background image
background image

Dashiell Hammett

Szklany klucz

Przełożyła Julita Wroniak

Wydawnictwo: Świat Książki

 

background image

I

Trup na China Street

 1

Zielone kości potoczyły się po zielonym suknie i odbiły od bandy.

Pierwsza  zatrzymała  się  tuż  przy  brzegu,  druga  poturlała  się  na
środek stołu: szóstka i jedynka.

Ned  Beaumont  jęknął  cicho,  patrząc  jak  szczęśliwcy  zgarniają

forsę.

Harry  Sloss  wyciągnął  szeroką,  owłosioną  rękę,  podniósł  kości,

potrząsnął nimi.

–  Stawiam  dwadzieścia  pięć  –  oznajmił,  rzucając  na  stół  dwa

banknoty, dwudziesto – i pięciodolarowy.

–  No,  chłopaki,  pokażcie,  co  umiecie  –  powiedział  Ned

Beaumont, odsuwając się od graczy. – Ja na razie pauzuję.

Ruszył  przez  salę  bilardową  w  stronę  drzwi.  W  progu  natknął

się na Waltera Ivansa.

–  Cześć,  Walt  –  rzekł.  Zamierzał  minąć  mężczyznę,  ale  ten

obrócił się i chwycił go za łokieć.

–  M-m-mówiłeś  z  P-p-paulem?  –  spytał,  strzykając  śliną  przy

ostatnim słowie.

–  Właśnie  do  niego  idę  –  odparł  Ned,  ale  widząc,  jak  jasna,

okrągła twarz Waltera ożywia się, a w niebieskich oczach pojawia
się  błysk  podniecenia,  dodał  przezornie:  –  Raczej  się  na  nic  nie
nastawiaj. To jeszcze trochę potrwa.

background image

–  Ale  ona  r-r-rodzi  już  za  m-m-miesiąc  –  wyjąkał  Ivans.  Broda

mu drżała.

W  piwnych  oczach  Neda  odmalowało  się  zaskoczenie.  Uwolnił

łokieć  z  uścisku  niższego  mężczyzny  i  cofnął  się  o  krok,
wykrzywiając wargi pod ciemnym wąsem.

–  To  nie  najlepszy  czas  na  załatwianie  tego  typu  spraw,  Walt.

Nie  licz  na  wiele  przed  listopadem.  Oszczędzisz  sobie  zawodu.  –
Spojrzenie Neda stało się chłodne, badawcze.

– Ale mu p-p-powiesz…
– Powiem, spokojna głowa. Dobrze wiesz, Walt, że Paul zrobiłby

wszystko,  aby  ci  pomóc,  teraz  jednak  ma  związane  ręce.  –
Wyprostował  ramiona.  Twarz  mu  się  nachmurzyła,  ale  oczy  wciąż
miał czujne.

Walter  Ivans  oblizał  wargi  i  zamrugał  nerwowo,  po  czym

wciągnął  głęboko  powietrze  i  obiema  rękami  poklepał  Neda
Beaumonta po piersi.

–  P-p-pogadaj  z  nim  –  poprosił  błagalnym  tonem.  –  Z-z-

zaczekam tu na ciebie.

 2

Idąc  po  schodach  Ned  Beaumont  zapalił  cienkie  zielonkawe

cygaro.  Na  pierwszym  piętrze  skręcił  przy  wiszącym  na  wprost
schodów  portrecie  gubernatora  i  ruszył  w  stronę  frontu  budynku.
Korytarz  kończył  się  szerokimi  dębowymi  drzwiami.  Ned  zapukał.
Słysząc głośne „proszę!”, nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Paul Madvig był sam w pokoju; stał przy oknie, tyłem do drzwi,

z rękami w kieszeniach spodni, i spoglądał w dół na ciemną China
Street. Powoli odwrócił się od okna.

background image

– A, jesteś – powiedział.
Był  to  mężczyzna  czterdziestopięcioletni,  wzrostu  Beaumonta,

choć ze dwadzieścia kilo od niego cięższy, o zwartej budowie ciała.
Włosy  miał  jasne,  z  przedziałkiem  pośrodku,  gładko  przyczesane,
twarz czerstwą, o grubych rysach, w sumie jednak dość przystojną.
Ubrany  był  w  nieco  krzykliwy  garnitur,  ale  z  doskonałego
materiału i o nieskazitelnym kroju.

Ned Beaumont zamknął drzwi.
–  Pożycz  mi  trochę  forsy  –  poprosił.  Blondyn  sięgnął  do

wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął duży brązowy portfel.

– Ile chcesz?
– Dwieście.
Madvig podał Nedowi setkę i pięć dwudziestek.
– Znów przegrałeś w kości?
– Tak. – Beaumont schował pieniądze. – Dzięki.
–  Jakoś  długo  trwa  ta  twoja  zła  passa  –  stwierdził  Madvig

wsuwając ręce z powrotem do kieszeni.

– Nie. Ze cztery tygodnie, może sześć. Paul Madvig uśmiechnął

się.

– To długo, jak się przegrywa.
– Bywało gorzej. – Z głosu Beaumonta przebijała lekka irytacja.
Blondyn potrząsnął bilonem w kieszeni.
– Jak dzisiaj grają? – spytał. – Stawki wysokie? – Przysiadł na

krawędzi  biurka  i  spojrzał  w  dół  na  swoje  lśniące  brązowe  buty.
Ned  Beaumont  popatrzył  uważnie  na  jasnowłosego  mężczyznę,  po
czym wolno pokręcił głową.

– Nędzne – odparł.
Zbliżył  się  do  okna.  Niebo  nad  budynkami  po  drugiej  stronie

ulicy  było  czarne,  zasnute  chmurami.  Potem  obszedł  biurko,

background image

sięgnął po stojący na nim telefon i wykręcił jakiś numer.

–  Halo,  Bernie?  Tu  Ned.  Ile  płacą  za  Peggy  O’Toole…?  Tylko

tyle…?  No  dobra.  Stawiam  pięćset,  że  przyjdzie  pierwsza,  pięćset,
że  druga,  i  pięćset,  że  trzecia…  Jasne…  Jestem  pewien,  że  będzie
lało, a wtedy bez trudu pokona Incineratora… W porządku, daj mi
lepsze  warunki…  Dobra.  –  Odłożył  słuchawkę  na  widełki  i  stanął
przed Paulem.

–  Nie  mądrzej  się  wstrzymać,  aż  szczęście  powróci?  –  spytał

blondyn.

Ned Beaumont skrzywił się.
–  Cholera,  powinienem  był  postawić  półtora  kafla,  że  przyjdzie

pierwsza, zamiast się tak rozdrabniać. A czekanie na szczęście nic
nie daje. Złą passę trzeba przełamać.

Blondyn podniósł głowę i roześmiał się.
–  Oby  to  przełamywanie  za  bardzo  nie  bolało.  Beaumont

skrzywił się jeszcze bardziej; kąciki ust powędrowały w dół, za nimi
koniuszki wąsów.

– Wytrzymam każdy ból – rzekł ruszając do drzwi.
Położył  dłoń  na  klamce,  kiedy  z  głębi  pokoju  doleciał  go

poważny głos Madviga:

–  Chyba  rzeczywiście,  Ned.  Beaumont  odwrócił  się  i  cofnął  od

drzwi.

– Co rzeczywiście? – spytał z rozdrażnieniem.
–  Potrafisz  wszystko  wytrzymać  –  odparł  Madvig,  spoglądając

przez okno.

Ned Beaumont przez chwilę obserwował profil blondyna. Czując

na sobie jego wzrok, blondyn poruszył się niespokojnie i ponownie
brzęknął  monetami  w  kieszeni.  Przybierając  niewinny  wyraz
twarzy, Beaumont spytał zaskoczonym tonem: – Kto? Ja?

background image

Paul Madvig oblał się rumieńcem. Zeskoczył z biurka i postąpił

krok naprzód.

– Idź do diabła!
Ned  Beaumont  parsknął  śmiechem.  Madvig  uśmiechnął  się

speszony i otarł twarz białą chustką o zielonej obwódce.

– Dawno u nas nie byłeś, Ned – powiedział.
– Mama wczoraj mówiła, że już z miesiąc cię nie widziała.
– Może zajrzę w tym tygodniu.
–  Wpadnij  na  kolację.  Wiesz,  jak  matka  cię  lubi.  –  Madvig

schował do kieszeni chustkę.

Ned  Beaumont  ruszył  wolno  do  drzwi,  patrząc  spod  oka  na

drugiego mężczyznę.

– Czy dlatego chciałeś się ze mną widzieć?
– spytał z ręką na klamce. Madvig zmarszczył czoło.
– Tak. Nie… – Chrząknął. – Jest jeszcze coś.
–  Nagle  jego  nieśmiałość  ulotniła  się;  stał  się  opanowany,

pewien  siebie.  –  Znasz  się  na  tym  lepiej  niż  ja  –  rzekł.  –
W  czwartek  panna  Henry  obchodzi  urodziny.  Jak  myślisz,  co  jej
kupić?

Ned  Beaumont  puścił  klamkę.  Zanim  odwrócił  się  twarzą  do

Madviga,  z  jego  oczu  znikł  wyraz  niedowierzania.  Wydmuchując
kłęby dymu, zapytał:

– Wydają z tej okazji przyjęcie?
– Tak.– Jesteś zaproszony? Madvig potrząsnął głową.
– Nie. Ale jutro mam być u nich na kolacji.
Beaumont  popatrzył  na  rozżarzony  koniec  cygara,  po  czym

ponownie skierował wzrok na blondyna.

– Zamierzasz poprzeć kandydaturę senatora, Paul?
– Chyba tak.

background image

Beaumont  uśmiechnął  się  łagodnie  i  łagodnym  tonem  zadał

kolejne pytanie:

– Dlaczego?
–  Dlatego…  –  Madvig  odwzajemnił  uśmiech  –  …że  z  naszym

poparciem  rozłoży  na  łopatki  Roana,  a  my  z  jego  pomocą  bez
najmniejszego 

trudu 

przepchniemy 

wszystkich 

naszych

kandydatów.

Beaumont wsadził cygaro do ust.
–  Czy  bez  twojego  poparcia  senator  miałby  szansę  ponownie

wygrać wybory? – spytał nie zmieniając tonu.

– Nie – odparł stanowczo Madvig.
– A czy zdaje sobie z tego sprawę?
– Powinien. Gdyby sobie nie zdawał… O co ci, do diabła, chodzi,

Ned?

Beaumont roześmiał się ironicznie.
–  Gdyby  sobie  nie  zdawał,  nie  zaprosiłby  cię  jutro  na  kolację,

tak?

– O co ci chodzi, Ned? – powtórzył Madvig marszcząc czoło.
Ned  Beaumont  wyjął  z  ust  cygaro.  Koniec  był  całkiem

zniszczony, zgnieciony zębami na miazgę.

–  O  nic,  Paul.  –  Na  moment  się  zadumał.  –  Myślisz,  że  nasi

kandydaci rzeczywiście potrzebują jego pomocy?

–  Pomoc  nigdy  nie  zaszkodzi  –  zauważył  beztrosko  blondyn.  –

Ale nie obawiaj się; bez niego też damy sobie radę.

– Obiecałeś mu poparcie? Madvig wydął wargi.
– Właściwie wszystko już ustalone.
Ned  Beaumont  zbladł.  Pochylił  nisko  głowę  i  spoglądając  spod

brwi na swojego rozmówcę, powiedział ochrypłym głosem:

– Nie zadawaj się z nim, Paul. Daj mu przegrać.

background image

– A niech mnie licho! – zawołał cicho, ze zdumieniem, blondyn,

opierając pięści na biodrach.

Beaumont  obszedł  go  i  chudymi,  drżącymi  palcami  zgasił

niedopałek  w  mosiężnej  popielnicy  na  biurku.  Madvig  obserwował
w  milczeniu  pochylone  plecy  Neda,  po  czym  –  gdy  ten  się
wyprostował  i  odwrócił  –  uśmiechnął  się  do  niego  z  sympatią,
a zarazem z lekkim zniecierpliwieniem.

– Co się z tobą dzieje, Ned? Przez jakiś czas wszystko jest cacy,

a  potem  nagle  nic  ci  się  nie  podoba.  Jak  Boga  kocham,  czasem
zupełnie cię nie rozumiem.

Ned Beaumont skrzywił się z niesmakiem.
– Nie przejmuj się mną – powiedział, lecz bynajmniej nie dał za

wygraną.  –  Myślisz,  że  po  wyborach  senator  będzie  cię  słuchał?  –
spytał.

–  Poradzę  sobie  z  nim  –  odparł  Madvig;  nie  sprawiał  wrażenia

zaniepokojonego.

– Może, ale pamiętaj, że jeszcze nikt z nim nie wygrał.
–  No  właśnie.  –  Madvig  skinął  głową.  –  I  to  najlepszy  powód,

żeby z nim trzymać.

–  Nie,  Paul,  to  najgorszy.  Choćby  miał  cię  łeb  rozboleć  od

myślenia,  dobrze  się  nad  tym  zastanów.  Czy…  czy  przypadkiem
jego piękna, jasnowłosa córunia nie zawróciła ci w głowie?

–  Zamierzam  się  ożenić  z  panną  Henry.  Beaumont  złożył  usta

jak do gwizdu, ale nie zagwizdał.

– To część transakcji? – spytał mrużąc oczy. Łobuzerski uśmiech

rozjaśnił twarz blondyna.

– Jeszcze nikt o tym nie wie, tylko ty i ja. Chude policzki Neda

zarumieniły się.

–  Na  pewno  nikomu  nie  powiem  –  rzekł,  zdobywając  się  na

background image

najbardziej czarujący uśmiech. – Ale dobrze ci radzę: jeśli zależy ci
na  małżeństwie,  sporządź  pisemną,  notarialnie  potwierdzoną
umowę,  z  klauzulą  przewidującą  karę  za  jej  niedotrzymanie.  Albo
jeszcze  lepiej:  żądaj,  aby  ślub  odbył  się  przed  wyborami.  Bierz
z góry to, co ci się należy.

Madvig przestąpił z nogi na nogę.
–  Słuchając  cię  można  by  sądzić,  że  senator  to  jakiś  oprych  –

oznajmił unikając wzroku Neda. – A przecież to dżentelmen i…

–  Zgadza  się.  W  „Post”  piszą,  że  jest  jednym  z  niewielu

arystokratów  na  scenie  politycznej  Ameryki.  Jego  córka  to  też
arystokratka.  I  dlatego  ci  radzę,  żebyś  przyszył  sobie  koszulę  do
ciała,  bo  inaczej  wyjdziesz  od  nich  goły  jak  cię  Pan  Bóg  stworzył.
Dla  takich  jak  oni  jesteś  pariasem,  podrzędną  formą  życia,  więc
żadne obietnice ich nie obowiązują.

Madvig westchnął głęboko.
– Dlaczego jesteś tak cholernie… – zaczął.
Ale  Ned  Beaumont  nagle  sobie  coś  przypomniał  i  ze  złośliwym

błyskiem w oczach mówił dalej:

–  Nie  zapominajmy,  że  młody  Taylor  Henry  również  należy  do

arystokracji.  Pewnie  dlatego  nie  chciałeś,  żeby  Opal  się  z  nim
widywała,  co?  A  kiedy  ożenisz  się  z  jego  siostrą,  Taylor  stanie  się
dla  Opal  kimś  w  rodzaju  wuja.  Czy  to  mu  da  prawo  zadawać  się
z twoją córką?

–  Nie  zrozumieliśmy  się,  Ned.  –  Madvig  ziewnął.  –  Nie

zamierzałem  toczyć  z  tobą  dyskusji.  Po  prostu  spytałem,  jaki
prezent kupić pannie Henry na urodziny.

Ned  Beaumont  opanował  się  błyskawicznie;  jego  twarz

przybrała spokojny, nieco posępny wyraz.

– Co was łączy? – zapytał obojętnym tonem.

background image

–  Właściwie  nic.  Kilka  razy  rozmawiałem  z  senatorem  u  niego

w domu. Czasem panna Henry była obecna, ale zamieniałem z nią
tylko  parę  grzecznościowych  słów.  Zawsze  kręciło  się  wokół  pełno
osób, więc nie miałem okazji, żeby z nią pogadać.

Ned spojrzał z rozbawieniem na blondyna, po czym przygładził

kciukiem wąsy i spytał:

– Czyli jutro wybierasz się tam po raz pierwszy na kolację?
– Tak. Ale na pewno nie po raz ostatni.
– Na przyjęcie urodzinowe cię jednak nie zaprosili?
– Nie. – Paul Madvig zawahał się. – Jeszcze nie.
– Moja rada ci się nie spodoba.
– Trudno. Wal. – Twarz Madviga nie zdradzała żadnych uczuć.
– Nic nie kupuj. Do licha, Ned!
Beaumont wzruszył ramionami.
–  Prosiłeś  o  radę.  Zrobisz,  co  zechcesz.–  Ale  dlaczego?  –  spytał

Madvig.

–  Bo  nie  daje  się  ludziom  prezentów  nie  wiedząc,  czy  mają

ochotę je od ciebie przyjąć.

– Przecież każdy lubi dostawać…
–  Może,  ale  jest  i  drugi,  ważniejszy  powód.  Kiedy  coś  komuś

dajesz, to tak jakbyś ogłaszał wszem wobec, że wiesz, iż dana osoba
pragnie być przez ciebie obdarowana…

– Kapuję. – Palcami prawej ręki Madvig potarł brodę, po czym

zmarszczył czoło. – Chyba masz rację – przyznał, po chwili jednak
twarz  mu  się  rozpogodziła.  –  Ale  co  mi  tam!  Nie  zamierzam
przegapić takiej okazji!

– Od biedy mogą być kwiaty – wtrącił szybko Beaumont. – Albo

czekoladki. Coś niezobowiązującego.

– Kwiaty? Chryste! Myślałem…

background image

– O pięknym wozie sportowym albo o dwóch metrach pereł? Co

się  odwlecze,  to  nie  uciecze.  Zacznij  skromnie,  na  perły  przyjdzie
czas.

Madvig skrzywił się.
– No dobra. Lepiej się na tym znasz niż ja. Kupię kwiaty.
– Tylko pamiętaj, mały bukiet, a nie żaden kosz – oznajmił Ned

i  zmienił  temat.  –  Walt  Ivans  wszystkim  wkoło  mówi,  że
powinieneś wyciągnąć jego brata.

– To niech wszyscy wkoło powiedzą Waltowi, że Tim pozostanie

w pierdlu do czasu wyborów.

– Pozwolisz, żeby wytoczono mu proces, a nawet go skazano?
– Tak – odparł Madvig i z żarem w głosie dodał: – Cholera, Ned,

przecież wiesz, że mam związane ręce. Zbliżają się wybory, atakują
nas  różne  organizacje  kobiece…  Gdybyśmy  próbowali  wyciągnąć
Tima, sami rzucalibyśmy sobie kłody pod nogi.

Ned Beaumont wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Zanim związaliśmy się z arystokracją, nie przejmowaliśmy się

jakimiś babami – stwierdził.

–  A  teraz  będziemy  się  przejmować  –  rzekł  Madvig.  Spojrzenie

miał gniewne.

– Żona Tima rodzi w przyszłym miesiącu. Blondyn westchnął ze

zniecierpliwieniem.

–  Tego  brakowało!  Dlaczego,  do  cholery,  nie  pomyślą  o  takich

rzeczach, zanim wpakują się w kłopoty? Nie mają za grosz rozumu!

– Ale ich głosy się liczą – zauważył Beaumont.
–  Niestety  –  burknął  Madvig.  Przez  chwilę  wpatrywał  się

w podłogę, potem uniósł wzrok.

–  Od  razu  po  wyborach  zajmiemy  się  Timem;  wcześniej  mowy

nie ma.

background image

– To się chłopakom nie spodoba – powiedział Ned, zerkając spod

oka  na  rozmówcę.  –  Bez  względu  na  to,  co  sądzisz  o  ich
możliwościach intelektualnych, przyzwyczaili się, że im pomagasz.

Madvig  wysunął  do  przodu  brodę  i  utkwiwszy  swoje  okrągłe,

niebieskie oczy w twarzy Beaumonta, spytał cicho:

– I co z tego?
– To, że wkrótce zaczną szeptać między sobą, że kiedyś, zanim

zacząłeś  kombinować  z  senatorem,  było  zupełnie  inaczej  –  odparł
rzeczowym tonem Ned. Uśmiech nie schodził mu z ust.

– I co z tego?
– To, że nim się spostrzeżesz, będą mówić, że Shad O’Rory lepiej

się opiekuje swoimi ludźmi

–  wyjaśnił  Ned  tym  samym  rzeczowym  tonem  i  z  tym  samym

uśmiechem na twarzy.

Madvig ze skupieniem słuchał jego słów.– Wiem, że ty nie tylko

ich  przeciwko  mnie  nie  podburzysz,  ale  postarasz  się  ukrócić  te
narzekania – powiedział w końcu.

Przez  chwilę  mężczyźni  stali  w  milczeniu,  mierząc  się

wzrokiem.  Ani  jeden,  ani  drugi  nie  zmienił  wyrazu  twarzy.
Wreszcie Ned Beaumont przerwał ciszę.

–  Dobrze  by  było,  żebyś  przynajmniej  zaopiekował  się  żoną

Tima i jego dzieciakiem.

– Masz rację! – Madvig cofnął wysuniętą do przodu brodę, z jego

oczu  znikł  gniew.  –  Zajmij  się  tym,  zgoda?  Zapewnij  im  wszystko,
czego potrzebują.

 3

Walter  Ivans  czekał  na  dole  przy  schodach;  z  jego  oczu

background image

przebijała nadzieja.

– N-no i co p-p-powiedział?
– Tak jak ci mówiłem. Na razie nic nie może zrobić. Postara się

wyciągnąć Tima, ale dopiero po wyborach.

Walter  Ivans  zwiesił  głowę,  z  jego  piersi  wydobył  się  cichy  jęk.

Beaumont położył rękę na ramieniu niższego mężczyzny.

– Akurat tak się pechowo złożyło, Walt – rzekł współczująco. –

Paulowi  jest  naprawdę  bardzo  przykro,  ale  na  razie  nic  nie  może
wskórać. Przekaż od niego żonie Tima, że do czasu wyjścia męża za
nic  sama  nie  musi  płacić.  Niech  wszystkie  rachunki  za  czynsz,
żywność, lekarza, szpital, przysyła Paulowi.

Walter  Ivans  podniósł  głowę  i  chwycił  w  dwie  ręce  dłoń

Beaumonta.

– T-to ładnie ze s-strony szefa! – zawołał. Niebieskie oczy mu się

zaszkliły. – T-tylko szkoda, że n-nie może p-p-pomóc Timowi.

–  Nigdy  nic  nie  wiadomo,  jeszcze  wiele  może  się  zdarzyć  –

powiedział Ned i oswobodził rękę. – Głowa do góry.

Zostawił  Ivansa  i  wszedł  do  sali  bilardowej.  Była  pusta.  Wziął

z szatni płaszcz, kapelusz i ruszył do drzwi wyjściowych. Ulica była
ledwo widoczna w gęstych, szarych strugach deszczu. Uśmiechając
się pod nosem, Beaumont szepnął sam do siebie: – Kapcie, kapcie,
kropeleczki.  Od  was  zależy,  czy  wygram  trzy  tysiące  dwieście
pięćdziesiąt dolców.

Wrócił do środka i zadzwonił po taksówkę.

 4

Ned  Beaumont  cofnął  ręce  od  trupa  i  podniósł  się.  Mężczyzna

leżał z głową przy krawężniku i twarzą dobrze widoczną w blasku

background image

palącej  się  na  rogu  latarni.  Była  to  młoda  twarz  o  gniewnym
wyrazie,  spotęgowanym  przez  ciemną  bruzdę  ciągnącą  się  od
nasady jasnych kręconych włosów po lewą brew.

Beaumont,  wytężając  wzrok,  rozejrzał  się  po  China  Street.

Popatrzył  w  prawo:  nie  było  tam  żywej  duszy,  ale  kiedy  popatrzył
w  lewo,  dwie  przecznice  dalej  dostrzegł  parę  mężczyzn.  Wysiedli
z wozu zaparkowanego przed klubem „Chata” należącym do Paula
Madviga i szli w stronę wejścia.

Przez  kilka  sekund  obserwował  wóz,  po  czym  znów  zerknął

w prawo, a następnie jednym płynnym ruchem obrócił się, skoczył
na  chodnik  i  skrył  się  w  cieniu  najbliższego  drzewa.  Wciągał
powietrze ustami. Mimo że przed chwilą, gdy stał w świetle latarni,
na jego dłoniach lśniły kropelki potu, teraz wzdrygnął się z zimna
i postawił kołnierz płaszcza.

Przez  dobre  pół  minuty  tkwił  bez  ruchu  w  cieniu  konarów,

oparty  ręką  o  pień.  Potem  wyprostował  się  i  ruszył  w  kierunku
„Chaty”.  Pochylony  do  przodu,  szedł  coraz  szybciej,  niemal  biegł,
gdy  nagle  zobaczył  zbliżającą  się  z  naprzeciwka  postać.
Natychmiast  zwolnił  kroku.  Zanim  się  minęli,  postać  skręciła
i znikła w drzwiach jakiegoś budynku.

Kiedy  dotarł  do  klubu,  oddychał  już  normalnie,  przez  nos,  ale

usta wciąż miał sine. Nie zatrzymując się, spojrzał na zaparkowany
przed  budynkiem  pusty  wóz,  po  czym  wspiął  się  po  oświetlonych
dwiema latarniami schodach i pchnął drzwi.

Harry  Sloss  i  Ben  Ferris  szli  przez  hol,  zostawiwszy  płaszcze

w szatni.

–  Cześć,  Ned  –  powiedzieli  obaj  naraz,  a  Harry  Sloss  dodał:  –

Słyszałem, że postawiłeś na Peggy O’Toole.

– Owszem.

background image

– Ile ci wpadło?
– Trzy dwieście.
–  Ładnie.  –  Sloss  przesunął  językiem  po  dolnej  wardze.  –  Nie

zagrałbyś dziś z nami?

– Może później. Jest Paul?
– Nie wiem. Dopierośmy przyszli. Słuchaj, powiedziałem swojej

dziewczynie,  że  wrócę  wcześnie  do  domu,  więc  nie  każ  nam  zbyt
długo na siebie czekać.

–  Dobra  –  obiecał  Beaumont  i  ruszył  do  szatni.  –  Widziałeś

Paula? – zapytał szatniarza.

– Zjawił się jakieś dziesięć minut temu.
Ned Beaumont spojrzał na zegarek: wpół do jedenastej. Udał się

szybko na pierwsze piętro, do pokoju z widokiem na ulicę. Madvig
podniósł  głowę.  Wystrojony  w  smoking,  siedział  przy  biurku
i właśnie sięgał po telefon.

–  Co  słychać,  Ned?  –  spytał  cofając  rękę.  Na  jego  dużej,

przystojnej twarzy malował się spokój.

– Bywało gorzej – odparł Beaumont. Zamknął za sobą drzwi, po

czym  usiadł  na  krześle  nie  opodal  blondyna.  –  Jak  tam  przyjęcie
u senatora?

Paul Madvig zmrużył oczy.
– Bywałem na gorszych.
Beaumont zaczął przycinać koniec jasnego, cętkowanego cygara.

Ręce mu lekko drżały, lecz głos miał opanowany.

–  Czy  młody  Taylor  był  obecny?  –  Spojrzał  na  Madviga,  nie

podnosząc głowy.

– Nie siedział z nami przy stole. A bo co?
Ned Beaumont wyciągnął przed siebie skrzyżowane w kostkach

nogi,  odchylił  się  na  krześle  i  ręką,  w  której  trzymał  cygaro,

background image

niedbale zatoczył w powietrzu łuk.

– Bo leży martwy w rynsztoku, niedaleko stąd.
– Czyżby? – spytał beznamiętnie Madvig. Beaumont pochylił się

do  przodu,  zaciskając  szczęki.  Celofan,  którym  owinięte  było
cygaro, pękł z cichym trzaskiem w jego palcach.

– Czy zrozumiałeś, co powiedziałem? – rzekł z irytacją. Madvig

pokiwał wolno głową.

– No i? – zapytał Ned.
– No i co?
– Ktoś go ukatrupił.
– Czego ode mnie chcesz? Żebym rozrywał szaty?
Beaumont wyprostował się na krześle.
–  Mam  zawiadomić  policję?  –  spytał.  Madvig  uniósł  ze

zdziwieniem brwi.

– To policja jeszcze nie wie?
–  W  pobliżu  nie  było  nikogo  –  wyjaśnił  Ned,  nie  spuszczając

oczu  z  blondyna.  –  Pomyślałem  sobie,  że  zanim  gdziekolwiek
zadzwonię, pogadam z tobą. Czyli co, mogę im powiedzieć, że to ja
go znalazłem?

– Czemu nie? – Madvig opuścił brwi.
Ned Beaumont wstał, postąpił dwa kroki w stronę telefonu, po

czym przystanął i ponownie zwrócił się do blondyna:

– Taylor nie miał kapelusza – rzekł.
–  Teraz  już  mu  nie  będzie  potrzebny  –  odparł  Madvig

i skrzywiwszy się dodał: – Ale z ciebie dureń, Ned.

–  Albo  ze  mnie,  albo  z  ciebie,  Paul  –  oświadczył  Beaumont,

wyciągając rękę po słuchawkę.

 5

background image

ZABÓJSTWO SYNA SENATORA NA CHINA STREET
Wczoraj  tuż  po  dziesiątej  wieczorem  na  rogu  China  Street

i Pamela Avenue znaleziono zwłoki Taylora Henry’ego, lat 26, syna
senatora  Ralpha  Bancrofta  Henry’ego.  Policja  podejrzewa,  że
powodem  zabójstwa  był  napad  rabunkowy.  Zdaniem  lekarza
sądowego, doktora Williama J. Hoopsa, śmierć nastąpiła na skutek
pęknięcia  czaszki  i  wstrząsu  mózgu,  kiedy  Taylor  Henry,  trafiony
w  czoło  pałką  lub  innym  tępym  narzędziem,  upadł  na  ziemię
i uderzył tyłem głowy w krawężnik.

Prawdopodobnie pierwszą osobą, która natknęła się na ciało, był

Ned  Beaumont  zamieszkały  przy  Randall  Avenue  pod  numerem
911. Zanim jednak Beaumont dotarł do klubu „Chata” oddalonego
o  dwie  przecznice  od  miejsca  zbrodni,  skąd  zadzwonił  na  policję,
zwłoki  zostały  znalezione  przez  policjanta  Michaela  Smitta.
Komisarz  Frederick  M.  Rainey  polecił  natychmiast  zatrzymać
wszystkich  podejrzanych  osobników  w  mieście.  Oświadczył
również, że poruszy niebo i ziemię, aby jak najszybciej ująć sprawcę
bądź  sprawców  zbrodni.  Jak  twierdzi  rodzina,  Taylor  Henry
wyszedł  z  willi  przy  Charles  Street  około  wpół  do  dziesiątej
wieczorem, żeby…

Ned  Beaumont  odłożył  na  bok  gazetę,  dopił  kawę,  po  czym

odstawił  filiżankę  na  stolik  przy  łóżku  i  oparł  się  wygodnie
o  poduszki.  Twarz  miał  bladą,  zmęczoną.  Podciągnął  kołdrę  pod
szyję,  następnie  splótł  ręce  za  głową  i  leżał  tak,  wpatrując  się
z  niezadowoleniem  w  akwafortę,  która  wisiała  na  ścianie  między
dwoma oknami.

Nie ruszał się, jeśli nie liczyć mrugania powiek, przez dobre pół

godziny.  Potem  znów  sięgnął  po  gazetę  i  jeszcze  raz  przeczytał
artykuł. 

Niezadowolenie 

malujące 

się 

jego 

oczach

background image

rozprzestrzeniło  się  na  całą  twarz.  Kiedy  skończył  czytać,  cisnął
gazetę  na  podłogę  i  wolno,  ze  znużeniem,  wstał  z  łóżka.  Na  swoje
szczupłe,  odziane  w  piżamę  ciało  zarzucił  czarno-brązowe  kimono,
wsunął  stopy  w  brązowe  pantofle  i  lekko  pokasłując  przeszedł  do
salonu.

Był  to  duży,  staroświecko  urządzony  pokój  o  wysokim  suficie

i  szerokich  oknach,  z  olbrzymim  lustrem  zawieszonym  nad
kominkiem  i  meblach  obitych  czerwonym  pluszem.  Beaumont
wyjął  cygaro  z  pudełka  na  stole,  po  czym  usiadł  w  wielkim
czerwonym  fotelu.  Wyciągnął  nogi  tak,  aby  spoczywały  na  jasnym
kwadracie  utworzonym  przez  wpadające  do  środka  promienie
słońca i obserwował wypuszczane z ust kłęby dymu, które w słońcu
jakby  nabierały  kształtów.  Siedział  ze  zmarszczonym  czołem,  na
zmianę to zaciągając się dymem, to obgryzając paznokcie.

Słysząc  pukanie  do  drzwi,  szybko  wyprostował  się.  Na  jego

twarzy pojawiła się czujność.

– Proszę! – zawołał.
Do pokoju wszedł kelner w białej marynarce.
– Tak, skończyłem śniadanie – powiedział zawiedzionym tonem

Ned i ponownie oparł się o czerwone, pluszowe obicie.

Kelner znikł w sypialni, skąd po chwili wyłonił się z tacą pełną

talerzy.  Kiedy  Ned  Beaumont  znów  został  sam,  rzucił  niedopałek
do  kominka  i  pomaszerował  do  łazienki.  Gdy  po  kilku  minutach
wyszedł  ogolony,  wykąpany  i  ubrany,  wyglądał  zupełnie  inaczej;
twarz straciła niezdrowy, blady odcień, w ruchach i całej posturze
prawie nie było widać zmęczenia.

 6

background image

Zbliżało  się  południe,  kiedy  Ned  Beaumont  opuścił  mieszkanie

i  ruszył  na  piechotę  do  szarego  budynku  znajdującego  się  osiem
przecznic  dalej  na  Link  Street.  Nacisnął  dzwonek  domofonu.  Gdy
rozległo się ciche buczenie, pchnął drzwi wejściowe i wjechał windą
na piąte piętro.

Zadzwonił  do  mieszkania  numer  511.  Drzwi  otworzyły  się

natychmiast.  Stała  w  nich  drobna  dziewczyna,  z  wyglądu
dziewiętnasto-,  może  dwudziestoletnia.  Na  jej  bladej  twarzy  i  w
ciemnych oczach malowała się wściekłość.

–  A,  cześć  –  powiedziała  cienkim,  metalicznym  głosem

i  uśmiechnęła  się,  podnosząc  uspokajającym  gestem  dłoń,  jakby
chciała  przeprosić  za  swój  nastrój.  Miała  krótkie,  lśniące  jak
emalia,  kruczoczarne  włosy  przylegające  gładko  do  kształtnej
głowy.  Z  uszu  zwisały  jej  długie  złote  kolczyki  z  krwawnikami.
Ubrana była w brązowe futerko.

Cofnęła się, otwierając szerzej drzwi. Ned Beaumont wszedł do

środka i spytał:

– Bernie już wstał?
Na młodej twarzy znów ożyła wściekłość.
–  Co  za  podły  skurwysyn!  –  zawołała  piskliwie  Nie  odwracając

się, Beaumont zaniknął za sobą drzwi. Dziewczyna podeszła bliżej,
chwyciła  go  za  ramiona,  nieco  powyżej  łokci,  i  usiłując  nim
potrząsnąć,  zaczęła  krzyczeć:  –  Wiesz,  co  ja  poświęciłam  dla  tego
drania?  Odeszłam  z  domu,  z  najlepszego  domu,  jaki  można  sobie
wyobrazić!  Zostawiłam  matkę  i  ojca!  Byłam  ich  oczkiem  w  głowie!
Mówili  mi,  że  Bernie  jest  nic  nie  wart!  Wszyscy  mnie  uprzedzali!
I  mieli  rację!  Ale  ja  byłam  głupia  i  ślepa!  Dopiero  teraz
zmądrzałam! Co za skurwysyn, co za… – Dalej z jej ust popłynęły
same przekleństwa.

background image

Ned  Beaumont  stał  bez  ruchu,  słuchając  z  powagą.  Jego

spojrzenie przybierało coraz bardziej posępny wyraz. Wreszcie, gdy
dziewczyna  na  chwilę  zamilkła,  żeby  nabrać  tchu,  wtrącił
pośpiesznie: – Co ci zrobił?

–  Co  zrobił?  Dał  drapaka!  Ten  nędzny…  –  Znów  posypały  się

przekleństwa.

Beaumont  poruszył  się  nerwowo.  Rozchylając  wargi  w  słabym,

wymuszonym uśmiechu, spytał:

– Przypadkiem nie zostawił nic dla mnie? Dziewczyna cmoknęła

cicho i wytrzeszczając oczy, przysunęła twarz bliżej twarzy Neda.

– Był ci coś winien?
–  Wygrałem…  –  Zakasłał.  –  Za  czwartą  wczorajszą  gonitwę

należy mi się trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt zielonych.

Dziewczyna 

przestała 

nim 

potrząsać; 

opuściła 

dłonie

i roześmiała się szyderczo.

– Możesz się pożegnać z forsą! Spójrz. – Wyciągnęła lewą rękę.

Na  małym  palcu  połyskiwał  pierścionek  z  czerwonym  oczkiem.
Podniosła  obie  ręce  do  uszu  i  delikatnie  dotknęła  kolczyków
z  krwawnikami.  –  To  wszystko,  co  mi  zostało.  Gdybym  nie  miała
tych drobiazgów na sobie, to też by mi je podwędził.

–  Kiedy  się  zmył?  –  spytał  Beaumont  dziwnie  opanowanym

głosem.

– Wczoraj wieczorem, chociaż odkryłam to dopiero dziś rano. Ale

ja mu pokażę! Będzie przeklinał dzień, w którym mnie poznał!

Wsunęła  rękę  za  dekolt  sukni.  Po  chwili  wyciągnęła  ją,

zaciśniętą  w  pięść,  i  uniosła  na  wysokość  twarzy  mężczyzny.
Rozprostowała  palce,  ukazując  trzy  zmięte  kulki  papieru.  Kiedy
Beaumont  po  nie  sięgnął,  zacisnęła  ponownie  palce  i  cofnęła  się
o krok.

background image

Beaumont  opuścił  rękę;  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz

zniecierpliwienia.

–  Czytałeś  w  gazecie  o  Taylorze  Henrym?  –  spytała

podnieconym głosem dziewczyna.

Zaczerpnął gwałtownie powietrza, ale odpowiedział spokojnie:
– Tak.
–  Wiesz,  co  tu  mam?  –  Dziewczyna  znów  rozprostowała  palce,

ukazując zmięte kulki.

Mrużąc oczy, pokręcił głową.
– Weksle wystawione przez Taylora Henry’ego
– oznajmiła triumfalnie. – Na tysiąc dwieście dolców!
Otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  szybko  ugryzł  się

w język.

–  Teraz  są  gówno  warte  –  stwierdził  po  chwili  beznamiętnym

tonem.

Dziewczyna  wsunęła  świstki  z  powrotem  za  dekolt  i  znów

podeszła bliżej.

– Przedtem też były gówno warte – rzekła – i dlatego facet nie

żyje.

– Wiesz, czy zgadujesz?
–  Nie  muszę  zgadywać.  Słyszałam,  jak  w  piątek  Bernie

zadzwonił  do  Taylora  i  powiedział,  że  daje  mu  trzy  dni  na  zwrot
szmalu.

Beaumont pogładził kciukiem wąs.
– Nie mówisz tego, bo jesteś wściekła, co?
–  spytał  podejrzliwie.  Dziewczynie  oczy  rozbłysły  złością.–

Pewnie, że jestem wściekła! – zawołała. – Jestem taka wściekła, że
mam ochotę zanieść to na policję. I chyba tak zrobię. Jeśli myślisz,
że Bernie go nie sprzątnął, jesteś skończonym durniem.

background image

Ned Beaumont wciąż nie był przekonany.
– Skąd masz te weksle? – spytał.
–  Znalazłam  w  sejfie.  –  Ruchem  gładko  uczesanej  głowy

wskazała w stronę pokoju.

– O której się Bernie wczoraj zmył?
– Nie wiem. Wróciłam do domu o wpół do dziesiątej i siedziałam

całą noc czekając, aż się zjawi. Dopiero nad ranem coś mnie tknęło.
Przetrząsnęłam  dokładnie  mieszkanie.  Okazało  się,  że  zabrał
wszystko,  całą  forsę  i  całą  moją  biżuterię  poza  tym  jednym
pierścionkiem  –  podniosła  rękę  –  i  kolczykami,  które  miałam
w uszach.

Beaumont ponownie pogładził kciukiem wąs.
– Jak myślisz? – spytał. – Dokąd uciekł?
W  dziewczynę  wstąpiła  furia;  zaczęła  tupać,  wymachiwać

pięściami, piskliwym głosem wyzywać Berniego od najgorszych.

–  Uspokój  się,  Lee!  –  Ned  chwycił  ją  za  nadgarstki.  –  Jeśli

zamierzasz  tu  stać  i  się  wydzierać,  to  lepiej  daj  mi  te  świstki  i  ja
z nimi coś zrobię.

Uwolniła ręce z jego uchwytu.
– Akurat! – krzyknęła. – Nikomu ich nie dam. Sama zaniosę je

na policję.

– W porządku. Zanieś – oznajmił Ned i ponownie spytał: – Jak

myślisz, dokąd uciekł?

Odparła  z  goryczą,  że  nie  wie,  ale  ma  nadzieję,  że  smaży  się

w piekle.

–  Nie  wygłupiaj  się,  Lee  –  powiedział  znużonym  tonem.  –

Złością nic nie wskórasz. Sądzisz, że wrócił do Nowego Jorku?

– Skąd mam wiedzieć?
Nagle  spojrzenie  dziewczyny  stało  się  czujne.  Beaumontowi

background image

poczerwieniały policzki.

– Co knujesz? – zapytał podejrzliwie.
– Ja? – zdziwiła się Lee, przybierając niewinną minę. – Nic.
Pochylił się nad nią i pokręcił wolno głową.
–  Chcesz  czy  nie,  kochana  –  powiedział  wymawiając  dobitnie

każde słowo – zgłosisz się z tymi wekslami na policję.

– Ależ oczywiście, Ned.

 7

Na  parterze  budynku  znajdowała  się  drogeria.  Ned  Beaumont

udał  się  tam,  żeby  skorzystać  z  telefonu.  Wykręciwszy  numer
komisariatu, poprosił do aparatu porucznika Doolana.

–  Halo?  Porucznik  Doolan?  Dzień  dobry.  Dzwonię  w  imieniu

panny  Lee  Wilshire,  która  przebywa  w  mieszkaniu  Berniego
Despaina  przy  Link  Street,  pod  numerem  1666.  Despain  znikł
nagle  wczoraj  wieczorem,  zostawiając  w  domu  kilka  weksli
wystawionych  przez  Taylora  Henry’ego…  No  właśnie…  Panna
Wilshire twierdzi, że parę dni temu słyszała, jak mu groził… Tak,
chciałaby z panem porozmawiać, najszybciej jak to możliwe… Nie,
lepiej,  żeby  pan  tu  przyjechał  albo  kogoś  przysłał,  i  to  zaraz…
Tak…  Moje  nazwisko?  Co  za  różnica?  Pan  mnie  nie  zna.  Panna
Wilshire  prosiła,  żebym  zadzwonił,  bo  wolała  nie  korzystać
z  telefonu  w  mieszkaniu  Despaina…  –  Przez  chwilę  słuchał  głosu
dobiegającego  z  aparatu,  po  czym  odłożył  słuchawkę  i  wyszedł
z drogerii.

 8

Ned  Beaumont  skierował  swoje  kroki  do  schludnego  domu

background image

z  czerwonej  cegły  stojącego  w  rzędzie  innych  schludnych  domów
z  czerwonej  cegły  na  Thames  Street.  Nacisnął  dzwonek.  Drzwi
uchyliła  młoda  Murzynka,  która  na  widok  gościa  uśmiechnęła  się
od ucha do ucha.

–  Jak  to  miło  pana  widzieć,  panie  Beaumont  –  powiedziała,

otwierając szeroko drzwi.

– Cześć, June. Zastałem domowników?
–  Tak,  proszę  pana.  Jedzą  obiad.  Beaumont  przeszedł  do

jadalni.  Paul  Madvig  i  jego  matka  siedzieli  naprzeciw  siebie  przy
stole  przykrytym  czerwono-białym  obrusem;  trzecie  krzesło  stało
puste, trzeci talerz i sztućce czekały nie tknięte.

Pani Madvig była wysoką, chudą kobietą o jasnych, jeszcze nie

całkiem 

siwych 

włosach, 

mimo 

że 

dawno 

skończyła

siedemdziesiątkę.  Oczy  miała  niebieskie  i  błyszczące,  równie
młodzieńcze  jak  oczy  syna.  Obróciła  się,  żeby  zerknąć  na
wchodzącego do jadalni gościa i posłała mu szelmowskie spojrzenie.

– No, nareszcie! Niedobry! Nie wstyd ci tak zaniedbywać starą

kobietę? – spytała, marszcząc czoło.

Ned uśmiechnął się promiennie.
– Ależ, mamuśku, jestem dużym chłopcem, a duzi chłopcy mają

dużo pracy. – Pomachał ręką do Madviga. – Cześć, Paul.

– Siadaj, Ned – powiedział blondyn. – June zaraz przyniesie ci

talerz.

Beaumont pochylił się, żeby pocałować kościstą dłoń, którą pani

Madvig  wyciągnęła  na  powitanie.  Staruszka  wyszarpnęła  ją
pośpiesznie.

– Co to za dziwne obyczaje? – spytała.
–  Mówiłem  ci,  mamuśku,  jestem  dużym  chłopcem…  Dzięki,

stary  –  zwrócił  się  do  Paula  –  ale  niedawno  jadłem  śniadanie.  –

background image

Spojrzał na puste krzesło. – Gdzie Opal?

– Śpi – wyjaśniła pani Madvig. – Nie czuje się najlepiej.
Ned  Beaumont  skinął  głową,  po  czym  wbił  wzrok  w  twarz

Paula.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego?
– A skądże – zapewnił go blondyn. – Przetańczyła pół nocy, więc

nic dziwnego, że boli ją głowa.

– Co z ciebie za ojciec! – oburzyła się pani Madvig. – Nie wiesz,

kiedy córka jest niedysponowana?

Paul uśmiechnął się, mrużąc lekko oczy.
– Mamo, nie przy gościu… Co słychać, Ned? Beaumont obszedł

stół i usiadł na wolnym krześle.

–  Bernie  Despain  dał  wczoraj  nogę  z  miasta  –  powiedział.  –

Razem z moją wygraną.

Paul Madvig uniósł brwi.
– Zostawił weksle podpisane przez Taylora Henry’ego – ciągnął

Beaumont. – Na sumę tysiąca dwustu zielonych.

Madvig zmrużył powieki.
– Lee twierdzi, że w piątek zadzwonił do Taylora i dał mu trzy

dni na skombinowanie forsy.

– Co za Lee? – zdziwił się Paul, pocierając ręką brodę.
– Dziewczyna Berniego.
– Aha. – Widząc, że Ned nie zamierza kontynuować rozmowy na

ten  temat,  w  końcu  spytał:  –  Mówił,  co  będzie,  jeśli  Taylor  się  nie
wywiąże?

–  Nie  wiem,  Paul.  –  Ned  Beaumont  oparł  łokieć  o  blat  stołu

i  pochylił  się  w  stronę  blondyna.  –  Słuchaj,  załatw,  żeby
mianowano mnie zastępcą szeryfa albo kimś w tym rodzaju.

–  Czyś  ty  oszalał!  –  Madvig  zamrugał  zdumiony.  –  Po  jaką

background image

cholerę?

–  Zamierzam  dopaść  tego  drania.  Gwiazda  szeryfa  ułatwi  mi

zadanie.

Madvig spojrzał na niego z zatroskaniem.
– O co chodzi, Ned? – spytał po chwili.
– Oskubał mnie na trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt dolców.
– Zgadza się – powiedział wolno Madvig – ale wczoraj też byłeś

jakiś  rozdrażniony,  choć  jeszcze  nie  wiedziałeś,  że  Bernie  nawiał
z miasta.

Beaumont machnął zniecierpliwiony ręką.
–  Niecodziennie,  mój  drogi,  natykam  się  na  trupy  –  odparł.  –

Ale  to  teraz  nieważne.  Ważny  jest  Bernie.  Dopadnę  go.  Muszę  go
dopaść. – Twarz miał bladą, wzrok zacięty; z głosu przebijał żar. –
Słuchaj,  Paul.  Nie  idzie  mi  o  forsę,  choć  co  tu  dużo  gadać,  trzy
dwieście  pięćdziesiąt  to  kupa  szmalu,  ale  tak  samo  bym
zareagował, gdyby w grę wchodziło pięć dolców. Od dwóch miesięcy
przegrywałem.  To  mnie,  cholera,  dołowało.  No  bo  co  jest  wart
człowiek, którego opuściło szczęście? Czułem się jak zbity pies. Ale
wreszcie  fortuna  się  do  mnie  uśmiechnęła.  Wyprostowałem
podkulony ogon, wypiąłem dumnie pierś, zacząłem patrzeć ludziom
w  oczy.  Owszem,  forsa  się  liczy,  ale  nie  jest  najważniejsza.
Najważniejsze  jest  przełamanie  złej  passy.  Rozumiesz?  Ciągłe
przegrywanie wykańczało mnie psychicznie. I kiedy wreszcie zły los
się  ode  mnie  odwrócił,  Bernie  dał  drapaka.  Nie  puszczę  mu  tego
płazem.  Nie  będę  znów  chodził  jak  zbity  pies.  Za  nic  w  świecie!
Dopadnę skurwiela, czy mi pomożesz, czy nie!

Paul  Madvig  wyciągnął  nad  stołem  potężną  dłoń  i  poklepał

napiętą twarz rozmówcy.

–  Do  diabła,  Ned,  przecież  wiesz,  że  ci  pomogę  –  rzekł.  –  Nie

background image

lubię,  kiedy  się  wdajesz  w  takie  historie,  ale  skoro  musisz,  to
najlepiej  zrobimy  cię  specjalnym  oficerem  dochodzeniowym
w  prokuraturze  okręgowej.  Twoim  zwierzchnikiem  będzie  Fair,
który na pewno w nic nie będzie ingerował.

Matka Paula wstała od stołu, z talerzami w kościstych rękach.
–  Gdyby  nie  to,  że  obiecałam  sobie  nigdy  nie  wtrącać  się  do

męskich  spraw  –  oznajmiła  surowym  tonem  –  powiedziałabym
wam, co o tym wszystkim myślę. Bóg jeden wie, w jakie wpakujecie
się tarapaty i Bóg jeden wie, czy zdołacie się z nich wykaraskać.

Ned Beaumont uśmiechnął się szeroko. Dopiero kiedy staruszka

wyszła z jadalni, jego twarz znów spoważniała.

– Załatwisz to teraz, tak żebym po południu miał już papiery? –

spytał, zwracając się do Madviga.

– Jasne. – Madvig wstał. – Zaraz zadzwonię do Farra. Daj znać,

gdybyś jeszcze czegoś potrzebował.

– W porządku.
Blondyn znikł za drzwiami. Po chwili zjawiła się June i zaczęła

sprzątać ze stołu.

–  Czy  panna  Opal  śpi?  –  zapytał  Ned.–  Nie,  proszę  pana  –

odparła Murzynka. – Właśnie zaniosłam jej na górę herbatę i kilka
grzanek.

– Bądź tak miła i spytaj Opal, czy mogę do niej zajrzeć.
– Dobrze, proszę pana.
Kiedy  Murzynka  wyszła,  Beaumont  wstał  od  stołu  i  zaczął

przemierzać  pokój.  Policzki  miał  zarumienione,  rozgrzane.
Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy Paul wrócił do jadalni.

– Załatwione – oznajmił blondyn. – Gdyby Farra nie było, zgłoś

się do Barbera. Zajmie się wszystkim i o nic nie będzie pytał.

–  Dzięki.  –  Ned  spojrzał  na  Murzynkę,  która  ukazała  się

background image

w drzwiach.

– Opal zaprasza pana na górę.

 9

Pokój  Opal  Madvig  utrzymany  był  w  niebieskiej  tonacji.

Dziewczyna,  ubrana  w  opalizujący  niebieski  szlafrok,  leżała  na
łóżku,  wsparta  o  poduszki.  Podobnie  jak  ojciec  i  babka  była
szczupła, wysoka, cerę miała jasną, różową, wręcz dziecięcą, oczy –
tak jak oni – błękitne, choć teraz zaczerwienione od płaczu.

Na widok gościa odłożyła na tacę grzankę i wyciągnęła rękę.
–  Cześć,  Ned  –  zawołała,  ukazując  w  uśmiechu  równe,  białe

zęby. Ale głos jej drżał.

Beaumont poklepał ją lekko po dłoni.
–  Cześć,  kwiatuszku  –  powiedział,  siadając  na  skraju  łóżka.

Założył nogę na nogę i wyjął z kieszeni cygaro. – Dym ci nie będzie
przeszkadzał?

– Nie.
Bez słowa wsunął cygaro z powrotem do kieszeni i zrezygnował

z  nonszalanckiej  pozy.  Odwrócił  się  twarzą  do  dziewczyny
i popatrzył na nią ze współczuciem.

– Wiem, mała. Życie jest paskudne – rzekł zachrypłym głosem.
Wytrzeszczyła niewinnie oczy.
–  Ech,  nie  ma  o  czym  mówić.  Ból  głowy  prawie  mi  minął,

a zresztą wcale nie był taki silny.

– Zdołała się już opanować. Ned uśmiechnął się ironicznie.
– Nie wygłupiaj się. Przecież znam cię nie od dziś – powiedział.
Opal zmarszczyła brwi.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi, Ned.

background image

– O Taylora – odparł, przybierając surową minę.
–  No  tak.  –  Taca,  która  leżała  na  jej  kolanach,  zadrżała,  lecz

wyraz  twarzy  dziewczyny  nie  zmienił  się.  –  Ale  wiesz…  właściwie
to nie widzieliśmy się od kilku miesięcy, odkąd tata zakazał mi…

Ned Beaumont podniósł się z łóżka.
– W porządku. Cześć – rzucił przez ramię, kierując się do drzwi.
Opal nie zareagowała.
Beaumont wyszedł z pokoju i ruszył schodami na dół. W holu na

parterze zastał Paula Madviga.

–  Muszę  jechać  do  biura  w  sprawie  tych  kontraktów

kanalizacyjnych – powiedział blondyn.

– Jak chcesz, podwiozę cię do prokuratury.
– Dobra.
Nagle doleciał ich z góry głos Opal.
– Ned! Hej, Ned!
–  Słyszę!  –  zawołał  Beaumont.  –  Jeśli  się  śpieszysz,  nie  czekaj

na mnie – zwrócił się do blondyna.

Madvig spojrzał na zegarek.
–  Niestety,  muszę  ruszać  –  powiedział.  –  Zobaczymy  się

wieczorem w klubie?

–  Aha  –  mruknął  Ned  i  udał  się  na  górę.  Taca  leżała  teraz

w nogach łóżka.

–  Zamknij  drzwi  –  poprosiła  dziewczyna,  a  kiedy  spełnił  jej

życzenie, przesunęła się, robiąc mu miejsce obok siebie. – Dlaczego
tak nagle wyszedłeś?

–  Bo  mnie  okłamałaś  –  odparł  z  powagą,  siadając  przy  niej  na

posłaniu.

– Ja? – Wbiła niebieskie oczy w piwne oczy mężczyzny.
– Kiedy ostatni raz widziałaś się z Taylorem?

background image

–  Rozmawialiśmy…  bo  ja  wiem?  Kilka  tygodni  temu.  –  Była

uosobieniem szczerości.

Ned Beaumont podniósł się i znów ruszył do wyjścia.
– W porządku – rzucił przez ramię, tak jak przedtem.
– Ned! – zawołała, gdy był już o krok od drzwi. – Dlaczego tak

się nade mną znęcasz?

Odwrócił się powoli, nic po sobie nie okazując.
– Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi – rzekła z wyrzutem.
– Jesteśmy – przyznał obojętnie – ale trudno mi o tym pamiętać,

kiedy mnie okłamujesz.

Wyciągnęła  się  bokiem  na  łóżku,  oparła  policzek  o  poduszkę

i  zaczęła  płakać.  Płakała  bezgłośnie.  Łzy  ciekły  na  poszewkę,
tworząc mokrą szarą plamę.

Ned  cofnął  się  od  drzwi,  usiadł  z  powrotem  na  posłaniu,

podniósł  dziewczynę  i  przytulił  do  siebie.  Przez  kilka  minut  łkała
w  milczeniu,  z  twarzą  wciśniętą  w  jego  płaszcz,  i  wreszcie
przytłumionym głosem spytała: – Wiedziałeś… wiedziałeś, że wciąż
się z nim spotykam?

– Tak.
Poderwała się wystraszona.
– Tata też wiedział?
– Nie wiem. Chyba nie.
Położyła głowę na jego ramieniu i wyszeptała ochryple:
–  Och,  Ned,  byłam  z  Taylorem  wczoraj  po  południu.  Pół  dnia

spędziliśmy razem!

Beaumont przytulił mocniej dziewczynę, ale nic nie powiedział.
– Jak myślisz, kto… kto go zabił? – spytała po chwili.
Zesztywniał. Opal podniosła głowę. W jej spojrzeniu nie było już

śladu słabości.

background image

– Czy wiesz, kto go zabił, Ned? Beaumont zawahał się, po czym

zwilżył wargi.

– Chyba tak – szepnął.
– Kto? Powiedz, kto! – zażądała.
Przez chwilę znów się wahał unikając jej wzroku.
–  Obiecasz,  że  będziesz  trzymać  język  za  zębami?  –  spytał

w końcu.

–  Tak  –  odparła  szybko,  ale  zanim  mężczyzna  zdążył  otworzyć

usta,  chwyciła  go  obiema  dłońmi  za  ramię.  –  Nie!  Poczekaj.
Obiecam, jeśli dasz mi słowo, że mordercy nie ujdzie to płazem, że
zostanie schwytany i ukarany.

–  Nie  mogę  ci  tego  przyrzec,  ani  ja,  ani  nikt  inny.  Patrzyła  na

Beaumonta przygryzając wargę. Wreszcie powiedziała:

– No dobrze. Obiecuję. Kto?
–  Czy  Taylor  mówił  ci  kiedykolwiek  o  tym,  że  ma  dług

u bukmachera, Berniego Despaina? Dług, którego nie może spłacić?

– Czy to właśnie ten… ten Bernie Despain…?
–  Tak  mi  się  zdaje.  Przypomnij  sobie,  Opal,  czy  Taylor

wspominał coś o długu?

– Wiedziałam, że ma jakieś kłopoty. Nie mówił jakie, wspomniał

tylko, że pokłócił się z ojcem o forsę i że jest zdesperowany. To jego
słowa.

– Nazwisko Despaina nie padło?
– Nie. Myślisz, że to on go zabił?
–  Miał  weksle  wystawione  przez  Taylora  na  ponad  tysiąc

dolców.  Wczoraj  wieczorem  wyjechał  pośpiesznie  z  miasta.  Cała
policja  go  szuka.  –  Beaumont  zniżył  głos  i  patrząc  na  dziewczynę
kątem oka, spytał: – Zrobiłabyś coś, żeby pomóc go schwytać?

– Oczywiście! Co?

background image

–  Wymyśliłem  pewien  drobny  podstęp.  To  trochę  lewa  sprawa,

ale  bez  tego  mogą  być  trudności  ze  skazaniem  Despaina.  Jeśli
jednak  zabił  Taylora  i  jeśli  ty  pójdziesz  mi  na  rękę,  wtedy  już  się
nie wywinie.

– Zrobię wszystko, co chcesz. Ned westchnął i zagryzł usta.
– No mów. Co mam zrobić? – spytała podniecona.
– Zdobyć dla mnie kapelusz Taylora.
– Co?.
–  Musisz  zdobyć  jakiś  kapelusz  Taylora  –  powtórzył.  Na  jego

twarzy zakwitł rumieniec. – Dasz radę?

– Ale po co? – zdziwiła się.
– Po to, żeby załatwić Despaina. Na razie nic więcej nie mogę ci

zdradzić. Więc jak?

– Postaram się, ale wolałabym, żebyś…
– Kiedy tam pójdziesz? – przerwał jej.
– Dziś po południu – rzekła. – Ale powiedz mi…
–  Lepiej,  żebyś  jak  najmniej  wiedziała  –  oświadczył,  ponownie

przerywając  jej  wpół  słowa.  –  I  żeby  jak  najmniej  osób
o  czymkolwiek  wiedziało.  Nie  mów  nikomu  o  naszej  rozmowie.  –
Objął  dziewczynę  ramieniem  i  przyciągnął  do  siebie.  –  Naprawdę
go, kwiatuszku, kochałaś, czy po prostu ze złości na ojca…

– Kochałam, Ned, naprawdę kochałam. – Zaczęła szlochać.

 

background image

II

Numer z kapeluszem

 1

W  kapeluszu,  który  nie  całkiem  na  niego  pasował,  Ned

Beaumont ruszył za bagażowym przez halę dworca Grand Central
do  wyjścia  na  Czterdziestej  Drugiej,  a  następnie  do  stojącej  nie
opodal  brązowej  taksówki.  Wręczył  bagażowemu  napiwek,  wsiadł
do  wozu,  podał  kierowcy  adres  hotelu  na  rogu  Broadway
i Czterdziestej którejś, po czym zapalił cygaro; właściwie bardziej je
żuł  niż  palił.  Taksówka  wolno  sunęła  zatłoczoną  ulicą.  Ruch  o  tej
porze  był  duży,  bo  wkrótce  rozpoczynały  się  wieczorne
przedstawienia.

Na  skrzyżowaniu  Czterdziestej  Drugiej  z  Madison  zielona

taksówka  skręciła  na  czerwonym  świetle  i  wpadła  na  brązową,
którą  jechał  Ned,  wgniatając  ją  w  zaparkowany  przy  krawężniku
samochód. Beaumont poleciał w róg, posypało się na niego szkło.

Po  chwili  doszedł  do  siebie  i  wysiadł  z  uszkodzonego  pojazdu.

Wokół zaczął gromadzić się tłum. Beaumont zapewnił policjanta, że
nic mu się nie stało, odpowiedział na kilka pytań, po czym odszukał
na tylnym siedzeniu kapelusz, który nie całkiem na niego pasował,
i  włożył  go  na  głowę.  Przeniósł  bagaż  do  innej  taksówki,  podał
nowemu  kierowcy  adres  hotelu  i  przez  resztę  drogi  siedział
wciśnięty w kąt, próbując opanować dreszcze.

Meldując  się  w  hotelu  zapytał,  czy  nie  ma  dla  niego  poczty.

background image

Recepcjonista  wręczył  mu  dwie  kartki  z  wiadomościami
przekazanymi  telefonicznie  oraz  dwie  zaklejone  koperty  bez
znaczków.

Na  górze  Ned  powiedział  boyowi,  który  wniósł  jego  walizki  do

pokoju,  żeby  przyniósł  mu  półlitrową  butelkę  whisky.  Kiedy  boy
wyszedł,  Ned  przekręcił  klucz  w  zamku  i  rzucił  okiem  na  kartki,
które  trzymał  w  ręce.  Na  obu  widniała  dzisiejsza  data,  choć  różne
godziny: szesnasta pięćdziesiąt i dwudziesta zero pięć. Spojrzał na
zegarek. Była za kwadrans dziewiąta.

Pierwsza wiadomość brzmiała: W „Gargoyle”, druga: W „Tom &

Jeny’s”. Zadzwonię później. Obie podpisane były: Jack.

Rozerwał  kopertę.  W  środku  znajdowały  się  dwa  arkusze

papieru,  z  wczorajszą  datą,  pokryte  zamaszystym  charakterem
pisma.

Zatrzymała  się  w  hotelu  „Matin”,  w  pokoju  1211,  pod

nazwiskiem  Eileen  Dale  z  Chicago.  Z  dworca  kilkakrotnie
telefonowała.  Potem  spotkała  się  z  mężczyzną  i  kobietą
mieszkającymi na Wschodniej Trzydziestej. Razem łazili po różnych
spelunach. Pewnie go szukali, ale bez powodzenia. Jestem w pokoju
734. Aha, facet i kobieta nazywają się Brookowie.

Kartka  w  drugiej  kopercie,  pokryta  tym  samym  charakterem

pisma, miała dzisiejszą datę.

Widziałem  się  rano  z  Dewardem.  Twierdzi,  że  numer

z  kapeluszem  nic  nie  wie,  jakoby  Bernie  Despain  przyjechał  do
Nowego Jorku. Zadzwonię później.

Wiadomości w obu kopertach również były podpisane Jack.
Ned  Beaumont  wziął  prysznic,  wyjął  z  walizki  świeżą  bieliznę,

ubrał  się  i  właśnie  zapalał  cygaro,  kiedy  rozległo  się  pukanie.
Otworzył  drzwi  i  zapłacił  boyowi  za  whisky,  po  czym  przyniósł

background image

sobie  z  łazienki  dzbanek  z  wodą,  przysunął  krzesło  do  okna
i  usiadł.  Siedział  tak,  paląc,  pijąc  i  spoglądając  w  dół  na  ulicę,
dopóki nie zadzwonił telefon.

–  Halo?  –  powiedział.  –  Tak,  Jack…  Niedawno…  Gdzie..?

Dobra… Już ruszam.

Pociągnął  ze  szklanki  jeszcze  jeden  haust,  po  czym  włożył

kapelusz,  który  nie  całkiem  na  niego  pasował,  narzucił  płaszcz,
poklepał  się  po  kieszeni,  jakby  sprawdzając  jej  zawartość,  zgasił
światło i wyszedł z pokoju.

Było dokładnie dziesięć po dziewiątej.

 2

Ned  Beaumont  skręcił  w  bok  z  Broadwayu  i  doszedłszy  do

dużego, lśniącego neonu „Tom & Jerry’s”, który ciągnął się pionowo
wzdłuż  fasady  budynku,  pchnął  podwójne,  szklane  drzwi
wahadłowe.  Znalazł  się  w  wąskim  korytarzu.  Po  lewej  ręce  miał
kolejne  drzwi,  też  wahadłowe,  ale  pojedyncze,  prowadzące  do
niedużej sali restauracyjnej.

Szczupły,  młody  mężczyzna  średniego  wzrostu,  o  śniadej,  dość

przystojnej  twarzy,  wstał  od  stolika  w  rogu  sali  i  skinął  na
Beaumonta. Ned ruszył w jego stronę.

– Cześć, Jack – powiedział.
Uścisnęli sobie ręce i Jack Rumsen od razu przystąpił do sedna.
–  Dziewczyna  i  Brookowie  są  na  piętrze.  Usiądź  tyłem  do

schodów,  to  cię  nie  zauważą.  Ja  będę  obserwował  drzwi;  dam  ci
znak,  gdyby  chcieli  wyjść  albo  gdyby  on  się  nagle  pojawił.  Na
szczęście, jest tu sporo ludzi, więc mała szansa, żeby cię dojrzał.

Beaumont usiadł.

background image

– Czekają na niego? – spytał.
–  Nie  mam  pojęcia.  –  Jack  wzruszył  ramionami.  –  Ale  na  coś

czekają. Jesteś głodny? Bo na dole trunków nie podają.

– Chętnie bym się napił! Może usiądźmy na górze, tak żeby nas

nie widzieli.

–  To  mały  lokal,  Ned  –  sprzeciwił  się  Jack.  –  Wprawdzie  jest

tam na piętrze kilka stolików za przepierzeniem i może ci troje by
nas nie zauważyli, ale jeśli on się zjawi…

– Zaryzykujmy. Mam ochotę się napić. A z facetem mogę równie

dobrze załatwić sprawę od razu.

Jack  popatrzył  zdziwiony  na  Neda  Beaumonta,  po  czym

odwrócił wzrok.

–  Ty  jesteś  szefem.  Zobaczę,  czy  są  wolne  miejsca.  –  Zawahał

się, znów wzruszył ramionami i oddalił się od stolika.

Ned obrócił się na krześle; obserwował Rumsena, gdy ten szedł

po schodach na górę, a potem uważnie wpatrywał się w nie, dopóki
go  ponownie  nie  ujrzał.  Jack  zatrzymał  się  na  drugim  stopniu
i skinął na Beaumonta.

– Najdalszy stolik jest pusty – powiedział, kiedy Ned się zbliżył.

– Dziewczyna siedzi plecami do przejścia, więc będziesz miał okazję
przyjrzeć się Brookom.

Ruszyli  na  górę.  Część  barowa  –  z  każdym  stolikiem

oddzielonym  półtorametrowym,  drewnianym  przepierzeniem  –
mieściła  się  na  prawo  od  schodów.  Najpierw  jednak  zajrzeli  do
części  restauracyjnej,  do  której  prowadziło  wejście  zwieńczone
szerokim łukiem.

Beaumont  odszukał  wzrokiem  Lee  Wilshire.  Dziewczyna

ubrana  była  w  beżową  sukienkę  bez  rękawów,  na  głowie  miała
brązowy  kapelusz.  Brązowe  futerko  leżało  przerzucone  przez

background image

oparcie  krzesła.  Przeniósł  spojrzenie  na  towarzyszącą  jej  parę.  Po
lewej  ręce  Lee  siedział  blady,  czterdziestokilkuletni  typ
o wystającej brodzie i krogulczym nosie, na wprost niej – pulchna,
roześmiana  kobieta  o  szeroko  rozstawionych  oczach  i  rudych
włosach.

Po  chwili  obaj  mężczyźni  wycofali  się  do  upatrzonego  stolika

i  usiedli  naprzeciw  siebie.  Ned,  zwrócony  plecami  do  sali
restauracyjnej  i  wciśnięty  w  róg,  żeby  jak  najlepiej  skryć  się  za
drewnianym  przepierzeniem,  zdjął  kapelusz,  ale  pozostał
w płaszczu.

Do stolika podszedł kelner. Ned zamówił whisky. Jack poprosił

o  dżin  z  tonikiem,  po  czym  otworzył  paczkę  papierosów,  wyjął
jednego  i  zaczął  go  obracać  w  palcach,  przyglądając  mu  się
z uwagą.

– Nie chcę się wtrącać, Ned, bo pewnie wiesz, co robisz – rzekł. –

Ale  to  naprawdę  nie  jest  dobre  miejsce,  żeby  załatwiać  z  nim
porachunki, zwłaszcza jeśli ma tu przyjaciół.

– Arna?
Jack Rumsen wetknął papierosa w kącik ust.
– Skoro ci troje na niego czekają, to znaczy, że często tu bywa. –

Papieros drgał rytmicznie przy każdym słowie.

Kelner postawił przed nimi szklanki. Ned wypił whisky jednym

haustem i skrzywił się.

– Ale rozcieńczona!
– Taką tu podają. – Jack pociągnął łyk dżinu, zapalił papierosa

i pociągnął kolejny łyk.

– Rozprawię się z draniem, jak tylko się pojawi.
–  W  porządku.  –  Śniada,  przystojna  twarz  Rumsena  była

nieprzenikniona. – Co mam robić?

background image

– Nic. Sam sobie poradzę – odparł Ned i ruchem ręki przywołał

kelnera.

Zamówił  podwójną  szkocką.  Jack  poprosił  o  jeszcze  jeden  dżin

z  tonikiem;  nie  oponował,  kiedy  kelner  sprzątnął  mu  sprzed  nosa
do połowy opróżnioną szklankę i postawił nową. Pił wolno, małymi
łykami,  nie  nadążając  za  Beaumontem,  który  wypił  szkocką
błyskawicznie, a potem szybko zamówił trzecią i czwartą.

Nagle na schodach ukazał się Bernie Despain.
Jack, który je bacznie obserwował, rozpoznał znajomą sylwetkę

bukmachera  i  trącił  pod  stołem  Beaumonta.  Ned  podniósł  wzrok
znad pustej szklanki; jego spojrzenie zrobiło się zimne. Położył obie
ręce na stole, dźwignął się i wyłonił zza przepierzenia.

–  Oddaj  mi  forsę,  Bernie  –  powiedział  stając  naprzeciw

Despaina.

Mężczyzna, który szedł po schodach za Despainem, wysunął się

przed niego i z całej siły huknął Neda pięścią w brzuch. Facet był
niski,  ale  szeroki  w  barach,  a  pięści  miał  jak  bochny  chleba.
Beaumont  poleciał  do  tyłu  i  uderzył  plecami  o  drewniane
przepierzenie.  Zgiął  się  w  pół,  nogi  zrobiły  mu  się  miękkie  jak
z  waty,  ale  nie  upadł  na  ziemię.  Przez  chwilę  opierał  się
o  przepierzenie,  wodząc  wkoło  szklanym  wzrokiem;  jego  twarz
przybierała  coraz  bardziej  zielony  odcień.  Wreszcie  wybełkotał
kilka niezrozumiałych słów i ruszył w kierunku schodów.

Blady  i  bez  kapelusza,  zszedł  na  dół,  zataczając  się  co  krok.

Przemaszerował  przez  salę  restauracyjną  na  parterze,  pchnął
drzwi  wejściowe  i  zwymiotował  do  rynsztoka,  po  czym  dowlókł  się
do  stojącej  nie  opodal  taksówki,  wsunął  się  na  tylne  siedzenie
i podał kierowcy adres w Greenwich Village.

background image

 3

Wysiadł  przed  niepozornym  budynkiem  i  ruszył  w  dół  po

brązowych, kamiennych schodkach do otwartych drzwi sutereny; ze
środka sączyło się światło i dochodził zgiełk. Po chwili Ned znalazł
się  w  podłużnym  pomieszczeniu.  Dwaj  barmani  w  białych
fartuchach obsługiwali klientów siedzących przy sześciometrowym
barze, a dwaj kelnerzy gości przy stolikach.

–  Patrzcie  kto  przyszedł!  –  zawołał  łysiejący  barman  na  widok

Beaumonta.  Odstawił  wysokie  naczynie,  w  którym  przygotowywał
różowy  koktajl,  i  pochylając  się  nad  ladą,  wyciągnął  na  powitanie
mokrą łapę.

– Cześć, Mack – powiedział Ned, podając mu swoją.
Jeden  z  kelnerów  też  przyszedł  się  przywitać,  a  po  nim  gruby,

rumiany  Włoch  o  imieniu  Tony.  Kiedy  uścisnęli  sobie  dłonie,  Ned
oznajmił,  że  chętnie  by  się  czegoś  napił.  Sięgnął  do  kieszeni  po
pieniądze.

–  Ani  się  waż!  –  oburzył  się  grubas  i  stuknął  pustą  szklanką

o  blat.  –  Ten  facet  pije  na  koszt  firmy.  Macie  nie  przyjmować  od
niego forsy – polecił barmanom.

–  Całkiem  mi  to  odpowiada  –  rzekł  Ned.  –  Podwójną  szkocką,

proszę.

Dwie dziewczyny wstały od stolika na końcu sali.
–  Hej,  hej,  Ned!  –  zawołały  jednocześnie.  Beaumont  przeprosił

na  moment  Tony’ego  i  skierował  się  w  ich  stronę.  Wyściskały  go
serdecznie, zasypując pytaniami, po czym przedstawiły mu swoich
towarzyszy i przysunęły do stolika dodatkowe krzesło.

Ned usiadł, odpowiedział, że nie, nie wrócił na stałe do Nowego

Jorku, jest tu tylko z krótką wizytą i owszem, już zamówił drinka,

background image

podwójną szkocką.

Tuż  przed  trzecią  opuścili  bar  Tony’ego  i  udali  się  do

identycznego lokalu trzy przecznice dalej, usiedli przy identycznym
stoliku i zamówili identyczne trunki jak te, które pili wcześniej.

O wpół do czwartej jeden z mężczyzn wstał od stolika i wyszedł.

Z  nikim  się  nie  pożegnał,  nikt  nie  próbował  go  zatrzymać.  Ned
wyszedł  dziesięć  minut  później,  wraz  z  resztą  towarzystwa.  Na
rogu  ulicy  złapali  taksówkę.  Mężczyzna  i  jedna  z  dziewczyn
wysiedli  przed  hotelem  w  pobliżu  Washington  Square.  Ned
z  drugą,  niejaką  Fedink,  pojechał  dalej,  do  jej  mieszkania  na
Siedemdziesiątej  Trzeciej.  W  mieszkaniu  było  gorąco.  Kiedy
otworzyli  drzwi,  powitał  ich  podmuch  ciepłego  powietrza.
W  salonie,  trzy  kroki  za  progiem,  dziewczyna  zwaliła  się  na
podłogę.

Ned  Beaumont  zamknął  drzwi  i  próbował  ją  obudzić,  ale  spała

twardo.  Z  trudem  dowlókł  ją  do  sypialni  i  położył  na  obitym
kwiecistą  tkaniną  tapczanie.  Zdjął  z  dziewczyny  wierzchnie
ubranie,  przykrył  ją  kocem,  uchylił  okno,  po  czym  przeszedł  do
łazienki  i  zaczai  wymiotować.  Kiedy  skończył,  wrócił  do  salonu,
wyciągnął się w płaszczu na kanapie i zapadł w sen.

 4

Tuż  przy  jego  głowie  rozległ  się  terkot.  Ned  otworzył  oczy,

spuścił  nogi  na  podłogę  i  rozejrzał  się  po  pokoju.  Kiedy  zobaczył
aparat  telefoniczny,  uspokoił  się,  przymknął  powieki  i  opadł
z powrotem na kanapę.

Terkot nie ustawał. Ned jęknął, ponownie otworzył oczy i przez

chwilę  szamotał  się,  usiłując  uwolnić  spod  siebie  lewą  rękę.

background image

Przysunął nadgarstek do twarzy i mrużąc oczy spojrzał na zegarek.
Szkiełko  było  stłuczone,  wskazówki  nie  poruszały  się;  stanęły
o jedenastej czterdzieści osiem.

Znów  zaczął  się  przewracać  z  boku  na  bok,  aż  w  końcu  wsparł

się  na  lewym  łokciu  podtrzymując  ręką  głowę.  Telefon  nie
przestawał  dzwonić.  Ned  rozejrzał  się  wokoło  mętnym,  otępiałym
wzrokiem.  W  pokoju  paliły  się  światła.  Przez  uchylone  drzwi
sypialni  dostrzegł  kawałek  tapczanu  i  przykryte  kocem  nogi
Fedink.

Jęcząc, usiadł na kanapie, po czym przejechał ręką po ciemnych,

potarganych włosach i przycisnął obie dłonie do skroni. Wargi miał
suche,  jakby  zeskorupiałe.  Oblizał  je  i  skrzywił  się  z  niesmakiem.
Wstał pokasłując, ściągnął rękawiczki, płaszcz, rzucił je na kanapę
i przeszedł do łazienki.

Następnie  skierował  się  do  sypialni  i  popatrzył  na  wyciągniętą

na  tapczanie  postać.  Fedink  spała  jak  suseł,  z  twarzą  wtuloną
w poduszkę; jedną rękę, wystającą z niebieskiego rękawa, trzymała
zgiętą  nad  głową.  Terkot  wreszcie  ucichł.  Ned  poprawił  krawat
i wrócił do salonu.

Zobaczył trzy papierosy w otwartym pudełku na stole.
–  Bezczelny  typ  –  mruknął  do  siebie  pod  nosem,  częstując  się

jednym; przypalił go zapałką i udał się do kuchni.

Wycisnął sok z czterech pomarańczy, wypił go, po czym zaparzył

i  wypił  dwie  filiżanki  kawy.  Kiedy  wyszedł  z  kuchni,  dziewczyna
zapytała  płaskim,  smętnym  głosem:  –  Gdzie  Ted?  –  Po  tej  stronie
twarzy, która nie przylegała do poduszki, powiekę miała uniesioną.

Ned Beaumont zbliżył się do tapczanu.
– Jaki Ted?
– No, ten facet, mój narzeczony.

background image

– Nie mam pojęcia. Nawet nie wiedziałem, że jesteś zaręczona.
Fedink 

ziewnęła 

szeroko; 

po 

chwili 

zamknęła 

usta

z nieprzyjemnym mlaśnięciem.

– Która godzina?
– Diabli wiedzą. Ale już świta.
–  Zachowałam  się  jak  najgorsza  dziwka.  –  Potarła  twarz

o  kwiecistą  poduszkę.  –  Obiecałam  wczoraj  Tedowi,  że  za  niego
wyjdę, a potem wróciłam do domu z pierwszym lepszym łachudrą,
jaki się nawinął. – Zacisnęła palce po czym je rozprostowała. – Czy
przynajmniej jestem u siebie? – spytała nagle.

–  Nie  wiem,  miałaś  klucze…  –  odparł  Ned.  –  Chcesz  soku

pomarańczowego albo kawy?

–  Nie,  do  jasnej  cholery!  Chcę  tylko  umrzeć.  Możesz  coś  dla

mnie zrobić, Ned? Zjeżdżaj stąd i więcej nie wracaj.

–  To  będzie  trudne,  ale  postaram  się.  –  Włożył  płaszcz,

rękawiczki,  wyciągnął  z  kieszeni  pomiętą,  ciemną  czapkę,  którą
nasadził na głowę, i opuścił mieszkanie.

 5

Pół  godziny  później  wszedł  do  hotelu,  ale  zamiast  udać  się  do

siebie,  skierował  się  do  pokoju  734.  Zastukał.  Wkrótce  usłyszał
zaspany głos Jacka Rumsena:

– Kto tam?
– Beaumont – odparł.
Jack  otworzył  drzwi,  zapalił  światło.  Był  bosy,  w  piżamie

w  zielone  grochy,  spojrzenie  miał  ociężałe,  twarz  zaróżowioną  od
snu. Ziewnął, po czym skinął głową i wrócił do łóżka. Wyciągnięty
na  wznak,  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  sufit  i  wreszcie,  nie

background image

okazując zbytniego zainteresowania, spytał: – No i jak się czujesz?

Ned  zamknął  drzwi,  stanął  na  środku  pokoju  i  wbił  ponure

spojrzenie w postać na łóżku.

– Co się działo po moim wyjściu? – zapytał.
– Nic. – Jack ponownie ziewnął. – Chyba że chodzi ci o to, co ja

zrobiłem? – Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: – Zszedłem na
dół  i  czatowałem  po  drugiej  stronie  ulicy.  Po  jakimś  czasie
zobaczyłem Despaina z tą dziewczyną i facetem, który ci przyłożył.
Pojechali  na  Czterdziestą  Ósmą  do  Buckman  Building.  Tam  się
Despain  ukrywa,  w  mieszkaniu  938,  które  wynajął  na  nazwisko
Barton  Dewey.  Czekałem  do  po  trzeciej,  a  potem  się  zmyłem.  Nie
widziałem,  aby  którekolwiek  z  nich  wychodziło,  chyba  że  mnie
przechytrzyli. – Wskazał brodą w róg pokoju. – Na krześle leży twój
kapelusz. Pomyślałem sobie, że się nim zaopiekuję.

Wsuwając  do  kieszeni  pomiętą,  ciemną  czapkę,  Beaumont

podszedł  do  krzesła,  wziął  kapelusz,  który  nie  całkiem  na  niego
pasował, i nasadził na głowę.

– Na stole jest butelka dżinu – powiedział Jack. – Jeśli chcesz…
– Nie, dzięki – odparł Ned. – Słuchaj, masz spluwę?
Jack  przestał  wpatrywać  się  w  sufit.  Usiadł  na  łóżku,

przeciągnął się, ziewnął po raz trzeci.

– A co zamierzasz? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem.
– Odwiedzić Despaina.
Jack podciągnął kolana pod brodę. Siedział lekko pochylony do

przodu, spoglądając na koniec łóżka.

– Chyba nie powinieneś, nie teraz.
– Muszę, i to właśnie teraz.
Ton,  jakim  to  Ned  powiedział,  sprawił,  że  Rumsen  podniósł  na

niego  oczy.  Ujrzał  twarz  o  niezdrowym,  żółtawoszarym  odcieniu,

background image

spojrzenie  mętne,  oczy  przekrwione,  zmrużone  tak,  że  nie  widać
było białek, wargi suche i jakby nieco spuchnięte.

– Nie spałeś całą noc? – spytał.
– Trochę się zdrzemnąłem.
– Skacowany?
– Tak. To co z tą spluwą?
Jack zrzucił z siebie koc i spuścił nogi na podłogę.
–  Prześpij  się,  co?  –  zaproponował.  –  Potem  razem  się

wybierzemy do Despaina. Nie jesteś w najlepszej formie.

– Śpieszy mi się.
–  W  porządku,  ale  popełniasz  duży  błąd.  Może  z  jakimiś

gówniarzami poradziłbyś sobie na kacu. Ale Despain i jego kumple
to zawodowcy.

– Gdzie masz spluwę?
Jack wstał z łóżka i zaczął rozpinać kurtkę od piżamy.
– Daj mi broń i wracaj spać. Sam pójdę – oświadczył Beaumont.
Jack zapiął z powrotem piżamę i wyciągnął się znów na łóżku.
–  Leży  w  górnej  szufladzie  biurka  –  powiedział.  –  Są  tam

również zapasowe naboje. – Przekręcił się na bok i zamknął oczy.

Ned wyjął z szuflady broń i wsunął ją do prawej kieszeni spodni.
– Do zobaczenia – rzucił przez ramię. Zgasił światło i wyszedł.

 6

Buckman  Building  –  ogromny,  pomalowany  na  żółto  budynek

mieszkalny  –  zajmował  niemal  cały  kwartał.  W  holu  na  dole
Beaumont  oznajmił  strażnikowi,  że  pragnie  się  zobaczyć  z  panem
Deweyem. Strażnik spytał, kogo ma zapowiedzieć.

– Beaumonta – odparł Ned.

background image

Pięć  minut  później  wysiadł  z  windy  i  skierował  się  długim

korytarzem  w  stronę  otwartych  drzwi,  w  których  czekał  Bernie
Despain. 

Był 

to 

drobny 

mężczyzna, 

niski, 

żylasty,

z  nieproporcjonalnie  dużą  głową,  którą  jeszcze  powiększały  bujne,
gęste  loki.  Twarz  miał  śniadą,  o  grubych  rysach,  oczy  małe,  czoło
gęsto  usiane  zmarszczkami;  dwie  głębokie  bruzdy  ciągnęły  się  od
nosa  do  kącików  ust.  Na  jednym  policzku  widniała  czerwonawa
blizna. Ubrany był w starannie uprasowany, niebieski garnitur, na
palcach nie miał sygnetów.

– Dzień dobry, Ned – powiedział uśmiechając się ironicznie.
– Chcę z tobą pogadać, Bernie.
–  Domyśliłem  się.  Kiedy  zadzwonili  z  dołu,  od  razu  sobie

pomyślałem: Ned chce ze mną pogadać.

Ned  Beaumont  nie  odezwał  się,  na  jego  żółtawoszarej  twarzy

malował się zacięty wyraz. Ironiczny uśmiech znikł z ust Despaina.

– No cóż, chłopcze – powiedział bukmacher.
– Nie będziemy rozmawiać na korytarzu. Wejdź.
– Odsunął się na bok.
Za  drzwiami  znajdował  się  malutki  przedpokój.  Na  jego  końcu

były drugie drzwi prowadzące do salonu. Przez szparę Ned dojrzał
Lee  Wilshire  oraz  faceta,  który  przyłożył  mu  wczoraj  w  brzuch,
zajętych  pakowaniem  toreb  podróżnych.  Na  jego  widok  przerwali
pracę. Wszedł do przedpokoju.

–  Wiesz,  Mały  to  straszny  nerwus  –  wyjaśnił  Despain

zamykając drzwi wejściowe. – Kiedy zobaczył, jak walisz wprost na
mnie, 

był 

pewien, 

że 

szukasz 

zaczepki. 

Porządnie 

go

obsztorcowałem. Jak będziesz grzeczny, może cię przeprosi.

Mały szepnął coś na ucho Lee Wilshire, która
– wpatrując się gniewnie w Neda – wybuchnęła nieprzyjemnym,

background image

złośliwym śmiechem.

– Prawdziwy twardziel! – mruknęła.
– Proszę dalej, do pokoju, Ned – rzekł Bernie Despain. – Znasz

państwa, prawda?

Beaumont wszedł do salonu.
– Jak tam brzuch? – spytał Mały. Beaumont nie zareagował.
–  Cholera,  jak  na  kogoś,  kto  twierdzi,  że  chce  pogadać,  jesteś

wyjątkowo małomówny! – zawołał Despain.

– Czy musimy rozmawiać przy nich?
–  Ja  tak  –  odparł  bukmacher.  –  Ty  nie.  Drzwi  otwarte,  droga

wolna. Nikt cię nie zatrzymuje. Zajmij się własnymi sprawami.

– Właśnie to robię – oświadczył Ned.
– Zdaje się, że chodzi o jakąś forsę? – Despain uśmiechnął się do

Małego. – Prawda, Mały? Mówił wczoraj coś o forsie, nie?

Mały ustawił się między Nedem a drzwiami do przedpokoju.
– Chyba tak – przyznał chrapliwym głosem.
– Ale nie pamiętam co.
Ned  Beaumont  zdjął  płaszcz  i  przerzucił  go  przez  oparcie

brązowego fotela, po czym usiadł i położył za sobą kapelusz.

– Nie przyszedłem w tej sprawie – powiedział.
– Jestem tu jako… zaraz, chwileczkę. – Z wewnętrznej kieszeni

płaszcza wyciągnął złożoną kartkę papieru, rozprostował ją i rzucił
na  nią  okiem.  –  Jako  specjalny  oficer  dochodzeniowy  prokuratury
okręgowej – dokończył.

Na ułamek sekundy w oczach Despaina błysnął niepokój.
–  Proszę,  proszę,  cóż  za  niespodziewany  awans!  –  zawołał

bukmacher.  –  Kiedyśmy  się  ostatni  raz  widzieli,  byłeś  u  Paula
chłopcem na posyłki.

Beaumont złożył z powrotem kartkę i schował ją do kieszeni.

background image

–  I  czego  tu  będziesz  dochodził,  oficerze  dochodzeniowy?  –

ciągnął Despain. – Umieram z ciekawości! – Usiadł na wprost Neda
i  pokiwał  swoją  wielką  głową.  –  Bo  chyba  nie  jechałeś  taki  szmat
drogi  tylko  po  to,  żeby  wypytać  mnie  o  zabójstwo  Taylora
Henry’ego, co?

– Owszem.
– Szkoda. Mogłeś sobie zaoszczędzić fatygi.
– Wskazał na torby podróżne. – Kiedy Lee mi wyjaśniła w czym

rzecz,  zacząłem  się  pakować,  żeby  wrócić  do  domu.  Nie  dam  się
wrobić w żadne morderstwo.

Beaumont oparł się wygodnie. Jedną rękę trzymał za plecami.
– Jeśli ktokolwiek chce cię w coś wrobić, to tylko Lee – rzekł. –

Ona powiadomiła policję o wekslach.

– Musiałam, ty skurwysynu! – krzyknęła ze złością dziewczyna.

–  Bo  ich  do  mnie  przysłałeś!–  Lee  to  głupia  gęś  –  powiedział
Despain. – Ale weksle nic nie znaczą. Są…

– Głupia gęś?! – zdenerwowała się jeszcze bardziej dziewczyna.

– A kto tu przyjechał, żeby cię ostrzec, kiedy zwiałeś z całą moją…

–  No  właśnie  –  przerwał  jej  mężczyzna.  –  I  to  najlepszy  dowód

na twoją głupotę. Naprowadziłaś Beaumonta na mój trop.

–  Tak?  To  wiesz,  co  ci  powiem?  Cieszę  się,  że  dałam  policji  te

zasrane weksle! I co ty na to?

–  Dowiesz  się,  jak  zostaniemy  sami.  –  Odwrócił  się  do  Neda.  –

A więc uczciwy, szlachetny Paul Madvig postanowił zwalić na mnie
winę?

–  Nikt  cię  nie  próbuje  wrobić,  Bernie,  i  dobrze  o  tym  wiesz.  –

Ned  uśmiechnął  się.  –  Lee  wskazała  nam  właściwy  trop.  Cała
reszta pasuje.

– Cała reszta? Macie coś jeszcze?

background image

– Mnóstwo.
– Co?
Ned ponownie wyszczerzył do niego zęby.
–  Mnóstwo  –  powtórzył.  –  Ale  wolałbym  o  tym  nie  mówić

w obecności innych.

– Pieprzysz! – warknął bukmacher.
–  Wywalmy  tego  fiuta  na  zbity  pysk  i  ruszajmy  –  powiedział

ochryple Mały, który wciąż stał w drzwiach pokoju.

– Nie, poczekaj – polecił mu Despain i marszcząc czoło zapytał

Neda: – Czy wydano nakaz aresztowania mnie?

Beaumont zawahał się.
–  Tak  czy  nie?  –  W  głosie  bukmachera  nie  było  już  śladu

drwiny.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł wolno Ned.
Despain wstał, odpychając krzesło.
– W takim razie zjeżdżaj stąd i to szybko, bo każę Małemu znów

ci przyłożyć.

Ned  podniósł  się,  wziął  z  fotela  płaszcz,  wyciągnął  z  kieszeni

pomiętą  czapkę.  Trzymając  ją  w  jednej  ręce,  płaszcz  w  drugiej,
oznajmił z powagą:

– Pożałujesz.
Dostojnym krokiem skierował się do drzwi. W uszach dźwięczał

mu chrapliwy śmiech Małego i piskliwy rechot Lee.

 7

Ned  Beaumont  wyszedł  z  budynku  i  ruszył  pośpiesznie  przed

siebie.  Jego  zmęczona  twarz  promieniała  radością,  a  ciemne  wąsy
drgały, ilekroć uśmiech przebiegał mu po wargach.

background image

Na pierwszym rogu niemal zderzył się z Jackiem Rumsenem.
– Skąd się tu wziąłeś? – spytał.
–  O  ile  wiem,  nadal  dla  ciebie  pracuję  –  odparł  Jack.  –

Przyszedłem sprawdzić, czy mogę się na coś przydać.

– W porządku. Znajdź nam taryfę. Tylko szybko bo właśnie się

wynoszą.

Jack oddalił się w poszukiwaniu taksówki, Ned zaś pozostał na

rogu, skąd było widać zarówno drzwi frontowe, jak i boczne wejście
do Buckman Building. Wkrótce Jack wrócił taksówką. Ned wsiadł
do środka i powiedział kierowcy, gdzie ma zaparkować.

–  Co  tam  robiłeś?  –  zapytał  Jack,  kiedy  kierowca  wykonał

polecenie.

–  Nic  takiego.–  Hm.  –  Po  dziesięciu  minutach  Jack  nagle

poderwał  się.  –  Patrz!  –  krzyknął  wskazując  na  taksówkę,  która
zajechała pod boczne wejście.

Z  budynku  najpierw  wyłonił  się  Mały  z  dwiema  torbami

podróżnymi,  a  po  chwili,  kiedy  już  siedział  w  wozie,  dołączył  do
niego biegiem Despain z dziewczyną. Taksówka ruszyła z piskiem
opon.

Jack  pochylił  się  do  przodu  i  wydał  kierowcy  nowe  polecenia.

Trzymając  się  w  bezpiecznej  odległości,  jechali  za  taksówką
Despaina,  która  długo  kluczyła  po  skąpanych  w  porannym  słońcu
ulicach, aż wreszcie zatrzymała się przed zniszczonym budynkiem
z piaskowca na Czterdziestej Dziewiątej Ulicy.

Tak  jak  przedtem,  pierwszy  z  auta  wyłonił  się  Mały.  Rozejrzał

się uważnie na prawo i lewo, po czym podszedł do drzwi budynku,
otworzył je i dopiero wtedy wrócił po bagaże. Despain i dziewczyna
szybko wyskoczyli z taksówki i wbiegli do środka. Mały podążył za
nimi z torbami.

background image

– Zostań tu – powiedział Ned Beaumont.
– Co zamierzasz? – spytał Jack.
– Spróbować szczęścia. Jack pokręcił głową.
– W tej części miasta łatwo oberwać po łbie, szefie – oznajmił.
–  Jeżeli  wyjdę  z  Despainem,  zmykaj  czym  prędzej.  Łap  drugą

taryfę,  jedź  pod  Buckman  Building  i  obserwuj  dom.  Jeżeli  nie
wyjdę, kieruj się własnym rozumem.

Otworzył drzwi i wysiadł z taksówki. Drżał na całym ciele. Oczy

miał  rozognione.  Nie  słuchając,  co  Jack  do  niego  mówi,  ruszył
szybko  przez  jezdnię  do  budynku,  w  którym  przed  chwilą  znikli
dwaj mężczyźni i dziewczyna.

Wbiegł po schodkach i położył rękę na klamce. Ustąpiła pod jego

naciskiem. Drzwi nie były zamknięte na zasuwę. Pchnął je, zerknął
w głąb ciemnego korytarza i wszedł do środka.

Nagle  drzwi  się  za  nim  zatrzasnęły  i  pięść  Małego  walnęła  go

w szczękę. Uderzenie było tak silne, że czapka spadła mu z głowy,
świat  zawirował  przed  oczami,  a  on  sam  poleciał  z  hukiem  na
ścianę  i  zaczął  się  wolno  osuwać  na  ziemię.  Mały  znów  się
zamachnął, ale tym razem trafił w ścianę.

Szczerząc  w  złości  zęby,  Beaumont  zadał  napastnikowi  mocny,

celny cios prosto w krocze. Mały odskoczył z jękiem; wykorzystując
tę krótką przerwę w walce, Ned szybko poderwał się na nogi.

Kilka  metrów  dalej  Bernie  Despain  stał  oparty  o  ścianę.  Usta

miał wykrzywione w drapieżnym uśmiechu, oczy zmrużone tak, że
wyglądały jak dwie ciemne szparki.

– Dowal mu, Mały, dowal mu… – powtarzał szeptem.
Dziewczyny nie było widać.
Kolejne  dwa  ciosy  Małego  wylądowały  na  klatce  piersiowej

Neda, przygniatając go do ściany i wywołując u niego atak kaszlu.

background image

Trzeciego  ciosu,  wymierzonego  w  twarz,  zdołał  uniknąć.
Wyrzucając przed siebie ramię, odepchnął napastnika i z całej siły
kopnął go w brzuch. Mały ryknął z wściekłości, po czym uniósł obie
pięści  i  znów  skoczył  w  przód,  ale  Ned  zdążył  sięgnąć  do  kieszeni
i  wydobyć  spluwę  Jacka.  Nie  miał  czasu  na  dokładne  celowanie.
Pociągnął  za  spust.  Kula  trafiła  Małego  w  prawe  udo.  Mężczyzna
zaskowytał  i  zwalił  się  na  podłogę.  Leżał  tak,  zaczerwienionymi
oczami łypiąc ze strachem na Beaumonta.

Ned  Beaumont  cofnął  się  kilka  kroków,  wsadził  lewą  rękę  do

kieszeni  i  z  wyrazem  determinacji  na  twarzy  powiedział  do
Despaina:

– Wyjdźmy na zewnątrz. Chcę z tobą porozmawiać.
Gdzieś  na  piętrze  rozległ  się  tupot  nóg  i  trzaśniecie  drzwiami;

słychać  było  podniesione  głosy,  ale  nikt  się  nie  ukazał  w  polu
widzenia.

Przez  długą  chwilę  bukmacher  spoglądał  na  Neda  niemal

z  podziwem,  potem  bez  słowa  przestąpił  Małego  i  ruszył  w  stronę
wyjścia  z  budynku.  Beaumont  wsunął  rewolwer  do  kieszeni
marynarki, ale wciąż nie wypuszczał go z dłoni. Zeszli po schodach
na ulicę.

–  Do  taksówki  –  powiedział  Ned,  wskazując  wóz,  z  którego

właśnie  wysiadał  Jack.  Kiedy  zajęli  miejsca,  zwrócił  się  do
kierowcy: – Na razie jedź pan przed siebie. Później powiem dokąd.

Dopiero  gdy  taksówka  włączyła  się  w  ruch  uliczny,  Despain

wydobył z siebie głos.

–  To  porwanie,  Beaumont.  Zwykłe,  ordynarne  porwanie.

Słuchaj, dam ci wszystko, co chcesz, tylko mnie nie zabijaj.

Ned roześmiał się złośliwie i pokręcił głową.
–  Nie  zapominaj,  Bernie,  że  awansowałem  i  pracuję  teraz

background image

w prokuraturze – oznajmił.

–  Przecież  nie  jestem  o  nic  oskarżony.  Nie  ma  nawet  nakazu

aresztowania. Sam mówiłeś…

– Żartowałem, Bernie. Policja cię poszukuje.
– Dlaczego?
– Bo zabiłeś Taylora Henry’ego.
– Znów do tego wracasz? Dobra, kurwa, jedziemy; wybronię się.

Jakie  macie  dowody?  Że  byłem  w  posiadaniu  jego  weksli?  Że
wyjechałem  tego  dnia,  kiedy  go  sprzątnięto?  Że  nastraszyłem
gówniarza,  bo  się  migał  z  zapłatą?  Owszem,  wszystko  się  zgadza.
Ale myślisz, że dobry adwokat mnie nie wybroni? Przecież, cholera,
gdybym  szedł  tego  wieczoru  odebrać  od  Henry’ego  dług,  nie
zostawiałbym weksli w sejfie!

– Kto cię tam wie. Zresztą są inne dowody – oświadczył Ned.
– Niemożliwie – powiedział z przekonaniem bukmacher.
–  A  jednak,  Bernie.  –  Beaumont  znów  wyszczerzył  zęby.  –

Pamiętasz,  że  jak  przyszedłem  do  Buckman  Building,  miałem  na
głowie kapelusz?

– Może. Chyba tak.
– A pamiętasz, że wychodząc wyjąłem z kieszeni czapkę?
W  małych  oczach  śniadego  mężczyzny  odmalowało  się

zdezorientowanie i strach.

– Cholera jasna, Beaumont! – zawołał. – Gadaj, o co chodzi!
–  To  jest  właśnie  ten  inny  dowód,  Bernie.  Czy  pamiętasz,  że

kapelusz nie pasował całkiem na mnie?

–  Nie  zauważyłem.  –  Głos  bukmachera  stał  się  ochrypły.  –  Na

miłość boską, o co…

–  Nie  pasował  –  przerwał  mu  Ned  –  bo  nie  był  mój.  Pewnie

wiesz,  że  nie  znaleziono  dotąd  kapelusza,  który  Taylor  miał  na

background image

głowie, kiedy go zamordowano?

– Nie wiem. Nic nie wiem o tej sprawie.
– Widzisz, Bernie, dziś rano przyszedłem do ciebie w kapeluszu

Taylora – kontynuował Ned.

–  Teraz  ten  kapelusz  znajduje  się  w  mieszkaniu,  które

wynająłeś  w  Buckman  Building,  wciśnięty  w  szparę  między
oparciem  a  siedzeniem  fotela.  Jak  sądzisz,  czy  mając  dowody
w  postaci  weksli  i  kapelusza,  sąd  mógłby  cię  skazać  na  krzesło
elektryczne?

Krzyk  przerażenia  nie  rozległ  się  tylko  dlatego,  że  Ned  zatkał

Despainowi usta i warknął mu groźnie do ucha:

– Siedź cicho!
Po  śniadej  twarzy  Berniego  spływały  krople  potu.  Pochylił  się

w stronę Beaumonta, chwycił go za klapy płaszcza i zaczął skomleć:

– Błagam, Ned, nie rób mi tego. Dostaniesz swój szmal, oddam

ci wszystko, nawet z procentem. Nie zamierzałem cię okraść, Ned,
przysięgam  na  Boga!  Po  prostu  spłukałem  się,  potrzebowałem
forsy.  To  była  tylko  pożyczka,  słowo  honoru.  Słuchaj,  nie  mam
teraz  nic  przy  sobie,  ale  za  te  świecidełka  Lee  powinno  mi  dzisiaj
coś  wpaść.  I  wtedy  ci  oddam,  wszystko  co  do  centa.  Ile  ci  jestem
winien, co, Ned? Przysięgam, zapłacę…

Beaumont odepchnął bukmachera.
– Trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt dolców
– powiedział.
– Trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt – powtórzył za nim Despain.

–  Dostaniesz  je  jeszcze  dziś,  wszystko  co  do  centa.  –  Spojrzał  na
zegarek.  –  Już  niedługo,  już  za  chwilę,  wystarczy  tam  tylko
pojechać, stary Stein zwykle wcześniej przychodzi do roboty. Tylko
puść mnie, Ned. Po starej znajomości…

background image

Beaumont potarł z namysłem ręce.
–  To  nie  takie  proste,  Bernie  –  powiedział.  –  Widzisz,  nie  za

bardzo  mogę  cię  puścić.  Bądź  co  bądź,  pracuję  dla  prokuratury,
a  oni  chcą  cię  przesłuchać.  Więc  jedynie  możemy  się  targować
o  kapelusz…  Mam  propozycję:  jeśli  oddasz  mi  forsę,  sam  pójdę  po
kapelusz i nikt się o niczym nie dowie. W przeciwnym razie pójdę
tam w towarzystwie całej brygady nowojorskich gliniarzy i wtedy…
Decyduj, wybór należy do ciebie.

–  O  Boże  –  jęknął  Bernie  Despain.  –  No  dobra,  jedźmy  do

starego Steina. – Podał Nedowi adres.
 

background image

III

Łom czy dynamit?

 1

Kiedy  wysiadł  z  pociągu,  którym  wrócił  z  Nowego  Jorku,  Ned

Beaumont 

był 

odmienionym 

człowiekiem 

– 

dumnie

wyprostowanym,  o  bystrym  spojrzeniu.  Wprawdzie  klatkę
piersiową  miał  lekko  zapadłą,  ale  twarz  znów  pogodną,
uśmiechniętą,  a  krok  żwawy  i  sprężysty.  Wbiegł  szybko  po
betonowych  schodach  łączących  peron  z  dworcem,  minął
poczekalnię i pomachawszy ręką do znajomej w okienku informacji,
wyszedł na ulicę.

Czekając na chodniku, aż bagażowy zjawi się z walizkami, kupił

gazetę.  Podczas  jazdy  taksówką  na  Randall  Avenue  przeczytał
artykuł na pierwszej stronie.

DRUGI  BRAT  ZABITY!  FRANCIS  WEST  GINIE  OD  KUL

W  POBLIŻU  MIEJSCA  ŚMIERCI  BRATA  Wczoraj  po  raz  drugi
w  ciągu  dwóch  tygodni  rodzinę  Westów  zamieszkałą  przy  North
Achland  Avenue  pod  numerem  1342  spotkało  nieszczęście.
Trzydziestojednoletni Francis West zmarł od kul niecałą przecznicę
od  skrzyżowania,  gdzie  dwa  tygodnie  temu  był  świadkiem  śmierci
swojego  brata  Normana,  który  zginął  pod  kołami  samochodu
należącego do bimbrowników.

Tuż po północy Francis West, zatrudniony jako kelner w lokalu

„Rockaway”,  wracał  z  pracy  do  domu.  Świadkowie  zdarzenia

background image

twierdzą,  że  nagle  na  North  Achland  Avenue  wjechał  z  piskiem
opon duży czarny kabriolet. Mijając Westa, zbliżył się do chodnika;
padła  seria  strzałów.  Francis  West  runął  na  ziemię,  przeszyty
ośmioma kulami. Kiedy podbiegli do niego przechodnie, już nie żył.
Wóz natychmiast przyśpieszył, skręcił w Bowman i po chwili znikł
z  pola  widzenia.  Ze  względu  na  sprzeczne  opisy  podane  przez
świadków, policja ma trudności z odnalezieniem pojazdu. Żaden ze
świadków  nie  zdołał,  niestety,  dojrzeć  twarzy  kierowcy  ani
pasażerów.

Boyd West, jedyny z braci pozostały przy życiu, który podobnie

jak  Francis  widział  tragiczną  śmierć  Normana,  nie  potrafi
powiedzieć, dlaczego ktoś chciałby zabić Francisa. Twierdzi, że brat
nie miał wrogów. Parma Marie Shepperd, zamieszkała przy Baker
Avenue pod numerem 1917, którą Francis West zamierzał poślubić
w  przyszłym  tygodniu,  również  nie  potrafi  wskazać  nikogo,  komu
zależałoby na śmierci jej narzeczonego.

Timothy  Ivans,  oskarżony  o  to,  że  dwa  tygodnie  temu

nieumyślnie  potrącił  Normana  Westa  powodując  jego  zgon,
odmówił  rozmowy  z  dziennikarzami.  Ivans  przebywa  obecnie
w więzieniu, czekając na rozprawę sądową. Ned Beaumont powoli
złożył  gazetę  i  schował  ją  do  kieszeni  płaszcza.  Usta  miał
zaciśnięte,  spojrzenie  skupione,  poza  tym  jednak  jego  twarz  nie
zdradzała  żadnych  uczuć.  Oparł  się  wygodnie  i  przez  resztę  drogi
bawił się nie zapalonym cygarem.

Wszedł  do  mieszkania  i  nie  zatrzymując  się,  żeby  zdjąć

wierzchnie  okrycie,  ruszył  prosto  do  telefonu.  Zadzwonił  w  cztery
miejsca;  w  każdym  prosił  do  aparatu  Paula  Madviga,  a  następnie
pytał  rozmówcę,  czy  przypadkiem  nie  orientuje  się,  gdzie  można
Paula zastać. Po czwartym telefonie poddał się.

background image

Odwiesił  słuchawkę,  wziął  ze  stołu  cygaro,  zapalił  je,  po  chwili

jednak  położył  je  na  krawędzi  blatu  i  znów  sięgnął  po  słuchawkę.
Wykręciwszy  numer  ratusza,  poprosił  panienkę  z  centrali
o  połączenie  go  z  gabinetem  prokuratora.  Czekając  na  rozmowę,
przyciągnął sobie nogą krzesło, usiadł i podniósł cygaro do ust.

–  Halo?  Chciałem  mówić  z  panem  Farrem  –  powiedział,  kiedy

na  drugim  końcu  linii  odezwał  się  jakiś  głos.  –  Ned  Beaumont…
Dobrze,  dziękuję.  –  Zaciągnął  się,  po  czym  wolno  wypuścił  dym
z  ust.  –  Halo,  Farr?  Wróciłem  kilka  minut  temu…  Tak.  Czy
moglibyśmy się spotkać…? No właśnie. Rozmawiałeś z Paulem na
temat  zabójstwa  tego  Westa…?  A  nie  wiesz,  gdzie  on  się
podziewa…? Tak, chciałbym w tej sprawie z tobą pogadać… Za pół
godziny? Świetnie.

Kiedy  skończył  rozmowę,  podszedł  do  stolika  przy  drzwiach,

żeby przejrzeć pocztę. Znajdowało się na nim kilka gazet i dziewięć
listów.  Zerknął  pośpiesznie  na  koperty,  po  czym  je  odłożył.
W sypialni zdjął z siebie ubranie i ruszył do łazienki, żeby się ogolić
i wykąpać.

 2

Prokurator  Michael  Joseph  Farr  był  tęgim,  czterdziestoletnim

mężczyzną  o  ryżych  włosach  ostrzyżonych  najeża  i  rumianej,
zadziornej twarzy. Urzędował przy biurku z orzecha włoskiego, na
którym znajdował się tylko telefon oraz duży, oryginalny kałamarz
z  zielonego  onyksu.  Ozdobą  kałamarza  była  mosiężna  figurka
nagiej  tancerki,  która  stała  na  jednej  nodze  między  dwoma
umieszczonymi pionowo czarno-białymi piórami i trzymała w górze
samolot.

background image

Mężczyzna  chwycił  rękę  Neda  w  obie  dłonie  i  uścisnął

serdecznie, po czym posadził gościa na obitym skórą fotelu. Dopiero
wtedy wrócił na swoje miejsce za biurkiem.

–  Jak  podróż?  –  zapytał.  Spoglądał  na  Neda  przyjaźnie  i  z

ciekawością.

–  W  porządku.  Słuchaj,  chodzi  mi  o  zabójstwo  Francisa  Westa.

Czy to wpłynie na sytuację Tima Ivansa?

Farr drgnął, jakby chciał się poderwać na równe nogi, ale w mig

się  opanował  i  po  prostu  udał,  że  szuka  wygodniejszej  pozycji  na
fotelu.

– Właściwie nie – odparł. – No, może trochę, ale nie za bardzo.

Jest przecież trzeci brat, który będzie zeznawał przeciw Ivansowi. –
Wpatrywał się w róg biurka, świadomie unikając wzroku gościa. –
A dlaczego pytasz?

–  Bo  tak  się  zastanawiałem…  Myślisz,  że  wystąpi  w  sądzie

i powie, że widział Tima za kierownicą?

– Jasne. – Wciąż patrząc gdzieś w bok, przez chwilę Farr bujał

się na fotelu, w przód i w tył, w przód i w tył. Jego mięsiste policzki
poruszały się lekko przy każdym ruchu. Wreszcie przełknął głośno
i wstał. Spojrzenie znów miał przyjazne. – Przepraszam cię, muszę
na  moment  wyjść.  Jak  się  podwładnych  nie  pilnuje,  zapominają
o wszystkim. Poczekaj na mnie. Chcę pomówić o Despainie.

– Nie śpiesz się – powiedział cicho Ned, kiedy prokurator był już

w drzwiach.

Przez  kwadrans  siedział  sam  w  gabinecie,  spokojnie  paląc

cygaro.

Farr wrócił z marsem na czole.
–  Przepraszam,  że  to  tyle  trwało  –  rzekł  sadowiąc  się  za

biurkiem  –  ale  mamy  pełne  ręce  roboty.  Jeśli  tak  dalej  pójdzie,  to

background image

sam nie wiem…

– Wykonał bezradny gest.
–  Nie  szkodzi.  Jest  coś  nowego  w  sprawie  zabójstwa  Taylora

Hemy’ego?

–  Nie.  I  dlatego  chciałem  cię  spytać  o  Despaina.  –  Tak  jak

i przedtem, Farr unikał wzroku gościa.

– Właściwie, jak się dobrze zastanowić – powiedział Ned – to nic

na  niego  nie  mamy.  –  Ironiczny  uśmiech,  którego  tamten  nie
zauważył, przemknął po jego ustach.

–  Może.  –  Wpatrując  się  w  róg  biurka,  prokurator  pokiwał

wolno  głową.  –  Ale  fakt,  że  tego  samego  wieczoru  zwiał  z  miasta,
nie świadczy o nim najlepiej.

– Miał powód. – Ned uśmiechnął się blado.
– Całkiem ważny powód.
Farr znów pokiwał głową, jakby gotów był uwierzyć.
– Więc myślisz, że nie zabił Henry’ego? – spytał.
–  Myślę,  że  nie  –  odparł  beztrosko  Ned  –  ale  nigdy  nic  nie

wiadomo.  Jeśli  chcesz  go  na  jakiś  czas  przymknąć,  masz
wystarczająco dużo poszlak.

Prokurator  podniósł  wzrok  i  uśmiechnął  się  niepewnie  do

Beaumonta.

–  Nie  chcę  być  wścibski…  możesz  mi  nic  nie  mówić…  ale  po

kiego licha Paul kazał ci jechać za Despainem do Nowego Jorku?

Przez  chwilę  Ned  siedział  zadumany,  po  czym  wzruszył

ramionami i rzekł:

– Nie kazał. Pozwolił.
Farr  milczał.  Ned  zaciągnął  się  głęboko;  wypuściwszy  dym

z ust, kontynuował:

–  Bernie  orżnął  mnie  na  forsę.  I  dlatego  dał  nogę.  Postawiłem

background image

tysiąc pięćset dolców na Peggy O’Toole i tak się złożyło, że wygrała
gonitwę akurat tego wieczoru, kiedy zabito Taylora.

–  W  porządku,  Ned  –  powiedział  szybko  Farr.  –  To  nie  moja

sprawa,  co  ty  i  Paul  robicie.  Ale…  Ale  nie  jestem  pewien,  czy
Despain  nie  natknął  się  przypadkiem  na  Taylora  i  nie  skorzystał
z okazji, żeby go załatwić. Lepiej będzie, jak go zatrzymam, wiesz,
tak  na  wszelki  wypadek.  –  Jego  szeroka,  wystająca  dolna  warga
rozciągnęła  się  w  przymilnym  uśmiechu.  –  Tylko  broń  Boże,  nie
pomyśl sobie, że się wtrącam w wasze sprawy…

Okrągła,  rumiana  twarz  prokuratora  lśniła  od  potu.  Nagle

pochylił  się  do  przodu,  otworzył  szufladę  i  zanurzył  w  niej  ręce.
Zaszeleściły  kartki.  Po  chwili  wstał  i  obszedł  biurko.  Stanął  nad
gościem, trzymając w dłoni małą, białą kopertę.

–  Masz  –  rzekł  ochryple.  –  Przeczytaj  i  powiedz,  co  o  tym

sądzisz.

Ned  Beaumont  wziął  kopertę,  ale  nie  raczył  na  nią  spojrzeć;

chłodnym, badawczym wzrokiem wpatrywał się w rumiane oblicze,
które  przybierało  coraz  głębszy  odcień  czerwiem.  Wreszcie  Farr
rozłożył tłuste ręce w pokornym, jakby przepraszającym geście.

– Nie przywiązuję do tego listu żadnej wagi – powiedział tonem,

który  również  był  pokorny  i  przepraszający.  –  Ale…  wiesz,  za
każdym  razem  dostajemy  takie  różne  donosy  i…  zresztą,  sam
przeczytaj.

Dopiero  po  dłuższej  chwili  Beaumont  przeniósł  spojrzenie

z Farra na kopertę. Adres wystukany był na maszynie:

Szanowny Pan M. J. Farr Prokurator okręgowy Ratusz Miejski

(do rąk własnych)

Na  stemplu  pocztowym  widniała  sobotnia  data.  W  kopercie

znajdował  się  pojedynczy  arkusz  białego  papieru.  List,  bez

background image

nagłówka  i  podpisu,  składał  się  z  trzech  następujących  zdań:

Dlaczego  po  śmierci  Taylora  Henry’ego  Paul  Madvig  ukradł  jeden
z jego kapeluszy?

Gdzie  się  podział  kapelusz,  który  Taylor  Henry  miał  na  sobie

w chwili morderstwa?

Dlaczego  człowiek,  który  twierdzi,  że  pierwszy  znalazł  ciało

Taylora Henry’ ego, został zatrudniony w prokuraturze?

Ned Beaumont złożył kartkę i wsunął ją z powrotem do koperty.

Rzucił  kopertę  na  biurko,  przygładził  kciukiem  wąsa,  najpierw
z  lewej  strony,  potem  z  prawej,  i  patrząc  spokojnym  wzrokiem  na
Farra, zapytał równie spokojnym tonem:

– I co?
Policzki Farra znów lekko zadrżały.
–  Na  miłość  boską!  –  zawołał.  Czoło  miał  zmarszczone,

spojrzenie  wręcz  błagalne.  –  Chyba  nie  sądzisz,  że  poważnie
traktuję  te  bzdury?  Zawsze  kiedy  coś  się  dzieje,  dostajemy  tony
takich listów. Chciałem ci go tylko pokazać.

– Skoro tak, to w porządku – powiedział Beaumont. Z jego oczu

i  głosu  wciąż  przebijał  ten  sam  spokój.  –  Wspominałeś  o  tym
Paulowi?

– O liście? Nie. Przyszedł w porannej poczcie, a dziś jeszcze nie

widziałem się z Paulem.

Ned  wziął  kopertę  z  biurka  i  schował  do  wewnętrznej  kieszeni

płaszcza. Widać było, że Farr ma ochotę zaprotestować, ale się nie
odważył;  bez  słowa  obserwował  poczynania  gościa.  Ned  sięgnął  do
innej kieszeni po cienkie, cętkowane cygaro.

– Na twoim miejscu – rzekł – nic bym o tym Paulowi nie mówił.

Ma dostatecznie dużo na głowie i…

–  Dobrze,  Ned  –  wtrącił  Farr,  zanim  Beaumont  dokończył

background image

zdanie. – Oczywiście.

Przez jakiś czas obydwaj milczeli, Ned spoglądając z zadumą na

Farra,  Farr  wpatrując  się  w  róg  biurka.  W  końcu  ciszę  przerwał
terkot telefonu. Prokurator chwycił słuchawkę.

– Tak… tak… – Wystająca dolna warga zacisnęła się na górnej,

a rumianą twarz pokryły ciemniejsze plamy. – Co to ma znaczyć, do
cholery?! – ryknął. – Sprowadźcie go natychmiast!

Jeśli  zacznie  kręcić,  damy  mu  popalić!  Tak…  Do  roboty.  –

Cisnął słuchawkę na widełki i wlepił wzrok w Neda.

Beaumont, który właśnie zamierzał przypalić cygaro, zastygł na

moment  w  bezruchu,  z  cygarem  w  lewej  ręce,  z  zapalniczką
w  prawej.  Oczy  mu  błyszczały.  Wysunął  czubek  języka,  po  czym
cofnął  go  i  rozchylił  usta  w  uśmiechu,  który  nie  wyrażał  jednak
wesołości.

– Niedobre wieści? – zapytał cicho.
–  Chodzi  o  Boyda  Westa  –  odparł  ze  złością  prokurator.  –

Trzeciego  brata,  który  też  rozpoznał  Ivansa.  Kiedy  o  nim
wspomniałeś,  pomyślałem  sobie,  że  warto  go  jeszcze  raz  wybadać.
I wiesz co? Nagle drań twierdzi, że nie jest pewien, czy to był Ivans.

Ned pokiwał głową, jakby ta informacja wcale go nie zdziwiła.
– I co teraz? – spytał.
–  Nie  będzie  gówniarz  z  nas  drwił!  Skoro  rozpoznał  w  Ivansie

faceta, który przejechał jego brata, to tak zezna w sądzie! Kazałem
go tu przywieźć. Zmieni śpiewkę, zanim z nim skończę!

– Może tak, może nie…
–  Ręczę  ci,  że  zmieni!  –  Prokuratorskie  biurko  zatrzęsło  się  od

ciosu prokuratorskiej pięści.

Wściekłość  Farra  nie  zrobiła  na  Nedzie  żadnego  wrażenia.

Zapalił cygaro, po czym schował do kieszeni zapalniczkę i wypuścił

background image

z ust kłęby dymu.

–  Masz  oczywiście  rację,  ale  może  się  zdarzyć,  że  popatrzy  na

Tima i oświadczy: „Nie, wysoki sądzie, nie mogę przysiąc, że to on”.
Co wtedy zrobisz? – spytał, uśmiechając się lekko.

Farr znów huknął pięścią w biurko.
–  O,  nie!  Kiedy  ja  z  nim  skończę,  to  wstanie  potulnie,  wskaże

Ivansa i powie: „To on!”

Ned przestał się uśmiechać.
– Nie oszukuj się – rzekł znużonym tonem.
–  Dobrze  wiesz,  że  nic  takiego  nie  powie.  I  nic  na  to  nie

poradzisz.  A  bez  jego  zeznań  całe  oskarżenie  diabli  wezmą.
Znaleźliście  wóz  z  bimbrem,  ale  nie  macie  żadnego  dowodu,  że  to
Tim  Ivans  siedział  za  kierownicą,  kiedy  wóz  wpadł  na  Normana
Westa.  Z  dwóch  naocznych  świadków  jeden,  Francis,  nie  żyje,
a drugi, Boyd, boi się zeznawać. Nie zdołacie Tima skazać.

– Jeśli myślisz – zdenerwował się Farr – że zamierzam leżeć do

góry brzuchem i…

– Wszystko jedno, czy będziesz leżał, stał, czy jeździł na rowerze

–  przerwał  mu  Ned,  machając  ze  zniecierpliwieniem  ręką.  –
Przegrałeś i koniec.

– Czyżby? Jako prokurator okręgowy mogę…
–  Nagle  Farr  urwał.  Chrząknął,  przełknął  ślinę.  Z  jego  oczu

znikł  wojowniczy  wyraz,  pojawiło  się  natomiast  zmieszanie,  a  po
chwili  strach.  Mężczyzna  pochylił  się  nad  biurkiem,  zbyt
przerażony,  aby  starać  się  go  ukryć.  –  Naturalnie  jeśli  ty…  jeśli
Paul… słuchaj, jeżeli istnieje jakikolwiek powód, żebym się tym nie
zajmował… mogę nie wnosić oskarżenia…

Uśmiech,  który  nie  wyrażał  wesołości,  ponownie  zagościł  na

ustach 

Neda. 

Poprzez 

opary 

dymu 

Beaumont 

spojrzał

background image

roziskrzonym  wzrokiem  na  swojego  rozmówcę,  potrząsnął  wolno
głową  i  powiedział  nieprzyjemnym,  choć  ociekającym  słodyczą
głosem: – Nie, Farr, nie istnieje taki powód. Paul obiecał Ivansowi,
że  po  wyborach  wyciągnie  go  z  paki.  Ale  bez  względu  na  to,  co  ty
o  tym  sądzisz,  Paul  nie  zlecał  nikomu  żadnego  zabójstwa.  Zresztą
Ivans nie jest kimś aż tak ważnym, żeby dla ratowania jego skóry
mordować  świadków.  Więc  jak  mówię,  nie  istnieje  taki  powód.
Chciałbym, żebyś miał w tej sprawie jasność.

– Ależ źle mnie zrozumiałeś, Ned! – oburzył się prokurator. – Do

jasnej  cholery,  przecież  wiesz,  że  jestem  i  twoim,  i  Paula
największym poplecznikiem. Tyle razy dawałem temu wyraz! Ja…
ja  naprawdę  nic  złego  nie  miałem  na  myśli!  Chciałem  tylko
powiedzieć, że zawsze możecie na mnie liczyć.

– To dobrze – rzekł bez entuzjazmu Ned, podnosząc się z fotela.
Farr  również  wstał  i  wyciągając  czerwoną  łapę,  wyszedł  zza

biurka.

–  Musisz  już  iść?  –  spytał.  –  Nie  chcesz  zobaczyć,  jak  się  ten

West  zachowa,  kiedy  go  tu  przywiozą?  –  Spojrzał  na  zegarek.  –
Słuchaj, a co robisz wieczorem? Może byśmy się wybrali na kolację?

– Niestety, nie mogę – odparł Ned. – No, czas na mnie.
Pozwolił, żeby Farr serdecznie uściskał na pożegnanie jego dłoń,

mruknął  pod  nosem,  że  dobrze,  na  pewno  wpadnie,  gdy  będzie
w pobliżu, i tak, muszą się koniecznie wybrać kiedyś na kolację, po
czym opuścił gabinet.

 3

Kiedy  Ned  Beaumont  zjawił  się  w  wytwórni  skrzyń,  w  której

Walter  Ivans  pracował  jako  brygadzista,  Walter  stał  akurat  obok

background image

jednego  z  mężczyzn,  którzy  obsługiwali  rząd  maszyn  do  wbijania
gwoździ.  Spostrzegłszy  Neda,  skinął  mu  głową  na  powitanie,  po
czym  ruszył  w  jego  stronę  starając  się  nadać  swoim  niebieskim
oczom i bladej, okrągłej twarzy wyraz radości, jakiej bynajmniej nie
odczuwał.

–  Cześć,  Walt  –  powiedział  Ned  i  odwróciwszy  się  bokiem  do

drzwi, udał, że nie widzi wyciągniętej ręki brygadzisty. – Wyjdźmy
z tego hałasu.

Słowa  Ivansa  zagłuszył  łoskot  wbijanych  w  drewno  gwoździ.

Mężczyźni skierowali się do otwartych drzwi, za którymi znajdował
się  szeroki  drewniany  pomost  oraz  prowadzące  na  ziemię
drewniane schody.

–  Wiesz,  że  wczoraj  wieczorem  sprzątnięto  jednego  z  dwóch

świadków, którzy mieli zeznawać przeciw twojemu bratu? – spytał
Beaumont, kiedy stali na drewnianym pomoście.

– T-tak, cz-cz-czytałem w g-gazecie.
– I wiesz, że ten drugi świadek nagle nie jest pewien, czy potrafi

rozpoznać Tima?

– Nie w-w-wiedziałem o tym, N-ned.
– Jeśli nie rozpozna, Tim zostanie zwolniony.
– N-no tak.
– Myślałem, że ta wiadomość cię bardziej ucieszy.
–  A-a-ależ  ja  się  c-cieszę,  jak  B-boga  kocham!  –  zawołał  Ivans,

wycierając rękawem czoło.

– Znałeś Francisa Westa? Tego zamordowanego?
–  Nie.  W-w-widziałem  go  t-tylko  raz,  kiedy  P-poszedłem  go  p-

prosić, żeby z-z-zlitował się nad Timem.

– I co powiedział? – zapytał Ned.– Ż-żebym się w-w-wypchal.
– Kiedy to było?

background image

Walter  Ivans  przestąpił  nerwowo  z  nogi  na  nogę,  znów  otarł

rękawem czoło.

– D-dwa albo trzy d-dni temu – rzekł.
– Nie wiesz, kto mógł go zabić, Walt? – spytał cicho Ned.
Ivans pokręcił głową.
Przez  chwilę  Ned  Beaumont  patrzył  z  zadumą  gdzieś  ponad

ramieniem  brygadzisty.  Tuż  obok,  zza  drzwi,  dolatywał  stukot
maszyn  do  wbijania  gwoździ,  z  wyższego  piętra  dochodziło  wycie
pił. Ivans wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze.

Wreszcie  Ned  spojrzał  w  niebieskie  oczy  Ivansa,  a  na  jego

twarzy  odmalowało  się  zatroskanie.  Pochylając  się  do  przodu,
zapytał:

–  Dasz  sobie  radę,  Walt?  Bo  niektórzy  będą  myśleć,  że

zastrzeliłeś Westa, żeby ratować Tima. Czy…

–  M-mam  alibi.  C-c-cały  wieczór,  od  ósmej  do  d-drugiej  nad  r-

ranem,  byłem  w  k-klubie  –  wyjąkał  pośpiesznie  Ivans.  –  H-harry
Sloss, Ben F-ferris i B-brager mogą to p-p-potwierdzić.

Ned Beaumont roześmiał się.
–  Masz  szczęście!  –  oznajmił  lekko,  po  czym  odwrócił  się  na

pięcie  i  ruszył  w  dół  po  schodach,  nie  reagując  na  przyjazny,
pożegnalny gest Ivansa.

 4

Cztery  przecznice  dalej  wszedł  do  restauracji,  żeby  skorzystać

z  telefonu.  Zadzwonił  w  te  same  cztery  miejsca  co  wcześniej,
w  każdym  prosząc  do  telefonu  Paula  Madviga  i  w  każdym
zostawiając  wiadomość,  żeby  Madvig  się  z  nim  skontaktował.
Następnie złapał taksówkę i pojechał do domu.

background image

Na  stole  przy  drzwiach,  oprócz  starych  listów,  leżała  porcja

nowych.  Ned  powiesił  na  wieszaku  płaszcz  i  kapelusz,  zapalił
cygaro  i  usiadł  z  pocztą  w  największym  z  obitych  czerwonym
pluszem  foteli.  Czwarta  koperta,  którą  otworzył,  była  łudząco
podobna  do  tej,  jaką  zabrał  ze  sobą  od  Farra.  Znajdujący  się
w  środku  list,  bez  nagłówka  i  podpisu,  składał  się  z  trzech
wystukanych na maszynie zdań: Czy Taylor Henry nie żył, kiedy go
znalazłeś, czy może byłeś przy tym, jak go mordowano?

Dlaczego  zwlekałeś  z  telefonem  na  policję,  dopóki  policja  sama

nie odkryła zwłok?

Czy  myślisz,  że  fabrykując  dowody  przeciwko  niewinnym

zdołasz ochronić winnych?

Przez  chwilę  Ned  siedział  zadumany,  ze  zmrużonymi  oczami

i  nachmurzoną  miną,  zaciągając  się  cygarem,  po  czym  porównał
swój list z listem do Farra. Papier, czcionka i rozmieszczenie trzech
pytań były identyczne, data na stemplu pocztowym również.

Marszcząc  czoło,  schował  oba  listy  do  kopert,  a  koperty  do

kieszeni,  lecz  natychmiast  wyciągnął  je  z  powrotem,  ponownie
przeczytał i ponownie się im przyjrzał. Cygaro paliło się nierówno,
bo  zbyt  raptownie  zaciągał  się  dymem.  Odłożył  je  więc
z  niesmakiem  na  krawędź  stołu  i  nerwowo  potarł  palcem  wąs.
Znów  wsunął  listy  do  kieszeni.  Wcisnął  się  głębiej  w  fotel,  wbił
wzrok  w  sufit  i  zaczął  obgryzać  paznokcie.  Po  paru  sekundach
przejechał  ręką  po  włosach,  rozluźnił  nieco  kołnierzyk  koszuli
i  nagle  się  wyprostował.  Wyjął  koperty,  ale  zaraz,  nawet  nie
rzuciwszy  na  nie  okiem,  znów  je  schował  do  kieszeni.  Przygryzł
dolną  wargę.  Wreszcie,  zniecierpliwiony,  otrząsnął  się  z  zadumy
i sięgnął po resztę korespondencji. Czytał któryś z kolei list, kiedy
zadzwonił telefon.

background image

–  Halo?  A  cześć,  Paul.  Gdzie  jesteś…?  Długo  tam  jeszcze

będziesz…?  Dobrze,  wpadnij  do  mnie  po  drodze…  Tak,  będę
w domu.

Odłożył słuchawkę i wrócił do czytania listów.

 5

Paul  Madvig,  ubrany  w  szary  tweedowy  garnitur,  zjawił  się

w  mieszkaniu  Neda,  kiedy  w  kościele  po  drugiej  stronie  ulicy
dzwony biły na Anioł Pański.

– Jak się masz, Ned? – spytał serdecznie. – Kiedy wróciłeś?
– Około południa – odparł Beaumont, ściskając dłoń postawnego

blondyna.

– I co, wszystko w porządku?
–  Owszem.  Zdobyłem  to,  co  chciałem.  –  Zadowolony  z  siebie,

Ned wyszczerzył zęby w uśmiechu.

–  To  świetnie.  –  Madvig  rzucił  kapelusz  na  krzesło  i  usiadł

w fotelu przy kominku.

Ned również usiadł.
–  Nic  się  nie  wydarzyło  podczas  mojej  nieobecności?  –  zapytał,

biorąc  ze  stolika  do  połowy  opróżnioną  szklankę,  która  stała  obok
srebrnego naczynia do przyrządzania koktajli.

– Wyjaśniła się sprawa kontraktów kanalizacyjnych.
–  Zgodziłeś  się  na  mniejszy  zysk?  –  Ned  pociągnął  łyk  ze

szklanki.

– Na dużo mniejszy. Nie zarobimy tyle, ile powinniśmy, ale nie

chciałem  wprowadzać  zamętu  tuż  przed  wyborami.  Odbijemy  to
sobie  w  przyszłym  roku,  kiedy  rozszerzymy  działalność  na  Salem
i Chestnut.

background image

Ned  skinął  głową.  Patrząc  na  długie,  skrzyżowane  w  kostkach

nogi blondyna, zauważył:

– Do tweedu nie nosi się jedwabnych skarpet.
– Nie? – Madvig wyprostował nogę i przyjrzał się skarpetom. –

Lubię jedwab.

– To zrezygnuj z tweedu. Odbył się już pogrzeb Taylora?
– W piątek.
– Brałeś udział?
–  Tak  –  odparł  Madvig  i  po  chwili  dodał,  jakby  lekko

zażenowany: – Senatorowi na tym zależało.

Ned Beaumont odstawił szklankę na stolik, z kieszeni na piersi

wyciągnął białą chustkę i otarł nią usta.

–  Jak  się  miewa  senator?  –  zapytał.  Zerknął  ukosem  na

blondyna, nie kryjąc rozbawienia.

–  Dobrze.  –  Madvig  wciąż  sprawiał  wrażenie  zażenowanego.  –

Spędziłem z nim prawie całe dzisiejsze popołudnie.

– U niego w domu?
– Tak.
–  Twoje  jasnowłose  cudo  też  tam  było?  Madvig  uniósł  pytająco

brew.

– Janet? Owszem, była.
–  Aha,  więc  jesteśmy  już  po  imieniu?  –  Ned  schował  chustkę;

z jego gardła wydobył się cichy, stłumiony rechot. – Jak tam wasze
sprawy?

Blondyn zdołał się wreszcie opanować.
– Nadal zamierzam się z nią ożenić – odparł z powagą.
– Czy ona wie, że… że masz wobec niej tak szlachetne zamiary?
– Chryste, Ned! – zezłościł się Paul Madvig.
– Długo się będziesz bawił w prokuratora? Beaumont roześmiał

background image

się.  Sięgnął  po  srebrne  naczynie,  potrząsnął  nim  i  napełnił
szklankę.

–  Co  sądzisz  o  zabójstwie  Francisa  Westa?  –  spytał,  kiedy  już

siedział ze szklanką w ręce.

Madvig  zrobił  zdziwioną  minę,  jakby  nie  wiedział,  o  co  chodzi.

Po chwili pokiwał głową.

–  To  ten,  którego  zastrzelono  wczoraj  na  North  Achland,

prawda?

– Zgadza się.
W niebieskich oczach Madviga znów pojawiło się zdziwienie.
– Nie znałem go – powiedział.
–  Miał  zeznawać  przeciwko  bratu  Waltera  Ivansa.  Teraz  drugi

świadek,  Boyd  West,  boi  się  i  woli  trzymać  język  za  zębami,  więc
prokurator musi zwolnić Tima.

– Bardzo dobrze – ucieszył się Madvig, ale ledwo wypowiedział

te  słowa,  spochmurniał.  Podciągnął  nogi  i  pochylając  się  w  fotelu,
spytał:

– Boi się?
– Tak. Ma potwornego pietra.
Blondyn  siedział  skupiony,  poważny,  patrząc  na  Beaumonta

zimnym wzrokiem.

– Ned, do czego zmierzasz?
Beaumont opróżnił szklankę i postawił ją na stole.
–  Kiedy  Walter  usłyszał,  że  do  czasu  wyborów  nie  kiwniesz

palcem,  żeby  pomóc  Timowi,  udał  się  do  Shada  O’Rory.  –  Ned
mówił wolno, monotonnie, jakby recytował tekst z pamięci. – Shad
wysłał  kilku  swoich  goryli,  aby  przekonali  braci  Westów,  że  nie
warto  zeznawać  przeciwko  Timowi.  Jeden  z  nich  nie  dał  się
przekonać, więc go zastrzelili.

background image

Madvig zmarszczył czoło.
–  Bzdura!  –  krzyknął.  –  Co  Shada  obchodzą  kłopoty  Tima

Ivansa?

– Nie wiem, tak sobie tylko zgaduję – powiedział z irytacją Ned

i  znów  sięgnął  po  srebrne  naczynie.  –  Możemy  mówić  o  czym
innym.

– Nie wygłupiaj się, Ned. Wiesz, że ufam twojej intuicji. Gadaj,

co ci przyszło do głowy.

Beaumont odstawił naczynie, nie napełniwszy szklanki.
– No dobra, Paul. Może się mylę, ale… Otóż ogólnie wiadomo, że

Walter Ivans pracuje dla ciebie i jest członkiem twojego klubu, więc
gdyby  cię  prosił,  zrobiłbyś  co  w  twej  mocy,  żeby  wyciągnąć  jego
brata  z  tarapatów.  Teraz  wszyscy  będą  się  zastanawiać,  czy  nie
kazałeś  sprzątnąć  jednego  ze  świadków,  a  drugiemu  napędzić
stracha.  Mówiąc  „wszyscy”,  mam  oczywiście  na  myśli  zwykłych
ludzi,  tak  zwanych  porządnych  obywateli,  oraz  te  różne  kółka
kobiece,  którym  ostatnio  boisz  się  narazić.  Bo  cały  półświatek,
któremu  zwisa  to,  czy  dałeś  rozkaz  zabicia  Westa  czy  nie,  będzie
gadać  o  czymś  zupełnie  innym.  O  tym,  że  nie  chciałeś  kiwnąć
palcem, żeby pomóc jednemu ze swoich chłopaków, więc ten musiał
się zwrócić do Shada. I że Shad mu pomógł. Tylko pomyśl, w jakim
cię  to  stawia  świetle.  A  może  nie  wierzysz,  że  Shad  zaciera  ręce
z uciechy?

–  Cholerny  pętak!  –  warknął  przez  zaciśnięte  zęby  Madvig,

wpatrując  się  w  zielony  liść,  który  przykleił  się  do  dywanu.  –
Wszystkiego się po nim można spodziewać!

Ned wbił wzrok w rozmówcę.
– Jest jeszcze coś, co trzeba rozważyć – kontynuował po chwili. –

Nie  mówię,  że  tak  się  stanie,  ale  Shad  może  ci  wyciąć  znacznie

background image

gorszy numer.

– Jaki?
–  Walter  Ivans  był  wczoraj  w  klubie  do  drugiej  nad  ranem.

Załatwiał  sobie  alibi.  Zawsze  wychodzi  koło  jedenastej;  jedynie
wtedy, gdy jest bankiet, zdarza się mu zostać dłużej. – Ned zniżył
głos.  Jego  piwne  oczy  były  skupione,  poważne.  –  Co  będzie,  jeśli
Shad  spreparuje  jakieś  dowody  rzeczowe,  żeby  wrobić  go
w morderstwo? Wszystkie te panie z kółek kobiecych i ci porządni
obywatele  będą  pewni,  że  alibi  Walta  jest  lipne,  że  starasz  się  go
osłonić.

–  Cholerny  pętak  –  powtórzył  Madvig.  Wstał  z  fotela  i  wsadził

ręce  do  kieszeni.  –  Boże,  żeby  było  już  po  wyborach!  Albo  żeby
odbywały się dopiero za kilka miesięcy!

– Ba!
Klnąc z wściekłości pod nosem, Madvig postąpił kilka kroków do

przodu. Jego potężna klatka piersiowa falowała. Stanął na środku
pokoju, z marsem na czole, i utkwił wzrok w telefonie znajdującym
się  na  stoliku  przy  drzwiach  sypialni.  Nie  patrząc  na  Beaumonta,
zawołał  do  niego  przez  ramię:  –  Wymyśl  coś!  –  Ruszył  w  stronę
telefonu, ale znów stanął. – Już wiem – powiedział odwracając się.
– Przepędzimy Shada z miasta. Drażni mnie ten facet. Załatwimy
go jeszcze dziś.

– W jaki sposób? – spytał Beaumont. Madvig uśmiechnął się.
– Bardzo prosty. Powiem Raineyowi, żeby zrobił nalot na „Psią

budę”, „Rajski ogród” i inne lokale, którymi zawiaduje Shad i jego
kumple.  Powiem  mu,  żeby  zamknął  je  po  kolei,  jeden  po  drugim,
wszystkie dzisiejszego wieczoru.

– Postawisz Raineya w niezręcznej sytuacji – rzekł z wahaniem

Ned. – Nasi gliniarze nie nawykli do egzekwowania kar za łamanie

background image

prohibicji. Wcale im się to nie spodoba.

–  Trudno.  Nawet  jeśli  mi  wyświadczą  tę  drobną  przysługę,

nadal będą moimi dłużnikami.

– Niby tak. – W twarzy Beaumonta wciąż było widać wahanie. –

Ale  żeby  otworzyć  kasę  pancerną,  czasem  wystarczy  zwykły  łom,
więc po co od razu podkładać dynamit?

– Masz inny pomysł?
– Nie, ale może lepiej wstrzymać się kilka dni, dopóki…
Paul Madvig pokręcił głową.
–  Nic  z  tego,  Ned.  Nie  zamierzam  czekać.  Nie  znam  się  na

kasach pancernych, nie umiem ich otwierać, ale umiem walczyć. Po
swojemu,  waląc  bykiem  między  oczy.  Nigdy  nie  nauczyłem  się
boksować zgodnie z przepisami; raz czy dwa razy próbowałem, ale
kiepsko  na  tym  wyszedłem.  Zdecydowanie  wolę  dynamit.
Wysadzimy Shada O’Rory w powietrze!

 6

–  Więc  możesz  się  o  nic  nie  martwić  –  powiedział  chudeusz

w rogowych okularach i zadowolony z siebie usiadł z powrotem na
krześle.

– Mnie to, cholera, nie przekonuje – rzekł siedzący po jego lewej

ręce  kościsty  facet  z  ciemnymi,  krzaczastymi  wąsami  i  mizerną
resztką czupryny na głowie.

– Nie? – Chudeusz popatrzył na niego przez okulary. – U mnie

Paul nie musi zjawiać się osobiście, żeby…

Wąsacz zaklął pod nosem.
–  Hej,  Breen  –  zwrócił  się  do  niego  Madvig.  –  Widziałeś  się

z Parkerem?

background image

–  Tak  –  odparł  wąsacz.  –  Zgadza  się  dać  pięć,  ale  myślę,  że

można wydusić z niego trochę więcej.

–  Trochę?  –  spytał  pogardliwie  chudy  okularnik.  –  Sądzę,  że

sporo więcej!

Wąsacz skrzywił się.
– Tak? – Zerknął ukosem na chudego. – A niby z kogo udało ci

się aż tyle wydusić, co?

Do  dębowych  drzwi  rozległo  się  trzykrotne  pukanie.  Ned

Beaumont  wstał  z  krzesła,  na  którym  siedział  okrakiem,  i  ruszył
w ich stronę. Uchylił je na szerokość dłoni.

W  korytarzu  stał  śniady  mężczyzna  o  niskim  czole,  ubrany

w  granatowy  garnitur,  który  aż  się  prosił  o  żelazko.  Facet  nie
próbował  wejść  do  środka,  usiłował  natomiast  mówić  zniżonym
głosem, ale był tak przejęty, że wszyscy usłyszeli jego słowa.

– Shad O’Rory jest na dole! Chce się widzieć z Paulem!
Beaumont zamknął drzwi i opierając się o nie plecami, spojrzał

na  Madviga.  Spośród  dziesięciu  mężczyzn  znajdujących  się
w gabinecie tylko oni dwaj zachowywali się tak, jakby wiadomość,
którą  przed  chwilą  usłyszeli,  nie  zrobiła  na  nich  wrażenia.  Inni
starali się wprawdzie nic po sobie nie okazywać, ale byli wyraźnie
podnieceni, oddechy mieli przyśpieszone.

– Paul, O’Rory chce się z tobą widzieć. Jest na dole – powiedział

Ned Beaumont udając, iż nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie musi
powtarzać słów śniadego mężczyzny.

Madvig popatrzył na zegarek.
–  Teraz  nie  mogę  –  stwierdził.  –  Ale  jeśli  gotów  jest  zaczekać,

niedługo będę wolny.

Ned skinął głową i otworzył drzwi.
–  Powiedz,  że  na  razie  Paul  jest  zajęty,  ale  potem  może  go

background image

przyjąć – poinformował mężczyznę na korytarzu i zamknął drzwi.

Madvig  wrócił  do  przerwanej  rozmowy;  zapytał  jednego

z  obecnych,  gościa  o  kwadratowej  szczęce  i  żółtej  cerze,  ile  mogą
zdobyć głosów na północ od Chestnut Street. Indagowany odparł, że
jego zdaniem „o niebo więcej” niż zeszłym razem, ale wciąż za mało,
żeby  wygrać.  Kiedy  mówił,  co  rusz  spoglądał  kątem  oka  w  stronę
drzwi.

Beaumont znów usiadł okrakiem na krześle przy oknie i zapalił

cygaro.

Madvig  zadał  kolejne  pytanie:  jaką  sumą  wesprze  kampanię

wyborczą  Hartwick?  Mężczyzna,  do  którego  pytanie  było
skierowane,  powstrzymał  się  od  patrzenia  na  drzwi,  lecz  nie
potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Napięcie  w  gabinecie  rosło  mimo  spokoju  bijącego  z  twarzy

MacMga  i  Beaumonta  oraz  ich  rzeczowej  analizy  ewentualnych
problemów związanych z kampanią wyborczą.

Wreszcie po kwadransie Madvig wstał.
–  No  dobra  –  oświadczył.  –  Czeka  nas  jeszcze  kupa  roboty,  ale

wkrótce powinno być z górki. Jeśli się dobrze przyłożycie, wygramy
bez trudu.

Stanął  w  drzwiach  i  każdemu  z  wychodzących  ściskał  dłoń.

Widać  było,  że  mężczyźni  chcą  jak  najszybciej  znaleźć  się  na
zewnątrz. Beaumont nie ruszył się z miejsca.

– Mam zostać, czy wolisz, żebym się wyniósł? – spytał blondyna,

gdy byli już sami.

–  Zostań.  –  Madvig  podszedł  do  okna  i  popatrzył  w  dół  na

skąpaną w słońcu China Street.

– Czyli co, będziesz walczył po swojemu, bykiem między oczy?
–  Albo  z  kopa  –  odparł  blondyn.  Odwrócił  się  od  okna

background image

i uśmiechnął łobuzersko. – Inaczej nie umiem.

Beaumont  zamierzał  coś  odpowiedzieć,  ale  w  tym  momencie

ktoś nacisnął klamkę i otworzył drzwi.

Do  gabinetu  weszło  dwóch  mężczyzn  trochę  powyżej  średniego

wzrostu.  Pierwszy  odznaczał  się  niezwykle  szczupłą  budową  ciała,
ale  wrażenie  jego  kruchości  było  złudne.  Mimo  białych  jak  śnieg
włosów,  mógł  liczyć  niewiele  ponad  trzydzieści  pięć  lat.  Oczy  miał
żywe, szaroniebieskie, twarz chudą, pociągłą, o regularnych rysach.
Ubrany  był  w  granatowy  garnitur  i  granatowy  płaszcz;  w  dłoni
obciągniętej czarną rękawiczką trzymał czarny melonik.

Jego  ciemnowłosy  towarzysz  wyglądał  jak  typowy  bandzior.

Kabłąkowate nogi, szerokie ramiona, długie, potężne łapy i płaska
twarz  sprawiały,  że  przypominał  goryla.  Nie  zdejmując  z  głowy
szarego  filcowego  kapelusza,  zamknął  drzwi,  po  czym  oparł  się
o nie i wsunął ręce do kieszeni płaszcza.

Tymczasem  siwowłosy  przybysz  postąpił  kilka  kroków  w  głąb

gabinetu,  położył  melonik  na  krześle  i  zaczął  zdejmować
rękawiczki.

–  Jak  się  masz,  Shad?  –  zapytał  przyjaźnie  Madvig,  z  rękami

w kieszeniach spodni.

–  Dobrze,  Paul  –  odparł  śpiewnym  barytonem  Shad  O’Rory.  –

A ty? – Mówił z lekkim irlandzkim akcentem.

–  Znasz  Beaumonta,  prawda?  –  Blondyn  nieznacznym  ruchem

głowy wskazał Neda.

– Tak.
Ned  nie  wstał  z  krzesła  ani  nie  skinął  Shadowi  na  powitanie;

Shad jemu też nie.

– Tak sądziłem – rzekł Madvig.
Shad  O’Rory  zdjął  drugą  rękawiczkę,  po  czym  schował  obie  do

background image

kieszeni płaszcza.

–  Słuchaj,  Paul,  nie  mieszajmy  polityki  z  interesami  –

powiedział.  –  Płaciłem,  płacę  i  jestem  gotów  nadal  płacić,  ale  chcę
mieć coś w zamian.

– To znaczy? – spytał bez większego zainteresowania Madvig.
–  To  znaczy,  że  połowa  gliniarzy  w  tym  mieście  je,  pije

i  popuszcza  pasa  za  szmal,  który  dostają  ode  mnie  i  moich
przyjaciół.

Madvig usiadł przy stole.
– No i? – Jego ton był równie obojętny jak przedtem.
–  No  i  chcę  mieć  to,  za  co  płacę.  A  płacę  za  spokój.  Za  to,  żeby

nie mieć problemów z glinami. Paul Madvig parsknął śmiechem.

–  Masz  do  mnie  pretensje,  że  opłacani  przez  ciebie  gliniarze

zachowują się niepokornie?

– Doolan przyznał mi się wczoraj, że poleciłeś im zamknąć moje

lokale – rzekł O’Rory.

Madvig znów zarechotał.
– Co ty na to, Ned? – zwrócił się do Beaumonta.
Beaumont uśmiechnął się krzywo, ale nie odezwał się słowem.
– Wiesz, co myślę? – Madvig w dalszym ciągu patrzył na Neda.

–  Myślę,  że  kapitan  Doolan  zbytnio  się  przepracowuje.  Myślę,  że
trzeba  go  wysłać  na  długi,  zasłużony  urlop.  Przypomnij  mi  o  tym,
Ned.

–  Płacę  za  ochronę,  Paul,  i  chcę  ją  mieć  –  oświadczył  Shad

O’Rory.  –  Co  innego  interesy,  co  innego  polityka.  Nie  mieszajmy
tych dwóch rzeczy.

– Nic z tego.
Przez 

chwilę 

niebieskie 

oczy 

gościa 

wpatrywały 

się

z  rozmarzeniem  w  jakiś  odległy  punkt.  Mężczyzna  uśmiechnął  się

background image

smutno. Kiedy w końcu przemówił swoim melodyjnym barytonem,
z jego głosu również przebijał smutek.

– Poleje się krew.
– To zależy wyłącznie od ciebie. – Z głosu i spojrzenia Madviga

nie sposób było nic wyczytać.

Siwowłosy mężczyzna skinął głową.
– Poleje się – stwierdził ze smutkiem. – Jestem za silny, żebyś

mógł się mnie ot tak pozbyć.

Madvig  rozparł  się  w  fotelu,  wyciągnął  przed  siebie  nogi,

skrzyżował je w kostkach i powiedział jakby od niechcenia:

–  Może  jesteś  za  silny,  żeby  ulec  mi  bez  stawiania  oporu,  ale

poradzę sobie. – Zasznurował usta, na chwilę się zamyślił, a potem
dodał: – Przegrałeś, mały.

Z  oczu  Shada  O’Rory  znikł  zarówno  smutek,  jak  i  wyraz

rozmarzenia. Mężczyzna włożył czarny melonik, poprawił kołnierz
płaszcza  i  mierząc  w  Madviga  długim,  białym  palcem,  oznajmił:  –
Dziś  wieczorem  zamierzam  ponownie  otworzyć  „Psią  budę”.  Nie
życzę sobie żadnych kawałów. Bo nie pozostanę ci dłużny.

Madvig  rozprostował  nogi  i  sięgnął  po  telefon  na  stole.

Wykręciwszy  numer  policji,  poprosił  do  aparatu  komisarza
Raineya.

– Halo, Rainey…? Doskonale, dziękuję. Jak tam rodzina…? No

to  świetnie…  Doszły  mnie  słuchy,  że  Shad  ponownie  zamierza
otworzyć  „Psią  budę”…  Tak,  dziś  wieczorem.  Załatw  go  tak,  żeby
więcej  nie  podskakiwał…  W  porządku…  Jasne…  Żegnam.  –
Odsunął  od  siebie  telefon  i  popatrzył  na  gościa.  –  Zrozumiałeś
wreszcie? Jesteś skończony, Shad. Nie masz tu więcej czego szukać.

–  Zrozumiałem  –  powiedział  cicho  O’Rory  i  skierował  się  do

drzwi. Otworzył je i znikł na korytarzu.

background image

Bandzior  o  kabłąkowatych  nogach  został  chwilę  dłużej.

Najpierw 

splunął 

na 

dywan, 

potem 

zmierzył 

groźnym,

wyzywającym  wzrokiem  obu  mężczyzn  i  dopiero  wtedy  ruszył  za
swoim szefem.

Ned  Beaumont  wytarł  dłonie  chustką  do  nosa.  Spojrzenie  miał

ponure.  Siedział  bez  słowa,  nie  odzywając  się  do  Madviga,  który
patrzył na niego wyczekująco. Wreszcie Madvig przerwał ciszę.– No
i co sądzisz? – spytał.

– Popełniasz błąd, Paul. Blondyn wstał i podszedł do okna.
– Cholera jasna! – warknął. – Czy musisz mieć zastrzeżenia do

wszystkiego, co robię?

Beaumont podniósł się i postąpił krok w stronę drzwi.
Madvig odwrócił się od okna.
– Gdzie idziesz? – spytał ze złością.
– Zmywam się – odparł Beaumont i wyszedł z gabinetu. Zbiegł

na dół po schodach, odebrał z szatni kapelusz i opuścił teren klubu.
Poszedł  piechotą  na  dworzec,  gdzie  kupił  bilet  z  miejscówką  na
nocny pociąg do Nowego Jorku. Po czym wrócił taksówką do domu.

 7

Akurat  doglądał  pracy  ubranej  na  szaro  grubej,  niezgrabnej

kobiety  oraz  pyzatego  wyrostka,  którzy  pakowali  jego  dobytek  do
skrzyni  i  trzech  skórzanych  walizek,  kiedy  nagle  rozległ  się
dzwonek do drzwi.

Kobieta, mrucząc coś pod nosem, podniosła się z kolan i poszła

otworzyć.

–  Mój  Boże,  pan  Madvig!  –  zawołała.  –  Proszę,  niech  pan

wejdzie.

background image

– Jak się pani miewa, pani Duveen? – spytał Paul, wchodząc do

pokoju.  –  Słowo  daję,  wygląda  pani  coraz  młodziej!  –  Powiódł
spojrzeniem  po  skrzyni,  po  walizkach  i  zatrzymał  wzrok  na
wyrostku.  –  Cześć,  Charley.  Chyba  już  niedługo  zaczniesz  u  mnie
pracować, co?

Chłopiec zarumienił się.
–  Dzień  dobry  panu  –  powiedział  nieśmiało.  Wreszcie  Madvig

wyszczerzył zęby do Neda.

– Wyjeżdżasz? – spytał.
– Owszem. – Beaumont uśmiechnął się uprzejmie.
Blondyn rozejrzał się wkoło, popatrzył na skrzynię i walizki, na

stosy  ubrań  piętrzące  się  na  krzesłach,  na  szuflady  powyciągane
z komody. Kobieta i wyrostek wrócili do pracy. Z jednego ze stosów
Ned wyciągnął dwie wyblakłe koszule i odłożył je na bok.

– Mogę ci zająć pół godziny? – spytał Madvig.
– Pewnie. Mam mnóstwo czasu.
– Wyjdźmy stąd.
Ned włożył płaszcz i kapelusz.
– Niech pani spakuje, co się da – powiedział do kobiety. – Resztę

wyślemy.

Zeszli na dół i ruszyli do najbliższego skrzyżowania.
– Dokąd się wybierasz?
– Do Nowego Jorku. Skręcili w boczną uliczkę.
– Wracasz tam na stałe?
– Nie wiem. – Ned wzruszył ramionami. – W każdym razie stąd

wyjeżdżam na zawsze.

Pchnęli  pomalowane  na  zielono  drewniane  drzwi  na  tyłach

murowanego  budynku  i  wąskim  przejściem  doszli  do  kolejnych
drzwi,  które  prowadziły  do  baru.  Przywitali  się  z  barmanem  oraz

background image

z  trzema  spośród  kilku  mężczyzn  siedzących  ze  szklankami
w dłoni, po czym udali się do małej pustej salki mieszczącej cztery
stoliki. Usiedli.

Barman wsunął głowę przez drzwi i spytał:
– Piwo, jak zwykle?
– Tak – odpowiedział Madvig. – Dlaczego, Ned? – zwrócił się do

Beaumonta, kiedy barman odszedł.

– Bo mi bokiem wyłazi prowincja.
– Nie prowincja, tylko ja, prawda?
Ned  milczał.  Przez  chwilę  Madvig  również  nic  nie  mówił,

wreszcie westchnął głęboko.

– 

Cholera, 

aleś 

sobie 

wybrał 

moment! 

Wyjeżdżasz

w najgorętszym okresie.

Do sali wkroczył barman z dwoma dużymi kuflami jasnego piwa

oraz  talerzem  precli.  Dopiero  gdy  postawił  wszystko  na  stoliku
i wyszedł, zamykając za sobą drzwi, Madvig kontynuował.

–  Ciężko  się  z  tobą  dogadać,  Ned!  Beaumont  wzruszył

ramionami.

– Nie przeczę. – Uniósł kufel i pociągnął łyk.
–  Naprawdę  chcesz  wyjechać?  –  spytał  blondyn,  biorąc  precel

i łamiąc go na mniejsze kawałki.

– Już podjąłem decyzję.
Madvig  otrzepał  z  okruchów  ręce  i  sięgnął  do  kieszeni  po

książeczkę  czekową;  z  innej  kieszeni  wydobył  pióro  wieczne.
Wyrwał  z  książeczki  blankiet,  wypełnił  go.  Chwilę  powachlował
nim w powietrzu, żeby atrament wysechł, a następnie położył czek
przed Nedem.

Beaumont spojrzał na wypisaną sumę i potrząsnął głową.
– Nie potrzebuję pieniędzy – rzekł. – I nic mi nie jesteś winien.

background image

– Ależ jestem. Więcej niż sobie wyobrażasz. Weź to, Ned, proszę

cię.

– No dobrze, dzięki. – Beaumont schował czek do kieszeni.
Madvig  wypił  łyk  piwa,  zjadł  precel,  znów  pociągnął  łyk,  po

czym odstawił kufel i spytał:

– Co się z tobą dzieje, Ned? Co ci dziś odbiło w klubie?
– Uważaj na słowa!
– Rany, przecież nic takiego nie powiedziałem!
Beaumont nie odezwał się. Madvig pociągnął kolejny łyk piwa.
–  Możesz  mi  wyjaśnić,  dlaczego  twoim  zdaniem  źle  postąpiłem

z Shadem O’Rory? – zapytał.

– To nic nie da.
– Kto wie?
– To nic nie da – powtórzył Beaumont. – Ale dobra. – Odchylił

się na krześle, trzymając w jednej ręce kufel, a w drugiej precel. –
Dałeś  Shadowi  jasno  do  zrozumienia,  że  go  zniszczysz.  Facet  nie
ma  innego  wyjścia,  musi  się  bronić.  Wóz  albo  przewóz.  Będzie  się
starał,  żeby  twoi  kandydaci  przerżnęli  wybory,  bo  jak  wygrają,  to
tym  łatwiej  się  z  nim  rozprawisz.  Skoro  posługujesz  się  policją,
żeby  go  wykończyć,  zacznie  walczyć  z  glinami.  Ludzie  odniosą
wrażenie,  że  w  mieście  szaleją  gangi.  Tobie  zależy  na  tym,  żeby
obecne  władze  miejskie  zostały  wybrane  ponownie,  a  przecież
gwałtowny  wzrost  przestępczości  od  razu  zmniejszy  ich  szanse.
Myślisz, że mieszkańcy oddadzą głosy na nieudolnych urzędników,
którzy nie potrafią – a ręczę ci, że nie będą potrafili – zaprowadzić
porządku w mieście? Czy…

Madvig skrzywił się.
– Uważasz, że powinienem był mu odpuścić? – zapytał.
–  Nie.  Ale  powinieneś  był  mu  zostawić  jakąś  furtkę.  Ty

background image

natomiast  przyparłeś  go  do  muru.  Madvig  skrzywił  się  jeszcze
bardziej.

– Nie znam się na twoich metodach walki, Ned – powiedział. –

On zaczął. A ja wiem tylko tyle, że jak się przyprze przeciwnika do
muru,  to  trzeba  mu  zadać  ostateczny  cios.  Zawsze  tak
postępowałem.  –  Lekki  rumieniec  oblał  mu  twarz.  –  Nie  zrozum
mnie  źle,  Ned.  Wcale  nie  uważam  się  za  Napoleona.  Ale  jak  na
kogoś,  kto  zaczynał  jako  chłopak  na  posyłki  u  starego  Packy’ego
Flooda na Piątej, całkiem wysoko zaszedłem.

Beaumont opróżnił kufel i pochylił się do przodu, pozwalając, by

dwie przednie nogi krzesła opadły z powrotem na podłogę.

–  Wiedziałem,  że  ta  rozmowa  nic  nie  da  –  rzekł.  –  Rób,  jak

chcesz. I jak chcesz, stosuj sobie te same metody co Packy Flood.

–  Nie  masz  o  mnie,  jako  o  polityku,  zbyt  dobrego  mniemania,

prawda? – spytał Madvig z mieszaniną pokory i urazy w głosie.

–  Tego  nie  powiedziałem,  Paul.  –  Teraz  z  kolei  Ned  się  lekko

zarumienił.

– Ale do tego się wszystko sprowadza, no nie?
–  Nie.  Sądzę  jednak,  że  tym  razem  dałeś  się  przechytrzyć.

Senator  przekonał  cię,  żebyś  poparł  jego  kandydaturę.  Mogłeś
wykończyć przeciwnika, który już ledwo trzymał się na nogach, ale
ponieważ ten przeciwnik ma córkę, która wpadła ci w oko, pozycję
społeczną i diabli wiedzą co jeszcze, zgodziłeś się…

–  Odczep  się,  Ned  –  mruknął  blondyn.  Twarz  Beaumonta  nie

wyrażała żadnych emocji. Wstał od stołu.

– Czas na mnie – oznajmił i skierował się do drzwi.
Madvig poderwał się z miejsca.
– Poczekaj! – zawołał kładąc rękę na ramieniu Neda.
Beaumont nawet się nie odwrócił. Powiedział tylko:

background image

– Zabierz łapę.
Madvig zacisnął drugą rękę na łokciu Neda i odwrócił go siłą.
– Posłuchaj… – zaczął.
– Puść mnie! – warknął Ned przez blade, zaciśnięte wargi.
Madvig potrząsnął nim.
–  Nie  bądź  idiotą,  Ned!  Ty  i  ja…  Beaumont  walnął  go  lewą

pięścią w twarz. Madvig zwolnił uchwyt, zatoczył się w tył.

Przez  kilka  sekund  stał  z  szeroko  otwartymi  ustami  i  z

niedowierzaniem 

oczach. 

Wreszcie 

zacisnął 

szczęki

i  poczerwieniały  z  gniewu  zwinął  dłonie  w  pięści.  Przygarbił  się,
gotowy do walki.

Beaumont  pochylił  się  nieco  w  bok  i  położył  rękę  na  jednym

z  ciężkich,  szklanych  kufli;  nie  podniósł  go  jednak  ze  stolika.  Stał
przodem  do  blondyna,  czekając,  co  ten  zrobi.  Wargi  mu  zbielały,
a  na  chudej,  posępnej  twarzy  malowało  się  napięcie.  Jego  piwne
oczy wpatrywały się groźnie w niebieskie oczy Madviga.

Trwali  tak  bez  ruchu,  w  odległości  niecałego  metra  od  siebie  –

pochylony  do  przodu  wysoki,  silnie  zbudowany  blondyn
o potężnych, przygarbionych ramionach i ogromnych pięściach oraz
przegięty w stronę stolika wysoki, szczupły szatyn z ręką zaciśniętą
na  uchwycie  ciężkiego  kufla.  Tylko  ich  przyśpieszone  oddechy
zakłócały  ciszę  panującą  w  pomieszczeniu.  Z  sąsiedniej  sali  nie
docierały  żadne  odgłosy  –  ani  brzęk  szkła,  ani  gwar  rozmów,  ani
szmer lecącej z kranu wody.

Po upływie mniej więcej dwóch minut Beaumont cofnął rękę od

kufla  i  odwrócił  się  plecami  do  Madviga.  Wyraz  jego  twarzy  nie
uległ  zmianie,  ale  w  spojrzeniu  miejsce  złości  zajęła  lodowata
obojętność. Ruszył leniwie do drzwi.

–  Ned…  –  Ochrypły  głos  Madviga  wydobywał  się  jakby  z  głębi

background image

trzewi.

Beaumont zbladł. Zatrzymał się, ale nie obejrzał.
– Ty głupi sukinsynu!
Słysząc to, Beaumont powoli się odwrócił.
Madvig  wyciągnął  przed  siebie  rozwartą  dłoń,  dotknął  nią

policzka  Neda  i  pchnął  go  na  tyle  silnie,  że  ten  –  aby  nie  stracić
równowagi – musiał przytrzymać się oparcia krzesła.

–  Powinienem  ci  tak  przyrżnąć…  Beaumont  uśmiechnął  się

zawstydzony  i  usiadł  na  krześle.  Madvig  usiadł  po  drugiej  stronie
stolika i uderzył kuflem w blat.

Barman otworzył drzwi i zajrzał do środka.
– Jeszcze po jednym – powiedział Madvig.
Z  sąsiedniej  sali  doleciały  ich  przez  otwarte  drzwi  odgłosy

rozmów, brzęk szkła i stuk kufli o drewniane blaty.
 

background image

IV

„Psia buda”

 1

Ned Beaumont leżał w łóżku i jadł śniadanie.
– Proszę! – zawołał słysząc pukanie, a po chwili, kiedy drzwi się

zamknęły, spytał: – Kto tam?

–  Gdzie  jesteś,  do  diabła!  –  Odezwał  się  z  salonu  niski,

chrapliwy  głos.  I  zanim  Ned  zdążył  zareagować,  właściciel
chrapliwego głosu pojawił się w sypialni. – Przytulnie tu – rzekł.

Był  to  dobrze  zbudowany  młody  mężczyzna  o  ziemistej  cerze,

kwadratowej  twarzy  i  pełnych,  szerokich  wargach.  Jego  ciemne,
zmrużone  oczy  iskrzyły  się  wesoło,  a  z  kącika  ust  zwisał  mu
papieros.

–  Cześć,  Whisky  –  powiedział  Beaumont.  –  Nie  stój  tak

w drzwiach. Siadaj.

Whisky rozejrzał się po pokoju.
–  Całkiem  nieźle  się  urządziłeś  –  oznajmił.  Wyjął  papierosa

z  ust  i  nie  odwracając  się,  wskazał  nim  za  siebie.  –  Co  znaczą  te
walizki? Wybierasz się gdzieś?

Beaumont  najpierw  dokładnie  przeżuł  jajecznicę,  którą  miał

w ustach, potem ją połknął i dopiero wtedy odparł:– Może.

– Tak? – Whisky podszedł do krzesła naprzeciw łóżka i usiadł. –

A dokąd?

– Chyba do Nowego Jorku.

background image

– Chyba?
– Kupiłem już bilet.
Whisky  strząsnął  popiół  na  podłogę  i  wetknął  z  powrotem

papierosa w lewy kącik ust. Zaciągnął się dymem.

– Na długo? – spytał.
Beaumont podniósł z tacy filiżankę kawy. Spoglądając nad nią,

przez chwilę wpatrywał się z namysłem w gościa.

– Kupiłem bilet w jedną stronę – rzekł. Whisky jeszcze bardziej

zmrużył  ciemne  oczy;  jedno  zamknęło  się  zupełnie,  drugie  zwęziło
w  cienką,  czarną  szparkę.  Znów  wyjął  z  ust  papierosa  i  ponownie
strzepnął popiół na dywan.

– A może wpadłbyś do Shada przed wyjazdem? – zaproponował;

jego chrapliwy głos przybrał przymilny ton.

Beaumont odstawił filiżankę i uśmiechnął się.
–  Nie  jesteśmy  aż  tak  zaprzyjaźnieni,  aby  miał  mi  za  złe,  że

wyjeżdżam bez pożegnania.

– Nie o to chodzi – stwierdził Whisky.
Ned Beaumont zdjął z kolan tacę i odstawił ją na stolik nocny.

Przekręcił  się  na  bok,  oparł  wygodnie  na  łokciu,  po  czym
podciągnął kołdrę pod brodę.

– A o co? – zapytał.
– Ty i Shad moglibyście się dogadać. Ned potrząsnął głową.
– Nie sądzę.
– Nigdy się nie mylisz?
–  Owszem.  Raz  się  pomyliłem.  Z  piętnaście  lat  temu.  Nie

pamiętam, w jakiej sprawie.

Whisky  podniósł  się  z  krzesła  i  podszedł  do  stolika  nocnego,

żeby zgasić papierosa na jednym z talerzy.

– Może byś jednak spróbował, Ned – powiedział stojąc tuż przy

background image

łóżku.

–  Strata  czasu.  –  Beaumont  zmarszczył  czoło.  –  Chyba  nie

znaleźlibyśmy wspólnego języka.

Whisky  cmoknął  głośno  i  wydął  dolną  wargę,  co  nadało  jego

twarzy nieco pogardliwy wyraz.

– Shad jest odmiennego zdania – oznajmił po chwili.
– Czyżby? – Ned Beaumont otworzył szeroko oczy. – Więc to on

cię tu przysłał…

–  No  jasne.  A  co,  myślałeś,  że  sam  z  siebie  przyszedłem  na

pogaduszki?

Beaumont zmrużył oczy.
– Dlaczego? – spytał.
– Dlaczego mnie przysłał? Już mówiłem: uważa, że moglibyście

się dogadać.

– Pytam, dlaczego myśli, że mogłoby mnie to interesować.
Whisky skrzywił się z niesmakiem.
– Jaja sobie ze mnie robisz czy co, Ned?
– Bynajmniej.
–  Kurwa,  przecież  całe  miasto  huczy  o  tym,  jak  wczoraj

w knajpie Pipa Carsona pokłóciłeś się z Paulem.

Ned pokiwał głową.
– Ach, więc o to chodzi – powiedział cicho, jakby sam do siebie.
–  Właśnie  –  potwierdził  chrapliwym  głosem  gość.  –  Tak  się

składa,  że  Shad  wie  dokładnie,  o  co  się  pokłóciliście.  Byłeś  zły  na
Paula,  że  kazał  pozamykać  lokale  Shada.  Masz  u  Shada  fory,
skorzystaj z okazji…

– Bo ja wiem? – Ned zamyślił się. – Ciągnie mnie do wielkiego

miasta…

–  Rusz  głową.  Wielkie  miasto  ci  nie  ucieknie,  jeszcze  zdążysz

background image

wyjechać. A Shad rozdaje forsę na prawo i lewo, żeby tylko pokonać
Madviga. Jak zostaniesz, wpadnie ci kawał szmalu.

– Hmm. Nie szkodzi pogadać – powiedział z namysłem Ned.
– Nareszcie mówisz do rzeczy – ucieszył się Whisky. – Wkładaj

pieluchy i chodźmy.

– No dobra. – Beaumont zwlókł się z łóżka.

 2

Shad O’Rory wstał i skłonił się.
– Miło cię widzieć, Beaumont. Rozbierz się. – Nie wyciągnął ręki

na powitanie.

– Dzień dobry – rzekł Ned zdejmując płaszcz.
–  Zmywam  się,  dobra?  –  powiedział  Whisky,  a  kiedy  O’Rory

skinął głową, wyszedł z pokoju i zamknął drzwi.

Beaumont  przerzucił  płaszcz  przez  oparcie  kanapy,  kapelusz

położył na płaszczu, sam usiadł obok i spojrzał obojętnie na Shada
O’Rory.

Gospodarz  wrócił  na  miejsce,  usiadł  w  głębokim  fotelu  obitym

wzorzystą,  wiśniowo-złotą  tkaniną,  założył  nogę  na  nogę,  złączył
dłonie  i  oparł  je  na  kolanie.  Następnie  pochylił  nisko  głowę
i unosząc brwi, popatrzył niebieskimi oczami na gościa.

–  Jestem  twoim  dłużnikiem  –  oświadczył  miłym,  melodyjnym

barytonem z lekkim irlandzkim akcentem. – Wiem, że próbowałeś
wyperswadować Paulowi…

– Nic mi nie jesteś winien – przerwał mu Ned.
– Nic?
–  Nic.  Pracowałem  wtedy  dla  niego.  Radziłem  mu  to,  co

uważałem za słuszne. Byłem zdania, że źle tę sprawę rozgrywa.

background image

O’Rory uśmiechnął się łagodnie.
–  Wkrótce  i  on  się  o  tym  przekona  –  rzekł.  Zapadło  milczenie.

O’Rory  siedział  wciśnięty  głęboko  w  fotel,  z  uśmiechem  wpatrując
się 

Beaumonta. 

Ned 

kolei 

siedział 

na 

kanapie,

z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy,  i  wpatrywał  się  w  Shada
O’Rory. Wreszcie gospodarz przerwał ciszę.

– Co ci Whisky powiedział?
– Niewiele. Że chcesz się ze mną widzieć.
–  Zgadza  się.  –  O’Rory  rozsunął  złączone  palce  i  klasnął  cicho

w dłonie. – Czy to prawda, że rozstałeś się z Paulem na dobre?

–  Myślałem,  że  wiesz  –  odparł  Ned.  –  I  że  dlatego  po  mnie

posłałeś.

– Słyszałem o waszym rozstaniu, ale czasem ludzie rozpuszczają

głupie plotki. Co teraz zamierzasz?

– Mam w kieszeni bilet do Nowego Jorku, spakowałem manatki.
O’Rory podniósł rękę do głowy i przygładził siwe włosy.
– Mieszkałeś tam, zanim tu przyjechałeś, prawda? – spytał.
– Nie zwierzam się nikomu ze swojej przeszłości.
O’Rory  opuścił  rękę  i  wykonał  nią  taki  gest,  jakby  chciał

zaprotestować.– Chyba nie sądzisz, że robi mi jakąkolwiek różnicę,
skąd kto pochodzi, co?

Ned Beaumont nie zareagował.
–  Interesuje  mnie  wyłącznie  twoja  przyszłość  –  ciągnął

gospodarz.  –  Wyjazd  do  Nowego  Jorku  nie  wydaje  mi  się  w  tym
momencie najlepszym pomysłem. Nie przyszło ci do głowy, że może
opłacałoby ci się zabawić tu trochę dłużej?

–  Nie  –  odparł  Ned.  –  To  znaczy,  dopóki  Whisky  mi  nie

uświadomił…

– No właśnie. I jak?

background image

– Nie wiem. Zależy, co mi zaproponujesz. O’Rory znów zaczął się

gładzić po włosach.

Niebieskie  oczy  wpatrywały  się  w  Beaumonta  przyjaźnie,  ale

i przenikliwie.

– Kiedy się tu przeniosłeś?
– Rok i trzy miesiące temu – powiedział Ned.
– A od jak dawna trzymasz z Paulem?
– Od roku. O’Rory skinął głową.
– Czyli sporo o nim wiesz, prawda?
– Prawda.
– Sporo takich rzeczy, z których mógłbym zrobić użytek…
– Czekam na konkretną propozycję – oświadczył spokojnie Ned.
O’Rory  wydobył  się  z  czeluści  fotela  i  skierował  do  drzwi  na

wprost tych, przez które Whisky wprowadził Beaumonta. Kiedy je
otworzył,  do  środka  wmaszerował  –  zarzucając  na  boki  zadem  –
ogromny angielski buldog. O’Rory usiadł z powrotem na wiśniowo-
złotym fotelu, psisko zaś ułożyło się na dywanie, u stóp właściciela,
i wbiło w niego posępny wzrok.

–  Więc  dobrze  –  oznajmił  gospodarz.  –  Dam  ci  szansę  odegrać

się na Paulu.

– To mnie nie bierze.
– Nie?
–  Nie.  Paul  i  ja  jesteśmy  kwita.  O’Rory  uniósł  ze  zdziwieniem

brwi.

– I nie chciałbyś mu dokopać? – spytał cicho.
–  Tego  nie  powiedziałem.  –  W  głosie  Neda  brzmiała  nuta

irytacji.  –  Ale  mogę  to  zrobić  sam,  bez  twojej  pomocy  czy
błogosławieństwa.

O’Rory pokiwał głową.

background image

–  Chodzi  mi  o  cokolwiek,  co  mogłoby  mu  zaszkodzić  –  rzekł.  –

Dlaczego sprzątnął Taylora Henry’ego?

–  Hola!  Nie  tak  szybko!  –  Beaumont  roześmiał  się.  –  Wciąż

czekam na propozycję. Miły piesek. Ile ma lat?

–  Siedem.  Już  długo  nie  pociągnie.  –  O’Rory  wysunął  nogę

i czubkiem buta zaczął gładzić zwierzę po nosie. Psisko pomerdało
leniwie  ogonem.  –  Dobra,  słuchaj:  po  wyborach  przydzielę  ci
najlepsze  kasyno  w  tym  stanie,  zapewnię  maksymalną  ochronę
i dam zupełnie wolną rękę.

–  To  ma  być  konkretna  oferta?  –  spytał  znudzonym  tonem

Beaumont.  –  A  jeśli  przepadniesz  w  wyborach?  Zresztą  nie  wiem,
czy chcę tu tkwić tak długo.

O’Rory  cofnął  nogę  z  psiej  mordy  i  popatrzył  na  gościa,

uśmiechając się sennie.

– Nie wierzysz, że wygramy, Beaumont? Ned wyszczerzył zęby.
– Sam nie obstawiałbyś zbyt wysoko własnego zwycięstwa.
O’Rory,  wciąż  z  sennym  uśmiechem  na  twarzy,  zadał  kolejne

pytanie:– Jakoś się, cholera, nie palisz do współpracy, co?

– Zgadłeś – odparł beznamiętnie Ned. Wstał, podniósł kapelusz.

– To nie był mój pomysł.

– Wyraz twarzy miał uprzejmy, lecz obojętny.
–  Uprzedzałem  twojego  posłańca,  że  ta  rozmowa  będzie  stratą

czasu. – Sięgnął po płaszcz.

– Poczekaj – poprosił siwowłosy mężczyzna.
–  Pogadajmy  jeszcze  chwilę.  Kto  wie,  może  jednak  do  czegoś

dojdziemy.

Ned  zawahał  się,  po  czym  wzruszył  ramionami,  rzucił  płaszcz

i kapelusz na kanapę i usiadł.

–  Jeśli  się  do  mnie  przyłączysz,  dam  ci  teraz  dziesięć  tysięcy

background image

gotówką  –  oznajmił  O’Rory.  –  I  drugie  tyle  w  dzień  po  wyborach,
jeśli pokonamy Paula. A oferta z kasynem nadal będzie aktualna.

Beaumont  ściągnął  usta  i  przez  chwilę  milczał,  patrząc  ponuro

spod brwi na swego rozmówcę.

–  Chcesz  znać  wszystkie  brudy  na  temat  Paula,  tak?  –  spytał

wreszcie.

–  Chcę,  żebyś  opowiedział  dziennikarzowi  „Observera”

różnych 

ciemnych 

sprawkach 

Madviga, 

szwindlach

z  kanalizacją,  o  tym  jak  i  dlaczego  zabił  Taylora  Henry’ego,  o  tej
historii  z  Shoemakerem  zeszłej  zimy,  o  nieuczciwych  metodach
zarządzania miastem…

–  Z  kanalizacją  nie  było  żadnych  szwindli  –  przerwał  mu  Ned.

Wyglądał  tak,  jakby  myślami  był  gdzieś  daleko.  –  Paul
zrezygnował ze szmalu, żeby uniknąć afery.

– No dobrze. – O’Rory nie zamierzał się kłócić.
–  Ale  w  zabójstwie  Henry’ego  maczał  palce,  prawda?  –  W  jego

głosie brzmiało przekonanie.

–  Tak,  to  moglibyśmy  wykorzystać…  –  Ned  skrzywił  się  i  po

chwili wahania kontynuował.

–  Ale  gdybyśmy  nadali  rozgłos  sprawie  Shoemakera,  sam

znalazłbym się w tarapatach.

– Więc nie będziemy jej tykać – obiecał pośpiesznie O’Rory. – Co

jeszcze mamy?

–  Przedłużenie  koncesji  na  linie  tramwajowe,  machlojki

w  urzędzie  gminnym  w  zeszłym  roku…  ale  wpierw  trzeba  by
poszperać w papierach.

– Zobaczysz, obaj na tym dobrze wyjdziemy
–  rzekł  Shad  O’Rory.  –  Opowiesz  Hickle’owi,  to  ten  facet

z  „Observera”,  o  wszystkich  śmierdzących  sprawkach,  a  on  już

background image

wysmaży  serię  artykułów.  Najlepiej  zacząć  od  zabójstwa
Henry’ego…

–  Może  tak,  może  nie  –  mruknął  Beaumont,  gładząc  kciukiem

wąs.

O’Rory parsknął śmiechem.
–  Uważasz,  że  lepiej  zacząć  od  dziesięciu  tysięcy  dolców?

Słusznie!

Wstał  i  otworzył  drzwi,  którymi  niedawno  wpuścił  psa.  Wszedł

do sąsiedniego pokoju, po czym zamknął drzwi za sobą. Zwierzę nie
ruszyło  się  z  miejsca;  wciąż  leżało  przed  wiśniowo-złotym  fotelem
swojego  pana.  Dopiero  kiedy  Beaumont  zapalił  cygaro,  psisko
odwróciło łeb i popatrzyło na niego.

O’Rory  wrócił  z  grubym  plikiem  zielonych  stu-dolarowych

banknotów  obwiązanych  brązowym  paskiem  papieru,  na  którym

widniała zapisana atramentem suma: $10 000.

– Hinkle już tu jest – oznajmił, uderzając pieniędzmi w otwartą

dłoń. – Powiedziałem mu, żeby za kilka minut przyszedł do nas na
górę.

Ned zmarszczył czoło.
– Potrzebuję trochę czasu, żeby zebrać myśli…
–  Ty  masz  tylko  mówić.  Jego  głowa  w  tym,  żeby  wszystko

trzymało się kupy.

– No dobra – zgodził się Ned i wydmuchał z ust kłęby dymu.
O’Rory podał mu plik banknotów.
– Dziękuję. – Beaumont schował je do wewnętrznej kieszeni. Na

jego  chudej  klatce  piersiowej  powstało  pod  marynarką  spore
wybrzuszenie.

–  Ja  również  –  powiedział  siwowłosy  mężczyzna,  siadając

z powrotem w fotelu.

background image

– Aha, póki pamiętam… – Ned wyjął cygaro z ust. – Lepiej nie

próbuj  wrobić  Walta  Ivansa  w  morderstwo  Westa,  bo  nie  będziesz
miał z tego żadnego pożytku.

O’Rory popatrzył zaintrygowany na gościa.
– Dlaczego? – spytał po chwili.
– Bo Paul nie zamierza dać Waltowi alibi.
– Każe chłopakom zapomnieć, że widzieli go w klubie?
– Tak.
O’Rory cmoknął zdziwiony.
– Jak na to wpadł, że chcę wrobić Ivansa?
– Domyśliliśmy się.
– Nie wy, tylko ty. – Gospodarz uśmiechnął się. – Paul nie jest

aż taki cwany.

Ned spuścił skromnie oczy, po czym spytał:
– A co macie na Ivansa?
–  Wysłaliśmy  głupka  do  Braywood  po  broń,  którą  się  potem

chłopcy 

posłużyli. 

– 

Mężczyzna 

zarechotał. 

Nagle 

jego

niebieskoszare  oczy  stały  się  zimne,  świdrujące.  Po  chwili  jednak
znów  zaiskrzyły  się  wesoło.  –  Teraz  to  już  nieważne,  skoro  Paul
chce  rozróby,  ale…  od  tego  się  wszystko  zaczęło,  prawda?  Wściekł
się o Ivansa?

–  Owszem  –  przyznał  Ned.  –  Choć  prędzej  czy  później  i  tak  by

doszło  między  wami  do  rozprawy.  Paul  uważa,  że  dzięki  niemu
rozwinąłeś  skrzydła  i  że  powinieneś  o  tym  pamiętać,  a  nie  kopać
pod nim dołki. O’Rory uśmiechnął się.

–  Jeszcze  będzie  gorzko  żałował  swojej  wspaniałomyślności  –

rzekł. – Kiedy…

Wtem  drzwi  się  otworzyły  i  w  progu  stanął  młody  mężczyzna

w  luźnym  szarym  garniturze.  Miał  wielki  nos,  odstające  uszy

background image

i długie, dawno nie strzyżone brązowe włosy, a jego posępną twarz
pokrywały głębokie bruzdy, dziwne u kogoś w tym wieku.

–  Wejdź,  Hinkle!  –  zawołał  O’Rory.  –  To  jest  właśnie  pan

Beaumont,  który  ci  wszystko  opowie.  Jak  skończysz,  pokaż  mi
tekst. Myślę, że jutro puścimy pierwszy odcinek.

Hinkle  obnażył  w  uśmiechu  sczerniałe  zęby  i  mruknął  coś

niezrozumiale do Beaumonta.

–  Dobra.  –  Ned  podniósł  się  z  kanapy.  –  Chodźmy  do  mnie

i bierzmy się do pracy.

O’Rory potrząsnął głową.
– Lepiej tu zostańcie.
– Przykro mi – rzekł Ned, wkładając płaszcz. – Ale spodziewam

się kilku ważnych telefonów. Idziemy, panie Hinkle.

Hinkle, przerażony, nie ruszył się z miejsca.
– Nigdzie nie pójdziesz, Beaumont – oznajmił gospodarz. – Nie

możemy  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  cokolwiek  ci  się  stało.  Tu
będziesz bezpieczny.

Beaumont  przesłał  mu  najbardziej  czarujący  uśmiech,  na  jaki

potrafił się zdobyć.

– Jeśli boisz się o forsę… – wsunął rękę do kieszeni i wyjął plik

banknotów – możesz ją zatrzymać, dopóki się nie wywiążę…– O nic
się  nie  boję  –  przerwał  mu  spokojnym  głosem  O’Rory.  –  Ale  jeśli
Paul  się  dowie,  żeśmy  się  skumali,  może  kazać  cię  sprzątnąć.
Wolałbym do tego nie dopuścić.

– Trudno, zaryzykuję.
– Nigdzie nie pójdziesz.
– Pójdę.
Hinkle obrócił się na pięcie i wybiegł do sąsiedniego pokoju.
Ned  Beaumont  ruszył  wolnym,  dostojnym  krokiem  w  stronę

background image

drzwi prowadzących na korytarz.

O’Rory  szepnął  coś  do  psa,  który  leżał  przed  jego  fotelem.

Buldog poderwał się niezgrabnie z podłogi i kręcąc zadem poczłapał
do  wyjścia.  Ustawił  się  przed  drzwiami  na  szeroko  rozstawionych
łapach i wbił posępne ślepia w Beaumonta.

Beaumont  uśmiechnął  się  przez  zaciśnięte  usta  i  odwrócił  do

Shada O’Rory. W ręce miał paczkę zielonych banknotów.

–  Wiesz,  gdzie  możesz  sobie  to  wsadzić?  –  zawołał  i  cisnął

pieniędzmi w gospodarza.

W chwili gdy Ned opuszczał ramię, pies odbił się niezdarnie od

ziemi, skoczył w górę i zacisnął szczęki na nadgarstku mężczyzny.
Ned  zatoczył  się  w  bok,  po  czym  szybko  osunął  się  na  kolano
i  opuścił  nisko  rękę,  żeby  zwierzę  nie  mogło  uwiesić  się  na  niej
całym ciężarem.

Shad  O’Rory  podniósł  się  z  fotela  i  podszedł  do  drzwi,  za

którymi zniknął Hinkle; otworzył je i zawołał:

– Chodźcie no tu!
Zbliżył  się  do  Beaumonta,  który  wciąż  klęczał  na  jednym

kolanie,  nawet  nie  próbując  się  oswobodzić.  Buldog  z  całej  siły
ciągnął  go  za  rękę,  zapierając  się  wszystkimi  czterema  łapami
i niemal szorując brzuchem po podłodze.

Do  pokoju  weszło  trzech  mężczyzn:  Whisky,  podobny  do  goryla

bandzior  o  kabłąkowatych  nogach,  który  towarzyszył  Shadowi
u  Paula,  oraz  krępy  rudzielec,  na  oko  dziewiętnasto  –  albo
dwudziestoletni,  o  naburmuszonej  twarzy  i  różowych  policzkach.
Rudzielec obszedł Beaumonta i ustawił się między nim a drzwiami
na korytarz, Whisky ulokował się między Beaumontem a drzwiami
do drugiego pokoju, natomiast krzywonogi goryl położył prawą rękę
na lewym ramieniu klęczącego.

background image

– Pusia, zostaw! – rozkazał psu O’Rory. Buldog rozwarł szczęki

i kołysząc zadem poczłapał do swojego pana.

Beaumont podniósł się z podłogi. Był blady, twarz miał zroszoną

potem.  Spojrzał  na  podarty  rękaw  płaszcza  i  poszarpany
nadgarstek, z którego ciekła krew. Ręka mu drżała.

– Sam tego chciałeś – stwierdził melodyjnym głosem O’Rory.
Beaumont  przeniósł  oczy  z  nadgarstka  na  siwowłosego

mężczyznę.

– I tak mnie tu nie zatrzymacie – powiedział.

 3

Ned Beaumont uniósł powieki i wydał z siebie jęk.
Rudzielec  o  różowych  policzkach  obejrzał  się  przez  ramię

i warknął:

– Stul pysk, ty dupku!
–  Zostaw  go,  Rusty  –  powiedział  do  towarzysza  krzywonogi

goryl. – Może znów będzie chciał wyjść i znów się z nim zabawimy.
–  Popatrzył  z  uśmiechem  na  swoje  zaczerwienione  kłykcie.  –
Rozdawaj karty.

Ned Beaumont mruknął coś na temat Fedink i zaczął się wolno

podnosić.  Twarz  miał  spuchniętą,  posiniaczoną  i  –  podobnie  jak
rękę  –  umazaną  krwią.  Mankiet  koszuli  przykleił  mu  się  do
rozharatanego przez psa nadgarstka.

Leżał  na  wąskim,  zakrwawionym  materacu.  Pozbawione

pościeli  łóżko  stało  w  małym  pokoju  o  biało-żółtych  ścianach;
znajdował  się  tu  również  stół,  dwa  krzesła,  komoda,  duże  lustro
oraz trzy ryciny w białych ramkach. Uchylone drzwi prowadziły do
wyłożonej  białą  glazurą  łazienki,  drugie  drzwi  były  zamknięte.

background image

W pokoju nie było okien.

Ciemnowłosy  goryl  i  rudy  młokos  siedzieli  przy  stole  i  grali

w  karty.  Przed  nimi  leżało  ze  dwadzieścia  dolarów  w  banknotach
i bilonie.

Ned Beaumont popatrzył na graczy; w jego piwnych oczach tliła

się głęboka nienawiść. Wstanie z łóżka wymagało nie lada wysiłku,
tym bardziej że prawą rękę miał całkiem bezużyteczną. Pomagając
sobie lewą, zsunął z łóżka najpierw jedną nogę, potem drugą, a gdy
już siedział, okazało się, że ledwo może utrzymać równowagę: dwa
razy  upadał  na  bok  i  dwa  razy  z  najwyższym  trudem  dźwigał  się
z powrotem do pozycji siedzącej.

Mężczyźni  grający  w  karty  nie  interesowali  się  nim.  Tylko  raz

gorylowaty typ oderwał wzrok od kart i spytał z rozbawieniem:

– Jak ci idzie, frajerze?
Wreszcie  Nedowi  udało  się  wstać.  Drżąc  na  całym  ciele

i przytrzymując się lewą ręką materaca, doczłapał do końca łóżka.
Wówczas  wyprostował  się  i  nie  spuszczając  oczu  z  zamkniętych
drzwi, ruszył w ich stronę. Zanim dotarł do celu, nogi się pod nim
ugięły  i  zwalił  się  na  kolana,  ale  padając,  rozpaczliwym  gestem
wyrzucił  przed  siebie  lewą  rękę  i  chwycił  za  klamkę.  Po  chwili
podciągnął się z powrotem na nogi. Goryl powoli odłożył karty.

–  No,  nareszcie  –  powiedział,  ukazując  w  uśmiechu  wyjątkowo

piękne,  białe  zęby  (gdyby  nie  uśmiechnął  się  tak  szeroko,  nie
byłoby widać, że są sztuczne), po czym wstał od stołu i podszedł do
Neda,  który  mocował  się  z  klamką.  –  Hej,  Houdini,  po  co  się  tak
męczysz? – spytał i z całej siły walnął go pięścią w twarz.

Beaumont  poleciał  na  ścianę  i  huknął  w  nią  tyłem  głowy,  po

czym powoli osunął się na podłogę.

Rudy  młokos  o  imieniu  Rusty  wciąż  siedział  przy  stole,

background image

z kartami w ręce.

– Chryste, Jeff, bo go ukatrupisz – mruknął obojętnie.
– Jego? – spytał Jeff, kopiąc Beaumonta niezbyt mocno w udo. –

Nie  przesadzaj.  To  twardziel.  Lubi  być  bity.  Prawda,  ptaszku,  że
lubisz  być  bity?  –  Schylił  się  nad  nieprzytomnym  mężczyzną,
chwycił  go  za  klapy  marynarki  i  zaczął  podnosić.  –  Prawda,  że
lubisz być bity? – Dźwignął Neda na kolana, przytrzymał go jedną
ręką, a drugą znów rąbnął w szczękę.

Po drugiej stronie drzwi ktoś energicznie poruszył klamką.
– Kto tam? – zawołał Jeff.
– Ja – rozległ się przyjemny głos Shada O’Rory. Goryl odciągnął

Beaumonta  od  drzwi,  po  czym  zwalił  go  bezceremonialnie  na
podłogę, wyjął z kieszeni klucz i wsunął do zamka.

Do  pokoju  wszedł  O’Rory  z  Whisky.  Siwowłosy  mężczyzna

spojrzał  na  nieprzytomną  postać,  po  chwili  przeniósł  wzrok  na
Rusty’ego i w końcu na Jeffa. Jego niebieskie oczy zachmurzyły się.

– Czy Jeff z nudów tak mu skuł mordę? – spytał rudzielca.
Młokos potrząsnął głową.
–  Z  tego  Beaumonta  to  kawał  sukinsyna,  szefie  –  powiedział

smętnie. – Jak tylko dochodzi do siebie, znów zaczyna rozrabiać.

–  Chcę  go  mieć  żywego,  przynajmniej  na  razie.  –  O’Rory

popatrzył na Neda. – Ocućcie go. Muszę z nim pogadać.

Rusty wstał od stołu.
– Nie wiem, czy się uda – rzekł. – Dość mocno oberwał.
Jeff był większym optymistą.
–  Pewnie,  że  się  uda!  –  zawołał.  –  Zaraz  ci  pokażę.  –  Wsunął

ręce pod pachy Beaumonta. – Rusty, chwyć go za giry!

Przenieśli nieprzytomnego do łazienki i wrzucili do wanny. Jeff

zatkał odpływ, po czym odkręcił kurek, tak by zimna woda leciała

background image

i z kranu, i z prysznicu.

– Tylko patrzeć jak się obudzi – powiedział zadowolony z siebie.
Pięć  minut  później,  kiedy  wywlekli  go  z  wanny,  Ned  znów  był

w  stanie  utrzymać  się  na  nogach.  Zaprowadzili  ociekającego  wodą
mężczyznę z powrotem do pokoju. O’Rory siedział na krześle paląc
papierosa. Whisky gdzieś wybył.

– Dajcie go na łóżko – polecił O’Rory.
Jeff i Rusty ustawili więźnia tyłem do materaca i lekko pchnęli.

Beaumont  zwalił  się  jak  długi.  Dźwignęli  go  do  pozycji  siedzącej
i Jeff walnął Neda dłonią w pokiereszowaną twarz.

– No, misiu, zbudź się z zimowego snu!
– Twoje niedoczekanie – mruknął pod nosem Rusty.
–  Zakład?  –  spytał  wesoło  Jeff  i  wymierzył  Nedowi  kolejny

policzek.

Beaumont  otworzył  mniej  spuchnięte  oko;  drugiego  nawet  nie

próbował otwierać.

– Beaumont… – powiedział O’Rory.
Ned podniósł głowę i rozejrzał się po pokoju; sprawiał wrażenie,

jakby nikogo nie widział.

Shad  O’Rory  wstał  z  krzesła  i  podszedł  do  łóżka.  Pochylił  się

nisko i kiedy jakieś dwadzieścia centymetrów dzieliło jego twarz od
twarzy więźnia, zapytał:

– Beaumont, słyszysz mnie?
W otwartym oku Neda pojawił się błysk nienawiści.
– Beaumont, to ja, Shad O’Rory. Słyszysz mnie?
–  Tak  –  wycharczał  Ned,  z  trudem  poruszając  spuchniętymi

wargami.

– To dobrze. A teraz słuchaj uważnie. Opowiesz mi o wszystkich

brudnych  sprawkach  Madviga.  –  Siwowłosy  mężczyzna  mówił

background image

wolno  i  dobitnie;  jego  piękny  baryton  brzmiał  równie  melodyjnie
jak zawsze. – Może ci się wydaje, że nic mi nie powiesz, ale jesteś
w  błędzie.  Tak  długo  będziemy  cię  maglować,  aż  nam  wszystko
wyśpiewasz. Rozumiesz?

Ned  uśmiechnął  się.  Zważywszy  na  stan  jego  twarzy,  był  to

wyjątkowo nieatrakcyjny uśmiech.– Pocałuj mnie w dupę.

– Chłopaki, zajmijcie się nim – polecił O’Rory i cofnął się o krok.
Rusty  zawahał  się,  ale  goryl  odtrącił  uniesioną  rękę  Neda

i pchnął go na materac.

–  Chcę  coś  wypróbować  –  oznajmił  pozostałym.  Chwycił

zwisające  z  łóżka  nogi  i  rzucił  je  na  materac,  po  czym  pochylił  się
nad leżącym i wziął się do roboty.

Przez  chwilę  Beaumont  próbował  się  szamotać,  potem  jęknął

trzy razy i znieruchomiał.

Jeff  zwolnił  ucisk  i  wyprostował  się.  Usta  miał  otwarte,  dyszał

ciężko.

–  Nic  z  tego.  Znów  zemdlał  –  wysapał  przepraszająco,  ale  i  z

pretensją w głosie.

 4

Kiedy  Ned  Beaumont  odzyskał  przytomność,  w  pokoju  nikogo

poza  nim  nie  było.  U  sufitu  paliło  się  światło.  Z  trudem  nie
mniejszym  niż  poprzednio,  wygramolił  się  z  łóżka  i  doczłapał  do
drzwi. Były zamknięte. Manipulował przy klamce, kiedy nagle ktoś
otworzył je na oścież. Ned zatoczył się i wpadł na ścianę.

Do pokoju wszedł Jeff, bosy i tylko w bieliźnie.
–  Ale  z  ciebie  uparty  osioł!  Jeszcze  ci  się  nie  znudziło

mordobicie?  –  Lewą  rękę  zacisnął  na  gardle  Neda,  prawą  zwinął

background image

w pięść i walnął go dwukrotnie w szczękę, trochę lżej niż uprzednio,
po  czym  pchnął  Beaumonta  z  powrotem  na  materac.  –  Leż,  do
cholery! – warknął.

Beaumont leżał bez ruchu, z zamkniętymi oczami.
Goryl wyszedł i przekręcił w zamku klucz.
Sycząc  z  bólu,  Beaumont  dźwignął  się  z  łóżka  i  krok  po  kroku

dowlókł  się  do  drzwi.  Nacisnął  klamkę.  Potem  cofnął  się,  wziął
niewielki rozbieg i rzucił się na nie, żeby je wyłamać. Nie udało mu
się, ale raz po raz ponawiał próbę, aż wreszcie Jeff otworzył drzwi.

– Ale z nas dobrana para – powiedział. – Ty lubisz obrywać, a ja

lubię cię tłuc.

Schylił się i zamachnął z całej siły.
Beaumont  stał  dokładnie  na  linii  ciosu.  Nie  widział  zbliżającej

się pięści. Trafiony w szczękę, poleciał przez długość pokoju i zwalił
się  nieprzytomny  na  podłogę.  Leżał  tam,  kiedy  dwie  godziny
później do pokoju zajrzał Whisky.

Whisky  przyniósł  z  łazienki  wodę,  ocucił  Neda  i  pomógł  mu

dojść do łóżka.

– Zastanów się, co robisz – rzekł błagalnym tonem. – Przecież te

męty cię zabiją. Nie mają za grosz rozumu.

Ned popatrzył na mężczyznę spuchniętym, przekrwionym okiem

i wybełkotał:

– Niech zabiją.
Spał,  dopóki  nie  zjawił  się  O’Rory  z  Jeffem  i  Rustym.  Ale

ponieważ 

odmówił 

ujawnienia 

czegokolwiek 

Madvigu,

wyciągnięto  go  z  łóżka,  zbito  do  nieprzytomności  i  znów
pozostawiono samego.

Identyczny  przebieg  miała  wizyta  Shada  O’Rory  kilka  godzin

później. Ani razu nie dano Nedowi nic do jedzenia.

background image

Kiedy po ostatnim biciu odzyskał przytomność i doczołgał się na

czworakach  do  łazienki,  ujrzał  leżącą  na  posadzce,  tuż  za
podstawką  umywalki,  żyletkę  pokrytą  wielomiesięczną  rdzą.
Zanim  zdołał  wydobyć  ją  zza  podstawki,  minęło  dobre  dziesięć
minut,  a  potem  kolejne  dziesięć,  zanim  sztywnymi  palcami
pozbawionymi  czucia  podniósł  ją  z  podłogi.  Usiłował  podciąć  sobie
gardło,  ale  żyletka  wciąż  wypadała  mu  z  rąk;  jedyne,  co  mu  się
udało, to trzy razy drasnąć brodę. Zwinął się na chłodnej posadzce
szlochając jak dziecko. Wkrótce zasnął.

Obudził  się  trochę  silniejszy.  Wstał,  wsunął  głowę  pod  kran,

wypił  cztery  szklanki  wody,  natychmiast  zwymiotował  i  zaczął  się
trząść  z  zimna.  Przeszedł  do  pokoju  i  rzucił  się  na  zakrwawiony
materac, ale po chwili zerwał się i chwiejnym krokiem, co rusz się
potykając,  dowlókł  się  do  łazienki..  Osunął  się  na  kolana  i  zaczął
obmacywać  podłogę,  szukając  zardzewiałej  żyletki.  Wreszcie  ją
znalazł  i  schował  do  kieszonki  kamizelki.  Przy  okazji  natrafił
palcami na zapalniczkę. Kiedy jej się przyglądał, w jego zdrowym,
nie zapuchniętym oku pojawił się dziwny błysk. Błysk szaleństwa.

Drżąc  tak,  że  dzwoniły  mu  zęby,  Ned  podniósł  się  z  podłogi

i wrócił do pokoju. Na widok gazety leżącej pod stołem, przy którym
krzywonogi  goryl  grał  w  karty  z  młodym  rudzielcem,  wybuchnął
gromkim śmiechem. Chwycił ją, podarł, pogniótł i cisnął pod drzwi,
po czym rozpruł żyletką materac i zaczął wyciągać ze środka garści
szarej bawełny i rzucać na gazety. Już nie drżał, nie słaniał się na
nogach, obiema rękami pracowicie wybebeszał materac, a kiedy się
zmęczył, ściągnął go z łóżka i zataszczył pod drzwi.

Zarechotał  pod  nosem  i  potarł  zapalniczkę;  przy  trzeciej  próbie

błysnął płomień. Mężczyzna przysunął ogień do gazet i kucnął przy
stosie.  Po  pewnym  czasie  kłęby  dymu  zmusiły  go  do  wstania.

background image

Krztusząc  się,  niechętnie  cofnął  się  w  głąb  pokoju.  Nieco  później
udał się do łazienki, zmoczył wodą ręcznik i okręcił go sobie wkoło
głowy,  zasłaniając  oczy,  nos,  usta.  Wrócił  po  omacku  do
zadymionego pokoju, potknął się o ramę łóżka i usiadł na podłodze.

Właśnie tam, na podłodze przy łóżku, zastał go Jeff.
Napierając  barkiem  na  drzwi,  goryl  przesunął  na  bok  płonący

stos,  a  potem  ze  szmatą  przy  twarzy,  pokasłując  i  miotając
przekleństwa,  zaczął  odpychać  nogą  zajęte  ogniem  kłęby  bawełny,
żeby  utorować  sobie  drogę  do  Beaumonta.  Wreszcie  chwycił  go  za
kołnierz i wywlókł na zewnątrz.

Kopniakiem zmusił więźnia do wstania i wciąż trzymając go za

kołnierz, pociągnął za sobą na koniec korytarza. Tam wepchnął go
do  jakiegoś  pokoju,  poczęstował  kolejnym  kopniakiem  i  ryknął:  –
Ty głupi sukinsynu! Jak wrócę, powyrywam ci nogi z dupy!

Cofnął  się  na  korytarz,  zatrzasnął  drzwi  i  przekręcił  klucz

w  zamku.  Beaumont  poleciał  na  środek  pokoju  i  zwaliłby  się  jak
długi,  gdyby  w  ostatniej  chwili  nie  uczepił  się  krawędzi  stołu.
Dźwignął  się  do  pozycji  niemal  pionowej  i  rozejrzał  po  wnętrzu.
Ręcznik,  który  spadł  mu  z  głowy  na  ramiona,  przypominał  teraz
szalik.  W  pokoju  były  dwa  okna.  Ned  podszedł  do  bliższego
i  otworzył  je.  Na  zewnątrz  panowały  ciemności.  Przełożył  jedną
nogę przez parapet, potem drugą, obrócił się na brzuch i zaczął się
powoli  zsuwać.  Przez  chwilę  szukał  stopami  jakiegoś  oparcia,
a kiedy go nie znalazł, puścił ramę okienną i runął w dół.
 

background image

V

Szpital

 1

Pielęgniarka zmieniała Beaumontowi opatrunek na twarzy.
– Gdzie jestem? – zapytał.
–  W  Szpitalu  Świętego  Łukasza  –  odparła  cicho,  lekko

zdyszanym  głosem.  Była  drobną  osóbką  o  wielkich,  lśniących
piwnych oczach i pachniała mimozą.

– Jaki dziś dzień?
– Poniedziałek.
–  A  miesiąc?  Rok?  Zresztą  mniejsza  z  tym  –  dodał  szybko,

widząc, jak dziewczyna marszczy ze zdziwieniem brwi. – Długo tu
leżę?

– Trzeci dzień.
– Gdzie jest telefon? – Usiłował się podnieść.
–  Proszę  nie  wstawać.  Nie  wolno  się  panu  podniecać.  A  z

telefonu pacjenci nie mogą korzystać.

–  To  niech  siostra  zadzwoni  za  mnie  pod  numer  6116  i  powie

panu Madvigowi, że chcę się z nim natychmiast zobaczyć.

–  Pan  Madvig  wpada  tu  codziennie  po  południu  –  rzekła

pielęgniarka – ale wątpię, żeby doktor Tait pozwolił się panu z nim
widzieć. Musi pan odpocząć, nie wolno panu za dużo mówić. Teraz
też powinien pan milczeć.

– Jest rano czy popołudnie?

background image

– Rano.
–  Nie  mogę  tak  długo  czekać.  Proszę  zadzwonić  do  pana

Madviga.

– Doktor Tait wkrótce do pana zajrzy.
–  Nie  chcę  żadnego  doktora  Tarta!  –  zdenerwował  się  Ned.  –

Chcę się widzieć z Paulem Madvigiem!

–  Niech  się  pan  nie  zachowuje  jak  dziecko.  Proszę  leżeć

spokojnie, pan doktor niedługo się zjawi.

Ned Beaumont skrzywił się.
– Co z siostry za pielęgniarka? – spytał. – Nie uczono siostry, że

nie należy kłócić się z pacjentami?

Dziewczyna zignorowała zaczepkę.
– A poza tym sprawia mi siostra ból.
– Jak pan przestanie się wiercić, nie będzie bolało.
Przez chwilę Ned milczał.
–  A  w  ogóle  skąd  się  tu  wziąłem?  –  spytał.  –  Co  mi  się  stało?

A może i tego siostrze nie powiedziano?

–  Pewnie  wdał  się  pan  w  pijacką  bójkę  –  rzekła.  Nie  potrafiła

jednak utrzymać powagi i roześmiała się. – Naprawdę nie powinien
pan  tyle  mówić.  I  dopóki  lekarz  nie  zezwoli,  nie  może  pana  nikt
odwiedzać.

 2

Paul Madvig przybył wczesnym popołudniem.
– Boże, ale się cieszę, że żyjesz! – Obiema dłońmi uścisnął lewą,

nie obandażowaną rękę przyjaciela.

–  E  tam,  nic  mi  nie  jest  –  powiedział  Beaumont.  –  A  teraz

słuchaj uważnie: każ zawieźć Walta Ivansa do Braywood, pokaż go

background image

sprzedawcom w sklepie z bronią. Jak go rozpoznają…

– Już mi to mówiłeś – przerwał mu Madvig.
– I już to zrobiliśmy.
– Kiedy ci mówiłem? – zdziwił się Ned.
–  Tego  ranka,  kiedy  cię  znaleziono  i  przywieziono  karetką  do

szpitala.  Nie  pozwoliłeś  się  lekarzom  dotknąć,  dopóki  mnie  nie
wezwą.  Więc  przyjechałem,  powiedziałeś  mi  o  Ivansie,  po  czym
natychmiast zemdlałeś.

– Nic nie pamiętam. I co, powiodło się?
– Z Ivansem poradziliśmy sobie bez trudu. Kiedy rozpoznano go

w Braywood, od razu wszystko wyśpiewał. Jest nakaz aresztowania
Jeffa  Gardnera  i  dwóch  innych  facetów,  ale  wątpię,  by  zdołano
dowieść,  że  działali  na  polecenie  Shada  O’Rory.  Ivans  załatwiał
wszystko z Gardnerem. Każdy głupiec wie, że Gardner palcem nie
kiwnie bez rozkazu Shada, ale sądu nie przekonamy.

– Gardner to ten gość o wyglądzie goryla?
– upewnił się Ned. – Czy glinom udało się go przyskrzynić?
– Nie. Zamelinował się gdzieś z Shadem, pewnie po tym, jak im

zwiałeś. Bo to oni tak cię urządzili, co?

–  Tak.  Na  piętrze  „Psiej  budy”.  Chciałem  zastawić  na  Shada

pułapkę,  ale  mnie  przechytrzył.  –  Beaumont  zamyślił  się.  –
Pamiętam, że poszedłem tam z Whisky Vassosem, że pogryzł mnie
pies  i  że  Jeff  z  takim  młodym  rudzielcem  tłukli  mnie  ile  wlazło.
Aha, pamiętam jeszcze jakiś pożar, a potem film mi się urwał. Skąd
się tu wziąłem? Kto mnie znalazł?

–  Gliniarz.  Szedłeś  na  czworakach,  o  trzeciej  nad  ranem,

środkiem Colman Street brocząc krwią.

– Czasem miewam zabawne pomysły, no nie?

background image

 3

Drobna pielęgniarka o wielkich oczach uchyliła ostrożnie drzwi

i wsunęła głowę do pokoju.

–  W  ciuciubabkę  się  siostra  bawi?  –  spytał  znużonym  tonem

Ned  Beaumont.  –  Nie  sądzi  siostra,  że  to  dobre  dla
przedszkolaków?

Dziewczyna pchnęła szerzej drzwi i stanęła w progu, z ręką na

framudze.

–  Nic  dziwnego,  że  pana  pobito  –  powiedziała  swoim

zadyszanym  głosikiem.  –  Chciałam  sprawdzić,  czy  pan  nie  śpi,  bo
przyszedł pan Madvig z… – oczy zalśniły jej z przejęcia – …z jedną
panią.

Ned popatrzył na nią rozbawiony.
– Z jaką jedną panią? – spytał ironicznie.
–  Z  Janet  Henry  –  odparła  pielęgniarka,  jakby  zdradzała  mu

wyjątkowo radosną nowinę.

Ned odwrócił się na bok, plecami do dziewczyny, i zamknął oczy.

Kąciki ust mu drgały, ale opanował wesołość.

– Niech im siostra powie, że śpię.– Nie mogę. Nawet jeśli pana

nie  słyszą,  domyśla  się,  że  kłamię,  skoro  od  razu  od  pana  nie
wyszłam.

Mężczyzna jęknął teatralnie, po czym oparł się na łokciu.
– No dobrze – mruknął pod nosem. – Jak ją dziś odeślę, to wróci

jutro. Lepiej mieć to z głowy.

Pielęgniarka rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.
–  Słusznie,  bo  już  ledwo  sobie  radzimy  –  rzekła  drwiąco.  –

Musieliśmy sprowadzić policjantów, żeby nie wpuszczali do szpitala
tłumów pańskich wielbicielek.

background image

–  Łatwo  siostrze  mówić.  Siostra  zna  te  senatorskie  córki  tylko

z  kronik  towarzyskich,  a  ja  nie  mogę  się  od  nich  opędzić.
Gdziekolwiek  się  ruszę,  zaraz  mnie  dopadają.  Żeby  chociaż  dla
odmiany  trafiła  się  córka  jakiegoś  kongresmana  albo  ministra  czy
radnego, ale gdzie tam! Myśli siostra, że senatorowie są bardziej…
hm… płodni niż…

– Wcale nie jest pan zabawny – przerwała mu. – Ma pan jedynie

śmieszne kukuryku na głowie. Idę po pańskich gości.

Beaumont  wziął  głęboki  oddech.  Oczy  mu  błyszczały.  Zwilżył

usta i zadowolony z siebie uśmiechnął się szeroko, ale kiedy Janet
Henry ukazała się w drzwiach, jego twarz przybrała uprzejmy, lecz
obojętny wyraz.

– Panie Beaumont, nawet pan nie wie, jak się cieszę, że wraca

pan  do  zdrowia  –  oznajmiła  senatorska  córka.  Podeszła  do  łóżka,
wzięła Neda za rękę i obdarzyła go promiennym uśmiechem. Przy
płowych włosach i jasnej cerze jej oczy, które wcale nie były ciemne,
wydawały  się  niemal  piwne.  –  Jeśli  przeszkadza  panu  moja
obecność, proszę nie winić Paula. Zmusiłam go, żeby zabrał mnie ze
sobą.

Ned odwzajemnił jej uśmiech.
– Miło mi, że pani przyszła. Naprawdę.
Paul Madvig stanął po drugiej stronie łóżka i patrzył z sympatią

to na kobietę, to na pacjenta.

–  Wiedziałem,  że  wizyta  Janet  sprawi  ci  przyjemność  –

powiedział do Neda. – Mówiłem jej, że się ucieszysz. Jak się dzisiaj
czujesz?

– Świetnie. Przysuńcie sobie krzesła.
–  Nie,  wpadliśmy  tylko  na  sekundę.  Jestem  umówiony

w „Grandcourt” z McLaughlinem.

background image

–  A  ja  nie.  –  Janet  Henry  znów  posłała  Nedowi  uśmiech.  –

Mogłabym chwilkę dłużej zostać, gdyby…

– Było mi niezmiernie miło – zapewnił ją Beaumont.
–  Koniecznie  zostań,  Janet  –  rzekł  Paul  Madvig,  spoglądając

uszczęśliwiony  to  na  nią,  to  na  Neda.  Obszedł  łóżko  i  podsunął
kobiecie  krzesło.  Kiedy  usiadła,  zarzuciwszy  na  oparcie  czarny
płaszcz,  Madvig  zerknął  na  zegarek.  –  Niestety,  muszę  już  iść.  –
Uścisnął dłoń Neda. – Niczego nie potrzebujesz?

– Nie, dzięki, Paul.
– No, zachowuj się. – Odwrócił się w stronę Janet Henry i nagle

sobie 

coś 

przypomniał. 

– 

Słuchaj, 

Ned, 

co 

powiedzieć

McLaughlinowi?

Beaumont wzruszył ramionami.
–  Co  chcesz,  bylebyś  używał  długich,  zawiłych  zdań.  Krótkie,

proste  polecenia  go  przerażają.  Natomiast  na  wszystko  się  zgodzi,
nawet  popełnić  morderstwo,  jeśli  przedstawi  mu  się  sprawę
w  odpowiedni,  czyli  bardzo  okrężny  sposób.  Na  przykład:  „Dajmy
na to, że przy takiej to a takiej ulicy mieszka człowiek o nazwisku
Smith  i  dajmy  na  to,  że  ten  Smith  zachorowałby  albo  zaniemógł,
i już by nie wyzdrowiał i dajmy na to, że któregoś dnia pan by mnie
odwiedził, a ja bym dostał zalakowaną przesyłkę zaadresowaną na
pana,  to  skąd  bym  wiedział,  że  w  środku  znajduje  się  pięćset
dolarów?”

Madvig skinął ze zrozumieniem głową.
–  Nie  chcę  żadnych  morderstw  –  powiedział  –  ale  głosy

kolejarzy by mi się przydały. – Na moment zmarszczył czoło. – Ty
też byś mi się przydał, Ned.

–  Za  dzień  czy  dwa  będę  na  chodzie.  Czytałeś  dzisiejszego

„Observera”?

background image

– Nie.
Ned rozejrzał się po pokoju.
– Chyba ktoś mi podwędził gazetę, W każdym razie w ramkach,

na  środku  pierwszej  strony,  jest  artykuł  wstępny  pod  tytułem  „Co
na  to  władze  miejskie?”  Zawiera  długą  listę  zbrodni  popełnionych
w  czasie  ostatnich  sześciu  tygodni,  co  ma  wskazywać  na  nagły
wzrost  przestępczości,  oraz  bardzo  krótką  listę  schwytanych
przestępców, co ma świadczyć o nieudolności policji. Sporo jest też
o zabójstwie Taylora Henry’ego.

Kiedy  padło  nazwisko  jej  brata,  Janet  Henry  wzdrygnęła  się

i wciągnęła gwałtownie powietrze. Madvig spojrzał na nią, a potem
szybko  na  Neda  i  pokręcił  ostrzegawczo  głową.  Ten  jednak  mówił
dalej, nie zważając na reakcję gości.

– Omawiając zabójstwo Henry’ego, dziennikarz nie zostawił na

policji suchej nitki. Napisał, że policja specjalnie przez tydzień nie
aresztowała  mordercy,  żeby  pewien  hazardzista  z  powiązaniami
w  sferach  politycznych  miał  czas  załatwić  porachunki  z  innym
hazardzista.  Chodzi  oczywiście  o  mnie  i  o  to,  że  pojechałem  za
Despainem do Nowego Jorku, aby odebrać swoją forsę. Ciekawe, co
pomyśli  senator,  kiedy  przeczyta,  że  jego  nowi  sprzymierzeńcy
polityczni wykorzystują do własnych celów śmierć jego syna?

Madvig  spurpurowiał,  po  czym  podciągnął  nerwowo  rękaw

i spojrzał na zegarek.

– Kupię po drodze gazetę – oznajmił pośpiesznie. – A teraz już

naprawdę muszę…

– Ten sam dziennikarz – ciągnął najspokojniej w świecie Ned –

oskarża  policję  o  to,  że  całymi  latami  zapewniała  ochronę  różnym
lokalom serwującym alkohol, a teraz nagle zaczęła robić naloty na
knajpy,  których  właściciele  nie  chcą  przekazać  odpowiednich

background image

datków na kampanię wyborczą określonych osób. To dotyczy twojej
awantury z Shadem O’Rory. Gazeta obiecuje zamieścić listę lokali,
które  nadal  normalnie  funkcjonują,  bo  ich  właściciele  zapłacili
haracz.

–  Hm  –  mruknął  pod  nosem  Madvig,  wyraźnie  speszony,  po

czym odwrócił się do Janet Henry. – Życzę ci miłej wizyty – rzekł. –
Cześć, Ned – zawołał i szybko opuścił pokój.

Janet Henry pochyliła się w stronę łóżka.
– Dlaczego mnie pan nie lubi? – zapytała.
– Chyba się pani coś pomyliło.
– Na pewno nie. – Potrząsnęła głową.
– To, że jestem źle wychowany, nie znaczy, że pani nie lubię. Po

prostu  mam  okropne  maniery.–  Nie  lubi  mnie  pan.  –  Nie
odwzajemniła jego uśmiechu. – A chciałabym, żeby polubił.

– Dlaczego?
– Bo jest pan najlepszym przyjacielem Paula.
– Paul ma wielu przyjaciół. – Popatrzył na nią spod oka. – Bądź

co bądź to polityk.

Kobieta machnęła ze zniecierpliwieniem ręką.
–  Jest  pan  jego  najlepszym  przyjacielem  –  powtórzyła,  a  po

chwili dodała: – Paul tak uważa.

– Pani też? – spytał żartem.
–  Tak.  W  przeciwnym  razie  nie  leżałby  pan  w  szpitalu.  Aż  tak

by się pan dla niego nie poświęcał.

Nedowi drgnęły kąciki ust, ale milczał.
–  Proszę,  niech  pan  spróbuje  mnie  polubić  –  rzekła  Janet

Henry, kiedy zrozumiała, że Ned nie zamierza nic powiedzieć.

– Ale ja chyba naprawdę…
–  Nie.  –  Znów  potrząsnęła  głową.  Beaumont  popatrzył  na

background image

kobietę  speszonym  wzrokiem,  po  czym  obdarzył  ją  czarującym,
młodzieńczym uśmiechem.

–  Wiem,  dlaczego  pani  tak  sądzi,  panno  Henry  –  zaczął

nieśmiało.  –  Widzi  pani…  byłem  na  samym  dnie,  kiedy  mniej
więcej rok temu poznałem Paula… on mnie wyciągnął z rynsztoku
i…  czuję  się  niezręcznie,  trochę  nie  na  miejscu  w  towarzystwie
takich  osób  jak  pani,  które  należą  do  innego  świata,  do  śmietanki
towarzyskiej… no a pani ten mój brak ogłady, to moje zakłopotanie
odczytuje jako wrogość, a gdzież ja bym śmiał…

Janet Henry wstała.
–  Pan  sobie  ze  mnie  żartuje  –  powiedziała,  ale  bez  pretensji

w głosie.

Kiedy  wyszła  z  pokoju,  Beaumont  wyciągnął  się  na  wznak

i  utkwił  wzrok  w  suficie.  Leżał  tak,  dopóki  nie  zjawiła  się
pielęgniarka.

– Co pan jej zrobił? – spytała.
Ned Beaumont uniósł głowę i popatrzył ponuro na pielęgniarkę.

Nie odezwał się.

–  Ta  biedna  dziewczyna  wyglądała  tak,  jakby  za  chwilę  miała

się rozpłakać.

–  Widocznie  wychodzę  z  wprawy.  –  Opuścił  głowę  z  powrotem

na poduszkę. – Większość senatorskich córek beczy od razu.

 4

W  drzwiach  stanął  szczupły  młody  mężczyzna  średniego

wzrostu, o śniadej, dość przystojnej twarzy.

– Cześć, Jack – powiedział Ned, siadając na posłaniu.
–  Bałem  się,  że  będzie  z  tobą  gorzej.  –  Rumsen  podszedł  do

background image

łóżka.

–  Nie,  nie  jest  tak  źle.  Przysuń  krzesło.  Jack  Rumsen  usiadł,

wyjął paczkę papierosów.

–  Mam  dla  ciebie  robotę  –  oznajmił  Ned.  Wsunął  rękę  pod

poduszkę i wyciągnął kopertę.

Zanim ją wziął od Neda, Jack zapalił papierosa. Była to zwykła

biała  koperta  przysłana  na  adres  szpitala  Św.  Łukasza;  jako
adresat figurował Ned Beaumont. Data na stemplu świadczyła, że
list  został  nadany  dwa  dni  temu  z  miejscowej  poczty.  W  środku
znajdował  się  pojedynczy  arkusz  papieru  z  trzema  pytaniami
wystukanymi  na  maszynie.  Jakie  informacje  o  Paulu  Madvigu
chciał z ciebie wydobyć Shad O’Rory?

Czy miały coś wspólnego z zabójstwem Taylora Henry’ ego?
Jeśli nie, dlaczego wolałeś trafić do szpitala niż mu je zdradzić?
Jack złożył z powrotem kartkę i wsunął ją do koperty.
– Czy to się trzyma kupy? – spytał, patrząc Nedowi w oczy.
– Nie. Dowiedz się, kto jest autorem.
– Mogę wziąć ten list?
– Tak.
Jack schował kopertę do kieszeni.
– Podejrzewasz kogoś?
– Nie – odparł Beaumont.
Przez  chwilę  Jack  spoglądał  w  milczeniu  na  żarzący  się  ognik

papierosa.

– Zajmie mi to trochę czasu – powiedział wreszcie.
–  Wiem.  Z  tego,  co  się  orientuję,  w  zeszłym  tygodniu  nadawca

nie  próżnował.  To  już  mój  trzeci  list.  Farr  otrzymał  przynajmniej
jeden. Może jeszcze ktoś…

– Mogę zobaczyć poprzednie?

background image

–  Wyrzuciłem  je.  Ale  wszystkie  są  do  siebie  podobne.  Ten  sam

papier, ta sama czcionka, zawsze trzy pytania, zawsze na ten sam
temat.

Jack przyjrzał się uważnie Nedowi.
– Ale pytania są za każdym razem inne?
– Inaczej sformułowane, lecz chodzi w nich o to samo.
Jack pokiwał głową i zaciągnął się papierosem.
– Zależy mi na twojej dyskrecji – powiedział Ned.
– Jasne. – Mężczyzna wyjął papierosa z ust. – Pytania sugerują,

że Madvig miał coś wspólnego z tym morderstwem, tak?

– Tak – przyznał Ned, patrząc prosto w oczy rozmówcy. – Ale to

bzdura.

Z  przystojnej,  śniadej  twarzy  gościa  nie  sposób  było  nic

wyczytać.

– Oczywiście – rzekł, zbierając się do wyjścia.

 5

–  Prawda,  że  piękny?  –  spytała  pielęgniarka,  stawiając  na

stoliku ogromny kosz owoców.

Ned skinął niepewnie głową.
Kobieta wyjęła z kosza małą, sztywną kopertę.
– To pewnie od niej. – Podała ją Beaumontowi.
– O co się siostra założy?
– O cokolwiek.
Ned spojrzał na pielęgniarkę takim wzrokiem, jakby sprawdziły

się jego podejrzenia.

– Zajrzała siostra do środka!
–  Co  za  bezczelny…  –  Urwała,  kiedy  parsknął  śmiechem,  ale

background image

wyraz oburzenia pozostał na jej twarzy.

Na  kartce,  którą  Beaumont  wyjął  z  koperty,  widniały  trzy

słowa: Polubi mnie pan?

–  Wygrała  siostra  –  rzekł  i  marszcząc  czoło,  postukał

paznokciem  w  kartkę.  –  Niech  się  siostra  poczęstuje.  Śmiało,
więcej, żeby wyglądało na to, że się tym zajadam.

Po południu napisał krótki list: Droga panno Henry!

Jestem głęboko wzruszony pani dobrocią: najpierw raczyła mnie

pani  odwiedzić,  a  teraz  jeszcze  przysłała  wspaniały  kosz  owoców!
Nie  wiem,  jak  pani  dziękować.  Mam  nadzieję,  że  mą  wdzięczność
zdołam pani kiedyś okazać.

Z poważaniem, Ned Beaumont.
Przeczytał  list,  po  czym  podarł  go  i  napisał  na  nowo,  używając

tych samych słów, lecz zmieniając ich szyk tak, by ostatnie zdanie
brzmiało: „że kiedyś zdołam okazać pani moją wdzięczność”.

 6

Ned Beaumont siedział w kapciach i szlafroku przy stoliku pod

oknem,  jedząc  śniadanie  i  czytając  „Observera”,  kiedy  do
szpitalnego pokoju weszła Opal Madvig. Mężczyzna złożył gazetę –
winietą do środka – rzucił ją obok tacy i wstał.

– Cześć, kwiatuszku – powiedział przyjaźnie.
–  Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś  po  powrocie  z  Nowego

Jorku? – spytała oskarżycielskim tonem córka Madviga.

Podobnie  jak  Beaumont,  była  blada.  Bladość  podkreślała

młodzieńczą  gładkość  jej  cery,  ale  trochę  dziewczynę  postarzała.
Opal patrzyła na Neda szeroko otwartymi oczami; kłębiły się w niej
różne  emocje,  ale  starała  się  nad  nimi  panować.  Stała

background image

wyprostowana,  w  jej  postawie  nie  było  jednak  sztywności,  może
tylko  jakieś  napięcie.  Ignorując  krzesło,  które  Ned  przysunął  spod
ściany,  tym  samym  oskarżycielskim  tonem  powtórzyła  pytanie:  –
Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś?  Beaumont  roześmiał  się  cicho,
pobłażliwie.

– Do twarzy ci w tej brązowej bluzce – powiedział.
– Ned, proszę cię…
– No więc dobrze. Zamierzałem wpaść do ciebie, ale wiesz, tyle

się  tu  działo  po  moim  powrocie,  tyloma  sprawami  musiałem  się
zająć…  Kiedy  w  końcu  się  ze  wszystkim  uporałem,  natknąłem  się
na  Shada  O’Rory  i  wylądowałem  w  tym  uroczym  zakątku.  –
Wskazał na pokój.

Lekki  ton,  jakim  mówił,  nie  zmienił  poważnego  nastroju

dziewczyny.

– Powieszą Despaina? – spytała krótko. Ned znów się roześmiał.
– Daleko nie zajdziemy, jeśli tak będziemy ze sobą rozmawiać –

rzekł.

Opal zmarszczyła czoło.
– Odpowiedz mi, Ned – poprosiła nieco mniej bojowym tonem.
–  Chyba  nie.  –  Potrząsnął  głową.  –  Prawdopodobnie  to  jednak

nie on zabił Taylora.

Informacja ta nie zdziwiła Opal.
–  Wiedziałeś  o  tym,  kiedy  prosiłeś,  żebym  pomogła  ci  zdobyć,

a raczej sfabrykować dowody przeciwko niemu? – spytała.

Popatrzył na nią z wyrzutem.
– Ależ skąd, kwiatuszku! Za kogo ty mnie masz?
–  Wiedziałeś.  –  Jej  głos  był  zimny  i  pogardliwy,  podobnie  jak

spojrzenie jej niebieskich oczu. – Chciałeś odzyskać swoje pieniądze
i wykorzystałeś w tym celu śmierć Taylora.

background image

–  Nie  będę  ci  się  tłumaczył  –  rzucił  obojętnie.  Podeszła  bliżej.

Przez  ułamek  sekundy  broda  jej  drżała,  ale  dziewczyna  szybko
wzięła się w garść. Po chwili znów była opanowana.

–  Wiesz,  kto  go  zabił?  –  Uważnie  badała  wzrokiem  twarz

Beaumonta.

Pokręcił wolno głową.
– Tata? – spytała. Zamrugał oczami.
– Pytasz, czy Paul wie, kto zabił Taylora?
– Nie! – Tupnęła nogą. – Pytam, czy tata go zabił!
Beaumont  wyciągnął  rękę  i  patrząc  nerwowo  w  stronę

zamkniętych drzwi, zatkał dziewczynie usta.

– Przestań – szepnął.
Odtrąciła jego dłoń i cofnęła się o krok.
– Czy tata go zabił? – powtórzyła.
–  Jeśli  koniecznie  chcesz  być  idiotką  –  szepnął  z  wściekłością

Ned  –  to  twoja  sprawa.  Nie  obchodzi  mnie,  jakie  idiotyczne  myśli
snują ci się po głowie, ale masz ich nie rozgłaszać.

Wytrzeszczyła oczy.
–  Czyli  go  zabił  –  stwierdziła  płaskim,  bezbarwnym  głosem,

w którym nie było cienia wątpliwości.

Ned pochylił się nad dziewczyną.
– Nie, moja droga – oznajmił łagodnie, z trudem hamując furię.

– Paul nie zabił Taylora.

Wciąż  stał  pochylony  nad  Opal,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku.

Drapieżny  uśmiech  wykrzywiał  mu  twarz.  Ale  bliskość  Neda  nie
zbiła  dziewczyny  z  tropu.  Odwzajemniając  jego  zimne  spojrzenie,
spytała:  –  Jeżeli  nie  zabił,  to  co  za  różnica,  co,  kiedy  i  komu  będę
rozgłaszać?

Wargi mu zadrżały.

background image

– Wielu spraw nie rozumiesz – powiedział ze złością. – I nigdy

nie  zrozumiesz,  jeśli  będziesz  się  tak  zachowywać.  –  Cofnął  się
o  krok,  długi  krok,  i  wsunął  ręce  do  kieszeni  szlafroka.
Zasznurował  usta,  zmarszczył  czoło,  zmrużył  oczy  i  przez  chwilę
wpatrywał się w milczeniu w podłogę. – Skąd ci w ogóle przyszedł
do głowy ten kretyński pomysł? – spytał w końcu.

– Wcale nie jest kretyński. I dobrze o tym wiesz.
Wzruszył  niecierpliwie  ramionami  i  powtórzył  pytanie.

Dziewczyna też wzruszyła ramionami.

– Nie wiem – rzekła. – Po prostu przyszedł.
– Kłamiesz. – Zerknął na nią spod brwi. – Czytałaś dzisiejszego

„Observera”?

– Nie.
Wbił  w  nią  twarde,  nieufne  spojrzenie.  Dziewczyna  zirytowała

się, jej blade policzki pokryły się rumieńcem.

– Naprawdę nie czytałam. Dlaczego pytasz?
–  Nie  czytałaś,  tak?  –  W  jego  głosie  wciąż  brzmiała  nuta

niedowierzania, ale ze spojrzenia znikł wyraz nieufności; zastąpiła
go zaduma. Nagle oczy mężczyzny rozbłysły. Wyjął rękę z kieszeni
i wyciągnął ją w stronę Opal. – Pokaż mi list.

– Co? – zdumiała się.
– List. No wiesz, pisany na maszynie, zawierający trzy pytania,

nie podpisany…

Speszona spuściła wzrok i na moment straciła pewność siebie.
–  Skąd  o  nim  wiesz?  –  spytała  po  chwili,  otwierając  brązową

torebkę.

–  Bo  już  wszyscy  dostali  co  najmniej  po  jednym  –  odparł

beztroskim tonem. – To twój pierwszy?

– Tak. – Podała Nedowi zmiętą kartkę papieru.

background image

Wyprostował ją i przeczytał:
Czy  naprawdę  jesteś  tak  głupia,  iż  nie  wiesz,  że  to  twój  ojciec

zabił twojego kochanka?

Jeżeli  nie  wiesz,  to  dlaczego  pomagałaś  jemu  i  Beaumontowi

wrobić w morderstwo niewinnego człowieka?

Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  pomagając  ojcu  uniknąć

kary, stajesz się współwinna zbrodni?

Ned pokiwał głową i uśmiechnął się pod nosem.
– Wszystkie te anonimy są dość podobne – rzekł. Zmiął kartkę

i wrzucił ją do stojącego przy stoliku kosza na śmieci. – Skoro raz
trafiłaś na listę wysyłkową, pewnie wkrótce dostaniesz kolejne.

Opal przygryzła dolną wargę. Niebieskie oczy dziewczyny lśniły

chłodnym blaskiem, kiedy obserwowała spokojną twarz Neda.

–  O’Rory  próbuje  wykorzystać  zabójstwo  Taylora  do  własnych

egoistycznych  celów.  Słyszałaś  o  moim  starciu  z  Paulem?  Otóż
O’Rory  mylnie  sądził,  że  ponieważ  rozstałem  się  z  Paulem,  to  za
forsę  zgodzę  się  wrobić  go  w  morderstwo,  którego  nie  popełnił,
a  przynajmniej  oczernić  go  na  tyle,  żeby  jego  kandydaci  przepadli
w wyborach.

– O co się z ojcem pokłóciłeś? – Wyraz jej oczu nie zmienił się.
–  Nie  twój  interes,  mała  –  powiedział  łagodnie  Ned.  –  Zresztą

może wcale się nie pokłóciliśmy.

–  Nie  kłam,  wszyscy  u  Carsona  słyszeli  –  stwierdziła  przez

zaciśnięte zęby. – Odkryłeś, że to on zabił Taylora i chciałeś…

Ned parsknął śmiechem.
–  Odkryłem?  –  spytał  ironicznie.  –  Więc  nie  wiedziałem  od

początku?

Jego drwiący ton nie wywarł na niej wrażenia.
–  Dlaczego  pytałeś,  czy  czytałam  dzisiejszego  „Observera”?  Co

background image

w nim jest?

–  Stek  bzdur  –  odparł.  –  Jeśli  cię  to  interesuje,  gazeta  leży  na

stole.  Podobnych  artykułów  ukaże  się  więcej,  zanim  kampania
wyborcza  dobiegnie  końca.  Będzie  miał  ojciec  z  ciebie  niezłą
pociechę,  jeśli  tak  łatwowiernie…  –  Urwał  i  machnął  ze
zniecierpliwieniem ręką, bo dziewczyna nie słuchała.

Podeszła do stołu pod oknem, sięgnęła po gazetę i zaczęła czytać

artykuł  na  pierwszej  stronie  –  „List  otwarty  do  burmistrza”.  Po
chwili  drżała  na  całym  ciele;  drżały  jej  kolana,  ręce,  wargi,  drżały
tak  bardzo,  że  Ned  patrzył  na  nią  zaniepokojony,  ale  kiedy
skończyła  czytać  i  odłożyła  gazetę  z  powrotem  na  stół,  a  potem
obróciła się, ujrzał przed sobą zimny, nieruchomy posąg.

– Nie odważyliby się pisać takich rzeczy, gdyby nie były prawdą

– powiedziała cicho, niemal nie otwierając ust.

–  To  dopiero  drobna  próbka  tego,  co  będą  pisać  później  –

oznajmił wesoło.

Na  twarzy  mężczyzny  malowało  się  rozbawienie,  ale  w  jego

oczach  wciąż  czaił  się  ledwo  tłumiony  gniew.  Przez  długą  chwilę
dziewczyna  wpatrywała  się  uważnie  w  Neda,  po  czym  bez  słowa
skierowała się do drzwi.

– Poczekaj! – zawołał.
Odwróciła się. Uśmiechnął się do niej przyjaźnie, lecz jej twarz

była kamienną maską.

–  Polityka  to  gra,  brutalna  gra,  kwiatuszku.  Dziennikarze

„Observera”  kibicują  przeciwnej  stronie  i  mało  ich  obchodzi
prawda. Chcą zaszkodzić Paulowi. Chcą…

–  Nie  wierzę  –  przerwała  mu.  –  Znam  pana  Mathewsa.  Jego

żona  uczęszczała  do  tej  samej  szkoły  co  ja,  kilka  klas  wyżej;
przyjaźniłyśmy  się.  Pan  Mathews  nie  pisałby  takich  rzeczy

background image

o  tatusiu,  gdyby  nie  były  prawdą,  albo  gdyby  nie  miał  podstaw
sądzić, że są prawdziwe.

– Boże, ale jesteś naiwna! – Ned zarechotał.
– Mathews jest zadłużony po uszy w spółce State Central. Może

w  każdej  chwili  stracić  nie  tylko  gazetę,  ale  nawet  dom.  State
Central  należy  do  Billa  Roana,  który  walczy  z  Henrym  o  fotel
senatora. Mathews drukuje, co mu każe Roan.

Opal  Madvig  milczała.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby

argumenty  Beaumonta  trafiały  jej  do  przekonania.  Po  chwili  Ned
znów podjął wątek, starając się wytłumaczyć dziewczynie, na czym
wszystko polega.

– To… – wskazał na gazetę leżącą na stole
–  …jeszcze  nic  w  porównaniu  z  tym,  co  później  zaczną

wypisywać.  Do  czasu  wyborów  dziennikarze  „Observera”  będą
krążyć  jak  sępy  wokół  zabójstwa  Taylora  Henry’ego  i  wymyślać
coraz  gorsze  rzeczy.  Musisz  do  tego  przywyknąć  i  nie  zwracać
więcej  uwagi  na  bzdury,  które  wypisują.  Paul  przymyka  na  nie
oczy. Jest politykiem i wie…

–  Jest  mordercą  –  oświadczyła  cichym,  stanowczym  głosem

Opal.

– A jego córka jest półgłówkiem – zezłościł się Ned. – Przestań

się wygłupiać, dobrze?

– Ojciec jest mordercą – powtórzyła.
–  Nie  bądź  kretynką.  Posłuchaj.  Paul  nie  ma  nic  wspólnego

z zabójstwem Taylora. On…

–  Nie  wierzę  ci.  Już  nigdy  ci  nie  uwierzę.  Ned  zmarszczył

gniewnie czoło. Opal odwróciła się i ruszyła do wyjścia.

–  Poczekaj!  –  zawołał.  –  Chcę  ci  coś…  Wyszła  z  pokoju

trzaskając drzwiami.

background image

 7

Przez  chwilę  Ned  Beaumont  patrzył  z  wściekłością  na

zamknięte  drzwi,  po  czym  pogrążył  się  w  zadumie.  Czoło  pokryło
mu się zmarszczkami, ciemne oczy zwęziły się, spojrzenie stało się
nieobecne. Zacisnął ocienione wąsem wargi, odruchowo zbliżył rękę
do  ust  i  zaczął  obgryzać  paznokcie.  Oddychał  miarowo,  choć  nieco
głębiej niż zwykle.

Na  korytarzu  rozległy  się  kroki.  Ned  otrząsnął  się  szybko

z zamyślenia i podszedł do okna, nucąc jakąś melodię. Kiedy kroki
oddaliły się, przestał nucić, wyjął z kosza na śmieci zmiętą w kulkę
kartkę papieru z trzema pytaniami adresowanymi do Opal Madvig
i wsunął ją do kieszeni szlafroka.

Wetknął  do  ust  cygaro,  zapalił  je  i  mrużąc  powieki,  żeby  dym

nie  wpadał  mu  do  oczu,  przeczytał  ponownie  artykuł  z  pierwszej
strony  „Observera”.  LIST  OTWARTY  DO  BURMISTRZA
Szanowny Panie!

„Observer” wszedł w posiadanie pewnych informacji, które – jak

przypuszczamy  –  mogą  w  znacznym  stopniu  przyczynić  się  do
wyjaśnienia sprawy niedawnego morderstwa Taylora Henry’ego.

Nasi  informatorzy  złożyli  pod  przysięgą  pisemne  oświadczenia,

które zdeponowaliśmy w redakcyjnym sejfie. Z ich treści wynika, co
następuje:

1.  Kilka  miesięcy  temu  Paul  Madvig  pokłócił  się  z  Taylorem

Henrym  o  to,  że  syn  senatora  zalecał  się  do  jego  córki;  Madvig
zabronił córce widywać się z Taylorem.

2.  Mimo  to  młodzi  nadal  spotykali  się  w  umeblowanej

garsonierze, którą Taylor Henry wynajął w tym celu.

3.  W  tym  samym  dniu,  w  którym  zamordowano  Taylora

background image

Henry’ego, młodzi spędzili w garsonierze całe popołudnie.

4.  Wieczorem  Paul  Madvig  udał  się  do  willi  senatora,  żeby

ponownie  zakazać  Taylorowi  Henry’emu  widywania  się  z  jego
córką.

5.  Kilka  minut  przed  śmiercią  Taylora  Henry’ego  Paul  Madvig

opuścił willę senatora; sprawiał wrażenie wzburzonego.

6.  Obu  mężczyzn,  Madviga  i  Taylora  Henry’ego,  widziano

w  pewnej  odległości  od  siebie,  zaledwie  kilkadziesiąt  metrów  od
miejsca, gdzie kwadrans później znaleziono zwłoki.

7.  W  chwili  obecnej  policja  nie  prowadzi  śledztwa  w  sprawie

zabójstwa Taylora Henry’ego. Redakcja uważa, że zarówno pan, jak
i wszyscy wyborcy oraz podatnicy powinni o tym wiedzieć.

Podając  te  informacje  do  wiadomości  publicznej  działamy

bezinteresownie,  pragnąc  jedynie,  aby  sprawiedliwości  stało  się
zadość. Panie burmistrzu, chętnie przekażemy we właściwe ręce –
panu  albo  odpowiednim  władzom  miejskim  lub  stanowym  –
posiadane  przez  nas  oświadczenia  oraz  inne  dowody.  Dla  dobra
śledztwa gotowi jesteśmy wstrzymać się od ujawnienia szczegółów
sprawy.  Jednakże  nie  pozwolimy  na  to,  żeby  dowody  były
zignorowane.  Jeśli  osoby,  które  z  racji  piastowanych  stanowisk
powinny stać na straży prawa i porządku, nie podejmą stosownych
działań,  wówczas  wydrukujemy  nasze  materiały  w  całości,  żeby
sprawę osądził najwyższy trybunał, czyli obywatele tego miasta.

H. K. Mathews, wydawca Ned Beaumont prychnął pogardliwie

i dmuchnął na gazetę dymem z cygara, ale spojrzenie miał posępne.

 8

Wczesnym popołudniem wpadła z wizytą matka Paula Madviga.

background image

Ned  objął  staruszkę  i  zaczął  całować  ją  to  w  jeden  policzek,  to

w drugi, aż wreszcie kobieta odepchnęła go od siebie.

–  Przestań.  Jesteś  gorszy  niż  ten  terier,  którego  Paul  kiedyś

kupił – powiedziała z udanym oburzeniem.

–  To  po  ojcu.  Był  istnym  psem  na  kobietki  –  zażartował,

pomagając  jej  zdjąć  futro  z  fok.  Matka  Paula  wygładziła  czarną
suknię,  podeszła  do  łóżka  i  usiadła.  Ned  przerzucił  futro  przez
oparcie  krzesła  i  stanął  przed  nią  w  rozkroku,  z  obiema  rękami
w kieszeniach szlafroka. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.

–  Nawet  nie  wyglądasz  tak  źle  –  oceniła  po  chwili.  –  Ale

kwitnąco też nie. Jak się czujesz?

–  Świetnie.  Nie  wypisuję  się  tylko  ze  względu  na  ponętne

pielęgniarki.

– Znając cię, wcale by mnie to nie zdziwiło. Co się we mnie tak

wpatrujesz jak sroka w gnat? Zaraz się zarumienię. Chodź, usiądź
tutaj.  –  Poklepała  miejsce  obok  siebie,  a  kiedy  usłuchał,  mówiła
dalej:  –  Paul  uważa,  że  robiąc  to,  co  zrobiłeś,  postąpiłeś  bardzo
szlachetnie  i  wspaniałomyślnie,  a  ja  uważam,  że  gdybyś  był
grzecznym  chłopcem,  nie  wpakowałbyś  się  w  te  tarapaty,  w  które
najwyraźniej się wpakowałeś.

– Oj, mamuśku…
–  Powiedz  mi  prawdę,  Ned  –  przerwała  mu,  świdrując  go

niebieskimi oczami, równie młodzieńczymi jak oczy jej syna. – Paul
nie zabił tego zakichanego uwodziciela, co?

Nedowi szczęka opadła ze zdziwienia.
– Ależ skąd! – zaprzeczył.
–  Tak  myślałam  –  powiedziała  staruszka.  –  To  dobry  chłopiec,

ale ostatnio krążą o nim bardzo brzydkie plotki. Bóg jeden wie, o co
chodzi w tej całej polityce. Ja się na tym zupełnie nie znam.

background image

Spoglądał na jej chudą, kościstą twarz z mieszaniną zdumienia

i wesołości.

– A patrz się na mnie, patrz – mruknęła staruszka. – Ale skąd

mam wiedzieć, co wam, mężczyznom, może strzelić do głowy! Nigdy
się  niczym  nie  przejmujecie!  Nawet  nie  próbuję  was  zrozumieć;
przestałam próbować, zanim jeszcze pojawiłeś się na świecie.

Ned poklepał ją delikatnie po ramieniu.
– Jesteś kapitalna, mamuśku – rzekł z podziwem.
Odsunęła  się  od  niego  i  ponownie  zmierzyła  go  świdrującym

wzrokiem.

– A gdyby Paul go zabił, powiedziałbyś mi prawdę? – spytała.
Potrząsnął głową, że nie.
– To skąd mam wiedzieć, że nie zabił? Roześmiał się.
–  Bo  gdyby  zabił,  to  na  twoje  pytanie,  czy  powiedziałbym  ci

prawdę, odparłbym, że tak.

– Wesołość ulotniła się z jego głosu i spojrzenia.
–  On  tego  nie  zrobił,  mamuśku.  –  Uśmiechnął  się  ponuro.  –

Dobrze  by  było,  gdyby  ktoś  poza  mną  wierzył  w  jego  niewinność,
a  zwłaszcza  dobrze  by  było,  gdyby  tym  kimś  była  jego  rodzona
matka.

 9

Godzinę  po  wyjściu  pani  Madvig  Ned  Beaumont  otrzymał

paczkę  zawierającą  cztery  książki  i  wizytówkę  Janet  Henry.  Pisał
akurat, żeby jej podziękować, kiedy do pokoju wszedł Jack Rumsen.

–  Mam  coś  dla  ciebie  –  rzekł  gość,  wypuszczając  ustami  dym

z papierosa – ale nie wiem, czy będziesz zadowolony.

Beaumont 

popatrzył 

uważnie 

na 

młodego 

mężczyznę

background image

i  przygładził  palcem  lewy  wąs.–  Spokojna  głowa.  –  Jego  głos  był
równie rzeczowy jak Jacka. – Siadaj i mów.

Rumsen  usiadł  na  krześle,  założył  nogę  na  nogę,  umieścił

kapelusz  na  podłodze  i  przenosząc  wzrok  z  papierosa  na  Neda,
oznajmił:

– Zdaje się, że autorką anonimów jest córka Madviga.
Beaumont wytrzeszczył oczy.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytał. Głos miał nie zmieniony, ale

twarz mu lekko pobladła.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki Jack wyciągnął dwie kartki

papieru,  tego  samego  gatunku  i  formatu,  obie  podobnie  złożone.
Podał  je  Nedowi.  Kiedy  ten  je  wyprostował,  na  każdej  ujrzał  trzy
identycznie sformułowane pytania wypisane na maszynie.

– Jedną z tych kartek dałeś mi wczoraj. Wiesz którą?
Ned nie potrafił rozpoznać właściwej.
– Niczym się nie różnią – ciągnął Rumsen. – Pytania na drugiej

wystukałem  sam,  w  mieszkaniu  na  Charter  Street,  gdzie  Taylor
Henry  spotykał  się  z  córką  Madviga.  Posłużyłem  się  znalezioną
tam maszyną i papierem, który przy niej leżał. Z tego, co udało mi
się  dowiedzieć,  były  tylko  dwa  klucze  do  mieszkania.  Jeden  nosił
przy  sobie  Taylor,  drugi  miała  dziewczyna.  Od  czasu  zabójstwa
była tam kilkakrotnie.

Spoglądając  ponurym  wzrokiem  na  kartki,  które  trzymał

w dłoni, Ned pokiwał wolno głową.

Jack przypalił papierosa od papierosa, po czym wstał, podszedł

do  stołu  i  zgasiwszy  w  popielniczce  niedopałek,  wrócił  na  miejsce.
Nic w jego twarzy ani ruchach nie wskazywało na to, że interesuje
go reakcja Beaumonta.

Mniej więcej po minucie milczenia Ned podniósł oczy i spytał:

background image

– Jak wpadłeś na pomysł mieszkania?
– Po dzisiejszym artykule w „Observerze”. – Wetknięty w kącik

ust  papieros  drgał  przy  każdym  słowie.  –  Policja  wpadła  na  ten
sam  pomysł  i  zjawiła  się  przede  mną.  Ale  miałem  fart:  gliniarz,
którego  pozostawiono  na  straży,  to  mój  kumpel,  Fred  Hurley;  za
dziesięć dolców wpuścił mnie, żebym sobie pogrzebał.

– Czy policja wie o tych listach? – spytał Ned, unosząc zapisane

kartki.

Jack wzruszył ramionami.
– Może tak, może nie. Nie mam pojęcia. Ja im nic nie mówiłem.

Próbowałem  wybadać  Freda,  ale  on  jest  słabo  zorientowany
w sytuacji. Po prostu kazano mu pilnować mieszkania. – Strząsnął
popiół na podłogę. – Jak chcesz, spróbuję powęszyć.

– Nie, nieważne. Co jeszcze odkryłeś?
– Niczego więcej nie szukałem.
Ned  zerknął  pośpiesznie  na  nieprzeniknioną  twarz  młodego

mężczyzny, po czym spojrzał na kartki z pytaniami.

– Co to za mieszkanie? – spytał.
–  Pokój  z  łazienką  przy  Charter  Street  pod  numerem  1324,

wynajęty na nazwisko French. Dozorczyni twierdzi, że dopiero dziś,
kiedy  zjawiła  się  policja,  poznała  prawdziwe  nazwiska  lokatorów.
Niewykluczone.  W  takich  miejscach  nie  zadaje  się  gościom  zbyt
wielu pytań. Dozorczyni twierdzi, że przychodzili często, zwykle po
południu, i że w ciągu ostatniego tygodnia widziała dziewczynę ze
dwa albo trzy razy, co nie znaczy, że córka Madviga nie mogła tam
bywać częściej.– Jesteś pewien, że o nią chodzi? Jack rozłożył ręce.

–  Rysopis  się  zgadza  –  powiedział  wypuszczając  dym,  a  po

chwili  dodał  jakby  od  niechcenia:  –  Dozorczyni  mówi,  że  od  czasu
zabójstwa Henry’ego żadnej innej tam nie widziała.

background image

Beaumont znów podniósł oczy na swego rozmówcę. Tym razem

jego spojrzenie było zimne.

–  To  znaczy,  że  Taylor  Henry  sprowadzał  sobie  również  inne

dziewczyny?

Jack ponownie rozłożył ręce.
– Dozorczyni nie była pewna. Mówiła, że nie wie, ale sądząc po

jej minie, łgała.

–  A  nie  zauważyłeś  w  mieszkaniu  niczego,  co  by  wskazywało

na…

– Nie. – Jack pokręcił głową. – W ogóle niewiele tam damskich

fatałaszków  czy  przyborów,  tylko  jakieś  kimono,  piżama,  kilka
kosmetyków.

– Az rzeczy Taylora?
– Garnitur, buty, trochę bielizny, piżama, skarpety i tak dalej.
– Kapelusze?
– Nie. – Jack uśmiechnął się. – Żadnych kapeluszy.
Beaumont wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz zalegał mrok.

Krople deszczu uderzały w szybę i wolno po niej spływały.

–  Dzięki,  Jack  –  powiedział,  odwracając  się  do  gościa.  Przez

chwilę  patrzył  na  niego  ponuro,  nieobecny  myślami.  –  Wkrótce,
może  jeszcze  dziś  w  nocy,  będę  miał  dla  ciebie  kolejną  robotę.
Zadzwonię.

– W porządku.
Mężczyzna  ruszył  do  drzwi.  Po  jego  wyjściu  Beaumont  wyjął

z szary ubranie, zaniósł je do łazienki, przebrał się. Kiedy wrócił do
pokoju, ujrzał przy łóżku wysoką, zażywną pielęgniarkę o spoconej
bladej twarzy.

– Pan się przebrał! – zawołała.
– Tak. Muszę wyjść.

background image

Jej zdumienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
– Ależ nie może pan! Jest wieczór i właśnie zaczął padać deszcz,

a poza tym doktor Tait na pewno by panu nie…

– Wszystko się zgadza – przyznał niecierpliwie Ned, mijając ją

w drodze do drzwi.
 

background image

VI

„Observer

 1

–  Ned!  –  zawołała  matka  Paula  otworzywszy  drzwi.  –  Czyś  ty

oszalał?  Dlaczego  włóczysz  się  po  deszczu?  Ledwo  wyszedłeś  ze
szpitala!

– W taksówce nie padało – odparł uśmiechając się słabo. – Jest

Paul?

–  Nie,  wyszedł  jakieś  pół  godziny  temu,  chyba  pojechał  do

klubu. Ale nie stój na deszczu. Wejdź.

– A Opal? – Zamknął drzwi i ruszył holem za staruszką.
–  Jej  też  nie  ma.  Cały  dzień  gdzieś  lata.  Wszedł  do  salonu

i stanął tuż za progiem.

–  Nie  mogę  zostać,  mamuśku.  Zajrzę  do  klubu,  muszę  pogadać

z Paulem. – Głos mu lekko drżał.

Staruszka odwróciła się do niego.
–  Nigdzie  nie  pójdziesz  –  sprzeciwiła  się  stanowczo.  –  Tylko

spójrz na siebie, cały się trzęsiesz. Przeziębienie murowane. Usiądź
przy kominku. Zaraz przyniosę ci coś ciepłego do picia.

– Nie mogę, mamuśku. Mam mnóstwo spraw na głowie.
W  jej  niebieskich  oczach,  po  których  nie  było  widać  wieku,

odmalowała się troska.

– Kiedy wyszedłeś ze szpitala?
– Przed chwilą.

background image

Kobieta zacisnęła mocno usta.
–  Uciekłeś,  prawda?  –  spytała  z  naganą.  Niebieskie  oczy

zachmurzyły  się.  Podeszła  bliżej  do  Beaumonta  i  ujęła  jego  twarz
w  swoje  ręce;  byli  niemal  jednego  wzrostu.  Głos  miała  dziwnie
gruby,  chropowaty,  jakby  z  trudem  dobywał  się  z  głębi  jej
wysuszonego gardła. – Coś się stało… chodzi o Paula, tak? – Z oczu
staruszki zaczął wyzierać strach. – I o Opal?

– Muszę z nimi porozmawiać – wyszeptał Ned. Chudą, kościstą

ręką pogładziła go nieśmiało po twarzy.

– Dobry z ciebie chłopak, Ned.
–  Nie  martw  się,  mamuśku.  –  Otoczył  staruszkę  ramieniem.  –

Nie jest tak źle, jak myślisz. Kiedy Opal wróci, przypilnuj, żeby już
dziś nie wychodziła.

– Nie możesz mi nic zdradzić, Ned?
– Nie… Dobrze by było, gdyby Paul i Opal nie domyślili się, że

coś cię gryzie.

 2

Moknąc  na  deszczu,  Beaumont  przeszedł  kilka  przecznic  do

drogerii,  gdzie  skorzystał  z  telefonu;  zamówił  taksówkę,  a  potem
zadzwonił  w  dwa  miejsca,  w  obu  prosząc  do  aparatu  pana
Mathewsa. Pod żadnym numerem go nie zastał.

Zadzwonił pod trzeci numer i oznajmił, że chce mówić z panem

Rumsenem.–  Halo,  Jack?  –  spytał  po  chwili.  –  Tu  Beaumont.  Nie
przeszkadzam…? Świetnie. Słuchaj, chcę wiedzieć, czy dziewczyna,
o  której  rozmawialiśmy,  spotkała  się  dziś  z  Mathewsem
w  „Observerze”  i  jeśli  tak,  to  co  robiła  później…  Tak,  z  Halem
Mathewsem… Próbowałem się do niego dodzwonić, i do domu, i do

background image

biura,  ale  niestety…  Jeżeli  możesz,  to  lepiej  dyskretnie…  Tak,
zależy  mi  na  pośpiechu…  Nie,  już  wyszedłem  ze  szpitala.  Będę
w domu. Znasz mój numer, prawda…? W porządku, Jack… Dobra,
dzięki… i dzwoń o dowolnej porze. Cześć.

Wyszedł  do  czekającej  na  zewnątrz  taksówki,  wsiadł  i  podał

kierowcy  swój  adres,  zanim  jednak  ujechali  ze  dwa  kilometry,
zastukał w szybę oddzielającą kierowcę i podał inny adres. Wkrótce
taksówka  zatrzymała  się  przed  niskim,  szarym  budynkiem
stojącym 

pośrodku 

stromo 

opadającego, 

wypielęgnowanego

trawnika.

– Proszę zaczekać.
Wysiadł z wozu i nacisnął dzwonek u drzwi. Otworzyła je ruda

kobieta w stroju służącej.

– Zastałem pana Farra?
– Sprawdzę, czy jest. Pana nazwisko?
– Beaumont.
Prokurator  wszedł  do  holu,  wyciągając  na  powitanie  obie  ręce.

Na jego różowej, zadziornej twarzy gościł serdeczny uśmiech.

–  Ned  Beaumont!  Co  za  miła  niespodzianka!  Daj,  wezmę  od

ciebie płaszcz i kapelusz.

Ned również się uśmiechnął, ale potrząsnął głową.
– Nie, wpadłem tylko na chwilę w drodze ze szpitala do domu.
– Widzę, że znów jesteś w formie. Doskonale!
– Tak, czuję się całkiem nieźle. Masz jakieś nowe wieści?
–  Nic  ważnego.  Te  typy,  które  cię  tak  urządziły,  są  jeszcze  na

wolności. Ukrywają się, ale spokojna głowa, złapiemy ich.

Beaumont skrzywił się pogardliwie.
– Nie zabili mnie, nawet nie mieli takiego zamiaru. Co najwyżej

można  ich  oskarżyć  o  pobicie.  –  Popatrzył  na  Farra  sennym

background image

wzrokiem. – Dostałeś jakieś kolejne anonimy?

– A tak. – Prokurator chrząknął. – Ze dwa lub trzy.
– Więc ile? Dwa czy trzy? – spytał lekkim tonem Ned. Kąciki ust

miał  uniesione  do  góry  w  niedbałym  uśmiechu,  spojrzenie
rozbawione. Nie spuszczał oczu z twarzy Farra.

Prokurator znów chrząknął.
–  Trzy  –  przyznał  z  ociąganiem;  po  chwili  rozpromienił  się.  –

Słyszałeś o tym wspaniałym zebraniu, jakie…

– Wszystkie o podobnej treści? – przerwał mu Ned.
– Mniej więcej. – Mężczyzna oblizał wargi i popatrzył błagalnie

na swego rozmówcę.

– Mniej czy więcej?
Farr  przeniósł  wzrok  z  oczu  Neda  na  jego  krawat,  a  potem

w  bok,  na  jego  lewe  ramię.  Poruszył  ustami,  ale  nie  wydobył  się
z  nich  żaden  dźwięk.  Beaumont  wyszczerzył  zęby  w  złośliwym
uśmiechu.

–  Wszystkie  sugerowały,  że  Paul  jest  mordercą,  tak?  –  spytał

ociekającym słodyczą głosem.

Prokurator  niemal  podskoczył  z  przejęcia  i  znów  utkwił

spojrzenie  w  oczach  gościa;  jego  rumiana  twarz  pobladła,
przybierając jasno-marchewkowy kolor.

– Chryste, Ned! – jęknął. Beaumont roześmiał się.
–  Stajesz  się  coraz  bardziej  nerwowy,  Farr  –  powiedział  z  tą

samą  słodyczą  w  głosie.  –  Tracisz  zimną  krew.  –  Po  chwili
spoważniał:  –  Paul  nic  ci  na  ten  temat  nie  mówił?  Że  nerwy  ci
puszczają?

– Nie…
–  Hm,  może  jeszcze  nie  zauważył.  –  Podciągnął  mankiet,

zerknął na zegarek, potem na gospodarza. – Wiesz już, kto pisze te

background image

anonimy?

– spytał ostrym tonem.
– Słuchaj… ja… – Farr zaczął się jąkać. – To znaczy… może…
– Co może?
Farr przełknął ślinę.
–  Wpadliśmy  na  pewien  trop  –  oznajmił  szybko.  –  Ale  za

wcześnie na jakiekolwiek wnioski. Może nic z tego nie wyjść. Wiesz,
jak to bywa…

Beaumont skinął głową, przybierając przyjazny wyraz twarzy.
–  Odkryliście  lokal,  w  którym  je  pisano  –  rzekł  spokojnie,  bez

cienia  złośliwości  –  oraz  maszynę,  którą  się  posługiwano.  Ale  nie
macie zielonego pojęcia, kto jest autorem, prawda?

– Prawda – przyznał z wyraźną ulgą Farr.
–  No,  muszę  już  lecieć.  –  Beaumont  uścisnął  serdecznie  dłoń

prokuratora.  –  Tak  trzymaj,  Farr.  Nie  warto  działać  pochopnie.
Trzeba wszystko dokładnie przemyśleć. Wierz mi, wiem co mówię.

Twarz prokuratora rozpogodziła się.
– Dziękuję, Ned – powiedział drżącym ze wzruszenia głosem.

 3

Dziesięć  po  dziewiątej  wieczorem  w  mieszkaniu  Neda

Beaumonta zaterkotał telefon. Ned podniósł szybko słuchawkę.

– Halo…? Tak, Jack… Tak… Tak… Gdzie…? Dobrze… Na dziś

to już wszystko. Dzięki ogromne.

Kiedy  skończył  rozmowę,  wargi  miał  blade,  a  oczy  płonące

dziwnym  blaskiem.  Ręce  mu  się  lekko  trzęsły.  Zaledwie  odszedł
trzy kroki od telefonu, a znów rozległ się terkot. Ned zawahał się,
po czym zawrócił do aparatu.

background image

–  Halo…?  Cześć,  Paul…  Tak,  znudziło  mi  się  szpitalne  życie…

Nic takiego, po prostu uznałem, że wpadnę i pogadamy… Nie, teraz
już  nie.  Chyba  jednak  przeceniłem  swoje  siły;  lepiej  będzie,  jak
pójdę spać… Jutro? Oczywiście… Dobranoc.

Ruszył w dół po schodach, wkładając w biegu płaszcz i kapelusz.

Ledwo  otworzył  drzwi,  smagnął  go  wilgotny  podmuch  wiatru,
a  potem  przez  całą  drogę,  gdy  szedł  do  warsztatu  na  rogu,  deszcz
zacinał mu prosto w twarz.

Wewnątrz,  w  oszklonym  pokoiku,  chudy  ciemnowłosy

mężczyzna  w  kombinezonie,  który  kiedyś  był  zapewne  biały,
siedział  odchylony  do  tyłu  na  drewnianym  krześle,  z  nogami
opartymi o półkę wiszącą nad piecykiem elektrycznym.

– Cześć, Tommy – powiedział Ned.
Zza  gazety,  którą  czytał,  wyłoniła  się  twarz  Tommy’ego,  twarz

tak  umorusana,  że  kiedy  wyszczerzył  zęby,  na  jej  tle  wydały  się
białe jak śnieg.

–  Paskudny  wieczór…–  Paskudny.  Słuchaj,  nie  masz  jakiegoś

grata,  którego  mógłbym  pożyczyć?  –  spytał  Ned.  –  Takiego,  co  się
nie rozkraczy na wiejskiej drodze?

–  Wybierasz  się  za  miasto?  Osobiście  wolę  wypady  na  wieś,

kiedy świeci słońce… Hm, mogę ci dać starego Buicka; wszystko mi
jedno, co się z nim stanie.

– A dojadę nim?
– W taką pogodę nie ręczę za żaden wóz.
–  W  porządku.  Napełnij  bak.  Jak  najlepiej  dotrzeć  nad  Lazy

Creek?

– Zależy, w które miejsce.
Beaumont popatrzył w zamyśleniu na mechanika.
– Tam, gdzie strumień wpływa do rzeki – odparł po chwili.

background image

Mężczyzna pokiwał głową.
–  Chodzi  ci  o  posiadłość  Mathewsa?  –  spytał.  Beaumont  nie

odpowiedział.

– Słuchaj, Ned, tam prowadzi wiele dróg, więc…
– Tak. Chodzi o posiadłość Mathewsa. Tylko nikomu o tym ani

słowa!

– Przecież dlatego do mnie przyszedłeś, nie? Bo umiem trzymać

język za zębami.

– Śpieszę się, Tommy.
– W porządku. Jedź szosą nadbrzeżną aż do Barton. Tam będzie

bity  trakt,  tylko  go  nie  przegap,  prowadzący  na  drugą  stronę
mostu.  Na  pierwszym  skrzyżowaniu  za  mostem  skręć  na  wschód.
Droga  wiedzie  szczytem  wzgórza  tuż  za  posiadłością  Mathewsa.
Gdybyś  w  tym  deszczu  przegapił  trakt,  to  jedź  dalej  do  kolejnego
mostu, a potem zawróć.

– Dzięki, Tommy.
– W schowku na drzwiach jest zapasowa spluwa – powiedział od

niechcenia mechanik, kiedy Ned wsiadał do wozu.

– Zapasowa? – Beaumont podniósł pytająco brwi.
– Miłej podróży.
Ned zatrzasnął drzwiczki i odjechał.

 4

Zegar  na  tablicy  rozdzielczej  wskazywał  dziesiątą  trzydzieści

dwie.  Beaumont  wyłączył  reflektory  i  nieco  zesztywniały  wysiadł
z samochodu. Lało jak z cebra, silny wiatr chłostał drzewa, krzaki,
wóz i ramiona mężczyzny. W oddali, za ścianą deszczu i gałęziami
drzew,  migotały  nisko  na  zboczu  żółte  światła.  Beaumont  zadrżał

background image

z  zimna,  otulił  się  mocniej  płaszczem,  po  czym  zaczął  się
przedzierać  przez  mokre  zarośla  w  kierunku  migoczących  jasnych
plam.

Podmuchy  zacinającego  deszczem  wiatru  uderzały  go  w  plecy,

popychając  w  dół  zbocza.  Sztywność  w  kościach  ustąpiła  i  chociaż
szedł  chwiejnym  krokiem,  a  w  dodatku  co  rusz  się  potykał
o sterczące z ziemi korzenie, w miarę szybko zbliżał się do celu.

W  pewnym  momencie  trafił  na  ścieżkę,  której  starał  się

trzymać.  Wprawdzie  nie  widział  jej  w  ciemności,  ale  czuł  pod
nogami rozmiękłą nawierzchnię, a ilekroć zbaczał, gałęzie krzaków
siekły  go  po  twarzy,  to  z  jednej,  to  z  drugiej  strony.  Ścieżka
skręcała nieco w lewo, potem wiodła szerokim łukiem nad skrajem
niewielkiego wąwozu, którym płynął szemrzący strumyk, i wreszcie
kolejnym łukiem prowadziła do oświetlonego budynku.

Ned Beaumont doszedł do drzwi i zastukał.
Otworzył  je  siwy  mężczyzna  o  łagodnej,  szarawej  twarzy

i  szarych  oczach  patrzących  nieufnie  przez  okulary  w  jasnej,
rogowej  oprawie.  Ubrany  był  w  porządny,  choć  niezbyt  modnie
skrojony  brązowy  garnitur  oraz  białą  koszulę,  której  wysoki,
sztywny  kołnierzyk  zdążyło  już  zmoczyć  kilka  kropli  deszczu.
Mężczyzna odsunął się na bok i otworzył szerzej drzwi.

–  Proszę  wejść!  Niech  pan  nie  stoi  w  tej  ulewie!  –  powiedział

uprzejmym,  choć  może  niezbyt  entuzjastycznym  tonem.  –  Co  za
parszywa pogoda.

Beaumont  opuścił  nieco  głowę,  jakby  skinieniem  dziękował  za

zaproszenie,  i  wszedł  do  środka.  Znalazł  się  w  dużym  pokoju
zajmującym  całą  powierzchnię  parteru.  Niewielka  liczba  prostych,
niewyszukanych 

mebli 

nadawała 

pomieszczeniu 

miły,

bezpretensjonalny  charakter.  Pokój  spełniał  funkcję  kuchni,

background image

jadalni, a zarazem salonu.

Opal  Madvig  siedziała  na  podnóżku  przy  kominku.  Na  widok

gościa poderwała się na nogi i popatrzyła na niego z nie skrywaną
wrogością.

Inni  rozpoznali  go  dopiero  wtedy,  gdy  zdjął  kapelusz  i  zaczął

rozpinać płaszcz.

–  Pan  Beaumont!  –  zawołał  z  niedowierzaniem  mężczyzna,

który  otworzył  Nedowi  drzwi,  i  zerknął  przerażony  na  Shada
O’Rory.

O’Rory siedział w fotelu z drewnianymi poręczami ustawionym

na środku pokoju, przodem do kominka.

–  Istotnie  –  przyznał  swoim  charakterystycznym,  melodyjnym

barytonem  z  lekkim  irlandzkim  akcentem  i  uśmiechnął  się
marzycielsko. – Jak się masz, Ned?

Gorylowaty  Jeff  Gardner  zmrużył  małe,  czerwone  oczka

i  rozchylił  usta  w  szerokim  uśmiechu,  obnażając  dwa  rzędy
pięknych, sztucznych zębów.

–  Patrz,  Rusty!  –  Trącił  łokciem  siedzącego  obok  na  ławie

rudego młokosa. – Wrócił nasz worek treningowy. A nie mówiłem,
że lubi, jak się go wali?

Rusty łypnął okiem na Neda i burknął coś pod nosem.
Szczupła  dziewczyna  w  czerwieni,  siedząca  nie  opodal

podnóżka, z którego zerwała się Opal, odwróciła się zaintrygowana
i podniosła na przybysza piwne oczy.

Jego  pociągła  twarz,  wciąż  nosząca  ślady  pięści  Jeffa

i  Rusty’ego,  promieniała  spokojem,  ale  spojrzenie  miał  drapieżne.
Zdjął płaszcz, położył go wraz z kapeluszem na długiej drewnianej
skrzyni  stojącej  przy  ścianie  koło  wejścia,  po  czym  uśmiechnął  się
uprzejmie do mężczyzny, który otworzył mu drzwi.

background image

–  Zepsuł  mi  się  w  pobliżu  samochód.  To  miło  z  pana  strony,

panie  Mathews,  że  pozwolił  mi  pan  schronić  się  przed  deszczem.
Dziękuję.

–  Nie  ma…  nie  ma  za  co  –  wydukał  Mathews  i  wystraszony

znów zerknął błagalnie na Shada O’Rory.

O’Rory  uniósł  chudą,  bladą  dłoń  i  przygładził  swoje  białe  jak

śnieg włosy. Nic nie mówił, ale przyjazny uśmiech nie schodził mu
z twarzy.

Ned podszedł do kominka.– Cześć, kwiatuszku – powiedział do

Opal.  Nie  zareagowała.  Stała  bez  słowa,  mierząc  go  gniewnym
wzrokiem.

–  A  pani  jest  zapewne  żoną  pana  Mathewsa?  –  zwrócił  się  do

szczupłej dziewczyny w czerwieni.

–  Tak,  zgadza  się  –  odparła  miękkim,  niemal  pieszczotliwym

tonem i wyciągnęła na powitanie rękę.

–  Opal  mówiła  mi,  że  chodziły  panie  do  tej  samej  szkoły.  –

Uścisnął  jej  dłoń,  po  czym  spojrzał  na  swoich  dwóch
prześladowców. – Cześć, chłopaki. Miałem nadzieję, że się wkrótce
znów spotkamy.

Rusty  nie  odpowiedział,  za  to  Jeff  wykrzywił  swoją  tępą  twarz

w radosnym uśmiechu.

–  Ja  też!  –  zawołał.  –  Łapy  już  mi  się  zagoiły.  Jak  myślisz,

dlaczego pranie cię po mordzie sprawia mi taką frajdę, co?

–  Za  dużo  mielesz  jęzorem,  Jeff  –  powiedział  łagodnie  O’Rory,

nie patrząc na goryla. – Może, gdybyś tyle nie gadał, wciąż miałbyś
własne zęby.

Dziewczyna  w  czerwieni  szepnęła  coś  do  Opal.  Ta  potrząsnęła

głową i po chwili usiadła z powrotem na podnóżku.

–  Może  pan  usiądzie?  –  zaproponował  nerwowo  gospodarz,

background image

wskazując krzesło nie opodal kominka. – Wysuszy się, ogrzeje…

– Dziękuję. – Beaumont przysunął krzesło bliżej ognia.
Shad O’Rory zapalił papierosa, zaciągnął się, po czym wyjął go

z ust i spytał:

– Jak się czujesz, Ned?
– Całkiem nieźle, Shad.
–  To  dobrze.  –  O’Rory  obrócił  się  w  stronę  Jeffa  i  Rusty’ego.  –

Możecie, chłopcy, wracać jutro do domu. – Znów popatrzył na Neda.
–  Woleliśmy  być  ostrożni,  bo  mogłeś  przecież  wykorkować.  Ale  za
pobicie gotowi jesteśmy odpowiadać.

– Nie będzie mi się chciało chodzić do sądu, żeby przeciwko wam

zeznawać – rzekł Ned. – Szkoda fatygi. Ale nie zapominaj, że twój
przyjaciel  Jeff  jest  poszukiwany  za  zabójstwo  Westa.  –  Powiedział
to  niefrasobliwym  tonem,  lecz  wpatrzone  w  ogień  oczy  zaiskrzyły
się  gniewnie.  Opanował  się  i  kiedy  po  chwili  przeniósł  wzrok
z  kominka  na  gospodarza,  w  jego  oczach  była  już  tylko  drwina.  –
Zresztą  kto  wie,  może  jednak  wystąpię  w  roli  poszkodowanego.
Choćby  po  to,  żeby  narobić  Mathewsowi  kłopotów.  Bądź  co  bądź
ukrywa zbirów poszukiwanych przez policję.

– To nieprawda, panie Beaumont – zaoponował gospodarz. – Ja

o  niczym  nie  wiedziałem.  Przyjechałem  tu  dziś  z  żoną  i  byłem
równie  zaskoczony…  –  Wtem  urwał  i,  przerażony,  zwrócił  się
płaczliwym  głosem  do  Shada:  –  Oczywiście,  jest  pan  tu  mile
widziany,  panie  O’Rory.  Chodzi  mi  jedynie  o  to,  że…  –  nagle
radosny  uśmiech  rozpromienił  jego  twarz  –  …że  nie  mogę  być
pociągnięty do odpowiedzialności karnej za nieświadome udzielanie
pomocy…

–  Tak,  pan  Mathews  nieświadomie  udzielił  nam  pomocy  –

potwierdził O’Rory, spoglądając obojętnie na wydawcę „Observera”.

background image

Najpierw radość znikła z uśmiechu Mathewsa, potem zgasł sam

uśmiech.  Mężczyzna  zaczął  nerwowo  miętosić  krawat,  unikając
spojrzenia  Shada.–  Strasznie  tu  było  nudno,  dopóki  pan  się  nie
zjawił – powiedziała przymilnie do Neda dziewczyna w czerwieni.

Popatrzył  na  nią  zaciekawiony.  Jej  ciemne  oczy  lśniły  miękko,

uwodzicielsko.  Po  chwili  dziewczyna  spuściła  głowę  i  wydęła
kokieteryjnie  wargi.  Usta  miała  wąskie,  zbyt  mocno  pociągnięte
szminką,  lecz  pięknie  wykrojone.  Ned  uśmiechnął  się,  po  czym
wstał i ruszył w jej stronę.

Opal  Madvig  wpatrywała  się  w  podłogę.  Mathews,  O’Rory

i  dwóch  rzezimieszków  na  ławie  obserwowali  Neda  Beaumonta
i dziewczynę w czerwieni.

–  Dlaczego  było  nudno?  –  Ned  usiadł  po  turecku  na  podłodze,

plecami do kominka, bokiem do dziewczyny, i odchyliwszy się nieco
do tyłu, oparł się na wyprostowanych rękach.

–  Nie  wiem,  naprawdę  nie  wiem  –  odparła  nadąsana.  –

Ucieszyłam  się,  kiedy  Hal  zaproponował,  żebyśmy  się  tu  wybrali
razem  z  Opal.  Ale  kiedy  przyjechaliśmy  na  miejsce,  zastaliśmy
w  domu  tych…  –  zawahała  się,  niepewna,  jak  ich  określić  –  …
przyjaciół Hala. – Wszyscy zachowywali się okropnie, ciągle mówili
o  jakiejś  tajemniczej  sprawie,  o  której  nie  mam  zielonego  pojęcia.
Już  mnie  to  zaczęło  denerwować.  Opal  zachowywała  się  tak  samo
jak oni…

–  Przestań,  Eloise  –  przerwał  żonie  Mathews,  siląc  się  na

władczy ton, ale kiedy dziewczyna podniosła na niego oczy, speszył
się i spuścił wzrok.

– Nie mam zamiaru – odparła rozdrażniona. – Mówię jak było.

Opal  zachowywała  się  równie  okropnie  jak  wy  wszyscy.  Po  co  tu
przyjechaliśmy, skoro nawet nie porozmawiałeś z nią o tym, o czym

background image

chciałeś  porozmawiać?  Gdyby  nie  burza,  już  dawno  bym  się  stąd
wyniosła.

Opal Madvig oblała się rumieńcem; wciąż siedziała z wzrokiem

wbitym  w  podłogę.  Eloise  Mathews  pochyliła  się  do  Neda
i zapominając o złości, uśmiechnęła się zalotnie.

– Kiedy pojawił się pan w drzwiach, ucieszyłam się nie dlatego,

że jest pan taki przystojny, ale dlatego, że nareszcie przyszedł ktoś,
kto może rozrusza towarzystwo.

Ned,  rozbawiony,  zmarszczył  brwi.  Dziewczyna  natychmiast

spochmurniała.

– Czy pana samochód naprawdę się zepsuł?
–  spytała  nagle.  –  Czy  może  przyjechał  pan,  żeby  omawiać

z tymi nudziarzami te ich potwornie nudne, tajemnicze sprawy, co?
Boże,  na  pewno  po  to  pan  przyjechał!  Kolejny  nudziarz!  Ja  chyba
zwariuję!

Ned roześmiał się.
–  A  jeśli  na  pani  widok  odeszła  mi  ochota  na  rozmowę

z nudziarzami, to chyba zmienia sytuację?

– Może. – Wciąż była nieufna. – A odeszła panu?
–  Obiecuję,  że  nie  będę  z  nimi  mówił  o  żadnych  tajemniczych

sprawach – oznajmił lekko.

– Pani naprawdę nie wie, czym się dręczą?
–  Nie,  ale  podejrzewam,  że  czymś  bardzo  głupim  i  pewnie

związanym z polityką – powiedziała złośliwie.

Poklepał ją po ręce.
–  Bystra  dziewczyna.  Trafiła  pani  w  dziesiątkę.  –  Odwrócił  się

do  Shada  O’Rory  i  Mathewsa.  Kiedy  po  chwili  znów  popatrzył  na
Eloise, w jego oczach migotały wesołe iskierki. – Zdradzić pani, o co
chodzi?

background image

– Nie.
–  Po  pierwsze,  Opal  sądzi,  że  jej  ojciec  zamordował  Taylora

Henry’ego.

Opal Madvig skoczyła na równe nogi, zasłoniła ręką usta. Z jej

gardła  wydobywał  się  przeraźliwy  charkot.  Oczy  miała  tak
wytrzeszczone,  że  dokoła  źrenic  widać  było  białka.  Patrzyła  na
Neda wpółprzytomnym wzrokiem.

Rusty  poderwał  się  z  miejsca,  czerwony  z  wściekłości,  ale  Jeff

chwycił go za ramię.

–  Spokojnie,  mały  –  mruknął.  –  Nie  warto.  Młokos  stał

wyprężony, gotów do ataku, nie próbował jednak się oswobodzić.

Eloise  siedziała  bez  ruchu,  spoglądając  na  przyjaciółkę  nic  nie

rozumiejącym wzrokiem.

Mathews  skurczył  się  w  sobie,  wargi  i  powieki  mu  drżały  jak

u schorowanego starca.

Shad O’Rory pochylił się do przodu i zacisnął ręce na poręczach

fotela.  Jego  podłużna,  foremna  twarz  powlekła  się  bladością,
niebieskoszare oczy stały się lodowate.

Ale  oznaki  zdenerwowania  u  innych  w  najmniejszym  stopniu

nie zachwiały pewności siebie Neda.

– Po drugie, Opal chce… – zaczął.
–  Ned,  przestań!  –  krzyknęła  córka  Madviga.  Obrócił  się

i spojrzał na nią.

Odjęła  dłoń  od  ust.  Stała  teraz  z  rękami  przyciśniętymi  do

piersi.  Twarz  miała  rozpaloną,  jej  przerażone  oczy  błagały  go
o zmiłowanie.

Przez chwilę przyglądał się jej chłodno, z powagą. Na zewnątrz

słychać było, jak deszcz wali w okna i ściany domu, a gdy wiatr na
moment cichł, natychmiast wzmagał się szum wzburzonej rzeki.

background image

–  A  nie  po  to  tu  przyjechałaś,  Opal?  –  spytał  uprzejmie,  choć

z rezerwą.

– Ned, proszę cię! – zawołała ochrypłym głosem.
Uśmiechnął się blado, jego spojrzenie jednak pozostało chłodne,

poważne.

– Co, tylko tobie i wrogom twojego ojca wolno o tym mówić?
Dziewczyna  opuściła  ręce  wzdłuż  ciała,  zacisnęła  je  w  pięści

i uniosła gniewnie głowę.

– Ojciec naprawdę zabił Taylora – powiedziała twardo.
Beaumont  odchylił  się  znów  do  tyłu  i  popatrzył  na  Eloise

Mathews.

–  No  widzi  pani?  –  kontynuował  jak  gdyby  nigdy  nic.  –  Opal

przeczytała  rano  te  bzdury  w  „Observerze”  i  ponieważ  sama  też
podejrzewa  ojca  o  zabicie  jej  ukochanego,  udała  się  do  pani  męża.
Naturalnie  pani  mąż  wcale  nie  wierzy,  że  Paul  mógł  mieć  coś
wspólnego  z  tym  morderstwem.  Napisał  artykuł,  bo  znalazł  się
w  sytuacji  bez  wyjścia;  musi  robić  to,  co  mu  Shad  każe,  gdyż  jest
zadłużony po uszy w spółce State Central, której właścicielem jest
popierany przez Shada kandydat na senatora. A Opal…

– Wypraszam sobie, panie Beaumont! – zapiszczał wystraszony

Mathews. – Nie pozwolę…

Jemu z kolei przerwał O’Rory.
–  Niech  mówi  –  rzekł  spokojnym,  melodyjnym  barytonem.  –

Zobaczymy, co ma do powiedzenia.

– Dzięki, Shad – rzucił przez ramię Ned. – No więc Opal udała

się do pani męża, żeby potwierdził jej podejrzenia. Nie mógł jednak
tego  zrobić,  bo  nic  nie  wie.  Po  prostu  jest  posłusznym  wykonawcą
cudzych  poleceń  i  obrzuca  błotem  tego,  kogo  Shad  mu  wskaże.
Wpadł jednak na genialny pomysł: postanowił opisać w jutrzejszym

background image

wydaniu gazety, jak córka Madviga przyszła do redakcji i zdradziła
mu, że podejrzewa własnego ojca o zamordowanie jej kochanka. Ale
byłaby  sensacja!  Wyobraża  sobie  pani  te  wielkie  nagłówki?  „Opal
Madvig  oskarża  ojca  o  morderstwo!  Twierdzi,  że  to  on  zabił  syna
senatora!”

Przez 

cały 

czas 

Eloise 

Mathews 

siedziała 

blada,

z  wytrzeszczonymi  oczami,  lekko  pochylona  do  przodu,  i  słuchała
z zapartym tchem. Deszcz wciąż tłukł o okna i ściany domu. Rusty
wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je z głośnym sykiem.

Po  chwili  Ned  wysunął  czubek  języka,  oblizał  usta  i  z

uśmiechem na twarzy mówił dalej:

–  Dlatego  pani  mąż  wywiózł  Opal  z  miasta.  Chciał  ją  trzymać

z dala od wszystkich, dopóki się nie ukaże jutrzejsza gazeta. Może
się  orientował,  że  Shad  z  chłopakami  się  tu  ukrywa,  może  nie.  To
nie  ma  znaczenia.  Zależało  mu  tylko  na  tym,  żeby  nikt  się  nie
dowiedział  o  wizycie  Opal  w  redakcji.  Nie  twierdzę,  oczywiście,  że
zmusił  Opal  do  wyjazdu  z  miasta,  ani  że  trzyma  ją  tu  siłą.
Porwanie  nie  byłoby  zbyt  mądrym  posunięciem.  W  każdym  razie
nie  potrzebował  jej  porywać:  Opal  gotowa  jest  uczynić  wszystko,
żeby pogrążyć ojca.

–  Bo  zabił  Taylora  –  powiedziała  cicho,  lecz  dobitnie  córka

Madviga.

Ned  zerknął  na  nią  smętnym  wzrokiem,  uśmiechnął  się

i pokręcił z rezygnacją głową.

Eloise  Mathews  wpatrywała  się  w  męża.  W  jej  spojrzeniu

malowało się bezkresne zdumienie. Mathews usiadł, zwiesił głowę,
po czym ukrył ją w dłoniach.

Shad O’Rory rozprostował nogi i na powrót je skrzyżował.
– Skończyłeś? – spytał wyjmując papierosa.

background image

–  Jeszcze  ci  mało?  –  odparł  Ned.  Siedział  tyłem  do  Shada

i  nawet  się  nie  odwrócił.  Głos  miał  spokojny,  ale  na  jego  twarz
wypełzło zmęczenie.

O’Rory zapalił papierosa.
–  No  i  po  kiego  licha  to  całe  przedstawienie?  Gazeta  już  się

drukuje.  Dziewczyna  przyszła  do  redakcji  z  własnej  woli,  tu  też
nikt  jej  nie  ciągnął  na  siłę.  Podobnie  jak  ciebie.  Jesteście  wolni,
możecie w każdej chwili stąd wyjechać. Róbcie, co chcecie. – Wstał.
– Ja idę spać. Panie Mathews, gdzie jest pokój gościnny?

– Powiedz, Hal, że to nieprawda – rzekła Eloise do męża.
Mathews odsłonił wolno twarz.
–  Kochanie,  istnieje  tyle  poszlak  wskazujących  na  winę

Madviga,  że  mamy  prawo  nalegać,  aby  policja  przynajmniej  go
przesłuchała – oznajmił z godnością. – Niczego więcej nie żądamy.

– Nie to miałam na myśli.
– Kochanie… – głos mu drżał – kiedy Opal Madvig przyszła… –

Nagle  urwał  i  jakby  kuląc  się  pod  spojrzeniem  żony,  znów  zakrył
rękami twarz.

 5

Eloise  Mathews  i  Ned  Beaumont  zostali  sami  w  pokoju  na

parterze.  Siedzieli  naprzeciw  siebie  przed  kominkiem.  Ona,  lekko
pochylona  do  przodu,  obolałym  wzrokiem  wpatrywała  się
w  ostatnią  płonącą  szczapę;  on,  z  nogą  założoną  na  nogę,  z  ręką
wspartą  niedbale  o  oparcie  krzesła,  palił  cygaro  i  ukradkiem
obserwował dziewczynę.

Nagle zaskrzypiały schody i na podeście stanął jej mąż. Miał na

sobie  ten  sam  garnitur  co  wcześniej,  zdjął  jedynie  sztywny

background image

kołnierzyk,  poluzował  pod  szyją  krawat  i  wyciągnął  go  spod
kamizelki.

–  Kochanie,  chodź  do  łóżka.  Już  północ.  Dziewczyna  nawet  nie

drgnęła.

– Panie Beaumont, nie mógłby pan…
Na dźwięk swojego nazwiska Ned odwrócił się do mężczyzny na

schodach i popatrzył na niego z okrutną obojętnością, a kiedy temu
głos  się  załamał,  skupił  się  ponownie  na  paleniu  cygara
i obserwacji dziewczyny.

Po chwili Mathews poczłapał z powrotem na górę.
–  W  kredensie  stoi  butelka  whisky.  Mógłbyś  ją  przynieść?  –

poprosiła Eloise, nie odrywając oczu od ognia.

–  Jasne.  –  Podał  jej  butelkę,  po  czym  rozejrzał  się  za

szklankami. – Z wodą?

Potrząsnęła  głową,  że  nie.  Oddech  miała  przyśpieszony,  piersi

falowały jej pod czerwoną, jedwabną suknią.

Nalał dwie duże porcje.
Dopiero  kiedy  poczuła,  jak  wtyka  jej  szklankę  do  ręki,  Eloise

przeniosła spojrzenie z kominka na twarz mężczyzny i wykrzywiła
wąskie,  zbyt  mocno  pomalowane  wargi  w  cierpkim  uśmiechu.
Pomarańczowy  płomień  odbijał  się  w  jej  oczach,  które  lśniły
niezdrowym blaskiem.

Ned odwzajemnił uśmiech.
Podniosła szklankę.
– Zdrowie mojego męża! – zawołała.
–  O  nie  –  powiedział  lekko  Ned  i  wylał  zawartość  szklanki  do

kominka; ogień zabuzował.

Eloise roześmiała się zachwycona i poderwała na nogi.
– Nalej sobie znów!

background image

Ned podniósł z podłogi butelkę i napełnił szklankę.
Eloise uniosła swoją wysoko nad głowę.
– Twoje zdrowie!
Wypili do dna. Dziewczyna wzdrygnęła się.
– Lepiej coś zjedz – poradził jej Ned.
– Nie, nie chcę. – Położyła rękę na jego ramieniu i odwróciła się

plecami do ognia. – Przyciągnijmy tu ławę.

– Dobry pomysł.
Odsunęli  na  bok  krzesła,  po  czym  wzięli  za  oba  końce  niską,

szeroką ławę bez oparcia i ustawili ją przed kominkiem.

– Zgaś światło – poprosiła Eloise.
Kiedy  to  uczynił  i  wrócił  na  miejsce,  siedziała  już  na  ławie

nalewając whisky do szklanek.

– Tym razem pijemy za ciebie – powiedział. Wypili i dziewczyna

znów się wzdrygnęła. Usiadł koło niej. Ogień w kominku rzucał na
ich twarze ciepły różowy blask.

Schody  ponownie  zaskrzypiały  i  po  chwili  ukazał  się  na  nich

Mathews.  Zatrzymał  się  na  ostatnim  stopniu.–  Kochanie,  proszę
cię…

– Rzuć czymś w niego – szepnęła dziewczyna do Neda.
Roześmiał się.
– Gdzie masz szklankę? – spytała, podnosząc z podłogi butelkę.
Kiedy nalewała trunek, Mathews wrócił na górę.
Eloise  i  Ned  stuknęli  się  szklankami.  Oczy  dziewczyny  lśniły

w  pomarańczowym  blasku  płomieni.  Kosmyk  ciemnych  włosów
zwisał  jej  zadziornie  na  czoło.  Oddychała  przez  usta,  lekko
posapując.

– Nasze zdrowie – szepnęła.
Ponownie  wypili  do  dna.  Dziewczyna  wypuściła  z  ręki  pustą

background image

szklankę  i  rzuciła  się  w  ramiona  Neda.  Tym  razem,  kiedy  się
wzdrygnęła,  ich  wargi  były  zwarte  w  pocałunku.  Szklanka  rozbiła
się  z  hukiem  na  drewnianej  podłodze.  Ned  patrzył  na  dziewczynę
przez zmrużone powieki. Ona oczy miała zamknięte.

Nie  zareagowali  na  odgłos  skrzypienia.  To  znaczy  Ned  nie

zareagował, Eloise zaś przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Nie
widział  schodów,  był  zwrócony  do  nich  tyłem.  Oboje  mieli
przyśpieszone oddechy.

Kiedy po chwili schody znów zaskrzypiały, przerwali pocałunek,

ale  wciąż  siedzieli  objęci.  Ned  obejrzał  się.  Na  schodach  nie  było
nikogo.

Dziewczyna  położyła  rękę  na  karku  mężczyzny,  zaczęła  targać

go  za  włosy,  wbijać  mu  paznokcie  w  skórę.  Oczy  miała
wpółprzymknięte, ale roześmiane.

– Takie jest życie – powiedziała cicho, z lekką drwiną w głosie.

Odchyliła się na ławie, ciągnąc za sobą Neda i ponownie przylgnęła
wargami do jego ust.

Znajdowali się w półleżącej pozycji, kiedy usłyszeli strzał.
Ned Beaumont błyskawicznie wyrwał się z objęć dziewczyny.
–  Gdzie  jest  sypialnia?  –  spytał  ostro.  Eloise,  sparaliżowana

strachem, nie odezwała się.

– Gdzie jest sypialnia? – powtórzył.
–  Na  piętrze,  w  przedniej  części  domu  –  rzekła  ochryple,

unosząc bezradnie rękę.

Popędził  ile  sił  na  górę,  pokonując  po  kilka  stopni  na  raz.

U szczytu schodów natknął się na Jeffa, który stał w ubraniu, ale
boso. Mrugając spuchniętymi od snu oczami, goryl oparł jedną rękę
na  biodrze,  a  drugą  wysunął  przed  siebie,  żeby  zagrodzić  Nedowi
drogę.

background image

– Co się dzieje, do cholery? – warknął.
Niewiele  się  zastanawiając,  Ned  przyłożył  gorylowi  w  szczękę.

Kiedy  ten  zatoczył  się  od  siły  ciosu,  Ned  wyminął  go  i  pognał
w  stronę  sypialni  Mathewsów.  Z  innego  pokoju  wybiegł  O’Rory
i ruszył za nim.

Z dołu doleciał ich krzyk Eloise.
Ned  Beaumont  pchnięciem  otworzył  na  oścież  drzwi

i znieruchomiał. Mathews leżał wyciągnięty na wznak na podłodze
pod  lampą.  Usta  miał  otwarte,  z  kącika  sączyła  się  strużka  krwi.
Jedna  ręka  spoczywała  na  klatce  piersiowej,  a  druga,  wyrzucona
w  bok,  zdawała  się  wskazywać  czarny  rewolwer  pod  ścianą.  Na
stoliku przy oknie Ned spostrzegł otwarty kałamarz, pióro i kartkę
papieru. Obok stolika stało krzesło.

Shad  O’Rory  przecisnął  się  koło  Beaumonta  i  kucnął  przy

Mathewsie.  Kiedy  pochylił  się  nad  nim,  Ned  podszedł  do  stolika,
zerknął pośpiesznie na kartkę, po czym schował ją do kieszeni.

Po  chwili  zjawił  się  Jeff,  a  za  nim  nagi  Rusty.  O’Rory  wstał

i rozłożył ręce.

– Strzelił sobie w podniebienie – rzekł. – Nie żyje.
Beaumont opuścił sypialnię. W holu spotkał Opal Madvig.
– Co się stało, Ned? – spytała wystraszona.
– Mathews się zastrzelił. Nie zaglądaj tam. Ubierz się i zejdź na

dół do Eloise. Postaram się ją uspokoić.

Kiedy zbiegł na dół po schodach, ujrzał ciemny kształt leżący na

podłodze  przy  ławie.  Ruszył  w  jego  stronę,  ale  po  dwóch  krokach
zatrzymał  się  i  chłodnym,  badawczym  wzrokiem  rozejrzał  się
wokoło.  Dopiero  wtedy  podszedł  do  dziewczyny,  ukląkł  na  jedno
kolano  i  sprawdził  jej  puls.  Przez  chwilę  wpatrywał  się  w  nią
uważnie w słabym blasku dogasającego ognia. Sprawiała wrażenie

background image

nieprzytomnej. Wyjął z kieszeni kartkę, którą zabrał ze stolika na
górze, i przysunął się na kolanach bliżej kominka, żeby przeczytać,
co Mathews napisał przed śmiercią.

Ja,  Howard  Keith  Mathews,  będąc  zdrowy  na  ciele  i  umyśle,

postanawiam niniejszym co następuje:

Cały  swój  majątek  oraz  wszystkie  rzeczy  osobiste  pozostawiam

mojej ukochanej żonie, Eloise Braden Mathews.

Ustanawiam  spółkę  State  Central  jedynym  wykonawcą  mojego

testamentu.

Powyższe poświadczam własnoręcznym podpisem..
Ned  przerwał  lekturę  i  uśmiechając  się  ponuro  pod  nosem,

podarł kartkę na trzy części; następnie wstał, wsunął rękę w szparę
nad  żelazną  kratą  i  rzucił  podarty  testament  na  żarzące  się
kawałki  drewna.  Kartki  zajęły  się  ogniem  i  po  chwili  nie  było  po
nich  śladu.  Mężczyzna  wziął  stojącą  obok  szufelkę  i  na  wszelki
wypadek  rozgarnął  żar,  po  czym  wrócił  do  leżącej  na  podłodze
postaci,  nalał  do  szklanki  odrobinę  whisky,  podniósł  głowę
dziewczyny i wlał jej do ust alkohol. Kiedy Opal Madvig zeszła na
dół,  Eloise  odzyskała  już  przytomność  i  siedziała  na  ławie
pokasłując.

 6

Na  schodach  ukazał  się  Shad  O’Rory,  za  nim  Jeff  i  Rusty.

Wszyscy  trzej  byli  ubrani.  Beaumont  stał  przy  drzwiach,
w płaszczu i kapeluszu.

– Dokąd się wybierasz, Ned?
– Zadzwonić na policję.
– Słusznie. – O’Rory skinął głową. – Ale zanim wyjdziesz, chcę

background image

cię o coś zapytać. – Zszedł na dół. Rusty i Jeff niemal deptali mu po
piętach.

–  No?  –  Beaumont  wyjął  rękę  z  kieszeni  i  przekręcił  się  nieco

w  bok,  tak  żeby  pistolet,  który  trzymał  w  dłoni,  był  widoczny  dla
trzech mężczyzn, lecz niewidoczny dla Eloise i Opal, która siedziała
obok  przyjaciółki,  obejmując  ją  ramieniem.  –  Tylko  bez  głupich
kawałów, bo się śpieszę.

O’Rory  zatrzymał  się,  sprawiał  jednak  wrażenie,  jakby  nie

zauważył broni.

– Nie wydaje ci się to dziwne – zaczai – że na stoliku w sypialni

stoi  otwarty  kałamarz,  obok  leży  pióro,  a  nie  znaleźliśmy  żadnego
listu…

–  Nie  było  listu?  –  Ned  uśmiechnął  się  robiąc  zdumioną  minę,

po  czym  cofnął  się  o  krok.  –  To  rzeczywiście  dziwne.  Jak  wrócę,
możemy się wspólnie podziwie.

– Wolałbym teraz…
– Przykro mi… – Wymacał ręką klamkę. – Za kilka minut będę

z powrotem. – Wyskoczył na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi.

Już  nie  padało.  Ruszył  pędem  przez  wysoką  trawę  i  skręcił  za

budynek.  Słyszał,  jak  ktoś  zatrzaskuje  jakieś  inne  drzwi.  Gdzieś
nie opodal szumiała rzeka. Zaczął przedzierać się w jej stronę przez
zarośla.

Na  lewo,  za  jego  plecami,  rozległ  się  ostry,  lecz  niezbyt  głośny

gwizd. Brnąc przez grząskie błoto, Ned dotarł do kępy drzew i odbił
w  bok  od  rzeki.  Znów  rozległ  się  gwizd,  tym  razem  na  prawo.  Za
kępą  drzew  Ned  zagłębił  się  w  krzaki  sięgające  mu  do  ramion.
Chociaż  była  ciemna  noc,  na  wszelki  wypadek  szedł  lekko
pochylony, żeby go nikt nie dojrzał.

Wspinał  się  pod  górę  po  śliskim,  nierównym  gruncie,  walcząc

background image

z gęstwiną cienkich gałęzi, które smagały go po twarzy, po rękach,
czepiały się jego ubrania. Trzy razy upadł. Potykał się bez przerwy.
Gwizd się nie powtórzył.

Nie  znalazł  Buicka.  Nie  znalazł  nawet  drogi,  którą  przyjechał.

Wspinał  się  mozolnie,  powłócząc  nogami  i  potykając  się  nawet
wtedy, kiedy nie było już o co się potykać. Wreszcie dotarł na szczyt
wzniesienia  i  po  chwili  zaczął  schodzić  z  jego  drugiej  strony,
ślizgając  się  i  przewracając  jeszcze  częściej.  Dołem  biegła  ścieżka.
Skręcił  w  prawo  i  brnął  przed  siebie,  co  rusz  przystając,  żeby
zdrapać  z  butów  ogromne  grudy  lepkiego  błota.  Zdrapywał  je
pistoletem.

Wtem usłyszał za plecami szczekanie; zatrzymał się i zataczając

jak  pijak  obejrzał  za  siebie.  W  odległości  mniej  więcej  dwudziestu
metrów  zobaczył  niewyraźny  zarys  domu,  którego  wcześniej  nie
zauważył.  Zawrócił.  Po  chwili  stał  przed  wysoką  bramą,  na  którą
rzucał  się,  wściekle  ujadając,  pies  –  niewidoczny  w  ciemności
potwór.

Beaumont  wyciągnął  rękę,  znalazł  po  omacku  klamkę

i  odczepiwszy  haczyk,  wszedł  na  teren  posesji.  Pies  odsunął  się;
krążąc wokół intruza i ujadając hałaśliwie, raz po raz przyskakiwał
bliżej, jakby miał zamiar go zaatakować.

Ktoś otworzył okno i krzyknął grubym głosem:
–  Co  pan,  do  cholery,  wyprawia  z  psem?  Ned  roześmiał  się

w  duszy,  po  czym  wziął  się  w  garść  i  odparł  głosem  niewiele
cieńszym:

– Jestem Beaumont z prokuratury okręgowej. Muszę skorzystać

z pańskiego telefonu. Niedaleko stąd zginął człowiek!

–  Nic  nie  słyszę!  –  ryknął  basem  mężczyzna  w  oknie.  –  Cicho,

Jeannie!

background image

Jeannie  zaszczekała  jeszcze  kilka  razy  ze  zdwojoną  energią

i wreszcie się uspokoiła.

– To co pan mówił?
–  Jestem  z  prokuratury.  Chcę  skorzystać  z  telefonu.  Zginął

człowiek.– O cholera!

Kiedy  mężczyzna  zamknął  z  trzaskiem  okno,  pies  znów  zaczął

szczekać i krążyć wkoło, udając, że lada moment rzuci się do ataku.
Ned cisnął w zwierzę swój zabłocony pistolet. Psisko czym prędzej
czmychnęło za dom.

Drzwi otworzył czerwony na twarzy, krępy mężczyzna w długiej,

niebieskiej koszuli nocnej.

–  Jezus  Maria!  Ale  pan  okropnie  wygląda!  –  wyrwało  mu  się,

gdy Ned podszedł do światła.

– Gdzie jest telefon?
Mężczyzna złapał Neda, zanim ten się przewrócił.
–  W  pokoju  –  mruknął.  –  Do  kogo  mam  zadzwonić  i  co

powiedzieć? Pan jest za słaby, żeby…

– Telefon! – warknął Ned.
Podtrzymując go, żeby się nie przewrócił, gospodarz wprowadził

Neda do środka, po czym pchnął drzwi na końcu korytarza.

– Tam – rzekł. – Ma pan szczęście, że starej nie ma w domu. Nie

wpuściłaby kogoś tak zabłoconego.

Ned  zwalił  się  na  krzesło,  ale  nie  sięgnął  po  telefon.  Patrząc

spod oka na faceta w koszuli nocnej, warknął ochryple:

– Chciałbym zostać sam.
Mężczyzna cofnął się od progu i zamknął za sobą drzwi.
Ned  podniósł  słuchawkę,  podparł  się  łokciami  na  stoliku

i  wykręcił  numer  Paula  Madviga.  Czekając  na  połączenie,  walczył
z  sennością;  powieki  co  rusz  mu  opadały,  musiał  na  siłę  otwierać

background image

oczy, ale kiedy wreszcie zaczął mówić, głos miał normalny, rześki.

–  Cześć  Paul,  tu  Ned…  Mniejsza  z  tym…  Mathews  popełnił

samobójstwo  w  swoim  domku  nad  rzeką  i  nie  zostawił
testamentu…  A  teraz  słuchaj,  bo  to  ważne.  Ponieważ  miał  sporo
długów,  a  nie  ustanowił  nikogo  wykonawcą  swej  woli,  sąd  będzie
musiał wyznaczyć kogoś, kto by tymczasowo zarządzał majątkiem.
Rozumiesz…?  Tak.  Przypilnuj,  żeby  sprawa  trafiła  do  właściwego
sędziego,  może  do  Phelpsa;  wtedy  do  czasu  wyborów  „Observer”
nam  nie  podskoczy.  Jasne…?  W  porządku,  dobra,  ale  to  nie
wszystko. Jest pilna robota. Jutrzejsze wydanie zawiera sensacyjny
materiał.  Musisz  zatrzymać  cały  nakład…  Nie  wiem,  wyciągnij
Phelpsa z łóżka, niech wyda sądowy nakaz albo co, w każdym razie
gazeta  nie  może  się  ukazać!  Potem  już  się  jakoś  dogadamy
z zespołem redakcyjnym; sami spuszczą z tonu, jak się dowiedzą, że
przez  najbliższy  miesiąc  gazetą  będzie  zarządzał  ktoś  z  naszych…
Nie  mam  czasu,  Paul,  ale  mówię  ci,  to  prawdziwa  bomba!  Musisz
zrobić  wszystko,  żeby  gazeta  nie  trafiła  jutro  do  kiosków.  Obudź
Phelpsa,  jedźcie  do  redakcji  i  sami  się  przekonajcie.  Masz  ze  trzy
godziny czasu… Tak… Co? Opal? Nie martw się. Jest tu ze mną…
Tak,  przywiozę  ją  do  domu…  Aha,  zawiadom  policję  czy
prokuraturę  o  Mathewsie,  dobrze…?  Tak,  zaraz  tam  wracam.
W porządku.

Rzucił  słuchawkę  na  widełki,  wstał  i  chwiejnym  krokiem

doczłapał  do  drzwi.  Szarpnął  je  raz,  ale  nie  ustąpiły.  Kiedy
szarpnął  je  mocniej,  otworzyły  się  na  oścież  i  Ned  wypadł  na
korytarz;  gdyby  nie  ściana,  na  której  się  zatrzymał,  rymnąłby  jak
długi  na  podłogę.  Gospodarz  pośpieszył  mu  z  pomocą.–  Niech  się
pan  o  mnie  oprze…  Powinien  pan  odpocząć.  Rozłożyłem  na
tapczanie koc, żeby nie zabrudził pan…

background image

–  Pożyczy  mi  pan  samochód?  –  przerwał  mu  Ned.  –  Muszę

wrócić do domku Mathewsa.

– To właśnie on nie żyje?
– Tak.
Mężczyzna uniósł brwi i zagwizdał cicho.
– Pożyczy mi pan samochód? – spytał ponownie Ned.
– Bądź pan rozsądny! W takim stanie chce pan prowadzić?!
– Dobra, wrócę pieszo – oznajmił Ned zataczając się.
– Stój pan! – Gospodarz zmierzył gościa gniewnym wzrokiem. –

Co  za  uparty  osioł!  W  porządku,  ubiorę  się  i  sam  pana  podwiozę.
Tylko nie wykorkuj mi pan po drodze!

Mężczyzna  zaparkował  pod  domem  Mathewsa  i  wprowadził,

a  raczej  wniósł  Neda  do  środka.  W  ogromnym  pokoju  na  parterze
zastali  tylko  Opal  i  Eloise.  Na  widok  przybyszy,  którzy  wtargnęli
bez pukania, zaskoczone dziewczyny wytrzeszczyły szeroko oczy.

Ned uwolnił się z objęć mężczyzny i powiódł smętnym wzrokiem

po pokoju.

– Gdzie Shad? – wymamrotał.
– Odjechał – rzekła Opal. – Wszyscy odjechali.
–  To  dobrze.  –  Mówił  z  wyraźnym  trudem.  –  Muszę  z  tobą

porozmawiać na osobności.

Eloise Mathews podbiegła w jego stronę.
– Zabiłeś go! – krzyknęła.
Zachichotał głupawo i próbował wziąć ją w ramiona.
Dziewczyna wrzasnęła i z całej siły uderzyła go w twarz.
Poleciał  do  tyłu  na  wyprostowanych  nogach  –  uczynny  sąsiad

nie zdołał go złapać – runął na podłogę i już się nie poruszył.
 

background image

VII

Słudzy

 1

Senator  Henry  odłożył  serwetkę  i  wstał  od  stołu.  Sprawiał

wrażenie  wyższego  i  młodszego  niż  był  w  rzeczywistości.  Głowę
miał  dość  małą,  porośniętą  rzadkimi,  siwymi  włosami,  lecz
wyjątkowo  kształtną,  twarz  trochę  pomarszczoną,  z  zaledwie
kilkoma  wyrazistymi  bruzdami.  Oczy  nie  zdradzały  jego  wieku;
zielonoszare, głęboko osadzone i niezbyt duże, patrzyły bystro.

– Pozwolą państwo, że na kilka minut zabiorę Paula na górę? –

spytał poważnie, z wystudiowaną uprzejmością.

–  Pod  warunkiem,  że  zostawisz  mi  tu  pana  Beaumonta  –

odparła jego córka – i obiecasz, że niedługo do nas wrócicie.

Ned  Beaumont  uśmiechnął  się  i  skinął  bez  słowa  głową,  po

czym  przeszedł  z  Janet  do  pomalowanego  na  biało  pokoju.
W  białym  kominku  leniwie  buzował  za  kratą  ogień,  rzucając
czerwonawy blask na mahoniowe meble.

Janet  Henry  włączyła  lampę  stojącą  przy  fortepianie  i  usiadła

na ławeczce, plecami do klawiszy. Padające z tyłu światło tworzyło
aureolę  wokół  jej  jasnych  włosów.  Kobieta  ubrana  była  w  czarną
suknię  z  materiału  przypominającego  zamsz.  Nie  miała  na  sobie
biżuterii.

Ned  pochylił  się,  żeby  strzepnąć  do  kominka  popiół  z  cygara.

Osadzona w spince do krawata perła zalśniła w blasku ognia niby

background image

czerwone oko.

– Zagra pani? – spytał prostując się.
– Nie gram zbyt dobrze, ale jeśli pan chce… tylko może później.

Bo chciałabym skorzystać z okazji, że jesteśmy sami i porozmawiać
z panem. – Siedziała sztywno wyprostowana, z rękami splecionymi
na kolanach.

Ned  skinął  głową,  ale  nic  nie  odpowiedział.  Cofnął  się  od

kominka  i  zajął  miejsce  na  stojącej  nie  opodal  stylowej  kanapie.
Spojrzał  wyczekująco  na  córkę  senatora,  lecz  nie  zdradzał
większego zainteresowania.

Janet  Henry  obróciła  się  na  ławeczce,  tak  aby  siedzieć

dokładnie na wprost Neda.

– Jak się Opal czuje? – spytała ciepłym, poufałym tonem.
– Nie widziałem jej od tygodnia, ale chyba dobrze. – Przysunął

cygaro  do  ust,  po  czym  zawahał  się,  jakby  nagle  coś  sobie
przypomniał. – Dlaczego pani pyta?

Kobieta otworzyła szerzej piwne oczy.
– Słyszałam, że cierpi na depresję i nie wstaje z łóżka…
– Ach, o to chodzi! – Ned uśmiechnął się lekko. – Więc Paul nic

pani nie mówił?

– No właśnie mówił. – Popatrzyła na niego zdziwiona. – Mówił,

że  Opal  całymi  dniami  leży  przygnębiona  w  łóżku.  Od  niego  to
wiem.

Uśmiech Neda stał się łagodny.
– Hm, biedak pewnie czuje się trochę skrępowany – powiedział

wolno,  po  czym  przeniósł  wzrok  z  cygara  na  Janet  i  wzruszył
ramionami.

–  Nie,  Opal  nie  cierpi  na  żadną  depresję.  Po  prostu  ubzdurała

sobie,  że  Paul  zabił  pani  brata  i  jak  idiotka  zaczęła  rozgłaszać  to

background image

wszem  wobec.  Oczywiście  Paul  nie  może  sobie  pozwolić,  aby  jego
własna córka biegała po mieście oskarżając go o morderstwo, więc
zakazał jej wychodzenia z domu, dopóki nie zmądrzeje.

– To znaczy… – Zawahała się, jej oczy lśniły.
– To znaczy, że więzi Opal?
–  Więzi?  Bez  przesady!  –  zaprotestował.  –  Opal  jest  jeszcze

dzieckiem.  A  jak  dzieci  coś  przeskrobią,  często  za  karę  muszą
siedzieć w domu, prawda?

–  No  tak  –  przyznała  Janet  Henry.  –  Ale…  –  Popatrzyła  na

splecione na kolanach dłonie, potem znów na Neda. – Dlaczego ona
podejrzewa Paula?

–  A  któż  go  nie  podejrzewa?  –  odparł  kwaśno.  Janet  zacisnęła

ręce  na  krawędzi  ławeczki  i  blada  z  przejęcia  pochyliła  się  do
przodu.

– Właśnie o to chciałam pana spytać – rzekła.
– Czy ludzie naprawdę myślą, że Paul jest mordercą?
Skinął głową. Na jego twarzy malował się spokój.
Kobieta  tak  mocno  ściskała  ławkę,  że  kłykcie  miała  niemal

białe.

– Dlaczego? – szepnęła ochryple.
Ned  wstał  z  kanapy,  podszedł  do  kominka  i  wrzucił  do  ognia

niedopałek,  po  czym  wrócił  na  miejsce,  założył  nogę  na  nogę
i odchylił się wygodnie do tyłu.

–  Bo  konkurencja,  żeby  wygrać,  rozpuszcza  takie  plotki.  –  Nic

w  jego  głosie,  minie  ani  zachowaniu  nie  wskazywało  na  to,  że  ta
sprawa jakoś osobiście go dotyczy.

–  Ale…  –  kobieta  zmarszczyła  czoło  –  ale  czy  ludzie  by  w  nie

wierzyli, gdyby nie istniały jakieś dowody, jakieś poszlaki…

Spojrzał na nią rozbawiony.

background image

–  Rzecz  w  tym,  że  istnieją.  Myślałem,  że  pani  o  tym  wie.  –

Pogładził  kciukiem  wąs.  –  Jeszcze  pani  nie  dostała  jednego  z  tych
anonimów, których tyle krąży?

Janet Henry podniosła się z ławeczki, wyraźnie podniecona.
– Dostałam! Właśnie dziś! Zaraz go panu pokażę…
Roześmiał się cicho i ruchem dłoni powstrzymał ją.
–  Nie  warto.  Już  kilka  widziałem,  a  niczym  się  od  siebie  nie

różnią.

Kobieta usiadła z ociąganiem.
–  Te  wszystkie  anonimy,  te  artykuły,  które  ukazywały  się

w  „Observerze”,  póki  nie  zmusiliśmy  gazety  do  wyłączenia  się
z  kampanii  wyborczej,  te  rozsiewane  plotki…  –  Ned  wzruszył
ramionami.  –  Posługując  się  paroma  poszlakami,  konkurencja
zmontowała przeciwko Paulowi oskarżenie.

– Czy… czy coś mu grozi? – Janet przygryzła dolną wargę..
Ned pokiwał głową.
–  Jeśli  przegra  wybory,  to  znaczy,  jeśli  jego  kandydaci

przegrają,  wówczas  straci  swoje  wpływy  we  władzach  miejskich
oraz  stanowych,  i  wyląduje  na  krześle  elektrycznym  –  oznajmił
spokojnie,  z  przekonaniem  w  głosie.  Ciałem  kobiety  wstrząsnął
dreszcz.

– A jeśli wygra, to nic mu nie będzie? – spytała.
– Nic a nic.
Na  moment  wstrzymała  oddech.  Kiedy  w  końcu  odezwała  się,

usta tak bardzo jej drżały, że ledwo mogła mówić.

– Czy wygra?
– Tak sądzę.
– I wtedy bez względu na istniejące dowody…
– głos jej się załamał – …nic mu nie będzie groziło?

background image

–  Nie  stanie  przed  sądem  –  wyjaśnił  Ned.  I  wtem  doznał

olśnienia.  Usiadł  prosto,  zamknął  oczy,  potem  otworzył  je  i  wbił
wzrok w bladą, napiętą twarz Janet Henry. Po chwili rozpromienił
się  i  parsknął  śmiechem,  niezbyt  głośnym,  ale  pełnym  radości.  –
Judyta we własnej osobie!

– zawołał wstając z kanapy.
Kobieta  znów  wstrzymała  oddech;  siedziała  blada,  z  pytaniem

w oczach.

Ned,  z  zadowoloną  miną,  zaczął  przemierzać  pokój  w  tę  i  z

powrotem,  rozmawiając  ze  sobą  z  ożywieniem.  Od  czasu  do  czasu
zerkał przez ramię na Janet Henry.

–  Oczywiście!  Więc  o  to  chodzi!  Córka  senatora  tolerowała

Paula, była dla niego miła, bo chciała pomóc ojcu zdobyć poparcie,
którego  tak  bardzo  potrzebował,  ale  wyznaczyła  sobie  pewne
granice. A Paul zakochał się w niej po uszy. Później, kiedy uznała,
że  to  właśnie  on  zabił  jej  brata  i  że  uniknie  kary,  chyba  że  ona…
Boże,  ale  numer!  Zarówno  rodzona  córka,  jak  i  ukochana  kobieta
robią  co  mogą,  żeby  wylądował  na  krześle  elektrycznym!  Ten  ma
szczęście do kobiet!

–  Zatrzymawszy  się  przed  Janet,  przyciął  koniec  cienkiego,

jasnozielonego  cygara,  z  którym  spacerował  po  pokoju.  –  To  pani
rozsyła te anonimy

–  powiedział  tonem  bynajmniej  nie  oskarżycielskim,  ale  tak

jakby dzielił się z nią dokonanym przez siebie odkryciem. – Tak, to
pani  robota.  Zostały  napisane  na  maszynie  znajdującej  się
w  garsonierze,  w  której  Taylor  spotykał  się  z  Opal.  Taylor  miał
jeden  klucz,  Opal  drugi.  Opal  nie  spłodziła  tych  anonimów,  była
nimi  zbyt  zdruzgotana.  Ale  pani…  Tak,  kiedy  policja  oddała
senatorowi  rzeczy  Taylora,  odszukała  pani  klucz,  zakradła  się  do

background image

tamtego mieszkanka i przystąpiła do pisania. W porządku. – Znów
zaczął przemierzać pokój. – Hm, trzeba będzie przekonać senatora,
aby wynajął kilka sprawnych, silnych pielęgniarek, zamknął panią
w  sypialni  i  oznajmił  wszystkim,  że  córka  cierpi  na  depresję  i  nie
wstaje z łóżka. Wygląda na to, że epidemia depresji grasuje wśród
córek  naszych  polityków,  ale  trudno,  wygramy  te  wybory,  choćby
w każdym domu ktoś się miał rozchorować.

– Odwrócił się i uśmiechnął przyjaźnie do kobiety—
Przyłożyła rękę do szyi; nie poruszyła się ani nie odezwała.
–  Na  szczęście  z  senatorem  nie  będziemy  mieli  kłopotów  –

ciągnął  po  chwili.  –  Niewiele  go  obchodzi  pani  czy  zmarły  syn.
Zależy  mu  tylko  na  tym,  żeby  zostać  ponownie  wybranym,
a doskonale zdaje sobie sprawę, że bez pomocy Paula to mu się nie
uda.  –  Roześmiał  się.  –  Dlatego  poszła  pani  w  ślady  Judyty,
prawda?  Wiedziała  pani,  że  przed  wyborami  ojciec  nie  zerwie
z Paulem, nawet gdyby uważał, że to właśnie on zabił Taylora. Cóż,
to dla nas pocieszająca wiadomość.

Kiedy  urwał  na  moment,  żeby  zapalić  cygaro,  kobieta  opuściła

rękę na kolana i wreszcie przemówiła. Siedziała wyprostowana, ale
w jej postawie nie było sztywności. Głos miała opanowany, chłodny.

– Nie potrafię dobrze kłamać… Tak, napisałam te listy. Wiem,

że Paul zabił Taylora.

Ned Beaumont wyjął cygaro z ust, podszedł do stylowej kanapy

i  usiadł  naprzeciw  Janet  Henry.  Popatrzył  na  nią  z  powagą,  lecz
bez wrogości.

–  Pani  nienawidzi  Paula,  prawda?  –  spytał.  –  Nawet  gdybym

udowodnił,  że  wcale  nie  zamordował  pani  brata,  nadal  by  go  pani
nienawidziła…

– Tak, chyba tak… – odparła, nie spuszczając z niego oczu.

background image

– No właśnie. Nie dlatego go pani nienawidzi, że pani zdaniem

zabił  Taylora.  Jest  dokładnie  odwrotnie.  Podejrzewa  go  pani
o morderstwo, ponieważ tak bardzo go pani nienawidzi.

– Nie. – Pokręciła wolno głową. Ned uśmiechnął się sceptycznie.
–  Rozmawiała  pani  o  tym  z  ojcem?  –  spytał.  Przygryzła  wargę

i lekko się zarumieniła.

– I co? – Ned ponownie się uśmiechnął. – Oświadczył pani, że to

bzdura?

Rumieniec  pogłębił  się.  Zamierzała  coś  powiedzieć,  ale

rozmyśliła się.

– Gdyby Paul zabił Taylora, pani ojciec by o tym wiedział.
Spojrzała na swoje ręce.
– Ojciec nie chce dopuścić do siebie prawdy – oznajmiła ponuro.
–  Proszę  mi  wierzyć,  on  wie  najlepiej.  –  Nagle  zmrużył  oczy.  –

Czy tamtego wieczoru Paul mówił coś senatorowi na temat Taylora
i Opal?

Podniosła zdumiona głowę.
– Pan nie wie, co się wtedy stało? – spytała.
– Nie.
–  To  nie  miało  nic  wspólnego  z  Taylorem  i  Opal!  –  Była  tak

przejęta,  że  słowa  się  jej  zlewały.  –  Ojciec…  –  Wtem  obróciła  się
w stronę drzwi i zasznurowała usta. Za drzwiami rozległ się niski,
gardłowy  śmiech  oraz  odgłos  zbliżających  się  kroków.  Kobieta
zerknęła  pośpiesznie  na  Beaumonta  i  podniosła  błagalnie  ręce.  –
Muszę  ci  wszystko  opowiedzieć,  Ned  –  szepnęła  nerwowo,
zwracając się do niego po imieniu. – Możemy się jutro spotkać?

– Tak.
– Gdzie?
– U mnie?

background image

Kiedy  zgodziła  się,  podał  szybko  swój  adres.  Kobieta  zdążyła

jeszcze  spytać  szeptem,  czy  może  wpaść  po  dziesiątej,  on  zdążył
skinąć  głową,  że  tak,  i  do  pokoju  wszedł  senator  Henry  z  Paulem
Madvigiem.

 2

O  wpół  do  jedenastej  pożegnali  się  z  senatorem  i  jego  córką,

wsiedli  do  brązowej  limuzyny  i  odjechali  spod  willi  na  Charles
Street.  Półtorej  przecznicy  dalej  Madvig  odetchnął  głośno,
z wyraźną ulgą.

– Nawet nie wiesz, Ned, jak bardzo się cieszę, żeście się polubili

z Janet.– Ja się ze wszystkimi lubię – odparł Ned, patrząc spod oka
na profil blondyna.

Madvig zarechotał cicho. – Akurat!
Na wargi Neda wypełzł tajemniczy uśmiech.
–  Słuchaj,  Paul,  chciałbym  jutro  coś  z  tobą  omówić.  Gdzie

będziesz około drugiej?

– Zaczyna się nowy miesiąc, więc w biurze.
–  Madvig  skręcił  w  China  Street.  –  A  teraz  nie  możemy

pogadać? Jeszcze jest wcześnie.

– Nie, jutro będę miał jaśniejszy obraz. Jak się miewa Opal?
– Dobrze – odparł Paul Madvig. – Cholera, żebym chociaż umiał

się na nią gniewać! Byłoby mi znacznie łatwiej. – Minęli światła na
skrzyżowaniu. – Przynajmniej smarkula nie jest w ciąży – dodał po
chwili.

Ned nic nie powiedział. Twarz miał pozbawioną jakiegokolwiek

wyrazu. Madvig zwolnił; zbliżali się do klubu.

–  Jak  myślisz,  Ned?  –  spytał  ochrypłym  głosem  i  oblał  się

background image

rumieńcem.  –  Czy  Opal…  –  przełknął  ślinę  –  czy  oni  ze  sobą
sypiali? Czy może ich związek był czysto platoniczny?

– Nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi. I przypadkiem nie pytaj

Opal, Paul.

Madvig  zatrzymał  wóz  i  przez  chwilę  siedział  z  rękami  na

kierownicy,  patrząc  prosto  przed  siebie.  Potem  znów  przełknął
ślinę  i  niskim,  ochrypłym  głosem  oznajmił:  –  Porządny  z  ciebie
facet, Ned.

– Jasne.
Wysiedli z samochodu, weszli do klubu i na pierwszym piętrze,

przed  portretem  gubernatora,  rozstali  się  bez  słowa,  każdy  udając
się w swoją stronę.

Ned  Beaumont  wstąpił  do  małego  pokoiku  na  zapleczu,

w  którym  pięciu  facetów  grało  w  pokera,  a  trzech  stało  obok
kibicując. Przyłączył się do graczy. O trzeciej nad ranem, kiedy gra
dobiegła końca, wstał od stolika bogatszy o czterysta dolarów.

 3

Dochodziło  prawie  południe,  kiedy  wreszcie  zjawiła  się  Janet

Henry. Beaumont od ponad godziny przemierzał nerwowo pokój, na
przemian  obgryzając  paznokcie  i  zaciągając  się  cygarem.  Po
usłyszeniu dzwonka natychmiast ruszył do drzwi, otworzył je i na
widok kobiety uśmiechnął się jakby nieco zaskoczony.

– Dzień dobry, Janet – powiedział.
– Przepraszam za spóźnienie, ale…
– Wcale się nie spóźniłaś – zapewnił ją, zapraszając do środka. –

Umówiliśmy się po dziesiątej, nie na żadną konkretną godzinę.

–  Ładnie  tu.  –  Rozglądała  się  wolno,  podziwiając  przestronny

background image

salon o wysokim suficie i szerokich oknach, a także zawieszone nad
kominkiem  ogromne  lustro  oraz  meble  obite  grubym,  czerwonym
pluszem.  –  Prześlicznie!  –  Skierowała  swoje  piwne  oczy  w  stronę
uchylonych drzwi do drugiego pokoju. – Czy tam jest sypialnia?

– Tak. Chcesz zobaczyć?
– Bardzo.
Pokazał jej sypialnię, potem kuchnię i łazienkę.
–  Co  za  wspaniałe  mieszkanie  –  powiedziała,  gdy  wrócili  do

salonu.  –  Nie  sądziłam,  że  takie  piękne,  staroświeckie  wnętrza
trafiają się jeszcze w tym mieście.

Skinieniem głowy podziękował za miłe słowa.
– Mnie też się podoba – rzekł. – I jak mogłaś się przekonać, nikt

nas tu nie podsłuchuje, chyba że ukrył się w szafie.

Popatrzyła mu prosto w oczy.
–  Taka  możliwość  nawet  nie  przyszła  mi  do  głowy  –

oświadczyła.  –  Mogę  się  z  tobą  nie  zgadzać,  mogę  uważać  cię  za
wroga, ale wiem, że jesteś dżentelmenem. Inaczej bym się z tobą tu
nie umówiła.

– Dżentelmenem? – spytał żartobliwym tonem. – Kimś, kto wie,

że nie nosi się brązowych butów do granatowego garnituru?

– Nie to miałam na myśli.
–  Zatem  pomyliłaś  się.  Jestem  hazardzista  i  totumfackim

Madviga.

–  Jesteś  dżentelmenem.  –  W  jej  oczach  pojawił  się  błagalny

wyraz.  –  Proszę,  nie  kłóćmy  się,  przynajmniej  dopóki  nie  mamy
o co.

–  Przepraszam.  –  Uśmiechnął  się  lekko  stropiony.  –  Może

usiądziesz?

Spoczęła  w  głębokim,  obitym  czerwonym  pluszem  fotelu,  a  on

background image

zajął miejsce naprzeciwko.

–  Obiecałaś,  że  mi  powiesz,  co  się  stało  tego  wieczoru,  kiedy

zginął twój brat.

–  Tak.  –  Jej  szept  był  ledwo  słyszalny.  Zarumieniła  się

i  przeniosła  wzrok  na  podłogę.  W  końcu  podniosła  oczy  i  mimo
wyraźnego speszenia mówiła dalej: – Chcę, żebyś wiedział… Jesteś
przyjacielem  Paula…  może  uważasz  mnie  za  wroga…  ale  kiedy
dowiesz  się…  kiedy  usłyszysz  prawdę,  może  zmienisz  o  mnie
zdanie…  Nie  wiem,  może…  Opowiem  ci  o  wszystkim  i  sam
zdecydujesz… – Przyjrzała mu się uważnie; jej zmieszanie znikło. –
Paul naprawdę nic ci nie mówił?

– Nic a nic. Daję słowo.
–  Czy  to  nie  świadczy,  że  chce  coś  ukryć?  –  spytała  pochylając

się do przodu.

Ned wzruszył ramionami.
– Być może, ale co z tego? – Głos miał spokojny, obojętny.
Zmarszczyła brwi.
– Nie widzisz, że… Zresztą nieważne. Opowiem ci o jego wizycie

i sam ocenisz. – Wciąż siedziała pochylona do przodu, wpatrując się
z  napięciem  w  jego  twarz.  –  Tego  wieczoru  Paul  po  raz  pierwszy
przyszedł do nas na kolację…

– Wiem – wtrącił Ned. – Twojego brata nie było w domu.
– Nie było go przy stole, ale był u siebie w pokoju – wyjaśniła. –

Do  stołu  zasiedliśmy  w  trójkę,  ojciec,  ja  i  Paul.  Taylor  zamierzał
zjeść na mieście. Nie chciał się do nas przyłączyć, miał Paulowi za
złe, że nie pozwala mu się widywać z Opal.

Ned pokiwał chłodno głową.
–  Po  kolacji  ojciec  wyszedł  na  chwilę,  zostawiając  nas  samych.

Nagle Paul objął mnie i pocałował.

background image

Beaumont  nie  umiał  powstrzymać  wesołości;  zarechotał  pod

nosem.  Kiedy  kobieta  spojrzała  na  niego  zdziwiona,  opanował  się
i wyjaśnił z uśmiechem:

– Później ci powiem, co mnie tak rozbawiło. Przepraszam. I cały

zamieniam  się  w  słuch.  –  Zanim  jednak  Janet  zdołała  otworzyć
usta,  spytał:  –  Czy  coś  mówił?–  Paul?  Nie  wiem.  Chyba  coś
wymamrotał, ale nic nie rozumiałam. – Minę miała zakłopotaną. –
A dlaczego?

Beaumont znów się roześmiał.
–  Powinien  był  powiedzieć,  że  chce  wziąć  z  góry  to,  co  mu  się

należy.  Moja  wina.  Usiłowałem  go  przekonać,  żeby  nie  popierał
kandydatury  twojego  ojca,  tłumaczyłem,  że  senator  podsuwa  mu
ciebie jako przynętę i że jeśli on, Paul, chce się dać skusić, to niech
się kusi przed wyborami, bo potem nic nie dostanie.

Janet Henry wytrzeszczyła szeroko oczy.
– Rozmawialiśmy, zanim był u was na kolacji
–  ciągnął  Ned  –  ale  nie  sądziłem,  że  mnie  posłucha.  –

Zmarszczył czoło. – Przyznaj się, czym go sprowokowałaś? Bo Paul
czcił cię jak bóstwo, chciał się z tobą żenić, nie rzuciłby się na ciebie
bez powodu…

–  Naprawdę  go  nie  prowokowałam  –  odparła  wolno.  –  To  był

długi, męczący wieczór. Oboje siedzieliśmy spięci. Starałam się nie
okazywać…  starałam  się,  żeby  Paul  nie  zauważył,  że  robię  dobrą
minę  do  złej  gry.  Widziałam,  że  czuje  się  nieswojo…  może  zaczął
podejrzewać,  że  miałeś  jednak  rację  i  dlatego  postanowił…  no,
wiesz…

– Urwała, wykonując rękami jakiś nieokreślony gest.
– I co było potem?
– Ogarnęła mnie taka złość, że wybiegłam z jadalni.

background image

– Bez słowa? – Z oczu Neda biła z trudem skrywana wesołość.
–  Tak.  On  też  nic  nie  powiedział,  a  przynajmniej  nic  nie

słyszałam.  Na  schodach  spotkałam  ojca…  byłam  na  niego  równie
wściekła jak na Paula, bo to przecież ojciec zaprosił go na kolację.
Zaczęłam  mu  opowiadać,  co  się  przed  chwilą  stało,  kiedy  drzwi
jadalni się otworzyły i Paul wybiegł z domu. Nagle Taylor wyłonił
się  ze  swojego  pokoju.  –  Janet  jeszcze  bardziej  zbladła;  była
zdenerwowana,  głos  miała  ochrypły  z  przejęcia.  –  Słyszał,  jak
rozmawiam z ojcem i spytał, o co chodzi, ale byłam zbyt wzburzona,
żeby  mu  tłumaczyć.  Zostawiłam  go  z  ojcem  na  schodach  i  udałam
się  do  siebie.  Po  pewnym  czasie  ojciec  przyszedł  do  mnie  na  górę
i powiedział, że Taylor nie żyje… że został zamordowany.

Siedziała blada jak kreda, z oczami utkwionymi w Beaumonta,

i  wyłamując  sobie  palce  czekała,  jak  zareaguje.  Jego  reakcja  była
dość chłodna.

– A co Paul ma z tym wspólnego?
– 

Co 

Paul 

ma 

tym 

wspólnego? 

– 

powtórzyła

z  niedowierzaniem.  –  Nie  rozumiesz?  Taylor  wybiegł  z  domu,
dogonił  Paula,  a  ten  go  zabił!  Mój  brat  wpadł  w  furię  i…  –  Nagle
coś  sobie  przypomniała.  –  Wiesz,  że  nie  znaleziono  przy  nim
kapelusza?  Taylor  za  bardzo  się  śpieszył  i  był  zbyt  wściekły,  żeby
wkładać przed wyjściem kapelusz. Chciał…

–  To  żaden  dowód  –  przerwał  jej  Ned  i  pokręcił  wolno  głową.

W jego głosie nie było cienia wątpliwości. – Taylor nie zginął z rąk
Paula.  Po  co  miałby  go  Paul  zabijać,  skoro  bez  trudu  mógłby  go
obezwładnić? Paul tak łatwo nie traci głowy. Znam go. Widziałem,
jak walczy i sam się z nim biłem. Fakt, że Taylor za nim wybiegł,
nie  jest  żadnym  dowodem.  –  Zmrużył  powieki;  spojrzenie  miał
lodowate.  –  Zresztą  nawet  gdyby  go  Paul  zabił…  niechcący,  rzecz

background image

jasna, chociaż i tak w to nie wierzę, uczyniłby to w obronie własnej.

–  W  obronie  własnej?  –  spytała  z  pogardą  kobieta.  –  Więc

dlaczego by ukrywał prawdę?

– Ze względu na ciebie. Wie, że gdyby przyznał się, że niechcący

zabił twojego brata… – Ned roześmiał się. – Boże, co ja wygaduję?
Paul naprawdę nie zabił Taylora.

Janet  Henry  podniosła  głowę  i  popatrzyła  w  milczeniu  na

Beaumonta. Jej spojrzenie również stało się lodowate.

Ned zadumał się.
–  Na  czym  opierasz  swoje  podejrzenia?  –  spytał  po  chwili.  –

I skąd wiesz, że Taylor wybiegł akurat za Paulem?

–  Bo  wiem.  W  przeciwnym  razie  skąd  by  się  znalazł  na  China

Street, i to z gołą głową?

– Czy senator widział, jak Taylor wychodzi z domu?
– Nie. Dopiero kiedy policja… Przerwał jej.
– A podziela twoje zdanie?
–  Na  pewno!  –  zawołała.  –  Nawet  jeśli  twierdzi  co  innego!

Przecież  sprawa  jest  jasna  jak  słońce.  –  Oczy  zaszły  jej  Izami.  –
Myślę, że ty też je podzielasz. Znalazłeś ciało. Nie wiem, co jeszcze
odkryłeś, ale chyba teraz już nie masz wątpliwości…

Nedowi  zaczęły  się  trząść  ręce.  Usiadł  głębiej  w  fotelu,  żeby

mógł  je  wsunąć  niezauważenie  do  kieszeni  spodni.  Choć  z  jego
twarzy promieniował spokój, usta miał mocno zaciśnięte.

– Znalazłem zwłoki. W pobliżu nie było żywej duszy. I tylko tyle

wiem.

–  Ale  teraz  masz  pełniejszy  obraz.  Ocienione  ciemnym  wąsem

wargi wykrzywiły się, oczy zaiskrzyły się gniewem.

–  Ktokolwiek  zabił  Taylora,  wyświadczył  światu  ogromną

przysługę – oświadczył szorstko głosem przepojonym goryczą.

background image

Kobieta  popatrzyła  na  niego  z  przerażeniem  i  mimo  woli

podniosła  rękę  do  ust,  ale  po  chwili  ją  opuściła,  a  jej  spojrzenie
stało się łagodne, współczujące.

–  Rozumiem.  Paul  jest  twoim  przyjacielem.  Boli  cię,  że  go

oskarżam.

Ned spuścił głowę.
–  Przepraszam  –  mruknął.  –  Nie  powinienem  był  tego  mówić.

Postąpiłem  jak  kretyn.  –  I  uśmiechając  się  kwaśno,  dodał:  –
Widzisz?  Miałem  rację  mówiąc,  że  nie  jestem  dżentelmenem.  –
Uśmiech  i  zawstydzenie  znikły  z  jego  twarzy.  Podniósł  na  kobietę
spokojny, skupiony wzrok i rzekł cicho: – A ty masz rację mówiąc,
że  Paul  jest  moim  przyjacielem.  I  pozostanie  nim  bez  względu  na
to, kogo zabił.

Przyglądała  mu  się  długo  i  uważnie.  Wreszcie  płaskim,

bezbarwnym głosem spytała:

– Czyli ta rozmowa nic nie zmieniła? Myślałam, że zdołam cię…

– Urwała; rozłożyła bezradnie ręce i przygarbiła ramiona.

Ned wolno pokręcił głową. Kobieta westchnęła, po czym wstała

i wyciągnęła dłoń.

–  Żałuję  –  powiedziała.  –  I  przyznaję,  jestem  zawiedziona,  ale

mam nadzieję, że nie będziemy wrogami.

Ned  również  wstał,  lecz  zignorował  wyciągniętą  na  pożegnanie

dłoń.–  Za  wroga  uważam  tę  część  twojej  osoby,  która  oszukuje
Paula.

Kobieta nie cofnęła dłoni.
– A co z resztą? Z tą częścią, która nie ma z tym nic wspólnego?

– spytała.

Ned bez słowa ujął jej rękę i ukłonił się.

background image

 4

Kiedy  drzwi  się  zamknęły  za  Janet  Henry,  Ned  podszedł  do

telefonu i wykręcił numer.

–  Halo?  Tu  Beaumont  –  przedstawił  się.  –  Zastałem  pana

Madviga…?  Kiedy  przyjdzie,  proszę  mu  powiedzieć,  że  dzwoniłem
i że później do niego wpadnę… Tak, dziękuję.

Spojrzał  na  zegarek.  Było  kilka  minut  po  pierwszej.  Zapalił

cygaro  i  usiadł  na  parapecie;  wydmuchując  kłęby  dymu,  które
odbijały  się  od  szyby  i  tworzyły  gęstą  chmurę  nad  jego  głową,
patrzył w dół na szary kościół po drugiej stronie ulicy. Siedział tak
z  dziesięć  minut,  gryząc  koniec  cygara,  dopóki  nie  zadzwonił
telefon.

– Halo? – powiedział do słuchawki. – Tak, Harry… W porządku,

a gdzie jesteś…? Zaraz ruszam. Czekaj na mnie… Mniej więcej za
pół godziny… Tak.

Cisnął  cygaro  do  kominka,  włożył  kapelusz,  płaszcz,  i  opuścił

mieszkanie.  Sześć  przecznic  dalej  wstąpił  do  małej  restauracji,
zjadł  sałatkę  i  bułkę,  wypił  filiżankę  kawy,  po  czym  pokonał
następne  cztery  przecznice  i  wszedł  do  niepozornego  hoteliku
o  nazwie  „Majestat”.  Skierował  się  prosto  do  windy.  Windziarz,
niewyrośnięty  młodzieniec,  z  którym  był  po  imieniu,  spytał  go,  co
sądzi o trzeciej gonitwie.

– Powinien wygrać Lord Byron – odparł po namyśle Beaumont.
– Oby nie. Postawiłem na Pipeorgan. Ned wzruszył ramionami.
–  Biegnie  z  pokaźnym  handicapem.  –  Wysiadł  z  windy  na

trzecim piętrze i zastukał do pokoju numer 317.

Drzwi otworzył Harry Sloss, blady, tęgi facet o szerokiej twarzy.

Choć  nie  mógł  mieć  więcej  niż  trzydzieści  pięć  lat,  był  prawie

background image

kompletnie łysy.

– Punktualny co do minuty. Wejdź.
–  O  co  chodzi,  Harry?  –  spytał  Ned,  kiedy  mężczyzna  zamknął

drzwi.

Sloss podszedł do łóżka, usiadł i z zaniepokojoną miną popatrzył

na gościa.

– Niezbyt mi się to podoba, Ned.
– Co?
– Wizyta Bena w ratuszu.
– Słuchaj, Harry, albo gadasz jasno, albo sobie idę.
Łysy podniósł potężną, bladą łapę.
– Poczekaj, Ned – poprosił. – Już ci wszystko mówię. – Sięgnął

do kieszeni i wyciągnął zmiętą paczkę papierosów. – Pamiętasz ten
wieczór, kiedy zginął młody Henry?

– Tak – odparł niedbale Ned.
–  Pamiętasz,  że  kiedy  przyszedłeś  do  klubu,  Ben  i  ja  akurat

byliśmy przy szatni?

– Tak.
– Słuchaj, widzieliśmy, jak Paul kłócił się z tym małym…
Ned  pogładził  kciukiem  wąs  i  popatrzył  na  Slossa  zdziwiony.–

Jak to? Przecież na moich oczach wysiadaliście z wozu. Znalazłem
ciało,  a  zaraz  potem  wyście  nadjechali  z  przeciwnej  strony.  Poza
tym Paul był już w klubie.

Łysy pokiwał energicznie głową.
–  Zgadza  się.  Tylko  że  myśmy  najpierw  minęli  klub  i  pojechali

w  dół  China  Street  do  Pinky’ego  Kleina,  a  kiedy  okazało  się,  że
Kleina nie ma, wróciliśmy do klubu.

– No dobra, coście dokładnie widzieli? – zapytał Ned.
– Paula z tym małym. Stali pod drzewem i się kłócili.

background image

– Jesteś pewien?
Sloss znów pokiwał energicznie głową.
– Pamiętaj, że było ciemno, Harry. I skoro jechaliście wozem, to

widzieliście  ich  najwyżej  przez  moment.  Chyba,  żeście  się
zatrzymali albo zwolnili…

– Nie, ale Paula wszędzie bym rozpoznał.
–  Może.  Skąd  jednak  wiesz,  że  ten  drugi  to  był  akurat  Taylor

Henry?

– Bo był. Wierz mi. Widziałem go wyraźnie.
– I mówisz, że się kłócili? Czyli co, bili się?
– Nie, ale stali tak, jakby się kłócili. Czasem po tym, jak ludzie

stoją, można poznać czy rozmawiają, czy się kłócą.

Ned uśmiechnął się ironicznie.
–  Zwłaszcza  gdy  jeden  stoi  drugiemu  na  brzuchu.  –  Uśmiech

znikł  z  jego  warg.  –  I  właśnie  z  tą  informacją  Ben  polazł  do
ratusza?

– Tak – odparł Sloss. – Tylko nie wiem, czy z własnej woli, czy

Farr coś wywęszył i kazał mu się u siebie stawić. W każdym razie
Ben wszystko wczoraj wyśpiewał.

– Skąd wiesz, Harry?
–  Stąd,  że  Farr  mnie  poszukuje.  Ben  przyznał  się,  że  tamtego

wieczoru byliśmy razem. I dziś dostałem wezwanie do prokuratury.
Wolałbym nie zeznawać przeciwko Paulowi…

– I słusznie – poparł Beaumont. – Więc co powiesz Farrowi, jak

cię dopadnie?

– Postaram się, żeby nie dopadł. O tym chciałem z tobą pogadać,

Ned. – Sloss przełknął ślinę i zwilżył usta. – Mógłbym wyjechać na
tydzień  lub  dwa.  Dopóki  sprawa  nie  przycichnie.  Ale  nie  mam
forsy…

background image

Beaumont pokręcił z uśmiechem głową.
–  Nie,  Harry.  Jeśli  chcesz  pomóc  Paulowi,  to  idź  do  Farra;

powiedz  mu,  że  nie  widziałeś  twarzy  tych  ludzi  stojących  pod
drzewem  i  nie  sądzisz,  aby  w  takim  mroku  i  z  takiej  odległości
ktokolwiek mógł ich rozpoznać.

– W porządku, Ned – zgodził się chętnie łysy.
–  Zrobię,  jak  mówisz,  ale  wiesz,  coś  mi  się  za  to  powinno

należeć. Bądź co bądź narażam się dla Paula i… sam wiesz, jak to
jest.

– Damy ci jakąś ciepłą posadkę po wyborach
– obiecał Beaumont. – Taką, żebyś musiał przychodzić do pracy

najwyżej na godzinę dziennie.

–  To…  –  Sloss  podniósł  się  z  łóżka;  w  jego  zielonych  oczach

pojawił  się  błagalny  wyraz.  –  Słuchaj,  Ned,  jestem  zupełnie
spłukany.  Czy  zamiast  ciepłej  posadki  nie  mógłbyś  mi  od  razu
kapnąć co nieco? Potrzebuję forsy.

– Pogadam z Paulem.
– Dobra. I zadzwoń do mnie.
– Jasne. Do zobaczenia.

 5

Z  „Majestatu”  Beaumont  udał  się  do  ratusza,  a  konkretnie  do

sekretariatu  prokuratora  okręgowego.  Pyzatemu  młodzieńcowi
siedzącemu w recepcji powiedział, że chciałby się widzieć z panem
Farrem.

Recepcjonista  znikł  za  jakimiś  drzwiami,  skąd  wyłonił  się  po

niecałej minucie.

–  Bardzo  mi  przykro  –  oznajmił  –  ale  pana  Farra  nie  ma

background image

w biurze.

– A o której wróci?
–  Nie  wiem.  Jego  sekretarka  twierdzi,  że  nie  mówił,  na  jak

długo wychodzi.

– Trudno. Zaryzykuję i poczekam u niego w gabinecie.
Pyzaty młodzieniec zastąpił Nedowi drogę.
– Nie może pan…
Ned uśmiechnął się czarująco i spytał zniżając głos:
– Lubisz swoją pracę, synku? Młodzieniec stropił się, przestąpił

nerwowo  z  nogi  na  nogę,  wreszcie  usunął  się  na  bok.  Ned
Beaumont 

pomaszerował 

korytarzem 

stronę 

gabinetu

prokuratora.

Farr  spojrzał  znad  biurka  i  na  widok  gościa  poderwał  się  na

nogi.

– To ty, Ned? – zawołał. – Przeklęty smarkacz! Ciągle się myli.

Powiedział, że przyszedł jakiś pan Bauman…

– Nie szkodzi. Nic się nie stało – rzekł Ned. Pozwolił, aby Farr

długo i serdecznie ściskał jego rękę, po czym dał się zaprowadzić do
fotela.  Kiedy  już  obydwaj  siedzieli,  spytał  od  niechcenia:  –  Co
słychać?

–  Po  staremu.  –  Farr  zahaczył  kciuki  o  kieszenie  kamizelki

i odchylił się do tyłu. – Roboty co niemiara.

– A jak tam kampania wyborcza?
–  Mogłoby  być  lepiej.  –  Zadziorna,  rumiana  twarz  prokuratora

nachmurzyła się. – Ale nie martw się, poradzimy sobie.

– Masz kłopoty?
– A kto ich nie ma?
–  Może  ja  albo  Paul  moglibyśmy  ci  w  czymś  pomóc?  –

zaofiarował się Ned, a kiedy Farr pokręcił wolno swoją rudą głową,

background image

pochylił  się  i  spytał:  –  Czy  te  plotki  o  Paulu,  że  niby  spowodował
śmierć Taylora… czy to one są źródłem twoich problemów?

W  oczach  prokuratora  błysnęło  przerażenie.  Zamrugał  szybko

powiekami.

– Wiesz – powiedział ostrożnie, prostując się na fotelu – ludzie

uważają,  że  już  dawno  powinniśmy  byli  wyjaśnić  tę  sprawę.  Więc
tak, mam przez nią kłopoty.

–  Dochodzenie  nic  nowego  nie  wykazało?  Nie  posunęliście  się

naprzód?

Farr rozłożył bezradnie ręce. Spojrzenie miał przebiegłe.
Ned uśmiechnął się chłodno.
–  Czyli  stosujesz  się  do  mojej  rady,  żeby  nie  działać  zbyt

pochopnie? – spytał.

– Jasne, Ned. Oczywiście. – Prokurator poprawił się w fotelu.
Ned skinął z aprobatą. Oczy lśniły mu złowrogo.
–  Mam  nadzieję,  że  opowieść  Bena  Ferrisa  nie  skłoniła  cię  do

zmiany zdania.

Prokurator  otworzył  ze  zdziwienia  usta.  Po  chwili  zamknął  je

i  potarł  wierzchem  dłoni.  Przez  moment  wpatrywał  się

natężeniem 

gościa, 

potem 

jego 

twarz 

przybrała

nieprzenikniony wyraz.

–  Skądże  znowu,  Ned!  Trudno  opowieść  Ferrisa  traktować

poważnie.  Coś  mu  się  przywidziało.  Dlatego  ci  nawet  o  tym  nie
wspomniałem.

Beaumont prychnął pogardliwie.
– Przecież wiesz, że niczego przed tobą i Paulem nie ukrywam –

ciągnął  Farr.  –  O  wszystkich  ważnych  rzeczach  zawsze  was
informuję. Znasz mnie, Ned.

–  I  to  na  wylot!  Ale  nie  przejmuj  się.  Jak  chcesz  pogadać

background image

z  człowiekiem,  który  był  tamtego  wieczoru  w  samochodzie
z Ferrisem, zajrzyj do „Majestatu”. Pokój 317.

Farr  siedział  bez  słowa,  smętnie  wpatrzony  w  postać  nagiej

tancerki,  która  stała  między  dwoma  piórami  trzymając  w  górze
samolot.

Beaumont, szczerząc w uśmiechu zęby, dźwignął się z fotela.
–  Paul  zawsze  robi,  co  może,  żeby  wyciągnąć  swoich  ludzi

z  opresji  –  rzekł.  –  Myślisz,  że  twoje  problemy  skończyłyby  się,
gdyby  dał  się  zaaresztować  i  stanął  przed  sądem  za  zabójstwo
Taylora Henry’ego?

–  Nie  mnie  mówić  Paulowi,  co  ma  czynić  –  stwierdził  ponuro

Farr, nie odrywając oczu od mosiężnej figurki.

– Brawo! – zawołał Ned. Pochylił się nad biurkiem i zbliżywszy

usta  do  ucha  prokuratora,  szepnął  poufnym  tonem:  –  Dam  ci
jeszcze  jedną  dobrą  radę.  Nie  rób  nic  bez  porozumienia  się
z Paulem.

Ruszył  uśmiechnięty  do  drzwi;  przestał  się  uśmiechać,  kiedy

zamknął je za sobą.
 

background image

VIII

Rozstanie

 1

Ned  Beaumont  pchnął  drzwi  z  napisem  „East  State

Construction  Company”,  przywitał  się  z  dwiema  młodymi
kobietami siedzącymi przy biurkach, następnie wszedł do większej
sali, w której pracowało z sześciu facetów, z każdym zamienił parę
słów, po czym pchnął kolejne drzwi z tabliczką „Dyrektor” i znalazł
się w małym kwadratowym gabinecie. Paul Madvig podniósł głowę
znad  starego,  zniszczonego  biurka,  przy  którym  przeglądał  jakieś
dokumenty.  Człowiek,  który  je  przyniósł,  stał  obok,  nisko
pochylony, i z szacunkiem spoglądał mu przez ramię.

– Cześć, Ned. – Madvig odsunął na bok papiery. – Proszę wrócić

z tym później – polecił mężczyźnie.

– Dobrze, szefie. – Mężczyzna zgarnął plik dokumentów. – Miło

pana znów widzieć, panie Beaumont – rzekł i wyszedł z pokoju.

– Wyglądasz tak, jakbyś nie spał całą noc, Ned. Siadaj. Dobrze

się czujesz?

Beaumont  zdjął  płaszcz,  położył  go  na  krześle,  na  nim  położył

kapelusz  i  wyjął  cygaro.–  Dobrze  –  odparł.  –  Co  u  ciebie?  –
Przysiadł na brzegu zniszczonego biurka.

–  Słuchaj,  nie  pogadałbyś  z  McLaughlinem?  Może  uda  ci  się

przemówić mu do rozumu.

– W porządku. A co się stało?

background image

– Diabli wiedzą. – Madvig skrzywił się. – Byłem pewien, że jest

po naszej stronie, ale chyba zamierza wyciąć nam jakiś numer.

Na twarzy Neda pojawił się wyraz zatroskania.
– Co, on też? – spytał, patrząc na przyjaciela.
–  Co  przez  to  rozumiesz,  Ned?  Beaumont,  zamiast  wyjaśnić,

spytał:

– Jak twoje sprawy, Paul?
Madvig  wzruszył  niecierpliwie  ramionami,  nie  spuszczając

wzroku z rozmówcy.

–  Nie  najgorzej  –  rzekł.  –  Jeśli  zajdzie  konieczność,  poradzimy

sobie bez głosów McLaughlina.

–  Może.  Ale  jak  wciąż  będziemy  tracić  głosy,  nie  wygramy

wyborów.  –  Beaumont  wetknął  cygaro  do  ust  i  mówił  dalej:  –
Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że dwa tygodnie temu mieliśmy
lepszą sytuację?

Madvig uśmiechnął się z pobłażaniem.
–  Boże,  Ned,  ale  z  ciebie  pesymista!  Zawsze  wszystko  musisz

widzieć  w  czarnych  barwach?  –  I  nie  czekając  na  odpowiedź,
ciągnął spokojnie: – W każdej kampanii wyborczej nadchodzi taka
chwila,  kiedy  wydaje  się,  że  nic  z  tego  nie  będzie.  Człowiek  jest
pewien, że przegra, a wcale nie przegrywa.

Ned przytknął zapałkę do cygara i wydmuchał dym z ust.
–  Co  nie  znaczy,  że  kiedyś  nie  poniesie  porażki  –  rzekł.

Wycelował cygaro w pierś Madviga.

–  Słuchaj,  Paul.  Jeśli  policja  szybko  nie  rozwikła  sprawy

zabójstwa  Taylora  Henry’ego,  możesz  przestać  się  zadręczać
wynikami  kampanii.  Będziesz  miał  przechlapane  bez  względu  na
to, czy wygrają twoi kandydaci, czy ich przeciwnicy.

Niebieskie  oczy  Madviga  zachmurzyły  się,  ale  i  głos,  i  wyraz

background image

jego twarzy pozostały nie zmienione.

– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Całe miasto myśli, że zabiłeś Taylora.
–  Tak?  –  Blondyn  potarł  z  zadumą  brodę.  –  Nie  przejmuj  się

tym, stary. Podejrzewano mnie o znacznie gorsze rzeczy.

Ned uśmiechnął się kwaśno.
–  Czyli  nic  co  ludzkie  nie  jest  ci  obce?  –  spytał  ironicznie.  –

A siedziałeś już na krześle elektrycznym?

– Nie! – Madvig parsknął śmiechem. – I nie zamierzam.
– Niewiele cię od niego dzieli, Paul.
– Człowieku, chyba zwariowałeś! Ned wzruszył ramionami.
–  Nie  przeszkadzam  ci  w  pracy?  –  upewnił  się.  –  Mogę  dalej

mówić?

– Śmiało. Jeszcze nigdy mi źle nie doradziłeś
– powiedział cicho blondyn.
–  Dzięki,  łaskawy  panie.  Wiesz,  dlaczego  McLaughlin  próbuje

się wycofać?

Madvig pokręcił głową.
–  Bo  uważa,  że  nie  masz  szansy.  Ludzie  widzą,  że  policja  nie

szuka mordercy Henry’ego i są pewni, że opieszałość glin bierze się
stąd,  że  właśnie  ty  nim  jesteś.  Więc  McLaughlin  doszedł  do
wniosku,  że  tym  razem  twoi  kandydaci  przepadną  w  wyborach.–
Tak?  Czyżby  również  doszedł  do  wniosku,  że  miastem  powinien
rządzić Shad? Że Shad ma lepszą reputację niż ktoś, na kim ciąży
podejrzenie o jedno głupie morderstwo?

Beaumont popatrzył gniewnie na Madviga.
–  Albo  ci  się  coś  pokręciło  –  powiedział  –  albo  sobie  ze  mnie

żarty  stroisz.  Co  ma  do  tego  reputacja  Shada?  On  nie  popiera
otwarcie  swoich  kandydatów,  ty  natomiast  czynnie  włączyłeś  się

background image

w kampanię. I właśnie twoi kandydaci są odpowiedzialni za to, że
dotąd nie wyjaśniono sprawy morderstwa.

Madvig  znów  potarł  brodę  i  oparł  łokieć  na  biurku.  Jego

przystojnej, rumianej twarzy nie znaczyły żadne zmarszczki.

– Ciągle mówimy o innych, Ned. Pomówmy o tym, co ty myślisz.

Więc jak? Mam szansę czy nie?

–  Żadnej  –  odparł  pewnym  siebie  głosem  Beaumont.  –

Zwłaszcza,  jeśli  będziesz  siedział  z  założonymi  rękami:  –
Uśmiechnął się. – Ale twoi kandydaci powinni przejść.

– Ja nie mam szansy, a oni wygrają? Nie rozumiem…
Ned pochylił się i strząsnął popiół do mosiężnej spluwaczki przy

biurku, po czym oznajmił beznamiętnie:

– Wykiwają cię.
– Tak sądzisz?
–  Jasne.  Większość  motłochu  pójdzie  za  Shadem.  Ty  liczysz  na

głosy  tak  zwanych  porządnych  obywateli,  lecz  oni  stają  się  coraz
bardziej  podejrzliwi.  Wiesz,  co  wkrótce  zrobią  twoi  kandydaci?
Podniosą  rwetes,  zaaresztują  cię  i  wtedy  ci  tak  zwani  porządni
obywatele 

– 

zachwyceni 

postawą 

uczciwych, 

odważnych

urzędników,  którzy  nie  boją  się  wpakować  do  pierdla  wielkiego
Paula Madviga, gdy ten łamie prawo – popędzą ile sił w nogach do
punktów  wyborczych,  żeby  oddać  głosy  na  swoich  bohaterów.
Nawet trudno się dziwić twoim dotychczasowym przyjaciołom. Jeśli
cię zdradzą, będą mogli kolejne cztery lata zarządzać miastem, jeśli
pozostaną ci wierni, będą musieli pożegnać się ze stołkami.

– Więc nie wierzysz w ich lojalność? – spytał blondyn, odejmując

rękę od brody.

Beaumont uśmiechnął się.
– A ty, Paul? Słuchaj, ja naprawdę nie bawię się w zgadywanki.

background image

Byłem  dziś  u  Farra.  Nie  chciał  się  ze  mną  widzieć.  Kazał
powiedzieć,  że  nie  ma  go  w  biurze.  Niemal  siłą  się  do  niego
wdarłem.  Dość  energicznie  prowadzi  dochodzenie,  choć  udaje,  że
nic się w tej sprawie nie dzieje. Nie chciał się przyznać, co nowego
odkrył. Nabrał wody w usta i już. – Skrzywił się z pogardą. – Jest
to ten sam facet, który jeszcze niedawno skakałby na jednej nodze,
gdybym go o to poprosił.

– Jednym Farrem nie warto się… – zaczął Madvig.
– Warto, warto! – przerwał mu Ned. – Gdyby Rutlege, Brody czy

nawet Rainey próbowali cię wykołować, to pół biedy, działaliby na
własną rękę, lecz Farr nie robi nic bez poparcia innych.

– Popatrzył na niewzruszoną minę przyjaciela.
– Możesz mi nie wierzyć, Paul, ale…
–  Wierzę  –  powiedział  Madvig,  wykonując  dłonią  nieokreślony

ruch. – A swoją drogą, po co poszedłeś do Farra?

–  Rozmawiałem  dziś  z  Harrym  Slossem.  Harry  i  Ben  Ferris

widzieli,  jak  kłóciłeś  się  z  Taylorem  tego  wieczoru,  kiedy
popełniono morderstwo, a przynajmniej tak twierdzą. – Spojrzenie
Neda  było  obojętne,  ton  rzeczowy.  –  Ben  złożył  zeznanie
w  prokuraturze.  Harry  chce,  żeby  mu  zapłacić  za  milczenie.  Czyli
dwóch członków klubu też wie, co w trawie piszczy. A z Farrem…
od  jakiegoś  czasu  miałem  wrażenie,  że  coś  jest  nie  tak,  więc
poszedłem go wybadać.

– Jesteś pewien, że zmienił front?
– Tak.
Madvig podniósł się z fotela i podszedł do okna. Przez dobre trzy

minuty  stał  z  rękami  w  kieszeniach,  wyglądając  na  ulicę.  Ned
wciąż  siedział  na  krawędzi  biurka;  palił  cygaro  i  w  milczeniu
wpatrywał  się  w  szerokie  plecy  przyjaciela.  Wreszcie,  nie

background image

odwracając się, blondyn spytał: – Co powiedziałeś Harry’emu?

– Że się zastanowimy. Zagrałem na zwłokę.
Madvig  wrócił  do  biurka,  ale  nie  spoczął  w  fotelu.  Twarz  mu

poczerwieniała,  lecz  jego  spojrzenie  nie  zmieniło  wyrazu,  a  głos
miał nadal opanowany.

– Co twoim zdaniem powinniśmy zrobić?
–  Ze  Slossem?  Nic.  Skoro  jeden  skurwiel  już  był  u  Farra,  to

nieważne, co pocznie drugi.

– Nie pytam o Slossa, lecz o całą sytuację – powiedział Madvig.
Beaumont wrzucił cygaro do spluwaczki.
–  Mówiłem  ci.  Leżysz,  jeśli  sprawa  Taylora  nie  zostanie

natychmiast  wyjaśniona.  Trzeba  znaleźć  mordercę,  Paul.  Tylko  to
cię może uratować.

Madvig  przeniósł  wzrok  na  pustą  ścianę  i  zasznurował  mocno

usta. Na skroniach wystąpiły mu kropelki potu.

– Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. – Jego głos brzmiał tak,

jakby z trudem dobywał się z głębi klatki piersiowej. – Wymyśl coś
innego.

Beaumontowi zadrgały nozdrza, oczy pociemniały.
–  To  jedyne  wyjście,  Paul.  Jeśli  zrobisz  cokolwiek  innego,  dasz

broń  do  ręki  przeciwnikom.  I  wtedy  albo  Shad,  albo  Farr  i  jego
poplecznicy cię zniszczą.

–  Musi  być  inne  rozwiązanie,  Ned  –  powiedział  ochryple

blondyn. – Myśl.

Beaumont zeskoczył z biurka i podszedł do przyjaciela.
–  Wierz  mi,  Paul,  nie  ma.  Czy  ci  się  to  podoba  czy  nie,  musisz

postawić  na  nogi  całą  policję  i  prokuraturę.  Niech  szukają
mordercy. Pogadam z Farrem…

Madvig potrząsnął gwałtownie głową.

background image

– Nie! – zawołał. – Daj sobie z tym spokój i już!
– Nie mam zamiaru.
Blondyn spojrzał Beaumontowi prosto w oczy i wyszeptał:
– Ja go zabiłem.
Beaumont  wziął  głęboki  oddech,  po  czym  wolno  wypuścił

powietrze.  Madvig  położył  ręce  na  ramionach  przyjaciela.  Słowa
z trudem przeciskały mu się przez usta.

–  To  był  wypadek,  Ned.  Na  kolacji  u  senatora  zaszło  drobne

nieporozumienie.  Wyszedłem.  Taylor  wybiegł  za  mną  na  ulicę.
Z laską, którą zabrał z domu. Dogonił mnie, próbował uderzyć. Nie
wiem, jak to się stało, ale wyrywając mu laskę, trafiłem go w czoło,
niezbyt  mocno,  na  pewno  niezbyt  mocno,  ale  upadł  i  rąbnął  głową
w  krawężnik.  Ned  nie  odezwał  się.  Przez  chwilę  stał  głęboko
skupiony, myśląc o tym, co właśnie usłyszał od Paula Madviga.

–  Gdzie  się  podziała  laska?  –  zapytał  w  końcu  beznamiętnym

tonem.

–  Spaliłem  ją.  Kiedy  zdałem  sobie  sprawę,  że  Taylor  nie  żyje,

szybko schowałem ją pod płaszcz, a w klubie spaliłem.

– Jaka to była laska?
– Brązowa, ciężka.
– A co z kapeluszem Taylora?
–  Nie  wiem,  Ned.  Pewnie  spadł  mu  z  głowy  i  ktoś  go  sobie

przywłaszczył.

– Ale był w kapeluszu, tak?
– Tak.
Ned pogładził kciukiem wąs.
– Widziałeś Slossa z Ferrisem, kiedy przejeżdżali obok?
– Nie. – Madvig potrząsnął głową. – Nie zauważyłem.
– Aleś sobie narobił bigosu – powiedział Ned marszcząc czoło. –

background image

Po jaką cholerę tak długo milczałeś? Po jaką cholerę spaliłeś laskę?
Trzeba  było  od  razu  przyznać  się  do  winy.  Przecież  działałeś
w obronie własnej…

–  Wiem,  ale  bałem  się.  Jeszcze  niczego  tak  w  życiu  nie

pragnąłem jak poślubić Janet Henry. Jaką miałbym u niej szansę,
gdyby wiedziała, że spowodowałem śmierć jej brata?

Beaumont  roześmiał  się  Madvigowi  w  twarz.  Był  to  gorzki,

ironiczny śmiech.

– Większą, niż masz teraz – oznajmił. Madvig patrzył na niego

w milczeniu.

–  Od  samego  początku  uważała,  że  zabiłeś  Taylora  –  ciągnął

Ned. – Nienawidzi cię. Robi wszystko co może, żebyś wylądował na
krześle elektrycznym. To ona rozesłała te anonimowe listy, kierując
na  ciebie  podejrzenia.  To  ona  sprawiła,  że  Opal  obróciła  się
przeciwko  tobie.  A  wiesz,  skąd  o  tym  wiem?  Bo  była  u  mnie  dziś
rano i mnie też próbowała przekabacić. Powiedziała…

–  Dosyć!  –  krzyknął  Madvig.  Stał  przed  Nedem,  wysoki,

jasnowłosy,  a  z  jego  niebieskich  oczu  bił  lodowaty  chłód.  –  O  co
chodzi,  Ned?  Sam  masz  na  nią  chrapkę  czy  może…  –  Urwał
i machnął pogardliwie ręką. – Zresztą nieważne.

– Niedbałym ruchem wskazał palcem na drzwi.
– Wynoś się, łajdaku. I więcej nie wracaj.
– Wyjdę, jak skończę mówić.
–  Wyjdziesz,  jak  ci  każę.  Nie  wierzę  w  to,  co  mówiłeś,  i  nie

uwierzę  w  to,  co  powiesz.  Nie  mamy  o  czym  gadać.  Ani  teraz,  ani
nigdy.

–  W  porządku.  –  Ned  Beaumont  sięgnął  po  płaszcz,  kapelusz,

i ruszył do drzwi.

background image

 2

Wrócił do domu. Twarz miał bladą, posępną. Wyciągnął butelkę

whisky,  postawił  ją  na  stoliku  przy  jednym  z  dużych,  obitych
czerwonym  pluszem  foteli,  ale  nie  napełnił  szklanki.  Siedział
obgryzając  paznokcie  i  wpatrując  się  ponuro  w  swoje  czarne  buty.
Zadzwonił telefon. Nie odebrał go. W pokoju zaczął zapadać mrok.
Było  już  prawie  ciemno,  kiedy  wreszcie  Ned  wstał  i  podszedł  do
aparatu.

– Halo? Chciałbym mówić z panną Janet Henry. – Czekając aż

kobieta  podniesie  słuchawkę,  gwizdał  coś  pod  nosem.  –  Halo?
Dobry  wieczór,  Janet…  Tak…  Właśnie  wróciłem  od  Paula,
opowiedziałem  mu  o  tym,  co  mówiłaś…  Niestety,  miałaś  rację.
Zachował  się  tak,  jak  przewidziałaś…  –  Roześmiał  się.  –
Naprawdę.  Nazwał  mnie  kłamcą,  nie  chciał  niczego  słuchać  i  w
końcu wyrzucił mnie za drzwi… Tak… Nie, nic nie szkodzi. Prędzej
czy  później  musiało  do  tego  dojść…  Nie,  Janet,  nie  obwiniaj  się…
Chyba  jednak  rozstaliśmy  się  na  zawsze;  padły  słowa,  które  nie
powinny  były  paść…  Tak,  cały  wieczór…  Świetnie…  Dobrze,  do
widzenia.

Kiedy  odłożył  słuchawkę,  nalał  sobie  porcję  whisky  i  wypił,  po

czym udał się do mrocznej sypialni, nastawił budzik na ósmą i nie
zdejmując  ubrania,  wyciągnął  się  na  łóżku.  Przez  kilka  minut
spoglądał w sufit, a potem oczy mu się zamknęły. Spał oddychając
nieregularnie, dopóki nie zadzwonił budzik.

Wstał  ociężale  z  łóżka  i  zapalając  po  drodze  światła,  skierował

się  do  łazienki.  Umył  twarz,  ręce,  włożył  świeży  kołnierzyk,  po
czym  ruszył  do  salonu.  Rozpalił  w  kominku  i  do  przyjścia  Janet
siedział czytając gazetę.

background image

Kobieta była wyraźnie podniecona. Od razu w drzwiach zaczęła

go przepraszać, zapewniać, że naprawdę nie liczyła na taką reakcję
Paula, nie sądziła, iż zerwie przyjaźń z Nedem, kiedy ten mu powie
o czym z nią, Janet, rozmawiał, jednakże nie umiała ukryć radości,
która  biła  jej  z  oczu,  ani  powstrzymać  uśmiechu,  który  co  chwila
wypływał jej na usta.

– Ależ nie ma o czym mówić – oświadczył Ned. – Nawet gdybym

wiedział, jak się sprawa zakończy, i tak bym się do Paula wybrał.
Zresztą  może  jakimś  szóstym  zmysłem  czułem,  że  dojdzie  do
rozstania,  nie  wiem.  A  poza  tym,  gdybyś  mnie  z  góry  uprzedziła,
jaka  będzie  jego  reakcja,  potraktowałbym  to  jako  wyzwanie  i  tym
bardziej chciałbym z nim pogadać.

Kobieta wyciągnęła do Neda ręce.
– Nie ukrywam, że się cieszę – powiedziała.
–  Ja  nie.  –  Ujął  jej  dłonie.  –  A  z  drugiej  strony  to  się  musiało

stać.

–  Teraz  widzisz,  że  miałam  rację?  –  Popatrzyła  na  niego

pytająco. – Zabił Taylora.

– Tak. Przyznał się.
–  Pomożesz  mi?  –  Nie  wypuszczając  jego  rąk,  przysunęła  się

bliżej.

Przez chwilę się wahał, patrząc z zatroskaniem na jej rozpaloną

twarz.

–  Paul  się  tylko  bronił…  –  rzekł  wolno.  –  To  był  nieszczęśliwy

wypadek. Nie mogę…

–  To  było  morderstwo!  –  zawołała  Janet  Henry.  –  Twierdzi,  że

działał  w  obronie  własnej?  A  co  ma  mówić?  –  Pokręciła
niecierpliwie  głową.  –  Zresztą  nawet  gdyby  nieumyślnie
spowodował śmierć mojego brata, czy nie powinien udowodnić tego

background image

w sądzie?

–  Minęło  zbyt  wiele  czasu.  To,  że  przez  miesiąc  siedział  cicho,

liczyłoby się na jego niekorzyść.

–  A  czyja  wina,  że  siedział  cicho?  Gdyby  działał  w  obronie

własnej, myślisz, że musiałby…

Ned pokiwał stanowczo głową.
–  Musiałby.  Ze  względu  na  ciebie.  On  cię  kocha.  Nie  chciał,

żebyś się dowiedziała, że zabił Taylora.

–  Przecież  i  tak  wiem!  –  krzyknęła.  –  A  wkrótce  dowiedzą  się

wszyscy! Ned wzruszył ramionami. Był przygnębiony.

– Nie pomożesz mi? – spytała Janet.
– Nie.
– Dlaczego? Już nic cię z nim nie łączy.
– Nie chcę przyczyniać się do jego skazania. Jestem pewien, że

mnie  nie  okłamał.  Niestety,  zbyt  długo  milczał,  aby  sąd  dał  mu
wiarę. – Zwilżył wargi. – Zostaw go w spokoju. Pewnie i tak spotka
go kara.

– O nie! Nie spocznę, dopóki nie odpowie za swój czyn! – Nagle

wstrzymała  oddech,  zmrużyła  oczy.  –  Skoro  mu  wierzysz,  to  nie
powinieneś się bać…

– Czego? Nie rozumiem… – zaczął ostrożnie.
– Prawdy. Bez względu na to, jaka ona jest, muszą istnieć jakieś

dowody.  Więc  jeśli  wierzysz  w  niewinność  Paula,  pomóż  mi  je
znaleźć.

Przyjrzał się jej uważnie.
–  Jeżeli  się  zgodzę  –  rzekł  po  chwili  –  i  jeżeli  zdołamy  coś

odkryć, czy będziesz umiała zaakceptować…

– Tak – przerwała mu. – Jeśli i ty będziesz umiał.
–  I  obiecasz,  że  nikomu  nic  nie  powiesz,  dopóki  nie  poznamy

background image

całej prawdy?

– Tak.
– W porządku. Zgoda.
Łzy wdzięczności zakręciły się w jej oczach.
–  Usiądźmy  –  powiedział  Ned.  Na  jego  szczupłej  twarzy

malowało  się  napięcie.  –  Trzeba  obmyśleć  plan.  Czy  po  moim
wyjściu od niego Paul się z tobą kontaktował?

– Nie.
–  Więc  nie  wiemy,  czy  jego  uczucia  do  ciebie  nie  osłabły.  Bo

mogły,  jeśli  po  namyśle  uznał,  że  jednak  miałem  rację.  To  by  nic
nie zmieniło między nami, to znaczy między mną a Paulem, bo nie
zamierzam  więcej  dla  niego  pracować,  ale…  –  Zmarszczył  czoło
i  pocierając  kciukiem  wąs,  popatrzył  kobiecie  na  nogi.  –  Na  razie
musimy czekać. Ty nie masz co do niego dzwonić, skoro nie wiemy,
jak  stoją  u  niego  twoje  akcje.  Myślisz,  że  bardzo  mu  na  tobie
zależy? Siedziała na fotelu przy stole.

– Oj, bardzo. – Roześmiała się lekko zażenowana. – Wiem, że to

brzmi nieskromnie… Ale kobieta wie, kiedy…

–  W  porządku.  Więc  jest  szansa,  że  jutro  zadzwoni.  Czy

próbowałaś wcześniej wyciągać z niego jakieś informacje?

– Nie. Raczej nie. Wolałam…
–  To  nie  próbuj.  Choćbyś  nie  wiem  jak  była  pewna  jego  uczuć,

musisz  zachować  ostrożność.  Kolejne  pytanie:  czy  jest  coś,  o  czym
mi jeszcze nie wspomniałaś?

– Nie – odparła potrząsając głową. – Nie wiedziałam, jak się do

tego wszystkiego zabrać. Dlatego chciałam, żebyś…

Przerwał jej wpół słowa.
– Nie pomyślałaś o tym, żeby wynająć prywatnego detektywa?
–  Nie  miałam  pojęcia,  komu  mogę  zaufać.  Bałam  się,  że  trafię

background image

na takiego, który zaraz o wszystkim doniesie Paulowi.

–  Znam  odpowiedniego  faceta.  –  Przejechał  palcami  po  swoich

ciemnych  włosach.  –  A  teraz  słuchaj.  Musisz  sprawdzić  dla  mnie
dwie  rzeczy.  Pierwsza,  to  czy  nie  brakuje  w  domu  jakiegoś
kapelusza  Taylora.  Paul  twierdzi,  że  Taylor  miał  na  głowie
kapelusz, ale żadnego przy nim nie znaleziono. Rozejrzyj się, czy…
–  uśmiechnął  się  zdawkowo  –  czy  poza  jednym,  który  sam
pożyczyłem…

Nie  zwracając  uwagi  na  jego  uśmiech,  podniosła  ręce

w bezradnym geście.

–  To  niemożliwe  –  powiedziała.  –  Jakiś  czas  temu  pozbyliśmy

się wszystkich ubrań brata. A poza tym i tak nikt by się nie doliczył
jego kapeluszy.

–  –  Trudno.  –  Ned  wzruszył  ramionami.  –  Druga  sprawa  to

laska: czy nie brakuje ciężkiej, brązowej laski…

– Ojciec ma taką – wtrąciła szybko kobieta.
– I chyba widziałam ją w domu.
–  Sprawdź.  –  Zaczął  obgryzać  paznokieć.  –  Na  razie  to  by  było

wszystko. Miejmy nadzieję, że jutro Paul się do ciebie odezwie.

–  A  o  co  chodzi?  –  spytała  wstając.  W  jej  głosie  brzmiało

podniecenie. – To znaczy, z tą laską?

– Paul twierdzi, że Taylor zaatakował go laską i że kiedy mu ją

wyrywał, niechcący uderzył Taylora w czoło. Zabrał laskę ze sobą,
a potem ją spalił.

–  Jestem  prawie  pewna,  że  wszystkie  laski  ojca  są  w  domu!  –

Twarz Janet pobladła, oczy zrobiły się wielkie.

– A Taylor nie miał żadnej?
– Jedną, ale czarną, ze srebrnym uchwytem.
–  Zacisnęła  palce  na  jego  nadgarstku.  –  Jeżeli  wszystkie

background image

brązowe laski są na miejscu, to…

– To może coś znaczyć. – Poklepał ją po dłoni.
– Tylko pamiętaj, mamy być ze sobą szczerzy!
–  Tak,  oczywiście  –  obiecała.  –  Oj,  Ned,  gdybyś  wiedział,  jak

strasznie  się  cieszę  z  twojej  pomocy  i  jak  bardzo  jej  potrzebuję…
Naprawdę możesz mi ufać.

– Mam nadzieję. – Oswobodził nadgarstek.

 3

Przez  kilka  minut  przechadzał  się  po  pokoju,  skupiony,

z  roziskrzonymi  oczami.  Za  dwadzieścia  dziesiąta  spojrzał  na
zegarek,  po  czym  zarzucił  na  siebie  płaszcz  i  udał  się  do
„Majestatu”.  Kiedy  w  recepcji  poinformowano  go,  że  Harry  Sloss
wyszedł,  złapał  taksówkę  i  kazał  się  zawieźć  do  restauracji  przy
West Road.

Restauracja  mieściła  się  w  białym,  kwadratowym  budynku,

którego  ściany  wyglądały  o  tej  porze  dość  szarawo,  usytuowanym
wśród drzew, z dala od szosy, jakieś pięć kilometrów za rogatkami
miasta. W oknach na parterze paliły się światła. Przed budynkiem
stało  zaparkowanych  kilka  wozów,  inne  znajdowały  się  w  długim,
ciemnym garażu na lewo.

Ned Beaumont skinął głową znajomemu portierowi i skierował

się  do  dużej  sali  restauracyjnej,  w  której  trzyosobowy  zespół
przygrywał z zapałem, a cztery lub pięć par tańczyło na parkiecie.
Ruszył przejściem między stolikami i obszedłszy parkiet, dotarł do
baru w rogu sali. Był tam jedynym klientem.

–  Cześć,  Ned  –  powiedział  barman,  grubas  o  ogromnym,

porowatym nosie. – Rzadko tu ostatnio bywasz.

background image

–  Staram  się  zbytnio  nie  szaleć.  Nalej  mi  whisky  z  wermutem,

Jimmy.

Barman  zaczął  przyrządzać  koktajl.  Muzycy  przestali  grać.

W ciszy, która zapadła, nagle rozległ się ostry kobiecy głos:

–  Nie  zamierzam  bawić  się  w  tym  samym  lokalu,  co  ten

skurwysyn Beaumont!

Ned  odwrócił  się  i  oparł  o  krawędź  lady.  Barman  zastygł  bez

ruchu, trzymając przed sobą naczynie do mieszania koktajli.

Na  środku  parkietu  stała  Lee  Wilshire  z  ręką  zaciśniętą  na

ramieniu  otyłego  młodzieńca  w  przyciasnym,  granatowym
garniturze  i  patrzyła  gniewnie  na  Neda.  Młodzieniec  również  się
w niego wpatrywał, wzrokiem nieco tępym.

– Albo wyrzucisz stąd tego skurwiela, albo wychodzę – rzekła do

swego partnera Lee.

Rozmowy ucichły. Obecni w sali goście nadstawili uszu.
Młodzieniec  oblał  się  rumieńcem.  Próbował  przybrać  srogą

minę, ale jeszcze bardziej się speszył.

– Jeśli się boisz, to sama mu przyłożę – ciągnęła Lee.
– Dobry wieczór, Lee – powiedział Beaumont.
– Widziałaś się z Berniem po jego wyjściu z paki? Lee przeklęła

głośno i postąpiła krok w jego stronę.

Otyły młodzieniec powstrzymał ją.
–  Poczekaj,  ja  się  nim  zajmę.  –  Poprawił  kołnierzyk,  obciągnął

marynarkę i ruszył do baru.

– No, co jest, do cholery? Dlaczego zaczepiasz tę panią? Nauczyć

cię, gnojku, kultury?

Nie  spuszczając  oczu  z  młodzieńca,  Ned  wyciągnął  za  siebie

rękę i położył ją na kontuarze, dłonią do góry.

– Daj mi jakiś łom, Jimmy – powiedział do barmana. – Szkoda

background image

mi własnych pięści.

Barman  szybko  sięgnął  pod  ladę  i  wsunął  Nedowi  do  ręki

niedużą  pałkę.  Nawet  na  nią  nie  patrząc,  Ned  ponownie  odezwał
się do młodzieńca:

– Czy ja jestem niekulturalny? Zresztą brak kultury nigdy Lee

nie przeszkadzał. Ona lubi takich facetów. Ostatni, z którym była,
nazywał ją głupią gęsią.

Młodzieniec zawahał się i rozejrzał nerwowo po sali.
– Zapamiętam cię, ty wszarzu – powiedział.
–  Jeszcze  się  kiedyś  spotkamy.  –  Po  czym  odwrócił  się  do  Lee

Wushire. – Chodź, mała. Spływamy z tej speluny.

– Sam sobie spływaj! – warknęła gniewnie.
– Nigdzie z tobą nie idę. Mam cię po dziurki w nosie.
Do  baru  podszedł  mocno  zbudowany  mężczyzna;  prawie

wszystkie zęby miał złote.

– Wyjdziecie oboje – rzekł. – No, na co jeszcze czekacie?
Ned Beaumont parsknął śmiechem.
– Ta pani jest ze mną, Corky.
–  A,  to  co  innego  –  oznajmił  Corky  i  popatrzył  na

towarzyszącego Lee młodzieńca. – Wynocha, szczylu – warknął.

Młodzieniec  bez  słowa  opuścił  lokal.  Lee  wróciła  do  stolika.

Siedziała  z  brodą  opartą  na  pięściach,  z  wzrokiem  utkwionym
w obrusie. Po chwili Ned się do niej przysiadł.

–  Corky,  przynieś  tu  moje  whisky  z  wermutem  –  poprosił

kelnera. – I coś bym zamówił… Jadłaś już? – spytał dziewczynę.

–  Tak  –  odparła,  nie  podnosząc  oczu.  –  Ale  napiłabym  się

szampana.– Tak. – Popatrzyła na niego niepewnie.

–  Chyba  powinniśmy  się  jeszcze  napić.  Podczas  gdy  Lee

pudrowała  sobie  nos,  Ned  przywołał  kelnera  i  zamówił  następną

background image

kolejkę.

 4

Dzwonek  do  drzwi  wyrwał  Neda  ze  snu.  Pokasłując  cicho,

zwlókł się z łóżka, włożył pantofle, kimono i wyszedł z sypialni. Po
drodze zerknął na budzik: było kilka minut po dziewiątej.

W drzwiach stała Janet Henry.
– 

Wiem, 

że 

jest 

strasznie 

wcześnie 

– 

powiedziała

przepraszająco.  –  Nie  mogłam  dłużej  wytrzymać.  Wczoraj,  po
powrocie do domu, usiłowałam się do ciebie dodzwonić, ale nikt nie
odbierał.  Prawie  całą  noc  nie  zmrużyłam  oka.  Otóż  sprawdziłam
wszystkie laski i żadnej nie brakuje. Paul kłamał.

– A czy jest wśród nich ciężka, brązowa…
–  Tak.  Major  Sawbridge  przywiózł  ją  ojcu  ze  Szkocji.  Stoi

w  szafie,  bo  tata  jej  nigdy  nie  używa.  –  Uśmiechnęła  się
triumfalnie.

Zamrugał  sennie  oczami,  po  czym  przejechał  dłonią  po

rozczochranych włosach.

– Hm, czyli istotnie Paul kłamał.
–  I  wiesz  co?  Był  u  nas,  kiedy  wróciłam  do  domu  –  oznajmiła

wesoło.

– Kto, Paul?
– Tak. Poprosił mnie o rękę. Senność ulotniła się z oczu Neda.
– Wspomniał ci o naszej kłótni i rozstaniu? – spytał.
– Ani słowem – odparła.
– Dobra. Szampan dla pani. A dla mnie befsztyk z pieczarkami,

jakieś  warzywa,  byle  nie  z  puszki,  sałata  i  pomidory  doprawione
sosem z rokfora. I kawa.

background image

– Jak ten gnój śmiał mnie zostawić! – poskarżyła się Lee, kiedy

kelner odszedł. – Dlaczego na facetach nigdy nie można polegać? –
Zaczęła cicho pochlipywać.

– Może wybierasz nieodpowiednich?
–  I  kto  to  mówi?  –  Popatrzyła  na  niego  z  wściekłością.  –  Ten,

który mnie okantował!

–  Ja  cię  nie  okantowałem  –  sprzeciwił  się  Ned.  –  To  nie  moja

wina, że Bernie sprzedał twoje świecidełka, żeby oddać mi forsę, na
którą mnie orżnął.

Muzycy znów zaczęli grać.
– Tak, wy zawsze jesteście niewinni! Chodź, zatańczymy.
– No dobrze – zgodził się niechętnie.
Gdy wrócili z parkietu, na stoliku już stała whisky z wermutem

i kieliszek szampana.

– Co słychać u Berniego? – spytał Ned.
– Nie wiem. Nie widzieliśmy się, odkąd go wypuścili, i nie mam

ochoty  na  spotkanie.  Jeszcze  jeden  wspaniały  mężczyzna  w  moim
życiu! Cholera, co za pechowy rok! Najpierw Bernie, potem Taylor,
a teraz ten szczeniak, którego Corky przepędził.

– Taylor Henry? – zainteresował się Ned.
–  Tak.  Ale  rzadko  się  z  nim  widywałam  –  wyjaśniła  szybko

dziewczyna – bo mieszkałam wówczas z Berniem.

Ned dopił koktajl.
– Po prostu od czasu do czasu wpadałaś do jego mieszkanka na

Charter  Street,  tak?  Ta,  którego  widziałeś  z  Paulem.  Czy  miał
kapelusz…? Tak? Jesteś pewien…? A laskę…? Dobra… Nie, Harry,
nie  udało  mi  się  nic  z  Paulem  załatwić.  Lepiej  sam  się  do  niego
wybierz…  Tak.  Cześć.  –  Odłożył  słuchawkę  i  napotkał  pytające
spojrzenie  Janet  Henry.  –  Harry  i  jego  kumpel  twierdzą,  że

background image

tamtego  wieczoru  widzieli,  jak  Paul  rozmawiał  na  ulicy  z  twoim
bratem  –  wyjaśnił.  –  Zdaniem  Harry’ego,  Taylor  był  w  kapeluszu,
ale nie miał laski. Było jednak ciemno, a Harry z kumplem widzieli
ich  z  jadącego  samochodu.  Za  bardzo  nie  polegałbym  na  tym,  co
mówią.

–  Dlaczego  ten  kapelusz  tak  cię  interesuje?  Ned  wzruszył

ramionami.

–  Wydaje  mi  się,  że  może  mieć  jakieś  znaczenie,  ale  nie  wiem.

Nie jestem przecież detektywem.

– Odkryłeś wczoraj coś nowego?
–  Nie.  Cały  wieczór  fundowałem  drinki  dziewczynie,  z  którą

Taylor się zadawał, lecz nie była w stanie mi pomóc.

– Znam ją?
–  Wątpię.  –  Nagle  zmierzył  ją  wzrokiem.  –  To  nie  była  Opal,

jeśli o to ci chodzi.

– Może… może należałoby z nią też porozmawiać?
–  Z  Opal?  Ona  nic  nie  wie.  Myśli,  że  Paul  zabił  Taylora  z  jej

powodu.  Po  prostu  ubzdurała  to  sobie  na  podstawie  anonimowych
listów, które jej wysyłałaś, i artykułów w „Observerze”.

Janet  Henry  pokiwała  głową,  ale  nie  sprawiała  wrażenia

przekonanej.

Z  dołu  przyniesiono  śniadanie.  Zasiedli  do  posiłku,  kiedy  znów

zaterkotał telefon. Ned wstał od stołu i podniósł słuchawkę.

– Co mu powiedziałaś?
–  Że  minęło  zbyt  mało  czasu  od  śmierci  brata,  abym  mogła

myśleć o zaręczynach czy ślubie. Ale starałam się nie odbierać mu
nadziei, że może kiedyś, w przyszłości…

Popatrzył  na  nią  zdumiony.  Kobieta  stropiła  się.  Położyła  rękę

na jego ramieniu i załamującym się głosem rzekła:

background image

– Naprawdę nie jestem taka zimna i wyrachowana, jak myślisz.

Po prostu… tak strasznie chcę, żebyśmy znaleźli mordercę Taylora,
że… że wszystko inne wydaje mi się nieważne.

Ned zwilżył wargi.
– Biedny Paul – powiedział cicho, z powagą.
–  Co  by  to  było,  gdybyś  go  kochała  równie  mocno,  jak  go

nienawidzisz?

– Przestań! – zawołała, tupiąc gniewnie nogą.
– Nie mów tak!
Ned zmarszczył czoło i zacisnął usta.
–  Błagam  –  szepnęła  skruszonym  głosem.  –  Czuję  do  niego

wstręt.

– Przepraszam. Jadłaś już śniadanie?
– Nie. Byłam zbyt przejęta; chciałam jak najszybciej powiedzieć

ci o lasce.

–  Więc  zjemy  razem.  Na  co  masz  ochotę?  –  spytał,  idąc  do

telefonu.

Zamówiwszy  śniadanie,  poszedł  do  łazienki,  żeby  doprowadzić

się  do  porządku.  Umył  twarz,  ręce,  zęby,  uczesał  się.  Kiedy  wrócił
do salonu, kobieta stała – bez płaszcza i kapelusza – przy kominku
paląc  papierosa.  Otworzyła  usta,  ale  zanim  zdążyła  cokolwiek
powiedzieć, zadzwonił telefon.

–  Halo…?  Tak,  Harry,  byłem  u  ciebie,  ale  cię  nie  zastałem…

Chciałem cię spytać o tego face

– Halo…? Tak, mamuśku… Co? – Zmarszczył czoło i przez kilka

sekund słuchał w milczeniu.

–  Nie  masz  wyjścia,  musisz  go  wpuścić.  Nie  martw  się,  nic  jej

nie  będzie…  Paul?  Nie  mam  pojęcia…  Nie,  nie  będę  się  z  nim
widział…  Nie  przejmuj  się,  wszystko  będzie  dobrze…  Tak,  na

background image

pewno… Do widzenia. – Wrócił uśmiechnięty do stolika. – To była
matka Paula – rzekł siadając.

–  Farr  wpadł  na  ten  sam  pomysł  co  ty.  Wysłał  do  Madvigów

swojego  pracownika,  żeby  przesłuchał  Opal.  –  Oczy  zaiskrzyły  mu
się.  –  Nic  się  od  niej  nie  dowiedzą,  ale  to  znaczy,  że  pętla  się
zacieśnia.

– Dlaczego tu zadzwoniła? – spytała Janet Henry.
– Żeby się poradzić. Bo Paula nie ma w domu.
– Nie wie, żeście się pokłócili?
– Widocznie nie. – Odłożył na bok widelec.
– Słuchaj, jesteś pewna, że chcesz znaleźć mordercę brata?
– Jeszcze niczego tak bardzo w życiu nie pragnęłam – rzekła.
Ned Beaumont roześmiał się gorzko.
– Kiedy mi Paul mówił o tobie, użył prawie tych samych słów.
Janet wzdrygnęła się.
– Właściwie słabo cię znam – ciągnął Ned.
– I nie wiem, czy można ci ufać. Śniłaś mi się w nocy i wcale mi

się ten sen nie podobał.

– Wierzysz w sny? – zdziwiła się, uśmiechając się lekko.
Nie odwzajemnił jej uśmiechu.
–  W  nic  nie  wierzę,  ale  jako  hazardzista  często  kieruję  się

irracjonalnymi czynnikami

Jej uśmiech stał się mniej ironiczny.
–  A  co  takiego  zrobiłam  w  tym  śnie,  żeby  zawieść  twoje

zaufanie?  –  Siląc  się  na  powagę,  uniosła  rękę  jak  do  przysięgi.  –
Jeśli mi opowiesz, zdradzę ci, co mnie się śniło.

– Dobrze. Więc byłem na rybach. Złowiłem ogromnego pstrąga,

takiego  naprawdę  wielkiego.  Chciałaś  go  obejrzeć.  Zanim  się
spostrzegłem, wrzuciłaś go z powrotem do wody.

background image

Roześmiała się wesoło.
– Co dalej?
– Nic. Obudziłem się.
–  Nie  bój  się.  Nie  będę  tykać  twoich  ryb.  A  wiesz,  co  mnie  się

śniło? – Nagle wytrzeszczyła oczy. – Kiedy miałeś ten sen? Po tym,
jak byłeś u nas na kolacji?

– Nie. Wczoraj.
–  Szkoda.  Śmiesznie  by  było,  gdybyśmy  śnili  o  sobie  tej  samej

nocy,  dokładnie  o  tej  samej  porze.  Bo  ty  mi  się  śniłeś  właśnie  po
wizycie  u  nas  w  domu.  Zgubiliśmy  się  w  lesie  i  błądziliśmy,
zmęczeni,  głodni,  aż  wreszcie  dotarliśmy  do  jakiejś  małej  chatki.
Zastukaliśmy,  ale  nikt  nie  otworzył.  Nacisnęliśmy  klamkę,  drzwi
były jednak zamknięte na klucz. Zajrzeliśmy przez okno do środka
i  zobaczyliśmy  wielki  stół  zastawiony  różnymi  pysznościami.
Niestety,  w  oknach  były  solidne  kraty.  Wróciliśmy  więc  do  drzwi
i  zaczęliśmy  się  dobijać.  Na  próżno.  Nagle  przypomnieliśmy  sobie,
że  czasem  ludzie  zostawiają  klucz  pod  słomianką;  sprawdziliśmy
i rzeczywiście tam leżał. Ale kiedy otworzyliśmy drzwi, ujrzeliśmy
na  podłodze  setki  wijących  się  węży,  które  były  niewidoczne  przez
okno.  Wszystkie  pełzły  w  naszą  stronę.  Szybko  zatrzasnęliśmy
drzwi,  przekręciliśmy  klucz  w  zamku  i  staliśmy  śmiertelnie
przerażeni, słuchając jak syczą i uderzają łbami w drzwi od środka.
I wtedy powiedziałeś, że jeśli zostawimy szparę w drzwiach, a sami
się  ukryjemy,  to  może  węże  wyślizgną  się  na  zewnątrz.  Pomogłeś
mi się wdrapać na dach, który w śnie był bardzo niski, po czym sam
się  wdrapałeś,  a  następnie  zwiesiłeś  się  nad  jego  krawędzią
i  uchyliłeś  drzwi.  Węże  zaczęły  wypełzać.  Leżeliśmy  na  dachu,
obserwując  je  z  zapartym  tchem,  dopóki  nie  znikły  w  lesie.
Wówczas  zeskoczyliśmy  na  ziemię,  wbiegliśmy  do  chatki,

background image

zamknęliśmy  za  sobą  drzwi  i  rzuciliśmy  się  najedzenie.  Jedliśmy,
aż uszy nam się trzęsły. Kiedy się obudziłam, siedziałam na łóżku,
klaszcząc w dłonie i śmiejąc się do rozpuku.

– Zmyśliłaś tę bajeczkę – skwitował krótko Ned.
– Tak? Dlaczego?
– Bo początek nie przystaje do końca. Zaczyna się jak koszmar,

a kończy wesoło. Poza tym ilekroć śni mi się żarcie, zawsze budzę
się, zanim zdążę cokolwiek skosztować.

–  Troszkę  zmyśliłam,  ale  nie  wszystko  –  przyznała  ze

śmiechem. – Skoro jednak zarzucasz mi kłamstwo, to nie powiem,
co śniło mi się naprawdę.

–  Trudno.  –  Podniósł  widelec,  po  czym  nagle  spytał  takim

tonem, jakby dopiero teraz przyszło mu to głowy: – Nie mówiłaś nic
ojcu,  prawda?  Bo  tak  się  zastanawiam…  może  warto  z  nim
porozmawiać?

– Masz absolutną rację! – zawołała. Zmarszczył z zadumą czoło.
– Tylko kłopot w tym – ciągnął – że kiedy usłyszy o Paulu, może

się  zdenerwować  i  przedwcześnie  rozdmuchać  całą  sprawę.  Bo
zdaje się, że ma dość wybuchowy charakter?

– Owszem – przyznała niechętnie kobieta – ale… – Twarz się jej

rozpogodziła.  –  Ale  jeśli  wyjaśnimy  mu,  dlaczego  należy  się
wstrzymać  z  oskarżeniem,  to  na  pewno…  A  swoją  drogą,  przecież
możemy już wszystko rozgłosić.

– Jeszcze nie. Nadąsała się.
– Może jutro – powiedział.
– Naprawdę?
– Nie obiecuję, ale kto wie. Sięgnęła przez stół i ujęła jego dłoń.
– Chcę być przy tym obecna. Bez względu na porę dnia czy nocy.

Musisz mi przyrzec, że…

background image

– Przyrzekam. – Popatrzył na nią spod oka. – Czy na egzekucji

też będziesz chciała być obecna?

Oblała się rumieńcem, lecz nie spuściła wzroku.
– Uważasz mnie za potwora? Może masz rację.
–  Obyś  nie  żałowała  swojej  decyzji  –  rzekł,  spoglądając  na

talerz.
 

background image

IX

Gnidy

 1

Kiedy  Janet  wyszła,  Ned  podniósł  słuchawkę  i  wykręcił  numer

Jacka Rumsena.

– Jack? Możesz do mnie wpaść…? Świetnie. Cześć.
Był już ubrany, kiedy Jack zastukał do drzwi. Usiedli naprzeciw

siebie, każdy ze szklanką whisky w ręce. Ned zapalił cygaro, Jack
papierosa.

– Słyszałeś, że się rozstałem z Paulem?
– Owszem – potwierdził obojętnym tonem Rumsen.
– I co?
–  I  nic.  Ostatni  raz  rozstaliście  się  po  to,  żebyś  mógł  podejść

Shada O’Rory.

Ned uśmiechnął się, jakby oczekiwał takiej odpowiedzi.
– I teraz ludzie też myślą, że szykujemy jakiś podstęp? – spytał.
– Większość tak.
Ned zaciągnął się głęboko dymem.
– A gdybym ci powiedział, że tym razem to naprawdę koniec?
Jack  nie  odezwał  się.  Z  jego  twarzy  nie  sposób  było  nic

wyczytać.

–  Wcale  nie  żartuję,  Jack.  –  Ned  łyknął  ze  szklanki.  –  Ile  ci

jestem winien?

–  Trzydzieści  dolców  za  ostatnią  robotę.  Za  poprzednie  już

background image

zapłaciłeś.

Beaumont  wyjął  z  kieszeni  spodni  zwitek  banknotów,  wydobył

z niego trzy dziesiątki i podał mężczyźnie.

– Dzięki.
– Czyli jesteśmy kwita. – Ned ponownie zaciągnął się cygarem.

Wypuszczając  z  ust  kłęby  dymu,  powiedział:  –  Mam  dla  ciebie
kolejną robotę. Zamierzam załatwić Paula. Przyznał mi się, że zabił
Henry’ego Taylora, ale potrzebuję dowodów. Pomożesz mi?

– Nie – odparł Jack.
– Dlaczego?
Rumsen  wstał  z  fotela  i  postawił  na  stoliku  opróżnioną

szklankę.

–  Rozwijamy  tu  z  Fredem  naszą  agencję  detektywistyczną  –

rzekł. – Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych dwóch lat odłożymy
sobie  co  nieco.  Lubię  cię,  Ned,  ale  nie  na  tyle,  żeby  zadzierać
z człowiekiem, który rządzi całym miastem.

– On już jest na wylocie, Jack. Wszyscy się od niego odsuwają.

Farr, Rainey…

–  Ich  sprawa.  Zresztą  wątpię,  czy  dobrze  na  tym  wyjdą.  Może

zdołają  mu  zaszkodzić,  ale  nie  wierzę,  żeby  go  pokonali.  Znasz
Paula  lepiej  niż  ja.  To  facet  z  jajami.  Ma  więcej  odwagi  niż  oni
wszyscy razem wzięci.

– Owszem, i właśnie tym sobie zaszkodził. Ale jak nie chcesz, to

nie.

–  Nie  chcę.  –  Jack  sięgnął  po  kapelusz.  –  Każdą  inną  robotę

wykonam z przyjemnością, ale nie tę… – Potrząsnął zdecydowanie
głową. Beaumont również wstał.

–  Podejrzewałem,  że  tak  zareagujesz  –  powiedział.  Ani  w  jego

twarzy,  ani  w  głosie  nie  było  złości  czy  urazy.  Pogładził  kciukiem

background image

wąs i zadumał się na moment. Wreszcie spytał: – Nie wiesz, gdzie
mogę znaleźć Shada?

Jack pokręcił głową.
–  Nie.  Ukrywa  się,  odkąd  policja  zrobiła  mu  trzeci  nalot  na

knajpę.  Zginęło  wtedy  tych  dwóch  gliniarzy.  Wprawdzie  nie  mają
przeciwko  niemu  zbyt  wielu  dowodów,  ale…  –  Wyjął  z  ust
papierosa. – Znasz Whisky Vassosa?

– Tak.
– Może on ci coś powie. Zwykle bywa wieczorami w budzie Tima

Walkera na Smith Street.

– Zajrzę tam. Dzięki, Jack.
– Nie ma za co. – Mężczyzna zawahał się. – Cholera, szkoda, żeś

się  rozstał  z  Madvigiem.  Wolałbym…  –  urwał  i  ruszył  do  drzwi.  –
Ale pewnie wiesz, co robisz.

 2

Po  wizycie  Jacka  Rumsena  Ned  udał  się  do  prokuratury.  Tym

razem bez trudu wpuszczono go do gabinetu Farra.

Farr nie wstał zza biurka, nie wyciągnął na powitanie ręki. Jego

rumiana twarz była bledsza niż zazwyczaj.

– Jak się masz, Beaumont? – spytał chłodno, patrząc na gościa

wyniosłym, nieulękłym wzrokiem.

Ned  rozsiadł  się  wygodnie,  założył  nogę  na  nogę,  po  czym

oznajmił:

–  Wczoraj,  po  wyjściu  od  ciebie,  zajrzałem  do  Paula.  Chcę  ci

opowiedzieć o tej wizycie.

– Słucham. – Ton Farra wciąż był chłodny.
–  Opisałem  Paulowi  twoje  nerwowe  zachowanie…  –  Ned

background image

uśmiechnął  się  czarująco,  po  czym  kontynuował  z  taką  lekkością,
jakby  opowiadał  zabawną,  lecz  błahą  anegdotkę.  –  Powiedziałem
mu,  że  moim  zdaniem  usiłujesz  zebrać  w  sobie  dość  odwagi,  aby
oskarżyć  go  o  zamordowanie  Taylora  Henry’ego.  Paul  słuchał
uważnie,  ale  kiedy  zacząłem  mu  tłumaczyć,  że  w  tej  sytuacji  ma
tylko  jedno  wyjście,  musi  pomóc  policji  znaleźć  prawdziwego
mordercę, odparł, że to niemożliwe. Przyznał się do zabójstwa, choć
twierdził,  że  to  był  nieszczęśliwy  wypadek,  bo  działał  w  obronie
własnej czy coś takiego.

Farr  siedział  z  wyrazem  napięcia  na  pobladłej  twarzy,  nie

odzywając się słowem. Beaumont podniósł pytająco brwi.

– Nudzi cię moja historyjka?
– Mów dalej – polecił chłodno prokurator. Beaumont odchylił się

na krześle.

– Nie wierzysz mi, prawda? – spytał z ironicznym uśmiechem. –

Myślisz, że to jakaś sztuczka, że próbujemy nabić cię w butelkę? –
Potrząsnął głową. – Strachliwy z ciebie człek, Farr.

–  Jeśli  masz  coś  do  powiedzenia,  to  mów.  Jeśli  nie,  to  wybacz,

ale jestem bardzo zajęty…

–  Nie  denerwuj  się,  Farr.  A  nie  wolałbyś,  żebym  złożył

oświadczenie na piśmie?

–  Może  być  na  piśmie.  –  Prokurator  wcisnął  jeden  z  szarych

przycisków  na  biurku.  –  Pan  Beaumont  chce  podyktować
oświadczenie  –  powiedział,  kiedy  do  gabinetu  weszła  siwowłosa
kobieta.

–  Dobrze,  proszę  pana  –  rzekła  kobieta.  Usiadła  po  drugiej

stronie biurka, położyła notes na blacie i trzymając w ręce srebrny
ołówek, skierowała na Neda piwne oczy.

–  Wczoraj  po  południu  –  zaczął  Beaumont  –  podczas  wizyty

background image

u Paula Madviga, Madvig wyznał mi, że tego wieczoru, kiedy zginął
Taylor Henry, był na kolacji w domu senatora. Doszło między nimi
do sprzeczki. Kiedy Paul wyszedł, Taylor wybiegł za nim i usiłował
go  zdzielić  ciężką,  brązową  laską.  Próbując  mu  ją  wyrwać,  Paul
niechcący  uderzył  Taylora  w  głowę;  chłopak  się  przewrócił.  Paul
zabrał  laskę  ze  sobą,  a  potem  ją  spalił.  Twierdzi,  że  dlatego  nie
przyznał  się  do  zabójstwa,  bo  nie  chciał,  żeby  Janet  Henry
dowiedziała się o tym, co uczynił. To wszystko.

–  Proszę  przepisać  oświadczenie  na  maszynie  –  polecił  Farr

stenografce.

Kobieta pośpiesznie opuściła gabinet.
–  Myślałem,  że  ucieszy  cię  ta  wiadomość  –  powiedział

Beaumont. – Że będziesz skakał do góry z radości.

Prokurator popatrzył na niego bez słowa.
–  Myślałem  –  kontynuował  Ned,  nie  przejmując  się  brakiem

reakcji  ze  strony  Farra  –  że  mając  tak…  –  zawahał  się,  szukając
właściwego  słowa  –  tak  obciążające  go  zeznania,  każesz
natychmiast wezwać Paula i przyciśniesz go do muru.

–  Pozwolisz,  że  sam  będę  decydował  o  tym,  co  robić  –  rzekł

ozięble Farr.

Beaumont  roześmiał  się.  Potem  siedział  w  milczeniu,  dopóki

siwowłosa  stenografka  nie  wróciła  z  przepisanym  na  maszynie
tekstem. Wtedy spytał:

– Czy mam przysiąc na Biblię albo…
– Nie – przerwał Farr. – Wystarczy twój podpis.
Beaumont podpisał oświadczenie.
–  E,  tam  –  mruknął  zawiedzionym  tonem.  –  Myślałem,  że  to

będzie bardziej zabawne.

–  Myliłeś  się  –  oznajmił  z  ponurą  satysfakcją  Farr  i  zacisnął

background image

zęby.

–  Strachliwy  z  ciebie  człek  –  powtórzył  Ned.  –  Przechodząc

przez jezdnię, uważaj na taksówki. – Skłonił się. – Do zobaczenia.

Po wyjściu z gabinetu skrzywił się gniewnie.

 3

Wieczorem  Beaumont  zadzwonił  do  ciemnego,  dwupiętrowego

budynku przy Smith Street. Drzwi uchyliły się na szerokość kilku
centymetrów;  sprawdziwszy,  kto  dzwoni,  niski  mężczyzna  o  małej
głowie i potężnych ramionach usunął się na bok, wpuszczając Neda
do środka.

– Serwus – powiedział Ned.
Przeszedł  z  pięć  metrów  mrocznym  korytarzem,  mijając  po

prawej  stronie  dwie  pary  zamkniętych  drzwi;  pchnął  drzwi
znajdujące się po lewej i ruszył drewnianymi schodami do sutereny,
w której mieścił się bar i z której dochodziły dźwięki radia.

Nie opodal lady znajdowały się drzwi z matową szybą, na której

widniał napis „Toaleta”. Po chwili ze środka wyłonił się barczysty,
ciemnowłosy  mężczyzna  o  długich  rękach,  płaskiej  twarzy
i  krótkich,  kabłąkowatych  nogach:  gorylowaty  Jeff  Gardner  we
własnej  osobie.  Na  widok  Neda  jego  małe,  czerwone  ślepia
wyraźnie się ożywiły.

– Do licha, przylazł mój worek treningowy!
– ryknął, ukazując w uśmiechu piękne zębiska.
– Cześć, Jeff – powiedział Ned, nie zważając na zainteresowane

spojrzenia pozostałych klientów.

Goryl podszedł do niego chwiejnym krokiem, jedną łapę zarzucił

mu  na  ramię,  drugą  chwycił  jego  rękę  i  trzymając  ją  w  górze,

background image

zwrócił się wesoło do obecnych:

–  To  jest  najrówniejszy  gość,  jakiego  w  życiu  waliłem  po

mordzie, a waliłem wielu. – Zaciągnął Neda do baru. – Najpierw się
czegoś napijemy, a potem urządzimy im mały pokazik, dobrze? No,
co pijesz?

–  Szkocką  –  odparł  Ned,  patrząc  z  kamienną  miną  na

odrażającą twarz niższego mężczyzny.

Jeff  roześmiał  się  zachwycony  i  ponownie  zwrócił  do  gości

w barze:

–  Widzicie?  On  to  uwielbia.  Ten  facet…  –  zmarszczył

z namysłem czoło, oblizał wargi – …ten facet to, kurwa, prawdziwy
masakrysta!

– Przeniósł wzrok na Neda. – Ty! Ty chociaż wiesz, co to znaczy

masakrysta?

– Wiem.
Goryl sprawiał wrażenie zawiedzionego.
– Whisky – powiedział.
Kiedy  barman  postawił  przed  nimi  trunek,  Jeff  puścił  rękę

Neda,  ale  wciąż  obejmował  go  ramieniem.  Obydwaj  szybko
opróżnili szklanki. Jeff odstawił swoją na ladę, po czym ujął Neda
za nadgarstek.

–  Idziemy  na  górę  –  powiedział.  –  Jest  tam  taki  mały  pokoik,

tak ciasny, że jak cię zdzielę w ryło, to nie zwalisz się z nóg, tylko
odbijesz  od  ściany,  a  wtedy  znów  cię  zdzielę,  a  ty  znów  się
odbijesz… Po jaką cholerę masz tracić czas na wstawanie, co?

– Napijesz się jeszcze? – spytał Ned.
– Jasne. Czemu nie?
Wypili  drugą  kolejkę.  Kiedy  Ned  zapłacił,  goryl  pchnął  go

w stronę schodów.

background image

–  Wybaczcie,  panowie  –  rzekł  do  obecnych.  –  Idziemy  teraz  na

górę zrobić próbę generalną. Ja i mój woreczek. – Poklepał Neda po
ramieniu.

Wspięli się po schodach na piętro i udali do małego, zagraconego

pokoiku, w którym oprócz sofy i dwóch stołów znajdowało się z pół
tuzina  krzeseł.  Na  jednym  ze  stołów  stały  puste  szklanki  oraz
talerze z resztkami kanapek.

Mrużąc oczy jak krótkowidz, Jeff rozejrzał się wokoło.
–  Kurwa,  a  gdzie  ona  się  podziała?  –  Puścił  nadgarstek  Neda,

zdjął rękę z jego ramienia i spytał: – Nie widzisz tu żadnej baby?

– Nie.
–  Pewnie  wyszła  –  stwierdził  goryl,  kiwając  energicznie  głową.

Chwiejnym  krokiem  zbliżył  się  do  drzwi,  brudnym  paluchem
przycisnął  dzwonek  w  ścianie,  po  czym  wymachując  zamaszyście
ręką, skłonił się nisko. – Siadaj.

Ned Beaumont usiadł przy mniej zabrudzonym stole.
–  Siadaj,  gdzie  tylko  masz  ochotę  –  powiedział  Jeff,

wielkopańskim  gestem  wskazując  na  cały  pokój.  –  Jak  ci  tam
niewygodnie,  możesz  się  śmiało  przesiąść.  Jesteś,  kurwa,  moim
gościem, chcesz czy nie.– To krzesło mi całkiem odpowiada.

–  To  krzesło  jest  do  dupy.  Wszystkie  krzesła  w  tej  cholernej

budzie są do dupy. – Podniósł najbliższe i wyrwał jedną z przednich
nóg.  –  Ty  to  nazywasz  krzesłem?  Kurwa,  Beaumont,  co  ty  wiesz
o krzesłach! – Cisnął je na podłogę, a wyrwaną nogę na sofę. – Nie
myśl,  żeś  taki  sprytny!  Dobrze  wiem,  co  ci  chodzi  po  głowie.
Uważasz, że się upiłem, no nie?

Ned uśmiechnął się.
– Nie, skąd.
–  A  właśnie,  kurwa,  że  tak.  Jestem  bardziej  pijany  niż  ty,

background image

bardziej  pijany  niż  ktokolwiek  w  tej  zasranej  budzie,  więc  nie
gadaj,  kurwa,  że  się  nie  upiłem,  bo…  –  Podniósł  do  góry  tłusty,
brudny paluch.

W drzwiach ukazał się kelner.
– Panowie sobie coś życzą? – spytał. Jeff odwrócił się do niego.
– Co tak długo? Spałeś, do cholery, czy co? Przecież dzwoniłem

z godzinę temu!

Kelner chciał coś powiedzieć, ale Jeff nie dopuścił go do słowa.
–  Zapraszam  na  drinka  mojego  najlepszego  kumpla  i  co?

Musimy, kurwa, godzinę czekać na zasraną obsługę! – wrzasnął. –
Nic dziwnego, że mój kumpel jest na mnie zły.

– Co sobie panowie życzą? – powtórzył kelner.
–  Życzę  sobie  wiedzieć,  gdzie  się  podziała  ta  dziewczyna,  która

tu była! – ryknął Jeff.

– Poszła.
– Dokąd?
– Nie wiem.
–  No  to  się,  cholera,  dowiedz!  I  to  szybko!  Masz  wiedzieć

i  koniec!  W  dupie  mam  taki  lokal,  w  którym…  –  Nagle  w  jego
czerwonych oczkach pojawił się chytry błysk. – Powiem ci, co masz
zrobić. Idź do damskiej toalety i sprawdź, czy tam jej nie ma.

–  Nie  ma  –  oznajmił  kelner.  –  Widziałem,  jak  wychodziła

z budynku.

–  A  to  dziwka!  –  ryknął  Jeff  i  odwrócił  się  do  Neda.  –  I  co  byś

z taką zrobił, no powiedz! Zapraszam cię na górę, żebyś ją poznał,
bo  wiem,  że  by  ci  się  spodobała,  i  że  ty  byś  się  jej  spodobał…  Za
kogo ona się, cholera, uważa? Jakim prawem wyszła bez pytania?

Ned zapalił cygaro. Milczał. Jeff podrapał się po głowie.
–  No  dobra,  przynieś  nam  coś  do  picia  –  warknął  do  kelnera,

background image

siadając naprzeciwko Neda. – Dla mnie whisky.

–  Dla  mnie  również  –  rzekł  Beaumont.  Kelner  znikł  za

drzwiami.

–  Nie  bądź  taki  cwany  –  powiedział  goryl,  wpatrując  się

gniewnie w swojego gościa. – Dobrze wiem, co knujesz.

– Nic nie knuję – odparł obojętnie Ned. – Chciałem spotkać się

z Shadem i pomyślałem sobie, że Whisky Vassos powie mi, gdzie go
szukać.

– Sądzisz, że ja nie wiem, gdzie jest Shad?
– Pewnie wiesz.
– To dlaczego mnie nie spytasz?
– W porządku. Więc gdzie jest?
– Łżesz jak z nut! – ryknął Jeff i huknął potężną łapą w stół. –

Gówno cię Shad obchodzi! Przylazłeś tu, żeby się ze mną policzyć!

Beaumont pokręcił z uśmiechem głową.
–  Nie  kłam  –  upierał  się  goryl.  –  Dobrze,  kurwa,  wiesz…W

drzwiach  pojawił  się  mężczyzna  w  średnim  wieku  o  mięsistych,
czerwonych wargach i okrągłych oczach.

–  Przestań  się  wydzierać,  Jeff  –  powiedział.  –  Robisz  strasznie

dużo hałasu.

Jeff obrócił się na krześle.
– Bo ten skurwysyn – wskazał za siebie na Neda – myśli, że nie

wiem, co jest grane. Ale się myli, gnida jedna! Tak mu skuję mordę,
że rodzona matka go nie pozna. Zobaczysz.

– W porządku – powiedział uspokajająco facet w drzwiach. – Ale

nie  musisz  się  tak  wydzierać.  –  Puścił  oko  do  Neda  i  wycofał  się
z pokoju.

–  Z  tego  Tima  też  się  robi  gnida  –  mruknął  Jeff  i  splunął  na

podłogę.

background image

Po chwili kelner przyniósł drinki. Beaumont uniósł szklankę.
– Twoje zdrowie – rzekł, pociągając łyk.
– Nie chcę, żeby jakaś gnida piła moje zdrowie!
– Odbiło ci.
– I co z tego? Może się upiłem, ale nie aż tak, żeby nie wiedzieć,

co  knujesz.  –  Opróżnił  szklankę,  wierzchem  dłoni  wytarł  usta.  –
Gnida!

– Niech ci będzie. – Beaumont uśmiechnął się przyjaźnie.
Jeff przysunął bliżej swoją płaską, gorylowatą twarz.
–  Myślisz,  że  pozjadałeś  wszystkie  rozumy,  co?  Ned  Beaumont

milczał.

– Myślisz, że dam się nabrać na twoje sztuczki? – ciągnął Jeff. –

Przejrzałem cię. Chcesz mnie upić, a potem wydać glinom.

–  Glinom?  –  spytał  niedbale  Ned.  –  Ach,  tak!  Za  zabójstwo

Francisa Westa?

– Do diabła z Western! Ned wzruszył ramionami.
– W porządku – rzekł. – Nie znałem go.
– Gnida.
– Masz ochotę na jeszcze jedną kolejkę? Goryl skinął z powagą

głową i odchylił się na krześle, żeby sięgnąć do dzwonka.

– Ale i tak jesteś gnidą. – Krzesło zachybotało się, więc postawił

nogi  na  podłodze,  żeby  się  nie  wywrócić.  –  Cholera!  –  warknął
i  przysunął  krzesło  z  powrotem  do  stołu,  po  czym  oparł  się
wygodnie  łokciami  o  blat.  –  Zresztą  co  za  różnica,  kto  mnie  wyda
glinom? I tak mnie nie usmażą na krześle elektrycznym.

– Nie?
–  Pewnie,  że  nie!  Przed  wyborami  nie  zdążą,  a  po  wyborach

Shad będzie miał wszystkich w kieszeni!

– Nie wiadomo.

background image

– Wiadomo, kurwa, wiadomo.
W drzwiach znów pojawił się kelner; zamówili po whisky.
–  Może  Shad  wcale  nie  kiwnie  palcem  w  twojej  obronie  –

powiedział Ned, kiedy zostali sami. – Czasem tak bywa.

– Spokojna głowa! – oburzył się goryl. – Za dużo o nim wiem.
Ned wypuścił ustami dym.
– Co wiesz?
–  Chryste!  –  Goryl  parsknął  pogardliwie  śmiechem.  –  Ten

kretyn  myśli,  że  mu  wszystko  wyśpiewam!  Nie  jestem  aż  tak
pijany.

–  Ależ  powiedz  mu,  Jeff,  śmiało  –  rzekł  niski,  melodyjny  głos

z  charakterystycznym  irlandzkim  akcentem.  W  progu  stal  Shad
O’Rory  i  ze  smutkiem  w  oczach  spoglądał  na  Jeffa.  Goryl  zadarł
głowę.

–  Jak  się  masz,  Shad?  –  spytał  wesoło.  –  Chodź,  napij  się

z nami. Znasz Beaumonta, prawda? To gnida, wiesz?

–  Mówiłem  ci,  Jeff,  żebyś  nie  wychodził  z  ukrycia  –  oznajmił

cicho O’Rory.

–  Chryste,  Shad,  już  nie  mogłem  sam  ze  sobą  wytrzymać!

A poza tym ta buda jest bezpieczna.

O’Rory  jeszcze  przez  chwilę  mierzył  Jeffa  wzrokiem,  po  czym

przeniósł spojrzenie na Neda.

– Dobry wieczór, Beaumont – rzekł.
– Serwus, Shad.
–  I  co,  udało  ci  się  z  niego  coś  wydusić?  –  Uśmiechnął  się

łagodnie, nieznacznym ruchem głowy wskazując na goryla.

–  Nic,  czego  bym  wcześniej  nie  wiedział  –  odparł  Ned.  –  Dużo

gada, ale większość z tego to pijacki bełkot.

–  Obydwaj  jesteście  gnidy  –  warknął  Jeff.  Kelner  zjawił  się

background image

z drinkami. O’Rory powstrzymał go w drzwiach.

– Zabierz to z powrotem – polecił mu. – Już dość wypili.
Kelner  wycofał  się.  O’Rory  wszedł  do  środka,  zamknął  drzwi

i oparł się o nie plecami.

–  Za  długi  masz  język,  Jeff  –  stwierdził.  –  Ile  razy  mam  ci  to

powtarzać?

Beaumont puścił oko do goryla.
– O co ci chodzi?! – spytał gniewnie Jeff. Beaumont wybuchnął

śmiechem.

– Mówię do ciebie, Jeff – powiedział O’Rory.
– Przecież, kurwa, słyszę.
–  Ale  coś  mi  się  zdaje,  że  wkrótce  przestaniemy  ze  sobą

rozmawiać.

Jeff wstał z krzesła i obszedł stół.
–  Nie  bądź  gnidą,  Shad.  Co  cię  napadło?  Przecież  od  dawna

jesteśmy kumplami, ty moim, ja twoim. – Wyciągnąwszy ramiona,
chwiejnym krokiem ruszył w jego stronę, aby go objąć. – Trochę się
urżnąłem, ale…

O’Rory położył bladą dłoń na piersi goryla i odepchnął go.
– Siadaj – rozkazał mu, nie podnosząc głosu. Jeff zamachnął się

lewą pięścią.

O’Rory  przechylił  głowę  w  bok,  ledwo  unikając  ciosu.  Na  jego

szczupłej,  kształtnej  twarzy  wciąż  malował  się  spokój,  ale  prawą
dłoń  wsunął  błyskawicznie  do  kieszeni.  Widząc  to,  Beaumont
zerwał się z krzesła i chwycił Shada za rękę.

Jeff,  który  z  rozpędu  poleciał  na  ścianę,  odwrócił  się  szybko

i  zacisnął  dłonie  na  szyi  swojego  szefa.  Jego  płaska,  gorylowata
morda  była  ohydnie  wykrzywiona,  ale  sprawiał  teraz  wrażenie
zupełnie trzeźwego.

background image

– Zabrałeś mu spluwę? – spytał dysząc.
–  Tak.  –  Ned  wyprostował  się  i  cofnął  o  krok,  celując  w  Shada

z czarnego pistoletu.

Irlandczykowi  oczy  wyszły  na  wierzch,  twarz  przybrała  siny,

niezdrowy  odcień.  Nawet  nie  próbował  się  oswobodzić  z  uścisku
goryla.

Jeff  obejrzał  się  przez  ramię  i  wyszczerzył  zęby  w  szerokim,

promiennym  uśmiechu.  Jego  małe,  czerwone  oczka,  oczka
drapieżnej bestii, błyszczały wesoło.

– Wiesz, co musimy zrobić, nie? – powiedział ochrypłym głosem.

– Wyprawić go na tamten świat.

–  Nie  chcę  mieć  z  tym  nic  wspólnego  –  oświadczył  Ned.  Mówił

spokojnie,  lecz  nozdrza  mu  drgały.–  Myślisz,  że  Shad  puści  nam
płazem  tę  bójkę?  –  Goryl  zwilżył  językiem  wargi.  –  Zresztą  masz
rację. Puści. Już ja tego dopilnuję.

Uśmiechnięty  od  ucha  do  ucha,  wpatrywał  się  w  Beaumonta,

a  nie  w  człowieka,  na  którego  szyi  miał  zaciśnięte  ręce.  Oddychał
głęboko.  Marynarka  coraz  bardziej  napinała  mu  się  na  barkach
i ramionach. Po ciemnych policzkach spływały krople potu.

Beaumont zbladł. Oddech miał przyśpieszony, skronie wilgotne.

Stał  bez  słowa,  obserwując  zmiany  zachodzące  w  twarzy
Irlandczyka.

O’Rory  zrobił  się  fioletowy.  Oczy  coraz  bardziej  wychodziły  mu

na  wierzch,  język  zwisał  spomiędzy  sinych  warg.  Jego  chude  ciało
wiło się, jedna pięść uderzała słabo w ścianę, o którą się opierał.

Wciąż  uśmiechając  się  do  Beaumonta  i  nie  patrząc  na

człowieka,  którego  dusił,  Jeff  rozsunął  nieco  nogi  i  wygiął  plecy
w  kabłąk.  Pięść  bijąca  w  ścianę  zastygła  w  bezruchu.  Rozległ  się
cichy,  przytłumiony  trzask,  po  chwili  drugi,  znacznie  głośniejszy.

background image

O’Rory przestał się miotać i zwisł bezwładnie w rękach oprawcy.

Jeff zaśmiał się chrapliwie.
–  Taka  dola  –  mruknął,  po  czym  kopnął  na  bok  krzesło

zagradzające  drogę  i  rzucił  ciało  na  sofę.  Upadło  twarzą  do  dołu;
jedna ręka i nogi zwisały nad podłogą. Goryl wytarł łapy o spodnie
i  odwrócił  się  do  Beaumonta.  –  Wszyscy  wiedzą,  jaki  ze  mnie
poczciwy gość. Można mi dokuczać, pomiatać mną, a ja nic.

– Bałeś się go, prawda? Jeff roześmiał się.
– Pewnie. Jak wszyscy, którym nie brakowało piątej klepki. A ty

może  nie?  –  Znów  parsknął  śmiechem  i  powiódł  wzrokiem  po
pokoju. – Wiejmy, zanim ktoś tu zajrzy. – Wyciągnął rękę.

– Daj tę spluwę. Pozbędę się jej.
– Nie. – Ned obrócił się wolno, kierując pistolet w brzuch Jeffa.

–  Powiemy,  że  zabiłeś  go  w  obronie  własnej.  Ja  poświadczę.  Nikt
się do niczego nie przyczepi.

– Kurwa, czyś ty oszalał! – krzyknął goryl.
– Nie wystarczy, że wisi nade mną sprawa o zabójstwo Westa?!

–  Małe,  czerwone  oczka  patrzyły  to  na  twarz  Beaumonta,  to  na
broń, którą ten trzymał w ręce.

Ned rozchylił blade wargi w beztroskim uśmiechu.
– No właśnie – powiedział cicho.
–  Nie  bądź  idiotą  –  warknął  Jeff  podchodząc  bliżej.  –  Po  jaką

cholerę…

Ned cofnął się za stół.
–  Bo  cię  zastrzelę,  Jeff.  Jeszcze  nie  zapomniałem,  jak  mnie

skatowałeś.

Goryl zatrzymał się w pół kroku i podrapał po głowie.
– Ty naprawdę jesteś gnidą! – bąknął zdziwiony.
– Dobra, dobra – Ned wskazał pistoletem krzesło. – Siadaj.

background image

Po  chwili  wahania  Jeff  spełnił  polecenie.  Beaumont  wyciągnął

lewą rękę i nacisnął dzwonek przy drzwiach. Goryl poderwał się.

– Siadaj!
Jeff usiadł z powrotem.
– Połóż łapy na stole!
– Kretyn! Jak Boga kocham! – Jeff potrząsnął smętnie głową. –

Chyba  nie  sądzisz,  że  ci  na  dole  pozwolą,  żebyś  mnie  stąd
wyprowadził, co?

Ned obszedł ponownie stół i spoczął na krześle, twarzą do goryla

i do drzwi.

–  Radzę  ci,  daj  mi  spluwę  i  módl  się,  żebym  zapomniał,  jaki

z  ciebie  kawał  drania  –  powiedział  goryl.  –  Kurwa,  Ned,  w  tej
budzie wszyscy mnie znają! Nie masz najmniejszej szansy!

–  Trzymaj  łapę  z  dala  od  butelki  z  keczupem!  Kelner  otworzył

drzwi i wybałuszył oczy.

– Zawołaj Tima – polecił mu Ned. – A ty stul pysk! – krzyknął

do Jeffa, który właśnie rozdziawił usta, żeby coś powiedzieć.

Kelner pośpiesznie zamknął drzwi.
– Ned, nie bądź idiotą – rzekł goryl. – Sam sobie kopiesz grób.

Co  ci  z  tego  przyjdzie,  że  oddasz  mnie  glinom?  Nic.  –  Ponownie
oblizał  wargi.  –  Wiem,  że  masz  mi  za  złe,  że  cię  wtedy  stuknąłem
parę  razy,  ale  to  nie  była  moja  wina.  Robiłem,  co  mi  Shad  kazał.
Ale zabiłem skubańca, więc jesteśmy kwita, nie?

– Cofnij łapę od butelki, bo ci ją przestrzelę!
– Ale z ciebie gnida.
Nagle  do  pokoju  wszedł  mężczyzna  w  średnim  wieku,

o czerwonych, mięsistych ustach i okrągłych oczach, ten sam, który
zaglądał wcześniej. Szybko zamknął za sobą drzwi.

– Jeff zabił Shada O’Rory – oznajmił Beaumont. – Zadzwoń na

background image

policję,  alkohol  zdążysz  ukryć…  I  na  wszelki  wypadek  wezwij
lekarza. Kto wie, może O’Rory jeszcze żyje.

–  Pewnie!  Tylko  patrzeć  jak  się  poderwie!  –  Jeff  roześmiał  się

pogardliwie,  po  czym  beztroskim,  poufałym  tonem  zwrócił  się  do
świeżo  przybyłego  gościa:  –  Hej,  Tim,  ten  kretyn  myśli,  że  oddasz
mnie glinom. Powiedz mu, jak go zaraz każesz załatwić.

Tim  spojrzał  ponurym  wzrokiem  na  leżącego  na  sofie  trupa,

potem na Jeffa i wreszcie na Beaumonta.

– Wolałbym uniknąć spotkania z glinami – rzekł wolno do Neda.

– Nie można by wyciągnąć zwłok na ulicę i tam ich zostawić?

Ned pokręcił przecząco głową.
–  Jak  uprzątniesz  lokal,  zanim  się  gliny  zjawią,  nic  ci  nie

będzie. Zresztą ja z nimi pogadam.

Tim przez chwilę się wahał.
– Słuchaj, stary – zwrócił się do niego Jeff.
– Przecież wiesz, że…
– Na miłość boską, przymknij się, Jeff – przerwał mu Tim.
Beaumont uśmiechnął się do goryla.
– Teraz, kiedy Shad nie żyje, jesteś zerem, Jeff.
– Tak? – Goryl usiadł wygodniej, a jego twarz rozpogodziła się. –

No  to  dzwońcie  na  policję.  Wolę  skończyć  na  krześle  niż  prosić
o cokolwiek takich skurwysynów jak wy!

Ignorując Jeffa, Tim spytał:
– Bez glin się nie obejdzie? Beaumont pokręcił głową.
– Trudno, jakoś sobie poradzę – powiedział Tim, kładąc rękę na

klamce.

– Mógłbyś sprawdzić, czy Jeff nie ma broni?
– poprosił go Ned.
Mężczyzna popatrzył na Beaumonta.

background image

–  Nie  miałem  i  nie  chcę  mieć  z  tym  nic  wspólnego  –  odparł

i wyszedł z pokoju.

Do przyjścia policji Jeff siedział wygodnie rozparty, z rękami na

stole, i przez cały czas mówił z ożywieniem do Neda. Wymyślał mu,
nie szczędząc obelg i inwektyw, przeklinał go, obrażał.

Ned słuchał z uprzejmym zainteresowaniem.
Wkrótce do pokoju wszedł żylasty, siwy mężczyzna w mundurze

porucznika, za nim pięciu czy sześciu innych.

–  Cześć,  Brett  –  powiedział  Ned.  –  Uważaj,  on  chyba  jest

uzbrojony.

– Co tu się stało? – spytał porucznik, patrząc na zwłoki.
Dwóch policjantów obeszło stół i zajęło się Jeffem.
Beaumont  opisał  bieg  wypadków.  Jego  wersja  właściwie  nie

odbiegała  od  prawdy,  choć  wynikało  z  niej,  że  O’Rory  zginął
w  czasie  zaciętej  szamotaniny,  a  nie  po  tym,  jak  sam  odebrał  mu
broń.

W  trakcie  relacji  Neda  przybył  lekarz.  Zbliżywszy  się  do  sofy,

przekręcił  Shada  na  wznak  i  zbadał  go  pobieżnie.  Kiedy  się
wyprostował, porucznik spojrzał na niego pytająco.

–  Nie  żyje  –  oświadczył  lekarz  i  zaraz  opuścił  mały  zatłoczony

pokój.

Jeff  wymyślał  dwóm  trzymającym  go  policjantom.  Za  każdym

razem,  gdy  miotał  przekleństwo,  któryś  z  nich  walił  go  pięścią
w  twarz.  Jeff  reagował  na  ciosy  śmiechem  i  dalej  klął.  Sztuczne
zęby wypadły mu, z ust ciekła krew.

Beaumont oddał Brettowi pistolet Shada.
–  Chcesz,  żebym  teraz  pojechał  na  komendę?  –  spytał.  –  Czy

wystarczy, jak się zgłoszę jutro?

– Lepiej jedź z nami.

background image

 4

Było  już  dobrze  po  północy,  kiedy  Ned  opuścił  komendę.  Na

ulicy  pożegnał  się  z  dwoma  dziennikarzami,  którzy  wyszli  razem
z  nim  z  budynku,  i  zatrzymał  przejeżdżającą  taksówkę.  Podał
kierowcy adres Paula Madviga.

Na  parterze  paliły  się  światła.  Zanim  doszedł  po  schodkach  do

drzwi, same się otworzyły. W progu stała pani Madvig; ubrana była
na czarno, ramiona miała okryte szalem.

– Cześć, mamuśku. Jeszcze nie śpisz?
–  Czekam  na  Paula.  Myślałam,  że  to  on  –  powiedziała.  W  jej

oczach nie było jednak zawodu.

– Nie ma go? Szkoda. – Przyjrzał się jej uważnie. – Czy coś się

stało?

Staruszka cofnęła się.
– Wejdź, Ned – rzekła, a kiedy ją minął, zamknęła drzwi. – Opal

próbowała popełnić samobójstwo.

– Co? Jak to? – szepnął, patrząc pod nogi.
–  Podcięła  sobie  żyły,  zanim  pielęgniarka  zdołała  ją

powstrzymać.  Na  szczęście  nie  straciła  wiele  krwi  i  czuje  się  już
dobrze.  Oby  tylko  znów  nie  strzeliło  jej  co  do  głowy  –  powiedziała
cicho kobieta. Minę miała niepewną.

– Gdzie Paul? – spytał drżącym głosem.
–  Nie  wiem.  Nie  mogłyśmy  go  nigdzie  znaleźć.  Zwykle  wraca

dużo  wcześniej.  –  Jej  głos  również  zaczął  drżeć.  Zacisnęła  chudą,
kościstą rękę na ramieniu Neda. – Czy… czy ty i Paul… – Urwała.

Pokiwał głową.
– Rozstaliśmy się, mamuśku.
–  A  czy…  czy  nie  możecie  się  jakoś  pogodzić?  Czy…  –  Znów

background image

urwała.

Podniósł wzrok. W jej oczach kręciły się łzy.
–  Niestety,  mamuśku  –  oznajmił  łagodnie.  –  Paul  mówił  ci

o naszej kłótni?

– Ale nic konkretnie. Kiedy wspomniałam mu, że dzwoniłam do

ciebie,  aby  spytać  o  tego  faceta  z  prokuratury,  który  nagle  się  tu
zjawił, poprosił tylko, żebym nigdy więcej tego nie robiła, bo już nie
jesteście przyjaciółmi.

Ned przełknął ślinę.
–  Powiedz  mu,  mamuśku,  że  muszę  z  nim  porozmawiać.

Powiedz  mu,  że  całą  noc  będę  czekał  u  siebie  w  domu.  –  Znów
przełknął ślinę. – Nie zapomnij, proszę.

Staruszka ponownie zacisnęła chude ręce na jego ramionach.
– Dobry z ciebie chłopak, Ned. Nie chcę, żebyście się kłócili. Bez

względu na to, co się stało, jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego
Paul miał w życiu… O co wam poszło? O Janet?

–  Spytaj  Paula.  –  W  głosie  Neda  brzmiała  nuta  goryczy.  –

Muszę już iść, mamuśku. Niczego nie potrzebujesz?

–  Nie.  Ale  mógłbyś  zajrzeć  do  Opal  –  powiedziała  kobieta.  –

Jeszcze nie śpi. Może rozmowa z tobą dobrze jej zrobi? Zawsze się
ciebie słuchała.

Potrząsnął głową.
– Nie. Opal też nie miałaby ochoty się ze mną widzieć.

 

background image

X

Strzaskany klucz

 1

Beaumont  wrócił  do  domu.  Wypił  kawę,  wypalił  cygaro,

przeczytał  gazetę  codzienną,  tygodnik,  pół  książki.  Od  czasu  do
czasu  przerywał  czytanie  i  chodził  nerwowo  po  mieszkaniu.  Nikt
nie zadzwonił do jego drzwi. Telefon też milczał.

O  ósmej  rano  Ned  wziął  prysznic,  ogolił  się,  włożył  świeżą

koszulę, po czym zamówił i zjadł śniadanie.

O  dziewiątej  podszedł  do  telefonu  i  wykręciwszy  numer

senatora, poprosił do aparatu Janet Henry.

–  Dzień  dobry  –  powiedział.  –  Dobrze,  dziękuję…  Chyba

możemy zaczynać… Tak… Jeśli twój ojciec jest w domu, opowiemy
mu o wszystkim… Świetnie, tylko ani słowa, dopóki nie przyjdę…
Postaram  się  jak  najszybciej.  Już  wychodzę…  W  porządku,  do
zobaczenia za kilka minut.

Odłożył  słuchawkę;  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  jakiś

niewidoczny  punkt  na  ścianie,  po  czym  klasnął  głośno  w  dłonie
i potarł je o siebie. Ocienione wąsami wargi miał mocno zaciśnięte,
oczy zwężone w szparki. Wyjął z szafy płaszcz i kapelusz, ubrał się
pośpiesznie,  zamknął  mieszkanie,  zszedł  na  dół  i,  pogwizdując,
zamaszystym krokiem ruszył przed siebie.

–  Panna  Henry  mnie  oczekuje  –  oznajmił,  kiedy  służąca

otworzyła drzwi.

background image

–  Tak,  proszę  pana.  –  Kobieta  wprowadziła  go  do  słonecznego

pokoju  o  ścianach  pokrytych  jasną  tapetą,  w  którym  senator
z córką jedli śniadanie.

Janet Henry natychmiast poderwała się od stołu i podbiegła do

Neda, wyciągając na powitanie obie ręce.

–  Och,  dzień  dobry!  –  zawołała  podniecona.  Senator,  patrząc

nieco  zaskoczony  na  córkę,  również  wstał,  tyle  że  bez  pośpiechu,
i uścisnął dłoń niespodziewanego gościa.

–  Dzień  dobry,  panie  Beaumont  –  powiedział.  –  Miło  mi  pana

widzieć. Może przyłączy się pan…

– Nie, dziękuję, już jadłem – odparł Ned.
Janet  Henry  drżała  z  przejęcia.  Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy,

wzrok  miała  nieprzytomny;  sprawiała  wrażenie  jakby  była  pod
wpływem narkotyków.

–  Ojcze,  chcemy  ci  o  czymś  powiedzieć  –  rzekła  napiętym

głosem.  –  O  czymś  bardzo…  –  Nagle  urwała  i  obróciła  się  do
Beaumonta. – Ty powiedz!

Zerknął  na  nią  spod  oka,  po  czym  marszcząc  brwi  przeniósł

spojrzenie na senatora, który zdążył wrócić do stołu, lecz jeszcze nie
usiadł.

–  Mamy  przekonujące  dowody  –  rzekł  –  że  Paul  Madvig  zabił

pana syna. Zresztą sam się do tego przyznał.

Senator zmrużył oczy i oparł rękę o stół.
– Co pan rozumie przez przekonujące dowody, panie Beaumont?

– spytał.

–  Najważniejszym,  panie  senatorze,  jest  fakt,  że  Madvig

przyznał  się  do  winy.  Powiedział  mi,  że  tamtego  wieczoru  pański
syn wybiegł za nim z domu i próbował uderzyć go ciężką, brązową
laską.  Wyrywając  mu  laskę,  Madvig  niechcący  trafił  nią  Taylora

background image

w głowę. Wystraszony, zabrał ze sobą narzędzie zbrodni i spalił je,
lecz pańska córka… – wskazał głową na Janet – twierdzi, że laska
wciąż znajduje się w domu.

–  Tak,  ojcze  –  wtrąciła  kobieta.  –  To  ta,  którą  dostałeś  od

majora Sawbridge’a.

Twarz senatora była blada i kamienna jak marmur.
– Proszę kontynuować, panie Beaumont.
–  No  cóż…  –  Ned  wykonał  ręką  drobny  ruch  –  to,  że  laska

znajduje się w domu, że pański syn nie miał jej ze sobą, wyklucza
wersję  o  nieszczęśliwym  wypadku  czy  działaniu  w  samoobronie.  –
Wzruszył  ramionami.  –  Byłem  wczoraj  u  Farra.  Nasz  prokurator
nie  lubi  się  narażać,  zresztą  sam  pan  wie,  ale  sądzę,  że  w  tej
sytuacji nie będzie miał wyjścia i każe aresztować Paula.

Janet  Henry  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem  i  rozchyliła

wargi, jakby zamierzała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się.

Senator  wytarł  usta  serwetką,  którą  trzymał  w  lewej  ręce,

odłożył serwetkę na stół i spytał:

– A czy są jakieś inne dowody?
– Te nie wystarczą?
– Ale są inne, prawda? – wtrąciła dziewczyna.
– Pośrednie – odparł lekceważąco Beaumont i ponownie zwrócił

się  do  senatora.  –  Mogę  je  panu  przedstawić,  ale  po  co?  Mordercę
już pan zna i to najważniejsze, prawda?

–  Prawda  –  rzekł  senator,  przykładając  rękę  do  czoła.  –  Aż

trudno  mi  w  to  uwierzyć.  Proszę  mi  wybaczyć,  panie  Beaumont…
ty  też,  kochanie  –  powiedział  do  córki  –  ale  przez  moment
chciałbym być sam, muszę to wszystko sobie przemyśleć… Nie, nie,
zostańcie tu. Udam się do swojego pokoju. Niech pan nie wychodzi,
panie  Beaumont…  niedługo  wrócę…  po  prostu  muszę  oswoić  się

background image

z  myślą,  że  człowiek,  z  którym  tak  blisko  współpracowałem,  zabił
mojego syna.

Skinął głową i sztywno wyprostowani wyszedł z jadalni.
Beaumont  ujął  kobietę  za  nadgarstek  i  cichym,  napiętym

głosem spytał:

–  Myślisz,  że  może  wpaść  w  szał?  Janet  popatrzyła  na  niego

zdumiona.

– Czy myślisz, że może wpaść w szał i ruszyć na poszukiwanie

Paula?  Bo  nie  wolno  nam  do  tego  dopuścić.  Mogłoby  się  to  źle
skończyć.

– Nie wiem… – szepnęła.
–  Trzeba  go  powstrzymać.  Na  wszelki  wypadek,  stańmy  gdzieś

blisko drzwi.

–  Dobrze.  –  Była  wystraszona.  Zaprowadziła  go  do  małego

pokoju  o  oknach  przysłoniętych  grubymi  kotarami,  które  prawie
nie  przepuszczały  światła.  Drzwi  do  pokoju  znajdowały  się  dwa
metry od drzwi wejściowych; zostawili je lekko uchylone i skryli się
za  nimi.  Obydwoje  drżeli.  Janet  zaczęła  mówić  coś  szeptem,  ale
Ned przyłożył palce do ust, dając jej znak, żeby milczała.

Nie  czekali  długo.  Wkrótce  rozległ  się  odgłos  kroków

stąpających miękko po dywanie w holu.

Senator Henry, odziany w płaszcz i kapelusz, szedł pośpiesznie

w stronę wyjścia.

Beaumont wyłonił się z ciemnego pokoju.
– Panie senatorze!
Senator  odwrócił  się.  Miał  zimny,  skupiony  wyraz  twarzy.

Przeszył Neda władczym spojrzeniem i rzekł:

– Przepraszam, ale muszę wyjść.
– Kiepski pomysł – powiedział Ned, zbliżając się do mężczyzny.

background image

– Tylko wynikną z tego nowe kłopoty.

Janet stanęła przy boku ojca.
–  Tato,  nie  wychodź  –  rzekła  błagalnie.  –  Słuchaj  pana

Beaumonta.

–  Już  go  wysłuchałem.  I  chętnie  znów  wysłucham,  jeżeli  ma

inne informacje. W przeciwnym razie… – Uśmiechnął się do gościa.
– Po tym, co pan mi powiedział, muszę zobaczyć się z Madvigiem.

–  Naprawdę  panu  nie  radzę  –  oświadczył  Ned,  patrząc  mu

prosto w oczy.

Senator obrzucił go wyniosłym spojrzeniem.
– Tato… – zaczęła Janet i urwała pod karcącym wzrokiem ojca.
Ned przełknął głośno ślinę. Rumieńce wystąpiły mu na policzki.

Wyciągnął  rękę  w  stronę  mężczyzny  i  szybkim  ruchem  dotknął
prawej kieszeni jego płaszcza.

Senator cofnął się oburzony.
Ned pokiwał głową.
–  Kiepski  pomysł  –  powtórzył  i  spoglądając  na  Janet,  dodał:  –

Ma przy sobie broń.

– Ojcze! – krzyknęła, unosząc rękę do ust.
–  Panie  senatorze,  naprawdę  nie  możemy  pozwolić,  żeby

wyszedł pan stąd uzbrojony.– Powstrzymaj go, Ned!

Senator zmierzył ich pogardliwym wzrokiem.
– Wasze zachowanie jest całkiem nie na miejscu – oświadczył. –

Janet, proszę iść do swojego pokoju!

Kobieta  z  ociąganiem  ruszyła  w  głąb  holu,  jednakże  po  kilku

krokach stanęła.

–  Nie!  Nie  pójdę!  I  nie  wypuszczę  cię  z  domu!  Ned,  nie  pozwól

mu…

– Nie pozwolę – obiecał Beaumont. Zwilżył wargi.

background image

Posyłając im lodowate spojrzenie, senator nacisnął klamkę.
Ned  błyskawicznym  ruchem  przysunął  się  bliżej  i  położył  rękę

na jego dłoni.

– Proszę pana – powiedział z szacunkiem w głosie. – Zabraniam

panu  wychodzić.  I  mam  do  tego  prawo.  –  Z  wewnętrznej  kieszeni
płaszcza  wydobył  złożony  kawałek  papieru,  brudny,  pomięty,
gdzieniegdzie  naddarty.  –  Oto  moja  nominacja  na  oficera
dochodzeniowego  prokuratury  okręgowej  wystawiona  w  zeszłym
miesiącu.  –  Wyprostował  papier  i  pokazał  senatorowi.  –  O  ile  się
orientuję,  do  tej  pory  mi  jej  nie  cofnięto.  Nie  mogę  pozwolić,  żeby
pan strzelał do ludzi.

Ojciec Janet nawet nie zerknął na dokument.
–  Chce  pan  ratować  życie  swojego  przyjaciela,  chociaż  jest

mordercą? – spytał z pogardą.

– Dobrze pan wie, że nie o to chodzi.
– Proszę zejść mi z drogi. – Senator ponownie nacisnął klamkę.
– Jeśli pan wyjdzie za drzwi z bronią, zaaresztuję pana.
– Ojcze, nie! – załkała Janet.
Mężczyźni  stali  na  wprost  siebie,  oddychając  głośno  i  mierząc

się wzrokiem. Wreszcie senator przerwał ciszę.

–  Kochanie  –  powiedział  do  córki.  –  Mogłabyś  nas  zostawić

samych  na  kilka  minut?  Chciałbym  porozmawiać  z  panem
Beaumontem na osobności.

Janet spojrzała pytająco na Neda.
–  Dobrze  –  rzekła,  gdy  skinął  głową.  –  Ale  pod  warunkiem,  że

nie wyjdziesz podczas mojej nieobecności.

– Nie wyjdę – obiecał z uśmiechem ojciec. Ruszyła w głąb holu,

po czym zerknąwszy przez ramię, otworzyła drzwi po lewej stronie
i znikła za nimi.

background image

– Obawiam się – zauważył ze smutkiem senator – że nie ma pan

najlepszego  wpływu  na  moją  córkę.  Zazwyczaj  nie  bywa  tak
krnąbrna.

Ned uśmiechnął się przepraszająco, ale nic nie powiedział.
– Od dawna się tym zajmujecie?
– To znaczy sprawą zabójstwa? – spytał Ned. – Ja od dwóch dni,

a  pańska  córka  od  samego  początku.  I  od  początku  podejrzewała
Paula.

– Co? – Senator otworzył usta.
–  No  właśnie.  Nie  wiedział  pan  o  tym?  Zieje  do  mego

nienawiścią.

–  Janet  nienawidzi  Paula?  –  Zdumienie  senatora  nie  miało

granic. – To niemożliwe!

Beaumont pokiwał głową i uśmiechnął się cierpko do starszego

mężczyzny.

–  Pan  się  tego  nie  domyślał,  senatorze?  Senator  westchnął

głęboko.

– Niech pan pozwoli na moment. – Wprowadził Neda do małego,

mrocznego pokoju o grubych kotarach w oknie. Zapalił światło, Ned
zamknął drzwi, po czym stanęli naprzeciw siebie. – Chcę z panem
porozmawiać 

jak 

mężczyzna 

mężczyzną. 

Zapomnijmy

o pańskich… – uśmiechnął się – oficjalnych powiązaniach, dobrze?

– Dobrze. Pewnie Farr też już o nich zapomniał.
–  Tak  sądzę.  Panie  Beaumont,  nie  jestem  mściwym

człowiekiem,  ale  na  myśl,  że  morderca  mojego  syna  chodzi
bezkarnie po świecie…

–  Niech  się  pan  nie  obawia,  wkrótce  go  zaaresztują.  Nie  mają

wyjścia. Dysponują niezbitymi dowodami.

Senator znów się uśmiechnął, tym razem dość lodowato.

background image

–  Obydwaj  wiemy,  jakimi  prawami  rządzi  się  świat  polityki,

więc  niech  mi  pan  nie  próbuje  wmówić,  panie  Beaumont,  że
jakakolwiek kara może spotkać Paula Madviga.

– Ależ spotka. Paul nie ma szansy. Zamierzają go wykiwać. Wie

pan,  co  ich  powstrzymuje?  To,  że  dotąd  robili  wszystko  pod  jego
dyktando; potrzebują czasu, żeby zebrać się na odwagę.

Senator pokręcił wolno głową.
–  Zajmowałem  się  polityką,  kiedy  pana  nie  było  na  świecie  –

powiedział.  –  A  zatem  przyzna  pan,  że  mam  nieco  większe
doświadczenie w tych sprawach?

– Oczywiście – odparł Ned.
–  Więc  solennie  pana  zapewniam,  że  nigdy  nie  zbiorą  się  na

odwagę.  Madvig  jest  ich  szefem  i  mimo  buntu,  jaki  próbują
podnieść, długo nim pozostanie.

–  Nie  zgadzam  się  z  panem.  Moim  zdaniem,  Paul  leży.  –  Ned

zmarszczył  czoło.  –  A  z  tą  bronią  to  kiepski  pomysł,  senatorze.
Lepiej niech mi ją pan odda. – Wyciągnął rękę.

Senator  wsunął  dłoń  do  kieszeni  płaszcza.  Beaumont  podszedł

bliżej i zacisnął rękę na jego nadgarstku.

–  Niech  mi  pan  odda  broń  –  powtórzył.  Senator  spojrzał  na

niego z wściekłością.

– W porządku – rzekł Ned. – Sam pan tego chciał…
Po  krótkiej  szamotaninie,  w  czasie  której  jedno  z  krzeseł

przewróciło  się  na  podłogę,  odebrał  senatorowi  staromodny,
niklowany rewolwer. Akurat chował go do kieszeni, kiedy do pokoju
wbiegła trupio blada Janet.

– Boże, co się stało? – zawołała przestraszona.
–  Uparł  się.  Musiałem  odebrać  mu  broń  siłą.  Senator  dyszał

ciężko,  twarz  miał  wykrzywioną.  Postąpił  krok  w  stronę

background image

Beaumonta.

– Niech się pan stąd wynosi! – krzyknął.
– Nie mam zamiaru – oznajmił Ned. Kąciki ust mu drgały, oczy

płonęły  gniewnie.  Wyciągnął  rękę  i  chwycił  Janet  za  ramię.  –
Siadaj  i  słuchaj  –  rzekł  do  kobiety.  –  Chcesz  czy  nie,  zaraz  się
o wszystkim dowiesz. – Po czym zwrócił się do jej ojca. – To trochę
potrwa, więc lepiej, żeby i pan usiadł.

Ani  senator,  ani  jego  córka  nie  wykonali  polecenia.  Janet

patrzyła na Neda z trwogą, on na nią chłodno, ze znużeniem. Oboje
byli jednakowo bladzi.

–  To  pan,  senatorze,  zabił  Taylora.  Senator  nie  ruszył  się

z miejsca. Wyraz jego twarzy nie uległ zmienię.

Przez  kilka  długich  sekund  Janet  Henry  również  tkwiła  bez

ruchu, po czym nagle w jej oczach pojawiło się przerażenie i wolno
osunęła  się  na  podłogę.  Nie  upadła;  po  prostu  zgięła  kolana
i  osunęła  się.  Siedziała  z  głową  zadartą  do  góry,  opierając  się  na
prawej  ręce,  i  spoglądała  z  osłupieniem  na  obu  mężczyzn.  Żaden
z nich na nią nie patrzył.

– A teraz chciał pan zabić Paula, żeby przypadkiem nikomu nie

zdradził,  że  Taylor  zginął  z  pańskiej  ręki.  Oczywiście,  uszłoby  to
panu na sucho. Omamiłby pan wszystkich, odgrywając, tak jak tu
przed  nami,  rolę  zdesperowanego  ojca,  który  chce  pomścić  śmierć
syna…

Senator milczał.
– Dobrze pan wie – ciągnął Ned – że gdyby Paula aresztowano,

przestałby  pana  osłaniać,  bo  nie  chce,  żeby  Janet  uważała  go  za
zabójcę  jej  brata.  –  Roześmiał  się  gorzko.  –  Biedny  zakochany
dureń!  –  Przejechał  ręką  po  włosach.  –  A  przebieg  tamtego
wieczoru  był  prawdopodobnie  następujący:  kiedy  Taylor  usłyszał,

background image

że Paul próbował pocałować Janet, wybiegł za nim z domu, z laską
i w kapeluszu, choć to akurat jest mniej istotne. Widząc wzburzenie
syna, przeraził się pan, że przepadnie pan w wyborach, jeśli…

–  Co  za  bzdury!  –  przerwał  mu  ochrypłym,  gniewnym  głosem

senator. – Nie życzę sobie, żeby moja córka słuchała…

Beaumont prychnął pogardliwie.
– Bzdury? Może. Ale właśnie takie bzdury, takie drobne, głupie

rzeczy jak to, że wrócił pan do domu z laską, którą zabił pan syna,
i  w  jego  kapeluszu,  bo  wybiegł  pan  z  gołą  głową,  przekonają
sędziów o pańskiej winie.

–  A  co  z  winą  Paula?  –  spytał  ironicznie  senator.  –  Przecież

przyznał się do zabójstwa.

–  Otóż  to.  –  Ned  wyszczerzył  zęby.  –  Mam  pomysł.  Janet,

zadzwoń  do  Paula  i  poproś  go,  żeby  tu  przyszedł.  Opowiemy  mu,
jaką  twój  ojciec  chciał  mu  dzisiaj  sprawić  niespodziankę
i zobaczymy, jak zareaguje.

Janet  poruszyła  się,  lecz  nie  wstała  z  podłogi.  Na  jej  twarzy

malowało się oszołomienie.

– To śmieszne! – oburzył się senator. – Nic takiego nie zrobimy.
– Zadzwoń, Janet – rozkazał Ned.
Podniosła  się,  wciąż  oszołomiona,  i  nie  zwracając  uwagi  na

głośne  protesty  ojca,  skierowała  się  do  drzwi.  Widząc  to,  senator
przybrał pokorniejszy ton.

–  Poczekaj,  kochanie  –  poprosił  i  zwrócił  się  do  Neda.  –

Chciałbym z panem znów pomówić na osobności.

–  W  porządku.  –  Ned  spojrzał  na  Janet,  czekając  aż  wyjdzie.

Ona jednak stała uparcie w drzwiach.

–  Nie  wyjdę  –  oznajmiła.  –  Mam  prawo  wiedzieć,  o  czym

mówicie.

background image

Ned skinął głową i przeniósł wzrok na senatora.
– To prawda – poparł ją.
–  Janet,  kochanie…  –  zaczął  senator.  –  Jedynie  pragnę

oszczędzić ci bólu…

– Nic mi nie oszczędzisz – powiedziała cichym, słabym głosem. –

Chcę wiedzieć, co się stało.

Senator zrezygnowany rozłożył ręce.
– W takim razie nic nie powiem.
–  Dzwoń  do  Paula,  Janet.  Zanim  postąpiła  krok,  senator

zawołał:

– Nie! Boże, jak wy mi to utrudniacie… – Wyjął chustkę i wytarł

dłonie.  –  Dobrze,  panie  Beaumont,  wszystko  dokładnie  panu
opowiem,  a  potem  poproszę  pana  o  drobną  przysługę,  której,  jak
myślę, pan mi nie odmówi. Najlepiej… – Urwał i spojrzał na córkę.
– Jeśli koniecznie chcesz być przy tym obecna, to wejdź, kochanie,
i zamknij drzwi.

Janet  spełniła  polecenie  ojca;  zamknęła  drzwi,  usiadła  na

krześle i pochyliła się w napięciu do przodu.

Ściskając  w  dłoni  chustkę,  senator  założył  ręce  za  siebie

i patrząc bez wrogości na Beaumonta, oznajmił:

–  Tamtego  wieczoru  wybiegłem  z  domu  za  Taylorem,  bo  nie

chciałem  z  powodu  jego  zapalczywości  stracić  przyjaźni  Paula.
Dogoniłem ich na China Street. Paul trzymał laskę Taylora. Kłócili
się, a właściwie to Taylor się awanturował. Poprosiłem Paula, żeby
zostawił nas samych. Wręczył mi laskę i zaczął się oddalać. Taylor
odezwał  się  do  mnie  w  sposób  niewybaczalny,  po  czym  próbował
mnie odepchnąć, żeby ruszyć w pogoń za Paulem. Nie wiem, kiedy
to  się  stało,  ale  musiałem  go  niechcący  uderzyć,  bo  upadł  i  trafił
głową w krawężnik. Paul przybiegł z powrotem – nie odszedł zbyt

background image

daleko  –  i  razem  stwierdziliśmy,  że  Taylor  nie  żyje.  Paul  zaczął
nalegać,  żebyśmy  zostawili  ciało  i  nie  przyznawali  się  do  niczego.
Tłumaczył mi, że chociaż był to nieszczęśliwy wypadek, przeciwnicy
–  na  użytek  kampanii  wyborczej  –  zrobią  z  tego  aferę.  Dałem  się
przekonać.  Paul  podniósł  z  ziemi  kapelusz  Taylora  i  kazał  mi
wrócić  do  domu.  Zapewnił  mnie,  że  jeśli  policja  zacznie  koło  nas
węszyć, poleci wstrzymać dochodzenie. Potem, w zeszłym tygodniu,
kiedy  rozeszła  się  plotka,  że  Paul  jest  mordercą,  przeraziłem  się.
Poszedłem do niego i namawiałem go, żebyśmy sami zgłosili się na
policję  i  powiedzieli,  co  się  stało.  Wyśmiał  moje  obawy  mówiąc,
żebym  się  niczym  nie  przejmował.  –  Wyjął  ręce  zza  pleców
i przetarł chustką twarz. – Przysięgam, że nie kłamię.

– Jak mogłeś zostawić Taylora na ulicy? – zawołała zdławionym

głosem Janet.

Senator zmarszczył czoło, ale nic nie powiedział.
Ciszę, która zapadła, przerwał Ned.
– Brzmiało to jak mowa do wyborców – rzekł.
– Trochę prawdy, trochę blagi. – Skrzywił się.
–  O  jaką  przysługę  chciał  pan  prosić?  Senator  spojrzał  na

podłogę, po chwili podniósł wzrok.

– Wolałbym nie przy córce…
– Nic z tego – zaprotestował Ned.
– Wybacz mi, kochanie – szepnął senator, po czym odwrócił się

do Neda. – Powiedziałem prawdę, zdaję sobie jednak sprawę z tego,
w jak dwuznacznym znalazłem się położeniu. Proszę, żeby zechciał
mi  pan  oddać  rewolwer  i  zostawił  mnie  samego  w  tym  pokoju  na
pięć minut.

– Nie.
Senator  przyłożył  rękę  do  serca  i  zachwiał  się;  w  dłoni  wciąż

background image

trzymał chustkę.

– Nie wymknie się pan sprawiedliwości – rzekł Beaumont.

 2

Ned  Beaumont  odprowadził  do  drzwi  Farra,  siwowłosą

stenografkę, dwóch policjantów oraz senatora Henry’ego.

– Nie Idziesz z nami? – spytał prokurator.
– Nie. Wpadnę kiedyś przy okazji.
– Tylko nie każ na siebie zbyt długo czekać, Ned. Jesteś zawsze

mile  u  mnie  widziany  –  rzekł  Farr,  serdecznie  potrząsając  ręką
Beaumonta.  –  Lubisz  płatać  mi  figle,  ale  nie  mam  ci  tego  za  złe,
zwłaszcza jeśli doprowadzają do ujęcia zabójcy.

Ned  uśmiechnął  się  do  niego,  po  czym  skinieniem  głowy

pożegnał policjantów, ukłonił się stenografce i zamknąwszy drzwi,
ruszył  po  schodach  do  pomalowanego  na  biało  pokoju,  w  którym
stał fortepian. Janet Henry podniosła się z kanapy.

– Poszli – oznajmił, siląc się na rzeczowy ton.
– Czy ojciec… czy…
–  Złożył  oświadczenie,  podając  trochę  więcej  szczegółów  niż

nam.

– Ned, chcę cię spytać o kilka rzeczy… powiesz mi prawdę?
– Tak – obiecał.
– Co… – Urwała. – Co ojcu grozi?
–  Zważywszy  na  jego  wiek  i  stanowisko,  myślę,  że  niewiele.

Oskarżą  go  o  nie  umyśle  spowodowanie  śmierci  i  dostanie  wyrok
z zawieszeniem.

– Myślisz, że uderzył Taylora niechcący? Ned potrząsnął głową.

W jego oczach czaił się chłód.

background image

– Moim zdaniem zdenerwował się, że przez syna może przepaść

w wyborach i uderzył go ze złości.

Janet  nie  zaprotestowała.  Wyłamując  sobie  nerwowo  palce,

z widocznym trudem zadała następne pytanie:

– Czy ojciec… czy naprawdę chciał zastrzelić Paula?
– Tak, i uszłoby mu to na sucho. Zrozpaczony ojciec mści się za

śmierć  ukochanego  syna  na  człowieku,  który  stoi  ponad  prawem.
Miał świadomość, że jeśli Paul zostanie aresztowany, od razu puści
farbę.  Tylko  dlatego  trzymał  dotąd  język  za  zębami  i  popierał
kandydaturę  twojego  ojca,  bo  zależało  mu  na  tobie.  Zdawał  sobie
jednak  sprawę,  że  nigdy  go  nie  zaakceptujesz,  jeśli  będziesz
myślała,  że  zabił  Taylora.  Gdyby  wiedział,  że  od  początku  go  o  to
podejrzewasz, natychmiast oczyściłby się z zarzutów.

Janet pokiwała smętnie głową.
–  Czułam  do  niego  nienawiść.  Skrzywdziłam  go,  a  nadal  go

nienawidzę. – Załkała. – Dlaczego, Ned? Dlaczego?

Machnął niecierpliwie ręką.
– Zagadki to nie moja specjalność…
– Ty natomiast – ciągnęła kobieta – oszukałeś mnie, zrobiłeś ze

mnie idiotkę, a jednak wciąż cię lubię.

– Kolejna zagadka.
– Kiedy domyśliłeś się, że… że właśnie ojciec…
–  Nie  wiem.  Od  jakiegoś  czasu  chodziło  mi  to  po  głowie.

Zastanawiałem  się,  dlaczego  Paul  zachowuje  się  tak  dziwnie.
Gdyby zabił Taylora, przyznałby mi się od razu. Nie miałby powodu
ukrywać tego przede mną. Co innego, gdyby twój ojciec był winien
zbrodni.  Wtedy  Paul  istotnie  trzymałby  język  za  zębami  i  nie
puszczał pary z ust. Był świadom, że nie cierpię senatora i mógł się
bać,  że  go  pogrążę.  O  siebie  by  się  nie  bał;  wiedział,  że  nie  zrobię

background image

mu krzywdy. Kiedy się więc uparłem, że bez względu na to, czy mu
się podoba czy nie, trzeba znaleźć mordercę Taylora, uznał, że musi
mnie powstrzymać. No i wziął całą winę na siebie.

– Dlaczego nie cierpiałeś mojego ojca?
–  Bo  nie  znoszę  alfonsów!  –  zawołał  gniewnie.  Kobieta

zarumieniła się i spuściła wzrok.

– A mnie dlaczego nie lubisz? – spytała zdławionym głosem.
Ned milczał. Przygryzła wargę.
– Odpowiedz mi!
–  Do  ciebie  nic  nie  mam,  jedynie  nie  podoba  mi  się  sposób,

w  jaki  traktowałaś  Paula.  I  ty,  i  twój  ojciec  próbowaliście  go
wykorzystać. Mówiłem to Paulowi. Mówiłem mu, że dla takich jak
wy  on  jest  pariasem,  podrzędną  formą  życia,  śmieciem,  z  którym
wszystko można zrobić. Mówiłem, że twój ojciec przyzwyczaił się do
tego,  że  zawsze  bez  trudu  wygrywa  i  że  jeśli  nagle  pojawią  się
jakieś  kłopoty,  to  albo  straci  głowę,  albo  obróci  się  przeciwko
niemu. Paul był jednak tak zakochany, że… – Ned urwał i podszedł
do fortepianu.

– Pogardzasz mną, prawda? – spytała cicho. – Uważasz mnie za

dziwkę…

– Nie, nie pogardzam – odparł zirytowany. Stał do niej tyłem. –

Cokolwiek  zrobiłaś,  spotkała  cię  niewspółmiernie  wysoka  kara.
Wszyscy zapłaciliśmy wysoką cenę.

Janet przez chwilę milczała, po czym stwierdziła:
–  Teraz  ty  i  Paul  znów  będziecie  przyjaciółmi.  Wzdrygnął  się,

odwrócił od fortepianu i spojrzał na zegarek.

– No, czas na mnie – powiedział. Kobietę coś jakby tknęło.
– Wyjeżdżasz? – spytała. Skinął głową.
– Tak, pociągiem o czwartej trzydzieści.

background image

– Ale wrócisz?
– Nie, chyba że każą mi się zjawić na rozprawie, w co wątpię.
Impulsywnie wyciągnęła do niego ręce.
– Zabierz mnie ze sobą – poprosiła.
– Naprawdę tego chcesz, czy po prostu histeryzujesz?
Oblała  się  głębokim  rumieńcem.  Zanim  zdążyła  cokolwiek

powiedzieć, Ned ponownie się odezwał:

–  Zresztą  nieważne.  Jak  chcesz,  możesz  jechać.  –  Nagle

zmarszczył czoło. – A kto się zajmie domem i całą resztą? – spytał,
zakreślając ręką koło.

–  Wszystko  mi  jedno…  nasi  wierzyciele  –  odparła  gorzkim

tonem.

–  Zastanów  się.  Ludzie  będą  mówić,  że  porzuciłaś  ojca,  kiedy

znalazł się w potrzebie.

–  I  dobrze,  niech  mówią.  Nie  obchodzi  mnie,  co  kto  będzie

mówił. Zabierz mnie stąd. – Zaczęła łkać. – Nie opuszczałabym go,
gdyby… gdyby nie zostawił biednego Taylora na tej ciemnej ulicy…

–  To  teraz  nie  ma  najmniejszego  znaczenia  –  przerwał  jej

szorstko. – Idź się spakuj. Góra dwie walizki. Resztę rzeczy można
później dosłać.

Wybuchnęła  dziwnym,  nerwowym  śmiechem  i  wybiegła

z  pokoju.  Beaumont  zapalił  cygaro,  po  czym  usiadł  na  stołku  przy
fortepianie i zaczął cicho grać. Kiedy Janet wróciła, miała na sobie
czarny  płaszcz,  czarny  kapelusz,  a  w  każdej  ręce  trzymała  po
walizce.

 3

Pojechali  taksówką  do  jego  mieszkania.  Większość  drogi  odbyli

background image

w milczeniu.

–  Wiesz  –  powiedziała  nagle  Janet,  przerywając  ciszę  –  ten

klucz  w  moim  śnie  był  szklany.  Musieliśmy  się  mocować
z zamkiem, bo się zaciął i kiedy wreszcie otworzyliśmy drzwi, klucz
pękł i rozsypał się na drobne.

Spojrzał na nią ukosem.
– I?
Wzdrygnęła się.
– Bez klucza nie mogliśmy zaniknąć drzwi i te wszystkie węże,

które  były  w  środku,  wypełzły  na  zewnątrz  i  zaatakowały  nas.
Obudziłam się z krzykiem.

–  Nie  przejmuj  się,  to  tylko  sen.  –  Uśmiechnął  się  ponuro.  –

W moim śnie wrzuciłaś mi pstrąga z powrotem do wody.

Taksówka  zatrzymała  się  przed  budynkiem.  Na  górze  Janet

zaproponowała Nedowi, że pomoże mu się spakować.

– Nie. Sam to zrobię. Usiądź i odpocznij. Mamy godzinę czasu do

odjazdu pociągu.

Usiadła na obitym czerwonym pluszem fotelu.
– Dokąd jedziemy? – spytała nieśmiało.
– Najpierw do Nowego Jorku.
Miał  jedną  torbę  spakowaną,  kiedy  rozległ  się  dzwonek  do

drzwi.

–  Poczekaj  w  sypialni  –  polecił  kobiecie.  Przeniósł  tam  jej

walizki,  po  czym  zamknął  drzwi  między  sypialnią  a  salonem
i ruszył otworzyć drzwi wejściowe. Na korytarzu stał Paul Madvig.

– Przyszedłem ci powiedzieć, że jednak miałeś rację – rzekł.
– Dlaczego nie przyszedłeś wczoraj?
– Bo wczoraj jeszcze tego nie wiedziałem. Wróciłem do domu tuż

po twoim wyjściu.

background image

Ned skinął głową i usunął się na bok.
– Wejdź.
Madvig wszedł do salonu. Spakowana torba od razu rzuciła mu

się w oczy. Rozejrzał się wokoło, po czym spytał:

– Wyjeżdżasz?
– Tak.
Blondyn  usiadł  na  tym  samym  fotelu,  na  którym  przed  chwilą

siedziała  Janet.  Twarz  miał  postarzałą,  w  jego  ruchach  znać  było
znużenie.

– Jak Opal? – zapytał Ned.
– Dobrze. Nic jej nie będzie.
– To przez ciebie próbowała się…
–  Wiem,  nie  musisz  mi  mówić.  –  Wyciągnął  przed  siebie  nogi

i  utkwił  wzrok  w  butach.  –  Nie  myśl,  że  jestem  dumny  z  tego,  co
zrobiłem.  –  Po  chwili  dodał:  –  Sądzę,  że  chętnie  by  się  z  tobą
zobaczyła, zanim wyjedziesz.

– Nie zdążę, mam pociąg o czwartej trzydzieści. Pożegnaj ją ode

mnie, mamuśkę też.

Madvig podniósł na Neda zmatowiałe od bólu oczy.– Nie dziwię

się,  że  wyjeżdżasz…  –  powiedział  ochryple.  –  Wcale  ci  się  nie
dziwię. – Znów spojrzał na buty.

–  Słuchaj,  Paul,  a  ci  twoi  nielojalni  słudzy…  Co  z  nimi?  –

zainteresował  się  Ned.  –  Nauczysz  ich  pokory?  Czy  już  sami
spokornieli?

– Chodzi ci o Farra i resztę tych gnojów?
– Owszem.
–  Dam  im  taką  nauczkę,  że  ją  długo  popamiętają.  –  Madvig

wciąż  wpatrywał  się  w  buty.  Jego  głos  brzmiał  stanowczo,  ale  nie
było  w  nim  werwy.  –  Będzie  mnie  to  kosztowało  cztery  lata,  ale

background image

wykorzystam  ten  czas  na  uporządkowanie  swoich  sprawi
stworzenie solidnej, stabilnej organizacji.

Ned uniósł brwi.
– Nie udzielisz im w wyborach poparcia? – spytał.
–  Nie  tylko  nie  udzielę,  ale  wspomogę  po  cichu  konkurencję!

Shad  nie  żyje.  Niech  jego  ludzie  porządzą  sobie  miastem.  Są  za
słabi,  żeby  mogli  mi  zagrozić.  Po  czterech  latach  rozpędzę  ich  na
cztery wiatry i znów przejmę ster. Do tego czasu będę gotów.

– Te wybory możesz jeszcze wygrać.
– Tak, ale nie zamierzam fundować łajdakom ciepłych posadek.
Ned pokiwał głową.
– Cierpliwość i odwaga to cechy dobrego gracza.
–  Akurat  tych  cech  natura  mi  nie  poskąpiła,  choć  poskąpiła

rozumu – powiedział smętnie Madvig. Przeniósł wzrok z butów na
kominek.  –  Musisz  jechać,  Ned?  –  spytał  ledwo  słyszalnym
szeptem.

– Muszę.
Madvig przełknął ślinę.
–  Może  to  ci  się  wyda  głupie,  Ned,  ale  bez  względu  na  to,  czy

wyjedziesz czy zostaniesz, chciałbym, żebyś nie żywił do mnie żalu.

–  Nie  żywię,  Paul  –  zapewnił  go  Beaumont.  Madvig  podniósł

głowę.

– Podasz mi rękę?
– Jasne.
Blondyn  poderwał  się  z  fotela,  ujął  rękę  Neda  i  zgniótł  ją

w żelaznym uścisku.

– Nie wyjeżdżaj, stary. Zostań ze mną. Jak Boga kocham, jesteś

mi potrzebny. Zrobię wszystko, żeby ci wynagrodzić…

Ned potrząsnął głową.

background image

– Nie masz mi co wynagradzać, Paul.
– Zostaniesz?
Ned znów potrząsnął głową.
– Nie mogę, Paul. Muszę jechać.
Madvig puścił rękę Beaumonta i z ponurą miną wrócił na fotel.
– Mam za swoje – mruknął. – Gdybym się ciebie posłuchał…
–  To  nie  ma  nic  do  rzeczy  –  żachnął  się  Ned.  Przygryzł  na

moment  wargę,  po  czym  stwierdził  bez  ogródek:  –  Jest  u  mnie
Janet.

Oczy Madviga rozszerzyły się.
Janet  Henry  otworzyła  drzwi  sypialni  i  weszła  do  salonu.

Zatrzymała  się  przed  Paulem.  Na  jej  bladej  twarzy  malowało  się
napięcie, ale głowę trzymała wysoko.

– Wyrządziłam ci ogromną krzywdę, Paul. Byłam pewna, że…
Madvigowi  krew  odpłynęła  z  twarzy,  kiedy  zobaczył  kobietę;

teraz  z  kolei  oblał  się  rumieńcem.–  Nie,  Janet  –  powiedział
ochrypłym  z  przejęcia  głosem.  –  Ty  byś  nikomu  nie  potrafiła…  –
Reszta zdania zlała się w niewyraźny bełkot.

Kobieta zadrżała i cofnęła się.
–  Janet  wyjeżdża  ze  mną  –  oświadczył  Ned.  Madvig  otworzył

usta.  Spojrzał  oszołomiony  na  Beaumonta  i  krew  znów  odpłynęła
mu  z  twarzy.  Trupio  blady,  wymamrotał  coś  pod  nosem,  z  czego
tylko  jedno  słowo  –  „powodzenia”  –  było  zrozumiałe,  po  czym
podniósł  się  i  ruszył  chwiejnym  krokiem  do  drzwi.  Pchnął  je
i wyszedł, nie zamykając ich za sobą.

Janet  Henry  spojrzała  na  Neda  Beaumonta.  Stał  wpatrzony

w otwarte drzwi.

background image

Spis treści

I Trup na China Street
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
❖ 6
❖ 7
❖ 8
❖ 9
IINumer z kapeluszem
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
❖ 6
❖ 7
III Łom czy dynamit?
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
❖ 6
❖ 7
IV „Psia buda”
❖ 1

background image

❖ 2
❖ 3
❖ 4
V Szpital
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
❖ 6
❖ 7
❖ 8
❖ 9
VI „Observer
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
❖ 6
VII Słudzy
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
❖ 5
VIII Rozstanie
❖ 1
❖ 2

background image

❖ 3
❖ 4
IX Gnidy
❖ 1
❖ 2
❖ 3
❖ 4
X Strzaskany klucz
❖ 1
❖ 2
❖ 3


Document Outline