background image

ARLENE ERLBACH

CHŁOPCY, RANDKI I INNE 

KŁOPOTY

background image

ROZDZIAŁ 1

Gdyby chodzenie z chłopcami było dyscypliną olimpijską, Chris Pattinos z Highland 

w stanie Illinois bez wysiłku zajęłaby pierwsze miejsce. W ciągu ostatnich dwóch lat chodziła 

z sześcioma. Dwóch zerwało z nią, a z kolei ona rzuciła czterech pozostałych. I to właśnie 

Chris uważa, że Ricky Fingerbaum poprosi mnie dziś wieczór, abym była jego dziewczyną!

Stoję w holu na piętrze i gadamy przez telefon. Zadzwoniła dokładnie w momencie, 

gdy wyszłam z wanny. Jestem tylko w bieliźnie, a z włosów kapie mi woda.

- Skąd ta pewność? - pytam. Nie wierzę w to tak mocno, jak ona.

- Wszystko  na to  wskazuje,  Henny - upiera  się Chris. - Zaprosił  cię  na specjalną 

randkę na dzisiejszy wieczór, a jutro jest pierwszy dzień szkoły. A poza tym spotykacie się 

już chyba całą wieczność i jeszcze z pół dnia na dodatek.

Nie mam pojęcia, skąd wzięła te pół dnia, ale nie jestem w nastroju, żeby czepiać się 

byle dwunastu godzin. Rick Fingerbaum to mój pierwszy chłopak i chciałabym móc uwierzyć 

Chris. Tyle tylko, że ta „wieczność i pół dnia” nie była wcale szczególnie romantyczna. Rick 

nigdy nie szeptał mi do ucha czułych słówek i nawet nie przysłał mi walentynki czternastego 

lutego. Jeśli rzeczywiście oficjalnie poprosi, żebym z nim chodziła, może podaruje mi złoty 

medalion, który nosi na szyi.

- Będzie   ci   towarzyszył   na   weselu   twojego   ojca   -   kontynuuje   Chris.   -   To   już 

najpewniejszy pomyślny znak.

Moja   mama   umarła,   kiedy   miałam   siedem   lat.   W   zeszłym   roku,   na   spotkaniu 

absolwentów  uniwersytetu  w   Chicago,   tata  poznał   Joy Kellison,  moją   przyszłą   macochę. 

Biorą ślub za kilka tygodni, a ja mam być pierwszą druhną. Moje dwie najlepsze przyjaciółki, 

Chris Pattinos i Sherry Green, też są zaproszone. Wszystkie trzy przyprowadzimy swoich 

chłopców.

W   zeszłym   tygodniu   zadatkowaliśmy   z   Rickiem   po   dziesięć   dolarów   na   prezent 

ślubny:   komplet   ręcznie   wykonanych   ceramicznych   pojemniczków   kuchennych,   które 

zestawione razem mają kształt smoka. Joy kolekcjonuje oryginalną ceramikę, więc jak tylko 

zobaczyłam  ten komplet w sklepie, od razu wiedziałam, że będzie zachwycona. Kosztuje 

osiemdziesiąt dolarów. Rick zaproponował, żebyśmy się zrzucili, ale większą część zapłacę 

sama. W końcu to prezent dla moich rodziców. Jutro rano, kiedy zacznie się szkoła, sprawdzę 

na tablicy ogłoszeniowej Szczęśliwego Trafu, czy nie znajdzie się dla mnie jakaś robota. 

Przydałoby mi się trochę dodatkowych pieniędzy, no i potrzebuję sześćdziesięciu dolarów na 

te pojemniczki.

background image

Żegnam się z Chris, suszę włosy i zaczynam szykować się na wieczór.

Rick obudził cały dom, kiedy zadzwonił do mnie o wpół do siódmej rano.

- Henny   -   oznajmił   -   dostałem   fantastyczną   wiadomość.   Pójdziemy   wieczorem   na 

obiad, żeby to uczcić.

Tata tak się wściekał, że musiałam szybciutko przerwać rozmowę. Zdążyliśmy tylko 

ustalić, o której się zobaczymy. Rick będzie tu za pół godziny, a ja jestem jeszcze nie ubrana!

W moim pokoju panuje taki bałagan, że nie mogę znaleźć niczego, co nadawałoby się 

do włożenia. Nie zrobiłyśmy w porę prania. Joy wprowadziła się do nas w zeszłym tygodniu, 

gdy   wygasła   umowa   najmu   jej   mieszkania,   gosposia   odeszła,   a   w   dodatku   wszyscy   są 

pochłonięci sprawami związanymi ze ślubem i weselem. W efekcie codzienne życic uległo 

kompletnej dezorganizacji. Miałyśmy prać dziś, ale jakoś się do tego nie zabrałyśmy.

Gaduła, mój syjamski kot, śpi na stosie ubrań w kącie szafy. Nie mam ochoty go 

budzić, ale muszę przecież znaleźć coś przyzwoitego do włożenia na siebie.

- Jak myślisz, co wydarzy się dziś wieczorem?

- pytam   go.   Gaduła   wydaje   miauknięcie,   przenosi   się   w   drugi   kąt   szafy   i   znowu 

zasypia.

Decyduję się na rudą bluzkę i spódnicę w kwiaty, którą Joy kupiła mi kilka miesięcy 

temu. To mój jedyny wyjściowy komplet ciuchów, który nie jest brudny lub wygnieciony.

Schodzę   na   dół,   by   zaczekać   na   Ricka.   Tata   i   Joy   siedzą   w   stołowym   i   grają   w 

scrabble.   Ojciec   jest   ubrany   w   starą   bawełnianą   koszulkę   z   napisem   MOOSE   CREEK. 

Inskrypcja na koszulce Joy głosi: KOCHAM MOJEGO BULLMASTIFA. Wprawdzie Joy 

jeszcze nie ma bullmastifa, ale to już kwestia dni. Jej synowa nie znosi ślinienia się Sir 

Winstona, więc już pojutrze po południu Winnie zjawi się, by odtąd zapluwać się w naszym 

domu.

- Ataraksja? Nie ma takiego słowa - uskarża się tata.

- Jest - stwierdza Joy.

Tata chwyta słownik. Joy zagląda mu przez ramię i znajduje zagadkowy wyraz.

- To znaczy „równowaga ducha”.

Joy odwraca się, by mi się przyjrzeć.

- Naprawdę ślicznie wyglądasz dziś wieczór. Wiedziałam, że będzie ci do twarzy w 

tym kolorze.

Mam nadzieję, że tak jest naprawdę.

- Powiem temu Rickowi, żeby nie dzwonił tak wcześnie - zapowiada ojciec.

- Nawet nić próbuj! - protestuję.

background image

- Skoncentruj się na scrabble - mówi Joy. Jest psychoterapeutką i wie, jak sobie radzić 

z tatą.

Ojciec wzdycha. Powracają do gry. Żadne z nich nie lubi przegrywać. Oboje należą do 

Stowarzyszenia   Graczy   w   Scrabble   w   Highland   i   oboje   są   finalistami   mistrzowskich 

rozgrywek.

Słychać   dzwonek.   Otwieram.   To   Ricky.   Jestem   tak   podekscytowana,   że   prawie 

mdleję. Rick podaje mi orchideę.

- Jaka piękna - mówię. - Dzięki!

- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiada. Z uśmiechem próbuje przypiąć mi 

ją do bluzki, ale jest tak podenerwowany, że prawie mnie przy tym kłuje. Purpurowy kwiat 

wygląda koszmarnie przy rudej bluzce, ale i tak jestem zachwycona. Może Chris ma rację? 

Purpurowa orchidea to dobry znak. To byłby idealny początek nowego roku szkolnego w 

trzeciej klasie.

Udaje nam się wymknąć bez rodzicielskich pytań, zamieszania czy też wykładu, o 

jakiej porze nie należy telefonować.

- Dokąd jedziemy? - pytam, gdy wsiadamy do samochodu.

- Do „Colonial” - odpowiada Rick. - To jedno z moich ulubionych miejsc.

Staram   się   udawać   entuzjazm.   To   oczywiście   nie   znaczy,  że   mam   coś  przeciwko 

„Colonial   Inn”.   Tylko   że   to   jedna   z   tych   restauracji,   gdzie   babcia   zabiera   cię   w   twoje 

urodziny, a nie lokal, w którym chłopak prosi, żebyś z nim chodziła. Gdybym miała ocenić 

„Colonial” pod względem romantycznego nastroju, dałabym mu ujemną punktację.

Rick prawie się nie odzywa podczas jazdy. Robi wrażenie spiętego.

- Podobno w tym roku będzie nowy nauczyciel wiedzy o społeczeństwie - informuję 

go.

- Nie będę chodził na ten kurs - ucina.

- Myślałam, że taki miałeś zamiar?

- Może w college’u, w przyszłym roku.

Ja   cieszę   się   na   lekcje   wiedzy   o   społeczeństwie.   Może   zostanę   w   przyszłości 

psychoterapeutką.   Chciałam   być   weterynarzem,   dopóki   nie   przekonałam   się   na   lekcjach 

biologii,   że   robienie   sekcji   zwierząt   przyprawia   mnie   o   mdłości.   Może   pewnego   dnia 

dokonam jakiegoś odkrycia,  na przykład,  jak zaskakiwać  facetów. Dopomogłabym  w ten 

sposób połowie ludzkości. A mnie samej z pewnością przydałaby się taka wiedza właśnie 

teraz! Na przemian ogryzam paznokcie i wyglądam przez okno.

Przed   wejściem   do   restauracji   Rick   otwiera   bagażnik   i   wyjmuje   spore   pudło 

background image

zapakowane w lśniący, biały papier. Uśmiecha się.

- To dla ciebie. Ale na razie tego nie rozpakowuj.

- Ojej! Umieram z ciekawości, co to jest.

- Warto poczekać - zapewnia mnie.

Paczka ma wymiary pudła, w jaki pakuje się suknie. Czy to jakiś żart? A może Rick 

zapakował do pudła swój medalion? Spoglądam na jego szyję, by sprawdzić, czy ma go na 

sobie, ale nie mogę nic dojrzeć pod koszulą i krawatem. Gdyby napięcie mogło zabijać, moje 

zwłoki już leżałyby na parkingu.

Rick bierze mnie pod ramię i wchodzimy do  restauracji. Hostessa prowadzi nas do 

stolika przy oknie.

Aż trudno uwierzyć, że posadzono nas zaledwie dwa stoliki od najbardziej odlotowego 

chłopaka szkoły w Highland, Trzyrandkowego Briana Andersona i jego rodziców. Brian jest 

wysoki, przystojny i ciemnowłosy. Z żadną dziewczyną nie umawia się więcej niż trzy razy. 

Jest taki fantastyczny, że stał się szkolną znakomitością. I do tego prawdziwy czaruś. Chris i 

ja nieraz dzwoniłyśmy do niego tylko po to, by usłyszeć jego głos i natychmiast odwiesić 

słuchawkę. Jestem zaskoczona, że w ogóle można go zobaczyć bez dziewczyny.

Kelner podaje nam menu.

Jestem tak pochłonięta Rickiem i zagadkową zawartością pudełka, że nie jestem w 

stanie go przeczytać.

- Co zamawiasz? - pyta Rick, gdy kelner ponownie podchodzi do stolika.

- Grzankę z serem i z pomidorem.

- W porze obiadu nie podajemy grzanek z serem - stwierdza wyniośle kelner.

- Dwa razy cielęcina Picatta - zamawia Rick. - Może być, Henny?

Nie mam pojęcia, co to jest cielęcina Picatta, ale odpowiadam:

- Doskonale.

- Czemu nie rozpakujesz pudełka? - pyta Rick.

Oddzieram   kokardę   i   ostrożnie   zdejmuję   papier.   Wewnątrz   jest   mój   prześliczny, 

olejny portret. Zaglądam do pudełka, czy nie ma w nim medalionu. Niestety. Coś mi się 

zdaje, że sprawy nie układają się dokładnie tak, jak miałam nadzieję.

- Kiedy to namalowałeś?

- Wykonałem ten portret według szkicu węglem, który zrobiłem ci w zeszłym roku. - 

Ujmuje mnie za rękę. - Gdyby nie ty, nie dostałbym pełnego stypendium.

- Stypendium? Jestem z ciebie taka dumna! Przyjęli cię w pierwszej kolejności!

Zarzucam mu ramiona na szyję i całuję go. Wszyscy obecni w restauracji zwracają 

background image

głowy w naszą stronę i przyglądają się. Starszy pan przy sąsiednim stoliku uśmiecha się.

Rick nabiera powietrza w płuca.

- Nie, nie w pierwszej kolejności. W drugiej. To stypendium do liceum sztuk pięknych 

w Północnej Karolinie. Przez rok będę mieszkał z matką.

Gdy rodzice Ricka rozwiedli się, jego matka przeniosła się do Północnej Karoliny. On 

zdecydował się zostać z ojcem.

- Kiedy wyjeżdżasz? - Zaczynam odczuwać wyraźny brak ataraksji.

- Jutro rano. Mam samolot o siódmej.

- Jutro rano! Czemu mi nie powiedziałeś! - wykrzykuję.

- Sam dowiedziałem  się dopiero dziś rano. To stypendium  uzyskała  dziewczyna  z 

Florydy,   ale   nie   mogła   go   wykorzystać.   Ja   byłem   drugi   w   kolejności.   Nawet   szkoła 

dowiedziała się dopiero dziś wczesnym rankiem. Zadzwoniłem do ciebie natychmiast, jak 

tylko dostałem wiadomość, ale po prostu nie miałem odwagi, by ci powiedzieć.

- Powinieneś był powiedzieć mi przez telefon.

- Twój ojciec tak zrzędził, że musiałem się streszczać.

- Mogłeś zatelefonować jeszcze razi - Ja... jakoś dziwnie się czułem... i musiałem się 

pakować.

- A myślisz, że jak ja się teraz czuję? - Łzy napływają mi do oczu.

- Wrócę na następne wakacje. Będziemy korespondować. Przykro mi. Słuchaj, Henny, 

żadne z nas nie ma dużo doświadczenia w umawianiu się na randki. Ta sytuacja pozwoli nam 

znaleźć nowych przyjaciół.

Dobre sobie, myślę. Chris twierdzi, że gdy chłopak zaczyna mówić o poznawaniu 

nowych   ludzi,   to   znak,   że   zbliża   się   koniec.   Poza   tym   chłopcy   są   najgorszymi 

korespondentami na świecie.

- Myślisz, że będziesz mógł przyjechać na ślub mojego taty?

- Chyba nie - odpowiada. - Moi rodzice jeszcze nie mogą pozbierać się finansowo po 

rozwodzie, a bilety lotnicze są bardzo drogie. Do ślubu zostało już tylko kilka tygodni.

Popłakuję z cicha. Nie mogę w to uwierzyć! W jednym z najważniejszych momentów 

mojego życia Rick wyjeżdża z miasta! Ludzie w restauracji muszą podejrzewać, że uciekłam 

z domu wariatów. Najpierw robię z siebie widowisko, całując chłopaka, który mi towarzyszy, 

a teraz beczę. Widzę, że Brian Anderson patrzy w moją stronę. Starszy pan obok nas wygląda 

na zmieszanego. Ja jestem jednak znacznie bardziej zmieszana. Podrywam się i biegnę do 

drzwi. Rick rusza za mną.

W   samochodzie   nie   odzywamy   się   do   siebie   ani   słowem.   Kiedy   wysiadam   przed 

background image

domem, wręcza mi kawałek papieru.

- Proszę, Henny, gdybyś chciała do mnie napisać...

Patrzę, jak jego samochód odjeżdża. Zapomniałam zabrać swój portret, ale nie zależy 

mi. Ciekawe, czy Rick pamiętał o zapłaceniu rachunku w restauracji?

Wygląda   na   to,   że   sama   będę   musiała   kupić   smokopodobny   zestaw   pojemników. 

Sama też wystąpię na ślubie taty...

Próbuję   wśliznąć   się   do   domu   cichaczem,   by   uniknąć   przesłuchania.   Niestety, 

rozgrywki w scrabble w jadalnym ciągle trwają. Tata mnie zauważa.

- Co się stało, że jesteś tak wcześnie? - pyta.

Udaję, że nie słyszę, ale podchodzi do mnie.

Odwracam głowę, żeby nie dostrzegł, że płakałam.

- Wiedziałem! - ryczy. - Ten chłopak próbował się do ciebie dobierać, prawda? Tego 

dokładnie bym się spodziewał po kimś, kto budzi cały dom o wpół do siódmej rano!

- Nic podobnego - odpowiadam. Szczerze mówiąc, gdyby próbował, nie byłoby to 

takie przygnębiające. A już na pewno bardziej ekscytujące.

- To czemu płakałaś?

Nie odpowiadam. Joy zbliża się do nas.

- No, opowiedz nam, co się stało. - Kładzie mi dłoń na ramieniu. - Martwię się, że 

jesteś taka zdenerwowana.

Kiedy Joy wyciągnęła ze mnie całą historię, poczułam się nieco lepiej.

- Nie chcę tu nigdy więcej widzieć tego chłopaka! - grzmi tata.

- Nie martw się - uspokajam go. - Będzie daleko, daleko w Północnej Karolinie.

- Słuchaj, Herman - wtrąca Joy. - Rick nie bardzo miał wybór, skoro nie chciał stracić 

stypendium. Zanim wróci, uczucia Henny do niego mogą się zupełnie zmienić.

- Nie wiem, co się może zmienić. Na razie czuję się okropnie.

Tata groźnie wpatruje się w Joy, ja również, choć zdaję sobie sprawę, że ma rację. To 

nie sprawa stypendium mnie zdenerwowała. To beznadziejny sposób, w jaki Rick zachował 

się w tej sytuacji, sprawił, że najchętniej złapałabym ten portret i walnęła go po łbie.

- Poznasz całą masę chłopców, kiedy szkoła się zacznie - stwierdza Joy.

- Nie chcę nikogo poznawać! Może się nawrócę i wstąpię do klasztoru. Nawet nie 

wiem, czy przyjdę na wasz ślub.

Tata zaczyna wchodzić za mną po schodach. Joy go powstrzymuje.

- Zostaw ją w spokoju - mówi.

Tata wycofuje się na parter. Powracają do gry w scrabble. Wieczór był kompletną 

background image

katastrofą. Jeśli miał stanowić wróżbę na mój cały przyszły rok szkolny, to wolałabym wrócić 

do przedszkola. Sama nie jestem w stanie uwierzyć, że urządziłam taką scenę w restauracji, w 

dodatku w obecności Briana Andersona. Brian i ja nie bywamy w tych samych kręgach, ale 

jeśli gdzieś się na niego natknę, będę miała ochotę schować się do mysiej dziury.

Ciskam ciuchy do szafy. Gaduła miauczy, gdy niechcący uderzam go bluzką.

- Przepraszam, kiciu. - Wyjmuję go z szafy i zabieram do łóżka. - Od dzisiaj jesteś 

jedynym stworzeniem płci męskiej w moim życiu.

- Niesłychane   -   orzeka   Chris   następnego   dnia   w   drodze   do   szkoły.   -   Mógł   cię 

przynajmniej uprzedzić.

- Ale tego nie zrobił - odpowiadam. - I to tyle na temat twoich przeczuć.

- Nikt, ale to nikt nie może wszystkiego przewidzieć w stu procentach.

Chris wygląda dziś naprawdę super. Ma nowe szare dżinsy i bluzkę w szaro - różowe 

paski.   Ja   też   miałam   zamiar   wyglądać   fantastycznie,   ale   po   ostatnim   wieczorze   ledwie 

starczyło mi energii, by zebrać się do kupy. Jestem nie umalowana, ubrałam się w spłowiałe 

dżinsy   i   w   starą   koszulową   bluzkę   w   turecki   wzór.   Na   balu   gałganiarzy   z   pewnością 

zostałabym królową.

- Na pewno kogoś ściągniesz na wesele ojca. Nie denerwuj się.

- Nie chcę ściągać „kogoś”. Na miłość boską, to ślub i przyjęcie mojego taty. Pójdę z 

kimś, kto się dla mnie liczy, albo po prostu sama.

Chciałabym, by tata i Joy cichaczem wyjechali. Ojciec ma trzydzieści dziewięć lat, a 

Joy   -   czterdzieści   jeden.   To   istne   wariactwo   zapraszać   w   tym   wieku   na   wesele   stu 

pięćdziesięciu gości. Odbijają sobie fakt, że żadnego z nich nie było stać na wielkie fety, gdy 

brali ślub ze swymi pierwszymi małżonkami. Chwilami wydaje mi się to trochę żenujące.

- A może weźmiesz Seymoura?

Wywalam język, łapię się za brzuch i udaję, że wymiotuję.

- Na miłość boską. - Znam Seymoura Dashnitzky od szóstej klasy. Ma dwa węże boa i 

tarantulę.   To   naprawdę   ostatni   temat,   na   który   chciałabym   dyskutować,   na   weselu   czy 

gdziekolwiek indziej.

- A co byś powiedziała na Boba Zayre? - chce wiedzieć Chris. - Mama przypuszcza, 

że   Zayre’owie   sprzedali   niektóre   ze   swoich   sklepów.   W   lokalnej   gazecie   był   artykuł   o 

supermarkecie „Big Z”.

- Daj spokój, nie widziałam Boba prawie rok! To nie znaczy, że jest z nim coś nie w 

porządku,   ale   z   drugiej   strony   nic   nie   jest   całkiem   w   porządku.   Jak   się   z   nim   spotyka, 

powinno   się   mieć   specjalny   ochraniacz   na   klatkę   piersiową,   a   w   dodatku   Bob   stale   się 

background image

przechwala forsą swoich starych. Jest bardzo bogaty i uczy się w elitarnej prywatnej szkole, 

Peabody Academy.

- A   może   byśmy   pogadały   o   innych   sprawach,   Chris?   Na   przykład   o   ostatnich 

wiadomościach z Mongolii?

- Moja mama chciałaby urządzić dla Joy „podarkowe przyjęcie” - mówi Chris.

- To nie w stylu Joy. Ale może urządzić je dla taty?

- Dla taty?!

- To mogą być różne zabawne drobiazgi. Ojciec byłby zachwycony. Oboje z Joy mają 

tyle rzeczy, że tak naprawdę mało co jest im potrzebne. Zresztą trudno sobie wyobrazić Joy 

rozpakowującą z entuzjazmem ścierki do naczyń, zastawę i patelnie.

Tata   uwielbia   zwariowane   prezenty   w   rodzaju   nauszników   na   baterie   i   grających 

spinek do krawata. Na ostatnie urodziny kupiłam mu czapkę do baseballu z zamontowanym 

wewnątrz radiem i bardzo się ucieszył.

- Zobaczymy, co na to mama. Chce coś dla nich zorganizować przed ślubem.

Tata zna Chris i jej rodzinę od piętnastu lat. Moja mama i matka Chris przyjaźniły się, 

tak że my dwie jesteśmy niemal jak kuzynki.

- Może dałoby się to zrobić na zapleczu pizzerii ojca - mówi Chris.

- Super - odpowiadam. Ojciec Chris jest właścicielem pizzerii „Perry Pattinos”. Interes 

idzie świetnie, a zaczynali skromnie: od robienia pizzy i dostarczania jej wprost z kuchni do 

domów klientów.

Gdy   wchodzimy   do   szkoły,   rozdzielamy   się.   Chris   idzie   spotkać   się   z   Rogerem 

Jadenem, swoją aktualną sympatią. Ja zmierzam do biura spraw uczniowskich, gdzie studiuję 

tablicę Szczęśliwy Traf z ogłoszeniami o pracy. Jest masa ofert opieki nad dziećmi. Chętnie 

bym to wzięła, gdyby płacili więcej niż dwa dolary za godzinę. Musiałabym jednak spędzić 

wiele,   wiele   godzin,   żeby   zarobić   sześćdziesiąt   dolarów   na   komplet   pojemników.   A 

potrzebuję jeszcze przecież pieniędzy na prezent na „podarkowe przyjęcie”.

Ogłoszenie  Transportu i Usług dla Zwierząt Pawmobile  oferuje  osiem dolarów za 

godzinę i wygląda zachęcająco. Niestety, trzeba mieć prawo jazdy, a ja skończę szesnaście lat 

dopiero w grudniu. Teraz zauważam ofertę wiszącą na samym dole: proponują pięć dolarów 

za godzinę. Czytam ją uważnie. Może to naprawdę szczęśliwy traf?

Pomocnik do kafeterii.

Potrzebna   dwójka   uczniów   do   pracy   w   kafeterii.   Pomoc   pryz   gotowaniu   i   inne  

obowiązki. Kandydat musi być wolny podczas czwartej i piątej lekcji. Płaca - pięć dolarów za  

godzinę.   „Przytulna   Kafejka   u   Ralfa”,   średnia   sokoła,   Higbland,   pok.   oo).   Zgłaszać   się  

background image

osobiście. Należy podjąć pracę natychmiast.

„Przytulna   Kafejka   u   Ralfa”   znajduje   się   w   suterenie   szkoły,   przypomina   loch   i 

wszystko   można   o   niej   powiedzieć,   tylko   nie   to,   że   jest   przytulna.   Jej   specjalnością   są 

zagadkowe   potrawy   mięsne,   galaretki   przypominające   gumę   oraz   rozmokłe   kanapki. 

Niektórzy nazywają szefa Ralfa Władcą Podziemi. Przez niego jeden z dzieciaków był w 

zeszłym roku przez dwa tygodnie zawieszony za to, że rzucił o ścianę jedzeniem, które nie 

dało się potem zeskrobać. Gdy myślę o osobowości Ralfa, nie dziwię się, że tyle płacą za tę 

robotę.

Zbieram się w sobie i idę odszukać Władcę Podziemi. Naprawdę potrzebuję forsy. 

Gdy zbliżam się do kafeterii, ktoś stuka mnie w ramię. Nie wierzę własnym oczom. Toż to 

Bob Zayre! O wilku mowa.

background image

ROZDZIAŁ 2

- Jak leci, Henny? - pyta Bob.

- Co tu robisz? Obserwujesz nas, plebejuszy?

- Ha, ha. Bardzo zabawne. Sam należę do plebsu. Przeniosłem się tutaj.

- Przeniosłeś się? - Jestem wstrząśnięta. Nie o to chodzi, że Highland jest złą szkołą. 

Po   prostu   to   nie   miejsce,   gdzie   spodziewałabym   się   spotkać   dziedzica   wielkiej   forsy   ze 

sklepów spożywczych. Przyglądam mu się przez chwilę. Jest w dżinsach, niebieskiej koszuli i 

tenisówkach. Zgolił swoje paskudne wąsy, a jego kasztanowate włosy są teraz dłuższe.

- Tak, przeniosłem - odpowiada. - Myślałem, że wiesz... pisali o tym w gazecie.

- W gazecie? - Rodzina Boba jest znana, ale fakt, że się tu przeniósł, nie zostałby 

jednak odnotowany nawet przez nasze szkolne pisemko.

- Rodzice stracili dwa sklepy - wyjaśnia. - Już nas nie stać na Peabody Academy. 

Musieliśmy zrezygnować nawet z BMW.

- Bob, naprawdę mi przykro!

- Nie ma sprawy. Został nam jeszcze jeden sklep. Poza tym podoba mi się w Highland 

School. Znam tu masę ludzi. I człowiek nie musi się stale martwić, że wyleci za złamanie 

jakichś głupich przepisów. Jedyna rzecz, której żałuję, to BMW. To był wóz z klasą.

Mały człowieczek z kędzierzawymi siwiejącymi włosami i tatuażem wysuwa głowę z 

drzwi prowadzących do kafeterii.

- Wy w sprawie pracy? - pyta. - Jestem Ralf.

- Jasne, w sprawie pracy - odpowiada Bob.

Władca Podziemi patrzy na mnie z dezaprobatą.

Może uważa, że moje spłowiałe dżinsy i stara bluzka w turecki wzór wyglądają zbyt 

biednie? Ale ta praca nie sprawia wrażenia, żeby warto się do niej stroić w nadziei na sukces.

Ralf   wręcza   nam   formularze   i   prowadzi   do   metalowego   stołu   w   szkolnej   kuchni. 

Siadamy, by je wypełnić. Starannie studiuję kwestionariusz. Piszę „nie dotyczy” w rubrykach, 

w których pada pytanie o stan cywilny, liczbę dzieci oraz stosunek do służby wojskowej. Nie 

bardzo wiem, co wpisać jako „wcześniejsze zatrudnienia”. Pracowałam tylko dorywczo jako 

baby   -   sitter   i   przy   kartotekach   w   kancelarii   prawniczej   taty.   Zastanawiam   się,   czy   nie 

zostawić   po   prostu   tej   rubryki   pustej,   ale   w   końcu   wypełniam   ją   najlepiej,   jak   potrafię. 

Wręczamy formularze Ralfowi, który marszczy brwi.

- Czy żadne z was nie pracowało w żywieniu? - pyta. - Nic takiego tu nie widzę.

Bob wstaje.

background image

- Ja.   Mój   ojciec   jest   właścicielem   supermarketu   „Big   Z”   na   roku   Dziewiątej   i 

Centralnej. Jest w branży spożywczej od trzydziestu lat.

Na Ralfie robi to wrażenie.

- Kroiłeś kiedyś mięso i robiłeś kanapki? - pyta Boba.

- Oczywiście - odpowiada Bob. - Całe lato pracowałem w dziale delikatesowym „Big 

Z”.

Ralf spogląda niechętnie na mnie.

- A jak tam z twoim doświadczeniem, kiciu? Widzę tu tylko opiekę nad dziećmi i 

kartoteki.

- Na imię mi Henny, nie „Kicia”.

- Więc Henny, czy masz jakieś doświadczenie w tej robocie?

Doświadczenie Boba było tak imponujące, że aż się boję przyznać, iż ja nie mam 

żadnego - szczególnie po dwóch nieżyczliwych spojrzeniach Ralfa.

- Och, Henny czasami nam pomaga - informuje go Bob. - Tak dobrze sobie radziła, że 

ojciec chciał nawet zatrudnić ją na stałe, tylko że musiał ograniczyć liczbę personelu.

Ralf wyjmuje chustkę z kieszeni spodni i ociera pot z czoła. W kuchni jest gorąco; już 

czuję, że włosy zaczynają mi się skręcać. Ralf zbliża się i ogląda mnie, jakbym była kawałem 

wołowiny.

- Musisz coś zrobić z tymi długimi włosami.

- Co?!

Nawet gdyby mi zapłacił milion dolarów, nie  ścięłabym ich. To mój najmocniejszy 

punkt: sięgają mi do połowy pleców.

- Musisz sobie kupić siatkę do włosów.

- Siatkę?!

- Tak, kiciu. Takie jest prawo stanowe. Włosy nie powinny sypać się do jedzenia, 

prawda?

- Oczywiście, że nie. - Jestem bliska wygarnięcia mu, że prawo federalne zabrania 

również pytań o stan cywilny czy liczbę dzieci w formularzu wypełnianym przy ubieganiu się 

o pracę. Nie znoszę, jak obcy ludzie nazywają mnie „kicią”.

- No, dobra. Nie lubię zatrudniać zaprzyjaźnionych ze sobą osób, ale pilnie potrzebuję 

pomocników. Bob, przyjdź dzisiaj podczas czwartej lekcji. A ty, kiciu, musisz zaczekać do 

jutra, dopóki nie kupisz sobie siatki do włosów.

- Na imię mi Henny - przypominam mu. Ale Ralf nie słucha.

Wychodzimy wraz z Bobem.

background image

- Dlaczego, u licha, powiedziałeś mu, że pracowałam w „Big Z”? - pytam. - Moje 

doświadczenie z artykułami spożywczymi polega na tym, że je zjadam.

- Gdybyś nie potrzebowała forsy, nie wzięłabyś brudnej roboty w kafeterii, prawda?

- Prawda.

- No, to sobie pomyślałem, że nieszkodliwe kłamstewko nie zaszkodzi.

- Dzięki, Bob. - Niemal mówię, że zrewanżuję  mu się przy okazji, ale gryzę się w 

język. Wolę go nie denerwować. A nuż zaatakuje mnie w holu! - Twoje doświadczenie teraz 

ci się przyda.

- Mam go niewiele więcej niż ty.

- Serio?

- Mhm   -  odpowiada.  -  Nigdy nie   zaszkodzi   posłużyć  się   znanym  nazwiskiem   lub 

czyimś autorytetem, jeśli istnieje taka możliwość.

Rzuca okiem na swój plan lekcji i rusza do klasy.

Na pierwszej  lekcji mam wiedzę o społeczeństwie. Osuwam się na krzesło z tyłu 

klasy, obok Sherry, Chris i Cookie Altshuler.

- Jak leci? - pyta Cookie.

- W porządku.

Nie widziałam Cookie przez całe lato. To przyjaciółka Sherry. Obie są wodzirej kami, 

zagrzewającymi publiczność do dopingu podczas meczów. Cookie należy do najładniejszych 

i najpopularniejszych dziewczyn w szkole, nie jesteśmy więc w jednej lidze.

- A jak tam twoje sprawy? - pytam ją.

- Dobrze. A co z Rickiem?

- Nawet nie pytaj I - Nie jestem w nastroju, by się nad tym rozwodzić. Cookie w ogóle 

by  nie  zrozumiała,  co  to  znaczy utracić  chłopaka.  Gdyby  chodziła  z  kimś,  kto musiałby 

wyjechać, następnego dnia miałaby piętnastu kandydatów do wyboru.

W drzwiach pojawia się wysoki, wspaniale zbudowany blondyn. Ma na sobie dżinsy, 

koszulę z madrasu z długimi rękawami i krawat. Jest przystojniejszy niż gwiazdor filmowy. 

Biorę go za ucznia, ale pisze na tablicy „Wiedza o społeczeństwie, nr kursu 101” i zdaję sobie 

sprawę, że ten adonis jest naszym nowym nauczycielem.

- Rany! - mówi Sherry. - Gdybym tylko była starsza o pięć lat... Ten superman nie 

może mieć więcej niż dwadzieścia dwa.

- Gdyby on był pięć lat młodszy... - rozmarza się Cookie.

Chris tylko wzdycha.

Nie odzywam się... Co za sens napalać się na kogoś, kto jest nieosiągalny? To już 

background image

nawet szansa, że Rick pójdzie ze mną na wesele, wydaje się bardziej realna. Więc po prostu 

siedzę i gapię się. Blondyn podchodzi do biurka, zagląda w swoje papiery i porównuje z tym, 

co napisał na tablicy. Odzywa się dzwonek. Adonis przedstawia się.

- Nazywam się Demerle, witam na zajęciach z wiedzy o społeczeństwie.

Rozdaje nam identyfikatory i sprawdza listę.

- Ponieważ to mój pierwszy rok pracy w szkole, i ja, i wy nauczymy  się sporo o 

wzajemnych   oddziaływaniach   pomiędzy   ludźmi.   Odtwarzając   różne   sytuacje   życiowe 

zdobędziemy prawdziwą wiedzę o tym, jak żyją ludzie. Nasz pierwszy temat będzie dotyczył 

małżeństwa i rozwodu.

Kilka osób zaczyna się śmiać. Paru chłopców wydaje jęk. Drzwi klasy otwierają się 

ponownie   i   wpada   zadyszany   Brian   Anderson.   Pan   Demerle   milknie.   Jest   wyraźnie 

zirytowany.

Udaję, że jestem pochłonięta robieniem notatek. Po wczorajszym wieczorze bardzo 

nie chcę, by Brian mnie zauważył. Najchętniej wtopiłabym się w ścianę.

- Miałem rano problem z samochodem - wyjaśnia Brian panu Demerle.

- Już to widzę! - Cookie szepce głośno do mnie, Sherry i Chris.

- Przepraszam za spóźnienie. Nie ma pan pojęcia, jak nie znoszę tracić lekcji - dodaje 

Brian.

- Więcej   się   nie   spóźniaj!   -   ostrzega   go   pan   Demerle.   -   Nie   będę   tolerował   nie 

usprawiedliwionych spóźnień. Ktokolwiek przyjdzie po dzwonku, będzie siedział w holu i 

dostanie ocenę zerową za cały dzień.

Zanosi się na to, że pan Demerle potraktuje Briana dokładnie tak, jak na to zasługuje. 

Gdybym  miała  zdecydować,  który z tych  dwóch jest przystojniejszy, przyznałabym  panu 

Demerle dodatkowe pół punktu.

- Przepraszam za odejście od tematu. - Pan Demerle znów podchodzi do tablicy. - Ile 

osób w klasie ma rodziców, którzy wciąż pozostają w pierwszym związku małżeńskim?

Mniej więcej połowa obecnych podnosi ręce.

- A ile osób mieszka tylko z jednym z rodziców?

Teraz reaguje w przybliżeniu jedna czwarta klasy.

Nie podnoszę ręki. Chyba teraz nie mieszkam tylko z jednym z rodziców; już prędzej 

jest ich półtora.

- Wasza   klasa   jest   w   dużym   stopniu   reprezentatywna   dla   współczesnego 

społeczeństwa. Statystyki wskazują, że co trzecie małżeństwo w USA kończy się rozwodem - 

wyjaśnia pan Demerle.

background image

- Obecnie   można   wybierać   pomiędzy   różnymi   stylami   życia.   Rodziny   tradycyjne, 

różnych   narodowości,   kolejne   małżeństwa,   pary  bezdzietne,   pary  żyjące   w   konkubinacie, 

nawet życie w pojedynkę.

Wypisuje wszystkie rodzaje związków na tablicy.

- Przestudiujemy te style życia. Większość klasy zawrze hipotetyczne małżeństwa w 

przyszłym tygodniu.

- W przyszłym tygodniu! - wykrzykuje Luigi Pasquelli. - A skąd wezmę dziewczynę? 

Z moją akurat się rozstałem!

Luigi jest jednym z „twardzieli”. Należy do grupy zwanej Diabłami. On i jego kumple 

jeżdżą na motorach i noszą czarne skórzane kurtki z napisem „Diabły” na plecach. Sami 

siebie nazywają klubem motocyklowym. Niektórzy jednak uważają ich za gang.

- Nie martw się - uspokaja go pan Demerle.

- Utworzycie  pary z koleżankami z klasy. Podczas waszego związku przydarzą się 

wam różnego rodzaju nieszczęścia. A jeśli ktoś nie będzie szczęśliwy w małżeństwie, będzie 

mógł wystąpić o rozwód.

Podnoszę rękę.

- O   jakie   nieszczęścia   chodzi?   -   Właściwie   o   tym   nie   muszę   się   uczyć.   Po 

wczorajszym wieczorze mogłabym być ekspertem.

Pan Demerle wypisuje na tablicy.

- Utrata pracy, wypadek samochodowy, choroba - to, czego większość ludzi wcześniej 

czy później doświadcza w normalnym życiu.

Nie wymienił odejścia chłopaka, braku partnera na ślub ojca ani zrobienia z siebie 

kompletnej idiotki. Niestety, w tym momencie to wszystko stanowi część mego życia. I to 

wcale nie hipotetyczną.

- A   teraz   proszę,   żeby   każda   uczennica   napisała   swoje   nazwisko   na   karteczce.   - 

Rozdaje dziewczynom karteluszki. Na moim jest napisane: „Pierwsze małżeństwo, typowe”. 

Sherry dostała taki sam. Cookie - drugie małżeństwo, każde z partnerów ma jedno dziecko z 

poprzedniego związku.

- Na moim jest napisane „niezamężna” - narzeka Chris.

- Kilka osób nie będzie miało partnerów - wyjaśnia pan Demerle. - Ich zadania będą 

trochę inne.

Śmieję się sama do siebie. Chris, rekordzistka w chodzeniu z chłopcami, jest ostatnią 

osobą, która przygotowywałaby się do życia w pojedynkę. A może wymienić się z nią na 

kartki? W ten sposób mój projekt stałby się bardziej realistyczny. Pan Demerle podchodzi do 

background image

szafy i wyjmuje z niej stary cylinder.

- A   teraz,   drogie   panie,   po   napisaniu   na   kartkach   nazwiska   proszę   je   tu   wrzucić. 

Panowie, zaraz puszczę cylinder w obieg. Po wylosowaniu karteczek niech każdy podejdzie 

do swojej damy i usiądzie obok niej.

W klasie  robi się zamieszanie.  Słychać  chichoty  lub jęki  zawodu. Luigi  Pasquelli 

zbliża się do nas.

- To ja jestem tym Szczęśliwcem. Cześć, żonusiu. - Siada przy Cookie, przez której 

twarz przemyka odcień zawodu.

Słyszę, że ktoś podchodzi do mnie.

- To ty jesteś Henny Zimmerman, prawda?

- Odwracam się i tuż przed sobą widzę Briana Andersona. A może by uciec z klasy, 

zrezygnować z zajęć i zaciągnąć się do zaawansowanych astronautów?

Brian podaje mi karteczkę.

- Hej, czy to nie ciebie widziałem wczoraj w „Colonial”? Najpierw całowałaś jakiegoś 

faceta, a potem się pokłóciliście?

Chętnie   zaprzeczyłabym,   ale   oczywiście   potwierdzam.   Przez   te   moje   długie   rude 

włosy niełatwo wziąć za mnie kogoś innego.

- Wyglądało to na podbramkową sytuację - mówi Brian.

- I tak też było.

- A co takiego zrobił ten goguś?

- Poszło raczej o to, czego nie zrobił.

- Powinien wiedzieć lepiej, jak odnosić się do takiej ładnej dziewczyny.

- To nie o to chodziło.

Jeśli  Brian określa mnie  dziś jako „ładną”, to plotki o jego słodkich słówkach są 

absolutną prawdą.

Pan   Demerle   przywołuje   klasę   do   porządku.   Widzę   Sherry,   Chris   i   jeszcze   jakąś 

dziewczynę, której nie znam, jak stoją w głębi klasy. Bez partnerów.

Sherry podnosi rękę.

- Dostałam „pierwsze małżeństwo, typowe”, ale nikt mnie nie wylosował.

- Hmmm - mówi pan Demerle. - Mamy deficyt mężczyzn, zupełnie jak w życiu. Więc 

może będziesz moją partnerką? Chris i Jennifer, wy przygotujecie się do życia w pojedynkę. 

Możecie mieszkać razem.

Rozdaje kolejne karteluszki.

- Pierwsze zadanie, dla wszystkich.

background image

Odczytuję nagłówek na kartce: „Wysłuchaj, jak to jest, gdy się jest mężatką/żonatym 

albo   rozwiedzionym/ą”.   Mamy   przeprowadzić   wywiad   z   kimś,   kto   jest   lub   był 

mężatką/żonatym, i przygotować listę pytań.

Postanawiam zwrócić się do Joy. Jest bardzo otwarta, była mężatką i rozwiodła się.

Odzywa się dzwonek.

- Pamiętajcie,   żeby   przygotować   pracę   domową.   Jutro   zaczniemy   przygotowywać 

umowy małżeńskie. Ceremonia ślubna odbędzie się mniej więcej za tydzień.

- Biedactwo - mówi Cookie, gdy spotykamy  się na lunchu. - Brian Anderson jest 

równie nieodpowiedzialny, jak przystojny.

Stawia tacę na stoliku w sąsiedztwie Chris i mnie. Sherry też się przysiada.

- To bez znaczenia. Przecież się z nim nie umawiam, tylko wychodzę za niego na 

niby. - Mimo wszystko przyjemnie o nim pofantazjować. Te seksowne brązowe oczy i idealna 

sylwetka dodają uroku naszemu projektowi.

Cookie wgryza się w kanapkę.

- Tak się spóźnił kolejne dwa razy, kiedy po mnie przyszedł, że po drugiej randce go 

kopnęłam.

Chris przez chwilę wpatruje się w Cookie.

- W zeszłym roku był w mojej grupie na socjologii. Jedno z naszych zadań polegało na 

tym, że dostaliśmy jajko i trzeba się nim było opiekować, a tymczasem Brian zaczaj umawiać 

się z dziewczyną, z którą miał wykonać to zadanie. Tak ją wkurzył, że w końcu rozbiła na 

nim to jajko.

- I jaki dostali stopień? - pytam.

- Myślę, że mierny.

- Ze mną nie będzie takich problemów - stwierdzam. - Nie jestem w jego typie.

- To prawdziwy czaruś - mówi Cookie. - Zobaczysz, że się w nim zabujasz.

- Na pewno nie. Przyjemnie na niego popatrzeć, ale jak dla mnie jest zbyt pewny 

siebie.

- No cóż, ja już się zabujałam w panu Demerle - informuje nas Sherry.

- To niemożliwe! - wykrzykuję. - Przecież to nauczycieli - Jest moim partnerem i jest 

super. To nawet nie musi być z wzajemnością.

- Ale z ciebie wariatka - stwierdza Chris.

- Wiem o tym.

Gdyby pan Demerle nie był nauczycielem, Sherry złapałaby go jak nic. Jest blondynką 

o niebieskich oczach, a widok jej figury mógłby zawrócić w głowie całej kapeli rockowej.

background image

Nie mam zamiaru stracić głowy dla Briana. Ale wiem, jak Sherry się czuje.

Spotykam się z Bobem i Brianem na chemii. Brian uśmiecha się i rzuca „do jutra!”, 

kiedy dostrzega mnie po lekcji. Przyspiesza kroku, by dogonić wysoką, szczupłą dziewczynę, 

której imienia nie znam. Dziewczyna ma doskonale ułożone brązowe włosy. Ubrana jest w 

czarne spodnie i purpurową bluzkę w czarne kwiaty. Mówię sobie, że to na pewno kolejna 

trzyrandkowa ofiara Briana.

Gdy Brian wychodzi, zbliża się Bob.

- Znasz go? - pyta.

- Właściwie nie. Chodzimy razem na jedne zajęcia.

Bob szybko zmienia temat.

- To   pierwsze   zadanie   z   chemii   to   twardy   orzech   do   zgryzienia.   Myślałem,   że   tu 

będzie łatwiej niż w Peabody.

- Ale nie jest - informuję go.

- Chcesz posiedzieć nad tym razem ze mną w weekend?

- Dobra.

- Nie zapomnij o siatce do włosów.

- Brrr! - odpowiadam.

Po szkole wstępuję do Woolwortha i kupuję paczuszkę siatek do włosów. W domu 

wita mnie Winnie, śliniący się szczeniak bullmastifa i Gaduła, który na mój widok miauczy 

wniebogłosy.

- Grzeczny   szczeniaczek,   grzeczny   -   grucha   Joy.   -   To   Henny,   twoja   nowa 

siostrzyczka.

Grzeczny szczeniaczek gapi się na mnie. Głaszczę go. Winnie prycha i natychmiast 

zostaję pokryta jego śliną. Gaduła syczy.

- Spokój, Gadułka - mówię mu. - Ciebie też kocham.

Znów głaszczę szczeniaka. Gaduła wali go łapą po nosie. Winnie wyje i koślawym 

truchtem przebiega przez salon. Wpada na barek i prawie go przewraca.

- Psik!   -   Joy   przegania   kota.   -   Niedobra   kicia,   podrapała   Winnie,   pieszczoszka 

mamusi.

Gaduła   wskakuje   na   stół   w   jadalni,   roztrącając   pozostałości   wczorajszej   gry   w 

scrabble. Litery rozsypują  się po całej podłodze. Kot przeskakuje na wierzch serwantki i 

miauczy przejmująco.

- To załatwia sprawę dalszego ciągu wczorajszych rozgrywek. - Joy zaczyna zbierać 

litery.

background image

- Tak jest przez cały czas, od kiedy przywiozłam Winnie z lotniska. Mam nadzieję, że 

litery się nie pogubią.

W poszukiwaniu fragmentów scrabble zaglądamy aż pod kredens.

- Jak na szczeniaka jest okropnie duży - stwierdzam.

- Wiem. Waży coś około trzydziestu pięciu kilogramów, a ma dopiero osiem miesięcy.

Trudno byłoby określić Winnie jako rozkoszne szczeniątko - przytulankę. Wygląda 

jak duży beżowy buldog z żałosną, pomarszczoną czarną mordą.

- Dziwnie chodzi - mówię.

- Też   to   zauważyłam   -   odpowiada   Joy.   -   Znasz   się   na   zwierzętach,   prawda?   Jak 

myślisz, dlaczego?

Przypatruję się Winnie’emu, który smętnie leży przed kominkiem. Jest taki brzydki, że 

ma swoisty wdzięk.

- Nie za bardzo się znam na bullmastifach - odpowiadam.

Zwierzaki   wreszcie   uspokoiły   się,   a   my   skończyłyśmy   zbieranie   kawałków   gry   i 

idziemy do kuchni. Joy zabiera się do przygotowania kolacji. Winnie drepce za nią krok w 

krok. Gaduła jest tak zdenerwowany,  że nie schodzi z serwantki nawet, gdy Joy otwiera 

puszkę z tuńczykiem.

- Joy, czy mogę ci zadać kilka osobistych pytań?

- Jasne. A co chcesz wiedzieć? - Otwiera lodówkę, wyjmuje mleko, jajka  i kawał 

szwajcarskiego sera.

- Na zajęciach z wiedzy o społeczeństwie zajmujemy się małżeństwem i muszę zrobić 

z kimś wywiad.

- Nie jestem ekspertem. Tak naprawdę, to nikt nie jest. - Joy bierze ser i zaczyna 

ucierać go na tarce.

- W   porządku.   -   Zerkam   do   notatek.   -   Dlaczego   wyszłaś   za   mąż   i   czemu   się 

rozwiodłaś?

- Więc...   -   Wbija   jajka   do   białej   miseczki.   -   Miałam   osiemnaście   lat   i   żadnych 

życiowych planów. No i wyszłam za mąż.

Zapisuję to.

- A czemu się rozwiodłaś?

- Nie układało się nam.

- Ale dlaczego?

- Henny, to się staje za bardzo osobiste. Kto będzie czytał tę pracę?

- Tylko nauczyciel.

background image

Improwizuję:   piszę   na   arkuszu   z   odpowiedziami:   „Respondentka   nie   chce 

odpowiedzieć, prawdopodobnie była zbyt młoda w czasie trwania małżeństwa”.

Pomijam drugie pytanie: „Skąd wiedziałaś, że dojrzałaś do małżeństwa”. Numer trzy: 

„Jak opisałabyś swoje doświadczenia związane z małżeństwem?

Joy przygotowuje quiche: miesza jajka, mleko i kawałeczki tuńczyka, po czym wkłada 

to wszystko do formy do zapiekanek.

- Jako straszliwą pomyłkę.

To mną wstrząsa. A co się zdarzy, jeśli jej się nie ułoży z tatą? Będzie wszystkim 

rozpowiadać, że to straszliwa pomyłka?

Nie jestem pewna, czy powinnam kontynuować, ale robię to, żeby dokończyć zadanie.

- Podsumowując: co jest najistotniejsze, aby związek był udany?

- Uczciwość,   wzajemne   zaufanie,   umiejętność   pójścia   na   kompromis,   wzajemne 

zrozumienie. Wszystko, na co liczę tym razem. Wiem, że nie zawsze doceniasz swego ojca, 

ale ja uważam go za wspaniałego człowieka. On naprawdę cię kocha. - Joy wkłada formę z 

quiche do piekarnika i zabiera się do przygotowania sałatki.

- Wiem...

Nie mam żadnych innych lekcji do odrabiania oprócz zadania z chemii, nad którym 

mamy popracować w weekend z Bobem. Dzięki Bogu! Włączam telewizję: idzie serial, który 

oglądałam całe lato. Jason i Sonia obejmują się namiętnie. Jason jest odrobinkę podobny do 

Briana.

- Soniu, błagam! Zawsze będę cię kochał.

Sonia odsuwa się.

- Ja tak tego nie odczuwam.

Jason ponownie zamyka ją w uścisku, a ja fantazjuję na temat Briana. „Oczywiście”, 

szepce   Brian.   „Pójdę   z   tobą   na   ślub,   z   największą   radością”.   Przyciska   mnie   namiętnie. 

Rozpływam się ze szczęścia.

- Henny - powiada Joy - w czasie weekendu powinnyśmy się rozejrzeć za sukienką dla 

ciebie na wesele.

- Cii... - Nie lubię, kiedy mi ktoś przeszkadza podczas smakowitych scen.

- Jak możesz oglądać te bzdury? - Joy przez chwilę także spogląda na ekran.

Pojawia się na nim kobieta o krótkich, ciemnych włosach.

- Penelope Jones - anonsuje spiker - wypowiada się na temat preparatu „Wyszoruj To” 

w sprayu.

- Po   prostu   przepadam   za   moim   sprayem   „Wyszoruj   To”   -   oznajmia   Penelope.   - 

background image

Używam go do czyszczenia tostera, do zlewu i do sedesu. Jeśli trzeba cokolwiek oczyścić, 

czyszczę tylko za pomocą „Wyszoruj To”.

- Mam nadzieję, że nie używa tej samej ścierki do tostera i do sedesu - stwierdza Joy. 

Zaczynamy się śmiać.

Serial kończy się sceną, w której Jason i Sonia ponownie ściskają się namiętnie.

- Czy mogłybyśmy poszukać sukni w sobotę?

- pyta Joy.

- Chyba tak.

- Widzę, że aż tryskasz entuzjazmem.

- Nie wiem na pewno, czy przyjdę na wesele.

- Poza tym nie znoszę kupowania ciuchów z Joy.

Bywa bardzo apodyktyczna i nie zawsze kupujemy to, na co mam ochotę.

- Ojciec byłby bardzo zawiedziony, gdybyś nie przyszła. Ja zresztą też. Musielibyśmy 

zaprosić kogoś innego jako pierwszą druhnę.

- Bez partnera będę się czuła jak ostatnia ofiara. Zwłaszcza że Chris i Sherry będą ze 

swoimi chłopcami.

- Rozumiem, jak to jest, ale na wypadek, gdybyś zdecydowała się zjawić, chcę, żebyś 

ładnie wyglądała.

- A teraz nie wyglądam ładnie?

Joy obrzuca spojrzeniem moją koszulkę i sprane dżinsy.

- Na okładkę „Wiadomości Matki Ziemi”

- doskonale. Na wesele przyda ci się nowa suknia.

Wchodzi tata. Jego wzrok zatrzymuje się na Winnic - Czy to jest ta rozkoszna psinka, 

o której tyle słyszałem? - Winnie otwiera oczy i sapie.

- To najbrzydszy pies, jakiego w życiu widziałem.

Winnie,   na   dźwięk   słowa   „brzydki”,   zbliża   się   do   ojca   i   obślinia   jego   najlepszy 

niebieski garnitur w paseczki.

- Wiesz co, Joy - stwierdza tata - chyba jestem zagorzałym wielbicielem kotów.

- Och, po prostu musisz się do niego przyzwyczaić - odpowiada Joy. - Nawet ja się 

jeszcze do niego nie przyzwyczaiłam.

Tata nie sprawia wrażenia przekonanego.

- A gdzie jest kot? - Wchodzi do kuchni i rozgląda się.

- Tu go nie ma. - Przechodzą do jadalni i Joy wskazuje Gadułę śpiącego na serwantce.

- Słuchaj, Joy - mówi tata. - Jeśli Gaduła i ten pies nie będą ze sobą żyć w zgodzie, nie 

background image

będziemy mogli go zatrzymać. Gaduła to także członek rodziny. Nie życzę sobie, żeby ze 

strachu spędzał całe życie na serwantce.

Winnie wygląda tak żałośnie, że robi mi się go żal. Czułabym się fatalnie, gdybyśmy 

musieli go oddać.

- Słuchaj,   Winnie   -   zagaduję   do   niego   -   rozpogódź   się   trochę   i   przestań   się   tak 

zapluwać.

Wchodzę na krzesło i przemawiam do Gaduły, wciąż tkwiącego na serwantce.

- Ty się też zachowuj przyzwoicie. Małżeństwo to układ dwustronny.

Po kolacji przeglądam zadanie z chemii, fantazjuję na temat Briana i staram się, by 

Winnie się u nas zadomowił. Podczas zabawy ze mną staje się bardziej żwawy.

Na tyle oczywiście, na ile bullmastif może być żwawy.

Gdy  chcę  położyć  się spać,  Winnie  sprawia  wrażenie,   jakby  czuł  się  już  w  pełni 

bezpieczny. Leży dokładnie pośrodku mojego łóżka i czeka na mnie.

- Uciekaj! - rozkazuję.

Wydaje pod moim adresem przyjazne stęknięcie.

Próbuję  go zepchnąć, ale  ani  drgnie. Wpatruje  się we mnie  smętnym  wzrokiem  i 

pochrząkuje.   Jest   taki   wielki,   że   nie   jestem   w   stanie   go   unieść.   Idę   odszukać   Gadułę, 

wyciągam z piwnicy śpiwór i układam się do snu na podłodze swojej łazienki.

Następnego   ranka   budzę   się   tak   późno,   że   szykuję   się   do   szkoły   w   szalonym 

pośpiechu.   Mimo   wszystko   staram   się   jednak   wyglądać   atrakcyjnie.   Chociaż   nie   mam 

zamiaru umawiać się z Brianem Andersonem, fakt, że pracujemy nad wspólnym projektem, 

stanowi pewien doping. Wkładam najlepsze dżinsy i białą haftowaną bluzkę, którą kupiła mi 

Joy. Spinam włosy srebrzystą zapinką, maluję usta i wybiegam z domu.

background image

ROZDZIAŁ 3

Wpadam do szkoły na dwie sekundy przed dzwonkiem.

- Henny - mówi Brian natychmiast, gdy mnie zauważa - zająłem ci krzesło. Jaką masz 

ładną bluzkę. Już myślałem, że się nie pojawisz.

- Późno wstałam - wyjaśniam. - Musiałam dziś spać na podłodze. Pies mojej przyszłej 

macochy wygryzł mnie z łóżka.

Brian spogląda na mnie, jakbym była zupełną wariatką. Po tym, jak był świadkiem 

sceny z Rickiem, na pewno nie ma wątpliwości, że nią jestem.

Pan Demerle przywołuje klasę do porządku.

- Po pierwsze chciałbym, żebyście przedyskutowali przygotowane wczoraj wywiady 

ze swoimi partnerami. Potem niektóre z waszych ustaleń omówimy z resztą grupy. - Sadowi 

się   z   przodu   klasy,   obok   Sherry,   która   obdarza   go  najbardziej   uwodzicielskim   ze   swych 

uśmiechów.

Brian zwraca się ku mnie. Uwielbiam zapach jego płynu po goleniu. Żółta koszulka 

polo wspaniale pasuje do śniadej skóry.

Wymieniamy arkusze i czytamy nawzajem swoje wywiady. Brian przeprowadził swój 

z   ojcem,   który  -  jak   się  okazuje  -  jest   szczęśliwie   żonaty  od  dwudziestu  siedmiu  lat.   A 

wnioskując   na   podstawie   życia   towarzyskiego,   jakie   prowadzi   Brian,   podejrzewałabym 

raczej, że jego tato ma harem! Obserwuję Briana, podczas gdy czyta mój wywiad.

- Moja siostra właśnie wyszła za mąż sześć tygodni temu. Kiedy ci twoi się pobierają? 

- pyta.

- Za pięć tygodni od tej soboty. W Muzeum Historii Naturalnej w Chicago.

- W Muzeum Historii Naturalnej?...

- Znajoma taty jest tam kuratorem. To był jej pomysł. Wolałabym, żeby moja rodzina 

nie różniła się tak od innych. Niektóre rzeczy trudno wytłumaczyć postronnym.

- To zapowiada się fantastycznie - śmieje się Brian. - Połączą się świętym węzłem 

małżeńskim na oczach martwych dinozaurów!

- Nie w sali dinozaurów - wyjaśniam. - Muzeum ma specjalną salę recepcyjną.

Również   z   powodu   miejsca,   w   którym   odbędzie   się   ślub,   sądzę,   że   komplet 

pojemników w kształcie smoka to sympatyczny prezent. Będzie pasował do otoczenia.

- A jaki będzie tort?

Nie mogę uwierzyć, że go to interesuje.

- Trzypiętrowy, czekoladowy. Z malinami w środku.

background image

Brian oblizuje się.

- To brzmi wspaniale.

Nie aż tak wspaniale, jak Brian wygląda, mówię sobie.

Pan Demerle staje przed klasą.

- A więc? Jakie są przyczyny, dla których ludzie się pobierają?

Chris podnosi rękę.

- Tak, panno Pattinos?

- Miłość.

Pan Demerle wypisuje na tablicy wyraz „miłość”, poniżej nagłówka „Przyczyny, dla 

których ludzie się pobierają”. Zamiast kropki nad „i” rysuje małe serduszko.

- Jakie są jeszcze powody? Teraz ktoś inny, bardzo proszę.

Luigi podnosi rękę.

- Dzieciaki. Niektórzy ludzie chcą mieć dzieci.

- To częsta przyczyna. - Pan Demerle pisze na tablicy „dzieci”. Pyta dalsze osoby, aż 

wreszcie   na   tablicy   widnieje   około   piętnastu   powodów   do   zawarcia   małżeństwa.   Teraz 

wypisuje słowa „Umowy małżeńskie”.

- Umowy małżeńskie? - pyta ktoś z klasy.

- Właśnie   -   odpowiada   nauczyciel.   -   Chcę,   by   każde   z   was   wraz   z   partnerem 

sporządziło   umowę   małżeńską   na   najbliższy   poniedziałek.   Uwzględnijcie   w   niej,   czego 

spodziewacie się po związku małżeńskim i czego w nim nie zaakceptujecie. Wymieńcie, jakie 

dobra wnosicie i jak będą one podzielone na wypadek rozwodu.

- Dobra? - pyta Luigi. - Nie mam nic a nic oprócz motoru i saksofonu.

- Potraktuj je jako przedmioty, które wnosisz. Na pewno niektórzy z uczniów mają 

płyty, komputer, psy lub koty, może samochód. Spiszcie to, co posiadacie.

Wyliczam:   jeden   syjamski   kot,   jedna   bransoleta   z   litego   złota,   jeden   dziecięcy 

fortepian. Tak naprawdę nie jestem pewna, czy fortepian jest moją własnością. Tata kupił mi 

go osiem lat temu. Swego czasu dużo grałam, ale mniej więcej przed rokiem przestałam. 

Brian   pokazuje   mi   swoją   listę:  stereo,   jeden   dziesięciobiegowy   rower,  albumy   płytowe   i 

czarny pies, labrador imieniem Lucyfer.

- Cokolwiek się zdarzy, nie będę chciała Lucyfera - oznajmiam Brianowi. - Gdybyśmy 

się rozwiedli, zostanie z tobą.

Brian śmieje się.

- Nie musisz się bać, że Lucyfer będzie właził na meble albo na łóżka. Moja matka jest 

świetną gospodynią i dobrze go wytresowała.

background image

- Kto będzie zajmował się domem? - pytam.

- Ty.

- Na pewno nie! Będę pracować, a po powrocie będę zbyt zmęczona. - Nie znoszę 

zajęć  domowych,   zresztą  tak  samo,  jak  Joy  i  tata.  Gdyby  nie  to,  że  gdy  bałagan osiąga 

apogeum,   mobilizujemy   się   w   trójkę   do   roboty   lub   zamawiamy   sprzątaczkę,   nasz   dom 

wyglądałby jak pobojowisko.

- Czy dobrze gotujesz, Henny? - pyta Brian.

- Potrafię przygotować posiłek. Jeśli muszę.

Brian zastanawia się przez chwilę.

- W   porządku.   Ty   będziesz   gotować,   a   ja   zajmę   się   innymi   pracami   domowymi. 

Przepadam za pizzą. Umiesz robić pizzę?

- Jasne.   Po  prostu  dzwonię   do  „Dominos”  i   zamawiam  jedną  z  zieloną   papryką  i 

dostawą do domu.

- Te kontrakty są bardzo ważne - informuje nas pan Demerle. - Po ceremonii ślubnej 

może powstać konieczność odwołania się do nich. Zwłaszcza w przypadku rozwodu.

Sherry podnosi rękę.

- A kiedy odbędzie się ceremonia?

- Za tydzień od najbliższego poniedziałku, po lekcjach. Czy to wszystkim odpowiada? 

Jeśli   ktoś   nie   może   w   tym   terminie,   zawrze   małżeństwo   przez   zastępcę.   Trzeba   będzie 

poinformować   o   tym,   ile   przewidujemy   osób,   grupę   z   zajęć   gospodarstwa   domowego, 

prowadzonych przez panią Strong. Mają przygotować tort.

- Henny, muszę mieć twój numer telefonu. - Brian wręcza mi kartkę, na której widzę 

cyfry 555 8069. - A to jest mój, na wypadek gdyby był ci potrzebny. Na pewno będziemy 

dużo gadać.

Mimo że z pewnością nie będę jedną z trzyrandkowych dziewczyn Briana, mogłabym 

uwiecznić   to   w   swoich   pamiętnikach:   Brian   Anderson,   superchłopak   z   Highland   School, 

wziął   mój   numer   i   dał   mi   swój!   Gdy   przetrząsam   torbę   w   poszukiwaniu   notatnika, 

uświadamiam sobie, że zapomniałam zabrać siatkę do włosów. Zamartwiam się tym przez 

pozostałą część poranka, bo nie mam ochoty słuchać zrzędzenia Ralfa.

Gdy wchodzę do „Przytulnej Kafejki”, zastaję Boba stojącego przy jednym z wielkich 

metalowych stołów. Jest opasany białym fartuchem i kroi na połówki kanapki z szynką.

- Ralf chce się z tobą widzieć w swoim biurze - informuje mnie. - Jest wściekły, bo ma 

za mało pomocników. Dwie osoby z jego stałego personelu się nie pojawiły.

Idę   do   biura.   Ralf   wisi   na   telefonie   i   próbuje   ściągnąć   jakichś   ludzi   z   agencji 

background image

zatrudnienia.

- A gdzie twoja siatka do włosów? - warczy.

- Kupiłam kilka wczoraj, ale tak się spieszyłam dziś rano, że zapomniałam je włożyć 

do torby.

Patrzy na mnie złym wzrokiem.

- Jeśli znów zapomnisz w poniedziałek, to koniec twojej pracy. Upnij je przynajmniej. 

Gdyby mi tak nie brakowało ludzi, już by cię tu nie było.

W łazience zaplatam włosy i okręcam je ściśle wokół głowy. Ralf czeka na mnie pod 

drzwiami z tabliczką do przypinania notatek. Można by przypuszczać, że zamierzam wykraść 

się przez okno i uciec.

- Chodź ze mną, pokażę ci, co będziesz robić.

- Pokazuje mi urządzenie, wyglądające jak pas transmisyjny w obudowie.

- To jest latająca maszyna.

- Latająca maszyna?

- Profesjonalna maszyna do zmywania naczyń. Robisz tak: zdejmujesz brudne talerze 

z wózka, na który się je zbiera ze stołów, spłukujesz je i wkładasz w nacięcia. Bierzesz 

sproszkowane   mydło,   wsypujesz   je   do   tego   pojemnika   i   pociągasz   lewarek.   -   Wskazuje 

wielkie pudło z detergentem, stojące na półce. Potem wracamy do Boba, który teraz pakuje 

kanapki, i Ralf prowadzi mnie do wielkiego zlewu, pełnego tłustych garów i patelni.

- Masz tu zmywak, możesz go potrzebować. Brudne ścierki wrzucaj do pralki, a kiedy 

będzie pełna, wsyp trochę proszku do prania i włącz ją. - Ralf znika w swoim biurze.

- Ależ tu gorąco - uskarżam się. Już czuję, jak moja bluzka zamienia się w szmatkę, a 

włosy wyglądają gorzej z chwili na chwilę. Żałuję, że spotkam się jeszcze z Brianem na 

chemii.

- Zupełnie jak w saunie - zgadza się ze mną Bob. Wachluje się dłonią. - Gdybym tak 

nie potrzebował forsy, za nic nie pracowałbym  w tej brudnej dziurze. Nie chcę naciągać 

starych. Miałem niedawno stłuczkę i zamierzam sam zapłacić za naprawę samochodu.

Bob bierze tacę z zapakowanymi kanapkami i układa je na ladzie. Uświadamiam sobie 

nagle,   jak   urósł.   Przybrał   też   na   wadze:   nie   jest   już   takim   chudzielcem   jak   przedtem   i 

zdecydowanie wyprzystojniał. Teraz wyjmuje jeden po drugim trzy placki z lodówki.

- Uff,   co   za   ulga!   -  Czuję   na  twarzy  powiew   chłodnego   powietrza.   Bob  odkrawa 

kawałek ciasta z kremem czekoladowym i podaje mi. - Dzięki. Na jakie zajęcia chodzisz poza 

chemią?

- Na angielski, trygonometrię i wiedzę o społeczeństwie.

background image

- Wiedzę o społeczeństwie? Ja też. Na której lekcji masz zajęcia?

- Na szóstej - odpowiada. - Pracujesz nad projektem poświęconym małżeństwu?

- Mhm.

- A z kim jesteś w parze?

- Z Brianem Andersonem.

Bob robi zdegustowaną minę.

- Z tym przekrętem?

- Skąd go znasz?

- Mówiłem ci, że znam tu masę ludzi.  - Bob układa kawałki placka na osobnych 

talerzykach.

- Kiciu - woła Ralf - choć no tu i spłucz te naczynia.

- Na razie, kiciu - przedrzeźnia go po cichu Bob. Ralf wręcza mi tekturowe pudełko.

- Jeśli znajdziesz jakieś zapomniane przedmioty, okulary czy cokolwiek, włóż to tutaj. 

I nie zapomnij wrzucić brudnych ścierek do pralki.

Spłukuję z talerzy keczup, musztardę i resztki hamburgerów. Maszyna wypełnia się. 

Wsypuję porcję sproszkowanego mydła z żółtego pudełka stojącego nad zlewem, pociągam 

za lewarek i powracam do spłukiwania paskudztw z garnków.

- Rany!   -   wrzeszczę   kilka   minut   później.   Latająca   maszyna   pieni   się.   Biała   piana 

wydobywa się z obu stron. Biegnę po Boba. - Stało się coś okropnego I - Kurczę! - Bob 

chwyta wiadro i wlewa z niego wodę do maszyny. Ale piana wydobywa się nadal. - Trzeba to 

wyłączyć. - Bob odłącza maszynę. Próbuję wyjąć z niej talerze, ale są gorące jak ukrop. Bob 

dolewa więcej wody.

Zbliża się Ralf.

- Dlaczego ta maszyna wariuje?

- Nie mam pojęcia - odpowiadam.

- Którego mydła użyłaś?

Wskazuję mu pudełko.

Ralf wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę.

- Jak   mogłaś   tak   kretyńsko   postąpić?   To   mydło   jest   do   pralki.   Nic   dziwnego,   że 

narobiłaś takiego bałaganu.

- Nie wiedziałam, że mydła się różnią. Oba pudełka są żółte.

- Jedno jest do pralki, a jedno do „latającej maszyny”. Nie umiesz czytać?

- Jasne, że umiem. - Oglądam pudełka. Na obu jest napis: „Przemysłowy detergent A - 

3”, bez wyjaśnień, do jakich celów używać ich zawartości. Dopiero na samym dole znajdują 

background image

się instrukcje.

- Chcę chwilkę z tobą porozmawiać u siebie  w biurze. - Ralf siada przy biurku i 

przysuwa mi krzesło.

- Kiciu... - rozpoczyna.

- Mam   na   imię   Henny!  -   Chyba   nie   nadajesz   się   do   pracy   w   kafeterii.   Jesteś 

zwolniona.

- No i co? - pyta Bob, gdy wychodzę z biura.

- Wylał mnie - zawiadamiam go.

- Sam nie wiem, czy powinienem ci pogratulować, czy złożyć wyrazy współczucia - 

mówi Bob, gdy spotykamy się ponownie na lekcji chemii. - Ta maszyna latająca rzeczywiście 

strasznie napaskudziła.

Wyjmuje z kieszeni pomięty kawałek papieru i pokazuje mi go.

- Ta dama z mojej ulicy potrzebuje regularnie opiekunki do dzieci. Płaci cztery dolary 

pięćdziesiąt centów za godzinę. Już prawie byłem sam zdecydowany.

Biorę papierek.

- To dlaczego tego nie wziąłeś?

- Wczoraj dostałem robotę w Transporcie i Usługach dla Zwierząt Pawmobile. Tam 

dużo lepiej płacą.

- A czemu ta pani proponuje aż tyle?

- Trzeba się opiekować dwiema małymi dziewczynkami i sporo dać z siebie. Powiedz 

pani Quatrocci, że to ja cię do niej skierowałem. Poważnie, Henny, sam wziąłbym tę pracę. 

Jutro zadzwonię do ciebie w sprawie zadania z chemii.

Brian mija nas i macha na pożegnanie. Przyspiesza kroku, by dopędzić dziewczynę, z 

którą widziałam go poprzednio.

Co za koszmarny dzień! Jestem zmęczona i głodna. Marzę o tym, by jak najszybciej 

być w domu.

Gdy tylko otwieram drzwi, widzę, że Winnie i Gaduła czekają na mnie. Wchodzę do 

kuchni,  biorę resztki  wczorajszej  zapiekanki. Rzucam kilka  kawałków zwierzakom,  które 

pochłaniają je radośnie.

Joy nie ma, ale zostawiła dla mnie liścik.

Droga Henny!

Jestem   w   swoim   gabinecie   w   suterenie.   Do   piątej   mam   pacjentów.   W   szafce,   na 

niebieskim talerzu, są czekoladowe ciasteczka, które sama zrobiłam. Uściski.

Joy

background image

Zjadam trzy ciasteczka i telefonuję do pani Quatrocci w sprawie pracy.

- Halo, kto mówi? - pyta dziecięcy głosik w słuchawce.

- Czy jest twoja mamusia?

- Mówiłam ci, żebyś nie odbierała telefonów - dochodzi z głębi pokoju głos mamusi. - 

Halo?

Teraz w telefonie słychać wrzaski.

- Przepraszam - mówi kobiecy głos. - Dziewczynki, jeśli jeszcze raz będziecie męczyć 

kota, zabronię wam oglądać dziś wieczorem telewizję!

Pani Quatrocci znów zwraca się do mnie.

- Przepraszam, kto mówi?

- Dzień dobry, nazywam się Henny Zimmerman. Jestem koleżanką Boba Zayre’a. Bob 

mówił mi, że potrzebuje pani opiekunki do dzieci.

- Tak,   we   wtorki   i   czwartki   od   czwartej   do   ósmej.   Przepraszam   na   chwileczkę   - 

przerywa. - Zabierz natychmiast z salonu opakowanie od jogurtu!

Powraca do rozmowy ze mną.

- Czy masz jakieś doświadczenie w opiece nad dziećmi? Nie mogę zostawić moich 

jagniątek z byle kim.

Podaję nazwiska trzech osób, dla których pracowałam.

- W porządku, kochanie, niedługo skontaktuję się z tobą. Czy Bob mówił ci, że płacę 

cztery pięćdziesiąt za godzinę?

- Tak, powiedział mi. - Ponownie słyszę krzyki w słuchawce.

- Odezwę się do ciebie.

Przeglądam znowu zadanie z wiedzy o społeczeństwie. Tata ma formularze umów, 

których mogłabym użyć. Ciekawa jestem, jak to byłoby naprawdę zostać żoną kogoś takiego, 

jak Brian. Podpisuję się „Harriet Zelda Anderson” na kartce z notatnika.

Dzwoni telefon. Pani Quatrocci rzeczywiście ma tempo!

- Halo - słyszę zdyszany głos. - Mówi Prudence Enright. Czy zastałam Joy?

- Niestety, nie ma jej.

- Aha. A ty pewnie jesteś Harriet. Dzwonię, ponieważ pani Pattinos powiedziała mi, 

że   może   będziesz   mogła   podać  nam   nazwiska  osób,   które  koniecznie   trzeba  zaprosić   na 

„podarkowe przyjęcie”, a o których my mogłybyśmy zapomnieć.

Razem   sprawdzamy   listę.   Podaję   jej   nazwisko   sekretarki   taty,   pani   Chase   i   pana, 

którego ojciec zna ze Stowarzyszenia Graczy w Scrabble w Highland.

- Dziękuję, moja droga - mówi pani Enright.

background image

- Czy składamy się na jeden podarunek, czy kupujemy każdy na własną rękę?

- Na własną rękę. To mają być podarki, których można używać przez całą dobę. Może 

ty postarasz się o prezencik, który przyda im się o dziewiątej wieczór? Ja przygotuję coś, z 

czego na pewno się ucieszą, tylko nie bardzo wiem, o jakiej porze zechcą tego używać.

Pani Quatrocci dzwoni nieco później.

- Możesz  zacząć  pracę   we wtorek  o czwartej.  Nie  ubieraj  się za  elegancko.  I  nie 

spóźnij się.

background image

ROZDZIAŁ 4

Gdy tylko otwieram oczy rankiem, słyszę dzwonek telefonu.

- Henny - oznajmia mi tata - ten to już zupełny świrus! Chce rozmawiać ze swoją 

śliczną żoną. Nie możesz znaleźć sobie w tej swojej szkole normalnego chłopaka?

- Halo, Henny, to ja, twój mężuś, Brian! - Co nowego? - Staram się, by mój głos 

brzmiał nonszalancko, ale możecie mi wierzyć, nie jest to łatwe.

- Zaplanowałaś już coś na dziś rano? - pyta.

- Pomyślałem sobie, że warto by usiąść razem nad tą umową przedmałżeńską.

- A o której? - pytam. Zupełnie jakbym miała milion innych zobowiązań i trudności z 

wciśnięciem między nie naszego spotkania.

Brian odchrząkuje.

- Podjadę po ciebie koło wpół do dwunastej. Moglibyśmy zjeść lunch w „Big Baby’s”, 

a potem popracujemy nad naszym zadaniem. - Śmieje się.

- Wiem, że jesteś zwolenniczką równouprawnienia, ale ja stawiam lunch.

„Big Baby’s” to nowa restauracja typu „drive in”, gdzie obsługuje się klientów w ich 

samochodach. Jest w stylu lat pięćdziesiątych i wszyscy wariują na jej punkcie. Podobno ma 

najlepsze w mieście chiliburgery, hot dogi i koktajle mleczne. Ricky nie znosił tłoku, więc 

nigdy tam nie byliśmy.

- Podaj mi swój adres - prosi Brian.

Jestem taka podekscytowana, że muszę pozbierać myśli.

- 3525   Daleford   Lane.   Dom   z   białymi,   szalowanymi   ścianami   i   zielonymi 

okiennicami. Na trawniku od frontu rośnie duży dąb.

- No to na razie, pani Anderson - kończy rozmowę Brian.

Natychmiast dzwonię do Chris, ale jej numer jest zajęty. Rzucam okiem na zegar w 

holu.   Jest   dziewiąta   siedemnaście.   Tylko   dwie   godziny   i   trzynaście   minut   do   przyjazdu 

Briana. A jeśli nie znajdzie domu? A jeśli zgubi adres? Powiedział, że zaprasza mnie na 

lunch, więc to liczy się jak prawdziwa randka, nawet jeśli będziemy zajmować się pracą 

domową!

Biorę kąpiel z masą piany, myję i suszę włosy. Chwała Bogu, że ciuchy są już uprane. 

Po   zmierzeniu   dwudziestu   jeden   zestawów   decyduję   się   na   beżową   dżinsową   spódnicę   i 

dzianinową białą bluzę z wrobionym na przodzie pawiem. (Mierzyłam je jako pierwsze). 

Maluję rzęsy i usta. Przebieram wśród buteleczek z wodami toaletowymi.

Wszystkie pachną zbyt kwiatowo i są trochę za dziewczęce na randkę z kimś takim jak 

background image

Brian.

Słyszę stukot obcasików Joy, zmierzającej przez hol do łazienki. Zatrzymuje się przed 

lustrem,   poprawia   opadającą   kokardę   przy   szarej   jedwabnej   bluzce   i   wygładza   szarą, 

gabardynową spódnicę. Widocznie ma pacjenta, bo inaczej byłaby w dżinsach lub dresie.

- Dzień dobry, Henny.

- Dzień dobry, Joy. Czy mogłabyś coś dla mnie zrobić?

- Wal!

- Czy mogę pożyczyć odrobinę tych twoich perfum pachnących piżmem?

- A po co ci perfumy z piżmem o tej porze? - Przygląda mi się podejrzliwie. Na pewno 

myśli, że jestem zupełnie pokręcona.

- Mam coś w rodzaju randki.

- Randkę? Kwadrans po dziesiątej rano?

- On będzie tu dopiero o wpół do dwunastej. Jedziemy na lunch, żeby popracować nad 

pracą domową. Ale i tak powinnam ładnie pachnieć.

Joy podchodzi do mnie i pociąga nosem.

- Pachniesz bardzo przyjemnie.

- Muszę pachnieć lepiej aniżeli „przyjemnie”. Muszę pachnieć seksownie.

Joy patrzy na mnie powątpiewaniem.

- Co to za praca domowa?

- To ten temat związany z problemami małżeństwa, o którym ci mówiłam. Ja mam być 

żoną, a Brian Anderson, mój przyszły mąż, spotyka się ze mną o wpół do dwunastej, żeby nad 

tym popracować.

Joy śmieje się, otwiera szufladę toaletki i wręcza mi buteleczkę.

- W porządku, tylko nie używaj za dużo, te perfumy są dość mocne.

Kropelka   za   uszami,   na   przegubach   oraz   tam,   gdzie   bardzo   chciałabym   mieć 

wgłębienie pomiędzy piersiami, ale powątpiewam, czy kiedyś  będę je miała...  Widziałam 

fotografie mamy: miała taką samą szczupłą sylwetkę jak ja. Perfumy pachną bardzo kusząco. 

Strzeż się, Brianie, mówię sobie, zostanę twoją następną trzyrandkową dziewczyną!

Czuję woń smażonego w kuchni bekonu. Schodzimy wraz z Joy na dół. Tata robi 

naleśniki z orzeszkami.

- No i o co chodziło rano? - pyta, podrzucając naleśnik na patelni. - Ten chłopak 

przynajmniej zadzwonił po wschodzie słońca.

Wykładam mu sprawę zadania na temat małżeństwa.

- Aha, czy masz jakieś formularze umów, które mógłbyś mi dać? Zajmujemy się teraz 

background image

umowami przedślubnymi i chciałabym swoją napisać na maszynie na oficjalnym formularzu.

- Będę dzisiaj w biurze, więc przyniosę ci kilka formularzy, na których spisuje się 

umowy.

- A czy ty i Joy zawieracie umowę przedślubną?

- Nie - ucina Joy.

- Może to i nie jest zły pomysł - odpowiada tata.

- Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć - ostrzegam ich. - Procent rozwodów jest 

bardzo wysoki.

Tata podaje mi talerz z trzema plasterkami bekonu i dwoma naleśnikami. Podsuwa Joy 

drugi talerz, obejmuje ją i leciutko całuje w policzek.

- Henny, jeszcze się nie pobraliśmy. Nawet nie myślmy o takich okropieństwach.

Nic już nie mówię. Zawsze chciałam, żeby tata ponownie się ożenił. Przeraża mnie 

myśl, że mogłoby się między nimi źle układać.

Joy polewa naleśniki syropem.

- O której wrócisz z randki ze swoim mężem?

- Pojęcia nie mam.

- Proszę cię, bądź przed pierwszą. Chciałabym, żebyśmy dziś zaczęły rozglądać się za 

sukienką dla ciebie. W przyszłym tygodniu nie będę miała czasu. Wyjeżdżam na kilka dni do 

Minnesoty, zobaczyć się z synem.

Nie wspominam, że może nie będę uczestniczyć  w ceremonii ślubnej. Taka wieść 

rozpętałaby chyba u nas w domu trzecią wojnę światową. Z tatą nie można dyskutować o 

takich sprawach. Z Joy tak. To właściwie smutne - znam Joy zaledwie od roku, a czasami 

czuję, że jestem bliżej z nią niż z ojcem. A może moje nastawienie do ślubu zmieni się w 

ciągu najbliższego czasu?

Przyczłapał   do   mnie   Winnie   -   wciąż   porusza   się   koślawo.   Pieszczę   go.   Gaduła, 

rozciągnięty pod stołem, nie protestuje. Za bardzo jest zajęty myciem sobie łapek.

- Niedługo wrócę - zapewniam Joy.

- Chciałbym, żeby Joy pozwoliła mi zobaczyć swoją suknię ślubną - dopomina się 

tata.

- To przynosi pecha, Herman - ucina Joy. Zaczynam się śmiać.

- A twój pierwszy mąż widział suknię przed ślubem?

- Prawdę mówiąc - tak. Tym razem nie zamierzam ryzykować.

Tata odstawia filiżankę z kawą i podziwia Joy.

- Wyglądasz wspaniale we wszystkim, w co się ubierasz.

background image

Być   może   Joy   jest   atrakcyjna   jak   na   swoje   czterdzieści   jeden   lat,   ale   nie   jest 

pięknością.   Ma   krótkie,   kędzierzawe,   kasztanowate   włosy,   niebieskie   oczy   i   jest   raczej 

pulchna. Idealny przykład amerykańskiej matki. Ani przesadnie urodziwa, ani typ urody, jaki 

widuje się na okładce „Vogue”. Ale tata ma kompletnego świra na jej punkcie. I vice versa.

Dzwoni telefon. Pędzę na górę, by go odebrać. Gaduła wskakuje na moje krzesło.

- Żeby ci tylko śniadanie nie wystygło! - woła za mną tata.

Nie byłabym nawet w stanie pomyśleć o czymś tak błahym jak naleśniki. A co będzie, 

jeśli Brian odwoła spotkanie? Są sprawy ważniejsze niż jedzenie. Chwytam słuchawkę. To 

Chris.

- Nie uwierzysz, co się zdarzyło - mówię.

- Co takiego? Ricky wrócił?

- Skąd! Coś lepszego. Brian zabiera mnie na lunch! - Chris aż wykrzykuje w swoją 

słuchawkę, a ja w swoją. Jednocześnie słyszę, jak Joy i tata wrzeszczą na Winnie.

- Dokąd się wybieracie? - pyta Chris.

- Do „Big Baby’s”. I mamy zająć się umową małżeńską.

- Też bym  chciała mieć jakiegoś fajnego  faceta jako partnera.  Jennifer i ja mamy 

zamiar popracować nad kontraktem, a potem pójdziemy na zakupy. Może spotkasz się z nami 

w centrum handlowym, jeśli nie będziesz zbyt zajęta swoim amantem?

- Nie mogę. Mam iść z Joy poszukać kiecki na wesele.

- A może zaprosisz Briana?

- Żeby szukać sukni? - Ta Chris chyba myśli, że jestem kompletną świruską. - Nie 

sądzę, żeby chciał przyjść.

Ojciec krzyczy do mnie, żebym nie okupowała telefonu.

- Pa, Chris.

- Powodzenia - odpowiada. - I jeszcze jedno... nie dowiesz się, dopóki go nie zapytasz.

Wreszcie żegnam ją definitywnie.

Gdy   wracam   do   kuchni,   stwierdzam,   że   moje   śniadanie   znikło.   Winnie   siedzi   na 

krześle z wielką smętną mordą w moim talerzu. Tata próbuje spędzić go na podłogę.

- Jeśli   ten   pies   nie   zacznie   się   przyzwoicie   zachowywać,   to   nie   będzie   dla   niego 

miejsca ani w małżeństwie, ani w umowie!

- Daj mu szansę, Herman - błaga Joy.

Słyszę  klakson. Wyglądam  przez okno i widzę Briana  za kierownicą srebrzystego 

volvo. Ruszam ku drzwiom.

- A ty dokąd się wybierasz? - pyta tata.

background image

- Umówiłam się, żeby popracować nad pracą domową.

- Nie tak szybko!

- O co chodzi?

- Moja   córka   nie   wyjdzie   z   chłopakiem,   który   nie   umie   się   na   tyle   przyzwoicie 

zachować, żeby podejść do drzwi, zadzwonić i przedstawić się jej rodzicom.

Joy, która sprawdza swój wygląd w lustrze w salonie, spogląda na mnie.

- Twój ojciec ma rację, Henny. Nie jesteś tresowaną foką, żeby reagować na sygnał.

Wprost trudno uwierzyć. Jeszcze nie jest oficjalnie moją macochą, a zachowuje się, 

jakbyśmy spędzili razem z piętnaście i pół roku.

Brian   nadal   naciska   klakson.   Nie   bardzo   wiem,   co   robić.   Jeśli   wyjdę   i   pojadę   z 

Brianem - będę miała za swoje. Jeśli mu powiem, że musi przedstawić się moim rodzicom, 

żeby pozwolono mi wyjść z domu na popołudniową randkę - pomyśli, że traktują mnie jak 

dziecko. To zupełnie jak gra, w którą czasem bawimy się z Chris: nazwałyśmy ją „koszmarne 

decyzje”. Czy wolałabyś znosić czułości najpaskudniejszego chłopaka w szkole, czy też wejść 

nago na szkolną potańcówkę?

Mam   na   to   taką   samą   ochotę,   jak   powiedzieć   Brianowi,   że   ma   poznać   moich 

rodziców.

- Jedyne, co możesz zrobić - mówi tata - to przyprowadzić tego młodego człowieka i 

przedstawić go. No, dalej!

- Doprawdy, Henny - włącza się Joy - tylko tak się to może odbyć.

Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Tych dwoje mieszka ze sobą bez ślubu, 

a mnie traktują, jakby był dziewiętnasty wieki Idę do samochodu, Brian prześlizguje się przez 

przednie siedzenie, uśmiecha się i otwiera mi drzwi.

- A już myślałem, że próbujesz wystawić starego Briana! - Niezupełnie. Moi starzy 

chcą cię poznać, zanim pojedziemy.

- Przepraszam - mówi Brian - chyba byłem za leniwy, żeby wyleźć z auta. W sobotę 

rano większości rodziców nie ma w domu.

Ujmuje mnie za rękę.

Całe szczęście, że w domu nie ma za dużego bałaganu. Czuję się trochę zażenowana z 

powodu moich rodziców. Joy wygląda jakoś sztywno  i oficjalnie w szarym  kostiumie, w 

którym spotyka się z klientami, a ojciec wprost okropnie. Jest nie ogolony, a jego koszulka z 

napisem „Hands Across America” jest tak opięta, że widać obwisły brzuch.

- Tato, Joy, to jest Brian Anderson. - Niemal dodaję „najbardziej bombowy chłopak w 

szkole”, ale nie robię tego. Rodzice nie są w stanie zrozumieć takich rzeczy.

background image

- Dokąd się wybieracie? - wypytuje ojciec.

- Popracować nad szkolnym zadaniem - odpowiada Brian - i przegryźć coś w „Big 

Baby’s”, tej nowej restauracji „drive in” w stylu lat pięćdziesiątych. Może przyłączycie się do 

nas? Mogłoby to wskrzesić dawne wspomnienia.

Tata przecząco potrząsa głową i rzuca Brianowi podejrzliwe spojrzenie.

Ależ numer z tego Briana! A co byłoby, gdyby się zgodzili?

- To   przyjemność   pracować   z   Henny   -   kontynuuje   Brian.   -   Taka   z   niej   dobra 

uczennica.

- Nie zapomnij wrócić przed pierwszą - przypomina mi Joy.

Brian otwiera przede mną drzwi samochodu. Na podłodze piętrzą się sterty kaset.

- Lubisz Whitney Houston? - Wkłada jedną z kaset do magnetofonu.

- Uwielbiam.

Niektórym szczęści się we wszystkim. Whitney Houston najpierw była modelką, teraz 

została laureatką nagrody Grammy. A ja nie mogę nawet poradzić sobie z czymś tak prostym, 

jak wyjście  na randkę w taki sposób,  by staruszkowie się nie czepiali.  Rodzice  Whitney 

Houston na pewno nie robią afery, jeśli jakiś chłopak, z którym ich córka się umawia, zatrąbi 

klaksonem, zamiast podejść do drzwi.

Napis przed restauracją migoce neonowymi literami: «Jedz w Big Baby’s». Obok - 

staromodna   reklama   coca   -   coli.   Drewniana   krowa   naturalnej   wielkości   stoi   na   dachu 

restauracji. Kelnerki ubrane są w czarne obcisłe szorty i różowe koszulki do gry w kręgle z lat 

pięćdziesiątych z napisem: «Jedz w Big Baby’s». Jeżdżą na wrotkach tam i sam po parkingu 

obsługując gości. Brian krąży wśród samochodów poszukując miejsca, gdzie moglibyśmy 

zaparkować i zostać obsłużeni. Z głośnika dochodzą dźwięki „Rock around the Clock”.

- To naprawdę miejsce z klasą - stwierdzam.

- Dlatego właśnie cię tu przywiozłem. - Dotyka mojej dłoni.

Przez   chwilę   studiujemy   menu   wywieszone   przed   stanowiskiem,   przy   którym 

zaparkowaliśmy. Mają tu głównie hamburgery, hot - dogi i frytki.

- Biorę   trzy   hamburgery   z   chili,   podwójne   frytki   z   serem   i   napój   truskawkowy   - 

decyduje Brian. - A na co ty masz ochotę?

- Wezmę cheesburgera i koktajl czekoladowy.

Brian   zamawia   jedzenie   przez   telefon   znajdujący   się   przy   stanowisku   obsługi   i 

przygląda mi się przez chwilę.

- Masz zgrabną figurkę - oznajmia.

Jestem mile połechtana i speszona jednocześnie.

background image

- Dzięki - odpowiadam. Oczywiście nie ważę stu kilogramów ani nic w tym rodzaju, 

ale jakoś nigdy nie sądziłam, że mam efektowną sylwetkę.

Kelnerka przynosi nasze hamburgery. Na różowej koszulce ma dwie przypinki. Na 

jednej jest napisane: „Miejsce kobiety jest w centrum handlowym”, na drugiej - „To nie ja 

jestem dziwadło, tylko ty”.

- Weźmy się do naszej umowy - proponuję.

- Dobra. Już ci mówiłem, nie mam zamiaru gotować. A ile chcesz dzieci?

- Jedno oraz psa i kota.

- Ja chcę trójkę, poza tym nie znoszę kotów.

- Nie zgadzam się. Jedno albo wcale. Mam zamiar pracować na pełnym etacie. Nie 

będę po powrocie zajmować się trójką dzieciaków. Już lepiej sprawmy sobie kota. Przepadam 

za kotami.

Brian odgryza kęs hamburgera.

- W porządku, niech będzie kot. A może zatrudnić gosposię?

- Zatrudnić   gosposię?   Tata   mówi,   że   o   dobrą   jest   bardzo   trudno.   Poza   tym   to 

kosztowne. Fakt, że ta, którą mieliśmy do niedawna, była super.

- Nie miałem pojęcia, że twoja rodzina jest z tych, co mają gosposie!

- Nie jest. Ale moja matka umarła, kiedy miałam siedem lat, i potrzebowaliśmy kogoś, 

kto by się nami zajął. Gosposia nie mieszkała u nas - codziennie wracała do siebie do domu. 

Moja macocha chce przez kilka godzin dziennie prowadzić swoją prywatną praktykę, a potem 

zajmować się nami. Teraz szukamy dobrej sprzątaczki, która przychodziłaby raz na tydzień.

Przez   chwilę   zajmujemy   się  pracą,   ale   idzie   to   dość   opornie.   Brian   albo   mówi   o 

sprawach z nią nie związanych, albo obserwuje, co dzieje się na parkingu.

Mój wzrok pada na zegar pod reklamą coli.

- Brian - mówię - lepiej wracajmy. Idziemy z Joy po zakupy,  poszukać  dla mnie 

sukienki.

Bob jest pochłonięty innymi sprawami. Macha do kogoś znajomego.

- Hej, Brian. - Do naszego samochodu podchodzi dwóch chłopaków ze szkoły: jeden 

wysoki blondyn, drugi, niższy, szatyn z brodą. Nie wiem, jak się nazywają. Trudno byłoby 

znać wszystkich, skoro do naszego liceum uczęszcza trzy i pół tysiąca osób. Ci dwaj są z 

czwartej klasy i należą do zespołu redagującego rocznik szkolny.

- Będziesz robił zdjęcia dziś wieczorem? - pyta brodaty.

- Jasne - potwierdza Brian. - Darcy Easton też.

- No, no - włącza się blondyn. - W takim razie chętnie bym się przyłączył. To niezła 

background image

laska.

- Nawet się nie umywa do Henny. - Brian obejmuje mnie. Brodaty przygląda mi się 

przez chwilę.

- Jeśli macie wieczorem coś lepszego do roboty, to ja mogę zająć się zdjęciami.

Brian sprawia wrażenie zakłopotanego.

- Zobaczymy się na meczu, chłopaki.

Chłopcy   odchodzą.   Brian   stawia   puste   kubki   i   opakowania   od   hamburgerów   na 

półeczce stanowiska obsługi, zostawia napiwek i uruchamia silnik.

Bum! Czuję nagły wstrząs, rozlega się łoskot i boczna szyba rozpryskuje się na milion 

kawałeczków. Odłamki szkła sypią się do wnętrza samochodu.

- Co się stało? - pytam zaskoczona. Wysiadamy z samochodu. W drzwiach poniżej 

okna jest duże wklęśnięcie, a na ziemi oraz na tacy pełno potłuczonego szkła.

Brian chwyta się za głowę i robi się blady jak ściana.

- Rany boskie! Walnąłem w słup od głośnika. Rodzice chyba mnie zamordują! - Twoi 

staruszkowie nie mają ubezpieczenia?

- Mają,   ale  tego  lata  spowodowałem   już  jeden  wypadek.   Będą  po tym  wszystkim 

płacić niebotyczną składkę. Mogą też wywalić mnie z polisy. Co ja powiem starym? Pomóż 

mi coś wymyślić albo mam przechlapane.

Zastanawiamy się przez chwilę.

- A może zaprowadzisz samochód wprost do warsztatu, w którym wstawiają szyby 

samochodowe, i wtedy rodzice o niczym się nie dowiedzą?

- No, nie wiem - Brian jest sceptycznie usposobiony. - Musiałbym tam zostawić wóz. 

To wgniecenie wygląda paskudnie.

Ponownie oglądamy uszkodzenie - jest głębokie, a lakier porysowany.

- Chyba powinieneś powiedzieć w domu, co się stało. Przecież nie jechałeś za szybko 

ani nic w tym rodzaju.

- Ze starymi to nie przejdzie. Musimy coś wymyślić.

Chociaż staram się być  opanowana i chłodna jak napój truskawkowy,  zdaję  sobie 

sprawę,   jak   Brian   się   czuje.   Gdybym   ja   stłukła   szybę   i   wygięła   drzwi   w   samochodzie, 

załatwiłoby mnie to na całe życie. A nawet na wieczność.

- Lepiej   już   jedźmy   -   mówię.   Jest   po   pierwszej.   Odbieram   wibracje   psychiczne 

wskazujące,   że   Joy   już   przygotowuje   dla   mnie   kazanie,   którego   wcale   nie   mam   ochoty 

wysłuchiwać.

Słyszę  warkot motocykla.  Luigi  Pasquelli  i jego  koledzy wjeżdżają  na parking.  Z 

background image

tylnego siodełka motoru Luigiego zeskakuje dziewczyna. Zdejmuje kask - to Cookie. Macha 

do nas. Luigi, Cookie i reszta wchodzą do środka.

Brian obserwuje ich przez dłuższą chwilę.

- Zbierajmy   się   -   mówi   wreszcie.   -   Myślę,   że   jakoś   sobie   poradzę   z   rodzicami. 

Możemy zatrzymać się na chwilę w „Giant”?

- Jasne. - Jest już tak późno, że kilka minut więcej nie robi żadnej różnicy. A Joy na 

pewno już dobrze przećwiczyła swoją przemowę.

„Giant” to olbrzymi samoobsługowy dom towarowy w centrum Highland. Można tam 

kupić co dusza zapragnie, od zupy w puszkach po żywe króliki, a wszystko po obniżonych 

cenach.

Brian parkuje.

- Wracam za dwie minuty. Możesz zaczekać w samochodzie?

Jego   dwie   minuty   okazują   się   kwadransem.   Joy   będzie   wściekła.   Brian   wraca   z 

niewielkim pędzlem, farbą oraz bukietem kwiatów.

- Co ty wyrabiasz?

- To po prostu parę rzeczy, które mi są potrzebne.

Odwozi mnie do domu.

- Słuchaj, nie mów nikomu, co się stało, dobra?

- Dobra. - Podoba mi się myśl, że mamy z Brianem wspólny sekret. To tak, jakby 

łączyło nas coś specjalnego. Ujmuje mnie za rękę, całuje ją i odprowadza do drzwi.

- Do zobaczenia niedługo - mówi.

Jasne, że niedługo. Mamy zajęcia w poniedziałek.

Joy otwiera drzwi.

- Gdzieś ty była, u licha? Jest po wpół do drugiej!

- Mieliśmy problem z samochodem.

- To dlaczego nie zadzwoniłaś?

- Nie miałam skąd.

- Już jest za późno, żeby teraz iść. A wiesz przecież, że w przyszłym tygodniu jadę do 

Minnesoty, zobaczyć się z synem.

- Znajdziemy z Chris jakąś kieckę.

Rzuca mi spojrzenie, mówiące, że we dwie na pewno wybrałybyśmy jakieś wyjątkowe 

szkaradzieństwo.

- Henny,   wychodząc   za   mąż   nie   chce   się,   żeby   pierwsza   druhna   znalazła   „jakąś 

kieckę”. Nie bierze się przecież ślubu codziennie. Chcę, żebyś wyglądała naprawdę ładnie.

background image

- A może takie rzeczy mnie nie wzruszają? Może ja nie wyjdę za mąż?

Joy westchnęła przeciągle.

- Nie mam pojęcia, co w ciebie ostatnio wstąpiło. Czy wyjdziesz za mąż, czy nie, 

życzę sobie, żebyś na ślubie swojego ojca była ubrana ładnie i przyzwoicie.

Wręcza mi karteczkę z numerem telefonu.

- Telefonował   chłopiec   imieniem   Bob.   Miałaś   wcześniej   coś   zaplanowanego   na 

dzisiejszy ranek? Mam nadzieję, że nic nie zawaliłaś, żeby wyjść z tym Brianem.

- Nie mogłam nic zawalić, bo nic nie planowałam.

Daję sobie kilka minut, by pozbierać się po eskapadzie z Brianem, i dzwonię do Boba. 

Przyjmuje jakaś pani, pewno jego matka.

- Nie ma Bobby’ego - informuje mnie. - Musiał odwieźć na lotnisko trzy francuskie 

pudelki. Czy to z tobą miał odrabiać chemię?

- Tak, ze mną.

- Tyle o tobie słyszałam!

Mam nadzieję, że nie za dużo.

Idę do swego pokoju i próbuję nauczyć się na pamięć tabeli pierwiastków. Boże, co za 

nuda. Szłoby mi łatwiej, gdybym  miała kogoś do pomocy. Ciekawe, co robi Brian i czy 

zaprosi mnie na następną randkę. Fe znaczy żelazo, N - azot. Gdyby istniał pierwiastek pecha, 

miałby HZ.

Po jakimś czasie wpada Chris.

- Chcę wiedzieć absolutnie wszystko. Z krwistymi szczegółami.

Idziemy do mojego pokoju i zamykamy za sobą drzwi. Nie chodzi o to, że mamy 

zamiar   omawiać   coś   nieprzyzwoitego   albo   że   ktoś   podsłuchuje.   Pójście   do   pokoju   i 

zamknięcie drzwi, żeby pogadać, to rytuał, którego przestrzegamy.

Nie wspominam o najbardziej krwistym epizodzie.

- Pocałował mnie - oznajmiam.

- Super! - W rękę.

- Następnym razem to będą usta.

- Może   nie   być   następnego   razu.   To   nie   była   taka   zupełnie   prawdziwa   randka. 

Gdybyśmy nie pracowali razem nad tym szkolnym zadaniem, nie zabrałby mnie na lunch.

- A zaprosiłaś go na wesele swojego taty?

- Co takiego? Na głowę upadłaś?  - Oprócz tego,  że Chris zawsze  z kimś chodzi, 

przejawia wobec chłopców ogromną pewność siebie. Gdyby to jej ojciec zamierzał się żenić, 

miałaby   towarzystwo   na   uroczystość   w   tym   samym   momencie,   w   którym   ogłoszono   by 

background image

zaręczyny.

- Nie bardzo wiem, co mam robić. Chyba mu się podoba jedna dziewczyna, Darcy 

Easton.

- Może mu się i podoba, ale on jej nie. Ma faceta na Uniwersytecie Wisconsin.

- Skąd wiesz?

- Jej matka jest właścicielką sklepu z kosmetykami na tej samej ulicy, co pizzeria taty, 

i często do nas wpada. Darcy pracowała też w tym sklepie. W lecie robiła tam makijaż i 

manicure.

- Jak to możliwe? Przecież jest dopiero w szkole średniej?

- Odbyła praktykę pracując dla matki. Ma zamiar w ten sposób zarobić na studia w 

dziedzinie projektowania mody. Darcy jest okropnie ładna. Jej matka wspominała, że teraz 

pracuje dorywczo w jakimś sklepie w śródmieściu: podobno robi tam wyjściowy makijaż.

- To taka wysoka, szczupła dziewczyna z pięknymi, krótko obciętymi kasztanowatymi 

włosami?

- Wszystko się zgadza - potwierdza Chris.

- Ona to naprawdę potrafi się umalować!

- Świetnie   potrafi.   Muszę   lecieć.   Wieczorem   mam   randkę   z   Rogerem.   Będzie   też 

Sherry z chłopcem. Kurczę, Henny, szkoda, że nie znam żadnego chłopaka, żeby cię z nim 

spiknąć. Można by urządzać potrójne superrandki! Może Brian niedługo znów cię gdzieś 

zabierze. Chris rusza do drzwi.

- Gdziekolwiek zechce. - Biorę podręcznik chemii i udaję, że się uczę. - A być może 

zdecyduję się ubiegać o pełne stypendium na uniwersytecie w Chicago. Nie miałabym wtedy 

czasu na chłopców.

- Chyba upadłaś na głowę! - wrzeszczy, pędząc w dół po schodach i wybiegając na 

dwór.

Wieczorem staruszkowie idą do Feldmanów pograć w scrabble. Ja spędzam większość 

czasu studiując nudne pierwiastki chemiczne i opracowując umowę małżeńską.

Rozmyślam sobie, jak to by było tajnie, gdyby Ricky nie uzyskał tego stypendium lub 

gdyby Brian był innym typem chłopaka. Teraz pewnie bawi się świetnie z tą Darcy...

Szukam Gaduły. Są obaj z Winnie’em w salonie, zadowoleni i przytuleni do siebie. 

Gaduła   liże   Winnie’ego   swym   szorstkim   jak   papier   ścierny   języczkiem.   Każdy   jest 

dzisiejszego wieczoru razem z kimś, nawet Darcy, która przecież i tak już kogoś ma.

Dzwoni telefon. To pani Quatrocci. Pyta, czy mogę przyjść do niej w poniedziałek po 

szkole, na próbne posiedzenie z dziećmi.

background image

ROZDZIAŁ 5

Brian dał mi swój numer telefonu, ale nie miałam odwagi zadzwonić. Obudziłam się o 

piątej   rano,   by   to   przemyśleć.   Po   sześciu   rozmowach   telefonicznych   z   Chris   i   po 

ośmiokrotnym przećwiczeniu mojej rozmowy z Brianem, o trzeciej po południu dojrzałam, by 

do niego zadzwonić.

Trzy razy wykręcam numer i odkładam słuchawkę, zanim odezwie się brzęczyk. Życie 

było prostsze przedtem, gdy dzwoniłyśmy do Briana z Chris i rozłączałyśmy się natychmiast 

po usłyszeniu jego głosu. Wreszcie za czwartym razem czekam, gdy telefon dzwoni. Może 

Darcy tam jest i czulą się do siebie jak szaleni? Może rodzice zabronili mu rozmawiać przez 

telefon? A może snuje o mnie pożądliwe myśli? Przy piątym sygnale decyduję się rozłączyć.

W tym momencie odzywa się mała dziewczynka.

- Mieszkanie państwa Andersonów.

- Czy zastałam Briana? - Serce mi wali i mam spocone dłonie.

- Brian! Dzwoni jedna z twoich dziewczyn.

Brian podchodzi do telefonu.

- Hej, mówi Henny.

- Ty przecież nie jesteś moją dziewczyną.

- Śmieje się. - Jesteś moją żoną. Co się dzieje?

- Jak ci poszło wczoraj z samochodem?

Zniża głos.

- Próbuję to załatwić.

- Ja... ja zabieram się do napisania na maszynie tej umowy. Czy chciałbyś, żebym coś 

jeszcze w niej umieściła? Jak będziemy dzielić naszą własność?

- trajkoczę. Kiedy jestem podenerwowana, gadam jak nakręcona.

- Jak sobie życzysz, bylebym mógł zatrzymać moje longplaye. Do jutra i pamiętaj: ani 

słowa nikomu o tym, co było wczoraj.

Rozłącza się.

Następnego dnia, gdy wchodzę do szkoły, Brian czeka na mnie pod klasą.

- Załatwiłem   wszystko   z   matką   -   informuje   mnie.   Siadamy   i   przeglądamy   naszą 

umowę. Właściwie nie ma w niej nic szczególnego. Brian jest zadowolony, chociaż ja miałam 

nadzieję na coś lepszego.

Cookie i Luigi wchodzą do klasy. Niosą wielki zwój, długi na metr. Siadają obok nas i 

rozwijają go - to ich umowa. Jest starannie wykaligrafowana.

background image

- Kto to tak pięknie napisał? - pytam.

- Ja - odpowiada Luigi.

Charakter pisma jest wymyślny i ozdobny, a margines ozdobiony wzorem w czerwono 

- złote maleńkie zwoje. Samo wykonanie marginesu musiało trwać wiele godzin.

Wchodzi pan Demerle, dźwigając stertę książek. Kładąc je na stole, zauważa umowę, 

którą podziwia już kilka osób. Ogląda ją.

- Chcę, żeby cała klasa to zobaczyła - oznajmia i przylepia zwój taśmą klejącą do 

tablicy. - Każdy, kto zrobi coś w tym rodzaju, dostanie dodatkowe punkty. Chciałbym, żeby 

wszyscy w grupie potraktowali nasze zadanie równie poważnie.

Przez pewien czas dyskutujemy na temat umów. Potem pan Demerle wyjaśnia, jak 

ważne dla nowożeńców jest zgłaszanie w sklepach listy wybranych prezentów.

- Chodzi o to - tłumaczy - żeby ludzie wiedzieli, co jest wam naprawdę potrzebne. Już 

uprzedziłem rejestrację podarków ślubnych w Centrum Handlowym Marshalla Fielda. Ale 

jeśli chcecie, możecie zarejestrować się gdzie indziej. Większość par rejestruje swoje listy w 

kilku domach towarowych.

Wręcza   każdej   parze   formularze   z   nadrukiem   „Rejestracja   podarków   ślubnych 

Marshalla Fielda”. Ciekawe, skąd pan Demerle tak się na tym zna. Głowę daję, że jest żonaty 

lub zaręczony.

- Niektóre osoby, które już mają za sobą jedno małżeństwo, mogą posiadać pewne 

przedmioty. Ci, którzy świeżo skończyli college, będą potrzebowali więcej rzeczy aniżeli ci, 

którzy zawierają związek małżeński po raz drugi. Zaraz wręczę każdej parze instrukcję z 

opisem   jej   konkretnej   sytuacji.   Dostosujcie   do   niej   swój   wybór   podarunków.   Stawiając 

stopnie będę brał pod uwagę, jak realistyczne będą wasze decyzje. Dwie dziewczyny, które 

wspólnie wynajmują mieszkanie, zarejestrują się u Fielda w dziale upominków na specjalne 

okazje. Macie na to tydzień czasu.

Chris i Jennifer krzywią się.

- Przyszli państwo Andersonowie - wywołuje nauczyciel.

Brian wręcza mi kopertę. Otwieram ją. Nie podoba mi się, że pan Demerle zakłada, że 

przybiorę nazwisko Briana.

„Oboje   jesteście   świeżo   po   college’u.   Mąż   w   następnym   roku   zacznie   studia 

doktoranckie   w   Wyższej   Szkole   Edukacji   Specjalnej.   Żona   uczy   dzieci   w   szkole 

elementarnej.   Zaoszczędziliście   pięćset   dolarów   na   wyposażenie   domu.   W   tej   chwili 

posiadacie zaledwie kilka garnków i patelni, a najbliższa rodzina podaruje wam trochę rzeczy, 

które nie są jej potrzebne”.

background image

- Fiu, fiu. Będziemy potrzebować wszystkiego - stwierdzam, studiując instrukcję. - 

Pościeli, talerzy, sztućców, urządzeń domowych i innych różności.

Cookie pokazuje mi swoją instrukcję. Zawiera ona długą listę rzeczy, którą Cookie i 

Luigi już posiadają, ponieważ oboje mają już za sobą jedno małżeństwo. Do tego dochodzi 

zaoszczędzony tysiąc dolarów.

- Psiakość, chciałem wpisać na listę longplaye Whitney Houston i Madonny - narzeka 

Brian.

- Chyba nie możemy tego zrobić.

Krzywi się.

Kilka minut przed końcem lekcji nauczyciel podchodzi do stolika stojącego z boku 

pod ścianą i omawia książki, które przyniósł ze sobą.

- Jeśli ktoś chce, sam lub z partnerem, napisać sprawozdanie, żeby uzyskać dodatkowe 

punkty,   może   korzystać   z   tych   książek.   Dowiecie   się   z   nich   także   więcej   o   problemach 

współczesnego życia. Jeśli chcecie wypożyczyć którąś z nich, zgłoście to mnie.

Po   lekcji   przez   kilka   minut   przerzucam   książki.   Wypożyczam   jedną   z   nich, 

zatytułowaną „Współczesne style życia”, w której znajdują się informacje o wszystkim - od 

umawiania się na randki aż po starość. Jest tu cały rozdział o związkach uczuciowych, od 

zadurzenia   aż   po   prawdziwą   miłość.   Zdaję   sobie   sprawę,   że   to,   co   czuję   dla   Briana,   to 

zadurzenie. Przeglądam rozdział o prawie małżeńskim. Przy lunchu kartkujemy go z Chris, 

Sherry i Cookie. Okazuje się, że jesteśmy wystarczająco dorosłe, by w kilku stanach móc 

wyjść za mąż za zgodą rodziców.

- Matka Luigiego wzięła ślub, gdy miała siedemnaście lat - oznajmię Cookie.

- To bardzo młodo - stwierdzam. Wyobrażam sobie siebie z Brianem, w tej chwili 

poślubionych, we własnym mieszkaniu. Wydaje mi się to absurdalne.

- Luigi jest szalenie zdolny. - Cookie ustawia talerze z jedzeniem na tacy. - Może nie 

należy do elity, ale jest utalentowany, inteligentny, a na saksofonie gra jak profesjonalista. W 

sobotę wieczorem byliśmy na koncercie, w którym brał udział. A wiecie, że sam zmontował 

swój motor? Bardzo przyjemnie się z nim pracuje nad naszym zadaniem. Jest taki inny i 

naprawdę uroczy.

- Pan Demerle też jest uroczy - stwierdza Sherry. - Jak skończyliśmy pracę, zaprosił 

mnie na lunch.

- Co takiego? - wykrzykuje Chris.

- Nigdy nie słyszałam, żeby nauczyciel zaprosił kogoś na lunch. - Z wrażenia prawie 

dławię się lemoniadą.

background image

- Byliśmy w „Piwnicy” - oznajmia z dumą Sherry.

- W „Piwnicy!” - Jestem wstrząśnięta.

„Piwnica” to kameralna włoska kafejka znajdująca się pod „Sel Marie” - europejską 

cukiernią   w   centrum   miasta.   To   jeden   z   tych   lokalików

(  

o   przyćmionych   światłach, 

kraciastych czerwono - białych obrusach i płonących świeczkach. Tak bardzo chciałam, by 

tamtej nocy Ricky zabrał mnie właśnie w takie miejsce. Lokal, do którego pragnęłabym pójść 

z Brianem... teraz.

- Czy czegoś z tobą próbował? - chce wiedzieć Chris.

- Coś ty! To prawdziwy dżentelmen. Odwiózł mnie do domu i otworzył przede mną 

drzwi samochodu.

- Na pewno ma dziewczynę - wtrąca Cookie.

- Albo jest gejem.

- Wszystko mi jedno - odcina się Sherry.

- Cieszę się, że jest moim partnerem. Jest o tyle dojrzalszy niż te dziecinne typki, z 

którymi mamy do czynienia w szkole.

Jednym z tych dziecinnych typków jest Seth Ornstein, za którym Sherry wariowała 

jeszcze w zeszłym tygodniu. Podczas wakacji gadała tylko o nim i była cała w skowronkach, 

kiedy wreszcie zaprosił ją na randkę.

- Chłopcy ze szkoły nie wiedzą, jak należy odnosić się do dziewczyn - stwierdza 

Sherry.

- Luigi wie. - Cookie ociera usta, wyjmuje z torebki lusterko i poprawia włosy. - Przed 

koncertem przyniósł mi jedną jedyną cudowną różę. A jak stoją sprawy z Brianem?

- Bombowo. - Nie wspominam o aferze z klaksonem.

- Może się ustatkował na stare lata?

Luigi zbliża się do stolika. Obejmuje Cookie w talii i odchodzą. Jakże ja bym chciała 

znaleźć wielką miłość podczas realizacji tego zadania! Ale wszystko, co uzyskałam do tej 

pory, to kiepski stan nerwów i okazja, by asystować Brianowi, gdy rozwalał samochód.

Bob czeka na mnie po lekcji chemii.

- Gdzie zapodziałaś się w sobotę?

- Och, musieliśmy zająć się naszą umową ślubną. - Podoba mi się dźwięk słowa „my”, 

gdy dotyczy Briana. - Próbowałam cię złapać po powrocie.

- Mhm, jakoś nam się nie złożyło. Pani Quatrocci mówiła, że dzisiaj zaczynasz u niej 

pracę. Powodzenia!

background image

- Jeśli  tylko  nie ma profesjonalnej  maszyny  do zmywania  naczyń,  niczego się nie 

obawiam.

Bob śmieje się.

- Gdyby nie to, że muszę jechać wprost do Pawmobile, podrzuciłbym cię do domu.

- Nie ma sprawy.

Wychodzimy   tylnymi   drzwiami   na   parking.   Bob   wskakuje   do   żółtej   furgonetki   z 

rysunkiem zwierzęcej łapy i napisem „Pojazd dla zwierząt Pawmobile”.

Spostrzegam   Briana,   który   stoi   obok   czerwonego   mustanga.   Rozmawia   z   Darcy, 

ubraną w czarne spodnie i białą bluzkę typu gorset. Na niej wygląda to dobrze, choć na 

większości dziewczyn wydawałoby się zbyt wymyślne do szkoły.

Brian i Darcy wsiadają do samochodu i odjeżdżają. To by było na tyle o Brianie. 

Otwieram portfel, sprawdzam adres pani Quatrocci - 3007 Hunters Lane - i ruszam w drogę.

Odnajduję   dom   Quatroccich   w   dzielnicy   Colonial   Valley.   Wille   są   tu   większe   i 

zamożniejsze niż w mojej okolicy. Pod numerem 3007 trawnikowi przydałaby się kosiarka, a 

na jednej z okiennic łuszczy się farba. Naciskam dzwonek i czekam kilka minut. Z zewnątrz 

dochodzą krzyki dzieci. Drzwi otwiera wysoka, dobrze ubrana kobieta.

- Jesteś Henny, prawda? - Wprowadza mnie do salonu. Na podłodze walają się chipsy 

ziemniaczane i popcorn. Ogromny szary kot pochłania to wszystko, co nie zostało wdeptane 

w dywan. Dwie małe dziewczynki drepcą ku niemu, niosąc lalczyne ubranka.

- Julia! Melania! - wykrzykuje pani Quatrocci. - Przestańcie dokuczać Maluszkowi!

- Dobrze, mamusiu - zgadza się większa dziewczynka. Kładą ubranka na stoliku do 

koktajli, siadają na sofie i składają rączki jak w kościele. Ale to chyba  ja powinnam się 

pomodlić! Pani Quatrocci bierze mnie pod ramię i przedstawia nas sobie.

- Ta młodsza, to Julia. Ma trzy i pół roku. Większa, Melania, ma pięć lat.

Obie dziewuszki uśmiechają się słodko.

- Cześć, jestem Henny.

Julia odyma usteczka. Ma kędzierzawe jasnoblond włosy i błękitne oczy. Wygląda jak 

dziecięca modelka. Melania, pełna wdzięku i pyzata, przygląda mi się przez chwilę.

- Czy ty jesteś dziewczyną Bobby’ego?

- Nie.

Pani Quatrocci prowadzi mnie do kuchni.

- Tak jak mówiłam, zwykle nie będziesz pracować w poniedziałki. Chciałam tylko 

sprawdzić, czy się nadajesz, zanim zacznę kurs we wtorek. Sama rozumiesz, w dzisiejszych 

czasach nie można zostawić takich maleństw z byle kim. Od sierpnia miałam już siedem 

background image

opiekunek.

Otwiera lodówkę i pokazuje mi tacę kanapek z tuńczykiem.

- To na obiad. Co tu jeszcze... Żadnych przekąsek poza posiłkami, z wyjątkiem soku. 

Henny, czy mogłabyś spłukać talerze i włożyć je do zmywarki? I troszkę posprzątać salon, 

zanim wrócę. Moja sprzątaczka się nie pojawiła. Tak trudno teraz o dobrą pomoc domową.

Pokazuje mi, gdzie są ścierki i odkurzacz.

- I, Henny, nie zawsze będę mogła odwieźć cię do domu. Mamy tylko jeden samochód 

i nigdy nie wiem, kiedy mój mąż wróci do domu. Pracuje w handlu nieruchomościami, często 

w przedziwnych godzinach.

Niesamowite.   Gdyby   zademonstrował   ten   chlewik   jako   przykład   domów,   które 

sprzedaje, pewnie cofnięto by mu licencję.

Dziewczynki   bawią   się   grzecznie   do   chwili   wyjścia   matki.   Gdy   tylko   znika   za 

drzwiami, Melania wpada do kuchni i otwiera szafkę.

- Kiedy dostaniemy ciasteczka? - pyta.

- Mama powiedziała, że mam wam nie dawać nic oprócz soku.

- Sok jest wstrętny! Ja chcę ciasteczka!

- Niestety. Mama powiedziała: żadnego podjadania.

Melania patrzy na mnie wilkiem. Dosuwa krzesło do kuchennego blatu, wspina się, 

otwiera górną szafkę i chwyta pudełko czekoladowych chrupków z niższej półki.

- Złaź stamtąd! - Zdejmuję ją z blatu i usiłuję odebrać jej pudełko. Melania rzuca je 

Julii, która właśnie weszła do kuchni.

- Łap! - woła. Pudełko spada na podłogę. Pokruszone chrupki rozsypują się po całej 

podłodze.

- Nie   lubię   cię   -   oznajmia   Melania.   -   Jesteś   skąpał   Nic   dziwnego,   że   nie   jesteś 

dziewczyną Bobby’ego.

- Jesteś   paskudna!   -   wrzeszczy   Julia.   Obie   wypadają   z   kuchni,   dokumentnie 

rozdeptując ciasteczka. Zmiatam okruchy i wrzucam do kubła na śmiecie. Opłukuję talerze i 

wkładam je do zmywarki, upewniając się tym razem, czy biorę właściwy detergent. Czyszczę 

salon odkurzaczem i ścieram kurze.

Zbliżam się do sypialni, gdy słyszę żałosne miauczenie. Biegnę na pomoc. Maluszek, 

ubrany w miniaturową sukienkę i kapelusz, został wpakowany do lalczynej kołyski. Melania 

śpiewa wysokim głosikiem kołysankę na melodię „Rock - a - Bye Baby”.

Śpij już, kotek jest na drzewie

background image

Myszka biega i nic nie wie,

Że kot na nią czai się,

Wraz z ogonkiem myszkę zje.

- Natychmiast wyjmijcie kota z kołyski!

- Sza! - Julia błyska ku mnie swym uśmiechem aniołka. - Maluszek śpi.

- Jeśli nie wypuścicie kota z kołyski, zanim policzę do trzech, zadzwonię do waszej 

mamy!

Melania cofa dłoń, którą trzymała kota. Maluszek daje susa z łóżeczka i pędzi w dół 

po schodach.

- Kto porozrzucał te ubrania po całej podłodze?

- Maluszek - wyjaśnia Julia. - Jest dziś bardzo niegrzeczny.

- Mam dosyć bawienia się z Maluchem. Chodźmy do piaskownicy - proponuje Julia.

Zbieram ubrania, utykam je po szufladach i schodzę na dół. Wychodzimy tylnymi 

drzwiami. Gdy tylko je otwieramy, wypada z nich Maluch, przebiega podjazd i wspina się na 

drzewo na trawniku przed domem.

- Maluchowi nie wolno wychodzić na dwór - informuje mnie Melania. - Mama będzie 

wściekła.

Zastanawiam się nad możliwością zdjęcia kota z drzewa, ale przypomina mi się, jak o 

mało nie spadłam, usiłując ściągnąć Esmeraldę, kotkę starej pani Binning. Może powinnam 

zatelefonować po straż pożarną?

- Chcę do ubikacji - narzeka Julia. Próbuje otworzyć  drzwi. - Nie mogę wejść do 

środka!

Zaczyna płakać.

- Wejdź z drugiej strony I - Nie mogę. Zatrzasnęłaś drzwi.

Obchodzę dom dookoła, szarpiąc za klamki.

Melania i Julia depcą mi po piętach. Wszystkie drzwi są zamknięte. Szczypię się w 

ramię, by upewnić się, czy to na pewno nie zły sen. Niestety, to jawa, ale w porównaniu z 

dzisiejszym dniem koszmar senny to sama przyjemność.

Jedyną   osobą,   jaką   znam   w   Colonial   Valley,   jest   Bob.   Muszę   go   jak   najszybciej 

odszukać.

- Jeść mi się chce - maże się Melania.

- Słuchaj, czy wiesz, gdzie mieszka Bobby? - pytam ją.

- Wiem, ale nie powiem. Nie jesteś jego dziewczyną i nie dałaś mi ciasteczek.

background image

Spływa na mnie natchnienie.

- Bob ma mnóstwo ciasteczek u siebie w domu. Jeśli mi pokażesz, gdzie mieszka, na 

pewno trochę dostaniesz.

Julia stoi pod drzewem.

- Nie uciekaj, Maluszku. Chcę być twoją przyjaciółką. Kocham cię. I potrzebuję na 

nocnik.

Idę za Melanią. Mijamy kilka domów i zbliżamy  się do dużego budynku w stylu 

kolonialnym. Przed domem rosną czerwone kwiaty i starannie przycięte krzewy.

- On tu mieszka - oznajmia Melania.

Drzwi otwiera pani ubrana w spodnie koloru lawendy i purpurową bawełnianą bluzkę. 

Ma takie same brązowe oczy jak Bob.

- Czy mogę tutaj zrobić siusiu? - zadaje pytanie Julia.

- Oczywiście. - Pani Zayre przygląda mi się, jakbym była świeżo przybyłą Marsjanką.

- Pani   Zayre,   jestem   koleżanką   Boba   ze   szkoły.   Czy   go   zastałam?   Opiekuję   się 

dziećmi u państwa Quatrocci i koniecznie muszę się z nim zobaczyć.

Jej obcasy stukają o dębową podłogę. Zatrzymuje się przy schodach, oddzielających 

salon od jadalni.

- Bob, koleżanka do ciebie!

Bob schodzi po schodach.

- Henny! - woła zaskoczony. - Co się stało?

- Chcę ciasteczko - dopomina się Melania.

Opowiadam Bobowi całą koszmarną historię.

- Nie  martw  się -  mówi.  - Zaraz   się  tym   zajmiemy.  -  Otwiera   kuchenną  szafkę  i 

wyjmuje puszkę sardynek oraz trzy papierowe talerzyki. - Spotkamy się u mnie w garażu. 

Mama zajmie się maleństwami pani Quatrocci.

Przechodzę   przez   duże,   nieskazitelnie   czyste   podwórze.   Bob   zjawia   się   po   kilku 

minutach   ze   śrubokrętem,   łomem,   sardynkami   i   talerzykami.   Wręcza   mi   to   wszystko   i 

wyciąga drabinę z kąta garażu.

- Ty nieś nasz ekwipunek, a ja wezmę drabinę.

- Bob, ten kot siedzi tak wysoko! Nigdy nie zejdzie!

- Zejdzie, zejdzie. Znam dobrze starego Malucha. - Bob otwiera puszkę i kładzie po 

kilka sardynek na każdy z talerzyków.

- Wyrzuć puszkę do śmietnika - mówi, po czym wspina się na drzewo. Umieszcza 

jeden talerzyk na gałęzi w pobliżu Malucha, następny nieco niżej, a trzeci na ziemi. - A teraz 

background image

spróbujmy dostać się do środka.

Obchodzimy dom.

- Popatrzmy, czy któreś okno jest otwarte.

Spostrzegam, że jedno, w tylnej ścianie domu, jest uchylone.

- Hej, spójrz!

Bob wspina się na drabinę.

- Podaj mi śrubokręt. - Bob odkręca śruby siatki przeciw owadom, otwiera szerzej 

okno i włazi przez nie do środka. Po chwili otwiera drzwi od wewnątrz i wpuszcza mnie do 

domu. Wskazuje klamkę.

- Pamiętaj, żeby nie wciskać tego guziczka. Jeśli zechcesz zamknąć się od środka, to 

masz zasuwę. A kot jest już pod drzewem, opycha się sardynkami. Mówiłem ci, że dobrze 

znam Malucha.

Chwytam Malucha i wpuszczam go do domu.

- Masz tu zostać - rozkazuję. - Bob, jak mam ci dziękować?

- Wystarczy parę wygibasów pod muzykę na szkolnym weselnym przyjęciu.

Zabieram   dziewczynki   do   domu.   Zjadają   obiad   i   zasypiają   na   sofie   w   pokoju 

rodzinnym.  Opadam  na krzesło obok i  budzi mnie  dopiero  dźwięk klucza obracanego  w 

zamku.

- Jak poszło? - pyta pogodnie pani Quatrocci.

- Świetnie.

Wręcza mi osiemnaście dolarów.

- Zobaczymy się . we wtorek, a potem w czwartek - i we wszystkie wtorki i czwartki.

W domu zastaję wiadomość, że dzwonił Brian. Tym razem, gdy oddzwaniam, jestem 

zupełnie opanowana.

- Telefonowałeś? - pytam go.

- Tak. Zastanawiałem się, czy chciałabyś popracować w piątek nad rejestracją naszych 

prezentów ślubnych? Zamiast do naszego centrum handlowego pojechalibyśmy do Chicago, a 

jak skończymy, możemy sobie gdzieś pójść.

- Cudownie! Może moglibyśmy poszukać podarunku na „podarkowe przyjęcie” dla 

mojego taty?

- Dla twojego taty?

- Tak, mówiłam  ci, że  niedługo  się żeni.  Jego przyjaciele  przygotowują  dla niego 

„podarkowe przyjęcie”.

- Fajnie - odpowiada Brian. - Pojedziemy w piątek, zaraz po chemii.

background image

Bomba! Brian Anderson i ja jedziemy do miasta zarejestrować naszą listę prezentów 

ślubnych.   A   może   zaprosić   go   na   wesele   taty?   Zaczynam   nucić   „Oto   nadchodzi   panna 

młoda”.

background image

ROZDZIAŁ 6

W piątek po chemii Brian czeka na mnie przy drzwiach klasy. Bob widząc nas razem 

rzuca „cześć” i wychodzi.

Cieszę   się   na   myśl   o   jeździe   pociągiem   do   miasta   wraz   z   Brianem.   Jest   coś 

romantycznego  w podróżowaniu z chłopakiem. Ricky i ja często jeździliśmy do Chicago 

zwiedzać muzea i galerie.

Cudownie jest siedzieć przy Brianie. Gdy wagon podskakuje na szynach, ocieramy się 

o siebie. Nie jestem pewna, czy te dotknięcia są ze strony Briana zupełnie przypadkowe. Bo z 

mojej nie całkiem. Z jakiegoś powodu przy Brianie nabieram śmiałości.

Wysiadamy w okolicy Water Tower. Water Tower Place to pięciopiętrowe centrum 

handlowe   z   wielką   przeszkloną   windą.   Jedziemy   nią   kilka   razy   w   górę   i   w   dół.   Brian 

obejmuje mnie, ilekroć winda się opuszcza. Mogłabym z nim tak zostać cały dzień. Trzeba 

jednak wrócić do rzeczywistości i do naszego zadania.

Gdy   pan   Demerle   zwrócił   naszą   umowę,   okazało   się,   że   otrzymaliśmy   zaledwie 

dostateczny   z   komentarzem   „przydałoby   się   więcej   szczegółów”.   A   przecież   wiedza   o 

społeczeństwie to nie kurs geometrii dla zaawansowanych, lecz ten rodzaj zajęć, z których 

spodziewałabym się oceny bardzo dobrej.

Wysiadamy   z   windy   na   czwartym   piętrze   i   idziemy   do   Fieldsa   przez   dział 

komputerów   i   wideo.   Dział   gospodarstwa   domowego,   gdzie   znajduje   się   rejestracja 

podarunków, usytuowany jest w głębi.

- Chcę to wpisać na listę! - oznajmia Brian na widok telewizora z magnetowidem. Na 

ogromnym ekranie zgrabna blondyna ćwiczy calisthenics. Nie jest pewna, czy ma na myśli 

telewizor, czy dziewczynę.

- To kosztuje prawie trzy tysiące dolarów i to ze zniżką. Nikt nie wyda tylu pieniędzy 

na prezent ślubny! - A może jednak?

- Kto?

- Moglibyśmy  zaznaczyć  w  zaproszeniach, że  chcielibyśmy  dostać  po dwadzieścia 

dolarów od każdego z gości i że przeznaczymy te pieniądze na telewizor.

- Nie   myślę,   żeby   ludzie   to   zaakceptowali,   a   poza   tym   potrzebujemy   tylu   innych 

rzeczy! Pan Demerle powiedział, że będzie oceniał, w jakim stopniu realistyczne i praktyczne 

okażą się nasze spisy podarunków. Daj spokój, Brian, przecież za umowę dostaliśmy tylko 

dostateczny.

- Dobra już, dobra, ale ja i tak chcę telewizor. - W głosie Briana pobrzmiewa zawód. 

background image

Podchodzi do wystawionych komputerów.

Zbliża się do niego kobieta w kraciastej spódnicy i w blezerze.

- Czy mogę w czymś pomóc?

- Chciałbym obejrzeć demonstrację na Desk Pro.

- Proszę nacisnąć guzik „X” - instruuje go ekspedientka - i pokaz się zacznie.

Brian naciska „X”. Ekran rozjaśnia się i wydaje piszczące dźwięki. Po demonstracji 

Brian rozpoczyna grę, w której pozoruje się pilotowanie samolotu.

- Brian, chodźmy już. Chcę wreszcie zrobić to, co mamy zadane.

Ale on jest kompletnie pochłonięty grą i trudno go od niej odciągnąć.

- Jeszcze  minutkę,   właśnie  ląduję  w   Nantucket.  Doprowadzisz  do  tego,   że  rozbiję 

samolot.

- No, chodźże!

- Jedną sekundę. Nie patrz na ekran, dopóki nie powiem, że już możesz.

Niecierpliwię się coraz bardziej. Gotowa byłabym sama przygotować nasz projekt.

- Teraz się odwróć.

Patrzę   na   ekran.   Brian   napisał   na   nim:   „Kocham   Henny”.   Bierze   mnie   za   rękę   i 

idziemy  przez  dział delikatesowy do artykułów  gospodarstwa  domowego. Zatrzymuje  się 

przy słodyczach, przygląda się im uważnie, wreszcie kupuje nam po czekoladowym batoniku 

z miętowym nadzieniem. Wreszcie docieramy do saloniku utrzymanego w barwach koralu i 

szarości.   Napisy   głoszą:   „Rejestracja   ślubna”,   „Rejestracja   na   specjalne   okazje”   i 

„Wyposażenie oczekujących”.

Pani w niebieskiej sukni załatwia jakąś parę pod trzydziestkę. Druga pani, za ladą, 

rozmawia przez telefon, sprawdzając coś jednocześnie na komputerze.

- Zamówili wzór „zaczarowany ogród” - mówi.

Po   kilku   minutach   pani   w   błękitnej   sukience   podchodzi   do   nas.   Ma   plakietkę   z 

napisem „Rejestracja Marshalla Fielda, pani Engelhardt”.

- Czym mogę służyć?

- Chcielibyśmy zarejestrować listę ślubnych podarunków - oznajmia Brian. Jego głos 

brzmi oficjalnie. Ja z trudnością zachowuję powagę.

Pani Engelhardt zabiera nas do swego biura. Wyjmuje z biurka formularze i wręcza 

nam po jednym.  Przypominają  ten, który dostaliśmy  od pana Demerle:  są podzielone na 

rodzaje   prezentów:   urządzenia   kuchenne,   zastawa   stołowa,   szkło,   pościel,   ręczniki, 

wyposażenie do przyjmowania gości i inne. Przy każdym artykule jest pozostawione miejsce 

na „chce” lub „ma”.

background image

- Kiedy przypada uroczystość? - pyta pani Engelhardt.

- W poniedziałek po szkole - strzelam.

- Och, powinniście byli zgłosić się wcześniej.

- Kobieta jest zakłopotana.

- Aż   do   zeszłego   tygodnia   nie   wiedzieliśmy,   że   się   pobierzemy.   A   propos,   co   to 

znaczy „Wyposażenie oczekujących?

- To rejestracja dla par, które oczekują dziecka.

Brian patrzy na mnie przez moment.

- To też chyba powinniśmy mieć z głowy.

Udaję, że go nie słyszę, Wolałabym mieć pretekst, żeby znów z nim przyjechać do 

miasta.

- Och, wy też będziecie mieli dziecko? - Pani Engelhardt obrzuca mnie wzrokiem od 

stóp do głów. - Ale  na razie  jeszcze  chyba  za wcześnie  na korzystanie  z „Wyposażenia 

oczekujących”. Może dziś wybierzecie tylko prezenty ślubne? Najpierw to, co najpilniejsze.

- Nie możemy z tym czekać - oznajmia Brian.

- Poród już za kilka tygodni.

Słucham tego z otwartymi ustami.

- Nazwisko panny młodej? - pyta pospiesznie pani Engelhardt.

- Henny - Harriet Zimmerman.

- Nazwisko pana młodego?

- Brian Andokovivinowsky. Pisze się przez dwa „v”.

Wprost   dławię   się   śmiechem.   Czuję,   że   jeśli   szybko   nie   odejdziemy,   wpadnę   w 

histerię.

- Czy mógłby pan to przeliterować?

Brian zastanawia się przez chwilę, po czym wolno i wyraźnie literuje nazwisko.

- Pod jaki adres należy przesłać prezenty? - Pani Engelhardt kieruje to pytanie do 

mnie.

- Nie na mój adres. Rodzice jeszcze o niczym nie wiedzą.

- Rodzice   nic   nie   wiedzą?   -   Patrzy   na   nas   wzrokiem,   dla   którego   określenie 

„zaszokowany” jest o wiele za łagodne.

- Widzi pani, moi rodzice się pobierają... to znaczy nie rodzice, tylko tata ze swoją 

narzeczoną. Są w związku z tym okropnie zajęci i nie mają dla mnie za dużo czasu. A przy 

okazji,   czy   mogłabym   zobaczyć   ich   rejestr?   Chciałabym   dziś   kupić   coś   na   „podarkowe 

przyjęcie” dla taty.

background image

- Poproszę o nazwiska.

- Zimmerman Herman i Joy Kellison. Zarejestrowali się telefonicznie kilka tygodni 

temu.

Wystukuje   nazwisko   taty   na   klawiaturze   komputera.   Widzę,   że   stopniowo   traci 

cierpliwość. Kilka chwil później wydruk z listą podarunków, jakie chcieliby otrzymać Joy i 

tata, wysuwa się z drukarki. Nie wymienili zbyt wielu artykułów, z wyjątkiem wymyślnych 

urządzeń, jak maszynka do robienia makaronu, ekspres do kawy cappuccino i maszynka do 

lodów. Mają przecież mnóstwo zastawy stołowej.

Właściwie powinnam kupić im maszynkę do lodów zamiast tego smoka. Przepadam 

za domowymi lodami.

- Chyba  już czas na nas - oznajmiam pani Engelhardt. - Dziękujemy za pomoc. - 

Wręcza nam na pożegnanie rejestr z „Wyposażenia oczekujących” i dwie książki.

- Powodzenia - życzy nam.

- Bardzo go nam potrzeba - odpowiadam.

Pierwsza z książek, w lawendowej okładce zdobnej w kwitnące gałązki, to „Notes 

panny młodej”. Jest opatrzona staroświeckimi ilustracjami i zawiera rady i wskazówki na 

wszystkie tematy - od zaręczyn aż po dobór prezentów. Na końcu znajduje  się specjalne 

miejsce, gdzie można spisać podarunki, imiona i nazwiska ofiarodawców oraz daty wysłania 

listów z podziękowaniami. Druga to maleńka biała książeczka Beatrbt Potter zatytułowana 

„Książeczka dzidziusia”. Podaruję tę pierwszą Joy, na pewno jej nie ma, skoro zarejestrowali 

się z tatą przez telefon.

Drugą zachowam - być może synowa Joy zostanie matką? To byłby przemiły prezent. 

Wątpię, czy Joy będzie jeszcze miała dzieci. Skończyła już czterdzieści jeden lat.

Gdy wychodzimy,  słyszę, jak pani Engelhardt mówi do kogoś: potrzebuję tabletki 

aspiryny i drinka.

Wybuchamy śmiechem natychmiast po wyjściu z rejestracji. Zaśmiewam się tak, że aż 

brzuch mnie boli.

- Byłeś bombowy - mówię.

- Sama byłaś niezła. Ta dama pewnie myśli, że mamy kompletnie poprzestawiane w 

głowach. Na pewno dzisiaj byliśmy najbardziej świrowatymi klientami.

- Pan Demerle powinien postawić nam bardzo dobry za samo to, że się nam udało.

Czytamy we dwójkę formularze otrzymane w rejestracji. Potem wędrujemy po dziale 

z porcelaną w poszukiwaniu zastawy stołowej.

Biorę do ręki biały talerz z wymalowanymi dużymi kwiatami.

background image

- Co o tym myślisz?

- Ładne.   -   Brian   nie   przejawia   entuzjazmu.   Obraca   talerz   i   odczytuje   listę   cen   za 

poszczególne sztuki z serwisu.

- Dwadzieścia   pięć   dolarów   za   każdy   talerz!   Zostawmy   ten   zestaw.   Te   czarne   ze 

złotym paskiem na pewno nie są takie kosztowne.

- Ale brzydkie - odpowiadam.

Brian sprawdza cenę czarno - złotych talerzy.

- Te są po trzydzieści pięć dolarów!

- To weźmy tamte w kwiaty. Jak myślisz, ile sztuk powinniśmy zamówić?

- Dwie - odpowiada Brian. - Przy takich cenach...

- A co zrobimy, jeśli będziemy mieli gości? Ja myślałam raczej o zastawie dla sześciu 

lub ośmiu osób.

- Będziemy używać jednorazowych.

Uświadamiam sobie, jak szybko rozchodzą się nasze pieniądze.

- Może powinniśmy zarejestrować się w stoisku „za grosik”. Tam moglibyśmy kupić 

znacznie więcej za nasze oszczędności - sugeruje Brian.

Teraz, gdy się trochę rozejrzeliśmy, nasze pięćset dolarów wydaje się skromną sumą.

- Moi rodzice mogliby nam podarować niektóre urządzenia domowe i trochę różności 

- mówię. - Oboje mają masę rzeczy, które trzymają w suterenie.

To   niesamowite.   Przecież   robimy   to   na   niby,   a   wszystko   brzmi   tak   prawdziwie, 

jakbyśmy rzeczywiście planowali wspólne życie.

Odfajkowujemy, że mamy już ekspres do kawy, garnki i patelnie, kamionkowy garnek 

i toster. Staruszkowie mają po dwie lub trzy sztuki tego wszystkiego. Mieli zamiar ofiarować 

to Armii Zbawienia, ale teraz mogą mnie wspomóc swoją dobroczynnością.

Podejmujemy decyzję: chcemy, żeby matka Briana podarowała nam serwis, który jest 

przeceniony na sto osiemnaście dolarów, a nasze oszczędności - pięćset dolarów - wpłacić 

jako   zaliczkę   na   telewizor,   który   będziemy   spłacać   ratami   przez   trzy   lata.   Mamy   więc 

poważne zobowiązania na przyszłość.

- Nie zauważyłam jeszcze niczego na „podarkowe przyjęcie” dla taty - narzekam. - On 

przepada za niezwykłymi rzeczami.

- Czy lubi pływać? Może to radio, które unosi się na powierzchni wody?

- Nie. On lubi zabawne urządzenia, ale nie jest sportowym typem.

- Mógłby słuchać radia w wannie.

- Nie, to mi nie odpowiada. - Spoglądam tęsknie na maszynkę do lodów. Wiem, że 

background image

ojciec by się z niej ucieszył, ale kosztuje pięćdziesiąt dolarów, a ja mogę wydać najwyżej 

dwadzieścia pięć.

- Pojęcia nie mam, co mu kupić.

- Mam fantastyczny pomysł - oznajmia Brian.

- Chodźmy do McShane’a. To po drugiej stronie ulicy.

- Cudownie!   Że   też   mi   to   nie   przyszło   do   głowy!   -   Specjalnością   McShane’a   są 

zabawne drobiazgi. Tata kupił tam swój składany korkociąg.

Zjeżdżamy windą. Brian trzyma mnie za rękę. Gdy jesteśmy na pierwszym piętrze, 

puszcza ją i powoli wędruje wśród stoisk. Nie bardzo rozumiem, czego tu szuka, dopóki nie 

docieramy do stoiska z kosmetykami Dubochet. Darcy stoi przy ladzie, rozmawiając z panią 

siedzącą na taborecie. Ubrana jest w różowy kitelek, a w dłoni trzyma paletę z kosmetykami 

do makijażu. Dotyka pędzelkiem jednego z cieni do oczu i nakłada go na powieki klientki.

- A cóż ty tu robisz? - pyta Darcy Briana.

- Przygotowuję temacik szkolny - odpowiada.

- Słowo daję, kiedy robisz ten makijaż, wyglądasz jak prawdziwa profesjonalistka.

- Pewnie. W lecie zrobiłam dyplom z kosmetologii. To mi powinno ułatwić studia w 

szkole wzornictwa.

Darcy nakłada jakieś purpurowe mazidło na twarz siedzącej pani i wciera go w jej 

skórę.

Brian przygląda się temu.

- To   na  razie.   -  Nie   zadał   sobie   fatygi,   by  nas   sobie   przedstawić.   -   Chodźmy   do 

McShane’a.

Idę,   bo   muszę   przecież   kupić   podarunek,   ale   mój   entuzjazm   opadł.   Grające 

szczoteczki do zębów, pióra z wmontowanymi latarkami i parasole o podwójnych rączkach 

nie bawią mnie. Wolałabym, żeby sprzedawali bomby wodne. Spuściłabym jedną na Briana. I 

pomyśleć, że zazwyczaj mam u McShane’a masę uciechy!

Decyduję się na parę skarpetek z wmontowanymi w pięty grzejniczkami na baterie. 

Tata będzie miał radochę przy odgarnianiu śniegu. Dołączam kartę z napisem: „Trzymaj się 

ciepło”. Dla Joy kupuję pióro z latarką i piszę na karcie: „Żeby nie było niejasności między 

Tobą a Twoimi pacjentami”.

Potem idziemy na lody i do kina. Jestem tak zirytowana „przypadkowym” spotkaniem 

z Darcy, że prawie nie zauważam ręki Briana, obejmującej mnie podczas seansu.

Droga powrotna jest zupełnie nieromantyczna. Podczas szarpnięć wagonu bardzo się 

staram nie obijać o Briana.

background image

- Już niedługo - stwierdza.

- Co niedługo?

- ślub. To cudownie przygotowywać z tobą ten projekt.

Jego słowa poprawiają mi nastrój. Brian odprowadza mnie do drzwi i całuje. Robi to 

jak ktoś, kto się zna na całowaniu i ma dużą wprawę.

- Do zobaczenia w kościele w poniedziałek - mówi. - Jak już nie będę uwiązany tymi 

meczami futbolowymi w soboty wieczorem, zaczniemy naprawdę ze sobą chodzić.

Zanim udaje mi się zebrać myśli, ogarnia mnie taka duma, że odpowiadam:

- Zadzwonię do ciebie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Joy pozwoliła mi włożyć na ślub na niby swój sięgający ramion welon. Ostrzegła mnie 

jednak, że jeśli coś się z nim stanie, zachowa się jak wszystkie macochy z „Kopciuszka”, 

„Królewny   Śnieżki”   oraz   „Jasia   i   Małgosi”   razem   wzięte.   Zdaję   więc   sobie   sprawę,   że 

pożyczając welon sporo ryzykuję.  Zamiast długiej ślubnej sukni nam na sobie granatową 

spódnicę i białą bluzkę przybraną falbankami. Mam nadzieję, że pewnego dnia przeżyję to, 

czyli ślub, w rzeczywistości. Ale nie z Brianem. Z kimś, kto lubi koty, psy i nie lata za każdą 

dziewczyną. Ale na teraz Brian jest w porządku. Przynajmniej do ślubu taty. Oczywiście, jeśli 

zechce ze mną pójść.

Od rozpoczęcia pracy nad zadaniem dwie pary zerwały zaręczyny. Cieszy to Chris. 

Ostatnio nie układa się jej z Rogerem, ma więc nadzieję, że ślub na niby będzie dobrą okazją, 

by rozejrzeć się za kimś innym. Pan Demerle życzy sobie, aby wszyscy, którzy rozstaną się 

przed   ślubem,   przestawili   się   na   wersję   dla   żyjących   samotnie   tak,   jakby   to   się   działo 

naprawdę.

O   trzeciej   sala   gimnastyczna   wygląda   jak   prawdziwe   pomieszczenie,   w   którym 

udziela się ślubów. Oczywiście, pomijając kosze do gry w koszykówkę i pasy, wymalowane 

na podłodze.

Zaawansowana   grupa   gospodarstwa   domowego   pani   Strong   przygotowała 

trzykondygnacyjny tort weselny oraz wazę ponczu. Prawie każdy z naszej klasy przyniósł coś 

do jedzenia. Ułożyliśmy to wszystko na długim stole, przykrytym papierowym obrusem w 

ślubny wzorek.

- No, nareszcie - wzdycha Sherry. - Nie mogę się już doczekać. - Jest ubrana w białą 

jedwabną   garsonkę   swojej   mamy,   a   na   głowie   ma   biały   pilśniowy   kapelusz.   Jej   matka 

prowadzi w centrum Chicago butik, sprzedający cudowne ciuchy.

Pan   Demerle   wita   nas   przed   salą   gimnastyczną.   Jest   z   nim   pan   Ryan   od   nauk 

politycznych, ubrany w ciemną togę. W dłoni trzyma Biblię.

- Pan   Ryan   dopełni   ceremonii   -   informuje   nas   pan   Demerle.   -   A   teraz,   chłopcy, 

ustawcie się w szeregu przed ołtarzem. Dziewczęta zostaną jeszcze chwilę na zewnątrz.

Ustawia nas w ten sposób, aby po wejściu do sali gimnastycznej każda stanęła obok 

swego przyszłego męża.

Słyszę, że Elwood Miller i Tessa Horvath kłócą się między sobą.

Pan Demerle daje znak. Trzej kumple Luigiego zaczynają grać „Oto nadchodzi panna 

młoda”. Diabły mają małą kapelę rockową, która przygrywa na przyjęciach, dancingach i w 

background image

kilku klubach. Ta trójka zmontowała sobie estradę nie opodal ołtarza. Są ubrani w czerwone 

atłasowe spodnie i rozpięte pod szyją koszule. Mają saksofon, perkusję i gitarę elektryczną.

Dziewczęta wchodzą do sali i ustawiają się obok swych przyszłych mężów. Jeszcze 

kilka taktów muzyki i ceremonia się rozpoczyna. Jestem troszkę roztrzęsiona, a gdy Brian 

rzuca  mi spojrzenie, zaczynają  mi się pocić ręce.  Jeśli kiedyś naprawdę będę brała ślub, 

pewnie zemdleję.

- Ukochani, zebraliśmy się tutaj w obecności kolegów i koleżanek z klasy, aby stać się 

świadkami hipotetycznego ślubu tych oto kobiet i mężczyzn.

Cieszę się, że nie użył słowa „hipotetyczni” w odniesieniu do „kobiet i mężczyzn”. 

Przemowę przerywa nagle głos Tessy Horvath.

- Od czasu do czasu będziemy jedli obiady z mrożonek. Możemy używać tych marki 

„Smukły Smakosz” - oznajmia Elwoodowi.

Wszyscy zaczynają się śmiać.

- W tym oto domostwie osoby te zostaną połączone. Jeśli ktoś z obecnych zna powód, 

dla   którego   nie   mogłyby   one   zawrzeć   związku   małżeńskiego,   niech   poda   go   teraz   lub 

zachowa milczenie na zawsze.

Ceremonia znów zostaje zakłócona przez Tessę.

- Chyba masz źle w głowie, jeśli myślisz, że będę miała taką kupę dzieci. - Tessa 

występuje   z   szeregu.   -   Nie   wyjdę   za   Elwooda   Millera.   On   życzy   sobie   szóstki   dzieci, 

uprasowanych koszul i świeżo pieczonego chleba każdego wieczoru.

- Nie wiesz, co tracisz. - Elwood biegnie za nią.

Po uroczystości pan Ryan oznajmia, że jesteśmy hipotetycznymi mężem i żoną.

- Teraz można pocałować pannę młodą - mówi.

Mniej więcej połowa klasy całując swych partnerów ogranicza się do cmoknięcia w 

policzek. Ale Brian nie poprzestaje na tym i jestem speszona, gdy dostrzegam, że inni się nam 

przyglądają.

Potem chłopcy rzucają się do stołu z jedzeniem. Brian nakłada dla nas na papierowe 

talerze kopiaste porcje przystawek i chipsów.

Luigi podchodzi do mikrofonu i oznajmia:

- Przedstawiam przyszłych mężów i żony Ameryki oraz szkoły w Highland. Niech 

wasze życie upływa w szczęściu, a z całą resztą już sobie poradzimy.

Zaczynają grać „Dopiero zaczynamy”. Brian i ja tańczymy wolno. Zastanawiam się, 

czy zaprosić go teraz na wesele taty, czy jeszcze trochę zaczekać. Chciałabym nacieszyć się 

kilkoma pierwszymi godzinami naszego małżeństwa, więc zaczekam.

background image

Podchodzi do nas Chris ze szklaneczką ponczu.

- Najlepsze życzenia. To cudowne uczestniczyć w takiej radosnej uroczystości.

- Dziękujemy - odpowiadam. - Mam nadzieję, że niedługo przyjdzie twoja kolej.

- Niektórzy   ludzie   są   po   prostu   stworzeni,   by   żyć   w   pojedynkę.   Nie   znoszę   być 

uwiązana.

- Wypija łyk ponczu.

Akurat, myślę sobie. Chris działa mi na nerwy.

- Nie mogę się doczekać ślubu twojego taty.

- Rzuca mi spojrzenie, które oznacza „Czy już go zaprosiłaś?

Puszczam do niej oko i robię minę, sugerującą: „idź sobie!” Chris załapuje i odchodzi, 

by wraz z Jennifer zapolować na tych chłopców, którzy zerwali zaręczyny i teraz nadają się 

do powtórnego użytku.

Bob stuka mnie w ramię. Brian rzuca mu nieprzychylne spojrzenie.

- Chodź, Henny, pora na nasz taniec. - Bierze mnie za rękę i prowadzi na środek sali. 

Tańczy dobrze i z wdziękiem. Pozostali przyglądają się, jak obracamy się i wirujemy.

- Gdzie się nauczyłeś tak tańczyć? - pytam.

- Kiedy   nam   się   lepiej   powodziło,   rodzice   posyłali   mnie   do   Florence   Livingston. 

Zacząłem tam chodzić, kiedy byłem w czwartej klasie.

Florence Livingston to najelegantsza szkoła tańca w Highland i okolicy. Przyjmuje 

tylko dzieci najbogatszych mieszkańców miasta, którym uprzednio wysyła zaproszenia do 

uczestnictwa. Dzieciaki, które tam chodzą, uczą się dobrych manier i noszą białe rękawiczki.

Bob rzeczywiście zna mnóstwo kroków tanecznych. Radzi sobie doskonale nawet z 

szybkimi.   Nie   tańczy,   jak   mu   fantazja   dyktuje,   ale   stosuje   prawdziwe   figury.   Gdy 

próbowałam z Rickiem czegokolwiek poza najprostszym  krokiem, zachowywał się, jakby 

miał dwie lewe nogi.

- Masz już coś na następny piątek wieczór? - pyta Bob. - Nie ten najbliższy, ale za 

tydzień.

- Nie. - Po wyjeździe Ricky’ego mój kalendarzyk jest zupełnie pusty.

- Zastanawiałem   się...   Mam   bilety   na   wystawę   psów   organizowaną   przez   Klub 

Kynologiczny przy Pawmobile. Myślałem, że może cię to zainteresuje. - Waha się przez 

chwilę. - Może to nieatrakcyjna propozycja zapraszać kogoś na wystawę psów. Ale byłem w 

zeszłym roku i naprawdę było fajnie.

- Nie   uważam,   że   pójście   na   wystawę   psów   to   nieatrakcyjna   propozycja.   Chętnie 

zobaczyłabym, jak wygląda idealny bullmastif, żeby zorientować się, jak wypada Winnie.

background image

- Kto to jest Winnie?

- Pies mojej przyszłej macochy. Tata żeni się z nią za kilka tygodni.

- W takim razie przekaż swojemu ojcu moje najlepsze życzenia. A jaka jest twoja 

macocha?

Nie bardzo umiem ją opisać. Myślę, że najogólniej mówiąc jest typem macierzyńskim.

Brian podchodzi do mnie i znów zajmuje swoje miejsce. Tańczymy  blisko siebie. 

Właściwie nie jest w tym dobry - należy do tych, dla których taniec stanowi pretekst do 

przytulanek. Ja wyjeżdżałam na obozy taneczne przez sześć kolejnych wakacji. Oprócz tego, 

że chciałam zostać weterynarzem, pianistką koncertową i psychoterapeutką, pragnęłam także 

być zawodową tancerką. Nie jestem szczególnie wysportowana,  ale taniec jest czymś,  co 

uwielbiam. I jestem w tym naprawdę dobra.

- Halo, nowożeńcy - zagaduje na nasz widok Sherry. Pan Demerle akurat tańczy z 

Chris.   -   Urządzam   małą   imprezę   u   siebie   w   najbliższą   sobotę.   Moglibyśmy   zająć   się   tą 

częścią zadania, która będzie dotyczyła dzieci.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że prawdziwym powodem spotkania u Sherry jest pan 

Demerle, a nie nasz temat. Sherry nie jest typem naukowca. Jasne, że chętnie poszłabym, 

żeby być  z Brianem. No i chcę poobserwować, jak Sherry przymierza się do czegoś tak 

niesamowitego jak poderwanie nauczyciela.

- Jasne, jeśli tylko Henny zechce... - odpowiada Brian.

- A o której? - pytam Sherry. - Zapowiada się niezły ubaw.

- W południe. Może przyszłybyście z Chris wcześniej, żeby mi pomóc?

- Bardzo chętnie - odpowiadam.

Sherry zabiera tort - nienaruszony tort weselny. Pod koniec przyjęcia Bob uroczyście 

zapowiada:

- Już czas, żeby rzucić podwiązkę i ślubny bukiet. - Jego partnerka, Ellen Drexel, siada 

na krześle tak, że jest zwrócona twarzą do nas. Bob podnosi spódniczkę Ellen i zdejmuje z jej 

uda koronkową błękitną podwiązkę. Chłopcy zaczynają gwizdać i buczeć. Bob krzywi się, 

obraca podwiązkę wokół palca i rzuca ją w głąb sali. Gwizdy zamieniają się w pohukiwanie. 

Podwiązka trafia w głowę Elwooda Millera. Wszyscy pękają ze śmiechu, a Ellen ciska bukiet 

w tłum. Sherry rzuca się i wyrywa go z czyjejś dłoni. Bukiet spada na podłogę i chwyta go 

Jennifer.

- Gratulacje! - krzyczymy jedno przez drugie.

Odbywa się krajanie tortu, a kapela gra „Przyjęcie się skończyło”.

- Dopiero teraz się zacznie naprawdę trudna część  -  ostrzega pan Demerle. - Kiedy 

background image

ludzie się pobiorą, miewają różne problemy, zwłaszcza gdy mają dzieci. Chcę, żebyście w 

tym   tygodniu   zaczęli   przeglądać   katalogi   i   dowiadywać   się   w   sklepach   o   wyprawki   dla 

niemowląt. Zdziwicie się, ile kosztują dzieciaki.

Wręcza każdemu z klasy kopertę. Chłopcy otrzymują kartę ze słowami „Najlepsze 

życzenia” i imitację czeku na pięćdziesiąt dolarów. Dziewczyny - instrukcję. Moja brzmi:

„Twoja sytuacja  niewiele się zmieniła.  Jesteś  nauczycielką  w  szkole elementarnej. 

Twój mąż nie pracuje - studiuje, by zdobyć stopień doktora w dziedzinie edukacji specjalnej. 

Macie pięćset dolarów. Ustalcie, jakie artykuły kupicie nowe, jakie używane i co pożyczycie. 

Rozważcie także różne możliwości dotyczące porodu i opieki nad dzieckiem”.

- Wszystkiego najlepszego!

Sherry   obrzuca   nas   wszystkich   ryżem.   Gdy   wychodzimy   z   Brianem   z   sali 

gimnastycznej, zdejmuję welon i chowam go do plastykowej torby.

- Zaczekaj w środku - proponuje Brian - deszcz pada. Podjadę po ciebie.

Leje   tak,   że   z   pewnością   bym   przemokła.   Czekam   w   holu,   podczas   gdy   Brian 

przyprowadza samochód i przynosi parasol. Musimy posiedzieć kilka minut w wozie, dopóki 

ulewa nie ustanie.

- No więc, jak pani się czuje jako mężatka, pani Anderson? - pyta Brian. Wkłada do 

magnetofonu   kasetę   ze   ścieżką   dźwiękową   z   „Policjantów   z   Miami”.   Nagle   zdaję   sobie 

sprawę, że nie jesteśmy w volvo, lecz w olsdsmobile’u.

- Czy już kończą naprawiać volvo?

- Mhm.   Wszystko   w   porządku.   -   Bierze   mnie   za   rękę.   -   Tak   się   cieszę,   że 

przygotowujemy ten temat wspólnie.

Sprawia wrażenie, jakbym mu się naprawdę podobała.

Zbieram się na odwagę i zadaję pytanie:

- Brian, mój tata żeni się za kilka tygodni. Przyjdziesz?

- Z przyjemnością. - Całuje mnie. To niemal zbyt piękne, by było prawdziwe.

Gdy wchodzę do domu, wciąż jeszcze pada, ale prawdziwa burza szaleje na górze, w 

pokoju staruszków. Kłócą się. Joy i tata wrzeszczą głośno na siebie. Coś takiego nigdy się 

jeszcze nie zdarzyło. Idę do siebie i zamykam drzwi.

- Nie znoszę, gdy zachowujesz się jak dziecko! - krzyczy ojciec.

- Nic nie poradzę, Herman. Jeśli pies jest chory, trzeba się nim zająć. Nie miałam 

pojęcia, że może trzeba mu będzie operować biodro. Gdyby to twój kot był chory, na pewno 

kazałbyś zrobić mu zabieg.

- Nie możesz wiedzieć, co jest potrzebne psu, dopóki nie uzyskasz kilku opinii. To 

background image

nasz dach wymaga operacji. Przecieka jak sito.

- Herman, jako prawnik wiesz dobrze, że towarzystwo ubezpieczeniowe zapłaci za 

naprawę dachu.

- Tylko że dopóki ktoś z ubezpieczeń tu się nie pojawi, nie wiadomo, ile zapłacą. 

Zadeklarowałem niskie składki, a to znaczy, że ja pokrywam naprawy do pięciuset dolarów.

- Och, dajże spokój, w końcu cały dach się nie rozpada. Nawet gdybyś musiał sam 

zapłacić, to przecież tylko za jedną część.

- Jak przecieka, to przecieka i już. Jeśli tak się na tym znasz, czemu nie pójdziesz na 

górę i sama się tym nie zajmiesz? Kobiety marnują tyle pieniędzy! Po coś ty w ogóle chciała 

takie kosztowne wesele?

- Kosztowne! - wykrzykuje Joy. - To ty chciałeś stu pięćdziesięciu gości! I czego się 

spodziewałeś? Że nakarmi ich się chipsami i sokiem pomarańczowym, a wesele odbędzie się 

w domu?

I krzyczą dalej na siebie o kotach i psach. Wtrącają nawet to i owo o mnie, Gadule i 

cenie kiełbasy w Rosji. Teraz rozumiem, jak okropnie człowiek się czuje, kiedy rodzice się 

awanturują. To coś takiego, jakby cały świat rozpadał się w kawałki. Zastanawiam się, czy w 

ogóle   dojdzie   do   ślubu.   Musiałabym   wtedy   powiedzieć   Brianowi,   że   uroczystość   jest 

odwołana. Dlaczego tak mi się nic nie układa?

background image

ROZDZIAŁ 8

- Czekaj na mnie o trzeciej przed domem Sherry - poleca mi z naciskiem Joy rankiem 

w dniu imprezy. Nie dodaje „bo zobaczysz”, ale wiem, że ma to na końcu języka. Idziemy 

dziś kupić dla mnie sukienkę na wesele.

- Nie martw się - uspokajam ją. - Będę czekać.

Nie   jest   już   taka,   jak   podczas   pierwszej   randki   w   „Big   Baby’s”,   kiedy   byłam 

zafascynowana Brianem, no i dziś nie będzie problemów z samochodem. Widujemy się tak 

często,   że   towarzystwo   Briana   traci   swój   urok   nowości.   To   coś   takiego,   jakby   Boże 

Narodzenie,   Chanuka   i   na   dodatek   urodziny   wypadały   jednocześnie.   Ja   urodziłam   się 

dwudziestego trzeciego grudnia.

Idziemy wraz z Chris do domu Sherry, która mieszka na końcu ulicy. Po naciśnięciu 

dzwonka czekamy dłuższą chwilę. Wreszcie Sherry otwiera.

- Cześć, dziewczyny - wita nas. Ma nałożone z pół kilo makijażu, sztuczne rzęsy i 

króciutką,   opiętą,   czerwoną   wełnianą   sukienkę   z   głębokim   wycięciem   w   „V”   z   tyłu   i   z 

przodu. Nie mówimy nic z Chris, ale wiem, że obie myślimy to samo.

Sherry wchodzi do dużego pokoju, puszcza nastrojową muzykę i ustawia świece na 

kredensie. Wszystkie rolety są zaciągnięte.

- A gdzie twoja mama? - pytam.

- Wyszła ze starym Panem Gorylem - odpowiada. Rodzice Sherry rozwiedli się kilka 

lat temu, a ona jest blisko związana z ojcem i nie ma ochoty, by jej matka ponownie wyszła 

za mąż. Pan Goryl to przezwisko, jakie nadała panu Weisensteinowi, maklerowi, z którym 

spotyka się jej mama. Zdaniem Sherry, on jej się naprawdę podoba, choć ma około metr 

osiemdziesiąt, gęstą brodę i waży ponad dziewięćdziesiąt kilogramów.

Wchodzimy do kuchni. Sherry otwiera lodówkę, wyjmuje śmietanę i majonez. Podaje 

mi kilka torebek z zupą w proszku.

- Jak myślisz, czy Phil lubi dipy?

- A kto to jest Phil? - pyta Chris.

- Tak ma na imię pan Demerle.

- Mówisz mu po imieniu?  - pytam.  Nawet związek z Kevinem Costnerem miałby 

większe szanse.

- Nie, sprawdziłam na liście nauczycieli. I wiem już, gdzie mieszka. Jest nieżonaty.

- Powiedział ci?

- Sama do tego doszłam. Będziemy musieli trochę przystopować, dopóki trwają te 

background image

zajęcia. Zaczniemy spotykać się na serio, kiedy już będę absolwentką. A co u ciebie, jak ci 

leci z naszym supermanem?

- Idziemy z Brianem na wesele mojego taty.

- Oho - ho! To mu się chyba zdarzy po raz pierwszy. Nigdy nie chodzi z dziewczyną 

na tyle długo, żeby go zaproszono na rodzinną uroczystość. A ile razy wychodziliście razem? 

- pyta Sherry.

- Niech pomyślę. - Przeliczałam sobie w myślach już milion razy, ale chętniej zrobię 

to jeszcze raz. Randka w „Big Baby’s, wyprawa do rejestracji podarków, szkolna uroczystość 

ślubna, no i dzisiaj. Uważam więc, że mamy za sobą trzy spotkania. - Dziś będzie czwarta 

randka.

I   to   ja,   szara   myszka,   przekroczyłam   magiczną   liczbę!   Teraz   wkraczam   w   strefę 

romantyczną.

- A jak daleko się posunęliście? - chce wiedzieć Sherry.

- Nie twoja sprawa. - Sama nie wiem, czy bardziej żenujące byłoby powiedzieć jej, że 

posunęliśmy się poza pocałunki, czy też przyznać się do prawdy.

Rozlega się dzwonek. Wchodzą Luigi z Cookie. Cookie ma na sobie dżinsy i bluzkę, 

pod którą wpakowała dużą poduchę.

- Och, jak się cieszę, że urządzasz imprezę po południu - oświadcza Cookie. - Fatalnie 

znoszę poranne mdłości.

Luigi   pomaga   jej   na  niby  usadowić  się   na  kanapie.  Potem   podchodzi  do  stołu   w 

jadalnym i uważnie studiuje butelki z napojami.

- Tobie alkohol jest surowo zabroniony.

- Podnosi butelkę dietetycznej lemoniady. - To sztucznie słodzone paskudztwo też. 

Może napój pomarańczowy? Zawiera witaminę C.

Luigi podnosi butelkę i pokazuje ją Cookie, która się śmieje.

- To na pewno wyjdzie na zdrowie małemu - odpowiada.

Luigi z dwiema szklankami sadowi się na kanapie. Siedzą tam we dwójkę, popijają 

napój i trzymają się za ręce.

Pojawia się Jennifer z torbą smakowitych cukierków - żelek. Następnym gościem jest 

Brian z brązową papierową torbą. Wchodzi wraz z Sherry do kuchni.

- To powinno trochę podkręcić balangę.

- Wyjmuje z torby butelkę wina Muscatel i stawia ją na blacie kuchennym. - Masz 

korkociąg?

- Dziękuję,   Brian   -   mówi   Sherry.   -   Sama   chciałam   kupić   trochę   wina.   Te 

background image

bezalkoholowe drinki to jakaś głupota, zwłaszcza jak się ma takich światowych gości jak Phil.

Prowadzi Chris i mnie do kuchni.

- Jeszcze go nie ma. Jak myślicie, co się z nim dzieje?

Rzucam okiem na zegar. Jest dopiero pięć po dwunastej. Ona naprawdę ma świra na 

jego punkcie. Nawet ja nie wpadam w panikę, kiedy chłopak spóźnia się pięć minut.

Kilka chwil później ktoś dzwoni do drzwi. Sherry odczekuje przez moment.

- Otwórz drzwi! - woła Luigi.

Sherry   skrada   się   do   drzwi   i   otwiera   je   ze   swym   najbardziej   uwodzicielskim 

uśmiechem.

- Dzień dobry - pozdrawia ją pan Demerle. Stoi w progu z wysoką blondynką przy 

boku.

- To jest Natalia - przedstawia ją Sherry.

- Oboje studiowaliśmy na uniwersytecie w Minnesota. Natalia właśnie dostała pracę 

jako pielęgniarka w szpitalu Świętej Trójcy. Będzie teraz mieszkać w Chicago.

- Bardzo mi miło cię poznać - mówi Natalia. Sprawia wrażenie rozbawionej.

- Chris, Henny mogę was poprosić do kuchni?

- pyta Sherry. - Potrawka jest już gotowa.

Posłusznie drepcemy za nią.

- I co ja mam robić?! Nie miałam pojęcia, że on ma dziewczynę! - Sherry sięga po 

rękawicę kuchenną. W jej głosie słychać desperację.

- Seth wpadnie trochę później - zapewniam ją.

- Uważam, że z nim lepiej pasujecie do siebie wiekiem.

Jak  znam   Sherry,  odbije   sobie   to   niepowodzenie   z   Sethem   albo   szybciutko   usidli 

kogoś innego.

Sherry   wnosi   potrawkę   do   jadalni   i   rozdziela   pomiędzy   obecnych.   Jest   pyszna, 

pikantna i z masą sera na wierzchu. Po lunchu wszyscy biorą notesy i parami zabierają się do 

pracy. Chris i Jennifer planują założenie własnego biznesu.

- Trochę tu głośno - narzeka Brian. - A może byśmy popracowali w suterenie?

Schodzimy na dół. W suterenie stoi stara kanapa, kilka równie wysłużonych lamp oraz 

flipper. Brian przysuwa jedną z lamp do sofy i włącza ją do kontaktu.

- Masz zegarek? - pytam. - Moja macocha ma po mnie przyjechać o trzeciej.

Uchyla lekko mankiet i spogląda na przegub.

- Będę pilnował czasu. Nie chcę, żebyś - jak w „Kopciuszku” - zamieniła się w dynię.

Zabieramy   się   do   listy   spraw   związanych   z   narodzinami   dziecka,   które   mamy 

background image

przedyskutować.

- No   to   się   zastanówmy   -   zaczyna   Brian.   -   Wolisz   poród   naturalny   czy   ze 

znieczuleniem?

- Z ekstra znieczuleniem - odpowiadam. - Nie znoszę bólu.

Całuje mnie lekko w policzek.

- W porządku, będzie bez bólu.

- Jak uważasz, czy powinniśmy kupować wszystko nowe, czy używane?

- Nowe.

- Nie wiem, Brian. Możemy wydać tylko czterysta dolarów. Samo łóżeczko kosztuje 

prawie   tyle,   jeśli   jest   nowe,   a   używane   można   dostać   za   jedną   czwartą   tej   sumy.   Albo 

pożyczyć od kogoś za darmo. Potrzebujemy dosłownie wszystkiego, a ceny są takie, że w 

ogóle nie wiem, jak ludzie sobie radzą.

Całuje mnie ponownie w policzek.

- Masz rację - przyznaje. - Jesteś idealną żoną. Jesteś taka fajna, że wściekam się, iż 

musisz harować w szkole i uczyć cudze dzieciaki. Dlaczego po prostu nie zostaniesz w domu?

- Brian, przecież ty masz być na studium doktoranckim. Ktoś musi zarabiać. Nie pójdę 

na zasiłek dlatego, że twoim zdaniem byłoby fajnie, gdybym siedziała w domu!

- Nie chcę, żeby moje dziecko chodziło do jakiegoś obrzydliwego przedszkola.

- Ktoś musi pracować.

- Tak czy inaczej nie chcę robić doktoratu z edukacji specjalnej - oświadcza Brian. - 

Zamierzam zostać chirurgiem.

- Mówiłeś mi, że oblałeś biologię. Jak chcesz się dostać na medycynę?

- Może   będę   handlował   komputerami.   Sprzedawcy   komputerów   zarabiają   kupę 

pieniędzy. Albo będę fotoreporterem w wielkim miesięczniku.

- Ale teraz zakładamy, że jesteś doktorantem.

- Przerwę studia i nauczę się handlu.

- Pan Demerle powiedział, że nie możemy zmieniać przebiegu kariery, tylko sytuację 

osobistą. Przygotujmy wreszcie ten temat.

Brian ponownie przegląda instrukcję i znów mnie całuje.

- Może mama mogłaby zająć się dzieckiem. Powiedziała mojej siostrze, że gdy będzie 

miała wnuka, z przyjemnością się nim zaopiekuje. Oba dzieciaki mogłyby się ze sobą bawić.

- W porządku. - Nie mam ochoty na kłótnię.

Przegląda wszystkie przewidywane wydatki.

- O kurczę, jakie to kosztowne mieć dziecko! Nie będziemy mogli więcej jadać w 

background image

„Big Baby’s”.

- Nigdzie nie będziemy mogli jadać. Dodajmy to wszystko do siebie.

Ale Brian zajął się flipperem i nie interesuje się już dzieckiem.

- Może ty to zrobisz - proponuje. - Dobrze sobie radzisz z liczbami.

Właściwie nie wiem, czy kiedykolwiek naprawdę wyjdę za mąż. Zapowiada się to 

jako nieustające przepychanki. Pewnie byłoby ich znacznie mniej, gdyby to nie Brian był 

mężem. Dodaję ceny ubranek, łóżeczka, pościeli i lampy do pokoju dziecka. Wychodzi mi 

siedemset  trzydzieści  cztery  dolary  i  osiemdziesiąt  dwa centy!   A  przecież  nie  liczyliśmy 

jedzenia  i  pieluszek   na  później. Biorąc   pod uwagę,  jak  mój  tata  lubi  oszczędzać,  jestem 

zaskoczona, że w ogóle przyszłam na świat.

- Jesteś taka urocza, że na pewno wyjdziesz wcześnie za mąż. - Brian obejmuje mnie. 

Zaczynamy tańczyć wolno, w rytm muzyki dochodzącej z góry. To cudownie, że jesteśmy 

sami i tańczymy, to nasz własny, prywatny świat. Przyciąga mnie do siebie, całuje w usta - i 

wciąż   tańcząc   -   kieruje   w   stronę   kanapy.   Zaczyna   całować   mnie   gwałtownie   -   zbyt 

gwałtownie. Jak ktoś wygłodniały. A w jego oddechu czuć pikantną potrawkę.

Cofam się.

- Myślałem, że ci się podobam.

- Tak... ale nigdy jeszcze tak się nie całowałam...

- A   ten   blondyn,   z   którym   byłaś   w   „Colonial”?   Nigdy   nie   pieściliście   się   tak 

naprawdę?

Teraz   dopiero   zdaję   sobie   sprawę,   co   miał   na   myśli   Ricky,   mówiąc,   że   jesteśmy 

niedoświadczeni.   Większość   naszych   randek   spędzaliśmy   z   innymi   parami.   Byliśmy 

początkującymi, podczas gdy Brian to ekspert, w dodatku z doktoratem. Zaczynamy znowu 

się całować. Ręka Briana wędruje z moich pleców na dekolt i ląduje na piersi. Pozwalam mu 

ją tam na chwilę pozostawić. Jego palce gmerają przy guzikach bluzki. Odpycham je. Coś jest 

nie w porządku, nie tak to sobie wyobrażałam.

- No, Henny, masz taką śliczną figurę. Nie chowaj jej tylko dla siebie.

Rozpina mi bluzkę. Odtrącam jego dłoń i zaczynam zapinać guziki.

- Henny, czy jesteś na dole? - rozlega się znajomy głos.

Brian peszy się.

- O rany, zjawiła się mama tygrysica!

Odwracam się. Joy stoi na dole schodów. Na twarzy ma wyraz niesmaku.

- Chodź tu. Natychmiast! Wszyscy obserwują, jak wychodzę. Czuję się upokorzona. 

Mam nadzieję, że Brian nie rozpowie, co się zdarzyło, bo cała szkoła śmiałaby się ze mnie.

background image

Wsiadam do starego, szarego plymoutha Joy, która zatrzaskuje głośno drzwi.

- Jak mogłaś tak mnie upokorzyć przy moich przyjaciołach?

- Upokorzyć cię? A jak ty mogłaś pozwolić temu aroganckiemu smarkaczowi, żeby 

cię wykorzystywał?

- Odpychałam jego rękę!

- Na pewno zrobiłaś coś, żeby go zachęcić! Ojciec dostałby ataku serca, gdyby się 

dowiedział.

Jeśli powie, już po mnie.

- Nie jesteś moją matką! Nie jesteś nawet jeszcze moją macochą! Nie będziesz mi 

mówiła, co mam robić!

Zatrzymujemy się na czerwonym świetle. Joy stawia stopę na hamulcu i patrzy mi 

wprost w oczy.

- Jak długo jestem związana z mężczyzną i mieszkam z nim oraz jego rodziną, nie 

pozwolę, by jego piętnastoletnia córka tak się zachowywała!

- Jesteś   prawdziwą   hipokrytką!   Ty   i   tata   żyjecie   ze   sobą,   a   nie   jesteście   jeszcze 

małżeństwem!

Joy milczy przez chwilę. Skręcamy z Czwartej Ulicy w Centralną. Nasz samochód 

zatrzymuje się przed Modą Hoffheimera.

- To   nie   tak,   Henny.   Ja   mam   czterdzieści   jeden   lat,   a   nie   piętnaście.   Byłam   już 

zamężna i mam dorosłego syna. A ten chłopak cię wykorzystuje.

- Ja mu się naprawdę podobam! Jestem chyba jedną z niewielu dziewczyn, z którymi 

Brian Anderson spotykał się więcej niż trzy razy.

- Wygląda na to, że ten Brian to prawdziwe cudo - stwierdza Joy sarkastycznie.

Teraz naprawdę chyba nigdy niczego nie rozegram tak, jak bym chciała. Z ojcem 

prawnikiem i macochą psychoterapeutką nic nie ujdzie mi na sucho.

Wchodzimy   do   Hoffheimera   i   zmierzamy   przez   pokrytą   wykładziną   dywanową 

podłogę w głąb sklepu, gdzie znajduje się dział z sukniami dla dziewcząt. Nie odzywamy się 

do siebie. Byłam tu tylko kilka razy: ceny są kosmiczne, absolutnie nie na moją kieszeń.

Nieskazitelnie ubrana starsza pani o siwych włosach z niebieskawym odcieniem i z 

masą biżuterii podchodzi do nas. Pachnie kosztownymi perfumami.

- Czy mogę w czymś pomóc?

Mam ochotę powiedzieć, że owszem, potrzebna mi pomoc, ale nie całkiem taka, jaką 

tu mogą zaoferować.

- Tak - odpowiada Joy. - To jest moja przyszła pasierbica. - Kurczę się w sobie. - 

background image

Będzie pierwszą druhną na ślubie ojca. Uroczystość odbędzie się w niedzielę po południu w 

Muzeum Historii Naturalnej. Co pani doradziłaby na taką okazję?

- Jaki rozmiar nosisz, kochanie?

- Siódemkę lub piątkę - odpowiadam.

Dama prowadzi nas do długiego wieszadła z sukniami.

- Jaka kolorystyka będzie dominować podczas uroczystości?

- Odcienie jesieni, pomarańczowy i żółty - wyjaśnia Joy.

- A może panie przejrzą sukienki, które tutaj wiszą? Byłoby dobrze znaleźć coś, co ta 

panienka mogłaby potem nosić na potańcówki w szkole.

Po tym, co się dzisiaj zdarzyło, pewnie już nigdy nie pójdę na szkolną potańcówkę.

Joy   zdejmuje   z   wieszadła   trzy   suknie.   Wszystkie   są   paskudne.   Pierwsza   to 

brudnawobeżowa   żakardowa   szmizjerka,   jakby   stworzona,   by   ją   nosić   z   ortopedycznymi 

butami. Druga nadawałaby się świetnie na uliczne tańce: w pomarańczowo - zieloną kratę, z 

wielkimi   bufiastymi   rękawami   i   opadającą   kokardą   z   tyłu.   Trzecia   jest   w   brązowo   - 

pomarańczowy turecki wzór ze stójką pod szyją.

Ja wybieram dwie suknie. Jedną, bez ramiączek, wybrałam wyłącznie na złość Joy. 

Druga jest z przepięknego zielonego jedwabiu.

Joy wchodzi za mną do przymierzalni.

- Umiem się sama przebrać! Robię to, od kiedy poszłam do przedszkola.

- Będziesz potrzebować tych rzeczy. - Podaje mi torbę, w której znajdują się pantofle 

na wysokich obcasach, halka oraz stanik. Peszy mnie, że przyniosła stanik; mam uczucie, 

jakby już teraz za dużo o mnie wiedziała.

Mam na sobie bluzkę szeroko wyciętą pod szyją. Nigdy nie noszę stanika, żeby nie 

było widać ramiączek. Może to zbyt szeroki dekolt wprawił Briana w takie podniecenie?

Wkładam   suknię   bez   ramiączek   i   wychodzę   z   przymierzalni.   Wiem,   że   kiecka 

kompletnie się nie nadaje. Wygląda jednak elegancko, choć nie w moim stylu.

- Zdejmuj to w tej chwili! Jest za bardzo wycięta dla dziewczynki w twoim wieku! 

Ojciec dostałby zawału! Przymierz tę w pomarańczową kratkę, wiem, że będzie ci w niej 

doskonale.

Nakładam więc pomarańczową.

- No i jak? - pyta Joy. Stoi pod przymierzalnią jak strażniczka więzienna.

- Koszmarnie!

- Mnie się podoba.

- Świetnie, więc ją noś sama.

background image

- Jak stracę dwadzieścia kilo - rzuca mi gniewne spojrzenie.

Wracam   do   przymierzalni   i   wkładam   zieloną   sukienkę.   Jest   w   subtelnym 

szmaragdowym   odcieniu   z   obniżonym   stanem   i   drapowaniem   na   staniku.   Ma   długie, 

powiewne rękawy, a dekolt odsłania nieco ramiona. Naprawdę podobam się w niej sama 

sobie. Wyglądam jak współczesna, rudowłosa Scarlett O’Hara.

Wychodzę z przymierzalni. Joy przygląda mi się przez chwilę.

- Ta jest śliczna, Henny. - Sprawdza cenę na metce. - Dwieście pięćdziesiąt dolarów! 

Nawet moja suknia tyle nie kosztuje.

- Strasznie mi się podoba - mówię. - Nie kupowałabym już żadnych ciuchów aż do 

przyszłego roku.

- Sama nie wiem... - zastanawia się Joy.  - Wydać  tyle  pieniędzy na suknię, którą 

będziesz tak rzadko nosić... A w tej w pomarańczową kratkę tak dobrze wyglądałaś.

- Nigdzie bym nie poszła w tej pomarańczowej!

- Przymierz jeszcze inne.

- Są   okropne   I   Odmawiam   przymierzenia   kolejnych   sukienek   Hoffheimera   i   w 

milczeniu   wracamy   do   domu.   Przed   frontowymi   drzwiami   zastajemy   dużą   paczkę.   Joy 

podnosi ją.

- To musi być prezent ślubny... nie - ogląda pakunek. - Henny, to dla ciebie.

Jako   nadawca   figuruje   R.   Fingerbaum,   93   Mountainview   Road,   Ashville,   North 

Carolina.  Zabieram   pakunek   do   swojego   pokoju   i   otwieram.   W   środku   jest   portret, 

namalowany przez Ricky’ego, teraz oprawiony w ręcznie bejcowaną drewnianą ramę. Do 

portretu dołączony jest krótki list do mnie i kartka do rodziców.

Droga Henny,

Przykro mi, że sprawy tak się ułożyły. Nie chciałem Ci sprawić przykrości. Zostawiłaś  

portret   w   samochodzie   tego   wieczoru,   gdy   się   widnieliśmy   ostatni   raz.   Myślę,   że   może 

chciałabyś go mieć.

Przyjadę do domu na Boże Narodzenie, więc się Zobaczymy. Może skrobniesz coś do 

mnie? (Rick lekko wyskrobał w tym miejscu papier listowy żyletką).

Serdeczne pozdrowienia dla Twoich Rodziców.

Twój Ricky

Na kartce jest szkic przedstawiający tatę, Joy mnie oraz Gadułę. Na odwrocie znajdują 

się   słowa:   „Gratulacje   z   okazji   utworzenia   nowej   rodziny.   Serdeczności   -   Richard 

background image

Fingerbaum”.

Czytam list kilka razy z rzędu. Szkoda, że nie podpisał go „kochający”. Wyjmuję 

papeterię i piszę do niego.

Drogi Ricky.

Dziękuję Ci za portret i za kartę dla rodziców. Zobaczymy się w Święta.

Chciałeś, żeby coś do Ciebie skrobnąć, ale ja zrobię więcej: coś dla Ciebie wytnę.  

(Biorę nożyczki i wycinam w liście sylwetkę kwiatka).

Serdeczności Twoja Henny.

background image

ROZDZIAŁ 9

Nieco później Joy wchodzi na górę. Stuka do drzwi mojej sypialni.

- Henny, czy mogę wejść?

- Dobra, wejdź! - Nie jestem w nastroju do rozmów, a już szczególnie z nią.

- Co było w tej paczce?

Pokazuję jej portret. Podnosi go i ogląda.

- Jest piękny. Może go powiesimy na dole?

- Nie powiesimy i już. - Wpycham obraz do szafy i podaję Joy kartę. - On narysował 

to dla ciebie i dla taty.

Joy czyta kartę.

- Jaka szkoda,  że  ci  się  z  nim  nie  ułożyło  tak,  jak   chciałaś. Trudno  uwierzyć,  że 

niedługo będziemy rodziną. „Podarkowe przyjęcie” ma być już w przyszłym tygodniu.

- Czas szybko leci, gdy człowiek się dobrze bawi - zauważam złośliwie.

- Naprawdę mi przykro, że dziś cię tak zawstydziłam przy twoich kolegach - mówi 

Joy. - Źle zrobiłam.

- Łagodnie to określasz.

- Nie   potrafię   jeszcze   postępować   z   dziewczętami.   Potrzeba   mi   praktyki.   Mam 

doświadczenie tylko z synami. Właściwie nie chodzi o to, co robiłaś w suterenie Sherry, ale z 

kim to robiłaś.

- On mnie naprawdę lubi. - Sama nie wiem, czemu tak przy tym obstaję. Nie jestem 

pewna, czy Brian w ogóle może kogoś lubić. I nie jestem pewna, czy ja go nadal lubię.

- Czy to on będzie twoim partnerem na weselu?

Udaję, że oglądam sobie starannie paznokcie.

- Tak.

Umrę, jeśli Joy każe mi odwołać zaproszenie! Nadal chcę iść z nim na ślub!

- Skoro to już ustalone... Naprawdę mi przykro, że tak cię zawstydziłam.

- Proszę, nie mów tacie, że zastałaś mnie z Brianem w suterenie.

- Jasne, że nie powiem. To zostanie między nami.

Joy obejmuje mnie.

- Nie martw się. Wszystko się dobrze ułoży.

Chciałabym jej uwierzyć, ale nie potrafię.

Jestem koszmarnie zażenowana na myśl o spotkaniu z Brianem w poniedziałek. A 

jeśli poprosi o rozwód?

background image

Jednak   na   temat   tamtego   zdarzenia   nie   pada   ani   jedno   słowo.   Jesteśmy   zbyt 

pochłonięci porodem i różnymi możliwymi nieszczęściami. Omawiamy śmierć, utratę pracy, 

wypadki, porzucenie i bankructwo.

Mamy rozważyć doraźne i długoterminowe sposoby postępowania wobec tego rodzaju 

przeciwności losu.

Pan Demerle wręcza mi następną instrukcję. „W tym roku zostałaś zwolniona z pracy 

w szkole z powodu cięć w budżecie. Twój mąż uzyskał stopień naukowy, lecz nie może 

znaleźć pracy. Macie do wykarmienia malutkie dziecko. Co zrobicie”?

Brian czyta mi przez ramię.

- Pożyczymy forsę od moich rodziców.

- Brian,   nie   o   to   chodzi   panu   Demerle.   Wciąż   otrzymujemy   dostatecznie   za   ten 

projekt, ponieważ ty wybierasz najłatwiejsze rozwiązania. Chyba nie trzeba było kupować 

tego telewizora.

- A ja jestem zadowolony.

Przynajmniej nie wspomina o suterenie i konfrontacji z Joy.

W środę po południu, gdy przychodzę ze szkoły do domu, Joy czeka na mnie z zieloną 

sukienką Scarlett O’Hary. Jestem uszczęśliwiona.

- Naprawdę nie musiałaś...

- Ale chciałam. I tata też. Przymierz  ją. Umówmy się, że to wcześniejszy prezent 

urodzinowy.

Wyjmuję suknię z pudła i wkładam na siebie. Staję przed lustrem w holu i układam 

odpowiednio włosy. To najbardziej odjazdowa kiecka, jaką kiedykolwiek miałam.

Telefon dzwoni. Pędzę na górę, by odebrać.

- Halo, czy to panna Zimmerman?

- Tak, słucham?

- Chciałbym porozmawiać z panią o sprawach związanych z odszkodowaniem.

- Oczywiście. - Nie bardzo rozumiem, po co ja mu jestem potrzebna. Na pewno chodzi 

mu o Joy.

- Czy mogę przyjść w piątek około dziewiętnastej?

- Joy! - wołam - Mają przyjść w piątek wieczorem w sprawie dachu. Czy będziecie z 

tatą w domu?

- Jasne, nie chcę, żeby ojciec wychodził i był potem zmęczony podczas „przyjęcia 

podarkowego” na swoją cześć.

- W porządku - informuję faceta po drugiej stronie linii. - Będziemy w domu.

background image

W   piątek   Bob   przypomina   mi   o   wystawie   psów.   Postanawiam   włożyć   dżinsy   i 

bawełnianą koszulkę ze wzorem w syjamskie koty. Przyjemnie jest wyjść z kimś, kto nie 

sprawia, że jestem cała spięta.

- Winnie, dziś wieczorem zobaczę twoją rodzinę. - Obaj z Gadułą siedzą koło mojego 

łóżka i obserwują uważnie, jak się ubieram. - Nie, twojej nie, Gadułko. Przemysł produkujący 

artykuły dla zwierzaków nie popiera integracji gatunków.

O   siódmej   Bob   dzwoni   do  drzwi.   Przedstawia   się   rodzicom   i  robi   na   nich   dobre 

wrażenie.

O siódmej dziesięć znowu dzwonek. To Brian. Właśnie teraz Brian!

- Co ty tu robisz?

- Henny, chciałem z tobą pogadać o tym facecie z ubezpieczeń - szepce i pakuje się do 

środka.

Staruszkowie siedzą w jadalni i grają w scrabble. Joy rzuca w stronę Briana niechętne 

spojrzenie.

- Brian, jestem umówiona z kim innym.

- Musimy chwilę porozmawiać sam na sam. To bardzo ważne.

- Bob, nie pogniewasz się, jeśli zamienię parę słów z Brianem? To potrwa minutkę.

- Dobrze. - Wzdycha. Sprawia wrażenie niezadowolonego. Joy i tata patrzą na mnie 

pytająco, ale ja przecież nie wiem, o co chodzi. I jakoś wcale nie mam ochoty się dowiedzieć.

- Brian, o czym ty mówisz? Skąd wiesz, że ktoś ma przyjść w sprawie przeciekającego 

dachu?

- Przeciekającego dachu?

Wchodzimy do kuchni i zmierzamy w kierunku kąta do jedzenia.

- Jeśli nie zgramy naszych wersji, to ja będę miał przeciekające życie!

Czuję się, jakbym znalazła się w samiutkim środku kiepskiego filmu.

- Brian, proszę, zacznij od początku. Nie mogę się w tym wszystkim połapać.

- Pamiętasz  ten wypadek,  który mieliśmy  w „Big  Baby’s”?  - szepce,  ale nie dość 

cicho.

Słowo „wypadek” to magnes dla rodziców. Będą słyszeć każdziutkie słowo.

- Moi   rodzice   skontaktowali   się   z   firmą   ubezpieczeniową,   a   ja   ich   uraczyłem 

podkoloryzowaną opowiastką.

- Bardzo podkoloryzowaną?

- Powiedziałem   im,   że   wóz   stał   na   podjeździe,   a   Luigi   i   jego   gang   przyszli   i 

zdemolowali go, podczas gdy my byliśmy w „Big Baby’s”.

background image

- Co takiego?!

Bob   niecierpliwi   się   w   salonie,   a   ja   wyczuwam   doskonale,   że   staruszkowie   są 

wściekli.

- Narysowałem na wozie symbole Diabłów i stuknąłem go jeszcze trochę, żeby to 

wyglądało bardziej prawdopodobnie. Musisz tylko powiedzieć inspektorowi, że wysiedliśmy 

z samochodu i weszliśmy do restauracji, a gdy potem wróciliśmy, był zdemolowany.

- Nie zamierzam kłamać o Luigim i jego kumplach.

- No,   Henny.  Jestem   twoim   mężem,   a   to   jest   prawdziwe   nieszczęście.   Musisz   mi 

pomóc.

Bob wchodzi do kuchni.

- Henny, musimy już iść.

- Mógłbyś   jeszcze   chwilę   poczekać?   Myślałam,   że   inspektor   ubezpieczeniowy   ma 

przyjść do rodziców, a tym czasem okazuje się, że ma interes właśnie do mnie.

- Nie, nie będę czekać. - Bob wkłada marynarkę. - Powinnaś była mnie uprzedzić, że 

masz inne zobowiązania.

- Bob... - odprowadzam go do drzwi - nie wiedziałam.

- W porządku, Henny. Następnym razem, kiedy będziesz potrzebowała kogoś, żeby 

wpuścił cię do domu przez okno, zadzwoń do Briana. Do zobaczenia.

Wychodzi.

Rodzice   siedzą   w   salonie   z   wyrazem   twarzy   mówiącym   „lepiej   nam   wszystko 

wyjaśnij”. Wracam do kuchni, gdzie tkwi Brian.

- No, Henny! - mówi. - To tylko jedno, nieszkodliwe kłamstewko. Jeśli nasze wersje 

nie będą się zgadzać, pewnie zostanę wyłączony z polisy ubezpieczeniowej. Nie będziemy już 

mogli nigdzie sobie pojechać.

Mam przeczucie, że rodzice i tak się postarają, żebym  nigdy więcej nie wyszła  z 

Brianem. Po kilku kolejnych „no, Henny” Brian wychodzi. Rodzicielskie chóralne „dlaczego 

nic nam nie powiedziałaś o wypadku?” rozbrzmiewa w tej samej sekundzie, gdy zamykają się 

za nim drzwi.

- Bo mi nie pozwolił.

- Takich rzeczy nie ukrywa się przed rodziną - informuje mnie gniewnie tata.

- Nie lubię kablować.

- Mogło ci się coś stać. Mówiłam, że mi się nie podoba ten chłopak - dodaje Joy.

- To nie był poważny wypadek. Po prostu stuknęliśmy w słup od głośnika w „Big 

Baby’s”. Nikomu nic się nie stało.

background image

Gadanina na ten temat chyba nigdy się nie skończy. Przerywa ją jednak pojawienie się 

inspektora.

- Nazywam się Karlson. W sprawie wypadku.

Jest wysoki i jasny jak wiking; wiking w kraciastym garniturze. Wyjmuje magnetofon, 

a ja opowiadam calutką historię.

background image

ROZDZIAŁ 10

Staruszkowie tym  razem zachowali się naprawdę w porządku. Powiedzieli, żebym 

nigdy nie ukrywała przed nimi takich historii. I że skoro już zaprosiłam Briana, to mimo 

wszystko   mogę   go   przyprowadzić   na   wesele.   Ciekawe,   czy   Brian   zadzwoni   w   ciągu 

weekendu, czy dopiero w poniedziałek, żeby mi powiedzieć, żebym się wypchała. Najgorsze 

jest to, że czeka mnie jeszcze kilkutygodniowa praca nad zadaniem na temat małżeństwa. Pan 

Demerle przydziela znacznie trudniejsze instrukcje tym, którzy ze sobą zrywają, a to oznacza, 

że Brian będzie się trzymał  obecnej wersji. Czuję się jak ci ludzie, którzy otrzymują  złe 

wyniki badań: jak gdyby za chwilę miała spaść bomba.

Po śniadaniu Joy oznajmia, puszczając do mnie oko:

- Henny, idziemy teraz po zakupy. Nie zapomnij wyprowadzić psa.

- Nie zapomnę. - Winnic ostatnio jest jakiś osowiały.

- W przyszłym tygodniu wezmę go do weterynarza - zapowiada Joy.

- Błagam, zrób to - mówi tata - niepewność, ile to będzie kosztowało, zupełnie mnie 

wykańcza.

Przeglądają   z   Joy   listę   spraw   do   załatwienia   i   wychodzą.   Strategia   związana   z 

„podarkowym przyjęciem” przewiduje, że w południe Joy poczuje szalony apetyt na pizzę z 

zieloną papryką i zażąda wizyty w „Pattinos Pizza”.

Zmywam naczynia i daję jeść zwierzakom. Na widok smyczy Winnie chowa się za 

kanapę. Wyraźnie nie jest w nastroju do spacerowania.

Pozostało mi zaledwie parę minut do wyjścia, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Przez 

moment myślę, że może Chris zmieniła plany. Miałyśmy spotkać się w restauracji, ale może 

jest   już   spóźniona   i   chce,   żebyśmy   poszły   razem.   Ale   to   Brian.   Na   to   nie   jestem 

przygotowana.  Przez  ułamek chwili  mam nadzieję, że pojawił  się, by oznajmić: „Dzięki, 

zrozumiałem, że postąpiłaś słusznie. Jestem w tobie zakochany do szaleństwa i żałuję, że cię 

w to wszystko wciągnąłem. Jakaś część mojej osobowości jest zwariowana i poza racjonalną 

kontrolą”.

Jedno spojrzenie na wyraz jego twarzy i już wiem, że bomba jest tuż, tuż i zaraz 

spadnie na moją głowę.

- Henny, dlaczego powiedziałaś temu facetowi z ubezpieczeń, że samochód nie został 

zdemolowany? Przecież to nie jest nawet twój wóz!

- A co miałam zrobić, kiedy moi rodzice stali o krok od nas? Poza tym dopuszczasz 

się oszustwa. Nie zamierzam kłamać w takiej sprawie!

background image

- Gdybyś tylko potwierdziła moją historię, wszystko byłoby w porządku. Teraz moi 

rodzice wiedzą, że skłamałem i nie będzie mi wolno prowadzić Bóg wie, jak długo.

- Mogłeś  doprowadzić  do tego,  że  cofnięto by im polisę.  Trzeba  było  powiedzieć 

prawdę.

- Jasna sprawa, Henny. Rodzice nawet nie wiedzieli, że wziąłem samochód, póki się to 

wszystko nie wydało. Myśleli, że stoi na podjeździe.

- Jeśli byłeś na tyle głupi, by zrobić coś takiego, to nie moja wina.

Brian jest czerwony ze złości.

- Henny, jesteś naprawdę świnia! Kablować na przyjaciela! Nie pójdę z tobą ani na 

wesele   twojego   ojca,   ani   nigdzie   indziej!   Jesteś   szczeniara!   Nigdzie   bym   się   z   tobą   nie 

pokazał, gdyby nie to zadanie!

Odwraca się, zatrzaskuje za sobą drzwi i wypada na ulicę.

Żegnaj, Brianie. Witajcie wieczory bez randek.

Najpierw Ricky. Potem Bob. Teraz Brian. On zresztą nie był wart, żeby poświęcić mu 

bodaj godzinę czasu. Brzydzę się sobą za to, że się w nim zabujałam. Wygląda na to, że moja 

jedyna   specjalność   życiowa   to   stwarzanie   problemów   dla   siebie   i   dla   innych.   Gdyby 

problemami można było handlować, zarobiłabym niezły szmal.

Wychodzę z domu i zmierzam do centrum, do „Pattinos Pizza”. Gdy wchodzę do 

restauracji, Chris z matką rozwieszają już papierowe smoki, które my dwie zrobiłyśmy.

- Stało się coś okropnego - zwierzam się Chris. Idziemy na zaplecze i opowiadam jej 

wszyściutko, z nieprzyjemnymi szczegółami.

Chris wydaje z siebie kilka okrzyków „gadasz!” oraz „niemożliwe!”

- Na pewno będziesz się dobrze bawiła, nawet jeśli pójdziesz sama na wesele.

- Jasne,   będę   miała   kupę   radości.   -   Umieszczam   moją   paczuszkę   na   stole   z 

podarunkami i przyklejam taśmą karteczkę z napisem „Dziewiąta wieczór”.

- Ciesz się, że to nie twoje wesele. Wtedy rzeczywiście nie mogłabyś pójść sama!

Pierwszą osobą, która przychodzi na „podarkowe przyjęcie”, jest Prudence Enright. 

Dźwiga wielkie pudło.

- Ostrożnie! To łatwo stłuc.

- Na którą godzinę przeznaczony jest ten prezent? - pytam.

- Jest nietypowy: na cały dzień.

Stawiam pudło w kącie, gdzie nic mu się nie powinno stać. Zjawia się coraz więcej 

osób, rośnie stosik podarków. Przylepiam na nich karteczki. Na każdą godzinę, od szóstej aż 

do dwunastej w nocy jest przeznaczony jakiś prezent. Zwykle uwielbiam chodzić na takie 

background image

imprezy i przyglądać się, jak ludzie rozpakowują swoje upominki, ale dzisiaj byłabym  w 

koszmarnym nastroju nawet na własnym „podarkowym przyjęciu”. Inna sprawa, że biorąc 

pod   uwagę,   w   jakich   stosunkach   jestem   teraz   z   „panem   młodym”,   i   tak   trzeba   by   było 

wszystko odwołać.

O jedenastej czterdzieści pięć pani Pattinos zasłania okna i ukrywamy się za stołem w 

rogu sali. Wszyscy są tak cicho, jakby na najlżejszy dźwięk miałyby runąć ściany. Słyszę, jak 

wchodzą rodzice.

- Joy - narzeka tata - tak naprawdę to miałem ochotę na chińską kuchnię.

Wszyscy zaczynamy się cichutko śmiać. Pan Pattinos wita gości.

- Herman, dzisiaj zamawiasz to samo, co zawsze? A może przejdziemy na zaplecze? 

Moglibyśmy obejrzeć mecz w telewizji i wypić parę piwek.

Wchodzą!   Nagle   zapalają   się   światła   i   wszyscy   wykrzykują:   „Niespodzianka!” 

Wszyscy oprócz mnie: czuję się tak paskudnie, że nawet radość rodziców mi się nie udziela.

- To dlatego tak straszliwie zachciało ci się nagle pizzy! - droczy się tata z Joy.

Chris i ja wnosimy pizzę i przystawki. Jestem tak zdenerwowana, że nic mi się nie 

podoba. Uwielbiam koreczki anchovies, ale w tej chwili nie mogę znieść ich widoku.

- Henny, czy wszystko w porządku? - Joy zauważyła, że jestem coś za spokojna.

- Świetnie - uśmiecham się blado. Sprawy ułożyły się tak, że nawet najgorszy koszmar 

wydałby się przy nich czystą przyjemnością. Joy to ostatnia osoba, której miałabym ochotę 

się zwierzyć: powiedziałaby, oczywiście, „przecież ci mówiłam”.

Wręcza mi książeczkę dla panny młodej, którą dostałam u Fieldsa.

- Przemyciłam ją w torebce. Cieszę się, że ją nam dałaś.

Znów   się   uśmiecham.   Coraz   lepiej   panuję   nad   emocjami.   Książka   z   rejestrem 

podarunków ślubnych przypomina mi o Brianie i pogłębia moje przygnębienie.

- Może zrobicie z Chris spis prezentów? - proponuje Joy. Siadamy więc przy sobie w 

końcu długiego stołu. Ponieważ jest to przyjęcie, na którym wręcza się prezenty niemal na 

całą dobę, będziemy je spisywać według pory dnia.

- Szósta rano - anonsuje pan Pattinos. Tata otwiera paczkę, która zawiera aż dziesięć 

różnych gatunków kawy, a do tego jeszcze młynek.

Chris odnotowuje: „Kawa i młynek, państwo Feldmanowie - bez dekofeinizowanej”.

Prezent na dziewiątą rano stanowi maszynka do lodów od sekretarki taty, pani Chase.

- Odwróciłam   dziewiątkę  do  góry nogami  i   w  ten   sposób  zrobiła  się   szósta,   pora 

obiadu - wyjaśnia pani Chase. - Nie mogłam  wymyślić  żadnego upominku na dziewiątą, 

chyba że lubi pan lody do porannych wafli na ciepło.

background image

Chris   zapisuje   podarek   pani   Chase   jako   „poranną   maszynkę   do   lodów,   mniam, 

mniam” i rysuje obok uśmiechnięty waflowy rożek do lodów.

Tata rozpakowuje dwie maszynki do makaronu, nie brudzący się pojemnik na śmieci i 

dwie pary słonecznych okularów z wycieraczkami. Wreszcie kolej na moje prezenty.

- Ja   też   chcę   takie!   -   woła   Joy   na   widok   ogrzewanych   skarpetek.   -   A   pióro   jest 

świetne!

Włącza światełko i pisze kilka słów. Podaje mi notkę: „Zazwyczaj bywasz urocza, 

Henny”.

Wreszcie przychodzi kolej na łatwo tłukący się dar Prudence Enright.

- Sama go zrobiłam - anonsuje. - Możecie go używać przez cały dzień.

Joy i tata przedzierają się przez całe masy bibuły. Na widok pierwszego przedmiotu 

Joy wydaje głośne ochy i achy. Jest to głowa smoka. Doznaję strasznego uczucia, bo wiem, 

co wyłoni się teraz. I mam rację. A uważałam, że to takie oryginalne! Jedyne, co ja mam w 

sobie oryginalnego, to pole magnetyczne  przyciągające problemy.  Pojęcia  nie mam, skąd 

Prudence wzięła formę czy też pomysł, by zrobić taki sam komplet pojemniczków. Kiedy 

indziej byłabym zmiażdżona, dziś - tylko odrętwiała.

- Gdzie pani dostała formę tego kompletu? - pytam.

- Nigdzie. To mój własny, specjalny projekt.

- Zadatkowałam dokładnie taki przed kilkoma tygodniami w sklepie Highland Fair.

- Tam je wstawiam, a sprzedaje je moja przyjaciółka - wyjaśnia pani Enright. - To ty 

musisz być tą dziewczynką, która zostawiła jej zaliczkę na prezent ślubny.

- Tak, to ja. Czy mogę dostać z powrotem pieniądze? - Szperam w torebce i znajduję 

pokwitowanie.

- A   może   zamiast   tego   weźmiesz   pudełko   na   ciasteczka   w   kształcie   smoka?   - 

proponuje Prudence.

- Już jedno mamy. W kształcie jednorożca.

Zwraca mi pieniądze. W tej sytuacji chyba kupię rodzicom luksusowy zestaw do gry 

w scrabble.

Przyjęcie   trwa   jeszcze   jakiś   czas.   Goście   jedzą   pizzę,   popijają   piwo.   Składają 

rodzicom życzenia i przyjacielsko poklepują po plecach.

Gdy już jest po wszystkim, staruszkowie wychodzą wraz z Feldmanami.

- Idziemy trochę na miasto. - Tata cmoka mnie w policzek. - Zobaczymy się w domu.

Pomagam posprzątać Chris, która ma ochotę jeszcze tu posiedzieć, ale odmawiam. 

Marzę o tym, by jak najszybciej wyjść.

background image

Wędruję do domu w marnym nastroju i po raz kolejny dokonuję przeglądu ostatnich 

wydarzeń. Gaduła wita mnie głośnym miauknięciem. Nigdy jeszcze nie wydał z siebie tak 

żałosnego głosu.

- Gadułko,   przecież   cię   nakarmiłam   przed   wyjściem.   -   Wsypuję   do   jego   pustej 

miseczki trochę kociej karmy. Ale to go wcale nie interesuje. Chwyta mnie ząbkami za nogę, 

skubie za pończochę i nadal miauczy.

- Co się stało? - Prowadzi mnie do salonu, wydaje jeszcze głośniejszy okrzyk i ugania 

się w górę i w dół po schodach.

- Nie mam teraz ochoty do zabawy - mówię. - Pobaw się z Winnie. - Zaczyna mnie 

jeszcze bardziej zawzięcie skubać w nogę. Idę za nim na górę. Winnie leży nie opodal szczytu 

schodów. Na mój widok wydaje żałosne skomlenie i parska słabo.

- Winnie, co z tobą? - Próbuję postawić go na cztery łapy. Przewraca się. Dzwonię do 

weterynarza.

- Halo, tu mówi Henny Zimmerman. Nasz kot, Gaduła, jest państwa pacjentem.

- A, to ty jesteś tą małą od tłustego syjama!

Nie znoszę, gdy mówią o mnie „mała”. Czuję się wtedy, jakbym miała pięć lat.

- Teraz mamy również psa. Coś go boli i upada, kiedy próbuję go postawić.

- Przywieź go jak najszybciej - poleca mi recepcjonistka.

Nie   mam   pojęcia,   jak   go   tam   zawieźć   bez   samochodu.   Próbuję   złapać   rodziców. 

Dzwonię do Feldmanów, ale nikt nie odbiera telefonu.

Odszukuję w książce telefonicznej numer Metro Taxi i dzwonię. Okropnie długo nie 

podnoszą słuchawki, a Winnie jest w takim stanie, że nie powinien czekać.

- Halo, chciałam się dowiedzieć, czy moglibyście przyjechać po mnie i po mojego 

psa? Jest duży i ktoś musiałby mi pomóc wnieść go do samochodu.

- Nie! - ucina kobieta po drugiej stronie linii. - Nie wpuszczamy psów do naszych 

pojazdów. Chyba, że psy - przewodników niewidomych.

- Ale on jest bardzo chory.

- Jeśli to nie jest chory pies - przewodnik, to nic nie poradzę.

- A co by było, gdyby był umierający?

- Jeśli nie jest przewodnikiem, to żebyśmy mogli go przewieźć, musiałby być całkiem 

zdechły. Następna firma taksówkowa może wziąć psa, ale wyłącznie w klatce podróżnej. W 

domu   jest   tylko   podróżna   klateczka   Gaduły,   w   której   nie   zmieściłaby   się   nawet   głowa 

Winnie’ego.

Winnie wyje, a Gaduła miauczy. Chowam dumę do kieszeni, wykręcam 555 - PAWS i 

background image

staram się uwierzyć, że się uda.

background image

ROZDZIAŁ 11

Telefon Pawmobile jest ciągle zajęty. Ze słuchawki płyną nagrane informacje o ich 

usługach:

„Halo,   to   numer   Transportu   i   Usług   Dla   Zwierząt   Pawmobile,   filia   sieci 

Ogólnoświatowych   Moteli   Dla   Zwierząt.   Dostarczymy   waszego   kudłatego   przyjaciela   na 

lotnisko,   do   weterynarza,   jeśli   sobie   życzycie,   nawet   na   wizytkę   do   przyjaciół.   Wasz 

ulubieniec będzie podróżował w luksusowej, wyłożonej dywanem furgonetce, która dowiezie 

go bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Proszę również pytać o pensjonaty dla zwierząt, 

obsługę   przyjęć   dla   zwierząt   oraz   o   usługi   pogrzebowe”.   Potem   rozlega   się   szczekanie, 

miauczenie   i   ćwierkanie.   Dziwne,   że   nie   nagrali   pluśnięcia   złotej   rybki.   Muszę   tego 

wszystkiego wysłuchać trzy razy. Niemal umiem już tekst na pamięć, gdy odzywa się kobiecy 

głos.

- Pawmobile, w czym mogę pomóc?

- Czy jest Bob Zayre? Muszę z nim mówić jak najprędzej.

- Nie ma go, ale niedługo wróci. Czy zostawi pani wiadomość?

- Proszę   powiedzieć,   żeby   zadzwonił   do   Henny.   To   pilne,   najpilniejsze.   Proszę 

dopilnować, żeby zatelefonował!

- Pani numer?

- On zna mój numer. - Odkładam słuchawkę.

W oczekiwaniu na telefon od Boba staramy się oboje z Gadułą, najlepiej jak umiemy, 

podtrzymywać na duchu Winnie’ego. A co będzie, jeśli jest on tak okropnie chory, że nie 

dożyje do chwili, gdy Bob się zjawi? Wreszcie Bob dzwoni.

- O co chodzi, Henny?

- Proszę   cię,   Bob,   mam   ogromny   problem.   Nasz   bullmastif   jest   chory   i   muszę 

natychmiast zawieźć go do weterynarza.

Milczenie.

- Bob, błagam. Winnie jest naprawdę w ciężkim stanie.

- No, dobrze. Zaraz przyjadę, ale tylko ze względu na psa, nie na ciebie.

- Jeśli sprawia ci to taką trudność, może inny kierowca mógłby mi pomóc. Pies cierpi.

- Nie! Inni obsługują wystawę psów w centrum. Tę, na którą wczoraj spóźniłem się 

przez ciebie.

Bob zjawia się po kilku minutach. Rzuca mi zdawkowe „cześć”, wchodzi na górę i 

uważnie przygląda się Winnie’emu.

background image

- Lepiej nie znosić go na rękach. - Idzie do furgonetki i wraca z noszami.

- Nosze!   -   Zajmujemy   się   wszystkimi   rodzajami   transportu   zwierząt,   nawet 

transportem chorych.

Delikatnie układa Winnie’ego na noszach.

- Ależ on ciężki! Weź z drugiego końca.

Obawiam się, że któreś z nas się potknie i Winnie spadnie, ale dzięki Bogu docieramy 

bez kłopotów do samochodu.

Gaduła obserwuje nasz odjazd z nosem rozpłaszczonym na szybie. Ciekawe, ile z tego 

wszystkiego rozumie.

Czuję   się   niezręcznie.   Jedziemy   powoli.   Co   chwila   musimy   zatrzymywać   się   na 

światłach.

- Bob, przepraszam za wczoraj. To była sprawa życia i śmierci.

- Coś sobie zaplanowaliśmy, a ty wszystko zawaliłaś przez takiego narwanego typa 

jak Brian Anderson. Nie zamierzam się z tym pogodzić.

- On jest naprawdę narwany. Ale miał poważny problem, w który jestem w pewnym 

sensie zamieszana.

- Dziewczęta zawsze mają problemy, jeśli zadają się z Brianem Andersonem.

- Skąd ty go znasz?

- Kiedyś pracował w „Big Z”, ale ojciec go wylał. Stale uszkadzał kasę automatyczną, 

bo był zajęty flirtowaniem z dziewczynami. Ten facet niczego nie traktuje poważnie. Oprócz 

siebie, oczywiście.

Gdy wreszcie docieramy do weterynarza, pomagam Bobowi z noszami. Przed nami są 

trzy osoby, ale recepcjonistka wprowadza nas jako pierwszych, bo to pilny przypadek. Winnie 

jest najciężej chorym - a co najmniej najgłośniej skomlącym psem w klinice.

- Czy chcesz, żebym wszedł z tobą? - Spośród rozłożonych broszurek Bob wybiera 

kilka, poświęconych opiece nad zwierzętami.

- Nie, możesz zaczekać tutaj.

Weterynarz ogląda Winnie’ego.

- Kiedy te kłopoty się zaczęły?

- Zauważyliśmy to kilka tygodni temu. Chodzi jakby przechylony na bok.

Doktor poszturchuje Winnie’ego tu i ówdzie, zwłaszcza w okolicy tylnych łap. Winnie 

obrzuca go leniwym spojrzeniem.

- Należało go było przywieźć wcześniej - głos weterynarza brzmi surowo. - Zanim 

postawię ostateczną diagnozę, trzeba mu będzie zrobić zdjęcie rentgenowskie. Przypuszczam, 

background image

że cierpi na dysplazję.

- Dysplazja? Ale to nie jest psia odmiana raka, prawda? - Mam coś w rodzaju obsesji 

na punkcie raka. Na tę chorobę umarła moja mama.

- Ależ nie - uspokaja mnie lekarz. - Ma problem ze stawem biodrowym. To częsta 

przypadłość u dużych psów.

- Czy   Winnie   będzie   wymagał   kosztownej   operacji?   -   Tata   się   wścieknie,   bo   ten 

przeciekający dach...

- Nie sądzę. Zobaczymy,  jak reaguje  na aspirynę, bo to mogłoby pomóc. A może 

obejrzysz film instruktażowy o dysplazji? Jest w moim biurze.

Wychodzimy z gabinetu. W poczekalni zauważa mnie Bob.

- Co mu dolega?

- Ma coś z biodrem. Obejrzysz ze mną film instruktażowy?

Przyłącza się do mnie. Doktor wsuwa film do projektora i włącza go. Bob ogląda film 

w   milczeniu.   Ja   chciałabym   z   nim   porozmawiać,   ale   pokaz   na   temat   psich   dolegliwości 

związanych ze stawem biodrowym nie jest ku temu najlepszą okazją.

Po filmie wracam do gabinetu. Dowiaduję się, że Winnie powinien pozostać w klinice 

kilka dni. Próbuję porozumieć się z rodziną. Joy dostałaby ataku serca, gdyby wróciła do 

domu i nie zastała Winnie’ego. Ale i u nas, i u Feldmanów telefon milczy.

- Cóż,   Winnie,   do   zobaczenia   w   przyszłym   tygodniu.   -   Skrobię   go   za   krótkimi, 

kłapciatymi uszami i całuję w czoło.

Odpłaca mi skomleniem i pożegnalnym parsknięciem.

- No i jak czuje się Winnie? - pyta Bob, gdy wchodzę do poczekalni. Właśnie rozdaje 

reklamowe karty Pawmobile.

- Będzie zdrów, Bob. Słuchaj, musimy pogadać.

- Ty i Winnie? W takim razie zostawię was sam na sam.

- Nie, ty i ja.

- A o czym? - pyta. - Teraz, kiedy już ci pomogłem, mogę po prostu odwieźć cię do 

domu.

- Proszę,   porozmawiajmy.   Wiem,   że   byłam   dla   ciebie   okropna,   że   korzystałam   z 

twojej uprzejmości i tak dalej. Przepraszam za to z Brianem wczoraj wieczorem. Byłam taka 

zaszokowana, że nie mogłam pozbierać myśli.

Opowiadam   mu   wszystko,   poczynając   od   tego,   jak   natknęłam   się   na   Briana   w 

restauracji. Z detalami, łącznie z wypadkiem samochodowym i sceną w suterenie.

Bob słucha uważnie. Teraz, gdy to wszystko wyrzuciłam z siebie, czuję się lepiej.

background image

- Wiem,   jak   to   jest,   kiedy   cię   ktoś   zafascynuje   -   mówi.   -   Naprawdę,   rozumiem. 

Pamiętasz Frosty? Ta to dopiero zrobiła mnie w jajo!

Kiedy w zeszłym roku poznałam Boba, właśnie zerwał z Frosty Epstein. Najprościej 

mówiąc, lubiła go tylko z powodu jego samochodu. Ale kiedy parę razy się z nim spotkałam, 

była tak wściekła, że omal mnie nie zabiła. Na szczęście, kiedy po raz trzeci zawieszono ją za 

ściąganie w naszej szkole, rodzina wysłała ją do internatu.

- I przepraszam cię, że byłem taki nachalny w zeszłym roku - dodaje Bob.

Podajemy sobie ręce.

- Bob, czy mogę ostatni raz cię o coś poprosić?

Westchnął ciężko.

- O co tym razem?

- Mój tata żeni się za dwa tygodnie. Czy przyjdziesz? Oczywiście domyślasz się, że 

jesteś trzecim z kolei kandydatem.

Skręcamy w moją ulicę. Bob parkuje furgonetkę. Czasami szczerość bywa najgorszą z 

taktyk. Teraz na pewno czuje się jak głupi. Zaraz powie. „Nie, Henny. I cześć”.

- Cóż, wolałbym być pierwszym, ale czasami nie układa się tak, jak by się chciało. 

Rozumiem, czemu zaprosiłaś najpierw Ricky’ego, przecież z nim jakiś czas chodziłaś. Co mi 

się nie podoba, to fakt, że jestem w kolejce po tym cholernym playboyu.

- W porządku, Bob. Rozumiem cię.

- Pójdę, ale pod jednym warunkiem. - Parkuje przed moim domem.

Wolałabym, żeby zgodził się bez żadnych zastrzeżeń.

- Że to nie będzie nasze jedyne wspólne wyjście.

- Jasne, że nie...

- W porządku. Więc chodźmy dziś wieczór na finałowe pokazy na wystawie psów.

Obejmuje mnie i całuje. To nie są gwałtowne, pożądliwe pocałunki jak Briana, ale 

leciutkie, przyjacielskie. Takie, jakich oczekuję.

- Zobaczymy się o wpół do ósmej, dobrze? - szepce pomiędzy kolejnymi całusami.

- Dobrze - odpowiadam. - A w poniedziałek natychmiast poproszę Briana o rozwód.

- Chyba nie będziesz musiała - uśmiecha się Bob. - Sprawy się tak ułożyły,  że na 

pewno poprosi cię pierwszy.


Document Outline