background image

Jan Brygier 

W latach okupacji 

Do domu wróciłem z niewoli niemieckiej około 20 października 1939 

roku.   Od   żony   dowiedziałem   się,   że   w   końcu   września   odwiedził   ją 
superintendent dr Rhode ' , który powiedział jej, że ja byłem gnany wspólnie z 
nim, że uciekłem i że on ma nadzieję, iż wrócę do domu. Po prostu przyszedł 
pocieszyć moją żonę. Wobec powyższego odwiedziłem go nazajutrz po moim 
powrocie. 

'  

Artur Rhode (1868-1967),pastor w Ostrzeszowie (1895-1916),superintendent kościoła 

   ewangelickiego w Ostrzeszowie (1916-1920), a następnie w Poznaniu. Z chwilą 
   wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. został wraz z grupą komunistów i przywódców 
   mniejszości niemieckiej internowany i pod eskortą konwojowany w kierunku Kutna. 

Na mój widok ucieszył się. Powiedział mi, że ich oswobodziło wojsko 

niemieckie,   że   musieli   perswadować   młodym   Niemcom,   którzy   byli 
internowani   przez   Polaków,   by   się   nie   mścili,   że   powrócił   do   Poznania   do 
swego   kościoła   i   wezwał   swoich   wiernych   do   przebaczenia   i   zgodnego 
współżycia z Polakami, że ze smutkiem widzi, że jest inaczej, gdyż w Poznaniu 
jedynie niemiecka władza wojskowa decyduje o wszystkim, że przed wojną 
było sześć tysięcy Niemców, a obecnie jest już 60 000 Volksdeutschów, a on nie 
wie, skąd się oni wzięli. Powiedział mi, a twarz jego płonęła radością, że jego 
syn ' pełnił obowiązki tłumacza, gdy delegaci walczącej Warszawy spotkali się 
w  wiosce Marki z dowództwem Wehrmachtu w  celu omówienia warunków 
kapitulacji Warszawy. 

'  

Dr Gothold Rhode, historyk wychowany w Polsce, już w 1938 r. podjął pracę w 

   Osteuropa Institut we Wrocławiu. Brał udział w kampanii wrześniowej przeciw Polsce 
   oraz ogłaszał antypolskie publikacje. Syn Artura Rhode. Obecnie pracuje w 
   uniwersytecie w Moguncji. 

Chcąc załatwić sobie zameldowanie i uniknąć  pytań,  dlaczego się tak 

późno melduję, poprosiłem dra Rhodego o zaświadczenie, że nie opuściłem 
dobrowolnie   Poznania.   Bardzo   chętnie   mi   takie   zaświadczenie   dał.   Nie 
przypuszczałem wówczas, że ten papierek za kilka miesięcy wyratuje mnie z 
ciężkiej opresji. 

Zameldowanie załatwiłem gładko, bez powołania się na zaświadczenie 

dra Rhodego. 

Zakłady H. Cegielski Oddział III, przekształcone na  Deutsche Waffen- 

und Munitionsfabrik, zaczęły przyjmować do pracy. W dniu 10 listopada 1939 

background image

roku zameldowałem się w Urzędzie Pracy (Arbeitsamt), a w dniu 28 listopada 
1939 roku zacząłem pracować w DWM w charakterze trasera. 

Do   dawniejszych   zakładów   Cegielskiego   Niemcy   przenieśli   swoją 

produkcję z Karlsruhe razem ze swoimi inżynierami, majstrami i częścią załogi. 
Pierwszym  naszym   majstrem   był   Niemiec   Bolz.   Pracowałem   początkowo   z 
traserami   Wackiem   Bulskim   (obecnie   mieszka   w   Poznaniu),   Kazimierzem 
Dyczkowskim (obecnie pracuje w Wiepofamie), Leonem Nowakiem (obecnie 
ma własny warsztat w Żabikowie) i jeszcze z innymi. 

Początkowo w warsztacie był duży rozgardiasz. Powoli się normowało. 

Pracowaliśmy 10 godzin. Obiad trwał jedną godzinę i mieszkający w pobliżu 
chodzili na obiad. Na obiady chodził również Wacek Bulski. 20 grudnia wrócił 
z obiadu ze łzami w oczach z wiadomością, że jego żonę z dziećmi Niemcy 
wyrzucili   z   mieszkania   i   że   rodzinę   znalazł   na   schodach.   My   traserzy 
jednogłośnie postanowiliśmy stanąć w obronie towarzysza pracy i po obiedzie 
zaprzestaliśmy pracować mimo sprzeciwu Wacka Bulskiego. W tym dniu nie 
pracowaliśmy już więcej i na zapytanie majstra Bolza odpowiedzieliśmy, że to 
robimy z powodu wyrzucenia rodziny Bulskiego z mieszkania. Ten mały strajk 
odbił się w naszym warsztacie dość dużym echem, a przede wszystkim wśród 
grupy   robotników   Łodzi,   częściowo   także   wśród   tej   grupy   łódzkiej,   która 
później pracowała z nami w podziemnej PPR. 

Do dzisiejszego dnia nie mogę zrozumieć, dlaczego Niemcy nas wówczas 

nie   aresztowali.   Przypuszczam,   że   byli   zaskoczeni   tym,   że   wśród   nich   był 
rozgardiasz i że na ogół prawie wszyscy Niemcy żyli wówczas myślą wyjazdu 
na urlop na gwiazdkę do ojczystego Karlsruhe, a zastępstwo Polaków w pracy 
było im na rękę. 

Po   tym   incydencie   przeniesiono   wkrótce  Wacka   Bulskiego   do   innego 

warsztatu, gdzie produkowano parowozy. Niemcy dowiedzieli się, że Bulski już 
całe lata pracował jako traser przy produkcji parowozów. 

Pod koniec grudnia 1939 roku przyszedł do mnie Piękniewski i wyraził 

chęć pracy w DWM. Do tego czasu handlował na Rynku Łazarskim. Ponieważ 
traserów potrzebowano, namówiłem go, by się zgłosił na trasera i stanął przed 
bramą, a ja jego nazwisko podam majstrowi. 

Piękniewski został przyjęty i choć nigdy jako traser nie pracował, dał 

sobie szybko z tym nowym fachem radę. Pracował aż do swej ucieczki, to jest 
do   końca   maja   1944   roku,   razem   z   Wackiem   Bulskim   przy   produkcji 
parowozów. 

Jak   wiadomo,   Niemcy   wyrzucali   Polaków   z   mieszkań,   aresztowali, 

rozstrzeliwali,   wywozili   do   baraków   na   Główne,   a   stamtąd   do   Generalnej 
Guberni,   wywozili   do   obozów   koncentracyjnych.   Strach   i   niepewność 
panowała wśród robotników. 

Robotnicy, i nie tylko oni, mieli dużo pytań, dużo problemów ich gnębiło, 

2

background image

dużo   niejasności,   szukali   odpowiedzi   na   różne   zjawiska,   np.   dlaczego   w 
krytycznej sytuacji, gdy Niemcy napadli na Polskę, Związek Radziecki zajął 
tereny   aż   po   Bug?   Dlaczego   Sowieci   zawarli   z   Hitlerem   pakt   o   nieagresji 
jeszcze przed 1 września? 

Z   takimi   i   podobnymi   pytaniami   zwracali   się   robotnicy   i   nie   tylko 

robotnicy do tych, którzy byli już znani jako komuniści lub działacze lewicowi. 
A tych działaczy było w Poznaniu mało, na ogół byli oni znani i nie mogli się 
ukryć. Niektórzy z nich, jak Chaciuk i Wiktor Walczak dostali się w 1939 do 
ZSRR,   Franciszek   Pietrowski   przeniósł   się   do   Generalnej   Guberni,   Jakuba 
Jakubowskiego wywieźli do GG (powrócił później do Poznania), Franciszka 
Krysztofiaka   wywieźli   Niemcy   do   Reichu   na   prace   przymusowe,   Michał 
Wołoszyn   i   Wasili   Bułygin   oraz   Jakub   Kwaśnik   przeszli   do   ugrupowań 
ukraińskich.   Ale   pewna   mała   grupka   komunistów,   jak   Walenty   Cebulski, 
Zygmunt Piękniewski, Jakub Przybylski, Jan Brygier, Stefan Blachowski, Jakub 
Kaczmarek,   Jakub   Krzeszczak,   Władysław   Sztukowski,   Stefan   Ludwiczak, 
bracia   Danielakowie,   Panek,   Ludwik   Andrzejewski   i   inni,   a   z   PPS-u 
Rybczyński   i   Stanisław   Niedbalski   zostali.   Do   tych   będących   na   miejscu 
zwracali się robotnicy ze swoimi pytaniami, a ci w miarę swojego rozeznania 
tłumaczyli lub wyrażali swoje zdania tak jak umieli. Z niektórymi sprzeczali 
się, gdyż tych, co mieli zdanie przeciwne, było początkowo bardzo dużo. 

I tak siłą rzeczy, nie zaplanowane z góry, lecz zrodzone przez samo życie, 

powstały   wokół  znanych  działaczy   kółka  lub  grupy. Z  tych  kółek  lub  grup 
wyłonili się znów tacy, którzy mieli te same lub podobne poglądy, z którymi ci 
znani sprzed wojny działacze zaczęli utrzymywać bliższe kontakty. Te grupy 
tworzyły   się   przede   wszystkim   w   dwóch   miejscach:   tam,   gdzie   wspólnie 
pracowano i tam, gdzie wspólnie lub w pobliżu mieszkano. 

Takie grupy powstawały wokoło Piękniewskiego, Blachowskiego, Jakuba 

Krzeszczaka,   Jakuba   Przybylskiego,   Władysława   Sztukowskiego,   Jana 
Brygiera, Ludwika Andrzejewskiego, Andrzeja Węcławka i innych. Niektóre z 
nich,   jak   grupa   wokół  Andrzeja   Węcławka,   Jakuba   Przybylskiego,   Jakuba 
Jakubowskiego i Ludwika Andrzejewskiego, przybrały dość wcześnie formy 
organizacyjne, jeszcze przed powstaniem PPR. 

Na   razie   jednak   pracowałem   jako   traser.   Przyjęto   więcej   traserów   do 

pracy. Majster Bolz wrócił do Karlsruhe, a nasi przełożeni nazywali się Loose i 
Russel.   W   tym   czasie   najbliższe   kontakty   utrzymywałem   z   traserami 
Kazimierzem   Dyczkowskim,   Leonem   Nowakiem   i   Wackiem   Perzem,   który 
obecnie pracuje w Pomecie w odbiorze technicznym. 

W dniu 11 lipca 1940 roku rychło rano wtargnęli gestapowcy do altanki 

mieszkalnej na działkach Skorupki i polecili mi  ubierać się, a sami zaczęli 
przeprowadzać   rewizję.   Przeglądając   moją   marynarkę   roboczą   znaleźli   w 
kieszeni zaświadczenie wystawione dla mnie przez superintendenta dr Rhode. 

3

background image

Mimo tego zabrali mnie, a wioząc mnie samochodem zapytali, gdzie mieszka 
dr   Rhode.   Powiedziałem   im,   zajechali,   jeden   poszedł   do   dr   Rhode,   drugi 
pilnował mnie w samochodzie. Po chwili pierwszy wrócił, zawieźli mnie do 
Domu Żołnierza, gdzie była siedziba gestapo i po 10 minutach zwolnili mnie. 

Gdy   na   drugi   dzień   poszedłem   do   pracy,   dowiedziałem   się   ze 

zdziwieniem,   że  gestapo   aresztowało   oprócz  mnie   jeszcze  sześciu   traserów: 
Aleksego   Skowrońskiego,   Stefana   Misiurę,   Organistkę,   Kwiatkowskiego, 
Westphala i Mariana Sobocińskiego. Wypuszczono tylko mnie i to tylko dzięki 
przypadkowi, że w kieszeni mojej marynarki znaleźli wymienione pismo dr 
Rhodego. 

Z aresztowanych powrócili z obozu koncentracyjnego: Organistka już po 

roku   dzięki   staraniom   swojej   żony,   Stefan   Misiura   i   Marian   Sobociński   po 
zakończeniu   wojny.   Misiura   po   wojnie   został   inżynierem,   a   Sobociński 
technikiem. 

Wszystkie poszlaki prowadzą do tego, że jeden z naszych przełożonych, 

Loose,   jak   mówili   inni   Niemcy   esesman,   znał   język   polski.   Był   bardzo 
grzeczny, nie był bawarczykiem, a najprawdopodobniej z jego przyczyny to 
aresztowanie nastąpiło. Coś musiał podsłuchać, gdyśmy przed i podczas pracy 
dyskutowali na tematy polityczne. Wacek Perz, pracujący obecnie w Pomecie w 
odbiorze technicznym, twierdzi z całą pewnością, że Loose znał język polski. 

Jeszcze przed tą sprawą za pośrednictwem Jakuba Krzeszczaka poznałem 

niemieckiego towarzysza Józefa Reinholza. Pracował także jako traser, lecz w 
innym   warsztacie.   Był   rudy   i   piegowaty,   o   dziwnym,   mądrym   i   myślącym 
wyrazie twarzy. Nawiązałem z nim bardzo serdeczne stosunki, byłem kilka razy 
u niego w mieszkaniu, a i obecnie znam jego adres w Niemieckiej Republice 
Federalnej. On poinformował mnie, których Niemców mam się wystrzegać, a 
którzy są lewicowo usposobieni. Jeszcze dzisiaj wspominam go z największym 
szacunkiem. Nienawidził Hitlera i głęboko wierzył w zwycięstwo Wschodu. 
Gdy 16 września 1940 roku urodziła mi się pierwsza córka, z własnej woli 
przez pół roku ofiarowywał mi codziennie ze swego przydziału pół litra mleka 
dla mojego dziecka. 

Terror   Niemców   w   zakładzie   stawał   się   coraz   większy.   Nie   wszyscy 

Polacy godzili się z tym. Osobiście byłem świadkiem następującego zdarzenia: 

Traser Wacek Perz pracował na płycie. Niemiec pracujący na maszynie 

zabrał mu narzędzia sprzed nosa. Wacek poszedł i zabrał z powrotem. Niemiec 
go popchnął, on Niemca, Niemiec go uderzył, Wacek Niemca w mordę i zaczęli 
się bić na oczach pracowników warsztatu, Perz nie ucierpiał z tego powodu. 
Inżynier   Kurzelewski,   który   obecnie   z   ramienia   PKP  odbiera   od   Zakładów 
Cegielskiego   wagony   wyprodukowane   dla   Polskich   Kolei   Państwowych, 
przypomniał   mi   niedawno   zdarzenie,   w   czasie   którego   stanąłem   w   obronie 
Polaka bitego przez Niemca. Było to pod koniec 1940 roku. Wówczas inż. 

4

background image

Kuszelewski pracował jako traser wspólnie ze mną. 

W pierwszej połowie 1940 roku przyszedł do mnie Zygmunt Piękniewski, 

który pracował w innym warsztacie niż ja wspólnie z Wackiem Bulskim, z 
wiadomością, że do niego zwrócił się jeden z polskich robotników z kuźni z 
propozycją utworzenia tajnej organizacji. Piękniewskiemu oświadczył, że ma 
kontakt z ambasadą sowiecką w Berlinie. Chciałem go poznać. Piękniewski 
naznaczył spotkanie i w trójkę spotkaliśmy się na terenie fabrycznym niedaleko 
kuźni.   Poznałem   Stefana   Kaźmierczaka,   półinteligenta,   zamieszkałego   przy 
ulicy   Piekary   i   jednocześnie   przypomniałem   sobie,   że   któryś   z   towarzyszy 
(zdaje się Bartz) jeszcze w okresie międzywojennym oświadczył mi, iż ma 
dowody, że tenże Stefan Kaźmierczak brał swego czasu pieniądze od komisarza 
tajnej   policji,   Nowakowskiego.   Nie   wydawało   mi   się   wiarygodne,   aby   w 
reżimie   hitlerowskim   można   było   skontaktować   się   tak   łatwo   z   ambasadą 
sowiecką   i   to   jeszcze   za   pośrednictwem   tegoż   Kaźmierczaka.   Po   odejściu 
Kaźmierczaka   wyraziłem   te   moje   wątpliwości   Piękniewskiemu   i 
postanowiliśmy z nim zerwać. 

A   jednak   Stefan   Kaźmierczak   (jak   się   ostatnio   dowiedziałem) 

zorganizował w kuźni DWM organizację nielegalną składającą się z 18 ludzi. 
Należeli do niej: 

1. Stefan Kaźmierczak,
2. Franek Szymandera, obecnie pułkownik WOP na emeryturze, 
3. Stanisław Florek, obecnie pracuje u Cegielskiego w transporcie, 
4. Kazimierz Ostrowski, 
5. Kazimierz Kudowicz, 
6. Jan Puk, obecnie pracuje u Cegielskiego w kuźni jako kontroler, 
7. Władysław Szymandera, pracował swego czasu w  KW PZPR w 

Poznaniu, 

8. Paweł Maluśkiewicz, obecnie pracuje u Cegielskiego w DKT, 
9. Ignacy Matysiak ze Starołęki, 
10.

Ignacy Gruchot,  

11.

Kaliszan, 

12.

Ludwik Augustyniak i inni. 

Stefan   Kaźmierczak   ostrzegł   Franka   Szymanderę,   że   gestapo   chce   go 

aresztować. Szymandera zwiał w dniu 8 lipca 1941 roku z kuźni DWM do 
partyzantki do Generalnej Guberni. Nie jest prawdą, jak twierdzi Kiziorek, że to 
on ostrzegł Szymanderę. Szymandera nie znał wówczas Jana Kiziorka. Sam 
Kaźmierczak został zaaresztowany przez gestapo i zginął. Okoliczności jego 
śmierci nie znam. Bliższych informacji o tej grupie może udzielić Franciszek 
Szymandera. 

Uważam   za   swój   obowiązek   wspomnieć   o   działalności   Stefana 

Kaźmierczaka, do którego odnosiłem się z nieufnością, ażeby w imię prawdy 

5

background image

uwypuklić   jego   działalność   konspiracyjną   w   ówczesnych   ciężkich   czasach 
okupacyjnych. 

Co do mnie, to już od gwiazdki 1939 roku zacząłem w celu wymiany 

zdań szukać kontaktu ze znanymi mi towarzyszami z okresu międzywojennego. 
Dążenie to było naturalnym zjawiskiem i u innych towarzyszy. Chodziłem na 
Wildę   do   mieszkania   Władka   Sztukowskiego   przy   ulicy   Gen.   Wybickiego. 
Przychodzili   tam   również   Surma,  Wiktor   Dworczak   oraz   wysoki   towarzysz 
zdaje   się   Walicki.   Dyskutowaliśmy,   sprzeczaliśmy   się   i   dochodziliśmy   do 
wspólnych stanowisk, mianowicie, iż trzeba krzewić wśród robotników wiarę, 
że Wschód zwycięży, że Polska powstanie, a Hitler upadnie. 

Przychodziłem na ulicę Wybickiego, a Sztukowski, Glinka i Dworczak 

przychodzili do mnie na działkę. Czy to była tajna organizacja? Formalnie nie, 
faktycznie próba utworzenia organizacji, bo nasze poglądy rozszerzaliśmy tam, 
gdzie   pracowaliśmy:   Sztukowski   i   Surma   na   kolei,   Dworczak   wśród 
robotników   DWM,   a   ja   wśród   robotników   DWM   i   na   działkach.   Z 
towarzyszami Sztukowskim i Dworczakiem utrzymywałem kontakt aż do mego 
aresztowania w końcu maja 1944 roku. 

Na   ogródkach   działkowych,   gdzie   mieszkałem,   omawiałem   sprawy 

polityczne z następującymi towarzyszami: z Walentym Hofmańskim (mieszka 
jeszcze na działkach, a pracuje w Prezydium Rady Narodowej m. Poznania w 
wydziale gospodarki komunalnej), z Leonem Kozłowskim (zmarł krótko po 
wyzwoleniu). 

Ciekawym człowiekiem był Leon Kozłowski. Był przez pewien czas we 

Francji. Twierdził, że był członkiem Komunistycznej Partii Francji, wstąpił do 
Legii Cudzoziemskiej, z której uciekł. W pierwszych dniach okupacji, gdy go 
Niemcy wywieźli na roboty, uciekł z transportu. Był chory na gruźlicę. W jego 
mieszkaniu   podczas   okupacji   zbierali   się   różni   ludzie,   między   innymi 
przychodził   do   niego   kowal   Jan   Musiał,   który   później   był   pierwszym 
przewodniczącym   Wojewódzkiej   Rady   Narodowej   w   Zielonej   Górze,   oraz 
Feliks   Maciejewski,   który   był   pierwszym   prezydentem   Poznania   po 
wyzwoleniu. 

Krótko przed napadem Niemców na ZSRR w zakładach bawiła delegacja 

sowiecka w celu zakupienia maszyn. Osobiście widziałem dwóch jej członków. 
Jeden   z   nich   mówił   bardzo   głośno   po   niemiecku   wskazując   na   maszynę: 
Bemalter Schmelz (pomalowany złom). Czy kupili jakie maszyny, nie wiem. O 
tych dwóch Sowietach mówili wówczas wszyscy robotnicy. 

Napad Niemców na Sowiety wywołał różne uczucia u robotników. Jedni 

mówili,   że   teraz   Sowieci   pokażą   Hitlerowi,   drudzy,   że   niech   się   Niemcy   i 
Sowieci wykrwawią, a Zachód przyjdzie i powstanie Polska. 

Początkowo   nie   chciano   wierzyć   w   doniesienia   niemieckie   o 

zwycięstwach i posuwaniu się Niemców naprzód, a gdy się przekonano, że to 

6

background image

prawda,   zapanowało   uczucie   przygnębienia   i   trzeba   było   długotrwałego 
wysiłku,   by   wiara   w   zwycięstwo   Wschodu   zaczęła   się   przyjmować   wśród 
robotników. 

Pod koniec 1941 roku Niemcy przenieśli mnie do frezerów do gniazda 

obróbki kół zębatych. Gniazdo to znajdowało się niedaleko płyty traserskiej i 
gdy dowiedziałem się, że tam brak pracowników, poprosiłem o przeniesienie. 
Były to półautomaty. Dwie przyczyny skłaniały mnie do takiego kroku: 

a) trasować umiałem dobrze i praca ta zaczęła mnie nudzić, 
b) chciałem osobiście wykorzystać warunki okupacyjne, aby fachowo się 

doszkolić. 

Nie bez znaczenia był też fakt, że przy obróbce kół zębatych trzeba było 

umieć dobrze liczyć, nawet umieć operować tablicami logarytmicznymi, a ja 
znałem trochę trygonometrii. 

Tutaj wszedłem w bliższy kontakt z frezerami kół zębatych: Spychałą, 

Kluczyńskim,   Krzyżakiem,   Zenonem   Wieruckim   (obecnie   inżynierem   w 
Warszawie)   oraz   ze   ślusarzem   reperacyjnym   Zeugnerem,   obecnie 
zamieszkałym w Poznaniu (emeryt). Spychała i Kluczyński pracują jeszcze u 
Cegielskiego na gnieździe obróbki kół zębatych na W-4. Z wymienionymi oraz 
z niektórymi innymi, jak np. ze ślusarzem Antkiem Paszkowiakiem (obecnie na 
emeryturze) dyskutowałem podczas pracy dużo na tematy polityczne, starałem 
się szerzyć wśród nich wiarę w  zwycięstwo  Wschodu  i wiarę w  powstanie 
Polski innej niż przed wojną. 

W   owym   czasie   zawarłem   bliższą   znajomość   ze   ślusarzem  Antonim 

Schulzem.   Pracował   początkowo   na   heblarce,   a   później   pełnił   obowiązki 
Vorarbeitera   (przodownika)   wśród   heblarzy.   Jak   się   później   dowiedziałem, 
matka jego była Polką a ojciec Niemcem. Gdy matka podczas okupacji zmarła, 
Antek został Volksdeutschem. Nie był on żadnym politykiem, natomiast był 
badaczem  Pisma   świętego  i   należał   do   odłamu   tzw.   „Epifamia”.   Schulz 
utrzymywał   bardzo   przyjazne   stosunki   z   niemieckim   komunistą   Józefem 
Reinholzem. Pewnego dnia powiedziałem Schulzowi, że chciałbym nabyć lalkę 
dla mej jednorocznej córeczki, na co rzekł mi, że on taką ma. Odwiedziłem 
więc   Antka   w   jego   mieszkaniu,   składającym   się   z   jednej   izby   położonej 
zupełnie pod dachem; sufit był skośny. Mimo że Niemcy naciskali na niego, by 
wziął   inne   mieszkanie   po   Polakach,   on   tego   do   końca   wojny   nie   uczynił. 
Ofiarował mi wówczas lalkę, małego Murzynka. 

Schulz i Reinholz ratowali mnie i wielu innych Polaków niejednokrotnie 

w bardzo trudnych sytuacjach. 

Pod koniec 1942 roku urodziła mi się druga córeczka. Trochę później 

inżynier   niemiecki   Brenner   wspólnie   z   polskim   ślusarzem   Zeugnerem 
uruchomili   szlifierki  na   koła  zębate   „Miles”  oraz   „Maag”.  Do  obsługi  tych 
maszyn odkomenderowali także i mnie. Oprócz tych dwóch maszyn, które były 

7

background image

półautomatami,   trzeba   było   obsługiwać   jeszcze   dwie   maszyny:   jedną 
docieraczkę do trybów i jedną do zaokrąglenia zębów przy kołach zębatych – 
obie także półautomaty. Te cztery maszyny stały obok siebie w jednym kącie 
warsztatu   MM.   Na   tych   maszynach   pracowałem   aż   do   zbombardowania 
warsztatu MM, co nastąpiło w drugie święto Wielkiejnocy 1944 roku. 

Przy   obecnej   ulicy   Albańskiej,   między   cmentarzem   ewangelickim 

(obecnie jest tam park) a cmentarzem katolickim Niemcy wybudowali obóz 
przechodni, tzw. Durchgangslager. Codziennie idąc do pracy i wracając z pracy 
przechodziłem   obok   tego   obozu.   Po   wybudowaniu   obozu   pierwszymi   jego 
lokatorami byli Żydzi. W obozie był wielki głód, więc by pomóc więźniom, 
przerzucałem   przez   płot   rosnącą   na   polu   brukiew.   Nadzór   nad   obozem   był 
bardzo słaby, więc po krótkim czasie jeńcy porobili sobie dziury pod płotem, 
opuszczali obóz i chodzili po ogródkach działkowych, gdzie działkowicze na 
ogół im pomagali. 

Żydzi   nie   byli   długo   w   obozie.   Zastąpili   ich   cywile   rosyjscy   tak 

mężczyźni jak i kobiety. Na ogół byli to ludzie chorzy na gruźlicę. Pracowali 
poprzednio w Essen i innych centrach przemysłowych. Niemcy, jak opowiadali 
sami więźniowie, chcieli ich odesłać z powodu ich choroby z powrotem do 
stron rodzinnych. 

Oni   także   po   krótkim   czasie   uciekali   dziurami   pod   płotem   z   obozu, 

chodzili po ogródkach działkowych, gdzie ludzie dzielili się z nimi jedzeniem, i 
wracali na noc do obozu. 

Wielokrotnie przychodził do mego domu młody człowiek pochodzący ze 

Stalino. Poza tym kilkakrotnie przychodziły dwie bardzo nieśmiałe dziewczyny, 
tak że żona musiała je zapraszać do środka – obie spuchnięte z głodu. Nie tylko 
ja pomagałem tym jeńcom, wielu działkowiczów robiło to samo. 

Niemcy nie wywozili ich. Gdy rozgorzała bitwa pod Stalingradem, oni 

jeszcze tam byli. Dopiero po klęsce pod Stalingradem Niemcy wywieźli ich z 
obozu. 

Po nich do obozu przywozili Polaków, m.in. z Zamojszczyzny. W obozie 

były całe rodziny. 

Pewnej niedzieli po obiedzie jesienią 1942 roku Zygmunt Piękniewski 

przyszedł   do   mnie   na   ogródek   działkowy.   Oznajmił   mi,   że   z   miasta   Łodzi 
przyjechał do Poznania Bakoś ' i chciałby się widzieć ze mną i z innymi starymi 
towarzyszami. Na to ja zaproponowałem, że należy koniecznie skomunikować 
się z Jakubem Jakubowskim, do którego osobiście miałem ogromne zaufanie. 
Jakubowski powrócił już z Generalnej Guberni i mieszkał u swej siostry przy 
dzisiejszej   ulicy   Lampego.   Nie   zastaliśmy   go   w   domu.   Wówczas 
postanowiliśmy odbyć naradę we trójkę: Bakoś, Piękniewski i ja. Ponieważ 

8

background image

znajomi towarzysze, do których wstępowaliśmy po drodze, nie chcieli użyczyć 
nam   mieszkania,   powróciliśmy   do   mieszkania   Piękniewskiego   przy   ulicy 
Głogowskiej 111. 

'  Marcin Bakoś, ur. 6 VIII 1896 r.w Poznaniu w rodzinie kolejarza,z zawodu księgowy, 
   przez wiele lat bezrobotny. W latach 1918-1927 przebywał na Górnym Śląsku, gdzie 
   wstąpił do KPP. W r. 1927 powrócił do Poznania i podjął działalność w KPP, 
   PPS-Lewicy i TOR „Świt”. Dnia 6 I 1930 r. został sekretarzem KO PPS-Lewicy, ale 
   już w czerwcu tegoż roku został aresztowany. Kilkakrotnie odsiadywał dłuższe 
   wyroki, przebywał w ZSRR, a następnie w Warszawie i w Łodzi. W czasie okupacji 
   należał do PPR. Jesienią 1942 r. z ramienia KO PPR w Łodzi nawiązał kontakt z 
   konspiracją komunistyczną w Poznaniu, przekazując informacje o utworzeniu PPR. 
   Aresztowany 17 VI 1943 r. w Łodzi, zmarł w więzieniu śledczym w roku 1943. 

Marcin   Bakoś   był   nam   osobiście   znany   od   roku   1928   z   okresu 

działalności   PPS-Lewicy   w   Poznaniu.   Był   wówczas   jednym   ze   znanych 
działaczy   komunistycznych   w   Poznaniu   i   w   województwie   poznańskim.   Za 
swoją działalność był więziony i karany przez sądy sanacyjne. 

Otóż   Bakoś   oznajmił   nam,   że   w   roku   1942   powstała   Polska   Partia 

Robotnicza, że Centralny Komitet PPR szuka kontaktu z Poznaniem i że on 
właśnie   w   tej   misji   przyjechał,   żeby   ze   starymi   komunistami   nawiązać 
współpracę. Centralnemu Komitetowi chodziło o to, żeby w Poznaniu utworzyć 
PPR, w czym starzy towarzysze powinni pomóc. Przestrzegał nas, byśmy nie 
stawali   na   czele   organizacji,   ponieważ   w   Poznaniu   było   przed   wojną   mało 
komunistów   i   są   na   pewno   gestapowcom   znani.   Stając   na   czele 
naprowadzilibyśmy   gestapo   na   ślad   organizacji.   Potem   przedstawił   nam 
platformę PPR wydrukowaną na bibułce. 

Czytając,   byliśmy   bardzo   zdziwieni   jej   treścią.  Wydawała   się   nam   za 

mało   komunistyczna.   Powoływała   się   na   Tadeusz   Kościuszkę,   czego   nie 
mogliśmy zrozumieć. Gdyby to był kto inny, a nie sam Bakoś, któregośmy 
dobrze znali, to na pewno rozmowa nie doprowadziłaby do porozumienia. 

W   końcu   Bakoś   przekonał   nas,   „że   przed   całym   narodem   staje 

zagadnienie  zjednoczenia  wszystkich  sił  do  walki  z okupantem  na  śmierć  i 
życie,   zagadnienie   utworzenia   frontu   narodowego   do   walki   o   wolną   i 
niepodległą Polskę” i że do tego wszystkiego konieczne jest stworzenie Polskiej 
Partii Robotniczej również w Poznaniu. 

Co do utworzenia PPR oświadczyliśmy Bakosiowi, że to nie nastręcza 

trudności, gdyż tu istnieją już różne grupy, trzeba je tylko powiązać. Bardzo się 
z tego ucieszył, zostawił nam jeden egzemplarz odezwy na bibułce, zostawił 
nam   niemieckie   pieniądze   (około   500   marek)   oraz   kontakt   na   Łódź. 
Pożegnaliśmy się z nim serdecznie, a on jeszcze tego samego dnia odjechał do 
Łodzi. 

background image

Zabrałem   odezwę   i   zobowiązałem   się   skontaktować   z   Jakubem 

Jakubowskim.   Dokonałem   tego,   a   następnie   doszło   do   spotkania   między 
Zygmuntem Piękniewskim, Jakubem Jakubowskim i mną. Odbyło się to na 
Ogródku Działkowym im. Ks. Skorupki obecnie działka nr 135, w chlewiku za 
moją altanką mieszkalną. Dlatego w chlewiku, że w altance była moja chora 
wówczas żona i dwie moje maleńkie córki. 

Jakubowski miał te same wątpliwości do platformy PPR co my wobec 

Bakosia. Wytłumaczyliśmy mu i zrozumiał. Oświadczył, że on ma kontakt z już 
istniejącą organizacją. Jak się później zorientowałem, była to grupa utworzona 
wokół Andrzeja Węcławka, Ludwika Andrzejewskiego, Jakuba Jakubowskiego, 
Jakuba   Przybylskiego   itd.  Andrzej  Węcławek   już   kilka   miesięcy   przed   tym 
zwiał z Poznania (kwiecień 1942), jak się później o tym dowiedziałem. Otóż 
wówczas przekazaliśmy Jakubowskiemu kontakt na Łódź i niemiecką forsę. 

W ten sposób Centralny  Komitet PPR nawiązał przez Łódź kontakt z 

Poznaniem. W krótkim czasie potem nawiązałem ścisły kontakt z Wacławem 
Malinowskim,   łodzianinem,   tokarzem,   pracującym   w   DWM   w   tym   samym 
warsztacie co ja, to jest w warsztacie MM. Malinowski należał do kierownictwa 
PPR w DWM (H. Cegielski, Oddział III). Osobiście znałem go już dawniej. 

Poza   tym   w   dalszym   ciągu   utrzymywałem   kontakt   z   towarzyszami: 

Władysławem   Sztukowskim,   Czesławem   Glinką   i   Wiktorem   Dworczakiem. 
Pewnego   razu   Glinka   twierdził,   że   gdy   dojdziemy   do   władzy,   powinniśmy 
skorzystać   z   usług   pana   Kupsia.   Na   to   odpowiedziałem   mu,   że   Kupś   to 
przedwojenny   szpicel,   który   nas   aresztował,   że   to   nasz   wróg.   Lecz   Glinka 
twierdził,   że   Kupś   mu   oświadczył,   iż   we   wrześniu   1939   roku   zniszczył 
własnoręcznie   albumy   z   fotografiami   komunistów   i   wszelkie   papiery,   jakie 
znajdowały   się   w   Prezydium   Policji   w   Poznaniu,   a   które   dotyczyły 
komunistów. Zrobił to wszystko dlatego, by nie wpadły w ręce niemieckiego 
gestapo. Dlatego trzeba mu ufać. Z wyjątkiem Czesława Glinki nikt z nas w to 
nie wierzył. 

W dniu 20 grudnia 1942 roku przybył do zakładów DWM gauleiter Artur 

Greiser ' . Spędzono nas Polaków do jednej z hal fabrycznych. W przodzie było 
miejsce na prezydium, grała orkiestra. Polaków przyprowadzono w czwórkach i 
ustawiono w środku między dwoma szeregami czarno ubranych esesmanów z 
oznakami   trupich   czaszek   na   czapkach.  Takich   kolumn   było   dużo,   a   każda 
między   dwoma   szeregami   esesmanów.   Esesmani   stali   jeden   od   drugiego   w 
odległości   jednego   metra   i   każdy   z   nich   patrzył   tylko   na   te   kilka   czwórek 
Polaków przed sobą. W ten sposób każdy ruch, każdy uśmiech każdego Polaka 
był pod ścisłą kontrolą. 

'  

Artur Karl Greiser (1897-1946), wywodzący się ze Środy Wlkp. działacz hitlerowski, 

   w latach 1934-1939 prezydent senatu (szef rządu) W. M. Gdańska, w latach 1939-45 
   namiestnik Rzeszy na tzw. Kraj Warty. Wyrokiem Najwyższego Trybunału 
   Narodowego z 9 VII 1946 w Poznaniu skazany na karę śmierci za zbrodnie wojenne. 

10 

background image

Greiser mówił do nas bardzo butnie. Twierdził, że Polacy mogą tylko 

wówczas dobrze pracować, jeśli są pod niemieckim kierownictwem, że Niemcy 
zostaną  tu  na  wieki  i nigdy   już  polska  dłoń  nie  poprowadzi  pługa  na  tych 
ziemiach, że Niemcy są tutaj po to, by panować i rządzić. Wypowiedział się 
przeciw polskim „podżegaczom” i zapowiedział powołanie przez niego tzw. 
Leistungspolen ' . Kto chce być Leistungspole, musi sobie na to zasłużyć pracą i 
oddaniem sprawie niemieckiej. 

'  

Leistungspolen – kategoria tzw. lepszych Polaków, wprowadzona przez okupantów w 

   celu rozbicia jedności społeczeństwa polskiego. 

Po tym przemówieniu odprowadzono nas do naszych warsztatów pracy. 

Do mnie przystąpił jeden z liberalnych Niemców i zapytał, jak mi się podobało, 
na co odrzekłem tylko:  Ja, die Musik war gut  („Tak, muzyka była dobra”). 
Roześmiał się i odszedł. 

Ciężka była zima roku 1942/1943. Odgłosy rozgrywającej się bitwy o 

Stalingrad dochodziły i do fabryki. O tym mówili Polacy między sobą, Niemcy 
między   sobą,   a   także   Reinholz   i   Schulz   ze   mną.   Wśród   robotników 
prosowieckie nastroje zaczęły nagle mocno przybierać na sile. 

Nie pamiętam już dokładnie czy to było przed, czy po kapitulacji Paulusa 

pod Stalingradem, gdy dostałem pisemne wezwanie z gestapo do stawienia się 
w ich siedzibie (obecnie Dom Żołnierza). Rozmyślałem już o tym czy wiać, czy 
nie wiać, ale ostatecznie doszedłem do przekonania, że gdyby coś konkretnego 
przeciwko mnie mieli, to aresztowaliby mnie. Udałem się więc. 

W pokoju było ich dwóch umundurowanych. Po stwierdzeniu, kto jestem, 

jeden z nich wskazał ręką stół, na którym leżała książka. Otworzył ją i wskazał 
palcem na zdjęcie. Była to moja fotografia, a książka była albumem, w którym 
polska   tajna   policja   umieściła   fotografie   poznańskich   komunistów. 
Błyskawicznie naszła mnie myśl czy Glinka mnie okłamał, czy Kupś okłamał 
Glinkę? Album z fotografiami komunistów nie został zniszczony, leży tutaj na 
stole i jest w ręku gestapowców. Kupś albumu nie zniszczył. 

Odpowiedziałem, że to jest moja fotografia. 

Tak, my to wszystko mamy i akta z waszych procesów są tutaj.

Wskazał   ręką   i   rzeczywiście   ujrzałem   kilka   tomów   zszytych   akt 

sądowych. 

No, kogo znasz jeszcze z tego albumu?

Po   raz   drugi   jak   prąd   przebiegła   mnie   myśl   i   momentalnie 

zdecydowałem: przyznam się tylko do tych, którzy już nie żyją lub są poza 
granicami Niemiec. A więc przyznawałem się do znajomości z Franciszkiem 
Majchrzakiem pseudo „Czarny”, Gurbadą (obaj nie żyli), Józefem Sączewskim, 
który zwiał z Polski, i do innych tego rodzaju. Wskazał mi fotografię Bema. 

11

background image

Kto to?

Alfred Bem – odpowiedziałem. 

Komunista? 

Nie wiem. Gazety pisały, że Bem był komunistą, ja go znam z PPS-
Lewicy. 

Gdzie jest obecnie? 

Uciekł do Związku Radzieckiego – rzekłem. 

Mensch weshalb floh er nicht nach Rom sondern nach Moskau, wenn 
er kein Komunist war?  
(„Człowieku, dlaczego nie uciekł do Rzymu 
tylko   do   Moskwy,   jeśli   nie   był   komunistą”?)   -   ryknął   na   mnie 
gestapowiec. 

Zwracając się do drugiego rzekł: 

Nehmen wir Ihm unter den grossen Hammer? („Weźmiemy go pod ten 
wielki młot”?)

Nie – odpowiedział drugi. 

Dali mi przepustkę i polecili wrócić za dwie godziny. Pomyślałem, że na 

pewno będą mnie śledzić, więc wałęsałem się tylko po mieście i nigdzie nie 
wchodziłem. Po dwóch godzinach zapytali mnie, czy się zajmuję polityką. 

Obecnie nie – odpowiedziałem.

Dlaczego? 

Polska   wojnę   z   wami   przegrała.   Wy,   Niemcy,   zwyciężyliście.   Nie 
zajmuję się obecnie polityką. 

Czy chcecie z nami współpracować? 

Nie – odpowiedziałem. 

Dlaczego? 

Jestem Polakiem – brzmiała moja odpowiedź. 

Dali mi spokój i wypuścili mnie. 
Kilka   dni   później   odwiedził   mnie   Jakub   Jakubowski   i   zapytał,   czy 

wzywało   mnie   gestapo.   Potwierdziłem   i   dokładnie   opowiedziałem   mu   cały 
przebieg rozmowy. 

Mnie także wezwali – rzekł.

Powiedział, że gestapo przeprowadziło z nim także podobną rozmowę jak 

ze mną. Dodał, że w pewnej chwili zanurzyli go głową do beczki z wodą i bili 
go niemiłosiernie. Wtedy przypomniałem sobie powiedzenie gestapowca, który 
mówił do drugiego podczas mego pobytu w gestapo Nehmen wir Ihm unter den 
grossen Hammer 
i prawie byłem pewny, że to był jeden z tych młotów. 

Na   moje   zapytanie,   czy   gestapo   wezwało   jeszcze   kogoś   ze   starych 

towarzyszy,   odpowiedział,   że   on   wie   jeszcze   o   Handkem.   Handke   był 
członkiem KPP i odsiedział poważny wyrok za działalność komunistyczną w 

12

background image

czasach   sanacji.   Z   pochodzenia   był   Niemcem.   Na   pytanie   gestapo   Handke 
odpowiedział, że był komunistą, ale obecnie nie jest nim i polityką się nie 
interesuje. Gestapo go wypuściło. 

Gestapo interesuje się nami. Należy się odsunąć – rzekł.

Odpowiedziałem, że Bakoś już nas przed tym przestrzegał i że już raz 

dzięki zaświadczeniu dr Rhode wywinąłem się z rąk gestapo. 

Ale ludzi, jak wiesz, mało, trzeba dalej robić – dodałem.

W   końcu   ustaliliśmy,   żebym   utrzymywał   bardzo   ostrożnie   kontakt 

organizacyjny   tylko   z   Wackiem   Malinowskim,   który   pracował   w   moim 
warsztacie jako tokarz. 

Malinowski   przychodził   do   mnie   tylko   wówczas,   gdy   pracowałem   po 

obiedzie lub w nocy. Nasze maszyny szły na trzy zmiany, on pracował na dwie 
zmiany. Starał się o to, by mógł pracować w nocy. Wtedy miałby więcej czasu 
na kontakty w ciągu dnia. Również i w nocy mógł się łatwiej kontaktować z 
pracującymi na tej zmianie towarzyszami, ponieważ nadzór w nocy był słabszy 
niż w dzień. Cała trudność polegała na tym, że musiał pracować, by pokryć 
kartami roboczymi swoje godziny pracy. 

Otóż podjąłem się dostarczania mu kart roboczych na pokrycie godzin 

jego   pracy   tak,   by   mógł   mieć   więcej   czasu   podczas   pracy   na   działalność 
partyjną. Zadanie nie było dla mnie trudne. Obsługiwałem cztery automaty, kart 
roboczych miałem w bród. Do rozrachunku Niemcy brali wszystkie karty, byle 
tylko pokryć minuty, obojętne czy to była praca tokarska, heblarska, czy inna. 
Oddawałem   mu   wszystkie   zbędne   karty,   a   tego   było   więcej   niż   było   mu 
potrzeba. Na pewno dzielił się kartami z innymi towarzyszami, ale o to nigdy 
go nie pytałem. 

Do dalszych moich zadań należało zbieranie jak najwięcej wiadomości. 

W tym celu wykorzystałem moje znajomości z Niemcem Reinholzem oraz z 
Volksdeutschem  Antkiem   Schulzem.   Rozmawialiśmy   głównie   o   sytuacji   na 
froncie wschodnim i o ogólnej polityce międzynarodowej. 

Ponadto informowałem Malinowskiego o tym wszystkim, o czym chciał 

wiedzieć z terenu Poznania. Odpowiedzi na pytania odnośnie konkretnych ludzi 
i stosunków miejscowych z miasta Poznania dawałem mu w miarę znajomości i 
rozeznania.   Kontakt   z   Malinowskim   utrzymywałem   aż   do   zbombardowania 
naszego warsztatu MM. Nikt o tym z wyjątkiem Jakubowskiego nie wiedział. 
Tylko jeden jedyny raz Malinowski przyszedł wcześniej na moje stanowisko 
pracy   niż   myśmy   praktykowali,   zastał   mnie   w   rozmowie   z   Marianem 
Krzeszczakiem. Obaj byli speszeni, że się u mnie spotkali, i udawali, że się 
nawzajem nie znają. 

Marian Krzeszczak odwiedzał mnie dość często na stanowisku pracy i to 

tylko   nocą,   gdy   pracował   na   nocnej   zmianie.   Wymienialiśmy   nasze 
spostrzeżenia i oceny polityczne, nasze uwagi i wnioski, a po klęsce Niemców 

13

background image

pod   Stalingradem   nasze   rosnące   nadzieje   na   upadek   Hitlera.   Poza   tym 
Krzeszczak zaopatrywał mnie w różne rodzaje stali. Inż. Florian Wolnik, Polak, 
który miał pod sobą gniazdo kół zębatych, opracował konstrukcję młynka do 
mielenia mąki z ziarna. Razem ze ślusarzem Zeugnerem zrobiliśmy  wpierw 
jeden taki młynek dla matki inż. Wolniaka, a następnie dla mnie i dla Zeugnera. 
Otóż Marian  Krzeszczak  był tym, który  dostarczał  żądaną przez  nas  stal. I 
wtedy, gdy  niespodziewanie spotkał się u mnie z Wacławem Malinowskim, 
przyniósł mi również jakiś materiał. 

Marian   Krzeszczak   zaprowadził   mnie   raz   w   nocy   na   moją   prośbę   do 

stanowiska   pracy,   przy   którym   pracował   Rybczyński,   znany   mi   z   PPS-u   z 
okresu międzywojennego. Później sam już chodziłem do Rybczyńskiego. Do 
Władysława   Sztukowskiego   na   ulicę   Wybickiego   chodziłem   już   rzadziej, 
częściej   on   z   Dworczakiem   odwiedzali   mnie.   Utrzymywaliśmy   kontakt 
wzajemny aż do naszego aresztowania. 

Poza   tym   od   czasu   do   czasu,   raczej   przypadkowo,   spotykałem   się   z 

innymi   towarzyszami,   jak   ze   Stefanem   Blachowskim,   Zygmuntem 
Piękniewskim, Jakubem Jakubowskim i innymi. Zawsze wymienialiśmy uwagi 
na tematy polityczne i aktualne. Wiedziałem, że są czynnie zaangażowani w 
pracy konspiracyjnej, lecz nikt z nas nie pytał drugiego, z kim pracuje. Byłoby 
to wbrew zasadom konspiracji. Dopiero później, po wojnie, dowiedziałem się, 
że wokół Blachowskiego grupowali się tacy towarzysze, jak Aloch Baranowski, 
Stefania Blachowska (wówczas nazywała się Nowak). Poza tym ze Stefanem 
Blachowskim w czasie okupacji miał kontakt również Władysław Maćkowiak, 
zamieszkały obecnie w Poznaniu. 

Otóż na adres Stefanii Nowak przychodziły listy dla Leona Koczaskiego, 

ówczesnego   okręgowca.   To   Aloch   Baranowski   skradł   papiery   jednemu 
Polakowi, na które wyjechał Koczaski. 

Wspominałem już, że niektórzy towarzysze z okresu międzywojennego 

przyjęli   podczas   okupacji   listy   ukraińskie,   jak   Michał   Wołoszyn,   Wasilii 
Bułygin   i   Jakub   Kwaśnik.   Z   tej   trójki   utrzymywałem   kontakty   tylko   z 
Wołoszynem.   Pracowałem   z   nim   w   okresie   międzywojennym   w 
Komunistycznej Partii Polski oraz w PPS-Lewicy. Lubiłem go bardzo, gdyż był 
dobrym   towarzyszem.   Gdy   podczas   okupacji   wstąpił   do   faszystowskiego 
Związku   Ukraińców,   tłumaczyłem   mu   ich   cele.   Miało   to   ten   skutek,   że 
Wołoszyn nigdy nie angażował się aktywnie w tym Związku. 

Z   Jakubem   Kwaśnikiem   nie   utrzymywałem   podczas   okupacji   bliskich 

kontaktów. Był on moim szwagrem ale żona jego zmarła w roku 1938. Jakub 
Kwaśnik miał trochę cygańskie usposobienie. Zerwałem z nim kontakt podczas 
okupacji, gdy dowiedziałem się, że przyjął listę ukraińską. Dopiero na tydzień 
przed   śmiercią   Stefana   Blachowskiego   (który   zmarł   14   maja   1958   roku) 
dowiedziałem się, że Jakub Kwaśnik na polecenie partii, konkretnie Jakuba 

14

background image

Jakubowskiego i Jakuba Przybylskiego przyjął listę ukraińską, że chodził w 
czasie okupacji do mieszkania szewca Jana Warchołka po odbiór ulotek, które 
kurier przywoził z Łodzi. 

Córka Kwaśnika, Leokadia, pracowała w kuchni DWM i kradła żywność 

dla jeńców i więźniów. Została za to raz spoliczkowana, a drugi raz ukarana 
miesiącem karnego obozu  (Straflager)  we wrześniu 1944 roku i wyrzucona z 
kuchni. Kwaśnik wysyłał znaczki żywnościowe (jego córka Leokadia zmieniała 
je   na   reisemarki   '   w   kantynie)   oraz   paczki   żywnościowe   Frankowi 
Krysztofiakowi, który pracował  podczas okupacji w Niemczech w cegielni. 

'  

Kartki podróżne, uprawniające do nabycia żywności w innej miejscowości. 

Jak już wspomniałem, idąc do pracy i wracając z pracy przechodziłem 

koło   obozu   przejściowego  (Durchgangslager).  Po   klęsce   Niemców   pod 
Stalingradem zaroił się obóz rodzinami z Zamojszczyzny. Przy drutach działy 
się rożne sceny. Z całego Poznania przychodzili ludzie i czym mogli pomagali: 
żywnością, ubrankami itp. 

Za ogródkami działkowymi im. Ks. Skorupki w kierunku na Junikowo, 

niedaleko toru kolejowego idącego z Poznania w kierunku na Zbąszyń i Berlin, 
znajdowało   się   ogrodnictwo   Gryski.   Otóż   w   tym   miejscu   podczas   okupacji 
Niemcy zatrzymywali pociągi wiozące jeńców sowieckich. Pamiętam, że jeńcy 
sowieccy   osłabieni   z   wielkiego   głodu,   a   także   zniszczeni   nieludzkim 
traktowaniem,   czołgali   się   do   głąbów   od   kapusty,   które   pozostawały   późną 
jesienią na polu. Dużo ludzi z działek mimo zakazu eskorty i strzelania w górę, 
rzucało jeńcom chleb. 

Na   ogródkach   działkowych   było   ogółem   227   działek,   na   których 

mieszkało podczas okupacji przeszło 300 rodzin. Ludzie ratowali się, jak mogli: 
trzymali kury, króliki, kaczki, kozy, owce a nawet świnie. Ja zacząłem hodować 
także króliki angory, a moja żona nauczyła się prząść wełnę na kołowrotku, 
który sam zmajstrowałem. Byli tacy, którzy starali się o zaliczenie ich przez 
okupanta jako Volksdeutschów. Niemcy uwzględnili wnioski czterech rodzin. 

Pierwszym Volksdeutschem został Józef Liedke z zawodu stolarz. Był on 

rzeczywiście Niemcem, a żonę miał Polkę. Tak jak każdy z nas, ulepił sobie z 
ułamków cegieł i z karbidu swoją chatkę. 

Drugim Volksdeutschem został Leon Ż. Miał on matkę, siostrę i dwóch 

braci w Niemczech. Z dwóch braci jeden był oficerem i esesmanem, drugi 
młodszy, chociaż był żołnierzem niemieckim, uważał się za Polaka i zakochał 
się będąc w Warszawie w warszawiance, której pomagał żywnością i po wojnie 
zamierzał się z nią ożenić. Volksdeutsch Leon Ż. pracował w Prezydium Policji 
Niemieckiej. 

Trzecim Volksdeutschem został Maks K. Matka jego była Niemką. Był 

spokojnym człowiekiem, nikomu nie szkodził i zostawszy Volksdeutschem nie 

15

background image

zmienił w niczym swojego postępowania. 

Czwartym Volksdeutschem był B., ściślej mówiąc jego żona. 
Z   tej   czwórki   najlepszym   był   Liedke.   Śmiało   można   powiedzieć,   że 

podczas okupacji był prawdziwym opiekunem działkowców. Nie dopuścił, by 
jakikolwiek Niemiec,  Baltendeutsch  ' lub inny osiedlili się na działkach. Gdy 
niemieccy   kolejarze   chcieli   wyrzucić   Polaków   z   działek   i   zająć   je,   Liedke 
pojechał   do   Berlina   i   bronił   działkowiczów.   Uprzedzał   działkowiczów   o 
mających   się   odbyć   rewizjach.   Przez   palce   patrzył,   gdy   zabijano   świnie. 
Pracując jako kierownik stolarni na kolei, użyczał Polakom za darmo wiórów 
na opał. 

'  

W okresie okupacji Niemcy usuwali ludność polską z Wielkopolski, a na jej miejsce 

   w celu zniemczenia tego obszaru ściągali Niemców z głębi Rzeszy (Reichsdeutsche)
   oraz Niemców zamieszkałych do tego czasu w innych krajach, np. w krajach 
   Nadbałtyckich (Baltendeutsche) 
lub Rumunii. 

Przez   wiele   miesięcy   mieszkał   na   działkach  Reichsdeutsch  jako 

sublokator u państwa R. 

Moją żonę, matkę dwóch córek urodzonych w czasie okupacji (1940 i 

1942) zmusili Niemcy do pracy. Skierowana przez Urząd Pracy (Arbeitsamt) 
chodziła   na   posługi   do   mieszkania   Niemca   o   nazwisku   Hadinger.   Hadinger 
mieszkał   przedtem   w   Rumunii.   Uległ   wbrew   prośbom   żony   propagandzie 
wysłanników Hitlera i przyjechał do Warthegau. Tutaj po odbytej kwarantannie 
i   po   przeszkoleniu   w   ideologii   hitlerowskiej   przydzielono   mu   mały   domek. 
Zdawał sobie sprawę, że materialnie stał o wiele lepiej w Rumunii niż tutaj. Nie 
lubił   przychodzić   z   próżnymi   rękoma   do   domu.   Przynosił   to   „ciuchy”,   to 
gwoździe, a jeśli już nic nie było, to nawet kłosy zerwane lub owies nasmykany 
do   kieszeni.   Miał   bardzo   dobrą   żonę,   która   zmarła   w   Poznaniu   na   skutek 
sztucznego poronienia. Oprócz żony miał trzy córki: Ermę, Laurę i Agę. Aga 
najmłodsza chodziła do szkoły. 

Erma była stuprocentową hitlerówką, nienawidziła Polaków. Moja żona 

zabierała ze sobą swoje małe dzieci, gdy chodziła sprzątać. Erma nie pozwoliła, 
by dzieci były w pokoju, wyrzucała je na podwórko, mimo że było zimno. Raz 
Hadinger   zapytał   moją   żonę,   dlaczego   płacze,   a   otrzymawszy   odpowiedź, 
spoliczkował Ermę, a dzieci wprowadził do pokoju. 

Laura była dobra i łagodna. Jak mogła, dawała mej żonie po kryjomu 

trochę chleba lub coś innego dla dzieci. 

Opowiadała mi żona, że gdy Niemcy uciekali z Poznania, to Hadinger dał 

jej dwa zamarznięte jajka od kury, a za przepracowany miesiąc obiecał zapłacić, 
gdy wróci. 

W drugie święto Wielkiejnocy w roku 1944 udałem się z moją wówczas 

trzy i półroczną córeczką w odwiedziny do znajomych na Dębiec. Idąc 

16

background image

dzisiejszą   ulicą   Czechosłowacką   usłyszałem   nagle   huk   i   ujrzałem   dym   nad 
Zakładami Cegielskiego. Samolot bombardował DWM. 

Nazajutrz po przyjściu do pracy stwierdziłem, że warsztat MM, w którym 

pracowałem, został zbombardowany. Zatrudniono nas przy usuwaniu złomu i 
gruzu.   Od   tego   czasu   kontakt   z   Wackiem   Malinowskim   się   urwał.   Krótko 
potem przyszedł do mnie na działkę Władysław Sztukowski razem z Wiktorem 
Dworczakiem. Przyniósł wiadomość o aresztowaniu niektórych towarzyszy i 
zapytał, czy moim zdaniem jego brat Janek powinien wiać. Odpowiedziałem 
mu, że jeżeli miał z aresztowanymi kontakt, to powinien wiać, a przynajmniej 
zmienić miejsce zamieszkania. Ale on nie wiedział dokładnie z kim się jego 
brat kontaktował. 

Niedługo   potem   w   dniu   31   maja   1944   roku   rychło   rano   przyjechało 

gestapo po mnie, zabrali mnie do samochodu i zawieźli na ulicę Głogowską 
pod dom, w którym zamieszkiwał Zygmunt Piękniewski. Jeden z gestapowców 
został przy mnie w samochodzie, a drugi udał się na górę i po krótkim czasie 
wrócił z żoną Piękniewskiego. Zawieźli nas do Domu Żołnierza. 

Jak się dowiedziałem już po wojnie, to wracającego z nocnej zmiany 

Piękniewskiego   ostrzegł   niedaleko  domu   jeden   z  okolicznych   mieszkańców. 
Zygmunt nie powrócił do domu, a gestapo zamiast niego zabrało jego żonę. 
Żona   Piękniewskiego   nie   powróciła.   Niemcy   wykończyli   ją   w   obozie 
koncentracyjnym w Ravensbruck. 

Wśród gestapowców, którzy nas przyjmowali, spostrzegłem tokarza od 

Cegielskiego z czasów, kiedy się uczyłem na tokarza, tj. z lat 1921-1924. O ile 
się   nie   mylę,   nazywał   się   Gerhard.   Poznał   mnie   i   uderzył.   Po   spisaniu 
personaliów sprowadzono mnie na dół i wpakowano do celi. Tutaj znajdował 
się już Władysław Sztukowski, Józef Surma, bracia Maks i Antek Bartoszewscy 
oraz jeszcze kilku innych. Wśród pozostałych jeden oznajmił, że nazywa się 
Brygier, a drugi że nazywa się Jakubowski. Ale to nie był Jakub Jakubowski. 
Doszedłem   do   przekonania,   że   gestapo   szukało   mnie   oraz   Jakuba 
Jakubowskiego i że ci dwaj zostali aresztowani przez pomyłkę. I rzeczywiście, 
po dwóch tygodniach ich zwolniono. 

Siedząc w celi usłyszałem w pewnej chwili, że otwarto jedną z dalszych 

cel,   potem   głośną   rozmowę   w   języku   ukraińskim.   Pośród   rozmawiających 
poznałem po głosie Michała Bojczuka. W tym samym dniu zawieźli nas do 
obozu w Żabikowie, umieścili nas w celi L. Był to długi barak drewniany bez 
żadnych   przegródek   wewnątrz.   Pełno   w   nim   było   ludzi.   Tam   spotkaliśmy 
prawie   wszystkich,   których   gestapo   poprzednio   aresztowało:   Romana 
Pasikowskiego, z którym skontaktował mnie swego czasu Wacek Malinowski w 
swoim   mieszkaniu,   dalej   Wacka   Malinowskiego,   Jana   Zgodzińskiego, 
Eugeniusza Augustyniaka, Tadeusza i Wacka Weinertów, Jana Majchrzaka z 

17

background image

ogródków   im.   Ks.   Skorupki,   Karpiaka,   Skórów   (ojca   i   syna),   Władka 
Kozińskiego, Ludwika Andrzejewskiego i wielu innych towarzyszy znanych i 
nie znanych mi dotąd. Tam dopiero dowiedziałem się, w jaki sposób doszło w 
ogóle do aresztowań. Opowiedział mi to sam Zgodziński. 

W Łodzi gestapo likwidowało tamtejszą organizację PPR ' . 
'  

Według M. Cygańskiego (Z dziejów okupacji hitlerowskiej w Łodzi. 1939-1945. Łódź 

    1965, s. 217) pierwsze aresztowania członków PPR i GL w Łodzi nastąpiły w 
    kwietniu i maju 1943 r. 

U jednego z aresztowanych znaleziono adres do Poznania, mianowicie 

adres Zgodzińskiego. O poznańskiej organizacji PPR gestapo nic nie wiedziało. 
Aresztowali Zgodzińskiego i zaczęli go bić codziennie, systematycznie. Skuli 
go kajdanami, nie pozwolili iść z potrzebą. Robił wszystko pod siebie. Jeść mu 
dawano. Po tygodniu czy dwóch, dobrze już nie pamiętam jak mi opowiadał, 
Zgodziński się załamał i zaczął gadać. Wymienił nazwisko Pasikowskiego, a 
później   Malinowskiego,   Augustyniaka,   Weinerta,   Jana   Mazurka,   Ludwika 
Andrzejewskiego i jeszcze kogoś – w każdym razie członków komitetu. Tych 
aresztowano 17 maja 1944 roku. Gestapo zaczęło ich bić. Z kolei na podstawie 
tych zeznań gestapo aresztowało pozostałych członków komórek. Ostatniego 
rzutu   aresztowań   dokonano   30   i   31   maja.   Mnie   aresztowano   31   maja. 
Opowiadał mi Zgodziński, że już potem jak podał nazwiska sprowadzono go w 
Domu   Żołnierza   na   dół   do   celi,   a   tam   twarzą   do   ściany   stał   skrwawiony 
człowiek. Gestapowiec kazał się temu człowiekowi odwrócić, a on, Zgodziński, 
z trudnością poznał w nim Romana Pasikowskiego. 

Powiedz mu – powiedział gestapowiec do Zgodzińskiego.

Wtedy   –   mówił   mi   Zgodziński   –   powiedziałem  do   Pasikowskiego: 
Romanie,   ja   wszystko   im   powiedziałem.   On   nic   im   nie   chciał 
powiedzieć. 

Przypadkowo znaleziony przez gestapo w Łodzi adres Zgodzińskiego był 

adresem dla przyjazdówek w Poznaniu i stał się przyczyną wsypy poznańskiej 
organizacji PPR. Po rozmowie ze Zgodzińskim spojrzałem na tych, co najpierw 
zostali aresztowani. Było na nich widać ślady bicia. Poza tym ogarnęło mnie 
dziwne uczucie niepewności: co i ile każdy z nich już powiedział o innych. 
Dlatego   gdy   kilku   z   nich   mnie   zapytało,   za   co   mnie   aresztowano, 
odpowiedziałem: 

Nie wiem, przypuszczalnie dlatego, że dawniej pracowałem w KPP.

Z   obozu   w   Żabikowie   zabierano   codziennie   samochodem   więźniów   i 

wożono   na   przesłuchania   do   siedziby   gestapo   mieszczącej   się   w   Domu 
Żołnierza   w   Poznaniu.   Przywożono   ich   już   pierwszego   dnia,   niektórych   po 
kilku dniach. Nie każdy z nich wracał o własnych siłach do celi, niektórych 
przynoszono w kocu, zbitych i nieprzytomnych. Tak zbitego i nieprzytomnego 

18

background image

przyniesiono w kocu Antoniego Ratajczaka. 

Wawrzyna   Dizmana   nie   widziałem   w   Żabikowie.   Mówiono   mi   –   nie 

przypominam już sobie kto to mówił – że gdy aresztowali go i zaprowadzili do 
Domu Żołnierza, to tam już go zakatrupili. Niektórych towarzyszy tak bili, że 
tyłki mieli nie tylko sine ale czarne i zielone. Niektórzy mieli głębokie rany i 
dziury na siedzeniach, jak np. Ludwik Andrzejewski. Oprócz peperowców w 
celi było dużo akowców. Jeden nazwiskiem Rybak, leśniczy z Gułtów koło 
Wrześni,   siedział   za   to,   że   przyjmował   zrzut   broni.   Pewien   więzień,   nie 
peperowiec,   jakiś   filozof   rozmawiając   ze   mną   o   bestialstwie   gestapowców 
przytoczył mi urywek z Pieśni o dzwonie Schillera: 

Gefahrlich ist's den Leu zu wecken, 
Verderblich ist des Tigers Zahn, 
Jedoch der schrecklichste der Schrecken, 
Das ist der Mensch in seinem Wahn ' . 

Tłumaczenie polskie: 

Lew przebudzony nie zna miar srogości, 
Strasznym jest tygrys, kiedy się zacieka, 
Lecz najstraszniejszym z wszystkich okropności 
Jest niezawodnie szaleństwo człowieka. 

  F. Schiller: Dzieła wybrane. Tom I, Warszawa 1955, s. 159. Przekład Jana 
  Nepomucena Kamińskiego. 

Ja znałem już ten wiersz, ale nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiły 

na mnie te słowa wypowiedziane w ówczesnych warunkach i w ówczesnym 
otoczeniu. 

Pewnego dnia wywołano moje nazwisko i razem z innymi pojechałem do 

Domu   Żołnierza.   Zupełnie   niespodziewanie   zauważyłem   w   samochodzie 
Jakuba Przybylskiego ' . Przywitaliśmy się i Jakub powiedział  mi, że boi się 
tylko gazu. Spytał, czy byłem już przesłuchiwany. 

Po raz pierwszy mnie wiozą – odparłem.

Popatrzył na mnie i powiedział: 

A  co   do   Bakosia,   to   się   nie   zapieraj.   Gestapo   wie,   mają   Bakosia, 
torturowali go. O mnie także wiedzą, że jeździłem do Łodzi.

'  

J. Przybylskiego, sekretarza KM PPR, aresztowano już 28 IV 1943 r., tj. jeszcze 

   przed aresztowaniem Bakosia w Łodzi, ale po pierwszych aresztowaniach łódzkich, 
   które miały miejsce w dniach 18-21 IV 1943 r. Aresztowano wówczas M. Krapp, 
   która pełniła funkcję kuriera między organizacjami łódzką i poznańską. 
   Por. M. Olszewski Losy i ludzie poznańskiej Polskiej Partii Robotniczej. 
W: „Kronika 
   Miasta Poznania” 1969 nr 4 , s. 54 i 67. 

Rzeczywiście pytali mnie o pobyt Marcina Bakosia w Poznaniu jesienią 

1942 roku. Przyznałem się, że z nim rozmawiałem, zaprzeczyłem jednak 

19

background image

działalności w PPR. Byłem przekonany, że ani Wacek Malinowski, ani Władek 
Sztukowski   nie   pisną   o   mnie   ani   słowa.   Choć   mnie   gestapowiec   walił   po 
twarzy, a nawet skopał, nie przyznałem się. Więcej mnie już potem gestapo nie 
przesłuchiwało.   Mówili   mi   inni   towarzysze,   że   gestapowcy   pytali   się,   czy 
należałem do PPR, Ludwik Andrzejewski powiedział, że jego również o to 
pytali. 

W celi L nie mogliśmy próżnować. Musieliśmy robić sznurek z papieru, a 

ze   sznurka   papierowego   tkać   pasy.   Nawet   ustalono   dzienną   normę. 
Rozmawiałem bardzo dużo z Wackiem Malinowskim. Opowiadał mi wiele o 
żonie, a przede wszystkim o swej małej córeczce. Władek Sztukowski po kilku 
dniach zachorował na różę. Twarz mu się zaczerwieniła, wrzody porobiły mu 
się na twarzy tak duże, że przybrała kształt kwadratowy. Zaczął wiele mówić o 
swej żonie. 

W celi L poznałem również brata Władka Sztukowskiego, Jana. Był to 

młody człowiek, któremu starałem się pomóc przez dodawanie otuchy. 

Okna   w   celi   L  były   zamalowane   na   biało   i   zabite.   Podczas   gorących 

letnich miesięcy było bardzo duszno. Rano dawano każdemu trochę kawy, w 
południe   jedną   nabierkę   zielonki   (zagotowana   zielenina),   a   o   trzeciej   po 
południu  jeden  bochenek   chleba   na   czterech.  Zawsze   te   same  cztery  osoby 
dostawały bochenek chleba. Codziennie kto inny dzielił i wpierw pozostali trzej 
wybierali   sobie   kawałki   chleba,   a   to   co   pozostało,   zabierał   dzielący.   We 
własnym   interesie   dzielący   musiał   jak   najsprawiedliwiej   dzielić.   Później   to 
nawet pojawiły się prymitywne wagi składające się z drewienek i sznurka. Były 
tak czułe, że nawet mała okruszynka chleba miała wpływ na wagę. Najwięcej o 
chleb spierali się bracia Maks i Antek Bartoszewscy. Zwłaszcza Antek był stale 
za „sprawiedliwością”. 

Dla nas wygłodniałych chleb był aż słodki. Jeden ze współwięźniów, nie 

peperowiec, który w Krotoszynie miał fabrykę pierników, powiedział do mnie, 
że żaden z jego pierników nie był tak dobry jak ten chleb. 

Gdy więzień otrzymał swoją część chleba, to oglądał ją ze wszystkich 

stron, trochę ugryzł, później zaznaczał sobie, którą część zje wieczorem, a którą 
schowa sobie na drugi dzień na śniadanie. W nocy budził się wielokrotnie w 
celu stwierdzenia czy ma ten chleb, czy go kto nie ukradł, co też się zdarzało. 
Bardzo   szybko   doszedłem   do   przekonania,   że   takie   postępowanie   bardzo 
szarpie   nerwy.   Dlatego   po   otrzymaniu   chleba   natychmiast   zjadałem   swoją 
część. Jadłem bardzo powoli, żułem dokładnie. 

W celi L siedział również były poseł z Narodowej Partii Robotniczej – 

Herz   '   .   Gdy   Niemcy   rozpętali   sprawę   Katynia,   to   m.in.   i   jego   zawieźli   z 
Poznania do Katynia. Nie wiem, za co go Niemcy aresztowali. Przed wojną 
miał solidny brzuszek, w Żabikowie skóra mu zwisała, a tłuszcz znikł. Był on 
wielkim patriotą, w celi podtrzymywał ludzi na duchu, lecz zapytany przeze 

20

background image

mnie, kto jest odpowiedzialny za Katyń, odpowiedział: Sowieci. 

'  

Władysław Herz (1885), ślusarz z zawodu, wybitny działacz polonijnych towarzystw 

    oświatowych w Berlinie, współorganizator NSR, reemigrant, prezes Poznańskiego 
    Okręgu NPR, poseł na Sejm Ustawodawczy i Sejm Ordynacyjny (1922-1927). 

W dniu 17 czerwca 1944 roku przenieśli mnie do celi H 2. Cela H 2 była 

jedną połową, a cela H 3 drugą połową tego samego baraku. Obie cele były 
odgrodzone   od   siebie   ścianą.   Tutaj   siedziałem   wspólnie   z   towarzyszami: 
Feliksem Siwińskim, Rudasem, Dorną, Janem Majchrzakiem, Janem Pankiem, 
Stefanem Ludwiczakiem, Józefem Rybarczykiem, Stanisławem Danielakiem i, 
zdaje mi się, z Walentym Cebulskim. Oprócz nich byli jeszcze Feliks Knychała 
ze Starołęki, Poznański, Stefański, fryzjer z Lubonia i inni. 

Na   sztubowego   '   wybraliśmy   Stefańskiego.   Okazało   się   później,   że 

wysługiwał się gestapowcom i był szpiclem w naszej celi. Z celi H 2 i H 3 
zabierali   do   pracy   poza   obozem.   Przede   wszystkim   wozili   do   Ławicy   do 
budowy   dróg   betonowych   ukrytych   w   lesie,   a   służących   do   startowania   i 
lądowania   samolotów.   Przy   pracy   więźniowie   otrzymywali   obiad,   a   po 
powrocie także obiad lagrowy. 

'  

Sztubowy – starszy celi, więzień odpowiedzialny za porządek w celi. 

Zgłosiłem się do tej pracy, ponieważ samochód przejeżdżał codziennie 

tam i z powrotem w pobliżu działek, gdzie mieszkała moja żona z dziećmi. 
Samochód był odkryty, więc rozumowałem, że zawsze ktoś mnie dojrzy i da 
znać   mojej   żonie.   Obliczenie   moje   okazało   się   słuszne.   Już   przy   drugim 
wyjeździe   do   pracy   ujrzałem   żonę   z   córką   na   ręku,   stojącą   na   drodze. 
Nadzwyczaj przykre były takie widzenia. 

Przy   pracy   na   Ławicy   zdarzył   się   wypadek,   że   jeden   z   więźniów, 

staruszek, podniósł z ziemi niedopałek papierosa, zaciągnął się, a sierżant to 
spostrzegł i za to pozbawił go obiadu. Podczas obiadu odlałem staruszkowi do 
miski część mego obiadu. Gdy sierżant zobaczył, że je, zapytał kto mu dał. 
Odpowiedziałem,   że   ja.   Gdy   wydzielał   dolewkę,   zapytał   mnie,   czy   chcę 
dolewki. Pomyślałem: może chce mi dać dolewkę, a może mnie zbić za to, że 
chcę   dolewki,   a   sam   rozdałem   jedzenie.   Podziękowałem,   mimo   że   byłem 
głodny. Jednak w czasie następnych dni sierżant kilkakrotnie z własnej woli 
dawał mi dolewki. 

Naszymi kapo byli: więzień Woda, sztubowy H 3, którego gestapowcy 

przezwali   Badoglio,   oraz   sztubowy   H   2   nasz   Stefański.   Ci   nas   popędzali 
krzykiem i biciem do pracy. 

Sierżant   czasami   robił   zawody:   która   dwójka   pierwsza   nakładzie 

wywrotkę ze żwirem. Nagrodą była skibka chleba, której sierżant nie zjadł. 
Wtedy kapo Woda wybierał najsilniejszego z więźniów za swego partnera do 
ładowania wywrotki i zawsze wygrywał. Nagrodę zjadał sam. 

21

background image

Pewnego razu przy  takich zawodach mocno się spocił, położył się na 

zimny żwir, że zaziębił się i zachorował. Dostał zapalenia płuc, przez kilka 
nocy jęczał we śnie i krzyczał: „Przybiję was gwoździami do drzwi”. Wreszcie 
zdechł. Nikt go nie żałował. Za co siedział, nie wiem, mówiono, że pracował w 
Wiepofamie. 

Wszy   gryzły   nas   i   dlatego   codziennie   przeglądaliśmy   nasze   koszule   i 

ubrania. 

Pewnego  razu   część   więźniów   wzięto   do  pracy  przy  układaniu  stogu. 

Jeden, przyjaciel Feliksa Siwińskiego, zwiał. Gestapowcy strasznie mścili się 
nad pozostałymi za tę ucieczkę. Nazajutrz rano przed barakiem w korycie leżał 
trup zbiega. 

Jednego   dnia   wzięto   nas   do   pracy   do   huty   szkła   w   Antoninku. 

Wyładowaliśmy tragarze z wagonu. Jeden z tragarzy uderzył w kostkę Józefa 
Rybarczyka. Mocno go bolała noga. Stanisław Danielak radził mu, by nogę 
okładał własnym moczem. Początkowo mu ulżyło, a później mocz tak wygryzł 
ciało, że było widać kość. Odtąd skakał tylko na jednej nodze. 

Sztubowego   Stefańskiego   gestapo   często   wywoływało   i   jeździł   z 

więźniami   na   przesłuchania   do   Domu   Żołnierza.   Sam   się   wygadał,   że 
zamykano go z innymi w jednej celi w celu podsłuchania i pociągnięcia za 
język. Przywoził ze sobą do celi chleb. Gdy Stefańskiego nie było w obozie, a 
wydawano obiad, to gestapowcy pilnowali zawsze, by dla niego nalać zupy. 

Siedząc w celi H 2 obserwowaliśmy przez szpary w oknach, co się dzieje 

w celi L lub innych celach i na placu między celami. Otóż ze zdziwieniem 
ujrzeliśmy  pewnego razu trzech skutych razem. Byli to towarzysze: Roman 
Pasikowski,   Wacek   Malinowski   i   trzeci,   którego   nie   mogliśmy   rozpoznać. 
Dokładnie nie wiem, za co ich skuto. Mówiono mi później, że za namawianie 
innych towarzyszy, by nie wykonywali wymaganej normy przy tkaniu pasów. 

W połowie sierpnia już nie widzieliśmy ich. Rozeszła się wieść, że ich 

rozstrzelali.   Dopiero   jadąc   do   obozu   koncentracyjnego   Gross-Rosen 
dowiedziałem   się,   że   w   dniu   13   sierpnia   1944   roku   gestapo   rozstrzelało   w 
Żabikowie   naszych   towarzyszy:   Romana   Pasikowskiego,   Wacława 
Malinowskiego,   Jana   Zgodzińskiego,   Eugeniusza   Augustyniaka,   Tadeusza 
Weinerta, Jakuba Przybylskiego, Jana Mazurka, Jakuba Kaczmarka, Michała 
Bojczuka i innych, razem jedenastu. 

Cześć ich pamięci! 

W   dniu   30   sierpnia   wywołano   nas   do   transportu   do   obozu 

koncentracyjnego  i umieszczono  w osobnym baraku. W celi  H 2  pozostali: 
Józef Rybarczyk, Jan Majchrzak i Jan Panek. Stefański głośno się chwalił, że 
wychodzi na wolność. I rzeczywiście jego wywołali jako ostatniego i umieścili 

22

background image

w osobnej celi. 

Dnia 1 września rychło rano zajechał autobus i załadowali nas. Władek 

Sztukowski miał nogi napuchnięte i szedł w bamboszach. Pomagałem mu przy 
wsiadaniu.   Ostatniego   do   autobusu   załadowali   sztubowego   Stefańskiego. 
Gestapo nie puściło go na wolność. Autobus zajechał na Dworzec Zachodni w 
Poznaniu, załadowano nas do pulmanów, co nas mocno zdziwiło, i ruszyliśmy 
pociągiem w kierunku Kościan, Leszno, Rawicz, Wrocław, Legnica do Gross-
Rosen. Eskorta w pociągu była możliwa, dali nam nawet niemieckie gazety do 
czytania. 

Było   już   późne   popołudnie,   czekaliśmy   niedaleko   dworca.   Niebawem 

przybyła grupa żołnierzy, podpita i hałaśliwa. Byli to Ukraińcy, którzy pełnili 
na zewnątrz obozu Gross-Rosen straż i ci pędzili nas przez około trzy kilometry 
do właściwego obozu. Poprzednio zabrali na samochód tych wszystkich, którzy 
nie mogli iść o własnych siłach, między innymi także Władka Sztukowskiego. 
Razem   z   nami   w   transporcie   do   Gross-Rosen   byli   także   i   nie   peperowcy. 
Przypominam sobie jednego z nich: wzrost średni, postawa prosta, włos siwy, 
twarz bardzo szczera i otwarta, siwe wąsy. Mówił do nas i do swoich: 

Przetrwamy, tylko nie upadać na duchu, chłopcy!

Nota o autorze: 
Brygier Jan,ur. 27 V 1904 r. w Witkówkach pow. kościański w rodzinie małorolnego chłopa; 
tokarz, większą część życia przepracował w Zakładach H. Cegielskiego w Poznaniu; 
działacz polityczny, od r. 1923 działacz Związku Metalowców, w latach 1927-1928 członek 
Komitetu Okręgowego KZMP, następnie pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji w 
Młodzieży PPS-Lewicy i TOR „Świt”, od r. 1927 działacz okręgowy KPP i PPS-Lewicy, w 
latach okupacji brał udział w tworzeniu PPR; więziony w Żabikowie i innych obozach 
koncentracyjnych; po wojnie działacz PPR i PZPR w Krośnie Odrzańskim, Szczecinie 
i Poznaniu; od r. 1959 emeryt.