background image

Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 07... 

 
Jan Bernard 
TELEFONOWAŁ MORDERCA...
 

 

ISKRY-WARSZAWA - 1969 

 

Mężczyzna zdjął ręce z kierownicy i spojrzał na zegarek. Było pięć po ósmej. 
Łabędy, małe przemysłowe miasto koło Gliwic, pustoszeją o tej porze dnia. 

Ekspedientki sklepów mięsnych i jarzynowych, odprawiwszy forpoczty gospodarskiego 
zaplecza kilku tysięcy rodzin, parzą spokojnie herbatę. Ciasne kolumny ludzi, uformowane z 
bezładnych grup, które ciągnęły od dworca, przystanków autobusowych, od porozrzucanych 
podmiejskich, osiedli, dawno już rozpłynęły się za bramami zakładów. 

Mężczyzna otworzył walizkę. Był to modny, kolorowy sakwojaż. Rozkładał się na dwa 

równej wielkości prostokątne pudła. W jednym z nich, bliższym kierowcy, spoczywało w 
równiutkich stosach kilkadziesiąt książeczek oszczędnościowych PKO. Z każdej sterczał 
skrawek wyrwanego i wypełnionego kuponu, jaki oddaje się żądając wypłaty. 

Mężczyzna wciągnął rękawiczki, wziął pierwszą z wierzchu książeczkę i położył ją 

obok siebie na siedzeniu. Wyjął dowód osobisty. Z żółtej teczki, spinanej przez środek 
paskiem, wyciągnął złożoną mapę. Była to szczegółowa mapa województwa katowickiego. 
Obejmowała obszar od Strzelc Opolskich na zachodzie po Kraków. Złożono ją w taki sposób, 
że na wierzchnim arkuszu znalazły się miasta i osiedla Niecki Węglowej. W Łabędach 
zaczynała swój bieg naniesiona na mapę czerwona linia. Ciągnęła się równolegle do dróg od 
miasta do miasta. W obszarach zabudowanych wiodła wzdłuż ulic, kreśliła półkola i trójkąty, 
wracała i opuszczała osiedle, wybierając najkrótszą drogę do następnego. Na pierwszy rzut 
oka było widoczne, że linia ta wytycza szlak łączący jakieś obiekty w rejonie, gdzie duże 
miasta sąsiadują ze sobą o miedzę, który jest w istocie jednym - największym w kraju - 
organizmem miejskim. Dochodziła do Mysłowic, dalej biegła już odwrotną stroną arkusza -: 
przez Jaworzno, Trzebinię i Krzeszowice do Krakowa. 

Mężczyzna znał widać trasę, bo pobieżnie spojrzawszy na mapę, wrzucił ją szybkim 

ruchem do schowka w desce rozdzielczej. Była ósma piętnaście. Zapuścił silnik i ruszył. 
Zatrzymał się zaraz za rogiem, wziął leżącą obok siebie książeczkę i dowód osobisty, po 
czym pośpiesznie wysiadł, nie gasząc motoru. Wbiegł na schodki prowadzące do bramy 
białego, piętrowego budynku. Na ścianie obok wejścia widniała tablica z napisem: „Urząd 
Pocztowo-Telekomunikacyjny Łabędy 2. Wpłaty i wypłaty PKO”. 

Niebawem wrócił do wozu, wrzucił książeczkę do pustej połowy walizki, położył obok 

siebie następną, a do żółtej teczki włożył cztery pięćsetki. Cała operacja od momentu 
zatrzymania się samochodu koło białego budyneczku trwała cztery minuty. Po następnych 
czterech minutach mężczyzna ostro zahamował przed czerwonym blokiem, którego bramę 
zdobiła tablica z napisem: „Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny Łabędy 1, Wpłaty i wypłaty 
PKO”. 

 

ROZDZIAŁ I 

 
Bula zmiął kartkę, ugniótł ją starannie w twardą kulkę, którą następnie z impetem 

wrzucił do kosza. Po chwili na kolejnym arkuszu, śnieżnobiałym w świetle biurowej lampy, 
zaczął rosnąć rząd słów opatrzonych cyframi. „Narty Kazio - osiemset”. „Buty Kazio - 
sześćset”. „Sweter Irena - sześćset”. - Przekreślił „sześćset”, napisał: „osiemset”, „Mama -
czapka i kołnierz... prezenty dla Tadeuszów... drzewko...” - Odsunął kartkę i westchnął. 

background image

Kapitan Stefan Bula, zwany przez przyjaciół z Wydziału Dochodzeniowego „piłą”, a 

przez nieprzyjaciół „cholerną piłą”, nie był sknerą. Owo westchnienie nie miało nic 
wspólnego z rodzinnymi uczuciami kapitana ani też jego stosunkiem do grudniowych 
tradycji. Należało odnieść je bezpośrednio do wizji błyszczącej kolorowym lakierem 
„Skody”, która oddalała się od Buli o perspektywę kolejnego miesiąca. Było oczywiste, że 
jego książeczka oszczędnościowa nie wzbogaci się w grudniu ani o grosz. 

Kapitan wstał i podszedł do okna. W świetle latarni lśniły kałuże, po szybie spływały 

krople deszczu i brudne pacynki śniegu. Okrągły, ścienny zegar wskazywał godzinę 
dziewiętnastą. 

Zadzwonił telefon. Bula obrzucił niechętnym spojrzeniem szarugę na ulicy i wrócił do 

biurka. Zameldował się dyżurny. Ktoś wzywał milicję na ulicę Bacha. Kapitan polecił 
przełączyć rozmowę na swój aparat. Po chwili w słuchawce zabrzmiał stłumiony męski głos: 

- Halo? 
- Kapitan Bula. Słucham. 
- Przyjedźcie na ulicę Bacha siedemnaście. Był napad na pocztę. Są ranni. 
Głos był niski, spokojny. Opanowany facet - pomyślał Bula. Zapytał: 
- Skąd pan dzwoni? 
- Jestem kierownikiem tego urzędu. Nazywam się Płata. 
 
Dróżnik, przywołany syreną, podniósł szlaban. Kierowca poderwał wóz. Światła 

nadjeżdżającego pociągu były jeszcze daleko. Spod kół tryskały istne kaskady brudnej wody. 
Tutaj, na przedmieściu, ulice były już puste. Jechali wzdłuż szarych domów z małymi 
oknami, zasłoniętymi ażurowymi firaneczkami. Skręcili w ulicę Bacha. Minęli czerniejący w 
mroku masyw kopalnianej hałdy i wjechali między niskie zabudowania osiedla, od kilku 
zaledwie lat objętego obszarem „Wielkich Katowic”. 

- To był wasz rejon, prawda? - zapytał Bula siedzącego z tyłu sierżanta. 
- Tak - sierżant Tadeusz Środa obserwował ulicę z twarzą przylepioną niemal do szyby. 

- Siedziałem tu cztery lata. Poczta jest na następnym rogu. 

- Pogoda jak na zamówienie - mruknął Kulski. - Jeżeli to kawał - dodał - to trzeba 

przyznać, że trudno o lepszy. 

Doktor Andrzej Kulski był w życiu prywatnym sceptykiem, a poza tym serdecznym 

przyjacielem kapitana. Nikt nigdy nie słyszał, aby tym dwóm zasłużonym wyjadaczom, 
popularnym zarówno wśród niebieskich ptaszków, jak i obrońców prawa, udało się osiągnąć 
jednolitą opinię na jakikolwiek temat. Rozumieli się doskonale. 

Niestety, nie był to kawał. Urząd pocztowy mieścił się na wysokim parterze starego, 

narożnego budynku. Do drzwi, otwartych teraz na oścież, wiodły strome, kamienne schodki. 
Przez małe, zakratowane okno sączyło się nikłe światło. Pochodziło z lampy stojącej na 
biurku za kontuarem. Tuż pod kloszem lampy błyszczały w świetle włosy kobiety. 
Półsiedząc, półleżąc na biurku zaciskała rękę na piersiach w okolicy prawego ramienia. Spod 
palców sączyła się krew. Poza nią w mrocznej sali nie było nikogo. 

Bula przekręcił kontakt. Mrużąc oczy, porażone światłem, przeszedł za kontuar i 

pomógł Kulskiemu ulokować dziewczynę - mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat - w 
stojącym pod tylną ścianą fotelu. Poleciwszy Środzie wezwać ekipę techniczną, rozejrzał się 
po pomieszczeniu. Niska szyba, oddzielająca biurka od drewnianej lady, miała zaledwie dwa 
okienka. Za jednym z nich stała waga i drewniana skrzynka z gwiazdkami - niemal muzealny 
okaz centralki telefonicznej. Biurko było uprzątnięte, nic nie wskazywało na to, by pracującej 
przy nim osobie miało coś nagle przerwać jej urzędowe czynności. Drugie okienko było 
przeznaczone dla klientów załatwiających operacje pieniężne. Na biurku, przy którym przed 
chwilą siedziała ranna dziewczyna, leżały różne kwestionariusze, formularze zestawień i 
recepisy. Po lewej stronie, na rozpostartej płachcie „Trybuny Robotniczej” widniała 

background image

niedojedzona kromka chleba, nóż i skórki z kiełbasy. Obok stała szklanka „miusztardówka”. 
Za kopertą biurową ustawiono drewnianą skrzynkę z różnej wielkości rynienkami, 
dostosowanymi do poszczególnych wartości bilonu. Po prawej ręce, na otwartej poduszeczce 
z tuszem leżał datownik - stempel dzienny i, nieco dalej, pęk kluczy. Obok porzuconego 
długopisu błyszczało kilka kropel krwi.  

Bula zanotował w pamięci rozmieszczenie papierów i przedmiotów, po czym pochylił 

się nad przytwierdzoną pluskiewkami do wewnętrznej ściany kontuaru kartką z adresami i 
numerami telefonów pracowników urzędu. Po chwili wykręcił numer: 744-202. W słuchawce 
odezwał się ostry, nosowy głos. 

- Pan Marek Płata? - spytał Bula. 
- Tak. Słucham. 
- Mówi kapitan Bula z Komendy Wojewódzkiej Milicji. Pan do nas dzwonił. 
- Ja? Na milicję? - głos wyrażał zaskoczenie i niedowierzanie. 
- Na pewno nie? - Bula znał już odpowiedź, pytał niemal machinalnie i tylko dlatego, że 

bardzo nie lubił tajemniczych telefonów do milicji i różnych innych „teatralnych” gestów 
przestępców czy chociażby świadków. Głos w słuchawce przeniósł się w wyższe rejony 
gamy: 

- Mówię, że nie, to nie. Cóż to ma znaczyć? O co w ogóle chodzi? 
- Dzwonię z waszego urzędu pocztowego - powiedział Bula. - Kilka minut temu 

zawiadomiono nas telefonicznie o napadzie na placówkę, której pan jest kierownikiem. 
Chciałbym prosić, żeby pan tu przyszedł. Możliwie jak najprędzej. 

- Co się stało? 
- Dowie się pan na miejscu. 
Kapitan widząc, że Kulski kończy opatrunek, chciał jak najprędzej przerwać rozmowę. 

Głos jednak nie dawał za wygraną. 

- Od trzech dni leżę w domu chory na grypę. Ale jeżeli to naprawdę konieczne, to 

oczywiście jestem do dyspozycji. 

- Bardzo dobrze. Czekamy - Bula odłożył słuchawkę. Spojrzał pytająco na Kulskiego. 
- Nic groźnego. Czysty postrzał w prawe ramię. Zagoi się w ciągu tygodnia. 

Poważniejszym może się okazać uraz głowy. Trzeba prześwietlić. 

- Co to było? 
- Uderzenie kanciastym przedmiotem - Kulski wskazał leżący na podłodze duży 

dziurkacz, wykonany z lanego żelaza, na szerokiej, drewnianej podstawie. 

- Można z nią porozmawiać? 
- Uhm... 
Bula przyjrzał się uważnie dziewczynie. Miała długie, wypielęgnowane włosy, mały, 

prosty nos i pełne usta. Kąciki przymkniętych teraz powiek odchylały się ku górze. Była 
więcej niż przeciętnie ładna. Obnażone ramię, na którym Kulski umocował gruby opatrunek, 
nosiło wyraźne ślady opalenizny. 

- Pani... - zaczął Bula. 
- Habera. Na imię mi Litka. 
Kapitan kiwnął głową. 
- Panno Litko, w spisie pracowników widziałem trzy nazwiska. Kierownik zaraz tu 

będzie. Gdzie jest pani koleżanka? 

- Nie było jej w pracy. Ani wczoraj, kiedy oni... przyszli, ani dzisiaj. Miała do 

załatwienia ważną sprawę... osobistą. Mówiła, że wróci dzisiaj wieczorem, może już 
przyjechała. Była w Lublinie. Ona się tam urodziła. Pojechała po metrykę. Potrzebna jej do 
ślubu. Pan Płata jest bardzo skrupulatny i Zosia chciała skorzystać z jego nieobecności. 

Bula patrzył na ręce dziewczyny. Miała wąskie dłonie i długie palce. Wyglądała raczej 

na studentkę niż na pracownicę małego urzędu pocztowego w robotniczym osiedlu. Głos 

background image

miała niski, dźwięczny, mówiła cicho, bez widocznego wysiłku. Od czasu do czasu zaciskała 
wargi, rana musiała być bolesna. 

- Nie męczy pani mówienie?  
Zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Proszę nam wszystko opowiedzieć.  
Dziewczyna obciągnęła spódniczkę i ostrożnie poprawiła się w fotelu. 
- Przyszłam wczoraj do pracy jak zwykle kilka minut przed ósmą... 
- Wczoraj? - przerwał Bula.  
Dziewczyna przytaknęła. 
- Więc to stało się wczoraj? - Kapitan nie mógł połapać się w sytuacji. 
- Tak. Trzymali mnie tutaj pełne dwa dni. 
- Proszę mówić. 
- Weszłam jak zwykle, tamtędy - wskazała wąskie boczne drzwi, prowadzące do klatki 

schodowej - chciałam zaświecić światło, okiennice zawsze na noc zamykamy, wtedy 
poczułam, że ktoś chwyta mnie wpół i zasłania mi ręką usta. Drugi wyskoczył z przodu, 
krzyknął: „ani słowa” czy coś takiego i zagroził mi pistoletem. 

- To znaczy, że czekali na panią tutaj, wewnątrz? - Bula, słuchając, kreślił coś na 

skrawku papieru. 

- Tak. 
- Drzwi od ulicy były zamknięte? 
- Chyba tak. Oczywiście. 
- Czy wchodząc bocznym wejściem przekręciła pani klucz w zamku? To znaczy, czy 

pani jest pewna, że drzwi były zamknięte? 

- Jestem pewna. 
- Co było dalej? 
- Zapalili tę lampkę i kazali mi usiąść przy biurku. Sami stali tak, że nie było ich widać. 

Dopiero po chwili zauważyłam, że mają na twarzy chustki, takie jakby apaszki z otworami na 
oczy. 

- Nareszcie coś, co pachnie literaturą - mruknął Kulski. - Kapitan uwielbia bandytów 

stosujących tradycyjne rekwizyty. 

Sierżant Środa roześmiał się głośno i zamilkł pochwyciwszy spojrzenie przełożonego. 

Bula nie podjął rękawicy. 

- Proszę mówić powiedział do Litki. 
- Jeden z nich otworzył walizkę. Były w niej same książeczki oszczędnościowe PKO. 

Mówię panu, mieli ich chyba ze dwieście... 

Bula zagryzł wargi. 
- No i co? 
- Jeden mierzył do mnie z pistoletu, a drugi podawał książeczki. Miałam wpisywać do 

każdej po kilka tysięcy złotych. 

- Ile dokładnie? 
- Różnie. Trzy tysiące, cztery, pięć tysięcy. Za każdym razem wymieniali sumę. 

Wpisywałam, stawiałam parafę i przybijałam stempel. Każda książeczka była założona 
kuponem wypłaty, wie pan, takim, który oddziera się z tyłu i który odsyłamy potem do PKO. 
Te kupony były już wypełnione. 

- Jednym słowem dopisywała im pani fałszywe wkłady. Nie zauważyła pani nazwisk 

właścicieli książeczek? 

- To było stale to samo nazwisko. Pamiętam, bo było na tych kuponach. Rybak. Karol, o 

ile się nie mylę. Ale Rybak na pewno. Pisałam i pisałam, długopis dosłownie wypadał mi już 
z ręki. Trwało to chyba półtorej godziny. Potem jeden z nich schował książeczki do walizki i 
odszedł. 

background image

- Zabrał książeczki? 
- Tak. 
- Kiedy to było? 
- Wczoraj, mniej więcej pół do dziesiątej. Mówiłam panu, półtorej godziny pisałam. 
- Na miłość boską, co pani tu robiła do tej pory?! 
- Ten drugi został tutaj ze mną. Siedział tam, gdzie teraz ten pan - wskazała Środę, który 

opierał się o sąsiednie biurko. - Położył przed sobą pistolet i siedział bez ruchu. W nocy 
przyszedł tamten drugi, ten, który wyszedł z walizką. Przyniósł trochę jedzenia - skinęła w 
stronę leżącej na biurku gazety. 

Bula spojrzał na datę. Był to wczorajszy numer „Trybuny”. 
- Rano - mówiła dalej Litka - znowu się zmienili. Wrócił ten wysoki i znowu siadł z 

pistoletem przy biurku. To było... to było... straszne. Pełne dwa dni. Tyle godzin. 

Po raz pierwszy w głosie dziewczyny zabrzmiały strach i zmęczenie. Bula spojrzał na 

nią z nagłym przypływem sympatii. Szybko jednak odzyskała spokój. 

- Zdrzemnęłam się chyba. W pewnym momencie zbudził mnie... sama nie wiem, co to 

było. Przestraszyłam się. Zerwałam się z krzesła i wtedy... 

- Wtedy on strzelił - Bula trzymał już w ręku słuchawkę i wykręcał numer. Dziewczyna 

przytaknęła ruchem głowy. 

- Poczułam jeszcze uderzenie w głowę i straciłam przytomność. Kiedy się obudziłam, 

usłyszałam syrenę waszego samochodu. 

 
- Mówi Bula - kapitan rzucał krótkie, urwane zdania. - Potrzebuję faceta, nazywa się 

Rybak. Prawdopodobnie Karol. Poza tym chcę mieć wykazy wszystkich wczorajszych i 
dzisiejszych wypłat z książeczek PKO. Także z sąsiednich województw. Sprawdzić pokrycie 
wypłat dokonanych na nazwisko Rybak. - Bula polecił jeszcze meldować sobie o wynikach, 
podał numer telefonu i odłożył słuchawkę. 

Przyjechała ekipa techniczna. Zaczęła się normalna, żmudna procedura zdejmowania 

odcisków, badania zamków i śladów. Co kilkanaście sekund błyskało światło flesza. W 
pewnej chwili w drzwiach pojawiła się wysoka, chuda sylwetka mężczyzny w mundurze 
urzędnika łączności. Przybyły rozejrzał się po salce, podszedł szybko do stojącej w rogu szafy 
pancernej, sprawdził jej zamknięcie, obrzucił badawczym spojrzeniem leżącą w fotelu Litkę i 
zwrócił się do sierżanta: 

- Wzywaliście mnie. Co się stało?  
Środa wskazał mu ruchem głowy kapitana.  
- Pan Płata? - Bula wstał, żeby przywitać się z chudzielcem. 
- Tak, to ja, jestem kierownikiem tego urzędu. Nie mogłem złapać taksówki. Mam 

grypę, leżałem w łóżku. Ona jest ranna - wskazał palcem Litkę, która przyglądała mu się z 
dziwnym wyrazem twarzy. - Co jej zrobili? Zrabowali kasę? Złapaliście złodziei? Co się stało 
ze Smaczyk? Także ranna? W szpitalu? - Wytrząsał z siebie słowa jak kamyki z kieszeni, 
połykając niektóre sylaby. Bula obserwował go z rosnącą niechęcią. 

- Sterroryzowali pana pracownicę - powiedział wreszcie - i kazali jej podstemplować 

fikcyjne wkłady w książeczkach PKO. 

- Jak to? Niesłychane! A Smaczyk? 
- Pani Habera od wczoraj pracowała sama. Koleżanka zrobiła sobie wolne - kapitan 

powiedział to nie bez pewnej złośliwej satysfakcji. 

- Co to znaczy?! - Płata dosłownie zabulgotał. Stanął nad Litką i wymachiwał rękami. 
- Pani mnie zastępowała! Pani za to odpowie! Dwadzieścia dwa lata pracuję w 

Łączności, Pierwszy raz, od kiedy pamiętam, zostałem w domu i zaraz taka historia! Te 
smarkule... 

background image

- Stop - Kulski zdecydowanym gestem odsunął zawieszoną nad Litką rękę Płaty - 

panienka pojedzie teraz ze mną. Dalszy ciąg tej uroczej pogawędki - po prześwietleniu. 

- Poczekaj jeszcze chwilę. - Bula spojrzał spod oka na Płatę. - Niech jej pan da spokój. 
- Ale ja przecież rozmawiałem z nią telefonicznie. Wczoraj i dzisiaj! Codziennie 

dowiadywałem się, co słychać w urzędzie. Mówiła, że wszystko w porządku. Powinna była 
mnie poinformować o nieobecności Smaczyk. 

- Kazali mi przyjmować telefony - Litka mówiła nie patrząc w stronę swojego 

przełożonego. - Mierzył do mnie z pistoletu. Musiałam tak mówić. 

- Nikt nie ma o to do pani pretensji. Kierownik jest po prostu zdenerwowany - Bula 

przypomniał sobie ów tajemniczy telefon. - Pan na pewno do nas nie dzwonił? 

- Jak miałem dzwonić, skoro nie wiedziałem, co się tutaj dzieje - Płata wzruszył 

ramionami. Jego oczy błądziły niespokojnie po biurku Litki. - Czy stąd też coś ukradli? 

- Nie - powiedziała dziewczyna. Była już wyraźnie osłabiona. Na opatrunku pojawiła się 

czerwona plama. 

- Dziewczynko, jedziemy - Kulski. pomógł jej wstać i poprowadził ją do wyjścia. 
- Jeszcze jedno - zatrzymał ich Bula - panno Litko, o ile znam naszego doktora, to 

wbrew temu, co mówi, nie wypuści pani tak prędko spod swojej kurateli. Kogo mamy 
zawiadomić? 

Dziewczyna zawahała się. 
- Chyba tylko Zosię... Zosię Smaczyk. Mieszkamy razem. Ja... nie mam nikogo. 
Bula kiwnął głową na znak, że rozumie. 
Dziwne - pomyślał - taka ładna dziewczyna. 
- Odeślij mi zaraz wóz - upomniał Kulskiego. 
- Spacer przy takiej pogodzie działa znakomicie na cerę - ostatnie słowa lekarza 

dobiegły już z ulicy. 

Kapitan wskazał Płacie krzesło koło biurka Smaczyk. Sam rozsiadł się wygodnie w 

fotelu. 

- Kto ma klucze do tych drzwi? - spytał, wskazując boczne wejście. 
- Mamy trzy komplety kluczy. Jeden jest zawsze u mnie, mam go przy sobie - Płata 

przechylił się i wydobył z kieszeni pęk kluczy nanizanych na metalowe kółko. - Drugi leży 
tutaj - wskazał na biurko. - Ona mnie zastępuje - powiedział z myślą o Litce. - Trzeci komplet 
trzymamy w sejfie, tam w rogu. Kasa jest zamknięta. O co wam chodzi? 

Płata uspokoił się i przeszedł na „wy”. Być może chciał w ten sposób podkreślić swoje 

urzędowe powinowactwo z pytającym. 

- Widzi pan - mówił powoli Bula - drzwi od ulicy zastaliśmy otwarte. Nie wie pan 

jeszcze, że napastnicy byli już wewnątrz, kiedy przyszła Habera. A więc otworzyli drzwi, 
weszli, zamknęli je za sobą i zaczekali na pana pracownicę. Okupowali pocztę - jeśli wolno 
tak powiedzieć - bite dwa dni. Zrobili swoje, a potem wychodząc ponownie otworzyli drzwi i 
już ich nie zamknęli. Pomyślmy spokojnie. Z trzech istniejących kompletów jeden był cały 
czas - i jest jeszcze dotychczas - tutaj, w sejfie. Ten odpada. Drugi przyniosła Habera, kiedy 
napastnicy byli już w środku. Zatem w grę mógłby wchodzić tylko pana komplet - oczywiście 
przy założeniu, że posłużyli się kluczami. Naturalnie któreś z was mogło im wcześniej 
udostępnić te klucze, celem zrobienia kopii... 

- Co pan chce przez to powiedzieć? Ja miałem te klucze cały czas przy sobie! 
- W łóżku? - Środa uśmiechnął się szeroko, chociaż w głosie Buli nie można się było 

dosłuchać choćby cienia ironii. 

- No, w domu, w biurku. W moim pokoju. 
- Czy pan mieszka sam? 
- Z synem. Ale przecież od trzech dni nie wychodziłem z domu. 
- Czy ktoś może to potwierdzić? Pytam ze względów formalnych. 

background image

- Jestem wdowcem. Syna całymi dniami nie ma w domu. Pracuje w bazie 

samochodowej, po południu miewa różne szkolenia i inne zajęcia. Często wyjeżdża. Nie 
rozumiem, o co wam chodzi. Oni mieli na pewno wytrychy... 

Bula poczęstował kierownika giewontem, skwitował aprobującym gestem jego 

odmowę, zapalił i zaciągnął się głęboko dymem. 

- Wątpię - powiedział spokojnie. - Macie tutaj po trzy zamki przy drzwiach, każdy z 

dodatkowym zabezpieczeniem. Trudno sobie wyobrazić, by od razu natrafili na właściwe 
wytrychy do wszystkich trzech. A przecież nie mogli ryzykować długiej dłubaniny przy 
drzwiach ani od ulicy, ani w klatce schodowej, którą chodzą lokatorzy z górnych pięter. 
Zresztą naprzeciw tego wejścia są drzwi do mieszkania dozorcy. 

Bula od początku śledztwa nie opuszczał salki, w której dokonano napadu. Ktoś, kto go 

nie znał, byłby zapewne zaskoczony faktem, że kapitan orientuje się w układzie mieszkań i 
konstrukcji zamków u drzwi. Odwrócił się i skinął na młodego technika z ekipy technicznej. 

- Znaleźliście coś na zamkach? 
- Nic, kapitanie. Najmniejszego zadrapania. Odciski starte. 
- Tak - Bula wyprostował się i spojrzał przeciągle na Płatę. - Chciałbym prosić, żeby 

pan wpadł jutro do komendy. Tak około dziesiątej. 

- Dobrze, oczywiście. Dlaczego pan przypuszczał, że to ja dzwoniłem po milicję? 
- Ponieważ ten, kto telefonował, przedstawił się pana nazwiskiem. 
- Moim nazwiskiem? Ależ... Jak to! - Płata zmarszczył brwi. - Ktoś chciał mnie w to 

wplątać. Dlaczego? 

- Nie wiem. - Kapitan poczuł ból głowy. Uświadomił sobie, że znowu nie porozmawia 

dzisiaj z Kazikiem, jutro pewnie także wróci późno do domu. Już od kilku dni odkładał 
rozmowę z synem, do której zobowiązał go wychowawca klasy. Głos Płaty atakował 
natrętnie, potęgując ból głowy: 

- Ktokolwiek dzwonił, musiał sobie zdawać sprawę z tego, że ta mistyfikacja wyjdzie 

natychmiast na jaw. - W każdym razie znal pana nazwisko. I wiedział, że to pan jest 
kierownikiem tej placówki. - Środa pośpieszył z odsieczą kapitanowi. 

Błąd - pomyślał Bula. - Pierwszy błąd sprawców napadu. Niebawem będziemy ich znać 

więcej. 

Płata pytał dalej, nie zwracając uwagi na sierżanta: 
- Kto to mógł być? 
Środa spojrzał na kapitana. Widząc na jego twarzy zupełny brak zainteresowania osobą 

kierownika, powiedział: 

- Pewnie ktoś zobaczył, co się stało, dał nam znać, a sam odszedł. Tu mieszkają różni 

ludzie. Przeważnie ciężko pracują i szkoda im czasu na chodzenie po sądach. 

Niegłupi chłopak - pomyślał Bula. Głośno powiedział: 
- Dzwonił jeden z napastników. 
- Kto?! - krzyknął Płata. Zabrzmiało to jak szczeknięcie. 
- Po co? - Środa patrzył niepewnie na kapitana, jakby chcąc sprawdzić, czy szef sobie z 

nich nie kpi. Nagle zrozumiał, 

- Przecież - tokował Płata - przecież napastnikom powinno zależeć na tym, żeby milicja 

jak najpóźniej dowiedziała się o napadzie. To nie ma sensu. 

Bula spojrzał uważnie na suchą, drewnianą twarz urzędnika, jego nerwowe ręce i 

wytarte rękawy płaszcza. 

To już druga postać - pomyślał - która nie jest na swoim miejscu w tej brudnej salce, w 

starym budynku na peryferiach. Zachowuje się jak wariat, ale rozumuje poprawnie i 
logicznie. 

- Właśnie - powiedział, wstając. - A więc do jutra, panie Płata. Proszę nie zapomnieć. 

background image

Płata stał chwilę nieruchomo, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale wzruszył tylko 

ramionami i wyszedł. 

Zadzwonił telefon. Dyżurny oficer Komendy Wojewódzkiej zawiadamiał, że z 

książeczek oszczędnościowych, wystawionych na nazwisko Karola Rybaka, wypłacono 
wczoraj w co najmniej kilkudziesięciu placówkach pocztowych po dwa tysiące złotych. 
Dzisiejszych wykazów jeszcze nie zebrali. 

Po dwa tysiące - pomyślał Bula. - Jasne. Przy większych wypłatach sprawdzają wkłady. 

Dlatego przygotowali tyle tych książeczek. 

Spytał dyżurnego, kiedy będą mogli podać dokładną liczbę. Zapewniono go, że cała 

poczta została postawiona na nogi, ale sprawdzanie wszystkich wypłat to mrówcza praca i 
dokładne wyniki mogą być dopiero za kilka godzin. Właściciel książeczek mieszka w 
Katowicach przy ulicy Młynarskiej 119. Notowany. Dyżurny podyktował Buli numer dowodu 
osobistego, którym legitymował się Rybak, przedstawiając książeczki do wypłaty. Kapitan 
spytał, czy Rybak ma w domu telefon. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą powiedział, żeby 
następne telefony do niego kierować na numer Rybaka. Odprawił ekipę techniczną, która 
skończyła pracę, zgasił światło, zamknął starannie drzwi kluczami Litki Habery i polecił 
sierżantowi nałożyć plomby. 

 
Środa ponownie przycisnął guzik dzwonka i nasłuchiwał. Cisza. 
- Do roboty, synu - powiedział cicho Bulaą. 
Sierżant westchnął. Manewrowanie narzędziami pod okiem kapitana miało posmak 

egzaminu czeladniczego u herszta bandy. Na szczęście zamek ustąpił od razu, a w ciszy 
nieoświetlonej klatki schodowej rozległo się głośne skrzypienie. Sierżant zaświecił latarkę. 
Weszli cicho na półpiętro i przystanęli. Nagle tuż koło nich otworzyły się z trzaskiem drzwi, 
na schody padło białe, jaskrawe światło, w którym ukazała się postać grubej, rozczochranej 
kobiety w kremowej halce. 

- A wy co? Tu przychodzicie paskudzić?! Mało wam śmietnika?! Inteligentne ludzie, 

cholery... 

Gdzieś na górze trzasnęły drzwi. 
Bula zdecydowanie wypchnął przed siebie sierżanta. Babsko zamachnęło się na niego 

trzymaną w ręku korbą od maszynki do mięsa. Dostrzegłszy milicyjny mundur zatrzymała się 
i umilkła. Środa nie spuszczając wzroku z jej prawej ręki położył palec na wargach. 

- Psst... Milicja. 
Lepiej późno, niż wcale - pomyślał Bula. 
- Widzę - burknęła baba. - Czego chcecie? 
Bula wyłonił się z mroku. 
- Przyszliśmy naprawić dzwonek do dozorcy. 
- To przez tych gówniarzy. Ciągle dzwonią, nie można spokojnie usiąść. Wy do kogo? 
- Dziękuję, trafimy. - Bula wchodził już na schody. - Niech pani wraca do mieszkania. 

Chodźcie, sierżancie. 

Drzwi otworzył mężczyzna w nie dającym się bliżej określić wieku, ze śladami ospy na 

twarzy. 

- Karol Rybak? - spytał Bula.  
Mężczyzna skinął głową, patrząc podejrzliwie na mundur sierżanta. 
- Milicja. 
- Pokażcie dokumenty - powiedział Rybak. 
Bula powstrzymał sierżanta, który chciał protestować, i wyjął legitymację. 
- Proszę - mężczyzna odsunął się od drzwi, robiąc przejście. - Przepraszam, ale... 
- Mniejsza z tym - powiedział Bula. - Czy jest w domu ktoś oprócz pana? 

background image

- Mieszkam sam - powiedział Rybak, wskazując nieproszonym gościom drzwi do 

pokoju. 

Mieszkanie składało się z jednego pokoiku, łazienki z natryskiem i małego korytarza z 

prostokątną niszą, w której stała kuchenka gazowa. Zmięta pościel, ubranie bezładnie rzucone 
na krzesło, wreszcie zmierzwione włosy i pidżama Rybaka świadczyły o tym, że gospodarz 
został brutalnie wyrwany z objęć Morfeusza. Przeczyło temu jego przytomne spojrzenie, ale - 
pomyślał Bula - niespodziewane najście milicji o północy na niego samego podziałałoby jak 
zimny prysznic. 

- Proszę o pana dowód osobisty - powiedział kapitan. 
Rybak podszedł do marynarki zawieszonej na oparciu krzesła i wyjął z wewnętrznej 

kieszeni zniszczony, brązowy portfel. 

Podając kapitanowi dowód powiedział: 
- Myślę, że powinniście mi powiedzieć, o co chodzi? 
- Czy pan ma książeczkę oszczędnościową? - spytał Bula. 
Rybak patrzył na kapitana uważnie, ale bez obawy. Widać, przyszedł już do siebie po 

pierwszym zaskoczeniu. 

- Owszem, mam. Ale chciałbym wiedzieć - powiedział powoli - czy muszę odpowiadać 

na wasze pytania. Czy macie nakaz rewizji i o co mnie podejrzewacie? 

Cwaniak - pomyślał Środa. Był ciekaw reakcji kapitana. Ku jego zdumieniu Bula puścił 

mimo uszu słowa gospodarza i trzymając przed sobą jego dowód osobisty podszedł do 
telefonu. 

- Dajcie mi dyżurnego - rzucił do słuchawki. Czekając na połączenie rozglądał się po 

pokoju. Coś mu się tu nie zgadzało. Pomimo rozrzuconej odzieży i zmiętej pościeli pokój 
sprawiał wrażenie schludnego. Zanadto schludnego - jak na kawalerskie gospodarstwo 
takiego Rybaka. Stół był przykryty świeżo wyprasowaną, białą serwetą. 

Kobieta - pomyślał Bula. - Kobieta... albo spodziewał się gości.  
Zgłosił się dyżurny oficer. 
- Przypomnij mi numer tego dowodu - powiedział kapitan. 
Rybak przysunął krzesło do stołu i usiadł, zakładając nogę na nogę. Środa zaniepokoił 

się. Wyczuwał instynktownie, że coś nie jest w porządku. 

- Tak? - mówił Bula. - Dobra, stary. Masz już coś z poczty? Za pięć minut? Bardzo 

ładnie. Daj znać. Cześć, dziękuję. 

Odłożył słuchawkę i podszedł do Rybaka. 
- Prosiłem o pana dowód osobisty. Powiedziałem wprawdzie „dowód”, a nie „dowody”, 

ale to nie znaczy, że nie chcę zobaczyć wszystkich, ile ich pan ma. 

- Mam jeden dowód osobisty - powiedział spokojnie Rybak - ten, który leży przed 

panem. Nie wiem, o co chodzi, ale kilka miesięcy temu skradziono mi portfel z dokumentami. 
Portfel się znalazł, odesłali go na milicję, jednak bez pieniędzy i dowodu osobistego. Musicie 
mieć moje zeznanie, byłem przez was wzywany. Dawałem ogłoszenie. To jest mój nowy 
dowód - wskazał dokument leżący przed Bula. - Proszę popatrzeć na datę. 

W tym momencie Środa zdał sobie sprawę z tego, że kapitan spodziewał się czegoś w 

tym rodzaju. Byłby to istotnie szczyt głupoty ze strony Rybaka, gdyby dokonał przestępstwa 
pod własnym nazwiskiem, posługując się własnym dowodem, a potem czekał na nich 
spokojnie w domu. 

Kapitan skinął głową.  
- Co pan robił wczoraj i dzisiaj? 
Rybak uśmiechnął się. 
- A nie wkopiecie mnie? 
Bula spojrzał na niego niechętnie. 
- Nie rozumiem?... 

background image

- Pracuję w spółdzielni „Transport”. Często muszę się włóczyć po różnych dziurach. 

Oficjalnie byłem na delegacji w Pszczynie. Naprawdę siedziałem cały czas nad Jeziorem 
Goczałkowickim i łowiłem ryby.  

Nomen-omen - pomyślał Bula. Spytał: 
- Sam? 
- Sam. 
- Nie spotkał pan kogoś znajomego? 
- Na szczęście nie. Rozumiecie, w takich okolicznościach człowiek robi wszystko, żeby 

nikogo nie spotkać. Jeżeli nie wierzycie, obejrzyjcie moje gumiaki. Wędka jest w łazience. 

- Złapał pan coś? - zainteresował się nieoczekiwanie Bula. 
- Kilka płotek. Usmażyłem je na kolację. Ości są w wiadrze na śmieci. 
Zadzwonił telefon. W słuchawce dudnił podniecony głos oficera dyżurnego. Bula 

potakiwał ze spokojem. 

Sytuacja wyjaśniała się. Karol Rybak lub ktoś posługujący się jego starym dowodem 

osobistym otworzył sobie sto pięćdziesiąt książeczek oszczędnościowych PKO, wpłacając po 
kilkanaście złotych do każdej. Następnie zorganizował napad na pocztę, wybierając mały, 
peryferyjny urząd - i zmusił Litkę Haberę. do potwierdzenia fałszywych wkładów. Kiedy 
opuszczał pocztę, pozostawiając na straży swojego wspólnika, w każdej z książeczek widniał 
podpisany i podstemplowany zgodnie z obowiązującymi w .PKO zwyczajami wkład w 
wysokości kilku tysięcy złotych. 

Bula podziękował, odłożył słuchawkę i zamyślił się. Ta mała zapomniała powiedzieć, że 

kazali jej przestawić datownik o miesiąc wcześniej. Oczywiście - którejś z urzędniczek 
mogłoby się wydać podejrzane żądanie wypłaty w tym samym dniu, w którym wpłacono 
pieniądze. Wygląda na to, że pomyśleli o wszystkim... 

Kapitan usiadł przy stole i spojrzał na Rybaka. Ciekawe, jak zareagowałby na 

wiadomość, że wczoraj i dzisiaj z wystawionych na jego nazwisko stu pięćdziesięciu 
książeczek pobrano w stu pięćdziesięciu urzędach pocztowych po dwa tysiące złotych. Razem 
- trzysta tysięcy. Rybak sprawiał wrażenie człowieka opanowanego. Jego alibi było dziwne, 
ale... gdyby chodziło tylko o alibi, wymyśliłby chyba coś bardziej prawdopodobnego. Mimo 
to kapitan zadecydował, że na razie nie będzie z nim rozmawiał na temat tego, o czym 
dowiedział się przed chwilą od dyżurnego. 

Trzysta tysięcy... Ilu ich było? Dwóch, najwyżej trzech. Trzech albo... troje. Łup 

niemały, ale i nie olśniewająco wielki. Chociaż... mieli już do czynienia z ludźmi, którzy 
popełniali zbrodnię, mając na oku daleko skromniejsze zyski. Na przykład sprawa napadu na 
taksówkarza z zeszłego roku. A przecież ten skok był „czysty”. Precyzyjnie zaplanowana 
akcja; powierzchowne, zapewne przypadkowe, zranienie urzędniczki nie mogło być brane 
pod uwagę jako zamierzone morderstwo. Napastnika zawiodły nerwy. Kapitan dobrze 
wiedział, jak łatwo skurczyć palec na języku spustowym człowiekowi, który się boi. Swoją 
drogą - myślał Bula - jeżeli gdzieś można było zaplanować i przeprowadzić taką akcję, to 
tylko w naszym okręgu. Miasto obok miasta. W innym województwie potrzebowaliby na to 
tygodnia. 

- No cóż, panie Rybak - odezwał się wreszcie - sprawdzimy to, co nam pan powiedział. 
W kilku zdaniach poinformował gospodarza o jego sytuacji, nie wnikając, rzecz prosta, 

w szczegóły. Poprosił go o wizytę następnego dnia rano w komendzie, po czym wstał. 

- Dowód osobisty oddamy panu jutro. Dobranoc - rzucił, zmierzając w stronę drzwi. 
- Nie rozumiem - zatrzymał go Rybak - czy ten urząd pocztowy, na który napadli, był 

nieczynny? Jeżeli siedzieli tam tak długo?... 

Środa spojrzał niespokojnie na kapitana. Nie przyszło mu to dotychczas na myśl. 

background image

- Naczelnik urzędu był chory. Pracownicy ambulansów, którzy w ciągu dnia objeżdżają 

placówki pocztowe, musieli o tym wiedzieć. Dlatego nikogo nie zdziwiła kartka, którą 
wywiesili napastnicy: „Zamknięte z powodu choroby personelu”. 

Środa poczuł, że się rumieni. Bula dodał, nie patrząc na żadnego z nich: 
- Kartka leżała koło drzwi. Podniosłem ją, wchodząc. 
 
Zegar w desce rozdzielczej milicyjnego gazika wskazywał pięć po pierwszej. 
- Do domu? - spytał kierowca. 
- Na Krakowską - powiedział Bula. 
- Na Krakowską? - zdziwił się Środa, usiłując bez powodzenia ukryć rozczarowanie. 
- Tak, synu. Trzeba poinformować pannę Smaczyk o tym, co spotkało jej koleżankę. 
Kapitan Stefan Bula wyprostował nogi i zamknął oczy. Był już naprawdę bardzo 

zmęczony. 

 

ROZDZIAŁ II 

 
Przez plac dworcowy przechodziły dwie dziewczyny w krótkich pelerynkach. Mijając 

Zygmunta przerwały rozmowę i zawisły spojrzeniami w nieobjętej przestrzeni. Mężczyzna 
uśmiechnął się, odruchowo poprawił szalik. 

Zygmunt Nowak znał swoją wartość. Wysoki brunet o ujmujących manierach należał do 

ludzi, których powierzchowność wyprzedza ich karierę. W tweedowej jesionce i szarych, 
flanelowych spodniach prezentował się istotnie okazale. 

Wbiegł szybko po schodach prowadzących z tunelu na peron. Pociąg z Lublina 

przyjechał kilka minut temu. Wagony były już puste, luźne grupki maruderów spływały w 
oświetlone jarzeniówkami podziemia dworca. 

Natychmiast zauważył samotną sylwetkę Zosi. Stała koło kiosku „Ruchu”, rozglądając 

się bezradnie. Dostrzegłszy go uśmiechnęła się i pomachała ręką. Pocałował ją w policzek. 

- Kochanie... - głos miał pełny, niski, o ciepłej barwie. Wziął od niej brezentową torbę 

podróżną. 

- Stęskniłam się... 
Szli wolno wzdłuż oświetlonych wagonów w stronę wyjścia. 
- Moja dziewczynko. Przecież to tylko dwa dni. 
- No to co? Cały czas myślałam o tobie - spuściła głowę i przytuliła się mocno do jego 

ramienia. 

- Ja także nie lubię, kiedy cię nie ma - przystanął, ujął ją delikatnie pod brodę i 

uśmiechnął się. Po chwili spytał już innym tonem: 

- Załatwiłaś?  
Skinęła głową. 
- No to mamy wszystko, co trzeba - puścił jej rękę, wyjął paczkę carmenów i zapalił. 
- Chodźmy - przyśpieszył kroku, patrząc przed siebie, nagle zasępiony, jak gdyby 

przywołany do rzeczywistości jakąś niemiłą myślą. 

 
Zofia Smaczyk poznała Zygmunta dwa lata temu, na wczasach w Wiśle. Mieszkała 

razem z koleżanką - ładną, wesołą dziewczyną - i Nowak chętnie wpadał do ich pokoju, żeby 
- jak mówił - „pogadać o pogodzie”. Zosia wychodziła wtedy najczęściej do świetlicy. W 
ciągu całego turnusu zamienili może dwadzieścia zdań, ot, takie nic nie znaczące ploteczki o 
sąsiadach, utyskiwania na hałasy, w każdym razie nic, czego by nie można znaleźć w każdym 
podręczniku „rozmówek” dla obcokrajowców. Ani przez chwilę nie przypuszczała, że ją, 
skromną i brzydką - wiedziała o tym - „panienkę z okienka” mogłoby połączyć coś bliższego 

background image

z tym „panem Zygmuntem”, niezastąpionym partnerem do bridge'a, duszą „wieczorków 
zapoznawczych”, błyskotliwym facecjonistą i szarmanckim Don Juanem. 

Poznała go jednak od razu, kiedy kilka miesięcy temu, w sierpniu - pamiętała to 

dokładnie - zjawił się przed jej okienkiem z blankietem telegramu. On poznał ją również i - 
ku jej zdziwieniu - zaproponował spotkanie w „Parkowej”. Zgodziła się - a teraz wracała ze 
swojego rodzinnego Lublina ze świeżo uzyskaną metryką urodzenia, bez której Urząd Stanu 
Cywilnego nie chciał im wyznaczyć terminu ślubu. 

- Zosiu - odezwał się wreszcie - muszę cię o coś poprosić. To... - zawahał się - to nie jest 

przyjemne, przede wszystkim dla mnie... 

Spojrzała na niego zaniepokojona. W jego głosie zadźwięczał jakiś twardy, nie znany jej 

akcent. 

- Co się stało, Zygmusiu? 
- Czy mówiłaś już komuś o naszym ślubie? 
- Nie... chyba nie. Tylko Litce. A dlaczego? 
- Słuchaj. Zwolnił się w Warszawie etat generalnego przedstawiciela naszej spółdzielni. 

Tak się złożyło, że mam szansę dostać to stanowisko. 

- W Warszawie?! To świetnie! Zygmuś! Ale dlaczego mówisz?... 
- Poczekaj. Krótko mówiąc, to jest posada dla kawalera. Postawili taki warunek. 

Właśnie dlatego zaproponowali to mnie... rozumiesz. To głupie, ale... 

Spuściła głowę. 
- Rozumiem... 
- Nic nie rozumiesz, głuptasku. Porozmawiajmy spokojnie. Przecież nie muszę się starać 

o ten etat. Ale to jest bardzo dobra pensja, wyjazdy - także za granicę. Posłuchaj: nie chodzi 
mi wcale o odkładanie terminu ślubu. To absurd. Wiesz przecież... Oni chcą kawalera, bo 
inaczej musieliby się starać o mieszkanie, poza tym ten, który tam dotychczas siedział, robił 
różne świństwa, częściowo do spółki z żoną. Zresztą mniejsza z tym. Chętnych jest, 
oczywiście, wielu. Dlatego chciałbym cię prosić, żebyśmy się teraz nie pokazywali razem. O 
to tylko chodzi. No i żebyś nikomu nie mówiła. Wiesz, jak to jest... 

- Dobrze, Zygmusiu...  
Jakiś czas milczeli oboje. 
- No, a jak będzie... z nami? - spytała wreszcie cicho, nie patrząc na niego. Roześmiał 

się. 

- Z nami? No cóż, pójdę jutro do Urzędu Stanu Cywilnego i zamówię termin. Daj mi tę 

metrykę, ty niedowiarku... Zrozum, kiedy już będę w Warszawie, to mnie przecież nie 
wyrzucą tylko dlatego, że zechcę się ożenić. Chodzi o dyskrecję. Co, kociaku, zgoda? 

- Dobrze, kochanie - przecież wiesz... 
- No, to pamiętaj, ani mru-mru. Zrobimy im niespodziankę. 
 
Dzwonek zaterkotał powtórnie. Usiadła w łóżku, na dobre już rozbudzona, i zapaliła 

lampkę. 

Litka - pomyślała. - Zapomniała kluczy. Coś się musiało stać, że tak późno... 
Boso, w nocnej koszuli, podbiegła do drzwi. Na wszelki wypadek zapytała: 
- Kto tam? 
Drgnęła, usłyszawszy obcy, męski głos. 
- Proszę otworzyć. Milicja. 
- Milicja? 
Bula wyczuł, że dziewczyna nie wie, co ma zrobić. 
- Proszę otworzyć. 
- Tak... dobrze. To znaczy chwileczkę... - Wróciła do pokoju i włożyła szybko szlafrok. 

Zapaliła lampę w małym korytarzyku i na oścież otworzyła drzwi. 

background image

Bula pokazał dziewczynie legitymację służbową. 
Smaczyk, trzymając lewą ręką krawędź otwartych drzwi, przyglądała się przybyłym. Na 

wprost niej stał tęgi mężczyzna w zielonym prochowcu - tylko najsroższe mrozy mogły 
skłonić Bulę do zmiany ukochanego płaszczyka na ciepłe palto - z gołą głową i bez 
rękawiczek. Na jego dobrodusznej twarzy malował się uśmiech. Tuż za nim tonęła w 
półmroku szczupła sylwetka młodego człowieka w milicyjnym mundurze. 

- No to jak będzie? - spytał wreszcie Bula. - Możemy wejść? 
Zosia ocknęła się. 
- Proszę, oczywiście. Przepraszam - puściła drzwi, zapraszając ich ruchem ręki do 

pokoju. Składając pośpiesznie rozrzuconą garderobę mówiła: - Straszny tutaj nieporządek... 
spałam już... koleżanka nie przyszła. - Głos Zosi załamał się nagle. - Coś się stało Litce? 
Panowie?.... 

- Proszę się nie niepokoić - powiedział Bula, siadając wygodnie na łóżku, z którego 

przedtem gospodarskim gestem odsunął pościel i odgiął róg prześcieradła. - Pani koleżanka 
czuje się dobrze. Miała mały wypadek, nic groźnego. 

- Wypadek?! 
- Można to tak nazwać. Jest w szpitalu, pod obserwacją, ale równie dobrze mogłaby o 

własnych siłach wrócić do domu. 

- Co za wypadek? Na ulicy? 
- Nie, na poczcie. Przyszli jacyś awanturnicy, uderzyli ją w głowę i ukradli pieniądze. 
- Jezus, Maria! - zawołała dziewczyna. 
Środa spojrzał ukradkiem na kapitana. Szef był specjalistą od niedomówień. Także i 

teraz - wszystko, co powiedział tej Smaczyk, było najświętszą prawdą. A przecież sprawa 
wyglądała zupełnie inaczej. 

- Na pewno nic jej nie jest? - Smaczyk wyraźnie przybladła, nie mogła otrząsnąć się z 

wrażenia. 

- Na pewno. Przecież powiedzielibyśmy, gdyby było inaczej. 
- Kto to był? Złapaliście ich? 
Od razu „złapali” - pomyślał Środa. Nie patrząc na kapitana usiadł przy stole.- 

Właściwie po jakie licho Stary wlecze mnie wszędzie za sobą. Przecież i tak sam będzie 
prowadził tę sprawę. 

- Sierżant - Bula skinął głową w stronę Środy - uważa, że to mogły być jakieś 

porachunki osobiste. Dlatego chcielibyśmy usłyszeć od pani o wszystkim, co dotyczy 
koleżanki. 

W porządku - myślał sierżant. - Tylko dlaczego robi ze mnie idiotę? Kiedyś mu to 

powiem - obiecał sobie, tłumiąc ziewanie. 

- O Litce? - dziewczyna patrzyła podejrzliwie na Środę. - To niemożliwe. Litka nie 

znała nikogo, kto mógłby coś takiego zrobić. 

- Mieszkacie tutaj razem, prawda? Od dawna? 
- Poznałam Litkę... trzy lata temu. Wtedy, kiedy dostałam pracę na poczcie. Ona miała 

już obiecane mieszkanie, ale musiała kogoś zameldować... to znaczy... - Bula uśmiechnął się 
nieznacznie - w końcu dostałyśmy wspólnie ten pokój. Poczta załatwiła. 

Kapitan rozejrzał się po mieszkaniu. Mały, kwadratowy korytarzyk, kuchenka, ubikacja, 

pokój z jednym, wąskim oknem. Podłogi pociągnięte czerwoną farbą, poszarzałe ściany. 
Typowe stare budownictwo. Kiedyś zapewne była to służbówka, wyodrębniona część dużego 
mieszkania, z osobnym wejściem. W pokoju znajdowały się dwa łóżka, duża szafa, oszklona 
etażerka, okrągły stolik i cztery foteliki. W rogu stało wielkie, stare lustro. 

Dziwnie się dobrały - pomyślał. Przypomniał sobie sugestywną urodę Litki. Ta tutaj 

musiała sprawiać przy koleżance wrażenie prawdziwej „bieduli”. Spojrzał na Zosię z 
sympatią. 

background image

- Rodzina pani koleżanki mieszka na Śląsku? 
Dziewczyna zaprzeczyła. 
- Litka jest sierotą. Nie mówiła mi nigdy o swojej rodzinie. Nie wiem, czy w ogóle ma 

kogoś... bliskiego. 

- W każdym razie pani nikogo takiego nie zna? 
- Nigdy nie widziałam, żeby się z kimś; spotykała czy umawiała. 
- To znaczy z kimś z rodziny? 
- Tak. Nie, w ogóle. 
- Jak to? - Bula patrzył na Smaczyk szczerze zdziwiony. 
- Proszę? - spytała dziewczyna zdezorientowana. 
- Chce pani powiedzieć, że Habera nie ma w ogóle żadnych znajomych? Przecież to 

niemożliwe. Taka dziewczyna... - Zorientował się, że sprawił jej przykrość. Musiała zdawać 
sobie sprawę z tego, że kapitan porównuje ją w myślach z Litką. 

- Pani gdzieś wyjeżdżała? - głos Środy rozładował sytuację. 
- Tak. Byłam w Lublinie. 
- Zwolniła się pani z pracy? 
- Tak. To znaczy... prosiłam Litkę. Ona zastępuje pana Płatę. 
- Jechała pani sama czy w towarzystwie? - spytał Bula. 
- Sama. Wyjechałam wczoraj rano, przedwczoraj rano - dodała, zerknąwszy na zegarek. 

- Byłam u matki, ja pochodzę z Lublina. Musiałam wyjechać na dwa dni, bo miałam coś do 
załatwienia w Urzędzie Stanu Cywilnego, a oni przyjmują tylko przed południem. Nie 
zdążyłabym w tym samym dniu. 

- Co pani miała do załatwienia? 
- Ja?... Metrykę... wychodzę za mąż. 
- Kiedy? 
- Jeszcze nie ustaliliśmy terminu ślubu. Ale chciałam skorzystać z tego, że nie było 

kierownika. Pan Płata na pewno by mnie nie zwolnił. 

- Tak. - Bula wstał i podszedł do etażerki. .Odsunął szybę i przeglądał pobieżnie tytuły 

książek. 

- Przed pójściem do pracy proszą się jutro porozumieć z pani przełożonymi - 

powiedział, nie odwracając głowy. - Na czas śledztwa zamknęliśmy wasz urząd. To potrwa 
najwyżej dwa, trzy dni. 

Środa spojrzał na niego podejrzliwie. 
Albo coś wie - pomyślał - albo chce zyskać na czasie. 
Kapitan usiłował zebrać myśli. Przychodziło mu to z trudem. Było już pięć po drugiej, 

głowa znowu dawała znać o sobie; poszczególne wątki rozumowania wymykały się spod jego 
kontroli. Nie mógł wyjść poza pytanie: kto? Które z nich? Ta mała brzydula czy ten tam 
zasuszony urzędniczyna? A może Habera? Na nią wskazywałby ów tajemniczy telefon. Nie 
mógł sobie w tej chwili uzmysłowić, dlaczego, po prostu wiedział, że dałoby się to uzasadnić 
logicznymi argumentami. Ale postrzał? To byłoby coś nowego. Uderzenie, podrapanie, nawet 
dotkliwe poranienie wspólnika dla wprowadzenia milicji w błąd - z tym wszystkim mieli już 
nieraz do czynienia. Postrzał zawsze groził kalectwem, nawet śmiercią. Chyba że strzelałby 
ktoś... 

Trzeba sprawdzić - pomyślał - czy Płata umie obchodzić się z bronią. 
Wpadł mu w oko grzbiet kwadratowego albumu w sztywnej, popielatej oprawie. 

Kształtem i rozmiarami wyróżniał się wśród popularnych wydawnictw, wypełniających 
półkę. Wyciągnął książkę. Był to klaser do przechowywania znaczków pocztowych. 
Machinalnie przerzucał kartki. 

A może żadne z nich - ciągnął dalej swe rozważania. - Może ktoś bez ich wiedzy zrobił 

odcisk kluczy i wykonał kopie? - Skrzywił się. Za dużo było w tej sprawie pozornie 

background image

uzasadnionych okoliczności, które ułatwiły sprawcom realizację ich planu. Dowód Rybaka. 
Choroba Płaty. Wyjazd tej małej. Klucze. Właśnie. Klucze. 

Klaser nosił ślady długoletniej służby. Przezroczyste pasemka były pofałdowane i 

wybrzuszone, rogi kartek załamane i wytarte. 

- Pani zbiera znaczki? - spytał. Album był pusty. Tylko w jednym rzędzie, na którejś ze 

środkowych kartek, błyszczała świeżymi barwami seria, wydana - jak o tym świadczyły 
ilustracje i napisy - z okazji Kongresu Astronautycznego. 

- To Litki - powiedziała Smaczyk. - A właściwie naszego kierownika. Pan Płata jest 

filatelistą. Ma abonament, ale Litka przynosi mu czasem z głównej poczty podwójne 
egzemplarze, jak coś ładnego wyjdzie. Dlatego dał jej ten klaser. 

- Czy pan Płata nie może sam sobie chodzić po znaczki? 
Smaczyk zmieszała się. 
- Tak... chodzi sam... wie pan, nam nie wolno kupować po kilka egzemplarzy, zwłaszcza 

okolicznościowych serii. Wychodzą czasem w bardzo małych nakładach. No więc pan Płata 
prosi wtedy Litkę... 

- Rozumiem - przerwał Bula - ale skoro obie o tym wiecie, to czemu nie zabiera po 

prostu z przydziału, który dostaje wasz urząd? 

- Niektóre rzeczy sprzedaje się tylko na Głównej. Zresztą mamy stałych odbiorców i pan 

Płata mówi, że musimy o nich pamiętać... 

- A sam zapomina, czym pachnie taki handel znaczkami? 
Smaczyk spuściła głowę. 
- Ja nie mam z tym nic wspólnego... - powiedziała cicho. 
- Wiec jednak - mruknął Bula. Środa uśmiechnął się mimo woli. Nareszcie coś - 

pomyślał z satysfakcją. Ten strzelający słowami - może nie tylko słowami - Płata zrobił na 
sierżancie jak najgorsze wrażenie. No tak - skarcił się - ale to może nie mieć nic wspólnego ze 
sprawą. 

Mizerna zdobycz - myślał Bula. Nagle zmarszczył brwi. 
- Skoro tak - powiedział dobitnie - to koleżanka musi się przyjaźnić z tym waszym 

kierownikiem. Inaczej nie zwracałby się do niej z takimi, bądź co bądź poufnymi, sprawami. 
Dlaczego powiedziała nam pani, że Habera nie ma znajomych? 

Zosia wzruszyła ramionami. 
- Pan Płata mówi po prostu: „Panno Litko, kiedy pani będzie na Głównej, proszę mi 

kupić to i to”... Litka wtedy wychodzi, przynosi znaczki, kierownik jej dziękuje, zwraca 
pieniądze i to wszystko. 

- Nie wierzę - rzucił nieoczekiwanie ostrym tonem Bula. - Już po raz drugi - 

wypowiedział to z naciskiem - proszę panią o powiedzenie wszystkiego, co pani wie o Litce 
Haberze. 

Dziewczyna spojrzała na niego przestraszona. 
- Ja naprawdę nic nie wiem. A co się właściwie stało? 
- Teraz trzeba odpowiadać na moje pytania. Z kim przyjaźni się pani koleżanka? 
- Ależ naprawdę - głos Smaczyk drżał, była bliska płaczu - jak mamę kocham, Litka nie 

ma żadnych przyjaciół. Wiedziałabym o tym, przecież mieszkamy razem. Dawniej jeszcze 
chodziła czasem do kina albo do biblioteki. Ostatnio od dłuższego czasu prosto z pracy wraca 
do domu. Raz tylko, chyba rok temu, słyszałam, jak rozmawiała z kimś telefonicznie. 
Nazywała go „Markiem”... 

Bula zamyślił się. 
- Płata ma na imię Marek? - było to bardziej stwierdzenie faktu niż pytanie. 
Zosia zupełnie nieoczekiwanie wybuchnęła śmiechem. Po chwili głos jej się załamał. 

Urwała, przestraszona. 

background image

Nerwy - pomyślał Bula. Za dużo wrażeń. Tylko o jakie wrażenia chodzi? - Wsadził 

klaser za klapę płaszcza, zbliżył się do dziewczyny i spytał łagodniejszym tonem: 

- Co się stało? 
- Bo pan powiedział... Pan myśli, że Litka i pan Płata... 
- No dobrze - przerwał - proszę mi wobec tego powiedzieć, jak odnosi się kierownik do 

tej waszej Litki? 

- Pan Płata?... Ceni Litkę, zresztą ona jest naprawdę dobrą pracownicą. Wszystko umie 

tak szybko załatwić, kasa zawsze jej się zgadza co do grosza... u nas bardzo łatwo o pomyłkę, 
szczególnie jak jest duży ruch, na przykład po pierwszym, kiedy trzeba robić zestawienia albo 
sprawozdanie, to Litka zostaje z kierownikiem po godzinach pracy. 

- Często? - podchwycił Bula.  
Uparty facet - pomyślał Środa. 
- Przeważnie właśnie pierwszego... albo po piętnastym. 
- Czy pani nigdy nie zostaje z nimi?  
Smaczyk pokręciła głową. 
- Nie. Ja mam listy i rozmowy telefoniczne. W tych zestawieniach chodzi przeważnie o 

pieniądze. 

- Panno Zosiu, proszę sobie przypomnieć, czy zdarzyło się kiedyś, że pani zostawiła ich 

tak razem, a potem wróciła? Na przykład po coś, czego pani zapomniała? 

- Nie, nie wiem... zaraz, tak... chyba we wrześniu... na pewno we wrześniu...  wróciłam 

po parasolkę. Złapał mnie deszcz... 

- No i co? 
- O co panu chodzi? 
- Co oni robili? Jak siedzieli, kiedy pani weszła? 
Smaczyk spojrzała na Bulę z nie ukrywaną dezaprobatą.  
- Wcale nie siedzieli. Skończyli już pracę i oglądali znaczki. Był z nimi syn pana Płaty, 

wstąpił po ojca. Wyszliśmy wtedy razem, pamiętam jeszcze, że syn pana Płaty chciał nas 
zaprosić na kawę, ale ojciec, to znaczy kierownik, powiedział, że nie znosi kawiarni, że to 
marnotrawstwo czasu i pieniędzy - czy coś takiego - więc pożegnałyśmy się i poszłyśmy do 
domu. 

- Kiedy to było? 
- Przecież mówiłam. We wrześniu.  
Stary ma dość - pomyślał Środa. On sam „miał dość” już od dawna. 
- Tak... - Bula odwrócił się i zaczął chodzić po pokoju. 
- Wezmę ten klaser - powiedział. Nagle zatrzymał się. - Czy pani ma klucze od waszego 

urzędu? 

- Klucze? Nie. Klucze mają tylko pan Płata i Litka. Rezerwowy komplet jest, zdaje się, 

w szafce pancernej. 

- Czy pani wychodziła kiedyś z pracy ostatnia? To znaczy, czy zamykała pani drzwi? 
- Nie, nigdy. 
- Na pewno? Proszę sobie dobrze przypomnieć. 
- Na pewno. 
Bula podjął przerwaną przed chwilą wędrówkę po pokoju. Zatrzymał się koło szafy. 
- Mógłbym tam zajrzeć? - zapytał. Dziewczyna zawahała się. 
- Czy to... proszę pana, czy to będzie rewizja? 
- Ależ skąd - powiedział kapitan z uśmiechem. - Nie musi pani otwierać. 
- Proszę bardzo - Smaczyk wstała, podeszła do szafy i otworzyła. - Dwie górne półki są 

Litki. 

- Bardzo ładny kapelusz. O, przepraszam... 
- Nie szkodzi. Zaraz posprzątam. 

background image

Uklękła i zaczęła zbierać koraliki, przeróżnych kształtów i kolorów guziki i guziczki, 

które wysypały się ze strąconej przez kapitana szkatułki. 

- Pomóżcie, sierżancie - powiedział Bula. Środa ukląkł obok dziewczyny, a Bula w 

dalszym ciągu penetrował zawartość górnych półek wysokiej, trójdzielnej szafy, mieszczącej 
wszystkie niemal ruchomości mieszkanek pokoju. 

 
Mężczyzna zatarł ręce i naciągnął głębiej czapkę „uszatkę” z wełnianym daszkiem. Stał 

tutaj już godzinę, ukryty za półtorametrowej wysokości ścianką, ogradzającą śmietnik. Co 
jakiś czas spoglądał w jedyne oświetlone okno starego, czerwonego budynku po przeciwległej 
stronie ulicy. Jego wzrok ślizgał się wzdłuż brudnych szyb klatki schodowej aż po bramę, 
przed którą stał, przykryty brezentową budą, łazik. 

Sięgnął po papierosa. Przykucnął i rozpiął watowaną kurtkę. Zasłaniając starannie blask 

płomienia, zapalił. Ukrył ogieniek papierosa we wnętrzu dłoni i wstał. 

W oknie na pierwszym piętrze, za ażurową zasłoną, poruszała się sylwetka mężczyzny 

w płaszczu. Zerknął na zegarek. Było dokładnie pół do trzeciej. Rozejrzał się dokoła. 
Podszedł na palcach do tylnej ściany śmietnika i podniósł krótki, gruby kij. Była to ułamana 
część drąga, służącego do wynoszenia pełnych kubłów. Zważył go w dłoni, po czym zatknął 
za pasek spodni i zapiął kurtkę. Chwilę stał nieruchomo. Następnie pochylił się i odgarnął 
ostrożnie wierzchnią warstwę wysypiska w rogu pojemnika. W wygrzebanym w ten sposób 
zagłębieniu umieścił zawiniątko, które wyjął z kieszeni kurtki. Przyglądał mu się przez 
chwilę, następnie pokręcił przecząco głową, podniósł zawiniątko, oczyścił starannie z popiołu 
i ponownie schował do kieszeni. 

Nagle drgnął. W ciszy podmiejskiej ulicy rozległo się głośne otwieranie i zamykanie 

drzwi. 

 
- Poczekaj, synu - Bula zatrzymał sierżanta, który lokował się już na tylnym siedzeniu 

łazika. - Nie miałbyś ochoty na. mały spacer? 

- Spacer? - zdołał wykrztusić Środa, tkwiąc jedną nogą i górną połową ciała we wnętrzu 

wozu. 

Noc była mroźna. Po wieczornej mżawce ulice i chodniki lśniły cienką warstwą lodu. W 

świetle lampy błyskały w powietrzu drobne kryształki śniegu. Bula pociągnął sierżanta za 
pas. Kiedy Środa, wycofany w ten sposób z „gazika”, znalazł się obok niego na chodniku, 
kapitan wsadził głowę pod niską, brezentową budę i powiedział coś kierowcy. Łazik ruszył i 
zniknął za najbliższym rogiem. 

- Dokąd, szefie? - Środa nie starał się nawet dociekać przyczyn, które skłoniły kapitana 

do odesłania samochodu. 

- Jak to - do domu. Już chyba najwyższy czas. - Bula wziął sierżanta pod ramię i 

prowadził go wolno brzegiem chodnika. - Za tą ceglaną ścianką, na lewo - Środa usłyszał 
nagle tuż przy uchu wypowiedziane szeptem słowa przełożonego. - Nareszcie sucho - dodał 
głośno kapitan. 

Środa ostrożnie zerknął w stronę wysypiska. Nie zauważył niczego podejrzanego. 
- Nieoświetlone bramy są doskonałymi punktami obserwacyjnymi - ciągnął szeptem 

Bula. - Zapamiętaj to sobie. 

- Co mam zrobić? - spytał równie cicho Środa, 
- Sprawdzić, dokąd pójdzie. - Bula stanął, odetchnął głęboko i przeciągnął się. 
- Czeka nas jutro trochę pracy - powiedział pełnym głosem. - Trzeba iść spać. 
Wsiadając do łazika, który czekał za następnym rogiem, myślał z uznaniem o twardej 

szkole, jaką przechodzą w ich Wydziale młodzi funkcjonariusze milicji. 

Środa hałasował chwilę, stopniowo tłumiąc kroki. Zdjął czapkę, schował za pazuchę i 

nisko pochylony wyjrzał ostrożnie zza rogu. Ulica była pusta. Poczekał kilkadziesiąt sekund, 

background image

następnie wycofał się i szybko, na palcach przebiegł przez przylegający do narożnego 
budynku niezabudowany plac. W głębi zaczynał się park. Z daleka, w świetle jedynej latarni 
widać było drewniany budyneczek letniego pawilonu „Żabie oczko”. Środa doszedł do 
czerniejącego dziurami płotu, zatrzymał się i lustrował teren. Z miejsca, w którym stał, widać 
było tylną krawędź śmietnika, wskazanego przez kapitana. Bezszelestnie przekroczył wyrwę 
w płocie i, kryjąc się w cieniu ślepej, bocznej ściany, ruszył w kierunku Krakowskiej. 
Przystanął przed rogiem, chwilę nasłuchiwał, wreszcie ostrożnie wyjrzał zza węgła. 

W tym momencie spostrzegł kątem oka ciemną sylwetkę mężczyzny z uniesioną ręką. 

Sięgnął do kabury, ale nie zdążył. Usłyszał raczej, niż poczuł gwałtowne uderzenie w głowę, 
kolana ugięły się pod nim i upadł bezwładnie na chodnik. Człowiek w watowanej kurtce 
przyglądał się chwilę leżącemu, następnie odszedł powoli, zerkając w stronę ciągle jeszcze 
oświetlonego okna budynku po przeciwległej stronie ulicy. 

 
Zofia Smaczyk zamknęła drzwi i wróciła do pokoju. Usiadła na łóżku i zamyśliła się. 

Serce biło jej mocno, nierównym rytmem. 

Litka... Zapomniała zapytać, w jakim szpitalu ją umieszczono. 
Jutro do niej pójdę - postanowiła. - Dowiem się. - Przypomniała sobie, że ten starszy, w 

cywilu, kazał jej przyjść do komendy milicji. 

Wstała, ustawiła krzesła wokół stołu i z westchnieniem zabrała się do porządków. 

Chowając do szafy strąconą przez Bulę szkatułkę, stanęła lewą stopą na dolnej półce. Nagle 
straciła równowagę, ześliznęła się i upadła. Zdążyła jeszcze pochwycić brzeg ozdobnie 
zaobrębionej serwety, którą półka była wyścielona, i upadając ściągnęła na podłogę całą pra-
wie zawartość górnego piętra szafy. Były to rzeczy Litki. 

- O, mamo - jęknęła, rozcierając stłuczone kolano. Rozglądała się bezradnie, oceniając 

rozmiary klęski. Wreszcie uklękła i zaczęła porządkować rozrzucone przedmioty. W pewnym 
momencie wpadło jej w oko pudełko, oklejone granatowym papierem, ozdobionym małymi, 
złotymi gwiazdkami. Kiedy je podnosiła, z pudełka wypadł plik jakichś papierów, listy, trzy 
czy cztery fotografie. Zbierając je zwróciła uwagę na kopertę, zaadresowaną do Litki. Pismo 
wydało jej się znajome. Wpatrywała się chwilę w pomięty prostokąt z wyrazem 
niedowierzania i oszołomienia. Wewnątrz koperty był list. Zdecydowała się. 

Przeczytała kilka zdań, podniosła głowę i zamknęła oczy. Wreszcie wstała, zachwiała 

się i ciężko opadła na łóżko. Ponownie spojrzała na trzymany w ręku list. Złożyła go 
machinalnie i rzuciła na kołdrę. Po chwili ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Nie 
odrywając rąk od twarzy upadła na poduszkę i zaniosła się spazmatycznym łkaniem. 

 

ROZDZIAŁ II 
 

- Spi? 
- Spi. - Kulski zagrodził sobą drzwi do separatki. 
Bula stał chwilę nieruchomo, wpatrując się w białą, matową szybę. 
- Oczywiście - przeszedł wreszcie do natarcia - będzie tu leżał do Wielkanocy? 
- O, nie - zaprzeczył łagodnie Kulski. - Puszczę go na Sylwestra. - Zerknął spod oka na 

przyjaciela i dodał: - Nie chce ci się wprowadzać w tę sprawę kogoś nowego? A może tak 
pokochałeś sierżanta Środę? 

Poczęstował kapitana giewontem. Bula wziął papierosa, zapalił i ruszył w stronę 

wyjścia. 

- Wypiszę go pojutrze - powiedział Kulski. 
- Nie jutro? 
- Nie. 

background image

Bula uznał sprawę za załatwioną. Zatrzymał się przed szerokimi, oszklonymi drzwiami, 

podał Kulskiemu rękę i nie patrząc mu w oczy powiedział: 

- Uważaj na tę Haberę. 
- Uhm... - mruknął Kulski. Po chwili dodał: - Ją także pojutrze zwolnimy... 
 
W korytarzu przed salką konferencyjną kręciło się kilkanaście kobiet. Bula wszedł do 

pokoju. Młody podporucznik na jego widok wstał i odruchowo obciągnął mundur. 

- Dzień dobry, panie kapitanie - usłyszał charakterystyczny, nosowy głos. Pod oknem 

stał Płata. W czapce „uszatce” i watowanej kurtce wyglądał jak powiększenie lalki z teatrzyku 
dla dzieci. Obok niego identyczny strój prezentował Karol Rybak, gorliwy wędkarz i 
niesumienny pracownik. 

Bula spojrzał pytająco na podporucznika. Ten rozłożył bezradnie ręce. Kapitan skinął 

głową. Nie spodziewał się niczego innego. Trudno było przypuszczać, żeby któryś z nich, 
nawet jeśli maczał w tym palce, był na tyle naiwny, by samemu podejmować pieniądze. Ale 
należało mieć pewność. Dlatego właśnie poproszono tutaj kilkanaście urzędniczek, które 
dokonały wypłat ze sfałszowanych książeczek, a tych dwóch pod oknem ubrano tak, jak 
według owych kobiet ubrany był posiadacz starego dowodu Rybaka. 

- Przyprowadźcie potem tych obywateli do mojego pokoju - polecił Bula 

podporucznikowi. 

Szedł do siebie w niewesołym nastroju. Dzień zaczął się wiadomością o Środzie. Potem 

rozmowa z pułkownikiem. Szef odebrał telefon z Ministerstwa Łączności, zaniepokojonego 
„pocztową” aferą. Dzwonił także dyrektor PKO, domagając się energicznego śledztwa. Część 
jego argumentów pułkownik włączył do swojego monologu, którego ofiarą - jeśli tak wolno 
powiedzieć - padł Bula. Była więc mowa o zaufaniu ludzi pracy, o idei oszczędzania w ogóle, 
a oszczędzania w PKO w szczególności, o wyjątkowej społecznej randze tej sprawy, którą on, 
Bula, powinien prowadzić z maksymalną energią. Padło jeszcze szereg podobnych myśli i 
argumentów. Kapitan godził się z nimi bez zastrzeżeń. W myślach rozgrzeszył pułkownika, 
mówiąc sobie, że po tylu latach służby byłoby naprawdę nieludzkim żądanie, aby takiemu 
Buli powiedzieć coś nowego. Nie poprawiło to jednak jego humoru, zwłaszcza że szef, 
kończąc, wyraził się bardzo brzydko o oficerach, którzy jadą sobie samochodem do domu, 
podczas kiedy ich pozostawionym samopas podwładnym bandyci rozbijają głowy. 

W tym momencie Bula zaprotestował. Oznajmił pułkownikowi, że w przyszłości, jeżeli 

będzie trzeba kogoś śledzić w nocy, na pustej ulicy, to sprowadzi cały Wydział. 

- Zresztą - dodał niepoprawnie - Środzie nic poważnego się nie stało, a my zyskaliśmy 

pewność, że sprawców napadu należy szukać wśród pracowników tej placówki pocztowej lub 
w ich najbliższym otoczeniu. Inaczej cóż mogłoby ich obchodzić, co robimy w mieszkaniu 
Smaczyk? 

- Równie dobrze mógł to być pierwszy lepszy włóczęga - rzucił pułkownik. 
- Mógł - zgodził się Bula. - Ale nie był. 
Szef spojrzał na niego z zainteresowaniem. 
- Wiecie, kto to był? Przecież wasi ludzie nie znaleźli tam żadnych śladów? 
- Jeszcze nie wiem. Wiem natomiast, że każdy włóczęga na nasz widok poszukałby 

sobie innego schronienia. Tamten facet wyraźnie nas obserwował. 

- Hm... 
Bula skrzywił się na wspomnienie owego mruknięcia, które zakończyło poranną 

rozmowę z pułkownikiem. 

Na biurku czekały na niego raporty dzielnicowych. Ani Habera, ani Smaczyk, ani Płata 

nie mieli nigdy żadnych konfliktów z milicją. Z sąsiadami nie utrzymywali bliższych 
stosunków, ale nie dawali im też powodów do niezadowolenia. Jedynie Rybak był znany 

background image

milicji. Cztery lata temu prowadzono nawet przeciw niemu dochodzenie. Chodziło o jakąś 
aferę na tak zwanej „giełdzie samochodowej”. Z braku dowodów sprawa upadła. 

Rozległo się krótkie pukanie do drzwi, zaraz potem wszedł Karol Rybak, już w swoim 

własnym ubraniu. Kapitan wskazał mu krzesło, a sam zaczął chodzić po pokoju. 

- Pan był kiedyś zatrzymany? - spytał po chwili. 
Rybak uśmiechnął się szeroko. 
- To było nieporozumienie. Szukali jakiegoś faceta, który podawał się za pośrednika, a 

potem zwiał z forsą. Był chyba przebrany. Jedna taka... przekupka narobiła gwałtu, że mnie 
poznaje, że to ja, żeby łapać złodzieja... Wie pan, jak to jest, panie kapitanie... - ożywił się - 
widziałem kiedyś w Krakowie, na Rynku, jak Cyganka z bachorem na ręku przyczepiła się do 
jakiegoś gościa i zaczęła wrzeszczeć, że to on jest ojcem, że ją uwiódł, a teraz nie płaci... 
Facet, oczywiście, pierwszy raz widział babę na oczy. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. A tu 
zbiegowisko, mówię panu, tłum, jedni wyzywają gościa od świń, inni się śmieją - ubaw był 
nieziemski! Zdarzają się takie rzeczy, panie kapitanie... - zakończył filozoficznie. 

- Tak - Bula, zrezygnowany, usiadł przy biurku. - Różne rzeczy się zdarzają... Jak to 

było z tym dowodem? - spytał nagle. 

- W tramwaju - powiedział szybko Rybak. - Wracałem wtedy do domu piętnastką. 

Pamiętam, bo pytałem potem w zajezdni, czy ktoś nie oddał. 

- A gdzie znalazł się portfel? 
- Podrzucili. Na Pocztowej, koło Komendy Miejskiej. Ktoś podniósł i oddał dyżurnemu. 
W ten sposób - pomyślał Bula - złodziej miał pewność, że - po pierwsze: portfel 

zostanie oddany właścicielowi, a po drugie: milicja przekona się, że istotnie oddano go bez 
dowodu osobistego. 

- Czy nazwisko Habera coś panu mówi? - spytał. 
- Habera? Pierwsze słyszę. 
- A Smaczyk?  
Rybak pokręcił głową. 
- Niestety. 
- Czy spotkał pan już kiedyś przedtem tego człowieka, który był tam na dole w kurtce i 

czapce? 

- Nie. Z całą pewnością. Muszę panu powiedzieć - dodał po chwili - że miałem pietra. 

Wie pan przecież - mrugnął porozumiewawczo do Buli - że nie mam alibi. 

Kapitanowi nie udało się ukryć odruchu niechęci. Wstał, wezwał kaprala z kancelarii i 

polecił mu spisać zeznania Rybaka. 

- Całą noc nie zmrużyłem oka. To wszystko po prostu nie mieści mi się w głowie. - 

Płata usiadł na krześle, które przed chwilą zajmował Rybak. Ręce położył na kolanach. 

- Przykro mi - powiedział Bula - ale nie mogę panu powiedzieć nic pocieszającego. 

Wszystko wskazuje na to, że któreś z was dało napastnikowi klucze, żeby mogli zrobić kopie. 
Chyba że posłużyli się pana kluczami. 

- Panie kapitanie, muszę zaprotestować. Ja... 
- Odzie pan trzyma klucze? 
- W domu? W biurku, w szufladzie. Mówiłem już panu... 
- Kto z domowników ma dostęp do tej szuflady? 
- Klucz od biurka noszę zawsze przy sobie. 
- Macie sprzątaczkę? 
Nie. 
Bula usiadł. Wziął do ręki raport dzielnicowego i ponownie przebiegł go wzrokiem. 
- Tak - powiedział, odkładając papier. - To wygląda na fachowca. 
Płata wskazał palcem leżący na biurku formularz. 
- To? 

background image

- Myślę - powiedział powoli kapitan - że ten napad zaplanował ktoś doskonale obeznany 

ze zwyczajami panującymi na poczcie. Zwłaszcza na pańskiej poczcie - dodał z naciskiem. 

- Pan mnie podejrzewa - było to beznamiętne, pomimo ostrego brzmienia głosu, 

stwierdzenie faktu. - To absurd. Po tylu latach ciężkiej pracy. Trudno. A te - jak pan to 
nazywa zwyczaje - są powszechnie znane. 

Bulę ponownie uderzyła logika rozumowania tego zasuszonego człowieczka. 
- Przyzna pan jednak - powiedział - że łatwiej byłoby to zrobić pracownikowi poczty. 
- Tak samo jak łatwiej byłoby otruć kogoś aptekarzowi niż na przykład mnie czy 

kolejarzowi. A jednak jeśli ktoś zostanie otruty, to sprawców nie szukacie wyłącznie wśród 
aptekarzy. Panie kapitanie... - Płata przerwał nagle i zamyślił się. - Oczywiście! - wykrzyknął 
po chwili. - Pan mówił, że ten, kto do was wtedy dzwonił, kto zawiadomił was o napadzie, 
podał moje nazwisko. Przecież gdybym to był rzeczywiście ja, to nie przedstawiałbym się 
panu. 

- A skąd ten ktoś znał pana nazwisko? 
- Wszystko jedno! 
Bula oparł się wygodnie i położył ręce na biurku. 
- To nie jest wszystko jedno. Najlepszy dowód, że pan przedstawia ten fakt jako 

argument, który ma świadczyć o pana niewinności. To przecież można było przewidzieć. 
Milicja nie będzie podejrzewać, że bandyta telefonując po prostu jej się przedstawił. 
Logiczne? 

Płata nie odpowiedział. Wyglądało na to, że słowa kapitana nie dotarły do jego 

świadomości. 

- Czy ma pan pozwolenie na broń? - spytał Bula. 
Płata poruszył się niecierpliwie na krześle. 
- Nie mam. Kiedyś, w czasie okupacji... byłem w organizacji. Oddałem w czterdziestym 

piątym roku. To stare dzieje... 

A więc jednak - pomyślał Bula. Spuścił głowę i zaczął kreślić palcem fantazyjne figury 

na szklanej płycie biurka. To, czego się dotychczas dowiedzieli, nie wyjaśniało w 
najmniejszym stopniu sprawy tajemniczego telefonu. Sprawcom istotnie powinno było 
zależeć na tym, żeby milicja dowiedziała się o napadzie jak najpóźniej. A jednak dali znać. 
Kapitan wykluczał hipotezę „przypadkowego świadka”. Jednak gdyby napastnikiem był 
Płata, Habera powinna go była poznać. Oczywiście przy daleko posuniętej dobrej woli można 
było uwierzyć w to, że zamaskował się i przebrał w sposób wykluczający rozpoznanie, że 
dziewczyna pod wpływem szoku nie zwróciła uwagi na jego głos, gesty czy inne 
charakterystyczne cechy sylwetki swojego zwierzchnika. 

Istniała jeszcze jedna możliwość. Daleko prostsza. Habera mogła być wspólniczką 

Płaty. Skoro ten umiał obchodzić się z bronią; postrzał w prawe ramię nie groził dziewczynie 
żadnymi komplikacjami. Nawet jeżeli Litka nie miałaby z napadem nic wspólnego, taki 
postrzał rzucał pewne światło na okoliczności przestępstwa. Ktoś, kto łakomi się na cudze 
pieniądze, nie musi jeszcze być mordercą. Strzelił do dziewczyny, uderzył ją w głowę. Potem 
zreflektował się. Habera jest ładna. Mogło go ruszyć sumienie, zwłaszcza jeżeli znał ją bliżej, 
jeżeli, dajmy na to, byłaby jego pracownicą lub... kochanką. Zadzwonił, żeby jej zapewnić 
szybką pomoc lekarską. Ostatecznie wtedy nic już nie ryzykował. 

- Panna Habera jest osobą ładną i miłą. Prawda, panie... Marku? - rzucił obojętnym 

tonem Bula. 

Płata wstał gwałtownie. Zacisnął pięści i patrzył na kapitana z nienawiścią. Wreszcie 

wykrztusił: 

- Mam czyste sumienie... 
- Należy pan do wyjątków - Bula odszedł od okna i stanął za biurkiem. - Dziękuję panu. 

To na razie wszystko. 

background image

Płata odwrócił się i nie żegnając kapitana szedł w stronę drzwi. 
- Jeszcze jedno - zatrzymał go Bula. - A propos sumienia. Komu sprzedaje pan znaczki? 
Pląta znieruchomiał. 
- Znaczki? Nie rozumiem? 
- Nie rozumie pan? Szkoda. Myślałem, że przynajmniej w tej sprawie dojdziemy do 

porozumienia. 

- Smaczyk powiedziała? To potwarz! 
- Tak, drogi panie Marku - westchnął współczująco Bula. - Świat jest fałszywy i zły. 

Dobrze, że chociaż od czasu do czasu można porozmawiać z człowiekiem, który ma czyste 
sumienie. Niech pan już idzie, dziękuję. 

Płata odwrócił się, spojrzał na kapitana, jak gdyby chciał jeszcze coś powiedzieć, 

rozmyślił się jednak i wyszedł, powoli zamykając za sobą drzwi. 

Bula wrócił pod okno, usiadł na parapecie i zamyślił się. Po chwili spojrzał na zegarek. 

Było już piętnaście po pierwszej. Zdecydował się. Sięgnął do telefonu i polecił posłać kogoś 
na Krakowską, do funkcjonariusza, obserwującego mieszkanie Zofii Smaczyk. Dziewczyna 
miała przyjść przed południem do komendy, a że dotychczas jej nie ma... Bula kazał się 
zawiadomić, gdyby nie było jej w domu. 

Wszedł dyżurny z kancelarii. 
- Obywatelu kapitanie - zameldował - telefon z Jaworzna. Wasz numer był zajęty, więc 

połączyli się z nami... 

- Z Jaworzna? - zdziwił się Bula. Czego ci znowu chcą... - przeszedł do sąsiedniego 

pokoju. 

- Słucham, Bula. 
Zameldował się dyżurny podoficer Komendy Miejskiej w Jaworznie. Mówił szybko, 

urywanymi zdaniami, kapitan nie mógł się w pierwszej chwili zorientować, o co mu chodzi. 
Nagle podniósł głowę, spojrzał zdumionym wzrokiem na kancelistę, następnie usiadł z 
impetem na biurku, strącając na podłogę bibularz. 

- Gdzie? - Głos w słuchawce cierpliwie powtarzał meldunek. 
- Dobra, dobra - przerwał mu Bula. - Dawajcie je tutaj, do mnie. Piorunem. Tak jak są, 

rozumiecie? Nic nie ruszajcie. Zawińcie to wszystko w jakąś płachtę albo worek. Bardzo wam 
dziękuję. 

Głos usiłował przekonać Bulę, że podziękowania są zbyteczne czy też, że należą się 

komuś innemu. 

Kapitan odłożył słuchawkę. Spoglądał chwilę nieruchomo przed siebie, wreszcie wstał, 

podniósł bibularz i zaczął krążyć po pokoju. W pewnym momencie zatrzymał się przed 
oszołomionym kancelistą i poklepał go bibularzem po ramieniu. 

- Jasne - zawołał, patrząc na niego rozradowanym wzrokiem - święta! Wigilia! Lubicie 

karpie? 

W gabinecie, przed rozpiętą na ścianie wielką mapą województwa, Bula powiedział do 

siebie na głos: 

- Coraz większą rolę w tej sprawie zaczynają odgrywać ryby... 
Stał jeszcze wpatrzony w niebieski prostokąt tuż pod czarnymi literami, składającymi 

się w nazwę „Jaworzno”, kiedy w drzwiach, na wysokości głowy stojącego mężczyzny, 
ukazała się biała kula. Spoza niej wyjrzała skrzywiona w ironicznym grymasie twarz doktora 
Kulskiego. 

- Melduję się, kapitanie... - wymamrotała kula. 
- A, to ty, synu - powiedział obojętnym głosem Bula. 
- Zbudził się i zaczął rozrabiać - wyjaśnił Kulski. - Obawiam się, że ludzie, z którymi 

przestaje, wywierają zgubny wpływ na jego młodzieńczy umysł. 

- Chciałbym złożyć zeznanie - powiedział nieco raźniejszym głosem Środa. 

background image

- Uprzedzam cię, że każde słowo może być użyte przeciwko tobie - Kulski patrzył 

groźnie na kapitana - jeżeli on tego nie przeżyje. 

- Nie ma obawy - powiedział Bula. - Jeżeli przeżył waszą opiekę... 
Kapitan miał absolutną pewność, że Kulski nie wypuściłby ze szpitala pacjenta, którego 

stan zdrowia mógł budzić jakiekolwiek obawy. 

- Usiądźcie, sierżancie - Kulski ostentacyjnie przysunął Środzie krzesło. 
- No, więc? - rzucił Bula. 
Środa usiadł i odruchowo poprawił opatrunek. 
- Uderzył mnie w głowę - oznajmił. 
- O, to coś nowego - ucieszył się kapitan.  
- Stał za rogiem - ciągnął Środa. - Było ciemno, nie zdążyłem wyjąć pistoletu. Wygląda 

na to, że obserwował mieszkanie Smaczyk. Może czekał, aż stamtąd wyjdziemy. W każdym 
razie nie był to taki sobie chuligan. Musiał zauważyć, że jest śledzony. 

Bula otwierał już usta, żeby powiedzieć, co myśli o umiejętnościach śledczych 

niektórych sierżantów, ale spojrzał na głowę swojego podwładnego i rozmyślił się. 
Ostatecznie Środa był jednym z jego najlepszych ludzi. To rzeczywiście nie mógł być taki 
sobie chuligan. 

- Zauważyłem - ciągnął sierżant - że facet miał na sobie „kufajkę”, taką, o jakiej mówiły 

te urzędniczki, które wypłacały forsę z książeczek niby Rybaka. I czapkę z daszkiem. To 
mógł być on. 

- Twarzy nie widziałeś?  
Środa rozłożył bezradnie ręce. 
- Tylko sylwetkę. I to ułamek sekundy. 
Bula przeszedł się po pokoju. 
- Jednym słowem dalej nic - powiedział półgłosem. 
- Nie wiem, kapitanie - odezwał się po chwili Środa. - Wydaje mi się, że jesteśmy na 

dobrym tropie. Inaczej czego by on tam szukał? Bał się, że Smaczyk coś powie. Albo że ją 
aresztujemy. Trzeba kontynuować śledztwo wokół pracowników tej poczty na Bacha. Któreś 
z nich w każdym razie musiało w tym maczać palce. 

- Tak myślisz, synu? - Bula zatrzymał się i patrzył na niego z zainteresowaniem. 
- Nie podoba mi się ten Płata, kapitanie. 
- No, pogadaliście sobie - Kulski położył rękę na ramieniu Środy - a teraz sierżant 

pojedzie grzecznie do domu. Mam wóz na dole. Jutro rano do opatrunku, a potem róbcie, co 
chcecie. Umywam ręce. 

- Nic mi nie jest - powiedział Środa, uśmiechając się do kapitana. 
- Jasne - zgodził się Kulski. - Ale jestem lekarzem i mam obowiązek traktować was jak 

człowieka z normalną głową. 

- Poczekajcie chwilkę - Bula podszedł do mapy. - Coś wam pokażę. 
Stanęli obok niego. Kapitan wskazał ołówkiem staw czy też małe jeziorko, przylegające 

niemal do szosy łączącej Kraków z Katowicami. Leżało w obrębie zakreskowanego obszaru, 
oznaczającego zabudowania Jaworzna. 

- Tutaj... - zaczął. 
W tym momencie otworzyły się drzwi i weszli dwaj funkcjonariusze w mundurach. 

Dźwigali ciężki, pękaty worek. 

- Dawajcie to tutaj - zawołał Bula. Podszedł szybko do biurka i sprzątnął z niego 

papiery. 

- To jest mokre, kapitanie - zawahał się jeden z przybyłych. 
- To dobrze, synu - odpowiedział Bula. 
Kulski i Środa przyglądali się w milczeniu poczynaniom kapitana, który rozpakowywał 

złożony na biurku tobół. Po zdjęciu brezentowej płachty ujrzeli mokry, wypchany worek, 

background image

związany drutem i opleciony grubym łańcuchem, jakiego używa się do spinania burt 
załadowanych ciężarówek. Bula zdjął drut, sięgnął do wnętrza worka i wyjął z niego kilka 
zniszczonych, rozmokłych książeczek oszczędnościowych PKQ. 

Kulski ponownie podszedł do mapy i odszukał punkt, wskazany przed chwilą przez 

kapitana. 

- Co to jest? - zapytał. 
- Staw rybny - odpowiedział Bula. - Wrzucili je tam wracając z Krakowa. A w ogóle - 

dodał, prostując się - to jest trzeci błąd sprawców napadu. Tym razem zapomnieli po prostu 
o... wigilii. 

- Tak jest - podchwycił Środa - przecież w grudniu spuszcza się wszystkie stawy... 
- Mówisz: trzeci? - spytał Kulski. 
- Tak. A właściwie czwarty. Telefon, klucze, napad na sierżanta i to... 
Z worka sączyła się woda, zmieszana z mułem i na pół zgniłymi szczątkami roślin. Bula 

chłonął ten widok z niekłamanym upodobaniem. 

Środa otworzył jedną z książeczek. Kartki były zamazane rozpuszczonym, niebieskim 

atramentem. 

Bula odsunął sierżanta. 
- Poczekajcie - powiedział. - Zaniesiemy to do laboratorium. - Złożył ostrożnie 

książeczki i zawinął worek w płachtą. - Pracownicy PGR-u dali znać miejscowej komendzie - 
wyjaśnił. 

Zadzwonił telefon. Funkcjonariusz wysłany na Krakowską meldował, że Smaczyk nie 

ma w domu. Kapitan polecił mu czekać na nią, w miarę możliwości dyskretnie, w pobliżu 
mieszkania. Odłożył słuchawkę i spojrzał na Kulskiego. 

- Czy ty znasz nową polską serię znaczków pocztowych, wydaną z okazji Kongresu 

Astronautycznego? 

Andrzej Kulski słynął w komendzie jako kolekcjoner. Nie zbierał metodycznie, ale za to 

wszystko: nalepki, monety, exlibrisy, stemple; pierwsze miejsce na tej liście zajmowała 
filatelistyka. 

- Od kiedy interesujesz się znaczkami? - spytał Bulę. 
- Bądź taki dobry i odpowiedz mi na pytanie. 
Kulski wzruszył ramionami. 
- Pewnie, że znam. Wyszła kilka dni temu, nie ma jej jeszcze w sprzedaży. 
- A ty, oczywiście, masz ją już w swoim albumie? 
- Oczywiście! - zaśmiał się Kulski. 
- Co robisz po południu? 
- Niestety, nic przyjemnego. Składam wizytę pewnemu początkującemu filateliście... 
- O siódmej, dobrze? 
- Uhm... - mruknął Kulski.  
Odwożąc Środę do domu, wypytywał go o szczegóły nocnych rozmów z Karolem 

Rybakiem i Zofią Smaczyk. 

 
Bula podszedł do okna i otworzył je na oścież. Odetchnął głęboko świeżym, mroźnym 

powietrzem. Stał tak chwilę, spoglądając w oświetlone okna budynku po przeciwległej stronie 
ulicy, następnie odwrócił się i uśmiechnął się do Kulskiego, który siedział bez ruchu, 
pogrążony w starym, miękkim fotelu. W pokoju było niebiesko od dymu. Na stoliku koło 
foteli stała butelka czerwonego wina i dwa do połowy napełnione kieliszki. 

- Szkoda - odezwał się Kulski. - Miałem nadzieję, że to nie ona... 
- Niestety - Bula wziął kieliszek i usiadł obok przyjaciela. - Nie widzę innego 

wytłumaczenia. 

- Aresztujesz ją? 

background image

Bula pokręcił przecząco głową. Pociągnął łyk wina i odstawił kieliszek. 
- Nie możemy jej niczego udowodnić. Proces poszlakowy... Wiesz, jak to wygląda. 
- No to co chcesz zrobić? 
- Na razie nic. Musimy poznać jej wspólników. Prędzej czy później wpadną. Myślę, że 

raczej prędzej niż później. Chodzi o pieniądze. Któryś z nich okaże się na pewno nie dość 
cierpliwym. 

- A jeżeli nie? 
- Co innego możemy zrobić? 
- Przesłuchać ją. Może się przyzna. 
- Nie - powiedział z przekonaniem Bula. - Nie ona. To wyjątkowo twarda babka. I 

sprytna. Z pewnością wie, że ją podejrzewamy. Musiała to przewidzieć. Ale wie także, że nie 
mamy dowodów. Niczego z niej nie wydobędziesz. 

- Może masz rację. 
W pokoju zapanowało milczenie. 
 
Litka Habera usiadła na łóżku i sięgnęła po szklankę. Wypiła łyk herbaty, skrzywiła się. 
- Zimna - mruknęła. 
Z sąsiedniego łóżka podniosła się młoda kobieta w niebieskiej pidżamie. 
- Moja także już wystygła - patrzyła bezradnie na biały, szpitalny stolik. 
- Pójdę do dyżurnej - powiedziała Litka, wstając. Włożyła szlafrok, wzięła szklankę i 

wyszła z pokoju. 

Szła powoli szerokim korytarzem w stronę szklanych drzwi, za którymi był pokój 

pielęgniarek. Przechodząc obok dyżurki lekarskiej zawahała się. 

Teraz, po południu, korytarz był pusty. Drzwi do pokoju lekarskiego stały otworem. W 

dyżurce również nie było nikogo. Litka weszła do pokoju i cicho zamknęła za sobą drzwi. 
Szybko podeszła do telefonu i wykręciła numer. 

- To ja - powiedziała, trzymając słuchawkę tuż przy ustach. 
Mężczyzna mówił szybko. Litka słuchała, odzywając się wyłącznie monosylabami. Jej 

„tak” lub „nie” miało różne odcienie. Udzielała twierdzących lub przeczących odpowiedzi, 
kiedy indziej podejmowała w ten sposób decyzję. Od czasu do czasu zerkała w stronę drzwi. 
Po kilku minutach odłożyła słuchawkę na widełki, podniosła ją znowu i powtórnie wykręciła 
numer. Był to inny numer niż ten, z którym łączyła się przed chwilą. 

- Marek? Cześć, kochanie... - mówiła cicho, spokojnie. - Dzwonię ze szpitala. Nie, nic 

takiego, czuję się świetnie. Miałam mały wypadek, naprawdę głupstwo. Jutro ci wszystko 
opowiem, teraz nie mogę, dzwonię z dyżurki lekarskiej, zaraz ktoś może wejść. Słuchaj, 
Marek, mam do ciebie prośbę. Wychodzę stąd jutro w południe. Zosia przygotuje mi jakieś 
kiecki. Czy mógłbyś wpaść do niej jutro wpół do ósmej, wziąć te rzeczy i przynieść mi do 
szpitala? Nie bój się, Zosia nic nie powie. Bardzo cię proszę. Tak? To świetnie. Tylko 
pamiętaj - punktualnie wpół do ósmej. Pięć po wpół wychodzimy zwykle z domu, a przedtem 
Zosia się myje i w ogóle... jak to rano. Bardzo ci jestem wdzięczna. No to do jutra, pa. Ja też 
cię całuję. Pamiętaj... Odłożyła słuchawkę i odetchnęła z ulgą. W korytarzu spotkała 
nadchodzącą naprzeciw swoją sąsiadkę w niebieskiej pidżamie. 

 
Kulski drgnął. Dzwonek telefonu zabrzmiał mu tuż nad uchem. 
Bula odstawił kieliszek, wstał i podniósł słuchawkę. 
- Obywatelu kapitanie - funkcjonariusz czuwający na posterunku przed domem 

Smaczyk mówił przez nos, zachrypniętym głosem - przed chwilą wróciła. 

- Sama? 
- Tak jest. Wyglądała... - głos zawahał się - jakby trochę zalana albo chora... Szła tak 

jakoś nieprzytomnie... 

background image

Bula spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Nie - postanowił. - Na dzisiaj dosyć. 
- Dziękuję wam. Za godzinę przyjdą was zmienić. 
- Tak jest, obywatelu kapitanie - Buli wydało się, że głos zabrzmiał teraz raźniej. 
Kulski podniósł się z westchnieniem. 
- No, trzeba iść, pomieszkać... Kapitan odprowadził go do drzwi. Żegnając się, 

powiedział: 

- Będę cię prosił, żebyś poszedł ze mną do jednego gościa. 
- Do kogo? 
- Znasz go. Zbiera znaczki. 
 

ROZDZIAŁ IV 

 
Mężczyzna w zielonym, nieprzemakalnym płaszczu rozejrzał się niepewnie. Klatka 

schodowa była pusta. Za sąsiednimi drzwiami płakało dziecko. Po chwili zawtórował mu 
gniewny głos kobiety. Spojrzał na zegarek. Była minuta po wpół do ósmej. Zadzwonił 
powtórnie. Czekał chwilę, znowu na próżno. Pokręcił z powątpiewaniem głową i postąpił 
kilka kroków w stronę schodów. Zatrzymał się na pierwszym stopniu, odwrócił, jakby tknięty 
nową myślą, i wrócił pod drzwi. Przełożył do lewej ręki dużą, żółtą teczkę i nacisnął klamkę. 
Drzwi otworzyły się bez oporu. Rzucił spojrzenie za siebie, w stronę sąsiedniego mieszkania, 
i uspokojony wszedł powoli do przedpokoju. 

- Halo? - zawołał półgłosem. 
W mieszkaniu panowała głucha cisza. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi, położył teczkę 

na podłodze i zajrzał do pokoju. Szybko cofnął głowę. Zapukał w uchylone drzwi i 
powiedział głośno: 

- Pobudka. Goście. 
Ktoś, kto był w pokoju, nie zareagował najlżejszym poruszeniem. Mężczyzna po 

krótkim wahaniu ponownie zajrzał do wnętrza. Dłuższą chwilę przyglądał się leżącej na łóżku 
postaci, szczelnie nakrytej kołdrą. Coś go uderzyło. Podszedł do łóżka i pochylił się. 
Delikatnie odsłonił głowę leżącej. W ułamku sekundy puścił kołdrę, cofnął się gwałtownie i 
znieruchomiał. 

Spod zmierzwionych, potarganych włosów patrzyły na niego szeroko otwarte, 

nieruchome oczy Zofii Smaczyk. Jej twarz, zastygła w rozpaczliwym grymasie wysiłku i 
strachu, wyglądała jak koszmarna maska. 

Nie można było mieć wątpliwości, że dziewczyna nie żyje. Zmięte rogi ciasno 

opasującej jej szyję czerwonej apaszki zdawały się jeszcze nosić ślady palców mordercy. 

Mężczyzna, do głębi wstrząśnięty, nie mógł oderwać oczu od tej chustki, wyglądającej 

jak plama krwi na tle białej pościeli. Po dłuższej chwili drgnął i nieprzytomnym wzrokiem 
rozejrzał się po pokoju. Szukał potłuczonych naczyń, śladów walki. W mieszkaniu panował 
jednak idealny ład. Podszedł do łóżka i przezwyciężając lęk dotknął końcami palców czoła 
zamordowanej. Ciało było jeszcze ciepłe. Musiała zginąć bardzo niedawno. Mężczyzna 
poczuł, że oblewa się zimnym potem. A zatem morderca... 

Wbił spojrzenie w drzwi, prowadzące do kuchni. Podszedł do nich, skradając się na 

palcach, i nagłym szarpnięciem otworzył na oścież. W kuchni nie było nikogo. Sprawdził 
jeszcze toaletę i nieco uspokojony wrócił do pokoju. Starając się nie patrzeć w stronę łóżka 
podszedł do telefonu. 

- Tu podoficer dyżurny. O co chodzi? 
- Dzwonię z ulicy Krakowskiej - podał numer domu i mieszkania. - Popełniono 

morderstwo. Przyjedźcie zaraz. 

W słuchawce panowało przez chwilę, milczenie, wreszcie głos odezwał się znowu, 

jakby niechętnie. 

background image

- Ekipa jest już w drodze. Dzwoniliście przecież przed chwilą... 
- Ja? - Mężczyzna, ponownie zdjęty trwogą, rozejrzał się po pokoju. 
- Jak to? - głos zniecierpliwił się. - Skąd dzwonicie? 
- Z mieszkania zamordowanej... 
- Wasze nazwisko? 
- Zaraz... - mężczyzna zmieszał się. - Skoro już wiecie... 
- Proszę chwileczkę zaczekać. - Głos brzmiał teraz łagodnie, nawet bardzo łagodnie. 
Teraz sprawdzi, skąd dzwonię - pomyślał mężczyzna. 
Powoli położył słuchawkę. Stał chwilę, rozglądając się bezradnie, następnie podszedł do 

łóżka i nakrył kołdrą twarz zamordowanej. Wyglądała teraz tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz 
zajrzał do pokoju. Wyszedł na korytarz. Nasłuchiwał chwilę, przyłożywszy ucho do drzwi, 
następnie przybrał obojętny wyraz twarzy i wyszedł z mieszkania. Był już w połowie 
pierwszego piętra, kiedy z dołu doleciał go stuk zatrzaskiwanych drzwiczek samochodu. 
Zatrzymał się. W klatce schodowej zabrzmiały zmieszane męskie głosy. Spojrzał lękliwie w 
dół i w górę, po czym ostrożnie, na palcach, zaczął się piąć schodami prowadzącymi na 
wyższe piętra. 

 
- Wezwij techniczną - rzucił Bula. 
Środa podszedł do telefonu. Jego głowa ciągle jeszcze tkwiła w lekko już 

przybrudzonym bandażu. 

- Zaraz przyjadą, kapitanie - zameldował, odkładając słuchawkę. 
Bula podszedł do łóżka. 
- Kiedy? - spytał. 
- Najwyżej pół godziny temu. - Kulski wyprostował się. - Mężczyzna. I to silny. 
- Kręgi szyjne? - Bula przyglądał się czerwonej apaszce. 
Kulski przytaknął głową. 
- Ten sam, który mnie stuknął - powiedział z przekonaniem Środa. 
Kapitan bacznie lustrował pokój. Łóżko Litki Habery było nietknięte. Uderzył go 

wzorowy porządek, panujący w całym mieszkaniu. Wtedy w nocy, kiedy byli tutaj pierwszy 
raz, wszystko wyglądało nieco inaczej. 

Morderca nie zaskoczył swojej ofiary we śnie. Zofia Smaczyk miała na sobie spłowiały, 

błękitny szlafrok, przewiązany paskiem. Na lewej nodze tkwił również niebieskawy, wytarty 
pantofel. Drugi leżał przed łóżkiem. Spadł w czasie walki lub też dopiero, kiedy morderca 
układał ciało dziewczyny. W każdym razie Smaczyk zginęła w trakcie porannych czynności 
gospodarskich. Grzejnik był gorący. W kuchni unosił się zapach mydła toaletowego. Podłoga 
pod stojącą w kącie umywalką była zachlapana. 

- No i co? - Kulski położył na stole swoją czerwoną torbę i zbliżył się do Buli. Kapitan 

wskazał ruchem głowy zwłoki dziewczyny. 

- Ktoś znajomy... 
- Uhm... - przytaknął Kulski - może nawet... - nie skończył. Na ciele Smaczyk nie 

znalazł żadnych obrażeń, śladów szamotaniny, sińców czy chociażby zdartego naskórka. 
Morderca musiał podejść bardzo blisko, nie wzbudzając jej podejrzeń. Kiedy poczuła na szyi 
zaciskającą się apaszkę, było już za późno na próbę, ucieczki czy walki. 

Zresztą - myślał kapitan, przypominając sobie nocną wizytę - biedaczka nie wyglądała 

na taką, która potrafiłaby sobie poradzić z mężczyzną. - Poczuł, że wzbiera w nim gwałtowna 
odraza do nieznanego mordercy. - Bydlę - pomyślał ze złością - tak jakby zabił dziecko. 

- Klucze wisiały w przedpokoju - Środa wrócił do nich, dzierżąc zawinięte w chusteczkę 

klucze od mieszkania. Ostrożnie położył je na stole. 

Znowu klucze - pomyślał Kulski. Głośno powiedział: 

background image

- Ciekawe, dlaczego zostawił otwarte drzwi... Tak jakby chciał ułatwić wejście do 

mieszkania... 

Zadzwonił telefon. Bula powstrzymał ruchem ręki sierżanta i podniósł słuchawkę. Nie 

starał się nawet ukryć odruchu rozczarowania, poznawszy głos oficera dyżurnego. Po chwili 
jednak na jego twarzy odmalowało się żywe zainteresowanie. Oficer poinformował Bulę, że 
już po jego wyjeździe dzwonił ktoś z mieszkania na Krakowskiej, zawiadamiając o 
morderstwie. Podoficer, który przyjął telefon; wygadał się, że milicja jest już w drodze i facet, 
spłoszony, odłożył słuchawkę. Dzwonił istotnie z mieszkania Smaczyk, sprawdzili numer. 

- Znowu telefon - zauważył Kulski.  
Znowu i znowu - pomyślał Bula. - Ograniczony repertuar. 
Przypomniał sobie, że wyjaśnił już sprawę tamtego telefonu, zawiadamiającego o 

napadzie na pocztę. Trochę go to udobruchało. Podziękował dyżurnemu i kazał Środzie pójść 
po dozorcę. 

 
- Nic tu nie ma - westchnął Kulski. Od kilkunastu minut penetrował pokój. Zajrzał 

jeszcze pod szafę, pod etażerkę, wreszcie wstał i melancholijnym wzrokiem wpatrzył się w 
stojącą na stole popielniczkę. Lśniła po prostu czystością. 

- Mój biedny Watsonie - powiedział Kulski. W jego głosie nie było jednak zwykłej w 

takich okolicznościach ironii. 

Wrócił Środa, przyprowadzając ponurego draba w rozchełstanej flanelowej koszuli i nie 

dopiętych spodniach. 

- Wy jesteście dozorcą? - spytał, podchodząc, Bula. 
Drab skinął łaskawie głową. Rzucił okiem w stronę łóżka. 
- Ohohoho... - zaintonował nieoczekiwanie zatroskanym tonem. W powietrzu rozeszła 

się silna woń piwa zmieszanego z wódką. 

Bula machnął z rezygnacją ręką. 
- Zwlokłem go z łóżka - powiedział Środa. 
- Daremny wysiłek - burknął kapitan. - Połóż go z powrotem. Nie, poczekajcie - sierżant 

zatrzymał dozorcę, który chwiejnym krokiem zmierzał już do wyjścia. - Synku, zawieź go do 
dzielnicy. Niech tam siedzi, dopóki nie wytrzeźwieje. Może nam być potrzebny. Inaczej 
znowu się zaprawi - wyjaśnił, zwracając się do Kulskiego. 

Kiedy zostali sami, Kulski usiadł na łóżku Litki i zapalił papierosa. Wyjął pudełko 

zapałek, wsypał jego zawartość do kieszeni i ulokował tę improwizowaną popielniczkę na 
kolanie. 

Wyga - pomyślał z uznaniem Bula. Zapytał napastliwym tonem: 
- Kiedy będę miał wyniki sekcji? 
- Wieczorem. Spodziewasz się czegoś?  
Bula wzruszył ramionami. Nic nie wskazywało na środek nasenny czy truciznę. Musiał 

mieć po prostu pewność. Podszedł do etażerki. Przebiegł wzrokiem znane mu już tytuły 
popularnych tomików przeważnie współczesnych opowiadań. Nagle zmarszczył brwi. 
Odsunął szybę i wydobył wetknięty między książki kwadratowy album w sztywnej, popielatej 
oprawie. 

- Co to jest? - zainteresował się Kulski. 
- Coś dla ciebie - odpowiedział Bula. Położył klaser na stole. 
Kulski wstał i zaczął przerzucać kartki. Klaser był pusty. 
- Chciałbym wiedzieć, po co im był potrzebny klaser - mruknął do siebie. 
Na to pytanie Bula mógł udzielić wyczerpującej odpowiedzi, ale teraz interesowało go 

co innego. Pamiętał doskonale, że wtedy, w nocy, był tutaj tylko jeden klaser. Ten, który leżał 
teraz w jego służbowym biurku. Habera przez cały ten czas przebywała w szpitalu. Czyżby 
więc Płata? 

background image

- Słuchaj - powiedział powoli - czy ktoś może wyjść i wrócić do waszego szpitala w taki 

sposób, żeby tego nikt nie zauważył? 

- Lekarz lub pielęgniarka tak. Pacjent nie. Zresztą - dodał Kulski - często do niej 

zaglądałem. - Połapał się natychmiast, o co chodzi kapitanowi. 

- Hm... - Bula zdjął szalik, owinął starannie klaser i wetknął go za klapę płaszcza. 
- Zabierasz to? - spytał Kulski. 
- Jak widzisz. Jestem pilnym uczniem. Na razie kompletuję klasery. 
Środa przyjechał równocześnie z ekipą techniczną, która przystąpiła od razu do pracy. 

Bula obserwował poczynania młodego technika. Penetrując metr po metrze pokój, szukał 
odcisków palców. Wyraz jego twarzy nie zapowiadał nic dobrego. Oprócz kciuka kapitana, 
odciśniętego wyraźnie na szybie etażerki, nie znalazł dotychczas w pokoju żadnych śladów. 
Stół był starannie wytarty, podobnie poręcze krzeseł i klamki. Sporo odcisków widniało na 
szafie, właśnie jednak ich mnogość, wobec pedantycznie startych innych sprzętów, 
zapowiadała, że należą do zmarłej i jej współmieszkanki. Również na podłodze nie 
znaleziono błota ani kurzu. 

- Przyszedł w skarpetkach czy co? - irytował się po cichu Bula. Nagle zaświtała mu 

pewna myśl. Przeszedł szybko do przedpokoju i zaczął studiować podłogę pod wieszakiem. 
Nie trzeba było szukać długo. Pod ścianą widniały dwie szare plamy wielkości zelówek 
męskich butów. Kapitan wezwał technika i polecił mu dokładnie zbadać te ślady. Dobrze by 
również było określić rozmiar obuwia. 

W pokoju fotograf pakował już swoje aparaty i akcesoria do dużej skórzanej torby. Bula 

otworzył szafę. 

- Porządki - mruknął. 
- W porównaniu z rozgardiaszem, jaki panował na półkach wtedy, w nocy, wnętrze 

szafy mogłoby służyć jako eksponat dydaktyczny organizatorom kursów dla wzorowych pań 
domu. Bula wyjął górną półkę i wraz z całą zawartością przeniósł ją na łóżko. Nie śpiesząc 
się przeglądał kobiece łaszki, odkładając je porządnie na bok. 

Na stosie równo poukładanych części bielizny leżało kolorowe pudełko, oklejone 

granatowym papierem w gwiazdki. Wewnątrz znajdowały się stare fotografie, jakieś pożółkłe 
świadectwa i zaświadczenia oraz trzy listy, adresowane do Litki Habery. Bula przejrzał je 
pobieżnie i odłożył na bok. Listy były pisane kilka łat temu przez jakąś Ewę, jak wynikało z 
treści, szkolną koleżankę Litki. Również pozostałe papiery i dokumenty nosiły daty sprzed 
kilku, nawet kilkunastu lat. Nie wnosiły do sprawy nic nowego. Kapitan poskładał papiery i 
włożył je z powrotem do pudełka. Tekturowa pokrywka była wybrzuszona, jej rogi podarte i 
odgięte. Wyglądało na to, że w pudełku przechowywano do niedawna znacznie więcej listów 
czy papierów. Obecnie zawartość sięgała zaledwie do połowy jego wysokości. Albo więc 
Habera usunęła je sama, albo też... Bula wzruszył ramionami. W jakim celu morderca Zofii 
Smaczyk miałby stąd zabierać listy adresowane do Litki? Byłoby to uzasadnione w jednym 
jedynym wypadku. Kapitan sięgnął po papierosa. Uznał, że ponosi go wyobraźnia. Na 
wyobraźnię i fantazję także przyjdzie czas, ale jeszcze nie w tej fazie śledztwa. Na razie 
trzeba zbierać i porównywać fakty. A faktów nagromadziło się już trochę. 

Kulski przypatrywał się spod oka przyjacielowi. 
- Już wie - pomyślał. - Wie, ale nie chce jeszcze zdać sobie z tego sprawy. 
W tym właśnie momencie do pokoju weszła Litka Habera. Stanęła w progu, krzyknęła 

cicho i rzuciła się w stronę łóżka. Upadła na kolana, chwyciła oburącz rękę zamordowanej i 
ukryła twarz w kołdrze. 

I nagle stało się to, na co czekał Kulski. 
Oczy kapitana Buli rozszerzyły się, uniósł głowę, zagryzł wargi. Wyglądał teraz bardzo 

młodo. Wstał, podszedł do Litki i położył rękę na jej ramieniu. Powoli uniosła głowę. 

- Proszę się uspokoić - powiedział.- Nic już nie pomożemy. 

background image

Oczy Litki były pełne łez. 
- Jak to się stało? - głos jej drżał, nie starała się ukryć wzburzenia i przerażenia. 
- Ona miała narzeczonego, prawda? - Bula odpowiedział pytaniem. 
Dziewczyna przytaknęła. 
- Może go pani zawiadomić?  
Litka wyprostowała się z trudem. 
- Nie wiem, gdzie mieszka - powiedziała cicho. 
- Jak on się nazywał? - Bula najwidoczniej nie był zaskoczony wiadomością, że 

najbliższa przyjaciółka zamordowanej nie zna adresu jej narzeczonego. Dziewczyna 
bezradnie pokręciła głową. 

- Nie wiem... Na imię ma Zygmunt... Ja widziałam go dwa razy w życiu. Tutaj go nie 

przyprowadzała... 

Bula odwrócił się w stronę Kulskiego i Środy. 
- Chodźcie na chwilę - ruchem głowy wskazał drzwi prowadzące do kuchni. - Możecie 

już zwijać interes - zwrócił się do ekipy technicznej. - Powiedzcie, żeby przyjechali po ciało. 

Kiedy znikli za kuchennymi drzwiami, Litka wstała, przeszła na palcach przez pokój i 

zajrzała do korytarza. Ostatni z techników opuszczał właśnie mieszkanie. 

Bula wyszedł pierwszy. Zatrzymał się w przedpokoju i jeszcze raz uważnie obejrzał 

ciemne plamy, pozostawione przez mokre, męskie buty. Jego wzrok powędrował wzdłuż 
ściany w kierunku drzwi, prowadzących do pokoju. W kącie stała duża, żółta teczka. Zaklął 
cicho. Jak to się mogło stać, że nie zwrócili na nią dotychczas uwagi? 

Pewnie myśleli, że to któregoś z nas - Bula usprawiedliwił sam przed sobą chłopców z 

ekipy. Wyjął chusteczkę, owinął nią uchwyt i przeniósł teczkę do pokoju. 

- Panno Litko - powiedział przymilnym tonem - czy nie zechciałaby pani zrobić nam 

herbaty? 

Kiedy Litka wyszła, Bula uniósł teczkę nad łóżko, otworzył, odwrócił do góry dnem i 

potrząsnął. 

Kulski i Środa stanęli koło niego. Wszyscy trzej przyglądali się w milczeniu dość dużej, 

starannie złożonej mapie. Kapitan ujął w dwa palce kraj górnego arkusza i jednym 
energicznym ruchem rozpostarł ją na łóżku. Była to szczegółowa mapa województwa 
katowickiego. W okolicy Łabęd zaczynała swój bieg: czerwona linia. Ciągnęła się równolegle 
do dróg od miasta do miasta. W obszarach zabudowanych wiodła wzdłuż ulic, kreśliła półkola 
i trójkąty, wracała i opuszczała osiedle, wybierając najkrótszą drogę do następnego. 

- To jest ich trasa - powiedział wreszcie Środa. 
Nikt się nie odezwał. Wszyscy trzej wiedzieli, że mają przed sobą mapę należącą do 

sprawców napadu na urząd pocztowy. Starannie przygotowali akcję. Wytyczyli najkrótsze 
drogi łączące poszczególne placówki pocztowe, w których mieli realizować sfałszowane 
książeczki, wystawione na stary dowód Rybaka. Dokładnie obliczyli czas przejazdu. Nad 
odcinkami czerwonej linii widniały cyfry oznaczające minuty i sekundy. Nic dziwnego. 
Musieli zdążyć w ciągu dwóch dni. Każdy urząd mniej - to strata dwóch tysięcy złotych. 
Zrealizować w stu pięćdziesięciu urzędach pocztowych sto pięćdziesiąt książeczek - na to 
trzeba przynajmniej dwudziestu pięciu godzin. 

I to jedynie tutaj, na Śląsku, gdzie jedno miasto przechodzi w drugie i gdzie z jednego 

urzędu do drugiego można się dostać samochodem w ciągu kilku minut. W innych okręgach 
mogłoby to trwać dwa razy dłużej. 

- Nonsens - powiedział nagle Kulski. Bula i Środa spojrzeli na niego, zaciekawieni. 
- O co chodzi? - spytał kapitan. 
- Tak starannie przygotowali tę mapę po to, żeby ją nam tutaj... - przerwał nagle, tknięty 

jakąś myślą. 

background image

- Podrzucić? - uzupełnił pytaniem Bula. Umilkli. Widać było, że kapitan rozważa jakąś 

nową koncepcję czy hipotezę. 

- Tak, dzieci powiedział wreszcie.- Podrzucić. To jest właściwe słowo. 
- Skąd w ogóle wzięła się tutaj ta teczka? - zastanawiał się Kulski. - Mamy to uważać za 

prezent od mordercy? 

- Właśnie tak - odpowiedział poważnie Bula. - Synu - dodał po chwili, zwracając się do 

Środy. - Poczekasz tutaj, aż przyjdą zabrać ciało. Potem pojedziesz do komendy i dowiesz się 
w laboratorium, czy znaleźli coś ciekawego w tym naszym połowie. 

- Tak jest, szefie. 
- Not to na nas czas - kapitan skinął na Kulskiego. Od drzwi rzucił jeszcze w stronę 

sierżanta: - Przeproś gospodynię, że nie możemy zostać na herbacie. 

 
Bula ulokował się na tylnym siedzeniu, obok Kulskiego. 
Daremnie usiłował zebrać myśli, ułożyć w logiczny ciąg fakty i obserwacje, dotyczące 

związku zachodzącego pomiędzy napadem na pocztę i śmiercią Zofii Smaczyk. Dziewczyna 
była dla sprawców niebezpieczna. Tak niebezpieczna, że nie zawahali się przed 
morderstwem. Dlaczego? Kapitan miał już wyrobiony pogląd na tło morderstwa i jego 
okoliczności. Szereg punktów należało jednak jeszcze wyjaśnić. 

Zamknął oczy i wrócił myślą do wieczoru, kiedy odebrał telefon, zawiadamiający o 

napadzie. Na próżno. Obraz tonącego w półmroku urzędu przysłoniła natychmiast wizja 
zastygłych w przerażeniu oczu dziewczyny. Bula nie mógł odpędzić natrętnie powracającej 
myśli, że ta śmierć obciąża go osobiście, że jego obowiązkiem było ocalić dziewczynę, 
przeszkodzić mordercy. Schwytanie go, przekazanie sądowi - był pewien, że to już kwestia 
godzin - nie wróci jej życia. A przecież nie zaniedbali, zdawałoby się, niczego. Mieszkanie 
otoczyli dyskretną opieką; napad na Środę był wymownym sygnałem, że ktoś niepożądany 
kręci się na Krakowskiej. Wszyscy wchodzący i wychodzący z domu byli bacznie 
obserwowani. Nie zapomnieli również o podwórzu, wyjścia od strony parku pilnował dniem i 
nocą drugi funkcjonariusz. Trudno było przewidzieć, że ktoś przemknie się przez strychy z 
sąsiednich budynków, korzystając z przeciwpożarowego „korytarza”, przebitego jeszcze w 
czasie okupacji. Ostatecznie nic nie wskazywało ha to, że życiu którejś z lokatorek 
mieszkania na Krakowskiej zagraża niebezpieczeństwo. W takim przypadku przedsięwzięto 
by znacznie ostrzejsze środki. Zadaniem funkcjonariuszy było schwytanie ewentualnego 
wspólnika Litki Habery lub Zofii Smaczyk, a nie udaremnienie zamachu na życie którejś z 
dziewcząt. Bula ponownie powtórzył sobie w duchu, że nie było żadnych podstaw do 
oczekiwania takiego zamachu. Nie poprawiło to jednak jego humoru. 

Przed rondem zatrzymało ich czerwone światło. Kapitan wodził wzrokiem po 

gmachach, pawilonach i skwerach śródmieścia. Rzadko tu bywał, nowe Katowice oglądał 
przeważnie tak jak teraz, z okna samochodu. Akcje wszystkich niemal spraw, które ostatnio 
prowadził, rozgrywały się na przedmieściach. 

Widok, jaki miał przed oczyma, pozostawał w jaskrawym kontraście z ciemnymi, 

szarymi domkami osiedli robotniczych, budowanych przed wojną przez zarządy wielkich 
koncernów i administracje spółek przemysłowych. Nowoczesny, urbanistyczny kształt 
śródmieścia, uzasadniony materialnymi potrzebami przemysłowej stolicy kraju, wydawał się 
jakąś formą ekspiacji historii, zadośćuczynienia za lata szpetoty i prymitywu. Bula miał w tej 
chwili wielką ochotę zatrzymać samochód, wysiąść i beztrosko powałęsać się po szerokich 
chodnikach i alejkach, zajrzeć pod pomnik, zejść w podziemia Ronda, usiąść w grudniowym 
słońcu na ławce koło hali widowiskowej. 

- Więc który z nich zabił - głos Kulskiego przywołał go do rzeczywistości - pierwszy 

czy drugi? 

- Pierwszy - mruknął Bula. 

background image

- A jeżeli za pierwszym razem dzwonił ktoś, kto znał zamiary mordercy? I chciał, 

żebyśmy go nakryli? 

- Nie. Za krótki odstęp czasu. Nie zaryzykowałby spotkania tam, w tym mieszkaniu. 
Kulski zamyślił się. Jeżeli za pierwszym razem dzwonił morderca, to kim mógł być ten 

drugi? Kim był mężczyzna, którego funkcjonariusze zauważyli, kiedy wchodził przed ósmą 
do budynku przy ulicy Krakowskiej, i po którym wszelki ślad zaginął? Czy podobnie jak 
tamten wymknął się strychami? 

- Musiał przyjść dosłownie kilka minut po nim... - powiedział. 
Bula skinął głową. 
- To wynikało z jego planu. 
- Tego drugiego? 
- Nie, mordercy. Odwróć swoje rozumowanie. Morderca musiał wiedzieć, że ten drugi 

przyjdzie, I to właśnie on po nas zadzwonił, licząc na to, że zastaniemy tamtego przy 
zwłokach. 

- A tymczasem nasza niedoszła ofiara wyniosła się po angielsku, tak? 
- Uhm... 
- Dlaczego? 
- Tego nie wiem. Pewnie się przestraszył. 
Kulski spojrzał na niego podejrzliwie. 
- Ty wiesz, kto to był - zabrzmiało to jak stwierdzenie faktu. 
- O którym myślisz? O pierwszym czy o drugim? 
- O tym, który się przestraszył... 
- Nie. Nie wiem. 
- A pierwszy? 
- Morderca? Mój drogi, tego powinieneś się był już sam domyślić. Osobiście widzę 

dwóch kandydatów do stryczka. Pozostaje nam tylko jedno. Stwierdzić, który z nich jest jej 
prawdziwym ukochanym... 

Drzwi otworzył Płata. Stał chwilę, zaskoczony, wodząc niepewnym wzrokiem po 

twarzach przybyłych. 

- Dzień dobry. Możemy wejść? - spytał uprzejmym tonem Bula. 
Oho... - pomyślał Kulski. Taki ton kapitana nie wróżył gospodarzowi nic dobrego. Płata 

zreflektował się. 

- Proszę, proszę - przepuścił przybyłych, zamknął drzwi i zaprosił ich do pokoju. 

Wskazał Kulskiemu i kapitanowi krzesła przy stole, a sam podszedł do stojącego w rogu, pod 
oknem, biurka. 

Otworzył szufladę i wyjął z niej pęk kluczy. 
- Proszę bardzo, panie kapitanie. To są te klucze, o które pan pytał. Rzadko wychodzę z 

tego pokoju. Biurko jest zawsze zamknięte. Napijecie się, panowie, herbaty? Wiem, że mnie 
pan podejrzewa. Nie umiem powiedzieć, jakie to dla mnie bolesne. Całe życie uczciwie 
pracowałem. Niestety nie mam w domu kawy ani nic innego. Nie stać mnie na to. Te znaczki. 
Proszę pana, ja nie handluję. Pan tak to wtedy powiedział, że ja... Wymieniam. Nie mogę 
kupować wszystkiego, co chciałbym mieć. Korzystam z tego, że pracuję na poczcie. Może to 
nielojalne. Ale pan zrobił ze mnie spekulanta... 

- Przepraszam - powiedział Bula. - Proszę mnie zrozumieć. Prowadząc śledztwo muszę 

czasem mówić ostrzejszym tonem... 

Płata wstał i ruszył do drzwi. 
- Zrobię herbatę - zdecydował. 
- Nie trzeba. Jesteśmy właśnie po śniadaniu - skłamał kapitan. 
Płata wrócił powoli na miejsce, usiadł i patrzył na nich wyczekującym wzrokiem. 

background image

- A propos znaczków - przypomniał sobie Bula - pokaż ten klaser. - Wyciągnął rękę w 

stronę Kulskiego. 

- Ja... - zawahał się zagadnięty. 
- Prawda, dałeś mi go w samochodzie - Bula schylił się do teczki, która stała oparta o 

jego krzesło, otworzył ją i wydobył popielaty klaser. - Nasz lekarz jest filatelistą, podobnie 
jak pan - powiedział, pokazując Płacie „astronautyczną” serię. - Kupił to wczoraj i zadręcza 
mnie wątpliwościami. Mówi, że te znaczki mają jakieś błędy drukarskie. Czy pan ma tę serię? 

Płata skinął potakująco głową. Przyglądał się znaczkom z zainteresowaniem. 
- Nic nie widzę - powiedział wreszcie. 
- Można by porównać? Gdyby pan mi zechciał pokazać swoją - podchwycił Kulski. 
- Oczywiście. Bardzo chętnie. - Płata wstał i otworzył szafę. Na środkowej półce 

widniał rząd klaserów, identycznych jak ten, który leżał przed nimi na stole. 

Zosia mówiła prawdę. Klaser, znaleziony w jej mieszkaniu, mógł należeć do Płaty. Fakt, 

że ten ostatni nie kwapił się z rozpoznaniem swojej własności, wydał się Kulskiemu 
znamienny. A jednak... Skoro Płata miał ową serię u siebie w domu, to ta w przyniesionym 
przez nich klaserze nie pochodziła z jego zbiorów. 

Cała ta mistyfikacja miała im dać odpowiedź na pytanie, czy Płata ma tę serię u siebie. 

Otrzymali odpowiedź twierdzącą, a więc negatywną. Trzeba było jeszcze raz przemyśleć 
sprawę. Nie pozostawało nic innego, jak przystąpić do właściwego celu wizyty u Marka 
Płaty. Bula powiedział kilka złośliwości pod adresem filatelistycznej wyobraźni Kulskiego, 
zamknął klaser i położył go przed gospodarzem. 

- Takie same - mruknął z pozorną obojętnością. Istotnie obydwa klasery - Litki i Płaty - 

były identyczne. Miały też za sobą równy mniej więcej okres służby. Okładki były w tym 
samym stopniu przybrudzone, rogi pozaginane i wytarte. 

Nagle Płata drgnął, zmarszczył czoło i wskazując palcem klaser, przyniesiony przez 

Bulę, spytał dziwnym głosem; 

- Skąd pan to ma? 
Oho - pomyślał Kulski. - Ryba bierze. 
- O co chodzi? - zainteresował się uprzejmie Bula. 
- To jest klaser mojego syna - powiedział bez wahania Płata. 
Trzeci kandydat - ucieszył się w duchu Kulski. Spojrzał uważnie na przyjaciela, jakby 

chcąc dociec, czy Bula spodziewał się takiego obrotu sprawy. Twarz kapitana wyrażała 
konwencjonalne zdziwienie, pozbawione rzetelnego zainteresowania. 

- Pan się chyba myli - powiedział. - Skąd masz ten klaser? - zwrócił się do Kulskiego. 

Ten w odpowiedzi spiorunował go wzrokiem. Na szczęście Płata, nie czekając na 
wyjaśnienia, ciągnął dalej: 

- Nie mylę się, proszę popatrzeć - podsunął Buli obydwa klasery - tutaj... 
W dolnym rogu albumu, znalezionego na etażerce w mieszkaniu Litki, widniała na pół 

zatarta litera. 

- Obydwaj z synem - wyjaśnił Płata - zbieramy znaczki w identycznych klaserach. Żeby 

się nam nie myliły, Marek znaczy swoje literą „M”. 

- Marek? - zapytali równocześnie Bula i Kulski. 
Kapitan wymyślał sobie w duchu od półgłówków. 
Płata popatrzył na nich zdziwiony. 
- Marek, mój syn... O co panu chodzi? 
- Pan też ma na imię Marek, prawda? - Bula nie patrzył mu w oczy. 
- Owszem. To imię należy do naszych tradycji rodzinnych. Podobnie - dodał, 

uśmiechając się niepewnie - jak filatelistyka. 

Bula położył na stole teczkę i wyjął z niej mapę. 

background image

Płata zerwał się na równe nogi, podbiegł do kapitana i chwyciwszy teczkę obejrzał ją ze 

wszystkich stron. 

- To jest teczka Marka! - krzyknął piskliwym głosem. - I mapa! Na miłość boską, 

panowie, co to wszystko znaczy?! Mój syn?!... - Urwał. Wbił błagalne spojrzenie w kapitana. 

- Proszę się uspokoić. Markowi nic się nie stało. 
- Skąd macie te rzeczy?! 
- Powtarzam, że synowi nic się nie stało. Niestety, jedna z pana pracownic nie żyje... 
- Nie żyje?... - Płata nie mógł oderwać oczu od teczki i mapy. - Jak to... nie żyje?! Co się 

stało? Habera? 

- Zofia Smaczyk. Dziś rano została zamordowana w swoim mieszkaniu na Krakowskiej. 
- Zamordowana?... - Płata cofnął się i usiadł, a raczej upadł na krzesło. - 

Zamordowana?... Kto?... 

- Syna nie ma w domu? - rzucił Bula. Płata bezradnie poruszył ręką. Widać było, że jest 

półprzytomny z przerażenia. - Dokąd poszedł? - Bula dwukrotnie powtarzał pytanie, zanim 
Płata podniósł głowę. Patrząc przed siebie powiedział bezbarwnym głosem: 

- Dzwonili po niego z bazy... wyszedł dwadzieścia minut temu... 
- Kto dzwonił? 
- Sekretarka... Plucińska... 
- Kto odebrał telefon? 
- Ja... Zawołałem syna, Marka... - zerwał się nagle, podbiegł do Buli i chwycił go 

kurczowo za ramię. - Wy myślicie... Wy myślicie... 

Bula oswobodził łagodnie ramię. 
- A co pan myślałby na naszym miejscu? Proszę nam powiedzieć, czy Marek... czy syn 

ma narzeczoną? Sympatię? 

- Marek? - Płata pomimo przerażenia popatrzył na niego zgorszony. - On ma dopiero 

dwadzieścia trzy lata... Musi się jeszcze uczyć. I pracować... 

- Więc nie ma dziewczyny? 
- Oczywiście, że nie! 
- Czy pan w jego wieku także stronił od dziewcząt? 
- Ja? Wtedy była okupacja. Walczyłem. Potem pracowałem. Całe życie. Ożeniłem się 

mając trzydzieści cztery lata. Żona była jedyną kobietą w moim życiu. Umarła... - przerwał 
nagle. - Ale to nie ma nic wspólnego z moim synem - zakończył gwałtownie. 

Bula obserwował go z rosnącym zainteresowaniem. 
- Wydaje mi się - powiedział ostro - że jest pan w błędzie. 
- Co to ma znaczyć? 
- Kapitan uważa - wtrącił Kulski - że pańskie poglądy życiowe jednak mogą mieć coś 

wspólnego ze sprawą syna... 

- Nie rozumiem? 
- Myślę - powiedział Bula - że syn ma dziewczynę. Ma lub miał. I że jest nią Litka 

Habera, albo że była nią Zofia Smaczyk. 

- Ja bym mu dał! - Płata zacisnął pięści. Gniew wziął w nim górę nad strachem i 

przygnębieniem. W tym momencie jego wzrok padł na leżącą przed Bula teczkę. Zamilkł. 

Kapitan wstał i podszedł do telefonu. 
- Numer bazy? 
- Pięćdziesiąt jeden - dwadzieścia - sześćdziesiąt dziewięć - powiedział machinalnie 

Płata. 

- Z panią Plucińską - rzucił Bula. W słuchawce odezwał się chrapliwy, męski głos. - 

Ktoś dzwonił po pana Marka Płatę - powiedział wyjaśniającym tonem kapitan. Głos 
zabrzmiał znowu, tym razem tłumaczył coś niecierpliwie. Bula kiwał potakująco głową. 
Wreszcie podziękował i odłożył słuchawkę. 

background image

- Czy głos tej kobiety, która dzwoniła po syna - zapytał, patrząc na Płatę - nie wydawał 

się panu znajomy? 

- Nie... Chyba nie. Był zresztą jakiś przytłumiony... 
Chustka - pomyślał Bula. - Albo szalik. A więc jednak. 
- Plucińska - powiedział dobitnie - wyszła dwie godziny temu. W bazie nikogo nie ma. 

Nawet centrala telefoniczna jest już nieczynna. Rozmawiałem ze strażnikiem. 

Płata wpatrywał się w niego szeroko rozwartymi oczyma. 
- Skąd pana syn ma tę mapę? - zainteresował się Kulski. 
- To służbowa. - Głos Płaty brzmiał martwo, obojętnie. Widać było, że załamał się 

ostatecznie. - Takie mapy dostali wszyscy inżynierowie pracujący w bazie transportowej... 

Bula wstał. 
- Proszę nam dokładnie powtórzyć wszystko, co mówił pana syn, rozmawiając z tą 

fałszywą Plucińską. 

Płata pokiwał bezradnie głową. 
- Powiedziała, że chce rozmawiać z Markiem. Zawołałem go... Nie wiem, o czym 

mówili... nic już nie wiem... 

Bula podszedł do niego i rzekł z naciskiem: 
- Niech pan dobrze pomyśli. Każde słowo może mieć duże znaczenie. Synowi może w 

tej chwili grozić bardzo poważne niebezpieczeństwo. Panie Płata... 

Płata siedział bez ruchu. Osiągnął już stan, w którym nic nie mogło pogłębić jego 

rozpaczy i strachu. Po chwili wzruszył ramionami. 

- Nic nie pamiętam. Marek mówił tylko „tak” lub „nie”... W pewnym momencie 

powiedział... zapytał chyba: „jak się tam dostanę?” - czy coś takiego... 

- „Jak się tam dostanę”? - Kulski rzucił szybkie spojrzenie kapitanowi. 
- Tak... tak mi się zdaje... 
- Nie powiedział, gdzie ma się dostać?  
Płata zaprzeczył ruchem głowy. 
 

ROZDZIAŁ V 

 
Mężczyzna patrzył podejrzliwie na Litkę. 
- Jesteś pewna, że udało ci się ich wykiwać? 
- Znasz mnie. Gdybym nie była pewna, nie przychodziłabym tutaj. 
- Mimo wszystko to szaleństwo. 
- Żałujesz? - Ułożyła się wygodnie na tapczanie. Kolana podciągnęła niemal pod brodę. 

Mężczyzna odłożył papierosa i usiadł koło niej. Cofnęła się, robiąc mu miejsce. 

- Pytali o ciebie, wiesz? 
- Co powiedziałaś? 
- Że nie znam twojego adresu. Przypomniałam sobie tylko, jak masz na imię. 
Mężczyzna skinął głową. Litka nagle spoważniała. 
- Strasznie narozrabiałeś - powiedziała twardo. Wzruszył ramionami. 
- Musiałem. To przez ciebie. Trzeba być skończoną idiotką, żeby we wspólnym 

mieszkaniu trzymać takie listy. O mały włos byłabyś wszystko zawaliła. 

- Zapomniałam o nich. Dostałam je już tak dawno. Pisałeś przecież na długo przedtem, 

zanim zacząłeś się „interesować” Zosią... - Wzdrygnęła się. - Strasznie wyglądała. Nie można 
było... inaczej? 

- Czy to nie wszystko jedno? - skrzywił się. Po chwili zapytał: 
- Wsadziłaś mapę do klasera? 
- Nie. - Uniosła się na łokciach. - Zapomniałam ci powiedzieć, on zostawił teczkę w 

przedpokoju. 

background image

- Bałwan - prychnął mężczyzna. - Więc do tej teczki? 
- Tak. 
- Nie zauważyli? 
- Oni? Mogłabym, bo ja wiem co... Miałam masę czasu. Wyszli do kuchni. A ty 

zostawiłeś w przedpokoju ślady butów. 

- Nie bój się - powiedział morderca. - Trzewiczki płyną już Przemszą do morza. Kazała 

mi zdjąć buty. Zawsze miała fioła na punkcie podłogi... 

- Żal mi jej mimo wszystko... 
- Żebyś słyszała, co o tobie mówiła, kiedy tu przyszła z tymi listami! Nazwała cię żmiją 

i zdzirą. Mnie też nieźle się dostało. Wygadałaby się przed milicją jak amen w pacierzu. 

- Niczego by nam nie udowodnili, 
- Ale zaczęliby się mną interesować. Tamtych dwóch konfrontowali z tymi babkami z 

poczty. Wystarczyłoby... 

- Taka była wściekła, a jednak cię wpuściła?... 
- Mam swoje sposoby - powiedział, krzywiąc się w uśmiechu, mężczyzna. Nagle 

sposępniał. 

- A ten kretyn zwiał stamtąd! Kto mógł się tego spodziewać! 
- Za wcześnie zadzwoniłeś na milicję. 
- Dwadzieścia po siódmej. Nie mogłem czekać dłużej... Kiedy wychodziłem z 

mieszkania, on był już przed domem. No, nic - to się naprawi. 

- Drugi trup - powiedziała ponuro Litka. - Narobią cholernego gwałtu... 
- Znajdą przy nim list i będą szczęśliwi, że mają to z głowy. 
- Gdybym zaprzeczyła, że do niego dzwoniłam i prosiłam, żeby poszedł do Zosi, to i tak 

by się nie wykręcił. 

- Ale zawsze byłby jakiś swąd... A tak cichutko, spokojnie... 
- Jesteś pewny, że uwierzą? 
- Jasne - powiedział z przekonaniem morderca. - Klucze od tatusia, klaser, mapa, 

jeszcze ta teczka... wreszcie samobójstwo. Mówię ci, będą zadowoleni, jakby im kto w 
kieszeń napluł... 

- Widzisz, jak to dobrze, że wzięłam tę mapę? - ożywiła się Litka. - Gdybyś ją od razu 

wsadził do klasera, to mogłoby się wydawać dziwne... Rzecz byłaby szyta zbyt grubymi 
nićmi. 

- Przecież specjalnie czekałem z tą mapą pod szpitalem... 
- Głupi szczeniak - rzuciła po chwili Litka. 
- Cholernie zakochany, co? - spytał z uśmiechem mężczyzna. Pochylił się, objął ją i 

pocałował w usta. Oddała pocałunek i odepchnęła go. 

Spojrzał na zegarek. 
- No, trzeba się zbierać... - Zdjął marynarkę, wyjął z szafy kurtkę, włożył ją, zapiął 

starannie i trzymając w ręku zimową czapkę z daszkiem stanął pod drzwiami. 

- Tego sierżanta... też musiałeś stuknąć? - spytała nagle Litka. 
- Skąd wiesz? 
- Byłam w szpitalu. - Zaśmiała się. - Ja też mam swoje sposoby... 
- Przecież mógł go stuknąć pierwszy lepszy bandzior. 
- W tym dniu? Na Krakowskiej? 
- No dobrze. Żebyś wiedziała, że musiałem. Śledzili mnie. 
- Po co tam w ogóle chodziłeś? 
- Musiała im powiedzieć, po co jeździła do Lublina. Nie mogłem ryzykować. Gdyby 

chcieli się mną zainteresowaó... Zresztą mniejsza z tym. Chodź już. 

Dziewczyna wstała i zaczęła się ubierać. 
- Co z Karolem? - spytała, zapinając płaszcz. 

background image

- Nie martw się. Przyjdzie na czas. Skąd zadzwonisz? 
- Z budki na rogu. 
- Co powiesz? 
- Tak jak mówiliśmy. 
- A jeśli odbierze stary? 
- Powiem, że dzwoni Plucińska. To sekretarka dyrektora tej bazy, w której on pracuje... 
Kapitan sadził pod górę, przeskakując po dwa stopnie. Kulski z trudem dotrzymywał mu 

kroku. W korytarzu na drugim piętrze spotkali Środę. 

- No i co, synu? - spytał zdyszany Bula. 
- Wracam z laboratorium, obywatelu kapitanie - pomachał dwiema zapisanymi kartkami 

papieru. 

- Chodźcie - Bula otworzył drzwi swojego gabinetu i nie czekając na nich podszedł do 

ściennej mapy. Stał przed nią chwilę, potem wzruszył gniewnie ramionami i odwrócił się. 

- Jest coś ciekawego?  
Sierżant podał mu kartki. 
- Porucznik Jurek mówi, że te książeczki mogły być wypisane wcześniej. 
- Co to znaczy „wcześniej”? - spytał słodkim głosem kapitan. 
- No, jakieś pół roku temu. Ale nie jest tego pewny. Atrament zmieszał się z wodą i... - 

Środa urwał nagle. Przeniósł wzrok na Kulskiego i odruchowo poprawił .bandaż. - Zgadza 
się, szefie - powiedział podnieconym głosem. - Jest coś ciekawego. Atrament! 

- Atrament! - powtórzył z namaszczeniem Kulski. 
Bula połapał się od razu. Przebiegi wzrokiem trzymany w ręku papier, położył go na 

biurku i, podchodząc do sierżanta powiedział: 

- Będą z ciebie ludzie, synu... - odwrócił się do Kulskiego: - Gdyby nie to, że coś już i 

tak pomieszało im szyki, to byłby jedyny dowód... - Poklepał Środę po ramieniu. 

- O co właściwie chodzi? - zniecierpliwił się Kulski. 
- Synu, wytłumacz panu doktorowi - powiedział z ironią Bula. 
Sierżant, nieco speszony, zaczął wyjaśniać: 
- Habera mówiła, że wpisywała te fałszywe wkłady długopisem, Zresztą nie miała nawet 

przy sobie pióra... 

- Aha! - Kulski domyślił się wreszcie, o co chodzi. - Tymczasem naprawdę wypełnione 

są atramentem. Czyli że były wypisane wcześniej, czyli że Litka była wspólniczką sprawców 
napadu... 

- Doktor pozostaje w ścisłym kontakcie z tym słynnym jasnowidzem spod Skierniewic... 

- rzeczowo wyjaśnił Środzie kapitan. Silił się na kpiący ton, widać było jednak, że coś leży 
mu na sercu. Kulski spojrzał na niego badawczo. 

- Myślisz, że zwiała? 
- Myślę, że mamy cholernie mało czasu. Nie dlatego, że zwiała. Wprost przeciwnie. 
- Przecież są już dowody. - Sierżant wskazał ruchem głowy przyniesione z laboratorium 

papiery. 

- Tak, synu - powiedział z westchnieniem Bula. - Pech tylko, że ona o tym nie wie. 
- To chyba lepiej?! - zbuntował się Kulski. 
- Jak dla kogo - rzucił cierpko kapitan. - Osobiście nie chciałbym być teraz w skórze 

właściciela tej mapy. 

- To znaczy czyjej? 
- Ba, żebyśmy to wiedzieli. Jednego z dwóch... zakochanych. Ta parka nie żartuje. A 

przecież widać na pierwszy rzut oka, że chcą kogoś wrobić. Nikt z nich nie przypuszcza, że 
mamy te książeczki. Inaczej Smaczyk żyłaby jeszcze... A oni byliby już daleko... Teraz czują 
się bezpieczni. Ale wiedzą, że jesteśmy na dobrym tropie. Dużo bym dał za to, żeby wiedzieć, 

background image

co knują... - Ponownie podszedł do mapy i wodził po niej ponurym wzrokiem. Kulski 
obserwował go z dziwnym uśmieszkiem. 

Nie wiesz, gdzie ich szukać? 
Bula wzruszył ramionami. 
- A ty wiesz? - burknął. 
 
Marek zatrzymał taksówkę przed oświetloną wystawą małego sklepu jarzynowego. 

Zapłacił kierowcy, wysiadł i obserwował manewry szarej warszawy, która kilka razy 
wjeżdżała tyłem na chodnik, zanim nawróciła w wąskiej, wyboistej ulicy Bacha. Kiedy 
samochód zniknął za zakrętem, Marek postawił kołnierz, wsadził ręce do kieszeni i ruszył 
przed siebie. Mijając zakratowane okna urzędu pocztowego, podniósł głowę. Szyby były 
ciemne, tylko jedna jaśniejsza, pionowa kreska zdradzała, że za drewnianymi okiennicami 
pali się światło. 

Rozejrzał się nieznacznie dokoła i wszedł do sieni. Spoglądając lękliwie w stronę 

dozorcy, nacisnął klamkę. Wsunął się do środka i z westchnieniem ulgi zamknął za sobą 
drzwi. 

Na biurku Litki Habery świeciła się mała metalowa lampka. W jasnym kręgu widać 

było niebieskie plamy na biurowej teczce. W pierwszej chwili wydało mu się, że w salce nie 
ma nikogo. Dopiero po kilkunastu sekundach zauważył Litkę. Siedziała bez ruchu przy 
odsuniętym od kontuaru biurku Płaty i patrzyła na wchodzącego. 

- Kochanie - Marek podszedł do niej szybko, pochylił się i pocałował ją. Litka przytuliła 

twarz do jego ramienia. Gdyby mógł teraz spojrzeć w jej oczy... Opowiedziała mu pokrótce o 
wszystkim, co się wydarzyło, tak jak to przedstawiła milicji. Słuchał w milczeniu, 
wstrząśnięty, współczujący, wpatrzony w nią zakochanym wzrokiem. W pół-świetle, na tle 
mrocznej głębi sali, była uwodzicielsko ładna. Wyglądała jak aktorka, kreująca postać dobrej 
wróżki. 

Wiedziała już o zamordowaniu Zofii Smaczyk. Nie mogła sobie darować, że prosząc 

Marka o przyniesienie jej do szpitala ubrania, naraziła go na takie przykrości. 

Żachnął się. 
- Słuchaj - powiedział, biorąc ją za rękę - dzisiaj powiem ojcu. 
Gdyby nie okoliczności, kontrast między heroicznym tonem tego oświadczenia a jego 

banalną treścią musiałby uderzyć najmniej skłonnego do refleksji słuchacza. Wolny, 
pracujący, dwudziestokilkuletni mężczyzna boi się powiedzieć ojcu, że ma dziewczynę? 

Litka przestraszyła się. 
- Jeszcze nie - powiedziała szybko. - Obrzydziłby mi życie. Tobie zresztą także. Znasz 

go przecież. Musimy być cierpliwi, Marku... Ja znajdę inną pracę. Ty zapiszesz się do 
spółdzielni mieszkaniowej... Do tego czasu ani mru-mru... 

- Jak długo jeszcze będziemy się tak przekradać ciemnymi uliczkami dwa razy w 

tygodniu? - powiedział z goryczą. 

- Mareczku... bądź dobry... - Po kilku kontrargumentach ustąpił. Mimo wysiłków nie 

potrafił ukryć uczucia ulgi. 

- Kochanie... - odezwała się po chwili Litka. - Chciałabym cię o coś poprosić... Ale 

przyrzeknij, że mi to zrobisz... 

- Zrobię dla ciebie wszystko, co będę mógł... 
Przylgnęła do niego. Mocno przycisnęła jego rękę do piersi. 
- Marku... - szepnęła - tak się boję... 
- Boisz się? Czego, na miłość boską?! 
- Ja wiem, kto zabił Zosię... 
- Ty wiesz? - Wyprostował się, zdumiony. - Wiesz?... Dlaczego nie powiedziałaś 

milicji?! Kto? 

background image

- Nowak. Jej narzeczony. Słyszałam, jak jej groził... 
- Narzeczony? Ależ... dlaczego? 
- On tylko wygląda normalnie. To wariat. Był potwornie zazdrosny. Wyobraził sobie, że 

Zosia go zdradza. Robił jej straszne sceny. 

- Nigdy mi o tym nie mówiłaś. 
- Myślałam, że tak tylko się kłócą... A teraz on... Słuchaj - ściszyła głos - on... on także 

mnie groził. Powiedział trzy dni temu, że zabije Zosię i mnie. Nas obie. 

- Groził tobie? Dlaczego tobie? - Marek był szczerze przejęty, jednak w jego głosie 

zabrzmiało teraz bezgraniczne zdumienie. 

- Powiedział, że ja o wszystkim wiedziałam, że obie z Zosią śmiałyśmy się z niego... 

Och, Marku. Ty nie wiesz, jaki on jest... 

- Trzeba natychmiast dać znać milicji. 
- Nie! - zacisnęła palce na jego ramieniu. - Nie! Nie ma żadnych dowodów. On to mówił 

bez świadków. Przecież mi nie uwierzą. Milicja go przesłucha i wypuści, a wtedy... Nie, 
Marku, to by nic nie pomogło. Dlatego umówiłam się z tobą tutaj... 

- Kochanie, uspokój się. Będę cały czas z tobą... 
- Musisz wrócić do domu. Ojciec... Ale słuchaj, coś wymyśliłam. 
Wyłuszczyła swój plan. Chodziło o napisanie listu. Jego rzekomym autorem miał być 

jakiś chłopak, któremu Zosia odmówiła spotkania, tłumacząc to miłością do narzeczonego. 
Chłopiec napisałby, że jest zrozpaczony, że nie może bez niej żyć... 

- Rozumiesz, Marku - kończyła - jeżeli oddam mu ten list i powiem, że nadszedł już po 

jej śmierci, przekona się, że była mu wierną. 

Markowi przemknęło przez myśl, że taki list niczego jeszcze nie dowodzi. Fakt, że 

dziewczyna nie chce się z kimś spotykać, nie musi oznaczać, że nie spotyka się z kimś innym. 
Nic jednak nie powiedział. Zrobiłby wszystko, żeby uspokoić Litkę, żeby mogła przestać się 
bać. Zapytał: 

- Chcesz, żebym to ja napisał? 
Dziewczyna skinęła głową. 
- Tak. On chyba zna mój charakter pisma. 
Marek zastanawiał się, czy próbować ją jeszcze przekonywać, że będzie znacznie lepiej 

po prostu pójść na milicję. Ale ujrzał jej szeroko otwarte, pełne lęku oczy i zdecydował się. 

- No, dobrze - powiedział. - To daj jakąś kartkę. - Więc jak to ma być? - zapytał, 

wyjmując pióro. 

- Poczekaj. Spróbuję ci podyktować. Może tak - zaczęła przechadzać się wzdłuż 

kontuaru. - Pisz: Najdroższa Zosieńko! Nie chcesz mnie i mojej miłości. Piszesz, że kochasz 
narzeczonego... 
Napisałeś? - Litka zatrzymała się nad nim i zerknęła mu przez ramię. Przed 
chwilą nieznacznie wyjęła z torebki wieczne pióro. Podniosła je teraz, stojąc tuż nad nim, i 
wypuściła kroplę atramentu na papier. Krzyknęła. 

- Och, Marku, popatrz, co zrobiłam! - Opanowała się. - No, trudno, nic nie szkodzi, pisz 

po prostu niżej. Nie, nie tutaj na plamie, tylko niżej. O, tak. Nie będę już wywijać piórem, 
przepraszam. 

Marek posłusznie pisał dalej: 
Myślałem długo o tym, co się stało, i podjąłem decyzję. To była gra o życie. 

Przegrałem... 

Ma talent - uśmiechnął się, pochylony nad listem. 
- Poczekaj - powiedziała Litka. - Wrzucę to tylko do skrzynki. Za minutę będę z 

powrotem... 

Zaraz za drzwiami włożyła rękawiczki, wyjęła list z koperty, rozpostarła go na ścianie, 

starannie założyła górną część kartki, wyrównała zagięcie kciukiem i równo, pewnie oddarła. 
Na górnej krawędzi arkusza pozostała część atramentowej plamy. Nikt nie mógł przypuścić, 

background image

że tekst, który napisano na tym papierze, zaczynał się powyżej plamy. Wyglądało na to, że 
ktoś napisał na pierwszej lepszej kartce list, zaczynający się od słów: Myślałem długo o tym, 
co się stało i podjąłem decyzję. To była gra o życie. Przegrałem... 

 
- Nie ruszaj się. - Głos mężczyzny zabrzmiał tuż za nim. 
Marek odwrócił głowę i ujrzał skierowaną w siebie lufę pistoletu. Oparty jedną ręką o 

biurko Litki, stał przed nim morderca Zofii Smaczyk. Nie mógł to być nikt inny. Pierwszym 
odruchem Marka było ostrzec Litkę! Już otwierał usta, kiedy uprzytomnił sobie, że drzwi od 
ulicy są zamknięte. A więc ten człowiek był tutaj cały czas z nimi... 

W drzwiach stanęła Litka. 
 
- Zwolnij trochę - Bula patrzył niechętnie na strzałkę szybkościomierza. Od dłuższej 

chwili drgała w obrębie dziewięćdziesiątki. Szybciej nie można było jechać, ulica przed nimi 
wiła się między bezładnie rozrzuconymi domami. Światło reflektorów wyłuskiwało duże, 
głębokie kałuże. 

- Straciliśmy mnóstwo czasu - mruknął Kulski. 
- Musimy zaczekać na tamtych - odpowiedział kapitan. 
Środa z chłopcami był w drugim radiowozie, jadącym okrężną drogą. Mieli do 

czynienia z ludźmi, gotowymi na wszystko. Nie mogli pozwolić im się wymknąć. 

Kulski siedział z obojętnym wyrazem twarzy, maskującym niepewność i podniecenie. 

Przekonał ich. Jeżeli się mylił, nowe poszukiwania mogą się okazać spóźnione... Nie 
pierwszy raz brał udział w takiej akcji. Dotknął kieszeni płaszcza, namacał twardy, metalowy 
przedmiot, wręczony mu przed wyjazdem przez Bulę i uspokoił się. Nie mogli ryzykować 
spotkania w mieszkaniu - ani jego, ani tym bardziej jej. Kierowca zwolnił i zgasił światła. 
Bula spojrzał na zegarek. 

- Zatrzymaj się. 
Milicyjna warszawa powoli podjechała do krawężnika. Tuż przed nimi, za rogiem, 

zaczynała się ulica Bacha. 

 
Marek skulił się raptownie i skoczył w lewo, za biurko, równocześnie strącając ręką 

lampę. Rozległ się huk pękającej żarówki i zapadła ciemność. Porwał krzesło i uderzył 
napastnika w plecy. Pistolet upadł na podłogę. Rzucił się w głąb sali i dopadł do telefonu. 
Porwał słuchawkę i gorączkowo wykręcał numer pogotowia milicyjnego. Zauważył, że Litka 
podbiegła do leżącego i usiłuje go podnieść. 

Palec ześliznął mu się z tarczy. Zanim ponownie zabrzmiał sygnał, poczuł na plecach 

pogrążające się w marynarce ostrze noża. 

- Spokojnie, chłoptasiu... 
Podniósł ręce i powoli odwrócił głowę. Zobaczył skrzywioną w sarkastycznym 

uśmiechu twarz drugiego bandyty... Litka stała z pistoletem w dłoni. Tamten podnosił się, 
pomagając sobie szczątkami krzesła. Klął i stękał na przemian. 

- Zwiewaj - rzucił bandyta Litce. 
- Za pół godziny u ciebie - oddala mu pistolet i wyszła, nie oglądając się. 
- Siadaj! 
Marek usiadł posłusznie przy biurku Smaczyk. 
- Rączki przed siebie! 
Położył ręce na biurku. Mężczyzna z nożem podszedł do niego, zaświecił lampkę, po 

czym schylił się i zaczął zbierać szczątki żarówki. Wsadził za płaszcz pogiętą lampę z biurka 
Litki. Okruchy szkła wsypywał starannie do kieszeni. Tymczasem pierwszy bandyta położył 
przed Markiem list, podyktowany przed chwilą przez Litkę. 

background image

- Ładnie to napisałeś - syknął. - Gliny się popłaczą. Kto by pomyślał - taka miła 

dziewczyna i syn kierownika - szydził. - W ten sposób obrobić tatusia... no, no. 

- Nikt w to nie uwierzy - powiedział Marek, nie odrywając wzroku od lufy pistoletu. 

Mimo dużego wysiłku nie udało mu się opanować drżenia głosu. Myśl o Litce była jak 
jątrząca rana. 

- Nie?... - zakpił mężczyzna. - A twój klaser w jej mieszkaniu? Pamiętasz? Ten, który 

dałeś Litce z prośbą, żeby tobie także przynosiła z poczty znaczki? Oczywiście w tajemnicy 
przed papuńciem. Nie było go w jej mieszkaniu, kiedy milicja przyszła tam w nocy, po skoku 
na pocztę. Znalazł się dopiero po morderstwie... A więc kto zabił? A twoja teczka, którą tam 
zostawiłeś? A mapa, nad sporządzeniem której tyle natrudziliście się z ukochaną... - zaśmiał 
się ironicznie. - A klucze, które rąbnąłeś tacie? Ten list? Skruszony grzesznik popełnia 
samobójstwo na miejscu pierwszej zbrodni, przy biurku swojej ofiary. Wystarczy, że strzelę z 
bliska, a potem wsadzę ci spluwę do ręki... Spluwę, z której postrzelono Litkę... Szkoda, że 
tamtej też nie sprzątnąłeś z tej pukawki. Rozumiem, nie chciałeś robić hałasu... No, teraz bez 
hałasu, niestety, się nie obejdzie... - Marek zacisnął zęby. - Uważaj, kochaneczku... 

Podnosił powoli lufę pistoletu. 
- Ręce do góry! Nie ruszać się! - Zabrzmiał od drzwi spokojny głos Buli. - Rzuć to, 

synu! 

Nowak powoli odwrócił głowę. W drzwiach stało trzech uzbrojonych mężczyzn. Uniósł 

ręce. Pistolet upadł na podłogę. Tym razem podniósł go Marek... 

W tym momencie Rybak, sądząc, że cała uwaga przybyłych zwrócona jest na Nowaka, 

rzucił się na Marka, usiłując wyrwać mu broń. Huknął strzał. Rybak złapał się za ramię i 
znieruchomiał. W powietrzu rozeszła się ostra woń prochu. Weszło jeszcze dwóch mężczyzn 
w mundurach. Za nimi, z mroku klatki schodowej wyłoniła się blada, zastygła w grymasie 
wściekłości twarz Litki Habery... 

 
- Całe życie ciężko pracowałem - zaperzał się coraz bardziej Płata - myślałem tylko o 

swoich obowiązkach i o tobie. A ty, zanim cokolwiek w życiu zrobiłeś, zadajesz się z 
szumowinami. Urządzasz sobie za moimi plecami schadzki ze złodziejkami i mordercami. 
Doczekałem się. Dobrze mi tak. Inni myśleli tylko o sobie... 

- Drogi panie - Kulski położył mu łagodnie rękę na ramieniu. - Proponowałbym odłożyć 

rozmowę na ten temat... przynajmniej do jutra. Czy pan nie zdaje, sobie sprawy z tego, co ten 
chłopak teraz przeżywa? Poza tym godzinę temu o mało nie zginął... - Bula przypomniał 
sobie nieoczekiwany, krótki wprawdzie, ale gwałtowny wybuch serdeczności ze strony 
starego Płaty, kiedy przywieźli mu syna do domu. 

Siedzieli przy tym samym stole, przy którym dziś rano Bula snuł zawiłą, kryminalno-

filatelistyczną intrygę. Płata krzątał się, przygotowując herbatę. 

- Niech pan podziękuje doktorowi - powiedział kapitan. - Gdyby nie jego praktyka u 

jasnowidza spod Skierniewic, pana syn nie żyłby już teraz. I kto wie - dodał zamyślony - czy 
kiedykolwiek dowiedzielibyśmy się, że nie był wspólnikiem Habery, tylko jej ofiarą. 

- Przecież mamy te książeczki - przypomniał Środa. - Ona wypełniła je długo przed 

napadem, atramentem, nie długopisem. Nie mogłaby się wykręcić...  

- Zgoda, synu. Litka odpowiadałaby za udział w napadzie i w kradzieży. Ale 

morderstwo poszłoby na konto młodego pana Płaty. Perfidny pomysł z tym listem... Zresztą z 
pewnością powiedziałaby, że ją namówił, że go kochała, że chcieli urządzić sobie życie... 
Wiecie, jak to jest. Dostałaby pięć, najwyżej osiem lat. Nowak przez ten czas podwoiłby ich 
kapitały. Wie pan - zwrócił się do Płaty - oni chcieli założyć stację obsługi samochodów w 
Beskidach. Na to była im potrzebna forsa... 

- A ja tak ją kochałem... - szepnął do siebie milczący dotąd Marek. Stary Płata ponownie 

poczerwieniał ze złości. 

background image

- Pieniądze - powiedział szybko Kulski, uprzedzając wybuch kolejnej awantury - były w 

piwnicy u Nowaka. Rybak się wygadał. On jest jeszcze najbardziej miękki z tej trójki. Wcale 
nie jestem pewien, czy prędzej lub później nie przydarzyłoby mu się coś złego. Jakiś 
nieszczęśliwy wypadek... Ta parka naprawdę nie żartowała... 

- Pół roku temu zaczęli przygotowywać ten skok - w głosie Środy brzmiała nutka 

uznania - wtedy, kiedy Rybak „zgubił” dowód osobisty... 

- Uhm... - podjął Kulski. - Nieźle to wykombinowali. Gdyby nie święta, gdybyśmy nie 

znaleźli tych książeczek... 

- Gdyby nie klucze - przerwał Bula - gdyby Habera była uczciwa, gdyby nie ukradli, nie 

napadli... Gdyby! Zawracanie głowy. Nie ma zbrodni ani przestępstwa, których sprawcy w 
końcu nie daliby nam do rąk wszystkich nici, mogących nas do nich zaprowadzić. Tyle tylko, 
że te nitki są poplątane... no - powiedzmy - zaszyfrowane. Trzeba w porę znaleźć klucz. I tyle. 

- Karol Rybak... - Środa wyjął z kieszeni dwa dowody osobiste i porównywał zdjęcia. - 

Faktycznie, szefie, zamienili fotografie. Przylepili prawdziwe zdjęcie Nowaka. 

- Jasne. Przecież Habera „nie znała” Nowaka. Moglibyśmy go szukać do maja. Komu 

przyszłoby na myśl posądzać narzeczonego Zofii Smaczyk... 

- Właśnie - podchwycił Kulski - mówiłeś, że chcieli zwalić winę na Smaczyk jako 

wspólniczkę pana Marka. A przecież ona naprawdę była wtedy w Lublinie. 

Bula wzruszył ramionami. 
- Chcieli nam dać do zrozumienia, że to ona sporządziła kopie kluczy, którymi posłużyli 

się napastnicy, a potem, w dniu napadu, specjalnie wyniosła się do Lublina. Znam jednego 
lekarza, który by w to uwierzył... - Spojrzał na Marka. - Na drugi raz niech pan nie daje 
nikomu służbowej mapy... To nie przewodnik turystyczny. - Bula wstał i zaczął chodzić po 
pokoju. - Oczywiście Habera oświadczyłaby, że pan nigdy żadnej mapy jej nie pokazywał. I 
jak by pan nas przekonał? Tak samo zaprzeczyłaby, że telefonowała do pana ze szpitala. 
Potrzebna jej była atmosfera ścisłej tajemnicy wokół waszej znajomości. To było coś, co 
uderzało mnie do samego początku. Dwie samotne dziewczyny. Jedna, brzydka, ma 
narzeczonego - druga, więcej niż przeciętnie ładna, żyje jak zakonnica. Z nikim się nie 
spotyka, nie ma rodziny, znajomych. Kiedy zobaczyłem Litkę Haberę przy łóżku 
zamordowanej, zrozumiałem, dlaczego morderca zabrał stamtąd listy. Nie wiedziałem jeszcze 
tylko, kto jest tym szczęśliwym ukochanym Litki. Tym prawdziwym ukochanym, podającym 
się za narzeczonego jej brzydkiej koleżanki. Podejrzewałem pana - zwrócił się do starego 
Płaty. - Trudno zaprzeczyć, że na oko prowadziliście podobny tryb życia. Dziewczyna - 
przepraszana bardzo - mogła się mizdrzyć do swojego kierownika. To czasem pomaga w 
życiu... Faktem jest jednak, że znakomicie wykorzystała pana usposobienie, drogi panie... 

- Moje usposobienie? - Płata był zdezorientowany. Słuchał jednak spokojnie. - Cóż ma 

do tego moje usposobienie? 

- O, więcej, niż się panu zdaje - powiedział bez uśmiechu Bula. - Gdyby pan był nieco 

mniejszym - powiedzmy to sobie oglądnie - oryginałem, dorosły syn nie bałby się panu 
powiedzieć, że ma dziewczynę. I nie znalazłby się dzisiaj o krok od śmierci. 

- Gdyby dorosły syn - odezwał się obojętnym tonem Kulski - miał mniej dziwacznego 

ojca - nie byłby dał drała z mieszkania Zofii Smaczyk. Bo przecież uciekł stamtąd tylko 
dlatego, żeby ojciec się nie dowiedział, co łączy go z jego pracownicą. To było coś, czego nie 
przewidzieli nawet Nowak i Habera. Otóż - powtarzam - gdyby ten dorosły syn nie bał się 
ojca, to czekałby na nas spokojnie w tamtym mieszkaniu. A wtedy pewien kapitan milicji 
wsadziłby go niechybnie do kryminału jako mordercę. Tak, tak, przyjacielu - nie wytrzymał i 
uśmiechnął się do Buli - odrobina respektu dla wapniaków jeszcze nikomu nie zaszkodziła... 
Opowiem tę historię twojemu synowi... 

 

KONIEC