background image

O wyższości katolicyzmu

background image

John Henry Newman

O wyższości katolicyzmu

Przekład i wprowadzenie

ks. Jacek Dunin-Borkowski

Wydawnictwo „Duc In Altum”

Warszawa 2006

background image

Tytuł oryginału:

Catholicism and the Religions of the World

© Wydawnictwo „Duc In Altum”, 2006

Opracowanie i redakcja

ks. Sylwester Gaworek

Korekta stylistyczna

Tomasz Korpysz

Projekt okładki

Bartłomiej Kuczyński

OCR i skład PDF

Mordechaj Łu 

(2008)

UWAGA! Elektroniczna kopia książki, którą właśnie czytasz została sporządzona bez pisemnego pozwolenia 
Wydawnictwa,   wobec   czego   w   świetle   prawa   jest   nielegalna   i łamie   zasady   copyright.   Posiadasz 
i rozprowadzasz tę kopię jedynie na własną odpowiedzialność. Pamiętaj, aby po przeczytaniu książki nabyć 
ją w jak najbliższym terminie, na który pozwalają Ci Twoje możliwości finansowe ;-).

Za zgodną Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej

Z dnia 29.03.2006 r. Nr 458 (K) 2006

ISBN 978 — 83 — 920866 — 7 — 3

Druk i oprawa:

WYDAWNICTWO AA s.c.

pl. Na Groblach 5

31-101 Kraków

background image

Wprowadzenie

John Henry Newman (1891-1890) to profesor Oxfordu, pisarz, poeta, ksiądz anglikański, który  

przeszedł   na   katolicyzm,   został   katolickim   księdzem,   a pod   koniec   życia   kardynałem.   Przede 
wszystkim   jednak   był   wielkim   chrześcijańskim   myślicielem,   a może   i świętym   —   jego   proces 
beatyfikacyjny jest w toku.

Aby   zrozumieć   drogę   myśli,   która   od   kalwinizmu   doprowadziła   Newmana   do   szczytów 

katolickiego   mistycyzmu   i wysokiego   miejsca   w katolickiej   hierarchii,   trzeba   uzmysłowić   sobie 
specyfikę   kościoła   anglikańskiego.  Kościół   ten   jest,   jak   pisze   Newman,   narodowy   i polityczny. 
Praktycznie nie posiada innego zwornika niż bycie Kościołem angielskim. W jego formie mieszczą 
się   grupy   skrajnie   protestanckie,   kalwińskie   czy   nawet   baptystyczne,   kwestionujące   większość 
sakramentów,   a równolegle   istnieje   „Kościół   Wysoki”   mający   liturgię   podobną   do   katolickiej, 
Mszę świętą, spowiedź i zakony. Przy tak wielkiej różnorodności — aż rodzącej pytanie, czy jest to  
rzeczywiście   jeden   Kościół   —   istnieje   cecha   wspólna:   zadawnione,   głębokie   i bardzo   silne 
uprzedzenia do katolicyzmu często zwanego w Anglii papizmem. Uprzedzenia te, które powstały 
w dużym stopniu nie z powodów religijnych, ale politycznych (sama schizma Henryka VIII też nie 
miała pierwotnie powodów religijnych), szczególnie w czasie konkurencji z Hiszpanią o dominację 
na   morzach   (wtedy   Anglia   stworzyła   i wylansowała   mit   rzekomego   okrucieństwa   inkwizycji), 
stanowią do dzisiaj jedną z cech angielskiej kultury, także tej zupełnie świeckiej.

Newman,   będąc   anglikaninem,   został   wychowany   w kalwińskiej   pobożności   swojej   matki. 

Studiował w Oxfordzie, następnie został tam profesorem. Coraz bardziej skłaniał się do posługi 
duchownej jako swojej drogi życiowej. W końcu przyjął święcenia w kościele anglikańskim. Będąc 
proboszczem,   doszedł   do   przekonania   o bezwartościowości   kalwinizmu   jako   propozycji   dla 
człowieka: „kalwinizm nie jest kluczem do realnie występujących w świecie przejawów ludzkiej 
natury”.  Późniejsza  podróż  do  Afryki,   Grecji   i Włoch   zaowocowała  dalszą   ewolucją poglądów 
Newmana.   Dla   pełnego   uprzedzeń   Anglika   zaskoczeniem   było   rozpoznanie   Rzymu   jako   matki  
chrześcijaństwa. Trzeba przyznać, że zdolność do przezwyciężenia tych uprzedzeń świadczy o jego 
wielkiej rzetelności umysłowej. Doszedł on do wniosku, że trzeba w Anglii przywrócić „Kościół 
pierwotny” — wpatrzony w Zbawiciela, prawowierny, a jednocześnie integrujący to, co dobre w 
kulturze grecko-rzymskiej. Newman stał się założycielem i jednym z głównych przywódców Ruchu 
Oxfordzkiego   dążącego   do   odrodzenia   w   Kościele   anglikańskim   prawdziwej   pobożności  
skierowanej   ku   żywemu   Chrystusowi,   odchodzącej   od   urzędniczego   rytualizmu   tego   kościoła  
państwowego. Ruch ten chciał iść „via media” — drogą pośrednią. Należało, według Newmana,  
zachować równy dystans do Rzymu i Genewy (stolicy kalwinizmu). Kolejne jego dzieła były krytyką  
rytualizmu,   a także   purytanizmu,   dzięki   zaś   czerpaniu   ze   skarbnicy   starożytnego   Kościoła  
niepodzielonego jego poglądy powoli zbliżały się do katolickich, mimo trwającej krytyki „rzymskich  
błędów”.   Następne   dzieła   Newmana   były   coraz   gorzej   przyjmowane   przez   jego   zwolenników, 
podążał drogą swojej myśli coraz bardziej osamotniony. Sam nie w pełni rozumiał, dokąd zmierza; 
później   mówił,   że   „zobaczył   ducha”   —   cień   Rzymu   przysłaniający   wypracowany   przez   niego  
kompromis   dla   anglikanizmu.   W końcu   Newman   publikuje   „Traktat   90”,   w   którym   rozróżnia  
między historycznymi wynaturzeniami w Kościele Katolickim, przeciw którym byty skierowane tezy  
Lutra,   a prezentującymi   właściwą   naukę   dekretami   Soboru   Trydenckiego.   Traktat   ten   wzbudził  
furię.   Newman   został   okrzyknięty   zdrajcą   swojego   kościoła,   w konsekwencji   stracił   katedrę 
i parafię.   Schronił   się   w półzakonnym   odosobnieniu   z garstką   przyjaciół.   W końcu   wstąpił   do 
Kościoła Katolickiego.

Droga życiowa Newmana jest drogą myśli. Chyba dlatego jego spojrzenie na Kościół jest tak  

przenikliwe. Jego zachwyt Kościołem nie jest naiwną egzaltacją, ale skutkiem głębokich przemyśleń  
i bolesnych   decyzji.   Gdy   pisze   o zasadniczych   różnicach   między   Prawdziwym   Kościołem 
a kościołami oddzielonymi, ujmuje sprawy zasadnicze, które przemyślał i przecierpiał. Gdy dzisiaj 

background image

czytamy myśli Kardynała o Kościele, nasuwa się pytanie, na ile obecny katolicyzm nie utracił, jeśli 
nie   samych   istotnych   swoich   cech,   to   przynajmniej   ich   świadomości.   Może   to   być   rachunek  
sumienia dla współczesnych katolików zarażonych, wg. określenia innego kardynała — Ratzingera 
—   „ekumenizmem   negocjacyjnym”:   dążeniem   do   pojednania   poprzez   zacieranie   tego,   co   jest  
prawdą i brakiem zaufania do prawdziwości i nieomylności Kościoła Katolickiego.

Duża   część   newmanowskiej   krytyki   kościołów   niekatolickich   i innych   religii   (w tłumaczeniu 

trudno było poprawić typową dla kultury angielskiej nieścisłość — nierozróżniania pojęć „religia” 
i „wyznanie   chrześcijańskie”.   Newman   pisze   o   różnych   wyznaniach   jako   o   „religiach”)   jest 
poświęcona   ówczesnemu   kościołowi   anglikańskiemu   i ówczesnemu   angielskiemu   społeczeństwu. 
Cześć   z tych   uwag   już   się   zdezaktualizowała,   jednak   zestawienie,   którego   Newman   dokonuje,  
uwyraźnia   cechy   katolickości,   które   są   i pozostają   niezmienne.   Nie   ma   już   społeczeństwa 
stawiającego na pierwszym planie honor i uczciwość, ale pozostaje Kościół, który za największy 
problem   ludzkości   uważa   grzech.   Dzisiaj   też   często   zapominamy,   że   grzech   nie   jest   tożsamy  
z popełnionym złem, ale zależy przede wszystkim od natężenia złej woli, nawet jeśli zewnętrzne 
skutki   nie   są   poważne.   Bardzo   aktualne   są   uwagi   Newmana   o właściwym   celu   prawdziwego 
Kościoła   skontrastowanego   ze   społecznym   charakterem   kościoła   anglikańskiego.   Dzisiaj   też  
próbuje   się   oceniać   Kościół   na   podstawie   zewnętrznej   działalności,   którą   prowadzi, 
np. charytatywnej.

Traktacik, który prezentujemy, ukazuje jedyność Kościoła Katolickiego, a jednocześnie może być 

podręcznikiem   refleksji   na   temat   tego,   co   to   znaczy   być   naprawdę   katolikiem.   Dlatego   mamy  
nadzieję,   że   tym,   którzy   uważają   się   za   katolików,   pomoże   on   na   nowo   docenić   wartość  
przynależności   do   jedynego   Kościoła   Chrystusowego,   a zarazem   pogłębić   własną   religijną 
tożsamość.   W   czasach   „politycznej   poprawności”,   która   lansuje   swoisty   religijny   egalitaryzm, 
każąc wszystkie religie uważać za równe, wydaje się to rzeczą szczególnie ważną.

background image

ROZDZIAŁ I

Katolicyzm, a inne religie świata

Jak bardzo wszystkie religie, które kiedykolwiek istniały, różnią się od wielkiego i niezmiennego 

Kościoła Katolickiego! W swojej egzystencji zależne są od czasu i miejsca, żyją w określonych 
epokach   i regionach.   Są   dziećmi   określonej   gleby,   endemicznymi   roślinami,   które   bujnie   się 
krzewią   w   określonej   temperaturze,   w określonym   nasłonecznieniu,   w   wilgotnym   lub   suchym 
środowisku,   a umierają,   gdy   się   je   przesadzi.   W   dużym   stopniu   ich   naukową   definicję   może 
stanowić   ich  habitat.  Tak   więc   schizma   grecka,   nestorianizm,   herezja   Kalwina   i metodyzm, 
wszystkie mają swoje geograficzne granice. Protestantyzm niczego nie uzyskał w Europie od czasu 
swojej pierwotnej ekspansji.

Początek tym religijnym fenomenom daje jakiś przypadek: morowe powietrze, palące słońce, 

bagienne opary. Wydają z siebie zarazę, która snuje się stuleciami nad miejscem ich zrodzenia, 
a gdy jakaś zmiana zajdzie w niebie czy na ziemi — znika bez śladu. Prawdą jest jednak, że czasem 
takie   boskie   plagi   rozprzestrzeniają   się   po   ziemi   i wnikają   w   obszar   katolicyzmu.   Wychodzą 
z jakiegoś   zatrutego   jeziora   czy   innej   dziury   w   Etiopii   lub   Indiach   i prą   niepowstrzymanie   do 
wypełnienia ich posłannictwa zła, przechadzają się tam i z powrotem po powierzchni ziemi.

Tak było z arabską uzurpacją, którą uformował Mahomet. Być może zapytacie, czy nie dokonała 

ona   tego,   czego   według   mnie   może   dokonać   jedynie   Kościół   Katolicki,   i czy   przez   to   nie 
udowodniła, że posiada w sobie ten wewnętrzny pierwiastek, który nie zależąc od człowieka, jest 
władny podporządkować go sobie w każdym miejscu i czasie? Nie. Przyjrzyjcie się dokładniej, 
a zobaczycie wyraźną różnicę pomiędzy religią Mahometa a Kościołem Chrystusa.

Mahometanizm   nie   uczynił   wiele   więcej,   niż   to   czyni   obecnie   Wspólnota   Anglikańska. 

Wspólnota ta znajduje się w wielu częściach świata, jej prymas ma większą jurysdykcję niż dawny 
patriarcha nestoriański, ma swoje centra na Malcie, w Jerozolimie, Indiach, Australii, Południowej 
Afryce   i w Kanadzie.   Rzeczywiście   można   by   powiedzieć,   że   tutaj   rys   katolickości   jest 
wyraźniejszy niż w mahometanizmie. Ale nie dajcie się zwieść słowom: czy jakikolwiek myślący 
człowiek   twierdziłby   choć   przez   chwilę,   niezależnie   od   wspomnianej   trudności,   że   religia 
państwowa   jest   niezależna   od   czasu   i miejsca?   No   więc   jeżeli   nie,   to   po   co   zajmować   się 
dowodzeniem? Czy istota takiej religii nie leży w uznawaniu przez państwo? Czy państwowość nie 
jest jej właściwą formą? Czym by była, czy przetrwałaby choć dziesięć lat pozostawiona sama 
sobie?   Uznanie   jej   przez   państwo   stanowi   o   jej   jedności   i tożsamości.   Czy   możecie   ją   sobie 
przedstawić,   nawet   bardzo   wytężając   wyobraźnię,   pozbawioną   kościołów,   pałaców,   uczelni, 
plebanii, dotacji, społecznych honorów i pozycji w kręgach rządowych? Oddziel ją od tego świata, 
a   dokonałeś   na   niej   wyroku   śmierci,   bo   już   przestała   istnieć.   Zabierz   jej   biskupom   udział 
w prawodawstwie,   wyrwij   jej   formuły   z   kodeksów   prawa,   otwórz   jej   uniwersytety   dla 
kontestatorów, pozwól jej duchownym zostać znów świeckimi, uznaj za pełnoprawne prywatne 
spotkania   modlitewne   —   co   zostanie   do   zdefiniowania   takiej   religii?   Wiecie   sami,   że   gdyby 
państwo nie zmuszało do jedności, natychmiast rozpadłaby się na trzy oddzielne organizmy, każdy 
z   nich   niosący   w   sobie   ziarna   dalszego   rozpadu.   Nawet   małe   ugrupowanie   „Non-jurors” 
[Odmawiających przysięgi] sprzed półtora wieku bardzo szybko podzieliło się, ponieważ zabrakło 
mu oparcia we władzy państwowej. Religia taka nie ma wewnętrznej spójności, indywidualności 
czy duszy, która dawałaby jej zdolność rozprzestrzeniania się. Metodyzm czy kongregacjonizm jest 
przykładem pewnej idei, zaś religia państwowa nie ma w sobie żadnej idei oprócz bycia częścią 
państwowego   systemu.   Jej   rozprzestrzenianie   się   było   przede   wszystkim   bierne,   nie   czynne: 
przenoszono ją do innych  miejsc poprzez politykę  państwa, przemieszcza się, gdy państwo się 
przemieszcza, jest wypustką — bronią albo ozdobą rządzącej władzy. Jest nawet nie religią rasy, 
lecz jej rządzącej części. Anglosas czyni teraz to, co Saracen czynił dawniej. Robi niechętnie — dla 

background image

korzyści  to, co tamten czynił  z zapałem — z fanatyzmu  i to jest główna różnica  między nimi 
dwoma. Saracen z początku nawracał mieczem heretycki Wschód, ale już w Indiach jego wiara 
rozprzestrzeniała się przez imigrację, tak jak wiara anglosasów obecnie, i dalej wrastał między inne 
narody przez handel i kolonizację, jednak gdy napotkał katolicyzm zachodu wywarł równie mały 
wpływ na Hiszpanię, jak protestancki anglosas na Irlandię.

Tylko jedna forma chrześcijaństwa posiada tę wewnętrzną jedność, która jest podstawowym 

warunkiem niezależności. Gdy spojrzycie na Rosję, Anglię czy Niemcy, brak tam tego wymiaru 
boskości. Szczególnie w naszym kraju nie da się znaleźć religii o szerszym niż klasowy zakresie. 
Religia państwowa nie jest niczym innym  niż religią klasy. Jedno wyznanie jest dla bogatych, 
drugie dla biednych; ludzie rodzą się w takiej lub innej sekcie; entuzjaści idą tu, a trzeźwo myślący 
i racjonaliści   tam.   Zarabiają,   nabierają   znaczenia   w   świecie   i wtedy   ogłaszają   się   częścią 
establishmentu. Do jednej grupy świat się uśmiecha, na drugą się krzywi i jedna zamarznie w zimie 
świata, druga rozpuści się w świata lecie. Żadna z nich nie ogarnia ludzkiej natury,  żadna nie 
obejmuje całego człowieka, żadna nie umieszcza wszystkich na jednym poziomie, żadna nie kieruje 
się jednocześnie do intelektu i do serca, lęku i miłości, aktywności i kontemplacji.

Słusznie   uważa   się   za   argument   na   rzecz   chrześcijaństwa,   że   najwybitniejsi   ludzie   byli 

chrześcijanami   i choć   nie   wszystkie   przenikliwe,   głębokie   umysły   przyjęły   wiarę,   to   jednak 
odniosła ona nad nimi wystarczająco wielkie i liczne zwycięstwa, aby ukazać, że ani najwyżsi w 
społecznej hierarchii, ani najmniejsi, ani najbardziej subtelni, ani gruboskórni — nikt nie jest poza 
wpływem Kościoła, ma on bowiem przedstawicieli wszystkich klas wśród swoich dzieci. Kościół 
pociesza  opuszczonych,  otrzeźwia ludzi sukcesu,  prowadzi  zagubionych.  Ogarnia macierzyńską 
troską niewinnych, ma ciężką rękę dla amoralnych, ukazuje majestat pysznym. Otwiera horyzonty 
prostakom,   a   upokarza   największe   intelekty.   To   nie   są   tylko   słowa.   Kościół   to   czynił,   czyni 
i podejmuje jako swoje zadanie. Prosi jedynie o pole do działania, o wolność. Nie domaga się 
opieki władzy państwowej. To prawda, że w przeszłości, tak jak protestantyzm, posługiwał się 
państwowym mieczem. Czynił tak, ponieważ w pewnych epokach był to ogólnie uznany sposób 
działania,  którego   ludzie  domagali   się  od  Kościoła  i który  nieproszeni  podejmowali   dla  niego. 
Jednak historia  pokazuje, że Kościołowi  tego nie potrzeba,  ponieważ  rozwija  się i kwitnie  bez 
oparcia w państwie. Jest gotowy do takiej służby, jakiej w danym czasie trzeba, przyjmie świat w 
każdej formie, jaka przyjdzie, jedynie przemocą można go powstrzymywać. Spójrzcie bracia, co 
czyni   teraz   w   naszym   kraju:   przez   trzy   stulecia   władza   świecka   deptała   piękne   ziele   łaski, 
wdeptywała je w ziemię, ale gdy w końcu okoliczności zniosły ten ucisk, to... proszę! Natychmiast 
podnosi się Starożytny Kościół w swej wspaniałej postaci, tak świeży i tętniący życiem, jakby nic 
nigdy nie przerwało jego wzrostu. Jest taki sam, jak trzy stulecia temu, zanim pojawiły się obecne 
religie kraju i widzicie że jest ten sam. Podnosi się to jako zarzut, że się nie zmienia, a przecież 
czasy  i miejsca   go  nie   dotykają   dlatego,   że   jego   źródło   jest   tam,   gdzie   nie   ma   ani   czasu,   ani 
umiejscowienia, ponieważ pochodzi on od tronu Nieograniczonego, Wiecznego Boga.

background image

ROZDZIAŁ II

Wiara w Kościele Katolickim

Całkowicie   słuszne   jest   stwierdzenie,   że   Kościół   nie   pozwala   swoim   dzieciom   żywić 

wątpliwości co do jego nauczania. Jest tak przede wszystkim dlatego, że aby być katolikiem, trzeba 
mieć wiarę, a wiara jest nie do pogodzenia z wątpieniem. Nie można być katolikiem bez prostej 
wiary, że to, co Kościół głosi w imieniu Boga, jest Jego słowem, a więc prawdą. Człowiek musi 
naprawdę wierzyć, że Kościół jest Bożą wyrocznią, musi mieć pewność co do jego posłannictwa — 
taką, jaką ma co do posłannictwa apostołów. Czyż można powiedzieć, że ma pewność posłania 
apostołów przez Boga ktoś, kto natychmiast dodaje, że być może kiedyś znajdzie powody, aby 
wątpić o ich posłannictwie? Takie przewidywanie stanowi rzeczywiste, choć odłożone w czasie 
wątpienie, zdradzając, że ten ktoś i obecnie nie ma pewności. Człowiek, który mówi: „W tej chwili 
wierzę,   ale   może   teraz   przeżywam   jakieś   nieświadome   podniecenie   umysłu,   więc   nie   mogę 
powiedzieć, czy będę wierzył jutro”, nie ma wiary i w tej chwili. Człowiek mówiący: „Może jestem 
pod wpływem jakiejś iluzji, która kiedyś mnie opuści, i wrócę do swej poprzedniej świadomości”, 
albo: „Wierzę na poziomie swojego obecnego stanu wiedzy, ale mogą się pojawić argumenty, które 
zmienią moje poglądy” nie ma wiary za grosz.

Protestanci, którzy spieraj ą się z nami, twierdząc, że ktoś, kto do nas przychodzi, musi porzucić 

wszelką   możliwość   wątpienia   w   Kościół   w   przyszłości,   w   rzeczywistości   spierają   się   o   samą 
potrzebę wiary w Kościół. Niech jasno powiedzą, że gorszące jest dla nich nasze domaganie się 
wiary w święty Kościół powszechny, że o to właśnie i o nic innego im chodzi. Ten punkt muszę 
podkreślić:   wiara   zakłada   ludzkie   zaufanie,   że   rzecz,   w   którą   się   wierzy,   jest   rzeczywiście 
prawdziwa, a przecież to, co jest prawdą, nigdy nie może stać się fałszem. Jeśli prawdą jest, że Bóg 
stał się człowiekiem, cóż miałoby znaczyć moje przewidywanie, że może nadejdzie czas, gdy nie 
będę wierzył, że Bóg człowiekiem się stał? To mniej więcej tak, jakbym przewidywał, że nadejdzie 
czas, gdy przestanę wierzyć  w prawdę. I jeżeli przemyśliwuję, jak dać sobie możliwość, aby z 
czasem przestać wierzyć, albo wątpić, że Bóg stał się człowiekiem, to praktycznie oznacza, że chcę 
mieć możliwość wątpienia lub niewiary w to, co teraz uważam za wieczną prawdę. Osobiście nie 
widzę niczego dobrego w dopuszczaniu takiej możliwości ani sensu w domaganiu się zgody na nią. 
Jeśli nie mam w tej chwili żadnych wątpliwości, to domagając się takiej zgody, żądałbym aby 
pozwolono mi popaść w błędy. Jeśli zaś w tej chwili mam wątpliwości, to znaczy, że już teraz nie 
mam wiary. Nie da się jednocześnie autentycznie wierzyć i oczekiwać chwili, kiedy, być może, 
wierzyć się przestanie. Zapewnianie sobie możliwości przyszłego wątpienia oznacza, że już teraz 
się wątpi. Oznacza, że już teraz nie jest się zdolnym być katolikiem. Można kochać połowicznie, 
można być połowicznie posłusznym, ale nie można połowicznie wierzyć: albo mam wiarę, albo nie.

Taki człowiek, który już jest katolikiem, a decyduje się rozbudzać w sobie wątpliwości, które 

przed nim się pojawiły, właśnie przestał wierzyć. Nie trzeba go ostrzegać przed utratą wiary, nie 
jest on li tylko w niebezpieczeństwie jej utraty — on już ją stracił. Odpadł od łaski dokładnie w tym 
momencie,   gdy   zaczął   się   świadomie   bawić   wątpliwościami   i poszedł   za   nimi.   Nie   można 
zdecydować się wątpić w to, czego jest się pewnym, a jeśli ktoś nie jest pewien, że Kościół jest z 
Boga, znaczy, że w to nie wierzy. Nie ja mu zakazuję wątpienia, on sam wziął sprawy w swoje 
ręce, decydując się na prośbę o pozwolenie. Zaczął od niewiary, a nie stopniowo do niej dochodził. 
Samo jego życzenie, cel który powziął, już był jego grzechem. To nie ja tak orzekam, taki jest 
obiektywny stan rzeczy. Na przykład czasami słyszy się o katolikach odchodzących od Kościoła 
jakoby na skutek czytania Pisma Świętego, które miałoby otworzyć im oczy na „niebiblijność”, jak 
mówią. Kościoła żyjącego Boga. Nie. Pismo nie sprawiło w nich niewiary (to niemożliwe!); ale 
zwątpili   w   momencie,   gdy   otworzyli   Biblię,   otworzyli   jaw   duchu   niewiary,   dla   niewiary.   Nie 
otworzyliby jej, gdyby nie przewidywali, więcej — nie mieli nadziei — że znaj da coś niezgodnego 

background image

z katolickim nauczaniem. Zaczęli od samowoli i nieposłuszeństwa, a skończyli na apostazji. Taki 
jest   oczywisty   i bezpośredni   powód,   dla   którego   Kościół   nie   może   pozwolić   swoim   dzieciom 
wątpić w jego nauczanie. Jeśli się prawdziwie w nie wierzy, nie można sobie wyobrazić przyszłego 
odkrycia  racji dla odrzucenia swojej  wiary, jeśli zaś sobie  to wyobrażam,  już wiary nie mam. 
Sprawa polega na tym, że protestanci, mówiąc o tyranii Kościoła zabraniającego swoim dzieciom 
wątpić w swe nauczanie, dowodzą, że nie wiedzą, czym jest wiara, że wiara jako taka jest im obca. 
Albo trzeba zdobyć się na zaufanie, albo przestać nazywać siebie dzieckiem.

To   była   pierwsza   moja   obserwacja,   teraz   przejdę   do   drugiej.   Potraficie   sobie   z   pewnością 

uzmysłowić, że osoby włączające się do Kościoła, a przynajmniej ci, którzy już to zrobili, mają coś 
więcej niż tylko wiarę: udzielona im też jest jakaś miara Bożej miłości. Usłyszeli w Kościele o 
miłosierdziu Tego, który za nich umarł i który dał im swoje sakramenty jako środki przekazywania 
zasług Jego śmierci ich duszom i w jakimś stopniu poczuli już w swoich biednych duszach początki 
miłosnej odpowiedzi pociągającej ich ku Niemu. Tu chyba nawet lepiej niż w przypadku wiary 
widać, że nie do pogodzenia z miłosnym zaufaniem jest przewidywanie możliwości wątpienia lub 
odrzucenia   wielkich   łask,   którymi   człowiek   już   się   cieszy.   Na   przykład   co   byś   pomyślał   o 
przyjacielu, którego kochasz, i który ci ufa, a który poprosiłby, abyś mu z góry dał pozwolenie 
kiedyś w ciebie zwątpić? Który, gdyby przyszła mu do głowy myśl, że twoja przyjaźń jest tylko 
grą, że jesteś nikczemnikiem, człowiekiem bez zasad, nie odrzuciłby jej ze wstrętem albo wyśmiał 
jej bzdurności, lecz uznał, że ma oczywiste prawo poddać się jej, więcej, że jest to jego obowiązek 
wobec samego siebie? Czy uznasz, że przyjaciel nagina prawdę, że jest nieuczciwy w myśleniu, że 
jego człowieczeństwo jest chore, że kaleczy swój rozum, jeśli odwróci się od takiej myśli? Czy jeśli 
tego nie zrobi, nie nazwiesz go okrutnym i podłym? Osobiście nie umiałbym być blisko z osobą 
wybierającą   tę  drugą   możliwość.   Z  kimś  o  tak   niemiłej,   podejrzliwej   osobowości,  osobowości 
trzymającej się na dystans wobec mnie, która domaga się specjalnych praw, jest ukierunkowana 
tylko na siebie, a nawet miałaby ochotę na oszczerstwa, która jest zimna, przesadnie krytyczna, 
przewrotna   i niegodna   zaufania.   Tacy   ludzi   często   są   krzyżem,   który   trzeba   znosić,   ale   na 
przyjaciela   wybiorę   kogoś,  kto   zjednoczy  swe   serce  i ręce  ze   mną,  kto  poświeci   się  dla   mnie 
i moich spraw, kto weźmie mój ą stronę, gdy mnie atakują, kto z góry będzie pewien, że ja mam 
rację,   a   jeśli   jest   krytyczny   (a   powinien   być   krytyczny   w   stosunku   do   istoty   grzesznej 
i niedoskonałej), to będzie taki przez miłość i lojalność, z troski żebym był dobrze postrzegany i by 
inni kochali mnie tak gorąco jak on sam. Nie powiem, że mi ufa przyjaciel, który wysłuchuje każdej 
plotki   o   mnie,   i wolałbym,   żeby   trzymał   się   ode   mnie   z   daleka   ktoś,   kto   twierdzi,   że   jego 
obowiązkiem wobec siebie samego jest podtrzymywać wątpliwości co do mojej czci.

Żeby podać ważniejszy przykład — czy można powiedzieć, że ufa Bogu i kocha Go ktoś, kto 

oswoił się z wątpliwościami, czy w ogóle Bóg istnieje, albo kto zastrzega sobie prawo do wątpienia, 
kiedy tylko mu się zachce, czy Bóg jest dobry, sprawiedliwy albo wszechmocny, i twierdzi, że bez 
takiego prawa byłby tylko biednym niewolnikiem, miał zniewolony umysł i nie mógł w sposób 
prawdziwie wolny i godny służyć Stwórcy? Ktoś, kto twierdzi, że Bóg przyjmuje tylko taki kult, w 
który   ze   strony   czciciela   jest   wpisane   caveat,   że   nie   obiecuje   on   sprawować   go   jutro,   że   nie 
odpowiada za siebie, jeśliby pojawił się jakiś nieznany mu wcześniej argument, który uczyniłby 
poważnym obowiązkiem moralnym zawieszenie poprzedniego sądu i kultu. O takim człowieku ja 
bym powiedział, ze czci on swój własny umysł, swoje własne ukochane Ja”, a nie Boga, że jego 
idea Boga jest tylko przypadkową formą, jaką przyjęły jego myśli w pewnym okresie, na dłuższy 
lub   krótszy   czas,   nie   tyle   jest   obrazem   Wiecznego   Przedmiotu,   co   przelotnym   uczuciem   czy 
wyobrażeniem, które nie ma zupełnie żadnego znaczenia. Powiedziałbym, a większość ludzi, którzy 
przyjrzeliby   się   temu   problemowi,   zgodzi   się   ze   mną,   że   taka   osoba   jest   wielce   zarozumiała, 
przemądrzała   i nie   ma   w   niej   ani   miłości,   ani   wiary,   ani   bojaźni,   ani   zgoła   niczego 
nadprzyrodzonego, że jej pycha musi zostać złamana, a serce uczynione na nowo, zanim będzie 
zdolna w ogóle do jakiegokolwiek aktu religijnego.

Podany przykład równie dobrze odnosi się do Kościoła: przychodzi On do nas jako posłaniec 

Boży, jak więc może człowiek, który to czuje, który przychodzi i pada Mu do stóp jako posłańcowi, 

background image

czynić zastrzeżenia, że może kiedyś będzie Weń wątpił? Raczej woleć będzie taki człowiek, żeby 
świat wykrzykiwał, że jego umysł jest w okowach, i ogłaszał go dewotem, bo nie zastrzega sobie 
prawa   do   zwątpienia.   Te   krzyki   go   nie   poruszą,   bo   jest   w   pełni   świadomy,   że   byłby 
niewdzięcznikiem i głupcem, gdyby to zrobił. Okowy, doprawdy! Tak — „więzy Adama”, okowy 
miłości,   które   wiążą   ze   Świętym   Kościołem   człowieka,   który   staje   się   wraz   z   Apostołem 
niewolnikiem   Chrystusa   będącego   Panem   Kościoła.   Człowiek   ten   wiąże   się,   ufając,   że 
nierozerwalnie   i na   całe   życie,   z   sakramentami   Kościoła,   jego   Ofiarami,   jego   świętymi   aż   do 
Błogosławionej Maryi orędowniczki wierzącego, aż do Jezusa — Boga.

Prawda jest taka, że świat, który nie ma pojęcia o dobrodziejstwach wiary katolickiej i głosi o 

niej   tylko   to,   co   złe,   uważa,   że   nawrócony,   gdy   minie   pierwszy   zapał,   odczuwa   jedynie 
rozczarowanie, znużenie i urazę do swojej nowej religii i skrycie pragnie zawrócić z drogi. Takie 
nastawienie   jest  korzeniem   popłochu  i irytacji,   jakie   świat  okazuje  na  wieść,   że  wątpienie  jest 
niezgodne z katolicką wiarą, ponieważ jest pewien, że przyjdzie ono na człowieka i wtedy jakże 
godny politowania będzie jego stan! Uznanie, że w Kościele można znaleźć radość, pokój, wiedzę 
i wolność, przekracza wyobraźnię tego świata, który widzi Kościół wyłącznie jako przerażającą 
konspirację   przeciw   szczęściu   człowieka,   uwodzącą   swe   ofiary   kłamliwymi   deklaracjami,   nie 
dbającą, gdy już je pozyska, o nieszczęścia, jakie na nie sprowadza, a tylko o utrzymanie ich za 
wszelką cenę w niewoli. W ten sposób świat uważa, że jesteśmy w nieustannej walce z naszym 
rozumem, że ciągle na nowo wzbiera w nas bunt, który z wysiłkiem w sobie tłamsimy. Sądzi on, że 
jak   załoga   uszkodzonego   statku   musimy   nieustannie   pompować   zalewającą   nas   wodę,   ciężko 
walcząc  o utrzymanie  go na wodzie, że z ledwością snujemy się drogą wiary i to tylko  przez 
zadawanie   gwałtu   naszemu   umysłowi   lub   odsuwanie   od   siebie   problemów   religijnych.   Świat 
odrzuca  naszą  doktrynę  i nie   jest  w  stanie   zrozumieć   naszej  wiary  w  nią.   Uważając   ją  za   tak 
dziwaczną, jest pewien, że choć nie chcemy się przyznać, to dzień i noc dręczą nas wątpliwości 
i cierpimy z obawy poddania się im. Jestem przekonany, że świat za główne zadanie spowiedników 
uważa   tłumienie   takich   niepokojów   w   penitentach.   Sądzi,   że   rozum,   jak   ciało,   nieustannie   się 
buntuje, że wątpliwość, jak lubieżność, jest wywoływana przez każdy widok czy dźwięk i że ta 
pokusa podnosi się z każdej stronicy gazety, z każdego słowa protestanckiej polemiki. Krzywi się z 
dezaprobatą na widok księdza katolickiego, aby ten zrozumiał jak niemądrze wygląda i jak wiele w 
nim jest obłudy.

Jednak, drodzy bracia, jeśli tak właśnie myślicie, to po prostu mylicie się. Uwierzcie raczej mi 

niż światu, gdy powiem, że katolik nie ma trudności ze swoją wiarą, raczej ma trudność z niewiarą, 
chyba że się fatalnie źle prowadzi. Otrzymał dar, który czyni wiarę łatwą, i musiałby uczynić duży, 
a godny politowania wysiłek, żeby się wiary oduczyć. Gwałciłby swój intelekt nie przez ćwiczenie 
się w wierze, lecz przez powstrzymywanie jej. Gdy pojawiają się wątpliwości, co łatwo może się 
zdarzyć, jeśli nie jest odizolowany od świata, są one dla niego tak wstrętne i niepożądane, jak myśli 
nieczyste  dla człowieka  cnotliwego.  Oczywiście  że  wzbrania  się przed nimi, odrzuca  je,  ale  z 
jakiego powodu? Nie przede wszystkim dlatego, że są niebezpieczne, lecz że są okrutne i niskie. 
Czy kochający Pan, który uczynił wszystko dla niego, zasłużył na taką odpłatę? Popule meus, quid 
feci tibi?
  — „Ludu mój ludu cóżem ci uczynił, w czym ci zawiniłem? Odpowiedz mi. Jam cię 
wyzwolił z mocy faraona, i ziemi niewoli i posłałem ci Mojżesza, Aarona i Miriam, i ogrodziłem 
cię i szczepiłem cię, winnico wybrana, i cóż jeszcze mogę zrobić dla mojej winnicy, czego bym 
jeszcze nie uczynił?”. Wylał On na nas swoje łaski, był z nami w naszych kłopotach, prowadził 
coraz  głębiej  do poznania prawdy.  Przebaczył  nam nasze  grzechy, zaspokoił potrzeby umysłu, 
uczynił  wiarę   łatwą.   Dał  nam   swoich   świętych,  codziennie   ukazuje  nam  swoją  Mękę,  czemuż 
miałbym   Go   opuścić?   Co   mi   uczynił   poza   dobrem?   Czemu   miałbym   rozważać   na   nowo,   co 
rozważyłem raz na zawsze? Czemu miałbym słuchać każdego zdawkowego słowa świata przeciw 
Niemu pod groźbą uznania za świętoszka i niewolnika, kiedy moim prawdziwym obowiązkiem jest 
traktować Najwyższego przynajmniej tak, jak wy, rzucający te pomówienia pod moim adresem, 
traktujecie   ludzkich   przyjaciół   czy   dobroczyńców?   Skoro   jestem   pewien   rozumem   i w   sercu 
oddany, dlaczego nie zostawią w spokoju mojej wiary?

background image

ROZDZIAŁ III

Niemożliwa jest wiara w żadną organizację religijną oprócz 

Kościoła Katolickiego

Oczywiste jest, że żadna inna organizacja religijna nie ma prawa domagać się takiego wytężenia 

wiary i zakazywać dalszych dociekań jak tylko Kościół Katolicki, a to z prostego powodu, że żadna 
organizacja nie uznaje się za nieomylną, nie mówiąc już o możliwości udowodnienia przez nią 
takiego roszczenia. Ta wada je dyskwalifikuje — wszystkie i każdą z osobna —już na starcie do 
rywalizacji  z Kościołem Katolickim.  Nasze sekty nie tylko  nie domagają się wiary,  ale  nawet 
zachęcają   do   dociekania   i wątpienia   w   ich   zalety,   twierdzą,   że   są   w   pełni   dobrowolnymi 
stowarzyszeniami i byłoby im przykro, gdyby je uznać za coś innego. Proszą i błagają, żeby uważać 
ich kaznodziejów za nic więcej niż ludzi grzesznych, zachęcają, żeby zabierać Biblię na ich kazania 
i oceniać samemu, czy ich nauka jest z nią zgodna. Z drugiej strony w religii państwowej są tacy, 
którzy   zabraniają   kwestionowania   jej   autorytetu,   jednak   czy   odważą   się   twierdzić   że   jest 
nieomylna? Jeśli nie (a nikt tak nie twierdzi), to jak mogą zakazywać dociekań albo wymagać 
absolutnej wiary swoich członków? W tych warunkach wiara nie tyle jest wiarą, co uporem. Zresztą 
zazwyczaj wcale wiary nie wymagają, mówią negatywnie: „nie dociekaj”, ale nie mogą powiedzieć 
pozytywnie: „miej wiarę”, bo w kogo mieliby wierzyć ich członkowie? O jakim człowieku czy 
grupie   ludzi   mieliby   powiedzieć   „on   lub   oni   są   obdarzeni   nieomylnością   i nie   mogą   nas 
poprowadzić na manowce”. Przeto, zmuszeni do wyjaśnień, uzasadniają obowiązek utrzymywania 
ich wspólnoty nie przez wiarę w nią, lecz przez przywiązanie. Jest to jednak zupełnie, skrajnie inna 
sprawa, bo istnieje wiele powodów dla których powinni mieć wielkie upodobanie do religii, w 
której byli wychowani. Powody te to zachowana część katolickiego nauczania, to „przyzwoitość 
i porządek”, to czysta i piękna angielszczyzna modlitw, to literatura, to pobożność, którą można 
znaleźć   wśród   poszczególnych   członków,   to   wpływ   przełożonych   i przyjaciół,   to   historyczne 
związki, to ojczysty charakter, urok wiejskiego życia, wspomnienie dawnych czasów... — można 
by wyliczać jeszcze wiele powodów przywiązania do narodowej religii. Przywiązanie jednak nie 
jest zawierzeniem, a być posłusznym nie znaczy mieć zaufanie, albo polegać na kimś. Nie sądzę 
też,   żeby   jakiś   myślący   i wykształcony   człowiek   mógł   po   prostu   wierzyć   i polegać   na   słowie 
Kościoła państwowego. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by to robił ani nawet mówił, że robi, 
i wątpię, czy taka osoba w ogóle istnieje. Obrońcy takiego Kościoła wierzą w to, co potrafią, lecz 
wątpliwości ograniczaj ą zawsze ich największe nawet zaufanie. Są posłuszni, nie protestują wobec 
swoich przełożonych, niemniej nie głoszą, że trzeba wierzyć. Nic bardziej oczywistego: jeżeli wiara 
w słowo Boże jest konieczna do zbawienia, to Kościół Katolicki jest jedynym środkiem spełniania 
się takiej wiary.

background image

ROZDZIAŁ IV

Warunki wstąpienia do Kościoła Katolickiego

Nikt nie powinien wstępować do Kościoła bez mocnej intencji znajdowania w Nim odpowiedzi 

na wszelkie pytania  dotyczące  doktryny  i moralności, a to na podstawie  pochodzenia Kościoła 
bezpośrednio od Boga prawdy. Jeśli masz inne podejście, lepiej żebyś nie przychodził w ogóle: 
wielcy i mali, wykształceni i nie — wszyscy muszą przyjść  po naukę. Jeśli idziesz taką drogą, 
nigdy   nie   zbłądzisz,   masz   dobry   fundament,   ale   przychodząc   z   innym   nastawieniem,   lepiej 
poczekaj, aż się go pozbędziesz. Twierdzę, że przychodząc do Kościoła, musisz chcieć się uczyć, a 
nie przychodzić ze swoimi schematami, i musisz chcieć zawsze pozostać uczniem. Musisz pragnąć, 
by Kościół stał się twoim dziedzictwem i by Go nigdy nie opuścić. Nie przychodź na próbę, nie 
przychodź tak, jak rezerwujesz miejsca w kaplicy, albo bilety na wykład, przyjdź jak do domu, jak 
do szkoły twojej duszy — do Matki świętych i przedsionka niebios. Z drugiej strony jednak nie trap 
się  myślami,   czy  po wstąpieniu   twoja   wiara  będzie trwać  —  to  jest  podszept   Wroga,  aby cię 
zatrzymać. Ten, który rozpoczął w tobie dobre dzieło, sam je wypełni. Ten, który cię wybrał, będzie 
ci wiemy. Złóż swoje problemy w Jego ręce, czekaj na Niego, a na pewno wytrwasz. Jaką dobrą 
pracę byś mógł wykonać, domagając się wcześniej zobaczenia jej końca? Jeśli chcesz dokonać 
wszystkiego od razu, nie zrobisz nic, a połowa pracy, to dobrze zacząć. Twój Pan cię nie pochwali 
przy końcu za ukrywanie otrzymanego od Niego talentu. Nie, gdy przeprowadził Cię od błędu do 
prawdy, dokonał trudniejszego dzieła (jeśli cokolwiek jest dla Niego trudne) i z pewnością zachowa 
cię przed powrotem do błędu. Oprzyj  się na doświadczeniach tych, którzy przeszli przed tobą; 
zanim uczynili wielki krok, mieli wiele obaw, że ich wiara zawiedzie, ale po uczynieniu go, lęki 
znikły. Zanim otrzymali dar wiary, obawiali się, że mogą go później utracić, ale gdy dar został im 
dany, przestali się bać, chyba że o swoją zwykłą ludzką słabość.

Niech twój umysł uzna, że Kościół Katolicki jest nauczycielem posłanym Ci przez Boga, i to 

wystarczy. Nie namawiam cię, byś się przyłączył do Kościoła zanim to nastąpi. Jeśli jesteś na wpół 
przekonany, módl się o pełne przekonanie i poczekaj, aż do niego dojdziesz. Z pewnością dobrze 
jest dojść szybko, lecz lepiej powoli niż byle jak, i czasami, jak mówi przysłowie, ten się śpieszy 
naprawdę, kto się śpieszy powoli. Bóg zajmuje się nami w sposób bardzo różny — do jednych 
pewność   przychodzi   powoli,   do   innych   szybko,   u   jednych   jest   wynikiem   wielu   rozmyślań 
i rozumowań,   u   drugich   nagłym   olśnieniem.   Niektórzy   przekonują   się   natychmiast,   tak   jak   w 
przypadku   opisanym   przez   św.   Pawła:   „Gdy   zaś   wszyscy   prorokują   —   mówi   on,   myśląc   o 
nauczaniu   wiary   —   a   wejdzie   jakiś   poganin   lub   człowiek   prosty,   będzie   przekonany   przez 
wszystkich, osądzony i jawne staną się tajniki jego serca; a tak, upadłszy na twarz, odda pokłon 
Bogu,   oznajmiając,   że   prawdziwie   Bóg   jest   między   wami”.   Obecnie   jest   tak   samo:   niektórzy 
nawracają się po prostu poprzez wejście do Kościoła Katolickiego, inni poprzez czytanie książki, 
inni poprzez jakąś prawdę wiary. Niektórzy czują ciężar swoich grzechów i widzą, że tylko  ta 
religia może pochodzić od Boga, która jako jedyna posiada środki odpuszczania grzechów. Albo są 
poruszeni   i pokonani   ewidentną   świętością,   pięknem   i —   jeśli   wolno   mi   tak   powiedzieć   — 
aromatem religii katolickiej. Albo pragną przewodnika pomiędzy sporami strzępionych języków 
i nauczanie Kościoła o wierze samo w sobie jest dla nich przekonujące. Inni jeszcze są tacy, że 
słysząc wiele zarzutów w stosunku do Kościoła, zaczynają wnikliwie i szeroko badać problem; do 
nich przekonanie może  przyjść  dopiero w wyniku  dokładnego  badania. Tak jak w  przewodzie 
sądowym — czyjaś niewinność może być udowodniona natychmiastowo, innego po wnikliwym 
śledztwie;   w   zachowaniu   i charakterze   jednego   od   razu   widać,   że   nie   znajdziemy   w   nim   nic 
nagannego, inny na pierwszy rzut oka sprawia mylne wrażenie winnego. I tak jest z Kościołem — 
w różny sposób jawi się różnym umysłom badającym go z zewnątrz. Bóg ich w różny sposób 
traktuje,   jeśli   jednak   będą   wierni   otrzymanemu   światłu,   to   w   sobie   właściwym,   choć 

background image

prawdopodobnie   innym   dla   każdego   z   nich   czasie,   On   doprowadzi   ich   do   tego   samego   stanu 
umysłu, absolutnie jasno określonego i nie do pomylenia z innym, który nazywamy przekonaniem. 
Jakie by nie były ich trudności związane z tą sprawą, nie będą mieli żadnych  wątpliwości, że 
Kościół jest od Boga — mogą nie być w stanie rozwikłać takiej czy innej trudności, lecz będą 
pewni niezależnie od nich.

To należy mieć stale na uwadze: przekonanie jest stanem umysłu i jest czymś przekraczającym 

i różnym   od   samych   argumentów,   których   jest   skutkiem;   nie   zależy   od   ich   mocy   ani   liczby. 
Argumenty   prowadzą   do   wniosków   i gdy   są   mocniejsze,   wniosek   jest   jaśniejszy.   Jednak 
przekonanie może być równie silne jako skutek jasnej, jak i jaśniejszej konkluzji. Ktoś, kto zyskał 
pewność w oparciu o sześć przesłanek, nie potrzebuje siódmej ani nie czuje się pewniejszy, gdy j ą 
otrzyma. Tak też jest w przypadku Kościoła Katolickiego — ludzie przekonują się w różny sposób: 
to co przekonuje jednego, drugiego zupełnie nie, lecz nie j est to istotne, ponieważ przychodzi 
wcześniej czy później na człowieka czas, kiedy powinien być przekonany i takim się staje. Wtedy 
nie   interesują   go   nowe   argumenty,   choć   mógłby   je   znaleźć.   Może   nawet   nie   mieć   ochoty 
wysłuchiwać nowych argumentów przemawiających za Kościołem, nie ma ochoty więcej o tym 
myśleć ani czytać — ma już pełną jasność. W takim przypadku jego obowiązkiem jest wstąpić do 
Kościoła bez chwili zwłoki. Nie broni mu się być ostrożnym w rozważaniach, ale powinien być 
zdecydowanym po wyciągnięciu wniosków. W tym miejscu katolicy mają prawo być niecierpliwi 
wobec   niego.   Nie   chcą   go   przynaglać,   ale   znając   pokusy,   jakie   Zły   rzuca   nam   pod   nogi, 
niecierpliwią  się z pełnej miłości  troski o jego duszę, aby nie przechodząc mimo osiągniętego 
przekonania, nie stracił szansy na nawrócenie. Szansa ta może już się nie powtórzyć.  Bóg nie 
wszystkich wybrał do zbawienia, może być tak, że rzadki dar zostania katolikiem był zaofiarowany 
jeden jedyny raz w życiu. Jeśli nie rozpoznamy „czasu naszego nawiedzenia” ani nie poznamy „w 
ten nasz dzień tego, co służy naszemu pokojowi” — o, co za nieszczęście! Jaka straszna myśl 
prześladująca  przez całą wieczność! Jakie żądło wyrzutów sumienia:  „wezwano mnie, mogłem 
odpowiedzieć   i nie   zrobiłem   tego”!   A   jaka   błogość,   jeśli   patrząc   wstecz   na   czas   próby,   gdy 
przyjaciele błagali, a wrogowie szydzili, możemy powiedzieć:, Jakie nieszczęście by spadło na 
mnie,   gdybym   nie   był   posłuszny,   gdybym   się   cofnął,   gdy   Chrystus   zawołał!   O,   jak   wielkie 
pomieszanie w umyśle, jaka ruina wiary i rozsądku, czerń i pustka, jak ponury sceptycyzm, jaka 
beznadziejność byłaby moim udziałem! Sprowadziłbym na siebie zewnętrzną ciemność, gdybym 
się uląkł pójść za Nim! Straciłem przyjaciół, straciłem świat, ale zyskałem Jego, Tego który w sobie 
stokrotnie   oddaje   domy,   braci,   siostry,   matki   i dzieci,   i pola.   Straciłem   to,   co   przemijające, 
zyskałem Nieskończone, utraciłem czas, zyskałem Wieczność”.

background image

ROZDZIAŁ V

Nie ma innej logicznej alternatywy dla katolicyzmu, jak 

sceptycyzm

Odwróćcie się od Kościoła Katolickiego, a do kogo pójdziecie? Jest On twoją jedyną szansą na 

osiągnięcie pewności w tym burzliwym, zmiennym świecie. Nie istnieje nic pośredniego między 
Kościołem   a   sceptycyzmem,   gdy   człowiek   dowolnie   rozporządza   swoim   umysłem.   Prywatne 
wierzenia, modne religie mogą być w danym  czasie efektowne i pociągające dla wielu, religie 
państwowe, wielkie i martwe, mogą przez stulecia rozkładać się na określonych ziemiach, mogą 
odwracać uwagę i zakłócać osąd osób wykształconych, ale z czasem stanie się jasne, że albo religia 
katolicka jest rzeczywiście wstąpieniem świata niewidzialnego w nasz świat, albo nie istnieje nic, 
co by w sposób pozytywny, pouczający, rzeczywisty wskazało nam skąd przychodzimy i dokąd 
idziemy.   Oducz   się   katolicyzmu,   a   w   sposób   nieunikniony   staniesz   się   najpierw   protestantem, 
potem   unitarianinem,   panteistą   i sceptykiem.   Możesz   mimo   to   uniknąć   zmiany   swojej   pozycji, 
wykształcenia,   nastawienia   umysłu,   ale   tylko   wtedy,   jeśli   usuniesz   religię   ze   swojego   pola 
widzenia,   zakażesz   sobie   dociekania,   a   poświęcisz   obowiązkom   moralnym   lub   rozproszysz   w 
światowych aktywnościach. Idź zatem i spełniaj obowiązki wobec bliźniego, bądź sprawiedliwy, 
dobrze   usposobiony,   gościnny,   dawaj   dobry   przykład,   popieraj   religię   jako   dobro   społeczne, 
poświęcaj   się   swojemu   przedsiębiorstwo   lub   zawodowi   albo   przyjemności,   jedz   i pij,   czytaj 
wiadomości, odwiedzaj przyjaciół, buduj i mebluj, zasiewaj i zbieraj, kupuj i sprzedawaj, proponuj 
i debatuj, pracuj dla świata, wyposażaj  swoje dzieci, idź do domu i umieraj, ale wystrzegaj się 
wszelkich pytań religijnych, jeśli nie chcesz mieć wiary albo nie masz nadziei, że możesz wiarę 
otrzymać, jeśli nie chcesz wstąpić do Kościoła.

Unikaj,   rzekłem,   dociekania,   bo   inaczej   zaprowadzi   cię   ono   tam,   gdzie   nie   ma   światła   ani 

pokoju,   ani   nadziei.   Wprowadzi   cię   w   głęboki   dół,   gdzie   słońce,   księżyc,   gwiazdy   i piękno 
niebieskie   są   nieobecne,   a   jest   tylko   chłód,   ogołocenie   i wieczne   spustoszenie.   O   przewrotne 
ludzkie   dzieci,   które   odrzucacie   ofiarowaną   wam   prawdę,   ponieważ   jest   dla   was   za   mało 
prawdziwa! O niespokojne serca i wiecznie głodne umysły szukające ewangelii bardziej zbawczej 
niż ta, która została dana przez Zbawiciela, i stworzenia doskonalszego od danego przez Stwórcę! 
Zaprawdę   Bóg   nie   jest   dla   was   dość   wielki,   wasze   wysokie   aspiracje   i kategorie   filozoficzne 
inspirowane przez pierwszego kusiciela nie zadowolą się niczym, co naprawdę istnieje. I w ten 
sposób Najwyższy jest zbyt mały, byście Mu cześć oddali, a jego doskonałości są zbyt ograniczone, 
abyście Go kochali. Szatan upadł przez pychę i to, co od dawna było powiedziane o nim, można 
teraz z pewnością wypowiedzieć jako ostrzeżenie do tych, którzy go naśladują. „Ponieważ serce 
twoje stało się wyniosłe i powiedziałeś: Ja jestem Bogiem, ja zasiadam na Boskiej stolicy (...) a 
przecież   ty   jesteś   tylko   człowiekiem   a   nie   Bogiem,   a   serce   swoje   chciałeś   mieć   równe   sercu 
Bożemu. Przeto (...) uczynię cię nicością i przestaniesz istnieć i nikt, kto cię będzie szukał, nigdzie 
cię nie znajdzie na wieki”.

background image

ROZDZIAŁ VI

Nawrócony

Nawrócony przychodzi,  aby się uczyć,  a nie, aby przebierać i wybierać.  Przychodzi w całej 

prostocie   i zaufaniu   i nie   pomyśli,   żeby   ważyć   i mierzyć   każdy   sposób   postępowania,   każdą 
praktykę, z którą się spotyka u tych, do których się przyłączył. Wchodzi w katolicyzm jako w żywy 
system, pełen żywego nauczania a nie tylko w kolekcję dekretów i kanonów, które same w sobie są 
przecież jedynie szkieletem a nie ciałem i substancją Kościoła. I ta prawda dotyczy i wiąże nie 
tylko  nawróconych,  ale  także tych,  którzy nigdy nie znali  innej  religii.  Przez  system  katolicki 
rozumiem   zasady   życia   i praktyki   wiary,   których   nie   znajdziemy   w   „Credo”   papieża   Piusa. 
Nawrócony   nie   tylko   po   to   przychodzi,   aby   wierzyć   Kościołowi,   ale   także,   aby   ufać   i być 
posłusznym jego księżom i przez miłość dostosowywać się do jego ludu. Nigdy mu nie przyjdzie 
do głowy zdecydować, że nie będzie odmawiał „Zdrowaś Mario”, dostępował odpustów, całował 
krucyfiksu,   przyjmował   dyspens   wielkopostnych   albo   wyznawał   powszedniego   grzechu   w 
spowiedzi. To wszystko byłoby nie tylko nierealne, lecz także niebezpieczne, jako że oznaczałoby 
przyjmowanie stanu umysłu, który uniemożliwia przyjęcie Bożego błogosławieństwa. Co więcej, 
człowiek   ten   poddaj   e   się   obrzędom,   teologii   moralnej   i przepisom   kościelnym   w   miejscu,   w 
którym żyje. I znowu jeśli chodzi o sprawy polityki, edukacji, ogólnych zasad postępowania, gustu 
— nie będzie on krytykował ani się sprzeciwiał. I tak, poddając się wpływowi swojej nowej wiary 
i nie chcąc ryzykować całkowitej utraty objawionej prawdy przez stosowanie jakichś prywatnych 
reguł odróżniania w niej rzeczy istotnych od nieistotnych, przyjmuje coraz pełniej naukę katolicką.

background image

ROZDZIAŁ VII

Wiara a pobożność

Przez „wiarę” rozumiem „Credo” i przyjęcie go, przez „pobożność” zaś rozumiem cześć, jaka 

się   należy   przedmiotom   naszej   wiary  i oddawanie   tej   czci.   Wiara   i pobożność   różni   się   tak   w 
rzeczywistości, jak w teorii. Z pewnością nie można być pobożnym bez wiary, ale możemy wierzyć 
bez   odczuwania   pobożności.   Każdy  ma   takie  doświadczenie   zarówno   w   sobie,   jak   i u  innych, 
i stwierdzamy   to   za   każdym   razem,   gdy   mówimy   o   uświadamianiu   sobie   i nieuświadamianiu 
prawdy. Można to zilustrować mniej lub bardziej dokładnie przez fakty, które znamy z tego świata. 
Na przykład wielki autor albo osoba publiczna może być za taką uznawana przez lata, a jednak 
mogą   być  wahania,   zawirowania,   przypływy   i odpływy   jej   popularności.   Aby  zająć   miejsce  w 
świadomości   swoich   rodaków,   może   on   stopniowo   w   nią   wrastać   albo   raptownie   być   tam 
podniesionym. Idea, że Szekspir jest wielkim poetą istniała od bardzo dawna w opinii publicznej 
i przynajmniej kilka osób znało go i czciło kiedyś tak, jak naród angielski czci go obecnie, a jednak 
wydaje mi się, że jego narodowe uwielbienie jest w czasach dzisiejszych tak wielkie jak nigdy 
przedtem. Stało się tak na skutek rozpowszechnienia oświaty, dzięki czemu więcej osób jest w 
stanie wniknąć w jego poetycki geniusz, a co więcej, głęboko i krytycznie go zrozumieć. Powodem 
jest także to, że od dawna wywierał on wielki, nieuświadamiany wpływ na naród, co widać w 
fakcie, że niezliczone jego cytaty stały się prawie przysłowiami. Podobnie w filozofii, w sztukach 
pięknych i naukach ścisłych wielkie prawdy były znane i uznawane przez wiele lat, jednak przez 
słabość   sił   intelektualnych   odbiorców   albo   przez   zewnętrzne   okoliczności   nie   były   one 
powszechnie brane pod uwagę. Tak na przykład mówi się, że Chińczycy od niepamiętnych czasów 
znali własności magnesu i używali go do wypraw lądowych, ale nie na morzu. Starożytni z kolei 
znali prawo, że woda wyrównuje swój poziom, ale nie umieli zastosować swej wiedzy. Arystoteles 
znał prawo przewodnictwa, ale dopiero Bacon rozwinął je eksperymentalnie.

Podane przykłady, choć nie w sposób absolutnie ścisły, służą jednak do ukazania podkreślanej 

przeze mnie różnicy między wiarą a pobożnością. To tak jak z różnicą między prawdą obiektywną a 
subiektywną. Słońce na wiosnę musi świecić przez wiele dni zanim stopi szron, otworzy glebę, 
i wyprowadzi na zewnątrz liście. A jednak świeci z pełną mocą od razu, mimo że daje odczuć swój 
ą siłę stopniowo. Jest to cały czas to samo słońce, chociaż jego wpływ z dnia na dzień staje się 
coraz większy. Tak samo jest z Kościołem Katolickim. Jest on Dziewiczą Matką, jedną i tą samą od 
początku do końca, i katolicy zawsze mogli to uznawać, a jednak choć to uznają, ich cześć dla 
Kościoła może być w jednym czasie i miejscu nieznaczna, a wszechogarniająca w innym.

Omawiane rozróżnienie z konieczności staje przed nowo nawróconym, jako specyfika wiary 

katolickiej, już przy wprowadzeniu w katolicki kult. Wiara jest wszędzie ta sama, ale przyznaje się 
wielką wolność osobistej ocenie i skłonnościom w dziedzinie pobożności. Przykładem może być 
dowolny duży kościół z obecnymi w nim grupami ludzi. Nurt modlitwy jest zawsze skierowany do 
Najwyższego Boga, ale raz poprzez wzywanie Najświętszej Dziewicy albo szczególnego świętego, 
albo jakiejś określonej tajemnicy przynależącej do Imienia Bożego lub Wcielenia, albo tajemnicy 
związanej z Najświętszą Dziewicą. Może jest tam siedem lub więcej ołtarzy i są one poświęcone 
kolejnym   świętym.   Co   więcej,   są   jeszcze   święta   właściwe   dla   poszczególnych   dni   i w   czasie 
sprawowania Mszy świętej każdy z wiernych tłoczących się wokół kapłana ma swój ą osobistą 
pobożność, z którą uczestniczy w rytuale Mszy. Nikt nikomu nie przeszkadza, zgadzając się na 
różnice, aby niezależnie od siebie, różnymi, ale zbieżnymi ścieżkami, dążyć do wspólnego celu: 
stać w obecności Boga. Istniej ą kościelne bractwa Najświętszego Serca, Najdroższej Krwi, związki 
modlące się o dobrą śmierć, za dusze czyśćcowe, o nawrócenie pogan, pobożności związane z 
brązowym, błękitnym czy czerwonym szkaplerzem, nie mówiąc już o zwyczajnym wielkim Rytuale 
obowiązującym  przez cztery pory roku, albo o stałej obecności Najświętszego Sakramentu czy 

background image

ciągle   ponawianych   rytach   błogosławienia,   czy   wyjątkowym   Czterdziestogodzinnym 
Nabożeństwie. Albo jeszcze, spojrzyjcie na takie podręczniki modlitw jak „Raccolta”, a zobaczycie 
jak wiele rodzajów pobożności jest dane katolikom do wyboru według ich religijnego gustu i dla 
ich osobistego zbudowania.

Te rozmaite  sposoby oddawania  czci Bogu nie  przyszły do nas w  ciągu  jednego  dnia i nie 

pochodzą tylko od apostołów. Nagromadziły się przez stulecia i gdy jedne wzrastały, inne schły 
i umierały. Niektóre z nich są tylko lokalne, dla upamiętnienia szczególnego świętego, który może 
być ewangelistą albo patronem, albo dumą narodu, albo być pochowany w danym kościele. Te 
obrzędy oczywiście nie mogą być wcześniejsze od dnia śmierci lub pochówku świętego. Pierwsze 
takie   święte   obrzędy,   dużo   wcześniej   nim   pojawiły   się   te   narodowe   uroczystości,   były   czcią 
oddawaną apostołom, następnie męczennikom. Istnieli wtedy święci bardziej zjednoczeni z naszym 
Panem   niż   apostołowie   i męczennicy,   lecz   takie   osoby   były   do   tego   stopnia   pochłonięte 
i przysłonione bezmiarem Jego chwały, że przez długi czas mniej się nimi zajmowano, ponieważ na 
tym świecie nie dali znać o sobie przez zewnętrzne dzieła odrębne od dzieła samego Zbawiciela. Z 
czasem   jednak   apostołowie   a   następnie   męczennicy   zaczęli   odgrywać   coraz   mniejszą   rolę   w 
zbiorowej świadomości i wtedy lokalni albo zakonni święci, będący nowymi dziełami Bożej mocy, 
weszli na ich miejsce. Następnie, gdy przyszły względnie spokojne czasy, coraz większy wpływ na 
chrześcijańską społeczność zaczęły mieć religijne medytacje i głębokie relacje z niebiosami innych 
świętych, będących jaśniejącymi na kościelnym firmamencie gwiazdami o większej godności niż 
ich poprzednicy. Wzeszli oni później właśnie dlatego, że byli tak wspaniali. Wydawałoby się, że te 
imiona wcześnie powinny wejść do pobożności wierzących, jednak po głębszej refleksji jasne się 
staje, że na to trzeba było czasu i rzeczywiście ich przyjście było późniejsze. Najlepiej różnicę 
między wiarą a pobożnością oddaje przykład św. Józefa. Któż miałby większe prawo do wczesnego 
uznania niż on — przez swoje przywileje i świadectwo, które o nich mamy? Święty wymieniony w 
Piśmie, przybrany ojciec naszego Pana był  od początku przedmiotem  powszechnej  i absolutnej 
wiary całego chrześcijańskiego świata, a jednak pobożność skierowana ku niemu jest względnie 
świeżej   daty.   Gdy   się   zaczęła,   wyglądało   jakby   ludzie   się   zdumieli,   że   wcześniej   o   tym   nie 
pomyślano, i teraz zajmuje w ich religijnych uczuciach i admiracji miejsce zaraz po Najświętszej 
Dziewicy.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Prywatne opinie u katolików

Koncepcja Kościoła Katolickiego jako narzędzia nadprzyrodzonej łaski sama w sobie określa 

instytucję, która przemienia, a raczej uzupełnia naturę. Dodaje naturze coś, co j est ponad i poza 
nią. Kiedy ha przykład mówi się, że Kościół czyni swoich członków jednością, oznacza to, że w 
sposób czysto naturalny jednością nie są ani się nie staną. Dzieci Kościoła same w sobie nie mają 
natury różnej od żyjących wokół protestantów. Byłyby dokładnie takie same jak protestanci, gdyby 
nie Kościół, który kategorycznie, choć używając jedynie zachęty „fortiter et suaviter”, zbiera je 
razem i poprzez swój autorytet czyni jednością. Pozostawiony sam sobie każdy katolik lubiłby mieć 
i podtrzymywać swoją osobistą opinię i prywatny osąd tak samo jak protestant. I rzeczywiście ma 
ją   i podtrzymuje,   chyba   że   Kościół   na   mocy   objawienia   jej   nie   przekreśli.   Dokładnie   w   tym 
momencie, w którym Kościół przestaje mówić, dokładnie w tym miejscu, w którym on, a więc Bóg, 
który przez niego przemawia, określa granicę swego nauczania, zaczyna się prywatny osąd i nic mu 
nie może przeszkodzić. Ludzki umysł jest aktywny i niezależny: formułuje sądy o wszystkim i nie 
zatrzymuj   ą   go   opinie   innych,   chyba   że   uważa   iż   jest   większe   prawdopodobieństwo,   że   będą 
słuszne. Człowiek nigdy nie rezygnuje ze swoich opinii, chyba że jest zupełnie pewien, że kto inny 
ma rację. A JEST pewien, że Bóg ma rację, zatem jeśli jest katolikiem, poświęca swoje opinie na 
rzecz Słowa Bożego wypowiadanego poprzez Kościół. Jednak z samej natury rzeczy nic nie może 
go powstrzymać od posiadania własnej opinii i wyrażania jej, chyba że, i na tyle, na ile Kościół, 
wyrocznia objawienia, się wypowie.

Niemniej   przeto   ludzka   natura   lubi   mieć   nie   tylko   własną   opinię,   ale   też   swoje   sposoby 

zachowania, i będzie je miała, chyba że przeszkodzą j ej fizyczne lub moralne ograniczenia. Na 
tyle,   na   ile   Kościół   nie   wymaga   od   swoich   dzieci   czynienia   tego   samego   (na   przykład 
niepracowania w niedzielę, lub niejedzenia mięsa w piątek), będą one robiły różne rzeczy, tym 
bardziej że Kościół w rzeczy samej zachęca i wzywa je do działania po swojemu, dając określonym 
osobom i organizacjom przywileje i gwarancje i uznając je za swoiste centra, choć zawsze poddane 
Jego autorytetowi i działające pod Jego sztandarem.

Co więcej, we wszystkich sprawach i punktach widzenia, niezależnie od tego czy Kościół uznał, 

że   w   nich   ma   prawo   podporządkować   sobie   prywatne   i indywidualne   opinie,   czy   też   w   dużo 
większej gamie idei i zachowań, co do których się nie wypowiada, chociaż miałby prawo, naturalną 
tendencją dzieci Kościoła jako ludzi jest opierać się jego autorytetowi. Każdy umysł jest z natury 
rzeczy własnowolny, samo-zależny i samo-wystarczalny i jego naturalnym odruchem jest buntować 
się, chyba że otrzymał  już łaskę posłuszeństwa. Jednak dzięki wpływowi łaski ta tendencja nie 
przejawia się często w sprawach wiary, bo byłby to już początek herezji i byłby ze zrozumieniem, 
ale jednak odrzucany. Natomiast jeśli chodzi o sferę sposobów zachowania, rytuałów, dyscypliny, 
polityki, życia społecznego i dziesięciu tysięcy innych problemów na temat których Kościół się 
formalnie   nie   wypowiedział,   nawet   jeśli   dawał   coś   do   zrozumienia,   w   tych   sprawach   widać 
nieustanny   sprzeciw   ludzkich   umysłów   wobec   autorytetu   Kościoła   i jego   zwierzchników,   i to 
proporcjonalnie do odległości, jaka dzieli daną osobę od doskonałości. Z wymienionych  wyżej 
powodów   w   Kościele   Katolickim   zawsze   było   i zawsze   będzie   obecne   coś,   co   raz   jest   godne 
pochwały, czasem ledwie dopuszczalne, o co ogromnie się ludzie starają! co tworzą — zawsze będą 
obecne prywatne opinie. Wolność ludzkiego umysłu jest „w możności” (jak to się mówi) i miesza 
się do każdej kwestii, błąka się nad niebem i ziemią ograniczona tylko autorytetem Bożego Słowa, 
jakby nałożonym z zewnątrz obciążnikiem, który wtłacza ją w odpowiednie dla niej granice.

background image

ROZDZIAŁ IX

Cel Kościoła Katolickiego

Świat wierzy, że sam jest największym dobrem, chce, aby społeczeństwo było kierowane po 

prostu i całkowicie tylko jego logiką. Jeśliby mógł zyskać malutką wyspę na oceanie, postawić choć 
stopę na wybrzeżu, obniżyć cenę herbaty o sześć pensów na funcie albo sprawić, że jego flaga 
będzie   szanowana   przez   jakichś   Eskimosów   czy   mieszkańców   Oceanii   za   cenę   setek   istnień 
ludzkich, uzna to za dobry interes. Co on wie o piekle? Nie wierzy w nie, pluje na nie, brzydzi się 
i przeklina samą nazwę i to, co ona oznacza. W diabła oczywiście też nie wierzy. Jeśli chodzi o 
ciało, świat chętnie wyznaje, że nie uważa, aby było coś szkodliwego w podążaniu za instynktami, 
które (być może nawet to przyzna) są dane przez Boga. Jak może być inaczej? Kto kiedykolwiek 
słyszał,  żeby świat walczył przeciw ciału i diabłu? A jakie jest światowe rozumienie  zła? Zło, 
rzecze świat, jest tym co mnie obraża, co poniża mój majestat, co zakłóca mój spokój. Porządek, 
spokój,   ogólne   zadowolenie,   obfitość,   dostatek,   rozwój   sztuk,   nauk   ścisłych   i literatury, 
wyrafinowanie, przepych — to jest moje spełnienie albo raczej moje pola elizejskie i mój Olimp. 
Nie   uznaję   żadnej   pełni   ani   indywidualności   poza   moją   własną.   Jednostki,   które   się   na   mnie 
składają, są tylko moimi częściami, nie mają same w sobie nic dobrego, żadnego spełnienia poza 
mną, moja chwała jest ich rozkoszą, a gdy odwrócę się od nich, popadają w nicość.

Taka   jest   filozofia   i praktyka   świata,   Kościół   zaś   patrzy   i dąży   w   całkowicie   przeciwnym 

kierunku. Dla Kościoła ważna jest nie całość, a części, nie naród, lecz ludzie którzy go tworzą — 
społeczeństwo nie jest na pierwszym, lecz na drugim miejscu, a na pierwszym są poszczególne 
osoby. Kościół patrzy głębiej niż na same czyny, sięga w głąb myśli, motywów, intencji, woli. 
Patrzy głębiej niż na sam świat — rozpoznaje ukrytego w zasadzce szatana i wyrusza do walki z 
nim. Widzi więc przed sobą wroga, nie, lepiej powiedzieć, widzi pole bitwy, na którego istnienie 
świat jest ślepy. Właściwym polem bitwy jest serce jednostki, a jego prawdziwym wrogiem jest 
Szatan.

Nie sądźcie, że to są moje próżne deklamacje, albo że cytuję fragmenty zjedzonej przez mole 

homilii.   Sam   daję   świadectwo   o   tym,   co   pojawiło   się   przede   mną   najbardziej   wyraźnie,   gdy 
zostałem katolikiem, tzn. że ten potężny, wielki na cały świat Kościół, podobnie jak jego Boski 
Twórca, zajmuje się, pracuje, troszczy się przede wszystkim o indywidualną duszę. Troszczy się o 
dusze, za które umarł Chrystus i które On przekazał Kościołowi, zaś jedynym celem Kościoła, dla 
którego   poświęca   wszystko   inne   —   pozory,   opinię   ludzką,   światowy   sukces   —   jest   dobrze 
wypełnić tę przerażającą odpowiedzialność. Jego jedynym zadaniem jest doprowadzić wybranych 
do   zbawienia   i to,   żeby   ich   było   jak   najwięcej.   Spełnia   to   zadanie,   usuwając   z   ich   drogi 
niebezpieczeństwa, ostrzegając ich przed grzechem, ratując od zła, nawracając, nauczając, karmiąc, 
chroniąc i doskonaląc. Nic nie jest dla niego ważne w porównaniu z wartością nieśmiertelnej duszy. 
Dobro i zło dla Kościoła to nie światła i cienie igrające na powierzchni społeczeństwa, lecz żywe 
moce wytryskujące z głębi serc. Wszelkie działania w jego oczach nie są jedynie zewnętrznymi 
dążeniami   i słowami   dokonywanymi   ręką   lub   językiem,   których   efekty   przejawiają   się   w 
mniejszym lub większym zakresie i oddziaływaniu, jak można by je postrzegać, ale są myślami, 
pragnieniami, dążeniami konkretnego, odpowiedzialnego za siebie ducha. Kościoła nie interesuje 
przestrzeń i czas, chyba że w odniesieniu do ludzkiej woli. Nie wie nic o złu, a tylko o grzechu, a 
grzech jest czymś  osobistym, prywatnym  i wolitywnym. Nie zna dobra poza łaską, a łaska jest 
czymś osobistym, prywatnym, wyjątkowym, umiejscowionym w duszy jednostki. Ma jeden jedyny 
cel — oczyszczenie serca i przypomina w tym Tego, który odwrócił naszą uwagę od zewnętrznej 
zbrodni ku wewnętrznym wyobrażeniom, Tego, Kto powiedział, że, jeśli wasza sprawiedliwość nie 
będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszy, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego” i że 
„z serca człowieka wychodzą złe myśli, morderstwa, cudzołóstwa, rozpusta, kradzież, fałszywe 

background image

świadectwa, bluźnierstwa. To czyni człowieka nieczystym”.

Teraz prosiłbym was o wzięcie dowolnych kazań dowolnego kaznodziei albo dowolnego autora 

teologii moralnej, który jest uznany wśród katolików, i sprawdzenie, czy to co powiedziałem, nie 
jest tam dokładnie spełnione, niezależnie od tego, jak byście w to uprzednio wątpili. Uważam, że w 
opinii   protestantów   Kościół   szuka   pozorów   i tanich   efektów,   musi   być   okazały,   majestatyczny 
i wpływowy: wspaniała liturgia, muzyka, światła, szaty i wydaje się im, że w stosunkach z innymi 
prawdziwą   bronią   Kościoła   Katolickiego   jest   grzeczność,   gładkość,   przebiegłość,   sprawność, 
intryga, zarządzanie. W porządku, Kościół nic na to nie poradzi, że odnosi sukcesy, że jest mocny, 
że jest piękny — to jest dar, który otrzymał, że gdy przechodzi, wielu dziwi się i zachwyca — „Et 
vera incessu patuit Dea”. Oczywiście, że nie może być inaczej, ale to nie jest cel Kościoła, On 
wyrusza zawsze w tę samą ekspedycję  — aby leczyć  choroby dusz. Zajrzyj, jak mówiłem, do 
dowolnego   podręcznika   teologii   moralnej.   Znajdziesz   tam   wiele   rzeczy,  które   cię   zaniepokoją, 
znajdziesz  zasady trudne  do  strawienia,  wyjaśnienia,  które  wydadzą  ci  się  zbyt   wyrafinowane, 
szczegółowość, która cię będzie męczyć — znajdziesz wiele rzeczy, które się świetnie nadadzą jako 
argumenty do ataku na Kościół, ale od początku do końca znajdziesz tę jedną myśl (co więcej 
zobaczysz, że właśnie głównym przedmiotem ataku na Niego jest podnoszenie tej myśli, że mógłby 
On uniknąć wielu zarzutów i nie wystawiałby się tak na ciosy, gdyby nie był jej tak wiemy), jedną 
myśl — że grzech jest wrogiem duszy i że grzech polega przede wszystkim nie na zewnętrznych 
czynach, ale na myślach ukrytych w sercu.

Na to pragnę położyć wielki nacisk. Kościół nie chce robić przedstawienia, ale wykonać robotę. 

Uważa świat i wszystko, co na nim jest, za zwyczajny cień, proch i pył w porównaniu z wartością 
jednej jedynej duszy. Trwa w przekonaniu, że jeśli w sposób sobie właściwy nie świadczy dobra 
duszom, to nie ma sensu robić czegokolwiek. Uważa, że lepiej aby słońce i księżyc spadły z nieba, 
ziemia wyjałowiała i wiele milionów ludzi umarło z głodu w najstraszliwszych boleściach, jakie 
przejściowa klęska może wywołać, niż żeby jedna dusza — nawet nie powiem „była potępiona” — 
ale żeby popełniła jeden grzech śmiertelny: żeby ktoś celowo powiedział nieprawdę, nawet jeśli to 
nikomu nie zaszkodziło, albo bez usprawiedliwienia ukradł parę marnych groszy. Uważa działania 
tego świata i działania duszy za całkowicie niewspółmierne i woli zbawić duszę jednego dzikiego 
bandyty z Kalabrii lub płaczliwego żebraka z Palermo niż zbudować setki linii kolejowych wzdłuż 
i wszerz   całych   Włoch   albo   dokonać   we   wszystkich   szczegółach   pełnej   reformy   sanitarnej   w 
każdym  mieście   Sycylii,   chyba  że   te  wielkie  państwowe  dzieła   niosłyby   ze  sobą  jakieś  dobro 
duchowe.

Taki jest Kościół, o, wy ludzie tego świata! Teraz go znacie. Taki jest i taki będzie i choć szuka 

On waszego dobra, czyni to na swój sposób — i jeśli Mu się przeciwstawicie, to On was odrzuci. 
Ma swoje posłannictwo i wypełniać je będzie zawsze — czy to odziany w łachmany, czy delikatne 
płótna,   czy   na   furmance,   czy   w   karocy,   czy   poprzez   środki   intelektualnie   ubogie,   czy 
wyrafinowane.   Nie   chodzi   o   to,   że   Kościół   nie   ma   dla   was   mnóstwa  doczesnych   i moralnych 
dobrodziejstw, historia wieków świadczy o czymś przeciwnym, jednak Kościół niczego takiego nie 
obiecuje, jest posłany, aby szukać tego, co zginęło — taki jest jego pierwszorzędny cel i zostanie on 
wypełniony za wszelką cenę.

Mógłbym   powiedzieć,   że   Kościół   jest   skierowany   ku   trzem   szczególnym   cnotom   w   swoim 

dziele jednania i jednoczenia duszy z jej Stwórcą — ku wierze, czystości i miłosierdziu, z których 
dwie świata prawie albo zupełnie nie obchodzą. Z drugiej strony w świecie na pewnym poziomie 
rozwoju społeczeństwa stawia się na pierwszym miejscu szczególne przymioty heroiczne, na innym 
zaś szczególne cnoty o wymiarze politycznym bądź merkantylnym. W czasach bardziej surowych 
ceni   się   osobistą   odwagę,   siłę   dążeń,   wielkoduszność;   w   czasach   bardziej   cywilizowanych   — 
uczciwość, lojalność wobec innych, honor, prawdę i dobrą wolę — cnoty,  które oczywiście  są 
obecne w nauczaniu Kościoła, których praktykowania oczekuje On u swoich prawdziwych dzieci, a 
które w pełni zaszczepia w swoich świętych. Jednak musi On stwierdzić, że jakby one piękne nie 
były, są w równym stopniu dziełem natury jak łaski, a nawet, że łaska nie jest do ich pełnienia w 
ogóle konieczna i nie sięgaj ą one do uświęcenia, do jednoczenia duszy w sposób nadprzyrodzony 

background image

ze   źródłem   nadprzyrodzonej   doskonałości   i nadprzyrodzonego   szczęścia.   Jak   już   mówiłem,   dla 
Kościoła cnota i grzech jawią się w swojej pierwotnej strukturze jako poczęte i istniejące w myśli, 
pragnieniu i woli i mogą one być tak samo kompletne i spełnione, nie wychodząc z ukrytego domu 
serca, jak gdyby były głoszone i czynione na cały globie. Dlatego Kościół wydaje się na pierwszy 
rzut   oka   ignorować   organizacje   polityczne,   społeczne   i doczesne   korzyści,   podczas   gdy   świat 
przeciwnie, mówi o religii jako o sprawie tak prywatnej i osobistej, tak świętej, że nie można mieć 
o niej jakiegokolwiek zdania. Świat chwali osoby publiczne, gdy są dla niego użyteczne,  lecz 
wyśmiewa wszelkie pytanie o ich motywy, uważa takie pytanie za niegrzeczność i brak smaku. 
Uważa, że wszystkie publiczne osoby są w gruncie rzeczy takie same, lecz jakie to ma znaczenie, 
jeśli wykonują swoją pracę? Daje wysoką płacę i oczekuje wiernej służby, ale kim właściwie są j 
ego nadzorcy,  funkcjonariusze, przedsiębiorcy, podróżnicy czy pracownicy,  jakie są ich zasady 
i cele, w co wierzą, o czym rozmawiają, gdzie mieszkają, jak spędzają wolny czas, dokąd zdążają, 
jak umierają? Wszystkie te pytanie wskazujące na obecność duszy są tak daleko poza kręgiem 
myślenia świata, jak są wewnętrznie i pierwszorzędnie ważne dla Kościoła. Nie chodzi mi tu o 
krytykowanie   ani   chwalenie,   w   tej   chwili   chcę   jedynie   ukazać,   jak   wielki   jest   kontrast.   Chcę 
pokazać, że wszystkie pytania związane z istnieniem duszy są o tyle dalekie od myślenia świata, o 
ile są pierwszoplanowe i zasadnicze w rozumieniu Kościoła.

Kościół   zatem   uznaje,   że   chwilowy   i przelotny   akt   woli   dotyczący   trzech   dziedzin,   które 

wspomniałem, może być zarówno grzechem najśmiertelniejszego rodzaju, jak i najskuteczniejszą 
i tryumfującą   zasługą.   Co   więcej,   uważa,   że   dusza,   która   jest   przez   myśl   i uczynki   obciążona 
najstraszliwszymi zbrodniami — jakiś zdziczały tyran lubujący się w okrucieństwie, notoryczny 
cudzołożnik, morderca, bluźnierca, który szydził z religii przez całe długie życie i zdeprawował 
każdą   duszę   będącą   pod   jego   wpływem,   który  nienawidził   Świętych   Imion   i przeklinał   swego 
Zbawiciela — że nawet taki człowiek w pewnych okolicznościach może w jednej chwili, przez 
jedną   serdeczną   myśl,   przez   prawdziwy   akt   skruchy   pojednać   się   z   Bogiem   (dzięki   Jego 
niedostrzegalnej łasce) bez sakramentu, bez księdza i stać się czystym, cudownym i pięknym tak, 
jakby nigdy nie zgrzeszył. Jednocześnie Kościół uważa, że też w jednej chwili, zamykając oczy 
i krzyżując   ramiona,   człowiek   może   odciąć   się   od   Wszechmocnego   przez   świadomy   akt   woli 
i skazać się na potępienie. W świecie jest odwrotnie — członek społeczeństwa może zbliżać się jak 
tylko chce do granicy zła, tak jak j e świat rozumie, ale póki jej nie przekroczy, nic mu nie grozi. 
Jednak gdy raz j ą przekroczy, wszystko jest stracone, honor mężczyzny czy kobiety jest splamiony, 
a   próbować   przywrócić   jego   blask,   oznaczałoby   próbować   zmienić   przeszłość   —   jest   to 
niemożliwe.

Przy tak skrajnych różnicach między Kościołem a światem co do skali i oceny moralnego dobra 

i zła możemy być przygotowani na ogromne różnice w konkretnych szczegółach, o których nie 
wspominałbym,  gdyby nie obawa, że zapomnimy o nich, rozważając sprawy najważniejsze. Na 
przykład Kościół twierdzi, że chwilowe życzenie komuś gwałtownej śmierci, jeśli było świadome 
i rozmyślne, jest większym grzechem niż impulsywny, bez premedytacji rzeczywisty atak na osobę 
rządzącą. Uważa zgodę woli, wprost i bez zastrzeżeń ukierunkowaną na jedno nieczyste pragnienie, 
za nieskończenie bardziej odrażającą niż jakiekolwiek kłamstwo — oczywiście jeśli to kłamstwo 
jest rozpatrywane jako takie, niezależnie od jego możliwych przyczyn, motywów i skutków. Nie 
twierdzę, że zwykła żebraczka — leniwa, w łachmanach, brudna i niezbyt dbająca o prawdę — jest 
bliska   doskonałości,   ale   jeśli   zachowuje   czystość,   trzeźwość,   radość,   jeśli   spełnia   obowiązki 
religijne (co wcale nie jest niemożliwe), to w oczach Kościoła ma ona szansę dojścia do nieba, co 
jest zupełnie wykluczone w przypadku urzędnika państwowego — sprawiedliwego, uczciwego, 
hojnego, czcigodnego i sumiennego — jeśli to wszystko wynika nie z nadprzyrodzonej mocy, lecz 
z całkowicie naturalnego obdarzenia (nie próbuję tutaj stwierdzać, czy jest prawdopodobne istnienie 
takiego człowieka, a tylko podkreślam różnicę punktów widzenia i zasad). Kulturalne, wrażliwe 
panie   odizolowane   od   pokus   i możliwości   praktykowania   wyrzeczeń,   mimo   swojego 
wyrafinowania   i smaku,   mogą   być   dużo   mniej   interesujące   dla   Kościoła   niż   wielu   biednych 
wyrzutków,   którzy   grzeszą,   pokutuj   ą   i z   trudem   utrzymują   się   na   terenie   działania   łaski. 

background image

Nadużywanie  alkoholu jest jednym  z najbardziej odrażających  wykroczeń dla świata i jest ono 
także   potępiane   przez   Kościół,   ale   jeśli   nie   prowadzi   do   utraty   rozumu,   jest   dla   niego   dużo 
mniejszym grzechem niż jeden rozmyślny akt oszczerstwa. I znowu: nierzadko ksiądz słyszy na 
spowiedzi o kradzieżach, które mogłyby się skończyć wyrokiem ciężkiego wiezienia przed sądem, 
a które, jak wie, w ocenie Kościoła mogą być przebaczone przez własną skruchę człowieka, nawet 
bez spowiedzi. Powtórzmy: państwo jest strażnikiem własności, tak jak Kościół jest strażnikiem 
wiary. Zarzuca się Kościołowi, że w średniowieczu karał śmiercią herezję — zgadza się, ale z 
drugiej strony,  nawet w naszych  czasach państwo karze śmiercią  fałszerstwo, więcej — chyba 
nawet   kradzież   owiec.   Jak   bardzo   różny   musi   być   sposób   oceniania   zbrodni   przez   Kościół 
i państwo, jeżeli prowadzi do takich różnic w zasadach karania!

Możecie sądzić, że jestem niezręczny, stwierdzając tak szczerze to, co jest tak dziwne w oczach 

świata, ale jest odwrotnie. Świat już całkiem dobrze wie o tych różnicach, zarówno w sprawach 
zasadniczych jak i w ich konsekwencjach, nie wie tylko, że maj ą one głębokie podstawy. Urąga 
Kościołowi z powodu tych różnic, tak jakby Kościół nie miał nic na swój ą obronę, jakby nie 
chodziło o zwykłe porównanie różnych rodzajów zła, jakby Kościół nie miał żadnych osiągnięć, a 
tylko   wstydził   się  swojej  jakoby   wyraźnej  bezradności  i był  nieuchronnie   skazany  na  niższość 
wobec świata za brak moralnych efektów swego nauczania. Świat wskazuje na dzieci Kościoła 
i pyta, czy Kościół uznaje je za swoje. Nie śni mu się nawet, że wskazywany kontrast wynika z 
różnicy w podstawowych zasadach, że Kościół twierdzi, iż działa według zasady wyższej niż świat. 
Zasady zawsze są godne szacunku, nawet zły człowiek jest bardziej szanowany (choć może być 
jednocześnie bardziej znienawidzony), jeśli je posiada i przez nie usprawiedliwia swoje czyny, niż 
gdyby był złoczyńcą przez przypadek. Więc chcę powiedzieć, że Kościół wierzy, iż sądzi zgodnie z 
osądem Wszechmocnego — jasne i śmiałe stwierdzenie tego faktu nie jest ani nieprzezorne, ani 
niepolityczne. Jego osąd jest różny od ludzkiego: „Ja nie sądzę z pozorów”, mówi, „Bo człowiek 
widzi   to,   co   zewnętrzne,   lecz   Bóg   przenika   serce”.   Kościół   interesuje   to,   co   realne,   świat   — 
przyzwoity wygląd. Kościół może zrezygnować z dokończenia pracy, żeby wykonać przynajmniej 
jej cześć dokładnie. Jeśli może zrobić dla duszy to, co konieczne, jeśli uda się wyciągnąć żagwie z 
ognia, jeśli uda się wyrwać trujący korzeń, który jest śmiercią duszy, i wygnać chorobę, Kościół się 
cieszy, nawet jeśli pozostaną nietknięte mniej istotne choroby, którym także jest bardzo niechętny.

background image

ROZDZIAŁ X

Wiara katolików

Intensywne  i proste skierowanie się ku niewidocznemu Panu i Zbawicielowi nie było  czymś 

szczególnym dla proroków i apostołów, było zawsze charakterystyczne dla Jego Świętego Kościoła 
i jego dzieci aż do dzisiejszego dnia. Lata mijają, Kościół zmienia  swoje zewnętrzne przepisy, 
rozbudowuje swoje praktyki pobożne, a wszystko to zawsze w jednym celu — aby On i jego dzieci 
wpatrywały się coraz bardziej w osobę niewidzialnego Pana. Ze czcią Kościół badał Jego każdą 
cechę i oddawał osobno cześć Panu w każdej z nich. Sprawił, że czcimy Jego Pięć Ran, Jego 
Najdroższą Krew, Jego Najświętsze Serce. Wzywa nas, abyśmy rozważali Jego dzieciństwo i dzieła 
Jego   służby.   Jego   konanie,   Jego   biczowanie   i Jego   ukrzyżowanie.   Kościół   wysyła   nas   na 
pielgrzymki   do   miejsca   Jego   urodzenia,   Jego   grobu   i góry   Jego   wniebowstąpienia.   Wyszukał 
i postawił przed nami pamiątki Jego życia i śmierci, Jego żłóbek i święty dom. Jego świętą szatę, 
chustę świętej Weroniki, krzyż i gwoździe. Jego całun i chusty okrywające Jego głowę.

I tak też, jeśli Kościół wyniósł Marię i Józefa, zrobił to dla ukazania chwały Jego świętego 

człowieczeństwa. Jeżeli Maryja jest ogłoszona niepokalaną, to tylko po to, aby zobrazować j ej 
Macierzyństwo. Jeżeli jest nazwana Matką Boga, to tylko po to, aby przypomnieć, że On, choć Go 
nie widzimy, jest dla nas dostępny, bo należy do rodu ludzkiego. Jeżeli maluje się jaz Dzieckiem w 
ramionach, to dlatego, że Kościół nie może się zgodzić, aby obiekt naszej miłości stracił swoje 
człowieczeństwo,   dlatego   że   jest   On   także   boski.   Jeśli   jest   ona   nazwana   Matką   Boleściwą,   to 
dlatego, że stoi przy Jego krzyżu. Jeżeli jest nazwana „Maria Desolata” to dlatego, że Jego martwe 
ciało leży na jej łonie. Jeżeli jest Ukoronowaną, to dlatego, że koronę wkłada na jej skronie Jego 
kochana ręka. I podobnie, jeśli mamy nabożeństwo do Józefa, to dlatego że jest Jego przybranym 
ojcem i jeśli jest on patronem dobrej śmierci, to dlatego że umarł na rękach Jezusa i Maryi.

A to, do czego Kościół nas wzywa nieustannie aż do dzisiaj, święci i pobożni ludzie ukazali w 

swoim   życiu.   Czy   trzeba   wspominać   te   święte   dziewice,   które   były   i są   Jego   oddanymi 
oblubienicami, zaślubionymi przez mistyczne małżeństwo i w wielu przypadkach obdarzanymi w 
tym życiu zadatkiem tego niebiańskiego błogosławieństwa, które w niebie będzie ich wiecznym 
udziałem? Męczennicy, wyznawcy, biskupi, ewangeliści, doktorzy Kościoła, kaznodzieje, mnisi, 
pustelnicy, nauczyciele ascezy — czyż ich historie życia nie pokazują, że wszyscy i każdy z osobna 
żyli tylko dla imienia Jezusa jako dla pokarmu, lekarstwa, wonności, światła i życia wbrew śmierci? 
Jak jeden z nich mówi:  in aure dulce canticum, in ore mel mirificum, in corde nectar coelicum 
[w uszach słodki jak pieśń, w ustach cudowny jak miód, w sercu niebiański nektar]. Wcale też nie 
trzeba być świętym, żeby to odczuwać: ta wewnętrzna, bliska zależność od Emmanuela, Boga z 
nami, była we wszystkich epokach charakterystyczna dla chrześcijanina, była prawie jego definicją. 
Jest   oczywistością   dla   katolickiego   ludu.   Pamiętam   jak   wiele   lat   temu   znajomy   opowiadał   ze 
zdziwieniem   i zażenowaniem   o   religijnym   dziele   napisanym   w   sposób,   w   jaki   zwykle   piszą 
katolicy. Mówił, że autor pisał, jakby miał „osobisty kontakt z naszym Panem. To było tak, jakby 
Go widział, znał, mieszkał z Nim, zamiast po prostu wyznawać i wierzyć w wielką doktrynę o 
zadośćuczynieniu”. Ten sam fenomen uderza niekatolików, gdy wchodzą do naszych kościołów. 
Oni są przyzwyczajeni do czynności religijnych jako obowiązku: są poważni w czasie modlitwy 
i zachowują się odpowiednio, ponieważ to jest ich obowiązek. Ale, bracia moi, sam obowiązek, 
poczucie   odpowiedzialności   i zasady   dobrego   zachowania   nie   są   głównymi   zasadami   naszej 
pobożności. Bo skąd brałyby się te wszystkie spontaniczne wyrazy wiary? Te naturalne gesty? Skąd 
twarze zatopione w modlitwie; jakby nieobecne? Skąd ta obojętność na opinie otoczenia? Skąd brak 
tych wystudiowanych min, tak powszechnych wśród członków innych wyznań? Obserwator widzi 
skutki, ale nie  zna ich przyczyny.  Skąd się bierze  ta pełna prostoty uczciwość modlitwy? My 
odpowiemy z łatwością. Bierze się stąd, że Wcielony Zbawiciel jest obecny w tabernakulum, a gdy 

background image

dotąd cichy kościół nagle rozbrzmiewa przeszywającym wybuchem głosów całego zgromadzenia, 
to dlatego, że On wstępuje teraz na swój tron na ołtarzu, abyśmy oddawali mu chwałę. To właśnie 
ten widzialny znak Syna Człowieczego wstrząsa całą wspólnotą! sprawia, że rozbrzmiewa pieśń 
uwielbienia.

background image

ROZDZIAŁ XI

Przywileje katolików

O,   moi   drodzy   bracia,   jaka   radość   i wdzięczność   powinna   nas   wypełniać   za   to,   że   Bóg 

wprowadził nas do Kościoła swojego Syna! Jakiż inny dar na całym świecie byłby tak drogocenny 
i niezrównany? Szczególnie w naszym kraju, gdzie panoszy się herezja, gdzie prostak ma tyle do 
powiedzenia, gdzie łaska jest tak obficie rozdawana tylko po to, aby ją profanować i gasić, gdzie 
chrzest   nie  ma  żadnych   konsekwencji  w życiu,  a wiara  jest  tym   bardziej wyśmiewana,  im  jest 
głębsza — jaką łaską jest dla nas znaleźć się w tej krainie światła, w domu pokoju, w obecności 
świętych!   Jakim   darem   jest   zobaczyć,   że   wszystkie   możliwości   naszych   umysłów,   wszystkie 
uczucia serc mogą teraz się doskonale spełniać, bo odnalazły swoje właściwe miejsce i zadanie! 
Zobaczyć, że można mieć coś takiego jak pewność, zrównoważenie, stałość w najsubtelniejszych 
i najświętszych dziedzinach ludzkiej myśli i posiadać teraz nadzieję, a później niebo. Być na Górze 
z Chrystusem i widzieć biedny świat pogrążony w wątpliwościach i kłótniach u naszych stóp. Któż 
z nas nie powinien się zadziwić swoim szczęściem, nie powinien być porażony tą niezasłużoną 
łaską Boga, która zaprowadziła jego, nie innych, aż do tego miejsca?

Jak mówi Apostoł „przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu uzyskaliśmy przez 

wiarę   dostęp   do   tej   łaski,   w   której   trwamy   i chlubimy   się   nadzieją   chwały   Bożej.   A   nadzieja 
zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, 
który został nam dany”. I jak mówi św. Jan, przedstawiając tę sprawę jeszcze dokładniej: „Macie w 
sobie namaszczenie Najświętszego”, wasze oczy są namaszczone przez Tego, który nałożył błoto 
na oczy ślepego. „Wy natomiast macie namaszczenie od Świętego i wszyscy jesteście napełnieni 
wiedzą”  —  nie   przypuszczeniami,  domysłami,  opiniami,   ale   wiedzą  i znajomością  „wszystkich 
rzeczy”.   „Niech   więc   to   namaszczenie,   które   otrzymaliście   od   Niego,   trwa   w   was   i nie 
potrzebujecie pouczenia od nikogo, ponieważ Jego namaszczenie poucza was o wszystkim. Ono 
jest prawdziwe i nie jest kłamstwem. Toteż trwajcie w nim tak, jak was nauczył”. W niczym innym 
nie możecie trwać: opinie się zmieniają, wnioski są chwiejne, dowodzenia zmieniaj ą kierunek, 
rozsądek natrafia na przeszkody. Jedynie  wiara sięga do celu,  tylko  wiara trwa. Jedynie  wiara 
i modlitwa   przetrwa   w   ostatniej   ciemnej   godzinie,   gdy   szatan   użyje   wszystkich   swych   mocy 
i zasobów   przeciw   tonącej   duszy.   Co   nam   wtedy   przyjdzie   z   wypracowanych   subtelnych 
argumentów,   z   genialnej   strategii,   z   poznanych   badań   historycznych,   z   opanowanych 
i wyćwiczonych   metod   dyskusji,   z   podziwu   przyjaciół   i uznania   w   oczach   świata?   Co   nam 
przyjdzie z naszej pozycji, z wytrwałości w pracy, z odnalezionych idei, z doczesnych tryumfów, 
jeśli   mimo   tego   wszystkiego   nie   mamy   światła   wiary,   które   przeprowadziłoby   nas   z   tego   do 
przyszłego świata? O, jak chętni będziemy w chwili sądu, żeby się zamienić z najpokorniejszym, 
najgłupszym, najbardziej ignoranckim z synów ludzkich, żeby nie znaleźć się wśród tych, którzy 
otrzymali   wielkie   dary   Boże   i użyli   ich   jedynie   dla   siebie   samych   i spraw   doczesnych,   którzy 
zamknęli oczy, igrali z prawdą, odrzucili wyrzuty sumienia, którzy byli prowadzeni przez Bożą 
łaskę, ale odmówili pójścia za nią, którzy zbliżyli się do ziemi obiecanej, ale nie weszli, aby j ą 
wziąć w posiadanie!

background image

ROZDZIAŁ XII

Spójność doktryny katolickiej

Katolickie   prawdy   wiary   (...)   są   członkami   jednej   rodziny   i wzajemnie   się   wyjaśniają, 

potwierdzają i obrazują. Innymi słowami, jedna daje argumenty za drugą, a wszystkie — za każdą: 
jeśli  coś jest  udowodnione,  staje  się możliwe,  a jeśli  to  i to jest  możliwe,  ale  każde z  innych 
powodów,   to   prawdopodobieństwo   obu   się   zwiększa.   Wcielenie   jest   przesłanką   doktryny   o 
wstawiennictwie   i archetypem   nauki   zarówno   o   sakramentach,   jak   i o   zasługach   świętych.   Z 
doktryny   o   wstawiennictwie   wynika   zadośćuczynienie,   Msza   święta,   zasługi   męczenników 
i świętych, ich wstawiennictwo  i cultus. Z Sakramentalnego  Pierwowzoru wy chodzą wszystkie 
sakramenty,   jedność   Kościoła   i Stolica   Święta   jako   jej   zasada   i centrum,   autorytet   soborów, 
świętość rytów, cześć oddawana świętym miejscom, sanktuariom, obrazom, naczyniom, sprzętom 
i szatom. Z sakramentów chrzest rozwija się z jednej strony w bierzmowanie, z drugiej w sakrament 
pokuty,  doktrynę  o  czyśćcu   i odpustach.   Eucharystia  w   doktrynę  o  realnej   obecności,   adorację 
Hostii,   zmartwychwstanie   ciała   i moc,   jaką   mają   relikwie.   I dalej   —   nauka   o   sakramentach 
prowadzi   do   nauki   o   usprawiedliwieniu,   zaś   nauka   o   usprawiedliwieniu   do   tej   o   grzechu 
pierworodnym,   zaś   grzech   pierworodny   do   nauki   o   wartości   celibatu.   Te   powiązania   nie   są 
prostymi zależnościami jednego od drugiego, lecz poprzez wielość odniesień wszystkie są związane 
ze sobą i pochodzą od siebie — każda od wszystkich i wszystkie od każdej. Częścią jednej prawdy 
jest   zarówno   Msza   i Prawdziwa   Obecność,   jak   i kult   świętych   i ich   relikwii,   ich   moc 
wstawiennicza,  a także stan czyśćca. I znowu — Msza i stan dusz czyśćcowych  są powiązane. 
Celibat jest cechą charakterystyczną życia zakonnego i kapłaństwa.

Trzeba albo przyjąć całość, albo całość odrzucić — wszelkie redukowanie osłabia, a amputacja 

okalecza. Oszustwem jest próba przyjęcia wszystkiego oprócz jednej prawdy, bo ta jest tak samo 
częścią całości jak pozostałe. Z drugiej strony godną jest rzeczą prawdziwe przyjęcie jakiejś części, 
bo   zanim   się   zorientujesz,   może   cię   to   doprowadzić,   poprzez   uświadomienie   logicznej 
konieczności, do przyjęcia całości.

background image

List Ojca Świętego Jana Pawła II z okazji dwusetnej rocznicy 

urodzin kardynała Johna Henry'ego Newmana

Z okazji dwusetlecia urodzin czcigodnego sługi Bożego Johna Henry'ego Newmana z radością 

łączę się z wami. Bracia Biskupi Anglii i Walii, z kapłanami Oratorium w Birmingham i z wieloma 
innymi osobami na całym świecie, wielbiąc Boga za dartego wielkiego angielskiego kardynała i za 
jego trwałe świadectwo.

Rozważając tajemniczy zamysł Boży ujawniający się w jego życiu, Newman powziął głębokie 

i trwałe przekonanie, że «Bóg stworzył mnie, abym wykonał dla Niego jakieś określone zadanie. 
Powierzył mi jakieś dzieło, którego nie powierzył  innym.  Mam do wypełnienia własną misję» 
(Meditations and Devotions).

Jakże   prawdziwie   jawi   się   dziś   ta   refleksja,   gdy  rozmyślamy   o   jego   długim   życiu   i o   jego 

oddziaływaniu   także   po   śmierci.   Urodził   się   w   określonym   czasie   —   21   lutego   1801   r.,   w 
określonym miejscu — w Londynie, i w określonej rodzinie — był pierwszym dzieckiem Johna 
Newmana i Jemimy Fourdrinier. Ale szczególna misja powierzona mu przez Boga sprawia, że John 
Henry Newman należy do każdej epoki, miejsca i narodu.

Newman żył w burzliwej epoce — nie tylko niepokojów politycznych i wojennych, ale także 

zamętu   duchowego,   kiedy   to   dawne   pewniki   zostały   podważone,   a   wierzący   narażeni   byli   na 
niebezpieczeństwo racjonalizmu z jednej strony i fideizmu z drugiej. Racjonalizm prowadził do 
odrzucenia  autorytetu  i transcendencji,  fideizm  natomiast  oddalał  od podejmowania  dziejowych 
wyzwań i doczesnych zadań, rodząc w ludziach wypaczone poczucie uzależnienia od autorytetu 
i rzeczywistości nadprzyrodzonej.  W takim świecie  Newman zdołał wypracować  cenną syntezę 
wiary   i rozumu,   widząc   w   nich   jakby   «dwa   skrzydła,   na   których   duch   ludzki   unosi   się   ku 
kontemplacji prawdy» (Fides et ratio, Wstęp). Ta namiętna kontemplacja prawdy skłoniła go też do 
wyzwalającego posłuszeństwa autorytetowi, który zakorzeniony jest w Chrystusie, i wzbudziła w 
nim wrażliwość na rzeczywistość nadprzyrodzoną, która otwiera przed ludzkim umysłem i sercem 
szeroki zakres możliwości objawionych w Chrystusie. «Łagodnym światłem rozjarz mrok dokoła. 
Ty sam mnie  prowadź»  — pisał  Newman  w  The Pillar  of  the Cloud. Chrystus  był dla niego 
światłem  w  każdym  jądrze  ciemności. Na swoim grobie polecił umieścić  słowa:  Ex umbris  et 
imaginibus in veritatem
; u kresu jego ziemskiego życia było oczywiste, że prawdą, którą odnalazł, 
jest Chrystus.

Poszukiwanie Newmana było jednak przeniknięte cierpieniem. Gdy powziął już niewzruszone 

przekonanie o misji powierzonej mu przez Boga, oświadczył: «A zatem, będę Mu ufał. (...) Jeśli 
dotknie mnie choroba, moja choroba może Mu służyć, jeśli popadnę w rozterkę, moja rozterka 
może Mu służyć. (...) On niczego nie czyni na próżno. (...) Może mnie pozbawić przyjaciół i rzucić 
pomiędzy obcych.  Może pogrążyć  mnie w smutku i przygnębić,  może mi odebrać  nadzieję na 
przyszłość. Ale i tak On wie, czego chce» (Meditations and Devotions).

W ciągu swego życia przeszedł wszystkie te próby; paradoksalnie jednak umocniły one — miast 

osłabić lub zniszczyć — jego wiarę w Boga, który go powołał, i utwierdziły w przekonaniu, że Bóg 
«niczego   nie   czyni   na   próżno».   Ostatecznie   najmocniej   jaśnieje   w   nim   tajemnica   krzyża 
Chrystusowego:   to   on   był   jego   misją,   absolutną   prawdą,   którą   kontemplował,   «łagodnym 
światłem», które go prowadziło.

Dziękując   Bogu   za   dar   czcigodnego   Johna   Henry'ego  Newmana   w   dwusetną   rocznicę   jego 

urodzin, modlimy się także, aby ten, który jest dla nas niezawodnym i rozumnym przewodnikiem 
pośród naszych rozterek, stał się też możnym  orędownikiem przed tronem łaski we wszystkich 
naszych potrzebach. Módlmy się, aby rychło nadszedł czas, gdy Kościół będzie mógł oficjalnie 
i publicznie   uznać   przykładną   świętość   kard.   Johna   Henry'ego   Newmana,   jednego   z 
najwybitniejszych i najbardziej wszechstronnych mistrzów angielskiej duchowości. 

background image

Z Apostolskim błogosławieństwem

Jan Paweł II

Watykan, 22. 01.2001 r.


Document Outline