background image

tytuł: "Młode wilki" 
autor: Jarosław śamojda 
tekst wklepał: dunder@poczta.fm 
 
Copyright (c) Jarosław śamojda 1985 
ISBN 83-904961-0-0 
Wydawca: DA VINCI Sp. z o.o. Warszawa 1995 
Wydanie pierwsze 
Przygotowanie: Drukarnia Poligrafus 
Druk: PWP "Gryf S.A. Ciechanów 
 
ROZDZIAŁ 1 
 
Panujący od kilku dni upał wyludnił ulice miasta. Szczupły męŜczyzna ubrany w typowy 
urzędniczy garnitur szedł ocienioną drzewami alejką. Biała, przewiązana sznurkiem paczka 
kołysała się w jego ręce w rytmie kroków. Rząd drzew dających schronienie przed Ŝarem 
kończył się kamienną fontanną. Od lat zepsuta i porośnięta chwastami juŜ nie cieszyła swym 
widokiem przypadkowych spacerowiczów. MęŜczyzna minął ją i zszedł z chodnika na 
jezdnię. Rozgrzane powietrze kłębiło się wokoło jego butów. Odgłos miarowych kroków 
zagłuszony został piskiem opon hamującego samochodu. W jednej chwili męŜczyzna 
odskoczył w bok ratując się ucieczką na chodnik. Szare BMW zaparkowało koło krawęŜnika. 
MęŜczyzna z obraŜoną miną skierował się w stronę bramy z napisem "Wojewódzki Bank w 
Szczecinie". Odchodząc spojrzał na samochód chcąc dojrzeć twarz kierowcy, ale 
przyciemnione szyby skutecznie chroniły wnętrze przed jego wzrokiem. Wycierając 
chusteczką pot z czoła męŜczyzna wszedł przez wahadłowe drzwi do banku. Okrągła twarz 
stojącego w przejściu straŜnika przybrała na moment grymas podobny do uśmiechu. - Jeśli 
nie spadnie deszcz to latarnie na ulicach pousychają - zagadnął Ŝartobliwie - powietrze aŜ się 
gotuje. Mówiąc to podskoczył do drugich drzwi otwierając je przed mijającym go obojętnie 
męŜczyzną. Po dwuletnich staraniach Dyrekcja Wojewódzkiego Banku w Szczecinie 
otrzymała zgodę na dokonanie generalnego remontu. W planie oprócz wymiany drzwi, okien, 
mebli, oraz remontu skarbca z 1926 roku przewidziano równieŜ załoŜenie klimatyzacji. Tylko 
nadzieja na mające wkrótce nadejść zmiany pozwalała pracownikom wytrzymywać panujący 
zaduch i upał. MęŜczyzna wszedł do głównej sali banku mijając po prawej stronie kasy i dział 
rachunków bieŜących, a po lewej agenturę PKO i lokaty długoterminowe. Jego sylwetka 
przecięła smugę wpadającego do sali słońca i zniknęła w przejściu dla urzędników. Jak 
zwykle w sobotnie popołudnie bank był prawie pusty. Na zegarze wiszącym pod sufitem 
dochodziła trzecia. Nad zegarem w wąskiej szczelinie czyjeś oczy obserwowały salę. Drugi 
straŜnik widział z góry jak męŜczyzna niosący białą paczkę przeszedł w poprzek sali, wszedł 
w przejście dla pracowników, a po chwili zasiadł za swoim biurkiem. StraŜnik spojrzał na 
zegarek, była za dwie minuty trzecia. Odwrócił się do interkomu i nacisnął przycisk. - 
Trzecia. Zamykamy - powiedział do mikrofonu. StraŜnik na dole odprowadzał ostatnich 
klientów do drzwi, gdy do banku weszło trzech męŜczyzn ubranych na czarno. Wszyscy mieli 
na sobie takie same czarne spodnie, czarne golfy i czarne marynarki, a na głowach Ŝółte 
słomkowe kapelusze. MęŜczyźni minęli wychodzących klientów i skierowali się na salę kas. - 
Panowie, juŜ zamykamy - usiłował zatrzymać ich straŜnik. - Wpłacimy pieniądze, bo nas 
okradną - nie odwracając się odpowiedział najwyŜszy. Była za dwie trzecia. StraŜnik dał za 
wygraną. Trzej męŜczyźni weszli na główną salę i natychmiast rozeszli się w róŜne strony. 
NiŜszy, z wyraźną nadwagą, stanął w naroŜniku sali. Drugi, wysoki, przystanął tuŜ przy 
drzwiach. Trzeci, jednym ruchem ręki zaciągnął czarną pończochę na twarz i ruszył do kasy. 
Kasjerka, młoda dziewczyna o mało wyrafinowanej urodzie, przyklejała papierową 

background image

banderolkę na kolejnej paczce dwudziestodolarówek gdy nagle usłyszała nad sobą głos 
męŜczyzny: - zapakuj kochanie te kanapki do woreczka. Kasjerka przerwała pracę i spojrzała 
w kierunku głosu. Zaciągnięta na twarz pończocha miała wycięty otwór w którym poruszały 
się usta: - Tylko szybko, bo spóźnię się do pracy - dodał. Z niewzruszoną powagą kasjerka 
odebrała worek z rąk męŜczyzny i rozpoczęła napełnianie go paczkami 
dwudziestodolarowych banknotów. W drugim końcu sali urzędnik rozciął noŜyczkami 
sznurek. Uwolniony z krępujących go więzi papier sam się rozwinął odsłaniając kartonowe 
pudełeczko. Urzędnik spojrzał w stronę kasy. - Myślałem, Ŝe kiedyś sam to zrobię - wycedził. 
Siedzący naprzeciwko niego młodszy urzędnik powiódł wzrokiem w stronę kasy przy której 
stał męŜczyzna w słomkowym kapeluszu. Mimo dzielących go ośmiu metrów wyraźnie 
widział jak kolejne paczki dolarowych banknotów znikają w worku. Starszy urzędnik 
westchnął i wyjął z szuflady szklankę i talerzyk. Ustawił je na serwetce, po czym uniósł 
tekturowe wieko-pudełka. Wyjął z niego sernik pokryty truskawkową galaretką. - Taka forsa - 
westchnął - ale bym się ubawił. Oblizał palce i sięgnął po ciastko. OstroŜnie wbił w nie zęby 
uwaŜając aby cukier puder nie posypał się na garnitur. Ponownie spojrzał w stronę kasy. - 
Taka amatorszczyzna. Ja bym to zrobił lepiej. Młodszy urzędnik przełknął ślinę wpatrzony 
łakomym wzrokiem w leŜące na talerzu ciastko. Kątem oka dostrzegł podchodzącego do nich 
drugiego napastnika. Ten stanął przy ladzie i uniósł lufę pistoletu celując w głowę starszego 
urzędnika. Jednocześnie przyłoŜył drugi palec do ust. -Psss. Kasjerka z trudem przepychała 
worek z pieniędzmi przez okienko w kasie. Rozejrzała się dyskretnie czy nikt jej nie 
obserwuje i posłała w stronę bandyty gorący pocałunek. Usta w czarnej pończosze poruszyły 
się, ale nie był to uśmiech wzajemności. Napastnik spojrzał na worek w rękach urzędniczki. 
Miała delikatne pulchne dłonie. - Ten pierścionek teŜ dorzuć skarbie - wskazał na jej palec. - 
Oszalałeś? Po co? - W jej głosie zabrzmiała nuta uraŜonej dumy. W odpowiedzi przed swoim 
nosem ujrzała lufę pistoletu. Szare BMW stało przy wejściu do banku. Okienko kierowcy 
było do połowy otwarte. Spóźniony, zadyszany klient dopadł zamkniętych drzwi i walił w nie 
pięścią. StraŜnik otworzył okienko. -- Dlaczego zamknięte? Jeszcze nie ma trzeciej - usłyszał 
pełen pretensji głos klienta. - U mnie jest. Przyjdź pan w poniedziałek - odburknął straŜnik. - 
Ja muszę jeszcze dziś pobrać pieniądze. Co tu się dzieje? StraŜnik spojrzał za siebie. W głębi 
sali trzech ubranych na czarno męŜczyzn z pończochami na twarzach ruszało właśnie w 
stronę wyjścia. ~ Kasa jest pusta. Mieliśmy dziś duŜy obrót. Zanim klient zdąŜył wygrzebać z 
pamięci mocniejszy argument, drzwiczki zatrzasnęły się bezpowrotnie. StraŜnik zamknął 
zasuwkę, odwrócił się i wyjął z kabury rewolwer. Przytrzymał go nieruchomo wzdłuŜ ciała. 
Czekał. Drugi straŜnik śledził całe zajście ze swojej szczeliny obserwacyjnej koło zegara. 
MęŜczyzna w słomkowym kapeluszu właśnie odchodził z pełnym workiem od kasy. 
Tymczasem kasjerka zwinnym ruchem, o który nikt by jej nie podejrzewał, przypadła do 
podłogi rozciągając się na całą długość. StraŜnik jakby czekał na ten moment. Nacisnął 
przycisk z napisem "alarm". Głos syren wypełnił salę kas i wylał się przeraźliwym wyciem 
przed gmach banku .Włączenie alarmu sparaliŜowało idących do wyjścia napastników. Jak na 
komendę skoczyli w bok i rozbiegli się w przeciwne strony rezygnując z forsowania 
głównych drzwi w których stał straŜnik. Jeden z napastników wystrzelił z pistoletu ponad 
głowami zdezorientowanych kasjerek. Kto mógł, krył się za biurka, inni padali na ziemię tam 
gdzie stali. Napastnicy strzelali nad głowami biegnąc do przeciwpoŜarowego wyjścia. 
StraŜnik przy szklanych drzwiach stanął w pozycji Johna Wayna na szeroko rozstawionych 
nogach i z bezpiecznej odległości obserwował rozwój wypadków. Bandyci strzelając ponad 
głowami leŜących juŜ urzędników dobiegli do blatu dla klientów i z kocią zręcznością 
przeskoczyli na drugą stronę. Biegnący z tyłu zatrzymał się i stojąc na biurku oddał długą 
serię z pistoletu maszynowego, kierując ziejącą ogniem lufę ponad pustymi biurkami. Cała 
trójka zniknęła za drzwiami z napisem - "Wyjście przeciwpoŜarowe". Syrena alarmowa 
zakrztusiła się, opadła o dwie oktawy w dół i na koniec zamilkła. Delikatny wietrzyk ze 

background image

stojącego na biurku wentylatora poruszał zwiędniętą do połowy palmę. Siedzący na podłodze 
starszy urzędnik otarł resztki cukru z policzka i przełknął ostatni kęs ciastka. Spojrzał w górę 
na blat biurka. Sięgnął ręką do krawędzi talerza z ciastkami. Przesunął dłoń w prawo trafiając 
na pustkę. Sernik z truskawkową galaretką zniknął. Tupot wojskowych butów odbił się 
wielokrotnym echem od ścian i sufitów. Na salę wbiegli policjanci z oddziałów specjalnych. 
Z wystudiowaną precyzją i kocią zręcznością zajęli pozycje strzelców wyborowych czekając 
na znak aby siłą ognia swoich pistoletów maszynowych zamienić bank w skup surowców 
wtórnych. Drzwi przeciwpoŜarowe w ich celownikach pozostawały w absolutnym bezruchu. 
Ostry gwizdek sędziowski wdarł się w tę pełną oczekiwania ciszę. Kroki trzech idących 
męŜczyzn zbliŜały się od strony głównego wejścia do sali kas. Pierwszy szedł dyrektor banku 
trzymając w dłoni stoper. Towarzyszył mu kapitan Wojtaszewski z Komendy Głównej 
Policji. - Jesteśmy lepsi od II Miejskiego prawie o minutę - oznajmił z dumą dyrektor. - Mogę 
państwu pogratulować. Nie mniej jednak, pani Krystyno, - tu dyrektor zwrócił się do pulchnej 
kasjerki, która zdąŜyła juŜ pozbierać się z podłogi i dreptała teraz w jego stronę - nawet w 
czasie ćwiczeń niedopuszczalne jest flirtowanie z bandytami. - A pan, panie magistrze - 
zwrócił się do znanego nam miłośnika ciastek - na przyszłość radzę szybciej padać na ziemię 
zanim panu uszy odstrzelą, nie mówiąc juŜ o innych sprawach. Sala wypełniała się powoli 
urzędnikami, którzy dopiero teraz otrzepywali się z kurzu gratulując sobie wzajemnie 
bohaterskiej postawy. - Pan panie Malinowski - ta uwaga była kierowana do otyłego straŜnika 
z przekrwioną twarzą, który słuŜbiście prostował się pod spojrzeniem swojego dyrektora - po 
to ma pancerną szybę, Ŝeby się za nią chować, a nie udawać bohatera. - Proszę pamiętać o 
zmianie naboi w pistoletach - przypomniał kapitan Wojtaszewski - ślepe nie będą juŜ 
potrzebne. Główne drzwi banku otworzyły się z takim hukiem, Ŝe w pierwszej chwili kapitan 
Wojtaszewski odebrał to jako strzał z pistoletu. Odwrócił się energicznie w tę stronę. W 
drzwiach stali trzej na czarno ubrani męŜczyźni w słomkowych kapeluszach i czarnych 
pończochach na głowach. Swoje pistolety maszynowe wycelowali wprost w osłupiały z 
zaskoczenia tłum urzędników i policjantów. - To jest napad. Wszyscy na ziemię, bo wam jaja 
poodstrzelam! Twarze zgromadzonych osób wyraŜały tyle zrozumienia co przy pierwszym 
czytaniu instrukcji działania komputera. Któryś ze stojących w drugim rzędzie urzędników 
powoli zaczął unosić w górę ręce. Rozległ się śmiech. - MoŜe sam napad był pretensjonalny, 
ale za to uciekaliście jak zawodowcy - stwierdził z uznaniem dyrektor banku i zainicjował 
pierwsze oklaski do których dołączyli się inni. Atmosfera rozładowała się w śmiechu. 
Napastnik stojący w środku powoli opuścił lufę pistoletu i zciągnął z twarzy czarną rajstopę. 
Nieopalona łysina zajaśniała w kontraście do czarnego golfa. - O czym pan mówi? Jeszcze nie 
napadliśmy. Łysy napastnik spojrzał po wpatrzonych w niego uśmiechniętych twarzach 
oczekując pomocy w rozwiązaniu łamigłówki. - Sam pan przecieŜ dzwonił, Ŝeby opóźnić 
napad - wymownie spojrzał na dyrektora. Twarz dyrektora banku powoli nabierała sinego 
koloru. Inni nie rozumieli jeszcze co zaszło. Zduszonym głosem dyrektor zwrócił się do 
kasjerki: - Ile było w kasie? Rozbawiona atmosferą ćwiczeń kasjerka przywoływała z 
pamięci: - Mówił pan, Ŝeby było powaŜnie, więc włoŜyłam dwieście tysięcy dolarów w 
banknotach dwudziestodolarowych i... mój... zaręczynowy pierścionek... - kątem oka 
spojrzała na łysiejącego napastnika. Jego twarz była przeraŜona. Z duŜym opóźnieniem 
docierało do niej co zaszło. Ze łzami w oczach odwróciła się do dyrektora. - A więc 
obrabował nas ktoś obcy? 
 
ROZDZIAŁ 2 
 
Zakręt był zbyt ostry i źle wyprofilowany. BMW weszło jednak w niego z prędkością sto 
dwadzieścia kilometrów na godzinę mijając stojący po prawej stronie napis "SZCZECIN 
ś

EGNA". Szerokie, niskoprofilowane opony były za twarde na polskie drogi, ale za to 

background image

znakomicie zwiększały sterowność samochodu. Siedzący za kierownicą męŜczyzna wyglądał 
na czterdzieści lat i tyle miał. Wszystko co wyraŜała jego twarz wyjaśniało przezwisko 
"Czarny" jakie nosił chyba od urodzenia. Kruczoczarne włosy z dłuŜszą grzywką opadały na 
ś

niade czoło. Głębokie, czarne oczy precyzyjnie skanowały drogę, gotowe dojrzeć z równą 

precyzją zarówno przebiegającą mysz jak i stojący na skraju lasu policyjny radiowóz. Lekki 
zarost nadawał jego twarzy wyraz zmęczenia. - Dwadzieścia tysięcy dla architekta miasta, 
dwa miesiące czeka. Facet od nieruchomości weźmie dychę - dyktował Czarny. Biedrona i 
Kobra siedzieli na tylnym siedzeniu. Po morderczej walce, Biedronie udało się zciągnąć z 
głowy czarną pończochę. Rzucił ją z obrzydzeniem na tylną półkę obok słomkowego 
kapelusza. Chwycił pistolet i wpatrywał się w tylną szybę, za którą zniknął właśnie zakręt 
drogi z napisem "SZCZECIN WITA". Kobra musiał przełknąć ostatni kęs bułki zanim 
cokolwiek z siebie wydusił. - Nie zgodzi się na mniej niŜ dwadzieścia - zawyrokował w 
odpowiedzi. - Prokurator, adwokaci i celnicy, kosztowali nas w zeszłym kwartale setkę ale 
dziś wezmą więcej. Dodaj do tego jeszcze chłopców z drugiego komisariatu - wyliczał z 
pamięci Czarny. Kobra wystukał kolejne liczby na Power Booku trzymanym na kolanach. 
Odnalazł na ekranie wynik: - Zostaje pięćdziesiąt tysięcy. I teraz zapłacimy ze trzydzieści, to 
ledwo wyszliśmy po kosztach - wyraźnie posmutniał. - Dlaczego nikt nas nie goni? - 
Biedrona odwrócił się z tym pytaniem w stronę siedzących z przodu Czarnego i Skorpiona. 
Czarny dostrzegł pistolet, którym Biedrona wymachiwał w ich kierunku, spojrzał na 
Skorpiona. Skorpion bez słów odwrócił się, wyrwał pistolet z ręki i rzucił go na podłogę. 
Wszyscy troje mogli mieć po dziewiętnaście lat i tyle mieli. NajpowaŜniej wyglądał 
Skorpion, krępy o silnej budowie, z ostrzyŜoną prawie na łyso głową. Biedrona, włoski typ 
urody, brunet o regularnych rysach twarzy z powodzeniem mógłby reklamować papierosy nie 
tylko w Polsce. Kobra miał najmniejsze powodzenie u kobiet. I to nie z powodu otyłości lub 
braku gustu w ubieraniu, ale przez skąpstwo. Był urodzonym księgowym, który zagłodził na 
ś

mierć swojego węŜa w kieszeni. Czarny przyhamował, wjechali do wioski. Środkiem drogi 

szły krowy, które mała dziewczynka bezskutecznie zaganiała na pobocze. - Mam go - 
zakomunikował radośnie Skorpion, któremu udało się złapać połączenie przez telefon 
komórkowy. - Zatrzymali go na granicy. Nie chcą z nim rozmawiać - relacjonował Czarnemu 
- tak. JuŜ jedziemy. - Kupił dwadzieścia tysięcy litrów po piętnaście fenigów - relacjonował 
dalej Czarnemu uradowany tą wiadomością. - Byliśmy w banku po pieniądze. Nie, nie dla 
nas. Usługa z miasta - rzucił do słuchawki. Po chwili wyłączył telefon. - Nie chcą z nim 
rozmawiać - zwrócił się do Czarnego. - WłóŜ dwie dychy do koperty i dychę daj mi do 
kieszeni - Czarny spojrzał w lusterko. Biedrona posłusznie włoŜył pliki dwudziestodolarówek 
do koperty i podał je Czarnemu. Czarny przełoŜył kopertę do kieszeni, a dodatkowy plik - 
dziesięć tysięcy dolarów - włoŜył pod marynarkę. - CięŜkie czasy. Jeszcze trochę i rzucę ten 
interes w cholerę - stwierdził zmęczonym głosem. Przejście graniczne w Lubieszynie jest pod 
opieką polską w przeciwieństwie do Kołbaskowa, którym zajmuje się administracja 
niemiecka. Nie ma to jednak większego znaczenia dla przeciętnego turysty. Obojętnie, w 
którą stronę i o której godzinie, zawsze trzeba stać w kolejkach. Czerwiec i lipiec to najgorsze 
miesiące. Piątek i sobota to najgorsze dni, od szesnastej do dwudziestej to najgorsze godziny. 
Był dziewiętnasty czerwca, sobota godzina szesnasta. Szare BMW stało w cieniu starego 
dębu na poboczu drogi. Trzydzieści metrów dalej stał szlaban z napisem "Kontrola Celna - 
Granica Polsko-Niemiecka" w Lubieszynie. Kobra wysiadł z samochodu. Z przodu przy 
otwartych drzwiach siedział Skorpion i lustrował Playboya. Biedrona spał na tylnym 
siedzeniu z otwartymi ustami. Nie przeszkadzała mu ani muzyka ani przejeŜdŜające obok 
samochody. Kobra obszedł samochód i stanął po drugiej stronie. Za szlabanem celnicy i 
słuŜba graniczna odprawiali kolejnych turystów. Kolejka samochodów sięgała po horyzont i 
nie wiadomo jak jeszcze daleko. Z boku na celnym parkingu stał jaskrawo Ŝółty TIR z 
czarnym brezentem na pace. Obok, oparty o biało-czerwony szlaban stał młody chłopak w 

background image

białej marynarce. Kobra zamachał do niego na powitanie. Zza Ŝółtego TIRa wyszedł celnik w 
towarzystwie Czarnego. Minęli chłopaka w białej marynarce i ruszyli w stronę polskiego 
parkingu dla TIRów. - Nie ma mowy. Wsadź sobie te pieniądze wiesz gdzie. Nie chcę was tu 
więcej widzieć. Celnik prowadził, a Czarny posłusznie podąŜał za nim. Ustawione obok 
siebie cięŜarówki szczelnie wypełniały plac parkingowy. - Nie denerwuj się - uspakajał 
Czarny. - Jak trzydzieści za mało to pogadajmy o premii. Czarny rozejrzał się dookoła. Kobra 
stał po drugiej stronie przy samochodzie. Kierowcy cięŜarówek pochowali się w barku, lub 
odsypiali poobiednią drzemkę w cieniu drzew czekając na wyjazd z Polski. Celnik skręcił w 
przejście między dwiema cięŜarówkami. Czarny wszedł zanim. - Ja nie wezmę i Ŝaden z 
chłopaków teŜ nie, nawet za pięćdziesiąt. Na tej bramce jesteście skończeni. Celnik był 
przynajmniej o głowę wyŜszy od Czarnego i na oko mógł waŜyć sto dwadzieścia kilo. Nie 
miało to jednak teraz Ŝadnego znaczenia, gdyŜ ramię Czarnego uczepione jego krtani cisnęło 
nim jak workiem ziemniaków o burtę cięŜarówki. Lufa pistoletu brutalnie zatkała rozwarte do 
krzyku usta. - Mam dwa rzuty na ten tydzień - cedził Czarny. - Towar juŜ kupiłem, więc mnie 
nie denerwuj. Po trzydzieści od TIRa i koniec rozmowy. StróŜka krwi pociekła celnikowi z 
wargi. Jedna kropla skapnęła na śnieŜnobiały kołnierzyk słuŜbowej koszuli urzędnika 
państwowego. Mimo tego celnik pokręcił przecząco głową. Szeroko otwarte z przeraŜenia 
oczy dodatkowo powiększone przez szkła okularów nie pozostawiały cienia wątpliwości, Ŝe 
się boi Czarnego. A jednak nie godził się na transakcję. Musiał bać się jeszcze czegoś, co było 
groźniejsze i bardziej nieuchronne niŜ groźby Czarnego. Czarny cofnął się, schował pistolet 
pod marynarkę. Celnik wyjął z kieszeni chusteczkę i starł z wargi krew. - To jest ostatni 
transport. Ostatni raz. - Wycedził celnik. Czarny wyjął kopertę z pieniędzmi. Celnik odtrącił 
ją od siebie. - Nic nie płacisz. Rozmawiaj z Chmielewskim. To jego decyzja. Zgarbiona 
sylwetka celnika mignęła w prześwicie między samochodami i zniknęła. Po chwili biało-
czerwony szlaban uniósł się otwierając drogę przed Ŝółtą cięŜarówką. - Idzie Czerwony 
Kapturek przez las, a tu z krzaków wyskakuje wilk i pyta: "Dokąd idziesz cipo?" - Ja nie 
jestem cipa, ja nie jestem cipa. Ja jestem Czerwony Kapturek. - "To gdzie cipo masz 
kapturek?" - pyta wilk. Kapturek chwyta się za głowę: "Ojej, ale ze mnie cipa, zapomniałam". 
Ha,ha,ha. Skorpion stał oparty o samochód z niewzruszoną miną. Setny raz słyszał ten kawał 
w wykonaniu Kobry. I tym razem Kobrze nie udało się go rozweselić. Było w Skorpionie coś 
niewyobraŜalnie smutnego. Potrafił całymi godzinami zapadać się we własne myśli, dręczyć 
się jakimiś wspomnieniami. Nie moŜna było do niego po prostu podejść i porozmawiać. Był 
piekielnie inteligentny, przystojny i głęboko nieszczęśliwy. Kobra dał za wygraną, bo od 
strony granicy nadjeŜdŜał właśnie samochód na który czekali. TIR przejechał obok chłopców 
trąbiąc klaksonem na znak tryumfu. Za nim podąŜał czarny Jeep Wrangler z płóciennym 
Ŝ

ółtym dachem. Dwie dziewczyny jadące sportowym Alfa Romeo na moment zwolniły 

przyglądając się wysiadającemu z Jeepa chłopakowi w białej marynarce. Podobno kobiety nie 
mają tak prymitywnych popędów seksualnych jak męŜczyźni, ale spojrzenia tych dwuch 
dziewczyn zaprzeczały tej teorii. Nic dziwnego: Cichy miał prawie sto dziewięćdziesiąt 
centymetrów wzrostu, jasno blond długie włosy i opaloną twarz o chłopięcych rysach. 
Trzasnął drzwiami i wolno podchodził do szarego BMW. Wyznawał Ŝyciową zasadę, Ŝe tylko 
głupcy i biedacy się spieszą. Ludzie cywilizowani prowadzą zdrowy i spokojny tryb Ŝycia. Od 
lat był zdeklarowanym wegetarianinem i mógł na ten temat prowadzić wielogodzinne 
wykłady. Być moŜe problemy Ŝywienia skłoniły go do zdawania na medycynę. Przynajmniej 
takie miał plany na przyszły rok. - Co to? Jedziecie na pogrzeb? - Cichy skomentował 
ubranych na czarno Kobrę i Skorpiona. - Chyba na własny - Skorpion zgarnął z dachu 
Playboya i obszedł samochód. Cichy otworzył tylne drzwi i odnalazł tam śpiącego Biedronę. - 
Wyskakuj, poprowadzisz. Biedrona wyrwany z drzemki ledwie wytoczył się z samochodu. 
Łapiąc równowagę szedł w stronę Jeepa. - Papiery masz w schowku. No, obudź się. Cichy 
rzucił Biedronie kluczyki od samochodu tak, Ŝe ten musiał skoczyć jak bramkarz aby je 

background image

chwycić. Nie zauwaŜyli jak Czarny podszedł do samochodu. - Na jutro przygotowałem dwa 
Royale po dwanaście tysięcy litrów -oznajmił z zadowoleniem Cichy. - Odwołaj. Zamknęli 
bramkę. Muszę pogadać z Chmielewskim. Z głębi samochodu dobiegł głos Skorpiona: - to 
jedź na nasz bal maturalny. Ma tam być. - PrzecieŜ ty nie zdałeś matury, ha ha - wtrącił 
Kobra. Trzasnęli drzwiami. Szare BMW odjechało z przejścia granicznego, a za nim czarny 
Jeep Wrangler z Ŝółtym płóciennym dachem. 
 
ROZDZIAŁ 3 
 
Był ciepły czerwcowy wieczór. Powoli zapadał zmierzch. Jak nigdy, tego wieczora przed 
Domem Kultury "Słowianin" zaparkowało ze trzydzieści samochodów. Nowe czasy nie 
wpompowały jeszcze Ŝywej gotówki w stojący na uboczu Dom Kultury. Sporadyczne 
dyskoteki licealistów, robotnicze wesela, no i bale maturalne to jedyne imprezy ratujące ten 
obiekt przed całkowitym zamknięciem. Dziś w mieście liczyły się tylko dwie dyskoteki: "Quo 
Vadis" w ekskluzywnym hotelu Radisson i "Imperium". Na piwo wypadało wpadać do Royal 
Pubu. Padał delikatny deszcz przynosząc ulgę spalonemu miastu. Czuło się w powietrzu miłą 
woń oddychających drzew. Ciemna sylwetka rowerzysty pojawiła się w obrysie bramy. 
Prawdopodobnie Muzeum Techniki lub Bydgoskie Zakłady Rowerowe skłonne byłyby 
zapłacić niezłą sumę za muzealnego Jaguara, na którym pedałował Robert. Zresztą nigdy by 
go nie sprzedał. Robert miał duŜy sentyment do rzeczy otrzymanych od swego ojca, a Jaguar 
właśnie do nich naleŜał. To na nim ojciec dojechał jako trzeci na metę wyścigu pokoju w 
siedemdziesiątym szóstym. Jadąc przez parking Robert minął stojące tam szare BMW 
Czarnego, Jeepa, Ŝółtą Corvettę i parę innych samochodów. Jego koledzy juŜ się bawili, a on 
jak zwykle spóźnił się. Był z tego znany. Na sali bankietowej trwała zabawa. Ponad dwieście 
osób, głównie młodzieŜy z V Liceum Ogólnokształcącego oraz ich wychowawcy i zaproszeni 
goście wypełniali roztańczoną salę. Kilka zmęczonych balonów zwisało na rozpiętych 
Ŝ

yłkach, a opróŜnione do połowy butelki na stolikach nieomylnie wskazywały, Ŝe 

rozpoczynała się trzecia godzina zabawy. Przy jednym ze stolików siedzieli Cichy, Kobra, 
Skorpion z Dorotą, Biedrona i Casanovą. Czarnego nie było. - Gdzie jest ta twoja okładka? 
Chcesz mnie podpuścić - Cichy rozglądał się po sali. - Coś się tak napalił? Mało jest do 
rwania? - Skorpion teŜ wypatrywał kogoś w tłumie. Pod ścianą przy długim stole siedzieli 
nauczyciele, a między nimi dyrektor szkoły i dyrektor banku. - ...i w biały dzień wynieśli 
dwieście tysięcy... - relacjonował dyrektor banku podochocony po czwartej pięćdziesiątce. - 
Gdzie jest Chmielewski? Powinniśmy juŜ zaczynać - Niepokoił się dyrektor szkoły. - Poszedł 
do toalety. Zaraz wróci, ale... Do ich stolika podszedł Rudy. Niewysoki, szczupły i 
rzeczywiście rudy chłopak w niczym nie zdradzał podobieństwa do swojego ojca -dyrektora 
banku. - Mógłbyś dzisiaj zrobić wyjątek? Skończyła mi się forsa. PoŜycz -poprosił Rudy. - Ja 
nie poŜyczam. - To moja matura. Oddam. Nie był to jednak trafiony argument. Rudy spojrzał 
za siebie. W głębi, przy stoliku siedziała samotnie wpatrzona w niego dziewczyna w 
okularach. MoŜe nie wyglądała na finalistkę konkursu Miss Polonia, ale jednak była jego 
dziewczyną i chciałby postawić jej drinka. - Ostatni raz. - Ojciec podał Rudemu pojedynczy 
banknot. Rudy spojrzał na niski nominał na papierku. - Dawno tata z domu nie wychodził. 
Odszedł wściekły od stolika ojca. - Przepuszcza pieniądze jak wodę - tłumaczył się dyrektor 
banku. Nie dam więcej ani grosza. Niech się uczy zarabiać. Robert przypiął rower łańcuchem 
do kaloryferów na korytarzu, po czym wszedł na salę balową. - MoŜe to niewiarygodne, ale to 
jest właśnie nasz wspólny kolega Robert Radacki - Rudy witał podchodzącego do stolika 
Roberta. - Tak. Teraz poznaję. Ten romantyczny stosunek do natury - dorzuciła Anka 
rozpoznając twarz Roberta pod opadającymi na oczy mokrymi włosami. Cała trójka od lat 
zajmowała czołowe lokaty na ogólnopolskich olimpiadach co gwarantowało im nie 
podwaŜalną opinię kujonów na towarzyskiej liście V Liceum Ogólnokształcącego. Wszyscy 

background image

troje sączyli wodę mineralną. - Co za palant. Wyprowadzam się z domu - po raz kolejny Rudy 
oznajmił swoje niezłomne postanowienie. Kipiał złością po rozmowie z ojcem. -A ja 
wyjeŜdŜam do Warszawy studiować psychologię. Mam ten problem z głowy. - Nie masz z 
głowy, tylko z głową. śeby się leczyć potrzebny jest szpital, a nie studia. Co będziesz robiła 
po psychologii? Dzieci moŜesz rodzić bez dyplomu. Anka była klasycznym przykładem 
Ŝ

yrafy przeŜuwającej kaŜde słowo przed wypowiedzeniem czym doprowadzała wszystkich do 

szaleństwa. Wszystkich z wyjątkiem Rudego i Roberta. - Błahe sprawy traktujesz zbyt 
emocjonalnie. Zaczekam, aŜ zarobisz swoje pieniądze i wtedy jako znany i ceniony 
neurotyczny adwokat pierwszy zaczniesz się u mnie leczyć. Oczywiście dam ci zniŜkę, po 
znajomości. - Pewnie, Ŝe zarobię. Trzeba myśleć. Mój stary to wyjątkowy sknera, ale zna 
Ŝ

ycie. Obserwuję tych jego kolesi. Adwokat w tym kraju to za trzy lata będzie najlepiej płatny 

zawód. Tylko te pieprzone egzaminy wstępne. A ty Prymus? - spytał Rudy. - Nie wiem, czy 
pójdę na studia. - Nie zalewaj. Jesteś typowany, masz kaŜdy wydział w tym kraju do wyboru. 
No, nie wstydź się. Gdzie idziesz? -Nie wiem. Robert powiódł wzrokiem po sali. Prawie 
wszyscy tańczyli z wyjątkiem kilkuosobowej grupy siedzącej przy centralnym stoliku. 
Skorpion, Dorota, Kobra, Casanovą. Cała grupa kolegów z jego szkoły. Wyraźnie nie 
pasowali do tej zabawy. Nie dlatego, Ŝe mieli na sobie drogie ciuchy i jako jedyni swą 
opalenizną odcinali się od wypłowiałych twarzy reszty towarzystwa. WyróŜniali się, bo na tej 
zabawie oni jedni się nie bawili. - Cztery lata. Wydawały mi się całym Ŝyciem, a to juŜ koniec 
- Cichy wpatrywał się tępym wzrokiem w biel obrusa. - I Ŝeby się nigdy nie powtórzyło - 
dorzucił Skorpion po czym wydobył ze swojej skórzanej marynarki mały metalowy pojemnik 
z lekarstwem na alergię. Przystawił go do nosa, nacisnął i mocno zaciągnął się wstrzymując 
powietrze. Jego oczy napłynęły łzami. Trwał tak przez chwilę w bezruchu. Cichy spojrzał 
przelotnie na Dorotę. Udawała, Ŝe nic nie widzi. Była bezradna i bezsilna. Przelotnie 
uśmiechnęła się do Cichego. Muzyka nagle ucichła i z głośnika wydobył się głos dyrektora 
szkoły: - pierwszy nafciarz w Polsce, człowiek prawdziwego sukcesu, ale dla nas, przede 
wszystkim przyjaciel młodzieŜy i gorący patriota Szczecina. Pan Jerzy Chmielewski. W sali 
rozległy się leniwe oklaski oŜywione nieco bardziej przy stolikach nauczycieli. - 
Niekoniecznie ktoś, kto sprzedaje benzynę, musi być szejkiem. No, chyba Ŝe dyrektor miał na 
myśli konto w banku - podjął temat Chmielewski. Sala wybuchła śmiechem i tym razem cała 
obdarowała mówcę oklaskami. Jerzy Chmielewski miał wyczucie tłumu. Był przystojnym, 
eleganckim męŜczyzną w najlepszych latach swego Ŝycia. Energią i poczuciem humoru 
zjednywał sobie nawet zagorzałych przeciwników. Tych ostatnich zresztą było coraz mniej w 
okolicy. Mówiono, Ŝe jest najbogatszym człowiekiem północno-zachodniej Polski. Nigdy 
temu nie zaprzeczył. - W tym co powiedział dyrektor waszej szkoły jest jednak duŜo prawdy. 
Jestem patriotą Szczecina, Pomorza i całej Polski. Jest to nasza Ojczyzna, nasz dom. MoŜe te 
słowa budzą w was niechęć, bo przez całe lata wycierano nimi wszystkie moŜliwe brudy, ale 
Polska nie zaczęła się dziś i nie skończy jutro, kiedy my odejdziemy. I właśnie z myślą o 
jutrze, z myślą o młodzieŜy tego miasta ufundowaliśmy nagrodę... Biedrona przerzucił wzrok 
z dziewcząt ubranych w białe bluzki na grupę prymusów stojącą stadem pod ścianą. Pochylił 
się do Kobry. - Spadamy do Royalu? Kobra był w doskonałym nastroju, ale nie podchwycił 
propozycji. Dolewał właśnie Chopina. - W tym roku jest to komputer IBM najnowszej 
generacji - Chmielewski oddał mikrofon dyrektorowi szkoły. - Prosimy do nas Roberta 
Radackiego. Pół nieszczęścia to właściwe określenie dla Roberta, który przeciskał się między 
stolikami w stronę mikrofonu. Za mała i za ciasna marynarka stawiała opór przy kaŜdym 
ruchu. - No dalej Prymus, napieraj - zachęcał Kobra. - A dasz dotknąć? Ha, ha - wtórował 
Biedrona. Uśmiech pobłaŜania pojawił się na twarzy Roberta. Znał te kawały na pamięć i 
przez cztery lata wspólnego obcowania uzbroił się w daleko posuniętą tolerancję na 
okoliczność takich zaczepek. - Robert Radacki - kontynuował swoją przemowę dyrektor - jest 
po raz kolejny laureatem ogólnopolskiej Olimpiady Matematycznej. Zdobył I miejsce w 

background image

konkursie "Jutro Polska" i w ciągu czterech lat otrzymał średnią ze wszystkich przedmiotów 
5,98. Przyznaję, Ŝe nawet ja nie miałem takich wyników. Śmiech i gromkie brawa były 
nagrodą dla szczerej samokrytyki. Robert wszedł na podium i ukrył się za dyrektorem szkoły. 
Chmielewski ponownie przejął inicjatywę przy mikrofonie. - Chciałbym, aby tę nagrodę 
wręczyła osoba, która urodziła się w Polsce i pierwsze lata spędziła w Szczecinie... Robert 
gotowy był do ucieczki. Szukał przynajmniej duchowego wsparcia w Rudym i Ance, ale 
oboje byli pochłonięci dyskusją, w której pewnie doszli juŜ do tematu swoich przyszłych 
emerytur. W pierwszym rzędzie stojących przed podium absolwentów przesunął się fotograf z 
"Gazety na Pomorzu". Przymierzał się do zrobienia zdjęcia. - ...i być moŜe ta wizyta sprawi, 
Ŝ

e zechce powrócić tu na stałe i cieszyć się z nami nową Polską. Moja córka Cleo... - 

Chmielewski cofnął się od mikrofonu, przygarnął prawym ramieniem Roberta do siebie. Na 
jego twarzy wykwit! szeroki uśmiech. Robert powiódł wzrokiem w stronę pierwszego rzędu 
uczniów oklaskujących przemówienie. Ostre światła flesza z aparatu fotograficznego 
wypaliło do białości obraz sali i zgromadzonych w niej gości. Na moment przymruŜył oczy. 
Usłyszał, rosnące oklaski i gwizdy. Otworzył oczy. Robert rzadko chodził do kina. Nie lubił 
taniej rozrywki w stylu zabili go i uciekł. Telewizję oglądał bardziej dla towarzystwa ze 
względu na ojca. Jego znakomita pamięć, trenowana latami nauki w mozole przeczesywała 
teraz wszystkie widziane w Ŝyciu twarze. Takich ust, takich oczu, takich włosów jak Ŝył 
nigdy nie widział. Stała przed nim dziewczyna nie z tego świata. Cleo pochyliła się do 
Roberta i prawie wcisnęła mu w rękę honorowy dyplom. Zapach delikatnych perfum wtargnął 
w jego zmysły pobudzając w nim nieznane i nigdy nie odkryte doznania. W ułamku sekundy 
jego umysł rozprysł się na miliardy części i kaŜda z nich napełniła go falą rozpalonej energii. 
Cleo pochyliła się i musnęła ustami jego policzek. Była na pewno nie z tej planety i nie z tego 
miasta. - Coś dla ciebie - stwierdził Skorpion siadając do stolika. Casanova leniwie podniósł 
się z krzesła i powiódł wzrokiem w stronę podium. Robert trzymał w rękach ogromne pudło z 
komputerem. Cleo kładła na nim dyplom. Robert usiłował odwzajemnić się pocałunkiem, ale 
zawisł wygięty ponad pudłem w połowie drogi. Sala wybuchła śmiechem. - To co? Który 
startuje? - Casanova siadł z powrotem do stolika. Był najbardziej aktywnym podrywaczem w 
mieście i niewiele męŜatek w mieście nie załapało się jeszcze na jego wdzięki. Skorpion 
rzucił porozumiewawcze spojrzenie w stronę Kobry. Casanova nie naleŜał do bandy. Trzymał 
się z nimi, bo zawsze miał forsę i mogli razem robić sobotnie rundy po mieście. Nie pracował 
jednak lecz Ŝebrał u swojego nadzianego starego. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobra mrugnął 
do Skorpiona. - Nie do wyjęcia. Jest ze starym - oceniał szansę Skorpion. - Potrzebuję dwie 
godziny. Pięć stów - zaproponował Casanova. Skorpionowi zaświeciły się oczy. - Stoi - 
sędziował Kobra. Złączyli ręce nad stołem. Dorota przecięła. - Znowu poleci do starego po 
forsę - parsknął Skorpion na cały głos. Kobra wybuchnął śmiechem. Przebili ręce nad stołem. 
- Napijemy się czegoś? - Robert i Cleo szli razem. Robert szedł przodem przeciskając się z 
pudłem miedzy tańczącymi. Cleo podąŜała jego śladem. - Co? - Muzyka grała tak głośno, Ŝe 
nie mogli się dosłyszeć. - Pytam, czy się czegoś napijesz? Drinka? - Krzyknął Robert. -A, tak. 
- Zaczekaj. Przedarł się przez ostatnią parę tańczących i oswobodzony przeniósł pudło z 
komputerem ponad pustymi stolikami docierając do Anki i Rudego. - Popilnujesz chwilę? - 
Spytał Robert stawiając pudło na wolnym krześle. - Ten komputer to pryszcz, ale ta laska. Ja 
bym jej nie odpuszczał -Rudy wpatrywał się w stojącą na parkiecie Cleo. Robert odwrócił się 
za jego wzrokiem. Casanova i Cichy stanęli po jej obu stronach. Cichy spokojnie coś 
tłumaczył ze zniewalającym uśmiechem na twarzy, a Casanova gestem dłoni zapraszał do 
stolika. Robert opadł na krzesło. Nie bardzo wiedział jak się zachować. - Zapomnij - pocieszał 
go Rudy. - Ona nie jeździ autobusami. - Złodzieje - wycedził Robert. 
 
Męska toaleta z trzema kabinkami wymagała remontu. Nawet lampa nie doŜyła nowych 
czasów. Pojedynczy drut z oprawką i Ŝarówką załoŜono specjalnie z okazji balu maturalnego. 

background image

Przy wejściu do toalety stało sto czterdzieści kilo mięśni w ciemnych okularach na nosie i 
pistoletem polskiej produkcji pod pachą. Chwilowo nikt nie nalegał aby w tej sytuacji wejść 
do środka. - Ile się znamy? Rok, dwa? Osiem lat woŜę twoją wódę, ty, prezesie klubu 
sportowego. Byłbyś nikim gdyby nie ja - Czarny stał na środku toalety z rękami w kieszeni. 
Ostre światło Ŝarówki pozostawiało jego twarz w cieniu - zarobiłem kupę szmalu dla ciebie. - 
Historia - dobiegł głos z kabiny po czym ktoś pociągnął za łańcuch i odgłos spadającej do 
muszli wody wypełnił toaletę - skończyłem z tym dwa lata temu. Drzwi kabiny otworzyły się 
i wyszedł z niej Chmielewski. Przeszedł nie spoglądając na Czarnego i stanął po prawej 
stronie przed umywalką. - Zostawiasz mnie z towarem na granicy i sprzedajesz "bramkę" tym 
palantom z Poznania? Daj mi miesiąc. - Za późno. Prowadzę legalne interesy, a ty moŜesz 
pracować dla Poznania. Ale po starej przyjaźni... nie próbuj nic na własną rękę. Na przejściu 
nie pokazuj się nawet turystycznie. Chmielewski wytarł ręce chusteczką i nie oglądając się 
wyszedł z toalety. Jego ochroniarz, pan Włodzimierz ruszył za nim. 
 
- Nudno. Gdzie tu się chodzi wieczorem? - Przerwała milczenie Cleo. - Nudno - zgodził się 
Biedrona. - Ja nie mówię dobrze po polsku, ale wszystko rozumiem - wyrecytowała Cleo. 
 
Szeroko otwarte, dwuskrzydłowe drzwi przepuściły pana Włodzimierza, ale tylko dlatego, Ŝe 
wchodząc mocno docisnął łokcie do ciała. Za nim na salę wszedł Chmielewski. Rozejrzał się 
uwaŜnie. Dyskotekowe światła, głośna muzyka i roześmiane twarze tańczących zachęciły go 
do odwrotu. Szepnął kilka słów ochroniarzowi. Ten odwrócił się i wyszedł z sali. 
Chmielewski mimo wytęŜonej uwagi nie mógł odnaleźć córki. Skierował się w stronę 
dyrektora szkoły. Pragnął jak najszybciej się zmyć, Ŝegnając się z dyrektorem dostrzegł Cleo. 
Obok niej stał Kobra z przyklejonym na twarzy uśmiechem cherubinka nie mógł oderwać 
oczu od dziewczyny. Biedrona nieudolnie demonstrował obojętność. Cichy z uwagą 
obserwował strategię pająka w wykonaniu Casanovy. - Jest taki lokal, nie wiem czy znasz? - 
sądował Casanova - Imperium. Albo Royal Pub? - Spojrzał na Cichego, ale ten, jemu 
pozostawiał wybór. - To co, Royal? - Potwierdził Casanova. Chmielewski ruszył w stronę 
Cleo. Dyrektor szkoły usiadł do swojego stolika. - Tydzień temu Chmielewski pojechał na 
lotnisko witać swoją córkę - błyszczał nową plotką przed dyrektorem banku - nie widział jej 
trzynaście lat, bo Teresa, pamiętasz jego Ŝonę, wyjechała do Nowego Yorku i zabrała dziecko 
ze sobą. Dziewczynka miała wtedy pięć albo sześć lat. No więc stoi na lotnisku, ludzie 
wychodzą z bagaŜami po odprawie celnej, a on nagle uświadamia sobie, Ŝe nie ma pojęcia jak 
wygląda jego córka. Poleciał więc do kiosku, kupił brystol i napisał na nim swoje nazwisko. 
Stoi z tą kartką i pokazuje kaŜdemu dziecku, które wychodzi przez drzwi. Nagle puka go ktoś 
w plecy i mówi - "Hi". Ten się odwraca i... - ..., a to dlatego od tygodnia Chmielewski 
codziennie chodzi na basen i do sauny i włosy mu jakby pociemniały... - zauwaŜył dyrektor 
banku. - Będzie miał kłopoty ze swoją córeczką - zakończył dyrektor szkoły. Chmielewski 
stanął za plecami Cleo i połoŜył rękę na jej ramieniu. - Na nas pora. Uśmiech znikł z jej 
twarzy. Wstała od stolika. Casanova nie odmówił sobie przyjemności i demonstracyjnie 
uniósł się na powitanie potencjalnego teścia. - Jak tam interesy? - Cichy był bezpośredni w 
kontaktach ze znajomymi. Co prawda nie widywał się z Chmielewskim od roku, ale 
wcześniej gdy pracowali dla niego z Czarnym nie raz chodzili razem do Radissona. Zimne 
spojrzenie jakim Chmielewski otaksował cały stolik zniechęciło wszystkich do dalszych 
poufałości. Spojrzeli po sobie nie rozumiejąc co się dzieje. Skorpion jeszcze raz pociągnął 
lekarstwo z ręcznego inhalatora. Nic go juŜ nie obchodziło. Był nieobecny. - O nic cię nie 
proszę, prawda? - atakowała Cleo - masz tu swoje sprawy. JeŜdŜę z tobą po wszystkich 
znajomych, ale mam juŜ dość. Dziś kolejne przedstawienie. - Nie ma mowy, Ŝebyś sama tu 
została - oponował Chmielewski. - Ale dlaczego? - Wbiła wściekły wzrok w ojca. Od kilku 
lat samodzielnie prowadziła swoje Ŝycie. Miała wynajęte mieszkanie na Manhattanie razem z 

background image

koleŜanką. Trochę forsy dostawała od matki, a resztę dorabiała w barze podając drinki. A tu 
jakieś "mogę nie mogę". "Kim on właściwie jest dla mnie" - pomyślała przelotnie. Wzrok 
ojca był miaŜdŜąco nieustępliwy. Nagle dostrzegła cień nadziei. W tyle pod ścianą, obok 
wielkiego pudła z komputerem siedział Robert. Patrzył na nią. - Tak przy okazji. Obiecałam 
twojemu stypendyście, Ŝe odwiozę jemu komputer do domu - uśmiechnęła się niepewnie. 
Chmielewski złagodniał. RóŜnie uśmiechały się do niego kobiety w ciągu ostatnich lat. 
Często zaleŜało to od koloru garnituru w jakim paradował w hotelach Zachodniej Europy. 
Tego uśmiechu jednak nie moŜna było kupić za Ŝadne pieniądze. Był to uśmiech małej 
dziewczynki do własnego ojca. Skapitulował. Robert szedł przodem niosąc pudło, za nim 
Cleo, a na końcu Rudy taszcząc na ramieniu rower Roberta. Gdy dwie minuty temu podeszła 
do stolika pomyśleli, Ŝe to Ŝart, ale gdy sama podniosła pudło z komputerem obaj rzucili się 
do pomocy. Robert i tak chciał wracać do domu, a Rudy jako jego serdeczny przyjaciel 
zaofiarował się w niesieniu roweru. Robert zwolnił i rozglądał się po parkingu. - Ten biały 
Suzuki - wskazała mały terenowy samochód ze zdjętym dachem. Casanova minął Rudego i 
delikatnie odepchnął Roberta na bok. - Przepraszam, ale chcę wsiąść do samochodu - mrugnął 
na poŜegnanie w stronę Cleo i zniknął w granatowym Audi. - Robert, gdzie jest Royal Pub? - 
Zapytała Cleo. - On nie wie. Nigdzie nie chodzi, ale za to ma komputer - pospieszył z 
Ŝ

yczliwym wyjaśnieniem Rudy i zapakował rower obok zapasowego koła. Robert usiłował 

zabić Rudego wzrokiem ale za mało trenował tę sztukę. Rudy wskoczył na tylne siedzenie i 
walczył z pudłem o kilka dodatkowych centymetrów miejsca na fotelu. Cleo zasiadła za 
kierownicą. Cichy i reszta grupy stali na schodach przed Domem Kultury. Dyrektor szkoły 
odprowadzał Chmielewskiego i dyrektora banku do samochodów. - i co Cichowski? Kierunek 
się pogubił i kręcisz się w kółko - ironicznie zaczepił dyrektor szkoły widząc Cichego. - Ten 
sam codzienny problem - gdzie tu na noc zaparkować? Cichy powiódł spojrzeniem za 
Chmielewskim, ale ten udawał, Ŝe go nie widzi. - Ja przynajmniej mam jeszcze jakiś wybór - 
odpowiedział. - Ty Cichowski tak szybko się skończysz, Ŝe nawet tego nie poczujesz - 
dyrektor był wyraźnie zły. - Ale co się ubawię to moje, no nie? - odparł Cichy. Chmielewski 
zapalił papierosa. Był zdenerwowany. Niepokój wkradł się w jego podświadomość. Nie 
chodziło mu przecieŜ o tych chłopaków, których znał od lat i których w jednej chwili starł by 
z powierzchni ziemi, a na pewno z ulic tego miasta. Więc co to było? Znał to uczucie 
niepokoju; pamiętał je z przed lat, ale skąd? Czy to moŜliwe, Ŝeby poczuł w sobie zazdrość? - 
Nienawidzę takich imprez, ale tak trzeba - podjął pierwszy z brzegu temat, Ŝeby uciec od 
tamtych myśli - ludzie muszą się przyzwyczaić do nazwiska. Wszyscy traktują nas jak 
złodziei - zaciągnął się dymem, a porcja nikotyny przywróciła mu pewność siebie. - I 
niewaŜne co robisz. Wystarczy, Ŝe masz pieniądze - kontynuował. - Kredyty mamy juŜ 
załatwione. MoŜesz wykupować ziemię i... -dyrektor banku przerwał w pół zdania. 
Chmielewski poszedł za jego spojrzeniem. Boczna szyba w jego Mercedesie 500 SL była 
wybita, a na piasku skrzyły się jej odłamki. Chmielewski zanurkował do wnętrza i spotkał się 
twarzą w twarz ze swoim ochroniarzem. - Szefie - mamrotał tamten. - To juŜ trzecie radio w 
tym miesiącu nam ukradli. Chmielewski cofnął się do tyłu. śółta Corvetta z piskiem opon 
wchodziła w zakręt usiłując wyprzedzić czarnego Jeepa z Ŝółtym dachem. Za nimi podąŜało 
granatowe Audi. Mięśnie twarzy stęŜały Chmielewskiemu w wyrazie nienawiści. - Popatrz co 
za hołota - zwrócił się do dyrektora banku - zabiłbym takiego bez skrupułów. Szczecin jest po 
ParyŜu drugim miastem zbudowanym na planie gwiazdy. Nie jest to zbieg okoliczności, tylko 
wynik pracy tego samego architekta. W praktyce oznacza to, Ŝe kolejne ulice zawsze kończą 
się rondem z którego z kolei znów odbiegają przynajmniej cztery nowe ulice, aby 
doprowadzić po chwili do kolejnego, sześcioramiennego ronda i tak dalej i tak dalej. Cleo 
zatrzymała swoje białe Suzuki na środku placu Grunwaldzkiego nie wiedząc dokąd dalej 
jechać. W samochodzie tak jak i w całym mieście panowała cisza. Rudy wygrzebał z pudła 
instrukcje komputera i przy świetle lamp sodowych studiował parametry techniczne jęcząc 

background image

raz po raz z zachwytu. - Na co czekamy? - zapytał Robert. - Oto i są - odpowiedziała Cleo. 
Miała na myśli kolegów nadjeŜdŜających z piskiem opon. Prowadził Casanova, za nim jechał 
Cichy odkrytym teraz Jeepem wioząc Skorpiona, Dorotę i Kobrę na pace, a zamykał Biedrona 
swoją Ŝółtą Corvettą. Samochody weszły w ostry wiraŜ i okrąŜyły stojące na środku białe 
Suzuki. - Prymus. Do szkoły się zapisz - darł się Kobra. 
- Wytrzyj gila i popraw grzywkę - wtórował mu Skorpion. 
- Galoty zgubiłeś, bara, bara, bara, bara? - Kobra wisiał za Jeepem głową w dół. - Ciekawe 
kto ją pierwszy posunie? - Głośno myślał Skorpion. Cichy był na tyle trzeźwy, Ŝe zasłonił się 
ręką, Ŝeby przynajmniej nie patrzeć na Cleo. Dziewczyna słabo rozumiała po polsku, bo 
odbierała te okrzyki jako część zabawy. Sami podobnie się bawili na Brookłynie. Dobrze, Ŝe 
nie spojrzała na Roberta, bo z jego twarzy zrozumiałaby treść okrzyków. Casanova podjechał 
nieco bliŜej. - Zmieniliśmy plany. Chcesz się zabawić, to jedź z nami - zachęcał. Silniki 
weszły na wysokie obroty. We wszystkich samochodach chłopcy słuchali tej samej stacji 
radiowej i teraz wyciskali ze wzmacniaczy maksimum mocy. Samochody skoczyły do przodu 
zjeŜdŜając z ronda i nabierając prędkości. Cleo wrzuciła bieg i ruszyła z piskiem opon w ślad 
za Ŝółtą Corvettą. - Na dwa baty i na kwadrat - darł się Skorpion mijając stojący w bramie 
zaczajony radiowóz policyjny. Młody kapral od trzech miesięcy słuŜący w szczecińskiej 
policji rzucił się do stacyjki. Silnik nowo zakupionego radiowozu Volkswagen posłusznie 
zapalił swymi czterema cylindrami i... zgasł. Starszy sierŜant wyjął kluczyki ze stacyjki i 
spokojnie opadł na swój fotel. - Nie jedziemy? - zbity z tropu kapral spojrzał na sierŜanta. - 
ś

onę masz? - Spokojnie spytał sierŜant. -Nie. - A dziecko masz? 

-Nie. 
SierŜant zamyślił się na moment. 
- To moŜe masz akwarium? 
- Mam - przyznał zaskoczony kapral. 
- To masz dla kogo Ŝyć. 
Po przejechaniu siedemnastu kilometrów od Szczecina w stronę Międzyzdrojów skręcili w 
prawo w leśną drogę. Robert tylko raz zapytał dokąd jadą, ale chyba muzyka grała zbyt 
głośno, bo Cleo nawet nie zareagowała. Las przerzedził się i dostrzegli łunę jasnego światła. 
Długi na pół kilometra biały mur biegł wzdłuŜ drogi i kończył się szeroką bramą. Zza muru 
dobiegała głośna muzyka. Światła przednich reflektorów omiotły Ŝelazną bramę i zatrzymały 
się na nogawkach błękitnych jeansów, które zabawnie unosiły się powyŜej kostek. Nie mogło 
być inaczej gdyŜ ich właściciel miał sto dziewięćdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu i od 
sześciu lat nie znalazł swojego rozmiaru spodni w całej Europie. Ostre światło jego latarki 
prześlizgnęło się po tablicy rejestracyjnej białego Suzuki, po czym skierowało się do wnętrza 
kabiny trafiając Roberta prosto w oczy. Widok Roberta zasłaniającego się przed światłem nie 
skłonił ochroniarza do sięgnięcia po broń więc spokojnie wjechali przez bramę na teren 
posiadłości Czarnego. - Była piękna, przezroczysta. A na imię miała Czysta, bo ty i ja to... -
zawodził Kobra. Pierwszy wyskoczył z samochodu. Za nim szedł Skorpion obejmując Dorotę 
lub bardziej opierając się o nią. Cichy, Biedrona i Casanova trzymali się z tyłu czekając aŜ 
Cleo wysiądzie z samochodu i dołączy do nich. Chcąc nie chcąc Robert równieŜ wysiadł. 
Rudy stanął obok. Jego twarz na codzień tak plastyczna teraz zamarła w niemym zdziwieniu. 
Ogromna, nowoczesna bryła willi otoczona świeŜo sadzonymi drzewami odbijała się w 
sztucznym stawie ponad którym przerzucona była malownicza kładka. Zdradzało to 
sentymentalne skłonności projektanta lub właściciela tej rezydencji. Podjazd pod dom, 
parking, a nawet część ogrodu zastawione były ekspozycją samochodów z "kolekcji lato 
1994". Tak na oko ponad pięćdziesiąt sztuk. Ich właściciele wraz z osobami towarzyszącymi 
stanowili barwny dodatek do wystawnego przyjęcia. Liczne stoły z parasolami uginały się 
pod cięŜarem specjalnie na tę okazję wypieczonych mięs, wędzonych wędlin, owoców, ciast, 
tortów. Z boku sześć stanowisk grilla obsługiwanych było przez najlepszych kucharzy. 

background image

Przypiekali krwiste mięsa. Dalej rząd jedenastu beczek z róŜnymi gatunkami piw zaspokoiłby 
nawet wyszukane gusta. Następnie dwumetrowa fontanna w kształcie szklanej góry polewała 
chłodną wodą zgromadzone tu białe wina. Obok w lodówkach za szklanymi szybami 
chłodziły się szampany. Dla smakoszy prawdziwy raj zaczynał się na niewielkiej wysepce 
pośrodku sztucznego stawu, gdzie pod jarzeniowym napisem EDEN naga Ewa serwowała 
francuskie wina. Aby spijać bukiet tych przednich czterdziestoletnich win naleŜało dopłynąć 
wpław do wysepki. - A myśmy przez te cztery lata słupki liczyli - odezwał się Rudy wracając 
do przytomności. Tłum wieczorowo ubranych gości przetaczał się we wszystkich kierunkach. 
Mimo najróŜniejszych strojów, fryzur i mnogości typów męsko-damskich jedno pozostawało 
wspólne dla wszystkich obecnych w ogrodzie (nie wliczając kucharzy i kelnerów) - średnia 
wieku plasowała się w granicach dwudziestu czterech lat. Wyjątek stanowił Czarny, 
właściciel tej rezydencji. Właśnie dziś obchodził uroczyście swoje czterdzieste urodziny. 
Rudy podbiegł do szklanej fontanny i napełnił dwie szklanki mieszaniną wódki z sokiem. - 
Robert. Napij się - nie czekając na toast łyknął jednym tchem pół szklanki. Chyba robił to po 
raz pierwszy w Ŝyciu, bo na moment przestał oddychać i utkwił wzrok na końcu własnego 
nosa. - Ech - jednak mu zasmakowało. Rozejrzał się dookoła. W górę wystrzeliła pierwsza 
bomba sztucznych ogni. Wzniosła się nad staw i eksplodowała tysiącem czerwonych 
warkoczy. - Popatrz - nie mógł opanować swego wzruszenia Rudy. - PrzecieŜ to są 
gangsterzy - studził go Robert. - śeby choć przez tydzień poŜyć tak jak oni - rozmarzył się 
Rudy. Robert spojrzał za siebie. Przy stole z alkoholami stała Cleo. Kobra nalewał jej 
szampana do kieliszka, a Casanova obejmował ramieniem i przedstawiał kumplom. Cleo 
poczuła na sobie wzrok Roberta. Przez ułamek sekundy patrzyli na siebie. Uśmiechnęła się do 
niego uprzejmie. Po raz pierwszy od tygodnia dobrze się poczuła. Wszystko w koło 
wyglądało dla niej swojsko. Czuła się jak w Nowym Yorku na sobotnim przyjęciu, u któregoś 
z kolegów z collegu. Ta sama muzyka, te same opalone twarze jej rówieśników, to samo 
piwo. Nawet ku jej zaskoczeniu, większość chłopców mówiła po angielsku. To była ulga. 
Sześć dni spędziła z ojcem, który woził ją po swoich znajomych. Niekończące się spotkania z 
emerytami. Pierwszy raz pomyślała, Ŝe warto było przyjechać na te wakacje do Polski. 
Odwróciła się do Cichego wznosząc toast. Była szczęśliwa. Szkoła, dom, szkoła i nauka. 
Robert nie przyjaźnił się z nikim specjalnie z wyjątkiem Rudego, a i tu słowo przyjaźń było 
naduŜyciem w stosunku do ich znajomości. Stał teraz samotnie po środku rozbawionego 
tłumu i pierwszy raz pomyślał o sobie inaczej. Zobaczył w roześmianych twarzach Kobry, 
Cichego, Biedrony jakąś niezwykłą radość Ŝycia, której nie odnajdywał w sobie od wielu lat. - 
"Hej, nie rozklejaj się dupku." powiedział sam do siebie na wszelki wypadek, bo jego myśli 
dryfowały w stronę prostego alibi jakim była w jego Ŝyciorysie śmierć matki. "Nie potrafię 
się śmiać tak jak oni, bo noszę w sobie cięŜar jakiego nikt z nich nie zna" - draŜnił sam siebie 
takim wyznaniem wiedząc, Ŝe to tanie usprawiedliwienie. "Oni są po prostu złodziejami, 
cwaniakami, którzy Ŝyją z ludzkiej nędzy. Okradają innych, ale dzień sądu..." i tak dalej i tak 
dalej, ale podsycana w sobie niechęć do kolegów w niczym nie zmieniała faktu, Ŝe był 
nudnym, nieśmiałym, bezbarwnym, pozbawionym poczucia humoru prymusem. "I co ci 
przyszło do głowy?" - Ciągnął swój wątek masochisty - "myślałeś, Ŝe ona umówi się z tobą na 
drinka. A gdzie byś ją zabrał? Na dworzec? Za co, gdzie?" Spojrzał na szklankę pełną wódki, 
którą dostał od Rudego. Wychylił jednym tchem. Przełknął bez trudu. Rudy zaniemówił z 
wraŜenia. Chyba jednak nie znał Roberta. Sztuczne ognie strzeliły teraz w niebo po dziesięć 
jednocześnie rozświetlając okolicę czerwonym i zielonym blaskiem na przemian. Huk 
wybuchów uruchomił autoalarmy w samochodach. Gdzieś ponad czubkami drzew niebo 
zapłonęło czerwienią ukrytego jeszcze za horyzontem słońca. Czarny stał na tarasie 
pierwszego piętra obserwując bawiących się w ogrodzie gości. - Z czego będziesz Ŝył? 
Sprzedasz dom? Niezłe balangi tu były -stwierdził Cichy stojący po drugiej stronie tarasu i 
popijający piwo z butelki. - Daj spokój... - Czarny stał oparty o drewniany słup tarasu. - 

background image

Koniec z przemytem. Masz długi i niedługo będziesz goły... - ciągnął Cichy. Czarny odwrócił 
się do Cichego. KaŜdy inny człowiek nie umiejący latać, leŜałby martwy sześć metrów w dole 
za takie spoufalanie się, ale Cichy był kimś szczególnym. Nie tylko wspólnikiem i prawą 
ręką. Był przyjacielem. - Mam zlecenie na pośrednictwo. MoŜna trafić parę dolarów, ale... - 
Czarny zawiesił głos waŜąc w sobie ostatecznie słowa, które od momentu ich wypowiedzenia 
stawały się zadaniem do wykonania. - Ale... - zaciekawił się Cichy. - Gdyby się tym zająć 
samemu do końca, to moŜna wyjąć piątkę. - Piątkę czego? - Cichy przerwał picie piwa i wbił 
czujne spojrzenie w Czarnego. - Pięć milionów dolarów. Po minie Cichego było widać, Ŝe 
wie ile to jest pięć milionów dolarów. Ta willa, w której toczyło się teraz przyjęcie, cała 
elektronika sterująca domem, sprowadzane z Niemiec meble, basen, kort, grafitowe BMW 
735, motorówka zacumowana w Świnoujściu, wszystko to razem do kupy warte było połowę 
tej sumy, i to zakładając, Ŝe zapłaciłby bez targowania. Robert wszedł do salonu. Trawa w 
ogrodzie ścięta była równo z progiem drzwi prowadzących do sali gier. Centralnym meblem 
ascetycznie urządzonego pokoju był rzeźbiony angielski stół do snookera. Z boku przy niskim 
stoliku na podłodze siedział Skorpion. Przed nim na stoliku obok butelki ginu stał otwarty 
pojemnik z inhalatorem. Z drŜeniem rąk Skorpion wsypywał do inhalatora biały proszek. 
Pustą foliową torebkę odrzucił na bok. Buteleczkę zakręcił i szybkim ruchem wstrząsnął nią 
kilka razy. Kolejna dawka wciągniętej w nos kokainy przywróciła mu błogi uśmiech na 
twarzy. Spojrzał na Roberta. Kilku kibiców obserwowało toczącą się właśnie grę na stole 
bilardowym. Casanova przegrywał. Przegrywał na oczach swoich kolegów i to z kim, z Cleo, 
która wbrew oczekiwaniom zebranego tu grona, nie wybierała się z nim na krótki spacer w 
stronę sypialni na pierwszym piętrze. Cleo znała wszystkie schematy tej gry. Od piętnastego 
roku Ŝycia chodziła do łóŜka tylko wówczas gdy miała na to ochotę. A tego wieczoru ostatnią 
rzeczą na jaką dała by się namówić był seks. Robert podszedł do Cleo i stanął za jej plecami. 
Nieśmiało połoŜył rękę na jej ramieniu. - Muszę wracać do domu. Zabieram komputer... i 
rower... i... Alkohol działał, bo inaczej Robert nie odwaŜyłby się na nic więcej prócz 
poŜegnania. Ale tego wieczoru działo się wiele nowych rzeczy w jego Ŝyciu. Jeszcze raz 
pochylił się do Cleo. - ... i w ogóle, moŜe byśmy juŜ pojechali. - Zagrajmy. JeŜeli wygrasz to 
jedziemy - postawiła warunek Cleo. Casanova stanął pod ścianą z boku i dzięki temu przeŜył 
bez szwanku pierwszy kontakt Roberta z kijem bilardowym. Lampa nad stołem miała mniej 
szczęścia. Czarny wszedł do sali gier. Stanął w półmroku. Obserwował nierówną walkę 
Roberta z kulami na stole. - Mamy coś do przerzucenia przez granicę. Szkoda, Ŝe masz trefne 
papiery - zwrócił się do Cichego. Ponownie spojrzał na Roberta. - Potrzebujemy kogoś 
nowego. Cichy powiódł wzrokiem w ślad za spojrzeniem Czarnego. Cleo instruowała Roberta 
jak naleŜy trzymać poprawnie kij. -Coś ty. To leszcz. Cleo wychodziła pierwsza. Robert szedł 
za nią. Zbierali się do wyjścia. Biedrona stanął obok Casanovy. - Pięć stów to nie majątek - 
powiedzał. - Zwłaszcza jak się ma dzianego starszego - Kobra podszedł z drugiej strony. 
Skorpiona z nimi nie było. Daleko odpłynął po kolejnych głębokich wdechach swojego 
inhalatora. - Czy na prawdę musisz jechać do domu? - Spytała Cleo wychodząc z Robertem 
na parking. Gwiazdy pogasły na niebie z wyjątkiem tych dwóch płonących w jej oczach. Z 
uporem dziecka Robert przywiązał się do idei powrotu. - Tak - z całą stanowczością 
potwierdził swoją wolę. 
- Chodź. PokaŜę ci coś - Cleo pociągnęła go za sobą do samochodu. Nie stawiał oporu. Gdy 
wyjeŜdŜali dostrzegł Rudego w niezwykłym nastroju, szedł po pas w wodzie w poprzek 
sztucznego stawu z szeroko rozwartymi ramionami w stronę wyspy z napisem EDEN. A gdy 
tam dotarł szczęście odebrało mu siły i padł tuŜ obok uśpionej alkoholem półnagiej barmanki, 
która przestała juŜ być Ewą. 
 
ROZDZIAŁ 4 
 

background image

Słonce tego ranka na moment zabłysło na horyzoncie i schowało się za wąski pas porannych 
chmur. Zielonkawe niebo odbijało się w spokojnych falach morza. Brzeg wznosił się w tym 
miejscu wysoką na kilkadziesiąt metrów piaszczystą skarpą. Fale od stuleci podmywały 
klifowy brzeg, odgryzając od lądu kolejne metry. Robert wspinał się po stromym wzniesieniu. 
Rozpaczliwie chwytał się traw, Ŝeby nie stracić równowagi. Minął powaloną sosnę, która w 
raz z tysiącami ton piasku osunęła się w zeszłym roku z urwistej skarpy. Spojrzał w górę, 
pozostało jeszcze kilka metrów. Na piasku widniały świeŜe ślady. Sam nie wiedział co pchało 
go na tę przeklętą górę. Cleo wcale go nie prosiła, Ŝeby za nią szedł. Ale szedł i to z własnej, 
nieprzymuszonej woli. Nigdy nie robił głupstw, a tej nocy jakiś głos, jakaś siła, której nie znał 
pchała go w kolejne szaleństwo. Chwycił się ręką wystającego z piasku konaru. Przyklęknął, 
Ŝ

eby złapać oddech. Spojrzał w dół. Sześćdziesiąt metrów pod jego nogami było morze. Tam 

gdzie fale stykały się z piaskiem stała zabawka, Suzuki, którą przyjechali z Cleo. "śaden 
dźwig, Ŝadna straŜ poŜarna, nikt do końca świata nie ściągnie mnie bezpiecznie w dół" - 
pomyślał i przywarł jeszcze bliŜej do piasku. Nie miał jednak juŜ wyboru. Wspinał się dalej 
na spotkanie swego przeznaczenia. Cleo siedziała na szczycie skarpy. Za sobą miała ścianę 
lasu, a przed sobą widok jakiego nie powstydziłoby się Ŝadne biuro podróŜy na świecie. 
Zatoka rozświetlona promieniami słonecznego poranka. Po lewej stronie brzeg z gasnącymi 
latarniami. Kilka stojących na redzie statków, a wśród nich płynący pod pełnymi Ŝaglami 
biały Ŝaglowiec. Zerwał się poranny wietrzyk. Poczuła świeŜy zapach morza. Nabrała 
powietrza chcąc jak najgłębiej pompować w siebie tę najczystszą, narkotyczną energię Ŝycia. 
Na krawędzi skarpy pojawiła się ręka, a za nią druga. Palce jak szpony drapieŜnika wbiły się 
między korzenie. Za nimi wysunęła się przeraŜona twarz Roberta. Nie mógł wydobyć słowa. 
Cleo wypuściła z siebie całe powietrze parskając śmiechem. - To się nie moŜe dobrze 
skończyć - bronił się Robert. Cleo pochyliła się i wsparta na łokciach połoŜyła się tuŜ przed 
nim. Nie mógł się cofnąć i nie mógł teŜ iść do przodu. Przysunęła się jeszcze bliŜej, tak Ŝe 
poczuł zapach jej perfum, ten cudowny, odurzający zapach, który zapamięta do końca Ŝycia, 
czyli jeszcze jakieś pół minuty. Czuł, Ŝe trawy zaciśnięte w jego dłoniach powoli odrywały 
się od skarpy, a cały cięŜar jego ciała wspiera się na palcu prawej nogi. - "Ma ładne oczy" - 
pomyślała o Robercie Cleo. - "Po co je chowa. Ścięłabym grzywkę. I w ogóle ścięłabym te 
okropne długie włosy. Kto dzisiaj nosi długie włosy?" - Gotowa była przerobić całą postać na 
wzór i podobieństwo swoich kolegów z collegu. Jeszcze bliŜej się przysunęła, tak, Ŝe poczuł 
jej oddech. Cały świat, zatoka, morze, wszystko odbijało się w jej roziskrzonych oczach. 
Nagle potęŜna fala gorąca wybuchła w nim i z siłą huraganu. Wdarła się we wszystkie zmysły 
jednocześnie. Dotyk, smak, zapach, dźwięk, odczuwał z nieznaną intensywnością. Poczuł jej 
gorące, rozpalone do czerwoności usta jak przywierają do jego policzka. Miała przymknięte 
powieki. Błądząc składała kolejne pocałunki na policzku i brodzie aŜ odnalazła jego usta. 
JakŜe niesprawiedliwy i okrutny bywa świat. Trawy pozostały w dłoniach Roberta wraz z 
wyrwaną ziemią. Ani lewa, ani prawa noga nie znalazły juŜ punktu podparcia i w myśl prawa 
Newtona jego ciało runęło w dół mimo, Ŝe jego dusza sięgała szczytów. Rozległ się krzyk i 
ś

miech Cleo. LeŜał na piaszczystej wydmie u podnóŜa skarpy. Rozrzucił szeroko ramiona i 

gotów był objąć i pokochać to morze u swoich stóp i wszystkie oceany świata, chmury na 
niebie i wszystkie nawałnice z piorunami, całą plaŜę po ostatnie ziarno piasku. Chciał 
powiedzieć: "kryształ kwarcu", ale w porę się wycofał uznając to za mało poetyckie. Cleo 
stanęła obok samochodu. Pomyślał, Ŝe to sygnał do powrotu. Zerwał się nieco silniejszy wiatr 
więc zapiął marynarkę i powlókł się do samochodu. Cleo stała nieruchomo wpatrzona w 
wielkie głazy sterczące z morza. - Wyglądają dokładnie tak jak je pamiętam z dzieciństwa. 
Mam takie zdjęcie z ojcem. Siedzę tu na tym kamieniu, a ojciec z matką po bokach. - Po co 
właściwie przyjechałaś do Polski? - Spytał bez powodu Robert. Cleo spowaŜniała. 
Przypomniała sobie nagle o niemiłym obowiązku, który psuje radość chwili. - Chcę wiedzieć 
kim jest mój ojciec - odparła. Nawet nie spojrzała na Roberta. Minęła go obojętnie i wsiadła 

background image

do samochodu. Jechali w milczeniu po plaŜy. Słońce w całej pełni wynurzyło się z poza 
chmur i zapowiadało kolejny upalny dzień. Ale w samochodzie zapanował taki chłód, Ŝe po 
plecach Roberta przeszły ciarki. - Fajnie, Ŝe przyjechałaś. PokaŜę ci miasto. MoŜemy razem 
pójść do kina jak zechcesz - zaproponował. Cleo wymownie milczała nie reagując na kolejne 
propozycje. - "CzyŜby koniec?" - Pomyślał. "A niby czego koniec. Czego się spodziewałeś. 
Pocałowała cię i tyle. Kim ty jesteś tak na prawdę? Prymus z IVa. W właściwie juŜ nie z 
czwartej. To juŜ koniec szkoły, koniec olimpiad, nagród. Ale dlaczego zamilkła?" Robert nie 
znał odpowiedzi. W jego szkole nie było przedmiotu pod tytułem "Związki męsko-damskie". 
Gdyby taki przedmiot był, to przeczytałby ksiąŜkę "Postępowanie z kobietami", rozdział 
pierwszy. To był na prawdę jego rozdział pierwszy. Pierwsza dziewczyna w jego Ŝyciu, 
pierwszy pocałunek, pierwsza miłość. "A co to jest miłość?" - Poczuł w sobie strach. 
 
ROZDZIAŁ 5 
 
Przed Szczecinem skręcili z autostrady w prawo. Ominęli centrum i wjechali w podmiejską 
dzielnicę willową. Skręcili ponownie w prawo i zatrzymali się przed metalową bramą. Biały, 
wysoki na dwa metry mur, bronił dostępu dla wścibskich spojrzeń sąsiadów i przypadkowych 
przechodniów. Metalowa brama drgnęła. Po prawej stronie na słupie poruszyła się mała, 
przemysłowa kamera. Prowadziła samochód panoramą aŜ wjechali do wnętrza, by po chwili 
powrócić automatycznie na swoje miejsce. Chmielewski stał przy oknie. Monitor małego 
telewizora w czarno- białych kolorach pokazywał wjeŜdŜający przez bramę samochód. - Nie, 
nie. Wszystko w porządku. JuŜ jest. Powiedzcie prokuratorowi, Ŝe czekam na niego. 
Wypijemy razem poranną kawę - odłoŜył słuchawkę telefonu. Cleo zatrzymała samochód na 
podjeździe. Wysiadła i trzasnęła drzwiami. Robert nie mógł oderwać wzroku od willi 
Chmielewskiego. Trzyskrzydłowy dom zamknięty na planie litery "u" dopiero z bliska 
nabierał właściwej skali. Parterowy z podwyŜszonym dachem krytym czerwoną dachówką. 
Ogromne tarasowe drzwi bez trudu mieściły w sobie ochroniarza, który właśnie wyszedł na 
taras i pomachał przyjaźnie do Cleo. Wysiadła z samochodu i ruszyła w stronę domu. - Jestem 
zmęczona. Zamówię taksówkę dla ciebie. Robert wysiadł i zamknął za sobą drzwi tak cicho 
jak łakomczuch lodówkę. Bał się, Ŝeby hałas nie zmącił tej harmonii kształtów i barw jaka 
otaczała go za sprawą znakomitej architektury i dwóch lat pracy pana Janka, ogrodnika, no i 
oczywiście półtora miliona dolarów wpompowanych w to przedsięwzięcie pod tytułem 
"Rezydencja Chmielewskiego". Nie było piękniejszej willi na Pomorzu, a moŜe i w całej 
Polsce. Przeszli po angielskim trawniku i po stopniach schodów wspięli się na taras. Dwóch 
techników w pomarańczowych kombinezonach kończyło naprawiać pompę w basenie. - To 
pewnie panienka się ucieszy, bo jeszcze dziś będzie moŜna się kąpać - łasił się starszy. - 
"Ciekawe jaką uczelnię skończył Chmielewski?" - przebiegło Robertowi przez myśl pytanie. 
W ogrodzie zaczynało się codzienne piekiełko upałów. Weszli do holu. Poczuł miły chłód. 
Sterowana komputerem klimatyzacja gwarantowała stałą temperaturę dwadzieścia stopni. 
Drzwi same zamknęły się za nimi. Dodatkową nowością był intensywny zapach jałowca, 
którego na pewno nie czuł w ogrodzie. No cóŜ. Wszystko dla ludzi. - Cześć - Cleo rzuciła w 
stronę ojca. Weszła do kuchni i sięgnęła z szafki butelkę wody mineralnej. Zawsze nosiła taką 
butelkę przy sobie, gdziekolwiek się ruszała. Wyczytała w przewodniku, Ŝe woda w Polsce 
jest zatruta, i Ŝe najlepiej jest pić butelkową wodę niegazowaną. Przewodnik był francuski, a 
zalecana woda alpejska. Chmielewski był człowiekiem impulsywnym. Jako działacz 
sportowy w największej szczecińskiej stoczni utrzymał się na swym stanowisku prezesa tylko 
dlatego, Ŝe potrafił postępować z ludźmi. MoŜe ktoś by powiedział, Ŝe był szorstki, moŜe i 
był, Ŝe lekcewaŜył kolegów, moŜe, ale tylko gamoni, Ŝe eksploatował bez umiaru młodych 
sportowców -no cóŜ ale mistrzostwa Europy wygrywali jego podopieczni. Znał się na 
ludziach, ale całkowicie był bezbronny wobec własnej córki. Nabrał powietrza, Ŝeby wgnieść 

background image

ją ostrym atakiem we włoską glazurę, ale całe powietrze zeszło z niego, gdy spojrzała 
zielonymi oczami z pod czarnych sennych rzęs. - Mówiłaś, Ŝe wrócisz za godzinę. Nie 
wróciłaś - zaczął niepewnie -Mówiłaś, Ŝe zadzwonisz... - MoŜemy porozmawiać później. 
Jestem okropnie zmęczona. Odwróciła się zdejmując kurtkę. Upuściła ją na ziemię idąc w 
stronę Roberta. Sukienka ciasno przylegała do jej bioder. Kilka fałd materiału kołysało się w 
rytmie jej kroków ocierając się o uda. Chmielewski poderwał wzrok w momencie gdy stawała 
obok Roberta. - Kolega potrzebuje taxi. Miałam go odwieźć, ale padam - uśmiechnęła się. - 
Zadzwonię do ciebie w tygodniu - powiedziała Robertowi na poŜegnanie. Odwróciła się i 
chciała odejść ale zatrzymał ją głos Roberta. - Masz mój telefon? 
Wzięła leŜący na stoliku pod lustrem banknot stuzłotowy i podała go chłopcu. - Masz. Napisz 
i włóŜ za lustro. Chmielewski patrzył jak odchodzi zrzucając po drodze pantofle z nóg. 
Ramiączko zsunęło się z jej ramienia i zawisło tam gdzie kończyły się jej rude włosy. Przez 
główną bramę przy której stał ochroniarz wjechała słuŜbowa limuzyna Peguot 605. Była 
własnością szczecińskiej prokuratury i namacalnym dowodem wdzięczności miejscowych 
biznesmenów, którzy ufundowali ten samochód z własnych składek. Z samochodu wysiadł 
kierowca w mundurze policjanta. Ochroniarz otworzył drzwi pasaŜerowi. Siwy pan w wieku 
przed emerytalnym wysiadł z samochodu i ruszył w stronę tarasu. - Jak tam Ŝona? - Spytał na 
dzień dobry ochroniarza, ale nie czekał na odpowiedź. Mógł być spokojny o los jego bliskich. 
Długopis nie chciał pisać. Robert chuchał na niego i ponownie próbował zakreślić cyfrę pięć 
na banknocie, ale bezskutecznie. Drzwi za jego plecami otwarły się tak gwałtownie, Ŝe 
uderzyły go w łokieć nim zdąŜył usunąć się na bok. Długopis spadł na marmurową posadzkę. 
Siwy pan tryskał wprost serdecznością. Przyklejony do twarzy uśmiech bazyliszka odginał 
mu policzki przysłaniając i tak ledwie widoczne za okularami oczy. Roberta ominął jak 
wieszak na płaszcze. Dostrzegł Cleo wchodzącą po schodach i ponownie rozpromieniony 
wyciągnął rękę do nadchodzącego Chmielewskiego. - Tylko mi nie mów, Ŝe ci przykro i Ŝe 
spanikowałeś. Jak to dobrze, Ŝe nie mam dzieci. Lepiej mi opowiedz o tym nowym jackuzzi. 
Obaj szli korytarzem w stronę przeszklonego salonu. Za oknami ochroniarz przyglądał się 
pracy w basenie. - Wdepnąłem w niezłe gówno. Odstawią mnie na emeryturę - zaczął 
prokurator. - AŜ tak źle? - Udawał zdziwienie Chmielewski. - A słyszałeś, Ŝeby kiedyś 
obrabowano bank w obecności prokuratora i plutonu komandosów? Ciekawe, kto za tym stoi? 
- No, za wielu przyjaciół to ty nie masz - sarkastycznie odparł Chmielewski. - Mam ciebie. 
Jak mnie wywalą to ty mi pomoŜesz - odparł prokurator. Chmielewski nalał koniaku do 
szklanki i wręczył ją swojemu gościowi. - Ktoś chce się mnie pozbyć - powiedział prokurator 
i wychylił mały łyk złocistego płynu ze szklaneczki. Jego przeszywające spojrzenie utkwiło w 
ź

renicach Chmielewskiego. Mogłoby zabić kaŜdego, ale nie Chmielewskiego. Biznesmen 

roześmiał się prosto w nos i odchodząc rzucił za siebie: - Zawsze moŜesz to zgłosić na 
policję. - Bardzo śmieszne - prokurator opadł na fotel. Robert złoŜył banknot z zapisanym 
numerem telefonu i zatknął go za ramę lustra. Odchodził do drzwi, gdy usłyszał głos 
Chmielewskiego. - Moja córka powinna była pana odwieźć - podszedł do Roberta i wyjął z 
portfela kilka banknotów. - Ja nie mogę tego przyjąć - Robert szarpnął drzwi i dał krok na 
zewnątrz. - Zaczekaj. Ty się jeszcze uczysz -jedynie przez grzeczność Robert odwrócił się do 
niego. Wystarczyło jednak, Ŝeby Chmielewski wsunął mu w kieszeń marynarki zwitek 
banknotów. - Zresztą ja nie daję. Ja poŜyczam. Zanim Robert zdąŜył zaprotestować poczuł za 
plecami ochroniarza. Automatyczne drzwi bezszelestnie zamknęły się przed jego nosem. Szli 
do otwartej bramy. Robert szedł pierwszy i niósł karton z komputerem. Ochroniarz kroczył 
tuŜ za nim. Wcisnął automatycznego pilota. Brama drgnęła Robert musiał podbiec ostatnich 
kilka kroków, Ŝeby nie zostać przytrzaśniętym przez zamykającą się bramę. Nie było to łatwe 
zwaŜywszy, Ŝe w rękach niósł komputer. Taksówka juŜ czekała na zewnątrz. Robert 
zatrzymał się i ani drgnął. Młody taksówkarz patrzył na niego nic nie rozumiejącym 
spojrzeniem. - To co? W końcu stoi pan, czy jedzie? - zapytał z irytacją w głosie. Do domu 

background image

było najwyŜej pięć kilometrów. Jeździły tramwaje. Pieniądze nie były jego i przysiągł sobie 
na niebo i ziemię, Ŝe je wkrótce, a nawet natychmiast odda. Ranek był taki piękny, Ŝe moŜna 
się było przecieŜ przejść. - A ile za podstawienie? - Zapytał Robert. - To co? Kurs diabli 
wzięli? By cię szlag trafił - taksówkarz trzasnął drzwiami i odjechał. Robert skierował się 
piaszczystą drogą przez las. Ptaki tego ranka rozśpiewały się jak nigdy. A moŜe po prostu on 
nigdy ich nie słyszał. 
 
Osiedle Stoczniowe swój okres świetności miało juŜ za sobą. Wybudowane w latach 
sześćdziesiątych było typowym hotelem robotniczym w makro skali. Piętnaście tysięcy 
robotniczo-chłopskich rodzin zagęszczonych w trzydziesto- lub czterdziesto-metrowych 
mieszkaniach. Na podwórku, gdzie wylany asfalt zabił ostatni skwer zieleni, stał mały Fiat. 
Fotele i gumowe wycieraczki suszyły się w słońcu. To niewiarygodne, Ŝe taki mały samochód 
mieści w sobie tyle szpargałów. Całe wyrysowane na asfalcie boisko do tenisa zalane było 
jego zawartością. Robert szedł w poprzek dumnie niosąc wielkie pudło komputera przed sobą. 
- Się masz Robek. Gdzieś to rąbnął? Kurwa twa - poderwał się z ławki syn sąsiada, 
dwudziestosiedmioletni Włodek. Był jak zwykle w stanie wskazującym na spoŜycie. W 
prawej ręce wymachiwał opróŜnioną do dna butelką po Ŝytniej. - Dzień dobry - Robert 
grzecznie przywitał się z panem Koperkiem, właścicielem małego Fiata. Włodzimierz 
zrezygnowany machnął ręką za Robertem. Chciał prosić o dychę na małpkę, ale przypomniał 
sobie, Ŝe w ciągu trzech lat tylko raz wyłudził jakieś pieniądze od Roberta, bo ten po prostu 
ich nigdy nie miał. Ojciec i Robert siedzieli przy stole w duŜym pokoju. Robert wyjął 
zrolowany dyplom. Rozprostował go na stole i podał ojcu. - Koniec szkoły, koniec kłopotów 
tata. Ojciec wziął pogięty dyplom do ręki i załoŜył okulary. Przeczytał pobieŜnie tekst: 
"Robertowi Radackiemu, za wzorowe... najwyŜszą średnią" i tak dalej i tak dalej. OdłoŜył 
dyplom na półkę. Stały tam rzędem kryształowe, posrebrzane, miedziane, ceramiczne i z 
brązu - wszelkiego formatu i kształtu puchary i statuetki sportowe. Obraz zwycięstw jego 
piętnastoletniej kariery. W całym mieszkaniu wisiały dyplomy i pamiątkowe zdjęcia. - To i 
dobrze - w głosie ojca brzmiała nuta triumfu - przecieŜ nie wezmą cię do wojska przeze mnie, 
to po co studiować? Pięć lat! - ojciec spojrzał na Roberta z rosnącym wzburzeniem - nie bądź 
głupi. Im wcześniej zaczniesz pracować tym wcześniej do czegoś dojdziesz. Robert 
uśmiechnął się do ojca. Ile juŜ razy słyszał to kazanie. Ojciec był rozgoryczony, czasami 
złośliwy. DraŜnił Roberta kiedy tylko mógł. - Niech się tata nie obawia. Jeszcze nie wiem czy 
pójdę na studia. Od poniedziałku zaczynam robotę u naszego sąsiada, ma własną firmę -
powiedział Robert. Sąsiad był kimś, bo pracował dla siebie i chyba nieźle mu się powodziło. 
Ojciec go nie lubił. - Masz, sprzedaj - ojciec sięgnął z półki srebrny puchar zdobyty na 
spartakiadzie krajów socjalistycznych w Moskwie. Puchar był okazały. Uznał, Ŝe to za mało i 
dołoŜył niski, tym razem złoty, pamiątka z wyścigu pokoju z siedemdziesiątego siódmego. - 
Podnieśli cenę obozu w Bieszczadach. Pawełek od tygodnia się pakuje. Nie mogę mu 
powiedzieć, Ŝe nie pojedzie. Nigdy nie przelewało się u nich w domu, ale pierwszy raz ojciec 
sprzedawał swoje pamiątki. - Pogadam z majstrem. MoŜe da zaliczkę. Nagle Robert 
przypomniał sobie, Ŝe w kieszeni marynarki ma pieniądze na taksówkę od Chmielewskiego. 
Wyjął je i połoŜył na stół. - Resztę przepiłem - powiedział. Ojciec rozpromienił się. Ten 
wieczny cherlak stawał się męŜczyzną. - Wiedziałem, wiedziałem - klepnął syna w ramię, aŜ 
mu grzywka opadła na oczy. Robert odwzajemnił się. Klepnął za mocno, bo ojciec zachwiał 
się i poleciał na stół. Chwycił ręką swoje kule ortopedyczne i podniósł się do pionowej 
pozycji. Robert nie starał się mu pomóc. Ojciec dzielnie walczył ze swoim kalectwem. Od 
kilku lat przechodził kolejne operacje kolana. śadna nie przyniosła ulgi. Po ostatniej doszła 
infekcja. Groziła amputacja prawej nogi. - Wszystko w porządku? - spytał Robert. - A co ma 
być nie w porządku. Na kalekę nie trafiłeś koleś - zaśmiał się do syna. Usiadł przy stole, 
wyjął z szuflady gazetę i zaczął pakować swoje puchary. Nie chciał juŜ ich więcej oglądać. 

background image

Robert wszedł do małego pokoju. Powiesił do szafy marynarkę. To ostatni raz kiedy ją 
załoŜył. "MoŜe teŜ sprzedać" - pomyślał. Zmienił jednak zdanie spoglądając na przetarte 
mankiety. Obok na łóŜku spał dwunastoletni chłopiec. Pochylił się nad nim. Byli do siebie 
podobni. Obaj mieli długie jasno-blond włosy. - Krasnal. Zdałeś? - zapytał Robert. Chłopiec 
nie dał się obudzić. Podniósł kciuk w geście sukcesu. 
 
ROZDZIAŁ 6 
 
Rozświetlone porannym słońcem ulice zapełniły się tłumem ludzi w pośpiechu 
przetaczających się główną arterią miasta. Po przeciwnej stronie nowo otwartej kawiarni 
"Brama", tuŜ koło przystanku tramwajowego trwała budowa kwiaciarni. Kilku robotników 
rozładowywało cięŜarówkę cegieł. Robert przenosił kolejny worek cementu. W kaŜdym 
zajęciu starał się znajdywać choć odrobinę sensu. Noszenie cementu w jego wyobraŜeniu 
rozwijało mięśnie ramion, co przy niewielkim wzroście - metr sześćdziesiąt dziewięć jego 
zdaniem było poŜądane. Z przystanku dzwoniąc odjeŜdŜał tramwaj. Od strony mostu 
nadjeŜdŜał czarny Jeep Wrangler z Ŝółtym dachem. Z piskiem opon skręcił na zakręcie w 
lewo przecinając przejście dla pieszych. Wjechał na chodnik i zahamował stając przed 
wejściem do kawiarni "Brama". Cichy wyskoczył z samochodu nie otwierając drzwiczek. Z 
tylnego siedzenia podniósł gazetę. Włączył autoalarm, na co samochód odpowiedział mu 
mrugnięciem świateł. Pisk opon hamujących samochodów oraz niewybredne przekleństwa 
kierowców, nie były w stanie zmienić leniwego kroku, jakim Cichy przecinał jezdnię kierując 
się w stronę budowy. Z daleka słyszał dobiegające go pokrzykiwania majstra: - Jak ci się nie 
podoba, to nie musisz tu przychodzić. Macie pół godziny na rozładunek. Za tę cięŜarówkę 
płacę więcej niŜ wam wszystkim do kupy. Cichy przez chwilę przyglądał się pracującym. 
Kłęby kurzu przysłaniały raz po raz sylwetkę chłopca sypiącego łopatą cement do betoniarki. 
Jego twarz pokryta pyłem w niczym nie przypominała twarzy Roberta. - Cześć pracy - 
powitał go Cichy. 
Robert przetarł oczy nie mogąc rozpoznać twarzy mówiącego. Ledwie cokolwiek widział 
przez kłęby kurzu. W końcu rozpoznał Cichego. - Wybierasz się na pogrzeb? - Zapytał 
widząc czarny Jedwabny garnitur. - A co, pomyliłem cmentarz? - roześmiał się Cichy, patrząc 
na Roberta stojącego po pachy w wykopanym rowie. - Poproszę dwa serniki, dwie szarlotki i 
proszę je połoŜyć na tylne siedzenie do tego samochodu - Cichy wskazał kelnerce na 
stojącego obok Jeepa. Dziewczyna, jasnowłosa blondynka, wpisała zamówienie na kartkę i 
bez słowa odeszła od ich stolika. Cichy odprowadzał ją wzrokiem dopóki nie zniknęła w 
bramie kawiarni. Musiała być nowa. I na pewno była niezła. Przy tym wzroście, a miała na 
oko ponad metr siedemdziesiąt, nogi stanowiły znaczącą większość i ona o tym wiedziała. 
Cichy odwrócił się w stronę Roberta. - To dla mamy. Uwielbia słodycze. Zawsze upaprzę się 
tym cukrem pudrem - spojrzał na połyskujący w słońcu mankiet marynarki i otrzepał go 
znacząco. - Zresztą i tak wyglądam jak świnia od tego kurzu -spojrzał przelotnie na Roberta. 
W roboczym komplecie BHP i koszulce z napisem "Miami" Robert wyróŜniał się w tej 
kawiarni. - Niedługo sam będę tak wyglądał. Chcę budować dom na Pogodnie. Szukam 
właśnie dobrego architekta - Cichy wyjął z kieszeni złoŜoną gazetę i podał ją Robertowi. - 
Niezłe zdjęcie - powiedział z uznaniem. Robert rozłoŜył gazetę. Na pierwszej stronie w 
artykule pod tytułem "Biznesmeni sponsorują polską oświatę", zamieszczone było duŜe 
zdjęcie. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak reklama pasty do zębów. Chmielewski 
przyciskał Roberta do siebie prawą ręką i szeroko szczerzył się do czytelników. Cichy 
dostrzegł przelotny uśmiech na twarzy Roberta. - Ile tak zarabiasz miesięcznie? - Spytał 
Cichy i sięgnął po kawę. - Majster jest sąsiadem i znajomym ojca, więc z sobotami i 
nadgodzinami dostaję... PrzejeŜdŜający ulicą tramwaj zgodnie z biegiem torów skręcał w 
sąsiednią ulicę. Ostry pisk skręcających kół zagłuszył rozmowę. Cichy nie dopił kawy. 

background image

Słysząc ile Robert zarabia parsknął śmiechem, rozlewając ją sobie na koszulę. - Chcesz mnie 
zabić? - Kaszląc oskarŜał. Robert poderwał się z serwetkami na ratunek, ale Cichy go 
powstrzymał. Siedząca przy sąsiednim stoliku trójka dzieci śmiała się z sytuacji. To znaczy 
dwójka się śmiała, a trzeci w tym czasie dorwał się do wspólnej szklanki Mirindy i ciągnął ile 
miał sił. Kelnerka powróciła do stolika z ciastkami i rachunkiem. Cichy połoŜył kilka 
banknotów na rachunku. - Reszty nie trzeba. Proszę dać tym dzieciakom po Fancie i 
największym ciastku jakie tutaj macie. - Dzieciaki lubią ciastka, tak? - Zapytał dzieci. - Tak - 
zgodnym chórem odkrzyknęły. - Coś jeszcze proszę pana? - Spytała kelnerka. Cichy podniósł 
się z krzesła i stanął tak blisko niej, Ŝe musiała odchylić się do tyłu. - O której kończysz 
pracę? "Nikt nie potrafi tak nienawidzić jak kobiety" pomyślał Robert patrząc na wyraz oczu 
odchodzącej kelnerki. Cichy zdjął marynarkę i zaczął ściągać koszulę. Robert zabrał ze 
stolika paczkę z ciastkami i szedł za nim. - Muszę jechać do Berlina, a samemu nudno - 
zaczął Cichy. - Prawko masz? - Mam - potwierdził Robert. - To pojedziesz ze mną. Zapłacę ci 
tyle co majster. - Cichy wsiadł do samochodu odpalił silnik. - Za cały miesiąc - dorzucił 
odjeŜdŜając. Jeep ruszył z piskiem opon włączając w uliczny ruch. Pisk opon i klaksony 
wściekłych kierowców pozostały za nim w tyle. 
 
ROZDZIAŁ 7 
 
- To pewnie byliście juŜ w Niemczech? Ja dopiero pierwszy raz - kobieta odkąd weszła do 
przedziału nawet na minutę nie zamilkła. Nie robiła wraŜenia zbyt rozgarniętej. Mogła zbliŜać 
się do pięćdziesiątki i na pierwszy rzut oka widać było, Ŝe od dawna przestała walczyć z 
łakomstwem. Robert siedział przy oknie. Cichy po przeciwnej stronie przy wejściu. Od 
godziny jechali pociągiem do Berlina. - A ludzie narzekają. Gdzie by to człowiek za komuny 
nawet pomyślał o wyjeździe. Ludziska to by tylko narzekali. - Pewnie dlatego, Ŝe nie mają 
odwagi, tak jak pani posmakować wolności - Cichy starał się być uprzejmy. - TeŜ bym się 
bała. Do syna jadę. Zbierał na samochód, ale mu zabrakło, więc jak mam nie pomóc. Robert 
uśmiechnął się ze zrozumieniem. Myślał tylko o tym, Ŝeby zamknąć powieki i zasnąć chociaŜ 
na pół godziny. "Skąd ta kobieta bierze tyle sił o pół do siódmej rano?" - Pomyślał. Drzwi do 
przedziału otworzyły się z trzaskiem. Pojawił się w nich celnik. - Kontrola celna. Proszę 
paszporty. Towary do zgłoszenia? - Celnik wyciągnął rękę i odebrał paszporty. Otworzył 
pierwszy z wierzchu. Na fotografii promienna twarz Cichego uśmiechała się do niego. Celnik 
podniósł wzrok. Cichy ziewnął zasłaniając usta ręką. - Absolutnie nic - odpowiedział. On 
takŜe wolałby spać o tej porze. Oparł głowę o podgłówek i przymknął powieki. Celnik 
wyciągnął paszport w jego stronę, więc odebrał go i wsunął do kieszeni marynarki. Robert był 
lekko podniecony i drŜał mu głos. - Nic - odebrał od celnika swój paszport. Celnik 
przewertował kilka kartek w paszporcie pasaŜerki. Były czyste i nieostęplowane. - Ile dewiz 
wywozi pani z kraju?- spojrzał na nią. Zanim usłyszał odpowiedź zamknął paszport i 
wyciągnął przed siebie. - Tyle ile moŜna... prawie. - PasaŜerka uśmiechnęła się przepraszając 
za to, Ŝe Ŝyje. Wyciągnęła rękę po paszport, gdy niespodziewanie celnik wbił w nią zimne 
spojrzenie. - To znaczy ile? - Paszport zawisł w powietrzu centymetr od jej ręki. Cichy 
zamknął oczy. Nie chciał patrzeć. - Proszę wyjąć wszystkie pieniądze i połoŜyć na stoliku - 
celnik cofnął rękę z paszportem i wyszedł na korytarz. Z głębi nadchodziła celniczka. - Mamy 
kontrolę - wezwał ją do siebie. - Zechcą panowie opuścić przedział. Cichy i Robert wyszli 
posłusznie na korytarz i przeszli na koniec wagonu. - Błagam panią. To tylko dwa tysiące 
więcej. Ja nie wiedziałam -z przedziału dobiegał głos płaczącej kobiety. - Ja to wiozę dla 
syna, on jest chory. Błagam, ja mówiłam temu panu, Ŝe trochę więcej, proszę... Celniczka 
weszła do przedziału, zatrzasnęła za sobą drzwi i zasłoniła firankę. Długi ogień z zapalniczki 
okopcił koniec papierosa. Cichy zaciągnął się dymem, zgasił zapalniczkę. Robert stał z boku 
przy drzwiach na korytarz. W głębi za przeszklonymi drzwiami stał celnik. Bezmyślnie 

background image

utkwił wzrok za oknem. Czekał. Smugi porannego słońca wdzierały się do pędzącego 
pociągu. Robert spojrzał na Cichego. - Ty palisz? - spytał Robert widząc pierwszy raz w Ŝyciu 
Cichego z papierosem. - Tylko gdy się denerwuję. - Zaciągnął się ponownie. Przytrzymał 
dym dłuŜej niŜ zwykle. Oparł się o drzwi. Powoli wypuścił wąską smugę dymu. Przez szybę 
ostatniego wagonu widać było pozostające za nimi tory kolejowe. - Nigdy. Nigdy do niczego 
się nie przyznawaj. Złapią cię pijanego w samochodzie, mów, Ŝe nie piłeś. Znajdą ci w 
kieszeni dolary, mów, Ŝe to poŜyczone spodnie. - Papieros w ręce Cichego zadrŜał i 
nagromadzony popiół opadł na podłogę - ...a jak złapią cię za rękę na kradzieŜy, to powiedz, 
Ŝ

e to nie twoja ręka. Nigdy, pamiętaj. Celniczka szarpnęła drzwiami i otworzyła je 

energicznie. 
- Musi pani przerwać podróŜ. Pieniądze zostają zatrzymane. Grozi pani sprawa celno-
skarbowa - celniczka starała się być uprzejma. Podtrzymała nawet pasaŜerkę za łokieć gdy ta 
słysząc ostatnie słowa zachwiała się na ugiętych nogach. - O Jezu. Błagam państwa. PrzecieŜ 
ja mówiłam prawdę - załkała kobieta. Celnik zdjął walizkę z półki i cała trójka ruszyła w głąb 
korytarza. 
 
ROZDZIAŁ 8 
 
Berlin wydawał się opustoszały. Cichy z rękami w kieszeniach szedł pierwszy. Był w dobrym 
humorze. Robert idąc obok niego mógł ledwie nadąŜyć niosąc kilkanaście paczek z zakupami. 
Obeszli kilka domów towarowych i butików. Cichy kupował dosłownie wszystko co tylko mu 
się podobało. Nawet nie przymierzał. Jedną tylko rzecz pokochał od pierwszego wejrzenia i 
natychmiast ją załoŜył. Była to biała marynarka uszyta z materiału jakiego Robert nie znał, a 
o jakim do tej pory marzył. - W Polsce samochody juŜ nie idą. Zawracanie głowy. Tym 
zajmują się gówniarze. Trzeba załatwiać numery, lewe papiery, a potem w kraju robić 
przekładkę i kto ci to potem kupi. Jak wystawisz za niską cenę, to od razu widać, Ŝe 
kradziony, a jak normalnie wycenisz to kto kupi z niepewnych rąk. A jak juŜ zapłacisz 
wszystkie łapówki po drodze, to nie ma mowy, Ŝebyś cokolwiek zarobił. Cichy mówił to 
wszystko niezbyt głośno. Mało prawdopodobnym wydawało by się, aby ktokolwiek z 
mijanych osób na ulicy ich rozumiał. Oddalili się juŜ od centrum Berlina na dobre pół 
godziny marszu. Robert spocił się od tego biegu. Szli boczną ulicą. Minęli na rogu bank 
potem kwiaciarnię i turecki sklep. - Jesteśmy na miejscu - oznajmił Cichy. Na chodniku 
prawie nie było pieszych. Turek zmywał ulicę polewając ją wodą. Skończył i zwijał właśnie 
wąŜ. - Zaczekaj chwilę, trochę odsapnę. Sorry. Mógłbyś mi kupić coś do picia? Nie mam 
marek. To a konto mojej wypłaty - zapytał Robert. Cichy stanął przy krawęŜniku. Spojrzał na 
zegarek. Rozejrzał się dookoła. Jak zwykle o tej porze cała ulica po obu stronach zastawiona 
była szczelnie samochodami. Od czasu gdy w nią weszli minął ich tylko jeden samochód. - 
Cola, woda, sok? - spytał Cichy. - Woda - wyjęknął Robert. Cichy zawrócił w stronę 
tureckiego sklepu. Robert został sam na chodniku. Po drugiej stronie ulicy podjechał czarny 
Mercedes 300E. Stanął blokując wyjazd z bramy. Jego właściciel wysiadł w pośpiechu. 
Rozejrzał się czy samochód jest bezpieczny i włączył autoalarm. Jak z pod ziemi wyrosła 
taksówka. Zatrzymała się obok. Kierowca Mercedesa wsiadł do niej i odjechał. Mało to 
jednak obchodziło Roberta. Zastanawiało go, Ŝe domy na tej ulicy wyglądały bliźniaczo 
podobnie do tych ze Szczecina. Gdyby nie parę drobiazgów to przysiągłby, Ŝe nie stoi teraz w 
Berlinie tylko w swoim mieście. Ale właśnie te parę drobiazgów było nie do pominięcia. 
Ulica była klinicznie czysta, chodnik umyty. Fasady domów odmalowane, a na balkonach 
kwitły pelargonie. "śe teŜ ludziom chce się marnować siły na takie fanaberie. Strata czasu. 
Musiał jednak w duchu przyznać, Ŝe wolałby zamieszkać na tej ulicy". - Nie było nic 
lepszego - wyrwał go z zamyślenia Cichy wręczając kartonik soku pomarańczowego. - A do 
Rosjan nie opłaca się sprzedawać? - Robert ciągnął przerwany uprzednio temat. - Robi się za 

background image

ciasno, za tanio i za niebezpiecznie. Konkurencja. Ukraść samochód to Ŝaden problem. 
Kłopoty zaczynają się gdy siedzisz juŜ w środku. Nagle Cichy oŜywił się i uśmiechnął do 
Roberta. - Coś ci pokaŜę - pozostawił go na chodniku i wszedł na jezdnię kierując się do 
stojących po drugiej stronie ulicy zaparkowanych samochodów. Zatrzymał się przy 
pierwszym z nich. Rozejrzał się w prawo i lewo. Podniósł obie dłonie w górę i pokazał, Ŝe są 
puste. Następnie odwrócił się do stojącego za nim BMW, pochylił do drzwi i po pięciu 
sekundach otworzył je szeroko pokazując Robertowi puste wnętrze. Wyglądało to jak 
prawdziwe czary. Cichy podbiegł dwa kroki do następnego samochodu i powtórzył cały 
pokaz. Otworzył drzwi w niebieskim Volkswagenie i zachęcającym gestem zapraszał Roberta 
do środka. Na twarzy Roberta wykwitł uśmiech fascynacji. Co jak co, ale nie moŜna być 
obojętnym na doskonałość, a co by nie mówić o Cichym, był w tym co robił mistrzem: Robert 
potrafił to docenić. Następne stało czerwone BMW. Nie pierwszej młodości, ale jednak. 
Wyłamany specjalnym śrubokrętem zamek puścił natychmiast. Cichy otworzył drzwi i zajrzał 
do środka. Pochylił się w głąb i wyjął z obudowy radio. Widocznie właściciel zapomniał o 
nim, a teraz wyglądało na to, Ŝe będzie miał okazję do zakupu nowego. Cichy wyrwał je 
dyskretnie, ukrył za marynarką. Ulicą przejeŜdŜał właśnie rowerzysta. W koszyku na tylnym 
kole leŜały gazety i chleb. Cichy dołoŜył jeszcze radio, po czym pokłonił się wdzięcznie z 
szeroko rozwartymi ramionami kończąc swój show. Gdyby Robert miał wolne ręce i nie 
trzymał w nich kilkunastu paczek z pewnością by klaskał. W ostatnim BMW włączył się 
autoalarm. Wycie syreny wypełniło ulicę. Stojący na balkonie człowiek pochylił się 
spoglądając na chodnik. Dostrzegł Cichego. Z banku na rogu ulicy wyszedł właśnie klient, a 
za nim wychylił się policjant. Usłyszał dźwięk syreny. Uśmiech zniknął z twarzy Cichego. 
Błyskawicznie ocenił swoją sytuację. Robert nie odnalazł w jego twarzy nawet cienia 
dawnego spokoju. Cichy rzucił się do stojącego w bramie czarnego Mercedesa. Jeszcze 
szybciej niŜ poprzednio sforsował drzwi. Zasiadł za kierownicą, odpalił silnik i z piskiem 
opon cofnął samochód o kilka metrów. Z bramy wybiegł młody chłopak. Podbiegł do 
czerwonego BMW z otwartymi drzwiami. Spojrzał do wnętrza. Rozejrzał się dookoła. Na 
ulicy nie spostrzegł wielu osób. Zobaczył Roberta, ale ten, obładowany paczkami był poza 
podejrzeniem. Nagle dostrzegł rowerzystę. Rzucił się za nim w pogoń. Od strony banku 
dobiegł gwizdek policyjny. Z tureckiego sklepiku wyszedł właściciel i dwóch klientów. Cichy 
ostro podjechał do Roberta otwierając tylne drzwi. - Dalej, pakuj się. Spadamy. Robert ze 
strachu przebierał nogami. Autoalarm wył coraz głośniej. Policjant darł się. - Halt, halt - i 
gwizdał. Jeden z Turków biegł chodnikiem w jego stronę. Nie było na co czekać. Rzucił się 
szczupakiem przez otwarte drzwi do wnętrza Mercedesa. Cichy wcisnął gaz i z piskiem opon 
ruszyli do przodu. Minęli leŜącego na jezdni rowerzystę. Właściciel BMW dopadł go i 
przewrócił na ziemię, a teraz wymachiwał mu przed nosem radiem. Policjant dobiegł do nich 
i usiłował przerwać szarpaninę. Ale tego wszystkiego nie mógł Robert juŜ widzieć, bo zwinął 
się w kłębek na tylnym siedzeniu przysłonięty paczkami. - Oszalałeś! W co ty nas pakujesz?! 
Zaraz złapie nas policja. Szeroka dwupasmowa autostrada Beriiner Rink przeszła w swoją 
odnogę o numerze E-11. Mijany na poboczu drogowskaz informował, Ŝe do Szczecina 
pozostało jeszcze 120 kilometrów. - Ja się do tego nie nadaję. Wysadź mnie na najbliŜszej 
stacji benzynowej . Wracam do domu autostopem - Robert nie Ŝartował. Chciał wysiąść. Był 
spocony ze strachu. - Nie pękaj Prymus. Trochę sobie podjedziemy. Nie podoba ci się? Auto 
pierwsza klasa, muzyczka gra, jeszcze jakieś laski skołujemy to zacznie ci się podobać. 
Robercik, no co tam? Nie masz ochoty na odrobinę komfortu? Robert nie miał. Zaciął się w 
sobie. Nawet nie spojrzał na Cichego. - Zejdź ze mnie - burknął. Cichy bawił się całą 
sytuacją. Spoglądał w lusterko widząc spuchniętego ze złości Roberta. - No to teraz 
sprawdzimy niemiecką technologię. Zredukował bieg i wcisnął gaz. Silnik miał zapas mocy, 
bo mimo prędkości stu dwudziestu kilometrów na godzinę samochód poderwał się do przodu. 
Strzałka prędkościomierza biegła w stronę cyfry dwieście i minęła ją. - By cię szlak trafił - nie 

background image

wytrzymał Robert. Kolejne samochody zostawały w tyle. Robiły wraŜenie jakby w ogóle się 
nie poruszały. Mimo, Ŝe droga nie była pierwszej jakości - stara betonowa nawierzchnia z 
drugiej wojny światowej - to jednak koła znakomicie trzymały się jej na zakrętach. PowyŜej 
stu siedemdziesięciu samochód przestał drŜeć na łączeniach betonowych płyt i gdyby nie fakt, 
Ŝ

e po obu stronach nie wyrastały jak dotąd skrzydła, Robert gotów był przysiąc, Ŝe lecą. Ale 

na pewno nie lecieli. Zamiast skrzydeł na prawym poboczu jezdni wyrósł policyjny radiowóz: 
Volkswagen z zielonymi pasami na drzwiach i niebieskim kogutem na dachu. Nie było juŜ 
sensu hamować. Mogli jedynie dodać gazu, Ŝeby przejechać tak szybko, aby ich nie 
zauwaŜono. Ale zauwaŜono ich. Cichy zdjął nogę z gazu. Do Szczecina było conajmniej 
osiemdziesiąt kilometrów. Pierwsze co zrobi policja to przekaŜe wiadomość do straŜy 
granicznej i do pobliskich miasteczek. Po piętnastu minutach bezpiecznie mogli poruszać się 
jedynie na rowerach. Nawet przy tej prędkości policjanci musieli rozpoznać markę 
samochodu i spostrzec białe tablice rejestracyjne. Przez tylną szybę Robert obserwował jak 
policjanci wskoczyli do samochodu i z włączonym kogutem na dachu ruszyli za nimi w 
pościg. Cichy pewnie trzymał kierownicę. Był spokojny. - Siedź cicho, w ogóle się nie 
odzywaj - instruował Roberta. Nie musiał tego mówić. I tak nie byłby w stanie cokolwiek z 
siebie wydusić. StruŜka potu toczyła się po skroni, a mózg pracował z niespotykaną wcześniej 
prędkością. "Dyrektor wykluczy mnie z olimpiady. Nie zdam do następnej klasy. Wyleją 
mnie ze szkoły". Nagle uświadomił sobie, Ŝe jest po maturze i szkoła się skończyła. "Sąsiedzi 
nazwą mnie kryminalistą, nikt nie poda mi ręki, pani BoŜenka w sklepie spoŜywczym 
przestanie się do mnie miło uśmiechać". Dobrze wiedział, Ŝe nikt z sąsiadów juŜ od dawna z 
nim się nie liczył. Nie liczyli się równieŜ z jego ojcem. Kaleka, dawna gwiazda sportu - ani 
poŜyczyć na flaszkę, ani cokolwiek załatwić po znajomości. - "Aresztują, pobiją, a potem 
więzienie" - dalej drąŜył w umyśle resztki moŜliwości w poszukiwaniu źródeł własnego 
strachu. Więzienie to było coś co go przeraŜało. A moŜe pozwolili by mu zabrać komputer, 
ten od Chmielewskiego. Miałby swoją celę, swoje kochane ksiąŜki, mógłby zająć się 
budowaniem modeli matematycznych dla maklerów giełdowych. Nie wyglądało to źle. Trzy 
razy dziennie Ŝarcie, moŜe nie najlepsze, ale i tak nigdy nie zwracał uwagi na drobiazgi. 
Potem obowiązkowy spacer, od dziesiątej spanie. Nie wyglądało to tragicznie. A 
towarzystwo? No cóŜ. Coraz więcej wykształconych ludzi siedziało w więzieniu. Być moŜe 
miałby szczęście i trafiłby na księgowego... Ojciec dostałby zawału. Ta myśl, Ŝe przez niego 
ojciec zadręczył by się na śmierć przywołała go do przytomności. Cichy zwolnił prędkość do 
dozwolonych stu na godzinę. Policyjny radiowóz wyrównał z nimi prędkość. Samochody 
jechały teraz obok siebie. Niemiecki policjant posłał w ich stronę uprzejmy uśmiech i 
lizakiem dał znak do zjazdu na pobocze. Akurat zbliŜyli się do leśnego parkingu, więc Cichy 
włączył kierunkowskaz i skręcił kierownicą w tę stronę. - Zrelaksuj się, Prymus - powiedział. 
Cichy bez najmniejszego napięcia zjechał w zatoczkę. Z wyuczoną obojętnością, pełną 
eleganckiej niechlujności w ruchach, policjant wysiadł z radiowozu. Szedł powoli. Ofiara 
była całkowicie na jego łasce i niełasce. Mógł zrobić co tylko chciał. Byli jego. Po niemiecku 
zwrócił się do siedzącego w samochodzie Cichego - Przekroczył pan dozwoloną prędkość. 
Proszę dokumenty. Robert skurczył się na tylnym siedzeniu. Najchętniej zagrzebał by się w 
paczki z zakupami. Cichy pochylił się do schowka na mapy i wyjął z niego dokumenty wozu. 
Policjant zajrzał do wnętrza samochodu. - Kolega jest chory? - spojrzał na Roberta odbierając 
dokumenty. - Nie, tylko cięŜko przestraszony - Cichy znał niemiecki równie dobrze jak 
polski. Mieszkał z matką w Hamburgu sześć lat. Tam teŜ skończył szkołę podstawową. 
Mówił bez akcentu. Policjant przejrzał papiery i spisywał dane do notesu. - Nie ma się czego 
bać. Policjant teŜ człowiek - uspokajał Roberta. - Przestraszył się prędkości. Mercedes to 
porządne auto, a on pierwszy raz w Ŝyciu jechał 170 km/h. Policjant podniósł wzrok z nad 
papierów. - Dwieście. - Tego nie chciałem mówić na głos, bo jeszcze by zemdlał. - Skąd ten 
samochód? - spytał Policjant. - Helmut, właściciel, to przyjaciel mojej mamy, dał się 

background image

przejechać na próbę. Policjant zamknął notes i oddał papiery Cichemu. - Ta próba kosztuje 
pana dwieście marek. Jeszcze raz spojrzał na bladego jak śnieg Roberta. - MoŜe pan wyjdzie 
na świeŜe powietrze? - zaproponował, ale przestraszony chłopak nawet nie zareagował. 
Robert musiał udać się w ustronne miejsce do pobliskiego zagajnika. Cichy wypakował nowo 
zakupione rzeczy z toreb i układał je pedantycznie do skórzanej walizki. Puste torby 
wepchnął do śmietnika. Na autostradzie nie było ruchu. Parking był pusty gdy zajechał na 
niego Biedrona swoją Ŝółtą Corvettą. - Prymus. No jak, Ŝyjesz? - krzyknął rozbawiony 
Biedrona. Robert wracał z lasu. Nie wyglądał najlepiej. Strach przerodził się teraz w złość. - 
Jesteś sukinsyn - powiedział do Cichego. - Ale nie idiota. Myślałeś, Ŝe jechałbym autostradą 
na Ŝywca bez papierów? Czy ja wyglądam na samobójcę? Ja chcę Ŝyć - spokojnie 
odpowiedział Cichy. Robert podszedł do samochodu. Biedrona zaparkował Corvettę obok 
Mercedesa. Wysiadł i przywitał się z Robertem. - Taki wóz jak ten załatwia się przez 
podstawienie - Biedrona podchwycił wątek Cichego - Mercedes 300 to stara technologia. 
Niemiec juŜ nie lubi swojego auta, chce się go pozbyć i kupić nowe. Ale na nowe go nie stać. 
Dzwoni więc i zamawia kradzieŜ. Papiery są w wozie, ja przyjeŜdŜam, odbieram auto i 
wyjeŜdŜam do Polski albo do Rosji. Bezpiecznie przejeŜdŜam wszystkie granice. Odsyłam 
mu papiery. Auto przerabiam i sprzedaję. Dziesięć procent dostaje Niemiec, a resztę ja. 
Proste? Na twarzy Roberta nie widać było zrozumienia. Niby matematyka, ale inna niŜ ta w 
liceum. Dał za wygraną. - To jaki on ma z tego interes? - zapytał zdziwiony. Cichy zatrzasnął 
swoją walizkę i podszedł bliŜej Roberta. - Ubezpieczalnia wypłaca mu odszkodowanie. Facet 
dostaje forsę. Fabryka sprzedaje nowe auto. Ludzie mają pracę. Interes się kręci. Robert 
zrozumiał. Cichy uśmiechnął się Ŝyczliwie. Nie wszyscy muszą przecieŜ być tak pojętni jak 
Robert i chwytać w lot. Poklepał go po ramieniu i przygarnął jak dobrego kumpla. Obeszli 
bagaŜnik Mercedesa i stanęli przy drzwiach od strony kierowcy. - Teraz twoja kolej. 
Samochód jest czysty, papiery w porządku. Właściciel siedzi w Berlinie pod telefonem i w 
razie konieczności potwierdzi, Ŝe samochód jest poŜyczony. Ty masz tylko przejechać przez 
granicę. Stanęli przy otwartych drzwiach kierowcy. Biedrona podszedł z drugiej strony i oparł 
się o dach. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi. Ostre promienie oślepiały go, aŜ musiał 
zmruŜyć oczy. - Masz czysty paszport, czyste konto, jesteś prymus i piszą o tobie w gazetach. 
Robert spojrzał na Biedronę. Szło za gładko. Biedrona uśmiechnął się i odszedł do bagaŜnika 
Corvetty. - My jedziemy przed tobą i cię obstawiamy - tłumaczył dalej Cichy. - Głowa do 
góry. Cokolwiek się dzieje nie wysiadaj z samochodu. Resztę zostaw nam. Cichy popchnął 
Roberta do wnętrza Mercedesa na siedzenie kierowcy. - Nogi - dorzucił Cichy i trzasnął 
drzwiami. Robert ledwie zdąŜył wciągnąć nogi do wnętrza. Biedrona wyjął z bagaŜnika 
czarną plastykową walizkę i przeniósł ją do bagaŜnika Mercedesa. PołoŜył ostroŜnie na 
skórzanej walizce i zamknął klapę. Robert liczył w głowie bilans strat i zysków. Na budowę 
nie ma po co wracać, bo się zwolnił. Ojcu obiecał, Ŝe zdobędzie pieniądze na kolonie dla 
Pawełka. Policjant puścił ich, bo papiery samochodu były w porządku. O co więc chodzi. 
Dlaczego się wahał? PrzecieŜ ma tylko przejechać przez granicę. Co go obchodzi cała reszta? 
Sprzedadzą samochód czy nie, to nie jego sprawa. Biedrona i Cichy siedli do Corvetty. 
Biedrona mrugnął porozumiewawczo do Roberta i z piskiem opon ruszył zostawiając go 
samego z problemami. Nie miał wątpliwości, Ŝe pakuje się w gangsterski numer - współudział 
w przemycie. No cóŜ, ale przecieŜ pieniądze nie leŜą na ulicy. Dlaczego właśnie jego wybrali 
do tego numeru? Przez cztery lata nie zamienił z nimi słowa. Szerokie opony Corvetty 
zablokowane hamulcami wznieciły tuman kurzu. Ostry pisk opon na asfalcie wyrwał Roberta 
z zamyślenia. Biedrona zatrzymał samochód prawie w miejscu. Zakręcił i stanął przodem do 
Roberta. Przednie reflektory uniosły się w górę z zapalonymi światłami. Rozległ się klakson. 
- Prymus, nie pękaj - usłyszał głos Cichego. Pochylił się i przekręcił kluczyk w stacyjce. 
Silnik posłusznie zaskoczył i miły szum dwu i pół litrowego silnika wypełnił kabinę. Corvetta 
boksując oponami zakręciła w miejscu. Wcisnął sprzęgło, wrzucił bieg i powoli dodał gazu. 

background image

Samochód posłusznie potoczył się do przodu. Wrzucił kierunkowskaz i skręcił w ślad za 
chłopcami włączając się w ruch autostrady. Spojrzał na licznik prędkościomierza. Strzałka 
przekroczyła cyfrę sto km na godzinę, a Corvetta stale się oddalała. Musiał dodać gazu. Serce 
łomotało mu w piersi z niebywałą siłą. W uszach dzwoniło. Przekręcił gałkę w radiu, wcisnął 
automatyczne wyszukiwanie stacji. Głos polskiego spikera zapowiadał kolejną piosenkę. - 
Dla tegorocznych maturzystów przebój lata - zespół Varius Manx z najnowszej płyty ELF. 
Było cudownie. Słońce właśnie kryło się za lasem. Fioletowe niebo grało milionami odcieni. 
Autostrada biegła w stronę horyzontu. Cokolwiek miało się stać było odległe od tej chwili o 
setki lat. Robert drugi raz w ciągu ostatnich dni poczuł ogromną radość Ŝycia. Był w stanie 
zawieszenia między przeszłością i przyszłością. Trwał w czystym poczuciu istnienia. Po raz 
pierwszy w Ŝyciu poczuł samego siebie. Ale kim naprawdę był? Tego nie wiedział. 
 
Posuwali się powoli stojąc w rzędzie samochodów czekających na wjazd do Polski. Przejście 
graniczne w Kołbaskowie nie jest szczytem elegancji ani dobrej organizacji. Formalnie naleŜy 
do Niemców. PoniewaŜ sto metrów obok rozpoczęto budowę nowego przejścia, więc stare 
porzucone i nie konserwowane umierało śmiercią naturalną. Ogólny nastrój apatii udzielał się 
równieŜ straŜy granicznej. Kontrolowali tylko niektóre samochody, a i to bez szczególnego 
entuzjazmu. Celnicy snuli się między blaszanymi barakami pamiętającymi jeszcze wczesne 
lata siedemdziesiąte. Raz po raz spoglądali na zegarki. Był wczesny wieczór i do końca 
zmiany pozostawało jeszcze sześć godzin. Robert wyłączył radio. Spojrzał przez przednią 
szybę. śołnierz z ochrony pogranicza ruchem ręki nakazał Biedronie podjechać na wysokość 
blaszanego baraku. Robert podjechał Mercedesem w ślad za nimi. Stanął jednak dobrych pięć 
metrów w tyle. Biedrona wysiadł z samochodu i podszedł z celnikiem do bagaŜnika. Cichy 
stanął obok Ŝołnierza, który sprawdzał paszporty. Spojrzał w stronę Roberta i mrugnął 
porozumiewawczo. Z baraku wyszło dwóch Ŝołnierzy uzbrojonych w pistolety maszynowe. 
Jeden z nich pchnął Biedronę na klapę bagaŜnika zanim ten zdąŜył ją jeszcze otworzyć. Drugi 
chwycił Cichego za nadgarstek i skuł kajdankami. Nawet nie zdąŜył się odwrócić. Nie miał 
zresztą po co. Drugi Ŝołnierz pochwycił jego rękę i wykręcił do tyłu, tak Ŝe chrząstka 
trzasnęła w łokciu. - "Wiedziałem" - przemknęło Robertowi przez myśl. Ale w tym momencie 
przed maskę Mercedesa wszedł celnik. Spojrzał na tablicę rejestracyjną, potem na Roberta. 
Obejrzał się za siebie, Ŝołnierze odprowadzali Cichego i Biedronę do baraku. Celnik obszedł 
samochód i stanął przy drzwiach. - Kontrola celna. Poproszę dokumenty samochodu, 
paszport, prawo jazdy. Robert wygrzebał dokumenty z półki koło radia i podał je celnikowi. - 
Do kogo naleŜy samochód? - Przyjaciel matki poŜyczył, Ŝebym skoczył do domu na dwa dni. 
Pojutrze wracam. - Nazwisko właściciela? - Tam pisze - odparł. Celnik podniósł wzrok na 
Roberta. Przez chwilę wpatrywał się prosto w oczy. - Mówi się, jest napisane. Nie uczyli w 
szkole? Czy zgłasza pan jakieś towary do oclenia? - Nic takiego nie mam. - Czy przewozi pan 
w samochodzie rzeczy, które nie naleŜą do pana? Robert zawahał się. - Nie. Celnik przyglądał 
się Robertowi. - Proszę zjechać na bok i otworzyć bagaŜnik. Wskazał palcem wolne pobocze 
obok duŜej cięŜarówki Volvo stojącej na poboczu. Zabrał dokumenty i odszedł do baraku. 
Robert miał kłopoty, Ŝeby drŜącą ręką uchwycić kluczyki w stacyjce. Zjechał na wskazane 
miejsce, zatrzymał samochód, wyłączył silnik. W baraku za metalową Ŝaluzją Cichy i 
Biedrona coś tłumaczyli straŜy granicznej. Biedrona najwyraźniej był w dobrym nastroju. 
Kpił sobie z Ŝołnierza, bo ten, poczerwieniał na twarzy. Poderwał się do niego z pięściami, ale 
w porę wyhamował i nie doszło do rękoczynów. Cichy spojrzał przez okno i dostrzegł 
Roberta w samochodzie. Ich spojrzenia się spotkały. Robert wysiadł z samochodu i przeszedł 
do kufra bagaŜnika. Zanim podniósł klapę spojrzał na barak celników. Biedrona tłumaczył 
coś zawile wymachując rękami. Cichy bezczelnie śmiał się, nic nie robiąc sobie z 
przedstawienia. Kontrolnie spojrzał w okno. Dostrzegł Roberta otwierającego klapę 
bagaŜnika i jego twarz spowaŜniała. Robert pochylił się nad walizką i nacisnął równocześnie 

background image

zamki po obu stronach. Nie odpuściły. Powtórzył mocniej, ale bezskutecznie. Spojrzał na 
barak. W oknie obok Cichego i Biedrony pojawił się celnik z dokumentami w ręku. Otworzył 
paszport, wystukał numery na klawiaturze komputera. Spojrzał w okno. Robert szarpnął 
leŜącą na wierzchu walizkę. Była cięŜka. Nie pamiętał aby tu leŜała, gdy Cichy 
przepakowywał swoje rzeczy z toreb. Pod nią leŜała druga skórzana walizka. Wyciągnął ją na 
wierzch i szarpnął za zamki. Tym razem odskoczyły posłusznie. Podniósł wieko i znalazł w 
jej wnętrzu kupione przez Cichego koszule. Wziął pierwszą z wierzchu i rozpakował ją. 
Celnik wyszedł z blaszaka i skierował się w stronę Mercedesa. Jedynym tematem 
zaprzątającym jego myśli od dwóch tygodni, był wyjazd na urlop. Wykupił wczasy w 
miejscowości o wdzięcznej nazwie Swomygace. Zafascynowała go nazwa i obecność 
szczupaków w pobliskim jeziorze. Wspominając zeszłoroczne połowy podszedł do 
Mercedesa, a nie widząc kierowcy ruszył w stronę otwartego bagaŜnika. Robert stał tyłem. 
Wyglądało na to, Ŝe się przebrał. Miał na sobie czarne spodnie i jasną koszulę. - Co to piknik? 
- złośliwie zapytał celnik. Robert gwałtownie się odwrócił. Nie mógł odpowiedzieć, bo 
właśnie mył zęby. Skończył szorowanie szczoteczką; wyjął z walizki plastykową butelkę z 
mineralną wodą. Nie spiesząc się odkręcił ją, nabrał w usta łyk i chwilę płukał po czym 
splunął na asfalt tuŜ pod nogi celnika. - Do dziewczyny jadę. Muszę się odświeŜyć - posłał 
celnikowi swój najlepszy uśmiech. Jeszcze raz sięgnął do walizki. Wyjął swoją starą 
podkoszulkę i starł nią resztki pasty z policzków, wysmarkał nos i odrzucił z powrotem do 
walizki. - Chce pan przejrzeć co jest wewnątrz? - zapytał celnika. Celnik nie chciał. - Tak 
wygląda chamstwo, gdy się dorwie do szmalu - mruknął pod nosem. Rzucił paszport do 
wnętrza walizki, zawrócił w miejscu i odszedł. Robert zamknął bagaŜnik i siadł za 
kierownicą. Jak długo sięgnął pamięcią wstecz nigdy nie potrafił się na nikogo wściekać. 
MoŜna by powiedzieć, Ŝe jego zewnętrzna ekspresja miała równie urozmaicony wykres co 
elektrokardiogram nieboszczyka. Często sam miał do siebie o to pretensje. Tego wieczoru 
jednak coś w nim pękło. Poczuł się dotknięty do Ŝywego. ZlekcewaŜono go, oszukano, 
bezwzględnie wykorzystano. Przez moment myślał, Ŝe Cichy jest równym kumplem, 
cwaniakiem, który wplątał się w przemyt, ale jednak kumplem. Pomylił się. Włączył silnik. 
Spojrzał na okno blaszanego baraku. Cichy patrzył na niego wzrokiem bez wyrazu. Do okna 
podszedł Ŝołnierz i przekręcił Ŝaluzję. Cichy zniknął. Jadąc do Szczecina złoŜył sobie święte 
przyrzeczenie - "Nigdy, nigdy więcej". Nie mógł Mercedesem jeździć nocą po mieście, bo od 
dziesiątej wieczór policja kontrolowała wszystkie lepsze auta. Nie mógł zaparkować pod 
domem, bo mógł go ktoś zobaczyć. PrzecieŜ nie był Miss Polonią, Ŝeby nagle wygrać 
Mercedesa. Na ulicy samochód z niemiecką rejestracją postałby moŜe siedem, a moŜe 
dziesięć minut zanim by go skradli. Pojechał do Czarnego. - Papiery, kluczyki. Te rzeczy teŜ 
są Cichego - postawił walizki na posadzce. Zdjął skórzaną kurtkę i rzucił obok razem z 
dokumentami i kluczykami od Mercedesa. - A gdzie Cichy? - spytał Czarny. Płomień na 
kominku lizał okopcone krawędzie marmurowych kolumn. Czarny siedział w głębokim 
fotelu. Obok w drugim siedział Skorpion, wyjątkowo przytomny tego wieczoru. Kobra 
rozłoŜony na skórzanej kanapie zaŜerał winogrona. Robert poluźnił krawat, ale nie mógł go 
do końca rozpiąć., - Został na granicy - odpowiedział niepewnie. Czarny powaŜnie przyglądał 
się Robertowi. Był dobrym psychologiem. - Sam został? - spytał. 
- Sprawdzali dokumenty. Wolałem nie sterczeć tylko... jak odjeŜdŜałem to chyba jeszcze 
zaglądali do samochodu... Czarny wstał z fotela. Cały spręŜony podszedł do Roberta. 
Skorpion chłodno przyglądał się tej scenie, ale Kobra spuścił wzrok. Nie znosił widoku krwi. 
- Zaraz. Jego zatrzymali, a ty sobie pojechałeś? - zapytał ściszonym, drŜącym głosem. - 
Fuksem mi się udało. Przyczepili się czy co? Zresztą Cichy nie kazał mi wysiadać z 
samochodu. Miałem pomóc, a nie... - Robert z trudem wytrzymywał spojrzenie Czarnego. - 
Chcesz powiedzieć, Ŝe kolegę zostawiłeś w gównie, a sam spierdoliłeś? Tym razem Robert 
nie wytrzymał. Wszystko moŜna mu zarzucić, ale nie tchórzostwo. - Mieliśmy pojechać po 

background image

zakupy. Po cholerę ten cyrk z samochodami, jakimś towarem, z trefnymi walizkami? - Robert 
kopnął z wściekłością stojącą na ziemi walizkę. Czarny spojrzał na Skorpiona. Ten wstał z 
fotela, podszedł do walizki, połoŜył ją na stole i po chwili grzebania przy szyfrowym zamku 
otworzył wieko. Na dnie leŜała para starych narciarskich butów. W jednej chwili opadło z 
Roberta całe napięcie. Rozpiął koszulę, Ŝeby ją zdjąć i oddać. - Rzeczy moŜesz zatrzymać - 
odezwał się Czarny - są przepocone, a tu nikt tego nie będzie prał. Robert podniósł z ziemi 
kurtkę. Czarny wyciągnął z kieszeni plik banknotów i przeliczył je. Spojrzał na Roberta, 
dorzucił jeszcze dwa. - Twoja działka - podał mu pieniądze. - To za duŜo - bronił się Robert. - 
To zaliczka. Weźmiesz mój motocykl i porozwozisz jutro parę listów na mieście. Kobra wstał 
z kanapy. Zgarnął ze stołu plik leŜących kopert i wcisnął je Robertowi pod rękę. - Ale ja... - 
niepewnie zaczął Robert. - Nawaliłeś bracie, ale daję ci jeszcze jedną szansę - skończył 
rozmowę Czarny. Opierając się dłuŜej moŜna było tylko dostać w mordę, więc Robert 
odwrócił się i ruszył do wyjścia. Czarny spojrzał na Kobrę i Skorpiona. Uśmiechnął się. 
Robert zniknął w drzwiach. Czarny stał spoglądając w okno. Robert zszedł po schodach przed 
dom. Stanął obok nowiutkiego motocykla marki Kawasaki ZX 100. Z bocznych drzwi 
prowadzących do kuchni wyszedł Cichy, a za nim Biedrona. Podeszli do Czarnego. - Na 
granicy jesteśmy spaleni - chłodno stwierdził Cichy. - Ten mały, to nasza duŜa szansa - 
Czarny obserwował jak Robert zakłada kask na głowę i siada na motocykl. - Znam go cztery 
lata. On na ten numer nie pójdzie - zaprzeczył Cichy. Czarny znał się na ludziach. 
Uśmiechnął się do niego serdecznie. - Pójdzie - zawyrokował. Robert przekręcił kluczyk w 
stacyjce. Silnik odpalił po pierwszym dotknięciu. Jego szum przyprawiał o dreszcze. Sto 
czterdzieści koni mechanicznych czekało, aŜ Robert wciśnie nogą pierwszy bieg. Swąd gumy 
i dym wydobył się z pod tylnego koła, po tym jak Robert przekręcił rączkę gazu. Tylko cud i 
wrodzony refleks pozwolił mu zmieścić się w otwartej bramie prowadzącej na leśną drogę. 
PołoŜył się w zakręcie na lewy bok, dodał gazu i wyszedł na prostą. Po stu metrach wiedział, 
Ŝ

e jest zrośnięty z motocyklem w jeden organizm. JuŜ nic nie mogło ich rozłączyć. 

 
ROZDZIAŁ 9 
 
Chmielewski stał w szczerym polu. Dookoła jak okiem sięgnąć ciągnęły się podmokłe pola. 
Za nim na wzniesieniu stały zabudowania gospodarstwa rolnego. Mury z czerwonej cegły 
podtrzymywały zapadający się do wnętrza dach. ŚwieŜo prana bielizna suszyła się w 
ogrodzie. Chmielewski zatoczył ręką szeroki łuk, wskazując na puste pola. - Panowie. 
Dwieście kilometrów autostrady, sieć stacji benzynowych, nowoczesne parkingi, serwisy. 
Cała Skandynawia będzie tędy jeździć. I to jest to. A co, pan mi mówi, Ŝe się nie da? 
Zirytowany Chmielewski obrócił się do trójki męŜczyzn idących jego śladem. - Jako inŜynier 
mówię, Ŝe się nie da - podjął temat inŜynier Bukowski, szczupły, o sportowej sylwetce 
męŜczyzna po czterdziestce. NaleŜał do ludzi widzących najpierw problemy, a potem 
pieniądze. Nie posiadał w sobie za grosz entuzjazmu do czegokolwiek. Ciągnąc dalej 
narzekania spojrzał na swoich dwóch kolegów stojących po bokach. - Tej wsi nie ominiemy. 
Tu są łąki, a tam bagna, aŜ do Miedzeszyna. Za miękki grunt. Stojący obok Kucharski był 
cynikiem i wszystkie pomysły Chmielewskiego dla zasady wyśmiewał, a przynajmniej 
lekcewaŜył. - Ksiądz chłopom zabronił ziemię sprzedawać - dzielił się swoją wiedzą. - Pewno 
chce opchnąć ten poniemiecki cmentarz pięć razy droŜej. Chmielewski czasami miał dość 
swoich wspólników, ale prawdę mówiąc na innych w promieniu dwustu kilometrów nie mógł 
liczyć. Byli bezwolni, senni, ale przynajmniej wykształceni. - Dlaczego to się tak wlecze? - 
wycedził poirytowany. Ręce mu opadły, zgarbił się. Ostatnie słowa wypowiedział juŜ do 
siebie. Trzecim męŜczyzną stojącym na przeciw Chmielewskiego był prokurator Wielewski. 
Siwy pan o uśmiechu bazyliszka. Chmielewski podszedł do niego dwa kroki i ściszonym 
głosem, Ŝeby pozostali nie słyszeli, spytał: - Co z koncesją? Prokurator jakby czekał na to 

background image

pytanie. - Potrzebny jest tylko jeden podpis. Ostatni. Faceta, który mi niczego nie odmówi: 
potrącenie na pasach i ucieczka z miejsca wypadku. - Ile chcesz? - beznamiętnie zapytał 
Chmielewski. - Mam swoje lata. No i wiesz, ten napad na bank. W kaŜdej chwili mogą mnie 
zwolnić. Chcę wejść w autostradę jako udziałowiec. Chmielewski aŜ poczerwieniał z 
wściekłości, ale być moŜe to tylko poranne słońce rzucało taki ciepły kolor na jego policzki. - 
Za jeden podpis, bez forsy? - wycedził przez zęby. Prokurator nawet nie spojrzał na 
Chmielewskiego. Bawił się trzymanym w palcach patykiem. Patrzył w stronę zrujnowanego 
gospodarstwa. - Ten podpis moŜesz mieć nawet jutro. Albo wcale - spokojnie odparł. 
Uśmiechnął się serdecznie do Chmielewskiego. Chmielewski odpowiedział mu tym samym. 
KaŜdy z nich miał w tym momencie własny pomysł na załatwienie tej sprawy, z goła 
odmienny od partnera. Od strony gospodarstwa usłyszeli wołanie: - Marzena, Marzena, co z 
tą wodą? Pośpiesz się! Prokurator spojrzał w stronę studni. Chmielewski obrócił się całym 
ciałem w tę samą stronę. Młoda dziewczyna niosła dwa wiadra pełne wody. Mogła mieć 
dziewiętnaście lat. Szła boso. Krótka, prosta sukienka kończyła się wysoko na odsłoniętych 
udach. Spleciony jasny warkocz sięgał jej prawie do pośladków. Odwróciła głowę i mruŜąc 
oczy przyglądała im się z daleka. Miała regularne rysy twarzy, brzoskwiniową cerę, ciemne 
brwi. Czterech starszych męŜczyzn stojących na tle Mercedesa, nie wzbudziło jej 
zainteresowania. Odwróciła od nich głowę i weszła na podwórko. Chmielewski poczuł się 
pięćdziesięcioletnim facetem, który będąc najbogatszym człowiekiem na Pomorzu w jednej 
chwili stał się Ŝyciowym bankrutem. Poczuł, jak Ŝycie przecieka mu przez palce. Za plecami 
Chmielewskiego stanął Bukowski. Z satysfakcją uśmiechnął się do swoich myśli patrząc na 
Chmielewskiego. - Obawiam się, Ŝe ta ziemia nie jest na sprzedaŜ. Chmielewski był jednak 
innego zdania. 
 
ZbliŜało się południe. Po ostatnim wieczorze, który Cleo spędziła jak zwykle w towarzystwie 
ojca i jego kolegów, oprócz kaca pozostało jeszcze niemiłe wspomnienie. Po prostu upiła się i 
ostentacyjnie lekcewaŜyła całe towarzystwo. Miała dość tych old boyów śliniących się na 
widok kaŜdego biustu. Wyszli z przyjęcia razem i wiedziała, Ŝe czeka ją powaŜna rozmowa z 
ojcem. PoniewaŜ takie sprawy lubiła załatwiać od ręki, zeszła na parter w bojowym 
nastawieniu z butelką wody mineralnej w ręce. - Tato? Czy jest ktoś w domu? Z ogrodu 
dobiegał warkot kosiarki. To pan Janek, ogrodnik, podcinał trawę. Cleo zajrzała do kuchni, 
ale nikogo tu nie było. Przeszła do gabinetu ojca. Na biurku jak zwykle stał niewyłączony 
komputer. Poza tym reszta przedmiotów była martwa. Przez pustą jadalnię doszła do salonu. 
Wszystko w tym domu było obrzydliwie nowe i gotowe do zagospodarowania. Ściany 
czekały na obrazy, podłogi na meble, parkiety na dywany, a cały dom na ludzi, którzy mieli 
go oŜywić swoją obecnością. Ale jak na razie tę ośmiuset metrową rezydencję zasiedlało troje 
męŜczyzn: jej ojciec, sześćdziesięcioośmioletni pan Janek i ochroniarz. Podeszła do 
otwartych na całą szerokość szklanych drzwi do ogrodu. Ojciec miał dobry gust, albo 
wystarczającą ilość pieniędzy, aby wynająć odpowiednich ludzi. Pan Janek kosił ostatni pas 
trawy, zgrabnie omijając świeŜo zasadzone srebrzyste świerki. - Ty pewnie jesteś Cleo? - 
usłyszała kobiecy głos. Odwróciła się. Za nią w drzwiach stała dziewczyna o prostych jasnych 
włosach opadających aŜ do bioder. Wąski ręcznik owinięty w pasie był jedynym jej 
odzieniem. Dalej biegły niekończące się opalone nogi z małymi, dziewczęcymi stopami. - 
Kim jesteś? - tyle zdołała wydusić z siebie zaskoczona Cleo. - Cześć - dziewczyna 
wyciągnęła przed siebie dłoń i zrobiła krok w jej stronę - Jestem Marzena - nowa sekretarka 
twojego ojca. Pan Janek nie mógł oderwać oczu od stojącej na tarasie dziewczyny Kosiarka 
zazgrzytała i srebrzysty świerk padł martwy pod jej noŜami. Pan Janek rzucił się do drzewka. 
Najpierw usiłował je ponownie zasadzić, ale po nieudanej próbie schował je za plecy i 
rozpoczął odwrót w stronę garaŜu. Chmielewski wszedł do kuchni. Dopił kawę i zagryzł ją 
kawałkiem kanapki. Podśpiewując wyszedł do przedpokoju. W drzwiach prawie zderzył się z 

background image

wchodzącą Cleo. - Pojedziesz z panią Marzeną do miasta. PokaŜesz jej kilka sklepów. Chcę, 
Ŝ

ebyście elegancko wyglądały. Dziś wieczór mamy kolację w Radissonie. -Nie mam czasu, 

jestem umówiona.-To był jedyny wybieg jaki wpadł jej do głowy. - To dasz jej swój 
samochód - zarządził Chmielewski - Co? - wykrzyknęła zdziwiona. - Co, co? Daj jej auto. 
Chmielewski wyszedł z domu na podjazd do samochodu. Drzwi bezgłośnie zatrzasnęły się za 
nim. Wściekła Cleo odwróciła się do lustra. Stała w kąpielowym płaszczu nie mając 
zielonego pojęcia jak zemścić się za poniesioną zniewagę. Jej wzrok trafił na stuzłotowy 
banknot z numerem telefonu. Wyrwała banknot, podeszła i wystukała numer telefonu na 
klawiaturze. - Robert? Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy usłyszała znajomy głos. Był to 
z pewnością jeden z najpiękniejszych dni w Ŝyciu Roberta. Pierwszy lipca. Słońce świeciło 
jak co dzień, upał był nie do zniesienia. Miasto zadymione od spalin. Niby wszystko po 
staremu, a jednak nie. Ona była z nim. Jechali we dwoje: Cleo i Robert główną ulicą 
Szczecina. Motocykl od Czarnego sam w sobie wzbudzał juŜ poŜądanie nastolatków, a teraz 
jeszcze ta dziewczyna o kręconych rudych włosach w zakrótkiej mini spódniczce siedziała 
wtulona w jego plecy. Droga do Radissona była prosta jak drut, ale po co było się spieszyć. 
JuŜ dwukrotnie objechali plac Grunwaldzki i sąsiednie uliczki. Cleo nie zauwaŜyła podstępu. 
Wszystko dla niej było w koło interesujące. Ludzie, domy, sklepy, wszystko było inne, obce i 
pociągające. Chłonęła wraŜenia ze zdwojoną intensywnością. Skoro urodziła się w tym 
mieście, tu mieszkał jej ojciec, więc z całych sił starała się znaleźć coś za co pokochała by to 
miasto. Ten moment musiał w końcu nastąpić i Robert zjechał z głównej alei w boczną 
uliczkę i plac budowy. Nowoczesna kamienica z obszernym podwórkiem, znak nowych 
czasów. Nowa spółdzielnia oferowała mieszkania w wysokim standarcie i ekspresowym 
terminie realizacji za przystępną cenę sześciuset dolarów za metr kwadratowy. Nie były to 
mieszkania dla młodych małŜeństw lub rencistów. Za ojca rentę plus Roberta stypendium, 
mogliby po roku kupić cztery metry i piętnaście centymetrów, o ile w ogóle dostali by się na 
listę członków tej spółdzielni. Dom był prawie gotowy. Kończono elewacje, wstawiano 
powybijane szyby. Robotnicy sprzątali podwórko po zakończonej budowie. Robert zatrzymał 
motocykl pod ścianą. Cleo zdjęła kask. - Zaczekaj chwilę muszę coś załatwić - rzucił przez 
ramię. Był w doskonałym humorze. Cleo w nieco gorszym. Budowa nie była wymarzonym 
miejscem turystycznym. Dwóch robotników, którzy mogli mieć po dwadzieścia cztery lata 
patrząc na motocykl liczyło w pamięci swoje zaoszczędzone pieniądze. Chyba za duŜo 
brakowało, bo jeden w końcu zrezygnowanym głosem rzucił w stronę Roberta. - Ładny 
motocykl. - No. Mnie teŜ się podoba. Nie widzieliście inŜyniera Bukowskiego? - Tam - 
robotnik wskazał ruchem głowy na sąsiednie podwórko. Drugie podwórko było jeszcze 
rozkopane. Dwóch ludzi robiło pomiary głębokości wykopu. Trzeci stał z boku i porównywał 
je z planami. - InŜynier Bukowski? - spytał odwróconego do niego plecami męŜczyzny. 
Wyglądał na czterdzieści pięć lat. Siwe, gęste włosy i zadbana broda, dodawały rysom 
bosmańskiej powagi. - Tak. A o co chodzi? - inŜynier nie odpowiedział, tylko burknął. Ale w 
mgnieniu oka zmazał z twarzy grymas zniecierpliwienia i zastąpił go serdecznym uśmiechem 
na widok Cleo. - Jak tam ojciec? - zapytał patrząc gdzieś za Roberta. Robert spojrzał do tyłu. 
- Dobrze - odkrzyknęła córka Chmielewskiego i poszła w stronę rozlanej na środku podwórka 
kałuŜy. - Mam dla pana przesyłkę - Robert wyciągnął z plecaka szarą kopertę. W zamian 
otrzymał w spadku po Cleo resztki serdeczności. - Coś od Chmielewskiego? - zapytał 
zaciekawiony inŜynier. - Nie. Od Czarnego - odparł Robert. Bukowski spowaŜniał. 
Dyskretnie spojrzał za siebie. Dwaj robotnicy walczyli z mierniczą łatą stojąc w wykopie. 
InŜynier rozdarł brzeg koperty sprawdzając zawartość. - Lepiej późno niŜ wcale - wycedził 
pod nosem. Ponownie spojrzał na Roberta. Tym razem przyjrzał mu się uwaŜnie. - To ty 
jesteś ten geniusz z gazety? - zapytał z uśmiechem niedowierzania. - Przesadzają - 
odpowiedział Robert. Miło było spijać słodycz popularności. - Robert? - Cleo brodziła w 
kałuŜy. Woda sięgała do wysokości kostek jej skórzanych wojskowych butów. Czerwone 

background image

promienie słońca wyrysowały jej zgrabną, sylwetkę na tle nieotynkowanego muru z cegieł. 
Obaj jak na komendę spojrzeli w jej stronę. - Nie znasz bardziej romantycznego miejsca? - 
spytała. Robert znał oczywiście mnóstwo miejsc, które dla niego były bardzo romantyczne. 
Mógł to być komin wentylacyjny na dachu ich czteropiętrowego bloku, gdzie zaszywał się ze 
swoimi ksiąŜkami gdy koledzy ojca za długo i za głośno kibicowali piłkarskim rozgrywkom 
w telewizji. Romantyczna była stara złomownia nad Odrą. No i jeszcze parę innych miejsc 
dla samotnego pustelnika, ale Ŝadne nie nadawało się dla nowego Roberta jakim stał się 
odkąd spotkał Cleo. Jej chciałby pokazać takie miejsce, które byłoby obrazem jego duszy. Nie 
znał takiego miejsca. Zaprosił Cleo do kawiarni "Brama". Dostał zaliczkę od Czarnego, więc 
mógł jej postawić nawet lody. Cleo siedziała przy stoliku, a on poszedł do telefonu. Miał do 
oddania ostatnią kopertę i chciał się jej jak najszybciej pozbyć. - Nie, nie - mówił do 
słuchawki. - Pan mnie nie zna. Mam kopertę od Czarnego. Będę z dziewczyną w "Bramie". 
Taka ruda, z kręconymi włosami - tłumaczył. Ktoś po drugiej stronie odłoŜył słuchawkę. 
Robert wrócił do stolika. W kawiarni nie było wielu gości. Towarzystwo zjeŜdŜa się tu 
dopiero wieczorem. Punkt jest znakomity. Stara miejska brama przerobiona na przytulną 
kawiarnię. Prowadzi ją przemiły chłopak z Jugosławi. Jego zasługą była dobra atmosfera tego 
lokalu. Ale widocznie komuś to przeszkadzało, bo chciano go przepłoszyć. - To co ludzie tu 
robią wieczorami? Telewizja i do wyra? - zapytała zdegustowana Cleo. - A co byś im 
zaproponowała? Ulicą toczył się policyjny radiowóz. Samochód w pewnym momencie skręcił 
na chodnik i zaparkował przy drewnianym płotku kawiarni. Wysiadło z niego dwóch 
policjantów. Obeszli ogrodzenie i stanęli obok motocykla. Jeden z nich, młodszy, stanął przy 
zaparkowanym na chodniku Kawasaki i wyciągnął bloczek z mandatami. Drugi, na oko 
dobijający pięćdziesiątki wszedł do kawiarni. Rozejrzał się dookoła. Bez trudu odnalazł 
dziewczynę o rudych włosach. Robert siedział tyłem do motocykla. Cleo pierwsza zauwaŜyła 
policjantów. Poderwała się z miejsca i ruszyła w ich stronę. Robert obejrzał się za siebie. - 
Zaczekaj. Ja to załatwię - posadziła Roberta na miejscu. Starszy policjant stanął tuŜ za 
Robertem. Od zawsze widok policjanta w mundurze kazał mu się na dzień dobry czuć 
winnym. Wstał gotowy bronić swojej niewinności. - Podobno masz jakąś przesyłkę do 
oddania - zwrócił się do niego policjant. Takiego pytania Robert się nie spodziewał. Sięgnął 
do plecaka i wyciągnął szarą kopertę. Nie była tak gruba jak poprzednie, ale jej zawartość 
rozwiązałaby parę problemów na wakacje. Policjant wziął do ręki kopertę, zwaŜył ją. - To 
twój motocykl? - spytał patrząc na Kawasaki - Nie. PoŜyczony - odparł niepewnym głosem 
Robert. - Tu jest zakaz parkowania - rzucił mimochodem policjant i tak jak wcześniej 
podszedł, tak teraz leniwym krokiem powlókł się z powrotem w stronę wyjścia. Na moment 
przystanął obok Cleo, która z uporem tłumaczyła coś słuŜbistemu młodemu policjantowi. - 
Tyle za parkowanie? - krzyknęła spoglądając na trzymany w ręce mandat. Starszy policjant 
wyrwał go z jej ręki i z dezaprobatą pokiwał głową. Ruszył do samochodu. Młodszy policjant 
nic nie rozumiejąc, posłusznie odszedł jego śladem. Cleo wróciła zdenerwowana do stolika. - 
Masz jeszcze trochę czasu? - spytał Robert. - O siódmej mam kolację z ojcem i jego nową 
sekretarką - widać było, Ŝe nie jest z tego powodu szczęśliwa. - Choć. Coś ci pokaŜę - 
zaproponował. Po szerokich kamiennych schodach weszli do XVIII wiecznego kościoła. Cleo 
z zadartą głową wpatrywała się w barokowe malowidła na suficie. Jacyś ludzie setki lat temu 
pozostawili tu obraz swoich wyobraŜeń o świecie. Jaki inny musiał to być świat. Centralna 
postać to wszechmogący Bóg, który z wysokości niebios dostrzegał ludzkie wzloty i upadki. 
Sprawiedliwy, wszechobecny, nieuchronny w swych wyrokach. W jego cieniu ludzie rodzili 
się, dorastali, siali i zbierali, a na końcu umierali. Ich Ŝycie było przepustką do wieczności. 
KaŜdy człowiek miał w tym świecie swoje miejsce. Tam gdzie się urodził, tam teŜ umierał. 
Feudalny świat w swej nienaruszalnej, wiecznej formie. Fresk został namalowany w modnych 
odcieniach róŜu i błękitu. W takie same kolory pakuje się dzisiaj pieluszki dla niemowląt. 
Badania wykazały, Ŝe dzieci lubią pastelową paletę barw. - Nigdy nie widziałam tak 

background image

wydekorowanego kościoła - powiedziała zafascynowana Cleo. - Co my tu robimy? W małym 
barokowym kościółku nie było wiernych. Samotnie stali w głównej i jedynej nawie. - 
Chciałaś poznać Polskę? - powiedział ściszonym głosem. - No to tu się właśnie zaczyna. Mój 
ojciec przychodzi tu co tydzień. Robert przykucnął. Cleo zrobiła to samo. OdłoŜył kask na 
posadzkę i pociągnął ręką po marmurowych płytach. Były pofalowane jak wieczorna tafla 
jeziora. - Widzisz, od trzystu lat ludzie przychodzą tu prosząc o nadzieję. Podniósł wzrok na 
Cleo. Dotykała ręką wytartych kolanami płyt marmuru. - Nie myślałaś, Ŝeby zostać w Polsce 
dłuŜej? Na kilka miesięcy - zapytał z nadzieją. Głos mu drŜał jakby bał się, Ŝe wypowiadając 
te słowa zniszczy kruchy obraz swoich marzeń. - Nie wiem. Mogę mieszkać wszędzie. 
Turcja, Afryka, Meksyk. To co jest waŜne to ludzie, którzy cię otaczają, a nie miejsce. Robert 
zakrył uśmiechem cień smutku, jaki pojawił się w jego duszy. Nie spodziewał się innej 
odpowiedzi. Ale jednak myśl, Ŝe kiedyś ta dziewczyna będzie musiała wyjechać, była 
bolesna. Wstał, pomógł unieść się Cleo i poprowadził ją w stronę ołtarza nucąc marsz 
weselny. - Przestań - Cleo śmiała się z zabawy. Zatrzymali się przed ołtarzem. Robert spojrzał 
na obraz z wizerunkiem Jezusa Chrystusa boleściwego. Wskazał ręką na stojącą obok niego 
Cleo. - To jest Cleo z Nowego Yorku. Chciałaby wiedzieć, jak Ŝyją tutaj ludzie. - Nie Ŝartuj. 
Siadaj - pociągnęła go w stronę ławki. Nie był w dobrym nastroju. "Dlaczego nic nie moŜe 
zrobić aby ją zatrzymać. Nigdy na niczym mu nie zaleŜało tak jak na niej. Nie ogarniał 
swoich uczuć. Nie znał ich siły. Czuł, Ŝe wzbiera w nim gotowość do nadludzkich czynów, 
Ŝ

eby tylko zmienić los, który zapowiadał rozstanie". - Wiesz. Jesteś inteligentny, 

utalentowany... - przerwała milczenie Cleo - ...ale twój problem leŜy w tym, Ŝe sam siebie nie 
doceniasz, nie masz ambicji, nie wierzysz w siebie. Robert wbił wzrok w okolice swoich 
czubków butów. Gotów był się zgodzić na kaŜdą ocenę, gdyby to cokolwiek miało zmienić. - 
Popatrz na mojego ojca. Zobacz jaki odniósł sukces -ciągnęła Cleo. Ta uwaga jednak 
podniosła mu w Ŝyłach ciśnienie krwi. Ona stawia mu tego lokalnego cwaniaka, 
dorobkiewicza, bonza Ŝyjącego z przemytu, za wzorzec? - A wiesz, skąd ci wszyscy ludzie 
mają pieniądze? - wybuchnął tak niespodziewanie, Ŝe Cleo odchyliła się zaskoczona. Echo 
kilka razy powtórzyło: pieniądze, niądze, adze... ... i twój ojciec? - dodał po chwili. Tu jednak 
ugryzł się w język. PrzecieŜ to jest jej ojciec. Nigdy go nie widziała. Nigdy nie chodziła z nim 
na spacery, nie budowali razem zamków z piasku, nie rozpakowywał z nią gwiazdkowych 
prezentów, nie tuliła się do niego ze strachu przed burzą. Przyjechała, bo chciała odzyskać 
stracone i tak wymarzone uczucia. Nie mógł jej tego zniszczyć. Popatrzyła na niego 
przenikliwie. Dla niej było oczywiste dlaczego odniósł sukces. - PoniewaŜ jest inteligentny i 
cięŜko pracuje - odpowiedziała. I było to prawdą, najszczerszą. W jej świecie to wystarczało, 
aby wpisać się do klasy średniej, klasy uczciwych posiadaczy, Ŝyjących na wysokim 
poziomie z uczciwie wypracowanych dochodów. Ale w jego świecie Ŝyło się inaczej. - Tak. 
To prawda - uśmiechnął się do niej wybaczając nieświadomą naiwność. Odpowiedziała mu 
uśmiechem, który nosi się latami w sercu na pamiątkę. Zajechali motocyklem pod zamkniętą 
bramę. Cleo była spóźniona. Spojrzała na zegarek. Zeskoczyła z siedzenia i zawiesiła swój 
kask na kierownicy. Chmielewski siedział w swoim gabinecie i wypisywał czek, gdy na 
czarno-białym monitorze pojawił się obraz z kamery video umieszczonej przed bramą 
wjazdową. Cleo stała obok Roberta siedzącego na motocyklu. Był tylko jeden taki motocykl 
w Szczecinie. Znał go, gdyŜ Czarny kupił go parę miesięcy temu, w jego sklepie. Cleo stanęła 
przed Robertem i waŜyła w sobie jakąś decyzję. W końcu odezwała się. - Mogę zadać ci 
pytanie? - patrzyła Robertowi w oczy, a jej spojrzenie sięgało głębiej niŜ jego własne myśli. - 
Ale nie moŜesz mnie okłamać. Robert rozbawił się tą sytuacją. Uniósł dwa palce do przysięgi 
i stanowczo kiwnął głową na zgodę. - Czy ty pracujesz dla Czarnego? - spytała 
nieoczekiwanie Cleo. Ani jeden mięsień nie drgnął Robertowi na twarzy. Cała jego 
ś

wiadomość skurczyła się ze strachu. Co miał jej odpowiedzieć? PrzecieŜ tak na prawdę nie 

pracował. Rozwiózł kilka kopert po mieście i tyle. Gdyby nie zajrzał do środka nawet nie 

background image

wiedziałby, Ŝe są w nich dolary. A ten samochód na granicy to przecieŜ była legalna 
przysługa. Znał Czarnego, ale to jeszcze nic nie znaczy. Co miał jej powiedzieć, Ŝeby nie 
skłamać? Nie chciał jej stracić. Czy ona by go zrozumiała. Czy ona cokolwiek rozumiała z 
tego co ją otaczało? - Nie, to tylko kolega - odpowiedział. Cleo odsunęła jego długie włosy z 
czoła. Nie chciała juŜ ich obcinać. Zaczęły jej się podobać. Pochyliła się do niego i ich usta 
odnalazły się tym razem bez trudu. Mimo, Ŝe ta chwila, jego najskrytsze i najgorętsze 
marzenie właśnie się spełniało, nie potrafił zatopić się w swoim szczęściu bez granic. 
Wiedział, Ŝe skłamał. Chmielewski wstał od biurka. Tego było za wiele. Bał się o Cleo, a 
Czarny i jego kolesie juŜ nie naleŜeli do grona przyjaciół tego domu. Wyrwał czek z 
ksiąŜeczki i wyszedł na korytarz. Prokurator Wielewski i dyrektor banku czekali na zewnątrz. 
Cała trójka ruszyła w stronę zaparkowanych na podjeździe samochodów. - Potrzebuję 
detektywa - zwrócił się Chmielewski do prokuratora. - A moŜe ja ci pomogę? - zaofiarował 
się ten Ŝyczliwie. - Nie, nie. Wystarczy ktoś z agencji. Wiesz, jakiś emerytowany policjant. - 
O, oni są jeszcze całkiem sprawni - powiedział prokurator. - Właśnie - uciął rozmowę 
gospodarz. Doszli juŜ do samochodów, prokurator klepnął Chmielewskiego na poŜegnanie i 
zamierzał wsiąść do samochodu. - To co - zagadnął Chmielewski - będziesz miał pieniądze na 
udziały? - pytanie zabrzmiało niewinnie, jakby rzucone mimochodem. Dyrektor banku jednak 
zwolnił w drodze do swojego samochodu i czekał na reakcję prokuratora. Po trzydziestu 
ośmiu latach pracy w prokuraturze, po tysiącu sprawach, przesłuchaniach nie moŜna juŜ dać 
się nabrać na stare chwyty. Dla niego byli amatorami. Wiedział, Ŝe zrobią wszystko, aby pod 
byle pretekstem wykluczyć go z nowopowstającej spółki. Było jednak za wcześnie, aby 
odsłonić karty. - Spokojnie. Coś wymyślę - nadmiar serdeczności przelewał się na tym 
podwórku. - Myśl, myśl - z przekąsem odparł Chmielewski zatrzaskując drzwi za 
wsiadającym do samochodu prokuratorem. Porozumiewawczo mrugnął do dyrektora Banku. 
 
Dom Czarnego jak zwykle jasno oświetlony, jak latarnia z daleka naprowadzał przyjezdnych 
pod bramę. Tym razem nie było ochroniarza, a uchylone skrzydło kraty pozwalało bez 
przeszkód wjechać na parking pod domem. Robert postawił motocykl na nóŜkach i zdjął kask. 
Jeep z Ŝółtą plandeką na dachu stał obok Ŝółtej Corvetty. Samochody były pootwierane, a 
kluczyki wisiały w stacyjkach, co nie było niczym dziwnym, poniewaŜ kradzieŜ spalonej 
zapałki z tej posesji byłaby aktem samobójczym. Zwyczajem tego domu były kolacje na które 
zapraszano mamę Cichego. Urocza kobieta obdarzona niezwykłym humorem i kompletnym 
brakiem poczucia rzeczywistości z zawodu i zamiłowania była malarką. Czarny zakupił 
nawet jeden z jej obrazów na akcji charytatywnej, z której dochód przeznaczono na pomoc 
dzieciom niepełnosprawnym. Kupił wtedy kilka obrazów miejscowych malarzy, ale tylko 
tego jednego nie spalił. Naprawdę polubił w nim pewną tajemnicę. Niby nic. Obraz 
przedstawiał dziewczynę stojącą między drzewami na skraju jeziora. Intrygujące w nim było 
to, Ŝe dziewczyna spoglądała gdzieś w bok poza ramy obrazu, a jej twarz zdradzała niepokój. 
Robert wszedł po schodach na korytarz. Świtało a gwar rozmowy docierał z jadalni. 
Przystanął w półmroku korytarza ukryty za szklaną szafą. W całym domu roiło się od 
porcelany. W szklanych gablotach stały filiŜanki, chińskie wazy, rodzajowe figurki 
przedstawiające sceny myśliwskie lub pary zakochanych uchwycone w miłosnych pozach. 
Kolekcja imponująca i warta cięŜkie pieniądze. Z jadalni dobiegał kobiecy głos: - DołóŜ sobie 
synku, wystarczy dla wszystkich. No i co dalej chłopcy. Jakie plany? - Mamo - Cichy starał 
się bronić przed jej czułościami. Odkąd rozstała się z jego ojcem, a było to rok po urodzeniu 
syna, nie zaznał spokoju. Cała potrzeba ofiarowania miłości przelała się na niego. Na dłuŜszą 
metę było to obezwładniające. Nie miał jednak sumienia wyprowadzić się z domu i 
pozostawić mamy samej sobie. Nadal czuła się potrzebna swemu dziecku. I tak mogło trwać 
do emerytury, jego oczywiście, bo matki to nie mogło dotyczyć. Była niezniszczalna. - Jakieś 
studia, co? - rozejrzała się dookoła. Przy stole siedzieli Kobra, Cichy, Skorpion i Biedrona. 

background image

Czarny stał na werandzie i rozmawiał przez telefon. - Trzeba stanąć na własnych nogach. 
PieniąŜki trzeba zarabiać - tłumaczył Skorpion. - Studia to dzisiaj szkoła zawodowa. My 
studiujemy Ŝycie - dorzucił Kobra wymiatając resztki smaŜonej ryby z talerza. - śycie 
towarzyskie na wydziale erotycznym. Zajęcia prowadzi dziekan Waliszewska - dorzucił 
Skorpion spoglądając na Kobrę. - Dorotka zresztą - dodał Kobra. - Mamo. Dzisiaj trzeba Ŝyć 
szybko i mocno, póki jest się młodym. Robert stał w cieniu korytarza i słuchał dobiegającej 
go rozmowy. Przez szczelinę drzwi obserwował stół i biesiadników. - Zwłaszcza młodym i 
pięknym - szepnął Skorpionowi Biedrona. Obaj spojrzeli na Cichego. - Kto zje rybki? - mama 
Cichego zwróciła się z otwartym pytaniem. - Ja! - prawie krzyknął Kobra i zanim Biedrona 
chwycił widelec do ręki, zgarnął ostatnią rybę na swój talerz. - NasmaŜyłam, a wy nie jecie - 
narzekała mama. Robert wszedł do jadalni. Pierwszy dostrzegł go Cichy. Gestem ręki zaprosił 
do stołu. - Dzień dobry - powiedział ogólnie. - Dzień dobry - odpowiedzieli zgodnym chórem 
Biedrona i Kobra. - Jak tam Amerykanka - Kobra nie dawał spokoju. - Wyszła z Prymusem, 
Casanova niech spierdala - bronił go Cichy. - Nie waŜne. Dopadnie ją. Mały nie ma szans - 
powiedział rozbawiony Biedrona. Robert odłoŜył kask motocyklowy na stolik i siadł obok 
Cichego. Biedrona podsunął mu kawałek niedojedzonej ryby, ale Robert podziękował. Cichy 
zignorował złośliwości. Pochylił się do Roberta. -To świetna dziewczyna, nie rezygnuj. 
Dogadaj się z panienką i jedźcie sobie gdzieś w góry. Jak nie masz forsy to pogadaj z 
Czarnym, on ci poŜyczy. Czarny stał na tarasie i dojadał z talerza rybę. Właśnie zakończył 
długą rozmowę przez telefon. Wyszedł na taras, Ŝeby nie przeszkadzać przy stole. Teraz stał 
oparty o słup i wydłubywał smakowite kęsy ze smaŜonego pstrąga. Robert zadał pytanie i 
stanął w drzwiach czekając na odpowiedź. W końcu Czarny podniósł na niego wzrok. - Ile? 
Pięć, dziesięć, sto milionów? I z czego oddasz? - Znajdę jakąś pracę i ci oddam - zapewniał 
Robert. Czarny pokiwał przecząco głową. - Wyprujesz z siebie flaki, a potem kopną cię w 
dupę, tak jak twojego starego. Robertowi nabiegły do oczu łzy. Chciał się rzucić na Czarnego 
z pięściami. Nikt nie miał prawa obraŜać jego ojca. To prawda, Ŝe wszyscy o nim zapomnieli. 
Gdy był świetnym sportowcem, drzwi się nie domykały od kolesi i działaczy. To prawda, Ŝe 
na ostatnią operację kolana wydali resztkę oszczędności. Wszyscy się odwrócili. Nie było juŜ 
dawnego klubu sportowego, nie było związku, nie było prezesów. Pozostali sami, ale dumni. 
Robert odwrócił się do drzwi i ruszył do wyjścia, ale zawahał się. Czarny wiedział o Robercie 
więcej niŜ chciał to ujawnić. Znał jeszcze jeden szczegół z jego Ŝycia, o którym na razie nie 
wspomniał. Nie musiał. Robert nie wyszedł. Po jego ostatnich słowach mógł się obrazić, ale 
prawda o Ŝyciu osłabiała charaktery. - Jest robota. Za duŜe pieniądze. Jeden dzień pracy i na 
kilka lat spokój - usłyszał za sobą Robert. - Jeśli naprawdę jesteś inteligentny, to nie będziesz 
biedny - dodał Czarny. 
 
Nad miastem zapadła noc. Najpiękniejszym, najbardziej szpanerskim i najrzadziej 
odwiedzanym w Szczecinie lokalem była restauracja w hotelu Radisson. Kelner zapalił 
zapałkę i przysunął ją do gazowego palnika. Płomień buchnął podgrzewając dno patelni. 
Kelner smaŜył naleśniki. Świadkami jego popisów byli siedzący przy stole Chmielewski w 
towarzystwie Cleo i swojej nowej sekretarki Marzeny, dyrektor banku z małŜonką. Kucharski 
- właściciel hurtowni ze sprzętem elektronicznym, jego małŜonka i samotnie przybyły na 
kolację prokurator Wielewski. - Proszę juŜ podać te flambirowane naleśniki. Dwa razy 
oczywiście - zwrócił się do kelnera dyrektor banku. Marzena siedziała obok. - Na pewno 
będzie pani smakowało. Ciasto doskonałe. Do tego nadzienie z lodów i całość oblana gorącą 
czekoladą - dyrektor najchętniej sam zademonstrowałby siedzącej obok niego pani Marzenie 
jak gorącą, ale obecność Ŝony siedzącej po drugiej stronie stołu działała na niego studząco. - 
A nie boi się pani, Ŝe bycie sekretarką to zbyt trudna praca? - podjęła wyzwanie pani 
dyrektorowa, kobieta niewątpliwie piękna o szlachetnych rysach twarzy i wyniosłym 
usposobieniu, ale eksponująca bardziej swoją złotą biŜuterię, niŜ przemijające wdzięki. - 

background image

Trzeba odbierać telefony, telexy, rozmawiać z ludźmi - ciągnęła. Ta ostatnia uwaga 
szczególnie była trafna, gdyŜ w przeciwieństwie do jej męŜa, któremu buzia się nie zamykała, 
pani Marzena od początku wieczora nie odezwała się do nikogo ani słowem. - No, ale nie 
mówmy o przykrych sprawach. W końcu to są przyjemności i kłopoty Jurka. Tyle lat Ŝył sam, 
no to teraz ma dwie córeczki -Ŝona Kucharskiego postanowiła wziąć Marzenę w dwa ognie. 
Chmielewski siedział strapiony pomiędzy Cleo i Marzeną. Gdyby obie dziewczyny stanęły 
razem na chodniku w ruchliwym miejscu miasta, byłyby przyczyną niejednego 
samochodowego wypadku. Chmielewski wiedział, Ŝe jego koledzy byli pod wraŜeniem tych 
dwóch młodych, seksownych kobiet. Aby dodać całej sytuacji pikanterii grał rolę strapionego 
kłopotami i przygniecionego pracą, niezdolnego do flirtu, poczciwego ojca. Rolę tę odgrywał 
z powodzeniem przez całą kolację, do chwili gdy nagle za przeszkloną ścianą dostrzegł postać 
Czarnego. OdłoŜył serwetkę i wstał. - Przepraszam państwa na chwilę - powiedział z 
kurtuazją. Jedyną osobą, która dostrzegła powód jego odejścia był prokurator. Czarny stał w 
hallu przed restauracją. Przez szybę widział Chmielewskiego i jego gości. Oprócz nich 
jeszcze dwa stoliki były zajęte. - Słyszałem, Ŝe wchodzisz w autostradę - odezwał się Czarny 
do podchodzącego Chmielewskiego - pomyślałem, Ŝe moŜe potrzebujesz udziałowców 
.Chmielewski wyjął cienkie cygaro z papierośnicy. Poczęstował Czarnego, ale ten odmówił. - 
MoŜe, ale to nie jest interes dla ciebie - odparł Chmielewski. Starał się być maksymalnie 
opanowany. "śe teŜ musiał właśnie dziś tu przyleźć, w miejsce gdzie wszyscy ich razem 
widzą. I prokurator." Wściekły Chmielewski wyjął zapałki, zapalił jedną i przytknął do końca 
cygara po czym podjął temat. - Tu trzeba duŜo włoŜyć i długo czekać. - Ładną masz córkę - 
Czarny spojrzał przez szybę na stół przy którym siedziała Cleo. - Ile? - zapytał twardo. - Nie 
wiem, o tym decyduje spółka. Trzy miliony dolarów. Gotówką. Na początek. - "Do końca 
Ŝ

ycia będę musiał potykać się o tego człowieka", pomyślał. "Do końca czyjego Ŝycia" - przez 

moment przemknęło mu przez głowę. - Kto wchodzi? - spytał Czarny. - Poczekamy jak 
będziesz miał pieniądze - Chmielewski odwrócił się Ŝeby odejść. - Trzymaj miejsce - 
zakończył rozmowę Czarny. Gdy Chmielewski powrócił do swoich gości, atmosfera była 
równie oziębła jak parę minut wcześniej. KaŜdy starał się unikać spojrzeń sąsiadów, skupiając 
swoją uwagę na nieistotnych szczegółach kończonego deseru. - No, panie na pewno zechcą 
porozmawiać o modzie, a my panowie, pójdziemy do baru na mały koniaczek - powiedział 
Chmielewski. -Interesy. Marzena odłoŜyła posłusznie swoją serwetę i zamierzała wstać od 
stołu. - A ty gdzie? - chłodno osadził ją w miejscu. - Proszę bardzo - Chmielewski ruchem 
ręki poprowadził Kucharskiego i dyrektora banku w głąb restauracji. Prokurator, który w 
międzyczasie zamówił dodatkową porcję naleśników i nie zdąŜył jej dojeść, wiosłował teraz 
widelcem ze zdwojoną szybkością. Mimo tego musiał pozostawić niedojedzoną porcję. Z 
pełnymi ustami i serwetką w dłoni wstał i podreptał za Chmielewskim. Przy stole zostały 
cztery panie z niedokończoną wojną pokoleń. Kucharska spojrzała porozumiewawczo na Ŝonę 
dyrektora i bez słów zrozumiały się bezbłędnie. Obie jednocześnie podniosły się z krzeseł i 
skierowały do kasyna gry. Cleo była zirytowana. Ostentacyjne lekcewaŜenie Marzeny 
wyprowadziło ją z równowagi. Poczuła dziwną solidarność z tą dziewczyną. - Skąd się 
wzięłaś? - przerwała milczenie. - Skończyłam etnografię w Poznaniu, ale co moŜna po tym 
robić? Dwa lata temu przyjechałam na wakacje do domu na wieś i tak juŜ zostałam z 
rodzicami. Nie miałam siły się wyrwać. A tu nagle zjawia się twój ojciec i proponuje mi 
pracę. No to co mam do stracenia? - A ja myślałam, Ŝe tylko śpicie ze sobą. - Nie. Jak na razie 
nie spaliśmy. Ale nie mogę powiedzieć, Ŝeby nie był pociągający - z nadzieją w głosie 
stwierdziła dziewczyna. - Kto? Mój ojciec? - Cleo nie potrafiła ukryć zakłopotania. 
Prokurator, Kucharski, Chmielewski i dyrektor banku szli obok siebie korytarzem hotelu. - 
Ładny hotel. Amerykański? - spytał Kucharski. - Za dwa lata go odkupimy - zaśmiał się 
szeroko Chmielewski. - Postawimy to miasto na nogi. To będzie nasze Księstwo Pomorskie - 
snuł plany Kucharski. Chmielewski wsunął ręce do kieszeni i wpadł w jeszcze lepszy humor. 

background image

- Autostrada to dopiero początek prawdziwych interesów. - Panowie, to duŜa forsa, nie tylko 
dla nas - dorzucił Kucharski Prokurator przeŜuł ostatni kęs i pospiesznie włączył się do 
rozmowy. - Mam listę tych, którzy chcą dla nas pracować, firmy, firemki. Stara sprawdzona 
gwardia. - A co z koncesją? - od niechcenia zapytał Chmielewski. Mijali właśnie długonogą 
piękność więc odpowiedź nadeszła z opóźnieniem. - W porządku. Wchodzę do spółki z 
koncesją w posagu - odpowiedział prokurator. - Plus trzy miliony dolarów i jesteś naszym 
kolegą - skrupulatnie jak zawsze wyliczał dyrektor banku. - O, jest taka firma z Gdańska, 
która nie stawia warunków. TeŜ chcą koncesję. - Jesteśmy kumplami od trzydziestu lat. 
Dobrze byłoby mieć kogoś takiego jak ty w spółce. Naprawdę dobrze - przekonywał 
Kucharski. - Pomyśl o tym. - Cały czas myślę - odpowiedział prokurator. - W sprawie tego 
napadu na bank zwaliła się komisja z Warszawy. Będę składał jutro zeznania - dyrektor banku 
nadał serdeczny ton swojej wypowiedzi. - Policja, prokurator, a tu w biały dzień ginie 
dwieście tysięcy dolarów. Twarz prokuratora wykrzywiła się jakby gołą stopą przydepnął 
niewielkiego kaktusa. - Znajdę tego złodzieja, jeśli tylko Ŝyje - wycedził przez zęby. Cała 
czwórka przedefilowała korytarzem mijając po drodze kłaniających się recepcjonistów. Na 
koniec dotarli do baru. - Panowie - zwrócił się Chmielewski wręczając im kieliszki z 
rozlanym juŜ szampanem - wypijmy za naszą przyjaźń, za autostradę, za starą wiarę i za 
spółkę, którą nazwiemy... - "COMBO"! - wykrzyknęli chórem. 
 
ROZDZIAŁ 10 
 
We trzech weszli do supersamu. Skorpion, Kobra, a między nimi Robert. Nowoczesny sklep 
zapełniony był towarami aŜ pod sufit. Produkty z całej Europy spoczywały tu na półkach. 
Kusiły barwnymi opakowaniami i odstraszały cenami. Nie wszystkich jednak, bo o dziwo, 
mimo późnej pory, sklep był pełen klientów. Z wypełnionymi po brzegi wózkami ścigali się 
w drodze do kas. - "Muszę pokazać to ojcu" - pomyślał Robert. Mieszkali po drugiej stronie 
miasta, na robotniczym osiedlu, a sklep był po przeciwnej stronie za kanałem koło dzielnicy 
willowej. Stanęli za regałem z karmą dla psów. - No, Prymus, twój debiut. Smile. Skorpion 
klepnął przyjaźnie Roberta po plecach. Robert ruszył do przodu. Stoisko monopolowe 
oferowało setki gatunków wódek stojących rzędami na sześciometrowej długości regałach. 
Robert odczekał, aŜ ostatni klient odejdzie od kasy. Sam nie wiedział dlaczego był 
podniecony. PrzecieŜ nic nie robił. Miał po prostu podejść do lady i poprosić o butelkę Johnie 
Walkera. - Dzień dobry. Poproszę dwie butelki Johnie Walkera - wydusił z siebie. 
Ekspedientce było absolutnie obojętne kto stał po drugiej stronie lady. Nawet nie spojrzała na 
Roberta. Leniwie przeszła w drugi koniec stoiska i zaczęła szukać butelki na półce. - "JuŜ po 
strachu" - pomyślał. - "Co w tym złego"? - Był nawet z siebie zadowolony. Pokonał pierwszy 
strach. - Jest tylko jedna. To ostatnia butelka, nie ma więcej - odpowiedziała leniwie. Tym 
razem ekspedientka podniosła wzrok. Ze zdziwieniem stwierdziła, Ŝe klient zniknął. 
Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było. Skorpion i Kobra czekali na Roberta koło 
proszków do prania. - No i co? - spytał Kobra. - Wszystko sprzedali. Nie ma nawet w 
magazynie - odpowiedział Robert. Kobra pokiwał głową. Skorpion klepnął Roberta w plecy. - 
Leć do samochodu - rzucił niedbale. Robert posłusznie zawrócił na pięcie i zniknął w 
drzwiach z napisem "wyjście". Kobra i Skorpion prawie jednocześnie odwrócili się w drugą 
stronę i poszli w kierunku drzwi z napisem "Office". - Utyłeś - stwierdził z przekąsem 
Skorpion. Kobra spojrzał na niego, a potem na swój brzuch. Poklepał się wciągając 
jednocześnie powietrze. -Pierdzielisz. Skorpion wszedł pierwszy na zaplecze. Korytarz był 
szeroki. Skrzynki z Coca-Colą zastawiały przejście, ale mimo to mogli iść obok siebie. 
Skorpion sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął Ŝelazny kastet. Skręcili w prawo w 
krótki korytarz zakończony drzwiami z napisem "Private". Nie zwalniając kroku otworzyli i z 
hukiem weszli do środka. Na środku niewielkiego pokoju stało biurko, a przy nim siedział 

background image

właściciel sklepu. Skorpion wyhamował dopiero przed samym biurkiem. Odwrócony bokiem 
Szczypiorski nie zareagował na ich wejście. Był to facet dobijający czterdziestki, niewysoki, 
o krępej budowie ciała, którego natura zapomniała obdarzyć szyją. Głowa wyrastała z ramion 
tak, Ŝe aby spojrzeć na Skorpiona musiał odwrócić się całym ciałem, wraz z krzesłem. - 
Wpadliśmy tak na chwilę, Ŝeby forsę odebrać - zaczął Skorpion. - Nie sprzedałem jeszcze 
towaru - odpowiedział Szczypiorski. Tułów wraz z głową odwrócił się z powrotem do 
komputera ignorując ich obecność. Skorpion chwycił z biurka gruby plik faktur i cisnął nimi 
w powietrze. Za sobą usłyszał głos Kobry. - Chodź, zobaczymy czy rowery stoją na zewnątrz. 
Skorpion poczuł się nieswojo. Spojrzał w bok. Wszedł tak szybko, Ŝe nie zdąŜył wcześniej 
rozejrzeć się po pokoju. I to był błąd. Po jego prawej i lewej stronie stało dwóch męŜczyzn, 
którym Skorpion sięgał głową do połowy krawata. Ten stojący z prawej uniósł dłoń i 
przytrzymał otwartą przed Skorpionem. Ten posłusznie połoŜył na niej kastet. Dłoń była 
wielka jak łopata. Kastet wyglądał jak breloczek. - Sprzedałeś - brnął dalej Skorpion. 
Kobra wycofał się na korytarz i przytrzymywał szeroko drzwi tak Ŝeby przypadkiem 
ochroniarze nie usiłowali ich otworzyć uŜywając do tego celu Skorpiona. Szczypiorski nie 
odwrócił się juŜ więcej w ich stronę. - Przyjdźcie za dwa tygodnie. Ja wiem lepiej co 
sprzedałem. Drugi ochroniarz chwycił Skorpiona za cienki skórzany krawat, szarpnął w górę, 
tak, Ŝe Skorpion jak baletnica na czubkach palców wyszedł z biura. Drzwi zatrzasnęły się tuŜ 
przed jego nosem przytrzaskując krawat. Udusiłby się, gdyby Kobra nie wyjął spręŜynowego 
noŜa i nie odciął go z uwięzi. - Babcia ma dzisiaj urodziny. To był mój najlepszy krawat - 
Ŝ

alił się Skorpion. Kobra nie przywiązywał nigdy uwagi do ubioru, tym razem jednak spojrzał 

ze współczuciem na Skorpiona. - Niedobrze ci w krawacie. Nie pasuje - rzucił Kobra. Zbity z 
tropu Skorpion oglądał odcięty koniec. - Myślisz, Ŝe nie, Ŝe niby dlatego, Ŝe jestem łysy? - 
oponował. Ruszyli w stronę wyjścia. 
 
Kolejny dzień upałów dawał się we znaki mieszkańcom Szczecina. Asfalt parował na ulicach. 
Hurtownia farb i lakierów znajdowała się za portem tuŜ nad Odrą. Wyglądała jak gotycka 
katedra. Wysokie słupy podtrzymywały Ŝebrowany dach na wysokości dziewięciu metrów. 
Słońce przedzierało się przez małe okienka pod sufitem oświetlając ścianę z napisem "zakaz 
palenia". Długi TIR ustawiony w bramie wjazdowej blokował wejście do hali. Cichy i Robert 
musieli prześlizgnąć się pod naczepą, aby wejść do środka. - Ten goguś w okularach to 
Słomka. Zawołaj go na chwilę - powiedział Cichy. Robert posłusznie poszedł przodem w 
kierunku drzwi na zaplecze. Magazyn zastawiony pudłami i kartonami papierosów nie 
wyglądał na skład farb i lakierów. Cichy wyjął z kieszeni gazetę i zwinął ją w rulon, a 
następnie otworzył mały pięciolitrowy kanister, który niósł w prawej ręce. Wetknął gazetę w 
otwór. - Cześć chłopaki - przywitał się z siedzącymi przy stoliku kolesiami. We trzech 
przeklejali opakowania z papierosami. - Cześć - odkrzyknęli chórem. Cichy wyjął z kieszeni 
papierosa i zapalił go. Zaciągnął się dymem i wypuścił kółka w smugę wpadającego słońca. 
Kółko odpływało od niego unosząc się w górę. Nad głową dostrzegł rurkę z zabezpieczeniem 
przeciwpoŜarowym, na końcu której znajdował się zawór wodny z czujnikiem na dym. - Zgaś 
to - Słomka wyszedł z zaplecza. Robert przeszedł w bok i stanął obok Cichego opierając się o 
burtę TIra. Ciekaw był co Cichy wykombinuje. Czarny powiedział, Ŝe mają w drodze 
powrotnej podjechać za miasto do znajomego i odebrać stary dług. Cichy poprosił Roberta, 
Ŝ

eby weszli do środka razem. I tyle. Tak na prawdę mieli razem pojechać za tydzień do 

Niemiec z jakimś towarem, a póki co mógł sobie dorobić parę złotych. - A pieniądze masz? - 
grzecznie spytał Cichy. Zawsze zachowywał się nienagannie. Mimo, Ŝe był wicemistrzem 
okręgu w Aikido nigdy sam nie zaczynał bójek. - Mały, skocz no po pieniądze do biura- 
Słomka wydał polecenie jednemu ze swoich ludzi. Cichy odwrócił się tyłem do Słomki i szedł 
w stronę śmietniczki zgasić papierosa. Robert w pierwszej chwili nie rozumiał co się dzieje. 
Wszystko nabrało nagle zawrotnego tempa. Mały wstał od stołu, przeszedł dwa kroki po 

background image

czym nagle skoczył do przodu i wybił się w górę. Na wysokości półtora metra wyprowadził 
kopnięcie prawą nogą w głowę Cichego. Ten zdąŜył juŜ zejść z linii ciosu i noga trafiła w 
burtę TIRa. Deska pękła, a drzazgi posypały się we wszystkie strony. Cichy obrócił się w 
miejscu. Puścił kanister z benzyną na podłogę. Podbił Małemu nogę i ten spadł na plecy. 
Jęknął z bólu. Cichy odwinął się w tył i miękko wyprowadził prawą ręką cios w szczękę. Coś 
trzasnęło tak głośno, Ŝe Robert się skrzywił. - Poćwiczycie sobie na sali gimnastycznej - 
Słomka trzymał juŜ pistolet w dłoni. Nie było na co czekać. Z Ŝalem Robert wyjął z kurtki 
jedyny egzemplarz swojej pamiątkowej gazety ze zdjęciem z balu maturalnego, który wiózł 
do oprawienia, zgniótł go i podpalił. - Powiedz Czarnemu, Ŝeby trzymał się od nas z daleka, 
bo inaczej porozmawiamy - straszył Słomka. Był tak pewny siebie trzymając w ręce pistolet, 
Ŝ

e zlekcewaŜył stojącego z boku Roberta. Teraz tego Ŝałował. Robert z płonącą gazetą i 

karnistrem benzyny podszedł do Cichego. - Cichy zgłupiałeś? Na Ŝartach się nie znasz? - 
zmienił ton Słomka. Ale Cichemu nie było zabawnie. Odebrał kanister od Roberta i z płonącą 
gazetą przeszedł w bok do pudeł z papierosami. Był zdeterminowany i gotowy na wszystko. - 
PrzecieŜ to gazowy. Filmów nie oglądasz? - Słomka odłoŜył pistolet na posadzce. - Nie rób 
tego! - krzyknął zdesperowany. Słomka nie był idiotą. Czarnemu winien był trzydzieści 
tysięcy dolarów, a towaru w magazynie miał za stówę. Wyjął z kieszeni pieniądze. Tak 
naprawdę miał je gotowe do oddania, tylko liczył, Ŝe jeszcze nimi obróci. Teraz widział, Ŝe 
przesadził. Cichy nie Ŝartował. Spróbował inaczej. - Jesteście skończeni. Trzymaj forsę i 
zjeŜdŜaj - wycedził. Robert podbiegł do Słomki, wyrwał mu z ręki pieniądze i sięgnął po 
leŜący na ziemi pistolet. Cichy jeszcze się wahał. Gotów był puścić cały ten bałagan z 
dymem, ale interes był waŜniejszy. Odebrał przecieŜ pieniądze, a Słomkę zawsze mógł 
dopaść w Imperium. Gazeta dopalała się dymiąc do tego stopnia, Ŝe dym zaszczypał go w 
oczy. JuŜ chciał upuścić ją na posadzkę, gdy rozległ się suchy trzask i z sufitu runęły setki 
litrów wody. WraŜliwe na dym czujniki nie wytrzymały napięcia i otworzyły zawory. Cichy 
rzucił się w tył pod TIRa pociągając Roberta za sobą. Szum ulewy przytłumił okrzyki 
ochroniarzy. Lejąca się z rur woda zatapiała tysiące paczek papierosów. Teraz nikt nie kupi 
ich nawet za pół ceny. Słomka wyrwał pistolet z ręki ochroniarza i sam wymierzał 
sprawiedliwość. Strzelił dwa razy w ślad za Cichym, ale woda zalewała mu oczy i nie mógł 
dokładnie wycelować. - JuŜ nie Ŝyjesz! - wrzeszczał wściekły. Robert przebiegł na drugą 
stronę TIRa i osłaniając Cichego nacisnął spust pistoletu. To było takie łatwe. Huk wystrzału 
był do zniesienia, a pistolet wcale nie szarpał się na wszystkie strony. Jeszcze raz nacisnął 
spust i rozległ się kolejny strzał. Z sufitu odpadł kawałek tynku. To nie był gazowy pistolet. 
Odrzucił go ze strachem między kartony z papierosami. Wybiegli na podwórze. JuŜ nikt ich 
nie gonił. Mokra i brudna od smaru odzieŜ leŜała na białej wyłoŜonej kafelkami posadzce. Z 
trzech kabin środkowa miała uchylone drzwi i u dołu w prześwicie widniały bose stopy. 
Robert siedział na muszli z opuszczonymi do kolan slipami. - Kurde. Cichy, co my robimy? 
Co ja robię? - gryzł się z własnym sumieniem. - Biegam, kradnę. Czy ja jestem jakiś 
gangster? Powinienem siedzieć w domu. Cichy stał przed lustrem. Wziął prysznic, a teraz 
starannie się golił. - Zawsze moŜesz wrócić na budowę - pocieszał jak potrafił. Robert 
wyszedł z kabiny spuszczając za sobą wodę. Gryzło go zbyt wiele sprzecznych ze sobą 
wątpliwości. - Mało go nie zastrzeliłem. Nie ma co, rozwaliliśmy facetowi cały transport. 
Widziałeś, jak płakał? Robert wziął z umywalki zapakowaną w folię nowiutką koszulę i 
rozpieczętował ją. - Jego nie Ŝałuj. Buduje dwie nowe fabryki frytek w Koszalinie - 
odpowiedział Cichy. ZałoŜył juŜ czyste rzeczy i patrzył jak Robert kończy się czesać. Obaj w 
powrotnej drodze zajechali do butiku z męską odzieŜą, gdzie kupili całą nowiutką wyprawę, 
począwszy od skarpetek i slipek, po spinki do koszuli kończąc. Cichy z podziwem zauwaŜył, 
Ŝ

e w nowych ciuchach Robert wyglądał całkiem przystojnie. Od czasu kiedy przestał nosić 

basebolówkę, wyglądał bardziej męsko. Swoją drogą fascynujące było obserwować jak łatwo 
Robert zaakceptował swoje nowe wcielenie. Nowy ubiór zaakceptowany został wraz z 

background image

rodzącą się nową osobowością. ZałoŜył marynarkę i pewnym ruchem poprawił mankiety od 
koszuli. Był powaŜny, skupiony, precyzyjny w ruchach. - To jak on zaczynał? - spojrzał na 
Cichego. -Tak jak my. 
Cichy klepnął go po ramieniu i ruszyli w stronę drzwi. Wyszli na korytarz nocnego klubu 
Royal Pub. 
 
ROZDZIAŁ 11 
 
Noc uśpiła mieszkańców willowego osiedla na Pogodnie. W nielicznych oknach jeszcze 
paliło się światło. Jakaś para starszych ludzi kończyła spacer z psem. Podeszli do bramy i 
zniknęli za Ŝywopłotem. Osobowy samochód toczył się z wyłączonym silnikiem. Przednie 
reflektory oświetlały wilgotny od deszczu asfalt. Samochód zwolnił i zjechał na pobocze pod 
starą lipę. Drzwi otworzyły się bezszelestnie i wysiadł z nich ubrany w ciemną skórzaną 
kurtkę Skorpion. Stanął koło samochodu i rozejrzał się po okolicy. Z kieszeni wyjął swój 
inhalator. Zaciągnął się za mocno, aŜ zaparło mu dech. Pociągnął nosem i ruszył do przodu. 
Skórzane kowbojskie buty stawiane na mokrym asfalcie rozbrzmiewały wyraziście w ciemnej 
uliczce. Po prawej stronie przed bramą stał srebrny Mercedes klasy S. ZbliŜając się do niego 
zauwaŜył czerwoną mrugającą diodę. Spojrzał na bramę do garaŜu. Była zamknięta. W oknie 
domu świeciło się światło. Skorpion siadł na masce samochodu i dwukrotnie nim zakołysał. 
Włączył się autoalarm. Wycie syreny wypełniło śpiące osiedle. W domu po drugiej stronie 
ulicy paliło się światło. Na odgłos auto-alarmu ktoś podbiegł do okna. Po chwili światło 
zgasło. Za firanką stała kobieta wyglądając na ulicę. Właściciel supermarketu, Szczypiorski 
wybierał się właśnie do dyskoteki Imperium. Kończył się golić gdy usłyszał wycie alarmu. 
Wybiegł z domu w szlafroku. Nie chował samochodu do garaŜu, bo za chwilę miał nim 
jechać. Podszedł do Ŝelaznej furtki i rozejrzał się po okolicy, ale nikogo nie zobaczył. Starł 
resztki piany do golenia i wyszedł przed dom. Samochód stał i mrugał awaryjnymi światłami. 
Obrócił się całym ciałem w lewo, a potem w prawo. Nawet w szlafroku jego muskularna 
sylwetka mogła wzbudzić szacunek. Skierował pilota z kluczykami w stronę samochodu. 
Alarm ucichł. Nikt z sąsiadów nie zareagował na hałas. Wszyscy pochowani w domach 
pilnowali swoich interesów. JuŜ chciał odejść, ale dla pewności podszedł jeszcze do drzwi i 
zajrzał do wnętrza. Tam równieŜ wszystko zdawało się być w porządku. - Co tak długo 
kaŜesz na siebie czekać? - zapytał go Skorpion podchodząc do niego od tyłu. Szczypiorski 
poznał Skorpiona po głosie. Odwrócił się do niego i poczuł paraliŜ całego ciała biegnący 
mniej więcej z okolic krocza. Całą siłę swojego ciała Skorpion skoncentrował w kolanie 
prawej nogi, a kolano umieścił w podbrzuszu Szczypiorskiego. Dodatkowo, tak dla pewności 
dodał strzał z główki, jego popisowy numer, który z reguły odsyłał klientów do chirurga 
plastycznego. Szczypiorski zgiął się w pół i osunął na kolana. Skorpion nie znał litości. Nie 
miał skrupułów. Całą nienawiść do świata pragnął przekazać Szczypiorskiemu. Nic do niego 
osobiście nie miał, ale biznes to biznes. Bił pięściami w kark, w głowę, gdzie popadło. Nie 
powstrzymywał go odgłos pękającego obojczyka. Kobra dopadł go w ostatniej chwili zanim 
nie skatował Szczypiorskiego na śmierć. Odciągnął Skorpiona od ofiary, sam obrywając 
łokciem. Skorpion był nieprzytomny. Jego czucie osłabione narkotykiem nie informowało go 
nawet o lejącej się z dłoni krwi. Musiał zahaczyć o klamkę samochodu i nawet tego nie 
poczuł. W oknie domu naprzeciwko obok kobiety stanął mąŜ. Oboje przyglądali się masakrze. 
- Długi trzeba oddawać - powiedział Skorpion wracając do przytomności. Odszedł do 
swojego samochodu. - Odsuń się - stanowczo powiedział Kobra i pchnął Szczypiorskiego 
nogą. Ten upadł z jękiem na bok. Kobra brzydził się przemocą. Podniósł kluczyki z ziemi, 
wsiadł do Mercedesa, zapalił silnik i ruszył. Skorpion minął go swoim Oplem. - A taki ładny 
samochód miał nasz sąsiad - zauwaŜył z Ŝalem sąsiad z przeciwka i zasłonił szczelnie 
zasłony. 

background image

 
ROZDZIAŁ 12 
 
"Zabij mnie" - śpiewała Anita Lipnicka z zespołem Varius Manx. "Ona to zrobi". Przebój 
tego lata pobrzmiewał we wszystkich dyskotekach w mieście. Co prawda juŜ schodził z 
pierwszych miejsc listy przebojów, ale jeszcze przyjemnie się go słuchało. Cichy przedzierał 
się przez tłum nastolatków. Robert podąŜał jego śladem. W Royal Pubie nie moŜna było 
wsadzić nawet palca. Z trudem dotarli do bufetu. Akurat zwalniało się miejsce przy barze. 
Siedli na stołkach i zamówili po "Margericie". Robertowi udzielił się dobry nastrój zabawy. 
Otaczali go rówieśnicy, z którymi nigdy się nie kontaktował. Pierwszy raz miał poczucie 
przynaleŜności do jakiejś grupy. I było to przyjemne. Nie przypominał sobie, dlaczego do tej 
pory unikał takich miejsc. Fakt, Ŝe teraz był odpowiednio ubrany, ale przychodzili tu równieŜ 
chłopcy z jego podwórka. Miał pieniądze i mógł zaprosić na drinka całą swoją klasę. Owszem 
pieniądze, ale gdyby przyszedł tu na wodę sodową to teŜ byłoby miło. Czuł się lepszy. Tak. 
To dawało mu przewagę nad innymi. On znowu był pierwszy, tak jak w klasie jak w szkole, 
jak na olimpiadach. Tam był prymusem, a tu był elitą. Czuł na swoim karku dyskretne 
spojrzenia z tłumu. Prawie słyszał komentarze. Cichy, Kobra, Skorpion, Czarny to była 
arystokracja, a on był ich kumplem. Proste i miłe. Uniósł szklankę ze słomką w górę i 
wciągnął w siebie duŜy łyk złocistej Margerity. Przyjemne ciepło rozlało się po ciele. - Co 
zrobisz z forsą? No tą co zarobimy u Czarnego? - spytał Robert. - Ja to bym chciał mieć dom 
z ogrodem, dzieci. Na Pogodnie facet sprzedaje nową działkę. A ty Prymus co kombinujesz? - 
spytał Cichy. - Jedyne co umiem to liczyć. 
- No w tym jesteś naprawdę dobry. 
Cichy pamiętał popisy na lekcjach matematyki kiedy Robert potrafił bez kalkulatora mnoŜyć i 
dzielić czterocyfrowe liczby. - Pomyślałem sobie - kontynuował Robert - Ŝe mogę obrócić tą 
forsą. Za miesiąc mogę mieć 100% zysku. A potem, moglibyśmy kupić TIRa z Royalem, 
cztery kursy miesięcznie, razy 40 tysięcy, to jest 160 tysięcy marek. Cichy. Za pół roku na 
czysto mamy, po odliczeniu celników i Czarnego... A właściwie po co nam Czarny? Ty 
załatwiasz odbiorców, ja prowadzę księgowość... - Robert zapalił się. Cichy patrzył na niego 
jakby go pierwszy raz w Ŝyciu widział. Robert dostał na twarzy wypieków. W oczach płonęła 
namiętność, która mogła by wyzwolić niewyobraŜalną energię. - Robert. Ty się do tego nie 
nadajesz - ostudził go. Robert nie rozumiał. PrzecieŜ nie mógł się mylić. Cały rachunek się 
zgadzał. Jeśli ktoś w tym mieście robił prawdziwy interes to na pewno na alkoholu i 
papierosach. - KaŜdy się nadaje - upierał się Robert. Cichy uwaŜnie spojrzał Robertowi w 
oczy. Nie sądził, Ŝe tak łatwo się zarazi. - Ty nie - stanowczo zawyrokował - to jest twój 
pierwszy i ostatni numer. Za tydzień masz swoją forsę, bierzesz ją i znikasz. - Cichy. 
Tworzymy zgrany duet, czy nie? - oponował Robert. Cichy nic nie odpowiedział. Przecząco 
pokiwał głową. Odwrócił się tyłem do baru. Obaj zamilkli. Na małym parkiecie tańczyło 
kilka dziewczyn. Między nimi szalał Biedrona. Do połowy rozebrany, wymachiwał koszulą 
ponad głowami. TuŜ obok Cichy zauwaŜył znajomą twarz. - Zobacz, to ta laska z kawiarni - 
powiedział zaciekawiony. Robert niechętnie spojrzał na parkiet. Między tańczącymi odnalazł 
kelnerkę z kawiarni "Brama". Cichy przedarł się przez tłum, zdjął marynarkę i rzucił ją na 
krzesło. Któryś z małolatów skwapliwie pochwycił ją i zawiesił na jego poręczy. Podszedł do 
tańczących i stanął obok kelnerki. Była piekielnie zgrabna i teraz na parkiecie starała się to 
zademonstrować. Tańczyła inaczej niŜ wszyscy dookoła. Jej ruchy powolne niepasowały do 
muzyki. Zamknięta w sobie, nieobecna, zatopiona w transie zdawała się nikogo nie 
dostrzegać. Muzyka teŜ nie była jej potrzebna. Cichy obszedł ją dookoła. Nie podniosła na 
niego wzroku. Zaczął więc tańczyć przed nią. Jego ruchy z początku zbyt chaotyczne, zaczęły 
naśladować jej taniec. Zaczęli oboje rozmowę za pomocą gestów rąk i współ-brzmiejącego 
rytmu ciał. Zobaczyła go. Z początku nie mogła rozpoznać, ale po chwili uśmiechnęła się do 

background image

swoich myśli. Dotknął jej ręki, ale cofnęła ją. Pół kroku zrobił w jej stronę. Pomiędzy nimi 
pozostała niewielka przestrzeń. Ich piersi prawie się stykały w tańcu. Podniosła głowę i 
ponownie się uśmiechnęła. Robert patrzył na nich nie mogąc oderwać wzroku. Oboje naleŜeli 
do tego samego świata, ale ich świat nie pasował do otoczenia. Był pewien, Ŝe tych dwoje 
powinno było się spotkać w swoim Ŝyciu. Pomyślał o Cleo. MoŜe to przypadek, a moŜe 
przeznaczenie. Umówili się, Ŝe za tydzień jadą razem w góry. Robert potrzebował jeszcze 
kilku dni, Ŝeby wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością. Dopił drinka. Cichy 
podszedł do niego prowadząc za sobą kelnerkę. - Jedziemy do "Imperium", jedziesz z nami? - 
zapytał. - Iwona - przedstawiła się dziewczyna. 
- Nie, zostaję - uśmiechnął się do niej Robert. 
- Jutro o ósmej u Czarnego, tylko nie spóźnij się, bo Czarny tego nie lubi. Robert przytaknął 
głową. Cichy i Iwona wyszli z klubu. O czymkolwiek by nie pomyślał na końcu wyobraźnia 
prowadziła go niezmiennie do jej portretu, do Cleo. Tym razem jednak nie bał się. Wiedział, 
Ŝ

e będzie mógł zabrać ją daleko stąd, od tego miasta, od tych ludzi. MoŜe Cichy ma rację. 

Ten jeden jedyny numer dla Czarnego i na tym koniec. 
 
ROZDZIAŁ 13 
 
Był ranek. Intensywnie niebieskie niebo stanowiło kontrast dla białej fasady domu i 
oświetlonego porannym słońcem czerwonego dachu. I tym razem willa Czarnego budziła 
zachwyt swoją wysmakowaną architekturą. Wysoki dach z oknami na poddaszu stanowił 
proporcjonalne dopełnienie dla piętrowej podstawy o wysokich oknach. Szare BMW 
wjechało boczną bramą i skręciło w alejkę prowadzącą do garaŜu. Cichy wysiadł ze swojego 
Jeepa i dołączył do ochroniarza. Obaj skierowali się śladem BMW. Przy bramie do garaŜu 
stał Kobra. Przepuścił samochód do wnętrza. Cichy wszedł za nim. Ochroniarz został na 
zewnątrz. W bagaŜniku BMW leŜała masywna skrzynia pokryta sztuczną skórą. Krawędzie i 
naroŜniki miała wzmocnione aluminium. Kobra odnalazł z boku skrzyni metalowe ucho i 
szarpnął za nie w górę. Nie spodziewał się jednak, Ŝe będzie taka cięŜka. Jęknął i opuścił. 
Cichy stanął z drugiej strony i teraz obaj ostroŜnie unieśli skrzynię w górę. Po drodze zrobili 
przystanek opierając skrzynię na krawędzi bagaŜnika. Była cięŜka, poniewaŜ wszystkie 
ś

cianki wykonano z ołowiowej pianki. Jedno z piwnicznych pomieszczeń było kotłownią. 

Nowoczesny olejowy piec szumiał podgrzewając wodę dla całego domu, basenu, a zimą 
równieŜ dawał odpowiednią dawkę energii podgrzewając podłogi. Na posadzce stały 
ogrodowe krasnale. Niewysokie, gipsowe figurki przedstawiły postacie z leśnych kniei, takie 
jak krasnal myśliwy z flintą i lornetką, krasnal wędkarz z rybami, krasnal latarnik z małą 
latarnią w ręce. Cichy siedział na taborecie i przygotowywał klej. Z sąsiedniego 
pomieszczenia dobiegł łomot upadających na ziemię skrzynek. W drzwi wszedł Kobra ubrany 
w biały, chroniący przed promieniowaniem radioaktywnym skafander. Prawie nie mógł się 
ruszać. Za duŜe spodnie spadały mu do kolan utrudniając ruchy. Kaptur na głowie miał 
wbudowaną szybę, przez którą Kobra nic nie widział, bo pot zalewał mu oczy. Gumowymi 
rękawicami na rękach rozpaczliwie szukały kontaktu ze ścianą. Cichy był wściekły, Ŝe Kobra 
zostawił go samego z robotą. - W coś ty się, kurwa, przebrał? - powiedział rozdraŜniony. Po 
krótkiej walce z kapturem Kobra odsłonił głowę. Był kompletnie mokry od potu. - Co? 
PrzecieŜ to promieniuje - wskazał na czarną skrzynię. - No, ale nie na tyle, Ŝeby ci 
zaszkodzić, idioto - krzyknął przeraŜony Cichy. Kobra chwycił spodnie w garść i podciągnął 
je w kroku. 
- O jajka trzeba dbać. 
Pochylił się nad skrzynią i uniósł wieko. We wnętrzu spoczywały dwa 
trzydziestocentymetrowe cylindry wykonane z nierdzewnej stali. Pochylił się i ostroŜnie ujął 
pierwszy z nich w dłonie. U dołu i u góry krawędzie wzmocnione były obręczami 

background image

wykonanymi ze stopów brązu. Na powierzchni dekla zainstalowane były cyfrowe liczniki. 
Jeden z nich biegł tak szybko, Ŝe nie sposób było odczytać cyfr. Drugi powoli, znacznie 
wolniej od sekundnika odliczał kolejne wartości. Pozostałe dwa były martwe. Pomiędzy nimi 
ze stałym rytmem pulsowała czerwona dioda. Cichy zdjął odcięty kapelusz z głowy krasnala. 
Pod nim był wydrąŜony otwór, do którego Kobra wsunął cylinder. Pasował idealnie. Wsunął 
się do końca i zniknął, Cichy ujął w dłoń klej i przesmarował krawędź głowy, a potem 
krawędź wokół otworu. Dokleił odciętą głowę. Połączyły się bezbłędnie. OdłoŜył klej i wziął 
do ręki puszkę z czarną farbą w aerozolu. Nacisnął i rozpylona czarna farba pokryła niewielką 
szczelinę w miejscu klejenia gipsu. Nawet uwaŜny obserwator miałby kłopot z jej 
odnalezieniem. Robert i Cichy wynosili krasnale przed dom. Biały mikrobus marki Ford miał 
na boku wypisany czerwoną farbą napis "Krasnale ogrodowe". Kobra siedział w szoferce. 
Sprawdzał, czy zbiornik paliwa był zatankowany do pełna. Samochód był świeŜo po 
przeglądzie. Poza wszystkim miał dopiero dwanaście tysięcy przebiegu, a więc nowy. Kupili 
go specjalnie do tej akcji. Robert wysiadł, trzasnął drzwiami i obszedł busa przed maską. 
Ś

wiatła mijania paliły się po obu stronach równo, co widział na swoich oświetlonych 

kolanach. Zapadał zmierzch. Był piątek. Zatrzasnął drzwi i ruszył do domu. Cichy ładował 
krasnale na tył busa. Robert przyniósł ostatniego z piwnicy i postawił go obok pozostałych. - 
Dokumenty są w schowku - rzucił na odchodne Kobra. - Gdzie? - nie dosłyszał Robert. 
- Sprawdź sam - radził mu Cichy. - Ty jesteś teraz najwaŜniejszy. Robert siedział przed 
Czarnym jak uczeń w czasie egzaminu poprawkowego z nielubianego przedmiotu. Nic nie 
mówił. Coś co dotychczas było abstrakcyjnym pomysłem, stawało się nieuchronną 
rzeczywistością. Pojawił się niczym nie sprowokowany lęk, przeczucie drogi, która kryła w 
sobie ukryty dramat. - Nie musisz nic więcej wiedzieć - głos Czarnego przedarł się do jego 
ś

wiadomości. Spojrzał na Czarnego udając zrozumienie. - Za wszystko odpowiedzialnym jest 

Cichy. Ty masz tylko grzecznie przejechać na swoim czyściutkim paszporcie do Niemiec. I 
nie myśl o tym za duŜo, OK? Robert kiwnął głową co miało oznaczać, Ŝe rozumie. 
Czarny wstał z fotela, przeciągnął się jakby właśnie zakończyli, a nie rozpoczynali wielki 
numer. - Teraz macie sobotę i niedzielę wolną - dodał wychodząc z owalnego saloniku i 
zostawiając Roberta z wyrokiem skazującym. Zapadł zmierzch. Robert stał na balkonie w 
swoim mieszkaniu. W bloku po przeciwnej stronie młody męŜczyzna chodził w poprzek 
pokoju tam i z powrotem. Gdy dochodził do ściany walił w nią głową. Za trzecim razem na 
ś

cianie pojawiła się czerwona plama. Piętro niŜej w bujanym fotelu siedziała dziewczyna. 

Mogła mieć osiemnaście lat. Długie, jasne włosy opadały jej na ramiona. Patrzyła gdzieś 
obok okna, moŜe w telewizor. Kołysała się na fotelu. - Nie wolno panu chodzić. Te upały 
zaprowadzą pana pod nóŜ chirurgiczny - pielęgniarka nie Ŝartowała. Robert usłyszał głos z 
pokoju. - Panie Robercie. Niech pan przemówi ojcu do jego wyobraźni. Ropa nie schodzi. 
Antybiotyki się kończą. To przestaje być zabawne - rozprawiała kobieta. Robert wrócił do 
pokoju. Pielęgniarka zgarnęła pieniądze za zastrzyk i wyszła. Siedzieli w ciszy dobrych kilka 
minut. Ojciec nie wyglądał na zmartwionego. Poprawił spodnie od piŜamy, ściągnął nogawkę 
na kolano ze świeŜym opatrunkiem. 
 
ROZDZIAŁ 14 
 
Stara poniemiecka autostrada biegnąca ze Szczecina do Międzyzdrojów zatkana była 
niekończącym się sznurem samochodów. Połowa miasta jechała nad morze na sobotni 
wypoczynek. Druga połowa, od rana leŜała juŜ na plaŜy. Cleo i Robert jechali małym Suzuki. 
Jechali to duŜo powiedziane. Wlekli się w kolejce. Po drodze minęli zjazd gdzie skręcało się 
w leśną drogę do Czarnego. To było miłe, Ŝe miejsce, które Robert znał wcześniej jako kępa 
drzew teraz było mu bliskie i znajome. Odkąd poznał Cleo nic nie było takie same jak 
wcześniej. Kawiarnia "Brama" stała się wspomnieniem pierwszego wspólnego wypadu do 

background image

miasta, na wałach Chrobrego przejechał na kole dwieście metrów po tym jak go pocałowała. 
Długo nikt tego rekordu nie pobije. Cichy, Kobra, Biedrona byli sprytniejsi. Pojechali do 
Międzyzdrojów motocyklami. Wyjechali godzinę później niŜ Robert i Cleo, a i tak minęli ich 
na krzyŜówce w Międzyzdrojach. Przez miasto pojechali razem, bo ani Robert, ani Cleo nie 
znali drogi. Hotel Amber stoi nad samym morzem na piaszczystej wydmie. Jak na warunki 
polskie moŜna powiedzieć, Ŝe prezentuje wysoki poziom. Parę kilometrów obok zbudowano 
pola golfowe. Dla Cleo był to standard, ale dla Roberta pierwszy w Ŝyciu kontakt z luksusem. 
Zaparkowali pod hotelem na strzeŜonym parkingu. Z motocyklami nie było problemu, ale 
Cleo musiała zgodzić się postawić samochód pod drzwiami kuchennymi koło kotłowni. Jeśli 
ktoś pasjonuje się motoryzacją, to miałby tu pole do popisu ze znajomości marek i typów 
silników. Od Dodga Vipera po skromne Porsche. Brakowało Lamborgini, bo drogi by ją 
wykończyły przy niskim podwoziu. Mercedesy i BMW były powszednością. Całą grupą 
przeszli przez parking i skierowali się na podjazd przed hotel gdzie stała grupa chłopaków w 
ich wieku. Biedrona podszedł do Cichego. - Są chłopcy z Poznania i z Łodzi. - Widziałem - 
odpowiedział Cichy. 
Znał ich bardzo dobrze. Mieli ze sobą stare porachunki. Nie chciał teraz o tym myśleć. Byli 
na wakacjach. Dorota targała dwie torby, swoją i Skorpiona. Ten szedł przodem z rękami w 
kieszeni i narzekał. - Nienawidzę tłoku - zwierzał się Kobrze. - Przepędzić to robactwo za 
kanał. Nie będzie miejsca na skutery. Kobra zlitował się i odebrał jedną torbę od Doroty. 
Robert z Cleo szli na końcu. - Mówiłaś ojcu, Ŝe wyjeŜdŜasz? - zapytał niepewnie Robert. - 
Wiem, co mam robić - Cleo nie lubiła wcześnie wstawać, więc jej poziom uprzejmości sięgał 
dolnej strefy wyczerpania. - A co będzie, jak wszystkie pokoje są zajęte? - Robert zwrócił się 
do Biedrony. - Mamy stałą rezerwację - odparł ten z dumą w głosie. Dostali apartament. Cleo 
natychmiast zniknęła w łazience. Robert wyszedł na taras. Podszedł do barierki. W dole była 
plaŜa. Robert podziwiał niezwykły widok. Tysiące ludzi zagęszczonych na wąskim pasie 
miedzy morzem a wydmami starało się odpoczywać. Polskie i niemieckie stacje radiowe 
brzmiały tu jednocześnie. Krzyki dzieci, wycie motorówek i skuterów wodnych, a pod tym 
wszystkim cichy szum fal. Tu z tarasu piątego piętra nie wyglądało to groźnie. Taras był 
wspólny dla dwóch apartamentów. Cichy był jego sąsiadem. - Nic się nie martw - Cichy 
podszedł do barierki i stanął obok. - Hotel ma własną plaŜę. Spojrzał w dół w prawo pod 
wydmę. śółty parawan ustawiony w prostokąt stanowił zamknięte ogrodzenie wewnątrz 
którego, kilkanaście osób w spokoju zaŜywało słonecznej kąpieli. Całe popołudnie spędzali 
na wodzie. Odpłynęli dalej od brzegu, Ŝeby chwycić silny wiatr. Kobra był dobry na 
windsurfingu, ale nie na tyle, Ŝeby ścigać się ze Skorpionem. Mieli dobry wiatr północno-
zachodni. Nie wysoka, płaska fala dawała gładki ślizg. Tylko skutery były szybsze. Biedrona 
był mistrzem. Potrafił przy pełnej prędkości przeciąć drogę Kobrze przed Ŝaglem i wejść w 
ostry zakręt, Ŝeby wybić go z prędkości. Cichy z Iwoną raz po raz ratowali Roberta, który 
pierwszy raz w Ŝyciu miał na nogach narty wodne. Drugi raz juŜ tankowali paliwo, ale Robert 
nie dawał za wygraną. W końcu odniósł sukces, bo przejechał prawie sto pięćdziesiąt metrów, 
do pierwszej nawrotki. Cleo została w kojcu. Tak nazywali wydzielony pomarańczowym 
parawanem fragment hotelowej plaŜy. LeŜała na plastikowym leŜaku i wpatrywała się w 
morze. Raz po raz Robert przemykał z okrzykiem rozpaczy w ślad za mknącą motorówką. 
Biedrona wykonywał najbardziej skomplikowane ewolucje na skuterze. "MoŜna Ŝyć" - 
pomyślała. Polska jej się podobała. Nie widziała nic poza Szczecinem i tą plaŜą, ale gdyby 
Robert zapytał ją ponownie, czy zostałaby tu jeszcze kilka miesięcy, to chyba by się zgodziła. 
To zabawne, bo tego samego dnia o to samo zapytał ją równieŜ jej ojciec. Bardzo mu 
zaleŜało, Ŝeby została z nim chociaŜ do BoŜego Narodzenia. Gotów był spełnić kaŜde jej 
Ŝ

yczenie. Wcale nie prosiła go o motocykl. Kiedy była w jego sklepie i usiadła na małej 

Virago, powiedział, Ŝe "towar dotknięty uwaŜa się za sprzedany", a wieczorem chłopak ze 
sklepu przyprowadził zarejestrowany juŜ motocykl z pełnym bakiem paliwa i modnym 

background image

kaskiem. Była szczęśliwa i pierwszy raz w Ŝyciu rzuciła się mu na szyję. Stawali się sobie 
bliscy nadrabiając stracone lata. Byłaby równie szczęśliwa, gdyby zamiast motoru ofiarował 
jej cokolwiek. Skoro jednak był to motocykl, to zapytała o drugi kask dla pasaŜera. Zaśmiał 
się "mnie nie namówisz na motocykl. Jeździłem jak miałem dwadzieścia lat, na Jawie ale..." - 
"Myślałam o koledze" - zaśmiała się z nieporozumienia. Ojciec spowaŜniał. Nagle 
przypomniał sobie o waŜnym telefonie. Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. MoŜe 
trochę za głośno. Odwróciła się twarzą do słońca. 
 
Iwona wysiadła z motorówki, pocałowała Cichego i poszła w stronę pomarańczowego 
parawanu. Nie było na plaŜy faceta, Ŝeby się za nią nie obejrzał. Miała to gdzieś. NuŜyły ją 
prostackie zaczepki, które musiała odpierać przez ostatnie dziewięć lat, to znaczy od 
czternastego roku Ŝycia, kiedy to pierwszy raz w Ŝyciu poszła z koleŜanką na dyskotekę w 
krótkiej spódniczce. O facetach miała równie stereotypowe mniemanie jak większość jej 
koleŜanek. Dzielili się na tych, którzy chcieli iść z nią do łóŜka i na tych, którzy dodatkowo 
chcieli za to zapłacić. Gdy pierwszy raz zobaczyła Cichego zaliczyła go do tych drugich. Ale 
gdy podszedł do niej w Royal Pubie zrobił na niej inne wraŜenie. Rozbawił ją niecodzienną 
propozycją. Powiedział: "Nie chcę się z tobą przespać, dopóki sama nie zaproponujesz. To co, 
moŜemy teraz zatańczyć?" - był sympatycznie bezczelny. Oczywiście nie wierzyła, ale Cichy 
nie wracał do tematu łóŜka. Spotykali się od dwóch tygodni, chodzili do kina, do "Imperium". 
Raz sama chciała go zapytać, czy moŜe ma jakieś problemy, ale uprzedził ją; - "W ogóle to 
lubię sex i nic mi nie dolega. Mówię to na wszelki wypadek, gdybyś miała jakieś propozycje". 
I owszem miała, ale dopiero ostatniej nocy je zrealizowali i było cudownie. Gdyby mu 
powiedziała, Ŝe był jej trzecim chłopakiem w Ŝyciu, pewnie by nie uwierzył. Nie musiała 
jednak nic mówić, bo nie pytał. O nic nie pytał. Ona teŜ. Mogli ze sobą przebywać godzinami 
nic nie mówiąc. Była szczęśliwa. Ostatnią noc przegadali do rana siedząc w łóŜku, a o świcie 
zaczęli się kochać. Oboje byli tego spragnieni. Iwona nalała soku do szklanki i siadła pod 
parasolem. Chłopcy dali w końcu za wygraną. Byli zmęczeni. Wracali z wody niosąc Ŝagle od 
surfingu nad głowami. Robert triumfował. Ostatnie dwa zakręty utrzymał się na wodzie. - 
Jeszcze tylko tydzień - śpiewał Kobra siadając na leŜaku - a potem wszystko normalnie: rano 
ś

niadanko, obiadek, godzinka nienawiści. Cichy przetarł ręcznikiem włosy. Iwona podeszła 

do niego ze szklanką soku. - Ja tu zbuduję chatę - Cichy odsłonił jej włosy z twarzy i 
pocałował w usta. Robert stał za leŜakiem Cleo i podjadał jej truskawki. 
- Ja, my jedziemy w góry - spojrzał na Cleo. Miała zmruŜone oczy i nie mogła spojrzeć na 
niego pod słońce. Skorpion nalał sobie szampana z otwartej butelki i wzniósł toast: - No to 
krzyŜ na drogę - ale nie był to Ŝart. On nie miał z nimi jechać. Wiedział, Ŝe jest na wylocie. 
Czarny przestał tolerować jego nałóg narkotykowy. Przynajmniej raz w roku moŜna zobaczyć 
jak niebo w czasie zachodu słońca zapala się wszystkimi kolorami tęczy. Tego wieczoru 
właśnie tak było. Słońce zza horyzontu oświetlało postrzępione chmury od dołu. Ciemne 
sylwetki ludzi spacerowały na tle pomarańczo, zieleni, błękitu. Marynarze mówią, Ŝe zbliŜa 
się sztorm, a wróŜbici, Ŝe nieszczęścia. Iwona i Cleo wybrały się na spacer. Chłopcy zostali w 
hotelu. - Boję się, Ŝe to wszystko się skończy - zwierzała się Iwona. - Obudzę się pewnego 
dnia, a jego juŜ nie będzie. - ZałóŜmy Ŝe go kochasz. I co z tego - pytała Cleo. - A co moŜe 
być? Chcę, Ŝeby się ze mną oŜenił- 
Iwona powiedziała to tonem tak oczywistym, Ŝe aŜ sama się zdziwiła swoją stanowczością. - 
Jak długo się znacie? - spytała zaciekawiona Cleo. 
- Miesiąc. To nie ma znaczenia. Czasami moŜna się znać latami, a małŜeństwo wszystko 
psuje z dnia na dzień. To nic nie znaczy. Myślę, Ŝe go po prostu kocham. - Ile masz lat? - 
Dwadzieścia trzy. Widzisz, wszystkie moje koleŜanki wyszły juŜ za mąŜ. Mają dzieci, 
rodziny. A ja nie mam co ze sobą zrobić. To jest małe miasto. Moja ciotka mówi, Ŝe juŜ 
jestem starą panną. Chłopcy w moim wieku się poŜenili. Nie chcę być sama. Za chwilę nie 

background image

będę miała nawet z kim iść do klubu. A sama to jesteś traktowana jak dziwka. - To wyjedź - 
doradziła Cleo. - Gdzie? Za co? Myślisz, Ŝe gdzie indziej jest inaczej? MoŜe jest, ale jak się 
ma pieniądze. - Co chcesz zrobić? 
- Ciągle o tym myślę. Wszystko było by prostsze, gdybym zaszła w ciąŜę. Wtedy musiałby 
się ze mną oŜenić. Pomyśl, tu się nikt nowy nie pojawi. Albo się zdecyduję teraz, albo za rok 
będzie jeszcze gorzej. Nie myśl tylko, Ŝe jestem wyrachowana. Ja go naprawdę kocham 
powiedziała usprawiedliwiającym tonem. Robert stał na tarasie i patrzył na plaŜę i dogasające 
niebo. W dole zauwaŜył Cleo i Iwonę. Wracały ze spaceru. Pomachał im ręką. - Prymus, 
palisz? - usłyszał za sobą głos. Robert odwrócił się. Cichy, Kobra, Biedrona, Skorpion. 
Wszyscy byli na tarasie. Odpoczywali w ustawionych rzędem plastikowych leŜakach. 
Wieczór był nadzwyczaj ciepły. Robert podszedł do swojego leŜaka i padł na niego. Ledwo 
się ruszał po swoich wyczynach na wodzie. - Wszystko to gówno, aŜ się rzygać chce - 
Skorpion zaciągnął się ponownie z małej buteleczki inhalatora. - Nie mogę spać. Jak pomyślę, 
Ŝ

e jutro będzie kolejny dzień, taki sam jak dziś... Cichy był w innym nastroju. Odebrał od 

Kobry skręta, zaciągnął się, przytrzymał dym w płucach i oddał skręta Robertowi. - OdpręŜ 
się - wypuścił dym. - Dawno nic nie posuwałeś. Popatrz jaki piękny księŜyc. Rzeczywiście 
nad ich głowami wypełzł nad dachem olbrzymi okrągły księŜyc. Cichy zawył udając wilka. 
Kobra dołączył. Biedrona starał się wyć niskim głosem. Jak młode wilki całą czwórką zawyli 
do księŜyca. - Przestań kombinować - poradził Cichy. - Nie było wczoraj i nie ma Ŝadnego 
jutro. Jest tylko dziś. - Nie rozpędzaj się, bo jesteś mi winien za wczoraj dwie paczki - 
zaprotestował Kobra i odebrał Robertowi skręta. - Jesteś nudny - odpowiedział Cichy. 
Zapadła cisza wypełniona graniem świerszczy. - Wiem, Ŝe coś kombinujecie - w końcu 
wydusił z siebie Skorpion -Czego Czarny chce ode mnie? - Skorpion spojrzał na Kobrę. Oczy 
miał przekrwione, nieprzytomne, głos mu chrypiał. Ręce trzęsły się, aŜ wypadła z nich 
butelka z inhalatorem. Uderzyła o posadzkę i rozprysła się po tarasie. - Dlaczego tym razem 
beze mnie? Kobra usiadł na fotelu, zwiesił nogi w powietrzu. Odnalazł pod leŜakiem 
tenisówki. - Robi się zimno - rzucił podnosząc się. Wstał i wyszedł do pokoju Cichego. 
Reszta teŜ zaczęła się zbierać. Skorpion został sam. 
 
Kręgielnia znajdowała się w podziemiach hotelu. Cichy z Iwoną toczyli zawzięty pojedynek 
na punkty. Byli jedynymi graczami. Kobra i Skorpion siedzieli przy barze. Nie rozmawiali. 
Kobra był nieźle wstawiony, a Skorpion odleciał juŜ daleko. Kokaina i alkohol wyciskały z 
niego ostatnie rezerwy. Cleo i Robert tańczyli w pustej sali nieczynnej dyskoteki. Dochodziła 
trzecia nad ranem. Jutro mieli wracać do Szczecina. To był ich ostatni wieczór w 
Międzyzdrojach. Kobra zamówił kolejnego drinka i rozmarzył się patrząc na tańczących 
Roberta i Cleo. - Jak oni ładnie razem wyglądają. Skorpion spojrzał za jego wzrokiem. - Fakt. 
Jak z reklamy prezerwatyw. Robert i Cleo tańczyli przybierając najdziwniejsze pozy. Bawili 
się sobą i tańcem. Byli tylko we dwoje na parkiecie, w tej sali, i na całym świecie. - Nie 
sądzisz, Ŝe powinniśmy pójść do pokoju? - spytała Cleo. - Od wczoraj na to czekam - 
wyszeptał Robert. Nie czekali długo na windę. Wpadli do niej łapiąc oddech. Winda ruszyła 
w górę. Stali przez chwilę patrząc na siebie. Cleo pochyliła się do Roberta. Tym razem, on 
był pierwszy i pocałował ją delikatnie, a potem mocniej przytulił w ramionach. - Jesteś 
podniecony? - spytała Cleo. - Mogę dotknąć? 
- Przestań, bo nie dojadę na siódme piętro. Niespodziewanie winda otworzyła się na 
pierwszym piętrze. Przed drzwiami stało małŜeństwo w średnim wieku. Robert spojrzał na 
nich i ruszył w stronę drzwi pociągając za sobą Cleo. - Burdel robią z tego hotelu, same 
dziwki - usłyszeli za sobą kobiecy głos. Wyszli koło recepcji. Nikogo nie było. - Dokąd 
idziemy? - szepnęła. Robert podszedł do lady. Recepcjonisty nie było widać. Wskoczył na 
marmurowy blat i sięgnął po klucze z wieszaka z napisem "Basen". Cleo zrzuciła z siebie 
rzeczy i naga skoczyła do wody. Basen miał przeszkloną ścianę od wewnętrznego podwórka. 

background image

Panował półmrok. Jedynie księŜyc wdzierał się przez okno i jego odbicie w setkach fal 
biegały po ścianach. Robert z łatwością zrzucił koszulę i spodnie. Zawahał się przy slipach, 
ale w końcu gdy Cleo zanurkowała uporał się i z tym problemem. Woda była za ciepła. A 
moŜe to jemu było tak gorąco. Przepłynął basen i zatrzymał się przy łupkach dla skoczków. 
Cleo była po drugiej stronie oddalona o piętnaście metrów od niego. Łapała oddech. W końcu 
nabrała powietrza i ponownie zniknęła pod wodą. Robert zrobił to samo. Zanurzył się pod 
wodą i odepchnął nogami od ściany, wyciągnął się jak strzała i płynął schodząc bliŜej dna. 
Miękkie zarysy wymalowanych na dnie pasów były wskazówką dokąd ma płynąć. Po chwili 
dostrzegł Cleo. Przypomniał sobie baśnie z dzieciństwa o podwodnych królestwach 
zamieszkałych przez istoty skazane na wieczną rozłąkę. Ogarnęło go uczucie radości. Spotkał 
w Ŝyciu kogoś, kogo mógł zatrzymać we własnym świecie, tu i teraz. Cleo podpłynęła do 
niego na odległość ręki. Przyglądała mu się szeroko otwartymi oczami. Pływała wyśmienicie, 
znacznie lepiej od niego. Opłynęła wokół niego tak blisko, Ŝe jej włosy otarły się o jego 
twarz. Chciał ją pocałować w pierś, ale umknęła i tylko nosem otarł o brzuch. Zawróciła i 
napłynęła na niego z taką siłą, Ŝe poddał się i oboje obrócili się głowami w dół. Poczuł kłucie 
w piersiach i brak powietrza. Oderwał się od niej i ruszył w górę. Na moment uchwyciła go za 
rękę. Pociągnął ją za sobą. Wyskoczył nad powierzchnię wody bez tchu. Łapczywie chwytał 
oddech. poczuł dotyk jej ręki na swoich udach. Chciał się wyrwać, ale nie mógł odpłynąć. 
Wynurzyła się tuŜ przed nim. Dwa oddechy wystarczyły jej dla regeneracji sił. - Myślałem, Ŝe 
nigdy nie wypłyniesz - starał się powstrzymać drŜenie głosu. - Kiedyś muszę oddychać - 
podpłynęła do niego jeszcze bliŜej. W tym miejscu basen nie był głęboki. Stojąc na palcach, 
mógł utrzymać usta nad wodą. Objęła go ramionami. Poczuł jak jej piersi ocierają się o jego 
skórę. Czuł na swoim podbródku gorący oddech. Oplotła ramionami szyję i jednocześnie 
załoŜyła nogi na jego biodrach. Przylgnęła całym ciałem. Cichy trzask odbił się echem w 
basenie. Rozejrzała się dookoła. Nikogo nie spostrzegła, a jednak wyczuła czyjąś obecność. 
Była jednak zbyt podniecona, by słuchać głosu swojej intuicji. Kropla wody skapnęłazjej 
włosów na usta. Robert postanowił spić tę kroplę swoimi wargami. Ich ramiona zacisnęły się 
szczelnie łącząc rozpalone poŜądaniem ciała. Wszedł powoli w świat nieznany, a jednak 
bliski jego zmysłom, które raz rozbudzone tej nocy miały Ŝyć w nim aŜ po ostatnie chwile 
ś

wiadomości. Trzask, który zaniepokoił Cleo nie był jedynie owocem wyobraźni. Spleceni w 

miłosnym uścisku, zapisali się na fotografii wykonanej aparatem z teleobiektywem przez 
stojącego w cieniu fotografa. Nie był zboczeńcem, ani staruszkiem erotomanem. Był 
zawodowcem, zarabiającym na Ŝycie wykonując czasami zadania beznadziejnie trudne. Ale 
suma dwóch tysięcy dolarów tygodniowo jaką mu płacono, w pełni odzwierciedlała jego 
umiejętności. Zamknął aparat w futerale i wyszedł przez drzwi przeciwpoŜarowe. 
 
ROZDZIAŁ 15 
 
Kobra i Robert siedzieli na murku na tarasie w willi Czarnego. Cichy stał z boku pod ścianą. 
Czarny przechadzał się tam i z powrotem. Sprawdzał w myślach, czy o wszystkim pamiętał. - 
Czekam na was po drugiej stronie granicy. Nie waŜcie się gdziekolwiek zatrzymać - ciągnął 
rozkazującym tonem. - Wieziecie towar za pięć milionów dolarów - spojrzał po słuchających, 
sprawdzając, czy jego słowa zrobiły na nich odpowiednie wraŜenie. - PrzejeŜdŜacie granicę 
dokładnie o siódmej czterdzieści pięć. O ósmej jest zmiana. Celnicy są zmęczeni i zrywają się 
do domu. Samochód naleŜy do legalnej firmy. Towar jest kontraktowany. Teraz podszedł do 
Roberta, pochylił się i starał się nadać swoim słowom łagodny ton. - Wszystko co masz zrobić 
to przejechać granicę. Dalej samochód oddajesz Cichemu, Kobra zabiera ciebie z powrotem 
do Polski i po godzinie, jak celnicy się zmienią wracasz do domu. W środę przyjdź po forsę. 
Nigdzie na świecie nie zarobisz tak łatwo jak u mnie. Robert popatrzył przez moment 

background image

Czarnemu prosto w oczy. - Nie wiem, czy nie za łatwo - odparł. - MoŜe przewaliliśmy trochę, 
ale to ostatni taki numer. 
Czarny spojrzał na Kobrę, a potem na Cichego. Odwrócił się i wyszedł z tarasu do pokoju. 
 
Zapadał zmierzch. Rejestracja zawieszona na tylnej burcie Jeepa, miała otoczkę z niebieskiej 
jarzeniówki. Jasno świeciła w nocy, tak, Ŝe nawet w mieście wieczorem moŜna było 
rozpoznać ją między innymi samochodami. Wyjechali z miasta. Cichy jechał pierwszy w 
Jeepie. Kobra siedział obok i nucił piosenkę. Niebo dogasało po zachodzie słońca. Robert 
prowadził białego Forda Transita trzymając się tuŜ za Jeepem. Tak się umówili. Przez miasto 
przejechali bez trudu. Minęli główne ulice trzymając się raczej obrzeŜy. Droga biegła wzdłuŜ 
niewielkiego jeziorka, a dalej dwa kilometry przez las. Po prawej stronie pozostawili starą 
poniemiecką strzelnicę i dalej były juŜ pola. Droga skręcała ostrym łukiem w lewo. Minęli 
tablicę z napisem "SZCZECIN śEGNA". Po dwudziestu minutach droga łączyła się z główną 
trasą co natychmiast dało się zauwaŜyć ilością kiosków, budek, barków. Na dwa kilometry 
przed granicą, prawy pas stał się nieuŜyteczny. TIRy i duŜe cięŜarówki oczekiwały w kolejce 
na odprawę. Minęli kolejkę dla wozów cięŜarowych. Droga rozwidlała się. Skręcili w lewo w 
kierunku przejścia dla wozów osobowych i dostawczych. Robert wyrzucił bieg na luz. 
Samochód toczył się w ślad za hamującym Jeepem. Cichy skręcił w prawo, stając na końcu 
krótkiej kolejki czekających na odprawę. Robert zatrzymał Forda tuŜ za nim. Przekręcił klucz 
w stacyjce i wyłączył radio. W szoferce zapanowała cisza. Czekał. Cichy i Kobra siedzieli w 
Jeepie. - Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie, bo kaŜdy szalet..., sprawdziłeś papiery? 
Wszystko O.K? - pytał Kobra. Cichy nigdy się nie denerwował przed taką robotą. Tak 
naprawdę, nie miał się czego bać. Siedział we własnym wozie, który na pewno nie był 
kradziony. Sprawdzał to przez kumpla w policyjnym komputerze zarówno w Polsce jak i w 
Niemczech. Paszport był jego własny, a nie podrabiany. Prawko co prawda wtórnik, ale 
czyste. Towar wiózł Robert i w razie czego, on będzie numer jeden. Wszystko było w 
porządku, a jednak się bał. Pierwszy raz w Ŝyciu. Kobrze teŜ puszczały nerwy. - Cichy. 
Sprawdzałeś? -jeszcze raz spytał Kobra. - Trzy razy. JuŜ są tłuste od tego oglądania - Cichy 
odpowiedział poirytowany. - Tak tylko pytam. Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie... - 
podśpiewywał dalej Kobra - moŜe pójdę sprawdzić, czy u niego wszystko O.K.? - Siedź na 
dupie i się nie ruszaj - rzucił stanowczo Cichy. - Uspokój się. Miałem dobry sen, nic się nie 
spierdoli. "Siedź na dupie i się nie ruszaj" - mruczał do siebie Kobra. Cichy wysiadł z 
samochodu i trzasnął drzwiami. Podszedł krok w stronę białego Forda z napisem "Krasnale 
ogrodowe". Robert wychylił się przez boczne drzwi i machnął ręką. Wszystko było w 
porządku, ale Cichy nie mógł usiedzieć na miejscu. Ruszył do przodu kolejki. Postanowił 
zerknąć ile samochodów stoi przed nimi. Pierwszy stał biały Volkswagen kombi. BagaŜnik 
miał zapakowany pod sam dach. "Nie postał by długo na ulicy" - pomyślał. Za kierowcą w 
otwartym oknie siedziała pięcioletnia dziewczynka. WłoŜyła palce do buzi i zrobiła zeza. 
Cichy udał przestraszonego. - Jak masz na imię? - spytał. - Jagoda - odpowiedziała. 
Minął Volkswagena i przeszedł obok tablicy z napisem "Granica Państwa". Za uniesionym 
szlabanem stał pootwierany samochód. Rzeczy były wyniesione na drewnianą ławkę. Celnik 
kończył przeglądanie walizek. Dwie dziewczynki stały obok i czekały na ojca, który odbierał 
od celnika dokumenty. Celnik przetarł czoło i spojrzał na zegarek. Cichy zwolnił, chciał juŜ 
zawrócić, ale dostrzegł coś czego na pewno nigdy wcześniej nie widział na tym przejściu: 
wysoki na dwa metry, aluminiowy słup z płaską blachą z boku. Po lewej stronie jezdni na 
drodze dla wjeŜdŜających do Polski dwaj robotnicy ustawiali drugi podobny słup. Ruszył w 
ich stronę. śołnierz ochrony pogranicza przechadzał się wzdłuŜ niskiego ogrodzenia 
biegnącego równolegle do chodnika dla pieszych turystów. Spojrzał obojętnie na Cichego. 
Robotnicy łączyli przewody do kostki. Skręcali końcówki. Dalej nie chciał podchodzić. 
Stanął po środku jezdni. - Co to panowie, myjnię budujecie? - Za duŜa konkurencja, dzieciaki 

background image

za grosze myją - odpowiedział niski i tęgi elektryk w pomarańczowym kombinezonie. - To co 
to jest? - ciągnął zainteresowany. - Pułapka na szczury - tym razem odezwał się drugi, 
młodszy. - Taki pieniądz w błoto wyrzucili. Po co to komu? - To, panie, ma wykrywać 
materiały radioaktywne. No, wie pan, jakby kto bombę na eksport wysyłał - wytłumaczył 
pierwszy robotnik. Cichy spojrzał na wierzchołek słupa. Na jego czubku znajdowała się mała 
czerwona lampa. Raz po raz mrugała sygnalizując, Ŝe system jest aktywny. Cichy odwrócił 
się na pięcie i ruszył spokojnie w powrotną drogę. Biały Volkswagen właśnie ruszył na 
przeciwko niego. Cichy zaczął biec. - A jak pan ma na imię - krzyknęła do niego 
dziewczynka z samochodu. -Cichy. 
 
Kobra juŜ przesiadał się za kierownicę, gdy Cichy dopadł drzwi Wranglera i wskoczył na 
swoje miejsce. Robert aŜ podskoczył na widok Cichego. Natychmiast przekręcił kluczyk w 
stacyjce, wrzucił bieg. Kobra w jednej chwili zbladł. - Co się stało? - Spadamy. 
Jeep skoczył do przodu. Ostro wszedł w zakręt. Biały bus z napisem "Krasnale ogrodowe" 
ruszył równie ostro. Z piskiem opon nawrócili i odjechali z polsko-niemieckiego przejścia w 
Lubieszynie. Celnik i Ŝołnierz ochrony pogranicza spojrzeli w stronę odjeŜdŜających, ale nie 
przywiązali do tego zdarzenia większej uwagi. Byli zmęczeni po całym dniu pracy. Upał 
nadal był dotkliwy. Nie zwrócili teŜ uwagi, Ŝe w ślad za białym busem, ruszył stojący do tej 
pory w cieniu drzew policyjny radiowóz. Odjechali kilkaset metrów główną drogą, a potem 
Cichy skręcił Jeepa w boczną aleję. Jechali lasem. Stare drzewa pochylały cięŜkie konary 
ponad drogą tworząc gęste sklepienie nad ich głowami. Tunel biegł kilka kilometrów wijąc 
się łagodnymi zakrętami. Dojechali do krzyŜówki. W prawo znak wskazywał "Szczecin 12 
kilometrów", w lewo "Lubieszyn 7 kilometrów". Prosto jechało się do małej przygranicznej 
wsi. Cichy zajechał pod stojącą na poboczu latarnię i zatrzymał samochód. Kobra wysiadł 
trzaskając z furią drzwiami. - Wiedziałem, kurwa, wiedziałem, Ŝe się kurwa spierdoli - miotał 
się w prawo i w lewo nie wiedząc gdzie eksplodować. Robert wyskoczył z busa. Stanął obok 
czekając, aŜ dowie się czegoś więcej. Cichy siadł na przednim zderzaku Jeepa. - Co się stało? 
Dlaczego stoimy? - spytał Robert. - Bo gejgery kurwa załoŜyli - wykrzyczał Kobra prawie 
opluwając Roberta w zapamiętaniu. Wyobraźnia w ułamku sekundy podsunęła mu grozę 
sytuacji, jaka mogła wydarzyć się przed chwilą na granicy. Gdyby wjechali na granicę 
gejgery zareagowały by na radioaktywne promieniowanie jego termosów. Alarm na przejściu 
postawiłby pluton Ŝołnierzy pod bronią. Po minucie Ŝeby się podrapać w głowę musiałby 
unieść równocześnie obie ręce, bo kajdanki z reguły mają krótkie łańcuszki. - Wracamy do 
Czarnego. Chowamy towar i przygotowujemy wszystko jeszcze raz - przejął inicjatywę 
Robert. Cichy rozsiadł się wygodnie na samochodzie i nie reagował na jego propozycję. 
Kobra aŜ podskoczył do Roberta. -Gówno. Do środy potrzebuję pieniędzy. Od miesięcy nic 
nie zarobiłem. Spojrzał pytająco na Cichego. Do niego naleŜała ostateczna decyzja. Cichy 
wstał, podszedł do bagaŜnika, wyjął swoją podróŜną torbę. Ruszył w stronę busa. - Kobra 
bierze mój wóz i wjeŜdŜa do Niemiec, a my jedziemy przez zieloną granicę. Podchodząc 
rzucił torbę prosto w ręce Roberta. Kobrze ulŜyło na te słowa. Robert był bezradny. Wiedział, 
Ŝ

e to szaleństwo. Jeszcze przez moment pomyślał, Ŝeby się wycofać. Mógł rzucić torbę na 

ziemie i nawet pieszo wrócić do domu. Ale nie zrobił tego. Nie mógł ich zostawić. PrzecieŜ to 
byli jego kumple. Jedyni jakich miał. Kobra cofnął się, gdy Ford Transit zaczął toczyć się w 
jego stronę. - śarówka ci się przepaliła - krzyknął wskazując palcem na reflektor samochodu. 
Cichy mrugnął do niego na poŜegnanie. Kobra uniósł rękę i zacisnął pięść. Nie odjechali 
dwóch kilometrów, gdy Robert zauwaŜył w bocznym lusterku, Ŝe jedzie za nimi samochód. 
Najpierw światła były dalekie, widoczne tylko na prostej, ale po chwili wyraźnie się 
przybliŜyły. Jadący za nimi samochód trzymał stały dystans dwustu metrów. Cichy jechał 
wolno, moŜe czterdzieści kilometrów na godzinę. Nie był pewien gdzie znajduje się zjazd w 
boczną ścieŜkę prowadzącą do granicy. ZbliŜali się do przystanku PKS. Zawieszona nad 

background image

przystankiem lampa rzucała słabe światło na drogę, minęli przystanek. Robert wpatrywał się 
w boczne lusterko. Jadący za nimi samochód mijał właśnie rozświetlony przystanek. śółte 
ś

wiatło sodowej lampy, wydobyło z mroku jego sylwetkę. Był to policyjny radiowóz. - Kurde 

- poderwał się Robert. Adrenalina wyzwoliła w nim nagły przypływ energii -jedzie chyba za 
nami policja. O dziwo Cichy był niewzruszenie spokojny. Dziwiło to Roberta, ale teŜ 
dodawało spokoju. - Mogą nam skoczyć. Do granicy mamy dziesięć kilometrów. - Ale oni 
jadą za nami chyba od granicy? Cichy spojrzał w lusterko. Policyjny Volkswagen utrzymywał 
stałą odległość dwustu metrów. - Zobaczymy - spokojnie odpowiedział Cichy. Skręcił w 
prawo na pobocze i zaczął hamować. Koła ześlizgnęły się z asfaltu i potoczyły po Ŝwirze. 
Radiowóz nawet na moment nie zwolnił. Jechał nadal swoją prędkością. Oprócz świateł 
mijania pojawiło się mrugające światło kierunkowskazu. Wyprzedzali. Cichy spojrzał przez 
okno. W radiowozie siedziało trzech policjantów. śaden z nich nawet nie spojrzał w stronę 
białego busa z napisem "Krasnale ogrodowe". - Kobra miał dobry sen. Nic się nie bój. Pogodę 
mamy wymarzoną. Przejedziemy przez las i juŜ jesteśmy po niemieckiej stronie. Stamtąd dwa 
kilometry do starej autostrady i po strachu. Cichy uśmiechnął się do Roberta. Ten facet 
wiedział co mówi. Od dawna, Robert miał wraŜenie, Ŝe wszystko, czego Cichy się dotknął 
zamieniało się w sukces. JuŜ w szkole na boisku zawsze wygrywała druŜyna, w której on był. 
Imprezy bez Cichego były smętne. Sam Cichy, niczego specjalnie nie robił w sposób 
doskonały. On po prostu samą obecnością nadawał otaczającemu światu więcej radości i 
sensu. Tym razem jednak Robert nie mógł poddać się dobremu nastrojowi. Miał przeczucie. 
NiewyraŜalny stan lęku. Cichy włączył kierunkowskaz i ruszyli. Samochód rozpędził się do 
czterdziestu na godzinę. Cichy przerzucił bieg na trójkę. Światła reflektorów wydobywały z 
ciemności tunel pochylonych nad jezdnią konarów drzew. Droga biegła prosto, aby na końcu 
zniknąć w nieprzenikalnej dla wzroku czerni. "śycie moŜe być piękne" - Robert poczuł nagły 
przypływ radości. Pewnie adrenalina zamieniła uczucie strachu w przyjemne 
samozadowolenie . Miał cudowną dziewczynę, która zjawiła się w jego Ŝyciu jako 
niezapowiedziana, nieoczekiwana niespodzianka losu. Zdobył nowych przyjaciół, kumpli, z 
którymi mógł doświadczać świata jakiego nie znał. Teraz juŜ, kaŜdy świat wart był poznania. 
Zdał sobie sprawę, Ŝe on, prymus, ze wszystkimi marzeniami i śmiesznościami, był równie 
dobry jak kaŜdy inny facet w jego wieku. Pierwszy raz w Ŝyciu zaczął siebie lubić. Za 
zakrętem pojaśniało. Droga łagodnym łukiem skręcała w prawo. - Dupa - wycedził przez zęby 
Cichy. Za zakrętem pod latarnią stał policyjny radiowóz. Zapalone na dachu niebieskie 
ś

wiatło, przeczesywało okolicę w kolejnych obrotach. Przed samochodem stało dwóch 

policjantów. Jeden z nich trzymał w ręce zapaloną na czerwono latarkę. Dawali znaki, Ŝeby 
zjechali na bok. Cichy wyrzucił bieg na luz. Samochód toczył się wolno w stronę policjantów. 
Gdy podjechali na odległość piętnastu metrów, łagodnie wcisnął hamulec. Samochód stanął 
na poboczu. Po wielu tygodniach suszy, pojawił się pierwszy drobny deszcz. Cienka 
warstewka wody zrosiła przednią szybę. Policjant opuścił latarkę i ruszył w stronę 
samochodu. Był niewysoki, masywnej budowy. Na pewno przekroczył trzydziestkę. Podszedł 
do samochodu od strony kierowcy. Cichy opuścił szybę. - Dobry wieczór. Kontrola drogowa. 
Prawo jazdy, dowód rejestracyjny i dowód osobisty, proszę. Cichy sięgnął do wewnętrznej 
kieszeni kurtki. Robert zamarł w bezruchu. Tępo patrzył przed siebie, ale kątem oka widział 
rękę Cichego, długo grzebiącą w kieszeni kurtki. W końcu odnalazł dokumenty i podał je 
policjantowi. Policjant otworzył dowód Cichego, oświetlił go sobie latarką, podniósł wzrok i 
przyjrzał się kierowcy. Odwrócił się i poszedł z powrotem do radiowozu, zabierając 
dokumenty ze sobą. Z przeciwnej strony drogi, za zakrętem, rozległ się charakterystyczny 
terkot ciągnika. Między liśćmi zamigotały światła. Ciągnik wlókł za sobą małą przyczepkę. - 
Bez paniki - odezwał się Cichy. - Jesteśmy w wolnym kraju, a nie na przejściu granicznym. 
Drugi policjant, który dotychczas stał oparty o bagaŜnik radiowozu obejrzał się za siebie. 
Ciągnik był jeszcze daleko w tyle. Wychodził z zakrętu na prostą. Policjant pochylił się do 

background image

przodu i ruszył w stronę Forda. Szedł wolno. Był niezwykle wysoki, mocno zbudowany, 
szeroki w ramionach. Mundur ledwie dopinał się na jego klatce piersiowej. Szeroki 
podbródek o ostrych krawędziach szczęki nadawał twarzy surową powagę. Oczy głęboko 
wtopione w wystające łuki brwiowe, skanowały otoczenie z zimną obojętnością. Cichy 
obserwował zbliŜającego się policjanta. Wycieraczka na przedniej szybie zgarnęła drobne 
krople wody odsłaniając jego sylwetkę zmierzającą wprost na samochód. Policjant zwolnił, 
spojrzał w dół na tablicę rejestracyjną, po czym ruszył w stronę drzwi kierowcy. Cichy nie 
odwracał się do niego. Jak najdłuŜej starał się lekcewaŜyć jego obecność. - Chyba się 
przepaliła panu Ŝarówka od świateł mijania - usłyszał z boku jego głos. Policjant nie czekał na 
reakcję. Przyjrzał się Cichemu, potem spojrzał przelotnie na Roberta i jeszcze wolniej ruszył 
w powrotną drogę. Jego sylwetka pojawiła się w jasnym konturze świateł nadjeŜdŜającego 
ciągnika. Cichy spojrzał na Roberta. Sięgnął za siedzenie po plastikowy pojemnik. - Nie 
ruszaj się z samochodu - szepnął otwierając drzwi. Było to zbyteczne, bo nikt by go i tak nie 
usłyszał. Ciągnik był coraz bliŜej i jego silnik zagłuszyłby kaŜdą rozmowę. Policjant stanął 
trzy metry od samochodu i obserwował przejeŜdŜający ciągnik. Dwie sylwetki majaczyły w 
słabym świetle kabiny. Starszy męŜczyzna kierował, a młodszy siedział obok. Byli do siebie 
podobni. Zapach gnoju rozpłynął się na drodze. Cała przyczepa pełna była końskiego nawozu. 
Cichy przykucnął koło lampy i zastukał kilka razy w reflektor. Bez skutku. Paliła się tylko 
mała Ŝarówka pozycyjnych świateł. Odstawił plastykowe pudełko na ziemię. Ciągnik minął 
policjanta i zaczął się oddalać. Pozostali sami. Policjant odwrócił się do radiowozu i uniósł 
trzymaną w ręce latarkę. Zapalił ją i zgasił dwa razy. Cichy otworzył pudełko. Wewnątrz w 
półmroku zablokowało szkło zapasowych Ŝarówek. - MoŜe pan zaświecić? - poprosił Cichy. 
Dwaj policjanci siedzieli nieruchomo w samochodzie. Młodszy wertował dowód osobisty. 
Trafił na pierwszą stronę. - We wrześniu skończy dwadzieścia lat - powiedział pod nosem. 
Starszy policjant o okrągłej, napuchniętej twarzy spojrzał w lusterko. ZauwaŜył dwa 
mrugnięcia światła latarki. Bez słowa otworzył drzwi, przełoŜył w ręku kałasznikowa i 
wysiadł z samochodu. Robert siedział bezczynnie w kabinie. Prawie nic nie widział za 
oknem, bo deszcz rozmiękczył kontury. Pochylił się do przełącznika wycieraczek, włączył go. 
Przed maską samochodu stał policjant i przyświecał latarką klęczącemu koło reflektora 
Cichemu. W kabinie robiło się niedowytrzymania ciepło. Robert otworzył drzwi i zostawił je 
nie domknięte. Cichy wyjął z pudełka pierwszą Ŝarówkę, ale odłoŜył ją od razu, bo była od 
ś

wiateł stopu. Sięgnął po drugą. Światło latarki padało okrągłą plamą na leŜące na jezdni 

pudełko. Cichy wyjął Ŝarówkę, chciał spojrzeć na włókna. Policjant to zrozumiał. Światło 
podąŜyło za ruchem ręki z Ŝarówką. Plama na jezdni ześlizgnęła się z pudełka i padła na buty 
policjanta. Cichy zamarł w bezruchu. Pot wystąpił mu na czole. Buty były duŜego rozmiaru, 
moŜe czterdzieści siedem, osiem. Zrobione były z białej, węŜowej skóry z ostro zakończonym 
czubkiem. Nie były to policyjne buty. Robert jeszcze raz spojrzał na leŜące na siedzeniu 
kasety. Wszystkie znał na pamięć. W końcu zrezygnował ze słuchania muzyki. Wyłączył 
radio. Spojrzał przez przednią szybę. Poboczem jezdni szedł w jego stronę policjant. Miał 
posturę niedźwiedzia. W prawej ręce trzymał pistolet maszynowy typu Kałasznikow. Przy 
jego duŜej sylwetce, broń wyglądała jak zabawka. Cichy dostrzegł kałasznikowa w ręce 
drugiego policjanta. Dostrzegł równieŜ, Ŝe latarka w ręce stojącego nad nim policjanta zgasła. 
Zaczął się prostować. Nie mógł zgadnąć, czy to deszcz spływał mu po policzku, czy pot, czy 
jego własne łzy. Jednym pociągnięciem policjant odbezpieczył kałasznikowa. Cichy bardziej 
poczuł, niŜ zobaczył, jak stojący za jego plecami policjant wyjmuje z kabury pistolet. - Jaki 
gorący wieczór - powiedział Cichy prostując się do końca. Gdyby zaczął teraz ściągać kurtkę 
to moŜe jeszcze zdąŜy wybić pistolet łokciem. Jednym kopnięciem sięgnie tamtego w głowę i 
Robert zdąŜy wyskoczyć. - Uciekaaaj!- krzyknął z całych sił. Słyszał własny krzyk powoli 
oddalający się od niego, łagodnie zapadający się w miękki aksamit. Nie wiedzieć czemu, 
przypomniał sobie nagle, ostatni wieczór w Międzyzdrojach, kiedy siedzieli z Iwoną na 

background image

tarasie. Spytała go, czy moŜe mu ufać, czy na prawdę zostanie z nią na zawsze. Bawiła go jej 
powaŜna mina. Przyrzekł, Ŝe na zawsze, a nawet dłuŜej. Tak wtedy to czuł. Potem przeleciał 
obraz gdy miał dwanaście lat i wylądował w szpitalu z połamanymi Ŝebrami po wypadku 
samochodowym. Wpadł pod cięŜarówkę, biegnąc po piłkę. Pamiętał z tego jedną myśl, Ŝe to 
nie moŜe jeszcze być koniec. I jeszcze jeden obraz, rozświetlony pokój, jego łóŜko gdy miał 
dwa latka. Pamiętał je ze zdjęcia. Teraz całkiem wyraźnie je widział Słońce rozświetlało 
pokój. Stał w łóŜku i trzymał się rękoma za klamkę. Drzwi odsunęły się, pociągając go za 
sobą. Nie puścił się klamki. Wisiał na niej. Nogi zawieszone w powietrzu kopały szukając 
podparcia. Palce zaczęły się prostować, drzwi zamykały się. Bardzo ostre światło oślepiło 
jego oczy. Puścił klamkę i jego ciało zaczęło opadać w dół. Nie poczuł jednak uderzenia. 
Podłoga zniknęła, zaczął unosić się coraz głębiej, i głębiej, zniknął pokój, jego łóŜko. 
Wszystko oddalało się od niego, znikało. Zapadł się w mrok. Robert spojrzał na Cichego. - 
Uciekajjjjj - krzyknął widząc przystawiony do jego głowy pistolet. Huk wystrzału rozdarł 
ciszę. Krew i roztrzaskany kulą mózg chlapnęły na przednią szybę Forda Transita. Z gardła 
wydobył się krzyk. Ciało Cichego z roztrzaskaną od kuli głową osunęło się na ziemię. Z 
prawej strony mignął mu podchodzący do drzwi policjant. Robert obiema nogami kopnął 
drzwi z całych sił. Na szczęście były uchylone, czego nie zauwaŜył policjant. I to był jego 
błąd. Nie zdąŜył unieść ręki, Ŝeby osłonić twarz przed uderzeniem. Ostra krawędź trafiła go w 
prawy policzek. Część siły wyładowała się na klatce piersiowej i wydatnym brzuchu. To 
uratowało mu Ŝycie, ale nie uratowało kości policzkowej i łuku brwiowego. Rozcięte aŜ do 
kości, trysnęły krwią. Policjant zachwiał się na moment. Dało to Robertowi dwie sekundy 
przewagi. Wyskoczył z samochodu na pobocze i rzucił się do ucieczki. Policjant miał jednak 
odporność bulte-riera. Otrząsnął rękę z krwi. Niewyraźna sylwetka uciekającego mignęła mu 
w perspektywie jezdni. Zadanie nie było wykonane. Ruszył za zbiegiem. Za zakrętem 
pojawiły się światła nadjeŜdŜającego samochodu. Robert wybiegł im na przeciw. Samochód 
wyjechał zza zakrętu. Robert rozpoznał duŜego fiata. Jechał z sześćdziesiąt na godzinę. To 
była jego ostatnia szansa. Biegł prosto na maskę. Jego przednie reflektory oślepiały tak, Ŝe 
niewiele widział. - Stój, stój - krzyczał. Nagle zdał sobie sprawę, Ŝe jest wystawiony na cel. 
Instynktownie wyczuł na swoich plecach zagroŜenie. Nagłym rzutem jak szczupak targnął się 
w lewą stronę w wysokie trawy porastające pobocze drogi. Policjant wycelował 
Kałasznikowa w ciemną sylwetkę zbiega. Znajdowała się dokładnie, pomiędzy reflektorami 
nadjeŜdŜającego fiata. Nacisnął na spust. Długa seria z pistoletu maszynowego przeleciała 
jednak tuŜ za plecami rzucającego się w trawy Roberta i wbiła się w maskę i przednią szybę 
Fiata. Samochodem rzuciło w prawo i w lewo, potem zjechał na pobocze i nadział się na 
stojący tam betonowy słup. Rozległ się krzyk rannych, a tuŜ po tym potęŜna eksplozja 
wysadziła samochód w powietrze. Chmura ognia uniosła się ponad słupem, przypalając 
konary drzew. Zanim echo powtórzyło wybuch w głębi lasu, samochód zasłoniła czarna 
chmura palącego się tworzywa. Zalany krwią policjant brnął krok po kroku w stronę traw. 
Czuł, Ŝe jego zwierzyna tkwiła tuŜ w zasięgu ręki. Zszedł z asfaltu na piaszczyste pobocze i 
wycelował w trawy. Nacisnął spust. Seria pocisków ścięła kilka ździebeł trawy. Przesunął się 
kilka kroków w prawo. Wszedł w sięgające mu do pasa chwasty. Nasłuchiwał. Ponownie 
nacisnął spust i przeczesał serią po biegnącym wzdłóŜ drogi rowie. Rozpalone wystrzałami 
łuski odlatywały w bok tocząc się po asfalcie. Inne padały tuŜ pod nogi. Rozzłoszczony, 
zamroczony zemstą, nie zdawał sobie sprawy, Ŝe tak blisko był sukcesu. TuŜ pod jego 
nogami, wtulony w wysokie trawy, leŜał Robert. Jedna z łusek spadła mu na policzek 
wywołując syk przypiekanej skóry. Policjant stał przez chwilę w bezruchu. Nie mógł niczego 
zobaczyć w świetle płomieni dogasającego Fiata. Ból z rozoranej szczęki zmusił go do 
odwrotu. 
 
ROZDZIAŁ 16 

background image

 
Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił 
taksówkarzowi i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło słońce. Błękitne niebo, 
obsiane kilkoma kłębiastymi chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. Przeklęte lato. 
Taksówka zawróciła na bocznej alejce i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie miał 
sił ruszyć się z miejsca. Za odjeŜdŜającą taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie 
starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść 
dał krok przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w stronę bramy. Z daleka 
zauwaŜył, Ŝe była niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie przyjechał i jeszcze 
nie zdąŜył jej zamknąć" -pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał widok na 
podjazd i resztę ogrodu. Ku jego zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do 
samochodu były otwarte, a obok stała walizka. Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do 
samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się po okolicy, ale nikogo więcej nie było. 
Ruszył do głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie panowała cisza. W sztucznym 
stawie rzuciła się ryba. Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany trawnik biegł od 
stawu aŜ po dom. Przy rogu budynku, na ziemi leŜał wąŜ ogrodowy. Lała się z niego woda. 
Musiała juŜ długo płynąć, bo dookoła utworzyła się duŜa kałuŜa. TuŜ koło naroŜnika budynku 
leŜała para butów. Były to wojskowe, niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są 
wysokie, bo ich cholewki zasłaniał naroŜnik domu. Z wnętrza willi przez otwarte okno 
dobiegło głośne uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W jadalni panował półmrok. 
Stół zastawiony był dla dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko jedna osoba - 
Czarny. Robert siedział obok niego przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze raz 
uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, 
łapał oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł 
głowę. Otarł policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie poruszał się, bo nie mógł. 
W jego czole widniał mały otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki pozostaje zwykle po 
kuli wystrzelonej z pistoletu o podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i domknął 
powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie 
nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, 
wyła syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi zgromadził się na nabrzeŜu i obserwował 
jakiś wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. Przez szybkę widział jak policyjna 
motorówka podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. To ja - krzyczał do 
słuchawki. Miał szczęście Cleo była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie zadowolenia, 
Ŝ

e słyszy jego głos. - To ja. Robert. 

- Wiem. Muszę z tobą porozmawiać. 
- Właśnie po to dzwonię, bo muszę... 
Robertowi załamał się głos. Stojący na nabrzeŜu dźwig zaczął pracować. Lina zwisająca w 
wodzie napręŜyła się. Płetwonurkowie wchodzili na pokład motorówki. Woda była gładka. Z 
głębi zaczęły wydobywać się pęcherze powietrza. Woda zagotowała się na moment, ale po 
chwili wszystko się uspokoiło. Lina kończyła się hakiem do którego umocowane były dwa 
biegnące w bok pasy. Gdy i one wynurzyły się z wody, na ich końcu tkwił przedni zderzak 
samochodu. - Robert. Jest bardzo niedobrze - usłyszał w słuchawce głos Cleo. Nie 
zareagował. Obserwował wyciągany z wody samochód. Nie był to zwykły samochód. Był to 
czarny Jeep Cichego, którym Kobra miał przejechać do Niemiec. Na końcu Jeepa, do tylnego 
zderzaka przykuty kajdankami wisiał Kobra. Głowę miał owiniętą foliowym workiem, 
koszula zwisała mu do uda. Spodnie opadły do kostek. Półnagi kołysał się w powietrzu. 
Robert nie mógł oderwać wzroku. Serce waliło mu z całych sił. - Na pewno nie gorzej niŜ u 
mnie - usłyszał własny głos, ale nie zdawał sobie sprawy, Ŝe chciał cokolwiek powiedzieć. 
Policjanci odpięli kajdanki i złoŜyli zwłoki na pokładzie motorówki. - Kobra, Kobra - rozległ 
się głos wśród tłoczących się gapiów. Skorpion stał w tłumie. Nie potrafił pohamować łez. 

background image

Był brudny, w poszarpanym ubraniu. Łzy ściekały mu po policzkach. Cleo przyjechała po 
godzinie. Robert czekał na nią w "Bramie". Bał się, Ŝe spotka Iwonę, ale Iwony nie było w 
pracy. Wzięła wolne. Zostawił na stoliku pieniądze za colę i wstał widząc nadjeŜdŜające 
Suzuki. Zatrzymała samochód na chodniku. Nie wysiadała. Robert obszedł samochód i wsiadł 
do środka. Zatrzasnął drzwi. Siedzieli tak w milczeniu ponad minutę. Cleo nawet na niego nie 
spojrzała. Nie wiedział co mógł jej powiedzieć. Miał kompletną pustkę w głowie, wokół 
której szalał huragan niepoukładanych myśli, obrazów, dźwięków. Jego świadomość nie 
przyjmowała do wiadomości, Ŝe wydarzenia ostatnich godzin miały miejsce na prawdę, a ich 
skutki są nieodwracalne. - Jesteś pieprzonym kłamcą. A ja myślałam, Ŝe mogę ci ufać. 
Myślałam, Ŝe jesteś inny. Ale ty jesteś taki jak reszta tych złodziei. Wiesz co? Ty nawet jesteś 
gorszy, poniewaŜ oni nie mieli większych szans, nie byli nikim szczególnym. Ale ty miałeś 
szansę, bo byłeś kimś, a teraz jesteś nikim - zaczęła Cleo. Z pokorą gotów był znosić jej osąd. 
Sam nie byłby bardziej tolerancyjny dla siebie. - Zabili Cichego, Czarnego, Kobrę - tyle 
zdołał odpowiedzieć. Ta wiadomość zmieszała ją na moment. Nagle narosła w niej złość. 
Wybuchła. - Więc mój ojciec poznał się na tobie. Widziałam zdjęcia z tobą i twoją bandą, a 
takŜe nasze z weekendu. Mój ojciec ma całą teczkę. Kazał was śledzić. Czytałam dokumenty 
o Czarnym. NaleŜycie do mafii? Robert nie rozumował logicznie: "zdjęcia, kazał śledzić, 
mafia". Nagle całość ułoŜyła mu się sama. - To skurwysyn - odzyskał przytomność umysłu. 
Nagły przypływ energii i wola zemsty, wezbrały w nim podrywając go do działania. - A więc 
to on, wiedział o wszystkim i nas załatwił - spojrzał na Cleo, ale nie widział teraz 
dziewczyny, którą pokochał i za którą gotów był jechać na koniec świata. - Oczami zemsty 
widział jej ojca. 
 
Dwaj męŜczyźni szli spacerkiem przez las. Klasę męŜczyzny poznaje się po butach. Ci dwaj 
na pewno byli klasowi. Jeden z nich nosił kowbojki z węŜowej skóry. - Ustaliliśmy cenę na 
sześć milionów, jakby co, moŜemy obniŜyć do pięciu i pół - składał relację. - MoŜe być - 
zgodził się drugi. - Jak nie, to mamy Austrijaków - dodał. Panowie kierowali się w stronę 
starych ruin pałacyku z przed drugiej wojny światowej. Ruiny miały grube na metr ściany. 
Ceglany mur przeplatały ciosane kamienie i obłoŜony piaskowcem dawał dobre schronienie. 
Przed laty było to ulubione miejsce spotkań harcerzy, pijaków, prostytutek i narkomanów. 
Przez ostatnie jednak lata straciło na popularności. Zarośnięte głębie Lasku Arkońskiego, z 
rzadka odwiedzali jedynie okoliczni mieszkańcy, wyprowadzając tu swoje psy. Z bocznej 
drogi nadjechał biały Ford Transit z napisem "Krasnale ogrodowe". Samochód zatrzymał się 
przed czymś, co kiedyś mogło być frontalnym wejściem do pałacyku. Kierowca ocięŜale 
wytoczył się z samochodu. Przeszedł na tył, otworzył klapę. Wszystkie ruchy wykonywał 
powoli, jakby z wysiłkiem. Powodem mógł być opatrunek z bandaŜy osłaniający prawy 
policzek i głowę. Dwaj panowie podeszli do busa. Kierowca pochylił się do wnętrza busa i 
wyciągnął z niego, malowanego, gipsowego krasnala z serii gajowych. Z drugiej strony 
nadjechał na polanę srebrny Mercedes. Zatrzymał się trzydzieści metrów od busa. Przez 
chwilę nie gasił silnika. Dwaj panowie zwrócili się w jego stronę. Z Mercedesa wysiadł jeden 
z pasaŜerów, młody męŜczyzna o śniadej cerze i czarnych włosach. Wyglądał na 
Wietnamczyka lub Koreańczyka. Rozejrzał się i przeszedł na tył samochodu. Drugi, o 
kręconych jasnych włosach w nienagannie skrojonym garniturze, wysiadł z drugiej strony 
przez tylne drzwi. Ruszył w stronę dwóch męŜczyzn. Podszedł, przywitał się i dał znać ręką 
w stronę Mercedesa. Dopiero teraz zza kierownicy wysiadł kierowca. Niezwykle wysoki, 
barczysty blondyn z zaawansowaną łysiną. JuŜ z daleka rozłoŜył ręce w geście powitania. 
Podszedł do dwóch męŜczyzn i serdecznie przywitał się najpierw z młodszym w kowbojskich 
butach a potem z drugim starszym panem, o siwych włosach i uśmiechu bazyliszka. Tym 
drugim, był prokurator wojewódzki, przyjaciel Chmielewskiego, Bogdan Wielewski. Mimo 
bandaŜu na twarzy, kierowca busa poradził sobie z krasnalami. Ustawił wszystkie na 

background image

betonowym murku rzędem - dwanaście sztuk. Podniósł z ziemi spalinową piłę do cięcia 
drzewa, odpalił ją. Przyga-zował. Silnik wszedł na wysokie obroty. Wszyscy trzej panowie 
obejrzeli się w tę stronę. Kierowca podszedł do pierwszego z brzegu krasnala i ścioł mu 
głowę na wysokości oczu. Odcięta głowa spadła na ziemię i potoczyła się w las. Pochylił się i 
spojrzał do wnętrza. Ponownie uniósł piłę i tym razem szedł z nią tnąc gipsowe krasnale 
równo na tej samej wysokości. Kolejne głowy spadały tocząc się w trawę, lub pękając na 
miejscu. Biały pył, od gipsu, wznosił się gęstymi tumanami. Na końcu wyłączył piłę i odłoŜył 
ją na trawę. Jego kolega, towarzyszący prokuratorowi, podszedł do krasnali. Zaczął iść 
wzdłuŜ szeregu zaglądając do wnętrza. Zatrzymał się. Podwinął rękawy i zanurzył dłoń do 
wnętrza. Po chwili wydobył z niego metalowy cylinder z mosięŜnymi pierścieniami. 
Przekazał go w ręce przystojniaka z kręconymi blond włosami. Odnalazł drugi cylinder i 
równieŜ oddał go zgodnie z zasadą handlową towar za pieniądz. Przystojniak zaniósł drugi 
cylinder do bagaŜnika i wyjął z niego walizkę. Transakcja dobiegała końca. Wszystko szło 
zgodnie z planem. Przystojniak rzucił okiem na faceta w kowbojskich butach, jak ten kładł 
walizkę na masce samochodu i zabierał się do jej otwierania. Nie musiał tego oglądać. 
Wiedział, co jest w jej wnętrzu. Sam zapakował do środka pięć milionów dolarów w 
banknotach studolarowych. Ruszył więc w las w ustronne miejsce. Oddawanie moczu nawet 
dla zawodowego mordercy moŜe być przyjemnością, zwłaszcza jeśli zamiast cuchnącej 
toalety otacza go pachnący las. Nic więc dziwnego, Ŝe blondyn o kręconych włosach i 
wyhodowanej czarnej, pewnie farbowanej bródce, odpręŜył się w czasie tej fizjologicznej 
czynności. Niespodziewanie poczuł wbitą w plecy lufę pistoletu. - Policja. Ręce do góry - 
usłyszał za sobą. Nie starał się nawet zapiąć rozporka. Uniósł ręce na wysokość ramion, zrobił 
błyskawiczny obrót w prawo, zszedł z linii strzału, a łokciem uderzył napastnika w gardło 
miaŜdŜąc tchawicę. Policjant stracił równowagę i padł na plecy. Blondyn uchwycił w locie 
Kałasznikowa i dla pewności z całych sił wbił kolbę jeszcze raz pod brodę. Usłyszał 
pęknięcie kręgosłupa. Przywarł do ziemi i rozejrzał się po okolicy. Nikogo więcej nie 
zauwaŜył, ale pewien był, Ŝe nie jest sam. Policjant miał na twarzy kominiarkę, a na piersiach 
kuloodporną kamizelkę. Blondyn odszukał zapasowy magazynek do Kałasznikowa ukryty 
pod kamizelką. Z prawej strony za krzakami mignęły mu sylwetki nacierających policjantów. 
Rzucił się do biegu w stronę białego busa. - Uwaga!!! Pułapka!!! - krzyczał z całych sił. Biegł 
wprost na krasnale. Pierwszy zauwaŜył go stojący koło szarego Mercedesa. Wyrwał ukryty 
pod marynarką pistolet i odskoczył pod mur. Lolo, męŜczyzna w kowbojkach, stał przy 
otwartej walizce. Wypełniona była studolarowymi banknotami, zapiętymi w banderolki 
niemieckiego banku. Usłyszał krzyk w momencie gdy chciał juŜ zamykać walizkę. ZdąŜył 
przymknąć wieko i chwycił walizkę pod pachę, biegnąc do ruin. Prokurator i łysiejący dryblas 
aŜ przysiedli słysząc okrzyki i pierwsze strzały. Kierowca busa z bandaŜem na twarzy 
zachował zimną krew. Wyjął pistolet, podbiegł do załomu muru i spokojnie wycelował w 
stronę krzaków. Nikogo jeszcze nie widział, więc czekał na pierwszego napastnika. 
Prokurator i łysy blondyn przebiegli pod jego osłoną w załomy ruin. Przystojniak z 
kręconymi włosami biegł w kierunku krasnali. Słyszał za sobą ścigających go policjantów z 
oddziałów specjalnych. Dobiegł do krasnali. Stały na betonowym murku. Rzucił się 
szczupakiem do przodu, przeleciał ponad nimi i lądując na ziemi wykonał przewrotkę przez 
ręce. Z jednego ruchu podniósł się do pół przysiadu i nie celując pociągnął serię z 
Kałasznikowa w kierunku biegnących na niego komandosów. Seria pocisków trafiła ich po 
nogach. Padli podcięci na plecy. Jeden z nich usiłował sięgnąć po broń, którą upuścił przy 
upadku, ale nie zdąŜył. Blondyn uniósł się ponad krasnalami i pociągnął drugą serię. Tym 
razem celował. Jęki rannych urwały się. Z lasu nadleciały serie z maszynowej broni. 
Rozerwały gipsowe krasnale na strzępy. Blondyn padł na ziemię. Zaczął się czołgać w stronę 
białego busa. Kolejna seria pocisków wbiła się tuŜ koło jego głowy. Przetoczył się pod koła 
samochodu. Koreańczyk, ostrzeliwywał się zza ceglanego muru. Ogień nacierających był 

background image

jednak tak silny, Ŝe zmusił go do cofnięcia się. Właśnie skończyła mu się amunicja. Zaczął 
ładować swojego ośmiostrzałowego Colta, gdy zza rogu wyskoczył nacierający policjant. 
Nerwy mu jednak puściły, bo za wcześnie nacisnął cyngiel i cała seria poszła w mur. 
Zdezorientowany policjant odrzucił Kałasznikowa i wyrwał z kabury pistolet. Było jednak za 
późno. Koreańczyk wybił się w górę na półtora metra, kopnięciem w nadgarstek wytrącił 
pistolet i z pełnego natarcia, wbił cios w szczękę policjanta tak, Ŝe nogi wyleciały mu w górę i 
spadł na plecy łamiąc sobie kark. Kierowca busa z białym bandaŜem na głowie był idealnym 
celem na tle zieleni drzew. Strzelił dwa razy ze swojego rewolweru. Obydwa były celne. 
Trafił w nogi nacierających policjantów z oddziałów specjalnych. Jednak od strony zarośli 
nadleciały dwie serie pocisków i poszarpały cementowy mur, za którym w ostatniej chwili 
schował głowę, cofnął się i pobiegł schodami na szczyt ruin. Przyklęknął w płytkiej niecce, 
osłonięty zaroślami i przeładował amunicję. Łysiejący blondyn ledwie nadąŜał biegnąc za 
prokuratorem. Obaj na odgłos pierwszych strzałów skoczyli w stronę ruin. Biegli teraz 
wąskim korytarzem, odsłoniętym z prawej strony otworami po nieistniejących oknach. 
Korytarz niespodziewanie się kończył. Skręcili w prawo w stronę jednego z okien za którym 
kończyły się ruiny i zaczynały gęste krzaki otwierające drogę dla bezpiecznej ucieczki. - Stać! 
Ręce do góry. Prawie jednocześnie stanęli w miejscu jak wryci. Wprost przed nimi wyrósł jak 
z pod ziemi policjant z oddziałów specjalnych. Mierzył z Kałasznikowa na przemian w 
prokuratora i łysiejącego blondyna Obaj posłusznie unieśli ręce wysoko nad głowami. Dla 
niego, widok dwóch panów w średnim wieku, był nie mniejszym zaskoczeniem. Zawahał się, 
czy przypadkowo w miejscu akcji nie znaleźli się niewinni ludzie. Ci dwaj nie mieli wyglądu 
bandytów. Starszy bardziej przypominał akademickiego profesora, a młodszy dobrodusznego 
sklepikarza. 
 
Rana pod opatrunkiem na twarzy piekła nie do wytrzymania. Silna dawka narkotyków 
pomagała trochę złagodzić ból. ZałoŜony pospiesznie opatrunek na twarzy chronił przed 
infekcją, ale w obecnej chwili przeszkadzał, bo po pierwsze zasłaniał widoczność dla 
prawego oka, a po drugie był przeraźliwie biały. Zapadał zmierzch i nawet z pięciu metrów 
moŜna było przejść obok ukrytego w krzakach człowieka. Ale nie z białym bandaŜem na 
twarzy. MęŜczyzna zdarł opatrunek z głowy. Odrzucił go w krzaki. PrzełoŜył pistolet do 
drugiej ręki i sięgnął po okład, który wraz z krwią przykleił się do policzka. Szarpnął i 
oderwał go jednym pociągnięciem. Nie poczuł bólu, narkotyk ciągle działał. Zemdlałby 
jednak na pewno, gdyby zobaczył teraz swoją twarz w lustrze. Od szczęki do skroni biegła 
szrama, która natychmiast powinna być zeszyta. Przysiągł sobie Ŝe odnajdzie chłopaka, który 
załatwił go tak ostatniej nocy. Na moment zamarł w bezruchu nasłuchując. Był bezpiecznie 
ukryty na szczycie ruin. Z dołu dobiegł go głos, który śni się kaŜdemu kryminaliście, chociaŜ 
raz tygodniowo. - Stać! Policja. Ręce do góry. Głos dobiegał z dołu zza krawędzi ruin i nie 
był skierowany do niego. Właściwie mógł się nie bać tej wyświechtanej formułki, bo od lat 
był z nią oswojony. Tyle, Ŝe to on ją zawsze wypowiadał, bo jako policjant miał do tego 
prawo. Wstał z miejsca i zgarbiony podbiegł do krawędzi ruin. W dole zobaczył stojącego 
policjanta z oddziałów specjalnych, który mierzył z Kałasznikowa do kogoś stojącego w 
podcieniach korytarza bez okien. Uniósł pistolet, wycelował w głowę osłoniętą czarną 
kominiarką i oddał trzy strzały. Tylko jeden był niecelny. Policjant wygiął się w tył. 
Kałasznikow odleciał w bok na kilka metrów. MęŜczyzna opuścił pistolet. Oszczędzał 
amunicję. Patrzył z dziwną satysfakcją, jak jego ofiara wiła się z bólu, kopiąc nogami ziemię i 
zamiatając szeroko rozwartymi dłońmi powietrze. KaŜda przyjemność ma swoją cenę. Od 
strony gęstych krzaków nadleciała długa seria pocisków z Kałasznikowa. Przynajmniej 
połowa przeleciała obok męŜczyzny tnąc gałęzie i obrywając liście z krzaków. Ale druga 
połowa utkwiła w podbrzuszu i płucach, odbierając jego ciału równowagę. MęŜczyzna 
zachwiał się i runął głową w dół, spadając pięć metrów wzdłuŜ ceglanego muru, uderzył 

background image

głową w ziemię, zabierając do wieczności wszelkie urazy wobec pozostających przy Ŝyciu 
ludzi i zwierząt. Prokurator cofnął się pod ścianę. Nie mógł patrzeć na wijącego się w agonii 
policjanta. Jego przeraźliwy krzyk wdzierał się w ostatnie zakamarki świadomości. Co innego 
było uganiać się za mordercą, a czym innym było przyglądanie się ofiarom. Osunął się pod 
ś

cianą kompletnie obezwładniony. Łysiejący blondyn wyjął z pod marynarki pistolet i 

odbezpieczył go. Prokurator czuł jak po jego plecach, leje się struga zimnego potu. Był 
pewien, Ŝe kule w pistolecie za sekundę wzbogacą jego wnętrze o kilkanaście gram ołowiu. 
Blondyn zachował się jednak irracjonalnie. Minął Prokuratora i ruszył w przeciwną stronę, 
strzelając do ciemnych sylwetek ukrytych w zaroślach policjantów. Tylko niezwykły zbieg 
okoliczności, zapadający zmierzch oraz nadzwyczajne szczęście pozwoliły mu oddać sześć 
niecelnych strzałów, zanim dwie serie pocisków przygwoździły go śmiertelnie do ściany. 
Kowbojskie buty z węŜowej skórki nie są najlepszym obuwiem do biegania. Lolo klął w 
duchu swoje upodobanie do amerykańskiej mody. Był jednym z bliskich współpracowników 
prokuratora i jednym z najlepszych strzelców wyborowych. Krótką bronią potrafił z 
pięćdziesięciu metrów trafić królika w biegu. Oprócz wybornego "cela" posiadał równieŜ 
wysoki iloraz inteligencji, oraz wrodzony spryt. Gdy usłyszał pierwsze strzały, chwycił 
walizkę z pięcioma milionami dolarów i skoczył z nią w stronę ruin. Nawet nie wyciągnął 
swojego rewolweru. W jednej chwili ocenił sytuację. Policja musiała otoczyć cały teren. 
Natarcie szło z dwóch stron, zmuszając ich do ucieczki na południową część ruin. Jeśli dobrze 
się domyślał, to po tamtej stronie powinni znajdować się snajperzy. Nie długo czekał na 
potwierdzenie. Blondyn z czarną bródką i kręconymi włosami, ostrzeliwał się ukryty za 
krasnalami. Gdy jednak od strony zarośli ogień z pistoletów maszynowych zmiótł krasnale, 
zamieniając je w gipsowy pył, podjął decyzję o odwrocie. Odczołgał się przywarty do ziemi 
w stronę busa i gdy dotarł do tylnych kół poderwał się na równe nogi. Osłonięty samochodem 
ruszył w stronę szoferki słusznie rozumując, Ŝe samochodem szybciej wyjedzie z tego piekła. 
Nie zdąŜył nawet otworzyć drzwi. Snajper jednym strzałem powalił go na ziemię. Blondyn 
naleŜał do ludzi, po których płaczą jedynie wierzyciele. Widząc to, Lolo chwycił walizkę pod 
pachę i ruszył biegiem pod osłoną korytarza w stronę południową. Przebiegł korytarzem 
piętnaście metrów i skręcił w lewo. Odnalazł prokuratora siedzącego pod ścianą. Dobiegł do 
niego, postawił walizkę z pieniędzmi i przyklęknął oczekując cudu, który pozwoliłby im 
wyjść z tego bałaganu choćby z Ŝyciem. - To są chłopcy z naszej komendy - zameldował 
Lolo. Prokurator wychylił się za załom muru. W głębi na placu koło srebrnego Mercedesa 
toczyła się walka wręcz. Skośnooki Koreańczyk celnym ciosem powalił policjanta z 
oddziałów specjalnych. Dla pewności, gdy ten juŜ leŜał dobił go ciosem w krtań. - Zdejmij go 
- rozkazał prokurator. Lolo pozostawił walizkę i odbiegł kilka kroków. Stanął w otworze po 
oknie i zamachał ręką do Koreańczyka. Kuląc się Koreańczyk rzucił się biegiem w stronę 
swego wybawienia. Lolo sięgnął po rewolwer. Koreańczyk zwinnie przebiegł przez plac 
omijając świszczące mu nad głową kule i wskoczył przez otwór na korytarz. Z dwóch metrów 
Lolo oddał trzy strzały. Być moŜe dla Koreańczyka były one wybawieniem. Prokurator 
podniósł się z ziemi i podbiegł do nieŜyjącego juŜ łysiejącego blondyna o wyglądzie 
sklepikarza. Obok niego na ziemi leŜał pistolet. Prokurator podniósł go. Strzały w lesie 
ucichły. Lolo podbiegł do prokuratora. Siedział tak jak przed chwilą oparty o mur. - Dawaj 
kajdanki - rozkazał prokurator. - Wyjdziemy z tego. No szybciej. Zapamiętaj: obaj zostaliśmy 
zaatakowani w czasie wykonywania śledztwa. Lolo kiwnął głową ze zrozumieniem. 
Przyklęknął przed siedzącym prokuratorem i załoŜył na oba przeguby kajdanki. Musiał sobie 
poradzić sam, bo Prokurator w prawej ręce trzymał pistolet. Prokurator spojrzał w bok. 
Łysiejący blondyn siedział oparty pod ścianą. Oczy martwo utkwione w posadzkę zaczęły 
matowieć. - Rusza się? - spytał prokurator z nutą obsesji w głosie. Lolo spojrzał na leŜące pod 
ś

cianą zwłoki. Huk wystrzału rozbiegł się echem w ruinach Goeringa. Kula wystrzelona z 

background image

odległości dziesięciu centymetrów przebiła czaszkę na wylot. Lolo odleciał bezwładnie i padł 
zgięty na posadzkę. Nie wyglądał teraz na metr dziewięćdziesiąt wzrostu. 
 
ROZDZIAŁ 17 
 
Ulewa rozpoczęła się o zmroku. Czarne chmury nadciągnęły z północnego zachodu. Silny 
wiatr poderwał z ulic tumany kurzu. Ludzie w pośpiechu przebiegali przez jezdnie. Miasto 
wyludniało się. Nawet taksówki zjeŜdŜały do domów. Nadciągała nawałnica. Raz po raz 
błyskawica rozświetlała horyzont. O dziwo, nie towarzyszył temu tak charakterystyczny 
grzmot. Po pół godzinie wiatr uspokoił się. Na pustych ulicach panowała niczym nie zmącona 
cisza. Spóźniony tramwaj zamknął drzwi i odjechał z przystanku. Spadły pierwsze krople 
deszczu, duŜe i cięŜkie. Po pięciu minutach nastąpiło oberwanie chmury. Błyskawice, 
grzmoty i huk spadającej wody, przeraziły nawet osobistego ochroniarza Chmielewskiego. 
Stał w panoramicznym oknie stacji benzynowej i z poboŜnym szacunkiem przyglądał się 
Ŝ

ywiołom. Chmielewski jak co miesiąc osobiście przeglądał raporty księgowego. Miał 

podwójną robotę, bo pierwszy raport był dla urzędu skarbowego i musiał się zgadzać co do 
joty. Drugi był prawdziwym obrazem miesięcznych obrotów jego sieci stacji benzynowych. 
Ten raport sprawdzał jeszcze staranniej. Nie pozwalał się okradać. Liczył się teraz kaŜdy 
grosz. Miał przed sobą największą inwestycję swojego Ŝycia - autostradę północ-południe. Od 
trzech godzin siedzieli więc z księgowym i administratorem sprawdzając pozycję za pozycją. 
Na stacji nie było klientów. Lało niemiłosiernie. Pracownicy obsługi zmyli się do barku na 
kawę. Cleo zaparkowała białe Suzuki za stojącą na parkingu furgonetką. Była to zbyteczna 
ostroŜność. W taką ulewę mogła podjechać pod samo okno, gdzie stał teraz ochroniarz i teŜ 
byłaby niewidoczna. Deszcz z wściekłością bił o brezentowy dach. Wyłączyła silnik. 
Siedziała teraz z Robertem nic nie mówiąc. Sama nie wiedziała dlaczego zgodziła się tu 
przyjechać. Być moŜe, ciągle miała nadzieję, Ŝe Robert nie ma z tym wszystkim nic 
wspólnego, Ŝe tylko przypadkowo dał się wplątać. Wierzyła, Ŝe jest nadal tym 
spontanicznym, trochę nieśmiałym, ale pełnym wdzięku chłopakiem jakiego zapamiętała z 
ich pierwszego pocałunku nad morzem. Z całego serca chciała w to wierzyć. - Wiesz gdzie on 
trzyma tę teczkę? - szorstki głos Roberta wyrwał ją z zamyślenia. Kiwnęła potakująco głową. 
- To idź - rozkazał. 
Nie miała odwagi spojrzeć na niego. Nie mogła złapać powietrza. Nie mogła się ruszyć. - 
Aleja nie mogę - ledwie zdołała wyszeptać. 
Robert był niewzruszony. Krew nabiegła mu do twarzy. Dłonie zacisnęły się w pięści wbrew 
jego woli. W uszach zaczęło mu dzwonić od podwyŜszonego ciśnienia. Nic nie mogło 
powstrzymać go od zemsty. Najpierw jednak chciał mieć dowody w swoich rękach. - Wiesz 
co się stanie? - starał się panować nad drŜeniem głosu - Wiesz, co ja zrobiłem? Cleo zaczęła 
drŜeć na całym ciele. Odpędzała od siebie kolejne pytania i wszelkie moŜliwe odpowiedzi. 
Pragnęła się obudzić, za wszelką cenę. Potrząsała głową, ale koszmar trwał dalej. Robert 
spojrzał na nią. Miała wzrok tępo utkwiony w zaparowaną przednią szybę. - Więc idź!!! - 
krzyknął. 
Spojrzała na niego. -Miał zimne spojrzenie, twarz zastygłą w nerwowym skurczu. To nie był 
ten Robert jakiego znała. Patrzyli na siebie przez długą chwilę. Oboje nie mogli się nawzajem 
rozpoznać. Cleo szarpnęła za klamkę i wysiadła z samochodu. Zdjęła z oparcia płaszcz 
przeciwdeszczowy i zarzuciła go na siebie. Ogromny kaptur chronił jej włosy i twarz przed 
deszczem. Pobiegła skulona w stronę stojącego pod wejściem do stacji Mercedesa. Rano 
jechała tym samochodem z ojcem do miasta. Po drodze powiedział jej, Ŝeby więcej nie 
spotykała się z Robertem. Chciała go wyśmiać: "PrzecieŜ to twój faworyt, stypendysta". 
DraŜniła się z nim. Ojciec był przygotowany na taką reakcję. Z białej, tekturowej teczki wyjął 
kilka fotografii. Rozpoznała na nich Roberta, Cichego, Skorpiona, Biedronę. Krew, broń, 

background image

pieniądze. Zdjęcia przypominały jej fotosy z gangsterskiego filmu B-klasy, a nie jej kolegów. 
Kazała zatrzymać samochód. Wysiadła zanim Chmielewski zdąŜył wyhamować. Prawie całą 
powrotną drogę biegła przez las płacząc. Mercedes stał jak zwykle zaparkowany pod 
wejściem. Przez strugi deszczu widziała kilku męŜczyzn siedzących w barku stacji 
benzynowej. W śród nich rozpoznała jasny garnitur ojca. Przykucnęła obok drzwi od strony 
kierowcy. Spojrzała za siebie. Dwadzieścia metrów w tyle stała furgonetka, a z za niej 
wystawał przedni reflektor jej Suzuki. We wnętrzu siedział Robert. Miała w Ŝyciu zasadę, Ŝe 
jeśli się coś zaczyna, to naleŜy to doprowadzić do końca, najlepiej jak się potrafi. 
Zdecydowała, Ŝe wykradnie teczkę ze zdjęciami i oddają Robertowi. Tyle mogła zrobić dla 
niego na poŜegnanie. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła komplet zapasowych kluczy do 
Mercedesa. Nacisnęła przycisk. Blokada drzwi posłusznie odpuściła. W klamce zamigała 
zielona dioda. Szarpnęła za nią. Drzwi posłusznie otwarły się. Wślizgnęła się do środka. 
Chmielewski był zmęczony po czterech godzinach papierkowej roboty. Wstał od stolika. 
Schował długopis do wewnętrznej kieszeni marynarki. Księgowy dostrzegł wiszącą pod 
marynarką kaburę z pistoletem. - O, szefie. StrzeŜonego Pan Bóg strzeŜe - przymilał się 
księgowy. - Jutro rano jestem na policji, będę tutaj po południu - powiedział Chmielewski. 
Zamknął neseser i ruszył w kierunku wyjścia. Ochroniarz Chmielewskiego podszedł do okna i 
spojrzał przez szybę na parking. - Burza juŜ przechodzi, szefie. Cleo skurczyła się na 
siedzeniu na widok ochroniarza. Odczekała, aŜ ten odwróci się i odejdzie od okna. Zapaliła 
małą latarkę i zaświeciła na tylne siedzenie. Nie było tam białej tekturowej teczki. Poświeciła 
na podłogę. Była pusta. Odwróciła się w stronę schowka na mapy. Otworzyła go. Pod 
styropianowym pudełkiem z winogronami leŜała tekturowa teczka. Robert przekręcił kluczyk 
w stacyjce, włączył wycieraczkę. Na moment wyraźnie zobaczył sylwetkę ciemnego 
Mercedesa. Deszcz zaczął słabnąć. Sięgnął ręką za pasek. Wydobył rewolwer. Był to srebrny 
colt, ulubiona zabawka Czarnego. Odblokował bęben i sprawdził naboje. Było ich osiem. 
Chmielewski szedł w stronę drzwi. Po drodze dołączył do niego ochroniarz. Przy wyjściu 
Chmielewski jednak zwolnił. Zawrócił i podszedł do bufetu. - Daj pan telefon - zwrócił się do 
barmana. 
Wystukał numer telefonu do domu i czekał na połączenie. 
Cleo wsunęła teczkę pod płaszcz. Nagle kątem oka zauwaŜyła, Ŝe czerwona dioda autoalarmu 
firmy "Boxer", zamiast palić się ciągłym światłem zaczęła pulsować. Popełniła błąd. Ojciec 
kazał zainstalować firmie dodatkowe zabezpieczenie w samochodzie, o czym zupełnie 
zapomniała. Po wejściu do samochodu i zamknięciu drzwi, naleŜało ponownie nacisnąć pilota 
autoalarmu. Nie zrobiła tego. Autoalarmn właśnie się uzbrajał. Gdy to nastąpi najmniejszy 
ruch w kabinie spowoduje blokadę drzwi i wycie syreny. Spojrzała w stronę baru. 
Chmielewski stał przy bufecie. - Jak to wyszła z domu? Kiedy? - zdziwiony zapytał do 
słuchawki. PotęŜna błyskawica rozdarła niebo, tak, Ŝe wszyscy męŜczyźni w barze 
jednocześnie spojrzeli w okno. Huk uderzającego pioruna rozdarł powietrze. Szklanki na 
ladzie zatrzęsły się dzwoniąc o siebie. Połączenie w słuchawce zostało przerwane. Od strony 
parkingu rozległo się wycie autoalarmu. Tylko jeden samochód w Szczecinie miał taki alarm. 
Był nim Mercedes Chmielewskiego. Ochroniarz rzucił się pierwszy do drzwi, ale 
Chmielewski był szybszy. Wyszarpnął rewolwer z wiszącej pod marynarką kabury i pierwszy 
przedarł się przez wahadłowe drzwi prowadzące z baru na dziedziniec stacji benzynowej. Od 
Mercedesa oderwała się skulona sylwetka ubrana w ciemny przeciwdeszczowy płaszcz. 
Chmielewski nie myślał. Furia, wściekłość kazały mu ścigać złodzieja. Na nim mógł 
wyładować swoje frustracje, a było ich ostatnio coraz więcej. Autoalarm wył na całą okolicę. 
Nagle Robert usłyszał strzał. Otworzył drzwi. Nie widział teraz Mercedesa zasłoniętego przez 
furgonetkę. Miał złe przeczucie. Podbiegł kilka kroków. Od Mercedesa biegła skulona 
sylwetka. Głowa ukryta pod kapturem była niewidoczna. Chmielewski przeciął drogę 
ucieczki. Strzelił po raz drugi. Ręce mu drŜały, nie mógł celować rewolwerem. Robert stał 

background image

przez chwilę nic nie rozumiejąc. - To jest Cleo! To jest Cleo!!! - usłyszał własny głos, a jego 
nogi sa-me rozpoczęły bieg w stronę Chmielewskiego. ZdąŜyłby w porę gdy-by nie plama 
oleju rozlana na jezdni. Poślizgnął się i runął na kolana. Pistolet wypadł mu z ręki. 
Chmielewski uspokoił rękę w nadgarstku, odczekał aŜ złodziej podbiegł jeszcze krok i 
nacisnął na spust. Podmuch strzału zerwał kaptur przeciwdeszczowego płaszcza, odsłaniając 
mokrą od deszczu twarz Cleo. Głowa odleciała jej w tył i upadła bezwładnie prosto pod nogi 
Chmielewskiego. Zamarła w bezruchu. Z barku nadbiegali pozostali męŜczyźni. Nie było juŜ 
po co się śpieszyć. Nie mieli odwagi podejść do swojego szefa. Ochroniarz Chmielewskiego 
wybuchnął płaczem. Robert klęczał w kałuŜy. Strugi deszczu lały się po nim, ale niczego nie 
czuł. Objął głowę rękoma i kołysał się w przód i w tył. Chmielewski spojrzał na leŜącą pod 
nogami Cleo, potem powiódł wzrokiem po stojących w deszczu męŜczyznach. Kierował do 
nich nieme pytanie, na które nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi - Dlaczego? - wyszeptał 
cicho. 
Od strony Szczecina dał się słyszeć głos syreny karetki pogotowia. - 
Miał pan szczęście Ŝe deszcz osłabił działanie gazu - powiedział kapitan Wojtaszewski z 
komendy Policji. - Inaczej pańska córka do końca Ŝycia mogła by nosić plastykową maskę na 
twarzy. Siedzieli w małym pokoju dla lekarzy. Za oknem szpitala wstawał świt. Chmielewski 
siedział skulony na fotelu, kapitan Wojtaszewski wstał i poszedł do stolika z wodą mineralną. 
Robert siedział przy drzwiach wejściowych. Za szklanym przepierzeniem czytając gazetę 
siedział umundurowany policjant. Wojtaszewski nalał wody do szklanki i podał ją 
Chmielewskiemu Wypił ją prawie jednym tchem. - Powiedziano mi - zaczął Chmielewski - 
Ŝ

eby pierwszy nabój dać ga-zowy. Sam nie wiem dlaczego dałem trzy. Na tę myśl wzdrygnął 

się. - Proszę pokazać pański pistolet - poprosił kapitan. Odebrał go od Chmielewskiego i 
wyjął magazynek. Na samym wierzchu lśniła mosięŜna łuska zakończona ołowianą kulą w 
stalowym płaszczu. Chmielewski nawet nie spojrzał. Kapitan odłoŜył pistolet i powrócił do 
swojego fotela za biurkiem - Czy moŜe mi pan wyjaśnić dlaczego pańska córka włamywała 
się do pańskiego samochodu? Robert podniósł wzrok na Chmielewskiego. Przez moment 
patrzyli na siebie. - Nie wiem. Naprawdę nie wiem - odpowiedział Chmielewski. Robert 
uciekł spojrzeniem w stronę podłogi. - OdłóŜmy tę rozmowę na później, chcę teraz iść do 
córki - Chmielewski spojrzał chłodno na kapitana Wojtaszewskiego. Ten skinął potakująco 
głową. Chmielewski wstał i wyszedł z pokoju nie spoglądając juŜ na Roberta. 
 
- A więc został tylko pan - uśmiechnął się kapitan Wojtaszewski. - Zna pan historię o 
Jonaszu? To bardzo pechowy Ŝeglarz. Wojtaszewski wstał z za biurka i poszedł do Roberta. 
- Same nieszczęścia - dodał stając tuŜ przed nim. 
- Coś jeszcze? - Robert nie tracił pewności siebie. 
- Prowadzę dochodzenie w sprawie zabójstwa Cichowskiego, znanego jako "Cichy". - A co ja 
mam z tym wspólnego? - Robert spojrzał śmiało w oczy policjanta. - Udowodnię ci, Ŝe masz. 
- Wojtaszewski był pewny swoich słów. Cleo leŜała w izolatce. Oczy i połowę twarzy miała 
przewiązaną bandaŜami. LeŜała bez ruchu. Prawą ręką podłączona była do kroplówki. Za 
oknem wstawał róŜowy świt. Zapowiadał się kolejny ciepły dzień kończącego się lata. 
Chmielewski siedział na łóŜku. Tyle myśli, tyle słów cisnęło mu się do głowy, ale nic co 
ludzki język mógł wypowiedzieć nie było w stanie wyrazić cierpienia jakie trawiło go od 
ś

rodka. W ciągu jednej nocy postarzał się o dwadzieścia lat. Włosy do reszty posiwiały, 

policzki zapadły się pozostawiając obwisłe ciemne worki pod oczami. Siedział nieruchomo 
dopóki pielęgniarka nie pojawiła się w drzwiach. Musiał juŜ wychodzić. Jeszcze raz spojrzał 
w stronę Cleo, ale nie podniósł oczu na jej twarz. - Cleo, córeczko - zdołał wyszeptać. Ręka 
Cleo poruszyła się i zsunęła się po prześcieradle w stronę gdzie siedział. Po omacku 
Odnalazła jego dłoń i mocno się na niej zacisnęła - Tato - usłyszał pierwszy raz w Ŝyciu z jej 
ust. Chmielewski wyszedł przed szpital gdzie na parkingu stał jego Mercedes. Ochroniarza 

background image

odesłał do domu. Chciał być sam. Podszedł do samochodu i otworzył pilotem drzwi. Nagle 
usłyszał za sobą głos Roberta. - Co pan zrobi z tą teczką? 
Spojrzał na niego. Siadł do samochodu i Sięgnął do schowka na mapy. wyjął teczkę i podał ją 
Robertowi. - Nawet nie wiesz jak bardzo moŜna bać się o swoje dziecko. Ja teŜ zresztą nie 
wiedziałem, Robert odebrał teczkę, otworzył ją. Kolejne kartki opatrzone zdjęciami 
ukazywały ostatnie trzy tygodnie jego Ŝycia. Odnalazł zdjęcia z Międzyzdrojów i z Hotelu 
Amber. Na jednym z nich oboje z Cleo kochali się w basenie. Dalej było jeszcze jedno 
zdjęcie przedstawiające Czarnego w geście powitania, ale druga osoba została odcięta 
noŜyczkami. - Czy to wszystko? - spytał Robert. 
- Komplet - potwierdził Chmielewski - wynająłem takiego ...fotografa. Miał ją ochraniać, 
przed wami. Nie mogłem jej zatrzymać w domu, ale musiałem wiedzieć co robicie. - Oszukał 
pana. Brakuje najwaŜniejszego. 
Robert przyjrzał się Chmielewskiemu uwaŜnie. Nie wyglądał na człowieka, który po tym 
wszystkim co przeŜył byłby w stanie go okłamywać. Uwierzył mu, Ŝe nie miał z tym nic 
wspólnego. 
 
- A czy ja ciebie kiedykolwiek pytałem skąd bierzesz swoje brudne pieniądze? Mam to mam. 
Wpłacę je zgodnie z umową na konto spółki. Jutro w banku. Cześć. Prokurator Wielewski 
odłoŜył słuchawkę na widełki telefonu. Był to stary aparat z lat pięćdziesiątych. Nie wymienił 
go na nowy bo widocznie miał do niego sentyment. Poprawił szlafrok i wyszedł z gabinetu na 
korytarz. Obok w sąsiednim pokoju na skórzanej kanapie siedziało dwóch młodych 
policjantów z jego osobistej ochrony. Gdy zajrzał do nich do pokoju poderwali się na równe 
nogi. - Siedź, siedź - uspakajał ich prokurator posyłając im uśmiech bazy-liszka. - Zgaście 
tylko chłopcy to światło, bo po co marnować tyle prądu. Zostawił ich w pokoju i odszedł w 
stronę sypialni. Był zmęczony i marzył o zasłuŜonym odpoczynku. Był to cięŜki tydzień, ale 
nie mógł powiedzieć, Ŝe stracony. Policjant wstał i podszedł do kontaktu. Przygasili światło. 
Wracając wziął z telewizora małe pudełko wykonane z hebanowego drzewa. Usiadł na 
kanapie i otworzył je. Wewnątrz leŜał ręcznie grawerowany pistolet z rękojeścią z kości 
słoniowej. - Popatrz jakie cacko. Ciekawe, skąd on to ma? 
Policjant wziął pistolet do ręki. Był wyśmienicie dopasowany. Wycelował nim w telewizor, 
na ekranie którego pojawiła się znana spikerka telewizyjna. - Panie prokuratorze - redaktorka 
zwracała się do siwego, starszego pana - dzięki pańskiej akcji we współpracy z Brygadami 
Specjalnymi udało się przejąć niezwykle niebezpieczne materiały, pluton, z którego moŜna 
wyprodukować bombę atomową. Kto miał być odbiorcą tego ładunku? Policjant poderwał się 
z kanapy i zawołał w głąb korytarza. - Panie prokuratorze! Jest pan w telewizji. - Według 
naszych wstępnych ustaleń - opowiadał prokurator - materiał miał być sprzedany do krajów 
arabskich. Polska była tylko miejscem tranzytowym. Policja udaremniła transakcję, 
przejmując zarówno towar, jak i - no - niebagatelną sumę... pół miliona dolarów. - Istnieje 
powszechna opinia, Ŝe wiele afer jest wyciszanych, poniewaŜ zarówno prokuratorzy, jak i 
sędziowie nie mają odpowiedniej ochrony w czasie prowadzenia śledztwa. Czy pan zgadza 
się z taką opinią? - spytała dziennikarka. Prokurator jakby zmieszał się trochę, ale chyba 
spodziewał się tego pytania. - Z pewnością młoda demokracja naraŜona jest na korupcję i 
przemoc. Państwo jest w takim stanie, Ŝe nikt nie moŜe się czuć bezpiecznie. Uśmiech jaki 
posłał prokurator dziennikarce pozwalał uwierzyć w szczerość jego wypowiedzi. 
 
ROZDZIAŁ 18 
 
Jest taki dzień pod koniec sierpnia, kiedy słońce staje się bledsze, chmury mają odcień 
ołowiu, zaczyna mŜyć, a północno-zachodni wiatr staje się przenikliwy, chłodny. Drzewa 
jeszcze mają zielone liście, ale jakieś wypłowiałe blade. Nawet piasek na plaŜy staje się 

background image

bezbarwny, a woda w morzu matowa. Cleo i Robert spacerowali po plaŜy, aŜ zmęczeni 
przysiedli na starym pniu drzewa. - Która godzina? - spytała Cleo. 
- Dziesiąta. Nie martw się. ZdąŜysz - starał się uspokoić ją Robert. Cleo gotowa była juŜ do 
podróŜy. Za kilka godzin poleci samolotem z Berlina do Nowego Jorku. Jej walizka 
spakowana przez pana Janka spoczywała w bagaŜniku Mercedesa stojącego na wydmach koło 
starego, rybackiego portu. Chmielewski stał samotnie na plaŜy i czekał. Bardzo go prosiła, 
aby przyjechali jeszcze raz do Międzyzdrojów. Chciała posłuchać szumu morza i zapamiętać 
zapach plaŜy. Robert spojrzał na Cleo. Opaska z bandaŜu przesłaniała jej oczy. ZałoŜyła 
przeciwsłoneczne okulary, Ŝeby wyglądać bardziej "cool". Teraz musiała je poprawiać raz po 
raz bo zsuwały się jej z nosa. Robert odgarnął jej włosy, Ŝeby pomóc, ale odwróciła głowę w 
bok. - Wiesz - zaczęła cicho Cleo - zanim tu przyjechałam widok morza przypominał mi 
dzieciństwo i ojca, ...teraz będę pamiętała nasz wspólny weekend. Uśmiechnęła się do niego. 
- MoŜe przyjedziesz na BoŜe Narodzenie? - Głos Roberta był pełen szczerej nadziei - Czy jest 
jakiś powód, Ŝebym tu wracała? - odwróciła od niego głowę - zupełnie bym zapomniała - 
zmieniła nagle temat. - Jeszcze w hotelu Cichy prosił, Ŝebym oddała ci tę kopertę przed 
odjazdem. Cleo wyjęła z kieszeni Ŝakietu białą kopertę i podała ją zdziwionemu Robertowi. 
Robert otworzył ją i zajrzał do środka. We wnętrzu był plik kilkunastu banknotów 
studolarowych i zdjęcie. Sięgnął po fotografię. Byli na niej wszyscy. Pamiętał, Ŝe zrobili je 
pierwszego dnia po przyjeździe do Międzyzdrojów. Skorpion, Dorota, Biedrona, Kobra, 
Iwona, Cleo, Robert i Cichy. Cała ich paczka w komplecie. - Co to jest?- spytała Cleo. 
Robert schował zdjęcie do koperty z pieniędzmi. 
- Bonus od Cichego. Kochał Ŝycie i miał miękkie serce. Cleo wstała, Robert poderwał się, 
Ŝ

eby ją podtrzymać. - Mógłbyś nam zrobić zdjęcie. Będę je mogła obejrzeć za dwa tygodnie 

jak zdejmą mi opatrunki. Podała mu aparat. Robert odbiegł parę metrów, postawił aparat na 
słupie falochronu i włączył samowyzwalacz. Wrócił biegiem do Cleo i przytulił ją do siebie. 
Stali tak przez chwilę, ale flesz nie mrugnął. Robert wrócił po aparat. - Co się stało? - 
zaniepokoiła się Cleo. 
- Film się skończył w aparacie - bezradnie odpowiedział Robert. Chmielewski stał na 
betonowym podjeździe przy wydmach. Spojrzał na zegarek. - Cleo. Chodź juŜ. Spóźnimy się 
na samolot. 
Marzena, podeszła do niego przynosząc mu prochowiec. Robiło się chłodno. Robert 
podprowadził Cleo do samochodu. Stali chwilę na przeciwko siebie nic nie mówiąc. Wiatr 
szarpał ich włosy. 
- Dbaj o siebie. Napiszę do ciebie list jak tylko dojadę do domu. Obiecuję - zapewniała Cleo. 
- Będę dzwonił. UwaŜaj na siebie w tym Nowym Jorku. Podobno jest tam pełno gangsterów - 
zaŜartował Robert. Cleo pochyliła się do niego i pocałowała go. Marzena podeszła z drugiej 
strony i ujęła ją pod łokieć odprowadzając do samochodu. Oddalali się od siebie nie mogąc 
jednocześnie wypuścić swoich dłoni z uścisku. Chmielewski obszedł samochód otworzył 
drzwi i pomógł Cleo usiąść na tylnym siedzeniu. Gdy siedziała juŜ w środku zatrzasnął za nią 
drzwi. Marzena usiadła po drugiej stronie. Robert stał z boku za sa-mochodem. Spojrzał na 
Chmielewskiego. - Mam dług wobec pana. 
Chmielewski przyjrzał się uwaŜnie Robertowi nie bardzo wiedząc co on ma na myśli. - Wie 
pan co - obdarzył Roberta koleŜeńskim uśmiechem - potraktujmy to jako przyjacielską 
inwestycję, co? - Wolałbym oddać - Robert odpowiedział uśmiechem. 
- E. - Chmielewski chciał coś dodać, ale się powstrzymał. "PrzecieŜ okazji do rewanŜu w 
takim mieście jak Szczecin nie brakuje" - pomyślał. Robert odczekał, aŜ Mercedes ruszył i 
zniknął za zakrętem uliczki biegnącej do centrum Międzyzdrojów. Stał tak przez chwilę, po 
czym zdjął buty i ruszył po piasku w dół plaŜy. Doszedł do przewróconych pni i usiadł na 
jednym z nich. Jeszcze raz otworzył kopertę. Przeliczył dolary, było ich tysiąc siedemset. 
Dlaczego właśnie tyle? Cichy niczego mu nie był winien. O co tu chodzi? - Pomyślał. Wyjął 

background image

ponownie zdjęcie i przyjrzał się fotografii. Cichy obejmował na zdjęciu Iwonę i śmiał się do 
niego bezczelnie. Cleo i Robert stali po drugiej stronie samochodu. Robert odwrócił zdjęcie. 
Było podpisane czarnym flamastrem: - PRYMUS! NIE ODPUSZCZAJ. JEDŹ ZA NIĄ. 
podpisano - Cichy. 
CDN. 
 
KONIEC