardziej szczegółowa wersja 
sprawozdania, 

które  ukazało  się  w  poniedziałkowym  wydaniu  „Daily  Gazette"  -  sprawozdania,  które 

uznano  powszechnie  za  największe  osiągnięcie  dziennikarskie  wszystkich  czasów  i  dzięki  któremu 
sprzedano  ni  mniej,  ni  więcej,  tylko  trzy  i  pół  miliona  egzemplarzy  naszej  gazety.  Te  wspaniałe 
nagłówki artykułów oprawiłem nawet w ramkę i powiesiłem na ścianie mego sanktuarium: 

ŚWIAT DWADZIEŚCIA OSIEM GODZIN W LETARGU 
PRZEŻYCIE NIE MAJĄCE PRECEDENSU CHALLENGER MIAŁ RACJĘ 
NASZ KORESPONDENT OCALONY 
SENSACYJNY REPORTAŻ 
POKÓJ Z TLENEM 

NIESAMOWITA JAZDA SAMOCHODEM 
WYMARŁY LONDYN 
BRAKUJĄCA STRONICA 
WIELKIE POŻARY I STRATY W LUDZIACH 
CZY TO SIĘ POWTÓRZY? 
Pod  tymi  wspaniałymi  tytułami  następowało  dziewięć  i  pół  kolumny  tekstu.  Było  to  pierwsze, 

ostatnie  i  jedyne  sprawozdanie  z  historii,  j

aka  wydarzyła  się  na  naszej  planecie,  a  opisane  w  taki 

sposób,  jak  tylko  umiał  to  zrobić  jeden  człowiek,  który  przeżywał  i  obserwował  wszystko  w  ciągu 
całego długiego dnia. Challenger i Summerlee omawiali tę sprawę we wspólnej naukowej rozprawie, a 

background image

- 51 - 

mnie  pr

zypadł  w  udziale  opis  popularny.  Z  pewnością  mogę  śpiewać  nunc  dimittis.  Cóż  bowiem 

pozostało po tym wszystkim dziennikarzowi, jeśli nie spokojne życie? 

Niechże jednak nie kończę sensacyjnymi nagłówkami i osobistym wyłącznie triumfem. Pozwólcie mi 

raczej  p

rzytoczyć tu głębokie w treści słowa, którymi jeden  z najpoważniejszych dzienników kończył 

swój  doskonały  artykuł  wstępny  o  powyższym  wydarzeniu  -  artykuł,  który  mógłby  być  uważany  za 
źródło informacji dla każdego myślącego człowieka.  

 
Niestety, dość wytartym truizmem stało się twierdzenie  - pisał „Times"  - że ludzkość jest bezsilna 

wobec  niewidzialnych,  otaczających  nas  mocy.  Tymczasem  te  same  przepowiednie  i  ostrzeżenia 
przekazywali nam nie tylko dawni prorocy, ale także filozofowie naszych czasów. Lecz  podobnie jak 
dzieje się z często powtarzanymi prawdami, po pewnym czasie twierdzenie to straciło na aktualności i 
sile wymowy. Jakaś lekcja, jakieś istotne przeżycie było konieczne dla przywrócenia mu dawnej wagi. 
Ocknęliśmy się właśnie dzięki tej zbawiennej, lecz straszliwej próbie, a chociaż umysł nasz ogłuszony 
jest  nagłym  uderzeniem,  upokorzony  duch  oczyścił  się  po  stwierdzeniu  własnej  ograniczoności  i 
niemocy.  Świat  zapłacił  olbrzymią  cenę  za  tę  naukę.  Wprawdzie  nie  dowiedzieliśmy  się  jeszcze  o 
całych rozmiarach klęski, ale już samo zniszczenie Nowego Yorku, Nowego Orleanu i Brightonu przez 
pożar stanowi jedną z największych tragedii w dziejach rodu ludzkiego. Gdy sprawozdanie z katastrof 
kolejowych i okrętowych zostanie już ukończone, dostarczy ono, niestety, ponurej lektury, chociaż są 
na  to  dowody,  że  w  przeważającej  większości  wypadków  maszyniści  kolejowi  i  okrętowi  zdołali 
zatrzymać  maszyny,  nim  całkowicie  ulegli  działaniu  trucizny.  Jednakże  nie  tylko  konkretne  straty  - 
jakkolwiek  są  one  ogromne  tak  w  ludziach,  jak  i  dobrach  materialnych,  będą  dziś  przedmiotem 
naszych najważniejszych rozważań. Wszystko to bowiem po pewnym czasie ulegnie niepamięci. Nie 
będzie  można  jednak  zapomnieć  ani  o  tym,  że  wszechświat  objawił  nam  swoje  nieograniczone 
możliwości przemian, ani tego, w jaki sposób zburzone zostało nasze ciasne zadowolenie z siebie, ani 
przykładu  na  to,  jak  niepewne  jest  nasze  materialne  istnienie  i  jaka  przepaść  kryć  się  może  po  obu 
stronach  wąskiej  kładki  naszego  życia.  Będzie  to  i  powinno  długo  jeszcze  niepokoić  naszą 
świadomość. Powaga i pokora leżą u podstaw wszystkich naszych obecnych wzruszeń. Oby stały się 
one  fundamentem,  na  którym  jakieś  lepsze  i  mędrsze  pokolenie  zbuduje  bardziej  godną  czci 
świątynię.