background image

tytuł: "Młode wilki" 
autor: Jarosław Żamojda 
tekst wklepał: dunder@poczta.fm 
 
Copyright (c) Jarosław Żamojda 1985 
ISBN 83-904961-0-0 
Wydawca: DA VINCI Sp. z o.o. Warszawa 1995 
Wydanie pierwsze 
Przygotowanie: Drukarnia Poligrafus 
Druk: PWP "Gryf S.A. Ciechanów 
 
ROZDZIAŁ 1 
 
Panujący od kilku dni upał wyludnił ulice miasta. 
Szczupły mężczyzna ubrany w typowy urzędniczy 
garnitur szedł ocienioną drzewami alejką. Biała, 
przewiązana sznurkiem paczka kołysała się w jego 
ręce w rytmie kroków. Rząd drzew dających 
schronienie przed żarem kończył się kamienną 
fontanną. Od lat zepsuta i porośnięta chwastami już 
nie cieszyła swym widokiem przypadkowych 
spacerowiczów. Mężczyzna minął ją i zszedł z 
chodnika na jezdnię. Rozgrzane powietrze kłębiło się 
wokoło jego butów. Odgłos miarowych kroków 
zagłuszony został piskiem opon hamującego 
samochodu. W jednej chwili mężczyzna odskoczył w 
bok ratując się ucieczką na chodnik. Szare BMW 
zaparkowało koło krawężnika. Mężczyzna z 
obrażoną miną skierował się w stronę bramy z 
napisem "Wojewódzki Bank w Szczecinie". 

background image

Odchodząc spojrzał na samochód chcąc dojrzeć 
twarz kierowcy, ale przyciemnione szyby skutecznie 
chroniły wnętrze przed jego wzrokiem. Wycierając 
chusteczką pot z czoła mężczyzna wszedł przez 
wahadłowe drzwi do banku. Okrągła twarz 
stojącego w przejściu strażnika przybrała na 
moment grymas podobny do uśmiechu. - Jeśli nie 
spadnie deszcz to latarnie na ulicach pousychają - 
zagadnął żartobliwie - powietrze aż się gotuje. 
Mówiąc to podskoczył do drugich drzwi otwierając 
je przed mijającym go obojętnie mężczyzną. Po 
dwuletnich staraniach Dyrekcja Wojewódzkiego 
Banku w Szczecinie otrzymała zgodę na dokonanie 
generalnego remontu. W planie oprócz wymiany 
drzwi, okien, mebli, oraz remontu skarbca z 1926 
roku przewidziano również założenie klimatyzacji. 
Tylko nadzieja na mające wkrótce nadejść zmiany 
pozwalała pracownikom wytrzymywać panujący 
zaduch i upał. Mężczyzna wszedł do głównej sali 
banku mijając po prawej stronie kasy i dział 
rachunków bieżących, a po lewej agenturę PKO i 
lokaty długoterminowe. Jego sylwetka przecięła 
smugę wpadającego do sali słońca i zniknęła w 
przejściu dla urzędników. Jak zwykle w sobotnie 
popołudnie bank był prawie pusty. Na zegarze 
wiszącym pod sufitem dochodziła trzecia. Nad 
zegarem w wąskiej szczelinie czyjeś oczy 
obserwowały salę. Drugi strażnik widział z góry jak 
mężczyzna niosący białą paczkę przeszedł w poprzek 
sali, wszedł w przejście dla pracowników, a po chwili 

background image

zasiadł za swoim biurkiem. Strażnik spojrzał na 
zegarek, była za dwie minuty trzecia. Odwrócił się 
do interkomu i nacisnął przycisk. - Trzecia. 
Zamykamy - powiedział do mikrofonu. Strażnik na 
dole odprowadzał ostatnich klientów do drzwi, gdy 
do banku weszło trzech mężczyzn ubranych na 
czarno. Wszyscy mieli na sobie takie same czarne 
spodnie, czarne golfy i czarne marynarki, a na 
głowach żółte słomkowe kapelusze. Mężczyźni minęli 
wychodzących klientów i skierowali się na salę kas. - 
Panowie, już zamykamy - usiłował zatrzymać ich 
strażnik. - Wpłacimy pieniądze, bo nas okradną - nie 
odwracając się odpowiedział najwyższy. Była za 
dwie trzecia. Strażnik dał za wygraną. Trzej 
mężczyźni weszli na główną salę i natychmiast 
rozeszli się w różne strony. Niższy, z wyraźną 
nadwagą, stanął w narożniku sali. Drugi, wysoki, 
przystanął tuż przy drzwiach. Trzeci, jednym 
ruchem ręki zaciągnął czarną pończochę na twarz i 
ruszył do kasy. Kasjerka, młoda dziewczyna o mało 
wyrafinowanej urodzie, przyklejała papierową 
banderolkę na kolejnej paczce dwudziestodolarówek 
gdy nagle usłyszała nad sobą głos mężczyzny: - 
zapakuj kochanie te kanapki do woreczka. Kasjerka 
przerwała pracę i spojrzała w kierunku głosu. 
Zaciągnięta na twarz pończocha miała wycięty otwór 
w którym poruszały się usta: - Tylko szybko, bo 
spóźnię się do pracy - dodał. Z niewzruszoną powagą 
kasjerka odebrała worek z rąk mężczyzny i 
rozpoczęła napełnianie go paczkami 

background image

dwudziestodolarowych banknotów. W drugim końcu 
sali urzędnik rozciął nożyczkami sznurek. 
Uwolniony z krępujących go więzi papier sam się 
rozwinął odsłaniając kartonowe pudełeczko. 
Urzędnik spojrzał w stronę kasy. - Myślałem, że 
kiedyś sam to zrobię - wycedził. Siedzący 
naprzeciwko niego młodszy urzędnik powiódł 
wzrokiem w stronę kasy przy której stał mężczyzna 
w słomkowym kapeluszu. Mimo dzielących go ośmiu 
metrów wyraźnie widział jak kolejne paczki 
dolarowych banknotów znikają w worku. Starszy 
urzędnik westchnął i wyjął z szuflady szklankę i 
talerzyk. Ustawił je na serwetce, po czym uniósł 
tekturowe wieko-pudełka. Wyjął z niego sernik 
pokryty truskawkową galaretką. - Taka forsa - 
westchnął - ale bym się ubawił. Oblizał palce i 
sięgnął po ciastko. Ostrożnie wbił w nie zęby 
uważając aby cukier puder nie posypał się na 
garnitur. Ponownie spojrzał w stronę kasy. - Taka 
amatorszczyzna. Ja bym to zrobił lepiej. Młodszy 
urzędnik przełknął ślinę wpatrzony łakomym 
wzrokiem w leżące na talerzu ciastko. Kątem oka 
dostrzegł podchodzącego do nich drugiego 
napastnika. Ten stanął przy ladzie i uniósł lufę 
pistoletu celując w głowę starszego urzędnika. 
Jednocześnie przyłożył drugi palec do ust. -Psss. 
Kasjerka z trudem przepychała worek z pieniędzmi 
przez okienko w kasie. Rozejrzała się dyskretnie czy 
nikt jej nie obserwuje i posłała w stronę bandyty 
gorący pocałunek. Usta w czarnej pończosze 

background image

poruszyły się, ale nie był to uśmiech wzajemności. 
Napastnik spojrzał na worek w rękach urzędniczki. 
Miała delikatne pulchne dłonie. - Ten pierścionek też 
dorzuć skarbie - wskazał na jej palec. - Oszalałeś? Po 
co? - W jej głosie zabrzmiała nuta urażonej dumy. 
W odpowiedzi przed swoim nosem ujrzała lufę 
pistoletu. Szare BMW stało przy wejściu do banku. 
Okienko kierowcy było do połowy otwarte. 
Spóźniony, zadyszany klient dopadł zamkniętych 
drzwi i walił w nie pięścią. Strażnik otworzył 
okienko. -- Dlaczego zamknięte? Jeszcze nie ma 
trzeciej - usłyszał pełen pretensji głos klienta. - U 
mnie jest. Przyjdź pan w poniedziałek - odburknął 
strażnik. - Ja muszę jeszcze dziś pobrać pieniądze. 
Co tu się dzieje? Strażnik spojrzał za siebie. W głębi 
sali trzech ubranych na czarno mężczyzn z 
pończochami na twarzach ruszało właśnie w stronę 
wyjścia. ~ Kasa jest pusta. Mieliśmy dziś duży obrót. 
Zanim klient zdążył wygrzebać z pamięci mocniejszy 
argument, drzwiczki zatrzasnęły się bezpowrotnie. 
Strażnik zamknął zasuwkę, odwrócił się i wyjął z 
kabury rewolwer. Przytrzymał go nieruchomo 
wzdłuż ciała. Czekał. Drugi strażnik śledził całe 
zajście ze swojej szczeliny obserwacyjnej koło 
zegara. Mężczyzna w słomkowym kapeluszu właśnie 
odchodził z pełnym workiem od kasy. Tymczasem 
kasjerka zwinnym ruchem, o który nikt by jej nie 
podejrzewał, przypadła do podłogi rozciągając się na 
całą długość. Strażnik jakby czekał na ten moment. 
Nacisnął przycisk z napisem "alarm". Głos syren 

background image

wypełnił salę kas i wylał się przeraźliwym wyciem 
przed gmach banku .Włączenie alarmu 
sparaliżowało idących do wyjścia napastników. Jak 
na komendę skoczyli w bok i rozbiegli się w 
przeciwne strony rezygnując z forsowania głównych 
drzwi w których stał strażnik. Jeden z napastników 
wystrzelił z pistoletu ponad głowami 
zdezorientowanych kasjerek. Kto mógł, krył się za 
biurka, inni padali na ziemię tam gdzie stali. 
Napastnicy strzelali nad głowami biegnąc do 
przeciwpożarowego wyjścia. Strażnik przy 
szklanych drzwiach stanął w pozycji Johna Wayna 
na szeroko rozstawionych nogach i z bezpiecznej 
odległości obserwował rozwój wypadków. Bandyci 
strzelając ponad głowami leżących już urzędników 
dobiegli do blatu dla klientów i z kocią zręcznością 
przeskoczyli na drugą stronę. Biegnący z tyłu 
zatrzymał się i stojąc na biurku oddał długą serię z 
pistoletu maszynowego, kierując ziejącą ogniem lufę 
ponad pustymi biurkami. Cała trójka zniknęła za 
drzwiami z napisem - "Wyjście przeciwpożarowe". 
Syrena alarmowa zakrztusiła się, opadła o dwie 
oktawy w dół i na koniec zamilkła. Delikatny 
wietrzyk ze stojącego na biurku wentylatora 
poruszał zwiędniętą do połowy palmę. Siedzący na 
podłodze starszy urzędnik otarł resztki cukru z 
policzka i przełknął ostatni kęs ciastka. Spojrzał w 
górę na blat biurka. Sięgnął ręką do krawędzi 
talerza z ciastkami. Przesunął dłoń w prawo 
trafiając na pustkę. Sernik z truskawkową galaretką 

background image

zniknął. Tupot wojskowych butów odbił się 
wielokrotnym echem od ścian i sufitów. Na salę 
wbiegli policjanci z oddziałów specjalnych. Z 
wystudiowaną precyzją i kocią zręcznością zajęli 
pozycje strzelców wyborowych czekając na znak aby 
siłą ognia swoich pistoletów maszynowych zamienić 
bank w skup surowców wtórnych. Drzwi 
przeciwpożarowe w ich celownikach pozostawały w 
absolutnym bezruchu. Ostry gwizdek sędziowski 
wdarł się w tę pełną oczekiwania ciszę. Kroki trzech 
idących mężczyzn zbliżały się od strony głównego 
wejścia do sali kas. Pierwszy szedł dyrektor banku 
trzymając w dłoni stoper. Towarzyszył mu kapitan 
Wojtaszewski z Komendy Głównej Policji. - 
Jesteśmy lepsi od II Miejskiego prawie o minutę - 
oznajmił z dumą dyrektor. - Mogę państwu 
pogratulować. Nie mniej jednak, pani Krystyno, - tu 
dyrektor zwrócił się do pulchnej kasjerki, która 
zdążyła już pozbierać się z podłogi i dreptała teraz w 
jego stronę - nawet w czasie ćwiczeń niedopuszczalne 
jest flirtowanie z bandytami. - A pan, panie 
magistrze - zwrócił się do znanego nam miłośnika 
ciastek - na przyszłość radzę szybciej padać na 
ziemię zanim panu uszy odstrzelą, nie mówiąc już o 
innych sprawach. Sala wypełniała się powoli 
urzędnikami, którzy dopiero teraz otrzepywali się z 
kurzu gratulując sobie wzajemnie bohaterskiej 
postawy. - Pan panie Malinowski - ta uwaga była 
kierowana do otyłego strażnika z przekrwioną 
twarzą, który służbiście prostował się pod 

background image

spojrzeniem swojego dyrektora - po to ma pancerną 
szybę, żeby się za nią chować, a nie udawać 
bohatera. - Proszę pamiętać o zmianie naboi w 
pistoletach - przypomniał kapitan Wojtaszewski - 
ślepe nie będą już potrzebne. Główne drzwi banku 
otworzyły się z takim hukiem, że w pierwszej chwili 
kapitan Wojtaszewski odebrał to jako strzał z 
pistoletu. Odwrócił się energicznie w tę stronę. W 
drzwiach stali trzej na czarno ubrani mężczyźni w 
słomkowych kapeluszach i czarnych pończochach na 
głowach. Swoje pistolety maszynowe wycelowali 
wprost w osłupiały z zaskoczenia tłum urzędników i 
policjantów. - To jest napad. Wszyscy na ziemię, bo 
wam jaja poodstrzelam! Twarze zgromadzonych 
osób wyrażały tyle zrozumienia co przy pierwszym 
czytaniu instrukcji działania komputera. Któryś ze 
stojących w drugim rzędzie urzędników powoli 
zaczął unosić w górę ręce. Rozległ się śmiech. - Może 
sam napad był pretensjonalny, ale za to uciekaliście 
jak zawodowcy - stwierdził z uznaniem dyrektor 
banku i zainicjował pierwsze oklaski do których 
dołączyli się inni. Atmosfera rozładowała się w 
śmiechu. Napastnik stojący w środku powoli opuścił 
lufę pistoletu i zciągnął z twarzy czarną rajstopę. 
Nieopalona łysina zajaśniała w kontraście do 
czarnego golfa. - O czym pan mówi? Jeszcze nie 
napadliśmy. Łysy napastnik spojrzał po 
wpatrzonych w niego uśmiechniętych twarzach 
oczekując pomocy w rozwiązaniu łamigłówki. - Sam 
pan przecież dzwonił, żeby opóźnić napad - 

background image

wymownie spojrzał na dyrektora. Twarz dyrektora 
banku powoli nabierała sinego koloru. Inni nie 
rozumieli jeszcze co zaszło. Zduszonym głosem 
dyrektor zwrócił się do kasjerki: - Ile było w kasie? 
Rozbawiona atmosferą ćwiczeń kasjerka 
przywoływała z pamięci: - Mówił pan, żeby było 
poważnie, więc włożyłam dwieście tysięcy dolarów w 
banknotach dwudziestodolarowych i... mój... 
zaręczynowy pierścionek... - kątem oka spojrzała na 
łysiejącego napastnika. Jego twarz była przerażona. 
Z dużym opóźnieniem docierało do niej co zaszło. Ze 
łzami w oczach odwróciła się do dyrektora. - A więc 
obrabował nas ktoś obcy? 
 
ROZDZIAŁ 2 
 
Zakręt był zbyt ostry i źle wyprofilowany. BMW 
weszło jednak w niego z prędkością sto dwadzieścia 
kilometrów na godzinę mijając stojący po prawej 
stronie napis "SZCZECIN ŻEGNA". Szerokie, 
niskoprofilowane opony były za twarde na polskie 
drogi, ale za to znakomicie zwiększały sterowność 
samochodu. Siedzący za kierownicą mężczyzna 
wyglądał na czterdzieści lat i tyle miał. Wszystko co 
wyrażała jego twarz wyjaśniało przezwisko 
"Czarny" jakie nosił chyba od urodzenia. 
Kruczoczarne włosy z dłuższą grzywką opadały na 
śniade czoło. Głębokie, czarne oczy precyzyjnie 
skanowały drogę, gotowe dojrzeć z równą precyzją 
zarówno przebiegającą mysz jak i stojący na skraju 

background image

lasu policyjny radiowóz. Lekki zarost nadawał jego 
twarzy wyraz zmęczenia. - Dwadzieścia tysięcy dla 
architekta miasta, dwa miesiące czeka. Facet od 
nieruchomości weźmie dychę - dyktował Czarny. 
Biedrona i Kobra siedzieli na tylnym siedzeniu. Po 
morderczej walce, Biedronie udało się zciągnąć z 
głowy czarną pończochę. Rzucił ją z obrzydzeniem 
na tylną półkę obok słomkowego kapelusza. Chwycił 
pistolet i wpatrywał się w tylną szybę, za którą 
zniknął właśnie zakręt drogi z napisem "SZCZECIN 
WITA". Kobra musiał przełknąć ostatni kęs bułki 
zanim cokolwiek z siebie wydusił. - Nie zgodzi się na 
mniej niż dwadzieścia - zawyrokował w odpowiedzi. 
- Prokurator, adwokaci i celnicy, kosztowali nas w 
zeszłym kwartale setkę ale dziś wezmą więcej. Dodaj 
do tego jeszcze chłopców z drugiego komisariatu - 
wyliczał z pamięci Czarny. Kobra wystukał kolejne 
liczby na Power Booku trzymanym na kolanach. 
Odnalazł na ekranie wynik: - Zostaje pięćdziesiąt 
tysięcy. I teraz zapłacimy ze trzydzieści, to ledwo 
wyszliśmy po kosztach - wyraźnie posmutniał. - 
Dlaczego nikt nas nie goni? - Biedrona odwrócił się z 
tym pytaniem w stronę siedzących z przodu 
Czarnego i Skorpiona. Czarny dostrzegł pistolet, 
którym Biedrona wymachiwał w ich kierunku, 
spojrzał na Skorpiona. Skorpion bez słów odwrócił 
się, wyrwał pistolet z ręki i rzucił go na podłogę. 
Wszyscy troje mogli mieć po dziewiętnaście lat i tyle 
mieli. Najpoważniej wyglądał Skorpion, krępy o 
silnej budowie, z ostrzyżoną prawie na łyso głową. 

background image

Biedrona, włoski typ urody, brunet o regularnych 
rysach twarzy z powodzeniem mógłby reklamować 
papierosy nie tylko w Polsce. Kobra miał 
najmniejsze powodzenie u kobiet. I to nie z powodu 
otyłości lub braku gustu w ubieraniu, ale przez 
skąpstwo. Był urodzonym księgowym, który 
zagłodził na śmierć swojego węża w kieszeni. Czarny 
przyhamował, wjechali do wioski. Środkiem drogi 
szły krowy, które mała dziewczynka bezskutecznie 
zaganiała na pobocze. - Mam go - zakomunikował 
radośnie Skorpion, któremu udało się złapać 
połączenie przez telefon komórkowy. - Zatrzymali go 
na granicy. Nie chcą z nim rozmawiać - relacjonował 
Czarnemu - tak. Już jedziemy. - Kupił dwadzieścia 
tysięcy litrów po piętnaście fenigów - relacjonował 
dalej Czarnemu uradowany tą wiadomością. - 
Byliśmy w banku po pieniądze. Nie, nie dla nas. 
Usługa z miasta - rzucił do słuchawki. Po chwili 
wyłączył telefon. - Nie chcą z nim rozmawiać - 
zwrócił się do Czarnego. - Włóż dwie dychy do 
koperty i dychę daj mi do kieszeni - Czarny spojrzał 
w lusterko. Biedrona posłusznie włożył pliki 
dwudziestodolarówek do koperty i podał je 
Czarnemu. Czarny przełożył kopertę do kieszeni, a 
dodatkowy plik - dziesięć tysięcy dolarów - włożył 
pod marynarkę. - Ciężkie czasy. Jeszcze trochę i 
rzucę ten interes w cholerę - stwierdził zmęczonym 
głosem. Przejście graniczne w Lubieszynie jest pod 
opieką polską w przeciwieństwie do Kołbaskowa, 
którym zajmuje się administracja niemiecka. Nie ma 

background image

to jednak większego znaczenia dla przeciętnego 
turysty. Obojętnie, w którą stronę i o której 
godzinie, zawsze trzeba stać w kolejkach. Czerwiec i 
lipiec to najgorsze miesiące. Piątek i sobota to 
najgorsze dni, od szesnastej do dwudziestej to 
najgorsze godziny. Był dziewiętnasty czerwca, sobota 
godzina szesnasta. Szare BMW stało w cieniu starego 
dębu na poboczu drogi. Trzydzieści metrów dalej 
stał szlaban z napisem "Kontrola Celna - Granica 
Polsko-Niemiecka" w Lubieszynie. Kobra wysiadł z 
samochodu. Z przodu przy otwartych drzwiach 
siedział Skorpion i lustrował Playboya. Biedrona 
spał na tylnym siedzeniu z otwartymi ustami. Nie 
przeszkadzała mu ani muzyka ani przejeżdżające 
obok samochody. Kobra obszedł samochód i stanął 
po drugiej stronie. Za szlabanem celnicy i służba 
graniczna odprawiali kolejnych turystów. Kolejka 
samochodów sięgała po horyzont i nie wiadomo jak 
jeszcze daleko. Z boku na celnym parkingu stał 
jaskrawo żółty TIR z czarnym brezentem na pace. 
Obok, oparty o biało-czerwony szlaban stał młody 
chłopak w białej marynarce. Kobra zamachał do 
niego na powitanie. Zza żółtego TIRa wyszedł celnik 
w towarzystwie Czarnego. Minęli chłopaka w białej 
marynarce i ruszyli w stronę polskiego parkingu dla 
TIRów. - Nie ma mowy. Wsadź sobie te pieniądze 
wiesz gdzie. Nie chcę was tu więcej widzieć. Celnik 
prowadził, a Czarny posłusznie podążał za nim. 
Ustawione obok siebie ciężarówki szczelnie 
wypełniały plac parkingowy. - Nie denerwuj się - 

background image

uspakajał Czarny. - Jak trzydzieści za mało to 
pogadajmy o premii. Czarny rozejrzał się dookoła. 
Kobra stał po drugiej stronie przy samochodzie. 
Kierowcy ciężarówek pochowali się w barku, lub 
odsypiali poobiednią drzemkę w cieniu drzew 
czekając na wyjazd z Polski. Celnik skręcił w 
przejście między dwiema ciężarówkami. Czarny 
wszedł zanim. - Ja nie wezmę i żaden z chłopaków 
też nie, nawet za pięćdziesiąt. Na tej bramce jesteście 
skończeni. Celnik był przynajmniej o głowę wyższy 
od Czarnego i na oko mógł ważyć sto dwadzieścia 
kilo. Nie miało to jednak teraz żadnego znaczenia, 
gdyż ramię Czarnego uczepione jego krtani cisnęło 
nim jak workiem ziemniaków o burtę ciężarówki. 
Lufa pistoletu brutalnie zatkała rozwarte do krzyku 
usta. - Mam dwa rzuty na ten tydzień - cedził 
Czarny. - Towar już kupiłem, więc mnie nie 
denerwuj. Po trzydzieści od TIRa i koniec rozmowy. 
Stróżka krwi pociekła celnikowi z wargi. Jedna 
kropla skapnęła na śnieżnobiały kołnierzyk 
służbowej koszuli urzędnika państwowego. Mimo 
tego celnik pokręcił przecząco głową. Szeroko 
otwarte z przerażenia oczy dodatkowo powiększone 
przez szkła okularów nie pozostawiały cienia 
wątpliwości, że się boi Czarnego. A jednak nie godził 
się na transakcję. Musiał bać się jeszcze czegoś, co 
było groźniejsze i bardziej nieuchronne niż groźby 
Czarnego. Czarny cofnął się, schował pistolet pod 
marynarkę. Celnik wyjął z kieszeni chusteczkę i starł 
z wargi krew. - To jest ostatni transport. Ostatni raz. 

background image

- Wycedził celnik. Czarny wyjął kopertę z 
pieniędzmi. Celnik odtrącił ją od siebie. - Nic nie 
płacisz. Rozmawiaj z Chmielewskim. To jego 
decyzja. Zgarbiona sylwetka celnika mignęła w 
prześwicie między samochodami i zniknęła. Po 
chwili biało-czerwony szlaban uniósł się otwierając 
drogę przed żółtą ciężarówką. - Idzie Czerwony 
Kapturek przez las, a tu z krzaków wyskakuje wilk i 
pyta: "Dokąd idziesz cipo?" - Ja nie jestem cipa, ja 
nie jestem cipa. Ja jestem Czerwony Kapturek. - "To 
gdzie cipo masz kapturek?" - pyta wilk. Kapturek 
chwyta się za głowę: "Ojej, ale ze mnie cipa, 
zapomniałam". Ha,ha,ha. Skorpion stał oparty o 
samochód z niewzruszoną miną. Setny raz słyszał ten 
kawał w wykonaniu Kobry. I tym razem Kobrze nie 
udało się go rozweselić. Było w Skorpionie coś 
niewyobrażalnie smutnego. Potrafił całymi 
godzinami zapadać się we własne myśli, dręczyć się 
jakimiś wspomnieniami. Nie można było do niego po 
prostu podejść i porozmawiać. Był piekielnie 
inteligentny, przystojny i głęboko nieszczęśliwy. 
Kobra dał za wygraną, bo od strony granicy 
nadjeżdżał właśnie samochód na który czekali. TIR 
przejechał obok chłopców trąbiąc klaksonem na 
znak tryumfu. Za nim podążał czarny Jeep 
Wrangler z płóciennym żółtym dachem. Dwie 
dziewczyny jadące sportowym Alfa Romeo na 
moment zwolniły przyglądając się wysiadającemu z 
Jeepa chłopakowi w białej marynarce. Podobno 
kobiety nie mają tak prymitywnych popędów 

background image

seksualnych jak mężczyźni, ale spojrzenia tych 
dwuch dziewczyn zaprzeczały tej teorii. Nic 
dziwnego: Cichy miał prawie sto dziewięćdziesiąt 
centymetrów wzrostu, jasno blond długie włosy i 
opaloną twarz o chłopięcych rysach. Trzasnął 
drzwiami i wolno podchodził do szarego BMW. 
Wyznawał życiową zasadę, że tylko głupcy i biedacy 
się spieszą. Ludzie cywilizowani prowadzą zdrowy i 
spokojny tryb życia. Od lat był zdeklarowanym 
wegetarianinem i mógł na ten temat prowadzić 
wielogodzinne wykłady. Być może problemy 
żywienia skłoniły go do zdawania na medycynę. 
Przynajmniej takie miał plany na przyszły rok. - Co 
to? Jedziecie na pogrzeb? - Cichy skomentował 
ubranych na czarno Kobrę i Skorpiona. - Chyba na 
własny - Skorpion zgarnął z dachu Playboya i 
obszedł samochód. Cichy otworzył tylne drzwi i 
odnalazł tam śpiącego Biedronę. - Wyskakuj, 
poprowadzisz. Biedrona wyrwany z drzemki ledwie 
wytoczył się z samochodu. Łapiąc równowagę szedł 
w stronę Jeepa. - Papiery masz w schowku. No, 
obudź się. Cichy rzucił Biedronie kluczyki od 
samochodu tak, że ten musiał skoczyć jak bramkarz 
aby je chwycić. Nie zauważyli jak Czarny podszedł 
do samochodu. - Na jutro przygotowałem dwa 
Royale po dwanaście tysięcy litrów -oznajmił z 
zadowoleniem Cichy. - Odwołaj. Zamknęli bramkę. 
Muszę pogadać z Chmielewskim. Z głębi samochodu 
dobiegł głos Skorpiona: - to jedź na nasz bal 
maturalny. Ma tam być. - Przecież ty nie zdałeś 

background image

matury, ha ha - wtrącił Kobra. Trzasnęli drzwiami. 
Szare BMW odjechało z przejścia granicznego, a za 
nim czarny Jeep Wrangler z żółtym płóciennym 
dachem. 
 
ROZDZIAŁ 3 
 
Był ciepły czerwcowy wieczór. Powoli zapadał 
zmierzch. Jak nigdy, tego wieczora przed Domem 
Kultury "Słowianin" zaparkowało ze trzydzieści 
samochodów. Nowe czasy nie wpompowały jeszcze 
żywej gotówki w stojący na uboczu Dom Kultury. 
Sporadyczne dyskoteki licealistów, robotnicze 
wesela, no i bale maturalne to jedyne imprezy 
ratujące ten obiekt przed całkowitym zamknięciem. 
Dziś w mieście liczyły się tylko dwie dyskoteki: "Quo 
Vadis" w ekskluzywnym hotelu Radisson i 
"Imperium". Na piwo wypadało wpadać do Royal 
Pubu. Padał delikatny deszcz przynosząc ulgę 
spalonemu miastu. Czuło się w powietrzu miłą woń 
oddychających drzew. Ciemna sylwetka rowerzysty 
pojawiła się w obrysie bramy. Prawdopodobnie 
Muzeum Techniki lub Bydgoskie Zakłady Rowerowe 
skłonne byłyby zapłacić niezłą sumę za muzealnego 
Jaguara, na którym pedałował Robert. Zresztą nigdy 
by go nie sprzedał. Robert miał duży sentyment do 
rzeczy otrzymanych od swego ojca, a Jaguar właśnie 
do nich należał. To na nim ojciec dojechał jako trzeci 
na metę wyścigu pokoju w siedemdziesiątym 
szóstym. Jadąc przez parking Robert minął stojące 

background image

tam szare BMW Czarnego, Jeepa, żółtą Corvettę i 
parę innych samochodów. Jego koledzy już się 
bawili, a on jak zwykle spóźnił się. Był z tego znany. 
Na sali bankietowej trwała zabawa. Ponad dwieście 
osób, głównie młodzieży z V Liceum 
Ogólnokształcącego oraz ich wychowawcy i 
zaproszeni goście wypełniali roztańczoną salę. Kilka 
zmęczonych balonów zwisało na rozpiętych żyłkach, 
a opróżnione do połowy butelki na stolikach 
nieomylnie wskazywały, że rozpoczynała się trzecia 
godzina zabawy. Przy jednym ze stolików siedzieli 
Cichy, Kobra, Skorpion z Dorotą, Biedrona i 
Casanovą. Czarnego nie było. - Gdzie jest ta twoja 
okładka? Chcesz mnie podpuścić - Cichy rozglądał 
się po sali. - Coś się tak napalił? Mało jest do 
rwania? - Skorpion też wypatrywał kogoś w tłumie. 
Pod ścianą przy długim stole siedzieli nauczyciele, a 
między nimi dyrektor szkoły i dyrektor banku. - ...i 
w biały dzień wynieśli dwieście tysięcy... - 
relacjonował dyrektor banku podochocony po 
czwartej pięćdziesiątce. - Gdzie jest Chmielewski? 
Powinniśmy już zaczynać - Niepokoił się dyrektor 
szkoły. - Poszedł do toalety. Zaraz wróci, ale... Do ich 
stolika podszedł Rudy. Niewysoki, szczupły i 
rzeczywiście rudy chłopak w niczym nie zdradzał 
podobieństwa do swojego ojca -dyrektora banku. - 
Mógłbyś dzisiaj zrobić wyjątek? Skończyła mi się 
forsa. Pożycz -poprosił Rudy. - Ja nie pożyczam. - To 
moja matura. Oddam. Nie był to jednak trafiony 
argument. Rudy spojrzał za siebie. W głębi, przy 

background image

stoliku siedziała samotnie wpatrzona w niego 
dziewczyna w okularach. Może nie wyglądała na 
finalistkę konkursu Miss Polonia, ale jednak była 
jego dziewczyną i chciałby postawić jej drinka. - 
Ostatni raz. - Ojciec podał Rudemu pojedynczy 
banknot. Rudy spojrzał na niski nominał na 
papierku. - Dawno tata z domu nie wychodził. 
Odszedł wściekły od stolika ojca. - Przepuszcza 
pieniądze jak wodę - tłumaczył się dyrektor banku. 
Nie dam więcej ani grosza. Niech się uczy zarabiać. 
Robert przypiął rower łańcuchem do kaloryferów na 
korytarzu, po czym wszedł na salę balową. - Może to 
niewiarygodne, ale to jest właśnie nasz wspólny 
kolega Robert Radacki - Rudy witał podchodzącego 
do stolika Roberta. - Tak. Teraz poznaję. Ten 
romantyczny stosunek do natury - dorzuciła Anka 
rozpoznając twarz Roberta pod opadającymi na 
oczy mokrymi włosami. Cała trójka od lat 
zajmowała czołowe lokaty na ogólnopolskich 
olimpiadach co gwarantowało im nie podważalną 
opinię kujonów na towarzyskiej liście V Liceum 
Ogólnokształcącego. Wszyscy troje sączyli wodę 
mineralną. - Co za palant. Wyprowadzam się z domu 
- po raz kolejny Rudy oznajmił swoje niezłomne 
postanowienie. Kipiał złością po rozmowie z ojcem. -
A ja wyjeżdżam do Warszawy studiować 
psychologię. Mam ten problem z głowy. - Nie masz z 
głowy, tylko z głową. Żeby się leczyć potrzebny jest 
szpital, a nie studia. Co będziesz robiła po 
psychologii? Dzieci możesz rodzić bez dyplomu. 

background image

Anka była klasycznym przykładem żyrafy 
przeżuwającej każde słowo przed wypowiedzeniem 
czym doprowadzała wszystkich do szaleństwa. 
Wszystkich z wyjątkiem Rudego i Roberta. - Błahe 
sprawy traktujesz zbyt emocjonalnie. Zaczekam, aż 
zarobisz swoje pieniądze i wtedy jako znany i 
ceniony neurotyczny adwokat pierwszy zaczniesz się 
u mnie leczyć. Oczywiście dam ci zniżkę, po 
znajomości. - Pewnie, że zarobię. Trzeba myśleć. 
Mój stary to wyjątkowy sknera, ale zna życie. 
Obserwuję tych jego kolesi. Adwokat w tym kraju to 
za trzy lata będzie najlepiej płatny zawód. Tylko te 
pieprzone egzaminy wstępne. A ty Prymus? - spytał 
Rudy. - Nie wiem, czy pójdę na studia. - Nie zalewaj. 
Jesteś typowany, masz każdy wydział w tym kraju 
do wyboru. No, nie wstydź się. Gdzie idziesz? -Nie 
wiem. Robert powiódł wzrokiem po sali. Prawie 
wszyscy tańczyli z wyjątkiem kilkuosobowej grupy 
siedzącej przy centralnym stoliku. Skorpion, Dorota, 
Kobra, Casanovą. Cała grupa kolegów z jego szkoły. 
Wyraźnie nie pasowali do tej zabawy. Nie dlatego, że 
mieli na sobie drogie ciuchy i jako jedyni swą 
opalenizną odcinali się od wypłowiałych twarzy 
reszty towarzystwa. Wyróżniali się, bo na tej 
zabawie oni jedni się nie bawili. - Cztery lata. 
Wydawały mi się całym życiem, a to już koniec - 
Cichy wpatrywał się tępym wzrokiem w biel obrusa. 
- I żeby się nigdy nie powtórzyło - dorzucił Skorpion 
po czym wydobył ze swojej skórzanej marynarki 
mały metalowy pojemnik z lekarstwem na alergię. 

background image

Przystawił go do nosa, nacisnął i mocno zaciągnął się 
wstrzymując powietrze. Jego oczy napłynęły łzami. 
Trwał tak przez chwilę w bezruchu. Cichy spojrzał 
przelotnie na Dorotę. Udawała, że nic nie widzi. Była 
bezradna i bezsilna. Przelotnie uśmiechnęła się do 
Cichego. Muzyka nagle ucichła i z głośnika wydobył 
się głos dyrektora szkoły: - pierwszy nafciarz w 
Polsce, człowiek prawdziwego sukcesu, ale dla nas, 
przede wszystkim przyjaciel młodzieży i gorący 
patriota Szczecina. Pan Jerzy Chmielewski. W sali 
rozległy się leniwe oklaski ożywione nieco bardziej 
przy stolikach nauczycieli. - Niekoniecznie ktoś, kto 
sprzedaje benzynę, musi być szejkiem. No, chyba że 
dyrektor miał na myśli konto w banku - podjął temat 
Chmielewski. Sala wybuchła śmiechem i tym razem 
cała obdarowała mówcę oklaskami. Jerzy 
Chmielewski miał wyczucie tłumu. Był przystojnym, 
eleganckim mężczyzną w najlepszych latach swego 
życia. Energią i poczuciem humoru zjednywał sobie 
nawet zagorzałych przeciwników. Tych ostatnich 
zresztą było coraz mniej w okolicy. Mówiono, że jest 
najbogatszym człowiekiem północno-zachodniej 
Polski. Nigdy temu nie zaprzeczył. - W tym co 
powiedział dyrektor waszej szkoły jest jednak dużo 
prawdy. Jestem patriotą Szczecina, Pomorza i całej 
Polski. Jest to nasza Ojczyzna, nasz dom. Może te 
słowa budzą w was niechęć, bo przez całe lata 
wycierano nimi wszystkie możliwe brudy, ale Polska 
nie zaczęła się dziś i nie skończy jutro, kiedy my 
odejdziemy. I właśnie z myślą o jutrze, z myślą o 

background image

młodzieży tego miasta ufundowaliśmy nagrodę... 
Biedrona przerzucił wzrok z dziewcząt ubranych w 
białe bluzki na grupę prymusów stojącą stadem pod 
ścianą. Pochylił się do Kobry. - Spadamy do Royalu? 
Kobra był w doskonałym nastroju, ale nie 
podchwycił propozycji. Dolewał właśnie Chopina. - 
W tym roku jest to komputer IBM najnowszej 
generacji - Chmielewski oddał mikrofon 
dyrektorowi szkoły. - Prosimy do nas Roberta 
Radackiego. Pół nieszczęścia to właściwe określenie 
dla Roberta, który przeciskał się między stolikami w 
stronę mikrofonu. Za mała i za ciasna marynarka 
stawiała opór przy każdym ruchu. - No dalej 
Prymus, napieraj - zachęcał Kobra. - A dasz 
dotknąć? Ha, ha - wtórował Biedrona. Uśmiech 
pobłażania pojawił się na twarzy Roberta. Znał te 
kawały na pamięć i przez cztery lata wspólnego 
obcowania uzbroił się w daleko posuniętą tolerancję 
na okoliczność takich zaczepek. - Robert Radacki - 
kontynuował swoją przemowę dyrektor - jest po raz 
kolejny laureatem ogólnopolskiej Olimpiady 
Matematycznej. Zdobył I miejsce w konkursie 
"Jutro Polska" i w ciągu czterech lat otrzymał 
średnią ze wszystkich przedmiotów 5,98. Przyznaję, 
że nawet ja nie miałem takich wyników. Śmiech i 
gromkie brawa były nagrodą dla szczerej 
samokrytyki. Robert wszedł na podium i ukrył się za 
dyrektorem szkoły. Chmielewski ponownie przejął 
inicjatywę przy mikrofonie. - Chciałbym, aby tę 
nagrodę wręczyła osoba, która urodziła się w Polsce i 

background image

pierwsze lata spędziła w Szczecinie... Robert gotowy 
był do ucieczki. Szukał przynajmniej duchowego 
wsparcia w Rudym i Ance, ale oboje byli pochłonięci 
dyskusją, w której pewnie doszli już do tematu 
swoich przyszłych emerytur. W pierwszym rzędzie 
stojących przed podium absolwentów przesunął się 
fotograf z "Gazety na Pomorzu". Przymierzał się do 
zrobienia zdjęcia. - ...i być może ta wizyta sprawi, że 
zechce powrócić tu na stałe i cieszyć się z nami nową 
Polską. Moja córka Cleo... - Chmielewski cofnął się 
od mikrofonu, przygarnął prawym ramieniem 
Roberta do siebie. Na jego twarzy wykwit! szeroki 
uśmiech. Robert powiódł wzrokiem w stronę 
pierwszego rzędu uczniów oklaskujących 
przemówienie. Ostre światła flesza z aparatu 
fotograficznego wypaliło do białości obraz sali i 
zgromadzonych w niej gości. Na moment 
przymrużył oczy. Usłyszał, rosnące oklaski i gwizdy. 
Otworzył oczy. Robert rzadko chodził do kina. Nie 
lubił taniej rozrywki w stylu zabili go i uciekł. 
Telewizję oglądał bardziej dla towarzystwa ze 
względu na ojca. Jego znakomita pamięć, trenowana 
latami nauki w mozole przeczesywała teraz 
wszystkie widziane w życiu twarze. Takich ust, 
takich oczu, takich włosów jak żył nigdy nie widział. 
Stała przed nim dziewczyna nie z tego świata. Cleo 
pochyliła się do Roberta i prawie wcisnęła mu w rękę 
honorowy dyplom. Zapach delikatnych perfum 
wtargnął w jego zmysły pobudzając w nim nieznane i 
nigdy nie odkryte doznania. W ułamku sekundy jego 

background image

umysł rozprysł się na miliardy części i każda z nich 
napełniła go falą rozpalonej energii. Cleo pochyliła 
się i musnęła ustami jego policzek. Była na pewno nie 
z tej planety i nie z tego miasta. - Coś dla ciebie - 
stwierdził Skorpion siadając do stolika. Casanova 
leniwie podniósł się z krzesła i powiódł wzrokiem w 
stronę podium. Robert trzymał w rękach ogromne 
pudło z komputerem. Cleo kładła na nim dyplom. 
Robert usiłował odwzajemnić się pocałunkiem, ale 
zawisł wygięty ponad pudłem w połowie drogi. Sala 
wybuchła śmiechem. - To co? Który startuje? - 
Casanova siadł z powrotem do stolika. Był 
najbardziej aktywnym podrywaczem w mieście i 
niewiele mężatek w mieście nie załapało się jeszcze 
na jego wdzięki. Skorpion rzucił porozumiewawcze 
spojrzenie w stronę Kobry. Casanova nie należał do 
bandy. Trzymał się z nimi, bo zawsze miał forsę i 
mogli razem robić sobotnie rundy po mieście. Nie 
pracował jednak lecz żebrał u swojego nadzianego 
starego. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobra mrugnął do 
Skorpiona. - Nie do wyjęcia. Jest ze starym - oceniał 
szansę Skorpion. - Potrzebuję dwie godziny. Pięć 
stów - zaproponował Casanova. Skorpionowi 
zaświeciły się oczy. - Stoi - sędziował Kobra. Złączyli 
ręce nad stołem. Dorota przecięła. - Znowu poleci do 
starego po forsę - parsknął Skorpion na cały głos. 
Kobra wybuchnął śmiechem. Przebili ręce nad 
stołem. - Napijemy się czegoś? - Robert i Cleo szli 
razem. Robert szedł przodem przeciskając się z 
pudłem miedzy tańczącymi. Cleo podążała jego 

background image

śladem. - Co? - Muzyka grała tak głośno, że nie 
mogli się dosłyszeć. - Pytam, czy się czegoś napijesz? 
Drinka? - Krzyknął Robert. -A, tak. - Zaczekaj. 
Przedarł się przez ostatnią parę tańczących i 
oswobodzony przeniósł pudło z komputerem ponad 
pustymi stolikami docierając do Anki i Rudego. - 
Popilnujesz chwilę? - Spytał Robert stawiając pudło 
na wolnym krześle. - Ten komputer to pryszcz, ale ta 
laska. Ja bym jej nie odpuszczał -Rudy wpatrywał 
się w stojącą na parkiecie Cleo. Robert odwrócił się 
za jego wzrokiem. Casanova i Cichy stanęli po jej 
obu stronach. Cichy spokojnie coś tłumaczył ze 
zniewalającym uśmiechem na twarzy, a Casanova 
gestem dłoni zapraszał do stolika. Robert opadł na 
krzesło. Nie bardzo wiedział jak się zachować. - 
Zapomnij - pocieszał go Rudy. - Ona nie jeździ 
autobusami. - Złodzieje - wycedził Robert. 
 
Męska toaleta z trzema kabinkami wymagała 
remontu. Nawet lampa nie dożyła nowych czasów. 
Pojedynczy drut z oprawką i żarówką założono 
specjalnie z okazji balu maturalnego. Przy wejściu 
do toalety stało sto czterdzieści kilo mięśni w 
ciemnych okularach na nosie i pistoletem polskiej 
produkcji pod pachą. Chwilowo nikt nie nalegał aby 
w tej sytuacji wejść do środka. - Ile się znamy? Rok, 
dwa? Osiem lat wożę twoją wódę, ty, prezesie klubu 
sportowego. Byłbyś nikim gdyby nie ja - Czarny stał 
na środku toalety z rękami w kieszeni. Ostre światło 
żarówki pozostawiało jego twarz w cieniu - 

background image

zarobiłem kupę szmalu dla ciebie. - Historia - 
dobiegł głos z kabiny po czym ktoś pociągnął za 
łańcuch i odgłos spadającej do muszli wody wypełnił 
toaletę - skończyłem z tym dwa lata temu. Drzwi 
kabiny otworzyły się i wyszedł z niej Chmielewski. 
Przeszedł nie spoglądając na Czarnego i stanął po 
prawej stronie przed umywalką. - Zostawiasz mnie z 
towarem na granicy i sprzedajesz "bramkę" tym 
palantom z Poznania? Daj mi miesiąc. - Za późno. 
Prowadzę legalne interesy, a ty możesz pracować dla 
Poznania. Ale po starej przyjaźni... nie próbuj nic na 
własną rękę. Na przejściu nie pokazuj się nawet 
turystycznie. Chmielewski wytarł ręce chusteczką i 
nie oglądając się wyszedł z toalety. Jego ochroniarz, 
pan Włodzimierz ruszył za nim. 
 
- Nudno. Gdzie tu się chodzi wieczorem? - Przerwała 
milczenie Cleo. - Nudno - zgodził się Biedrona. - Ja 
nie mówię dobrze po polsku, ale wszystko rozumiem 
- wyrecytowała Cleo. 
 
Szeroko otwarte, dwuskrzydłowe drzwi przepuściły 
pana Włodzimierza, ale tylko dlatego, że wchodząc 
mocno docisnął łokcie do ciała. Za nim na salę 
wszedł Chmielewski. Rozejrzał się uważnie. 
Dyskotekowe światła, głośna muzyka i roześmiane 
twarze tańczących zachęciły go do odwrotu. Szepnął 
kilka słów ochroniarzowi. Ten odwrócił się i wyszedł 
z sali. Chmielewski mimo wytężonej uwagi nie mógł 
odnaleźć córki. Skierował się w stronę dyrektora 

background image

szkoły. Pragnął jak najszybciej się zmyć, żegnając się 
z dyrektorem dostrzegł Cleo. Obok niej stał Kobra z 
przyklejonym na twarzy uśmiechem cherubinka nie 
mógł oderwać oczu od dziewczyny. Biedrona 
nieudolnie demonstrował obojętność. Cichy z uwagą 
obserwował strategię pająka w wykonaniu 
Casanovy. - Jest taki lokal, nie wiem czy znasz? - 
sądował Casanova - Imperium. Albo Royal Pub? - 
Spojrzał na Cichego, ale ten, jemu pozostawiał 
wybór. - To co, Royal? - Potwierdził Casanova. 
Chmielewski ruszył w stronę Cleo. Dyrektor szkoły 
usiadł do swojego stolika. - Tydzień temu 
Chmielewski pojechał na lotnisko witać swoją córkę 
- błyszczał nową plotką przed dyrektorem banku - 
nie widział jej trzynaście lat, bo Teresa, pamiętasz 
jego żonę, wyjechała do Nowego Yorku i zabrała 
dziecko ze sobą. Dziewczynka miała wtedy pięć albo 
sześć lat. No więc stoi na lotnisku, ludzie wychodzą z 
bagażami po odprawie celnej, a on nagle uświadamia 
sobie, że nie ma pojęcia jak wygląda jego córka. 
Poleciał więc do kiosku, kupił brystol i napisał na 
nim swoje nazwisko. Stoi z tą kartką i pokazuje 
każdemu dziecku, które wychodzi przez drzwi. Nagle 
puka go ktoś w plecy i mówi - "Hi". Ten się odwraca 
i... - ..., a to dlatego od tygodnia Chmielewski 
codziennie chodzi na basen i do sauny i włosy mu 
jakby pociemniały... - zauważył dyrektor banku. - 
Będzie miał kłopoty ze swoją córeczką - zakończył 
dyrektor szkoły. Chmielewski stanął za plecami Cleo 
i położył rękę na jej ramieniu. - Na nas pora. 

background image

Uśmiech znikł z jej twarzy. Wstała od stolika. 
Casanova nie odmówił sobie przyjemności i 
demonstracyjnie uniósł się na powitanie 
potencjalnego teścia. - Jak tam interesy? - Cichy był 
bezpośredni w kontaktach ze znajomymi. Co prawda 
nie widywał się z Chmielewskim od roku, ale 
wcześniej gdy pracowali dla niego z Czarnym nie raz 
chodzili razem do Radissona. Zimne spojrzenie 
jakim Chmielewski otaksował cały stolik zniechęciło 
wszystkich do dalszych poufałości. Spojrzeli po sobie 
nie rozumiejąc co się dzieje. Skorpion jeszcze raz 
pociągnął lekarstwo z ręcznego inhalatora. Nic go 
już nie obchodziło. Był nieobecny. - O nic cię nie 
proszę, prawda? - atakowała Cleo - masz tu swoje 
sprawy. Jeżdżę z tobą po wszystkich znajomych, ale 
mam już dość. Dziś kolejne przedstawienie. - Nie ma 
mowy, żebyś sama tu została - oponował 
Chmielewski. - Ale dlaczego? - Wbiła wściekły wzrok 
w ojca. Od kilku lat samodzielnie prowadziła swoje 
życie. Miała wynajęte mieszkanie na Manhattanie 
razem z koleżanką. Trochę forsy dostawała od 
matki, a resztę dorabiała w barze podając drinki. A 
tu jakieś "mogę nie mogę". "Kim on właściwie jest 
dla mnie" - pomyślała przelotnie. Wzrok ojca był 
miażdżąco nieustępliwy. Nagle dostrzegła cień 
nadziei. W tyle pod ścianą, obok wielkiego pudła z 
komputerem siedział Robert. Patrzył na nią. - Tak 
przy okazji. Obiecałam twojemu stypendyście, że 
odwiozę jemu komputer do domu - uśmiechnęła się 
niepewnie. Chmielewski złagodniał. Różnie 

background image

uśmiechały się do niego kobiety w ciągu ostatnich lat. 
Często zależało to od koloru garnituru w jakim 
paradował w hotelach Zachodniej Europy. Tego 
uśmiechu jednak nie można było kupić za żadne 
pieniądze. Był to uśmiech małej dziewczynki do 
własnego ojca. Skapitulował. Robert szedł przodem 
niosąc pudło, za nim Cleo, a na końcu Rudy taszcząc 
na ramieniu rower Roberta. Gdy dwie minuty temu 
podeszła do stolika pomyśleli, że to żart, ale gdy 
sama podniosła pudło z komputerem obaj rzucili się 
do pomocy. Robert i tak chciał wracać do domu, a 
Rudy jako jego serdeczny przyjaciel zaofiarował się 
w niesieniu roweru. Robert zwolnił i rozglądał się po 
parkingu. - Ten biały Suzuki - wskazała mały 
terenowy samochód ze zdjętym dachem. Casanova 
minął Rudego i delikatnie odepchnął Roberta na 
bok. - Przepraszam, ale chcę wsiąść do samochodu - 
mrugnął na pożegnanie w stronę Cleo i zniknął w 
granatowym Audi. - Robert, gdzie jest Royal Pub? - 
Zapytała Cleo. - On nie wie. Nigdzie nie chodzi, ale 
za to ma komputer - pospieszył z życzliwym 
wyjaśnieniem Rudy i zapakował rower obok 
zapasowego koła. Robert usiłował zabić Rudego 
wzrokiem ale za mało trenował tę sztukę. Rudy 
wskoczył na tylne siedzenie i walczył z pudłem o 
kilka dodatkowych centymetrów miejsca na fotelu. 
Cleo zasiadła za kierownicą. Cichy i reszta grupy 
stali na schodach przed Domem Kultury. Dyrektor 
szkoły odprowadzał Chmielewskiego i dyrektora 
banku do samochodów. - i co Cichowski? Kierunek 

background image

się pogubił i kręcisz się w kółko - ironicznie zaczepił 
dyrektor szkoły widząc Cichego. - Ten sam 
codzienny problem - gdzie tu na noc zaparkować? 
Cichy powiódł spojrzeniem za Chmielewskim, ale 
ten udawał, że go nie widzi. - Ja przynajmniej mam 
jeszcze jakiś wybór - odpowiedział. - Ty Cichowski 
tak szybko się skończysz, że nawet tego nie poczujesz 
- dyrektor był wyraźnie zły. - Ale co się ubawię to 
moje, no nie? - odparł Cichy. Chmielewski zapalił 
papierosa. Był zdenerwowany. Niepokój wkradł się 
w jego podświadomość. Nie chodziło mu przecież o 
tych chłopaków, których znał od lat i których w 
jednej chwili starł by z powierzchni ziemi, a na 
pewno z ulic tego miasta. Więc co to było? Znał to 
uczucie niepokoju; pamiętał je z przed lat, ale skąd? 
Czy to możliwe, żeby poczuł w sobie zazdrość? - 
Nienawidzę takich imprez, ale tak trzeba - podjął 
pierwszy z brzegu temat, żeby uciec od tamtych 
myśli - ludzie muszą się przyzwyczaić do nazwiska. 
Wszyscy traktują nas jak złodziei - zaciągnął się 
dymem, a porcja nikotyny przywróciła mu pewność 
siebie. - I nieważne co robisz. Wystarczy, że masz 
pieniądze - kontynuował. - Kredyty mamy już 
załatwione. Możesz wykupować ziemię i... -dyrektor 
banku przerwał w pół zdania. Chmielewski poszedł 
za jego spojrzeniem. Boczna szyba w jego 
Mercedesie 500 SL była wybita, a na piasku skrzyły 
się jej odłamki. Chmielewski zanurkował do wnętrza 
i spotkał się twarzą w twarz ze swoim ochroniarzem. 
- Szefie - mamrotał tamten. - To już trzecie radio w 

background image

tym miesiącu nam ukradli. Chmielewski cofnął się 
do tyłu. Żółta Corvetta z piskiem opon wchodziła w 
zakręt usiłując wyprzedzić czarnego Jeepa z żółtym 
dachem. Za nimi podążało granatowe Audi. Mięśnie 
twarzy stężały Chmielewskiemu w wyrazie 
nienawiści. - Popatrz co za hołota - zwrócił się do 
dyrektora banku - zabiłbym takiego bez skrupułów. 
Szczecin jest po Paryżu drugim miastem 
zbudowanym na planie gwiazdy. Nie jest to zbieg 
okoliczności, tylko wynik pracy tego samego 
architekta. W praktyce oznacza to, że kolejne ulice 
zawsze kończą się rondem z którego z kolei znów 
odbiegają przynajmniej cztery nowe ulice, aby 
doprowadzić po chwili do kolejnego, 
sześcioramiennego ronda i tak dalej i tak dalej. Cleo 
zatrzymała swoje białe Suzuki na środku placu 
Grunwaldzkiego nie wiedząc dokąd dalej jechać. W 
samochodzie tak jak i w całym mieście panowała 
cisza. Rudy wygrzebał z pudła instrukcje komputera 
i przy świetle lamp sodowych studiował parametry 
techniczne jęcząc raz po raz z zachwytu. - Na co 
czekamy? - zapytał Robert. - Oto i są - 
odpowiedziała Cleo. Miała na myśli kolegów 
nadjeżdżających z piskiem opon. Prowadził 
Casanova, za nim jechał Cichy odkrytym teraz 
Jeepem wioząc Skorpiona, Dorotę i Kobrę na pace, a 
zamykał Biedrona swoją żółtą Corvettą. Samochody 
weszły w ostry wiraż i okrążyły stojące na środku 
białe Suzuki. - Prymus. Do szkoły się zapisz - darł się 
Kobra. 

background image

- Wytrzyj gila i popraw grzywkę - wtórował mu 
Skorpion. 
- Galoty zgubiłeś, bara, bara, bara, bara? - Kobra 
wisiał za Jeepem głową w dół. - Ciekawe kto ją 
pierwszy posunie? - Głośno myślał Skorpion. Cichy 
był na tyle trzeźwy, że zasłonił się ręką, żeby 
przynajmniej nie patrzeć na Cleo. Dziewczyna słabo 
rozumiała po polsku, bo odbierała te okrzyki jako 
część zabawy. Sami podobnie się bawili na 
Brookłynie. Dobrze, że nie spojrzała na Roberta, bo 
z jego twarzy zrozumiałaby treść okrzyków. 
Casanova podjechał nieco bliżej. - Zmieniliśmy 
plany. Chcesz się zabawić, to jedź z nami - zachęcał. 
Silniki weszły na wysokie obroty. We wszystkich 
samochodach chłopcy słuchali tej samej stacji 
radiowej i teraz wyciskali ze wzmacniaczy 
maksimum mocy. Samochody skoczyły do przodu 
zjeżdżając z ronda i nabierając prędkości. Cleo 
wrzuciła bieg i ruszyła z piskiem opon w ślad za żółtą 
Corvettą. - Na dwa baty i na kwadrat - darł się 
Skorpion mijając stojący w bramie zaczajony 
radiowóz policyjny. Młody kapral od trzech miesięcy 
służący w szczecińskiej policji rzucił się do stacyjki. 
Silnik nowo zakupionego radiowozu Volkswagen 
posłusznie zapalił swymi czterema cylindrami i... 
zgasł. Starszy sierżant wyjął kluczyki ze stacyjki i 
spokojnie opadł na swój fotel. - Nie jedziemy? - zbity 
z tropu kapral spojrzał na sierżanta. - Żonę masz? - 
Spokojnie spytał sierżant. -Nie. - A dziecko masz? 
-Nie. 

background image

Sierżant zamyślił się na moment. 
- To może masz akwarium? 
- Mam - przyznał zaskoczony kapral. 
- To masz dla kogo żyć. 
Po przejechaniu siedemnastu kilometrów od 
Szczecina w stronę Międzyzdrojów skręcili w prawo 
w leśną drogę. Robert tylko raz zapytał dokąd jadą, 
ale chyba muzyka grała zbyt głośno, bo Cleo nawet 
nie zareagowała. Las przerzedził się i dostrzegli łunę 
jasnego światła. Długi na pół kilometra biały mur 
biegł wzdłuż drogi i kończył się szeroką bramą. Zza 
muru dobiegała głośna muzyka. Światła przednich 
reflektorów omiotły żelazną bramę i zatrzymały się 
na nogawkach błękitnych jeansów, które zabawnie 
unosiły się powyżej kostek. Nie mogło być inaczej 
gdyż ich właściciel miał sto dziewięćdziesiąt dziewięć 
centymetrów wzrostu i od sześciu lat nie znalazł 
swojego rozmiaru spodni w całej Europie. Ostre 
światło jego latarki prześlizgnęło się po tablicy 
rejestracyjnej białego Suzuki, po czym skierowało 
się do wnętrza kabiny trafiając Roberta prosto w 
oczy. Widok Roberta zasłaniającego się przed 
światłem nie skłonił ochroniarza do sięgnięcia po 
broń więc spokojnie wjechali przez bramę na teren 
posiadłości Czarnego. - Była piękna, przezroczysta. 
A na imię miała Czysta, bo ty i ja to... -zawodził 
Kobra. Pierwszy wyskoczył z samochodu. Za nim 
szedł Skorpion obejmując Dorotę lub bardziej 
opierając się o nią. Cichy, Biedrona i Casanova 
trzymali się z tyłu czekając aż Cleo wysiądzie z 

background image

samochodu i dołączy do nich. Chcąc nie chcąc 
Robert również wysiadł. Rudy stanął obok. Jego 
twarz na codzień tak plastyczna teraz zamarła w 
niemym zdziwieniu. Ogromna, nowoczesna bryła 
willi otoczona świeżo sadzonymi drzewami odbijała 
się w sztucznym stawie ponad którym przerzucona 
była malownicza kładka. Zdradzało to 
sentymentalne skłonności projektanta lub właściciela 
tej rezydencji. Podjazd pod dom, parking, a nawet 
część ogrodu zastawione były ekspozycją 
samochodów z "kolekcji lato 1994". Tak na oko 
ponad pięćdziesiąt sztuk. Ich właściciele wraz z 
osobami towarzyszącymi stanowili barwny dodatek 
do wystawnego przyjęcia. Liczne stoły z parasolami 
uginały się pod ciężarem specjalnie na tę okazję 
wypieczonych mięs, wędzonych wędlin, owoców, 
ciast, tortów. Z boku sześć stanowisk grilla 
obsługiwanych było przez najlepszych kucharzy. 
Przypiekali krwiste mięsa. Dalej rząd jedenastu 
beczek z różnymi gatunkami piw zaspokoiłby nawet 
wyszukane gusta. Następnie dwumetrowa fontanna 
w kształcie szklanej góry polewała chłodną wodą 
zgromadzone tu białe wina. Obok w lodówkach za 
szklanymi szybami chłodziły się szampany. Dla 
smakoszy prawdziwy raj zaczynał się na niewielkiej 
wysepce pośrodku sztucznego stawu, gdzie pod 
jarzeniowym napisem EDEN naga Ewa serwowała 
francuskie wina. Aby spijać bukiet tych przednich 
czterdziestoletnich win należało dopłynąć wpław do 
wysepki. - A myśmy przez te cztery lata słupki liczyli 

background image

- odezwał się Rudy wracając do przytomności. Tłum 
wieczorowo ubranych gości przetaczał się we 
wszystkich kierunkach. Mimo najróżniejszych 
strojów, fryzur i mnogości typów męsko-damskich 
jedno pozostawało wspólne dla wszystkich obecnych 
w ogrodzie (nie wliczając kucharzy i kelnerów) - 
średnia wieku plasowała się w granicach dwudziestu 
czterech lat. Wyjątek stanowił Czarny, właściciel tej 
rezydencji. Właśnie dziś obchodził uroczyście swoje 
czterdzieste urodziny. Rudy podbiegł do szklanej 
fontanny i napełnił dwie szklanki mieszaniną wódki 
z sokiem. - Robert. Napij się - nie czekając na toast 
łyknął jednym tchem pół szklanki. Chyba robił to po 
raz pierwszy w życiu, bo na moment przestał 
oddychać i utkwił wzrok na końcu własnego nosa. - 
Ech - jednak mu zasmakowało. Rozejrzał się 
dookoła. W górę wystrzeliła pierwsza bomba 
sztucznych ogni. Wzniosła się nad staw i 
eksplodowała tysiącem czerwonych warkoczy. - 
Popatrz - nie mógł opanować swego wzruszenia 
Rudy. - Przecież to są gangsterzy - studził go Robert. 
- Żeby choć przez tydzień pożyć tak jak oni - 
rozmarzył się Rudy. Robert spojrzał za siebie. Przy 
stole z alkoholami stała Cleo. Kobra nalewał jej 
szampana do kieliszka, a Casanova obejmował 
ramieniem i przedstawiał kumplom. Cleo poczuła na 
sobie wzrok Roberta. Przez ułamek sekundy patrzyli 
na siebie. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie. Po raz 
pierwszy od tygodnia dobrze się poczuła. Wszystko 
w koło wyglądało dla niej swojsko. Czuła się jak w 

background image

Nowym Yorku na sobotnim przyjęciu, u któregoś z 
kolegów z collegu. Ta sama muzyka, te same opalone 
twarze jej rówieśników, to samo piwo. Nawet ku jej 
zaskoczeniu, większość chłopców mówiła po 
angielsku. To była ulga. Sześć dni spędziła z ojcem, 
który woził ją po swoich znajomych. Niekończące się 
spotkania z emerytami. Pierwszy raz pomyślała, że 
warto było przyjechać na te wakacje do Polski. 
Odwróciła się do Cichego wznosząc toast. Była 
szczęśliwa. Szkoła, dom, szkoła i nauka. Robert nie 
przyjaźnił się z nikim specjalnie z wyjątkiem 
Rudego, a i tu słowo przyjaźń było nadużyciem w 
stosunku do ich znajomości. Stał teraz samotnie po 
środku rozbawionego tłumu i pierwszy raz pomyślał 
o sobie inaczej. Zobaczył w roześmianych twarzach 
Kobry, Cichego, Biedrony jakąś niezwykłą radość 
życia, której nie odnajdywał w sobie od wielu lat. - 
"Hej, nie rozklejaj się dupku." powiedział sam do 
siebie na wszelki wypadek, bo jego myśli dryfowały 
w stronę prostego alibi jakim była w jego życiorysie 
śmierć matki. "Nie potrafię się śmiać tak jak oni, bo 
noszę w sobie ciężar jakiego nikt z nich nie zna" - 
drażnił sam siebie takim wyznaniem wiedząc, że to 
tanie usprawiedliwienie. "Oni są po prostu 
złodziejami, cwaniakami, którzy żyją z ludzkiej 
nędzy. Okradają innych, ale dzień sądu..." i tak dalej 
i tak dalej, ale podsycana w sobie niechęć do kolegów 
w niczym nie zmieniała faktu, że był nudnym, 
nieśmiałym, bezbarwnym, pozbawionym poczucia 
humoru prymusem. "I co ci przyszło do głowy?" - 

background image

Ciągnął swój wątek masochisty - "myślałeś, że ona 
umówi się z tobą na drinka. A gdzie byś ją zabrał? 
Na dworzec? Za co, gdzie?" Spojrzał na szklankę 
pełną wódki, którą dostał od Rudego. Wychylił 
jednym tchem. Przełknął bez trudu. Rudy 
zaniemówił z wrażenia. Chyba jednak nie znał 
Roberta. Sztuczne ognie strzeliły teraz w niebo po 
dziesięć jednocześnie rozświetlając okolicę 
czerwonym i zielonym blaskiem na przemian. Huk 
wybuchów uruchomił autoalarmy w samochodach. 
Gdzieś ponad czubkami drzew niebo zapłonęło 
czerwienią ukrytego jeszcze za horyzontem słońca. 
Czarny stał na tarasie pierwszego piętra obserwując 
bawiących się w ogrodzie gości. - Z czego będziesz 
żył? Sprzedasz dom? Niezłe balangi tu były -
stwierdził Cichy stojący po drugiej stronie tarasu i 
popijający piwo z butelki. - Daj spokój... - Czarny 
stał oparty o drewniany słup tarasu. - Koniec z 
przemytem. Masz długi i niedługo będziesz goły... - 
ciągnął Cichy. Czarny odwrócił się do Cichego. 
Każdy inny człowiek nie umiejący latać, leżałby 
martwy sześć metrów w dole za takie spoufalanie się, 
ale Cichy był kimś szczególnym. Nie tylko 
wspólnikiem i prawą ręką. Był przyjacielem. - Mam 
zlecenie na pośrednictwo. Można trafić parę 
dolarów, ale... - Czarny zawiesił głos ważąc w sobie 
ostatecznie słowa, które od momentu ich 
wypowiedzenia stawały się zadaniem do wykonania. 
- Ale... - zaciekawił się Cichy. - Gdyby się tym zająć 
samemu do końca, to można wyjąć piątkę. - Piątkę 

background image

czego? - Cichy przerwał picie piwa i wbił czujne 
spojrzenie w Czarnego. - Pięć milionów dolarów. Po 
minie Cichego było widać, że wie ile to jest pięć 
milionów dolarów. Ta willa, w której toczyło się 
teraz przyjęcie, cała elektronika sterująca domem, 
sprowadzane z Niemiec meble, basen, kort, grafitowe 
BMW 735, motorówka zacumowana w Świnoujściu, 
wszystko to razem do kupy warte było połowę tej 
sumy, i to zakładając, że zapłaciłby bez targowania. 
Robert wszedł do salonu. Trawa w ogrodzie ścięta 
była równo z progiem drzwi prowadzących do sali 
gier. Centralnym meblem ascetycznie urządzonego 
pokoju był rzeźbiony angielski stół do snookera. Z 
boku przy niskim stoliku na podłodze siedział 
Skorpion. Przed nim na stoliku obok butelki ginu 
stał otwarty pojemnik z inhalatorem. Z drżeniem 
rąk Skorpion wsypywał do inhalatora biały proszek. 
Pustą foliową torebkę odrzucił na bok. Buteleczkę 
zakręcił i szybkim ruchem wstrząsnął nią kilka razy. 
Kolejna dawka wciągniętej w nos kokainy 
przywróciła mu błogi uśmiech na twarzy. Spojrzał 
na Roberta. Kilku kibiców obserwowało toczącą się 
właśnie grę na stole bilardowym. Casanova 
przegrywał. Przegrywał na oczach swoich kolegów i 
to z kim, z Cleo, która wbrew oczekiwaniom 
zebranego tu grona, nie wybierała się z nim na 
krótki spacer w stronę sypialni na pierwszym 
piętrze. Cleo znała wszystkie schematy tej gry. Od 
piętnastego roku życia chodziła do łóżka tylko 
wówczas gdy miała na to ochotę. A tego wieczoru 

background image

ostatnią rzeczą na jaką dała by się namówić był seks. 
Robert podszedł do Cleo i stanął za jej plecami. 
Nieśmiało położył rękę na jej ramieniu. - Muszę 
wracać do domu. Zabieram komputer... i rower... i... 
Alkohol działał, bo inaczej Robert nie odważyłby się 
na nic więcej prócz pożegnania. Ale tego wieczoru 
działo się wiele nowych rzeczy w jego życiu. Jeszcze 
raz pochylił się do Cleo. - ... i w ogóle, może byśmy 
już pojechali. - Zagrajmy. Jeżeli wygrasz to jedziemy 
- postawiła warunek Cleo. Casanova stanął pod 
ścianą z boku i dzięki temu przeżył bez szwanku 
pierwszy kontakt Roberta z kijem bilardowym. 
Lampa nad stołem miała mniej szczęścia. Czarny 
wszedł do sali gier. Stanął w półmroku. Obserwował 
nierówną walkę Roberta z kulami na stole. - Mamy 
coś do przerzucenia przez granicę. Szkoda, że masz 
trefne papiery - zwrócił się do Cichego. Ponownie 
spojrzał na Roberta. - Potrzebujemy kogoś nowego. 
Cichy powiódł wzrokiem w ślad za spojrzeniem 
Czarnego. Cleo instruowała Roberta jak należy 
trzymać poprawnie kij. -Coś ty. To leszcz. Cleo 
wychodziła pierwsza. Robert szedł za nią. Zbierali 
się do wyjścia. Biedrona stanął obok Casanovy. - 
Pięć stów to nie majątek - powiedzał. - Zwłaszcza jak 
się ma dzianego starszego - Kobra podszedł z drugiej 
strony. Skorpiona z nimi nie było. Daleko odpłynął 
po kolejnych głębokich wdechach swojego 
inhalatora. - Czy na prawdę musisz jechać do domu? 
- Spytała Cleo wychodząc z Robertem na parking. 
Gwiazdy pogasły na niebie z wyjątkiem tych dwóch 

background image

płonących w jej oczach. Z uporem dziecka Robert 
przywiązał się do idei powrotu. - Tak - z całą 
stanowczością potwierdził swoją wolę. 
- Chodź. Pokażę ci coś - Cleo pociągnęła go za sobą 
do samochodu. Nie stawiał oporu. Gdy wyjeżdżali 
dostrzegł Rudego w niezwykłym nastroju, szedł po 
pas w wodzie w poprzek sztucznego stawu z szeroko 
rozwartymi ramionami w stronę wyspy z napisem 
EDEN. A gdy tam dotarł szczęście odebrało mu siły i 
padł tuż obok uśpionej alkoholem półnagiej 
barmanki, która przestała już być Ewą. 
 
ROZDZIAŁ 4 
 
Słonce tego ranka na moment zabłysło na horyzoncie 
i schowało się za wąski pas porannych chmur. 
Zielonkawe niebo odbijało się w spokojnych falach 
morza. Brzeg wznosił się w tym miejscu wysoką na 
kilkadziesiąt metrów piaszczystą skarpą. Fale od 
stuleci podmywały klifowy brzeg, odgryzając od lądu 
kolejne metry. Robert wspinał się po stromym 
wzniesieniu. Rozpaczliwie chwytał się traw, żeby nie 
stracić równowagi. Minął powaloną sosnę, która w 
raz z tysiącami ton piasku osunęła się w zeszłym 
roku z urwistej skarpy. Spojrzał w górę, pozostało 
jeszcze kilka metrów. Na piasku widniały świeże 
ślady. Sam nie wiedział co pchało go na tę przeklętą 
górę. Cleo wcale go nie prosiła, żeby za nią szedł. Ale 
szedł i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie 
robił głupstw, a tej nocy jakiś głos, jakaś siła, której 

background image

nie znał pchała go w kolejne szaleństwo. Chwycił się 
ręką wystającego z piasku konaru. Przyklęknął, żeby 
złapać oddech. Spojrzał w dół. Sześćdziesiąt metrów 
pod jego nogami było morze. Tam gdzie fale stykały 
się z piaskiem stała zabawka, Suzuki, którą 
przyjechali z Cleo. "Żaden dźwig, żadna straż 
pożarna, nikt do końca świata nie ściągnie mnie 
bezpiecznie w dół" - pomyślał i przywarł jeszcze 
bliżej do piasku. Nie miał jednak już wyboru. 
Wspinał się dalej na spotkanie swego przeznaczenia. 
Cleo siedziała na szczycie skarpy. Za sobą miała 
ścianę lasu, a przed sobą widok jakiego nie 
powstydziłoby się żadne biuro podróży na świecie. 
Zatoka rozświetlona promieniami słonecznego 
poranka. Po lewej stronie brzeg z gasnącymi 
latarniami. Kilka stojących na redzie statków, a 
wśród nich płynący pod pełnymi żaglami biały 
żaglowiec. Zerwał się poranny wietrzyk. Poczuła 
świeży zapach morza. Nabrała powietrza chcąc jak 
najgłębiej pompować w siebie tę najczystszą, 
narkotyczną energię życia. Na krawędzi skarpy 
pojawiła się ręka, a za nią druga. Palce jak szpony 
drapieżnika wbiły się między korzenie. Za nimi 
wysunęła się przerażona twarz Roberta. Nie mógł 
wydobyć słowa. Cleo wypuściła z siebie całe 
powietrze parskając śmiechem. - To się nie może 
dobrze skończyć - bronił się Robert. Cleo pochyliła 
się i wsparta na łokciach położyła się tuż przed nim. 
Nie mógł się cofnąć i nie mógł też iść do przodu. 
Przysunęła się jeszcze bliżej, tak że poczuł zapach jej 

background image

perfum, ten cudowny, odurzający zapach, który 
zapamięta do końca życia, czyli jeszcze jakieś pół 
minuty. Czuł, że trawy zaciśnięte w jego dłoniach 
powoli odrywały się od skarpy, a cały ciężar jego 
ciała wspiera się na palcu prawej nogi. - "Ma ładne 
oczy" - pomyślała o Robercie Cleo. - "Po co je 
chowa. Ścięłabym grzywkę. I w ogóle ścięłabym te 
okropne długie włosy. Kto dzisiaj nosi długie 
włosy?" - Gotowa była przerobić całą postać na wzór 
i podobieństwo swoich kolegów z collegu. Jeszcze 
bliżej się przysunęła, tak, że poczuł jej oddech. Cały 
świat, zatoka, morze, wszystko odbijało się w jej 
roziskrzonych oczach. Nagle potężna fala gorąca 
wybuchła w nim i z siłą huraganu. Wdarła się we 
wszystkie zmysły jednocześnie. Dotyk, smak, zapach, 
dźwięk, odczuwał z nieznaną intensywnością. Poczuł 
jej gorące, rozpalone do czerwoności usta jak 
przywierają do jego policzka. Miała przymknięte 
powieki. Błądząc składała kolejne pocałunki na 
policzku i brodzie aż odnalazła jego usta. Jakże 
niesprawiedliwy i okrutny bywa świat. Trawy 
pozostały w dłoniach Roberta wraz z wyrwaną 
ziemią. Ani lewa, ani prawa noga nie znalazły już 
punktu podparcia i w myśl prawa Newtona jego 
ciało runęło w dół mimo, że jego dusza sięgała 
szczytów. Rozległ się krzyk i śmiech Cleo. Leżał na 
piaszczystej wydmie u podnóża skarpy. Rozrzucił 
szeroko ramiona i gotów był objąć i pokochać to 
morze u swoich stóp i wszystkie oceany świata, 
chmury na niebie i wszystkie nawałnice z piorunami, 

background image

całą plażę po ostatnie ziarno piasku. Chciał 
powiedzieć: "kryształ kwarcu", ale w porę się 
wycofał uznając to za mało poetyckie. Cleo stanęła 
obok samochodu. Pomyślał, że to sygnał do powrotu. 
Zerwał się nieco silniejszy wiatr więc zapiął 
marynarkę i powlókł się do samochodu. Cleo stała 
nieruchomo wpatrzona w wielkie głazy sterczące z 
morza. - Wyglądają dokładnie tak jak je pamiętam z 
dzieciństwa. Mam takie zdjęcie z ojcem. Siedzę tu na 
tym kamieniu, a ojciec z matką po bokach. - Po co 
właściwie przyjechałaś do Polski? - Spytał bez 
powodu Robert. Cleo spoważniała. Przypomniała 
sobie nagle o niemiłym obowiązku, który psuje 
radość chwili. - Chcę wiedzieć kim jest mój ojciec - 
odparła. Nawet nie spojrzała na Roberta. Minęła go 
obojętnie i wsiadła do samochodu. Jechali w 
milczeniu po plaży. Słońce w całej pełni wynurzyło 
się z poza chmur i zapowiadało kolejny upalny dzień. 
Ale w samochodzie zapanował taki chłód, że po 
plecach Roberta przeszły ciarki. - Fajnie, że 
przyjechałaś. Pokażę ci miasto. Możemy razem pójść 
do kina jak zechcesz - zaproponował. Cleo 
wymownie milczała nie reagując na kolejne 
propozycje. - "Czyżby koniec?" - Pomyślał. "A niby 
czego koniec. Czego się spodziewałeś. Pocałowała cię 
i tyle. Kim ty jesteś tak na prawdę? Prymus z IVa. 
W właściwie już nie z czwartej. To już koniec szkoły, 
koniec olimpiad, nagród. Ale dlaczego zamilkła?" 
Robert nie znał odpowiedzi. W jego szkole nie było 
przedmiotu pod tytułem "Związki męsko-damskie". 

background image

Gdyby taki przedmiot był, to przeczytałby książkę 
"Postępowanie z kobietami", rozdział pierwszy. To 
był na prawdę jego rozdział pierwszy. Pierwsza 
dziewczyna w jego życiu, pierwszy pocałunek, 
pierwsza miłość. "A co to jest miłość?" - Poczuł w 
sobie strach. 
 
ROZDZIAŁ 5 
 
Przed Szczecinem skręcili z autostrady w prawo. 
Ominęli centrum i wjechali w podmiejską dzielnicę 
willową. Skręcili ponownie w prawo i zatrzymali się 
przed metalową bramą. Biały, wysoki na dwa metry 
mur, bronił dostępu dla wścibskich spojrzeń 
sąsiadów i przypadkowych przechodniów. Metalowa 
brama drgnęła. Po prawej stronie na słupie 
poruszyła się mała, przemysłowa kamera. 
Prowadziła samochód panoramą aż wjechali do 
wnętrza, by po chwili powrócić automatycznie na 
swoje miejsce. Chmielewski stał przy oknie. Monitor 
małego telewizora w czarno- białych kolorach 
pokazywał wjeżdżający przez bramę samochód. - 
Nie, nie. Wszystko w porządku. Już jest. Powiedzcie 
prokuratorowi, że czekam na niego. Wypijemy 
razem poranną kawę - odłożył słuchawkę telefonu. 
Cleo zatrzymała samochód na podjeździe. Wysiadła i 
trzasnęła drzwiami. Robert nie mógł oderwać 
wzroku od willi Chmielewskiego. Trzyskrzydłowy 
dom zamknięty na planie litery "u" dopiero z bliska 
nabierał właściwej skali. Parterowy z podwyższonym 

background image

dachem krytym czerwoną dachówką. Ogromne 
tarasowe drzwi bez trudu mieściły w sobie 
ochroniarza, który właśnie wyszedł na taras i 
pomachał przyjaźnie do Cleo. Wysiadła z 
samochodu i ruszyła w stronę domu. - Jestem 
zmęczona. Zamówię taksówkę dla ciebie. Robert 
wysiadł i zamknął za sobą drzwi tak cicho jak 
łakomczuch lodówkę. Bał się, żeby hałas nie zmącił 
tej harmonii kształtów i barw jaka otaczała go za 
sprawą znakomitej architektury i dwóch lat pracy 
pana Janka, ogrodnika, no i oczywiście półtora 
miliona dolarów wpompowanych w to 
przedsięwzięcie pod tytułem "Rezydencja 
Chmielewskiego". Nie było piękniejszej willi na 
Pomorzu, a może i w całej Polsce. Przeszli po 
angielskim trawniku i po stopniach schodów wspięli 
się na taras. Dwóch techników w pomarańczowych 
kombinezonach kończyło naprawiać pompę w 
basenie. - To pewnie panienka się ucieszy, bo jeszcze 
dziś będzie można się kąpać - łasił się starszy. - 
"Ciekawe jaką uczelnię skończył Chmielewski?" - 
przebiegło Robertowi przez myśl pytanie. W 
ogrodzie zaczynało się codzienne piekiełko upałów. 
Weszli do holu. Poczuł miły chłód. Sterowana 
komputerem klimatyzacja gwarantowała stałą 
temperaturę dwadzieścia stopni. Drzwi same 
zamknęły się za nimi. Dodatkową nowością był 
intensywny zapach jałowca, którego na pewno nie 
czuł w ogrodzie. No cóż. Wszystko dla ludzi. - Cześć - 
Cleo rzuciła w stronę ojca. Weszła do kuchni i 

background image

sięgnęła z szafki butelkę wody mineralnej. Zawsze 
nosiła taką butelkę przy sobie, gdziekolwiek się 
ruszała. Wyczytała w przewodniku, że woda w 
Polsce jest zatruta, i że najlepiej jest pić butelkową 
wodę niegazowaną. Przewodnik był francuski, a 
zalecana woda alpejska. Chmielewski był 
człowiekiem impulsywnym. Jako działacz sportowy 
w największej szczecińskiej stoczni utrzymał się na 
swym stanowisku prezesa tylko dlatego, że potrafił 
postępować z ludźmi. Może ktoś by powiedział, że 
był szorstki, może i był, że lekceważył kolegów, 
może, ale tylko gamoni, że eksploatował bez umiaru 
młodych sportowców -no cóż ale mistrzostwa Europy 
wygrywali jego podopieczni. Znał się na ludziach, ale 
całkowicie był bezbronny wobec własnej córki. 
Nabrał powietrza, żeby wgnieść ją ostrym atakiem 
we włoską glazurę, ale całe powietrze zeszło z niego, 
gdy spojrzała zielonymi oczami z pod czarnych 
sennych rzęs. - Mówiłaś, że wrócisz za godzinę. Nie 
wróciłaś - zaczął niepewnie -Mówiłaś, że 
zadzwonisz... - Możemy porozmawiać później. 
Jestem okropnie zmęczona. Odwróciła się zdejmując 
kurtkę. Upuściła ją na ziemię idąc w stronę Roberta. 
Sukienka ciasno przylegała do jej bioder. Kilka fałd 
materiału kołysało się w rytmie jej kroków ocierając 
się o uda. Chmielewski poderwał wzrok w momencie 
gdy stawała obok Roberta. - Kolega potrzebuje taxi. 
Miałam go odwieźć, ale padam - uśmiechnęła się. - 
Zadzwonię do ciebie w tygodniu - powiedziała 
Robertowi na pożegnanie. Odwróciła się i chciała 

background image

odejść ale zatrzymał ją głos Roberta. - Masz mój 
telefon? 
Wzięła leżący na stoliku pod lustrem banknot 
stuzłotowy i podała go chłopcu. - Masz. Napisz i włóż 
za lustro. Chmielewski patrzył jak odchodzi 
zrzucając po drodze pantofle z nóg. Ramiączko 
zsunęło się z jej ramienia i zawisło tam gdzie 
kończyły się jej rude włosy. Przez główną bramę 
przy której stał ochroniarz wjechała służbowa 
limuzyna Peguot 605. Była własnością szczecińskiej 
prokuratury i namacalnym dowodem wdzięczności 
miejscowych biznesmenów, którzy ufundowali ten 
samochód z własnych składek. Z samochodu wysiadł 
kierowca w mundurze policjanta. Ochroniarz 
otworzył drzwi pasażerowi. Siwy pan w wieku przed 
emerytalnym wysiadł z samochodu i ruszył w stronę 
tarasu. - Jak tam żona? - Spytał na dzień dobry 
ochroniarza, ale nie czekał na odpowiedź. Mógł być 
spokojny o los jego bliskich. Długopis nie chciał 
pisać. Robert chuchał na niego i ponownie próbował 
zakreślić cyfrę pięć na banknocie, ale bezskutecznie. 
Drzwi za jego plecami otwarły się tak gwałtownie, że 
uderzyły go w łokieć nim zdążył usunąć się na bok. 
Długopis spadł na marmurową posadzkę. Siwy pan 
tryskał wprost serdecznością. Przyklejony do twarzy 
uśmiech bazyliszka odginał mu policzki 
przysłaniając i tak ledwie widoczne za okularami 
oczy. Roberta ominął jak wieszak na płaszcze. 
Dostrzegł Cleo wchodzącą po schodach i ponownie 
rozpromieniony wyciągnął rękę do nadchodzącego 

background image

Chmielewskiego. - Tylko mi nie mów, że ci przykro i 
że spanikowałeś. Jak to dobrze, że nie mam dzieci. 
Lepiej mi opowiedz o tym nowym jackuzzi. Obaj szli 
korytarzem w stronę przeszklonego salonu. Za 
oknami ochroniarz przyglądał się pracy w basenie. - 
Wdepnąłem w niezłe gówno. Odstawią mnie na 
emeryturę - zaczął prokurator. - Aż tak źle? - 
Udawał zdziwienie Chmielewski. - A słyszałeś, żeby 
kiedyś obrabowano bank w obecności prokuratora i 
plutonu komandosów? Ciekawe, kto za tym stoi? - 
No, za wielu przyjaciół to ty nie masz - sarkastycznie 
odparł Chmielewski. - Mam ciebie. Jak mnie wywalą 
to ty mi pomożesz - odparł prokurator. Chmielewski 
nalał koniaku do szklanki i wręczył ją swojemu 
gościowi. - Ktoś chce się mnie pozbyć - powiedział 
prokurator i wychylił mały łyk złocistego płynu ze 
szklaneczki. Jego przeszywające spojrzenie utkwiło 
w źrenicach Chmielewskiego. Mogłoby zabić 
każdego, ale nie Chmielewskiego. Biznesmen 
roześmiał się prosto w nos i odchodząc rzucił za 
siebie: - Zawsze możesz to zgłosić na policję. - 
Bardzo śmieszne - prokurator opadł na fotel. Robert 
złożył banknot z zapisanym numerem telefonu i 
zatknął go za ramę lustra. Odchodził do drzwi, gdy 
usłyszał głos Chmielewskiego. - Moja córka powinna 
była pana odwieźć - podszedł do Roberta i wyjął z 
portfela kilka banknotów. - Ja nie mogę tego przyjąć 
- Robert szarpnął drzwi i dał krok na zewnątrz. - 
Zaczekaj. Ty się jeszcze uczysz -jedynie przez 
grzeczność Robert odwrócił się do niego. 

background image

Wystarczyło jednak, żeby Chmielewski wsunął mu w 
kieszeń marynarki zwitek banknotów. - Zresztą ja 
nie daję. Ja pożyczam. Zanim Robert zdążył 
zaprotestować poczuł za plecami ochroniarza. 
Automatyczne drzwi bezszelestnie zamknęły się 
przed jego nosem. Szli do otwartej bramy. Robert 
szedł pierwszy i niósł karton z komputerem. 
Ochroniarz kroczył tuż za nim. Wcisnął 
automatycznego pilota. Brama drgnęła Robert 
musiał podbiec ostatnich kilka kroków, żeby nie 
zostać przytrzaśniętym przez zamykającą się bramę. 
Nie było to łatwe zważywszy, że w rękach niósł 
komputer. Taksówka już czekała na zewnątrz. 
Robert zatrzymał się i ani drgnął. Młody taksówkarz 
patrzył na niego nic nie rozumiejącym spojrzeniem. - 
To co? W końcu stoi pan, czy jedzie? - zapytał z 
irytacją w głosie. Do domu było najwyżej pięć 
kilometrów. Jeździły tramwaje. Pieniądze nie były 
jego i przysiągł sobie na niebo i ziemię, że je wkrótce, 
a nawet natychmiast odda. Ranek był taki piękny, że 
można się było przecież przejść. - A ile za 
podstawienie? - Zapytał Robert. - To co? Kurs diabli 
wzięli? By cię szlag trafił - taksówkarz trzasnął 
drzwiami i odjechał. Robert skierował się 
piaszczystą drogą przez las. Ptaki tego ranka 
rozśpiewały się jak nigdy. A może po prostu on nigdy 
ich nie słyszał. 
 
Osiedle Stoczniowe swój okres świetności miało już 
za sobą. Wybudowane w latach sześćdziesiątych było 

background image

typowym hotelem robotniczym w makro skali. 
Piętnaście tysięcy robotniczo-chłopskich rodzin 
zagęszczonych w trzydziesto- lub czterdziesto-
metrowych mieszkaniach. Na podwórku, gdzie 
wylany asfalt zabił ostatni skwer zieleni, stał mały 
Fiat. Fotele i gumowe wycieraczki suszyły się w 
słońcu. To niewiarygodne, że taki mały samochód 
mieści w sobie tyle szpargałów. Całe wyrysowane na 
asfalcie boisko do tenisa zalane było jego 
zawartością. Robert szedł w poprzek dumnie niosąc 
wielkie pudło komputera przed sobą. - Się masz 
Robek. Gdzieś to rąbnął? Kurwa twa - poderwał się 
z ławki syn sąsiada, dwudziestosiedmioletni Włodek. 
Był jak zwykle w stanie wskazującym na spożycie. W 
prawej ręce wymachiwał opróżnioną do dna butelką 
po żytniej. - Dzień dobry - Robert grzecznie 
przywitał się z panem Koperkiem, właścicielem 
małego Fiata. Włodzimierz zrezygnowany machnął 
ręką za Robertem. Chciał prosić o dychę na małpkę, 
ale przypomniał sobie, że w ciągu trzech lat tylko raz 
wyłudził jakieś pieniądze od Roberta, bo ten po 
prostu ich nigdy nie miał. Ojciec i Robert siedzieli 
przy stole w dużym pokoju. Robert wyjął zrolowany 
dyplom. Rozprostował go na stole i podał ojcu. - 
Koniec szkoły, koniec kłopotów tata. Ojciec wziął 
pogięty dyplom do ręki i założył okulary. Przeczytał 
pobieżnie tekst: "Robertowi Radackiemu, za 
wzorowe... najwyższą średnią" i tak dalej i tak dalej. 
Odłożył dyplom na półkę. Stały tam rzędem 
kryształowe, posrebrzane, miedziane, ceramiczne i z 

background image

brązu - wszelkiego formatu i kształtu puchary i 
statuetki sportowe. Obraz zwycięstw jego 
piętnastoletniej kariery. W całym mieszkaniu wisiały 
dyplomy i pamiątkowe zdjęcia. - To i dobrze - w 
głosie ojca brzmiała nuta triumfu - przecież nie 
wezmą cię do wojska przeze mnie, to po co 
studiować? Pięć lat! - ojciec spojrzał na Roberta z 
rosnącym wzburzeniem - nie bądź głupi. Im 
wcześniej zaczniesz pracować tym wcześniej do 
czegoś dojdziesz. Robert uśmiechnął się do ojca. Ile 
już razy słyszał to kazanie. Ojciec był rozgoryczony, 
czasami złośliwy. Drażnił Roberta kiedy tylko mógł. 
- Niech się tata nie obawia. Jeszcze nie wiem czy 
pójdę na studia. Od poniedziałku zaczynam robotę u 
naszego sąsiada, ma własną firmę -powiedział 
Robert. Sąsiad był kimś, bo pracował dla siebie i 
chyba nieźle mu się powodziło. Ojciec go nie lubił. - 
Masz, sprzedaj - ojciec sięgnął z półki srebrny 
puchar zdobyty na spartakiadzie krajów 
socjalistycznych w Moskwie. Puchar był okazały. 
Uznał, że to za mało i dołożył niski, tym razem złoty, 
pamiątka z wyścigu pokoju z siedemdziesiątego 
siódmego. - Podnieśli cenę obozu w Bieszczadach. 
Pawełek od tygodnia się pakuje. Nie mogę mu 
powiedzieć, że nie pojedzie. Nigdy nie przelewało się 
u nich w domu, ale pierwszy raz ojciec sprzedawał 
swoje pamiątki. - Pogadam z majstrem. Może da 
zaliczkę. Nagle Robert przypomniał sobie, że w 
kieszeni marynarki ma pieniądze na taksówkę od 
Chmielewskiego. Wyjął je i położył na stół. - Resztę 

background image

przepiłem - powiedział. Ojciec rozpromienił się. Ten 
wieczny cherlak stawał się mężczyzną. - Wiedziałem, 
wiedziałem - klepnął syna w ramię, aż mu grzywka 
opadła na oczy. Robert odwzajemnił się. Klepnął za 
mocno, bo ojciec zachwiał się i poleciał na stół. 
Chwycił ręką swoje kule ortopedyczne i podniósł się 
do pionowej pozycji. Robert nie starał się mu pomóc. 
Ojciec dzielnie walczył ze swoim kalectwem. Od 
kilku lat przechodził kolejne operacje kolana. Żadna 
nie przyniosła ulgi. Po ostatniej doszła infekcja. 
Groziła amputacja prawej nogi. - Wszystko w 
porządku? - spytał Robert. - A co ma być nie w 
porządku. Na kalekę nie trafiłeś koleś - zaśmiał się 
do syna. Usiadł przy stole, wyjął z szuflady gazetę i 
zaczął pakować swoje puchary. Nie chciał już ich 
więcej oglądać. Robert wszedł do małego pokoju. 
Powiesił do szafy marynarkę. To ostatni raz kiedy ją 
założył. "Może też sprzedać" - pomyślał. Zmienił 
jednak zdanie spoglądając na przetarte mankiety. 
Obok na łóżku spał dwunastoletni chłopiec. Pochylił 
się nad nim. Byli do siebie podobni. Obaj mieli 
długie jasno-blond włosy. - Krasnal. Zdałeś? - 
zapytał Robert. Chłopiec nie dał się obudzić. 
Podniósł kciuk w geście sukcesu. 
 
ROZDZIAŁ 6 
 
Rozświetlone porannym słońcem ulice zapełniły się 
tłumem ludzi w pośpiechu przetaczających się 
główną arterią miasta. Po przeciwnej stronie nowo 

background image

otwartej kawiarni "Brama", tuż koło przystanku 
tramwajowego trwała budowa kwiaciarni. Kilku 
robotników rozładowywało ciężarówkę cegieł. 
Robert przenosił kolejny worek cementu. W każdym 
zajęciu starał się znajdywać choć odrobinę sensu. 
Noszenie cementu w jego wyobrażeniu rozwijało 
mięśnie ramion, co przy niewielkim wzroście - metr 
sześćdziesiąt dziewięć jego zdaniem było pożądane. Z 
przystanku dzwoniąc odjeżdżał tramwaj. Od strony 
mostu nadjeżdżał czarny Jeep Wrangler z żółtym 
dachem. Z piskiem opon skręcił na zakręcie w lewo 
przecinając przejście dla pieszych. Wjechał na 
chodnik i zahamował stając przed wejściem do 
kawiarni "Brama". Cichy wyskoczył z samochodu 
nie otwierając drzwiczek. Z tylnego siedzenia 
podniósł gazetę. Włączył autoalarm, na co samochód 
odpowiedział mu mrugnięciem świateł. Pisk opon 
hamujących samochodów oraz niewybredne 
przekleństwa kierowców, nie były w stanie zmienić 
leniwego kroku, jakim Cichy przecinał jezdnię 
kierując się w stronę budowy. Z daleka słyszał 
dobiegające go pokrzykiwania majstra: - Jak ci się 
nie podoba, to nie musisz tu przychodzić. Macie pół 
godziny na rozładunek. Za tę ciężarówkę płacę 
więcej niż wam wszystkim do kupy. Cichy przez 
chwilę przyglądał się pracującym. Kłęby kurzu 
przysłaniały raz po raz sylwetkę chłopca sypiącego 
łopatą cement do betoniarki. Jego twarz pokryta 
pyłem w niczym nie przypominała twarzy Roberta. - 
Cześć pracy - powitał go Cichy. 

background image

Robert przetarł oczy nie mogąc rozpoznać twarzy 
mówiącego. Ledwie cokolwiek widział przez kłęby 
kurzu. W końcu rozpoznał Cichego. - Wybierasz się 
na pogrzeb? - Zapytał widząc czarny Jedwabny 
garnitur. - A co, pomyliłem cmentarz? - roześmiał się 
Cichy, patrząc na Roberta stojącego po pachy w 
wykopanym rowie. - Poproszę dwa serniki, dwie 
szarlotki i proszę je położyć na tylne siedzenie do 
tego samochodu - Cichy wskazał kelnerce na 
stojącego obok Jeepa. Dziewczyna, jasnowłosa 
blondynka, wpisała zamówienie na kartkę i bez 
słowa odeszła od ich stolika. Cichy odprowadzał ją 
wzrokiem dopóki nie zniknęła w bramie kawiarni. 
Musiała być nowa. I na pewno była niezła. Przy tym 
wzroście, a miała na oko ponad metr siedemdziesiąt, 
nogi stanowiły znaczącą większość i ona o tym 
wiedziała. Cichy odwrócił się w stronę Roberta. - To 
dla mamy. Uwielbia słodycze. Zawsze upaprzę się 
tym cukrem pudrem - spojrzał na połyskujący w 
słońcu mankiet marynarki i otrzepał go znacząco. - 
Zresztą i tak wyglądam jak świnia od tego kurzu -
spojrzał przelotnie na Roberta. W roboczym 
komplecie BHP i koszulce z napisem "Miami" 
Robert wyróżniał się w tej kawiarni. - Niedługo sam 
będę tak wyglądał. Chcę budować dom na Pogodnie. 
Szukam właśnie dobrego architekta - Cichy wyjął z 
kieszeni złożoną gazetę i podał ją Robertowi. - Niezłe 
zdjęcie - powiedział z uznaniem. Robert rozłożył 
gazetę. Na pierwszej stronie w artykule pod tytułem 
"Biznesmeni sponsorują polską oświatę", 

background image

zamieszczone było duże zdjęcie. Na pierwszy rzut 
oka wyglądało jak reklama pasty do zębów. 
Chmielewski przyciskał Roberta do siebie prawą 
ręką i szeroko szczerzył się do czytelników. Cichy 
dostrzegł przelotny uśmiech na twarzy Roberta. - Ile 
tak zarabiasz miesięcznie? - Spytał Cichy i sięgnął po 
kawę. - Majster jest sąsiadem i znajomym ojca, więc 
z sobotami i nadgodzinami dostaję... Przejeżdżający 
ulicą tramwaj zgodnie z biegiem torów skręcał w 
sąsiednią ulicę. Ostry pisk skręcających kół zagłuszył 
rozmowę. Cichy nie dopił kawy. Słysząc ile Robert 
zarabia parsknął śmiechem, rozlewając ją sobie na 
koszulę. - Chcesz mnie zabić? - Kaszląc oskarżał. 
Robert poderwał się z serwetkami na ratunek, ale 
Cichy go powstrzymał. Siedząca przy sąsiednim 
stoliku trójka dzieci śmiała się z sytuacji. To znaczy 
dwójka się śmiała, a trzeci w tym czasie dorwał się 
do wspólnej szklanki Mirindy i ciągnął ile miał sił. 
Kelnerka powróciła do stolika z ciastkami i 
rachunkiem. Cichy położył kilka banknotów na 
rachunku. - Reszty nie trzeba. Proszę dać tym 
dzieciakom po Fancie i największym ciastku jakie 
tutaj macie. - Dzieciaki lubią ciastka, tak? - Zapytał 
dzieci. - Tak - zgodnym chórem odkrzyknęły. - Coś 
jeszcze proszę pana? - Spytała kelnerka. Cichy 
podniósł się z krzesła i stanął tak blisko niej, że 
musiała odchylić się do tyłu. - O której kończysz 
pracę? "Nikt nie potrafi tak nienawidzić jak 
kobiety" pomyślał Robert patrząc na wyraz oczu 
odchodzącej kelnerki. Cichy zdjął marynarkę i 

background image

zaczął ściągać koszulę. Robert zabrał ze stolika 
paczkę z ciastkami i szedł za nim. - Muszę jechać do 
Berlina, a samemu nudno - zaczął Cichy. - Prawko 
masz? - Mam - potwierdził Robert. - To pojedziesz 
ze mną. Zapłacę ci tyle co majster. - Cichy wsiadł do 
samochodu odpalił silnik. - Za cały miesiąc - dorzucił 
odjeżdżając. Jeep ruszył z piskiem opon włączając w 
uliczny ruch. Pisk opon i klaksony wściekłych 
kierowców pozostały za nim w tyle. 
 
ROZDZIAŁ 7 
 
- To pewnie byliście już w Niemczech? Ja dopiero 
pierwszy raz - kobieta odkąd weszła do przedziału 
nawet na minutę nie zamilkła. Nie robiła wrażenia 
zbyt rozgarniętej. Mogła zbliżać się do pięćdziesiątki 
i na pierwszy rzut oka widać było, że od dawna 
przestała walczyć z łakomstwem. Robert siedział 
przy oknie. Cichy po przeciwnej stronie przy 
wejściu. Od godziny jechali pociągiem do Berlina. - 
A ludzie narzekają. Gdzie by to człowiek za komuny 
nawet pomyślał o wyjeździe. Ludziska to by tylko 
narzekali. - Pewnie dlatego, że nie mają odwagi, tak 
jak pani posmakować wolności - Cichy starał się być 
uprzejmy. - Też bym się bała. Do syna jadę. Zbierał 
na samochód, ale mu zabrakło, więc jak mam nie 
pomóc. Robert uśmiechnął się ze zrozumieniem. 
Myślał tylko o tym, żeby zamknąć powieki i zasnąć 
chociaż na pół godziny. "Skąd ta kobieta bierze tyle 
sił o pół do siódmej rano?" - Pomyślał. Drzwi do 

background image

przedziału otworzyły się z trzaskiem. Pojawił się w 
nich celnik. - Kontrola celna. Proszę paszporty. 
Towary do zgłoszenia? - Celnik wyciągnął rękę i 
odebrał paszporty. Otworzył pierwszy z wierzchu. 
Na fotografii promienna twarz Cichego uśmiechała 
się do niego. Celnik podniósł wzrok. Cichy ziewnął 
zasłaniając usta ręką. - Absolutnie nic - 
odpowiedział. On także wolałby spać o tej porze. 
Oparł głowę o podgłówek i przymknął powieki. 
Celnik wyciągnął paszport w jego stronę, więc 
odebrał go i wsunął do kieszeni marynarki. Robert 
był lekko podniecony i drżał mu głos. - Nic - odebrał 
od celnika swój paszport. Celnik przewertował kilka 
kartek w paszporcie pasażerki. Były czyste i 
nieostęplowane. - Ile dewiz wywozi pani z kraju?- 
spojrzał na nią. Zanim usłyszał odpowiedź zamknął 
paszport i wyciągnął przed siebie. - Tyle ile można... 
prawie. - Pasażerka uśmiechnęła się przepraszając 
za to, że żyje. Wyciągnęła rękę po paszport, gdy 
niespodziewanie celnik wbił w nią zimne spojrzenie. - 
To znaczy ile? - Paszport zawisł w powietrzu 
centymetr od jej ręki. Cichy zamknął oczy. Nie 
chciał patrzeć. - Proszę wyjąć wszystkie pieniądze i 
położyć na stoliku - celnik cofnął rękę z paszportem i 
wyszedł na korytarz. Z głębi nadchodziła celniczka. - 
Mamy kontrolę - wezwał ją do siebie. - Zechcą 
panowie opuścić przedział. Cichy i Robert wyszli 
posłusznie na korytarz i przeszli na koniec wagonu. - 
Błagam panią. To tylko dwa tysiące więcej. Ja nie 
wiedziałam -z przedziału dobiegał głos płaczącej 

background image

kobiety. - Ja to wiozę dla syna, on jest chory. 
Błagam, ja mówiłam temu panu, że trochę więcej, 
proszę... Celniczka weszła do przedziału, zatrzasnęła 
za sobą drzwi i zasłoniła firankę. Długi ogień z 
zapalniczki okopcił koniec papierosa. Cichy 
zaciągnął się dymem, zgasił zapalniczkę. Robert stał 
z boku przy drzwiach na korytarz. W głębi za 
przeszklonymi drzwiami stał celnik. Bezmyślnie 
utkwił wzrok za oknem. Czekał. Smugi porannego 
słońca wdzierały się do pędzącego pociągu. Robert 
spojrzał na Cichego. - Ty palisz? - spytał Robert 
widząc pierwszy raz w życiu Cichego z papierosem. - 
Tylko gdy się denerwuję. - Zaciągnął się ponownie. 
Przytrzymał dym dłużej niż zwykle. Oparł się o 
drzwi. Powoli wypuścił wąską smugę dymu. Przez 
szybę ostatniego wagonu widać było pozostające za 
nimi tory kolejowe. - Nigdy. Nigdy do niczego się nie 
przyznawaj. Złapią cię pijanego w samochodzie, 
mów, że nie piłeś. Znajdą ci w kieszeni dolary, mów, 
że to pożyczone spodnie. - Papieros w ręce Cichego 
zadrżał i nagromadzony popiół opadł na podłogę - 
...a jak złapią cię za rękę na kradzieży, to powiedz, że 
to nie twoja ręka. Nigdy, pamiętaj. Celniczka 
szarpnęła drzwiami i otworzyła je energicznie. 
- Musi pani przerwać podróż. Pieniądze zostają 
zatrzymane. Grozi pani sprawa celno-skarbowa - 
celniczka starała się być uprzejma. Podtrzymała 
nawet pasażerkę za łokieć gdy ta słysząc ostatnie 
słowa zachwiała się na ugiętych nogach. - O Jezu. 
Błagam państwa. Przecież ja mówiłam prawdę - 

background image

załkała kobieta. Celnik zdjął walizkę z półki i cała 
trójka ruszyła w głąb korytarza. 
 
ROZDZIAŁ 8 
 
Berlin wydawał się opustoszały. Cichy z rękami w 
kieszeniach szedł pierwszy. Był w dobrym humorze. 
Robert idąc obok niego mógł ledwie nadążyć niosąc 
kilkanaście paczek z zakupami. Obeszli kilka domów 
towarowych i butików. Cichy kupował dosłownie 
wszystko co tylko mu się podobało. Nawet nie 
przymierzał. Jedną tylko rzecz pokochał od 
pierwszego wejrzenia i natychmiast ją założył. Była 
to biała marynarka uszyta z materiału jakiego 
Robert nie znał, a o jakim do tej pory marzył. - W 
Polsce samochody już nie idą. Zawracanie głowy. 
Tym zajmują się gówniarze. Trzeba załatwiać 
numery, lewe papiery, a potem w kraju robić 
przekładkę i kto ci to potem kupi. Jak wystawisz za 
niską cenę, to od razu widać, że kradziony, a jak 
normalnie wycenisz to kto kupi z niepewnych rąk. A 
jak już zapłacisz wszystkie łapówki po drodze, to nie 
ma mowy, żebyś cokolwiek zarobił. Cichy mówił to 
wszystko niezbyt głośno. Mało prawdopodobnym 
wydawało by się, aby ktokolwiek z mijanych osób na 
ulicy ich rozumiał. Oddalili się już od centrum 
Berlina na dobre pół godziny marszu. Robert spocił 
się od tego biegu. Szli boczną ulicą. Minęli na rogu 
bank potem kwiaciarnię i turecki sklep. - Jesteśmy 
na miejscu - oznajmił Cichy. Na chodniku prawie nie 

background image

było pieszych. Turek zmywał ulicę polewając ją 
wodą. Skończył i zwijał właśnie wąż. - Zaczekaj 
chwilę, trochę odsapnę. Sorry. Mógłbyś mi kupić coś 
do picia? Nie mam marek. To a konto mojej wypłaty 
- zapytał Robert. Cichy stanął przy krawężniku. 
Spojrzał na zegarek. Rozejrzał się dookoła. Jak 
zwykle o tej porze cała ulica po obu stronach 
zastawiona była szczelnie samochodami. Od czasu 
gdy w nią weszli minął ich tylko jeden samochód. - 
Cola, woda, sok? - spytał Cichy. - Woda - wyjęknął 
Robert. Cichy zawrócił w stronę tureckiego sklepu. 
Robert został sam na chodniku. Po drugiej stronie 
ulicy podjechał czarny Mercedes 300E. Stanął 
blokując wyjazd z bramy. Jego właściciel wysiadł w 
pośpiechu. Rozejrzał się czy samochód jest 
bezpieczny i włączył autoalarm. Jak z pod ziemi 
wyrosła taksówka. Zatrzymała się obok. Kierowca 
Mercedesa wsiadł do niej i odjechał. Mało to jednak 
obchodziło Roberta. Zastanawiało go, że domy na tej 
ulicy wyglądały bliźniaczo podobnie do tych ze 
Szczecina. Gdyby nie parę drobiazgów to 
przysiągłby, że nie stoi teraz w Berlinie tylko w 
swoim mieście. Ale właśnie te parę drobiazgów było 
nie do pominięcia. Ulica była klinicznie czysta, 
chodnik umyty. Fasady domów odmalowane, a na 
balkonach kwitły pelargonie. "Że też ludziom chce 
się marnować siły na takie fanaberie. Strata czasu. 
Musiał jednak w duchu przyznać, że wolałby 
zamieszkać na tej ulicy". - Nie było nic lepszego - 
wyrwał go z zamyślenia Cichy wręczając kartonik 

background image

soku pomarańczowego. - A do Rosjan nie opłaca się 
sprzedawać? - Robert ciągnął przerwany uprzednio 
temat. - Robi się za ciasno, za tanio i za 
niebezpiecznie. Konkurencja. Ukraść samochód to 
żaden problem. Kłopoty zaczynają się gdy siedzisz 
już w środku. Nagle Cichy ożywił się i uśmiechnął do 
Roberta. - Coś ci pokażę - pozostawił go na chodniku 
i wszedł na jezdnię kierując się do stojących po 
drugiej stronie ulicy zaparkowanych samochodów. 
Zatrzymał się przy pierwszym z nich. Rozejrzał się w 
prawo i lewo. Podniósł obie dłonie w górę i pokazał, 
że są puste. Następnie odwrócił się do stojącego za 
nim BMW, pochylił do drzwi i po pięciu sekundach 
otworzył je szeroko pokazując Robertowi puste 
wnętrze. Wyglądało to jak prawdziwe czary. Cichy 
podbiegł dwa kroki do następnego samochodu i 
powtórzył cały pokaz. Otworzył drzwi w niebieskim 
Volkswagenie i zachęcającym gestem zapraszał 
Roberta do środka. Na twarzy Roberta wykwitł 
uśmiech fascynacji. Co jak co, ale nie można być 
obojętnym na doskonałość, a co by nie mówić o 
Cichym, był w tym co robił mistrzem: Robert 
potrafił to docenić. Następne stało czerwone BMW. 
Nie pierwszej młodości, ale jednak. Wyłamany 
specjalnym śrubokrętem zamek puścił natychmiast. 
Cichy otworzył drzwi i zajrzał do środka. Pochylił 
się w głąb i wyjął z obudowy radio. Widocznie 
właściciel zapomniał o nim, a teraz wyglądało na to, 
że będzie miał okazję do zakupu nowego. Cichy 
wyrwał je dyskretnie, ukrył za marynarką. Ulicą 

background image

przejeżdżał właśnie rowerzysta. W koszyku na 
tylnym kole leżały gazety i chleb. Cichy dołożył 
jeszcze radio, po czym pokłonił się wdzięcznie z 
szeroko rozwartymi ramionami kończąc swój show. 
Gdyby Robert miał wolne ręce i nie trzymał w nich 
kilkunastu paczek z pewnością by klaskał. W 
ostatnim BMW włączył się autoalarm. Wycie syreny 
wypełniło ulicę. Stojący na balkonie człowiek 
pochylił się spoglądając na chodnik. Dostrzegł 
Cichego. Z banku na rogu ulicy wyszedł właśnie 
klient, a za nim wychylił się policjant. Usłyszał 
dźwięk syreny. Uśmiech zniknął z twarzy Cichego. 
Błyskawicznie ocenił swoją sytuację. Robert nie 
odnalazł w jego twarzy nawet cienia dawnego 
spokoju. Cichy rzucił się do stojącego w bramie 
czarnego Mercedesa. Jeszcze szybciej niż poprzednio 
sforsował drzwi. Zasiadł za kierownicą, odpalił silnik 
i z piskiem opon cofnął samochód o kilka metrów. Z 
bramy wybiegł młody chłopak. Podbiegł do 
czerwonego BMW z otwartymi drzwiami. Spojrzał 
do wnętrza. Rozejrzał się dookoła. Na ulicy nie 
spostrzegł wielu osób. Zobaczył Roberta, ale ten, 
obładowany paczkami był poza podejrzeniem. Nagle 
dostrzegł rowerzystę. Rzucił się za nim w pogoń. Od 
strony banku dobiegł gwizdek policyjny. Z 
tureckiego sklepiku wyszedł właściciel i dwóch 
klientów. Cichy ostro podjechał do Roberta 
otwierając tylne drzwi. - Dalej, pakuj się. Spadamy. 
Robert ze strachu przebierał nogami. Autoalarm wył 
coraz głośniej. Policjant darł się. - Halt, halt - i 

background image

gwizdał. Jeden z Turków biegł chodnikiem w jego 
stronę. Nie było na co czekać. Rzucił się szczupakiem 
przez otwarte drzwi do wnętrza Mercedesa. Cichy 
wcisnął gaz i z piskiem opon ruszyli do przodu. 
Minęli leżącego na jezdni rowerzystę. Właściciel 
BMW dopadł go i przewrócił na ziemię, a teraz 
wymachiwał mu przed nosem radiem. Policjant 
dobiegł do nich i usiłował przerwać szarpaninę. Ale 
tego wszystkiego nie mógł Robert już widzieć, bo 
zwinął się w kłębek na tylnym siedzeniu przysłonięty 
paczkami. - Oszalałeś! W co ty nas pakujesz?! Zaraz 
złapie nas policja. Szeroka dwupasmowa autostrada 
Beriiner Rink przeszła w swoją odnogę o numerze E-
11. Mijany na poboczu drogowskaz informował, że 
do Szczecina pozostało jeszcze 120 kilometrów. - Ja 
się do tego nie nadaję. Wysadź mnie na najbliższej 
stacji benzynowej . Wracam do domu autostopem - 
Robert nie żartował. Chciał wysiąść. Był spocony ze 
strachu. - Nie pękaj Prymus. Trochę sobie 
podjedziemy. Nie podoba ci się? Auto pierwsza 
klasa, muzyczka gra, jeszcze jakieś laski skołujemy 
to zacznie ci się podobać. Robercik, no co tam? Nie 
masz ochoty na odrobinę komfortu? Robert nie miał. 
Zaciął się w sobie. Nawet nie spojrzał na Cichego. - 
Zejdź ze mnie - burknął. Cichy bawił się całą 
sytuacją. Spoglądał w lusterko widząc spuchniętego 
ze złości Roberta. - No to teraz sprawdzimy 
niemiecką technologię. Zredukował bieg i wcisnął 
gaz. Silnik miał zapas mocy, bo mimo prędkości stu 
dwudziestu kilometrów na godzinę samochód 

background image

poderwał się do przodu. Strzałka prędkościomierza 
biegła w stronę cyfry dwieście i minęła ją. - By cię 
szlak trafił - nie wytrzymał Robert. Kolejne 
samochody zostawały w tyle. Robiły wrażenie jakby 
w ogóle się nie poruszały. Mimo, że droga nie była 
pierwszej jakości - stara betonowa nawierzchnia z 
drugiej wojny światowej - to jednak koła znakomicie 
trzymały się jej na zakrętach. Powyżej stu 
siedemdziesięciu samochód przestał drżeć na 
łączeniach betonowych płyt i gdyby nie fakt, że po 
obu stronach nie wyrastały jak dotąd skrzydła, 
Robert gotów był przysiąc, że lecą. Ale na pewno nie 
lecieli. Zamiast skrzydeł na prawym poboczu jezdni 
wyrósł policyjny radiowóz: Volkswagen z zielonymi 
pasami na drzwiach i niebieskim kogutem na dachu. 
Nie było już sensu hamować. Mogli jedynie dodać 
gazu, żeby przejechać tak szybko, aby ich nie 
zauważono. Ale zauważono ich. Cichy zdjął nogę z 
gazu. Do Szczecina było conajmniej osiemdziesiąt 
kilometrów. Pierwsze co zrobi policja to przekaże 
wiadomość do straży granicznej i do pobliskich 
miasteczek. Po piętnastu minutach bezpiecznie mogli 
poruszać się jedynie na rowerach. Nawet przy tej 
prędkości policjanci musieli rozpoznać markę 
samochodu i spostrzec białe tablice rejestracyjne. 
Przez tylną szybę Robert obserwował jak policjanci 
wskoczyli do samochodu i z włączonym kogutem na 
dachu ruszyli za nimi w pościg. Cichy pewnie 
trzymał kierownicę. Był spokojny. - Siedź cicho, w 
ogóle się nie odzywaj - instruował Roberta. Nie 

background image

musiał tego mówić. I tak nie byłby w stanie 
cokolwiek z siebie wydusić. Strużka potu toczyła się 
po skroni, a mózg pracował z niespotykaną wcześniej 
prędkością. "Dyrektor wykluczy mnie z olimpiady. 
Nie zdam do następnej klasy. Wyleją mnie ze 
szkoły". Nagle uświadomił sobie, że jest po maturze i 
szkoła się skończyła. "Sąsiedzi nazwą mnie 
kryminalistą, nikt nie poda mi ręki, pani Bożenka w 
sklepie spożywczym przestanie się do mnie miło 
uśmiechać". Dobrze wiedział, że nikt z sąsiadów już 
od dawna z nim się nie liczył. Nie liczyli się również z 
jego ojcem. Kaleka, dawna gwiazda sportu - ani 
pożyczyć na flaszkę, ani cokolwiek załatwić po 
znajomości. - "Aresztują, pobiją, a potem więzienie" 
- dalej drążył w umyśle resztki możliwości w 
poszukiwaniu źródeł własnego strachu. Więzienie to 
było coś co go przerażało. A może pozwolili by mu 
zabrać komputer, ten od Chmielewskiego. Miałby 
swoją celę, swoje kochane książki, mógłby zająć się 
budowaniem modeli matematycznych dla maklerów 
giełdowych. Nie wyglądało to źle. Trzy razy dziennie 
żarcie, może nie najlepsze, ale i tak nigdy nie zwracał 
uwagi na drobiazgi. Potem obowiązkowy spacer, od 
dziesiątej spanie. Nie wyglądało to tragicznie. A 
towarzystwo? No cóż. Coraz więcej wykształconych 
ludzi siedziało w więzieniu. Być może miałby 
szczęście i trafiłby na księgowego... Ojciec dostałby 
zawału. Ta myśl, że przez niego ojciec zadręczył by 
się na śmierć przywołała go do przytomności. Cichy 
zwolnił prędkość do dozwolonych stu na godzinę. 

background image

Policyjny radiowóz wyrównał z nimi prędkość. 
Samochody jechały teraz obok siebie. Niemiecki 
policjant posłał w ich stronę uprzejmy uśmiech i 
lizakiem dał znak do zjazdu na pobocze. Akurat 
zbliżyli się do leśnego parkingu, więc Cichy włączył 
kierunkowskaz i skręcił kierownicą w tę stronę. - 
Zrelaksuj się, Prymus - powiedział. Cichy bez 
najmniejszego napięcia zjechał w zatoczkę. Z 
wyuczoną obojętnością, pełną eleganckiej 
niechlujności w ruchach, policjant wysiadł z 
radiowozu. Szedł powoli. Ofiara była całkowicie na 
jego łasce i niełasce. Mógł zrobić co tylko chciał. Byli 
jego. Po niemiecku zwrócił się do siedzącego w 
samochodzie Cichego - Przekroczył pan dozwoloną 
prędkość. Proszę dokumenty. Robert skurczył się na 
tylnym siedzeniu. Najchętniej zagrzebał by się w 
paczki z zakupami. Cichy pochylił się do schowka na 
mapy i wyjął z niego dokumenty wozu. Policjant 
zajrzał do wnętrza samochodu. - Kolega jest chory? - 
spojrzał na Roberta odbierając dokumenty. - Nie, 
tylko ciężko przestraszony - Cichy znał niemiecki 
równie dobrze jak polski. Mieszkał z matką w 
Hamburgu sześć lat. Tam też skończył szkołę 
podstawową. Mówił bez akcentu. Policjant przejrzał 
papiery i spisywał dane do notesu. - Nie ma się czego 
bać. Policjant też człowiek - uspokajał Roberta. - 
Przestraszył się prędkości. Mercedes to porządne 
auto, a on pierwszy raz w życiu jechał 170 km/h. 
Policjant podniósł wzrok z nad papierów. - Dwieście. 
- Tego nie chciałem mówić na głos, bo jeszcze by 

background image

zemdlał. - Skąd ten samochód? - spytał Policjant. - 
Helmut, właściciel, to przyjaciel mojej mamy, dał się 
przejechać na próbę. Policjant zamknął notes i oddał 
papiery Cichemu. - Ta próba kosztuje pana dwieście 
marek. Jeszcze raz spojrzał na bladego jak śnieg 
Roberta. - Może pan wyjdzie na świeże powietrze? - 
zaproponował, ale przestraszony chłopak nawet nie 
zareagował. Robert musiał udać się w ustronne 
miejsce do pobliskiego zagajnika. Cichy wypakował 
nowo zakupione rzeczy z toreb i układał je 
pedantycznie do skórzanej walizki. Puste torby 
wepchnął do śmietnika. Na autostradzie nie było 
ruchu. Parking był pusty gdy zajechał na niego 
Biedrona swoją żółtą Corvettą. - Prymus. No jak, 
żyjesz? - krzyknął rozbawiony Biedrona. Robert 
wracał z lasu. Nie wyglądał najlepiej. Strach 
przerodził się teraz w złość. - Jesteś sukinsyn - 
powiedział do Cichego. - Ale nie idiota. Myślałeś, że 
jechałbym autostradą na żywca bez papierów? Czy 
ja wyglądam na samobójcę? Ja chcę żyć - spokojnie 
odpowiedział Cichy. Robert podszedł do samochodu. 
Biedrona zaparkował Corvettę obok Mercedesa. 
Wysiadł i przywitał się z Robertem. - Taki wóz jak 
ten załatwia się przez podstawienie - Biedrona 
podchwycił wątek Cichego - Mercedes 300 to stara 
technologia. Niemiec już nie lubi swojego auta, chce 
się go pozbyć i kupić nowe. Ale na nowe go nie stać. 
Dzwoni więc i zamawia kradzież. Papiery są w wozie, 
ja przyjeżdżam, odbieram auto i wyjeżdżam do 
Polski albo do Rosji. Bezpiecznie przejeżdżam 

background image

wszystkie granice. Odsyłam mu papiery. Auto 
przerabiam i sprzedaję. Dziesięć procent dostaje 
Niemiec, a resztę ja. Proste? Na twarzy Roberta nie 
widać było zrozumienia. Niby matematyka, ale inna 
niż ta w liceum. Dał za wygraną. - To jaki on ma z 
tego interes? - zapytał zdziwiony. Cichy zatrzasnął 
swoją walizkę i podszedł bliżej Roberta. - 
Ubezpieczalnia wypłaca mu odszkodowanie. Facet 
dostaje forsę. Fabryka sprzedaje nowe auto. Ludzie 
mają pracę. Interes się kręci. Robert zrozumiał. 
Cichy uśmiechnął się życzliwie. Nie wszyscy muszą 
przecież być tak pojętni jak Robert i chwytać w lot. 
Poklepał go po ramieniu i przygarnął jak dobrego 
kumpla. Obeszli bagażnik Mercedesa i stanęli przy 
drzwiach od strony kierowcy. - Teraz twoja kolej. 
Samochód jest czysty, papiery w porządku. 
Właściciel siedzi w Berlinie pod telefonem i w razie 
konieczności potwierdzi, że samochód jest 
pożyczony. Ty masz tylko przejechać przez granicę. 
Stanęli przy otwartych drzwiach kierowcy. Biedrona 
podszedł z drugiej strony i oparł się o dach. Słońce 
właśnie chyliło się ku zachodowi. Ostre promienie 
oślepiały go, aż musiał zmrużyć oczy. - Masz czysty 
paszport, czyste konto, jesteś prymus i piszą o tobie 
w gazetach. Robert spojrzał na Biedronę. Szło za 
gładko. Biedrona uśmiechnął się i odszedł do 
bagażnika Corvetty. - My jedziemy przed tobą i cię 
obstawiamy - tłumaczył dalej Cichy. - Głowa do 
góry. Cokolwiek się dzieje nie wysiadaj z 
samochodu. Resztę zostaw nam. Cichy popchnął 

background image

Roberta do wnętrza Mercedesa na siedzenie 
kierowcy. - Nogi - dorzucił Cichy i trzasnął 
drzwiami. Robert ledwie zdążył wciągnąć nogi do 
wnętrza. Biedrona wyjął z bagażnika czarną 
plastykową walizkę i przeniósł ją do bagażnika 
Mercedesa. Położył ostrożnie na skórzanej walizce i 
zamknął klapę. Robert liczył w głowie bilans strat i 
zysków. Na budowę nie ma po co wracać, bo się 
zwolnił. Ojcu obiecał, że zdobędzie pieniądze na 
kolonie dla Pawełka. Policjant puścił ich, bo papiery 
samochodu były w porządku. O co więc chodzi. 
Dlaczego się wahał? Przecież ma tylko przejechać 
przez granicę. Co go obchodzi cała reszta? 
Sprzedadzą samochód czy nie, to nie jego sprawa. 
Biedrona i Cichy siedli do Corvetty. Biedrona 
mrugnął porozumiewawczo do Roberta i z piskiem 
opon ruszył zostawiając go samego z problemami. 
Nie miał wątpliwości, że pakuje się w gangsterski 
numer - współudział w przemycie. No cóż, ale 
przecież pieniądze nie leżą na ulicy. Dlaczego właśnie 
jego wybrali do tego numeru? Przez cztery lata nie 
zamienił z nimi słowa. Szerokie opony Corvetty 
zablokowane hamulcami wznieciły tuman kurzu. 
Ostry pisk opon na asfalcie wyrwał Roberta z 
zamyślenia. Biedrona zatrzymał samochód prawie w 
miejscu. Zakręcił i stanął przodem do Roberta. 
Przednie reflektory uniosły się w górę z zapalonymi 
światłami. Rozległ się klakson. - Prymus, nie pękaj - 
usłyszał głos Cichego. Pochylił się i przekręcił 
kluczyk w stacyjce. Silnik posłusznie zaskoczył i miły 

background image

szum dwu i pół litrowego silnika wypełnił kabinę. 
Corvetta boksując oponami zakręciła w miejscu. 
Wcisnął sprzęgło, wrzucił bieg i powoli dodał gazu. 
Samochód posłusznie potoczył się do przodu. 
Wrzucił kierunkowskaz i skręcił w ślad za chłopcami 
włączając się w ruch autostrady. Spojrzał na licznik 
prędkościomierza. Strzałka przekroczyła cyfrę sto 
km na godzinę, a Corvetta stale się oddalała. Musiał 
dodać gazu. Serce łomotało mu w piersi z niebywałą 
siłą. W uszach dzwoniło. Przekręcił gałkę w radiu, 
wcisnął automatyczne wyszukiwanie stacji. Głos 
polskiego spikera zapowiadał kolejną piosenkę. - Dla 
tegorocznych maturzystów przebój lata - zespół 
Varius Manx z najnowszej płyty ELF. Było 
cudownie. Słońce właśnie kryło się za lasem. 
Fioletowe niebo grało milionami odcieni. Autostrada 
biegła w stronę horyzontu. Cokolwiek miało się stać 
było odległe od tej chwili o setki lat. Robert drugi raz 
w ciągu ostatnich dni poczuł ogromną radość życia. 
Był w stanie zawieszenia między przeszłością i 
przyszłością. Trwał w czystym poczuciu istnienia. Po 
raz pierwszy w życiu poczuł samego siebie. Ale kim 
naprawdę był? Tego nie wiedział. 
 
Posuwali się powoli stojąc w rzędzie samochodów 
czekających na wjazd do Polski. Przejście graniczne 
w Kołbaskowie nie jest szczytem elegancji ani dobrej 
organizacji. Formalnie należy do Niemców. 
Ponieważ sto metrów obok rozpoczęto budowę 
nowego przejścia, więc stare porzucone i nie 

background image

konserwowane umierało śmiercią naturalną. Ogólny 
nastrój apatii udzielał się również straży granicznej. 
Kontrolowali tylko niektóre samochody, a i to bez 
szczególnego entuzjazmu. Celnicy snuli się między 
blaszanymi barakami pamiętającymi jeszcze 
wczesne lata siedemdziesiąte. Raz po raz spoglądali 
na zegarki. Był wczesny wieczór i do końca zmiany 
pozostawało jeszcze sześć godzin. Robert wyłączył 
radio. Spojrzał przez przednią szybę. Żołnierz z 
ochrony pogranicza ruchem ręki nakazał Biedronie 
podjechać na wysokość blaszanego baraku. Robert 
podjechał Mercedesem w ślad za nimi. Stanął jednak 
dobrych pięć metrów w tyle. Biedrona wysiadł z 
samochodu i podszedł z celnikiem do bagażnika. 
Cichy stanął obok żołnierza, który sprawdzał 
paszporty. Spojrzał w stronę Roberta i mrugnął 
porozumiewawczo. Z baraku wyszło dwóch żołnierzy 
uzbrojonych w pistolety maszynowe. Jeden z nich 
pchnął Biedronę na klapę bagażnika zanim ten 
zdążył ją jeszcze otworzyć. Drugi chwycił Cichego za 
nadgarstek i skuł kajdankami. Nawet nie zdążył się 
odwrócić. Nie miał zresztą po co. Drugi żołnierz 
pochwycił jego rękę i wykręcił do tyłu, tak że 
chrząstka trzasnęła w łokciu. - "Wiedziałem" - 
przemknęło Robertowi przez myśl. Ale w tym 
momencie przed maskę Mercedesa wszedł celnik. 
Spojrzał na tablicę rejestracyjną, potem na Roberta. 
Obejrzał się za siebie, żołnierze odprowadzali 
Cichego i Biedronę do baraku. Celnik obszedł 
samochód i stanął przy drzwiach. - Kontrola celna. 

background image

Poproszę dokumenty samochodu, paszport, prawo 
jazdy. Robert wygrzebał dokumenty z półki koło 
radia i podał je celnikowi. - Do kogo należy 
samochód? - Przyjaciel matki pożyczył, żebym 
skoczył do domu na dwa dni. Pojutrze wracam. - 
Nazwisko właściciela? - Tam pisze - odparł. Celnik 
podniósł wzrok na Roberta. Przez chwilę wpatrywał 
się prosto w oczy. - Mówi się, jest napisane. Nie 
uczyli w szkole? Czy zgłasza pan jakieś towary do 
oclenia? - Nic takiego nie mam. - Czy przewozi pan 
w samochodzie rzeczy, które nie należą do pana? 
Robert zawahał się. - Nie. Celnik przyglądał się 
Robertowi. - Proszę zjechać na bok i otworzyć 
bagażnik. Wskazał palcem wolne pobocze obok 
dużej ciężarówki Volvo stojącej na poboczu. Zabrał 
dokumenty i odszedł do baraku. Robert miał 
kłopoty, żeby drżącą ręką uchwycić kluczyki w 
stacyjce. Zjechał na wskazane miejsce, zatrzymał 
samochód, wyłączył silnik. W baraku za metalową 
żaluzją Cichy i Biedrona coś tłumaczyli straży 
granicznej. Biedrona najwyraźniej był w dobrym 
nastroju. Kpił sobie z żołnierza, bo ten, 
poczerwieniał na twarzy. Poderwał się do niego z 
pięściami, ale w porę wyhamował i nie doszło do 
rękoczynów. Cichy spojrzał przez okno i dostrzegł 
Roberta w samochodzie. Ich spojrzenia się spotkały. 
Robert wysiadł z samochodu i przeszedł do kufra 
bagażnika. Zanim podniósł klapę spojrzał na barak 
celników. Biedrona tłumaczył coś zawile 
wymachując rękami. Cichy bezczelnie śmiał się, nic 

background image

nie robiąc sobie z przedstawienia. Kontrolnie 
spojrzał w okno. Dostrzegł Roberta otwierającego 
klapę bagażnika i jego twarz spoważniała. Robert 
pochylił się nad walizką i nacisnął równocześnie 
zamki po obu stronach. Nie odpuściły. Powtórzył 
mocniej, ale bezskutecznie. Spojrzał na barak. W 
oknie obok Cichego i Biedrony pojawił się celnik z 
dokumentami w ręku. Otworzył paszport, wystukał 
numery na klawiaturze komputera. Spojrzał w okno. 
Robert szarpnął leżącą na wierzchu walizkę. Była 
ciężka. Nie pamiętał aby tu leżała, gdy Cichy 
przepakowywał swoje rzeczy z toreb. Pod nią leżała 
druga skórzana walizka. Wyciągnął ją na wierzch i 
szarpnął za zamki. Tym razem odskoczyły 
posłusznie. Podniósł wieko i znalazł w jej wnętrzu 
kupione przez Cichego koszule. Wziął pierwszą z 
wierzchu i rozpakował ją. Celnik wyszedł z blaszaka 
i skierował się w stronę Mercedesa. Jedynym 
tematem zaprzątającym jego myśli od dwóch 
tygodni, był wyjazd na urlop. Wykupił wczasy w 
miejscowości o wdzięcznej nazwie Swomygace. 
Zafascynowała go nazwa i obecność szczupaków w 
pobliskim jeziorze. Wspominając zeszłoroczne 
połowy podszedł do Mercedesa, a nie widząc 
kierowcy ruszył w stronę otwartego bagażnika. 
Robert stał tyłem. Wyglądało na to, że się przebrał. 
Miał na sobie czarne spodnie i jasną koszulę. - Co to 
piknik? - złośliwie zapytał celnik. Robert gwałtownie 
się odwrócił. Nie mógł odpowiedzieć, bo właśnie mył 
zęby. Skończył szorowanie szczoteczką; wyjął z 

background image

walizki plastykową butelkę z mineralną wodą. Nie 
spiesząc się odkręcił ją, nabrał w usta łyk i chwilę 
płukał po czym splunął na asfalt tuż pod nogi 
celnika. - Do dziewczyny jadę. Muszę się odświeżyć - 
posłał celnikowi swój najlepszy uśmiech. Jeszcze raz 
sięgnął do walizki. Wyjął swoją starą podkoszulkę i 
starł nią resztki pasty z policzków, wysmarkał nos i 
odrzucił z powrotem do walizki. - Chce pan 
przejrzeć co jest wewnątrz? - zapytał celnika. Celnik 
nie chciał. - Tak wygląda chamstwo, gdy się dorwie 
do szmalu - mruknął pod nosem. Rzucił paszport do 
wnętrza walizki, zawrócił w miejscu i odszedł. 
Robert zamknął bagażnik i siadł za kierownicą. Jak 
długo sięgnął pamięcią wstecz nigdy nie potrafił się 
na nikogo wściekać. Można by powiedzieć, że jego 
zewnętrzna ekspresja miała równie urozmaicony 
wykres co elektrokardiogram nieboszczyka. Często 
sam miał do siebie o to pretensje. Tego wieczoru 
jednak coś w nim pękło. Poczuł się dotknięty do 
żywego. Zlekceważono go, oszukano, bezwzględnie 
wykorzystano. Przez moment myślał, że Cichy jest 
równym kumplem, cwaniakiem, który wplątał się w 
przemyt, ale jednak kumplem. Pomylił się. Włączył 
silnik. Spojrzał na okno blaszanego baraku. Cichy 
patrzył na niego wzrokiem bez wyrazu. Do okna 
podszedł żołnierz i przekręcił żaluzję. Cichy zniknął. 
Jadąc do Szczecina złożył sobie święte przyrzeczenie 
- "Nigdy, nigdy więcej". Nie mógł Mercedesem 
jeździć nocą po mieście, bo od dziesiątej wieczór 
policja kontrolowała wszystkie lepsze auta. Nie mógł 

background image

zaparkować pod domem, bo mógł go ktoś zobaczyć. 
Przecież nie był Miss Polonią, żeby nagle wygrać 
Mercedesa. Na ulicy samochód z niemiecką 
rejestracją postałby może siedem, a może dziesięć 
minut zanim by go skradli. Pojechał do Czarnego. - 
Papiery, kluczyki. Te rzeczy też są Cichego - 
postawił walizki na posadzce. Zdjął skórzaną kurtkę 
i rzucił obok razem z dokumentami i kluczykami od 
Mercedesa. - A gdzie Cichy? - spytał Czarny. 
Płomień na kominku lizał okopcone krawędzie 
marmurowych kolumn. Czarny siedział w głębokim 
fotelu. Obok w drugim siedział Skorpion, wyjątkowo 
przytomny tego wieczoru. Kobra rozłożony na 
skórzanej kanapie zażerał winogrona. Robert 
poluźnił krawat, ale nie mógł go do końca rozpiąć., - 
Został na granicy - odpowiedział niepewnie. Czarny 
poważnie przyglądał się Robertowi. Był dobrym 
psychologiem. - Sam został? - spytał. 
- Sprawdzali dokumenty. Wolałem nie sterczeć 
tylko... jak odjeżdżałem to chyba jeszcze zaglądali do 
samochodu... Czarny wstał z fotela. Cały sprężony 
podszedł do Roberta. Skorpion chłodno przyglądał 
się tej scenie, ale Kobra spuścił wzrok. Nie znosił 
widoku krwi. - Zaraz. Jego zatrzymali, a ty sobie 
pojechałeś? - zapytał ściszonym, drżącym głosem. - 
Fuksem mi się udało. Przyczepili się czy co? Zresztą 
Cichy nie kazał mi wysiadać z samochodu. Miałem 
pomóc, a nie... - Robert z trudem wytrzymywał 
spojrzenie Czarnego. - Chcesz powiedzieć, że kolegę 
zostawiłeś w gównie, a sam spierdoliłeś? Tym razem 

background image

Robert nie wytrzymał. Wszystko można mu 
zarzucić, ale nie tchórzostwo. - Mieliśmy pojechać po 
zakupy. Po cholerę ten cyrk z samochodami, jakimś 
towarem, z trefnymi walizkami? - Robert kopnął z 
wściekłością stojącą na ziemi walizkę. Czarny 
spojrzał na Skorpiona. Ten wstał z fotela, podszedł 
do walizki, położył ją na stole i po chwili grzebania 
przy szyfrowym zamku otworzył wieko. Na dnie 
leżała para starych narciarskich butów. W jednej 
chwili opadło z Roberta całe napięcie. Rozpiął 
koszulę, żeby ją zdjąć i oddać. - Rzeczy możesz 
zatrzymać - odezwał się Czarny - są przepocone, a tu 
nikt tego nie będzie prał. Robert podniósł z ziemi 
kurtkę. Czarny wyciągnął z kieszeni plik banknotów 
i przeliczył je. Spojrzał na Roberta, dorzucił jeszcze 
dwa. - Twoja działka - podał mu pieniądze. - To za 
dużo - bronił się Robert. - To zaliczka. Weźmiesz 
mój motocykl i porozwozisz jutro parę listów na 
mieście. Kobra wstał z kanapy. Zgarnął ze stołu plik 
leżących kopert i wcisnął je Robertowi pod rękę. - 
Ale ja... - niepewnie zaczął Robert. - Nawaliłeś 
bracie, ale daję ci jeszcze jedną szansę - skończył 
rozmowę Czarny. Opierając się dłużej można było 
tylko dostać w mordę, więc Robert odwrócił się i 
ruszył do wyjścia. Czarny spojrzał na Kobrę i 
Skorpiona. Uśmiechnął się. Robert zniknął w 
drzwiach. Czarny stał spoglądając w okno. Robert 
zszedł po schodach przed dom. Stanął obok 
nowiutkiego motocykla marki Kawasaki ZX 100. Z 
bocznych drzwi prowadzących do kuchni wyszedł 

background image

Cichy, a za nim Biedrona. Podeszli do Czarnego. - 
Na granicy jesteśmy spaleni - chłodno stwierdził 
Cichy. - Ten mały, to nasza duża szansa - Czarny 
obserwował jak Robert zakłada kask na głowę i 
siada na motocykl. - Znam go cztery lata. On na ten 
numer nie pójdzie - zaprzeczył Cichy. Czarny znał 
się na ludziach. Uśmiechnął się do niego serdecznie. - 
Pójdzie - zawyrokował. Robert przekręcił kluczyk w 
stacyjce. Silnik odpalił po pierwszym dotknięciu. 
Jego szum przyprawiał o dreszcze. Sto czterdzieści 
koni mechanicznych czekało, aż Robert wciśnie nogą 
pierwszy bieg. Swąd gumy i dym wydobył się z pod 
tylnego koła, po tym jak Robert przekręcił rączkę 
gazu. Tylko cud i wrodzony refleks pozwolił mu 
zmieścić się w otwartej bramie prowadzącej na leśną 
drogę. Położył się w zakręcie na lewy bok, dodał 
gazu i wyszedł na prostą. Po stu metrach wiedział, że 
jest zrośnięty z motocyklem w jeden organizm. Już 
nic nie mogło ich rozłączyć. 
 
ROZDZIAŁ 9 
 
Chmielewski stał w szczerym polu. Dookoła jak 
okiem sięgnąć ciągnęły się podmokłe pola. Za nim na 
wzniesieniu stały zabudowania gospodarstwa 
rolnego. Mury z czerwonej cegły podtrzymywały 
zapadający się do wnętrza dach. Świeżo prana 
bielizna suszyła się w ogrodzie. Chmielewski zatoczył 
ręką szeroki łuk, wskazując na puste pola. - 
Panowie. Dwieście kilometrów autostrady, sieć stacji 

background image

benzynowych, nowoczesne parkingi, serwisy. Cała 
Skandynawia będzie tędy jeździć. I to jest to. A co, 
pan mi mówi, że się nie da? Zirytowany Chmielewski 
obrócił się do trójki mężczyzn idących jego śladem. - 
Jako inżynier mówię, że się nie da - podjął temat 
inżynier Bukowski, szczupły, o sportowej sylwetce 
mężczyzna po czterdziestce. Należał do ludzi 
widzących najpierw problemy, a potem pieniądze. 
Nie posiadał w sobie za grosz entuzjazmu do 
czegokolwiek. Ciągnąc dalej narzekania spojrzał na 
swoich dwóch kolegów stojących po bokach. - Tej 
wsi nie ominiemy. Tu są łąki, a tam bagna, aż do 
Miedzeszyna. Za miękki grunt. Stojący obok 
Kucharski był cynikiem i wszystkie pomysły 
Chmielewskiego dla zasady wyśmiewał, a 
przynajmniej lekceważył. - Ksiądz chłopom zabronił 
ziemię sprzedawać - dzielił się swoją wiedzą. - Pewno 
chce opchnąć ten poniemiecki cmentarz pięć razy 
drożej. Chmielewski czasami miał dość swoich 
wspólników, ale prawdę mówiąc na innych w 
promieniu dwustu kilometrów nie mógł liczyć. Byli 
bezwolni, senni, ale przynajmniej wykształceni. - 
Dlaczego to się tak wlecze? - wycedził poirytowany. 
Ręce mu opadły, zgarbił się. Ostatnie słowa 
wypowiedział już do siebie. Trzecim mężczyzną 
stojącym na przeciw Chmielewskiego był prokurator 
Wielewski. Siwy pan o uśmiechu bazyliszka. 
Chmielewski podszedł do niego dwa kroki i 
ściszonym głosem, żeby pozostali nie słyszeli, spytał: 
- Co z koncesją? Prokurator jakby czekał na to 

background image

pytanie. - Potrzebny jest tylko jeden podpis. Ostatni. 
Faceta, który mi niczego nie odmówi: potrącenie na 
pasach i ucieczka z miejsca wypadku. - Ile chcesz? - 
beznamiętnie zapytał Chmielewski. - Mam swoje 
lata. No i wiesz, ten napad na bank. W każdej chwili 
mogą mnie zwolnić. Chcę wejść w autostradę jako 
udziałowiec. Chmielewski aż poczerwieniał z 
wściekłości, ale być może to tylko poranne słońce 
rzucało taki ciepły kolor na jego policzki. - Za jeden 
podpis, bez forsy? - wycedził przez zęby. Prokurator 
nawet nie spojrzał na Chmielewskiego. Bawił się 
trzymanym w palcach patykiem. Patrzył w stronę 
zrujnowanego gospodarstwa. - Ten podpis możesz 
mieć nawet jutro. Albo wcale - spokojnie odparł. 
Uśmiechnął się serdecznie do Chmielewskiego. 
Chmielewski odpowiedział mu tym samym. Każdy z 
nich miał w tym momencie własny pomysł na 
załatwienie tej sprawy, z goła odmienny od partnera. 
Od strony gospodarstwa usłyszeli wołanie: - 
Marzena, Marzena, co z tą wodą? Pośpiesz się! 
Prokurator spojrzał w stronę studni. Chmielewski 
obrócił się całym ciałem w tę samą stronę. Młoda 
dziewczyna niosła dwa wiadra pełne wody. Mogła 
mieć dziewiętnaście lat. Szła boso. Krótka, prosta 
sukienka kończyła się wysoko na odsłoniętych udach. 
Spleciony jasny warkocz sięgał jej prawie do 
pośladków. Odwróciła głowę i mrużąc oczy 
przyglądała im się z daleka. Miała regularne rysy 
twarzy, brzoskwiniową cerę, ciemne brwi. Czterech 
starszych mężczyzn stojących na tle Mercedesa, nie 

background image

wzbudziło jej zainteresowania. Odwróciła od nich 
głowę i weszła na podwórko. Chmielewski poczuł się 
pięćdziesięcioletnim facetem, który będąc 
najbogatszym człowiekiem na Pomorzu w jednej 
chwili stał się życiowym bankrutem. Poczuł, jak 
życie przecieka mu przez palce. Za plecami 
Chmielewskiego stanął Bukowski. Z satysfakcją 
uśmiechnął się do swoich myśli patrząc na 
Chmielewskiego. - Obawiam się, że ta ziemia nie jest 
na sprzedaż. Chmielewski był jednak innego zdania. 
 
Zbliżało się południe. Po ostatnim wieczorze, który 
Cleo spędziła jak zwykle w towarzystwie ojca i jego 
kolegów, oprócz kaca pozostało jeszcze niemiłe 
wspomnienie. Po prostu upiła się i ostentacyjnie 
lekceważyła całe towarzystwo. Miała dość tych old 
boyów śliniących się na widok każdego biustu. 
Wyszli z przyjęcia razem i wiedziała, że czeka ją 
poważna rozmowa z ojcem. Ponieważ takie sprawy 
lubiła załatwiać od ręki, zeszła na parter w bojowym 
nastawieniu z butelką wody mineralnej w ręce. - 
Tato? Czy jest ktoś w domu? Z ogrodu dobiegał 
warkot kosiarki. To pan Janek, ogrodnik, podcinał 
trawę. Cleo zajrzała do kuchni, ale nikogo tu nie 
było. Przeszła do gabinetu ojca. Na biurku jak 
zwykle stał niewyłączony komputer. Poza tym reszta 
przedmiotów była martwa. Przez pustą jadalnię 
doszła do salonu. Wszystko w tym domu było 
obrzydliwie nowe i gotowe do zagospodarowania. 
Ściany czekały na obrazy, podłogi na meble, parkiety 

background image

na dywany, a cały dom na ludzi, którzy mieli go 
ożywić swoją obecnością. Ale jak na razie tę 
ośmiuset metrową rezydencję zasiedlało troje 
mężczyzn: jej ojciec, sześćdziesięcioośmioletni pan 
Janek i ochroniarz. Podeszła do otwartych na całą 
szerokość szklanych drzwi do ogrodu. Ojciec miał 
dobry gust, albo wystarczającą ilość pieniędzy, aby 
wynająć odpowiednich ludzi. Pan Janek kosił ostatni 
pas trawy, zgrabnie omijając świeżo zasadzone 
srebrzyste świerki. - Ty pewnie jesteś Cleo? - 
usłyszała kobiecy głos. Odwróciła się. Za nią w 
drzwiach stała dziewczyna o prostych jasnych 
włosach opadających aż do bioder. Wąski ręcznik 
owinięty w pasie był jedynym jej odzieniem. Dalej 
biegły niekończące się opalone nogi z małymi, 
dziewczęcymi stopami. - Kim jesteś? - tyle zdołała 
wydusić z siebie zaskoczona Cleo. - Cześć - 
dziewczyna wyciągnęła przed siebie dłoń i zrobiła 
krok w jej stronę - Jestem Marzena - nowa 
sekretarka twojego ojca. Pan Janek nie mógł 
oderwać oczu od stojącej na tarasie dziewczyny 
Kosiarka zazgrzytała i srebrzysty świerk padł 
martwy pod jej nożami. Pan Janek rzucił się do 
drzewka. Najpierw usiłował je ponownie zasadzić, 
ale po nieudanej próbie schował je za plecy i 
rozpoczął odwrót w stronę garażu. Chmielewski 
wszedł do kuchni. Dopił kawę i zagryzł ją kawałkiem 
kanapki. Podśpiewując wyszedł do przedpokoju. W 
drzwiach prawie zderzył się z wchodzącą Cleo. - 
Pojedziesz z panią Marzeną do miasta. Pokażesz jej 

background image

kilka sklepów. Chcę, żebyście elegancko wyglądały. 
Dziś wieczór mamy kolację w Radissonie. -Nie mam 
czasu, jestem umówiona.-To był jedyny wybieg jaki 
wpadł jej do głowy. - To dasz jej swój samochód - 
zarządził Chmielewski - Co? - wykrzyknęła 
zdziwiona. - Co, co? Daj jej auto. 
Chmielewski wyszedł z domu na podjazd do 
samochodu. Drzwi bezgłośnie zatrzasnęły się za nim. 
Wściekła Cleo odwróciła się do lustra. Stała w 
kąpielowym płaszczu nie mając zielonego pojęcia jak 
zemścić się za poniesioną zniewagę. Jej wzrok trafił 
na stuzłotowy banknot z numerem telefonu. 
Wyrwała banknot, podeszła i wystukała numer 
telefonu na klawiaturze. - Robert? Na jej twarzy 
pojawił się uśmiech, gdy usłyszała znajomy głos. Był 
to z pewnością jeden z najpiękniejszych dni w życiu 
Roberta. Pierwszy lipca. Słońce świeciło jak co dzień, 
upał był nie do zniesienia. Miasto zadymione od 
spalin. Niby wszystko po staremu, a jednak nie. Ona 
była z nim. Jechali we dwoje: Cleo i Robert główną 
ulicą Szczecina. Motocykl od Czarnego sam w sobie 
wzbudzał już pożądanie nastolatków, a teraz jeszcze 
ta dziewczyna o kręconych rudych włosach w 
zakrótkiej mini spódniczce siedziała wtulona w jego 
plecy. Droga do Radissona była prosta jak drut, ale 
po co było się spieszyć. Już dwukrotnie objechali 
plac Grunwaldzki i sąsiednie uliczki. Cleo nie 
zauważyła podstępu. Wszystko dla niej było w koło 
interesujące. Ludzie, domy, sklepy, wszystko było 
inne, obce i pociągające. Chłonęła wrażenia ze 

background image

zdwojoną intensywnością. Skoro urodziła się w tym 
mieście, tu mieszkał jej ojciec, więc z całych sił 
starała się znaleźć coś za co pokochała by to miasto. 
Ten moment musiał w końcu nastąpić i Robert 
zjechał z głównej alei w boczną uliczkę i plac 
budowy. Nowoczesna kamienica z obszernym 
podwórkiem, znak nowych czasów. Nowa 
spółdzielnia oferowała mieszkania w wysokim 
standarcie i ekspresowym terminie realizacji za 
przystępną cenę sześciuset dolarów za metr 
kwadratowy. Nie były to mieszkania dla młodych 
małżeństw lub rencistów. Za ojca rentę plus Roberta 
stypendium, mogliby po roku kupić cztery metry i 
piętnaście centymetrów, o ile w ogóle dostali by się 
na listę członków tej spółdzielni. Dom był prawie 
gotowy. Kończono elewacje, wstawiano powybijane 
szyby. Robotnicy sprzątali podwórko po zakończonej 
budowie. Robert zatrzymał motocykl pod ścianą. 
Cleo zdjęła kask. - Zaczekaj chwilę muszę coś 
załatwić - rzucił przez ramię. Był w doskonałym 
humorze. Cleo w nieco gorszym. Budowa nie była 
wymarzonym miejscem turystycznym. Dwóch 
robotników, którzy mogli mieć po dwadzieścia cztery 
lata patrząc na motocykl liczyło w pamięci swoje 
zaoszczędzone pieniądze. Chyba za dużo brakowało, 
bo jeden w końcu zrezygnowanym głosem rzucił w 
stronę Roberta. - Ładny motocykl. - No. Mnie też się 
podoba. Nie widzieliście inżyniera Bukowskiego? - 
Tam - robotnik wskazał ruchem głowy na sąsiednie 
podwórko. Drugie podwórko było jeszcze rozkopane. 

background image

Dwóch ludzi robiło pomiary głębokości wykopu. 
Trzeci stał z boku i porównywał je z planami. - 
Inżynier Bukowski? - spytał odwróconego do niego 
plecami mężczyzny. Wyglądał na czterdzieści pięć 
lat. Siwe, gęste włosy i zadbana broda, dodawały 
rysom bosmańskiej powagi. - Tak. A o co chodzi? - 
inżynier nie odpowiedział, tylko burknął. Ale w 
mgnieniu oka zmazał z twarzy grymas 
zniecierpliwienia i zastąpił go serdecznym 
uśmiechem na widok Cleo. - Jak tam ojciec? - 
zapytał patrząc gdzieś za Roberta. Robert spojrzał 
do tyłu. - Dobrze - odkrzyknęła córka 
Chmielewskiego i poszła w stronę rozlanej na środku 
podwórka kałuży. - Mam dla pana przesyłkę - 
Robert wyciągnął z plecaka szarą kopertę. W zamian 
otrzymał w spadku po Cleo resztki serdeczności. - 
Coś od Chmielewskiego? - zapytał zaciekawiony 
inżynier. - Nie. Od Czarnego - odparł Robert. 
Bukowski spoważniał. Dyskretnie spojrzał za siebie. 
Dwaj robotnicy walczyli z mierniczą łatą stojąc w 
wykopie. Inżynier rozdarł brzeg koperty 
sprawdzając zawartość. - Lepiej późno niż wcale - 
wycedził pod nosem. Ponownie spojrzał na Roberta. 
Tym razem przyjrzał mu się uważnie. - To ty jesteś 
ten geniusz z gazety? - zapytał z uśmiechem 
niedowierzania. - Przesadzają - odpowiedział 
Robert. Miło było spijać słodycz popularności. - 
Robert? - Cleo brodziła w kałuży. Woda sięgała do 
wysokości kostek jej skórzanych wojskowych butów. 
Czerwone promienie słońca wyrysowały jej zgrabną, 

background image

sylwetkę na tle nieotynkowanego muru z cegieł. Obaj 
jak na komendę spojrzeli w jej stronę. - Nie znasz 
bardziej romantycznego miejsca? - spytała. Robert 
znał oczywiście mnóstwo miejsc, które dla niego były 
bardzo romantyczne. Mógł to być komin 
wentylacyjny na dachu ich czteropiętrowego bloku, 
gdzie zaszywał się ze swoimi książkami gdy koledzy 
ojca za długo i za głośno kibicowali piłkarskim 
rozgrywkom w telewizji. Romantyczna była stara 
złomownia nad Odrą. No i jeszcze parę innych 
miejsc dla samotnego pustelnika, ale żadne nie 
nadawało się dla nowego Roberta jakim stał się 
odkąd spotkał Cleo. Jej chciałby pokazać takie 
miejsce, które byłoby obrazem jego duszy. Nie znał 
takiego miejsca. Zaprosił Cleo do kawiarni 
"Brama". Dostał zaliczkę od Czarnego, więc mógł 
jej postawić nawet lody. Cleo siedziała przy stoliku, a 
on poszedł do telefonu. Miał do oddania ostatnią 
kopertę i chciał się jej jak najszybciej pozbyć. - Nie, 
nie - mówił do słuchawki. - Pan mnie nie zna. Mam 
kopertę od Czarnego. Będę z dziewczyną w 
"Bramie". Taka ruda, z kręconymi włosami - 
tłumaczył. Ktoś po drugiej stronie odłożył 
słuchawkę. Robert wrócił do stolika. W kawiarni nie 
było wielu gości. Towarzystwo zjeżdża się tu dopiero 
wieczorem. Punkt jest znakomity. Stara miejska 
brama przerobiona na przytulną kawiarnię. 
Prowadzi ją przemiły chłopak z Jugosławi. Jego 
zasługą była dobra atmosfera tego lokalu. Ale 
widocznie komuś to przeszkadzało, bo chciano go 

background image

przepłoszyć. - To co ludzie tu robią wieczorami? 
Telewizja i do wyra? - zapytała zdegustowana Cleo. - 
A co byś im zaproponowała? Ulicą toczył się 
policyjny radiowóz. Samochód w pewnym momencie 
skręcił na chodnik i zaparkował przy drewnianym 
płotku kawiarni. Wysiadło z niego dwóch 
policjantów. Obeszli ogrodzenie i stanęli obok 
motocykla. Jeden z nich, młodszy, stanął przy 
zaparkowanym na chodniku Kawasaki i wyciągnął 
bloczek z mandatami. Drugi, na oko dobijający 
pięćdziesiątki wszedł do kawiarni. Rozejrzał się 
dookoła. Bez trudu odnalazł dziewczynę o rudych 
włosach. Robert siedział tyłem do motocykla. Cleo 
pierwsza zauważyła policjantów. Poderwała się z 
miejsca i ruszyła w ich stronę. Robert obejrzał się za 
siebie. - Zaczekaj. Ja to załatwię - posadziła Roberta 
na miejscu. Starszy policjant stanął tuż za Robertem. 
Od zawsze widok policjanta w mundurze kazał mu 
się na dzień dobry czuć winnym. Wstał gotowy 
bronić swojej niewinności. - Podobno masz jakąś 
przesyłkę do oddania - zwrócił się do niego policjant. 
Takiego pytania Robert się nie spodziewał. Sięgnął 
do plecaka i wyciągnął szarą kopertę. Nie była tak 
gruba jak poprzednie, ale jej zawartość 
rozwiązałaby parę problemów na wakacje. Policjant 
wziął do ręki kopertę, zważył ją. - To twój motocykl? 
- spytał patrząc na Kawasaki - Nie. Pożyczony - 
odparł niepewnym głosem Robert. - Tu jest zakaz 
parkowania - rzucił mimochodem policjant i tak jak 
wcześniej podszedł, tak teraz leniwym krokiem 

background image

powlókł się z powrotem w stronę wyjścia. Na 
moment przystanął obok Cleo, która z uporem 
tłumaczyła coś służbistemu młodemu policjantowi. - 
Tyle za parkowanie? - krzyknęła spoglądając na 
trzymany w ręce mandat. Starszy policjant wyrwał 
go z jej ręki i z dezaprobatą pokiwał głową. Ruszył 
do samochodu. Młodszy policjant nic nie rozumiejąc, 
posłusznie odszedł jego śladem. Cleo wróciła 
zdenerwowana do stolika. - Masz jeszcze trochę 
czasu? - spytał Robert. - O siódmej mam kolację z 
ojcem i jego nową sekretarką - widać było, że nie jest 
z tego powodu szczęśliwa. - Choć. Coś ci pokażę - 
zaproponował. Po szerokich kamiennych schodach 
weszli do XVIII wiecznego kościoła. Cleo z zadartą 
głową wpatrywała się w barokowe malowidła na 
suficie. Jacyś ludzie setki lat temu pozostawili tu 
obraz swoich wyobrażeń o świecie. Jaki inny musiał 
to być świat. Centralna postać to wszechmogący Bóg, 
który z wysokości niebios dostrzegał ludzkie wzloty i 
upadki. Sprawiedliwy, wszechobecny, nieuchronny 
w swych wyrokach. W jego cieniu ludzie rodzili się, 
dorastali, siali i zbierali, a na końcu umierali. Ich 
życie było przepustką do wieczności. Każdy człowiek 
miał w tym świecie swoje miejsce. Tam gdzie się 
urodził, tam też umierał. Feudalny świat w swej 
nienaruszalnej, wiecznej formie. Fresk został 
namalowany w modnych odcieniach różu i błękitu. 
W takie same kolory pakuje się dzisiaj pieluszki dla 
niemowląt. Badania wykazały, że dzieci lubią 
pastelową paletę barw. - Nigdy nie widziałam tak 

background image

wydekorowanego kościoła - powiedziała 
zafascynowana Cleo. - Co my tu robimy? W małym 
barokowym kościółku nie było wiernych. Samotnie 
stali w głównej i jedynej nawie. - Chciałaś poznać 
Polskę? - powiedział ściszonym głosem. - No to tu się 
właśnie zaczyna. Mój ojciec przychodzi tu co 
tydzień. Robert przykucnął. Cleo zrobiła to samo. 
Odłożył kask na posadzkę i pociągnął ręką po 
marmurowych płytach. Były pofalowane jak 
wieczorna tafla jeziora. - Widzisz, od trzystu lat 
ludzie przychodzą tu prosząc o nadzieję. Podniósł 
wzrok na Cleo. Dotykała ręką wytartych kolanami 
płyt marmuru. - Nie myślałaś, żeby zostać w Polsce 
dłużej? Na kilka miesięcy - zapytał z nadzieją. Głos 
mu drżał jakby bał się, że wypowiadając te słowa 
zniszczy kruchy obraz swoich marzeń. - Nie wiem. 
Mogę mieszkać wszędzie. Turcja, Afryka, Meksyk. 
To co jest ważne to ludzie, którzy cię otaczają, a nie 
miejsce. Robert zakrył uśmiechem cień smutku, jaki 
pojawił się w jego duszy. Nie spodziewał się innej 
odpowiedzi. Ale jednak myśl, że kiedyś ta 
dziewczyna będzie musiała wyjechać, była bolesna. 
Wstał, pomógł unieść się Cleo i poprowadził ją w 
stronę ołtarza nucąc marsz weselny. - Przestań - 
Cleo śmiała się z zabawy. Zatrzymali się przed 
ołtarzem. Robert spojrzał na obraz z wizerunkiem 
Jezusa Chrystusa boleściwego. Wskazał ręką na 
stojącą obok niego Cleo. - To jest Cleo z Nowego 
Yorku. Chciałaby wiedzieć, jak żyją tutaj ludzie. - 
Nie żartuj. Siadaj - pociągnęła go w stronę ławki. Nie 

background image

był w dobrym nastroju. "Dlaczego nic nie może 
zrobić aby ją zatrzymać. Nigdy na niczym mu nie 
zależało tak jak na niej. Nie ogarniał swoich uczuć. 
Nie znał ich siły. Czuł, że wzbiera w nim gotowość do 
nadludzkich czynów, żeby tylko zmienić los, który 
zapowiadał rozstanie". - Wiesz. Jesteś inteligentny, 
utalentowany... - przerwała milczenie Cleo - ...ale 
twój problem leży w tym, że sam siebie nie 
doceniasz, nie masz ambicji, nie wierzysz w siebie. 
Robert wbił wzrok w okolice swoich czubków butów. 
Gotów był się zgodzić na każdą ocenę, gdyby to 
cokolwiek miało zmienić. - Popatrz na mojego ojca. 
Zobacz jaki odniósł sukces -ciągnęła Cleo. Ta uwaga 
jednak podniosła mu w żyłach ciśnienie krwi. Ona 
stawia mu tego lokalnego cwaniaka, dorobkiewicza, 
bonza żyjącego z przemytu, za wzorzec? - A wiesz, 
skąd ci wszyscy ludzie mają pieniądze? - wybuchnął 
tak niespodziewanie, że Cleo odchyliła się 
zaskoczona. Echo kilka razy powtórzyło: pieniądze, 
niądze, adze... ... i twój ojciec? - dodał po chwili. Tu 
jednak ugryzł się w język. Przecież to jest jej ojciec. 
Nigdy go nie widziała. Nigdy nie chodziła z nim na 
spacery, nie budowali razem zamków z piasku, nie 
rozpakowywał z nią gwiazdkowych prezentów, nie 
tuliła się do niego ze strachu przed burzą. 
Przyjechała, bo chciała odzyskać stracone i tak 
wymarzone uczucia. Nie mógł jej tego zniszczyć. 
Popatrzyła na niego przenikliwie. Dla niej było 
oczywiste dlaczego odniósł sukces. - Ponieważ jest 
inteligentny i ciężko pracuje - odpowiedziała. I było 

background image

to prawdą, najszczerszą. W jej świecie to 
wystarczało, aby wpisać się do klasy średniej, klasy 
uczciwych posiadaczy, żyjących na wysokim 
poziomie z uczciwie wypracowanych dochodów. Ale 
w jego świecie żyło się inaczej. - Tak. To prawda - 
uśmiechnął się do niej wybaczając nieświadomą 
naiwność. Odpowiedziała mu uśmiechem, który nosi 
się latami w sercu na pamiątkę. Zajechali 
motocyklem pod zamkniętą bramę. Cleo była 
spóźniona. Spojrzała na zegarek. Zeskoczyła z 
siedzenia i zawiesiła swój kask na kierownicy. 
Chmielewski siedział w swoim gabinecie i wypisywał 
czek, gdy na czarno-białym monitorze pojawił się 
obraz z kamery video umieszczonej przed bramą 
wjazdową. Cleo stała obok Roberta siedzącego na 
motocyklu. Był tylko jeden taki motocykl w 
Szczecinie. Znał go, gdyż Czarny kupił go parę 
miesięcy temu, w jego sklepie. Cleo stanęła przed 
Robertem i ważyła w sobie jakąś decyzję. W końcu 
odezwała się. - Mogę zadać ci pytanie? - patrzyła 
Robertowi w oczy, a jej spojrzenie sięgało głębiej niż 
jego własne myśli. - Ale nie możesz mnie okłamać. 
Robert rozbawił się tą sytuacją. Uniósł dwa palce do 
przysięgi i stanowczo kiwnął głową na zgodę. - Czy 
ty pracujesz dla Czarnego? - spytała nieoczekiwanie 
Cleo. Ani jeden mięsień nie drgnął Robertowi na 
twarzy. Cała jego świadomość skurczyła się ze 
strachu. Co miał jej odpowiedzieć? Przecież tak na 
prawdę nie pracował. Rozwiózł kilka kopert po 
mieście i tyle. Gdyby nie zajrzał do środka nawet nie 

background image

wiedziałby, że są w nich dolary. A ten samochód na 
granicy to przecież była legalna przysługa. Znał 
Czarnego, ale to jeszcze nic nie znaczy. Co miał jej 
powiedzieć, żeby nie skłamać? Nie chciał jej stracić. 
Czy ona by go zrozumiała. Czy ona cokolwiek 
rozumiała z tego co ją otaczało? - Nie, to tylko kolega 
- odpowiedział. Cleo odsunęła jego długie włosy z 
czoła. Nie chciała już ich obcinać. Zaczęły jej się 
podobać. Pochyliła się do niego i ich usta odnalazły 
się tym razem bez trudu. Mimo, że ta chwila, jego 
najskrytsze i najgorętsze marzenie właśnie się 
spełniało, nie potrafił zatopić się w swoim szczęściu 
bez granic. Wiedział, że skłamał. Chmielewski wstał 
od biurka. Tego było za wiele. Bał się o Cleo, a 
Czarny i jego kolesie już nie należeli do grona 
przyjaciół tego domu. Wyrwał czek z książeczki i 
wyszedł na korytarz. Prokurator Wielewski i 
dyrektor banku czekali na zewnątrz. Cała trójka 
ruszyła w stronę zaparkowanych na podjeździe 
samochodów. - Potrzebuję detektywa - zwrócił się 
Chmielewski do prokuratora. - A może ja ci 
pomogę? - zaofiarował się ten życzliwie. - Nie, nie. 
Wystarczy ktoś z agencji. Wiesz, jakiś emerytowany 
policjant. - O, oni są jeszcze całkiem sprawni - 
powiedział prokurator. - Właśnie - uciął rozmowę 
gospodarz. Doszli już do samochodów, prokurator 
klepnął Chmielewskiego na pożegnanie i zamierzał 
wsiąść do samochodu. - To co - zagadnął 
Chmielewski - będziesz miał pieniądze na udziały? - 
pytanie zabrzmiało niewinnie, jakby rzucone 

background image

mimochodem. Dyrektor banku jednak zwolnił w 
drodze do swojego samochodu i czekał na reakcję 
prokuratora. Po trzydziestu ośmiu latach pracy w 
prokuraturze, po tysiącu sprawach, przesłuchaniach 
nie można już dać się nabrać na stare chwyty. Dla 
niego byli amatorami. Wiedział, że zrobią wszystko, 
aby pod byle pretekstem wykluczyć go z 
nowopowstającej spółki. Było jednak za wcześnie, 
aby odsłonić karty. - Spokojnie. Coś wymyślę - 
nadmiar serdeczności przelewał się na tym 
podwórku. - Myśl, myśl - z przekąsem odparł 
Chmielewski zatrzaskując drzwi za wsiadającym do 
samochodu prokuratorem. Porozumiewawczo 
mrugnął do dyrektora Banku. 
 
Dom Czarnego jak zwykle jasno oświetlony, jak 
latarnia z daleka naprowadzał przyjezdnych pod 
bramę. Tym razem nie było ochroniarza, a uchylone 
skrzydło kraty pozwalało bez przeszkód wjechać na 
parking pod domem. Robert postawił motocykl na 
nóżkach i zdjął kask. Jeep z żółtą plandeką na dachu 
stał obok żółtej Corvetty. Samochody były 
pootwierane, a kluczyki wisiały w stacyjkach, co nie 
było niczym dziwnym, ponieważ kradzież spalonej 
zapałki z tej posesji byłaby aktem samobójczym. 
Zwyczajem tego domu były kolacje na które 
zapraszano mamę Cichego. Urocza kobieta 
obdarzona niezwykłym humorem i kompletnym 
brakiem poczucia rzeczywistości z zawodu i 
zamiłowania była malarką. Czarny zakupił nawet 

background image

jeden z jej obrazów na akcji charytatywnej, z której 
dochód przeznaczono na pomoc dzieciom 
niepełnosprawnym. Kupił wtedy kilka obrazów 
miejscowych malarzy, ale tylko tego jednego nie 
spalił. Naprawdę polubił w nim pewną tajemnicę. 
Niby nic. Obraz przedstawiał dziewczynę stojącą 
między drzewami na skraju jeziora. Intrygujące w 
nim było to, że dziewczyna spoglądała gdzieś w bok 
poza ramy obrazu, a jej twarz zdradzała niepokój. 
Robert wszedł po schodach na korytarz. Świtało a 
gwar rozmowy docierał z jadalni. Przystanął w 
półmroku korytarza ukryty za szklaną szafą. W 
całym domu roiło się od porcelany. W szklanych 
gablotach stały filiżanki, chińskie wazy, rodzajowe 
figurki przedstawiające sceny myśliwskie lub pary 
zakochanych uchwycone w miłosnych pozach. 
Kolekcja imponująca i warta ciężkie pieniądze. Z 
jadalni dobiegał kobiecy głos: - Dołóż sobie synku, 
wystarczy dla wszystkich. No i co dalej chłopcy. 
Jakie plany? - Mamo - Cichy starał się bronić przed 
jej czułościami. Odkąd rozstała się z jego ojcem, a 
było to rok po urodzeniu syna, nie zaznał spokoju. 
Cała potrzeba ofiarowania miłości przelała się na 
niego. Na dłuższą metę było to obezwładniające. Nie 
miał jednak sumienia wyprowadzić się z domu i 
pozostawić mamy samej sobie. Nadal czuła się 
potrzebna swemu dziecku. I tak mogło trwać do 
emerytury, jego oczywiście, bo matki to nie mogło 
dotyczyć. Była niezniszczalna. - Jakieś studia, co? - 
rozejrzała się dookoła. Przy stole siedzieli Kobra, 

background image

Cichy, Skorpion i Biedrona. Czarny stał na 
werandzie i rozmawiał przez telefon. - Trzeba stanąć 
na własnych nogach. Pieniążki trzeba zarabiać - 
tłumaczył Skorpion. - Studia to dzisiaj szkoła 
zawodowa. My studiujemy życie - dorzucił Kobra 
wymiatając resztki smażonej ryby z talerza. - Życie 
towarzyskie na wydziale erotycznym. Zajęcia 
prowadzi dziekan Waliszewska - dorzucił Skorpion 
spoglądając na Kobrę. - Dorotka zresztą - dodał 
Kobra. - Mamo. Dzisiaj trzeba żyć szybko i mocno, 
póki jest się młodym. Robert stał w cieniu korytarza 
i słuchał dobiegającej go rozmowy. Przez szczelinę 
drzwi obserwował stół i biesiadników. - Zwłaszcza 
młodym i pięknym - szepnął Skorpionowi Biedrona. 
Obaj spojrzeli na Cichego. - Kto zje rybki? - mama 
Cichego zwróciła się z otwartym pytaniem. - Ja! - 
prawie krzyknął Kobra i zanim Biedrona chwycił 
widelec do ręki, zgarnął ostatnią rybę na swój talerz. 
- Nasmażyłam, a wy nie jecie - narzekała mama. 
Robert wszedł do jadalni. Pierwszy dostrzegł go 
Cichy. Gestem ręki zaprosił do stołu. - Dzień dobry - 
powiedział ogólnie. - Dzień dobry - odpowiedzieli 
zgodnym chórem Biedrona i Kobra. - Jak tam 
Amerykanka - Kobra nie dawał spokoju. - Wyszła z 
Prymusem, Casanova niech spierdala - bronił go 
Cichy. - Nie ważne. Dopadnie ją. Mały nie ma szans - 
powiedział rozbawiony Biedrona. Robert odłożył 
kask motocyklowy na stolik i siadł obok Cichego. 
Biedrona podsunął mu kawałek niedojedzonej ryby, 
ale Robert podziękował. Cichy zignorował 

background image

złośliwości. Pochylił się do Roberta. -To świetna 
dziewczyna, nie rezygnuj. Dogadaj się z panienką i 
jedźcie sobie gdzieś w góry. Jak nie masz forsy to 
pogadaj z Czarnym, on ci pożyczy. Czarny stał na 
tarasie i dojadał z talerza rybę. Właśnie zakończył 
długą rozmowę przez telefon. Wyszedł na taras, żeby 
nie przeszkadzać przy stole. Teraz stał oparty o słup 
i wydłubywał smakowite kęsy ze smażonego pstrąga. 
Robert zadał pytanie i stanął w drzwiach czekając na 
odpowiedź. W końcu Czarny podniósł na niego 
wzrok. - Ile? Pięć, dziesięć, sto milionów? I z czego 
oddasz? - Znajdę jakąś pracę i ci oddam - zapewniał 
Robert. Czarny pokiwał przecząco głową. - 
Wyprujesz z siebie flaki, a potem kopną cię w dupę, 
tak jak twojego starego. Robertowi nabiegły do oczu 
łzy. Chciał się rzucić na Czarnego z pięściami. Nikt 
nie miał prawa obrażać jego ojca. To prawda, że 
wszyscy o nim zapomnieli. Gdy był świetnym 
sportowcem, drzwi się nie domykały od kolesi i 
działaczy. To prawda, że na ostatnią operację kolana 
wydali resztkę oszczędności. Wszyscy się odwrócili. 
Nie było już dawnego klubu sportowego, nie było 
związku, nie było prezesów. Pozostali sami, ale 
dumni. Robert odwrócił się do drzwi i ruszył do 
wyjścia, ale zawahał się. Czarny wiedział o Robercie 
więcej niż chciał to ujawnić. Znał jeszcze jeden 
szczegół z jego życia, o którym na razie nie 
wspomniał. Nie musiał. Robert nie wyszedł. Po jego 
ostatnich słowach mógł się obrazić, ale prawda o 
życiu osłabiała charaktery. - Jest robota. Za duże 

background image

pieniądze. Jeden dzień pracy i na kilka lat spokój - 
usłyszał za sobą Robert. - Jeśli naprawdę jesteś 
inteligentny, to nie będziesz biedny - dodał Czarny. 
 
Nad miastem zapadła noc. Najpiękniejszym, 
najbardziej szpanerskim i najrzadziej odwiedzanym 
w Szczecinie lokalem była restauracja w hotelu 
Radisson. Kelner zapalił zapałkę i przysunął ją do 
gazowego palnika. Płomień buchnął podgrzewając 
dno patelni. Kelner smażył naleśniki. Świadkami 
jego popisów byli siedzący przy stole Chmielewski w 
towarzystwie Cleo i swojej nowej sekretarki 
Marzeny, dyrektor banku z małżonką. Kucharski - 
właściciel hurtowni ze sprzętem elektronicznym, jego 
małżonka i samotnie przybyły na kolację prokurator 
Wielewski. - Proszę już podać te flambirowane 
naleśniki. Dwa razy oczywiście - zwrócił się do 
kelnera dyrektor banku. Marzena siedziała obok. - 
Na pewno będzie pani smakowało. Ciasto doskonałe. 
Do tego nadzienie z lodów i całość oblana gorącą 
czekoladą - dyrektor najchętniej sam 
zademonstrowałby siedzącej obok niego pani 
Marzenie jak gorącą, ale obecność żony siedzącej po 
drugiej stronie stołu działała na niego studząco. - A 
nie boi się pani, że bycie sekretarką to zbyt trudna 
praca? - podjęła wyzwanie pani dyrektorowa, 
kobieta niewątpliwie piękna o szlachetnych rysach 
twarzy i wyniosłym usposobieniu, ale eksponująca 
bardziej swoją złotą biżuterię, niż przemijające 
wdzięki. - Trzeba odbierać telefony, telexy, 

background image

rozmawiać z ludźmi - ciągnęła. Ta ostatnia uwaga 
szczególnie była trafna, gdyż w przeciwieństwie do 
jej męża, któremu buzia się nie zamykała, pani 
Marzena od początku wieczora nie odezwała się do 
nikogo ani słowem. - No, ale nie mówmy o przykrych 
sprawach. W końcu to są przyjemności i kłopoty 
Jurka. Tyle lat żył sam, no to teraz ma dwie córeczki 
-żona Kucharskiego postanowiła wziąć Marzenę w 
dwa ognie. Chmielewski siedział strapiony pomiędzy 
Cleo i Marzeną. Gdyby obie dziewczyny stanęły 
razem na chodniku w ruchliwym miejscu miasta, 
byłyby przyczyną niejednego samochodowego 
wypadku. Chmielewski wiedział, że jego koledzy byli 
pod wrażeniem tych dwóch młodych, seksownych 
kobiet. Aby dodać całej sytuacji pikanterii grał rolę 
strapionego kłopotami i przygniecionego pracą, 
niezdolnego do flirtu, poczciwego ojca. Rolę tę 
odgrywał z powodzeniem przez całą kolację, do 
chwili gdy nagle za przeszkloną ścianą dostrzegł 
postać Czarnego. Odłożył serwetkę i wstał. - 
Przepraszam państwa na chwilę - powiedział z 
kurtuazją. Jedyną osobą, która dostrzegła powód 
jego odejścia był prokurator. Czarny stał w hallu 
przed restauracją. Przez szybę widział 
Chmielewskiego i jego gości. Oprócz nich jeszcze 
dwa stoliki były zajęte. - Słyszałem, że wchodzisz w 
autostradę - odezwał się Czarny do podchodzącego 
Chmielewskiego - pomyślałem, że może potrzebujesz 
udziałowców .Chmielewski wyjął cienkie cygaro z 
papierośnicy. Poczęstował Czarnego, ale ten 

background image

odmówił. - Może, ale to nie jest interes dla ciebie - 
odparł Chmielewski. Starał się być maksymalnie 
opanowany. "Że też musiał właśnie dziś tu przyleźć, 
w miejsce gdzie wszyscy ich razem widzą. I 
prokurator." Wściekły Chmielewski wyjął zapałki, 
zapalił jedną i przytknął do końca cygara po czym 
podjął temat. - Tu trzeba dużo włożyć i długo czekać. 
- Ładną masz córkę - Czarny spojrzał przez szybę na 
stół przy którym siedziała Cleo. - Ile? - zapytał 
twardo. - Nie wiem, o tym decyduje spółka. Trzy 
miliony dolarów. Gotówką. Na początek. - "Do 
końca życia będę musiał potykać się o tego 
człowieka", pomyślał. "Do końca czyjego życia" - 
przez moment przemknęło mu przez głowę. - Kto 
wchodzi? - spytał Czarny. - Poczekamy jak będziesz 
miał pieniądze - Chmielewski odwrócił się żeby 
odejść. - Trzymaj miejsce - zakończył rozmowę 
Czarny. Gdy Chmielewski powrócił do swoich gości, 
atmosfera była równie oziębła jak parę minut 
wcześniej. Każdy starał się unikać spojrzeń 
sąsiadów, skupiając swoją uwagę na nieistotnych 
szczegółach kończonego deseru. - No, panie na 
pewno zechcą porozmawiać o modzie, a my panowie, 
pójdziemy do baru na mały koniaczek - powiedział 
Chmielewski. -Interesy. Marzena odłożyła posłusznie 
swoją serwetę i zamierzała wstać od stołu. - A ty 
gdzie? - chłodno osadził ją w miejscu. - Proszę 
bardzo - Chmielewski ruchem ręki poprowadził 
Kucharskiego i dyrektora banku w głąb restauracji. 
Prokurator, który w międzyczasie zamówił 

background image

dodatkową porcję naleśników i nie zdążył jej dojeść, 
wiosłował teraz widelcem ze zdwojoną szybkością. 
Mimo tego musiał pozostawić niedojedzoną porcję. Z 
pełnymi ustami i serwetką w dłoni wstał i podreptał 
za Chmielewskim. Przy stole zostały cztery panie z 
niedokończoną wojną pokoleń. Kucharska spojrzała 
porozumiewawczo na żonę dyrektora i bez słów 
zrozumiały się bezbłędnie. Obie jednocześnie 
podniosły się z krzeseł i skierowały do kasyna gry. 
Cleo była zirytowana. Ostentacyjne lekceważenie 
Marzeny wyprowadziło ją z równowagi. Poczuła 
dziwną solidarność z tą dziewczyną. - Skąd się 
wzięłaś? - przerwała milczenie. - Skończyłam 
etnografię w Poznaniu, ale co można po tym robić? 
Dwa lata temu przyjechałam na wakacje do domu na 
wieś i tak już zostałam z rodzicami. Nie miałam siły 
się wyrwać. A tu nagle zjawia się twój ojciec i 
proponuje mi pracę. No to co mam do stracenia? - A 
ja myślałam, że tylko śpicie ze sobą. - Nie. Jak na 
razie nie spaliśmy. Ale nie mogę powiedzieć, żeby nie 
był pociągający - z nadzieją w głosie stwierdziła 
dziewczyna. - Kto? Mój ojciec? - Cleo nie potrafiła 
ukryć zakłopotania. Prokurator, Kucharski, 
Chmielewski i dyrektor banku szli obok siebie 
korytarzem hotelu. - Ładny hotel. Amerykański? - 
spytał Kucharski. - Za dwa lata go odkupimy - 
zaśmiał się szeroko Chmielewski. - Postawimy to 
miasto na nogi. To będzie nasze Księstwo Pomorskie 
- snuł plany Kucharski. Chmielewski wsunął ręce do 
kieszeni i wpadł w jeszcze lepszy humor. - 

background image

Autostrada to dopiero początek prawdziwych 
interesów. - Panowie, to duża forsa, nie tylko dla nas 
- dorzucił Kucharski Prokurator przeżuł ostatni kęs 
i pospiesznie włączył się do rozmowy. - Mam listę 
tych, którzy chcą dla nas pracować, firmy, firemki. 
Stara sprawdzona gwardia. - A co z koncesją? - od 
niechcenia zapytał Chmielewski. Mijali właśnie 
długonogą piękność więc odpowiedź nadeszła z 
opóźnieniem. - W porządku. Wchodzę do spółki z 
koncesją w posagu - odpowiedział prokurator. - Plus 
trzy miliony dolarów i jesteś naszym kolegą - 
skrupulatnie jak zawsze wyliczał dyrektor banku. - 
O, jest taka firma z Gdańska, która nie stawia 
warunków. Też chcą koncesję. - Jesteśmy kumplami 
od trzydziestu lat. Dobrze byłoby mieć kogoś takiego 
jak ty w spółce. Naprawdę dobrze - przekonywał 
Kucharski. - Pomyśl o tym. - Cały czas myślę - 
odpowiedział prokurator. - W sprawie tego napadu 
na bank zwaliła się komisja z Warszawy. Będę 
składał jutro zeznania - dyrektor banku nadał 
serdeczny ton swojej wypowiedzi. - Policja, 
prokurator, a tu w biały dzień ginie dwieście tysięcy 
dolarów. Twarz prokuratora wykrzywiła się jakby 
gołą stopą przydepnął niewielkiego kaktusa. - 
Znajdę tego złodzieja, jeśli tylko żyje - wycedził 
przez zęby. Cała czwórka przedefilowała korytarzem 
mijając po drodze kłaniających się recepcjonistów. 
Na koniec dotarli do baru. - Panowie - zwrócił się 
Chmielewski wręczając im kieliszki z rozlanym już 
szampanem - wypijmy za naszą przyjaźń, za 

background image

autostradę, za starą wiarę i za spółkę, którą 
nazwiemy... - "COMBO"! - wykrzyknęli chórem. 
 
ROZDZIAŁ 10 
 
We trzech weszli do supersamu. Skorpion, Kobra, a 
między nimi Robert. Nowoczesny sklep zapełniony 
był towarami aż pod sufit. Produkty z całej Europy 
spoczywały tu na półkach. Kusiły barwnymi 
opakowaniami i odstraszały cenami. Nie wszystkich 
jednak, bo o dziwo, mimo późnej pory, sklep był 
pełen klientów. Z wypełnionymi po brzegi wózkami 
ścigali się w drodze do kas. - "Muszę pokazać to 
ojcu" - pomyślał Robert. Mieszkali po drugiej 
stronie miasta, na robotniczym osiedlu, a sklep był 
po przeciwnej stronie za kanałem koło dzielnicy 
willowej. Stanęli za regałem z karmą dla psów. - No, 
Prymus, twój debiut. Smile. Skorpion klepnął 
przyjaźnie Roberta po plecach. Robert ruszył do 
przodu. Stoisko monopolowe oferowało setki 
gatunków wódek stojących rzędami na 
sześciometrowej długości regałach. Robert odczekał, 
aż ostatni klient odejdzie od kasy. Sam nie wiedział 
dlaczego był podniecony. Przecież nic nie robił. Miał 
po prostu podejść do lady i poprosić o butelkę Johnie 
Walkera. - Dzień dobry. Poproszę dwie butelki 
Johnie Walkera - wydusił z siebie. Ekspedientce było 
absolutnie obojętne kto stał po drugiej stronie lady. 
Nawet nie spojrzała na Roberta. Leniwie przeszła w 
drugi koniec stoiska i zaczęła szukać butelki na 

background image

półce. - "Już po strachu" - pomyślał. - "Co w tym 
złego"? - Był nawet z siebie zadowolony. Pokonał 
pierwszy strach. - Jest tylko jedna. To ostatnia 
butelka, nie ma więcej - odpowiedziała leniwie. Tym 
razem ekspedientka podniosła wzrok. Ze 
zdziwieniem stwierdziła, że klient zniknął. 
Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było. Skorpion 
i Kobra czekali na Roberta koło proszków do prania. 
- No i co? - spytał Kobra. - Wszystko sprzedali. Nie 
ma nawet w magazynie - odpowiedział Robert. 
Kobra pokiwał głową. Skorpion klepnął Roberta w 
plecy. - Leć do samochodu - rzucił niedbale. Robert 
posłusznie zawrócił na pięcie i zniknął w drzwiach z 
napisem "wyjście". Kobra i Skorpion prawie 
jednocześnie odwrócili się w drugą stronę i poszli w 
kierunku drzwi z napisem "Office". - Utyłeś - 
stwierdził z przekąsem Skorpion. Kobra spojrzał na 
niego, a potem na swój brzuch. Poklepał się 
wciągając jednocześnie powietrze. -Pierdzielisz. 
Skorpion wszedł pierwszy na zaplecze. Korytarz był 
szeroki. Skrzynki z Coca-Colą zastawiały przejście, 
ale mimo to mogli iść obok siebie. Skorpion sięgnął 
do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął żelazny 
kastet. Skręcili w prawo w krótki korytarz 
zakończony drzwiami z napisem "Private". Nie 
zwalniając kroku otworzyli i z hukiem weszli do 
środka. Na środku niewielkiego pokoju stało biurko, 
a przy nim siedział właściciel sklepu. Skorpion 
wyhamował dopiero przed samym biurkiem. 
Odwrócony bokiem Szczypiorski nie zareagował na 

background image

ich wejście. Był to facet dobijający czterdziestki, 
niewysoki, o krępej budowie ciała, którego natura 
zapomniała obdarzyć szyją. Głowa wyrastała z 
ramion tak, że aby spojrzeć na Skorpiona musiał 
odwrócić się całym ciałem, wraz z krzesłem. - 
Wpadliśmy tak na chwilę, żeby forsę odebrać - 
zaczął Skorpion. - Nie sprzedałem jeszcze towaru - 
odpowiedział Szczypiorski. Tułów wraz z głową 
odwrócił się z powrotem do komputera ignorując ich 
obecność. Skorpion chwycił z biurka gruby plik 
faktur i cisnął nimi w powietrze. Za sobą usłyszał 
głos Kobry. - Chodź, zobaczymy czy rowery stoją na 
zewnątrz. Skorpion poczuł się nieswojo. Spojrzał w 
bok. Wszedł tak szybko, że nie zdążył wcześniej 
rozejrzeć się po pokoju. I to był błąd. Po jego prawej 
i lewej stronie stało dwóch mężczyzn, którym 
Skorpion sięgał głową do połowy krawata. Ten 
stojący z prawej uniósł dłoń i przytrzymał otwartą 
przed Skorpionem. Ten posłusznie położył na niej 
kastet. Dłoń była wielka jak łopata. Kastet wyglądał 
jak breloczek. - Sprzedałeś - brnął dalej Skorpion. 
Kobra wycofał się na korytarz i przytrzymywał 
szeroko drzwi tak żeby przypadkiem ochroniarze nie 
usiłowali ich otworzyć używając do tego celu 
Skorpiona. Szczypiorski nie odwrócił się już więcej w 
ich stronę. - Przyjdźcie za dwa tygodnie. Ja wiem 
lepiej co sprzedałem. Drugi ochroniarz chwycił 
Skorpiona za cienki skórzany krawat, szarpnął w 
górę, tak, że Skorpion jak baletnica na czubkach 
palców wyszedł z biura. Drzwi zatrzasnęły się tuż 

background image

przed jego nosem przytrzaskując krawat. Udusiłby 
się, gdyby Kobra nie wyjął sprężynowego noża i nie 
odciął go z uwięzi. - Babcia ma dzisiaj urodziny. To 
był mój najlepszy krawat - żalił się Skorpion. Kobra 
nie przywiązywał nigdy uwagi do ubioru, tym razem 
jednak spojrzał ze współczuciem na Skorpiona. - 
Niedobrze ci w krawacie. Nie pasuje - rzucił Kobra. 
Zbity z tropu Skorpion oglądał odcięty koniec. - 
Myślisz, że nie, że niby dlatego, że jestem łysy? - 
oponował. Ruszyli w stronę wyjścia. 
 
Kolejny dzień upałów dawał się we znaki 
mieszkańcom Szczecina. Asfalt parował na ulicach. 
Hurtownia farb i lakierów znajdowała się za portem 
tuż nad Odrą. Wyglądała jak gotycka katedra. 
Wysokie słupy podtrzymywały żebrowany dach na 
wysokości dziewięciu metrów. Słońce przedzierało 
się przez małe okienka pod sufitem oświetlając 
ścianę z napisem "zakaz palenia". Długi TIR 
ustawiony w bramie wjazdowej blokował wejście do 
hali. Cichy i Robert musieli prześlizgnąć się pod 
naczepą, aby wejść do środka. - Ten goguś w 
okularach to Słomka. Zawołaj go na chwilę - 
powiedział Cichy. Robert posłusznie poszedł 
przodem w kierunku drzwi na zaplecze. Magazyn 
zastawiony pudłami i kartonami papierosów nie 
wyglądał na skład farb i lakierów. Cichy wyjął z 
kieszeni gazetę i zwinął ją w rulon, a następnie 
otworzył mały pięciolitrowy kanister, który niósł w 
prawej ręce. Wetknął gazetę w otwór. - Cześć 

background image

chłopaki - przywitał się z siedzącymi przy stoliku 
kolesiami. We trzech przeklejali opakowania z 
papierosami. - Cześć - odkrzyknęli chórem. Cichy 
wyjął z kieszeni papierosa i zapalił go. Zaciągnął się 
dymem i wypuścił kółka w smugę wpadającego 
słońca. Kółko odpływało od niego unosząc się w górę. 
Nad głową dostrzegł rurkę z zabezpieczeniem 
przeciwpożarowym, na końcu której znajdował się 
zawór wodny z czujnikiem na dym. - Zgaś to - 
Słomka wyszedł z zaplecza. Robert przeszedł w bok i 
stanął obok Cichego opierając się o burtę TIra. 
Ciekaw był co Cichy wykombinuje. Czarny 
powiedział, że mają w drodze powrotnej podjechać 
za miasto do znajomego i odebrać stary dług. Cichy 
poprosił Roberta, żeby weszli do środka razem. I 
tyle. Tak na prawdę mieli razem pojechać za tydzień 
do Niemiec z jakimś towarem, a póki co mógł sobie 
dorobić parę złotych. - A pieniądze masz? - grzecznie 
spytał Cichy. Zawsze zachowywał się nienagannie. 
Mimo, że był wicemistrzem okręgu w Aikido nigdy 
sam nie zaczynał bójek. - Mały, skocz no po 
pieniądze do biura- Słomka wydał polecenie 
jednemu ze swoich ludzi. Cichy odwrócił się tyłem do 
Słomki i szedł w stronę śmietniczki zgasić papierosa. 
Robert w pierwszej chwili nie rozumiał co się dzieje. 
Wszystko nabrało nagle zawrotnego tempa. Mały 
wstał od stołu, przeszedł dwa kroki po czym nagle 
skoczył do przodu i wybił się w górę. Na wysokości 
półtora metra wyprowadził kopnięcie prawą nogą w 
głowę Cichego. Ten zdążył już zejść z linii ciosu i 

background image

noga trafiła w burtę TIRa. Deska pękła, a drzazgi 
posypały się we wszystkie strony. Cichy obrócił się w 
miejscu. Puścił kanister z benzyną na podłogę. 
Podbił Małemu nogę i ten spadł na plecy. Jęknął z 
bólu. Cichy odwinął się w tył i miękko wyprowadził 
prawą ręką cios w szczękę. Coś trzasnęło tak głośno, 
że Robert się skrzywił. - Poćwiczycie sobie na sali 
gimnastycznej - Słomka trzymał już pistolet w dłoni. 
Nie było na co czekać. Z żalem Robert wyjął z kurtki 
jedyny egzemplarz swojej pamiątkowej gazety ze 
zdjęciem z balu maturalnego, który wiózł do 
oprawienia, zgniótł go i podpalił. - Powiedz 
Czarnemu, żeby trzymał się od nas z daleka, bo 
inaczej porozmawiamy - straszył Słomka. Był tak 
pewny siebie trzymając w ręce pistolet, że 
zlekceważył stojącego z boku Roberta. Teraz tego 
żałował. Robert z płonącą gazetą i karnistrem 
benzyny podszedł do Cichego. - Cichy zgłupiałeś? Na 
żartach się nie znasz? - zmienił ton Słomka. Ale 
Cichemu nie było zabawnie. Odebrał kanister od 
Roberta i z płonącą gazetą przeszedł w bok do pudeł 
z papierosami. Był zdeterminowany i gotowy na 
wszystko. - Przecież to gazowy. Filmów nie oglądasz? 
- Słomka odłożył pistolet na posadzce. - Nie rób tego! 
- krzyknął zdesperowany. Słomka nie był idiotą. 
Czarnemu winien był trzydzieści tysięcy dolarów, a 
towaru w magazynie miał za stówę. Wyjął z kieszeni 
pieniądze. Tak naprawdę miał je gotowe do oddania, 
tylko liczył, że jeszcze nimi obróci. Teraz widział, że 
przesadził. Cichy nie żartował. Spróbował inaczej. - 

background image

Jesteście skończeni. Trzymaj forsę i zjeżdżaj - 
wycedził. Robert podbiegł do Słomki, wyrwał mu z 
ręki pieniądze i sięgnął po leżący na ziemi pistolet. 
Cichy jeszcze się wahał. Gotów był puścić cały ten 
bałagan z dymem, ale interes był ważniejszy. 
Odebrał przecież pieniądze, a Słomkę zawsze mógł 
dopaść w Imperium. Gazeta dopalała się dymiąc do 
tego stopnia, że dym zaszczypał go w oczy. Już chciał 
upuścić ją na posadzkę, gdy rozległ się suchy trzask i 
z sufitu runęły setki litrów wody. Wrażliwe na dym 
czujniki nie wytrzymały napięcia i otworzyły 
zawory. Cichy rzucił się w tył pod TIRa pociągając 
Roberta za sobą. Szum ulewy przytłumił okrzyki 
ochroniarzy. Lejąca się z rur woda zatapiała tysiące 
paczek papierosów. Teraz nikt nie kupi ich nawet za 
pół ceny. Słomka wyrwał pistolet z ręki ochroniarza i 
sam wymierzał sprawiedliwość. Strzelił dwa razy w 
ślad za Cichym, ale woda zalewała mu oczy i nie 
mógł dokładnie wycelować. - Już nie żyjesz! - 
wrzeszczał wściekły. Robert przebiegł na drugą 
stronę TIRa i osłaniając Cichego nacisnął spust 
pistoletu. To było takie łatwe. Huk wystrzału był do 
zniesienia, a pistolet wcale nie szarpał się na 
wszystkie strony. Jeszcze raz nacisnął spust i rozległ 
się kolejny strzał. Z sufitu odpadł kawałek tynku. To 
nie był gazowy pistolet. Odrzucił go ze strachem 
między kartony z papierosami. Wybiegli na 
podwórze. Już nikt ich nie gonił. Mokra i brudna od 
smaru odzież leżała na białej wyłożonej kafelkami 
posadzce. Z trzech kabin środkowa miała uchylone 

background image

drzwi i u dołu w prześwicie widniały bose stopy. 
Robert siedział na muszli z opuszczonymi do kolan 
slipami. - Kurde. Cichy, co my robimy? Co ja robię? 
- gryzł się z własnym sumieniem. - Biegam, kradnę. 
Czy ja jestem jakiś gangster? Powinienem siedzieć w 
domu. Cichy stał przed lustrem. Wziął prysznic, a 
teraz starannie się golił. - Zawsze możesz wrócić na 
budowę - pocieszał jak potrafił. Robert wyszedł z 
kabiny spuszczając za sobą wodę. Gryzło go zbyt 
wiele sprzecznych ze sobą wątpliwości. - Mało go nie 
zastrzeliłem. Nie ma co, rozwaliliśmy facetowi cały 
transport. Widziałeś, jak płakał? Robert wziął z 
umywalki zapakowaną w folię nowiutką koszulę i 
rozpieczętował ją. - Jego nie żałuj. Buduje dwie nowe 
fabryki frytek w Koszalinie - odpowiedział Cichy. 
Założył już czyste rzeczy i patrzył jak Robert kończy 
się czesać. Obaj w powrotnej drodze zajechali do 
butiku z męską odzieżą, gdzie kupili całą nowiutką 
wyprawę, począwszy od skarpetek i slipek, po spinki 
do koszuli kończąc. Cichy z podziwem zauważył, że 
w nowych ciuchach Robert wyglądał całkiem 
przystojnie. Od czasu kiedy przestał nosić 
basebolówkę, wyglądał bardziej męsko. Swoją drogą 
fascynujące było obserwować jak łatwo Robert 
zaakceptował swoje nowe wcielenie. Nowy ubiór 
zaakceptowany został wraz z rodzącą się nową 
osobowością. Założył marynarkę i pewnym ruchem 
poprawił mankiety od koszuli. Był poważny, 
skupiony, precyzyjny w ruchach. - To jak on 
zaczynał? - spojrzał na Cichego. -Tak jak my. 

background image

Cichy klepnął go po ramieniu i ruszyli w stronę 
drzwi. Wyszli na korytarz nocnego klubu Royal Pub. 
 
ROZDZIAŁ 11 
 
Noc uśpiła mieszkańców willowego osiedla na 
Pogodnie. W nielicznych oknach jeszcze paliło się 
światło. Jakaś para starszych ludzi kończyła spacer z 
psem. Podeszli do bramy i zniknęli za żywopłotem. 
Osobowy samochód toczył się z wyłączonym 
silnikiem. Przednie reflektory oświetlały wilgotny od 
deszczu asfalt. Samochód zwolnił i zjechał na 
pobocze pod starą lipę. Drzwi otworzyły się 
bezszelestnie i wysiadł z nich ubrany w ciemną 
skórzaną kurtkę Skorpion. Stanął koło samochodu i 
rozejrzał się po okolicy. Z kieszeni wyjął swój 
inhalator. Zaciągnął się za mocno, aż zaparło mu 
dech. Pociągnął nosem i ruszył do przodu. Skórzane 
kowbojskie buty stawiane na mokrym asfalcie 
rozbrzmiewały wyraziście w ciemnej uliczce. Po 
prawej stronie przed bramą stał srebrny Mercedes 
klasy S. Zbliżając się do niego zauważył czerwoną 
mrugającą diodę. Spojrzał na bramę do garażu. Była 
zamknięta. W oknie domu świeciło się światło. 
Skorpion siadł na masce samochodu i dwukrotnie 
nim zakołysał. Włączył się autoalarm. Wycie syreny 
wypełniło śpiące osiedle. W domu po drugiej stronie 
ulicy paliło się światło. Na odgłos auto-alarmu ktoś 
podbiegł do okna. Po chwili światło zgasło. Za 
firanką stała kobieta wyglądając na ulicę. Właściciel 

background image

supermarketu, Szczypiorski wybierał się właśnie do 
dyskoteki Imperium. Kończył się golić gdy usłyszał 
wycie alarmu. Wybiegł z domu w szlafroku. Nie 
chował samochodu do garażu, bo za chwilę miał nim 
jechać. Podszedł do żelaznej furtki i rozejrzał się po 
okolicy, ale nikogo nie zobaczył. Starł resztki piany 
do golenia i wyszedł przed dom. Samochód stał i 
mrugał awaryjnymi światłami. Obrócił się całym 
ciałem w lewo, a potem w prawo. Nawet w szlafroku 
jego muskularna sylwetka mogła wzbudzić szacunek. 
Skierował pilota z kluczykami w stronę samochodu. 
Alarm ucichł. Nikt z sąsiadów nie zareagował na 
hałas. Wszyscy pochowani w domach pilnowali 
swoich interesów. Już chciał odejść, ale dla pewności 
podszedł jeszcze do drzwi i zajrzał do wnętrza. Tam 
również wszystko zdawało się być w porządku. - Co 
tak długo każesz na siebie czekać? - zapytał go 
Skorpion podchodząc do niego od tyłu. Szczypiorski 
poznał Skorpiona po głosie. Odwrócił się do niego i 
poczuł paraliż całego ciała biegnący mniej więcej z 
okolic krocza. Całą siłę swojego ciała Skorpion 
skoncentrował w kolanie prawej nogi, a kolano 
umieścił w podbrzuszu Szczypiorskiego. Dodatkowo, 
tak dla pewności dodał strzał z główki, jego 
popisowy numer, który z reguły odsyłał klientów do 
chirurga plastycznego. Szczypiorski zgiął się w pół i 
osunął na kolana. Skorpion nie znał litości. Nie miał 
skrupułów. Całą nienawiść do świata pragnął 
przekazać Szczypiorskiemu. Nic do niego osobiście 
nie miał, ale biznes to biznes. Bił pięściami w kark, w 

background image

głowę, gdzie popadło. Nie powstrzymywał go odgłos 
pękającego obojczyka. Kobra dopadł go w ostatniej 
chwili zanim nie skatował Szczypiorskiego na 
śmierć. Odciągnął Skorpiona od ofiary, sam 
obrywając łokciem. Skorpion był nieprzytomny. 
Jego czucie osłabione narkotykiem nie informowało 
go nawet o lejącej się z dłoni krwi. Musiał zahaczyć o 
klamkę samochodu i nawet tego nie poczuł. W oknie 
domu naprzeciwko obok kobiety stanął mąż. Oboje 
przyglądali się masakrze. - Długi trzeba oddawać - 
powiedział Skorpion wracając do przytomności. 
Odszedł do swojego samochodu. - Odsuń się - 
stanowczo powiedział Kobra i pchnął 
Szczypiorskiego nogą. Ten upadł z jękiem na bok. 
Kobra brzydził się przemocą. Podniósł kluczyki z 
ziemi, wsiadł do Mercedesa, zapalił silnik i ruszył. 
Skorpion minął go swoim Oplem. - A taki ładny 
samochód miał nasz sąsiad - zauważył z żalem sąsiad 
z przeciwka i zasłonił szczelnie zasłony. 
 
ROZDZIAŁ 12 
 
"Zabij mnie" - śpiewała Anita Lipnicka z zespołem 
Varius Manx. "Ona to zrobi". Przebój tego lata 
pobrzmiewał we wszystkich dyskotekach w mieście. 
Co prawda już schodził z pierwszych miejsc listy 
przebojów, ale jeszcze przyjemnie się go słuchało. 
Cichy przedzierał się przez tłum nastolatków. 
Robert podążał jego śladem. W Royal Pubie nie 
można było wsadzić nawet palca. Z trudem dotarli 

background image

do bufetu. Akurat zwalniało się miejsce przy barze. 
Siedli na stołkach i zamówili po "Margericie". 
Robertowi udzielił się dobry nastrój zabawy. 
Otaczali go rówieśnicy, z którymi nigdy się nie 
kontaktował. Pierwszy raz miał poczucie 
przynależności do jakiejś grupy. I było to przyjemne. 
Nie przypominał sobie, dlaczego do tej pory unikał 
takich miejsc. Fakt, że teraz był odpowiednio 
ubrany, ale przychodzili tu również chłopcy z jego 
podwórka. Miał pieniądze i mógł zaprosić na drinka 
całą swoją klasę. Owszem pieniądze, ale gdyby 
przyszedł tu na wodę sodową to też byłoby miło. 
Czuł się lepszy. Tak. To dawało mu przewagę nad 
innymi. On znowu był pierwszy, tak jak w klasie jak 
w szkole, jak na olimpiadach. Tam był prymusem, a 
tu był elitą. Czuł na swoim karku dyskretne 
spojrzenia z tłumu. Prawie słyszał komentarze. 
Cichy, Kobra, Skorpion, Czarny to była 
arystokracja, a on był ich kumplem. Proste i miłe. 
Uniósł szklankę ze słomką w górę i wciągnął w siebie 
duży łyk złocistej Margerity. Przyjemne ciepło 
rozlało się po ciele. - Co zrobisz z forsą? No tą co 
zarobimy u Czarnego? - spytał Robert. - Ja to bym 
chciał mieć dom z ogrodem, dzieci. Na Pogodnie 
facet sprzedaje nową działkę. A ty Prymus co 
kombinujesz? - spytał Cichy. - Jedyne co umiem to 
liczyć. 
- No w tym jesteś naprawdę dobry. 
Cichy pamiętał popisy na lekcjach matematyki kiedy 
Robert potrafił bez kalkulatora mnożyć i dzielić 

background image

czterocyfrowe liczby. - Pomyślałem sobie - 
kontynuował Robert - że mogę obrócić tą forsą. Za 
miesiąc mogę mieć 100% zysku. A potem, 
moglibyśmy kupić TIRa z Royalem, cztery kursy 
miesięcznie, razy 40 tysięcy, to jest 160 tysięcy 
marek. Cichy. Za pół roku na czysto mamy, po 
odliczeniu celników i Czarnego... A właściwie po co 
nam Czarny? Ty załatwiasz odbiorców, ja prowadzę 
księgowość... - Robert zapalił się. Cichy patrzył na 
niego jakby go pierwszy raz w życiu widział. Robert 
dostał na twarzy wypieków. W oczach płonęła 
namiętność, która mogła by wyzwolić 
niewyobrażalną energię. - Robert. Ty się do tego nie 
nadajesz - ostudził go. Robert nie rozumiał. Przecież 
nie mógł się mylić. Cały rachunek się zgadzał. Jeśli 
ktoś w tym mieście robił prawdziwy interes to na 
pewno na alkoholu i papierosach. - Każdy się nadaje 
- upierał się Robert. Cichy uważnie spojrzał 
Robertowi w oczy. Nie sądził, że tak łatwo się zarazi. 
- Ty nie - stanowczo zawyrokował - to jest twój 
pierwszy i ostatni numer. Za tydzień masz swoją 
forsę, bierzesz ją i znikasz. - Cichy. Tworzymy 
zgrany duet, czy nie? - oponował Robert. Cichy nic 
nie odpowiedział. Przecząco pokiwał głową. 
Odwrócił się tyłem do baru. Obaj zamilkli. Na 
małym parkiecie tańczyło kilka dziewczyn. Między 
nimi szalał Biedrona. Do połowy rozebrany, 
wymachiwał koszulą ponad głowami. Tuż obok 
Cichy zauważył znajomą twarz. - Zobacz, to ta laska 
z kawiarni - powiedział zaciekawiony. Robert 

background image

niechętnie spojrzał na parkiet. Między tańczącymi 
odnalazł kelnerkę z kawiarni "Brama". Cichy 
przedarł się przez tłum, zdjął marynarkę i rzucił ją 
na krzesło. Któryś z małolatów skwapliwie 
pochwycił ją i zawiesił na jego poręczy. Podszedł do 
tańczących i stanął obok kelnerki. Była piekielnie 
zgrabna i teraz na parkiecie starała się to 
zademonstrować. Tańczyła inaczej niż wszyscy 
dookoła. Jej ruchy powolne niepasowały do muzyki. 
Zamknięta w sobie, nieobecna, zatopiona w transie 
zdawała się nikogo nie dostrzegać. Muzyka też nie 
była jej potrzebna. Cichy obszedł ją dookoła. Nie 
podniosła na niego wzroku. Zaczął więc tańczyć 
przed nią. Jego ruchy z początku zbyt chaotyczne, 
zaczęły naśladować jej taniec. Zaczęli oboje 
rozmowę za pomocą gestów rąk i współ-
brzmiejącego rytmu ciał. Zobaczyła go. Z początku 
nie mogła rozpoznać, ale po chwili uśmiechnęła się 
do swoich myśli. Dotknął jej ręki, ale cofnęła ją. Pół 
kroku zrobił w jej stronę. Pomiędzy nimi pozostała 
niewielka przestrzeń. Ich piersi prawie się stykały w 
tańcu. Podniosła głowę i ponownie się uśmiechnęła. 
Robert patrzył na nich nie mogąc oderwać wzroku. 
Oboje należeli do tego samego świata, ale ich świat 
nie pasował do otoczenia. Był pewien, że tych dwoje 
powinno było się spotkać w swoim życiu. Pomyślał o 
Cleo. Może to przypadek, a może przeznaczenie. 
Umówili się, że za tydzień jadą razem w góry. Robert 
potrzebował jeszcze kilku dni, żeby wszystkie jego 
marzenia stały się rzeczywistością. Dopił drinka. 

background image

Cichy podszedł do niego prowadząc za sobą 
kelnerkę. - Jedziemy do "Imperium", jedziesz z 
nami? - zapytał. - Iwona - przedstawiła się 
dziewczyna. 
- Nie, zostaję - uśmiechnął się do niej Robert. 
- Jutro o ósmej u Czarnego, tylko nie spóźnij się, bo 
Czarny tego nie lubi. Robert przytaknął głową. 
Cichy i Iwona wyszli z klubu. O czymkolwiek by nie 
pomyślał na końcu wyobraźnia prowadziła go 
niezmiennie do jej portretu, do Cleo. Tym razem 
jednak nie bał się. Wiedział, że będzie mógł zabrać ją 
daleko stąd, od tego miasta, od tych ludzi. Może 
Cichy ma rację. Ten jeden jedyny numer dla 
Czarnego i na tym koniec. 
 
ROZDZIAŁ 13 
 
Był ranek. Intensywnie niebieskie niebo stanowiło 
kontrast dla białej fasady domu i oświetlonego 
porannym słońcem czerwonego dachu. I tym razem 
willa Czarnego budziła zachwyt swoją 
wysmakowaną architekturą. Wysoki dach z oknami 
na poddaszu stanowił proporcjonalne dopełnienie 
dla piętrowej podstawy o wysokich oknach. Szare 
BMW wjechało boczną bramą i skręciło w alejkę 
prowadzącą do garażu. Cichy wysiadł ze swojego 
Jeepa i dołączył do ochroniarza. Obaj skierowali się 
śladem BMW. Przy bramie do garażu stał Kobra. 
Przepuścił samochód do wnętrza. Cichy wszedł za 
nim. Ochroniarz został na zewnątrz. W bagażniku 

background image

BMW leżała masywna skrzynia pokryta sztuczną 
skórą. Krawędzie i narożniki miała wzmocnione 
aluminium. Kobra odnalazł z boku skrzyni metalowe 
ucho i szarpnął za nie w górę. Nie spodziewał się 
jednak, że będzie taka ciężka. Jęknął i opuścił. Cichy 
stanął z drugiej strony i teraz obaj ostrożnie unieśli 
skrzynię w górę. Po drodze zrobili przystanek 
opierając skrzynię na krawędzi bagażnika. Była 
ciężka, ponieważ wszystkie ścianki wykonano z 
ołowiowej pianki. Jedno z piwnicznych pomieszczeń 
było kotłownią. Nowoczesny olejowy piec szumiał 
podgrzewając wodę dla całego domu, basenu, a zimą 
również dawał odpowiednią dawkę energii 
podgrzewając podłogi. Na posadzce stały ogrodowe 
krasnale. Niewysokie, gipsowe figurki przedstawiły 
postacie z leśnych kniei, takie jak krasnal myśliwy z 
flintą i lornetką, krasnal wędkarz z rybami, krasnal 
latarnik z małą latarnią w ręce. Cichy siedział na 
taborecie i przygotowywał klej. Z sąsiedniego 
pomieszczenia dobiegł łomot upadających na ziemię 
skrzynek. W drzwi wszedł Kobra ubrany w biały, 
chroniący przed promieniowaniem radioaktywnym 
skafander. Prawie nie mógł się ruszać. Za duże 
spodnie spadały mu do kolan utrudniając ruchy. 
Kaptur na głowie miał wbudowaną szybę, przez 
którą Kobra nic nie widział, bo pot zalewał mu oczy. 
Gumowymi rękawicami na rękach rozpaczliwie 
szukały kontaktu ze ścianą. Cichy był wściekły, że 
Kobra zostawił go samego z robotą. - W coś ty się, 
kurwa, przebrał? - powiedział rozdrażniony. Po 

background image

krótkiej walce z kapturem Kobra odsłonił głowę. Był 
kompletnie mokry od potu. - Co? Przecież to 
promieniuje - wskazał na czarną skrzynię. - No, ale 
nie na tyle, żeby ci zaszkodzić, idioto - krzyknął 
przerażony Cichy. Kobra chwycił spodnie w garść i 
podciągnął je w kroku. 
- O jajka trzeba dbać. 
Pochylił się nad skrzynią i uniósł wieko. We wnętrzu 
spoczywały dwa trzydziestocentymetrowe cylindry 
wykonane z nierdzewnej stali. Pochylił się i ostrożnie 
ujął pierwszy z nich w dłonie. U dołu i u góry 
krawędzie wzmocnione były obręczami wykonanymi 
ze stopów brązu. Na powierzchni dekla 
zainstalowane były cyfrowe liczniki. Jeden z nich 
biegł tak szybko, że nie sposób było odczytać cyfr. 
Drugi powoli, znacznie wolniej od sekundnika 
odliczał kolejne wartości. Pozostałe dwa były 
martwe. Pomiędzy nimi ze stałym rytmem pulsowała 
czerwona dioda. Cichy zdjął odcięty kapelusz z 
głowy krasnala. Pod nim był wydrążony otwór, do 
którego Kobra wsunął cylinder. Pasował idealnie. 
Wsunął się do końca i zniknął, Cichy ujął w dłoń klej 
i przesmarował krawędź głowy, a potem krawędź 
wokół otworu. Dokleił odciętą głowę. Połączyły się 
bezbłędnie. Odłożył klej i wziął do ręki puszkę z 
czarną farbą w aerozolu. Nacisnął i rozpylona 
czarna farba pokryła niewielką szczelinę w miejscu 
klejenia gipsu. Nawet uważny obserwator miałby 
kłopot z jej odnalezieniem. Robert i Cichy wynosili 
krasnale przed dom. Biały mikrobus marki Ford 

background image

miał na boku wypisany czerwoną farbą napis 
"Krasnale ogrodowe". Kobra siedział w szoferce. 
Sprawdzał, czy zbiornik paliwa był zatankowany do 
pełna. Samochód był świeżo po przeglądzie. Poza 
wszystkim miał dopiero dwanaście tysięcy przebiegu, 
a więc nowy. Kupili go specjalnie do tej akcji. Robert 
wysiadł, trzasnął drzwiami i obszedł busa przed 
maską. Światła mijania paliły się po obu stronach 
równo, co widział na swoich oświetlonych kolanach. 
Zapadał zmierzch. Był piątek. Zatrzasnął drzwi i 
ruszył do domu. Cichy ładował krasnale na tył busa. 
Robert przyniósł ostatniego z piwnicy i postawił go 
obok pozostałych. - Dokumenty są w schowku - 
rzucił na odchodne Kobra. - Gdzie? - nie dosłyszał 
Robert. 
- Sprawdź sam - radził mu Cichy. - Ty jesteś teraz 
najważniejszy. Robert siedział przed Czarnym jak 
uczeń w czasie egzaminu poprawkowego z 
nielubianego przedmiotu. Nic nie mówił. Coś co 
dotychczas było abstrakcyjnym pomysłem, stawało 
się nieuchronną rzeczywistością. Pojawił się niczym 
nie sprowokowany lęk, przeczucie drogi, która kryła 
w sobie ukryty dramat. - Nie musisz nic więcej 
wiedzieć - głos Czarnego przedarł się do jego 
świadomości. Spojrzał na Czarnego udając 
zrozumienie. - Za wszystko odpowiedzialnym jest 
Cichy. Ty masz tylko grzecznie przejechać na swoim 
czyściutkim paszporcie do Niemiec. I nie myśl o tym 
za dużo, OK? Robert kiwnął głową co miało 
oznaczać, że rozumie. 

background image

Czarny wstał z fotela, przeciągnął się jakby właśnie 
zakończyli, a nie rozpoczynali wielki numer. - Teraz 
macie sobotę i niedzielę wolną - dodał wychodząc z 
owalnego saloniku i zostawiając Roberta z wyrokiem 
skazującym. Zapadł zmierzch. Robert stał na 
balkonie w swoim mieszkaniu. W bloku po 
przeciwnej stronie młody mężczyzna chodził w 
poprzek pokoju tam i z powrotem. Gdy dochodził do 
ściany walił w nią głową. Za trzecim razem na 
ścianie pojawiła się czerwona plama. Piętro niżej w 
bujanym fotelu siedziała dziewczyna. Mogła mieć 
osiemnaście lat. Długie, jasne włosy opadały jej na 
ramiona. Patrzyła gdzieś obok okna, może w 
telewizor. Kołysała się na fotelu. - Nie wolno panu 
chodzić. Te upały zaprowadzą pana pod nóż 
chirurgiczny - pielęgniarka nie żartowała. Robert 
usłyszał głos z pokoju. - Panie Robercie. Niech pan 
przemówi ojcu do jego wyobraźni. Ropa nie schodzi. 
Antybiotyki się kończą. To przestaje być zabawne - 
rozprawiała kobieta. Robert wrócił do pokoju. 
Pielęgniarka zgarnęła pieniądze za zastrzyk i wyszła. 
Siedzieli w ciszy dobrych kilka minut. Ojciec nie 
wyglądał na zmartwionego. Poprawił spodnie od 
piżamy, ściągnął nogawkę na kolano ze świeżym 
opatrunkiem. 
 
ROZDZIAŁ 14 
 
Stara poniemiecka autostrada biegnąca ze Szczecina 
do Międzyzdrojów zatkana była niekończącym się 

background image

sznurem samochodów. Połowa miasta jechała nad 
morze na sobotni wypoczynek. Druga połowa, od 
rana leżała już na plaży. Cleo i Robert jechali małym 
Suzuki. Jechali to dużo powiedziane. Wlekli się w 
kolejce. Po drodze minęli zjazd gdzie skręcało się w 
leśną drogę do Czarnego. To było miłe, że miejsce, 
które Robert znał wcześniej jako kępa drzew teraz 
było mu bliskie i znajome. Odkąd poznał Cleo nic nie 
było takie same jak wcześniej. Kawiarnia "Brama" 
stała się wspomnieniem pierwszego wspólnego 
wypadu do miasta, na wałach Chrobrego przejechał 
na kole dwieście metrów po tym jak go pocałowała. 
Długo nikt tego rekordu nie pobije. Cichy, Kobra, 
Biedrona byli sprytniejsi. Pojechali do 
Międzyzdrojów motocyklami. Wyjechali godzinę 
później niż Robert i Cleo, a i tak minęli ich na 
krzyżówce w Międzyzdrojach. Przez miasto 
pojechali razem, bo ani Robert, ani Cleo nie znali 
drogi. Hotel Amber stoi nad samym morzem na 
piaszczystej wydmie. Jak na warunki polskie można 
powiedzieć, że prezentuje wysoki poziom. Parę 
kilometrów obok zbudowano pola golfowe. Dla Cleo 
był to standard, ale dla Roberta pierwszy w życiu 
kontakt z luksusem. Zaparkowali pod hotelem na 
strzeżonym parkingu. Z motocyklami nie było 
problemu, ale Cleo musiała zgodzić się postawić 
samochód pod drzwiami kuchennymi koło kotłowni. 
Jeśli ktoś pasjonuje się motoryzacją, to miałby tu 
pole do popisu ze znajomości marek i typów 
silników. Od Dodga Vipera po skromne Porsche. 

background image

Brakowało Lamborgini, bo drogi by ją wykończyły 
przy niskim podwoziu. Mercedesy i BMW były 
powszednością. Całą grupą przeszli przez parking i 
skierowali się na podjazd przed hotel gdzie stała 
grupa chłopaków w ich wieku. Biedrona podszedł do 
Cichego. - Są chłopcy z Poznania i z Łodzi. - 
Widziałem - odpowiedział Cichy. 
Znał ich bardzo dobrze. Mieli ze sobą stare 
porachunki. Nie chciał teraz o tym myśleć. Byli na 
wakacjach. Dorota targała dwie torby, swoją i 
Skorpiona. Ten szedł przodem z rękami w kieszeni i 
narzekał. - Nienawidzę tłoku - zwierzał się Kobrze. - 
Przepędzić to robactwo za kanał. Nie będzie miejsca 
na skutery. Kobra zlitował się i odebrał jedną torbę 
od Doroty. Robert z Cleo szli na końcu. - Mówiłaś 
ojcu, że wyjeżdżasz? - zapytał niepewnie Robert. - 
Wiem, co mam robić - Cleo nie lubiła wcześnie 
wstawać, więc jej poziom uprzejmości sięgał dolnej 
strefy wyczerpania. - A co będzie, jak wszystkie 
pokoje są zajęte? - Robert zwrócił się do Biedrony. - 
Mamy stałą rezerwację - odparł ten z dumą w głosie. 
Dostali apartament. Cleo natychmiast zniknęła w 
łazience. Robert wyszedł na taras. Podszedł do 
barierki. W dole była plaża. Robert podziwiał 
niezwykły widok. Tysiące ludzi zagęszczonych na 
wąskim pasie miedzy morzem a wydmami starało się 
odpoczywać. Polskie i niemieckie stacje radiowe 
brzmiały tu jednocześnie. Krzyki dzieci, wycie 
motorówek i skuterów wodnych, a pod tym 
wszystkim cichy szum fal. Tu z tarasu piątego piętra 

background image

nie wyglądało to groźnie. Taras był wspólny dla 
dwóch apartamentów. Cichy był jego sąsiadem. - Nic 
się nie martw - Cichy podszedł do barierki i stanął 
obok. - Hotel ma własną plażę. Spojrzał w dół w 
prawo pod wydmę. Żółty parawan ustawiony w 
prostokąt stanowił zamknięte ogrodzenie wewnątrz 
którego, kilkanaście osób w spokoju zażywało 
słonecznej kąpieli. Całe popołudnie spędzali na 
wodzie. Odpłynęli dalej od brzegu, żeby chwycić 
silny wiatr. Kobra był dobry na windsurfingu, ale 
nie na tyle, żeby ścigać się ze Skorpionem. Mieli 
dobry wiatr północno-zachodni. Nie wysoka, płaska 
fala dawała gładki ślizg. Tylko skutery były szybsze. 
Biedrona był mistrzem. Potrafił przy pełnej 
prędkości przeciąć drogę Kobrze przed żaglem i 
wejść w ostry zakręt, żeby wybić go z prędkości. 
Cichy z Iwoną raz po raz ratowali Roberta, który 
pierwszy raz w życiu miał na nogach narty wodne. 
Drugi raz już tankowali paliwo, ale Robert nie dawał 
za wygraną. W końcu odniósł sukces, bo przejechał 
prawie sto pięćdziesiąt metrów, do pierwszej 
nawrotki. Cleo została w kojcu. Tak nazywali 
wydzielony pomarańczowym parawanem fragment 
hotelowej plaży. Leżała na plastikowym leżaku i 
wpatrywała się w morze. Raz po raz Robert 
przemykał z okrzykiem rozpaczy w ślad za mknącą 
motorówką. Biedrona wykonywał najbardziej 
skomplikowane ewolucje na skuterze. "Można żyć" - 
pomyślała. Polska jej się podobała. Nie widziała nic 
poza Szczecinem i tą plażą, ale gdyby Robert zapytał 

background image

ją ponownie, czy zostałaby tu jeszcze kilka miesięcy, 
to chyba by się zgodziła. To zabawne, bo tego 
samego dnia o to samo zapytał ją również jej ojciec. 
Bardzo mu zależało, żeby została z nim chociaż do 
Bożego Narodzenia. Gotów był spełnić każde jej 
życzenie. Wcale nie prosiła go o motocykl. Kiedy 
była w jego sklepie i usiadła na małej Virago, 
powiedział, że "towar dotknięty uważa się za 
sprzedany", a wieczorem chłopak ze sklepu 
przyprowadził zarejestrowany już motocykl z 
pełnym bakiem paliwa i modnym kaskiem. Była 
szczęśliwa i pierwszy raz w życiu rzuciła się mu na 
szyję. Stawali się sobie bliscy nadrabiając stracone 
lata. Byłaby równie szczęśliwa, gdyby zamiast 
motoru ofiarował jej cokolwiek. Skoro jednak był to 
motocykl, to zapytała o drugi kask dla pasażera. 
Zaśmiał się "mnie nie namówisz na motocykl. 
Jeździłem jak miałem dwadzieścia lat, na Jawie 
ale..." - "Myślałam o koledze" - zaśmiała się z 
nieporozumienia. Ojciec spoważniał. Nagle 
przypomniał sobie o ważnym telefonie. Wyszedł z 
pokoju i zamknął za sobą drzwi. Może trochę za 
głośno. Odwróciła się twarzą do słońca. 
 
Iwona wysiadła z motorówki, pocałowała Cichego i 
poszła w stronę pomarańczowego parawanu. Nie 
było na plaży faceta, żeby się za nią nie obejrzał. 
Miała to gdzieś. Nużyły ją prostackie zaczepki, które 
musiała odpierać przez ostatnie dziewięć lat, to 
znaczy od czternastego roku życia, kiedy to pierwszy 

background image

raz w życiu poszła z koleżanką na dyskotekę w 
krótkiej spódniczce. O facetach miała równie 
stereotypowe mniemanie jak większość jej 
koleżanek. Dzielili się na tych, którzy chcieli iść z nią 
do łóżka i na tych, którzy dodatkowo chcieli za to 
zapłacić. Gdy pierwszy raz zobaczyła Cichego 
zaliczyła go do tych drugich. Ale gdy podszedł do 
niej w Royal Pubie zrobił na niej inne wrażenie. 
Rozbawił ją niecodzienną propozycją. Powiedział: 
"Nie chcę się z tobą przespać, dopóki sama nie 
zaproponujesz. To co, możemy teraz zatańczyć?" - 
był sympatycznie bezczelny. Oczywiście nie wierzyła, 
ale Cichy nie wracał do tematu łóżka. Spotykali się 
od dwóch tygodni, chodzili do kina, do "Imperium". 
Raz sama chciała go zapytać, czy może ma jakieś 
problemy, ale uprzedził ją; - "W ogóle to lubię sex i 
nic mi nie dolega. Mówię to na wszelki wypadek, 
gdybyś miała jakieś propozycje". I owszem miała, 
ale dopiero ostatniej nocy je zrealizowali i było 
cudownie. Gdyby mu powiedziała, że był jej trzecim 
chłopakiem w życiu, pewnie by nie uwierzył. Nie 
musiała jednak nic mówić, bo nie pytał. O nic nie 
pytał. Ona też. Mogli ze sobą przebywać godzinami 
nic nie mówiąc. Była szczęśliwa. Ostatnią noc 
przegadali do rana siedząc w łóżku, a o świcie zaczęli 
się kochać. Oboje byli tego spragnieni. Iwona nalała 
soku do szklanki i siadła pod parasolem. Chłopcy 
dali w końcu za wygraną. Byli zmęczeni. Wracali z 
wody niosąc żagle od surfingu nad głowami. Robert 
triumfował. Ostatnie dwa zakręty utrzymał się na 

background image

wodzie. - Jeszcze tylko tydzień - śpiewał Kobra 
siadając na leżaku - a potem wszystko normalnie: 
rano śniadanko, obiadek, godzinka nienawiści. Cichy 
przetarł ręcznikiem włosy. Iwona podeszła do niego 
ze szklanką soku. - Ja tu zbuduję chatę - Cichy 
odsłonił jej włosy z twarzy i pocałował w usta. 
Robert stał za leżakiem Cleo i podjadał jej 
truskawki. 
- Ja, my jedziemy w góry - spojrzał na Cleo. Miała 
zmrużone oczy i nie mogła spojrzeć na niego pod 
słońce. Skorpion nalał sobie szampana z otwartej 
butelki i wzniósł toast: - No to krzyż na drogę - ale 
nie był to żart. On nie miał z nimi jechać. Wiedział, 
że jest na wylocie. Czarny przestał tolerować jego 
nałóg narkotykowy. Przynajmniej raz w roku można 
zobaczyć jak niebo w czasie zachodu słońca zapala 
się wszystkimi kolorami tęczy. Tego wieczoru 
właśnie tak było. Słońce zza horyzontu oświetlało 
postrzępione chmury od dołu. Ciemne sylwetki ludzi 
spacerowały na tle pomarańczo, zieleni, błękitu. 
Marynarze mówią, że zbliża się sztorm, a wróżbici, 
że nieszczęścia. Iwona i Cleo wybrały się na spacer. 
Chłopcy zostali w hotelu. - Boję się, że to wszystko 
się skończy - zwierzała się Iwona. - Obudzę się 
pewnego dnia, a jego już nie będzie. - Załóżmy że go 
kochasz. I co z tego - pytała Cleo. - A co może być? 
Chcę, żeby się ze mną ożenił- 
Iwona powiedziała to tonem tak oczywistym, że aż 
sama się zdziwiła swoją stanowczością. - Jak długo 
się znacie? - spytała zaciekawiona Cleo. 

background image

- Miesiąc. To nie ma znaczenia. Czasami można się 
znać latami, a małżeństwo wszystko psuje z dnia na 
dzień. To nic nie znaczy. Myślę, że go po prostu 
kocham. - Ile masz lat? - Dwadzieścia trzy. Widzisz, 
wszystkie moje koleżanki wyszły już za mąż. Mają 
dzieci, rodziny. A ja nie mam co ze sobą zrobić. To 
jest małe miasto. Moja ciotka mówi, że już jestem 
starą panną. Chłopcy w moim wieku się pożenili. Nie 
chcę być sama. Za chwilę nie będę miała nawet z kim 
iść do klubu. A sama to jesteś traktowana jak 
dziwka. - To wyjedź - doradziła Cleo. - Gdzie? Za 
co? Myślisz, że gdzie indziej jest inaczej? Może jest, 
ale jak się ma pieniądze. - Co chcesz zrobić? 
- Ciągle o tym myślę. Wszystko było by prostsze, 
gdybym zaszła w ciążę. Wtedy musiałby się ze mną 
ożenić. Pomyśl, tu się nikt nowy nie pojawi. Albo się 
zdecyduję teraz, albo za rok będzie jeszcze gorzej. 
Nie myśl tylko, że jestem wyrachowana. Ja go 
naprawdę kocham powiedziała usprawiedliwiającym 
tonem. Robert stał na tarasie i patrzył na plażę i 
dogasające niebo. W dole zauważył Cleo i Iwonę. 
Wracały ze spaceru. Pomachał im ręką. - Prymus, 
palisz? - usłyszał za sobą głos. Robert odwrócił się. 
Cichy, Kobra, Biedrona, Skorpion. Wszyscy byli na 
tarasie. Odpoczywali w ustawionych rzędem 
plastikowych leżakach. Wieczór był nadzwyczaj 
ciepły. Robert podszedł do swojego leżaka i padł na 
niego. Ledwo się ruszał po swoich wyczynach na 
wodzie. - Wszystko to gówno, aż się rzygać chce - 
Skorpion zaciągnął się ponownie z małej buteleczki 

background image

inhalatora. - Nie mogę spać. Jak pomyślę, że jutro 
będzie kolejny dzień, taki sam jak dziś... Cichy był w 
innym nastroju. Odebrał od Kobry skręta, zaciągnął 
się, przytrzymał dym w płucach i oddał skręta 
Robertowi. - Odpręż się - wypuścił dym. - Dawno nic 
nie posuwałeś. Popatrz jaki piękny księżyc. 
Rzeczywiście nad ich głowami wypełzł nad dachem 
olbrzymi okrągły księżyc. Cichy zawył udając wilka. 
Kobra dołączył. Biedrona starał się wyć niskim 
głosem. Jak młode wilki całą czwórką zawyli do 
księżyca. - Przestań kombinować - poradził Cichy. - 
Nie było wczoraj i nie ma żadnego jutro. Jest tylko 
dziś. - Nie rozpędzaj się, bo jesteś mi winien za 
wczoraj dwie paczki - zaprotestował Kobra i odebrał 
Robertowi skręta. - Jesteś nudny - odpowiedział 
Cichy. Zapadła cisza wypełniona graniem 
świerszczy. - Wiem, że coś kombinujecie - w końcu 
wydusił z siebie Skorpion -Czego Czarny chce ode 
mnie? - Skorpion spojrzał na Kobrę. Oczy miał 
przekrwione, nieprzytomne, głos mu chrypiał. Ręce 
trzęsły się, aż wypadła z nich butelka z inhalatorem. 
Uderzyła o posadzkę i rozprysła się po tarasie. - 
Dlaczego tym razem beze mnie? Kobra usiadł na 
fotelu, zwiesił nogi w powietrzu. Odnalazł pod 
leżakiem tenisówki. - Robi się zimno - rzucił 
podnosząc się. Wstał i wyszedł do pokoju Cichego. 
Reszta też zaczęła się zbierać. Skorpion został sam. 
 
Kręgielnia znajdowała się w podziemiach hotelu. 
Cichy z Iwoną toczyli zawzięty pojedynek na punkty. 

background image

Byli jedynymi graczami. Kobra i Skorpion siedzieli 
przy barze. Nie rozmawiali. Kobra był nieźle 
wstawiony, a Skorpion odleciał już daleko. Kokaina i 
alkohol wyciskały z niego ostatnie rezerwy. Cleo i 
Robert tańczyli w pustej sali nieczynnej dyskoteki. 
Dochodziła trzecia nad ranem. Jutro mieli wracać do 
Szczecina. To był ich ostatni wieczór w 
Międzyzdrojach. Kobra zamówił kolejnego drinka i 
rozmarzył się patrząc na tańczących Roberta i Cleo. 
- Jak oni ładnie razem wyglądają. Skorpion spojrzał 
za jego wzrokiem. - Fakt. Jak z reklamy 
prezerwatyw. Robert i Cleo tańczyli przybierając 
najdziwniejsze pozy. Bawili się sobą i tańcem. Byli 
tylko we dwoje na parkiecie, w tej sali, i na całym 
świecie. - Nie sądzisz, że powinniśmy pójść do 
pokoju? - spytała Cleo. - Od wczoraj na to czekam - 
wyszeptał Robert. Nie czekali długo na windę. 
Wpadli do niej łapiąc oddech. Winda ruszyła w górę. 
Stali przez chwilę patrząc na siebie. Cleo pochyliła 
się do Roberta. Tym razem, on był pierwszy i 
pocałował ją delikatnie, a potem mocniej przytulił w 
ramionach. - Jesteś podniecony? - spytała Cleo. - 
Mogę dotknąć? 
- Przestań, bo nie dojadę na siódme piętro. 
Niespodziewanie winda otworzyła się na pierwszym 
piętrze. Przed drzwiami stało małżeństwo w średnim 
wieku. Robert spojrzał na nich i ruszył w stronę 
drzwi pociągając za sobą Cleo. - Burdel robią z tego 
hotelu, same dziwki - usłyszeli za sobą kobiecy głos. 
Wyszli koło recepcji. Nikogo nie było. - Dokąd 

background image

idziemy? - szepnęła. Robert podszedł do lady. 
Recepcjonisty nie było widać. Wskoczył na 
marmurowy blat i sięgnął po klucze z wieszaka z 
napisem "Basen". Cleo zrzuciła z siebie rzeczy i 
naga skoczyła do wody. Basen miał przeszkloną 
ścianę od wewnętrznego podwórka. Panował 
półmrok. Jedynie księżyc wdzierał się przez okno i 
jego odbicie w setkach fal biegały po ścianach. 
Robert z łatwością zrzucił koszulę i spodnie. 
Zawahał się przy slipach, ale w końcu gdy Cleo 
zanurkowała uporał się i z tym problemem. Woda 
była za ciepła. A może to jemu było tak gorąco. 
Przepłynął basen i zatrzymał się przy łupkach dla 
skoczków. Cleo była po drugiej stronie oddalona o 
piętnaście metrów od niego. Łapała oddech. W 
końcu nabrała powietrza i ponownie zniknęła pod 
wodą. Robert zrobił to samo. Zanurzył się pod wodą 
i odepchnął nogami od ściany, wyciągnął się jak 
strzała i płynął schodząc bliżej dna. Miękkie zarysy 
wymalowanych na dnie pasów były wskazówką 
dokąd ma płynąć. Po chwili dostrzegł Cleo. 
Przypomniał sobie baśnie z dzieciństwa o 
podwodnych królestwach zamieszkałych przez istoty 
skazane na wieczną rozłąkę. Ogarnęło go uczucie 
radości. Spotkał w życiu kogoś, kogo mógł zatrzymać 
we własnym świecie, tu i teraz. Cleo podpłynęła do 
niego na odległość ręki. Przyglądała mu się szeroko 
otwartymi oczami. Pływała wyśmienicie, znacznie 
lepiej od niego. Opłynęła wokół niego tak blisko, że 
jej włosy otarły się o jego twarz. Chciał ją pocałować 

background image

w pierś, ale umknęła i tylko nosem otarł o brzuch. 
Zawróciła i napłynęła na niego z taką siłą, że poddał 
się i oboje obrócili się głowami w dół. Poczuł kłucie w 
piersiach i brak powietrza. Oderwał się od niej i 
ruszył w górę. Na moment uchwyciła go za rękę. 
Pociągnął ją za sobą. Wyskoczył nad powierzchnię 
wody bez tchu. Łapczywie chwytał oddech. poczuł 
dotyk jej ręki na swoich udach. Chciał się wyrwać, 
ale nie mógł odpłynąć. Wynurzyła się tuż przed nim. 
Dwa oddechy wystarczyły jej dla regeneracji sił. - 
Myślałem, że nigdy nie wypłyniesz - starał się 
powstrzymać drżenie głosu. - Kiedyś muszę 
oddychać - podpłynęła do niego jeszcze bliżej. W tym 
miejscu basen nie był głęboki. Stojąc na palcach, 
mógł utrzymać usta nad wodą. Objęła go 
ramionami. Poczuł jak jej piersi ocierają się o jego 
skórę. Czuł na swoim podbródku gorący oddech. 
Oplotła ramionami szyję i jednocześnie założyła nogi 
na jego biodrach. Przylgnęła całym ciałem. Cichy 
trzask odbił się echem w basenie. Rozejrzała się 
dookoła. Nikogo nie spostrzegła, a jednak wyczuła 
czyjąś obecność. Była jednak zbyt podniecona, by 
słuchać głosu swojej intuicji. Kropla wody 
skapnęłazjej włosów na usta. Robert postanowił spić 
tę kroplę swoimi wargami. Ich ramiona zacisnęły się 
szczelnie łącząc rozpalone pożądaniem ciała. Wszedł 
powoli w świat nieznany, a jednak bliski jego 
zmysłom, które raz rozbudzone tej nocy miały żyć w 
nim aż po ostatnie chwile świadomości. Trzask, 
który zaniepokoił Cleo nie był jedynie owocem 

background image

wyobraźni. Spleceni w miłosnym uścisku, zapisali się 
na fotografii wykonanej aparatem z teleobiektywem 
przez stojącego w cieniu fotografa. Nie był 
zboczeńcem, ani staruszkiem erotomanem. Był 
zawodowcem, zarabiającym na życie wykonując 
czasami zadania beznadziejnie trudne. Ale suma 
dwóch tysięcy dolarów tygodniowo jaką mu płacono, 
w pełni odzwierciedlała jego umiejętności. Zamknął 
aparat w futerale i wyszedł przez drzwi 
przeciwpożarowe. 
 
ROZDZIAŁ 15 
 
Kobra i Robert siedzieli na murku na tarasie w willi 
Czarnego. Cichy stał z boku pod ścianą. Czarny 
przechadzał się tam i z powrotem. Sprawdzał w 
myślach, czy o wszystkim pamiętał. - Czekam na was 
po drugiej stronie granicy. Nie ważcie się 
gdziekolwiek zatrzymać - ciągnął rozkazującym 
tonem. - Wieziecie towar za pięć milionów dolarów - 
spojrzał po słuchających, sprawdzając, czy jego 
słowa zrobiły na nich odpowiednie wrażenie. - 
Przejeżdżacie granicę dokładnie o siódmej 
czterdzieści pięć. O ósmej jest zmiana. Celnicy są 
zmęczeni i zrywają się do domu. Samochód należy 
do legalnej firmy. Towar jest kontraktowany. Teraz 
podszedł do Roberta, pochylił się i starał się nadać 
swoim słowom łagodny ton. - Wszystko co masz 
zrobić to przejechać granicę. Dalej samochód 
oddajesz Cichemu, Kobra zabiera ciebie z powrotem 

background image

do Polski i po godzinie, jak celnicy się zmienią 
wracasz do domu. W środę przyjdź po forsę. Nigdzie 
na świecie nie zarobisz tak łatwo jak u mnie. Robert 
popatrzył przez moment Czarnemu prosto w oczy. - 
Nie wiem, czy nie za łatwo - odparł. - Może 
przewaliliśmy trochę, ale to ostatni taki numer. 
Czarny spojrzał na Kobrę, a potem na Cichego. 
Odwrócił się i wyszedł z tarasu do pokoju. 
 
Zapadał zmierzch. Rejestracja zawieszona na tylnej 
burcie Jeepa, miała otoczkę z niebieskiej 
jarzeniówki. Jasno świeciła w nocy, tak, że nawet w 
mieście wieczorem można było rozpoznać ją między 
innymi samochodami. Wyjechali z miasta. Cichy 
jechał pierwszy w Jeepie. Kobra siedział obok i nucił 
piosenkę. Niebo dogasało po zachodzie słońca. 
Robert prowadził białego Forda Transita trzymając 
się tuż za Jeepem. Tak się umówili. Przez miasto 
przejechali bez trudu. Minęli główne ulice trzymając 
się raczej obrzeży. Droga biegła wzdłuż niewielkiego 
jeziorka, a dalej dwa kilometry przez las. Po prawej 
stronie pozostawili starą poniemiecką strzelnicę i 
dalej były już pola. Droga skręcała ostrym łukiem w 
lewo. Minęli tablicę z napisem "SZCZECIN 
ŻEGNA". Po dwudziestu minutach droga łączyła się 
z główną trasą co natychmiast dało się zauważyć 
ilością kiosków, budek, barków. Na dwa kilometry 
przed granicą, prawy pas stał się nieużyteczny. TIRy 
i duże ciężarówki oczekiwały w kolejce na odprawę. 
Minęli kolejkę dla wozów ciężarowych. Droga 

background image

rozwidlała się. Skręcili w lewo w kierunku przejścia 
dla wozów osobowych i dostawczych. Robert 
wyrzucił bieg na luz. Samochód toczył się w ślad za 
hamującym Jeepem. Cichy skręcił w prawo, stając 
na końcu krótkiej kolejki czekających na odprawę. 
Robert zatrzymał Forda tuż za nim. Przekręcił klucz 
w stacyjce i wyłączył radio. W szoferce zapanowała 
cisza. Czekał. Cichy i Kobra siedzieli w Jeepie. - 
Najlepsza na świecie jest miłość w klozecie, bo każdy 
szalet..., sprawdziłeś papiery? Wszystko O.K? - pytał 
Kobra. Cichy nigdy się nie denerwował przed taką 
robotą. Tak naprawdę, nie miał się czego bać. 
Siedział we własnym wozie, który na pewno nie był 
kradziony. Sprawdzał to przez kumpla w policyjnym 
komputerze zarówno w Polsce jak i w Niemczech. 
Paszport był jego własny, a nie podrabiany. Prawko 
co prawda wtórnik, ale czyste. Towar wiózł Robert i 
w razie czego, on będzie numer jeden. Wszystko było 
w porządku, a jednak się bał. Pierwszy raz w życiu. 
Kobrze też puszczały nerwy. - Cichy. Sprawdzałeś? -
jeszcze raz spytał Kobra. - Trzy razy. Już są tłuste 
od tego oglądania - Cichy odpowiedział poirytowany. 
- Tak tylko pytam. Najlepsza na świecie jest miłość w 
klozecie... - podśpiewywał dalej Kobra - może pójdę 
sprawdzić, czy u niego wszystko O.K.? - Siedź na 
dupie i się nie ruszaj - rzucił stanowczo Cichy. - 
Uspokój się. Miałem dobry sen, nic się nie spierdoli. 
"Siedź na dupie i się nie ruszaj" - mruczał do siebie 
Kobra. Cichy wysiadł z samochodu i trzasnął 
drzwiami. Podszedł krok w stronę białego Forda z 

background image

napisem "Krasnale ogrodowe". Robert wychylił się 
przez boczne drzwi i machnął ręką. Wszystko było w 
porządku, ale Cichy nie mógł usiedzieć na miejscu. 
Ruszył do przodu kolejki. Postanowił zerknąć ile 
samochodów stoi przed nimi. Pierwszy stał biały 
Volkswagen kombi. Bagażnik miał zapakowany pod 
sam dach. "Nie postał by długo na ulicy" - pomyślał. 
Za kierowcą w otwartym oknie siedziała pięcioletnia 
dziewczynka. Włożyła palce do buzi i zrobiła zeza. 
Cichy udał przestraszonego. - Jak masz na imię? - 
spytał. - Jagoda - odpowiedziała. 
Minął Volkswagena i przeszedł obok tablicy z 
napisem "Granica Państwa". Za uniesionym 
szlabanem stał pootwierany samochód. Rzeczy były 
wyniesione na drewnianą ławkę. Celnik kończył 
przeglądanie walizek. Dwie dziewczynki stały obok i 
czekały na ojca, który odbierał od celnika 
dokumenty. Celnik przetarł czoło i spojrzał na 
zegarek. Cichy zwolnił, chciał już zawrócić, ale 
dostrzegł coś czego na pewno nigdy wcześniej nie 
widział na tym przejściu: wysoki na dwa metry, 
aluminiowy słup z płaską blachą z boku. Po lewej 
stronie jezdni na drodze dla wjeżdżających do Polski 
dwaj robotnicy ustawiali drugi podobny słup. Ruszył 
w ich stronę. Żołnierz ochrony pogranicza 
przechadzał się wzdłuż niskiego ogrodzenia 
biegnącego równolegle do chodnika dla pieszych 
turystów. Spojrzał obojętnie na Cichego. Robotnicy 
łączyli przewody do kostki. Skręcali końcówki. Dalej 
nie chciał podchodzić. Stanął po środku jezdni. - Co 

background image

to panowie, myjnię budujecie? - Za duża 
konkurencja, dzieciaki za grosze myją - 
odpowiedział niski i tęgi elektryk w pomarańczowym 
kombinezonie. - To co to jest? - ciągnął 
zainteresowany. - Pułapka na szczury - tym razem 
odezwał się drugi, młodszy. - Taki pieniądz w błoto 
wyrzucili. Po co to komu? - To, panie, ma wykrywać 
materiały radioaktywne. No, wie pan, jakby kto 
bombę na eksport wysyłał - wytłumaczył pierwszy 
robotnik. Cichy spojrzał na wierzchołek słupa. Na 
jego czubku znajdowała się mała czerwona lampa. 
Raz po raz mrugała sygnalizując, że system jest 
aktywny. Cichy odwrócił się na pięcie i ruszył 
spokojnie w powrotną drogę. Biały Volkswagen 
właśnie ruszył na przeciwko niego. Cichy zaczął biec. 
- A jak pan ma na imię - krzyknęła do niego 
dziewczynka z samochodu. -Cichy. 
 
Kobra już przesiadał się za kierownicę, gdy Cichy 
dopadł drzwi Wranglera i wskoczył na swoje 
miejsce. Robert aż podskoczył na widok Cichego. 
Natychmiast przekręcił kluczyk w stacyjce, wrzucił 
bieg. Kobra w jednej chwili zbladł. - Co się stało? - 
Spadamy. 
Jeep skoczył do przodu. Ostro wszedł w zakręt. Biały 
bus z napisem "Krasnale ogrodowe" ruszył równie 
ostro. Z piskiem opon nawrócili i odjechali z polsko-
niemieckiego przejścia w Lubieszynie. Celnik i 
żołnierz ochrony pogranicza spojrzeli w stronę 
odjeżdżających, ale nie przywiązali do tego 

background image

zdarzenia większej uwagi. Byli zmęczeni po całym 
dniu pracy. Upał nadal był dotkliwy. Nie zwrócili też 
uwagi, że w ślad za białym busem, ruszył stojący do 
tej pory w cieniu drzew policyjny radiowóz. 
Odjechali kilkaset metrów główną drogą, a potem 
Cichy skręcił Jeepa w boczną aleję. Jechali lasem. 
Stare drzewa pochylały ciężkie konary ponad drogą 
tworząc gęste sklepienie nad ich głowami. Tunel 
biegł kilka kilometrów wijąc się łagodnymi 
zakrętami. Dojechali do krzyżówki. W prawo znak 
wskazywał "Szczecin 12 kilometrów", w lewo 
"Lubieszyn 7 kilometrów". Prosto jechało się do 
małej przygranicznej wsi. Cichy zajechał pod stojącą 
na poboczu latarnię i zatrzymał samochód. Kobra 
wysiadł trzaskając z furią drzwiami. - Wiedziałem, 
kurwa, wiedziałem, że się kurwa spierdoli - miotał 
się w prawo i w lewo nie wiedząc gdzie eksplodować. 
Robert wyskoczył z busa. Stanął obok czekając, aż 
dowie się czegoś więcej. Cichy siadł na przednim 
zderzaku Jeepa. - Co się stało? Dlaczego stoimy? - 
spytał Robert. - Bo gejgery kurwa założyli - 
wykrzyczał Kobra prawie opluwając Roberta w 
zapamiętaniu. Wyobraźnia w ułamku sekundy 
podsunęła mu grozę sytuacji, jaka mogła wydarzyć 
się przed chwilą na granicy. Gdyby wjechali na 
granicę gejgery zareagowały by na radioaktywne 
promieniowanie jego termosów. Alarm na przejściu 
postawiłby pluton żołnierzy pod bronią. Po minucie 
żeby się podrapać w głowę musiałby unieść 
równocześnie obie ręce, bo kajdanki z reguły mają 

background image

krótkie łańcuszki. - Wracamy do Czarnego. 
Chowamy towar i przygotowujemy wszystko jeszcze 
raz - przejął inicjatywę Robert. Cichy rozsiadł się 
wygodnie na samochodzie i nie reagował na jego 
propozycję. Kobra aż podskoczył do Roberta. -
Gówno. Do środy potrzebuję pieniędzy. Od miesięcy 
nic nie zarobiłem. Spojrzał pytająco na Cichego. Do 
niego należała ostateczna decyzja. Cichy wstał, 
podszedł do bagażnika, wyjął swoją podróżną torbę. 
Ruszył w stronę busa. - Kobra bierze mój wóz i 
wjeżdża do Niemiec, a my jedziemy przez zieloną 
granicę. Podchodząc rzucił torbę prosto w ręce 
Roberta. Kobrze ulżyło na te słowa. Robert był 
bezradny. Wiedział, że to szaleństwo. Jeszcze przez 
moment pomyślał, żeby się wycofać. Mógł rzucić 
torbę na ziemie i nawet pieszo wrócić do domu. Ale 
nie zrobił tego. Nie mógł ich zostawić. Przecież to 
byli jego kumple. Jedyni jakich miał. Kobra cofnął 
się, gdy Ford Transit zaczął toczyć się w jego stronę. 
- Żarówka ci się przepaliła - krzyknął wskazując 
palcem na reflektor samochodu. Cichy mrugnął do 
niego na pożegnanie. Kobra uniósł rękę i zacisnął 
pięść. Nie odjechali dwóch kilometrów, gdy Robert 
zauważył w bocznym lusterku, że jedzie za nimi 
samochód. Najpierw światła były dalekie, widoczne 
tylko na prostej, ale po chwili wyraźnie się 
przybliżyły. Jadący za nimi samochód trzymał stały 
dystans dwustu metrów. Cichy jechał wolno, może 
czterdzieści kilometrów na godzinę. Nie był pewien 
gdzie znajduje się zjazd w boczną ścieżkę 

background image

prowadzącą do granicy. Zbliżali się do przystanku 
PKS. Zawieszona nad przystankiem lampa rzucała 
słabe światło na drogę, minęli przystanek. Robert 
wpatrywał się w boczne lusterko. Jadący za nimi 
samochód mijał właśnie rozświetlony przystanek. 
Żółte światło sodowej lampy, wydobyło z mroku jego 
sylwetkę. Był to policyjny radiowóz. - Kurde - 
poderwał się Robert. Adrenalina wyzwoliła w nim 
nagły przypływ energii -jedzie chyba za nami policja. 
O dziwo Cichy był niewzruszenie spokojny. Dziwiło 
to Roberta, ale też dodawało spokoju. - Mogą nam 
skoczyć. Do granicy mamy dziesięć kilometrów. - Ale 
oni jadą za nami chyba od granicy? Cichy spojrzał w 
lusterko. Policyjny Volkswagen utrzymywał stałą 
odległość dwustu metrów. - Zobaczymy - spokojnie 
odpowiedział Cichy. Skręcił w prawo na pobocze i 
zaczął hamować. Koła ześlizgnęły się z asfaltu i 
potoczyły po żwirze. Radiowóz nawet na moment nie 
zwolnił. Jechał nadal swoją prędkością. Oprócz 
świateł mijania pojawiło się mrugające światło 
kierunkowskazu. Wyprzedzali. Cichy spojrzał przez 
okno. W radiowozie siedziało trzech policjantów. 
Żaden z nich nawet nie spojrzał w stronę białego 
busa z napisem "Krasnale ogrodowe". - Kobra miał 
dobry sen. Nic się nie bój. Pogodę mamy 
wymarzoną. Przejedziemy przez las i już jesteśmy po 
niemieckiej stronie. Stamtąd dwa kilometry do starej 
autostrady i po strachu. Cichy uśmiechnął się do 
Roberta. Ten facet wiedział co mówi. Od dawna, 
Robert miał wrażenie, że wszystko, czego Cichy się 

background image

dotknął zamieniało się w sukces. Już w szkole na 
boisku zawsze wygrywała drużyna, w której on był. 
Imprezy bez Cichego były smętne. Sam Cichy, 
niczego specjalnie nie robił w sposób doskonały. On 
po prostu samą obecnością nadawał otaczającemu 
światu więcej radości i sensu. Tym razem jednak 
Robert nie mógł poddać się dobremu nastrojowi. 
Miał przeczucie. Niewyrażalny stan lęku. Cichy 
włączył kierunkowskaz i ruszyli. Samochód 
rozpędził się do czterdziestu na godzinę. Cichy 
przerzucił bieg na trójkę. Światła reflektorów 
wydobywały z ciemności tunel pochylonych nad 
jezdnią konarów drzew. Droga biegła prosto, aby na 
końcu zniknąć w nieprzenikalnej dla wzroku czerni. 
"Życie może być piękne" - Robert poczuł nagły 
przypływ radości. Pewnie adrenalina zamieniła 
uczucie strachu w przyjemne samozadowolenie . 
Miał cudowną dziewczynę, która zjawiła się w jego 
życiu jako niezapowiedziana, nieoczekiwana 
niespodzianka losu. Zdobył nowych przyjaciół, 
kumpli, z którymi mógł doświadczać świata jakiego 
nie znał. Teraz już, każdy świat wart był poznania. 
Zdał sobie sprawę, że on, prymus, ze wszystkimi 
marzeniami i śmiesznościami, był równie dobry jak 
każdy inny facet w jego wieku. Pierwszy raz w życiu 
zaczął siebie lubić. Za zakrętem pojaśniało. Droga 
łagodnym łukiem skręcała w prawo. - Dupa - 
wycedził przez zęby Cichy. Za zakrętem pod latarnią 
stał policyjny radiowóz. Zapalone na dachu 
niebieskie światło, przeczesywało okolicę w 

background image

kolejnych obrotach. Przed samochodem stało dwóch 
policjantów. Jeden z nich trzymał w ręce zapaloną 
na czerwono latarkę. Dawali znaki, żeby zjechali na 
bok. Cichy wyrzucił bieg na luz. Samochód toczył się 
wolno w stronę policjantów. Gdy podjechali na 
odległość piętnastu metrów, łagodnie wcisnął 
hamulec. Samochód stanął na poboczu. Po wielu 
tygodniach suszy, pojawił się pierwszy drobny 
deszcz. Cienka warstewka wody zrosiła przednią 
szybę. Policjant opuścił latarkę i ruszył w stronę 
samochodu. Był niewysoki, masywnej budowy. Na 
pewno przekroczył trzydziestkę. Podszedł do 
samochodu od strony kierowcy. Cichy opuścił szybę. 
- Dobry wieczór. Kontrola drogowa. Prawo jazdy, 
dowód rejestracyjny i dowód osobisty, proszę. Cichy 
sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki. Robert 
zamarł w bezruchu. Tępo patrzył przed siebie, ale 
kątem oka widział rękę Cichego, długo grzebiącą w 
kieszeni kurtki. W końcu odnalazł dokumenty i 
podał je policjantowi. Policjant otworzył dowód 
Cichego, oświetlił go sobie latarką, podniósł wzrok i 
przyjrzał się kierowcy. Odwrócił się i poszedł z 
powrotem do radiowozu, zabierając dokumenty ze 
sobą. Z przeciwnej strony drogi, za zakrętem, rozległ 
się charakterystyczny terkot ciągnika. Między liśćmi 
zamigotały światła. Ciągnik wlókł za sobą małą 
przyczepkę. - Bez paniki - odezwał się Cichy. - 
Jesteśmy w wolnym kraju, a nie na przejściu 
granicznym. Drugi policjant, który dotychczas stał 
oparty o bagażnik radiowozu obejrzał się za siebie. 

background image

Ciągnik był jeszcze daleko w tyle. Wychodził z 
zakrętu na prostą. Policjant pochylił się do przodu i 
ruszył w stronę Forda. Szedł wolno. Był niezwykle 
wysoki, mocno zbudowany, szeroki w ramionach. 
Mundur ledwie dopinał się na jego klatce piersiowej. 
Szeroki podbródek o ostrych krawędziach szczęki 
nadawał twarzy surową powagę. Oczy głęboko 
wtopione w wystające łuki brwiowe, skanowały 
otoczenie z zimną obojętnością. Cichy obserwował 
zbliżającego się policjanta. Wycieraczka na 
przedniej szybie zgarnęła drobne krople wody 
odsłaniając jego sylwetkę zmierzającą wprost na 
samochód. Policjant zwolnił, spojrzał w dół na 
tablicę rejestracyjną, po czym ruszył w stronę drzwi 
kierowcy. Cichy nie odwracał się do niego. Jak 
najdłużej starał się lekceważyć jego obecność. - 
Chyba się przepaliła panu żarówka od świateł 
mijania - usłyszał z boku jego głos. Policjant nie 
czekał na reakcję. Przyjrzał się Cichemu, potem 
spojrzał przelotnie na Roberta i jeszcze wolniej 
ruszył w powrotną drogę. Jego sylwetka pojawiła się 
w jasnym konturze świateł nadjeżdżającego 
ciągnika. Cichy spojrzał na Roberta. Sięgnął za 
siedzenie po plastikowy pojemnik. - Nie ruszaj się z 
samochodu - szepnął otwierając drzwi. Było to 
zbyteczne, bo nikt by go i tak nie usłyszał. Ciągnik 
był coraz bliżej i jego silnik zagłuszyłby każdą 
rozmowę. Policjant stanął trzy metry od samochodu 
i obserwował przejeżdżający ciągnik. Dwie sylwetki 
majaczyły w słabym świetle kabiny. Starszy 

background image

mężczyzna kierował, a młodszy siedział obok. Byli do 
siebie podobni. Zapach gnoju rozpłynął się na 
drodze. Cała przyczepa pełna była końskiego 
nawozu. Cichy przykucnął koło lampy i zastukał 
kilka razy w reflektor. Bez skutku. Paliła się tylko 
mała żarówka pozycyjnych świateł. Odstawił 
plastykowe pudełko na ziemię. Ciągnik minął 
policjanta i zaczął się oddalać. Pozostali sami. 
Policjant odwrócił się do radiowozu i uniósł 
trzymaną w ręce latarkę. Zapalił ją i zgasił dwa razy. 
Cichy otworzył pudełko. Wewnątrz w półmroku 
zablokowało szkło zapasowych żarówek. - Może pan 
zaświecić? - poprosił Cichy. Dwaj policjanci siedzieli 
nieruchomo w samochodzie. Młodszy wertował 
dowód osobisty. Trafił na pierwszą stronę. - We 
wrześniu skończy dwadzieścia lat - powiedział pod 
nosem. Starszy policjant o okrągłej, napuchniętej 
twarzy spojrzał w lusterko. Zauważył dwa 
mrugnięcia światła latarki. Bez słowa otworzył 
drzwi, przełożył w ręku kałasznikowa i wysiadł z 
samochodu. Robert siedział bezczynnie w kabinie. 
Prawie nic nie widział za oknem, bo deszcz 
rozmiękczył kontury. Pochylił się do przełącznika 
wycieraczek, włączył go. Przed maską samochodu 
stał policjant i przyświecał latarką klęczącemu koło 
reflektora Cichemu. W kabinie robiło się 
niedowytrzymania ciepło. Robert otworzył drzwi i 
zostawił je nie domknięte. Cichy wyjął z pudełka 
pierwszą żarówkę, ale odłożył ją od razu, bo była od 
świateł stopu. Sięgnął po drugą. Światło latarki 

background image

padało okrągłą plamą na leżące na jezdni pudełko. 
Cichy wyjął żarówkę, chciał spojrzeć na włókna. 
Policjant to zrozumiał. Światło podążyło za ruchem 
ręki z żarówką. Plama na jezdni ześlizgnęła się z 
pudełka i padła na buty policjanta. Cichy zamarł w 
bezruchu. Pot wystąpił mu na czole. Buty były 
dużego rozmiaru, może czterdzieści siedem, osiem. 
Zrobione były z białej, wężowej skóry z ostro 
zakończonym czubkiem. Nie były to policyjne buty. 
Robert jeszcze raz spojrzał na leżące na siedzeniu 
kasety. Wszystkie znał na pamięć. W końcu 
zrezygnował ze słuchania muzyki. Wyłączył radio. 
Spojrzał przez przednią szybę. Poboczem jezdni 
szedł w jego stronę policjant. Miał posturę 
niedźwiedzia. W prawej ręce trzymał pistolet 
maszynowy typu Kałasznikow. Przy jego dużej 
sylwetce, broń wyglądała jak zabawka. Cichy 
dostrzegł kałasznikowa w ręce drugiego policjanta. 
Dostrzegł również, że latarka w ręce stojącego nad 
nim policjanta zgasła. Zaczął się prostować. Nie 
mógł zgadnąć, czy to deszcz spływał mu po policzku, 
czy pot, czy jego własne łzy. Jednym pociągnięciem 
policjant odbezpieczył kałasznikowa. Cichy bardziej 
poczuł, niż zobaczył, jak stojący za jego plecami 
policjant wyjmuje z kabury pistolet. - Jaki gorący 
wieczór - powiedział Cichy prostując się do końca. 
Gdyby zaczął teraz ściągać kurtkę to może jeszcze 
zdąży wybić pistolet łokciem. Jednym kopnięciem 
sięgnie tamtego w głowę i Robert zdąży wyskoczyć. - 
Uciekaaaj!- krzyknął z całych sił. Słyszał własny 

background image

krzyk powoli oddalający się od niego, łagodnie 
zapadający się w miękki aksamit. Nie wiedzieć 
czemu, przypomniał sobie nagle, ostatni wieczór w 
Międzyzdrojach, kiedy siedzieli z Iwoną na tarasie. 
Spytała go, czy może mu ufać, czy na prawdę 
zostanie z nią na zawsze. Bawiła go jej poważna 
mina. Przyrzekł, że na zawsze, a nawet dłużej. Tak 
wtedy to czuł. Potem przeleciał obraz gdy miał 
dwanaście lat i wylądował w szpitalu z połamanymi 
żebrami po wypadku samochodowym. Wpadł pod 
ciężarówkę, biegnąc po piłkę. Pamiętał z tego jedną 
myśl, że to nie może jeszcze być koniec. I jeszcze 
jeden obraz, rozświetlony pokój, jego łóżko gdy miał 
dwa latka. Pamiętał je ze zdjęcia. Teraz całkiem 
wyraźnie je widział Słońce rozświetlało pokój. Stał w 
łóżku i trzymał się rękoma za klamkę. Drzwi 
odsunęły się, pociągając go za sobą. Nie puścił się 
klamki. Wisiał na niej. Nogi zawieszone w powietrzu 
kopały szukając podparcia. Palce zaczęły się 
prostować, drzwi zamykały się. Bardzo ostre światło 
oślepiło jego oczy. Puścił klamkę i jego ciało zaczęło 
opadać w dół. Nie poczuł jednak uderzenia. Podłoga 
zniknęła, zaczął unosić się coraz głębiej, i głębiej, 
zniknął pokój, jego łóżko. Wszystko oddalało się od 
niego, znikało. Zapadł się w mrok. Robert spojrzał 
na Cichego. - Uciekajjjjj - krzyknął widząc 
przystawiony do jego głowy pistolet. Huk wystrzału 
rozdarł ciszę. Krew i roztrzaskany kulą mózg 
chlapnęły na przednią szybę Forda Transita. Z 
gardła wydobył się krzyk. Ciało Cichego z 

background image

roztrzaskaną od kuli głową osunęło się na ziemię. Z 
prawej strony mignął mu podchodzący do drzwi 
policjant. Robert obiema nogami kopnął drzwi z 
całych sił. Na szczęście były uchylone, czego nie 
zauważył policjant. I to był jego błąd. Nie zdążył 
unieść ręki, żeby osłonić twarz przed uderzeniem. 
Ostra krawędź trafiła go w prawy policzek. Część 
siły wyładowała się na klatce piersiowej i wydatnym 
brzuchu. To uratowało mu życie, ale nie uratowało 
kości policzkowej i łuku brwiowego. Rozcięte aż do 
kości, trysnęły krwią. Policjant zachwiał się na 
moment. Dało to Robertowi dwie sekundy przewagi. 
Wyskoczył z samochodu na pobocze i rzucił się do 
ucieczki. Policjant miał jednak odporność bulte-
riera. Otrząsnął rękę z krwi. Niewyraźna sylwetka 
uciekającego mignęła mu w perspektywie jezdni. 
Zadanie nie było wykonane. Ruszył za zbiegiem. Za 
zakrętem pojawiły się światła nadjeżdżającego 
samochodu. Robert wybiegł im na przeciw. 
Samochód wyjechał zza zakrętu. Robert rozpoznał 
dużego fiata. Jechał z sześćdziesiąt na godzinę. To 
była jego ostatnia szansa. Biegł prosto na maskę. 
Jego przednie reflektory oślepiały tak, że niewiele 
widział. - Stój, stój - krzyczał. Nagle zdał sobie 
sprawę, że jest wystawiony na cel. Instynktownie 
wyczuł na swoich plecach zagrożenie. Nagłym 
rzutem jak szczupak targnął się w lewą stronę w 
wysokie trawy porastające pobocze drogi. Policjant 
wycelował Kałasznikowa w ciemną sylwetkę zbiega. 
Znajdowała się dokładnie, pomiędzy reflektorami 

background image

nadjeżdżającego fiata. Nacisnął na spust. Długa seria 
z pistoletu maszynowego przeleciała jednak tuż za 
plecami rzucającego się w trawy Roberta i wbiła się 
w maskę i przednią szybę Fiata. Samochodem 
rzuciło w prawo i w lewo, potem zjechał na pobocze i 
nadział się na stojący tam betonowy słup. Rozległ się 
krzyk rannych, a tuż po tym potężna eksplozja 
wysadziła samochód w powietrze. Chmura ognia 
uniosła się ponad słupem, przypalając konary drzew. 
Zanim echo powtórzyło wybuch w głębi lasu, 
samochód zasłoniła czarna chmura palącego się 
tworzywa. Zalany krwią policjant brnął krok po 
kroku w stronę traw. Czuł, że jego zwierzyna tkwiła 
tuż w zasięgu ręki. Zszedł z asfaltu na piaszczyste 
pobocze i wycelował w trawy. Nacisnął spust. Seria 
pocisków ścięła kilka ździebeł trawy. Przesunął się 
kilka kroków w prawo. Wszedł w sięgające mu do 
pasa chwasty. Nasłuchiwał. Ponownie nacisnął spust 
i przeczesał serią po biegnącym wzdłóż drogi rowie. 
Rozpalone wystrzałami łuski odlatywały w bok 
tocząc się po asfalcie. Inne padały tuż pod nogi. 
Rozzłoszczony, zamroczony zemstą, nie zdawał sobie 
sprawy, że tak blisko był sukcesu. Tuż pod jego 
nogami, wtulony w wysokie trawy, leżał Robert. 
Jedna z łusek spadła mu na policzek wywołując syk 
przypiekanej skóry. Policjant stał przez chwilę w 
bezruchu. Nie mógł niczego zobaczyć w świetle 
płomieni dogasającego Fiata. Ból z rozoranej szczęki 
zmusił go do odwrotu. 
 

background image

ROZDZIAŁ 16 
 
Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się 
zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił taksówkarzowi 
i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło 
słońce. Błękitne niebo, obsiane kilkoma kłębiastymi 
chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. 
Przeklęte lato. Taksówka zawróciła na bocznej alejce 
i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie 
miał sił ruszyć się z miejsca. Za odjeżdżającą 
taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie 
starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu 
śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść dał krok 
przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w 
stronę bramy. Z daleka zauważył, że była 
niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie 
przyjechał i jeszcze nie zdążył jej zamknąć" -
pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał 
widok na podjazd i resztę ogrodu. Ku jego 
zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do 
samochodu były otwarte, a obok stała walizka. 
Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do 
samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się 
po okolicy, ale nikogo więcej nie było. Ruszył do 
głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie 
panowała cisza. W sztucznym stawie rzuciła się ryba. 
Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany 
trawnik biegł od stawu aż po dom. Przy rogu 
budynku, na ziemi leżał wąż ogrodowy. Lała się z 
niego woda. Musiała już długo płynąć, bo dookoła 

background image

utworzyła się duża kałuża. Tuż koło narożnika 
budynku leżała para butów. Były to wojskowe, 
niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są 
wysokie, bo ich cholewki zasłaniał narożnik domu. Z 
wnętrza willi przez otwarte okno dobiegło głośne 
uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W 
jadalni panował półmrok. Stół zastawiony był dla 
dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko 
jedna osoba - Czarny. Robert siedział obok niego 
przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze 
raz uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie 
moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, łapał 
oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona 
Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł głowę. Otarł 
policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie 
poruszał się, bo nie mógł. W jego czole widniał mały 
otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki 
pozostaje zwykle po kuli wystrzelonej z pistoletu o 
podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i 
domknął powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy 
wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie 
nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho 
ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, wyła 
syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi 
zgromadził się na nabrzeżu i obserwował jakiś 
wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. 
Przez szybkę widział jak policyjna motorówka 
podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. 
To ja - krzyczał do słuchawki. Miał szczęście Cleo 

background image

była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie 
zadowolenia, że słyszy jego głos. - To ja. Robert. 
- Wiem. Muszę z tobą porozmawiać. 
- Właśnie po to dzwonię, bo muszę... 
Robertowi załamał się głos. Stojący na nabrzeżu 
dźwig zaczął pracować. Lina zwisająca w wodzie 
naprężyła się. Płetwonurkowie wchodzili na pokład 
motorówki. Woda była gładka. Z głębi zaczęły 
wydobywać się pęcherze powietrza. Woda 
zagotowała się na moment, ale po chwili wszystko się 
uspokoiło. Lina kończyła się hakiem do którego 
umocowane były dwa biegnące w bok pasy. Gdy i 
one wynurzyły się z wody, na ich końcu tkwił 
przedni zderzak samochodu. - Robert. Jest bardzo 
niedobrze - usłyszał w słuchawce głos Cleo. Nie 
zareagował. Obserwował wyciągany z wody 
samochód. Nie był to zwykły samochód. Był to 
czarny Jeep Cichego, którym Kobra miał przejechać 
do Niemiec. Na końcu Jeepa, do tylnego zderzaka 
przykuty kajdankami wisiał Kobra. Głowę miał 
owiniętą foliowym workiem, koszula zwisała mu do 
uda. Spodnie opadły do kostek. Półnagi kołysał się w 
powietrzu. Robert nie mógł oderwać wzroku. Serce 
waliło mu z całych sił. - Na pewno nie gorzej niż u 
mnie - usłyszał własny głos, ale nie zdawał sobie 
sprawy, że chciał cokolwiek powiedzieć. Policjanci 
odpięli kajdanki i złożyli zwłoki na pokładzie 
motorówki. - Kobra, Kobra - rozległ się głos wśród 
tłoczących się gapiów. Skorpion stał w tłumie. Nie 
potrafił pohamować łez. Był brudny, w poszarpanym 

background image

ubraniu. Łzy ściekały mu po policzkach. Cleo 
przyjechała po godzinie. Robert czekał na nią w 
"Bramie". Bał się, że spotka Iwonę, ale Iwony nie 
było w pracy. Wzięła wolne. Zostawił na stoliku 
pieniądze za colę i wstał widząc nadjeżdżające 
Suzuki. Zatrzymała samochód na chodniku. Nie 
wysiadała. Robert obszedł samochód i wsiadł do 
środka. Zatrzasnął drzwi. Siedzieli tak w milczeniu 
ponad minutę. Cleo nawet na niego nie spojrzała. Nie 
wiedział co mógł jej powiedzieć. Miał kompletną 
pustkę w głowie, wokół której szalał huragan 
niepoukładanych myśli, obrazów, dźwięków. Jego 
świadomość nie przyjmowała do wiadomości, że 
wydarzenia ostatnich godzin miały miejsce na 
prawdę, a ich skutki są nieodwracalne. - Jesteś 
pieprzonym kłamcą. A ja myślałam, że mogę ci ufać. 
Myślałam, że jesteś inny. Ale ty jesteś taki jak reszta 
tych złodziei. Wiesz co? Ty nawet jesteś gorszy, 
ponieważ oni nie mieli większych szans, nie byli 
nikim szczególnym. Ale ty miałeś szansę, bo byłeś 
kimś, a teraz jesteś nikim - zaczęła Cleo. Z pokorą 
gotów był znosić jej osąd. Sam nie byłby bardziej 
tolerancyjny dla siebie. - Zabili Cichego, Czarnego, 
Kobrę - tyle zdołał odpowiedzieć. Ta wiadomość 
zmieszała ją na moment. Nagle narosła w niej złość. 
Wybuchła. - Więc mój ojciec poznał się na tobie. 
Widziałam zdjęcia z tobą i twoją bandą, a także 
nasze z weekendu. Mój ojciec ma całą teczkę. Kazał 
was śledzić. Czytałam dokumenty o Czarnym. 
Należycie do mafii? Robert nie rozumował logicznie: 

background image

"zdjęcia, kazał śledzić, mafia". Nagle całość ułożyła 
mu się sama. - To skurwysyn - odzyskał przytomność 
umysłu. Nagły przypływ energii i wola zemsty, 
wezbrały w nim podrywając go do działania. - A 
więc to on, wiedział o wszystkim i nas załatwił - 
spojrzał na Cleo, ale nie widział teraz dziewczyny, 
którą pokochał i za którą gotów był jechać na koniec 
świata. - Oczami zemsty widział jej ojca. 
 
Dwaj mężczyźni szli spacerkiem przez las. Klasę 
mężczyzny poznaje się po butach. Ci dwaj na pewno 
byli klasowi. Jeden z nich nosił kowbojki z wężowej 
skóry. - Ustaliliśmy cenę na sześć milionów, jakby co, 
możemy obniżyć do pięciu i pół - składał relację. - 
Może być - zgodził się drugi. - Jak nie, to mamy 
Austrijaków - dodał. Panowie kierowali się w stronę 
starych ruin pałacyku z przed drugiej wojny 
światowej. Ruiny miały grube na metr ściany. 
Ceglany mur przeplatały ciosane kamienie i 
obłożony piaskowcem dawał dobre schronienie. 
Przed laty było to ulubione miejsce spotkań 
harcerzy, pijaków, prostytutek i narkomanów. Przez 
ostatnie jednak lata straciło na popularności. 
Zarośnięte głębie Lasku Arkońskiego, z rzadka 
odwiedzali jedynie okoliczni mieszkańcy, 
wyprowadzając tu swoje psy. Z bocznej drogi 
nadjechał biały Ford Transit z napisem "Krasnale 
ogrodowe". Samochód zatrzymał się przed czymś, co 
kiedyś mogło być frontalnym wejściem do pałacyku. 
Kierowca ociężale wytoczył się z samochodu. 

background image

Przeszedł na tył, otworzył klapę. Wszystkie ruchy 
wykonywał powoli, jakby z wysiłkiem. Powodem 
mógł być opatrunek z bandaży osłaniający prawy 
policzek i głowę. Dwaj panowie podeszli do busa. 
Kierowca pochylił się do wnętrza busa i wyciągnął z 
niego, malowanego, gipsowego krasnala z serii 
gajowych. Z drugiej strony nadjechał na polanę 
srebrny Mercedes. Zatrzymał się trzydzieści metrów 
od busa. Przez chwilę nie gasił silnika. Dwaj panowie 
zwrócili się w jego stronę. Z Mercedesa wysiadł 
jeden z pasażerów, młody mężczyzna o śniadej cerze 
i czarnych włosach. Wyglądał na Wietnamczyka lub 
Koreańczyka. Rozejrzał się i przeszedł na tył 
samochodu. Drugi, o kręconych jasnych włosach w 
nienagannie skrojonym garniturze, wysiadł z drugiej 
strony przez tylne drzwi. Ruszył w stronę dwóch 
mężczyzn. Podszedł, przywitał się i dał znać ręką w 
stronę Mercedesa. Dopiero teraz zza kierownicy 
wysiadł kierowca. Niezwykle wysoki, barczysty 
blondyn z zaawansowaną łysiną. Już z daleka 
rozłożył ręce w geście powitania. Podszedł do dwóch 
mężczyzn i serdecznie przywitał się najpierw z 
młodszym w kowbojskich butach a potem z drugim 
starszym panem, o siwych włosach i uśmiechu 
bazyliszka. Tym drugim, był prokurator 
wojewódzki, przyjaciel Chmielewskiego, Bogdan 
Wielewski. Mimo bandażu na twarzy, kierowca busa 
poradził sobie z krasnalami. Ustawił wszystkie na 
betonowym murku rzędem - dwanaście sztuk. 
Podniósł z ziemi spalinową piłę do cięcia drzewa, 

background image

odpalił ją. Przyga-zował. Silnik wszedł na wysokie 
obroty. Wszyscy trzej panowie obejrzeli się w tę 
stronę. Kierowca podszedł do pierwszego z brzegu 
krasnala i ścioł mu głowę na wysokości oczu. Odcięta 
głowa spadła na ziemię i potoczyła się w las. Pochylił 
się i spojrzał do wnętrza. Ponownie uniósł piłę i tym 
razem szedł z nią tnąc gipsowe krasnale równo na tej 
samej wysokości. Kolejne głowy spadały tocząc się w 
trawę, lub pękając na miejscu. Biały pył, od gipsu, 
wznosił się gęstymi tumanami. Na końcu wyłączył 
piłę i odłożył ją na trawę. Jego kolega, towarzyszący 
prokuratorowi, podszedł do krasnali. Zaczął iść 
wzdłuż szeregu zaglądając do wnętrza. Zatrzymał 
się. Podwinął rękawy i zanurzył dłoń do wnętrza. Po 
chwili wydobył z niego metalowy cylinder z 
mosiężnymi pierścieniami. Przekazał go w ręce 
przystojniaka z kręconymi blond włosami. Odnalazł 
drugi cylinder i również oddał go zgodnie z zasadą 
handlową towar za pieniądz. Przystojniak zaniósł 
drugi cylinder do bagażnika i wyjął z niego walizkę. 
Transakcja dobiegała końca. Wszystko szło zgodnie 
z planem. Przystojniak rzucił okiem na faceta w 
kowbojskich butach, jak ten kładł walizkę na masce 
samochodu i zabierał się do jej otwierania. Nie 
musiał tego oglądać. Wiedział, co jest w jej wnętrzu. 
Sam zapakował do środka pięć milionów dolarów w 
banknotach studolarowych. Ruszył więc w las w 
ustronne miejsce. Oddawanie moczu nawet dla 
zawodowego mordercy może być przyjemnością, 
zwłaszcza jeśli zamiast cuchnącej toalety otacza go 

background image

pachnący las. Nic więc dziwnego, że blondyn o 
kręconych włosach i wyhodowanej czarnej, pewnie 
farbowanej bródce, odprężył się w czasie tej 
fizjologicznej czynności. Niespodziewanie poczuł 
wbitą w plecy lufę pistoletu. - Policja. Ręce do góry - 
usłyszał za sobą. Nie starał się nawet zapiąć 
rozporka. Uniósł ręce na wysokość ramion, zrobił 
błyskawiczny obrót w prawo, zszedł z linii strzału, a 
łokciem uderzył napastnika w gardło miażdżąc 
tchawicę. Policjant stracił równowagę i padł na 
plecy. Blondyn uchwycił w locie Kałasznikowa i dla 
pewności z całych sił wbił kolbę jeszcze raz pod 
brodę. Usłyszał pęknięcie kręgosłupa. Przywarł do 
ziemi i rozejrzał się po okolicy. Nikogo więcej nie 
zauważył, ale pewien był, że nie jest sam. Policjant 
miał na twarzy kominiarkę, a na piersiach 
kuloodporną kamizelkę. Blondyn odszukał zapasowy 
magazynek do Kałasznikowa ukryty pod kamizelką. 
Z prawej strony za krzakami mignęły mu sylwetki 
nacierających policjantów. Rzucił się do biegu w 
stronę białego busa. - Uwaga!!! Pułapka!!! - krzyczał 
z całych sił. Biegł wprost na krasnale. Pierwszy 
zauważył go stojący koło szarego Mercedesa. 
Wyrwał ukryty pod marynarką pistolet i odskoczył 
pod mur. Lolo, mężczyzna w kowbojkach, stał przy 
otwartej walizce. Wypełniona była studolarowymi 
banknotami, zapiętymi w banderolki niemieckiego 
banku. Usłyszał krzyk w momencie gdy chciał już 
zamykać walizkę. Zdążył przymknąć wieko i chwycił 
walizkę pod pachę, biegnąc do ruin. Prokurator i 

background image

łysiejący dryblas aż przysiedli słysząc okrzyki i 
pierwsze strzały. Kierowca busa z bandażem na 
twarzy zachował zimną krew. Wyjął pistolet, 
podbiegł do załomu muru i spokojnie wycelował w 
stronę krzaków. Nikogo jeszcze nie widział, więc 
czekał na pierwszego napastnika. Prokurator i łysy 
blondyn przebiegli pod jego osłoną w załomy ruin. 
Przystojniak z kręconymi włosami biegł w kierunku 
krasnali. Słyszał za sobą ścigających go policjantów z 
oddziałów specjalnych. Dobiegł do krasnali. Stały na 
betonowym murku. Rzucił się szczupakiem do 
przodu, przeleciał ponad nimi i lądując na ziemi 
wykonał przewrotkę przez ręce. Z jednego ruchu 
podniósł się do pół przysiadu i nie celując pociągnął 
serię z Kałasznikowa w kierunku biegnących na 
niego komandosów. Seria pocisków trafiła ich po 
nogach. Padli podcięci na plecy. Jeden z nich 
usiłował sięgnąć po broń, którą upuścił przy upadku, 
ale nie zdążył. Blondyn uniósł się ponad krasnalami i 
pociągnął drugą serię. Tym razem celował. Jęki 
rannych urwały się. Z lasu nadleciały serie z 
maszynowej broni. Rozerwały gipsowe krasnale na 
strzępy. Blondyn padł na ziemię. Zaczął się czołgać w 
stronę białego busa. Kolejna seria pocisków wbiła się 
tuż koło jego głowy. Przetoczył się pod koła 
samochodu. Koreańczyk, ostrzeliwywał się zza 
ceglanego muru. Ogień nacierających był jednak tak 
silny, że zmusił go do cofnięcia się. Właśnie 
skończyła mu się amunicja. Zaczął ładować swojego 
ośmiostrzałowego Colta, gdy zza rogu wyskoczył 

background image

nacierający policjant. Nerwy mu jednak puściły, bo 
za wcześnie nacisnął cyngiel i cała seria poszła w 
mur. Zdezorientowany policjant odrzucił 
Kałasznikowa i wyrwał z kabury pistolet. Było 
jednak za późno. Koreańczyk wybił się w górę na 
półtora metra, kopnięciem w nadgarstek wytrącił 
pistolet i z pełnego natarcia, wbił cios w szczękę 
policjanta tak, że nogi wyleciały mu w górę i spadł 
na plecy łamiąc sobie kark. Kierowca busa z białym 
bandażem na głowie był idealnym celem na tle 
zieleni drzew. Strzelił dwa razy ze swojego 
rewolweru. Obydwa były celne. Trafił w nogi 
nacierających policjantów z oddziałów specjalnych. 
Jednak od strony zarośli nadleciały dwie serie 
pocisków i poszarpały cementowy mur, za którym w 
ostatniej chwili schował głowę, cofnął się i pobiegł 
schodami na szczyt ruin. Przyklęknął w płytkiej 
niecce, osłonięty zaroślami i przeładował amunicję. 
Łysiejący blondyn ledwie nadążał biegnąc za 
prokuratorem. Obaj na odgłos pierwszych strzałów 
skoczyli w stronę ruin. Biegli teraz wąskim 
korytarzem, odsłoniętym z prawej strony otworami 
po nieistniejących oknach. Korytarz niespodziewanie 
się kończył. Skręcili w prawo w stronę jednego z 
okien za którym kończyły się ruiny i zaczynały gęste 
krzaki otwierające drogę dla bezpiecznej ucieczki. - 
Stać! Ręce do góry. Prawie jednocześnie stanęli w 
miejscu jak wryci. Wprost przed nimi wyrósł jak z 
pod ziemi policjant z oddziałów specjalnych. Mierzył 
z Kałasznikowa na przemian w prokuratora i 

background image

łysiejącego blondyna Obaj posłusznie unieśli ręce 
wysoko nad głowami. Dla niego, widok dwóch panów 
w średnim wieku, był nie mniejszym zaskoczeniem. 
Zawahał się, czy przypadkowo w miejscu akcji nie 
znaleźli się niewinni ludzie. Ci dwaj nie mieli 
wyglądu bandytów. Starszy bardziej przypominał 
akademickiego profesora, a młodszy dobrodusznego 
sklepikarza. 
 
Rana pod opatrunkiem na twarzy piekła nie do 
wytrzymania. Silna dawka narkotyków pomagała 
trochę złagodzić ból. Założony pospiesznie 
opatrunek na twarzy chronił przed infekcją, ale w 
obecnej chwili przeszkadzał, bo po pierwsze 
zasłaniał widoczność dla prawego oka, a po drugie 
był przeraźliwie biały. Zapadał zmierzch i nawet z 
pięciu metrów można było przejść obok ukrytego w 
krzakach człowieka. Ale nie z białym bandażem na 
twarzy. Mężczyzna zdarł opatrunek z głowy. 
Odrzucił go w krzaki. Przełożył pistolet do drugiej 
ręki i sięgnął po okład, który wraz z krwią przykleił 
się do policzka. Szarpnął i oderwał go jednym 
pociągnięciem. Nie poczuł bólu, narkotyk ciągle 
działał. Zemdlałby jednak na pewno, gdyby zobaczył 
teraz swoją twarz w lustrze. Od szczęki do skroni 
biegła szrama, która natychmiast powinna być 
zeszyta. Przysiągł sobie że odnajdzie chłopaka, który 
załatwił go tak ostatniej nocy. Na moment zamarł w 
bezruchu nasłuchując. Był bezpiecznie ukryty na 
szczycie ruin. Z dołu dobiegł go głos, który śni się 

background image

każdemu kryminaliście, chociaż raz tygodniowo. - 
Stać! Policja. Ręce do góry. Głos dobiegał z dołu zza 
krawędzi ruin i nie był skierowany do niego. 
Właściwie mógł się nie bać tej wyświechtanej 
formułki, bo od lat był z nią oswojony. Tyle, że to on 
ją zawsze wypowiadał, bo jako policjant miał do tego 
prawo. Wstał z miejsca i zgarbiony podbiegł do 
krawędzi ruin. W dole zobaczył stojącego policjanta 
z oddziałów specjalnych, który mierzył z 
Kałasznikowa do kogoś stojącego w podcieniach 
korytarza bez okien. Uniósł pistolet, wycelował w 
głowę osłoniętą czarną kominiarką i oddał trzy 
strzały. Tylko jeden był niecelny. Policjant wygiął się 
w tył. Kałasznikow odleciał w bok na kilka metrów. 
Mężczyzna opuścił pistolet. Oszczędzał amunicję. 
Patrzył z dziwną satysfakcją, jak jego ofiara wiła się 
z bólu, kopiąc nogami ziemię i zamiatając szeroko 
rozwartymi dłońmi powietrze. Każda przyjemność 
ma swoją cenę. Od strony gęstych krzaków 
nadleciała długa seria pocisków z Kałasznikowa. 
Przynajmniej połowa przeleciała obok mężczyzny 
tnąc gałęzie i obrywając liście z krzaków. Ale druga 
połowa utkwiła w podbrzuszu i płucach, odbierając 
jego ciału równowagę. Mężczyzna zachwiał się i 
runął głową w dół, spadając pięć metrów wzdłuż 
ceglanego muru, uderzył głową w ziemię, zabierając 
do wieczności wszelkie urazy wobec pozostających 
przy życiu ludzi i zwierząt. Prokurator cofnął się pod 
ścianę. Nie mógł patrzeć na wijącego się w agonii 
policjanta. Jego przeraźliwy krzyk wdzierał się w 

background image

ostatnie zakamarki świadomości. Co innego było 
uganiać się za mordercą, a czym innym było 
przyglądanie się ofiarom. Osunął się pod ścianą 
kompletnie obezwładniony. Łysiejący blondyn wyjął 
z pod marynarki pistolet i odbezpieczył go. 
Prokurator czuł jak po jego plecach, leje się struga 
zimnego potu. Był pewien, że kule w pistolecie za 
sekundę wzbogacą jego wnętrze o kilkanaście gram 
ołowiu. Blondyn zachował się jednak irracjonalnie. 
Minął Prokuratora i ruszył w przeciwną stronę, 
strzelając do ciemnych sylwetek ukrytych w 
zaroślach policjantów. Tylko niezwykły zbieg 
okoliczności, zapadający zmierzch oraz 
nadzwyczajne szczęście pozwoliły mu oddać sześć 
niecelnych strzałów, zanim dwie serie pocisków 
przygwoździły go śmiertelnie do ściany. Kowbojskie 
buty z wężowej skórki nie są najlepszym obuwiem do 
biegania. Lolo klął w duchu swoje upodobanie do 
amerykańskiej mody. Był jednym z bliskich 
współpracowników prokuratora i jednym z 
najlepszych strzelców wyborowych. Krótką bronią 
potrafił z pięćdziesięciu metrów trafić królika w 
biegu. Oprócz wybornego "cela" posiadał również 
wysoki iloraz inteligencji, oraz wrodzony spryt. Gdy 
usłyszał pierwsze strzały, chwycił walizkę z pięcioma 
milionami dolarów i skoczył z nią w stronę ruin. 
Nawet nie wyciągnął swojego rewolweru. W jednej 
chwili ocenił sytuację. Policja musiała otoczyć cały 
teren. Natarcie szło z dwóch stron, zmuszając ich do 
ucieczki na południową część ruin. Jeśli dobrze się 

background image

domyślał, to po tamtej stronie powinni znajdować się 
snajperzy. Nie długo czekał na potwierdzenie. 
Blondyn z czarną bródką i kręconymi włosami, 
ostrzeliwał się ukryty za krasnalami. Gdy jednak od 
strony zarośli ogień z pistoletów maszynowych 
zmiótł krasnale, zamieniając je w gipsowy pył, 
podjął decyzję o odwrocie. Odczołgał się przywarty 
do ziemi w stronę busa i gdy dotarł do tylnych kół 
poderwał się na równe nogi. Osłonięty samochodem 
ruszył w stronę szoferki słusznie rozumując, że 
samochodem szybciej wyjedzie z tego piekła. Nie 
zdążył nawet otworzyć drzwi. Snajper jednym 
strzałem powalił go na ziemię. Blondyn należał do 
ludzi, po których płaczą jedynie wierzyciele. Widząc 
to, Lolo chwycił walizkę pod pachę i ruszył biegiem 
pod osłoną korytarza w stronę południową. 
Przebiegł korytarzem piętnaście metrów i skręcił w 
lewo. Odnalazł prokuratora siedzącego pod ścianą. 
Dobiegł do niego, postawił walizkę z pieniędzmi i 
przyklęknął oczekując cudu, który pozwoliłby im 
wyjść z tego bałaganu choćby z życiem. - To są 
chłopcy z naszej komendy - zameldował Lolo. 
Prokurator wychylił się za załom muru. W głębi na 
placu koło srebrnego Mercedesa toczyła się walka 
wręcz. Skośnooki Koreańczyk celnym ciosem powalił 
policjanta z oddziałów specjalnych. Dla pewności, 
gdy ten już leżał dobił go ciosem w krtań. - Zdejmij 
go - rozkazał prokurator. Lolo pozostawił walizkę i 
odbiegł kilka kroków. Stanął w otworze po oknie i 
zamachał ręką do Koreańczyka. Kuląc się 

background image

Koreańczyk rzucił się biegiem w stronę swego 
wybawienia. Lolo sięgnął po rewolwer. Koreańczyk 
zwinnie przebiegł przez plac omijając świszczące mu 
nad głową kule i wskoczył przez otwór na korytarz. 
Z dwóch metrów Lolo oddał trzy strzały. Być może 
dla Koreańczyka były one wybawieniem. Prokurator 
podniósł się z ziemi i podbiegł do nieżyjącego już 
łysiejącego blondyna o wyglądzie sklepikarza. Obok 
niego na ziemi leżał pistolet. Prokurator podniósł go. 
Strzały w lesie ucichły. Lolo podbiegł do 
prokuratora. Siedział tak jak przed chwilą oparty o 
mur. - Dawaj kajdanki - rozkazał prokurator. - 
Wyjdziemy z tego. No szybciej. Zapamiętaj: obaj 
zostaliśmy zaatakowani w czasie wykonywania 
śledztwa. Lolo kiwnął głową ze zrozumieniem. 
Przyklęknął przed siedzącym prokuratorem i założył 
na oba przeguby kajdanki. Musiał sobie poradzić 
sam, bo Prokurator w prawej ręce trzymał pistolet. 
Prokurator spojrzał w bok. Łysiejący blondyn 
siedział oparty pod ścianą. Oczy martwo utkwione w 
posadzkę zaczęły matowieć. - Rusza się? - spytał 
prokurator z nutą obsesji w głosie. Lolo spojrzał na 
leżące pod ścianą zwłoki. Huk wystrzału rozbiegł się 
echem w ruinach Goeringa. Kula wystrzelona z 
odległości dziesięciu centymetrów przebiła czaszkę 
na wylot. Lolo odleciał bezwładnie i padł zgięty na 
posadzkę. Nie wyglądał teraz na metr 
dziewięćdziesiąt wzrostu. 
 
ROZDZIAŁ 17 

background image

 
Ulewa rozpoczęła się o zmroku. Czarne chmury 
nadciągnęły z północnego zachodu. Silny wiatr 
poderwał z ulic tumany kurzu. Ludzie w pośpiechu 
przebiegali przez jezdnie. Miasto wyludniało się. 
Nawet taksówki zjeżdżały do domów. Nadciągała 
nawałnica. Raz po raz błyskawica rozświetlała 
horyzont. O dziwo, nie towarzyszył temu tak 
charakterystyczny grzmot. Po pół godzinie wiatr 
uspokoił się. Na pustych ulicach panowała niczym 
nie zmącona cisza. Spóźniony tramwaj zamknął 
drzwi i odjechał z przystanku. Spadły pierwsze 
krople deszczu, duże i ciężkie. Po pięciu minutach 
nastąpiło oberwanie chmury. Błyskawice, grzmoty i 
huk spadającej wody, przeraziły nawet osobistego 
ochroniarza Chmielewskiego. Stał w 
panoramicznym oknie stacji benzynowej i z 
pobożnym szacunkiem przyglądał się żywiołom. 
Chmielewski jak co miesiąc osobiście przeglądał 
raporty księgowego. Miał podwójną robotę, bo 
pierwszy raport był dla urzędu skarbowego i musiał 
się zgadzać co do joty. Drugi był prawdziwym 
obrazem miesięcznych obrotów jego sieci stacji 
benzynowych. Ten raport sprawdzał jeszcze 
staranniej. Nie pozwalał się okradać. Liczył się teraz 
każdy grosz. Miał przed sobą największą inwestycję 
swojego życia - autostradę północ-południe. Od 
trzech godzin siedzieli więc z księgowym i 
administratorem sprawdzając pozycję za pozycją. 
Na stacji nie było klientów. Lało niemiłosiernie. 

background image

Pracownicy obsługi zmyli się do barku na kawę. Cleo 
zaparkowała białe Suzuki za stojącą na parkingu 
furgonetką. Była to zbyteczna ostrożność. W taką 
ulewę mogła podjechać pod samo okno, gdzie stał 
teraz ochroniarz i też byłaby niewidoczna. Deszcz z 
wściekłością bił o brezentowy dach. Wyłączyła silnik. 
Siedziała teraz z Robertem nic nie mówiąc. Sama nie 
wiedziała dlaczego zgodziła się tu przyjechać. Być 
może, ciągle miała nadzieję, że Robert nie ma z tym 
wszystkim nic wspólnego, że tylko przypadkowo dał 
się wplątać. Wierzyła, że jest nadal tym 
spontanicznym, trochę nieśmiałym, ale pełnym 
wdzięku chłopakiem jakiego zapamiętała z ich 
pierwszego pocałunku nad morzem. Z całego serca 
chciała w to wierzyć. - Wiesz gdzie on trzyma tę 
teczkę? - szorstki głos Roberta wyrwał ją z 
zamyślenia. Kiwnęła potakująco głową. 
- To idź - rozkazał. 
Nie miała odwagi spojrzeć na niego. Nie mogła 
złapać powietrza. Nie mogła się ruszyć. - Aleja nie 
mogę - ledwie zdołała wyszeptać. 
Robert był niewzruszony. Krew nabiegła mu do 
twarzy. Dłonie zacisnęły się w pięści wbrew jego 
woli. W uszach zaczęło mu dzwonić od 
podwyższonego ciśnienia. Nic nie mogło 
powstrzymać go od zemsty. Najpierw jednak chciał 
mieć dowody w swoich rękach. - Wiesz co się stanie? 
- starał się panować nad drżeniem głosu - Wiesz, co 
ja zrobiłem? Cleo zaczęła drżeć na całym ciele. 
Odpędzała od siebie kolejne pytania i wszelkie 

background image

możliwe odpowiedzi. Pragnęła się obudzić, za 
wszelką cenę. Potrząsała głową, ale koszmar trwał 
dalej. Robert spojrzał na nią. Miała wzrok tępo 
utkwiony w zaparowaną przednią szybę. - Więc 
idź!!! - krzyknął. 
Spojrzała na niego. -Miał zimne spojrzenie, twarz 
zastygłą w nerwowym skurczu. To nie był ten Robert 
jakiego znała. Patrzyli na siebie przez długą chwilę. 
Oboje nie mogli się nawzajem rozpoznać. Cleo 
szarpnęła za klamkę i wysiadła z samochodu. Zdjęła 
z oparcia płaszcz przeciwdeszczowy i zarzuciła go na 
siebie. Ogromny kaptur chronił jej włosy i twarz 
przed deszczem. Pobiegła skulona w stronę stojącego 
pod wejściem do stacji Mercedesa. Rano jechała tym 
samochodem z ojcem do miasta. Po drodze 
powiedział jej, żeby więcej nie spotykała się z 
Robertem. Chciała go wyśmiać: "Przecież to twój 
faworyt, stypendysta". Drażniła się z nim. Ojciec był 
przygotowany na taką reakcję. Z białej, tekturowej 
teczki wyjął kilka fotografii. Rozpoznała na nich 
Roberta, Cichego, Skorpiona, Biedronę. Krew, broń, 
pieniądze. Zdjęcia przypominały jej fotosy z 
gangsterskiego filmu B-klasy, a nie jej kolegów. 
Kazała zatrzymać samochód. Wysiadła zanim 
Chmielewski zdążył wyhamować. Prawie całą 
powrotną drogę biegła przez las płacząc. Mercedes 
stał jak zwykle zaparkowany pod wejściem. Przez 
strugi deszczu widziała kilku mężczyzn siedzących w 
barku stacji benzynowej. W śród nich rozpoznała 
jasny garnitur ojca. Przykucnęła obok drzwi od 

background image

strony kierowcy. Spojrzała za siebie. Dwadzieścia 
metrów w tyle stała furgonetka, a z za niej wystawał 
przedni reflektor jej Suzuki. We wnętrzu siedział 
Robert. Miała w życiu zasadę, że jeśli się coś 
zaczyna, to należy to doprowadzić do końca, 
najlepiej jak się potrafi. Zdecydowała, że wykradnie 
teczkę ze zdjęciami i oddają Robertowi. Tyle mogła 
zrobić dla niego na pożegnanie. Sięgnęła do kieszeni i 
wyjęła komplet zapasowych kluczy do Mercedesa. 
Nacisnęła przycisk. Blokada drzwi posłusznie 
odpuściła. W klamce zamigała zielona dioda. 
Szarpnęła za nią. Drzwi posłusznie otwarły się. 
Wślizgnęła się do środka. Chmielewski był zmęczony 
po czterech godzinach papierkowej roboty. Wstał od 
stolika. Schował długopis do wewnętrznej kieszeni 
marynarki. Księgowy dostrzegł wiszącą pod 
marynarką kaburę z pistoletem. - O, szefie. 
Strzeżonego Pan Bóg strzeże - przymilał się 
księgowy. - Jutro rano jestem na policji, będę tutaj 
po południu - powiedział Chmielewski. Zamknął 
neseser i ruszył w kierunku wyjścia. Ochroniarz 
Chmielewskiego podszedł do okna i spojrzał przez 
szybę na parking. - Burza już przechodzi, szefie. 
Cleo skurczyła się na siedzeniu na widok 
ochroniarza. Odczekała, aż ten odwróci się i odejdzie 
od okna. Zapaliła małą latarkę i zaświeciła na tylne 
siedzenie. Nie było tam białej tekturowej teczki. 
Poświeciła na podłogę. Była pusta. Odwróciła się w 
stronę schowka na mapy. Otworzyła go. Pod 
styropianowym pudełkiem z winogronami leżała 

background image

tekturowa teczka. Robert przekręcił kluczyk w 
stacyjce, włączył wycieraczkę. Na moment wyraźnie 
zobaczył sylwetkę ciemnego Mercedesa. Deszcz 
zaczął słabnąć. Sięgnął ręką za pasek. Wydobył 
rewolwer. Był to srebrny colt, ulubiona zabawka 
Czarnego. Odblokował bęben i sprawdził naboje. 
Było ich osiem. Chmielewski szedł w stronę drzwi. 
Po drodze dołączył do niego ochroniarz. Przy 
wyjściu Chmielewski jednak zwolnił. Zawrócił i 
podszedł do bufetu. - Daj pan telefon - zwrócił się do 
barmana. 
Wystukał numer telefonu do domu i czekał na 
połączenie. 
Cleo wsunęła teczkę pod płaszcz. Nagle kątem oka 
zauważyła, że czerwona dioda autoalarmu firmy 
"Boxer", zamiast palić się ciągłym światłem zaczęła 
pulsować. Popełniła błąd. Ojciec kazał zainstalować 
firmie dodatkowe zabezpieczenie w samochodzie, o 
czym zupełnie zapomniała. Po wejściu do samochodu 
i zamknięciu drzwi, należało ponownie nacisnąć 
pilota autoalarmu. Nie zrobiła tego. Autoalarmn 
właśnie się uzbrajał. Gdy to nastąpi najmniejszy 
ruch w kabinie spowoduje blokadę drzwi i wycie 
syreny. Spojrzała w stronę baru. Chmielewski stał 
przy bufecie. - Jak to wyszła z domu? Kiedy? - 
zdziwiony zapytał do słuchawki. Potężna błyskawica 
rozdarła niebo, tak, że wszyscy mężczyźni w barze 
jednocześnie spojrzeli w okno. Huk uderzającego 
pioruna rozdarł powietrze. Szklanki na ladzie 
zatrzęsły się dzwoniąc o siebie. Połączenie w 

background image

słuchawce zostało przerwane. Od strony parkingu 
rozległo się wycie autoalarmu. Tylko jeden 
samochód w Szczecinie miał taki alarm. Był nim 
Mercedes Chmielewskiego. Ochroniarz rzucił się 
pierwszy do drzwi, ale Chmielewski był szybszy. 
Wyszarpnął rewolwer z wiszącej pod marynarką 
kabury i pierwszy przedarł się przez wahadłowe 
drzwi prowadzące z baru na dziedziniec stacji 
benzynowej. Od Mercedesa oderwała się skulona 
sylwetka ubrana w ciemny przeciwdeszczowy 
płaszcz. Chmielewski nie myślał. Furia, wściekłość 
kazały mu ścigać złodzieja. Na nim mógł wyładować 
swoje frustracje, a było ich ostatnio coraz więcej. 
Autoalarm wył na całą okolicę. Nagle Robert 
usłyszał strzał. Otworzył drzwi. Nie widział teraz 
Mercedesa zasłoniętego przez furgonetkę. Miał złe 
przeczucie. Podbiegł kilka kroków. Od Mercedesa 
biegła skulona sylwetka. Głowa ukryta pod 
kapturem była niewidoczna. Chmielewski przeciął 
drogę ucieczki. Strzelił po raz drugi. Ręce mu drżały, 
nie mógł celować rewolwerem. Robert stał przez 
chwilę nic nie rozumiejąc. - To jest Cleo! To jest 
Cleo!!! - usłyszał własny głos, a jego nogi sa-me 
rozpoczęły bieg w stronę Chmielewskiego. Zdążyłby 
w porę gdy-by nie plama oleju rozlana na jezdni. 
Poślizgnął się i runął na kolana. Pistolet wypadł mu z 
ręki. Chmielewski uspokoił rękę w nadgarstku, 
odczekał aż złodziej podbiegł jeszcze krok i nacisnął 
na spust. Podmuch strzału zerwał kaptur 
przeciwdeszczowego płaszcza, odsłaniając mokrą od 

background image

deszczu twarz Cleo. Głowa odleciała jej w tył i 
upadła bezwładnie prosto pod nogi Chmielewskiego. 
Zamarła w bezruchu. Z barku nadbiegali pozostali 
mężczyźni. Nie było już po co się śpieszyć. Nie mieli 
odwagi podejść do swojego szefa. Ochroniarz 
Chmielewskiego wybuchnął płaczem. Robert klęczał 
w kałuży. Strugi deszczu lały się po nim, ale niczego 
nie czuł. Objął głowę rękoma i kołysał się w przód i 
w tył. Chmielewski spojrzał na leżącą pod nogami 
Cleo, potem powiódł wzrokiem po stojących w 
deszczu mężczyznach. Kierował do nich nieme 
pytanie, na które nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi 
- Dlaczego? - wyszeptał cicho. 
Od strony Szczecina dał się słyszeć głos syreny 
karetki pogotowia. - 
Miał pan szczęście że deszcz osłabił działanie gazu - 
powiedział kapitan Wojtaszewski z komendy Policji. 
- Inaczej pańska córka do końca życia mogła by 
nosić plastykową maskę na twarzy. Siedzieli w 
małym pokoju dla lekarzy. Za oknem szpitala 
wstawał świt. Chmielewski siedział skulony na fotelu, 
kapitan Wojtaszewski wstał i poszedł do stolika z 
wodą mineralną. Robert siedział przy drzwiach 
wejściowych. Za szklanym przepierzeniem czytając 
gazetę siedział umundurowany policjant. 
Wojtaszewski nalał wody do szklanki i podał ją 
Chmielewskiemu Wypił ją prawie jednym tchem. - 
Powiedziano mi - zaczął Chmielewski - żeby 
pierwszy nabój dać ga-zowy. Sam nie wiem dlaczego 
dałem trzy. Na tę myśl wzdrygnął się. - Proszę 

background image

pokazać pański pistolet - poprosił kapitan. Odebrał 
go od Chmielewskiego i wyjął magazynek. Na 
samym wierzchu lśniła mosiężna łuska zakończona 
ołowianą kulą w stalowym płaszczu. Chmielewski 
nawet nie spojrzał. Kapitan odłożył pistolet i 
powrócił do swojego fotela za biurkiem - Czy może 
mi pan wyjaśnić dlaczego pańska córka włamywała 
się do pańskiego samochodu? Robert podniósł wzrok 
na Chmielewskiego. Przez moment patrzyli na siebie. 
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem - odpowiedział 
Chmielewski. Robert uciekł spojrzeniem w stronę 
podłogi. - Odłóżmy tę rozmowę na później, chcę 
teraz iść do córki - Chmielewski spojrzał chłodno na 
kapitana Wojtaszewskiego. Ten skinął potakująco 
głową. Chmielewski wstał i wyszedł z pokoju nie 
spoglądając już na Roberta. 
 
- A więc został tylko pan - uśmiechnął się kapitan 
Wojtaszewski. - Zna pan historię o Jonaszu? To 
bardzo pechowy żeglarz. Wojtaszewski wstał z za 
biurka i poszedł do Roberta. 
- Same nieszczęścia - dodał stając tuż przed nim. 
- Coś jeszcze? - Robert nie tracił pewności siebie. 
- Prowadzę dochodzenie w sprawie zabójstwa 
Cichowskiego, znanego jako "Cichy". - A co ja mam 
z tym wspólnego? - Robert spojrzał śmiało w oczy 
policjanta. - Udowodnię ci, że masz. - Wojtaszewski 
był pewny swoich słów. Cleo leżała w izolatce. Oczy i 
połowę twarzy miała przewiązaną bandażami. 
Leżała bez ruchu. Prawą ręką podłączona była do 

background image

kroplówki. Za oknem wstawał różowy świt. 
Zapowiadał się kolejny ciepły dzień kończącego się 
lata. Chmielewski siedział na łóżku. Tyle myśli, tyle 
słów cisnęło mu się do głowy, ale nic co ludzki język 
mógł wypowiedzieć nie było w stanie wyrazić 
cierpienia jakie trawiło go od środka. W ciągu jednej 
nocy postarzał się o dwadzieścia lat. Włosy do reszty 
posiwiały, policzki zapadły się pozostawiając obwisłe 
ciemne worki pod oczami. Siedział nieruchomo 
dopóki pielęgniarka nie pojawiła się w drzwiach. 
Musiał już wychodzić. Jeszcze raz spojrzał w stronę 
Cleo, ale nie podniósł oczu na jej twarz. - Cleo, 
córeczko - zdołał wyszeptać. Ręka Cleo poruszyła się 
i zsunęła się po prześcieradle w stronę gdzie siedział. 
Po omacku Odnalazła jego dłoń i mocno się na niej 
zacisnęła - Tato - usłyszał pierwszy raz w życiu z jej 
ust. Chmielewski wyszedł przed szpital gdzie na 
parkingu stał jego Mercedes. Ochroniarza odesłał do 
domu. Chciał być sam. Podszedł do samochodu i 
otworzył pilotem drzwi. Nagle usłyszał za sobą głos 
Roberta. - Co pan zrobi z tą teczką? 
Spojrzał na niego. Siadł do samochodu i Sięgnął do 
schowka na mapy. wyjął teczkę i podał ją Robertowi. 
- Nawet nie wiesz jak bardzo można bać się o swoje 
dziecko. Ja też zresztą nie wiedziałem, Robert 
odebrał teczkę, otworzył ją. Kolejne kartki 
opatrzone zdjęciami ukazywały ostatnie trzy 
tygodnie jego życia. Odnalazł zdjęcia z 
Międzyzdrojów i z Hotelu Amber. Na jednym z nich 
oboje z Cleo kochali się w basenie. Dalej było jeszcze 

background image

jedno zdjęcie przedstawiające Czarnego w geście 
powitania, ale druga osoba została odcięta 
nożyczkami. - Czy to wszystko? - spytał Robert. 
- Komplet - potwierdził Chmielewski - wynająłem 
takiego ...fotografa. Miał ją ochraniać, przed wami. 
Nie mogłem jej zatrzymać w domu, ale musiałem 
wiedzieć co robicie. - Oszukał pana. Brakuje 
najważniejszego. 
Robert przyjrzał się Chmielewskiemu uważnie. Nie 
wyglądał na człowieka, który po tym wszystkim co 
przeżył byłby w stanie go okłamywać. Uwierzył mu, 
że nie miał z tym nic wspólnego. 
 
- A czy ja ciebie kiedykolwiek pytałem skąd bierzesz 
swoje brudne pieniądze? Mam to mam. Wpłacę je 
zgodnie z umową na konto spółki. Jutro w banku. 
Cześć. Prokurator Wielewski odłożył słuchawkę na 
widełki telefonu. Był to stary aparat z lat 
pięćdziesiątych. Nie wymienił go na nowy bo 
widocznie miał do niego sentyment. Poprawił 
szlafrok i wyszedł z gabinetu na korytarz. Obok w 
sąsiednim pokoju na skórzanej kanapie siedziało 
dwóch młodych policjantów z jego osobistej ochrony. 
Gdy zajrzał do nich do pokoju poderwali się na 
równe nogi. - Siedź, siedź - uspakajał ich prokurator 
posyłając im uśmiech bazy-liszka. - Zgaście tylko 
chłopcy to światło, bo po co marnować tyle prądu. 
Zostawił ich w pokoju i odszedł w stronę sypialni. 
Był zmęczony i marzył o zasłużonym odpoczynku. 
Był to ciężki tydzień, ale nie mógł powiedzieć, że 

background image

stracony. Policjant wstał i podszedł do kontaktu. 
Przygasili światło. Wracając wziął z telewizora małe 
pudełko wykonane z hebanowego drzewa. Usiadł na 
kanapie i otworzył je. Wewnątrz leżał ręcznie 
grawerowany pistolet z rękojeścią z kości słoniowej. - 
Popatrz jakie cacko. Ciekawe, skąd on to ma? 
Policjant wziął pistolet do ręki. Był wyśmienicie 
dopasowany. Wycelował nim w telewizor, na ekranie 
którego pojawiła się znana spikerka telewizyjna. - 
Panie prokuratorze - redaktorka zwracała się do 
siwego, starszego pana - dzięki pańskiej akcji we 
współpracy z Brygadami Specjalnymi udało się 
przejąć niezwykle niebezpieczne materiały, pluton, z 
którego można wyprodukować bombę atomową. Kto 
miał być odbiorcą tego ładunku? Policjant poderwał 
się z kanapy i zawołał w głąb korytarza. - Panie 
prokuratorze! Jest pan w telewizji. - Według naszych 
wstępnych ustaleń - opowiadał prokurator - materiał 
miał być sprzedany do krajów arabskich. Polska 
była tylko miejscem tranzytowym. Policja 
udaremniła transakcję, przejmując zarówno towar, 
jak i - no - niebagatelną sumę... pół miliona dolarów. 
- Istnieje powszechna opinia, że wiele afer jest 
wyciszanych, ponieważ zarówno prokuratorzy, jak i 
sędziowie nie mają odpowiedniej ochrony w czasie 
prowadzenia śledztwa. Czy pan zgadza się z taką 
opinią? - spytała dziennikarka. Prokurator jakby 
zmieszał się trochę, ale chyba spodziewał się tego 
pytania. - Z pewnością młoda demokracja narażona 
jest na korupcję i przemoc. Państwo jest w takim 

background image

stanie, że nikt nie może się czuć bezpiecznie. Uśmiech 
jaki posłał prokurator dziennikarce pozwalał 
uwierzyć w szczerość jego wypowiedzi. 
 
ROZDZIAŁ 18 
 
Jest taki dzień pod koniec sierpnia, kiedy słońce staje 
się bledsze, chmury mają odcień ołowiu, zaczyna 
mżyć, a północno-zachodni wiatr staje się 
przenikliwy, chłodny. Drzewa jeszcze mają zielone 
liście, ale jakieś wypłowiałe blade. Nawet piasek na 
plaży staje się bezbarwny, a woda w morzu matowa. 
Cleo i Robert spacerowali po plaży, aż zmęczeni 
przysiedli na starym pniu drzewa. - Która godzina? - 
spytała Cleo. 
- Dziesiąta. Nie martw się. Zdążysz - starał się 
uspokoić ją Robert. Cleo gotowa była już do 
podróży. Za kilka godzin poleci samolotem z Berlina 
do Nowego Jorku. Jej walizka spakowana przez 
pana Janka spoczywała w bagażniku Mercedesa 
stojącego na wydmach koło starego, rybackiego 
portu. Chmielewski stał samotnie na plaży i czekał. 
Bardzo go prosiła, aby przyjechali jeszcze raz do 
Międzyzdrojów. Chciała posłuchać szumu morza i 
zapamiętać zapach plaży. Robert spojrzał na Cleo. 
Opaska z bandażu przesłaniała jej oczy. Założyła 
przeciwsłoneczne okulary, żeby wyglądać bardziej 
"cool". Teraz musiała je poprawiać raz po raz bo 
zsuwały się jej z nosa. Robert odgarnął jej włosy, 
żeby pomóc, ale odwróciła głowę w bok. - Wiesz - 

background image

zaczęła cicho Cleo - zanim tu przyjechałam widok 
morza przypominał mi dzieciństwo i ojca, ...teraz 
będę pamiętała nasz wspólny weekend. Uśmiechnęła 
się do niego. 
- Może przyjedziesz na Boże Narodzenie? - Głos 
Roberta był pełen szczerej nadziei - Czy jest jakiś 
powód, żebym tu wracała? - odwróciła od niego 
głowę - zupełnie bym zapomniała - zmieniła nagle 
temat. - Jeszcze w hotelu Cichy prosił, żebym oddała 
ci tę kopertę przed odjazdem. Cleo wyjęła z kieszeni 
żakietu białą kopertę i podała ją zdziwionemu 
Robertowi. Robert otworzył ją i zajrzał do środka. 
We wnętrzu był plik kilkunastu banknotów 
studolarowych i zdjęcie. Sięgnął po fotografię. Byli 
na niej wszyscy. Pamiętał, że zrobili je pierwszego 
dnia po przyjeździe do Międzyzdrojów. Skorpion, 
Dorota, Biedrona, Kobra, Iwona, Cleo, Robert i 
Cichy. Cała ich paczka w komplecie. - Co to jest?- 
spytała Cleo. 
Robert schował zdjęcie do koperty z pieniędzmi. 
- Bonus od Cichego. Kochał życie i miał miękkie 
serce. Cleo wstała, Robert poderwał się, żeby ją 
podtrzymać. - Mógłbyś nam zrobić zdjęcie. Będę je 
mogła obejrzeć za dwa tygodnie jak zdejmą mi 
opatrunki. Podała mu aparat. Robert odbiegł parę 
metrów, postawił aparat na słupie falochronu i 
włączył samowyzwalacz. Wrócił biegiem do Cleo i 
przytulił ją do siebie. Stali tak przez chwilę, ale flesz 
nie mrugnął. Robert wrócił po aparat. - Co się stało? 
- zaniepokoiła się Cleo. 

background image

- Film się skończył w aparacie - bezradnie 
odpowiedział Robert. Chmielewski stał na 
betonowym podjeździe przy wydmach. Spojrzał na 
zegarek. - Cleo. Chodź już. Spóźnimy się na samolot. 
Marzena, podeszła do niego przynosząc mu 
prochowiec. Robiło się chłodno. Robert 
podprowadził Cleo do samochodu. Stali chwilę na 
przeciwko siebie nic nie mówiąc. Wiatr szarpał ich 
włosy. 
- Dbaj o siebie. Napiszę do ciebie list jak tylko dojadę 
do domu. Obiecuję - zapewniała Cleo. - Będę 
dzwonił. Uważaj na siebie w tym Nowym Jorku. 
Podobno jest tam pełno gangsterów - zażartował 
Robert. Cleo pochyliła się do niego i pocałowała go. 
Marzena podeszła z drugiej strony i ujęła ją pod 
łokieć odprowadzając do samochodu. Oddalali się od 
siebie nie mogąc jednocześnie wypuścić swoich dłoni 
z uścisku. Chmielewski obszedł samochód otworzył 
drzwi i pomógł Cleo usiąść na tylnym siedzeniu. Gdy 
siedziała już w środku zatrzasnął za nią drzwi. 
Marzena usiadła po drugiej stronie. Robert stał z 
boku za sa-mochodem. Spojrzał na Chmielewskiego. 
- Mam dług wobec pana. 
Chmielewski przyjrzał się uważnie Robertowi nie 
bardzo wiedząc co on ma na myśli. - Wie pan co - 
obdarzył Roberta koleżeńskim uśmiechem - 
potraktujmy to jako przyjacielską inwestycję, co? - 
Wolałbym oddać - Robert odpowiedział uśmiechem. 
- E. - Chmielewski chciał coś dodać, ale się 
powstrzymał. "Przecież okazji do rewanżu w takim 

background image

mieście jak Szczecin nie brakuje" - pomyślał. Robert 
odczekał, aż Mercedes ruszył i zniknął za zakrętem 
uliczki biegnącej do centrum Międzyzdrojów. Stał 
tak przez chwilę, po czym zdjął buty i ruszył po 
piasku w dół plaży. Doszedł do przewróconych pni i 
usiadł na jednym z nich. Jeszcze raz otworzył 
kopertę. Przeliczył dolary, było ich tysiąc siedemset. 
Dlaczego właśnie tyle? Cichy niczego mu nie był 
winien. O co tu chodzi? - Pomyślał. Wyjął ponownie 
zdjęcie i przyjrzał się fotografii. Cichy obejmował na 
zdjęciu Iwonę i śmiał się do niego bezczelnie. Cleo i 
Robert stali po drugiej stronie samochodu. Robert 
odwrócił zdjęcie. Było podpisane czarnym 
flamastrem: - PRYMUS! NIE ODPUSZCZAJ. JEDŹ 
ZA NIĄ. 
podpisano - Cichy. 
CDN. 
 
KONIEC