background image

  Prolog 
Nazywam się Isabella Marie Swan i mam 18 lat. W zasadzie to 218. Jak to możliwe? 
Cóż, tak samo jak moi bracia, jestem wampirem. Urodziłam się w Londynie w 1782 r. 
jako  najmłodsza  z  trojga  rodzeństwa.  Mój  ojciec,  Charlie,  był  angielskim  lordem. 
Matka Renee, z pochodzenia Włoszka, także  miała szlachecki rodowód. Jak stałam 
się tym, czym się stałam? Dobre pytanie.  
Z  mojego  ludzkiego  życia  pamiętam  tylko  tyle,  iż  po  śmierci  mojej  matki  zostałam 
odesłana do Włoch wraz z braćmi, którzy mieli mnie eskortować. Zanim wyruszyliśmy 
w  podróż,  miałam  dziwne  wrażenie,  że  ktoś  nas  obserwuje.  Mój  bliźniak,  Gabriel, 
twierdził,  iż  to  tylko  moja  wyobraźnia,  jednak  to  uczucie  narastało  z  każdym  dniem 
dzielącym  nas  od  wyjazdu  z  Anglii.  William,  nasz  starszy  brat,  odkąd  usłyszał  o 
wyjeździe,  był  ciągle  pogrążony  we  własnych  myślach.  Kilka  dni  później,  kiedy  już 
przekroczyliśmy granicę Szwajcarii, moje dziwne przeczucia wezbrały na sile. 
W  pewnym  momencie  coś  uderzyło  w  powóz,  potem  widziałam,  jak  moi  bracia 
wyskakują do zakapturzonych, ciemnych postaci. 
Poczułam szarpnięcie do tyłu, palący ból… potem była już tylko ciemność. 
I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje ludzkie wspomnienia.  

 

R.1 Przebudzenie, zdumiewająca prawda i nowa siła. 
PWB. 
Ocknęłam  się  po  kilku  dniach  w  komnacie  pałacu  Volturi.  Wpatrywała  się  we  mnie 
kobieta  nieskazitelnej  urody,  z  oczami  o  odcieniu  rubinu.  Heidi,  bo  tak  jej  było  na 
imię, była przy mnie w czasie mojej przemiany. Chciałam się zapytać, jak tu trafiłam? 
Co  się  stało  z  moim  rodzeństwem?  Co  z  ludźmi,  którzy  jechali  razem  z  nami? 
Dlaczego czuję piekący ból w gardle? 
Miałam tyle pytań, jednakże ona wyprzedziła mój ruch, mówiąc tylko: 
-  Dobrze,  że  się  obudziłaś,  Isabello.  Aro  czeka  na  ciebie  w  głównej  komnacie.  Na 
pewno masz wiele pytań. On rozwieje twoje wątpliwości. Idź za mną. 
Uśmiechnęła się do mnie lekko, po czym wyszła, a ja razem z nią. 
Szłyśmy  w  milczeniu  długim,  ciemnym  korytarzem,  choć  brak  światła,  ku  mojemu 
zaskoczeniu,  nie  był  dla  mnie  problemem.  Stanęłyśmy  przed  masywnymi  drzwiami. 
W  jednej  chwili  otworzyły  się  i  moim  oczom  ukazała  się  ogromna  owalna  sala, 
otoczona  marmurowymi  kolumnami,  z  płaskorzeźbami  na  ścianach.  W  centralnym 
punkcie  stał  podest  z  trzema  siedzeniami  przypominającymi  trony.  Miejsce  to 
wypełnione  było  ludźmi  w  czarnych  strojach  o  bladej  cerze  bez  skazy  i  zarówno 
pięknymi,  jak  i  przerażającymi,  szkarłatnymi  oczami.  Wtedy  to  do  mnie  dotarło, 
chociaż nie chciałam jeszcze uwierzyć. 
Spojrzałam  z  niemym  pytaniem  w  oczach  na  wysokiego  mężczyznę  z  ciemnymi 
włosami,  który  siedział  na  środkowym  tronie.  W  tej  chwili  dołączyły  jeszcze  cztery 
postaci prowadzące moich braci. Miałam mętlik w głowie. Byłam szczęśliwa, że żyją i 
przerażona  jednocześnie  tym,  kim  się  stali.  Chciałam  im  się  rzucić  na  szyję  i 
widziałam  w  ich  oczach  tę  samą  mieszankę  uczuć:  przerażenie,  ulgę,  ból, 
świadomość  tego,  kim  teraz  jesteśmy,  lecz  coś  w  podświadomości  zabraniało  nam 
wykonać  jakikolwiek  ruch.  Po  chwili,  która  trwała  dla  nas  wieczność,  ciemnowłosy 
mężczyzna  wstał  i  podszedł  do  nas,  czym  przyciągnął  uwagę  wszystkich 
znajdujących się w pomieszczeniu. 
-  Isabello,  Williamie,  Gabrielu,  jestem  Aro.  Witam  was  w  Volterrze.  -  Podał  powoli 
dłoń moim braciom, po czym chwycił moją i przypatrywał mi się przez chwilę. 
-  Zaiste…  ciekawe…  -  wyszeptał  bardziej  do  siebie  niż  do  nas,  jednak  każdy 
doskonale go usłyszał. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Aro? - odezwał się jasnowłosy mężczyzna siedzący na tronie po prawej stronie. 
-  Cóż,  Eleazar  miał  rację.  Cała  ta  trójka  jest  niezwykła,  nie  mogę  odczytać  żadnej 
myśli naszych gości, tylko to, co mają w umyśle w tej chwili. Natomiast nasza droga 
Izabella  jest  dla  mnie  zupełną  niewiadomą.  U  niej  nie  widzę  nic.  Fascynujące  - 
odpowiedział. 
- Co masz na myśli? - spytał zaintrygowany blondyn. 
- Eleazarze?  - Aro zwrócił się do jasnego szatyna stojącego blisko filaru. 
- Rodzeństwo Swan posiada niezwykłe dary. Ich aura była zauważalna już kiedy byli 
ludzkimi  dziećmi.  Mają  moc,  z  jaką  się  nigdy  nie  spotkałem.  –  Lustrował  nas 
wzrokiem i mówił dalej. - Ich dary są od siebie zupełnie różne, jednakże Isabella jest 
czymś w rodzaju tarczy. Trudno jest mi powiedzieć, jak rozległa jest jej umiejętność, 
gdyż wciąż mnie blokuje, ale to poprzez jej mentalną więź z rodzeństwem oraz więzy 
krwi nie możesz odczytać ich myśli. Oni nawet nieświadomie chronią się wzajemnie. 
Dla  siebie  nie  stanowią  żadnego  zagrożenia,  lecz  są  bardzo  groźni  dla  innych 
naszych  pobratymców,  nie  wspominając  o  ludziach.  Nawet  armii  doświadczonych 
wampirów  ciężko  będzie  ich  pokonać.  Ponieważ  dziewczyna  jest  tarczą,  jej  bracia 
także posiadają coś w rodzaju filtru, przez który ciężko się przebić. Jednak nie jest to 
niemożliwe, tak jak w przypadku ich siostry. Na Izabelę natomiast nie działa ani dar 
Williama, ani Gabriela, chyba że sama na to pozwoli.  
Ja  i  Gabriel  staliśmy  osłupiali,  niezdolni  do  jakiegokolwiek  manewru,  spoglądając  to 
na  siebie,  to  na  przemawiających  mężczyzn,  choć  niewiele  byliśmy  w  stanie 
zrozumieć z tej wymiany zdań. William z nieodgadnionym wyrazem twarzy stał i tylko 
słuchał, po czym zrobił krok w przód i spytał: 
- Kim WY w ogóle jesteście? Kim MY teraz jesteśmy i czego od nas chcecie?! 
-  Och,  wybaczcie  naszą  nieuwagę.  Jesteśmy  Volturi,  stoimy  na  straży  wampirzego 
prawa.  Można  powiedzieć,  że  jesteśmy  rodziną  królewską,  a  wy…  cóż,  wy  teraz 
jesteście jej członkami. Jesteście bowiem jednymi z nas. 
 
PWW. 
Słuchałem  tego,  co  Eleazar  mówił  na  nasz  temat,  próbując  przetrawić  wszystkie 
informacje. Wiedziałem już, kim jestem, lecz wciąż nie chciałem wierzyć. Musiałem to 
usłyszeć.  Widziałem  strach  w  oczach  Belli,  dezorientację  wymalowaną  na  twarzy 
Gabriela.  Nie  mogłem  tak  bezczynnie  stać,  musiałem  się  odezwać.  Będę  bronić 
mojego rodzeństwa, ale najpierw muszę wiedzieć przed czym. 
- Kim WY w ogóle jesteście? Kim MY teraz jesteśmy i czego od nas chcecie?! 
Żądałem  odpowiedzi.  W  mojej  głowie  rodziło  się  tyle  pytań,  choć  niektórych 
odpowiedzi mogłem się domyślić.  
-  Och,  wybaczcie  naszą  nieuwagę.  Jesteśmy  Volturi,  stoimy  na  straży  wampirzego 
prawa.  Można  powiedzieć,  że  jesteśmy  rodziną  królewską,  a  wy…  cóż,  wy  teraz 
jesteście jej członkami. Jesteście bowiem jednymi z nas. 
- Jednymi z was? - Nadal nie rozumiałem, dlaczego po prostu nas nie zabili, tak jak 
zrobili to z naszą eskortą. 
-  Tak  -  odpowiedział  Marek,  brunet  siedzący  na  tronie  znajdującym  się  po  lewej 
stronie.  –  Taka  moc…  To  byłoby  wielkie  marnotrawstwo  pozwolić  wam  zwyczajnie 
umrzeć  lub  gorzej:  pozwolić,  byście  zostali  przemienieni  przez  przypadkowego 
nomada. 
-  Nic  nie  rozumiem.  Więc  nie  każdy  posiada  dodatkowe  zdolności?    -  Teraz  to 
Gabriel wyprzedził moje pytanie. 
- Nie. Nie każdy. Wiem, że jeszcze wiele nauki przed wami. Ale uwierzcie, mamy na 
to czas. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Mówiąc  to,  Aro  skinął  dłonią  na  dwójkę  wampirów  stojących  po  obu  stronach 
podestu. 
- Alec, Jane, sprawdźmy, czy nasze drogie rodzeństwo jest także odporne na wasze 
zdolności.  Najpierw  Izabella  -  rozkazał  brunet.  W  tym  momencie  dziewczyna 
spojrzała  przenikliwym  wzrokiem  na  moją  siostrę,  a  jej  mina  stawała  się  coraz 
groźniejsza.  Mogłem  przysiąc,  iż  widziałem  żądzę  mordu  w  jej  oczach.  Chciałem 
zasłonić Izabellę, ale powstrzymało mnie dwóch mężczyzn. Bella zamknęła oczy i ani 
drgnęła. 
- Dość! – Aro klasnął w dłonie i przyjrzał się Belli nieprzeniknionym wzrokiem. W tym 
czasie  Jane  zwróciła  się  w  stronę  mężczyzny  z  twarzą,  na  której  wymalowana  była 
złość, porażka i  frustracja. 
Wszyscy  przypatrywali  się  tej  scenie  w  milczeniu,  jedynie  brunet  wymienił 
porozumiewawcze spojrzenia z jasnowłosym i obaj z ekscytacją w oczach wpatrywali 
się  w  moją  siostrę.  Po  chwili,  która  wydawała  mi  się  wiecznością,  Aro  podszedł  do  
blondyna. 
- Fascynujące, nieprawdaż Kajuszu? - stwierdził.  
- Zaiste fascynujące - zgodził się Kajusz. 
- Teraz bliźniak - rozkazał Aro. 
Kiedy  blondynka  zwróciła  swój  wzrok  na  Gabriela,  wszystko  potoczyło  się 
jednocześnie. Usłyszałem krzyk brata padającego na podłogę, Bellę wołającą: nie! I 
uświadomiłem sobie, że krzyczałem razem z nią. W tym samym momencie wszyscy 
stanęli niczym kamienne posągi. Gabriel podniósł się w mgnieniu oka, wydał z siebie 
głośny  charkot  i  wszystkie  postaci,  oprócz  nas,  zaczęły  majaczyć.  Ich  oczy, 
wcześniej przytomne, teraz wyglądały na zamglone. 
W jednej sekundzie znalazłem się koło mojego rodzeństwa. Załapaliśmy się za ręce, 
a kiedy poprzez majaki zgromadzonych coraz częściej przebijało się błagalne „dość”, 
powoli każde z nas zdążyło się uspokoić.  
 
PWG. 
Poczułem ogromnie palący ból, gorszy niż podczas przemiany. Upadłem na podłogę, 
w  myślach błagając o śmierć. Myślałem, że  moje ciało jest rozszarpywane komórka 
po  komórce  i  każda  czująca  cześć  mnie  jest  wrzucana  na  rozżarzony  węgiel.  Jak 
przez  mgłę  usłyszałem,  że  moje  rodzeństwo  krzyczy  „nie!”  i  w  tej  chwili,  jak  za 
dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki,  po  bólu  nie  było  ani  śladu.  Zerwałem  się  na 
równe  nogi.  Mój  wzrok  zaszedł  czerwoną  mgłą,  a  ja  wyobraziłem  sobie  płomienie 
podobne do tych, które czułem przed chwilą. 
Will  i  Bella  zjawili  się  przy  mnie.  Trzymaliśmy  się  mocno.  Mgła  zaczęła  schodzić  z 
moich oczu, uspokoiłem się. 
Wszyscy zebrani w tym  momencie osunęli się na ziemię. Staliśmy zdezorientowani, 
gdy  uświadomiłem  sobie,  że  oni  upadli  przeze  mnie.  To  ja  swoją  wyobraźnią 
sprawiłem im ból! Odetchnąłem z ulgą, widząc, że Bella i Will tego nie doświadczyli. 
Ciszę przerwał Aro, który na powrót przybrał pionową pozycję. 
-  Nigdy  czegoś  takiego  nie  doświadczyłem.  To  było  zarazem  interesujące, 
zdumiewające  i  przerażające.  Moi  mili,  wybaczcie  moją  nieopatrzną  prowokację. 
Jestem dumny, iż staliście się członkami naszej rodziny. Żadne z tu obecnych osób 
nie zaatakuje was i nie wymusi na was użycia swoich darów. Tu jesteście bezpieczni. 
A  teraz  czas  na  ucztę.  Jeszcze  musicie  się  wiele  dowiedzieć  i  dużo  nauczyć,  a 
przecież nie możemy pozwolić, aby dłużej doskwierało wam pragnienie. Heidi, Corin 
przyprowadźcie tu ludzi, czas się posilić. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Posilić?! – Bella krzyknęła z niedowierzaniem. – Żadne z nas nie zabije człowieka! 
– wycedziła przez zęby z determinacją  w oczach. - Jeżeli to jest nakaz, to  możecie 
od razu nas zgładzić!  
Will  i  ja  poparliśmy  siostrę.  Pomimo  tego  kim  się  staliśmy,  żadne  z  nas  nie  chciało 
dopuścić  się  mordu.  Gdzieś  tam  w  naszych  duszach  tliła  się  pozostała  cząstka 
człowieczeństwa.  Pytanie  tylko,  czy  my  wciąż  mamy  duszę?  A  jeśli  nie,  to  gdzie  w 
takim  razie  schowały  się  uczucia,  skoro  nasze  serca  już  nie  biją?  Przecież  wciąż 
myślimy, kochamy się, mamy swoją wolę. One nadal w nas są, więc i dusza musiała 
pozostać. 
-  Spokojnie,  moi  drodzy  –  odezwał  się  Marek.  –  Jeżeli  nie  chcecie  uczestniczyć  w 
naszym  posiłku,  Chelsea  i  Feliks  zaprowadzą  was  do  waszych  komnat.  Po  zmroku 
poślemy po was i ruszycie razem ze strażami, aby zaspokoić swój głód. Po powrocie 
powiecie nam, czy zmieniliście zdanie co do waszej „diety”. A teraz możecie odejść, 
musicie zapoznać się bliżej z waszym domem.  
Po  tych  słowach  odetchnęliśmy  z  ulgą,  a  choć  pragnienie  stawało  się  coraz 
mocniejsze, nie chcieliśmy uczestniczyć w tym, co miało za chwilę nastąpić. 
 
PWB. 
Wychodząc z komnaty, poczułam się tak, jakby kamień spadł mi z serca… o ile mogę 
tak jeszcze o sobie powiedzieć, bo przecież już nie mam serca. Ale czy mam jeszcze 
duszę? 
Szliśmy w milczeniu. Wiedziałam jednak, że Will i Gabriel myślą o tym samym co ja. 
Cieszyło mnie to, iż nie kazano nam zostać i zabijać lub, co gorsza, patrzyć jak robią 
to  inni.  Marek  powiedział  coś  naszej  diecie.  W  grę  nie  wchodzi  ludzka  krew,  więc 
czym  zaspokoić  głód?  Mamy  inne  wyjście?  Tylko  jakie?  Czyżby…  Oby  to  była 
prawda,  to  byłoby najlepsze  wyjście. W  tym  momencie  jak  mantra  po  moim  umyśle 
krążyły  dwa słowa. Polowanie. Zwierzyna. 
Każde  z  nas  zostało  odprowadzone  do  naszych  komnat.  To  miało  być  miejsce,  w 
którym przyjdzie nam spędzić resztę życia. Jakie to  zabawne myśleć o życiu, będąc 
umarłym. Jak nasze istnienie nazwać? Wiem. Egzystencja. Tak, to dobre słowo. I tu 
przyjdzie  nam  spędzić  resztę  naszej  egzystencji.  Tylko  ile  czasu  będzie  trwała  ta 
reszta?  Cóż,  teraz  to  i  tak  nieistotne.  W  obecnej  chwili  najważniejszą  sprawą  jest 
poczekać  do  zmroku,  aby  przekonać  się,  czy  moje  przypuszczenia  są  słuszne. 
Potem dowiem się, jak dalej potoczy się nasz los. 
Było  ciemno,  chociaż dla  nas  nie  miało  to  już  żadnego  znaczenia.  Im  bliżej  byliśmy 
wyjścia  z  zamku,  tym  pragnienie  było  silniejsze.  Modliłam  się,  aby  nie  spotkać 
żadnego człowieka, wtedy  mogłabym przestać panować nad sobą. Tego bym sobie 
nie wybaczyła, a tym bardziej nie mogłabym  spojrzeć  moim braciom  w oczy. I stało 
się, byliśmy na zewnątrz. Po raz pierwszy od kiedy nie jestem człowiekiem widziałam  
niebo,  gwiazdy  i…  ludzi.  Byliśmy  w  ciemnej,  wąskiej  uliczce,  idealnej  by  móc 
zaatakować i jednocześnie nie skupić na sobie uwagi. Poczułam ich zapach: dwóch 
mężczyzn,  zataczających  się  od  ogromu  wina  krążącego  razem  z  krwią,  wyraźnie 
szukających  „szczęścia”  w  zakazanych  zaułkach.  Łatwy  cel,  można  by  rzec,  że 
szczęście nam sprzyjało. Jednak  takie „szczęście” nie było nam potrzebne. 
Instynktownie  wstrzymałam  oddech  i  dotarło  do  mnie,  że  nawet  ta  umiejętność  nie 
jest  mi teraz potrzebna. Złapałam braci za ręce w obawie, iż moja silna wola na nic 
się nie zda. Spojrzeliśmy na siebie przelotnie i czym prędzej wycofaliśmy się, gnając 
w  stronę  lasu.  Oczywiście  Felix,  Demetri  i  dwóch  innych  pilnujących  nas  wampirów 
pobiegło za nami. Znaleźliśmy się w lesie i nawet nie minęła chwila, a już wbijaliśmy 
swoje zęby w jelenia. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Po  wszystkim  nie  potrzebowaliśmy  słów,  by  zgodzić  się,  że  zwierzyna  to  jest  to,  co 
pomoże  zaspokoić  nam  nasze  pragnienie.  Skoro  jako  ludzie  zabijaliśmy  dla  mięsa, 
teraz  będziemy  zabijać  dla  krwi.  Tak  czy  inaczej,  będziemy  się  żywić  zwierzętami, 
więc wszystko zostanie po staremu. 
-  No,  no,  no…  Widzę,  że  z  wami  będę  miał  ciągle  pod  górkę,  ale  nie  szkodzi  – 
stwierdził Felix z rozbawieniem w oczach. – Ja nie mam nic przeciwko, chętnie wrócę 
i zajmę tymi ludźmi.  
- Ale chyba podzielisz się kolacją, co? – Teraz to Demetri nie krył uśmiechu. – Skoro 
nasze rodzeństwo gardzi takim jedzeniem, to ja ci z chęcią potowarzyszę. Myślę, że 
oni nie sprawią teraz żadnego problemu. Leo i Simon wystarczą, by dotrzymać wam 
towarzystwa  w  czasie  dalszego  „po-lo-wa-nia”.  –  W  ostatnim  słowie  znacząco 
przeciągał sylaby z zadziornym uśmiechem na ustach.  - Spotkamy się za parę minut 
przed bramą Volterry, wtedy doprowadzimy was przed oblicze Aro i dowiecie się, co 
dalej. 
Byliśmy  już  całkiem  syci,  jeżeli  można  to  tak  nazwać.  Weszliśmy  do  auli,  gdzie 
czekali  już  na  nas.  Tym  razem  oprócz  wielkiej  trójcy,  Eleazara  i  kilku  wampirów  ze 
straży  przybocznej  nie  było  nikogo.  Zanim  ktokolwiek  się  odezwał,  zauważyłam 
kątem  oka,  że  Eleazar  nie  miał  szkarłatnych  oczu  tak  jak  pozostali.  Jego  tęczówki 
były  jakby  brudne,  błotniste.  Zastanawiałam  się  dlaczego?  Jednakże  nie  czas  był 
teraz na tego typu pytania. 
- Witajcie z powrotem moi mili – zaczął Aro. – Widzę Eleazarze, że twoi podopieczni 
wraz  z  jadem  przejęli  także  twoje  upodobania  co  do  krwi.  Czyżby  filozofia  życiowa 
Carlisle’a była bardziej powszechna, niż nam się wydawało? 
Eleazar spojrzał na nas ze skruchą w oczach, po czym przemówił. 
-  Obiecałem,  iż  odnajdę  i  sprowadzę  trójkę  wampirów  o  niespotykanym  darze  i  oto 
są.  W  dodatku  to  rodzeństwo,  a  ich  moc  jest  całkiem  odmienna.  Aby  wszystko 
potoczyło  się  jak  należy,  złamałem  swoje  zasady  i  osobiście  ich  przemieniłem. 
Wiesz,  że  nie  chciałem  mieć  już  do  czynienia  z  ludzką  krwią.  Wywiązałem  się  z 
naszej umowy, dlatego proszę, chciałbym już odejść. 
Zadziwiające,  on  także  żywił  się  krwią  zwierząt.  Hmm...  Czy  to  dlatego  ma  takie 
oczy? Im dłużej tu stałam, tym  więcej  myśli zaprzątało mój umysł. Byłam pewna, że 
moi bracia myślą teraz o tym samym. Ciekawe kim jest ten Carlisle? Wygląda na to, 
iż nie ma go w Volterrze. Czyżby przez to, że nie pije ludzkiej krwi? Nieważne. Tego 
dowiemy się potem. 
-  Cóż,  szkoda,  że  chcesz  nas  opuścić.  Sądziłem,  że  jednak  zmienisz  zdanie,  lecz 
jeśli nie… to zgoda. Dotrzymałeś danego słowa. Wiesz, że jesteś członkiem rodziny, 
nie jej więźniem – mówił Aro z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Spojrzał przelotnie 
na Kajusza i Marka, po czym przemówi dalej. – Pamiętaj, że ciebie także obowiązują 
nasze zasady. Jeżeli je złamiesz, nie możemy mieć dla ciebie litości. Mam  nadzieję, 
iż  za  jakiś  czas  jednak  wrócisz  do  nas.  Szkoda  marnować  taki  talent.  Żegnaj 
przyjacielu. Pozdrów Carlisle’a, jeśli go spotkasz. 
Eleazar  nie  powiedział  już  nic.  Skłonił  się  tylko,  odwracając  się  do  drzwi.  Spojrzał 
nam w oczy, wypowiadając nieme „wybaczcie”  i już go nie było. 
William postanowił przerwać milczenie. Popatrzył na nas niepewnie i zaczął: 
- Jak już wiecie, nie chcemy żywić się ludzką krwią, więc proszę, nie zmuszajcie nas 
do tego. My nie chcemy stawiać warunków, to jest jedynie prośba. Oczywiście, jeżeli 
mamy tu zostać. 
Aro pokręcił głową z dezaprobatą, Marek natomiast odparł krótko: 
- Zgoda, jeśli taka jest wasza wola. 
Potem wstał i wyszedł z komnaty. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Od  jutra  zaczynacie  trening.  Jeszcze  nie  panujecie  całkiem  nad  waszymi 
umiejętnościami,  a  my  pragniemy  wiedzieć,  jak  bardzo  są  rozległe,  poza  tym  nie 
chcemy, byście nieopatrznie je wykorzystywali – stwierdził Kajusz.  
- Feliks, Alec i Demetri się wami zajmą. Teraz możecie odejść. - Aro skinął głową  i 
wrota auli otworzyły się przed nami. 
-  Dziękujemy  –  odparł  krótko  Gabriel  i  wyszliśmy,  tym  razem  bez  pilnującej  nas 
straży.  
Nie  poczuwaliśmy  się,  jakbyśmy  byli  członkami  tego  klanu,  jednakże  przysługiwały 
nam ich pełne prawa i za takich nas uważano. 
Od  tego  momentu  minęło  dwieście  lat.  W  międzyczasie  nauczyliśmy  się  wiele. 
Okazało się, iż jesteśmy silniejsi, niż przypuszczaliśmy. Wprawdzie żadne z nas nie 
chciało  wykorzystywać  swoich  darów  w  celu  przemocy,  jednak  bywało  tak,  że  nie 
mieliśmy  wyboru.  Nie  mieszkaliśmy  na  stałe  w  Volterrze,  podróżowaliśmy  wiele. 
Czasem, ponieważ wymagała tego misja, częściej, by móc wieść z pozoru normalne 
życie.  Kilka  razy  odwiedziliśmy  Eleazara  i  jego  wybrankę  Carmen.  Nawet 
mieszkaliśmy z nimi przez jakiś czas. Nie żywiliśmy do niego urazy. Wiedzieliśmy, iż 
nie  miał  innej  możliwości.  Jakby  się  nad  tym  dłużej  zastanowić,  to  jego  czyn  miał 
także pewne zalety. 
 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.


Document Outline