background image

JUSTINE DAVIS 

Brylant bez skazy 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Czy Kristina ma tak wielki dar przekonywania, czy 

to raczej on łatwo ulega manipulacji? 

Grant McClure posępnie potrząsnął głową. Prawda za­

pewne leży gdzieś pośrodku. Zawsze ulegał namowom 

Kristiny, nawet jeśli udało mu się przejrzeć jej grę. Przy­

rodnia siostra miała jednak tyle wdzięku i życzliwości 

dla ludzi, że trudno jej było odmówić. Nie odmówił jej 

i tym razem, więc teraz spodziewał się wizyty niepro­

szonego gościa, choć czas ku temu był wyjątkowo nie­

sprzyjający. 

Tłumiąc westchnienie, oparł się o drzwi stajni. Nie­

opodal rozległ się warkot silnika samochodu. Siedzący 

za kierownicą Chipper Jenkins nie potrafił zdecydować, 

czy spotkała go kara, czy nagroda. Cieszył się, że po­

zwolono mu prowadzić nowego pikapa, ale był trochę 

zły, że powierzono mu tak niegodne kowboja zadanie. 

Miał przywieźć na ranczo jakąś miastową paniusię. 

- No! - Zaskoczony Grant chwycił kapelusz, który 

niespodziewanie zsunął mu się na nos. Tuż przy uchu 

usłyszał radosne rżenie. - Joker, przestań! 

Wielki, czarno-biały ogier rasy appaloosa spoglądał 

na niego zaczepnie, wyraźnie zadowolony, że znów udało 

mu się strącić kapelusz z głowy swego pana. Uwielbiał 

background image

płatać takie figle i właśnie tej skłonności zawdzięczał swe 

przezwisko. 

- A żeby cię, ty wstrętna, bezwartościowa szkapo 

- wymamrotał Grant, ale uśmiechnął się do swego ulu­

bieńca. 

Nie mówił poważnie. Oryginalnie umaszczony ogier 

był jednym z najpiękniejszych koni, jakie w życiu spot­

kał. Pięknie zbudowany, silny, szybki i wytrzymały Joker 

był również obdarzony wielkim sercem i dobrym chara­

kterem, a na dodatek wszystkie te cechy przekazywał po­

tomstwu. Taki koń to marzenie każdego jeźdźca. 

Grant nawet w snach się nie spodziewał, że to ma­

rzenie ziści się właśnie jemu. 

- Dziękuję ci, Kate - wyszeptał do siebie, nie pierw­

szy zresztą raz. - Nie wiem, dlaczego to zrobiłaś, ale 

dziękuję ci. - Pogłaskał konia po szyi i powiedział głoś­

no: - Chodź, pajacu. Znajdziemy ci jakieś zajęcie, zanim 

się całkiem rozkleisz. 

Joker prychnął na znak aprobaty i energicznie kiwnął 

głową. Grant zauważył, że zaczął traktować to zwierzę 

jak człowieka, co nigdy przedtem mu się nie zdarzało. 

No, może podobnie myślał jeszcze o Ryzykancie, mą­

drym owczarku australijskim, który na ranczu był bar­

dziej pożyteczny niż niejeden pracownik. 

Prawie dwie godziny później, zadowolony z przejaż­

dżki, odprowadził konia do zagrody przy stajni, by zwie­

rzę trochę odpoczęło. Czyszczenie Jokera odłożył na 

później, ponieważ był pewien, że ogier nie odmówi sobie 

przyjemności i z zapałem wytarza się w pyle. Listopad 

zbliżał się ku końcowi i niedługo ziemię pokryje śnieg. 

background image

Już nad wyżynami Wyoming przeszło kilka śnieżyc, ale 

śnieg jeszcze nie utrzymywał się dłużej. 

Wkrótce jednak miało się to zmienić, a wtedy i on, 

i wszyscy będą musieli naprawdę przyłożyć się do pracy, 

by zwierzęta przetrwały srogą zimę. Rozpieszczona pan­

na z wielkiego miasta jest ostatnią rzeczą, jakiej mu tu 

potrzeba. 

Rozmyślania przerwał mu warkot silnika wracającego 

pikapa. 

- No, zaczyna się - wymamrotał. Zarzucił sobie na 

ramię uprząż Jokera i poszedł przywitać gościa. 

Najpierw spostrzegł Chippera. Chłopak stał przy 

zabłoconych drzwiach samochodu i uśmiechał się 

z cielęcym zachwytem. Grant dopiero po chwili zauwa­

żył, kto wprawił młodego pomocnika w.taki stan. Z sa­

mochodu wysiadła kobieta o długich blond włosach, 

związanych w koński ogon. Miała na sobie dżinsy i krót­

ki kożuszek. Widać było, że chłód wcale jej nie prze­

szkadza. 

Kiedy go zobaczyła, jej oczy rozszerzyły się lekko. 

Grant zdawał sobie sprawę, że gapi się na nią zaskoczony, 

ale nie potrafił zmienić wyrazu twarzy. 

Była niska, przynajmniej w porównaniu z Grantem, 

bardzo drobna i delikatna, niczym figurka z porcelany. 

Ciemne kręgi pod oczami pogłębiały wrażenie kruchości. 

Wydawała się zmęczona, i to nie tylko fizycznie. Grant 

poczuł, że coś go ściska w sercu. Podobnie wyglądał jego 

ojciec pięć lat temu, na kilka dni przed śmiercią. 

- Witaj, Grant. 

Głos miała łagodny, matowy, i słychać w nim było 

background image

nutę smutku, który czaił się również w jej zielonych 

oczach. 

- Witaj, Mercy - odrzekł cicho. 

Słysząc swoje przezwisko z dawnych lat, uśmiechnęła 

się, ale jej oczy pozostały smutne. 

- Nikt mnie tak nie nazywał, odkąd nie przyjeżdżasz 

latem do domu. 

- Nigdy nie uważałem Minneapolis za swój dom. Po 

prostu tam mieszkała moja matka. 

Rozejrzała się, jakby chciała porównać rozległe, dzi­

kie tereny wokół rancza i rysujące się w oddali wysokie 

Góry Skaliste do wieżowców ze stali i szkła. 

- Twój dom był zawsze tutaj, prawda? - rzekła cicho. 

- Zawsze - potwierdził z nie skrywanym przekona­

niem. Od dzieciństwa wiedział, że tu jest jego miejsce. 

Ta piękna, dzika kraina wydawała się częścią niego sa­

mego i nigdy nie potrafił ani nie chciał opierać się jej 

sile przyciągania. 

- A więc to tutaj zawsze cię ciągnęło, tutaj musiałeś 

wracać. Chyba teraz zaczynam to rozumieć... 

Kiedy Kristina Fortune powiedziała Grantowi, że Me-

redith Brady została policjantką, pomyślał sobie, że pew­

nie bardzo urosła od tego lata, kiedy jako nieznośna czter­

nastolatka przyjechała tu na wakacje, w towarzystwie 

o dwa lata młodszej przyrodniej siostry Granta. Tymcza­

sem Mercy nadał nie mogła mierzyć o wiele więcej niż 

metr pięćdziesiąt pięć. 

- Zmieniłaś się - powiedział. I była to prawda. Pamiętał 

ją jako żywiołową, energiczną nastolatkę, bardzo podobną 

do Kristiny. Teraz energia i żywiołowość gdzieś zniknęły. 

background image

- Zmieniłam się, ale nie urosłam, tak? - zapytała 

smutno. 

- No cóż, nie urosłaś za wiele - przyznał rozsądnie. 

- Łatwo ci mówić. Ty w ciągu jednego lata potrafiłeś 

urosnąć dziesięć centymetrów. 

Usta Granta zadrgały. To było dziwne lato, kiedy 

w przeciągu trzech miesięcy wystrzelił do góry i osiągnął 

metr osiemdziesiąt wzrostu. Nagle jego ruchy stały się 

niezgrabne, ubrania za małe, a w dodatkowe zakłopotanie 

wpędzał go fakt, że jego przemiana wywarła ogromne 

wrażenie na wszędobylskiej koleżance przyrodniej sio­

stry. 

- Dziwię się, że w ogóle urosłem, bo przez całe lato 

bez przerwy deptałaś mi po piętach. Przykleiłaś się do 

mnie jak rzep, Meredith Cecelio. 

Skrzywiła się. 

- Proszę, mów do mnie po prostu Meredith. Albo 

Meri. 

- A może Mercy? - To on tamtego lata wymyślił dla 

niej to przezwisko. - Pamiętam, że nie odstępowałaś 

mnie ani na krok. Zawsze kiedy odwiedzałem mamę, krę­

ciłaś się w pobliżu. Nigdy nie zapomnę, jak poszłaś za 

mną na ślizgawkę i utknęłaś w obrotowej bramce. 

- Miałam wtedy dwanaście lat - stwierdziła z god­

nością. - I byłam w tobie zakochana po uszy, po tym, 

jak obroniłeś mnie przed chłopakami, którzy mi doku­

czali. 

Grant zamrugał oczami. Dawno odgadł, że się w nim 

durzyła, ale nie podejrzewał, że zaczęło się to tak dawno. 

Przypomniał sobie, jak podczas pierwszych wspólnych 

background image

letnich wakacji zobaczył, iż dokucza jej dwóch starszych 

od niej chłopców, a ona, mimo że łzy napływały jej do 

oczu, stała z dumnie uniesioną głową. Przegnał dręczy­

cieli i odprowadził ją do domu. Przez całą drogę milczała, 

dopiero w progu podziękowała mu cicho. Dopiero teraz 

zdał sobie sprawę, że to od tamtej chwili stała się jego 

nieodłącznym cieniem. 

- To było tylko dwóch łobuziaków - powiedział. 

- A ty przybyłeś mi na pomoc niczym rycerz w sre­

brnej zbroi - odparła cicho. Grant skrzywił się lekko. Nie 

nadawał się na bohatera, nawet na użytek naiwnej na­

stolatki. - Ale nie przejmuj się - ciągnęła, widząc jego 

niepewną minę. - Już dawno się wyleczyłam ze słabości 

do ciebie. Dorosłam i zrozumiałam, że zauroczyła mnie 

atrakcyjna powierzchowność, a nie kryjący się pod nią 

człowiek. Dzięki Bogu, przeszło mi bardzo szybko. 

- Aha. 

Wypowiedział to dość niepewnym tonem. Czy spra­

wiło mu przyjemność, że wyznała dawno minione uczu­

cie? A może był zły, że Mercy już nic do niego nie czuje, 

i w dodatku tak bardzo ją to cieszy? Zachciało mu się 

śmiać. Przecież już nieraz kobiety podkochiwały się 

w nim tylko ze względu na jego męską urodę, i miał 

tego serdecznie dosyć. Jeszcze bardziej irytowały go te, 

które dowiedziawszy się o jego sporym majątku, nagle 

zaczynały mu okazywać coraz więcej uczucia. 

Mercy była inna. Nigdy nie nadskakiwała mu i nie 

obsypywała go pochlebstwami. Zupełnie nie pasowałoby 

to do jej łobuzerskiego sposobu bycia. Była jak minia­

turowy wulkan energii i nie odstępowała go na krok. 

background image

Włosy jak dawniej czesała w koński ogon, ale twarz, 

która kiedyś przywodziła mu na myśl psotnego chochlika, 

zdumiewająco wyładniała. Wielkie oczy, lekko zadarty 

nos, śmiało zarysowany podbródek... Meredith Brady 

stała się piękną kobietą. Nic dziwnego, że Chipper gapił 

się na nią rozanielonym wzrokiem. 

Chipper. Grant uświadomił sobie, że chłopak cały czas 

stoi tuż obok, przysłuchując się ich rozmowie i chłonąc 

wzrokiem Mercy, która zdawała się zupełnie nie zauwa­

żać jego fascynacji. 

- Miałeś rozłożyć bryły soli dla bydła - przypomniał 

surowo chłopakowi. - Ja odprowadzę naszego gościa do 

domu. 

Chipper spojrzał na niego z rozpaczą. 

- Ale ja chciałem zanieść bagaże... 

- Dam sobie radę - odezwała się Mercy. - Nie są 

ciężkie. Lubię podróżować bez zbędnego obciążenia. 

- Ale ja... 

- Trzeba rozłożyć sól - nakazał Grant. - I to szybko. 
- Tak jest - zgodził się Chipper z rezygnacją. Nagle 

twarz mu pojaśniała. - Jeśli będzie potrzebny ktoś, kto 

zna okolicę... 

- Będę o tym pamiętała - odparła z uśmiechem. 

Grant zauważył, że jej uśmiech, choć czarujący, był 

tylko zdawkowym odruchem, nie wydobywał się z serca. 

Nie był jednak sztuczny jak uśmiechy kobiet, które spo­

tykał podczas swych sporadycznych wizyt u matki. 

Nie, ten uśmiech nie krył płytkości charakteru, był 

raczej maską skrywającą... Właśnie, co? Pustkę? Ból? 

Wtedy nagle przypomniał sobie, co w minionym 

background image

tygodniu powiedziała mu przez telefon Kristina. Z po­

czątku słuchał jej nieuważnie, nie kojarząc imienia Me-

redith z zadziorną panną z końskim ogonem. Kristina 

krótko wyjaśniła mu sytuację. Meredith potrzebowała ja­

kiegoś spokojnego, odludnego miejsca, gdzie mogłaby 

skryć się na jakiś czas i dojść do siebie po tym, gdy jej 

kolega z pracy, Nick Corelli, zginął na służbie. 

- Byli sobie bardzo bliscy - relacjonowała mu Kri­

stina. - Meredith jest załamana. Proszę cię, Grant, to nie 

potrwa długo. Potrzeba jej ciszy i spokoju. Musi znaleźć 

się gdzieś, gdzie ludzie nie będą cały czas mówili o tym, 

co się stało. 

A więc o to chodzi, pomyślał. Za uśmiechem Mercy 

krył się ból po stracie bliskiego człowieka. Na pewno 

bardzo go kochała. Grant sięgnął po dwie niewielkie, gra­

natowe walizki, które Chipper postawił obok samochodu. 

- Powiedziałam, że dam sobie radę. 

- Nie wątpię w to, ale pomogę ci. Masz za sobą długą 

podróż. 

- Prawie cały czas siedziałam. Mogę sama nosić ba­

gaże. 

Grant odstawił walizki, zastanawiając się, czy reszta 

wizyty przebiegnie w podobnej atmosferze. Matka zadała 

sobie wiele trudu, by nauczyć go dobrych manier. Kiedy 

protestował, twierdząc, że kobiety nie oczekują już od 

mężczyzn galanterii, oznajmiła mu spokojnie, że zarówno 

kobiety, jak i mężczyźni bardzo sobie cenią dobre ma­

niery, o ile nie towarzyszy im protekcjonalny ton. 

Złożył ramiona na piersi i już miał coś powiedzieć, 

gdy Mercy go ubiegła. 

background image

- Nie jestem wyzwolona i niezależna - oświadczyła 

pośpiesznie, jakby czytała w jego myślach. - Wiem, że 

nie zostałam tu zaproszona, a ty masz dużo pracy. Po­

zwalając mi tu przyjechać, oddałeś mi wielką przysługę. 

Jeśli będę mogła w czymś pomóc, po prostu mi to po­

wiedz. Niech od początku będzie jasne, że nie chcę być 

traktowana jak gość. 

Spojrzał na nią zdziwiony. 

- Jak więc mam cię traktować? 

Niespodziewanie uśmiechnęła się, tym razem szczerze 

i niemal wesoło. Grant poczuł, jak przebiega go dreszcz. 

- Najlepiej by było, gdybyś po prostu nie zwracał na 

mnie uwagi. 

Uśmiechnął się rozbawiony. 

- Nie wiem, czy mi się to uda - rzekł z ironią. -

Próbowałem przez kilka wakacji z rzędu, ale bez wię­

kszego powodzenia. 

Uniosła lekko brwi. 

- Wiem. A im bardziej usiłowałeś się mnie ignoro­

wać, tym więcej się starałam, żebyś wreszcie mnie za­

uważył. 

- Zauważyłem. 

Musiał odwrócić wzrok, ponieważ jej uśmiech znów 

przyprawił go o dziwny dreszcz. Postanowił więc zmie­

nić temat. 

- Kiedy spadnie śnieg, trudno ci będzie stąd wyje­

chać. 

- Przywiozłam dużo książek. 
- Nie oczekuję, że będziesz pomagała, ale wolałbym, 

żebyś nie dostarczała dodatkowego zajęcia moim pracow-

background image

nikom. Zima to najcięższa pora roku i wszyscy mają 

mnóstwo roboty. 

Mercy spokojnie przyjęła jego słowa. 

- Nie znam się na pracy na ranczu - odparła bez skrę­

powania. - Nie umiem jeździć konno, nic nie wiem 

o krowach. Ale potrafię się obsłużyć. Nie musisz się mną 

opiekować. 

Widać było, że szczere przyznanie się do niewiedzy 

nie sprawia jej trudności. Grant żałował, że nie każdy 

to potrafi. Widział już wielu ludzi, którzy przyjeżdżali 

do tej części kraju po przygodę, nie zdając sobie sprawy 

z czekających ich trudów. Jego przyrodni brat Kyle był 

właśnie taki. Ale Samantha Rawlings, urodzona i wycho­

wana w tych stronach, szybko sprowadziła go na ziemię 

i bardzo wiele nauczyła. 

Na myśl o tym Grant uśmiechnął się w duchu. Kyle, 

z pozoru lekkoduch i playboy, wreszcie się ustatkował 

i znalazł cel w życiu. 

Stało się to dość późno, ale nie dziwił się temu ten, 

kto znał matkę Kyle'a, mściwą manipulantkę Sheilę 

Fortune. Grant nie pierwszy raz pomyślał z wdzięcz­

nością o swojej matce, ciepłej, szczerej i dobrej. Za­

dziwiające było to, że wszystkim dzieciom Sheili udało 

się jakoś zorganizować sobie życie. Wszyscy troje, Kyle, 

Michael i Jane, założyli rodziny, co pewnie doprowadziło 

ich matkę do wściekłości, ponieważ przez to straciła nad 

nimi kontrolę. Nie zazdrościł swemu przyrodniemu 

rodzeństwu. Prawdę mówiąc, czasami nawet współ­

czuł ojczymowi, ale zwykle szybko tłumił w sobie to 

uczucie. 

background image

Otrząsnął się z zamyślenia. Zastanowiło go, dlaczego 

nie potrafi skupić się na rozmowie z Mercy i pozwala 

myślom rozbiegać się chaotycznie. 

- Nie będę miał czasu, żeby się tobą zajmować, zwła­

szcza kiedy spadnie śnieg - ostrzegł. - Tak samo jak inni, 

będziesz zdana na siebie. 

W jej oczach ukazał się jakiś cień i Grant natychmiast 

pożałował swoich słów. 

- Poradzę sobie - zapewniła beztrosko, jakby chciała 

stłumić emocje. Sięgnęła po walizkę. - Zaniesiemy je ra­

zem? - zaproponowała. 

- Dobrze - zgodził się i wziął drugą. 
Z łatwością podniosła bagaż z ziemi, chociaż wie­

dział, że nie jest lekki. Nie powinno go to dziwić. Jako 

policjantka musiała pewnie być silna i sprawna, by móc 

wykonywać swoją pracę. A najwyraźniej wykonywała ją 

doskonale. Kristina powiedziała mu, że Mercy służy 

w policji od pięciu lat, akademię ukończyła w wieku lat 

dwudziestu jeden, i tego samego dnia została zaprzysię­

żona. Zawsze pragnęła być policjantką, a jeśli już coś 

sobie postanowiła, nic nie było w stanie jej od tego od­

wieść. 

W głosie swojej trochę zepsutej przyrodniej siostry 

usłyszał ton podziwu, a to nie zdarzało się często. Spełnił 

jej prośbę. Kristina potrafiła być denerwująca, ale rekom­

pensowała to inteligencją i urokiem osobistym. Grant nie 

wątpił, że trafi kiedyś na mężczyznę, który nie pozwoli 

jej sobą manipulować i nie nabierze się na pozę roz­

pieszczonej księżniczki, a wtedy iskry będą latały w po­

wietrzu. 

background image

Mercy była od wielu lat jej najlepszą przyjaciółką, 

więc kiedy potrzebowała pomocy, Kristina natychmiast 

stanęła na wysokości zadania. Nie wahała się wykorzy­

stać do tego swojego przyrodniego brata. A ponieważ 

rzadko prosiła o coś nie dla siebie, Grant nie mógł jej 

odmówić. 

Mercy. Cały czas nazywał ją w myślach tym prze­

zwiskiem z dzieciństwa. Nie powinien jednak zapomi­

nać, że teraz to dorosła kobieta, pogrążona w żałobie po 

stracie bliskiej osoby. Musiał opanować przyśpieszone bi­

cie serca, nieoczekiwany dreszcz, przeszywający go na 

widok jej uśmiechu. Takie reakcje są teraz zupełnie nie 

na miejscu. 

Doszedł w końcu do wniosku, że to pewnie skutek 

zbyt długiego braku damskiego towarzystwa. Od miesią­

ca prawie nie widział kobiety, a na ostatniej randce był 

trzy miesiące temu. Nic dziwnego, że hormony dały o so­

bie znać na widok Mercy, która zmieniła się w piękną 

kobietę. 

Nie był pewien, czy wie, jak zająć się kobietą o zła­

manym sercu. Poznał ból po stracie bliskiego człowieka, 

kiedy matka odeszła od ojca i opuściła ranczo. Miał wte­

dy zaledwie trzy lata. Drugi raz cierpiał w podobny spo­

sób, kiedy patrzył na długą, powolną śmierć ojca, który 

do ostatnich chwil życia żałował, że stracił ukochaną ko­

bietę. 

Wtedy nic nie potrafiło stłumić jego bólu, jak więc 

mógł liczyć na to, że pomoże komuś innemu uporać się 

z cierpieniem? 

Kristina mówiła, że Mercy potrzebuje jedynie jakiejś 

background image

kryjówki, spokojnego miejsca, gdzie mogłaby dojść do 

siebie. On sam znalazł schronienie i ukojenie w tych 

dzikich stronach, ale nie podejrzewał, by dziewczyna 

z miasta zareagowała podobnie. Zwłaszcza po okrutnej, 

nagłej śmierci kogoś, kogo chyba bardzo kochała, sądząc 

po smutku w jej oczach. 

Takiego bólu chyba nic nie zdoła stłumić. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Być może Mercy nie widziała już w Grancie rycerza 

w srebrnej zbroi, ale musiała przyznać, że nadal robi na 

niej wrażenie. Praca na ranczu doskonale wyrabia mięśnie 

i kształtuje sylwetkę, lepiej niż ćwiczenia w siłowni, któ­

rym oddawali się z zapałem jej koledzy z Minneapolis. 

Podobały jej się lekkie zmarszczki w kącikach nie­

bieskich oczu, pięknie kontrastujących z opaloną twarzą. 

Ciemnoblond włosy miał teraz krótsze niż dawniej, ale 

właśnie taka fryzura bardziej do niego pasowała. 

To niewątpliwie przystojny mężczyzna, stwierdziła 

w duchu Mercy, dumna z tego, że potrafi tak spokojnie 

to przyznać, nie czując dawnego drżenia w sercu. No, 

prawie nie czując. 

Włożyła sweter do szuflady i rozejrzała się po pokoju. 

Grant powiedział jej, że korzysta z niego Kristina pod­

czas swoich rzadkich wizyt na ranczu, „dopóki nie znudzi 

jej się samotność i nie zatęskni za życiem towarzyskim 

wielkiego miasta". Nie zauważyła jednak, by przyjaciółka 

odcisnęła na tym wnętrzu swój ślad. 

A może Grant po jej odjeździe przywracał pokój do 

normalnego stanu? Proste umeblowanie, ograniczone do 

niezbędnego minimum, było zupełnie nie w stylu Kristi-

ny. Mercy jednak wszystko się tu podobało: duże łóżko, 

background image

prosta dębowa komoda i biurko oraz zasłony w wesołą, 

biało-niebieską kratkę. Przy dużym oknie stał wygodny 

fotel, obity niebieskim materiałem. 

Podeszła do łóżka i wzięła niewielki stos bawełnia­

nych bluz z długimi rękawami. Starała się spakować naj­

cieplejsze ubrania, pamiętając dramatyczny opis srogich 

zim na ranczu. 

Układała bluzy w kolejnej szufladzie, zastanawiając 

się, dlaczego tak łatwo zaakceptowała swoje dawne prze­

zwisko. Kiedyś go nienawidziła, ale gdy zdała sobie spra­

wę, że jedynie Grant tak ją nazywa, zaczęło jej się po­

dobać. 

Poza tym, nazywając ją dawnym przezwiskiem, Grant 

dał jej do zrozumienia, że nadal traktuje ją jak dziecko. 

Trudno. Wcale jej to nie przeszkadzało. 

Na łóżku zostały już tylko dwie jedwabne nocne ko­

szule. W dzień mogła nosić dżinsy, ciepłe majtki i weł­

niane skarpety, ale nocą wolała czuć na skórze gładki 

jedwab. Był to jeden z niewielu luksusów, na jakie sobie 

pozwalała, więc nie zamierzała się tego wstydzić ani mieć 

z tego powodu wyrzutów sumienia. Ułożyła je starannie 

w ostatniej wolnej szufladzie i podeszła do drzwi, po­

nieważ usłyszała za nimi jakiś dziwne skrobanie. 

- A kto ty jesteś? - zapytała z uśmiechem. 

Na progu siedział średniej wielkości szaroczarny pies. 

Choć spoglądał na nią spokojnie, poczuła się trochę nie­

swojo, ponieważ jedno jego oko było brązowe, a drugie 

jasnoniebieskie. Przykucnęła przy czworonogu, ale nie 

pogłaskała go. Coś w postawie zwierzęcia powstrzymało 

ją przed obdarzaniem go zbędną czułością. 

background image

- Przyszedłeś sprawdzić, co to za nieproszony gość? 

Pies przechylił łeb i wyraźnie szacował ją wzrokiem. 

Miała ochotę się roześmiać. 

- Lepiej będzie, jak zostawisz go w spokoju. To nie 

jest kanapowy pieszczoch. 

Szybko uniosła wzrok, zdumiona bezszelestnym na­

dejściem Granta. Rzadko udawało się ją tak zaskoczyć. 

- Zauważyłam - odparła. - Miewałam już do czy­

nienia z psami. 

- To pies pracujący, nie domowy pupilek. Nie szuka 

przyjaciół. 

Przez chwilę Mercy zastanawiała się, czy w jego sło­

wach kryje się coś więcej niż tylko ostrzeżenie na temat 

charakteru psa. Doszła jednak do wniosku, że tylko jej 

się wydawało. 

- Nie mam zamiaru mu się narzucać. - Wstała. Pies 

nadal na nią spoglądał, teraz jakby trochę rozbawiony. 

- Ale jeśli zmieni zdanie, nie będzie ci chyba przeszka­

dzało, jeśli się z nim zaprzyjaźnię? 

- To mało prawdopodobne - odrzekł krótko, a Mercy 

znów się zastanawiała, czy mówi o sobie, czy o psie. 

Stłumiła westchnienie. Nie pamiętała, żeby w prze­

szłości był taki oschły. 

- Ma jakieś imię? - zapytała. - A może to po prostu 

Pies? 

Ku jej zdziwieniu Grant poczerwieniał. 

- No... przez jakiś czas rzeczywiście nazywaliśmy go 

po prostu Pies, ale potem sam nam pokazał, na jakie imię 

zasługuje. 

Mercy uśmiechnęła się. 

background image

- A więc na jakie imię zasłużył? 

Widząc, że nie uznała jego odpowiedzi za idiotyczną, 

Grant odprężył się. 

- Ryzykant. 

Mercy zerknęła na psa, który siedział nieruchomo, ca­

ły czas w tym samym miejscu. 

- A dlaczego? 

- Kiedy nie pracuje, to nie chce mu się nawet łapą 

ruszyć. Ale kiedy zabiera się do roboty... to wystarczy 

za pięciu pomocników. Nic go nie powstrzyma. Przepę­

dza bydło gdzie sobie tylko zażyczysz, niczym marszałek 

dowodzący armią. Widziałem, jak pędził niewielkie stado 

przez ponad pół kilometra, nie dotykając ziemi. 

- Jak to? - zdziwiła się Mercy. 

- Skakał po grzbietach zwierząt, z jednego na drugi. 

Ryzykuje życie, ale ani na chwilę nie ustaje. 

Spojrzała na psa, który nie mógł ważyć więcej niż 

dwadzieścia kilogramów. 

- Już rozumiem, skąd u niego takie pełne wyższości 

spojrzenie. Zapracował sobie na szacunek. 

- Owszem. - W jego głosie słychać było zadowole­

nie. Mercy poczuła, że nie może spojrzeć mu w oczy. 

Patrzyła na psa, dopóki Grant znów się nie odezwał: -

Pomyślałem sobie, że zechcesz rozejrzeć się po ranczu, 

zobaczyć co gdzie jest. 

Dopiero teraz na niego spojrzała i zastanawiała się, dla­

czego przed chwilą nie mogła. Nie było w nim nic 

groźnego, no może oprócz imponującego wzrostu i mięśni, 

ale do tego była przyzwyczajona. Podczas służby w policji 

nieraz dawała sobie radę z potężniejszymi mężczyznami. 

background image

- Chętnie się rozejrzę. Nie będę musiała później za­

wracać ci głowy. - Zerknęła na niego z ukosa. Nie wie­

działa, co powiedziała mu Kristina i nie chciała zdradzać 

mu więcej szczegółów niż to konieczne. - Obiecuję, że 

nie zostanę tu zbyt długo. Kiedy tylko... mnie wezwą, 

wskoczę do samolotu i zniknę. 

Spoglądał na nią przez chwilę. 

- Nie chciałem sugerować, że będziesz mi przeszka­

dzać. 

- Ależ będę ci przeszkadzać - oznajmiła, wzruszając 

ramionami. - Nie mieszkam tu, nic nie wiem o życiu 

na ranczu, choćbym nie wiem jak się starała, zawsze będę 

trochę wchodzić w drogę. Postaram się tylko robić to jak 

najrzadziej. 

Zdziwiony uniósł brwi. 

- Rzeczywiście się zmieniłaś. 

Roześmiała się i zaraz zdała sobie sprawę, że po raz 

pierwszy od śmierci Nicka śmieje się szczerze. Na myśl 

o Nicku ból znów wrócił, ale opanowała się. 

- Chodzi ci o to, że w dzieciństwie nigdy się nie za­

stanawiałam, czy komuś przeszkadzam? - zapytała lekko. 

Uśmiechnął się, jakby jej radość sprawiła mu przyje­

mność. 

- Coś w tym rodzaju. 

- Tylko przy tobie się tak zachowywałam. Zwłaszcza 

kiedy widziałam, że cię to denerwuje. 

- Nawet wtedy podejrzewałem, że robisz mi to na 

złość. 

- Gdybyś naprawdę nie zwracał na mnie uwagi, pew­

nie dałabym ci spokój. 

background image

- I dopiero teraz mi to mówisz? - zapytał z udawa­

nym oburzeniem. 

Tym razem roześmiali się oboje i Mercy poczuła, że 

ból, który nosiła w sercu od chwili, gdy Nick skonał w jej 

ramionach, trochę zelżał. 

Chwyciła kożuszek i włożyła go, schodząc za Gran­

tem na dół. Dom był piętrowy, rozległy, ze spadzistym 

dachem. Trzy sypialnie na poddaszu były dobrze ocie­

plone i ogrzewane piecami na drewno, do których Grant 

miał największe zaufanie. 

- Mamy również ogrzewanie gazowe - wyjaś­

nił, kiedy mijali wielki bojler - ale staram się zbyt czę­

sto go nie używać. Tylko do gotowania i ogrzewania 

wody. 

- Ciepła woda? - spytała żartobliwie. - A Kristina 

mi mówiła, że macie tu spartańskie warunki. 

Spojrzał na nią przeciągle, jakby nie mógł zdecydo­

wać, czy mówi serio. Odgadła, że miał ją za rozpiesz­

czoną miejską damę. Nawet się nie starała wyprowadzić 

go z błędu. Takich rzeczy nie udowadnia się słowami, 

tylko czynami. Nie będzie wchodziła mu w drogę i sama 

o siebie zadba. 

- Lubię ciepłe prysznice - oznajmił krótko. 

Mercy milczała, ponieważ w wyobraźni ujrzała zu­

pełnie nieoczekiwany obraz. Myśl o nagim Grancie pod 

prysznicem przyprawiała ją o szybsze bicie serca. 

- W zimie wszyscy pilnują, żeby ogień nie zgasł -

mówił dalej, wskazując duży piec w rogu. - Gdyby 

zgasł, dom bardzo szybko by się wychłodził. 

Mercy otrząsnęła się z rozmarzenia. 

background image

- Wyobrażam to sobie - powiedziała. Pod ścianą spo­

strzegła niewielki stos drewna opałowego. - Gdzie trzy­

macie zapas? 

Wskazał ruchem głowy na zamknięte drzwi nieopodal 

pieca. 

- W przybudówce. W domu jest zwykle zapas wy­

starczający na tydzień. Tyle zwykle trwają najdłuższe 

śnieżyce. 

Skinęła głową. Jeśli oczekiwał, że taka wiadomość ją 

przestraszy, to gorzko się rozczarował. Owszem, miesz­

kała w mieście, ale przecież w Minneapolis również zda­

rzały się bardzo srogie zimy. 

- Chipper to chyba miły dzieciak - powiedziała, wy­

chodząc za Grantem na dwór. 

- Właśnie. Miły, ale to jeszcze dzieciak. Niedawno 

skończył szkołę średnią. To jego pierwsza praca. 

Czyżby usłyszała w tonie jego głosu ostrzeżenie? 

A może znów doszukiwała się w nich podtekstów, któ­

rych tam nie było? Nie mogła nie zauważyć, jakie wra­

żenie zrobiła na chłopaku. Przez całą drogę na ranczo 

jąkał się i czerwienił. Czyżby Grant podejrzewał, że ma 

ochotę zabawić się uczuciami naiwnego dzieciaka? Nagle 

uderzyła ją ironia tej sytuacji. 

- Boże, czy ja wyglądałam tak samo? - zapytała 

z ironicznym uśmiechem. - Gapiłam się na ciebie jak 

sroka w gnat i czerwieniłam co pięć minut? 

Grant zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie. Po­

tem uśmiechnął się z wolna. 

- Owszem, czasami tak wyglądałaś - przyznał. 

- Przepraszam. 

background image

- Nie ma za co. Pochlebiało mi to, choć czasami 

wprawiało w zakłopotanie. 

- Nie chciałam stawiać cię w niezręcznej sytuacji. 

Obiecuję ci, że to się już nie powtórzy - dodała poważnie. 

Jego usta zadrgały. 

- Szkoda. Teraz może bardziej bym to docenił. 

Odwrócił się na pięcie i poszedł dalej, zanim zdążyła 

odpowiedzieć. A więc Grant McClure nie stracił poczucia 

humoru. No bo przecież to musiał być żart. 

Podbiegła kilka kroków, by się z nim zrównać. Nie 

zwolnił, żeby nie musiała wydłużać kroków. Powiedziała 

sobie, że dzięki temu nie straci formy i wyjdzie jej to 

na dobre. 

- Więc Chipper niedawno zaczął tu pracować? 

- Jako stały pracownik, tak. Przedtem pracował tylko 

w lecie i czasami w sobotę i niedzielę, razem z matką. 

Z matką? 
- Aha. - Tylko tyle mogła powiedzieć. 

- Rita dla nas gotuje. 

Rita. Mercy wyobraziła sobie smagłą brunetkę o og­

nistych oczach. Mimowolnie dokonała w myślach szyb­

kich obliczeń. Chipper miał osiemnaście lat. Jeśli jego 

matka wyszła młodo za mąż, może mieć teraz na przykład 

trzydzieści sześć lat. Tylko sześć lat starsza od Granta. 

To mała różnica wieku, nie przeszkodziłaby w romansie. 

Miała nadzieję, że ojciec Chippera to zwalisty siłacz, 

łatwo wpadający w gniew. Natychmiast zganiła się za ta­

kie myśli. Jakie to w ogóle ma znaczenie? 

- Gotuje tylko w weekendy? - zapytała lekkim to­

nem. 

background image

- Tak, ale za to dużo. Wystarcza na cały tydzień. Za­

mrażamy zapasy. Nauczyła też nas, jak przygotować pro­

stsze potrawy, żebyśmy mogli przetrwać w zimie, kiedy 

zabraknie nam zapasów. 

- Dobry pomysł - stwierdziła Mercy. 

- Gotowanie na zapas czy przeszkolenie kilku z nas? 

- I to, i to - odrzekła ze śmiechem. - Ja nie jestem 

zbyt dobrą kucharką. Kristina może zaświadczyć. 

- Już to zrobiła. Powiedziała, że jeśli się spodziewam 

po tobie pracy w kuchni tylko dlatego, że jesteś kobietą, 

to mocno się zawiodę. 

- Ufff... - Mercy westchnęła z przesadą. - Dobrze, 

że to sobie wyjaśniliśmy. 

- Jej ostrzeżenie niewątpliwie uchroniło mnie przed 

strasznym losem. 

- Niewątpliwie - zgodziła się Mercy z wymuszoną 

powagą. - Ale za to świetnie zmywam naczynia. Może 

ten talent mi się tu na coś przyda? 

- Porozmawiaj z chłopakami. Zwykle ciągną zapałki. 
- Oni? A ty nie? 
- Bycie szefem ma swoje dobre strony - oznajmił 

z szerokim uśmiechem. 

Nagle rozległo się donośne rżenie i Mercy gwałtownie 

odwróciła głowę. W obszernej zagrodzie, nieopodal wię­

kszej z dwóch stodół, stał imponujący rumak bardzo ory­

ginalnej maści. Przednia połowa ciała była połyskliwie 

czarna, tylna natomiast biała, upstrzona czarnymi łatkami 

różnej wielkości. 

Mercy przypomniała sobie coś z dawnej przeszłości. 

Kiedy jako nastolatka durzyła się w Grancie, chciała wie-

background image

dzieć jak najwięcej o wszystkim, czym on się intereso­

wał. Dlatego też przeczytała wiele książek o koniach 

i chociaż w zasadzie nigdy przedtem nawet nie zbliżyła 

się do tego zwierzęcia w naturze, wiele wiadomości zo­

stało jej w głowie. Między innymi zapamiętała zdjęcie 

podobnego konia, tylko w brązowe łaty, a nie w czarne. 

- Czy to appaloosa? - zapytała niepewnie, podcho­

dząc do ogrodzenia. 

- Tak - potwierdził Grant, trochę zaskoczony. 

- Widziałam kiedyś zdjęcie takiego konia. - Nie za­

mierzała przyznawać się, jak do tego doszło. - Ale tam­

ten był brązowo-biały. 

- Mogą być najróżniejszej maści. Na przykład nie­

które są prawie całkiem białe, z małymi łatkami. Mam 

tu taką klacz. Nosi jego źrebię. - Ruchem głowy wskazał 

na konia w zagrodzie. 

Zatrzymała się i spojrzała na górującego nad nią ko­

nia. Nie bała się go, zwłaszcza że przekrzywił głowę 

i przyglądał jej się z życzliwym zainteresowaniem. 

- Jaki piękny. - Ogier parsknął radośnie, jakby zro­

zumiał jej słowa, a Mercy roześmiała się. 

- To w prostej linii potomek Wodza, który jakieś trzy­

dzieści, czterdzieści lat temu był najlepszym ogierem 

w stanie Teksas. Ale niech cię nie zmyli jego szlachetne 

pochodzenie. To zwykły pajac - wyjaśnił trzeźwo Grant. 

- Rzeczywiście. Przez tę łatkę wygląda trochę jak cyr­

kowy klaun. 

To była prawda. Koń miał nad okiem pojedynczą białą 

łatkę, która nadawała mu komiczny wygląd. 

- Uważaj - ostrzegł Grant, kiedy przechyliła się przez 

background image

ogrodzenie. - Może wygląda jak klaun, ale to ogier, a za­

chowanie ogiera jest nieprzewidywalne. 

Cofnęła się o pół kroku. 

- Chcesz powiedzieć, że może ugryźć albo kopnąć? 

- No... nie. Jeszcze mu się nie zdarzyło. 

- Aha. Masz go od niedawna, tak? 

- Ponad półtora roku. 

Zamrugała oczami. 

- I przez ten czas nikogo nie ugryzł ani nie kopnął, 

a ty się nadal martwisz? 

Skruszony Grant spuścił wzrok. 

- Nie martwię się, tylko... trochę mnie to zastanawia. 

Nie spotkałem ogiera, który by nie miał żadnego brzyd­

kiego zwyczaju. 

- A ten nie ma? 

- Nie. Z wyjątkiem tego, że strąca mi z głowy ka­

pelusz, kiedy do niego podejdę - odparł. Mercy prych-

nęła rozbawiona, a koń parsknął cicho, jakby chciał jej 

zawtórować albo zwrócić na siebie uwagę. Grant wzru­

szył ramionami. - Pewnie jesteś bezpieczna. On napra­

wdę jest bardzo dobrze wychowany. Tylko nie wykonuj 

żadnych nagłych ruchów, żeby go nie wystraszyć, i nie 

dotykaj go, dopóki sam cię do tego nie zachęci. 

Grant nie wyjaśnił, jak taka zachęta miałaby wyglą­

dać, więc Mercy doszła do wniosku, że wyczuje ją, kiedy 

nadejdzie odpowiednia chwila. Znów podeszła do ogro­

dzenia, a koń nachylił się nad nią i wciągnął nosem po­

wietrze. Jego oddech wzburzył jej włosy. Nagle poczuła, 

że delikatnie dotknął chrapami jej końskiego ogona, za­

rżał lekko, odsunął się i spojrzał na nią, jakby na coś 

background image

czekał. Nie poruszyła się, a on jeszcze raz powtórzył cały 

manewr. Czyżby to była ta zachęta, o której wspomniał 

Grant? 

Zerknęła na niego i zobaczyła, że przygląda się uważ­

nie całej scenie, ale z jego twarzy nie potrafiła nic wy­

czytać. Czyżby to był jakiś sprawdzian? A jeśli nie zda 

egzaminu, to zabroni jej wychodzić z domu do końca 

pobytu na ranczu? 

To już chyba paranoja, zganiła się w duchu. 

Z uśmiechem wyciągnęła powoli rękę i poklepała ko­

nia po czarnej szyi. Zwierzę znów zarżało i Mercy uznała 

to za oznakę zadowolenia. Nie wiedziała tylko, czy koń 

ucieszył się z pieszczoty czy z tego, że wreszcie zrozu­

miała jego niemą prośbę. 

- Ma jakieś imię? - zapytała, podziwiając mocne 

mięśnie i połyskliwą skórę. 

- Nazywam go Joker. 

- Wiem nawet, dlaczego - odparła ze śmiechem, któ­

ry przychodził jej coraz łatwiej. - Ale czy to jego pra­

wdziwe imię? 

- Jest zarejestrowany jako Płomień Fortune. 

Oczy Mercy rozszerzyły się. 

- Fortune? Tak jak nazwisko tej rodziny? 

Grant skinął głową. 

- Kate zostawiła mi go w spadku. 
- Babka Kristiny? Ta, która zginęła w katastrofie sa­

molotowej? 

Znów skinął głową. Na jego twarzy pojawił się wyraz 

namysłu połączonego ze zdziwieniem. 

- On jest wart... pewnie więcej niż to całe ranczo 

background image

- stwierdził. - Nie mam pojęcia, dlaczego tak zadecy­

dowała. 

A więc dlatego miał przed chwilą taką niepewną minę. 

Nie wiedział, dlaczego Kate zapisała mu takie piękne 

zwierzę. Nadal zadziwiał go fakt, że jest właścicielem 

Jokera. Mercy spojrzała mu prosto w oczy. 

- Twoja matka wyszła za mąż za syna Kate, zgadza 

się? Jesteś więc pasierbem jej syna. Można powiedzieć, 

że jej wnukiem. 

- Może to jest jakieś wyjaśnienie - odparł z powąt­

piewaniem. - Ale wydawało mi się, że niewiele dla niej 

znaczę. Nie noszę nazwiska Fortune, nie należę do ro­

dziny. Oczywiście, wszyscy członkowie klanu byli za­

wsze dla mnie... bardzo mili. Mama od dwudziestu pięciu 

lat jest żoną Nate'a, ale ja po prostu do nich nie pasuję. 

- Najwyraźniej Kate była innego zdania, jeśli zosta­

wiła ci tak cenne zwierzę. 

Potrząsnął głową. 

- Nadal tego nie rozumiem. Swoje ranczo zapisała 

mojemu przyrodniemu bratu, Kyle'owi, a Joker również 

powinien przypaść mu w udziale. Gdyby Kyle lepiej znał 

się na hodowli zwierząt, na pewno nie zgodziłby się oddać 

Jokera. Powinien był o niego walczyć. 

- Skoro nie zna się na zwierzętach, to pewnie koń 

niewiele go obchodził. 

- Próbowałem mu wytłumaczyć, jaką taki koń ma 

wartość i że Kate nie powinna mi go zostawiać. 

- Chciałeś oddać to, co zapisała ci Kate, bo uważałeś, 

że ci się to nie należy? 

Mercy poczuła dziwny ucisk w piersi. Przypomniała 

background image

sobie, że Grant, jako siedemnastolatek, zamiast się cie­

szyć, ubolewał nad swoim zwycięstwem w szkolnych za­

wodach pływackich, ponieważ najsilniejszy zawodnik 

drużyny przeciwnej zachorował i wycofał się ze współ­

zawodnictwa. Grant twierdził wtedy, że jego zwycięstwo 

nic nie znaczy, bo nie zmierzył się z najlepszym. Uznała 

to za bardzo szlachetną postawę. Teraz stwierdziła, że 

Grant nic nie stracił ze swojej bezkompromisowej ucz­

ciwości. 

- Od półtora roku staram się to zrozumieć. Jeśli jego 

potomstwo będzie chociaż w połowie takie jak on, to ran-

czo zacznie przynosić wielkie dochody. Ale dlaczego to 

zrobiła? Często widuję Nate'a, ale Kate spotkałem tylko 

kilka razy. 

- Może zrobiłeś na niej dobre wrażenie. 

Poruszył się niespokojnie, jakby chciał ukryć skrępo­

wanie. Wsunął ręce do kieszeni dżinsów, a Mercy nie 

mogła nie zauważyć, jak dobrze te spodnie na nim wy­

glądają. 

- Może - powiedział bez przekonania. 

- Widzę, że nie jesteś z tej historii zbyt zadowolony. 
- Nie nazywam się Fortune - powtórzył z uporem. 

- Moja matka wyszła za członka tej rodziny, ale ja nie 

potrafiłbym tak żyć jak oni. Nie wiem, jak moja matka 

to znosi. 

- Ja też nie wiem - szczerze wyznała Mercy. - Cza­

sami patrzę na Kristinę i bardzo jej zazdroszczę bogactwa 

i pozycji, ale przeważnie cieszę się, że nie jestem na jej 

miejscu. 

Oczy Granta lekko się rozszerzyły. Potem uśmiechnął 

background image

się przyjaźnie, tak jak w dawnych latach, kiedy zdarzało 

mu się rozmawiać z nie odstępującą go na krok dwuna­

stolatką. Nawet jeśli denerwowało go jej towarzystwo, 

nigdy nie zachowywał się wobec niej złośliwie ani okrut­

nie. Zresztą Barbara Fortune nie tolerowałaby u syna ta­

kiego zachowania. Mercy nigdy nie spotkała tak ciepłej 

i dobrej osoby jak matka Kristiny i Granta. Była zupełnie 

inna niż Sheila, pierwsza żona Nate'a, chciwa manipu-

lantka, która nigdy nie pogodziła się z utratą pozycji, jaką 

zapewniało jej dawne małżeństwo. 

- Ja myślę podobnie - zapewnił Grant. - Klan 

Fortune'ów to amerykański odpowiednik rodziny kró­

lewskiej, ale nie chciałbym mieć takich problemów jak 

oni. 

- Takie wielkie pieniądze potrafią zrobić z właścicie­

lami bardzo dziwne rzeczy - zauważyła Mercy. 

- I z ludźmi, którzy ich otaczają. 

Mercy przypomniała sobie noc, kiedy Kristina, zała­

mana po śmierci babki, podzieliła się z nią długą, po­

gmatwaną i dramatyczną historią swojej rodziny. 

- Tak - rzekła cicho Mercy. - Kate Fortune musiała 

bardzo cierpieć, kiedy porwano jej dziecko. 

- Matka mi mówiła, że Kate nigdy nie uwierzyła 

w śmierć swojego dziecka. Nigdy nie straciła nadziei, po­

nieważ nie odnaleziono ciała. 

Mercy przebiegł dreszcz. 

- Jakie to straszne. Kristina twierdzi, że jej ciotka, 

Rebeka, jest równie uparta jak babka. Uważa, że śmierć 

Kate to nie był nieszczęśliwy wypadek. 

Grant skrzywił się lekko. 

background image

- Właśnie o to mi chodzi. Członkom tej rodziny takie 

myślenie przychodzi bardzo łatwo. 

- I nic dziwnego. Im się stale coś przydarza. Pomyśl 

tylko o sprawie Moniki Malone... 

Mercy urwała, zdając sobie sprawę, że to bolesny te­

mat. Co prawda Grant podkreślał, że nie należy do tej 

rodziny, ale... 

- Masz na myśli Jake'a? - zapytał, patrząc na nią. 

- Przepraszam. Niepotrzebnie o tym wspomniałam. 

- We wszystkich gazetach o tym piszą. Niby dlacze­

go miałabyś o tym nie mówić? 

- Bo sprawa Jake'a w pewien sposób dotyczy rów­

nież ciebie. 

Wzruszył ramionami. 
- Jestem z nim skoligacony, ale to nie znaczy, że 

mam o nim fałszywe wyobrażenie. Zawsze mi się wy­

dawało, że nie pokazuje swojego prawdziwego oblicza. 

Dowodzi rodem Fortune'ów, ale tak naprawdę oni go chy­

ba nie znają. 

- Onieśmiela mnie jego arystokratyczny wygląd -

przyznała Mercy. - Może ty lepiej dostrzegasz jego cechy 

charakteru, bo spoglądasz na niego z pewnego dystansu. 

Spojrzał na nią z namysłem. 

- Jesteś policjantką. Co myślisz na temat tej sprawy? 

- Wiem o niej za mało, żeby sobie wyrobić jakiś po­

gląd. Niewiele informacji przecieka do prasy. Nawet nie 

słyszałam plotek na ten temat. Zdaje się, że milczenie 

można kupić za pieniądze. 

- Nie dziwi mnie to. 

- A zaskoczyło cię, że Jake został oskarżony? 

background image

- Sądząc po dowodach, które znaleziono? Nie. Mimo 

wszystko trudno mi jednak w to uwierzyć. 

- To naturalne. Nikt nie chce wierzyć, że do takiego 

czynu był zdolny ktoś znajomy, ktoś z rodziny, choćby 

mało spowinowacony. 

- Sam już nie wiem - odparł beznamiętnie. - Można 

też powiedzieć, że takie zdarzenia nie są w tej rodzinie 

rzadkością. 

Mercy nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale w duchu 

zgadzała się, że trudno było uwierzyć w winę Jake'a For­

tunek. Czy to możliwe, by przystojny, dobrze wycho­

wany, spokojny i opanowany Jake zamordował słynną 

gwiazdę kina? 

Wiedziała jednak, że każda rodzina, zwłaszcza tak po­

tężna i wpływowa, skrywa jakieś tajemnice. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- No nie! - krzyknęła zaskoczona Mercy, a Grant nie 

mógł powstrzymać śmiechu. Joker znów potargał staran­

nie związane włosy Mercy. Cofnęła się i spojrzała na nie­

go z oburzeniem. -- Muszę zmienić ten jabłkowy szam­

pon na inny - wymamrotała. 

- To chyba nie tylko o to chodzi. - Grant nadal się 

uśmiechał. - Czasami daję mu jabłka, ale wcale na nie 

tak nie reaguje. 

Była to prawda. W ciągu minionego tygodnia Mercy 

stała się ulubienicą Jokera. Na jej widok głośno rżał, ob­

rażał się, jeśli nie zwracała na niego uwagi, i głośno pro­

testował, kiedy zbyt długo okazywała zainteresowanie in­

nym koniom. 

- Po prostu jestem dla niego kimś nowym - stwierdziła. 

- W dodatku moje włosy pachną jak jego przysmak. 

- Jesteś dla niego zjawiskiem. Niewiele kobiet poja­

wia się na ranczu, a nawet jeśli się pojawią, to trzymają 

się od Jokera z daleka. 

- A więc lubi płeć przeciwną, tak? 

- To należy do jego obowiązków. W końcu jest ogie­

rem - zauważył Grant, jednocześnie się zastanawiając, 

czy to przyziemne wyjaśnienie nie wprawi Mercy w za­

kłopotanie. 

background image

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i Grant zrozumiał, że 

tak samo jak dwanaście lat przedtem, niełatwo jest ją 

zawstydzić. 

- Masz rację. Może powinieneś znaleźć mu stałą part­

nerkę? 

- Ma ich wiele, w każdym sezonie rozrodczym - od­

parł. 

- Większość samców pozazdrościłaby mu takich obo­

wiązków. 

Uniósł brwi i spojrzał na nią badawczo. Czyżby usły­

szał gorycz w jej głosie? A nawet oskarżenie? Nigdy nie 

brał na siebie domniemanych win całej męskiej populacji 

i teraz też nie zamierzał tego robić. 

- Być może - odrzekł. - Ale inni bardzo by mu 

współczuli, że tak dał się omotać miastowej pannie. 

Zmarszczyła czoło i na jej twarzy Grant zauważył wy­

raz, który zapewne przed chwilą malował się na jego 

własnej. Najwyraźniej zastanawiała się, czy ją o coś 

oskarża. Nie miał takiego zamiaru. Wygasła w nim daw­

na złość na eleganckie kobiety z wielkich miast i ich 

gierki. 

- A czy to źle? - spytała. 

- Powiedzmy, że miejsce takich panien jest w mieście. 

Uniosła brwi. 

- Rozumiem. A twoja matka? Jej miejsce też jest 

w mieście? 

Strzał był celny, Grant skrzywił się boleśnie. W prze­

szłości Mercy nigdy nie unikała konfrontacji i wyraźnie 

nic się pod tym względem nie zmieniło. Przecież była 

policjantką. 

background image

- Uważa, że jej miejsce jest u boku Nate'a. Wydaje 

się zadowolona ze swojego życia, a tylko to się liczy. 

- Ale wolałbyś, żeby była szczęśliwa tutaj. 

Pożałował, że rozpoczął ten temat. 

- Nie ma znaczenia, co bym wolał. Chociaż urodziła 

się w Wyoming, czuła się tutaj... odizolowana. Na ranczu 

nie miała towarzystwa kobiet, najbliżsi sąsiedzi mieszkają 

kilka kilometrów stąd, a Clear Springs jest jeszcze dalej. 

- Chyba to rozumiem - stwierdziła Mercy łagodniej­

szym tonem. - Twoja matka to towarzyska, otwarta ko­

bieta. Musiała się tu czuć bardzo samotna. 

- Tak. 
- Ale pewnie bardzo cierpiała, kiedy cię tu zostawiła, 

przenosząc się do Minneapolis. Wiem, jak bardzo cię ko­

cha. Rodzina to dla niej wszystko. 

- Nie zostawiła mnie. Sam postanowiłem zostać. 

Spojrzała na niego wzrokiem, którego nie potrafił roz­

szyfrować. 

- Wiem. Powiedziała mi, że nawet jako czteroletnie 

dziecko byłeś upartym kowbojem. 

Cofnął się trochę i zmarszczył brwi. 
- Moja matka ci tak powiedziała? 

- Mówiła mi, że kiedy wyszła za Nate'a, zapytała 

cię, czy nie zamieszkałbyś z nimi. A ty kopnąłeś Nate'a 

w kostkę i uciekłeś. 

Grant poczuł, że się czerwieni. 

- Moja matka ma za długi język. 
- Jesteś zły, bo to powiedziała, a może dlatego, że 

powiedziała to akurat mnie? 

- Z obu tych powodów - mruknął. Nagle coś przy-

background image

szło mu do głowy i spojrzał na Mercy badawczo. -

A właściwie kiedy odbyła się ta rozmowa? 

- O ile pamiętam, tuż przed świętami. Pomagałam 

Kristinie ubierać choinkę. 

Przed świętami? Prawie rok temu? Dlaczego Mercy 

rozmawiała o nim z jego matką? Uderzyła go jeszcze 

jedna myśl. Ostatnie święta spędził z rodziną, ale nikt 

nawet nie wspomniał wtedy o Mercy. Pamiętał to dobrze. 

Zresztą gdyby odwiedziła jego rodzinę, matka z pewno­

ścią by mu o tym opowiedziała; bardzo się starała, by 

Grant poczuł przynależność do klanu Fortune'ów, a jed­

nym z przejawów tych starań było powiadamianie go 

o wszystkich ruchach członków rodziny i ich najbliższe­

go otoczenia, do którego należała również Mercy - jako 

przyjaciółka Kristiny. 

- Odwiedziłem mamę w ostatnie święta. Spędziłem 

w Minneapolis cały tydzień, ale ciebie nie widziałem... 

Nagle przyszło mu do głowy, że wyjechała wtedy 

gdzieś ze swoim kolegą z pracy, który pewnie był jej 

towarzyszem życia. Natychmiast pożałował swoich słów. 

Mercy jednak wcale nie wydawała się urażona ani za­

smucona. Uśmiechnęła się do niego szeroko. 

- Chodziło mi o święta sprzed dwunastu lat. 

Gwałtownie zamrugał oczami. 

- Aha - wyjąkał i dodał, marszcząc czoło: - Udało 

ci się mnie nabrać, co? 

- Tak. Dałeś się nabrać jak dziecko. 

Poklepała Jokera po szyi, pogładziła po aksamitnych 

nozdrzach, a ogier zarżał cicho i westchnął z wyraźną 

przyjemnością. Grant znów musiał się roześmiać. 

background image

Zastanawiał się, jak to możliwe, że taka delikatna 

i krucha istota jest policjantką. Zauważył już jednak, że 

ma poczucie humoru, a refleksem i bystrością nadrabia 

drobną posturę i brak siły fizycznej. Jej silną stroną były 

nie mięśnie, ale spryt i inteligencja. 

- Jakiś ty piękny, mój przystojniaczku - rzekła do ko­

nia pieszczotliwie. Widać było, że uległa jego urokowi. 

- Dobrze o tym wiesz, prawda? Bardzo jesteś z siebie 

zadowolony, co? - Joker prychnął i wyciągnął szyję, do­

magając się kolejnych pieszczot. Grant patrzył na jej 

drobne dłonie, gładzące czarną skórę zwierzęcia, i poczuł 

dziwny ucisk w podbrzuszu. - Przez ciebie nawet taka 

„miastowa dziewczyna" jak ja ma ochotę nauczyć się 

jeździć konno. 

Spojrzał na nią czujnie. Czyżby specjalnie powtórzyła 

określenie, którego przed chwilą użył, by mu dopiec? 

Mercy nadal gładziła uszczęśliwione zwierzę, nawet nie 

patrząc w stronę Granta, a on po raz pierwszy w życiu 

poczuł, że jest zazdrosny o konia. I wcale mu się to nie 

spodobało. 

- Dziękuję, że naprawiłeś te wodze, Chipper. 

Chłopak miał zdziwioną minę. 

- To nie ja, panie McClure. Nie miałem czasu. Naj­

pierw szukaliśmy zagubionego źrebaka, a potem musia­

łem naprawić ogrodzenie. 

Źrebak, jeden z pierwszych potomków Jokera urodzo­

nych na ranczu MCC, uciekł z małej zagrody przy stajni 

dla klaczy zarodowych, przeskakując przez ogrodzenie, 

którego górna żerdź się załamała. Jak na roczne źrebię, 

background image

był to wyczyn godny podziwu. Może miał zadatki na 

mistrza skoków przez przeszkody. 

Usłyszawszy wyjaśnienie Chippera, Grant zmarszczył 

czoło. 

- To kiedy uporządkowałeś składzik z narzędziami? 

- Eee... Na to też nie miałem czasu. Wróciliśmy 

z Charliem bardzo późno. Zajrzałem jeszcze do tej ta-

rantowatej klaczy. Wie pan, do tej, która tak dziwnie się 

zachowuje... 

Grant uniósł rękę. 

- Nie denerwuj się. Wcale cię nie krytykuję. Spodzie­

wałem się, że szukanie źrebaka zabierze ci dużo czasu. 

Ale jeśli to nie ty tam posprzątałeś, to kto? 

- Pewnie ten sam skrzat, który wczoraj zamiast mnie 

przyniósł do domu drewno na opał. 

Grant zerknął przez ramię i zobaczył starego Walta 

Mastersa, który pracował tu od kilkudziesięciu lat i wi­

dział, jak z małego gospodarstwa, prowadzonego przez 

ojca Granta, Hanka McClure, powoli zmienia się w cał­

kiem nieźle prosperujące ranczo. To on zasugerował, żeby 

rozpocząć hodowlę koni rasowych, ponieważ ceny wo­

łowiny nie były zbyt wysokie, a rynek zbytu chwiejny. 

Z początku Grant miał wątpliwości, potem jednak nabrał 

zapału i hodowla koni stała się jego ulubionym zajęciem, 

a po przybyciu Jokera zaczęła przynosić coraz większe 

zyski. 

- Nie wspomnę już nawet - ciągnął Walt - że ten 

skrzat przyniósł drewno do baraku, gdzie mieszkamy my, 

biedni, wykorzystywani kowboje. 

Grant prychnął i zamachnął się na Walta kapeluszem. 

background image

- Wykorzystywani, akurat! - zawołał. - Pokaż mi 

drugie takie ranczo, gdzie pracownicy mają w baraku 

własny stół do bilarda i wannę z masażem wodnym, dla 

ulżenia obolałym mięśniom. 

Walt uśmiechnął się. 

- Twój ojciec pewnie jeszcze teraz przewraca się 

w grobie z powodu tej wanny. 

- Pewnie tak - odparł pogodnie Grant. 

Był dumy, że głos mu nie zadrżał. Dużo czasu upły­

nęło, zanim zdołał się pogodzić z przedwczesną śmiercią 

ojca i rozmawiać o niej bez emocji. Bardzo długo nie 

potrafił o niej mówić wcale. Ale teraz pogodne, życzliwe 

docinki Walta nie sprawiały mu najmniejszej przykrości. 

Wiedział, że wieloletni pracownik kochał Hanka McClu-

re'a jak brata. 

Nie chciał jednak dłużej ciągnąć tego tematu, więc 

zakończył rozmowę i wyszedł ze stajni. 

A więc jakiś skrzat przyniósł drewno na opał i zrobił 

porządki w składziku na narzędzia. Bez wątpienia ten 

sam skrzat nie wiadomo kiedy naprawił rozdartą zasłonę 

w saloniku, zszywając ją starannym, drobnym ściegiem. 

Krawieckie umiejętności Granta zaczynały się i kończyły 

na przyszywaniu guzików. 

Wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. W powie­

trzu czuć było nadchodzącą zimę i Grant przewidywał, 

że już niedługo - za tydzień lub dwa - Wyoming jeszcze 

raz pokryje się grubą warstwą śniegu. 

Zrobił kilka kroków i zatrzymał się jak wryty. Pociąg­

nął nosem, czując wokół jakiś znajomy zapach, którego 

pochodzenia jednak nie umiał określić. Po chwili już wie-

background image

dział. Nie był to jeden zapach, ale dwa, i to bardzo chara­

kterystyczne: słodkawa woń płynu do czyszczenia broni 

oraz, choć wydawało się to niemożliwe, zapach pieczo­

nego chleba. 

Zapach chleba obudził w nim ciekawość i głód, ale 

woń płynu do czyszczenia broni zaniepokoiła go. Naj­

pierw poszedł więc tam, skąd dochodziła owa woń, czyli 

w stronę wyłożonego boazerią gabinetu, gdzie mieściła 

się kolekcja broni ojca oraz jego własna strzelba i dwa 

karabiny do polowania. Charakterystyczna woń stawała 

się coraz silniejsza, chociaż żołądek Granta najwyraźniej 

wolał apetyczny zapach chleba. 

W gabinecie siedziała Mercy, a przed nią na stole, 

obok gabloty na broń, leżał rozłożony remington 306. 

Zamierzał wyczyścić go wieczorem, ponieważ używał go 

poprzedniego dnia, kiedy w górach wytropił sarnę ze zła­

maną nogą. Musiał ją zastrzelić, by skrócić jej cierpienie. 

Odnalezienie rannego zwierzęcia trwało dość długo, ale 

szukał jej wytrwale, bo nie mógł znieść myśli, że wiel­

kooka łania musiałaby znosić ból jeszcze przez wiele go­

dzin, zanim nieuchronnie padłaby ofiarą jakiegoś drapież­

nika. Grant rzadko ingerował w naturalny bieg zdarzeń, 

ale w spojrzeniu cierpiącego zwierzęcia dostrzegł prośbę 

o pomoc i nie mógł pozostać na nią obojętny. 

Zatrzymał się w drzwiach i patrzył, jak Mercy wpraw­

nie czyści broń. Od razu było widać, że ta kobieta umie 

obchodzić się z bronią, chociaż pewnie częściej miała 

do czynienia z innym kalibrem, używanym do poskra­

miania najgroźniejszych drapieżników świata, tych dwu­

nożnych. 

background image

Znów uderzyła go dysproporcja między drobną bu­

dową Mercy i wykonywanym przez nią zawodem. Spró­

bował ją sobie wyobrazić, jak obezwładnia jakiegoś sil­

nego, agresywnego pijaka albo opornego rabusia czy wła­

mywacza. Przypomniał sobie, jak zauroczyła Jokera i do­

szedł do wniosku, że w pracy zapewne również posługuje 

się raczej urokiem osobistym i inteligencją, a nie brutalną 

siłą i przemocą. 

Mercy tymczasem zakończyła pracę i odłożyła przy­

bory. Grant wszedł do gabinetu. 

- Chcesz sprawdzić efekt? - zapytała, nie oglądając 

się. Zrozumiał, że od samego początku zdawała sobie 

sprawę z jego obecności. 

- Nie. To jasne, że znasz się na broni. 

- Dziękuję. - Wskazała na uchwyt na ścianie obok 

gabloty. - Tam jest miejsce tego remingtona? 

- Owszem. 

Mercy nie ruszyła się. 

- W takim razie ty musisz go tam położyć. Żeby do­

sięgnąć tej półki, musiałabym stanąć na kanapie. 

Przedtem nigdy nie przyszło mu do głowy, że uchwyt 

może być dla kogoś zawieszony zbyt wysoko. Jego ojciec 

był wyższy od niego, matka miała metr siedemdziesiąt 

wzrostu. Znów z podziwem pomyślał o tym, że Mercy 

osiągnęła tak wiele, będąc tak drobnej budowy. Właśnie 

kładł broń na miejsce, kiedy żołądek głośno przypomniał 

mu o drugim zapachu. Trochę zawstydzony zerknął na 

Mercy. Uśmiechała się od ucha do ucha. 

- Aż cieknie ślinka, co? 

- Myślałem, że nie umiesz gotować. 

background image

- Bo nie umiem. Ale piekę doskonale. Nie masz nic 

przeciwko temu, że wtargnęłam do twojej kuchni? 

- Ależ skąd - zapewnił. - Zwłaszcza kiedy rezultat 

twojej działalności tak wspaniale pachnie. Kiedy ten aro­

mat się rozejdzie, na ranczu mogą wybuchnąć zamieszki. 

- Upiekłam trzy bochenki. Powinno starczyć dla 

wszystkich. 

- Zrobiłaś tyle innych rzeczy. Kiedy znalazłaś na 

wszystko czas? 

Niczego się nie wyparła, tylko lekko wzruszyła ra­

mionami. 

- Miałam na to cały dzień. 
- Zdawało mi się, że przyjechałaś tutaj... odzyskać 

formę. 

Przez jej twarz przebiegł znajomy cień. 

- Nie potrafię siedzieć bezczynnie - oznajmiła. - Le­

piej się czuję, kiedy coś robię. 

Trudno mu było się z nią spierać. Po śmierci ojca tyl­

ko wytężona praca pozwalała mu jakoś przetrwać. Całymi 

dniami pracował ze wszystkich sił, a wieczorem padał 

wyczerpany na łóżko i zasypiał jak kamień. Niestety, mi­

mo zmęczenia dręczyły go sny, ale przy odrobinie szczę­

ścia rano już o nich nie pamiętał. W końcu zbladły, zo­

stawiając po sobie tylko powracający od czasu do czasu 

smutek. Ich miejsce stopniowo zajęły pogodne wspo­

mnienia. 

Ciekawe, kiedy Mercy będzie mogła myśleć o zabi­

tym przyjacielu bez cienia rozpaczy w oczach. 

Kilka dni później zdarzyło się Grantowi coś, co nie 

przytrafiało mu się często. Miał wolny wieczór i posta-

background image

nowił wykorzystać go na lekturę. Musiał przyznać, że 

mógł sobie pozwolić na ten luksus dzięki Mercy. Z włas­

nej nieprzymuszonej woli wykonała na ranczu niezliczo­

ną liczbę małych napraw, które on zwykle odkładał na 

później i musiał się nimi zajmować wieczorami, po całym 

dniu wytężonej pracy przy zwierzętach i na pastwiskach. 

Przez to nigdy nie miał czasu na nieliczne w swoim życiu 

przyjemności. 

Westchnął z satysfakcją i zagłębił się w wygodnym, 

skórzanym fotelu ojca, opierając stopy na podnóżku. 

Przez kilka minut po prostu siedział z książką w ręku 

i cieszył się perspektywą dwugodzinnej spokojnej lektu­

ry. Oczy same mu się zamknęły, gdy leniwie się zasta­

nawiał, co też porabia Mercy. Kiedy przyjechał do domu, 

flirtowała z Jokerem, ale potem już jej nie widział. Wziął 

prysznic, wyjątkowo długi, ponieważ przyszło mu dziś 

ratować cielę, które ugrzęzło w błotnistym bajorze na po­

łudniowej równinie. Pod koniec całej operacji był bar­

dziej ubłocony niż żałośnie ryczące zwierzę. Gdy dotarł 

do domu, warstwa błota na skórze zmieniła się w twardą 

skorupę. 

Gwałtownie otworzył oczy, ze świadomością, że coś 

się zmieniło. W gabinecie panowały ciemności. Półprzy­

tomnie pomyślał, że żarówka się przepaliła. Nagle zdał 

sobie sprawę, że jest czymś przykryty i dopiero po chwili 

rozpoznał pled zdjęty z oparcia kanapy. Wysunął spod 

niego rękę i zapalił lampę. W jej świetle zobaczył swoją 

książkę, starannie odłożoną na podręczny stolik. Zegar 

na biurku w drugim końcu pokoju wskazywał trzecią 

w nocy. 

background image

Czyżby Walt tak o niego zadbał? Nie, stary, poczciwy 

Walt mógł zgasić światło, może nawet odłożyć książkę 

na stolik, ale otulanie kocem nie było w jego stylu. Na 

ogół też po powrocie do swojej ciepłej, wygodnej kwatery 

nie zaglądał do domu. 

Grant wiedział, kto najprawdopodobniej się o niego 

zatroszczył, tylko nie chciał przyznać przed samym sobą, 

że to Mercy znalazła go tu śpiącego i przykryła kocem 

jak dziecko. Nie chciał też przyznać, że sprawiło mu to 

dziwną przyjemność. 

Uświadomił sobie, że w bardzo krótkim czasie polubił 

jej obecność na ranczu. 

- Ta panna to twarda sztuka - stwierdził Walt. -

O wiele twardsza, niż się wydaje. 

Grant nie musiał pytać, o kogo chodzi. Nawet gdyby 

nie wynikało to jasno z słów Walta, na ranczu była tylko 

jedna „panna". 

- Nie była zbyt zadowolona, kiedy chciałem jej po­

móc z tą belą siana - wtrącił Chipper raczej ponuro. 

- A potrzebowała pomocy? - zapytał Walt, a Grant 

mógł łatwo przewidzieć odpowiedź. 

- No... nie - wyjąkał Chipper ze skruszoną miną. -

Wrzuciła belę na przyczepę, jakby przez całe życie nic 

innego nie robiła. Jest bardzo silna. 

- I szybko się uczy - dodał Walt. - Zajrzałem dzisiaj 

do tej tarantowatej klaczy. Trochę się o nią martwię. Za­

chowuje się tak niespokojnie, chociaż ma się oźrebić do­

piero za półtora miesiąca. 

- Ja też się o nią martwię - stwierdził Grant. 

background image

Klacz, którą nazywali po prostu Lady, była jednym 

z ich najcenniejszych zwierząt, a teraz w dodatku miała 

urodzić źrebię po Jokerze. Ich pierwszym potomkiem był 

źrebak, który kilka dni przedtem przeskoczył przez ogro­

dzenie i Grant miał nadzieję, że drugi potomek okaże 

się równie udany. 

- Ale co to ma wspólnego z... naszym gościem? 

- Kiedy przyszedłem do stajni, zobaczyłem, że ta 

dziewczyna wysprzątała wszystkie boksy z jednej strony. 

Grant spojrzał na niego zdziwiony. 

- Wyrzuciła gnój z boksów? 

- I to bardzo sprawnie. 

Naprawiła uprząż. Ułożyła zapasowe drewno. Posprzą­

tała w składzie na narzędzia. Wyczyściła jego broń. Upiekła 

chleb. A potem ładowała bele siana na przyczepę i czyściła 

końskie boksy. 

Przypomniały mu się słowa Kristiny, że Mercy po­

trzebuje wypoczynku. Jeśli to ma być wypoczynek, to 

Grant nie chciał nawet myśleć, jak wygląda jej dzień pra­

cy. Przecież wszystko, co tu robiła, to nie była zabawa 

w prowadzenie gospodarstwa, tylko ciężka harówka, pro­

sta, fizyczna praca, wymagająca siły i wytrzymałości. 

Nigdy by się tego po Mercy nie spodziewał. 

Powinno go to chyba czegoś nauczyć. Nadal dręczyło 

go nieprzyjemne poczucie winy, że to przez jego zacho­

wanie i opowieści o srogiej zimie Mercy poczuła się zo­

bowiązana zapracować na swoje utrzymanie. Prawdą by­

ło, że wszyscy mieli co robić w czasie cielenia się krów, 

przepędzania bydła czy znaczenia nowych sztuk, ale zima 

w dodatku była bardzo niebezpieczna dla ludzi i zwie-

background image

rząt. Może jednak jego słowa zabrzmiały w jej uszach 

zbyt groźnie. 

- ...z tym zrobisz, synu? 

Grant zamrugał oczami i spojrzał na Walta. 

- Co mówiłeś? Zamyśliłem się. 

Rozbawiony Walt parsknął śmiechem. 

- Ostatnio często ci się to zdarza. Nie myśl tak dużo, 

bo to ci może zaszkodzić. 

- Dobrze, dobrze - wymamrotał Grant i wyszedł ze 

stajni. 

Znalazł Mercy w domu. Właśnie dokładała polano do 

pieca. Od kilku dni regularnie uzupełniała stos przygoto­

wanego do spalenia drewna. Grant od niepamiętnych cza­

sów obiecywał sobie, że będzie to robił, ale nadmiar zajęć 

bardzo mu to utrudniał. Odkąd na ranczu pojawiła się 

Mercy, stos drewna obok pieca stale był tej samej wiel­

kości. 

- Nie musisz tego robić, wiesz? - odezwał się bez 

żadnego wstępu, chociaż nie tak chciał zacząć rozmowę. 

Mercy wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco. 

- Nie muszę dokładać do pieca? To przejaw czystego 

egoizmu. Nie lubię szczękać z zimna zębami, zwłaszcza 

w zamkniętym pomieszczeniu. 

- Chodziło mi o coś innego. 

Zamknęła drzwiczki do pieca, zrobione z hartowane­

go szkła, i wytarła ręce o dżinsy, opinające jej zgrabne 

biodra i pośladki. Spojrzała Grantowi prosto w oczy. Za­

czynał się już przyzwyczajać do jej śmiałego spojrzenia. 

Podejrzewał, że równie śmiało stawiała czoło większości 

spraw w życiu. 

background image

Może z wyjątkiem śmierci Nicka Corelli. 

- W takim razie o co ci chodziło? 

- Mówiłem ci już, że nie musisz pracować. 

- A ja ci powiedziałam, że lubię mieć jakieś zajęcie. 

- Dobrze. Wynajduj sobie zajęcia. Jesteś tu bardzo 

pomocna, ale naprawdę nie musisz przerzucać bel siana 

i czyścić końskich boksów. 

- Wiem. 

- To ciężka, brudna robota. Zostaw to chłopakom. 

Patrzyła na niego z namysłem. 

- Aha. Czyli mogę piec chleb i szyć. To ci nie prze­

szkadza? 

Od samego początku rozmowy przeczuwał, że wy­

nikną z niej jakieś kłopoty. 

- Nie to miałem na myśli. Niezupełnie to. 

- No to co? Wydaje ci się, że nie potrafię pracować? 

- Byłby to z mojej strony dowód głupoty. Przecież 

już pokazałaś, co potrafisz. - Starał się okazać zdrowy 

rozsądek. 

- Dlaczego więc każesz mi przestać? 

Wypuścił ze świstem powietrze. 

- Nic ci nie każę. Ale podobno przyjechałaś tu dla wy­

poczynku, a nie po to, żeby się zapracowywać na śmierć. 

- A nie przyszło ci do głowy, że tylko w ten sposób 

mogę się trochę odprężyć? - W jej głosie słychać było 

napięcie. 

- Owszem, przyszło - odparł szczerze. - Sam do­

świadczyłem czegoś podobnego. Ale ja jestem przyzwy­

czajony do takiej pracy, a ty nie. I chociaż jesteś tward­

sza, niż się wydaje, to i tak możesz sobie zrobić krzywdę. 

background image

Z początku wydawała się zaskoczona jego odpowie­

dzią, ale już po chwili w jej oczach znów ukazały się 

buntownicze błyski. 

- Ta gadanina w stylu macho być może zrobiłaby na 

mnie wrażenie, kiedy miałam dwanaście lat i świata poza 

tobą nie widziałam - warknęła. - Nie jestem już dziec­

kiem. Nie potrzebuję opieki. 

Grant cofnął się, zdziwiony i trochę rozbawiony taką 

żywiołową reakcją. Nie, to nie dziecko stoi przed nim 

i spogląda mu prosto w oczy, zadzierając głowę do góry. 

To pełna ognia, nieustraszona kobieta, pomyślał. 

Niefortunnie dobrałem słowa, zganił się zaraz w du­

chu. Wyrażenie „pełna ognia" w połączeniu z Mercy 

sprawiło, że jego ciało przeszedł dreszcz. Czy ten we­

wnętrzny ogień, który w niej płonie, ogarnia wszystkie 

aspekty jej osobowości? Czy równie namiętnie reaguje 

w innych okolicznościach i miejscach? 

Starając się stłumić ogarniające go podniecenie, pomy­

ślał, że jeśli tak jest, to z tego Nicka był wielki szczęściarz. 

Natychmiast zdał sobie sprawę, że nazwał szczęścia­

rzem człowieka, którego niedawno zastrzelono na jakiejś 

brudnej, wielkomiejskiej ulicy i uświadomił sobie absur­

dalność swoich wniosków. 

- Dobrze - powiedział, starając się, aby jego głos 

brzmiał beztrosko. - Po prostu boję się, że Kristina urwie 

mi głowę, jak się dowie, że tak ciężko pracujesz. 

Mercy bez oporu przyjęła zmianę tonu rozmowy. 

- A więc o to chodzi. Boisz się młodszej siostry. 

- Każdy facet przy zdrowych zmysłach boi się Kri-

stiny. 

background image

- Masz rację. - Uśmiechnęła się, a po chwili wes­

tchnęła. - Zawsze chciałam być taka jak ona. 

Grant zmarszczył czoło. 

- Słucham? 

- No, wiesz. Piękna, błyskotliwa, lubiana, towarzy­

ska. Ja jestem zupełnie inna. 

- Nic ci nie brakuje - oznajmił szorstko. - Światu 

niepotrzebna kolejna taka rozpuszczona uwodzicielka jak 

Kristina. Ty jesteś zrównoważona, solidna i ani trochę 

nie rozpuszczona. 

- Wielkie dzięki - rzekła Mercy, ale jej usta lekko 

się skrzywiły. - Takie słowa to muzyka dla uszu każdej 

dziewczyny. 

Odwróciła się i pobiegła na górę, a on patrzył za nią 

zdziwiony, stojąc bez ruchu. 

Ach, te kobiety, pomyślał kwaśno. Nie miał najmniej­

szego pojęcia, co ją tak rozzłościło. Powinien chyba po­

zwolić Jokerowi zajmować się kobietami na ranczu. Ten 

koń najwyraźniej zna się na tym lepiej od niego. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Mercy przeciągnęła się i znów zwinęła w kłębek, pró­

bując odnaleźć nagrzane ciałem miejsce w pościeli. Na­

trafiła jednak na zimne prześcieradło i otworzyła oczy. 

Wokół panował szary półmrok. Minęło kilka minut, za­

nim postanowiła sprawdzić, która właściwie jest godzina. 

Od długiego czasu sypiała bardzo źle, a dzisiejsza noc 

upłynęła jej całkiem spokojnie i szkoda jej było całkiem 

wybić się ze snu. 

Zegar na nocnym stoliku powiedział jej, że minęła 

ósma, i Mercy natychmiast rozbudziła się do końca. Od 

dawna nie spała tak długo. Usiadła i dla rozgrzewki roz­

tarta ramiona. W pokoju panował chłód. Grant pewnie 

jak zwykle wyszedł z domu przed świtem, więc ogień 

musiał przygasnąć. Należy szybko dorzucić kilka drew 

do pieca, zanim całkiem zgaśnie. 

Ziewnęła, włożyła dżinsy, ciemnozielony sweter 

i ocieplane kożuszkiem buty, w których nigdy nie marzły 

jej stopy. Znów ziewnęła. Nic dziwnego, że Grant zasnął 

w fotelu, pomyślała. 

Zaskoczyła ją jedynie książka leżąca na jego piersi. 

Nie spodziewała się, że szorstki kowboj, silną ręką pro­

wadzący wielkie ranczo, czytuje Szekspira. Zerknęła na 

background image

półki za fotelem i zobaczyła tam więcej dzieł Szekspira, 

Moliere'a i innych klasyków, a obok nich całkiem spory 

wybór współczesnych technothrillerów. Przypomniało jej 

to, że Grant długo nie mógł zdecydować, czy chce stu­

diować literaturę czy inżynierię, choć zawsze wiedział, 

że w końcu i tak wróci na ranczo. 

Doszła do wniosku, że nie powinna się dziwić scenie, 

którą zobaczyła w gabinecie. Wiedziała przecież, że 

Grant ukończył college z wyróżnieniem. Powiedziała jej 

o tym Kristina, dumna z sukcesu starszego brata. Mercy 

pamiętała lato, kiedy Grant wyjechał na uczelnię. Miała 

wtedy czternaście lat. Płakała, przekonana, że nigdy już 

nie zobaczy swojego rycerza w srebrnej zbroi. Potem po­

szła do szkoły średniej i następnego lata była już zbyt 

dorosła, żeby rozpamiętywać dziecinne zauroczenie star­

szym kolegą. 

Mimo wszystko zeszłego wieczoru przystanęła przy 

zniszczonym fotelu i długo patrzyła na pogrążonego we 

śnie Granta. Jego usta, tak skore do uśmiechu, czasem 

ironicznego, teraz układały się miękko, a półksiężyce cie­

mnobrązowych rzęs rzucały cień na opalone policzki. 

Przez chwilę wolny od trosk związanych z prowadzeniem 

wielkiego rancza, znów wyglądał jak tamten osiemna­

stoletni chłopak, gotowy iść na podbój świata. 

Kiedy wyjechał, świat Mercy się nie zawalił, chociaż 

właśnie tego się spodziewała. Zapomniała o dziecięcym 

zauroczeniu i zwrócenie na siebie uwagi Granta przestało 

być jedynym celem w jej życiu. Tym bardziej powinna 

zignorować fakt, że serce zabiło jej mocniej i poczuła 

nagłą falę gorąca, kiedy Grant żartobliwie oświadczył, że 

background image

teraz lepiej doceniłby jej starania. Za bardzo przypomi­

nało to reakcję tamtego zadurzonego dzieciaka. 

Jeszcze raz ziewnęła, przeciągnęła się i zeszła na dół. 

Nadal zaspana, poruszyła dopalające się resztki w pale­

nisku, aż rozbłysły jasnym światłem. Dodała kilka ma­

łych, suchych kawałków drewna do rozpałki, a kiedy za­

płonęły wysokim płomieniem, włożyła dwa polana. Przez 

kilka minut stała przy piecu, czekając, aż ciepło rozgrzeje 

jej ręce. 

Z roztargnieniem, nadal rozmyślając o tym, jak to mo­

żliwe, że tak długo spała, podeszła do frontowego okna 

i odsunęła zasłonę, którą kilka dni temu tak pracowicie 

zszyła. Musiała szybko zmrużyć oczy. 

Śnieg. W ciągu jednej nocy pokrył wszystko nie­

pokalaną bielą, ścierając wszelkie inne kolory z palety 

ziemi. 

W mieście pierwszy śnieg zawsze witała z radością. 

Czysta, biała powłoka maskowała choć na krótką chwilę 

brzydotę, z którą tak często miała styczność w pracy. 

Wiedziała, że to tylko pozory, że brzydota nadal tam jest, 

ale lżej jej było na duszy, kiedy sama przed sobą udawała, 

że świat jest jasny i czysty, jak pierwszy śnieg. Tutaj ota­

czał ją piękny, chociaż surowy krajobraz, a biały puch 

jedynie dodawał mu miękkości. 

Włożyła kożuszek i wyszła z domu. Wzięła długi, 

głęboki oddech. Powietrze było rześkie i tak czyste, że 

niemal czuła jego smak. Mimowolnie się uśmiechnęła, 

a kiedy zeszła z werandy i usłyszała pod stopami skrzy­

pienie śniegu, jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. 

Nagle znieruchomiała i zamyśliła się. Kiedy Kristina 

background image

zasugerowała jej wyjazd w jakieś odludne miejsce, gdzie 

mogłaby nic nie robić i mieć czas na przemyślenie róż­

nych spraw, miała wiele wątpliwości i nie wydawało jej 

się to najmądrzejszym rozwiązaniem. Owszem, po tak 

wielu latach spotkanie z Grantem mogło być ciekawe 

i dostarczyć interesującego materiału do przemyśleń, ale 

obawiała się, że nic nie będzie w stanie odciągnąć jej 

myśli od Nicka. Bała się, że cały czas będzie myślała 

tylko o tym, by wrócić do domu i zająć się ściganiem 

morderców. 

Nie przewidziała jednak, że Grant McClure potrafi od­

ciągnąć jej myśli od wszelkich problemów, co samo w so­

bie stwarzało nowy problem. Powtarzała sobie jednak, 

że potrafi wybić sobie z głowy tę niemądrą reakcję, że 

jest to tylko pozostałość dziecinnego zauroczenia. Poza 

tym dowodziło to, że nawet jako dziecko miała dobry 

gust. Grant był teraz równie przystojny, jak czternaście 

lat temu, kiedy go pierwszy raz zobaczyła. Może nawet 

przystojniejszy. Czas obchodził się z nim bardzo łagod­

nie. Jako trzydziestoletni mężczyzna, Grant był... 

Nie znajdowała słów. Uśmiechnęła się do siebie w du­

chu. Grant zawsze wywierał na niej takie wrażenie. Kie­

dyś jej to nie przeszkadzało, ale teraz powinna być od­

porna na takie rzeczy. Denerwowała ją własna reakcja 

i miała ją sobie za złe. Przecież Grant jasno dał jej do 

zrozumienia, że nie jest w jego typie. „Jesteś zrówno­

ważona, solidna i ani trochę nie rozpieszczona". Pięknie. 

Równie dobrze mógłby tak powiedzieć o psie albo koniu. 

Usta jej zadrgały. No, może nie o koniu. Zapewne 

uważał, że ona ma mniej osobistego uroku niż ognisty, 

background image

piękny Joker. Dlaczego nie zdusiła w sobie tych niemą­

drych, szczeniackich uczuć, skoro wiedziała, że Grant nic 

do niej nie czuje? 

Nagle przyszło jej do głowy, że być może robi to spe­

cjalnie. Może instynkt obronny nakazywał jej skupić 

uwagę na Grancie, żeby ociągnąć jej myśli od dręczących 

wspomnień. Umysł w samoobronie potrafi działać w bar­

dzo dziwny sposób. Niejednokrotnie była tego świad­

kiem. 

A więc tylko jej się zdaje, że na jego widok serce 

bije jej szybciej, że ogarnia ją czułość, kiedy patrzy na 

niego, jak zmęczony ciężką pracą śpi w fotelu, trzymając 

w stwardniałych rękach tom Szekspira? Nie bardzo w to 

wierzyła, ale... 

- Sprawdzasz, ile trzeba czasu, żeby zamarznąć na 

kość? 

Odwróciła się gwałtownie. Grantowi znów udało się 

ją zaskoczyć. Jak on to robi? Zwykle zachowywała czuj­

ność i trudno było ją podejść. Wyniosła to przyzwycza­

jenie z pracy. 

- Uwielbiam pierwszy śnieg - powiedziała. Miała 

nadzieję, że rumieńce na jej policzkach wyglądają na wy­

wołane mrozem. 

- Tutaj nie jest tak jak w mieście. Żaden pług nie 

oczyści ci drogi. Przestanie ci się tu podobać, kiedy za­

sypie nas na dwa metry i przez wiele dni nie będzie moż­

na wyjść z domu. 

Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem. 

- Ciągle mi powtarzasz, że pochodzę z miasta. My­

ślisz, że o tym zapomniałam? 

background image

Wzruszył lekko ramieniem. 

- Tak tylko mówię, dla przypomnienia. 

Zastanawiała się, komu chce o tym przypomnieć. 

Wróciła pod osłonę werandy. 

- A więc chcesz mi przypomnieć, że jestem z miasta? 

Mało prawdopodobne, żebym o tym zapomniała. 

- Zgadza się. Dziewczyny z miasta nigdy o tym nie 

zapominają. - Grant stanął obok niej i spojrzał na biały 

krajobraz. - Czasami lubią odwiedzać takie odludne 

miejsca, zwłaszcza kiedy jest ciepło, słonecznie i na łą­

kach baraszkują cielęta i źrebaki, ale nie zamieszkałyby 

tu nigdy. 

Mówi o Kristinie, pomyślała Mercy. Z ust przyjaciół­

ki usłyszała kiedyś niemal identyczne słowa. „Dla Granta 

ranczo to całe życie. Owszem, muszę przyznać, że tamta 

okolica ma swoje szczególne, dzikie piękno, no i małe 

zwierzątka są takie urocze, ale tam nie ma latarni ani 

neonów!". 

- Kristina... - zaczęła Mercy i zaraz urwała. Nie by­

ła pewna, czy powinna ciągnąć ten temat. Trochę się bała, 

że obróci się to przeciwko niej. 

Grant znów lekko wzruszył ramionami. 

- Może nie byłaby taka rozpuszczona, gdyby musiała 

tu mieszkać przez jakiś czas, z dala od wielkomiejskich 

świateł i blichtru. Ale ona nie potrafiłaby żyć nigdzie in­

dziej. 

- To tobie chyba należałoby o czymś stale przypo­

minać - oznajmiła cicho Mercy. - Nie jestem Kristina. 

- Ani twoją matką, dodała w duchu, myśląc, że te słowa 

pewnie uraziłyby Granta. 

background image

- Nie, nie jesteś Kristiną - zgodził się bez oporu. -

Ale też jesteś dziewczyną z miasta. 

- A dziewczyna z miasta zawsze będzie dziewczyną 

z miasta, tak? - Jego uprzedzenie zaczynało ją trochę iry­

tować, chociaż częściowo już rozumiała, dlaczego jest 

to dla niego tak drażliwa sprawa. 

- Ciężko jest się zmienić - oświadczył, starając się, 

by jego słowa zabrzmiały jak najbardziej dyplomatycznie. 

- Ja też nie potrafiłbym się przystosować do miejskiego 

trybu życia. Zawsze to wiedziałem. 

- Nawet kiedy miałeś cztery lata? 

Uśmiechnął się, chociaż nie nazbyt radośnie. 

- Wiedziałem o tym jeszcze wcześniej. To jest mój 

dom. Zawsze tak było i będzie. 

Mercy usiadła na pięknej, bujanej ławce z rzeź­

bionego drzewa cedrowego, która prostemu, funkcjonal­

nemu domowi nadawała zdecydowanie cieplejszy wyraz. 

- Ojciec kupił ją dla mamy na rocznicę ślubu - wy­

jaśnił Grant. - Kazał ją sprowadzić z małego sklepu na 

obrzeżach San Antonio. Miał nadzieję, że jeśli mama bę­

dzie na niej często siadywała, to doceni piękno okolicy. 

Owszem, doceniła je, ale to nie wystarczyło. A może sta­

ło się to za późno? Już się zdecydowała na wyjazd. 

- A ty kopnąłeś ojczyma w kostkę i stanowczo po­

wiedziałeś mamie, że nie chcesz z nimi jechać, kiedy cię 

o to poprosiła. 

- Miałem tylko cztery lata. - Grant również poczuł 

narastającą irytację. - Chciałem, żeby ojciec i matka 

znów byli razem. Wydawało mi się, że jeśli zostanę na 

ranczu, to i ona w końcu tu wróci. 

background image

- Ale była już żoną Nate'a. 

- Dla czteroletniego chłopca to nie miało większego 

znaczenia. - Skrzywił się. - Mimo wszystko żałuję, że 

wtedy go kopnąłem. 

- Jakoś to przeżył - odparła Mercy trzeźwo. - On 

kocha twoją matkę. 

- Wiem. Czasami mi się wydaje, że to jedyna osoba, 

którą naprawdę kocha. Owszem, dba o swoje dzieci, 

ale... 

- Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Dopiero nie­

dawno poznałam Jane i Michaela, ale wydaje mi się, że 

żadne z nich nie ma pewności, co tak naprawdę ich ojciec 

do nich czuje. - Zerknęła na Granta z ukosa. - Ty przy­

najmniej nie możesz mieć wątpliwości, że matka cię 

kocha. 

- Już ich nie mam. Ale kiedy mój mały podstęp nie 

wypalił, nie byłem tego taki pewien. Dopiero kiedy skoń­

czyłem dziesięć lat, przestało mnie to dręczyć. 

- Matka uszanowała twoją decyzję. 
- Tak. Zawsze szanuje moje decyzje. Musi to być dla 

niej dość trudne, ponieważ większość ludzi uważa, że 

marnuję sobie tutaj życie. 

- Marnujesz życie? 

Złożył ramiona na piersi. Mercy zastanowiła się, jakie 

słowa sprawiły, że przybrał tę obronną pozycję. Przybierał 

ją zresztą dość często. 

- „Jesteś bystrym facetem, Grant, mógłbyś wymyślić 

coś lepszego" - cytował z goryczą. - „Masz wyższe wy­

kształcenie, Grant, co robisz na tym odludziu, wśród 

krów? Zmarnowane cztery lata nauki w college'u". 

background image

Mercy spojrzała mu prosto w oczy. 

- Ale ty właśnie to chcesz robić, prawda? 

- Zawsze tylko to chciałem robić. - Determinacja 

w jego głosie świadczyła, że nieraz musiał bronić swego 

wyboru. 

- Powiedz tym, którzy cię krytykują, żeby pilnowali 

własnego nosa. - Spojrzał na nią zaskoczony. - Spotka­

łam bardzo wielu ludzi schwytanych w pułapkę zniena­

widzonej pracy. Wiem, co to potrafi zrobić z człowiekiem 

i jego otoczeniem. Jeśli twoja praca cię uszczęśliwia, to 

znaczy, że dobrze wybrałeś. 

Uśmiechnął się do niej niespodziewanie ciepło, a Mer­

cy odniosła wrażenie, że nagle zaświeciło słońce. 

- Tak właśnie powiedziała mi matka, kiedy ostatnio 

kolejny raz miałem poważną rozmowę z Nate'em - od­

rzekł Grant. 

- Bardzo mądrze z jej strony. Wydaje mi się, że naj­

trudniejszym zadaniem dla rodzica jest uszanowanie de­

cyzji własnego dziecka, jeśli się z nią nie zgadzają. 

Grant oparł się o słupek werandy i spojrzał na Mercy 

z zastanowieniem. 

- Mówisz tak z doświadczenia? 

Skinęła głową. 

- Moi rodzice chcieli, żebym została lekarką. 

Grant zamrugał oczami. 
- Lekarką? A zostałaś policjantką. Do dość radykalna 

zmiana. 

- Nie byli nią uszczęśliwieni. Złożyłam podania do 

kilku college'ów z doskonałymi wydziałami medyczny­

mi. Do wszystkich zostałam przyjęta. Bardzo chciałam 

background image

pomagać ludziom, ale doszłam do wniosku, że nie jako 

lekarz. - Uśmiechnęła się smutno i ironicznie. - Wtedy 

tak mało wiedziałam o życiu. 

- Czego nie wiedziałaś? 

- Nie wiedziałam, że połowa ludzi, z którymi stykam 

się w pracy, wcale nie chce, żeby im pomagać. Oni chcą, 

żeby policja naprawiała ich błędy. - Zadrżała. - Inni 

oczekują, że policjant na stałe rozwiąże ich problemy. 

Nie stać ich na to, żeby samemu pociągnąć za cyngiel, 

więc chcą wszystko urządzić tak, żeby zrobił to za nich 

glina. Jakbyśmy byli maszynami bez żadnych uczuć... 

- Urwała nagle, zdając sobie sprawę, że mówi coraz głoś­

niej i za chwilę może całkiem stracić kontrolę nad emo­

cjami. - Przepraszam... Nie chciałam... 

Zagryzła wargę, by powstrzymać słowa cisnące się 

na usta. Poczuła kłucie pod powiekami. Niepotrzebnie 

zaczęła mówić o najtrudniejszych aspektach swojej pra­

cy. Przez to znów powróciły do niej myśli o wszystkim, 

co w niej było najgorsze. Spokój, który okazywała od 

chwili przybycia na ranczo, był chyba tylko pozorny. 

Znowu zadrżała i nie był to efekt chłodu. 

Nie wiedziała nawet, kiedy Grant usiadł obok niej na 

huśtawce. Była zbyt zaskoczona, by zareagować, kiedy 

otoczył ją ramionami. Promieniujące od niego siła i cie­

pło dawały jej poczucie spokoju i wyciszenia. 

- To trudna i niebezpieczna praca, Mercy - rzekł ła­

godnie. - Zawsze to wiedziałem, ale nigdy nie zastana­

wiałem się, jak to znoszą ludzie, którzy ją wykonują. Aż 

do tej chwili. 

Słychać było, że mówi to z niekłamaną troską, lecz 

background image

Mercy nabrała czujności. W jej obecnym stanie umysłu 

ciepło i poczucie bezpieczeństwa, jakie oferował Grant, 

były zbyt kuszące i zbyt niebezpieczne. 

Wyswobodziła się z jego objęć, starając się nie robić 

tego zbyt gwałtownie. Chciała jak najszybciej odsunąć 

od siebie poczucie bliskości. 

- Przepraszam, że tak się przed tobą rozkleiłam - oz­

najmiła sztywno. 

Spojrzał na nią uważnie, ale nie starał się jej przy­

ciągnąć z powrotem do siebie, nic jej też nie odpowie­

dział. Wstała i odstąpiła na bezpieczną odległość. 

- Ostatnio... dużo myślę na temat swojej pracy 

i mam coraz więcej wątpliwości - odezwała się, kiedy 

cisza stała się zbyt napięta. - Ale to nie znaczy, że musisz 

wysłuchiwać moich łzawych wynurzeń. 

- Chyba dobrze by ci zrobiło, gdybyś się przed kimś 

wygadała - odparł po chwili. 

Ale nie przed tobą, pomyślała Mercy. Nie mogła po­

dzielić się najskrytszymi myślami z tym mężczyzną, któ­

ry i tak już wystarczająco zburzył jej dość niepewny 

i wątły spokój umysłu. 

- Najpierw sama muszę wszystko przemyśleć - oz­

najmiła. 

- Widzę, że jesteś tak samo uparta jak dwanaście lat 

temu. 

- Po prostu chcę sama uporać się ze swoimi proble­

mami, a to wcale nie znaczy, że jestem uparta. 

- Ja mówiłem tylko o rozmowie na temat twoich pro­

blemów. Czy to by naruszyło twoje poczucie niezależ­

ności? 

background image

Spojrzała na niego ostro. 

- Zawsze mi się wydawało, że według mężczyzn ko­

biety za dużo gadają o swoich kłopotach. 

- Może właśnie chodzi o to, że za dużo przebywasz 

w towarzystwie mężczyzn i straciłaś umiejętność dziele­

nia się swoimi myślami. Czy gliniarze obnażają przed 

sobą dusze? 

Mercy groźnie zmarszczyła czoło, ale po chwili do­

strzegła wesołe iskierki w niebieskich oczach Granta i się 

rozchmurzyła. 

- Gliniarze duszą wszystko w sobie, dopóki nie eks­

plodują - wyjaśniła ironicznie. - Tak przynajmniej robi 

większość. 

- A ty? 

- Ja nie mam zamiaru eksplodować. Nie należę do 

tego typu. Tak przynajmniej twierdzi nasz wydziałowy 

psycholog. 

- Byłaś u psychologa? 

- Tego wymaga procedura po... po użyciu broni. 
- Pomogło ci to? 

- Trochę. - Spojrzała na zaśnieżony krajobraz. Już 

dłuższy czas siedziała bez ruchu i zaczynało jej się robić 

zimno. - Powiedział mi, że przyjazd tutaj to dobry po­

mysł. 

- A tobie jak się wydaje? 
- Tak, to chyba był dobry pomysł. To piękna okolica. 

W naturze jest coś, co do mnie przemawia, coś czystego, 

pierwotnego. Owszem, panują tu surowe warunki, ale 

świat jest taki czysty, pozbawiony zła. To... po prostu 

życie. 

background image

Grant patrzył na nią wyraźnie zaskoczony. 

- Ja... ja czuję to samo. Właśnie dlatego tylko tutaj 

mogę być naprawdę szczęśliwy. 

Przez długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 

Oboje czuli wyraźnie, że tworzy się między nimi nagła 

i niespodziewana więź. 

Uczucie to było tak silne, że niemal wystraszyło 

Mercy; nie chciała się mu poddawać, nie chciała w ogóle 

czegokolwiek odczuwać, w tej chwili była zbyt bez­

bronna. Niestety, tak zareagowało jej serce i rozum nie 

miał już nic do powiedzenia. Postanowiła stworzyć 

dystans między sobą i Grantem, choć była też świado­

ma, że wydarzyło się między nimi coś ważnego. Jak 

zwykle nie zamierzała tego ukrywać, zwłaszcza przed 

sobą. 

- Spodziewałam się, że znajdę tu spokój i dziką przy­

rodę, ale nie przewidziałam... że znajdę się w rozterce. 

Popatrzył na nią tak, jakby potrafił czytać w jej my­

ślach. Poczuła się nieswojo. 

- W rozterce? 

Popełniłaś błąd, Brady, powiedziała sobie w duchu. 

- Na przykład teraz jest mi bardzo zimno i chyba mu­

szę stąd iść - oznajmiła głośno. 

Szybko wstała z huśtawki i wróciła do ciepłego do­

mu, bojąc się, że za chwilę znów powie coś, czego będzie 

żałować. 

Meredith Cecelia Brady... 

Żadna inna kobieta nie potrafiła tak wytrącić go 

z równowagi. Miała tę zdolność już jako dziecko. 

background image

Grant przewrócił się na drugi bok i naciągnął na głowę 

grubą puchową kołdrę, chociaż nie było mu zimno. Śnieg 

z krótkimi przerwami padał przez cały dzień i noc, a je­

go warstwa na dachu tworzyła dodatkową izolację przed 

chłodem. Chociaż zerwał się lekki wiatr, w domu było 

cieplej niż przy bezśnieżnej pogodzie. 

Ludzie, którzy ustalili, że zima zaczyna się w grudniu, 

chyba nigdy nie byli w Wyoming, pomyślał Grant. Tutaj 

zima zupełnie nie przejmuje się kalendarzem i przycho­

dzi, kiedy ma ochotę. To jednak nie pogoda zajmowała 

teraz jego myśli. 

Dwanaście lat temu Mercy potrafiła wytrącić go 

z równowagi i zachowała tę zdolność do tej pory. Tylko 

teraz robiła to w zupełnie inny sposób, o wiele bardziej 

niepokojący i skuteczny. 

Nie dawała mu spokojnie zasnąć, chociaż zwykle po 

długim dniu wytężonej pracy spał jak kamień. Teraz prze­

wracał się z boku na bok, nasłuchiwał każdego dźwięku 

na zewnątrz, patrzył w sufit i z wysiłkiem powstrzymy­

wał się, by co chwila nie zerkać na zegarek, w oczeki­

waniu godziny, kiedy będzie mógł wstać. 

Kolejny szelest za oknem sprawił, że Grant odwrócił 

się na plecy i jęknął z irytacją. Lepiej by było, gdybyś 

zwlókł się z łóżka, McClure, i zabrał się do jakiejś roboty, 

zamiast tracić czas na rozmyślania o Mercy, pomyślał. 

Gdyby od razu to zrobił, pewnie miałby już za sobą po­

łowę codziennych obowiązków. 

Ciekawe, o jakie „rozterki" jej chodziło. 

Irytujące rozmyślania przerwał mu dźwięk przypomi­

nający skrzypienie otwieranych drzwi frontowych. Do-

background image

szedł do wniosku, że to może być tylko Walt. Może coś 

się stało? 

Wstał z łóżka i ubrał się pośpiesznie, nie tylko z po­

wodu panującego w sypialni zimna. Wciągnął grube, we­

łniane skarpety, ale buty wziął w rękę. Być może wcale 

nie będzie musiał ich wkładać, a poza tym nie chciał 

głośnym tupaniem obudzić Mercy. 

Kiedy wyszedł na korytarz, stwierdził, że Mercy i tak 

najprawdopodobniej już nie spała - drzwi do pokoju go­

ścinnego stały otworem. Mijając je, zerknął do środka 

i zobaczył, że koce i niebieska kołdra leżą na łóżku 

w nieładzie, świadcząc o niespokojnej nocy tego, kto pod 

nimi spał, czy raczej, tak jak on, usiłował zasnąć. Mercy 

pewnie też usłyszała dźwięk, który go zaniepokoił, i ze­

szła na dół, żeby sprawdzić, co to jest. 

- Walt?! - zawołał, schodząc po schodach. 

Żadnej odpowiedzi. Przyśpieszył kroku. Wpadł do sa­

lonu, ślizgając się na drewnianej podłodze. Tam zatrzymał 

się jak wryty. Drzwi frontowe stały otworem. 

Zrozumiał, że to nie Walt. Nigdy nie zostawiłby otwar­

tych drzwi, zwłaszcza w taką noc, kiedy na dworze sza­

lała śnieżyca. 

- Mercy? - Nadal żadnej odpowiedzi. 
Nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Trochę zirytowany 

podszedł do drzwi prowadzących do kuchni. Ciemność 

i cisza. Ruszył do drzwi frontowych, po drodze dokła­

dając trochę drewna do pieca. Zamknie te przeklęte drzwi, 

a potem się zastanowi, co się stało. Nie mógł otworzyć 

ich wiatr - zawsze pamiętał, żeby zamknąć je dokładnie. 

background image

A Mercy, chociaż wychowała się w mieście, na pewno 

nie była taka niedbała. 

Oparł rękę na klamce, wyjrzał na dwór i zrozumiał, 

że Mercy wyszła z domu. Na świeżym śniegu, zalegają­

cym deski werandy, widniały ślady małych stóp. 

Co się, u diabła, dzieje? 

Szybko włożył buty, zdjął z wieszaka ciepłą kurtkę 

i chwycił latarkę z półki. Wyszedł na werandę i zamknął 

za sobą drzwi. 

Ślady wiodły w dół po schodach, potem prosto, na­

stępnie skręcały w prawo, ku głównej stajni. 

Podążył w tamtą stronę, krzywiąc się, kiedy ostry 

wiatr uderzył go w twarz. Właśnie przez ten wiatr miał 

wrażenie, że jest zimniej niż w istocie. 

Obudził się w nim gniew. Po co Mercy wychodziła 

z domu w środku nocy, i to przy szalejącej śnieżycy? 

Czy nie zdawała sobie sprawy, że to niebezpieczne? Biała 

kurtyna śniegu sprawia, że łatwo stracić orientację, zgubić 

drogę i zamarznąć na śmierć nawet kilka metrów od bez­

piecznego schronienia, niewidocznego w zamieci? Co ją 

opętało? Czyżby nagle straciła cały rozsądek? Już mu 

się wydawało, że nie jest typową dziewczyną z miasta, 

ale teraz... 

Szedł coraz szybciej, wytężając wzrok, by nie zgubić 

śladów, które z każdą chwilą stawały się mniej widoczne, 

ponieważ śnieg nie przestawał padać. Nawet silne światło 

latarki nie przydawało się na wiele. Oślepiało go, odbi­

jając się od białej powierzchni. 

Jakieś dwadzieścia metrów od domu zgubił trop. Do­

myślił się jednak, że musiał wieść do stajni. Miał na-

background image

dzieję, że się nie myli. Rozsuwane drzwi były zamknięte, 

ale nie na skobel. 

Otworzył je i wszedł do środka, czując, jak narasta 

w nim napięcie. 

Wtedy zobaczył Mercy. Leżała zwinięta w kłębek, tuż 

przed boksem Jokera. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Joker zarżał jakby żałośnie, a Grant przerażony pod­

biegł do Mercy. Pośliznął się na słomie, ale nie upadł. 

Joker znów zarżał i wystawił głowę przez otwartą górną 

połowę drzwi od boksu, jakby się bał, że Grant nie za­

uważy leżącej dziewczyny. 

Mercy dygotała. Objęła się ramionami, jakby chciała 

opanować dreszcze albo się ogrzać. W stajni było dość 

ciepło, ale nie tak jak w domu, w dodatku na pewno zma­

rzła, idąc przez zasypane śniegiem podwórze. 

Grant przykląkł przy niej i zauważył, że jej instynkt 

samozachowawczy jednak funkcjonował. Przed wyjściem 

włożyła ciepłe buty i kożuszek. Ale co miała pod spo­

dem? Jakąś cienką, zieloną szmatkę. Coś, co wyglądało 

jak zwiewna nocna koszulka. 

- Czyś ty zupełnie zwariowała? - warknął, chwytając 

ją za ramiona. 

Posadził ją i już miał wygłosić jadowite kazanie, gdy 

podniosła na niego wzrok. Kiedy zobaczył jej oczy, cały 

jego gniew gdzieś się rozpłynął, a srogie słowa zamarły 

mu na wargach. Nigdy jeszcze nie widział nikogo w sta­

nie tak kompletnego załamania. Źrenice Mercy były roz­

szerzone i pełne grozy. Zrozumiał, że drży nie z zimna, 

background image

tylko z napięcia. Wyglądała jak człowiek ścigany przez 

demony. 

- Mercy? - powiedział cicho i tak łagodnie, jak 

umiał. - Co ci jest? Co się stało? 

Otoczył ją ramionami, a ona kołysała się, cicho jęcząc. 

Wiedział, że nie może jej teraz o nic wypytywać. Poza tym 

domyślał się, co doprowadziło ją do takiego stanu. 

Otworzył dolną połowę drzwi do boksu. Może nie po­

winien tak ufać ognistemu Jokerowi, ale założył, że zwie­

rzę, które tak uwielbia Mercy, nie zrobi jej krzywdy. No 

i ciepło końskiego ciała na pewno pomoże Mercy się roz­

grzać. Wniósł ją do środka i ułożył na czystej słomie. 

Zamknął drzwi, usiadł obok niej, rozpiął kurtkę i przy­

ciągnął dziewczynę do siebie, by dodatkowo ogrzać ją 

własnym ciałem. Nie opierała się, nie starała się odsunąć, 

co powiedziało mu więcej o jej stanie niż jakiekolwiek 

słowa. 

Joker zarżał cicho i obwąchał czubek głowy Mercy. 

- Nic jej nie będzie - zapewnił go Grant, zupełnie 

się nie przejmując, że rozmowa z koniem to dosyć ab­

surdalne zajęcie. Jego słowa miały właściwie dodać otu­

chy Mercy. No i jemu samemu. - Musi tylko się rozgrzać 

i uspokoić - mówił, nadal udając, że zwraca się do konia. 

Joker jednak najwyraźniej go zrozumiał, bo znów zarżał, 

jakby chciał potwierdzić jego słowa. 

Grant dawno już nie pocieszał kobiety. W przeszłości 

zdarzało mu się to kilka razy, ale nawet nie był pewien, 

czy robił to skutecznie. Zwykle chodziło o Kristinę, kie­

dy ta popełniła jakiś drobny grzeszek, albo o matkę, kie­

dy Nate zaszedł jej za skórę. 

background image

Nigdy jednak nie miał do czynienia z tak bardzo zgnę­

bioną i załamaną kobietą, może dlatego, że żadna 

z kobiet w jego otoczeniu nie musiała stawiać czoła ta­

kim wyzwaniom, jakie przed Mercy stawiała jej trudna 

praca. 

Długi czas po prostu siedział, trzymając drżącą dziew­

czynę w objęciach i starając się ocenić, czy jej stan się 

poprawia. Oparła głowę na jego ramieniu, a Joker co 

chwila dotykał nozdrzami włosów Mercy, jakby chciał 

wydobyć z niej jej zwykłą reakcję na jego zaczepki -

udawane oburzenie. Tym razem się nie doczekał. 

Grant dopiero teraz zobaczył, jak wyglądają jej włosy. 

Były złociste i miękkie w dotyku. Czuł bijący od nich 

lekki zapach szamponu jabłkowego, dzięki któremu, jak 

żartobliwie wyjaśniała, robiła takie piorunujące wrażenie 

na Jokerze. Przede wszystkim jednak czuł drżenie jej 

ciała. 

Zauważył, że pod nocną koszulą nie ma nic. Delikat­

na, cienka tkanina spływająca spod kożuszka na jej nogi, 

dziwnie kontrastowała z ciepłymi butami o wysokich 

cholewkach. Wyobrażał sobie, jak zieleń koszuli musi 

pięknie podkreślać szmaragdową barwę oczu Mercy. Pod­

świadomie wyczuwał, że jego ciało instynktownie reaguje 

na jej bliskość, ale natychmiast zdusił w sobie takie re­

akcje. Gdyby chciał teraz tę bliskość wykorzystać, za­

chowałby się niegodnie i obraźliwie. Mercy nie zasługi­

wała na takie zachowanie. 

Grant mówił nadal, choć nie bardzo sam siebie rozu­

miał. Po prostu wypowiadał ciepłe, kojące słowa, jakby 

uspokajał spłoszonego konia. Przytulił Mercy do siebie, 

background image

jednak nie tak mocno, by poczuła się schwytana w pu­

łapkę, o co przy tak znacznej różnicy wzrostu i budowy 

nie było trudno. 

Pozwoliła mu się obejmować. Wtuliła się w niego, 

lekko drżąc, ale nie wypowiedziała ani słowa. W końcu, 

kiedy jej dygot ustał, Grant również zamilkł, ale dalej 

ją obejmował. 

Joker również się uspokoił, lecz nadal czujnie patrzył 

na Mercy, i to z taką uwagą, że Grant zaczął się zasta­

nawiać, czy koń nie rozumie więcej, niż się wydaje. Wie­

dział, że zwierzęta wyczuwają nastroje ludzi. 

Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo siedzieli bez ru­

chu, zanim Mercy wreszcie się odezwała. 

- Przepraszam... - Jej głos był matowy i cichy. 

Grant milczał, mocniej obejmując ją ramionami. - Ja... 

Poruszyła się i przesunęła głowę, jakby chciała przy­

tulić się do niego bliżej. Ten pełen ufności gest sprawił, 

że poczuł ciepło wokół serca. 

- Myślałam, że już nie wróci. Ten okropny koszmar. 

Nie śnił mi się, odkąd tu przyjechałam. 

A więc to jakiś straszny sen wygonił ją na mróz. 
- Przepraszam, że po południu zacząłem rozmowę na 

temat twojej pracy. Może właśnie przez to znów miałaś 

niespokojną noc. 

- Psycholog mówił mi, że powinnam o tym rozma­

wiać. - Usłyszał, że westchnęła cichutko. - Ty też tak 

mówiłeś. Ale to bardzo trudne. Wszyscy moi znajomi... 

znali Nicka. Też obchodzą teraz żałobę i wydawało mi 

się, że nie powinnam z nimi rozmawiać o tym, co się 

stało. To było takie okropne. Nie mogłabym im powie-

background image

dzieć całej prawdy. Jest zbyt straszna, zbyt krwawa, a to 

są przecież jego przyjaciele, rodzina... 

Urwała i znów zaczęła drżeć. Przyciągnął ją mocniej 

do siebie. I tym razem nie opierała się, a nawet chętnie 

dała się przytulić. Nie był pewien, czy chce usłyszeć, co 

tak bardzo dręczyło tę dzielną kobietę, ale nie mógł też 

znieść widoku jej cierpienia. Ze wszystkich sił starała 

się opanować, chociaż miotające nią emocje wymykały 

się spod kontroli. 

- Powiedz mi - wyszeptał. - Wszystko mi opowiedz, 

Mercy. 

- Nie mogę. 
- Możesz. - Joker trącił ją nosem, jakby i on zachę­

cał ją do zwierzeń. - Czy znalazłabyś lepszego słuchacza 

niż ja? Nie znałem Nicka, wysłucham cię spokojniej niż 

jego bliscy. 

- Ale... 

- Co się wydarzyło? Kristina powiedziała mi tylko, 

że zginął na służbie. 

- Nie zginął przypadkiem. To była egzekucja. 

Teraz Grant miał już pewność, że nie chce tego słu­

chać, ale nie mógł się wycofać, kiedy wreszcie Mercy 

się otworzyła. 

- Mów dalej - zachęcił. Sam się zdziwił, że jego głos 

brzmi tak spokojnie i pewnie. 

- Pracowaliśmy nad... prowadziliśmy śledztwo. 

Wyczuł, że specjalnie mówi ogólnikowo, lecz nie do­

magał się szczegółów. Wiedział, że policjanci o pewnych 

sprawach nie rozmawiają z cywilami, bez względu na 

okoliczności i stan ducha. Tak ich wyszkolono. Nawet 

background image

na torturach mają podawać tylko nazwisko, stopień i nu­

mer. Tak to wygląda w wojsku, ale zapewne w policji 

obowiązują podobne zasady. 

- Nick dostał cynk od informatora, z którym od ja­

kiegoś czasu pracował, na temat morderstwa sprzed kilku 

lat. Zginął wtedy policjant, jego przyjaciel. Nick ufał te­

mu informatorowi. 

Coś w jej tonie pozwoliło mu przewidzieć dalszy ciąg. 

- I to był błąd? 

- Informator go zdradził i pomógł zastawić na niego 

pułapkę. Ludzie, których rozpracowywaliśmy, czekali na 

niego w magazynie, gdzie miał się spotkać z tym kapu­

siem. To była zasadzka, przygotowywana od samego po­

czątku. 

Zadygotała gwałtownie i Grant odruchowo ścisnął ją 

mocniej. W milczeniu zaczekał, aż się uspokoi. Nie 

chciał słuchać dalszego ciągu. Wiedział, że jeśli nie bę­

dzie nalegał, Mercy nic więcej nie powie. Ale wiedział 

też, że powinna wreszcie to z siebie wyrzucić. 

- Dokończ - ponaglił ochrypłym głosem. 
- Ja... Nie, nic. To nieważne. Nic już nie można 

zmienić. 

- Dokończ, Mercy. 

Przez chwilę miał wrażenie, że odmówi. Ale wyczuł, 

że mięknie, jeszcze zanim się odezwała. Mówiła nerwo­

wo, urywanie, a w jej słowach słychać było wściekłość 

i poczucie winy. 

- Związali mu ręce., na plecach. Strzelili mu... w tył 

głowy. 

- Cholera. 

background image

- Nie miał najmniejszych szans. Mógł liczyć tylko 

na mnie. A ja się spóźniłam. Kiedy przyszłam... on już 

umierał. 

Grant znieruchomiał. Nic o tym nie wiedział. 

- Byłaś tam? 

- Pracowaliśmy razem. Oczywiście, że tam byłam. 

- Jej głos stał się szorstki i cierpki. - Nie na wiele mu 

się przydałam. - Przełknęła ślinę i głośno nabrała powie­

trza. - Bardzo krwawił. Wokół było tyle krwi. W głowie 

miał... - Znów zadygotała. - Jeszcze oddychał. Ale jego 

oczy... były już,.. Skonał w moich ramionach. 

- Mercy... - wyszeptał Grant. 
- Gdybym tam była minutę wcześniej... Jedną głupią 

minutę. Gdybym tylko nie zatrzymała się, żeby złożyć 

meldunek i wezwać wsparcie... Gdybym poszła za nim 

do magazynu, to... 

- Mercy, przestań. 

Poczuł, że potrząsa głową, negując wszelkie tłuma­

czenia i słowa pociechy, jakie mógł jej ofiarować. 

- Nic nie rozumiesz? To moja wina, że zginął. Pra­

cowaliśmy razem, powinnam tam przy nim być, coś zro­

bić... 

- Na przykład zginąć razem z nim? - zapytał bru­

talnie. Chciał przerwać ten ciąg samooskarżeń wynika­

jący z poczucia winy. 

- Mogłam... 
- Przecież w takiej sytuacji regulamin nakazuje wez­

wanie wsparcia, prawda? 

- Tak, ale... 

- W takim razie zrobiłaś, co do ciebie należało. To 

background image

raczej twój współpracownik popełnił błąd. - Może nie 

należało tak mówić o człowieku, który zginął na służbie, 

ale Grant myślał teraz tylko o Mercy, o nieustraszonej 

dziewczynie, nękanej strasznymi wspomnieniami i nie­

potrzebnym poczuciem winy. 

- Był starszy stopniem. Powinnam iść za nim, a nie 

czekać, aż... 

- Gdybyś za nim poszła, już byś nie żyła. - Mówił 

beznamiętnie, surowo, konkretnie. - Ludzie, którzy go 

zabili, nie oszczędzają nikogo. Bez namysłu zastrzeliliby 

i ciebie. 

Bardzo chciał, by mu uwierzyła. Jemu wydawało się 

to jasne jak słoneczny, zimowy dzień w Wyoming. Mercy 

nic nie mogła zrobić, najwyżej dodać swoje nazwisko 

do listy ofiar. Tymczasem przeżyła i nękało ją poczucie 

winy, pogłębione przez fakt, że zamordowany był jej bar­

dzo bliski. W dodatku święcie wierzyła, że powinna była 

dokonać jakiegoś cudu, by uratować mu życie. 

Nie chciała przyjąć do wiadomości prawdy, zaakcep­

tować twardej rzeczywistości. Wyczuwał to. Była zbyt 

bliska ofierze, by spojrzeć na tę tragedię z odpowiedniej 

perspektywy. Patrzyła na nią przez mgłę bólu, rozpaczy 

i poczucia winy. Jej udręczony umysł udzielał fałszy­

wych odpowiedzi na pytania, które sobie sama zadawała. 

- Pamiętasz, jak kiedyś przyjechałem odwiedzić ma­

mę, a potem wyjechałem do północnej Minnesoty? - za­

pytał cicho. 

Najwyraźniej nie chciała zmieniać tematu, ponieważ 

dopiero po chwili skinęła głową. Grant raczej wyczuł ten 

ruch, niż go zobaczył. 

background image

- Wędrowałem po bardzo odludnych okolicach stanu. 

Drugiego dnia zobaczyłem watahę wilków ścigającą jelenia. 

To był młody jelonek, który oddzielił się od stada. Wilki 

osaczyły go i zagryzły, a tymczasem reszta stada uciekła. 

Nie był to przyjemny widok. Ale stado nie miało wyboru. 

Żadne ze zwierząt nie musiało się nawet zastanawiać nad 

decyzją. Ich działaniem kierował instynkt samozachowaw­

czy. Tylko ludziom przychodzi do głowy, że w tego typu 

sytuacjach mają wybór. Czasami nie wiem, czy to dobrze. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Chcę powiedzieć, że ten jelonek sam się naraził na 

niebezpieczeństwo, odłączając się od stada. 

Mercy zesztywniała. 

- Czy to znaczy, że według ciebie Nick sam jest wi­

nien swojej śmierci? Nie masz racji. Może miał obsesję 

na punkcie... tego śledztwa, ponieważ chodziło o zamor­

dowanie jego przyjaciela, ale to był najlepszy gliniarz, 

jakiego spotkałam. 

Mercy najwyraźniej nie była jeszcze gotowa, by za­

akceptować fakt, że jej ukochany być może jest częścio­

wo winien temu, co się stało. 

- Chodzi mi o to - wyjaśnił Grant - że w mieście 

również można spotkać takie wilki. Działają tak samo 

okrutnie jak te prawdziwe. A nawet gorzej, ponieważ wil­

ki zabijają z konieczności, żeby przetrwać. Gdybyś dała 

im cień szansy, ci ludzie zabiliby również ciebie. Czy 

Nick by sobie tego życzył? 

Rozluźniła się i oparła na jego ramieniu. 

- Nie - wyszeptała cichutko. 

- Mercy, tak mi przykro. Wiem, że go kochałaś, ale 

background image

nie ocaliłabyś go, najwyżej sama byś zginęła. Zadręczanie 

się poczuciem winy nie wróci mu życia. 

- Tak, kochałam go. Można powiedzieć, że to był 

jeden z moich najbliższych przyjaciół. 

Grant pomyślał, że dziwnie określa ukochanego. 

- Pamiętam, co się czuje, kiedy się traci bliską osobę, 

jaką pustkę to pozostawia - powiedział głośno. 

Odetchnęła głęboko i Grant niemal poczuł, jak bierze 

się w garść. 

- Wiem, że mnie rozumiesz. Twoja matka powiedzia­

ła Kristinie, że bardzo się o ciebie niepokoiła, kiedy 

zmarł twój ojciec. 

Grant cofnął się lekko. 

- Niepokoiła się? Nie wiedziałem. Nigdy wiele o nim 

nie rozmawialiśmy. 

- Ona go kochała, wiesz o tym, prawda? 

- Tylko trochę za mało. - W jego głosie nie było go­

ryczy. Długie lata nad sobą pracował, by się z tym po­

godzić i teraz był niemal dumny, że potrafi mówić o tym 

tak spokojnie. 

- Za mało, żeby tutaj zostać? Może i tak. Ale go ko­

chała. 

Grant westchnął. 

- Wiem o tym. Chyba jednak nigdy nie żałowała 

swojej decyzji wyjazdu. 

- Nie. Żałuje jedynie tego, że nie było jej przy tobie, 

kiedy dorastałeś. Tak mi powiedziała. I że gdybyś nie 

był wystarczająco silny, niezależny i uparty, żeby dać so­

bie radę bez jej wsparcia, to ona nie mogłaby wykorzystać 

drugiej szansy na szczęście, jaką dał jej los. 

background image

Roześmiał się. 

- Nieraz mi zarzucała, że jestem uparty jak osioł. 

Z ust Mercy wydobyło się ciche parsknięcie. Nie był 

to jeszcze śmiech, ale Grant doszedł do wniosku, że naj­

gorsze już minęło. 

- Mam tylko nadzieję, że dzieci Nicka okażą się rów­

nie silne, jak ty kiedyś - powiedziała z troską. 

- Nick... miał dzieci? 

- Dwoje. Chłopca i dziewczynkę. Bez niego na pew­

no będzie im ciężko w życiu. 

- Na pewno .. im jakoś pomożesz. 

- Zrobię, co się da. W końcu jestem ich chrzestną 

matką. Obawiam się jednak, że Allison szybko się nie 

pozbiera. 

Matka chrzestna? O co tu chodzi? 

- Allison? - powtórzył Grant. Żadne konkretniejsze 

pytanie nie przyszło mu do głowy. 

- Żona Nicka. 

- To Nick miał żonę? - zapytał oszołomiony. 

Uniosła głowę. 
- Oczywiście. Ożenił się z jedną z moich najbliż­

szych koleżanek - wyjaśniła, wyraźnie zdziwiona. - Sa­

ma ich ze sobą poznałam. 

- Ale ja myślałem... 

- Co myślałeś? 
- No, podobno byliście sobie bardzo bliscy. 

- Owszem, to prawda. - Głos jej lekko zadrżał. - Po­

wiedziałam ci, że to był jeden z moich najbliższych przy­

jaciół. Ale... nie tylko. Był ode mnie dziesięć lat starszy, 

od piętnastu służył w policji. Pomógł mi przetrwać trudne 

background image

początki, wiele mnie nauczył. Nigdy mnie nie rozpiesz­

czał, ale zawsze starał się, żebym się jak najwięcej do­

wiedziała o policyjnym rzemiośle. Byłam druhną na jego 

weselu, razem cieszyliśmy się z narodzin Matta i Lisy. 

Byliśmy jak rodzina. 

Ta pełna uczucia, płynąca prosto z serca przemowa 

sprawiła, że Grant poczuł się zawstydzony swoją pocho­

pną oceną związku łączącego Mercy i Nicka. 

- A ja myślałem, że byliście... no, wiesz. 

- Nie, nie wiem. Myślałeś, że co? - Urwała nagle, 

kiedy dotarł do niej sens jego słów. - Sądziłeś, że byli­

śmy... kochankami? 

- No, tak... - wydusił skrępowany. - Kristina mó­

wiła o was takim tonem... 

Chyba nigdy w życiu nie czuł się równie niezręcznie. 

Miał ochotę zapaść się pod ziemię i długo stamtąd nie 

wychodzić. 

- Powiedziała ci, że byliśmy sobie bliscy, więc od 

razu doszedłeś do wniosku, że to był... jakiś romans? 

- Ja... 

- Nie powiesz mi chyba, że według ciebie kobieta 

i mężczyzna nie mogą być po prostu przyjaciółmi? 

- Nigdy tak nie mówiłem - odparł pośpiesznie, pra­

gnąc zakończyć ten temat. - Po prostu moja siostra tak 

o was mówiła, że wyciągnąłem całkiem niewłaściwe 

wnioski. Bardzo mi przykro z tego powodu. 

Było mu nie tylko przykro. W jego myślach zapano­

wał okropny zamęt. Przerażała go brutalna historia opo­

wiedziana przez Mercy. Niepokoił go jej stan psychiczny 

i poczucie winy, wstydził się swego pochopnego osądu... 

background image

ale też ogarnęła go wielka ulga na wiadomość o tym, 

że Mercy i Nicka nie łączyło żadne romantyczne uczucie. 

I wcale mu się jego reakcja nie spodobała. Kiedy są­

dził, że jest pogrążona w żałobie po stracie ukochanego 

mężczyzny, potrafił kontrolować swoje uczucia wobec 

niej. Teraz jednak, gdy wiedział, że Nick był po prostu 

przyjacielem, mężem jej bliskiej koleżanki, a ona w do­

datku była matką chrzestną jego dzieci, nie wiedział, co 

począć ze swoimi splątanymi uczuciami. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Wyrzucała sobie, że nie podziękowała Grantowi za 

cierpliwe wysłuchanie jej zwierzeń i psychiczne wspar­

cie. Przynajmniej nie zrobiła tego tak, jak należało. Taką 

okrutną historię na pewno jest ciężko przyjąć nawet ko­

muś, kto nie był w nią osobiście zaangażowany. A prze­

cież Grant nie miał obowiązku słuchać jej zwierzeń i bo­

lesnych wspomnień. 

Rozmyślała o tym, spacerując po śniegu w spokojny, 

niedzielny poranek. Kiedy przypomniała sobie, jak ła­

godnie i czule Grant ją obejmował, poczuła, że się czer­

wieni. 

Starała się nie myśleć o tym, co zrobił i co ona wtedy 

czuła, jaką przyjemność dawał jej uścisk jego ramion. 

Nie chciała przyznać sama przed sobą, że pomógł jej 

bardziej niż ktokolwiek inny, po prostu dając jej swoją 

bliskość i dotyk. Jego słowa, właściwie podobne do tych, 

które wypowiadali inni, miały większą siłę i nieoczeki­

wanie dodały jej otuchy. 

Wiedziała, że trzeba czegoś więcej niż słów, by zdusić 

nękające ją poczucie winy, ale po raz pierwszy od tamtej 

tragedii poczuła, że to jest możliwe. Może rzeczywiście 

któregoś dnia uwierzy, że nie mogła nic zrobić? Niemal 

uśmiechnęła się na myśl o tym, że ktoś mógł ją podej-

background image

rzewać o romans z Nickiem, którego zawsze traktowała 

niemal jak starszego brata. Rozumiała, jak to się stało, 

że Grant doszedł do takiego wniosku, nie wiedziała tylko, 

dlaczego tak dziwnie się zachował, kiedy mu wyjaśniła 

jego błąd. Wydawał się niemal... zmartwiony. Nie po­

trafiła tego pojąć. 

Po nocnej zawierusze wstał pogodny dzień i śnieg za­

czynał już topnieć, lecz okolicę nadal przykrywał biały 

całun. Spojrzała na wyrastające na horyzoncie góry. Na­

pawała się ciszą i spokojem, który zaczynał się udzielać 

również jej. Miała nadzieję, że dzikie piękno otaczającej 

ją przyrody oczyści jej zmęczony umysł i uzdrowi udrę­

czoną duszę. 

Wiedziała, że nie powinna zbytnio ulegać urokowi te­

go miejsca. Miała tu zostać tylko dopóki mordercy nie 

zostaną schwytani. Potem wyjedzie do miasta, pomoże 

w wymierzeniu im sprawiedliwości i podejmie swoje 

dawne obowiązki. 

Usłyszała warkot silnika i spojrzała na żwirową drogę 

wiodącą na ranczo od lokalnej szosy. Zobaczyła czerwo­

ny wóz z napędem na cztery koła, bez trudu pokonujący 

zaśnieżoną trasę. To chyba ktoś miejscowy, pomyślała. 

Pewnie matka Chippera, pomysłowa, zaradna i bystra Ri­

ta, wzór dla wszystkich kucharek świata. 

Przestań, zganiła się w duchu Mercy. Takie myśli to 

czysta... złośliwość. Słowa „zazdrość" nie chciała do sie­

bie dopuścić. 

Ruszyła z powrotem do domu. Postanowiła, że za­

chowa się uprzejmie i powie Ricie, jak bardzo smako­

wały jej przygotowane przez nią potrawy, które jedli 

background image

w ubiegłym tygodniu. Nawet odgrzewane po zamrożeniu 

smakowały wybornie. 

Jej postanowienie straciło trochę na sile, kiedy pode­

szła bliżej i zobaczyła Ritę we własnej osobie. Rzeczy­

wiście okazała się brunetką, ale w najśmielszych 

wyobrażeniach Mercy nie spodziewała się, że jest tak 

piękna. 

Niosła przed sobą skrzynkę wypełnioną najróżniejszy­

mi produktami spożywczymi. Na wierzchu leżały dwie 

duże torby, a jedna z nich chwiała się niebezpiecznie. 

Mercy pośpieszyła na ratunek. 

- Ojej! Dzięki. W tej torbie są jajka. 
- Jasne. - Mercy wzięła również drugą torbę i Rita 

odetchnęła z ulgą. - Zawsze tak jest, że spada torba 

z czymś, co się najłatwiej tłucze. 

Kobieta roześmiała się radośnie. Jej śmiech był bardzo 

przyjemny dla ucha - Mercy przyznała to z ciężkim, tłu­

mionym westchnieniem. W ciemnych, urzekających 

oczach Rity błyszczały ogniki humoru. A na palcu lewej 

ręki lśniła ślubna obrączka. 

- Nazywam się Rita - przedstawiła się brunetka. -

A ty pewnie jesteś Mercy. 

- Tak mało tu kobiet, że nietrudno zgadnąć - odparła 

Mercy z uśmiechem. 

Razem wniosły skrzynkę i torby do kuchni. Rita znów 

się roześmiała. 

- Grant uprzedził mnie o twoim przyjeździe. Nie po­

wiedział mi tylko, że będziesz prawdziwą ozdobą tego 

domu. 

Mercy zamrugała oczami. 

background image

- Eee... Dziękuję- wyjąkała, zaskoczona nieoczeki­

wanym komplementem. 

- Za to mój syn opisał mi cię bardzo dokładnie. Zdaje 

się, że całkiem zawróciłaś mu w głowie. 

- Ja... nie chciałam - odrzekła ostrożnie. 

Nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Oczywiście za­

uważyła, że Chipper się w niej zadurzył, ale w końcu 

rozmawia teraz z jego matką. 

- Nic nie szkodzi, kochana. Martwiłoby mnie to, gdy­

by nie fakt, że Chipper zakochuje się średnio raz na mie­

siąc. 

- Aha. To bardzo dobrze. 

Rita znów roześmiała się dźwięcznie i wesoło. Podo­

bnie jak Kristina, miała ujmującą osobowość, ale w zu­

pełnie innym stylu - bardziej swojską i otwartą. Była też 

piękna, chociaż jej uroda stanowiła przeciwieństwo urody 

jasnowłosej Kristiny. 

Nagle Mercy poczuła się przy niej jak szara myszka. 

- Gdzie jest Grant? - zapytała Rita. 
- Zdaje się, że poszedł sprawdzić, jak się czuje źrebna 

klacz. Walt trochę się o nią niepokoi. 

- Pewnie chodzi o Lady. Walt zna się na koniach. 

Można powiedzieć, że jest najlepszą końską położną 

w całym stanie. 

Mercy musiała się uśmiechnąć, słysząc, że poczciwy, 

stary Walt został nazwany położną. 

- Powinnam wziąć się do roboty - oznajmiła Rita. 

- Miałam przyjechać wczoraj, ale Jim nie chciał, żebym 

jechała w taką śnieżycę. 

- Jim to twój mąż? 

background image

- Tak. Szczęściarz z niego, co? - Wyjęła z torby pu­

szkę sosu pomidorowego i konspiracyjnie zniżyła głos. 

- Oczywiście, tak naprawdę to ja mam szczęście, że się 

ze mną ożenił, ale nigdy mu tego nie powiem. 

Nie było wątpliwości, że mówi szczerze, i Mercy po­

czuła, że nagle opadło z niej napięcie. Obawiała się, że 

wszystkie te uczucia odbijają się na jej twarzy, więc od­

wróciła się i zaczęła rozpakowywać torbę z zakupami. 

Była tam mąka, biały i brązowy cukier, a na samym dnie 

znalazła kolorową posypkę do zdobienia wypieków. 

- To do świątecznych ciasteczek? - zapytała. 

- Tak. Nie wiem dlaczego, ale Grant w tym roku za­

życzył sobie ciasteczek. Jeśli zdążę, jeszcze dzisiaj się 

do nich zabiorę - oznajmiła. - To trochę wcześnie, ale 

nie mogę mieć pewności, że w przyszłym tygodniu uda 

mi się tu przyjechać. Tak to w zimie bywa. 

Mercy kompletnie zapomniała, że święta miały na­

dejść za niecały miesiąc. Święto Dziękczynienia, spędzo­

ne w otoczeniu rodziny, nadwerężyło jej i tak już chwiej­

ny stan psychiczny. Zgodziła się wyjechać do Wyoming 

między innymi dlatego, że chciała uniknąć Bożego Na­

rodzenia w rodzinnym domu. Bała się, że nie zniesie za­

mieszania, jakie na pewno czyniliby wokół niej rodzice. 

Zamartwiali się o nią ponad wszelką miarę i chociaż ro­

zumiała ich niepokój i bardzo ich kochała, nie wytrzy­

małaby kilku dni nieustannych pocieszeń i zapewnień, 

że wszystko będzie dobrze. Zwłaszcza że sama nie była 

o tym przekonana. 

- Mogłabym to zrobić za ciebie. To znaczy, upiec cia­

steczka - zaproponowała Mercy. 

background image

Rita sprawnie rozpakowywała sprawunki, ale słysząc 

niespodziewaną propozycję, zamarła w bezruchu, z wiel­

ką surową szynką w dłoniach. Spojrzała na Mercy trud­

nym do rozszyfrowania wzrokiem. 

- Nie chcę wkraczać na twoje terytorium - szybko 

zapewniła Mercy. - Chodzi mi o to, że nie potrafię go­

tować, ale za to piekę doskonałe ciasteczka. 

Rita uśmiechnęła się promiennie. 

- No to Grant będzie musiał sam uporać się z tą szyn­

ką. Może razem jakoś dacie sobie z nią radę. Wypisałam 

na kartce szczegółowe instrukcje. - Odłożyła na stół owi­

nięte w folię mięso i znów zerknęła na Mercy. - Chipper 

mi mówił, że jesteś policjantką. 

- Zgadza się. 

- To ciężka praca. A dla kobiety jeszcze cięższa niż 

dla mężczyzny. Z wielu różnych powodów. 

Mercy nie zamierzała zaprzeczać. 

- To prawda. 

- Podobnie jak prowadzenie rancza. Też jest trudniej­

sze dla kobiety. 

- Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. - Zas­

koczona Mercy zamrugała oczami. - Ale chyba masz 

rację. 

Rita wyjęła z ostatniej torby pomidory w puszce, 

grzyby, cebulę i paczkę makaronu. Zapowiadało się, że 

na kolację będzie spaghetti. 

- Trzeba być twardym, żeby tu przetrwać - oświad­

czyła. - Większość ludzi z miasta nie nadaje się do ta­

kiego życia. 

- Tak słyszałam - odrzekła krótko Mercy. 

background image

- Aha. Pewnie Grant ci to mówił. To jeden z jego 

ulubionych tematów. 

- Mnie też się tak zdaje. 

- Ma na tym punkcie coś w rodzaju obsesji. - Rita 

sięgnęła do szafki po patelnię i zerknęła na Mercy z uko­

sa. - Ale nie bez powodu. 

- Nie wątpię, że coś się do tego przyczyniło. 

- To jednak dziwne. Można by przypuszczać, że z ta­

kim nastawieniem powinien się zainteresować którąś 

z miejscowych dziewcząt. Niejedna ma na niego chrapkę. 

- A on... nic? 

- Chipper twierdzi, że Grant nigdy nie wychodzi 

zabawić się gdzieś w barze. Nawet jeśli wszyscy chłop­

cy z rancza urządzają sobie jakąś imprezę, on zostaje 

w domu. 

- Prowadzenie rancza to nie kończąca się praca. -

Mercy dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jej słowa 

zabrzmiały tak, jakby chciała bronić Granta. 

Rita uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
- Tak, to trudne zadanie. Nie każdy się do tego nadaje. 

- Spojrzała prosto w oczy Mercy. - Wydaje mi się, że 

jeśli ktoś jest na tyle twardy, żeby tak jak ty pracować 

w policji, to umiałby przystosować się do każdego innego 

życia, gdyby tylko chciał. 

Mercy nie odwróciła spojrzenia. 
- Gdyby tylko chciał - zgodziła się. 

Rita uśmiechnęła się ciepło i serdecznie. 

- A jeśli chodzi o ciasteczka, to proszę bardzo, 

upiecz, jeśli masz na to ochotę - powiedziała. 

background image

- Jak się tu dostałaś? 

Mercy już jakiś czas wcześniej usłyszała znajome rże­

nie Jokera, więc widok Granta na czarno-białym ogierze 

wcale jej nie zaskoczył. 

- Przyszłam - wyjaśniła. 

Cieszyła się, że stała na skalnym występie i jej oczy 

były niemal na poziomie oczu Granta; inaczej musiałaby 

zadzierać głowę i po chwili na pewno rozbolałby ją kark. 

- Niezła wyprawa. 

Nie zaprzeczyła. Skalny grzbiet, z którego roztaczał 

się widok na ranczo, znajdował się w odległości dwóch 

kilometrów od domu i przez większość drogi trzeba było 

piąć się pod górę. Na szczęście śnieg wciąż topniał, więc 

co prawda ziemia była wilgotna, ale Mercy przynajmniej 

nie musiała przedzierać się przez zaspy. 

Skalny występ osłaniały wielkie kamienie, chroniąc 

ją przed wiatrem i kryjąc przed ludzkim wzrokiem. Ze­

brała się tu gruba warstwa sosnowego igliwia i liści, two­

rząc miękkie siedzisko. Mercy bardzo spodobał się ten 

punkt obserwacyjny, z którego mogła podziwiać zaśnie­

żoną okolicę. 

- Owszem, musiałam iść spory kawałek, ale cieszę 

się, że znalazłam to miejsce. Tu jest tak spokojnie i ra­

dośnie. Wszystko wygląda bardzo czysto... 

- Wiem - przyznał cicho Grant. - Kiedyś sam często 

tu przychodziłem. Chowałem się tu podczas choroby ojca, 

kiedy wydawało mi się, że dłużej tego nie zniosę. 

- Jestem pewna, że to ci pomagało. - Wyznanie 

Granta sprawiło, że poczuła ucisk w piersi. Przypomniała 

sobie, jak czule i delikatnie obejmował ją minionej nocy. 

background image

Wspomnienie to wywołało wiele mówiący rumieniec na 

jej policzkach, więc szybko dodała lekkim tonem: - No 

a poza tym, trochę wysiłku fizycznego dobrze mi zrobi. 

- Na tej wysokości łatwo zemdleć. Musisz być w nie­

złej formie. - Grant oparł ręce na uchwycie siodła. 

Uśmiechał się do niej szeroko. - W tych okolicach nikt 

nie chodzi piechotą, chyba że nie ma wyjścia. 

- No cóż. Ja chyba nie mam wyjścia - zauważyła 

Mercy. - Przecież nie umiem jeździć konno. 

Grant przestał się uśmiechać i zamyślił się. 

- Chodzenie piechotą po tych górach to nie jest dobry 

pomysł. Gdyby coś się stało, na przykład gdybyś się prze­

wróciła, to miałabyś spore kłopoty. 

- A czy jadąc konno, byłabym mniej narażona na wy­

padek i kłopoty? 

- Nasze konie rzadko się potykają. Stąpają bardzo 

pewnie, potrafią chodzić po skalistym terenie. 

- Ale najpierw trzeba wiedzieć, jak utrzymać się 

w siodle - stwierdziła Mercy ponuro. 

- To prawda. - Znów się roześmiał, a jej zaparło 

dech w piersiach, tak samo jak w dzieciństwie. Upływ 

lat najwyraźniej nic tu nie zmienił. - Jednak nawet jeśli 

spadniesz z siodła, koń sam wróci do domu i w ten spo­

sób się dowiemy, że trzeba wyruszyć na ratunek. Wtedy 

musiałbym poprosić o pomoc Rocky - ciągnął żartobli­

wie. Chodziło mu o córkę Eriki i Jake'a Fortune'ów, Ra­

chel, która założyła w Clear Springs firmę wynajmującą 

samoloty, zanim wyszła za mąż za Lukę'a Greywolfa, 

miejscowego lekarza. - A wtedy Lukę by się martwił i... 

- Serdeczne dzięki - wpadła mu w słowo Mercy, 

background image

krzywiąc się lekko. - I tak nie jeżdżę konno, więc to są 

teoretyczne rozważania. 

Grant zawahał się. 

- Może powinniśmy coś zmienić - powiedział wre­

szcie. 

- Co zmienić? 

- Zmienić to, że nie potrafisz jeździć konno. - Mercy 

spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. 

Miała chyba niezbyt inteligentny wyraz twarzy, bo Grant 

parsknął śmiechem. - Nie miej takiej przerażonej miny. 

Sama pewnie nieraz o tym myślałaś. Nawet kiedyś po­

wiedziałaś to głośno. 

- Ja coś mówiłam na ten temat? 

Skinął głową. 

- Ależ mówiła, prawda, Joker? 

Koń prychnął i kiwnął kilka razy łbem, jakby potwier­

dzał jego słowa. Mercy patrzyła na to z jeszcze większym 

zdumieniem. 

- Ten koń nie jest całkiem normalny - wymamrotała 

pod nosem. 

- Hej! - Grant żartował sobie z niej całkiem otwar­

cie. - On doskonale pamięta, jak mówiłaś, że przy nim 

nawet taka dziewczyna z miasta ja ty chciałaby się uczyć 

jazdy konnej. Żaden facet nie zapomni takich słów. 

Mercy zmierzyła go czujnym spojrzeniem. 
- Rzeczywiście - zauważyła. 

Znów uśmiechnął się szeroko. 

- Szkółka jeździecka zaczyna działalność jutro rano. 

Zgłoś się. 

- Ale naprawdę... 

background image

- Nie jestem cierpliwym nauczycielem - ostrzegł -

więc lepiej się nie spóźnij. 

- Grant, nie żartuj sobie. Wiem, że nie masz czasu 

na takie... 

- Przede wszystkim nie mam czasu na to, żeby się 

martwić, gdzie jesteś i czy nic ci się nie stało. Nie mam 

też czasu na szukanie cię w całej okolicy. Nauczysz się 

jeździć, a ja przestanę się martwić. To chyba dobra wy­

miana. 

- Nie musisz się o mnie martwić - zaprotestowała. 

Nie chciała przyznać nawet sama przed sobą, że wizja 

martwiącego się o nią Granta sprawiała jej dużą przyje­

mność. 

- Ależ muszę - odparł beztrosko. - Gdyby coś ci się 

stało, Kristina urwałaby mi głowę. 

Kristina. Oczywiście, tylko o nią chodzi. Mercy stłu­

miła westchnienie. Dlaczego takie dziwne myśli przy­

chodzą jej do głowy? Zeszła ze skalnej półki i zdziwiła 

się, że na ścieżce było o wiele chłodniej niż w małej, 

naturalnej alkowie, osłoniętej od wiatru skałami. 

- Kristina może też ukarać mnie jeszcze okrutniej -

dodał Grant, kiedy Mercy stanęła obok Jokera. - Może 

tu przyjechać i siedzieć mi na karku przez całą zimę. 

A wtedy chyba bym zwariował. 

- A myślałam, że uwielbiasz swoją siostrę. 
- Oczywiście, ale kiedy jest daleko stąd. To typowy 

mieszczuch i tutaj nigdy nie jest szczęśliwa, a kiedy Kri­

stina nie jest szczęśliwa... - Znacząco zawiesił głos 

i wzruszył ramionami. 

- Ja też jestem mieszczuchem, co wytykasz mi przy 

background image

każdej okazji - powiedziała Mercy. Zirytował ją ostry 

ton własnego głosu, ale nie potrafiła się powstrzymać. 

Poza tym od spoglądania w górę na wysokiego mężczy­

znę na wielkim koniu już zesztywniał jej kark. 

- Sam nie wiem - stwierdził Grant w zamyśleniu, 

jakby rozważał jakąś wielką zagadkę. - Zaczynam po­

dejrzewać, że dałoby się ciebie jakoś wytrenować. 

- Ojej, serdeczne dzięki za komplement. 
- Jutro o ósmej rano. O świcie muszę przepędzić kil­

ka sztuk bydła na pastwisko na wzgórzu. 

- Grant... 

- Kiwnij głową na znak zgody. Inaczej wrócisz na 

ranczo piechotą. 

- I tak zamierzałam wracać piechotą - zauważyła 

dość cierpko. 

- Owszem, ale nadarza ci się okazja wracać konno. 

To znaczy, jeśli zgodzisz się na lekcje. 

Właściwie, czy by jej to zaszkodziło? Przecież to na­

turalne, że jeśli wypoczywa się na ranczu, to jedną z atra­

kcji są lekcje konnej jazdy. W dodatku taka perspektywa 

bardzo ją kusiła. Jeśli nauczy się jeździć, zyska dodat­

kową swobodę ruchów. Na przykład będzie mogła w po­

łowie krótszym czasie dotrzeć do tego miejsca. A jed­

nak. .. 

- No dobrze - powiedziała szybko, żeby nie dać so­

bie czasu na wątpliwości. 

- Świetnie. - Grant wyjął lewą nogę ze strzemienia. 

- Joker tylko kilka razy miał na sobie dwóch jeźdźców, 

ale mam nadzieję, że nie zaprotestuje. Wskakuj. 

Mercy spojrzała na strzemię, które u tak wielkiego 

background image

konia jak Joker znajdowało się na wysokości jej talii, 

a potem podniosła wzrok na Granta. 

- Żartujesz sobie, prawda? - zapytała surowo. 

- Aha, o czymś zapomniałem. Przepraszam. - Po­

chylił się i wyciągnął ku niej lewe ramię. - Włóż stopę 

w strzemię, a ja cię podciągnę. No, spróbuj. 

Zawahała się, ale w końcu wsunęła stopę w pokryte 

skórą strzemię i wyciągnęła ramiona do Granta. Objął ją 

w talii, więc ona instynktownie również go objęła. Po­

czuła ciepło jego ciała, napięte mięśnie pod grubą koszulą 

i... coś, czego nie potrafiła określić. Spojrzała mu 

w twarz. Patrzył na ich ręce, jakby również doznał tych 

samych trudnych do nazwania uczuć. 

- Grant? - Powiedziała to niemal szeptem. 

Drgnął, jakby wyrwany z głębokiego zamyślenia. 

- No, hop do góry! - zachęcił. 
Podciągnął ją do góry tak pewnie, że bez żadnego 

wysiłku, nie bardzo wiedząc kiedy i jak, znalazła się na 

grzbiecie konia - który okazał się o wiele wyższy, niż 

się spodziewała. 

- Ta nauka jazdy to chyba jednak nie najlepszy po­

mysł - stwierdziła, nerwowo spoglądając w dół. 

- Chyba się nie wystraszyłaś, co? Taki policyjny ma-

cho w kobiecej skórze jak ty? 

- Określenie macho zostawiam dla niektórych panów. 

Grant wybuchnął śmiechem. 
- Trzymaj się - polecił. 

- Czego? - zapytała z rozpaczą. - Ty zająłeś strze­

miona i siodło. A ja mam tylko... - Do głowy przycho­

dziło jej jedno słowo, którego nie chciała użyć. 

background image

- Zad - dokończył za nią Grant beztrosko. - Musisz 

więc trzymać się mnie. Nigdy nie jechałaś na motocyklu 

za kierowcą? 

- Wtedy przynajmniej miałam podpórki pod stopami 

- wymamrotała. 

- Pojedziemy stępa - uspokoił ją. - Prawda, Joker? 

Koń parsknął i na dźwięk swojego imienia lekko się 

poruszył, a Mercy musiała wytężyć całą siłę woli, by nie 

krzyknąć. Nie, to nie jest najlepszy pomysł, powiedziała 

sobie w duchu, kiedy ruszyli do domu. 

- To jest beznadziejne - stwierdził Grant z niesmakiem. 
- Przepraszam - odparła pokornie Mercy. 

- Oczom nie wierzę. Całe życie pracuję z końmi, ale 

czegoś takiego jeszcze nie widziałem. 

- Przecież ja nic nie robię - zaprotestowała. 

- Właśnie - rzekł kwaśno, a Joker znów zarżał do­

nośnie, wyraźnie zdenerwowany. - Jak widać, nie musisz 

nic robić. 

Gniady wałach, którego dosiadała Mercy, według za­

pewnień Granta jeden z najspokojniejszych koni na ran-

czu, zaczął nerwowo przebierać nogami, słysząc gniewne 

rżenie ogiera. Mercy desperacko chwyciła się łęku siodła, 

nie zważając na to, że wygląda śmiesznie. Jeszcze śmie­

szniej będzie wyglądała, jak spadnie. Wiedziała, że po 

zaledwie trzech dniach lekcji nie jest jeszcze na tyle 

wprawną amazonką, żeby się długo utrzymać na zdener­

wowanym wierzchowcu. 

- Może powinnam jeszcze raz go uspokoić - zapro­

ponowała niepewnie. 

background image

- Jasne. Będzie spokojny, dopóki znów nie wsią­

dziesz na innego konia. To niewiarygodne. Ten przeklęty 

koń jest po prostu zazdrosny. 

Mercy westchnęła. Gdyby nie to, że Grant był wy­

raźnie zirytowany, cała ta sytuacja byłaby nawet zabawna. 

Od samego początku stało się jasne, że jej lekcje bardzo 

denerwują Jokera, czemu dawał wyraz coraz donośniej. 

Chociaż wydawało się to wręcz niedorzeczne, wielki 

ogier appaloosa najwyraźniej nie pochwalał tego, że Mer­

cy zadaje się z innymi końmi. 

To dziwne, ale w pewien sposób jej to pochlebiało. 

Przynajmniej jakiś przedstawiciel męskiego rodzaju na 

tym ranczu darzył ją bezwarunkowym uwielbieniem. 

Rzecz jasna, nie licząc Chippera, który nadal czerwienił 

się jak burak, ilekroć się do niej odzywał, i który dopro­

wadzał ją do szału nieustannym dopytywaniem się, czy 

czegoś jej nie potrzeba. No ale jego nie mogła brać pod 

uwagę. Był za młody. Wydawał się nawet młodszy niż 

osiemnastoletni chłopcy, których znała w mieście. A mo­

że to raczej osiemnastolatkowie z miasta wydawali się 

nad wiek dojrzali, ponieważ postarzała ich wszechobecna 

miejska brzydota. Miała nadzieję, że Chipper docenia 

swoje szczęście. 

Wiedziała, że myśląc w ten sposób, unika istoty pro­

blemu. Nie zwracała najmniejszej uwagi na zadurzenie 

Chippera głównie ze względu na mężczyznę, który stał 

nieopodal, ze złością spoglądając na Jokera. Jego bli­

skość, wymuszona przez lekcje konnej jazdy - przery­

wane wybuchami złości Jokera - wprawiała ją, oględnie 

mówiąc, w niespokojny nastrój. 

background image

- Gra wszystkim na nerwach - wymamrotał Grant. 

- Nawet Ryzykant uciekł w góry, żeby go nie słuchać. 

Wszystkie konie są zdenerwowane i moi pracownicy też 

już mają dość jeżdżenia na znarowionych zwierzętach. 

- W takim razie może będzie lepiej, jak przerwiemy 

te lekcje - zaproponowała Mercy, starając się ukryć roz­

czarowanie. W głębi duszy wcale nie chciała rezygnować 

z nauki. Kiedy mimo protestów Jokera udawało jej się 

choć przez chwilę jechać spokojnie, nieoczekiwanie 

stwierdzała, że jazda daje jej wielką przyjemność, nawet 

jeśli odbywa się w zagrodzie przy stajniach. 

- Nie ma mowy. Nie dam się szantażować koniowi 

- wycedził Grant. 

Joker znów zarżał gromko, a wałach zatańczył pod 

Mercy niespokojnie. Grant chwycił go za uzdę i przy­

trzymał. Mercy zrozumiała, o co chodzi, i zsunęła się na 

ziemię; nauczyła się tego już na pierwszej lekcji. Joker 

odezwał się ponownie. 

- Gdybym miała zwyczaj przypisywać zwierzętom 

ludzkie emocje, to powiedziałabym, że tym razem zarżał 

z satysfakcją - oświadczyła ironicznie. 

- Mnie się też tak wydaje - potwierdził Grant. - Sa­

ma zobacz, jaki jest z siebie zadowolony. 

Mercy podeszła do ogrodzenia. Joker natychmiast do 

niej podbiegł i trącił ją nozdrzami, najwyraźniej dumny 

z tego, że udało mu się „zrzucić" ją z konkurenta. Mercy 

musiała się roześmiać. Poklepała konia po szyi. Joker po­

chylił głowę i głośno parsknął, a ona pociągnęła go za 

ucho. Ogier nie tylko pozwolił jej na ten poufały gest, 

ale miał przy tym wyraźnie zadowoloną minę. 

background image

- Przez ciebie nie nauczę się jeździć, przystojniaku -

oznajmiła mu poważnym tonem. - Będę musiała siedzieć 

w domu i oglądać tę przepiękną okolicę tylko z okna. 

- Naprawdę myślisz, że tu jest tak pięknie? 

Zerknęła przez ramię na Granta, który prowadził gnia-

dego wałacha. Koń nerwowo spoglądał na Jokera, ale 

teraz, kiedy Mercy nie siedziała już na jego grzbiecie, 

ogier z wyższością zignorował kolegę. 

- Oczywiści, że tak - odrzekła. - Czy ktoś może się 

nie zachwycić takim krajobrazem? 

- Niektórzy się nie zachwycają. - Grant lekko wzru­

szył ramionami. 

- To ich strata - stwierdziła zwięźle. 

Grant milczał, lecz odniosła wrażenie, że w jego 

oczach dostrzegła przelotny błysk, jednocześnie radosny 

i pełen rezerwy. 

- Ponieważ on tu zawinił - odezwał się wreszcie 

Grant, wskazując na swojego czarno-białego ulubieńca 

- to może powinien to odpracować. 

- Co masz na myśli? 

- Moim zdaniem powinien sobie przypomnieć, na 

czym polegają dobre maniery. - Spojrzał na Jokera 

ostrzegawczo. - Lekcje w naszej szkole jazdy jeszcze się 

nie zakończyły. 

- Aha! - Mercy rzuciła Jokerowi zatroskane spojrze­

nie. - Zdaje się, że narobiłeś sobie kłopotów. 

- Zobaczymy, czy nadal będzie taki czupurny, kiedy 

przebiegnie sto okrążeń po zagrodzie. Co ty na to? 

Mercy zmarszczyła brwi. 

- Ja? 

background image

- To siodło nie będzie na niego pasowało - ciągnął 

Grant, ruchem głowy wskazując na siodło gniadego. -

Jest zbyt wąskie. Z kolei moje siodło byłoby za szerokie 

dla ciebie. Włożymy na niego siodło mojej matki, tylko 

trzeba będzie trochę skrócić strzemiona. Mama jest od 

ciebie wyższa. 

- Większość ludzi jest ode mnie wyższa - odrzekła 

Mercy mechanicznie. Nagle zrozumiała, do czego zmie­

rza ta rozmowa i oczy jej się rozszerzyły. - Chcesz, że­

bym na nim jeździła? 

- Nie widzę innego rozwiązania. Nadal chcesz uczyć 

się jeździć, prawda? 

- Owszem, ale... Przecież on... 

- Sam się zastanawiam, czy nie zwariowałem i nie 

powinienem się zgłosić do psychiatry. Normalnie nie po­

zwoliłbym nowicjuszowi dosiąść żadnego ogiera, ponie­

waż ogiery zwykle są narowiste. Ale Joker to zupełnie 

inny przypadek. Najwyraźniej upodobał sobie ciebie i za­

chowuje się przy tobie wyjątkowo łagodnie. Nie zrobi 

ci krzywdy. 

- Ależ Grant, to taki cenny koń... 

- To tylko koń. Nie uznaję rozpieszczania koni, choć­

by nie wiem ile były warte. Joker pracuje jak każdy inny 

wierzchowiec na ranczu. Dzięki temu utrzymuje dobrą 

formę i wyrabia sobie charakter. 

- A jeśli stanie mu się jakaś krzywda? 

Grant uśmiechnął się niespodziewanie. 

- Jesteś za mała, żeby mu zrobić większą krzywdę. 
- Dzięki. - Przypływ dobrze znajomej irytacji odsu­

nął troskę o konia na dalszy plan. Zawsze się denerwo-

background image

wała, kiedy ludzie dawali jej do zrozumienia, że niski 

wzrost i drobna budowa są swojego rodzaju upośledze­

niem. 

- Powinnaś się martwić raczej o siebie. Jest bardziej 

prawdopodobne, że to koń zrobi ci krzywdę niż odwrot­

nie. Może masz rację. Nie możemy ryzykować. 

- Nic mi nie będzie, dziękuję za troskę - odrzekła 

lodowatym tonem, który mógłby zmrozić resztki śniegu, 

topniejące w cieniu drzew i budynków. 

- Świetnie. W takim razie kontynuujemy naukę, tak? 

Już otworzyła usta, by szybko przytaknąć, ale zaraz 

je zamknęła. Uderzyła ją pewna myśl. 

- Specjalnie mi to powiedziałeś, prawda? 

- Oczywiście - wyznał bez najmniejszej skruchy 

i Mercy znów musiała się roześmiać. 

- No, już dobrze, niech ci będzie. Nie mam nic prze­

ciwko manipulacji, o ile popycha mnie w kierunku, 

w którym i tak sama chciałabym pójść. 

Mimo wątpliwości Granta, w ciągu następnych dni Jo­

ker okazał się absolutnym dżentelmenem. Mercy jeździło 

się na nim dużo lepiej i łatwiej niż na gniadym wałachu. 

Mniej nią trzęsło, kiedy kłusował, a gdy zdarzało jej się 

tracić równowagę, wielki koń jakby to wyczuwał i na­

tychmiast zwalniał. 

- Zauroczyłaś go, nie ma co - orzekł Grant czwartego 

dnia nauki jazdy na Jokerze, ze zdumieniem potrząsając 

głową. Mercy zauważyła, że podczas lekcji ani na chwilę 

nie spuszczał wzroku z ogiera. A to znaczyło, że cały 

czas spoglądał też na nią. 

Szybko zrozumiała, dlaczego ogarnęły ją takie wąt-

background image

pliwości, kiedy Grant zaproponował, że będzie ją osobi­

ście uczył jazdy. W głębi duszy wiedziała, że trudno jej 

będzie znieść tę długotrwałą, przymusową bliskość. Grant 

bardzo często przerywał lekcję, stawał obok niej i szcze­

gółowo coś wyjaśniał albo pokazywał jej właściwą po­

zycję w siodle. A wtedy, aż nazbyt często, musiał jej do­

tykać, ustawiać odpowiednio ramiona i nogi, ściągać 

w dół pięty tak mocno, że potem bolały ją mięśnie łydek. 

Jednak nawet odrętwienie i ból - a doświadczyła go 

mnóstwo, ponieważ podczas jazdy musiała używać mięś­

ni, których istnienia u siebie nawet nie podejrzewała -

nie dokuczały jej tak bardzo jak przenikające ją dziwne 

dreszcze, kiedy Grant się do niej zbliżał, albo nagłe fale 

gorąca, które zalewały ją, gdy czuła jego dotyk. Na do­

datek nieraz przyłapała go na tym, że z dziwnym wyra­

zem twarzy wpatrywał się w swoją rękę przykrywającą 

jej dłoń, albo odskakiwał jak oparzony, kiedy przypad­

kiem jej dotknął. W takich chwilach czuła się bardzo nie­

swojo. 

Powtarzała sobie, że po prostu jest jedyną kobietą na 

ranczu, a Grant to mężczyzna z krwi i kości, stąd u nie­

go takie zachowanie. Od wielu lat pracowała w męskim 

towarzystwie, o mężczyznach wiedziała dużo i doskona­

le potrafiła dostrzec reakcje, które Grant gorączkowo sta­

rał się ukryć, a które były skutkiem zwykłej fizjologii. 

Mówiła sobie, że byłaby naiwna, gdyby uwierzyła, że 

taka reakcja jest czymś więcej niż tylko hormonalną od­

powiedzią organizmu na bliskość istoty płci przeciwnej. 

Przecież Grant nie powiedział ani nie zrobił nic, co da­

wałoby jej podstawy do myślenia, że jest inaczej. Co wię-

background image

cej, widać było, że jemu samemu reakcje własnego or­

ganizmu bardzo się nie podobają. 

Takie myślenie niewiele jej pomagało, zwłaszcza że 

ciało zaczęło ją zdradzać. Co prawda było to o wiele 

mniej widoczne - okazało się, że bycie kobietą ma zalety, 

o których istnieniu nawet nie pomyślała - ale równie sil­

ne. Kiedy widziała Granta, serce zaczynało jej mocniej 

bić, a kiedy jej dotykał, choćby po to, żeby bezlitośnie 

ciągnąć jej pięty w dół, zapominała o oddychaniu. 

W miarę upływu czasu coraz trudniej jej było to ig­

norować, a i Grant nie wyglądał na uszczęśliwionego. 

Za każdym razem, gdy zdawał sobie sprawę, że przygląda 

jej się zbyt długo albo dotyka jej, choć nie jest to ko­

nieczne, cofał się gwałtownie, odwracał wzrok i odcho­

dził obrażony na cały świat, niczym Joker. 

Miała ochotę porozmawiać o tym otwarcie i szczerze, 

wyciągnąć na światło dzienne nieoczekiwany problem, 

który utrudniał im życie. Nie wiedziała jednak, jak za­

cząć. Nie była też pewna, czy tego w ogóle chce. 

Może potrzebuję lekcji nie tylko jazdy konnej, pomy­

ślała, tłumiąc westchnienie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ze wszystkich głupich pomysłów, jakie mu w życiu 

przyszły do głowy, pomysł uczenia Mercy konnej jazdy 

był chyba najgłupszy. Choć nie - kiedyś jak kretyn my­

ślał, że Constance Carter zechce wyjść za niego za mąż. 

Nie powinienem zapominać o tamtym zdarzeniu, 

skonstatował kwaśno. Sądził, że zapamiętał nauczkę, jaką 

dostał od pięknej i światowej panny Carter, ale naj­

wyraźniej potrzebna mu była powtórka. 

- Dobranoc, Grant. 

Głos Mercy brzmiał łagodnie, i dźwięczały w nim te 

zmysłowe nuty, przez które serce uderzało mu jak sza­

lone, a ciało zaczynało dziwnie drżeć. 

- Dobranoc - wymamrotał w odpowiedzi. 
Nie podniósł na nią wzroku. Nie musiał na nią patrzeć, 

by wiedzieć, jak wygląda. Przez całe popołudnie bez­

ustannie ukradkiem na nią zerkał. Siedziała zwinięta na 

sofie, ubrana w dżinsy, ciemnozielony golf i narzucony 

nań miękki sweter z jasnozielonej, puszystej wełny. Bar­

wa stroju podkreślała zieleń jej oczu i złocisty połysk 

włosów. Musiał przyznać, że wyglądała pięknie. 

Oboje całe popołudnie siedzieli w gabinecie i czytali, 

ona jedną z jego książek o hodowli koni, on nowy te-

chnothriller, który jednak jakoś nie zdołał go zaintereso-

background image

wać. Od czasu do czasu zadawała mu pytanie, za każdym 

razem przepraszając, że mu przerywa lekturę, aż ją po­

prosił, by pozbyła się poczucia winy i po prostu pytała 

go o wszystko bez zbędnych wstępów. 

Po tym, jak wyłożył jej własną teorię, zupełnie nie­

uzasadnioną naukowo, dlaczego konie rasy appaloosa 

mają krótsze ogony od innych - zaadaptowały się do wa­

runków ich naturalnego środowiska porośniętego gęstymi 

krzewami, gdzie długi ogon bardzo utrudniał poruszanie 

się - Mercy zamilkła i pogrążyła się w lekturze, a on na­

dal nie mógł się skupić na swojej książce, chociaż zwykle 

tego rodzaju powieści całkowicie go pochłaniały. 

Wyczuł, że przy drzwiach się zawahała. Wydawało 

mu się też, że usłyszał ciche westchnienie, zanim ode­

szła. Chwilę później rozległy się na schodach jej kroki, 

a w końcu trzask zamykanych drzwi do jej sypialni. 

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od dłuższego cza­

su wstrzymywał oddech, toteż wypuścił powietrze. Sam 

nie wiedział, dlaczego ogarnęło go uczucie takiej ulgi. 

Oddzielające ich do siebie zamknięte drzwi, a nawet 

dwoje drzwi, licząc jego własne, i tak nie powstrzymały 

go przed rozmyślaniem o niej, wyobrażaniem sobie, jak 

śpi w pokoju nieopodal. 

Pierwszej nocy po jej przyjeździe był zdziwiony, a na­

wet rozbawiony, kiedy obudził się i uświadomił sobie, 

że śniła mu się, śpiąca pod niebieską kołdrą w jego go­

ścinnej sypialni po drugiej stronie korytarza. Roześmiał 

się do siebie i ze smutkiem przyznał, że zbyt długo trwa 

w celibacie, przez co nachodzą go erotyczne myśli na 

temat dziewczyny, która kiedyś była jego utrapieniem. 

background image

Oczywiście mogła budzić takie myśli, ale w kimś, kto 

jej nie znał jako uciążliwej nastolatki. 

Gdy zdarzyło się to drugi raz, nie był już tym tak 

rozbawiony. Sny powtarzały się, coraz bardziej szczegó­

łowe i erotyczne, a on popadał w coraz większą irytację. 

Nie był tylko pewien, czy jest zły na siebie, czy na ko­

bietę, która była tych snów przyczyną. A potem przyszedł 

mu do głowy ten idiotyczny pomysł, żeby ją uczyć jazdy 

konnej. 

Ze złością zamknął książkę. Wsparł głowę o oparcie 

fotela i jeszcze mocniej zacisnął usta. 

Lekcje jazdy, też coś, wyrzucał sobie w duchu. Dla­

czego nie zastanowił się nad tym głębiej? Takie lekcje 

pociągają za sobą bliskość, rozmowy, dotyk, i to przez 

długi czas. Potrząsnął głową, pełen obrzydzenia do sa­

mego siebie. Sam się w to wpakowałeś, McClure, po­

myślał mściwie. Trzeba było myśleć. 

Rozwiązanie problemu samo mu się nasunęło. Prze­

każe prowadzenie lekcji Chipperowi. Przez ubiegły ty­

dzień nauczył Mercy podstaw, więc teraz dalsze szkolenie 

może przejąć ktoś inny. To bardzo logiczna decyzja. Chło­

pak jest bardzo pracowity, ale najmniej doświadczony ze 

wszystkich pracowników rancza, więc jego nieobecność 

przyniesie najmniej szkody. W dodatku Chipper z wielką 

radością zgodzi się na tę pracę, ponieważ dzięki niej bę­

dzie mógł spędzać w towarzystwie Mercy całe trzy go­

dziny dziennie. A Grant wróci do prowadzenie rancza, 

wolny od wytrącającej go z równowagi bliskości panny 

Brady. 

Dlaczego wcześniej nie wpadł na tak doskonałe roz-

background image

wiązanie? Niezmiernie z siebie zadowolony wrócił do le­

ktury. Uświadomił sobie, że nic nie zapamiętał z prze­

czytanego rozdziału, wrócił na stronę, którą czytał, kiedy 

Mercy spytała go o ogony koni rasy appaloosa. 

Appaloosa. 

Joker. 

Nie, nie może przekazać prowadzenia lekcji Chipperowi, 

ponieważ Mercy dosiada ogiera, który jest najcenniejszym 

zwierzęciem na ranczu. Byłaby to dla chłopaka zbyt duża 

odpowiedzialność. Co prawda Joker od początku zachowuje 

się jak prawdziwy dżentelmen, wykazuje niemal nienatu­

ralną chęć do współpracy, stąpa delikatnie i ostrożnie, 

a przy pierwszych oznakach kłopotów zatrzymuje się, jakby 

wiedział, że dosiada go początkujący jeździec. Niektóre ko­

nie, zwłaszcza ogiery, wykorzystałyby brak wprawy 

jeźdźca, by się go jak najszybciej pozbyć, ale Joker zacho­

wywał się tak, jakby jedynym celem jego życia było utrzy­

manie Mercy w siodle. 

Wysiłek ze strony ogiera, połączony z doskonałą kon­

dycją fizyczną i niespotykanym poczuciem równowagi 

u Mercy, pozwoliły jej czynić szybsze postępy w nauce, 

niż Grant się spodziewał. Coraz lepiej trzymała się 

w siodle, jednocześnie nawiązując coraz lepszy kontakt 

z wierzchowcem. Wytwarzała się między nimi bardzo 

rzadka więź - doskonałe porozumienie. Oglądanie tej pa­

ry w ruchu było czystą przyjemnością. 

Nadal jednak Grant nie mógł powierzyć niedoświad­

czonemu Chipperowi nadzoru nad Jokerem, ponieważ 

w każdej chwili mogła się zdarzyć jakaś nieprzewidziana 

sytuacja. Nawet jeśli Joker nadal by się zachowywał nie-

background image

nagannie, to sam chłopak mógł wywołać kłopoty swoim 

zdenerwowaniem. Nieraz mówił Waltowi, że nigdy w ży­

ciu nie chciałby mieć tak cennego konia, bo stale by się 

martwił, że coś mu się przytrafi. Biedny dzieciak pewnie 

wpadłby w panikę, gdyby się dowiedział, że ma jedno­

cześnie zajmować się i Mercy, i Jokerem. 

Grant znów z hukiem zamknął książkę. Wiedział, że 

dziś już nie skupi się na lekturze. Został zapędzony w ko­

zi róg, niczym ten rozwścieczony ryś, na którego zeszłego 

lata natknął się w stodole. Na myśl o tej sytuacji Grant 

również miał ochotę warczeć i prychać. 

Dużo czasu upłynęło, nim zebrał siły, by wejść na górę, 

do swej sypialni. Nigdy jeszcze korytarz nie wydawał mu 

się tak długi, a zwłaszcza jego odcinek biegnący wzdłuż 

gościnnej sypialni, w której spała teraz Mercy. 

Siedziała w głębokim, niebieskim fotelu. Podwinęła 

nogi, otuliła się kołdrą i patrzyła przez okno w spokojną 

noc. W pewnej chwili wydało jej się, że do strony kępy 

wysokich topól za stajniami słyszy słodki śpiew skow­

ronka, ale zaraz uświadomiła sobie, że to tylko wy­

obraźnia płata jej figle. Skowronki dawno już odleciały 

na południe, gdzie spędzają zimę. 

Westchnęła głęboko i dramatycznie, co ją samą roz­

śmieszyło. 

- Coś ty dzisiaj taka melancholijna? - wymamrotała 

do siebie i uśmiechnęła się smutno. Takie żartobliwe py­

tanie czasami zadawał jej Nick, by wyrwać ją z zadumy. 

Na chwilę wstrzymała oddech i czekała, siedząc 

w bezruchu. Ostry, rozdzierający ból nie pojawił się. Na-

background image

dal czuła rozpacz na wspomnienie śmierci przyjaciela, 

łzy napływały jej do oczu na myśl o jego owdowiałej 

żonie i osieroconych dzieciach, nadal wiedziała, że zrobi 

wszystko, by znaleźć jego morderców i postawić ich 

przed obliczem sprawiedliwości - ale ból już nie roz­

dzierał jej na strzępy, łzy nie oślepiały. Chociaż cierpienie 

było mniej dotkliwe, nie osłabła jej wola ukarania zło­

czyńców. 

Przez chwilę czuła się winna, jakby pozwalając bólowi 

nieco zelżeć, zdradzała pamięć Nicka. Wiedziała jednak, 

że to naturalna kolej rzeczy. Była też pewna, że Nick 

nie chciałby, by opłakiwała go w nieskończoność. On 

pierwszy by jej nakazał, żeby wróciła do normalności, 

nie pozwoliła, by jego śmierć zrujnowała jej życie. 

Przypomniała sobie, jak Grant ją zapewniał, że Nick 

nie życzyłby sobie, by się zadręczała poczuciem winy. 

Teraz wiedziała, że miał rację. Nick nie chciałby, żeby 

z nim zginęła, tak samo, jak nie chciałby, aby ktoś zabił 

jego dzieci lub Allison. Nie tylko dlatego, że ją lubił, 

zresztą z wzajemnością, ale dlatego że łączyła ich szcze­

gólna więź, typowa dla ludzi wykonujących taki niebez­

pieczny zawód. 

Przypomniała sobie, co jej kiedyś powiedział, gdy 

wracali z pierwszego wspólnego patrolu. 

„Jeśli kiedyś coś mi się stanie, ty masz pilnować swo­

jego tyłka i przeżyć, a potem ich dopaść". 

Skinęła wtedy głową i zdołała jedynie wydusić: „Ty 

masz zrobić to samo". 

To było pięć lat temu. Nie spodziewała się, że coś 

takiego się istotnie wydarzy. Jednak się wydarzyło, a ona 

background image

siedzi na ranczu, zamiast ścigać zabójców Nicka. Nie po­

magała jej nawet świadomość, że taki dostała rozkaz. 

Znów westchnęła, ale tym razem ciszej, i ogarnęła 

wzrokiem spokojną okolicę. Śnieg już prawie stopniał, 

lecz Grant uprzedził ją, że wkrótce znów zacznie padać, 

może nawet jeszcze tej nocy. Wierzyła mu, gdy ją za­

pewniał, że potrafi wyczuć opady w powietrzu. Żył tu 

już wiele lat i na pewno znał się na takich sprawach. 

Kiedyś myślała, że nic nie złagodzi jej bólu, nic nie 

odciągnie jej myśli od śmierci drogiego przyjaciela. Ale 

to miejsce potrafiło tego dokonać. Dokonał tego również 

Grant McClure. 

Sama przed sobą musiała szczerze przyznać, że nie 

chodzi tu o ślad dziecinnego zauroczenia z dawnych lat. 

Chłopak, którego dwanaście lat temu tak uwielbiała, był 

bystry, dobry i przystojny. Dorosły Grant też, rzecz jasna, 

taki był, ale teraz stał się na dodatek silnym mężczyzną 

z charakterem. 

Chłopak, którego uwielbiała, cierpiał z powodu roz­

padu małżeństwa rodziców. Powtarzał sobie jednak, że 

jest szczęśliwszy niż niejeden z jego rówieśników. 

Oboje jego rodzice byli rozsądnymi, kochającymi 

ludźmi. Nigdy nie zwątpił, że darzyli go miłością, cho­

ciaż nie kochali już siebie nawzajem. Mimo to zarówno 

w dzieciństwie, jak i w dorosłym życiu, przeżył wiele 

ciężkich chwil. 

Rita Jenkins powiedziała jej, że jego uprzedzenie wo­

bec ludzi z wielkiego miasta nie jest bezpodstawne. Mer-

cy mimowolnie się zastanawiała, jakie miał ku temu po­

wody. I dlaczego ta atrakcyjne kobieta tyle o nim wie? 

background image

Czy Grant wypłakiwał się na jej ramieniu, w przenośni 

lub dosłownie? 

Uśmiechnęła się do siebie, ponieważ zdała sobie spra­

wę, że nie czuje już owego przykrego ukłucia zazdrości, 

która dopadła ją tak nieoczekiwanie. Nie można zresztą 

żywić zazdrości względem tak bezpośredniej i szczerej 

kobiety jak Rita. 

Poza tym nagle wszystkie jej myśli zajęło wspomnie­

nie tej nocy, kiedy znów obudziła się z koszmarnego snu, 

choć już myślała, że przestał ją nawiedzać. Wtedy to 

Grant pozwolił jej wypłakać się na swojej piersi i pomógł 

dojść do siebie. Przedtem, kiedy śnił jej się ten straszny 

sen, musiało minąć wiele godzin, zanim zdołała wyrzucić 

z pamięci koszmarne wizje jej samej tonącej we krwi 

przyjaciela, czy obraz Nicka spoglądającego na nią oskar-

życielsko, jak nigdy za życia. Grant potrafił ją pocieszyć 

i odgonić od niej koszmary. 

Powiedziała sobie, że w podobnej sytuacji Grant po­

stąpiłby tak wobec każdego, zwłaszcza jeśli ten ktoś był 

przyjacielem Kristiny. Świadczyło to jedynie o jego do­

brym charakterze i przywiązaniu do siostry, o niczym 

więcej, a już na pewno nie o jakimś wyjątkowym uczu­

ciu do Mercy. 

Dlaczego więc cofał się jak oparzony za każdym ra­

zem, kiedy ich ciała przypadkowo się stykały? Dlaczego 

minionego wieczoru, kiedy czytali razem w gabinecie, 

nieustannie czuła na sobie jego ukradkowy wzrok? Żeby 

przestać się nad tym zastanawiać, zadawała mu dziesiątki 

bezsensownych pytań. W końcu nie mogła już tego dłu­

żej znieść i uciekła do sypialni. 

background image

Nadal leżała, nie mogąc zasnąć, kiedy wreszcie wszedł 

na górę. Słyszała jego ostrożne kroki na schodach i w ko­

rytarzu. Musiało jej się wydawać, że przystanął pod jej 

drzwiami. A kiedy chwilę potem usłyszała, że drzwi do 

jego pokoju się zamknęły, nie potrafiła określić, czy czuje 

ulgę, czy raczej rozczarowanie. I właśnie to irytowało ją 

najbardziej. 

Zamrugała oczami, ponieważ nagle dotarło do niej, co 

od jakiegoś czasu działo się za oknem. Grant miał świętą 

rację. Zaczął padać śnieg. Cicho i powoli grube, puszyste 

płatki opadały na ziemię. Ich spokojnego lotu nie zaburzał 

wiatr, jak to się działo podczas minionej śnieżycy. 

Długo patrzyła na padający śnieg. W miarę jak biała 

powłoka spowijała coraz szczelniej świat, narastał w niej 

spokój. Dziwne, pomyślała, że coś może wyglądać tak 

pięknie i przyjaźnie, kiedy się to obserwuje z bezpiecz­

nego miejsca, a jednocześnie może być takie groźne, kie­

dy trzeba się z tym zetknąć bezpośrednio. Przecież teraz 

wędrowcowi w górach groziłaby śmierć z wyziębienia. 

Z okna ciepłego, przytulnego domu góry wyglądały jak 

obrazek z kartki świątecznej. 

Kartka świąteczna. 

Znów zapomniała, że święta są tuż-tuż. Tymczasem 

ona nie poczyniła żadnych przygotowań, nie kupiła nawet 

prezentów dla rodziców. Co prawda powiedzieli jej, że 

w tych okolicznościach niczego nie oczekują. Wiedziała, 

że rozumieją jej sytuację, ale jednak miała lekkie poczu­

cie winy. 

Po prostu się rozkleiłaś, zganiła się w duchu. I do 

pewnego stopnia była to prawda. Dotychczas spędzała 

background image

z rodziną zarówno Święto Dziękczynienia, jak i Boże 

Narodzenie. Wiedziała, że w tym roku nie pojedzie do 

nich na Gwiazdkę i czuła się przez to samotna. Oczywi­

ście, tak musi być. Nie odważyłaby się opuścić tej kry­

jówki i udać do nich. Dzięki przyjazdowi na ranczo 

osiągnęła swój główny cel - nikt nie spodziewał się jej 

tu znaleźć, nikt nie podejrzewał nawet, że ona może tu 

być. Nie mogła tego zaprzepaścić, ulegając tęsknocie za 

rodzinnym domem. Przecież widziała rodziców niedaw­

no, podczas Święta Dziękczynienia. 

Żadne wytłumaczenie nie mogło jednak stłumić jej 

poczucia, że wtargnęła tu nie proszona i narzuca swe to­

warzystwo Grantowi, w dodatku w takiej porze roku, 

którą zwykle spędza się z najbliższymi. Od początku się 

spodziewała, że będzie musiała spędzić tu święta, ale nie 

przyszło jej do głowy, że tak się będzie czuła. 

W dodatku nie ma wyjścia. Nie może wrócić do domu, 

nie może jechać do rodziców, może tylko siedzieć tu, na 

miejscu. Roztrząsanie tego problemu w niczym jej nie 

pomoże, a obnoszenie się ze smutną miną zepsuje tylko 

świąteczny nastrój, albo co gorsza sprawi, że ludzie za­

czną się nad nią litować. 

Postanowiwszy, że postara się przynajmniej nie zepsuć 

nikomu świąt, wzięła kołdrę i poszła do łóżka. Zacisnęła 

zęby, kiedy jej rozgrzane ciało zetknęło się z zimnym 

prześcieradłem. Zwinęła się w kłębek i czekała, kiedy 

pościel się nagrzeje od jej ciepła, ale dzięki ukojeniu, 

którego doznała, patrząc na zasypany śniegiem krajobraz, 

usnęła, zanim to się stało. 

background image

- A to jak ci się podoba? 

Mercy spojrzała na niewielkie, ale zgrabne drzewko 

i z powrotem przeniosła wzrok na Granta. 

- Bardzo ładne. 

Wiedział, że wyobraziła sobie, jak to małe drzewko 

będzie się prezentowało w dość dużym salonie. 

- Nie jest za wielkie - przyznał - ale większego nie 

miałbym czym ubrać. Zdaje się, że w składziku mam 

gdzieś kilka sznurów lampek. Może znajdzie się też pu­

dełko z ozdobami, które zostawiła moja matka. 

Mercy zmarszczyła czoło. 

- Zdaje ci się? 

- Od dłuższego czasu tego nie używałem. 

- Walt mi mówił, że zwykle nie ubierasz choinki. Wy­

dawał się... zaskoczony. 

- No... w zeszłym roku rzeczywiście nie miałem 

drzewka - odparł wymijająco. 

- A więc dlaczego w tym roku się na nie zdecydo­

wałeś? 

- Bo miałem ochotę. Wystarczy? 

Zdał sobie sprawę, że jego głos zabrzmiał trochę nie­

przyjemnie, lecz nie zamierzał tłumaczyć, dlaczego 

w tym roku zdecydował się na choinkę, zwłaszcza że sam 

nie bardzo mógł pojąć, co nim kierowało. Zsiadł z ka­

sztanowatego konia i przerzucił wodze na jedną stronę, 

by uwiązać zwierzę. Rosły kasztanek był jego ulubionym 

wierzchowcem przed pojawieniem się Jokera. Grant już 

niemal zapomniał, jak gładko mu się na nim jeździło. 

Nie tak gładko jak na Jokerze, ale całkiem dobrze. 

- Może z tego samego powodu kazałeś Ricie 

background image

przywieźć surową szynkę, chociaż wcale nie wiesz, jak 

ją przyrządzić? Tak przynajmniej powiedziała mi Rita. 

- Pilnuj Jokera, dobrze? Ja tymczasem zetnę to 

drzewko. 

Z torby przy siodle wyjął niewielki toporek. Dopiero 

przez ostatnie trzy dni zaczęli razem wyprawiać się konno 

w teren. Joker nadal zachowywał się wzorowo, ale jednak 

tutaj czyhało na niedoświadczonego jeźdźca więcej nie­

bezpieczeństw niż w stosunkowo bezpiecznej zagrodzie. 

- Joker jest całkiem spokojny. Zawarliśmy porozu­

mienie. A co powiesz o ciasteczkach? 

Grant zerknął na nią przez ramię. 

- Co takiego? 

- Co powiesz o świątecznych ciasteczkach? Rita mó­

wiła, że w tym roku poprosiłeś, żeby ci je upiec. 

- Rita - mruknął z niezadowoleniem. - Zdaje się, że 

ostatnio ma bardzo dużo do powiedzenia. 

Wszyscy ostatnio mają o nim bardzo dużo do powie­

dzenia, pomyślał z irytacją. Zacisnął zęby i podszedł do 

drzewka. Zaczął je ścinać z większym nakładem sil, niż 

tego wymagał dość cienki pień, ale dzięki temu przynaj­

mniej nie musiał odpowiadać na trudne pytania. 

Sam nie wiedział, dlaczego nagle nabrał ochoty na 

świąteczne przygotowania. Nie podobało mu się też, że 

wszyscy wyciągają z tak niewinnej zachcianki zbyt da­

leko idące wnioski. Rita, Walt, a nawet Chipper dogryzali 

mu nieustannie. A teraz jeszcze Mercy. Nie, ona chyba 

jednak wcale mu nie dogryza. Ona chyba podchodzi do 

tego poważniej niż inni. 

Jego wierzchowiec spojrzał na niego niepewnie, kiedy 

background image

przyciągnął bliżej ścięte drzewo, ale uspokoił się, widząc 

że Grant bierze linę i przywiązuje je za nim w bezpie­

cznej odległości. W ten sposób dociągnie sieje do domu, 

nie uszkadzając po drodze gałęzi. 

- Grant - odezwała się Mercy. - Jeśli... 

- Słuchaj - przerwał jej, bojąc się, że znów go o coś 

zapyta. - Święta to na ranczu taki dzień jak wszystkie 

inne. Tak samo trzeba pracować, karmić zwierzęta. Nie 

obiecuj sobie zbyt wiele po tym głupim drzewku i cia­

stkach. 

Przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu, 

a potem, dość potulnie - o wiele za potulnie jak na Mer­

cy, którą znał - powiedziała: 

- Chciałam cię tylko poprosić, żebyśmy wrócili dro­

gą, którą mi wczoraj pokazałeś. Obok tego małego je­

ziorka. 

- Aha - odparł zmieszany. 
- To nie jest bardzo daleko stąd, prawda? 

- Nie. Tuż za tamtym wzgórzem. - Musiał przyznać, 

że jak na dziewczynę z miasta miała niezłą orientację 

w terenie. 

- No to... możemy? 

- Dobrze. Jasne. 
- Nie zaszkodzi to choince? 

Zmrużył oczy. Czyżby chciała mu dopiec? Nie potrafił 

zdecydować. Po raz kolejny się przekonał, że jako kobieta 

jest o wiele bardziej skomplikowana niż jako dziecko 

i o wiele lepiej wychodzi jej ukrywanie myśli. Kiedy by­

ła nastolatką, dość łatwo potrafił ją rozszyfrować, ale te­

raz nigdy nie był całkowicie pewien, co się dzieje w jej 

background image

głowie, chyba że się sama przed nim otwierała. Tak jak 

tamtej nocy w stajni. 

Trzeba było niewyobrażalnie wstrząsających przeżyć, 

żeby pozwoliła sobie na ujawnienie swoich emocji, co 

świadczyło niezbicie, że z dziecka wyrosła wyjątkowo 

silna kobieta. 

- Chciałabym zobaczyć to jeziorko jeszcze raz. Jest 

takie piękne. 

Ona najwyraźniej bez trudu czytała w jego myślach. 

- Pochodzisz z Minnesoty, więc pewnie widziałaś 

setki jeszcze piękniejszych jezior. 

- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć - odrzekła. - To 

po prostu wydaje mi się... jakieś inne, wyjątkowe. 

- W takim razie jedziemy tam - zadecydował. Chwy­

cił wodze i wskoczył na siodło. 

Miejscami śnieg był głębszy, więc droga stała się trud­

niejsza, ale po kilku minutach dotarli na szczyt wznie­

sienia. Jezioro, przypominające raczej większą sadzawkę, 

leżało po drugiej stronie, u stóp wzniesienia. Za nim roz­

ciągała się równina, na której tu i ówdzie wyrastały po­

jedyncze świerki, a latem z rzadka zieleniły się kępy 

traw. Nie wyglądała wtedy zbyt interesująco. Zimą na­

tomiast, zlodowaciała i przysypana śniegiem, który nawet 

naj mizerniej sze źdźbło trawy zamieniał w delikatną, kry­

ształową konstrukcję, a świerki w majestatyczne mono­

lity, wyglądała jak obrazek z kartki świątecznej. 

Mercy przerzuciła nogę przez grzbiet Jokera i zesko­

czyła na ziemię. Nauczyła się robić to całkiem sprawnie. 

Była bardzo zwinna, więc szybko nauczyła się też wska­

kiwać na siodło bez korzystania ze strzemion, które były 

background image

dla niej umieszczone zbyt wysoko. Grant żartował sobie, 

że chce zostać woltyżerką, ale ona była tak dumna ze 

swoich postępów, że wcale się na niego nie obrażała. 

Grant również zsiadł z konia. Stanął w śniegu i osza­

cował jego głębokość na piętnaście centymetrów. Nieźle, 

jak na szczyt wzgórza. Wkrótce jednak znów miało padać 

i miał przeczucie, że tym razem śnieg poleży o wiele 

dłużej niż poprzednio. 

Stanął za Mercy i spoglądał przed siebie. Ona nic nie 

mówiła, tylko podziwiała rozciągający się wokół malow­

niczy krajobraz Koń Granta prychnął i potrząsnął głową, 

a Joker przednim kopytem zaczął zgarniać śnieg na nie­

wielki stos, jakby osobiście chciał ocenić jego głębokość 

albo ulepić bałwana. Grant wcale nie był pewien, czy 

sprytny appaloosa nie byłby do tego zdolny. 

Mercy długo stała bez ruchu, nic nie mówiąc i niemal 

nie oddychając, aż Grant zaczął się niepokoić, czy nic jej 

nie jest. W końcu zrobił krok naprzód i spojrzał jej w twarz. 

Płakała. 
Nie był to głośny, spazmatyczny płacz. Policzki miała 

mokre, łzy wciąż po nich spływały, ale ona sama nie 

wydawała żadnego dźwięku. Nie szlochała, nie zawodzi­

ła. Wydawało się, że łzy po prostu musiały z niej wy­

płynąć, ponieważ zebrało ich się w niej zbyt dużo. Grant 

nie wiedział, jak zareagować. Miał niewielkie doświad­

czenie w uspokajaniu płaczących kobiet. Właściwie zda­

rzało mu się uspokajać jedynie Kristinę, która jako dziec­

ko potrafiła płakać na zawołanie, kiedy coś nie szło po 

jej myśli. Na szczęście, o ile Grant zdążył się zoriento­

wać, w końcu z tego wyrosła. 

background image

Ale Mercy sama mu kiedyś powiedziała, że nie jest Kri-

stiną. Nigdy nie była do niej podobna. Na pewno nie płakała 

dlatego, że ktoś nie spełnił jej dziecięcej zachcianki. 

- Mercy? - odezwał się w końcu. 

Odwróciła się i spojrzała na niego. Ku swojemu za­

skoczeniu zobaczył w jej oczach nie ból czy cierpienie, 

ale blask, którego widok zaparł mu dech w piersi. 

- Tu jest tak pięknie - wyszeptała. 

- Płaczesz dlatego, że tu jest pięknie? 

Szybko wytarła policzki, jakby dopiero teraz zdała so­

bie sprawę, że są mokre od łez. 

- Przepraszam. Czasami, kiedy coś tak mnie wzruszy, 

łzy same napływają mi do oczu. 

Nie zastanawiając się nad tym, co robi - gdyby się 

zastanowił, pewnie nigdy by się na to nie odważył - oto­

czył ją ramieniem. Poczuł, że na chwilę zesztywniała, 

ale zaraz rozluźniła się i oparła o niego. Pasowali do sie­

bie doskonale. Wcale nie wydawała mu się zbyt drobna 

ani zbyt delikatna czy krucha dla jego twardych dłoni. 

Była jakby dla niego stworzona. 

Ta kraina była całym jego życiem i Mercy również 

dostrzegła jej niezwykłą urodę. To sprawiło, że czuł się... 

sam nie był pewien jak. Nie wiedział też, jak nazwać 

ten dziwny ucisk, który w nim narastał, kiedy tak stali 

w przyjaznym, niemal intymnym milczeniu. To nie było 

zwykłe pożądanie. Grant już jakiś czas temu przyznał 

się sam przed sobą, że reakcja jego ciała na bliskość Mer­

cy nie została wywołana tylko długim celibatem. To, co 

w nim narastało, było bardziej złożone. Czuł szacunek 

dla jej odwagi, podziwiał jej inteligencję i bystrość, do-

background image

ceniał jej chęć i zdolność do nabycia całkiem nowych 

umiejętności, nawet zupełnie jej obcych. 

Ta mieszanina uczuć wytrącała go z równowagi, bo 

nie był pewien, co to wszystko miało znaczyć. Dopóki 

Mercy nie wkroczyła powtórnie w jego życie, nigdy nie 

targały nim tak liczne wątpliwości. 

Jednego był tylko pewien. Nastolatka, która kiedyś 

wprowadzała kompletny chaos w jego letnie wakacje, te­

raz jako dorosła kobieta potrafiła zrobić to samo z całym 

jego życiem. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Co takiego? 

Zdumiony Grant wytrzeszczył oczy na Walta, który 

z kolei spoglądał na niego z nie wróżącym nic dobrego 

rozbawieniem. 

- Słyszałeś przecież - odparł stary pomocnik. 

- Ale przecież ty nigdy nie jeździsz podczas świąt 

do miasta. 

- Już ci mówiłem, że w domu hodowców bydła chcą 

urządzić wielką imprezę. Będą tańce i takie tam różne. 

W zeszłym tygodniu widziałem w mieście plakaty. Za­

bawa skończy się pewnie dopiero nad ranem. 

- Urządzają taką uroczystość co roku - zauważył 

Grant. - Jeszcze nigdy na niej nie byłeś. 

- Bo może przedtem nikt mnie nie zaprosił - wyjaśnił 

pogodnie Walt. 

- Ale... 

- Chcesz mi powiedzieć, że nie mogę sobie zrobić 

wolnego dnia w Wigilię? Tylko dlatego, że twoja rodzina 

mieszka daleko, ja nie mogę mieć świątecznych planów? 

Ale z ciebie zawistnik, chłopcze. 

- Ależ możesz wziąć sobie wolne - zaczął Grant -

tylko... 

- Przed wyjazdem zrobię wszystko, co do mnie na-

background image

leży. Dopilnuję, żeby zwierzęta dostały, co trzeba. Z re­

sztą roboty dasz sobie radę sam. 

- Nie o to chodzi. 

- A poza tym, będziesz miał do pomocy Mercy. Zwy­

kle nie mówię takich rzeczy, ale jak na miastową dziew­

czynę, uczy się bardzo szybko. - Walt uśmiechnął się 

niespodziewanie. - 1 to niejednego. 

- Aha - wymamrotał Grant. 

- Brylant to brylant, chłopcze, wszystko jedno, gdzie 

go znajdziesz, czy w jakiej oprawie, prostej czy wymy­

ślnej. Nawet w wielkim mieście nie zrobią brylantu ze 

zwykłego szkiełka. 

Grant skrzywił się lekko. 

- Może przestaniesz filozofować i powiesz mi wre­

szcie, o co ci chodzi. 

- Chodzi mi o to, że jesteś uparty jak osioł i ślepy 

jak nietoperz - oznajmił Walt surowo. - A skoro już 

mnie pytasz, to wydaje mi się, że się boisz zostać tu 

sam z tą miłą dziewczyną. 

- Głupstwa opowiadasz - warknął Grant, zupełnie 

bez przekonania. 

- Głupstwa? Może jestem stary, ale nie ślepy. Każdy 

przecież widzi... 

- Każdy widzi to, co chce zobaczyć. 

Grant przerwał Waltowi, ponieważ wcale nie chciał 

się dowiedzieć, co też każdy widzi. Zresztą, sam był tego 

świadomy. Nieraz widział, jak jego pracownicy zerkają 

na niego ukradkiem, uśmiechają się na boku i coś do sie­

bie szepczą. Na pewno nie pomagało mu też to, że nieraz 

dał się przyłapać na tym, jak wpatrywał się w Mercy ja-

background image

dącą konno, doglądającą Jokera - upierała się, że skoro 

na nim jeździ, to będzie się nim również zajmowała 

- czy wykonującą inne prace na farmie, dzięki czemu 

życie wszystkich jej mieszkańców stało się znacznie 

łatwiejsze. 

Przecież chodziło tylko o to, że go... intrygowała. Tak 

sobie to przynajmniej tłumaczył w duchu, spoglądając za 

odchodzącym Waltem. Mercy przystosowała się do życia 

na ranczu lepiej, niż się spodziewał. W ogóle zresztą nie 

sądził, że dziewczyna z miasta potrafi to zrobić. Kristinie 

nigdy się to nie udało, choć przyjeżdżała tutaj w cieplej­

szych porach roku. No ale Kristina to zupełnie inny typ 

człowieka. 

„Uparty jak osioł i ślepy jak nietoperz". 

Słowa Walta dźwięczały mu uszach. Grant powtarzał 

sobie, że Walt tym razem się pomylił, chociaż znał go 

dłużej niż ktokolwiek inny, z wyjątkiem matki. Przecież 

Grant wcale nie jest ślepy czy uparty, tylko zwyczajnie... 

ostrożny. I ma swe powody. 

Mówił sobie, że Walt wtrąca się w nie swoje sprawy, 

ale nawet sam siebie nie potrafił przekonać. Zirytowany 

opuścił skład narzędzi i skierował się do domu. Wszedł 

do środka bocznymi drzwiami, prowadzącymi do sieni 

przy kuchni. Wewnątrz najpierw zdjął kurtkę, a potem 

buty przemoczone po całym dniu chodzenia po śniegu. 

Zajmowali się dzisiaj łamaniem lodu na trzech natural­

nych rozlewiskach, które utworzyły się na pobliskiej rów­

ninie. Gdyby zawędrowały tam nieostrożne zwierzęta go­

spodarskie, cienki lód załamałby się pod nimi i musieliby 

organizować akcję ratunkową. 

background image

Nawet skarpety miał przemoczone. Dotknął stóp. 

Pewnie już kiedyś były zimniejsze, ale czy to ważne? 

Siedział w sieni na wąskiej ławce, zbyt zmęczony, by 

wstać i przejść do cieplejszych pomieszczeń. Wkrótce 

jednak chłód okazał się silniejszy od znużenia i Grant 

postanowił się ruszyć. Czuł, że za chwilę ogarną go 

dreszcze. 

Wstał i chociaż przemarznięte stopy stawiały opór, 

wiedział, że powinien wejść do środka. Teraz dotarł do 

niego z kuchni zapach świeżych wypieków. Mercy nie 

żartowała; chociaż nie umiała gotować, piekła doskonale. 

Rozpieszczała wszystkich na ranczu swoim wybornym 

chlebem, ciastami i babeczkami. 

Zastanawiał się, czy tak ciężko pracuje, ponieważ chce 

zająć czymś myśli. Miał przeczucie, że jego podejrzenia 

są słuszne. Robiła to tak naturalnie: czy prace w domu, 

o których on zwykle zapominał, czy ciężkie, brudne 

czynności w gospodarstwie - wszystko robiła z taką sa­

mą energią i determinacją. 

Otworzył drzwi i wszedł do kuchni. Ciasteczka, po­

myślał. Rozpoznał ten zapach, zanim jeszcze je spo­

strzegł. Pięknie udekorowane, stygły na blacie stołu. 

Świąteczne ciasteczka. 

Mercy, ze smugami mąki na ubraniu i policzku, ob­

darzyła go uśmiechem, który rozgrzał go bardziej niż 

zmiana temperatury między sienią a kuchnią. Trzymaną 

w ręku blaszką z surowymi porcjami ciasta wskazała mu 

porcję gotowych do jedzenia smakołyków. 

- Rita mi zdradziła, że w tym roku zażyczyłeś sobie 

ciastek na święta. Mam nadzieję, że mówiłeś poważnie. 

background image

- Ja... 

Głos mu zamarł. Wspomniał coś Ricie o ciasteczkach, 

ponieważ przypomniało mu się, że kiedy był mały, matka 

mu je piekła, zresztą w tej samej kuchni. Przyszło mu 

też do głowy, że ciasteczka osłodziłyby nieco smutek 

świąt, spędzanych z dala od domu i rodziny. 

Mercy wsunęła blaszkę do piekarnika, zamknęła 

drzwiczki i zdjęła kuchenną rękawicę. Grant usłyszał ja­

kiś dźwięk dobiegający z kąta kuchni i ku swojemu wiel­

kiemu zdziwieniu spostrzegł tam Ryzykanta. Pies cierp­

liwie na coś czekał. Stało się oczywiste, na co, kiedy 

Mercy rzuciła mu odłamany kawałek ciastka. Pies chwy­

cił go w locie i połknął, a potem znów przysiadł i czekał 

na następną porcję. 

- A więc nawet pies - wymamrotał Grant. 

- Słucham? 

- Nic, nic. 
Dlaczego się dziwi? Joker całkowicie stracił dla niej 

głowę, dlaczego z psem miałoby być inaczej? Nawet jego 

psia duma i poczucie wyższości musiało stopnieć od cie­

pła i życzliwości promieniujących od Mercy. 

- Chyba zmarzłeś - zauważyła. 
- Owszem - przyznał. 

- Chipper mnie uprzedził, że pewnie wrócisz prze­

moczony i zmarznięty. 

Grant uniósł brwi. 

- Miał dzisiaj naprawiać ogrodzenia. 

- I naprawia. Wpadł tylko na chwilę uprzedzić, że 

jego mama nie przyjedzie, bo zachorowała jego młodsza 

siostrzyczka. Dlatego sama zabrałam się do pieczenia cia-

background image

stek. - Zrobiła zabawną minę. - Widać było, że i on ma 

na nie wielką ochotę. 

- Nic dziwnego. - Grant nigdy przedtem nie widział 

tylu przysmaków naraz. No ale jak tylko dowiedzą się 

o nich pracownicy, ciasteczka zaczną raptownie znikać. 

Będzie się dziwił, jeśli choć kilka zostanie do świąt. 

No ale przecież wcale nie trzeba ich dużo. Na ranczu 

zostanie tylko on i Mercy, wszyscy inni rozjadą się świę­

tować do rodziny i przyjaciół. 

Grant przypomniał sobie słowa starego Walta. „Wydaje 

mi się, że się boisz zostać tu sam z tą miłą dziewczyną." 

Poczuł w sercu dziwny skurcz. Tłumaczył sobie, że 

to reakcja na niemądre przypuszczenie Walta, ale mógł 

to być też dreszcz... oczywiście spowodowany wyzię­

bieniem ciała i nagłą zmianą temperatury. 

- Chyba rzeczywiście zmarzłeś - zauważyła Mercy. 

- Masz, zjedz sobie ciastko i zaczekaj chwilę. 

Zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, podała mu trzy 

pachnące ciasteczka i zniknęła w przylegającym do ku­

chni pomieszczeniu. Stała tam wielka zamrażarka, pralka, 

suszarka i wiele innych urządzeń. Pomieszczenie to mia­

ło bezpośrednie wejście z zewnątrz, by pracownicy mogli 

tam w każdej chwili zrobić sobie pranie. Ostrożnie nad­

gryzł ciastko i zaraz łapczywie połknął całą resztę. Usły­

szał, że Mercy otwiera drzwi suszarki. Uświadomił też 

sobie, że od momentu wejścia do kuchni słyszał cichy 

pomruk tego urządzenia. 

Zastanawiał się właśnie, czy nie wziąć sobie jeszcze 

jednego ciasteczka w kształcie bałwanka, kiedy Mercy 

wróciła do kuchni, niosąc coś w rękach. 

background image

- Masz - powiedziała i podała mu parę jego wełnia­

nych skarpet. 

- Co to... - Dotknął ich i natychmiast urwał. Skarpety 

były ciepłe, niemal gorące. Świeżo wyjęte z suszarki. 

- Włóż je, zanim wystygną - poleciła. 

Posłuchał jej bez słowa, tylko westchnął z rozkoszą, 

czując na stopach ich przyjemne ciepło. Spojrzał na Mer-

cy i zobaczył, że uśmiecha się szeroko. 

- Moja mama zawsze tak robiła, kiedy wracałam po 

zabawie na śniegu. Bardzo to lubiłam. 

- Rzeczywiście, bardzo miłe uczucie - potwierdził 

z zapałem Grant. 

- Teraz, kiedy wracam do domu, mama każe mi 

usiąść i wysypać z butów piasek. 

- To duża zmiana, piasek Arizony po śniegach Min-

neapolis. 

- Owszem. Ale rodzice polubili Arizonę. To piękny 

stan. Na wiosnę Góry Smocze wspaniale wyglądają na 

tle zieleni. Poza tym, mój tata lubi się chwalić, że mie­

szkają w pobliżu słynnego miasteczka Tombstone. 

Uśmiechnął się, słysząc te słowa. Jednocześnie wy­

dało mu się, że słyszy w nich ton jakby smutku. Albo 

tęsknoty. 

- Pewnie... bardzo ci ich brakuje, zwłaszcza że zbli­

żają się święta. 

Oparła się o krawędź kuchennego blatu. Ojciec Granta 

zmodernizował kiedyś starą, mniejszą kuchnię, jako pre­

zent ślubny dla swojej żony. Potem, kiedy odeszła, nie 

lubił nawet przebywać w tym obszernym, funkcjonalnym 

pomieszczeniu. Grant również za nim nie przepadał, ale 

background image

teraz, kiedy wypełniały je smakowite wonie, a Mercy sta­

ła tak blisko niego, wydało mu się najprzytulniejszym 

miejscem w całym domu. 

Rzuciła następny kawałek ciastka czekającemu cierp­

liwie Ryzykantowi. Połknął go w locie i spojrzał na nią 

pytająco. 

- To wszystko, piesku - oznajmiła. - Więcej nie do­

staniesz, bo mógłbyś się rozchorować. 

Pies, zwykle pełen rezerwy, pomachał przyciętym 

ogonem, a wyraz, jego pyska świadczył o tym, że zrozu­

miał, co się do niego mówi. Zerknął na Granta, jakby 

chciał się przekonać, w jakim nastroju jest jego pan. 

Grant nie wiedział, co pies odczytał z jego twarzy, ale 

najwyraźniej nie było to nic złego, ponieważ postanowił 

zostać. Zwinął się w kłębek na chodniku przy zlewie i za­

mknął oczy. Gdyby nie to, że Ryzykant nadal bardzo cięż­

ko pracował, Grant pomyślałby, że jego pies zamienia 

się w domowego pieszczocha. Ale przecież takie praco­

wite zwierzę zasłużyło sobie na trochę wygody, przeko­

nywał się w duchu Grant. No i jak widać, Mercy potrafiła 

oczarować nie tylko konia, ale również psa. 

Już myślał, że nie chce rozmawiać z nim o swoich 

rodzicach, gdy niespodziewanie podjęła ten temat. 

- Tak, tęsknię za rodzicami. Ale byłam u nich 

w Święto Dziękczynienia. Tak się o mnie troszczą, że... 

chyba na dłuższą metę bym tego nie zniosła. 

- Kristina powiedziała mi, że chcesz wyjechać gdzieś, 

gdzie ludzie... nie rozmawialiby bezustannie o tej sprawie. 

- A ty mi to umożliwiłeś. - Spojrzała na niego ciepło. 

- Bardzo ci za to dziękuję. 

background image

- Nie ma za co. Ale to ja powinienem ci podziękować 

za wszystko, co tu zrobiłaś. Mówiłem ci, że nie musisz 

pracować. 

- A ja ci mówiłam, że potrzebuję jakiegoś zajęcia. 

- Rozumiem. 

Patrzyła na niego przez długą chwilę. 

- Tak, chyba rzeczywiście rozumiesz. I za to też je­

stem ci wdzięczna. I za te wszystkie spokojne, ciche 

miejsca, które mi pokazałeś. Wiem, że oprowadzanie 

mnie po okolicy zajęło dużo twojego cennego czasu. 

- Pokazywałem ci miejsca, które kocham, a to za­

wsze się robi z ochotą. 

To była prawda. Na nowo docenił miejsca, które już 

mu nieco spowszedniały. Spojrzał na nie jej oczami, je­

szcze raz doświadczył spokoju, jakim emanowały, kiedy 

obserwował, jak twarz Mercy stawała się coraz pogod­

niejsza. 

- Mimo wszystko dziękuję. 
- To ja powinienem ci dziękować. Kiedyś też potrze­

bowałem takich miejsc. Dzięki tobie jeszcze raz je do­

ceniłem. 

- Grant... - wyszeptała jego imię, jakby nagle wzru­

szenie ścisnęło jej gardło. 

- Mercy... - Jego głos brzmiał podobnie. 

Sam nie był pewien, jak to się stało. Nie pamiętał, 

by on się poruszył, ale nie widział też, żeby Mercy zrobiła 

pierwszy krok. Jednak nagle znalazła się w jego ramio­

nach, odchyliła głowę w tył, a on poszukał jej ust. Usły­

szał, że cicho jęknęła, nie w proteście, ale z zaskoczenia. 

Zaraz potem odwzajemniła jego pocałunek, przywie-

background image

rając do niego mocniej i wspinając się na palce. Miała 

miękkie, ciepłe usta, który po mroźnym dniu kojarzyły 

mu się z bezpieczną przystanią. Miały smak cukru i cia­

steczek, i czegoś jeszcze, gorącego i słodkiego, co było 

charakterystyczne tylko dla niej. Właśnie takiego smaku 

się spodziewał. 

Nie spodziewał się tylko, że dotyk jej ust rozgrzeje 

go niemal do białości i usunie resztki chłodu przynie­

sione z zewnątrz. Nie przewidział, że tak od razu zapra­

gnie pozbyć się warstw ciepłego ubrania, które oddzielały 

go od jej drobnego ciała. Całował ją i czuł, że wirując, 

spada w przepaść. Nic go nie obchodziło, nic do niego 

nie docierało, tylko zapach i smak Mercy. 

Nie spodziewał się też, że ten pocałunek nie złagodzi 

napięcia, które gromadziło się w nim od tylu dni, ale je 

pogłębi, tak że stanie się ono wręcz nie do wytrzymania. 

Musi to przerwać. Musi. Jeszcze trochę, a po prostu 

eksploduje, jeśli nie będzie jej miał, zaraz, tutaj, na­

tychmiast. Tak go rozpaliła, że nie byłby nawet w stanie 

osunąć się na podłogę. Musiałoby się to dokonać na ku­

chennym stole. Oczywiście, byłoby to nawet dosyć wy­

godne, biorąc pod uwagę różnicę wzrostu... 

Jęknął zduszonym głosem i z wysiłkiem odsunął się 

od niej. Wydawało mu się, że w kuchni jest ciepło i przy­

tulnie? Teraz zrobiło się tu wręcz mroźnie, kiedy nie czuł 

już rozgrzanego ciała Mercy i dotyku jej ust. 

Usłyszał, że wydała z siebie cichy dźwięk, trochę wes­

tchnienie, a trochę... Nie wiedział co. Sam miał ochotę 

cicho łkać. 

Potem po omacku chwyciła się skraju stołu i podnios-

background image

ła na niego wzrok. Oczy miała rozszerzone i zdziwione. 

Czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć 

z siebie głosu. 

Przełknęła ślinę, mięśnie ifa jej szyi poruszyły się. 

- Ja... 

Znów przełknęła ślinę, by coś powiedzieć. Tym razem 

jej głos zabrzmiał prawie normalnie, tylko lekko drżał. 

- Widzę, że jak już dziękujesz, to z całego serca. 

Grant zamrugał oczami. Szybkie odzyskiwanie rów­

nowagi psychicznej było pewnie jednym z wymogów jej 

pracy, ale tym razem chyba nie bardzo mu się to po­

dobało. 

- To nie miało nic wspólnego z podziękowaniem -

warknął. 

- Grant... 

- Podziękowania były za... ciastka. - Odwrócił się 

na pięcie i dodał przez ramię: - I za ciepłe skarpety. 

Wyszedł, nie oglądając się. Powiedział sobie, że zrobił 

to, ponieważ musi się przebrać w suche ubranie. Oczy­

wiście, sam sobie nie uwierzył. Dobrze wiedział, że ucie­

ka z kuchni jak niepyszny, bo gdyby tam został, poca­

łowałby ją znowu. A wtedy mógłby zupełnie stracić pa­

nowanie nad sobą i aż sam bał się pomyśleć, do czego 

by doszło. 

Zastanawiała się, czy Grant w ogóle wróci do domu. 

Wielokrotnie jej powtarzał, że na ranczu nie ma świą­

tecznych dni; codziennie trzeba wykonywać tę samą pra­

cę. Jutro, w pierwszy dzień świąt, zapewne miało być 

tak samo. 

background image

Wiedziała jednak, że Walt wykonał większość ko­

niecznych dzisiaj prac, zanim wskoczył do swojego pi-

kapa i pojechał do miasta, zabierając ze sobą Chippera. 

Chłopak cieszył się Bożym Narodzeniem w domu i na­

wet grypa siostry tylko w niewielkim stopniu psuła jego 

świąteczny nastrój. Reszta pracowników wyjechała przed 

południem, obdarowana na drogę szczodrymi porcjami 

ciastek. Ku zdziwieniu Mercy, wszyscy wręczyli jej jakiś 

symboliczny drobiazg. Niektórzy odjechali konno, wię­

kszość samochodami w kilkuosobowych grupach. Mieli 

wrócić dopiero drugiego dnia świąt. 

Grant zaszył się w składzie na narzędzia i do tej pory 

nie wyszedł. Oznajmił jej dość szorstko, że w święta nie 

będzie lekcji, a poza tym właściwie się do niej nie odzywał. 

Rzecz jasna, nawet nie wspomniał o tym, co się wy­

darzyło wczoraj w kuchni, a ona nie potrafiła zdecydo­

wać, czy ją to boli, czy cieszy. Nadal była w szoku. Nig­

dy jeszcze nie doznała takich uczuć jak podczas tego 

pocałunku. Żadne wyobrażenie z dzieciństwa na temat 

tego, co może zajść między mężczyzną a kobietę, nie 

dorównywało tej rzeczywistości. Nawet to, czego do­

świadczyła jako kobieta, choć prawdę mówiąc, nie było 

to wielkie doświadczenie, nie wskazywało, że pocałunek 

może wywrzeć na niej tak wielkie wrażenie. 

Całowała się z nim nie jako zadurzona nastolatka, ale 

dorosła kobieta, która odwzajemnia pocałunek mężczy­

zny; kobieta, która wreszcie musiała przyznać, że chło­

pak, w którym się kiedyś podkochiwała, zmienił się 

w dorosłego człowieka i potrafił zwykłym pocałunkiem 

wstrząsnąć nią do głębi. 

background image

Wzięła głęboki oddech i na chwilę zatrzymała powie­

trze w płucach. Nie wiedziała, co robić, a miała nieod­

parte wrażenie, że coś zrobić powinna. Krążyła niespo­

kojnie po salonie i co pięć minut sprawdzała, czy ogień 

w piecu nie zgasł, chociaż sama niedawno położyła na 

palenisku dwa duże kawały drewna. 

Usiadła na starej, wygodnej kanapie, tylko po to, żeby 

dłużej nie krążyć tam i z powrotem. Znów odetchnęła 

głęboko, by się uspokoić. Niewiele jej to pomogło. Wy­

czuła natomiast świeży zapach choinki, którą razem 

z Grantem przynieśli do domu. Stała teraz tuż obok niej. 

Przypomniała sobie, jak stali w milczeniu nad jezio­

rem i jak Grant otoczył ją ramieniem, rozumiejąc jej na­

strój. Wiedziała, że on również szukał takich spokojnych 

miejsc, by ukoić ból. Pamiętała, jak podziękował jej za 

to, że dzięki niej spojrzał na takie miejsca jej oczami 

i na nowo je docenił. 

Trzeba być silnym, pewnym swojej wartości mężczy­

zną, by się przyznać do tak duchowych, subtelnych po­

trzeb. Nigdy nie miała wątpliwości, że Grant jest silny. 

Wyczuwała w nim tę wewnętrzną siłę nawet, kiedy miał 

szesnaście lat. Zastanawiała się jednak nad tym, czy przy­

znał się do swych najskrytszych potrzeb, ponieważ był 

pewny siebie i nie przejmował się zdaniem innych, czy 

może zrobił to, ponieważ jej ufał i wiedział, że spotka 

się ze zrozumieniem? 

Usłyszała w myślach głos Nicka. „Brady, czy ty mu­

sisz wszystko tak drobiazgowo analizować?" Na chwilę 

wrócił dawny ból, zwłaszcza kiedy pomyślała o rodzinie 

Nicka, która musi spędzić te święta, i wszystkie następne, 

background image

bez niego. Przyszło jej do głowy, że może powinna teraz 

być z Allison i jej dziećmi. Jednak i ona, i rodzina Co-

rellich wiedziała, że to zupełnie niemożliwe. Bliscy Nicka 

zapewne rozumieli to lepiej niż ktokolwiek inny. Allison 

jako jedna z pierwszych zaczęła namawiać Mercy na wy­

jazd w ten odległy zakątek Wyoming. Mercy jednak na­

dal uważała, że jej obowiązkiem jest wspieranie rodziny 

Nicka. 

Może rzeczywiście zbyt drobiazgowo wszystko anali­

zowała, ale była to jednocześnie jedna z jej mocnych stron. 

Dzięki tej skłonności wpadła na właściwy trop. Nawet Nick 

musiał to przyznać, chociaż zwykle, kiedy zbyt wnikliwie 

zaczynała coś rozważać, spoglądał na nią spod oka i mówił: 

„Brady, czasami cygaro to po prostu cygaro". 

A mężczyzna to czasami po prostu wrzód na siedzeniu, 

pomyślała cierpko, wyglądając przez okno, za którym za­

padał zimowy zmrok. W tej samej chwili mężczyzna, 

którego właśnie miała na myśli, wszedł do domu. Tuż 

za nim podążał Ryzykant. Pies i jego pan najwyraźniej 

nie miewali wolnych dni, choć wszyscy inni pracownicy 

ich dziś opuścili. 

Grant zdjął czapkę i kurtkę, powiesił je na wieszaku 

przy drzwiach. Dzisiaj nie były już takie przemoczone 

jak wczoraj. Potem odwrócił się i podniósł coś z podłogi 

werandy. Kiedy znów wszedł do domu, Mercy stwier­

dziła, że niesie całe naręcze sosnowych gałęzi. 

Zatrzymał się, kiedy zobaczył ją na kanapie, jakby 

przedtem nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Przez 

chwilę stał bez ruchu, najwyraźniej nie wiedząc, co po­

cząć. W końcu wskazał na gałęzie. 

background image

- Pomyślałem, że moglibyśmy dzisiaj rozpalić ogień 

w kominku i dodać kilka gałęzi dla zapachu - wyjaśnił. 

Jeszcze jedna mała rzecz ze świątecznej listy, uświa­

domiła sobie Mercy. Przedtem zebrał i ustawił na widoku 

wszystkie karty świąteczne, które otrzymał od rodziny 

i sąsiadów, chociaż zwykle tylko je czytał, a potem wy­

rzucał, upewniwszy się przedtem, że i on wysłał życzenia 

nadawcy. Tak przynajmniej powiedział jej Walt. Ściął 

choinkę, poprosił o ciasteczka... Czy te świąteczne przy­

gotowania, tak podobno u niego niezwykłe, czynił ze 

względu na nią? 

Ułożył kilka polan w palenisku kominka, dorzucił tro­

chę sosnowych gałęzi i drobnych szczap na rozpałkę, 

a potem sprawnie rozpalił ogień. Po kilku chwilach po 

salonie rozeszła się charakterystyczna woń. Grant odwró­

cił się i stanął przy kominku. Wczoraj w takiej sytuacji 

zachęciłaby go, żeby usiadł i się odprężył. Teraz nie wie­

działa, co powiedzieć. 

W końcu podszedł do niej i usiadł na kanapie. Dzieliła 

ich bezpieczna, niemal metrowa odległość. Ryzykant uło­

żył się przy ogniu i natychmiast zasnął, nie przejmując 

się napięciem panującym w salonie. 

Mercy już wcześniej odgrzała przygotowane przez Ri­

tę pikantne skrzydełka i garnek domowej zupy. Grant 

zjadł wszystko ze smakiem. I w całkowitym milczeniu. 

- Napijesz się czegoś ciepłego? - zapytała, gdy łap­

czywie przełykał kolejny kęs. 

Zastanawiał się nad tym o wiele dłużej, niż wymagało 

tego proste pytanie, aż w końcu skinął głową. Wstała 

i poszła do kuchni, gdzie na kuchence stał napój, który 

background image

tradycyjnie przygotowywała na święta. Doprawiła go do 

smaku, napełniła dwie szklanki i wróciła do salonu. 

Grant ciekawie powąchał zawartość swojej szklanki. 

- Grzany jabłecznik? 

- Coś w tym rodzaju - odparła. - W mojej rodzinie 

pija się taki w święta. 

Z uśmiechem zamieszał złocisty płyn laseczką cyna­

monu, przyłożył szklankę do ust i wypił łyk. Uniósł lekko 

brwi i oblizał wargi. Najwyraźniej trunek mu smakował. 

- Z brandy? - zapytał. 

- Słucham? A tak, z brandy. - Miała nadzieję, że uz­

na jej zaczerwienione policzki za efekt działania napoju 

albo płonącego na kominku ognia. Prawdę mówiąc, za­

rumieniła się widząc, jak język Granta przesuwa się po 

jego ustach, co z kolei przypomniało jej wczorajszy po­

całunek. - Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. 

- Nie, tylko jestem trochę zaskoczony. Nie wiedzia­

łem, że mamy w domu brandy. 

- Walt zrobił dla mnie zakupy, kiedy w zeszłym tygo­

dniu pojechał do miasta. 

- Aha. - Pociągnął następny łyk, tym razem dużo 

dłuższy, po czym uśmiechnął się. - To jest całkiem dobre 

- pochwalił. 

- Cieszę się, że ci smakuje. 

Wypił jeszcze trochę, spoglądając na choinkę. 

- Skąd te ozdoby? - zapytał, wskazując na wiszące 

na drzewku świecidełka. 

- Od pracowników - wyjaśniła. - Wymienili je na 

ciasteczka. 

Zerknął na nią i znów na choinkę. 

background image

- Aha. Ładnie wyglądają... 

Znów zapadła cisza. Mercy żałowała, że żadne z nich 

nie potrafi się zdobyć na rozmowę, choćby o błahostkach. 

A może tylko jej się wydawało, że ich milczenie jest peł­

ne napięcia? Wyobraźnia płata jej ostatnio figle. Na przy­

kład przebiegło jej przez myśl, że Grant rozpalił ogień 

na kominku, ponieważ jest to przyjemniejsze i bardziej 

•romantyczne niż ogień w piecu do ogrzewania domu. 

Skończył jeść, Mercy również, choć zjadła niewiele. 

Wytarł ręce w papierową serwetkę i wrzucił ją do ognia. 

Oboje w skupieniu patrzyli, jak płomienie trawią papier, 

jakby byli pracownikami obserwatorium astronomiczne­

go i badali wybuchy na słońcu. Mercy czuła się nieswojo, 

nic nie mówiąc, nie potrafiła jednak wymyślić żadnego 

tematu do rozmowy, który rozładowałby nieco atmosferę. 

- Masz ochotę wybrać się jutro na przejażdżkę? 

Drgnęła, równie zaskoczona tym, że się tak niespo­

dziewanie odezwał, jak i tym, co powiedział. 

- Przecież mówiłeś, że... 
- Wiem. Ale Joker już po jednym dniu lenistwa jest 

trochę niespokojny. Jeśli jutro też nic nie będzie robił, 

to może oszaleć. 

- Aha. - A więc chodzi o Jokera, a nie o jej towa­

rzystwo ani o uprzyjemnienie pierwszego dnia świąt. -

Nie możemy do tego dopuścić, prawda? 

Wydawało jej się, że nie powiedziała tego zbyt iro­

nicznie, ale Grant spojrzał na nią ostro. I równie ostro 

przemówił: 

- Jeśli nie chcesz, to sam się na nim przejadę. 

Westchnęła z rezygnacją. 

background image

- Nie to miałam na myśli. Mam ochotę na przejaż­

dżkę. To świetny sposób na spędzenie świątecznego po­

ranka. 

- W takim razie pojedziemy. 

- Może lepiej nie jedźmy razem, jeśli cały dzień masz 

się zachowywać jak rozdrażniony grizzly - dodała. 

- Grizzly są zawsze rozdrażnione. Taka już ich natura 

- warknął opryskliwie. 

- Nie wiedziałam, ale to chyba nie jest karalne. 

Zacisnął usta, ale nic nie powiedział. Wypił do końca 

napój i zdjął buty, po czym dorzucił polano do kominka, 

chociaż ogień nadal płonął wysokim płomieniem. Zrobił 

to wszystko bez słowa. Spodziewała się, że wyjdzie z sa­

lonu, skoro już wstał, ale znów usiadł. Odetchnęła z ulgą. 

Trudno uwierzyć, że dostałaś medal za odwagę, pomy­

ślała ironicznie. Mimo wszystko postanowiła się odezwać. 

- Czy chodzi o wczorajszy dzień? - zapytała. 

Znieruchomiał, a potem wolno odwrócił głowę w jej 

stronę. 

- Co takiego? 

- No... ten twój zły nastrój. To z powodu tego, co 

się stało wczoraj w kuchni? 

Na chwilę zacisnął szczęki. 

- Mówisz o tym, że cię pocałowałem? - Zebrała się 

na odwagę i skinęła głową. - Nie, to nie o to chodzi. 

Odetchnęła głębiej, znów niezbyt pewna, czy czuje 

ulgę, czy rozczarowanie. Masz manię wielkości, Brady, 

zganiła się w duchu. Skąd jej w ogóle przyszło do głowy, 

że pocałunek, który jej rozpalił zmysły, wywarł na nim 

jakiekolwiek wrażenie? 

background image

- Wcale nie chodzi o ten pocałunek - stwierdził po­

nownie Grant. 

Czy musi to powtarzać, jakby chciał obnażyć jej głu­

potę? 

- W porządku. Przepraszam, że choćby przez chwilę 

sobie wyobrażałam... - zaczęła. 

- Chodzi o to - przerwał jej, raczej złowróżbnie - że 

miałem wielką ochotę na więcej. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Natychmiast pożałował swych słów, ale było już za 

późno. Nie mógł ich przecież cofnąć. 

Do diabła z tym wszystkim, zaklął w głębi ducha. Był 

już znużony ukrywaniem tego, jak bardzo jej pragnie. 

Dlaczego próbował to ukryć? Sam nie wiedział. Pracow­

nicy już nieraz mu dokuczali i na pewno będą to robić 

w przyszłości. 

Przecież to najzupełniej naturalne. Można było wręcz 

przewidzieć, że się tak stanie. Jeśli zdrowy, trzydzie-

stojednoletni facet mieszka na ranczu z dala od innych 

domostw, a za towarzystwo ma stada bydła, konie, psa 

i kilku pomocników, i nagle zamieszka pod jego dachem 

taka wspaniała kobieta jak Mercy, to czego można się 

spodziewać? Przecież jest wręcz pewne, że właśnie tak 

się stanie. I po co to ukrywać? 

Owszem, wszystko to prawda, tylko że kobieta, która 

zamieszkała pod jego dachem, przyjechała tu, żeby dojść 

do siebie po tragicznej śmierci drogiego przyjaciela. Jej 

umysł nie działał teraz racjonalnie. Nie była w stanie do­

konywać rozsądnych wyborów. Wykorzystywanie jej sła­

bości byłoby godne pogardy. 

Nie mówiąc już o tym, że mogłoby się źle skończyć, 

pomyślał, trochę rozbawiony. Gdyby Kristina się dowie-

background image

działa... Grant przekonał się już, że Fortune'owie to lu­

dzie bardzo wybuchowi. Może nawet o morderczych 

skłonnościach. Przypomniał sobie sprawę Jake'a i od ra­

zu spoważniał. 

Mercy tymczasem siedziała czerwona po uszy. 

- Przepraszam - oznajmił sztywno Grant. - Nie 

chciałem cię wprawić w zakłopotanie. 

- Ja... Ale... 

- Zapomnij o tym, co powiedziałem, dobrze? 

Zagryzła wargę. Potem wojowniczo uniosła głowę, co 

zwykle czyniła, kiedy stawała twarzą w twarz z trudnym 

problemem. Nigdy zresztą nie próbowała unikać konfron­

tacji, nawet jeśli chodziło o coś bardzo nieprzyjemnego. 

- Dobrze, zapomnę o tym, jeśli nie mówiłeś poważ­

nie. 

Grant cofnął się lekko. 

- Słucham? 

- Mówiłeś prawdę? 

- Mercy... 
- To proste pytanie. Odpowiedz: tak albo nie. Czy 

to była prawda? 

- Byłaś tam przecież - odparował - więc jak ci się 

wydaje? 

- Sama nie wiem. Nie mam... zbyt wielkiego do­

świadczenia w tych sprawach. Przynajmniej ostatnimi 

czasy. 

- O Boże - wymamrotał Grant. 

- Miałeś ochotę na więcej? 

- Do diabła, Mercy... 

- Miałeś? 

background image

- Byłem strasznie napalony - warknął zniecierpli­

wiony. - Czy to wystarczająca odpowiedź na twoje py­

tanie? 

Zaczerwieniła się jeszcze mocniej. 

- Chyba... chyba tak. 

Odwróciła wzrok i zapatrzyła się w ogień. Grant za­

stanawiał się, co też go podkusiło, żeby rozpalić w ko­

minku. Odniósł wrażenie, że temperatura powietrza 

w pokoju gwałtownie rośnie. 

Mercy milczała. Siedziała i wpatrywała się w złociste 

płomienie ognia. Nie reagowała nawet, gdy rozlegał się 

trzask płonącego żywicznego drewna, przypominający 

Grantowi wystrzał z pistoletu. Ale ona na pewno odróż­

niała trzask drewna od wystrzału, równie łatwo jak on 

odróżniał wycie Ryzykanta od wycia kojota. 

Nadal nic nie mówiła. O czym, u diabła, rozmyślała? 

Sprawiła, że przyznał się do czegoś tak osobistego, a te­

raz milczy? 

- I to wszystko? - Nie mógł się dłużej powstrzymać, 

chociaż bardzo się starał udawać obojętność. - Zadajesz 

mi takie pytanie, a potem nie reagujesz na odpowiedź? 

Zwróciła ku niemu głowę. Policzki miała lekko za­

różowione, ale przyczyną tego mogło być ciepło bijące 

z kominka. 

- Chciałam się tylko dowiedzieć, czy... 
- Czy co? 

Spuściła wzrok. Domyślił się, że rumieniec na jej po­

liczkach nie był jednak wywołany żarem ognia. 

- Czy tylko ja... się tak czułam. 

Grant ze świstem wciągnął powietrze. 

background image

- Ty... też miałaś ochotę na więcej? 

Zdała sobie sprawę, że spuściła głowę jak pensjonarka, 

i szybko podniosła na niego wzrok. Grant jeszcze raz 

musiał przyznać, że tej dziewczynie nie brakuje odwagi. 

Nic dziwnego, że jest taka dobra w swej pracy. 

- Trochę mnie to przeraża, ale tak. Miałam ochotę 

na więcej. 

- Mercy... - zaczął, ale zaraz urwał, słysząc, że drży 

mu głos. Reakcja jego ciała na to proste wyznanie Mercy 

była bardzo szybka i gwałtowna. Musiał się skoncentro­

wać, żeby nie dać się ponieść impulsowi. Mercy jednak 

nie dała mu na to szans. Spojrzała na niego tymi swoimi 

wielkimi, zielonymi oczami, a on w jednej chwili cał­

kowicie w nich przepadł. A kiedy się ku niej pochylił, 

wyciągnęła w jego stronę ramiona. 

Przedtem wmawiał sobie, że to z powodu długich 

miesięcy celibatu jej pocałunki wydawały mu się takie 

słodkie i gorące. Przecież nie mogły być aż tak zniewa­

lające, musiała zadziałać jego wyobraźnia. 

Chyba się jednak mylił. Mercy wargi miała tak mięk­

kie i słodkie, jak zapamiętał. Przy ogniu, który zapłonął 

w jego sercu, ogień płonący w kominku wydawał się sła­

bą iskierką. 

Całował ją długo i gorąco, a ona przyjęła to z ra­

dością. Jedną rękę położyła mu na karku, druga wsunęła 

w jego włosy. Czuł jej dotyk, jakby wszystkie zakończe­

nia nerwowe na jego skórze nagle się obudziły. Gdy Mer­

cy jęknęła cicho, po plecach przebiegł mu dreszcz i za­

pragnął mieć ją natychmiast. 

Próbował się odsunąć, wiedząc, że za chwilę utraci 

background image

nad sobą kontrolę. Mercy powstrzymała go, obejmując 

go mocniej za szyję i przyciskając się do niego całym 

ciałem. Powiodła czubkiem języka po zarysie jego ust, 

i usłyszała w odpowiedzi cichy pomruk rozkoszy. Po­

traktowała to jako zachętę i przesunęła językiem do kra­

wędzi jego zębów. Zamarł bez ruchu, przerażony, że jeśli 

wykaże większy zapał, Mercy się wystraszy. Delikatnie 

dotknął językiem jej języka i szybko się wycofał. Zro­

zumiała go i jakby tylko na to czekała, wpiła się w jego 

usta. 

Ośmielony jej zachowaniem ujął jej głowę i unieru­

chomił, całując ją coraz mocniej. Po chwili stracili rów­

nowagę i osunęli się na kanapę. Czując Mercy trochę pod 

sobą, trochę obok siebie, Grant nie mógł się powstrzymać; 

wsunął rękę pod jej plecy i przycisnął do siebie. 

Wbiła palce w mięśnie jego ramion z siłą, która go 

zadziwiła. Mercy nie odpychała go jednak, lecz przycią­

gała ku sobie. Gdy delikatnie chwyciła zębami jego dolną 

wargę, drgnął mimowolnie i przywarł do niej biodrami, 

pozwalając jej wyczuć swą naprężoną męskość. Nie wie­

dział, czy kręciło mu się w głowie z powodu pocałunku, 

czy dlatego, że przestał oddychać. Właściwie wyszło na 

to samo. Niechętnie odsunął się i przez długą chwilę pa­

trzył w jej rozszerzone oczy. Nie widział jeszcze tak zdu­

mionego spojrzenia. Napawało go to uczuciami, których 

nigdy dotychczas nie doznawał. 

Po raz pierwszy Mercy była przy nim tak bezbronna, 

tak zauroczona. Marzył o tym, żeby tak wyglądała za­

wsze, by pozbyła się smutku, bólu, dręczących wspo­

mnień. 

background image

Boże, co on najlepszego robił? Przecież przyjechała tu, 

by odzyskać spokój, dojść do siebie, a potem wrócić i na 

nowo przeżyć koszmar. Kiedy zabójca Nicka zostanie zła­

pany, będzie musiała zeznawać przed sądem, opowiadać 

o śmierci człowieka, którego kochała i szanowała. 

Wytężył resztę woli i usiadł. Jego ciało przebiegł 

dreszcz, jakby w proteście przed takim obrotem spraw. 

Zacisnął zęby, desperacko walcząc z ogarniającym go 

przypływem żądzy, której siły nie przewidywał w naj­

śmielszych snach. 

- Grant? - Wypowiedziała to słowo ostrożnie i cicho, 

z delikatną nutą urazy, której nie mógł nie usłyszeć. 

- Mercy, posłuchaj... - Zamilkł, żeby zaczerpnąć po­

wietrza. - Musimy przestać. Jesteś jeszcze... trochę wy­

trącona z równowagi, po tym, jak Nick... 

Usiadła, oddychając równie ciężko i urywanie jak on, 

i spojrzała na niego. Zauważył, że jej rozchylone usta 

są nabrzmiałe. 

- Tak, wiem - odrzekła po namyśle. 
- Więc lepiej przestańmy, dopóki... jeszcze mogę. 

- Ale przecież to nie ma nic wspólnego z moim sta­

nem ducha. 

- Ależ ma. To jest podobno reguła, że jeśli ktoś bli­

ski... umiera, to instynkt nas popycha do... 

- Seks jako afirmacja życia? O to ci chodzi? 

Skrzywił się lekko. 

- To brzmi... tak zimno, ale... tak, właśnie o to mi 

chodzi. 

Wstała i wyprostowała się. Zadziwiające, że mimo 

drobnej postury potrafiła emanować godnością i powagą. 

background image

- Moim zdaniem nie doceniasz siebie i swojego 

wpływu na kobiety, Grant. Prawdę powiedziawszy, rzad­

ko się z tym spotykam. I doceniam twój wysiłek, żeby 

zachować się... szlachetnie. Bo tak chyba trzeba to na­

zwać. Kiedy tu przyjechałam, byłam w podłym stanie. 

Ale to się już zmieniło. Odnalazłam spokój. I przez chwi­

lę mi się wydawało, że znalazłam coś więcej. 

- Wcale nie jestem szlachetny - odparł szorstko. 

Ciekawe, dlaczego właśnie to słowo rozdrażniło go 

najbardziej? Pewnie dlatego, że w tej chwili wcale nie 

czuł się szlachetny, ale za to bardzo sfrustrowany. I to 

z własnej winy, ponieważ usłuchał głosu sumienia, które 

nie chciało mu pozwolić na wykorzystanie bezbronnej 

kobiety. 

- Rozumiem cię. Naprawdę. Ale czy rzeczywiście są­

dzisz, że chciałam tego tylko z powodu śmierci Nicka? 

Żeby udowodnić sobie samej, że jeszcze żyję? Jeśli tak 

sądzisz, to nie doceniasz mnie. Tu nie chodzi o afirmację 

życia ani o poczucie winy osoby ocalonej od śmierci, 

ani o inną modną formułkę z dziedziny psychologii dla 

każdego. 

- Mercy... 

- Nie jestem już dzieckiem, które poza tobą świata 

nie widzi. Chodzi tu o prosty fakt, że budzisz we mnie 

uczucia, jakich nie obudził jeszcze żaden mężczyzna. 

W dodatku sam przyznałeś... że dzieje się to z wzajem­

nością. To wszystko, o co tu chodzi. 

Opuściła pokój sztywno wyprostowana, z uniesioną 

wysoko głową. Przyszło mu na myśl, że jego dzisiejsze 

poświęcenie wyrządziło więcej złego niż dobrego. Cza-

background image

sami żałował, że matka wychowała go na tak uczciwego, 

prostolinijnego człowieka. Nie potrafił postępować jak 

wielu innych mężczyzn: brać to, co samo wpada im w rę­

ce, nie zastanawiać się, czy robią dobrze, czy źle, i nie 

liczyć się z cudzymi uczuciami. 

Barbara Jackson McClure Fortune wywarła jednak 

wielki wpływ na jego życie - chociaż odkąd skończył 

cztery lata, nie była w nim obecna stale. A może właśnie 

dlatego jej wpływ był taki silny? Jako dziecko spędzał 

z nią mało czasu, więc bardzo chciał jej udowodnić, że 

jest synem, jakiego sobie wymarzyła. Gdy zrozumiał, że 

te wysiłki nie odbudują jego rodziny, było za późno. Jego 

osobowość była już ukształtowana. 

Bezwładnie odrzucił głowę w tył, na oparcie kanapy 

i westchnął z niesmakiem. Jego pobudzone ciało jeszcze 

się całkiem nie wyciszyło. 

Usłyszał krótkie szczeknięcie i zobaczył, że Ryzykant 

się obudził. Pies wstał i patrzył na niego z wyraźnym 

politowaniem. Kiedy tylko spostrzegł, że przyciągnął 

uwagę swego pana, podszedł do drzwi. 

- Dłużej tego nie zniesiesz, co? - wymamrotał Grant 

i wypuścił psa z domu. - Nie możesz wytrzymać ze mną 

w jednym pomieszczeniu, tak? 

Pies obejrzał się na niego, ale nawet nie szczeknął, 

jakby powstrzymywał się od komentowania poczynań 

swego pana, i wybiegł w mrok. Grant zamknął drzwi. 

Ryzykant na pewno jak zwykle poszedł spać do stajni. 

Nie był psem domowym, zaczął wpadać z krótkimi wi­

zytami dopiero od czasu przyjazdu Mercy. 

Oczarowała wszystkich: jego psa, konia, pracowni-

background image

ków. Nie można powiedzieć, że zrobiła to bez wysiłku 

- pracowała na ranczu bardzo ciężko - ale z pewnością 

udało jej się tego dokonać niespodziewanie szybko. 

A co zrobiła z nim? Grant nie potrafił znaleźć żadnego 

określenia. Może nie było na to odpowiedniego słowa? 

Upłynęło dużo czasu, zanim wreszcie poszedł na górę, 

do sypialni. 

- Bardzo udana Wigilia - wymamrotał przez zaciś­

nięte zęby, mijając drzwi pokoju Mercy. Gdyby nie to, 

że nadal był rozpalony do białości, pewnie zacząłby się 

nad sobą użalać. 

Nie spodziewała się, że po tak namiętnym pocałunku 

w ogóle zaśnie, więc tym bardziej była zaskoczona, kiedy 

obudziło ją donośne szczekanie. Nieraz już słyszała 

szczekającego Ryzykanta, kiedy zaganiał do stada krną­

brną sztukę bydła, odpowiadał na gwizd lub ostrzegał, 

że nieprzyjazna istota wtargnęła na jego teren lub że 

u bramy stoi jakiś gość. Tonem i natężeniem głosu po­

trafił przekazać zadziwiająco wiele informacji. Mercy na­

uczyła się je odczytywać, ale nigdy nie słyszała Ryzy­

kanta szczekającego w ten szczególny sposób. Pies za­

wiadamiał, że stało się coś złego i wymagającego ich 

natychmiastowej interwencji. 

Poczuła, że po plecach przebiegają jej ciarki. Bez wa­

hania wyskoczyła z łóżka, pośpiesznie się ubrała i wcią­

gając buty, w podskokach pobiegła do drzwi. Usłyszała 

inne kroki na schodach i wiedziała, że Grant też usłyszał 

wezwanie Ryzykanta. 

Gdy zeszła na dół, on był już na zewnątrz. Zobaczyła, 

background image

że biegnie za Ryzykantem przez podwórko. Pies prowa­

dził swego pana do stajni. 

Mercy starannie zamknęła za sobą drzwi i podążyła 

za nimi. Serce w niej zadrżało, gdy spostrzegła, że Grant 

z psem minęli główną stajnię i pobiegli do mniejszej, 

gdzie trzymano klacze. 

Jeszcze zanim tam dotarła, odgadła, że chodzi o taran-

towatą Lady. Weszła do stajni i zobaczyła Ryzykanta sie­

dzącego przed boksem klaczy. Grant właśnie otwierał drzwi, 

chwyciwszy po drodze latarnię zasilaną baterią elektryczną. 

Podbiegła bliżej i usłyszała chrapliwy koński oddech. 

Piękna, łaciata klacz leżała na boku, a jej wzdęty 

brzuch wydawał się jeszcze większy. Była mokra od potu. 

Na widok nowo przybyłych szarpnęła się nerwowo, lecz 

była tak wyczerpana, że opadła bezwładnie i patrzyła na 

nich udręczonym wzrokiem. W Mercy coś zacisnęło się 

boleśnie. Grant obejrzał Lady, położył rękę na jej brzuchu 

i przemówił do niej łagodnie: 

- Spokojnie, mała. Wszystko będzie dobrze. Ten twój 

maluch trochę się pośpieszył. Będziesz miała gwiazdkowe 

dziecko. Spokojnie, spokojnie. 

Jego głos brzmiał czule i kojąco, a klacz, jakby go 

rozumiejąc, nie zareagowała nerwowo na jego dotyk. 

Mercy wiedziała, że za wcześnie na poród. Walt jej wy­

tłumaczył, że ranczerzy zawsze się starają, żeby źrebięta 

przychodziły na świat tuż po Nowym Roku, ze względu 

na ich późniejszą karierę w hodowli i sukcesy, na przy­

kład na torze wyścigowym. 

- Czy będziesz miał kłopoty dlatego, że źrebię urodzi 

się za wcześnie? - zapytała. 

background image

Spojrzał na nią i oczy mu się trochę rozszerzyły. Do­

piero wtedy Mercy zdała sobie sprawę, że nie związała 

włosów i nie zdążyła włożyć stanika. Grant nie skomen­

tował tego, tylko odpowiedział na jej pytanie: 

- Nie o to chodzi. Lekarz wyznaczył poród na połowę 

stycznia, więc to tylko trzy tygodnie za wcześnie. Prob­

lem polega na czym innym. 

- Na czym? 

- Zwykle klacze rodzą źrebięta w ciągu pół godziny 

od odejścia wód płodowych. Lady ostatnio ten etap zajął 

piętnaście minut. Teraz wygląda mi na to, że leży tak 

już dłuższy czas. Jeśli źrebię zaczęło się wysuwać, zanim 

sprawy przybrały zły obrót, i utknęło w drogach rod­

nych, to istnieje niebezpieczeństwo, że zaplątało się 

w pępowinę i nie przeżyje. 

Mercy poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. 

- Chcesz, żebym kogoś wezwała? Może weterynarza? 

Grant ponuro pokręcił głową. 
- Dotarcie tutaj zajęłoby doktorowi Watsonowi dwie 

godziny, jeśli w ogóle byśmy go znaleźli. Przecież to 

Wigilia. Źrebakowi nie zostało tyle czasu. Lady też jest 

u kresu sił. 

Mercy przeraziła się. Polubiła łagodną, urodziwą 

klacz, często karmiła ją marchewką i jabłkami. 

- Ale przeżyje, prawda? ' 
- Zrobię wszystko, żeby przeżyła - zapewnił Grant. 

- Jak mogę ci pomóc? 

Zerknął na nią z wahaniem. 
- Posterunkowa Brady, czy zdarzyło się pani odbierać 

poród? 

background image

- Raz. 

- Wobec tego proszę się przygotować do drugiego razu. 

Jeśli chciał ją przestraszyć, to nie udało mu się. 

- Czy będziesz potrzebował gorącej wody, jak to 

zwykle pokazują w filmach? - zapytała spokojnie. 

Uśmiechnął się lekko. 

- Oczywiście. 

- W takim razie pójdę po wodę do domu. 

Jego uśmiech się poszerzył. 

- Gorąca woda jest na miejscu. Z tego kranu leci nie­

mal wrzątek. Zaraz się umyję. Właśnie po to zainstalo­

waliśmy tutaj małą termę i zlew. 

- Aha. - Również się uśmiechnęła. - Bardzo dobry 

pomysł. 

- To zasługa Walta. Swoim klaczom chciał zapewnić 

wszelkie wygody. Przed wyjazdem włączył termę, a już 

kilka dni temu przeniósł Lady do boksu dla źrebiących 

się klaczy. Chyba podejrzewał, że wytnie nam taki numer. 

Rzeczywiście, boks Lady był obszerniejszy od innych. 

Nie było tu żłobu z sianem, zapewne ze względu na bez­

pieczeństwo zwierzęcia. 

- Szkoda, że go tu nie ma. Lepiej by ci pomógł -

zauważyła Mercy. 

- Dasz sobie radę - zapewnił Grant i wydał jej ciąg 

poleceń. Mercy nie protestowała. - Wyjmij z szafki na 

narzędzia taką niebieską skrzynkę i czyste ręczniki. Przy­

suń tu ten mały piecyk i włącz do kontaktu przy 

drzwiach. Muszę na nim ogrzać ręczniki. Jest dość chłod­

no, trzeba będzie osuszyć źrebię. I przynieś z drugiej staj­

ni dodatkową lampę, dobrze? Górne oświetlenie w ko-

background image

rytarzu nie wystarczy. Nie chciałbym jej zrobić krzywdy 

z powodu słabego światła. 

- Dobrze. 

Najpierw przyniosła skrzynkę, piecyk i ręczniki, po­

tem pobiegła do drugiej stajni. Na jej widok Joker zarżał 

radośnie, ale tylko w przelocie poklepała go po szyi. Kie­

dy wychodziła z lampą, zaprotestował, ale uciszyła go 

stanowczo. 

- Cicho bądź. Lady właśnie stara się urodzić twoje 

dziecko, więc mógłbyś przynajmniej nie hałasować. 

Mówiła to w biegu, ale ku jej zdziwieniu ogier rzeczy­

wiście zamilkł. A może już nie powinna się temu dziwić? 

Gdy wróciła do boksu, Grant klęczał przy Lady. Zdjął 

grubą kurtkę, a na skraju rękawów koszulki dostrzegła 

mokre plamy, więc domyśliła się, że już umył ręce, i to 

aż powyżej łokci. 

- Postaw tu lampę i włącz ją - polecił. Usłuchała go 

i w boksie zrobiła się jaśniej. - Muszę sprawdzić, co się 

tam w środku dzieje. Módl się, żebym nie wyczuł tylnych 

nóg źrebaka. 

- Co by to znaczyło? 

- To by znaczyło, że mamy problem, z którym mogę 

sobie nie poradzić. Spróbuj ją uspokoić, dobrze? Jest 

zmęczona, ale może spróbować mnie kopnąć, bo to, co 

za chwilę zrobię, nie będzie dla niej przyjemne. 

Ukląkł za koniem. Mercy zrozumiała, w jaki sposób 

miał zamiar sprawdzić ułożenie źrebaka, i skrzywiła się 

boleśnie. 

- Ja na pewno bym cię kopnęła - wymamrotała pod 

nosem i przyklękła przy łbie klaczy. Nie była pewna, co 

background image

robić, więc po prostu zaczęła gładzić mokrą od potu szyję 

Lady i przemawiać do niej tak jak do Jokera - piesz­

czotliwie, spokojnie, kojąco. 

- Tak, tak, wiem, że to mężczyzna, więc co on tam 

może wiedzieć o takich sprawach. Ale on chce ci pomóc. 

Tobie i twojemu maleństwu. Wszystko będzie dobrze. 

Wytrzymaj jeszcze trochę... 

Wydawało jej się, że to wszystko trwa całą wieczność. 

Nie mogła patrzeć na to, co robił Grant. Klacz raz się 

szarpnęła i Mercy usłyszała, jak Grant zaklął. Nawet jeśli 

dosięgło go końskie kopyto, nie odsunął się, tylko nadal 

robił swoje. 

Mercy usłyszała w końcu pełne zadowolenia sapnię­

cie. Jeszcze raz poklepała klacz po szyi i podniosła 

wzrok. Grant z wesołą miną wycierał ramię. 

- No, teraz wszystko zależy od Lady. 

- Co stwierdziłeś? 

- To tylko zagięta przednia noga. Ułożyłem ją we 

właściwej pozycji i wszystko powinno już pójść gładko. 

- Zgasił jedną latarnię, wstał i zgasił drugą. Kiedy spoj­

rzała na niego pytająco, wyjaśnił: - Źrebięciu takie ostre 

światło by przeszkadzało. 

Jeszcze zanim wypowiedział te słowa, coś się zaczęło 

dziać. Czując, że jej wysiłki nie idą na marne, klacz na­

brała wigoru. Po chwili na zewnątrz ukazał się spowity 

błoną kształt. Mercy wstrzymała oddech. Nie było to 

piękne ani higieniczne, ale i tak wiedziała, że patrzy na 

cud. Już po chwili na słomie leżało małe stworzenie, zło­

żone w głównej mierze z nóg. Było lustrzanym odbiciem 

swego ojca. 

background image

Grant poruszał się szybko, ale nie gwałtownie, by nie 

przestraszyć zmęczonej matki ani noworodka. Ogrzanymi 

na piecyku ręcznikami osuszył źrebię. Dotykał zwierzęcia 

delikatnie, niemal czule. Odciął pępowinę, a potem uło­

żył maleństwo przy głowie klaczy, która mimo wyczer­

pania uważnie je obwąchała. 

- Spokojnie, mamusiu - wyszeptał Grant. - Có­

reczka jest cała i zdrowa. Obie potrzebujecie odpoczyn­

ku. Macie za sobą ciężkie chwile. 

- A więc to ona? - zapytała cicho Mercy. W słabym 

świetle nie mogła rozróżnić płci źrebięcia. 

Zerknął na nią z uśmiechem. 
- Owszem. To będzie najpiękniejsza klaczka w całym 

stadzie. Zgrabna jak matka, umaszczona tak oryginalnie 

jak ojciec. 

Mercy poczuła się niewypowiedzianie szczęśliwa. 

Trochę ją zawstydzała taka gwałtowna reakcja na widok 

cudu narodzin i pojawienia się nowego życia. Ten cykl 

powtarza się nieprzerwanie. Zycie, śmierć, życie... 

I nagle zrozumiała, że zaczyna odzyskiwać równowa­

gę. Na pewno nigdy nie zapomni Nicka, nie przestanie 

odczuwać pustki, jaką po sobie zostawił, ale będzie żyła 

pełnią życia. Kiedyś znów odnajdzie radość. Jej równo­

waga jest być może jeszcze niepewna, tak jak tego 

źrebięcia, ale wkrótce okrzepnie. Tego życzyłby sobie 

Nick. 

Oszołomiona tym odkryciem, patrzyła w milczeniu na 

scenę w boksie. Myślała, że to już koniec emocji, ale 

bardzo się myliła. Okazało się, że jest jeszcze wiele pracy 

do zrobienia. Grant sprawnie wyczyścił podłogę boksu, 

background image

pozbył się łożyska i napoił klacz letnią wodą. Potem rzu­

cił jej garść siana. Wszystko to zajęło mu trochę czasu, 

więc kiedy skończył, Lady zdążyła już wstać. Ten widok 

sprawił mu wyraźną ulgę. Nie przerwał jednak pracy, tyl­

ko umył wymię klaczy, by przygotować ją do karmienia 

nowego potomka. 

W końcu wyszedł z boksu i zamknął drzwi, oznaj­

miając, że najlepszą rzeczą dla matki i jej dziecka będzie 

teraz spokój i cisza. Został jednak w stajni i spoza boksu 

obserwował zwierzęta. Po jego minie Mercy poznała, że 

nadal trochę się niepokoi o ich zdrowie. Czas płynął. Od 

porodu upłynęła już co najmniej godzina. 

Ryzykant, który dotąd siedział cicho na uboczu, pod­

szedł i usiadł u ich stóp. 

- Dobry piesek - powiedział Grant i podrapał go za 

uchem, nie spuszczając wzroku z klaczy i źrebięcia. 

- Więcej niż dobry. - Mercy przykucnęła przy ow­

czarku i spojrzała mu w kolorowe oczy. - Spisałeś się 

wspaniale. 

Ryzykant zaskomlał cicho, jakby wiedział, że głośne 

szczekanie jest teraz niepożądane. Był to jednak bez wąt­

pienia dźwięk przyjazny, więc Mercy pogłaskała go po 

łbie. Pozwolił jej na to, więc chyba nawet on zrozumiał, 

że chwila jest wyjątkowa. 

- Mercy... 
Wyprostowała się. Grant nie patrzył na nią, lecz na 

konie. Miał tak zadowoloną minę, że podążyła za jego 

wzrokiem. Źrebię stało, szeroko rozsunąwszy kopyta, ko­

łysząc się niezdarnie na patykowatych nogach. Z trud­

nością, ale jednak stało. 

background image

Nagle bezwładnie osunęło się na ziemię. Mercy jęk­

nęła z rozpaczą, ale Grant położył jej rękę na ramieniu, 

dodając otuchy. W tej samej chwili klaczka znów się pod­

niosła i tym razem już nie upadła. 

- Dobrze - stwierdził z zadowoleniem. - Była po 

prostu zmęczona wydobywaniem się na świat. Chyba 

wszystko jest w porządku. Jeśli jeszcze znajdzie jedze­

nie... 

Źrebię wykonało kilka nieudanych prób, ale zachęcane 

cichym rżeniem matki, w końcu znalazło drogę do źródła 

mleka i zaczęło ssać. Ostatnia przeszkoda została poko­

nana. Mercy poczuła, jak z Granta opada napięcie. 

Zerknęła na jego twarz. Uśmiechał się łagodnym, peł­

nym zadowolenia uśmiechem. Ten widok sprawił, że coś 

jej w środku zadrżało. Dwanaście lat temu powiedziała 

Kristinie, że podoba jej się uroda Granta, ale także jego 

charakter. Przyjaciółka jej wtedy nie uwierzyła, ale Mercy 

już wtedy wiedziała, że Grant jest bardzo dobrym czło­

wiekiem. 

Gdy teraz na nią spojrzał, coś w wyrazie jej twarzy 

przykuło jego uwagę. Zrobił nieco zdziwioną minę. Nagle 

Mercy gwałtownie się odwróciła i wybiegła ze stajni. 

Chciała ukryć łzy, które zaczęły spływać po jej policz­

kach. 

To była najpiękniejsza Wigilia, jaka jej się w życiu 

przydarzyła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Zostało jeszcze trochę tego owocowego napoju? 

Pytanie dobiegło z salonu. Nie zdziwiła się, że Grant 

wcale nie był zmęczony, mimo przeżyć tej nocy. Ona 

również nie była śpiąca, jakby cud życia, który zdarzył 

się na jej oczach, dodał jej sił. 

- Właśnie go podgrzewam! - zawołała i dodała za­

czepnie: - Widzę, że rzeczywiście lubisz moczyć się dłu­

go pod prysznicem. Już się bałam, że będę musiała tam 

wejść i sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. 

- Szkoda, że tego nie zrobiłaś. 

Jego głos brzmiał zmysłowo i sugestywnie - i rozległ 

się tuż za nią. Mercy podskoczyła zaskoczona. Znowu 

udało mu się podejść do niej niepostrzeżenie. Naj­

wyraźniej straciła zawodową czujność. Pewnie jest tu 

zbyt odprężona i rozluźniona. 

Odwróciła się i wszystkie myśli natychmiast wylecia­

ły jej z głowy. 

Grant stał tuż obok niej, ubrany jedynie w dżinsy. Na 

jego szyi wisiał ręcznik, włosy miał nadal mokre, gładko 

zaczesane do tyłu, co podkreślało zdecydowany zarys je­

go szczęki. Był boso, co trochę tłumaczyło, dlaczego nie 

usłyszała jego kroków. Nic jednak nie mogło wytłuma­

czyć bicia jej serca i zachłanności, z jaką wpatrywała się 

background image

w jego umięśnione ramiona. Może jedynie to, że Grant 

był jedynym mężczyzną, który naprawdę ją poruszał, te­

raz i przed laty. 

„Szkoda, że tego nie zrobiłaś"... 

Te wypowiedziane cicho słowa odbiły się echem w jej 

głowie, przywołując zapierające dech w piersi obrazy. 

A Grant, jakby czytał w jej myślach, podszedł bliżej 

i przyparł ją do kuchennej szafki. 

- Mogłaś do mnie dołączyć - powiedział jeszcze bar­

dziej prowokacyjnie. 

Głośno wciągnęła powietrze. Wiedziała, że wpatruje 

się w niego rozszerzonymi oczami, ale nic nie mogła na 

to poradzić. Dotychczas jej się to nie zdarzało, ale teraz 

wyobraźnia podsuwała jej bardzo wyraźne i zmysłowe 

obrazy jej samej wchodzącej pod prysznic, gdzie czekał 

Grant. Wyobrażała sobie wodę spływającą po jego ciele, 

śliską skórę pod swoimi dłońmi... 

Zacisnęła ręce, aż paznokcie wbiły się w skórę, jakby 

chciała się powstrzymać przed dotknięciem Granta. Miała 

wielką ochotę położyć dłonie na jego piersi, która znaj­

dowała się tak blisko, że czuła bijące od niej ciepło. Ale 

przecież ostatnim razem odsunął się od niej i nie wie­

działa, czy jeszcze raz zniosłaby takie rozczarowanie. 

- Patrz tak na mnie, a za chwilę wrócimy do tego, 

co zaczęliśmy wczoraj - powiedział zmienionym głosem. 

- Ale... - Zabrakło jej tchu. 
- Zmieniłaś zdanie, Mercy? - zapytał lekko zdyszanym 

głosem. 

Gdyby potwierdziła, wszystko urwałoby się natych­

miast. Takie przekonanie zakiełkowało w głębi jej duszy. 

background image

Kiedyś wierzyła we własną odwagę, w tej chwili nie była 

już jej taka pewna. Nigdy jednak nie straciła wiary w ho­

nor Granta. Nigdy nie narzucałby się żadnej kobiecie ani 

nie uwiódł niezdecydowanej, chociaż dobrze wiedział, że 

wystarczyłby jeden pocałunek... 

Jednak gdyby oznajmiła, że zmieniła zdanie, skłama­

łaby. 

- Ale to ty się wycofałeś - przypomniała mu i trochę 

się przestraszyła. Co też ona wyprawia? Powinna przecież 

uciec do swojej sypialni i zamknąć za sobą drzwi. Cho­

ciaż żadne drzwi nie były na tyle mocne, by odciąć ją 

od uczuć do tego człowieka. 

- Wycofałem się, ponieważ wydawało mi się, że kie­

rują nami niewłaściwe pobudki. Ty chciałaś... dokonać 

afirmacji życia na przekór śmierci. Bałem się, że potem 

będziesz żałować. 

- W takim razie dlaczego... 

- Ponieważ teraz wydaje mi się, że chcesz cieszyć 

się nowym życiem - powiedział głosem, od którego prze­

biegł ją dreszcz. 

Gdy ją przytulił, zadrżała, choć wcale nie było jej 

zimno. 

- W stajni widziałem twoją twarz, Mercy - powie­

dział. - Poczułaś, że zdarzył się cud, prawda? Nowe życie 

zastąpiło stare, nieprzerwany krąg... Nieważne, czy cho­

dzi o ludzi, czy zwierzęta. Wygląda to tak samo. Zycie 

toczy się dalej. I ty będziesz dalej żyła. Dzisiaj zdałaś 

sobie z tego sprawę, prawda? 

O dziwo, jego spostrzegawczość wcale jej nie zasko­

czyła. 

background image

- Tak - potwierdziła cicho. - Nigdy nie przestanie 

mi brakować Nicka, ale będę żyła dalej. Jestem mu to 

winna. Zycie jest tego warte. 

- Nie tylko będziesz żyła dalej. Znajdziesz również 

szczęście. Wrócisz do pracy, będziesz czerpać z niej za­

dowolenie. Czas uleczy rany. Owszem, zostanie blizna, 

ale ból już nigdy nie będzie taki silny. 

- Pragnę cieszyć się życiem... - powtórzyła szep­

tem. 

- Tak. I trudno o lepszy powód do... 

Wiedziała, że zaraz ją pocałuje. Jej ciało zareagowało 

błyskawicznie, jakby od lat czekało na ten pocałunek. 

Jednocześnie czuła, że wszystkie fantazje zadurzonej na­

stolatki nie były nawet bladym cieniem rzeczywistości. 

Nic nie mogło jej przygotować na jego bliskość, dotyk 

jego ust i języka. 

Nie podejrzewała nawet, że coś takiego jest możliwe. 

Sądziła, że zna swoje ciało i jego reakcje, przecież starała 

się utrzymać je w jak najlepszej kondycji, wystawiała je 

na próby, poddawała stresom, psychicznym i fizycznym. 

Myślała, że zna granice swoich doznań. 

Kiedy Grant ją pocałował, przekonała się, że nie ma 

takich granic. Z cichym pomrukiem otoczył ją ramionami 

i przyciągnął do nagiej piersi. Westchnęła głęboko, czu­

jąc jego twarde mięśnie i rozgrzaną skórę. Uniosła ręce, 

by go dotknąć. Nigdy jeszcze niczego tak nie pragnęła. 

Jej palce przesunęły się po skórze, dotknęły sutek. Usły­

szała, jak Grant spazmatycznie łapie oddech. Chociaż nie 

starał się tego ukrywać, dopiero po chwili zdała sobie 

sprawę, że wyczuła jego naprężoną męskość. Przywarła 

background image

do niego ciaśniej, a Grant zesztywniał i zdusił w sobie 

jęk. Sprawiło jej to dziwną przyjemność. Doceniła swą 

kobiecą władzę, która nawet silnego mężczyznę może 

obezwładnić. 

Grant przerwał pocałunek i przez chwilę patrzył na 

nią wzrokiem, od którego zrobiło jej się gorąco. 

- Grant... - wyszeptała. 

- Jeśli mamy przestać, to teraz - mruknął, oddycha­

jąc ciężko. - Potem może być za późno. 

Miała tylko jedną, dręczącą wątpliwość. 

- Nadal jestem dziewczyną z miasta - szepnęła. -

A ty przecież takich nie lubisz. 

- Wiem. I wiem, że wrócisz do miasta. Ale nieważne, 

gdzie się wychowałaś, jesteś prawdziwym brylantem. 

Czystym, jasnym i bez skazy. - Niezupełnie się z tym 

zgadzała, ale teraz nie zamierzała protestować. - Rzadko 

mężczyzna ma okazję dotykać takiego klejnotu - ciągnął. 

- Ale kiedy mu się to przydarzy... nic innego nie ma 

znaczenia. 

Pocałował ją znowu, gorąco i namiętnie, aż poczuła 

ten pocałunek wszystkimi zmysłami. Była tym tak po­

chłonięta, że nawet nie zauważyła, kiedy wziął ją na ręce 

i wyniósł z kuchni. Zdała sobie z tego sprawę dopiero 

w drzwiach na korytarz. 

- Grant? 

Spojrzał na nią tak, jakby się bał, że zmieniła zdanie 

i jakby się zastanawiał, czy nie zamknąć jej ust poca­

łunkiem, zanim mu to powie. Po chwili jednak zapytał 

tylko: 

- Co? 

background image

- Ja... ja niczego nie stosuję... To znaczy, chodzi mi 

o pigułkę... 

Chwilę trwało, zanim ta wiadomość do niego dotarła. 

Potem usta lekko mu zadrgały. 

- Mam coś. - Zamrugała oczami, ale on tylko uśmie­

chnął się z wesołym błyskiem w oku. - Rita mnie kiedyś 

poprosiła, żebym wytłumaczył Chipperowi, co to jest pre­

zerwatywa. Nie przypuszczałem, że te pomoce naukowe 

przydadzą się mnie samemu. 

Mercy zachichotała. I słysząc to, bardzo się zdziwiła. 

Nie należała do kobiet, które chichoczą. Grant również 

miał zdziwioną minę, ale potem znów się uśmiechnął 

i pocałował ją. Teraz była w stanie wydusić z siebie tyl­

ko jedno: 

- Pośpiesz się. 

Słysząc napięcie w jej głosie, Grant poczuł rozpala­

jący się w nim żar. Posłuchał jej bez sprzeciwu i ruszył 

na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. 

Na piętrze zatrzymał się jak wryty przed drzwiami 

jej sypialni. 

- Idziemy do ciebie czy do mnie? 

Mercy lekko się poruszyła i podniosła na niego wzrok. 
- A czy to ma znaczenie? 

- Chyba tak - odparł trochę niepewnie. - Jeszcze 

nigdy... tego tutaj nie robiłem. - Uśmiechnął się nieco 

ironicznie. - W ogóle dawno tego nie robiłem. Już niemal 

nie pamiętam... 

- Podobnie jest ze mną - wyszeptała w odpowiedzi. 

Jego słowa sprawiły jej niewiarygodną przyjemność. 

„Jeszcze nigdy tego tutaj nie robiłem". Proste wyzna-

background image

nie, ale dzięki niemu poczuła się wyjątkowa. I naprawdę 

pożądana, pożądaniem głębszym niż fizyczna potrzeba, 

którą oboje odczuwali. Może było to niemądre, ale tak 

właśnie to odbierała. 

- Chodźmy do ciebie - zadecydowała nagle. 

Wziął głęboki oddech; poczuła, jak jego pierś unosi 

się i opada. Na chwilę zamknął oczy i przełknął ślinę. 

Potem spojrzał na nią i krótko skinął głową. Nic nie mó­

wił, lecz jego twarz wyrażała burzę uczuć. 

- To dobra decyzja? - zapytała, nagle trochę zdener­

wowana. 

- Tak - odparł cicho. - Chcę cię mieć w swoim łóż­

ku. Jeśli to zabrzmiało gruboskórnie, to bardzo cię prze­

praszam. 

- Nie przepraszaj - szepnęła, choć brakowało jej od­

dechu. 

Ruszył w głąb korytarza, nadal niosąc ją w ramio­

nach, jakby ważyła nie więcej niż nowo narodzony 

źrebak. 

Czyżby się bał, że uważa go za gbura? Nie zapomniał 

chyba, że była świadkiem, z jaką delikatnością i wyczu­

ciem zajmował się maleństwem Lady, jak uspokajał zde­

nerwowaną, wyczerpaną klacz. Czy nie zdawał sobie 

sprawy, że ukazał jej dzisiaj swoje prawdziwe oblicze? 

Nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Grant pchnął 

drzwi stopą i wniósł ją do sypialni. Nigdy jeszcze tu nie 

była, tylko kilka razy zerknęła do środka przez uchylone 

drzwi. Wiedziała, że pokój jest urządzony „po męsku". 

Stały tu solidne, ciężkie meble, utrzymane w ciemnych 

barwach. Pościel leżała odrzucona na bok łóżka, tak jak 

background image

ją zostawił, kiedy zerwał się z posłania, zaalarmowany 

szczekaniem Ryzykanta. W nogach łóżka leżała koszula, 

a na komodzie zegarek i grzebień. Na nocnym stoliku 

stało kilka książek, na których widok Mercy się uśmie­

chnęła. Zdaniem niektórych Grant „marnował się" na ran-

czu, a przecież nigdy nie przestał pracować nad swoim 

bystrym umysłem. 

Postawił ją przy łóżku, pozwalając jej zsunąć się po 

swoim ciele, jakby chciał ją wyczuć całym sobą. Gdy 

zadrżała, oczy mu się rozjarzyły. Jeszcze nigdy nie wi­

działa w nich takiego ognia. 

Jeszcze raz ją pocałował, mocno i zachłannie, jakby 

była pierwszym haustem wiosennego powietrza po 

mroźnej zimie. Oparła się o niego bezwładnie, zastana­

wiając się, gdzie się podziała jej siła. 

Gdy ułożył ją na łóżku, spodziewała się, że sam znaj­

dzie się przy niej, on tymczasem otworzył szufladę ko­

mody. Zrobił to z o wiele większym rozmachem, niż by­

ło to konieczne. Przez chwilę szukał czegoś niezdarnie, 

przez co nabrała podejrzeń, że jest równie zdenerwowany, 

jak ona. 

Śledziła jego ruchy i zobaczyła, że położył na nocnym 

stoliku niewielką paczuszkę. 

- Boję się, że... później mógłbym o tym zapomnieć. 

To proste stwierdzenie, zapowiedź tego, co miało na­

stąpić, sprawiło, że ciało Mercy przeszedł dreszcz. Nagle 

Grant znalazł się przy niej i zaczął całować ją tak nie­

cierpliwie, że opuściło ją wszelkie skrępowanie. Zdjął 

z niej bluzę, którą tak niedawno wkładała w pośpiechu. 

Uniosła ramiona, by mu w tym dopomóc i dopiero po 

background image

chwili przypomniała sobie, że nie ma stanika. Grant do­

tykał jej delikatnie, ale czuła każdy jego palec osobno, 

jakby zostawiał po sobie rozpalony ślad. 

Spojrzała w dół. 

Jego opalone, mocne dłonie kontrastowały z białą, 

miękką skórą jej piersi. Znów zadrżała, a Grant znieru­

chomiał, jakby się bał, że jego dotyk nie jest dla niej 

przyjemny. Chciała go poprosić, by nie przestawał, ale 

nie mogła wydobyć słowa, więc tylko wygięła się w łuk, 

żeby dać mu do zrozumienia, czego chce. Powiedział coś 

cicho, ochryple, ale go nie zrozumiała. Po chwili zupełnie 

przestało ją to obchodzić, bo całkowicie pochłonęły ją 

doznania płynące z jego pieszczot. Przeszył ją gorący 

spazm, wywołując na usta cichy krzyk. 

Grant, jakby pobudzony jej reakcją, szybko zdjął jej 

spodnie i ciepłe buty. Przez chwilę po prostu na nią pa­

trzył i gdyby nie widoczne na jego twarzy pożądanie, 

czułaby się skrępowana. 

- Mercy - wyszeptał. - Kto by pomyślał, że mały 

skrzat wyrośnie na taką piękną kobietę? 

- Ty mnie się zawsze podobałeś - wyszeptała, wre­

szcie odzyskując głos. 

Zaczerwienił się lekko. 

- Nie patrzyłaś na mnie obiektywnie. 

- To prawda. I nadal nie patrzę. Nawet w tych gru­

bych, zimowych ciuchach wyglądasz wspaniale. 

Zaśmiał się i szybko zdjął dżinsy. Teraz z kolei Mercy 

przyjrzała mu się uważnie. Wiedziała, że jest dobrze zbu­

dowany, ale widok jego nagiego ciała przeszedł jej wszel­

kie oczekiwania. Najwyraźniej jazda konna dobrze wpły-

background image

wała na rozwój mięśni. Mercy czuła, że trawi ją pożą­

danie, lecz także lekki niepokój. Te obawy musiały 

wyraźnie odbić się na jej twarzy, ponieważ Grant zmar­

szczył czoło. 

- Mercy? - zapytał czujnie. 

- Ja... 

Zacisnął zęby, lecz po chwili spytał łagodnie: 

- Chcesz, żebyśmy przestali? 

- Nie - odrzekła szybko. - Nie to, tylko... To już 

tak dawno... No, wiesz... chodzi mi... 

- O co? 

- O proporcje... - wydusiła w końcu, czerwieniejąc. 
- Aha. - Wyglądało na to, że był bardzo zadowolony, 

tylko nie wiedział, czy powinien to okazać. - Czy to zna­

czy... Jesteś... - Urwał i tym razem on się zaczerwienił. 

- Zapomniałem o tym, że jesteś taka drobna. 

- Wcale nie jestem taka drobna - zaprotestowała od­

ruchowo. - To raczej ty... 

Zamilkła, mierząc go wzrokiem od góry do dołu. 

Kompletnie zapomniała, co chciała powiedzieć. Patrzyła 

na niego i drżała na myśl, że za chwilę będzie się z nim 

kochać. 

- Później też chcę na ciebie patrzeć tak, jak ty teraz 

na mnie patrzysz - oznajmił. - Chcę, żebyś mnie do­

tknęła wszędzie, gdzie chcesz. Ja też chcę cię dotykać. 

Ale później. 

Wziął ją w objęcia, a ona poddała mu się chętnie. Je­

go ręce gładziły ją, pieściły, pobudzając do rozkoszy. Po 

raz pierwszy w życiu straciła kontrolę nad własnym cia­

łem. Grant przejął dowodzenie, potwierdzał to każdym 

background image

dotykiem, a ona nie miała siły się opierać. Nie obchodziło 

jej nic. Chciała tylko, by nie przestawał, by narastało 

w niej to niesamowite ciśnienie, pulsująca potrzeba tego, 

co tylko on mógł jej dać. 

Spazmatycznie chwyciła powietrze, kiedy natrafił na 

najwrażliwszy punkt jej kobiecości. Chwyciła go za ra­

miona, jakby to była jedyna pewna rzecz na ziemi, która 

zaczęła się spod niej usuwać. Wziął ją za rękę i powiódł 

w dół swojego ciała. Zawahała się, nagle onieśmielona. 

- Nie wiem... - zaczęła, ale zaraz urwała. Przyznanie 

się do takiej niewiedzy w jej wieku wydało jej się śmie­

szne. Ale Grant najwyraźniej nie widział w tym nic za­

bawnego. 

- Mercy, kochanie... Pokażę ci... 

Te czułe słowa sprawiły, że serce zabiło jej mocniej. 

Poczuła w uszach pulsowanie krwi, kiedy pokazał jej, 

jak ma go dotykać. Jednocześnie jego pieszczoty dopro­

wadzały ją na skraj szaleństwa. Płonęła ogniem, którego 

jeszcze nie zaznała. Miała ochotę krzyczeć, tak bardzo 

chciała wypełnić pustkę, którą nagle w sobie poczuła. 

Gdy wiedziała, że dłużej już nie wytrzyma, Grant naparł 

mocniej biodrami na jej dłoń. 

- Przyrzekam ci, że następnym razem będziemy to 

robić całą noc - wyszeptał. - Zrobimy to tak, jak bę­

dziesz chciała i gdzie będziesz chciała, ale teraz nie mogę 

już dłużej czekać. 

Szybko otworzył czekającą na nocnym stoliku pa­

czuszkę. 

- Tak, teraz - ponagliła go niecierpliwie. 

Wniknął w nią jednym ruchem, jakby ich ciała tylko 

background image

czekały, by udowodnić, że doskonale do siebie pasują. 

Grant na moment znieruchomiał, a ona wyszeptała jego 

imię. Wymamrotał coś pod nosem, jakieś słowa pełne na­

miętności, a jednocześnie zdumienia. Poczuła, że zadrżał 

i przyciągnęła go bliżej. Nigdy nie wyobrażała sobie, że 

dwoje ludzi może tak się zjednoczyć. 

Teraz świat przestał istnieć. Wiedziała tylko, że Grant 

uczy ją czegoś nowego, spoglądając na nią z czystym, 

gorącym pożądaniem w oczach. Każdym ruchem coraz 

bardziej odrywał ją od rzeczywistości, aż w końcu liczyli 

się tylko oni dwoje. 

Wsunął rękę między ich ciała i znów dotknął jej naj-

wrażliwszego punktu. Mercy jęknęła głośno i przywarła 

do niego konwulsyjnie, a on nadal ją pieścił, coraz moc­

niej i mocniej. Chciała go błagać, by nie przerywał, ale 

z jej gardła wydobywał się tylko cichy jęk. Nagle jej ciało 

się napięło, jakby chciało eksplodować, i jeszcze mocniej 

zacisnęło się wokół Granta. Usłyszała, że wyszeptał jej 

imię, wyczuła, że wygiął się w łuk i jeszcze raz na nią 

naparł. Potem nie czuła już nic, tylko wszechogarniające 

fale gorąca. 

Stopniowo wracała do rzeczywistości. 

Najpierw usłyszała przyśpieszony oddech Granta. 

Przez długą chwilę po prostu leżała, ciesząc się ciężarem 

jego ciała, dotykiem wilgotnej skóry. Nadal obejmował 

jej ramiona, jakby się bał ją wypuścić. Łzy napłynęły jej 

do oczu, tak jak tego dnia nad jeziorem. Nie mogła ich 

powstrzymać. 

Zastanawiała się też, czy nie stworzyła sobie całkiem 

nowych kłopotów. Oto leży w ramionach Granta - dwa-

background image

naście lat temu nieustannie o tym marzyła. Ale przecież 

ona ma swoje życie w mieście, a on należy do innego 

świata. Nie wierzyła w związki na odległość. Postanowiła 

jednak, że tym zajmą się później. Teraz wystarczało jej, 

że tu jest i czuje go blisko siebie. 

Wciąż jednak powracało do niej pytanie, czy Grant 

nadal nie znosi dziewczyn z wielkiego miasta. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Musiał położyć temu kres. Mercy śniła mu się co noc, 

co doprowadzało go do szaleństwa. Odkąd zjawiła się 

na ranczu, budził się wyczerpany. Pomyślał sennie, że 

dzisiejszego ranka nie czuje się tak bardzo zmęczony. 

Czuł się wręcz doskonale, było mu ciepło, wygodnie i był 

wyjątkowo zadowolony z życia. Zaraz sobie przypomni 

dlaczego. Ale jeszcze przez chwilę będzie się cieszył 

wspomnieniem snu, w którym Mercy spała ciasno do nie­

go przytulona. 

Gwałtownie otrząsnął się i wsparł się na łokciu. W sy­

pialni było jasno, więc od razu odgadł, że spał o wiele 

dłużej niż zwykle, a poza tym pewnie śnieg przestał pa­

dać i wyszło słońce. No i wreszcie przypomniał sobie, 

dlaczego czuje się tak świetnie. 

To wszystko zdarzyło się naprawdę. Nie był to kolejny 

erotyczny sen. Mercy tu była, w jego łóżku, jej nagie 

ramiona wystawały spod kołdry, chociaż w pokoju było 

trochę chłodno. Jasnozłote włosy rozsypały się na podu­

szce. Znał je teraz dobrze, pamiętał ich delikatny dotyk 

na swojej skórze. 

Wspomnienia ostatniej nocy wróciły do niego błyska­

wicznie. 

Przypomniał sobie własne pożądanie, jej namiętną 

background image

odpowiedź. Przelatujące mu przez głowę obrazy wpra­

wiły jego ciało w stan podniecenia tak szybko, że aż jęk­

nął zdziwiony. Gdy wtedy zobaczył, że Mercy płacze, 

strach ścisnął go za gardło. Dopiero po chwili przypo­

mniał sobie, co powiedziała mu nad jeziorem, jak wy­

jaśniła, że czasami, gdy coś zrobi na niej wielkie wra­

żenie, łzy same napływają jej do oczu. 

Pożądanie znów uderzyło go z nową siłą, gdy wspo­

mniał, jak mówiła o tym, co dzięki niemu czuje. Znów 

się połączyli i trwało to tak długo, że zwątpił, czy jeszcze 

będą mogli się poruszać. W końcu wyczerpani zasnęli, 

mocno przytuleni. 

Mercy drgnęła i przysunęła się do niego bliżej, mru­

cząc coś pod nosem. Jej ciepłe pośladki dotknęły jego 

napiętego ciała. Nigdy dotąd nie czuł tej porannej radości, 

nigdy jeszcze nie miał wrażenia, że właśnie tak powinno 

być, że zawsze powinien się budzić, mając przy sobie tę 

kobietę. Nie jakąkolwiek, ale właśnie tę. Musiał to prze­

czuwać od zawsze, bo inaczej dlaczego chciałby ją mieć 

tutaj, w tym łóżku, w którym sam został poczęty. In­

stynktownie odgadł, że tak to będzie wyglądało. 

Zwalczył w sobie chęć nasycenia się tą nieoczekiwaną 

poranną błogością, wynikającą po prostu z obecności 

Mercy. Jego serce, dusza i ciało cieszyły się, ale rozum 

wysyłał sygnały ostrzegawcze, głośne i wyraźne niczym 

szczekanie Ryzykanta. 

Przecież to jest dziewczyna z wielkiego miasta. Sama 

mu to powiedziała. Jasno dała mu do zrozumienia, że 

musi wrócić do swojego dawnego życia. Wszak tuż po 

przyjeździe zapewniła go, że nie zabawi u niego długo 

background image

i gdy tylko zostanie wezwana, wskoczy w pierwszy sa­

molot i wróci do siebie. 

Potem niejednokrotnie mu to powtarzała. Minionej no­

cy nie miało to znaczenia. Tak bardzo jej pragnął, że 

najwyraźniej przestała funkcjonować logiczna, racjonalna 

część jego umysłu, która zwykle go ostrzegała, gdy miał 

zrobić coś głupiego. 

A teraz? Teraz, kiedy wiedział, jak to może wyglądać, 

kiedy Mercy obudziła w nim to, czego nie obudziła żadna 

inna kobieta, czego nie był w stanie sobie wyobrazić na­

wet w najśmielszych snach, co miał zrobić? Czy teraz 

cokolwiek się zmieniło? 

Czuł, że coś się w nim boleśnie zaciska. Nie czuł tego 

ucisku od czasu, gdy Constance złamała mu serce. Prze­

cież doskonale wiedziałeś, w co się pakujesz, powiedział 

sobie ponuro. Wiedziałeś, że Mercy w końcu wyjedzie. 

Tutaj nie ma nic, co zatrzymałoby kobietę z miasta. Wli­

czając w to jego samego. 

Mercy znów się poruszyła. Najbardziej na świecie pra­

gnął obudzić ją łagodnym, leniwym pocałunkiem. Chciał 

jeszcze raz zobaczyć w jej oczach ogień namiętności, 

chciał, by znowu sięgnęła po niego zachłannie, łapczy­

wie, jęcząc cicho z rozkoszy. 

Nie zrobił jednak nic, tylko odsunął się od niej, cho­

ciaż kosztowało go to bardzo wiele. Jego ciało zaprote­

stowało gwałtownym dreszczem, nie godząc się na tak 

okrutną rozłąkę. 

Gdy Mercy odwróciła się, uniosła powieki i spojrzał 

w jej szmaragdowe oczy, musiał przywołać całą siłę woli, 

background image

by nie chwycić jej w objęcia i nie powiedzieć o swoich 

uczuciach, o których i tak pewnie nie chciałaby słuchać. 

- Dzień dobry... - Powitała go z miękkim, pełnym 

miłości uśmiechem, od którego ścisnęło mu się serce. 

- Nie wiem, czy dobry - odrzekł. 

Wiedział, że zabrzmiało to szorstko, ale nic nie mógł 

na to poradzić. Potrzeba bliskości walczyła w nim z po­

trzebą wycofania się na znajome, bezpieczne pozycje. 

W rezultacie narastało w nim bolesne napięcie. 

Mercy zamrugała oczami. 

- Która godzina? - zapytała. 

- Już późno - odparł krótko, wręcz nieuprzejmie. 

Zmarszczyła czoło; mimo rozespania zauważyła jego 

szorstki ton. Usiadła. Kiedy zobaczył piękny zarys jej 

pleców i bioder, powróciły do niego obrazy z minionej 

nocy - zobaczył swoje ręce na jej piersiach, jej biodra, 

które niosły go tak słodko, jej rozgrzaną, wilgotną skórę. 

Zamknął oczy i z wysiłkiem przełknął ślinę. Odwrócił 

głowę w przeciwną stronę i dopiero wtedy znów otwo­

rzył oczy. 

- Grant? 

- Muszę zajrzeć do źrebięcia - oznajmił i również 

usiadł. 

- Czy coś się stało? 

Opuścił stopy na podłogę i sięgnął po dżinsy, niedbale 

porzucone obok łóżka. 

- Jeśli mam czytać w twoich myślach, to obawiam się, 

że niezbyt dobrze mi to wychodzi - powiedziała cicho. 

Spojrzał na nią przez ramię. Przycisnęła do siebie 

prześcieradło, osłaniając ciało, którym wczoraj tak szczo-

background image

drze go obdarzyła. Oczy miała rozszerzone i niespokojne, 

ale patrzyła na niego śmiało. Jak zwykle nie unikała kon­

frontacji. Pomyślał, że on również jest jej to winien. Zna­

lazł więcej, niż się spodziewał, ale to nie powód, by teraz 

zmieniać zasady. Ona była z nim od początku szczera, 

nie oszukiwała go. Uprzedziła, że wróci do miasta, kiedy 

tylko będzie to możliwe. 

- Wszystko w porządku, Mercy - powiedział. - Wiem, 

że ostatnia noc... nic między nami nie zmieniła. - Jej oczy 

stały się jeszcze bardziej okrągłe, więc zaczął mówić szyb­

ciej, żeby już mieć to za sobą. - Wrócisz tam, gdzie twoje 

miejsce. A ja zostanę, gdzie moje miejsce. 

- Rozumiem. 
Nie potrafił rozszyfrować tonu jej głosu ani wyrazu 

twarzy. Nagle ogarnęły go wątpliwości. Czy starając się 

wszystko uprościć i ułatwić, nie osiągnął efektu wręcz 

przeciwnego? 

- Wiedzieliśmy to od samego początku, prawda? Ty 

masz swój świat, ja swój. One nie mają żadnego punktu 

stycznego, są całkiem inne. 

- Już mi to mówiłeś. 

W jej głosie pobrzmiewały twarde nuty, nie był tylko 

pewien, skąd się wzięły. Przecież starał się ją uspokoić, 

mówiąc, że niczego od niej nie oczekuje ponad to, co 

już się stało. Połączyło ich coś niewiarygodnego, ale nie 

zmieniało to faktu, że on nie mógł żyć w jej świecie, 

a ona w jego. 

- Mercy... 
- Powinniśmy wstać - stwierdziła. - Na ranczu nie 

ma świąt. Tak przecież mi sam mówiłeś, prawda? 

background image

Coś jest nie tak. Czuł to, mimo że Mercy przybrała 

zupełnie obojętny wyraz twarzy. Sięgnęła po ubranie 

i włożyła bluzę, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. 

Jeszcze nie skończył zapinać dżinsów, kiedy stanęła 

przed nim i spojrzała mu w oczy. 

- Chodźmy sprawdzić, jak się czuje nowy mieszka­

niec rancza - zaproponowała radośnie, tak radośnie, że 

wydało mu się to wymuszone. - Czy mogę dać szczę­

śliwej mamie jabłko? 

Zamrugał oczami, zaskoczony jej nagłą wesołością. 

- Tylko kawałek, nie więcej. Mercy, jeśli powiedzia­

łem coś, co... 

- Nie zawracaj sobie tym głowy, kowboju. 

Zastanawiał się, czy te słowa miały być uszczypliwe. 

Doszedł do wniosku, że chyba nie. Przecież wypowie­

działa je tak beztrosko. Podeszła drzwi, otworzyła je 

i obejrzała się przez ramię. 

- Powiem ci jedno, McClure. Potrafisz zapewnić 

dziewczynie z miasta pamiętny poranek po niezapomnia­

nej nocy. 

Z tymi słowami wyszła, a Grant stał jak skamieniały, 

nie mogąc zrobić najmniejszego ruchu, dopóki jej kroki 

nie ucichły w głębi korytarza. 

Skuliła się, otulona kurtką, i starała się opanować 

drżenie. Byłoby jej łatwiej, gdyby uznała całe zdarzenie 

za błąd. Ale czy było to możliwe? Czy to, co między 

nimi zaszło, mogło być błędem? Nie miała wielkiego do­

świadczenia, lecz nie była też tak naiwna, by sądzić, że 

wszystkim zdarza się tak cudowna rozkosz. 

background image

A zresztą może była naiwna i przydarzyło jej się 

coś całkiem pospolitego? Może, przynajmniej dla Gran-

ta, nie było to nic nadzwyczajnego? No bo dlaczego 

rano mówił jej takie rzeczy? Wrócisz tam, gdzie twoje 

miejsce. Ja zostanę, gdzie moje miejsce. Masz swój 

świat, ja swój. Nie mają żadnego punktu stycznego, są 

całkiem inne. 

A mówił to tak... jakby ją pocieszał. Jakby chciał do­

dać jej otuchy tym, że nadal się spodziewa jej szybkiego 

wyjazdu. Jakby jej przypominał o niezmienności swojego 

przekonania, że dziewczyna z miasta zawsze pozostanie 

dziewczyną z miasta. Może się bał, że sobie pomyśli... 

W zasadzie co mogła sobie pomyśleć? 

Pewnie jego słowa były dla niej ostrzeżeniem, które 

miało sprowadzić ją na ziemię. Ponieważ ja nic od ciebie 

nie oczekuję, ty z kolei nie spodziewaj się niczego ode 

mnie. 

Cóż, nie spodziewała się. Nie spodziewała się niczego 

od Granta McClure'a. Tak przynajmniej ze złością po­

wtarzała sobie w duchu, ocierając łzy, które gromadziły 

się pod powiekami. Czuła coraz większy zamęt w duszy. 

- Jesteś idiotką, Brady - wymamrotała pod nosem. 

- Wiedziałaś przecież, że tak będzie. Sama to mówiłaś. 

I chyba nie jesteś taka głupia, żeby wierzyć, że jedna 

noc jest w stanie to odmienić. 

Nie miała zamiaru odgrywać roli lamentującej kobiety, 

która narzeka, że została oszukana i uwiedziona. Nikt jej 

nie uwiódł. Sama dała się wywieść w pole, i aktywnie 

w tym uczestniczyła. Przecież nie jest już dzieckiem, tyl­

ko dorosłą osobą. Sama podejmuje decyzje i sama musi 

background image

się uporać z ich skutkami. Nie ma prawa rozpaczać. Grant 

głośno powiedział to, co oboje od dawna wiedzieli. Za­

chował się uczciwie, a przecież zawsze twierdziła, że za­

leży jej na uczciwości. Czyż nie jest hipokryzją to, że 

teraz jego uczciwość tak jej się nie spodobała? 

Dobrze, że nie wiedział, jak bardzo zraniły ją jego 

słowa. Podczas pięciu lat służby w policji nauczyła się, 

jak skrywać emocje. Nie miała zamiaru dopuścić, by 

Grant się dowiedział, że w swojej głupocie uznała wspól­

ną noc za zapowiedź czegoś ważnego. Teraz, w jasnym 

świetle poranka, wiedziała, że ta noc nic między nimi 

nie zmieniła, choć była tak niewiarygodnie pełna namięt­

ności. Specjalnie zachowywała się radośnie i beztrosko, 

jakby nic specjalnego nie zaszło, chociaż była to jedna 

z najtrudniejszych rzeczy w jej życiu. 

Jeśli Grant potrafił zapomnieć o tym, co się między 

nimi wydarzyło, ona też to zrobi. 

W nocy zastanawiała się, czy Grant nadal nie lubi 

dziewczyn z miasta. Z samego rana dostała wyraźną 

odpowiedź. 

Kątem oka dostrzegła jakiś ruch i odwróciła głowę. 

Ryzykant podbiegł do niej drobnym krokiem. Zrównał 

się z nią i razem poszli do stajni dla klaczy. 

- Robisz poranny obchód, piesku? - zapytała. 

Owczarek szczeknął krótko, z zadowoleniem, jakby 

dawał jej twierdzącą odpowiedź i jednocześnie mówił, 

że wszystko jest w porządku. Spojrzała w jego dwuko-

lorowe oczy. 

- Jak się miewa źrebaczek? 

Ryzykant pisnął cicho i ruszył biegiem do stajni, jak-

background image

by znów doskonale ją zrozumiał. Mimo ponurych roz­

ważań na temat Granta, Mercy musiała się uśmiechnąć. 

- Przyznaj się. Tak naprawdę to ty tutaj rządzisz, co? 

- zapytała Ryzykanta. - Tylko łaskawie pozwalasz, żeby 

inni myśleli, że mają tu cokolwiek do powiedzenia. 

Pies znów zaszczekał i wyraźnie zniecierpliwiony 

czekał, aż Mercy dojdzie do drzwi stajni. Wiedziała, że 

zwykle wchodził do środka przez przeznaczony specjal­

nie dla niego otwór w drzwiach do składziku po drugiej 

stronie budynku, więc teraz czekał na nią, ponieważ wąt­

pił, czy niezbyt rozgarnięta istota ludzka znajdzie drogę 

bez jego pomocy. 

Odsunęła ciężkie drzwi, a Ryzykant natychmiast 

wpadł do środka. Zatrzymał się przed boksem Lady i za­

czekał, aż Mercy zamknie wrota. 

- Prawdziwy z ciebie dżentelmen - skomentowała 

z uznaniem. - Żałuję, że twój pan nie jest bardziej... 

Zamilkła. Nie będzie w ten sposób myślała. Nie 

będzie winiła Granta za to, że czuje się zraniona. Sa­

ma jest sobie winna. Grant nigdy nie ukrywał swych 

opinii. 

Skrzywiła się lekko, ironicznie. Nie uznawała seksu 

dla przyjemności, ale najwyraźniej ostatniej nocy uległa 

takiej pokusie, chociaż myślała, że kierują nią inne mo­

tywy. 

A może sama siebie okłamywała. 
Z westchnieniem podeszła do boksu, zastanawiając 

się, jak to możliwe, że taka wspaniała noc doprowadziła 

ją do takiego przygnębienia. 

Lady stała o własnych siłach i powitała Mercy łagod-

background image

nym spojrzeniem. Wszystkie konie na ranczu Granta były 

spokojne, co zapewne świadczyło o ich łagodnym trak­

towaniu. 

Poczuła lekki niepokój. Gdzie jest źrebię? Przechyliła 

się przez zamkniętą dolną połowę dwudzielnych drzwi 

i rozejrzała po boksie. Nic nie znalazła. Nagle dostrzegła 

jakiś ruch tuż za klaczą. Sekundę później zza boku matki 

wyłoniła się drobna postać na patykowatych nóżkach. 

Mercy uśmiechnęła się szeroko, zachwycona wido­

kiem źrebiątka. 

- Witaj, maleństwo - powiedziała. - Wesołych Świąt. 

Źrebak niespokojnie zastrzygł uszami, słysząc niezna­

ny sobie dźwięk. 

- Tobie też życzę wszystkiego najlepszego, mamusiu. 

- Wyciągnęła przed siebie kawałek jabłka przyniesiony 

ze spiżarni. Klacz wyciągnęła szyję, powąchała owoc 

i delikatnie zjadła go wprost z jej dłoni. 

Mercy usłyszała, że drzwi znów się rozsuwają. Nie 

obejrzała się. Pracownicy mieli wrócić dużo później, więc 

na pewno jest to Grant. Ożywione spojrzenie klaczy i re­

akcja Ryzykanta, który natychmiast podbiegł do gościa, 

potwierdziły jej przypuszczenia. 

Grant nic nie powiedział, ale słyszała jego kroki, szum 

wody, odgłosy krzątaniny i znów kroki. 

Kiedy się zbliżył, klacz cicho zarżała. 
- Przepraszam za spóźnienie - wymamrotał, otwie­

rając drzwi do boksu. Dopiero wtedy Mercy zobaczyła 

w jego rękach wielki, plastikowy kubeł z czymś, co wy­

glądało jak parujący owies. 

- Śniadanie? - zapytała, starając się, by jej głos 

background image

brzmiał lekko i beztrosko. Starała się nie myśleć o tym, 

dlaczego Grant się spóźnił. 

- Specjalna mieszanka - wyjaśnił, stawiając kubeł na 

ziemi. - Za tydzień lub dziesięć dni powinna zacząć jeść 

normalnie - dodał z roztargnieniem. W skupieniu oglą­

dał klacz i źrebię, by się upewnić, że oboje są w dobrej 

formie. - Taki pokarm jest teraz dla niej najlepszy. 

- Aha. 

Żadna inna odpowiedź nie przychodziła jej do głowy. 

Jak to możliwe, że dwoje ludzi, którzy przeżyli tak wspa­

niałą noc, teraz zachowuje się, jakby prawie się nie znali? 

Patrzyli razem, jak klacz wylizuje do czysta kubeł, 

jak źrebię przygląda się jej z zaciekawieniem. Kiedy 

skończyła, Grant wyniósł kubeł z boksu, by żadne ze 

zwierząt się nie zraniło. Zaniósł go do zlewu i starannie 

umył. Robił to wszystko w całkowitym milczeniu. 

Odstawił kubeł na miejsce i przez chwilę jakby się 

wahał. Mercy spodziewała się, że się odezwie, lecz on 

wyszedł bez słowa. Tłumiąc westchnienie, spojrzała na 

zwierzęta w boksie. Widok ssącego matkę źrebięcia wy­

wołał uśmiech na jej twarzy. Było w tym tyle nadziei, 

spokoju i prostoty, że na chwilę zapomniała o miotają­

cych nią uczuciach i po prostu cieszyła się widokiem tego 

cudu. 

- Rodzina, z którą się związałaś małżeństwem, to dla 

mnie zbyt skomplikowany układ, mamo. Codziennie ja­

kieś nowe wydarzenie. 

Grant poruszył się lekko na kuchennym krześle. Stopy 

trzymał na stole, nie zapomniawszy jednak przedtem 

background image

zdjąć butów. Matka mimo wszystko wpoiła mu pewne 

zasady. 

- To prawda, że dużo się ostatnio dzieje - zgodziła 

się Barbara Fortune z pogodnym uśmiechem. - Czy dasz 

wiarę, że syn Moniki, Brandon, to porwany tuż po uro­

dzeniu bliźniak? A przez cały czas wszyscy myśleli, że 

zaginione dziecko było dziewczynką, jak Lindsay. 

- Tak też myślała ta kobieta, która podawała się za 

siostrę Lindsay - dodał z ironią Grant. 

- Ta Ducet? Cóż, była do niej zdumiewająco podo­

bna. Może rzeczywiście sama w to wierzyła. 

Grant uśmiechnął się, ale jego uśmiech był pełen go­

ryczy. Taktownie nie wspomniał, że kobieta i jej wspól­

nik zniknęli gdzieś natychmiast po tym, jak Brandon Ma-

lone ujawnił list od Moniki, co czyniło przypuszczenie 

matki całkowicie nieprawdopodobnym. Nie, Ducet była 

sprytną oszustką i chodziło jej tylko o pieniądze. Nie wi­

dział żadnej różnicy między nią a kobietami, które, do­

wiedziawszy się o wartości jego rancza, dochodziły do 

wniosku, że upolowanie Granta McClure'a byłoby miłym 

dodatkiem do ich listy zdobyczy. 

Jego matka jednak dopatrywała się w ludziach jedynie 

dobra, nawet jeśli go tam nie było. 

- A więc za wszystkim stała Monica? - upewnił się. 

- Nawet za śmiercią Kate? 

Barbara Fortune westchnęła. Grant zastanawiał się, 

czy to dlatego, że nie potrafiła sobie w żaden sposób 

wytłumaczyć postępku tej złej, ogarniętej obsesją kobiety. 

- Według tego, co było napisane w liście znalezio­

nym w sejfie i zgodnie z tym, co odkrył detektyw Gabe 

background image

Devereax, jej obsesją było przejęcie kontroli nad firmą 

Kate. Uważała, że to się należy Brandonowi. I nienawi­

dziła Kate, ponieważ Ben nie chciał się z nią rozstać. 

- Więc odpłaciła jej, aranżując katastrofę lotniczą, 

w której Kate zginęła. Jakie to urocze. - Jeszcze raz nie­

spokojnie się poruszył. Nie rozumiał, jak jego matka mo­

że żyć w takim świecie. Nie lubił nawet o tym słuchać, 

chociaż dzisiejszego ranka pozwoliło mu to przynajmniej 

oderwać się od jeszcze bardziej ponurych rozważań. -

Pewnie kłopoty w laboratorium to też była jej robota? 

- O tym również napisała w liście. Miała nadzieję, 

że dokonany przez nią sabotaż wywoła chaos, a ona wy­

ciągnie z tego korzyści. 

Przecież w rodzinie Fortune'ów stale panuje chaos, 

pomyślał Grant ironicznie. 

- Życzę szczęścia Brandonowi Malone - powiedział 

głośno. - Będzie mu bardzo potrzebne, żeby sobie po­

radzić w nowej rodzinie. 

- To również moja rodzina, Grant. 

Głośno wypuścił powietrze z płuc. 

- Wiem. Przepraszam, że tak powiedziałem. 

- To też twoja rodzina. 

- Nigdy nie miałem takiego wrażenia. 

- Wiem. Ale oni cię na swój sposób podziwiają. 

- Mnie? - zapytał zdziwiony. 
- Nate zawsze mi powtarza, że imponuje mu twój 

silny charakter. No i dobrze wiesz, że Kate uważała cię 

za członka rodziny. W końcu zostawiła ci tego konia. 

Jokera. Owszem, zostawiła mu go. Zapisała mu 

w spadku ogiera, dzięki któremu całkiem dochodowe 

background image

ranczo zmieniło się w żyłę złota. Miał cennego konia rasy 

appaloosa, którego oczarowała filigranowa policjantka. 

Ta sama, która wywróciła jego życie do góry nogami. 

- Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiła - powie­

dział, starając się nie myśleć o problemie, który ciągle 

był dla niego za trudny. 

- Kate była bardzo hojną kobietą. 

Smutek w głosie matki poruszył go. 

- Tak mi przykro, mamo - odezwał się pośpiesznie. 

- Wiem, jak bardzo ją ceniłaś i kochałaś. Nie chciałem, 

żeby to zabrzmiało tak szorstko. Przecież jestem jej za 

ten dar wdzięczny, tylko... nieco mnie to wszystko dziwi. 

- Zawsze się bałam, że czujesz się... nieco odsunięty 

na bok. 

- To nie tak - zapewnił ją z przekonaniem. - Można 

nawet powiedzieć, że się z tego cieszę. Dzięki temu nie 

muszę się angażować w te skomplikowane historie. Je­

stem prostym kowbojem. Nie dałbym sobie rady z tymi 

wszystkimi machinacjami. 

- Prosty kowboj, akurat - odrzekła matka. Po chwili 

westchnęła i dodała: - Żałuję, że Kate tego nie dożyła. 

Bardzo by się ucieszyła na wiadomość, że jej dziecko 

dobrze się miewa. 

- Dziecko? Przecież Brandon dobiega czterdziestki. 

- No, wiesz, co mam na myśli. Zawsze mówiliśmy 

o nim jako o dziecku, bo przecież został porwany, zanim 

Kate zdążyła wziąć go na ręce. Poza tym, dla matki dziec­

ko zawsze pozostanie dzieckiem. 

- Tak, mamo - zgodził się Grant z powagą, chociaż 

w głębi ducha uśmiechał się do siebie. Odczytał wiado-

background image

mość między wierszami. Nigdy nie wątpił w miłość mat­

ki, ponieważ przypominała mu o niej przy każdej okazji. 

- Czy Ben rzeczywiście był od początku wmieszany w to 

porwanie? 

- Tak jest napisane w liście, który Monica zostawiła 

Brandonowi. Wciąż trudno mi uwierzyć, że to syn Kate. 

Monica nie mogła mieć własnych dzieci, więc kiedy usły­

szała, że Kate urodziła bliźnięta, zaszantażowała Bena, 

żeby dał jej Brandona. To niewiarygodne, że mógł tak 

skrzywdzić własną rodzinę. 

Grant skrzywił się lekko. 

- Nie miałbym nic przeciwko pokrewieństwu z Kate, 

ale nie jestem pewien, czy chciałbym się przyznawać do 

jakichkolwiek związków z Benem. 

Matka milczała. Trwało to tak długo, że Grant się za­

niepokoił. Opuścił nogi na podłogę. 

- Mamo, co się stało? 

- Dowiedzieliśmy się... jeszcze czegoś. Było o tym 

bardzo głośno, ale ty pewnie nie słyszałeś, jak to się stało, 

że Jake ulegał wszystkim żądaniom Moniki. Wszystko 

wyszło na jaw, kiedy został aresztowany pod zarzutem 

jej zamordowania. 

Grant wymamrotał coś pod nosem. Miał już dość dra­

matów rozgrywających się w klanie Fortune'ów. Nie 

podobało mu się, że tak martwiły jego matkę. Może uda 

mu się ją namówić, by odwiedziła ranczo i odpoczęła 

od zamętu i kłopotów, które nie opuszczały tej rodziny. 

Teraz jednak powstrzymał się od komentarza. I tak już 

miała wiele na głowie. Jej szwagier siedział w areszcie, 

oskarżony o najgłośniejsze morderstwo sezonu. 

background image

- A o co chodziło? - zapytał tylko. 

Zawahała się, a on nie nalegał. Dawno już się nauczył, 

że w przypadku jego matki nalegania i ponaglenia nie 

odnoszą skutku. 

- Dowiedzieliśmy się - powiedziała w końcu - że 

Jake nie jest synem Bena. 

Grant znieruchomiał. 

- Co takiego? 

- Okazało się, że Kate była w ciąży, kiedy wyszła 

za mąż za Bena. Ale to nie było jego dziecko. Prawdziwy 

ojciec Jake'a zginął na wojnie. 

Grant gwizdnął cicho. 

- Co to oznacza? Czyżby Jake nie miał prawa do 

majątku rodziny? 

- Nie jestem pewna. To wszystko jest bardzo skom­

plikowane. 

- I to jeszcze jak. A co na to Nate? Zawsze rywali­

zował z Jakiem, a teraz... 

- Zachowuje się... dziwnie. Odwiedził Jake'a w are­

szcie, ale nie powiedział mi, o czym rozmawiali. 

- Mamo... 

- Ależ na pewno mi wszystko powie. Kiedyś... Twój 

ojczym robi wszystko po swojemu. 

Twój ojczym. To dziwne, ale chociaż matka była żoną 

Nate'a od dwudziestu pięciu lat, jednak Grant nie do koń­

ca potrafił uznać energicznego, potężnego, trochę za bar­

dzo żądnego władzy męża matki za swojego ojczyma. 

- Wygląda na to, że Jake i Erica się pogodzą. 

Grant wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. 
- Co takiego? 

background image

- Ta tragedia na nowo ich do siebie zbliżyła. Wydaje 

mi się, że Jake zdał sobie sprawę, jak bardzo potrzebuje 

Eriki. Oni rzeczywiście się kochają. 

- Jestem... zdumiony. 

Był także zadowolony, chociaż nie bardzo wiedział dla­

czego. Nigdy nie rozumiał, jak Erica wytrzymywała u boku 

tak trudnego człowieka jak Jake. Jednak wiadomość, że ich 

związek ma szanse przetrwać mimo tak dramatycznych 

okoliczności, sprawiła mu niewytłumaczalną radość. 

- Na pewno jakoś się to wszystko ułoży - stwierdziła 

matka z typowym dla siebie optymizmem. - A jak się 

miewa twój gość? 

- Mercy? - zapytał, jakby miał jeszcze jakiegoś go­

ścia na ranczu. Tym pytaniem chciał tylko zyskać na cza­

sie, bo nie wiedział, co odpowiedzieć. 

- Mercy? - powtórzyła matka. - Nie słyszałam, żeby 

ktoś ją tak nazywał, odkąd przestaliście być dziećmi. 

- Jakoś tak się złożyło, że znów się tak do niej zwra­

cam. 

- Dobrze się miewa? Kristina bardzo się o nią martwi. 
- Wydaje mi się, że... dochodzi do siebie. 

- Miło mi to słyszeć. To wspaniała dziewczyna. Bar­

dzo bolałam nad tym, co się jej przydarzyło. Jest tu je­

szcze? Kristina zjawi się za chwilę i na pewno będzie 

chciała z nią porozmawiać. 

- Mercy... jest na dworze. Zaczekaj chwilę. - Odło­

żył słuchawkę i wstał. - Ryzykant! - zawołał, idąc do 

drzwi. Pies, który leżał na małym chodniku przy zlewie, 

szybko wstał. - Mercy - powiedział Grant i otworzył 

psu drzwi. - Znajdź ją. Szukaj Mercy, piesku. 

background image

Ryzykant szczeknął raz - na znak, że rozumie. Wy­

skoczył z domu i pomknął do stajni. Dobrze wiedział, 

gdzie szukać Mercy. Na pewno stoi tam i podziwia 

źrebię, które ją bez reszty zauroczyło. Poza tym Ryzykant 

zawsze wiedział, gdzie znajdują się ludzie, których uz­

nawał za członków swojego miłego, uporządkowanego 

świata. 

Grantowi przyszło nagle do głowy, że ten pies jest 

o wiele mądrzejszy od swojego pana. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Mercy nie była pewna, ile czasu przyglądała się 

źrebakowi, kiedy nagle u jej stóp pojawił się Ryzykant. 

Zaszczekał, by przyciągnąć jej uwagę, i wrócił do drzwi. 

Tam się zatrzymał i spojrzał na nią wyczekująco. Znów 

zaszczekał, wrócił i powtórzył cały manewr od początku. 

- Mam za tobą iść, tak? - upewniła się Mercy. 

Zrobiła kilka kroków w kierunku psa, a ten natych­

miast zaszczekał z aprobatą i ruszył przed siebie szyb­

ciej. Roześmiała się mimo woli. 

- Prowadź, piesku. Zawsze lubiłam filmy o Lassie. 

Szybko stało się jasne, że Ryzykant prowadzi ją do 

domu. Przypomniała sobie okoliczności, w których pies 

szczekaniem przekazywał im wiadomość i serce zaczęło 

jej mocniej bić. Czyżby coś się stało? Może Grant jest 

ranny, albo... 

Zdusiła w sobie niepokój i uśmiechnęła się ironicznie. 

Obejrzałam za dużo tych filmów z Lassie, zganiła się 

surowo. Jednak przyśpieszyła kroku i poszła za owczar­

kiem do kuchni. 

- Wydaje mi się, że lepiej - mówił Grant. 

Usłyszała jego głos, kiedy tylko weszła do środka, 

i z ulgą zobaczyła, że siedzi przy dębowym stole i roz­

mawia przez telefon. 

background image

- Tak, jest tu - oznajmił, zerkając na nią przez ramię. 

- Zaraz sama ci wszystko opowie. 

Wstał i podał jej słuchawkę. Zaskoczona Mercy spoj­

rzała na niego pytająco. 

- To Kristina - wyjaśnił. Pochylił się i podrapał psa 

za uchem. - Dobry piesek - pochwalił go. 

Oczy Mercy rozszerzyły się ze zdziwienia. 

- Naprawdę go po mnie wysłałeś? A on wszystko 

zrozumiał? 

- Przecież wie, kim jesteś, i zna polecenie „szukaj". 

Dla niego to nic nadzwyczajnego. 

Wiedziała, że jest dzisiaj przewrażliwiona i dlatego 

słysząc słowa: „nic nadzwyczajnego", przypisała im nad­

mierne znaczenie. Oczywiście, nie odnosiły się do niej, 

ale mimo to ją zabolały. Gwałtownie odebrała Grantowi 

słuchawkę. Spojrzał na nią zdumiony i wyszedł z kuchni, 

by zapewnić jej trochę prywatności. 

- Meri? - przywitała ją Kristina. 

Dopiero po chwili zareagowała na to imię. Przyzwy­

czaiła się już, że nazywa się Mercy i dawne imię za­

brzmiało w jej uszach trochę obco. 

- Witaj, Kristino. Wesołych Świąt. 

- I nawzajem - odparła przyjaciółka. - Dawno się 

nie widziałyśmy. Tyle się tu dzieje. Tata jest w szoku po 

tym, czego się dowiedział o stryju Jake'u i dziadku. Ma­

ma stara się mu pomagać... Ale pewnie Grant ci to wy­

jaśni. Mama wszystko mu opowiedziała. Mów o sobie. 

Jak się miewasz? 

- W porządku. - To nie było całkiem kłamstwo. Jeśli 

chodzi o sprawy, które niepokoiły Kristinę, wszystko by-

background image

ło w porządku. To cała reszta jej życia nagle straszliwie 

się skomplikowała. 

- Masz taki głos, jakby coś cię martwiło - zauważyła 

Kristina. 

W kuchni było ciepło, więc Mercy zdjęła grubą kurtkę 

i pośpieszyła z wyjaśnieniem: 

- Naprawdę wszystko w porządku. Jeśli chodzi o Ni­

cka, to jakoś się pozbierałam. 

- Już nie prześladują cię te sny? 

Mercy kurczowo zacisnęła dłoń na słuchawce, przy­

pomniawszy sobie tę straszną noc, kiedy koszmarny sen 

wygnał ją z łóżka aż do stajni. Przypomniała sobie, jak 

Grant obejmował ją łagodnie i czule, jak ją uspokajał, 

dopóki nie doszła do siebie. 

- Chyba już koniec z koszmarami - powiedziała 

cicho. 

- W takim razie wyjazd ci pomógł. Tak jak na to 

liczyłam. Zawsze ci pomagało, kiedy mogłaś przemyśleć 

swoje problemy w spokoju i samotności. 

Czasami spostrzegawczość Kristiny ją zaskakiwała. Ta 

z pozoru rozpieszczona, jasnowłosa księżniczka była in­

teligentnym, dobrym człowiekiem. 

- Grant potrafi słuchać - dodała przyjaciółka. 

- Tak - zgodziła się Mercy. 

- Bardzo nam go tu brakuje, ale to dobrze, nie jesteś 

tam sama. Cieszę się, że został z tobą. 

Mercy nagle coś ścisnęło w gardle. 

- Przepraszam, jeśli... to przeze mnie musiał zmienić 

plany. 

- Nie przejmuj się. Najważniejsze, że nie jesteś sama. 

background image

No i Grant wcale nie przepada za świętami w mieście. 

Przyjeżdża tylko po to, żeby się z nami zobaczyć. 

Tak podejrzewała, może nawet była tego pewna. 

Wszystkie znaki na to wskazywały: reakcje pracowników 

na przygotowania do świąt, komentarze Rity i innych. 

Mimo to potwierdzenie, że Grant z jej powodu zrezyg­

nował z wizyty u rodziny, bardzo ją poruszyło. 

- Gdyby mógł, to pewnie nigdy nie opuszczałby tego 

swojego rancza - oznajmiła Kristina z siostrzaną czułością. 

Mercy z trudem przełknęła ślinę. 

- Chciałam ci podziękować... za to, że namówiłaś 

mnie do wyjazdu. Tu jest tak spokojnie. I tak pięknie. 

- Pięknie? Wierzę, że jest spokojnie, ale pięknie? Nie 

zapominaj, że ja też tam byłam. 

- Teraz wszystko wygląda cudownie. Tyle śniegu... 

- Tutaj też mamy śnieg, ale przynajmniej leży na cie­

kawszych rzeczach. Nie tylko na stodołach, płotach i kro­

wach. 

- Na bydle - poprawiła ją Mercy. 
- Chryste Panie, mówisz jak Grant. Naprawdę ci się 

tam podoba? W najbliższym mieście, czy raczej smętnej 

karykaturze miasta, nie ma żadnego porządnego sklepu, 

a w promieniu wielu kilometrów nie uświadczysz ani jed­

nej manikiurzystki. 

- Mówisz jak prawdziwa dziewczyna z miasta - po­

wiedziała Mercy i zaraz chciała cofnąć te słowa. 

Ale Kristina tylko się roześmiała. 

- Bo jestem dziewczyną z miasta. - Nagle głos jej 

spoważniał. - Znów mówisz zupełnie jak Grant. Czy na­

dal jest taki... zgorzkniały? 

background image

- Zgorzkniały? 

- No, wiesz, kiedy mówi o miejskich dziewczynach. 

- Zdaje się... że za nimi nie przepada. 

- Po tym, co zrobiła mu ta wiedźma Carter, wcale 

mnie to nie dziwi. 

Mercy wstrzymała oddech. Wiedziała, że za niechęcią 

Granta coś lub ktoś się kryje. 

„Ma swoje powody"... 

Słowa Rity znów do niej wróciły. Najwyraźniej jed­

nym z tych powodów była kobieta o nazwisku Carter. 

- Carter? - powtórzyła Mercy, nadając głosowi ton 

łagodnego zainteresowania. Miała nadzieję, że wrodzona 

gadatliwość Kristiny dokona reszty. 

- Constance Carter. Należy do country klubu mojego 

ojca. Właśnie tam kilka lat temu poznała Granta. Zacho­

wywała się tak, jakby naprawdę się zakochała, ale był 

dla niej tylko rozrywką, kimś, kogo mogła zabierać na 

przyjęcia, żeby się pochwalić nową zdobyczą, w dodatku 

tak oryginalną jak bogaty kowboj. Kiedy się przekonała, 

że Grant nie zamierza opuścić rancza i zamieszkać 

w mieście jako jej mąż-zabawka, rzuciła go. Dziwiła się 

głośno, jak Grant mógł oczekiwać, że zamieszka z nim 

w tej głuszy. 

Kristina opowiadała jej o tym z oburzeniem. Wię­

kszość ludzi dostrzegała w niej tylko urodę i powierz­

chowny wdzięk, ale Mercy zawsze wiedziała, że jedną 

z głównych cech przyjaciółki jest głęboka lojalność wo­

bec rodziny. To pewnie przez tę lojalność nie dostrzegała, 

że wyraża się o ranczu brata podobnie jak pogardzana 

przez nią Constance Carter. 

background image

- To prawda, że to dość odludne miejsce - wtrąciła. 

- Nie musisz mi mówić. - Kristina roześmiała się. 

- Przecież tam byłam, nie pamiętasz? Kiedyś Grant za­

prosił mnie na całe lato, ale wytrzymałam tylko trzy tygo­

dnie. Nie wiem, jak mama mogła tam mieszkać tak długo. 

Jest w mieście o wiele szczęśliwsza, ma wokół siebie ty­

lu ludzi. 

Nagle Mercy zrozumiała coś z pełną jasnością. Trzy 

kobiety, na których Grantowi w życiu zależało - matka, 

siostra i kobieta, którą kochał na tyle, że się jej oświad­

czył - opuściły go, ponieważ od niego wolały miasto. 

Tak musiał to przynajmniej odczuć. Nic dziwnego, że 

był trochę zgorzkniały i nic dziwnego, że używał okre­

ślenia „miastowa dziewczyna" jako niepochlebnego epi­

tetu. Trudno jej było go za to winić. 

Kiedy skończyła pogawędkę z przyjaciółką, zamieniła 

kilka słów z jej matką i wymieniła z nią życzenia świą­

teczne, uderzyło ją coś jeszcze. Odwiesiła słuchawkę, 

włożyła kurtkę i wolno wyszła z domu. Nad czymś się 

głęboko zastanawiała. 

Może dzisiejsza reakcja Granta, jego stwierdzenie, że 

niczego od niej nie oczekuje, że spodziewa się jej powrotu 

do miasta, może te słowa nie były ostrzeżeniem. A przy­

najmniej nie były skierowane do niej. Powiedział to chy­

ba po to, by przestrzec samego siebie, by przypomnieć 

sobie, że i ona, jak inne kobiety w jego życiu, wkrótce 

go opuści. Może tylko uprzedzał to, co uznał za nie­

uchronne i starał się, żeby dla nich obojga było to mniej 

bolesne? 

Uznał to za nieuchronne? 

background image

Idąc przed siebie, zastanowiła się nad tym głębiej. 

Ale przecież Grant ma rację. To jest nieuchronne. Ona 

wróci do miasta, musi tak zrobić. Nie tylko po to, by 

świadczyć przeciwko zabójcom Nicka, gdy zostaną zła­

pani, ale żeby zmierzyć się z prześladującymi ją demo­

nami, które wyrwały się na wolność, gdy zdała sobie spra­

wę, że nie ocali przyjaciela. 

Zadrżała gwałtownie, ale nie z powodu zimna. Słońce 

świeciło jasno i mimo zimy, i śniegu było dość ciepło. 

Przyśpieszyła kroku, chociaż wiedziała, że wysiłek fi­

zyczny nic tu nie pomoże. 

Oczywiście, że wróci do miasta. Tam jest jej życie 

i praca. Cóż innego może zrobić? Ukrywać się tu bez 

końca? Na myśl o tym, że mogłaby tu zostać na zawsze, 

z Grantem, nieoczekiwanie poczuła w sobie wielką tę­

sknotę. 

- Tchórz - warknęła pod nosem i przyspieszyła kro­

ku. - W tym przeklętym magazynie straciłaś odwagę i do­

tąd jej nie odzyskałaś, prawda? 

Spuściła głowę, zacisnęła zęby. Szła teraz tak szybko, 

że niemal biegła. W końcu zwolniła zdyszana, przypo­

mniawszy sobie, że wysiłek w położonym na nizinie 

Minneapolis to zupełnie co innego niż sprint w Wyo-

ming, gdzie średnia wysokość nad poziomem morza wy­

nosi ponad dwa tysiące metrów. 

Nie miała świadomości, dokąd biegnie, lecz kiedy 

wreszcie rozejrzała się przytomnie dokoła, wcale się nie 

zdziwiła. Szła dalej, żałując, że nie ma długich nóg i siły 

Jokera. Jednak nie odważyłaby się wyjechać na wielkim 

ogierze sama. A teraz bardzo potrzebowała samotności. 

background image

Nigdy jeszcze nie rozdzierało jej tyle sprzecznych 

uczuć. Rozpaczała po śmierci Nicka, dręczyło ją poczucie 

winy i wątpliwości, czy dokonała w swym życiu słusz­

nego wyboru. Jakoś jednak dawała sobie z tym wszyst­

kim radę... 

Dopiero kiedy przyjechała tutaj i zobaczyła spokojne 

piękno tej okolicy, doceniła siłę mężczyzny, który tu mie­

szkał, wszystkie te uczucia się w niej zakumulowały, 

ciągnąc ją w różnych kierunkach jednocześnie. Czuła się 

tak rozbita, że wątpiła, czy kiedykolwiek się pozbiera. 

Musiała wyjąć ręce z kieszeni, by się wspiąć na osło­

niętą skalnym występem półkę, z której rozciągał się wi­

dok na ranczo. Kiedy tam dotarła, znów ukryła dłonie 

w kieszeniach. To właśnie tutaj, w tym zacisznym za­

kątku, znajdowała największe ukojenie. 

Czy to nie dziwne, że tam, gdzie inni widzą tylko 

przygnębiającą izolację od świata, ona dopatrzyła się 

upragnionego spokoju ducha? Czy coś z nią jest nie tak, 

czy czegoś jej brakuje, że dostrzega tu radość i pogodę, 

a nie samotność? Inni bez końca rozmawiają o swych 

problemach, ona zaś woli rozmyślać w odosobnieniu 

o swoim dotychczasowym życiu... i o przyszłości. 

Grant wyznał jej, że przychodził tutaj, kiedy jego oj­

ciec chorował. Chował się tu, kiedy już nie mógł dłużej 

wytrzymać napięcia. Usłyszała jego słowa, jakby on sam 

je wypowiadał, cichym, pełnym zrozumienia głosem. 

Wiedział, co czuła. On czuł to samo. Tak naprawdę nie 

jest sama. I może wcale nie jest taka dziwna, jak podej­

rzewa? 

Nie myliła się co do tego, że Grant został kiedyś zra-

background image

niony. Tak samo jak ona nosił blizny, chociaż się z tym 

przed nią nie afiszował. 

Podciągnęła kolana pod brodę, objęła je ramionami 

i ukryła dłonie w rękawach. Przed wyjściem włożyła 

cieplejszy sweter i skarpety. Nie zapomniała też o stani­

ku, ponieważ kiedy chodziła bez tej części garderoby, 

często przypominało jej się pierwsze zbliżenie z Gran­

tem. Zapomniała tylko o rękawiczkach. W skalnym 

schronieniu nie było jednak tak zimno jak wokół, gdzie 

hulał wiatr, jasno dając ludziom do zrozumienia, że w ta­

ką pogodę powinni siedzieć w ciepłym domu, zamiast 

plątać się po górach. 

Cóż, gdyby miała trochę rozsądku, przede wszystkim 

nie zostałaby policjantką. Tak nieustannie powtarzał jej 

ojciec. Wcale nie była przekonana, czy ojciec nie ma 

racji, chociaż kiedy została zaprzysiężona, Gordon Brady 

pęczniał z dumy, jakby mundur policyjny był tym, co 

sobie dla córki wymarzył. 

Westchnęła z tęsknoty za życiową mądrością ojca 

i cichym wsparciem matki. Gdyby do nich pojechała, nie 

spędziłaby tak wiele czasu z Grantem. Cokolwiek miało 

się jeszcze zdarzyć, wiedziała, że nigdy nie pożałuje tego, 

co między nimi zaszło. Zwłaszcza że wspomnienie o tym 

będzie jedynym jasnym promieniem rozświetlającym po­

nure, trudne dni, które ją czekają. 

Znowu westchnęła. Z początku zawsze się cieszyła, 

kiedy po świętach albo po urlopie wracała do pracy. Ostat­

nio jednak stykała się tam jedynie z najciemniejszymi 

stronami życia i zaczęło jej to dokuczać. Stopniowo nad­

werężało też jej wiarę w ludzką dobroć, aż z jej dawnego 

background image

optymizmu zostało bardzo niewiele. Coraz bardziej oba­

wiała się powrotu na służbę. 

Koledzy mówili jej, że tak już jest w policji i lepiej 

żeby się do tego przyzwyczaiła. Ona jednak wątpiła, czy 

można się przyzwyczaić do codziennej brzydoty i czy 

da się ochronić przed jej inwazją własne życie. Można 

się na nią uodpornić i stwardnieć na kamień, albo po­

zwolić jej zatruć sobie duszę i znienawidzić ludzi wokół, 

a jeszcze bardziej siebie. W obu wypadkach człowiek 

staje się wypalony, wręcz niebezpieczny. Tylko jedno jest 

jeszcze gorsze. 

Policjant, który stracił odwagę. 
Zadrżała i potarła ramiona. Chyba powinna już wra­

cać. Zastanowiła się, ile czasu już tu spędziła. Chyba... 

Jej rozmyślania przerwało ciche rżenie. Przecież to 

Joker, stwierdziła zdumiona. Zaskoczyło ją też, że tak 

łatwo i pewnie rozpoznała go po głosie, chociaż jeszcze 

niedawno nie wiedziała nic o koniach. 

Jeśli to Joker, to musiał przyjechać na nim Grant. 

Zagryzła wargi, przybrała obojętną minę i cierpliwie 

czekała. Po chwili pojawili się koń i jeździec. Grant 

zatrzymał wierzchowca w tym samym miejscu co po­

przednio. Gdy się odezwał, jego głos zabrzmiał tak ci­

cho i spokojnie, że musiało to być wynikiem świado­

mego wysiłku. 

- Spodziewałem się, że cię tutaj znajdę. 
- Musiałam... pomyśleć. 

Na chwilę jego twarz zmieniła wyraz. 

- Mercy, jeśli chodzi o dzisiejszy poranek... 

- Nie chodzi wcale o poranek. To znaczy, nie tylko 

background image

- dodała szczerze. - Częściowo tak, ale... - Zrobiła jakiś 

nieokreślony ruch ręką. - Chodzi mi o wszystko. 

Grant przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu. 

- O wszystko? - powtórzył w końcu pytającym to­

nem. Jego głos nadal brzmiał cicho i łagodnie. 

Patrzyła ponad jego ramieniem na zaśnieżone grzbiety 

wzniesień i dalej, na horyzont. Dzisiaj szczyty tonęły 

w chmurach. 

- Czuję się tak... jakbym siebie odnalazła i jedno­

cześnie zgubiła. - Jeszcze zanim dokończyła to zdanie, 

wiedziała, że niewiele w nim sensu. 

Grant nie odpowiedział. No bo co można powiedzieć 

po takim bezsensownym stwierdzeniu? Nagle trącił piętą 

Jokera, koń przysunął się zwinnie do skalnej ściany, aż 

kolano Granta niemal dotykało występu. Grant zwinnie 

przerzucił nogę przez koński grzbiet i po chwili już sie­

dział obok niej. Joker spokojnie opuścił głowę i cierpli­

wie czekał. 

Przez chwilę po prostu siedzieli w milczeniu, spoglą­

dając w dal, jakby bali się na siebie spojrzeć. Tak przy­

najmniej Mercy się wydawało. 

Grant odchrząknął cicho. Zerknęła na niego i spo­

strzegła, że otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, 

ale po chwili się rozmyślił. Westchnął głęboko i jeszcze 

raz zebrał się w sobie. 

- Przyjazd tutaj miał ci pomóc - odezwał się z wa­

haniem. 

- I pomógł - odrzekła szczerze. - Bardzo mi pomógł. 

Mogę już spokojnie myśleć o Nicku, bez zalewania się 

łzami. Nie nawiedzają mnie koszmary o tym, co się zda-

background image

rzyło. Odnalazłam tu spokój, i to taki, jakiego nawet się 

nie spodziewałam. 

- Jeśli właśnie to znalazłaś... - Znów się zawahał, 

jakby naprawdę nie chciał jej zadać żadnego pytania. 

W końcu wydusił: - To w takim razie co zgubiłaś? 

Odetchnęła głęboko. Grant znieruchomiał i czekał na 

jej reakcję. 

- To nie mój interes, tak? - stwierdził w końcu 

sztywno. 

- Nie, to nie to! - Znów podciągnęła kolana i objęła 

je ciasno ramionami. - Chodzi o to, że kiedy myślę o po­

wrocie, o pracy, nie czuję tego co dawniej. To się zaczęło 

wcześniej, jeszcze przed śmiercią Nicka, ale powtarzałam 

sobie, że to mi przejdzie, że chwilowo się wypaliłam, 

co się przydarza każdemu policjantowi. 

- Ale teraz już tak nie myślisz? 

Wolno, niechętnie kiwnęła głową. 
- Odkąd tu przyjechałam... i zobaczyłam jak tu 

pięknie... zrozumiałam, że to coś więcej. - Zamknęła 

oczy i oparła głowę na kolanach. Ciężko było jej to 

przyznać, ale wiedziała, że Grant nie będzie jej osądzał. 

- Boję się, że straciłam odwagę, a to w mojej pracy 

konieczne. 

- Ty? To wykluczone. 

Powiedział to tak stanowczo, że Mercy poczuła miłe 

ciepło w środku. Ale nie dała się przekonać. 

- Dziękuję. Nic jednak na to nie poradzę, że tak czuję. 

Kiedyś z radością szłam do pracy, gotowa do działania. 

Chciałam przywracać porządek. Ale teraz tylko się za­

stanawiam, jaki to wszystko ma sens. Ludzie będą nadal 

background image

robili złe rzeczy, a mój wkład w porządkowanie świata 

jest tak nieznaczny, że nic nie zmieni. 

- Nie wszyscy ludzie są źli - powiedział Grant. 

- Wiem. Ale ci, z którymi stykają się policjanci, zwy­

kle tacy są. To specyfika tego zawodu. I na myśl o tym, 

że będę się musiała stykać z takimi bandytami jak ci, 

którzy zamordowali Nicka... Wcale się nie cieszę, że być 

może pomogę w ich schwytaniu. Kiedy o nich myślę, 

robi mi się niedobrze. 

Poczuła rękę Granta na ramieniu i spojrzała mu prosto 

w oczy. 

- Mercy, wcale nie straciłaś odwagi - stwierdził ła­

godnie. - Straciłaś tylko zapał do pracy w policji. A to 

dwie zupełnie inne sprawy. 

Zobaczyła w jego oczach otuchę i zrozumienie, które 

najbardziej pomaga w chwilach załamania i zwątpienia 

w siebie. Zrozumiała, że starał się ocalić ich oboje przed 

nieuchronnym rozczarowaniem, dlatego jasno i wyraźnie 

powiedział, że nie ma dla nich wspólnej przyszłości. A że 

w ogóle chciał zaryzykować i zbliżył się do niej, spra­

wiło, że poczuła... Sama nie była pewna, co. Świado­

mość, że nie mają szans na wspólną przyszłość wcale 

nie ułatwiała jej zrozumienia sytuacji. Nawet gdyby zde­

cydowała się porzucić swoje dawne życie, wątpiła, czy 

Grant w pełni by zaufał dziewczynie z miasta. 

- Masz więcej odwagi niż wszyscy, których znam -

oznajmił, nie spuszczając z niej wzroku. - Nie możesz 

w to wątpić. Ale umiesz też bardzo ludziom współczuć, 

wszystko głęboko przeżywasz. Może zwyczajnie masz 

dosyć rozwiązywania problemów ludzi, którzy wcale o to 

background image

nie dbają albo wręcz nie chcą, żeby ich problemy zostały 

rozwiązane. 

Wyszeptała jego imię i zamilkła. Nie wiedziała, co 

jeszcze powiedzieć. Potem wolno, niepewnie, odwróciła 

się ku niemu i pocałowała go. Poczuła, że znieruchomiał 

i przestraszyła się, że swoim postępowaniem tylko utrud­

nia sytuację. Ale rozproszył jej obawy, kiedy objął ją 

mocno i zaczął gorąco całować. 

Czując jego język na wargach, rozchyliła usta. Z ra­

dością przyjęła jego lekki dotyk, sama odwzajemniając 

się podobną pieszczotą. Rękami objął jej głowę, odchylił 

się i zdjął grube rękawice. Potem, zanim zdążyła chwycić 

powietrze, zatopił palce w jej włosach. Dzisiaj ich nie 

związała. Zaczęła doceniać ich piękno, po tym jak Grant 

nocą się nimi zachwycał. 

Odchylił jej głowę w tył i znów zaczął całować jej 

usta, tym razem bardziej namiętnie. Nie wahał się, nie 

zastanawiał, całował ją, jakby miał do tego wszelkie pra­

wa. Pozwoliła mu na to z taką ufnością, jakiej nie wy­

kazałaby wobec żadnego innego mężczyzny pod słońcem. 

Przywarła do niego, zapominając o całym świecie. Istniał 

tylko on i uczucia, jakie w niej wywoływał. Nie prote­

stowała, kiedy rozpiął jej kurtkę, lecz wygięła się lekko, 

by ułatwić mu zadanie. Żałowała tylko, że jego dłoń nie 

dotyka jej nagiej skóry, że oddzielają ich od siebie grube 

warstwy ubrania. 

Grant odchylił się nieco na bok i pociągnął ją bliżej, 

na posłanie z liści i słodko pachnących sosnowych igieł. 

Przytuliła się do niego ufnie. Czyżby jeszcze niedawno 

wydawało jej się, że tu jest chłodno? Teraz, w tym za-

background image

cisznym schronieniu, było jej wręcz gorąco. Dziwiła się, 

że skalny występ wokół nich nie zaróżowił się od odbi­

tego od nich ciepła. 

Sięgnęli ku sobie jednocześnie, wyciągając bluzy zza 

pasków spodni, które nagle wydały im się zbyt krępujące. 

W jednej chwili westchnęli z satysfakcją, kiedy dłonie 

jednego natrafiły na nagie ciało drugiego. Poczuła bijący 

od niego żar, nawet przez solidny materiał spodni. Wolno 

powiodła ręką po nabrzmiałym kształcie i usłyszała wes­

tchnienie Granta. Zrobiła to jeszcze raz, aż jego biodra 

drgnęły konwulsyjnie. 

- Mercy... - wyszeptał bez tchu. Nadal go pieściła, 

aż chwycił ją za ramiona i unieruchomił. - Mercy, nie... 

- Nie podoba ci się? 

Roześmiał się ochryple. 

- Zaraz się dowiesz, jak mi się podoba, tutaj, na tej 

skale. 

W jego oczach płonął ogień. Rozejrzała się po osło­

niętej ze wszystkich stron skalnej alkowie i znów spoj­

rzała mu w oczy. 

- Może jest tu trochę chłodno, ale... Całkiem niezły 

pomysł. 

Grant znów westchnął głucho, jakby jej słowa wy­

warły na nim takie samo wrażenie jak wcześniejsza pie­

szczota. 

- Gdybym choć przez chwilę myślał, że mówisz po­

ważnie... - zaczął matowym głosem. 

- Ależ mówię poważnie - zapewniła łagodnie. - To 

miejsce jest... wyjątkowe. 

Nie dodała, że będzie wspominała tę chwilę w przy-

background image

szłości, kiedy już stąd wyjedzie, ale pewnie on sam zdawał 

sobie z tego sprawę. Coś zamigotało w jego źrenicach, jak­

by też myślał o wspomnieniu, które dopiero ma powstać. 

Musiała przyznać przed sobą, że powodują nią całkiem 

egoistyczne pobudki; chciała, żeby on zapamiętał ją na za­

wsze, żeby nieodłącznie kojarzyła mu się z tym miejscem 

jako jedna, jedyna dziewczyna z miasta, do której nie czuł 

niechęci. 

Grant poruszył się tak szybko, że nie zdążyłaby za­

protestować, nawet gdyby chciała. Zdjął jej kurtkę i wsu­

nął pod nią, żeby było jej miękko na granitowym łożu. 

Pocałował ją, głębokim, namiętnym, rozpalającym zmy­

sły pocałunkiem, a potem rozpiął guzik i suwak jej dżin­

sów, pośpiesznie i niezgrabnie. Chciała mu pomóc, ale 

odsunął jej ręce, kierując je ku własnym spodniom. Ona 

również miała trudności z odnalezieniem guzika, a po­

tem suwaka, ale jednak udało się jej odnaleźć jego mę­

skość. Potem Grant szybko zsunął jej dżinsy i majteczki. 

Mercy wiedziała, że będzie im niewygodnie, że to czyste 

szaleństwo, tak się kochać zimą na skale, nie zdejmując 

spodni i butów, ale nic ją nie obchodziło, oprócz tego, 

żeby stało się to jak najszybciej. 

- Mercy, przestań - wyszeptał Grant zduszonym gło­

sem. - Za dobrze to robisz. Dłużej nie wytrzymam. 

Ujął jej ręce i położył na swojej piersi. Chwycił jej lewy 

but i jednym ruchem ściągnął z jej stopy, potem wyswo­

bodził jej nogę ze splątanych spodni. Zadrżała, ale nie 

z zimna - nie czuła go wcale - tylko dlatego, że jej ciało 

wreszcie pojęło, jak szybko nadejdzie spełnienie. Zaraz wy­

pełni się pustka, a ona sama przekroczy granice szaleństwa. 

background image

Grant zdjął swoją obszerną, ciepłą kurtkę i narzucił 

ją na nich oboje. Na chwilę zawisł nad Mercy i odsunął 

zagradzające do niej dostęp ubranie. Gdy poczuła pierw­

szy dotyk intymnej części jego ciała, krzyknęła z radości 

i uniosła biodra. Grant nakrył jej usta swoimi, jakby 

chciał wypić krzyk wprost z jej warg. Poczuła, że zadrżał, 

osuwając się w znajome, wilgotne ciepło jej ciała. 

To czyste szaleństwo, pomyślała resztką przytomno­

ści, której jeszcze nie wchłonął ogarniający ją rytm 

i ogień. Stało się tak, jakby bliskość dzikiej przyrody do­

dała dzikości ich ruchom i odczuciom. Zjednoczyli się 

z otoczeniem, pierwotni, nieokiełznani w swoim miłos­

nym zapale. 

Kiedy jednocześnie dotarli do nieba, Grant wykrzyczał 

jej imię, a ona jego. Ich głosy wzbiły się w przestworza, 

wysokie i tęskne, niczym wołanie dzikich ptaków. 

Może jednak uda mu się to wytrzymać. Taka myśl 

przyszła mu do głowy, gdy wracali na Jokerze do domu. 

Może zniesie życie w mieście, choćby w małych da­

wkach, i dzięki temu ich związek przetrwa. Mercy 

najwyraźniej się tu podobało i choć pewnie nigdy cał­

kowicie by się nie przystosowała do życia na ranczu, to 

pewnie mogłaby go odwiedzać na tyle często, by oboje 

mieli nadzieję na wspólną przyszłość. 

Był pewien, że nawet nie przyjdzie jej do głowy, by 

mu kazać wybierać, jak to zrobiła Constance. Była na 

to zbyt otwarta i uczciwa. Rozumiała też, że jego serce 

należy do tej krainy i że tak już będzie zawsze. 

Ale czy to wszystko będzie miało sens? Związek na 

background image

odległość, złożony głównie z podróży samolotem i roz­

mów telefonicznych, okresów bolesnej tęsknoty, przery­

wanych chwilami namiętnej bliskości. Nie byłoby tam 

miejsca na rzeczywistość, codzienne wspólne życie, dzię­

ki któremu dwoje ludzi naprawdę zaczyna stanowić jed­

ność, osobną całość, która jest mocniejsza niż jej dwie 

połowy oddzielnie. 

Choć to nieprawdopodobne, jego matka tworzyła taki 

udany związek z Nate'em. Musiał to przyznać, ilekroć 

przebywał w ich towarzystwie i widział, jak ten silny, 

zdecydowany mężczyzna zmienia się w rękach jego mat­

ki w miękką glinę. Nate powiedział mu kiedyś dość wo­

jowniczym tonem, kiedy on sam był równie wojowniczo 

nastawionym nastolatkiem, że Barbara jest jego kamie­

niem probierczym i jedynym łącznikiem z prawdziwym 

życiem i żeby lepiej pogodził się z ich związkiem. Wtedy 

chyba po raz pierwszy w pełni zaakceptował fakt, że jego 

matka należy do rodziny Fortune'ów, i to nie tylko z na­

zwiska. Ta potężna, a czasami wydawałoby się szczegól­

nie naznaczona przez los rodzina, była również częścią 

jego życia. 

Nagle uderzyła go pewna myśl. Czy udany związek 

jego rozsądnej, ciepłej matki z wiecznie za czymś go­

niącym, drażliwym i niezadowolonym Nate'em Fortu-

ne'em nie był o wiele bardziej nieprawdopodobny niż 

szansa na udany związek jego i Mercy? Czy kowboj i po­

licjantka to dwa żywioły niemożliwe do połączenia? 

A może coś dałoby się z tego wykuć, jak to zrobili matka 

i Nate, albo nawet Jake i Erica, którzy wciąż byli razem, 

chociaż historia ich związku była bardzo burzliwa? 

background image

Przebiegające mu przez głowę dawne ostrzeżenia nie 

mogły się przedrzeć przez mgłę namiętności, która nadal 

przysłaniała mu oczy po gorących chwilach na skalnej 

półce. Teraz to miejsce zawsze będzie mu przypominało 

Mercy, będzie się łączyło z jej słodkim oddaniem i z nie­

wiarygodną rozkoszą, jakiej zaznał. 

Może był głupcem, myśląc, że mają przed sobą przy­

szłość, alby byłby jeszcze większym głupcem, gdyby od­

wrócił się plecami do szansy, którą podsuwał mu los. 

Nawet jeśli wszystko ma trwać tyle, ile pobyt Mercy na 

ranczu. 

Zobaczyli w oddali stajnię, Joker zarżał cicho. Mercy 

nie odzywała się i Grant był ciekaw, o czym myśli. Czyż­

by żałowała tego, co się stało, tych chwil gorącego za­

pomnienia, kiedy nie bacząc na nic, sięgnęli po siebie, 

jakby byli częścią dzikiej natury, a nie dwojgiem cywi­

lizowanych ludzi... 

- Mercy? - zagadnął. 

- Słucham? - Jej głos brzmiał dziwnie, ale nie usły­

szał w nim smutku. 

- Chyba musimy porozmawiać. 

- Tak. 

- Odprowadzę do stajni Jokera i zaraz wracam. 
- Dobrze - odparła, nadal tym samym dziwnym to­

nem, którego nie potrafił rozszyfrować. 

Zeskoczyła z konia pod domem, a on wyczyścił Jo­

kera i wprowadził go do boksu, na odchodnym dając mu 

trochę ulubionej karmy, w nagrodę za cierpliwość, jaką 

wykazał wobec dwojga całkowicie pochłoniętych sobą 

ludzi. Zajrzał do klaczy i źrebięcia. Z zadowoleniem spo-

background image

strzegł, że mała klaczka, lustrzane odbicie swego ojca, 

wcale się go nie boi. 

Wrócił do domu i znalazł Mercy w gabinecie. Roz­

mawiała przez telefon. Kiedy zobaczył wyraz jej twarzy, 

pożałował, że kazał przeciągnąć linię telefoniczną od 

głównej drogi biegnącej osiem kilometrów od rancza. 

Podniosła na niego wzrok, ale nic nie powiedziała, 

tylko uważnie słuchała swojego rozmówcy. 

- Tak, zawiadomię cię jeszcze, kiedy dokładnie to bę­

dzie - powiedziała w końcu i rozłączyła się. 

Zwróciła się ku niemu. Spodziewał się, że nadejdzie 

taka chwila, ona również odgadła, że on już się domyślił 

prawdy, ale musiała ubrać to w słowa, jakby podejrze­

wała, że inaczej nie będzie to realne. 

- Złapali morderców. Wstępne przesłuchanie ma się 

odbyć w poniedziałek. Muszę wracać. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Jeśli nadal będzie tak się zachowywał, to cały dom 

zawali mu się na głowę. Muszę się wziąć w garść, po­

stanowił. Trzeba z tym skończyć. Zamiast skupić się na 

pracy, pół dnia marnuje na gapienie się w przestrzeń 

i rozmyślania o Mercy. Zastanawiał się, jak sobie daje 

radę i co by się stało, gdyby tak jak planowali, doszło 

między nimi do poważnej rozmowy. 

Ogarnął go nagły chłód, zimny dreszcz przebiegł mu 

po plecach. Dlaczego nic mu nie wyjaśniła? Jak mogła 

tak po prostu odejść w swój niebezpieczny świat, chociaż 

wiedziała, jak wiele jej grozi? 

Wniósł siodło do środka i z hukiem zamknął za sobą 

drzwi do składu narzędzi. Walt, który naprawiał uprząż 

- co kiedyś robiła Mercy, odciążając ich w pracy - gwał­

townie podskoczył. 

- Lepiej wyrzuć to z siebie, chłopcze - poradził. -

Coś cię gryzie i musisz się tego pozbyć, zanim cię cał­

kiem zeżre. 

- Nic mnie nie gryzie. 

- Dobra, dobra. To dlatego chodzisz taki wściekły jak 

ryś w potrzasku, odkąd nasz mały skrzat wyjechał? 

Grant z rozmachem rzucił siodło na stojak. 

- Wcale nie chodzę wściekły. 

background image

Walt chwilę popatrzył na niego w milczeniu, a potem 

powiedział cicho: 

- Wszyscy się o nią martwimy, Grant, odkąd ten de­

tektyw ci powiedział, o co w tej sprawie naprawdę cho­

dzi. 

Grant z bezsilności zaklął ostro. Zadzwonił do Gabe'a 

Devereax, prywatnego detektywa, którego Rebeka For­

tune zatrudniła, by zbadał sprawę śmierci Kate. Zrobił 

to, ponieważ matka mu powiedziała, że Gabe ma przy­

jaciół w policji, a Grant chciał się upewnić, że Mercy 

ma właściwą ochronę i opiekę podczas wstępnego prze­

słuchania podejrzanych o zabójstwo Nicka. 

Dopiero wtedy się dowiedział, że zamordowanie Ni­

cka i wcześniejsza śmierć jego przyjaciela są sprawką 

mafii. Detektyw wyjaśnił mu, że Mercy, jako jedyny świa­

dek, stała się ruchomym celem. Były już próby uciszenia 

jej na stałe, i to głównie z tego powodu, a nie tylko dla 

odzyskania równowagi psychicznej, skryła się na jego 

ranczu. Zgodnie z rozkazem przełożonych miała zniknąć 

z miasta, zaszyć się gdzieś na odludziu i przeczekać naj­

gorsze. 

Znów zaklął, z rozmachem otworzył szufladę pod ro­

boczym blatem, i wyjął z niej puszkę pasty do skóry. Wy­

czyści całą uprząż, do ostatniego centymetra. Przynaj­

mniej się czymś zajmie. 

- Będziesz się tak miotał po całym ranczu i klął jak 

szewc, czy wreszcie zrobisz to, co od dawna chcesz zro­

bić? - zapytał Walt. 

Grant spojrzał gniewnie na starego pomocnika. 

- A niby co takiego chcę zrobić? 

background image

Walt nic sobie nie robił z jego groźnych spojrzeń. 

- Jechać do niej. 

O tym myślał cały czas, odkąd Mercy w dzień po 

świętach spakowała walizki i wyjechała. Ilekroć jednak 

rozważał taką ewentualność, dochodził do wniosku, że 

to nie ma sensu. Jednak ta myśl stale do niego wracała, 

uparta i odważna, niczym sama Mercy. 

- To ona jest gliną, nie ja. Wie, jak postępować z... 

- Z gangsterami? - przerwał mu szorstko Walt. 

Grant znów poczuł zimny dreszcz. Mercy sam na sam 

z jakimś zbrodniarzem. Na myśl o tym ciarki przebiegały 

mu po plecach. 

- Znasz ją - wymamrotał. - Wydaje ci się, że byłaby 

zadowolona, gdybym za nią chodził jak za dzieckiem, 

które potrzebuje niańki? 

- To, że potrafi o siebie zadbać, nie znaczy, że zawsze 

chce sama o siebie dbać, bez niczyjej pomocy. 

Przez długą chwilę Grant stał w milczeniu i patrzył 

na pomarszczoną twarz Walta. Stary pomocnik nie spu­

szczał wzroku. Nagle jego spojrzenie złagodniało. 

- Nie chciałbym, żebyś skończył jak twój ojciec. Raz 

przegrał i nigdy więcej nie próbował grać, zestarzał się 

tu i umarł, nie mając nikogo bliskiego, oprócz mnie i cie­

bie. Obaj wiemy, że część jego duszy umarła dużo wcześ­

niej, kiedy odeszła twoja matka. 

- Cholera. - Grant zaklął znowu, ale tym razem bez 

zapału, jakby zaczynał się poddawać. 

Walt uśmiechnął się. 

- Ruszaj, chłopcze. My tu wszystkiego dopilnujemy. 

I tak nie ma z ciebie ostatnio większego pożytku. 

background image

Cztery godziny później zapinał pasy bezpieczeństwa, 

siedząc w małym samolocie do Denver, skąd miał złapać 

lot do Minneapolis. Nie wiedział, czy się z tego cieszyć, 

ale na pewno nie mógł postąpić inaczej. 

Mercy już nie starała się skupić na książce, która leżała 

otwarta na jej kolanach. Zresztą w sypialni i tak już zro­

biło się ciemno. Nie było też sensu czytać akt, które przy­

niosła ze spotkania z detektywami i prokuratorami. Znała 

je niemal na pamięć. 

Spędzała niedzielny wieczór zamknięta w mieszka­

niu, w towarzystwie ochroniarza, który oglądał mecz 

koszykówki w jej małym gabinecie, czekając na 

zmiennika. Jego służba przy niej kończyła się za kilka 

minut. 

Chcieli umieścić ją w hotelu, ale odmówiła. Według 

wiarygodnych danych ludzie, którzy stali za zabójstwem 

Nicka, nie znali jej adresu, a kiedy zniknęła na dłużej, 

zupełnie zgubili jej trop. Mimo protestów Mercy narzu­

cono całodobową ochronę. Erie Neilsen, młody funkcjo­

nariusz, miał dziś chronić jej życie, żeby jutro w sądzie 

mogła oficjalnie zidentyfikować zabójców Nicka. Chło­

pak był tak czupurny i pełen młodzieńczego zapału, że 

czuła się przy nim jak wiekowa dama, chociaż pewnie 

była od niego starsza najwyżej o trzy lata. Nawet tak 

nudne zadanie wykonywał z entuzjazmem, co jeszcze 

wyraźniej uświadomiło Mercy, że jej zapał do pracy zu­

pełnie wywietrzał. 

Bezustanna gadanina komentatora sportowego urwała 

się w pół zdania. Mercy czujnie nadstawiła uszu, zasta-

background image

nawiając się, co zmusiło wielbiciela koszykówki do na­

głego wyłączenia telewizora. Usłyszała coś, co on musiał 

usłyszeć już wcześniej - dość natarczywe pukanie do 

drzwi. Zamknęła książkę i wstała. Wzięła ze stolika służ­

bową broń, ciemnoszarego, lekkiego, półautomatycznego 

glocka. 

- Erie?! - zawołała. 

- Sprawdzam to. 

Podeszła do drzwi do salonu, czujnie nasłuchując. Erie 

powiedział coś do przybysza, ale z tej odległości nie usły­

szała wyraźnie odpowiedzi. Weszła do salonu i zobaczy­

ła, że młody policjant wygląda przez wizjer, trzymając 

w dłoni swój pistolet. 

- Mówiłem już, że nie ma jej w domu! - zawołał. 

Z tej odległości nadal nie słyszała, co mówił ten ktoś za 

drzwiami, ale kiedy Erie uniósł broń, serce jej podsko­

czyło. - Jeśli zaczniesz wyważać drzwi, to pożałujesz -

ostrzegł intruza młody policjant. 

Mercy poczuła przypływ adrenaliny. Przebiegła przez 

pokój i zajęła pozycję przy drzwiach, za które mogła 

uskoczyć, gdyby intruz był rzeczywiście na tyle głupi, 

by wyważyć drzwi. 

- Coś mi tu nie gra - wyszeptała do Erica. - Gdyby 

chcieli wejść, nie robiliby tego tak otwarcie. Lepiej 

sprawdzę okna z tyłu mieszkania. Może to tylko wybieg, 

dla odwrócenia uwagi. 

- Dobry pomysł - zgodził się Erie. - Ale to byłby 

jakiś kiepski wybieg. To idiotyczne kowbojskie przebra­

nie bardzo rzuca się w oczy. 

Mercy stanęła jak wryta. 

background image

- Kowbojskie przebranie? 

- No. Kapelusz i takie tam. I przynajmniej mógł za­

pamiętać, jak się nazywasz. - Uśmiechnął się rozbawio­

ny. - A może to jakiś pijak pomylił adres? Czy któraś 

z twoich sąsiadek ma na imię Mercy i zadaje się z pa­

jacem w kowbojskich butach i kapeluszu? 

- Co takiego? 

- Takie imię wymienił. Powiedział, że przyjechał tu 

do Mercy i nie odejdzie, dopóki się z nią nie zobaczy. 

- Mój Boże - wyszeptała i podbiegła do wizjera. 

Choć od razu się domyśliła, że to on, dopiero teraz wy­

powiedziała jego imię: - Grant! 

Wsunęła broń za pasek spodni i zanim Erie zdążył 

zareagować, odsunęła zasuwę i otworzyła drzwi. Grant 

stał w progu, trochę zdziwiony, że drzwi tak niespodzie­

wanie się otworzyły. Nie mogła wydobyć z siebie słowa, 

więc tylko na niego patrzyła. Podszedł do niej, rozkła­

dając ramiona, a jej serce zabiło mocniej w oczekiwaniu 

na to, że zaraz znajdzie się w jego objęciach. Nagle za­

trzymał się, widząc jej glocka za paskiem. Po chwili spo­

strzegł też Erica, nadal z pistoletem w dłoni. 

- Znasz tego gościa? - zapytał Erie, z powątpiewa­

niem mierząc Granta wzrokiem. 

Mercy mogła go zrozumieć. W wysłużonym kowboj­

skim kapeluszu, krótkim kożuchu, dżinsach i zniszczo­

nych butach kowbojkach Grant nie wyglądał na miesz­

kańca Minneapolis. 

- Tak, znam go - potwierdziła cicho. - Wejdź, Grant. 

Przybysz czujnie patrzył na Erica, zwłaszcza na jego 

chromowaną broń. Młody gliniarz pośpiesznie schował 

background image

pistolet do kabury i cofnął się w głąb mieszkania. Grant 

wszedł do środka, a Mercy zamknęła za nim drzwi. 

- A więc to prawda - rzekł Grant bez żadnych 

wstępów, spoglądając to na uzbrojonego Erica, to na 

broń za paskiem Mercy. - Dlaczego nic mi nie powie­

działaś? 

- Grant... 

- Przez cały ten czas ani słowem nie wspomniałaś, 

że ci ludzie próbowali cię zabić. I to dwa razy. 

Nie miała pojęcia, jak się o tym dowiedział, ale teraz 

nie miało to znaczenia. 

- Nie było powodu, dla którego miałabym ci o tym 

mówić. 

Znieruchomiał. 

- Nie było powodu? 

- Byliśmy pewni, że nie wytropią mnie na ranczu. 

Jego mieszkańcom ani przez chwilę nic nie groziło. 

- Myślisz, że o to mi chodzi?! - zawołał z niedo­

wierzaniem. - Ścigają cię zabójcy z mafii. - Wskazał na 

Erica. - Musisz mieć całodobową ochronę, a ty myślisz, 

że ja się boję o coś innego? 

- Ja nie... 

- Cholera, Mercy, nie wydaje ci się, że zasłużyłem 

sobie, żeby poznać prawdę, zwłaszcza po tym, jak... 

Urwał nagle, spoglądając w bok na Erica. Młodzie­

niec najwyraźniej nie był taki bystry, na jakiego wyglądał, 

a może po prostu naiwny, ponieważ dopiero gdy Mercy 

również spojrzała na niego znacząco, coś zaświtało mu 

w głowie. 

- No to ja chyba pójdę obejrzeć sobie ten mecz... 

background image

Wrócił do gabinetu, ale zgodnie z zasadami zostawił 

uchylone drzwi. 

Mercy znów spojrzała na Granta. Tak bardzo go jej 

brakowało! Miała ochotę go uściskać, chciała, by ją objął, 

choćby na chwilę. Wiedziała też, że się na to nie odważy, 

bo gdyby to zrobiła, już nigdy nie pozwoliłaby mu odejść. 

A przecież on musi odejść. 

- Dlaczego przyjechałeś? - zapytała wprost. 

- Co? Dowiaduję się, że mafia chce cię zabić, a ty 

się pytasz, dlaczego przyjechałem? 

Z nową siłą rozgorzała w niej jakaś iskierka, której 

bez większej nadziei nie dawała zgasnąć, chociaż powta­

rzała sobie, że pewnie już nigdy nie zobaczy Granta. Za­

leżało mu na niej, ale przecież wiedziała o tym już wcześ­

niej. Grant nie wdałby się w przelotny romans z kobietą, 

do której nic by nie czuł. Ich związek jest niemożliwy 

nie ze względu na brak uczucia, ale dzielącą ich odle­

głość, nie tylko w jednym znaczeniu tego słowa. 

- Właśnie dlatego musisz wyjechać - powiedziała. 
- Chcesz mnie chronić, Mercy? Dlatego nic mi nie 

mówiłaś, kiedy byłaś na ranczu? Chciałaś mnie chronić? 

Spuściła wzrok. 

- Wcale nie musiałeś tego wiedzieć. 

- Nie musiałem wiedzieć, że dręczyło cię nie tylko 

wspomnienie śmierci Nicka? Nie musiałem wiedzieć, że 

dwa razy chciano cię zabić? Nie musiałem wiedzieć, że 

wracasz prosto w paszczę lwa? 

- Co mogłeś zrobić? 

- Może zamknąłbym cię na ranczu i nigdzie nie pu­

ścił - oznajmił ponuro. 

background image

- Grant, musiałam wrócić. 

- Aha. - Zepchnął kapelusz na tył głowy. -1 zrobiłaś 

to bez zastanowienia. Tak bardzo ci się śpieszyło, żeby 

tu przyjechać i znów zostać ruchomym celem? Czy na­

wet to było lepsze, żeby tylko nie spędzić jeszcze jednego 

dnia z dala od ukochanego miasta? 

W jego głosie słychać było gniew, którego nie rozu­

miała. 

- Wiesz przecież, że to nieprawda... 

- Czyżby? 

- No to powinieneś wiedzieć - odcięła. - Muszę ro­

bić to, co robię. Nie rozumiesz? Nie zmienię tego, co 

zawaliłam w przeszłości, ale przynajmniej pomogę wy­

mierzyć sprawiedliwość. 

- Mercy, przestań. Myślałem, że już to wyjaśniliśmy. 

Gdybyś wtedy cokolwiek zrobiła, byłabyś teraz martwa. 

- Ja... - Umilkła i przełknęła ślinę. - Łatwo było tak 

wtedy mówić. Na ranczu wszystko wygląda inaczej. Ale 

kiedy tu wróciłam, kiedy przeczytałam raporty... 

Wyciągnął ręce, jakby chciał ją objąć. W tej samej 

chwili rozległo się donośne stukanie do drzwi i oboje 

drgnęli zaskoczeni. Zadowolona z pretekstu do przerwa­

nia trudnej rozmowy Mercy spojrzała przez wizjer. 

- To zmiennik Erica. - Młody policjant wyszedł 

z gabinetu, a Mercy odciągnęła zasuwę. 

- Murphy? - upewnił się Erie. 

Skinęła głową i otworzyła drzwi. Ukazał się w nich 

rudowłosy starszy policjant, którego Mercy znała sprzed 

lat. Szkolił ją tuż po ukończeniu przez nią akademii. 

- Cześć, Murphy - przywitała go. 

background image

Kolega skinął jej głową, ale patrzył na Granta. 

- A ten kowboj to kto? - zapytał rozbawionym to­

nem. 

Przez chwilę Mercy widziała Granta tak, jak musieli 

go postrzegać ludzie przyzwyczajeni do miejskich stro­

jów i zachowań. Ale tam, gdzie oni dostrzegali zabawną 

postać, ona zauważała tylko surową urodę Granta i bijącą 

od niego aurę dzikiej przyrody, którą zdążyła pokochać. 

Tak samo jak pokochała jego. 

Wreszcie sama przed sobą przyznała, że darzy go 

uczuciem. Zrobiła to tutaj, w najmniej odpowiednim 

miejscu i czasie, czując, że to odkrycie sprawiło jej ból. 

Przecież Grant zasługuje na lepszą kobietę, nie taką, która 

nie kiwnąwszy palcem dopuściła, by niemal na jej oczach 

zabito jej przyjaciela. 

- To... mój przyjaciel - wyjaśniła Murphy'emu. 

- Pozbądź się go, dziewczyno - zwrócił się do niej 

rudzielec. 

- Próbuję. 
- Uparty jest, co? 

- I bardzo nie lubi, kiedy się o nim mówi w trzeciej 

osobie, kiedy stoi tuż obok - wtrącił spokojnie Grant. 

Murphy uniósł brwi i spojrzał na niego. 

- Pyskaty, tak? To dla twojego własnego dobra. 

- Nie lubi też, kiedy się go traktuje protekcjonalnie. 
- Jak na kowboja, używasz bardzo wyszukanych 

słów. 

- A ty jak na policjanta, za mało myślisz o tym, co 

mówisz. 

- Przestańcie, dobrze? - Mercy nie mogła już tego 

background image

słuchać. - Murphy, odczep się. Grant bardzo mi pomógł. 

To na jego ranczo wyjechałam, żeby przeczekać. 

- Wychodzę - rzucił Erie, zamykając za sobą drzwi. 

Nagle Murphy uśmiechnął się szeroko. 

- A więc ty jesteś prawdziwym kowbojem? To prze­

praszam. Myślałem, że jakiś przebieraniec. - Zerknął na 

Mercy. - Wszyscy tu jesteśmy trochę zdenerwowani, ze 

względu na jutrzejsze przesłuchanie. 

Grant skrzywił się. 

- Może lepiej byś zrobił, gdybyś się skupił na tym, 

jak unieszkodliy/ić tych facetów, tak żeby nie wystawiać 

Mercy na odstrzał. 

Murphy pokręcił głową. 

- Nie ma takiej możliwości. Jej zeznanie będzie 

nam potrzebne. Ale nie martw się. Budynek sądu jest 

pod obserwacją i ścisłą ochroną, odkąd złapaliśmy tych 

gości. 

Grant nie wyglądał na przekonanego, a to sprawiło, 

że Mercy poczuła na sercu jeszcze większe ciepło. 

- Jeszcze raz sobie dzisiaj wszystko powtórzymy -

zwrócił się do niej Murphy. - Oni będą chcieli wyko­

rzystać to, że nie było cię tam, kiedy padły strzały. 

- Czyli Mercy musi wystąpić publicznie? Żeby dać 

im jeszcze jedną szansę? - Głos Granta jeszcze nigdy 

nie brzmiał tak wojowniczo. 

- Będzie przy niej nasza brygada specjalna. Nie od­

stąpią jej na krok - wyjaśnił Murphy. Widać było, że 

zaczyna go to denerwować. 

Nagle jego twarz się zmieniła, jakby wpadł na jakiś 

pomysł. Z namysłem spoglądał to na Granta, to na Mercy. 

background image

Widać było, że coś rozważa. Mercy czuła, że za chwilę 

zada pytanie, na które nie chciała odpowiadać. 

- Nic mi nie będzie - zapewniła pośpiesznie, zerkając 

na Gran ta. - Muszę zeznawać. Nie rozumiesz, Grant? 

Przynajmniej tyle muszę zrobić, żeby zamknąć tych ban­

dytów. 

Przez długą chwilę stał w milczeniu i spoglądał na 

nią. Nie spuściła wzroku, niemo prosząc go, by ją zro­

zumiał. 

- Nie potrafię ci nawet powiedzieć, ile dla mnie zna­

czy, że tu przyjechałeś - dodała - ale w tej sprawie nikt 

mi nie pomoże. Muszę się z tym zmierzyć sama. Do koń­

ca. 

W jego oczach błysnęło coś, co przypomniało jej 

wszystkie piękne miejsca, które jej pokazał. Ten błysk 

dał jej nadzieję, choć nawet nie śmiała pomyśleć, na 

co. Wolno podniósł rękę i delikatnie dotknął jej po­

liczka. 

- Nie straciłaś odwagi, Mercy. - Już kiedyś ją o tym 

zapewniał, w spokojnej chwili, zanim rozgorzał między 

nimi płomień namiętności, w miejscu, które na zawsze 

miało pozostać w jej sercu i pamięci. Wróciło do niej 

żywe wspomnienie tamtego dnia i poczuła, że się czer­

wieni. Po jego oczach poznała, że myśli o tym samym. 

- Muszę to zrobić - powtórzyła z desperacją w gło­

sie. W głębi duszy chciała tylko jednego; wrócić z nim 

do domu. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła nazywać 

ranczo domem. - Muszę to zrobić nie tylko ze względu 

na pamięć Nicka, ale też dla siebie. 

Znów milczał długą chwilę. Murphy nie odzywał się, 

background image

co było u niego niezwykle rzadkie. Mercy była mu za 

to wdzięczna. 

- Dobrze - powiedział w końcu Grant. - Chyba ro­

zumiem. Każdy musi walczyć z własnymi demonami. 

Wygrasz, Mercy. Jesteś silna, więc na pewno wygrasz. 

- Wciągnęła głęboko powietrze, dopiero teraz zdając so­

bie sprawę, że od jakiegoś czasu wstrzymywała oddech. 

- Zrób coś dla mnie, dobrze? - poprosił miękko. Skinęła 

głową, nie mogąc wydusić ani słowa. - Nigdy nie trać 

wiary w siebie. Nadal jesteś brylantem. I zawsze nim bę­

dziesz. 

Powiedział to tak spokojnie i z takim przekonaniem, 

że wstrząsnęło to nią do głębi. Kiedy zwątpiła, czy kie­

dykolwiek zaufa sobie, on zwrócił jej wiarę w siebie, na­

zwał ją klejnotem. Niewielu ludziom na świecie ufała tak 

jak Grantowi. Czyż nie powinna równie mocno wierzyć 

w jego zdanie? 

Wyglądał, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć, ale 

się powstrzymał. Odwrócił się gwałtownie, jakby to by­

ła najtrudniejsza rzecz na świecie. Tak przynajmniej 

wydawało się Mercy i samolubnie miała nadzieję, że 

się nie myli. 

Długo po jego wyjściu zastanawiała się, czy żegnając 

się z nim, nie popełniła straszliwego błędu. Czy jeszcze 

kiedyś się zobaczą? A jeśli tak, to czy będzie chciał z nią 

rozmawiać? Żałowała, że nie ma z kim tego omówić. 

W końcu rozpłakała się, ponieważ jedynymi ludźmi, 

którym mogła całkowicie zaufać i zwierzyć się z naj­

skrytszych myśli, byli Nick... i właśnie Grant. 

background image

Powtarzał sobie w duchu, że robił już trudniejsze rze­

czy, tylko po prostu w tej chwili nic takiego nie mógł 

sobie przypomnieć. Zostawił Mercy, by sama uporała się 

ze swoimi demonami, a miał ochotę zrobić coś bardzo 

prostego i żywiołowego, wręcz prymitywnego - na przy­

kład, przerzucić ją sobie przez ramię i zanieść w bez­

pieczne miejsce, czyli na swoje ranczo. 

Został w Minneapolis do poniedziałku, pilnie śledząc 

w pokoju hotelowym doniesienia z sali sądowej, gdzie 

odbywała się rozprawa. Gdy zobaczył ochraniający Mer­

cy doborowy zespół policjantów, przekonał się, że jest 

bezpieczna, o ile w takich okolicznościach jest to mo­

żliwe. Kiedy zobaczył ją na ekranie, przeżył wstrząs. Pra­

wie nie rozpoznał w niej dziewczyny ze swego rancza. 

Ujrzał elegancką, pewną siebie kobietę w ciemnym ko­

stiumie, w butach na wysokich obcasach, z włosami 

upiętymi w węzeł. Typową kobietę z wielkiego miasta. 

Wrócił do domu z poczuciem winy, że nie odwiedził 

matki ani siostry. Tłumaczył sobie, że nie mógł się spot­

kać z żadną z nich, dopóki nie uporządkuje swych splą­

tanych uczuć. 

Wiedział jednak już w mieszkaniu Mercy, że tylko 

jedno z tych uczuć naprawdę się liczy. To, którego nigdy 

nie wyraził, ale przez cały czas nosił w sobie. Nie pa­

miętał, kiedy się narodziło. Może kiedy Mercy po raz 

pierwszy wysiadła z samochodu i zobaczył, jaką wspa­

niałą kobietą się stała; może kiedy spojrzała na jego ran­

czo i dostrzegła w nim piękno... a może, choć to chyba 

mało prawdopodobne, dwanaście lat temu, kiedy patrzyła 

na niego jak na rycerza w srebrzystej zbroi. Nie było 

background image

ważne, kiedy to się zdarzyło, tylko że w ogóle się zda­

rzyło. Wreszcie mógł przyznać przed samym sobą, że ją 

kocha. Nie mógł jednak jej tego wyznać. Nie teraz, gdy 

toczyła najcięższy bój w jej życiu. Byłby to dla niej ko­

lejny ciężar, którego mogłaby już nie unieść. 

A poza tym w głębi duszy wiedział, co Mercy wy­

bierze. Gdy już upora się z demonami, znów będzie do­

skonałą, pełną poświęcenia policjantką. Nawet do głowy 

jej nie przyjdzie, by porzucić pracę albo opuścić Minne-

apolis, swój prawdziwy dom. 

Już nigdy jej nie zobaczy. Straci kolejną kobietę. Zno­

wu odbierze mu ją wielkie miasto. 

Nigdy jej nie miałeś, więc nie możesz jej stracić, po­

wiedział sobie w duchu. Naparł mocniej na szczotkę, któ­

rą czyścił grzbiet Jokera, aż zwierzę spojrzało na niego 

z zaciekawieniem. Odkąd Mercy wyjechała, ogier zacho­

wywał się dziwnie. Nie był osowiały, ale codziennie stał 

w odległym końcu zagrody i wpatrywał się w dom, jak­

by się spodziewał, że w każdej chwili może wyjść z nie­

go dziewczyna o włosach pachnących jabłkami. 

- Możesz się rozczarować - mruknął Grant do swo­

jego ulubionego wierzchowca. Sobie też powinieneś to 

powiedzieć, dodał w myślach. 

Skupił się na planowaniu codziennych prac na naj­

bliższe godziny, by nie wspominać drobnej, zielonookiej 

kobiety, która odcisnęła swój ślad na jego życiu i w jego 

sercu. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

- To nie było zbyt mądre. 

- Tak, ale on od kilku lat miał obsesję na punkcie 

Franca, odkąd załatwili Parnessa. Chciał sam rozprawić 

się z całą mafią. 

Mercy przystanęła w progu, a potem wycofała się, by 

nie dostrzegli jej trzej policjanci siedzący w gabinecie 

prokuratora. Zaczekała w przylegającej do gabinetu salce 

konferencyjnej, aż nieco opadnie jej poziom adrenaliny. 

Zachowanie zimnej krwi pod tak ostrym obstrzałem pytań 

było jedną z najcięższych bitew, jakie w życiu stoczyła. 

Na dodatek nie miała pojęcia, jak wypadła. 

- Poszedł tam bez wsparcia. To było czyste szaleń­

stwo, nie ma co. Niech spoczywa w pokoju. 

- Ale ich dopadliśmy. Zdaje się, że dostaną maksy­

malne wyroki. Sędzia nie uwierzyła w te bzdury o wy­

padku z bronią. A Brady! To w zasadzie ona ich unie­

szkodliwiła. Ten dupek obrońca ani razu jej nie zagiął. 

- Nick zawsze powtarzał, że Brady trzeźwo myśli. 
- Może gdyby on też trzeźwo myślał, to nadal by 

żył. 

Mercy zagryzła wargę i zamknęła drzwi do gabinetu. 

Ci policjanci jej nie potępiali, podobało im się jej za­

chowanie w sądzie. Poruszyło ją to do głębi. Musiała też 

background image

przyznać, że postępowanie Nicka, opisane chłodno, bez­

litośnie i szczegółowo, wydało jej się co najmniej lek­

komyślne. 

Długo siedziała w pustej sali i zastanawiała się, dla­

czego wcześniej tego nie dostrzegła, dlaczego tak łatwo 

zaakceptowała poczucie winy, które wytworzyło się 

w niej na skutek utraty równowagi psychicznej? Czy to 

wszystko jest jeszcze zbyt świeże i nie potrafi o tym my­

śleć rozsądnie? 

A może w zrozumieniu prawdy pomógł jej pobyt 

w spokojnym, pięknym świecie Granta? 

W głębi duszy wiedziała, że zawdzięcza to samemu 

Grantowi, jego niezachwianej wierze w jej siłę i rozum. 

To dzięki niemu zrozumiała, że postąpiła właściwie i nic 

nie powinna sobie wyrzucać. Musiała wyjść poza granice 

własnego świata, by to zrozumieć i uzdrowić swoją du­

szę. A pozwoliła jej na to miłość do Granta. 

Usłyszała jakiś dźwięk za drzwiami i wstała. Wyglą­

dało na to, że rozprawa wkrótce się skończy, ale być może 

sędzia zarządziła przerwę. Drzwi się otworzyły i Mercy 

omal nie opadła z powrotem na krzesło. Spodziewała się 

ujrzeć prokuratora lub któregoś z policjantów. Tymcza­

sem zobaczyła wdowę po Nicku. 

Allison podeszła do niej i objęła ją serdecznie. 

- Dziękuję - powiedziała z uczuciem. - Zapłacą za 

to, co zrobili. I to zawdzięczamy głównie tobie. 

- Ale ja... - Słowa z trudem wydobywały się z jej 

gardła. - To nie wystarczy. Ta śmierć nigdy nie powinna 

się wydarzyć. 

- Wiem. - Allison uśmiechnęła się smutno. - Ale 

background image

wiem też, że Nick... nie myślał rozsądnie, jeśli chodziło 
o tych okropnych ludzi, którzy zabili Charliego Parnessa. 
Miał na ich punkcie obsesję. Czasami ktoś do niego 
dzwonił, a on wybiegał z domu w środku nocy. Ryzy­

kował jak szaleniec... ale przecież-sama wiesz to najle­
piej. 

Owszem, wiedziała, tylko że kiedyś traktowała to jako 

kolejny przejaw poświęcenia Nicka dla pracy w policji. 

Allison się tym martwiła, ale Mercy ją uspokajała. 

- Tak mi przykro, Allison - rzekła szczerze. - Po­

winnam była cię posłuchać, kiedy mówiłaś, że niepokoi 

cię jego zachowanie. Może wtedy... 

Allison przerwała jej gwałtownie. 

- Meredith, czy ty nadal myślisz, że to się stało z two­

jej winy? 

Mercy cofnęła się zaskoczona. 

- Ja... 

- Kristina mi mówiła, że wysłała cię na ranczo brata, 

żebyś wybiła sobie z głowy takie niedorzeczne pomysły. 

Udało się? - A więc i Kristina tego się domyślała? Ile 

razy jeszcze urocza i rozpieszczona przyjaciółka ją za­

skoczy? - Bardzo kochałam Nicka, ale sam był sobie 

winien - stwierdziła Allison z chłodnym rozsądkiem, 

który Mercy zawsze w niej ceniła. - Od wielu miesięcy 

żyłam w strachu, że coś takiego się wydarzy. Od śmierci 

Charliego miałam przeczucie, że każdy dzień Nicka 

jest... darowany. 

Mercy zadrżała. 

- Czułam się taka bezradna. I do niczego. 

- Posłuchaj mnie, moja droga - ciągnęła surowo Al-

background image

lison. - Nikt nie znał Nicka lepiej ode mnie. Wiem, że 

bardzo cię szanował jako policjantkę i koleżankę. Bardzo 

by go bolało, gdyby wiedział, że obwiniasz się za jego 

śmierć. Mnie to również boli, Meri. Proszę, przestań. 

Przecież nikt inny cię za to nie wini, a już na pewno 

nie ja. 

Mercy poczuła, jak coś w niej topnieje. Zniknął ucisk, 

który czuła od tak dawna, że już niemal przestała go 

zauważać. Stanęła twarzą w twarz ze swoimi demonami 

- w ludzkiej postaci. Wszyscy czterej mieli dostać karę, 

na jaką sobie zasłużyli. Nawet sędzia patrzyła na nią 

z aprobatą, kiedy pewnym głosem składała zeznania. Po­

czuła przypływ dawnej siły. Teraz była już przekonana, 

że może wrócić do dawnego życia i pracy. 

Patrzyła na przyjaciółkę, zadziwiona jej spokojem. 

- Allison, jak ty to znosisz? 

- Już prawie odzyskałam równowagę. Matt i Lisa 

bardzo mi w tym pomogli. Nie można się rozklejać, kiedy 

trzeba się kimś opiekować. 

- No właśnie. Dzieci... 

- Dzieci przede wszystkim tęsknią za swoją chrzestną 

matką. Kiedy je odwiedzisz? 

- Chcą się ze mną spotkać? 

- Ależ oczywiście. Straciły ojca. Wszyscy teraz je­

steśmy im potrzebni, żeby odbudować ich życie. Martwią 

się o ciebie. Chciałyby zobaczyć na własne oczy, że jesteś 

w dobrej formie. - Allison spojrzała na nią bacznie. - Bo 

jesteś w dobrej formie, prawda? 

Mercy wciągnęła głęboko powietrze. 

- Tak, chyba jestem - odparła cicho. 

background image

- To dobrze. Możesz spędzić z nami Nowy Rok. 

- Dziękuję, ale raczej nie. Wpadnę z wizytą do dzieci, 

ale mam jeszcze coś do zrobienia. Coś bardzo ważnego. 

Owszem, pełna wiary w siebie mogła wrócić do tak 

brutalnie przerwanego dawnego życia. Nie potrafiłaby 

jednak być jak kiedyś oddana pracy, ponieważ serce i du­

szę zostawiła na ranczu w Wyoming. 

Grant wrzucił na pikapa wielką belę siana. Żałował, 

że musiał je zwozić samochodem, ponieważ była to cięż­

ka praca, zwłaszcza zimą. Powinien był wynająć heli­

kopter, który w kilka godzin wykonałby to zadanie. 

Ciszę przerwało radosne szczekanie Ryzykanta. Pew­

nie Walt wrócił z pierwszej wyprawy Lady wraz 

z źrebięciem poza zagrodę przy stajni. Rano patrzył 

z uśmiechem, jak mała klaczka niepewnie stawia paty­

kowate nogi w śniegu. Zdał sobie wtedy sprawę, że już 

dawno się nie uśmiechał. Chipper i Walt ostatnio wręcz 

go unikali, po tym jak kilka razy zbeształ ich ostro bez 

wyraźnego powodu. 

Ze stajni dobiegło go donośne rżenie Jokera. Zdziwił 

się trochę, ponieważ koń był ostatnio niemal tak rozdraż­

niony jak on. Tym razem rżał radośnie, co mu się od 

dawna nie zdarzyło. Grant spojrzał na stajnię, potem na 

dom, ale nie spostrzegł nic nadzwyczajnego, więc wrócił 

do pracy. 

- Szczęśliwego Nowego Roku - wymamrotał pod 

nosem i przerzucił kolejną belę siana. A potem następną, 

i jeszcze jedną, i tak w nieskończoność. Wpadał przy 

tym w coraz gorszy nastrój. 

background image

Zaklął pod nosem, kiedy ostatnią belę rzucił z taką 

siłą, że przeleciała na drugą stronę samochodu. Już miał 

okrążyć pikapa, kiedy nagle bela pojawiła się na szczycie 

stosu. 

- Dzięki - burknął. Pewnie Walt akurat przechodził 

obok i mu pomógł. 

- Nie ma za co. 

Zastygł w bezruchu. Czyżby zaczynał mieć majaki? 

Wydawało mu się, że słyszy głos Mercy, a przecież... 

Wyszła zza stosu siana i podeszła do niego bliżej. Nie 

potrafił odczytać wyrazu jej twarzy. I jak się tu dostała? 

Nie słyszał warkotu samochodu. A może przyszła pie­

chotą od głównej drogi? Nie było to wykluczone, ponie­

waż nawet wyglądała jak wędrowiec. Miała na sobie 

dżinsy, sportowe buty i flanelową koszulę. Wyglądała zu­

pełnie inaczej niż w telewizji. Widok jej rozpuszczonych 

włosów przywołał wspomnienia... 

- Oglądałem przesłuchania, wiem o wszystkim - oz­

najmił. - Gratuluję ci. 

Wzruszyła ramionami, jakby nie rozmawiali o czymś, 

co tak niedawno zajmowało wszystkie jej myśli. 

- Istnieje szansa, że zdecydują się na układ z proku­

raturą i nie będzie procesu. Mafia nie lubi rozgłosu, więc 

teraz nikt nie będzie ich już chronił. 

- Zrobiłaś, co do ciebie należało. 
- Tak. Przewidziałeś to. 

- Tylko ty w siebie wątpiłaś. - Zdjął rękawice -

Wszystko u ciebie wporządku? 

- Tak. - Jej glos brzmiał zadziwiająco spokojnie. -

Miałeś rację. Nie mogłam nic zrobić. Nawet Allison to 

background image

wiedziała. Ale musiałam przejść długą drogę, zanim się 

o tym przekonałam. 

- Czasami tak trzeba. Kiedy wracasz do pracy? 

- Mam nadzieję, że zaraz. 

Zgasła w nim ostatnia iskierka nadziei. Odwrócił 

wzrok i wsunął rękawice do tylnej kieszeni spodni. Nie 

był pewien, czy kontroluje wyraz swojej twarzy. 

- To znaczy, jeśli szef rancza MCC przyjmuje pra­

cowników - dodała miękko. 

Odwrócił się gwałtownie. 

- Co? 

Wskazała na stos bel siana. 
- Chyba przydałaby ci się pomoc. - Patrzył na nią 

z niezbyt inteligentną miną, ale nic nie mógł na to po­

radzić. Oparła się o samochód, jakby się bała, że straci 

równowagę. - Jest jeszcze jeden problem - ciągnęła nie­

co drżącym głosem. - Szukam stałej pracy. 

Bał się, że coś źle zrozumiał. 

- Ale przecież ty masz pracę. 

- Miałam. I przez jakiś czas bardzo ją kochałam. Zro­

zumiałam jednak, że ta praca zabiera mi więcej, niż daje. 

Więc z niej zrezygnowałam. 

- Zrezygnowałaś? 

Skinęła głową. 

- To pewnie głupie z mojej strony. Ale sam wiesz, 

jakie są te dziewczyny z miasta. Wariatki. Kiedy już się 

upewniłam, że mogę wrócić do pracy, nagle stwierdziłam, 

że wcale tego nie chcę. I nie dbałam o to, czy... znajdę 

inne zajęcie. 

Był tak zaskoczony, że tylko powtórzył: 

background image

- Naprawdę zrezygnowałaś? 

- Tak. Wczoraj. 

Wczoraj. Wczoraj zwolniła się z pracy, a dzisiaj już 

tu jest? 

- Mercy - zaczął, ale natychmiast zamilkł, nadal się 

obawiając, że źle ją zrozumiał. 

Stała przy samochodzie i skubała źdźbła słomy wy­

stające z beli. Nagle zrozumiał, że jest równie zdener­

wowana, jak on. Wtem podniosła głowę i znów stała się 

dawną, odważną Mercy. 

Pojął, że Mercy ma coś, czego brakowało Constance, 

czego nie miała nawet jego matka - a tym czymś jest 

niezależność. Jeśli zdecydowała się zostać na ranczu, to 

wyłącznie z własnej woli. 

- Jeśli naprawdę zależy ci na pracy, to mam wolne 

miejsce. Chyba wiesz, w co się pakujesz? 

- Wiem - wyszeptała. - Mam nadzieję, że ty też to 

wiesz. 

Ogarnęła go radość tak wielka, że się przestraszył. 

- Dobrze sobie dajesz radę z Jokerem. Świetnie się 

spisałaś przy narodzinach źrebięcia. 

- Chciałabym, żeby urodziło się jeszcze mnóstwo ma­

luchów. Bardzo ich tu brakuje. 

- Jakie maluchy masz na myśli? 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Kocham cię - szepnęła. - Więc jak ci się wydaje? 

Grant na chwilę zamknął oczy. 

- Ja też cię kocham. 

- Wiem - odparła i uśmiechnęła się do niego z mi-

background image

łością. - Domyśliłam się tego, kiedy przyjechałeś do 

mnie, do miasta, chociaż przecież go nie znosisz. 

Grant uśmiechnął się ironicznie. 

- Zdradziłem się, co? 

- Nie wiedziałam tylko, czy kochasz mnie wystar­

czająco mocno, żeby mi wybaczyć. 

- Wybaczyć? Co takiego? 

- To, że jestem dziewczyną z miasta. 

- Zapewniam cię, że już nią nie jesteś - oznajmił po­

ważnie. 

- A więc nasze dzieci też nie będą miejskimi dziećmi. 

Grant nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu na 

myśl o biegających po ranczu małych łobuziakach, nie­

ustraszonych jak ich matka. 

- Zastanawiam się, jakie imię dać temu źrebięciu -

powiedział, nadal się uśmiechając. - Przecież to córka 

Płomienia Fortune'ów. Zasługuje na godne imię. 

- Coś przychodzi ci do głowy? 

Objął ją wreszcie i poczuł, że znów ogarnia go żar, 

ale złagodzony czułością, której przedtem nie śmiał do 

siebie dopuścić. 

- Może Płomień Mercy? - zaproponował. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ pocałował ją 

mocno, jakby chciał wyjaśnić, skąd mu to imię przyszło 

na myśl. 

background image

EPILOG 

- Właśnie takiej krwi potrzebuje ta rodzina - oznaj­

mił Sterling Foster z aprobatą. 

- O kim ty mówisz? - Kate Fortune z gracją wstała 

z fotela, patrząc na wysokiego prawnika z gęstą grzywą 

siwych włosów, który od lat trwał przy niej w dobrych 

i złych chwilach. 

- O młodym McClure. 

Kate uśmiechnęła się. Nie zamierzała podawać w wąt­

pliwość jego opinii, chociaż często się z nim spierała -

dla samej przyjemności prowadzenia sporu. Tym razem 

musiała jednak całkowicie się zgodzić z jego opinią. Wie­

le słyszała o Grancie od jego matki, chociaż osobiście 

syna Barbary, którą kochała jak własną córkę, spotkała 

tylko kilka razy. 

Jeszcze więcej słyszała o nim od swojej ukochanej 

wnuczki. Kristina ciągle wychwalała starszego brata. Już 

samo to, że nazywała go bratem, a nie bratem przyrod­

nim, świadczyło o tym, że i jemu Kristina była bliska. 

Kate by to wystarczyło, żeby zaakceptować Granta, nawet 

gdyby sama nie darzyła go sympatią i podziwem. Sterling 

potwierdził jej opinię, kiedy spotkał się z Grantem oso­

biście, przekazując mu wiadomość o tym, że Kate zo­

stawiła mu w spadku pięknego ogiera rasy appaloosa. 

background image

- Nie pozwolił mi się zastraszyć. - To było wszystko, 

co powiedział prawnik, ale Kate wiedziała, że w jego 

ustach to był największy komplement. 

- Co u niego słychać? - zapytała teraz. 

- Sprzedał pierwsze źrebię po Płomieniu Fortune'ów 

za większą sumę, niż jest wart jakikolwiek koń pod słoń­

cem. 

Kate uśmiechnęła się. Sterling nie przepadał za końmi. 

- Ty byś nie dał za konia złamanego grosza. 

- Nie zaprzeczę. Ale potrafię docenić dochodowy in­

teres. Dobrze spożytkował prezent od ciebie. 

- Nawet lepiej, niż myślisz. - Niektóre prezenty, po­

darowane przez nią różnym członkom rodziny, przyczy­

niały się do rozwoju zdarzeń, na które nie liczyła nawet 

w najśmielszych marzeniach. 

- Jeśli kolejne źrebięta będzie sprzedawał równie ko­

rzystnie, to jego ranczo niedługo rozrośnie się poza gra­

nice stanu. 

Kate uśmiechnęła się tajemniczo. 

- Wydaje mi się, że przynajmniej jedno źrebię za­

chowa dla siebie. Małą klacz o imieniu Płomień Mercy. 

- Płomień Mercy? Skąd miłośnikom koni przychodzą 

do głowy takie imiona? 

- Grant nazywa swoją żonę Mercy - wyjaśniła z po­

wagą Kate. 

Sterling zrobił zdziwioną minę, a Kate się roześmiała. 

Bardzo się cieszyła, kiedy udało jej się go zaskoczyć. 

- Ożenił się? A podobno Kristina się zaklinała, że on 

nigdy tego nie zrobi po tym nieprzyjemnym doświadcze­

niu z panną Carter. Z kim się ożenił? Zaczekaj... - Ster-

background image

ling chwilę się zastanawiał, kojarząc w myślach fakty. 

- Pewnie z tą przyjaciółką Kristiny, która wyjechała do 

Wyoming, a przedtem pomogła wsadzić za kratki kilku 

bandytów? 

- Meri Brady - potwierdziła Kate. - Ale coś mi się 

zdaje, że wszyscy ją będą teraz nazywać Mercy. To cu­

downa dziewczyna, odważna, śmiała, inteligentna. 

- Zawsze ją lubiłem - przyznał jej towarzysz. - Mia­

ła dobry wpływ na Kristinę. 

- A za to Kristina prezentowała się wspaniale jako 

jej druhna - odparła Kate ze wzruszeniem. 

Ciekawe, kiedy jej ukochana wnuczka pójdzie do oł­

tarza? Może jeśli zdecyduje się zająć swoim spadkiem 

i wyjedzie do Kalifornii, i ucieknie od zamieszania, które 

ogarnęło całą rodzinę, to kto wie... Zdarzały się już dziw­

niejsze rzeczy. Czasami rzeczy pozostawione przez nią 

członkom rodziny po jej rzekomej śmierci w niezwykły 

sposób odmieniały ich życie. 

Sterling nagle zmarszczył czoło. 

- Właściwie skąd ty to wiesz? Nie wychodziłaś stąd 

podczas mojej nieobecności, prawda? Mówiłem ci, że 

musisz być ostrożniejsza... Kilka razy mało brakowało, 

a zostałabyś rozpoznana. 

- Mam swoje sposoby - rzekła Kate. Nagle jej 

uśmiech zbladł. - Ale to będzie się wkrótce musiało skoń­

czyć. Jake wpadł w poważne kłopoty, przyda mu się 

wszelka pomoc. Jakby nie było dość tej historii ze śmier­

cią Moniki i czekania, kiedy policja albo ten detektyw 

Rebeki wpadną na trop prawdziwego mordercy, to jeszcze 

musiał się dowiedzieć prawdy o swoim ojcu... Planowa-

background image

łam, że pozostanę martwa, dopóki się nie dowiem, kto 

próbował mnie zabić. Teraz już wiemy, że to była Monica. 

Ona już nie żyje, a rodzina potrzebuje mnie teraz bardziej 

niż kiedykolwiek. Muszę tylko wymyślić, jak mam wstać 

z martwych, żeby nikt nie umarł z wrażenia! 

- Porozmawiamy o tym później. - Siwowłosy pra­

wnik objął czule swą towarzyszkę. 

Ufała mu, korzystała z jego wsparcia i pomysłów. 

Bez niego by sobie nie poradziła. Jeśli rodzina ma prze­

trwać te ciężkie chwile, które zgotował jej los, to rady 

Sterlinga będą konieczne. 

A rodzina musi przetrwać. Kate nie dopuści, żeby stało 

się inaczej. Wkrótce ludzie się dowiedzą, że Kate Fortune 

jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. 

Przecież wszyscy członkowie rodziny są jej dziećmi, 

więc ona dopilnuje, żeby wyszli cało z każdej opresji.