background image

JUSTINE DAVIS

BRYLANT BEZ SKAZY

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czy   Kristina   ma   tak   wielki   dar   przekonywania,   czy   to   raczej   on   łatwo   ulega 

manipulacji?

Grant McClure posępnie potrząsnął głową. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. 

Zawsze ulegał namowom Kristiny,  nawet jeśli udało mu się przejrzeć jej grę. Przyrodnia 

siostra miała jednak tyle wdzięku i życzliwości dla ludzi, że trudno jej było odmówić. Nie 

odmówił jej i tym razem, więc teraz spodziewał się wizyty nieproszonego gościa, choć czas 

ku temu był wyjątkowo niesprzyjający.

Tłumiąc westchnienie, oparł się o drzwi stajni. Nieopodal rozległ się warkot silnika 

samochodu. Siedzący za kierownicą Chipper Jenkins nie potrafił zdecydować, czy spotkała go 

kara, czy nagroda. Cieszył się, że pozwolono mu prowadzić nowego pikapa, ale był trochę 

zły,   że   powierzono   mu   tak   niegodne   kowboja   zadanie.   Miał   przywieźć   na   ranczo   jakąś 

miastową paniusię.

- No! - Zaskoczony Grant chwycił kapelusz, który niespodziewanie zsunął mu się na 

nos. Tuż przy uchu usłyszał radosne rżenie. - Joker, przestań!

Wielki, czarno - biały ogier rasy appaloosa spoglądał na niego zaczepnie, wyraźnie 

zadowolony, że znów udało mu się strącić kapelusz z głowy swego pana. Uwielbiał płatać 

takie figle i właśnie tej skłonności zawdzięczał swe przezwisko.

- A żeby cię, ty wstrętna, bezwartościowa szkapo - wymamrotał Grant, ale uśmiechnął 

się do swego ulubieńca.

Nie mówił poważnie. Oryginalnie umaszczony ogier był jednym z najpiękniejszych 

koni, jakie w życiu spotkał. Pięknie zbudowany, silny, szybki i wytrzymały Joker był również 

obdarzony   wielkim   sercem   i   dobrym   charakterem,   a   na   dodatek   wszystkie   te   cechy 

przekazywał potomstwu. Taki koń to marzenie każdego jeźdźca.

Grant nawet w snach się nie spodziewał, że to marzenie ziści się właśnie jemu.

-   Dziękuję   ci,   Kate   -   wyszeptał   do   siebie,   nie   pierwszy   zresztą   raz.   -   Nie   wiem, 

dlaczego to zrobiłaś, ale dziękuję ci. - Pogłaskał konia po szyi i powiedział głośno: - Chodź, 

pajacu. Znajdziemy ci jakieś zajęcie, zanim się całkiem rozkleisz.

Joker   prychnął   na   znak   aprobaty   i   energicznie   kiwnął   głową.   Grant   zauważył,   że 

zaczął traktować to zwierzę jak człowieka, co nigdy przedtem mu się nie zdarzało. No, może 

podobnie myślał jeszcze o Ryzykancie, mądrym owczarku australijskim, który na ranczu był 

bardziej pożyteczny niż niejeden pracownik.

Prawie   dwie   godziny   później,   zadowolony   z   przejażdżki,   odprowadził   konia   do 

background image

zagrody przy stajni, by zwierzę trochę odpoczęło. Czyszczenie Jokera odłożył na później, 

ponieważ był pewien, że ogier nie odmówi sobie przyjemności i z zapałem wytarza się w 

pyle. Listopad zbliżał się ku końcowi i niedługo ziemię pokryje śnieg.

Już nad wyżynami Wyoming przeszło kilka śnieżyc, ale śnieg jeszcze nie utrzymywał 

się dłużej.

Wkrótce jednak miało się to zmienić, a wtedy i on, i wszyscy będą musieli naprawdę 

przyłożyć się do pracy, by zwierzęta przetrwały srogą zimę. Rozpieszczona panna z wielkiego 

miasta jest ostatnią rzeczą, jakiej mu tu potrzeba.

Rozmyślania przerwał mu warkot silnika wracającego pikapa.

- No, zaczyna  się - wymamrotał. Zarzucił sobie na ramię uprząż Jokera i poszedł 

przywitać gościa.

Najpierw spostrzegł Chippera. Chłopak stał przy zabłoconych drzwiach samochodu i 

uśmiechał   się   z   cielęcym   zachwytem.   Grant   dopiero   po   chwili   zauważył,   kto   wprawił 

młodego pomocnika w taki stan. Z samochodu wysiadła kobieta o długich blond włosach, 

związanych w koński ogon. Miała na sobie dżinsy i krótki kożuszek. Widać było, że chłód 

wcale jej nie przeszkadza.

Kiedy go zobaczyła, jej oczy rozszerzyły się lekko. Grant zdawał sobie sprawę, że 

gapi się na nią zaskoczony, ale nie potrafił zmienić wyrazu twarzy.

Była niska, przynajmniej w porównaniu z Grantem, bardzo drobna i delikatna, niczym 

figurka z porcelany. Ciemne kręgi pod oczami pogłębiały wrażenie kruchości. Wydawała się 

zmęczona, i to nie tylko fizycznie. Grant poczuł, że coś go ściska w sercu. Podobnie wyglądał 

jego ojciec pięć lat temu, na kilka dni przed śmiercią.

- Witaj, Grant. Głos miała łagodny, matowy, i słychać w nim było nutę smutku, który 

czaił się również w jej zielonych oczach.

- Witaj, Mercy - odrzekł cicho. Słysząc swoje przezwisko z dawnych lat, uśmiechnęła 

się, ale jej oczy pozostały smutne.

- Nikt mnie tak nie nazywał, odkąd nie przyjeżdżasz latem do domu.

-   Nigdy   nie   uważałem   Minneapolis   za   swój   dom.   Po   prostu   tam   mieszkała   moja 

matka.

Rozejrzała się, jakby chciała porównać rozległe, dzikie tereny wokół rancza i rysujące 

się w oddali wysokie Góry Skaliste do wieżowców ze stali i szkła.

- Twój dom był zawsze tutaj, prawda? - rzekła cicho.

- Zawsze - potwierdził z nie skrywanym przekonaniem. Od dzieciństwa wiedział, że tu 

jest jego miejsce. Ta piękna, dzika kraina wydawała się częścią niego samego i nigdy nie 

background image

potrafił ani nie chciał opierać się jej sile przyciągania.

- A więc to tutaj zawsze cię ciągnęło, tutaj musiałeś wracać. Chyba teraz zaczynam to 

rozumieć...

Kiedy Kristina Fortune powiedziała Grantowi, że Meredith Brady została policjantką, 

pomyślał sobie, że pewnie bardzo urosła od tego lata, kiedy jako nieznośna czternastolatka 

przyjechała tu na wakacje, w towarzystwie o dwa lata młodszej przyrodniej siostry Granta. 

Tymczasem Mercy nadał nie mogła mierzyć o wiele więcej niż metr pięćdziesiąt pięć.

- Zmieniłaś się - powiedział. I była to prawda. Pamiętał ją jako żywiołową, energiczną 

nastolatkę, bardzo podobną do Kristiny. Teraz energia i żywiołowość gdzieś zniknęły.

- Zmieniłam się, ale nie urosłam, tak? - zapytała smutno.

- No cóż, nie urosłaś za wiele - przyznał rozsądnie.

- Łatwo ci mówić. Ty w ciągu jednego lata potrafiłeś urosnąć dziesięć centymetrów.

Usta   Granta   zadrgały.   To   było   dziwne   lato,   kiedy   w   przeciągu   trzech   miesięcy 

wystrzelił   do   góry   i   osiągnął   metr   osiemdziesiąt   wzrostu.   Nagle   jego   ruchy   stały   się 

niezgrabne, ubrania za małe, a w dodatkowe zakłopotanie wpędzał go fakt, że jego przemiana 

wywarła ogromne wrażenie na wszędobylskiej koleżance przyrodniej siostry.

- Dziwię się, że w ogóle urosłem, bo przez całe lato bez przerwy deptałaś mi po 

piętach. Przykleiłaś się do mnie jak rzep, Meredith Cecelio.

Skrzywiła się.

- Proszę, mów do mnie po prostu Meredith. Albo Meri.

- A może Mercy? - To on tamtego lata wymyślił dla niej to przezwisko. - Pamiętam, 

że nie odstępowałaś mnie ani na krok. Zawsze kiedy odwiedzałem mamę, kręciłaś się w 

pobliżu. Nigdy nie zapomnę, jak poszłaś za mną na ślizgawkę i utknęłaś w obrotowej bramce.

- Miałam wtedy dwanaście lat - stwierdziła z godnością. - I byłam w tobie zakochana 

po uszy, po tym, jak obroniłeś mnie przed chłopakami, którzy mi dokuczali.

Grant zamrugał oczami. Dawno odgadł, że się w nim durzyła, ale nie podejrzewał, że 

zaczęło  się   to  tak   dawno.  Przypomniał   sobie,   jak   podczas  pierwszych  wspólnych  letnich 

wakacji zobaczył,  iż dokucza jej dwóch starszych od niej chłopców, a ona, mimo że łzy 

napływały jej do oczu, stała z dumnie uniesioną głową. Przegnał dręczycieli i odprowadził ją 

do domu. Przez całą drogę milczała, dopiero w progu podziękowała mu cicho. Dopiero teraz 

zdał sobie sprawę, że to od tamtej chwili stała się jego nieodłącznym cieniem.

- To było tylko dwóch łobuziaków - powiedział.

- A ty przybyłeś mi na pomoc niczym rycerz w srebrnej zbroi - odparła cicho. Grant 

skrzywił się lekko. Nie nadawał się na bohatera, nawet na użytek naiwnej nastolatki. - Ale nie 

background image

przejmuj się - ciągnęła, widząc jego niepewną minę. - Już dawno się wyleczyłam ze słabości 

do ciebie. Dorosłam i zrozumiałam, że zauroczyła mnie atrakcyjna powierzchowność, a nie 

kryjący się pod nią człowiek. Dzięki Bogu, przeszło mi bardzo szybko.

- Aha.

Wypowiedział to dość niepewnym tonem. Czy sprawiło mu przyjemność, że wyznała 

dawno minione uczucie? A może był zły, że Mercy już nic do niego nie czuje, i w dodatku tak 

bardzo ją to cieszy? Zachciało mu się śmiać. Przecież już nieraz kobiety podkochiwały się w 

nim tylko ze względu na jego męską urodę, i miał tego serdecznie dosyć. Jeszcze bardziej 

irytowały   go   te,   które   dowiedziawszy   się   o   jego   sporym   majątku,   nagle   zaczynały   mu 

okazywać coraz więcej uczucia.

Mercy była inna. Nigdy nie nadskakiwała mu i nie obsypywała go pochlebstwami. 

Zupełnie nie pasowałoby to do jej łobuzerskiego sposobu bycia. Była jak miniaturowy wulkan 

energii i nie odstępowała go na krok.

Włosy jak dawniej czesała w koński ogon, ale twarz, która kiedyś przywodziła mu na 

myśl psotnego chochlika, zdumiewająco wyładniała. Wielkie oczy, lekko zadarty nos, śmiało 

zarysowany podbródek... Meredith Brady stała się piękną kobietą. Nic dziwnego, że Chipper 

gapił się na nią rozanielonym wzrokiem.

Chipper. Grant uświadomił sobie, że chłopak cały czas stoi tuż obok, przysłuchując się 

ich  rozmowie  i  chłonąc  wzrokiem  Mercy,   która  zdawała  się  zupełnie  nie  zauważać  jego 

fascynacji.

-   Miałeś   rozłożyć   bryły   soli   dla   bydła   -   przypomniał   surowo   chłopakowi.   -   Ja 

odprowadzę naszego gościa do domu.

Chipper spojrzał na niego z rozpaczą.

- Ale ja chciałem zanieść bagaże...

- Dam sobie radę - odezwała się Mercy.  - Nie są ciężkie. Lubię podróżować bez 

zbędnego obciążenia.

- Ale ja...

- Trzeba rozłożyć sól - nakazał Grant. - I to szybko.

- Tak jest - zgodził się Chipper z rezygnacją. Nagle twarz mu pojaśniała. - Jeśli będzie 

potrzebny ktoś, kto zna okolicę...

- Będę o tym pamiętała - odparła z uśmiechem. Grant zauważył, że jej uśmiech, choć 

czarujący,   był   tylko   zdawkowym   odruchem,   nie   wydobywał   się   z   serca.   Nie   był   jednak 

sztuczny jak uśmiechy kobiet, które spotykał podczas swych sporadycznych wizyt u matki.

Nie,   ten   uśmiech   nie   krył   płytkości   charakteru,   był   raczej   maską   skrywającą... 

background image

Właśnie, co? Pustkę? Ból?

Wtedy   nagle   przypomniał   sobie,   co   w   minionym   tygodniu   powiedziała   mu   przez 

telefon Kristina. Z początku słuchał jej nieuważnie, nie kojarząc imienia Meredith z zadziorną 

panną z końskim ogonem. Kristina krótko wyjaśniła mu sytuację. Meredith potrzebowała ja-

kiegoś spokojnego, odludnego miejsca, gdzie mogłaby skryć się na jakiś czas i dojść do siebie 

po tym, gdy jej kolega z pracy, Nick Corelli, zginął na służbie.

- Byli  sobie bardzo bliscy - relacjonowała mu Kristina. - Meredith jest załamana. 

Proszę cię, Grant, to nie potrwa długo. Potrzeba jej ciszy i spokoju. Musi znaleźć się gdzieś, 

gdzie ludzie nie będą cały czas mówili o tym, co się stało.

A więc o to chodzi, pomyślał. Za uśmiechem Mercy krył się ból po stracie bliskiego 

człowieka.   Na   pewno   bardzo   go   kochała.   Grant   sięgnął   po   dwie   niewielkie,   granatowe 

walizki, które Chipper postawił obok samochodu.

- Powiedziałam, że dam sobie radę.

- Nie wątpię w to, ale pomogę ci. Masz za sobą długą podróż.

- Prawie cały czas siedziałam. Mogę sama nosić bagaże.

Grant odstawił walizki, zastanawiając się, czy reszta wizyty przebiegnie w podobnej 

atmosferze.   Matka   zadała   sobie   wiele   trudu,   by   nauczyć   go   dobrych   manier.   Kiedy 

protestował, twierdząc, że kobiety nie oczekują już od mężczyzn galanterii, oznajmiła mu 

spokojnie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni bardzo sobie cenią dobre maniery, o ile nie 

towarzyszy im protekcjonalny ton.

Złożył ramiona na piersi i już miał coś powiedzieć, gdy Mercy go ubiegła.

- Nie jestem wyzwolona i niezależna - oświadczyła pośpiesznie, jakby czytała w jego 

myślach. - Wiem, że nie zostałam tu zaproszona, a ty masz dużo pracy. Pozwalając mi tu 

przyjechać, oddałeś mi wielką przysługę. Jeśli będę mogła w czymś pomóc, po prostu mi to 

powiedz. Niech od początku będzie jasne, że nie chcę być traktowana jak gość.

Spojrzał na nią zdziwiony.

- Jak więc mam cię traktować? Niespodziewanie uśmiechnęła się, tym razem szczerze 

i niemal wesoło. Grant poczuł, jak przebiega go dreszcz.

- Najlepiej by było, gdybyś po prostu nie zwracał na mnie uwagi.

Uśmiechnął się rozbawiony.

- Nie wiem, czy mi się to uda - rzekł z ironią. - Próbowałem przez kilka wakacji z 

rzędu, ale bez większego powodzenia.

Uniosła lekko brwi.

- Wiem. A im bardziej usiłowałeś się mnie ignorować, tym więcej się starałam, żebyś 

background image

wreszcie mnie zauważył.

- Zauważyłem. Musiał odwrócić wzrok, ponieważ jej uśmiech znów przyprawił go o 

dziwny dreszcz. Postanowił więc zmienić temat.

- Kiedy spadnie śnieg, trudno ci będzie stąd wyjechać.

- Przywiozłam dużo książek.

-   Nie   oczekuję,   że   będziesz   pomagała,   ale   wolałbym,   żebyś   nie   dostarczała 

dodatkowego   zajęcia   moim   pracownikom.   Zima   to   najcięższa   pora   roku   i   wszyscy   mają 

mnóstwo roboty.

Mercy spokojnie przyjęła jego słowa.

- Nie znam się na pracy na ranczu - odparła bez skrępowania. - Nie umiem jeździć 

konno, nic nie wiem o krowach. Ale potrafię się obsłużyć. Nie musisz się mną opiekować.

Widać było, że szczere przyznanie się do niewiedzy nie sprawia jej trudności. Grant 

żałował, że nie każdy to potrafi. Widział już wielu ludzi, którzy przyjeżdżali do tej części 

kraju po przygodę, nie zdając sobie sprawy z czekających ich trudów. Jego przyrodni brat 

Kyle  był właśnie taki. Ale Samantha  Rawlings, urodzona i wychowana w tych  stronach, 

szybko sprowadziła go na ziemię i bardzo wiele nauczyła.

Na myśl o tym Grant uśmiechnął się w duchu. Kyle, z pozoru lekkoduch i playboy, 

wreszcie się ustatkował i znalazł cel w życiu.

Stało się to dość późno, ale nie dziwił się temu ten, kto znał matkę Kyle'a, mściwą 

manipulantkę Sheilę  Fortune. Grant nie pierwszy raz pomyślał  z wdzięcznością o swojej 

matce, ciepłej, szczerej i dobrej. Zadziwiające było to, że wszystkim dzieciom Sheili udało się 

jakoś zorganizować sobie życie. Wszyscy troje, Kyle, Michael i Jane, założyli rodziny, co 

pewnie doprowadziło ich matkę do wściekłości, ponieważ przez to straciła nad nimi kontrolę. 

Nie zazdrościł swemu przyrodniemu rodzeństwu. Prawdę mówiąc, czasami nawet współczuł 

ojczymowi, ale zwykle szybko tłumił w sobie to uczucie.

Otrząsnął   się   z   zamyślenia.   Zastanowiło   go,   dlaczego   nie   potrafi   skupić   się   na 

rozmowie z Mercy i pozwala myślom rozbiegać się chaotycznie.

-  Nie  będę  miał czasu,  żeby się  tobą  zajmować,  zwłaszcza  kiedy  spadnie   śnieg  - 

ostrzegł. - Tak samo jak inni, będziesz zdana na siebie.

W jej oczach ukazał się jakiś cień i Grant natychmiast pożałował swoich słów.

- Poradzę sobie  - zapewniła beztrosko, jakby chciała stłumić  emocje. Sięgnęła po 

walizkę. - Zaniesiemy je razem? - zaproponowała.

- Dobrze - zgodził się i wziął drugą.

Z łatwością podniosła bagaż z ziemi, chociaż wiedział, że nie jest lekki. Nie powinno 

background image

go to dziwić. Jako policjantka musiała pewnie być silna i sprawna, by móc wykonywać swoją 

pracę. A najwyraźniej wykonywała ją doskonale. Kristina powiedziała mu, że Mercy służy w 

policji od pięciu lat, akademię ukończyła w wieku lat dwudziestu jeden, i tego samego dnia 

została zaprzysiężona. Zawsze pragnęła być policjantką, a jeśli już coś sobie postanowiła, nic 

nie było w stanie jej od tego odwieść.

W głosie swojej trochę zepsutej przyrodniej siostry usłyszał ton podziwu, a to nie 

zdarzało   się   często.   Spełnił   jej   prośbę.   Kristina   potrafiła   być   denerwująca,   ale   rekom-

pensowała   to   inteligencją   i   urokiem   osobistym.   Grant   nie   wątpił,   że   trafi   kiedyś   na 

mężczyznę, który nie pozwoli jej sobą manipulować i nie nabierze się na pozę rozpieszczonej 

księżniczki, a wtedy iskry będą latały w powietrzu.

Mercy była od wielu lat jej najlepszą przyjaciółką, więc kiedy potrzebowała pomocy, 

Kristina   natychmiast   stanęła   na   wysokości   zadania.   Nie   wahała   się   wykorzystać   do   tego 

swojego przyrodniego brata. A ponieważ rzadko prosiła o coś nie dla siebie, Grant nie mógł 

jej odmówić.

Mercy.   Cały   czas   nazywał   ją   w   myślach   tym   przezwiskiem   z   dzieciństwa.   Nie 

powinien  jednak  zapominać,   że  teraz  to   dorosła   kobieta,  pogrążona   w   żałobie  po  stracie 

bliskiej   osoby.   Musiał   opanować   przyśpieszone   bicie   serca,   nieoczekiwany   dreszcz, 

przeszywający go na widok jej uśmiechu. Takie reakcje są teraz zupełnie nie na miejscu.

Doszedł w końcu do wniosku, że to pewnie skutek zbyt długiego braku damskiego 

towarzystwa. Od miesiąca prawie nie widział kobiety, a na ostatniej randce był trzy miesiące 

temu. Nic dziwnego, że hormony dały o sobie znać na widok Mercy, która zmieniła się w 

piękną kobietę.

Nie był pewien, czy wie, jak zająć się kobietą o złamanym sercu. Poznał ból po stracie 

bliskiego człowieka, kiedy matka odeszła od ojca i opuściła ranczo. Miał wtedy zaledwie trzy 

lata. Drugi raz cierpiał w podobny sposób, kiedy patrzył na długą, powolną śmierć ojca, który 

do ostatnich chwil życia żałował, że stracił ukochaną kobietę.

Wtedy nic nie potrafiło stłumić jego bólu, jak więc mógł liczyć na to, że pomoże 

komuś innemu uporać się z cierpieniem?

Kristina mówiła, że Mercy potrzebuje jedynie jakiejś kryjówki, spokojnego miejsca, 

gdzie   mogłaby   dojść   do   siebie.   On   sam   znalazł   schronienie   i   ukojenie   w   tych   dzikich 

stronach, ale nie podejrzewał, by dziewczyna z miasta zareagowała podobnie. Zwłaszcza po 

okrutnej, nagłej śmierci kogoś, kogo chyba bardzo kochała, sądząc po smutku w jej oczach.

Takiego bólu chyba nic nie zdoła stłumić.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Być może Mercy nie widziała już w Grancie rycerza w srebrnej zbroi, ale musiała 

przyznać,   że   nadal   robi   na   niej   wrażenie.   Praca   na   ranczu   doskonale   wyrabia   mięśnie   i 

kształtuje   sylwetkę,   lepiej   niż   ćwiczenia   w   siłowni,   którym   oddawali   się   z   zapałem   jej 

koledzy z Minneapolis.

Podobały   jej   się   lekkie   zmarszczki   w   kącikach   niebieskich   oczu,   pięknie 

kontrastujących z opaloną twarzą. Ciemnoblond włosy miał teraz krótsze niż dawniej, ale 

właśnie taka fryzura bardziej do niego pasowała.

To niewątpliwie przystojny mężczyzna, stwierdziła w duchu Mercy, dumna z tego, że 

potrafi tak spokojnie to przyznać, nie czując dawnego drżenia w sercu. No, prawie nie czując.

Włożyła   sweter   do   szuflady   i   rozejrzała   się   po   pokoju.   Grant   powiedział   jej,   że 

korzysta z niego Kristina podczas swoich rzadkich wizyt na ranczu, „dopóki nie znudzi jej się 

samotność i nie zatęskni za życiem towarzyskim wielkiego miasta”. Nie zauważyła jednak, by 

przyjaciółka odcisnęła na tym wnętrzu swój ślad.

A   może   Grant   po   jej   odjeździe   przywracał   pokój   do   normalnego   stanu?   Proste 

umeblowanie, ograniczone do niezbędnego minimum,  było  zupełnie nie w stylu  Kristiny. 

Mercy jednak wszystko się tu podobało: duże łóżko, prosta dębowa komoda i biurko oraz 

zasłony  w  wesołą,  biało  -  niebieską  kratkę.  Przy  dużym  oknie  stał  wygodny  fotel,   obity 

niebieskim materiałem.

Podeszła do łóżka i wzięła niewielki stos bawełnianych  bluz z długimi rękawami. 

Starała   się   spakować   najcieplejsze   ubrania,   pamiętając   dramatyczny   opis   srogich   zim   na 

ranczu.

Układała   bluzy   w   kolejnej   szufladzie,   zastanawiając   się,   dlaczego   tak   łatwo 

zaakceptowała swoje dawne przezwisko. Kiedyś go nienawidziła, ale gdy zdała sobie sprawę, 

że jedynie Grant tak ją nazywa, zaczęło jej się podobać.

Poza tym, nazywając ją dawnym przezwiskiem, Grant dał jej do zrozumienia, że nadal 

traktuje ją jak dziecko. Trudno. Wcale jej to nie przeszkadzało.

Na łóżku zostały już tylko dwie jedwabne nocne koszule. W dzień mogła nosić dżinsy, 

ciepłe majtki i wełniane skarpety, ale nocą wolała czuć na skórze gładki jedwab. Był to jeden 

z niewielu luksusów, na jakie sobie pozwalała, więc nie zamierzała się tego wstydzić ani mieć 

z   tego   powodu   wyrzutów   sumienia.   Ułożyła   je   starannie   w   ostatniej   wolnej   szufladzie   i 

podeszła do drzwi, ponieważ usłyszała za nimi jakiś dziwne skrobanie.

- A kto ty jesteś? - zapytała z uśmiechem.

background image

Na   progu   siedział   średniej   wielkości   szaroczarny   pies.   Choć   spoglądał   na   nią 

spokojnie, poczuła się trochę nieswojo, ponieważ jedno jego oko było  brązowe, a drugie 

jasnoniebieskie.   Przykucnęła   przy   czworonogu,   ale   nie   pogłaskała   go.   Coś   w   postawie 

zwierzęcia powstrzymało ją przed obdarzaniem go zbędną czułością.

- Przyszedłeś sprawdzić, co to za nieproszony gość? Pies przechylił łeb i wyraźnie 

szacował ją wzrokiem.

Miała ochotę się roześmiać.

- Lepiej będzie, jak zostawisz go w spokoju. To nie jest kanapowy pieszczoch.

Szybko uniosła wzrok, zdumiona bezszelestnym nadejściem Granta. Rzadko udawało 

się ją tak zaskoczyć.

- Zauważyłam - odparła. - Miewałam już do czynienia z psami.

- To pies pracujący, nie domowy pupilek. Nie szuka przyjaciół.

Przez chwilę Mercy zastanawiała się, czy w jego słowach kryje się coś więcej niż 

tylko   ostrzeżenie   na   temat   charakteru   psa.   Doszła   jednak   do   wniosku,   że   tylko   jej   się 

wydawało.

- Nie mam zamiaru mu się narzucać. - Wstała. Pies nadal na nią spoglądał, teraz jakby 

trochę rozbawiony. - Ale jeśli zmieni zdanie, nie będzie ci chyba przeszkadzało, jeśli się z 

nim zaprzyjaźnię?

- To mało prawdopodobne - odrzekł krótko, a Mercy znów się zastanawiała, czy mówi 

o sobie, czy o psie.

Stłumiła westchnienie. Nie pamiętała, żeby w przeszłości był taki oschły.

- Ma jakieś imię? - zapytała. - A może to po prostu Pies?

Ku jej zdziwieniu Grant poczerwieniał.

- No... przez jakiś czas rzeczywiście nazywaliśmy go po prostu Pies, ale potem sam 

nam pokazał, na jakie imię zasługuje.

Mercy uśmiechnęła się.

- A więc na jakie imię zasłużył? Widząc, że nie uznała jego odpowiedzi za idiotyczną.

Grant odprężył się.

- Ryzykant.

Mercy zerknęła na psa, który siedział nieruchomo, cały czas w tym samym miejscu.

- A dlaczego?

- Kiedy nie pracuje, to nie chce mu się nawet łapą ruszyć. Ale kiedy zabiera się do 

roboty... to wystarczy za pięciu pomocników. Nic go nie powstrzyma. Przepędza bydło gdzie 

sobie tylko zażyczysz, niczym marszałek dowodzący armią. Widziałem, jak pędził niewielkie 

background image

stado przez ponad pół kilometra, nie dotykając ziemi.

- Jak to? - zdziwiła się Mercy.

- Skakał po grzbietach zwierząt, z jednego na drugi. Ryzykuje życie, ale ani na chwilę 

nie ustaje.

Spojrzała na psa, który nie mógł ważyć więcej niż dwadzieścia kilogramów.

- Już rozumiem, skąd u niego takie pełne wyższości spojrzenie. Zapracował sobie na 

szacunek.

- Owszem. - W jego głosie słychać było zadowolenie. Mercy poczuła, że nie może 

spojrzeć mu w oczy. Patrzyła na psa, dopóki Grant znów się nie odezwał: - Pomyślałem 

sobie, że zechcesz rozejrzeć się po ranczu, zobaczyć co gdzie jest.

Dopiero teraz na niego spojrzała i zastanawiała się, dlaczego przed chwilą nie mogła. 

Nie było w nim nic groźnego, no może oprócz imponującego wzrostu i mięśni, ale do tego 

była przyzwyczajona. Podczas służby w policji nieraz dawała sobie radę z potężniejszymi 

mężczyznami.

- Chętnie się rozejrzę. Nie będę musiała później zawracać ci głowy. - Zerknęła na 

niego z ukosa. Nie wiedziała, co powiedziała mu Kristina i nie chciała zdradzać mu więcej 

szczegółów niż to konieczne. - Obiecuję, że nie zostanę tu zbyt długo. Kiedy tylko... mnie 

wezwą, wskoczę do samolotu i zniknę.

Spoglądał na nią przez chwilę.

- Nie chciałem sugerować, że będziesz mi przeszkadzać.

- Ależ będę ci przeszkadzać - oznajmiła, wzruszając ramionami. - Nie mieszkam tu, 

nic nie  wiem  o życiu  na  ranczu, choćbym  nie  wiem jak  się starała,  zawsze  będę trochę 

wchodzić w drogę. Postaram się tylko robić to jak najrzadziej.

Zdziwiony uniósł brwi.

- Rzeczywiście się zmieniłaś. Roześmiała się i zaraz zdała sobie sprawę, że po raz 

pierwszy   od   śmierci   Nicka   śmieje   się   szczerze.   Na   myśl   o   Nicku   ból   znów   wrócił,   ale 

opanowała się.

-   Chodzi   ci   o   to,   że   w   dzieciństwie   nigdy   się   nie   zastanawiałam,   czy   komuś 

przeszkadzam? - zapytała lekko.

Uśmiechnął się, jakby jej radość sprawiła mu przyjemność.

- Coś w tym rodzaju.

-   Tylko   przy   tobie   się   tak   zachowywałam.   Zwłaszcza   kiedy   widziałam,   że   cię   to 

denerwuje.

- Nawet wtedy podejrzewałem, że robisz mi to na złość.

background image

- Gdybyś naprawdę nie zwracał na mnie uwagi, pewnie dałabym ci spokój.

- I dopiero teraz mi to mówisz? - zapytał z udawanym oburzeniem.

Tym razem roześmiali się oboje i Mercy poczuła, że ból, który nosiła w sercu od 

chwili, gdy Nick skonał w jej ramionach, trochę zelżał.

Chwyciła kożuszek i włożyła go, schodząc za Grantem na dół. Dom był piętrowy, 

rozległy,   ze   spadzistym   dachem.   Trzy   sypialnie   na   poddaszu   były   dobrze   ocieplone   i 

ogrzewane piecami na drewno, do których Grant miał największe zaufanie.

- Mamy również ogrzewanie gazowe - wyjaśnił, kiedy mijali wielki bojler - ale staram 

się zbyt często go nie używać. Tylko do gotowania i ogrzewania wody.

- Ciepła woda? - spytała żartobliwie. - A Kristina mi mówiła, że macie tu spartańskie 

warunki.

Spojrzał na nią przeciągle, jakby nie mógł zdecydować, czy mówi serio. Odgadła, że 

miał ją za rozpieszczoną miejską damę. Nawet się nie starała wyprowadzić go z błędu. Takich 

rzeczy nie udowadnia się słowami, tylko czynami. Nie będzie wchodziła mu w drogę i sama o 

siebie zadba.

- Lubię ciepłe prysznice - oznajmił krótko.

Mercy milczała, ponieważ w wyobraźni ujrzała zupełnie nieoczekiwany obraz. Myśl o 

nagim Grancie pod prysznicem przyprawiała ją o szybsze bicie serca.

- W zimie wszyscy pilnują, żeby ogień nie zgasł - mówił dalej, wskazując duży piec w 

rogu. - Gdyby zgasł, dom bardzo szybko by się wychłodził.

Mercy otrząsnęła się z rozmarzenia.

- Wyobrażam to sobie - powiedziała. Pod ścianą spostrzegła niewielki stos drewna 

opałowego. - Gdzie trzymacie zapas?

Wskazał ruchem głowy na zamknięte drzwi nieopodal pieca.

- W przybudówce. W domu jest zwykle zapas wystarczający na tydzień. Tyle zwykle 

trwają najdłuższe śnieżyce.

Skinęła   głową.   Jeśli   oczekiwał,   że   taka   wiadomość   ją   przestraszy,   to   gorzko   się 

rozczarował. Owszem, mieszkała w mieście, ale przecież w Minneapolis również zdarzały się 

bardzo srogie zimy.

- Chipper to chyba miły dzieciak - powiedziała, wychodząc za Grantem na dwór.

- Właśnie. Miły, ale to jeszcze dzieciak. Niedawno skończył szkołę średnią. To jego 

pierwsza praca.

Czyżby usłyszała w tonie jego głosu ostrzeżenie? A może znów doszukiwała się w 

nich podtekstów, których tam nie było? Nie mogła nie zauważyć, jakie wrażenie zrobiła na 

background image

chłopaku. Przez całą drogę na ranczo jąkał się i czerwienił. Czyżby Grant podejrzewał, że ma 

ochotę zabawić się uczuciami naiwnego dzieciaka? Nagle uderzyła ją ironia tej sytuacji.

- Boże, czy ja wyglądałam tak samo? - zapytała z ironicznym uśmiechem. - Gapiłam 

się na ciebie jak sroka w gnat i czerwieniłam co pięć minut?

Grant zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie. Potem uśmiechnął się z wolna.

- Owszem, czasami tak wyglądałaś - przyznał.

- Przepraszam.

- Nie ma za co. Pochlebiało mi to, choć czasami wprawiało w zakłopotanie.

-   Nie   chciałam   stawiać   cię   w   niezręcznej   sytuacji.   Obiecuję   ci,   że   to   się   już   nie 

powtórzy - dodała poważnie.

Jego usta zadrgały.

- Szkoda. Teraz może bardziej bym to docenił. Odwrócił się na pięcie i poszedł dalej, 

zanim zdążyła  odpowiedzieć. A więc Grant McClure nie stracił poczucia humoru. No bo 

przecież to musiał być żart.

Podbiegła   kilka   kroków,   by   się   z   nim   zrównać.   Nie   zwolnił,   żeby   nie   musiała 

wydłużać kroków. Powiedziała sobie, że dzięki temu nie straci formy i wyjdzie jej to na 

dobre.

- Więc Chipper niedawno zaczął tu pracować?

- Jako stały pracownik, tak. Przedtem pracował tylko w lecie i czasami w sobotę i 

niedzielę, razem z matką.

Z matką?

- Aha. - Tylko tyle mogła powiedzieć.

- Rita dla nas gotuje.

Rita.   Mercy   wyobraziła   sobie   smagłą   brunetkę   o   ognistych   oczach.   Mimowolnie 

dokonała w myślach szybkich obliczeń. Chipper miał osiemnaście lat. Jeśli jego matka wyszła 

młodo za mąż, może mieć teraz na przykład trzydzieści sześć lat. Tylko sześć lat starsza od 

Granta. To mała różnica wieku, nie przeszkodziłaby w romansie.

Miała   nadzieję,   że   ojciec   Chippera   to   zwalisty   siłacz,   łatwo   wpadający   w   gniew. 

Natychmiast zganiła się za takie myśli. Jakie to w ogóle ma znaczenie?

- Gotuje tylko w weekendy? - zapytała lekkim tonem.

- Tak, ale za to dużo. Wystarcza na cały tydzień. Zamrażamy zapasy. Nauczyła też 

nas, jak przygotować prostsze potrawy, żebyśmy mogli przetrwać w zimie, kiedy zabraknie 

nam zapasów.

- Dobry pomysł - stwierdziła Mercy.

background image

- Gotowanie na zapas czy przeszkolenie kilku z nas?

- I to, i to - odrzekła ze śmiechem. - Ja nie jestem zbyt dobrą kucharką. Kristina może 

zaświadczyć.

- Już to zrobiła. Powiedziała, że jeśli się spodziewam po tobie pracy w kuchni tylko 

dlatego, że jesteś kobietą, to mocno się zawiodę.

- Ufff... - Mercy westchnęła z przesadą. - Dobrze, że to sobie wyjaśniliśmy.

- Jej ostrzeżenie niewątpliwie uchroniło mnie przed strasznym losem.

-   Niewątpliwie   -   zgodziła   się   Mercy   z   wymuszoną   powagą.   -   Ale   za   to   świetnie 

zmywam naczynia. Może ten talent mi się tu na coś przyda?

- Porozmawiaj z chłopakami. Zwykle ciągną zapałki.

- Oni? A ty nie?

- Bycie szefem ma swoje dobre strony - oznajmił z szerokim uśmiechem.

Nagle rozległo się donośne rżenie i Mercy gwałtownie odwróciła głowę. W obszernej 

zagrodzie, nieopodal większej z dwóch stodół, stał imponujący rumak bardzo oryginalnej 

maści.   Przednia   połowa   ciała   była   połyskliwie   czarna,   tylna   natomiast   biała,   upstrzona 

czarnymi łatkami różnej wielkości.

Mercy przypomniała sobie coś z dawnej przeszłości. Kiedy jako nastolatka durzyła się 

w Grancie, chciała wiedzieć jak najwięcej o wszystkim, czym on się interesował. Dlatego też 

przeczytała wiele książek o koniach i chociaż w zasadzie nigdy przedtem nawet nie zbliżyła 

się do tego zwierzęcia w naturze, wiele wiadomości zostało jej w głowie. Między innymi 

zapamiętała zdjęcie podobnego konia, tylko w brązowe łaty, a nie w czarne.

- Czy to appaloosa? - zapytała niepewnie, podchodząc do ogrodzenia.

- Tak - potwierdził Grant, trochę zaskoczony.

- Widziałam kiedyś zdjęcie takiego konia. - Nie zamierzała przyznawać się, jak do 

tego doszło. - Ale tamten był brązowo - biały.

- Mogą być najróżniejszej maści. Na przykład niektóre są prawie całkiem białe, z 

małymi łatkami. Mam tu taką klacz. Nosi jego źrebię. - Ruchem głowy wskazał na konia w 

zagrodzie.

Zatrzymała się i spojrzała na górującego nad nią konia. Nie bała się go, zwłaszcza że 

przekrzywił głowę i przyglądał jej się z życzliwym zainteresowaniem.

-   Jaki   piękny.   -   Ogier   parsknął   radośnie,   jakby   zrozumiał   jej   słowa,   a   Mercy 

roześmiała się.

- To w prostej linii potomek Wodza, który jakieś trzydzieści, czterdzieści lat temu był 

najlepszym ogierem w stanie Teksas. Ale niech cię nie zmyli jego szlachetne pochodzenie. To 

background image

zwykły pajac - wyjaśnił trzeźwo Grant.

- Rzeczywiście. Przez tę łatkę wygląda trochę jak cyrkowy klaun.

To była  prawda. Koń miał  nad okiem pojedynczą  białą łatkę, która nadawała  mu 

komiczny wygląd.

- Uważaj - ostrzegł Grant, kiedy przechyliła się przez ogrodzenie. - Może wygląda jak 

klaun, ale to ogier, a zachowanie ogiera jest nieprzewidywalne. Cofnęła się o pół kroku.

- Chcesz powiedzieć, że może ugryźć albo kopnąć?

- No... nie. Jeszcze mu się nie zdarzyło.

- Aha. Masz go od niedawna, tak?

- Ponad półtora roku. Zamrugała oczami.

- I przez ten czas nikogo nie ugryzł ani nie kopnął, a ty się nadal martwisz?

Skruszony Grant spuścił wzrok.

- Nie martwię się, tylko... trochę mnie to zastanawia. Nie spotkałem ogiera, który by 

nie miał żadnego brzydkiego zwyczaju.

- A ten nie ma?

- Nie. Z wyjątkiem tego, że strąca mi z głowy kapelusz, kiedy do niego podejdę - 

odparł. Mercy prychnęła rozbawiona, a koń parsknął cicho, jakby chciał jej zawtórować albo 

zwrócić na siebie uwagę. Grant wzruszył ramionami. - Pewnie jesteś bezpieczna. On napra-

wdę jest bardzo dobrze wychowany. Tylko nie wykonuj żadnych nagłych ruchów, żeby go nie 

wystraszyć, i nie dotykaj go, dopóki sam cię do tego nie zachęci.

Grant   nie   wyjaśnił,   jak   taka   zachęta   miałaby   wyglądać,   więc   Mercy   doszła   do 

wniosku, że wyczuje ją, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. Znów podeszła do ogrodzenia, 

a koń nachylił  się nad nią i wciągnął nosem powietrze. Jego oddech wzburzył jej włosy. 

Nagle poczuła, że delikatnie dotknął chrapami jej końskiego ogona, zarżał lekko, odsunął się i 

spojrzał na nią, jakby na coś czekał. Nie poruszyła  się, a on jeszcze  raz powtórzył cały 

manewr. Czyżby to była ta zachęta, o której wspomniał Grant?

Zerknęła na niego i zobaczyła, że przygląda się uważnie całej scenie, ale z jego twarzy 

nie potrafiła nic wyczytać. Czyżby to był jakiś sprawdzian? A jeśli nie zda egzaminu, to 

zabroni jej wychodzić z domu do końca pobytu na ranczu?

To już chyba paranoja, zganiła się w duchu.

Z uśmiechem wyciągnęła powoli rękę i poklepała konia po czarnej szyi. Zwierzę znów 

zarżało i Mercy uznała to za oznakę zadowolenia. Nie wiedziała tylko, czy koń ucieszył się z 

pieszczoty czy z tego, że wreszcie zrozumiała jego niemą prośbę.

- Ma jakieś imię? - zapytała, podziwiając mocne mięśnie i połyskliwą skórę.

background image

- Nazywam go Joker.

- Wiem nawet, dlaczego - odparła ze śmiechem, który przychodził jej coraz łatwiej. - 

Ale czy to jego prawdziwe imię?

- Jest zarejestrowany jako Płomień Fortune. Oczy Mercy rozszerzyły się.

- Fortune? Tak jak nazwisko tej rodziny? Grant skinął głową.

- Kate zostawiła mi go w spadku.

- Babka Kristiny? Ta, która zginęła w katastrofie samolotowej?

Znów   skinął   głową.   Na   jego   twarzy   pojawił   się   wyraz   namysłu   połączonego   ze 

zdziwieniem.

- On jest wart... pewnie więcej niż to całe ranczo - stwierdził. - Nie mam pojęcia, 

dlaczego tak zadecydowała.

A więc dlatego miał przed chwilą taką niepewną minę. Nie wiedział, dlaczego Kate 

zapisała mu takie piękne zwierzę. Nadal zadziwiał go fakt, że jest właścicielem Jokera. Mercy 

spojrzała mu prosto w oczy.

- Twoja matka wyszła za mąż za syna Kate, zgadza się? Jesteś więc pasierbem jej 

syna. Można powiedzieć, że jej wnukiem.

- Może to jest jakieś wyjaśnienie - odparł z powątpiewaniem. - Ale wydawało mi się, 

że niewiele dla niej znaczę. Nie noszę nazwiska Fortune, nie należę do rodziny. Oczywiście, 

wszyscy członkowie klanu byli zawsze dla mnie... bardzo mili. Mama od dwudziestu pięciu 

lat jest żoną Nate'a, ale ja po prostu do nich nie pasuję.

- Najwyraźniej Kate była innego zdania, jeśli zostawiła ci tak cenne zwierzę.

Potrząsnął głową.

-   Nadal   tego   nie   rozumiem.   Swoje   ranczo   zapisała   mojemu   przyrodniemu   bratu, 

Kyle'owi, a Joker również powinien przypaść mu w udziale. Gdyby Kyle lepiej znał się na 

hodowli zwierząt, na pewno nie zgodziłby się oddać Jokera. Powinien był o niego walczyć.

- Skoro nie zna się na zwierzętach, to pewnie koń niewiele go obchodził.

- Próbowałem mu wytłumaczyć, jaką taki koń ma wartość i że Kate nie powinna mi go 

zostawiać.

- Chciałeś oddać to, co zapisała ci Kate, bo uważałeś, że ci się to nie należy?

Mercy   poczuła   dziwny   ucisk   w   piersi.   Przypomniała   sobie,   że   Grant,   jako 

siedemnastolatek, zamiast się cieszyć, ubolewał nad swoim zwycięstwem w szkolnych za-

wodach   pływackich,   ponieważ   najsilniejszy   zawodnik   drużyny   przeciwnej   zachorował   i 

wycofał się ze współzawodnictwa. Grant twierdził wtedy, że jego zwycięstwo nic nie znaczy, 

bo nie zmierzył się z najlepszym. Uznała to za bardzo szlachetną postawę. Teraz stwierdziła, 

background image

że Grant nic nie stracił ze swojej bezkompromisowej uczciwości.

- Od półtora roku staram się to zrozumieć. Jeśli jego potomstwo będzie chociaż w 

połowie takie jak on, to ranczo zacznie przynosić wielkie dochody. Ale dlaczego to zrobiła? 

Często widuję Nate'a, ale Kate spotkałem tylko kilka razy.

- Może zrobiłeś na niej dobre wrażenie.

Poruszył się niespokojnie, jakby chciał ukryć skrępowanie. Wsunął ręce do kieszeni 

dżinsów, a Mercy nie mogła nie zauważyć, jak dobrze te spodnie na nim wyglądają.

- Może - powiedział bez przekonania.

- Widzę, że nie jesteś z tej historii zbyt zadowolony.

- Nie nazywam się Fortune - powtórzył z uporem. - Moja matka wyszła za członka tej 

rodziny, ale ja nie potrafiłbym tak żyć jak oni. Nie wiem, jak moja matka to znosi.

- Ja też nie wiem - szczerze wyznała Mercy. - Czasami patrzę na Kristinę i bardzo jej 

zazdroszczę bogactwa i pozycji, ale przeważnie cieszę się, że nie jestem na jej miejscu.

Oczy   Granta   lekko   się   rozszerzyły.   Potem   uśmiechnął   się   przyjaźnie,   tak   jak   w 

dawnych  latach, kiedy zdarzało mu się rozmawiać  z nie  odstępującą go na krok dwuna-

stolatką. Nawet jeśli denerwowało go jej towarzystwo, nigdy nie zachowywał się wobec niej 

złośliwie ani okrutnie. Zresztą Barbara Fortune nie tolerowałaby u syna takiego zachowania. 

Mercy nigdy nie spotkała tak ciepłej i dobrej osoby jak matka Kristiny i Granta. Była zupełnie 

inna niż Sheila, pierwsza żona Nate'a, chciwa manipulantka, która nigdy nie pogodziła się z 

utratą pozycji, jaką zapewniało jej dawne małżeństwo.

- Ja myślę podobnie - zapewnił Grant. - Klan Fortune'ów to amerykański odpowiednik 

rodziny królewskiej, ale nie chciałbym mieć takich problemów jak oni.

-   Takie   wielkie   pieniądze   potrafią   zrobić   z   właścicielami   bardzo   dziwne   rzeczy   - 

zauważyła Mercy.

- I z ludźmi, którzy ich otaczają.

Mercy przypomniała sobie noc, kiedy Kristina, załamana po śmierci babki, podzieliła 

się z nią długą, pogmatwaną i dramatyczną historią swojej rodziny.

- Tak - rzekła cicho Mercy. - Kate Fortune musiała bardzo cierpieć, kiedy porwano jej 

dziecko.

- Matka mi mówiła, że Kate nigdy nie uwierzyła w śmierć swojego dziecka. Nigdy nie 

straciła nadziei, ponieważ nie odnaleziono ciała.

Mercy przebiegł dreszcz.

- Jakie to straszne. Kristina twierdzi, że jej ciotka, Rebeka, jest równie uparta jak 

babka. Uważa, że śmierć Kate to nie był nieszczęśliwy wypadek.

background image

Grant skrzywił się lekko.

- Właśnie o to mi chodzi. Członkom tej rodziny takie myślenie przychodzi bardzo 

łatwo.

- I nic dziwnego. Im się stale coś przydarza. Pomyśl tylko o sprawie Moniki Malone...

Mercy urwała, zdając sobie sprawę, że to bolesny temat. Co prawda Grant podkreślał, 

że nie należy do tej rodziny, ale...

- Masz na myśli Jake'a? - zapytał, patrząc na nią.

- Przepraszam. Niepotrzebnie o tym wspomniałam.

- We wszystkich gazetach o tym piszą. Niby dlaczego miałabyś o tym nie mówić?

- Bo sprawa Jake'a w pewien sposób dotyczy również ciebie.

Wzruszył ramionami.

- Jestem z nim skoligacony, ale to nie znaczy, że mam o nim fałszywe wyobrażenie. 

Zawsze mi się wydawało, że nie pokazuje swojego prawdziwego oblicza. Dowodzi rodem 

Fortune'ów, ale tak naprawdę oni go chyba nie znają.

- Onieśmiela mnie jego arystokratyczny wygląd - przyznała Mercy. - Może ty lepiej 

dostrzegasz jego cechy charakteru, bo spoglądasz na niego z pewnego dystansu.

Spojrzał na nią z namysłem.

- Jesteś policjantką. Co myślisz na temat tej sprawy?

-   Wiem   o   niej   za   mało,   żeby   sobie   wyrobić   jakiś   pogląd.   Niewiele   informacji 

przecieka do prasy. Nawet nie słyszałam plotek na ten temat. Zdaje się, że milczenie można 

kupić za pieniądze.

- Nie dziwi mnie to.

- A zaskoczyło cię, że Jake został oskarżony?

- Sądząc po dowodach, które znaleziono? Nie. Mimo wszystko trudno mi jednak w to 

uwierzyć.

- To naturalne. Nikt nie chce wierzyć, że do takiego czynu był zdolny ktoś znajomy, 

ktoś z rodziny, choćby mało spowinowacony.

- Sam już nie wiem - odparł beznamiętnie. - Można też powiedzieć, że takie zdarzenia 

nie są w tej rodzinie rzadkością.

Mercy nie  wiedziała,   co  odpowiedzieć,  ale  w   duchu  zgadzała   się,  że  trudno   było 

uwierzyć   w   winę   Jake'a   Fortunek.   Czy   to   możliwe,   by   przystojny,   dobrze   wychowany, 

spokojny i opanowany Jake zamordował słynną gwiazdę kina?

Wiedziała jednak, że każda rodzina, zwłaszcza tak potężna i wpływowa, skrywa jakieś 

tajemnice.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- No nie! - krzyknęła zaskoczona Mercy, a Grant nie mógł powstrzymać śmiechu. 

Joker znów potargał starannie związane włosy Mercy. Cofnęła się i spojrzała na niego z 

oburzeniem. - - Muszę zmienić ten jabłkowy szampon na inny - wymamrotała.

- To chyba nie tylko o to chodzi. - Grant nadal się uśmiechał. - Czasami daję mu 

jabłka, ale wcale na nie tak nie reaguje.

Była to prawda. W ciągu minionego tygodnia Mercy stała się ulubienicą Jokera. Na jej 

widok głośno rżał, obrażał się, jeśli nie zwracała na niego uwagi, i głośno protestował, kiedy 

zbyt długo okazywała zainteresowanie innym koniom.

- Po prostu jestem dla niego kimś nowym - stwierdziła. - W dodatku moje włosy 

pachną jak jego przysmak.

- Jesteś dla niego zjawiskiem. Niewiele kobiet pojawia się na ranczu, a nawet jeśli się 

pojawią, to trzymają się od Jokera z daleka.

- A więc lubi płeć przeciwną, tak?

-   To   należy   do   jego   obowiązków.   W   końcu   jest   ogierem   -   zauważył   Grant, 

jednocześnie   się   zastanawiając,   czy   to   przyziemne   wyjaśnienie   nie   wprawi   Mercy   w   za-

kłopotanie.

Uśmiechnęła  się jeszcze szerzej i Grant zrozumiał, że tak samo jak dwanaście lat 

przedtem, niełatwo jest ją zawstydzić.

- Masz rację. Może powinieneś znaleźć mu stałą partnerkę?

- Ma ich wiele, w każdym sezonie rozrodczym - odparł.

- Większość samców pozazdrościłaby mu takich obowiązków.

Uniósł brwi i spojrzał na nią badawczo. Czyżby usłyszał gorycz w jej głosie? A nawet 

oskarżenie? Nigdy nie brał na siebie domniemanych win całej męskiej populacji i teraz też nie 

zamierzał tego robić.

- Być może - odrzekł. - Ale inni bardzo by mu współczuli, że tak dał się omotać 

miastowej pannie.

Zmarszczyła czoło i na jej twarzy Grant zauważył wyraz, który zapewne przed chwilą 

malował się na jego własnej. Najwyraźniej zastanawiała się, czy ją o coś oskarża. Nie miał 

takiego zamiaru. Wygasła w nim dawna złość na eleganckie kobiety z wielkich miast i ich 

gierki.

- A czy to źle? - spytała.

- Powiedzmy, że miejsce takich panien jest w mieście. Uniosła brwi.

background image

- Rozumiem. A twoja matka? Jej miejsce też jest w mieście?

Strzał był celny, Grant skrzywił się boleśnie. W przeszłości Mercy nigdy nie unikała 

konfrontacji i wyraźnie nic się pod tym względem nie zmieniło. Przecież była policjantką.

- Uważa, że jej miejsce jest u boku Nate'a. Wydaje się zadowolona ze swojego życia, a 

tylko to się liczy.

- Ale wolałbyś, żeby była szczęśliwa tutaj. Pożałował, że rozpoczął ten temat.

- Nie ma znaczenia, co bym wolał. Chociaż urodziła się w Wyoming, czuła się tutaj... 

odizolowana.   Na   ranczu   nie   miała   towarzystwa   kobiet,   najbliżsi   sąsiedzi   mieszkają   kilka 

kilometrów stąd, a Clear Springs jest jeszcze dalej.

- Chyba to rozumiem - stwierdziła Mercy łagodniejszym tonem. - Twoja matka to 

towarzyska, otwarta kobieta. Musiała się tu czuć bardzo samotna.

- Tak.

- Ale pewnie bardzo cierpiała, kiedy cię tu zostawiła, przenosząc się do Minneapolis. 

Wiem, jak bardzo cię kocha. Rodzina to dla niej wszystko.

-   Nie   zostawiła   mnie.   Sam   postanowiłem   zostać.   Spojrzała   na   niego   wzrokiem, 

którego nie potrafił rozszyfrować.

- Wiem. Powiedziała mi, że nawet jako czteroletnie dziecko byłeś upartym kowbojem.

Cofnął się trochę i zmarszczył brwi.

- Moja matka ci tak powiedziała?

- Mówiła mi, że kiedy wyszła za Nate'a, zapytała cię, czy nie zamieszkałbyś z nimi. A 

ty kopnąłeś Nate'a w kostkę i uciekłeś.

Grant poczuł, że się czerwieni.

- Moja matka ma za długi język.

- Jesteś zły, bo to powiedziała, a może dlatego, że powiedziała to akurat mnie?

- Z obu tych powodów - mruknął. Nagle coś przyszło mu do głowy i spojrzał na 

Mercy badawczo. - A właściwie kiedy odbyła się ta rozmowa?

- O ile pamiętam, tuż przed świętami. Pomagałam Kristinie ubierać choinkę.

Przed świętami? Prawie rok temu? Dlaczego Mercy rozmawiała o nim z jego matką? 

Uderzyła   go   jeszcze   jedna   myśl.   Ostatnie   święta   spędził   z   rodziną,   ale   nikt   nawet   nie 

wspomniał wtedy o Mercy. Pamiętał to dobrze. Zresztą gdyby odwiedziła jego rodzinę, matka 

z pewnością by mu o tym opowiedziała; bardzo się starała, by Grant poczuł przynależność do 

klanu Fortune'ów, a jednym z przejawów tych starań było powiadamianie go o wszystkich 

ruchach członków rodziny i ich najbliższego otoczenia, do którego należała również Mercy - 

jako przyjaciółka Kristiny.

background image

- Odwiedziłem mamę w ostatnie święta. Spędziłem w Minneapolis cały tydzień, ale 

ciebie nie widziałem...

Nagle przyszło mu do głowy, że wyjechała wtedy gdzieś ze swoim kolegą z pracy, 

który pewnie był jej towarzyszem życia. Natychmiast pożałował swoich słów. Mercy jednak 

wcale nie wydawała się urażona ani zasmucona. Uśmiechnęła się do niego szeroko.

- Chodziło mi o święta sprzed dwunastu lat. Gwałtownie zamrugał oczami.

- Aha - wyjąkał i dodał, marszcząc czoło: - Udało ci się mnie nabrać, co?

-   Tak.   Dałeś   się   nabrać   jak   dziecko.   Poklepała   Jokera   po   szyi,   pogładziła   po 

aksamitnych  nozdrzach, a ogier zarżał cicho i westchnął z wyraźną przyjemnością. Grant 

znów musiał się roześmiać.

Zastanawiał się, jak to możliwe,  że taka delikatna i krucha istota  jest policjantką. 

Zauważył  już   jednak,   że   ma   poczucie   humoru,   a  refleksem   i   bystrością   nadrabia   drobną 

posturę i brak siły fizycznej. Jej silną stroną były nie mięśnie, ale spryt i inteligencja.

- Jakiś ty piękny, mój przystojniaczku - rzekła do konia pieszczotliwie. Widać było, że 

uległa jego urokowi. - Dobrze o tym wiesz, prawda? Bardzo jesteś z siebie zadowolony, co? - 

Joker prychnął i wyciągnął szyję, domagając się kolejnych pieszczot. Grant patrzył na jej 

drobne dłonie, gładzące czarną skórę zwierzęcia, i poczuł dziwny ucisk w podbrzuszu. - Przez 

ciebie nawet taka „miastowa dziewczyna” jak ja ma ochotę nauczyć się jeździć konno.

Spojrzał   na   nią   czujnie.   Czyżby   specjalnie   powtórzyła   określenie,   którego   przed 

chwilą użył, by mu dopiec? Mercy nadal gładziła uszczęśliwione zwierzę, nawet nie patrząc 

w stronę Granta, a on po raz pierwszy w życiu poczuł, że jest zazdrosny o konia. I wcale mu 

się to nie spodobało.

- Dziękuję, że naprawiłeś te wodze, Chipper. Chłopak miał zdziwioną minę.

- To nie ja, panie McClure. Nie miałem  czasu. Najpierw szukaliśmy zagubionego 

źrebaka, a potem musiałem naprawić ogrodzenie.

Źrebak, jeden z pierwszych potomków Jokera urodzonych na ranczu MCC, uciekł z 

małej zagrody przy stajni dla klaczy zarodowych, przeskakując przez ogrodzenie, którego 

górna żerdź się załamała. Jak na roczne źrebię, był to wyczyn godny podziwu. Może miał 

zadatki na mistrza skoków przez przeszkody.

Usłyszawszy wyjaśnienie Chippera, Grant zmarszczył czoło.

- To kiedy uporządkowałeś składzik z narzędziami?

- Eee... Na to też nie miałem czasu. Wróciliśmy z Charliem bardzo późno. Zajrzałem 

jeszcze do tej tarantowatej klaczy. Wie pan, do tej, która tak dziwnie się zachowuje...

Grant uniósł rękę.

background image

- Nie denerwuj się. Wcale cię nie krytykuję. Spodziewałem się, że szukanie źrebaka 

zabierze ci dużo czasu. Ale jeśli to nie ty tam posprzątałeś, to kto?

- Pewnie ten sam skrzat, który wczoraj zamiast mnie przyniósł do domu drewno na 

opał.

Grant zerknął przez ramię i zobaczył starego Walta Mastersa, który pracował tu od 

kilkudziesięciu lat i widział, jak z małego gospodarstwa, prowadzonego przez ojca Granta, 

Hanka   McClure,   powoli   zmienia   się   w   całkiem   nieźle   prosperujące   ranczo.   To   on 

zasugerował, żeby rozpocząć hodowlę koni rasowych, ponieważ ceny wołowiny nie były zbyt 

wysokie, a rynek zbytu chwiejny. Z początku Grant miał wątpliwości, potem jednak nabrał 

zapału i hodowla koni stała się jego ulubionym  zajęciem, a po przybyciu  Jokera zaczęła 

przynosić coraz większe zyski.

- Nie wspomnę już nawet - ciągnął Walt - że ten skrzat przyniósł drewno do baraku, 

gdzie mieszkamy my, biedni, wykorzystywani kowboje.

Grant prychnął i zamachnął się na Walta kapeluszem.

-   Wykorzystywani,   akurat!   -   zawołał.   -   Pokaż   mi   drugie   takie   ranczo,   gdzie 

pracownicy mają w baraku własny stół do bilarda i wannę z masażem wodnym, dla ulżenia 

obolałym mięśniom.

Walt uśmiechnął się.

- Twój ojciec pewnie jeszcze teraz przewraca się w grobie z powodu tej wanny.

- Pewnie tak - odparł pogodnie Grant.

Był dumy, że głos mu nie zadrżał. Dużo czasu upłynęło, zanim zdołał się pogodzić z 

przedwczesną śmiercią ojca i rozmawiać o niej bez emocji. Bardzo długo nie potrafił o niej 

mówić wcale.  Ale teraz  pogodne, życzliwe  docinki Walta nie sprawiały mu najmniejszej 

przykrości. Wiedział, że wieloletni pracownik kochał Hanka McClure'a jak brata.

Nie chciał jednak dłużej ciągnąć tego tematu, więc zakończył rozmowę i wyszedł ze 

stajni.

A   więc   jakiś   skrzat   przyniósł   drewno   na   opał   i   zrobił   porządki   w   składziku   na 

narzędzia. Bez wątpienia ten sam skrzat nie wiadomo kiedy naprawił rozdartą zasłonę w 

saloniku,   zszywając   ją   starannym,   drobnym   ściegiem.   Krawieckie   umiejętności   Granta 

zaczynały się i kończyły na przyszywaniu guzików.

Wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. W powietrzu czuć było nadchodzącą zimę i 

Grant przewidywał, że już niedługo - za tydzień lub dwa - Wyoming jeszcze raz pokryje się 

grubą warstwą śniegu.

Zrobił kilka kroków i zatrzymał się jak wryty. Pociągnął nosem, czując wokół jakiś 

background image

znajomy zapach, którego pochodzenia jednak nie umiał określić. Po chwili już wiedział. Nie 

był   to   jeden   zapach,   ale   dwa,   i   to   bardzo   charakterystyczne:   słodkawa   woń   płynu   do 

czyszczenia broni oraz, choć wydawało się to niemożliwe, zapach pieczonego chleba.

Zapach chleba obudził w nim ciekawość i głód, ale woń płynu do czyszczenia broni 

zaniepokoiła   go.   Najpierw   poszedł   więc   tam,   skąd   dochodziła   owa   woń,   czyli   w   stronę 

wyłożonego   boazerią   gabinetu,   gdzie   mieściła   się   kolekcja   broni   ojca   oraz   jego   własna 

strzelba i dwa karabiny do polowania. Charakterystyczna woń stawała się coraz silniejsza, 

chociaż żołądek Granta najwyraźniej wolał apetyczny zapach chleba.

W   gabinecie   siedziała   Mercy,   a   przed   nią   na   stole,   obok   gabloty   na   broń,   leżał 

rozłożony   remington   306.   Zamierzał   wyczyścić   go   wieczorem,   ponieważ   używał   go 

poprzedniego dnia, kiedy w górach wytropił sarnę ze złamaną nogą. Musiał ją zastrzelić, by 

skrócić   jej   cierpienie.   Odnalezienie   rannego   zwierzęcia   trwało   dość   długo,   ale   szukał   jej 

wytrwale, bo nie mógł znieść myśli, że wielkooka łania musiałaby znosić ból jeszcze przez 

wiele   godzin,   zanim   nieuchronnie   padłaby   ofiarą   jakiegoś   drapieżnika.   Grant   rzadko 

ingerował w naturalny bieg zdarzeń, ale w spojrzeniu cierpiącego zwierzęcia dostrzegł prośbę 

o pomoc i nie mógł pozostać na nią obojętny.

Zatrzymał się w drzwiach i patrzył, jak Mercy wprawnie czyści broń. Od razu było 

widać, że ta kobieta umie obchodzić się z bronią, chociaż pewnie częściej miała do czynienia 

z innym kalibrem, używanym do poskramiania najgroźniejszych drapieżników świata, tych 

dwunożnych.

Znów uderzyła go dysproporcja między drobną budową Mercy i wykonywanym przez 

nią zawodem. Spróbował ją sobie wyobrazić, jak obezwładnia jakiegoś silnego, agresywnego 

pijaka albo opornego rabusia czy włamywacza. Przypomniał sobie, jak zauroczyła Jokera i 

doszedł do wniosku, że w pracy zapewne również posługuje się raczej urokiem osobistym i 

inteligencją, a nie brutalną siłą i przemocą.

Mercy tymczasem zakończyła pracę i odłożyła przybory. Grant wszedł do gabinetu.

- Chcesz sprawdzić efekt? - zapytała, nie oglądając się. Zrozumiał,  że od samego 

początku zdawała sobie sprawę z jego obecności.

- Nie. To jasne, że znasz się na broni.

- Dziękuję. - Wskazała na uchwyt na ścianie obok gabloty. - Tam jest miejsce tego 

remingtona?

- Owszem. Mercy nie ruszyła się.

- W takim razie ty musisz go tam położyć. Żeby dosięgnąć tej półki, musiałabym 

stanąć na kanapie.

background image

Przedtem nigdy nie przyszło mu do głowy, że uchwyt może być dla kogoś zawieszony 

zbyt wysoko. Jego ojciec był wyższy od niego, matka miała metr siedemdziesiąt wzrostu. 

Znów z podziwem pomyślał o tym, że Mercy osiągnęła tak wiele, będąc tak drobnej budowy. 

Właśnie kładł broń na miejsce, kiedy żołądek głośno przypomniał mu o drugim zapachu. 

Trochę zawstydzony zerknął na Mercy. Uśmiechała się od ucha do ucha.

- Aż cieknie ślinka, co?

- Myślałem, że nie umiesz gotować.

- Bo nie umiem. Ale piekę doskonale. Nie masz nic przeciwko temu, że wtargnęłam 

do twojej kuchni?

- Ależ skąd - zapewnił. - Zwłaszcza kiedy rezultat twojej działalności tak wspaniale 

pachnie. Kiedy ten aromat się rozejdzie, na ranczu mogą wybuchnąć zamieszki.

- Upiekłam trzy bochenki. Powinno starczyć dla wszystkich.

- Zrobiłaś tyle innych rzeczy. Kiedy znalazłaś na wszystko czas?

Niczego się nie wyparła, tylko lekko wzruszyła ramionami.

- Miałam na to cały dzień.

- Zdawało mi się, że przyjechałaś tutaj... odzyskać formę.

Przez jej twarz przebiegł znajomy cień.

- Nie potrafię siedzieć bezczynnie - oznajmiła. - Lepiej się czuję, kiedy coś robię.

Trudno mu było się z nią spierać. Po śmierci ojca tylko wytężona praca pozwalała mu 

jakoś przetrwać. Całymi dniami pracował ze wszystkich sił, a wieczorem padał wyczerpany 

na łóżko i zasypiał jak kamień. Niestety, mimo zmęczenia dręczyły go sny, ale przy odrobinie 

szczęścia   rano   już   o   nich   nie   pamiętał.   W   końcu   zbladły,   zostawiając   po   sobie   tylko 

powracający od czasu do czasu smutek. Ich miejsce stopniowo zajęły pogodne wspomnienia.

Ciekawe, kiedy Mercy będzie mogła myśleć o zabitym przyjacielu bez cienia rozpaczy 

w oczach.

Kilka dni później zdarzyło się Grantowi coś, co nie przytrafiało mu się często. Miał 

wolny  wieczór   i  postanowił   wykorzystać   go   na   lekturę.  Musiał   przyznać,   że   mógł   sobie 

pozwolić na ten luksus dzięki Mercy. Z własnej nieprzymuszonej woli wykonała na ranczu 

niezliczoną liczbę małych napraw, które on zwykle odkładał na później i musiał się nimi 

zajmować wieczorami, po całym dniu wytężonej pracy przy zwierzętach i na pastwiskach. 

Przez to nigdy nie miał czasu na nieliczne w swoim życiu przyjemności.

Westchnął z satysfakcją i zagłębił się w wygodnym, skórzanym fotelu ojca, opierając 

stopy   na   podnóżku.   Przez   kilka   minut   po   prostu   siedział   z   książką   w   ręku   i   cieszył   się 

perspektywą dwugodzinnej spokojnej lektury. Oczy same mu się zamknęły, gdy leniwie się 

background image

zastanawiał,  co  też  porabia   Mercy. Kiedy  przyjechał  do  domu, flirtowała  z  Jokerem,  ale 

potem   już   jej   nie   widział.   Wziął   prysznic,   wyjątkowo  długi,   ponieważ   przyszło   mu  dziś 

ratować cielę, które ugrzęzło w błotnistym bajorze na południowej równinie. Pod koniec całej 

operacji był bardziej ubłocony niż żałośnie ryczące zwierzę. Gdy dotarł do domu, warstwa 

błota na skórze zmieniła się w twardą skorupę.

Gwałtownie   otworzył   oczy,   ze   świadomością,   że   coś   się   zmieniło.   W   gabinecie 

panowały ciemności. Półprzytomnie pomyślał, że żarówka się przepaliła. Nagle zdał sobie 

sprawę, że jest czymś przykryty i dopiero po chwili rozpoznał pled zdjęty z oparcia kanapy. 

Wysunął spod niego rękę i zapalił lampę. W jej świetle zobaczył swoją książkę, starannie 

odłożoną na podręczny stolik. Zegar na biurku w drugim końcu pokoju wskazywał trzecią w 

nocy.

Czyżby Walt tak o niego zadbał? Nie, stary, poczciwy Walt mógł zgasić światło, może 

nawet odłożyć książkę na stolik, ale otulanie kocem nie było w jego stylu. Na ogół też po 

powrocie do swojej ciepłej, wygodnej kwatery nie zaglądał do domu.

Grant   wiedział,   kto   najprawdopodobniej   się   o   niego   zatroszczył,   tylko   nie   chciał 

przyznać przed samym  sobą, że to Mercy znalazła go tu śpiącego i przykryła  kocem jak 

dziecko. Nie chciał też przyznać, że sprawiło mu to dziwną przyjemność.

Uświadomił sobie, że w bardzo krótkim czasie polubił jej obecność na ranczu.

- Ta panna to twarda sztuka - stwierdził Walt. - O wiele twardsza, niż się wydaje.

Grant nie musiał pytać, o kogo chodzi. Nawet gdyby nie wynikało to jasno z słów 

Walta, na ranczu była tylko jedna „panna”.

- Nie była zbyt zadowolona, kiedy chciałem jej pomóc z tą belą siana - wtrącił Chipper 

raczej ponuro.

-   A   potrzebowała   pomocy?   -   zapytał   Walt,   a   Grant   mógł   łatwo   przewidzieć 

odpowiedź.

- No... nie - wyjąkał Chipper ze skruszoną miną. - Wrzuciła belę na przyczepę, jakby 

przez całe życie nic innego nie robiła. Jest bardzo silna.

- I szybko się uczy - dodał Walt. - Zajrzałem dzisiaj do tej tarantowatej klaczy. Trochę 

się o nią martwię. Zachowuje się tak niespokojnie, chociaż ma się oźrebić dopiero za półtora 

miesiąca.

- Ja też się o nią martwię - stwierdził Grant.

Klacz, którą nazywali po prostu Lady, była jednym z ich najcenniejszych zwierząt, a 

teraz w dodatku miała urodzić źrebię po Jokerze. Ich pierwszym potomkiem był źrebak, który 

kilka dni przedtem przeskoczył przez ogrodzenie i Grant miał nadzieję, że drugi potomek 

background image

okaże się równie udany.

- Ale co to ma wspólnego z... naszym gościem?

- Kiedy przyszedłem do stajni, zobaczyłem, że ta dziewczyna wysprzątała wszystkie 

boksy z jednej strony.

Grant spojrzał na niego zdziwiony.

- Wyrzuciła gnój z boksów?

- I to bardzo sprawnie.

Naprawiła uprząż. Ułożyła zapasowe drewno. Posprzątała w składzie na narzędzia. 

Wyczyściła jego broń. Upiekła chleb. A potem ładowała bele siana na przyczepę i czyściła 

końskie boksy.

Przypomniały mu się słowa Kristiny, że Mercy potrzebuje wypoczynku. Jeśli to ma 

być wypoczynek, to Grant nie chciał nawet myśleć, jak wygląda jej dzień pracy. Przecież 

wszystko,   co   tu   robiła,   to   nie   była   zabawa   w   prowadzenie   gospodarstwa,   tylko   ciężka 

harówka, prosta, fizyczna praca, wymagająca  siły i wytrzymałości.  Nigdy by się tego po 

Mercy nie spodziewał.

Powinno go to chyba czegoś nauczyć. Nadal dręczyło go nieprzyjemne poczucie winy, 

że to przez jego zachowanie i opowieści o srogiej zimie Mercy poczuła się zobowiązana 

zapracować na swoje utrzymanie. Prawdą było, że wszyscy mieli co robić w czasie cielenia 

się krów, przepędzania bydła czy znaczenia nowych sztuk, ale zima w dodatku była bardzo 

niebezpieczna dla ludzi i zwierząt. Może jednak jego słowa zabrzmiały w jej uszach zbyt 

groźnie.

- ...z tym zrobisz, synu? Grant zamrugał oczami i spojrzał na Walta.

- Co mówiłeś? Zamyśliłem się. Rozbawiony Walt parsknął śmiechem.

- Ostatnio często ci się to zdarza. Nie myśl tak dużo, bo to ci może zaszkodzić.

- Dobrze, dobrze - wymamrotał Grant i wyszedł ze stajni.

Znalazł Mercy w domu. Właśnie dokładała polano do pieca. Od kilku dni regularnie 

uzupełniała   stos   przygotowanego   do   spalenia   drewna.   Grant   od   niepamiętnych   czasów 

obiecywał sobie, że będzie to robił, ale nadmiar zajęć bardzo mu to utrudniał. Odkąd na 

ranczu pojawiła się Mercy, stos drewna obok pieca stale był tej samej wielkości.

- Nie musisz tego robić, wiesz? - odezwał się bez żadnego wstępu, chociaż nie tak 

chciał zacząć rozmowę.

Mercy wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco.

- Nie muszę dokładać do pieca? To przejaw czystego egoizmu. Nie lubię szczękać z 

zimna zębami, zwłaszcza w zamkniętym pomieszczeniu.

background image

- Chodziło mi o coś innego.

Zamknęła drzwiczki do pieca, zrobione z hartowanego szkła, i wytarła ręce o dżinsy, 

opinające jej zgrabne biodra i pośladki. Spojrzała Grantowi prosto w oczy. Zaczynał się już 

przyzwyczajać   do   jej   śmiałego   spojrzenia.   Podejrzewał,   że   równie   śmiało   stawiała   czoło 

większości spraw w życiu.

Może z wyjątkiem śmierci Nicka Corelli.

- W takim razie o co ci chodziło?

- Mówiłem ci już, że nie musisz pracować.

- A ja ci powiedziałam, że lubię mieć jakieś zajęcie.

- Dobrze. Wynajduj sobie zajęcia. Jesteś tu bardzo pomocna, ale naprawdę nie musisz 

przerzucać bel siana i czyścić końskich boksów.

- Wiem.

- To ciężka, brudna robota. Zostaw to chłopakom. Patrzyła na niego z namysłem.

- Aha. Czyli mogę piec chleb i szyć. To ci nie przeszkadza?

Od samego początku rozmowy przeczuwał, że wynikną z niej jakieś kłopoty.

- Nie to miałem na myśli. Niezupełnie to.

- No to co? Wydaje ci się, że nie potrafię pracować?

- Byłby to z mojej strony dowód głupoty. Przecież już pokazałaś, co potrafisz. - Starał 

się okazać zdrowy rozsądek.

- Dlaczego więc każesz mi przestać? Wypuścił ze świstem powietrze.

- Nic ci nie każę. Ale podobno przyjechałaś tu dla wypoczynku, a nie po to, żeby się 

zapracowywać na śmierć.

- A nie przyszło ci do głowy, że tylko w ten sposób mogę się trochę odprężyć? - W jej 

głosie słychać było napięcie.

- Owszem, przyszło - odparł szczerze. - Sam doświadczyłem czegoś podobnego. Ale 

ja jestem przyzwyczajony do takiej pracy, a ty nie. I chociaż jesteś twardsza, niż się wydaje, 

to i tak możesz sobie zrobić krzywdę.

Z początku wydawała się zaskoczona jego odpowiedzią, ale już po chwili w jej oczach 

znów ukazały się buntownicze błyski.

- Ta gadanina w stylu macho być może zrobiłaby na mnie wrażenie, kiedy miałam 

dwanaście lat i świata poza tobą nie widziałam - warknęła. - Nie jestem już dzieckiem. Nie 

potrzebuję opieki.

Grant cofnął się, zdziwiony i trochę rozbawiony taką żywiołową reakcją. Nie, to nie 

dziecko stoi przed nim i spogląda mu prosto w oczy, zadzierając głowę do góry. To pełna 

background image

ognia, nieustraszona kobieta, pomyślał.

Niefortunnie dobrałem słowa, zganił się zaraz w duchu. Wyrażenie „pełna ognia” w 

połączeniu z Mercy sprawiło, że jego ciało przeszedł dreszcz. Czy ten wewnętrzny ogień, 

który w niej płonie, ogarnia wszystkie aspekty jej osobowości? Czy równie namiętnie reaguje 

w innych okolicznościach i miejscach?

Starając się stłumić ogarniające go podniecenie, pomyślał, że jeśli tak jest, to z tego 

Nicka był wielki szczęściarz.

Natychmiast zdał sobie sprawę, że nazwał szczęściarzem człowieka, którego niedawno 

zastrzelono na jakiejś brudnej, wielkomiejskiej ulicy i uświadomił sobie absurdalność swoich 

wniosków.

- Dobrze - powiedział, starając się, aby jego głos brzmiał beztrosko. - Po prostu boję 

się, że Kristina urwie mi głowę, jak się dowie, że tak ciężko pracujesz.

Mercy bez oporu przyjęła zmianę tonu rozmowy.

- A więc o to chodzi. Boisz się młodszej siostry.

- Każdy facet przy zdrowych zmysłach boi się Kristiny.

- Masz rację. - Uśmiechnęła się, a po chwili westchnęła. - Zawsze chciałam być taka 

jak ona.

Grant zmarszczył czoło.

- Słucham?

- No, wiesz. Piękna, błyskotliwa, lubiana, towarzyska. Ja jestem zupełnie inna.

-   Nic   ci   nie   brakuje   -   oznajmił   szorstko.   -   Światu   niepotrzebna   kolejna   taka 

rozpuszczona uwodzicielka jak Kristina. Ty jesteś zrównoważona, solidna i ani trochę nie 

rozpuszczona.

- Wielkie dzięki - rzekła Mercy, ale jej usta lekko się skrzywiły. - Takie słowa to 

muzyka dla uszu każdej dziewczyny.

Odwróciła się i pobiegła na górę, a on patrzył za nią zdziwiony, stojąc bez ruchu.

Ach,   te   kobiety,   pomyślał   kwaśno.   Nie   miał   najmniejszego   pojęcia,   co   ją   tak 

rozzłościło. Powinien chyba pozwolić Jokerowi zajmować się kobietami na ranczu. Ten koń 

najwyraźniej zna się na tym lepiej od niego.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Mercy przeciągnęła się i znów zwinęła w kłębek, próbując odnaleźć nagrzane ciałem 

miejsce w pościeli. Natrafiła jednak na zimne prześcieradło i otworzyła oczy. Wokół panował 

szary   półmrok.   Minęło   kilka   minut,   zanim   postanowiła   sprawdzić,   która   właściwie   jest 

godzina.   Od   długiego   czasu   sypiała   bardzo   źle,   a   dzisiejsza   noc   upłynęła   jej   całkiem 

spokojnie i szkoda jej było całkiem wybić się ze snu.

Zegar   na   nocnym   stoliku   powiedział   jej,   że   minęła   ósma,   i   Mercy   natychmiast 

rozbudziła się do końca. Od dawna nie spała tak długo. Usiadła i dla rozgrzewki roztarta 

ramiona. W pokoju panował chłód. Grant pewnie jak zwykle wyszedł z domu przed świtem, 

więc ogień musiał przygasnąć. Należy szybko dorzucić kilka drew do pieca, zanim całkiem 

zgaśnie.

Ziewnęła,   włożyła   dżinsy,   ciemnozielony   sweter   i   ocieplane   kożuszkiem   buty,   w 

których nigdy nie marzły jej stopy. Znów ziewnęła. Nic dziwnego, że Grant zasnął w fotelu, 

pomyślała.

Zaskoczyła ją jedynie książka leżąca na jego piersi. Nie spodziewała się, że szorstki 

kowboj,   silną   ręką   prowadzący   wielkie   ranczo,   czytuje   Szekspira.   Zerknęła   na   półki   za 

fotelem i zobaczyła tam więcej dzieł Szekspira, Moliere'a i innych klasyków, a obok nich 

całkiem spory wybór współczesnych technothrillerów. Przypomniało jej to, że Grant długo 

nie mógł zdecydować, czy chce studiować literaturę czy inżynierię, choć zawsze wiedział, że 

w końcu i tak wróci na ranczo.

Doszła do wniosku, że nie powinna się dziwić scenie, którą zobaczyła w gabinecie. 

Wiedziała   przecież,   że   Grant   ukończył   college   z   wyróżnieniem.   Powiedziała   jej   o   tym 

Kristina, dumna z sukcesu starszego brata. Mercy pamiętała lato, kiedy Grant wyjechał na 

uczelnię. Miała wtedy czternaście lat. Płakała, przekonana, że nigdy już nie zobaczy swojego 

rycerza w srebrnej zbroi. Potem poszła do szkoły średniej i następnego lata była już zbyt 

dorosła, żeby rozpamiętywać dziecinne zauroczenie starszym kolegą.

Mimo   wszystko   zeszłego   wieczoru   przystanęła   przy   zniszczonym   fotelu   i   długo 

patrzyła   na   pogrążonego   we   śnie   Granta.   Jego   usta,   tak   skore   do   uśmiechu,   czasem 

ironicznego, teraz układały się miękko, a półksiężyce ciemnobrązowych rzęs rzucały cień na 

opalone policzki. Przez chwilę wolny od trosk związanych z prowadzeniem wielkiego rancza, 

znów wyglądał jak tamten osiemnastoletni chłopak, gotowy iść na podbój świata.

Kiedy wyjechał, świat Mercy się nie zawalił, chociaż właśnie tego się spodziewała. 

Zapomniała   o  dziecięcym  zauroczeniu   i  zwrócenie  na  siebie  uwagi  Granta   przestało   być 

background image

jedynym   celem   w   jej   życiu.   Tym   bardziej   powinna   zignorować   fakt,   że   serce   zabiło   jej 

mocniej   i   poczuła   nagłą   falę   gorąca,   kiedy   Grant   żartobliwie   oświadczył,   że   teraz   lepiej 

doceniłby jej starania. Za bardzo przypominało to reakcję tamtego zadurzonego dzieciaka.

Jeszcze   raz   ziewnęła,   przeciągnęła   się   i   zeszła   na   dół.   Nadal   zaspana,   poruszyła 

dopalające   się   resztki   w   palenisku,   aż   rozbłysły   jasnym   światłem.   Dodała   kilka   małych, 

suchych kawałków drewna do rozpałki, a kiedy zapłonęły wysokim płomieniem, włożyła dwa 

polana. Przez kilka minut stała przy piecu, czekając, aż ciepło rozgrzeje jej ręce.

Z   roztargnieniem,   nadal   rozmyślając   o   tym,   jak   to   możliwe,   że   tak   długo   spała, 

podeszła do frontowego okna i odsunęła zasłonę, którą kilka dni temu tak pracowicie zszyła. 

Musiała szybko zmrużyć oczy.

Śnieg. W ciągu jednej nocy pokrył wszystko niepokalaną bielą, ścierając wszelkie 

inne kolory z palety ziemi.

W mieście pierwszy śnieg zawsze witała z radością. Czysta, biała powłoka maskowała 

choć na krótką chwilę brzydotę, z którą tak często miała styczność w pracy. Wiedziała, że to 

tylko pozory, że brzydota nadal tam jest, ale lżej jej było na duszy, kiedy sama przed sobą 

udawała, że świat jest jasny i czysty, jak pierwszy śnieg. Tutaj otaczał ją piękny, chociaż 

surowy krajobraz, a biały puch jedynie dodawał mu miękkości.

Włożyła kożuszek i wyszła z domu. Wzięła długi, głęboki oddech. Powietrze było 

rześkie i tak czyste, że niemal czuła jego smak. Mimowolnie się uśmiechnęła, a kiedy zeszła z 

werandy i usłyszała pod stopami skrzypienie śniegu, jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.

Nagle znieruchomiała i zamyśliła się. Kiedy Kristina zasugerowała jej wyjazd w jakieś 

odludne miejsce, gdzie mogłaby nic nie robić i mieć czas na przemyślenie różnych spraw, 

miała wiele wątpliwości i nie wydawało jej się to najmądrzejszym rozwiązaniem. Owszem, 

po tak wielu  latach spotkanie  z Grantem mogło  być  ciekawe  i  dostarczyć  interesującego 

materiału do przemyśleń, ale obawiała się, że nic nie będzie w stanie odciągnąć jej myśli od 

Nicka. Bała się, że cały czas będzie myślała tylko o tym, by wrócić do domu i zająć się 

ściganiem morderców.

Nie przewidziała jednak, że Grant McClure potrafi odciągnąć jej myśli od wszelkich 

problemów, co samo w sobie stwarzało nowy problem. Powtarzała sobie jednak, że potrafi 

wybić   sobie   z   głowy   tę   niemądrą   reakcję,   że   jest   to   tylko   pozostałość   dziecinnego 

zauroczenia. Poza tym dowodziło to, że nawet jako dziecko miała dobry gust. Grant był teraz 

równie przystojny, jak czternaście lat temu, kiedy go pierwszy raz zobaczyła. Może nawet 

przystojniejszy. Czas obchodził się z nim bardzo łagodnie. Jako trzydziestoletni mężczyzna, 

Grant był...

background image

Nie znajdowała słów. Uśmiechnęła się do siebie w duchu. Grant zawsze wywierał na 

niej takie wrażenie. Kiedyś jej to nie przeszkadzało, ale teraz powinna być odporna na takie 

rzeczy. Denerwowała ją własna reakcja i miała ją sobie za złe. Przecież Grant jasno dał jej do 

zrozumienia,   że   nie   jest   w   jego   typie.   „Jesteś   zrównoważona,   solidna   i   ani   trochę   nie 

rozpieszczona”. Pięknie. Równie dobrze mógłby tak powiedzieć o psie albo koniu.

Usta jej zadrgały. No, może nie o koniu. Zapewne uważał, że ona ma mniej osobistego 

uroku niż ognisty, piękny Joker. Dlaczego nie zdusiła w sobie tych niemądrych, szczeniackich 

uczuć, skoro wiedziała, że Grant nic do niej nie czuje?

Nagle przyszło jej do głowy, że być może robi to specjalnie. Może instynkt obronny 

nakazywał jej skupić uwagę na Grancie, żeby ociągnąć jej myśli od dręczących wspomnień. 

Umysł w samoobronie potrafi działać w bardzo dziwny sposób. Niejednokrotnie była tego 

świadkiem.

A więc tylko jej się zdaje, że na jego widok serce bije jej szybciej, że ogarnia ją 

czułość,   kiedy   patrzy   na   niego,   jak   zmęczony   ciężką   pracą   śpi   w   fotelu,   trzymając   w 

stwardniałych rękach tom Szekspira? Nie bardzo w to wierzyła, ale...

- Sprawdzasz, ile trzeba czasu, żeby zamarznąć na kość?

Odwróciła się gwałtownie. Grantowi znów udało się ją zaskoczyć. Jak on to robi? 

Zwykle   zachowywała   czujność   i   trudno   było   ją   podejść.   Wyniosła   to   przyzwyczajenie   z 

pracy.

-   Uwielbiam   pierwszy   śnieg   -   powiedziała.   Miała   nadzieję,   że   rumieńce   na   jej 

policzkach wyglądają na wywołane mrozem.

- Tutaj nie jest tak jak w mieście. Żaden pług nie oczyści ci drogi. Przestanie ci się tu 

podobać, kiedy zasypie nas na dwa metry i przez wiele dni nie będzie można wyjść z domu.

Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem.

- Ciągle mi powtarzasz, że pochodzę z miasta. Myślisz, że o tym zapomniałam?

Wzruszył lekko ramieniem.

-   Tak   tylko   mówię,   dla   przypomnienia.   Zastanawiała   się,   komu   chce   o   tym 

przypomnieć.

Wróciła pod osłonę werandy.

- A więc chcesz mi przypomnieć, że jestem z miasta? Mało prawdopodobne, żebym o 

tym zapomniała.

- Zgadza się. Dziewczyny z miasta nigdy o tym nie zapominają. - Grant stanął obok 

niej i spojrzał na biały krajobraz. - Czasami lubią odwiedzać takie odludne miejsca, zwłaszcza 

kiedy jest ciepło, słonecznie i na łąkach baraszkują cielęta i źrebaki, ale nie zamieszkałyby tu 

background image

nigdy.

Mówi   o   Kristinie,   pomyślała   Mercy.   Z   ust   przyjaciółki   usłyszała   kiedyś   niemal 

identyczne  słowa. „Dla  Granta ranczo  to całe  życie.  Owszem, muszę  przyznać,  że tamta 

okolica ma swoje szczególne, dzikie piękno, no i małe zwierzątka są takie urocze, ale tam nie 

ma latarni ani neonów!”.

- Kristina... - zaczęła Mercy i zaraz urwała. Nie była pewna, czy powinna ciągnąć ten 

temat. Trochę się bała, że obróci się to przeciwko niej.

Grant znów lekko wzruszył ramionami.

- Może nie byłaby taka rozpuszczona, gdyby musiała tu mieszkać przez jakiś czas, z 

dala od wielkomiejskich świateł i blichtru. Ale ona nie potrafiłaby żyć nigdzie indziej.

- To tobie chyba należałoby o czymś stale przypominać - oznajmiła cicho Mercy. - 

Nie jestem Kristina. - Ani twoją matką, dodała w duchu, myśląc, że te słowa pewnie uraziłyby 

Granta.

- Nie, nie jesteś Kristiną - zgodził się bez oporu. - Ale też jesteś dziewczyną z miasta.

- A dziewczyna z miasta zawsze będzie dziewczyną z miasta, tak? - Jego uprzedzenie 

zaczynało ją trochę irytować, chociaż częściowo już rozumiała, dlaczego jest to dla niego tak 

drażliwa sprawa.

- Ciężko jest się zmienić - oświadczył,  starając się, by jego słowa zabrzmiały jak 

najbardziej dyplomatycznie. - Ja też nie potrafiłbym się przystosować do miejskiego trybu 

życia. Zawsze to wiedziałem.

- Nawet kiedy miałeś cztery lata? Uśmiechnął się, chociaż nie nazbyt radośnie.

- Wiedziałem o tym jeszcze wcześniej. To jest mój dom. Zawsze tak było i będzie.

Mercy   usiadła   na   pięknej,   bujanej   ławce   z   rzeźbionego   drzewa   cedrowego,   która 

prostemu, funkcjonalnemu domowi nadawała zdecydowanie cieplejszy wyraz.

- Ojciec kupił ją dla mamy na rocznicę ślubu - wyjaśnił Grant. - Kazał ją sprowadzić z 

małego sklepu na obrzeżach San Antonio. Miał nadzieję, że jeśli mama będzie na niej często 

siadywała, to doceni piękno okolicy. Owszem, doceniła je, ale to nie wystarczyło. A może 

stało się to za późno? Już się zdecydowała na wyjazd.

- A ty kopnąłeś ojczyma w kostkę i stanowczo powiedziałeś mamie, że nie chcesz z 

nimi jechać, kiedy cię o to poprosiła.

- Miałem tylko cztery lata. - Grant również poczuł narastającą irytację. - Chciałem, 

żeby ojciec i matka znów byli razem. Wydawało mi się, że jeśli zostanę na ranczu, to i ona w 

końcu tu wróci.

- Ale była już żoną Nate'a.

background image

- Dla czteroletniego chłopca to nie miało większego znaczenia. - Skrzywił się. - Mimo 

wszystko żałuję, że wtedy go kopnąłem.

- Jakoś to przeżył - odparła Mercy trzeźwo. - On kocha twoją matkę.

- Wiem. Czasami mi się wydaje, że to jedyna osoba, którą naprawdę kocha. Owszem, 

dba o swoje dzieci, ale...

- Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Dopiero niedawno poznałam Jane i Michaela, ale 

wydaje mi się, że żadne z nich nie ma pewności, co tak naprawdę ich ojciec do nich czuje. - 

Zerknęła na Granta z ukosa. - Ty przynajmniej nie możesz mieć wątpliwości, że matka cię 

kocha.

- Już ich nie mam. Ale kiedy mój mały podstęp nie wypalił, nie byłem  tego taki 

pewien. Dopiero kiedy skończyłem dziesięć lat, przestało mnie to dręczyć.

- Matka uszanowała twoją decyzję.

- Tak. Zawsze szanuje moje decyzje. Musi to być dla niej dość trudne, ponieważ 

większość ludzi uważa, że marnuję sobie tutaj życie.

-   Marnujesz   życie?   Złożył   ramiona   na   piersi.   Mercy   zastanowiła   się,   jakie   słowa 

sprawiły, że przybrał tę obronną pozycję. Przybierał ją zresztą dość często.

-   „Jesteś   bystrym   facetem,   Grant,   mógłbyś   wymyślić   coś   lepszego”   -   cytował   z 

goryczą.  - „Masz wyższe wykształcenie, Grant, co robisz na tym  odludziu, wśród krów? 

Zmarnowane cztery lata nauki w college'u”.

Mercy spojrzała mu prosto w oczy.

- Ale ty właśnie to chcesz robić, prawda?

- Zawsze tylko to chciałem robić. - Determinacja w jego głosie świadczyła, że nieraz 

musiał bronić swego wyboru.

- Powiedz tym, którzy cię krytykują, żeby pilnowali własnego nosa. - Spojrzał na nią 

zaskoczony. - Spotkałam bardzo wielu ludzi schwytanych w pułapkę znienawidzonej pracy. 

Wiem,   co   to   potrafi   zrobić   z   człowiekiem   i   jego   otoczeniem.   Jeśli   twoja   praca   cię 

uszczęśliwia, to znaczy, że dobrze wybrałeś.

Uśmiechnął się do niej niespodziewanie ciepło, a Mercy odniosła wrażenie, że nagle 

zaświeciło słońce.

- Tak  właśnie powiedziała  mi  matka, kiedy ostatnio  kolejny raz  miałem  poważną 

rozmowę z Nate'em - odrzekł Grant.

- Bardzo mądrze z jej strony. Wydaje mi się, że najtrudniejszym zadaniem dla rodzica 

jest uszanowanie decyzji własnego dziecka, jeśli się z nią nie zgadzają.

Grant oparł się o słupek werandy i spojrzał na Mercy z zastanowieniem.

background image

- Mówisz tak z doświadczenia? Skinęła głową.

- Moi rodzice chcieli, żebym została lekarką. Grant zamrugał oczami.

- Lekarką? A zostałaś policjantką. Do dość radykalna zmiana.

- Nie byli nią uszczęśliwieni. Złożyłam podania do kilku college'ów z doskonałymi 

wydziałami   medycznymi.   Do   wszystkich   zostałam   przyjęta.   Bardzo   chciałam   pomagać 

ludziom, ale doszłam do wniosku, że nie jako lekarz. - Uśmiechnęła się smutno i ironicznie. - 

Wtedy tak mało wiedziałam o życiu.

- Czego nie wiedziałaś?

- Nie wiedziałam, że połowa ludzi, z którymi stykam się w pracy, wcale nie chce, żeby 

im pomagać. Oni chcą, żeby policja naprawiała ich błędy. - Zadrżała. - Inni oczekują, że 

policjant na stałe rozwiąże ich problemy.  Nie stać ich na to, żeby samemu pociągnąć za 

cyngiel,   więc   chcą   wszystko   urządzić   tak,   żeby   zrobił   to   za   nich   glina.   Jakbyśmy   byli 

maszynami bez żadnych uczuć... - Urwała nagle, zdając sobie sprawę, że mówi coraz głośniej 

i za chwilę może całkiem stracić kontrolę nad emocjami. - Przepraszam... Nie chciałam...

Zagryzła   wargę,   by   powstrzymać   słowa   cisnące   się   na   usta.   Poczuła   kłucie   pod 

powiekami. Niepotrzebnie zaczęła mówić o najtrudniejszych aspektach swojej pracy. Przez to 

znów   powróciły   do   niej   myśli   o   wszystkim,   co   w   niej   było   najgorsze.   Spokój,   który 

okazywała od chwili przybycia na ranczo, był chyba tylko pozorny. Znowu zadrżała i nie był 

to efekt chłodu.

Nie wiedziała nawet, kiedy Grant usiadł obok niej na huśtawce. Była zbyt zaskoczona, 

by zareagować, kiedy otoczył ją ramionami. Promieniujące od niego siła i ciepło dawały jej 

poczucie spokoju i wyciszenia.

- To trudna i niebezpieczna praca, Mercy - rzekł łagodnie. - Zawsze to wiedziałem, ale 

nigdy nie zastanawiałem się, jak to znoszą ludzie, którzy ją wykonują. Aż do tej chwili.

Słychać było, że mówi to z niekłamaną troską, lecz Mercy nabrała czujności. W jej 

obecnym stanie umysłu ciepło i poczucie bezpieczeństwa, jakie oferował Grant, były zbyt 

kuszące i zbyt niebezpieczne.

Wyswobodziła się z jego objęć, starając się nie robić tego zbyt gwałtownie. Chciała 

jak najszybciej odsunąć od siebie poczucie bliskości.

- Przepraszam, że tak się przed tobą rozkleiłam - oznajmiła sztywno.

Spojrzał na nią uważnie, ale nie starał się jej przyciągnąć z powrotem do siebie, nic jej 

też nie odpowiedział. Wstała i odstąpiła na bezpieczną odległość.

- Ostatnio... dużo myślę  na temat swojej pracy i mam coraz więcej wątpliwości - 

odezwała się, kiedy cisza stała się zbyt napięta. - Ale to nie znaczy, że musisz wysłuchiwać 

background image

moich łzawych wynurzeń.

- Chyba dobrze by ci zrobiło, gdybyś się przed kimś wygadała - odparł po chwili.

Ale nie przed tobą, pomyślała Mercy. Nie mogła podzielić się najskrytszymi myślami 

z tym mężczyzną, który i tak już wystarczająco zburzył jej dość niepewny i wątły spokój 

umysłu.

- Najpierw sama muszę wszystko przemyśleć - oznajmiła.

- Widzę, że jesteś tak samo uparta jak dwanaście lat temu.

- Po prostu chcę sama uporać się ze swoimi problemami, a to wcale nie znaczy, że 

jestem uparta.

- Ja mówiłem tylko o rozmowie na temat twoich problemów. Czy to by naruszyło 

twoje poczucie niezależności?

Spojrzała na niego ostro.

- Zawsze mi się wydawało, że według mężczyzn kobiety za dużo gadają o swoich 

kłopotach.

-  Może  właśnie   chodzi   o  to,  że   za  dużo  przebywasz   w  towarzystwie  mężczyzn   i 

straciłaś umiejętność dzielenia się swoimi myślami. Czy gliniarze obnażają przed sobą dusze?

Mercy   groźnie   zmarszczyła   czoło,   ale   po   chwili   dostrzegła   wesołe   iskierki   w 

niebieskich oczach Granta i się rozchmurzyła.

- Gliniarze duszą wszystko w sobie, dopóki nie eksplodują - wyjaśniła ironicznie. - 

Tak przynajmniej robi większość.

- A ty?

-   Ja   nie   mam   zamiaru   eksplodować.   Nie   należę   do   tego   typu.   Tak   przynajmniej 

twierdzi nasz wydziałowy psycholog.

- Byłaś u psychologa?

- Tego wymaga procedura po... po użyciu broni.

- Pomogło ci to?

- Trochę. - Spojrzała na zaśnieżony krajobraz. Już dłuższy czas siedziała bez ruchu i 

zaczynało jej się robić zimno. - Powiedział mi, że przyjazd tutaj to dobry pomysł.

- A tobie jak się wydaje?

- Tak, to chyba był dobry pomysł. To piękna okolica. W naturze jest coś, co do mnie 

przemawia, coś czystego, pierwotnego. Owszem, panują tu surowe warunki, ale świat jest taki 

czysty, pozbawiony zła. To... po prostu życie.

Grant patrzył na nią wyraźnie zaskoczony.

- Ja... ja czuję to samo. Właśnie dlatego tylko tutaj mogę być naprawdę szczęśliwy.

background image

Przez długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Oboje czuli wyraźnie, że tworzy się 

między nimi nagła i niespodziewana więź.

Uczucie to było tak silne, że niemal wystraszyło Mercy; nie chciała się mu poddawać, 

nie chciała w ogóle czegokolwiek odczuwać, w tej chwili była zbyt bezbronna. Niestety, tak 

zareagowało jej serce i rozum nie miał już nic do powiedzenia. Postanowiła stworzyć dystans 

między sobą i Grantem, choć była też świadoma, że wydarzyło się między nimi coś ważnego. 

Jak zwykle nie zamierzała tego ukrywać, zwłaszcza przed sobą.

- Spodziewałam się, że znajdę tu spokój i dziką przyrodę, ale nie przewidziałam... że 

znajdę się w rozterce.

Popatrzył na nią tak, jakby potrafił czytać w jej myślach. Poczuła się nieswojo.

- W rozterce? Popełniłaś błąd, Brady, powiedziała sobie w duchu.

- Na przykład teraz jest mi bardzo zimno i chyba muszę stąd iść - oznajmiła głośno.

Szybko wstała z huśtawki i wróciła do ciepłego domu, bojąc się, że za chwilę znów 

powie coś, czego będzie żałować.

Meredith Cecelia Brady...

Żadna inna kobieta nie potrafiła tak wytrącić go z równowagi. Miała tę zdolność już 

jako dziecko.

Grant przewrócił się na drugi bok i naciągnął na głowę grubą puchową kołdrę, chociaż 

nie było mu zimno. Śnieg z krótkimi przerwami padał przez cały dzień i noc, a jego warstwa 

na dachu tworzyła  dodatkową izolację przed chłodem. Chociaż zerwał się lekki wiatr, w 

domu było cieplej niż przy bezśnieżnej pogodzie.

Ludzie,   którzy   ustalili,   że   zima   zaczyna   się   w   grudniu,   chyba   nigdy   nie   byli   w 

Wyoming, pomyślał Grant. Tutaj zima zupełnie nie przejmuje się kalendarzem i przychodzi, 

kiedy ma ochotę. To jednak nie pogoda zajmowała teraz jego myśli.

Dwanaście lat temu Mercy potrafiła wytrącić go z równowagi i zachowała tę zdolność 

do tej pory. Tylko teraz robiła to w zupełnie inny sposób, o wiele bardziej niepokojący i 

skuteczny.

Nie dawała mu spokojnie zasnąć, chociaż zwykle po długim dniu wytężonej pracy 

spał   jak   kamień.   Teraz   przewracał   się   z   boku   na   bok,   nasłuchiwał   każdego   dźwięku   na 

zewnątrz,   patrzył  w   sufit   i  z   wysiłkiem  powstrzymywał  się,  by co   chwila  nie   zerkać   na 

zegarek, w oczekiwaniu godziny, kiedy będzie mógł wstać.

Kolejny szelest za oknem sprawił, że Grant odwrócił się na plecy i jęknął z irytacją. 

Lepiej by było, gdybyś zwlókł się z łóżka, McClure, i zabrał się do jakiejś roboty, zamiast 

tracić czas na rozmyślania o Mercy, pomyślał. Gdyby od razu to zrobił, pewnie miałby już za 

background image

sobą połowę codziennych obowiązków.

Ciekawe, o jakie „rozterki” jej chodziło.

Irytujące rozmyślania przerwał mu dźwięk przypominający skrzypienie otwieranych 

drzwi frontowych. Doszedł do wniosku, że to może być tylko Walt. Może coś się stało?

Wstał   z łóżka   i  ubrał  się pośpiesznie,   nie  tylko   z  powodu  panującego  w  sypialni 

zimna. Wciągnął grube, wełniane skarpety, ale buty wziął w rękę. Być może wcale nie będzie 

musiał ich wkładać, a poza tym nie chciał głośnym tupaniem obudzić Mercy.

Kiedy wyszedł na korytarz, stwierdził, że Mercy i tak najprawdopodobniej już nie 

spała - drzwi do pokoju gościnnego stały otworem. Mijając je, zerknął do środka i zobaczył, 

że koce i niebieska kołdra leżą na łóżku w nieładzie, świadcząc o niespokojnej nocy tego, kto 

pod nimi spał, czy raczej, tak jak on, usiłował zasnąć. Mercy pewnie też usłyszała dźwięk, 

który go zaniepokoił, i zeszła na dół, żeby sprawdzić, co to jest.

- Walt?! - zawołał, schodząc po schodach.

Żadnej odpowiedzi. Przyśpieszył kroku. Wpadł do salonu, ślizgając się na drewnianej 

podłodze. Tam zatrzymał się jak wryty. Drzwi frontowe stały otworem.

Zrozumiał, że to nie Walt. Nigdy nie zostawiłby otwartych drzwi, zwłaszcza w taką 

noc, kiedy na dworze szalała śnieżyca.

- Mercy?  - Nadal żadnej odpowiedzi.  Nie miał pojęcia, co o tym  myśleć.  Trochę 

zirytowany podszedł do drzwi prowadzących do kuchni. Ciemność i cisza. Ruszył do drzwi 

frontowych, po drodze dokładając trochę drewna do pieca. Zamknie te przeklęte drzwi, a 

potem się zastanowi, co się stało. Nie mógł otworzyć  ich wiatr - zawsze pamiętał,  żeby 

zamknąć je dokładnie.

A Mercy, chociaż wychowała się w mieście, na pewno nie była taka niedbała.

Oparł rękę na klamce, wyjrzał na dwór i zrozumiał, że Mercy wyszła z domu. Na 

świeżym śniegu, zalegającym deski werandy, widniały ślady małych stóp.

Co się, u diabła, dzieje?

Szybko włożył buty, zdjął z wieszaka ciepłą kurtkę i chwycił latarkę z półki. Wyszedł 

na werandę i zamknął za sobą drzwi.

Ślady   wiodły   w   dół   po   schodach,   potem   prosto,   następnie   skręcały   w   prawo,   ku 

głównej stajni.

Podążył w tamtą stronę, krzywiąc się, kiedy ostry wiatr uderzył go w twarz. Właśnie 

przez ten wiatr miał wrażenie, że jest zimniej niż w istocie.

Obudził się w nim gniew. Po co Mercy wychodziła z domu w środku nocy, i to przy 

szalejącej śnieżycy? Czy nie zdawała sobie sprawy, że to niebezpieczne? Biała kurtyna śniegu 

background image

sprawia, że łatwo stracić orientację, zgubić drogę i zamarznąć na śmierć nawet kilka metrów 

od bezpiecznego schronienia, niewidocznego w zamieci? Co ją opętało? Czyżby nagle straciła 

cały rozsądek? Już mu się wydawało, że nie jest typową dziewczyną z miasta, ale teraz...

Szedł coraz szybciej, wytężając wzrok, by nie zgubić śladów, które z każdą chwilą 

stawały się mniej widoczne, ponieważ śnieg nie przestawał padać. Nawet silne światło latarki 

nie przydawało się na wiele. Oślepiało go, odbijając się od białej powierzchni.

Jakieś dwadzieścia metrów od domu zgubił trop. Domyślił się jednak, że musiał wieść 

do stajni. Miał nadzieję, że się nie myli. Rozsuwane drzwi były zamknięte, ale nie na skobel.

Otworzył je i wszedł do środka, czując, jak narasta w nim napięcie.

Wtedy zobaczył Mercy. Leżała zwinięta w kłębek, tuż przed boksem Jokera.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Joker zarżał jakby żałośnie, a Grant przerażony podbiegł do Mercy. Pośliznął się na 

słomie, ale nie upadł. Joker znów zarżał i wystawił głowę przez otwartą górną połowę drzwi 

od boksu, jakby się bał, że Grant nie zauważy leżącej dziewczyny.

Mercy  dygotała.   Objęła   się   ramionami,   jakby   chciała   opanować   dreszcze   albo   się 

ogrzać. W stajni było dość ciepło, ale nie tak jak w domu, w dodatku na pewno zmarzła, idąc 

przez zasypane śniegiem podwórze.

Grant   przykląkł   przy   niej   i   zauważył,   że   jej   instynkt   samozachowawczy   jednak 

funkcjonował. Przed wyjściem włożyła ciepłe buty i kożuszek. Ale co miała pod spodem? 

Jakąś cienką, zieloną szmatkę. Coś, co wyglądało jak zwiewna nocna koszulka.

- Czyś ty zupełnie zwariowała? - warknął, chwytając ją za ramiona.

Posadził ją i już miał wygłosić jadowite kazanie, gdy podniosła na niego wzrok. Kiedy 

zobaczył   jej   oczy,   cały   jego   gniew   gdzieś   się   rozpłynął,   a   srogie   słowa   zamarły   mu   na 

wargach. Nigdy jeszcze nie widział nikogo w stanie tak kompletnego załamania.  Źrenice 

Mercy były rozszerzone i pełne grozy. Zrozumiał, że drży nie z zimna, tylko z napięcia. 

Wyglądała jak człowiek ścigany przez demony.

- Mercy? - powiedział cicho i tak łagodnie, jak umiał. - Co ci jest? Co się stało?

Otoczył ją ramionami, a ona kołysała się, cicho jęcząc. Wiedział, że nie może jej teraz 

o nic wypytywać. Poza tym domyślał się, co doprowadziło ją do takiego stanu.

Otworzył   dolną   połowę   drzwi   do   boksu.   Może   nie   powinien   tak   ufać   ognistemu 

Jokerowi, ale założył, że zwierzę, które tak uwielbia Mercy, nie zrobi jej krzywdy. No i ciepło 

końskiego ciała na pewno pomoże Mercy się rozgrzać. Wniósł ją do środka i ułożył na czystej 

słomie. Zamknął drzwi, usiadł obok niej, rozpiął kurtkę i przyciągnął dziewczynę do siebie, 

by   dodatkowo   ogrzać   ją   własnym   ciałem.   Nie   opierała   się,   nie   starała   się   odsunąć,   co 

powiedziało mu więcej o jej stanie niż jakiekolwiek słowa.

Joker zarżał cicho i obwąchał czubek głowy Mercy.

- Nic jej nie będzie - zapewnił go Grant, zupełnie się nie przejmując, że rozmowa z 

koniem to dosyć absurdalne zajęcie. Jego słowa miały właściwie dodać otuchy Mercy. No i 

jemu samemu. - Musi tylko się rozgrzać i uspokoić - mówił, nadal udając, że zwraca się do 

konia. Joker jednak najwyraźniej go zrozumiał, bo znów zarżał, jakby chciał potwierdzić jego 

słowa.

Grant dawno już nie pocieszał kobiety. W przeszłości zdarzało mu się to kilka razy, 

ale   nawet  nie   był  pewien,   czy  robił   to  skutecznie.  Zwykle   chodziło  o  Kristinę,   kiedy ta 

background image

popełniła jakiś drobny grzeszek, albo o matkę, kiedy Nate zaszedł jej za skórę.

Nigdy jednak nie miał do czynienia z tak bardzo zgnębioną i załamaną kobietą, może 

dlatego, że żadna z kobiet w jego otoczeniu nie musiała stawiać czoła takim wyzwaniom, 

jakie przed Mercy stawiała jej trudna praca.

Długi czas po prostu siedział, trzymając drżącą dziewczynę w objęciach i starając się 

ocenić, czy jej stan się poprawia. Oparła głowę na jego ramieniu, a Joker co chwila dotykał 

nozdrzami włosów Mercy, jakby chciał wydobyć z niej jej zwykłą reakcję na jego zaczepki - 

udawane oburzenie. Tym razem się nie doczekał.

Grant dopiero teraz  zobaczył,  jak wyglądają  jej  włosy. Były  złociste i miękkie w 

dotyku.   Czuł   bijący   od   nich   lekki   zapach   szamponu   jabłkowego,   dzięki   któremu,   jak 

żartobliwie   wyjaśniała,   robiła   takie   piorunujące   wrażenie   na   Jokerze.   Przede   wszystkim 

jednak czuł drżenie jej ciała.

Zauważył, że pod nocną koszulą nie ma nic. Delikatna, cienka tkanina spływająca 

spod kożuszka na jej nogi, dziwnie kontrastowała z ciepłymi butami o wysokich cholewkach. 

Wyobrażał   sobie,   jak   zieleń   koszuli   musi   pięknie   podkreślać   szmaragdową   barwę   oczu 

Mercy.  Podświadomie wyczuwał, że jego ciało instynktownie reaguje na jej bliskość, ale 

natychmiast zdusił w sobie takie reakcje. Gdyby chciał teraz tę bliskość wykorzystać, za-

chowałby się niegodnie i obraźliwie. Mercy nie zasługiwała na takie zachowanie.

Grant   mówił   nadal,   choć   nie   bardzo   sam   siebie   rozumiał.   Po   prostu   wypowiadał 

ciepłe, kojące słowa, jakby uspokajał spłoszonego konia. Przytulił Mercy do siebie, jednak 

nie tak mocno, by poczuła się schwytana w pułapkę, o co przy tak znacznej różnicy wzrostu i 

budowy nie było trudno.

Pozwoliła mu się obejmować. Wtuliła się w niego, lekko drżąc, ale nie wypowiedziała 

ani słowa. W końcu, kiedy jej dygot ustał, Grant również zamilkł, ale dalej ją obejmował.

Joker również się uspokoił, lecz nadal czujnie patrzył na Mercy, i to z taką uwagą, że 

Grant   zaczął   się   zastanawiać,   czy   koń   nie   rozumie   więcej,   niż   się   wydaje.   Wiedział,   że 

zwierzęta wyczuwają nastroje ludzi.

Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo siedzieli bez ruchu, zanim Mercy wreszcie się 

odezwała.

- Przepraszam... - Jej głos był matowy i cichy. Grant milczał, mocniej obejmując ją 

ramionami. - Ja...

Poruszyła się i przesunęła głowę, jakby chciała przytulić się do niego bliżej. Ten pełen 

ufności gest sprawił, że poczuł ciepło wokół serca.

-   Myślałam,   że   już   nie   wróci.   Ten   okropny   koszmar.   Nie   śnił   mi   się,   odkąd   tu 

background image

przyjechałam.

A więc to jakiś straszny sen wygonił ją na mróz.

-   Przepraszam,   że   po   południu   zacząłem   rozmowę   na   temat   twojej   pracy.   Może 

właśnie przez to znów miałaś niespokojną noc.

- Psycholog mówił mi, że powinnam o tym  rozmawiać. - Usłyszał, że westchnęła 

cichutko. - Ty też tak mówiłeś. Ale to bardzo trudne. Wszyscy moi znajomi... znali Nicka. 

Też obchodzą teraz żałobę i wydawało mi się, że nie powinnam z nimi rozmawiać o tym, co 

się   stało.   To   było   takie   okropne.   Nie   mogłabym   im   powiedzieć   całej   prawdy.   Jest   zbyt 

straszna, zbyt krwawa, a to są przecież jego przyjaciele, rodzina...

Urwała   i   znów   zaczęła   drżeć.   Przyciągnął   ją   mocniej   do   siebie.   I   tym   razem   nie 

opierała się, a nawet chętnie dała się przytulić. Nie był pewien, czy chce usłyszeć, co tak 

bardzo   dręczyło   tę   dzielną   kobietę,   ale   nie   mógł   też   znieść   widoku   jej   cierpienia.   Ze 

wszystkich   sił   starała   się   opanować,   chociaż   miotające   nią   emocje   wymykały   się   spod 

kontroli.

- Powiedz mi - wyszeptał. - Wszystko mi opowiedz, Mercy.

- Nie mogę.

-   Możesz.   -   Joker   trącił   ją   nosem,   jakby   i   on   zachęcał   ją   do   zwierzeń.   -   Czy 

znalazłabyś lepszego słuchacza niż ja? Nie znałem Nicka, wysłucham cię spokojniej niż jego 

bliscy.

- Ale...

- Co się wydarzyło? Kristina powiedziała mi tylko, że zginął na służbie.

- Nie zginął przypadkiem. To była egzekucja.

Teraz Grant miał już pewność, że nie chce tego słuchać, ale nie mógł się wycofać, 

kiedy wreszcie Mercy się otworzyła.

- Mów dalej - zachęcił. Sam się zdziwił, że jego głos brzmi tak spokojnie i pewnie.

- Pracowaliśmy nad... prowadziliśmy śledztwo.

Wyczuł, że specjalnie mówi ogólnikowo, lecz nie domagał się szczegółów. Wiedział, 

że policjanci o pewnych sprawach nie rozmawiają z cywilami, bez względu na okoliczności i 

stan ducha. Tak ich wyszkolono. Nawet na torturach mają podawać tylko nazwisko, stopień i 

numer. Tak to wygląda w wojsku, ale zapewne w policji obowiązują podobne zasady.

- Nick dostał cynk od informatora, z którym od jakiegoś czasu pracował, na temat 

morderstwa   sprzed   kilku   lat.   Zginął   wtedy   policjant,   jego   przyjaciel.   Nick   ufał   temu 

informatorowi.

Coś w jej tonie pozwoliło mu przewidzieć dalszy ciąg.

background image

- I to był błąd?

-   Informator   go   zdradził   i   pomógł   zastawić   na   niego   pułapkę.   Ludzie,   których 

rozpracowywaliśmy, czekali na niego w magazynie, gdzie miał się spotkać z tym kapusiem. 

To była zasadzka, przygotowywana od samego początku.

Zadygotała gwałtownie i Grant odruchowo ścisnął ją mocniej. W milczeniu zaczekał, 

aż się uspokoi. Nie chciał słuchać dalszego ciągu. Wiedział, że jeśli nie będzie nalegał, Mercy 

nic więcej nie powie. Ale wiedział też, że powinna wreszcie to z siebie wyrzucić.

- Dokończ - ponaglił ochrypłym głosem.

- Ja... Nie, nic. To nieważne. Nic już nie można zmienić.

- Dokończ, Mercy. Przez chwilę miał wrażenie, że odmówi. Ale wyczuł, że mięknie, 

jeszcze   zanim   się   odezwała.   Mówiła   nerwowo,   urywanie,   a   w   jej   słowach   słychać   było 

wściekłość i poczucie winy.

- Związali mu ręce., na plecach. Strzelili mu... w tył głowy.

- Cholera.

- Nie miał najmniejszych szans. Mógł liczyć tylko na mnie. A ja się spóźniłam. Kiedy 

przyszłam... on już umierał.

Grant znieruchomiał. Nic o tym nie wiedział.

- Byłaś tam?

- Pracowaliśmy razem. Oczywiście, że tam byłam. - Jej głos stał się szorstki i cierpki. 

- Nie na wiele mu się przydałam. - Przełknęła ślinę i głośno nabrała powietrza. - Bardzo 

krwawił. Wokół było tyle krwi. W głowie miał... - Znów zadygotała. - Jeszcze oddychał. Ale 

jego oczy... były już,.. Skonał w moich ramionach.

- Mercy... - wyszeptał Grant.

-   Gdybym   tam   była   minutę   wcześniej...   Jedną   głupią   minutę.   Gdybym   tylko   nie 

zatrzymała   się,   żeby   złożyć   meldunek   i   wezwać   wsparcie...   Gdybym   poszła   za   nim   do 

magazynu, to...

- Mercy, przestań.

Poczuł, że potrząsa głową, negując wszelkie tłumaczenia i słowa pociechy, jakie mógł 

jej ofiarować.

- Nic nie rozumiesz? To moja wina, że zginął. Pracowaliśmy razem, powinnam tam 

przy nim być, coś zrobić...

-  Na przykład   zginąć razem  z nim?  - zapytał  brutalnie.  Chciał  przerwać  ten  ciąg 

samooskarżeń wynikający z poczucia winy.

- Mogłam...

background image

- Przecież w takiej sytuacji regulamin nakazuje wezwanie wsparcia, prawda?

- Tak, ale...

-   W   takim   razie   zrobiłaś,   co   do   ciebie   należało.   To   raczej   twój   współpracownik 

popełnił błąd. - Może nie należało tak mówić o człowieku, który zginął na służbie, ale Grant 

myślał   teraz   tylko   o   Mercy,   o   nieustraszonej   dziewczynie,   nękanej   strasznymi 

wspomnieniami i niepotrzebnym poczuciem winy.

- Był starszy stopniem. Powinnam iść za nim, a nie czekać, aż...

- Gdybyś za nim poszła, już byś nie żyła. - Mówił beznamiętnie, surowo, konkretnie. - 

Ludzie, którzy go zabili, nie oszczędzają nikogo. Bez namysłu zastrzeliliby i ciebie.

Bardzo chciał, by mu uwierzyła. Jemu wydawało się to jasne jak słoneczny, zimowy 

dzień w Wyoming. Mercy nic nie mogła zrobić, najwyżej dodać swoje nazwisko do listy 

ofiar. Tymczasem przeżyła i nękało ją poczucie winy, pogłębione przez fakt, że zamordowany 

był jej bardzo bliski. W dodatku święcie wierzyła, że powinna była dokonać jakiegoś cudu, by 

uratować mu życie.

Nie   chciała  przyjąć  do  wiadomości  prawdy, zaakceptować   twardej   rzeczywistości. 

Wyczuwał   to.   Była   zbyt   bliska   ofierze,   by   spojrzeć   na   tę   tragedię   z   odpowiedniej 

perspektywy. Patrzyła na nią przez mgłę bólu, rozpaczy i poczucia winy. Jej udręczony umysł 

udzielał fałszywych odpowiedzi na pytania, które sobie sama zadawała.

-   Pamiętasz,   jak   kiedyś   przyjechałem   odwiedzić   mamę,   a   potem   wyjechałem   do 

północnej Minnesoty? - zapytał cicho.

Najwyraźniej nie chciała zmieniać tematu, ponieważ dopiero po chwili skinęła głową. 

Grant raczej wyczuł ten ruch, niż go zobaczył.

-   Wędrowałem   po   bardzo   odludnych   okolicach   stanu.   Drugiego   dnia   zobaczyłem 

watahę wilków ścigającą jelenia. To był młody jelonek, który oddzielił się od stada. Wilki 

osaczyły go i zagryzły, a tymczasem reszta stada uciekła. Nie był to przyjemny widok. Ale 

stado nie miało wyboru. Żadne ze zwierząt nie musiało się nawet zastanawiać nad decyzją. 

Ich działaniem kierował instynkt samozachowawczy. Tylko ludziom przychodzi do głowy, że 

w tego typu sytuacjach mają wybór. Czasami nie wiem, czy to dobrze.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Chcę powiedzieć, że ten jelonek sam się naraził na niebezpieczeństwo, odłączając się 

od stada.

Mercy zesztywniała.

- Czy to znaczy, że według ciebie Nick sam jest winien swojej śmierci? Nie masz 

racji. Może miał obsesję na punkcie... tego śledztwa, ponieważ chodziło o zamordowanie jego 

background image

przyjaciela, ale to był najlepszy gliniarz, jakiego spotkałam.

Mercy najwyraźniej nie była jeszcze gotowa, by zaakceptować fakt, że jej ukochany 

być może jest częściowo winien temu, co się stało.

- Chodzi mi o to - wyjaśnił Grant - że w mieście również można spotkać takie wilki. 

Działają tak samo okrutnie jak te prawdziwe. A nawet gorzej, ponieważ wilki zabijają  z 

konieczności, żeby przetrwać. Gdybyś dała im cień szansy, ci ludzie zabiliby również ciebie. 

Czy Nick by sobie tego życzył?

Rozluźniła się i oparła na jego ramieniu.

- Nie - wyszeptała cichutko.

- Mercy, tak mi przykro. Wiem, że go kochałaś, ale nie ocaliłabyś go, najwyżej sama 

byś zginęła. Zadręczanie się poczuciem winy nie wróci mu życia.

-   Tak,   kochałam   go.   Można   powiedzieć,   że   to   był   jeden   z   moich   najbliższych 

przyjaciół.

Grant pomyślał, że dziwnie określa ukochanego.

- Pamiętam, co się czuje, kiedy się traci bliską osobę, jaką pustkę to pozostawia - 

powiedział głośno.

Odetchnęła głęboko i Grant niemal poczuł, jak bierze się w garść.

- Wiem, że mnie rozumiesz. Twoja matka powiedziała Kristinie, że bardzo się o ciebie 

niepokoiła, kiedy zmarł twój ojciec.

Grant cofnął się lekko.

- Niepokoiła się? Nie wiedziałem. Nigdy wiele o nim nie rozmawialiśmy.

- Ona go kochała, wiesz o tym, prawda?

-   Tylko   trochę   za   mało.   -  W   jego   głosie   nie   było   goryczy.   Długie   lata   nad   sobą 

pracował, by się z tym  pogodzić i teraz był  niemal dumny,  że potrafi mówić o tym  tak 

spokojnie.

- Za mało, żeby tutaj zostać? Może i tak. Ale go kochała.

Grant westchnął.

- Wiem o tym. Chyba jednak nigdy nie żałowała swojej decyzji wyjazdu.

-   Nie.   Żałuje   jedynie   tego,   że   nie   było   jej   przy   tobie,   kiedy   dorastałeś.   Tak   mi 

powiedziała. I że gdybyś nie był wystarczająco silny, niezależny i uparty, żeby dać sobie radę 

bez jej wsparcia, to ona nie mogłaby wykorzystać drugiej szansy na szczęście, jaką dał jej los.

Roześmiał się.

- Nieraz mi zarzucała, że jestem uparty jak osioł. Z ust Mercy wydobyło się ciche 

parsknięcie.   Nie   był   to   jeszcze   śmiech,   ale   Grant   doszedł   do   wniosku,   że   najgorsze   już 

background image

minęło.

-   Mam   tylko   nadzieję,   że   dzieci   Nicka   okażą   się   równie   silne,   jak   ty   kiedyś   - 

powiedziała z troską.

- Nick... miał dzieci?

- Dwoje. Chłopca i dziewczynkę. Bez niego na pewno będzie im ciężko w życiu.

- Na pewno .. im jakoś pomożesz.

- Zrobię, co się da. W końcu jestem ich chrzestną matką. Obawiam się jednak, że 

Allison szybko się nie pozbiera.

Matka chrzestna? O co tu chodzi?

- Allison? - powtórzył Grant. Żadne konkretniejsze pytanie nie przyszło mu do głowy.

- Żona Nicka.

- To Nick miał żonę? - zapytał oszołomiony. Uniosła głowę.

- Oczywiście. Ożenił się z jedną z moich najbliższych koleżanek - wyjaśniła, wyraźnie 

zdziwiona. - Sama ich ze sobą poznałam.

- Ale ja myślałem...

- Co myślałeś?

- No, podobno byliście sobie bardzo bliscy.

- Owszem, to prawda. - Głos jej lekko zadrżał. - Powiedziałam ci, że to był jeden z 

moich najbliższych przyjaciół. Ale... nie tylko. Był ode mnie dziesięć lat starszy, od piętnastu 

służył w policji. Pomógł mi przetrwać trudne początki, wiele mnie nauczył. Nigdy mnie nie 

rozpieszczał,   ale   zawsze   starał   się,   żebym   się   jak   najwięcej   dowiedziała   o   policyjnym 

rzemiośle. Byłam druhną na jego weselu, razem cieszyliśmy się z narodzin Matta i Lisy. 

Byliśmy jak rodzina.

Ta pełna uczucia, płynąca  prosto z serca przemowa sprawiła, że Grant poczuł się 

zawstydzony swoją pochopną oceną związku łączącego Mercy i Nicka.

- A ja myślałem, że byliście... no, wiesz.

- Nie, nie wiem. Myślałeś, że co? - Urwała nagle, kiedy dotarł do niej sens jego słów. - 

Sądziłeś, że byliśmy... kochankami?

- No, tak... - wydusił skrępowany. - Kristina mówiła o was takim tonem...

Chyba nigdy w życiu nie czuł się równie niezręcznie. Miał ochotę zapaść się pod 

ziemię i długo stamtąd nie wychodzić.

- Powiedziała ci, że byliśmy sobie bliscy, więc od razu doszedłeś do wniosku, że to 

był... jakiś romans?

- Ja...

background image

- Nie powiesz mi chyba, że według ciebie kobieta i mężczyzna nie mogą być po prostu 

przyjaciółmi?

- Nigdy tak nie mówiłem - odparł pośpiesznie, pragnąc zakończyć ten temat. - Po 

prostu moja siostra tak o was mówiła, że wyciągnąłem całkiem niewłaściwe wnioski. Bardzo 

mi przykro z tego powodu.

Było mu nie tylko przykro. W jego myślach zapanował okropny zamęt. Przerażała go 

brutalna historia opowiedziana przez Mercy.  Niepokoił go jej stan psychiczny i poczucie 

winy, wstydził się swego pochopnego osądu...

ale też ogarnęła go wielka ulga na wiadomość o tym, że Mercy i Nicka nie łączyło 

żadne romantyczne uczucie. I wcale mu się jego reakcja nie spodobała. Kiedy sądził, że jest 

pogrążona w żałobie po stracie ukochanego mężczyzny, potrafił kontrolować swoje uczucia 

wobec   niej.   Teraz   jednak,   gdy  wiedział,  że   Nick  był  po  prostu  przyjacielem,   mężem  jej 

bliskiej koleżanki, a ona w dodatku była matką chrzestną jego dzieci, nie wiedział, co począć 

ze swoimi splątanymi uczuciami.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wyrzucała sobie, że nie podziękowała Grantowi za cierpliwe wysłuchanie jej zwierzeń 

i psychiczne wsparcie. Przynajmniej nie zrobiła tego tak, jak należało. Taką okrutną historię 

na pewno jest ciężko przyjąć nawet komuś, kto nie był w nią osobiście zaangażowany. A 

przecież Grant nie miał obowiązku słuchać jej zwierzeń i bolesnych wspomnień.

Rozmyślała   o   tym,   spacerując   po   śniegu   w   spokojny,   niedzielny   poranek.   Kiedy 

przypomniała sobie, jak łagodnie i czule Grant ją obejmował, poczuła, że się czerwieni.

Starała się nie myśleć o tym, co zrobił i co ona wtedy czuła, jaką przyjemność dawał 

jej uścisk jego ramion. Nie chciała przyznać sama przed sobą, że pomógł jej bardziej niż 

ktokolwiek inny, po prostu dając jej swoją bliskość i dotyk. Jego słowa, właściwie podobne 

do tych, które wypowiadali inni, miały większą siłę i nieoczekiwanie dodały jej otuchy.

Wiedziała, że trzeba czegoś więcej niż słów, by zdusić nękające ją poczucie winy, ale 

po raz pierwszy od tamtej tragedii poczuła, że to jest możliwe. Może rzeczywiście któregoś 

dnia uwierzy, że nie mogła nic zrobić? Niemal uśmiechnęła się na myśl o tym, że ktoś mógł ją 

podejrzewać  o romans z Nickiem, którego zawsze traktowała niemal  jak starszego brata. 

Rozumiała,   jak   to   się   stało,   że   Grant   doszedł   do   takiego   wniosku,   nie   wiedziała   tylko, 

dlaczego tak dziwnie się zachował, kiedy mu wyjaśniła jego błąd. Wydawał się niemal... 

zmartwiony. Nie potrafiła tego pojąć.

Po nocnej zawierusze wstał pogodny dzień i śnieg zaczynał już topnieć, lecz okolicę 

nadal przykrywał biały całun. Spojrzała na wyrastające na horyzoncie góry. Napawała się 

ciszą i spokojem, który zaczynał się udzielać również jej. Miała nadzieję, że dzikie piękno 

otaczającej ją przyrody oczyści jej zmęczony umysł i uzdrowi udręczoną duszę.

Wiedziała, że nie powinna zbytnio ulegać urokowi tego miejsca. Miała tu zostać tylko 

dopóki mordercy nie zostaną schwytani. Potem wyjedzie do miasta, pomoże w wymierzeniu 

im sprawiedliwości i podejmie swoje dawne obowiązki.

Usłyszała warkot silnika i spojrzała na żwirową drogę wiodącą na ranczo od lokalnej 

szosy. Zobaczyła czerwony wóz z napędem na cztery koła, bez trudu pokonujący zaśnieżoną 

trasę. To chyba ktoś miejscowy, pomyślała. Pewnie matka Chippera, pomysłowa, zaradna i 

bystra Rita, wzór dla wszystkich kucharek świata.

Przestań,   zganiła   się   w   duchu   Mercy.   Takie   myśli   to   czysta...   złośliwość.   Słowa 

„zazdrość” nie chciała do siebie dopuścić.

Ruszyła z powrotem do domu. Postanowiła, że zachowa się uprzejmie i powie Ricie, 

jak bardzo smakowały jej przygotowane przez nią potrawy, które jedli w ubiegłym tygodniu. 

background image

Nawet odgrzewane po zamrożeniu smakowały wybornie.

Jej postanowienie straciło trochę na sile, kiedy podeszła bliżej i zobaczyła Ritę we 

własnej   osobie.   Rzeczywiście   okazała   się   brunetką,   ale   w   najśmielszych   wyobrażeniach 

Mercy nie spodziewała się, że jest tak piękna.

Niosła przed sobą skrzynkę wypełnioną najróżniejszymi produktami spożywczymi. 

Na   wierzchu   leżały   dwie   duże   torby,   a   jedna   z   nich   chwiała   się   niebezpiecznie.   Mercy 

pośpieszyła na ratunek.

- Ojej! Dzięki. W tej torbie są jajka.

- Jasne. - Mercy wzięła również drugą torbę i Rita odetchnęła z ulgą. - Zawsze tak jest, 

że spada torba z czymś, co się najłatwiej tłucze.

Kobieta roześmiała się radośnie. Jej śmiech był bardzo przyjemny dla ucha - Mercy 

przyznała to z ciężkim, tłumionym westchnieniem. W ciemnych, urzekających oczach Rity 

błyszczały ogniki humoru. A na palcu lewej ręki lśniła ślubna obrączka.

- Nazywam się Rita - przedstawiła się brunetka. - A ty pewnie jesteś Mercy.

- Tak mało tu kobiet, że nietrudno zgadnąć - odparła Mercy z uśmiechem.

Razem wniosły skrzynkę i torby do kuchni. Rita znów się roześmiała.

- Grant uprzedził mnie o twoim przyjeździe. Nie powiedział mi tylko, że będziesz 

prawdziwą ozdobą tego domu.

Mercy zamrugała oczami.

- Eee... Dziękuję - wyjąkała, zaskoczona nieoczekiwanym komplementem.

- Za to mój syn opisał mi cię bardzo dokładnie. Zdaje się, że całkiem zawróciłaś mu w 

głowie.

- Ja... nie chciałam - odrzekła ostrożnie.

Nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Oczywiście zauważyła, że Chipper się w niej 

zadurzył, ale w końcu rozmawia teraz z jego matką.

- Nic nie szkodzi, kochana. Martwiłoby mnie to, gdyby nie fakt, że Chipper zakochuje 

się średnio raz na miesiąc.

- Aha. To bardzo dobrze.

Rita znów roześmiała się dźwięcznie i wesoło. Podobnie jak Kristina, miała ujmującą 

osobowość, ale w zupełnie innym stylu - bardziej swojską i otwartą. Była też piękna, chociaż 

jej uroda stanowiła przeciwieństwo urody jasnowłosej Kristiny.

Nagle Mercy poczuła się przy niej jak szara myszka.

- Gdzie jest Grant? - zapytała Rita.

- Zdaje się, że poszedł sprawdzić, jak się czuje źrebna klacz. Walt trochę się o nią 

background image

niepokoi.

- Pewnie chodzi o Lady. Walt zna się na koniach. Można powiedzieć, że jest najlepszą 

końską położną w całym stanie.

Mercy   musiała   się   uśmiechnąć,   słysząc,   że   poczciwy,   stary   Walt   został   nazwany 

położną.

- Powinnam wziąć się do roboty - oznajmiła Rita. - Miałam przyjechać wczoraj, ale 

Jim nie chciał, żebym jechała w taką śnieżycę.

- Jim to twój mąż?

-   Tak.   Szczęściarz   z   niego,   co?   -   Wyjęła   z   torby   puszkę   sosu   pomidorowego   i 

konspiracyjnie zniżyła głos. - Oczywiście, tak naprawdę to ja mam szczęście, że się ze mną 

ożenił, ale nigdy mu tego nie powiem.

Nie było wątpliwości, że mówi szczerze, i Mercy poczuła, że nagle opadło z niej 

napięcie. Obawiała się, że wszystkie te uczucia odbijają się na jej twarzy, więc odwróciła się i 

zaczęła rozpakowywać torbę z zakupami. Była tam mąka, biały i brązowy cukier, a na samym 

dnie znalazła kolorową posypkę do zdobienia wypieków.

- To do świątecznych ciasteczek? - zapytała.

- Tak. Nie wiem dlaczego, ale Grant w tym  roku zażyczył  sobie ciasteczek. Jeśli 

zdążę, jeszcze dzisiaj się do nich zabiorę - oznajmiła. - To trochę wcześnie, ale nie mogę mieć 

pewności, że w przyszłym tygodniu uda mi się tu przyjechać. Tak to w zimie bywa.

Mercy kompletnie zapomniała, że święta miały nadejść za niecały miesiąc. Święto 

Dziękczynienia,   spędzone   w   otoczeniu   rodziny,   nadwerężyło   jej   i   tak   już   chwiejny   stan 

psychiczny. Zgodziła się wyjechać do Wyoming między innymi dlatego, że chciała uniknąć 

Bożego Narodzenia w rodzinnym domu. Bała się, że nie zniesie zamieszania, jakie na pewno 

czyniliby wokół niej rodzice. Zamartwiali się o nią ponad wszelką miarę i chociaż rozumiała 

ich  niepokój  i   bardzo  ich   kochała,  nie  wytrzymałaby   kilku   dni  nieustannych  pocieszeń  i 

zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Zwłaszcza że sama nie była o tym przekonana.

- Mogłabym to zrobić za ciebie. To znaczy, upiec ciasteczka - zaproponowała Mercy.

Rita   sprawnie   rozpakowywała   sprawunki,   ale   słysząc   niespodziewaną   propozycję, 

zamarła w bezruchu, z wielką surową szynką w dłoniach. Spojrzała na Mercy trudnym do 

rozszyfrowania wzrokiem.

- Nie chcę wkraczać na twoje terytorium - szybko zapewniła Mercy. - Chodzi mi o to, 

że nie potrafię gotować, ale za to piekę doskonałe ciasteczka.

Rita uśmiechnęła się promiennie.

- No to Grant będzie musiał sam uporać się z tą szynką. Może razem jakoś dacie sobie 

background image

z nią radę. Wypisałam na kartce szczegółowe instrukcje. - Odłożyła na stół owinięte w folię 

mięso i znów zerknęła na Mercy. - Chipper mi mówił, że jesteś policjantką.

- Zgadza się.

- To ciężka praca. A dla kobiety jeszcze cięższa niż dla mężczyzny. Z wielu różnych 

powodów.

Mercy nie zamierzała zaprzeczać.

- To prawda.

- Podobnie jak prowadzenie rancza. Też jest trudniejsze dla kobiety.

- Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. - Zaskoczona Mercy zamrugała oczami. - 

Ale chyba masz rację.

Rita wyjęła z ostatniej torby pomidory w puszce, grzyby, cebulę i paczkę makaronu. 

Zapowiadało się, że na kolację będzie spaghetti.

- Trzeba być twardym, żeby tu przetrwać - oświadczyła. - Większość ludzi z miasta 

nie nadaje się do takiego życia.

- Tak słyszałam - odrzekła krótko Mercy.

- Aha. Pewnie Grant ci to mówił. To jeden z jego ulubionych tematów.

- Mnie też się tak zdaje.

- Ma na tym punkcie coś w rodzaju obsesji. - Rita sięgnęła do szafki po patelnię i 

zerknęła na Mercy z ukosa. - Ale nie bez powodu.

- Nie wątpię, że coś się do tego przyczyniło.

- To jednak dziwne. Można by przypuszczać, że z takim nastawieniem powinien się 

zainteresować którąś z miejscowych dziewcząt. Niejedna ma na niego chrapkę.

- A on... nic?

- Chipper twierdzi, że Grant nigdy nie wychodzi zabawić się gdzieś w barze. Nawet 

jeśli wszyscy chłopcy z rancza urządzają sobie jakąś imprezę, on zostaje w domu.

- Prowadzenie rancza to nie kończąca się praca. - Mercy dopiero po chwili zdała sobie 

sprawę, że jej słowa zabrzmiały tak, jakby chciała bronić Granta.

Rita uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Tak, to trudne zadanie. Nie każdy się do tego nadaje. - Spojrzała prosto w oczy 

Mercy. - Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest na tyle twardy, żeby tak jak ty pracować w policji, to 

umiałby przystosować się do każdego innego życia, gdyby tylko chciał.

Mercy nie odwróciła spojrzenia.

- Gdyby tylko chciał - zgodziła się. Rita uśmiechnęła się ciepło i serdecznie.

- A jeśli chodzi  o ciasteczka,  to proszę bardzo, upiecz, jeśli masz na to ochotę - 

background image

powiedziała.

- Jak się tu dostałaś?

Mercy już jakiś czas wcześniej usłyszała znajome rżenie Jokera, więc widok Granta na 

czarno - białym ogierze wcale jej nie zaskoczył.

- Przyszłam - wyjaśniła. Cieszyła się, że stała na skalnym występie i jej oczy były 

niemal na poziomie oczu Granta; inaczej musiałaby zadzierać głowę i po chwili na pewno 

rozbolałby ją kark.

- Niezła wyprawa. Nie zaprzeczyła. Skalny grzbiet, z którego roztaczał się widok na 

ranczo,  znajdował  się w  odległości dwóch  kilometrów  od domu i  przez większość drogi 

trzeba było piąć się pod górę. Na szczęście śnieg wciąż topniał, więc co prawda ziemia była 

wilgotna, ale Mercy przynajmniej nie musiała przedzierać się przez zaspy.

Skalny występ osłaniały wielkie kamienie, chroniąc ją przed wiatrem i kryjąc przed 

ludzkim wzrokiem. Zebrała się tu gruba warstwa sosnowego igliwia i liści, tworząc miękkie 

siedzisko. Mercy bardzo spodobał się ten punkt obserwacyjny, z którego mogła podziwiać 

zaśnieżoną okolicę.

- Owszem, musiałam iść spory kawałek, ale cieszę się, że znalazłam to miejsce. Tu 

jest tak spokojnie i radośnie. Wszystko wygląda bardzo czysto...

- Wiem - przyznał cicho Grant. - Kiedyś sam często tu przychodziłem. Chowałem się 

tu podczas choroby ojca, kiedy wydawało mi się, że dłużej tego nie zniosę.

- Jestem pewna, że to ci pomagało. - Wyznanie Granta sprawiło, że poczuła ucisk w 

piersi. Przypomniała sobie, jak czule i delikatnie obejmował ją minionej nocy.

Wspomnienie to wywołało wiele mówiący rumieniec na jej policzkach, więc szybko 

dodała lekkim tonem: - No a poza tym, trochę wysiłku fizycznego dobrze mi zrobi.

- Na tej wysokości łatwo zemdleć. Musisz być w niezłej formie. - Grant oparł ręce na 

uchwycie siodła. Uśmiechał się do niej szeroko. - W tych okolicach nikt nie chodzi piechotą, 

chyba że nie ma wyjścia.

- No cóż. Ja chyba nie mam wyjścia - zauważyła Mercy. - Przecież nie umiem jeździć 

konno.

Grant przestał się uśmiechać i zamyślił się.

- Chodzenie piechotą po tych górach to nie jest dobry pomysł. Gdyby coś się stało, na 

przykład gdybyś się przewróciła, to miałabyś spore kłopoty.

- A czy jadąc konno, byłabym mniej narażona na wypadek i kłopoty?

-   Nasze   konie   rzadko   się   potykają.   Stąpają   bardzo   pewnie,   potrafią   chodzić   po 

skalistym terenie.

background image

- Ale najpierw trzeba wiedzieć, jak utrzymać się w siodle - stwierdziła Mercy ponuro.

- To prawda. - Znów się roześmiał, a jej zaparło dech w piersiach, tak samo jak w 

dzieciństwie. Upływ  lat najwyraźniej nic tu nie zmienił. - Jednak nawet jeśli spadniesz z 

siodła, koń sam wróci do domu i w ten sposób się dowiemy, że trzeba wyruszyć na ratunek. 

Wtedy musiałbym poprosić o pomoc Rocky - ciągnął żartobliwie. Chodziło mu o córkę Eriki i 

Jake'a   Fortune'ów,   Rachel,   która   założyła   w   Clear   Springs   firmę   wynajmującą   samoloty, 

zanim wyszła za mąż za Luke'a Greywolfa, miejscowego lekarza. - A wtedy Luke by się 

martwił i...

- Serdeczne dzięki - wpadła mu w słowo Mercy, krzywiąc się lekko. - I tak nie jeżdżę 

konno, więc to są teoretyczne rozważania. Grant zawahał się.

- Może powinniśmy coś zmienić - powiedział wreszcie.

- Co zmienić?

- Zmienić to, że nie potrafisz jeździć konno. - Mercy spojrzała na niego rozszerzonymi 

ze zdumienia  oczami. Miała chyba  niezbyt  inteligentny wyraz  twarzy, bo Grant  parsknął 

śmiechem. - Nie miej takiej przerażonej miny. Sama pewnie nieraz o tym myślałaś. Nawet 

kiedyś powiedziałaś to głośno.

- Ja coś mówiłam na ten temat? Skinął głową.

- Ależ mówiła, prawda, Joker?

Koń prychnął i kiwnął kilka razy łbem, jakby potwierdzał jego słowa. Mercy patrzyła 

na to z jeszcze większym zdumieniem.

- Ten koń nie jest całkiem normalny - wymamrotała pod nosem.

- Hej! - Grant żartował sobie z niej całkiem otwarcie. - On doskonale pamięta, jak 

mówiłaś, że przy nim nawet taka dziewczyna z miasta ja ty chciałaby się uczyć jazdy konnej. 

Żaden facet nie zapomni takich słów.

Mercy zmierzyła go czujnym spojrzeniem.

- Rzeczywiście - zauważyła. Znów uśmiechnął się szeroko.

- Szkółka jeździecka zaczyna działalność jutro rano. Zgłoś się.

- Ale naprawdę...

- Nie jestem cierpliwym nauczycielem - ostrzegł - więc lepiej się nie spóźnij.

- Grant, nie żartuj sobie. Wiem, że nie masz czasu na takie...

- Przede wszystkim nie mam czasu na to, żeby się martwić, gdzie jesteś i czy nic ci się 

nie stało. Nie mam też czasu na szukanie cię w całej okolicy. Nauczysz się jeździć, a ja 

przestanę się martwić. To chyba dobra wymiana.

- Nie musisz się o mnie martwić - zaprotestowała. Nie chciała przyznać nawet sama 

background image

przed sobą, że wizja martwiącego się o nią Granta sprawiała jej dużą przyjemność.

- Ależ muszę - odparł beztrosko. - Gdyby coś ci się stało, Kristina urwałaby mi głowę.

Kristina. Oczywiście, tylko o nią chodzi. Mercy stłumiła westchnienie. Dlaczego takie 

dziwne myśli przychodzą jej do głowy? Zeszła ze skalnej półki i zdziwiła się, że na ścieżce 

było o wiele chłodniej niż w małej, naturalnej alkowie, osłoniętej od wiatru skałami.

- Kristina może też ukarać mnie jeszcze okrutniej - dodał Grant, kiedy Mercy stanęła 

obok Jokera. - Może tu przyjechać i siedzieć mi na karku przez całą zimę. A wtedy chyba 

bym zwariował.

- A myślałam, że uwielbiasz swoją siostrę.

- Oczywiście, ale kiedy jest daleko stąd. To typowy mieszczuch i tutaj nigdy nie jest 

szczęśliwa,   a   kiedy   Kristina   nie   jest   szczęśliwa...   -   Znacząco   zawiesił   głos   i   wzruszył 

ramionami.

-   Ja   też   jestem   mieszczuchem,   co   wytykasz   mi   przy   każdej   okazji   -   powiedziała 

Mercy. Zirytował ją ostry ton własnego głosu, ale nie potrafiła się powstrzymać. Poza tym od 

spoglądania w górę na wysokiego mężczyznę na wielkim koniu już zesztywniał jej kark.

-   Sam   nie   wiem   -   stwierdził   Grant   w   zamyśleniu,   jakby   rozważał   jakąś   wielką 

zagadkę. - Zaczynam podejrzewać, że dałoby się ciebie jakoś wytrenować.

- Ojej, serdeczne dzięki za komplement.

- Jutro o ósmej rano. O świcie muszę przepędzić kilka sztuk bydła na pastwisko na 

wzgórzu.

- Grant...

- Kiwnij głową na znak zgody. Inaczej wrócisz na ranczo piechotą.

- I tak zamierzałam wracać piechotą - zauważyła dość cierpko.

- Owszem, ale nadarza ci się okazja wracać konno. To znaczy, jeśli zgodzisz się na 

lekcje.

Właściwie, czy by jej to zaszkodziło? Przecież to naturalne, że jeśli wypoczywa się na 

ranczu, to jedną z atrakcji są lekcje konnej jazdy. W dodatku taka perspektywa bardzo ją 

kusiła. Jeśli nauczy się jeździć, zyska dodatkową swobodę ruchów. Na przykład będzie mogła 

w połowie krótszym czasie dotrzeć do tego miejsca. A jednak. ..

- No dobrze - powiedziała szybko, żeby nie dać sobie czasu na wątpliwości.

- Świetnie. - Grant wyjął lewą nogę ze strzemienia. - Joker tylko kilka razy miał na 

sobie dwóch jeźdźców, ale mam nadzieję, że nie zaprotestuje. Wskakuj.

Mercy spojrzała na strzemię, które u tak wielkiego konia jak Joker znajdowało się na 

wysokości jej talii, a potem podniosła wzrok na Granta.

background image

- Żartujesz sobie, prawda? - zapytała surowo.

- Aha, o czymś zapomniałem. Przepraszam. - Pochylił się i wyciągnął ku niej lewe 

ramię. - Włóż stopę w strzemię, a ja cię podciągnę. No, spróbuj.

Zawahała   się,  ale   w  końcu   wsunęła   stopę  w   pokryte  skórą  strzemię   i  wyciągnęła 

ramiona do Granta. Objął ją w talii, więc ona instynktownie również go objęła. Poczuła ciepło 

jego ciała, napięte mięśnie pod grubą koszulą i... coś, czego nie potrafiła określić. Spojrzała 

mu w twarz. Patrzył na ich ręce, jakby również doznał tych samych trudnych do nazwania 

uczuć.

-   Grant?   -   Powiedziała   to   niemal   szeptem.   Drgnął,   jakby   wyrwany   z   głębokiego 

zamyślenia.

- No, hop do góry! - zachęcił. Podciągnął ją do góry tak pewnie, że bez żadnego 

wysiłku, nie bardzo wiedząc kiedy i jak, znalazła się na grzbiecie konia - który okazał się o 

wiele wyższy, niż się spodziewała.

-   Ta   nauka   jazdy   to   chyba   jednak   nie   najlepszy   pomysł   -   stwierdziła,   nerwowo 

spoglądając w dół.

- Chyba się nie wystraszyłaś, co? Taki policyjny macho w kobiecej skórze jak ty?

- Określenie macho zostawiam dla niektórych panów. Grant wybuchnął śmiechem.

- Trzymaj się - polecił.

- Czego? - zapytała z rozpaczą. - Ty zająłeś strzemiona i siodło. A ja mam tylko... - Do 

głowy przychodziło jej jedno słowo, którego nie chciała użyć.

- Zad - dokończył za nią Grant beztrosko. - Musisz więc trzymać się mnie. Nigdy nie 

jechałaś na motocyklu za kierowcą?

- Wtedy przynajmniej miałam podpórki pod stopami - wymamrotała.

- Pojedziemy stępa - uspokoił ją. - Prawda, Joker? Koń parsknął i na dźwięk swojego 

imienia lekko się poruszył, a Mercy musiała wytężyć całą siłę woli, by nie krzyknąć. Nie, to 

nie jest najlepszy pomysł, powiedziała sobie w duchu, kiedy ruszyli do domu.

- To jest beznadziejne - stwierdził Grant z niesmakiem.

- Przepraszam - odparła pokornie Mercy.

-   Oczom   nie   wierzę.   Całe   życie   pracuję   z   końmi,   ale   czegoś   takiego   jeszcze   nie 

widziałem.

- Przecież ja nic nie robię - zaprotestowała.

- Właśnie - rzekł kwaśno, a Joker znów zarżał donośnie, wyraźnie zdenerwowany. - 

Jak widać, nie musisz nic robić.

Gniady   wałach,   którego   dosiadała   Mercy,   według   zapewnień   Granta   jeden   z 

background image

najspokojniejszych   koni   na   ranczu,   zaczął   nerwowo   przebierać   nogami,   słysząc   gniewne 

rżenie ogiera. Mercy desperacko chwyciła się łęku siodła, nie zważając na to, że wygląda 

śmiesznie.   Jeszcze   śmieszniej   będzie   wyglądała,   jak   spadnie.   Wiedziała,   że   po   zaledwie 

trzech dniach lekcji nie jest jeszcze na tyle wprawną amazonką, żeby się długo utrzymać na 

zdenerwowanym wierzchowcu.

- Może powinnam jeszcze raz go uspokoić - zaproponowała niepewnie.

-   Jasne.   Będzie   spokojny,   dopóki   znów   nie   wsiądziesz   na   innego   konia.   To 

niewiarygodne. Ten przeklęty koń jest po prostu zazdrosny.

Mercy westchnęła. Gdyby nie to, że Grant był wyraźnie zirytowany, cała ta sytuacja 

byłaby nawet zabawna. Od samego początku stało się jasne, że jej lekcje bardzo denerwują 

Jokera, czemu dawał wyraz coraz donośniej. Chociaż wydawało się to wręcz niedorzeczne, 

wielki ogier appaloosa najwyraźniej nie pochwalał tego, że Mercy zadaje się z innymi końmi.

To dziwne, ale w pewien sposób jej to pochlebiało. Przynajmniej jakiś przedstawiciel 

męskiego rodzaju na tym ranczu darzył ją bezwarunkowym uwielbieniem. Rzecz jasna, nie 

licząc Chippera, który nadal czerwienił się jak burak, ilekroć się do niej odzywał, i który 

doprowadzał ją do szału nieustannym dopytywaniem się, czy czegoś jej nie potrzeba. No ale 

jego   nie   mogła   brać   pod   uwagę.   Był   za   młody.   Wydawał   się   nawet   młodszy   niż 

osiemnastoletni chłopcy, których znała w mieście. A może to raczej osiemnastolatkowie z 

miasta   wydawali   się   nad   wiek   dojrzali,   ponieważ   postarzała   ich   wszechobecna   miejska 

brzydota. Miała nadzieję, że Chipper docenia swoje szczęście.

Wiedziała, że myśląc w ten sposób, unika istoty problemu. Nie zwracała najmniejszej 

uwagi na zadurzenie Chippera głównie ze względu na mężczyznę, który stał nieopodal, ze 

złością spoglądając na Jokera. Jego bliskość, wymuszona przez lekcje konnej jazdy - przery-

wane wybuchami złości Jokera - wprawiała ją, oględnie mówiąc, w niespokojny nastrój.

- Gra wszystkim na nerwach - wymamrotał Grant.

-   Nawet   Ryzykant   uciekł   w   góry,   żeby   go   nie   słuchać.   Wszystkie   konie   są 

zdenerwowane i moi pracownicy też już mają dość jeżdżenia na znarowionych zwierzętach.

- W takim razie może będzie lepiej, jak przerwiemy te lekcje - zaproponowała Mercy, 

starając się ukryć rozczarowanie. W głębi duszy wcale nie chciała rezygnować z nauki. Kiedy 

mimo protestów Jokera udawało jej się choć przez chwilę jechać spokojnie, nieoczekiwanie 

stwierdzała, że jazda daje jej wielką przyjemność, nawet jeśli odbywa się w zagrodzie przy 

stajniach.

- Nie ma mowy. Nie dam się szantażować koniowi - wycedził Grant. Joker znów 

zarżał gromko, a wałach zatańczył pod Mercy niespokojnie. Grant chwycił go za uzdę i przy-

background image

trzymał. Mercy zrozumiała, o co chodzi, i zsunęła się na ziemię; nauczyła się tego już na 

pierwszej lekcji. Joker odezwał się ponownie.

-   Gdybym   miała   zwyczaj   przypisywać   zwierzętom   ludzkie   emocje,   to 

powiedziałabym, że tym razem zarżał z satysfakcją - oświadczyła ironicznie.

-   Mnie   się   też   tak   wydaje   -   potwierdził   Grant.   -   Sama   zobacz,   jaki   jest   z   siebie 

zadowolony.

Mercy   podeszła   do   ogrodzenia.   Joker   natychmiast   do   niej   podbiegł   i   trącił   ją 

nozdrzami, najwyraźniej dumny z tego, że udało mu się „zrzucić” ją z konkurenta. Mercy 

musiała się roześmiać. Poklepała konia po szyi. Joker pochylił głowę i głośno parsknął, a ona 

pociągnęła go za ucho. Ogier nie tylko pozwolił jej na ten poufały gest, ale miał przy tym 

wyraźnie zadowoloną minę.

- Przez ciebie nie nauczę się jeździć, przystojniaku - oznajmiła mu poważnym tonem. - 

Będę musiała siedzieć w domu i oglądać tę przepiękną okolicę tylko z okna.

- Naprawdę myślisz, że tu jest tak pięknie?

Zerknęła przez ramię na Granta, który prowadził gniadego wałacha. Koń nerwowo 

spoglądał   na   Jokera,   ale   teraz,   kiedy   Mercy   nie   siedziała   już   na   jego   grzbiecie,   ogier   z 

wyższością zignorował kolegę.

- Oczywiści, że tak - odrzekła. - Czy ktoś może się nie zachwycić takim krajobrazem?

- Niektórzy się nie zachwycają. - Grant lekko wzruszył ramionami.

- To ich strata - stwierdziła zwięźle. Grant milczał, lecz odniosła wrażenie, że w jego 

oczach dostrzegła przelotny błysk, jednocześnie radosny i pełen rezerwy.

- Ponieważ on tu zawinił - odezwał się wreszcie Grant, wskazując na swojego czarno - 

białego ulubieńca - to może powinien to odpracować.

- Co masz na myśli?

- Moim zdaniem powinien sobie przypomnieć, na czym polegają dobre maniery. - 

Spojrzał na Jokera ostrzegawczo. - Lekcje w naszej szkole jazdy jeszcze się nie zakończyły.

- Aha! - Mercy rzuciła Jokerowi zatroskane spojrzenie. - Zdaje się, że narobiłeś sobie 

kłopotów.

-   Zobaczymy,   czy   nadal   będzie   taki   czupurny,   kiedy   przebiegnie   sto   okrążeń   po 

zagrodzie. Co ty na to?

Mercy zmarszczyła brwi.

- Ja?

- To siodło nie będzie na niego pasowało - ciągnął Grant, ruchem głowy wskazując na 

siodło   gniadego.   -   Jest   zbyt   wąskie.   Z   kolei   moje   siodło   byłoby   za   szerokie   dla   ciebie. 

background image

Włożymy na niego siodło mojej matki, tylko trzeba będzie trochę skrócić strzemiona. Mama 

jest od ciebie wyższa.

-   Większość   ludzi   jest   ode   mnie   wyższa   -   odrzekła   Mercy   mechanicznie.   Nagle 

zrozumiała, do czego zmierza ta rozmowa i oczy jej się rozszerzyły. - Chcesz, żebym na nim 

jeździła?

- Nie widzę innego rozwiązania. Nadal chcesz uczyć się jeździć, prawda?

- Owszem, ale... Przecież on...

-   Sam   się   zastanawiam,   czy   nie   zwariowałem   i   nie   powinienem   się   zgłosić   do 

psychiatry.   Normalnie   nie   pozwoliłbym   nowicjuszowi   dosiąść   żadnego   ogiera,   ponieważ 

ogiery zwykle są narowiste. Ale Joker to zupełnie inny przypadek. Najwyraźniej upodobał 

sobie ciebie i zachowuje się przy tobie wyjątkowo łagodnie. Nie zrobi ci krzywdy.

- Ależ Grant, to taki cenny koń...

- To tylko koń. Nie uznaję rozpieszczania koni, choćby nie wiem ile były warte. Joker 

pracuje   jak   każdy   inny   wierzchowiec   na   ranczu.   Dzięki   temu   utrzymuje   dobrą   formę   i 

wyrabia sobie charakter.

- A jeśli stanie mu się jakaś krzywda? Grant uśmiechnął się niespodziewanie.

- Jesteś za mała, żeby mu zrobić większą krzywdę.

- Dzięki. - Przypływ dobrze znajomej irytacji odsunął troskę o konia na dalszy plan. 

Zawsze się denerwowała, kiedy ludzie dawali jej do zrozumienia, że niski wzrost i drobna 

budowa są swojego rodzaju upośledzeniem.

- Powinnaś się martwić raczej o siebie. Jest bardziej prawdopodobne, że to koń zrobi 

ci krzywdę niż odwrotnie. Może masz rację. Nie możemy ryzykować.

- Nic mi nie będzie, dziękuję za troskę - odrzekła lodowatym tonem, który mógłby 

zmrozić resztki śniegu, topniejące w cieniu drzew i budynków.

- Świetnie. W takim razie kontynuujemy naukę, tak? Już otworzyła usta, by szybko 

przytaknąć, ale zaraz je zamknęła. Uderzyła ją pewna myśl.

- Specjalnie mi to powiedziałeś, prawda?

- Oczywiście - wyznał bez najmniejszej skruchy i Mercy znów musiała się roześmiać.

- No, już dobrze, niech ci będzie. Nie mam nic przeciwko manipulacji, o ile popycha 

mnie w kierunku, w którym i tak sama chciałabym pójść.

Mimo   wątpliwości   Granta,   w   ciągu   następnych   dni   Joker   okazał   się   absolutnym 

dżentelmenem. Mercy jeździło się na nim dużo lepiej i łatwiej niż na gniadym wałachu. Mniej 

nią trzęsło, kiedy kłusował, a gdy zdarzało jej się tracić równowagę, wielki koń jakby to 

wyczuwał i natychmiast zwalniał.

background image

- Zauroczyłaś go, nie ma co - orzekł Grant czwartego dnia nauki jazdy na Jokerze, ze 

zdumieniem   potrząsając   głową.   Mercy   zauważyła,   że   podczas   lekcji   ani   na   chwilę   nie 

spuszczał wzroku z ogiera. A to znaczyło, że cały czas spoglądał też na nią.

Szybko   zrozumiała,   dlaczego   ogarnęły   ją   takie   wątpliwości,   kiedy   Grant 

zaproponował, że będzie ją osobiście uczył jazdy. W głębi duszy wiedziała, że trudno jej 

będzie znieść tę długotrwałą, przymusową bliskość. Grant bardzo często przerywał lekcję, 

stawał obok niej i szczegółowo coś wyjaśniał albo pokazywał jej właściwą pozycję w siodle. 

A wtedy, aż nazbyt często, musiał jej dotykać, ustawiać odpowiednio ramiona i nogi, ściągać 

w dół pięty tak mocno, że potem bolały ją mięśnie łydek.

Jednak nawet odrętwienie i ból - a doświadczyła go mnóstwo, ponieważ podczas jazdy 

musiała używać mięśni, których istnienia u siebie nawet nie podejrzewała - nie dokuczały jej 

tak bardzo jak przenikające ją dziwne dreszcze, kiedy Grant się do niej zbliżał, albo nagłe fale 

gorąca, które zalewały ją, gdy czuła jego dotyk. Na dodatek nieraz przyłapała go na tym, że z 

dziwnym   wyrazem   twarzy   wpatrywał   się   w   swoją   rękę   przykrywającą   jej   dłoń,   albo 

odskakiwał jak oparzony, kiedy przypadkiem jej dotknął. W takich chwilach czuła się bardzo 

nieswojo.

Powtarzała sobie, że po prostu jest jedyną kobietą na ranczu, a Grant to mężczyzna z 

krwi i kości, stąd u niego takie zachowanie. Od wielu lat pracowała w męskim towarzystwie, 

o   mężczyznach   wiedziała   dużo   i   doskonale   potrafiła   dostrzec   reakcje,   które   Grant 

gorączkowo  starał   się  ukryć,  a   które  były   skutkiem  zwykłej  fizjologii.  Mówiła  sobie,   że 

byłaby naiwna, gdyby uwierzyła, że taka reakcja jest czymś więcej niż tylko hormonalną od-

powiedzią organizmu na bliskość istoty płci przeciwnej. Przecież Grant nie powiedział ani nie 

zrobił nic, co dawałoby jej podstawy do myślenia, że jest inaczej. Co więcej, widać było, że 

jemu samemu reakcje własnego organizmu bardzo się nie podobają.

Takie myślenie niewiele jej pomagało, zwłaszcza że ciało zaczęło ją zdradzać. Co 

prawda było to o wiele mniej widoczne - okazało się, że bycie kobietą ma zalety, o których 

istnieniu nawet nie pomyślała - ale równie silne. Kiedy widziała Granta, serce zaczynało jej 

mocniej bić, a kiedy jej dotykał,  choćby po to, żeby bezlitośnie ciągnąć jej pięty w dół, 

zapominała o oddychaniu.

W miarę upływu czasu coraz trudniej jej było to ignorować, a i Grant nie wyglądał na 

uszczęśliwionego. Za każdym  razem, gdy zdawał sobie sprawę, że przygląda  jej się zbyt 

długo albo dotyka jej, choć nie jest to konieczne, cofał się gwałtownie, odwracał wzrok i 

odchodził obrażony na cały świat, niczym Joker.

Miała ochotę porozmawiać o tym otwarcie i szczerze, wyciągnąć na światło dzienne 

background image

nieoczekiwany problem, który utrudniał im życie. Nie wiedziała jednak, jak zacząć. Nie była 

też pewna, czy tego w ogóle chce.

Może potrzebuję lekcji nie tylko jazdy konnej, pomyślała, tłumiąc westchnienie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ze   wszystkich   głupich   pomysłów,   jakie   mu   w   życiu   przyszły   do   głowy,   pomysł 

uczenia Mercy konnej jazdy był chyba najgłupszy. Choć nie - kiedyś jak kretyn myślał, że 

Constance Carter zechce wyjść za niego za mąż.

Nie   powinienem   zapominać  o  tamtym   zdarzeniu,  skonstatował   kwaśno.  Sądził,  że 

zapamiętał   nauczkę,   jaką   dostał   od   pięknej   i   światowej   panny   Carter,   ale   najwyraźniej 

potrzebna mu była powtórka.

- Dobranoc, Grant.

Głos Mercy brzmiał łagodnie, i dźwięczały w nim te zmysłowe nuty, przez które serce 

uderzało mu jak szalone, a ciało zaczynało dziwnie drżeć.

- Dobranoc - wymamrotał w odpowiedzi.

Nie podniósł na nią wzroku. Nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, jak wygląda. 

Przez   całe   popołudnie   bezustannie   ukradkiem   na   nią   zerkał.   Siedziała   zwinięta   na   sofie, 

ubrana w dżinsy, ciemnozielony golf i narzucony nań miękki sweter z jasnozielonej, puszystej 

wełny. Barwa stroju podkreślała zieleń jej oczu i złocisty połysk włosów. Musiał przyznać, że 

wyglądała pięknie.

Oboje  całe popołudnie siedzieli w gabinecie i czytali,  ona jedną z jego książek o 

hodowli koni, on nowy technothriller, który jednak jakoś nie zdołał go zainteresować. Od 

czasu   do   czasu   zadawała   mu   pytanie,   za   każdym   razem   przepraszając,   że   mu   przerywa 

lekturę, aż ją poprosił, by pozbyła się poczucia winy i po prostu pytała go o wszystko bez 

zbędnych wstępów.

Po tym, jak wyłożył jej własną teorię, zupełnie nieuzasadnioną naukowo, dlaczego 

konie rasy appaloosa mają krótsze ogony od innych - zaadaptowały się do warunków ich 

naturalnego środowiska porośniętego gęstymi krzewami, gdzie długi ogon bardzo utrudniał 

poruszanie się - Mercy zamilkła i pogrążyła się w lekturze, a on nadal nie mógł się skupić na 

swojej książce, chociaż zwykle tego rodzaju powieści całkowicie go pochłaniały.

Wyczuł,  że   przy  drzwiach   się  zawahała.  Wydawało  mu  się   też,   że  usłyszał   ciche 

westchnienie, zanim odeszła. Chwilę później rozległy się na schodach jej kroki, a w końcu 

trzask zamykanych drzwi do jej sypialni.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu wstrzymywał oddech, toteż 

wypuścił powietrze. Sam nie wiedział, dlaczego ogarnęło go uczucie takiej ulgi. Oddzielające 

ich   do   siebie   zamknięte   drzwi,   a   nawet   dwoje   drzwi,   licząc   jego   własne,   i   tak   nie 

powstrzymały   go   przed   rozmyślaniem   o   niej,   wyobrażaniem   sobie,   jak   śpi   w   pokoju 

background image

nieopodal.

Pierwszej nocy po jej przyjeździe był zdziwiony, a nawet rozbawiony, kiedy obudził 

się i uświadomił sobie, że śniła mu się, śpiąca pod niebieską kołdrą w jego gościnnej sypialni 

po drugiej stronie korytarza. Roześmiał się do siebie i ze smutkiem przyznał, że zbyt długo 

trwa w celibacie, przez co nachodzą go erotyczne myśli na temat dziewczyny, która kiedyś 

była jego utrapieniem.

Oczywiście mogła budzić takie myśli, ale w kimś, kto jej nie znał jako uciążliwej 

nastolatki.

Gdy zdarzyło się to drugi raz, nie był już tym tak rozbawiony. Sny powtarzały się, 

coraz bardziej szczegółowe i erotyczne, a on popadał w coraz większą irytację. Nie był tylko 

pewien, czy jest zły na siebie, czy na kobietę, która była tych snów przyczyną. A potem 

przyszedł mu do głowy ten idiotyczny pomysł, żeby ją uczyć jazdy konnej.

Ze złością zamknął książkę. Wsparł głowę o oparcie fotela i jeszcze mocniej zacisnął 

usta.

Lekcje jazdy, też coś, wyrzucał sobie w duchu. Dlaczego nie zastanowił się nad tym 

głębiej?  Takie lekcje pociągają  za sobą bliskość, rozmowy, dotyk,  i to  przez długi  czas. 

Potrząsnął głową, pełen obrzydzenia do samego siebie. Sam się w to wpakowałeś, McClure, 

pomyślał mściwie. Trzeba było myśleć.

Rozwiązanie   problemu   samo   mu   się   nasunęło.   Przekaże   prowadzenie   lekcji 

Chipperowi. Przez ubiegły tydzień nauczył Mercy podstaw, więc teraz dalsze szkolenie może 

przejąć ktoś inny. To bardzo logiczna decyzja. Chłopak jest bardzo pracowity, ale najmniej 

doświadczony ze wszystkich pracowników rancza, więc jego nieobecność przyniesie najmniej 

szkody. W dodatku Chipper z wielką radością zgodzi się na tę pracę, ponieważ dzięki niej bę-

dzie mógł spędzać w towarzystwie  Mercy całe trzy godziny dziennie. A Grant wróci do 

prowadzenie rancza, wolny od wytrącającej go z równowagi bliskości panny Brady.

Dlaczego wcześniej nie wpadł na tak doskonałe rozwiązanie? Niezmiernie z siebie 

zadowolony wrócił  do lektury.  Uświadomił sobie,  że nic  nie  zapamiętał  z przeczytanego 

rozdziału, wrócił na stronę, którą czytał, kiedy Mercy spytała go o ogony koni rasy appaloosa.

Appaloosa.

Joker.

Nie, nie może przekazać prowadzenia lekcji Chipperowi, ponieważ Mercy dosiada 

ogiera, który jest najcenniejszym zwierzęciem na ranczu. Byłaby to dla chłopaka zbyt duża 

odpowiedzialność. Co prawda Joker od początku zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen, 

wykazuje   niemal   nienaturalną   chęć   do   współpracy,   stąpa   delikatnie   i   ostrożnie,   a   przy 

background image

pierwszych oznakach kłopotów zatrzymuje się, jakby wiedział, że dosiada go początkujący 

jeździec. Niektóre konie, zwłaszcza ogiery, wykorzystałyby brak wprawy jeźdźca, by się go 

jak najszybciej pozbyć, ale Joker zachowywał się tak, jakby jedynym celem jego życia było 

utrzymanie Mercy w siodle.

Wysiłek ze strony ogiera, połączony z doskonałą kondycją fizyczną i niespotykanym 

poczuciem równowagi u Mercy, pozwoliły jej czynić szybsze postępy w nauce, niż Grant się 

spodziewał. Coraz lepiej trzymała się w siodle, jednocześnie nawiązując coraz lepszy kontakt 

z wierzchowcem. Wytwarzała się między nimi bardzo rzadka więź - doskonałe porozumienie. 

Oglądanie tej pary w ruchu było czystą przyjemnością.

Nadal jednak Grant nie mógł powierzyć niedoświadczonemu Chipperowi nadzoru nad 

Jokerem, ponieważ w każdej chwili mogła się zdarzyć jakaś nieprzewidziana sytuacja. Nawet 

jeśli Joker nadal by się zachowywał nienagannie, to sam chłopak mógł wywołać kłopoty 

swoim zdenerwowaniem. Nieraz mówił Waltowi, że nigdy w życiu nie chciałby mieć tak 

cennego konia, bo stale by się martwił, że coś mu się przytrafi. Biedny dzieciak pewnie 

wpadłby   w   panikę,   gdyby   się   dowiedział,   że   ma   jednocześnie   zajmować   się   i   Mercy,   i 

Jokerem.

Grant znów z hukiem zamknął książkę. Wiedział, że dziś już nie skupi się na lekturze. 

Został zapędzony w kozi róg, niczym ten rozwścieczony ryś, na którego zeszłego lata natknął 

się w stodole. Na myśl o tej sytuacji Grant również miał ochotę warczeć i prychać.

Dużo czasu upłynęło,  nim zebrał  siły,  by wejść na górę, do swej sypialni.  Nigdy 

jeszcze korytarz nie wydawał mu się tak długi, a zwłaszcza jego odcinek biegnący wzdłuż 

gościnnej sypialni, w której spała teraz Mercy.

Siedziała w głębokim, niebieskim fotelu. Podwinęła nogi, otuliła się kołdrą i patrzyła 

przez okno w spokojną noc. W pewnej chwili wydało jej się, że do strony kępy wysokich 

topól za stajniami słyszy słodki śpiew skowronka, ale zaraz uświadomiła sobie, że to tylko 

wyobraźnia płata jej figle. Skowronki dawno już odleciały na południe, gdzie spędzają zimę.

Westchnęła głęboko i dramatycznie, co ją samą rozśmieszyło.

-   Coś   ty   dzisiaj   taka   melancholijna?   -   wymamrotała   do   siebie   i   uśmiechnęła   się 

smutno. Takie żartobliwe pytanie czasami zadawał jej Nick, by wyrwać ją z zadumy.

Na chwilę wstrzymała oddech i czekała, siedząc w bezruchu. Ostry, rozdzierający ból 

nie pojawił się. Nadal czuła rozpacz na wspomnienie śmierci przyjaciela, łzy napływały jej do 

oczu na myśl o jego owdowiałej żonie i osieroconych dzieciach, nadal wiedziała, że zrobi 

wszystko, by znaleźć jego morderców i postawić ich przed obliczem sprawiedliwości - ale ból 

już nie rozdzierał jej na strzępy, łzy nie oślepiały. Chociaż cierpienie było mniej dotkliwe, nie 

background image

osłabła jej wola ukarania złoczyńców.

Przez chwilę czuła się winna, jakby pozwalając bólowi nieco zelżeć, zdradzała pamięć 

Nicka. Wiedziała jednak, że to naturalna kolej rzeczy. Była też pewna, że Nick nie chciałby, 

by   opłakiwała   go   w   nieskończoność.   On   pierwszy   by   jej   nakazał,   żeby   wróciła   do 

normalności, nie pozwoliła, by jego śmierć zrujnowała jej życie.

Przypomniała   sobie,   jak   Grant   ją   zapewniał,   że   Nick   nie   życzyłby   sobie,   by   się 

zadręczała poczuciem winy. Teraz wiedziała, że miał rację. Nick nie chciałby, żeby z nim 

zginęła, tak samo, jak nie chciałby, aby ktoś zabił jego dzieci lub Allison. Nie tylko dlatego, 

że ją lubił, zresztą z wzajemnością, ale dlatego że łączyła ich szczególna więź, typowa dla 

ludzi wykonujących taki niebezpieczny zawód.

Przypomniała sobie, co jej kiedyś powiedział, gdy wracali z pierwszego wspólnego 

patrolu.

„Jeśli kiedyś coś mi się stanie, ty masz pilnować swojego tyłka i przeżyć, a potem ich 

dopaść”.

Skinęła wtedy głową i zdołała jedynie wydusić: „ Ty masz zrobić to samo”.

To było pięć lat temu. Nie spodziewała się, że coś takiego się istotnie wydarzy. Jednak 

się wydarzyło, a ona siedzi na ranczu, zamiast ścigać zabójców Nicka. Nie pomagała jej 

nawet świadomość, że taki dostała rozkaz.

Znów westchnęła, ale tym razem ciszej, i ogarnęła wzrokiem spokojną okolicę. Śnieg 

już prawie stopniał, lecz Grant uprzedził ją, że wkrótce znów zacznie padać, może nawet 

jeszcze tej nocy. Wierzyła mu, gdy ją zapewniał, że potrafi wyczuć opady w powietrzu. Żył tu 

już wiele lat i na pewno znał się na takich sprawach.

Kiedyś myślała, że nic nie złagodzi jej bólu, nic nie odciągnie jej myśli od śmierci 

drogiego przyjaciela. Ale to miejsce potrafiło tego dokonać. Dokonał tego również Grant 

McClure.

Sama   przed  sobą  musiała  szczerze   przyznać,   że  nie   chodzi   tu  o  ślad  dziecinnego 

zauroczenia z dawnych lat. Chłopak, którego dwanaście lat temu tak uwielbiała, był bystry, 

dobry i przystojny. Dorosły Grant też, rzecz jasna, taki był,  ale teraz stał się na dodatek 

silnym mężczyzną z charakterem.

Chłopak,   którego   uwielbiała,   cierpiał   z   powodu   rozpadu   małżeństwa   rodziców. 

Powtarzał sobie jednak, że jest szczęśliwszy niż niejeden z jego rówieśników. Oboje jego 

rodzice byli rozsądnymi, kochającymi ludźmi. Nigdy nie zwątpił, że darzyli go miłością, cho-

ciaż nie kochali już siebie nawzajem. Mimo to zarówno w dzieciństwie, jak i w dorosłym 

życiu, przeżył wiele ciężkich chwil.

background image

Rita Jenkins powiedziała jej, że jego uprzedzenie wobec ludzi z wielkiego miasta nie 

jest   bezpodstawne.   Mercy   mimowolnie   się   zastanawiała,   jakie   miał   ku   temu   powody.   I 

dlaczego ta atrakcyjne kobieta tyle o nim wie?

Czy Grant wypłakiwał się na jej ramieniu, w przenośni lub dosłownie?

Uśmiechnęła   się  do  siebie,   ponieważ  zdała   sobie   sprawę,  że  nie   czuje  już  owego 

przykrego ukłucia zazdrości, która dopadła ją tak nieoczekiwanie. Nie można zresztą żywić 

zazdrości względem tak bezpośredniej i szczerej kobiety jak Rita.

Poza tym nagle wszystkie jej myśli zajęło wspomnienie tej nocy, kiedy znów obudziła 

się z koszmarnego snu, choć już myślała, że przestał ją nawiedzać. Wtedy to Grant pozwolił 

jej wypłakać się na swojej piersi i pomógł dojść do siebie. Przedtem, kiedy śnił jej się ten 

straszny sen, musiało minąć wiele godzin, zanim zdołała wyrzucić z pamięci koszmarne wizje 

jej samej tonącej we krwi przyjaciela, czy obraz Nicka spoglądającego na nią oskarżycielsko, 

jak nigdy za życia. Grant potrafił ją pocieszyć i odgonić od niej koszmary.

Powiedziała   sobie,   że   w   podobnej   sytuacji   Grant   postąpiłby   tak   wobec   każdego, 

zwłaszcza jeśli ten ktoś był przyjacielem  Kristiny. Świadczyło  to jedynie  o jego dobrym 

charakterze   i   przywiązaniu   do   siostry,   o   niczym   więcej,   a   już   na   pewno   nie   o   jakimś 

wyjątkowym uczuciu do Mercy.

Dlaczego więc cofał się jak oparzony za każdym razem, kiedy ich ciała przypadkowo 

się  stykały?  Dlaczego  minionego  wieczoru,  kiedy czytali   razem  w  gabinecie,   nieustannie 

czuła na sobie jego ukradkowy wzrok? Żeby przestać się nad tym zastanawiać, zadawała mu 

dziesiątki  bezsensownych  pytań.  W końcu  nie mogła  już  tego dłużej  znieść i  uciekła do 

sypialni.

Nadal leżała, nie mogąc zasnąć, kiedy wreszcie wszedł na górę. Słyszała jego ostrożne 

kroki na schodach i w korytarzu. Musiało jej się wydawać, że przystanął pod jej drzwiami. A 

kiedy chwilę potem usłyszała, że drzwi do jego pokoju się zamknęły, nie potrafiła określić, 

czy czuje ulgę, czy raczej rozczarowanie. I właśnie to irytowało ją najbardziej.

Zamrugała oczami, ponieważ nagle dotarło do niej, co od jakiegoś czasu działo się za 

oknem. Grant miał świętą rację. Zaczął padać śnieg. Cicho i powoli grube, puszyste płatki 

opadały na ziemię. Ich spokojnego lotu nie zaburzał wiatr, jak to się działo podczas minionej 

śnieżycy.

Długo   patrzyła   na   padający   śnieg.   W   miarę   jak   biała   powłoka   spowijała   coraz 

szczelniej   świat,   narastał   w   niej   spokój.   Dziwne,   pomyślała,   że   coś   może   wyglądać   tak 

pięknie i przyjaźnie, kiedy się to obserwuje z bezpiecznego miejsca, a jednocześnie może być 

takie groźne, kiedy trzeba się z tym  zetknąć bezpośrednio. Przecież teraz wędrowcowi w 

background image

górach groziłaby śmierć z wyziębienia. Z okna ciepłego, przytulnego domu góry wyglądały 

jak obrazek z kartki świątecznej.

Kartka świąteczna.

Znów zapomniała,  że  święta  są tuż  - tuż. Tymczasem  ona nie  poczyniła  żadnych 

przygotowań, nie kupiła nawet prezentów dla rodziców. Co prawda powiedzieli jej, że w tych 

okolicznościach niczego nie oczekują. Wiedziała, że rozumieją jej sytuację, ale jednak miała 

lekkie poczucie winy.

Po prostu się rozkleiłaś, zganiła się w duchu. I do pewnego stopnia była to prawda. 

Dotychczas   spędzała   z   rodziną   zarówno   Święto   Dziękczynienia,   jak   i   Boże   Narodzenie. 

Wiedziała, że w tym roku nie pojedzie do nich na Gwiazdkę i czuła się przez to samotna. 

Oczywiście, tak musi być. Nie odważyłaby się opuścić tej kryjówki i udać do nich. Dzięki 

przyjazdowi na ranczo osiągnęła swój główny cel - nikt nie spodziewał się jej tu znaleźć, nikt 

nie podejrzewał nawet, że ona może tu być. Nie mogła tego zaprzepaścić, ulegając tęsknocie 

za rodzinnym domem. Przecież widziała rodziców niedawno, podczas Święta Dziękczynienia.

Żadne   wytłumaczenie   nie   mogło   jednak   stłumić   jej   poczucia,   że   wtargnęła   tu  nie 

proszona i narzuca swe towarzystwo Grantowi, w dodatku w takiej porze roku, którą zwykle 

spędza się z najbliższymi. Od początku się spodziewała, że będzie musiała spędzić tu święta, 

ale nie przyszło jej do głowy, że tak się będzie czuła.

W dodatku nie ma wyjścia. Nie może wrócić do domu, nie może jechać do rodziców, 

może tylko siedzieć tu, na miejscu. Roztrząsanie tego problemu w niczym jej nie pomoże, a 

obnoszenie się ze smutną miną zepsuje tylko świąteczny nastrój, albo co gorsza sprawi, że 

ludzie zaczną się nad nią litować.

Postanowiwszy, że postara się przynajmniej nie zepsuć nikomu świąt, wzięła kołdrę i 

poszła   do   łóżka.   Zacisnęła   zęby,   kiedy   jej   rozgrzane   ciało   zetknęło   się   z   zimnym 

prześcieradłem. Zwinęła się w kłębek i czekała, kiedy pościel się nagrzeje od jej ciepła, ale 

dzięki ukojeniu, którego doznała, patrząc na zasypany śniegiem krajobraz, usnęła, zanim to 

się stało.

- A to jak ci się podoba? Mercy spojrzała na niewielkie, ale zgrabne drzewko i z 

powrotem przeniosła wzrok na Granta.

-   Bardzo   ładne.   Wiedział,   że   wyobraziła   sobie,   jak   to   małe   drzewko   będzie   się 

prezentowało w dość dużym salonie.

- Nie jest za wielkie - przyznał - ale większego nie miałbym czym ubrać. Zdaje się, że 

w składziku mam gdzieś kilka sznurów lampek. Może znajdzie się też pudełko z ozdobami, 

które zostawiła moja matka.

background image

Mercy zmarszczyła czoło.

- Zdaje ci się?

- Od dłuższego czasu tego nie używałem.

- Walt mi mówił, że zwykle nie ubierasz choinki. Wydawał się... zaskoczony.

- No... w zeszłym roku rzeczywiście nie miałem drzewka - odparł wymijająco.

- A więc dlaczego w tym roku się na nie zdecydowałeś?

- Bo miałem ochotę. Wystarczy?

Zdał sobie sprawę, że jego głos zabrzmiał trochę nieprzyjemnie, lecz nie zamierzał 

tłumaczyć, dlaczego w tym roku zdecydował się na choinkę, zwłaszcza że sam nie bardzo 

mógł pojąć, co nim kierowało. Zsiadł z kasztanowatego konia i przerzucił wodze na jedną 

stronę,   by   uwiązać   zwierzę.   Rosły   kasztanek   był   jego   ulubionym   wierzchowcem   przed 

pojawieniem się Jokera. Grant już niemal zapomniał, jak gładko mu się na nim jeździło. Nie 

tak gładko jak na Jokerze, ale całkiem dobrze.

- Może z tego samego powodu kazałeś Ricie przywieźć surową szynkę, chociaż wcale 

nie wiesz, jak ją przyrządzić? Tak przynajmniej powiedziała mi Rita.

- Pilnuj Jokera, dobrze? Ja tymczasem zetnę to drzewko.

Z torby przy siodle wyjął niewielki toporek. Dopiero przez ostatnie trzy dni zaczęli 

razem wyprawiać się konno w teren. Joker nadal zachowywał się wzorowo, ale jednak tutaj 

czyhało   na   niedoświadczonego   jeźdźca   więcej   niebezpieczeństw   niż   w   stosunkowo 

bezpiecznej zagrodzie.

-   Joker   jest   całkiem   spokojny.   Zawarliśmy   porozumienie.   A   co   powiesz   o 

ciasteczkach?

Grant zerknął na nią przez ramię.

- Co takiego?

- Co powiesz o świątecznych ciasteczkach? Rita mówiła, że w tym roku poprosiłeś, 

żeby ci je upiec.

- Rita - mruknął z niezadowoleniem.  - Zdaje się, że ostatnio  ma bardzo dużo do 

powiedzenia.

Wszyscy   ostatnio   mają   o   nim   bardzo   dużo   do   powiedzenia,   pomyślał   z   irytacją. 

Zacisnął zęby i podszedł do drzewka. Zaczął je ścinać z większym nakładem sil, niż tego 

wymagał dość cienki pień, ale dzięki temu przynajmniej nie musiał odpowiadać na trudne 

pytania.

Sam nie wiedział, dlaczego nagle nabrał ochoty na świąteczne przygotowania. Nie 

podobało mu się też, że wszyscy wyciągają z tak niewinnej zachcianki zbyt daleko idące 

background image

wnioski. Rita, Walt, a nawet Chipper dogryzali mu nieustannie. A teraz jeszcze Mercy. Nie, 

ona chyba jednak wcale mu nie dogryza. Ona chyba podchodzi do tego poważniej niż inni.

Jego   wierzchowiec   spojrzał   na   niego   niepewnie,   kiedy   przyciągnął   bliżej   ścięte 

drzewo, ale uspokoił się, widząc że Grant bierze linę i przywiązuje je za nim w bezpiecznej 

odległości. W ten sposób dociągnie sieje do domu, nie uszkadzając po drodze gałęzi.

- Grant - odezwała się Mercy. - Jeśli...

- Słuchaj - przerwał jej, bojąc się, że znów go o coś zapyta. - Święta to na ranczu taki 

dzień jak wszystkie inne. Tak samo trzeba pracować, karmić zwierzęta. Nie obiecuj sobie 

zbyt wiele po tym głupim drzewku i ciastkach.

Przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu, a potem, dość potulnie - o wiele za 

potulnie jak na Mercy, którą znał - powiedziała:

- Chciałam cię tylko poprosić, żebyśmy wrócili drogą, którą mi wczoraj pokazałeś. 

Obok tego małego jeziorka.

- Aha - odparł zmieszany.

- To nie jest bardzo daleko stąd, prawda?

- Nie. Tuż za tamtym wzgórzem. - Musiał przyznać, że jak na dziewczynę z miasta 

miała niezłą orientację w terenie.

- No to... możemy?

- Dobrze. Jasne.

- Nie zaszkodzi to choince? Zmrużył oczy. Czyżby chciała mu dopiec? Nie potrafił 

zdecydować.   Po   raz   kolejny   się   przekonał,   że   jako   kobieta   jest   o   wiele   bardziej 

skomplikowana niż jako dziecko i o wiele lepiej wychodzi jej ukrywanie myśli. Kiedy była 

nastolatką, dość łatwo potrafił ją rozszyfrować, ale teraz nigdy nie był całkowicie pewien, co 

się dzieje w jej głowie, chyba że się sama przed nim otwierała. Tak jak tamtej nocy w stajni.

Trzeba   było   niewyobrażalnie   wstrząsających   przeżyć,   żeby   pozwoliła   sobie   na 

ujawnienie swoich emocji, co świadczyło niezbicie, że z dziecka wyrosła wyjątkowo silna 

kobieta.

- Chciałabym zobaczyć to jeziorko jeszcze raz. Jest takie piękne.

Ona najwyraźniej bez trudu czytała w jego myślach.

- Pochodzisz z Minnesoty, więc pewnie widziałaś setki jeszcze piękniejszych jezior.

- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć - odrzekła. - To po prostu wydaje mi się... jakieś 

inne, wyjątkowe.

- W takim razie jedziemy tam - zadecydował. Chwycił wodze i wskoczył na siodło.

Miejscami śnieg był głębszy, więc droga stała się trudniejsza, ale po kilku minutach 

background image

dotarli na szczyt wzniesienia. Jezioro, przypominające raczej większą sadzawkę, leżało po 

drugiej stronie, u stóp wzniesienia. Za nim rozciągała się równina, na której tu i ówdzie 

wyrastały pojedyncze świerki, a latem z rzadka zieleniły się kępy traw. Nie wyglądała wtedy 

zbyt   interesująco.   Zimą   natomiast,   zlodowaciała   i   przysypana   śniegiem,   który   nawet 

najmizerniejsze źdźbło trawy zamieniał w delikatną, kryształową konstrukcję, a świerki w 

majestatyczne monolity, wyglądała jak obrazek z kartki świątecznej.

Mercy przerzuciła nogę przez grzbiet Jokera i zeskoczyła  na ziemię. Nauczyła  się 

robić to całkiem sprawnie. Była bardzo zwinna, więc szybko nauczyła się też wskakiwać na 

siodło bez korzystania ze strzemion, które były dla niej umieszczone zbyt wysoko. Grant 

żartował sobie, że chce zostać woltyżerką, ale ona była tak dumna ze swoich postępów, że 

wcale się na niego nie obrażała.

Grant   również   zsiadł   z   konia.   Stanął   w   śniegu   i   oszacował   jego   głębokość   na 

piętnaście centymetrów. Nieźle, jak na szczyt wzgórza. Wkrótce jednak znów miało padać i 

miał przeczucie, że tym razem śnieg poleży o wiele dłużej niż poprzednio.

Stanął   za   Mercy   i   spoglądał   przed   siebie.   Ona   nic   nie   mówiła,   tylko   podziwiała 

rozciągający się wokół malowniczy krajobraz Koń Granta prychnął  i potrząsnął głową, a 

Joker   przednim   kopytem   zaczął   zgarniać   śnieg   na   niewielki   stos,   jakby   osobiście   chciał 

ocenić   jego   głębokość   albo   ulepić   bałwana.   Grant   wcale   nie   był   pewien,   czy   sprytny 

appaloosa nie byłby do tego zdolny.

Mercy długo stała bez ruchu, nic nie mówiąc i niemal nie oddychając, aż Grant zaczął 

się niepokoić, czy nic jej nie jest. W końcu zrobił krok naprzód i spojrzał jej w twarz.

Płakała.

Nie   był   to   głośny,  spazmatyczny   płacz.   Policzki   miała   mokre,   łzy   wciąż   po   nich 

spływały,   ale   ona   sama   nie   wydawała   żadnego   dźwięku.   Nie   szlochała,   nie   zawodziła. 

Wydawało się, że łzy po prostu musiały z niej wypłynąć, ponieważ zebrało ich się w niej zbyt 

dużo.   Grant   nie   wiedział,   jak   zareagować.   Miał   niewielkie   doświadczenie   w   uspokajaniu 

płaczących kobiet. Właściwie zdarzało mu się uspokajać jedynie Kristinę, która jako dziecko 

potrafiła płakać na zawołanie, kiedy coś nie szło po jej myśli. Na szczęście, o ile Grant zdążył 

się zorientować, w końcu z tego wyrosła.

Ale Mercy sama mu kiedyś powiedziała, że nie jest Kristiną. Nigdy nie była do niej 

podobna. Na pewno nie płakała dlatego, że ktoś nie spełnił jej dziecięcej zachcianki.

- Mercy? - odezwał się w końcu.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył w jej oczach 

nie ból czy cierpienie, ale blask, którego widok zaparł mu dech w piersi.

background image

- Tu jest tak pięknie - wyszeptała.

- Płaczesz dlatego, że tu jest pięknie? Szybko wytarła policzki, jakby dopiero teraz 

zdała sobie sprawę, że są mokre od łez.

- Przepraszam. Czasami, kiedy coś tak mnie wzruszy, łzy same napływają mi do oczu.

Nie zastanawiając się nad tym, co robi - gdyby się zastanowił, pewnie nigdy by się na 

to nie odważył - otoczył ją ramieniem. Poczuł, że na chwilę zesztywniała, ale zaraz rozluźniła 

się i oparła o niego. Pasowali do siebie doskonale. Wcale nie wydawała mu się zbyt drobna 

ani zbyt delikatna czy krucha dla jego twardych dłoni. Była jakby dla niego stworzona.

Ta kraina była całym jego życiem i Mercy również dostrzegła jej niezwykłą urodę. To 

sprawiło, że czuł się... sam nie był pewien jak. Nie wiedział też, jak nazwać ten dziwny ucisk, 

który w nim narastał, kiedy tak stali w przyjaznym, niemal intymnym milczeniu. To nie było 

zwykłe pożądanie. Grant już jakiś czas temu przyznał się sam przed sobą, że reakcja jego 

ciała na bliskość Mercy nie została wywołana tylko długim celibatem. To, co w nim narastało, 

było bardziej złożone. Czuł szacunek dla jej odwagi, podziwiał jej inteligencję i bystrość, 

doceniał jej chęć i zdolność do nabycia całkiem nowych umiejętności, nawet zupełnie jej 

obcych.

Ta mieszanina uczuć wytrącała go z równowagi, bo nie był pewien, co to wszystko 

miało znaczyć. Dopóki Mercy nie wkroczyła powtórnie w jego życie, nigdy nie targały nim 

tak liczne wątpliwości.

Jednego był tylko pewien. Nastolatka, która kiedyś wprowadzała kompletny chaos w 

jego letnie wakacje, teraz jako dorosła kobieta potrafiła zrobić to samo z całym jego życiem.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Co takiego?

Zdumiony Grant wytrzeszczył oczy na Walta, który z kolei spoglądał na niego z nie 

wróżącym nic dobrego rozbawieniem.

- Słyszałeś przecież - odparł stary pomocnik.

- Ale przecież ty nigdy nie jeździsz podczas świąt do miasta.

- Już ci mówiłem, że w domu hodowców bydła chcą urządzić wielką imprezę. Będą 

tańce i takie tam różne. W zeszłym tygodniu widziałem w mieście plakaty. Zabawa skończy 

się pewnie dopiero nad ranem.

- Urządzają taką uroczystość co roku - zauważył Grant. - Jeszcze nigdy na niej nie 

byłeś.

- Bo może przedtem nikt mnie nie zaprosił - wyjaśnił pogodnie Walt.

- Ale...

- Chcesz mi powiedzieć, że nie mogę sobie zrobić wolnego dnia w Wigilię? Tylko 

dlatego, że twoja rodzina mieszka daleko, ja nie mogę mieć świątecznych planów? Ale z 

ciebie zawistnik, chłopcze.

- Ależ możesz wziąć sobie wolne - zaczął Grant - tylko...

- Przed wyjazdem zrobię wszystko, co do mnie należy.  Dopilnuję, żeby zwierzęta 

dostały, co trzeba. Z resztą roboty dasz sobie radę sam.

- Nie o to chodzi.

- A poza tym, będziesz miał do pomocy Mercy. Zwykle nie mówię takich rzeczy, ale 

jak na miastową dziewczynę, uczy się bardzo szybko. - Walt uśmiechnął się niespodziewanie. 

- I to niejednego.

- Aha - wymamrotał Grant.

-   Brylant   to   brylant,   chłopcze,   wszystko   jedno,   gdzie   go  znajdziesz,   czy  w   jakiej 

oprawie, prostej czy wymyślnej. Nawet w wielkim mieście nie zrobią brylantu ze zwykłego 

szkiełka.

Grant skrzywił się lekko.

- Może przestaniesz filozofować i powiesz mi wreszcie, o co ci chodzi.

- Chodzi mi o to, że jesteś uparty jak osioł i ślepy jak nietoperz - oznajmił Walt 

surowo. - A skoro już mnie pytasz, to wydaje mi się, że się boisz zostać tu sam z tą miłą 

dziewczyną.

- Głupstwa opowiadasz - warknął Grant, zupełnie bez przekonania.

background image

- Głupstwa? Może jestem stary, ale nie ślepy. Każdy przecież widzi...

- Każdy widzi to, co chce zobaczyć. Grant przerwał Waltowi, ponieważ wcale nie 

chciał się dowiedzieć, co też każdy widzi. Zresztą, sam był tego świadomy. Nieraz widział, 

jak jego pracownicy zerkają na niego ukradkiem, uśmiechają się na boku i coś do siebie 

szepczą. Na pewno nie pomagało mu też to, że nieraz dał się przyłapać na tym, jak wpatrywał 

się w Mercy jadącą konno, doglądającą Jokera - upierała się, że skoro na nim jeździ, to będzie 

się  nim   również  zajmowała   -  czy  wykonującą  inne   prace  na   farmie,  dzięki  czemu  życie 

wszystkich jej mieszkańców stało się znacznie łatwiejsze.

Przecież chodziło tylko o to, że go... intrygowała. Tak sobie to przynajmniej tłumaczył 

w duchu, spoglądając za odchodzącym Waltem. Mercy przystosowała się do życia na ranczu 

lepiej, niż się spodziewał. W ogóle zresztą nie sądził, że dziewczyna  z miasta potrafi to 

zrobić. Kristinie nigdy się to nie udało, choć przyjeżdżała tutaj w cieplejszych porach roku. 

No ale Kristina to zupełnie inny typ człowieka.

„Uparty jak osioł i ślepy jak nietoperz”.

Słowa Walta dźwięczały mu uszach. Grant powtarzał sobie, że Walt tym razem się 

pomylił, chociaż znał go dłużej niż ktokolwiek inny, z wyjątkiem matki. Przecież Grant wcale 

nie jest ślepy czy uparty, tylko zwyczajnie... ostrożny. I ma swe powody.

Mówił sobie, że Walt wtrąca się w nie swoje sprawy, ale nawet sam siebie nie potrafił 

przekonać. Zirytowany opuścił skład narzędzi i skierował się do domu. Wszedł do środka 

bocznymi drzwiami, prowadzącymi do sieni przy kuchni. Wewnątrz najpierw zdjął kurtkę, a 

potem buty przemoczone po całym dniu chodzenia po śniegu. Zajmowali się dzisiaj łamaniem 

lodu na trzech naturalnych rozlewiskach, które utworzyły się na pobliskiej równinie. Gdyby 

zawędrowały tam nieostrożne zwierzęta gospodarskie, cienki lód załamałby się pod nimi i 

musieliby organizować akcję ratunkową.

Nawet skarpety miał przemoczone. Dotknął stóp. Pewnie już kiedyś były zimniejsze, 

ale czy to ważne?

Siedział w sieni na wąskiej ławce, zbyt zmęczony, by wstać i przejść do cieplejszych 

pomieszczeń. Wkrótce jednak chłód okazał się silniejszy od znużenia i Grant postanowił się 

ruszyć. Czuł, że za chwilę ogarną go dreszcze.

Wstał i chociaż przemarznięte stopy stawiały opór, wiedział, że powinien wejść do 

środka. Teraz dotarł do niego z kuchni zapach świeżych wypieków. Mercy nie żartowała; 

chociaż nie umiała gotować, piekła doskonale. Rozpieszczała wszystkich na ranczu swoim 

wybornym chlebem, ciastami i babeczkami.

Zastanawiał   się,   czy   tak   ciężko   pracuje,   ponieważ   chce   zająć   czymś   myśli.   Miał 

background image

przeczucie, że jego podejrzenia są słuszne. Robiła to tak naturalnie: czy prace w domu, o 

których on zwykle zapominał, czy ciężkie, brudne czynności w gospodarstwie - wszystko 

robiła z taką samą energią i determinacją.

Otworzył   drzwi   i  wszedł  do  kuchni.   Ciasteczka,  pomyślał.  Rozpoznał  ten   zapach, 

zanim   jeszcze   je   spostrzegł.   Pięknie   udekorowane,   stygły   na   blacie   stołu.   Świąteczne 

ciasteczka.

Mercy,   ze   smugami   mąki   na   ubraniu   i   policzku,   obdarzyła   go   uśmiechem,   który 

rozgrzał  go  bardziej  niż  zmiana   temperatury  między  sienią  a  kuchnią.  Trzymaną  w  ręku 

blaszką z surowymi porcjami ciasta wskazała mu porcję gotowych do jedzenia smakołyków.

- Rita mi zdradziła, że w tym roku zażyczyłeś sobie ciastek na święta. Mam nadzieję, 

że mówiłeś poważnie.

- Ja... Głos mu zamarł. Wspomniał coś Ricie o ciasteczkach, ponieważ przypomniało 

mu się, że kiedy był mały, matka mu je piekła, zresztą w tej samej kuchni. Przyszło mu też do 

głowy, że ciasteczka osłodziłyby nieco smutek świąt, spędzanych z dala od domu i rodziny.

Mercy   wsunęła   blaszkę   do   piekarnika,   zamknęła   drzwiczki   i   zdjęła   kuchenną 

rękawicę. Grant usłyszał jakiś dźwięk dobiegający z kąta kuchni i ku swojemu wielkiemu 

zdziwieniu spostrzegł tam Ryzykanta. Pies cierpliwie na coś czekał. Stało się oczywiste, na 

co, kiedy Mercy rzuciła mu odłamany kawałek ciastka. Pies chwycił go w locie i połknął, a 

potem znów przysiadł i czekał na następną porcję.

- A więc nawet pies - wymamrotał Grant.

- Słucham?

- Nic, nic. Dlaczego się dziwi? Joker całkowicie stracił dla niej głowę, dlaczego z 

psem miałoby być inaczej? Nawet jego psia duma i poczucie wyższości musiało stopnieć od 

ciepła i życzliwości promieniujących od Mercy.

- Chyba zmarzłeś - zauważyła.

- Owszem - przyznał.

- Chipper mnie uprzedził, że pewnie wrócisz przemoczony i zmarznięty.

Grant uniósł brwi.

- Miał dzisiaj naprawiać ogrodzenia.

- I naprawia.  Wpadł  tylko  na chwilę  uprzedzić, że jego  mama  nie  przyjedzie,  bo 

zachorowała jego młodsza siostrzyczka. Dlatego sama zabrałam się do pieczenia ciastek. - 

Zrobiła zabawną minę. - Widać było, że i on ma na nie wielką ochotę.

- Nic dziwnego. - Grant nigdy przedtem nie widział tylu przysmaków naraz. No ale 

jak tylko dowiedzą się o nich pracownicy, ciasteczka zaczną raptownie znikać. Będzie się 

background image

dziwił, jeśli choć kilka zostanie do świąt.

No ale przecież wcale  nie trzeba ich dużo. Na ranczu zostanie  tylko  on i Mercy, 

wszyscy inni rozjadą się świętować do rodziny i przyjaciół.

Grant przypomniał sobie słowa starego Walta. „Wydaje mi się, że się boisz zostać tu 

sam z tą miłą dziewczyną.”

Poczuł   w   sercu   dziwny   skurcz.   Tłumaczył   sobie,   że   to   reakcja   na   niemądre 

przypuszczenie Walta, ale mógł to być też dreszcz... oczywiście spowodowany wyziębieniem 

ciała i nagłą zmianą temperatury.

-  Chyba   rzeczywiście  zmarzłeś  -  zauważyła   Mercy.   -  Masz,   zjedz   sobie   ciastko   i 

zaczekaj chwilę.

Zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, podała mu trzy pachnące ciasteczka i zniknęła w 

przylegającym  do kuchni pomieszczeniu.  Stała tam wielka zamrażarka, pralka, suszarka i 

wiele   innych   urządzeń.   Pomieszczenie   to   miało   bezpośrednie   wejście   z   zewnątrz,   by 

pracownicy mogli tam w każdej chwili zrobić sobie pranie. Ostrożnie nadgryzł ciastko i zaraz 

łapczywie połknął całą resztę. Usłyszał, że Mercy otwiera drzwi suszarki. Uświadomił też 

sobie, że od momentu wejścia do kuchni słyszał cichy pomruk tego urządzenia.

Zastanawiał się właśnie, czy nie wziąć sobie jeszcze jednego ciasteczka w kształcie 

bałwanka, kiedy Mercy wróciła do kuchni, niosąc coś w rękach.

- Masz - powiedziała i podała mu parę jego wełnianych skarpet.

- Co to... - Dotknął ich i natychmiast urwał. Skarpety były ciepłe, niemal gorące. 

Świeżo wyjęte z suszarki.

- Włóż  je, zanim wystygną  - poleciła. Posłuchał  jej  bez słowa, tylko  westchnął z 

rozkoszą, czując na stopach ich przyjemne ciepło. Spojrzał na Mercy i zobaczył, że uśmiecha 

się szeroko.

- Moja mama zawsze tak robiła, kiedy wracałam po zabawie na śniegu. Bardzo to 

lubiłam.

- Rzeczywiście, bardzo miłe uczucie - potwierdził z zapałem Grant.

- Teraz, kiedy wracam do domu, mama każe mi usiąść i wysypać z butów piasek.

- To duża zmiana, piasek Arizony po śniegach Minneapolis.

- Owszem. Ale rodzice polubili Arizonę. To piękny stan. Na wiosnę Góry Smocze 

wspaniale  wyglądają  na tle zieleni. Poza tym,  mój  tata lubi się chwalić,  że mieszkają  w 

pobliżu słynnego miasteczka Tombstone.

Uśmiechnął się, słysząc te słowa. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy w nich ton 

jakby smutku. Albo tęsknoty.

background image

- Pewnie... bardzo ci ich brakuje, zwłaszcza że zbliżają się święta.

Oparła się o krawędź kuchennego blatu. Ojciec Granta zmodernizował kiedyś starą, 

mniejszą kuchnię, jako prezent ślubny dla swojej żony. Potem, kiedy odeszła, nie lubił nawet 

przebywać   w   tym   obszernym,   funkcjonalnym   pomieszczeniu.   Grant   również   za   nim   nie 

przepadał, ale teraz, kiedy wypełniały je smakowite wonie, a Mercy stała tak blisko niego, 

wydało mu się najprzytulniejszym miejscem w całym domu.

Rzuciła następny kawałek ciastka czekającemu cierpliwie Ryzykantowi. Połknął go w 

locie i spojrzał na nią pytająco.

-   To   wszystko,   piesku   -   oznajmiła.   -   Więcej   nie   dostaniesz,   bo   mógłbyś   się 

rozchorować.

Pies,   zwykle   pełen   rezerwy,   pomachał   przyciętym   ogonem,   a   wyraz,   jego   pyska 

świadczył o tym, że zrozumiał, co się do niego mówi. Zerknął na Granta, jakby chciał się 

przekonać, w jakim nastroju jest jego pan. Grant nie wiedział, co pies odczytał z jego twarzy, 

ale najwyraźniej nie było to nic złego, ponieważ postanowił zostać. Zwinął się w kłębek na 

chodniku   przy   zlewie   i   zamknął   oczy.   Gdyby   nie   to,   że   Ryzykant   nadal   bardzo   ciężko 

pracował,   Grant   pomyślałby,   że   jego   pies   zamienia   się   w   domowego   pieszczocha.   Ale 

przecież takie pracowite zwierzę zasłużyło sobie na trochę wygody, przekonywał się w duchu 

Grant. No i jak widać, Mercy potrafiła oczarować nie tylko konia, ale również psa.

Już myślał, że nie chce rozmawiać z nim o swoich rodzicach, gdy niespodziewanie 

podjęła ten temat.

- Tak, tęsknię za rodzicami. Ale byłam u nich w Święto Dziękczynienia. Tak się o 

mnie troszczą, że... chyba na dłuższą metę bym tego nie zniosła.

- Kristina powiedziała mi, że chcesz wyjechać gdzieś, gdzie ludzie... nie rozmawialiby 

bezustannie o tej sprawie.

- A ty mi to umożliwiłeś. - Spojrzała na niego ciepło. - Bardzo ci za to dziękuję.

- Nie ma za co. Ale to ja powinienem ci podziękować za wszystko, co tu zrobiłaś. 

Mówiłem ci, że nie musisz pracować.

- A ja ci mówiłam, że potrzebuję jakiegoś zajęcia.

- Rozumiem. Patrzyła na niego przez długą chwilę.

- Tak, chyba rzeczywiście rozumiesz. I za to też jestem ci wdzięczna. I za te wszystkie 

spokojne, ciche miejsca, które mi pokazałeś. Wiem, że oprowadzanie mnie po okolicy zajęło 

dużo twojego cennego czasu.

- Pokazywałem ci miejsca, które kocham, a to zawsze się robi z ochotą.

To   była   prawda.   Na   nowo   docenił   miejsca,   które   już   mu   nieco   spowszedniały. 

background image

Spojrzał   na   nie   jej   oczami,   jeszcze   raz   doświadczył   spokoju,   jakim   emanowały,   kiedy 

obserwował, jak twarz Mercy stawała się coraz pogodniejsza.

- Mimo wszystko dziękuję.

- To ja powinienem ci dziękować. Kiedyś też potrzebowałem takich miejsc. Dzięki 

tobie jeszcze raz je doceniłem.

- Grant... - wyszeptała jego imię, jakby nagle wzruszenie ścisnęło jej gardło.

- Mercy... - Jego głos brzmiał podobnie. Sam nie był pewien, jak to się stało. Nie 

pamiętał, by on się poruszył, ale nie widział też, żeby Mercy zrobiła pierwszy krok. Jednak 

nagle znalazła się w jego ramionach, odchyliła głowę w tył, a on poszukał jej ust. Usłyszał, że 

cicho jęknęła, nie w proteście, ale z zaskoczenia. Zaraz potem odwzajemniła jego pocałunek, 

przywierając do niego mocniej i wspinając się na palce. Miała miękkie, ciepłe usta, który po 

mroźnym dniu kojarzyły mu się z bezpieczną przystanią. Miały smak cukru i ciasteczek, i 

czegoś   jeszcze,   gorącego   i   słodkiego,   co   było   charakterystyczne   tylko   dla   niej.   Właśnie 

takiego smaku się spodziewał.

Nie spodziewał się tylko, że dotyk jej ust rozgrzeje go niemal do białości i usunie 

resztki chłodu przyniesione z zewnątrz. Nie przewidział, że tak od razu zapragnie pozbyć się 

warstw ciepłego ubrania, które oddzielały go od jej drobnego ciała. Całował ją i czuł, że 

wirując, spada w przepaść. Nic go nie obchodziło, nic do niego nie docierało, tylko zapach i 

smak Mercy.

Nie spodziewał się też, że ten pocałunek nie złagodzi napięcia, które gromadziło się w 

nim od tylu dni, ale je pogłębi, tak że stanie się ono wręcz nie do wytrzymania.

Musi to przerwać. Musi. Jeszcze trochę, a po prostu eksploduje, jeśli nie będzie jej 

miał, zaraz, tutaj, natychmiast. Tak go rozpaliła, że nie byłby nawet w stanie osunąć się na 

podłogę. Musiałoby się to dokonać na kuchennym stole. Oczywiście, byłoby to nawet dosyć 

wygodne, biorąc pod uwagę różnicę wzrostu...

Jęknął zduszonym głosem i z wysiłkiem odsunął się od niej. Wydawało mu się, że w 

kuchni   jest   ciepło   i   przytulnie?   Teraz   zrobiło   się   tu   wręcz   mroźnie,   kiedy   nie   czuł   już 

rozgrzanego ciała Mercy i dotyku jej ust.

Usłyszał,   że   wydała   z   siebie   cichy   dźwięk,   trochę   westchnienie,   a   trochę...   Nie 

wiedział co. Sam miał ochotę cicho łkać.

Potem po omacku chwyciła się skraju stołu i podniosła na niego wzrok. Oczy miała 

rozszerzone i zdziwione. Czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie 

głosu.

Przełknęła ślinę, mięśnie i na jej szyi poruszyły się.

background image

- Ja... Znów przełknęła ślinę, by coś powiedzieć. Tym razem jej głos zabrzmiał prawie 

normalnie, tylko lekko drżał.

- Widzę, że jak już dziękujesz, to z całego serca.

Grant zamrugał oczami. Szybkie odzyskiwanie równowagi psychicznej było pewnie 

jednym z wymogów jej pracy, ale tym razem chyba nie bardzo mu się to podobało.

- To nie miało nic wspólnego z podziękowaniem - warknął.

- Grant...

- Podziękowania były za... ciastka. - Odwrócił się na pięcie i dodał przez ramię: - I za 

ciepłe skarpety.

Wyszedł, nie oglądając się. Powiedział sobie, że zrobił to, ponieważ musi się przebrać 

w suche ubranie. Oczywiście, sam sobie nie uwierzył. Dobrze wiedział, że ucieka z kuchni 

jak niepyszny, bo gdyby tam został, pocałowałby ją znowu. A wtedy mógłby zupełnie stracić 

panowanie nad sobą i aż sam bał się pomyśleć, do czego by doszło.

Zastanawiała się, czy Grant w ogóle wróci do domu. Wielokrotnie jej powtarzał, że na 

ranczu   nie   ma   świątecznych   dni;   codziennie   trzeba   wykonywać   tę   samą   pracę.   Jutro,   w 

pierwszy dzień świąt, zapewne miało być tak samo.

Wiedziała   jednak,   że   Walt   wykonał   większość   koniecznych   dzisiaj   prac,   zanim 

wskoczył do swojego pikapa i pojechał do miasta, zabierając ze sobą Chippera. Chłopak 

cieszył się Bożym Narodzeniem w domu i nawet grypa siostry tylko w niewielkim stopniu 

psuła jego świąteczny nastrój. Reszta pracowników wyjechała przed południem, obdarowana 

na  drogę szczodrymi   porcjami  ciastek.  Ku   zdziwieniu  Mercy, wszyscy  wręczyli   jej  jakiś 

symboliczny   drobiazg.   Niektórzy   odjechali   konno,   większość   samochodami   w 

kilkuosobowych grupach. Mieli wrócić dopiero drugiego dnia świąt.

Grant zaszył się w składzie na narzędzia i do tej pory nie wyszedł. Oznajmił jej dość 

szorstko, że w święta nie będzie lekcji, a poza tym właściwie się do niej nie odzywał.

Rzecz jasna, nawet nie wspomniał o tym, co się wydarzyło wczoraj w kuchni, a ona 

nie potrafiła zdecydować, czy ją to boli, czy cieszy. Nadal była w szoku. Nigdy jeszcze nie 

doznała takich uczuć jak podczas tego pocałunku. Żadne wyobrażenie z dzieciństwa na temat 

tego, co może zajść między mężczyzną a kobietę, nie dorównywało tej rzeczywistości. Nawet 

to,   czego   doświadczyła   jako   kobieta,   choć   prawdę   mówiąc,   nie   było   to   wielkie 

doświadczenie, nie wskazywało, że pocałunek może wywrzeć na niej tak wielkie wrażenie.

Całowała   się   z   nim   nie   jako   zadurzona   nastolatka,   ale   dorosła   kobieta,   która 

odwzajemnia pocałunek mężczyzny; kobieta, która wreszcie musiała przyznać, że chłopak, w 

którym   się   kiedyś   podkochiwała,   zmienił   się   w   dorosłego   człowieka   i   potrafił   zwykłym 

background image

pocałunkiem wstrząsnąć nią do głębi.

Wzięła głęboki oddech i na chwilę zatrzymała powietrze w płucach. Nie wiedziała, co 

robić, a miała nieodparte wrażenie, że coś zrobić powinna. Krążyła niespokojnie po salonie i 

co pięć minut sprawdzała, czy ogień w piecu nie zgasł, chociaż sama niedawno położyła na 

palenisku dwa duże kawały drewna.

Usiadła  na  starej,  wygodnej  kanapie,  tylko   po to,  żeby dłużej  nie  krążyć  tam  i z 

powrotem. Znów odetchnęła głęboko, by się uspokoić. Niewiele jej to pomogło. Wyczuła 

natomiast świeży zapach choinki, którą razem z Grantem przynieśli do domu. Stała teraz tuż 

obok niej.

Przypomniała   sobie,   jak   stali   w   milczeniu   nad   jeziorem   i   jak   Grant   otoczył   ją 

ramieniem, rozumiejąc jej nastrój. Wiedziała, że on również szukał takich spokojnych miejsc, 

by ukoić ból. Pamiętała, jak podziękował jej za to, że dzięki niej spojrzał na takie miejsca jej 

oczami i na nowo je docenił.

Trzeba   być   silnym,   pewnym   swojej   wartości   mężczyzną,   by   się   przyznać   do   tak 

duchowych, subtelnych potrzeb. Nigdy nie miała wątpliwości, że Grant jest silny. Wyczuwała 

w nim tę wewnętrzną siłę nawet, kiedy miał szesnaście lat. Zastanawiała się jednak nad tym, 

czy   przyznał   się   do   swych   najskrytszych   potrzeb,   ponieważ   był   pewny   siebie   i   nie 

przejmował się zdaniem innych, czy może zrobił to, ponieważ jej ufał i wiedział, że spotka się 

ze zrozumieniem?

Usłyszała w myślach głos Nicka. „Brady, czy ty musisz wszystko tak drobiazgowo 

analizować?” Na chwilę wrócił  dawny ból, zwłaszcza  kiedy pomyślała  o rodzinie Nicka, 

która musi spędzić te święta, i wszystkie następne, bez niego. Przyszło jej do głowy, że może 

powinna teraz być z Allison i jej dziećmi. Jednak i ona, i rodzina Corellich wiedziała, że to 

zupełnie niemożliwe. Bliscy Nicka zapewne rozumieli to lepiej niż ktokolwiek inny. Allison 

jako   jedna   z   pierwszych   zaczęła   namawiać   Mercy   na   wyjazd   w   ten   odległy   zakątek 

Wyoming. Mercy jednak nadal uważała, że jej obowiązkiem jest wspieranie rodziny Nicka.

Może rzeczywiście zbyt drobiazgowo wszystko analizowała, ale była to jednocześnie 

jedna z jej mocnych stron. Dzięki tej skłonności wpadła na właściwy trop. Nawet Nick musiał 

to przyznać, chociaż zwykle, kiedy zbyt wnikliwie zaczynała coś rozważać, spoglądał na nią 

spod oka i mówił: „Brady, czasami cygaro to po prostu cygaro”.

A mężczyzna to czasami po prostu wrzód na siedzeniu, pomyślała cierpko, wyglądając 

przez   okno,   za   którym   zapadał   zimowy   zmrok.   W   tej   samej   chwili   mężczyzna,   którego 

właśnie miała na myśli, wszedł do domu. Tuż za nim podążał Ryzykant. Pies i jego pan 

najwyraźniej nie miewali wolnych dni, choć wszyscy inni pracownicy ich dziś opuścili.

background image

Grant zdjął czapkę i kurtkę, powiesił je na wieszaku przy drzwiach. Dzisiaj nie były 

już takie przemoczone jak wczoraj. Potem odwrócił się i podniósł coś z podłogi werandy. 

Kiedy znów wszedł do domu, Mercy stwierdziła, że niesie całe naręcze sosnowych gałęzi.

Zatrzymał się, kiedy zobaczył ją na kanapie, jakby przedtem nie zdawał sobie sprawy 

z jej obecności. Przez chwilę stał bez ruchu, najwyraźniej nie wiedząc, co począć. W końcu 

wskazał na gałęzie.

- Pomyślałem, że moglibyśmy dzisiaj rozpalić ogień w kominku i dodać kilka gałęzi 

dla zapachu - wyjaśnił.

Jeszcze jedna mała rzecz ze świątecznej listy, uświadomiła sobie Mercy. Przedtem 

zebrał i ustawił na widoku wszystkie karty świąteczne, które otrzymał od rodziny i sąsiadów, 

chociaż zwykle tylko je czytał, a potem wyrzucał, upewniwszy się przedtem, że i on wysłał 

życzenia   nadawcy.   Tak   przynajmniej   powiedział   jej   Walt.   Ściął   choinkę,   poprosił   o 

ciasteczka... Czy te świąteczne przygotowania, tak podobno u niego niezwykłe, czynił  ze 

względu na nią?

Ułożył kilka polan w palenisku kominka, dorzucił trochę sosnowych gałęzi i drobnych 

szczap na rozpałkę, a potem sprawnie rozpalił ogień. Po kilku chwilach po salonie rozeszła 

się   charakterystyczna   woń.   Grant   odwrócił   się   i   stanął   przy   kominku.   Wczoraj   w   takiej 

sytuacji zachęciłaby go, żeby usiadł i się odprężył. Teraz nie wiedziała, co powiedzieć.

W   końcu   podszedł   do   niej   i   usiadł   na   kanapie.   Dzieliła   ich   bezpieczna,   niemal 

metrowa odległość. Ryzykant ułożył się przy ogniu i natychmiast zasnął, nie przejmując się 

napięciem panującym w salonie.

Mercy już wcześniej odgrzała przygotowane przez Ritę pikantne skrzydełka i garnek 

domowej zupy. Grant zjadł wszystko ze smakiem. I w całkowitym milczeniu.

- Napijesz się czegoś ciepłego? - zapytała, gdy łapczywie przełykał kolejny kęs.

Zastanawiał się nad tym o wiele dłużej, niż wymagało tego proste pytanie, aż w końcu 

skinął głową. Wstała i poszła do kuchni, gdzie na kuchence stał napój, który tradycyjnie 

przygotowywała na święta. Doprawiła go do smaku, napełniła dwie szklanki i wróciła do 

salonu. Grant ciekawie powąchał zawartość swojej szklanki.

- Grzany jabłecznik?

- Coś w tym rodzaju - odparła. - W mojej rodzinie pija się taki w święta.

Z uśmiechem zamieszał złocisty płyn laseczką cynamonu, przyłożył szklankę do ust i 

wypił łyk. Uniósł lekko brwi i oblizał wargi. Najwyraźniej trunek mu smakował.

- Z brandy? - zapytał.

- Słucham? A tak, z brandy. - Miała nadzieję, że uzna jej zaczerwienione policzki za 

background image

efekt działania napoju albo płonącego na kominku ognia. Prawdę mówiąc, zarumieniła się 

widząc, jak język Granta przesuwa się po jego ustach, co z kolei przypomniało jej wczorajszy 

pocałunek. - Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

- Nie, tylko jestem trochę zaskoczony. Nie wiedziałem, że mamy w domu brandy.

- Walt zrobił dla mnie zakupy, kiedy w zeszłym tygodniu pojechał do miasta.

- Aha. - Pociągnął następny łyk, tym razem dużo dłuższy, po czym uśmiechnął się. - 

To jest całkiem dobre - pochwalił.

- Cieszę się, że ci smakuje. Wypił jeszcze trochę, spoglądając na choinkę.

- Skąd te ozdoby? - zapytał, wskazując na wiszące na drzewku świecidełka.

- Od pracowników - wyjaśniła. - Wymienili je na ciasteczka.

Zerknął na nią i znów na choinkę.

- Aha. Ładnie wyglądają... Znów zapadła cisza. Mercy żałowała, że żadne z nich nie 

potrafi się zdobyć na rozmowę, choćby o błahostkach. A może tylko jej się wydawało, że ich 

milczenie jest pełne napięcia? Wyobraźnia płata jej ostatnio figle. Na przykład przebiegło jej 

przez myśl, że Grant rozpalił ogień na kominku, ponieważ jest to przyjemniejsze i bardziej 

•romantyczne niż ogień w piecu do ogrzewania domu.

Skończył   jeść,   Mercy   również,   choć   zjadła   niewiele.   Wytarł   ręce   w   papierową 

serwetkę i wrzucił ją do ognia. Oboje w skupieniu patrzyli, jak płomienie trawią papier, jakby 

byli pracownikami obserwatorium astronomicznego i badali wybuchy na słońcu. Mercy czuła 

się nieswojo, nic nie mówiąc, nie potrafiła jednak wymyślić żadnego tematu do rozmowy, 

który rozładowałby nieco atmosferę.

- Masz ochotę wybrać się jutro na przejażdżkę? Drgnęła, równie zaskoczona tym, że 

się tak niespodziewanie odezwał, jak i tym, co powiedział.

- Przecież mówiłeś, że...

- Wiem. Ale Joker już po jednym dniu lenistwa jest trochę niespokojny. Jeśli jutro też 

nic nie będzie robił, to może oszaleć.

-   Aha.   -   A   więc   chodzi   o   Jokera,   a   nie   o   jej   towarzystwo   ani   o   uprzyjemnienie 

pierwszego dnia świąt. - Nie możemy do tego dopuścić, prawda?

Wydawało jej się, że nie powiedziała tego zbyt ironicznie, ale Grant spojrzał na nią 

ostro. I równie ostro przemówił:

- Jeśli nie chcesz, to sam się na nim przejadę. Westchnęła z rezygnacją.

-   Nie   to   miałam   na   myśli.   Mam   ochotę   na   przejażdżkę.   To   świetny   sposób   na 

spędzenie świątecznego poranka.

- W takim razie pojedziemy.

background image

-   Może   lepiej   nie   jedźmy   razem,   jeśli   cały   dzień   masz   się   zachowywać   jak 

rozdrażniony grizzly - dodała.

- Grizzly są zawsze rozdrażnione. Taka już ich natura - warknął opryskliwie.

- Nie wiedziałam, ale to chyba nie jest karalne. Zacisnął usta, ale nic nie powiedział. 

Wypił do końca napój i zdjął buty, po czym dorzucił polano do kominka, chociaż ogień nadal 

płonął wysokim płomieniem. Zrobił to wszystko bez słowa. Spodziewała się, że wyjdzie z sa-

lonu, skoro już wstał, ale znów usiadł. Odetchnęła z ulgą. Trudno uwierzyć, że dostałaś medal 

za odwagę, pomyślała ironicznie. Mimo wszystko postanowiła się odezwać.

- Czy chodzi o wczorajszy dzień? - zapytała. Znieruchomiał, a potem wolno odwrócił 

głowę w jej stronę.

- Co takiego?

- No... ten twój zły nastrój. To z powodu tego, co się stało wczoraj w kuchni?

Na chwilę zacisnął szczęki.

- Mówisz o tym, że cię pocałowałem? - Zebrała się na odwagę i skinęła głową. - Nie, 

to nie o to chodzi.

Odetchnęła głębiej, znów niezbyt pewna, czy czuje ulgę, czy rozczarowanie. Masz 

manię   wielkości,   Brady,   zganiła   się   w   duchu.   Skąd   jej   w   ogóle   przyszło   do   głowy,   że 

pocałunek, który jej rozpalił zmysły, wywarł na nim jakiekolwiek wrażenie?

- Wcale nie chodzi o ten pocałunek - stwierdził ponownie Grant.

Czy musi to powtarzać, jakby chciał obnażyć jej głupotę?

- W porządku. Przepraszam, że choćby przez chwilę sobie wyobrażałam... - zaczęła.

- Chodzi o to - przerwał jej, raczej złowróżbnie - że miałem wielką ochotę na więcej.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Natychmiast pożałował swych słów, ale było już za późno. Nie mógł ich przecież 

cofnąć.

Do diabła z tym wszystkim, zaklął w głębi ducha. Był już znużony ukrywaniem tego, 

jak bardzo jej pragnie. Dlaczego próbował to ukryć? Sam nie wiedział. Pracownicy już nieraz 

mu dokuczali i na pewno będą to robić w przyszłości.

Przecież to najzupełniej naturalne. Można było wręcz przewidzieć, że się tak stanie. 

Jeśli zdrowy, trzydziestojednoletni facet mieszka na ranczu z dala od innych domostw, a za 

towarzystwo ma stada bydła, konie, psa i kilku pomocników, i nagle zamieszka pod jego 

dachem taka wspaniała kobieta jak Mercy, to czego można się spodziewać? Przecież jest 

wręcz pewne, że właśnie tak się stanie. I po co to ukrywać?

Owszem, wszystko to prawda, tylko że kobieta, która zamieszkała pod jego dachem, 

przyjechała tu, żeby dojść do siebie po tragicznej śmierci drogiego przyjaciela. Jej umysł nie 

działał   teraz   racjonalnie.   Nie   była   w   stanie   dokonywać   rozsądnych   wyborów. 

Wykorzystywanie jej słabości byłoby godne pogardy.

Nie mówiąc już o tym, że mogłoby się źle skończyć, pomyślał, trochę rozbawiony. 

Gdyby Kristina się dowiedziała... Grant przekonał się już, że Fortune'owie to ludzie bardzo 

wybuchowi. Może nawet o morderczych skłonnościach. Przypomniał sobie sprawę Jake'a i od 

razu spoważniał.

Mercy tymczasem siedziała czerwona po uszy.

- Przepraszam - oznajmił sztywno Grant. - Nie chciałem cię wprawić w zakłopotanie.

- Ja... Ale...

- Zapomnij o tym,  co powiedziałem,  dobrze?  Zagryzła  wargę. Potem  wojowniczo 

uniosła głowę, co zwykle czyniła, kiedy stawała twarzą w twarz z trudnym problemem. Nigdy 

zresztą nie próbowała unikać konfrontacji, nawet jeśli chodziło o coś bardzo nieprzyjemnego.

- Dobrze, zapomnę o tym, jeśli nie mówiłeś poważnie.

Grant cofnął się lekko.

- Słucham?

- Mówiłeś prawdę?

- Mercy...

- To proste pytanie. Odpowiedz: tak albo nie. Czy to była prawda?

- Byłaś tam przecież - odparował - więc jak ci się wydaje?

-   Sama   nie   wiem.   Nie   mam...   zbyt   wielkiego   doświadczenia   w   tych   sprawach. 

background image

Przynajmniej ostatnimi czasy.

- O Boże - wymamrotał Grant.

- Miałeś ochotę na więcej?

- Do diabła, Mercy...

- Miałeś?

-   Byłem   strasznie   napalony   -   warknął   zniecierpliwiony.   -   Czy   to   wystarczająca 

odpowiedź na twoje pytanie?

Zaczerwieniła się jeszcze mocniej.

- Chyba... chyba tak.

Odwróciła wzrok i zapatrzyła się w ogień. Grant zastanawiał się, co też go podkusiło, 

żeby rozpalić w kominku. Odniósł wrażenie, że temperatura powietrza w pokoju gwałtownie 

rośnie.

Mercy milczała. Siedziała i wpatrywała się w złociste płomienie ognia. Nie reagowała 

nawet,   gdy   rozlegał   się   trzask   płonącego   żywicznego   drewna,   przypominający   Grantowi 

wystrzał z pistoletu. Ale ona na pewno odróżniała trzask drewna od wystrzału, równie łatwo 

jak on odróżniał wycie Ryzykanta od wycia kojota.

Nadal nic nie mówiła. O czym, u diabła, rozmyślała? Sprawiła, że przyznał się do 

czegoś tak osobistego, a teraz milczy?

- I to wszystko? - Nie mógł się dłużej powstrzymać, chociaż bardzo się starał udawać 

obojętność. - Zadajesz mi takie pytanie, a potem nie reagujesz na odpowiedź?

Zwróciła   ku   niemu   głowę.   Policzki   miała   lekko   zaróżowione,   ale   przyczyną   tego 

mogło być ciepło bijące z kominka.

- Chciałam się tylko dowiedzieć, czy...

- Czy co?

Spuściła wzrok. Domyślił się, że rumieniec na jej policzkach nie był jednak wywołany 

żarem ognia.

- Czy tylko ja... się tak czułam. Grant ze świstem wciągnął powietrze.

-   Ty...   też   miałaś   ochotę   na   więcej?   Zdała   sobie   sprawę,   że   spuściła   głowę   jak 

pensjonarka, i szybko podniosła na niego wzrok. Grant jeszcze raz musiał przyznać, że tej 

dziewczynie nie brakuje odwagi. Nic dziwnego, że jest taka dobra w swej pracy.

- Trochę mnie to przeraża, ale tak. Miałam ochotę na więcej.

- Mercy... - zaczął, ale zaraz urwał, słysząc, że drży mu głos. Reakcja jego ciała na to 

proste wyznanie Mercy była bardzo szybka i gwałtowna. Musiał się skoncentrować, żeby nie 

dać się ponieść impulsowi. Mercy jednak nie dała mu na to szans. Spojrzała na niego tymi 

background image

swoimi wielkimi, zielonymi oczami, a on w jednej chwili całkowicie w nich przepadł. A 

kiedy się ku niej pochylił, wyciągnęła w jego stronę ramiona.

Przedtem wmawiał  sobie, że to z powodu  długich  miesięcy celibatu jej  pocałunki 

wydawały mu się takie słodkie i gorące. Przecież nie mogły być aż tak zniewalające, musiała 

zadziałać jego wyobraźnia.

Chyba się jednak mylił. Mercy wargi miała tak miękkie i słodkie, jak zapamiętał. Przy 

ogniu, który zapłonął w jego sercu, ogień płonący w kominku wydawał się słabą iskierką.

Całował ją długo i gorąco, a ona przyjęła to z radością. Jedną rękę położyła mu na 

karku, druga wsunęła w jego włosy. Czuł jej dotyk, jakby wszystkie zakończenia nerwowe na 

jego skórze nagle się obudziły. Gdy Mercy jęknęła cicho, po plecach przebiegł mu dreszcz i 

zapragnął mieć ją natychmiast.

Próbował   się   odsunąć,   wiedząc,   że   za   chwilę   utraci   nad   sobą   kontrolę.   Mercy 

powstrzymała go, obejmując go mocniej za szyję i przyciskając się do niego całym ciałem. 

Powiodła   czubkiem   języka   po   zarysie   jego   ust,   i   usłyszała   w   odpowiedzi   cichy   pomruk 

rozkoszy.   Potraktowała   to   jako   zachętę   i   przesunęła   językiem   do   krawędzi   jego   zębów. 

Zamarł   bez   ruchu,   przerażony,   że   jeśli   wykaże   większy   zapał,   Mercy   się   wystraszy. 

Delikatnie dotknął językiem jej języka i szybko się wycofał. Zrozumiała go i jakby tylko na to 

czekała, wpiła się w jego usta.

Ośmielony jej zachowaniem ujął jej głowę i unieruchomił, całując ją coraz mocniej. 

Po chwili stracili równowagę i osunęli się na kanapę. Czując Mercy trochę pod sobą, trochę 

obok siebie, Grant nie mógł się powstrzymać; wsunął rękę pod jej plecy i przycisnął do siebie.

Wbiła palce w mięśnie jego ramion z siłą, która go zadziwiła. Mercy nie odpychała go 

jednak, lecz przyciągała ku sobie. Gdy delikatnie chwyciła zębami jego dolną wargę, drgnął 

mimowolnie i przywarł do niej biodrami, pozwalając jej wyczuć swą naprężoną męskość. Nie 

wiedział,   czy   kręciło   mu   się   w   głowie   z   powodu   pocałunku,   czy   dlatego,   że   przestał 

oddychać. Właściwie wyszło na to samo. Niechętnie odsunął się i przez długą chwilę patrzył 

w jej  rozszerzone  oczy. Nie widział  jeszcze  tak  zdumionego  spojrzenia.  Napawało go to 

uczuciami, których nigdy dotychczas nie doznawał.

Po raz pierwszy Mercy była przy nim tak bezbronna, tak zauroczona. Marzył o tym, 

żeby tak wyglądała zawsze, by pozbyła się smutku, bólu, dręczących wspomnień.

Boże, co on najlepszego robił? Przecież przyjechała tu, by odzyskać spokój, dojść do 

siebie, a potem wrócić i na nowo przeżyć koszmar. Kiedy zabójca Nicka zostanie złapany, 

będzie musiała zeznawać przed sądem, opowiadać o śmierci człowieka, którego kochała i 

szanowała.

background image

Wytężył resztę woli i usiadł. Jego ciało przebiegł dreszcz, jakby w proteście przed 

takim obrotem spraw. Zacisnął zęby,  desperacko walcząc z ogarniającym  go przypływem 

żądzy, której siły nie przewidywał w najśmielszych snach.

- Grant? - Wypowiedziała to słowo ostrożnie i cicho, z delikatną nutą urazy, której nie 

mógł nie usłyszeć.

- Mercy, posłuchaj... - Zamilkł, żeby zaczerpnąć powietrza. - Musimy przestać. Jesteś 

jeszcze... trochę wytrącona z równowagi, po tym, jak Nick...

Usiadła, oddychając równie ciężko i urywanie jak on, i spojrzała na niego. Zauważył, 

że jej rozchylone usta są nabrzmiałe.

- Tak, wiem - odrzekła po namyśle.

- Więc lepiej przestańmy, dopóki... jeszcze mogę.

- Ale przecież to nie ma nic wspólnego z moim stanem ducha.

-   Ależ   ma.   To   jest   podobno   reguła,   że   jeśli   ktoś   bliski...   umiera,   to   instynkt   nas 

popycha do...

- Seks jako afirmacja życia? O to ci chodzi? Skrzywił się lekko.

- To brzmi... tak zimno, ale... tak, właśnie o to mi chodzi.

Wstała   i   wyprostowała   się.   Zadziwiające,   że   mimo   drobnej   postury   potrafiła 

emanować godnością i powagą.

- Moim zdaniem nie doceniasz siebie i swojego wpływu na kobiety, Grant. Prawdę 

powiedziawszy, rzadko się z tym spotykam. I doceniam twój wysiłek, żeby zachować się... 

szlachetnie. Bo tak chyba trzeba to nazwać. Kiedy tu przyjechałam, byłam w podłym stanie. 

Ale to się już zmieniło. Odnalazłam spokój. I przez chwilę mi się wydawało, że znalazłam coś 

więcej.

- Wcale nie jestem szlachetny - odparł szorstko. Ciekawe, dlaczego właśnie to słowo 

rozdrażniło go najbardziej? Pewnie dlatego, że w tej chwili wcale nie czuł się szlachetny, ale 

za to bardzo sfrustrowany. I to z własnej winy, ponieważ usłuchał głosu sumienia, które nie 

chciało mu pozwolić na wykorzystanie bezbronnej kobiety.

- Rozumiem cię. Naprawdę. Ale czy rzeczywiście sądzisz, że chciałam tego tylko z 

powodu śmierci Nicka? Żeby udowodnić sobie samej, że jeszcze żyję? Jeśli tak sądzisz, to nie 

doceniasz mnie. Tu nie chodzi o afirmację życia ani o poczucie winy osoby ocalonej od 

śmierci, ani o inną modną formułkę z dziedziny psychologii dla każdego.

- Mercy...

- Nie jestem już dzieckiem, które poza tobą świata nie widzi. Chodzi tu o prosty fakt, 

że budzisz we mnie uczucia, jakich nie obudził jeszcze żaden mężczyzna. W dodatku sam 

background image

przyznałeś... że dzieje się to z wzajemnością. To wszystko, o co tu chodzi.

Opuściła pokój sztywno wyprostowana, z uniesioną wysoko głową. Przyszło mu na 

myśl, że jego dzisiejsze poświęcenie wyrządziło więcej złego niż dobrego. Czasami żałował, 

że matka wychowała go na tak uczciwego, prostolinijnego człowieka. Nie potrafił postępować 

jak wielu innych mężczyzn: brać to, co samo wpada im w ręce, nie zastanawiać się, czy robią 

dobrze, czy źle, i nie liczyć się z cudzymi uczuciami.

Barbara   Jackson   McClure   Fortune   wywarła   jednak   wielki   wpływ   na   jego   życie   - 

chociaż odkąd skończył cztery lata, nie była w nim obecna stale. A może właśnie dlatego jej 

wpływ   był   taki   silny?   Jako   dziecko   spędzał   z   nią   mało   czasu,   więc   bardzo   chciał   jej 

udowodnić,   że   jest   synem,   jakiego   sobie   wymarzyła.   Gdy   zrozumiał,   że   te   wysiłki   nie 

odbudują jego rodziny, było za późno. Jego osobowość była już ukształtowana.

Bezwładnie odrzucił głowę w tył, na oparcie kanapy i westchnął z niesmakiem. Jego 

pobudzone ciało jeszcze się całkiem nie wyciszyło.

Usłyszał krótkie szczeknięcie i zobaczył, że Ryzykant się obudził. Pies wstał i patrzył 

na niego z wyraźnym politowaniem. Kiedy tylko spostrzegł, że przyciągnął uwagę swego 

pana, podszedł do drzwi.

- Dłużej tego nie zniesiesz, co? - wymamrotał Grant i wypuścił psa z domu. - Nie 

możesz wytrzymać ze mną w jednym pomieszczeniu, tak?

Pies   obejrzał   się   na   niego,   ale   nawet   nie   szczeknął,   jakby   powstrzymywał   się   od 

komentowania poczynań swego pana, i wybiegł w mrok. Grant zamknął drzwi. Ryzykant na 

pewno jak zwykle poszedł spać do stajni. Nie był psem domowym, zaczął wpadać z krótkimi 

wizytami dopiero od czasu przyjazdu Mercy.

Oczarowała wszystkich: jego psa, konia, pracowników. Nie można powiedzieć, że 

zrobiła to bez wysiłku - pracowała na ranczu bardzo ciężko - ale z pewnością udało jej się 

tego dokonać niespodziewanie szybko.

A co zrobiła z nim? Grant nie potrafił znaleźć żadnego określenia. Może nie było na to 

odpowiedniego słowa?

Upłynęło dużo czasu, zanim wreszcie poszedł na górę, do sypialni.

- Bardzo udana Wigilia - wymamrotał przez zaciśnięte zęby, mijając drzwi pokoju 

Mercy.  Gdyby  nie to, że nadal był  rozpalony do białości, pewnie zacząłby się nad sobą 

użalać.

Nie   spodziewała   się,   że   po   tak   namiętnym   pocałunku   w   ogóle   zaśnie,   więc   tym 

bardziej   była   zaskoczona,   kiedy   obudziło   ją   donośne   szczekanie.   Nieraz   już   słyszała 

szczekającego   Ryzykanta,   kiedy  zaganiał  do  stada   krnąbrną  sztukę   bydła,  odpowiadał   na 

background image

gwizd lub ostrzegał, że nieprzyjazna istota wtargnęła na jego teren lub że u bramy stoi jakiś 

gość. Tonem i natężeniem głosu potrafił przekazać zadziwiająco wiele informacji. Mercy na-

uczyła się je odczytywać, ale nigdy nie słyszała Ryzykanta szczekającego w ten szczególny 

sposób.   Pies   zawiadamiał,   że   stało   się   coś   złego   i   wymagającego   ich   natychmiastowej 

interwencji.

Poczuła,   że   po   plecach   przebiegają   jej   ciarki.   Bez   wahania   wyskoczyła   z   łóżka, 

pośpiesznie się ubrała i wciągając buty, w podskokach pobiegła do drzwi. Usłyszała inne 

kroki na schodach i wiedziała, że Grant też usłyszał wezwanie Ryzykanta.

Gdy zeszła na dół, on był już na zewnątrz. Zobaczyła, że biegnie za Ryzykantem przez 

podwórko. Pies prowadził swego pana do stajni.

Mercy starannie zamknęła za sobą drzwi i podążyła za nimi. Serce w niej zadrżało, 

gdy   spostrzegła,   że   Grant   z   psem   minęli   główną   stajnię   i   pobiegli   do   mniejszej,   gdzie 

trzymano klacze.

Jeszcze zanim tam dotarła, odgadła, że chodzi o tarantowatą Lady. Weszła do stajni i 

zobaczyła   Ryzykanta   siedzącego   przed   boksem   klaczy.   Grant   właśnie   otwierał   drzwi, 

chwyciwszy   po   drodze   latarnię   zasilaną   baterią   elektryczną.   Podbiegła   bliżej   i   usłyszała 

chrapliwy koński oddech.

Piękna, łaciata klacz leżała na boku, a jej wzdęty brzuch wydawał się jeszcze większy. 

Była   mokra   od   potu.   Na   widok   nowo   przybyłych   szarpnęła   się   nerwowo,   lecz   była   tak 

wyczerpana, że opadła bezwładnie i patrzyła na nich udręczonym wzrokiem. W Mercy coś 

zacisnęło się boleśnie. Grant obejrzał Lady, położył rękę na jej brzuchu i przemówił do niej 

łagodnie:

- Spokojnie, mała. Wszystko będzie dobrze. Ten twój maluch trochę się pośpieszył. 

Będziesz miała gwiazdkowe dziecko. Spokojnie, spokojnie.

Jego   głos   brzmiał   czule   i   kojąco,   a   klacz,   jakby   go   rozumiejąc,   nie   zareagowała 

nerwowo na jego dotyk. Mercy wiedziała, że za wcześnie na poród. Walt jej wytłumaczył, że 

ranczerzy zawsze się starają, żeby źrebięta przychodziły na świat tuż po Nowym Roku, ze 

względu na ich późniejszą karierę w hodowli i sukcesy, na przykład na torze wyścigowym.

- Czy będziesz miał kłopoty dlatego, że źrebię urodzi się za wcześnie? - zapytała.

Spojrzał na nią i oczy mu się trochę rozszerzyły. Dopiero wtedy Mercy zdała sobie 

sprawę, że nie związała włosów i nie zdążyła włożyć stanika. Grant nie skomentował tego, 

tylko odpowiedział na jej pytanie:

- Nie o to chodzi. Lekarz wyznaczył poród na połowę stycznia, więc to tylko trzy 

tygodnie za wcześnie. Problem polega na czym innym.

background image

- Na czym?

- Zwykle klacze rodzą źrebięta w ciągu pół godziny od odejścia wód płodowych. Lady 

ostatnio ten etap zajął piętnaście minut. Teraz wygląda mi na to, że leży tak już dłuższy czas. 

Jeśli źrebię zaczęło się wysuwać, zanim sprawy przybrały zły obrót, i utknęło w drogach rod-

nych, to istnieje niebezpieczeństwo, że zaplątało się w pępowinę i nie przeżyje.

Mercy poczuła, że serce podchodzi jej do gardła.

- Chcesz, żebym kogoś wezwała? Może weterynarza? Grant ponuro pokręcił głową.

- Dotarcie tutaj zajęłoby doktorowi Watsonowi dwie godziny, jeśli w ogóle byśmy go 

znaleźli. Przecież to Wigilia. Źrebakowi nie zostało tyle czasu. Lady też jest u kresu sił.

Mercy przeraziła się. Polubiła łagodną, urodziwą klacz, często karmiła ją marchewką i 

jabłkami.

- Ale przeżyje, prawda?

- Zrobię wszystko, żeby przeżyła - zapewnił Grant.

- Jak mogę ci pomóc? Zerknął na nią z wahaniem.

- Posterunkowa Brady, czy zdarzyło się pani odbierać poród?

- Raz.

- Wobec tego proszę się przygotować do drugiego razu. Jeśli chciał ją przestraszyć, to 

nie udało mu się.

-   Czy   będziesz   potrzebował   gorącej   wody,   jak   to   zwykle   pokazują   w   filmach?   - 

zapytała spokojnie.

Uśmiechnął się lekko.

- Oczywiście.

- W takim razie pójdę po wodę do domu. Jego uśmiech się poszerzył.

- Gorąca woda jest na miejscu. Z tego kranu leci niemal wrzątek. Zaraz się umyję. 

Właśnie po to zainstalowaliśmy tutaj małą termę i zlew.

- Aha. - Również się uśmiechnęła. - Bardzo dobry pomysł.

-   To   zasługa   Walta.   Swoim   klaczom   chciał   zapewnić   wszelkie   wygody.   Przed 

wyjazdem włączył termę, a już kilka dni temu przeniósł Lady do boksu dla źrebiących się 

klaczy. Chyba podejrzewał, że wytnie nam taki numer.

Rzeczywiście, boks Lady był obszerniejszy od innych. Nie było tu żłobu z sianem, 

zapewne ze względu na bezpieczeństwo zwierzęcia.

- Szkoda, że go tu nie ma. Lepiej by ci pomógł - zauważyła Mercy.

- Dasz sobie radę - zapewnił Grant i wydał jej ciąg poleceń. Mercy nie protestowała. - 

Wyjmij z szafki na narzędzia taką niebieską skrzynkę i czyste ręczniki. Przysuń tu ten mały 

background image

piecyk i włącz do kontaktu przy drzwiach. Muszę na nim ogrzać ręczniki. Jest dość chłodno, 

trzeba będzie osuszyć źrebię. I przynieś z drugiej stajni dodatkową lampę, dobrze? Górne 

oświetlenie w korytarzu nie wystarczy. Nie chciałbym jej zrobić krzywdy z powodu słabego 

światła.

- Dobrze.

Najpierw przyniosła skrzynkę, piecyk i ręczniki, potem pobiegła do drugiej stajni. Na 

jej widok Joker zarżał radośnie, ale tylko w przelocie poklepała go po szyi. Kiedy wychodziła 

z lampą, zaprotestował, ale uciszyła go stanowczo.

-   Cicho   bądź.   Lady   właśnie   stara   się   urodzić   twoje   dziecko,   więc   mógłbyś 

przynajmniej nie hałasować.

Mówiła to w biegu, ale ku jej zdziwieniu ogier rzeczywiście zamilkł. A może już nie 

powinna się temu dziwić?

Gdy   wróciła   do  boksu,   Grant   klęczał   przy  Lady.  Zdjął   grubą   kurtkę,   a   na  skraju 

rękawów koszulki dostrzegła mokre plamy,  więc domyśliła się, że już umył  ręce, i to aż 

powyżej łokci.

- Postaw tu lampę i włącz ją - polecił. Usłuchała go i w boksie zrobiła się jaśniej. - 

Muszę sprawdzić, co się tam w środku dzieje. Módl się, żebym  nie wyczuł tylnych  nóg 

źrebaka.

- Co by to znaczyło?

- To by znaczyło, że mamy problem, z którym mogę sobie nie poradzić. Spróbuj ją 

uspokoić, dobrze? Jest zmęczona, ale może spróbować mnie kopnąć, bo to, co za chwilę 

zrobię, nie będzie dla niej przyjemne.

Ukląkł za koniem. Mercy zrozumiała, w jaki sposób miał zamiar sprawdzić ułożenie 

źrebaka, i skrzywiła się boleśnie.

- Ja na pewno bym cię kopnęła - wymamrotała pod nosem i przyklękła przy łbie 

klaczy. Nie była pewna, co robić, więc po prostu zaczęła gładzić mokrą od potu szyję Lady i 

przemawiać do niej tak jak do Jokera - pieszczotliwie, spokojnie, kojąco.

- Tak, tak, wiem, że to mężczyzna, więc co on tam może wiedzieć o takich sprawach. 

Ale on chce ci pomóc. Tobie i twojemu maleństwu. Wszystko będzie dobrze. Wytrzymaj 

jeszcze trochę...

Wydawało jej się, że to wszystko trwa całą wieczność. Nie mogła patrzeć na to, co 

robił Grant. Klacz raz się szarpnęła i Mercy usłyszała, jak Grant zaklął. Nawet jeśli dosięgło 

go końskie kopyto, nie odsunął się, tylko nadal robił swoje.

Mercy usłyszała w końcu pełne zadowolenia sapnięcie. Jeszcze raz poklepała klacz po 

background image

szyi i podniosła wzrok. Grant z wesołą miną wycierał ramię.

- No, teraz wszystko zależy od Lady.

- Co stwierdziłeś?

-   To   tylko   zagięta   przednia   noga.   Ułożyłem   ją   we   właściwej   pozycji   i   wszystko 

powinno już pójść gładko. - Zgasił jedną latarnię, wstał i zgasił drugą. Kiedy spojrzała na 

niego pytająco, wyjaśnił: - Źrebięciu takie ostre światło by przeszkadzało.

Jeszcze zanim wypowiedział te słowa, coś się zaczęło dziać. Czując, że jej wysiłki nie 

idą na marne, klacz nabrała wigoru. Po chwili na zewnątrz ukazał się spowity błoną kształt. 

Mercy wstrzymała oddech. Nie było to piękne ani higieniczne, ale i tak wiedziała, że patrzy 

na cud. Już po chwili na słomie leżało małe stworzenie, złożone w głównej mierze z nóg. 

Było lustrzanym odbiciem swego ojca.

Grant poruszał się szybko, ale nie gwałtownie, by nie przestraszyć zmęczonej matki 

ani   noworodka.   Ogrzanymi   na   piecyku   ręcznikami   osuszył   źrebię.   Dotykał   zwierzęcia 

delikatnie, niemal czule. Odciął pępowinę, a potem ułożył maleństwo przy głowie klaczy, 

która mimo wyczerpania uważnie je obwąchała.

-   Spokojnie,   mamusiu   -   wyszeptał   Grant.   -   Córeczka   jest   cała   i   zdrowa.   Obie 

potrzebujecie odpoczynku. Macie za sobą ciężkie chwile.

- A więc to ona? - zapytała cicho Mercy. W słabym świetle nie mogła rozróżnić płci 

źrebięcia.

Zerknął na nią z uśmiechem.

- Owszem. To będzie najpiękniejsza klaczka w całym stadzie. Zgrabna jak matka, 

umaszczona tak oryginalnie jak ojciec.

Mercy   poczuła   się   niewypowiedzianie   szczęśliwa.   Trochę   ją   zawstydzała   taka 

gwałtowna reakcja na widok cudu narodzin i pojawienia się nowego życia. Ten cykl powtarza 

się nieprzerwanie. Życie, śmierć, życie...

I nagle zrozumiała, że zaczyna odzyskiwać równowagę. Na pewno nigdy nie zapomni 

Nicka, nie przestanie odczuwać pustki, jaką po sobie zostawił, ale będzie żyła pełnią życia. 

Kiedyś znów odnajdzie radość. Jej równowaga jest być może jeszcze niepewna, tak jak tego 

źrebięcia, ale wkrótce okrzepnie. Tego życzyłby sobie Nick.

Oszołomiona tym odkryciem, patrzyła w milczeniu na scenę w boksie. Myślała, że to 

już koniec emocji, ale bardzo się myliła. Okazało się, że jest jeszcze wiele pracy do zrobienia. 

Grant   sprawnie  wyczyścił  podłogę   boksu,   pozbył   się  łożyska   i napoił   klacz letnią  wodą. 

Potem rzucił jej garść siana. Wszystko to zajęło mu trochę czasu, więc kiedy skończył, Lady 

zdążyła już wstać. Ten widok sprawił mu wyraźną ulgę. Nie przerwał jednak pracy, tylko 

background image

umył wymię klaczy, by przygotować ją do karmienia nowego potomka.

W końcu wyszedł z boksu i zamknął drzwi, oznajmiając, że najlepszą rzeczą dla matki 

i jej dziecka będzie teraz spokój i cisza. Został jednak w stajni i spoza boksu obserwował 

zwierzęta. Po jego minie Mercy poznała, że nadal trochę się niepokoi o ich zdrowie. Czas 

płynął. Od porodu upłynęła już co najmniej godzina.

Ryzykant, który dotąd siedział cicho na uboczu, podszedł i usiadł u ich stóp.

- Dobry piesek - powiedział Grant i podrapał go za uchem, nie spuszczając wzroku z 

klaczy i źrebięcia.

- Więcej niż dobry. - Mercy przykucnęła przy owczarku i spojrzała mu w kolorowe 

oczy. - Spisałeś się wspaniale.

Ryzykant   zaskomlał   cicho,   jakby   wiedział,   że   głośne   szczekanie   jest   teraz 

niepożądane. Był to jednak bez wątpienia dźwięk przyjazny, więc Mercy pogłaskała go po 

łbie. Pozwolił jej na to, więc chyba nawet on zrozumiał, że chwila jest wyjątkowa.

-   Mercy...   Wyprostowała   się.   Grant   nie   patrzył   na   nią,   lecz   na   konie.   Miał   tak 

zadowoloną minę, że podążyła za jego wzrokiem. Źrebię stało, szeroko rozsunąwszy kopyta, 

kołysząc się niezdarnie na patykowatych nogach. Z trudnością, ale jednak stało.

Nagle bezwładnie osunęło się na ziemię. Mercy jęknęła z rozpaczą, ale Grant położył 

jej rękę na ramieniu, dodając otuchy. W tej samej chwili klaczka znów się podniosła i tym 

razem już nie upadła.

- Dobrze - stwierdził z zadowoleniem. - Była po prostu zmęczona wydobywaniem się 

na świat. Chyba wszystko jest w porządku. Jeśli jeszcze znajdzie jedzenie...

Źrebię   wykonało   kilka   nieudanych   prób,   ale   zachęcane   cichym   rżeniem   matki,   w 

końcu znalazło drogę do źródła mleka i zaczęło ssać. Ostatnia przeszkoda została pokonana. 

Mercy poczuła, jak z Granta opada napięcie.

Zerknęła na jego twarz. Uśmiechał się łagodnym, pełnym zadowolenia uśmiechem. 

Ten widok sprawił, że coś jej w środku zadrżało. Dwanaście lat temu powiedziała Kristinie, 

że podoba jej się uroda Granta, ale także jego charakter. Przyjaciółka jej wtedy nie uwierzyła, 

ale Mercy już wtedy wiedziała, że Grant jest bardzo dobrym człowiekiem.

Gdy teraz na nią spojrzał, coś w wyrazie jej twarzy przykuło jego uwagę. Zrobił nieco 

zdziwioną minę. Nagle Mercy gwałtownie się odwróciła i wybiegła ze stajni. Chciała ukryć 

łzy, które zaczęły spływać po jej policzkach.

To była najpiękniejsza Wigilia, jaka jej się w życiu przydarzyła.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Zostało  jeszcze  trochę  tego  owocowego  napoju?  Pytanie  dobiegło  z  salonu. Nie 

zdziwiła się, że Grant wcale nie był zmęczony, mimo przeżyć tej nocy. Ona również nie była 

śpiąca, jakby cud życia, który zdarzył się na jej oczach, dodał jej sił.

- Właśnie go podgrzewam! - zawołała i dodała zaczepnie: - Widzę, że rzeczywiście 

lubisz   moczyć   się   długo   pod   prysznicem.   Już   się   bałam,   że   będę   musiała   tam   wejść   i 

sprawdzić, czy jeszcze żyjesz.

- Szkoda, że tego nie zrobiłaś. Jego głos brzmiał zmysłowo i sugestywnie - i rozległ 

się   tuż   za   nią.   Mercy   podskoczyła   zaskoczona.   Znowu   udało   mu   się   podejść   do   niej 

niepostrzeżenie. Najwyraźniej straciła zawodową czujność. Pewnie jest tu zbyt odprężona i 

rozluźniona.

Odwróciła się i wszystkie myśli natychmiast wyleciały jej z głowy.

Grant stał tuż obok niej, ubrany jedynie w dżinsy. Na jego szyi wisiał ręcznik, włosy 

miał nadal mokre, gładko zaczesane do tyłu, co podkreślało zdecydowany zarys jego szczęki. 

Był boso, co trochę tłumaczyło, dlaczego nie usłyszała jego kroków. Nic jednak nie mogło 

wytłumaczyć bicia jej serca i zachłanności, z jaką wpatrywała się w jego umięśnione ramiona. 

Może jedynie to, że Grant był jedynym mężczyzną, który naprawdę ją poruszał, teraz i przed 

laty.

„Szkoda, że tego nie zrobiłaś”...

Te   wypowiedziane   cicho   słowa   odbiły   się   echem   w   jej   głowie,   przywołując 

zapierające dech w piersi obrazy.  A Grant, jakby czytał  w jej myślach, podszedł bliżej i 

przyparł ją do kuchennej szafki.

- Mogłaś do mnie dołączyć - powiedział jeszcze bardziej prowokacyjnie.

Głośno   wciągnęła   powietrze.   Wiedziała,   że   wpatruje   się   w   niego   rozszerzonymi 

oczami,   ale   nic   nie   mogła   na   to   poradzić.   Dotychczas   jej   się   to   nie   zdarzało,   ale   teraz 

wyobraźnia  podsuwała  jej  bardzo wyraźne  i zmysłowe  obrazy jej  samej  wchodzącej  pod 

prysznic, gdzie czekał Grant. Wyobrażała sobie wodę spływającą po jego ciele, śliską skórę 

pod swoimi dłońmi...

Zacisnęła ręce, aż paznokcie wbiły się w skórę, jakby chciała się powstrzymać przed 

dotknięciem Granta. Miała wielką ochotę położyć dłonie na jego piersi, która znajdowała się 

tak blisko, że czuła bijące od niej ciepło. Ale przecież ostatnim razem odsunął się od niej i nie 

wiedziała, czy jeszcze raz zniosłaby takie rozczarowanie.

- Patrz tak na mnie, a za chwilę wrócimy do tego, co zaczęliśmy wczoraj - powiedział 

background image

zmienionym głosem.

- Ale... - Zabrakło jej tchu.

- Zmieniłaś zdanie, Mercy? - zapytał lekko zdyszanym głosem.

Gdyby   potwierdziła,   wszystko   urwałoby   się   natychmiast.   Takie   przekonanie 

zakiełkowało w głębi jej duszy.

Kiedyś wierzyła we własną odwagę, w tej chwili nie była już jej taka pewna. Nigdy 

jednak nie straciła wiary w honor Granta. Nigdy nie narzucałby się żadnej kobiecie ani nie 

uwiódł niezdecydowanej, chociaż dobrze wiedział, że wystarczyłby jeden pocałunek...

Jednak gdyby oznajmiła, że zmieniła zdanie, skłamałaby.

- Ale to ty się wycofałeś - przypomniała mu i trochę się przestraszyła. Co też ona 

wyprawia?  Powinna przecież uciec do swojej sypialni i zamknąć za sobą drzwi. Chociaż 

żadne drzwi nie były na tyle mocne, by odciąć ją od uczuć do tego człowieka.

- Wycofałem się, ponieważ wydawało mi się, że kierują nami niewłaściwe pobudki. 

Ty chciałaś... dokonać  afirmacji  życia  na przekór  śmierci.  Bałem się, że  potem  będziesz 

żałować.

- W takim razie dlaczego...

- Ponieważ teraz wydaje mi się, że chcesz cieszyć się nowym życiem - powiedział 

głosem, od którego przebiegł ją dreszcz.

Gdy ją przytulił, zadrżała, choć wcale nie było jej zimno.

- W stajni widziałem twoją twarz, Mercy - powiedział. - Poczułaś, że zdarzył się cud, 

prawda? Nowe życie zastąpiło stare, nieprzerwany krąg... Nieważne, czy chodzi o ludzi, czy 

zwierzęta. Wygląda to tak samo. Życie toczy się dalej. I ty będziesz dalej żyła. Dzisiaj zdałaś 

sobie z tego sprawę, prawda?

O dziwo, jego spostrzegawczość wcale jej nie zaskoczyła.

- Tak - potwierdziła cicho. - Nigdy nie przestanie mi brakować Nicka, ale będę żyła 

dalej. Jestem mu to winna. Życie jest tego warte.

-   Nie   tylko   będziesz   żyła   dalej.   Znajdziesz   również   szczęście.   Wrócisz   do   pracy, 

będziesz czerpać z niej zadowolenie. Czas uleczy rany. Owszem, zostanie blizna, ale ból już 

nigdy nie będzie taki silny.

- Pragnę cieszyć się życiem... - powtórzyła szeptem.

-   Tak.   I   trudno   o   lepszy   powód   do...   Wiedziała,   że   zaraz   ją   pocałuje.   Jej   ciało 

zareagowało błyskawicznie, jakby od lat czekało na ten pocałunek. Jednocześnie czuła, że 

wszystkie fantazje zadurzonej nastolatki nie były nawet bladym cieniem rzeczywistości. Nic 

nie mogło jej przygotować na jego bliskość, dotyk jego ust i języka.

background image

Nie podejrzewała nawet, że coś takiego jest możliwe. Sądziła, że zna swoje ciało i 

jego reakcje, przecież starała się utrzymać je w jak najlepszej kondycji, wystawiała je na 

próby, poddawała stresom, psychicznym i fizycznym. Myślała, że zna granice swoich doznań.

Kiedy   Grant   ją   pocałował,   przekonała   się,   że   nie   ma   takich   granic.   Z   cichym 

pomrukiem otoczył ją ramionami i przyciągnął do nagiej piersi. Westchnęła głęboko, czując 

jego twarde mięśnie i rozgrzaną skórę. Uniosła ręce, by go dotknąć. Nigdy jeszcze niczego 

tak nie pragnęła. Jej palce przesunęły się po skórze, dotknęły sutek. Usłyszała, jak Grant 

spazmatycznie łapie oddech. Chociaż nie starał się tego ukrywać, dopiero po chwili zdała 

sobie  sprawę, że wyczuła  jego naprężoną  męskość. Przywarła  do niego ciaśniej, a Grant 

zesztywniał i zdusił w sobie jęk. Sprawiło jej to dziwną przyjemność. Doceniła swą kobiecą 

władzę, która nawet silnego mężczyznę może obezwładnić.

Grant przerwał pocałunek i przez chwilę patrzył na nią wzrokiem, od którego zrobiło 

jej się gorąco.

- Grant... - wyszeptała.

- Jeśli mamy przestać, to teraz - mruknął, oddychając ciężko. - Potem może być za 

późno.

Miała tylko jedną, dręczącą wątpliwość.

- Nadal jestem dziewczyną z miasta - szepnęła. - A ty przecież takich nie lubisz.

- Wiem. I wiem, że wrócisz do miasta. Ale nieważne, gdzie się wychowałaś, jesteś 

prawdziwym brylantem. Czystym, jasnym i bez skazy. - Niezupełnie się z tym zgadzała, ale 

teraz nie zamierzała protestować. - Rzadko mężczyzna ma okazję dotykać takiego klejnotu - 

ciągnął. - Ale kiedy mu się to przydarzy... nic innego nie ma znaczenia.

Pocałował   ją   znowu,   gorąco   i   namiętnie,   aż   poczuła   ten   pocałunek   wszystkimi 

zmysłami. Była tym tak pochłonięta, że nawet nie zauważyła, kiedy wziął ją na ręce i wyniósł 

z kuchni. Zdała sobie z tego sprawę dopiero w drzwiach na korytarz.

- Grant? Spojrzał na nią tak, jakby się bał, że zmieniła zdanie i jakby się zastanawiał, 

czy nie zamknąć jej ust pocałunkiem, zanim mu to powie. Po chwili jednak zapytał tylko:

- Co?

- Ja... ja niczego nie stosuję... To znaczy, chodzi mi o pigułkę...

Chwilę trwało, zanim ta wiadomość do niego dotarła. Potem usta lekko mu zadrgały.

- Mam coś. - Zamrugała oczami, ale on tylko uśmiechnął się z wesołym błyskiem w 

oku. - Rita mnie kiedyś poprosiła, żebym wytłumaczył Chipperowi, co to jest prezerwatywa. 

Nie przypuszczałem, że te pomoce naukowe przydadzą się mnie samemu.

Mercy zachichotała. I słysząc to, bardzo się zdziwiła. Nie należała do kobiet, które 

background image

chichoczą. Grant również miał zdziwioną minę, ale potem znów się uśmiechnął i pocałował 

ją. Teraz była w stanie wydusić z siebie tylko jedno:

- Pośpiesz się.

Słysząc napięcie w jej głosie, Grant poczuł rozpalający się w nim żar. Posłuchał jej 

bez sprzeciwu i ruszył na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz.

Na piętrze zatrzymał się jak wryty przed drzwiami jej sypialni.

- Idziemy do ciebie czy do mnie? Mercy lekko się poruszyła i podniosła na niego 

wzrok.

- A czy to ma znaczenie?

- Chyba tak - odparł trochę niepewnie. - Jeszcze nigdy... tego tutaj nie robiłem. - 

Uśmiechnął   się   nieco   ironicznie.   -   W   ogóle   dawno   tego   nie   robiłem.   Już   niemal   nie 

pamiętam...

-   Podobnie   jest   ze   mną   -   wyszeptała   w   odpowiedzi.   Jego   słowa   sprawiły   jej 

niewiarygodną przyjemność.

„Jeszcze nigdy tego tutaj nie robiłem”. Proste wyznanie, ale dzięki niemu poczuła się 

wyjątkowa. I naprawdę pożądana, pożądaniem głębszym niż fizyczna potrzeba, którą oboje 

odczuwali. Może było to niemądre, ale tak właśnie to odbierała.

- Chodźmy do ciebie - zadecydowała nagle. Wziął głęboki oddech; poczuła, jak jego 

pierś unosi się i opada. Na chwilę zamknął oczy i przełknął ślinę. Potem spojrzał na nią i 

krótko skinął głową. Nic nie mówił, lecz jego twarz wyrażała burzę uczuć.

- To dobra decyzja? - zapytała, nagle trochę zdenerwowana.

- Tak - odparł cicho. - Chcę cię mieć w swoim łóżku. Jeśli to zabrzmiało gruboskórnie, 

to bardzo cię przepraszam.

- Nie przepraszaj - szepnęła, choć brakowało jej oddechu.

Ruszył w głąb korytarza, nadal niosąc ją w ramionach, jakby ważyła nie więcej niż 

nowo narodzony źrebak.

Czyżby się bał, że uważa go za gbura? Nie zapomniał chyba, że była świadkiem, z 

jaką   delikatnością   i   wyczuciem   zajmował   się   maleństwem   Lady,   jak   uspokajał   zde-

nerwowaną, wyczerpaną klacz. Czy nie zdawał sobie sprawy,  że ukazał jej dzisiaj swoje 

prawdziwe oblicze?

Nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Grant pchnął drzwi stopą i wniósł ją do 

sypialni. Nigdy jeszcze tu nie była, tylko kilka razy zerknęła do środka przez uchylone drzwi. 

Wiedziała, że pokój jest urządzony „po męsku”. Stały tu solidne, ciężkie meble, utrzymane w 

ciemnych barwach. Pościel leżała odrzucona na bok łóżka, tak jak ją zostawił, kiedy zerwał 

background image

się z posłania, zaalarmowany szczekaniem Ryzykanta. W nogach łóżka leżała koszula, a na 

komodzie zegarek i grzebień. Na nocnym stoliku stało kilka książek, na których widok Mercy 

się uśmiechnęła. Zdaniem niektórych Grant „marnował się” na ranczu, a przecież nigdy nie 

przestał pracować nad swoim bystrym umysłem.

Postawił ją przy łóżku,  pozwalając jej zsunąć się po swoim ciele, jakby chciał ją 

wyczuć całym sobą. Gdy zadrżała, oczy mu się rozjarzyły. Jeszcze nigdy nie widziała w nich 

takiego ognia.

Jeszcze   raz   ją   pocałował,   mocno   i   zachłannie,   jakby   była   pierwszym   haustem 

wiosennego powietrza po mroźnej zimie. Oparła się o niego bezwładnie, zastanawiając się, 

gdzie się podziała jej siła.

Gdy ułożył ją na łóżku, spodziewała się, że sam znajdzie się przy niej, on tymczasem 

otworzył szufladę komody. Zrobił to z o wiele większym rozmachem, niż było to konieczne. 

Przez   chwilę   szukał   czegoś   niezdarnie,   przez   co   nabrała   podejrzeń,   że   jest   równie 

zdenerwowany, jak ona.

Śledziła jego ruchy i zobaczyła, że położył na nocnym stoliku niewielką paczuszkę.

- Boję się, że... później mógłbym o tym zapomnieć.

To proste stwierdzenie, zapowiedź tego, co miało nastąpić, sprawiło, że ciało Mercy 

przeszedł dreszcz. Nagle Grant znalazł się przy niej i zaczął całować ją tak niecierpliwie, że 

opuściło   ją   wszelkie   skrępowanie.   Zdjął   z   niej   bluzę,   którą   tak   niedawno   wkładała   w 

pośpiechu. Uniosła ramiona, by mu w tym dopomóc i dopiero po chwili przypomniała sobie, 

że nie ma stanika. Grant dotykał jej delikatnie, ale czuła każdy jego palec osobno, jakby 

zostawiał po sobie rozpalony ślad.

Spojrzała w dół.

Jego  opalone,  mocne  dłonie   kontrastowały z  białą,  miękką skórą  jej  piersi.  Znów 

zadrżała, a Grant znieruchomiał, jakby się bał, że jego dotyk nie jest dla niej przyjemny. 

Chciała go poprosić, by nie przestawał, ale nie mogła wydobyć słowa, więc tylko wygięła się 

w łuk, żeby dać mu do zrozumienia, czego chce. Powiedział coś cicho, ochryple, ale go nie 

zrozumiała.   Po   chwili   zupełnie   przestało   ją   to   obchodzić,   bo   całkowicie   pochłonęły   ją 

doznania płynące z jego pieszczot. Przeszył ją gorący spazm, wywołując na usta cichy krzyk.

Grant,   jakby pobudzony jej  reakcją,   szybko   zdjął   jej   spodnie   i  ciepłe   buty.   Przez 

chwilę po prostu na nią patrzył i gdyby nie widoczne na jego twarzy pożądanie, czułaby się 

skrępowana.

- Mercy - wyszeptał.  - Kto by pomyślał,  że mały skrzat wyrośnie na taką piękną 

kobietę?

background image

- Ty mnie się zawsze podobałeś - wyszeptała, wreszcie odzyskując głos.

Zaczerwienił się lekko.

- Nie patrzyłaś na mnie obiektywnie.

- To prawda. I nadal nie patrzę. Nawet w tych grubych, zimowych ciuchach wyglądasz 

wspaniale.

Zaśmiał się i szybko zdjął dżinsy. Teraz z kolei Mercy przyjrzała mu się uważnie. 

Wiedziała, że jest dobrze zbudowany, ale widok jego nagiego ciała przeszedł jej wszelkie 

oczekiwania. Najwyraźniej jazda konna dobrze wpływała na rozwój mięśni. Mercy czuła, że 

trawi ją pożądanie, lecz także lekki niepokój. Te obawy musiały wyraźnie odbić się na jej 

twarzy, ponieważ Grant zmarszczył czoło.

- Mercy? - zapytał czujnie.

- Ja... Zacisnął zęby, lecz po chwili spytał łagodnie:

- Chcesz, żebyśmy przestali?

- Nie - odrzekła szybko. - Nie to, tylko... To już tak dawno... No, wiesz... chodzi mi...

- O co?

- O proporcje... - wydusiła w końcu, czerwieniejąc.

- Aha. - Wyglądało na to, że był bardzo zadowolony, tylko nie wiedział, czy powinien 

to okazać. - Czy to znaczy... Jesteś... - Urwał i tym razem on się zaczerwienił. - Zapomniałem 

o tym, że jesteś taka drobna.

- Wcale nie jestem taka drobna - zaprotestowała odruchowo. - To raczej ty...

Zamilkła, mierząc go wzrokiem od góry do dołu. Kompletnie zapomniała, co chciała 

powiedzieć. Patrzyła na niego i drżała na myśl, że za chwilę będzie się z nim kochać.

- Później też chcę na ciebie patrzeć tak, jak ty teraz na mnie patrzysz - oznajmił. - 

Chcę, żebyś mnie dotknęła wszędzie, gdzie chcesz. Ja też chcę cię dotykać. Ale później.

Wziął ją w objęcia, a ona poddała mu się chętnie. Jego ręce gładziły ją, pieściły, 

pobudzając do rozkoszy. Po raz pierwszy w życiu  straciła kontrolę nad własnym  ciałem. 

Grant przejął dowodzenie, potwierdzał to każdym dotykiem, a ona nie miała siły się opierać. 

Nie obchodziło jej nic. Chciała tylko, by nie przestawał, by narastało w niej to niesamowite 

ciśnienie, pulsująca potrzeba tego, co tylko on mógł jej dać.

Spazmatycznie   chwyciła   powietrze,   kiedy   natrafił   na   najwrażliwszy   punkt   jej 

kobiecości. Chwyciła go za ramiona, jakby to była jedyna pewna rzecz na ziemi, która zaczęła 

się spod niej usuwać. Wziął ją za rękę i powiódł w dół swojego ciała. Zawahała się, nagle 

onieśmielona.

- Nie wiem... - zaczęła, ale zaraz urwała. Przyznanie się do takiej niewiedzy w jej 

background image

wieku wydało jej się śmieszne. Ale Grant najwyraźniej nie widział w tym nic zabawnego.

- Mercy, kochanie... Pokażę ci... Te czułe słowa sprawiły, że serce zabiło jej mocniej.

Poczuła   w   uszach   pulsowanie   krwi,   kiedy   pokazał   jej,   jak   ma   go   dotykać. 

Jednocześnie jego pieszczoty doprowadzały ją na skraj szaleństwa. Płonęła ogniem, którego 

jeszcze nie zaznała. Miała ochotę krzyczeć, tak bardzo chciała wypełnić pustkę, którą nagle w 

sobie poczuła. Gdy wiedziała, że dłużej już nie wytrzyma, Grant naparł mocniej biodrami na 

jej dłoń.

-   Przyrzekam   ci,   że   następnym   razem   będziemy   to   robić   całą   noc   -   wyszeptał.   - 

Zrobimy to tak, jak będziesz chciała i gdzie będziesz chciała, ale teraz nie mogę już dłużej 

czekać.

Szybko otworzył czekającą na nocnym stoliku paczuszkę.

- Tak, teraz - ponagliła go niecierpliwie. Wniknął w nią jednym ruchem, jakby ich 

ciała   tylko   czekały,   by   udowodnić,   że   doskonale   do   siebie   pasują.   Grant   na   moment 

znieruchomiał, a ona wyszeptała jego imię. Wymamrotał coś pod nosem, jakieś słowa pełne 

namiętności, a jednocześnie zdumienia. Poczuła, że zadrżał i przyciągnęła go bliżej. Nigdy 

nie wyobrażała sobie, że dwoje ludzi może tak się zjednoczyć.

Teraz   świat   przestał   istnieć.   Wiedziała   tylko,   że   Grant   uczy   ją   czegoś   nowego, 

spoglądając na nią z czystym, gorącym pożądaniem w oczach. Każdym ruchem coraz bardziej 

odrywał ją od rzeczywistości, aż w końcu liczyli się tylko oni dwoje.

Wsunął   rękę  między  ich  ciała  i   znów  dotknął   jej   najwrażliwszego   punktu.  Mercy 

jęknęła głośno i przywarła do niego konwulsyjnie, a on nadal ją pieścił, coraz mocniej i 

mocniej. Chciała go błagać, by nie przerywał, ale z jej gardła wydobywał się tylko cichy jęk. 

Nagle jej ciało się napięło, jakby chciało eksplodować, i jeszcze mocniej zacisnęło się wokół 

Granta. Usłyszała, że wyszeptał jej imię, wyczuła, że wygiął się w łuk i jeszcze raz na nią 

naparł. Potem nie czuła już nic, tylko wszechogarniające fale gorąca.

Stopniowo wracała do rzeczywistości.

Najpierw usłyszała przyśpieszony oddech Granta. Przez długą chwilę po prostu leżała, 

ciesząc się ciężarem jego ciała, dotykiem wilgotnej skóry. Nadal obejmował jej ramiona, 

jakby się bał ją wypuścić. Łzy napłynęły jej do oczu, tak jak tego dnia nad jeziorem. Nie 

mogła ich powstrzymać.

Zastanawiała się też, czy nie stworzyła sobie całkiem nowych kłopotów. Oto leży w 

ramionach Granta - dwanaście lat temu nieustannie o tym marzyła. Ale przecież ona ma swoje 

życie   w   mieście,   a   on   należy   do   innego   świata.   Nie   wierzyła   w   związki   na   odległość. 

Postanowiła jednak, że tym zajmą się później. Teraz wystarczało jej, że tu jest i czuje go 

background image

blisko siebie.

Wciąż   jednak   powracało   do   niej   pytanie,   czy   Grant   nadal   nie   znosi   dziewczyn   z 

wielkiego miasta.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Musiał   położyć   temu   kres.   Mercy   śniła   mu   się   co   noc,   co   doprowadzało   go   do 

szaleństwa.   Odkąd   zjawiła   się   na   ranczu,   budził   się   wyczerpany.   Pomyślał   sennie,   że 

dzisiejszego ranka nie czuje się tak bardzo zmęczony. Czuł się wręcz doskonale, było mu 

ciepło, wygodnie i był wyjątkowo zadowolony z życia. Zaraz sobie przypomni dlaczego. Ale 

jeszcze przez chwilę będzie się cieszył wspomnieniem snu, w którym Mercy spała ciasno do 

niego przytulona.

Gwałtownie otrząsnął się i wsparł się na łokciu. W sypialni było jasno, więc od razu 

odgadł, że spał o wiele dłużej niż zwykle, a poza tym pewnie śnieg przestał padać i wyszło 

słońce. No i wreszcie przypomniał sobie, dlaczego czuje się tak świetnie.

To wszystko zdarzyło się naprawdę. Nie był to kolejny erotyczny sen. Mercy tu była, 

w   jego   łóżku,   jej   nagie   ramiona   wystawały   spod   kołdry,   chociaż   w   pokoju   było   trochę 

chłodno.  Jasnozłote  włosy   rozsypały  się   na  poduszce.  Znał  je   teraz   dobrze,  pamiętał  ich 

delikatny dotyk na swojej skórze.

Wspomnienia ostatniej nocy wróciły do niego błyskawicznie.

Przypomniał sobie własne pożądanie, jej namiętną odpowiedź. Przelatujące mu przez 

głowę obrazy wprawiły jego ciało w stan podniecenia tak szybko, że aż jęknął zdziwiony. 

Gdy wtedy zobaczył, że Mercy płacze, strach ścisnął go za gardło. Dopiero po chwili przypo-

mniał sobie, co powiedziała mu nad jeziorem, jak wyjaśniła, że czasami, gdy coś zrobi na niej 

wielkie wrażenie, łzy same napływają jej do oczu.

Pożądanie znów uderzyło go z nową siłą, gdy wspomniał, jak mówiła o tym, co dzięki 

niemu czuje. Znów się połączyli i trwało to tak długo, że zwątpił, czy jeszcze będą mogli się 

poruszać. W końcu wyczerpani zasnęli, mocno przytuleni.

Mercy drgnęła i przysunęła się do niego bliżej, mrucząc coś pod nosem. Jej ciepłe 

pośladki   dotknęły jego  napiętego  ciała.  Nigdy  dotąd  nie  czuł  tej   porannej   radości,  nigdy 

jeszcze nie miał wrażenia, że właśnie tak powinno być, że zawsze powinien się budzić, mając 

przy sobie tę kobietę. Nie jakąkolwiek, ale właśnie tę. Musiał to przeczuwać od zawsze, bo 

inaczej dlaczego chciałby ją mieć tutaj, w tym  łóżku, w którym  sam został poczęty.  In-

stynktownie odgadł, że tak to będzie wyglądało.

Zwalczył w sobie chęć nasycenia się tą nieoczekiwaną poranną błogością, wynikającą 

po prostu z obecności Mercy. Jego serce, dusza i ciało cieszyły się, ale rozum wysyłał sygnały 

ostrzegawcze, głośne i wyraźne niczym szczekanie Ryzykanta.

Przecież to jest dziewczyna z wielkiego miasta. Sama mu to powiedziała. Jasno dała 

background image

mu do zrozumienia, że musi wrócić do swojego dawnego życia. Wszak tuż po przyjeździe 

zapewniła   go,   że   nie   zabawi   u   niego   długo   i   gdy   tylko   zostanie   wezwana,   wskoczy   w 

pierwszy samolot i wróci do siebie.

Potem niejednokrotnie mu to powtarzała. Minionej nocy nie miało to znaczenia. Tak 

bardzo jej pragnął, że najwyraźniej przestała funkcjonować logiczna, racjonalna część jego 

umysłu, która zwykle go ostrzegała, gdy miał zrobić coś głupiego.

A teraz? Teraz, kiedy wiedział, jak to może wyglądać, kiedy Mercy obudziła w nim to, 

czego nie obudziła żadna inna kobieta, czego nie był w stanie sobie wyobrazić nawet w 

najśmielszych snach, co miał zrobić? Czy teraz cokolwiek się zmieniło?

Czuł, że coś się w nim boleśnie zaciska. Nie czuł tego ucisku od czasu, gdy Constance 

złamała mu serce. Przecież doskonale wiedziałeś, w co się pakujesz, powiedział sobie ponuro. 

Wiedziałeś, że Mercy w końcu wyjedzie. Tutaj nie ma nic, co zatrzymałoby kobietę z miasta. 

Wliczając w to jego samego.

Mercy   znów   się   poruszyła.   Najbardziej   na   świecie   pragnął   obudzić   ją   łagodnym, 

leniwym pocałunkiem. Chciał jeszcze raz zobaczyć w jej oczach ogień namiętności, chciał, by 

znowu sięgnęła po niego zachłannie, łapczywie, jęcząc cicho z rozkoszy.

Nie zrobił jednak nic, tylko odsunął się od niej, chociaż kosztowało go to bardzo 

wiele.   Jego   ciało   zaprotestowało   gwałtownym   dreszczem,   nie   godząc   się   na   tak   okrutną 

rozłąkę.

Gdy Mercy odwróciła się, uniosła powieki i spojrzał w jej szmaragdowe oczy, musiał 

przywołać całą siłę woli, by nie chwycić jej w objęcia i nie powiedzieć o swoich uczuciach, o 

których i tak pewnie nie chciałaby słuchać.

- Dzień dobry... - Powitała go z miękkim, pełnym miłości uśmiechem, od którego 

ścisnęło mu się serce.

- Nie wiem, czy dobry - odrzekł. Wiedział, że zabrzmiało to szorstko, ale nic nie mógł 

na to poradzić. Potrzeba bliskości walczyła  w nim z potrzebą wycofania się na znajome, 

bezpieczne   pozycje.   W   rezultacie   narastało   w   nim   bolesne   napięcie.   Mercy   zamrugała 

oczami.

- Która godzina? - zapytała.

- Już późno - odparł krótko, wręcz nieuprzejmie. Zmarszczyła czoło; mimo rozespania 

zauważyła   jego   szorstki   ton.   Usiadła.   Kiedy   zobaczył   piękny   zarys   jej   pleców   i   bioder, 

powróciły do niego obrazy z minionej nocy - zobaczył swoje ręce na jej piersiach, jej biodra, 

które   niosły   go   tak   słodko,   jej   rozgrzaną,   wilgotną   skórę.   Zamknął   oczy   i   z   wysiłkiem 

przełknął ślinę. Odwrócił głowę w przeciwną stronę i dopiero wtedy znów otworzył oczy.

background image

- Grant?

- Muszę zajrzeć do źrebięcia - oznajmił i również usiadł.

- Czy coś się stało? Opuścił stopy na podłogę i sięgnął po dżinsy, niedbale porzucone 

obok łóżka.

-   Jeśli   mam   czytać   w   twoich   myślach,   to   obawiam   się,   że   niezbyt   dobrze   mi   to 

wychodzi - powiedziała cicho.

Spojrzał   na   nią   przez   ramię.   Przycisnęła   do   siebie   prześcieradło,   osłaniając   ciało, 

którym   wczoraj   tak   szczodrze   go   obdarzyła.   Oczy   miała   rozszerzone   i   niespokojne,   ale 

patrzyła na niego śmiało. Jak zwykle nie unikała konfrontacji. Pomyślał, że on również jest jej 

to winien. Znalazł więcej, niż się spodziewał, ale to nie powód, by teraz zmieniać zasady. Ona 

była z nim od początku szczera, nie oszukiwała go. Uprzedziła, że wróci do miasta, kiedy 

tylko będzie to możliwe.

- Wszystko w porządku, Mercy - powiedział. - Wiem, że ostatnia noc... nic między 

nami nie zmieniła. - Jej oczy stały się jeszcze bardziej okrągłe, więc zaczął mówić szybciej, 

żeby już mieć to za sobą. - Wrócisz tam, gdzie twoje miejsce. A ja zostanę, gdzie moje 

miejsce.

-   Rozumiem.   Nie   potrafił   rozszyfrować   tonu   jej   głosu   ani   wyrazu   twarzy.   Nagle 

ogarnęły go wątpliwości. Czy starając się wszystko uprościć i ułatwić, nie osiągnął efektu 

wręcz przeciwnego?

- Wiedzieliśmy to od samego początku, prawda? Ty masz swój świat, ja swój. One nie 

mają żadnego punktu stycznego, są całkiem inne.

- Już mi to mówiłeś. W jej głosie pobrzmiewały twarde nuty, nie był tylko pewien, 

skąd się wzięły. Przecież starał się ją uspokoić, mówiąc, że niczego od niej nie oczekuje 

ponad to, co już się stało. Połączyło ich coś niewiarygodnego, ale nie zmieniało to faktu, że 

on nie mógł żyć w jej świecie, a ona w jego.

- Mercy...

- Powinniśmy wstać - stwierdziła. - Na ranczu nie ma świąt. Tak przecież mi sam 

mówiłeś, prawda?

Coś jest nie tak. Czuł to, mimo że Mercy przybrała zupełnie obojętny wyraz twarzy. 

Sięgnęła po ubranie i włożyła bluzę, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Jeszcze nie skończył zapinać dżinsów, kiedy stanęła przed nim i spojrzała mu w oczy.

-   Chodźmy   sprawdzić,   jak   się   czuje   nowy   mieszkaniec   rancza   -   zaproponowała 

radośnie, tak radośnie, że wydało mu się to wymuszone. - Czy mogę dać szczęśliwej mamie 

jabłko?

background image

Zamrugał oczami, zaskoczony jej nagłą wesołością.

- Tylko kawałek, nie więcej. Mercy, jeśli powiedziałem coś, co...

- Nie zawracaj sobie tym głowy, kowboju. Zastanawiał się, czy te słowa miały być 

uszczypliwe.

Doszedł do wniosku, że chyba nie. Przecież wypowiedziała je tak beztrosko. Podeszła 

drzwi, otworzyła je i obejrzała się przez ramię.

-   Powiem   ci   jedno,   McClure.   Potrafisz   zapewnić   dziewczynie   z   miasta   pamiętny 

poranek po niezapomnianej nocy.

Z tymi słowami wyszła, a Grant stał jak skamieniały, nie mogąc zrobić najmniejszego 

ruchu, dopóki jej kroki nie ucichły w głębi korytarza.

Skuliła się, otulona kurtką, i starała się opanować drżenie. Byłoby jej łatwiej, gdyby 

uznała całe zdarzenie za błąd. Ale czy było to możliwe? Czy to, co między nimi zaszło, 

mogło być błędem? Nie miała wielkiego doświadczenia, lecz nie była też tak naiwna, by 

sądzić, że wszystkim zdarza się tak cudowna rozkosz.

A zresztą może była naiwna i przydarzyło jej się coś całkiem pospolitego? Może, 

przynajmniej dla Granta, nie było to nic nadzwyczajnego? No bo dlaczego rano mówił jej 

takie rzeczy? Wrócisz tam, gdzie twoje miejsce. Ja zostanę, gdzie moje miejsce. Masz swój 

świat, ja swój. Nie mają żadnego punktu stycznego, są całkiem inne.

A mówił to tak... jakby ją pocieszał. Jakby chciał dodać jej otuchy tym, że nadal się 

spodziewa   jej   szybkiego   wyjazdu.   Jakby   jej   przypominał   o   niezmienności   swojego 

przekonania, że dziewczyna z miasta zawsze pozostanie dziewczyną z miasta. Może się bał, 

że sobie pomyśli... W zasadzie co mogła sobie pomyśleć?

Pewnie jego słowa były dla niej ostrzeżeniem, które miało sprowadzić ją na ziemię. 

Ponieważ ja nic od ciebie nie oczekuję, ty z kolei nie spodziewaj się niczego ode mnie.

Cóż,  nie spodziewała  się. Nie  spodziewała  się niczego od Granta McClure'a.  Tak 

przynajmniej ze złością powtarzała sobie w duchu, ocierając łzy, które gromadziły się pod 

powiekami. Czuła coraz większy zamęt w duszy.

-   Jesteś   idiotką,   Brady   -   wymamrotała   pod   nosem.   -   Wiedziałaś   przecież,   że   tak 

będzie. Sama to mówiłaś. I chyba nie jesteś taka głupia, żeby wierzyć, że jedna noc jest w 

stanie to odmienić.

Nie   miała   zamiaru   odgrywać   roli   lamentującej   kobiety,   która   narzeka,   że   została 

oszukana i uwiedziona. Nikt jej nie uwiódł. Sama dała się wywieść w pole, i aktywnie w tym 

uczestniczyła. Przecież nie jest już dzieckiem, tylko dorosłą osobą. Sama podejmuje decyzje i 

sama musi się uporać z ich skutkami. Nie ma prawa rozpaczać. Grant głośno powiedział to, 

background image

co oboje od dawna wiedzieli. Zachował się uczciwie, a przecież zawsze twierdziła, że zależy 

jej   na   uczciwości.   Czyż   nie   jest   hipokryzją   to,   że   teraz   jego   uczciwość   tak   jej   się   nie 

spodobała?

Dobrze, że nie wiedział, jak bardzo zraniły ją jego słowa. Podczas pięciu lat służby w 

policji   nauczyła   się,   jak   skrywać   emocje.   Nie   miała   zamiaru   dopuścić,   by   Grant   się 

dowiedział, że w swojej głupocie uznała wspólną noc za zapowiedź czegoś ważnego. Teraz, 

w jasnym świetle poranka, wiedziała, że ta noc nic między nimi nie zmieniła, choć była tak 

niewiarygodnie pełna namiętności. Specjalnie zachowywała się radośnie i beztrosko, jakby 

nic specjalnego nie zaszło, chociaż była to jedna z najtrudniejszych rzeczy w jej życiu.

Jeśli Grant potrafił zapomnieć o tym, co się między nimi wydarzyło, ona też to zrobi.

W nocy zastanawiała się, czy Grant nadal nie lubi dziewczyn z miasta. Z samego rana 

dostała wyraźną odpowiedź.

Kątem   oka   dostrzegła   jakiś   ruch   i   odwróciła   głowę.   Ryzykant   podbiegł   do   niej 

drobnym krokiem. Zrównał się z nią i razem poszli do stajni dla klaczy.

-   Robisz   poranny   obchód,   piesku?   -   zapytała.   Owczarek   szczeknął   krótko,   z 

zadowoleniem, jakby dawał jej twierdzącą odpowiedź i jednocześnie mówił, że wszystko jest 

w porządku. Spojrzała w jego dwukolorowe oczy.

- Jak się miewa źrebaczek? Ryzykant pisnął cicho i ruszył biegiem do stajni, jakby 

znów doskonale ją zrozumiał. Mimo ponurych rozważań na temat Granta, Mercy musiała się 

uśmiechnąć.

- Przyznaj się. Tak naprawdę to ty tutaj rządzisz, co? - zapytała Ryzykanta. - Tylko 

łaskawie pozwalasz, żeby inni myśleli, że mają tu cokolwiek do powiedzenia.

Pies znów zaszczekał i wyraźnie zniecierpliwiony czekał, aż Mercy dojdzie do drzwi 

stajni. Wiedziała, że zwykle wchodził do środka przez przeznaczony specjalnie dla niego 

otwór   w   drzwiach   do   składziku   po   drugiej   stronie   budynku,   więc   teraz   czekał   na   nią, 

ponieważ wątpił, czy niezbyt rozgarnięta istota ludzka znajdzie drogę bez jego pomocy.

Odsunęła ciężkie drzwi, a Ryzykant natychmiast wpadł do środka. Zatrzymał się przed 

boksem Lady i zaczekał, aż Mercy zamknie wrota.

- Prawdziwy z ciebie dżentelmen - skomentowała z uznaniem. - Żałuję, że twój pan 

nie jest bardziej...

Zamilkła. Nie będzie w ten sposób myślała. Nie będzie winiła Granta za to, że czuje 

się zraniona. Sama jest sobie winna. Grant nigdy nie ukrywał swych opinii.

Skrzywiła   się   lekko,   ironicznie.   Nie   uznawała   seksu   dla   przyjemności,   ale 

najwyraźniej ostatniej nocy uległa takiej pokusie, chociaż myślała, że kierują nią inne mo-

background image

tywy.

A może sama siebie okłamywała.

Z   westchnieniem   podeszła   do   boksu,   zastanawiając   się,   jak   to   możliwe,   że   taka 

wspaniała noc doprowadziła ją do takiego przygnębienia.

Lady stała   o własnych   siłach  i  powitała   Mercy łagodnym   spojrzeniem.   Wszystkie 

konie na ranczu Granta były spokojne, co zapewne świadczyło o ich łagodnym traktowaniu.

Poczuła   lekki   niepokój.   Gdzie   jest   źrebię?   Przechyliła   się   przez   zamkniętą   dolną 

połowę dwudzielnych drzwi i rozejrzała po boksie. Nic nie znalazła. Nagle dostrzegła jakiś 

ruch   tuż   za   klaczą.   Sekundę   później   zza   boku   matki   wyłoniła   się   drobna   postać   na 

patykowatych nóżkach.

Mercy uśmiechnęła się szeroko, zachwycona widokiem źrebiątka.

- Witaj, maleństwo - powiedziała. - Wesołych Świąt. Źrebak niespokojnie zastrzygł 

uszami, słysząc nieznany sobie dźwięk.

-   Tobie   też   życzę   wszystkiego   najlepszego,   mamusiu.   -   Wyciągnęła   przed   siebie 

kawałek   jabłka   przyniesiony   ze   spiżarni.   Klacz   wyciągnęła   szyję,   powąchała   owoc   i 

delikatnie zjadła go wprost z jej dłoni.

Mercy usłyszała, że drzwi znów się rozsuwają. Nie obejrzała się. Pracownicy mieli 

wrócić dużo później, więc na pewno jest to Grant. Ożywione spojrzenie klaczy i reakcja 

Ryzykanta, który natychmiast podbiegł do gościa, potwierdziły jej przypuszczenia.

Grant nic nie powiedział, ale słyszała jego kroki, szum wody, odgłosy krzątaniny i 

znów kroki.

Kiedy się zbliżył, klacz cicho zarżała.

- Przepraszam za spóźnienie - wymamrotał, otwierając drzwi do boksu. Dopiero wtedy 

Mercy zobaczyła w jego rękach wielki, plastikowy kubeł z czymś, co wyglądało jak parujący 

owies.

- Śniadanie? - zapytała, starając się, by jej głos brzmiał lekko i beztrosko. Starała się 

nie myśleć o tym, dlaczego Grant się spóźnił.

- Specjalna mieszanka - wyjaśnił, stawiając kubeł na ziemi. - Za tydzień lub dziesięć 

dni powinna zacząć jeść normalnie - dodał z roztargnieniem. W skupieniu oglądał klacz i 

źrebię,   by   się   upewnić,   że   oboje   są   w   dobrej   formie.   -   Taki   pokarm   jest   teraz   dla   niej 

najlepszy.

- Aha. Żadna inna odpowiedź nie przychodziła jej do głowy.

Jak to możliwe, że dwoje ludzi, którzy przeżyli tak wspaniałą noc, teraz zachowuje 

się, jakby prawie się nie znali?

background image

Patrzyli  razem,  jak  klacz wylizuje   do czysta   kubeł,  jak  źrebię  przygląda  się  jej  z 

zaciekawieniem. Kiedy skończyła, Grant wyniósł kubeł z boksu, by żadne ze zwierząt się nie 

zraniło. Zaniósł go do zlewu i starannie umył. Robił to wszystko w całkowitym milczeniu.

Odstawił kubeł na miejsce i przez chwilę jakby się wahał. Mercy spodziewała się, że 

się odezwie, lecz on wyszedł bez słowa. Tłumiąc westchnienie, spojrzała na zwierzęta w 

boksie. Widok ssącego matkę źrebięcia wywołał uśmiech na jej twarzy. Było w tym tyle 

nadziei, spokoju i prostoty, że na chwilę zapomniała o miotających nią uczuciach i po prostu 

cieszyła się widokiem tego cudu.

- Rodzina, z którą się związałaś małżeństwem, to dla mnie zbyt skomplikowany układ, 

mamo. Codziennie jakieś nowe wydarzenie.

Grant   poruszył   się   lekko   na   kuchennym   krześle.   Stopy   trzymał   na   stole,   nie 

zapomniawszy   jednak   przedtem   zdjąć   butów.   Matka   mimo   wszystko   wpoiła   mu   pewne 

zasady.

- To prawda, że dużo się ostatnio dzieje - zgodziła się Barbara Fortune z pogodnym 

uśmiechem.   -   Czy   dasz   wiarę,   że   syn   Moniki,   Brandon,   to   porwany   tuż   po   urodzeniu 

bliźniak? A przez cały czas wszyscy myśleli, że zaginione dziecko było dziewczynką, jak 

Lindsay.

- Tak też myślała ta kobieta, która podawała się za siostrę Lindsay - dodał z ironią 

Grant.

- Ta Ducet? Cóż, była do niej zdumiewająco podobna. Może rzeczywiście sama w to 

wierzyła.

Grant uśmiechnął się, ale jego uśmiech był pełen goryczy. Taktownie nie wspomniał, 

że kobieta i jej wspólnik zniknęli gdzieś natychmiast po tym, jak Brandon Malone ujawnił list 

od Moniki, co czyniło  przypuszczenie matki całkowicie nieprawdopodobnym.  Nie, Ducet 

była sprytną oszustką i chodziło jej tylko o pieniądze. Nie widział żadnej różnicy między nią 

a kobietami, które, dowiedziawszy się o wartości jego rancza, dochodziły do wniosku, że 

upolowanie Granta McClure'a byłoby miłym dodatkiem do ich listy zdobyczy.

Jego matka jednak dopatrywała się w ludziach jedynie dobra, nawet jeśli go tam nie 

było.

- A więc za wszystkim stała Monica? - upewnił się. - Nawet za śmiercią Kate?

Barbara Fortune westchnęła.  Grant zastanawiał się, czy to dlatego, że nie potrafiła 

sobie w żaden sposób wytłumaczyć postępku tej złej, ogarniętej obsesją kobiety.

- Według tego, co było napisane w liście znalezionym w sejfie i zgodnie z tym, co 

odkrył detektyw Gabe Devereax, jej obsesją było przejęcie kontroli nad firmą Kate. Uważała, 

background image

że to się należy Brandonowi. I nienawidziła Kate, ponieważ Ben nie chciał się z nią rozstać.

- Więc odpłaciła jej, aranżując katastrofę lotniczą, w której Kate zginęła. Jakie to 

urocze. - Jeszcze raz niespokojnie się poruszył. Nie rozumiał, jak jego matka może żyć w 

takim świecie. Nie lubił nawet o tym słuchać, chociaż dzisiejszego ranka pozwoliło mu to 

przynajmniej   oderwać   się   od   jeszcze   bardziej   ponurych   rozważań.   -   Pewnie   kłopoty   w 

laboratorium to też była jej robota?

- O tym również napisała w liście. Miała nadzieję, że dokonany przez nią sabotaż 

wywoła chaos, a ona wyciągnie z tego korzyści.

Przecież w rodzinie Fortune'ów stale panuje chaos, pomyślał Grant ironicznie.

-   Życzę   szczęścia   Brandonowi   Malone   -   powiedział   głośno.   -   Będzie   mu   bardzo 

potrzebne, żeby sobie poradzić w nowej rodzinie.

- To również moja rodzina, Grant. Głośno wypuścił powietrze z płuc.

- Wiem. Przepraszam, że tak powiedziałem.

- To też twoja rodzina.

- Nigdy nie miałem takiego wrażenia.

- Wiem. Ale oni cię na swój sposób podziwiają.

- Mnie? - zapytał zdziwiony.

- Nate zawsze mi powtarza, że imponuje mu twój silny charakter. No i dobrze wiesz, 

że Kate uważała cię za członka rodziny. W końcu zostawiła ci tego konia.

Jokera.  Owszem,  zostawiła   mu  go. Zapisała  mu  w  spadku  ogiera,  dzięki  któremu 

całkiem dochodowe ranczo zmieniło się w żyłę złota. Miał cennego konia rasy appaloosa, 

którego oczarowała filigranowa policjantka. Ta sama, która wywróciła jego życie do góry 

nogami.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiła - powiedział, starając się nie myśleć o 

problemie, który ciągle był dla niego za trudny.

- Kate była bardzo hojną kobietą. Smutek w głosie matki poruszył go.

- Tak mi przykro, mamo - odezwał się pośpiesznie. - Wiem, jak bardzo ją ceniłaś i 

kochałaś.   Nie   chciałem,   żeby   to   zabrzmiało   tak   szorstko.   Przecież   jestem   jej   za   ten   dar 

wdzięczny, tylko... nieco mnie to wszystko dziwi.

- Zawsze się bałam, że czujesz się... nieco odsunięty na bok.

- To nie tak - zapewnił ją z przekonaniem. - Można nawet powiedzieć, że się z tego 

cieszę. Dzięki temu nie muszę się angażować w te skomplikowane historie. Jestem prostym 

kowbojem. Nie dałbym sobie rady z tymi wszystkimi machinacjami.

- Prosty kowboj, akurat - odrzekła matka. Po chwili westchnęła i dodała: - Żałuję, że 

background image

Kate tego nie dożyła. Bardzo by się ucieszyła na wiadomość, że jej dziecko dobrze się miewa.

- Dziecko? Przecież Brandon dobiega czterdziestki.

- No, wiesz, co mam na myśli. Zawsze mówiliśmy o nim jako o dziecku, bo przecież 

został porwany, zanim Kate zdążyła wziąć go na ręce. Poza tym, dla matki dziecko zawsze 

pozostanie dzieckiem.

- Tak, mamo - zgodził się Grant z powagą, chociaż w głębi ducha uśmiechał się do 

siebie. Odczytał wiadomość między wierszami. Nigdy nie wątpił w miłość matki, ponieważ 

przypominała   mu   o   niej   przy   każdej   okazji.   -   Czy   Ben   rzeczywiście   był   od   początku 

wmieszany w to porwanie?

- Tak jest napisane w liście, który Monica zostawiła Brandonowi. Wciąż trudno mi 

uwierzyć, że to syn Kate. Monica nie mogła mieć własnych dzieci, więc kiedy usłyszała, że 

Kate urodziła bliźnięta, zaszantażowała Bena, żeby dał jej Brandona. To niewiarygodne, że 

mógł tak skrzywdzić własną rodzinę.

Grant skrzywił się lekko.

-   Nie   miałbym   nic   przeciwko   pokrewieństwu   z   Kate,   ale   nie   jestem   pewien,   czy 

chciałbym się przyznawać do jakichkolwiek związków z Benem.

Matka   milczała.   Trwało   to   tak   długo,   że   Grant   się   zaniepokoił.   Opuścił   nogi   na 

podłogę.

- Mamo, co się stało?

- Dowiedzieliśmy się... jeszcze czegoś. Było o tym bardzo głośno, ale ty pewnie nie 

słyszałeś, jak to się stało, że Jake ulegał wszystkim żądaniom Moniki. Wszystko wyszło na 

jaw, kiedy został aresztowany pod zarzutem jej zamordowania.

Grant wymamrotał coś pod nosem. Miał już dość dramatów rozgrywających się w 

klanie Fortune'ów. Nie podobało mu się, że tak martwiły jego matkę. Może uda mu się ją 

namówić, by odwiedziła ranczo i odpoczęła od zamętu i kłopotów, które nie opuszczały tej 

rodziny. Teraz jednak powstrzymał się od komentarza. I tak już miała wiele na głowie. Jej 

szwagier siedział w areszcie, oskarżony o najgłośniejsze morderstwo sezonu.

- A o co chodziło? - zapytał tylko. Zawahała się, a on nie nalegał. Dawno już się 

nauczył, że w przypadku jego matki nalegania i ponaglenia nie odnoszą skutku.

- Dowiedzieliśmy się - powiedziała w końcu - że Jake nie jest synem Bena.

Grant znieruchomiał.

- Co takiego?

- Okazało się, że Kate była w ciąży, kiedy wyszła za mąż za Bena. Ale to nie było jego 

dziecko. Prawdziwy ojciec Jake'a zginął na wojnie.

background image

Grant gwizdnął cicho.

- Co to oznacza? Czyżby Jake nie miał prawa do majątku rodziny?

- Nie jestem pewna. To wszystko jest bardzo skomplikowane.

- I to jeszcze jak. A co na to Nate? Zawsze rywalizował z Jakiem, a teraz...

- Zachowuje się... dziwnie. Odwiedził Jake'a w areszcie, ale nie powiedział mi, o czym 

rozmawiali.

- Mamo...

-   Ależ   na   pewno   mi   wszystko   powie.   Kiedyś...   Twój   ojczym   robi   wszystko   po 

swojemu.

Twój ojczym. To dziwne, ale chociaż matka była żoną Nate'a od dwudziestu pięciu lat, 

jednak Grant nie do końca potrafił uznać energicznego, potężnego, trochę za bardzo żądnego 

władzy męża matki za swojego ojczyma.

- Wygląda na to, że Jake i Erica się pogodzą. Grant wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.

- Co takiego?

- Ta tragedia na nowo ich do siebie zbliżyła. Wydaje mi się, że Jake zdał sobie sprawę, 

jak bardzo potrzebuje Eriki. Oni rzeczywiście się kochają.

- Jestem... zdumiony.

Był także zadowolony, chociaż nie bardzo wiedział dlaczego. Nigdy nie rozumiał, jak 

Erica wytrzymywała  u boku tak trudnego człowieka jak Jake. Jednak wiadomość, że ich 

związek   ma   szanse   przetrwać   mimo   tak   dramatycznych   okoliczności,   sprawiła   mu 

niewytłumaczalną radość.

- Na pewno jakoś się to wszystko ułoży - stwierdziła matka z typowym dla siebie 

optymizmem. - A jak się miewa twój gość?

- Mercy? - zapytał, jakby miał jeszcze jakiegoś gościa na ranczu. Tym pytaniem chciał 

tylko zyskać na czasie, bo nie wiedział, co odpowiedzieć.

-   Mercy?   -   powtórzyła   matka.   -   Nie   słyszałam,   żeby   ktoś   ją   tak   nazywał,   odkąd 

przestaliście być dziećmi.

- Jakoś tak się złożyło, że znów się tak do niej zwracam.

- Dobrze się miewa? Kristina bardzo się o nią martwi.

- Wydaje mi się, że... dochodzi do siebie.

- Miło mi to słyszeć. To wspaniała dziewczyna. Bardzo bolałam nad tym, co się jej 

przydarzyło. Jest tu jeszcze? Kristina zjawi się za chwilę i na pewno będzie chciała z nią 

porozmawiać.

- Mercy... jest na dworze. Zaczekaj chwilę. - Odłożył słuchawkę i wstał. - Ryzykant! - 

background image

zawołał, idąc do drzwi. Pies, który leżał na małym chodniku przy zlewie, szybko wstał. - 

Mercy - powiedział Grant i otworzył psu drzwi. - Znajdź ją. Szukaj Mercy, piesku.

Ryzykant szczeknął raz - na znak, że rozumie. Wyskoczył z domu i pomknął do stajni. 

Dobrze wiedział, gdzie szukać Mercy. Na pewno stoi tam i podziwia źrebię, które ją bez 

reszty zauroczyło. Poza tym Ryzykant zawsze wiedział, gdzie znajdują się ludzie, których uz-

nawał za członków swojego miłego, uporządkowanego świata.

Grantowi przyszło nagle do głowy, że ten pies jest o wiele mądrzejszy od swojego 

pana.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Mercy nie była pewna, ile czasu przyglądała się źrebakowi, kiedy nagle u jej stóp 

pojawił  się Ryzykant.  Zaszczekał, by przyciągnąć  jej uwagę, i wrócił do drzwi. Tam się 

zatrzymał i spojrzał na nią wyczekująco. Znów zaszczekał, wrócił i powtórzył cały manewr 

od początku.

- Mam za tobą iść, tak? - upewniła się Mercy.

Zrobiła kilka kroków w kierunku psa, a ten natychmiast zaszczekał z aprobatą i ruszył 

przed siebie szybciej. Roześmiała się mimo woli.

- Prowadź, piesku. Zawsze lubiłam filmy o Lassie. Szybko stało się jasne, że Ryzykant 

prowadzi   ją   do   domu.   Przypomniała   sobie   okoliczności,   w   których   pies   szczekaniem 

przekazywał im wiadomość i serce zaczęło jej mocniej bić. Czyżby coś się stało? Może Grant 

jest ranny, albo...

Zdusiła   w   sobie   niepokój   i   uśmiechnęła   się   ironicznie.   Obejrzałam   za   dużo   tych 

filmów z Lassie, zganiła się surowo. Jednak przyśpieszyła kroku i poszła za owczarkiem do 

kuchni.

- Wydaje mi się, że lepiej - mówił Grant. Usłyszała jego głos, kiedy tylko weszła do 

środka, i z ulgą zobaczyła, że siedzi przy dębowym stole i rozmawia przez telefon.

-  Tak,   jest  tu   -  oznajmił,   zerkając  na  nią  przez   ramię.  -  Zaraz  sama   ci  wszystko 

opowie.

Wstał i podał jej słuchawkę. Zaskoczona Mercy spojrzała na niego pytająco.

-  To  Kristina   - wyjaśnił. Pochylił   się  i podrapał   psa  za  uchem.  -  Dobry  piesek  - 

pochwalił go.

Oczy Mercy rozszerzyły się ze zdziwienia.

- Naprawdę go po mnie wysłałeś? A on wszystko zrozumiał?

- Przecież wie, kim jesteś, i zna polecenie „szukaj”. Dla niego to nic nadzwyczajnego.

Wiedziała,   że   jest   dzisiaj   przewrażliwiona   i   dlatego   słysząc   słowa:   „nic 

nadzwyczajnego”, przypisała im nadmierne znaczenie. Oczywiście, nie odnosiły się do niej, 

ale mimo to ją zabolały. Gwałtownie odebrała Grantowi słuchawkę. Spojrzał na nią zdumiony 

i wyszedł z kuchni, by zapewnić jej trochę prywatności.

- Meri? - przywitała ją Kristina.

Dopiero po chwili zareagowała na to imię. Przyzwyczaiła się już, że nazywa się Mercy 

i dawne imię zabrzmiało w jej uszach trochę obco.

- Witaj, Kristino. Wesołych Świąt.

background image

- I nawzajem - odparła przyjaciółka. - Dawno się nie widziałyśmy. Tyle się tu dzieje. 

Tata jest w szoku po tym, czego się dowiedział o stryju Jake'u i dziadku. Mama stara się mu 

pomagać... Ale pewnie Grant ci to wyjaśni. Mama wszystko mu opowiedziała. Mów o sobie. 

Jak się miewasz?

-   W   porządku.   -   To   nie   było   całkiem   kłamstwo.   Jeśli   chodzi   o   sprawy,   które 

niepokoiły Kristinę, wszystko było w porządku. To cała reszta jej życia nagle straszliwie się 

skomplikowała.

- Masz taki głos, jakby coś cię martwiło - zauważyła Kristina.

W kuchni było ciepło, więc Mercy zdjęła grubą kurtkę i pośpieszyła z wyjaśnieniem:

- Naprawdę wszystko w porządku. Jeśli chodzi o Nicka, to jakoś się pozbierałam.

- Już nie prześladują cię te sny?

Mercy kurczowo zacisnęła dłoń na słuchawce, przypomniawszy sobie tę straszną noc, 

kiedy   koszmarny   sen   wygnał   ją   z   łóżka   aż   do   stajni.   Przypomniała   sobie,   jak   Grant 

obejmował ją łagodnie i czule, jak ją uspokajał, dopóki nie doszła do siebie.

- Chyba już koniec z koszmarami - powiedziała cicho.

- W takim razie wyjazd ci pomógł. Tak jak na to liczyłam. Zawsze ci pomagało, kiedy 

mogłaś przemyśleć swoje problemy w spokoju i samotności.

Czasami   spostrzegawczość   Kristiny   ją   zaskakiwała.   Ta   z   pozoru   rozpieszczona, 

jasnowłosa księżniczka była inteligentnym, dobrym człowiekiem.

- Grant potrafi słuchać - dodała przyjaciółka.

- Tak - zgodziła się Mercy.

- Bardzo nam go tu brakuje, ale to dobrze, nie jesteś tam sama. Cieszę się, że został z 

tobą.

Mercy nagle coś ścisnęło w gardle.

- Przepraszam, jeśli... to przeze mnie musiał zmienić plany.

- Nie przejmuj się. Najważniejsze, że nie jesteś sama.

No i Grant wcale nie przepada za świętami w mieście. Przyjeżdża tylko po to, żeby się 

z nami zobaczyć.

Tak podejrzewała, może nawet była tego pewna. Wszystkie znaki na to wskazywały: 

reakcje   pracowników   na   przygotowania   do   świąt,   komentarze   Rity   i   innych.   Mimo   to 

potwierdzenie, że Grant z jej powodu zrezygnował z wizyty u rodziny, bardzo ją poruszyło.

- Gdyby mógł, to pewnie nigdy nie opuszczałby tego swojego rancza - oznajmiła 

Kristina z siostrzaną czułością.

Mercy z trudem przełknęła ślinę.

background image

-   Chciałam   ci   podziękować...   za   to,   że   namówiłaś   mnie   do   wyjazdu.   Tu   jest   tak 

spokojnie. I tak pięknie.

- Pięknie? Wierzę, że jest spokojnie, ale pięknie? Nie zapominaj, że ja też tam byłam.

- Teraz wszystko wygląda cudownie. Tyle śniegu...

- Tutaj też mamy śnieg, ale przynajmniej leży na ciekawszych rzeczach. Nie tylko na 

stodołach, płotach i krowach.

- Na bydle - poprawiła ją Mercy.

- Chryste Panie, mówisz jak Grant. Naprawdę ci się tam podoba? W najbliższym 

mieście,  czy raczej smętnej karykaturze  miasta,  nie ma żadnego porządnego sklepu, a w 

promieniu wielu kilometrów nie uświadczysz ani jednej manikiurzystki.

- Mówisz jak prawdziwa dziewczyna z miasta - powiedziała Mercy i zaraz chciała 

cofnąć te słowa.

Ale Kristina tylko się roześmiała.

-   Bo   jestem   dziewczyną   z   miasta.   -   Nagle   głos   jej   spoważniał.   -   Znów   mówisz 

zupełnie jak Grant. Czy nadal jest taki... zgorzkniały?

- Zgorzkniały?

- No, wiesz, kiedy mówi o miejskich dziewczynach.

- Zdaje się... że za nimi nie przepada.

- Po tym, co zrobiła mu ta wiedźma Carter, wcale mnie to nie dziwi.

Mercy wstrzymała oddech. Wiedziała, że za niechęcią Granta coś lub ktoś się kryje.

„Ma swoje powody”...

Słowa Rity znów do niej wróciły. Najwyraźniej jednym z tych powodów była kobieta 

o nazwisku Carter.

- Carter? - powtórzyła Mercy, nadając głosowi ton łagodnego zainteresowania. Miała 

nadzieję, że wrodzona gadatliwość Kristiny dokona reszty.

- Constance Carter. Należy do country klubu mojego ojca. Właśnie tam kilka lat temu 

poznała Granta. Zachowywała się tak, jakby naprawdę się zakochała, ale był dla niej tylko 

rozrywką, kimś, kogo mogła zabierać na przyjęcia, żeby się pochwalić nową zdobyczą, w 

dodatku  tak   oryginalną  jak   bogaty  kowboj.  Kiedy  się  przekonała,  że   Grant   nie  zamierza 

opuścić rancza i zamieszkać w mieście jako jej mąż - zabawka, rzuciła go. Dziwiła się głośno, 

jak Grant mógł oczekiwać, że zamieszka z nim w tej głuszy.

Kristina opowiadała jej o tym z oburzeniem. Większość ludzi dostrzegała w niej tylko 

urodę  i  powierzchowny  wdzięk,  ale  Mercy  zawsze   wiedziała,  że   jedną   z  głównych  cech 

przyjaciółki   jest   głęboka   lojalność   wobec   rodziny.   To   pewnie   przez   tę   lojalność   nie 

background image

dostrzegała,   że   wyraża   się   o   ranczu   brata   podobnie   jak   pogardzana   przez   nią   Constance 

Carter.

- To prawda, że to dość odludne miejsce - wtrąciła.

-   Nie   musisz   mi   mówić.   -   Kristina   roześmiała   się.   -   Przecież   tam   byłam,   nie 

pamiętasz? Kiedyś Grant zaprosił mnie na całe lato, ale wytrzymałam tylko trzy tygodnie. Nie 

wiem, jak mama mogła tam mieszkać tak długo. Jest w mieście o wiele szczęśliwsza, ma 

wokół siebie tylu ludzi.

Nagle Mercy zrozumiała coś z pełną jasnością. Trzy kobiety, na których Grantowi w 

życiu zależało - matka, siostra i kobieta, którą kochał na tyle, że się jej oświadczył - opuściły 

go, ponieważ od niego wolały miasto. Tak musiał to przynajmniej odczuć. Nic dziwnego, że 

był trochę zgorzkniały i nic dziwnego, że używał określenia „miastowa dziewczyna” jako 

niepochlebnego epitetu. Trudno jej było go za to winić.

Kiedy   skończyła   pogawędkę   z   przyjaciółką,   zamieniła   kilka   słów   z   jej   matką   i 

wymieniła z nią życzenia świąteczne, uderzyło ją coś jeszcze. Odwiesiła słuchawkę, włożyła 

kurtkę i wolno wyszła z domu. Nad czymś się głęboko zastanawiała.

Może dzisiejsza reakcja Granta, jego stwierdzenie, że niczego od niej nie oczekuje, że 

spodziewa się jej powrotu do miasta, może te słowa nie były ostrzeżeniem. A przynajmniej 

nie były skierowane do niej. Powiedział to chyba po to, by przestrzec samego siebie, by 

przypomnieć sobie, że i ona, jak inne kobiety w jego życiu, wkrótce go opuści. Może tylko 

uprzedzał to, co uznał za nieuchronne i starał się, żeby dla nich obojga było to mniej bolesne?

Uznał to za nieuchronne?

Idąc przed siebie, zastanowiła się nad tym głębiej.

Ale przecież Grant ma rację. To jest nieuchronne. Ona wróci do miasta, musi tak 

zrobić. Nie tylko po to, by świadczyć przeciwko zabójcom Nicka, gdy zostaną złapani, ale 

żeby zmierzyć się z prześladującymi ją demonami, które wyrwały się na wolność, gdy zdała 

sobie sprawę, że nie ocali przyjaciela.

Zadrżała gwałtownie, ale nie z powodu zimna. Słońce świeciło jasno i mimo zimy, i 

śniegu było dość ciepło. Przyśpieszyła kroku, chociaż wiedziała, że wysiłek fizyczny nic tu 

nie pomoże.

Oczywiście, że wróci do miasta. Tam jest jej życie i praca. Cóż innego może zrobić? 

Ukrywać się tu bez końca? Na myśl o tym, że mogłaby tu zostać na zawsze, z Grantem, 

nieoczekiwanie poczuła w sobie wielką tęsknotę.

- Tchórz - warknęła pod nosem i przyspieszyła kroku. - W tym przeklętym magazynie 

straciłaś odwagę i dotąd jej nie odzyskałaś, prawda?

background image

Spuściła głowę, zacisnęła zęby.  Szła teraz tak szybko, że niemal biegła. W końcu 

zwolniła zdyszana, przypomniawszy sobie, że wysiłek w położonym na nizinie Minneapolis 

to zupełnie co innego niż sprint w Wyoming, gdzie średnia wysokość nad poziomem morza 

wynosi ponad dwa tysiące metrów.

Nie miała świadomości, dokąd biegnie, lecz kiedy wreszcie rozejrzała się przytomnie 

dokoła, wcale się nie zdziwiła. Szła dalej, żałując, że nie ma długich nóg i siły Jokera. Jednak 

nie   odważyłaby   się   wyjechać   na   wielkim   ogierze   sama.   A   teraz   bardzo   potrzebowała 

samotności.

Nigdy   jeszcze   nie   rozdzierało   jej   tyle   sprzecznych   uczuć.   Rozpaczała   po   śmierci 

Nicka,   dręczyło   ją   poczucie   winy  i   wątpliwości,   czy   dokonała   w   swym   życiu   słusznego 

wyboru. Jakoś jednak dawała sobie z tym wszystkim radę...

Dopiero kiedy przyjechała tutaj i zobaczyła spokojne piękno tej okolicy, doceniła siłę 

mężczyzny, który tu mieszkał, wszystkie te uczucia się w niej zakumulowały, ciągnąc ją w 

różnych  kierunkach jednocześnie. Czuła się tak rozbita, że wątpiła, czy kiedykolwiek się 

pozbiera.

Musiała wyjąć ręce z kieszeni, by się wspiąć na osłoniętą skalnym występem półkę, z 

której rozciągał się widok na ranczo. Kiedy tam dotarła, znów ukryła dłonie w kieszeniach. 

To właśnie tutaj, w tym zacisznym zakątku, znajdowała największe ukojenie.

Czy to nie dziwne, że tam, gdzie inni widzą tylko przygnębiającą izolację od świata, 

ona dopatrzyła się upragnionego spokoju ducha? Czy coś z nią jest nie tak, czy czegoś jej 

brakuje, że dostrzega tu radość i pogodę, a nie samotność? Inni bez końca rozmawiają o 

swych   problemach,   ona   zaś   woli   rozmyślać   w   odosobnieniu   o   swoim   dotychczasowym 

życiu... i o przyszłości.

Grant wyznał jej, że przychodził tutaj, kiedy jego ojciec chorował. Chował się tu, 

kiedy   już   nie   mógł   dłużej   wytrzymać   napięcia.   Usłyszała   jego   słowa,   jakby   on   sam   je 

wypowiadał, cichym, pełnym zrozumienia głosem. Wiedział, co czuła. On czuł to samo. Tak 

naprawdę nie jest sama. I może wcale nie jest taka dziwna, jak podejrzewa?

Nie myliła się co do tego, że Grant został kiedyś zraniony. Tak samo jak ona nosił 

blizny, chociaż się z tym przed nią nie afiszował.

Podciągnęła kolana pod brodę, objęła je ramionami i ukryła dłonie w rękawach. Przed 

wyjściem włożyła cieplejszy sweter i skarpety. Nie zapomniała też o staniku, ponieważ kiedy 

chodziła bez tej części garderoby, często przypominało jej się pierwsze zbliżenie z Grantem. 

Zapomniała tylko o rękawiczkach. W skalnym schronieniu nie było jednak tak zimno jak 

wokół, gdzie hulał wiatr, jasno dając ludziom do zrozumienia, że w taką pogodę powinni 

background image

siedzieć w ciepłym domu, zamiast plątać się po górach.

Cóż, gdyby miała trochę rozsądku, przede wszystkim nie zostałaby policjantką. Tak 

nieustannie powtarzał jej ojciec. Wcale nie była przekonana, czy ojciec nie ma racji, chociaż 

kiedy została zaprzysiężona, Gordon Brady pęczniał z dumy, jakby mundur policyjny był 

tym, co sobie dla córki wymarzył.

Westchnęła z tęsknoty za życiową mądrością ojca i cichym wsparciem matki. Gdyby 

do nich pojechała, nie spędziłaby tak wiele czasu z Grantem. Cokolwiek miało się jeszcze 

zdarzyć,   wiedziała,   że   nigdy   nie   pożałuje   tego,   co   między   nimi   zaszło.   Zwłaszcza   że 

wspomnienie o tym będzie jedynym jasnym promieniem rozświetlającym ponure, trudne dni, 

które ją czekają.

Znowu westchnęła. Z początku zawsze się cieszyła, kiedy po świętach albo po urlopie 

wracała do pracy. Ostatnio jednak stykała się tam jedynie z najciemniejszymi stronami życia i 

zaczęło jej to dokuczać.  Stopniowo nadwerężało też  jej wiarę w ludzką  dobroć, aż z jej 

dawnego optymizmu zostało bardzo niewiele. Coraz bardziej obawiała się powrotu na służbę.

Koledzy mówili jej, że tak już jest w policji i lepiej żeby się do tego przyzwyczaiła. 

Ona jednak wątpiła, czy można się przyzwyczaić do codziennej brzydoty i czy da się ochronić 

przed jej inwazją własne życie. Można się na nią uodpornić i stwardnieć na kamień, albo po-

zwolić jej zatruć sobie duszę i znienawidzić ludzi wokół, a jeszcze bardziej siebie. W obu 

wypadkach   człowiek   staje   się   wypalony,   wręcz   niebezpieczny.   Tylko   jedno   jest   jeszcze 

gorsze.

Policjant, który stracił odwagę.

Zadrżała i potarła ramiona. Chyba powinna już wracać. Zastanowiła się, ile czasu już 

tu spędziła. Chyba...

Jej   rozmyślania   przerwało   ciche   rżenie.   Przecież   to   Joker,   stwierdziła   zdumiona. 

Zaskoczyło ją też, że tak łatwo i pewnie rozpoznała go po głosie, chociaż jeszcze niedawno 

nie wiedziała nic o koniach.

Jeśli to Joker, to musiał przyjechać na nim Grant. Zagryzła wargi, przybrała obojętną 

minę i cierpliwie czekała. Po chwili pojawili się koń i jeździec. Grant zatrzymał wierzchowca 

w tym  samym  miejscu co poprzednio.  Gdy się odezwał, jego głos zabrzmiał  tak cicho i 

spokojnie, że musiało to być wynikiem świadomego wysiłku.

- Spodziewałem się, że cię tutaj znajdę.

- Musiałam... pomyśleć. Na chwilę jego twarz zmieniła wyraz.

- Mercy, jeśli chodzi o dzisiejszy poranek...

- Nie chodzi wcale o poranek. To znaczy, nie tylko - dodała szczerze. - Częściowo tak, 

background image

ale... - Zrobiła jakiś nieokreślony ruch ręką. - Chodzi mi o wszystko. Grant przez chwilę 

spoglądał na nią w milczeniu.

- O wszystko? - powtórzył w końcu pytającym tonem. Jego głos nadal brzmiał cicho i 

łagodnie.

Patrzyła ponad jego ramieniem na zaśnieżone grzbiety wzniesień i dalej, na horyzont. 

Dzisiaj szczyty tonęły w chmurach.

- Czuję  się tak... jakbym  siebie odnalazła i jednocześnie zgubiła. - Jeszcze zanim 

dokończyła to zdanie, wiedziała, że niewiele w nim sensu.

Grant   nie   odpowiedział.   No   bo   co   można   powiedzieć   po   takim   bezsensownym 

stwierdzeniu?   Nagle   trącił   piętą   Jokera,   koń   przysunął   się   zwinnie   do   skalnej   ściany,   aż 

kolano Granta niemal dotykało występu. Grant zwinnie przerzucił nogę przez koński grzbiet i 

po chwili już siedział obok niej. Joker spokojnie opuścił głowę i cierpliwie czekał.

Przez chwilę po prostu siedzieli w milczeniu, spoglądając w dal, jakby bali się na 

siebie spojrzeć. Tak przynajmniej Mercy się wydawało.

Grant odchrząknął cicho. Zerknęła na niego i spostrzegła, że otworzył usta, jakby 

chciał coś powiedzieć, ale po chwili się rozmyślił. Westchnął głęboko i jeszcze raz zebrał się 

w sobie.

- Przyjazd tutaj miał ci pomóc - odezwał się z wahaniem.

- I pomógł - odrzekła szczerze. - Bardzo mi pomógł. Mogę już spokojnie myśleć o 

Nicku,   bez   zalewania   się  łzami.   Nie   nawiedzają   mnie   koszmary   o  tym,   co   się   zdarzyło. 

Odnalazłam tu spokój, i to taki, jakiego nawet się nie spodziewałam.

- Jeśli właśnie to znalazłaś... - Znów się zawahał, jakby naprawdę nie chciał jej zadać 

żadnego pytania. W końcu wydusił: - To w takim razie co zgubiłaś?

Odetchnęła głęboko. Grant znieruchomiał i czekał na jej reakcję.

- To nie mój interes, tak? - stwierdził w końcu sztywno.

- Nie, to nie to! - Znów podciągnęła kolana i objęła je ciasno ramionami. - Chodzi o 

to, że kiedy myślę o powrocie, o pracy, nie czuję tego co dawniej. To się zaczęło wcześniej, 

jeszcze przed śmiercią Nicka, ale powtarzałam sobie, że to mi przejdzie, że chwilowo się 

wypaliłam, co się przydarza każdemu policjantowi.

- Ale teraz już tak nie myślisz? Wolno, niechętnie kiwnęła głową.

-  Odkąd  tu   przyjechałam...   i  zobaczyłam  jak   tu  pięknie...  zrozumiałam,  że   to  coś 

więcej.   -   Zamknęła   oczy   i   oparła   głowę   na   kolanach.   Ciężko   było   jej   to   przyznać,   ale 

wiedziała, że Grant nie będzie jej osądzał. - Boję się, że straciłam odwagę, a to w mojej pracy 

konieczne.

background image

- Ty? To wykluczone. Powiedział to tak stanowczo, że Mercy poczuła miłe ciepło w 

środku. Ale nie dała się przekonać.

- Dziękuję. Nic jednak na to nie poradzę, że tak czuję. Kiedyś z radością szłam do 

pracy, gotowa do działania. Chciałam przywracać porządek. Ale teraz tylko się zastanawiam, 

jaki to wszystko ma sens. Ludzie będą nadal robili złe rzeczy, a mój wkład w porządkowanie 

świata jest tak nieznaczny, że nic nie zmieni.

- Nie wszyscy ludzie są źli - powiedział Grant.

- Wiem. Ale ci, z którymi stykają się policjanci, zwykle tacy są. To specyfika tego 

zawodu. I na myśl  o tym,  że będę się musiała  stykać  z takimi bandytami  jak  ci, którzy 

zamordowali Nicka... Wcale się nie cieszę, że być może pomogę w ich schwytaniu. Kiedy o 

nich myślę, robi mi się niedobrze.

Poczuła rękę Granta na ramieniu i spojrzała mu prosto w oczy.

- Mercy, wcale nie straciłaś odwagi - stwierdził łagodnie. - Straciłaś tylko zapał do 

pracy w policji. A to dwie zupełnie inne sprawy.

Zobaczyła w jego oczach otuchę i zrozumienie, które najbardziej pomaga w chwilach 

załamania   i   zwątpienia   w   siebie.   Zrozumiała,   że   starał   się   ocalić   ich   oboje   przed 

nieuchronnym   rozczarowaniem,   dlatego  jasno  i   wyraźnie  powiedział,   że  nie   ma  dla   nich 

wspólnej przyszłości. A że w ogóle chciał zaryzykować i zbliżył się do niej, sprawiło, że 

poczuła... Sama nie była pewna, co. Świadomość, że nie mają szans na wspólną przyszłość 

wcale nie ułatwiała jej zrozumienia sytuacji. Nawet gdyby zdecydowała się porzucić swoje 

dawne życie, wątpiła, czy Grant w pełni by zaufał dziewczynie z miasta.

- Masz więcej odwagi niż wszyscy, których znam - oznajmił, nie spuszczając z niej 

wzroku. - Nie możesz w to wątpić. Ale umiesz też bardzo ludziom współczuć, wszystko 

głęboko przeżywasz. Może zwyczajnie masz dosyć rozwiązywania problemów ludzi, którzy 

wcale o to nie dbają albo wręcz nie chcą, żeby ich problemy zostały rozwiązane.

Wyszeptała jego imię i zamilkła. Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. Potem wolno, 

niepewnie, odwróciła się ku niemu i pocałowała go. Poczuła, że znieruchomiał i przestraszyła 

się, że swoim postępowaniem tylko utrudnia sytuację. Ale rozproszył jej obawy, kiedy objął 

ją mocno i zaczął gorąco całować.

Czując jego język na wargach, rozchyliła usta. Z radością przyjęła jego lekki dotyk, 

sama odwzajemniając się podobną pieszczotą. Rękami objął jej głowę, odchylił się i zdjął 

grube   rękawice.   Potem,   zanim   zdążyła   chwycić   powietrze,   zatopił   palce   w   jej   włosach. 

Dzisiaj   ich   nie   związała.   Zaczęła   doceniać   ich   piękno,   po   tym   jak   Grant   nocą   się   nimi 

zachwycał.

background image

Odchylił jej głowę w tył i znów zaczął całować jej usta, tym razem bardziej namiętnie. 

Nie wahał się, nie zastanawiał, całował ją, jakby miał do tego wszelkie prawa. Pozwoliła mu 

na to z taką ufnością, jakiej nie wykazałaby wobec żadnego innego mężczyzny pod słońcem. 

Przywarła do niego, zapominając o całym świecie. Istniał tylko on i uczucia, jakie w niej 

wywoływał. Nie protestowała, kiedy rozpiął jej kurtkę, lecz wygięła się lekko, by ułatwić mu 

zadanie. Żałowała tylko, że jego dłoń nie dotyka jej nagiej skóry, że oddzielają ich od siebie 

grube warstwy ubrania.

Grant odchylił  się nieco na bok i pociągnął ją bliżej, na posłanie  z liści  i słodko 

pachnących   sosnowych   igieł.   Przytuliła   się   do   niego   ufnie.   Czyżby   jeszcze   niedawno 

wydawało jej się, że tu jest chłodno? Teraz, w tym zacisznym schronieniu, było jej wręcz 

gorąco. Dziwiła się, że skalny występ wokół nich nie zaróżowił się od odbitego od nich 

ciepła.

Sięgnęli   ku   sobie   jednocześnie,   wyciągając   bluzy   zza   pasków   spodni,  które   nagle 

wydały im się zbyt krępujące. W jednej chwili westchnęli z satysfakcją, kiedy dłonie jednego 

natrafiły na nagie ciało drugiego. Poczuła bijący od niego żar, nawet przez solidny materiał 

spodni.   Wolno   powiodła   ręką   po   nabrzmiałym   kształcie   i   usłyszała   westchnienie   Granta. 

Zrobiła to jeszcze raz, aż jego biodra drgnęły konwulsyjnie.

-   Mercy...   -   wyszeptał   bez   tchu.   Nadal   go   pieściła,   aż   chwycił   ją   za   ramiona   i 

unieruchomił. - Mercy, nie...

- Nie podoba ci się? Roześmiał się ochryple.

- Zaraz się dowiesz, jak mi się podoba, tutaj, na tej skale.

W jego oczach płonął ogień. Rozejrzała się po osłoniętej ze wszystkich stron skalnej 

alkowie i znów spojrzała mu w oczy.

- Może jest tu trochę chłodno, ale... Całkiem niezły pomysł.

Grant znów westchnął głucho, jakby jej słowa wywarły na nim takie samo wrażenie 

jak wcześniejsza pieszczota.

-   Gdybym   choć   przez   chwilę   myślał,   że   mówisz   poważnie...   -   zaczął   matowym 

głosem.

- Ależ mówię poważnie - zapewniła łagodnie. - To miejsce jest... wyjątkowe.

Nie dodała, że będzie wspominała tę chwilę w przyszłości, kiedy już stąd wyjedzie, 

ale pewnie on sam zdawał sobie z tego sprawę. Coś zamigotało w jego źrenicach, jakby też 

myślał o wspomnieniu, które dopiero ma powstać. Musiała przyznać przed sobą, że powodują 

nią całkiem egoistyczne pobudki; chciała, żeby on zapamiętał ją na zawsze, żeby nieodłącznie 

kojarzyła mu się z tym miejscem jako jedna, jedyna dziewczyna z miasta, do której nie czuł 

background image

niechęci.

Grant poruszył się tak szybko, że nie zdążyłaby zaprotestować, nawet gdyby chciała. 

Zdjął jej kurtkę i wsunął pod nią, żeby było jej miękko na granitowym łożu. Pocałował ją, 

głębokim, namiętnym, rozpalającym zmysły pocałunkiem, a potem rozpiął guzik i suwak jej 

dżinsów, pośpiesznie i niezgrabnie. Chciała mu pomóc, ale odsunął jej ręce, kierując je ku 

własnym spodniom. Ona również miała trudności z odnalezieniem guzika, a potem suwaka, 

ale  jednak udało  się jej  odnaleźć  jego męskość.  Potem  Grant  szybko  zsunął jej  dżinsy i 

majteczki.   Mercy   wiedziała,   że   będzie   im   niewygodnie,   że   to   czyste   szaleństwo,   tak   się 

kochać zimą na skale, nie zdejmując spodni i butów, ale nic ją nie obchodziło, oprócz tego, 

żeby stało się to jak najszybciej.

- Mercy, przestań - wyszeptał Grant zduszonym głosem. - Za dobrze to robisz. Dłużej 

nie wytrzymam.

Ujął jej ręce i położył na swojej piersi. Chwycił jej lewy but i jednym ruchem ściągnął 

z jej stopy, potem wyswobodził jej nogę ze splątanych spodni. Zadrżała, ale nie z zimna - nie 

czuła go wcale - tylko dlatego, że jej ciało wreszcie pojęło, jak szybko nadejdzie spełnienie. 

Zaraz wypełni się pustka, a ona sama przekroczy granice szaleństwa.

Grant zdjął swoją obszerną, ciepłą kurtkę i narzucił ją na nich oboje. Na chwilę zawisł 

nad   Mercy   i   odsunął   zagradzające   do   niej   dostęp   ubranie.   Gdy   poczuła   pierwszy   dotyk 

intymnej części jego ciała, krzyknęła z radości i uniosła biodra. Grant nakrył jej usta swoimi, 

jakby chciał wypić krzyk wprost z jej warg. Poczuła, że zadrżał, osuwając się w znajome, 

wilgotne ciepło jej ciała.

To czyste szaleństwo, pomyślała resztką przytomności, której jeszcze nie wchłonął 

ogarniający ją rytm i ogień. Stało się tak, jakby bliskość dzikiej przyrody dodała dzikości ich 

ruchom i odczuciom. Zjednoczyli się z otoczeniem, pierwotni, nieokiełznani w swoim miłos-

nym zapale.

Kiedy jednocześnie dotarli do nieba, Grant wykrzyczał jej imię, a ona jego. Ich głosy 

wzbiły się w przestworza, wysokie i tęskne, niczym wołanie dzikich ptaków.

Może jednak uda mu się to wytrzymać. Taka myśl przyszła mu do głowy, gdy wracali 

na Jokerze do domu. Może zniesie życie w mieście, choćby w małych dawkach, i dzięki temu 

ich związek przetrwa. Mercy najwyraźniej się tu podobało i choć pewnie nigdy całkowicie by 

się nie przystosowała do życia na ranczu, to pewnie mogłaby go odwiedzać na tyle często, by 

oboje mieli nadzieję na wspólną przyszłość.

Był pewien, że nawet nie przyjdzie jej do głowy, by mu kazać wybierać, jak to zrobiła 

Constance. Była na to zbyt otwarta i uczciwa. Rozumiała też, że jego serce należy do tej 

background image

krainy i że tak już będzie zawsze.

Ale czy to wszystko będzie miało sens? Związek na odległość, złożony głównie z 

podróży   samolotem   i   rozmów   telefonicznych,   okresów   bolesnej   tęsknoty,   przerywanych 

chwilami namiętnej bliskości. Nie byłoby tam miejsca na rzeczywistość, codzienne wspólne 

życie, dzięki któremu dwoje ludzi naprawdę zaczyna stanowić jedność, osobną całość, która 

jest mocniejsza niż jej dwie połowy oddzielnie.

Choć   to   nieprawdopodobne,   jego   matka   tworzyła   taki   udany   związek   z   Nate'em. 

Musiał   to   przyznać,   ilekroć   przebywał   w   ich   towarzystwie   i   widział,   jak   ten   silny, 

zdecydowany mężczyzna zmienia się w rękach jego matki w miękką glinę. Nate powiedział 

mu kiedyś dość wojowniczym tonem, kiedy on sam był równie wojowniczo nastawionym 

nastolatkiem,   że   Barbara   jest   jego   kamieniem   probierczym   i   jedynym   łącznikiem   z 

prawdziwym życiem i żeby lepiej pogodził się z ich związkiem. Wtedy chyba po raz pierwszy 

w pełni zaakceptował fakt, że jego matka należy do rodziny Fortune'ów, i to nie tylko z na-

zwiska. Ta potężna, a czasami wydawałoby się szczególnie naznaczona przez los rodzina, 

była również częścią jego życia.

Nagle uderzyła go pewna myśl. Czy udany związek jego rozsądnej, ciepłej matki z 

wiecznie za czymś goniącym, drażliwym i niezadowolonym Nate'em Fortune'em nie był o 

wiele bardziej nieprawdopodobny niż szansa na udany związek jego i Mercy? Czy kowboj i 

policjantka to dwa żywioły niemożliwe do połączenia? A może coś dałoby się z tego wykuć, 

jak to zrobili matka i Nate, albo nawet Jake i Erica, którzy wciąż byli razem, chociaż historia 

ich związku była bardzo burzliwa?

Przebiegające mu przez głowę dawne ostrzeżenia nie mogły się przedrzeć przez mgłę 

namiętności, która nadal przysłaniała mu oczy po gorących chwilach na skalnej półce. Teraz 

to miejsce zawsze będzie mu przypominało Mercy, będzie się łączyło z jej słodkim oddaniem 

i z niewiarygodną rozkoszą, jakiej zaznał.

Może   był   głupcem,   myśląc,   że   mają   przed   sobą   przyszłość,   alby   byłby   jeszcze 

większym głupcem, gdyby odwrócił się plecami do szansy, którą podsuwał mu los. Nawet 

jeśli wszystko ma trwać tyle, ile pobyt Mercy na ranczu.

Zobaczyli w oddali stajnię, Joker zarżał cicho. Mercy nie odzywała się i Grant był 

ciekaw, o czym myśli. Czyżby żałowała tego, co się stało, tych chwil gorącego zapomnienia, 

kiedy nie bacząc na nic, sięgnęli po siebie, jakby byli częścią dzikiej natury, a nie dwojgiem 

cywilizowanych ludzi...

- Mercy? - zagadnął.

- Słucham? - Jej głos brzmiał dziwnie, ale nie usłyszał w nim smutku.

background image

- Chyba musimy porozmawiać.

- Tak.

- Odprowadzę do stajni Jokera i zaraz wracam.

-   Dobrze   -   odparła,   nadal   tym   samym   dziwnym   tonem,   którego   nie   potrafił 

rozszyfrować.

Zeskoczyła z konia pod domem, a on wyczyścił Jokera i wprowadził go do boksu, na 

odchodnym dając mu trochę ulubionej karmy, w nagrodę za cierpliwość, jaką wykazał wobec 

dwojga całkowicie pochłoniętych sobą ludzi. Zajrzał do klaczy i źrebięcia. Z zadowoleniem 

spostrzegł, że mała klaczka, lustrzane odbicie swego ojca, wcale się go nie boi.

Wrócił   do   domu   i   znalazł   Mercy   w   gabinecie.   Rozmawiała   przez   telefon.   Kiedy 

zobaczył wyraz jej twarzy, pożałował, że kazał przeciągnąć linię telefoniczną od głównej 

drogi biegnącej osiem kilometrów od rancza.

Podniosła na niego wzrok, ale nic nie powiedziała, tylko uważnie słuchała swojego 

rozmówcy.

- Tak, zawiadomię cię jeszcze, kiedy dokładnie to będzie - powiedziała w końcu i 

rozłączyła się.

Zwróciła   się   ku   niemu.   Spodziewał   się,   że   nadejdzie   taka   chwila,   ona   również 

odgadła, że on już się domyślił prawdy, ale musiała ubrać to w słowa, jakby podejrzewała, że 

inaczej nie będzie to realne.

- Złapali morderców. Wstępne przesłuchanie ma się odbyć w poniedziałek. Muszę 

wracać.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Jeśli nadal będzie tak się zachowywał, to cały dom zawali mu się na głowę. Muszę się 

wziąć w garść, postanowił. Trzeba z tym skończyć. Zamiast skupić się na pracy, pół dnia 

marnuje na gapienie się w przestrzeń i rozmyślania o Mercy. Zastanawiał się, jak sobie daje 

radę i co by się stało, gdyby tak jak planowali, doszło między nimi do poważnej rozmowy.

Ogarnął go nagły chłód, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Dlaczego nic mu nie 

wyjaśniła? Jak mogła tak po prostu odejść w swój niebezpieczny świat, chociaż wiedziała, jak 

wiele jej grozi?

Wniósł siodło do środka i z hukiem zamknął za sobą drzwi do składu narzędzi. Walt, 

który   naprawiał   uprząż   -   co   kiedyś   robiła   Mercy,   odciążając   ich   w   pracy   -   gwałtownie 

podskoczył.

- Lepiej wyrzuć to z siebie, chłopcze - poradził. - Coś cię gryzie i musisz się tego 

pozbyć, zanim cię całkiem zeżre.

- Nic mnie nie gryzie.

- Dobra, dobra. To dlatego chodzisz taki wściekły jak ryś w potrzasku, odkąd nasz 

mały skrzat wyjechał?

Grant z rozmachem rzucił siodło na stojak.

- Wcale nie chodzę wściekły.

Walt chwilę popatrzył na niego w milczeniu, a potem powiedział cicho:

- Wszyscy się o nią martwimy, Grant, odkąd ten detektyw ci powiedział, o co w tej 

sprawie naprawdę chodzi.

Grant   z   bezsilności   zaklął   ostro.   Zadzwonił   do   Gabe'a   Devereax,   prywatnego 

detektywa,  którego Rebeka Fortune zatrudniła, by zbadał sprawę śmierci Kate. Zrobił to, 

ponieważ matka mu powiedziała, że Gabe ma przyjaciół w policji, a Grant chciał się upewnić, 

że Mercy ma właściwą ochronę i opiekę podczas wstępnego przesłuchania podejrzanych o 

zabójstwo Nicka.

Dopiero wtedy się dowiedział, że zamordowanie Nicka i wcześniejsza śmierć jego 

przyjaciela są sprawką mafii. Detektyw wyjaśnił mu, że Mercy, jako jedyny świadek, stała się 

ruchomym celem. Były już próby uciszenia jej na stałe, i to głównie z tego powodu, a nie 

tylko dla odzyskania równowagi psychicznej, skryła się na jego ranczu. Zgodnie z rozkazem 

przełożonych miała zniknąć z miasta, zaszyć się gdzieś na odludziu i przeczekać najgorsze.

Znów zaklął, z rozmachem otworzył szufladę pod roboczym blatem, i wyjął z niej 

puszkę pasty do skóry. Wyczyści całą uprząż, do ostatniego centymetra. Przynajmniej się 

background image

czymś zajmie.

- Będziesz się tak miotał po całym ranczu i klął jak szewc, czy wreszcie zrobisz to, co 

od dawna chcesz zrobić? - zapytał Walt.

Grant spojrzał gniewnie na starego pomocnika.

- A niby co takiego chcę zrobić?

Walt nic sobie nie robił z jego groźnych spojrzeń.

- Jechać do niej. O tym myślał cały czas, odkąd Mercy w dzień po świętach spakowała 

walizki i wyjechała. Ilekroć jednak rozważał taką ewentualność, dochodził do wniosku, że to 

nie ma sensu. Jednak ta myśl stale do niego wracała, uparta i odważna, niczym sama Mercy.

- To ona jest gliną, nie ja. Wie, jak postępować z...

- Z gangsterami? - przerwał mu szorstko Walt. Grant znów poczuł zimny dreszcz. 

Mercy sam na sam z jakimś zbrodniarzem. Na myśl o tym ciarki przebiegały mu po plecach.

- Znasz ją - wymamrotał. - Wydaje  ci się, że byłaby zadowolona, gdybym  za nią 

chodził jak za dzieckiem, które potrzebuje niańki?

- To, że potrafi o siebie zadbać, nie znaczy, że zawsze chce sama o siebie dbać, bez 

niczyjej pomocy.

Przez długą chwilę Grant stał w milczeniu i patrzył na pomarszczoną twarz Walta. 

Stary pomocnik nie spuszczał wzroku. Nagle jego spojrzenie złagodniało.

- Nie chciałbym,  żebyś skończył jak twój ojciec.  Raz przegrał i nigdy więcej nie 

próbował grać, zestarzał się tu i umarł, nie mając nikogo bliskiego, oprócz mnie i ciebie. Obaj 

wiemy, że część jego duszy umarła dużo wcześniej, kiedy odeszła twoja matka.

-   Cholera.   -   Grant   zaklął   znowu,   ale   tym   razem   bez   zapału,   jakby   zaczynał   się 

poddawać.

Walt uśmiechnął się.

- Ruszaj, chłopcze. My tu wszystkiego dopilnujemy. I tak nie ma z ciebie ostatnio 

większego pożytku.

Cztery godziny później zapinał pasy bezpieczeństwa, siedząc w małym samolocie do 

Denver, skąd miał złapać lot do Minneapolis. Nie wiedział, czy się z tego cieszyć, ale na 

pewno nie mógł postąpić inaczej.

Mercy  już  nie  starała   się skupić  na  książce,  która   leżała  otwarta  na  jej  kolanach. 

Zresztą w sypialni i tak już zrobiło się ciemno. Nie było też sensu czytać akt, które przyniosła 

ze spotkania z detektywami i prokuratorami. Znała je niemal na pamięć.

Spędzała niedzielny wieczór zamknięta w mieszkaniu, w towarzystwie ochroniarza, 

który oglądał mecz koszykówki w jej małym gabinecie, czekając na zmiennika. Jego służba 

background image

przy niej kończyła się za kilka minut.

Chcieli umieścić ją w hotelu, ale odmówiła. Według wiarygodnych danych ludzie, 

którzy stali za zabójstwem Nicka, nie znali jej adresu, a kiedy zniknęła na dłużej, zupełnie 

zgubili jej trop. Mimo protestów Mercy narzucono całodobową ochronę. Erie Neilsen, młody 

funkcjonariusz,   miał   dziś   chronić   jej   życie,   żeby   jutro   w   sądzie   mogła   oficjalnie 

zidentyfikować zabójców Nicka. Chłopak był tak czupurny i pełen młodzieńczego zapału, że 

czuła się przy nim jak wiekowa dama, chociaż pewnie była od niego starsza najwyżej o trzy 

lata. Nawet tak nudne zadanie wykonywał z entuzjazmem, co jeszcze wyraźniej uświadomiło 

Mercy, że jej zapał do pracy zupełnie wywietrzał.

Bezustanna gadanina komentatora sportowego urwała się w pół zdania. Mercy czujnie 

nadstawiła uszu, zastanawiając się, co zmusiło wielbiciela koszykówki do nagłego wyłączenia 

telewizora. Usłyszała coś, co on musiał usłyszeć już wcześniej - dość natarczywe pukanie do 

drzwi. Zamknęła książkę i wstała. Wzięła ze stolika służbową broń, ciemnoszarego, lekkiego, 

półautomatycznego glocka.

- Erie?! - zawołała.

- Sprawdzam to. Podeszła do drzwi do salonu, czujnie nasłuchując. Erie powiedział 

coś do przybysza, ale z tej odległości nie usłyszała wyraźnie odpowiedzi. Weszła do salonu i 

zobaczyła, że młody policjant wygląda przez wizjer, trzymając w dłoni swój pistolet.

- Mówiłem już, że nie ma jej w domu! - zawołał. Z tej odległości nadal nie słyszała, co 

mówił   ten   ktoś   za   drzwiami,   ale   kiedy   Erie   uniósł   broń,   serce   jej   podskoczyło.   -   Jeśli 

zaczniesz wyważać drzwi, to pożałujesz - ostrzegł intruza młody policjant.

Mercy  poczuła  przypływ  adrenaliny.  Przebiegła  przez  pokój  i  zajęła  pozycję   przy 

drzwiach, za które mogła uskoczyć, gdyby intruz był rzeczywiście na tyle głupi, by wyważyć 

drzwi.

- Coś mi tu nie gra - wyszeptała do Erica. - Gdyby chcieli wejść, nie robiliby tego tak 

otwarcie. Lepiej sprawdzę okna z tyłu mieszkania. Może to tylko wybieg, dla odwrócenia 

uwagi.

- Dobry pomysł - zgodził się Erie. - Ale to byłby jakiś kiepski wybieg. To idiotyczne 

kowbojskie przebranie bardzo rzuca się w oczy.

Mercy stanęła jak wryta.

- Kowbojskie przebranie?

-  No.  Kapelusz  i  takie tam.  I przynajmniej   mógł  zapamiętać,   jak  się  nazywasz.  - 

Uśmiechnął się rozbawiony. - A może to jakiś pijak pomylił adres? Czy któraś z twoich 

sąsiadek ma na imię Mercy i zadaje się z pajacem w kowbojskich butach i kapeluszu?

background image

- Co takiego?

- Takie imię wymienił. Powiedział, że przyjechał tu do Mercy i nie odejdzie, dopóki 

się z nią nie zobaczy.

- Mój Boże - wyszeptała i podbiegła do wizjera. Choć od razu się domyśliła, że to on, 

dopiero teraz wypowiedziała jego imię: - Grant!

Wsunęła broń za pasek spodni i zanim Erie zdążył zareagować, odsunęła zasuwę i 

otworzyła  drzwi. Grant stał w progu, trochę zdziwiony, że drzwi tak niespodziewanie się 

otworzyły. Nie mogła wydobyć z siebie słowa, więc tylko na niego patrzyła. Podszedł do niej, 

rozkładając ramiona, a jej serce zabiło mocniej w oczekiwaniu na to, że zaraz znajdzie się w 

jego objęciach. Nagle zatrzymał się, widząc jej glocka za paskiem. Po chwili spostrzegł też 

Erica, nadal z pistoletem w dłoni.

- Znasz tego gościa? - zapytał Erie, z powątpiewaniem mierząc Granta wzrokiem.

Mercy mogła go zrozumieć. W wysłużonym kowbojskim kapeluszu, krótkim kożuchu, 

dżinsach i zniszczonych butach kowbojkach Grant nie wyglądał na mieszkańca Minneapolis.

- Tak, znam go - potwierdziła cicho. - Wejdź, Grant. Przybysz  czujnie patrzył na 

Erica, zwłaszcza na jego chromowaną broń. Młody gliniarz pośpiesznie schował pistolet do 

kabury i cofnął się w głąb mieszkania. Grant wszedł do środka, a Mercy zamknęła za nim 

drzwi.

- A więc to prawda - rzekł Grant bez żadnych wstępów, spoglądając to na uzbrojonego 

Erica, to na broń za paskiem Mercy. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

- Grant...

- Przez cały ten czas ani słowem nie wspomniałaś, że ci ludzie próbowali cię zabić. I 

to dwa razy.

Nie miała pojęcia, jak się o tym dowiedział, ale teraz nie miało to znaczenia.

- Nie było powodu, dla którego miałabym ci o tym mówić.

Znieruchomiał.

- Nie było powodu?

- Byliśmy pewni, że nie wytropią mnie na ranczu. Jego mieszkańcom ani przez chwilę 

nic nie groziło.

- Myślisz, że o to mi chodzi?! - zawołał z niedowierzaniem. - Ścigają cię zabójcy z 

mafii. - Wskazał na Erica. - Musisz mieć całodobową ochronę, a ty myślisz, że ja się boję o 

coś innego?

- Ja nie...

-   Cholera,   Mercy,   nie   wydaje   ci   się,   że   zasłużyłem   sobie,   żeby   poznać   prawdę, 

background image

zwłaszcza po tym, jak...

Urwał   nagle,   spoglądając   w   bok   na   Erica.   Młodzieniec   najwyraźniej   nie   był   taki 

bystry, na jakiego wyglądał, a może po prostu naiwny, ponieważ dopiero gdy Mercy również 

spojrzała na niego znacząco, coś zaświtało mu w głowie.

- No to ja chyba pójdę obejrzeć sobie ten mecz...

Wrócił do gabinetu, ale zgodnie z zasadami zostawił uchylone drzwi.

Mercy znów  spojrzała  na   Granta.  Tak   bardzo  go  jej  brakowało!   Miała   ochotę  go 

uściskać, chciała, by ją objął, choćby na chwilę. Wiedziała też, że się na to nie odważy, bo 

gdyby to zrobiła, już nigdy nie pozwoliłaby mu odejść. A przecież on musi odejść.

- Dlaczego przyjechałeś? - zapytała wprost.

- Co? Dowiaduję się, że mafia chce cię zabić, a ty się pytasz, dlaczego przyjechałem?

Z nową siłą rozgorzała w niej jakaś iskierka, której bez większej nadziei nie dawała 

zgasnąć, chociaż powtarzała sobie, że pewnie już nigdy nie zobaczy Granta. Zależało mu na 

niej, ale przecież wiedziała o tym już wcześniej. Grant nie wdałby się w przelotny romans z 

kobietą, do której  nic by nie  czuł.  Ich związek  jest  niemożliwy nie  ze względu  na brak 

uczucia, ale dzielącą ich odległość, nie tylko w jednym znaczeniu tego słowa.

- Właśnie dlatego musisz wyjechać - powiedziała.

- Chcesz mnie chronić, Mercy? Dlatego nic mi nie mówiłaś, kiedy byłaś na ranczu? 

Chciałaś mnie chronić?

Spuściła wzrok.

- Wcale nie musiałeś tego wiedzieć.

- Nie musiałem wiedzieć, że dręczyło cię nie tylko wspomnienie śmierci Nicka? Nie 

musiałem wiedzieć, że dwa razy chciano cię zabić? Nie musiałem wiedzieć, że wracasz prosto 

w paszczę lwa?

- Co mogłeś zrobić?

- Może zamknąłbym cię na ranczu i nigdzie nie puścił - oznajmił ponuro.

- Grant, musiałam wrócić.

- Aha. - Zepchnął kapelusz na tył głowy. - I zrobiłaś to bez zastanowienia. Tak bardzo 

ci się śpieszyło,  żeby tu przyjechać  i znów zostać ruchomym  celem? Czy nawet to było 

lepsze, żeby tylko nie spędzić jeszcze jednego dnia z dala od ukochanego miasta?

W jego głosie słychać było gniew, którego nie rozumiała.

- Wiesz przecież, że to nieprawda...

- Czyżby?

- No to powinieneś wiedzieć - odcięła. - Muszę robić to, co robię. Nie rozumiesz? Nie 

background image

zmienię   tego,   co   zawaliłam   w   przeszłości,   ale   przynajmniej   pomogę   wymierzyć 

sprawiedliwość.

-   Mercy,   przestań.   Myślałem,   że   już   to   wyjaśniliśmy.   Gdybyś   wtedy   cokolwiek 

zrobiła, byłabyś teraz martwa.

- Ja... - Umilkła i przełknęła ślinę. - Łatwo było tak wtedy mówić. Na ranczu wszystko 

wygląda inaczej. Ale kiedy tu wróciłam, kiedy przeczytałam raporty...

Wyciągnął   ręce,   jakby   chciał   ją   objąć.   W   tej   samej   chwili   rozległo   się   donośne 

stukanie do drzwi i oboje drgnęli zaskoczeni. Zadowolona z pretekstu do przerwania trudnej 

rozmowy Mercy spojrzała przez wizjer.

-   To   zmiennik   Erica.   -   Młody   policjant   wyszedł   z   gabinetu,   a   Mercy   odciągnęła 

zasuwę.

- Murphy? - upewnił się Erie. Skinęła głową i otworzyła drzwi. Ukazał się w nich 

rudowłosy starszy policjant, którego Mercy znała sprzed lat. Szkolił ją tuż po ukończeniu 

przez nią akademii.

- Cześć, Murphy - przywitała go.

Kolega skinął jej głową, ale patrzył na Granta.

- A ten kowboj to kto? - zapytał rozbawionym tonem.

Przez   chwilę   Mercy   widziała   Granta   tak,   jak   musieli   go   postrzegać   ludzie 

przyzwyczajeni do miejskich strojów i zachowań. Ale tam, gdzie oni dostrzegali zabawną 

postać, ona zauważała tylko surową urodę Granta i bijącą od niego aurę dzikiej przyrody, 

którą zdążyła pokochać.

Tak samo jak pokochała jego.

Wreszcie   sama   przed   sobą   przyznała,   że   darzy   go   uczuciem.   Zrobiła   to   tutaj,   w 

najmniej  odpowiednim miejscu i czasie, czując, że to odkrycie  sprawiło jej ból. Przecież 

Grant zasługuje na lepszą kobietę, nie taką, która nie kiwnąwszy palcem dopuściła, by niemal 

na jej oczach zabito jej przyjaciela.

- To... mój przyjaciel - wyjaśniła Murphy'emu.

- Pozbądź się go, dziewczyno - zwrócił się do niej rudzielec.

- Próbuję.

- Uparty jest, co?

- I bardzo nie lubi, kiedy się o nim mówi w trzeciej osobie, kiedy stoi tuż obok - 

wtrącił spokojnie Grant.

Murphy uniósł brwi i spojrzał na niego.

- Pyskaty, tak? To dla twojego własnego dobra.

background image

- Nie lubi też, kiedy się go traktuje protekcjonalnie.

- Jak na kowboja, używasz bardzo wyszukanych słów.

- A ty jak na policjanta, za mało myślisz o tym, co mówisz.

- Przestańcie, dobrze? - Mercy nie mogła już tego słuchać. - Murphy, odczep się. 

Grant bardzo mi pomógł. To na jego ranczo wyjechałam, żeby przeczekać.

- Wychodzę - rzucił Erie, zamykając za sobą drzwi. Nagle Murphy uśmiechnął się 

szeroko.

-   A   więc   ty   jesteś   prawdziwym   kowbojem?   To   przepraszam.   Myślałem,   że   jakiś 

przebieraniec. - Zerknął na Mercy. - Wszyscy tu jesteśmy trochę zdenerwowani, ze względu 

na jutrzejsze przesłuchanie.

Grant skrzywił się.

- Może lepiej byś zrobił, gdybyś się skupił na tym, jak unieszkodliwić tych facetów, 

tak żeby nie wystawiać Mercy na odstrzał.

Murphy pokręcił głową.

- Nie ma takiej możliwości. Jej zeznanie będzie nam potrzebne. Ale nie martw się. 

Budynek sądu jest pod obserwacją i ścisłą ochroną, odkąd złapaliśmy tych gości.

Grant nie wyglądał na przekonanego, a to sprawiło, że Mercy poczuła na sercu jeszcze 

większe ciepło.

- Jeszcze raz sobie dzisiaj wszystko powtórzymy - zwrócił się do niej Murphy. - Oni 

będą chcieli wykorzystać to, że nie było cię tam, kiedy padły strzały.

- Czyli Mercy musi wystąpić publicznie? Żeby dać im jeszcze jedną szansę? - Głos 

Granta jeszcze nigdy nie brzmiał tak wojowniczo.

-   Będzie   przy   niej   nasza   brygada   specjalna.   Nie   odstąpią   jej   na   krok   -   wyjaśnił 

Murphy. Widać było, że zaczyna go to denerwować.

Nagle jego twarz się zmieniła, jakby wpadł na jakiś pomysł. Z namysłem spoglądał to 

na Granta, to na Mercy.

Widać było, że coś rozważa. Mercy czuła, że za chwilę zada pytanie, na które nie 

chciała odpowiadać.

- Nic mi nie będzie - zapewniła pośpiesznie, zerkając na Granta. - Muszę zeznawać. 

Nie rozumiesz, Grant? Przynajmniej tyle muszę zrobić, żeby zamknąć tych bandytów.

Przez długą chwilę stał w milczeniu i spoglądał na nią. Nie spuściła wzroku, niemo 

prosząc go, by ją zrozumiał.

- Nie potrafię ci nawet powiedzieć, ile dla mnie znaczy, że tu przyjechałeś - dodała - 

ale w tej sprawie nikt mi nie pomoże. Muszę się z tym zmierzyć sama. Do końca.

background image

W jego oczach błysnęło coś, co przypomniało jej wszystkie piękne miejsca, które jej 

pokazał. Ten błysk dał jej nadzieję, choć nawet nie śmiała pomyśleć, na co. Wolno podniósł 

rękę i delikatnie dotknął jej policzka.

- Nie straciłaś odwagi, Mercy. - Już kiedyś ją o tym zapewniał, w spokojnej chwili, 

zanim   rozgorzał   między   nimi   płomień   namiętności,   w   miejscu,   które   na   zawsze   miało 

pozostać w jej sercu i pamięci. Wróciło do niej żywe wspomnienie tamtego dnia i poczuła, że 

się czerwieni. Po jego oczach poznała, że myśli o tym samym.

- Muszę to zrobić - powtórzyła z desperacją w głosie. W głębi duszy chciała tylko 

jednego;   wrócić   z   nim   do   domu.   Nawet   nie   zauważyła,   kiedy   zaczęła   nazywać   ranczo 

domem. - Muszę to zrobić nie tylko ze względu na pamięć Nicka, ale też dla siebie.

Znów  milczał  długą  chwilę.   Murphy  nie  odzywał  się,  co  było  u  niego  niezwykle 

rzadkie. Mercy była mu za to wdzięczna.

- Dobrze - powiedział w końcu Grant. - Chyba rozumiem. Każdy musi walczyć z 

własnymi demonami. Wygrasz, Mercy. Jesteś silna, więc na pewno wygrasz.

- Wciągnęła głęboko powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że od jakiegoś 

czasu wstrzymywała oddech.

- Zrób coś dla mnie, dobrze? - poprosił miękko. Skinęła głową, nie mogąc wydusić ani 

słowa. - Nigdy nie trać wiary w siebie. Nadal jesteś brylantem. I zawsze nim będziesz.

Powiedział to tak spokojnie i z takim przekonaniem, że wstrząsnęło to nią do głębi. 

Kiedy   zwątpiła,   czy   kiedykolwiek   zaufa   sobie,   on   zwrócił   jej   wiarę   w   siebie,   nazwał   ją 

klejnotem. Niewielu ludziom na świecie ufała tak jak Grantowi. Czyż nie powinna równie 

mocno wierzyć w jego zdanie?

Wyglądał,  jakby jeszcze coś chciał powiedzieć, ale się powstrzymał.  Odwrócił się 

gwałtownie, jakby to była najtrudniejsza rzecz na świecie. Tak przynajmniej wydawało się 

Mercy i samolubnie miała nadzieję, że się nie myli.

Długo   po   jego   wyjściu   zastanawiała   się,   czy   żegnając   się   z   nim,   nie   popełniła 

straszliwego błędu. Czy jeszcze kiedyś się zobaczą? A jeśli tak, to czy będzie chciał z nią 

rozmawiać? Żałowała, że nie ma z kim tego omówić.

W końcu rozpłakała się, ponieważ jedynymi ludźmi, którym mogła całkowicie zaufać 

i zwierzyć się z najskrytszych myśli, byli Nick... i właśnie Grant.

Powtarzał sobie w duchu, że robił już trudniejsze rzeczy, tylko po prostu w tej chwili 

nic takiego nie mógł sobie przypomnieć. Zostawił Mercy, by sama uporała się ze swoimi 

demonami, a miał ochotę zrobić coś bardzo prostego i żywiołowego, wręcz prymitywnego - 

na przykład, przerzucić ją sobie przez ramię i zanieść w bezpieczne miejsce, czyli na swoje 

background image

ranczo.

Został   w   Minneapolis   do   poniedziałku,   pilnie   śledząc   w   pokoju   hotelowym 

doniesienia z sali sądowej, gdzie odbywała się rozprawa. Gdy zobaczył ochraniający Mercy 

doborowy   zespół   policjantów,   przekonał   się,   że   jest   bezpieczna,   o   ile   w   takich 

okolicznościach jest to możliwe. Kiedy zobaczył ją na ekranie, przeżył wstrząs. Prawie nie 

rozpoznał w niej dziewczyny ze swego rancza. Ujrzał elegancką, pewną siebie kobietę w 

ciemnym kostiumie, w butach na wysokich obcasach, z włosami upiętymi w węzeł. Typową 

kobietę z wielkiego miasta.

Wrócił do domu z poczuciem winy, że nie odwiedził matki ani siostry. Tłumaczył 

sobie, że nie mógł się spotkać z żadną z nich, dopóki nie uporządkuje swych splątanych 

uczuć.

Wiedział jednak już w mieszkaniu Mercy, że tylko jedno z tych uczuć naprawdę się 

liczy. To, którego nigdy nie wyraził, ale przez cały czas nosił w sobie. Nie pamiętał, kiedy się 

narodziło. Może kiedy Mercy po raz pierwszy wysiadła z samochodu i zobaczył, jaką wspa-

niałą kobietą się stała; może kiedy spojrzała na jego ranczo i dostrzegła w nim piękno... a 

może, choć to chyba mało prawdopodobne, dwanaście lat temu, kiedy patrzyła na niego jak 

na rycerza w srebrzystej zbroi. Nie było ważne, kiedy to się zdarzyło, tylko że w ogóle się 

zdarzyło. Wreszcie mógł przyznać przed samym sobą, że ją kocha. Nie mógł jednak jej tego 

wyznać. Nie teraz, gdy toczyła najcięższy bój w jej życiu. Byłby to dla niej kolejny ciężar, 

którego mogłaby już nie unieść.

A   poza   tym   w   głębi   duszy   wiedział,   co   Mercy   wybierze.   Gdy   już   upora   się   z 

demonami, znów będzie doskonałą, pełną poświęcenia policjantką. Nawet do głowy jej nie 

przyjdzie, by porzucić pracę albo opuścić Minneapolis, swój prawdziwy dom.

Już   nigdy   jej   nie   zobaczy.   Straci   kolejną   kobietę.   Znowu   odbierze   mu   ją   wielkie 

miasto.

Nigdy jej nie miałeś, więc nie możesz jej stracić, powiedział sobie w duchu. Naparł 

mocniej   na   szczotkę,   którą   czyścił   grzbiet   Jokera,   aż   zwierzę   spojrzało   na   niego   z 

zaciekawieniem. Odkąd Mercy wyjechała, ogier zachowywał się dziwnie. Nie był osowiały, 

ale codziennie stał w odległym końcu zagrody i wpatrywał się w dom, jakby się spodziewał, 

że w każdej chwili może wyjść z niego dziewczyna o włosach pachnących jabłkami.

-   Możesz   się   rozczarować   -   mruknął   Grant   do   swojego   ulubionego   wierzchowca. 

Sobie też powinieneś to powiedzieć, dodał w myślach.

Skupił się na planowaniu codziennych prac na najbliższe godziny, by nie wspominać 

drobnej, zielonookiej kobiety, która odcisnęła swój ślad na jego życiu i w jego sercu.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

- To nie było zbyt mądre.

- Tak, ale on od kilku lat miał obsesję na punkcie Franca, odkąd załatwili Parnessa. 

Chciał sam rozprawić się z całą mafią.

Mercy przystanęła w progu, a potem wycofała się, by nie dostrzegli jej trzej policjanci 

siedzący   w   gabinecie   prokuratora.   Zaczekała   w   przylegającej   do   gabinetu   salce 

konferencyjnej, aż nieco opadnie jej poziom adrenaliny. Zachowanie zimnej krwi pod tak 

ostrym obstrzałem pytań było jedną z najcięższych bitew, jakie w życiu stoczyła. Na dodatek 

nie miała pojęcia, jak wypadła.

- Poszedł tam bez wsparcia. To było czyste szaleństwo, nie ma co. Niech spoczywa w 

pokoju.

- Ale ich dopadliśmy. Zdaje się, że dostaną maksymalne wyroki. Sędzia nie uwierzyła 

w te bzdury o wypadku z bronią. A Brady! To w zasadzie ona ich unieszkodliwiła. Ten dupek 

obrońca ani razu jej nie zagiął.

- Nick zawsze powtarzał, że Brady trzeźwo myśli.

- Może gdyby on też trzeźwo myślał, to nadal by żył.

Mercy zagryzła wargę i zamknęła drzwi do gabinetu. Ci policjanci jej nie potępiali, 

podobało im się jej zachowanie w sądzie. Poruszyło ją to do głębi. Musiała też przyznać, że 

postępowanie Nicka, opisane chłodno, bezlitośnie i szczegółowo, wydało jej się co najmniej 

lekkomyślne.

Długo   siedziała   w   pustej   sali   i   zastanawiała   się,   dlaczego   wcześniej   tego   nie 

dostrzegła, dlaczego tak łatwo zaakceptowała poczucie winy, które wytworzyło się w niej na 

skutek utraty równowagi psychicznej? Czy to wszystko jest jeszcze zbyt świeże i nie potrafi o 

tym myśleć rozsądnie?

A może w zrozumieniu  prawdy pomógł jej pobyt w spokojnym,  pięknym  świecie 

Granta?

W głębi duszy wiedziała, że zawdzięcza to samemu Grantowi, jego niezachwianej 

wierze w jej  siłę i rozum. To dzięki niemu zrozumiała,  że postąpiła właściwie i nic nie 

powinna sobie wyrzucać. Musiała wyjść poza granice własnego świata, by to zrozumieć i 

uzdrowić swoją duszę. A pozwoliła jej na to miłość do Granta.

Usłyszała jakiś dźwięk za drzwiami i wstała. Wyglądało na to, że rozprawa wkrótce 

się skończy, ale być może sędzia zarządziła przerwę. Drzwi się otworzyły i Mercy omal nie 

opadła z powrotem na krzesło. Spodziewała się ujrzeć prokuratora lub któregoś z policjantów. 

background image

Tymczasem zobaczyła wdowę po Nicku.

Allison podeszła do niej i objęła ją serdecznie.

- Dziękuję - powiedziała z uczuciem. - Zapłacą za to, co zrobili. I to zawdzięczamy 

głównie tobie.

- Ale ja... - Słowa z trudem wydobywały się z jej gardła. - To nie wystarczy. Ta śmierć 

nigdy nie powinna się wydarzyć.

- Wiem. - Allison uśmiechnęła się smutno. - Ale wiem też, że Nick... nie myślał 

rozsądnie, jeśli chodziło o tych okropnych ludzi, którzy zabili Charliego Parnessa. Miał na ich 

punkcie obsesję. Czasami ktoś do niego dzwonił, a on wybiegał z domu w środku nocy. 

Ryzykował jak szaleniec... ale przecież sama wiesz to najlepiej.

Owszem, wiedziała, tylko że kiedyś traktowała to jako kolejny przejaw poświęcenia 

Nicka dla pracy w policji. Allison się tym martwiła, ale Mercy ją uspokajała.

- Tak mi przykro, Allison - rzekła szczerze. - Powinnam była cię posłuchać, kiedy 

mówiłaś, że niepokoi cię jego zachowanie. Może wtedy...

Allison przerwała jej gwałtownie.

- Meredith, czy ty nadal myślisz, że to się stało z twojej winy?

Mercy cofnęła się zaskoczona.

- Ja...

- Kristina mi mówiła, że wysłała cię na ranczo brata, żebyś wybiła sobie z głowy takie 

niedorzeczne pomysły. Udało się? - A więc i Kristina tego się domyślała? Ile razy jeszcze 

urocza i rozpieszczona przyjaciółka ją zaskoczy? - Bardzo kochałam Nicka, ale sam był sobie 

winien - stwierdziła Allison z chłodnym rozsądkiem, który Mercy zawsze w niej ceniła. - Od 

wielu miesięcy żyłam w strachu, że coś takiego się wydarzy. Od śmierci Charliego miałam 

przeczucie, że każdy dzień Nicka jest... darowany.

Mercy zadrżała.

- Czułam się taka bezradna. I do niczego.

- Posłuchaj mnie, moja droga - ciągnęła surowo Allison. - Nikt nie znał Nicka lepiej 

ode mnie. Wiem, że bardzo cię szanował jako policjantkę i koleżankę. Bardzo by go bolało, 

gdyby   wiedział,   że   obwiniasz   się   za   jego   śmierć.   Mnie   to   również   boli,   Meri.   Proszę, 

przestań. Przecież nikt inny cię za to nie wini, a już na pewno nie ja.

Mercy poczuła, jak coś w niej topnieje. Zniknął ucisk, który czuła od tak dawna, że 

już niemal przestała go zauważać. Stanęła twarzą w twarz ze swoimi demonami - w ludzkiej 

postaci. Wszyscy czterej mieli dostać karę, na jaką sobie zasłużyli. Nawet sędzia patrzyła na 

nią z aprobatą, kiedy pewnym głosem składała zeznania. Poczuła przypływ dawnej siły. Teraz 

background image

była już przekonana, że może wrócić do dawnego życia i pracy.

Patrzyła na przyjaciółkę, zadziwiona jej spokojem.

- Allison, jak ty to znosisz?

- Już prawie odzyskałam równowagę. Matt i Lisa bardzo mi w tym  pomogli. Nie 

można się rozklejać, kiedy trzeba się kimś opiekować.

- No właśnie. Dzieci...

- Dzieci przede wszystkim tęsknią za swoją chrzestną matką. Kiedy je odwiedzisz?

- Chcą się ze mną spotkać?

-   Ależ   oczywiście.   Straciły   ojca.   Wszyscy   teraz   jesteśmy   im   potrzebni,   żeby 

odbudować ich życie. Martwią się o ciebie. Chciałyby zobaczyć na własne oczy, że jesteś w 

dobrej formie. - Allison spojrzała na nią bacznie. - Bo jesteś w dobrej formie, prawda?

Mercy wciągnęła głęboko powietrze.

- Tak, chyba jestem - odparła cicho.

- To dobrze. Możesz spędzić z nami Nowy Rok.

-   Dziękuję,   ale   raczej   nie.   Wpadnę   z   wizytą   do   dzieci,   ale   mam   jeszcze   coś   do 

zrobienia. Coś bardzo ważnego.

Owszem, pełna wiary w siebie mogła wrócić do tak brutalnie przerwanego dawnego 

życia. Nie potrafiłaby jednak być jak kiedyś oddana pracy, ponieważ serce i duszę zostawiła 

na ranczu w Wyoming.

Grant wrzucił na pikapa wielką belę siana. Żałował, że musiał je zwozić samochodem, 

ponieważ była to ciężka praca, zwłaszcza zimą. Powinien był wynająć helikopter, który w 

kilka godzin wykonałby to zadanie.

Ciszę   przerwało   radosne   szczekanie   Ryzykanta.   Pewnie   Walt   wrócił   z   pierwszej 

wyprawy Lady wraz z źrebięciem poza zagrodę przy stajni. Rano patrzył z uśmiechem, jak 

mała klaczka niepewnie stawia patykowate nogi w śniegu. Zdał sobie wtedy sprawę, że już 

dawno się nie uśmiechał. Chipper i Walt ostatnio wręcz go unikali, po tym jak kilka razy 

zbeształ ich ostro bez wyraźnego powodu.

Ze stajni dobiegło go donośne rżenie Jokera. Zdziwił się trochę, ponieważ koń był 

ostatnio niemal tak rozdrażniony jak on. Tym razem rżał radośnie, co mu się od dawna nie 

zdarzyło. Grant spojrzał na stajnię, potem na dom, ale nie spostrzegł nic nadzwyczajnego, 

więc wrócił do pracy.

- Szczęśliwego  Nowego  Roku - wymamrotał  pod nosem  i przerzucił  kolejną belę 

siana. A potem następną, i jeszcze jedną, i tak w nieskończoność. Wpadał przy tym w coraz 

gorszy nastrój.

background image

Zaklął pod nosem, kiedy ostatnią belę rzucił z taką siłą, że przeleciała na drugą stronę 

samochodu. Już miał okrążyć pikapa, kiedy nagle bela pojawiła się na szczycie stosu.

- Dzięki - burknął. Pewnie Walt akurat przechodził obok i mu pomógł.

- Nie ma za co. Zastygł w bezruchu. Czyżby zaczynał mieć majaki?

Wydawało   mu   się,   że   słyszy   głos   Mercy,   a   przecież...   Wyszła   zza   stosu   siana   i 

podeszła do niego bliżej. Nie potrafił odczytać wyrazu jej twarzy. I jak się tu dostała? Nie 

słyszał   warkotu   samochodu.   A   może   przyszła   piechotą   od   głównej   drogi?   Nie   było   to 

wykluczone, ponieważ nawet wyglądała jak wędrowiec. Miała na sobie dżinsy, sportowe buty 

i flanelową koszulę. Wyglądała zupełnie inaczej niż w telewizji. Widok jej rozpuszczonych 

włosów przywołał wspomnienia...

- Oglądałem przesłuchania, wiem o wszystkim - oznajmił. - Gratuluję ci.

Wzruszyła ramionami, jakby nie rozmawiali o czymś, co tak niedawno zajmowało 

wszystkie jej myśli.

- Istnieje szansa, że zdecydują się na układ z prokuraturą i nie będzie procesu. Mafia 

nie lubi rozgłosu, więc teraz nikt nie będzie ich już chronił.

- Zrobiłaś, co do ciebie należało.

- Tak. Przewidziałeś to.

- Tylko ty w siebie wątpiłaś. - Zdjął rękawice - Wszystko u ciebie w porządku?

- Tak. - Jej  glos brzmiał  zadziwiająco spokojnie.  - Miałeś rację. Nie mogłam  nic 

zrobić.  Nawet  Allison  to wiedziała.   Ale musiałam  przejść   długą  drogę, zanim  się  o tym 

przekonałam.

- Czasami tak trzeba. Kiedy wracasz do pracy?

- Mam nadzieję, że zaraz. Zgasła w nim ostatnia iskierka nadziei. Odwrócił wzrok i 

wsunął rękawice do tylnej  kieszeni spodni. Nie był  pewien, czy kontroluje wyraz  swojej 

twarzy.

- To znaczy, jeśli szef rancza MCC przyjmuje pracowników - dodała miękko.

Odwrócił się gwałtownie.

- Co? Wskazała na stos bel siana.

- Chyba przydałaby ci się pomoc. - Patrzył na nią z niezbyt inteligentną miną, ale nic 

nie mógł na to poradzić. Oparła się o samochód, jakby się bała, że straci równowagę. - Jest 

jeszcze jeden problem - ciągnęła nieco drżącym głosem. - Szukam stałej pracy.

Bał się, że coś źle zrozumiał.

- Ale przecież ty masz pracę.

- Miałam. I przez jakiś czas bardzo ją kochałam. Zrozumiałam jednak, że ta praca 

background image

zabiera mi więcej, niż daje. Więc z niej zrezygnowałam.

- Zrezygnowałaś? Skinęła głową.

- To pewnie głupie z mojej strony. Ale sam wiesz, jakie są te dziewczyny z miasta. 

Wariatki. Kiedy już się upewniłam, że mogę wrócić do pracy, nagle stwierdziłam, że wcale 

tego nie chcę. I nie dbałam o to, czy... znajdę inne zajęcie.

Był tak zaskoczony, że tylko powtórzył:

- Naprawdę zrezygnowałaś?

- Tak. Wczoraj. Wczoraj. Wczoraj zwolniła się z pracy, a dzisiaj już tu jest?

- Mercy - zaczął, ale natychmiast zamilkł, nadal się obawiając, że źle ją zrozumiał.

Stała przy samochodzie i skubała źdźbła słomy wystające z beli. Nagle zrozumiał, że 

jest równie zdenerwowana, jak on. Wtem podniosła głowę i znów stała się dawną, odważną 

Mercy.

Pojął, że Mercy ma coś, czego brakowało Constance, czego nie miała nawet jego 

matka - a tym czymś jest niezależność. Jeśli zdecydowała się zostać na ranczu, to wyłącznie z 

własnej woli.

- Jeśli naprawdę zależy ci na pracy, to mam wolne miejsce. Chyba wiesz, w co się 

pakujesz?

- Wiem - wyszeptała. - Mam nadzieję, że ty też to wiesz.

Ogarnęła go radość tak wielka, że się przestraszył.

-   Dobrze   sobie   dajesz   radę   z   Jokerem.   Świetnie   się   spisałaś   przy   narodzinach 

źrebięcia.

- Chciałabym, żeby urodziło się jeszcze mnóstwo maluchów. Bardzo ich tu brakuje.

- Jakie maluchy masz na myśli? Spojrzała mu prosto w oczy.

- Kocham cię - szepnęła. - Więc jak ci się wydaje? Grant na chwilę zamknął oczy.

- Ja też cię kocham.

- Wiem - odparła i uśmiechnęła się do niego z miłością. - Domyśliłam się tego, kiedy 

przyjechałeś   do   mnie,   do   miasta,   chociaż   przecież   go   nie   znosisz.   Grant   uśmiechnął   się 

ironicznie.

- Zdradziłem się, co?

- Nie wiedziałam tylko, czy kochasz mnie wystarczająco mocno, żeby mi wybaczyć.

- Wybaczyć? Co takiego?

- To, że jestem dziewczyną z miasta.

- Zapewniam cię, że już nią nie jesteś - oznajmił poważnie.

- A więc nasze dzieci też nie będą miejskimi dziećmi. Grant nie mógł powstrzymać 

background image

szerokiego uśmiechu na myśl o biegających po ranczu małych łobuziakach, nieustraszonych 

jak ich matka.

- Zastanawiam się, jakie imię dać temu źrebięciu - powiedział, nadal się uśmiechając. - 

Przecież to córka Płomienia Fortune'ów. Zasługuje na godne imię.

- Coś przychodzi ci do głowy? Objął ją wreszcie i poczuł, że znów ogarnia go żar, ale 

złagodzony czułością, której przedtem nie śmiał do siebie dopuścić.

-   Może   Płomień   Mercy?   -   zaproponował.   Nie   zdążyła   odpowiedzieć,   ponieważ 

pocałował ją mocno, jakby chciał wyjaśnić, skąd mu to imię przyszło na myśl.

background image

EPILOG

- Właśnie takiej krwi potrzebuje ta rodzina - oznajmił Sterling Foster z aprobatą.

- O kim ty mówisz? - Kate Fortune z gracją wstała z fotela, patrząc na wysokiego 

prawnika z gęstą grzywą siwych włosów, który od lat trwał przy niej w dobrych i złych 

chwilach.

- O młodym McClure.

Kate uśmiechnęła się. Nie zamierzała  podawać w wątpliwość jego opinii, chociaż 

często się z nim spierała - dla samej przyjemności prowadzenia sporu. Tym razem musiała 

jednak całkowicie się zgodzić z jego opinią. Wiele słyszała o Grancie od jego matki, chociaż 

osobiście syna Barbary, którą kochała jak własną córkę, spotkała tylko kilka razy.

Jeszcze   więcej   słyszała   o   nim   od   swojej   ukochanej   wnuczki.   Kristina   ciągle 

wychwalała starszego brata. Już samo to, że nazywała go bratem, a nie bratem przyrodnim, 

świadczyło o tym, że i jemu Kristina była bliska. Kate by to wystarczyło, żeby zaakceptować 

Granta,  nawet   gdyby   sama  nie   darzyła   go  sympatią  i  podziwem.  Sterling  potwierdził   jej 

opinię, kiedy spotkał się z Grantem osobiście, przekazując mu wiadomość o tym, że Kate zo-

stawiła mu w spadku pięknego ogiera rasy appaloosa.

- Nie pozwolił mi się zastraszyć. - To było wszystko, co powiedział prawnik, ale Kate 

wiedziała, że w jego ustach to był największy komplement.

- Co u niego słychać? - zapytała teraz.

- Sprzedał pierwsze źrebię po Płomieniu Fortune'ów za większą sumę, niż jest wart 

jakikolwiek koń pod słońcem.

Kate uśmiechnęła się. Sterling nie przepadał za końmi.

- Ty byś nie dał za konia złamanego grosza.

- Nie zaprzeczę. Ale potrafię docenić dochodowy interes. Dobrze spożytkował prezent 

od ciebie.

-   Nawet   lepiej,   niż   myślisz.   -   Niektóre   prezenty,   podarowane   przez   nią   różnym 

członkom   rodziny,   przyczyniały   się   do   rozwoju   zdarzeń,   na   które   nie   liczyła   nawet   w 

najśmielszych marzeniach.

- Jeśli kolejne źrebięta będzie sprzedawał równie korzystnie, to jego ranczo niedługo 

rozrośnie się poza granice stanu.

Kate uśmiechnęła się tajemniczo.

-  Wydaje  mi  się,  że   przynajmniej   jedno  źrebię   zachowa  dla   siebie.  Małą   klacz  o 

imieniu Płomień Mercy.

background image

- Płomień Mercy? Skąd miłośnikom koni przychodzą do głowy takie imiona?

- Grant nazywa swoją żonę Mercy - wyjaśniła z powagą Kate.

Sterling zrobił zdziwioną minę, a Kate się roześmiała. Bardzo się cieszyła, kiedy udało 

jej się go zaskoczyć.

- Ożenił się? A podobno Kristina się zaklinała, że on nigdy tego nie zrobi po tym 

nieprzyjemnym doświadczeniu z panną Carter. Z kim się ożenił? Zaczekaj... - Sterling chwilę 

się   zastanawiał,   kojarząc   w   myślach   fakty.   -   Pewnie   z   tą   przyjaciółką   Kristiny,   która 

wyjechała do Wyoming, a przedtem pomogła wsadzić za kratki kilku bandytów?

- Meri Brady - potwierdziła Kate. - Ale coś mi się zdaje, że wszyscy ją będą teraz 

nazywać Mercy. To cudowna dziewczyna, odważna, śmiała, inteligentna.

- Zawsze ją lubiłem - przyznał jej towarzysz. - Miała dobry wpływ na Kristinę.

-   A   za   to   Kristina   prezentowała   się   wspaniale   jako   jej   druhna   -   odparła   Kate   ze 

wzruszeniem.

Ciekawe, kiedy jej ukochana wnuczka pójdzie do ołtarza? Może jeśli zdecyduje się 

zająć swoim spadkiem i wyjedzie do Kalifornii, i ucieknie od zamieszania, które ogarnęło 

całą rodzinę, to kto wie... Zdarzały się już dziwniejsze rzeczy. Czasami rzeczy pozostawione 

przez nią członkom rodziny po jej rzekomej śmierci w niezwykły sposób odmieniały ich 

życie.

Sterling nagle zmarszczył czoło.

- Właściwie  skąd  ty to wiesz?  Nie wychodziłaś  stąd podczas mojej  nieobecności, 

prawda? Mówiłem ci, że musisz być ostrożniejsza... Kilka razy mało brakowało, a zostałabyś 

rozpoznana.

- Mam swoje sposoby - rzekła Kate. Nagle jej uśmiech zbladł. - Ale to będzie się 

wkrótce musiało skończyć. Jake wpadł w poważne kłopoty, przyda mu się wszelka pomoc. 

Jakby nie było dość tej historii ze śmiercią Moniki i czekania, kiedy policja albo ten detektyw 

Rebeki wpadną na trop prawdziwego mordercy, to jeszcze musiał się dowiedzieć prawdy o 

swoim ojcu... Planowałam, że pozostanę martwa, dopóki się nie dowiem, kto próbował mnie 

zabić. Teraz już wiemy, że to była Monica. Ona już nie żyje, a rodzina potrzebuje mnie teraz 

bardziej niż kiedykolwiek. Muszę tylko wymyślić, jak mam wstać z martwych, żeby nikt nie 

umarł z wrażenia!

- Porozmawiamy o tym później. - Siwowłosy prawnik objął czule swą towarzyszkę.

Ufała mu, korzystała z jego wsparcia i pomysłów. Bez niego by sobie nie poradziła. 

Jeśli rodzina ma przetrwać te ciężkie chwile, które zgotował jej los, to rady Sterlinga będą 

konieczne.

background image

A rodzina musi przetrwać. Kate nie dopuści, żeby stało się inaczej. Wkrótce ludzie się 

dowiedzą, że Kate Fortune jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

Przecież wszyscy członkowie rodziny są jej dziećmi, więc ona dopilnuje, żeby wyszli 

cało z każdej opresji.