background image

Garth Nix

Utopiona środa

Drowed Wednesday 

Klucze do królestwa 3

Przełożyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska

background image

Dla Anny, Thomasa

Całej mojej rodziny i przyjaciół

background image

Prolog

„Latająca Modliszka”, trójmasztowiec o zielonych żaglach, opalizujących za 

dnia i w nocy, był żaglowcem szybkim i na dodatek fortuna mu sprzyjała. Okręt 
pływał   po   wodach   Morza   Granicznego   w   Domu,   co   oznaczało,   że   mógł 
podróżować   po   oceanach,   morzach,   jeziorach,   rzekach   i   wszystkich   innych 
żeglownych   akwenach   na   dowolnie   wybranym   spośród   milionów   świecie   w 
Poślednich Królestwach.

Podczas tego rejsu „Latająca Modliszka” przecinała granatowe wody Morza 

Granicznego w drodze ku Portowi Środy. Ładownie żaglowca pełne były towarów 
zakupionych poza Domem, a także chorób wydobytych z wód Morza. W lukach 
skrywały się prawdziwe rarytasy: herbata, wino, kawa, przyprawy, smakołyki dla 
Rezydentów.   W   skarbcu   umieszczono   najwspanialsze   precjoza:   kaszle,   katary, 
paskudne   wysypki,   osobliwe   bakcyle   jąkania.  Wszystko   to   transportowano   pod 
postacią   pigułek,   proszków   do   wdychania,   a   także   talizmanów   z   wielorybich 
fiszbinów.

Tak kosztowny ładunek spowodował pewną nerwowość załogi. Żeglarze byli 

niespokojni i mieli przekrwione białka od czuwania. Morze Graniczne nie należało 
do bezpiecznych już od kilku tysięcy lat, czyli od niefortunnej transformacji Pani 
Środy   i   późniejszego   zatopienia   dawnej   linii   brzegowej.   Doszło   wówczas   do 
zaginięcia Środowego Południka i Zmierzchnika, a także wielu innych jej sług, 
którzy sprawowali pieczę nad Morzem Granicznym.

Na granatowej toni roiło się obecnie od nielicencjonowanych handlarzy i 

poszukiwaczy   skarbów,   którzy   skwapliwie   korzystali   z   okazji,   by   parać   się 
piractwem.  Na domiar  złego Morze dało schronienie  także korsarzom z krwi i 
kości,   którzy   w   niewiadomy   sposób   przedarli   się   przez   Pas   Burz   i   z   jakiegoś 
ziemskiego oceanu wpłynęli na Morze Graniczne.

Owi piraci  pozostali  śmiertelnikami  (w przeciwieństwie  do Rezydentów), 

niemniej udało im się częściowo przyswoić magię Domu. Bezmyślne obcowanie z 
Nicością sprawiło, że stali się niebezpieczni, a gdy działali w większej gromadzie, 
ludzka   zajadłość   i   durne   wykorzystywanie   opartych   na   Nicości   zaklęć   zwykle 
zapewniały im zwycięstwo w walce z ostrożniejszymi Rezydentami.

Obserwatorów   na   „Latającej   Modliszce”   rozmieszczono   w   bocianich 

gniazdach na trzech masztach, do tego jeden stał na dziobie i kilku na tylnym 
pokładzie.   Zadaniem   każdego   strażnika   było   wypatrywanie   piratów,   zwracanie 
uwagi   na   nietypowe   zjawiska   atmosferyczne   i   pilnowanie,   czy   nie   doszło   do 
najgorszego: pojawienia się Utopionej Środy, jak obecnie nazywano Panią Środę.

Większość   żeglujących   po   Morzu   Granicznym   statków   dysponowała 

niekompetentnymi   obserwatorami   i   kiepską   załogą.   Po   Potopie   wody   Morza 

background image

Granicznego   zalały   ponad   dziewięćdziesiąt   procent   nabrzeży   portowych, 
magazynów,   kantorów   i   biur.   Ponad   tysiąc   wyżej   usytuowanych   pomieszczeń 
pośpiesznie   przerobiono   na   statki.   Te   ostatnie   zapełnili   dawni   ładowacze, 
urzędnicy,   sekretarze,   rachmistrze,   gryzipiórki,   sprzątacze   i   zarządcy.   Choć 
wszyscy oni mieli za sobą kilka tysięcy lat praktyki, i tak nie sprawdzali się w roli 
marynarzy.

Z załogą „Latającej Modliszki" sprawy wyglądały inaczej. Statek należał do 

floty   czterdziestu   dziewięciu   jednostek   pływających   zamówionych   przez 
Architektkę i zbudowanych według jej projektu. Załoga wywodziła się z grona 
Rezydentów żeglarzy, stworzonych specjalnie po to, by pokonywać fale Morza 
Granicznego, a nawet zapuszczać się poza jego rejony. Kapitanem był nikt inny, 
tylko sam Herakliusz Fala, numer 15 287 w hierarchii ważności Domu.

Kiedy więc obserwator z marsa na bezanmaszcie krzyknął: „Coś wielkiego... 

eee... bez przesady... płynie do dziobowej bakburty... pod wodą!”, wówczas kapitan 
i załoga zachowali się jak starzy wyjadacze.

– Wszyscy na pokład! – ryknął mat, który pełnił wachtę. – Na stanowiska!
Jego wrzask został podchwycony przez wachtę oraz marynarzy na pokładzie, 

a kilka sekund później zabrzmiał ostry warkot werbla – to junga cisnął kapitańskie 
buty, które właśnie pucował, oraz pastę do nich, i chwycił pałeczki.

Rezydenci wylegli spod pokładu. Część skoczyła na wanty i ruszyła w górę, 

chcąc w razie potrzeby skorygować żagle. Niektórzy stanęli przy zbrojowni, aby 
chwycić za kusze i szable. Inni pognali do dział, by je załadować i wytoczyć; 
niestety,   „Latająca   Modliszka”   dysponowała   zaledwie   ośmioma   czynnymi 
armatami spośród szesnastu. Działa oraz proch strzelniczy, który sprawdzał się w 
warunkach Domu, były niesłychanie trudne do zdobycia, a materiały wybuchowe 
zawsze zawierały niebezpieczne drobiny Nicości. Od obalenia Ponurego Wtorka, 
co   zdarzyło   się   rok   i   dwa   miesiące   wcześniej,   proch   pozostawał   towarem 
deficytowym. Niektórzy powiadali, że zaprzestano jego produkcji; zdaniem innych 
tajemniczy   lord  Arthur,   obecnie   władca   Niższego   Domu   i   Odległych   Rubieży, 
gromadził zapasy na wojnę.

Kapitan   Fala   wspiął   się   na   rufówkę,   gdy   na   główny   pokład   wytaczano 

armaty.   Ich   pomalowane   na   czerwono   koła   skrzypiały   jakby   z   dezaprobatą. 
Dowódca, nawet boso, był nietypowo wysokim Rezydentem i zawsze nosił pełne 
umundurowanie admiralskie, zabrane z pewnego państewka, w małym światku, w 
odległym zakątku Poślednich Królestw. Uniform miał turkusową barwę, był mocno 
wcięty  w pasie, a na ramionach i mankietach lśniły ogromne ilości plecionego 
złota. W efekcie kapitan Fala błyszczał jeszcze jaskrawiej niż zielone żagle jego 
okrętu.

–   Co   się   dzieje,   panie   Rondel?   –   spytał   starszego   mata,   Rezydenta   o 

podobnym wzroście, lecz znacznie mniej przystojnego. Swego czasu, w wyniku 

background image

eksplozji   materiałów   wybuchowych   wymieszanych   z   Nicością,   Rondel   stracił 
wszystkie   włosy   i   ucho.   Jego   naga   czaszka   poorana   była   szramami.   Niekiedy 
wkładał fioletową czapkę z wełny, lecz członkowie załogi twierdzili zgodnie, że 
wówczas wygląda jeszcze gorzej.

–   Tajemniczy   obiekt   pod   wodą   od   bakburty   dziobowej   –   oznajmił   mat, 

przekazując kapitanowi lunetę. – Po mojemu ma ze trzydzieści metrów z okładem i 
mknie bardzo szybko. Może nawet z prędkością pięćdziesięciu węzłów.

– Rozumiem. – Kapitan przyłożył do oka lunetę. – To musi być... tak. Jaśnie 

pani   skierowała   do   nas   posłańca.   Panie   Rondel,   proszę   odwołać   alarm   i 
przygotować ludzi na uroczyste powitanie dostojnego gościa. Och, i niech Albert 
przyniesie mi buty.

Pan   Rondel   wyryczał   rozkazy,   a   kapitan   Fala   ponownie   uniósł   lunetę   i 

wycelował ją w nadpływający obiekt. Przez potężne soczewki wyraźnie widział 
ciemnozłote cygaro sunące pod wodą ku okrętowi. Początkowo nie sposób było 
określić, co tak sprawnie napędza tę jednostkę, lecz w następnej chwili jej złociste 
skrzydła   wystrzeliły   do   przodu   i   odepchnęły   wodę,   dzięki   czemu   obiekt 
gwałtownie przyśpieszył, pozostawiając za sobą kłęby piany.

– Lada moment się wynurzy – wymamrotał jeden z żeglarzy do towarzysza 

za kołem sterowym, przed którym stał kapitan. – Wspomnisz moje słowa.

Miał rację. Z toni wychynęły wielkie skrzydła i uderzyły powietrze. Morze 

zawirowało i wyskoczył z niego giętki potwór, wysoko, zdecydowanie powyżej 
marsa grotmasztu „Latającej Modliszki”. Otrząsnął się z wody, która lunęła niczym 
przelotny deszcz, a potem okrążył okręt, powoli opadając ku rufówce.

Z początku stwór przypominał złocistego, uskrzydlonego rekina o miękkich 

ruchach i groźnej, zębatej paszczęce. Kołując, kurczył się jednak, jego cygarowate 
cielsko wybrzuszało się i przeobrażało, a złocisty blask skóry ustępował innym 
barwom. W rezultacie potwór przybrał z grubsza ludzką postać, choć zachował 
złote skrzydła.

Gdy te przestały bić powietrze, gość postawił stopę na pokładzie i zmienił 

się w niebywale piękną kobietę. Nawet chłopiec okrętowy wiedział, że to wysokiej 
rangi   Rezydentka.   Nieznajoma   miała   na   sobie   strój   do   jazdy   konnej   z 
brzoskwiniowego aksamitu z rubinowymi guzikami oraz buty ze skóry rekina i 
pozłacane  ostrogi. Jej  płowe  włosy  były  ukryte  pod  srebrną  siatką;  szpicrutą  z 
długiego ogona aligatora albinosa nerwowo uderzała o udo.

– Kapitanie Fala?
– Środowa Jutrzenko. – Kapitan skłonił się nisko, jednocześnie wysuwając 

bosą   stopę.   Albert,   który   przybył   odrobinę   poniewczasie,   wykonał   ślizg   po 
pokładzie i w pośpiechu usiłował wepchnąć tę stopę w przyniesiony but.

– Nie teraz! – syknął Rondel i odciągnął chłopaka za kołnierz.
Kapitan i Środowa Jutrzenka nie zainteresowali się ani jungą, ani starszym 

background image

matem. Zgodnie podeszli do relingu i skierowali wzrok na ocean. Rozmawiali, 
niemal nie spoglądając na siebie.

– Mam nadzieję, kapitanie, że twoja podróż przebiega pomyślnie?
– W rzeczy samej, pani Jutrzenko. Czy mogę spytać, jaki szczęśliwy traf 

sprawił, że zaszczyciłaś moją jednostkę swoją obecnością?

– Naturalnie, kapitanie, to pytanie jest jak najbardziej zasadne. Przybywam 

tu na rozkaz mojej pani, by z przyjemnością przekazać ci pilną wiadomość.

Jutrzenka sięgnęła do rękawa, tak obcisłego, że nie dałoby się tam wcisnąć 

szpilki,   a   następnie   wydobyła   z   niego   grubą   brązową   kopertę,   zapieczętowaną 
kleksem z niebieskiego laku o ponadcentymetrowej grubości.

Kapitan Fala powoli wziął przesyłkę w dłonie, ostrożnie przełamał pieczęć i 

rozpostarł papier, aby odczytać list, napisany na wewnętrznej stronie koperty. Gdy 
dowódca był pogrążony w lekturze, na pokładzie panował idealny spokój. Dało się 
słyszeć jedynie fale, rozbijające się o kadłub jednostki, a także skrzypiące drewno, 
trzepoczący żagiel i wiatr poświstujący na wantach.

Wszyscy   wiedzieli,   co   musi   zawierać   list.   Rozkazy   Utopionej   Środy.  To 

oznaczało kłopoty, zwłaszcza że od kilku tysięcy lat szczęśliwie nie otrzymywali 
żadnych bezpośrednich poleceń od jaśnie pani. Niemal na pewno mogli zapomnieć 
o powrocie do domu, do Portu Środy, oraz o kilku dniach wolnego, na które zwykle 
mogli liczyć po sprzedaniu cennego ładunku.

Kapitan Fala przeczytał list  do końca, potrząsnął kopertą i podniósł  dwa 

dodatkowe   dokumenty,   które   wypadły   ze   środka,   niczym   gołębie   z   cylindra 
iluzjonisty.

–   Otrzymaliśmy   polecenie   skierowania   okrętu   na   śródlądowe   rejony 

Poślednich   Królestw   –   oświadczył   kapitan  i  spojrzał   na   Środową   Jutrzenkę. 
Oczekiwał wyjaśnień.

– Nasza pani dopilnuje, by Morze rozpostarło się tam w czasie potrzebnym 

do zaokrętowania pasażera – odparła.

– Będziemy musieli dwukrotnie pokonać Pas Burz – powiedział dowódca. – 

Z pasażerem śmiertelnikiem na pokładzie.

– Będziecie musieli – przyznała Jutrzenka. Szpicrutą postukała w jeden z 

dokumentów. – To Zezwolenie umożliwi śmiertelnikowi przebycie Pasa.

– Czy rzeczonego śmiertelnika należy traktować jak osobistego gościa jaśnie 

pani?

– Właśnie tak.
–   W   manifeście   okrętowym   powinienem   uwzględnić   nazwisko   tego 

pasażera.

–   Niekoniecznie   –   prychnęła   Jutrzenka   i   popatrzyła   kapitanowi   prosto   w 

oczy.   –   To   poufny   gość.   Dysponuje   pan   opisem,   lokalizacją   i   konkretnymi 
poleceniami   na   czas   podróży,   sporządzonymi   przeze   mnie   osobiście,   kapitanie. 

background image

Sugeruję, by się pan ich trzymał. Rzecz jasna, może pan przeciwstawić się tym 
rozkazom. W takim wypadku zorganizuję stosowną audiencję u Pani Środy.

Członkowie załogi wstrzymali oddechy. Gdyby kapitan wybrał spotkanie z 

Utopioną Środą, wszyscy musieliby stawić się u niej wraz z nim, a żaden z nich nie 
był na to gotowy.

Kapitan Fala wahał się przez moment, potem nieśpiesznie zasalutował.
– Jak zawsze, pozostaję na rozkazy jaśnie pani Środy. Miłego dnia, pani 

Jutrzenko.

– Miłego dnia, kapitanie. – Jutrzenka poruszyła skrzydłami i na pokładzie 

rufówki podniósł się wiatr. – Powodzenia.

– Będzie nam potrzebne – szepnął sternik do towarzysza, kiedy Jutrzenka 

wspięła się na reling, skoczyła i po długim locie zanurkowała w odległości kilkuset 
metrów od okrętu, ponownie pod postacią złocistego, skrzydlatego rekina.

– Panie Rondel! – ryknął kapitan, choć starszy mat znajdował się niemal na 

wyciągnięcie ręki. – Gotowość do postawienia żagli!

Zerknął na zawiły opis trasy dostarczony mu przez Jutrzenkę. Zwrócił uwagę 

na znane sobie miejsca na Morzu Granicznym, których będą musieli wypatrywać, a 
także   na   wróżby   i   zaklęcia   niezbędne,   by   w   odpowiednim  czasie   doprowadzić 
jednostkę   do   celu   podróży,   na   obszarze   Poślednich   Królestw.   Kapitan   był 
Zaklinaczem-Nawigatorem, podobnie jak jego oficerowie – co stanowiło normę w 
regularnej flocie handlowej Utopionej Środy.

– Mhm... Szpital Bethesda... sala 206... dwie minuty po godzinie siódmej 

wieczorem. W środę, rzecz jasna – mamrotał kapitan pod nosem, czytając tekst. – 
Czas domowy, według linii czwartej, odpowiada dacie lokalnej, podanej w ramce 
w   rogu,   a   gdzie...   dziwna   nazwa   jak   na   miasto...   nigdy   nie   słyszałem   o   takiej 
krainie... co ci śmiertelnicy jeszcze wymyślą... i świat... – Odwrócił papier na drugą 
stronę. – Hm... Mogłem się domyślić!

Kapitan spojrzał na swoich ludzi, którzy biegli, wspinali się, huśtali, toczyli, 

kołysali, rozwijali żagle i ciągnęli liny. Nagle wszyscy, jak jeden mąż, zamarli i 
popatrzyli na dowódcę.

– Płyniemy na Ziemię! – krzyknął kapitan Fala.

background image

Rozdział 1

Która godzina? – spytał Arthur natychmiast po wyjściu pielęgniarki, która 

odtoczyła stojak z niepotrzebną już kroplówką. Matka zasłaniała chłopcu zegar. 
Emily wyjaśniła, że wpadła tylko na chwilę, i za nic nie chciała usiąść, lecz minął 
kwadrans, a ona wcale nie zbierała się do wyjścia. Arthur wiedział, co to oznacza: 
martwiła się o niego, chociaż oddychał już samodzielnie, a ból w jego złamanej 
nodze był całkiem znośny.

– Wpół do piątej. Ostatni raz zadałeś mi to pytanie pięć minut temu – odparła 

Emily. – Dlaczego tak pilnie śledzisz czas? I co się stało z twoim zegarkiem?

– Chodzi do tyłu – wyjaśnił, celowo ignorując pierwsze pytanie. Nie mógł jej 

wyjawić,   czemu   bezustannie   pyta  o  godzinę.   Nie   zrozumiałaby   prawdziwych 
przyczyn.

Uznałaby   go   za   wariata,   gdyby   powiedział   jej   o   Domu,   tej   osobliwej 

budowli, która w swych wnętrzach skrywała bezkresne przestrzenie i stanowiła 
centrum wszechświata. Nawet gdyby Arthur mógł zabrać tam matkę, nie udałoby 
się jej ujrzeć gmachu.

Wiedział, że prędzej czy później ponownie trafi do Domu. Tamtego ranka w 

szpitalu   znalazł   pod   poduszką   zaproszenie,   podpisane   przez   Panią   Środę. 
„Transport   zapewniony”,   głosiło.   Arthur   instynktownie   czuł,   że   te   słowa   są 
znacznie bardziej złowróżbne, niż można by wywnioskować z niewinnego słowa 
„transport”.   Być   może   trafi   do   niewoli.   A   może   dostarczą   go   jak   przesyłkę 
pocztową...

Przez cały dzień oczekiwał, że coś się wydarzy. Nie wierzył, że minęło już 

wpół do piątej w środowe popołudnie, a nadal nie pojawiły się osobliwe stwory i 
nie   doszło   do   nieprawdopodobnych   zdarzeń.   Na   obszarze   Poślednich   Królestw 
Pani   Środa   władała   jedynie   w   dniu,   którego   była   imienniczką.   Cokolwiek 
zaplanowała w związku z Arthurem, musiało się zdarzyć przed północą. W ciągu 
siedmiu i półgodziny...

Za   każdym   razem,   gdy   na   progu   stawała   pielęgniarka   lub   gość,  Arthur 

podskakiwał, oczekując niebezpiecznego poddanego Środy. Godziny mijały, a on 
reagował coraz bardziej nerwowo.

Napięcie   doskwierało   mu   bardziej   niż   ból   w   złamanej   nodze.   Lekarze 

nastawili   kość   i   umieścili   kończynę   w   supernowoczesnej   formie,   która 
przypominała   pancerz   i   zakrywała   nogę   od   kolana   do   kostki.   Materiał   był 
niesłychanie   wytrzymały,   nieprawdopodobnie   lekki   i   wyposażony   w 
„nanotechniczne   stymulatory   leczenia”,   jak   to   ujął   lekarz,   cokolwiek   to   miało 
oznaczać. Bez względu na nazwę, rzecz spełniała swoją funkcję i już zredukowała 
obrzęk. Forma była tak świetnie pomyślana, że po wykonaniu zadania dosłownie 

background image

spadała z nogi, by obrócić się w pył.

Astma   również   pozostawała   pod   kontrolą,   przynajmniej   chwilowo,   lecz 

Arthur   i   tak   irytował   się   jej   nawrotem.   Dotąd   sądził,   że   skutkiem   ubocznym 
władania Pierwszym Kluczem było niemal całkowite ustąpienie choroby.

Pierwsza Dama wykorzystała moc Klucza do usunięcia wszystkich efektów 

jego wpływu na Arthura. Cofnęła rezultaty nieporadnej próby zaleczenia złamanej 
nogi, ale też przywróciła niepożądaną astmę. Arthur musiał jednak przyznać, że 
lepiej   mieć   uleczalne   złamanie   nogi   oraz   znajomą   astmę,   nad   którą   można 
zapanować, niż dziwacznie powykręcaną, nie kwalifikującą się do operacji nogę i 
zaleczoną astmę.

Mam szczęście, że uszedłem z życiem, pomyślał. Zadrżał na wspomnienie 

Studni Ponurego Wtorka.

– Trzęsiesz się – zauważyła Emily. – Zmarzłeś? Może tak cię boli?
–   Nie,   wszystko   w   porządku   –   pośpieszył   z   zapewnieniem.   –   Noga   mi 

dokucza, ale to nie problem, poważnie. Co tam u taty?

Emily   popatrzyła   na   niego   z   uwagą.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   się 

zastanawia, czy chłopiec zniesie złe wieści.

Na   pewno   wydarzyło   się   coś   niedobrego,   pomyślał   Arthur.   Pokonał 

Ponurego Wtorka, lecz wcześniej jego podwładni zdążyli namieszać w finansach 
rodziny   Penhaligonów...   a   także   doprowadzić   do   potężnego   wstrząsu 
gospodarczego na skalę ogólnoświatową.

–   Bob   przez   całe   popołudnie   porządkował   nasze   sprawy   majątkowe   – 

wyjaśniła w końcu matka. – Podejrzewam, że na tym nie koniec. Wygląda na to, że 
zatrzymamy   dom,   lecz   będziemy   musieli   go   wynająć   i   przeprowadzić   się   do 
mniejszego   mieszkania   na   rok   lub   dłużej.   Poza   tym   Bob   znowu   wyjedzie   na 
tournee z zespołem. To tylko jedna z istotnych zmian. Dobrze, że nie trzymaliśmy 
wszystkich pieniędzy w tych dwóch bankach, które wczoraj upadły. Mnóstwo ludzi 
na tym ucierpi.

–  A  co   z   tymi   znakami   informującymi   o   centrum  handlowym,   które   ma 

powstać po drugiej stronie ulicy?

– Już ich nie było, gdy wczoraj wieczorem wróciłam do domu, ale Bob 

wspomniał, że też je widział – odparła Emily. – Dziwna sprawa. Kiedy spytałam o 
to   panią   Haskell   spod   dziesiątki,   powiedziała   mi,   że   jakiś   wyszczekany   agent 
nieruchomości   skłonił   ich   do   sprzedaży   domu.   Podpisali   z   nim   umowę   i   na 
wszystko się zgodzili. Na szczęście w dokumentach była jakaś luka, więc mogli się 
wycofać. W gruncie rzeczy wcale nie mieli ochoty nic sprzedawać. Rozumiem, że 
teraz nie powstanie tam żadne centrum handlowe, nawet gdyby inni sąsiedzi, ci, 
którzy sprzedali swoje domy, nie zmienili zdania. Dom Haskellów znajduje się w 
samym środku ewentualnego placu budowy, a my też nie sprzedamy naszego, to 
jasne.

background image

– A co ze studiami Michaeli? Czy uniwersytetowi nadal brakuje funduszy?
–   To   trochę   bardziej   skomplikowane.   Uczelnia   powierzyła   wszystkie 

pieniądze   jednemu   z   upadłych   banków,   zatem   cała   suma   przepadła.   Możliwe 
jednak, że sprawą zainteresują się władze, które dopilnują, by studenci na tym nie 
ucierpieli. Jeśli zajęcia Michaeli zostaną odwołane, trzeba ją będzie skierować do 
innej   szkoły.   Trzy...   nie,   cztery   uczelnie   zgodziły   się   ją   przyjąć.   Nie   grozi   jej 
przerwa w nauce.

– Ale będzie musiała wyjechać z domu.
Arthur   nie   wypowiedział   na   głos   tego,   co   pomyślał:   „Przeze   mnie. 

Powinienem szybciej się rozprawić ze Szkaradziejami...”.

– Wątpię, by się tym specjalnie martwiła. Pytanie, jak za to zapłacimy. Ale ty 

nie musisz się przejmować, Arthur. Zawsze chcesz brać na swoje barki zbyt duży 
ciężar. Masz inne obowiązki. Skup się na kuracji. Razem z ojcem zadbamy o to, 
aby wszystko...

Emily nagle przerwała, gdyż zabrzęczał jej szpitalny pager, z którym nigdy 

się nie rozstawała. Na wyświetlaczu pojawił się pasek tekstu. Emily zmarszczyła 
czoło, czytając przepływającą jej przed oczyma wiadomość.

– Na mnie pora, Arthur.
– W porządku, mamo, idź – oświadczył chłopak. Przywykł do tego, że Emily 

musi   stawiać   czoło   nieoczekiwanym   i   nieprawdopodobnym   problemom 
medycznym.   Należała   do   grona   najważniejszych   krajowych   naukowców   w 
dziedzinie medycyny. Nagły atak i gwałtowny zanik Sennego Pomoru dostarczyły 
jej mnóstwa dodatkowej pracy.

Emily pośpiesznie pocałowała syna w policzek i postukała kostkami palców 

o ramę łóżka, na szczęście. W następnej chwili już jej nie było.

Arthur zastanawiał się, czy uda mu się kiedyś wyjaśnić mamie, że Senny 

Pomór   przywlekli   Aporterzy   Pana   Poniedziałka,   a   za   wyleczenie   chorych 
odpowiada Nocny Tępiciel, którego specjalnie ściągnął z Domu. Chociaż Arthur 
uchronił   Ziemię   przed   niebezpieczeństwem,   i   tak   czuł   się   odpowiedzialny   za 
sprowadzenie epidemii.

Zerknął na zegarek – wskazówki nadal się cofały.
Pukanie   do   drzwi   sprawiło,   że   ponownie   usiadł.   Był   przygotowany   na 

wszystko.   W   kieszeni   piżamy   trzymał  Atlas,   a   także   zawieszony   na   szyi   na 
splecionych   nitkach   dentystycznych   medalion   od   Żeglarza.   Szlafrok   chłopca 
znajdował   się   na   krześle   przy   łóżku,   razem   z   Niematerialnymi   Butami,   które 
zamaskowały   się   jako   kapcie.   Potrafił   je   rozpoznać   tylko   po   tym,   że   kiedy   je 
zakładał, czuł lekkie wyładowania elektryczne i swędzenie.

Ktoś   zapukał   ponownie.  Arthur   nie   odpowiadał.   Pamiętał,   że  Aporterzy, 

stwory,   które   go   prześladowały   w   poniedziałek,   nie   mogą   bez   pozwolenia 
przekroczyć progu. Dlatego milczał jak zaklęty – na wszelki wypadek.

background image

Leżał w kompletnej ciszy i obserwował drzwi, które nagle nieznacznie się 

uchyliły. Arthur sięgnął do nocnego stolika po papierową torebeczkę z solą, którą 
zatrzymał   z   obiadu.   Był   gotowy   rozedrzeć   ją   i   cisnąć   białymi   kryształkami   w 
Aportera.

W drzwiach nie stanął jednak psiogłowy stwór w meloniku. Była to Liść, 

przyjaciółka chłopca ze szkoły, która poprzedniego dnia pomogła mu uchronić się 
przed Sponiewierakiem. Podczas potyczki z potworem sama odniosła rany.

– Arthur?
– Liść! Wejdź!
Liść zamknęła za sobą drzwi. Miała na sobie zwyczajne ubranie: buty, dżinsy 

i   koszulkę   z   nabazgraną   nazwą   jakiegoś   zespołu.   Jej   prawa   ręka   była   jednak 
owinięta białymi bandażami od łokcia do nadgarstka.

– Jak ręka?
– Boli. Ale nie jest najgorzej. Lekarz nie miał pojęcia, skąd takie dziwne 

skaleczenia.   Powiedziałam   mu,   że   nie   wiem,   bo   nie   zauważyłam,   czym   mnie 
zaatakowano.

–   W   prawdę   pewnie   by   nie   uwierzył   –   mruknął   Arthur   i   pomyślał   o 

przeobrażającym   się   Sponiewieraku   oraz   jego   długich   rękach,   zakończonych 
ostrymi jak brzytwy mackami.

– A jaka jest prawda? – spytała Liść. Usiadła na krześle i wbiła uważne 

spojrzenie w Arthura. Poczuł się niezręcznie. – Wiem tyle, że w ubiegłym tygodniu 
wdałeś   się   w   jakąś   dziwaczną   awanturę   z   ludźmi   o   psich   twarzach,   a   w   tym 
tygodniu   porobiło   się   jeszcze   gorzej,   bo   w   poniedziałek   zjawiłeś   się   w   moim 
pokoju razem z jakąś... skrzydlatą dziewczyną z innej epoki. Wbiegłeś na schody 
do sypialni i zniknąłeś. Potem, wczoraj, przygnałeś do mojego ogródka, a za tobą 
cwałował potwór, który mógłby bez trudu mnie zabić, tyle że zdematerializował się 
w zetknięciu ze starym srebrnym medalem taty. Później znowu musiałeś uciekać. A 
dzisiaj dowiaduję się, że masz złamaną nogę i leżysz na sąsiednim oddziale. Co się 
dzieje?

Arthur otworzył usta, ale się zawahał. Wyjawienie dziewczynie wszystkiego 

przyniosłoby mu nieopisaną ulgę. Przynajmniej widziała Rezydentów Domu. Nikt 
poza nią ich nie dostrzegł. Jak sama twierdziła, jej prababcia widywała rzeczy dla 
innych niewidzialne. Tylko że prawda mogłaby narazić Liść na niebezpieczeństwo.

–   Pośpiesz   się,   Arthur!   Muszę   to   wiedzieć.   A   jeśli   jeden   z   tych 

Sponiewieraków   wróci,   żeby   mnie   wykończyć?  Albo   jakiś   inny   stwór,   choćby 
któryś z tych o psim pysku? Na Sponiewieraków mam parę medali taty, ale co 
zrobić z psimi pyskami?

– To Aporterzy – wyjaśnił Arthur i podniósł papierową saszetkę. – Psie pyski 

noszą nazwę Aporterów. Ciśnij w nich solą.

–   Nareszcie   coś   z   ciebie   wyciągnęłam   –   westchnęła.   –  Aporterzy   Skąd 

background image

pochodzą? Czego chcą?

– To służący. – Mówił coraz szybciej. Odetchnął z ulgą, mogąc opowiedzieć 

komuś o tym, co się naprawdę zdarzyło. – Istoty stworzone z Nicości. Ci, których 
widziałaś, pozostawali pod rozkazami Pana Poniedziałka. On jest... był jednym z 
siedmiu Wykonawców...

– Chwila! – przerwała mu Liść. – Powoli. Zacznij od początku.
Arthur odetchnął na tyle głęboko, na ile pozwalały mu płuca, i zaczął od 

początku.   Opowiedział   przyjaciółce  o  spotkaniu   z   Panem   Poniedziałkiem   i 
Kicholem.   O   Poniedziałkowym   Południku,   który   ścigał   go   przez   szkolną 
bibliotekę,   wywijając   ognistym   mieczem.   Wspomniał,   w   jaki   sposób   po   raz 
pierwszy   trafił   do   Domu,   jak   poznał   Suzy   Turkusowy   Błękit   oraz   Pierwszy 
Fragment   Woli   i   jak   cała   trójka   w   końcu   odniosła   zwycięstwo   nad   Panem 
Poniedziałkiem.   Wyjaśnił,   jak   sprowadził   na   Ziemię   Nocnego   Tępiciela,   aby 
pokonać Senny Pomór, i jak uznał, że będzie miał spokój do pełnoletności, lecz 
jego nadzieje zostały skutecznie rozwiane przez Szkaradziejów Ponurego Wtorka, 
których przybycie doprowadziło do powrotu Arthura do Domu, wyprawy w głąb 
Studni i ostatecznego zwycięstwa nad Ponurym Wtorkiem.

Liść   niekiedy   zadawała   pytania,   lecz   przez   większość   czasu   po   prostu 

siedziała   i   chłonęła   wszystko,   co   Arthur   miał   do   powiedzenia.   Na   koniec 
zaprezentował jej zaproszenie od Pani Środy. Dziewczyna wzięła kartonik do ręki i 
kilka razy przeczytała treść wiadomości.

– Szkoda, że nie miewam takich przygód jak ty – westchnęła i powiodła 

palcem po tekście na zaproszeniu.

– Nie miałem poczucia, że uczestniczę w przygodach – wyjaśnił jej Arthur. – 

Przez większość czasu zżerał mnie strach i nic mi nie sprawiało przyjemności, nic 
mi nie przypadło do gustu. Sponiewierak cię nie przeraził?

–   Jasna   sprawa.   –   Wymownie   spojrzała   na   zabandażowaną   rękę.   –  Ale 

żyjemy, no nie? Dlatego to była przygoda. Gdybyś zginął, można by mówić o 
tragedii.

– Nie narzekałbym, gdybym przez jakiś czas nie miewał takich przygód. – 

Arthur   pomyślał,   że   Liść   –   zgodziłaby   się   z   nim,   gdyby   miała   podobne 
doświadczenia. Jego opowieści były o wiele bardziej fascynujące i ciekawe niż 
rzeczywistość. – W gruncie rzeczy marzę o świętym spokoju.

–   Raczej   możesz   zapomnieć   o   spokoju   –   oświadczyła   Liść.   Podniosła 

zaproszenie od Środy i rzuciła je Arthurowi, który wsunął kartonik z powrotem do 
kieszeni. – Mam rację?

– Masz – zgodził się z rezygnacją w głosie. – Potomne Dni nie zostawią 

mnie w spokoju.

– No to co zrobisz? – spytała.
– Jak to?

background image

–   Skoro   i   tak   nie   zostawią   cię   w   spokoju,   wykonaj   pierwszy   ruch. 

Rozumiesz, najlepszą metodą obrony jest atak.

– Chyba... – zawahał się Arthur. – Twoim zdaniem nie powinienem czekać 

na to, co zrobi Środa, tylko z miejsca wrócić do Domu?

– Tak, czemu nie? Spotkaj się ze swoją przyjaciółką Suzy, a także z Wolą, i 

opracujcie jakiś plan przeciwstawienia się Środzie, zanim ona się z wami rozprawi.

– Niezła myśl – przyznał. – Problem w tym, że nie mam pojęcia, jak wrócić 

do Domu. Nie jestem w stanie otworzyć Atlasu, bo wykorzystałem już całą moc, 
którą zaczerpnąłem od Kluczy. I jeszcze jedno. Może nie zauważyłaś, ale mam 
złamaną nogę. Chociaż właściwie...

– Co takiego?
– Mógłbym zadzwonić do Pierwszej Damy, gdybym miał przy sobie pudło z 

telefonem.   Pewnie   jest   już   podłączone,   skoro   uregulowano   rachunki   Ponurego 
Wtorka.

– Gdzie jest to pudło? Jak wygląda?
– Jest u nas w domu – wyjaśnił Arthur. – W moim pokoju. Wygląda jak 

najzwyklejsze w świecie drewniane pudełko, wyłożone aksamitem. Mniej więcej 
tej wielkości – rozłożył ręce.

–   Pewnie   mogłabym   je   przynieść   –   zamyśliła   się   Liść.   –   Gdyby   tylko 

wypuścili mnie ze szpitala. Jeśli nie jeden problem, to inny. Jedna kwarantanna, 
druga kwarantanna...

– Kto wie... – rozważał Arthur. – A gdybym ja sam... Co to za zapach?
Liść powęszyła w powietrzu i rozejrzała się dookoła. W tej samej chwili 

załopotały kartki kalendarza na ścianie.

– Nie mam pojęcia. Chyba klimatyzacja się włączyła. Wyczuwam podmuch.
Arthur uniósł ręce, aby sprawdzić, czy powietrze się porusza. Niewątpliwie 

skądś   wydobywał   się   strumień   chłodu,   a   wraz   z   nim   słonawy   zapach,   jakby 
przebywali na plaży przy wysokiej fali...

– Zalatuje wilgocią – zauważyła Liść.
Arthur   z   trudem  usiadł,   sięgnął   po   kapcie   oraz   szlafrok   i   pośpiesznie   je 

włożył.

– Liść! – krzyknął. – Uciekaj! To nie klimatyzacja!
–   Pewnie,   że   nie   –   zgodziła   się   dziewczyna.   Wiatr   nasilał   się   z   każdą 

sekundą. – Zanosi się na coś dziwnego.

– Tak, to prawda... Uciekaj, póki możesz!
– Chcę zobaczyć, co się stanie. – Liść chwyciła się łóżka i oparła o nie całym 

ciałem. – O rany, spod ściany cieknie woda!

Rzeczywiście. Po podłodze z wolna rozpływała się cienka warstwa wody, 

niczym mała fala na piasku, zapowiadająca większą. Dotarła niemal do łóżka, lecz 
potem się cofnęła.

background image

– Coś słyszę – zauważyła Liść. – Jakby pociąg.
Arthur   również   słyszał   ten   dźwięk.   Był   to   odległy   grzmot,   który 

niewątpliwie się przybliżał.

– To nie pociąg! Trzymaj się łóżka!
Liść   złapała   poręcz   u   stóp   łóżka,  Arthur   chwycił   się   wezgłowia.   Oboje 

odwrócili wzrok ku przeciwległej ścianie, która w tej samej chwili zniknęła. W jej 
miejscu wyrosła i runęła do sali grzmiąca, sina fala. Wielotonowy mur morskiej 
wody zmiótł całe wyposażenie pomieszczenia i roztrzaskał je w drobny mak. Tylko 
łóżko ocalało, porwane przez gigantyczny bałwan.

Oszołomieni, przemoczeni i gotowi na wszystko, Arthur oraz Liść z całych 

sił przywarli do mebla.

background image

Rozdział 2

Sala szpitalna w jednej chwili znikła, zastąpiona przez groźnie wzburzone 

sztormem morze. Materac zanurzył się na kilka centymetrów w wodzie i teraz 
łóżko pełniło funkcję prowizorycznej tratwy. Porwane przez pierwszą wielką falę, 
przez kilka sekund gnało na jej grzbiecie, by następnie ześliznąć się głęboko w 
wodną dolinę.

Liść coś krzyknęła, lecz jej słowa zostały zagłuszone przez huk fal i wycie 

wiatru.  Arthur   nie   dosłyszał   koleżanki,   a   na   dodatek   ledwie   ją   widział   przez 
pryskającą   wszędzie   wodę   i   morską   pianę.   Wyczuł   uścisk   dziewczyny,   kiedy 
złapała go za stopę i wczepiła się w materac. Oboje skończyliby w topieli, gdyby 
Arthur nie zaklinował rąk w prętach wezgłowia.

Strach dodał dziewczynie sił i Liść podpełzła do góry łóżka. Tam pochyliła 

się ku Arthurowi.

– Co robimy?! – wrzasnęła.
Nic nie wskazywało na to, że świetnie się bawi.
– Trzymaj się! – odkrzyknął Arthur. Za plecami koleżanki dostrzegł następną 

górę wody, wysokości biurowca, która pędziła prosto na nich. Gdyby załamała się 
nad  łóżkiem,   siła   uderzenia   zmiotłaby   ich   z   materaca   i   wtłoczyła   głęboko  pod 
powierzchnię morza. W takiej sytuacji nie mieliby szans.

Grzbiet fali zawijał się wysoko nad nimi, przysłaniając ciemnoszare niebo. 

Arthur i Liść wstrzymali oddech i patrzyli w górę, na wypiętrzoną wodę.

Fala się nie przełamała. Łóżko dopłynęło do niej, by stawić jej czoło niczym 

łódź rybacka. W pobliżu wierzchołka bałwana stanęło niemal pionowo i już miało 
się wywrócić do góry nogami, gdy Arthur i Liść rzucili się całym ciężarem na jego 
unoszący się skraj.

Zdążyli w ostatniej chwili. Łóżko się nie wywróciło. Po chwili ponownie 

kołysało się na wodzie jak tratwa, gotowe na spotkanie z grzbietem drugiej fali. 
Rozbitkowie balansowali przez kilka sekund, a potem łóżko znowu zaczęło się 
ześlizgiwać po zboczu góry wody. Spadali w oszałamiająco głęboką dolinę przed 
kolejną   wielką,   niebieskoczarną   ścianą   sunącej   wody,   zwieńczonej   białym 
grzebieniem.

Trzecia fala była inna.
Po jej zboczu osuwał się trójmasztowiec długości sześćdziesięciu metrów, 

którego żagle lśniły nieziemską zielenią.

– Statek! – krzyknęła Liść z nadzieją w głosie. Jej optymizm jednak szybko 

zniknął, bo łóżko nadal osuwało się w dolinę, z każdą chwilą nabierając prędkości. 
Tymczasem   okręt   w   jeszcze   bardziej   oszałamiającym   tempie   spływał   z 
nadbiegającej fali.

background image

– Zderzymy się! Skaczmy!
– Nie! – odkrzyknął Arthur. Był pewien, że po opuszczeniu prowizorycznej 

tratwy natychmiast utoną. – Czekaj!

Kilka sekund później stało się jasne, że oczekiwanie było błędem. Okręt nie 

zmienił kursu. Gigantyczny drewniany pocisk zmierzał ku nim z taką prędkością, 
że mógłby zmiażdżyć łóżko razem z pasażerami, a jego załoga nawet by tego nie 
spostrzegła.

Arthur zamknął oczy, gdy okręt znalazł się w odległości dwudziestu metrów 

od nich. Ostatnie, co widział, to dziób zanurzający się w morzu i wynurzający się 
ponownie. Wokół niego rozbryzgiwała się morska piana i pryskały drobne krople, a 
bukszpryt sterczał z wody niczym włócznia.

Chłopiec otworzył oczy, zdziwiony, że nie czuje wstrząsu. Statek w ostatniej 

chwili skręcił tak, by zetknąć się z łóżkiem na samym dnie doliny między falami. 
Obie jednostki znieruchomiały, dzięki czemu łóżko przez kilka sekund nie oddaliło 
się   od   burty   okrętu.   Ten   wyczyn   świadczył   o   niebywałych   umiejętnościach 
żeglarskich kapitana i załogi, zwłaszcza że manewr wykonywano przy nadzwyczaj 
wysokiej fali.

Przez rozpryski wody Arthur dostrzegł dwie zakończone pętlami liny, które 

opadły ze statku niczym lassa, jedna pętla otoczyła Liść, a druga, niewątpliwie 
wycelowana w Arthura, zacisnęła się na lewym słupku łóżka. Chłopak rzucił się w 
tamtą stronę, lecz zanim poluzował pętlę, obie liny się napięły. Liść pofrunęła w 
górę niczym rakieta, prosto na pokład statku.

Druga lina wywróciła łóżko.
Arthur nie zdołał się utrzymać na materacu i wpadł do wody. Zanurzył się na 

głębokość paru metrów i momentalnie stracił oddech. Przez welon wody i piany 
dostrzegł dziewczynę i łóżko, frunące ku relingowi, wysoko na pokładzie. Łóżko 
uniosło   się   jeszcze   na   kilka   metrów   i   nagle   ktoś   puścił   linę.   Opadło   na 
powierzchnię wody.

Arthur zajadle kopał, choć jedną nogę miał całkowicie unieruchomioną, i 

gwałtownie   młócił   rękoma,   starając   się   ze   wszystkich   sił   wypłynąć   na 
powierzchnię i dostać się na statek. Kiedy jednak wychylił wreszcie głowę ponad 
fale i z trudem zaczerpnął haust wilgotnego powietrza, okręt znajdował się już co 
najmniej   pięćdziesiąt   metrów   dalej   i   ukosem   piął   się   na   grzbiet   kolejnego 
morskiego   bałwana,   nabierając   prędkości.   Na   oczach  Arthura   załoga   rozwinęła 
żagle, które błyskawicznie wypełniły się wiatrem. Jednostka przyśpieszyła jeszcze 
bardziej.

Łóżko kołysało się na wodzie znacznie bliżej, w odległości mniej więcej 

dziesięciu metrów. Arthur uznał, że to jego jedyna szansa ratunku, i niczym furiat 
rzucił się ku niemu. Poczuł, jak jego płuca się zaciskają, nadciągał atak astmy. W 
panice włożył całą energię w dotarcie do łóżka, które już zaczynało unosić się 

background image

przed nadciągającą falą.

Udało   mu   się   w   ostatniej   chwili.   Złapał   ciągnący   się   za   łóżkiem   koc, 

zaplątany między prętami dolnej części, a następnie desperacko się podciągnął, w 
nadziei na to, że koc utrzyma jego ciężar.

Po   krótkich   zmaganiach,   które   pochłonęły   resztki   jego   sił,   Arthur   z 

najwyższym trudem wdrapał się na materac i ponownie zaklinował ręce między 
prętami wezgłowia.

Zadrżał, gdy zdał sobie sprawę, że oddycha coraz płycej i coraz trudniej mu 

walczyć   z   dusznościami.   Nie   wiedział,   gdzie   się   znajduje,   ale   dolegliwości 
świadczyły   o   tym,   że   nie   przebywa   w   Domu.   Znalazł   się   na   morzu   gdzieś   w 
Poślednich Królestwach.

Przyszło mu do głowy, że nie ma znaczenia, gdzie jest, bo i tak pewnie 

wkrótce umrze. Był oszołomiony, zmarznięty, z trudem chwytał powietrze.

Nie   zamierzał   jednak   poddawać   się   bez   walki.   Uwolnił   prawą   rękę   i 

przycisnął   ją   do   piersi.   Liczył   na   to,   że   pozostało   mu   w   dłoni   trochę   mocy 
Pierwszego Klucza, a może także Drugiego.

– Oddychaj – wyszeptał. – Rozluźnij się. Daj mi odetchnąć.
Jednocześnie   próbował   nie   wpaść   w   panikę.   W   myślach   nieustannie 

nakazywał sobie zachować spokój. Odprężyć się, nie wpadać w popłoch.

Czy to za sprawą pozostałej w dłoni mocy, czy to dzięki próbom zachowania 

spokoju, oddech Arthura ustabilizował się, choć nie na tyle, by zapewnić chłopcu 
komfort. Rozbitek postanowił przeprowadzić ocenę swojej sytuacji.

Na łóżku jest całkiem znośnie, uznał. Unoszę się na wodzie. Nawet mokre 

koce zapobiegają utracie ciepła.

Spojrzał na grzbiet fali, która go porwała. Prawdopodobnie przyzwyczaił się 

już do gigantycznych ścian wody, może nie przerażały go już tak bardzo – teraz 
sprawiały  wrażenie  nieco   niższych  i  mniej   wzburzonych  na  szczycie  niż  tamte 
giganty. Nadal go niepokoiły, ale nie wydawały się już tak niebezpieczne.

Zastanowił   się,   co   ma   do   dyspozycji.   Ubrany   był   w   szpitalną   piżamę   i 

szlafrok,   które   w   praktyce   do   niczego   się   nie   nadawały.   Forma   na   jego   nodze 
wyglądała   tak,   jakby   już   się   rozsypywała,   w   nodze   czuł   tępy,   pulsujący   ból. 
Niematerialne Buty ogrzewały mu stopy, lecz nie miał pojęcia, do czego innego 
mogłyby posłużyć. Poza tym dysponował jeszcze...

Atlasem! I dyskiem z wielorybiego fiszbinu, podarunkiem od Żeglarza!
Błyskawicznie sięgnął do kieszeni piżamy, a potem wymacał sznurek, który 

splótł z nici dentystycznych i przewlókł przez dysk. Atlas znajdował się na swoim 
miejscu. Kapitański medalion, jak Arthur w myślach nazywał dysk, nadal miał na 
szyi.

Tylko jak mógłby z nich skorzystać?
Arthur wepchnął nogę między pręty i zwinął się w ciasny kłębek. Następnie 

background image

ostrożnie uwolnił ręce i wydobył Atlas. Kurczowo przyciskał książkę do piersi, aby 
przypadkowo nie wpadła w głębinę. Tak jak przypuszczał, Atlas się nie otworzył. 
Arthur powoli wsunął go z powrotem do kieszeni.

Pozostało mu tylko liczyć na fiszbinowy dysk od Kapitana. Bądź co bądź, 

Tom   Shelvocke   był   Żeglarzem,   synem   (adoptowanym)   Starucha   i  Architektki, 
człowiekiem,   który   przemierzył   wody   tysiąca   mórz   w   wielu   różnych   światach. 
Nakazał   Suzy   Turkusowy   Błękit   polecić   Arthurowi,   by   nie   rozstawał   się   z 
talizmanem. Kto wie, może za jego pośrednictwem dałoby się wezwać pomoc, a 
nawet porozumieć z Kapitanem?

Arthur   wyciągnął   medalion   spod   piżamy   i   przyjrzał   się   uważnie 

gwiazdozbiorowi uwiecznionemu na jednej stronie przedmiotu, a potem okrętowi 
wikingów na drugiej. Rysunki sprawiały wrażenie prostych rytów, lecz zdaniem 
chłopca   zaklęto   w   nich   magiczną   moc.   Najprawdopodobniej   w   grę   wchodziło 
przyzywanie natychmiastowej pomocy, skupił zatem uwagę na stronie z okrętem i 
spróbował siłą woli przekazać Kapitanowi wiadomość.

Proszę, pomóż mi, utknąłem na łóżku w środku sztormu, myślał raz po raz, a 

nawet szeptał słowa prośby, jakby talizman mógł go usłyszeć.

– Proszę, pomóż mi, utknąłem na łóżku w środku sztormu. Proszę, pomóż 

mi, utknąłem na łóżku w środku sztormu. Proszę, pomóż mi, utknąłem na łóżku w 
środku sztormu...

Wkrótce   skandował   prośbę   z   takim   zapamiętaniem,   że   poczuł   przypływ 

otuchy.

Powtarzał tę osobliwą mantrę przez kilka minut, lecz musiał przestać, bo 

płuca odmówiły mu posłuszeństwa. W końcu oddychał tak płytko, że jego umysł 
balansował na skraju przytomności. Chłopiec leżał u wezgłowia, zwinięty w jak 
najciaśniejszy kłębek, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą wciśniętą między pręty. 
Był przemoczony  do suchej nitki, bezustannie  zalewała  go morska  woda, więc 
musiał unosić głowę, aby oddychać.

Fale niewątpliwie malały, wiatr ustawał. Arthur nie miał już wrażenia, że gdy 

odwraca twarz w jego kierunku, wicher chlusta mu w twarz kubłem wody.

Nie wszystko stracone, skoro mogę oddychać, pomyślał.
Niemal   w   tej   samej   chwili   przeszył   go   wstrząs   elektryczny,   a   żołądek 

podszedł mu do gardła, zupełnie jakby siedział w samolocie i nagle opadł o trzysta 
metrów.   Woda   wokoło   pojaśniała,   stała   się   przejrzystsza   i   wyraziście   błękitna. 
Niebo   przybrało   barwę   urokliwego   błękitu,   wpadającego   w   ton   bladożółty,   i 
wydawało się rozpościerać bliżej chłopca niż dotąd.

Najwspanialsze było jednak to, że płuca Arthura nagle się rozluźniły i mógł 

oddychać bez najmniejszej trudności.

Znajdował się w Domu. Wyczuwał to całym ciałem. Nawet ból w złamanej 

nodze przybrał formę sporadycznych skurczów.

background image

Zaraz, zaraz, pomyślał. Za łatwo poszło. Prawda?
Rozważania   przerwał   mu   huk,   jaki   zwykle   towarzyszy   eksplozji.   Hałas 

zabrzmiał   niebezpiecznie   blisko.   Przez   ułamek   sekundy  Arthur   sądził,   że   jest 
ostrzeliwany przez armaty z takiego okrętu jak ten, który zabrał Liść. Potem odgłos 
rozległ się jeszcze raz i wtedy chłopiec pojął, że to grzmot pioruna.

Gdy łóżko wpłynęło na grzbiet fali, ujrzał błyskawice na linii horyzontu. Z 

nieba   w   oddali   bez   przerwy   strzelały   złowrogie   pioruny.   Błyskom   towarzyszył 
bezustanny huk.

Łóżko zmierzało prosto ku temu murowi błyskawic. Każda fala, porywająca 

prowizoryczną   tratwę,   gnała   ją   coraz   bliżej   sztormu.   Nie   było   możliwości 
sterowania łóżkiem, zatrzymania go, uniknięcia dramatu.

Na   domiar   złego  łóżko   wykonano   z  metalu.   Innymi   słowy,  w   promieniu 

wielu kilometrów z pewnością nie było innego obiektu, który równie skutecznie 
przyciągałby błyskawice. A każdy piorun przyciągnięty przez ramę – by dotrzeć do 
stalowych elementów – musiał trafić prosto w Arthura.

Przez kilka sekund przerażony chłopak nie był w stanie zebrać myśli. Nie 

przychodziło mu do głowy nic, co mógłby zrobić. Pozostało mu jedynie czekać, aż 
usmaży go tysiąc błyskawic, które jednocześnie spadną na niego z nieba.

Musiał   przezwyciężyć   strach   i   pomyśleć.   Na   pewno   istniało   jakieś 

rozwiązanie. Może gdyby odpłynął... Był jednak za słaby, aby przeciwstawić się 
falom. Wolał natychmiast zginąć od uderzenia pioruna, niż utopić się w oceanie.

Ponownie skierował wzrok na pas błyskawic. Choć minęło zaledwie kilka 

minut, wyraźnie się do nich przybliżył. Znajdowały się na tyle niedaleko, że musiał 
osłaniać dłonią oczy przed ich oślepiającym blaskiem.

Zaraz, zaraz, pomyślał. Statek, który zabrał Liść, popłynął właśnie w tamtym 

kierunku. Z pewnością przedarł się przez burzę z piorunami. Zatem ja też muszę 
pokonać ścianę wyładowań. Może zaproszenie od Pani Środy mnie ochroni...

Wsunął dłoń do kieszeni, lecz znalazł w niej tylko Atlas.
Gdzie się podziało zaproszenie?
Poduszki   przepadły   już   dawno   temu,   zniknęły   w   głębinach,   lecz   pościel 

jeszcze   się   trzymała   na   materacu.   Arthur   zanurkował   pod   przemoczone 
prześcieradło   i   zaczął   rozpaczliwie   obmacywać   wszystkie   zakątki,   w   których 
mógłby natrafić na kartonik, być może gwarantujący mu ocalenie.

Łóżko   uniosło   się   na   fali,   lecz   nie  dotarło  na   jej  grzbiet.   Prowizoryczna 

tratwa   z   chłopcem   podążyła   wraz   z   nią   ku   oślepiającej   i   ogłuszającej   barierze 
grzmotów i błyskawic, tworzącej Pas Burz. Była to wewnętrzna, obronna zapora 
Morza   Granicznego,   przez   którą   żaden   śmiertelnik   nie   mógł   przepłynąć   bez 
pozwolenia.

Karą za złamanie tego zakazu była natychmiastowa śmierć przez spalenie.

background image

Rozdział 3

Arthur nie widział błyskawic ani nie słyszał syku wrzącej wody w miejscach 

trafianych przez pioruny. Wszelkie odgłosy zagłuszał nieustanny huk wyładowań. 
Chłopiec schował się pod pościelą, w drżącej ręce ściskał mokry kartonik. Nie 
wiedział nawet, czy to zaproszenie od Utopionej Środy, czy też może jego szpitalna 
karta z łóżka albo broszurka informacyjna z numerami telefonów.

Ponieważ nadal żył, a oślepiające światło ponad prześcieradłem przygasło, 

uznał, że trzyma w ręce zaproszenie.

Powoli wysunął głowę z ukrycia i zamrugał na widok czystego, błękitnego 

nieba. Instynktownie odetchnął głęboko. Był to długi, swobodny oddech.

Łóżko porwał tajemniczy prąd, poruszało się na fali  o  wysokości zaledwie 

trzech,   czterech   metrów.   Dystans   między   falami   zdecydowanie   się   powiększył. 
Wiatr   osłabł,   znikła   dokuczliwa   mgiełka.   Zrobiło   się   znacznie   cieplej,   chociaż 
Arthur nie widział słońca. Nie dostrzegał także chmur ani błyskawic. Nad jego 
głową rozpościerało się niebo, tak czyste i doskonałe, że zdaniem chłopca musiało 
być namalowane, podobnie jak w innych częściach Domu.

Arthur   jeszcze   kilka   razy   odetchnął   z   rozkoszą   pełną   piersią.   Ponownie 

zastanowił się nad sytuacją. Dotąd nauczył się na temat Domu przede wszystkim 
tego,   że   niczego   w   nim   nie   należy   uważać   za   oczywiste.   Ciepłe,   łagodnie 
rozkołysane morze mogło lada moment przeobrazić się w coś zupełnie innego.

Ponownie wsunął pod piżamę dysk od Kapitana, a przemoczone i prawie 

całkiem rozmazane zaproszenie od Pani Środy umieścił w kieszeni, obok Atlasu. 
trudem wstał i rozejrzał się.

Nie zauważył nic prócz morza. Łóżko znajdowało się zbyt nisko, tuż przy 

powierzchni wody, więc nawet na stojąco Arthur dostrzegał jedynie sąsiednią falę. 
Łóżko   tonęło.   Nawet   na   spokojniejszych   teraz   wodach   materac   był   całkowicie 
zanurzony, tracił pływalność, coraz bardziej nasiąkał wodą. Stalowa rama ciągnęła 
lżejsze elementy na dno.

Przez najbliższych pięć minut chłopcu nie groziła katastrofa, ale wiedział, że 

wkrótce dojdzie do tragedii.

Arthur westchnął i ponownie usiadł w wodzie, która sięgała mu już niemal 

do pasa. Popatrzył na formę na nodze i zaczął się zastanawiać, czy powinien ją 
zdjąć. Materiał był niezwykle lekki i wcześniej nie pociągnął chłopca na dno, ale 
wówczas Arthur był ogarnięty paniką i płynął ile sił. Pokonanie dłuższego dystansu 
mogłoby okazać się niemożliwe. Gdyby jednak ściągnął formę, noga zapewne by 
się połamała albo rozbolała go tak bardzo, że i tak nie mógłby nią poruszyć.

Postanowił nie zdejmować formy i ponownie wyjął medalion od Kapitana. 

Tym razem tylko przytrzymał go w dłoni i wyobraził sobie okręt o jaśniejących 

background image

zielonych żaglach, który wraca, by wziąć go na pokład.

Miał nadzieję, iż taka wizualizacja da pożądane rezultaty. W głębi duszy 

dręczyło go przeświadczenie, że Liść mogła trafić z deszczu pod rynnę. Co zrobili 
z nią Rezydenci? Może chcieli ją dopaść, a nie uratować. Liczył na to, że skoro 
Pani   Środa   wystosowała   zaproszenie,   zamiast   wysłać   bandę   siepaczy,   to   może 
przynajmniej będzie życzliwa. W grę mógł jednak wchodzić jakiś chytry plan. W 
takiej sytuacji Utopiona Środa prawdopodobnie wyżyje się na Liść...

Oczywiście   jeśli   Liść   przetrwała   kanonadę   piorunów,   pomyślał   Arthur, 

ogarnięty   poczuciem   winy.   Tamten   okręt   musiał   przecież   być   jakoś 
zabezpieczony...

Łóżko zanurzyło się jeszcze bardziej. Arthur natychmiast przypomniał sobie 

o najważniejszym problemie.

– Statek! – zawołał. – Potrzebuję statku! Albo łodzi! Albo lepszej tratwy. 

Czegokolwiek!

Jego zagubiony wśród fal głos zabrzmiał samotnie i głucho. Odpowiedział 

mu jedynie chlupot wody morskiej pod materacem.

–   Wystarczy   suchy   ląd   –   spuścił   z   tonu  Arthur.   Wypowiedział   te   słowa 

bezpośrednio do dysku od Kapitana, lecz znowu nic się nie zdarzyło. Nadal miał 
przed sobą wizerunek łodzi wyryty w wielorybim fiszbinie.

Na horyzoncie nie pojawił się ląd. Choć Arthur wciąż nie widział słońca, 

zrobiło   się   cieplej,   a   wkrótce   wręcz   gorąco.   Chłopca   nie   chłodziła   nawet 
zalewająca go bez przerwy woda. Była ciepława i niezwykle słona, o czym się 
przekonał,   gdy   polizał   mokry   palec.   Zaczynało   mu   doskwierać   pragnienie. 
Przypominał   sobie   najróżniejsze   potworne   opowieści   o   ludziach   konających   na 
morzu z braku słodkiej wody. Pamiętał też historie o osobach, które z pragnienia 
traciły rozum i same wskakiwały do wody albo atakowały przyjaciół i usiłowały 
pić ich krew...

Kilka razy potrząsnął głową. Wyglądało na to, że już ogarnia go szaleństwo, 

skoro zastanawiał się nad takimi rzeczami. Przecież wiedział, że w Domu nie może 
umrzeć  z  pragnienia. Nawet  jeśli  myślał  teraz  o śmierci,  i tak  musiał  przeżyć. 
Rzecz jasna, mógł zwariować...

Postanowił skupić uwagę na czymś pożytecznym. Mógł wysłać sygnał albo 

złowić rybę. Gdyby tylko w tym dziwnym morzu  wewnątrz Domu żyły jakieś 
ryby! No ale gdyby tu były, to być może nie zabrakłoby i rekinów. Rekin bez trudu 
wyciągnąłby Arthura z łóżka, które zanurzyło się już tak głęboko, że trudno je było 
uznać za tratwę.

Chłopak   ponownie   potrząsnął   głową,   aby   pozbyć   się   przygnębiających 

myśli.

– Przestań natychmiast rozmyślać o rekinach – rozkazał sobie.
W tej samej chwili w wodzie nieopodal dostrzegł jakiś kształt. Był ciemny, 

background image

ukryty pod powierzchnią.

Arthur krzyknął piskliwie i spróbował wstać przy wezgłowiu, jednocześnie 

podskakując, gdyż jego chora noga ugrzęzła w fałdzie prześcieradła. Łóżko się 
rozchybotało   i   jedną   stroną   zanurzyło   na   metr   w   wodzie,   uwalniając   ogromną 
bańkę powietrza.

Zatrzymało   się   na   kilka   sekund,   gdy   pęcherze   powietrza   wypływały   na 

powierzchnię, a potem poszło na dno niczym „Titanic”, jego skraj przez krótką 
chwilę sterczał prawie pionowo z wody i dopiero potem pogrążyło się w falach. 
Arthur   w   ostatniej   chwili   puścił   łóżko   i   odepchnął   się   od   niego.   Następnie 
gwałtownie rzucił się przed siebie na plecach i zwolnił dopiero po kilku metrach, 
kiedy nie groziło mu już wessanie pod wodę. Zmęczony, przyjął pozycję pionową i 
utrzymywał   ją   przez   pewien   czas,   młócąc   nogą   i   rękami.   Jednocześnie   z 
niepokojem wypatrywał cienia.

Nagle go ujrzał, w odległości zaledwie paru metrów od siebie! Chłopiec 

zesztywniał,  oczekując   na  atak   rekina.  Gdy   przestał   się   poruszać,   momentalnie 
zanurzył się znowu. Instynktownie pomachał rękami i nogą, aby wychylić głowę z 
odmętów.

Ciemny   kształt   nie   zaatakował.   Nawet   się   nie   poruszył.  Arthur   szybko 

zorientował się, że to nie rekin. Podpłynął bliżej i dopiero wtedy wyraźnie ujrzał 
ciemnozieloną, spłaszczoną kulę o średnicy około dwóch metrów, pokrytą warstwą 
czegoś,   co   przypominało   splątane   wodorosty.   Obiekt   znajdował   się   na   dość 
znacznej   głębokości   i   tylko   podobny   do   wysepki   wierzchołek   wystawał   ponad 
wodę.

Arthur podpłynął bliżej. Po uważnych oględzinach doszedł do wniosku, że 

ma przed sobą boję albo innego rodzaju nawodny pływak sygnalizacyjny, całkiem 
porośnięty   zielonymi   wodorostami.   Wyciągnął   rękę,   aby   zerwać   sporą   garść 
długich glonów. Ukazała się jaskrawoczerwona powierzchnia.

Chłopiec   jej   dotknął.   Była   lekko   kleista;   odrobina   czerwonej   substancji 

pozostała   mu   na   dłoni.   Przypominała   gumę   do   żucia,   nie   sposób   było   się   jej 
pozbyć. Arthur z irytacją wytarł ręce, lecz tylko wsmarował paskudztwo między 
palce. Złamana noga nie była zbyt obciążona przez opatrunek, niemniej nie potrafił 
ugiąć kolana. Nie był w stanie utrzymywać się w pozycji pionowej z pomocą tylko 
jednej nogi i przez cały czas wykonywał ruchy pływackie, więc czyszczenie dłoni 
szło mu fatalnie.

Po   chwili   zabrał   się   do   odgarniania   wodorostów.   Zauważył,   że   boja   nie 

odpłynęła   wraz   z   falą.   Przy   każdym  większym  bałwanie  Arthur  oddalał   się   na 
odległość   pięciu,   sześciu   metrów   i   musiał   podpływać   do   boi,   która   w   takich 
samych warunkach właściwie ani drgnęła.

Musiała   być   jakoś   umocowana   do   dna.   Zanurkował   i   w   oświetlonej 

promieniami   słonecznymi   toni   ujrzał   pokryty   pąklami   łańcuch,   doczepiony   do 

background image

spodu boi i znikający w ciemnych głębinach.

Wynurzył się i ze świeżym zapałem przystąpił do usuwania wodorostów. Na 

jego dłoniach gromadziło się coraz więcej kleistej mazi, która przypominała smołę, 
choć nie wydzielała żadnego zapachu.

Arthur   pomyślał,   że   boja   musi   wyznaczać   jakieś  szczególne   miejsce.   Na 

pewno ktoś z niej korzysta i tu przybędzie. Postanowił się na nią wspiąć.

Gdy była już prawie całkiem oczyszczona, bardziej wynurzyła się z wody. 

Arthur miał nadzieję, że znajdzie jakieś uchwyty bądź zaczepy, których będzie 
mógł się przytrzymać, bo dramatycznie opadał z sił. Nic podobnego jednak nie 
zauważył. Jedyna godna uwagi część boi znajdowała się blisko jej wierzchołka. Był 
to niewielki mosiężny pierścień, do którego chłopiec ledwie dosięgał.

Miał   on   rozmiary   odpowiadające   grubości   górnej   części   małego   palca 

chłopca, zatem był zbyt niepozorny, aby człowiek mógł go mocno uchwycić. Poza 
tym wydawał się dziwnie luźno umocowany. Arthur pociągnął za mosiężne kółko, 
licząc na to, że w ten sposób wyciągnie fragment pokrywy pływaka i utworzy 
otwór na tyle duży, by wepchnąć do niego rękę.

Okazało się, że pierścień jest doczepiony do czegoś w rodzaju korka, który 

wystrzelił   z   donośnym   hukiem.   Zaraz   potem   ze   środka   pławy   wytrysnęła 
ponadtrzymetrowa   fontanna   iskier   i   rozległo   się   głośne   tykanie,   jakby   wnętrze 
obiektu skrywało wielki i hałaśliwy zegar.

Arthur   rzucił   się   do   panicznej   ucieczki.   Płynął   na   plecach;   jego   ciało 

zareagowało jeszcze szybciej niż umysł, który momentalnie pojął, że boja to w 
gruncie rzeczy pływająca bomba, mina bliska eksplozji.

Parę   sekund   później,   kiedy   znajdował   się   zaledwie   dziesięć   metrów   od 

pułapki, pława faktycznie wybuchła. Nie doszło jednak do groźnej eksplozji, której 
tak bardzo się obawiał. Coś jasno błysnęło, nad głową chłopca powiał wiatr, lecz 
nie posypały się nań śmiertelnie niebezpieczne odłamki.

Z boi buchnął czarny jak noc dym, który skręcił się w powietrzu, zupełnie 

inaczej niż każdy dym widziany kiedykolwiek przez Arthura. Słup zaczął się wić 
niczym   wąż,   tańczyć   wszędzie   dookoła.   W   końcu   jego   „łeb”   połączył   się   z 
„ogonem”, tworząc gigantyczną dymną obręcz, unoszącą się na wysokość ponad 
trzech   metrów.   Boja   pozostała   nietknięta,   z   wyjątkiem   górnej   połowy,   która 
rozpadła się na liczne elementy niczym kwiat lotosu.

Dymny pierścień, podobny teraz do atramentowej chmury, obracał się przez 

minutę   z   okładem.   Następnie   gwałtownie   wybuchł,   przeobrażając   się   w 
kruczoczarne ptaki, które zaskrzeczały: „Złodziejaszek!”, i pofrunęły nad głową 
chłopca w osiem stron róży wiatrów.

Arthurowi zbytnio doskwierało zmęczenie, by przejmował się wyczynami 

ptaków oraz tym, kogo mogą zaalarmować. Zainteresował go wyłącznie fakt, że 
połowa boi stała otworem, więc mógł się tam wczołgać i odpocząć.

background image

Wystarczyło mu energii tylko na to, by wspiąć się do wnętrza. Co prawda 

wypełniała   je   woda,   lecz   można   było   swobodnie   usiąść   i   nabrać   sit.  Arthur   o 
niczym innym nie marzył: potrzebował wypoczynku.

Po   zaledwie   dwudziestu   minutach,   według   wskazań   nadal   cofającego   się 

zegarka,   uznał,   że   odprężył   się   już   dostatecznie.   Chociaż   nadal   nie   dostrzegał 
słońca, czuł się tak, jakby go intensywnie prażyło. Był cały rozpalony, jego język 
zaczynał puchnąć z braku wody. Chłopak żałował, że nie udało mu się zachować 
prześcieradła,   które   mogłyby   teraz   wykorzystać   jako   zasłonę.   Ściągnął   nawet 
szlafrok i zwinął go w prowizoryczny turban, lecz niewiele to pomogło.

Liczył na to, że w końcu pojawi się zaalarmowany wybawiciel. Nie miało 

znaczenia, że mógł uznać chłopca za złodziejaszka. Sam ten fakt sugerowałby, że w 
boi znajduje się coś godnego kradzieży, choć wydawała się pusta. Teraz była tylko 
wielką półkulą, a w środku znajdował się wyłącznie Arthur.

Minęła następna nieznośna godzina w skwarze. Złamana noga znowu dała o 

sobie   znać,   zapewne   dlatego,   że   przestawały   działać   środki   przeciwbólowe, 
zaaplikowane   mu   w   szpitalu.   Wyglądało   na   to,   że   wysokiej   jakości   forma 
usztywniająca kończynę nie spełnia już swojej roli. Arthur dostrzegał w niej spore 
dziury.

Dotknął jednej z nich i wykrzywił usta. Forma się rozpadała. Poza tym z 

pewnością cierpiał na poparzenia słoneczne. Grzbiety jego dłoni przybrały różową 
barwę, jakby chciały dopasować się kolorystycznie do jaskrawoczerwonych plam 
po   wewnętrznej   stronie.   Zgodnie   ze   wskazaniami   zegarka  Arthura   minęła   już 
dwudziesta   pierwsza,   lecz   nadal   było   równie   jasno   jak   wcześniej.   Nie   widząc 
słońca, nie potrafił oszacować, czy zbliża się noc, nie był nawet pewien, czy w 
ogóle nadejdzie. W Niższym Domu noc istniała, ale to o niczym nie świadczyło. 
Zmrok nie musiał oznaczać wybawienia od bezlitosnego skwaru.

Arthur   zastanawiał   się,   czy   powinien   gdzieś   popłynąć,   ale   pośpiesznie 

zarzucił tę myśl. Miał szczęście, że natknął się na boję, choć być może wcale nie 
zawdzięczał tego szczęściu, tylko medalionowi Żeglarza, który zaprowadził go w 
to miejsce. Tak czy owak, i tak nie mógłby płynąć dłużej niż pół godziny. Przez ten 
czas nie miał co liczyć na znalezienie lądu. Uznał więc, że lepiej będzie siedzieć na 
miejscu i mieć nadzieję, że dymne morskie ptaki kogoś sprowadzą.

Dwie godziny później poczuł na karku muśnięcie chłodnej bryzy. Rozchylił 

zapuchnięte powieki i ujrzał cień na niebie. Woal mroku nadciągał znad horyzontu. 
Gwiazdy albo ich wierne podobizny zaczęły migotać, gdy światło dnia przygasło 
przed zbliżającym się pasmem nocy.

Wiatr ochłodził rozkołysane morze. Arthur zdjął turban zrobiony wcześniej 

ze   szlafroka   i   rozłożył   go,   aby   się   okryć.   Potem   zwinął   się   w   ciasny   kłębek. 
Zrozumiał,   że   za   dnia   będzie   paliło   go   słońce,   a   nocą   przyjdzie   mu   znosić 
dokuczliwy   chłód.   I   jedno,   i   drugie   stanowiło   śmiertelne   niebezpieczeństwo. 

background image

Niezbyt pocieszała go perspektywa zejścia z tego świata z innych przyczyn niż 
głód i pragnienie.

Gdy tylko o tym pomyślał, ujrzał jeszcze jedną gwiazdę, która najwyraźniej 

spadła,   zatrzymała   się   blisko   powierzchni   morza   i   zmierzała   w   jego   kierunku. 
Dopiero po chwili zmordowany upałem umysł chłopca pojął, że to nie jest ciało 
niebieskie, lecz lampa.

Lampa zainstalowana na bukszprycie statku.

background image

Rozdział 4

Światło stawało się jaśniejsze, a statek był coraz lepiej widoczny, chociaż 

nadal pozostawał tylko ciemną sylwetką na tle gasnącego nieba. Kontury prującej 
fale   jednostki   były   wyraźnie   zaokrąglone,   zatem   musiał   to   być   statek   bardzo 
szeroki.   Miał   zaledwie   dwa   maszty,   nie   trzy   jak   ten,   który   zabrał   Liść,   a 
prostokątnych żagli z pewnością nie uszyto z lśniącego materiału.

Arthur na to nie zważał. Ostrożnie wstał, obolały od skurczów wywołanych 

zmęczeniem i ciasnotą. Gwałtownie zaczął wymachiwać rękami.

– Pomocy! – zawołał. – Tu jestem! Na pomoc!
Na statku nikt nie zareagował. Rozkołysana jednostka pruła fale i zmierzała 

ku Arthurowi. Zauważył, że po pokładzie biegają Rezydenci. Ktoś wykrzykiwał 
rozkazy, inni je powtarzali lub kwestionowali. Wyglądało na to, że na statku panuje 
bałagan.

W   rezultacie   okręt   minął   chłopca   i   popłynął   dalej.   Arthur   nie   wierzył 

własnym   oczom.   Krzyczał   tak   głośno,   że   ochrypł,   i   niemal   spadł   z   boi,   gdy 
podskakiwał jak szalony. Mimo to statek nie zmienił kursu i po pewnym czasie 
Arthur widział już tylko poświatę latarni zwisającej z relingu na rufie.

Chłopiec patrzył, jak światło znika w mroku, a potem usiadł, kompletnie 

załamany. Oparł głowę na dłoniach i z trudem powstrzymywał się od płaczu.

Nie będę się  mazgaił, postanowił  w duchu. Znajdę  jakiś sposób, aby się 

uratować. Jestem Mistrzem Niższego Domu i Odległych Rubieży. Nie umrę w boi 
na jakimś przeklętym morzu!

Odetchnął głęboko i uniósł głowę.
Pocieszał się, że nadpłynie inny statek. Z pewnością musiało się tak stać.
Kurczowo uchwycił się tej myśli, gdy znowu ujrzał światło, a po nim jeszcze 

jedno.

Dwa światła!
Musiały się znajdować w odległości około trzydziestu metrów od siebie i 

dwustu metrów od Arthura. Chłopiec błyskawicznie pojął, że patrzy na światła 
dziobowe i rufowe jednego okrętu. Kiedy jednostka skręciła, stracił z oczu światło 
na rufie. Okręt znieruchomiał, zwrócony dziobem do rozbitka.

Po   chwili   Arthur   usłyszał   plaśnięcie   wioseł   o   wodę   i   skandowanie 

Rezydentów,   którzy   płynęli   ku   niemu   w   małej   łodzi.   Zrozumiał   wykrzykiwane 
przez   nich   słowa   dopiero   wtedy,   gdy   znaleźli   się   bardzo   blisko.   Na   wodzie 
migotało światło latarni, z której pomocą załoga wypatrywała Arthura i boi.

Okrętu kres, rupieć nie śmieć, 
Szczątek z dna, chcemy go mieć.

background image

Kaszel, grypa, odparzenie
Nas czekają. W drogę, lenie!

Żółty snop światła przemknął po Arthurze, a następnie cofnął się i zatrzymał 

na jego twarzy. Chłopak uniósł rękę, aby zasłonić oczy. Lampa nie świeciła na tyle 
mocno,   by   go   oślepić,   lecz   uniemożliwiała   mu   obejrzenie   łodzi   i   załogi.   Na 
pokładzie znajdowało się kilkunastu Rezydentów, większość z nich siedziała przy 
wiosłach.

–   Wiosłować   wstecz!   –   zabrzmiała   w   ciemnościach   komenda.   –   Yarko 

dobrze mówił! W boi faktycznie siedzi Nicoń! Gotować kusze!

– Nie jestem Niconiem! – zaprotestował Arthur głośno. – Jestem... żeglarzem 

w potrzebie!

– Kim?
– Żeglarzem w potrzebie – odparł Arthur. Gdzieś wyczytał, że marynarze 

powinni sobie pomagać.

– Z którego statku? I co tu robisz na znaczniku skarbów?
– Hm, mój statek nazywał się „Łoże ze Stali". Zatonął. Dopłynąłem tutaj.
Usłyszał   pomruk.   Nie   potrafił   odróżnić   wszystkich   wyrazów,   zrozumiał 

tylko słowa: „przejąć”, „nasza”, „na noże go i na dno z nim”, potem usłyszał łomot, 
jaki zwykle towarzyszy tłuczeniu kogoś w głowę, a na koniec bolesne pojękiwanie. 
Miał nadzieję, że ofiarą przemocy padł Rezydent, który mówił: „na noże go”, bo ta 
propozycja niemal na pewno odnosiła się do Arthura.

– Z drogi! – krzyknął Rezydent kierujący grupą. Wiosła ponownie zanurzyły 

się w wodzie, łódź ruszyła do przodu. Kiedy podpłynęła do boi, Arthur po raz 
pierwszy wyraźnie ujrzał załogę, gdyż latarnia jednego z Rezydentów oświetlała 
wszystko dookoła.

Towarzystwo nie prezentowało się zachęcająco. W skład załogi wchodziło 

pięć   kobiet   i   ośmiu   mężczyzn.   Niegdyś   zapewne   byli   przystojni,   jak   na 
Rezydentów przystało, lecz teraz w większości nosili przepaski na oku, ich twarze 
były zryte przebarwionymi szramami, ciała stanowiły bogato ilustrowany katalog 
tatuaży, począwszy od okrętów i sztormów, skończywszy na czaszkach i wężach. 
Rysunki pokrywały ich przedramiona, policzki, czoła i obnażone brzuchy. Nosili 
niedobraną odzież w rozmaitych stylach, za to niesłychanie wielobarwną. Jedyną 
ich cechą wspólną były obszerne skórzane pasy, podtrzymujące szeroką szablę i 
nóż. Połowa z nich miała także czerwone czapki, zrobione na drutach, a dowódca 
grupy,   barczysty   Rezydent   ze   szkarłatnymi   eksplozjami   słonecznymi 
wytatuowanymi na policzkach, nosił na głowie skórzany pieróg, odrobinę za mały.

Uśmiechnął się do Arthura, demonstrując puste miejsca po zębach. Na trzech 

z czterech lub pięciu, które się ostały, miał złote korony.

Arthur domyślił się, że to piraci.

background image

W ich zachowaniu nie wyczuwał jednak agresji. Kojarzyli mu się raczej z 

gromadą przebierańców. Prawdziwi złoczyńcy zabiliby go bez zmrużenia powiek, a 
nie   stali   w   milczeniu   i   patrzyli   na   niego   z   uwagą.   Na   dodatek   jeden   z   nich 
sporządzał węglem rysunek w szkicowniku, uwieczniając całą scenę.

– „Łożżestalli” – przemówił herszt. – Nigdy nie słyszałem. Kiedy zatonął? 

Miał jakiś ładunek?

– Chyba jakoś wczoraj – odparł Arthur ostrożnie. – Niewielki transportował 

ładunek. Tylko bawełnę i takie tam.

– I takie tam – powtórzył dowódca i puścił do Arthura perskie oko. – No tak, 

skoro   mamy   pod   nosem   znacznik   skarbów,   to   nie   będziemy   się   przejmowali 
„bawełną i takimi tam”, jeśli coś znajdziemy na dnie. Pytanie tylko, czy będziesz 
rościł sobie prawa do wydobytego ładunku?

– Hm, tego nie wiem – zawahał się Arthur. – Może. Niewykluczone.
– Skoro nie jesteś pewien, to nie ma to znaczenia – oświadczył rozbawiony 

dowódca, a załoga podchwyciła jego śmiech. – Tylko rzucimy okiem na dno i 
wydobędziemy, co tam będzie ciekawego. Potem ruszymy w swoją drogę, a ty 
zajmiesz się własnymi sprawami.

– Zaraz! – zaprotestował Arthur głośno. – Zabierzcie mnie ze sobą!
– Jaszczurko, chwyć linę i zajrzyj pod boję – polecił herszt jednej z członkiń 

załogi, drobnej kobiecie o twarzy pokrytej niebieską łuską. Arthur miał nadzieję, że 
to tatuaż, a nie prawdziwa łuska. Piratka rozpięła pas, zrzuciła buty i szybko dała 
nura za burtę, z liną w zaciśniętych zębach.

– Bardzo proszę, muszę się dostać na ląd – nie ustępował Arthur. – Chcę się 

znaleźć w miejscu, z którego uda mi się zatelefonować.

– Na Morzu Granicznym nie ma mowy o telefonowaniu – oświadczył jeden 

z Rezydentów. – Zalało centralę, a na stałym lądzie nie wybudowano nowej.

–   Przymknij   jadaczkę,   Jednouchy   –   poradził   mu   dowódca   i   ponownie 

zwrócił się do Arthura. – Zatem chciałbyś wejść na pokład „Mola” jako pasażer?

– Tak się nazywa wasz statek? – zdziwił się chłopiec.
– A jakże, „Mól” – potwierdził Rezydent, który miał zębatą paszczę rekina 

wytatuowaną wokół ust. – Co w tym złego? Mole bywają przerażające. A gdybyś 
utknął w szafie razem z całym zastępem moli...

– Nie miałem nic złego na myśli w związku z nazwą – zapewnił Arthur, 

pośpiesznie zbierając myśli. – Po prostu zaskoczyło mnie, że zostanę pasażerem tak 
słynnej jednostki.

– Co takiego? – osłupiał inny Rezydent. – Chodzi ci o „Mola”?
–   Tak   –   potwierdził  Arthur.   –   To   znany   okręt,   a   jego   załoga   to...   hm... 

doborowi piraci!

Po wyjaśnieniach Arthura zapadła głucha cisza, a w następnej chwili załoga 

oszalała.   Wszyscy   zaczęli   się   przepychać   i   przewracać,   chaotycznie   usiłując 

background image

wiosłować.

–   Piraci!   –   wrzeszczeli   jednocześnie   żeglarze.   –   Gdzie?   Jacy   piraci? 

Wracamy na statek!

– Stać, nie ruszać się! – ryknął dowódca i rzucił się między podkomendnych, 

tłukąc ich po potylicach otwartą dłonią, aby usiedli na ławach. Następnie odwrócił 
się do Arthura.

– Jeszcze nigdy nie słyszałem czegoś tak obraźliwego! – warknął oburzony. 

– My! Piratami! Jesteśmy Łowcami Skarbów i szczycimy się tym! Nie bierzemy 
nic, co nie zostało wcześniej wyrzucone lub co poszło na dno, lecz wypłynęło. Ani 
skarbów pozostawionych na otwartym morzu.

– Najmocniej przepraszam – wymamrotał chłopiec.
–   Wszystko   przez   te   przepaski   na   oczach,   ubrania,   tatuaże   i   w   ogóle... 

Wyciągnąłem błędne wnioski. Ale naprawdę chciałbym być waszym pasażerem.

– To, że jesteśmy zwykłymi Łowcami Skarbów, nie oznacza, że nie możemy 

się fajnie ubierać i nosić przepasek, jeśli nam przyjdzie ochota – burknął Paszcza 
Rekina. – Albo nawet dwóch.

– Nie da się nosić dwóch, durniu – zmitygował go inny Rezydent.
– Da się. – Paszcza nie dawał za wygraną. – Wystarczy wziąć od Doktora 

trochę weneckiej skóry...

–   Przymknąć   się!   –   zaryczał   herszt   i   wbił   wzrok   w   Arthura.   –   Nie 

powiedziałem, że możesz być pasażerem, jasne? Jestem tylko młodszym matem na 
pokładzie „Mola”. Zwą mnie Spalony Słońcem. Teraz zabierzemy cię na statek. O 
twoim losie zadecyduje kapitan.

– Dzięki – odetchnął chłopiec. – Mam na imię Arth...
Urwał w pół słowa. Pomyślał, że lepiej będzie, jeśli zatai imię.
– Arth? No, wskakuj na pokład, Arth.
Dwaj Rezydenci postarali się, aby łódź podpłynęła jak najbliżej boi, a trzeci 

pomógł Arthurowi przejść przez burtę.

– Gotujemy się do obcięcia nogi, hę? – spytał z uśmiechem Rezydent, który 

podtrzymywał Arthura. Klepnął formę chłopca i wskazał własną nogę z drewnianą 
kulą poniżej kolana. – Aż dziw, jak szybko odrastają, powiadam ci.

Arthur skrzywił się na widok okaleczenia i z trudem opanował strach przed 

ewentualną   amputacją.  W  odróżnieniu   od   kończyn   Rezydentów,   jego   noga   nie 
mogłaby odrosnąć.

– Tę urzynano mi z tuzin razy – wspominał kulawy. – Pamiętam, jak to...
Urwał w połowie zdania i wzdrygnął się na widok pokrytych czerwonymi 

plamami dłoni Arthura.

– On ma Czerwoną Dłoń!
– Znak Złocienia!
– Już po nas!

background image

– Milczeć! – ryknął Spalony Słońcem i popatrzył z góry na chłopca.
– To tylko czerwona smoła albo coś podobnego z boi – wyjaśnił Arthur. – 

Zejdzie w myciu.

– Z boi – wyszeptał Spalony. – Z tej tutaj?
– Tak.
– Ale nie buchnął z niej dym, prawda?
– Buchnął.
–   A  ptaki?   Dym   nie   przeobraził   się   w   kormorany?   Czarne,   podpalane 

kormorany,   które   wykrzykiwały   coś,   co   brzmiało   jak   „Śmierć”, 
„Rozczłonkowanie” albo podobnie?

– Były ptaki – przyznał Arthur. – Krzyknęły: „Złodziejaszek”, i odleciały. 

Sądziłem, że to one was tutaj ściągnęły.

Spalony Słońcem zdjął pieróg i otarł łysy czerep zdumiewająco starannie 

złożoną białą chustką, którą wydobył z kieszeni.

– One nas nie ściągnęły – wyszeptał. – Obserwator dostrzegł otwartą boję i 

kapitan   uznał,   że   warto   tutaj   zajrzeć.   Ten   znacznik   skarbów   musi   należeć   do 
Złocienia. Ptaki poleciały na poszukiwania: jego i jego okrętu.

– „Dreszcz”. – Wśród załogi przetoczył się pomruk. – Okręt z kości.
Gdy   to   mówili,   Rezydent   z   latarnią   zasłonił   ją   tak,   że   widać   było   tylko 

nieznaczne migotanie, a wszyscy zaczęli się rozglądać po morzu.

Spalony Słońcem przesunął językiem po resztkach zębów i przez cały czas 

ocierał głowę. Załoga wpatrywała się w niego z uwagą, aż w końcu odjął chustkę 
od czoła i z powrotem nałożył pieróg.

– Słuchajcie – wyszeptał. – Skoro właściwie i tak jesteśmy trupami albo 

mamy blisko do niewolniczego łańcucha, to równie dobrze możemy sprawdzić, co 
tam jest na dole. Jaszczurka? Gdzie jest Jaszczurka?

– Tutaj – rozległ się cichutki głos na powierzchni wody. – Skrzynia jest jak 

należy, wielka, siedzi jak trzeba na skalnej wieżyczce, dziesięć sążni pod boją.

– Co z łańcuchem?
– Przytwierdzony do skały, nie do skrzyni.
– No to do roboty – mruknął Spalony. – Kostek, ty i Butla do tylnych wioseł. 

Pozostali do liny. Arth, ty również.

Arthur   dołączył   do   innych   i   mocno   chwycił   sznur,   aby   na   chrapliwe 

komendy Spalonego Słońcem wyciągać linę na pokład.

– Hej, raz! Czekać. Hej, dwa! Mocniej! Czekać. Hej, raz! Stać! Jeszcze!
Przy ostatniej komendzie zazgrzytał o górną krawędź nadburcia ociekający 

wodą kufer o długości równej wzrostowi Arthura, a wysokością sięgający mu do 
pasa.   Po   chwili   znalazł   się   w   łodzi,   a   członkowie   załogi   pędem   rzucili   się   do 
wioseł.   Spalony   Słońcem   wydał   szeptem   jeszcze   kilka   rozkazów   i   wioślarze   z 
niebywałą   delikatnością   zanurzyli   pióra   wioseł   w   wodzie.   Łódź   ruszyła   przed 

background image

siebie, a następnie skręciła ku światłom „Mola”.

– Obyśmy tylko zdążyli w porę powrócić na okręt i umrzeć razem z innymi – 

wyszeptał Rezydent przy wiośle obok Arthura. – Tak będzie lepiej.

– Dlaczego sądzisz, że zginiemy? – spytał chłopiec. – Skąd te czarne myśli?
– Złocień nigdy nie zostawia nikogo przy życiu – wyszeptał inny Rezydent. 

– Wrogów niewoli albo zabija. Tak czy inaczej, koniec z nami. On ma dziwną moc. 
To Czarnoksiężnik Nicości.

–   Zacznie   od   ciebie.   Weźmie   cię   na   męki   –   dodała   jedna   z   kobiet   i 

uśmiechnęła się szeroko, prezentując zęby spiłowane do pieńków. – Dotknąłeś boi. 
Masz Czerwoną Dłoń, dowód na to, że usiłowałeś okraść Złocienia.

–   Cisza!   –   polecił   Spalony   Słońcem.   –   Wiosłować   w   milczeniu   i 

nadsłuchiwać!

Arthur przyłożył dłoń do ucha i wychylił się za burtę. Słyszał jednak tylko 

chrapliwe   oddechy   Rezydentów,   cichy,   regularny   plusk   wioseł   oraz   chlupot 
morskiej wody.

– Czego nasłuchujemy? – zapytał po chwili.
– Wszystkiego, czego nie chcemy usłyszeć – powiedział Spalony Słońcem i 

spojrzał za rufę. – Zasłoń latarnię, Yeo – dodał, nie odwracając głowy.

– Jest zasłonięta – odparł Yeo. – Wschodzi jeden z księżyców. Złocień będzie 

nas widział jak na dłoni, nawet z odległości wielu kilometrów.

– Zatem nie ma powodu, byśmy siedzieli cicho – mruknął Spalony.
Arthur spojrzał we wskazanym przez mata kierunku. W rzeczy samej, zza 

horyzontu wyłaniał się wąski, niebieskawy sierp księżyca. Sprawiał wrażenie, że 
wisi na niebie raczej w odległości kilkudziesięciu niż kilkuset tysięcy kilometrów. 
Lśnił jednak jasnym blaskiem.

Niebieski   księżyc   wschodził   szybko,   ale   niezbyt   płynnie,   zupełnie   jakby 

uruchamiał go mechanizm zegarowy, który należałoby naoliwić. W jego blasku 
Arthur wyraźnie widział kołyszącego się nieopodal „Mola”. Daleko na horyzoncie 
ujrzał jednak coś jeszcze. Nieznany obiekt lśnił w blasku księżyca jak odbijająca 
światło soczewka lunety. Cienka smuga niewątpliwie była masztem.

Spalony Słońcem również go dostrzegł.
–   Wiosłować,   psy!   –   ryknął   młodszy   mat.   –   Wiosłować,   jeśli   chcecie 

przeżyć, żałosne istoty!

background image

Rozdział 5

Ich przybycie na pokład „Mola” przypominało raczej paniczną ucieczkę niż 

uporządkowane zaokrętowanie. Rezydenci porzucili łódź i wszyscy jednocześnie 
zaczęli się wspinać po drabince oraz siatce przy burcie okrętu. W rezultacie zawiśli 
przy pomalowanym na żółto kadłubie „Mola”, wznosząc tak deprymujące okrzyki, 
jak: „Złocień!”, „Dreszcz!”, a nawet „Jesteśmy zgubieni!”.

Spalony Słońcem z trudem ściągnął kilku Rezydentów z powrotem i kazał 

im   wydobyć   ze   skrzyni   linę.   Nawet   on   jednak   nie   potrafił   skłonić   załogi   do 
podniesienia   szalupy.   Gdy   łódź   zaczęła   odpływać,   sam   także   skoczył   na   burtę 
okrętu, po drodze pomagając Arthurowi przytrzymać się sieci.

– Nie straciłem dotąd ani jednego skarbu i pasażera – burknął. – Nie jest to 

zasługą morskiego szlamu, z którym przyszło mi żeglować. Panie Zgodniak! Panie 
Zgodniak! Szalupa dryfuje! Zgodniak to starszy mat – wyjaśnił Arthurowi, gdy 
wdrapywali   się   po   burcie.   –   Życzliwy,   ale   kurzy   móżdżek.   Jak   większość   tej 
gromady,  był tu,  kiedy   „Mól”  pełnił funkcję  biura  rachunkowego. Zgodniak  to 
kierownik biura. Można by pomyśleć, że po kilku tysiącach lat na morzu czegoś się 
nauczył... No, ale przeczę sam sobie. W górę!

Popchnął Arthura, który przetoczył się przez reling i upadł na pokład, nie 

zdążywszy odpowiednio ułożyć chorej nogi. Zanim się pozbierał, Spalony Słońcem 
chwycił go pod łokcie i szarpnął do góry, jednocześnie krzycząc:

– Ichabod! Ichabod! Zabierz naszego pasażera do kapitana! I przynieś mu 

koc!

Rezydent   bez   jednego   tatuażu   na   skórze,   elegancko   ubrany   w   niebieską 

kamizelkę   i   niemal   białą   koszulę,   wystąpił   przed   gromadę   spanikowanych 
marynarzy   i   lekko   skłonił   się   Arthurowi.   Był   szczuplejszy   od   większości 
Rezydentów i poruszał się z niebywałą gracją, zupełnie jakby odtwarzał z pamięci 
kroki jakiegoś tajemnego tańca.

–  Proszę   tędy.   – Wykonał   zwrot  w   tył,  co   przypominało   piruet,  bardziej 

pasujący do teatralnej sceny niż do rozchwianego pokładu statku.

Arthur posłusznie ruszył za Rezydentem, który najwyraźniej miał na imię 

Ichabod. Za plecami usłyszał wrzaski Spalonego Słońcem.

– Wachta lewej burty na, reje! Gotować się do stawiania żagli! Sterburta do 

dział i na stanowiska abordażowe!

– Strasznie hałaśliwi ci żeglarze – zauważył Ichabod. – Uwaga na głowę.
Rezydent pochylił się, przechodząc przez niewielkie drzwi. Chociaż Arthur 

był   znacznie   niższy,   również   musiał   pochylić   głowę.   Znaleźli   się   w   krótkim, 
ciemnym i wąskim korytarzu o bardzo niskim suficie.

– Nie jesteś żeglarzem? – zdziwił się chłopiec.

background image

– Jestem kapitańskim stewardem – oświadczył Ichabod uroczyście. – Na 

lądzie pełniłem funkcję dżentelmena dżentelmena.

– Jaką funkcję?
–   Niekiedy   kogoś   takiego   nazywają   pokojowcem   –   wyjaśnił   Ichabod   i 

otworzył drzwi na drugim końcu korytarza, w odległości zaledwie kilku metrów od 
wejścia. Rezydent przekroczył próg, Arthur podążył tuż za nim.

Chłopiec nie spodziewał się, że ujrzy takie pomieszczenie. Miało rozmiary 

zdecydowanie zbyt duże, aby mogło się znajdować na pokładzie statku: była to 
przestronna   sala   o   wybielonych   ścianach,   długa   na   prawie   trzydzieści   metrów, 
szeroka na dwadzieścia. Ozdobny, gipsowy sufit znajdował się na wysokości około 
siedmiu   metrów,   a   pod   sklepieniem,   na   samym   jego   środku,   wisiał 
pięćdziesięcioświecowy żyrandol z rżniętego kryształu.

W centrum pokoju  stało   mahoniowe   biurko  z  gazową  lampą  o  zielonym 

kloszu.  Wzdłuż   jednej   ściany   ustawiono   długi   rząd   gablot   wystawienniczych   o 
szklanych   wiekach;   każdą   z   nich   oświetlała   oddzielna,   łagodnie   posykująca 
latarenka gazowa. W kącie po drugiej  stronie  sali umieszczono wielkie łoże,  z 
zasłonami i skrzynią na pościel u stóp. Obok znajdował się parawan, pomalowany 
w motywy marynistyczne, a pod ścianą stała duża dębowa szafa z lustrzanymi 
drzwiami.

W pomieszczeniu panowała całkowita cisza i nie odczuwało się kołysania. 

Hałas   czyniony   przez   załogę   i   morze   zupełnie   zanikł,   gdy   tylko   za  Arthurem 
zamknęły się drzwi. Chłopak odniósł wrażenie, że fale nagle się uspokoiły.

– Jak to...
Ichabod znał treść pytania Arthura, zanim ten zdążył je zadać.
– To jeden z pierwotnych pokoi. Gdy nadszedł Potop i musieliśmy przerobić 

biuro   rachunkowe   na   statek,   ten   pokój   odmówił   poddania   się   modyfikacjom   i 
dostosowania do pożyteczniejszych celów. A mogliśmy urządzić tu pokład bojowy. 
Ostatecznie doktor Scamandros połączył salę z korytarzem rufowym, ale w gruncie 
rzeczy nie znajduje się ona na pokładzie.

– Zatem gdzie?
– Nie mamy całkowitej pewności. Zapewne nie tam, gdzie przedtem, gdyż 

miejsce po starym biurze rachunkowym nadal pozostaje pod wodą. Kapitan jest 
zdania, że ten pokój budowano pod nadzorem Architektki, dzięki czemu zachował 
cząstkę   jej   cnót.   Jest   położony   na   terytorium   Domu,   to   pewne,   a   nie   w 
Królestwach.

– Nie obawiasz się, że może zostać odcięty od okrętu? – spytał Arthur, gdy 

podeszli do łoża. Zasłony były zaciągnięte, lecz usłyszał za nimi chrapanie. Nic 
okropnego,   czego   nie   dałoby   się   wytrzymać,   lecz   raczej   sporadyczne 
pochrapywanie i posapywanie.

– Ani trochę – wyznał Ichabod. – Statek nadal jest przede wszystkim biurem 

background image

rachunkowym, choć dawno temu przerobionym i odmienionym. Ta sala należy do 
biura   rachunkowego,   zatem   zawsze   pozostanie   w   taki   czy   inny   sposób   z   nim 
połączona.   Jeśli   korytarz   łącznikowy   się   zerwie,   samorzutnie   powstanie   inne 
przejście.

– Może przez szafę – zasugerował Arthur.
Ichabod popatrzył na niego surowo i ściągnął brwi tak mocno, że niemal 

zetknęły się nad jego nosem.

– Śmiem wątpić, młody śmiertelniku. W szafie przechowuję odzież kapitana. 

To nie jakaś tam ukryta ścieżka.

– Wybacz – przeprosił Arthur. – Tak tylko...
Zawiesił głos, widząc, że brwi Ichaboda nie powróciły na swoje miejsce, a 

twarz nie przybrała bardziej przyjacielskiego wyrazu. Przez kilka sekund trwało 
lodowate milczenie, a potem Rezydent poruszył nosem, jakby coś go zaswędziało, i 
pochylił się nad skrzynią z pościelą.

– Oto koc – oznajmił i wręczył go Arthurowi. – Proponuję, byś się opatulił. 

Może przestaniesz dygotać. Chyba że trzęsiesz się tylko na pokaz.

– Och, dzięki – ucieszył się Arthur. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że drży. 

Dopiero kiedy Ichabod zwrócił mu uwagę, uświadomił sobie, jak bardzo zmarzł. 
Po rękach i nogach przebiegały mu dreszcze. Ciężki koc był jak najbardziej na 
miejscu. – Zimno mi. Mogłem się nawet przeziębić.

– Poważnie? – Ichabod nagle się zainteresował. – Muszę powiadomić o tym 

doktora Scamandrosa. Najpierw jednak powinienem obudzić kapitana.

– Już się obudziłem – rozległ się cichy i spokojny głos za zasłoną. – Mamy 

gościa, jak widzę. Jeszcze jakieś nowiny, Ichabod?

–   Pan   Spalony   Słońcem   wyraził   opinię,   że   ściga   nas   ten   okropny   pirat 

Złocień, w związku z kradzieżą jednej z jego skrzyń ze skarbami.

– Ach – westchnął głos. – Czy pan Spalony Słońcem robi... hm... te sztuczki 

z żaglami i tak dalej? Abyśmy mogli... że tak powiem... uciec?

– Tak jest, panie kapitanie – potwierdził Ichabod. – Czy mogę przedstawić 

potencjalnego   pasażera,   którego   pan   Spalony   Słońcem  przyjął   na   pokład   z   boi 
Złocienia? To chłopiec, i chyba trafnie zakładam, że śmiertelnik z krwi i kości. Nie 
jest jednym z dzieci Szczurołapa.

– To prawda – potwierdził Arthur.
–   Zacznijmy   od   początku,   Ichabod   –   zabrzmiała   odpowiedź.   –   Drugiej 

jakości buty, trzeciej jakości palto  i  moja, hm, szabla. Taka jak trzeba, z ostrą 
klingą.

– Z ostrą klingą? Czy to roztropne, panie kapitanie?
– Tak, tak. Jeśli, hm, Złocień nas dopadnie... Młody śmiertelniku, jak ci na 

imię?

– Mam na imię... Uwa...! – wykrzyknął Arthur  i  urwał w pół słowa, gdy 

background image

Ichabod wmaszerował prosto w lustrzane drzwi szafy. Rezydent nie zderzył się 
jednak   ze   szkłem.   Po   prostu   przez   nie   przeszedł,   niczym  pływak   nurkujący   w 
basenie   z   nieruchomą   wodą.   Po   zetknięciu   się   z   jego   ciałem   srebrzyste   szkło 
pokryły zmarszczki drobnych fal.

– Uwa? – zapytał kapitan.
– Przepraszam, zdekoncentrowałem się – powiedział Arthur. – Mam na imię 

Arth.

–   Uwa   brzmi   lepiej   niż  Arth   –   westchnął   kapitan.   –   Szkoda.   Imiona   i 

nazwiska   bywają   prawdziwym   utrapieniem.   Weźmy   moje,   dla   przykładu. 
Kotapoducha. Kapitan Kotapoducha, do usług.

– Kłapoucha? – spytał Arthur, niepewny, czy dobrze usłyszał przez zasłony 

wokół łóżka.

– Nie! Kota-poducha. Teraz rozumiesz? Takie nazwisko ujdzie w wypadku 

kierownika   biura   rachunkowego,   ale   jak   tworzyć   legendy   o   wilku   morskim 
zwanym Kotapoducha?

– Może warto je zmienić?
–   Oficerom   nie   wolno   –   wyjaśnił   kapitan   przytłumionym   głosem.   – 

Nazwisko   zostało   ustalone   przez  Architektkę   i   zapisane   w   Rejestrze   Hierarchii 
Ważności.  Z tego  względu jestem  kapitanem.  Najwyższym  rangą na  pokładzie, 
numer 38598 w hierarchii ważności w Domu. Wolałbym, by było inaczej, ale w tej 
kwestii   nie   mam   wyboru.   Pan   Spalony   Słońcem   jest,   jak   by   to   ująć,   jedynym 
zawodowym żeglarzem na pokładzie. Buty?

– Oto one, panie kapitanie – oświadczył Ichabod i wsunął za zasłony buty, 

palto i szablę. Arthur uświadomił sobie, że nie widział, by pokojowiec wracał przez 
lustrzane drzwi szafy.

Z łoża dobiegło niewyraźne przekleństwo i po chwili zasłony zafalowały. 

Następnie wyłoniły się spod nich buty, do połowy naciągnięte na nogi kapitana 
Kotapoduchy.   Ichabod   pomógł   dowódcy   wepchnąć   je   jak   należy,   a   wówczas 
Kotapoducha wyśliznął się z łoża, wyprostował i pokłonił Arthurowi.

Był   wysoki,   lecz   nie   aż   tak   jak   Pierwsza   Dama   czy   Poniedziałkowy 

Południk. Ponadto nie wydawał się specjalnie przystojny, choć jednocześnie trudno 
byłoby nazwać go brzydkim. Nie ozdobił ciała tatuażami, a przynajmniej nie w 
widocznych miejscach. Prezentował się bardzo przeciętnie i zwyczajnie, twarz miał 
bez wyrazu, na głowie nosił krótką białą perukę upiętą w coś w rodzaju końskiego 
ogona,   przewiązanego   niebieską   wstążką.   Jego   niebieskie   palto   było   wyraźnie 
wypłowiałe i tylko na lewym ramieniu widniał złoty epolet.

–   Dobrze,   młody   człowieku   –   wymamrotał   Kotapoducha,   bezskutecznie 

usiłując zapiąć pas. Po chwili dał za wygraną i zaczekał, aż Ichabod mu pomoże. – 
Chcesz być pasażerem na pokładzie okrętu, który wkrótce pójdzie na dno, a cała 
jego załoga trafi, że tak powiem, pod szablę albo w niewolę pirata Złocienia?

background image

– Nie – zaprzeczył chłopiec. – To znaczy: chcę być pasażerem, lecz przecież 

uda nam się chyba umknąć? Widziałem tamten piracki okręt, ale znajdował się 
szmat drogi stąd. Mamy ogromną przewagę.

– Pościg nigdy nie trwa krótko – wymamrotał Kotapoducha. – Ale w końcu 

pewnie nas dopadną. Chyba powinniśmy iść i, dajmy na to, rzucić okiem. Pan 
Spalony   Słońcem   może   wpaść   na...   Jak   mu   tam...   pomysł.   Albo   doktor 
Scamandros.   I   to   w   chwili,   gdy   chciałem   obejrzeć   nowe   eksponaty   do   mojej 
kolekcji.   Podejrzewam,   że   wkrótce   będzie   to   kolekcja   Złocienia,   a   on   jej   nie 
doceni.

Arthur właśnie nabierał w płuca powietrza, by spytać o kapitańskie zbiory – 

z rozanielonego spojrzenia dowódcy wywnioskował, że są ukryte w gablotach przy 
ścianie – lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Ichabod nadepnął mu na stopę i 
wymownie zakaszlał.

– Co znowu? – spytał Kotapoducha, zerkając na pokojowca.
–   Kapitan   jest   potrzebny   na   pokładzie!   –   oznajmił   Ichabod   głośnym, 

stanowczym tonem.

–  Tak!  Tak!   –   potwierdził   Kotapoducha.   –   Sprawdźmy,   dokąd   dotarł   ten 

niegodziwy, no, ten niegodziwy... okręt Złocienia. O twojej opłacie za przejazd, 
Arth, porozmawiamy później. Za mną!

Ruszył ku drzwiom, a gdy tylko je otworzył, Arthur usłyszał pomruk morza, 

trzeszczenie   drewnianych   elementów   statku   i   bezustanne   krzyki   Spalonego 
Słońcem i reszty załogi.

Musiał zacisnąć powieki, opuszczając salę i wychodząc na korytarz, bo choć 

podłoga się kołysała, posadzka w pokoju pozostała nieruchoma. W efekcie poczuł 
w głębi gałek ocznych nieprzyjemny ucisk, od którego dostał mdłości. Wrażenie 
szybko ustąpiło, gdy tylko ponownie znalazł się na właściwym pokładzie, choć 
statek wznosił się i opadał tak gwałtownie, że chłopiec co kilka kroków musiał 
chwytać się czegoś, aby nie upaść.

Na głównym pokładzie było jasno. Księżyc wisiał wysoko nad żaglowcem, 

jego   blask   był   chłodny   i   mocny.  Arthurowi   przyszło   do   głowy,   że   przy   takim 
świetle mógłby nawet czytać. Dostrzegł też, że lśnienie księżyca jest dostatecznie 
silne, aby wszystkie elementy osprzętu rzucały cień.

Czując zimny wiatr, chłopiec staranniej otulił ramiona kocem. Podmuchy 

coraz   chłodniejszego   powietrza   przybierały   na   sile.  Arthur   popatrzył   na   reje   – 
wszystkie   żagle   były   wydęte.   „Mól”   pozostawał   w   znacznym   przechyle   na 
sterburtę i gnał naprzód z dużą prędkością.

Arthur obejrzał się przez ramię. Niestety, okręt piracki mknął jeszcze chyżej. 

Wroga jednostka była znacznie mniejsza od „Mola”, a do tego węższa, z dwoma 
masztami i trójkątnymi żaglami, a nie prostokątnymi jak na kupieckim statku.

– W blasku księżyca tamten okręt wydaje się biały – zauważył Arthur. – 

background image

Żagle są brązowe?

– To kolor zaschniętej krwi – wyjaśnił Ichabod. – Krawcy zwą taką barwę 

„starą   sangwiną”.   Pokład   podobno   wykonano   z   kości   legendarnego   potwora   z 
Poślednich Królestw. Powiada się, że Złocień to pirat z Królestw. Niegdyś był 
śmiertelnikiem, ale posiadł mroczne sekrety Domowej Magii, i teraz jest na wpół 
Niconiem, na wpół...

–  To   by...   by   było   na   tyle,   Ichabod,   wystarczy,   dziękuję   –   przerwał   mu 

Kotapoducha nerwowo. – Za mną.

Ruszył   na   pokład   rufowy.   Dwóch   Rezydentów   mocowało   się   z   kołem 

sterowym, a Spalony Słońcem wykrzykiwał rozkazy Rezydentom na rejach i na 
pokładzie, gdzie trymowali żagle i liny. Znajdowało się tam jeszcze dwóch innych 
Rezydentów. Jeden stał w milczeniu obok Spalonego Słońcem i z powagą kiwał 
głową  przy   każdym  rozkazie.   Przypominał   nieco   kapitana   Kotapoduchę   –  miał 
twarz   bez   wyrazu,   był   podobnie   ubrany,   musiał   zatem   pełnić   funkcję   oficera. 
Arthur   pomyślał,   że   pewnie   jest   to   starszy   mat,   ten   sam,   który   w   biurze 
rachunkowym zajmował stanowisko kierownika biura.

Drugi Rezydent nie mógłby się bardziej różnić od pierwszego. Ta osobliwa, 

drobna postać przykucnęła obok steru. Ledwie wystawała z obszernego żółtego 
szynela   o   podwiniętych   rękawach.   Osobnik   był   łysy,   a   jego   twarz   i   czaszkę 
pokrywały   drobne,   liczne,   wielobarwne   tatuaże.   Dopiero   po   chwili   Arthur 
zorientował się, że rysunki na skórze są animowane – każdy z nich poruszał się i 
przesuwał   po   głowie   nieznajomego.   Chłopiec   dostrzegł   ożywione   podobizny 
okrętów, morskich stworów, ptaków i chmur, a także map, księżyców, gwiazd i 
planet.

–   Pan   Zgodniak,   starszy   mat   –   wyszeptał   Ichabod   i   wskazał   dłonią 

Rezydenta stojącego obok Spalonego Słońcem. – A także doktor Scamandros, nasz 
wybitny zaklinacz i nawigator. Jako haruspik właśnie podejmuje decyzję, dokąd 
możemy podążyć. Pamiętaj, nie wolno mu przeszkadzać, kiedy wróży. Mogłyby się 
zdarzyć rzeczy straszliwe.

W tej samej chwili gwałtowny podmuch wiatru jeszcze bardziej przechylił 

„Mola”. Gdy wszyscy na pokładzie rozpaczliwie próbowali utrzymać równowagę, 
Arthur wpadł na kapitana Kotapoduchę i obaj ześliznęli się aż do relingu.

Niewiele   brakowało,   a  Arthur   znalazłby   się   za   burtą,   w  czarnym  morzu, 

które było już zadziwiająco blisko. Chłopiec z trudem uchronił się przed kąpielą. W 
ostatnim momencie złapał koć, ale za cenę silnego uderzenia w złamaną nogę. 
Przeszył go koszmarny, przenikliwy ból, który objął cały bok i eksplodował w 
mózgu.

Spalony   Słońcem  wykrzyczał   kilka   rozkazów   i   po   chwili   okręt   odzyskał 

równowagę.  Arthur  spostrzegł,  że  niemal  wszyscy  marynarze  zatrzymali   się  na 
relingu sterburty, z wyjątkiem dwóch sterników, którzy przywarli do koła, a także 

background image

stojącego   obok   nich  Spalonego   Słońcem  i   pozostającego   nieco   z   boku  doktora 
Scamandrosa. Mag nadal kucał tam gdzie poprzednio, jakby był przyklejony do 
podłoża.   Choć   to   zdawało   się   niemożliwe,   wszystkie   przedmioty,   z   których 
korzystał, również pozostały na swoich miejscach. Na pokładzie leżało kilka map 
oraz dwa pozłacane kompasy z brązu, linijka i czaszka małego zwierzęcia, służącą 
za pojemnik na kilkanaście ołówków.

Obok   mapy   znajdowało   się   mnóstwo   małych,   kolorowych   kartoników, 

pozornie chaotycznie rozrzuconych po pokładzie. Doktor Scamandros studiował je 
uważnie i pogwizdywał przez zaciśnięte zęby. Po kilku minutach zebrał karteczki i 
ponownie je rozrzucił. Ku zdumieniu Arthura kartoniki połączyły się w powietrzu i 
wtedy   chłopiec   zrozumiał,   że   to   elementy   układanki.   Gdy   opadły   na   pokład, 
utworzyły   niemal   kompletny   rysunek,   w   którym   brakowało   dwóch   lub   trzech 
elementów. Układanka była niepełna.

Doktor Scamandros przestał pogwizdywać, a wiatr nieco osłabł, jakby w 

odpowiedzi na jego zachowanie. Rezydent ponownie zebrał wszystkie elementy i 
włożył je do kartonowego pudełka z rysunkiem owcy, które wsunął za pazuchę, 
pod żółty szynel. Potem wstał. Niewątpliwie nadszedł moment, w którym można 
już było mu przerywać, bo Kotapoducha i Zgodniak pośpiesznie do niego podeszli.

– Co mówią znaki, doktorze? – zapytał Kotapoducha. – Czy istnieje kurs, 

który powinniśmy obrać, aby się stąd wydostać?

– Nie – oświadczył Scamandros. Mówił bardzo wysokim i czystym głosem, 

który dziwnie kojarzył się Arthurowi z trąbką. – Jakaś moc zakłóca wróżenie z 
kozy   i   owcy.  W  takich   warunkach   nie   ośmielę   się   przepowiadać   z   wołu.   Bez 
przewodnika nie określę trafnego kursu.

– Czy to Złocień? – spytał Spalony Słońcem. – Choć dzieli go od nas taki 

dystans?

–   Nie   –   zaprzeczył   Scamandros   i   po   raz   pierwszy   skierował   spojrzenie 

ciemnych oczu prosto na Arthura. – Przyczyna zakłóceń leży znacznie bliżej. A to 
kto?

– Arth – odparł Spalony. – Śmiertelnik, chłopiec. Wzięliśmy go na pokład 

razem ze skarbem Złocienia.

– On dzierży obiekt o wielkiej mocy – obwieścił doktor Scamandros. W jego 

głosie słychać było entuzjazm. Przetrząsnął wewnętrzną stronę palta i wyciągnął 
okulary   w   oprawce   ze   złotego   drutu.   Ich   soczewki   były   grube,   wykonane   z 
dymnego,   kwarcowego   szkła.   Scamandros   włożył   okulary   na   czoło   zamiast   na 
oczy. – Dajcie go tu.

Arthur dobrowolnie ruszył ku doktorowi i chwiejnie przeszedł po pokładzie. 

Spalony Słońcem pochwycił go i przytrzymał, niezbyt mocno, tak że nie wiadomo 
było, czy Rezydent pomaga chłopcu utrzymać równowagę, czy też traktuje go jak 
więźnia.

background image

–   Co   tam   chowasz   w   kieszeni,   chłopcze?   –   zainteresował   się   doktor 

Scamandros. – Masz coś, co zakłóca moje wróżby i tym samym nawigację okrętu.

– To... to taka książka – zająknął się Arthur. – Nie będzie pan miał z niej 

pożytku.

– Sam o tym zadecyduję! – krzyknął Scamandros. Wepchnął rękę do kieszeni 

Arthura, a Spalony Słońcem mocniej zacisnął dłonie na jego ramionach. – Co my 
tu mamy...

Gdy dotknął okładki Atlasu, rozległ się donośny huk, jakby ktoś wystrzelił z 

pistoletu. Scamandros cofnął rękę tak szybko, że Arthur nawet tego nie dostrzegł. 
W   następnej   chwili   nawigator   skakał   po   całym   pokładzie,   chowając   dłoń   pod 
pachą.

– Au! Au! Au! – skrzeczał. – Za burtę z nim!
Spalony Słońcem zawahał się, ale po chwili uwięził chłopca w niedźwiedzim 

uścisku i pokuśtykał do relingu przy sterburcie, z którym zderzył się z wielką siłą, 
jako że pokład był przechylony i idąc, mat nabierał prędkości.

– Wybacz, młodzieńcze – oświadczył. Uniósł Arthura, gotów cisnąć go w 

głębiny. – Doktor jest nam potrzebny.

background image

Rozdział 6

Nie!   –   wrzasnął   Arthur,   gdy   Spalony   Słońcem   go   podnosił.   –   Jestem 

przyjacielem Żeglarza! Kapitana Toma Shelvocke’a!

Spalony Słońcem opuścił chłopca na pokład.
– Udowodnij – zażądał ozięble. – Jeśli łżesz, wyrżnę ci w głowie skrzela, a 

dopiero potem cisnę cię za burtę.

Arthur drżącą ręką sięgnął do bluzy od piżamy i wyciągnął prowizoryczny 

sznurek   z   nitki   dentystycznej.   Przez   jedną   straszną   chwilę   sądził,   że   zgubił 
medalion, lecz zaraz potem go wydobył i zawiesił na piersi, w widocznym miejscu.

– Co się tak guzdrzesz, Spalony!? – krzyknął doktor Scamandros gniewnie. – 

Do morza z nim!

Spalony Słońcem uważnie obejrzał dysk, trącił go palcem i popatrzył na 

drugą stronę, po czym westchnął i puścił Arthura. W tym samym momencie okręt 
przechylił się mocno na bakburtę i ponownie wyprostował. Niewiele brakowało, a 
chłopiec i tak wypadłby za reling.

– Panie Spalony Słońcem, proszę natychmiast wykonać polecenie doktora! – 

rozkazał Kotapoducha stanowczo. – Musimy znać drogę ucieczki!

– Nie da rady, kapitanie! – krzyknął Spalony Słońcem. – Chłopak nosi znak 

Żeglarza. Jeśli prosi o pomoc, wszyscy ludzie morza muszą mu jej udzielić.

– Proszę o pomoc! – potwierdził Arthur pośpiesznie. – Nie chcę trafić za 

burtę. Muszę tylko przesłać wiadomość do Niższego Domu albo do Odległych 
Rubieży.

– On ma co? Od kogo? – spytał Kotapoducha.
Spalony   ponownie   westchnął   i   pomógł  Arthurowi   przejść   po   pochyłym 

pokładzie do zgromadzonej przy kole sterowym grupy. Doktor Scamandros nadal 
trzymał dłoń pod pachą. Na widok chłopca skrzywił się groźnie.

– Żaden marynarz nie przeciwstawi się Żeglarzowi – oświadczył Spalony 

Słońcem. – Chłopak ma medalion od niego, więc musisz wymyślić coś innego, 
doktorze. Mały nie trafi za burtę.

– Żeglarz. – Scamandros zamyślił się głęboko. – Postać wielbiona przez 

ludzi morza. Jeden z synów Starucha, jak mniemam?

– Zgadza się – potwierdził Arthur, chociaż pytanie nie było skierowane do 

niego. – Oraz Architektki.

– Może działałem nieco pochopnie – ciągnął Scamandros. – Przyszło mi 

teraz   do   głowy,  że   masz   w   kieszeni   coś,   czego   nie   chcielibyśmy   wyrzucać   do 
morza.   Tak   czy   owak,   każdy   przyjaciel   Żeglarza...   Proszę,   przyjmij   moje 
przeprosiny.

– Nie ma sprawy – odparł chłopiec. – Tak bywa.

background image

– Cóż, hm, witamy na pokładzie – odezwał się kapitan. – Nie posiadamy się 

z radości, mogąc cię gościć. Obawiam się jednak, że nasza podróż zostanie, jak by 
to ująć, skrócona.

Wszyscy skierowali wzrok za rufę. „Dreszcz” zbliżył się wyraźnie, był teraz 

oddalony o około półtora kilometra.

– Wkrótce wypalą z dział dziobowych – mruknął Spalony Słońcem. – Jeśli 

mają proch. Dysponują też modyfikatorem pogody. Będziemy musieli walczyć.

– Hm. – Zgodniak przełknął ślinę i jednocześnie zmarszczył czoło. – To nie 

brzmi obiecująco.

– Doktorze, możesz zapewnić nam lepszy wiatr? – spytał Spalony Słońcem. 

– Dasz radę rozwiązać jeden ze swoich węzłów?

– Nie – oświadczył Scamandros. – Złocień już panuje nad wiatrem i ma 

większą moc niż ja. Na Morzu Granicznym nie ma dla nas drogi ucieczki.

– A czy istnieje godny uwagi kurs na Poślednie Królestwa? – Kotapoducha 

częściowo   wysunął   szablę   z   pochwy   i   niemal   pokaleczył   palce   na   obnażonym 
ostrzu.

– Istnieje możliwość, którą mogłem przeoczyć z powodu nieznośnego bólu 

dłoni – wyjaśnił Scamandros. – Nie mogę odprawiać haruspickich wróżb z powodu 
magicznej   interferencji.   Młodzież   czasem   dysponuje   jednak   przyrodzonymi 
zdolnościami, więc ten chłopiec ma szansę nam pomóc. Młodzieńcze, czy potrafisz 
odczytywać przyszłość ze zwierzęcych trzewi?

– Nie. – Arthur skrzywił się z obrzydzeniem. – To odrażające!
– Nikt już nie korzysta z prawdziwych wnętrzności – szepnął Ichabod. – 

Wystarczają magiczne układanki z ich rysunkami.

–   W   rzeczy   samej,   ta   sztuka   stała   się   bardziej   uporządkowana   i   mniej 

kłopotliwa   w   użyciu   –   podkreślił   Scamandros,   najwyraźniej   obdarzony 
wyśmienitym słuchem. – Osobiście uważam jednak, że najlepiej jest przechodzić 
szkolenie według dawnej mody, a dopiero potem zabierać się do układanek. Zatem 
nie jesteś haruspikiem ani jasnowidzem?

– Nie...
–   Wobec   tego   rzucisz   elementy,   a   ja   odczytam   wróżbę.   –   Scamandros 

wyciągnął spod szynela duże pudło, większe niż to, które wcześniej schował, i 
wręczył je Arthurowi. Na pudle widniał rysunek wołu, przy czym tył zwierzęcia 
był zaprezentowany w przekroju, aby ukazać wnętrzności. – A teraz szybko. Weź 
pudło i wysyp zawartość.

Gdy Arthur otworzył pudło, coś świsnęło nad okrętem. Dźwięk przypominał 

połączenie   gwizdka   lokomotywy   i   skrzeczenia   wystraszonej   papugi.   Spalony 
Słońcem podniósł wzrok.

– Mają proch! – wymamrotał. – To strzał wstrzeliwujący.
Niezwłocznie   przystąpił   do   wykrzykiwania   nowych   rozkazów   sternikowi 

background image

oraz załodze. „Mól” zakołysał się i przechylił na sterburtę, gdy sternik zakręcił 
kołem.   Marynarze   rzucili   się   do   lin,   by   trymować   żagle   na   rejach,   poziomych 
belkach na masztach.

Arthur ukląkł na pokładzie i wsunął dłonie do pudła. Chociaż miał przed 

oczyma   wyłącznie   fragmenty   kolorowych   kartoników,   wzdrygnął   się,   gdy   ich 
dotknął.

–   Fuj!   –   wykrzyknął.   –   Przypominają   surową   mielonkę   albo...   albo   coś 

jeszcze gorszego!

– Nie zwracaj na to uwagi – polecił mu Scamandros. – Wyjmij elementy i 

rzuć je na pokład. Nie mamy chwili do stracenia!

Arthur   otrząsnął   się   i   zawahał.   Potem   ponownie   usłyszał   świst   i   wielka 

fontanna wody wytrysnęła tuż za „Molem”, ochlapując wszystkich lodowatą wodą.

–  Wstrzelili   się   –   obwieścił   Spalony   Słońcem   ponuro.   –   Następny   strzał 

będzie celny.

Arthur   odetchnął   głęboko   i   zanurzył   dłonie   w   pudle.   Wydobywanie 

elementów przypominało wyciąganie martwych robaków. Mimo to chłopiec wybrał 
całą zawartość pudła i rzucił kartoniki Scamandrosowi pod nogi.

Podobnie jak wcześniej, elementy połączyły się podczas upadku. Tym razem 

jednak ani jeden nie pozostał luzem, wszystkie stworzyły idealny prostokąt. Kolory 
mieszały się i lśniły, jak w rozlanej farbie, a następnie utworzyły linie i wzory. Po 
kilku sekundach pojawił się rysunek przedstawiający skalistą wyspę, a właściwie 
stertę żółtych kamieni otoczoną morzem o zaskakującej barwie, raczej fiołkowej 
niż niebieskiej.

Scamandros popatrzył na rysunek, wymamrotał coś pod nosem, zwinął mapę 

leżącą   na   pokładzie   i   natychmiast   rozpostarł   ją   ponownie.   Oczom   zebranych 
ukazało się najzupełniej odmienne odwzorowanie.

– Wyspa Utraconej Nadziei, Morze Jazerskie na planecie zwanej przez nas 

Gerain – oświadczył Scamandros. – To załatwia sprawę!

– Hm, panie Zgodniak... – powiedział Kotapoducha.
– Eee, panie Spalony Słońcem... – powiedział Zgodniak.
– Przygotować się do Przekroczenia Pasa! – ryknął Spalony Słońcem. – Kto 

nie ma zajęcia, niech się mocno trzyma!

Kotapoducha i Zgodniak pognali do relingu i chwycili go oburącz. Spalony 

Słońcem   dołączył   do   dwóch   Rezydentów   przy   kole   sterowym.   Scamandros 
podniósł układankę, która się nie rozpadła, i także stanął obok.

– Łap linę albo reling – polecił Ichabod Arthurowi. – Kiedy doktor krzyknie, 

pochyl się i zamknij oczy. Cokolwiek zrobisz, nie zwalniaj uścisku!

Arthur posłusznie wykonał polecenie. Mocno chwycił reling przy bakburcie i 

popatrzył na doktora Scamandrosa, który trzymał układankę i mamrotał coś do 
siebie, od czasu do czasu wydając polecenia Spalonemu Słońcem.

background image

– Bakburta pięć, bez zmian – oznajmił. – Sterburta dziesięć i z powrotem 

śródokręcie, przytrzymać, bakburta pięć, bakburta pięć, sterburta dziesięć...

„Mól" pochylał się raz na jedną, raz na drugą stronę, lecz wydawało się, że 

tylko nieznacznie zmienia kurs, choć sternik bezustannie kręcił kołem w lewo i w 
prawo. Doktor Scamandros przez cały czas wydawał polecenia, a okręt posłusznie 
manewrował.

Arthur usłyszał za plecami coś jakby grzmot i popatrzył w kierunku rufy. 

Ujrzał błysk dział dziobowych „Dreszcza”, a zaraz potem rozległ się złowróżbny 
świst. Tym razem jednak pocisk nie wpadł do morza ani nie przeleciał nad okrętem. 
Gdy   doktor  Scamandros  krzyknął  coś niezrozumiałego  i  wyrzucił  układankę   w 
powietrze, Arthur usłyszał potworny trzask i łoskot, który momentalnie wytłumił 
wszelkie inne dźwięki.

Chłopak   zamknął   oczy   i   pochylił   się   tak,   jak   mu   nakazano.   Miał   tylko 

nadzieję, że zniszczona przez kulę armatnią część okrętu nie spadnie mu na głowę.

Po upiornym trzasku, towarzyszącym pękaniu jakiegoś istotnego elementu 

na   pokładzie,   zapadła   chwilowa   cisza,   a   potem   rozbłysło   światło   tak   ostre,   że 
Arthurowi pojaśniało przed oczyma, choć ani na moment nie rozwarł powiek. Po 
błysku coś huknęło, cały okręt się zatrząsł. Wibracje były tak silne, że Arthura 
rozbolały kończyny i brzuch.

Z miejsca zrozumiał, co się dzieje. Machinalnie wsunął dłoń do kieszeni, w 

której spoczywało zaproszenie, i skulił się, nie wyciągając ręki z kieszeni.

Lada moment mieli ponownie przekroczyć Pas Burz!
Grzmot okazał się tak ogłuszający, że jego echo jeszcze przez pewien czas 

pobrzmiewało w uszach i głowie Arthura. Nawet kiedy wszystko ucichło, musiał 
przez chwilę dochodzić do siebie, bo drżał i nic nie słyszał. Lśnienie błyskawicy 
pozostało mu przed oczyma w postaci plam, a także czarnych punktów, których 
taniec utrudniał mu widzenie.

Gdy   rozwarł  powieki,   ujrzał  obraz  zniszczenia,   a  zaraz  potem  niezwykłe 

zjawisko,   jedna   z   ogromnych,   poziomych   belek   na   głównym   maszcie   „Mola” 
runęła   po   eksplozji   armatniej   kuli.   Połowa   rei   spoczywała   na   pokładzie,   druga 
trafiła do morza. Okręt był pokryty bezładną plątaniną drewna, lin i płótna.

Arthur ledwie rzucił okiem na rumowisko. Skupił uwagę na widoku przed 

okrętem, gdzie z wody sterczała pionowo gigantyczna pozłacana rama o szerokości 
około   stu   pięćdziesięciu   metrów   i   wysokości   stu   metrów.   Wewnątrz   obiektu 
znajdowała się wielka, świecąca jaskrawym światłem wersja układanki Arthura, z 
żółtą kamienną wysepką oraz fiołkowym morzem. Obraz w ramie nie wyglądał 
jednak jak rysunek. Morze kołysało się, fioletowawe chmury sunęły nad lądem, 
dookoła   fruwały   ptaki   oraz   istoty   do   nich   podobne.   Chłopiec   dostrzegł   zarysy 
elementów   znacznie   węższych   i   bardziej   falistych   niż   w   zwykłej   układance, 
których kontury były wyjątkowo cienkie i ledwie widoczne.

background image

– Wachta sterburty! Odciąć linę! Ale już!...
Spalony Słońcem nie zdążył dokończyć, gdy „Mól” się zakołysał, a żagle 

załopotały. Ich szum przypominał szydercze oklaski.

– Ster! Trzymaj kurs! – krzyknął Spalony Słońcem.
„Mól” usiłował żeglować prosto ku obrazowi w ramie. Arthur widział to 

wyraźnie. Zrozumiał, że nie mają przed sobą malowidła, lecz wrota do innego 
świata, gdzieś w Poślednich Królestwach.

– Zgubiliśmy ich? – spytał doktora Spalony Słońcem.
Scamandros spojrzał za rufę i opuścił dymne okulary na oczy, aby lepiej się 

przyjrzeć zaskakująco odległemu Pasowi Burz.

– Nie jestem... Nie.
Arthur obejrzał się i zamrugał, oślepiony jaskrawymi błyskami światła, które 

teraz pojawiały się w odległości kilku mil od okrętu. Z początku nic nie dostrzegał, 
lecz po chwili ujrzał zarys ciemnych żagli „Dreszcza”. Jednostka pozostała w tyle, 
lecz szybko nadrabiała stracony dystans, i zanosiło się na to, że w niedługim czasie 
dogoni „Mola”. Ten zaś płynął wolniej niż w zwykłych okolicznościach, z powodu 
pękniętej rei – jej zanurzona za burtą część pełniła funkcję wielkiej i niezgrabnej 
kotwicy.

– Będą próbowali przeniknąć przez portal naszym śladem – zaniepokoił się 

Spalony Słońcem.

–   Czy   jest   jakiś...   manewr,   który   moglibyśmy   wykonać?   –   zapytał 

Kotapoducha niepewnie.

– Odrąbać tę reję! – ryknął Spalony Słońcem. Arthur wzdrygnął się. Młodszy 

mat najwyraźniej był tym bardziej hałaśliwy, im większy ogarniał go lęk.

Doktor Scamandros skierował wzrok na otoczone złoconą ramą przejście do 

krainy   fiołkowego   morza.   „Molowi”   nadal   pozostawało   do   pokonania   kilkaset 
metrów. Scamandros odwrócił się ku pościgowi, wyciągnął ołówek i dokonał kilku 
obliczeń na wielkim mankiecie żółtego szynela.

– Jeśli utrzymamy dotychczasową prędkość, Złocień dopadnie nas tuż przy 

portalu – oświadczył. – Nawet jeśli nie zmiecie nam masztu ani nie przedziurawi 
nam kadłuba pod powierzchnią wody.

– Zaprzestanie ostrzału – powiedział Spalony Słońcem. – Przecież nie musi 

strzelać, prawda? I tak płyniemy powoli. Dodatkowe kule mogą uszkodzić łup.

Wiarygodność tego przypuszczenia została natychmiast podważona. Za rufą 

rozległ się huk wystrzału i po chwili obok „Mola” wyrósł pióropusz wody, tym 
razem niebezpiecznie blisko kadłuba.

– Jak się nad tym zastanowić, może nas posłać na dno choćby dla kaprysu – 

dodał   Spalony   Słońcem   i   popatrzył   na   główny   pokład,   gdzie   Rezydenci 
bezskutecznie   rąbali   siekierami   zwaloną   reję.   –   Ciąć!   Nie   wałkonić   się!   Ciąć! 
Doktorze, zrób coś, jeśli da się jeszcze coś uczynić. Umiejętności żeglarskie już 

background image

nam nie pomogą. Biegnę po siekierę!

– Nie dawaj za wygraną! – zawołał Kotapoducha, gdy Spalony Słońcem 

zeskoczył przez kapę na śródokręcie.

Arthur spojrzał na błyskawicznie zbliżającą się piracką jednostkę, a potem na 

żywy obraz w ogromnej pozłacanej ramie. Nawet bez skomplikowanych kalkulacji 
rzucało się w oczy, że „Dreszcz” dogoni „Mola” przed transferowym portalem. 
Pozostał jeszcze tak długi dystans do pokonania...

Nagle wpadła mu do głowy pewna myśl.
– Nie znam się na czarach ani na niczym podobnym – odezwał się. – Ale ten 

wielki obraz działa jak podróżny talerz, na którym się staje, żeby dokądś dotrzeć, 
prawda?

Scamandros z roztargnieniem skinął głową.
– Skoro więc nie możemy dotrzeć do niego na czas, czy istnieje sposób, aby 

go do nas przybliżyć?

Scamandros zmarszczył czoło i przechylił głowę, jakby olśniony pomysłem 

Arthura. Chłopiec zauważył, że drobne tatuaże na twarzy doktora przedstawiają 
katastroficzne   sceny:   sztormy   na   morzu,   tonące   statki,   eksplodujące   słońca, 
implodujące planety.

Gdy doktor otworzył usta, aby coś powiedzieć, „Dreszcz” wypalił ponownie.
– Ciekawe. Tak, teoretycznie możliwe jest...
Słowa Scamandrosa zagłuszył huk, kiedy kula armatnia trafiła „Mola” w 

burtę, nieco z tyłu i poniżej koła sterowego. Ciężkie drewno rozpadło się na tysiące 
śmiertelnie niebezpiecznych odprysków, długości nawet trzydziestu centymetrów. 
Ogromne drzazgi zaświstały nad pokładem rufówki.

background image

Rozdział 7

Arthur dopiero po chwili uświadomił sobie, że leży na pokładzie, tuż przy 

relingu, a jego zdrowa noga zwisa za burtą. Wszędzie dookoła słyszał wrzaski i 
jęki. Przez moment sądził, że dostał nagłego ataku astmy i zemdlał z braku tlenu. 
Jego oddech był jednak bez zarzutu, a przynajmniej tak się wydawało chłopcu, nim 
gwałtownie odzyskał pełną świadomość. W powietrzu fruwały wielkie drzazgi...

Podciągnął   nogę,   usiadł   i   rozejrzał   się.   Ledwie   do   niego   docierało,   że 

złamaną kończynę przeszywa ból, zdążył już do niego przywyknąć. Na szlafroku 
ujrzał plamy jaskrawoniebieskiej krwi. Poczuł ból w lewej dłoni. Gdy ją uniósł, 
znowu zobaczył krew, tym razem czerwoną. Nie było jej wiele. Skupił uwagę na 
środkowym palcu i wyciągnął z niego drzazgę o kształcie igły. Jej ostrze przebiło 
skórę na kostce i drewno sterczało z ciała.

– Popatrz sam! Kompletnie zniszczona! – jęknął ktoś obok Arthura. Chłopiec 

odwrócił   się   powoli.   Po   drugiej   stronie   pokładu   zobaczył   wielką   dziurę.   Siła 
wybuchu porozrywała deski i rozrzuciła ich szczątki. Na potrzaskanym drewnie, 
wśród drzazg i odprysków, widniały plamy błękitnej krwi.

Ichabod wskazywał palcem kamizelkę. Z brzucha Rezydenta sterczał ostro 

zakończony kawał drewna długości przedramienia Arthura. Z rany ciekła niebieska 
krew i gromadziła się w kieszeni kamizelki.

–   Nie   boli?   –   zdumiał   się   chłopiec.   Był   w   szoku,   lecz   zdezorientowany 

umysł podpowiadał mu, że warto ponownie obejrzeć całe ciało. Arthur wiedział, że 
dla   Rezydenta   nawet   obcięcie   głowy   nie   oznacza   śmierci,   lecz   marna   to   była 
pociecha,   gdyż   nim   samym   rządziły   inne   prawa.   Gdyby   odniósł   taką   ranę   jak 
Ichabod, z pewnością już by nie żył.

– Boli, i to jak! – Ichabod wykrzywił usta. – Ale popatrz tylko na moją 

ulubioną kamizelkę!

Arthur   obejrzał   sobie   ręce   i   nogi.   Wydawały   się   w   porządku.   Ostrożnie 

pomacał się po brzuchu i głowie. Najwyraźniej one również nie ucierpiały. Zranił 
się tylko w palec.

Rezydenci przy kole sterowym nie mieli tyle szczęścia. Arthur ledwie mógł 

na   nich   patrzeć,   tak   bardzo   byli   pokłuci   ostrymi   kawałkami   drewna.   Chłopak 
cieszył się, że błękitna krew nie wygląda tak dramatycznie jak prawdziwa, ludzka. 
Członkowie załogi przez cały czas narzekali na gnębiącego ich pecha.

– Ciężko ranni do kwatery kapitańskiej! – rzucił doktor Scamandros. Nie 

wyglądał   na   rannego,   lecz   z   rękawa   jego   żółtego   szynela   sączył   się   strumyk 
niebieskiego   płynu.   –   Ty   także,   śmiertelniku!   Mogłeś   tu   zginąć!   Pod   pokład, 
natychmiast. Ichabod, zaopiekuj się naszym cennym pasażerem.

Arthur dźwignął się i z wahaniem ruszył na schodki. Ichabod szedł u jego 

background image

boku.

– Co zamierzasz uczynić, doktorze? – spytał kapitan Kotapoducha smętnie, 

zapatrzony w miejsce, w którym niegdyś znajdowała się jego stopa oraz jeden z 
drugiej jakości butów. – Moim zdaniem kulę armatnią powleczono Nicością.

– Gdyby tak było, czułbyś się o wiele gorzej, kapitanie – zauważył doktor 

Scamandros. – jak już nadmieniłem, istnieje teoretyczna możliwość przyśpieszenia 
transferu   poprzez   przysunięcie   portalu   do   podróżnego,   a   nie   na   odwrót.   Rzecz 
jasna, jest to zadanie niebywale trudne i niebezpieczne.

Wszyscy   patrzyli   na   piracką   jednostkę   za   rufą.   Wrogi   okręt   ponownie 

wypalił i niemal w tej samej chwili wielka fontanna wody wystrzeliła z morza 
nieco przed dziobem, od strony bakburty „Mola”.

– Co mogłoby się zdarzyć gorszego niż wieczne zniewolenie albo powolna 

śmierć w męczarniach, pod wpływem opartych na Nicości czarów Złocienia? – 
westchnął Zgodniak. Z jego tonu nie wynikało, że naprawdę pragnie się o tym 
przekonać.

–   Jeśli   nam   się   nie   powiedzie,   nie   przeniesiemy   się   do   Pośledniego 

Królestwa, lecz do Otchłani Nicości, gdzie zostaniemy natychmiast zgładzeni.

– Moja kolekcja też przepadnie? – zainteresował się kapitan Kotapoducha.
– Zniknie okręt oraz wszystko, co się na nim znajduje i jest z nim związane – 

podkreślił   Scamandros.   –  Także   twoje   znaczki,   kapitanie.   Zatem   jakie   rozkazy 
wydasz?

Arthur zawahał się na schodach, pragnąc usłyszeć odpowiedź Kotapoduchy. 

Musiała istnieć inna droga... Może zdołałby uciec przez Niebywałe Schody? Nie, 
nie w swojej obecnej kondycji. Zapewne nawet nie miał dość mocy...

–   Nie   mogę   dopuścić,   aby   moja   kolekcja   wpadła   w   ręce   Złocienia   – 

oświadczył kapitan Kotapoducha słabym głosem. – Wszystko... albo Nicość!

Arthur  ujrzał,   jak  Scamandros  rozchyla   poły   żółtego   szynela.  Podszewka 

płaszcza była obszyta dziesiątkami kieszonek i pętelek na magiczne przybory i 
urządzenia. Zaklinacz wybrał dwa ostro zakończone pręty z brązu, wyposażone w 
haczyki przy szpicach. Chociaż pod paltem były miniaturowe, długie na zaledwie 
kilka centymetrów, to gdy je wyciągnął, momentalnie wydłużyły się na co najmniej 
metr.

– Pogrzebacze – wyjaśnił Ichabod. – Od kompletu. Bardzo ładne. Idziemy 

dalej!

Arthur ruszył za Ichabodem na dół, przejściem koło bakburty, gdzie Spalony 

Słońcem oraz załoga kończyli pracę przy odcinaniu złamanej rei i usuwaniu innych 
szczątków. Przy kapie chłopiec zatrzymał się jednak i odwrócił ku Scamandrosowi, 
który   właśnie   wyciągał   przed   siebie   ręce   z   pogrzebaczami.   Pręty   z   brązu 
bezustannie się wydłużały, aż wreszcie przybrały postać niewyraźnych strumieni 
światła, sięgających do nieba i na boki okrętu.

background image

Zaledwie kilka sekund później przeobrażone pogrzebacze docierały już do 

wielkiej pozłacanej ramy portalu prowadzącego do Pośledniego Królestwa. Haki na 
końcach prętów miały teraz długość co najmniej dziesięciu metrów. Pogrzebacze 
zakołysały się poza obrębem ramy, lecz Scamandrosowi udało się je zahaczyć. Gdy 
słoneczny brąz zetknął się z magiczną pozłotą, zabrzmiał przenikliwy, metaliczny 
zgrzyt.

Wszyscy na okręcie wbili wzrok w portal oraz dwa haki doktora. Ichabod nie 

protestował i nie usiłował skłonić Arthura do zejścia pod pokład. Podobnie jak inni, 
chciał zobaczyć, co się zdarzy.

Scamandros wykrzyknął jakieś słowo, które przeszyło Arthura niczym iskra 

elektryczna.   Chłopak   wrzasnął   i   przycisnął   dłonie   do   uszu.   Doktor   ponownie 
krzyknął, Arthur zaś, nagle zupełnie wyczerpany, spadł ze schodów, pociągając za 
sobą zaskoczonego Ichaboda.

Scamandros   szarpnął   pogrzebacze   z   powrotem   ku   sobie.   Ze   zgrzytem 

dziesięciu tysięcy palców na przeogromnej tablicy szerokie wrota prowadzące na 
Wyspę Utraconej Nadziei zadrżały i ruszyły ku „Molowi”.

Z początku zdawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Portal 

szybko przybliżał się do okrętu, który żeglował w jego kierunku.

Kiedy jednak statkowi pozostało do pokonania zaledwie kilka metrów, portal 

zaczął   się   chwiać   i   trząść,   a   jego   górna   krawędź   pochyliła   się   niebezpiecznie. 
Zamiast zwykłego nieba zza ramy wyłoniła się ciemna masa, połyskująca niczym 
kamień wulkaniczny.

Otchłań Nicości.
– Prędzej! – wrzasnął Scamandros ze strachem w głosie. – Niech ten okręt 

płynie prędzej!

Zastygli   w   nabożnym   lęku   Rezydenci   rzucili   się   do   pracy,   poganiani 

niewiarygodnie   donośnym   wrzaskiem   Spalonego   Słońcem.   Trymowali   reje, 
napinali liny, stawiali żagle tam, gdzie prawie nigdy ich nie rozwijano.

– Prędzej! – wył Scamandros. Portal walił się przed dziobem okrętu. Zamiast 

ciągnąć   ramę   pogrzebaczami,   doktor   usiłował   ją   teraz   podtrzymać.   Ciemność 
falowała za niebotycznym obrazem. – Musimy się przedostać, nim portal runie!

Tymczasem rama pochylała się coraz bardziej. Bukszpryt „Mola” przeszył 

lśniącą, pokawałkowaną powierzchnię wizerunku obcego świata. Chwilę później 
dziób   okrętu   i   reszta   kadłuba   zanurzyły   się   w   obrazie.   Światło   złagodniało, 
przybierając spokojniejszy, złocisty odcień. Muskająca Arthura bryza natychmiast 
stała się ciepła.

Gdy stewa rufowa „Mola” minęła portal, Scamandros padł na pokład, a jego 

pogrzebacze zadźwięczały na deskach. Znowu wyglądały jak zwykłe pręty z brązu. 
Portal, spełniwszy zadanie, zapadł się w sobie. Ustąpiło zagrożenie Nicością.

„Mola” czekały jednak inne kłopoty.

background image

– Lądowanie  na wodzie! Przygotować  się! – ryknął Spalony  Słońcem.  – 

Uwaga!

Arthur   cofnął   się   instynktownie   i   uchwycił   się   drabiny   przy   bakburcie. 

Spalony   Słońcem   wrzeszczał   strasznie   głośno,   co   dowodziło,   że   sprawa   jest 
poważna.

„Mól” w całości przeniknął przez portal, lecz ze względu na kąt nachylenia 

obrazu   okręt   wpadł   do   innego   świata   z   wyższego   poziomu.   W   momencie 
pokonywania wrót jednostka znajdowała się około dziesięciu metrów nad wodą.

„Mól” z impetem spadał w morze.
Nie  zdążyło  przebrzmieć   echo   krzyku   Spalonego,   kiedy   okręt  mocno   się 

pochylił, dziobem do przodu. Arthur zauważył, jak Ichabod ześlizguje się obok 
niego i dopiero po chwili udaje mu się złapać za kraty. Inni Rezydenci przetaczali 
się   po   pokładzie.   Niektórzy   spadali   lub   zeskakiwali   z   takielunku,   ale   Arthur 
widział, że trafiali do fiołkowego morza.

Potem okręt zderzył się z morzem. Nogi Arthura podleciały do góry, ale 

udało mu się nie puścić drabiny. Zdrową nogą desperacko wierzgał na wszystkie 
strony,   usiłując   znaleźć   punkt   oparcia   i   uniknąć   zjazdu   z   rufy   na   całkowicie 
zanurzony dziób. Przez upiorną sekundę wydawało mu się, że cały okręt da nura w 
fiołkową   toń.   Jednostka   zagłębiła   się   w   niemal   dziesięciometrowej   warstwie 
spienionej wody, lecz na szczęście wypłynęła, gwałtownie rozkołysana. Jej ruch 
sprawił, że jeszcze więcej Rezydentów wpadło do morza.

Arthur   był   cały   mokry,   lecz   nie   puszczał   drabiny.   „Mól”   stopniowo   się 

uspokajał.   Ichabod   wstał,   otrzepał   ubranie,   cmokając   z   irytacją,   i   podszedł   do 
Arthura. Znikło drewno, które sterczało Rezydentowi z brzucha, jednak kamizelkę 
miał nadal przesiąkniętą błękitną krwią.

– Zejdź niżej – zachęcił chłopca. – Zatamowałem krwotok, ale muszę pomóc 

doktorowi, jeśli ktoś naprawdę jest poważnie ranny.

– Czy  w  takich warunkach wstawanie  jest bezpieczne?  – zapytał Arthur. 

Nawet nie zamierzał zgadywać, co może oznaczać określenie „naprawdę poważnie 
ranny”.

Ichabod powiódł wzrokiem dookoła.
–   Chcę   wierzyć,   że   tak   –   potwierdził.   –   Przeniknęliśmy   przez   Portal 

Transferowy. Morze w tym miejscu jest całkiem spokojne, przynajmniej teraz.

Arthur ostrożnie wstał i skrzywił się, czując paroksyzm bólu w nodze. Gdy 

nieco przestał cierpieć, rozejrzał się wokoło. Spalony Słońcem wydawał rozkazy, 
lecz niezbyt głośno. Rezydenci wspinali się z powrotem po olinowaniu na pokład, a 
ci, którzy nie spadli do morza, wędrowali już po rejach, przygotowując się do 
zwinięcia żagli.

Sytuacja   wydawała   się   zaskakująco   sielankowa.   Spokój   zakłócił   dopiero 

jeden z Rezydentów, który wytknął głowę z przedniego luku.

background image

–   Panie   Spalony   Słońcem!   –   krzyknął.   –   Pękło   kilkanaście   wzdłużnych 

pasów poszycia! Kokpit nabrał ponad metr wody!

Arthur spojrzał na Ichaboda.
– Mniemam, że to oznacza, iż toniemy – wyjaśnił Rezydent spokojnie. – Bez 

wątpienia za moment usłyszymy więcej. A teraz chciałbym oczyścić ci ubranie z 
drobin drewna.

Nie   czekając   na   pozwolenie,   Ichabod   przystąpił   do   usuwania   drzazg   z 

ramion chłopca. Arthur przypomniał sobie, jak niewiele brakowało, by przeszyły 
go śmiertelnie jeszcze bardziej niebezpieczne większe.

Musiał się odsunąć, aby zrobić miejsce Spalonemu Słońcem, który biegł z 

powrotem na pokład rufowy i z rozpędu wskoczył na środkowy stopień. Przy kole 
sterowym zapanowało zamieszanie. Doktor Scamandros był na wpół przytomny, 
lecz nadal trzymał wszystkie mapy. Szczegółowe plany były potrzebne do tego, by 
jeszcze   przed   zatonięciem   jednostki   załoga   zorientowała   się,   co   należy   robić. 
Wszystko wskazywało na to, że przy takim tempie nabierania wody przez pęknięty 
kadłub okręt pójdzie na dno w ciągu najbliższych trzydziestu minut.

Chociaż   kapitan   Kotapoducha   i   starszy   mat   Zgodniak   znajdowali   się   na 

miejscu, dowodzenie przejął jak zwykle Spalony Słońcem.

– jak rozumiem, kapitanie, będziesz chciał skierować okręt prosto na Plażę 

Przeciwkrabową?  – spytał całkiem spokojnie. Wskazał  dłonią  Wyspę  Utraconej 
Nadziei,   odległą   o   nieco   ponad   półtora   kilometra.   –   Nieraz   tam   bywałem. 
Piaszczyste dno jest dobre, głębokie i dość strome. Gdy osiądziemy na mieliźnie, 
będziemy mogli wciągnąć okręt na plażę i przechylić go, by naprawić uszkodzenia.

– Hm, tak, doskonale, panie Spalony Słońcem, proszę brać się do pracy – 

zgodził się Kotapoducha. – Ja tylko... ehem... skontroluję sytuację pod pokładem. 
Plaża   Przeciwkrabowa,   tak?   Wybornie.   Wyśmienicie.   Panie   Zgodniak,   jak 
rozumiem, możemy powierzyć statek pieczy pana Spalonego Słońcem?

– Słucham? – spytał Zgodniak. Tył palta miał podziurawiony jak sito, a na 

niektórych   otworach   widniały   plamy   jego   własnej   błękitnej   krwi.   –   Tak   jest, 
kapitanie.

Obaj opuścili pokład rufowy i przedefilowali obok Arthura oraz Ichaboda. 

Nawet nie spojrzeli na chłopca i sprawiali wrażenie, że bardzo im śpieszno do 
kabiny kapitana. Kotapoducha mamrotał coś na temat wilgotności, gumy arabskiej 
i ząbkowanych krawędzi.

– Fascynujące czasy – westchnął Ichabod. – Zderzenia takich zdarzeń nam 

się nie zdarzają. Od ostatnich stu lat, a nawet więcej, nic podobnego nam się nie 
przytrafiło. Chodźmy.

– Nie moglibyśmy zostać na pokładzie? – spytał Arthur, kiedy odchodzili. 

Nadal   był   bardzo   roztrzęsiony   po   wybuchu   kuli   armatniej,   a   w   dodatku,   jak 
przewidział, po opuszczeniu Domu miał pewne trudności z oddychaniem. Poza tym 

background image

niespecjalnie   pragnął   ujrzeć   „naprawdę   poważnie   rannych”   i   ogromnie   chciał 
pozostać na świeżym powietrzu. Gdyby zszedł pod pokład, pewnie zwymiotowałby 
ze zdenerwowania. Potrzebował tlenu i czegoś, na czym zdołałby skupić uwagę.

–   Pewnie   byśmy   mogli   –   odparł   Ichabod   z   wahaniem.   –   Kapitan   i   pan 

Zgodniak zajmą się przeglądaniem kolekcji i tylko ona będzie ich interesowała. Z 
kolei doktor Scamandros zawoła mnie, jeśli będę mu potrzebny. Poprosimy pana 
Spalonego Słońcem o zgodę na dołączenie do niego na pokładzie rufowym.

Ichabod   przywołał   Spalonego   Słońcem,   który   po   chwili   skinął   głową   i 

ruchem   dłoni   nakazał   im   obu   wejść   na   górę.   Dwaj   dotychczasowi   sternicy   w 
towarzystwie   doktora   Scamandrosa   zeszli   pod   pokład,   by   opatrzyć   rany.   Ich 
miejsce zajęło dwóch Rezydentów, którzy ściągnęli Arthura z boi.

– To dopiero było żeglowanie, a niech mnie – oświadczył Spalony Słońcem, 

kiedy   Arthur   podszedł   bliżej.   Rezydent   wydawał   się   niesłychanie   radosny.   – 
Niewielu jest takich, co mogą powiedzieć, że wymknęli się pościgowi „Dreszcza”.

– Przecież toniemy – zauważył Arthur.
– Nabieramy wody, to fakt – przyznał Spalony. – Ale zanim okręt pójdzie na 

dno,   znajdziemy   się   na   plaży.   Czeka   nas   co   najmniej   tydzień   naprawiania   i 
remontowania.

– Tydzień! – jęknął Arthur i zakaszlał. Ze strachu nagle poczuł silny ucisk w 

płucach. Tydzień spędzony w tym Poślednim Królestwie mógł oznaczać siedem 
straconych dni w jego własnym świecie. Wciąż nie rozumiał, jakie są różnice w 
upływie czasu w Domu i w Poślednich Królestwach, lecz spędzanie na wyspie tylu 
dni wydawało się złym pomysłem. A jeśli w rezultacie straci tydzień w domu? Jego 
rodzice oszaleją z niepokoju, podobnie zresztą rodzice Liść. Na dodatek nie miał 
żadnych lekarstw przeciw astmie, więc mógł nie dotrwać nawet do końca tygodnia. 
A jeśli pogorszy się stan jego złamanej nogi?

– Nie mogę spędzić tygodnia na bezludnej wyspie!
– Będziesz musiał,  chyba że lepszy  z ciebie  pływak, niżby  się  na pozór 

zdawało – odparł Spalony Słońcem. – Na tym świecie nie ma nic a nic. Mnóstwo 
wysp, trochę czegoś, co od biedy można nazwać rybami i drobiem, i jeszcze nieco 
dobrego drewna. Na tym koniec. Bezpieczna kryjówka przed piratami Złocienia i 
wścibskimi gryzipiórkami z Domu.

– Wścibskimi gryzipiórkami?
– Urzędnikami. Inspektorami. Kwestorami. Audytorami. Sam wiesz.
– Urzędnikami? Czemu mielibyśmy się przed nimi ukrywać? – spytał Arthur. 

Rzecz jasna, on również nie chciał natknąć się na żadnego z nich. Zbyt wielu 
służyło Wykonawcom, którzy byli jego wrogami.

– Przebywamy na obszarze Poślednich Królestw bez licencji – wytłumaczył 

mu   Ichabod.   –   Obowiązuje   nas   Pierwotne   Prawo,   za   pozostawanie   tutaj   bez 
zezwolenia   wyznaczono   surowe   kary.   Inna   sprawa,   że   kłopoty   raczej   nam   nie 

background image

grożą,   odkąd   umysł   Pani  Środy   wpadł   w  dryf,  przez   co   zjadła  połowę   swoich 
urzędników i zatonęła...

–   Zamilknij!   –   przerwał   mu   Spalony   Słońcem.   –   Nadal   pozostajemy 

poddanymi Jaśnie Pani!

– Racja! Racja! Panie Spalony Słońcem, błagam o wybaczenie.
– Tak  czy  owak,  mamy   uzasadnione  powody,  aby  tutaj  przebywać,  więc 

może uznano by je za wystarczające wytłumaczenie – orzekł Spalony po krótkim 
namyśle.   Choć   rozmawiał   z  Arthurem,   jego   spojrzenie   błądziło   po   masztach   i 
żaglach, okręcie i załodze. – Gdy tylko będzie to możliwe, wrócimy na Morze 
Graniczne   i   ponownie   zajmiemy   się   wydobywaniem   skarbów.   Teraz   musimy 
skrócić żagle. Mamy duże zanurzenie, piasek jest miękki, ale i tak przed nami 
jeszcze spory dystans do pokonania.

Spalony   Słońcem   nagle   podniósł   głos   i   zaczął   donośnie   wywrzaskiwać 

niezrozumiałe   polecenia,   w   których   przewijały   się   określenia   typu:   „gejtawy 
zdwojone   rogów   szotowych”,   „gordingi”   czy   „likliny”.   Załoga   natychmiast 
przystąpiła do energicznego wykonywania rozkazów.

– Teraz musimy tylko osadzić okręt na piasku jeszcze przed podwieczorkiem 

–   oświadczył   Spalony   Słońcem   pogodnie,   nie   odrywając   wzroku   od   szybko 
przybliżającej się plaży. – Staram się ich skłonić do rezygnacji z popołudniowej 
herbatki,  lecz  nic  z  tego.  Kto  raz  był  urzędnikiem,  na  zawsze  nim pozostanie, 
choćby potem latami łykał morską sól.

Po zrefowaniu żagli okręt zwolnił i nawet Arthur widział, że kadłub głębiej 

zanurzył się w morzu i wolniej reaguje na ruchy koła sterowego. Znajdowali się 
jednak w odległości zaledwie kilkuset metrów od wielkiego, migotliwego rogala 
plaży,   niezwykle   podobnej  do   tych,  które  widuje   się   na   Ziemi.   Jedyna   różnica 
polegała na tym, że piasek miał barwę bardzo jasnego błękitu.

–   Damy   radę   –   oświadczył   Spalony   Słońcem,   ale   jeszcze   kiedy   mówił, 

gdzieś głęboko pod pokładem rozległ się dzwonek. Wibrujący dźwięk zabrzmiał 
kilka razy. W odpowiedzi na sygnał członkowie załogi momentalnie puścili liny i 
ześliznęli się na pokład. Rezydenci, którzy wypadli za burtę, przestali bezwolnie 
unosić   się   na   wodzie  i   natychmiast   rzucili  się   sprintem  ku  okrętowi,   osiągając 
niemal   olimpijskie   tempo,   choć   bez   stylu   i   bez   cienia   należnej   olimpijczykom 
gracji. Nawet sternicy porzucili koło i ruszyli w stronę tłumu gromadzącego się na 
głównym pokładzie przy kratownicy. Dopiero Spalony Słońcem zdecydowanie ich 
powstrzymał, stając im na drodze.

– O, nie, wykluczone! – krzyknął. – Ile razy mam wam powtarzać to samo? 

Jeśli stoicie za sterem, nie możecie obaj iść na podwieczorek! Musicie chodzić na 
zmianę.

Arthur rozejrzał się po głównym pokładzie. Rezydenci sięgali po delikatne, 

porcelanowe filiżanki z herbatą, które wyłaniały się z kratownicy, choć nie było 

background image

nikogo,   kto   by   je   podawał.  W  powietrzu   materializowały   się   także   ciasteczka; 
żeglarze ostrożnie brali je w palce i skubali. Na ten widok Arthur uświadomił sobie, 
że jest niebywale głodny i spragniony, pomimo że Spalony Słońcem uraczył go 
wodą,   gdy   płynęli   łodzią.   Wiedział,   że   nie   potrzebuje   jedzenia   ani   picia,   lecz 
odczuwał silne łaknienie.

– Jak... skąd się biorą te filiżanki?
– To jedna z rzeczy, które się nie zmieniły po tym, jak przerobiliśmy biuro 

rachunkowe – wytłumaczył mu Ichabod. – Jakiś dział w Niższym Domu nadal 
dostarcza   nam   popołudniową   herbatkę,   gdziekolwiek   jesteśmy   w   Domu   czy   w 
Poślednich   Królestwach.   Śmiem   zakładać,   że   stosowny   rozkaz   wydano   dawno 
temu   i   nigdy   go   nie   cofnięto.   Naturalnie   to   bardzo   komfortowy   przywilej, 
przedmiot zazdrości wielu innych okrętów.

– Cholerne przekleństwo – warknął Spalony Słońcem i przyłożył dłonie do 

ust. – Wszyscy na rufę! Mocno trzymać filiżanki i spodki! – wrzasnął.

Załoga   zwlekała   z   wypełnieniem   rozkazu,   więc   Spalony   Słońcem  musiał 

ponownie   go   wykrzyczeć.   Plaża   znajdowała   się   w   odległości   zaledwie 
pięćdziesięciu, sześćdziesięciu metrów.

– Na rufie będą bezpieczniejsi – wyjaśnił Arthurowi. – Podczas uderzenia o 

brzeg możemy stracić maszt, ale cokolwiek się zdarzy, drzewce padną do przodu.

Arthur popatrzył na dwa strzeliste maszty i wiszącą na nich masę rei oraz 

żagli i want. Konstrukcja musiała ważyć wiele ton, i jeśli któryś z masztów albo 
oba padłyby do tyłu, wówczas wszyscy zostaliby zmiażdżeni.

– Trzymać się! – ryknął Spalony Słońcem.

background image

Rozdział 8

Arthur prawie nie wyczuł zderzenia „Mola” z plażą. Pokład nieco zadrżał, 

ale   siedzącemu   chłopcu   nie   groził   upadek.   Wyprostował   chorą   nogę   i   mocno 
chwycił się żelaznego kółka przy relingu.

Chwilę   później  statkiem  wstrząsnęły   silniejsze   drgania,   gdy   wbijał   się   w 

głęboki  piasek.  Arthur  z  uwagą   obserwował  maszty.  Choć  drewniane  słupy   się 
zatrzęsły, takielunek zagrzechotał, a kilka lin oraz bloczków spadło na pokład, nic 
gorszego się nie zdarzyło.

Po pokonaniu jeszcze kilku metrów „Mól” zatrzeszczał po raz ostatni i się 

zatrzymał. Przez chwilę stał wyprostowany, a potem powoli przechylił się na bok. 
Znieruchomiał   na   dobre,   gdy   pokład   osiągnął   dwudziestostopniowy   przechył. 
Chłopak zaczął się obawiać, że okręt całkiem położy się na burcie, lecz głęboki 
piasek wokół kadłuba był najwyraźniej wystarczającą podporą.

Co zadziwiające, nikt z załogi nie upuścił filiżanki z herbatą. Gdy Arthur 

niepewnie podpełzł nad krawędź pokładu i popatrzył na niebieski piasek, Ichabod 
poszedł po herbatę dla niego.

Chłopiec z wdzięcznością przyjął napój i chętnie wypił bardzo mocny, słodki 

i gęsty od mleka napar. Gdy filiżanka była już pusta, oddał ją Ichabodowi.

– Jeszcze? – spytał Rezydent.
– Tak, poproszę.
Arthur nie krył zaskoczenia, gdy Ichabod po prostu wręczył mu filiżankę i 

okazało się, że znowu jest pełna. Co dziwne, tym razem herbata była czarna, a 
słodkość zawdzięczała substancji nasuwającej skojarzenia z melasą. Chłopak i tak 
wysączył napój.

– Jeśli chcesz się napić, po prostu powiedz: „jeszcze" – objaśnił Ichabod. 

Wręczył Arthurowi ciasteczko i dodał: – Tak samo jeśli pozostanie ci okruszek po 
ciastku, po prostu powiedz: „jeszcze”, i dostaniesz następne. Możesz jeść i pić ile 
dusza zapragnie, do czasu zakończenia podwieczorku, czyli, o ile się nie mylę, 
przez kolejnych pięć minut.

Arthur skinął głową i skupił całą uwagę na piciu i jedzeniu. Od czasu do 

czasu z pełnymi ustami mamrotał „jeszcze”.

Dokładnie pięć minut później, według wskazań chodzącego do tyłu zegarka 

Arthura, filiżanka i nadgryzione ciastko znikły. Dematerializacja jedzenia była dla 
Spalonego Słońcem sygnałem do wykrzyczenia serii rozkazów, które najwyraźniej 
dusił  w  sobie   przez   cały  podwieczorek.  Arthur  zrozumiał   z  nich  tylko  tyle,  że 
dotyczą   podparcia   okrętu,   aby   się   nie   przewrócił,   opuszczenia   kotwic   i 
przeniesienia na brzeg mnóstwa rozmaitych przedmiotów.

Syty chłopak wreszcie się rozgrzał i odprężył, przekonany, że bezpośrednie 

background image

niebezpieczeństwo minęło. Mimowolnie ziewnął. Jego zegarek wskazywał dziesięć 
po   dziesiątej,   lecz   Arthur   wiedział,   że   musiał   spędzić   ponad   siedem   godzin 
bezczynnie na boi, a do tego należało przecież doliczyć pływanie na łóżku podczas 
sztormu.

Na wspomnienie boi chłopiec przypatrzył się dłoniom. Nadal widniał na nich 

czerwony   barwnik,   który   w   dodatku   nawet   nie   pojaśniał.  Wyglądało   na   to,   że 
przeniknął pod skórę, zupełnie jakby się w nią wgryzł.

– Czerwona Dłoń – mruknął Ichabod. – Doktor Scamandros powinien ją 

oczyścić. Tym kolorem Złocień oznacza wszystkie swoje kryjówki ze skarbami. 
Barwnik został tak pomyślany, aby przetrwać wieczność, a przynajmniej do czasu 
wytropienia   złodzieja   przez   Złocienia,   który   zechce   wymierzyć   przestępcy 
straszliwą karę. A właściwie co robiłeś na boi?

– Byłem... rozbitkiem – wykrztusił Arthur.
– Z pokładu „Łożżestalli” – wtrącił Spalony Słońcem, prześlizgując się po 

pokładzie.   –   Tak   przynajmniej   powiadasz.   Kapitan,   pan   Zgodniak   oraz   ja 
chcielibyśmy   usłyszeć   opowieść   Artha,   Ichabodzie,   zatem   wstrzymaj   się   z 
pytaniami do kolacji. Posiłek będzie podany na brzegu, więc na początek możesz 
przenieść na plażę stół kapitana. Arth, ty również zejdź na brzeg i trzymaj się na 
uboczu.

– Tak jest – potwierdził Ichabod bez większego entuzjazmu.
– I więcej zapału, szczurze lądowy.
Ichabod poczuł jednocześnie złość i przypływ energii, gdy usłyszał, jakim 

mianem określił go przełożony. Aby utrzymać równowagę na pochyłym pokładzie, 
musiał niemal zgiąć się wpół; dopiero w takiej pozycji dogramolił się do kapy i 
pośpieszył na dół. Arthur został sam.

Chciał   zadać   Spalonemu   Słońcem   kilka   pytań,   dotyczących   niemal 

wszystkiego,   a   w   szczególności   okrętu   o   zielonych   żaglach,   który   zabrał   Liść. 
Młodszy mat był jednak zbyt zajęty wykrzykiwaniem rozkazów i kręceniem się po 
pokładzie rufowym.

Po kilku minutach obserwacji załogi chłopiec ruszył pod pokład i przeszedł 

się między zapracowanymi Rezydentami, wśród sprzętu i ładunku, który właśnie 
wiązano lub wyciągano przez włazy na śródokręciu. W końcu znalazł drogę na 
dziobówkę, gdzie z obu burt zwisało kilka drabin z grubych lin. Zaczekał, aż w 
kolejce schodzących na ląd Rezydentów z ładunkami pojawi się wolne miejsce, a 
potem ostrożnie przeszedł na drugą stronę relingu i ruszył na dół po drabinie.

Zadanie  wcale nie było proste, ze  względu na unieruchomioną w formie 

nogę, lecz chłopiec dał sobie radę. Okręt utkwił w wodzie, więc Arthur musiał 
zsunąć się do morza, które na szczęście okazało się bardzo płytkie. Wyglądało na 
to, że błękitny piasek właściwie niczym nie różni się od zwykłego, ziemskiego 
piachu. Z pewnością trudno byłoby po nim chodzić, nawet z całkowicie sprawnymi 

background image

nogami.   W   pewnej   chwili   chłopiec   zorientował   się,   że   bezwiednie   naśladuje 
jednego z Rezydentów, który miał drewnianą nogę i dlatego nie tyle szedł, ile wlókł 
się po plaży.

Pośród wielu innych przedmiotów, Rezydenci wynieśli na piach skrzynię z 

kryjówki Złocienia. Arthur do niej podszedł. Wyglądała zwyczajnie – jak wielki, 
drewniany kufer z okuciami z brązu na każdym rogu i brązowymi listwami na 
wieku. Chłopiec zastanawiał się, co skrywa skrzynia. Co mogło przedstawiać dla 
pirata Złocienia tak wielką wartość?

Arthur usiadł i oparł się plecami o kufer. Ogarnęło go przemożne zmęczenie, 

lecz   nie   chciał   zasypiać.   Musiał   zadecydować,   co   dalej   robić,   choć   w   gruncie 
rzeczy miał niewielki wybór. Czuł, że powinien w jakiś sposób się upewnić, iż Liść 
jest   cała   i   zdrowa,   ale   nic   nie   przychodziło   mu   do   głowy.   Ponadto   mógłby 
spróbować porozumieć się z Pierwszą Damą lub z Suzy. Dobrze by też było, gdyby 
jak  najszybciej  postarał  się   wrócić   do  swojego  domu.  Liść  miała  jednak   rację, 
najpierw należało zrobić porządek z Panią Środą. W tym celu musiał znaleźć Trzeci 
Fragment Woli, przejąć Trzeci Klucz...

Arthur   błądził   myślami   tak   długo,   aż   przybrały   one   formę   bezładnego 

kłębowiska rozmaitych problemów i wątpliwych rozwiązań. Organizm chłopca nie 
był w stanie dłużej walczyć ze zmęczeniem, i Arthur w końcu zdał sobie z tego 
sprawę.

Wyczerpany osunął się na piasek, jego głowa przechyliła się na bok. Zasnął, 

a   Rezydenci   niezmordowanie   opróżniali   okręt   z   ładunku   i   podpierali   go 
niewykorzystywanymi rejami oraz masztami.

Obudził się o zmierzchu. Z początku nie potrafił się połapać, gdzie jest i 

dlaczego. Leżał na niebieskiej plaży, a na dodatek na horyzoncie zanurzało się w 
morzu gigantyczne, cynobrowe słońce. Jego niespotykane światło mieszało się z 
fiołkową barwą wody i błękitem piasku. Wszystko to razem wprawiło chłopca w 
przykry niepokój.

Natychmiast zrozumiał, czemu się ocknął. Obok siedział doktor Scamandros 

i   obserwował   jego   nogę   przez   przyrząd,   przypominający   bardzo   krótką   lunetę. 
Ponadto   miał   przy   sobie   mały   miech   ze   skóry.  Arthur   uznał,   że   tak   mógłby 
wyglądać praprzodek współczesnej pompki do pneumatycznych materaców.

– Co robisz? – zapytał Arthur podejrzliwie. Usiadł i zerknął na Scamandrosa. 

Medyk wyglądał inaczej niż dotąd, choć chłopiec dopiero po chwili pojął, na czym 
polega   różnica.   Znikły   animowane   tatuaże   doktora,   który   przywdział   wełnianą 
czapkę z długim frędzlem, zwisającym mu wzdłuż szyi.

– Niedawno złamałeś nogę – zauważył doktor Scamandros. – Trzeba ją było 

nastawiać.

–   Wiem   –   burknął  Arthur.   Noga   ponownie   go   rozbolała   i   pomyślał,   że 

Scamandros ją czymś dźgał. – Dlatego umieszczono ją w formie. Która znikła...

background image

Rzeczywiście, superultranowoczesna forma rozpadła się niemal całkowicie. 

Pozostały   po   niej   tylko   cienkie   paski,   spomiędzy   których   prześwitywała   blada, 
opuchnięta skóra.

– W zwykłych okolicznościach wyleczyłbym ci tę nogę – oświadczył doktor 

Scamandros. – Moje badanie wykazało jednak bardzo silne i nietypowe skażenie 
magiczne,   które   zablokuje   wszelkie   próby   bezpośredniego   wpływania   na   kość. 
Mogę za to wyposażyć cię w lepszy aparat i mocą słabej magii zminimalizować 
ból.

–   Chętnie   –   odparł  Arthur   z   wahaniem.   –  Tylko   czego   sobie   życzysz   w 

rewanżu?

–   Tylko   twojej   dobrej   woli.   –   Scamandros   zaśmiał   się   bez   przekonania. 

Następnie poklepał miech i dodał: – Jak zrozumiałem ze słów Ichaboda, możesz 
być przeziębiony, prawda? Gdyby tak było, chętnie przyjąłbym plon, złożony z 
wszelkiego typu kichnięć, kręcenia w nosie, a także śluzu i flegmy.

Arthur na próbę pociągnął nosem.
– Nie, nie jestem przeziębiony. Tylko przyszło mi do głowy, że mógłbym 

być.

Scamandros popatrzył przez krótką lunetę na klatkę piersiową Arthura.
–   Dostrzegam   także   zaburzenia   w   wewnętrznej   strukturze   twoich   płuc   – 

zauważył.   –  To   niebywale   interesujące.   Ponownie   nastąpiło   magiczne   skażenie 
wysokiego   stopnia,   ale   sądzę,   że   chyba   potrafiłbym   osłabić   ukryte   przyczyny 
problemu. Czy mam kontynuować?

– Hm, nie jestem pewien – zawahał się Arthur i odetchnął głęboko. Nie 

potrafił   całkowicie   wypełnić   płuc   powietrzem,   lecz   jego   kondycja   nie   była 
najgorsza. – Chyba zaczekam. Kiedy wrócę do Domu, wszystko będzie dobrze.

– Zatem tylko aparat – podsumował doktor Scamandros. – I złagodzenie 

bólu.

Wsunął do kieszeni szynela lunetę, sięgnął za pazuchę i wydobył płaską 

puszkę   z   naklejką,   przedstawiającą   jaskrawoczerwonego   kraba.   Do   puszki   był 
przymocowany klucz. Scamandros go oderwał, doczepił do specjalnej wypustki i 
wykorzystał do odwinięcia metalowego wieczka. Wewnątrz znajdowało się coś, co 
przypominało małego kraba. Rezydent odłamał mu nogę, położył ją na piasku i 
otwartą dłonią przesunął nad puszką, która znikła.

Arthur patrzył z ciekawością i niepokojem, jak Scamandros podnosi krabią 

nóżkę. W jego prawej ręce zmaterializował się gruby ołówek techniczny, którym 
doktor   lekko   nakreślił   kilka   linii   oraz   gwiazdek   na   nodze   chłopca.   Następnie 
klasnął, nie wypuszczając ołówka i krabiego odnóża.

Oba   przedmioty   znikły   jednocześnie,   a   pozostałości   nowoczesnej   formy 

Arthura   zostały   momentalnie   zastąpione   przez   fragment   krabiego   pancerza   w 
postaci   pstrokatego,   biało-czerwonego   egzoszkieletu,   ze   stawami   na   wysokości 

background image

kolana oraz kostki.

– Co do bólu... – powiedział Scamandros i nabazgrał coś na kartce papieru 

piórem, napełnionym świecącym, purpurowym atramentem. – Recepta dla ciebie.

Arthur   przyjął   kartkę   papieru   z   postrzępionym   brzegiem.   Trudno   było 

cokolwiek na nim odczytać, lecz w końcu udało się.

Papier przeciwbólowy jednorazowo przyłożyć do bolesnego miejsca.
Dr JRL Scamandros DDM (Wyższy dom, Oblany)

– Co oznacza skrót D. D. M. ? I... proszę o wybaczenie... dlaczego tu jest 

napisane „Oblany”? – zapytał Arthur, przykładając papier do nogi, bezpośrednio 
nad   złamaniem,   tam   gdzie   odczuwał   najsilniejszy   ból.   Kartka   momentalnie   się 
pogniotła, a pył z papieru stworzył miniaturową trąbę powietrzną, która wyglądała 
tak, jakby przenikała przez nową formę i dostawała się w głąb nogi. Chwilę później 
tępy ból zaczął ustępować.

– To znaczy: Doktor Domowej Magii – wytłumaczył Scamandros. – Bardzo 

wysoki   stopień   i   prawie   jestem   jego   posiadaczem.   Uczciwość   nakazuje   mi 
ujawnienie   mojej   porażki,   lecz   oblałem   dopiero   na   ostatnim   roku.   Siedemset 
dziewięćdziesiąt osiem lat zdawanych egzaminów i klęska na koniec. Tak to bywa 
z polityką, rozumiesz. Nie chcę jednak o tym mówić. Porozmawiajmy o tobie, 
Arth.   W   kieszeni   trzymasz   magiczną   książkę   o   ogromnej   mocy.   Siła   tego 
przedmiotu jest tak gigantyczna, że bez twojego pozwolenia nie mogę go choćby 
dotknąć. Twoje ciało i kości są przesiąknięte śladami magii. Znaleziono cię na boi 
niesławnego   pirata  Złocienia,   na  Morzu   Granicznym  w  Domu.  A  jednak   jesteś 
śmiertelnikiem, przynajmniej w dużej mierze. Zdradź mi, który świat w Poślednich 
Królestwach uważasz za swój dom?

Arthur niemal powiedział „Ziemia”, lecz  w ostatniej chwili ugryzł się  w 

język.   Scamandros   mu   pomógł,   niemniej   w   przenikliwym   spojrzeniu   jego 
brązowych oczu kryło się coś, co kazało Arthurowi sądzić, że im mniej tajemnic 
mu zdradzi, tym lepiej.

– Pasażer Arth! Ukłony od kapitana i zaproszenie na wspólną z nim kolację 

na plaży!

Okrzyk   Ichaboda   zabrzmiał   w   niesłychanie   dogodnym   dla   Arthura 

momencie. Chłopiec z trudem wstał, lecz z przyjemnością poczuł, że jego noga jest 
skutecznie   chroniona   przez   pancerz   kraba.   Scamandros   pomógł   mu   zachować 
równowagę.

– Jeszcze pogawędzimy, Arth, i to wkrótce – zapowiedział doktor. Arthur 

zwrócił uwagę, że tatuaże ponownie wypełzły na twarz Scamandrosa, wyłaniając 
się   spod   skóry   niczym   rumieniec.   Gdy   Arthur   ruszył   przed   siebie,   Rezydent 
pochylił   się   ku   niemu   i   dodał:   –  A  może   powinienem  rzec:  Arthurze,   Mistrzu 

background image

Niższego Domu i Panie Odległych Rubieży?

background image

Rozdział 9

  Arthur czuł się tak, jakby doktor Scamandros obserwował go przez całą 

drogę, którą chłopak musiał pokonać, kuśtykając plażą do wiaty. Widział pod nią 
kapitana   Kotapoduchę,   Zgodniaka   i   Spalonego   Słońcem,   zasiadających   przy 
długim stole, przykrytym białym obrusem. W rogach namiotu wisiały latarnie, a ich 
łagodna,   żółta   poświata   silnie   kontrastowała   z   osobliwym,   szkarłatnym 
zmierzchem.

W głowie idącego plażą chłopca kłębiły się myśli. Czy Scamandros groził 

mu ujawnieniem prawdziwej tożsamości? Jego słowa nie brzmiały jak groźba, lecz 
Arthur nie mógł mieć pewności. Czego chciał zaklinacz? Komu służył? Otrzymał 
nauki   w  Wyższym   Domu...   a   przynajmniej   tak   mówił.   Mógł   oddawać   posługi 
któremuś z Potomnych Dni, gotowych uczynić wszystko, by powstrzymać Arthura 
przed uwolnieniem dalszych fragmentów Woli.

– Uwaga na beczki – ostrzegł chłopca Ichabod, prowadząc go pomiędzy 

dwiema   piramidami   beczek   w   różnych   rozmiarach.   Na   piasku   zgromadzono 
mnóstwo rzeczy, lecz wszystko zostało starannie ułożone i uporządkowane. Beczki, 
kufry, skrzynie, torby. Pod wiatą, przed stołem, spoczywała skrzynia Złocienia. – 
Ichabodzie, podprowadź bliżej naszego pasażera – przykazał kapitan Kotapoducha. 
Miał przed sobą otwarty notatnik, a obok niego pióro i kałamarz, podobnie jak 
Zgodniak. Spalony Słońcem był zaopatrzony w wielkie, grube, oprawione w skórę 
tomisko o rozmiarach kilku cegieł.

Miejsce bardzo kojarzyło się z sądem, a słowo „pasażer” zabrzmiało kubek 

w kubek jak „więzień”.

– Stań przed kapitanem i złóż ukłon – syknął Ichabod i szturchnął Arthura. 

Chłopiec   wykonał   polecenie   i   pochylił   głowę   nie   tylko   przed   kapitanem,   lecz 
również Zgodniakiem i Spalonym Słońcem. Kotapoducha i Zgodniak odkłonili się 
wstrzemięźliwie, a Spalony mrugnął okiem, co Arthur uznał za dobry znak.

– Ze względu na, hm, nietypowy charakter ostatniego dnia, nie mogliśmy 

aktualizować dziennika okrętowego naszej zacnej jednostki, „Mola" – przemówił 
Kotapoducha i pochylił się, lustrując Arthura niepewnym spojrzeniem. – Ponieważ 
chcę być na bieżąco z wpisami i odnotować twoje wejście na pokład w charakterze 
pasażera,   muszę   wiedzieć,   ehem,   kim   jesteś,   dokąd   zmierzasz   i   jaką   opłatę 
powinieneś uiścić. Ponadto pozostaje jeszcze kwestia tego skarbu.

Gdy skończył mówić, pochylił się i splótł dłonie.
–   Chcecie   wiedzieć,   kim   jestem?   –   spytał  Arthur.   Nie   był   pewien,   czy 

Kotapoducha oczekuje odpowiedzi na postawione pytania.

–  W  rzeczy   samej   –   potwierdził   Zgodniak.   –  To   kluczowa   sprawa.   Kim 

jesteś? Skąd pochodzisz? Dokąd zmierzasz? Jak się znalazłeś na boi Złocienia? 

background image

Dlaczego usunąłeś ostrzegawczą czerwoną smołę ze znacznika, uniemożliwiając 
nam sprawdzenie, do kogo należy skarb pod boją? Czy rościsz sobie prawa do 
kosztowności?

– Cóż... – zająknął  się Arthur. Usiłował  zyskać  na czasie, aby wymyślić 

odpowiedzi, które nie wpędzą go w kłopoty. Scamandros niewątpliwie wiedział już 
albo   miał   prawie   niezachwianą   pewność,   kim   naprawdę   jest  Arthur.   Czyjego 
sytuacja pogorszyłaby się, gdyby inni również poznali fakty? Potrzebował pomocy 
– przede wszystkim przy poszukiwaniach Liść.

Nie miał pojęcia, jak się rozwinie sytuacja. Spalony Słońcem powinien go 

poprzeć,   przez   wzgląd   na   medalion   od   Żeglarza.   Ichabod   chyba   go   lubił. 
Kotapoducha   i   Zgodniak   byli   głupkowaci,   nawet   jeśli   oficjalnie   zajmowali 
najwyższe   stanowiska   na   okręcie,   zatem   nie   liczyli   się   zbytnio.   Doktor 
Scamandros...  Arthur   nie   miał   pewności,   co   sądzić   o   tym   Rezydencie,   który 
zachowywał się dość uprzejmie po tym, jak oparzył sobie palce Atlasem. Pancerz 
kraba na nodze Arthura sprawdzał się znakomicie...

–   Mów!   –   rozkazał   Zgodniak.   Jego   głos   nagle   przerodził   się   w   pisk, 

momentalnie tracąc całą władczość.

– Naprawdę nazywam się Arthur Penhaligon – wyjaśnił Arthur powoli. – 

Jestem   śmiertelnikiem   z   Ziemi.   Ponadto   jednak   pozostaję   Mistrzem   Niższego 
Domu oraz Odległych Rubieży, choć Klucze powierzyłem Pierwszej Damie, która 
niegdyś była Pierwszym i Drugim Fragmentem Woli Architektki.

Gdy  Arthur   mówił,   Kotapoducha   uśmiechał   się   półgębkiem,   a   na   koniec 

wybuchł   śmiechem.   Po   sekundzie   zawtórował   mu   donośny   rechot   Zgodniaka. 
Spalony Słońcem nie śmiał się ani nawet nie uśmiechał, tylko patrzył na wielką 
księgę przed sobą.

– Doskonale, doskonale – chichotał Kotapoducha. – Mistrz Niższego Domu i 

Odległych Rubieży! Arthur Penhaligon! A to dopiero! Zabawne!

– Ale ja naprawdę się nazywam Arthur Penhaligon!
– Tak, tak, już doceniliśmy twój dowcip – zapewnił go Kotapoducha. – Teraz 

musisz nam odpowiedzieć na pytania.

– Przede wszystkim zdradź nam, czy zamierzasz rościć sobie prawa do tego 

skarbu? – naciskał Zgodniak.

– Nie, naprawdę nazywam się Arthur Penhaligon! Czemu mi nie wierzycie?
– Nie bądź niemądry – prychnął Kotapoducha. – Wszyscy wiedzą, że lord 

Arthur to potężny wojownik! Przecież pokonał Pana Poniedziałka w pojedynku, a 
potem powalił Ponurego Wtorka na ziemię i połamał mu ręce. Zresztą widziałem 
podobiznę lorda Arthura. To wielki, barczysty mężczyzna i nie rozstaje się z torbą 
pełną magicznych przyborów własnego wynalazku.

–   Nie   wspominając   o   tym,   że   zawsze   podróżuje   w   towarzystwie 

gigantycznego półniedźwiedzia, półżaby – wytłumaczył chłopcu Zgodniak. – Ma 

background image

też do dyspozycji skrytobójczynię, niegdyś osobistą strażniczkę Szczurołapa.

– Co takiego?! – wykrzyknął Arthur. – Chodzi o Wolę i Suzy Błękit?
–   Wszystko   jest   tutaj,   bardzo   proszę.   –   Zgodniak   wyciągnął   z   rękawa 

książeczkę,   która   nagle   powiększyła   się,   a   jej   czerwona   okładka   stwardniała. 
Znajdował się na niej wielki napis, sporządzony pozłacanymi literami:  Epopeja 
lorda Arthura, Bohatera Domu.  
–  SPÓJRZ, frontyspis przedstawia portret lorda 
Arthura.

Zgodniak otworzył książkę, aby zaprezentować chłopcu kolorową wklejkę 

obok strony tytułowej. Widniał na niej niezwykle wysoki, przystojny mężczyzna, 
ubrany jak Poniedziałkowy Południk i podobny do niego. Pozował przy otwartej 
torbie   podróżnej,   jaśniejącej   światłem   w   kolorach   tęczy.   Obok   przykucnął 
osobliwy,   przygarbiony   potwór  o  nogach   żaby   i   tułowiu   oraz   górnych   łapach 
niedźwiedzia, w tle widniała amazonka w srebrnej zbroi. Kobieta odcinała głowę 
zdeformowanej istocie o kształtach kojarzących się z człowiekiem – niewątpliwie 
tak miał wyglądać Nicoń.

– Kim zatem jesteś? – spytał ponownie Zgodniak i zatrzasnął książkę. – Poza 

tym wyjaśnijmy sobie raz na zawsze: co ze skarbem?

– Co ze skarbem? – powtórzył Arthur, usiłując zebrać myśli. Nie przyszło 

mu do głowy, że rozmówcy podadzą w wątpliwość jego tożsamość. Tymczasem 
było   jasne,   że   Zgodniak   i   Kotapoducha   przejmują   się   nade   wszystko   skrzynią 
Złocienia. – Nawet nie wiem, co to za skarb. Czy mam do niego prawa?

Kotapoducha i Zgodniak popatrzyli na Spalonego Słońcem.
– Na to wygląda. – Młodszy mat postukał palcem w książkę, która leżała 

przed   nim.   –   Doktor   Scamandros   zinterpretował   dla   mnie   stosowne   prawa   i 
wszystko   wskazuje   na   to,   że   tu   obecny   młody.  Arth   ma   prawo   domagać   się 
dziewięćdziesięciu procent wartości tego skarbu.

– Dziewięćdziesięciu procent! – wykrzyknęli Kotapoducha i Zgodniak.
– Doktorze Scamandros! – dodał Kotapoducha. – Jak to możliwe?
Arthur nie widział doktora, bo Rezydent dopiero teraz zbliżył się do światła. 

Dotąd stał w pewnej odległości od stołu. Najwyraźniej śledził Arthura, a potem 
trzymał się w cieniu.

–   Wedle  Błękitnej   Księgi   Admiralicji,   znacznik   skarbów   w   postaci 

zakotwiczonej boi jest uważany za jednostkę pływającą. Ten oto młody śmiertelnik 
pozostawał   dowódcą   rzeczonej   jednostki   z   racji   swojej   na   niej   obecności.   Pan 
Spalony   Słońcem   zabrał   go   stamtąd   na   jego   prośbę,   niemniej   Arthur   nie 
zadeklarował rezygnacji z dowodzenia boją, która wyznaczała położenie skarbu i 
której   nie   wzięto   na   hol.   Zabranie   skrzyni   i   pozostawienie   boi   oznacza,   że   tę 
ostatnią nadal należy uważać za jednostkę pływającą przypisaną do skarbu, nawet 
jeśli już go nie wskazuje. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że skarb stanowił 
własność pirata, wyjętego spod  prawa  na mocy  bezpośredniej  pisemnej decyzji 

background image

Pani Środy. W takiej sytuacji skarb ulega natychmiastowemu przepadkowi i staje 
się własnością władz Domu, przy jednoczesnym przekazaniu znalazcy  nagrody, 
równej   dziewięćdziesięciu   procentom   wartości   skarbu.   My   znalazcami   nie 
jesteśmy,   gdyż   jest   nim   Arth,   czego   dowodzi   niefortunna   okoliczność 
napiętnowania   go   znakiem   Czerwonej   Dłoni.  W  zaistniałej   sytuacji   należy   nas 
uważać   za   ratowników   znalazcy,   którzy   muszą   zawrzeć   z   nim   porozumienie. 
Gdyby jednak Arth zażyczył sobie odstawienia go razem ze skrzynią z powrotem 
na boję, wówczas musielibyśmy spełnić jego żądanie.

– Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem – wyznał Arthur. – Innymi 

słowy, ten skarb musi zostać przekazany Środzie, bo należy do pirata? A ja mam 
prawo do nagrody w wysokości dziewięćdziesięciu procent wartości skarbu, bo 
pierwszy go znalazłem?

–   Tak   jest   –   potwierdził   Scamandros.   –   Niemniej   nie   mamy   obowiązku 

pomagać   ci   w   żaden   sposób.   Możemy   po   prostu   odstawić   i   ciebie,   i   kufer   z 
powrotem na boję. Na dodatek pozostaje jeszcze kwestia pierwotnego posiadacza 
skarbu. Innymi słowy, dostrzegam pole do negocjacji.

– Pewnie – Arthur spróbował się uśmiechnąć. Słowa doktora wydawały mu 

się   szalone,   choć   nie   mniej   szalone   od   kronik   kryminalnych   w   programach 
informacyjnych na Ziemi. Słyszał nieraz, że mordercom darowano karę z powodu 
wykorzystania niezrozumiałych kruczków prawnych, a firmy nie musiały spłacać 
długów za sprawą odpowiedniego naginania prawa. – Zatem, co robimy?

– Zacznijmy od sprawdzenia, co skrywa skrzynia – zaproponował doktor 

Scamandros. – Czy udzielasz nam pozwolenia na otwarcie kufra?

–   Tak!   –   wykrzyknął   Arthur,   zdumiony,   że   skrzynia   nadal   pozostaje 

zamknięta. On sam z pewnością zajrzałby do skarbu, gdyby jego rozmówcy spali 
przez całe popołudnie.

– Postanowiłem zastosować pewne środki zapobiegawcze i skontrolowałem 

skrzynię kilkoma instrumentami magicznymi – ciągnął Scamandros. – Dzięki temu 
zneutralizowałem pewną liczbę paskudnych małych pułapek. Otworzenie skrzyni 
nie powinno się już wiązać z niebezpieczeństwem. Wystarczy, że odchylisz te dwie 
zapadki i przekręcisz klucz.

– Wcześniej nie było klucza – zauważył chłopiec.
–   W   rzeczy   samej,   musiałem   dorobić   kopię   –   wyjaśnił   Scamandros.   – 

Śmiało, otwórz kufer.

– Dlaczego akurat ja mam się tym zająć? – spytał Arthur. Scamandros znał 

prawdę o nim, a poza tym w zaklinaczu było coś niepokojącego. Najwyraźniej 
unikał wzroku chłopca. – A jeśli przeoczyłeś jakąś pułapkę?

– Postępuję zgodnie z obowiązującą procedurą. To twoja...
–   Cofnijże   się,   młodzieńcze   –   przerwał   doktorowi   Spalony   Słońcem.   – 

Lepiej   niech   Rezydent   idzie   na   pierwszy   ogień.   Wam,   śmiertelnikom,   brakuje 

background image

odporności.

– Dzięki – odetchnął z ulgą Arthur. Miał lekkie wyrzuty sumienia, zupełnie 

jakby dowiódł, że jest tchórzem, lecz Spalony Słońcem chyba uważał jego decyzję 
za całkiem racjonalną. Uśmiechnął się i skinął głową, kiedy mijał chłopca. Już po 
chwili klęczał przed skrzynią.

Jednocześnie   odchylił   oba   zapięcia,   które   otworzyły   się   z   głośnym 

trzaskiem.   Zaraz   potem  zabrzmiało   dziwne   westchnienie,   które  tak   wystraszyło 
Arthura, że podskoczył, ale szybko zrozumiał, iż to cała załoga „Mola” wstrzymała 
oddechy w oczekiwaniu. Wszyscy wylegli na plażę i ustawili się w półkolu, poza 
zasięgiem światła latarni. Cynobrowa poświata zmroku ostatecznie zgasła, widać 
było tylko czarne sylwetki Rezydentów. Arthur wyczuwał jednak, że ich uwaga jest 
skupiona na Spalonym Słońcem oraz na skrzyni.

Gdy młodszy mat kilkakrotnie obracał klucz w zamku, ze środka skrzyni 

zaczęły dobiegać dźwięki muzyki.

Tin, tin, tin, tin, tin...
Każda   nuta   brzmiała   tak,   jakby   kończyła   melodię.   W   końcu   klucz 

znieruchomiał   i   zamiast   nieprzyjemnego   dla   ucha   zgrzytu   rozległo   się   ciche 
stuknięcie odblokowanego zamka. Spalony Słońcem pochylił się i uniósł wieko.

– Aaaach! – wydobyło się westchnienie ze stu gardeł.
– Czy to już wszystko? – spytał Arthur, zajrzawszy Spalonemu przez ramię. 

W jego mniemaniu zawartość kufra prezentowała się ogromnie rozczarowująco. 
Pełno w nim było białoszarawych kostek z wyrzeźbionymi literami. Wyglądały jak 
tanie pionki do madżonga.

Spalony   Słońcem   nie   odpowiedział.   Sprawiał   wrażenie   oszołomionego. 

Arthur rozejrzał się i zobaczył, że niemal wszyscy zebrani są w takim stanie jak 
młodszy mat. Rezydenci z otwartymi ustami patrzyli na zawartość kufra.

Wyjątkiem   był   doktor   Scamandros,   który   się   pochylił,   podniósł   jedną   z 

kostek i poruszył nią w taki sposób, aby wyżłobiony znak na jej powierzchni stał 
się wyraźnie widoczny w świetle.

– Suchy, męczący kaszel – obwieścił Scamandros. – Zamknięty w pozłacanej 

kości słoniowej z Senhein. Wystarczy na dwadzieścia lat, może więcej, wedle czasu 
domowego.

Odłożył kostkę i wziął następną.
–   Wysypka   różyczkowa   na   szyi,   czole   i   za   uszami   –   wyjaśnił.   – 

Zabezpieczona w wypalonej glinie. Zapas na co najmniej dziesięć domowych lat.

Arthur wiedział, że ludzkie choroby są cenione przez Rezydentów Domu, 

którzy doświadczają objawów dolegliwości, lecz nie odczuwają ich skutków. Z 
tego powodu przypadłości zamykano w małych klockach z kości słoniowej oraz 
gliny i udostępniano Rezydentom. Na choroby w takiej formie istniał zapewne 
duży popyt. Ile mogły być warte?

background image

– To wielki skarb – oświadczył doktor Scamandros. – Naprawdę ogromny. W 

tej skrzyni musi spoczywać ze dwadzieścia tysięcy kaszlów, wysypek, opuchlizn i 
innych chorób najwyższej zjadliwości, utrwalonych mocą pierwszorzędnej magii. 
Domyślam się, że ich wartość przekracza milion simoleonów w złocie.

Załoga zareagowała na jego słowa donośnym okrzykiem radości, śpiewem i 

tańcem, a także podrzucaniem czapek w powietrze.

– I dziewięćdziesiąt procent należy do mnie? – spytał Arthur. W harmidrze 

ledwie słyszał własne słowa.

– Nominalnie – podkreślił Scamandros. – Jak zauważyłem, jeśli ty i skarb 

macie pozostać uratowani, musisz porozumieć się z kapitanem Kotapoduchą.

– Złocień nigdy nie pogodzi się z taką stratą – mruknął Spalony Słońcem, 

zapatrzony   w   zawartość   skrzyni.   Dłonią   wskazał   małą   tabliczkę   z   brązu, 
zamocowaną   po   wewnętrznej   stronie   wieka.   Gdy   jej   dotknął   palcem, 
wygrawerowane w metalu litery buchnęły czerwonymi płomieniami, a grzmiący 
głos zaryczał na całą plażę:

– ZŁODZIEJU! ZŁODZIEJU! ZŁODZIEJU! Oto skarb kapitana Elishara 

Złocienia! Ciąży na tobie znak Czerwonej Dłoni! Zemsta Złocienia będzie chyża i 
nieśpieszna: chyża, bo chyżo ją wywrze, nieśpieszna, bo nieśpiesznie czerpać z niej 
będzie rozkosz. Żal i wyrzuty sumienia nie sprawią...

Słuchacze nie dowiedzieli się, co jeszcze zamierzał wykrzyczeć głos, gdyż 

Scamandros   postukał   w   tabliczkę   hebanowym   nożem   do   papieru,   który 
zmaterializował   mu   się   w   dłoni.   Na   plaży   zapadła   cisza,   zakłócana   jedynie 
chlupotem fal na brzegu. Rezydenci przestali śpiewać i wiwatować, gdy zajrzał im 
w oczy strach.

– Tylko ja mam Czerwoną Dłoń – zauważył Arthur. – Zgadza się?
– Tak – przyznał doktor Scamandros. – Niemniej Złocień zabije lub zniewoli 

każdego, kto z tobą żegluje, bądź pomaga ci w jakikolwiek sposób.

– Jesteś zaklinaczem. Nie mógłbyś usunąć tej czerwieni?
– Niestety. To leży poza zakresem moich umiejętności. Złocień specjalizuje 

się w magii, której nie chcę poznawać.

Arthur popatrzył na skarb, a potem na swoje czerwone dłonie.
–  A  więc   dopóki   tu   jestem,   wszystkim   wam   grozi   niebezpieczeństwo   ze 

strony Złocienia?

– Nie da się ukryć. Warto jednak nadmienić, że Złocień zabija i zniewala 

każdego,   kto   stanie   mu   na   drodze.   Czerwona   Dłoń   stała   się   znakiem   twojego 
wyjątkowo długiego i nieprzyjemnego końca, który zapewne podzielimy.

–   Czy   możesz   wysyłać   wiadomości   do   innych   rejonów   Domu?   I   czy 

potrafisz   się   dowiedzieć,   jak   toczą   się   losy   pewnej   osoby,   która   przebywa   na 
terenie Domu? Chodzi mi o to, czy potrafisz wykorzystać w tym celu magię.

– Tak, w obu wypadkach.

background image

Arthur odwrócił się plecami do kapitana Kotapoduchy.
– Jestem gotów zatem zaproponować tobie oraz załodze „Mola” cały mój 

udział   w   nagrodzie,   w   zamian   za   pomoc.   Chcę   przekazać   Pierwszej   Damie 
wiadomość...

Kapitan Kotapoducha skinął głową na znak zgody.
– Muszę się też dowiedzieć, co się stało z moją przyjaciółką o imieniu Liść, 

która zapewne przebywa na pokładzie okrętu o świecących na zielono żaglach...

Kotapoducha znowu skinął głową, tym razem z uśmiechem.
Arthur zamilkł, zastanawiając się, czego jeszcze będzie potrzebował.
–   I   może...   Czy   mógłbym   zażyczyć   sobie   błyskawicznego 

przetransportowania do miejsca, w którym spotkałbym Utopioną Środę.

– Co? – zaskrzeczał kapitan. – Czyś ty całkiem oszalał?

background image

Rozdział 10

Mamy cię zabrać do Utopionej Środy? – spytał Kotapoducha. – Masz nas za 

idiotów?

– Hm, nie – zaprzeczył Arthur. – Powiedziałem tylko, że mógłbym chcieć 

udać   się   do   niej.   Sam   nie   wiem,   dokąd   się   teraz   wybrać.   Po   prostu   zostałem 
zaproszony na obiad z Panią Środą...

–   W   charakterze   głównego   dania?   –   prychnął   Zgodniak   i   zbladł.   – 

Przepraszam! – dodał pośpiesznie. – Nie chciałem tego powiedzieć.

–   Jestem   pewien,   że   dojdziemy   do   porozumienia   w   sprawie   skarbu   – 

oświadczył Kotapoducha. – Doktor Scamandros pomoże ci odnaleźć przyjaciółkę, 
przesłać wiadomości i tak dalej. Nawet popłyniemy z tobą do Portu Środy. Nie 
wątpię jednak, że  będziesz  zadowolony  tak jak my, jeśli  unikniesz spotkania  z 
naszą godną najwyższego szacunku, lecz, niestety, utopioną panią.

– Dlaczego? – zdziwił się Arthur. Nie rozumiał, czemu Kotapoducha oraz 

pozostali członkowie załogi wydają się w tak nieuzasadniony sposób przerażeni 
perspektywą spotkania ze Środą. Musiał jednak pamiętać, że pozostawali w jej 
służbie, a przynajmniej przebywali w jej włościach w Domu. Zapewne wydawała 
im polecenia albo od czasu do czasu posyłała instrukcje. Kto wie, może po prostu 
się   leniła,   jak   Pan   Poniedziałek,   a   kierownictwo   Morza   Granicznego   było 
zdemoralizowane, podobnie jak kiedyś w Niższym Domu. – A właśnie, czy macie 
jakieś polecenia odnośnie do lorda Arthura? Gdybyście przypadkowo wzięli go na 
pokład, co byście z nim zrobili?

–   Lord  Arthur   na   naszym   pokładzie?   Rzecz   jasna,   musielibyśmy   zrobić 

wszystko, czego by sobie zażyczył – odparł Kotapoducha. – Jest panem dwóch 
domen Domu!

– Nie chcielibyśmy  zdenerwować półżaby  – wyznał Zgodniak. – Ani tej 

małej skrytobójczyni.

–   Nie   otrzymaliście   zatem   żadnych   instrukcji   od   Pani   Środy   i   jej 

podwładnych na wypadek pojawienia się Arthura?

Spalony Słońcem prychnął. Kotapoducha i Zgodniak popatrzyli po sobie.
–   Utopiona   Środa   ostatnio   ma   sporo   na   głowie   –   mruknął   Zgodniak   po 

namyśle.   –   Jest   zajęta   jedzeniem...   innymi   sprawami...   Niestety,   Południk   i 
Zmierzchnik zaginęli jakiś czas temu, Potop wywołał zamęt...

– Pan  Zgodniak  chce  powiedzieć,  że  sześć  albo siedem  tysięcy   lat temu 

wszyscy  kompletnie  zapomnieli  o  „Molu”   –  wtrącił  doktor  Scamandros.  –  Nie 
wydaje   mi   się,   byśmy   od   tamtego   czasu   otrzymali   jakieś  instrukcje.   Po  prostu 
żeglujemy   po   Morzu   Granicznym,   wyławiamy   wszystko,   co   przedstawia   jakąś 
wartość,   sprzedajemy   to  i  uzupełniamy   ładownię   w   Porcie   Środy.   Jeśli   trzeba, 

background image

kupujemy   towary   w   mniej   bezpiecznych   przystaniach,   zarówno   na   Morzu 
Granicznym, jak i w Poślednich Królestwach. Powiedz mi, czy naprawdę zostałeś 
zaproszony na obiad z Panią Środą?

–   Tak   –   potwierdził   chłopiec.   Sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągnął   z   niej 

przemoczone zaproszenie. Doktor Seamandros wziął je do ręki, podniósł brwi, nie 
mogąc   odczytać   niemal   ani   jednej   litery,   i   położył   papier   na   stole.   Następnie 
wyciągnął   z   szynela   owalną   suszkę   z   filcu   i   kilkakrotnie   przetoczył   nią   po 
zaproszeniu. Po każdym ruchu papier stawał się coraz bardziej suchy, atrament zaś 
powracał do pierwotnej gęstości i czerni. Kotapoducha i Zgodniak nachylili się nad 
stołem,   aby   lepiej   widzieć;   nawet   Spalony   Słońcem   przekrzywił   głowę,   żeby 
uzyskać lepszy widok.

Arthur   obserwował   oblicza   obu   oficerów,   które   zmieniały   się   w   trakcie 

czytania: z początku wyrażały zaciekawienie, potem dezorientację, na końcu szok. 
Spalony   Słońcem,   chociaż   poruszał   ustami   podczas   czytania,   nie   wydawał   się 
przesadnie zaskoczony.

Pani Środa

Powiernica Architektki

I Księżna Morza Granicznego

Ma ogromną przyjemność zaprosić

Authura Penhaligona

na uroczysty obiad

z siedemnastu dań

Transport zapewniony
R.S.V.P nie wymagane

– Nie pojmuję – wyznał Kotapoducha. – Z tego wynika, że jesteś...
– Ale to niemożliwe – zaprotestował Zgodniak. – Jesteś jeszcze chłopcem!
–  To   on   –   potwierdził   Scamandros.   –   Kto   inny   miałby  Kompletny  Atlas 

Domu i Bezpośrednich Przyległości w kieszeni i dowód przychylności Żeglarza na 
sznurku wokół szyi? Nie wspominając o tym interesującym zaproszeniu.

– Dlaczego jest interesujące? – spytał Arthur. Po raz pierwszy od chwili, w 

której porwała go fala, miał czas zadać kilka pytań, nie musiał toczyć walki o 
przetrwanie.   –   Czemu   wszyscy   tak   bardzo   się   jej   boją?   Z   jakiego   powodu 
nazywacie ją Utopioną Środą? I czym był Potop?

Kotapoducha   oraz   Zgodniak   nadal   wyglądali   na   oszołomionych.   Spalony 

popatrzył na Scamandrosa.

background image

– Najlepiej będzie, jeśli doktor wszystko ci wyjaśni – zadecydował Spalony 

Słońcem   po   chwili.   –   Kapitan   i   pan   Zgodniak   muszą   wracać   do   obowiązków, 
podobnie jak ja.

–   Liczę   na   to,   że   zechcesz   zjeść   z   nami   kolację,   lordzie   Arthurze   – 

wymamrotał kapitan Kotapoducha, nie patrząc Arthurowi w oczy. – Bez urazy z 
powodu naszego, hm, godnego ubolewania braku...

– Pewnie – odparł Arthur. – Rozumiem. Rzecz w tym, że w książce zostałem 

przedstawiony jako wielki bohater. Kto jest jej autorem, skoro o tym mowa?

Zgodniak   ponownie   otworzył   książkę   i   zaprezentował   chłopcu   stronę 

tytułową. Kotapoducha zrobił zakłopotaną minę i odszedł, po drodze mamrocząc 
coś do doktora Scamandrosa.

–   Pisarz   nazywa   się...   Japeth,   „oficjalny   biograf,   kronikarz,   annalista   i 

dziejopis   lorda   Arthura”   –   przeczytał   starszy   mat.   –   Opublikowane   przez 
Wydawnictwo Salon z Niższego Domu.

–   Rozumiem   –   powiedział   Arthur   i   zmarszczył   czoło.   Japeth   był   jego 

przyjacielem, Tezaurusem poznanym w Studni. Arthur poprosił Pierwszą Damę o 
znalezienie   dla   niego   zajęcia,   lecz   nie   spodziewał   się,   że   Japeth   zostanie 
zatrudniony   do   pisania   najzwyklejszej   w   świecie   propagandy.   Chłopiec   się 
zastanawiał,   jaki   cel   temu   przyświecał.   Dlaczego   robiono   z   niego   wielkiego 
bohatera?

– Jeśli zechcesz udać się ze mną na przechadzkę, spróbuję odpowiedzieć na 

nurtujące cię pytania o Panią Środę i Potop – zaproponował doktor Scamandros. 
Podniósł dłoń, w której pojawiła się świeca. Zapalił ją lekkim dmuchnięciem na 
knot. – Sugeruję pobrodzić po płyciźnie, aby szum morza zagłuszył nasze słowa. 
Są   sprawy,   które   nie   powinny   docierać   do   uszu   członków   załogi   i   budzić 
niepotrzebnego poruszenia.

Arthur się zawahał. Nie miał pewności, czy postąpi rozsądnie, spacerując 

samotnie z doktorem. W pewnej chwili spojrzał na Spalonego Słońcem i postukał 
palcem w medalion od Żeglarza. Młodszy mat lekko skinął głową.

– Zgoda – zadecydował chłopiec. – Prowadź.
Podążył za Rezydentem poza granicę koła, wyznaczonego przez intensywne 

światło latarni. Potem przeszli plażą i minęli pas niezwykle starannie poskładanych 
w stosiki ubrań na zmianę. Każdy z nich był osobno oznakowany.

Scamandros zauważył spojrzenie towarzysza i domyślił się, jakie pytanie go 

nurtuje.

–   Załoga   rekrutuje   się   z   personelu   domu   rachunkowego   –   przypomniał 

chłopcu.   –   Poprzednio   zajmowała   się   sortowaniem   i   wyceną   towarów.   To   są 
Rezydenci niższego szczebla, stworzeni wyłącznie do wykonywania określonych 
zadań. Z tego powodu zmieniają się i uczą niebywale wolno. Dlatego właśnie nie 
są   dobrymi   żeglarzami,   ale   celują   w   przenoszeniu   i   porządkowaniu   ładunku. 

background image

Jesteśmy na miejscu. Tylko ściągnę buty i podwinę nogawki.

Doktor Scamandros wbił świecę w piasek i usiadł, aby zdjąć obuwie. Arthur 

również postanowił zrzucić Niematerialne Buty.

–   Musimy   zachować   ostrożność.   –   Scamandros   ponownie   wziął   do   ręki 

świecę i zanurzył stopy w pianie. – Dno przy plaży tworzy niebywale strome półki. 
Pozostaniemy w granicach zasięgu wód pływowych.

Ruszyli przed siebie. Doktor szedł od strony morza, nieco głębiej zanurzony 

niż Arthur, przez co niemal zrównali się wzrostem. Chłopcu przeszło przez myśl, że 
Scamandros   jest   bardzo   niski   jak   na   Rezydenta.   Był   niższy   nawet   niż   biedne 
Węglotłuki w głębokich piwnicach Niższego Domu.

– Od czego zaczniemy? – spytał Scamandros.
– Jaka jest historia Środy? – chciał wiedzieć Arthur. – Dlaczego wszyscy się 

boją nawet do niej podejść?

–  Mogę  udzielić   ci  wyjaśnień   z  większą   łatwością   niż  inni,  gdyż  jestem 

ochotnikiem   na   pokładzie   „Mola”   i   w   gruncie   rzeczy   nie   służę   Środzie   – 
wytłumaczył mu Scamandros. – Ponadto przeprowadziłem swoiste badania Morza 
Granicznego i jego władczyni. Z pewnością wiesz, czym jest Wola Architektki, w 
jaki sposób doszło do jej podzielenia przez Wykonawców i tak dalej?

– Wiem – potwierdził Arthur. – Można tak powiedzieć.
– Mniej więcej w tamtym okresie Panią Środę ogarnął niezaspokojony głód, 

rzecz w praktyce nieznana żadnemu Rezydentowi. Jadamy wyłącznie dla uciechy. 
Tymczasem   Środa   jadła   i   jadła   bez   końca.   W   normalnych   okolicznościach 
stawałaby   się   coraz   większa,   lecz   za   sprawą   potęgi  Trzeciego   Klucza   potrafiła 
zapanować nad przyrostem wagi. Trwało to mniej więcej dwa tysiąclecia, choć 
doszło do tego, że każdego dnia Środa pochłaniała tony żywności.

Nie jestem pewien, co się potem zdarzyło. Może osłabła moc Klucza, może 

sama Środa błędnie ukierunkowała jego działanie. Dość powiedzieć, że kształtem i 
gabarytami dostosowała się do objętości zjadanych pokarmów. Słowem, stała się 
Lewiatanem.

– Czym?
– Behemotem.
– Hm, nie bardzo...
– Monstrualnym białym wielorybem. Gigantem! Liczy dwieście kilometrów 

od głowy do ogona i jest szeroka na pięćdziesiąt kilometrów. Jej otwarte usta mają 
ponad trzy kilometry wysokości i szesnaście kilometrów szerokości.

Arthur przystanął, aby lepiej sobie uzmysłowić rozmiary Środy. Wieloryb o 

długości   dwustu   kilometrów!   Doktor   Scamandros   szedł   dalej   i   nieprzerwanie 
mówił, więc chłopiec za nim pobiegł, lecz i tak umknęło mu kilka słów.

– ... przeobrażenie oraz zanurzenie w Morzu Granicznym doprowadziło do 

przemieszczenia   się   znacznych   ilości   wody.   Na   szczęście   proces   transformacji 

background image

trwał przez ponad tydzień, dzięki czemu było dość czasu, aby przygotować doki 
oraz budynki nabrzeżne. Większość z nich przerobiono na statki, takie jak „Mól”. 
Na   skraju   Środowej   Czaty,   obecnie   znanej   jako   Port   Środy,   stworzono   nowe 
miasto.

Nie Potop jednak przyniósł największe zniszczenia Rezydentom, lecz sama 

Pani   Środa.   Jako   Lewiatan   stała   się   jeszcze   bardziej   żarłoczna.  W   pierwszych 
latach   po   przemianie   raczyła   się   nie   tylko   planktonem,   krylem   i   innymi 
stworzeniami, które pochłaniała tonami. Spożyła też wielu własnych podwładnych, 
między nimi Południka i Zmierzchnika. Od tysiącleci nikt nie odważył się do niej 
zbliżyć,   z   wyjątkiem   ocalałej   Jutrzenki.   Powszechnie   uważa   się,   że   Środa 
porozumiewa się z nią ruchami źrenic w przeogromnych oczach. Jutrzenka potrafi 
odczytać ustalony kod i dzięki temu nie musi za bardzo się zbliżać do swojej pani.

Dlatego właśnie dziwne jest, że zostałeś zaproszony na obiad do Środy. Jak 

można   jeść   w   towarzystwie   Lewiatana?   Zwłaszcza   takiego,   który   pochłania 
wszystko, co się znajdzie w pobliżu?

– Czemu mówi się o niej Utopiona Środa? – dopytywał się Arthur. – Przecież 

nie utonęła, to oczywiste.

– Rzecz chyba w tym, że kiedy rozpoczął się proces jej przemiany, rzuciła 

się do Morza Granicznego. Wówczas uznano, że utonęła – odparł Scamandros. – 
Fatalny los dla Rezydenta, bo przecież topielcowi pozostaje część świadomości do 
czasu całkowitego oskubania ciała przez ryby. Podejrzewam też, że wierni poddani 
Środy wzbraniają się przed określaniem jej mianem wieloryba.

Arthur skinął głową i podbiegł jeszcze bliżej doktora, aby iść u jego boku. 

Pokonali już spory dystans, światła obozowiska znajdowały się w odległości ponad 
stu metrów. Chłopiec zerknął na twarz rozmówcy. Właściwie pozostawała ukryta w 
cieniu, jedynie dolna część oblicza była oświetlona przez świecę. Tatuaże poruszały 
się i przesuwały, lecz w półmroku Arthur nie mógł dostrzec, co przedstawiają. 
Zauważył   tylko   rysunek   okrętu,   sunącego   pod   pełnymi   żaglami   po   policzku 
Rezydenta.

– Może powinniśmy zawrócić – zasugerował niespokojnie.
Scamandros przystanął i skierował na niego spojrzenie.
– Odeszliśmy już dostatecznie daleko, aby użyć odrobiny magii, która może 

nam pomóc w znalezieniu odpowiedzi na twoje pytania – oświadczył i wyszedł na 
plażę, gdzie ponownie wbił świecę w ziemię. Arthur poszedł za nim, czując, jak 
błękitny piasek klei się do jego stóp.

– Od czego chciałbyś zacząć? – spytał doktor Scamandros. – Od wiadomości 

do Pierwszej Damy czy też od wieści o twojej przyjaciółce?

– Przede wszystkim chcę wiedzieć, co z Liść – zadecydował chłopiec. Choć 

dziewczyna go nie posłuchała, kiedy kazał jej uciekać ze szpitala, i tak czuł się 
odpowiedzialny za jej los... Na dodatek dręczyło go poczucie winy. Miał nadzieję, 

background image

że jego koleżance nic się nie stało.

– Twoją przyjaciółkę zabrał inny okręt?
–   Tak   –   potwierdził   Arthur.   –   Trochę   przypominał   „Mola”,   lecz   był 

smuklejszy   i   dłuższy,   trójmasztowiec,   jego   żagle   świeciły   na   zielono.   Chyba 
przypłynął   po   mnie,   zgodnie   z   zapowiedzią   na   zaproszeniu.   „Transport 
zapewniony”. Tyle że zamiast mnie zabrał moją koleżankę.

–   Opis   pasuje   do   „Latającej   Modliszki”,   jednego   ze   statków   dawnej 

kupieckiej floty Środy. Wszystko się zgadza. Czy masz przy sobie przedmiot, który 
należy do twojej przyjaciółki? Może pukiel jej włosów?

– Nie! – zaprzeczył Arthur. – Ona naprawdę jest tylko moją koleżanką, nikim 

więcej. Na dodatek znamy się od niedawna.

– Hm, to komplikuje sprawy. Na szczęście wiemy, o jaką jednostkę chodzi, 

nie jest więc źle – rozważał Scamandros. – Uścisnąłeś jej dłoń? A może masz przy 
sobie coś, czego dotknęła, dajmy na to kubek albo butelkę?

Arthur   pokręcił   głową.   Cofnął   się   myślami   do   pokoju   szpitalnego.   Liść 

siedziała na łóżku...

– Przeczytała zaproszenie od Środy. Czy to wystarczy?
– Z powodzeniem – odparł doktor Scamandros zadowolony. – Mogę o nie 

prosić?

Arthur   wręczył   mu   kartkę.   Scamandros   wyciągnął   z   kieszeni   scyzoryk   z 

szylkretową rękojeścią i odciął wąski, skręcony pasek papieru, który umieścił w 
małej, blaszanej puszce na lekarstwa. Ponownie sięgnął do szynela, wydobył z 
niego   kartonową   szachownicę   –   lub   przedmiot   przypominający   szachownicę, 
podzielony na kolorowe kwadraty – i starannie ją rozłożył. Pieczołowicie ustawił 
na niej okrągłe lusterko do golenia oraz spiralną muszlę wielkości pięści Arthura, 
obok położył puszkę na lekarstwa. Wszystkie przedmioty tworzyły trójkąt na tle 
czerwono-czarnej szachownicy.

– Trygon na mojej roboczej tablicy – wyjaśnił, wyciągnął z kieszeni ptasie 

pióro i małą butelkę z brązu, oznaczoną napisem „Aktywny Atrament. Ostrożnie!”. 
– Arthurze, czy możesz rozpostrzeć dłoń nad trygonem, ale niczego nie dotykać?

Ręką wskazał trzy przedmioty. Arthur wykonał polecenie – przytrzymał dłoń 

poziomo ponad lustrem, muszlą i puszką.

– Teraz będę musiał napisać coś na twojej dłoni. Możesz poczuć pieczenie – 

ostrzegł   doktor   Scamandros   takim   samym   tonem,   jakiego   używają   lekarze   i 
dentyści, gdy chcą powiadomić pacjenta o nadchodzącym bólu. Postawił butelkę z 
brązu, ostrożnie odkręcił zakrętkę i zanurzył pióro w płynie.

– Czy dzięki temu będę wiedział, co się stało Liść? – zapytał Arthur. Miał 

wielką ochotę cofnąć dłoń i rzucić się do ucieczki w kierunku obozowiska.

Spalony Słońcem skinął głową na znak, że wszystko w porządku, pomyślał 

Arthur. Scamandrosowi raczej można zatem ufać...

background image

–  Tak,   tak   –   potwierdził   doktor.   –   Nie   ruszaj   się.  Arthur   znieruchomiał. 

Scamandros umieścił pióro nad grzbietem dłoni chłopca i po chwili mała kropla 
atramentu spadła na jego rękę niczym roztopiony metal. Nad nią wykwitł mały 
obłok dymu, przeplatany Nicością.

– Auuuuu! – zawył Arthur, gdy jego ciało przeszył przenikliwy ból.

background image

Rozdział 11

Doktor Scamandros nie przerwał pracy. Z niewiarygodną prędkością napisał 

coś na dłoni Arthura, chociaż ten wyrywał rękę, czując, jak atrament zostawia mu 
na ciele ognisty szlak.

–   Będzie   bolało   tylko   przez   chwilę   –   zapowiedział   Scamandros,   kiedy 

chłopak gnał do morza, aby zanurzyć w nim dłoń. – Gdybym cię ostrzegł, nie 
trzymałbyś jej nieruchomo.

Arthur nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Ból przenikał cały jego umysł, 

ale   tylko   przez   kilka   sekund.   Zanim   doktor   Scamandros   skończył   mówić, 
dolegliwość ustała, zupełnie jakby odpłynęła wraz z ostatnią falą.

Chłopiec wrócił na plażę. Scamandros spakował już szachownicę i puszkę, 

została tylko muszla i lusterko. Oba przedmioty wyciągnął ku Arthurowi, który ich 
nie   dostrzegł,   zajęty   oglądaniem   grzbietu   dłoni   w   świetle   świecy.   Z   oględzin 
wynikało, że na skórze nie pozostały blizny ani kleksy. Nie widać też było żadnego 
napisu.

– Co tam nakreśliłeś? – chciał wiedzieć Arthur.
– Postawiłem własny podpis – wyjaśnił doktor. – W większości przypadków 

Domową Magię odprawia się za pomocą specjalnie przygotowanych instrumentów, 
które działają jedynie w rękach uprawnionego zaklinacza.

– Czy atrament zawierał Nicość?
– Tak. Niewielką, starannie odmierzoną ilość. Śpieszę z wyjaśnieniem: nie ja 

przygotowywałem atrament. Nie pracuję bezpośrednio z surową Nicością. Faktem 
jednak jest, że większość Domowej Magii opiera się na urządzeniach lub dobrach 
pierwotnie wyprodukowanych z Nicości lub stworzonych z jej domieszką.

– Rozumiem – powiedział Arthur i podejrzliwie sięgnął po lusterko oraz 

muszlę. – Do czego więc one służą?

– Mam nadzieję, że udało mi się ustawić lustro tak, by pokazało ci, co się 

dzieje z twoją przyjaciółką o imieniu Liść – wyjaśnił Scamandros. – Podobnie 
skonfigurowałem   muszlę,   przez   którą   będziesz   wszystko   słyszał.   Urządzenie 
powinno działać przez kilka dni, lecz potem zaklęcie straci moc i aparat zacznie 
ukazywać inne osoby  lub miejsca. Nie korzystaj wówczas z niego, gdyż może 
pokazać   ci   tych,   którzy   tylko   wypatrują   takich   otwartych   kanałów   do   cudzych 
umysłów.

– Jak to się uruchamia?
–   Wystarczy,   że   przyłożysz   muszlę   do   ucha   i   zajrzysz   do   lustra.   Rzecz 

najskuteczniej zadziała w raczej cichym miejscu, przy niezbyt natężonym świetle, 
które nie będzie padało bezpośrednio na lustro. Tutaj, przy świecy, masz idealne 
warunki. Ogólnie biorąc, najlepiej jest mieć w pobliżu kogoś, kto będzie zwracał 

background image

uwagę na to, co się z tobą dzieje, bo nie będziesz świadomy zdarzeń wokół swojej 
cielesnej powłoki.

–   Dzięki   –   westchnął   Arthur.   –   Chyba   nieco   później   wypróbuję   to 

urządzenie. Bliżej obozowiska.

– Jak sobie życzysz. Co do wiadomości: obawiam się, że ani telefon, ani 

telegraf nie będą nam przydatne. Choć nie znajdujemy się na Morzu Granicznym, 
pochodzimy z niego i dlatego wszelkie kontakty normalnie przebiegają przez jego 
obszar. Problem w tym, że kanały przekaźnikowe już dawno temu zostały zalane. 
Mogę jednak przesłać wiadomość w powolniejszy sposób. Czy masz papier, pióro i 
atrament?

– Nie.
–   Zatem   proszę.   –   Scamandros   wręczył   Arthurowi   popękaną,   skórzaną 

teczkę, przewiązaną niebieską wstążką. – Napisz list, podczas gdy ja przygotuję 
posłańca.

Arthur otworzył teczkę. Przedmiot przypominał książkę dla dzieci, z której 

po   otworzeniu   wyłaniają   się   trójwymiarowe   obrazki.   Z   teczki   wysunął   się 
kałamarz, stosik kartek papieru i kilka piór. Arthur wybrał jedno z nich, zanurzył je 
w atramencie – zwrócił uwagę na jego turkusowobłękitną barwę – i przystąpił do 
pisania.

Pierwsza Dama

Pokój Dzienny Poniedziałka lub Piramida  Wtorka

Droga Pierwsza Damo.
Pani   Środa   zaprosiła   mnie   na   obiad   i   przysłała   po   mnie   statek,   lecz   z  

powodu   wypadku   znajduję   się   teraz   w   innym   Poślednim   Królestwie,   na  
uszkodzonym   okręcie   zwanym   „Molem”.   Pewien   Domowy   Zaklinacz,   doktor  
Skamandros, wysyła ten list w moim imieniu. Chyba mógłbym spróbować odnaleźć  
Trzecią Część Woli, skoro już tu jestem. Dobrze by było gdyby udało ci się przysłać  
mi pomoc albo coś doradzić. Moja przyjaciółka Liść została przypadkowa zabrana  
i   chyba   jest   teraz   na   pokładzie   statku   „Latająca   Modliszka”.   Dobrze   by   było  
gdybyś jej pomogła wrócić do domu.

Szczerze oddany, 

Arthur Penhaligon

Ps: Pozdrów ode mnie Suzy, Kichola i innych.

Arthur popatrzył na to, co napisał. Wcześniej nie był nawet pewien, czy 

background image

spróbuje odszukać Trzecią Część Woli – uświadomił to sobie dopiero po napisaniu 
listu.   Ta   myśl   musiała   jednak   dojrzewać   w   jego   umyśle   od   czasu,   gdy   Liść 
powiedziała, że powinien uczynić pierwszy krok, a nie czekać, aż Wykonawcy coś 
mu zrobią.

Jedyny problem polegał na tym, że nie wiedział, od czego zacząć.
– Gotowe? – zapytał doktor Scamandros. – Złóż kartkę i na przedzie napisz, 

kim jest adresat. Potem przyciśnij kciukiem zgięcie, list się zapieczętuje.

Arthur wykonał polecenie. Gdy docisnął kciukiem papier, po krawędziach 

przesyłki przetoczyła się mgiełka tęczowego światła. Chłopiec uniósł rękę i ujrzał 
grubą, okrągłą pieczęć z własnym profilem w wieńcu laurowym na skroniach.

– Nic nie mów kapitanowi Kotapodusze ani Zgodniakowi – poprosił doktor 

Scamandros.   –   Z   powodu   niedoboru   gotowych   znaczków,   sięgnąłem   po   coś 
odpowiedniego z ich kolekcji.

Zaprezentował Arthurowi duży, wielobarwny znaczek z podobizną ptaka o 

ciemnym   ciele,   białym   kuprze   i   rozwidlonym   ogonie.   Pod   rysunkiem   widniał 
podpis   drobnym   drukiem:   „Nawałnik   duży”,   a   także   duża   dwójka   i   symbol 
nieznanej waluty.

– Z twojej Ziemi – wyjaśnił Scamandros. – Nocny ptak morski. Kapnę mu 

na oko kroplę aktywnego atramentu i wypowiem krótkie zaklęcie. Arthurze, może 
lepiej będzie, jeśli staniesz za mną. Niektóre ze słów Architektki są niebezpieczne 
dla śmiertelników.

Chłopiec pośpiesznie ukrył się za Scamandrosem i wetknął palce do uszu. 

Przypomniał sobie, jak podziałały na niego słowa, wypowiedziane przez zaklinacza 
na statku.

Scamandros zgiął list, otworzył kałamarz z brązu i maleńkim kroplomierzem 

wessał odrobinę atramentu. Następnie ostrożnie kapnął nieco płynu na oko ptaka ze 
znaczka i jednocześnie wymamrotał coś, czego Arthur nie dosłyszał, jego łokcie i 
kolana momentalnie jednak przeszył ból.

Ptak   drgnął   i   zamachał   skrzydłami.   Wytknął   głowę   ze   znaczka,   z   furią 

trzepocząc skrzydłami, po czym opuścił rysunek. Urósł, a znaczek się skurczył. 
Stworzenie stawało się coraz większe, aż wreszcie miało ponad pół metra długości, 
jego skrzydła zaś osiągnęły rozpiętość dwóch metrów. List był już wtedy całkiem 
mały, jego długość nie przekraczała dwóch i pół centymetra. Ptak popatrzył na nich 
błyszczącymi   oczyma,   dziobem  podniósł   list   i   go   połknął.   Potem  podreptał   po 
plaży, powoli bijąc skrzydłami, aż wreszcie rozpędził się na tyle, aby się oderwać 
od ziemi. Jego sylwetka w szybkim locie stała się zgrabna i elegancka.

– Muszę tu zrobić porządek – zapowiedział doktor Scamandros. – Rozrzucę 

trochę tego zabarwionego magicznie piasku i tak dalej. Jeśli chcesz wypróbować 
lusterko oraz muszlę, poproś pana Spalonego Słońcem, by miał na ciebie baczenie i 
zajmij miejsce między namiotem kapitana a morzem.

background image

– Dzięki – powiedział Arthur. Doktor Scamandros okazywał mu ogromną 

życzliwość.

Może   przesadzam  z   podejrzliwością,   pomyślał  Arthur.  Doktor  musi   mieć 

jakieś powody, by mi pomagać... Ciekawe jakie... Zastanawiam się, czy potrafi 
czytać w moich myślach...

–   Ile   czasu   mój   list   będzie   wędrował   do   Pierwszej   Damy?   –   zapytał 

pośpiesznie, na wypadek gdyby doktor Scamandros jednak umiał czytać w myślach 
i poczuł się urażony, że Arthur wciąż mu nie ufa.

– Trudno powiedzieć. Zakładając, że nie dojdzie do wypadku lub przejęcia 

przesyłki, list dotrze na miejsce za dzień lub dwa czasu miejscowego. Ile dób minie 
w tym okresie w Domu, tego nie wiem bez przeprowadzenia skomplikowanych 
obliczeń. Tempo upływu czasu w Domu jest inne niż w Królestwach.

Arthur skinął głową. Wyglądało na to, że przez najbliższy tydzień i tak nie 

znajdzie okazji, by opuścić wyspę, bo musiał czekać na naprawę „Mola”. Ponieważ 
nic nie potrafił na to poradzić, równie dobrze mógł się zastanowić, co dalej począć. 
W tym celu musiał się dowiedzieć, jak potoczyły się losy Liść.

– Wracam  do  obozowiska   –  oznajmił.   –  Poproszę   Spalonego  Słońcem  o 

asekurację. Dziękuję za pomoc, doktorze.

Scamandros skłonił głowę.
Arthur odwrócił się i ruszył nieśpiesznie w stronę statku. Szedł plażą, bez 

świecy.   Panował   mrok,   lecz   chłopiec   widział   światła   niezbyt   odległego   obozu. 
Mimo to przyśpieszył kroku.

Znajdował się w połowie drogi, kiedy coś go podkusiło, by się obejrzeć. 

Dostrzegł   poświatę   świecy   i   częściowo   widoczną   sylwetkę,   zapewne   doktora 
Scamandrosa. Obok zaklinacza jednak było jeszcze coś. Inny kształt, mroczny cień 
na tle płomienia świecy. Arthur widział go zaledwie przez chwilę, lecz od razu 
rozpoznał kontury.

Jeszcze jeden nawałnik. Doktor Scamandros przesyłał wiadomość do innego 

adresata.

Wiedziałem, przeszło przez myśl wzburzonemu Arthurowi. Pewnie usiłuje 

mnie  sprzedać  Środzie albo komuś z Wykonawców.  Mogą przysłać  Wysokiego 
Zmierzchnika  Soboty, jeśli  to on  mnie  zaatakował  w Studni Ponurego Wtorka. 
Jeżeli przybędzie z mieczem, będę bezradny bez Klucza, choć może załoga „Mola” 
stanie w mojej obronie przez wzgląd na medalion Kapitana. Nadal nie rozumiem, 
czemu Sobocie zależało na zniszczeniu Domu Nicością.

Z całą pewnością istnieje jakaś łączność pomiędzy Potomnymi Dniami oraz 

Nicością. Tylko jaka? Dlaczego wszystko jest takie trudne...

Myślał   coraz   mniej   przytomnie,   gdy   przed   wejściem   do   I   obozowiska 

powstrzymał go głos strażnika.

– Stój! – krzyknął jeden z marynarzy. – Ktotko? To I jest, kto to? Rozpoznaj 

background image

mnie, a podążysz dalej!

– Hm, jak sądzę, nazywasz się Jednouchy, prawda? – zaryzykował Arthur. 

Rezydent był tylko częściowo oświetlony przez latarnie, zawieszone na oddalonym 
o kilkanaście metrów, namiocie Kotapoduchy. – To ja, Arthur, wracam ze spaceru. 
Doktor Scamandros przyjdzie za jakiś czas.

– Podążaj, przyjacielu! – zawołał Jednouchy. Opuścił kuszę i machnął ręką, 

aby   ponaglić  Arthura.   Gdy   chłopiec   przechodził   obok,   Rezydent   ściszył   głos   i 
wymamrotał: – Tak naprawdę nazywam się Kukuła, ale Jednouchy brzmi o niebo 
lepiej.   Przed   Potopem   byłem   Przesuwaczem   Skrzyń   Trzeciej   Klasy.   Teraz 
pomagam na dziobówce...

– Jednouchy! Pilnuj się!
Arthur   rozpoznał   ten   okrzyk.   Po   plaży   szedł   ciężkim   krokiem   Spalony 

Słońcem.   Chłopiec   dostrzegł   za   jego   plecami   jeszcze   jednego   zbrojnego, 
wpatrzonego w mrok, z kuszą gotową do strzału.

– Tak jest! – potwierdził Jednouchy. – Tylko przepuszczam przyjaciela.
Spalony   ukłonił   się   Arthurowi,   a   chłopiec   odwzajemnił   kurtuazyjne 

powitanie.

– Doktor zrobił, co należało? – spytał Spalony.
– Tak sądzę – odparł Arthur. Podniósł lusterko oraz muszlę. – Ofiarował mi 

coś,  dzięki  czemu   będę mógł  ujrzeć,  co  się  stało  z  moją  przyjaciółką. Tyle  że 
potrzebuję kogoś, kto mnie popilnuje, gdy będę korzystał z urządzenia. Miałem 
nadzieję, że wyrazisz zgodę...

– Na pilnowanie ciebie? Tak, to się da zrobić. Najpierw muszę jednak obejść 

wszystkie posterunki, bo nie chcemy, aby Złocień i jego gromada przybyli bez 
zapowiedzi.

– Sądziłem, że ich zgubiliśmy – zauważył Arthur, ruszając w drogę razem z 

młodszym matem.

–   Może   tak,   może   nie   –   odparł   Spalony.   –   Złocień   to   niebywale   cwany 

czarnoksiężnik. Doktor Scamandros jest bardziej uczony w księgach, ale ten pirat 
musi znać dziesiątki paskudnych sztuczek, o których doktorowi nic nie wiadomo. 
Pilnuj się!

Następna strażniczka dźwignęła się niezgrabnie, po drodze chwytając kuszę. 

Spalony Słońcem prychnął z dezaprobatą i szedł dalej.

– Doktor Scamandros zdradził mi, że jest tutaj na ochotnika – napomknął 

Arthur. Musiał dowiedzieć się więcej o zaklinaczu. – Co miał na myśli? Dlaczego 
zgłosił się dobrowolnie?

– Przed wielką powodzią na rejsowych statkach pływali tylko Nawigatorzy-

Zaklinacze   –   wytłumaczył   Spalony.   –   Kiedy   więc   budowano   te   wszystkie 
dodatkowe jednostki, zaczęto poszukiwać ochotników o dostatecznym wyszkoleniu 
magicznym, by mogli wejść na pokład. Niektórych zwykłych żeglarzy również 

background image

skierowano na nowe statki.

– Choćby ciebie – domyślił się Arthur.
– Tak, choćby mnie – potwierdził Spalony Słońcem i ciężko westchnął. – 

Czwarty  mat  na  „Spiralnej  Rynnie”.  Nie  było  lepszego  statku   ani  wspanialszej 
załogi.

–   Ale   dlaczego   doktor   Scamandros   miałby   zgłaszać   się   na   stanowisko 

nawigatora,   skoro   jest   najwyższej   klasy   zaklinaczem,   szkolonym   w   Wyższym 
Domu?

Spalony Słońcem wzruszył ramionami.
– Zapewne coś zgubił. Właśnie z tego powodu większość towarzystwa z 

innych części Domu trafia na Morze Graniczne.

– Nie rozumiem.
– Wszystko, co kiedykolwiek zaginęło, prędzej czy później pojawia się na 

Morzu Granicznym – wyjaśnił Spalony. – Znalezienie zguby bywa jednak nielicho 
trudne. I rzecz musi być zawieruszona przypadkiem, nie celowo i nie w wyniku 
kradzieży.

Niemal dotarli do linii brzegu. W falach stała Rezydentka i rozglądała się 

wokoło. U boku miała kuszę. Nad nimi migotała skromna gromadka intensywnie 
czerwonych, bardzo jaskrawych gwiazd, lecz poza tym niebo zasnuwały chmury i 
nie   było   widać   księżyca.   Niewykluczone,   że   tego   świata   nie   obiegał   żaden 
naturalny satelita.

– Stój!
– Tu Spalony Słońcem z pasażerem – odezwał się mat. – Cisza i spokój?
– Nic poza falami – odparła Rezydentka. Arthur rozpoznał jej głos – była to 

Jaszczurka, ta z twarzą pokrytą łuskami.

– Miej baczenie – polecił jej Spalony. – Oby nie przybyli, ale jeśli się zjawią, 

to od strony morza.

– Tak jest!
Młodszy mat odwrócił się i ruszył po udeptanym piasku między dwiema 

dużymi stertami skrzyń.

– Obchód zakończony – oznajmił. – Gdzie chcesz spojrzeć do tego swojego 

lustra?

– Gdzieś, gdzie jest cicho i spokojnie, przy słabym świetle – odparł Arthur. 

Wskazał   skrawek   piasku,   na   którym   nie   wypoczywali   Rezydenci,   nieopodal 
namiotu, na którym umocowana była latarnia. – Tam powinno być dobrze, jak 
sądzę.

Spalony Słońcem podążył za Arthurem, który po chwili usiadł na piasku. 

Chłopiec zajrzał do muszli, przysunął ją do światła i kilkakrotnie nią potrząsnął, 
aby   zyskać   pewność,   że   nic   się   nie   ukrywa   w   środku.   Następnie   z   wahaniem 
przyłożył muszlę do ucha, podniósł lusterko i pochylił je tak, aby odbijało się w 

background image

nim światło latarni.

Z początku słyszał w muszli tylko cichy szum morza, a w lusterku widział 

jedynie własne odbicie. Usiłował myśleć o Liść, lecz z niezrozumiałych powodów 
nie potrafił sobie przypomnieć, jak wyglądała. Pamiętał jednak jej głos, więc skupił 
się na nim i odtworzył słowa, które wypowiedziała po wejściu do jego pokoju 
szpitalnego.

Szum fal w muszli nagle ucichł, zastąpiony brzękiem żelaza i skrzypieniem 

drewna. Lusterko zaszło mgłą, zupełnie jakby Arthur na nie nachuchał, a potem 
znowu się wyklarowało. Tym razem nie ujrzał w nim własnej twarzy, lecz mroczną, 
słabo oświetloną przestrzeń.

Uważnie patrzył do zwierciadełka. Dostrzegł w nim dziewczynę; przebywała 

wewnątrz bardzo ciasnego pomieszczenia, prawie pozbawionego światła.

Była uwięziona.

background image

Rozdział 12

Skulona   Liść   tkwiła   w   wąskiej   celi,   ze   stopami   zanurzonymi   w   wodzie. 

Kajdany na jej nadgarstkach były połączone ciężkim łańcuchem z okowami na 
kostkach i grubym, żelaznym pierścieniem w drewnianej ścianie. Woda łagodnie 
przelewała   się   od   jednej   strony   pomieszczenia   do   drugiej   –   Liść   najwyraźniej 
przebywała   na   statku.   Jedyne   światło   pochodziło   z   przyczernionej   dymem 
latarenki,   która   dyndała   na   haku   pod   sufitem   z   desek,   zaledwie   trzydzieści 
centymetrów nad głową dziewczyny.

W ciemnym rogu obrazu nagle coś się poruszyło. Arthur przysunął głowę, by 

lepiej widzieć, lecz nic mu to nie dało. Lusterko przypominało telewizor albo scenę 
teatralną. Widz nie mógł dostrzec tego, co się działo z boku lub z tyłu obrazu.

Po   chwili   coś   znowu   się   poruszyło.   Liść   podniosła   głowę   i   powiodła 

wzrokiem dookoła. Nie zauważywszy nic niepokojącego, ponownie skryła twarz. 
Wyglądało na to, że jest kompletnie załamana, lecz nagle Arthur dostrzegł, iż Liść 
manipuluje przy kajdanach na prawej kostce. Domyślił się, że próbuje je rozpiąć – 
w jej dłoni dostrzegł błysk pilnika do paznokci lub podobnego przyrządu.

Arthur   tak   intensywnie   skupił   uwagę   na   poczynaniach   dziewczyny,   że 

dopiero po chwili dotarło do niego, iż na obrazie znowu coś się rusza. Tym razem 
niewidoczny obiekt znalazł się w granicach lustra, dzięki czemu chłopiec mógł się 
lepiej przyjrzeć istocie przebywającej w celi.

Był to Szczur, i to nie byle jaki.
Liczył   sobie   znacznie   ponad   metr   wysokości,   miał   brązową   sierść   i   stał 

wyprostowany   na   tylnych   łapach.   Ponadto   nosił   ubranie:   stary,   lecz   schludny 
fraczek   w   kolorze   granatowym   ze   złotymi   naszywkami,   kremową   koszulę   i 
srebrzystą   kamizelkę.   Jego   białe   pantalony   były   podwinięte   dla   ochrony   przed 
chlupoczącą wodą. Zwierzę miało bose, różowe łapy a za jego plecami podrygiwał 
bezwłosy ogon.

Szczur uchylił kapelusza z impregnowanej skóry – nakrycie głowy miało 

szerokie   rondo,   lecz   płytkie   denko   –   i   wziął   głęboki   wdech,   jednocześnie 
przemawiając piskliwym głosem.

–   Przepraszam   panienko,   czy   przypadkiem   nie   jesteś   śmiertelnikiem   z 

Ziemi?

Liść drgnęła i odsunęła się gwałtownie, pobrzękując łańcuchami.
– Błagam o wybaczenie – ciągnął Szczur. – Nie zamierzałem budzić w tobie 

lęku. Moje natręctwo wynika tylko i wyłącznie z faktu, że otrzymałem zlecenie, 
związane ze śmiertelnikiem z Ziemi.

Liść pokręciła głową i kilkakrotnie zamrugała oczyma.
–   Przepraszam   –   wykrztusiła.   –   Rzecz   w   tym,   że...   po   prostu   nie 

background image

oczekiwałam gościa.

–   Jeśli   można,   chętnie   się   przedstawię   –   zaproponował   gość.   –   Jestem 

komandor   Monckton,   oficer   dowodzący   Szczurami   w   Wyproście   na   Morzu 
Granicznym.

–   Szczury   w   Wyproście?   –   powtórzyła   Liść   słabym   głosem.   –   Morze 

Graniczne?

Komandor Monckton poruszył wąsami, nim odpowiedział.
–   Szczury   w   Wyproście,   moja   panno,   to   te,   które   swego   czasu   służyły 

Szczurołapowi i zostały przez niego sprowadzone do Domu. Morze Graniczne to 
obszar   wewnętrzny   Domu,   nominalnie   zarządzany   przez   Panią   Środę, 
samozwańczą   księżną   Morza   Granicznego,   a   także   Wykonawczynię   Woli 
Architektki.

– Ach, teraz już wszystko jasne – podsumowała Liść sarkastycznie.
– Nie bardzo rozumiem.
Liść ponownie pokręciła głową.
–   Mniejsza   z   tym   –   mruknęła.   –   Tak,   chyba   rzeczywiście   jestem 

śmiertelnikiem z Ziemi. Ciemnym śmiertelnikiem, dodajmy.

– Wydajesz się jasna.
– Ciemnym, czyli głupim – wytłumaczyła. – Nie ważne. Czego chcesz od 

śmiertelnika z Ziemi? Pomożesz mi się stąd wydostać?

Monckton sięgnął do kieszeni fraka i wydobył kartkę papieru, którą wręczył 

Liść. Z początku papier miał wielkość karteczki samoprzylepnej, lecz w wyniku 
zetknięcia z dłonią dziewczyny urósł do rozmiarów typowego listu.

Na papierze widniał sztych, przedstawiający portret chłopca, niewątpliwie 

bardzo   podobnego   do   Arthura.   Pod   ryciną   znajdowało   się   kilka   linijek 
drukowanego tekstu:

NAGRODA

Za informację o miejscu pobytu niejakiego Arthura Penhaligona 

śmiertelnego chłopca  z Ziemi.

Szczegółowe wiadomości przesyłać telegraficznie lub listownie do 

Poniedziałkowej Przedpołudnicy

Suzy Turkusowy Błękit.

– Arthur! – zawołała Liść. – A Suzy była tą dziewczyną... ze skrzydłami.
– O, znasz Arthura? – spytał Monckton. – Wiesz, gdzie go szukać?
–   Niewykluczone   –   odparła   Liść.  Arthur   zauważył,   że   jego   przyjaciółka 

zmrużyła oczy. Było jasne, że intensywnie myśli. – Zapewne liczysz na nagrodę?

–   Jak   najbardziej   –   potwierdził   Monckton.   –   Choć   w   tym   wypadku 

background image

otrzymaliśmy już niewielki zadatek. Słyniemy jako doświadczeni poszukiwacze i 
odnajdywacze..

– Powiem ci, co wiem, jeśli pomożesz mi w ucieczce – zapewniła Szczura 

Liść i uniosła skute nadgarstki. – I ułatwisz mi nawiązanie kontaktu z Suzy Błękit.

– Hm – mruknął Szczur. – Nie możemy pomóc ci w ucieczce, albowiem 

czyn taki stałby w jawnej sprzeczności z kilkoma umowami, które zawarliśmy z 
rozmaitymi władzami w Domu. Byłbym jednak zaszczycony, pełniąc rolę twojego 
doradcy   przed   sądem,   który   już   wkrótce   zapozna   się   z   twoimi   kryminalnymi 
poczynaniami.

– Kryminalnymi? – wykrztusiła – Jak to? Zrobiłam tylko jedno: dałam się 

zaciągnąć na ten statek, a oni rzucili na mnie okiem, spytali o nazwisko i cisnęli 
tutaj w kajdanach.

– Mniemam, że zostaniesz postawiona w stan oskarżenia za podróżowanie 

na gapę – oznajmił Monckton i dla większego efektu machnął ogonem. – Za taki 
czyn grozi kara od stu do dwustu batów, których raczej nie przeżyjesz. Szczerze 
powiedziawszy, jako śmiertelniczka z całą pewnością nie wyjdziesz z tego żywa.

– Batów? Chodzi ci o chłostę?
–   W   rzeczy   samej.   Dziewięciorzemienną   dyscypliną.   Wiesz,   co   to   jest 

dyscyplina?

– Nie wiem i nie chcę wiedzieć! I nie zamierzam tego sprawdzać na własnej 

skórze. To szaleństwo, musi być jakieś wyjście.

– Wszystko zależy od sądu – westchnął Monckton. – Podejrzewam, że w 

treści   oskarżenia   tkwi   logiczny   błąd.   Przy   prawidłowej   argumentacji   obrony 
powinnaś uniknąć kary.

– Co to za błąd?
Monckton nieznacznie przechylił głowę i z błyskiem w oku popatrzył na 

Liść.

–   My,   Szczury,   mamy   merkantylny   stosunek   do   życia   –   oświadczył.   – 

Innymi słowy, jeśli powiesz mi, co wiesz o Arthurze, chętnie wystąpię przed sądem 
jako twój adwokat.

–   Skąd   mogę   mieć   pewność,   że   nie   wystawisz   mnie   do   wiatru,   kiedy 

opowiem ci o Arthurze? – powątpiewała Liść.

– Słowo Szczura w Wyproście i byłego śmiertelnika, mieszkańca Ziemi – 

przysiągł Monckton i przyłożył pazur do eleganckiej kamizelki, w miejscu gdzie 
znajduje się serce. – W imię Szczurołapa, który nas tutaj sprowadził.

Liść   niepewnie   popatrzyła   na   Szczura,   a   on   bez   zmrużenia   powiek 

odwzajemnił jej spojrzenie.

–   Zgoda   –   westchnęła   dziewczyna.   –   Chyba   i   tak   nie   mam   wyboru. 

Przynajmniej mówisz przekonująco. Jesteś w tym lepszy od faceta, który ostatnio 
sprzedał   mojemu   tacie   samochód.   Poszłam   odwiedzić  Arthura   w   szpitalu,   na 

background image

naszej... na Ziemi. Arthur dostał zaproszenie od Pani Środy, na obiad, i opowiadał 
mi o Domu i w ogóle. Potem do sali wtoczyła się ogromna fala i wymiotła nas na 
morze, na łóżku Arthura. Unosiliśmy się i opadaliśmy na falach, takich naprawdę 
wielkich, aż wreszcie przypłynął statek z jaskrawozielonymi żaglami i zabrał mnie 
na pokład, zrzuciwszy linę, a Arthur został, bo ktoś, kto rzucał liny, nie trafił. 
Arthur pewnie nadal pływa gdzieś na tym łóżku, chyba że się utopił albo ktoś inny 
go uratował. Czy to wystarczy?

–   Doskonałe   wprowadzenie,   dziękuję   –   oświadczył   Monckton.   –   To 

tłumaczy, dlaczego kapitan i załoga tej jednostki są tacy spięci i małomówni. Na 
dodatek postanowili stworzyć tratwę tutaj, w Trójkącie. Gdyby nie zwykłe szczury, 
nawet bym nie wiedział, że na pokładzie znajduje się śmiertelnik. Podejrzewam, że 
„Modliszka”   miała   odebrać  Arthura   i   dostarczyć   go   do   Pani   Środy,   lecz   misja 
zakończyła   się   fiaskiem.   Kapitan   Fala   postanowił   zyskać   na   czasie,   aby 
zadecydować, co robić dalej. Oczywiście po tym, jak już pozbędzie się ciebie – w 
sumie stanowisz dowód na to, że wziął na pokład niewłaściwego śmiertelnika.

– Stworzyć tratwę? W Trójkącie? Gdzie my jesteśmy?
–   Znajdujemy   się   na   najniższym   pokładzie   „Latającej   Modliszki”   – 

oświadczył Monckton. – To statek z regularnej floty handlowej Środy. „Modliszka” 
stworzyła   tratwę,   czyli   przybiła   do   innego   statku,   przycumowanego   do   jeszcze 
innego,   i   tak   dalej.   Statki   cumują   przy   gigantycznym,   trójkątnym   słupie 
cumowniczym, który jest jedyną nadwodną pozostałością dawnej latarni morskiej 
w   Porcie   Środy.   Stąd   nazwa   Trójkąt.   Rzecz   jasna,   pozostajemy   na   Morzu 
Granicznym w Domu.

– Który stanowi centrum wszechświata – dodała Liść. – Tak przynajmniej 

twierdzi  Arthur.   Moi   rodzice   by   wymiękli,   gdyby   się   dowiedzieli,   jak   to   jest 
naprawdę.

– Słucham?
– Ich zdaniem pośrodku wszechświata rośnie wielkie drzewo, którego małe 

gałęzie rozrastają się na wszystkie strony. Poza tym zwierzęta żyją tam w zgodzie, 
są dla siebie dobre i w ogóle.

– Brzmi zachęcająco – mruknął Monckton. – Gdyby to była prawda... Na 

mnie pora, wracam na swój statek. Po drodze zajrzę do kapitana Fali i poinformuję 
go,   że   będę   twoim   adwokatem.   Mniemam,   że   sąd   zbierze   się   w   ciągu   kilku 
najbliższych dni.

– Kilku najbliższych dni! – krzyknęła Liść. – Nie dostałam nic do jedzenia 

ani do picia. Mogę tu umrzeć z głodu i pragnienia!

– W  Domu  to  wykluczone  – zapewnił  ją  Monckton.  – Tutaj  można  być 

głodnym i spragnionym, ale nie da się od tego umrzeć.

– Więc zostawisz mnie tutaj w łańcuchach? Tak po prostu? Żebym czekała 

na rozprawę albo na to, co ze mną zrobią?

background image

– Tak jest – potwierdził Monckton. – Dokładnie to masz uczynić. Czekać. 

Interesy z tobą to przyjemność. Żegnam.

–  Zaraz!   –  pisnęła   Liść,   lecz   Szczur   już   wybiegł.  Arthur   dostrzegł  tylko 

mignięcie jego ogona, kiedy znikał z pola widzenia lusterka. – Czekaj, nie możesz 
mnie opuścić! A jeśli statek zatonie...

Jej krzyk nagle ucichł, a obraz w lusterku zamigotał, na przemian pokazując 

celę dziewczyny oraz twarz chłopca w świetle latarni. Po chwili zwierciadełko 
przedstawiało już tylko Arthura. Ogarnęła go fala nudności, wywołanych nagłą 
zmianą   percepcji,   lecz   mdłości   w   jednej   chwili   mu   przeszły   kiedy   Spalony 
Słońcem postukał go w ramię.

– Arthurze – wyszeptał marynarz. – Gotuj się, młodzieńcze. Coś widać w 

morzu!

Chłopiec zamrugał oczyma, wstał i pośpiesznie ukrył lusterko oraz muszlę w 

kieszeniach szlafroka. W tej samej chwili przeszło mu przez głowę, że powinien się 
przebrać   w   coś   sensowniejszego.   Myśl   była   jednak   tak   przelotna,   że;   już   po 
sekundzie o niej zapomniał.

– Co widać w morzu?
–   Bo   ja   wiem   –   Spalony   Słońcem   wzruszył   ramionami.   –   Jaszczurka 

dostrzegła   w   oddali   światło,   ja   też   je   widziałem.   Zbliża   się.   To   może   być 
„Dreszcz”,   choć   nie   mam   pojęcia,   czemu   któryś   z   piratów   miałby   wywieszać 
latarnię. Weź ten nóż.

Arthur   zwrócił   uwagę,   że   Spalony   ma   u   boku   szablę,   Chłopiec   przyjął 

wręczony mu długi nóż w pochwie i spróbował go przypiąć do paska od szlafroka. 
Marynarz pokręcił głową.

– To na nic – westchnął. – Chodź, wracamy do namiotu kapitana. Ichabod 

dobierze ci jakąś przyzwoitą katanę.

– Katanę? Nie, dziękuję, ten nóż w zupełności mi wystarczy...
– Katana to kurtka. Idziemy, szkoda czasu.
W   drodze   do   namiotu   Kotapoduchy   Arthur   spostrzegł,   że   obozowisko 

zmieniło się nie do poznania. Wszyscy Rezydenci byli na nogach i gotowali się do 
potyczki. Sprawiali wrażenie pewniejszych siebie i lepiej zorganizowanych niż na 
statku.

–   Szczury   lądowe   –   wyszeptał   Spalony   Słońcem,   gdy   mijali   grupę 

Rezydentów, przygotowujących kusze. – Tutaj będą lepiej walczyli niż na morzu. 
Ichabod! Pomóż lordowi Arthurowi dobrać jakieś zacne ubranie.

– Tak jest! – zawołał Ichabod. Podszedł bliżej i bardzo nisko ukłonił się 

Arthurowi. – Czy jego lordowska mość życzy sobie czegoś konkretnego?

– Nie trać czasu! – polecił Spalony Słońcem. – Znajdź cokolwiek w dobrym 

rozmiarze,   i   to   szybko!   Idę   do   dział.  Arthurze,   dołącz   do   mnie,   gdy   będziesz 
gotowy.

background image

– Coś podobnego – sapnął Ichabod. – On nie ma pojęcia, jakie trudności 

wiążą się z utrzymaniem stroju odpowiedniej jakości.

Obejrzał Arthura od stóp do głów, obszedł go i w małym notatniku zapisał 

kilka liczb. Następnie wskazał stojący w rogu namiotu parawan z rysunkami o 
tematyce   marynistycznej.   Arthur   widział   go   ostatnio   w   niezwykłym   pokoju 
Kotapoduchy na pokładzie „Mola”.

– Wasza lordowska mość, zechciej stanąć za tym parawanem. Ośmielę się 

zaprezentować   ci   szereg   wyrobów   odzieżowych,   które   mogą   zbliżać   się   do 
poziomu odpowiadającego twojej wyjątkowo wysokiej randze.

Arthur zniknął za parawanem. Niemal natychmiast Ichabod przekazał mu 

ogromne naręcze ubrań.

– Bielizna. Trzy koszule do wyboru. Kołnierze, cztery do wyboru. Fulary, 

sześć do wyboru. Kamizelka, jedna z trzech. Bryczesy, trzy do wyboru. Pończochy 
pięć par do wyboru. Buty z cholewą czy bez?

– Za obuwie dziękuję. Moje kapcie to w rzeczywistości Niematerialne Buty.
– Pas marynarski czy galowy?
– Chyba marynarski...
Ichabod   nadal   zadawał   pytania,   co   kilka   sekund   wręczając   Arthurowi 

element ubioru lub jedno z akcesoriów. Na koniec umilkł. Arthur pośpiesznie się 
rozebrał i włożył nową odzież. Ze zdziwieniem skonstatował, że wszystko idealnie 
na   niego   pasuje.   Nie   wybierał   żadnej   konkretnej   kombinacji,   lecz   gdy   był   już 
prawie   gotowy,   zorientował   się,   że   ma   na   sobie   prawie   taki   sam   mundur   jak 
Kotapoducha: niebieskie palto oraz białą koszulę i niebieską kamizelkę, do tego 
białe bryczesy.

Gdy tylko się przebrał, zgodnie z jego oczekiwaniami Niematerialne Buty 

przeobraziły się ze szpitalnych kapci w wysokie do kolan buty, przy czym lewy 
miał szerszą cholewę, aby pomieścić formę z krabiego pancerza. Arthur zamyślił 
się na chwilę i wsunął za prawą cholewę Atlas oraz zaproszenie od Środy. Muszla i 
lustro – powędrowały do lewej cholewy. Niematerialne Buty zapewniały skuteczną 
ochronę przed wodą, podobnie zresztą jak przed prawie wszystkim, dzięki czemu 
ukryte w nich przedmioty mogły pozostać bezpieczne i suche.

– Nie wiem, co zrobić z tym kołnierzem – oświadczył Arthur kilka minut 

później. Kołnierz był oddzielony od koszuli i chłopiec nie miał pojęcia, jak go 
przypiąć.

–   Ja   się   tym   zajmę   –   zaproponował   Ichabod.   Szybko   podszedł   i 

przymocował kołnierz. Zanim chłopiec zdążył zaprotestować, dodatkowo zarzucił 
mu na szyję czerwoną chustkę i związał ją jak fular. – Proszę podnieść ręce, zapnę 
pas.

Szeroki, skórzany pas wydawał się ostatnim przedmiotem, który należało 

włożyć,   lecz   gdy   sprzączka   była   już   zapięta   i   Arthur   spróbował   wyjść   zza 

background image

parawanu, Ichabod podniósł rękę i lekko się ukłonił.

–   Twoja   szabla,   wasza   lordowska   mość   –   przypomniał.   –   Nie   można 

przystępować do bitwy bez własnej szabli.

– Hm, chyba rzeczywiście nie można – zgodził się Arthur.
Zaczynam nawet mówić jak Kotapoducha, pomyślał. Mam nadzieję, że nie 

upodobnię się do niego. Wolałbym być kimś takim jak Spalony Słońcem. Kimś, kto 
doprowadza rzeczy do końca.

Ichabod   podniósł   z   podłogi   ukrytą   w   pochwie   szablę   i   przytroczył   ją 

Arthurowi  do  pasa   na  lewym biodrze.  Jednocześnie  Arthur  przypiął  na  drugim 
biodrze nóż, ofiarowany mu przez Spalonego Słońcem.

– To szabla żeglarska, specjalnie dla ciebie, wasza lordowska mość, skrócona 

i odciążona przez płatnerza – wyjaśnił Ichabod. Gdy wstał i ujrzał nóż Spalonego 
Słońcem, jego usta lekko się wykrzywiły z niesmakiem. – Jeśli wolno zauważyć, 
wasza lordowska mość, nóż wcale nie pasuje do kompletu. Proszę o pozwolenie...

– Chcę zachować nóż – oświadczył Arthur pośpiesznie. – Teraz muszę iść do 

pana Spalonego Słońcem. Dziękuję za pomoc, Ichabod. Nie mam pojęcia, jak ci się 
udało tak szybko zdobyć ubrania w moim rozmiarze.

– Och, przerobiłem najlepsze komplety kapitana i pana Zgodniaka, kiedy 

byłeś   z   doktorem   Scamandrosem   –   pochwalił   się   Ichabod   z   dumą.   –  Aby   je 
zmniejszyć, wystarczyło nieco przyciąć tu i tam, a mam doskonałą miarę w oku, 
bez   fałszywej   skromności.   „Zawsze   bądź   gotów   na   wszystko!”   Oto   motto 
prawdziwego dżentelmena dżentelmena.

– Ehm, dziękuję – wymamrotał Arthur. Miał nadzieję, że Kotapoducha oraz 

Zgodniak   nie   będą   mieli   nic   przeciwko   temu,   że   ich   najlepsze   ubrania   zostały 
przerobione na mniejsze. – Jeszcze raz dziękuję.

– A gdybyś odniósł rany w nadchodzącym starciu, bądź pewien, że swoje 

motto stosuję także w innej profesji – dodał Ichabod.

– Jakiej mianowicie?
–   Młodszy   medyk   –   wyjaśnił   Ichabod.   –   Który   bywa   też   niesłychanie 

prostacko nazywany pomagierem konowała. Asystuję doktorowi Scamandrosowi. 
Nigdy nie stanęliśmy przed koniecznością operowania śmiertelnika, niemniej mam 
cały sprzęt gotowy. Noże, piły, wiertła – wszystko świeżo naostrzone!

–   Świetnie!   –   oznajmił  Arthur   z   entuzjazmem,   którego   nie   odczuwał.   – 

Dobra robota. Tak trzymaj.

Pośpiesznie   odszedł,   zanim   Ichabod   zdążył   zaprezentować   mu   świeżo 

naostrzone   narzędzia   chirurgiczne.   Był   w   połowie   drogi   przez   obozowisko   do 
miejsca,   w   którym   wycelowano   w   morze   dwie   armaty,   kiedy   usłyszał 
niespodziewany dźwięk dzwonu okrętowego oraz krzyk Spalonego Słońcem.

–   Do   dział!   –   wrzasnął   młodszy   mat.   –   Gotować   kusze!   Szable   i   piki 

abordażowe do granicy przypływu!

background image
background image

Rozdział 13

Arthur ruszył pędem, kulejąc i zapadając się w piasek, – aby jak najszybciej 

dołączyć do gromady Rezydentów uzbrojonych w szable oraz piki i zmierzających 
ku morzu. Z pokładu „Mola" zdjęto dwie armaty i zainstalowano na brzegu, lufami 
w stronę fal.

W pobliżu stanowiska artyleryjskiego tłum się rozdzielił i skierował na obie 

strony umocnienia. Arthur przystanął obok Spalonego Słońcem oraz jednej z armat. 
Uznał, że broń nie wygląda ani przesadnie solidnie, ani szczególnie bezpiecznie. 
Czarne   żelazo   długiej   lufy   pokryte   było   wgłębieniami   i   spękaniami,   a   na 
drewnianym wózku o nierównych kołach widniały liczne szczerby i zadry. Oba 
działa ustawiono na wiklinowych matach, rozpostartych bezpośrednio na piasku; 
one również nie wydawały się specjalnie trwałe.

– Trzymaj się z dala od armaty – ostrzegł go Spalony. – Podczas wystrzału 

siła odrzutu mocno cofa działo. Złamiesz sobie drugą nogę albo przetrącisz grzbiet, 
jeśli będziesz za lufą.

Arthur odsunął się pośpiesznie i stanął u prawego boku mata. W ten sposób 

potężny Rezydent znalazł się pomiędzy chłopcem a armatami.

– Już ich widać? – zapytał Arthur, wytężając wzrok w ciemności. Dostrzegł 

jednak tylko światło latarni w dalszej części plaży oraz poświatę wolnopalnych 
lontów   –   tlących   się   sznurów,   przypominających   wielkie,   grube   sznurowadła, 
używane przez działonowego. Nagle w oddali zamajaczyła dziwna jasność. Arthur 
natychmiast osłonił twarz dłońmi i zmrużył oczy, by lepiej widzieć.

– Daleko na morzu widać bladą poświatę, prawda?
– A jakże – potwierdził Spalony Słońcem. – Ale jest zbyt nisko nad morzem, 

aby to był statek. Poza tym porusza się za szybko jak na tratwę, łódź wiosłową czy 
coś podobnego. Nie mam pojęcia, co to. Może te Szczury...

– Szczury? – zapytał Arthur. – Szczury w Wyproście?
– Tak jest – przytaknął młodszy mat. – Mają niezwykłe jednostki. Sam nie 

wiem...

Przerwał, kiedy poświata na morzu niespodziewanie wystrzeliła w górę i 

intensywną jasnością przyćmiła czerwoną gwiazdę nad linią horyzontu. Następnie 
opadła tukiem, zagłębiła się w morzu i przygasła.

Spalony   Słońcem   coś   wymamrotał,   a   do   uszu  Arthura   dotarły   nerwowe 

szepty członków obsługi dział.

– Co to takiego?
– Rezydent wyposażony w morskie skrzydła i wiedzę  o  magii – wyjaśnił 

Spalony   stłumionym   głosem.   –   Najpewniej   Złocień   przybył   osobiście,   żeby 
odzyskać skarb.

background image

– Osobiście? Ale przecież jesteśmy... przecież mamy te armaty... i jest nas 

tutaj setka, i doktor Scamandros...

– Brakuje nam prochu strzelniczego – westchnął młodszy mat. – Poza tym 

Złocień to mistrz czarnej magii, której doktor się nie tyka. Złocień zwróci przeciw 
nam morze i piasek, tak samo jak sprawił, że takielunek „Oceanusa” wydusił życie 
z załogi. Ale na lądzie mamy większe szanse niż w walce na morzu, nic nie jest 
więc przesądzone. Jeśli przyjdzie ci się z nim zmierzyć, Arthurze, spróbuj odciąć 
mu głowę jednym ciosem, a potem ciśnij na jego szyję garść piasku lub żwiru. Gdy 
nie będziesz miał pod ręką nic lepszego, zwyczajnie połóż na niej szablę, na płask.

Arthur przełknął ślinę i ponownie wbił wzrok w wodę i szybko zbliżające się 

światło.   Dobył   szabli   i   oparł   ostrze   na   ramieniu,   podobnie   jak   to   uczynili 
Rezydenci.

Zetnę mu głowę, obiecał sobie w myślach. Pokonałem pana Poniedziałka i 

Ponurego Wtorka. Odnosiłem już rany. Wiem, że dam radę. Nie pozwolę, by zabił 
mnie pirat... Oby tylko noga nagle mnie nie zawiodła... Ten pancerz kraba dobrze 
się spisuje, a stawy pracują bez zarzutu. Co się jednak stanie, jeśli niespodziewanie 
się zablokują? Albo po prostu osłabnie mi noga podczas walki ze Złocieniem i...

– Dość! – przykazał sobie szeptem. – Cokolwiek się zdarzy, obrócę to na 

własną korzyść. Zwyciężę.

– Czekać, aż obiekt opuści wodę! – ryknął Spalony Słońcem, gdy poświata 

znajdowała się już całkiem niedaleko. – Ma być w zasięgu strzału bezwzględnego!

Poświata sunęła prosto ku nim, z każdą chwilą jaśniejsza, niczym reflektory 

nadjeżdżającego samochodu. Arthur poczuł, że światło go paraliżuje, nie potrafił 
się poruszyć, gdy widział je coraz bliżej siebie. Wewnątrz światła, w głębi fali 
dostrzegł ciemny kształt. Była to niepodobna do człowieka postać, przypominająca 
rekina   o   ogromnych   skrzydłach,   które   umożliwiały   jej   poruszanie   się.   Istota 
wypłynęła na powierzchnię i zaczęła surfować na fali. Działonowi odchrząknęli i 
zmełli w ustach przekleństwo, popychając armaty i przesuwając je pikami niczym 
dźwigniami. W ten sposób chcieli je wycelować w miejsce, w którym stwór wyłoni 
się z wody.

Spalony Słońcem nabrał powietrza i otworzył usta, gotowy wydać rozkaz 

„Ognia!", kiedy nagle doktor Scamandros w podskokach podbiegł do armat i stanął 
przed nimi.

– Stać! – krzyczał. – Nie strzelać! W żadnym wypadku nie strze...
Nie   zdążył   dokończyć   ostatniego   słowa,   kiedy   jedno   z   dział   wypaliło   z 

niewiarygodnie donośnym hukiem, rozsiewając dookoła deszcz iskier i roztaczając 
chmurę gęstego, białego dymu, która całkowicie pochłonęła Arthura. Rozkaszlał 
się i zakrztusił; zatoczył się i nagle poczuł, że ma kompletnie przemoczone stopy, 
które obmyła fala.

Stwór z morza wyprostował się, a płynące od niego światło przebijało się 

background image

przez dym i ciemności. Nie był ranny.

Dopiero   wtedy   Arthur   zorientował   się,   że   przybysz   nie   jest   żadnym 

„stworem”,   choć   u   ramion   nadal   miał   wielkie   skrzydła   o   metalicznych, 
żółtozłotych   piórach.   Była   to   nieprzeciętnej   urody,   bardzo   wysoka   kobieta   o 
jasnych włosach ukrytych pod drucianą siatką. Nosiła zieloną, aksamitną suknię i 
obszytą   futrem   kurtkę,   również   zieloną,   choć   w   nieco   ciemniejszym   odcieniu. 
Kurtka   zwisała   luźno   na   lewym   ramieniu   kobiety,   rękawy   kołysały   się   za   jej 
plecami.   W   prawej   dłoni   nieznajoma   ściskała   krótką,   białą,   pokrytą   łuskami 
szpicrutę.

Popatrzyła z góry na Arthura, na całego i zdrowego doktora Scamandrosa, 

który stanął obok chłopca, oraz na kapitana Kotapoduchę. Arthur wcześniej nawet 
nie zauważył dowódcy, teraz zgiętego w ukłonie i mamroczącego coś z pokorą.

– Doktor Scamandros?
Mówiła głosem zimnym i wyraźnym. Jego brzmienie sprawiało Arthurowi 

lekki ból, zupełnie jakby uszy muskała mu lodowata bryza.

– Tak, pani. Jestem doktor Scamandros.
– Otrzymałam twoją wiadomość. Przedstaw mnie lordowi Arthurowi. Czas 

nas goni.

Scamandros pochylił głowę, prawą ręką wskazał Arthura i ponownie złożył 

ukłon obojgu.

– Lordzie Arthurze, czy mogę ci przedstawić Środową Jutrzenkę?
Arthur się ukłonił. Sam był bliski odgadnięcia tożsamości nieoczekiwanego 

gościa.   Wyniosła   i   dumna   kobieta   przypominała   sposobem   bycia   wszystkich 
najwyższych   służących   Wykonawców.   Patrzyła   na   rozmówcę   w   sposób,   który 
zdawał się sugerować: „Przewyższam cię pod każdym względem, lepiej się z tym 
pogódź”.

–   Bądź   pozdrowiony,   lordzie   Arthurze   –   powitała   chłopca.   –   Przyjmij 

przeprosiny   Pani   Środy   z   powodu   godnego   ubolewania   niepowodzenia, 
związanego   z   zapewnieniem   ci   środka   transportu.   Niestety,   jeszcze   nie 
poinformowano mnie o dokładnych okolicznościach zdarzenia, które doprowadziło 
cię   w   to   miejsce,   lecz   ufam,   że   jesteś   gotów   towarzyszyć   mi   w   drodze   na 
zapowiedziany obiad?

Arthur popatrzył w piękną, lecz zimną twarz Jutrzenki.
Poderżnęłaby mi gardło, gdyby otrzymała taki rozkaz, pomyślał. Czy jednak 

mam jakiś wybór?

– Nie jestem pewien – oświadczył na głos. Nadal trzymał szablę na ramieniu, 

a   rada   Spalonego   Słońcem   co   do   Złocienia   zapewne   odnosiła   się   również   do 
Środowej Jutrzenki. Stężał, gotów zadać cios, i – dodał nieśpiesznie: – Dotarły do 
mnie przerażające opowieści o tym, że Pani Środa jest... Jakby to ująć... ogromnym 
wielorybem, który pożera wszystko. Nie chcę skończyć w jej brzuchu.

background image

–   To   chwilowa   niedyspozycja   –   zapewniła   go   Jutrzenka   i   spojrzała   na 

Scamandrosa i Kotapoduchę. – O której nie powinny plotkować istoty niższego 
rzędu. Możesz jednak mieć pewność, że na czas obiadu Pani Środa ma zamiar 
przybrać   tradycyjną,   ludzką   postać.  W  ten   sposób   dowiedzie,   jak   wielką   wagę 
przykłada do twojej wizyty, lordzie Arthurze. Niestety, przemiana w istotę ludzką 
wiąże   się   obecnie   z  ogromnym  wysiłkiem  ze   strony   jej  wysokości,   dlatego   od 
wieków nie decydowała się na podobny czyn.

– Czego ode mnie chce? – spytał Arthur. Nie widział powodu, by owijać 

sprawy w bawełnę. – Trzyma z Potomnymi Dniami. Jest Wykonawczynią i nie 
uczyniła tego, co do niej należało. Ja jestem Prawowitym Spadkobiercą Woli.

– Takich spraw nie należy omawiać publicznie – skarciła Jutrzenka chłopca. 

– Czy dość powiedzieć, że moja pani dostrzega potrzebę negocjacji, nie walki?

– Niewykluczone – odparł Arthur.
– Wyśmienicie. Rozumiem zatem, lordzie Arthurze, że jesteś gotów ze mną 

wyruszyć?

– Dokąd dokładnie?
– Z powrotem do Domu – wyjaśniła. – Na Morze Graniczne. Mam liczne 

obowiązki, nie możemy więc tracić czasu. Czy musisz oddychać?

– Co takiego?
–   Czy   musisz   oddychać?   Jesteś   śmiertelnikiem,   prawda?   Jeśli   mam   cię 

zanieść   z   powrotem,   przez   dłuższy   czas   będziemy   przebywali   pod   wodą.   Jeśli 
dotąd   nikt   nie   nałożył   na   ciebie   zaklęcia   ograniczającego   zapotrzebowanie   na 
powietrze, to sama będę musiała to uczynić przed wyruszeniem w drogę.

– Nie jestem zaklęty i raczej nie chcę tego zmieniać – wyjaśnił Arthur. – 

Cierpię na astmę i nie chcę, żeby ktoś mi grzebał w płucach, nawet magicznie. 
Poza tym nie mam ochoty zostać Rezydentem.

– To proste zaklęcie – zapewniła go Środowa Jutrzenka i lekko zamachała 

pejczem, jakby pragnęła w ten sposób dowieść, że sprawa jest naprawdę błaha. – 
Dzięki   niemu   będziesz   mógł   przeżyć,   oddychając   znacznie   rzadziej   niż   teraz. 
Doktorze Scamandros, może zechcesz rozwiać wątpliwości lorda Arthura. Wiem, 
że jesteś zaklinaczem o wykształceniu uniwersyteckim, chociaż nie przypominam 
sobie   twojej   godności   i   stanowiska   ze   Spisu   Nawigatorów   Zaklinaczy, 
zatrudnionych przez Panią Środę.

–   Ach,   droga   pani,   zgłosiłem   się   na   ochotnika   po   Potopie   –   wyjaśnił 

Scamandros.  Poruszył  się   nerwowo  i  niemal   potknął  o  własne   stopy.  –  Z tego 
względu   papiery   mogą   być,   że   tak   powiem,   nieco   zdezaktualizowane.   Co   do 
zaklęcia, chodzi pewnie o zawieszenie oddechu, jak mniemam? Może to formuła 
znana jako „Tysiąc i jeden oddechów”?

– Oto klamerka, kupiona w Porcie Środy – rzekła Jutrzenka i wyciągnęła z 

rękawa małą torebkę z materiału, którą wręczyła Scamandrosowi. – Nie wiem, jak 

background image

jej używać. Podejrzewam, że zaciska się ją na nosie.

Zaklinacz   przyjął   torebkę,   rozluźnił   sznurek   i   wytrząsnął   na   dłoń   małą, 

drewnianą   klamerkę   do   ubrań.   Przysunął   ją   do   światła   emitowanego   przez 
Jutrzenkę i przez kwarcowe okulary z dymnego szkła spojrzał na drobne literki.

– Zaklęcie jest proste – mruknął. – Jeden oddech wystarcza za tysiąc, do 

czasu zużycia. Pozostanie odrobina magicznego osadu, lecz będzie go znacznie 
mniej niż tego, który już nosisz w mięśniach i w kościach.

Arthur z powątpiewaniem wziął do ręki klamerkę i nacisnął ją, by sprawdzić 

sztywność sprężynki.

– Skąd będę wiedział, że to urządzenie przestaje działać?
–   Spadnie   ci   z   nosa   –   wyjaśnił   mu   doktor   Scamandros.   –   Rzecz   jasna, 

możesz sam je zdjąć i założyć z powrotem, choć w takim wypadku musisz uważać, 
by nie przebywać zbyt daleko od źródła powietrza. Przy każdym ponownym użyciu 
zaklęcie będzie traciło część mocy.

– Czy „Mól” nie może mnie zabrać do Pani Środy? – jęknął Arthur. – Chyba 

nie chcę używać tych czarów. Nie mam też ochoty płynąć pod wodą. Bez urazy, ale 
po prostu nie podoba mi się taka perspektywa.

– Czas przede wszystkim – oznajmiła Jutrzenka.  – Pani Środa nie może 

nazbyt długo pozostawać w ludzkiej postaci, a początek obiadu zaplanowano na 
południe czasu domowego, w dniu, w którym wyruszyłam w podróż. Musimy się 
pośpieszyć. Nie ma statku, którym punktualnie dotarłbyś na miejsce. Poza tym, 
jeśli wzrok mnie nie myli, „Mól” wymaga kapitalnego remontu. W dodatku muszę 
się zająć licznymi, istotnymi zadaniami, które wymagają mojej uwagi. Stale należy 
dbać o Morze Graniczne, aby nie rozpłynęło się po Królestwach ani nie połączyło z 
Nicością.

– Obiecujesz, że po spotkaniu z Panią Środą zostanę przetransportowany w 

bezpieczne miejsce? – dopytywał się Arthur. – Przysięgnij na Architektkę, na Wolę 
i na Panią Środę.

Środowa Jutrzenka groźnie ściągnęła brwi, a jej pejcz ze świstem przeciął 

powietrze.

–   Tak   –   potwierdziła   w   końcu.   –   Uczynię,   co   w   mojej   mocy,   abyś   po 

obiedzie   z   Panią   Środą   powrócił   w   bezpieczne   miejsce.   Przysięgam   to   na 
Architektkę, która mnie stworzyła, na Wolę i na moją panią, Środę.

– Zgoda – westchnął Arthur. – Wobec tego chyba nie mam wyjścia.
Spojrzał na doktora Scamandrosa, który ponownie wzdrygnął się nerwowo i 

skłonił głowę.

–   Kapitan   Kotapoducha   uznał,   że   najlepiej   będzie   powiadomić   pannę 

Środową Jutrzenkę – mruknął cicho, aby tylko chłopiec usłyszał jego słowa. – Nie 
chciał, aby „Mól” był wplątany w sprawy, które nas przerastają, i bał się tego, do 
czego   może   dojść   z   powodu   Czerwonej   Dłoni,   której   nosisz   znak.   Rozumiesz, 

background image

muszę przestrzegać rozkazów. Dopilnowałem jednak, aby twój list został wysłany 
najpierw. Tyle że panna Jutrzenka już ciebie szukała.

Arthur   pokręcił   głową,   ale   kiedy   doktor   Scamandros   wyciągnął   rękę, 

chłopiec wsunął szablę do pochwy i uścisnął mu dłoń. Nadal nie miał pewności, 
czy Rezydent mówi prawdę, niemniej pamiętał, iż doktor zatroszczył się o jego 
nogę. Arthur miał też nadzieję, że jego list naprawdę został wysłany do Pierwszej 
Damy.

– Z przyjemnością gościłem cię na pokładzie „Mola” – oświadczył kapitan 

Kotapoducha, przygarbiony od bezustannego kłaniania się Arthurowi i Środowej 
Jutrzence. – Żegnam.

Arthur skinął głową, lecz nie podał kapitanowi ręki. Rozejrzał się i przy 

armatach   dostrzegł  Spalonego  Słońcem.  Otaczała   go  niemal  cała  załoga,   której 
członkowie chcieli się lepiej przyjrzeć promiennej Jutrzence.

–   To   nie   potrwa   długo   –   oświadczył   chłopak.   Pobiegł   przez   plażę   do 

młodszego mata i tym razem wyciągnął rękę do uścisku. Marynarz chwycił jego 
dłoń i potrząsnął nią tak mocno, że chłopca rozbolało ramię.

–   Dzięki,   Spalony   –   powiedział  Arthur.   –   Za   zabranie   mnie   z   boi   i   za 

wszystko.

–   Pomyślnych   wiatrów.   Jeśli   jeszcze   kiedyś   znajdziesz   się   pod   jednymi 

żaglami z Żeglarzem, wspomnij mu o młodszym macie z pokładu „Mola”.

– Tak zrobię – obiecał mu Arthur. W tłumie wytatuowanych, zaniedbanych 

poszukiwaczy szczątków okrętów dostrzegł Ichaboda. Pomachał mu i krzyknął:

– Dziękuję za ubranie, Ichabodzie!
Ichabod   skłonił   się   nisko.  Arthur   pomachał   mu   jeszcze   raz   i   pobiegł   z 

powrotem nad morze.

–   Weź   głęboki   oddech   i   zatkaj   nos   klamerką   –   polecił   mu   doktor 

Scamandros. Ponownie się schylił i Arthur poczuł, że zaklinacz wrzuca mu coś do 
kieszeni palta. – Jeśli będę mógł ci jakoś pomóc, bez wahania prześlij wiadomość. 
Chętnie się przysłużę Prawowitemu Dziedzicowi.

Arthur cofnął się i wsunął dłoń do kieszeni. Przedmiot był okrągły, ciężki i 

metaliczny. Zanim uważniej go zbadał, Środowa Jutrzenka rozpostarła skrzydła i 
gestem nakazała Arthurowi podejść bliżej.

– Będę musiała wziąć cię pod pachę – oświadczyła i spojrzała z niesmakiem 

na chłopca. – Osiągniemy optymalną prędkość, jeśli nie będziesz się ruszał ani wił. 
Postaraj się także nie zgubić szabli.

Arthur skinął głową i stanął obok Jutrzenki. Zanim podniosła go niczym 

pakunek, odetchnął głęboko, najgłębiej jak potrafił, i zacisnął klamerkę na nosie. 
Ucisk był bolesny, ale nie na tyle, żeby chłopiec musiał zdjąć przyrząd z nosa.

Środowa Jutrzenka rozpostarła skrzydła, machnęła nimi mocno i wzbiła się 

w powietrze. Gdy oderwała się od ziemi, jej ciało zaczęło się przeobrażać. Nagle 

background image

urosła, skóra i odzież kobiety przekształciły się w szorstką skórę rekina o złotym 
połysku. Jej ręka przybrała kształt grubej macki; liczne przyssawki przylgnęły do 
Arthura,   a   czynności   tej   towarzyszyły   obrzydliwe   mlaśnięcia   odsysanego 
powietrza.

Zamknął oczy. Nie chciał patrzeć na mackę.
Nie otworzył ich, gdy nurkowali w morzu, a zimna woda uderzała go w 

pierś. Przez moment obawiał się, że utonie, bo zaklęcie przestało działać, lecz nie 
czuł potrzeby oddychania. Dopóki trzymał zaciśnięte powieki, niemal potrafił sobie 
wmówić, że znajduje się w wannie lub bawi się w basenie.

Niemal. Woda opływała go zbyt szybko, a ucisk macki był bardzo silny. 

Arthur nagle pomyślał o czymś, o co powinien był zapytać.

Jak długo potrwa podróż powrotna to Domu? Ile czasu spędzę pod wodą? Na 

ile wystarczy mój tysiąc oddechów?

background image

Rozdział 14

Podróż   przebiegała   koszmarnie.  Arthurowi  zdawało  się,   że  płynie   całymi 

dniami,   choć   wiedział,   że   mijają   zaledwie   godziny.   Co   pewien   czas   Środowa 
Jutrzenka wynurzała się z wody i szybowała nad falami, jednocześnie krzycząc do 
Arthura, by oddychał.

Nabierał powietrza i po chwili znowu nurkowali w wodzie o zróżnicowanej 

temperaturze,   zawsze   zbyt   niskiej.   Zmieniało   się   także   oświetlenie,   często 
drastycznie,   z   nieprzeniknionego   mroku   w   światło   dzienne   o   rozmaitych 
odcieniach.  Arthur   pojął,   że   Jutrzenka   podąża   przez   kilka   różnych   Poślednich 
Królestw. Nie wiedział, jak jej się to udaje, skoro nie mijali zauważalnych portali 
ani   Frontowych   Drzwi.   Podejrzewał,   że   ma   to   związek   ze   specyfiką   Morza 
Granicznego i Środowej Jutrzenki. Być może potrafiła dotrzeć wszędzie tam, gdzie 
znajdowało się jakieś morze.

Arthur   przebył   podróż   w   zawieszeniu   pomiędzy   jawą   a   snem.   Przez 

większość czasu nie otwierał oczu, a jego umysł trwał w stanie półświadomości. 
Nie przewijały się przezeń niemal żadne konkretne myśli; chłopiec nie zachował w 
pamięci   ani   jednego   wyrazistego   wspomnienia   z   drogi.   Całe   doświadczenie 
zapamiętał jak ponury koszmar senny.

W końcu Jutrzenka wyskoczyła z morza. Arthur usłyszał trzask oraz huk 

gromu i ujrzał poszarpane błyskawice na całym sklepieniu. Mocno zmrużył oczy i 
przyciągnął brodę do piersi. Znieruchomiał w takiej pozycji, a tymczasem grzmot 
stawał się coraz donośniejszy, białe światło wciskało się Arthurowi pod powieki. 
Czuł, że nie jest już w stanie wytrzymać, gdy nagle... Zapanował spokój.

Pokonali   Pas   Burz   i   znaleźli   się   w   Domu.   Środowa   Jutrzenka   spiralnie 

wzbijała się w niebo, coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie dotarli na wysokość kilku 
tysięcy   metrów.  Arthur   zaczął   się   poważnie   martwić,   że   uderzą   w   sufit,   lecz 
uświadomił   sobie,   że   dotąd   przebywał   w   znacznie   niżej   sklepionych   częściach 
Domu.

Na   szczęście   chłopcu   nie   doskwierał   chłód.   Przeciwnie,   było   mu   coraz 

goręcej. To wydawało się dziwne, ale Arthur uznał, że skoro na niebie brakuje 
słońca, to sklepienie, choćby najbardziej odległe, musi zapewniać nie tylko światło, 
lecz także ciepło. Nie umiał określić, czy ciśnienie powietrza spada, ponieważ nie 
oddychał. Klamerka wciąż mocno tkwiła na jego nosie, a ostatni raz odetchnął 
dwadzieścia minut temu.

– Już blisko – odezwała się Jutrzenka. Jej głos brzmiał dziwnie i strasznie w 

zębatej paszczy. – Patrz w lewo.

Arthur posłusznie skierował wzrok we wskazaną stronę. Morze rozpościerało 

się na przestrzeni wielu kilometrów, jego błękitna toń tu i tam upstrzona była bielą. 

background image

Gdy oczy chłopca zaszkliły się pod wpływem pędu wiatru, dostrzegł coś długiego i 
białego, co sięgało po sam horyzont. Był to łańcuch górski albo raczej górzysta 
wyspa, długa i wąska, z pokrytym śniegiem centralnym grzbietem, który zdawał się 
sięgać powyżej wysokości ich lotu.

–   Wylądujemy   na   wyspie?!   –   krzyknął   chłopiec.   Jego   słów   omal   nie 

zagłuszył bezustanny łopot skrzydeł Jutrzenki.

Zaśmiała   się,   a   jej   głos  był   przesiąknięty   szyderstwem   tak   przykrym,   że 

Arthura przeszył dreszcz. Rechot, dobywający się z gardła skrzydlatego rekina, 
krył w sobie coś szczególnie niegodziwego.

Środowa Jutrzenka miała jednak powody, by szydzić. Arthur przekonał się o 

tym, gdy ponownie skierował spojrzenie na morze. Pomyślał wówczas, że wyspa 
się przemieszcza. Widział za nią ogromną połać spienionej wody, którą wcześniej 
błędnie wziął za fale, rozbijające się o niesłychanie długą rafę. Rozmiar i kształt 
wyspy się zmieniały, kiedy unosiła się i opadała na wodzie.

To nie wyspa rozpościerała się przed chłopcem, tylko gigantyczny wal biały. 

Lewiatan.   Dwieście   kilometrów   długości.   Behemot.   Pięćdziesiąt   kilometrów 
szerokości. Usta na szesnaście kilometrów szerokie i na trzy kilometry wysokie...

Jutrzenka przestała łopotać skrzydłami i przystąpiła do powolnego opadania.
Prosto ku Utopionej Środzie.
– Ej! – krzyknął Arthur. – Powiedziałaś, że Środa przybierze ludzką postać!
– Tak się stanie. Aby zaspokoić głód, do ostatniej chwili zjada tony ryb i 

kryla. Widzisz statek przed nią?

Arthur wbił wzrok w dal i dostrzegł maleńką, brązową łupinę, oddaloną od 

gigantycznego   wala   o   co   najmniej   sto   pięćdziesiąt   kilometrów.   Przypominała 
leżącą   na   podłodze   drobinę   kurzu,   ku   której   sunie   duża   myjka   zawodowej 
sprzątaczki.

– Tak!
– Jaśnie pani już zaczęła się zmniejszać i zanim dotrze do statku, będzie 

wyglądała tak jak ludzie.

– Co się stanie, kiedy zechce powrócić do tej postaci?
Środowa   Jutrzenka   nie   odpowiedziała,   tylko   zanurkowała   gwałtowniej. 

Końce   jej   skrzydeł   unosiły   się   i   zmieniały   kąt   nachylenia,   aby   kontrolować 
opadanie.

– Zapytałem, co się stanie, kiedy zechce powrócić do normalnej postaci – 

powtórzył Arthur, świadom, jak ważne jest to pytanie.

– Uciekniemy – wyjaśniła.
– A co z ludźmi... co z Rezydentami na statku?
–   Nie   ma   tam   Rezydentów   –   odparła.   –   Statek   przygotowano   na   moje 

polecenie, załoga zeszła z pokładu. To mało znacząca jednostka.

– Rozumiem – mruknął Arthur pod nosem, a głośno dodał: – Nie zapomnij o 

background image

swojej obietnicy.

–   Bez   obaw   –   zapewniła   go   Jutrzenka.   –   Cokolwiek   się   zdarzy,   jesteś 

zapewne ostatnią deską ratunku jaśnie pani.

– Co takiego?
Tym razem w ogóle nie odpowiedziała. Powoli szybowali w dół, Arthur nie 

odrywał oczu od Lewiatana. Nawet jeśli Środa malała, to i tak kojarzyła się z 
górską wyspą  o  niewyobrażalnie wysokim kredowym nabrzeżu. Taki gigant nie 
miał prawa się poruszać.

Potem   Środa   uniosła   ogon.   Choć   nadal   znajdowali   się   ponad   trzydzieści 

kilometrów   od   niej,   Arthur   wzdrygnął   się   w   uścisku   macki   Jutrzenki.   Ogon 
wydźwignął   się   na   wysokość   dwóch   kilometrów   i   opadł   gwałtownie,   z 
ogłuszającym grzmotem. Arthur nie tylko usłyszał huk, lecz także wyczuł go całym 
ciałem.   Dostrzegł   powstałą   jednocześnie   falę.   Zdumiało   go,   że   gdy   dotarła   do 
statku, miała; wielkość zaledwie nieco większego bałwana.

–   Przeobraża   się   –   oświadczyła   Środowa   Jutrzenka   z   przekonaniem.   – 

Zmniejszyła się już o połowę.

Arthurowi trudno było w to uwierzyć, lecz podejrzewał, że Jutrzenka wie, co 

mówi.   Krążyli   wokół   statku,   nadal   wysoko   nad   jego   pokładem.   Arthur   z 
niepokojem zauważył, że znajdują się na wysokości ogromnej, białej brwi Środy. 
Byli coraz bliżej niej. Postanowił użyć dłoni jako miarki: w tym celu wyciągnął 
rękę,   rozchylił   palce   i   policzył,   ile   ich   widzi   pomiędzy   poziomem   morza   a 
czubkiem głowy wieloryba. Trudno było nazwać to naukowym badaniem, niemniej 
Arthur z pewną ulgą spostrzegł po chwili, że wal się kurczy.

Mimo to z oddali wyglądał tak jak przedtem.
–   Nie   powinniśmy   wzbić   się   nieco   wyżej?   –   spytał   chłopak,   a   nie 

doczekawszy się odpowiedzi, powtórzył pytanie znacznie głośniej.

– Nie! – ryknęła Jutrzenka. – W ten sposób okazalibyśmy brak szacunku. 

Ufam jaśnie pani!

Arthur   ponownie   dokonał   pomiaru   palcami.   Wieloryb   zdecydowanie   się 

zmniejszał, lecz nadal miał gabaryty kolosa.

– Nie sądzę, byśmy okazali brak szacunku, pozostając na tej wysokości! – 

odkrzyknął. – Ostatecznie, jestem gościem. Czy Pani Środa nie powinna pierwsza 
trafić na pokład?

Jutrzenka nie odpowiedziała, lecz przestała obniżać lot.
Arthur nie odrywał wzroku od Utopionej Środy. Była tak gigantyczna, że nie 

potrafił ocenić, z jaką prędkością się przybliża. Odległość między nimi gwałtownie 
się kurczyła, a Środa nadal górowała nad Arthurem i Jutrzenką.

Chłopak   poczuł   się   jak   przyklejona   do   torów   kolejowych   mrówka,   która 

widzi nadjeżdżający pociąg towarowy.

„Przynajmniej   ma   zamkniętą   paszczę”,   pomyślał.   Znajdowała   się   na   tyle 

background image

blisko, że widział jedno z jej ogromnych oczu, wielkości toru wyścigów konnych. 
Po   przedniej   części   oka   spływały   oleiste   łzy   rozmiaru   autobusów,   a   każda 
pozostawiała za sobą tęczową smugę.

Nagle źrenica oka kilkakrotnie poruszyła się do góry i na dół, a potem w 

lewo   i   w   prawo.   Wyglądało   na   to,   że   Środa   przekazuje   jakąś   zaszyfrowaną 
wiadomość.

Środowa   Jutrzenka   momentalnie   gwałtowniej   zamachała   skrzydłami   i 

odfrunęła od nadpływającego wieloryba. Aby nabrać wysokości, zaczęła zataczać 
koła. Zaskoczony Arthur mimowolnie obrócił się w uścisku macki i znieruchomiał 
z  twarzą  przyciśniętą   do  brzucha   Jutrzenki.  Natychmiast   zaczął   się  wiercić,  by 
zobaczyć, co się dzieje.

Nim  się   odwrócił,   minęła   minuta   lub   dwie.   Podczas  szamotaniny   myślał 

tylko o tym, że za chwilę ujrzy rozchyloną paszczę, do której wpadną, nawet jeśli 
Jutrzenka będzie się starała odfrunąć.

Nic   podobnego   się   jednak   nie   stało.   Zobaczył   w   dole   czubek   głowy 

Utopionej Środy, odległy o zaledwie trzydzieści metrów. Oczom chłopca ukazał się 
ogromny   kawał   wielorybiego   tłuszczu,   a   kilka   sekund   później   przypominające 
saunę nozdrze.

Arthurowi przeszło przez myśl, że otwór oddechowy wieloryba nie jest tak 

wielki,   jak   można   by   oczekiwać.   Lewiatan   wyraźnie   zmalał.   Miał   teraz   około 
półtora  kilometra  długości  i  dosłownie   kurczył  się  w   oczach.  Chłopiec   odnosił 
wrażenie, że obserwuje balon, z którego powoli uchodzi powietrze, choć kształt 
balonu się nie zmienia.

–   Nieznaczny   błąd   w   kalkulacji   –   wyjaśniła   Środowa   Jutrzenka,   gdy 

ponownie   zaczęli   szybować   spiralnie   w   dół.   Coś   w   jej   tonie   podpowiedziało 
Arthurowi, że celowo chciała go wystraszyć, być może z rozkazu Środy.

Tak czy owak, Jutrzenka bezbłędnie wylądowała na statku. Zatoczyła kilka 

kół, obserwując, jak zbliżający się wieloryb maleje, aż wreszcie, gdy Utopiona 
Środa miała nie więcej niż dwadzieścia metrów długości, Jutrzenka sfrunęła na 
pokład rufowy, puściła Arthura i przeobraziła się w człowieka.

– Idź na główny pokład – poleciła chłopakowi. – Jaśnie pani spotka się tam z 

tobą.

Odetkał   nos   i   powoli   zszedł   kapą   na   pokład   rufowy,   a   stamtąd   na 

śródokręcie.   Znajdowały   się  tam stoły,  ustawione  jeden   obok  drugiego,  wzdłuż 
bakburty i sterburty, a także od tylnej części dziobówki do głównego masztu. Blaty 
były   przykryte   eleganckimi,   białymi   obrusami   i   zastawione   wieloma   różnymi 
potrawami   na   wymyślnych,   srebrnych   półmiskach   i   tacach,   a   także   na 
porcelanowych talerzach i misach.

Arthur domyślił się, że ma przed sobą obiad z siedemnastu dań, które podano 

naraz.   O   ile   go   wzrok   nie   mylił,   przy   stołach   nie   było   ustalonych   miejsc,   nie 

background image

widział też krzeseł.

Plusk wody na pokładzie sprawił, że skierował wzrok na boczną drabinę. Na 

górnej części relingu pojawiła się ociekająca wodą dłoń o pulchnych paluchach, po 
chwili dołączyła do niej druga.

Utopiona Środa wchodziła na pokład.
Nie wyglądała najlepiej. Miała bladą, dziwnie gruzełkowatą skórę, a jej ręce 

i nogi były różnej wielkości, przy czym lewa strona wydawała się znacznie obfitsza 
niż prawa. Nosiła jednoczęściowy strój, wyglądający niczym wielki worek na mąkę 
z   dziurami   na   głowę   i   ręce.   Jej   pozlepiane,   wilgotne   włosy   zwisały   bezładnie 
niczym   kępa   brunatnych   wodorostów,   przysłaniając   sporą   część   twarzy.  Arthur 
widział, że niegdyś musiała być piękna, podobnie jak wszyscy najwyższej rangi 
Rezydenci, lecz jej delikatne kości policzkowe znikły pod warstwą tłuszczu.

Zamiast paska Środa używała sznura; otoczyła się nim w talii i przebiła go 

długim, srebrnym widelcem – może krótkim trójzębem. Arthur od razu zwrócił 
uwagę na ten przedmiot i szybko się domyślił, że to Trzeci Klucz. Na wyciągnięcie 
ręki! Wystarczyło podbiec i go złapać...

– Bądź pozdrowiony, lordzie Arthurze – mruknęła Pani Środa i chwiejnym 

krokiem przeszła obok chłopca, by dotrzeć do stołu i chwycić wielką, obrośniętą 
mięsem   kość.   Momentalnie   przystąpiła   do   jej   obgryzania.   Oddzierała   wielkie 
kawały mięsa i połykała je niemal w całości. – Nie uwierzyłbyś, jak bardzo mam 
dosyć... kryla i... mikroskopijnych krewetek!

Ogarnięty   obrzydzeniem  Arthur   usiłował   zapanować   nad   mimiką,   kiedy 

Środa odrzucała kość i sięgała po ogromny placek, który w całości wepchnęła w 
usta.

– Jestem odrażająca, nie da się ukryć, co? – wybełkotała. – Nic na to nie 

poradzę, i tyle. Nie mogę przestać jeść.

– Dlaczego? – zdziwił się. – Nie rozumiem. Co się z tobą dzieje? Czego ode 

mnie chcesz?

–   Klątwa   –   zabrzmiała   niewyraźna   odpowiedź,   kiedy   Środa   podeszła   do 

wielkiej, srebrnej wazy z zupą i zabrała się do wypijania jej zawartości. – Albo coś 
zbliżonego. Nie powinnam była dogadywać się z innymi Wykonawcami. Wtedy 
zaczęłam   głodnieć,   właściwie   odkąd   wzięłam   swoją  część  Woli.   Jakoś   sobie 
radziłam dzięki Kluczowi.. Podaj indyka.

Arthur przyjrzał się stołowi. Dopiero po chwili dostrzegł wielkie pieczone 

ptaszysko,   które   niegdyś   musiało   być   indykiem,   choć   dwa   razy   większym   od 
największego,   jakiego   kiedykolwiek   widział.   Nie   bez   trudu   podniósł   potrawę   i 
wręczył ją Środzie, która chwyciła indyka i za jednym zamachem pożarła dwie 
trzecie kolosa.

Chłopcu  przeszło   przez   myśl,  że   podając  ptaka,  mógłby  wyrwać  Środzie 

Klucz,   lecz   nie   potrafił   się   zmusić   do   tego,   by   podejść   dostatecznie   blisko. 

background image

Łaknienie pani Środy było po prostu wstrząsające. Nawet trzymając się na dystans, 
Arthur musiał zebrać się na odwagę, aby tylko stać i słuchać rozmówczyni.

– Jak wspomniałam... dobre... zaczęłam być głodna, ale przez parę tysięcy lat 

bez większych trudności trzymałam głód w ryzach... sos do tej kaczki, tak... Jadłam 
dużo, ale to nie miało znaczenia... potem dotarło do mnie,  że nie tylko apetyt 
wymyka mi się spod kontroli... kanapki z ogórkiem, pycha, tylko cztery tuziny, 
szkoda... Morze Graniczne rosło... docierało do Poślednich Królestw, a jakby tego 
było mało, także do Nicości...

Umilkła, aby pochłonąć wielki jak góra placek z dżemem; błyskawicznie 

wpakowała   go   do   ust.   Potem,   między   jednym   a   drugim   gigantycznym   kęsem 
chleba, oddartego od bochna wielkości Arthura, mówiła dalej:

– Gdy dostrzegłam, co się święci, za pomocą Klucza zahamowałam dalszy 

rozlew morza... fuj, ryba, to dla ciebie... ale nie podobało mi się to, co widziałam. 
Ostatecznie doszłam do wniosku, że problem wynika z tego, co zrobiliśmy z Wolą. 
No i postanowiłam...

Nieoczekiwanie   przerwała   i   rzuciła   się   na   półmisek   wypełniony 

czekoladową   leguminą,   którą   rozsmarowała   po   całej   ziemistej   twarzy.   Mówiła 
dalej, puszczając czekoladowe bańki.

– Postanowiłam, że uwolnię Trzecią Część Woli i zrezygnuję z dzierżenia 

Klucza. Nie czułam się na siłach, by walczyć z problemami Morza Granicznego i z 
własnymi kłopotami.

Na kilka sekund przestała jeść i zrobiła zbolałą minę.
– Niestety, uznałam też, że najpierw opowiem o swoich zamiarach bliskiej 

osobie, Dostojnej Sobocie. Wespół z Sobotą zyskałabym przewagę nad resztą. Tak 
mi się przynajmniej zdawało.

Odetchnęła głęboko i chwiejnie przeszła wzdłuż stołu do talerza, którego 

zawartość skwierczała bez wyraźnego źródła ciepła. Na talerzu spoczywały gęsto 
ułożone, grube i soczyste kiełbaski z grilla. Utopiona Środa za jednym zamachem 
podnosiła sześć sztuk i pakowała do ust, które stały się wyraźnie większe i szersze 
niż przed chwilą. Środa również rosła – kiedy mówiła, przybyło jej ze trzydzieści 
centymetrów w talii.

–   Zostałam   zdradzona   przez   Sobotę!   Pozostali   Wykonawcy,   oprócz   tego 

głupiego   śpiocha   Poniedziałka,   wezwali   mnie   na   zebranie.   Znalazłam   się   w 
potrzasku, pięć Kluczy przeciwko mojemu jednemu. Pozbawili mnie mocy i zesłali 
na Morze Graniczne. Straciłam figurę, przestałam kontrolować apetyt!

Na potwierdzenie swych słów połknęła całego arbuza, ze skórą, i popiła go 

imponującą butlą piwa, które pociekło jej z paszczy.

– Uch! – stęknęła. – Od tamtej pory nie mogę w pełni korzystać z potęgi 

Klucza.   Całą   moc   kieruję   na   hamowanie   rozrostu.   Gdybym   tego   nie   robiła, 
pochłonęłabym wszystko, co istnieje w Morzu Granicznym i poza nim!

background image

– A co z Wolą? – zainteresował się Arthur. – Dlaczego jej nie uwolniłaś, tak 

jak zamierzałaś?

– Ukradli! – zaryczała Środa, śliniąc się nad połówką prosięcia. – Wdarli mi 

się   w   umysł   i   wykradli   tajemnicę   jej   lokalizacji.   Potem   Sobota   albo   któryś   z 
pozostałych Wykonawców wysłali tego pirata Złocienia, by zabrał Wolę. Ale ty ją 
odzyskasz, lordzie Arthurze! Zdobędziesz Wolę, a ja przekażę ci Klucz i wszystko 
znowu będzie dobrze. Och, tak bardzo nie chcę... Jeść! Jeść! Jeść!

Rzuciła się na stół i sunęła naprzód z rozwartą jamą gębową niczym ohydny, 

gigantyczny odkurzacz. Połykała jedzenie, talerze, cokolwiek znalazło się na jej 
drodze. Ciało Środy stawało się coraz większe i większe, a ręce i nogi kurczyły się 
i znikały w korpusie.

–   Dokąd   Złocień   zabrał   Wolę?!   –   krzyknął   Arthur.   Zaczął   się   cofać, 

przestraszony szaleńczym obżarstwem Środy. Zerknął niespokojnie na Jutrzenkę, 
lecz ona najwyraźniej nie kwapiła się z odlotem.

–   Och,   ahm,   ahm,   uch...   –   zagulgotała   Środa   i   splunęła.   Spomiędzy   jej 

szczęk posypały się szczątki powykrzywianych sreber. – Pojęcia nie mam! Piraci 
mają   sekretną   przystań.   Wiem,   że   na   moim   Morzu   Granicznym,   czuję   to   w 
trzewiach! Nie potrafię jednak jej znaleźć! Ty musisz! A teraz uciekaj! Uciekaj!

Skoncentrowała się na ostatnich kilku metrach stert żywności na stole, którą 

połknęła   jednym   kłapnięciem   niewyobrażalnie   wielkiej   paszczy.   Następnie 
odwróciła   się   ku   Arthurowi   i   osunęła   na   pokład.   Wyglądała   jak   ogromna, 
cylindryczna   sterta   łoju,   która   jeszcze   nie   była   wielorybem,   lecz   już   nie 
przypominała   człowieka.   Jej   zredukowane   do   minimum   ręce   i   nogi   wiły   się 
niespokojnie, a wielka paszcza kłapała. Krawędzie kości, niegdyś będącej zębami, 
wydawały odrażający odgłos szczękania.

Arthur już wcześniej uciekł z pokładu. Znajdował się w połowie drogi na 

główny maszt, niemal skacząc z drabinki na drabinkę. Wspinał się tak szybko, że 
dotarł do salingu i usadowił się na zainstalowanej tam małej platformie, zanim 
Środowa Jutrzenka go dogoniła, chwyciła i porwała w powietrze.

Tymczasem w dole Środa rosła coraz bardziej, miotała się i tarzała z głodu. 

Kąsała nawet drewniane elementy statku, aż w końcu pokład się załamał. Środa 
poszła na dno.

Jutrzenka   nie   marnowała   czasu   na   oglądanie   transformacji   swojej   pani. 

Wzbiła się w przestworza; skrzydła uderzały szybko i sprawnie, zapewniając jej 
odpowiednie tempo wznoszenia się i niezłą prędkość. Arthur dopiero po chwili 
uświadomił sobie, że nawet w takiej sytuacji mogą nie zdążyć umknąć, a Jutrzenka 
robi, co w jej mocy, aby uciec przed rozrastającą się Środą, która zdradzała coraz 
większy głód.

Przez pewien czas żadne z nich nie odzywało się ani słowem, aż w końcu 

stało się jasne, że odlecieli dostatecznie daleko od drogi obranej przez wygłodniałą 

background image

Środę.

– Gdzie pragniesz się znaleźć? – spytała Jutrzenka w końcu. – Dotrzymam 

danego ci słowa i zabiorę cię w bezpieczne miejsce, jeśli tego sobie życzysz.

background image

Rozdział 15

 Arthur nie odpowiedział od razu. Zrozumiał, że znajduje się na rozstajach 

dróg, a wybierając, zadecyduje nie tylko o własnym losie, lecz także o losie wielu 
innych.

– Skoro na pierwszym miejscu stawiasz bezpieczeństwo – ciągnęła Środowa 

Jutrzenka – to muszę  cię zabrać do Portu Środy. To  jedyne miejsce  na Morzu 
Granicznym, w którym znajdują się windy, dzięki którym trafisz do dowolnego 
miejsca w Domu, a zatem wszędzie tam, gdzie miałbyś ochotę się znaleźć.

Arthur   milczał,   rozmyślając   o   propozycji   Jutrzenki.   Tak   łatwo   byłoby 

dotrzeć do Portu Środy, wsiąść do windy do Niższego Domu i wrócić do siebie 
przez Frontowe Drzwi lub przez Siedem Cyferblatów. Droga byłaby bezpieczna. W 
głębi duszy czuł jednak, że skończyły się dla niego bezpieczne drogi. Na dłuższą 
metę mógł o nich zapomnieć.

– Jak daleko od Trójkąta się znajdujemy? – spytał.
–   Pół   dnia   drogi,   poprzez   ocean   w   Poślednich   Królestwach   –   wyjaśniła 

Jutrzenka. – Albo tydzień lub więcej, jeśli pozostaniemy w Domu. Port Środy jest 
jeszcze bliżej, zaledwie kilka godzin stąd, ale również musielibyśmy wybrać trasę 
przez odpowiednie morze w innym świecie, w Poślednich Królestwach. Nie masz 
czego szukać w Trójkącie.

–   Jest   tam   moja   przyjaciółka   Liść,   a   także   Szczury   w   Wyproście.   Czy 

prosiłaś je, by spróbowały znaleźć sekretną przystań piratów? – zapytał Arthur.

– Nie – usłyszał. – Nie zadajemy się ze Szczurami, jaśnie Pani Środa chciała 

wypędzić je z Morza Granicznego, lecz posiadają przywilej, przyznany im przez 
samą Architektkę, i z jego mocy mogą wędrować dokąd chcą, po terenie całego 
Domu. Czego mógłbyś chcieć od Szczurów w Wyproście?

–   Są   wykwalifikowanymi   poszukiwaczami   –   wyjaśnił   Arthur,   wracając 

myślami do wizji, w której ujrzał Liść i komandora. – Tak przynajmniej utrzymują.

– To pyszałki i nie należy im ufać – prychnęła Jutrzenka. – Sprzedają swoje 

usługi i za odpowiednim wynagrodzeniem gotowe są zdradzać cudze tajemnice. 
Nie   podporządkowały   się   żadnej   władzy   w   Domu,   z   wyjątkiem  Architektki,   i 
wątpię, by po jej zniknięciu stały się bardziej posłuszne. Nie podporządkowały się 
nawet lordowi Niedzieli.

– Zatem on sprawuje najwyższą władzę?
–  W  pewnym   sensie   –   odparła   Jutrzenka.   –   Sobota   kieruje   codziennymi 

sprawami.   Umysł   lorda   Niedzieli   boryka   się   z   problemami   wyższego   rzędu, 
których nie ogarnie żaden niższy był.

–   To   zdrajcy   Architektki   –   oświadczył   Arthur   odważnie.   –   Sobota   i 

Niedziela, a także pozostałe Potomne Dni.

background image

– Dokąd pragniesz się udać? – spytała Jutrzenka tonem bardziej lodowatym 

niż zwykle.

– Do Trójkąta – odparł Arthur stanowczo.
–   Do  Trójkąta   –   powtórzyła.   –   Nie   mogę   zaaprobować   twojego   zamiaru 

wchodzenia w układy ze Szczurami, lecz chciałabym wiedzieć, czy w związku z 
tym zamierzasz wyruszyć na poszukiwanie Woli? Czy chcesz pomóc jaśnie pani?

– No – potwierdził Arthur. Uznał, że „no” jest najtrafniejszym słowem w 

takiej sytuacji. Było dosadniejsze od „pewnie” i bardziej bohaterskie niż „tak”. 
Miał nadzieję, że jego postępowanie będzie nie mniej heroiczne. – Uratuję Liść – 
powiedział. – Skłonię Szczury w Wyproście do odnalezienia sekretnej przystani 
pirackiej. Potem, jak sądzę, obmyślę sposób na uwolnienie Woli i uporządkowanie 
bałaganu. Także w sprawach Pani Środy.

Jutrzenka   milczała.   Przez   chwilę   słychać   było   tylko   łopot   jej   skrzydeł. 

Wreszcie przemówiła cichym głosem, obcym i jakby nieco zdławionym.

– Dziękuję – powiedziała.
Złożyła   skrzydła   i   zanurkowała   do   morza.  Arthur   ledwie   zdążył   nabrać 

powietrza i zacisnąć klamerkę na nosie, nim wbili się w powoli sunącą falę.

Podróż   do   Trójkąta   przebiegła   znacznie   szybciej,   niż  Arthur   z   początku 

zakładał. Tym razem nawet Pas Burz go nie przeraził. Chłopiec po prostu zamknął 
oczy i wetknął palce do uszu. Uznał, że skoro już kilka razy błyskawicom nie udało 
się go usmażyć, to i teraz nic mu nie grozi.

Gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie Pasa, morze nagle zmieniło barwę i 

temperaturę. Płynęli teraz przez ciepłe, pomarańczowe wody pełne unoszących się 
na falach drobnych kwiatów. Po pewnym czasie pomarańczowe morze przeobraziło 
się w lodowatą, czarną toń, zapełnioną drobinami lekko fosforyzującego lodu o tym 
samym   kształcie.   Odnosiło   się   wrażenie,   że   ktoś   wrzucił   do   morza   miliony 
radioaktywnych   lodowych   kostek.   Na   szczęście  Arthur   nie   odczuwał   skutków 
chłodu,   gdyż   otaczało   go   złociste   promieniowanie   Środowej   Jutrzenki,   które 
utrzymywało ciepłotę jego ciała. Tak czy owak, niezbyt długo przebywali w zimnej 
wodzie,   gdyż   ponownie   dotarli   do   błękitnej   otchłani   Morza   Granicznego,   a 
niebawem do kolejnego skrzyżowania z Pasem Burz.

Wkrótce po minięciu Pasa Arthur nagle poczuł, że klamerka ześliznęła mu 

się z nosa. Machinalnie odetchnął i do jego płuc dostała się duża ilość wody. Wpadł 
w panikę, nie miał pojęcia, jak głęboko płyną i ile czasu będą wydostawali się na 
powierzchnię. Potrzebował powietrza natychmiast. Instynktownie zaczął się ciskać 
w objęciach Jutrzenki, walczyć z nią i wyrywać się tam, gdzie w jego mniemaniu 
znajdowała się powierzchnia.

Jutrzenka nie zwolniła uścisku, za to szybko zaczęła się wynurzać. W pewnej 

chwili mocno machnęła potężnymi skrzydłami i wyleciała z morza. Arthur usiłował 
zaczerpnąć powietrza, lecz w jego płucach zalegała woda, więc tylko się rozkaszlał 

background image

i wyrzucił z siebie znaczną ilość płynu, miał wrażenie, że wiele litrów. Jeszcze 
więcej wypłynęło nosem i uszami.

W końcu udało mu się kilka razy chrapliwie odetchnąć, choć jednocześnie 

gwałtownie   kaszlał.   Potem   zawisł   bezwładnie   w   uścisku   Jutrzenki.   Nie   mógł 
przestać   myśleć  o  tym,   co   by   się   stało,   gdyby   zaklęcie   straciło   moc,   kiedy 
znajdował się pod powierzchnią czarnego, lodowatego morza.

– Jesteśmy prawie na miejscu – zapowiedziała Jutrzenka. – Ale podróż się 

nieco przedłuży, skoro nie da się już płynąć pod wodą.

Arthur skinął głową. Nie mógł wykrztusić ani słowa. Pomyślał, że prędkość 

osiągana przez Jutrzenkę w locie; jest całkowicie zadowalająca.

Woda w końcu przestała mu się sączyć z nosa, dzięki czemu mógł znowu 

normalnie oddychać.

– Trójkąt rozpościera się na wprost przed nami – oznajmiła Jutrzenka. – 

Wydaje   się   jednak   osobliwie   pusty.   Kilka   dni   temu   podobno   zapełniało   go 
trzydzieści, czterdzieści statków. Teraz doliczyłam się zaledwie ośmiu...

Arthur opuścił wzrok. Z początku ujrzał w dole tylko morze i fale o białych 

grzbietach. Wszystkie przetaczały się w jednym kierunku. Potem spojrzał wyżej i 
dostrzegł osiem jednostek rozmaitych rozmiarów. Statki kołysały się na wodzie, 
burta w burtę, na zawietrznej od wzniesienia, które na pierwszy rzut oka wyglądało 
jak naga skała, stercząca z morza. Przy bliższych oględzinach Arthur uświadomił 
sobie,   że   wyspa   to   w   gruncie   rzeczy   wierzchołek   piramidy,   której   kamienie 
skruszały   pod   wpływem   wiatru  i  morskiej   wody.   Konstrukcja   wznosiła   się   na 
wysokość   przeszło   stu   metrów   ponad   poziomem   morza,   a   każdy   jej   bok   miał 
długość około ośmiuset metrów. Budowla nie-; gdyś była ostro zakończona, lecz 
teraz znajdowała się na niej platforma o rozmiarach boiska do koszykówki, niemal; 
całkiem zajęta przez wielki, żelazny pierścień. Do tej obręczy przywiązano linę o 
grubości prawie dwóch metrów, która zwisała po zawietrznej stronie wzniesienia. 
Statki były przywiązane do liny albo połączone z jednostką, która przycumowała 
do piramidy.

–   Widzisz   „Latającą   Modliszkę”?   –   zapytał  Arthur.   –  A  może   Szczury? 

Jakiego typu statkiem pływają?

–   „Modliszki”   tu   nie   ma   –   wyjaśniła   Jutrzenka.   –   Co   do   Szczurów,   po 

wschodniej   stronie   tratwy   ze   statków   znajduje   się   jeden   z   ich   nędznych, 
zadymionych parowców, tuż obok czteromasztowca „Nimfa”.

– Parowiec? Szczury dysponują parowcem? Dlaczego inni ich nie mają?
– Korzystanie z parowców jest zakazane przez Utopioną Środę – odparła 

Jutrzenka. – Nie bez powodu: to statki parszywe i nieczyste. Szczury są jednak 
czasem   traktowane   wyjątkowo.   Poza   tym,   tylko   parowce   wykonane   przez 
Ponurego Wtorka mogą funkcjonować na Morzu Granicznym. Ich paliwem jest 
Aktywny  Węgiel,   wytwarzany   z   Nicości.   Podobnie   jak   wszystko   od   Ponurego 

background image

Wtorka, osiąga niebotyczne ceny.

– To racja – przyznał Arthur. – Gdzie ten statek Szczurów? Nie widzę.
– Obok czteromasztowca po wschodniej stronie, jak mówiłam.
Arthur   ponownie   spojrzał   w   tamtym   kierunku.   Tym   razem   dostrzegł 

jednostkę   Szczurów.   Miała   rozmiary   zaledwie   jednej   trzeciej   sąsiedniego, 
czteromasztowego barku. Przez moment był zdezorientowany, bo szczurzy statek 
mógł korzystać zarówno z napędu żaglowego, jak i parowego. Dysponował dwoma 
masztami   o   ożaglowaniu   rejowym   oraz   wysokim,   umiejscowionym   pośrodku 
kadłuba kominie, z którego nie wydobywał się dym.

– Wejdziemy na pokład „Nimfy” – oświadczyła Jutrzenka. – Sprawdzimy, co 

się dzieje. To niezwykłe, że jest tutaj tak niewiele jednostek. Poza tym panuje 
dziwny spokój.

Zaczęła   spiralnie   kołować   w   dół.   Arthur   zamknął   oczy,   oszołomiony 

gwałtownym   tempem   opadania,   i   nie   otwierał   ich   do   czasu,   gdy   poczuł   pod 
stopami pokład. Dopiero wówczas Jutrzenka wypuściła go z objęć.

W tej samej chwili ponownie przybrała ludzką postać. Tym razem ubrana 

była   w   coś   w   rodzaju   żeglarskiego   uniformu,   z   ciemnogranatowym,   prawie 
czarnym płaszczem, obwieszonym medalami i udekorowanym dwoma ogromnymi, 
srebrnymi epoletami. Arthur zastanawiał się, jak zdołała tak szybko się przebrać.

Na pokładzie nikt ich nie powitał. Jutrzenka rozejrzała się i zmarszczyła 

czoło. Na innych statkach również nikogo nie dostrzegła. Słyszeli tylko skrzypienie 
drewnianych kadłubów, piskliwe zgrzyty lin cumowniczych i szum fal.

Jutrzenka rozchyliła dłoń i ponownie ją zacisnęła, a w jej pięści pojawił się 

ognisty harpun. Arthur drgnął, lecz choć broń z całą pewnością była magiczna, nie 
przypominała harpuna Żeglarza. Nie czuł się dziwnie, gdy na nią patrzył, miał 
zatem nadzieję, że nie dozna takich skutków ubocznych, jak te, które pojawiły się 
podczas używania kapitańskiego harpuna.

– Łódź strażnicza znikła – zauważyła Jutrzenka. – Tak to jest, kiedy wszyscy 

wierni słudzy zostaną...

Ugryzła   się   w   język,   lecz   Arthur   wiedział,   że   zamierzała   powiedzieć: 

„pożarci”.

– Zakładam, że załogi skrywają się wewnątrz Trójkąta – ciągnęła Jutrzenka. 

– Boją się pirackiej napaści, to pewne. A właśnie, dobrze, że sobie przypomniałam. 
Włóż to.

Wyciągnęła z rękawa parę skórzanych rękawic i wręczyła je Arthurowi.
– Nie ma po co wszczynać paniki Czerwonymi Dłońmi – wyjaśniła.
Arthur naciągnął rękawice, a Jutrzenka cicho przeszła po pokładzie rufowym 

i spojrzała za bakburtę, na piramidę. Gdy się oddaliła, usłyszał krzyk od strony 
sterburty.

– Ahoj, na „Nimfie”!

background image

Chłopiec podszedł do relingu i popatrzył w dół. Okrzyk był piskliwy, więc 

Arthur nie zdziwił się na widok Szczura o wzroście metr trzydzieści, ubranego w 
niebieską czapkę, niebieskie bryczesy i luźną białą koszulę. Arthur zauważył, że 
wbrew pogardliwej ocenie Jutrzenki statek wygląda na bardzo zadbany. Białą farbą 
wymalowano na dziobie napis: „Rattus Navis IV”.

– Ahoj! – odkrzyknął Arthur. – Gdzie są wszyscy?
– Wiele statków odpłynęło w ciągu kilku ostatnich godzin, a załogi tych, 

które zostały, trzęsą portkami wewnątrz Trójkąta – odparł Szczur. – Zaczęło się od 
tego, że poziom wody obniżył się wczoraj o cztery sążnie, a po półgodzinie wrócił 
do normy. Dzisiaj rano na południu widziano „Dreszcza". Do tego pojawiły się 
pogłoski   o   kimś,   kogo   dotknęło   przekleństwo   Czerwonych   Dłoni.   Rezydentów 
ogarnął   potworny   strach.   Odważniejsi   postanowili   spróbować   sił   na   otwartym 
morzu,   byle   tylko   nie   zostawać   tutaj.   Mniej   dzielni   woleli   zabarykadować   się 
wewnątrz piramidy i zostawić łupy Złocieniowi.

– Ale on nie przypłynął – zauważyła Jutrzenka, stając u boku Arthura. – Albo 

zaczął wyjątkowo łagodnie obchodzić się ze zwierzyną. Czy „Dreszcz” był dzisiaj 
ponownie widziany, Szczurze?

Szczur ściągnął czapkę i dopiero wtedy odpowiedział:
– Nie, proszę pani.
– Czy twój dowódca jest na pokładzie?
– Kapitan i załoga, proszę pani, czekają na odprawę.
– Kim jesteś?
– Starszy mat działonowy Watkingle, proszę pani.
– A twój dowódca?
– Kapitan OGoniasty, proszę pani. Czy chce pani wejść na pokład?
– Nie. Mam na głowie inne, ważniejsze sprawy, ale mój towarzysz chciałby 

porozumieć   się   z   twoim   dowódcą.   Masz   przed   sobą   lorda   Arthura,   Mistrza 
Niższego Domu i Odległych Rubieży. Z jakiegoś powodu jest przekonany, że wy, 
Szczury, możecie się okazać pomocne. To czcigodny gość Pani Środy i należy go 
traktować z wszelkimi honorami.

Watkingle złożył niski ukłon, nie odpowiedział jednak ani słowem.
– Żegnaj, lordzie Arthurze – rzekła Jutrzenka i wyciągnęła rękę do chłopca. – 

Oby ci się powiodło.

Arthur nie bardzo wiedział, co zrobić, lecz uścisnął jej dłoń, a także ukłonił 

się lekko.

– Zrobię, co w mojej mocy.
Środowa   Jutrzenka   skinęła   głową,   cofnęła   rękę   i   z   miejsca,   nawet   nie 

machając skrzydłami, przeskoczyła na pokład sąsiedniego statku.

– Wasza lordowska mość, proszę zejść po drabinie „Nimfy” na śródokręciu! 

– zawołał Watkingle. – Potem wystarczy zeskoczyć, jeśli to nie problem.

background image

Gdy Arthur ruszył na środkową część statku, Watkingle krzyknął jeszcze coś 

i   na   pokład   parowca   wyległy   inne   Szczury,   które   ustawiły   się   w   szeregu 
naprzeciwko   drabiny   „Nimfy”.   Kiedy   chłopiec   zszedł   i   przeskoczył   na   pokład 
„Rattusa Navisa IV”, jeden z nich zagrał kilka przenikliwych tonów na srebrnym 
gwizdku. Wszystkie Szczury momentalnie stanęły na baczność.

Watkingle zasalutował przed chłopcem.
– Witamy na pokładzie, wasza lordowska mość – | oznajmił. – Proszę za 

mną. Uwaga na głowę.

Chociaż   pokład   był   wykonany   z   drewna,   za   drzwiami,   dzielącymi   dwie 

zejściówki   na   pokładzie   rufowym,   pod   stopami   chłopca   zadźwięczało   żelazo. 
Arthur przystanął, aby się rozejrzeć, i dotknął dłonią nitów w żelaznej ścianie. 
Musiał   pochylić   głowę   znacznie   niżej   niż   na   pokładzie   „Mola”,   gdyż   statek 
przystosowano rozmiarami do gabarytów Szczurów w Wyproście.

– To żelazna jednostka, wasza lordowska mość – potwierdził Watkingle. – 

Obłożona drewnem, aby zaspokoić potrzeby estetyczne Środy i jej urzędników. 
Sam Ponury Wtorek skonstruował ten statek cztery tysiące lat temu, a mimo tego 
wieku jednostka jest najsolidniejsza pod słońcem.

Zapukał do drzwi na końcu korytarza.
– Lord Arthur, Mistrz Niższego Domu i Odległych Rubieży, panie kapitanie!
Drzwi natychmiast się otworzyły i stanął w nich inny morski Szczur, ubrany 

podobnie   jak   Watkingle,   choć   nieco   bardziej   elegancko.   Za   jego   plecami 
znajdowała   się   przestronna   kajuta   rufowa   z   iluminatorami   wielkości   talerzy   na 
trzech   ścianach.   Na   stole   walały   się   mapy   i   pudełka   z   układankami, 
przedstawiającymi   wizerunki   zwierząt.   Na   podłodze   stało   kilka   obitych   krzeseł 
oraz   parę   żelaznych,   nitowanych   skrzyń.  W  pomieszczeniu   przebywały   jeszcze 
dwa   Szczury   w   niebieskich   płaszczach   ze   złotymi   epoletami.   W   jednym   ze 
stworzeń  Arthur   rozpoznał   komandora   Moncktona.   Drugim   był   Szczur   koloru 
czarnego, nie brązowego, wyższy i młodszy z wyglądu, o krótszych i mniej siwych 
wąsach.

Czarny Szczur przemówił pierwszy.
– Dziękuję, Watkingle, to by było na tyle – oznajmił. – Lordzie Arthurze, 

witaj na pokładzie „Rattusa Navisa IV”! Jestem jego kapitanem i nazywam się 
OGoniasty. Pozwolę sobie przedstawić komandora Moncktona.

Oba Szczury pochyliły głowy w ukłonie i strzeliły ogonami niczym batami; 

ich   trzask   odbił   się   echem   od   ścian   kajuty.  Arthur   drgnął   przestraszony,   lecz 
również się ukłonił.

OGoniasty   podsunął   Arthurowi   krzesło.   Oficerowie   usiedli   dopiero   po 

chwili. Szczur, który otworzył drzwi, natychmiast postawił przed nim kieliszek i ze 
srebrnego dzbana nalał mu płynu, który wyglądał jak czerwone wino.

Arthur   popatrzył   na   napój,   mając   nadzieję,   że   nie   został   ugoszczony 

background image

alkoholem.

–  Sok  żurawinowy   –  wyjaśnił  OGoniasty,  prawidłowo  interpretując  minę 

Arthura.   –   Działa   przeciwszkorbutowo   podczas   naszych   rzadkich   wypraw   do 
Poślednich Królestw. Choć jesteśmy Szczurami w Wyproście, nie zaliczamy się do 
Rezydentów. Podobnie jak dzieci Szczurołapa, jesteśmy podatni na pewne choroby 
w Królestwach, między innymi na szkorbut.

Arthur skinął głową znad kieliszka. Sok smakował wybornie.
– Lordzie Arthurze – przemówił komandor Monckton. – Zanim skupimy się 

na   omawianiu   konkretnych   zagadnień,   chyba   powinienem   ci   zdradzić,   że 
zostaliśmy zatrudnieni przez Poniedziałkową Przedpołudnicę, pannę Suzy Błękit, 
do odnalezienia ciebie. Zaledwie kilka minuta temu wystosowałem wiadomość o 
tym, że zostałeś znaleziony. Ponadto zażądaliśmy nagrody.

– W porządku – odparł Arthur – Wiedziałem, że pracujecie dla Suzy. Teraz 

chcę wiedzieć, co się stało z moją przyjaciółką. Ma na imię Liść.

Szczury wymieniły zaskoczone spojrzenia.
–   Jesteśmy   wytrawnymi   poszukiwaczami   i   odnajdywaczami,   także 

informacji – wyjaśnił Monckton. – Twoje źródła są jednak niewątpliwie równie 
dobre. Minęło zaledwie pięć dni, odkąd porozumiałem się z panną Liść.

– Pięć dni – powtórzył zaskoczony Arthur. Dziwne różnice czasu pomiędzy 

Domem i Poślednimi Królestwami nie przestawały go zadziwiać.

– Tak, pięć dni – potwierdził Monckton.
–   Porozumienie   dotyczyło   sprawy   w   sądzie,   tak?   –   spytał   Arthur 

niecierpliwie. – Co się potem stało?

– Rozprawa odbyła się tego ranka, zanim kapitan Fala postanowił odpłynąć. 

Pannę Liść oskarżono o podróżowanie na gapę...

– Wiem! Co się z nią stało?
– Biorąc pod uwagę możliwość wymierzenia jej kary śmierci, miałem pełną 

świadomość idących za tym konsekwencji dla śmiertelniczki. Niemniej...

– Co się stało? Czy ona... ?

background image

Rozdział 16

Nie, nie, żyje – zapewnił Monckton Arthura. – Tyle że została wciągnięta.
– Wciągnięta! – zawołał Arthur. – Jak to? W co ją wciągnięto? W bagno?
Nie   wierzył   własnym  uszom.   Chłosta   wydawała   się   koszmarną   karą,   ale 

wciąganie kogoś nie wiadomo w co...

– Nie, skąd! Wciągnięto ją, to znaczy siłą wcielono do służby – wyjaśnił 

Monckton.   –   Udało   mi   się   udowodnić,   że   nie   weszła   na   pokład   „Latającej 
Modliszki” z własnej woli, nie mogła być zatem gapowiczem. Nie była jednak 
również pasażerem ani żeglarzem w opałach. Ostatecznie okazało się, że musiała 
być członkiem załogi, została więc wciągnięta do służby jako chłopiec pokładowy.

– Dziewczyna pokładowa – sprostował Arthur.
–   Chłopiec   pokładowy   –   powtórzył   Monckton.   –   Nazwa   tej   funkcji   jest 

niezmienna, nawet jeśli pełni ją dziewczyna. Na okrętach Morza Granicznego roi 
się od chłopców i dziewcząt. Z wyjątkiem twojej przyjaciółki Liść wszyscy są 
dziećmi   Szczurołapa,   rzecz   jasna,   i   z   tego   względu   łączy   nas   z   nimi   więź 
braterstwa. Pomagamy sobie jak tylko możemy.

– Ale co się z nią stanie?
– Życie marynarza nie jest łatwe, niemniej „Modliszka” to okręt solidny, a 

przy   tym   urodziwy   –   zauważył   Szczur.   –   Twoja   przyjaciółka   ma   szansę 
awansować,   zostać   oficerem,   z   czasem   nawet   kapitanem   własnego   statku. 
Śmiertelnicy   uczą   się   znacznie   szybciej   niż   Rezydenci,   nie   wiadomo   więc,   do 
czego dojdzie.

– Ale ona nie zechce być chłopcem pokładowym! Musi wrócić do domu! Ma 

rodzinę i przyjaciół!

– Podpisała umowę o zaciągnięciu się na służbę – powiedział OGoniasty. – 

Od tego nie ma odwrotu.

–   Chyba   że   Utopiona   Środa   wyda   odgórne   zarządzenie   –   sprostował 

Monckton.

– Zatem będę mógł ją uwolnić, kiedy z mocy Woli zostanę Mistrzem Morza 

Granicznego – zauważył Arthur. – Albo księciem, czy kimkolwiek bądź.

Oba Szczury pokiwały głowami. Nie wydawały się zaskoczone, że Arthur 

snuje plany przejęcia władzy nad Morzem Granicznym.

–   Zakładam,   że   Liść   będzie   bezpieczna   na   pokładzie   „Modliszki”   – 

westchnął   chłopiec.   Dziewczyna   prawdopodobnie   lepiej   trafiła   niż   on,   bo   nie 
groziły jej kłopoty, w które się pakował. Mimo to Arthur żałował, że wcześniej nie 
dotarł do Trójkąta i nie pomógł koleżance w opuszczeniu okrętu oraz powrocie do 
domu.

Muszę sprawdzić, co u niej, pomyślał. Użyję lusterka i muszli...

background image

– Na morzu będzie bezpieczniejsza niż większość innych, bo „Modliszka” to 

zacny   okręt.   Zawsze   jednak   istnieje   groźba   sztormu   i   katastrofy   –   oznajmił 
Monckton.

– No i są jeszcze piraci – dodał OGoniasty. – Jak na mój gust, ostatnio zbyt 

często   widuje   się   „Dreszcza”,   nie   wspominając   o   kilku   pomniejszych 
pobratymcach Złocienia, takich jak kapitan Krwikrztyna z „Sennej Mary”.

–   Dlatego   tu   jestem   –   oświadczył  Arthur.   –   W   pewnym   sensie.   Muszę 

znaleźć sekretną przystań Złocienia, następnie dotrzeć tam i coś zabrać. Z tego 
powodu stanąłem przed koniecznością poproszenia was o pomoc.

–   Jesteśmy   merkantylnymi   Szczurami   –   przypomniał   mu   Monckton.   – 

Innymi słowy, nie robimy nic bez takiego czy innego wynagrodzenia.

–   Przede   wszystkim   powiedzcie,   czy   wiecie,   gdzie   szukać   przystani 

Złocienia – zaproponował Arthur. – A przynajmniej, czy potrafilibyście znaleźć ją 
w krótkim czasie. Nie ma sensu ustalać zapłaty jeśli nie możecie nic zrobić.

–  Wydaje   się   nam,   że   wiemy,   gdzie   szukać   tej   kryjówki   –   zapewnił   go 

OGoniasty. – Otóż na podstawie pewnych dowodów wydedukowaliśmy, gdzie jest 
ta przystań, lecz osobiście tam nie zawinęliśmy. Co się tyczy przetransportowania 
tam ciebie... Jeśli się nie mylimy, będzie to naprawdę niełatwe zadanie.

– W porządku – odparł Arthur, gotów do negocjacji. – Na początek chcę 

wiedzieć, jakiej zapłaty oczekujecie za wyjawienie mi kryjówki?

–   Handlujemy   informacjami   –   przypomniał   mu   Monckton.   –   Jeśli   więc 

mamy odpowiedzieć na twoje pytania, oczekiwalibyśmy od ciebie odpowiedzi na 
tyle samo naszych pytań.

Arthur  był   przygotowany   na  zapłacenie   okupu  w   złocie  lub   w  skarbach. 

Oferta Szczurów wydawała się zbyt kusząca...

– Na tym koniec? – zapytał.
– Może się okazać, że to całkiem niemało – zauważył OGoniasty.
Arthur wzruszył ramionami.
– Nie mam nic do ukrycia – wyznał. – Przynajmniej tak mi się zdaje.
–  Wobec   tego   zadaj   nam   trzy   pytania,   a   my   zadamy   tyle   samo   tobie   – 

oświadczył Monckton.

– To nie jest podstęp, prawda? – spytał chłopiec podejrzliwie. – Jak zadam 

takie pytanie, jak przed chwilą, to nie będzie się liczyło? Na takie coś się nie 
zgadzam.

– Liczą się tylko istotne pytania – zapewnił Monckton Arthura. – Chcesz 

zatem wiedzieć, co nam wiadomo o tajnej przystani Złocienia?

– Tak jest – przytaknął chłopiec. – To moje pierwsze pytanie. Gdzie ona jest?
W  odpowiedzi   OGoniasty   rozwinął   zrolowaną   wielką   mapę,   która   zajęła 

większość   stołu.   Zatytułowano   ją   „Morze   Graniczne”   i   niemal   w   całości 
przedstawiała niebieską wodę. Tylko tu i ówdzie widniały niewielkie plamki lądu, a 

background image

każda z nich była opisana drobnym, pochyłym pismem.

Arthur wbił spojrzenie w mapę. Szczególną uwagę poświęcił Portowi Środy, 

Trójkątowi,   górze   Trwałej   i   Żwirowanej   Głębi.   Z   początku   nie   dostrzegł   nic 
oznakowanego mianem sekretnej przystani Złocienia, ponownie więc popatrzył na 
lewy górny róg mapy, aby rozpocząć systematyczne poszukiwania, w górę i w dół. 
Przerwał   mu   OGoniasty,  który   ostrożnie   położył   na  rozpostartej   płachcie   małą, 
wyrzeźbioną   w   kości   słoniowej   figurkę   białego   wieloryba   i   dwukrotnie   w   nią 
stuknął palcem.

– Tu jest – oznajmił. – Uważamy, że sekretna przystań Złocienia musi się 

znajdować we wnętrzu Utopionej Środy.

– W jej wnętrzu!
– Dokładniej mówiąc, uważamy, że sekretna przystań to w gruncie rzeczy 

miniaturowy światek, zakotwiczony w żołądku Utopionej Środy. Przedostać się do 
niego można  tylko  na dwa  sposoby. Pierwszy  to  droga  przez  jedyną w  swoim 
rodzaju   haruspicką   układankę,   własność   Złocienia,   którą   specjalnie   dla   niego 
wykonał Ponury Wtorek, podobnie zresztą jak cały wspomniany światek. Drugi 
sposób to przedostanie się bezpośrednio do brzucha Środy.

– Ale przecież ten światek nie może być w jej ciele – zaprotestował Arthur. – 

Środa   powróciła   do   normalnych,   ludzkich   kształtów.   Czy   to   możliwe,   by   cała 
sekretna przystań nadal pozostawała w jej żołądku?

–   Nie   jestem   matematycznym   zaklinaczem   –   zauważył   OGoniasty.   – 

Niemniej   moim   zdaniem   wyjaśnienie   tego   problemu   jest   następujące:   sekretna 
przystań skrywa się wewnątrz bańki Pośledniego Królestwa, którą sprowadzono do 
Domu.   Rozmiar   tej   bańki   może   się   zmieniać   od   mikroskopijnego   do 
gigantycznego, bez wpływu na świat, który ona zawiera. Kiedy Pani Środa użyła 
Trzeciego Klucza, by powrócić do pierwotnego kształtu, bańka skurczyła się wraz 
z nią. Gdy ponownie urosła, bańka się powiększyła, lecz ukryty w niej świat nie 
zmienił się ani trochę.

– I można się do niego dostać z brzucha Środy?
– Tak uważamy – odparł OGoniasty. – I tą samą drogą można się wydostać. 

Sądzimy, że Złocień użył magii, by umieścić światek wewnątrz Środy. Zrobił to, 
gdyż   trudno   sobie   wyobrazić   lepszą   kryjówkę,   która   zapewniła   mu   dodatkową 
korzyść w postaci nieograniczonego dostępu do zaginionych skarbów. Czy masz 
świadomość,   że   wszystko,   co   zostanie   zgubione,   ostatecznie   trafia   do   Morza 
Granicznego?

Arthur skinął głową. Tą informacją podzielił się z nim Spalony Słońcem.
– Ogromna część cennych zaginionych przedmiotów spoczywa w głębinach 

i nie ma  możliwości wydobycia ich, chyba że  wypłyną na powierzchnię przed 
zatonięciem   w   jednym   z   miejsc,   w   których   Morze   styka   się   z   Nicością.   W 
zetknięciu z nią wszelkie obiekty się rozpuszczają. Na płytszych wodach pozostają 

background image

jednak znaczne ilość szczątków, które wraz z wszystkim, co znajdzie się na drodze 
Środy, lądują w jej żołądku, przynajmniej na pewien czas. Złocień wykorzystuje 
swoich niewolników do zbierania cennych dóbr, połkniętych przez Środę, i w ten 
sposób znacznie powiększa majątek, rabowany ze statków Morza Granicznego.

– Skąd o tym wiecie? – zapytał Arthur.
–   Jednym   z   przywilejów,   zapewnionych   nam   przez   Szczurołapa,   jest 

zdolność   czasowego   powracania   do   naszej   pierwotnej   postaci   i   rozmiarów   – 
wytłumaczył mu Monckton. – Ten proces może być nieprzyjemny i potencjalnie 
niebezpieczny,   gdybyśmy   zapomnieli,   że   jesteśmy   Szczurami   w   Wyproście, 
niemniej potrafimy się ukrywać pod postacią zwykłych szczurów. Jednej ż naszych 
towarzyszek udało się w takim wcieleniu przeniknąć na pokład „Dreszcza” i być 
świadkiem   przedostania   się   okrętu   do   sekretnej   przystani.   Podczas   pobytu   na 
„Dreszczu” widziała ona także ekspediowanych gdzieś niewolników. Ci z nich, 
którzy   pozostali   przy   życiu,   wrócili   z   wydobytymi   łupami.   Później 
wydedukowaliśmy, gdzie leży przystań, i zrozumieliśmy, na czym polega praca 
niewolników. Poruczniku OGoniasty, proszę pokazać lordowi Arthurowi mapę oraz 
szkice.

OGoniasty   wyciągnął   spod   stołu   skórzaną   walizę,   otworzył  ją   i  wydobył 

kilka rulonów papieru, które wyłożył na blat.

Pierwszym   z   nich   okazała   się   mapa,   narysowana   ołówkiem   i   podpisana 

dużymi,   nierównymi   literami   WYSPA   ZŁOCIENIA.   Szkic   ukazywał   ląd   o 
kształcie   czaszki.   Pod   tytułem   znajdowała   się   informacja   następującej   treści: 
„Przybliżona długość wyspy sięga czterech i pół tysiąca, a szerokość trzech tysięcy 
dwustu podwójnych kroków”.

Na lewym oczodole czaszki napisano JEZIORO LEWE. Prawy oczodół był 

pęknięty  i  połączony  z   morzem.  Widniał  na  nim napis  PRZYSTAŃ  oraz  kilka 
drobniejszych   zapisków,   odnoszących   się   do   pirsu,   stoczni,   ośmiu   magazynów, 
tuzina   dużych   budynków,   oznaczonych   jako   kwatery   niewolników,   oraz 
gwiaździstej budowli, nazwanej „Fortem Złocienia”.

Jamę nosową opisano jako KRATER PARZĄCEGO BŁOTA, lecz pod tymi 

słowami widniał dopisek „Nicość?”.

Niżej,   na   szczęce   czaszki,   rozmieszczono   mnóstwo   falistych   linii, 

oznaczonych   jako   GÓRY   ZĘBOWE   oraz   „Oddani   Karpiowi.   Więźniowie 
uciekinierzy”.

Wyspa otoczona była przez morze, które jednak rozpościerało się tylko na 

długości   ośmiuset   pięćdziesięciu   podwójnych   kroków,   jeśli   wierzyć   załączonej 
podziałce, a kończyło na linii określonej mianem „Granica Bańki”, narysowanej 
dookoła   mapy.   Nieopodal   wejścia   do   przystani,   blisko   linii,   widniał   wąski 
półwysep,   sięgający   daleko   w   morze.   Na   jego   końcu   znajdowała   się   kropka   i 
podpis: „Wyjście na tereny skarbodajne”.

background image

Drugi arkusz, rozwinięty przez OGoniastego, składał się z kilku pobieżnych 

szkiców węglem. Pierwszy rysunek przedstawiał zatokę oraz pół tuzina obecnych 
w niej statków; jednym z nich niewątpliwie był „Dreszcz”. Pozostałe jednostki 
wyglądały na opuszczone; upchnięto je blisko siebie w zakątku przystani, podczas 
gdy piracki szkuner cumował przy pirsie.

Na drugim rysunku widniał sznur niewolników w dziwacznych hełmach do 

nurkowania.   Każdy   z   nieszczęśników   kuśtykał,   spętany   długim   łańcuchem. 
Niewolnicy nieśli worki i sieci.

Trzeci   rysunek   był   niepełny.   Autor   uchwycił   na   nim   fragment   sceny, 

widzianej zza ramienia pirata, klęczącego na pokładzie statku. Obok złoczyńcy 
leżało wieczko pudełka z ilustracją, przedstawiającą istotę, która wyglądała jak 
potomek kalmara i człowieka.

Na   czwartym   i   ostatnim   rysunku   uwieczniono   łańcuch   niskich   gór   lub 

dużych   pagórków,   porośniętych   gęstą   dżunglą.   Podpis   pod   rysunkiem   głosił: 
„Wyznawcy   Karpia   muszą   być   zbiegłymi   niewolnikami.   W   nich   kryje   się 
potencjał”.

–   Jak   waszemu   wywiadowcy   udało   się   powrócić   z   tymi   materiałami?   – 

zdziwił się Arthur.

OGoniasty przecząco pokręcił głową.
– Nasza wysłanniczka nie wróciła – westchnął. – Mapa i rysunki dotarły w 

symultanicznej butli.

– W czym?
– Symultaniczne butle to opracowany przez nas sposób porozumiewania się 

na   odległość,   przy   spełnieniu   określonych   warunków.   Zasadniczo   są   to   pary 
magicznych butli. Cokolwiek trafi do jednej z nich, jednocześnie pojawia się także 
w   drugiej.   Urządzenie   nie   funkcjonuje   jednak   poza   Morzem   Granicznym,   jego 
produkcja   sporo   kosztuje,   tylko   więc   najważniejsi   agenci   mają   prawo   się   nim 
posługiwać.   Symultaniczne   butle   umieściliśmy   także   na   pokładach   naszych 
jednostek,   aby   pozostawać   z   nimi   w   kontakcie.   Mamy   u   siebie   ponad   sto 
symultanicznych butli.

– Zatem te dwa arkusze papieru były ostatnią przesyłką, która dotarła do was 

od agentki wysłanej do Złocienia?

– Niezupełnie – zaprzeczył Monckton ponuro. – Ostatnią przesyłką, którą 

otrzymaliśmy, nim butla rozpadła się w drobny mak, był zmaltretowany ogon. Jak 
widzisz, zacna Szczurzyca oddała życie za te informacje.

– Czy na tym rysunku widać Złocienia we własnej osobie? – dopytywał się 

Arthur, wskazując na szkic przedstawiający pirata, który klęczał na pokładzie. – I 
co widnieje na wieczku pudełka z układanką?

–   Naszym   zdaniem   to   Złocień   –   potwierdził   OGoniasty.   –   Niegdyś   był 

śmiertelnikiem,   lecz   magia   i   długi   pobyt   w   Domu   ogromnie   go   zmieniły.  Ten 

background image

rysunek przedstawia mężczyznę w śmiertelnym wymiarze. Haruspicka układanka, 
z   której   korzysta,   nie   jest   wymieniona   w   żadnym   znanym   nam   zestawieniu. 
Portretowane   przez   niego   stworzenie   to   Smokrzep,   rzadka   forma   Niconia, 
powstająca sporadycznie, kiedy pewne zagubione przedmioty na obszarze Morza 
Granicznego  zetkną  się  z  Nicością.  Można   więc  wnioskować,  że   ta  haruspicka 
układanka powstała z wnętrzności Smokrzepa specjalnie dla Złocienia. Sztuki tej 
mógł dokonać wyłącznie najwyższej klasy Zaklinacz lub też jeden z Potomnych 
Dni. Zważywszy, że prywatna bańka Złocienia została stworzona przez Ponurego 
Wtorka, należy zakładać, iż Ponury wykonał także układankę do kompletu. Kto 
zapłacił za jej stworzenie, to zupełnie inne pytanie, na które nie znamy odpowiedzi.

– Zapewne Dostojny Sobota – podsunął mu Arthur. – Utopiona Środa w 

pierwszej   kolejności   udała   się   właśnie   do   niego   po   pomoc   w   sprawie   zwrotu 
Kluczy Woli.

–   Do   niej   –   podkreślił   Monckton.   –   Dostojna   Sobota   jest   kobietą.   A 

przynajmniej   była,   kiedy   ostatnio   o   niej   słyszeliśmy.   Chyba   się   zgodzisz,   że 
odpowiedzieliśmy   na   twoje   pierwsze   pytanie.   Dlatego   teraz   my   zadamy   jedno. 
Dlaczego chcesz dotrzeć do sekretnej przystani Złocienia?

Arthur   zastanawiał   się   przez   chwilę.   Uznał,   że   unikanie   odpowiedzi   lub 

gadanie głupstw nie przyniesie mu żadnych korzyści. Polubił Szczury. Sprawiały 
wrażenie bezpośrednich i wiedział, że ich wsparcie będzie mu jeszcze potrzebne.

–  Sądzę,  że  znajdę   tam Trzecią  Część  Woli.  Utopiona  Środa  już   nią   nie 

dysponuje. Według niej ten fragment zabrał Złocień, wspierany przez Potomne Dni. 
Chcę   dostać   się   do  Woli   i  ją   oswobodzić.   Potem  Utopiona   Środa   przekaże   mi 
Trzeci Klucz, dzięki czemu będę ją mógł uzdrowić i uwolnić Liść, a także...

Arthur się zawahał, a oba Szczury nachyliły się w oczekiwaniu.
– Potem... nie jestem pewien, co zrobię potem. Chyba na pewien czas będę 

musiał wrócić do domu, aby się upewnić, że wszystko w porządku. Jeśli jednak uda 
mi się zdobyć Trzeci Klucz, zapewne spróbuję zadecydować, co zrobić z Lordem 
Czwartkiem... i zrobię to.

–   Twoja   odpowiedź   jest   wyczerpująca,  Arthurze.   Kolej   na   ciebie,   zadaj 

następne pytanie.

– To niezupełnie pytanie – sprostował chłopiec. – Muszę się dostać do tej 

sekretnej przystani. Jeśli istnieją tylko dwa sposoby, aby tam wniknąć, a jeden z 
nich to haruspicka układanka Złocienia, to chyba jestem zmuszony wyruszyć w 
podróż przez żołądek Środy Innymi słowy, będę jakoś musiał przetrwać proces 
połykania. Przychodzi mi do głowy tylko jeden sposób: użyję łodzi podwodnej 
albo   tego   typu   pojazdu.   Słyszałem,   że   dysponujecie   mnóstwem   dziwnych 
jednostek, pytam więc: Czy macie okręt podwodny albo wiecie, gdzie go szukać, i 
czy mogę go pożyczyć?

background image
background image

Rozdział 17

Celne pytanie, lordzie Arthurze – zauważył Monckton. Zawahał się, jego 

wąsy   zadrżały.   –   W   rzeczy   samej,   mamy   podwodną   łódź,   której   istnienie 
utrzymujemy  w tajemnicy. Obawiam się  jednak, że spoczywa ona  pod naszym 
dokiem w Porcie Środy, a jej niesprawność jest spowodowana brakiem istotnego 
elementu, na który czekamy już od pewnego czasu.

– Jaki to element? – spytał Arthur. – I dlaczego czekacie? Hm, odpowiedzcie 

tylko pod warunkiem, że nie uznacie tego za następne pytanie.

–   Twoje   wątpliwości   możemy   potraktować   jako   uzupełnienie   drugiego 

pytania, Arthurze – oświadczył Monckton. – Łódź podwodna powstała specjalnie 
dla   nas   w   Odległych   Rubieżach,   a   jej   twórcami   są   poddani   Ponurego  Wtorka. 
Brakujący element to puszka Aktywnego Węgla, który należy wymieniać mniej 
więcej co sto lat. Rzecz w tym, że od czasu upadku Ponurego Wtorka tylko bardzo 
nieliczne z naszych zamówień docierają z Odległych Rubieży.

– No tak, jestem pewien, że Pierwsza Dama robi wszystko, co w jej mocy, 

aby   zapanować   nad   sytuacją   –   mruknął  Arthur   niepewnie.   –   Ponury   Wtorek 
zużywał zbyt dużo Nicości...

–   To   nie   były   słowa   krytyki,   tylko   zwykłe   spostrzeżenie   –   wyjaśnił 

Monckton.   –   Mamy   świadomość,   że   zmiany   w   Odległych   Rubieżach   były 
koniecznością.   Poinformowano   nas,   że   nową   puszkę   z   paliwem   otrzymamy   w 
przeciągu trzydziestu lub czterdziestu lat.

– Trzydziestu albo czterdziestu lat! – wykrzyknął Arthur i zamyślił się na 

chwilę. – Przegrana sprawa. A gdybym załatwił wam nową puszkę z paliwem? Czy 
wówczas pozwolilibyście mi użyć łodzi podwodnej do przedostania się do brzucha 
Utopionej Środy?

– Pozwolisz, że zamienię parę słów z OGoniastym? – spytał Monckton. – 

Musimy się naradzić. Łódź podwodna jest bardzo droga i nawet jej trudno będzie 
przetrzymać podróż do wnętrza Lewiatana, a później drogę powrotną.

– Pewnie, śmiało.
Monckton i OGoniasty odeszli na bok i zaczęli tam szeptać, podczas gdy 

Arthur znów skupił się na studiowaniu map i rysunków. W jego głowie gwałtownie 
kłębiły się myśli, które naprowadzały go na zupełnie nowe koncepcje.

„Dobrze,   jeśli   uda   mi   się   wedrzeć   do   żołądka   Środy,   a   następnie   do 

prywatnego światka Złocienia, wówczas i tak będę jeszcze musiał odnaleźć Wolę, 
uwolnić ją i jakoś się wydostać. Zakładając, że roi się tam od piratów, samodzielna 
wyprawa byłaby szaleństwem... To przypomina opracowywanie planów napadu na 
bank... Muszę stworzyć zespół, który mi pomoże...

Szczury,   rzecz   jasna,   które   pokierują   łodzią   podwodną...   Ciekawe,   czy 

background image

potrafią walczyć... Chyba przydałoby mi się kilku Rezydentów, zdolnych do boju z 
piratami, choć moglibyśmy spróbować dyskretnie przeniknąć do środka. Ale na 
wszelki   wypadek...   Ciekawe,   czy   Środowa   Jutrzenka   byłaby   gotowa   się 
przyłączyć...   Pozostaje   jeszcze   kwestia   magii.   Gdybym   skłonił   doktora 
Scamandrosa do pomocy. .. I Spalonego Słońcem – on sprawdziłby się w walce, 
choć reszta załogi „Mola” nie na wiele by się zdała... ”

Monckton i OGoniasty wrócili i usiedli przy stole. Arthur popatrzył na nich 

pytająco.

–  Wyrażamy   zgodę   –   obwieścił   Monckton.   –   Możesz   skorzystać   z   łodzi 

podwodnej „Rattus Balaena” oraz jej załogi, jeśli uda ci się zdobyć do niej nową 
puszkę z paliwem. Zrobimy, co w naszej mocy, aby bezpiecznie przetransportować 
cię do brzucha wieloryba.

–   Świetnie!   –   uradował   się   Arthur.   –   Ale   zabierzecie   mnie   stamtąd   z 

powrotem, prawda? Razem z Wolą.

– Tak, jeśli to będzie możliwe, „Balaena” zaczeka, by zabrać cię z tamtego 

światka i wrócić z tobą do Morza Granicznego. Załoga nie będzie jednak mogła 
pomóc ci w zmaganiach ze Złocieniem na terenie jego domeny. Ryzyko jest zbyt 
duże.

– A co z dodatkowymi pasażerami, których mógłbym ze sobą zabrać? Będę 

potrzebował pomocy.

– „Balaena” dysponuje ograniczoną przestrzenią, jednostkę zbudowano dla 

nas,   Szczurów,   lecz   znajdzie   się   miejsce   dla   ciebie   i   może   jeszcze   sześciu 
Rezydentów normalnego wzrostu, jeżeli nikomu nie będzie przeszkadzała ciasnota. 
Trzeba się także przygotować na kilka guzów na głowach.

– Świetnie! Natychmiast biorę się do pisania listu do Pierwszej Damy, żeby 

mi   przysłała   puszkę   z   paliwem.   Czy   w   Porcie   Środy   macie   kogoś   z   jedną   z 
waszych butelek, abym mógł przekazać mu tę wiadomość?

– Oczywiście – odparł OGoniasty. Otworzył szufladę i podsunął Arthurowi 

grubą kartkę papieru, pióro i kałamarz, a także małe naczynko z piaskiem. – Gdy 
będziesz pisał, rozważymy nasze następne pytanie.

Chłopiec   zanurzył   pióro   w   atramencie   i   niezwłocznie   pochylił   się   nad 

papierem. Czarny płyn był odrobinę zbyt rzadki, przez co spływał z pióra i robił 
kleksy.

Droga Pierwsza Damo,
Nie wiem, czy otrzymałaś mój poprzedni list. Tak czy owak jestem na Morzu  

Granicznym i rozmawiałem  z Panią Środą, która mi wyjaśniła, w jaki sposób inni  
Wykonawcy przemienili ją w wieloryba. Powiedziała też, że chce oswobodzić Wolę  
oraz   przekazać   mi   klucz.   Rzecz   w   tym,   że   Wola   została   porwana   przez   pirata  
zwanego   Złocieniem,   który   współpracuje   z   Potomnymi   Dniami.   Zawarłem  

background image

porozumienie ze Szczurami w Wyproście, a one zdradziły mi, że sekretna przystań  
Złocienia znajduje się wewnątrz Środy. Szczury zgodziły się użyczyć mi swojej łodzi  
podwodnej,   abym   mógł   dostać   się   na   miejsce,   oswobodzić   Wolę   i   zaprowadzić  
porządek. Problem w tym, że do uruchomienia łodzi Szczury potrzebują puszki z  
paliwem z Odległych Rubieży. Czy mogłabyś przyśpieszyć tę sprawę, aby paliwo  
dotarło na miejsce jak najszybciej. Naprawdę jak najszybciej, nie w przyszłym roku  
albo nie wiadomo kiedy. Natychmiast. Teraz, zaraz.

Czy możesz także przysłać Suzy, aby mi pomogła? Jeśli zdołasz skontaktować  

się z Żeglarzem, to czy mogłabyś poprosić także jego o przybycie i udzielenie mi  
wsparcia?

Pozdrowienia,

Arthur

PS Prześlij odpowiedź za pośrednictwem Szczurów w Porcie Środy, bo one  

korzystają z symultanicznych butli. Dzięki temu szybciej dostanę list od Ciebie.

PPS   Czy   możesz   sprawdzić,   co   się   dzieje   w   moim   świecie?   Chciałbym  

wiedzieć, co Morze Graniczne zrobiło ze szpitalem. Dzięki.

Na koniec Arthur rozsypał po papierze nieco piasku, aby osuszyć atrament; 

widział,   że   tak   się   robi   w   biurach   Niższego   Domu.   Podniósł   kartkę,   przesypał 
piasek z powrotem do naczynka, następnie złożył papier, napisał na nim „Pierwsza 
Dama" i zapieczętował przesyłkę kciukiem. Podobnie jak wcześniej, odcisk jego 
palca zalśnił i pomarszczył się jak tęcza, przybierając postać rzetelnej pieczęci z 
wizerunkiem profilu Arthura w laurowym wieńcu.

– Zakładając, że puszka z paliwem szybko do nas dotrze, ile czasu upłynie, 

zanim będziemy mogli wejść na pokład łodzi podwodnej? – zapytał Arthur.

– Hm, „Balaena” znajduje się w Porcie Środy, najpierw zatem będziemy 

musieli tam się dostać – wyjaśnił OGoniasty. – Całą naprzód dotrzemy na miejsce 
w pięć  dni. To  dość  czasu,  aby  przysposobić  „Balaenę”,  będziemy   więc  mogli 
niezwłocznie odpłynąć na jej pokładzie.

– Pięć dni! – zawołał Arthur. – Cóż, chyba nie mamy innego wyjścia... Obym 

tylko zdołał wrócić do domu, jak to się działo do tej pory. Chyba będę potrzebował 
czasu na skontaktowanie się z osobami, które mogą mi dopomóc...

–   Nasze   symultaniczne   butle   są   do   twojej   dyspozycji   –   zadeklarował 

OGoniasty. – Rozumiem, że rachunek za ich użycie możemy przesłać Pierwszej 
Damie?

– Tak – potwierdził Arthur. – Ale nie zgadzam się, byście zawyżali ceny albo 

stosowali inne sztuczki. Uregulujemy tylko standardowe opłaty.

– To się rozumie samo przez się. Czy możemy zadać nasze drugie pytanie?

background image

Arthur skinął głową.
– Co Wola powiedziała ci na temat zniknięcia Architektki?
Pytanie   zaskoczyło   chłopca,   lecz   próbował   nie   okazywać   zdumienia. 

Zastanawiał   się,   czy   powinien   powtarzać   słowa   Woli.   Umowa   jednak 
obowiązywała, a zresztą w tym wypadku nie sądził, by ujawnienie tej informacji 
mogło okazać się w jakikolwiek sposób szkodliwe.

–   Chyba   oświadczyła   tylko,   że   odeszła   –   wyjaśnił   Szczurom.   – 

Pozostawiając Wolę.

– Jesteś pewien, że to jej dokładne słowa?
– Całkowicie. Tak, to było wtedy, gdy Wola tkwiła w gardle Suzy jako żaba. 

Powiedziała   coś   takiego:   „Wielka   Architektka   odeszła”   albo:   „Potem   Wielka 
Architektka odeszła”.

–   Nigdy   nie   wspomniała,   że   Architektkę   zabito   lub   zamordowano,   a 

sprawcami są jej słudzy, Potomne Dni?

Arthur upuścił kieliszek, który właśnie wziął do ręki. Żurawinowy sok rozlał 

się po stole niczym krew, zagrażając papierom. Steward natychmiast rzucił się na 
ratunek i ściereczką osuszył blat.

– Co takiego? Nie! Wola wspomniała coś o decyzji odejścia albo że to był jej 

własny wybór. Nigdy nie było mowy o tym, że Architektka zginęła... Uważasz, że 
Potomne Dni ją zgładziły? Architektkę wszech rzeczy? Jak miałyby to uczynić?

– Niektóre autorytety utrzymują, że nie żyje lub powróciła do Nicości, co na 

jedno wychodzi – wyjaśnił Monckton. – Chcieliśmy wiedzieć, co powiedziała ci 
Wola, bo ona zapewne zna prawdę i nie kłamałaby Prawowitemu Dziedzicowi.

–   Tego   nie   jestem   pewien   –   zaprotestował   Arthur.   –   Moim   zdaniem 

kłamałaby, gdyby jej to było na rękę. Pierwsza Część Woli mawiała, że niewiele 
wie, bo jest zaledwie jedną siódmą całej Woli. Muszę jednak przyznać, że odkąd 
została Pierwszą Damą, zachowuje się tak, jakby zjadła wszystkie rozumy.

– Naprawdę sądzisz, że Wola mogłaby cię okłamać?
Arthur   zastanawiał   się   przez   chwilę.   Nie   przypominał   sobie,   by   Wola 

kiedykolwiek   okłamała   go   wprost,   lecz   nie   potrafił   wyzbyć   się   wrażenia,   że 
uczyniłaby   to   bez   wahania,   gdyby   było   to   dla   niej   korzystne.   Wola   z   całą 
pewnością mogłaby okłamać go przez zatajenie niektórych spraw, nieinformowanie 
go o pewnych rzeczach, jeśli sam by nie zapytał.

– Tak, myślę, że tak – potwierdził. – Ale tylko wówczas, gdyby uznała to za 

celowe. Choćby po to, abym zrobił coś, co przystoi Prawowitemu Dziedzicowi.

– To ciekawe. Żywiliśmy nadzieję, że dowiemy się czegoś konkretnego o 

losach  Architektki,   lecz   najwyraźniej   nie   jest   to   jeszcze   możliwe.   Dziękujemy, 
Arthurze. Czy przygotowałeś trzecie pytanie?

– Wolałbym je zaoszczędzić na później, jeśli to możliwe. – Arthur nie chciał 

marnować trzeciego pytania, a musiał starannie przemyśleć wszystko, czego się 

background image

dowiedział.

– Możesz tak zrobić – przytaknął Monckton. – Rzecz jasna oznacza to, że 

my również będziemy mieli pytanie dla ciebie.

– To zrozumiałe. – Arthur przez chwilę siedział w milczeniu, układając w 

myślach  prowizoryczny plan postępowania. – Chciałbym rozesłać  jeszcze  kilka 
innych   listów.   Czy   macie   butelkę   na   pokładzie   „Mola”?   Tego   statku, 
wydobywającego co cenniejsze szczątki. Płynąłem na jego pokładzie.

– Wątpię – odparł OGoniasty. Wyciągnął z kieszeni niewielką książeczkę i 

przystąpił do jej wertowania. – Zajrzę do listy.

– Czy istnieje inny sposób na przekazanie wiadomości załodze tej jednostki?
– Sposobów jest wiele – powiedział Monckton. – Większość jednak opiera 

się   na   magii,   a   nie   uprawiamy   magii   Domu,   z   wyłączeniem   nawigacji.   Jeśli 
Środowa Jutrzenka jeszcze tu jest, może w twoim imieniu przesłać wiadomość na 
statek. Jutrzenka dysponuje potężną mocą w obrębie Morza Granicznego.

– Chciałbym z nią porozmawiać – przyznał Arthur. – Powiedziała mi jednak, 

że ma ważne sprawy na głowie.

–  Na  pokładzie  „Mola”  nie  mamy  butelki  ani  też   żadnego  wysłannika  – 

oznajmił OGoniasty. – Wyślę jednak kogoś, by sprawdził, czy Środowa Jutrzenka 
nadal pozostaje w Trójkącie.

Otworzył   drzwi   i   szybko   powiedział   coś   do   Szczura,   który   czuwał   za 

progiem.

–   Magia...   –   mruknął  Arthur   i   nagle   przypomniał   sobie,   że   Scamandros 

wsunął mu coś do kieszeni. Chłopak zamierzał przełożyć to do butów, aby tam było 
bezpieczne,   lecz   kompletnie   o   tym   zapomniał.   Czy   go   nie   zgubił?   Sięgnął   do 
głębokiej kieszeni i przez moment sądził, że przedmiot znikł. Dopiero po chwili 
zacisnął palce na czymś chłodnym i metalicznym.

Nagle uświadomił sobie, że OGoniasty  i Monckton przypatrują mu  się z 

zaciekawieniem,   szybko   więc   wyciągnął   rękę.   Szczury   wydawały   się   godne 
zaufania,   lecz   nie   musiały   wiedzieć   wszystkiego,   zwłaszcza   jeśli   zamierzały 
handlować z nim informacjami. Arthur uznał, że powinien mieć w zapasie kilka 
tajemnic.

– Czy pozwolisz, bym wskazał ci drogę do kabiny? – spytał OGoniasty. – 

Podniesienie   ciśnienia   w   kotłach   potrwa   około   godziny,   potem   wyruszymy   w 
drogę.   Podróż   rozpoczniemy   wcześniej,   jeśli   będziemy   mogli   rozwinąć   żagle. 
Bryza   chwilowo   nam   nie   sprzyja,   lecz   może   się   zmienić,   wówczas   szybciej 
dotrzemy do Portu Środy.

– Dziękuję – odparł Arthur. Uznał, że obejrzy podarunek od Scamandrosa na 

osobności, a może skorzysta z muszli i lusterka, by sprawdzić, jak sobie radzi Liść.

– Zamieszkasz w mojej kajucie, wejście do niej jest naprzeciwko – wyjaśnił 

OGoniasty, a następnie otworzył drzwi i wskazał inne, po drugiej stronie korytarza. 

background image

Musiała nastąpić zmiana warty, bo za progiem stał obcy Szczur, który odsunął się i 
zasalutował. Chłopiec pomyślał, że na szczurzym statku panuje znacznie większa 
dyscyplina niż na „Molu”.

Arthur   ukłonił   się   strażnikowi,   pokonał   korytarz   i   wszedł   do   kabiny. 

Pomieszczenie okazało się mniejsze od pokoju, w którym przebywał do tej pory, 
nie miało więcej niż pięć metrów długości i cztery metry szerokości. Przy ściance 
działowej ujrzał złożoną koję, a obok biurko, przy którym stało krzesło.

Chłopiec usiadł i zdjął buty, by wydobyć z nich Atlas, zaproszenie od Środy, 

muszlę   i   lusterko.   Wszystkie   przedmioty   przełożył   do   wewnętrznych   kieszeni 
płaszcza, a potem wyciągnął metalowy podarunek od Scamandrosa.

Rzecz   przypominała   jajko  i  była  wykonana  ze   złota.  Z boku  przedmiotu 

sterczał mały, rzeźbiony uchwyt. Arthur szarpnął za niego, a wówczas jajko się 
otworzyło.  Z  jednej   strony   znajdował   się   zegarek   o   tarczy   z   kości   słoniowej   i 
cyfrach   misternie   zdobionych   drobnymi   szmaragdami.   Wskazówki   zrobiono   z 
łagodnie świecącego, niebieskiego metalu. Po drugiej stronie widniał miniaturowy, 
zaskakująco  wierny   portret  doktora  Scamandrosa.  Gdy  Arthur  wpatrywał  się  w 
podobiznę, tatuaże na twarzy doktora nagle się poruszyły, a bladobłękitne niebo w 
tle znikło. W jego miejscu pojawiły się kłęby ciemnego dymu i słabo oświetlone 
postaci, zajęte walką lub tańcem. Doktor odwrócił głowę, jakby chciał się obejrzeć 
za siebie.

Arthur odetchnął głęboko, a Scamandros wbił w chłopca niespokojny wzrok.
– Arthurze! – zapiszczała drobna postać, której głos z trudem przebijał się 

przez   kakofonię   wrzasków,   krzyków,   wybuchów   i   dźwięczącego   metalu.   – 
Pomocy! Podaj mi rękę!

Chłopiec bez zastanowienia dotknął miniaturki palcem. Natychmiast coś go 

złapało i wciągnęło do środka jajka najpierw jeden jego palec, potem pozostałe, a 
na koniec całą rękę. Arthur poczuł, że ktoś – lub coś – chwyta go z całej siły. 
Ogarnięty paniką gwałtownie szarpnął rękę, aby się oswobodzić.

Miał   wrażenie,   że   podnosi   ogromny   ciężar.   Poczuł,   jak   napinają   mu   się 

ścięgna w łokciu i ramieniu, zupełnie jakby lada moment miały popękać. Odchylił 
się i zaparł nogami o ścianę, ciągnąc z całej siły. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, 
przewrócił się na plecy, a obok niego spoczął na podłodze doktor Scamandros.

– Zamknij zegarek! – zaskrzeczał. – Zamknij zegarek!
Arthur skoczył gwałtownie, a gdy pośpiesznie wyciągał rękę do urządzenia, 

usłyszał dziwny świst i ze środka zegarka wytrysnął długi, oleisty płomień, który 
trafił   w   żelazny   sufit   kabiny.   Płomienie   opaliły   nieco   farbę   i   momentalnie 
wypełniły pomieszczenie krztuszącym dymem.

Chłopiec   zadowolony,   że   ma   na   dłoniach   rękawice,   szybkim   ruchem 

zamknął zegarek. Oleisty płomień znikł, ale pozostawił po sobie mnóstwo dymu. 
Arthur zaniósł się kaszlem i pocierając oczy, otworzył drzwi oraz iluminator, aby 

background image

przewietrzyć   kabinę.   Spojrzał   na   Scamandrosa,   który   wciąż   spoczywał   na 
podłodze.

– Doktorze, nic ci nie jest? Skąd się tu wziąłeś? I w jaki sposób?
–   Tylko   nabieram   sił   –   sapnął   Scamandros.   –   Lordzie   Arthurze, 

skontaktowałeś   się   ze   mną   w   wyjątkowo   stosownym   momencie.   Niech   będzie 
pochwalona Architektka za to, że przeczucie nakazało mi wręczyć ci transferowy 
zegarek.

– Transferowy zegarek?
– Tak jest, to jedna z moich prac zaliczeniowych na studiach. – Scamandros 

usiłował się pozbierać, lecz zaplątał się w ogony żółtego szynela i wstał dopiero 
wtedy, gdy Arthur podał mu dłoń. – Sądziłem, że dzięki zegarkowi zamienimy ze 
sobą słowo, ale transfer okazał się jak najbardziej wskazany.

– Dlaczego? Co się stało z „Molem” i ze wszystkimi?
– „Mól” został wzięty – oznajmił Scamandros ze spuszczonym wzrokiem. – 

Zajął go pirat Złocień.

– Co takiego... ?
Arthur nie dokończył, gdyż na korytarzu rozległy się krzyki: „Pożar!”, a parę 

sekund   później   do   kajuty   wparowało   kilka   Szczurów   marynarzy,   objuczonych 
wiadrami i sikawką. Na szczęście ciśnienie wody okazało się mizerne i z wylotu 
węża tylko sączył się cienki strumyk.

– Gdzie się pali? – wrzasnęła Szczurzyca, która wpadła pierwsza.
– Ogień ugaszony – pośpieszył z zapewnieniem Arthur. – Nie warto się nim 

przejmować.

–   A   to   kto?   –   zapytała   Szczurzyca   podejrzliwie,   wlepiając   wzrok   w 

umorusanego, zaskakująco niskiego Rezydenta w żółtym szynelu, który pojawił się 
w nader tajemniczy sposób.

Doktor Scamandros ukłonił się, ale nie uśpił czujności marynarza. Zwierzę 

się rozejrzało, aby sprawdzić, czy nie przeoczyło jakiegoś płomienia, potem skinęło 
Arthurowi głową i wycofało się.

–   Proszę   pozostać   w   kabinie,   wasza   lordowska   mość   –   oświadczyła 

Szczurzyca. – Idę po dowódcę wachty – dodała i zamknęła za sobą drzwi.

Arthur nie był pewien, co się teraz stanie.

background image

Rozdział 18

Po   chwili   ktoś   zastukał   do   drzwi.   Arthur   otworzył   i   na   progu   ujrzał 

OGoniastego z szablą w garści. Za jego plecami tłoczyło się pół tuzina Szczurów, 
chronionych  kirysami   i  hełmami,   zbrojnych  w  krótkie  kusze  lub  przycięte  piki 
abordażowe.

–   Masz   gościa,   lordzie   Arthurze?   –   spytał   OGoniasty   uprzejmie,   nie 

odrywając   chłodnego   spojrzenia   od   Scamandrosa,   który   siedział   na   krześle   i 
przykładał do czoła żółtą jedwabną chustkę.

– Tak, doktora Scamandrosa z „Mola” – wyjaśnił Arthur. – Przybył przez 

transferowy zegarek.

– Czy jesteś pewien, że to naprawdę doktor Scamandros? – dopytywał się 

OGoniasty.   –   Możliwe,   że   mamy   tu   Niconia,   który   przybrał   postać   twojego 
znajomego. Transfery można przechwytywać lub przekierunkowywać.

Chłopiec   popatrzył   na   Scamandrosa   uważniej   niż   dotąd.   Doktor   z   całą 

pewnością wyglądał tak samo...

–   Naprawdę   jestem   doktorem   Scamandrosem!   –   zaprotestował   Rezydent 

słabym głosem.

– Udowodnij – zażądał OGoniasty.
–   Szczury!   Nigdy   nie   wierzycie   nikomu   na   słowo   –   poskarżył   się 

Scamandros. – Skoro koniecznie musisz ujrzeć dowód, oto kilka dokumentów.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni szynela i wyciągnął cienką, skórzaną teczkę 

na  dokumenty,   przewiązaną   różową   wstążką.   Rezydent  rozwiązał   ją   i  wyjął   ze 
środka   pergamin,   który   wręczył   porucznikowi   OGoniastemu.   Szczur   uważnie 
obejrzał dokument. Arthur nie widział, co dokładnie jest na nim napisane, lecz 
przelotnie   dostrzegł   trójwymiarowy   portret   doktora   Scamandrosa,   który   się 
poruszał i obracał. Pod podobizną przesuwał się pasek z tekstem.

– To tylko studencka legitymacja, wydana przez Zastępcę Dziekana Szkoły 

Magii w Wyższym Domu – zauważył OGoniasty. – Jeśli ten dokument nie jest 
fałszywy, to co robisz na Morzu Granicznym?

– Do niedawna piastowałem funkcję Zaklinacza Nawigatora na pokładzie 

okrętu „Mól” – wyjaśnił Scamandros. – Pozostawałem na tym stanowisku przez 
kilka tysięcy lat i dodam, że dawało mi ono pełną satysfakcję. Na potwierdzenie 
swoich słów mogę przedłożyć list od kapitana Kotapoduchy.

Wręczył   OGoniastemu   złożoną   kartkę   papieru,   którą   Szczur   również 

starannie przeczytał.

–   Przede   wszystkim   chciałbym   wiedzieć,   co   cię   sprowadziło   na   Morze 

Graniczne? – spytał.

Po   policzkach   Scamandrosa   przetoczyły   się   tatuażowe   burze,   a   palce 

background image

zadrżały mu z irytacji.

– To nie twoja sprawa, młody Szczurze!
– Wszedłeś na pokład bez pozwolenia – oświadczył OGoniasty ponuro. – 

Jeśli nie odpowiesz na moje pytania, będziemy zmuszeni...

–  To   mój   gość!   –   wtrącił   się  Arthur.   –   Można   powiedzieć,   że...   sam   go 

wprowadziłem na pokład.

Scamandros z rezygnacją machnął ręką. Burze na jego policzkach ustąpiły, a 

wytatuowane tam okręty spokojnie zarzuciły kotwice. Na czole zajaśniało słońce, 
które zaczęło zielenieć, powoli zbliżając się do prawego ucha.

– Mniejsza z tym, lordzie Arthurze. Powszechnie wiadomo, że Szczury nie 

spoczną, dopóki nie wetkną nosa w cudze sprawy i tajemnice. Przybyłem na Morze 
Graniczne,   aby   znaleźć   swoje   końcowe   prace   egzaminacyjne,   które   podobno 
zaginęły, nim zdołano wystawić mi stopnie. Uznałem, że jeśli je odnajdę i przekażę 
do   rzetelnej   oceny,   wówczas   otrzymam   tytuł   naukowy   i   ponownie   zostanę 
dopuszczony do uczonych środowisk Wyższego Domu. Teraz rozumiem, że moje 
nadzieje były płonne. Podejrzewam, że moje prace w gruncie rzeczy nigdy nie 
zginęły i dlatego nie pojawią się ponownie w Morzu.

– Te słowa potwierdzają twoją tożsamość – przyznał OGoniasty. Następnie 

ukłonił się i dodał: – Lubimy mieć pewność, kogo gościmy na statku, doktorze. Tak 
się   składa,   że   twoja   „tajemnica”   była   nam  już   znana.   Jeśli   lord  Arthur   zechce 
potwierdzić, że jesteś jego gościem, z radością powitamy cię na pokładzie „Rattusa 
Navisa IV”.

– Potwierdzam, że doktor Scamandrus jest moim gościem – rzekł Arthur. – 

Zresztą i tak miałem nadzieję, że uda mi  się go skłonić do udziału w mojej... 
ekspedycji.

– W ekspedycji? – powtórzył Scamandros. – Hm, gdybym mógł najpierw 

dostać filiżankę herbaty oraz ciastko, śmiem twierdzić, że niewielka ekspedycja 
byłaby mile widziana...

–  Zanim  na   nią   wyruszymy,  musimy   dostać   się   do  Portu   Środy   –  dodał 

chłopiec. – Będziesz miał kilka dni na odzyskanie sił, doktorze.

– Wybornie! – rozpromienił się Scamandros i powiódł wzrokiem po kajucie. 

– Czy mógłbym wyciągnąć się na tej koi? Trochę mi słabo...

– Chyba tak – powiedział chłopiec. – Chciałbym tylko wiedzieć, co się stało 

z „Molem”. Czy... ktoś zginął? Czy Spalony Słońcem nie ucierpiał?

–   Wszyscy   trafili   do   niewoli   –   westchnął   doktor   Scamandros   ponuro, 

wdrapując się na koję. Popatrzył na swój brzuch i starannie zasłonił go szynelem. – 
Wszyscy, którzy przeżyli. Spalony Słońcem? Sam nie wiem. Panował potworny 
zamęt. Wszędzie kłęby dymu, a na dodatek Złocień rzucił zaklęcie, które sprawiło, 
że   deski   zaczęły   nas   kąsać   w   kostki.   Kapitan   i   pan   Zgodniak   wycofali   się   do 
głównej kajuty, podczas gdy Spalony Słońcem kierował obroną. Cała burta armat 

background image

„Dreszcza”   z   bliskiej   odległości   wystrzeliła   salwę   szrapneli,   które   przeorały 
pokład,   i   po   chwili   wszędzie   zaroiło   się   od   piratów.   Pobiegłem   na   forpik   z 
zamiarem wskoczenia do wody, kiedy usłyszałem dzwonek mojego transferowego 
zegarka...

– Ale skąd Złocień wiedział, gdzie jesteście? Czy „Mól" nadal znajdował się 

na plaży?

– Na plaży? Nie, skąd. Pozostawaliśmy tam tylko przez dwa tygodnie, choć 

dla Spalonego Słońcem było to o tydzień za długo, rzecz jasna. Gdy naprawiliśmy 
statek, wyruszyliśmy z powrotem na Morze Graniczne. Wtedy właśnie dopadł nas 
Złocień. „Dreszcz" czekał dokładnie tam, gdzie przekroczyliśmy  Pas Burz. Nie 
mam pojęcia, jak Złocieniowi udało się dowiedzieć, którędy wpłyniemy na Morze 
Graniczne. Nienawidzę go i gardzę nim jako piratem, to oczywiste, niemniej muszę 
pochylić czoło przed jego sztuką magiczną.

–   Przebywaliście   na   plaży   przez   dwa   tygodnie?   Przecież   od   naszego 

rozstania minęło zaledwie kilka godzin.

– Czas płynie naprawdę w Domu...
– ... a błądzi gdzie indziej – dokończył Arthur. Myślał o powrocie do domu, 

zanim ktoś zacznie za nim tęsknić. – Ale różnica jest ogromna.

– Bywały większe – zauważył Scamandros. – Kiedyś opuściliśmy Dom na 

okrągły   rok,   a   wróciliśmy   zaledwie   kwadrans   później.   Nie   zdążyła   ostygnąć 
herbata w imbryku, który zostawiłem na stoliku w kącie kawiarni U Ciotuni Sally 
w Porcie Środy Muszę przyznać, że to potrafi wyprowadzić z równowagi. A teraz 
powiedz mi, lordzie Arthurze, cóż to za ekspedycję planujesz?

– To będzie bardzo trudna wyprawa – zaczął Arthur ostrożnie. – Problemy 

już się mnożą. Zamierzam przedostać się do sekretnej przystani Złocienia i coś mu 
ukraść. Teraz jednak sądzę, że powinienem spróbować także uwolnić pozostałych 
przy życiu członków załogi „Mola".

–   Lordzie  Arthurze,   to   nie   byłoby   rozsądne   posunięcie   –   przestrzegł   go 

OGoniasty. – Naszym zdaniem masz niewielką szansę dokonania infiltracji w celu 
odnalezienia i odzyskania poszukiwanego przedmiotu. Ta szansa drastycznie się 
zmniejszy, jeśli podejmiesz także próbę oswobodzenia niewolników.

–   Sam   się   o   tym   przekonam   –   oświadczył  Arthur   uparcie.   –   Co   o   tym 

sądzisz, doktorze? Czy mogę liczyć na twoje wsparcie?

–   Rzecz   jasna,   pozostaję   do   usług,   lordzie   Arthurze   –   zadeklarował 

Scamandros. – Czy mogę spytać, gdzie się znajduje osławiona sekretna przystań 
kapitana Złocienia?

– Wewnątrz Utopionej Środy...
Arthur nie skończył, kiedy głowa Scamandrosa niespodziewanie opadła do 

tyłu i grzmotnęła o poduszkę.

– Doktorze?

background image

OGoniasty   podszedł   do   łóżka,   popatrzył   na   Rezydenta   i   podniósł   mu 

powiekę.

– Stracił przytomność – oświadczył i poruszył wąsami. Jego wzrok padł na 

środek tułowia leżącego. Sięgnął pod szynel doktora, a gdy wyciągnął łapę, ujrzał 
na niej plamy niebieskiej krwi.

– Pędem po pana Yongtina! – warknął do jednego z marynarzy.
– Wszystko z nim w porządku? – zaniepokoił się Arthur.
– Podziurawiony szrapnelami – wyjaśnił OGoniasty. – Dziwne, że palto jest 

całe...   Nie   pomyślałbym,   że   mógłby   zemdleć   wyłącznie   z   powodu   tych   ran. 
Przecież jest Rezydentem. , .

Pochylił   się   niżej   i   przez   chwilę   węszył   intensywnie,   aż   mu   się   wąsy 

zatrzęsły. Po chwili odsunął się gwałtownie i otarł pysk czystą, biała chustką.

– Zatrucie Nicością – obwieścił. – Złocień musiał dłubać przy szrapnelach. 

Nie mam pojęcia, jak je zespolił...

Urwał, kiedy do kajuty wbiegł wysoki, łaciaty Szczur w długim fartuchu na 

surducie i natychmiast zbliżył się do doktora Scamandrosa, po drodze odpychając 
OGoniastego,   który   stał   mu   na   drodze.   Obwąchał   Rezydenta,   otworzył   małą 
walizkę i przystąpił do wyciągania ze środka rozmaitych instrumentów, między 
innymi sporych kleszczy, które położył na stole.

– Muszę wyciągnąć z niego ołów przetkany Nicością – wyjaśnił Szczur. – 

OGoniasty, opróżnij kabinę, żebym miał spokój.

–   Pan   Yongtin   –   wyszeptał   OGoniasty,   wyprowadzając   Arthura   z 

pomieszczenia   i   wiodąc   go   korytarzem   do   dużej   kajuty,   w   której   wcześniej 
chłopiec spotkał się z komandorem Moncktonem.  – Pierwszorzędny lekarz, ale 
niezbyt rozmowny.

– Czy... czy doktor Scamandros umrze? – spytał Arthur.
–   Zapewne   nie   –   odparł   OGoniasty.   –   Zabicie   Rezydenta   nie   jest   prostą 

sprawą. Zależy, czy Yongtin wydobędzie Nicość, zanim ranny zdąży się zbytnio 
rozpuścić pod jej wpływem. Przez pewien czas będzie jednak osłabiony, raczej 
więc nie należy liczyć na jego udział w ekspedycji.

–   Mam  nadzieję,   że   wydobrzeje   –   westchnął  Arthur.   Ogarnęły   go   lekkie 

wyrzuty   sumienia,   bo   chciał   wyzdrowienia   Scamandrosa   nie   tylko   dlatego,   że 
dobrze mu życzył, lecz także z powodu wyprawy.

–   Zaprowadzę   cię   do   innej   kajuty   –   zaproponował   OGoniasty.   –   Może 

powinieneś nieco odpocząć, jeśli potrafisz. Już dawno temu odkryliśmy, że choć 
sen nie jest absolutnie niezbędny w Domu, to półśmiertelnicy i my, śmiertelnicy, 
jesteśmy pogodniejsi, jeśli damy szansę odetchnąć zmęczonym ciałom i umysłom.

– Odpoczynek dobrze by mi zrobił – przyznał Arthur. – Najpierw muszę 

jednak załatwić pewną sprawę, a do tego jest mi potrzebny ktoś, kto będzie nade 
mną czuwał. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, możesz podjąć się tego zadania.

background image

Gdy weszli do innej kajuty, Arthur pokrótce wyjaśnił OGoniastemu istotę 

obserwacyjnego zaklęcia, przygotowanego przez Scamandrosa po to, by chłopiec 
mógł sprawdzać, czy Liść dobrze się miewa. Arthur zademonstrował Szczurowi 
lusterko i muszlę.

– Nie mogę osobiście nad tobą czuwać – wyjaśnił OGoniasty. – Ostatecznie 

jestem kapitanem tego statku. Wyznaczę jednak kogoś godnego zaufania, przyjdzie 
tu za parę minut.

Sprawiał wrażenie lekko urażonego.
– Ojoj – mruknął Arthur pod nosem, kiedy Szczur wyszedł. Najwyraźniej nie 

należało   prosić   dowódcy   statku   o   wykonanie   tak   prozaicznej   czynności,   jak 
pilnowanie pasażera zapatrzonego w lusterko.

Zgodnie z zapowiedzią kapitana, kilka minut później ktoś zapukał do drzwi. 

Arthur otworzył znajomemu Szczurowi.

– Starszy mat działonowy Watkingle – powiedział, gdy Szczur zasalutował i 

nabrał powietrza, by się przedstawić.

– A niech mnie! Zapamiętałeś, wasza lordowska mość.
– Dziękuję, że tak szybko przyszedłeś – dodał Arthur. – Czy kapitan wyjaśnił 

ci, co masz robić?

– Mam stać na straży, gdy ty, wasza lordowska mość, będziesz się zajmował 

magią – odparł Watkingle i poklepał szablę u boku. – A jeśli twoje oczy zżółkną 
albo zaczniesz się  dziwnie zachowywać czy  wygadywać osobliwości, to wtedy 
trzasnę cię w czerep rękojeścią tej tu szabli.

– Hm, to niezupełnie... – zaczął Arthur, lecz wzruszył ramionami i skinął 

głową.

Pomyślał, że jeśli jego oczy pożółkną i zacznie wygadywać coś bez sensu, to 

faktycznie cios w głowę będzie najskuteczniejszy.

Słońce albo światło, emitowane ze sklepienia Morza Granicznego, wpadało 

przez iluminator. Arthur usiadł, wyjął lusterko, ustawił je pod odpowiednim kątem 
do światła i przyłożył muszę do ucha.

Znowu   zaczął   myśleć   o   Liść.   W   jego   umyśle   pojawiło   się   kilka   wizji. 

Przypomniał sobie, jak ujrzał ją po raz pierwszy, kiedy nie chciała biegać razem z 
bratem, Edem. Potem w jej domu, gdy Sponiewierak przedzierał się przez drzwi 
wejściowe.

Te   obrazy   na   krótko   pojawiały   się   na   powierzchni   lustra,   które   nagle 

pociemniało.  Arthur   usłyszał,   jak   zmienia   się   szum   wewnątrz   muszli.   Usłyszał 
stukot  kroków,  potem syk zapalanej zapałki.  Obraz  w lusterku  nagle  pojaśniał, 
mrok ustąpił.

Chłopiec ujrzał bladą dłoń, która przysuwała zapałkę do lampy. Po chwili 

knot się zapalił, rozjaśniając niewielką przestrzeń na statku. Nie była to cela, w 
której wcześniej siedziała Liść, chociaż sufit znajdował się na wysokości zaledwie 

background image

metra dwudziestu. Pomieszczenie okazało się długie i wąskie.

Liść była w środku. Wyglądała zupełnie inaczej niż ostatnio. Miała włosy 

przewiązane   niebieską   bandanką,   nosiła   koszulę   w   niebieskie   pasy   i   czarne 
spodnie,   a   końce   cholew   jej   marynarskich   butów   marszczyły   się   na   kolanach. 
Nawet   w   tak   migotliwym   świetle  Arthur   wyraźnie   widział,   że   dziewczyna   ma 
znacznie   ciemniejszą   skórę   niż   poprzednio,   spaloną   na   brąz   przez   jakieś 
nieziemskie słońce.

Wraz z nią w pomieszczeniu przebywał podobnie ubrany chłopak. To on 

zapalił lampę, która teraz wisiała na haku pod sufitem.

– Nie rozumiem, czemu mamy się bić, Albercie – westchnęła Liść. – Tak 

sobie myślę, że to głupie. W końcu przecież dobrze się dogadujemy.

– To zwyczaj – odparł Albert ze smutkiem. – Też nie chcę się bić, ale kapitan 

powiedział, że musimy. „Chłopcy pokładowi zawsze się biją – mówił. – A panna 
Liść jest na pokładzie od miesiąca bez jednej bijatyki. Zajmij się tym, bo oboje 
dostaniecie po dwadzieścia solidniaków na dwunastofuntówce”.

– Co?
– Dwadzieścia uderzeń laską Rondla na jednej z armat – wytłumaczył jej 

Albert,   podwijając   rękawy.   –  To   bolałoby   znacznie   bardziej   niż   cokolwiek,   co 
możesz mi zrobić.

– Usiłujesz wyprowadzić mnie z równowagi – zauważyła Liść. Nie kłopotała 

się podwijaniem rękawów i tylko oparła się o wygiętą, wewnętrzną rozporę. – Nic 
z tego. Uczyłam się psychologii. Wiem, co zamierzasz.

–   I   to   chyba   wszystko,   co   wiesz   –   mruknął  Albert,   choć   w   jego   głosie 

brakowało zapału. – Zmęczyło mnie bezustanne uczenie cię codziennych rzeczy, 
które już powinnaś umieć.

–   Takich,   jak   różnica   między   gaflem   bezana   a   reją   marsla   bezana?   – 

parsknęła Liść. – Jakby to mogło mi się przydać po powrocie do domu.

– Ciągle powtarzam ci, że nie wracasz do domu – burknął Albert. – Takie 

rzeczy się nie zdarzają, i tyle. Równie dobrze możesz się pogodzić z myślą, że 
jesteś jednym z dzieci Szczurołapa, a przynajmniej nie jesteś lepsza.

– Arthur mnie znajdzie – oświadczyła dziewczyna. – Jest Mistrzem Niższego 

Domu i w ogóle. Prędzej czy później wrócę do domu.

– Jasne, a Rondel da nam dodatkowy budyń śliwkowy za dobrą robotę – 

prychnął Albert. Nagle rzucił się przed siebie i rąbnął Liść w twarz.

– Au! Co, cholera...
Albert ponownie się na nią rzucił, ale gdy tym razem wyprowadził cios, Liść 

wykonała   wielokrotnie   ćwiczony   unik   w   bok   i   lewą   dłonią   oraz   prawą   ręką 
unieruchomiła   jego   ramię.   Następnie   szybko   się   obróciła   i   posłała  Alberta   na 
ścianę.

Chłopak rąbnął o deski statku. Zamiast jednak dać za wygraną, odwrócił się i 

background image

ponownie uderzył dziewczynę, tym razem w brzuch. Liść upadła na plecy, z trudem 
chwytając powietrze.

– To chyba wystarczy. – Chłopak wierzchem dłoni otarł zakrwawiony nos. – 

Kapitan   będzie   zadowolony,   jak   zobaczy   krew,   a   jeśli   jeszcze   postarasz   się 
pochodzić zgięta wpół przez godzinę lub dwie...

– Pewnie będę musiała, tłumoku – warknęła Liść. – Wystarczyło powiedzieć, 

że potrzebujesz tylko rozbitego nosa.

–   Pomyślałem,   że   lepiej   będzie,   jeśli   to   ty   będziesz   miała   rozbity   nos   – 

westchnął. – Nie miałem pojęcia, że umiesz się bić. Co to za zapaśnicza sztuczka?

– Dżudo. – Liść wyprostowała się i odetchnęła głęboko. – Znam jeszcze 

inne, więc lepiej uważaj.

– Teraz znowu możemy się przyjaźnić – oświadczył Albert i wyciągnął rękę. 

– Przez jakieś trzy miesiące, do czasu, gdy kapitan postanowi, że powinniśmy się 
bić. Chyba że zabierzemy nowych chłopców pokładowych. Albo zafundują nam 
czyszczenie między uszami i będziemy musieli zacząć wszystko od nowa.

– Czyszczenie między uszami? To nie brzmi zachęcająco – odparła Liść, gdy 

podawali sobie dłonie.

– Bo to nic przyjemnego. W sumie to dziwna sprawa, jak teraz o tym myślę. 

Na   całym   Morzu   Granicznym   panuje   bałagan,   no   bo   Środa   zmieniła   się   w 
wielgachne   rybsko,   ale   pranie   między   uszami   nadal   jest   regularnie 
przeprowadzane. Zawsze pojawia się ktoś, kto to robi, co kilkadziesiąt lat. Nigdy o 
tym nie myślałem. Nie wiem, czemu komuś się chce. W sumie jesteśmy przecież 
tylko bachorami Szczurołapa.

– Spytam Arthura – orzekła Liść. – Chcę wiedzieć, dlaczego Szczurołap was 

tutaj ściągnął. I Szczury w Wyproście.

Albert wzruszył ramionami.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Za dużo roboty. Właśnie, lepiej 

zbierajmy się na górę, zanim krew przestanie mi lecieć z nosa.

Opuścił   lampę   i   zdmuchnął   płomień.   Arthur   słuchał,   jak   chłopak   ją 

odwiesza. Potem rozległ się cichy odgłos ich kroków. Zamierzał oderwać wzrok od 
lusterka, kiedy zza ramki wdarł się wąski strumień światła, na którego tle pojawiły 
się  sylwetki  Liść  i Alberta.  Kiedy  otworzyli  właz  i  ruszyli  do  wyjścia,  z  góry 
dobiegały  donośne  krzyki wielu  osób. W rozgardiaszu Arthur dopiero po kilku 
sekundach rozpoznał pojedyncze słowa.

– Szybko na stanowiska!
– To „Dreszcz”!
Gdy Arthur usłyszał wołanie, lusterko przesłoniła osobliwa, czerwona plama, 

niczym   purpurowy   olej,   który   rozlał   się   po   wodzie.   Ciemny   obraz   wnętrza 
„Latającej Modliszki” został zastąpiony obiektem oświetlonym przez nieznośnie 
jaskrawe, zielonkawe słońce, tak przenikliwe, że Arthur musiał zmrużyć oczy.

background image

– Noś sobie rękawice – zabrzmiał głos, dobiegający z głębi oślepiającego 

światła. – I tak widzę ślad mojej Czerwonej Dłoni!

background image

Rozdział 19

Arthur usiłował odwrócić wzrok, lecz niewidzialna siła  unieruchomiła mu 

głowę i zmusiła go do spoglądania w lusterko.

– Przybędziesz do mnie – rozkazał głos w świetle. Brzmiał niewiele głośniej 

niż szept, lecz odbijał się echem w umyśle Arthura. – Wyciągnij do lustra dłoń w 
czerwieni.

Palce chłopca drgnęły. Poczuł, jak suną po tafli zwierciadełka, całkowicie 

niezależne. Cała dłoń gotowa była zanurzyć się w otoczonym srebrną ramką szkle. 
Przez na wpół przymknięte oczy Arthur ujrzał wyłaniającą się ze światła twarz. 
Oblicze kojarzyło się z gębą starego, poparzonego trupa z bagien.

– Okradłeś Złocienia, teraz za to zapłacisz – wysyczało. Arthur zrozumiał, że 

ma   przed   sobą   samego   pirata,   o   fizjonomii   zrujnowanej   przez   czary   i 
zdeformowanej Nicością. – Sięgnij do lustra!

–   Nie!   –   wrzasnął  Arthur.   Nie   mógł   zamknąć   oczu,   lecz   udało   mu   się 

odwrócić głowę i odsunąć od siebie muszlę. Mimo to głos Złocienia nie milkł, 
bezustannie szepcząc w umyśle chłopca.

– Zapłacisz... sięgnij do lustra... sięgnij do lustra...
Arthur poczuł w głowie przenikliwy ból – głos ucichł. Chłopiec zamrugał 

kilka razy i w ostatniej chwili zdołał unieść ręce, aby zasłonić się przed następnym 
ciosem, który Watkingle zamierzał po raz drugi zadać mu głowicą szabli.

– Nie! Dość! Nic mi nie jest!
Szczur opuścił szablę.
– Nie byłem pewien, czy rąbnąłem dość mocno – oświadczył. – Pomyślałem, 

że zacznę od lekkiego puknięcia, jakbym stukał w stół, żeby zamówić kolejkę.

–   Dziękuję   –   mruknął  Arthur   i   pomacał   się   po   guzie   na   czubku   głowy. 

Ogarnęła   go   lekka   fala   mdłości,   przełknął   ślinę.   Uznał,   że   to   objaw   choroby 
morskiej.

– Wrzeszczałeś cicho – zauważył Watkingle. – Słowo daję, przeszły mnie 

ciarki.

– Mnie też – odparł chłopiec. Usiadł i rozejrzał się, usiłując nie myśleć o 

chwilowych   zawrotach   głowy.   Lusterko   leżało   na   podłodze,   przez   jego   środek 
przebiegało wielkie pęknięcie. Zmiażdżona muszla spoczywała pod stopą chłopca.

W   kącie   kajuty   paliła   się   umocowana   na   stałe   lampa   gazowa,   za 

iluminatorem   panowały   ciemności.   Statek   wibrował   cichym,   jednostajnym 
pomrukiem, a w oddali słychać było łomot, zupełnie jakby ktoś walił w worek 
bokserski, niezgodnie z rytmem lekkiego kołysania się statku.

– Jak długo patrzyłem w lusterko?
– Od czterech szklanek popołudniowej wachty do sześciu szklanek pierwszej 

background image

– wyjaśnił Watkingle. – Dziewięć godzin, mniej więcej.

–   Myślałem,   że   minęło   kilka   minut.   Chyba   byli   daleko   w   Poślednich 

Królestwach. Ciekawe, gdzie...

Arthurowi   łomotało   w   głowie   i   miał   obolałe   gardło,   zapewne   z   powodu 

cichych   wrzasków,   wspomnianych   przez   Watkingle’a.   Ponownie   zadrżał   na 
wspomnienie upiornie poparzonej twarzy Złocienia i jego szeptu.

Nie myśl o Złocieniu, przykazał sobie. Zastanów się, co dalej robić.
– „Latająca Modliszka” miała stać się celem ataku „Dreszcza” – powiedział 

głośno, cały czas rozmyślając.

–   „Modliszka”?   –   zdziwił   się   Watkingle.   –   To   będzie   nielicha   walka. 

„Modliszka” jest liniowcem. Piraci zwykle nie atakują liniowców. Mogą wygrać, 
ale solidnie oberwą.

–   Złocień   już   zdobył   „Mola”   –   oznajmił  Arthur.   –   Teraz   wyruszył   na 

„Modliszkę”. Ciekawe, czy...

Wie, że mam coś wspólnego z tymi dwiema jednostkami, pomyślał Arthur i 

ponownie   przeszły   go   ciarki.   Mocą   swojej   magii   dostrzegł   związek.   Jestem 
naznaczony jego Czerwoną Dłonią, patrzy na mnie. Nigdy mu nie ucieknę. Nigdy...

–   Dość!   –   krzyknął   i   tupnął   zdrową   stopą.  Tracił   kontrolę   nad   własnym 

umysłem.

– Dość czego, wasza lordowska mość? – zapytał Watkingle.
– Mniejsza z tym. – Zmusił się do pohamowania podszeptów narastającego 

lęku. Zamierzał uderzyć pierwszy, a gdy uwolni Wolę i Trzeci Klucz, wówczas bez 
trudu rozprawi się ze Złocieniem. Chyba. Niemal na pewno...

– Czy porucznik OGoniasty śpi? – spytał.
– Kapitan OGoniasty – poprawił chłopca Watkingle.
– To nie jego wachta, ale mogę go obudzić, jeśli sprawa jest pilna.
–   Nie,   chyba   nie   ma   potrzeby   go   zrywać   z   łóżka   –   westchnął  Arthur. 

Rozmasował sobie skroń palcami, tak jak to robiła jego mama. Liczył na to, że w 
ten sposób odpędzi ból głowy. – Co złego w tym, że nazywam go porucznikiem? 
Komandor tak się do niego zwraca.

–   Służy   w   randze   porucznika   –   wytłumaczył   Watkingle.   –   Lecz   jest 

kapitanem   tego   statku,   więc   na   pokładzie   zawsze   trzeba   do   niego   mówić 
„kapitanie”.   Tylko   wyższe   rangą   Szczury,   rozmawiające   o   sprawach   nie 
związanych z jednostką, mogą używać innych tytułów. Czy to zrozumiałe?

Arthur pokręcił głową. Nie potrafił się skupić na takich dziwnych detalach.
–   Na   wszelki   wypadek   będę   zawsze   mówił   o   nim   „kapitan”.   Chyba 

powinienem się zdrzemnąć.

– Na twoim miejscu właśnie tak bym postąpił, wasza lordowska mość – 

zgodził   się  Watkingle.   –   Śpij,   kiedy   możesz,   taką   mam   zasadę.   Skoro   kapitan 
rozkazał mi pełnić przy tobie straż, dla twojego własnego dobra, to może wyciągnę 

background image

się tutaj na podłodze, jeśli nie masz nic przeciwko temu?

– Zapraszam. – Arthur położył się na koi. Był pewien, że i tak nie zaśnie. 

Zbyt   wiele   pomysłów   krążyło   mu   po   głowie,   zbyt   wiele   lęków   ściskało   mu 
żołądek.   Trapiły   go   przeróżne   troski:   przejmował   się   Liść,   Scamandrosem, 
Spalonym Słońcem, załogą „Mola” i szaleństwem kierowania łodzi podwodnej w 
paszczę monstrualnego wieloryba...

Arthur drgnął, budząc się raptownie. Przez iluminator ponownie wpadały 

strumienie   słońca.   Watkingle   siedział   oparty   o   drzwi,   z   ogonem   na   kolanach. 
Najwyraźniej spał. Kiedy jednak Arthur uniósł się na koi, Szczur otworzył oko i 
energicznie poruszył ogonem.

– Która godzina? – spytał Arthur.
–   Tuż   po   czterech   szklankach   przedpołudniowej   wachty   –   odpowiedział 

Watkingle. Wstał, poprawił koszulę i otrzepał z bryczesów okruchy oraz resztki 
sera.

– Która to w normalnych godzinach?
– Dziesiąta rano.
Chłopiec przetarł oczy. Nadal był nieprawdopodobnie senny.
– Więc spałem jedenaście godzin?
– Nie – zaprzeczył Szczur. – Spałeś przez ostatnie cztery dni.
– Cztery dni! To... niemożliwe – wymamrotał Arthur. – Wykluczone.
– Kapitan kazał panu Yongtinowi rzucić na ciebie okiem, kiedy nie obudziłeś 

się   pierwszego   ranka   –   wyjaśnił   Watkingle   i   przesunął   się   nieco,   nerwowo 
poruszając ogonem. – Orzekł, że to z powodu magicznej napaści i, hm, uderzenia w 
głowę. Dlatego ścięło cię z nóg. Lekarz ocenił, że powinieneś stanąć na nogi po 
kilku   dniach,   i   wspomniał,   że   jeśli   wówczas   nie   wydobrzejesz,   będzie   musiał 
otworzyć ci czaszkę i zerknąć do środka...

Arthur pośpiesznie złapał się za głowę. Pod palcami nie wyczuł bandaży, 

blizn ani szwów.

– Zapowiedział, że jeśli nie staniesz na nogi, weźmie się do pracy dzisiaj 

wieczorem – uzupełnił Watkingle. – Żebyś był gotowy, kiedy dotrzemy do Portu 
Środy.

Arthur przestał macać się po czerepie.
– Dopływamy do celu?
– Zbliżamy się do płycizny przy przystani – wyjaśnił Szczur i podrapał się 

po nosie. – Jeśli odzyskałeś siły, to kapitan i komandor chcieliby zamienić z tobą 
słowo.

Pięć minut  później Arthur znajdował  się w wielkiej kabinie  i sączył sok 

żurawinowy.   Czuł   się   zdumiewająco   dobrze.   Złamana   noga   wcale   mu   nie 
doskwierała, miał większą swobodę ruchów, krabia forma dostosowała się do jego 
zwiększonej   sprawności   fizycznej.  Czuł   się  rześko,   optymistycznie,  przestał   się 

background image

trapić losami Liść i innych.

Uczynię,   co   w   mojej   mocy,   zadecydował   w   myślach.   Nie   ma   sensu   się 

martwić, dopóki nie zrobię wszystkiego, co się da.

–   Lordzie   Arthurze,   ubolewamy   z   powodu   twojego   guza   na   głowie   – 

przemówił OGoniasty. – Watkingle wykonywał rozkazy, lecz może w jego pojęciu 
lekkie stuknięcie...

– Nie ma sprawy – przerwał mu Arthur. – Gdyby mnie nie uderzył, Złocień 

całkiem przeciągnąłby mnie do siebie.

– Złocień? Widziałeś go?
–   Najpierw   ujrzałem   Liść.   „Modliszka”   musiała   wypłynąć   do   Poślednich 

Królestw, bo Liść pozostawała na pokładzie już od ponad miesiąca. Najwyraźniej 
moja przyjaciółka świetnie się przystosowała do nowych warunków. Na koniec 
jednak   okręt   został   zaatakowany   przez   „Dreszcza”.   Potem   ujrzałem   Złocienia. 
Był... wyjątkowo paskudny.

– Czy jesteś absolutnie pewien, że „Modliszka” została zaatakowana przez 

„Dreszcza”? – chciał wiedzieć Monckton. Popatrzył na OGoniastego, z niepokojem 
wznosząc ogon wykrzywiony na kształt znaku zapytania. – Złocień coraz śmielej 
sobie poczyna. Inne nasze źródła nie potwierdzają tej napaści.

– Watkingle wspomniał, że „Modliszka” może odeprzeć atak „Dreszcza” – 

przypomniał sobie Arthur.

–   Tego   nie   sposób   jednoznacznie   ocenić   –   westchnął   Monckton, 

niewątpliwie poruszony. – Jeśli Złocień jest zdeterminowany, zapewne przejmie 
okręt.   Z   rozmowy   z   doktorem   Scamandrosem   wynika,   że   miałeś   mnóstwo 
szczęścia, skoro za pierwszym razem udało ci się umknąć temu piratowi.

– Dobrze się miewa? – zapytał Arthur. – Doktor Scamandros? Zapomniałem 

spytać...

– Bez problemów wraca do zdrowia – wyjaśnił OGoniasty. – Niebawem do 

nas   dołączy.   Powiadasz   więc,   że   cztery   dni   temu,   według   czasu   domowego, 
„Modliszka” została napadnięta przez „Dreszcza”? Wiesz gdzie do tego doszło?

– Chyba gdzieś na obszarze Poślednich Królestw, ale nie mam pewności, w 

którym miejscu konkretnie.

– Jeśli Złocień wypłynął na poszukiwanie ofiar, to znaczy, że w przystani nie 

zastaniemy   ani   jego,   ani   jego   siepaczy   –   zauważył   Monckton.   –  Arthurze,   to 
znacznie   zwiększa   szanse  powodzenia   naszej   misji.  Ale  przez  cztery  dni  czasu 
domowego... mógł dopłynąć dokądkolwiek.

– Nie ma znaczenia, gdzie jest Złocień – oświadczył Arthur. Liczył na to, że 

zachowuje się mężniej, niż się w rzeczywistości czuł. – Muszę się dostać do tej 
sekretnej przystani. Teraz jest to jeszcze istotniejsze, bo przecież Złocień zniewolił 
Liść i załogi „Mola” oraz „Latającej Modliszki”.

Mam nadzieję, westchnął w duchu. Lepsza niewola niż śmierć. Może jednak 

background image

„Modliszka” pokonała Złocienia...

– Mamy dobre wieści – powiedział OGoniasty. – Przybył Aktywny Węgiel, 

zatem   „Balaena”   jest   już   w   pełni   sprawna.  Właśnie   otrzymałem   z   jej   pokładu 
budową wiadomość z potwierdzeniem, że łódź podwodna spotka się z nami na 
morzu za mniej więcej dziesięć minut.

– Nie wpływamy do Portu Środy? – zdziwił się Arthur.
–   Nie   wpływamy   –   potwierdził   OGoniasty.   –   Wraz   z   komandorem 

Moncktonem podjąłem decyzję, że najlepiej będzie utrzymać twoją obecność w 
tajemnicy, a tym bardziej należy utajnić twoje wejście na pokład łodzi podwodnej. 
Złocień ponad wszelką wątpliwość ma informatorów w porcie, a oni dysponują 
magicznymi środkami porozumiewania się z piratem.

– To brzmi sensownie. Czy podczas mojego snu dotarły jakieś wiadomości 

do mnie? Pierwsza Dama z pewnością otrzymała już mój list, skoro przysłano wam 
puszkę z paliwem.

OGoniasty pokręcił głową.
–   Pocztą   butlową   nie   otrzymałeś   żadnych   listów.   Wiemy   jednak,   że   na 

pokładzie „Balaeny” znajduje się przedstawicielka Pierwszej Damy. Zapewne ona 
dostarczyła listy dla ciebie.

– Przedstawicielka? – podchwycił Arthur entuzjastycznie. – Czy nazywa się 

Suzy Turkusowy Błękit?

OGoniasty sięgnął do kieszeni palta po zwój papieru, rozwinął go i przejrzał 

zapiski.

– Brak nazwiska – oświadczył. – Tylko: „przedstawicielka Pierwszej Damy”.
– Oby to była Suzy – westchnął Arthur. – A poza tym nikt inny nie wszedł na 

pokład łodzi? Dajmy na to wysoki, stary mężczyzna o siwej brodzie, uzbrojony w 
harpun?

– Zakładam, że masz na myśli Żeglarza – odparł OGoniasty oschle. – Gdyby 

postanowił   zaszczycić   swoją   obecnością   którąkolwiek   z   naszych   jednostek, 
niezwłocznie   zostalibyśmy   o   tym   powiadomieni.   Otaczamy   go   tylko   odrobinę 
mniejszą czcią niż jego brata, naszego szlachetnego stwórcę, Szczurołapa.

– Zatem nie ma go na pokładzie – podsumował Arthur. Machinalnie dotknął 

medalionu Żeglarza. Chciał się tylko upewnić, że jest na swoim miejscu, na szyi. 
Inna   sprawa,   że   tajemnicza   tarczka   nic   dotąd   nie   uczyniła,   a   przynajmniej   nic 
takiego, co zwróciłoby uwagę Arthura. Tłumaczył sobie, że nie powinien liczyć na 
przybycie   Żeglarza,   gotowego   nieść   mu   pomoc,   niemniej   żywił   taką   nadzieję. 
Teraz nawet ona prawie całkiem znikła.

–   Gdzie   jest   doktor   Scamandros?   –   spytał   chłopiec.   Stawało   się   coraz 

bardziej   oczywiste,   że   będzie   musiał   samodzielnie   przeniknąć   do   sekretnego 
światka Złocienia, bez drużyny, która w założeniu miała mu pomagać.

– Powinien już tu być – odparł OGoniasty. Podszedł do drzwi, uchylił je i 

background image

wyjrzał na korytarz. Stojący na zewnątrz strażnicy drgnęli zaniepokojeni. – Och, 
właśnie nadchodzi.

Kilka sekund później do kajuty wszedł doktor Scamandros. Wyglądał tak 

samo   jak   zawsze,   ale   podpierał   się   hebanową   laską   o   rzeźbionej   rękojeści   w 
kształcie papuziej głowy.

– Lordzie Arthurze! – zawołał i wsparł się na lasce, aby złożyć Arthurowi 

niski ukłon i nie stracić przy tym równowagi. – Niebywale się cieszę, że doszedłeś 
do siebie. Brak mi słów, aby podziękować ci za pomoc, której udzieliłeś mi w jak 
najbardziej   stosownym   momencie.   Jasne   jest,   że   bez   życzliwości   i   niezwykle 
wprawnych   zabiegów   pana  Yongtina   –   wartego   wszystkich   srebrnych   reali   na 
świecie, śmiem twierdzić – z pewnością szybko wyzionąłbym ducha w wyniku 
zatrucia Nicością.

– Cieszy mnie, że wszystko u ciebie gra – odetchnął Arthur. – To znaczy, że 

dobrze się miewasz. Zasadniczo miewasz się dobrze, prawda?

–   W   rzeczy   samej,   określenie:   „zasadniczo   miewasz   się   dobrze”   trafnie 

opisuje moją kondycję.

Arthur z powątpiewaniem spojrzał na drobnego Rezydenta. Scamandros nie 

wyprostował   się   całkiem   po   ukłonie,   a   tatuaże   na   jego   twarzy   ukazywały 
zrujnowane kadłuby, ledwie unoszące się na wodzie wśród pobitewnych szczątków. 
Przez splątane rupiecie przebijały się maszty zatopionych jednostek, tu i ówdzie 
widać było pojedynczych rozbitków.

– Miałem nadzieję, że pomożesz mi przedostać się do jednej z sekretnych 

przystani Złocienia – wyznał Arthur. – Ale nie wyglądasz zbyt dobrze...

– Dyrdymały! – obruszył się doktor i jednocześnie cofnął ramiona, stając na 

baczność. Na jego twarzy powiał wytatuowany wiatr, a z kadłubów wystrzeliły 
prowizoryczne maszty oraz żagle. – Godzina lub dwie wypoczynku na pokładzie 
łodzi podwodnej tych oto uprzejmych Szczurów wystarczą, bym był zdrowy jak 
rydz.

– Na pokładzie „Balaeny” spędzicie co najmniej dzień, chyba że Utopiona 

Środa drastycznie zmieni kurs – wyjaśnił OGoniasty.

– Dlaczego jak rydz? – spytał Arthur jednocześnie.
– No widzisz, jeszcze co najmniej jeden dodatkowy dzień wypoczynku. Na 

pewno będę gotowy do potyczki. Co do rydzów: jako grzyby stoją na jednej nodze, 
a że brak u nich tendencji do wywracania się, powszechnie uznano je za symbol 
zdrowia.   Przyznaję,   to   rozumowanie   jest   absurdalne,   może   więc   użyję   innego 
porównania: zdrów jak ryba.

– Dlaczego... och, niniejsza o to. Z radością przyjmę każdą pomoc, którą mi 

ofiarujesz. Zwłaszcza jeśli potrafisz mnie zamaskować. Mocą magii, rzecz jasna. 
Aby zmylić piratów.

– Magiczne przebrania? Błahostka! – prychnął doktor. – Choć dla porządku 

background image

muszę podkreślić, że choć potrafię otoczyć cię doskonałą maską, to nie wytrzyma 
ona palącego spojrzenia Złocienia. Zwykli piraci dadzą się omamić. Złocień – w 
żadnym wypadku.

– Nie dopuszczę do tego, żeby Złocień na mnie patrzył – mruknął Arthur. 

Zerknął na Moncktona i OGoniastego, którzy przyjmowali od posłańca przesyłkę w 
postaci następnego zwoju. Najwyraźniej dotarła już kolejna symultaniczna butla.

– Jedna z naszych jednostek śledzi Utopioną Środę – wyjawił Monckton i 

wskazał leżącego na mapie wieloryba z kości słoniowej. – Utrzymuje stały kurs, 
typowy dla tej pory roku i zgodny z kierunkiem migracji ryb. „Balaena” powinna 
zbliżyć   się   do   niej   bez   trudu.   Musimy   jednak   natychmiast   cię   zaokrętować. 
Utopiona Środa pływa znacznie szybciej niż statki, łódź podwodna będzie zatem 
musiała zająć pozycję bezpośrednio przed nią, a następnie ruszyć całą naprzód, aby 
wraz z napływającą wodą przedrzeć się pomiędzy filtrującymi kośćmi w ogromnej 
paszczy stworzenia.

–   Filtrujące   kości?   –   spytał   Arthur.   Dotąd   nikt   mu   nie   wspomniał   o 

filtrujących kościach. – Co to takiego?

–   Utopiona   Środa   w   formie   Lewiatana   nie   jest   jedynie   przerośniętym 

ziemskim   wielorybem   –   wyjaśnił   mu   Monckton.   –   Istnieją   jednak   pewne 
podobieństwa z większymi typami. Udało się nam ustalić, że nie ma ona zębów 
jako   takich   ani   też   charakterystycznej   dla   niektórych   wielorybów   struktury 
fiszbinów.   Jej   górne   i   dolne   szczęki   skrywają   jednak   potężne,   pionowe   płyty 
perforowanej   kości,   tworzącej   sito,   które   filtruje   wodę   wpadającą   do   paszczy. 
Otwory nie są na tyle wielkie, by przepuścić jednostkę większą niż bryg, lecz łódź 
podwodna powinna się zmieścić bez trudu. Rzecz jasna, pod warunkiem że trafi do 
jednego z otworów. Niewykluczone, że pęd wody będzie zbyt gwałtowny, aby łódź 
zachowała choćby szczątkową sterowność, nie należy zatem wykluczać zderzenia z 
kością. Groźne jest także przebywanie pomiędzy górną a dolną płytą, gdyż łatwo 
wówczas o. zmiażdżenie.

– Czy łódź podwodna ma duże szanse się przedrzeć? – Arthur nie zakładał, 

że połknięcie przez Utopioną Środę okaże się czymś prostym, lecz nie brał pod 
uwagę rozbicia się o jakieś dziwaczne wielorybie zęby ani zmiażdżenia przez nie. – 
Co nas czeka za płytami filtrującymi?  Czy po prostu będziemy  wraz z nurtem 
płynąć do brzucha Środy?

I   czy   jest   on   całkowicie   wypełniony   wodą,   czy   też   zdarzają   się   w   nim 

przypływy i odpływy jak na morzu?

– Trudno orzec – odparł Monckton. – Arthurze, zgodziliśmy się udostępnić 

ci „Balaenę” między innymi dlatego, że twoja wyprawa dostarczy nam nowych 
informacji.   Z   pokładu   łodzi   będziemy   otrzymywali   raporty,   przekazywane   za 
pośrednictwem   symultanicznej   butli   tak   długo,   aż...   Chciałem   powiedzieć: 
będziemy ogromnie zainteresowani informacjami na temat tego, co znajduje się 

background image

wewnątrz Utopionej Środy oprócz prywatnego światka Złocienia.

– Najlepiej wejdźmy na pokład – zaproponował OGoniasty. Jedno z jego 

uszu   drgało   i  Arthur   uświadomił   sobie,   że   Szczur   wsłuchuje   się   w   dudnienie 
silników statku, które właśnie zaczęło przycichać. – Stanęliśmy w dryfie. Okręt 
musi być nieopodal.

– Łódź podwodna „Rattus Balaena” na kursie! – doniósł Szczur sekundę 

później.

– Płyniesz z nami, kapitanie? – spytał Arthur porucznika OGoniastego.
– Przejmuję dowodzenie nad łodzią podwodną – oznajmił OGoniasty. – Ze 

względu na charakter wyprawy, wszyscy członkowie załogi to ochotnicy. Lordzie 
Arthurze, czy jesteś gotowy wyruszyć w drogę? I ty, doktorze?

– Jestem gotów – zapewnił go Arthur..
– Tak, mniemam, że jestem – odparł Scamandros.
– Powodzenia! – powiedział komandor Monckton. Gdy wychodzili, wstał i 

zasalutował, podobnie jak steward i Szczury z warty.

– I tobie też – mruknął doktor Scamandros, kiedy szedł za Arthurem ku 

drzwiom.

background image

Rozdział 20

Kiosk  był jedyną  częścią  „Balaeny”  widoczną  ponad powierzchnią  wody 

Łódź podwodna przybiła do sterburty statku, a Port Środy rozciągał się od strony 
bakburty,   przez   co   Arthur   mógł   tylko   przelotnie   rzucić   okiem   na   przystań. 
Widoczność   pogarszało   gasnące   światło   z   odległego   sklepienia,   świadczące   o 
zapadaniu osobliwego zmroku.

Chłopiec   ujrzał   ciemną,   granitową   górę,   pokrytą   kilkunastopoziomowymi 

tarasami,   na   których   zbudowano   setki   budynków.   Na   wyższych   tarasach 
wystrzeliwały   w górę  i  w  dół promienie  światła,  wyznaczające  szlaki  wind do 
innych części Domu.

Arthur nie dostrzegał wylotu przystani, lecz widział charakterystyczny las 

masztów   pośrodku  niższych   tarasów.   Najwyraźniej  port  wrzynał  się  głęboko  w 
górę, a tarasy wiły się wokół niego.

– Uwaga, ślisko, wasza lordowska mość! – krzyknął Szczur.
Arthur z  wdzięcznością  przyjął pomocną  łapę  i przeskoczył  ze statku  na 

kiosk. Szczurza łapa w dotyku przypominała ludzką, przynajmniej przez rękawicę 
Arthura.

Buty chłopaka zadźwięczały na drabinie niczym dzwonki, kiedy pośpiesznie 

schodził w głąb kadłuba. Kanał dostępu był bardzo wąski i dorosły mężczyzna z 
pewnością miałby trudności przy korzystaniu z niego, niemniej dla Arthura nie był 
to żaden wyczyn.

Wnętrze łodzi podwodnej nie wyglądało tak, jak tego oczekiwał. Choć była 

szara, pokryta ciemnym metalem, w środku królowało drewno, pomalowane na 
wiśniowy kolor, a podłogę przykrywał bogato zdobiony dywan. Arthur przyjrzał się 
wzorowi,   słabo   widocznemu   w   stosunkowo   nikłym   świetle   czegoś   w   rodzaju 
elektrycznych lamp, zainstalowanych w grodzi. Dopiero po chwili zorientował się, 
że   płynące   linie   zawierają   tekst,   a   cały   dywan   pokrywają   słowa   poematu, 
ewentualnie   wypisane   cele   misji.   Chłopiec   słyszał,   że   niektóre   dziwne 
przedsiębiorstwa mają podobne cuda w swoich siedzibach, teraz jednak nie miał 
czasu na rozwikłanie zagadki.

Jedne drzwi w pomieszczeniu prowadziły naprzód, drugie do tyłu. Drzwi w 

stronę dziobu były otwarte. Podobnie jak ściany, pokryto je boazerią, lecz Arthur 
zauważył, że mają grubość około dwudziestu centymetrów i są wykonane z metalu.

Chłopca   powitał   członek   załogi,   moręgowaty   Szczur,   ubarwiony   na 

brązowo-czarno i ubrany w niebieski, wełniany golf ze złotym napisem „Rattus 
Balaena”, wyhaftowanym wokół szyi. Głowę zwierzęcia zdobiła skórzana czapka 
pilotka,   taka   sama   jak   te,   które   nosili   piloci   najstarszych   dwupłatowców.   Do 
kompletu brakowało mu tylko gogli.

background image

–   Witamy   na   pokładzie,   wasza   lordowska   mość   –   przemówił   Szczur.   – 

Zapraszam na mostek, gdzie indziej jest nieco ciasno.

Arthur   pochylił   głowę,   przechodząc   przez   drzwi   grodziowe.   Szczur 

prowadził go bardzo wąskim korytarzem, po obu stronach przetykanym drzwiami i 
włazami najróżniejszych rozmiarów oraz kształtów. W końcu dotarli do następnych 
drzwi grodziowych.

Za nimi chłopiec ujrzał pomieszczenie o długości około siedmiu i szerokości 

mniej więcej pięciu metrów. Tu również leżał dywan, miejscami podziurawiony, 
aby do metalowej podłogi można było przyśrubować meble.

W   przedniej   części   kajuty   znajdowała   się   tablica   rozdzielcza,   pełna 

oszklonych wskaźników i wszelkiego typu instrumentów, licznych kółek i dźwigni. 
Na   centralnym   cokole   umieszczono   kryształową   kulę   o   ponadpółmetrowej 
średnicy. Po bokach sfery stały dwa obite skórą krzesła z wysokimi oparciami, 
frontem do urządzeń kontrolnych.

Tylne dwie trzecie mostka, niewątpliwie bowiem właśnie na mostku znalazł 

się  Arthur,   prezentowało,   się   tak   wykwintnie,   jakby   przeniesiono   je   wprost   z 
drogiego,   choć   niedużego   hotelu   lub   restauracji.   Sześć   eleganckich,   wąskich 
krzeseł przyśrubowano do podłogi w grupach po trzy sztuki. Każda grupa stała 
wokół stolika.

OGoniasty   oraz   jeszcze   jeden   Szczur   z   podwodnej   załogi   kontrolowali 

przyrządy,   starannie   sprawdzając   je   według   listy.   Poza   dwoma   Szczurami   na 
mostku   znajdowała   się   tylko   jedna   osoba,   czy   też   raczej   istota   rozumna: 
wykwintnie ubrana dziewczyna, która skromnie usiadła na jednym z wysuniętych 
do   przodu   krzeseł.   Nieznajoma   siedziała   tyłem   do   Arthura.   Miała   na   sobie 
perłowobiałą   suknię   z   bufiastymi   rękawami   i   licznymi   marszczeniami   oraz 
falbanami. Głowę dziewczyny zdobił biały kapelusz o bardzo szerokim rondzie, z 
pękiem   pawich   piór,   niemal   sięgających   sufitu.   Młoda   dama   dystyngowanie 
sączyła napój z filiżanki o złoconym obrzeżu.

Arthurowi   mocniej   zabiło   serce.   Nieznajoma   była   zbyt   drobna   na 

Rezydentkę,   lecz   Pierwsza   Dama   z   pewnością   przysłała   kogoś   innego   –   nie 
rozczochraną Suzy Błękit, tylko jedno z łubianych przez siebie dzieci Szczurołapa.

Mimo   to   odwrócona   plecami   do   Arthura   osoba   mogła   mieć   ważne 

wiadomości.   Chłopiec   westchnął   ciężko,   nawet   nie   starając   się   robić   tego 
dyskretnie, i przecisnął się między krzesłami, by podejść bliżej do dziewczyny.

Słysząc westchnienie Arthura, dama wyniośle odwróciła głowę. Choć wielki 

kapelusz osłaniał jej twarz, Arthur rozpoznał ostre rysy i ciemne oczy. Z przejęcia 
potknął się o własne stopy i uderzył się o krzesło stojące obok dziewczyny.

– Lord Arthur, jak mniemam?
Chłopiec   odzyskał   równowagę   i   zmarszczył   czoło.   Miał   przed   oczyma 

osobę, która wyglądała jak Suzy Błękit, lecz mówiła inaczej niż jego znajoma. Z 

background image

całą pewnością nie ubierała się jak Suzy.

– Suzy?
– Mam na imię Suzanna – wyjaśniła dziewczyna.
– Suzy Turkusowy Błękit – oświadczył Arthur z większą pewnością siebie. 

To była Suzy, tylko umyta i ładnie ubrana. Na dodatek mówiła dziwnym głosem.

– Suzanna Poniedziałkowa Przedpołudnica – poprawiła go dziewczyna. – To 

moje imię i pozycja.

– Co się z tobą stało?! – wybuchnął Arthur. – Nie rozumiem, czemu się 

zachowujesz jak...

– Jak doskonale wychowana młoda śmiertelniczka – dopowiedziała Suzy. – 

Pierwsza Dama wyznaczyła mi taki standard i usiłuję sprostać jej wymaganiom. 
Lordzie Arthurze, proszę, zechciej zająć miejsce. Czy miałbyś ochotę na filiżankę 
tej raczej mocnej, lecz jakże orzeźwiającej herbaty?

Arthur   z   głuchym   łomotem   opadł   na   krzesło.   Naprawdę   cieszył   się   na 

ponowne spotkanie z Suzy i był zadowolony, że uzyska jej pomoc. Niestety, ta 
pięknie ubrana, sztywna jak kij dziewczyna co prawda wyglądała jak Suzy, ale 
równie dobrze mogła być oszustką, podającą się za jego przyjaciółkę. Chłopiec nie 
wiedział,   jakiego   rodzaju   wsparcie   miał   szansę   otrzymać   od   tej   osoby. 
Prawdopodobnie nawet nie będzie chciała opuścić łodzi podwodnej.

– Masz wiadomości od Pierwszej Damy? – zapytał niecierpliwie.
– Herbaty? – spytała Suzanna.
– Tylko wiadomości, jeśli je masz.
– Hola! Cóż za niestosowny pośpiech! – zaprotestowała Suzanna. Irytująco 

wolno odstawiła filiżankę i wzięła z kolan małą, jedwabną torebkę o bladoróżowej 
barwie. Arthur miał ochotę odwrócić wzrok. Suzy Turkusowy Błękit była dzielnym 
łowcą przygód, nie kimś, kto chadza z różowiutką torebeczką i mówi: „Hola!”.

Suzy   sięgnęła   do   torebki   i   wysunęła   małą,   kwadratową   kartkę,   która 

natychmiast zaczęła rosnąć i po chwili stała się kopertą ze sztywnego papieru, 
zalakowaną   na   czerwono   i   opatrzoną   pieczęcią   z   surowym   profilem   Pierwszej 
Damy. Arthur zauważył, że bez wieńca laurowego.

– Z pozdrowieniami od Pierwszej Damy – oświadczyła Suzy i z nieszczerym 

uśmiechem podała chłopcu przesyłkę.

Arthur szybko sięgnął po list. Gdy się pochylał, aby złamać pieczęć, kątem 

oka dostrzegł doktora Scamandrosa. Zaklinacz siadał na krześle, w asyście tego 
samego Szczura, który wprowadził chłopca do sterówki.

OGoniasty   i   sternik   zasiedli   na   krzesłach   nawigacyjnych.   OGoniasty 

przyłożył   do   pyska   rurę   i   do   niej   przemówił.   Jego   słowa   rozległy   się   w 
trzeszczącym  głośniku,   ukrytym  gdzieś  nad  głową  Arthura;   ich   echo  dobiegało 
także z korytarza za plecami chłopca.

– Wszyscy na stanowiska! Zanurzenie! Sekcje, zgłaszać stan gotowości!

background image

Arthur   otworzył   kopertę.   Podobnie   jak   większość   listów   w   Domu,   ten 

również nie zawierał osobnej kartki papieru. Tekst znajdował się po wewnętrznej 
stronie koperty. Chłopiec rozpostarł ją szeroko i znieruchomiał, zasłuchany w głosy 
innych Szczurów, rozlegające się w trzeszczących głośnikach i odbijające echem 
wszędzie, gdzie znajdował się system nagłośnienia.

– Maszynownia gotowa!
– Silniki pomocnicze gotowe!
– Cyrkulacja powietrza sprawna!
– Kiosk zabezpieczony!
– Część dziobowa przygotowana!
OGoniasty powiedział coś do sternika. Arthur zabrał się do czytania listu.

Do Arthura, Prawowitego Dziedzica Kluczy do Królestwa i Mistrza Niższego  

Domu,   Środkowego   Domu,   Wyższego   domu,   Odległych   Rubieży,   Wielkiego  
Labiryntu,   Niezrównanych   Ogrodów,   Morza   Granicznego   oraz   Nieskończonych  
Terytoriów     poza   Domem,   które   powszechnie   określa   się   mianem   Poślednich  
Królestw.

Pozdrowienia   od   twojej   wiernej   poddanej   Pierwszej   Damy,   Zjednoczonej  

Części Pierwszej i drugiej (zawierający Ustępy od Trzeciego do Trzynastego)Woli  
Naszej   Najwyższej   Stwórczyni,   Największej   Architektki   Wszechrzeczy   i  
Plenipotentki   Niższego   Domu   oraz   Odległych   Rubieży   w   imieniu   Prawowitego  
Dziedzica.

Niniejszym   list   dostarczyła   w   Twoje   ręce   nasza   dobra   i   wierna   panna  

Suzanna, Poniedziałkowa Przedpołudnica. Ufam, że zastał Cię w dobrym zdrowiu. 

Mniej pary w gwizdek, pomyślał Arthur.

Jestem   zachwycona   informacją,   że   ponownie   postanowiłeś  przeprowadzić  

kampanię przeciwko niegodziwym i zdradzieckim Potomnym Dniom. Nie przypadł  
mi do gustu fakt, że sprzymierzyłeś się z Utopioną Środą, żywię bowiem obawę, iż  
ukrywa ona swoje prawdziwe zamiary. Nie darzę jej zaufaniem!

Aktualnie jesteśmy przytłoczeni pracą papierkową, gdyż Potomne Dni dążą  

do   unieruchomienia   nas   i   osłabienia   wydajności   pod   zalewem   zajęć  
administracyjnych
  –  o   tyle   skuteczniejsza   to   taktyka,   że   przez   wiele   mileniów  
rządów Poniedziałka panowało lenistwo.

Z   przyjemnością   jednak   donoszę,   że   czynimy   postępy   na   drodze   ku  

sprawnemu funkcjonowaniu w Niższym Domu. Rozpoczęliśmy proces przywracania  
Odległych Rubieży do pierwotnego stanu i w tym celu zasypaliśmy już Studnię w  
części sięgającej 0,00002 procenta.

Nie   udało   mi   się   zlokalizować   Żeglarza,   czego   sobie   życzyłeś,   lecz   jak  

background image

niewątpliwie widać, Aktywny Węgiel dotarł już do Szczurów w Wyproście.

Co się tyczy rzeczonych Szczurów, musisz być ostrożny w kontaktach z nimi.  

Niewykluczone,   że   nadal   usiłują   wprowadzić   w   życie   mętny   i   dziwaczny   plan  
Szczurołapa. Ich zamiary mogą pozostawać w konflikcie z Twoimi. Nie odpowiadaj  
na   ich   pytania.   Ciekawość   tych   stworzeń   nie   zna   granic,   zawsze   poszukują  
zakazanej wiedzy. W przeciwieństwie do dzieci Szczurołapa, nie poddają się żadnej  
procedurze   prania   między   uszami,   przez   to   zgromadziły   stanowczo   zbyt   wiele  
sekretów.

Arthur przestał czytać i dyskretnie popatrzył na Suzy. Właśnie to ją spotkało, 

przeszło mu przez myśl. Ogarnął go zarazem smutek i gniew. Wyprali ją między 
uszami, a Pierwsza Dama na to pozwoliła! Albo do tego doprowadziła. Nigdy nie 
lubiła Suzy!

Suzanna   dostrzegła   jego   spojrzenie   i   ponownie   posłała   mu   nieszczery 

uśmiech.

– Pierwsza Dama zażądała, byś z wyjątkową uwagą odczytał jej pismo – 

podkreśliła.

To   nie   jej   wina,   zadecydował  Arthur   w   myślach   i   powstrzymał   się   od 

wygłoszenia ostrej reprymendy. Smutek przeważył nad gniewem. Nie był w stanie 
patrzeć na Suzy, powrócił więc do lektury listu.

O   Szczurach   w   Wyproście   da   się   powiedzieć   jedno:   dotrzymują   umów.  

Wystarczy tylko zachować czujność podczas zawierania  z nimi porozumień.

Czekam na dalsze wieści od Ciebie, lordzie Arthurze, i ufam, że wkrótce  

ponownie się zjednoczę, za Twoją sprawą, z Trzecią Częścią Woli naszej najwyższej  
Pani.

Do tego czasu pozostaje posłuszną i uniżoną sługą. Niech się wypełni Wola.

To dopiero pomoc, pomyślał z przekąsem Arthur. Zaczął składać list, który 

jednak złożył się samoczynnie i w jednej chwili przybrał rozmiary nie większe od 
znaczka   pocztowego.   Suzy   wyciągnęła   po   niego   rękę,   więc  Arthur   zwrócił   jej 
pismo, które wsunęła do różowej torebki.

Tymczasem z przedniej części sterówki OGoniasty wydawał dalsze rozkazy.
– Zwierzchnie oko w górę! – zawołał.
Sternik poprzestawiał przełączniki, dzięki czemu kryształowa kula zaczęła 

migotać. Po chwili ukazał się w niej obraz morza wokół łodzi podwodnej. Dolną 
połowę obiektu zdawała się wypełniać niebieska woda, lecz na górze pojawił się 
widok odpływającego statku „Rattus Navis IV”.

– Obrócić zwierzchnie oko!
Arthur popatrzył jeszcze raz na Port Środy, nim obraz zmienił położenie o 

background image

trzysta sześćdziesiąt stopni i zatrzymał tam, gdzie był na początku. „Rattus Navis” 
przez cały czas zmierzał w obranym kierunku.

– Wysunąć oko dziobowe!
Widok z dziobowego oka przedstawiał wyłącznie błękitną wodę.
– Oko ogonowe!
Obraz   w   kuli   zmienił   się   jeszcze   raz.   Obserwatorom  ukazała   się   woda   i 

drobny fragment wielkiej, ciemnej góry Portu Środy.

OGoniasty obrócił się w krześle i popatrzył za siebie.
– Lordzie Arthurze, jesteśmy gotowi do drogi. Czekamy na twój sygnał.
Chłopiec powiódł wzrokiem dookoła. Suzanna  spokojnie sączyła herbatę. 

Nie   dostrzegał   już   w   tej   dziewczynie   brawurowego,   gotowego   na   wszystko 
przyjaciela. Doktor Scamandros wydawał się niezdrów, a jego prawie niewidoczne 
tatuaże ledwie się ruszały. Żeglarz nie przybył.

I jeszcze ja, pomyślał Arthur. Z guzem na głowie, jedną nogą w skorupie 

kraba, bez konkretnego planu działania, na wypadek gdyby jakoś udało nam się 
dostać   do   żołądka   Utopionej   Środy,   a   następnie   przeniknąłbym   do   sekretnego 
światka Złocienia.

OGoniasty zastrzygł uchem.
Arthur odetchnął głęboko.
– W drogę! – rozkazał.

background image

Rozdział 21

Sternik   przesunął   dźwignie   i   odległy   pomruk   zmienił   się   w   głośniejsze 

wibracje. Imbryk Suzanny zadrżał; umilkł dopiero wtedy, gdy dziewczyna mocno 
przycisnęła go dłonią.

–   Oba   silniki   cała   naprzód!   –   zakomenderował   OGoniasty.   –   Kurs   stały. 

Zanurzenie do dwudziestu sążni.

Obraz w kryształowej kuli nagle wypełnił się bańkami powietrza, a błękitna 

woda powoli zmieniła barwę z jasnolazurowej na ciemnogranatową. Okręt pochylił 
dziób do dołu, przez co taca Suzanny zsunęła się po stole; przed upadkiem uchronił 
ją występ na obrzeżu blatu. Arthur wcześniej nie zwrócił uwagi na ten element 
mebla. Przechył był łagodny, po niedługim czasie jednostka odzyskała poziom.

– Dwadzieścia sążni – zameldował sternik. – Prędkość podróżna osiągnięta. 

Osiemnaście węzłów.

– Bardzo dobrze – potwierdził OGoniasty.
–   Uch!   –   jęknęła   Suzanna   donośnie,   a   wszyscy   drgnęli.   Dziewczyna 

gwałtownym ruchem zerwała z głowy biały kapelusz i cisnęła go na podłogę. – 
Słowo daję, już myślałam, że w życiu nie zobaczę sufitu przez to okropieństwo!

– Suzy! – wykrzyknął Arthur. Chciał wstać, lecz ze zdumieniem poczuł, że 

podczas operacji zanurzenia pas bezpieczeństwa automatycznie otoczył go w talii. 
Pas wyposażono w sprzączkę, lecz dopiero po kilku sekundach chłopcu udało się 
rozgryźć, w jaki sposób rozpina się staromodny haczyk i oczko.

W tym krótkim czasie Suzy oderwała bufiaste rękawy sukienki i sięgnęła do 

różowej torebki po znacznie większą i wyraźnie podniszczoną, skórzaną walizkę z 
urwaną   rączką.   Dziewczyna   rozpięła   pasek,   postawiła   walizkę   na   podłodze   i 
zaczęła ją przetrząsać.

– Co ty wyrabiasz? – zdziwił się Arthur. Był zirytowany mistyfikacją, choć 

niewątpliwie czuł też ulgę. – Co to za pomysł z tą Suzanną?

Suzy wyciągnęła z walizki ulubiony pognieciony cylinder i wepchnęła go na 

czerep klepnięciem w denko. Nakrycie głowy jeszcze bardziej się powyginało.

–   Obiecałam,   nie?   Staruszka   Damula   ani   myślała   mnie   puścić,   póki   nie 

obiecam, że na Morzu Granicznym będę chodzącym wzorem elegancji i kultury. 
No   to   przysięgłam,   ale   teraz   nie   jesteśmy   już   na   Morzu   Granicznym,   co   nie? 
Jesteśmy pod morzem.

– Cieszę się, że cię widzę – wyznał chłopiec. – To znaczy, ciebie prawdziwą.
– Też się cieszę, że cię widzę, Arthurze – zrewanżowała się Suzy. Splunęła w 

rękę i wyciągnęła ją przed siebie do uścisku. – Będzie mi jeszcze lepiej, jak się 
pozbędę tych idiotycznych fatałachów. Pewnie nawet biegać się w nich nie da, a co 
dopiero wspinać po murze.

background image

Arthur z lekkim wahaniem podał jej dłoń.
– Tak naprawdę wcale nie naplułam – wyznała Suzy, ściskając mu rękę. – 

Zrobiłam to po to, żeby zbulwersować Szczury. Są wyjątkowo marudne jak na 
kolesiów, którzy zaczynali jako szkodniki. W sumie jednak nic przeciw nim nie 
mam. Dobrze traktują wszystkie dzieci Szczurołapa, póki nie muszą za to płacić 
żywą gotówką albo prawdziwymi tajemnicami.

– Pierwsza Dama niewiele napisała w liście – zauważył Arthur i ponownie 

usiedli. Z trudem stłumił dreszcz, kiedy pas bezpieczeństwa otoczył go w talii i 
zapiął się samoczynnie. – Co słychać? Ile czasu minęło, od kiedy się rozstaliśmy na 
Odległych Rubieżach?

– Ponad rok – odparła Suzy. Z roztargnieniem nalała sobie herbaty, która 

przelała się przez krawędź filiżanki. – Pracowity czas. Widzi mi się, że Potomne 
Dni nieźle się ciebie wystraszyły, Arthurze. I Pierwszej Damy też. Szkoda, że nie 
widziałeś,   co   przysyłają,   aby   przytłoczyć   ją   obowiązkami.   Jeden   z   formularzy 
liczył ponad dwadzieścia siedem metrów wysokości, kiedy ułożyło się wszystkie 
kartki   jedna   na   drugiej.   Pamiętaj,   że   stara   Damula   nie   czyta   jak   każdy,   tylko 
zwyczajnie  siedzi i pochłania  to, z  czym ma  się  zapoznać. Zupełnie jakby kto 
wrzucił biszkopt do herbaty. Chlup!

– Czyli oni tylko wysyłają mnóstwo roboty papierkowej? Chyba mogło być 

gorzej.

– Do tego są jeszcze skrytobójcy, sabotaż i tony Niconi, wybąbelkowujących 

z podłoża. Nie ma komu rozprawiać się z nimi – tłumaczyła Suzy, wyławiając 
ciastko łyżką. – Kiedyś nie było tak ciekawie, ale co z tego, skoro Pierwsza Dama 
nie pozwala mi zbliżać się do tego, co fajne. Nauka, nauka i jeszcze raz nauka, tak 
w jej wyobrażeniu wygląda to, co dla mnie dobre. Aż się dziwię, że pozwoliła mi tu 
przybyć, choć podejrzewam, że nie mogła odmówić, kiedy poprosiłeś ją wprost. 
Dzięki.

– Wiesz, co zamierzam zrobić?
Suzy swobodnie skinęła głową.
–   Jasne   –   potwierdziła.   –   Będziemy   tu   sobie   wygodnie   siedzieć,   popijać 

herbatę   i   pałaszować   ciastka,   póki   nie   połknie   nas   staruszka   Środa   w   formie 
wieloryba. Potem musimy się dostać do prywatnego świata jakiegoś stukniętego 
pirata, który rezyduje w bebechach jej wielmożności, dorwać następny kawałek 
Woli, no a na koniec to co zwykle, choć jeszcze liczysz na to, że Środa po prostu 
odda ci Klucz.

– To chyba z grubsza wszystkie najważniejsze sprawy...
–   I   tym   razem   masz   ze   sobą   własnego   zaklinacza   –   zauważyła   Suzy   z 

aprobatą i pomachała do doktora Scamandrosa. – Siemanko. Jestem Suzy Błękit. 
Swego czasu napełniałam kałamarze.

– Miło cię poznać, młoda damo – przywitał ją doktor. Pochylił się na krześle, 

background image

aby wstać, lecz powstrzymał go zapięty pas bezpieczeństwa. Scamandros zrobił 
zdezorientowaną   minę   i   ponownie   opadł   na   miejsce,   niewątpliwie   uznawszy 
dystans   jednego   metra   za   zbyt   długi   do   pokonania.   –  W  rzeczy   samej,   jestem 
zaklinaczem, choć z przykrością muszę dodać, że daleko mi do pełni sił. Zwę się 
doktor   Scamandros.   Będę   asystował   lordowi  Arthurowi   i   tobie,   jak   mniemam, 
kreując   magiczne   przebrania,   które   ułatwią   wam   przeniknięcie   do   kryjówki 
Złocienia.

–   Przebrania!   Jakiego   rodzaju?   –   zainteresowała   się   Suzy.   –   Chętnie 

wskoczyłabym w pirackie szmaty, najlepiej z kilkoma tatuażami, takimi jak twoje.

– Szczerze powiedziawszy  – wtrącił się Arthur – myślałem o przybraniu 

wyglądu szczurów. Zwykłych szczurów, o ile to możliwe. Chodzi mi o iluzję, nie 
żadne tam przeobrażenie. Nie chcę zmieniać się w szczura. Rzecz jasna, fajnie 
byłoby być szczurem, gdybym musiał nim być...

Umilkł, aby nie pogrążać się jeszcze bardziej. Był pewien, że OGoniasty i 

sternik z uwagą wysłuchują każdego jego słowa.

–   Chcesz,   by   ten,   kto   na   ciebie   spojrzy   widział   szczura   –   podsumował 

doktor.

– Tak.
– To się da zrobić – ocenił Scamandros. – Nie jestem jednak przygotowany, 

więc   będę   musiał   zacząć   od   zera.   To   trochę   potrwa.   Przede   wszystkim 
potrzebujemy nosów i ogonów.

– Nosów i ogonów?
– W rzeczy samej. Szczurzych nosów i ogonów.
Arthur drgnął, gdy OGoniasty obrócił prawe ucho i zastrzygł nim z uwagą.
– Hm, nie sądzę...
– Nie, nie. Nie chodzi o prawdziwe nosy i ogony. Sami je sporządzimy, a ja 

dodatkowo   nasączę   je   magią.   Zastanówmy   się.   Potrzebujemy   sporo   dobrego, 
cienkiego papieru, zwykłego kleju, nieco kartonu. I jeszcze aktywny atrament.

Doktor   jednocześnie   wyciągał   z   kieszeni   szynela   wszystkie   wymieniane 

przedmioty, a także nożyczki, kilka piór, nożyk do ich przycinania i emaliowaną 
tabakierę.

– Czy jest ci znane rękodzieło, polegające na sklejaniu warstw papieru, które 

po wyschnięciu stają się twarde i przestrzenne?

– Chodzi o papier-mache – oświadczył Arthur. W starej szkole robił w ten 

sposób maski na przedstawienie teatralne, wystawiane z okazji zakończenia roku. – 
Zajmowałem się tym trochę.

– Z kleju i papieru ulepimy szczurze nosy dla ciebie i Suzy. Każdą warstwę 

papieru   pokryję   aktywnym   atramentem   i   wycisnę   na   niej   zaklęcie   iluzji   oraz 
dezorientacji, co je wzmocni, a na koniec stworzy pełną maskę, pokrywającą całe 
ciało   i   nadającą   mu   postać   szczura   w   oczach   tego,   kto   spojrzy.   Szacuję,   że 

background image

wytworzenie dwóch takich szczurzych pysków zajmie co najmniej pięć godzin.

– Moim zdaniem dotrzemy do Utopionej Środy najwcześniej za dwanaście 

godzin – rozważał Arthur. – Mamy więc mnóstwo czasu.

– Będziemy go potrzebowali – zauważył Scamandros. – Szczurze nosy tylko 

otumanią   oczy   piratów,   z   wyłączeniem   Złocienia,   jak   już   nadmieniłem.   Aby 
dostarczyć im odgłosów i zapachów, wydawanych przez szczury, będziemy musieli 
zastosować inne zaklęcie, wyciśnięte na ogonach. Ogony utkać należy specjalnie w 
tym celu na krosnach, zbudowanych wyłącznie do obsługi tego zaklęcia, żadnego 
innego.

–   Krosna?   Chodzi   o   takie   wielkie,   drewniane   maszyny   z   mnóstwem 

sznurków na ramie? – spytała Suzy. – Ciężko byłoby upchnąć tu coś takiego, nawet 
jeśli trzymasz je gdzieś w kieszeniach.

– Krosna nie zawsze bywają ogromne – zauważył Scamandros. Sięgnął do 

szynela i wyciągnął dwa motki bawełny, nie dłuższe niż osiem centymetrów, o 
średnicy pięciu centymetrów. Każdy z nich miał na górze wbite cztery gwoździe.

– Pozwolę sobie przedstawić wam cudowne możliwości kołowego krosna z 

Arkruchilloru – oświadczył doktor.

– Używa się go do tkania ściegiem francuskim – zauważył Arthur. – Wiem, 

jak to się robi. A przynajmniej kiedyś wiedziałem.

– Ścieg francuski? – zdziwił się Scamandros. – Poznałem go pod nazwą 

arkruchillorskiej okrętki. Jak to jednak bywa z większością dobrych pomysłów, 
także ten niewątpliwie pochodzi z Ziemi i został przeniesiony do Arkruchilloru 
przez wędrowców z Domu. Będziesz potrzebował małych haczyków i przędzy.

Doktor wręczył chłopcu dwie srebrne igiełki zakończone haczykami oraz 

dwa kłębki brązowej, puszystej wełny. Potem pośpiesznie wyjaśnił, jak przeciągnąć 
przędzę przez szpule bawełny, owinąć ją wokół gwoździ i przystąpić do tkania lub 
robienia   na   drutach,   od   czasu   do   czasu   korzystając   z   haczyka.   Po   kilku 
początkowych niepowodzeniach Arthur i Suzy szybko zaczęli wytwarzać wstęgi 
wełnianej tkaniny.

Gdy zrozumieli, w czym rzecz, Scamandros zabrał szpule.
–   Najpierw   muszę   na   nich   napisać   zaklęcie,   żebyście   mogli   zacząć   od 

początku – wytłumaczył. – Tak czy owak, powinniśmy zabrać się do nosów. Ich 
wymodelowanie jest najbardziej czasochłonne, a poza tym muszą wyschnąć.

Następne osiem godzin w całości poświęcili rękodziełu, od czasu do czasu 

przerywając pracę, by wypić herbatę lub obejrzeć coś ciekawego w kryształowej 
kuli. Dość długo płynęli przez duże zbiorowisko rupieci i słyszeli, jak wszelkiego 
typu graty odbijają się od burt łodzi. Zauważyli mnóstwo od dawna zagubionych 
przedmiotów,   cennych   tylko   dla   właścicieli.   Sporą   grupę   obiektów   stanowiły 
dziecięce zabawki, słabo widoczne pluszowe zwierzaki i drewniane figurki, które 
unosiły się w mroku morza.

background image

Wreszcie praca dobiegła końca. Szczurze nosy wyglądały jak rożki z papier-

mache,   z   dolepionymi   papierowymi   wąsikami.   Szczurze   ogony   przypominały 
metrowej długości warkocze z brązowej wełny. Przy bliższych oględzinach widać 
jednak było, że po papierze i wełnie przesuwają się słowa zaklęcia Scamandrosa. 
Maleńkie litery wędrowały tu i tam, łączyły się w słowa. Arthur nie potrafił ich 
odczytać, lecz kiedy na nie patrzył, jego umysł wypełniał się obrazami szczurów: 
zwyczajnych,   takich,   jakie   od   czasu   do   czasu   widywał   w   rynsztoku   blisko 
głównego dworca kolejowego w rodzinnym mieście.

– Przymierzcie – nalegał Scamandros. – Tylko pamiętajcie: w celu uzyskania 

pełnej iluzji musicie nosić jednocześnie nos i ogon. Jeżeli włożycie tylko jeden 
element przebrania, może nastąpić zachwianie równowagi zaklęcia.

– I co z tego wyniknie? – chciała wiedzieć Suzy.
– Dość powiedzieć, że po przywiązaniu nosa musicie natychmiast przyczepić 

ogon – oświadczył Scamandros. – I na odwrót.

Arthur sięgnął po szczurzy nos, zatknął go na swoim i zawiązał sznurek z 

tyłu głowy. Czuł się idiotycznie, zwłaszcza gdy przymocował ogon do tylnej części 
spodni.

– Fenomenalnie! – pochwalił go doktor. – Powiedz coś.
– Głupio mi – burknął Arthur. Widział, . że wygląda tak samo jak przedtem, 

a jego głos brzmi całkiem zwyczajnie. Scamandros klasnął jednak w dłonie, a Suzy 
się roześmiała.

– Teraz ja! – oświadczyła.
Arthur ściągnął szczurzy nos i odwiązał ogon, gdy Suzy przymierzała swoje 

akcesoria.   Znikła   natychmiast,   gdy   zawiązała   sznurek   z   tyłu   głowy.   Chłopiec 
zamrugał oczyma i dopiero po chwili przyszło mu do głowy, by spojrzeć w dół. U 
jego stóp siedział szczur, patrzył na niego z dołu i machał różową łapką.

– Działa! – zawołał Arthur.
Suzy pojawiła się ponownie. Szczurzy nos zwisał jej na szyi niczym dziwny 

naszyjnik.

– Przydałoby mi się coś takiego parę lat temu – westchnęła. – Jak długo 

wytrzyma?

–  Kilka  dni  –  odparł  Scamandros.   –  Nicość   w  aktywnym  atramencie  po 

pewnym   czasie   przeniknie   przez   papier   i   wełnę.   Na   zaklęciu   można   jednak 
polegać, jest starannie wykonane, nawet jeśli ja sam to mówię. Niewykluczone, że 
wytrzyma dłużej.

Arthur zerknął na Suzy. Dziewczyna miała rozmarzone oczy zupełnie jakby 

myślała o innych sposobach wykorzystania szczurzego kostiumu, po opuszczeniu 
światka Złocienia.

– Sardynki – odezwał się sternik. – Cała ławica.
Wszyscy skierowali wzrok na kryształową kulę, która nagle wypełniła się 

background image

migoczącymi, srebrnymi iskierkami, tak licznymi, że Arthur musiał uważnie się 
wpatrywać, by dostrzec, że „Balaena” wpadła w wielką ławicę ryb.

– Z pewnością zbliżamy się do Utopionej Środy – orzekł OGoniasty dziesięć 

minut później, gdy wszyscy się zorientowali, że sardynek nie ubywa. – Skupia ryby 
na swojej drodze, wykorzystując do tego własną moc.

Podniósł tubę.
–   Uwaga   załoga!   –   ryknął.   –   Pełna   gotowość   do   taranowania!   Zamknąć 

wodoszczelne   grodzie!   Do   pomp.  Wszyscy   tu   z   tyłu   zapięci   pasami?   –   spytał 
OGoniasty.

– Tak – potwierdził Arthur.
– W rzeczy samej – oświadczył Scamandros.
– Ja myślę – dodała Suzy.
OGoniasty nie wstał z krzesła i tylko się pochylił.
– Utopiona Środa zwykle podróżuje blisko powierzchni morza, a według 

naszych obserwacji jej paszcza sięga czterystu sążni nad wodą i w przybliżeniu stu 
pięćdziesięciu sążni pod falami. Obliczyliśmy, że jeśli się opuścimy na głębokość 
około trzydziestu sążni, wówczas będziemy mieli spore szanse natrafienia na otwór 
w górnych filtrujących płytach, bez ryzyka utknięcia w szczęce. Płyty w dużej 
mierze   składają   się   z   otworów,   ale   będziemy   mieli   bardzo   mało   czasu   na 
dostrzeżenie   tego,   w   który   postaramy   się   celować.   Oby   prąd   był   dostatecznie 
mocny.

– Płyniemy z prądem – doniósł sternik. – Prędkość w wodzie wzrosła do 

dwudziestu sześciu węzłów.

OGoniasty odwrócił się do przyrządów.
– Co zrobimy, jeśli nie przepłyniemy przez szczelinę? – zapytała Suzy.
– Pewnie rozbijemy się w drobny mak – zasugerował Arthur. – OGoniasty 

twierdził jednak, że płyty to w dużej mierze otwory. Prąd wody musi zmierzać do 
szczelin albo jest ku nim kierowany. Wszystko będzie dobrze.

– A jeżeli nie rozbijemy się w całkiem drobny mak, tylko w dość drobny 

mak? – odezwała się Suzy po chwili. – Jeśli będziemy jeszcze żyli, ale zaczniemy 
tonąć?

–   Suzy,   bardzo   cię   proszę,   nie   zarzucaj   mnie   teraz   tymi   pytaniami   – 

westchnął Arthur, usiłując za wszelką cenę nad sobą zapanować.

Srebrzyste ryby w kuli pędziły coraz szybciej. Chłopiec czuł, że „Balaena” 

kołysze się do przodu i do tyłu oraz na boki, gdy porywa ją pęd wody pochłanianej 
przez Utopioną Środę.

Nagle wszystkie srebrzyste ryby znikły, a kula pociemniała.
– Jesteśmy w jej cieniu!
– Zasilanie awaryjne! – warknął OGoniasty. – Światła dziobowe pełna moc!
Kula ponownie zalśniła. Srebrzyste ryby już nie przewalały się przez nią 

background image

strumieniem. Płynęły do tyłu, wraz z masami wodorostów oraz mniej lub bardziej 
wartościowych przedmiotów. Podobnie jak łódź podwodna, były one zasysane do 
paszczy Utopionej Środy.

W pewnej chwili coś gruchnęło o „Balaenę", a towarzyszący temu niski, 

przeciągły łomot przetoczył się echem po kadłubie. Zaraz potem rozległa się seria 
uderzeń, które kojarzyły się z gradem, tłukącym o blaszany dach. Łódź kołysała się 
i trzęsła, a sternik i OGoniasty zapamiętale przestawiali dźwignie, by utrzymać 
stabilność jednostki.

Arthurowi mignął przed oczyma biały obiekt, znajdujący się na ich drodze.
– Płyta filtrująca!
OGoniasty również ją dostrzegł. Wraz ze sternikiem podwoili wysiłki, by 

zapanować   nad   jednostką,   która   obróciła   się   o   trzydzieści   stopni,   gwałtownie 
uniosła dziób i równie szybko odzyskała poziom. Arthur zauważył, że jednolita 
biała   ściana,   wznosząca   się   na   ich   kursie,   zmieniła   się   w   ciemny   otwór.   Łódź 
zmierzała   prosto   ku   niemu,   otoczona   srebrzystą   ławicą   i   setkami   rupieci 
najrozmaitszych rozmiarów.

– Jesteśmy w środku! – zawołał OGoniasty, nerwowo zmieniając obrazy, 

wyświetlane w kryształowej kuli. Wszystkie przedstawiały odległe, białe ściany. – 
Płyniemy przez płytę filtrującą!

OGoniasty   pośpieszył   się   z   oceną   sytuacji.   Przy   wtórze   ogłuszającego 

łoskotu, „Balaena” nagle rąbnęła w przeszkodę na tyle wielką, by niemal zatrzymać 
łódź podwodną. Wszyscy na pokładzie polecieli do przodu, a pasy bezpieczeństwa 
werżnęły się im w brzuchy. W następnej chwili jednostka gwałtownie wyhamowała 
i stanęła, a załoga oraz pasażerowie się odchylili.

Woda i wszystkie drobne obiekty nadal gnały wokół łodzi, choć już nie tak 

pośpiesznie jak wcześniej. Nie poruszała się jednak wcale, nawet pomimo tego, że 
kadłubem wstrząsały wibracje pracujących silników.

– Utknęliśmy – wyszeptał Arthur.
Zabukowali głęboko pod wodą w fiszbinie o otworach wielkich jak tunel.

background image

Rozdział 22

Oba stój! – krzyknął OGoniasty.
Wibracje silników  ustały, lecz rupiecie przez cały  czas donośne waliły  o 

kadłub. Arthur widział nieustający  strumień małych przedmiotów, sunący  przez 
kryształową kulę.

–   W  tunelu   tkwi   przeszkoda   –   rzucił   OGoniasty   przez   ramię.   Ponownie 

podniósł rurę komunikacyjną i warknął: – Raport o zniszczeniach!

W   odpowiedzi   zabrzmiały   głosy   Szczurów,   trzeszczące   i   odbijające   się 

echem. Wszyscy zgodnie potwierdzali, że nie ma żadnych poważnych zniszczeń.

– Co nam blokuje drogę, przodozgryz? – zapytał OGoniasty.
–   Przebiliśmy   taranem   drewnianą   ścianę   –   doniósł   podoficer, 

odpowiedzialny   za   dziobową   część   łodzi   podwodnej.   –   Wygląda   to   na   burtę 
wielkiego   statku   kupieckiego,   który   utkwił   w   poprzek   tunelu.   Bardzo   twarde 
drewno.

– Wycofać taran. – Przez mniej więcej dwadzieścia sekund panowała cisza. 

Arthur   uważnie   obserwował   kryształową   kulę.   Ze   względu   na   wielką   chmurę 
szczątków sunących wokół łodzi, trudno było się zorientować, jaki obiekt tkwi z 
przodu   jednostki.   Widać   jednak   było   pogrążoną   w   cieniu,   porośniętą   glonami 
płaszczyznę drewna.

–   Panie   kapitanie,   nie   możemy   go   wycofać.   Nawet   niskie   przełożenie 

kołowrotu nie pomaga, choć wszyscy napierają z całych sił.

– Musimy zatem się cofnąć – zadecydował OGoniasty. – Sternik, jaka jest 

prędkość prądu?

– Dziewiętnaście węzłów.
– Dziewiętnaście?
– Wahania pozostają w przedziale od osiemnastu do dwudziestu węzłów.
Ogon OGoniastego wysunął się nerwowo zza krzesła i niespokojnie trzasnął 

o podłogę.

– W czym problem? – zapytał wzburzony Arthur. Uznał, że w gruncie rzeczy 

nie   podoba   mu   się   na   pokładzie   łodzi   podwodnej,   w   zamkniętej   przestrzeni,   z 
której nie można uciec w razie jakichkolwiek problemów...

– W tym otworze w płycie utkwił wrak, a my wpakowaliśmy się prosto w 

niego – objaśnił OGoniasty. – Nasz taran się w nim zablokował. W innej sytuacji 
po prostu uruchomilibyśmy wsteczny bieg i w ten sposób byśmy się oswobodzili. 
Kłopot w tym, że nasza maksymalna prędkość wstecz wynosi osiemnaście węzłów, 
a prąd tutaj jest gwałtowniejszy.

– Zatem naprawdę jesteśmy unieruchomieni?
– Chwilowo – pośpieszył z zapewnieniem OGoniasty. – Na szczęście mamy 

background image

czas, aby uporać się z przeciwnościami losu. Kształtuje się szereg opcji...

– Zanurzamy się głębiej, panie kapitanie – przerwał mu sternik.
– Co takiego? – zdumiał się OGoniasty. – W tunelu?
– Nie, panie kapitanie. Z pewnością musi chodzić o Lewiatana. On nurkuje.
– Przecież Środa prawie nigdy nie nurkuje! Głębokość?
– Czterdzieści pięć sążni. Czterdzieści osiem. Pięćdziesiąt trzy...
–   Stanowiska   awaryjnego   zanurzenia!   –   krzyknął   OGoniasty   do   rury 

głosowej. – Sprawdzić wszystkie grodzie!

–   Tak   jest!   –   zawołały   zgodnym   chórem   głosy,   płynące   z   głośników. 

OGoniasty   pochylił   się   nad   głębokościomierzem   przy   sterniku,   który   i   tak 
wyczytywał kolejne wskazania urządzenia.

–   Wypoziomowuje   –   obwieścił   sternik.   –   Na   sześćdziesięciu   siedmiu 

sążniach.

– Jak głęboko możemy zejść? – spytał Arthur.
– Głębiej niż teraz – zapewnił go OGoniasty. – Niebezpieczeństwo polega na 

tym, że nawet bardzo nieznaczny ruch Utopionej Środy może sprawić, że trafimy 
zbyt głęboko. Liczyliśmy na to, że będzie płynęła po powierzchni, jak to ma w 
zwyczaju.

– Idę o zakład, że zobaczyła coś do jedzenia – oświadczył chłopiec. – Teraz 

jesteśmy bezpieczni, zgadza się?

– Musimy opuścić ten otwór w płycie – odparł OGoniasty. – Gdy odzyskamy 

swobodę ruchu we wnętrzu Środy, wówczas damy sobie radę. Jesteśmy jednak zbyt 
głęboko, aby posłać nurków, którzy wyrąbaliby otwór w przeszkodzie. Doktorze 
Scamandros, może zaproponujesz jakieś magiczne rozwiązanie?

Scamandros odchrząknął.
–   Hm,   przyznaję   z   przykrością,   że   nic   nie   przychodzi   mi   do   głowy. 

Większość mojej praktycznej wiedzy dotyczy wiatru i fali na powierzchni morza, 
nie pod nią.

– Zatem spróbujemy się wydostać...
– Panie kapitanie, ona znów nurkuje.
– Głębokość?
–   Siedemdziesiąt   dwa   sążnie   i   się   obniża.   Osiemdziesiąt   dwa   sążnie. 

Osiemdziesiąt siedem sążni. Dziewięćdziesiąt sążni. Dziewięćdziesiąt pięć sążni.

Obojętny   głos   sternika   nagle   został   zagłuszony   potwornym,   metalicznym 

łomotem, który zabrzmiał jak uderzenie w gigantyczny dzwon. Hałas okazał się tak 
przenikliwy, że wszystkie inne dźwięki kompletnie zanikły. Odgłos przerodził się 
nieśpiesznie   w   najrozmaitsze   huki   i   piski.   Żaden   z   nich   nie   dorównywał 
pierwszemu głośnością, lecz wszystkie budziły trwogę.

– Możemy zanurzyć się głębiej – zapewnił OGoniasty Arthura. Mówił z dużą 

pewnością siebie, lecz chłopiec dostrzegł, że ogon szczura przybrał śnieżnobiałą 

background image

barwę.

– Sto sążni. Sto dwa sążnie.
–   Wysłać   wiadomość   w   butli   –   przemówił   OGoniasty   do   rur 

komunikacyjnych. – Osiągnięta głębokość testowa. Utopiona Środa nadal nurkuje.

– Tak jest, zrozumiano – rozległa się odpowiedź.
– Doktorze Scamandros! – Arthur odwrócił się do zaklinacza. – A może 

porozumiemy się z Utopioną Środą? Czy jesteś w stanie zrobić coś... sam nie wiem 
co... dajmy na to rozświetlić niebo, aby spojrzała w górę?

Scamandros   otarł   czoło   żółtą,   jedwabną   chustką,   odłożył   ją   i   zaczął 

przetrząsać kieszenie szynela. Wyglądało na to, że ma ich więcej, niż mogłoby się 
pomieścić w palcie.

– Nie, nie, nic z tego nie będzie... To nie zadziała na takiej głębokości... Tego 

nigdy nie opanowałem... kto wie... nie, zużyte... Musiałbym widzieć cel...

– Mam! – odezwała się Suzy. – Trzeba nad nią wyświetlić iluzję wielkiego 

kotleta wołowego. Idę o zakład, że Środa się na to nabierze.

– Mogę stworzyć iluzję – przyznał Scamandros z irytacją. – Ale nie potrafię 

przenieść jej na zewnątrz!

– Sto sześć sążni – doniósł sternik. Skierował wzrok na kapitana i dodał bez 

cienia lęku w głosie: – Szacowana głębokość zgniotu sto dziesięć sążni.

Arthur nie musiał pytać, czym jest „głębokość zgniotu”. Nie miał co do tego 

żadnych  wątpliwości:  wszyscy   doskonale  słyszeli  potworne  łomoty  i  zgrzyty  w 
kadłubie.   Gdy   rozległ   się   kolejny   dźwięk,   chłopiec   podskoczył   i   się   odwrócił. 
Ujrzał wytryskującą z podłogi wodę.

– Sto osiem sążni.
– Czy Utopiona Środa słyszy pod wodą? – zapytała Suzy.
–   Głębokość   zgniotu   przekroczona   –   oznajmił   sternik.   –   Sto   jedenaście 

sążni... zanurzamy się coraz głębiej.

Jakby w reakcji na jego słowa, wszystkie światła nagle zgasły. Arthur patrzył 

w ciemności i czekał, aż kadłub zupełnie się rozpadnie, a potem do wnętrza łodzi 
wedrą   się   tony   zimnej   wody,   niosącej   natychmiastową   śmierć.   Pomyślał,   że 
przynajmniej zginie szybko...

Inni   spodziewali   się   tego   samego.   Przez   mniej   więcej   dziesięć   sekund 

zachowywali całkowite milczenie, aż wreszcie przemówił OGoniasty.

– Przełączyć na obwód B! – rozkazał.
Sternik rzucił się wykonać polecenie. Mimo bezustannych huków i świstów 

Arthur usłyszał szybkie kliknięcie i ciche przekleństwo Szczura. Następnie żarówki 
zamigotały,   powoli   nagrzewając   żarniki,   i   stopniowo   się   rozjaśniły,   rzucając 
niespotykaną, czerwoną poświatę na członków wyprawy.

– Głębokość!
Pasażerowie  ponownie wstrzymali oddechy. Z pewnością  nie mogli  dalej 

background image

opadać, bo przecież łódź musiałaby już się rozpaść.

– Sto... sto trzynaście sążni! Bez zmian!
– Co powiedziałaś, Suzy? – spytał Arthur.
– Chciałam wiedzieć, czy Utopiona Środa słyszy pod wodą.
– Na pewno! – wykrzyknął chłopiec pośpiesznie. – Wieloryby mają sonary! 

Nawet   śpiewają   do   siebie   nawzajem.   Jeżeli   spróbujemy   wytworzyć   wyjątkowo 
wysoki   i  głośny   dźwięk,   wówczas...   Środa   się   zorientuje,  że   ktoś  utknął   jej  w 
paszczy. Ale to pewnie nic nie da.

– Czemu nie? – zapytała Suzy.
– Bo jeśli usłyszy dokuczliwy hałas, to może zanurzyć się głębiej, aby się 

pozbyć jego źródła.

– Sto czternaście sążni! – krzyknął sternik. – Ponownie się zanurzamy!
– Zatem nie może być gorzej, prawda?
– Rób wszystko, co się da – zażądał OGoniasty. – Głębokość zgniotu jest 

znana w przybliżeniu, niemniej...

Umilkł,   gdy   kilka   strumieni   wody   jednocześnie   buchnęło   ze   ścian. 

Rozszczelnieniu poszycia towarzyszył straszliwy, niski pomruk kadłuba.

– Doktorze! – krzyknął Arthur. – Czy potrafisz wytworzyć bardzo długi i 

bardzo głośny pisk?

Scamandros już odkręcał główkę papugi z laski. Skinął głową, sięgnął do 

wnętrza główki i coś tam poprawił.

– Zatkajcie uszy!
Arthur   w   ostatniej   chwili   wetknął   palce   do   uszu.   Główka   papugi 

niespodziewanie pojaśniała jaskrawym światłem, rozchyliła dziób i wydała z siebie 
niewiarygodnie   przenikliwy   skrzek,   który   trwał   przez   kilka   sekund,   całkowicie 
zagłuszając trzaski i jęki łodzi podwodnej. Scamandros operował główką papugi 
niczym kukiełką, przesuwał ukryte w niej dźwigienki i sprawiał, że piskliwy skrzek 
stawał się na przemian wyższy i niższy, w regularnym rytmie.

Sternik usiłował coś wykrzyczeć, lecz Arthur nie rozumiał ani jednego jego 

słowa. Wrzask papugi był tak wysoki i rozbrzmiewał tak donośnie, że wszyscy 
dookoła fizycznie cierpieli. Chłopiec czuł, jak coraz bardziej bolą go skronie.

Jęknął,   gdy   woda  zalała  mu  stopy,  i  natychmiast  podniósł   nogi.  Podłogę 

mostka   pokrywała   co   najmniej   trzydziestocentymetrowa   warstwa   wody   i 
wyglądało na to, że jej przybywa. Sztuczka nie przyniosła zatem spodziewanego 
rezultatu i teraz wszyscy członkowie wyprawy mieli utonąć w zmiażdżonej łodzi 
podwodnej...

Skrzek ustał. Arthur niepewnie wyciągnął palce z uszu, ale tylko na tyle, by 

usłyszeć niewyraźny jazgot głosów, wśród nich sternika, który kompletnie stracił 
zimną krew.

– Sto sążni i wypływamy! Środa się wynurza! Wynurzamy się! – wrzeszczał.

background image

Czy to w odpowiedzi na papuzi skrzek, czy to z innego powodu, Utopiona 

Środa   wynurzała   się   znacznie   szybciej,   niż   się   pogrążała   w   morzu.  Arthurowi 
przeszło  przez  myśl,   że  obie  te  czynności  zapewne  niewiele  dla  niej  znaczyły. 
Prawdopodobnie wkładała w nie tyle samo wysiłku, ile on w podniesienie głowy o 
parę centymetrów.

– Dziesięć sążni i coraz bliżej powierzchni! Sześć sążni! Poziom morza! 

Wynurzyliśmy się! Jesteśmy ponad poziomem wody.

Wszyscy gapili się na kryształową kulę. Cała woda wypływała z otworu, w 

którym   utkwili,   i   teraz   doskonale   widzieli   przeszkodę   w   postaci   obrośniętej 
pąklami ściany z obitego miedzianą blachą drewna.

– Z pewnością unosi głowę – zauważył OGoniasty. – To ułatwia sprawę.
Podniósł końcówkę rury komunikacyjnej.
– Sternik szalupy, przygotować ekipę nurków do pracy w morzu! – rozkazał. 

– Cztery Szczury z siekierami. Kontrola uszkodzeń, wszystkie pompy w ruch!

– Tak jest!
Arthur uważnie obserwował kryształową kulę, pierwszy dostrzegł więc, że z 

trzewi   wieloryba   cofają   się   strumienie   wody.   Łódź   podwodna   się   zatrzęsła   i 
przechyliła na rufę, a pozostała na mostku woda chlusnęła wszystkim na kostki.

– Ponownie jesteśmy w morzu. Dziewięć sążni! – zawołał sternik. – Prąd się 

odwrócił. Teraz wydobywa się ze środka Środy, z prędkością sześciu węzłów.

–   Wstrzymać   ekipę   nurków!   –   krzyknął   OGoniasty.   –   Oba   silniki   cała 

wstecz!

Gdy   tylko   uruchomiono   silniki,   łodzią   wstrząsnęły   potężne   dramatyczne 

wibracje, a fala uderzeniowa przetoczyła się przez jednostkę z odgłosem, który 
przypominał walący się na podłogę kredens z porcelaną. Arthur przycisnął dłonie 
do uszu i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do góry, a krew gwałtownie napływa 
do głowy.

– Co to było?
–   Kłapnięcie   paszczą   –   wyjaśnił   OGoniasty.   –   Najwyraźniej   Środzie   nie 

spodobał się skrzek papugi. Teraz mamy większe szanse się uwolnić.

– Albo rozpaść się na kawałki – dodała Suzy beztrosko.
Fala   uderzeniowa   nadciągała   jeszcze   trzykrotnie,   za   każdym   razem 

gwałtowniej niż poprzednio. Arthur z ulgą pomyślał, że jest przypięty pasami, choć 
nawet przy takim zabezpieczeniu rzucało nim na wszystkie strony. Z imbryka i 
filiżanek zostały skorupy, które wraz z innymi szczątkami przewalały się groźnie 
po   mostku.  Arthur   nie   zdążył   się   zasłonić   rękami   i   w   pewnej   chwili   jeden   z 
odłamków drasnął go w policzek.

– Cofamy się!
Chłopiec   nie   odrywał   wzroku   od   kryształowej   kuli.   Drewniana   ściana 

zdawała się cofać, gdy łódź podwodna przesuwała się w tył. Wszystkie graty nadal 

background image

wypływały z wnętrzności Utopionej Środy, choć wolniej niż wtedy, gdy do niej 
wpadały. Można było odnieść wrażenie, że przestała się poruszać i tylko opuściła 
paszczę.

– Oko ogonowe!
Widok uległ zmianie i członkom wyprawy ukazało się otwarte morze z tyłu 

jednostki.

–   Gdyby   tylko   pozostała   nieruchoma   na   tyle   długo,   byśmy   zdążyli   się 

wycofać   i   wycelować   w   inny   otwór...   –   mruknął   OGoniasty.   –   Potrzebujemy 
minuty. Jednej minuty...

Wszyscy milczeli, zapatrzeni w widok z ogonowego oka. Obraz powoli się 

zmieniał, szczątki unosiły się swobodniej na wodzie, białe ściany fiszbin zostawały 
za nimi.

– Oko dziobowe!
Kula rozbłysła i wypełniła się obrazem ogromnej, białej ściany z wielorybiej 

kości, podziurawionej licznymi otworami.

– Lordzie Arthurze, czy chcesz wybrać szczelinę? – spytał OGoniasty. Łódź 

podwodna nadal oddalała się od monstrualnej paszczy.

– Nie! Po prostu wpłyńcie w jedną z nich.
– Trzydzieści lewo na burt i naprzód! – rozkazał OGoniasty.
Łódź   podwodna   zagrzechotała   i   jęknęła,   gdy   silniki   pchnęły   ją   naprzód. 

„Balaena” zaczęła powoli sunąć ku nowemu otworowi. Nagłe woda gwałtownie 
chlusnęła   w   stronę   „Balaeny”,   a   białe   ściany   i   czarny   otwór   zaczęły   się 
błyskawicznie przybliżać.

– Środa znowu płynie naprzód!
– Wyrównać ster, prosto na otwór wlotowy!
– Miejmy nadzieję, że ten nie jest zaczopowany – westchnęła Suzy.
– Prąd wody by go udrożnił – odparł Arthur nerwowo. Usiłował obserwować 

to, co się dzieje, w kryształowej kuli. Zmierzali prosto ku nowemu tunelowi, lecz 
wystarczyło tylko nieznaczne zboczenie z kursu, by nie trafić do celu. – W tamtym 
otworze musiał utkwić jakiś duży okręt. Mieliśmy pecha, że wpłynęliśmy akurat 
tam.

–   Na   szczęście   udało   się   nam   wycofać   –   dodał   doktor   Scamandros   z 

niepokojem.

– Płyniemy! – krzyknęła Suzy. – Jak po sznurku!

background image

Rozdział 23

Nowy tunel okazał się całkowicie drożny. „Balaena” pokonała go ze stałą 

prędkością,   wspomagana   przez   stopniowo   przybierający   na   sile   prąd.   Utopiona 
Środa płynęła przed siebie, a woda morska, żywność i rupiecie ponownie wpadały 
do   jej   przełyku.   Tunel   w   płycie   miał   tylko   sto   metrów   długości.   Gdy   łódź 
wypłynęła z drugiej strony, Arthur się zorientował, że przez cały czas wstrzymywał 
oddech. Wypuścił powietrze z płuc, lecz nie poczuł ulgi. Czekały go niezliczone 
trudności i przeszkody. Nawet gdyby jakoś udało mu się zdobyć Wolę, to i tak 
musieli później wydostać się z trzewi wieloryba.

To nie takie proste, pomyślał. Chyba możemy przyśpieszyć, ale jeśli prąd 

będzie zbyt silny, wówczas „Balaenie” nie uda się wypłynąć, chyba że Utopiona 
Środa zaprzestanie na dłuższą chwilę...

Po   pokonaniu   płyty   filtrującej   „Balaena"   popłynęła   wraz   z   prądem   do 

szerokiego   jeziora   w   paszczy   Utopionej   Środy.   Przebycie   go   zajęło   łodzi 
dwadzieścia   minut   intensywnej   pracy   silników,   które   zapewniały   jednostce 
sterowność pomimo coraz bardziej żywiołowego nurtu. Przemieszane z żywnością 
wody gromadziły się przed wpadnięciem do gardła Utopionej Środy.

Dla łodzi podwodnej było to jednak niemal rutynowe zadanie, podobne do 

żeglugi w ujściu rzeki podczas pływu. Gardło okazało się niebywale szerokie i 
choć woda unosiła mnóstwo wszelkiego typu materiałów, nic nie mogło zagrozić 
„Balaenie”.   Sporą   część   zasobów   stanowiły   ryby   i   wszelkiego   typu   morskie 
stworzenia, wymieszane z rupieciami.

Arthur   nawet   się   nieco   odprężył,   gdy   pompy   usunęły   wodę   z   mostka,   a 

OGoniasty i sternik powrócili do spokojnej wymiany poleceń i informacji.

Po   pokonaniu   około   trzech   kilometrów   gardła   „Balaena”   całkowicie 

nieoczekiwanie się uniosła i wykonała pełne salto. Arthur niemal wyśliznął się 
spod pasów i ponownie oberwał przewalającymi się przedmiotami, między innymi 
srebrną pokrywką imbryka, która głośno zadźwięczała, trafiwszy chłopca w głowę.

Jednocześnie   Arthur   poczuł,   jak   jego   ciało   przeszywa   osobliwy   prąd 

elektryczny,   a   końce   palców   wybuchają   zielonymi   płomieniami,   z   których   leci 
mnóstwo   szybko   znikającego   dymu.   Chłopak   tylko   krzyknął   i   energicznie 
potrząsnął dłońmi.

Zdarzenie rozegrało się tak błyskawicznie, że nikt nie miał czasu na reakcję, 

zupełnie jakby załoga i pasażerowie nagle znaleźli się na przejażdżce koleją w 
nieznanym wesołym miasteczku i nie mieli pewności, czy maszyna ponownie nie 
wywinie kozła.

–   Pokonaliśmy   jakąś   magiczną   śluzę   –   syknął   doktor   Scamandros.   Jego 

szynel   zadarł   się   do   góry   i   zaplątał   mu   wokół   szyi,   przez   co   zaklinacz   miał 

background image

trudności z obciągnięciem palta.

– Wszystkie ciśnieniomierze się przestawiły – doniósł sternik. – Zgodnie z 

ich   wskazaniami,   znajdujemy   się   teraz   na   głębokości   zaledwie   pięciu   sążni,   a 
ponad nami jest powietrze. Nie ma także mowy o żadnym prądzie. Stojąca woda 
albo prawie stojąca.

OGoniasty podrapał się po uchu.
– To była zapewne śluza. Głębokość zwierzchniego oka.
– Jest głębokość zwierzchniego oka.
Parę   minut   później   w   kuli   ukazał   się   obraz   powierzchni   morza,   czy   też 

dużego   jeziora   wewnątrz   Utopionej   Środy.   Akwen   był   oświetlony   różowawą 
poświatą,   bijącą   z   brzusznego   sklepienia   w   górze.   Doktor   Scamandros 
zasugerował, że światło powstaje w wyniku reakcji drobin Nicości na cząsteczki 
Domu. Jedne i drugie zostały pożarte przez Środę i wchłonięte przez ściany jej 
żołądka.

–  To   bardzo   niebezpieczne   –   dodał,   z   fascynacją   i   lękiem   zapatrzony   w 

sklepienie.  –  Nadmiar  Nicości.  Jeśli  jej dostateczna  ilość  zdoła  się  uwolnić od 
cząsteczek Domu, a następnie ulec koncentracji...

– Czy możemy poszukać czegoś, co przypomina... co jest dostatecznie duże, 

aby mogło pomieścić światek Złocienia? – zapytał Arthur.

– Obrócić zwierzchnie oko.
Obraz  w  kryształowej  kuli powoli  się  odwrócił.  Z  początku  przedstawiał 

wyłącznie jednostajne, świetlistozielone morze. Potem nagle kolory rozbłysły tak 
mocno, że chłopiec zamrugał oczyma.

W odległości kilku kilometrów lśniła kopuła, wyrastająca bezpośrednio z 

morza.   Liczyła   co   najmniej   kilometr   wysokości   i   około   dziesięciu   kilometrów 
średnicy, a jej tęczowe boki migotały wszystkimi barwami widma. Przypominała 
gigantyczną bańkę mydlaną w promieniach słońca.

– Niematerialna ściana – wyjaśnił doktor Scamandros. – Misterna robota, 

zwłaszcza w takiej skali.

– Trafiliśmy – orzekł Arthur. – Z pewnością jesteśmy u celu. Teraz pozostało 

tylko zlokalizować wejście.

–   Utrzymywać   głębokość   zwierzchniego   oka!   –   polecił   OGoniasty.   – 

Okrążymy obiekt i sprawdzimy, czy coś widać. Obraz z oka dziobowego.

– Gdzieś pewnie czuwają strażnicy – zauważyła Suzy. – Albo są tu pułapki 

czy coś podobnego. W końcu to sekretny światek pirata, no nie? Gdyby należał do 
mnie, wszędzie ustawiłabym wartowników i pozastawiałabym pułapki.

– Miejmy nadzieję, że nic podobnego nas nie spotka – powiedział Arthur. – 

Rzecz   w   tym,   że   znajdujemy   się   we   wnętrzu   wielkiego   wieloryba,   a   Złocień 
pojawia się i znika za sprawą magii. Jego ludzie nie spodziewają się tu nikogo z 
wyjątkiem   niewolników,   wykorzystywanych   do   odzyskiwania   przedmiotów   z 

background image

morza.

– Skoro o niewolnikach mowa, chyba właśnie mamy przed sobą jednego z 

nich – zauważył OGoniasty i wskazał niewyraźną sylwetkę na powierzchni kuli. – 
Ale się nie rusza...

Arthur pochylił się, by lepiej widzieć. Na dnie żołądka stała bez ruchu postać 

o ludzkich zarysach. Gdy łódź podwodna podpłynęła bliżej, a jej światła przebiły 
się przez mrok wody, postać stała się wyraźniejsza. Okazało się, że to humanoid, 
nie człowiek. Miał ponad dwa metry wysokości, ludzką twarz z brodą i długimi 
włosami, ale jego muskularne, nagie ramiona połyskiwały zielonymi łuskami, a 
między palcami dostrzegli błonę pławną.

– Nisser – orzekł OGoniasty. – Tyle że skamieniały albo zamrożony.
– Nisser, co to takiego? – zainteresował się Arthur. Stworzenie zastygło w 

takiej   pozie,   jakby   po   coś   sięgało,   a   jego   płetwiaste   palce   były   gotowe   do 
pochwycenia   niewidzialnego   obiektu.   Humanoid   sprawiał   wrażenie 
rozzłoszczonego, miał rozchylone usta, a w nich liczne, drobne i ostre zęby.

–   Strażnicy   Utopionej   Środy   –   wytłumaczył   OGoniasty.   –   Podobnie   jak 

Komisarze w Niższym Domu oraz Nocni Przybysze, Skrzydlaci Słudzy Nocy w 
Środkowym Domu. Zjadła ich.

– Ten jakoś przeżył – zauważyła Suzy. – Doktorze, moglibyśmy go ocucić?
Scamandros nasunął kwarcowe okulary na czoło i wbił wzrok w kulę. Po 

chwili pokręcił przecząco głową.

–   Jest   bardzo   ciasno   omotany   niebywale   zawiłymi   pętami.   Mógłbym   go 

oswobodzić, ale to trudne zadanie, nie do wykonania pod wodą.

– Robota Złocienia, jak sądzę – podsumował Arthur. – O! Tam jest jeszcze 

jeden, bliżej.

– Dziesięć lewo na burt i cała naprzód! – rozkazał OGoniasty.
Łódź skręciła łagodnie i przybliżyła się do tęczowo ubarwionej kopuły. Jej 

światło   kładło   się   na   wodzie,   przyćmiewając   białe   snopy   przed   dziobem   łodzi 
podwodnej. W mieszaninie kolorów dało się zauważyć ciemną sylwetkę. Był to 
następny   Nisser,   tym   razem   rodzaju   żeńskiego,   zastygły   z   trójzębem   w   dłoni, 
wzniesionym do zadania śmiertelnego ciosu.

– I jeszcze dwóch – dodała Suzy. – Tam, tuż przy kopule.
Wyciągnęła rękę w kierunku małych, czarnych punktów na samym skraju 

obrazu,   wyświetlanego   przez   oko   dziobowe.   Gdy   „Balaena”   podpłynęła   bliżej, 
stało   się   jasne,   że   sylwetki   nie   przypominają   Nisserów.   Byli   to   Rezydenci,   a 
właściwie   stare   szkielety   topielców,   odzianych   w   łachmany,   o   nogach   skutych 
długimi łańcuchami, na których wyrosły glony. Oba trupy ściskały w garściach 
długie grabie z końcówkami efektownie przeżartymi rdzą.

Arthur   był   zarazem   wstrząśnięty   i   zafascynowany,   widząc,   że   kości 

Rezydentów   przybrały   ciemnozłotą   barwę   –   jeśli   trafnie   rozpoznał   kolor   w 

background image

tęczowym świetle.

–   Frapujące   –   zauważył   Scamandros.   –   Rezydenci   zwykle   nie   ulegają 

rozkładowi.   Najwyraźniej   ta   woda   zawiera   kwasy   żołądkowe,   takie   jak   u 
śmiertelników. Niewykluczone też, że nastąpiło jej skażenie Nicością. Tych dwóch 
niewolników zapewne wykorzystywano do odławiania co cenniejszych rupieci.

Ogon   OGoniastego   drgnął.  Arthur   zauważył,   że   Szczur   rozgląda   się   po 

mostku, jakby w poszukiwaniu śladów zgubnego wpływu żrącego morza na łódź 
podwodną.

– W ten sposób dotarliśmy do istotnego zagadnienia – zauważył OGoniasty. 

–   Musimy   założyć,   że   wody   tego   żołądka   stanowią   zagrożenie   dla   „Balaeny”, 
należy   zatem   działać   szybko.   Lordzie   Arthurze,   niestety,   w   zaistniałych 
okolicznościach musisz wykonać zadanie w pół doby. Potem ruszamy  w drogę 
powrotną.

– Pół doby, licząc od przedostania się do kryjówki Złocienia? – spytała Suzy.
– Pół doby, licząc od tej chwili – sprecyzował Szczur.
Arthur skinął głową. Nie odrywał wzroku od kuli. Za dwoma szkieletami 

dostrzegł  na  powierzchni  tęczowej   ściany   coś zastanawiającego.   Gdy  spoglądał 
kątem oka, widział kształt, który przypominał łukowato sklepione wrota. Kiedy 
patrzył wprost, jego oczom ukazywały się wyłącznie barwne wiry o zmiennych 
kształtach, niczym plamy oleju w kałuży na jezdni.

– Czy oprócz mnie jeszcze ktoś widzi drzwi? – zapytał. – Wysklepione w 

łuk, wysokości niecałych pięciu metrów, tuż za szkieletem z lewej?

– Nic a nic nie widzę – zaprzeczyła Suzy.
– Nie – przyłączył się OGoniasty.
Doktor  Scamandros  przełożył  okulary  na   czoło  i  uwagą  obejrzał  miejsce 

wskazane przez Arthura.

–   Mhm,   łukowato   sklepione   drzwi...   tak...   tak,   widzę   dwukierunkową 

membranę w Niematerialnej Ścianie. Zamaskowana z podziwu godnym sprytem. 
Arthurze, jak ją dostrzegłeś?

– Po prostu patrzyłem – wyjaśnił chłopiec. – Ale widzę ją tylko kątem oka.
– Przydatny dar – zauważył doktor. – Zwłaszcza w twoim wypadku, lordzie 

Arthurze. Powinieneś z zasady wszystko oglądać kątem oka. Nigdy nie wiadomo, 
co niewidzialnego ma się przed sobą.

– Skoro tam jest wejście, lordzie Arthurze, to najlepiej będzie, jeśli tutaj 

opuścicie pokład – zaproponował OGoniasty. – A my poszukamy schronienia dla 
„Balaeny”.

– Skąd będziecie wiedzieli, że pora po nas przypłynąć? – zapytał Arthur.
OGoniasty   sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągnął   małe,   drewniane   puzderko. 

Otworzył je i pokazał chłopcu zieloną buteleczkę na wyściółce z bawełnianej waty.

– Oto jednorazowa butelka, połączona w parę z drugą, którą tutaj mam – 

background image

objaśnił OGoniasty. – Można nią przesłać tylko jedno słowo, które już się w niej 
znajduje. Wystarczy tylko wyciągnąć korek, a komunikat powędruje samoczynnie. 
Natychmiast po jego otrzymaniu wyruszymy na spotkanie z wami. Ponadto, jeżeli 
coś nam się przytrafi i nie będziemy mogli po was przybyć, butelka rozpadnie się w 
proch.

–   Dzięki   –   mruknął  Arthur.   Odwrócił   głowę   i   zerknął   z   ukosa   na   kulę. 

Sklepione   drzwi   nadal   były   tam,   gdzie   poprzednio,   w   odległości   około   pięciu 
metrów. – Doktorze, jeśli chodzi o tę membranę w Niematerialnej Ścianie... Czy 
mam rozumieć, że po drugiej stronie drzwi jest powietrze?

– Najprawdopodobniej. Ale nie na pewno.
– Masz może przy sobie jedną z tych swoich zaklętych klamerek do ubrań? 

Pamiętasz, tę od „tysiąca i jednego oddechu”?

–   Obawiam   się,   że   niestety   nie,   Arthurze.   Czy   straciła   moc   ta,   którą 

otrzymałeś od Środowej Jutrzenki?

Arthur pokiwał głową i znowu popatrzył na kulę.
– To niedaleko – zauważyła Suzy, trafnie zgadując, że Arthur przejmuje się 

odległością pomiędzy łodzią podwodną a drzwiami. – Z drugiej strony na pewno 
jest powietrze, nawet jeśli będziemy musieli się wynurzyć, aby go zaczerpnąć.

– Chyba że wcześniej woda nas rozpuści albo poparzy – westchnął Arthur. 

Wiedział, że niepotrzebnie opóźnia wyprawę, ale nic nie mógł na to poradzić. – A 
jeśli wpadniemy w pułapkę, tak jak mówiłaś?

– Wątpię – oznajmiła dziewczyna. – Sam powiedziałeś, że nie ma sensu się 

czymkolwiek przejmować w trzewiach wieloryba.

– Obyś miała rację – zauważył Arthur. – Czy też, żebym ja miał rację. Tak 

czy owak, chyba na nas pora.

Podniósł szczurzy nos i ogon, a następnie zabrał się do ich wkładania.
– A właśnie, czy te akcesoria są wodoodporne?
– Hm? – odezwał się doktor Scamandros, ponownie zapatrzony w ścianę 

kopuły.

– Są wodoodporne?
–   Bezwzględnie!   Jestem   Zaklinaczem-Żeglarzem,   miej   to   na   względzie. 

Każdy czar i każde zaklęcie, rzucone przeze mnie od czasu zaciągnięcia się na 
„Mola”, okazało się niebywale wytrzymałe w obliczu potencjalnej dezintegracji 
przez uniwersalny rozpuszczalnik!

– Więc nie są całkiem wodoodporne – mruknęła Suzy, podczas gdy Arthur 

usiłował zrozumieć, co Scamandros miał na myśli. – Jak długo się sprawdzają przy 
solidnym namaczaniu?

Przemierzający twarz Scamandrosa wytatuowany okręt nagle zderzył się ze 

skałą i zatonął, lecz zdążył opuścić szalupy ratunkowe, które odpłynęły ku brodzie.

– Żądanie wodoodporności jest nader niebywałe – westchnął zaklinacz. – 

background image

Spodziewam   się,   że   zastosowane   przeze   mnie   zaklęcia   wytrzymają   cztero-   lub 
pięciogodzinne zanurzenie w zwykłej morskiej wodzie. Krócej w tym niszczącym 
roztworze.   Papier,   rzecz   jasna,   jest   najbardziej   narażony,   niemniej   wełniana 
przędza, po zanurzeniu, również staje się...

– Dziękujemy, doktorze – przerwał mu Arthur. – Jeśli mamy wyruszać, to 

teraz.

Pomyślał, że lepiej zakończyć już ten etap, przynajmniej nie będzie tkwił w 

metalowej trumnie.

–   Na   rufie   znajdziecie   komorę   ewakuacyjną   –   wyjaśnił   OGoniasty.   – 

Będziecie musieli wychodzić pojedynczo.

– Pierwsza! – zawołała Suzy.
–   Nie   –   zaprotestował  Arthur.   –   Tym   razem   ja   pójdę   pierwszy.   To   mój 

obowiązek.

Suzy   wzruszyła   ramionami   i   uchyliła   cylinder.  Arthur   ruszył   ku   tylnym 

drzwiom grodziowym.

Łódź podwodna okazała się dłuższa, niż sądził. Dotąd widział tylko kiosk i 

mostek, zaskoczyło go więc, jak długi korytarz muszą pokonać i przez ile drzwi 
przejść.   Po   drodze   napotkali   tylko   jednego   Szczura,   który   czekał   na   nich   przy 
drzwiach oznaczonych napisem: „Rufowe wyjście awaryjne”. Arthur zdumiał się 
na widok starszego mata działonowego Watkingle’a.

– Zgłosiłeś się na ochotnika?
Szeroki uśmiech wyglądał dość przerażająco na pysku Szczura o wzroście 

metr dwadzieścia.

– „Zawsze  idź  na ochotnika”, to moja dewiza,  wasza  lordowska  mość – 

wyznał. – Nie jakieś tam mięczakowate bzdety typu: „Nie pakuj się w kłopoty”. 
Kiedy sobie myślę o wszystkim, co mogło mnie ominąć...

– Dziękuję, Watkingle – przerwał OGoniasty stanowczo. – Wskaż lordowi 

Arthurowi oraz pannie Suzy drogę do komory ewakuacyjnej.

– Tak jest – powiedział Watkingle. Lekko odwrócił głowę, aby OGoniasty go 

nie widział, i porozumiewawczo mrugnął do Arthura, nim odblokował drzwi i je 
otworzył.   Komora   przypominała   bardzo   małą   kabinę   natryskową   z   włazem   na 
suficie, w miejscu gdzie powinien się znajdować wylot prysznica. Z boku włazu 
zainstalowano dwie dźwignie: żółtą i czerwoną. Na mosiężnej tabliczce na włazie 
widniał   napis,   sporządzony   dwuipółcentymetrowymi   literami:   „POCIĄGNIJ 
ŻÓŁTĄ.   CZEKAJ   NA  ZANURZENIE   DO   CZERWONEJ   LINII.   POCIĄGNIJ 
CZERWONĄ”.

– Procedura awaryjnej ewakuacji z pokładu łodzi jest prosta i oczywista – 

oświadczył Watkingle śpiewnym głosem. – Najpierw trzeba wejść do komory i 
zamknąć   za   sobą   drzwi.   Zasuwa   zablokuje   się   automatycznie   i   nie   można   jej 
otworzyć   od   środka.   Następnie   należy   jedną   łapą   chwycić   żółtą   dźwignię   i 

background image

pociągnąć. W ten sposób otwiera się zawór i wpuszcza wodę do komory. Gdy 
poziom wody podniesie się do czerwonej linii, namalowanej wokół ściany komory, 
trzeba nabrać powietrza. Nie ma potrzeby oddychać kilka razy ani brać głębokiego 
wdechu. Potem należy chwycić łapą czerwoną dźwignię i pociągnąć. W ten sposób 
otwiera się właz ewakuacyjny. No i trzeba odbić się od podłogi i wypłynąć. Jasne?

Arthur   zajrzał   do   komory.   Czerwona   linia   widniała   w   odległości   około 

dziesięciu centymetrów od górnego włazu. Chłopiec pomyślał, że będzie musiał 
nieco przykucnąć i odchylić głowę, aby twarz znalazła się ponad powierzchnią 
wody   i   by   mógł   po   raz   ostatni   odetchnąć.   Otwór   wyjściowy   wyglądał   na 
dostatecznie duży aby Arthur mógł się bez trudu przecisnąć.

– W porządku – mruknął. – Wejść. Pociągnąć żółtą dźwignię. Zaczekać, aż 

woda dotrze do czerwonej linii. Nabrać powietrza. Pociągnąć czerwoną dźwignię. 
Wypłynąć.

– Tak jest, wasza lordowska mość – potwierdził Watkingle.
– Popłynę do drzwi i wejdę do środka – objaśnił Arthur, zwracając się do 

Suzy. – Spotkamy się po drugiej stronie.

– Będzie ubaw. – Suzy zatarła ręce. – Na pewno nie mogę pierwsza?
– Nie – odparł Arthur. – Lepiej się przebierzmy.
Przywiązał szczurzy nos do twarzy i przymocował ogon. Gdy się rozejrzał, 

Suzy stała u jego stóp, już zamaskowana jako szczur. Arthur założył, że on również 
wygląda jak gryzoń.

– Jestem gotowy – oznajmił.
Suzy pisnęła coś w odpowiedzi.
– Co takiego? – spytał chłopiec i nagle coś sobie uświadomił: wyglądali jak 

szczury i wydawali z siebie szczurze odgłosy.

Ściągnął maskę i odczepił ogon.
– W przebraniu nie będziemy mogli rozmawiać ze sobą – zauważył. – Kiedy 

więc znajdziemy się w środku, ruszaj za mną.

Suzy pisnęła i zmieniła się w siebie. Stała przed Arthurem, trzymając w dłoni 

szczury nos.

– Za tobą wszędzie – oświadczyła.
Zanim  Arthur   zdążył   się   upewnić,   że   dobrze   go   zrozumiała,   ponownie 

przybrała postać gryzonia.

– Mówię poważnie – podkreślił. – Ruszaj za mną, to znaczy: idź tam, dokąd 

ja pójdę.

Nasunął maskę na twarz i znowu doczepił ogon, po czym wszedł do komory 

ewakuacyjnej. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym łoskotem ciężkiej zasuwy lub 
zapadki, która zablokowała wyjście.

Chłopiec nagle poczuł pot na dłoniach. Otarł je o bryczesy, sprawdził, czy 

Atlas i zaproszenie od Środy są bezpieczne w Niematerialnym Bucie, i wyciągnął 

background image

rękę ku żółtej dźwigni.

Woda z szokującą gwałtownością wdarła się do komory. Chłopiec nie czuł 

pieczenia, płyn nie wyżarł mu odzieży, ale bardzo silnie czuć go było ozonem. 
Arthur ledwie zdołał to sobie uświadomić i nabrać powietrza, nim woda dotarta do 
czerwonego paska. Pociągnął czerwoną dźwignię, gdy woda już mu zalewała oczy. 
Właz momentalnie odskoczył.

Arthur niezdarnie odbił się od podłogi, lecz oszczędzał chorą nogę, więc nie 

udało mu się opuścić komory za pierwszym podejściem. Musiał odpychać się od 
ściany,   aż   wreszcie   wypłynął,   dźwigany   przez   pianę   i   bańki   powietrza,   które 
ulatywały z komory, przemieszane z powietrzem uwięzionym pod ubraniem.

Orientując się na podstawie linii kadłuba łodzi podwodnej, Arthur ruszył 

tam, gdzie spodziewał się ujrzeć drzwi. Tęczowe światło kopuły okazało się w 
rzeczywistości   znacznie   jaśniejsze   niż   w   kryształowej   kuli,   przez   co   nie   mógł 
dostrzec łukowato sklepionego przejścia, nawet gdy spoglądał kątem oka. Narastała 
w nim panika. Uspokoiła go dopiero konkluzja, że nawet jeśli nie znajdzie drzwi, 
będzie   mógł   po   prostu   wypłynąć   na   powierzchnię.   Gdyby   jednak   tak   uczynił, 
trudno byłoby mu ponownie zanurkować.

W końcu wszakże ujrzał łuk sklepienia przejścia, nieco bardziej na lewo od 

miejsca,   w   którym   spodziewał   się   je   zobaczyć.   Brakowało   mu   powietrza,   lecz 
przywykł   do   tego   uczucia.   Uderzył   mocniej   nogami   –   cały   czas   nie   potrafił 
przyzwyczaić się do krabiego pancerza – i silniej zagarnął wodę rękoma.

Wejście   się   przybliżyło.  Arthur   popatrzył   w   dół   i   w   warstwie   drobnych 

szczątków   oraz   mułu   dostrzegł   liczne   kości,   popękane   czaszki   i   fragmenty 
zardzewiałego łańcucha. Tak wyglądały pozostałości po dziesiątkach, może nawet 
setkach niewolników, którzy nie powrócili do światka Złocienia...

...Albo zostali z niego wyrzuceni, by umrzeć w brzuchu Lewiatana.

background image

Rozdział 24

Arthur   dotarł   do   drzwi.   Gdy   ich   dotknął,   tęczowe   barwy   odpłynęły, 

zastąpione jednostajną szarością. Chłopiec wzdrygnął się, gdy jego dłoń zanurzyła 
się w niej tak, jakby żadna przeszkoda nie istniała.

Nie cofnął się. Ponownie wierzgnął i przeniknął przez szare wejście. Gdy 

tylko znalazł się w środku, wylądował na płask na mokrej, kamiennej posadzce.

– Co to takiego? – zapytał ktoś.
Arthur przetoczył się i usiadł, gotowy do następnego ruchu. Zorientował się, 

że   trafił   do   dużego,   wyłożonego   drewnem   pomieszczenia,   w   gruncie   rzeczy 
przypominającego   szopę,   wręcz   stodołę,   gdyż   przeciwległy   koniec   pozostawał 
otwarty na oścież. Wpadały tamtędy strumienie jaskrawych promieni słonecznych.

Czterech   Rezydentów   siedziało   na   krzesłach   wykonanych   w   rozmaitych 

stylach, z różnych epok. Pośrodku stał niesłychanie starannie wypolerowany stół, 
który nawet Arthurowi wydał się bezcennym antykiem. Rezydenci mieli na sobie 
ekstrawagancką   i   niedopasowaną   odzież,   w   tym   zarówno   dwudziestowieczne, 
ziemskie kurtki wojskowe, jak i błyszczące, ciężkie hełmy, jakby przywiezione z 
kosmosu.   Każdy   centymetr   ich   obnażonej   skóry   pokrywały   tatuaże.   Rezydenci 
trzymali za pasami co najmniej po trzy noże, a na podłodze obok krzeseł leżały 
krótkie kusze o pistoletowych rękojeściach.

– Co to takiego? – zapytał inny Rezydent.
Arthur   powoli   podążył   ku   ścianie.   Nie   miał   się   gdzie   ukryć,   w 

pomieszczeniu znajdował się tylko stół i krzesła. Chłopiec dostrzegł jednak wąskie 
pasmo cienia, pod ścianą, przy posadzce.

Jeden z Rezydentów dźwignął się z miejsca.
– Chyba coś słyszałem przy śluzie.
Arthur skulił się w cieniu.
Opróżnienie komory ewakuacyjnej dla Suzy musi trochę potrwać, pomyślał. 

Może   jednak   popłynie   szybciej   ode   mnie.   Jeśli   teraz   tu   wejdzie,   Rezydent   z 
pewnością ją dostrzeże, nawet pod postacią szczura....

– Siadaj! Twoja kolej!
Rezydent powoli usiadł i skupił uwagę na tym, co leżało na stole. Arthur 

zorientował się, że chodzi o jakąś grę, toczoną na planszy z błyszczącymi pionkami 
ze   złota   i   drogich   kamieni.   Nie   były   to   szachy,   bo   figury   wyglądały   inaczej   i 
wszyscy czterej Rezydenci brali udział w rozgrywce. Każdy z nich miał przed sobą 
sterty papieru, które często zmieniały właściciela. Na pewno nie były to banknoty, 
tylko mocno porwane strzępy kartek z nabazgranymi na nich słowami.

Arthur przesunął się wzdłuż ściany, intensywnie myśląc. Gdyby Suzy teraz 

wyszła   z   wody,   a   oni   ją   usłyszeli,   wówczas   mógłby   spróbować   odwrócić   ich 

background image

uwagę.

– Co to takiego?
Ten sam Rezydent ponownie wstał. Arthur się rozejrzał i dostrzegł szczura, 

mknącego po podłodze, jak najdalej od wejścia.

– Szczur!
Cała grupka Rezydentów skoczyła na równe nogi, przewracając krzesła. Gdy 

się schylili po kusze, Arthur ruszył biegiem prosto ku nim. Bez wahania skoczył na 
stół, rozsypał pionki i susami rzucił się ku przeciwległej stronie pomieszczenia. 
Nagle   jego   połamaną,   chronioną   przez   pancerz   nogę   przeszył   potworny   ból. 
Chłopiec niemal upadł.

– Następny szczur!
– Mój jest!
– Strzelam!
Bełt   bzyknął   z   lewej   strony  Arthura,   a   uderzając   w   ścianę,   wyrzucił   w 

powietrze   kamienne   odpryski.   Chłopiec   gwałtownie   skręcił   i   następna   strzała 
niemal otarła mu się o ucho. Po chwili gnał już w intensywnym słońcu piaszczystą 
plażą,   tu   i   ówdzie   poprzetykaną   skałami.   Nieopodal   pojawiła   się   kępa   palm, 
pierwsza z wielu, które rosły na całej długości wąskiego półwyspu i docierały do 
właściwej wyspy.

Arthur ruszył ku najbliższej palmie, cały czas biegnąc zygzakiem, lecz nikt 

już do niego nie mierzył. Ukrył się za pniem i dopiero wtedy zaryzykował rzut oka 
za siebie.

Czterej   Rezydenci   stali   u   wejścia   do   szopy   i  przeładowywali   kusze.   Nie 

wyglądało na to, że zamierzają ścigać Arthura.

Suzy znikła bez śladu. Chłopiec rozejrzał się po okolicy. Oddychał coraz 

bardziej chrapliwie i nierówno, czując, jak narasta w nim lęk. Suzy mogła zostać 
trafiona. Po kilkakrotnym zaczerpnięciu powietrza, które nie dotarło do płuc jak 
należy, Arthur spróbował zapanować nad nerwami.

–  Jestem  w  bańce   z  Poślednich  Terytoriów  –  powiedział  sobie.   –  Bańka 

znajduje się w Domu, lecz zawiera fragment Pośledniego Królestwa. Może Ziemi, 
kto   wie.   Na   to   wygląda.   Zatem   grozi   mi   astma.   Muszę   uważać.   Nie   mogę 
przesadzać...

Nagle podskoczył, słysząc pisk przy stopie. Spojrzał i ujrzał wpatrzonego w 

siebie szczura, który gestykulował łapkami.

– Suzy! – wykrzyknął Arthur, nim sobie przypomniał, że jego przyjaciółka 

usłyszy tylko popiskiwanie.

Pisnęła   ponownie,   tym   razem   bardziej   natarczywie.   Arthur   prawidłowo 

zrozumiał, że dziewczyna go pośpiesza.

Odwrócił   się   i   zamiast   biec,   potruchtał   do   następnej   palmy,   potem   do 

kolejnej. Po drodze patrzył przed siebie, usiłując dopasować topografię terenu do 

background image

mapy, którą wcześniej oglądał.

Z prawej strony rozpościerała się przystań. Chłopiec spostrzegł kadłuby co 

najmniej  tuzina statków, zwalonych na stertę w  odległym końcu małego  portu. 
Jednostki wyglądały na kompletne wraki. Bliżej zakotwiczyły „Dreszcz” i „Mól”, 
jednak najgorsze było to, że obok stała też „Latająca Modliszka”, ze zwiniętymi 
żaglami i przyćmioną, zieloną poświatą.

– Zatem Złocień pojmał Liść – mruknął Arthur pod nosem.
Jeśli ona jeszcze żyje, dopowiedział w myślach.
Przystanął,   ukryty   w   kępie   palm,   aby   uspokoić   oddech   i   swobodniej   się 

rozejrzeć. Po drugiej stronie pirsu widniało sześć niskich, kamiennych budynków, 
zapewne magazynów. Na szczycie pagórka wznosiła się forteca Złocienia, budowla 
otoczona   murami   z   ziemi   i   kamienia,   uformowanymi   na   kształt   gwiazdy,   z 
armatami   widocznymi   na   wielu   poziomach.   Obok,   pod   lufami   dział,   stały   trzy 
nędzne baraki z drewna, właściwie wielkie szopy, z otworami zamiast okien.

Kwatery niewolników, pomyślał Arthur.
Chłopiec   nie   dostrzegł   wielu   oznak   życia.   Sporadycznie   błysnął   hełm 

wartownika w fortecy, ktoś się poruszył na pokładzie „Dreszcza”. Pomieszczenia 
dla niewolników pozostawały uśpione. Bryza kierowała się ku Arthurowi, lecz nie 
niosła   żadnych   dźwięków,   z   wyjątkiem   żałosnego   krzyku   jakiegoś   morskiego 
ptaka.   Chłopiec   rozejrzał   się   w   poszukiwaniu   stworzenia   i   przypomniał   sobie 
czarne kormorany, które odfrunęły z boi, aby ostrzec Złocienia. Żadnych ptaków 
jednak nie dostrzegł.

Popatrzył   w   górę,   ku   wzgórzom,   w   których   Szczurzyca   w   Wyproście 

odnotowała na mapie obecność „Oddanych Karpiowi. Więźniów uciekinierów”.

Wzgórza   były   znacznie   wyższe,   niż   się   spodziewał.   Niewykluczone,   że 

mierzyły   ponad   trzysta   metrów,   a   na   dodatek   pokrywała   je   gęsta   dżungla. 
Wdrapanie   się   na   takie   wzniesienie   lub   znalezienie   tam   kogoś   nie   mogło   być 
proste, zwłaszcza jeśli poszukiwany starałby się ukryć.

Suzy   zapiszczała   coś   do   Arthura   i   podskoczyła   w   miejscu.   Pojął,   że 

dziewczyna ponownie go pośpiesza.

Ruszył więc dalej, żwawo maszerując ku następnej kępie palm. Oddychał 

bez trudu, lecz nie mógł sobie pozwolić na najmniejsze niepotrzebne ryzyko. Nie 
miał przy sobie żadnych lekarstw. Nie mógł skorzystać z inhalatora ani ze wsparcia 
sanitariuszy z beta-mimetykami, tlenem i salą reanimacyjną w pobliżu.

Suzy znowu zapiszczała i wywinęła kozła na znak zniecierpliwienia.
–   Nie   mogę   iść   szybciej   –   wyjaśnił   Arthur,   choć   wiedział,   że   jego 

towarzyszka usłyszy tylko pisk. Wzruszył ramionami.

Jego zachowanie najwyraźniej udobruchało Suzy Przestała się denerwować i 

stosunkowo spokojnie ruszyła obok Arthura. Nadal wędrowali od kępy do kępy 
palm. Mniej więcej co pięćdziesiąt metrów chłopiec przystawał, by przez chwilę 

background image

nasłuchiwać i rozglądać się dookoła. Półwysep wyrastał z lądu w odległości około 
półtora kilometra od przystani, Arthur założył więc, że powinni być stosunkowo 
bezpieczni.

Po pewnym czasie opuścili półwysep i poszli dalej głównym lądem, gdzie 

palmy   i   piasek   ustąpiły   pola   twardej,   ciemnej   ziemi   i   licznym   skałom   oraz 
martwym,   powalonym   przez   wiatr   drzewom   o   szarozielonych   liściach,   które 
szczególnie utrudniały marsz, zwłaszcza że Arthurowi co pewien czas zdawało się, 
że jest znacznie niższy niż w rzeczywistości, i tłukł głową o gałęzie. W takich . 
warunkach   wędrówka   stała   się   kłopotliwa.   Szczurze   przebrania   doktora 
Scamandrosa najwyraźniej miały wpływ nie tylko na obserwatorów, lecz również 
na   użytkowników.   Arthur   miał   jednak   co   innego   na   głowie.   Skupił   się   na 
marszrucie   ku   wzgórzom,   a   także   wypatrywaniu   piratów,   kormoranów   i 
wszystkiego   innego,   co   mogłoby   służyć   Złocieniowi.   Pilnował   też,   by   stale 
miarowo oddychać.

Powalone   drzewa   o   szarozielonym   ulistnieniu   wkrótce   znikły.   Teren   się 

podnosił,   a   jednocześnie   nagie   podłoże   i   kamienie   były   zastępowane   opadłymi 
liśćmi,   paprotkami,   dużymi   paprociami   oraz   wysokimi   drzewami   o   grubych, 
jasnych pniach. Korony drzew rozpościerały się na wysokości dziesięciu, piętnastu 
metrów, tworząc gęsty baldachim, który znacznie ograniczał dostęp słonecznego 
światła i ciepła.

Powietrze wydawało się znacznie wilgotniejsze, a co mniej więcej dziesięć 

metrów wędrowcy musieli przeskakiwać małe strumyki. Zwykle wpadali wówczas 
w   miękką   glebę,   która   raczej   nie   przypominała   błota,   a   jeśli   już,   to   z   dużą 
zawartością liści, paproci oraz leśnej drobnicy, zapewniającej jej sztywność.

W tej roślinności od czasu do czasu rozbrzmiewały ciche dźwięki, lecz żaden 

z nich nie wydawał się niepokojący. Arthur nie dostrzegł śladów stóp ani innych 
dowodów   na   to,   że   piraci   kiedykolwiek   opuścili   swoje   domy   obok   przystani. 
Chłopiec coraz częściej myślał o sobie jak o szczurze, kiedy więc oboje wdrapali 
się na polanę, która w jego przekonaniu wyznaczała pierwszy etap wspinaczki, 
znieruchomiał i ściągnął szczurzą maskę oraz odczepił ogon.

Suzy   nie   zdjęła   swoich   akcesoriów.   Przez   chwilę   węszyła   wokół   stóp 

Arthura, a potem usiadła w błagalnej pozycji i zapiszczała. Chłopiec w końcu się 
pochylił, chwycił szczura za nos i ogon – obie części ciała gryzonia sprawiały 
wrażenie całkowicie autentycznych – i pociągnął.

Puścił  dopiero  wtedy, gdy  zrozumiał,  że  szczypie  prawdziwy  nos Suzy  i 

szarpie fałdę jej podartej sukienki.

–   Ech,   sporo   bym   dała   za   kawałek   sera   –   westchnęła   dziewczyna, 

rozmasowując nos. – Widzi mi się, że te czary doktora są za mocne. Od pewnego 
czasu szłam za tobą tylko dlatego, że widziałam w tobie innego szczura, który 
może zaprowadzić mnie do jedzenia.

background image

– Przynajmniej na początku sprawdzały się jak należy – zauważył Arthur. 

Skierował wzrok na niebo i ponownie popatrzył w dół zbocza. Widział tylko stengę 
„Modliszki” i plamę błękitu zewnętrznej części przystani. Budynki znajdowały się 
poza zasięgiem wzroku, przesłonięte grzbietem wzniesienia. W dolinie chłopiec 
zauważył   wielką,   okrągłą   łatę   w   kolorze   ciemnobrunatnym,   okoloną   jaskrawą 
żółcią.   Uświadomił   sobie,   że   z   pewnością   jest   to   jama   nosowa   czaszki,   którą 
wcześniej widział narysowaną na mapie. Obok błotnego bajora jej autorka napisała 
słowo „Nicość” i postawiła znak zapytania.

Po   kilkusekundowej   obserwacji   Arthur   uznał,   że   trzęsawisko   musi   być 

gorące: na jego powierzchni bezustannie wykwitały wielkie bańki powietrza, a maź 
przez cały czas powoli się poruszała i przewalała.

–   Idę   o   zakład,   że   smród   wali   z   tego   nieprzeciętny   –   zauważyła   Suzy, 

spoglądając na bajoro. – Szczęście, że wiatr wieje w drugą stronę. Teraz dokąd?

– Moim zdaniem jesteśmy gdzieś w połowie drogi na pierwsze wzgórze – 

oznajmił Arthur. – Nie mogę jednak stwierdzić tego na pewno. Ciekawe, gdzie 
szukać tych Wyznawców Karpia. Dokąd byś poszła, gdybyś uciekła piratom? Poza 
tym, że daleko od przystani, bo już się od niej oddaliliśmy.

– Wyżej – orzekła Suzy. – To Rezydenci, dobrze mówię? Oni zawsze chcą 

wyżej. Wysoko to dla nich dobrze, wysoko jest Dom. Im wyżej, tym lepiej. No i 
dlatego ci najlepsi, choćby Południcy i inni, dodają sobie wzrostu. Zależy im na 
tym. W sumie to głupota, trudniej przecież znaleźć odpowiednie ubrania.

– W górę – zamyślił się Arthur. – To rozsądne. Trudno. Mam nadzieję, że 

jakoś wytrzymam dalszą wspinaczkę.

– Źle z tobą?  – zaniepokoiła się Suzy. Nie przebywała z nim na terenie 

Poślednich Królestw, kiedy nie miał Klucza.

– Dolega mi... Chyba nazwałabyś to chorobą oddechową – wyznał chłopiec. 

– Niekiedy mam jej nawroty, jak się zmęczę. Ten światek jest wzięty z Poślednich 
Królestw, więc mogę w nim chorować.

– Coś jakby pylica, no nie? – zapytała Suzy, wyraźnie zainteresowana. – A 

może flegmisty kaszel?

– Kto wie – przyznał Arthur. – Nie martw się, na razie czuję się dobrze. 

Maszerujmy powoli i spokojnie, wówczas nie będzie problemów.

– Bez szczurzych przebrań?
Arthur potwierdził skinieniem głowy.
–  Wyżej   powinniśmy   być   bezpieczni   –   zauważył.   –  Trzeba   jednak   mieć 

maski pod ręką, na wszelki wypadek.

Po krótkim odpoczynku szli dalej. Gdy opuścili polanę, ponownie otoczył 

ich las tropikalny, w którym brakowało wydeptanych ścieżek. Arthur kierował się 
więc tam, gdzie widział prześwity w krzewach albo gdzie roślinność wydawała się 
rzadsza. Konsekwentnie jednak szli pod górę.

background image

Przez   następne   pół   godziny   przedzierali   się   przez   chaszcze,   aż   wreszcie 

Arthur   musiał   się   zatrzymać,   by   ponownie   odpocząć.   Zamierzał   dotrzeć   do 
następnej polany, ale nic nie wskazywało na to, że na jakąś natrafią.

– Mało co widać, nie? – mruknęła Suzy. – I jakby czymś zalatywało.
Arthur węszył przez chwilę, chłonąc różnorodne wonie dżungli.
– To tylko liście i gałęzie tworzące ściółkę – oświadczył. – Ciekawe, czy 

Wyznawcy Karpia wybudowali tam na górze domy, czy też znaleźli jaskinie albo 
jeszcze coś innego. Pod gołym niebem nie dałoby się tutaj długo wytrzymać.

– Mogło być gorzej – zauważyła dziewczyna. – Choćby na dnie Studni albo 

w Piwnicy Węglowej Niższego Domu.

– Lub przy wyławianiu z morza przedmiotów na rozkaz Złocienia – mruknął 

Arthur. Rozmyślał o złocistych kościach, rozrzuconych przed kopułą. – Taka praca 
to rychła śmierć.

– Kto wspomina Złocienia? – zagrzmiał głos, wydobywający się z podszycia 

–   głos   tubalny,   mocny,   przyzwyczajony   do   przekrzykiwania   najsilniejszych 
wichrów.

background image

Rozdział 25

Kto wspomina Złocienia?
Arthur i Suzy zerwali się na równe nogi i dobyli broni, lecz nikogo nie 

dostrzegli. Tropikalny las wokoło pozostawał cichy i nieruchomy.

– Nikt nigdy nie patrzy w górę – ciągnął głos. – Ciekawe, nieprawdaż?
Arthur   podniósł   głowę,   z   szablą   gotową   do   zadania   ciosu.   W   koronie 

najbliższego drzewa znajdował się Rezydent. Zawisł na haczykowatych ostrogach 
przy butach oraz na czymś, co przypominało rękawice z pazurami, choć chłopak 
nie miał pewności, czy to faktycznie rękawice, czy raczej dłonie nieznajomego. 
Miał na sobie koszulę i bryczesy z jasnej skóry, poplamione zieloną pleśnią. Taki 
kamuflaż był niewątpliwie skuteczny w dżungli, zwłaszcza że pleśń wydawała się 
pokrywać także ciało Rezydenta.

– Teraz zwyczajowe pytania – obwieścił obcy. – I zwyczajowa przestroga. 

Odpowiadajcie zgodnie z prawdą, bo umrzecie tam, gdzie stoicie. Ściślej mówiąc: 
umrzecie   odrobinę   później,   gdyż   nasze   strzały,   choć   zanurzone   w   skażonym 
Nicością błocie, nie są przesadnie skuteczne.

Gdy Rezydent przemawiał, Arthur się rozejrzał. W podszyciu dookoła coś 

zaszeleściło i po chwili chłopiec dostrzegł kilku innych Rezydentów, ubranych w 
skóry i zamaskowanych zieloną pleśnią. Zbliżali się prosto ku niemu i Suzy, a 
każdy z nich ściskał w dłoni krótki łuk. Nie kuszę, tylko prosty łuk z wygiętej 
listwy i cięciwy.

– Jesteśmy przyjaciółmi! – krzyknął Arthur. – Szukamy Wyznawców Karpia.
– Czy mógłbyś jednak zaczekać na pytania? – zapytał Rezydent na drzewie. 

– Bardzo proszę, doprowadźmy sprawę do końca, jak należy.

– Nie ma problemu – zgodził się chłopiec.
Suzy ziewnęła i ponownie usiadła.
– Rezydenci – mruknęła pod nosem.
– Czy jesteście bądź kiedykolwiek byliście piratami? – spytał Rezydent.
– Nie – zaprzeczył Arthur.
– Czy w jakikolwiek sposób służycie piratowi Złocieniowi?
– Nie – powtórzył chłopiec.
– Czy wierzycie w Karpia?
– Hm, nie jestem pewien, jak mam to rozumieć. Chcę się z nim spotkać...
– Czy to znaczy, że nie? – chciał wiedzieć Rezydent.
Arthur zerknął z ukosa na uzbrojonych w łuki Rezydentów, którzy nałożyli 

strzały i odciągnęli cięciwy.

– Wierzymy w Karpia, prawda, Suzy?
–   Jasne   –   potwierdziła   dziewczyna.   –   Uwierzę   we   wszystko,   co   sobie 

background image

zażyczysz.

–   Musicie   pokładać   wiarę   w   Karpiu   –   naciskał   Rezydent.   Jego   opinię 

podkreśliło echo szeptów wszystkich wokoło.

Arthur z zapałem pokiwał głową, na dowód, że dysponuje wielotonowymi 

pokładami wiary w Karpia.

– Dla formalności powiecie mi, jak się nazywacie.
Arthur   zaczął   się   zastanawiać:   „Jeśli   Karpiem   jest   ten,   kogo   o   to 

podejrzewam,   to   nie   popełnię   błędu.   Jeżeli   jednak   chodzi   o   kogoś   innego, 
wówczas... ”

– Ten oto tutaj, to lord Arthur, Mistrz Niższego Domu i Odległych Rubieży, 

Bohater   Domu,   Konsument   Ciastek   i   Prawowity   Dziedzic   wszystkiego,   jak   się 
należy   –   wyrecytowała   Suzy.   –   A   ja   jestem   Suzanna,   Poniedziałkowa 
Przedpołudnica, więc lepiej okaż odrobinę szacunku, jeśli łaska.

– Naprawdę? – spytał Rezydent na drzewie. – Nie przeczę, daję wiarę i w 

ogóle, ale czy naprawdę jesteś Prawowitym Dziedzicem?

–   Tak   –   potwierdził  Arthur.   –   Jestem.   Czy   możesz   nas   zaprowadzić   do 

Karpia?

– I wyzwolisz nas wszystkich spod władzy Złocienia?
– Co?
– Czy nas wyzwolisz, jak mówi Karp?
– Hm, najpierw muszę zamienić z nim słowo.
– Ilu was tam jest? – zainteresowała się Suzy. Wbiła wzrok pomiędzy dwa 

drzewa,   gdzie   widać   było   coraz   więcej   zabarwionych   na   zielono   Rezydentów, 
którzy opuszczali kryjówki.

–   Siedmiuset   siedemdziesięciu   dziewięciu,   wedle   ostatniej   rachuby   – 

wyjawił Rezydent i zsunął się po pniu drzewa, zdzierając korę ostrogami. Gdy 
dotarł na ziemię, jednym płynnym ruchem skoczył przed siebie i złożył ukłon.

–   Pozwólcie,   że   się   przedstawię.   Jestem   Jebenezer,   Pierwszy   Wyznawca 

Karpia i dawny młodszy mat na pokładzie „Najady”, niech jej drewniane kości 
gniją w pokoju.

Zanim Arthur zdążył cokolwiek powiedzieć, naprzód przepchnęła się jedna z 

Rezydentek i ukłoniła się nisko.

– Jestem Drugą Wyznawczynią Karpia – powiedziała. – Zwę się Pennina!
– Jestem Trzecim Wyznawcą – dołączył ktoś inny z tyłu. – Mam na imię 

Garam. Pokładam wiarę w Karpiu!

Zabrzmiała   kakofonia   głosów,   kiedy   wszyscy   Rezydenci   wykrzykiwali 

swoje   imiona   i   numery   w   hierarchii   Wyznawców.   Na   rozmaite   sposoby 
manifestowali też wiarę w Karpia, nadejście Prawowitego Dziedzica i inne rzeczy, 
których Arthur nie rozumiał z powodu harmidru.

Rezydenci krzyczeli i jednocześnie coraz bardziej zbliżali się do chłopca. Z 

background image

podszycia wyłaniały się kolejne ich zastępy, wkrótce na Arthura napierał gęsty 
tłum.

–   Chyba   chciałbym   już   teraz   spotkać   się   z   Karpiem   –   oznajmił  Arthur, 

cofając  się   w  kierunku  drzewa.  Wielu   Rezydentów   zapomniało   odłożyć  zatrute 
Nicością strzały i teraz liczne ubłocone, ostre groty sterczały groźnie.

– Prawowity Dziedzic każe wszystkim cofnąć się o trzy kroki! – krzyknęła 

Suzy, ale nawet jej przenikliwy głos zanikł w tumulcie.

– Jestem Dziewięćdziesiątym Dziewiątym Wyznawcą...
– Sto Szóstym...
– Pokładam wiarę...
– Wierzę w...
– W Karpia! W Karpia!
–   Trzy   kroki   w   tył!   –   ryknął   Jebenezer   głosem,   który   donośnością 

dorównywał najgłośniejszym krzykom Spalonego Słońcem.

Rezydenci   stanęli   jak   wryci   i   po   chwilowej   dezorientacji   posłusznie   się 

wycofali. Arthur odetchnął, uświadomił sobie, że nie może całkowicie wypełnić 
płuc powietrzem i postarał się zachować spokój.

– Lord Arthur pragnie spotkać się z Karpiem – wyjaśniła Suzy.
–   Trochę   goni   mnie   czas   –   dodał   chłopiec   lekko   świszczącym   głosem. 

Zerknął na zegarek: dwie godziny temu opuścili pokład łodzi podwodnej. Zostało 
zaledwie dziesięć godzin do wypłynięcia „Balaeny” w drogę powrotną, a prawie 
osiem setek Rezydentów sądziło, że Arthur coś dla nich uczyni.

–   Oczywiście,   wasza   lordowska   mość!   Proszę   za   mną!   –   powiedział 

Jebenezer.   Odepchnął   na   bok   dwóch   Rezydentów   i   ruchem   dłoni   nakazał 
pozostałym   rozstąpić   się   przed   chłopcem.   –   To   tylko   spontaniczny   entuzjazm, 
całkowicie zrozumiały, zważywszy że większość z nas od bardzo dawna tkwi na tej 
wyspie, przez cały czas w lęku przed schwytaniem. Złocień niezmiennie zanurza 
pojmanych niewolników.

– Zanurza? – zdziwiła się Suzy.
–   W   Gorącym   Jeziorze   –   ciągnął   Jebenezer.   –   Jeśli   nieszczęśnika   nie 

pochłonie błoto i nie spali żar, wówczas sprawę załatwią płaty Nicości. Nicość 
działa błyskawicznie, to jasne, a przynajmniej powinna tak działać. Złocień jednak 
nie ma zwyczaju kończyć w pośpiechu. Ma tam nok z takielunkiem i może ofiarę 
opuszczać po trochu, poczynając, dajmy na to, od nogi. Zwykle na pierwszy ogień 
bierze jednak rękę. Lubi zaczynać od rąk...

–   Już   rozumiem!   –   przerwał   mu   Arthur.   Był   bardzo   spięty.   Każda 

zmarnowana minuta mogła oznaczać tragedię, a czekało go mnóstwo problemów 
do rozwiązania i decyzji do podjęcia. Na dodatek w ukryciu czaiła się astma...

– Gdzie znajdziemy Karpia? – spytała Suzy. – Daleko stąd?
– Skąd, Karp pozostaje bezpośrednio pod naszymi stopami – zapewnił ją 

background image

Jebenezer. – Gdy uwolnił pierwszych niewolników, pierwszych dwudziestu, znaczy 
się mnie, Penninę, Garama, Obelina, Herusha, Pieprzopalucha, Edrica Cieniasa...

–   Może   później   poznam   ich   imiona   –   zasugerował   Arthur.   –   A   teraz 

wysłucham zasadniczej historii.

– No, tak – zgodził się Jebenezer. – Więc kiedy w mroku nocy Karp skruszył 

nasze kajdany, podźwignęliśmy się i przenieśliśmy tutaj, na wzgórza. Oznajmił, że 
jeśli okażemy wiarę i nieco się rozejrzymy, znajdziemy odpowiednie schronienie, 
fortecę,   której   nie   zagrozi   Złocień.   Jak   powiedział,   tak   się   stało.   Wkrótce 
natrafiliśmy   na   wielką   grotę,   która   od   tamtej   pory   służy   nam   za   dom.   Karp 
powiedział też, że musimy wierzyć, a pewnego dnia nadejdzie Prawowity Dziedzic 
i przeprowadzi nas wszystkich z powrotem do Domu, i niech mnie licho, jeśli tak 
się teraz nie dzieje, a ja nadal jestem tutaj, nie rozpuściła mnie Nicość i moje kości 
nie bieleją w żołądku! Dotarliśmy na miejsce.

Rezydent stanął przed pionową skalną ścianą w kolorze jasnożółtym, obficie 

pokrytą tą samą zieloną pleśnią lub porostami, które rosły na jego ubraniu i skórze.

–   Proszę   zwyczajnie   przejść,   wasza   lordowska   mość.   Ściana   wydaje   się 

twarda, ale jeśli się uwierzy, że to drzwi, jak mówi Karp, wówczas to będą drzwi.

– Ten cały Karp sprawia wrażenie uciążliwca do kwadratu – wymamrotała 

Suzy cicho, tak aby tylko Arthur ją słyszał. – I oszusta. Idę o zakład, że to zwykłe 
wejście do jaskini, tyle że jakoś je zamaskował i naplótł wszystkim głupot o wierze 
i tak dalej.

– Ta pleśń nas nie porośnie, prawda? – zapytał Arthur Jebenezera.
– Och, nie, wasza lordowska mość! – zaprzeczył Rezydent. – To specjalny 

mech   Karpia,   nie   pleśń.  Aby   zdrowo   rósł,   trzeba   odpowiednio   o   niego   dbać, 
naprawdę.

Arthur   zamknął   oczy   i   ruszył   naprzód.   Wyciągnął   przed   siebie   ręce,   na 

wypadek gdyby jednak wpakował się prosto na omszałą skałę.

Po   czterech   czy   pięciu   krokach,   nie   zderzywszy   się   z   kamienną   ścianą, 

chłopiec otworzył oczy. Znajdował się w ciemnej przestrzeni, tu i tam rozjaśnionej 
przez łagodne zielone światła. Niektóre z nich się poruszały, między innymi jasne 
skupisko zieleni nad głową chłopca.

– Ten mech emituje światło – zauważył.
–  Tak   jest,   jaśnieje   w   ciemności,   aby   oświetlać   nam   drogę   –   przytaknął 

Jebenezer. – Podobnie jak Karp.

– Świeci, ale jakoś kiepsko – burknęła Suzy. – Nie widzę ścieżki.
Arthur się rozejrzał, lecz dostrzegał wyłącznie przestrzeń w promieniu kilku 

metrów.   Na   podstawie   echa   głosu   Suzy   oraz   plam   poruszającego   się   i 
nieruchomego zielonego światła wywnioskował, że przebywają w wielkiej grocie, 
blisko sklepienia. Wyglądało na to, że rozciąga się ona w dół na głębokość co 
najmniej stu metrów i do tyłu, niewątpliwie na taki sam dystans.

background image

–   Ścieżka   do   Karpia   nie   jest   szczególnie   prosta   –   przyznał   Jebenezer.   – 

Nawet   jeśli   korzystamy   z   daru   światła.   Lepiej   pójdę   pierwszy,   a   ty,   wasza 
lordowska mość, zechciej trzymać mnie z tyłu za pas. Panno Suzy, proszę złapać 
lorda Arthura za poły.

Suzy   wymamrotała   coś,   czego   Arthur   zapewne   nie   chciałby   usłyszeć. 

Chłopiec wyciągnął rękę i zahaczył dwa palce o pas Jebenezera. W mroku, z jedną 
nogą nie tak sprawną jak należy – choć skorupa kraba doskonale się spisywała – 
nie chciał podejmować zbędnego ryzyka. Moment później poczuł, jak Suzy chwyta 
go za poły.

Prowizoryczny pociąg powoli ruszył w dół. Przez większość czasu Arthur 

nie widział, jak wąska jest ścieżka ani jaka jest głębokość przepaści. Co pewien 
czas natykali się jednak na wielkie plamy jaśniejącego mchu – rósł tam, gdzie 
należało oświetlić niebezpieczne miejsce.

Pomimo strachu i skąpego światła bez przeszkód dotarli na dno jamy. Arthur 

po raz pierwszy się obejrzał i ze zdumieniem dostrzegł długą kolejkę sunących 
zielonych świateł, które snuły się zygzakiem z tyłu. Wyglądało na to, że gromada 
około ośmiuset Wyznawców Karpia schodzi po ścieżce. Wszyscy zachowywali się 
bardzo cicho, nikt nie krzyczał, jak jeszcze niedawno na dworze.

– Zbliżamy się do Karpia – wyszeptał Jebenezer. Wskazał ręką przed siebie, 

na prostą drogę, oświetloną regularnie rozstawionymi plamami świecącego mchu. 
Na   końcu   trasy,   w   odległości   mniej   więcej   siedemdziesięciu   metrów,   jaśniało 
łagodne,   złociste   światło,   od   czasu   do   czasu   migoczące   czerwoną   poświatą, 
zupełnie jakby lustro odbijało płomień odległego ognia.

– Droga do Karpia jest płaska, nie grozi na niej żadne niebezpieczeństwo – 

wyjaśnił Jebenezer. – Idź przodem, lordzie Arthurze, my podążymy za tobą.

Chłopiec   puścił   pas   Jebenezera   i   powoli   ruszył   ku   złocistoczerwonemu 

światłu. Przy każdym kroku ogarniały go coraz poważniejsze wątpliwości. Czy 
Karp na pewno jest Trzecią Częścią Woli? A jeśli nie? Jeżeli okaże się inną potężną 
istotą, taką jak Staruch w Piwnicy Węglowej? Stworzeniem dziwnym, silnym i 
niebezpiecznym,   które   oczekuje   innego   typu   Prawowitego   Dziedzica,   kogoś 
całkowicie odmiennego od Arthura?

Wkrótce   zauważył,   że   oświetlona   na   zielono   droga   się   kończy,   a   za   nią 

widnieje wstęga ciemności. Jeszcze dalej rozpościerała się niecka, może teatr czy 
też głęboki stadion o ścianach poprzecinanych tarasami, na których mogli siedzieć 
Rezydenci. Z zagłębienia biło złocistoczerwone światło, którego źródło znajdowało 
się na takiej głębokości, że nie sposób było go dostrzec.

Arthur pokonał strefę ciemności i wkroczył na pierwszy taras. Zatrzymał się 

tam   na   moment,   spojrzał   w   dół.   Światło   emitowała   ogromna,   szklana   misa   o 
średnicy   około   siedmiu   metrów.   Była   przysłonięta   pokrywą   z   brązu,   która 
wydawała się przynitowana do szkła. Misę wypełniała kryształowoczysta woda, a 

background image

w   niej   pływała   największa   złota   rybka,   jaką   kiedykolwiek   widział.   Stworzenie 
liczyło ponad trzy metry długości i dwa wysokości, miało wielkie, wyłupiaste oczy 
i długie wąsy, zwisające z pyska.

Arthur   zszedł   na   następny   taras,   i   jeszcze   niżej.   W   sumie   naliczył   ich 

czterdzieści,  nim dotarł  do najniższego  i  stanął  przed  szklaną  misą.  Złota  ryba 
obserwowała   jego   przybycie,   tylko   się   unosząc   i   opadając.   Nie   wyglądała 
szczególnie inteligentnie.

Chłopiec odchrząknął, nie bez pewnej trudności, i przemówił:
– Witaj! Jestem Arthur, wybrany przez Pierwszą Część Woli na Prawowitego 

Dziedzica Domu!

– Wiedziałem, że idziesz – oświadczył Karp, a jego słowa w tajemniczy 

sposób   odbiły   się   echem   po   całej   arenie.   Ryba   miała   dziwny   tembr   głosu, 
przypominał   głęboki   kobiecy   alt   albo   wysoki   męski   tenor.   –   Jest   tak,   jak 
zakomunikowałem   swoim   Wyznawcom.   Wytrwajcie   w   wierze,   że   nadejdzie 
Prawowity   Dziedzic.   Pirat   Złocień   zostanie   obalony,   a   potem   powrócimy   do 
Domu!

– Jesteś Trzecią Częścią Woli, prawda? – spytał Arthur. Ledwie co widział 

przez zakrzywione szkło, lecz zauważył, że ryba składa się z maleńkich, lśniących 
literek,   które   poruszały   się   jedna   za   drugą.   Jej   skóra   przypominała   starannie 
wykonany  kwasoryt na banknocie. Z większej  odległości wydawało  się, że  ma 
jednolitą barwę, lecz z bliska nie ulegało wątpliwości, z czego jest stworzona.

– W rzeczy samej, jestem nią – potwierdził Karp. Zatoczył koło w misie i 

ponownie stanął pyskiem do Arthura. – Przypomnij mi, jak masz na imię?

background image

Rozdział 26

Arthur!
Karp wypuścił potężny strumień baniek powietrza i dziwacznie zachichotał. 

Chłopiec dopiero po chwili doszedł do wniosku, że złota ryba się śmieje.

–   Tylko   żartowałem,   lordzie  Arthurze!   Nie   jestem   złotą   rybą,   choć   taki 

kształt przybrałem. To prawda, w sprawie wiadomości o Domu i Królestwach poza 
tym więzieniem na wyspie jestem zależny od świeżo oswobodzonych niewolników, 
niemniej słyszałem o twoich bohaterskich wyczynach!

– Chyba nie czytałeś książki na mój temat, prawda? – spytał Arthur. – Bo nie 

ma w niej słowa prawdy...

–   Nie   przeczytałem   żadnej   książki   –   zapewnił   go   Karp.   –   Po   prostu 

słyszałem różne historie. Teraz opowiedz mi o okrętach, wyczekujących na rozkaz 
wpłynięcia do tego światka, i o legionach, gotowych do ataku na twierdzę podłego 
Złocienia.

– Hm, jesteśmy tylko ja i Suzy – wyznał Arthur. – Wkradliśmy się przez 

brzuch Środy, w łodzi podwodnej Szczurów w Wyproście.

– Tylko we dwoje? – zdumiał się Karp i czterokrotnie opłynął misę. Dopiero 

wtedy odzyskał spokój i ponownie zbliżył się do Arthura. – Zatem kontaktowałeś 
się ze Szczurami w Wyproście? Jesteś niebywale pewny siebie, lordzie Arthurze. 
Spodziewam   się   jednak,   że   moi   Wyznawcy   pokonają   piratów,   gdy   ty   zabijesz 
Złocienia.

–   Nie   planowałem   konfrontacji   ze   Złocieniem   –   zauważył  Arthur.   –   Po 

prostu chciałem się tutaj przekraść, odnaleźć ciebie, Wolę, i się wymknąć. Łódź 
podwodna czeka, by zabrać nas z Utopionej Środy. Potem Środa będzie mogła cię 
uwolnić i przekazać mi Klucz. Z nim stawię czoło Złocieniowi. Muszę uratować 
przyjaciół – jeśli jeszcze żyją – zamkniętych w chatach dla niewolników, a także 
twoich Wyznawców. Nie mogę jednak uczynić tego od razu.

– Nie tracę wiary – mruknął Karp. – Wszystko ma jednak swoje granice. 

Dlaczego   nie   przybyłeś   z   Pierwszym  i  Drugim   Kluczem?   Nie   wyczuwam   ich 
obecności.

– Bo chcę pozostać człowiekiem – wyjaśnił Arthur ze złością. – Nie mam 

ochoty przeobrażać się w Rezydenta. Szczerze mówiąc, to wszystko twoja wina. To 
znaczy, wina Woli. Nigdy nie chciałem się mieszać do tej sprawy, ale teraz muszę 
wszystko   jakoś   uporządkować.   Wolałbym   tego   uniknąć,   ale   nie   mam   wyjścia! 
Może więc przestaniesz utyskiwać i spróbujesz mi pomóc?

Karp ponownie zaczął krążyć, nie reagując na słowa Arthura, który nagle 

usłyszał dziwny szum. Rozejrzał się i zauważył, że Wyznawcy Karpia zaczęli się 
gromadzić   w   amfiteatrze,   zasiadając   na   tarasach   według   hierarchii.   Suzy   i 

background image

Jebenezer stali tuż za plecami chłopca.

Osobliwy   szum   był   wywołany   przez   zebranych   Rezydentów,   którzy 

jednocześnie zaczęli ze złością wciągać powietrze w płuca. Zanim jednak zdążyli 
cokolwiek powiedzieć albo zacząć rzucać przedmiotami – niewątpliwie mieli na to 
ogromną ochotę – Karp przestał krążyć i podpłynął prosto do Arthura.

–   Jesteś   Prawowitym   Dziedzicem,   obwołanym   przez   dwie   poprzedzające 

mnie części Testamentu. Co do tego nie ma wątpliwości. Muszę ci zatem pomóc, 
gdyż tym samym pomagam sobie. Żałuję, że sprawy przybrały taki obrót, lecz 
wierzę, że wszystko skończy się dobrze. Jak zamierzasz przetransportować mnie na 
pokład łodzi podwodnej?

„Celne pytanie", pomyślał Arthur.
– Miałem nadzieję, że będziesz miał nieco bardziej... mobilną postać. Czy 

potrafisz opuścić tę misę?

– Moja obecna postać została ustalona przez Trzeci Klucz i stanowi element 

mojego  uwięzienia – wytłumaczył mu  Karp. – Mógłbyś mnie uwolnić,  gdybyś 
dysponował  pozostałymi Kluczami, ale  w tej chwili to marzenie  ściętej  głowy. 
Misa to późniejszy pomysł Złocienia. Jako Prawowity Dziedzic zapewne potrafisz 
zlikwidować misę, lecz wówczas będę mógł tylko trzepotać się na ziemi.

Arthur podrapał się po głowie. Z trudem powstrzymał się przed wyrywaniem 

sobie włosów i tłuczeniem dłonią w czoło.

–   Wobec   tego,   w   jaki   sposób   przenieśli   cię   tutaj   niewolnicy?   – 

zainteresowała   się   Suzy.   –   Razem   z   tą   misą   musisz   ważyć   tyle,   że   nawet 
dwudziestu Rezydentów nieźle by się napociło, aby cię unieść.

– Zarówno ja sam, jak i moja misa byliśmy wówczas mniejsi – wyjaśnił 

Karp. – Moi Wyznawcy powiększali szeregi, więc i ja rosłem, odzwierciedlając siłę 
ich wiary.

– Możesz zatem się skurczyć razem z misą? – zapytał Arthur.
–   Mogę   –   przyznał   Karp.   –   Ale   komuś   o   mojej   pozycji   nie   przystoi 

przybierać postaci skromniejszej niż ta, w której mnie widzisz.

– Skurcz się – rozkazał mu Arthur. – Szkoda czasu na dyskusje. Masz być 

jak najmniejszy i jak najlżejszy.

– Nie tak się zwraca do Karpia! – zaprotestował ktoś, kto siedział taras lub 

dwa wyżej.

– Arthur to Prawowity Dziedzic – obwieścił Karp. – Moim obowiązkiem jest 

posłuszne   wykonywanie   jego   poleceń,   bez   względu   na   formę,   w   jakiej   zostały 
wydane.

– W życiu nie widziałam, by któraś Część Woli zachowywała się rozumnie – 

wymamrotała Suzy.

– Musimy jakoś wrócić do wodnych wrót – przypomniał Arthur. Sięgnął po 

puzderko   i   obejrzał   zieloną   butelkę.   Z   zadowoleniem   skonstatował,   że   jest 

background image

nietknięta. Zatem „Balaena” nie wpadła w tarapaty. Na razie. – I jakoś ominąć tych 
czterech piratów.

–   Czy   mojemu   kurczeniu   się   może   towarzyszyć   śpiew   Wyznawców?   – 

zapytał Karp.

– Pewnie. Jeśli chcą, mogą też tańczyć – zapewnił go Arthur. – Byle szybko.
– Pieśń Wiary Numer Osiemdziesiąt Jeden – zarządził Karp. – W trakcie 

pieśni będę redukował swą postać, a także zmniejszał gabaryty misy. Na koniec 
utworu będziemy zdecydowanie niewielcy.

– Jak długa jest ta pieśń? – chciała wiedzieć Suzy.
– Obejmuje marnych sto linijek i tyleż chóralnych powtórzeń – wyjaśnił 

Karp. – Ustalę tonację.

– Nie ma mowy – sprzeciwił się Arthur. Ogarnął go niepokój, czuł napięcie, 

jakby każda sekunda była bezcenna. – Masz dwie minuty. Proszę cię, skurcz się, i 
tyle.

Potrzebujemy pomocy aby pokonać strażników przy wrotach. Jebenezerze, 

może zbierzesz tuzin...

Chłopiec urwał wpół zdania, jakby dobrze się zastanowił nad tym to, co 

chciał powiedzieć. Rezydenci, którzy wyruszą stoczyć walkę ze strażnikami przy 
wodnych   wrotach,   nigdy   nie   będą   mogli   powrócić   na   wzgórza.   Staną   przed 
koniecznością wejścia wraz z Arthurem na pokład „Balaeny”.

– ... nie, powinno wystarczyć tylko czterech twoich najlepszych łuczników. 

Oni pomogą nam pokonać wrota.

Arthur skierował wzrok na jasnozielonych Rezydentów, którzy siedzieli na 

tarasach, i oznajmił donośnie:

– Obiecuję, że jeśli uda mi się powrócić i zdobyć Trzeci Klucz, wówczas na 

pewno do was przybędę! Dopilnuję, byście wszyscy mogli ponownie znaleźć się w 
Domu, nawet jeśli będę musiał skorzystać z Niebywałych Schodów, aby się tutaj 
przedostać.

Przemówienie   nie   wywołało   dzikiego   aplauzu,   lecz   Rezydenci   sprawiali 

wrażenie nieco bardziej zadowolonych. Arthur westchnął i drgnął zdumiony, gdy 
odwrócił się do Karpia. Nie było już wielkiej misy z gigantyczną rybą. Obok stali 
tylko Suzy i Jebenezer.

– Co jest? – spytał Arthur zdumiony.
Jebenezer podniósł przedmiot, który wyglądał jak wypełniony wodą słoik po 

dżemie. Wewnątrz energicznie krążyła pięciocentymetrowej długości złota rybka.

–   Jestem   dostatecznie   mały?   –   spytał   Karp.   Nadal   miał   donośny   i 

wszechobecny głos.

–   Dziękuję   –   odparł   Arthur.   Z   całego   serca   był   wdzięczny   rybie.   – 

Jebenezerze, czy poniesiesz Wolę... Chciałem powiedzieć: Karpia? Wyprowadzisz 
nas stąd? I czy dobierzesz tych czterech łuczników?

background image

–   Chętnie   –   zgodził   się   Jebenezer.   –   Ale   co   się   z   nami   stanie,   kiedy 

odejdziesz wraz z Karpiem? Ta grota chroni nas przed Złocieniem wyłącznie za 
sprawą mocy Karpia. Gdy pirat się dowie, że ryba znikła, natychmiast przypuści 
atak, a jego magia zawładnie naszym domem.

„Dlaczego nic nie jest proste?”, pomyślał Arthur. „Nie dość, że nie mogę 

wyruszyć na ratunek Liść i załogom «Mola» oraz «Modliszki», to teraz jeszcze 
muszę się martwić o tych Rezydentów. Idę o zakład, że bohaterowie, którzy musieli 
tylko pokonać smoki albo potwory, nigdy nie stali przed koniecznością troszczenia 
się o całe rzesze ludzi i o swoich przyjaciół. Nie wspominając o tym, co mogło się 
przytrafić ich rodzinom w domu... ”

–   Wrócę   najszybciej,   jak   będę   mógł   –   zapowiedział.   –   Najlepiej   się 

rozdzielcie i ukryjcie w górach.

– Musicie pokładać wiarę – zaintonował Karp.
– Musimy pokładać wiarę – podchwycili Wyznawcy.
–   Oprócz   tego   jednak   powinniście   się   rozdzielić   i   gdzieś   pozaszywać   – 

dodała Suzy. – Nie zrozumcie mnie źle, wiara pożyteczna rzecz i tak dalej, ale 
trzeba rozumować praktycznie.

Karp przestał krążyć i przez moment patrzył uważnie na Suzy.
– Jeśli pokładacie wiarę, wszystko będzie dobrze – oświadczył. – Aby ją 

jednak utrwalić, moi Wyznawcy, przeprowadzę sprawdzian. Kiedy was opuszczę, 
musicie   rozproszyć   się   wśród   wzgórz,   w   grupach   nie   liczniejszych   niż 
trzyosobowe, i przystąpić do cichej medytacji. Śpiewy wykluczone, podobnie jak 
głośna adoracja. Jeżeli wytrwacie mocni w wierze, lord Arthur powróci i was ocali. 
Jeśli nie, Złocień bez wątpienia was schwyta i zakończycie swą marną egzystencję 
w Gorącym Jeziorze.

–   Mądry   Karp,   niech   żyje   Karp!   –   zakrzyknęli   Rezydenci,   podczas   gdy 

Arthur, Suzy i Jebenezer zaczęli się wspinać po tarasach. Gdy przedarli się przez 
tłum, Jebenezer wzniósł słoik wysoko nad głowę, aby blask Karpia oświetlił twarze 
Wyznawców. Przy okazji wyznaczył łuczników, którzy również mieli wyruszyć do 
wodnych wrót.

Wyjście po prowadzącej z jaskini ścieżce było zdecydowanie prostsze dzięki 

światłu Karpia. Arthur poczuł się nieco wstrząśnięty tym, że niektóre fragmenty 
skalistej dróżki, którą przedtem beztrosko kroczył, okazały się nie tylko wąskie, 
lecz także pokruszone na krawędziach.. Tym razem przebył najtrudniejsze odcinki 
przyciśnięty plecami do skalnej ściany. Usiłował nie myśleć o tym, jak niewiele 
brakuje, by niewłaściwie postawił stopę i zginął w przepaści.

Odetchnął   z   ulgą,   gdy   wyszedł   na   zewnątrz.   Słońce   nadal   intensywnie 

świeciło, choć wisiało już nieco niżej na niebie. Po opuszczeniu mrocznej groty 
Arthur   pomyślał,   że   światło   słoneczne   wydaje   się   nieznacznie   zabarwione   na 
różowo, niczym skórka grejpfruta, zatem wyspa zapewne nie jest częścią Ziemi, na 

background image

której Złocień stworzył swój światek, lecz fragmentem jednego z miliardów innych 
światów Poślednich Królestw.

– To jak, idziemy z powrotem tą samą drogą, którą tu przyszliśmy? – spytała 

Suzy. – Bo jeśli tak, to mam nadzieję, że ją pamiętasz. Osobiście wolę ulice i 
budynki. W tych lasach nie dałabym rady znaleźć własnego łokcia.

–   Najszybsza   trasa   na   dół   przebiega   wokół   brzegów   Gorącego   Jeziora   – 

odezwał się Jebenezer. – Potem możemy odbić na północ-północny zachód, do 
półwyspu i po nim do wodnych wrót. Tyle że piraci przy wodnych wrotach, w 
forcie albo na „Dreszczu” pewnie zobaczą, że nadchodzimy. Będziemy  musieli 
przebiec   przez   całą   długość   półwyspu,   przedrzeć   się   między   strażnikami   i 
wpakować do brzucha.

– Czy mam niedostateczną wiarę, jeśli myślę, że wszystkich nas wyrżną albo 

pojmą i utopią w Gorącym Jeziorze? – spytał jeden z wybranych łuczników.

– W rzeczy samej – warknął Karp. Po wyjściu na otwartą przestrzeń mówił 

ciszej. – Wierzcie w lorda Arthura. Wierzcie w swojego Karpia. Będziemy górą.

– Pod warunkiem, że w końcu ruszymy w drogę – wymamrotała Suzy.
„Nie pokonam całej  długości półwyspu”,  pomyślał spanikowany  Arthur i 

skręciło go w brzuchu. Zrobiło mu się duszno. „Dostanę ataku astmy, przyszło mu 
do głowy, nie dam rady dobiec tak daleko... ”

– Lordzie Arthurze, czy wybierzemy szybszą trasę? – zapytał Jebenezer.
„Nie dam rady dobiec tak daleko... Nie dam rady dobiec tak daleko... ” Myśli 

chłopca pełne były strachu i wątpliwości. Odnosił wrażenie, że w nich ugrzązł, nie 
potrafił myśleć o niczym innym. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszał w głowie głos 
Karpia.   Nie   potrafiłby   go   opisać,   nie   miał   go   przed   oczyma,   lecz   słowa  Woli 
rozbrzmiewały mu w czaszce tak, jakby je jednocześnie słyszał i czytał.

Uwierz w siebie, Arthurze. Podążaj przed siebie krok po kroku. Ruszajmy na 

półwysep. Potem wykonamy następny krok. Może nie trzeba będzie biec. Może 
pobiegniesz sprawniej niż podejrzewasz. Krok po kroku.

„Czytasz mi w myślach!”, przyszło Arthurowi do głowy.
Zazwyczaj tego nie potrafię, odparła bezgłośnie Trzecia Część Woli. Tylko 

Arthur ją słyszał. Twój lęk był jednak tak ogromny, że otworzył mi przejście do 
twego umysłu. Teraz już się zamyka i nie będę mógł...

– Arthurze! Szybka trasa czy wolna? – spytała chłopca Suzy.
– Przepraszam – mruknął Arthur. Pokręcił głową i zorientował się, że znikł 

obezwładniający strach sprzed chwili. – Tak, pójdziemy szybszą drogą.

– Florenza i Padraic, idziecie na zwiad – rozkazał Jebenezer.
Obaj   Rezydenci   popatrzyli   na   siebie   nerwowo   i   z   gotowymi   do   strzału 

tukami powoli zagłębili się w las.

background image

Rozdział 27

Szybsza trasa na dół wzgórza byłaby niesłychanie wolna, gdybyśmy to my, 

ja   albo   Suzy,   mieli   ją   odnaleźć”,   pomyślał  Arthur,   gdy   przedzierali   się   przez 
pozornie nieprzebytą gęstwinę podszycia, pod łukowato powyginanymi korzeniami 
drzew, między skałami. Wystarczyło jednak czterdzieści minut, by powrócili na 
równinę,   nieopodal   brzegu   Gorącego   Jeziora.   Trzymali   się   obrzeża   lasu,   który 
jednak w końcu zanikł, zastąpiony nagą, siarkowożółtą glebą.

– Ale cuchnie – jęknęła Suzy i obwiązała twarz kawałkiem oderwanej od 

sukienki falbany.

Arthur odetchnął głęboko i ze zdumieniem poczuł, że powietrze wypełnia 

mu całe płuca. W rzeczy samej, śmierdziało potwornie, niczym zgniłe jaja, lecz 
mógł je wdychać znacznie swobodniej niż chłodne, wilgotne powietrze ze wzgórz.

Po   drugiej   stronie   Gorącego   Jeziora   widać   było   nok   rei   Złocienia.   Pirat 

najzwyczajniej   wymontował   maszt   z   rejami   z   przechwyconego   statku   i 
zainstalował   go   na   brzegu   Jeziora.   Konstrukcję   uzupełnił   o   wielokrążek,   aby 
wywieszać więźniów nad tonią i stopniowo ich zanurzać. Nieopodal zbudowano 
platformę widokową.

– Chyba się nam udało – oznajmiła Suzy nieco później, gdy minęli wschodni 

brzeg Jeziora. – Zaoszczędziliśmy furę czasu.

–   Nie   mówmy   o   tym,   dopóki   nie   wydostaniemy   się   stąd   i   z   brzucha 

Utopionej Środy  –  zaproponował Arthur.  – Albo  jeszcze  lepiej: do  chwili, gdy 
Kichol poda nam herbatę w Pokoju Dziennym Poniedziałka.

– Wszystko będzie dobrze, jeśli się pokłada wiarę – zaintonował Karp.
Jego   słowa   zaakcentował   złowróżbny   łomot   dwóch   przedmiotów,   które 

rąbnęły w ziemię tuż przed Jebenezerem. Arthur przez moment sądził, że to kokosy 
lub pokaźne, okrągłe owoce. Dopiero po chwili spostrzegł, że to ścięte głowy.

Nakrapiane na zielono głowy Florenzy i Padraica.
– Złocień! – zaskrzeczała głowa Florenzy.
– Wybaczcie! – wyszeptała głowa Padraica.
– Nie zapomnijcie...
– ... zatknąć naszych głów z powrotem na karki...
– Jeśli zwyciężycie.
– Przekaż mnie Arthurowi! – warknął Karp. Jebenezer pośpiesznie wepchnął 

słoik po dżemie w dłonie Arthura, a w następnej chwili jego nogi otoczył wir 
żółtego   pyłu,   pod   którego   wpływem   Rezydent   znieruchomiał   niczym   posąg. 
Następny powiew żółtych drobin dosięgnął Suzy, która właśnie dobyła noża. Ona 
też zamarła, podobnie jak dwaj łucznicy z tylnej straży.

–   Potrafię   przeciwstawić   cię   mocom   Złocienia   –   oświadczył   Karp 

background image

pośpiesznie. – Ale tylko do pewnego stopnia. Wszystko zależy od ciebie, Arthurze!

Chłopiec wepchnął słoik do kieszeni i dobył szabli. Piaszczysta kurzawa cały 

czas go otaczała, lecz w żaden sposób na niego nie wpłynęła, poza tym, że gorzej 
widział.

Nigdzie nie dostrzegł ani śladu Złocienia.
Odwrócił   się   i   uważnie   rozejrzał.  Wszyscy   wokoło   byli   skamieniali,   nie 

widział oznak życia. Brzeg Jeziora, oddalony o zaledwie dwadzieścia kroków, był 
nagi i pusty. Drzewa i poszycie o chorobliwym wyglądzie mogły kogoś ukrywać, 
lecz tylko pod warunkiem, że stał całkiem nieruchomo.

Gdzie się znajdował Złocień?
Nikt nigdy nie patrzy w górę...
Arthur   odskoczył   i   podniósł   głowę.   W   tej   samej   chwili   tuż   obok   niego 

przeleciał   cień,   a   w   powietrzu   świsnęło   ostrze.   Chłopiec   uniósł   szablę,   by 
odparować cios, i wtedy jego ramię przeszył wstrząs. Odskoczył i uderzył plecami 
o szorstki, porośnięty pnączami pień potężnego drzewa.

Złocień złożył skrzydła i opadł na ziemię. Szum skrzydeł i odgłos uderzenia 

stóp o podłoże zagłuszył jęk żółtego wiatru.

Złoczyńca   wyglądał   tak,   jak   w   mniemaniu   Arthura   powinien   wyglądać 

piracki kapitan. Był wysoki i urodziwy, z długimi włosami, czarną brodą ozdobioną 
wplecionymi   klejnotami   i   z   dymiącym   lontem.   Przystojny   pirat   kojarzył   się   z 
wytwornym   Rezydentem,   a   jego   obszyte   złotą   koronką   ubranie   miało 
jaskrawoszkarłatną barwę. Zamiast guzików używał złotych trupich główek i nosił 
szablę o głowicy wykutej z czarnego żelaza, które dymiło tak samo jak kawałki 
lontu w jego brodzie.

Pod żadnym względem nie przypominał upiornej istoty, którą Arthur ujrzał w 

lustrze. Wszystko stało się jasne dopiero wtedy, gdy chłopiec spojrzał na niego 
kątem oka.

Z tej perspektywy Złocień był potwornym, człekokształtnym stworem. Skórę 

miał   czerwoną   od   dotkliwych   poparzeń   słonecznych,   a   do   tego   wysuszoną   tak 
bardzo, że opinała mu kości. Jego oczy przypominały pestki oliwek, były czarne i 
tkwiły w czerwonych oczodołach.

Nie   nosił   wytwornej   odzieży.   Pokrywały   go   setki   skrawków   papieru, 

rozmaitej wielkości, przeróżnych barw. Na wszystkich widniał świetlisty tekst, od 
którego aż biła Nicość i magia.

– Nosisz piętno Czerwonej Dłoni – zauważył Złocień. Arthur słyszał głos 

pirata   podwójnie,   prawie   jednocześnie.   Jeden   głos   był   głęboki,   melodyjny   i 
władczy. Drugi piskliwy, jękliwy i obrzydliwie przenikliwy. – Okradłeś mnie.

Arthur zwilżył wargi i mocniej zacisnął rękę na szabli. Wiedział, że uratować 

go może tylko jedno: celne cięcie przez szyję...

– Nie jesteś jednak tylko złodziejem – ciągnął Złocień. – Nie jesteś, jedynie 

background image

nim, lecz także narzędziem Woli Architektki. Wiem, kim jesteś, Arthurze.

Złocień postąpił krok naprzód. Arthur stężał, gotów rzucić się przed siebie i 

zamachnąć bronią.

– Wiem, kim jesteś. Wiem o tobie wszystko. Nieprawdaż, młoda Liść?
Złocień   się   uśmiechnął,   a   jego   spękane,   wąskie   usta   wykrzywiły   się   w 

uśmiechu, odsłaniając żółte zęby.

Chłopiec nie spuszczał wzroku ze Złocienia, lecz na skraju pola widzenia 

ujrzał rząd powoli kroczących piratów. Na samym przedzie dostrzegł Liść, ubraną 
tak samo jak na „Modliszce”, lecz tym razem w czarnej czapce.

– Tak, kapitanie – potwierdziła.
–  Wiem,   że   nie   masz   przy   sobie   dwóch   pierwszych   Kluczy   –   zauważył 

Złocień.   –   To   jasne.   Gdybyś   je   miał,   nie   dałbyś   mi   czasu   na   gadanie,   racja? 
Mniemam, że to stare rybsko czai się tu gdzieś w pobliżu i opowiada, czym to 
wszystko się skończy Dla niego, jak najbardziej.

Tylko jeden krok, myślał Arthur.
– Podejrzewam, że masz chętkę odrąbać mi głowę – uzupełnił Złocień. – 

Jako że jestem dżentelmenem z zacięciem do rywalizacji, pomyślałem, że dam ci 
szansę. Arthurze, złożę ci propozycję. Załóżmy się, my dwaj, równi sobie, którzy 
swojego czasu byliśmy śmiertelnikami. Co na to powiesz?

Arthur   ani   na   moment   nie   opuścił   gotowej   do   zadania   ciosu   szabli.   Nie 

mrugnął okiem, nie odwrócił wzroku.

– Co to za propozycja? – spytał.
– Cóż, wymiana ciosów, jak najbardziej – odparł Złocień. – Jeden cios ty, 

jeden ja. Możesz zacząć. Jeśli mnie zgładzisz, wówczas wraz ze sprzymierzeńcami 
odejdziesz wolno. Jeżeli zaś ja zabiję ciebie, wtedy odziedziczę wszystko, co do 
ciebie należy. Zostanę Prawowitym Dziedzicem Domu!

– Nie wiem, czy to możliwe – zawahał się Arthur. – Moja ewentualna zgoda 

może nie mieć znaczenia.

Musi istnieć jakiś haczyk, pomyślał. Jak w historii o rycerzu i zielonym 

olbrzymie.   Wiem,   że   Złocień   potrafi   z   powrotem   przyczepić   sobie   głowę,   z 
większą łatwością niż Rezydenci. Spalony Słońcem wyjawił mi jednak, że jeśli 
posypie się żwirem miejsce po odrąbanej głowie albo położy na nim obróconą na 
płask szablę, wówczas...

– To moje zmartwienie – zapewnił Złocień chłopca. – Świadkiem będzie to 

stare rybsko. Wyciągnij je z kieszeni, niech widzi, co się dzieje. Masz minutę, 
wedle   wskazań   mojego   zegara,   na   podjęcie   decyzji.   Przyjacielski   zakład   albo 
rąbanina ze mną i moją piracką załogą.

Uśmiechnął   się   i   z   kieszeni   wyciągnął   wysadzany   klejnotami   zegarek 

wielkości pomarańczy Jednocześnie się cofnął, aby jego piraci mogli służyć za 
osłonę, gdyby Arthur spróbował go dosięgnąć.

background image

Chłopiec przelotnie rzucił okiem na Liść. Wydawała się normalna, lecz na 

niego nie patrzyła. Nie odrywała wzroku od Złocienia.

– Ja pierwszy zadaję cios? – spytał Arthur. – Twoja załoga nie będzie się 

wtrącać?

– Pozostaną nieruchomi niczym drzewa w bezwietrzny dzień – zapewnił go 

Złocień.

– Ima się ciebie stal? – chciał wiedzieć chłopiec.
– Stal, także srebro, żelazo, brąz: wszystkie klingi tną moje ciało. Zakład jest 

uczciwy, jak powiedziałem, zawarty przez dwóch śmiertelników, przeobrażonych 
przez czas, Dom, magię i Nicość.

Arthur nieznacznie odwrócił głowę i ponownie popatrzył na Złocienia kątem 

oka. Koścista, nieludzka istota, obłożona podartymi papierami, byłaby znacznie 
łatwiejszym   obiektem   ataku   niż   ktoś   o   wyglądzie   człowieka.  Także   jego   szyja 
sprawiała wrażenie cieńszej.

–   Najpierw   chcę   porozmawiać   z   Karpiem   –   oznajmił  Arthur.   –   Daj   mi 

jeszcze minutę.

– Ale tylko jedną – podkreślił Złocień lodowatym tonem. – Zgadzam się 

wyłącznie przez wzgląd na ciebie.

Arthur nie ruszył się spod drzewa, w prawej dłoni przez cały czas zaciskał 

szablę. Lewą wydobył słoik po dżemie i przystawił go do głowy.

Teraz się boję za dwóch, pomyślał. Karpiu, czy mnie słyszysz?
– Owszem – potwierdził Karp. – Nie trać wiary, Arthurze...
Dość! Po prostu powiedz mi, czy Złocienia da się zabić poprzez odrąbanie 

mu głowy i położenie klingi na płask na uciętej szyi.

Niewykluczone, zabrzmiała odpowiedź Karpia. To podziałałoby  nawet na 

najwyższej rangi Rezydentów. Tyle że Złocień jest przebiegły.

Niewykluczone! Co to za odpowiedź... Zresztą, mniejsza z tym. Czy możesz 

coś zrobić, aby uwolnić Suzy, Jebenezera i całą resztę? Albo moją przyjaciółkę 
Liść? Złocień z pewnością rzucił na nią zaklęcie. Gdyby nie to, w żadnym razie nie 
trzymałaby z piratami...

Uchroniłem cię przed czarami Złocienia. Niewykluczone, że dałbym radę 

uwolnić jeszcze ją...

Znowu to słowo. Arthur nie wytrzymał.
Niewykluczone!,   powtórzył   w   myślach.   Ostatecznie   to   ty   powinieneś 

pokładać wiarę...

W rzeczy samej, Arthurze. Nigdy nie twierdziłem nic innego...
–   Czas  minął!   –   przerwał   im  Złocień.   –  Albo   prawie.   Czekam   na   twoją 

decyzję, Arthurze.

– Zgadzam się – odparł chłopiec. Gdy mówił, nagle ogarnęły go mdłości, 

lecz powstrzymał je siłą woli.

background image

– Wyśmienicie – uradował się Złocień. – Zatem uklęknę w tym miejscu, a ty 

będziesz mógł zadać mi cios, kiedy zechcesz. Pamiętaj o rybie, umieść ją tak, aby 
miała dobry widok.

Arthur skinął głową. Postawił słoik na ziemi, blisko stóp, lecz zmienił zdanie 

i przesunął go tak, aby stał tuż przy prawej nodze Suzy. Jednocześnie zagarnął 
dłonią garść ziemi.

– Może jednak się pośpieszysz – zasugerował Złocień. Zdążył już odczepić 

skrzydła,   odłożyć   na   bok   i   uklęknąć.   Jego   iluzoryczna   postać   ściągała   długie, 
czarne włosy do tyłu, aby odsłonić szyję. W rzeczywistości prawie nie miał włosów 
i po prostu wykonywał odpowiednie ruchy rękoma.

Arthur podszedł bliżej, przez cały czas intensywnie myśląc.
Zadaj   cios   szybko,   ciśnij   ziemię   na   szyję   i   przyłóż   klingę   na   płask,   na 

wszelki wypadek.

– Co jest, szybciej!
Arthur wzniósł szablę. Sprawiała wrażenie o wiele cięższej niż dotąd. Uniósł 

broń najwyżej, jak potrafił, a następnie opuścił ją z całej siły.

Muszę patrzeć, przeszło mu przez myśl. Nie wolno mi się zdekoncentrować. 

Muszę rzucić ziemię i przycisnąć jego szyję ostrzem.

Cios   zdumiewająco   przypominał   uderzenie   piłki   kijem   baseballowym. 

Ramię   chłopca   przeszył   nieoczekiwany   wstrząs   i   w   następnej   chwili   szabla 
przeszła przez ciało pirata.

Arthur uważnie obserwował cel. Cisnął ziemię i mocno przyłożył klingę do 

gołego pnia szyi, suchego, bez odrobiny krwi. Głowa Złocienia potoczyła się po 
podłożu, ale już w następnym momencie z przerażającą prędkością wystrzeliła w 
powietrze. Jednocześnie ciało pirata szarpnęło się do tyłu i wstało. Chłopiec musiał 
również podskoczyć, aby ostrze szabli cały czas przywierało do przeciętej szyi.

Głowa spadła niczym jastrząb i wylądowała idealnie na ostrzu Arthura. Ani 

ziemia,  ani broń nie  przeszkodziły  głowie  łotra  spocząć  na  karku. Chłopiec  ze 
zgrozą patrzył, jak ciało wyrasta z dolnej i górnej części szyi, spotykając się w pół 
drogi.

Złocień podniósł rękę i wyciągnął szablę z niemal całkowicie zrośniętej szyi. 

Czubek   klingi   wydostał   się   na   zewnątrz   z   głośnym   pyknięciem.   Wstrząśnięty 
Arthur chwiejnie się cofnął.

– Coś mi się widzi, że teraz moja kolej – wycedził Złocień z uśmiechem, 

potwornym zarówno w rzeczywistej, jak i iluzorycznej formie.

Arthur został pokonany.

background image

Rozdział 28

Uklęknij tam, gdzie stoisz – polecił mu  Złocień. Przejechał kciukiem po 

czarnym ostrzu swojej szabli i strząsnął kroplę krwi, do tego stopnia przesiąkniętej 
Nicością, że zaskwierczała w zetknięciu z ziemią. – Mam nadzieję, że nie posiadłeś 
sztuki   ponownego   osadzania.   Wiele   wieków   zajęło   mi   zgłębienie   jej   tajników. 
Dwakroć tyle uczyłem się jej w połączeniu z utrudnieniami. Młoda Liść powiada, 
że nie miałeś na to czasu. Klękaj, powiadam!

Arthur zorientował się, że przyklęka. Jego ciało poruszało się niezależnie od 

zaleceń umysłu, który gwałtownie próbował znaleźć sposób na wydostanie się z 
tarapatów.

Zgodziliśmy się wymienić ciosy... wymienić ciosy... Ja zacząłem...
–   Nic   nie   poczujesz   –   zapewnił   go   Złocień.   –   W   sumie   szkoda.  Ale   z 

przyjemnością potopię twoich druhów w Gorącym Jeziorze.

Przystałem wyłącznie na wymianę ciosów... Nie wspomniałem, że nie będę 

się   uchylał   albo   że   nie   zrobię   zwodu...   Nawet   nie   zapewniłem,   że   wytrwam 
nieruchomo...

Arthur   usiłował   się   poruszyć,   lecz   poczuł,   że   mięśnie   odmawiają   mu 

posłuszeństwa. Żółty wiatr owiewał mu nadgarstki i kostki, przytrzymywał go w 
miejscu. Chłopiec odwrócił głowę i ujrzał, że Złocień wznosi czarną szablę.

Karpiu! Karpiu! Pomóż mi! Spraw, abym się poruszył!
Nie trać wiary w siebie.
Arthura przepełniła ślepa  wściekłość. Nie mógł pojąć,  że nawet w takiej 

sytuacji Karp potrafił mówić wyłącznie o wierze!

Furia przenikała całe ciało chłopca. Żółty wiatr niespodziewanie ustąpił, a 

Arthur odskoczył, w chwili gdy czarna szabla ze świstem przecięła powietrze i 
wbiła się w ziemię.

– Co jest?! – ryknął Złocień. Wykonał obrót i tym razem zamachnął się 

szablą na kolana Arthura.

Chłopiec przeskoczył nad czarną klingą i, oburącz trzymając własną szablę, 

ciął mocno, ponownie celując w szyję pirata. Gdy tym razem głowa niegodziwego 
czarnoksiężnika   odbiła   się   od   ziemi,   Arthur   spróbował   kopnąć   go   w   klatkę 
piersiową, lecz nogę chłopca nieoczekiwanie oblepił papier, a siła ciosu została 
skierowana na drzewo.

Arthur trafił w pień i odbił się od niego, niefortunnie tracąc równowagę. Jego 

sytuację  dodatkowo pogarszał fakt, że krabi pancerz usiłował  wyprostować mu 
nogę.

Chłopiec cofnął się chwiejnie, a głowa Złocienia z piskiem wyfrunęła w 

powietrze i znowu zanurkowała ku przeciętej szyi.

background image

Tym   razem   jednak   nie   udało   się   jej   dotrzeć   na   miejsce.   Suzy 

niespodziewanie skoczyła ku wrogowi i ułamaną gałęzią rąbnęła w jego głowę. 
Kiedy ta ostatnia usiłowała się poderwać, Liść wystrzeliła z rzędu piratów i niczym 
wytrawny piłkarski napastnik kopnęła głowę najmocniej jak potrafiła, prosto w 
gulgoczące, przesiąknięte Nicością wody Gorącego Jeziora.

Wszyscy, także piraci, patrzyli, jak głowa Złocienia z pluskiem wpada w toń. 

W miejscu uderzenia o powierzchnię Jeziora pojawiły się drobne fale. Zebrani nie 
odrywali wzroku od wody aby sprawdzić, czy upiorny obiekt wypłynie.

Arthur   także   patrzył,   gdy   nagle   na   jego   szyi   zacisnęły   się   oblepione 

papierem, oślizgłe dłonie. W ostatnim momencie chłopcu udało się wcisnąć trzy 
palce   pod   ręce   napastnika.   To   jednak   nie   wystarczyło,   by   je   oderwać   lub 
powstrzymać przed powolnym duszeniem.

Na   domiar   złego,   głowa   Złocienia   wynurzyła   się   z   wrzącego   błota. 

Wszystkie   mięśnie,   zarówno   iluzoryczne,   jak   i   rzeczywiste,   odeszły   od   kości. 
Pozostała tylko żółtawa czaszka ze szczękającymi zębami i magicznym jęzorem 
niebieskiego dymu, który podrygiwał, kiedy Złocień wykrzykiwał ostatnie słowa 
przed ponownym pogrążeniem się w błotnistą głębię, gdzie Nicość dopełniła dzieła 
zniszczenia:

– Niech Nicość trwa!
Dłonie   zaciśnięte   na   szyi  Arthura   nagle   zwiotczały   i   odpadły.   Chłopiec 

zachwiał   się,   jego   otoczona   krabim   pancerzem   noga   nie   ugięła   się   w   kolanie. 
Runąłby   na   ziemię,   gdyby   nie   Jebenezer,   który   porwał   go   do   nagłego   i 
niepożądanego tańca.

– Udało ci się! Zabiłeś Złocienia! Widziałem na własne oczy!
– Dość! Piraci!
Jebenezer   znieruchomiał   w   trakcie   piruetu,   a   rozpędzony  Arthur   wpadł 

prosto na Suzy i Liść, które ściskały sobie dłonie. Zdołały jednak złapać chłopca i 
odwrócić go, by widział piratów Złocienia, pędzących ku drzewom i po drodze 
ciskających broń.

– O piratów niech cię głowa nie boli – oświadczyła Liść. – To zbieranina bez 

grama kręgosłupa. Byli odważni tylko za sprawą Złocienia, bez niego nie są warci 
funta kłaków.

–   O   mało   nie   dostałem   zawału,   kiedy   cię   z   nimi   zobaczyłem   –   wyznał 

Arthur. – Co ty tam robiłaś?

– A gdzie podziękowania za celny kop? – spytała naburmuszona dziewczyna. 

– Usiłowałam przeżyć, niby co innego? Złocień powiedział, że do niewoli bierze 
tylko Rezydentów. Albo dzieci Szczurołapa, w ostateczności, bo są tak wytrzymałe 
jak Rezydenci, i znacznie bystrzejsze. Z początku zamierzał cisnąć mnie za burtę, 
ale się rozmyślił, kiedy mu powiedziałam, że dostanie za mnie okup.

– Od kogo?

background image

–   Od   ciebie,   a   od   kogóż   by   innego   –   odparła   Liść.   –   Bardzo   się 

zainteresował, gdy to usłyszał.

– A ty mu opowiedziałaś wszystko, co chciał wiedzieć!
– Co mogłam zrobić? Nie miałam wyboru! Czytał mi w myślach.
– Wybacz, przepraszam – mruknął Arthur. – Zacznijmy od początku. Dzięki 

za tego fantastycznego kopniaka. Suzy, dziękuję ci za równie fantastyczne trafienie 
kijem.

– Od razu lepiej – pochwaliła go Liść. – Jeśli chcesz, żeby podziękowania 

stały się oficjalne, wyciągnij mnie stąd i zabierz z powrotem do domu. Teraz wiem, 
że tam jest moje miejsce!

– Pierwszorzędna myśl – przyklasnęła Suzy i wskazała ręką niebo. – Jeśli 

jakoś się stąd wydostaniemy.

Arthur podniósł głowę. Słońce zauważalnie drżało, a wokół niego narastały 

osobliwe, smugowate chmury.

– Oho! Pojawiają się szczeliny!
–   Światek   się   wali   –   zapowiedział   Karp,   ponownie   niesiony   przez 

Jebenezera. – Musimy wierzyć, że znajdziemy drogę ucieczki, a wówczas się nam 
powiedzie.

– Haruspicka układanka – mruknął Arthur i odwrócił się w poszukiwaniu 

ciała Złocienia. – Z pewnością jest gdzieś przy piracie. Znajdziemy ją, odszukamy 
wśród niewolników kogoś, kto potrafi się nią posługiwać, zabierzemy okręt...

Umilkł.  W  miejscu,   gdzie  wcześniej   spoczywały   zwłoki  Złocienia,   ujrzał 

wielką,   czarną   plamę   na   ziemi   oraz   podłużne,   wąskie   i   bezużyteczne   paski 
skręconego papieru.

Arthur poczuł, że ziemia trzęsie mu się pod stopami. Z drzew posypały się 

gałęzie,   a   Gorące   Jezioro   złowróżbnie   zabulgotało.   Z   jego   brzegów   wystąpiło 
błoto, sącząc się oleistymi strumykami po żółtej glebie.

–   Ile   mamy   czasu?   –   spytał   Karpia.   –   Czy   możesz   coś   zrobić,   żeby 

zatrzymać lub spowolnić ten proces?

– Nie dysponuję władzą nad takimi konstrukcjami. Wedle moich szacunków, 

światek przetrwa od sześciu do dwunastu godzin. Może nieco krócej, może nieco 
dłużej. Zależy od charakteru ostatecznej katastrofy. W grę wchodzi powolny rozpad 
pod wpływem wdzierającej się Nicości lub nagłe runięcie w Otchłań.

– Arthurze, jak chciałeś się stąd wydostać? – spytała Liść.
–   Na   pokładzie   łodzi   podwodnej   –   odparł.   –   Z   załogą   Szczurów   w 

Wyproście. Zmieści się tam jednak tylko sześciu Rezydentów, zatem...

Nie przestając mówić, wyciągnął puzderko i uchylił wieczka, aby sprawdzić, 

w jakim stanie jest butelka. Naczynie jednak znikło, a w jego miejsce pojawiła się 
kupka pyłu z zielonego szkła oraz mały kawałek korka.

– Tak czy owak, i tak nikogo nie zabiorą. Odpłynęli albo poszli na dno.

background image

– Jeśli tu utkwiliśmy, to znaczy, że już po nas – zauważyła Liść.
–  A  Niebywałe   Schody?   –   zapytała   Suzy.   –   Już   z   nich   korzystaliśmy, 

Arthurze. Nie było tak źle. Pójdziesz przodem, a my za tobą.

– Bez Klucza nie wejdę na Schody – wyjaśnił chłopiec. – Ale może Wola 

potrafiłaby...

– Nie w obecnej formie – zauważył Karp.
–   Przynajmniej   załatwiliśmy   Złocienia   –   oznajmiła   Suzy   ze   stoickim 

spokojem. – Nawet jeśli to takie zwycięstwo, że się wygrywa i zaraz potem wynosi 
z tego świata, zanim człowiek zdąży zgarnąć łupy....

– Pyrrusowe zwycięstwo – mruknęła Liść. – Świetnie. Musi istnieć jakiś 

sposób.   Powinniśmy   znaleźć   alternatywne   rozwiązanie.   Coś   nietypowego. 
Wyciągnijmy asa z rękawa. Odrzućmy normy... Tyle że chyba normą jest to, co 
tutaj nas otacza...

– Być może istnieje pewne wyjście – oświadczył Arthur powoli. – Musimy 

ściągnąć wszystkich do przystani i wejść na pokład „Mola”.

– Przecież to stara łajba – zaprotestowała Liść. – Jeśli uważasz, że dasz radę 

wyprowadzić stąd statek, powinniśmy wziąć „Modliszkę”!

Arthur pokręcił głową.
– Nie wypłyniemy stąd statkiem. Szczury nie miały wątpliwości: haruspicka 

układanka ze Smokrzepa to jedyny sposób na to, by znaleźć wrota, prowadzące do 
tego światka lub na zewnątrz. Idę o zakład, że to prawda. Niewykluczone jednak, 
że jest sposób na to, by wydostać się stąd na pokładzie „Mola”, bo część jego 
wnętrza znajduje się gdzie indziej, na terenie Domu.

– Co takiego? – spytały jednocześnie Liść i Suzy.
– Wszystko wyjaśnię, gdy dotrzemy na miejsce – zapowiedział chłopiec. – 

Jebenezerze, lepiej wyślij kogoś do groty i skieruj Wyznawców do przystani, zanim 
zaczną się rozpraszać po okolicy. Och, czy ktoś zatknął tym dwóm Rezydentom 
głowy z powrotem... ? To dobrze. Wyjdą z tego?

– Jakoś sobie poradzą – zapewnił go Karp. – Będą jednak cierpieli przez 

wiele miesięcy i przez rok nie wypiją ani kropli alkoholu.

–  To   dobrze   –   podsumował  Arthur,   błądząc   myślami   gdzie   indziej.   –  W 

drogę!   Karpiu,   chyba   potrafisz   oswobodzić   niewolników   przetrzymywanych   w 
mieście?

– Gdy nie ma już Złocienia, mogę rozluźnić ich pęta nawet stąd – oświadczył 

Karp.   Nadął   się   niczym   kolcobrzuch,   na   moment   pojaśniał,   powrócił   do 
normalnego kształtu i przez kilka sekund jak opętany krążył po słoiku. – Gotowe!

Gdy dotarli do miasta, zastali w nim chaos. Niespodziewanie oswobodzeni 

niewolnicy   zwrócili   się   przeciwko   pozostałym   przy   życiu   piratom.   Niedawno 
uwięzieni członkowie załogi „Mola” i „Latającej Modliszki” ponownie poczuli się 
żeglarzami.   Dzięki   temu   mogli   zająć   się   uzupełnianiem   zapasów   na   pokładach 

background image

swoich   jednostek   i   transportowaniem   na   nie   najwspanialszych   skarbów, 
odzyskanych   dzięki   śmierci   Złocienia.   Niewolnicy,   którzy   pozostawali   w 
kajdanach dłużej, siedzieli bezradnie, czekając, aż ktoś im powie, co mają robić.

Zaraz po przybyciu, Arthur z ogromną przyjemnością spotkał się na moment 

ze   Spalonym   Słońcem,   który   nadzorował   załadunek   „Mola”.   Długie   opowieści 
musiały jednak zaczekać, zatem po krótkotrwałym poklepywaniu się po plecach, 
od   którego   obu   rozbolały   ramiona,   Arthur   skłonił   Karpia   do   obwieszczenia 
donośnym   głosem,   słyszalnym   w   całej   przystani,   że   światek   wkrótce   ulegnie 
zniszczeniu.   Jeśli   więc   oswobodzeni   niewolnicy   chcą   pozostać   przy   życiu   i 
powrócić do Domu, muszą się zebrać na pokładzie „Mola”. Wolno im zabrać co 
najwyżej jeden mały skarb.

Rzecz   jasna,   te   słowa   wzbudziły   powszechną   panikę,   stłumioną   dopiero 

przez Karpia. Przemówił on dobitniej niż dotąd, Jebenezer zaś, Spalony Słońcem, 
Rondel i inni użyli swych głosów oraz drewnianych pałek, by przywrócić porządek 
wśród Rezydentów. Ci ostatni usiłowali jednocześnie wpakować się na cztery małe 
szalupy, które miały ich zabrać z brzegu przystani na „Mola”.

Liść również miała do odegrania istotną rolę – należało przekonać kapitana 

Falę   do   opuszczenia   „Latającej   Modliszki”.   Argumentowała,   że   nawet   tak 
wykwalifikowany   Zaklinacz   Nawigator   jak   on   nie   zdoła   znaleźć   sposobu,   aby 
wyprowadzić   okręt   ze   światka   Złocienia.   Dowódca   wypróbował   już   wszystkie 
dostępne mu haruspickie układanki, nie podawał zatem w wątpliwość logiki tego 
rozumowania, lecz i tak trudno mu było opuścić statek. W końcu dowodził nim 
przez niemal dziesięć tysięcy lat.

Kapitan Kotapoducha stanowił odrębny problem, gdyż nie wpuszczał nikogo 

do swojej kwatery z obawy przed zniszczeniem kolekcji znaczków. Kiedy jednak 
Arthur stracił cierpliwość i przemówił ostrym tonem, kapitan dał za wygraną i 
zaszył się w łóżku. Ichabod spokojnie zasunął za nim zasłony.

Arthur martwił się, czy w osobliwej komnacie na pokładzie „Mola” zmieści 

się   dostatecznie   wielu   Rezydentów.   Wcześniej   przecież   obiecał   Wyznawcom 
Karpia,   że   spróbuje   ich   ocalić,   a   ponieważ   mieli   przybyć   ostatni,   groziło   im 
pozostanie w światku i pewna śmierć. Komnata okazała się jednak większa, niż 
zapamiętał,   a   Ichabod   poprzestawiał   gabloty   tak,   aby   zapewnić   uciekinierom 
dodatkową   przestrzeń.   Przy   okazji   wyjaśnił  Arthurowi,   że   jego   palto   wymaga 
oczyszczenia, buty umycia, a uzyskanie większej ilości miejsca w sali to tylko 
kwestia prawidłowego rozmieszczenia mebli.

Pięć godzin po rozpoczęciu operacji komnata była kompletnie zatłoczona co 

najmniej trzema tysiącami Rezydentów. Większość obecnych w ogóle nie mogła 
się poruszyć, gdyż wszyscy byli ściśnięci niczym sardynki w puszce.

Nikt   nie   zauważył   braku   któregokolwiek   z   przebywających   na   wyspie 

Rezydentów.

background image

Tymczasem szczeliny na niebie rozciągały się już od słońca do ziemi. Karp 

przewidywał teraz katastrofalną implozję, polegającą na gwałtownym zapadnięciu 
się światka i wessaniu go w Otchłań Nicości.

–   Jeśli   ten   światek   skonstruowano   wedle   prawideł   sztuki,   rozpadlina   w 

Otchłani samoczynnie się zasklepi i nie będzie sprawiała kłopotów – obwieścił 
Karp. – Jeżeli wykonano go marnie, Nicość rozpłynie się dookoła i spowoduje 
masę problemów w sąsiedztwie.

– Chodzi ci o brzuch Środy – uściślił Arthur.
– W rzeczy samej – potwierdził Karp. – Co do kwestii naszego ratunku. Nie 

uważam,  by to pomieszczenie przetrwało katastrofę na taką skalę, jest bowiem 
połączone ze statkiem, który zostanie wessany przez wir Nicości.

– Mam świadomość, że my  również musimy  się stąd wydostać – odparł 

chłopiec.   –   Skoro   jednak   w   rzeczywistości   ta   komnata   jest   gdzie   indziej   na 
obszarze Domu, to wystarczy, że znajdziemy drogę na zewnątrz, w Domu. Kilka 
godzin temu prosiłem, byś się tym zainteresował.

– W rzeczy samej – potwierdził Karp. – Niestety. Co prawda zorientowałem 

się w faktycznym położeniu sali, ale nadal nie udaje mi się znaleźć wyjścia. Zresztą 
gdybym je nawet zlokalizował, to nie jestem pewien, czy cokolwiek by nam z tego 
przyszło.

– No to super – mruknęła Liść. – Arthurze, spisałeś się na medal.

background image

Rozdział 29

Dlaczego   opuszczenie   tego   pomieszczenia   nie   na   wiele   by   się   zdało?   – 

zdumiał się Arthur. – Nie mamy innego wyjścia!

– Komnata pozostaje tam, gdzie wcześniej – wyjaśnił Karp. – W starym 

Porcie Środy. Pod wodą. Nie mam pojęcia, jak głęboko. Poza tym nie jestem w 
stanie znaleźć drogi z tego miejsca na zewnątrz sali.

– Dlatego że ta droga nie istnieje, czy z innego powodu? – spytał chłopiec.
–   Wyjście   może   istnieć   –   zapewnił   go   Karp.   –  Ale   pomieszczenie   jest 

dziwacznie zakrzywione i po prostu brakowało mi czasu na precyzyjne określenie 
jego lokalizacji w tkance Domu. Śmiem wątpić, by , komukolwiek udała się ta 
sztuka, z wyjątkiem samej Architektki.

– Atlas!  – wrzasnął Arthur, sięgnął do buta i wyciągnął zieloną książkę. – 

Potrafisz korzystać z Kompletnego Atlasu Domu i Bezpośrednich Przyległości!

– Nie – odparł Karp.
W tej samej chwili przy drzwiach prowadzących na pokład „Mola” zawrzało. 

Arthur   wskoczył   na   wieko   skrzyni   na   koce,   należące   do   Kotapoduchy,   aby 
cokolwiek widzieć ponad głowami Rezydentów. Spalony Słońcem, który pomagał 
kilku ostatnim maruderom, właśnie wpadł przez próg.

– Runął kawał  nieba! – ryknął, usiłując  przekrzyczeć harmider.  – Morze 

przybiera wygląd wody wpadającej do odpływu!

– Musi  istnieć droga ucieczki  – wymamrotał Arthur. Przytrzymał  Atlas  i 

skupił na nim całą uwagę.

– Arthurze... – odezwał się Karp.
– Nie teraz! – syknął chłopiec. Kostki jego rąk pobladły, tak mocno ścisnął 

zieloną książkę. – Muszę się skupić!

– Arthurze...
Chłopiec nie zwracał uwagi na Karpia, koncentrując się na pytaniu.
Czy istnieje wyjście z tego pokoju, prowadzące z powrotem do Domu?
Atlas  uparcie pozostawał zamknięty. Bez Klucza zupełnie nie reagował na 

Arthura.

– Arthurze! – ryknął Karp, tak donośnie, że chłopcu zadzwoniło w uszach. – 

Nie mogę  użyć Atlasu,  ale potrafię pomóc ci przy korzystaniu z niego! Przyłóż 
prawą dłoń do szkła mojego słoika!

Jebenezer   uniósł   słój,   a   Arthur   plasnął   wnętrzem   dłoni   w   szkło.   Karp 

natychmiast   podpłynął,   zrobił   okrągły   pyszczek   i   trzykrotnie   pocałował 
wewnętrzną stronę naczynia, tam, gdzie przylegały doń palce chłopca. Za każdym 
razem słoik rozświetlał się coraz bardziej, a część jasności przenikała na zewnątrz i 
ogarniała palce Arthura.

background image

– Zadaj pytanie!
Arthur   cofnął   dłoń   i   ponownie   chwycił  Atlas.  Powtórzył   pytanie.   Z  taką 

determinacją pragnął, by księga się otworzyła, że całkiem przestał zwracać uwagę 
na to, co się działo wokół niego.

Przez trzy sekundy nie zdarzyło się nic.
–   Musimy   mieć...   –   zaczął   Karp,   lecz   nie   skończył.  Atłas  eksplodował, 

otwierając się na oścież. Arthur spadł ze skrzyni na koce, lecz Jebenezer, Suzy, Liść 
i inni Rezydenci otaczali go tak gęsto, że nawet nie dotknął podłogi stopami.

Chłopiec   nie   zwracał   uwagi   na   to,   co   się   z   nim   dzieje.   Śledził   równe, 

błyskawiczne   ruchy   pióra   niewidzialnego   pisarza,   kreślącego   znaki   w  Atlasie. 
Słowa szybko zapełniały stronicę, a Arthur odczytywał je piskliwym głosem:

– Gabinet kierownika biura Drugiego Działu Rachunkowości Spółki im. 

Świętego Dygby został siedmiokrotnie obrócony w bok i pochylony pod kątem 
dwunastu   stopni   ku   niemożliwości,   co   wynikało   z   niekompetentnie 
przeprowadzonego remontu. Istnieją trzy sposoby ujścia z gabinetu. Pierwszy 
to statek „Mól”, przez dawne Drzwi Frontowe. Drugie wyjście prowadzi do 
Otchłani Nicości i zostało zapieczętowane pod podłogą, dziesięć kroków  na 
lewo   od   Drzwi   frontowych.   Trzecie   otwiera   się   w   wieżyczce   telegraficznej 
Spółki im. Świętego Dygby w dawnym porcie Środy i można je zlokalizować 
przez lustrzany tył dawnego schowka archiwum, obecnie przeznaczonego na 
szafę garderobianą...

–   Nie!   –   krzyknął   Ichabod,   lecz   jego   głos   zanikł,   stłumiony   przez   ciżbę 

Rezydentów, napierających na szafę.

– Stać! – rozkazał Karp. – Wyznawcy, połączcie ręce!
– Mole, baczność! – zaryczał Spalony Słońcem.
– Modliszki, ani kroku! – wrzasnął Rondel.
– I można je aktywować poprzez oddarcie tapety, pokrywającej wnętrze 

garderoby – dokończył chłopiec. Z trzaskiem zamknął Atlas, zeskoczył na podłogę 
i między Rezydentami przecisnął się do szafy. Był to wielki, dębowy mebel, na 
ponad trzy metry wysoki i pięć metrów szeroki.

– Ichabodzie! – zawołał Arthur. – Czy trzeba użyć jakiejś sztuczki, by wejść 

do środka?

–   Nie,   wasza   lordowska   mość   –   odparł   Ichabod   sztywno.   Udało   mu   się 

stanąć u boku Arthura, ponownie był spokojny i opanowany. – Najzwyczajniej 
przejdź   przez   środek   szafy.   Gdybym   jednak   mógł   najpierw   usunąć   ubrania 
kapitana, nim zostaną podeptane...

Przerwał mu donośny trzask. Arthur poczuł, jak podłoga trzęsie się pod jego 

stopami. Nie czekał na dalsze słowa Ichaboda, od razu ruszył do lustra.

background image

Szafa   była   w   środku   znacznie   większa   niż   na   zewnątrz.   Na   bocznych 

ścianach   zainstalowano   półki   na   ubrania   i   buty   z   cholewami   oraz   półbuty   i 
wszelkiego   typu   dodatki.   Tylną   ścianę   oklejono   tapetą   o   prostym   wzorze   w 
niebieskie kwiaty. Pod ścianą stał szezlong oraz stolik z otwartym żurnalem.

Arthur pośpiesznie podszedł bliżej, odepchnął stolik, a szezlong odciągnął 

od ściany. Potem uniósł rękę i szarpnął odstający róg tapety. Odlepiła się bez trudu, 
odsłaniając   ukryte   pod   spodem   lustra.  Arthur   zdarł   jeszcze   większy   fragment 
papieru,   a   do   pomocy   mu   rzucili   się   Suzy,   Liść,   Jebenezer   i   nawet   Ichabod. 
Wszyscy zgodnie zdzierali tapetę.

– A jeśli z drugiej strony jest naprawdę głęboko? – zasępiła się Liść.. – Czy 

podczas wynurzenia dostaniemy choroby dekompresyjnej? Czy w Domu istnieje 
choroba dekompresyjna?

– Nie wiem! – wysapał Arthur. – Nie mamy wyboru, przyznasz. Musicie 

przejść na drugą stronę, gdy tylko zerwiemy papier.

– A co z tobą? – zainteresowała się Suzy.
– Muszę dopilnować, aby wszyscy wyszli – oświadczył. – Ruszajcie, bo tłum 

was stratuje.

Gdy   tylko   niemal   całkiem   oderwali   tapetę,  Arthur   odebrał   Jebenezerowi 

słoik   z   Karpiem   i   wyszedł   z   szafy.   Od   razu   zderzył   się   ze   sztywnym   murem 
wyczekujących Rezydentów, którzy ledwie wytrzymywali na swoich miejscach. 
Sytuacja   była   pod   kontrolą   za   sprawą   połączonych   wysiłków   matów,   części 
Wyznawców Karpia oraz co bardziej odpowiedzialnych członków załogi.

Arthurowi udało się przecisnąć z powrotem do skrzyni na koce. Stanął na 

niej, nie zwracając uwagi na silne wibracje, których odgłos przypominał rzężenie 
fatalnie wyregulowanego silnika samochodowego.

– Karpiu, maksymalna głośność – zarządził Arthur. – Powtarzaj, co mówię.
– Tak uczynię – odparł Karp.
– Cisza!
– „Cisza!”
– Nie pchajcie się i czekajcie na swoją kolej!
– „Nie pchajcie się i czekajcie na swoją kolej!”
– Wszyscy zdążą opuścić komnatę!
– „Wszyscy zdążą opuścić komnatę!”
– Słuchajcie uważnie, ale nie ruszajcie się, dopóki wam nie pozwolę!
– „Słuchajcie uważnie, ale nie ruszajcie się, dopóki wam nie pozwolę!”
– Musimy przejść przez dwie ściany luster.
– „Musimy przejść przez dwie ściany luster”.
– Powoli i ostrożnie przechodźcie przez lustra w szafie, a potem przez ich 

następną warstwę. Na koniec znajdziecie się pod wodą. Wypłyńcie na powierzchnię 
i pomóżcie tym, którzy będą tego potrzebowali.

background image

– „Powoli i ostrożnie przechodźcie przez lustra w szafie, a potem przez ich 

następną warstwę. Na koniec znajdziecie się pod wodą. Wypłyńcie na powierzchnię 
i pomóżcie tym, którzy będą tego potrzebowali”.

– Wszyscy z tyłu mają stać nieruchomo. Ci, którzy znajdują się przed szafą, 

niech powoli ruszają!

– „Wszyscy z tyłu mają stać nieruchomo. Ci, którzy znajdują się przed szafą, 

niech powoli ruszają!”

–   Gdy   przed   wami   zrobi   się   luźniej,   idźcie   spokojnie   naprzód!   Bez 

pośpiechu! Wszyscy się wydostaną!

–   „Gdy   przed   wami   zrobi   się   luźniej,   idźcie   spokojnie   naprzód!   Bez 

pośpiechu! Wszyscy się wydostaną!”

Arthur bezustannie wydawał polecenia, a Rezydenci sunęli ku lustrzanym 

drzwiom szafy. Co pewien czas któryś z nich wpadał w szał i Arthur wstrzymywał 
oddech,   bojąc   się   wybuchu   paniki,   lecz   sytuacja   wracała   do   normy,   gdyż 
spokojniejsi Rezydenci wpychali furiata z powrotem do kolejki.

To trwa zbyt długo, uznał, kiedy musiał zejść ze skrzyni na koce, która pod 

wpływem wstrząsów zaczęła się rozpadać na kawałki. Podłoga pod jego stopami 
jaśniała   brzydką,   ciemnoczerwoną   barwą.   Gdyby   nie   Niematerialne   Buty,   z 
pewnością poczułby ciepło.

– Idziemy nieco szybciej! – zakomenderował, a Karp powtórzył jego słowa. 

Około połowy Rezydentów wydostało się już z komnaty, zrobiło się więc luźniej i 
znikło niebezpieczeństwo fatalnego w skutkach zatoru.

Pięć   minut   później   na   ścianach   pojawiły   się   czarne,   smołowate   krople 

wielkości głowy Arthura. Podłoga się kołysała, podnosiła się nawet na dwadzieścia 
centymetrów.

– Jeszcze szybciej! – krzyknął chłopiec. – Truchtem do szafy, a potem do 

środka, gdy zrobi się miejsce!

Postarał się jak najlepiej zademonstrować, co rozumie przez trucht, choć cała 

podłoga podrygiwała, a na dodatek nie mógł zginać ukrytej pod krabim pancerzem 
nogi.   Należało   ewakuować   jeszcze   około   dwustu   Rezydentów,   lecz   na 
pomieszczenie napierała niewyobrażalna siła. Innymi słowy, „Mól" oraz otaczający 
go światek musiały być bliskie ostatecznej destrukcji.

– Czy możesz mi powiedzieć, co się dzieje na zewnątrz? – wyszeptał Arthur 

do Karpia, zawczasu cofnąwszy się nieco. Chłopiec bezustannie się uśmiechał i 
machał   dłonią   do   biegnących   Rezydentów.   –   Chodzi   mi  o  to,   co   jest   poza 
„Molem”, o światek Złocienia.

– Nadal istnieje, bo my  jeszcze istniejemy  – zauważył Karp. – Poczekaj 

chwilę, sprawdzę.

Kilkakrotnie zawirował w słoiku i znieruchomiał.
–   Struktura   fundamentu   pozostaje   stabilna,   lecz   znikły   kosmetyczne 

background image

elementy,   takie   jak   wzgórza.   Imponujące.   Ponuremu   Wtorkowi   brakowało 
autentycznego talentu, lecz jego dzieła zawsze były bardzo trwałe.

– Ile czasu nam pozostało?
– Minuty, już nie godziny – odparł Karp. – Nie potrafię  powiedzieć nic 

bliższego.

– Rozumiem – mruknął Arthur ponuro. W tylnych szeregach Rezydentów 

powstał mały zator, więc chłopiec ruszył tam i ujrzał Spalonego Słońcem, Rondla i 
kapitana Falę, którzy usiłowali skłonić kapitana Kotapoduchę do pozostawienia 
gabloty.   Arthur   niespecjalnie   się   zdziwił,   że   nie   widzi   Zgodniaka,   który   z 
pewnością uciekł już przez szafę.

– Nie odejdę, jeśli nie zabiorę przynajmniej serca mojej kolekcji – załkał 

Kotapoducha. – Wystarczy mi tylko jedna gablota. Pomóżcie mi ją przenieść! Bez 
niej nigdzie nie idę.

–   Lordzie  Arthurze,   powiedz   kapitanowi,   że   musi   pozostawić   znaczki   – 

nalegał Spalony Słońcem.

– Naprawdę musisz tak postąpić – przytaknął Arthur. – Rozejrzyj się. To 

miejsce lada moment czeka zagłada. Musimy się pośpieszyć, a ty powinieneś dać 
przykład innym.

– Nie – zaprotestował Kotapoducha uparcie i przywarł do gabloty. – Jeśli 

moja kolekcja ma sczeznąć, to odejdę wraz z nią!

– Chyba nie ma  wyjścia, trzeba go zostawić – westchnął Arthur i rzucił 

okiem na pozostałych Rezydentów. Było ich jeszcze około pół setki przy szafie. 
Coraz   trudniej   było   do   niej   wejść,   gdyż   podłoga   gwałtownie   podskakiwała.   – 
Wszyscy pozostali, przechodzimy na drugą stronę luster!

Odwrócił się i dołączył do stosunkowo spokojnego ogonka, który szybko 

znikał w szafie. Arthur z ulgą wsparł się na stojących obok Rezydentach, gdyż bez 
ich   pomocy   z   pewnością   by   upadł.   Podłoga   podskakiwała   całkiem 
nieprzewidywalnie.

–   Sufit   się   pochyla,   prawda?   –   spytał,   gdy   kolejka   liczyła   już   zaledwie 

dwudziestu Rezydentów. – W tamtym kącie. Błyskawicznie!

W lewym rogu w głębi pomieszczenia dystans pomiędzy podłogą a sufitem 

zmniejszył   się   o   połowę,   przy   czym   sufit   przez   cały   czas   opadał,   niczym 
gigantyczny, przemysłowy młot. W krótkim czasie dotarł do gablot, które tylko 
przez moment wytrzymywały napór. Po chwili rozprysły się na wszystkie strony, 
rozrzucając wokoło deszcz szkła i metalu.

– Kotapoducho! To już koniec! Idziesz teraz albo nigdy! – wrzasnął Arthur, 

zbliżając się do szafy. Stało przed nim zaledwie dwunastu Rezydentów oraz Suzy i 
Liść. Arthur gwałtownie odwrócił głowę, na sekundę zapominając o Kotapodusze.

– Przecież kazałem wam przejść! Teraz może się nam nie udać...
Nie   zdążył   dokończyć,   gdy   podłoga   przełamała   się   na   pół   i   pośrodku 

background image

pomieszczenia powstała szczelina. Z jej głębi wytrysnęło żółte błoto, poprzedzone 
chmurami cuchnącego gazu. Kotapoducha pozostał po niewłaściwej stronie, nadal 
kurczowo ściskając gablotę.

Arthur wstrzymał oddech, chwycił Liść i Suzy – a może to one chwyciły 

jego – i cała trójka przeskoczyła przez lustra szafy. Uczynili to w ostatniej chwili, 
bo   w   moment   później   szczelina   przecięła   podłogę   jeszcze   bardziej.   Szafa   się 
przewróciła.

Wewnątrz   ujrzeli   splątaną   masę   podeptanych   ubrań   i   połamanych   mebli. 

Najgorsze jednak było to, że szafa upadła na front, jej wyłożony lustrami tył stał się 
więc sufitem, całkowicie nieosiągalnym, bo zawieszonym cztery metry nad trójką 
dzieci.

– Staniecie mi na ramionach... – zaczął tłumaczyć Arthur, ale nie dostrzegł 

Spalonego Słońcem, który zaklinował się w rogu. Nie tracąc czasu, młodszy mat 
podniósł Liść i cisnął ją prosto w górę, przez lustrzane wrota. Gdy odwrócił się do 
Suzy,   dziewczyna   sama   skoczyła,   oparła   mu   stopę   na   ramieniu   i   bez   pomocy 
wybiła się w górę.

Arthur   o   mało   się   nie   wywrócił,   gdy   jego   opancerzona   noga   utknęła   w 

rozrzuconych paltach.

– Uciekaj! – krzyknął do Spalonego Słońcem. Rozpaczliwie usiłował się 

wyplątać i tylko pogarszał sytuację. – Uciekaj!

background image

Rozdział 30

Spalony Słońcem rzucił się do ucieczki, ale mocarną ręką złapał Arthura i 

przytrzymał   go   pod   pachą.   Odbił   się   od   odsłoniętych   sprężyn   szezlonga   i 
wykorzystał   je   jako   trampolinę,   by   wyfrunąć   przez   lustrzaną   bramę   wraz   z 
chłopcem i plątaniną palt.

Wydarzenia rozegrały się tak gwałtownie, że Arthurowi zabrakło czasu na 

nabranie oddechu. Nie zdążył też zabezpieczyć naczynia z Karpiem w kieszeni, 
więc słoik wypadł. Dostrzegł tylko, jak leci obok niego, potem przeniknął przez 
lustro i zagłębił się w wodzie.

Arthur skopał z nóg krępujące palta, lecz Spalony go nie puścił. Ruszył tam, 

gdzie zdaniem Arthura powinna być powierzchnia – chłopiec nie widział nic poza 
granatową tonią i masami baniek powietrza.

Możemy   się   znajdować   setki  metrów   pod  wodą,   pomyślał.   Dotarłem  tak 

daleko i na sam koniec się utopię... Nie uda mi się... Rezydenci sobie poradzą, ale 
ja nie. Liść też nie... Wszystko przeze mnie, powinienem był kazać jej opuścić 
szpital. Jak teraz wytłumaczę się przed jej rodzicami? Muszę nabrać powietrza, 
muszę nabrać powietrza...

Granatowa   woda   nieoczekiwanie   pojaśniała,   a   chłopiec   otrząsnął   się   z 

panicznych   myśli.  Wszędzie   dookoła   ujrzał   Rezydentów:   niektórzy   gwałtownie 
wymachiwali rękoma i nogami, inni płynęli pieskiem, jeszcze inni po prostu unosili 
się na falach.

Potem,   zanim   zdołał   pomyśleć,   że   światło   musi   oznaczać   bliskość 

powierzchni,  nagle   wypłynął   z  głębiny.  Wystawił  głowę,   ujrzał   jasność,   poczuł 
zapach  powietrza.  Odetchnął   głęboko  i  wybuchnął  śmiechem,  a  jednocześnie  z 
nosa popłynęła mu woda.

Dookoła   widział   rozkołysane   głowy   Rezydentów,   łagodnie   poruszanych 

niską   falą.   Pobieżnie   rozejrzał   się   wśród   najbliższych   rozbitków,   wypatrując 
twarzy, które najbardziej pragnął ujrzeć. W końcu je zobaczył. Suzy płynęła w 
odległości około dziesięciu metrów od niego. Liść znajdowała  się nieco bliżej. 
Arthur dostrzegł także słoik po dżemie, w tajemniczy sposób sunący po wodzie, 
prosto ku jego dłoni.

– Możesz już mnie puścić – poprosił Spalonego Słońcem. – Dzięki.
– Statek mi przepadł, ale jak dotąd nie straciłem ani jednego pasażera – 

oznajmił Spalony. Puścił Arthura, który natychmiast poszedł pod wodę i trzeba go 
było   z   powrotem   wyciągać.   Dopiero   po   chwili   przypomniał   sobie,   jak   należy 
pływać w miejscu, by nie tonąć.

–   Wezwałem   Utopioną   Środę   –   oświadczył   Karp.   –   Jest   już   w   drodze, 

niedługo się zjawi.

background image

– Co takiego? Ona nas pożre! Powinniśmy najpierw wyjść na stały ląd!
– Z pewnością nas nie pożre – pośpieszył z zapewnieniem Karp. – Nie trać 

wiary, Arthurze...

Arthur nie słuchał. Wychylił głowę z wody, aby się rozejrzeć. Miał nadzieję, 

że ujrzy jakieś oznaki lądu albo statku. Wszędzie dookoła widział jednak tylko 
tysiące   unoszących   się   w   wodzie   Rezydentów,   którzy   kojarzyli   mu   się   ze 
smakowitymi przekąskami dla szaleńczo głodnego Lewiatana.

– W jaki sposób się z nią skontaktowałeś?
–   Jestem   Wolą.   Ona   jest   Wykonawcą.   Skoro   wróciłem   do   Domu,   mogę 

przemawiać bezpośrednio przez jej umysł, podobnie jak porozumiewałem się z 
tobą, Arthurze.

– Powiedz, żeby przybrała ludzką postać – poprosił Arthur. – I nakaż jej, by 

poleciła swojej Jutrzence sprowadzić tu jak najwięcej statków. Potrafisz to zrobić?

– Przekażę tę wiadomość bezpośrednio do jej umysłu – zobowiązał się Karp. 

– Nie mogę zaręczyć, że przeniknie w całości. Gotowe.

– A umiesz porozumieć się z umysłem kogoś innego? – zainteresował się 

Arthur. – Dajmy na to, Szczurów w Wyproście?

Karp przecząco potrząsnął wąsopodobnymi naroślami.
– Nie – odparł. – Jestem z tobą powiązany jako z Prawowitym Dziedzicem, a 

Środa jest Wykonawczynią.

– Ziemia!
Okrzyk   zabrzmiał   z   prawej   strony   Arthura,   gdzie   pływała   grupka 

Rezydentów. Chłopiec obrócił się dookoła, lecz miał pewność, co zobaczy, jeszcze 
zanim spojrzał.

Prosto ku nim nadciągała Utopiona Środa, niezmiennie gigantyczna i niemal 

na pewno wygłodniała.

– Udało się! – Krzyczała Suzy, która płynęła na plecach, mocno chlapiąc 

wodą.

–   Nie   mów   „hop”   –   przestrzegł   ją   Arthur.   –   To   jeszcze   nie   koniec. 

Najprawdopodobniej zostaniemy pożarci. Środa się nie powstrzyma, jeśli ujrzy tylu 
Rezydentów w jednym miejscu. Dla niej jesteśmy jak trzy tysiące precli, podanych 
na przekąskę.

–   To   ona?   –   zdumiała   się   Liść,   która   pływała   z   wprawą   i   bardzo 

ekonomicznie. Odchyliła się i swobodnie unosiła na wodzie, wykonując okrężne 
ruchy rękoma. – Ho, ho! Wielka sztuka!

– Jeśli komuś przychodzą do głowy jakieś światłe myśli, to nadeszła pora, by 

je wyartykułować – zauważył Arthur i wypluł nieco słonej wody, która wlała mu 
się do ust.

– Szkoda, że nie ma z nami Kapitana – westchnęła Suzy. – Ciekawie byłoby 

się przekonać, co jego harpun może zrobić z tak olbrzymim wielorybem.

background image

– Wykluczone! – zaprotestowała Liść. – Nikt przy mnie nie będzie dźgał 

harpunem żadnego wieloryba. Należę do Greenpeace...

– Ona nie mówi poważnie, Liść – zwrócił jej uwagę chłopiec. – Zresztą, 

Żeglarz i tak by czegoś podobnego nie zrobił. Tak sądzę. Szkoda, że go tu nie ma. 
Na jakimś statku, rzecz jasna.

–   Żeglarz?   –   zainteresował   się   Karp.   –   Mowa   o   adoptowanym   synu 

Architektki? Średnim?

– Tak – potwierdzili jednocześnie Arthur i Suzy.
– Niewykluczone, że potrafiłbym przemówić do jego rozumu – zadumał się 

Karp.   –   Ostatecznie   jest   spokrewniony   z  Architektką.   Właściwie   na   tej   samej 
zasadzie mógłbym też porozumieć się ze Szczurołapem lub z lordem Niedzielą.

– Lord Niedziela! – wykrzyknął Arthur. – Jak to? Czy on... ?
– Jest najstarszym dzieckiem Architektki i Starucha. Był to ich pierwszy 

wspólny eksperyment, w którego trakcie Architektka zasiedliła ciało śmiertelnej 
kobiety...

– Wystarczy,  nie  pora na  lekcje  historii –  przerwał  mu  Arthur. Utopiona 

Środa stawała się coraz większa, a radosne okrzyki „Ziemia!”, wydawane przez 
Rezydentów, ustąpiły miejsca wrzaskom przerażenia. – Spróbuj nawiązać kontakt z 
Żeglarzem! Może uda mu się przypłynąć tu na statku i zabrać nas na pokład, zanim 
Środa...

– To nie takie proste – wyznał Karp. – Nie widziałem się z nim od tysiącleci, 

a   poza   tym   nie   mogę   go   do   niczego   zmusić.   Na   początek   muszę   spróbować 
przypomnieć sobie, jak wygląda. Jestem jednak pewien, że Środa nas nie zje...

– A może spróbujesz użyć amuletu od Żeglarza, który przy sobie nosisz? – 

podsunął Spalony Słońcem Arthurowi. – Czy też się wyczerpał?

– Amulet Żeglarza? – spytał Arthur. Wyciągnął go spod ubrania, ponownie 

zanurzył się pod wodę i wypłynął, głośno parskając. – Sądzisz, że ten przedmiot 
ma moc?

–   Tak   głosi   legenda   –   potwierdził   Spalony.   –   Doktor   Scamandros 

powiedziałby   więcej,   ale   go   nie   ma,   podobnie   jak   naszego   zmarłego   kapitana 
Kotapoduchy.

–   Mam   nadzieję,   że   Scamandros   żyje   –   mruknął   Arthur.   –   „Balaena” 

zapewne   musiała   odpłynąć   z   jakiegoś   powodu.   Och,   ty   nic   nie   wiesz!   Doktor 
przetrwał potyczkę ze Złocieniem. Uciekł do mnie, a potem... Resztę ci opowiem 
później. Co dokładnie głosi legenda na temat tego dysku?

–   Podobno   wystarczy   do   niego   przemówić,   by   Żeglarz   cię   usłyszał   – 

wytłumaczył Spalony.

–   Już   to   robiłem!   –   zaprotestował  Arthur.   –   Wielokrotnie,   kiedy   po   raz 

pierwszy wpadłem do wody. Karpiu, musisz porozumieć się z Żeglarzem.

– Czy miał siwe włosy, czy też raczej białe? – spytał Karp.

background image

– Moim zdaniem wieloryb się jednak kurczy – zauważyła Suzy.
Wszyscy się obrócili, aby to sprawdzić.
– Bo  ja  wiem –  zastanowił  się  Arthur. –  Chyba  jednak  wygląda  tak jak 

przedtem.

– Patrz uważnie – nalegała dziewczyna. – Mniejszy się robi.
–   Tak,   to   prawda   –   potwierdził   Spalony.   –   Ale   czy   skurczy   się   w 

dostatecznym stopniu?

–   Nawet   jeśli   się   kurczy,   to   i   tak   nie   powinniśmy   jej   kusić   widokiem 

mnóstwa   Rezydentów,   wystawionych   na   pożarcie   –   odparł  Arthur.   –   Dlatego 
zabiorę   Karpia   i   wyruszę   Środzie   na   spotkanie.  Wszyscy   pozostali   odpłyną   w 
przeciwnym kierunku. Zgoda?

– Nie ma mowy – zaprotestowała Liść. – Zostaję z tobą. Jesteś moim biletem 

powrotnym do domu.

– A ja chcę zobaczyć, co się stanie – oznajmiła Suzy. – Jeśli Środa powróci 

do   normalnych   rozmiarów,   będziemy   mogli   pomóc   ci   walczyć   z   nią,   w   razie 
potrzeby.

– Spalony Słońcem, czy możesz przynajmniej zacząć zbierać Rezydentów i 

przygotowywać ich do odpłynięcia?

– poprosił Arthur. – Naprawdę uważam, że pokusa może się okazać zbyt 

silna dla Środy.

– Tak jest, wasza lordowska mość – potwierdził Spalony, zasalutował, dłonią 

dotykając czoła, i zanurkował.

– Wy dwie powinnyście zrobić dokładnie to samo – podkreślił chłopiec. – 

Powiedzieć „tak jest” i odpłynąć.

–   Uważaj,   bo   cię   posłuchamy   –   odparła   Liść.   –   Arthurze,   nie   musisz 

wszystkiego robić sam.

Chłopiec   nie   odpowiedział.   Po   prostu   ruszył   ku   nadpływającemu 

Lewiatanowi. W skrytości ducha cieszył się jednak, że nie jest sam.  Poza tym 
Środa faktycznie się kurczyła, liczył więc na to, że wszystko pójdzie dobrze.

–   Nie   muszę   zatem   podejmować   prób   przeniknięcia   umysłu   Żeglarza?   – 

zapytał Karp. – Czy odzyskałeś wiarę we mnie?

Arthur wypluł trochę wody.
– Tak – przyznał. – Można tak to ująć.
Znieruchomiał i dla odpoczynku przez chwilę unosił się w miejscu. Potem 

popatrzył za siebie. Rezydenci bardzo powoli wyruszali w przeciwnym kierunku, 
jednak nie tylko to przykuło uwagę chłopca.

– Czyżbym na horyzoncie dostrzegł statek? – spytał.
–   Trzymasztowa   brygantyna,   pod   pełnymi   żaglami   –   objaśniła   Liść, 

osłaniając   dłonią   oczy.   –   Jak   widzisz,   nie   zasypiałam   gruszek   w   popiele   na 
pokładzie „Modliszki”. Albert... Albert był też dobrym nauczycielem.

background image

– Chłopiec okrętowy! – wymamrotał Arthur, nagle ogarnięty przerażeniem. – 

Nie widziałem go! Nie zostawiliśmy go, prawda?

– Nie – westchnęła Liść bardzo cicho. Jej oczy poczerwieniały, choć Arthur 

nie dostrzegł łez na mokrej od morskiej wody twarzy dziewczyny. – On... Albert... 
zginął podczas ataku Złocienia na statek. Usiłowałam o tym nie myśleć... Dlatego 
chcę wracać. Nie mam ochoty na następne przygody.

Arthur milczał. Zupełnie nie wiedział, co powiedzieć ani co zrobić.
– Żył bardzo długo – wyjaśniła Suzy. – Pewnie po wielekroć dobrze się 

bawił, nawet jeśli nie pamiętał dziesiątej części tych uciech. Wszystko to z powodu 
czyszczenia   między   uszami.   Tak   jak   my,   wszystkie   inne   dzieci   Szczurołapa, 
zmarłby   dawno   temu,   gdyby   mieszkał   na   starej   Ziemi.   Pamiętaj,   to,   czego   cię 
nauczył, na zawsze pozostanie przy tobie. Powtarzamy sobie te słowa, kiedy jedno 
z nas odchodzi.

–   Utopiona   Środa   jest   już   blisko!   –   zagrzmiał   Karp   nieoczekiwanie.   – 

Nadeszła   pora,   by   uwolnić   mnie!   Lordzie  Arthurze,   zechciej   odkręcić   wieczko 
słoja.

Arthur otarł oczy, mocno machnął nogami i podniósł słoik.
– Złocień nie żyje, a jego restrykcje odeszły wraz z nim – zauważył Karp. – 

Przywykłem do tego miejsca, niemniej dłużej nikt mnie nie będzie więził.

Chłopiec się zanurzył, zdejmując zakrętkę, lecz Liść i Suzy pomogły mu 

wypłynąć na powierzchnię. Wierzgały znacznie skuteczniej niż Arthur, był im więc 
wdzięczny za pomoc, choć od czasu do czasu ich kopniaki trafiały w niego.

Karp   wypłynął   na   wolność.   Drobna,   złota   rybka   skierowała   pyszczek   ku 

nadciągającemu pędem wielorybowi.

–   Środo!   –   zaryczał   Karp.   –   Ja,  Trzecia   Część  Woli   Naszej   Najwyższej 

Stwórczym, Najważniejszej Architektki Wszechrzeczy, wzywam cię, byś wypełniła 
ciążący na tobie obowiązek, przynależny Wykonawczyni rzeczonej Woli!

Utopiona Środa zwolniła i zaczęła się kurczyć w szybszym tempie, choć 

nadal zmierzała przed siebie. Gdy pozostało jej do pokonania jeszcze tylko dziesięć 
metrów, miała rozmiary zniekształconego delfina. Zwierzę wyskoczyło z wody, a 
gdy opadło, było już kobietą, która stanęła na falach niczym na stałym lądzie.

Nie  przypominała   zdeformowanej,   bryłowatej   istoty,  którą  Arthur  widział 

wcześniej. Była piękna i elegancko ubrana w suknię z lśniącej masy perłowej. W 
dłoni   kobiety   jaśniał   Trzeci   Klucz   w   formie   trójzębu.   Tylko   niekontrolowane 
drżenie tej dłoni oraz błękitna krew, sącząca się z przygryzionej wargi, świadczyły 
o tym, ile Środę kosztuje utrzymanie takiego reprezentacyjnego wyglądu.

– Ja, Środa, Wykonawczyni Woli Najważniejszej Architektki Wszechrzeczy, 

potwierdzam, że rozpoznaję Trzecią Część Testamentu i zapytuję, w czyje ręce 
mam złożyć to, co mi powierzono?

Arthur wiedział, co powinno nastąpić dalej. Bez przypomnienia ze strony 

background image

Karpia, podtrzymywany przez Liść i Suzy, mówił szybko, lecz wyraźnie.

– Ja, Arthur, namaszczony na Dziedzica Królestwa, przejmuję ten Klucz, a 

wraz z nim Mistrzostwo Morza Granicznego. Przejmuję je krwią i kością, podczas 
walki, z prawdy, z testamentu i wbrew wszelkim przeciwnościom.

Trójząb wyfrunął Środzie z ręki i wpadł w dłoń Arthura. Gdy zacisnął wokół 

niego palce, poczuł, jak Suzy i Liść go puszczają, a on sam unosi się ponad wodę.

W  tej   samej   chwili   Utopiona   Środa   krzyknęła   z   bólu   i   zgięła   się   wpół, 

zanurzając w wodzie. Chwyciła się za brzuch i przetoczyła, a jej ręce i nogi zaczęły 
puchnąć jak balony.

–   Bądź   taka   jak   dawniej   –   rozkazał  Arthur,   kierując   w   jej   stronę  Trzeci 

Klucz. – Kiedy nie bywałaś głodna, kiedy jeszcze była tu Architektka.

Opuchlizna ustąpiła, lecz Środa nadal zwijała się z bólu i tonęła.
– Pływaj! – rozkazał chłopiec. Poczuł drżenie trójzęba w dłoni, a morze 

wokół   Środy   momentalnie   przybrało   intensywnie   niebieską,   wyrazistą   barwę. 
Środa wyskoczyła na powierzchnię, ściskając się za żołądek.

– Za późno, lordzie Arthurze – zaskrzeczała Rezydentka. – Jestem zatruta od 

środka. Nicość zżera moje ciało i kości, wkrótce sczeznę! Dziękuję ci jednak, bo 
nie   chciałam   takiego   końca,   jaki   mi   groził,   kiedy   byłam   gigantem,   niemal 
ogłupiałym z głodu. Niech twe rządy nad moim Morzem Granicznym będą zacne, 
lordzie Arthurze!

Gdy   mówiła,   w   jej   ustach   zamigotał   mały,   przypominający   klejnot 

przedmiot. Drżał na jej wardze na tyle długo, że Arthur mógł go rozpoznać. W 
chwili gdy rzecz spadła, skierował na nią moc Trzeciego Klucza.

–   „Balaena”   –   powiedział,   aby   jednoznacznie   określić,   do   kogo   kieruje 

polecenia. – Podpłyń tutaj, nie zmieniając swoich rozmiarów do czasu wypełnienia 
rozkazu.

Machnął   trójzębem,   a   wówczas   mały,   metalowy   przedmiot   o   wyglądzie 

cygara   popłynął   w   powietrzu   nad   wodą.  Arthur   opuścił   trójząb,   a   wtedy   łódź 
podwodna powoli opadła. Gdy dotknęła fal, woda rozprysła się na wszystkie strony 
w ogromnym wybuchu, z którego wynurzył się normalnej wielkości okręt, nieco 
pokiereszowany, lecz cały.

Arthur   ponownie   popatrzył   na   Utopioną   Środę,   ale   pozostała   po   niej 

wyłącznie  okropna, oleista  plama  Nicości,  która pod  wiatr zmierzała  ku Liść  i 
Suzy.

Chłopiec   wycelował   trójząb,   rozkoszując   się   uczuciem   przenikającej   go 

potęgi.

– Powróć do Otchłani! – rozkazał. W odpowiedzi morze zamigotało złociście 

i wszystkie pozostałości Utopionej Środy znikły bez śladu.

background image

Rozdział 31

Oszołomiony Arthur nie mógł się ruszyć przez co najmniej minutę po tym, 

jak   pozbył   się   Nicości.   Zdarzenia   rozegrały   się   błyskawicznie,   a   teraz   jeden   z 
siedmiu Wykonawców Woli Architektki był nie tylko pokonany, lecz w dodatku 
martwy.

Trzeci Klucz do Królestwa spoczywał w dłoni Arthura.
– A gdybyś  tak pomógł nam wszystkim  chodzić  po wodzie?   – w  końcu 

zaproponowała Suzy, nie mogąc się doczekać, aż Arthur przestanie stać jak posąg i 
gapić się na trójząb w dłoni.

– Przepraszam – wymamrotał. Machnął bronią i wyobraził sobie, że Suzy i 

Liść   wynurzają   się   z   fal.   Tak   się   stało,   lecz   obie   dziewczyny   wystrzeliły   na 
wysokość około siedmiu metrów i ponownie wpadły w toń, zanurzając się do pasa. 
Dopiero po chwili stanęły na wodzie jak należy.

– Co dalej? – zapytała Liść.
– Musimy objąć dowództwo nad tym statkiem i szybko dotrzeć do Portu 

Środy – wyjaśnił Karp, który nagle urósł do podobnych rozmiarów jak wtedy, gdy 
Arthur ujrzał go po raz pierwszy. – Czeka nas dużo pracy do nadzorowania. Ha, ha. 
Przepraszam.   Czeka  nas mnóstwo  roboty. Należy  powołać  nowego  Południka  i 
Zmierzchnika.   Będę   musiał   udać   się   na   spotkanie   z   Pierwszą   Damą,   mając   na 
względzie,   hm,   scalenie   moich   akapitów   w   większą   całość.   Mam   uzasadnione 
podejrzenia, że Morze Graniczne rozlało się na obszary, do których nie powinno 
docierać,   trzeba   będzie   zatem   ponownie   ustalić   jego   limity.   Sądząc   po   łupach 
Złocienia, zaistniał zakrojony na szeroką skalę handel, nielegalny i niebezpieczny, 
pomiędzy Domem a Poślednimi Królestwami. Tę sprawę należy uregulować...

Karp kontynuował, ale Arthur nie słuchał. Na powierzchnię wody, tuż przed 

dziobem „Balaeny” wypływało mnóstwo przedmiotów. Były to zagubione rzeczy, 
które wynurzały się z głębin. Uwagę Arthura przykuł jeden z nich, mały i okrągły, 
w   nietypowym   odcieniu   koloru   żółtego.   Chłopiec   zbliżył   się   do   niego,   nie 
zwracając uwagi na ostrzegawczy okrzyk Karpia.

Przedmiotem okazał się pluszowy, żółty słoń, który spał, zwinięty w kłębek. 

Jego głowa i trąba były nagie, bo żółty plusz w tych miejscach zupełnie się wytarł.

Arthur   podniósł   swoją   dawną   własność.   Jedyną   zabawkę,   którą   przed 

śmiercią ofiarowali mu  prawdziwi rodzice. Bawił się nią latami, lecz zgubił ją 
podczas pikniku, zorganizowanego z okazji jego piątych urodzin. Przyczyną utraty 
słonia był pośpiech, bo deszcz zmusił ich do nagłego powrotu. Bob i Emily szukali 
pluszaka przez cały następny dzień, a jego starsi bracia i siostry jeszcze kilka razy 
powracali w to samo miejsce, by kontynuować poszukiwania, lecz słoń zginął na 
dobre.

background image

Arthur wsunął przytulankę do kieszeni i odwrócił się do towarzyszy. W tej 

samej chwili za plecami chłopca odskoczyła pokrywa włazu w kiosku „Balaeny”. Z 
łodzi wygramolił się Szczur z głową owiniętą zakrwawionymi bandażami. Gdy 
znalazł się już na zewnątrz, sięgnął do środka jednostki i pomógł wyjść doktorowi 
Scamandrosowi.

–   Lordzie   Arthurze!   Sukces!   Pokonałeś   Utopioną   Środę!   –   zakrzyknął 

doktor.

– Pomogła mi – odparł Arthur. – Cieszę się, że nic ci nie jest, doktorze. Co 

się stało?

– Ech, długo by gadać – westchnął Scamandros i zszedł na kadłub jednostki, 

aby nie tarasować drogi Szczurom. Kilku członków załogi wyłoniło się z kiosku i 
opuściło na wodę pneumatyczną tratwę. – Obawiam się, że ta łajba trzyma się tylko 
za sprawą mojej mizernej magii, która zresztą przestaje już wystarczać. Lordzie 
Arthurze, czy właściwie nie mógłbyś... ?

Chłopiec podniósł Klucz i wycelował go w łódź podwodną.
– Nie toń!
Ręka   mu   zadrżała,   gdy   wydawał   polecenie.   Ze   zdumieniem   poczuł,   że 

utrzymanie trójzębu wymaga od niego wysiłku. Klucz zadrżał chłopcu w dłoni i 
stał się nieprzyjemnie ciepły.

– Skażenie Nicością – sapnął Scamandros, ze szczurzą pomocą pakując się 

na tratwę. – Gdy wszyscy wyjdą, najlepiej poślij łajbę na dno.

Arthur skinął głową. Złapał Klucz drugą ręką, a i tak musiał wytężyć się ze 

wszystkich sił, aby utrzymać go w poziomie. Odnosił wrażenie, że trójząb jest 
czymś w rodzaju dźwigni, podtrzymującej wyjątkowo ciężki ładunek.

Kiosk sprawiał wrażenie opuszczonego. Klucz powoli opadał coraz niżej, a 

gdy Arthur uznał, że nie da rady utrzymać go ani chwili dłużej, z włazu wyskoczył 
OGoniasty i wpadł prosto do wody. W tym samym momencie tratwa odbiła od 
kadłuba   łodzi,   a   Scamandros   bez   czucia   padł   na   plecy.   Wielkie   fragmenty 
„Balaeny” natychmiast się pokruszyły i odpadły.

– Dalej – mruknął Arthur. – Wracaj do Otchłani.
Jednostka zapadła się w sobie i na sekundę przeobraziła w małą, ciemną 

gwiazdę. Potem i ona znikła.

Arthur wsunął lewą dłoń do kieszeni i pogłaskał miękkie, syntetyczne futro 

słonia, porównując ciężar zabawki i Klucza w prawej ręce. Nadal czuł moc Klucza, 
łagodnie   przenikała   mu   dłoń.   Potęga   magicznego   przedmiotu   go   przeobrażała, 
czyniła z niego Rezydenta. Uniemożliwiała bycie człowiekiem.

Tak długo, jak długo korzystał z Klucza.
– Hej, ho, Arthurze!
Autorem pozdrowienia nie był Karp. Ktoś krzyknął równie donośnie, może 

nawet głośniej, ale znacznie niższym głosem. Arthur drgnął i rozejrzał się dookoła.

background image

Trzymasztowa brygantyna zwijała żagle w odległości zaledwie stu metrów, a 

jej   dowódca   nawoływał   z   pokładu   rufowego.   Nie   używał   przy   tym   tuby 
nagłaśniającej.   Kapitan   był   wysoki   i   mocarny,   w   dłoni   ściskał   harpun,   który 
migotał i lśnił nieziemskim światłem.

– Przybyłem szybko jak wiatry, które niosły mnie przez tuzin światów! – 

zawołał Żeglarz. – Widzi mi się jednak, że żadnej pomocy nie potrzebujesz, bo 
chadzasz tam, gdzie inni muszą pływać albo stać na drewnianym pokładzie.

Arthur z niedowierzaniem pokręcił głową. Tyle czasu pełen trwogi prosił go 

o pomoc i liczył na to, że amulet coś uczyni, a Żeglarz przybył dopiero teraz!

– Nie zamierzam długo chodzić po wodzie! – krzyknął chłopak i zatknął 

Trzeci Klucz  za pasek.  Gdy  tylko wypuścił  przedmiot z  ręki, zaczął ponownie 
tonąć, a wraz z nim Suzy i Liść. – Jak widzisz, ktoś musi nas zabrać na pokład – 
zawołał, zanim woda zalała mu usta. – Nas i trzy tysiące Rezydentów. Powinniśmy 
jak najszybciej dotrzeć do Portu Środy.

– Zapraszam cię do siebie  – odparł Żeglarz. – Jeśli chodzi o twoje trzy 

tysiące   Rezydentów,   niedaleko   z   tyłu   śpieszy   pięć   jednostek   pierwszorzędnych 
Szczurów. Przyjmą pasażerów za stosowną opłatą.

– Środowy Południk ureguluje rachunek – zapewnił go Arthur. Brygantyna 

wyraźnie się zbliżyła, nie musiał więc już tak głośno krzyczeć.

– Środowy Południk nie istnieje! – zaprotestował Karp.
–   Niegdyś   nazywał   się   Spalony   Słońcem   –   wyjaśnił   Arthur.   – 

Formalnościami zajmiemy się po dotarciu na brzeg, pod warunkiem że interesuje 
go ta posada. Będzie też nowy Zmierzchnik, jeśli wyrazi na to chęć, gdy odzyska 
przytomność. Mam na myśli Rezydenta, znanego jako doktor Scamandros.

–   Niebywałe   odstępstwo   –   podsumował   Karp.   –   Wierzę,   że   w   takich 

sprawach powinieneś konsultować się ze mną.

– Wierz   w  co   chcesz   –  mruknął  Arthur,  pochylił   głowę   i  wykonał   kilka 

pływackich ruchów, aby zbliżyć się do siatki, przerzuconej przez burtę brygantyny. 
– Do zobaczenia w Porcie Środy. Tylko się pośpiesz!

– Co takiego? – osłupiał Karp. – Co zamierzasz uczynić?
– Wracam do domu – wyjaśnił chłopiec. – Muszę wiedzieć, czy wszystko 

tam   w   porządku.   Potem   jeszcze   się   tu   zjawię,   aby   zmierzyć   się   z   Panem 
Czwartkiem. Trzeci Klucz zatrzymuję, chwilowo. Nie planuję z niego zbyt często 
korzystać.

– Ależ jesteś potrzebny tutaj! – zaprotestował Karp. Wybałuszał ślepia na 

Arthura tak, jak tylko ryby o wybałuszonych ślepiach potrafią. – Klucz musi być 
tutaj. Bez niego zostanie zachwiana równowaga pomiędzy Morzem Granicznym, 
Królestwami i Nicością!

Arthur zaczął wdrapywać się na siatkę, Suzy i Liść deptały mu po piętach. 

Nagle zawisł nieruchomo, wpatrzony w Karpia.

background image

– Potrzebuję go! – krzyknął. – Mam dość bezsilności, kiedy zjawiają się 

Potomne Dni, atakują moich bliskich, mój świat, albo ciągną mnie tutaj i wpędzają 
w kłopoty. Jak powiedziałem, tylko na chwilę zajrzę do domu i  upewnię się, czy 
wszystko gra. Potem wrócę. Nie chcę, ale wiem, że muszę.

Ponownie   ruszył   na   górę,   ale   na   pokładzie   ponownie   spojrzał   w   dół,   na 

Karpia.

– Dlatego daj mi spokój! – dodał.
– Nie licz na to – poradziła mu Liść. – Potomne Dni też ci nie odpuszczą.
– Wiem! – prychnął Arthur. – Wiem...
– Usilnie proszę o wybaczenie – przerwała mu Suzy głosem dobrze ułożonej 

pensjonarki. – Niezwłocznie muszę znaleźć jakiś stosowny przyodziewek, aby się 
weń   przebrać.   Panno   Liść,   za   pozwoleniem,   mogłabym  zaopatrzyć   w   sukienkę 
także ciebie.

– W sukienkę? – zdębiała Liść. – Niby czemu miałabym wkładać sukienkę?
–   Obiecała   Pierwszej   Damie,   że   na   Morzu   Granicznym   będzie   się 

przyzwoicie   zachowywać   –   wyjaśnił   Arthur   pośpiesznie.   –   To   jeszcze   jeden 
uzasadniony powód, aby się stąd zmywać.

–  W  rzeczy   samej,   pałam  chęcią   powrotu   –   zapewniła   ich   Suzy   i   lekko 

kiwnęła głową. Popędziła po pokładzie, przystając tylko po to, aby dygnąć przed 
Żeglarzem. Wilk morski uchylił czapki i zarechotał, zanim podszedł do Arthura i 
podał mu rękę. Mocno uścisnęli sobie dłonie.

– Którędy droga, lordzie Arthurze? – zapytał Żeglarz. – Mam zamiar opłynąć 

Morze   Graniczne,   bo   dawno   nie   żeglowałem   po   tych   wodach.   Chętnie   jednak 
wysadzę cię wszędzie tam, gdzie zechcesz.

– Choćby na Ziemi? – Liść postawiła sprawę jasno.
Żeglarz zatopił w niej przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu.
– Chłopak okrętowy z reguły winien dodawać słowa „panie kapitanie” na 

końcu  pytania  –  upomniał  ją  dowódca.   – Tak,  mogę  pokierować  ten  statek  ku 
Ziemi, gdyż gdziekolwiek wody Morza Granicznego obmyją linię brzegową, tam 
mogą   ponownie   wrócić.   Nie   uważam   jednak   takiego   posunięcia   za   właściwe. 
Morze Graniczne już się rozpłynęło nazbyt daleko. Ryba trafiła w sedno. Brzegi i 
granice tego morza należy ograniczyć Trzecim Kluczem.

– Wrócę z nim – zaprotestował Arthur. – Tymczasem jednak, czy możesz nas 

zabrać do Portu Środy, abyśmy windą dostali się do Niższego Domu?

– Tak jest – potwierdził Żeglarz. – Niechże będzie i Port Środy.
– Dokąd chcesz się przedostać z Niższego Domu? – chciała wiedzieć Liść.
–   Przejdziemy   przez   Frontowe   Drzwi   –   wytłumaczył   jej   chłopiec 

zmęczonym głosem. Ugiął lewą nogę i popatrzył z góry na krabi pancerz. Mógłby 
go usunąć Trzecim Kluczem, lecz wolał zaczekać do ostatniej chwili. Czuł, że 
trudno mu będzie wyjaśnić, co się stało z poprzednim odlewem. – Potem prosto do 

background image

szpitala. Obyśmy znaleźli się na miejscu kilka sekund po tym, jak znikliśmy.

– Cały czas będzie środa?
– Aha.
– Najdłuższa środa w moim życiu – westchnęła Liść. – Z radością wrócę do 

domu.

– Ja też – mruknął Arthur.

background image

Rozdział 32

Arthurze, czy na pewno dobrze się czujesz?  – zapytała Emily. Ponownie 

kręciła się niespokojnie przy jego łóżku.

Chłopiec popatrzył na nią, ale nic nie powiedział i nie spojrzał jej w oczy 

Emily   odwróciła   się,   aby   sprawdzić   odczyty   na   sprzęcie   diagnostycznym 
ustawionym przy łóżku.

– Ejże, synu – przemówił Bob z drugiej strony. – Wystarczy powiedzieć, że 

wszystko gra. Wiem, że eksplozja głównej rury doprowadzającej wodę musiała być 
dla  ciebie   wstrząsem,   ale  już   jesteś  po  badaniach   i   wiadomo,   że   nie   odniosłeś 
obrażeń.

Arthur  przetoczył  się   na   brzuch   i   ukrył   twarz  w   poduszce.   Emily   i   Bob 

wymownie popatrzyli sobie w oczy nad plecami chłopca.

–   Na   moment   wyjdziemy   na   dwór   –   westchnęła   Emily   i   ruchem   głowy 

wskazała drzwi. – W razie czego będziemy nieopodal.

– Poza tym tędy nie przebiegają żadne rury – dodał Bob. – Sprawdziłem. Nic 

się nie może zdarzyć.

Rodzice  Arthura   wyszli   cicho   i   zamknęli   za   sobą   drzwi.   Na   korytarzu 

głęboko odetchnęli.

– Nigdy taki nie był – jęknęła Emily. – Przenigdy, nawet wtedy, gdy prawie 

stracił przytomność, a cały zespół ludzi pracował nad przywróceniem mu pracy 
płuc.

– Całe to zdarzenie wydaje mi się mocno zastanawiające – wyznał Bob. – 

Chłopak musiał przeżyć silny wstrząs. Nikt nie potrafił mi wyjaśnić, dlaczego w 
pionowej rurze wodociągowej tak gwałtownie podskoczyło ciśnienie.

–   Cięcia   budżetowe   –   odparła   Emily   słabym   głosem.   –   Szpital   od   lat 

wymaga dofinansowania. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, czemu Arthur nic nie 
mówi. Jest jakiś taki... Sama nie wiem. Po prostu nie przypomina siebie.

W   pokoju   szpitalnym   Bezskóry   Chłopiec   wyszczerzył   zęby   w   szerokim 

uśmiechu i uwolnił iluzję mięśni, pokrywającą połowę jego ciała. Nieistniejąca 
część zniknęła, odsłaniając rudą ochrę kości szkieletu.


Document Outline