background image

Redakcja stylistyczna 
Izabella Sieńko-Holewa

Korekta

Jolanta 

Gomółka   Anna 

Tenerowicz

Ilustracja na okładce

Cover Design Andrea C. Uva

Cover Photograph by Roger Moenks

Opracowanie graficzne okładki 
Wydawnictwo Amber

Skład

Wydawnictwo Amber 

Druk
Wojskowa Drukarnia w Łodzi, Sp. z o.o.

Tytuł oryginału

Gossip Girl. The Carlyles

Copyright © 2008 by Alloy Entertainment. 
All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright  © 2008  by  Wydawnictwo  Amber Sp.  z 

o.o. ISBN 978-83-241-3154-9

Warszawa 2008. Wydanie I

Wydawnictwo  AMBER Sp.  z  o.o. 
00-060   Warszawa,   ul.   Królewska 
27 tel. 620 40 13,620 81 62

Bądźmy sobie, ile można, 

obcymi. William Szekspir, Jak 

wam się podoba tłum. Leon 

Ulrich

www.wydawnictwoamber.pl

background image

plotkard.net

tematy     na celowniku       wasze e-maile     zapytaj

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione 
lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Zdziwieni, że się odzywam? No co wy? Coś się wydarzyło na  Upper 
East Side  i nie mogę tego przemilczeć. W mieście pojawiła się nowa 
trójka i to zdecydowanie zbyt śliczna, żeby o nich nie mówić...

NAJPIERW MUSZĘ SIĘ TROCHĘ COFNĄĆ

Wszyscy wiemy, że tego lata odeszła nasza ukochana Avery Carls. Ta 
wspaniałomyślna   dobrodziejka   rozdała   sporą   część   fortuny   muzeom, 
bibliotekom i parkom tak, jak ludzie oddają sukienki z zeszłego sezonu 
do sklepu z używaną odzieżą. Miała siedemnaście lat, gdy trafiła na 
pierwsze strony gazet - tańczyła na stolikach na pierwszym koncercie 
Elvisa  w Nowym Jorku. Mając dwadzieścia jeden wyszła za mąż (po 
raz pierwszy) i przeprowadziła się do słynnego brzoskwiniowego domu 
na   rogu   Sześćdziesiątej   Pierwszej   i   Park  Avenue.  Gdy   miała 
siedemdziesiąt lat, nadal piła szkocką z wodą sodową i zawsze otaczały 
ją   świeżo   ścięte   białe   piwonie.   A   co   najważniejsze,   doskonale 
wiedziała,   jak   dostać   to,   czego   chciała   -   od   mężów,   od   pań   z 
towarzystwa, od rządu stanowego, od każdego. Moja pokrewna dusza.

Dlaczego  to miałoby was obchodzić? Nie gorączkujcie się, zaraz do 
tego dojdę. Niesforna córka Avery Carls, Edie,

 

plotkara.net

  jest   tłumaczeniem   nazwy   autentycznej   strony 

internetowej: 

www.gossipgirl.net

 (przyp. red.).

która   wiele   lat   temu   uciekła   na   Nantucket   odnaleźć   siebie   poprzez 
sztukę, została wezwana do Nowego Jorku, żeby uporządkować sprawy 
matki. Sądząc po regale pełnym oprawionych w skórę dzienników (i 
sześciu   unieważnionych   małżeństwach),   które   starsza   pani   Carls 
zostawiła po sobie, porządkowanie może trochę potrwać. Dlatego Edie 
zamknęła dom na Nantucket i wraz z pozbawionymi ojcowskiej opieki 
trojaczkami   przeprowadziła   się   do   niesławnego   apartamentu   na   rogu 
Siedemdziesiątej Drugiej i Piątej Alei.

Poznajcie Carlsów: 

O, 

przystojniak o dość surowej urodzie, naga pierś, 

złociste   włosy,   zawsze   obecne   kąpielówki   Speedo...   Jak   na   razie 
zapowiada   się   dobrze.   Następnie   A,   jasnozłociste   włosy,   kobaltowo 
niebieskie oczy, bogini jak z bajki w sukienkach od Marni. No i  

B, 

skrót   od   Baby.   Och,   ciekawe,   czy   rzeczywiście   takie   słodkie   z   niej 
niewiniątko?

No i oczywiście nie można zapomnieć o naszych starych przyjaciołach z 
Upper East Side. Oni też coś kombinują. 

widziano ostatnio, jak piła 

gin Tanqueray na jachcie w Sagaponack. Co tam robiła, skoro miała 
malować arabeski w paryskiej Operze Garnier? Nie wytrzymała presji, 
czy może po prostu stęskniła się za przyszłym miliarderem, 

J.P.? 

I nie 

zapominajmy o  

R  

z nieskazitelnymi manierami. Pływał w basenie na 

dachu   w   Soho   House,   podczas   gdy   jego   matka   nagrywała   właśnie 

kawałek o letnich rozrywkach dla programu telewizyjnego 

Herbatka z lady 

Sterting.  

Wszyscy   wiemy,   że   Lady   S  nie   może   się   już   doczekać,   żeby 

zaplanować   mu   baśniowy   ślub   z   jego   dziewczyną,  

K,  

ale   czy   ta 

młodzieńcza   miłość   przetrwa?   Zwłaszcza   że  

K  

widziano   przy 

konfesjonale  w   katedrze  św.  Patryka...  Mówi   się,  że  spowiedź   pomaga 
duszy.
Jak starzy wyjadacze potraktują trójkę nowych na naszej wysepce? Muszę 
przyznać, że jestem ciekawa: utrzymają się na wodzie, czy pójdą na dno?

wasze e-maile

ES  

Kochana P!

Jakiś milion lat temu moja mama chodziła do Constance Billard z 
matką   trojaczków.   Powiedziała   mi,   że   przeprowadzili   się   do 
miasta,   bo   A   przespała   się   z   całą   wyspą   -   z   chłopakami   i   z 
dziewczynami!   Z   kolei  

B  

jest   szalona,   błyskotliwa   i   genialna, 

przy czym niezrównoważona psychicznie i nigdy nie pierze ubrań. 
A O podobno pływa w weekendy do Nantucket w samych Speedo. 
To prawda? Trój kącik

Ciekawe.   Z   tego,   co   widziałam,   A   prezentuje   się   całkiem 

niewinnie.   Ale   wszyscy 

2

Drogi Trój kąciku!

background image

dobrze wiemy, że wygląd bywa zwodniczy. Zobaczymy, czy 

genialnie poradzi sobie w mieście. A co do 

O, 

Nantucket 

jest kawałek drogi stąd, więc wątpię, żeby płynął aż tam. Ale 
jeśli jest w stanie... to powiem ci tylko jedno: wytrzymałość. 
Właśnie tego szukam w facecie. P.

13  

Droga P!

Właśnie się tu przeprowadziłam i po prostu kocham Nowy 
Jork!!!!! Jakieś rady, jak sprawić, żeby to był najlepszy rok w 
moim życiu? ZMałegoMiasteczka

Droga ZMM

Powiem ci tylko, bądź ostrożna. Manhattan to niewielka wyspa, 
ale   na   pewno   o   niebo   wspanialsza   od   miejsca,   z   którego 
przybyłaś - niezależnie od tego, gdzie to jest. Nieważne co robisz 
i gdzie jesteś - zawsze ktoś cię widzi. Nie skończy się na plotecz-
kach   w   szkolnej   stołówce.   Tutaj   wieści   trafiają   do   rubryki 
towarzyskiej albo na stronę Gawkera. O ile, rzecz jasna, jesteś 
dość   interesująca   albo   ważna,   żeby   plotkować   na   twój   temat. 
Można tylko mieć nadzieję. P.

Kochana P!
Założę się, że mówisz, że odroczyłaś pójście do college'u, bo tak 
naprawdę do żadnego się nie dostałaś. Słyszałem też, że pewien 
gość z małpą jednak nie trafił do West Point, i uważam, że to 
dość tajemniczy zbieg okoliczności: on tu ciągle jest i ty także. 
Naprawdę   jesteś   dziewczyną???   A   może   wcale   nie   byłaś   w 
ostatniej   klasie?   Założę   się,   że   jesteś   jakąś   dziwaczną 
trzynastolatką bez cycków i ludzie nawet nie potrafią powiedzieć, 
czy jesteś dziewczyną, czy chłopakiem. Chodzi mi o to, że wcale 
nie   jesteś   prawdziwą   Plotkarą.   Nawet   strona   się   zmieniła. 
JeSteśChuckiemB

Drogi JeSteśChuckiemB! Po pierwsze, to się nazywa odmiana i 
remont! Pooglądaj trochę telewizji. Po drugie, pochlebia mi, że 
moja obecność przyczynia się do powstawania teorii spiskowych. 
Przykro mi natomiast, że cię rozczaruję, ale jestem tak kobieca, 
jak to tylko możliwe i nie ma żadnej małpki w zasięgu mojego 
wzroku.   Ile   mam   lat?   Jak   mawiała   szacowna  Avery   Carls: 
„Prawdziwa dama nigdy nie kłamie". R

na celowniku

Nowinki na temat nowicjuszy:  

O  

biega w Central Parku. Bez 

koszulki. Czy on w ogóle ma jakieś koszulki? Miejmy nadzieję, 
że nie. 

przymierza srebrną minisukienkę z cekinami od YSL w 

przymierzalni   u   Bergdorfa.   Nikt   jej   nie   powiedział,   że   w 
Constance  obowiązują   mundurki?   Jej   siostra   brunetka,  

B,  

FAO  Schwarz,   wtulona   w   faceta   w   ciemnoczerwonej   szkolnej 
bluzie   z  Nantucket,  ustawia   pluszowe   zwierzątka   w 
niestosownych pozach i robi zdjęcia. Więc tak się bawią dzieciaki 
tam, skąd oni pochodzą?

No   dobra,   panie,   panowie,   pewnie   spieszycie   się   na   ostatnie 
zakupy przed rozpoczęciem roku szkolnego, albo-w przypadku 
tych, którzy wyruszyli  do college'ow  - do czytania Owidiusza i 
żłopania piwa PBR w swoich nowiutkich, malutkich pokojach w 
akademikach. Nie martwcie się. Będę tutaj, popijając sancerre w 

kąciku w Balthazarze i doniosę o wszystkim, co was omija. To początek 
nowej ery na  Upper East Side.  Widząc tę trójkę w mieście, po prostu 
wiem, że czeka nas kolejny rok szaleństw i niegodziwości...

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara

witajcie w dżungli

Baby Carls obudziła hałasująca śmieciarka, która właśnie cofała na 

Piątej Alei. Dziewczyna potarła opuchnięte oczy i spuściła bose stopy 
na   czerwoną   terakotę   tarasu.   Przytuliła   do   szczupłej   piersi   czerwoną 
szkolną bluzę z Nantucket High, która należała do jej chłopaka.

Chociaż zamieszkali na samej górze, na piętnastym piętrze ponad 

Siedemdziesiątą   Drugą   i   Piątą   Aleją,   doskonale   słyszała   hałasy 
budzącego się w dole miasta. Tu było zupełnie inaczej niż w jej starym 
domu   w   Siaconset   na  Nantucket,  lepiej   znanym   jako   Sconset,   gdzie 
zwykła   zasypiać   na   plaży   ze   swoim   chłopakiem,   Tomem  Devlinem. 
Jego   rodzice   prowadzili   mały   pensjonat,   a   on   mieszkał   z   bratem   w 
domku   dla  gości   na  plaży,  odkąd   skończył  trzynaście   lat.  Zaskoczył 
Baby, odwiedzając ją w Nowym Jorku w ten weekend. Ale wyjechał 
wczoraj wieczorem. Nie mogła potem zasnąć, więc zabrała kołdrę na 
hamak na tarasie.

Spanie na świeżym powietrzu? Jakie to... au nature 1.

Weszła   przez   rozsuwane,   przeszklone   drzwi   do   ogromnego 

apartamentu,   który   najwyraźniej   teraz   będzie   jej   domem.   Wielkie, 
pomalowane   na   kremowo   pokoje   ze   lśniącymi,   drewnianymi 
posadzkami   i   ozdobnymi,   marmurowymi   dekoracjami,   wcale   nie 
wyglądały przytulnie. Baby ciągnęła za sobą kołdrę Frette, wycierając 
nią nieskazitelną podłogę. Szła do •.ypialni siostry, Avery.

Złote   włosy  Avery  rozsypały   się   na   bladoróżowej   podusz-

CC

 

Dziewczyna chrapała jak potłuczony imbryk. Baby wskoczyła do niej na 
łóżko.

-

Ej! - Avery podniosła się, naciągając na opalone ramię 

amiączko 

białego topu Cosabella. Jej długie włosy były ma-lowe, a niebieskie 
oczy przymglone, ale nadal wyglądała jak księżniczka, dokładnie 
tak jak ich babka. Całkowite przeciwieństwo Baby.

3

background image

-

Już   rano  -   oznajmiła  Baby,  podskakując   na  kolanach   jak 

czterolatka, która przedawkowała cukier w płatkach z mio-
dem.

Chciała   to   powiedzieć   wesoło   i   dziarsko,   ale   czuła   się 

ociężała. Nie chodziło tylko o to, że w zeszłym tygodniu cała 
rodzina  została  z  korzeniami  wyrwana  z  Nantucket.  Po  prostu 
Nowy Jork nigdy, przenigdy, nie stanie się dla niej domem.

Kiedy   Baby   się   urodziła,   jej   pojawienie   się   zaskoczyło   i 

mamę, i położną, która myślała, że Edie nosi tylko bliźnięta. Jej 
brata   i   siostrę   nazwano   po   dziadkach   ze   strony   matki,   a 
niespodziewane   trzecie   dziecko   wpisano   do   metryki   po   prostu 
jako   Baby.   I   tak   już   zostało.   Za   każdym   razem,   kiedy   Baby 
przyjeżdżała   do   Nowego   Jorku   odwiedzić   babcię,   łatwo   było 
wyczytać z jej spojrzenia, że o ile bliźnięta jeszcze dało się za-
akceptować, o tyle trójka to zbyt duża liczba dzieci, zwłaszcza 
dla   samotnej   matki.   Baby   zawsze   była   zbyt   niechlujna   i   zbyt 
głośna. Po prostu już samo to, że istniała, to było za wiele i dla 
babci Avery, i dla Nowego Jorku.

Teraz Baby zaczynała się zastanawiać, czy babcia nie miała 

racji.   Wszystko   tutaj   -   począwszy   od   pokoi   identycznych   jak 
pudełka, a skończywszy na regularnej siatce ulic Nowego
Jorku - uosabiało porządek i ograniczenia. Podskoczyła jeszcze 
raz na łóżku siostry. Avery jęknęła sennie.

- No daj spokój, obudź się! - ponaglała Baby, chociaż nie 

było jeszcze dziesiątej, a Avery zawsze lubiła dłużej pospać.

- Która godzina? - Avery usiadła i przetarła oczy.
Nie   mogła   uwierzyć,   że   ona   i   Baby   były   spokrewnione. 

Baby zawsze miała idiotyczne pomysły. Na przykład uczyła ich 
psa,  Chance'a,   porozumiewać   się   przy   pomocy   mrugania. 
Zupełnie,   jakby   cały   czas   chodziła   nawalona.   Ale   chociaż   jej 
chłopak rzeczywiście regularnie przypalał, Baby nigdy ni tknęła 
narkotyków.

Wyglądało na to, że ich nie potrzebuje.

- Już po dziesiątej - skłamała Baby. - Masz ochotę gdzieś' 

wyjść? Jest naprawdę ładnie - namawiała.

Avery popatrzyła na splątane, ciemne, długie włosy sio-! stry 

i   podpuchnięte,   brązowe   oczy   i   od   razu   wiedziała,   że   Baby 
przepłakała   noc   z   powodu   swojego   beznadziejnego   chłopaka. 
Kiedy   mieszkali   na  Nantucket,   Avery  robiła,   co   mogła,   żeby 
unikać   Toma.   Ale   przez   ostatni   weekend   nie   i   dało   się   nie 
widzieć   tego   faceta.   Był   obleśny,   począwszy   od   brudnych, 
białych,   sportowych   skarpetek   z   Gap,   które   zwinął   i   dał   do 
zabawy  kotu,  Rothko,  skończywszy  na  przyłapaniu go  z  fajką 
wodną i trawką na tarasie, kiedy miał na sobie tylko bokserki ze 
Świętym   Mikołajem.   Wiedziała,   że   Baby   ceni   jego 
autentyczność,   ale   czy   bycie   sobą   musi   oznaczać   bycie 
odrażającym?

Odpowiedzieć jednym słowem? Nie.

- Dobra, wstaję.

Avery wygrzebała się z pościeli z najdelikatniejszej wło-

skiej bawełny i wyszła boso na taras. Tuż za nią Baby. Avery 
zmrużyła oczy od słońca. Szeroka ulica w dole była pusta, tylko 

limuzyny od czasu do czasu śmigały alejami. Dalej rozciągała się bujna 
zieleń Central Parku. Avery z trudem dostrzegła poplątany labirynt 
ścieżek wijących się między drzewami.

Siostry   usiadły   razem,   kołysząc   się   w   hamaku   i   spoglądając   na 

wypielęgnowaną   zieleń   na   tarasach   i   balkonach   przy   Piątej   Alei. 
Pustych,   jeśli   nie   liczyć   ogrodników.  Avery  westchnęła   z 
zadowoleniem. Tu na górze czuła się jak królowa Upper East Side, do 
tej roli się urodziła.

Czy aby na pewno?

- Cześć.

Ich brat, Owen - prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jak zwykle 

bez koszulki - wyszedł na taras z kartonikiem soku pomarańczowego i 
butelką szampana. Miał na sobie tylko czarne kąpielówki Speedo. Avery 
przewróciła oczami na widok brata. Miał obsesję na punkcie pływania i 
z łatwością potrafił spić wszystkich, tak że lądowali pod stołem, a sam 
nadal mógł przebiec 10 kilometrów.

- Macie ochotę na drinka?

Upił łyk soku i wyszczerzył zęby, widząc jak  Avery  krzywi się z 

odrazą. Baby pokręciła smutno głową, a splątane włosy opadły jej na 
łopatki.   Baby   zawsze   była   drobniutka,   a   teraz   wyglądała   wręcz 
filigranowo. Potargane, brązowe włosy straciły już miodowe pasemka, 
które   zawsze   pojawiały   się   w   czasie   pierwszych   tygodni   lata   na 
Nantucket.

-

Co słychać? - zagadnął przyjaźnie.

-

Nic - odparły jednocześnie.

Westchnął.   O   wiele   łatwiej   było   je   zrozumieć,   gdy   miały   po 

dziesięć lat, zanim stały się takie wycofane i tajemnicze.

Pociągnął   soku   pomarańczowego,   zastanawiając   się,   czy 

kiedykolwiek rozumiał dziewczyny. Gdyby nie to, że tak trudno im się 
oprzeć, może by sobie odpuścił i został mnichem. A skoro o tym mowa, 
jedyny   powód,   dla   którego   wstał   tak   wcześnie,   to   z   lekka 
pornograficzny   sen,   który   zmusił   go   do   wyskoczenia   z   łóżka   i 
poszukania - bez skut ku - basenu.

Sen o kim? Prosimy o więcej szczegółów!

Odstawił zamkniętą butelkę szampana do wielkiej donic ze 

stokrotkami, upił jeszcze jeden łyk soku i wcisnął się n hamak obok 
sióstr. Zerknął w dół na gąszcz drzew. Nie móg uwierzyć, jaki mały 
wydawał się Central Park. Z tej wysokości wszystko wydawało się 
miniaturowe. Zupełnie inaczej niż na Nantucket, gdzie bezmiar oceanu 
ciągnął się w nieskończoność. Sconset było najbliższym Portugalii i 
Hiszpanii miej scem w kraju i Owen zawsze się zastanawiał, jak długo 
musiałby tam płynąć.

- Heeeej!

Głos ich matki i brzęk bransoletek własnoręcznie zrobionych ze 

srebra i turkusów było słychać w całym mieszkaniu i na tarasie. Edie 
Carls pojawiła się w drzwiach. Miała na so bie opływającą kształty, 
letnią sukienkę w niebieski wzór od Donny Karan, a blond włosy z 
siwymi pasemkami ścięte n pazia zaplotła w mnóstwo cieniutkich 
warkoczyków. Wyglądała bardziej jak przestraszony jeżozwierz niż 
mieszkanka naj bardziej ekskluzywnej okolicy na Manhattanie.

- Bardzo się cieszę, że wszyscy tu jesteście - ekscytował-się. - 

Potrzebuję waszej rady. Wchodźcie.

4

background image

Wskazała   w   kierunku   korytarza,   a   grube   bransoletki   za-

dzwoniły jedna o drugą.

Avery  zachichotała,   kiedy   Owen   posłusznie   zsunął   si   z 

hamaka   i   podreptał   do   mieszkania   za   idącą   szybkim   krokiem 
Edie.   Przez   ostatni   tydzień   pełnił   funkcję   doradcy   do   spraw 
artystycznych   matki.   Co   wieczór   był   na   jakimś   otwarciu   wy 
stawy - zwykle w zatłoczonych, pachnących paczulą galeriach na 
Brooklynie   lub   w  Queens,  gdzie   sączył   ciepłe   chardonnay   i 
udawał, że wie, o czym mówi.

Drogie pokoje z drewnianym parkietem, w których kiedyś pewnie 

stały szezlongi w stylu Ludwika XIV i stoliki Chippendale, były 

teraz puste, jeśli nie liczyć kilku przechodzonych sztuk mebli, 

które Edie zdobyła, korzystając z rozległej łatki przyjaciół w 

świecie artystycznym. Avery natychmiast 

mówiła 

ultranowoczesny wystrój od Jonathana Adlera i Ce-lei ie 

Kempbell, ale meble jeszcze nie przyjechały. Tymczasem 

l i  

lie 

wytrzasnęła skądś zjedzoną przez mole pomarańczową i .mapę, 

którą postawiła pośrodku salonu. Rothko zaciekle ją drapał. To 

było jego nowe ulubione zajęcie od czasu przeprowadzki do 

Nowego Jorku. Większość ulubieńców Carlsów lizy psy, sześć 

kotów, koza i dwa żółwie - musiało zostać na Nantucket. Rothko 

pewnie czuł się samotny.

Ale nadszedł kres jego samotności. Obok Rothko stała ponad 

półmetrowa gipsowa szynszyla, pomalowana na bladonie-biesko i 
owinięta w folię bąbelkową.

-

Co o tym myślicie? - zapytała Edie. Jej niebieskie oczy  

o/błysły. - Jakiś facet sprzedawał to po pięćdziesiąt centów 
na ulicy w  Red Hook  w Brooklynie, akurat kiedy wracałam 
wieczorem   z   performance'u.   To   autentyczna,   nowojorska 
sztuka w stylu ready-made - dodała entuzjastycznie.

-

Spadam stąd - stwierdziła Avery, cofając się, jakby gipsowa 

figurka była nosicielem groźnych chorób. - Wybielałyśmy się 
z Baby do Barneys - dodała, przekonując siostrę •pojrzeniem, 
żeby   się   zgodziła.   Baby   snuła   się   ze   smętną   miną   w 
idiotycznej   bluzie  Toma  przez   cały  weekend.  To  się   musi 
•.kończyć.

Baby jednak pokręciła głową, przyciskając bluzę mocniej do 

ciała. Właściwie to podobała jej się ta szynszyla. Obie w równym 
stopniu nie pasowały do tego eleganckiego mieszkania.

- Mam plany - skłamała.

5

background image

Jakie to plany, zdecyduje, gdy tylko zniknie rodzini z oczu.

Owen patrzył na figurkę. Miał wrażenie, że mruga do niego jednym 

okiem. Naprawdę musiał wyjść z tego domu.

- Ehm, muszę odebrać sprzęt do pływania.

Mgliście przypominał sobie jakiś e-mail, o tym że ma odebrać strój 

od kapitana drużyny w szkole św. Judy, nim jutro zacznie się nauka.

- Powinienem się tym zająć.

- No  dobrze  -  zaszczebiotała  Edie, kiedy  Avery,  Owen   i  Baby 

rozbiegli się w różne końce mieszkania.
Jutro zaczyna się szkoła. Początek nowej ery. Edie ostrożnie zaniosła 
szynszylę do swojej pracowni ar tystycznej.

- Bawcie się dobrze, to wasz ostatni dzień wolności! - za wołała. 

Jej głos niósł się echem w pustym mieszkaniu.

A przecież oni zawsze znajdą sposób, żeby się dobrze ba wić. Nie?

najlepsze rzeczy w życiu 
sq za darmo

Avery  nie   mogła   powstrzymać   uśmiechu,   kiedy   wyszła   / 

apartamentowca i ruszyła Piątą Aleją. Była dopiero dziesią-lii, ale na 
ulicach już roiło się od turystów i rodzin. Żar ostatnich sierpniowych 
dni przeplatał się z chłodną bryzą, która I u/.yprawiała ją o niecierpliwe 
drżenie. Avery nie mogła się doczekać, kiedy drzewa po obu stronach 
alei staną się poma-i.uiczowe, czerwone i żółte. Nie mogła się doczekać 
chwili,  jdy  zawinie  się   w  kaszmirowy   płaszcz  od   Burberry  i   będzie 
łączyć   gorącą   czekoladę   na   jednej   z   ławek   wzdłuż   surowych,   i 
imiennych murów otaczających Central Park. Nie mogła się doczekać 
jutra.   Pierwszego   dnia   w   ekskluzywnej   szkole   dla   dziewcząt   na 
Manhattanie,   Constance   Billard,   dnia   kiedy   jej   tycie   nareszcie   się 
zacznie.

Skręciła w Madison i zatrzymała się przed oknem wystawowym 

butiku  Calvina  Kleina   na   rogu   Sześćdziesiątej   Drugiej,   /crknęła   na 
swoje odbicie. Z długimi, pszenicznymi włosami, /wiązanymi apaszką 
od Pucciego, i w jasnoróżowej wąskiej lukience bez rękawów od Dianę 
von Furstenberg, otulającej jej szczupłe, wysportowane ciało wyglądała 
jak typowa miesz-l inka Upper East Side na spacerze. Na Nantucket, 
gdzie na

imprezy zakładało się rzeczy z wełny, a cała zabawa sprowa dzała się 
do wypicia sześciopaku piwa na plaży, Avery zawsz czuła, że nie jest w 
swoim żywiole. Ale w tym roku będzi inaczej. Nareszcie znalazła się 
tam, gdzie było jej miejsce.

Oderwała się od wystawy i ruszyła dalej Madison Avenue. Tuż za 

Sześćdziesiątą Pierwszą dotarła do Barneys i uśmiechnęła się radośnie, 
gdy wytworny, ubrany na czarno odźwiern; przytrzymał dla niej drzwi. 
Wchodząc, wzięła głęboki wdech, gdy aż do bólu znajomy, unoszący 
się w powietrzu z klimatyzatorów zapach Creed Fleurissimo, uderzył jej 
nozdrza. T<j były ulubione perfumy jej babci i Avery praktycznie czuła 
obecność ducha babki, który poprowadził ją z dala od przy-, dużych 
zielonych   torebek   Marca   Jacobsa   w   kierunku   torebek   prawdziwych 
projektantów.

Avery  szła przez luksusowy dział z torebkami, z czcią dotykając 

krokodylej skóry i miękkich zamszy. Jej spojrzenie zatrzymało się na 
torbie-teczce   w   kolorze   koniaku   od   Gucciego.   Poczuła   drżenie   w 
brzuchu.   Złote   sprzączki   przypominały   jej   starą   skrzynię,   którą 
zostawiła   w   domu   na  Nantucket.  Zawsze   wyobrażała   sobie,   że   tę 
skrzynię   straciła   na   Atlantyku   jakaś   jej   dawna   babcia   cioteczna   o 
błękitnej   krwi,   kiedy   statek,   którym   płynęła,   zatonął   podczas   jej 
miesiąca miodowego. A potem skrzynię - wiele lat po romantycznej 
śmierci dalekiej ciotki - odnalazł brodaty poławiacz homarów.  Avery 
miała nawyk dorabiania do wszystkiego romantycznych historii.

Cóż, lepsze to niż ssanie kciuka albo obgryzanie paznokci.

- Nadzwyczajna rzecz.
Avery  usłyszała   za   plecami   uprzejmy   głos.   Odwróciła   się   i 

spojrzała na sprzedawczynię. Była po czterdziestce i siwiejące włosy 
miała sczesane w gładkiego koka.

- Jest piękna - zgodziła się  Avery,  marząc, żeby sprzedawczyni 

zniknęła.

Chciała,   aby   ta   chwila   była   nieskażona.   Tylko   ona   i   torba.   I 
zmyślony poławiacz homarów?

- Limitowana   seria   -   poinformowała   sprzedawczyni.   We-dług 

plakietki   na   piersi   nazywała   się   Natalie.   -   Właściwie   ktoś   |.| 
zarezerwował,   ale   nie   odezwał   się   od   tamtego   czasu...   Jest   pani 
zainteresowana? - Natalie uniosła perfekcyjnie wyregulowaną brew.

Avery  pokiwała głową jak zahipnotyzowana. Zerknęła na metkę. 

Cztery tysiące dolarów. Ale właściwie nie robiła zbyt wielu zakupów 
od   przyjazdu   do   Nowego   Jorku...   i   w   końcu   od  

t  

vego   Edie   miała 

nowego księgowego, Alana? Poza tym babcia powiedziała jej kiedyś, 
gdy  Avery  podziwiała   pewną   już   napraw-

. lc  

wiekową   i   bardzo 

klasyczną torebkę Hermes'ego z zapięciem Kelly z niezwykle bogatej 
babcinej kolekcji - „Torebka nigdy nie umiera. Mężczyźni owszem." Ta 
torebka była na zawsze.

-

Wezmę   ją   -   stwierdziła   pewna   siebie,   już   sięgając   świeżo 

wymanikiurowanymi palcami (paznokcie w kolorze bladego różu) 
po giętkie, skórzane paski.

-

O, tu jesteś!

Avery  i   Natalie   odwróciły   się   jednocześnie   i   ujrzały,   idą-cą   po 

marmurowej   posadzce,   smukłą   dziewczynę   z   kaskadą   kasztanowych 
włosów   i   pokrytą   piegami   cerą.  Avery  zamarła   zahipnotyzowana. 
Nawet w zwiewnej białej sukience Milly i wielkich okularach D&G na 
głowie dziewczyna wyglądała dokładnie jak balerina z obrazu Degasa, 
który wisiał w bibliotece babci.

- Przyszłam po torebkę. Przepraszam, że nie odebrałam waszych 

wiadomości, byłam w Sagaponack. Telefony fatalnie 

lam 

funkcjonują.

6

background image

Westchnęła   ciężko,   jakby   słaby   zasięg   w  Hamptons  był 

najstraszliwszą rzeczą na świecie.

- Dzięki, że ją zatrzymaliście.

Wejście Carlsów

7

1 7

background image

Nieznajoma   wyjęła   torebkę   z   rąk  Avery,  jakby   zadaniem  Avery 

było ją dla niej trzymać. Dziewczyna zmrużyła oczy i mocno chwyciła 
rączkę.

- Pani musi być  Jack Laurent.  - Natalie zacisnęła usta w wąską 

linię,   odwracając   się   do   nowoprzybyłej.   -   Niestety,   ponieważ   mamy 
określoną   politykę   w   kwestii   rezerwacji   i   zjawiło   się   paru   innych 
zainteresowanych, obawiam się, że ter muszę umieścić panią na liście 
oczekujących.

Avery  uśmiechnęła się współczująco do dziewczyny, czując lekki 

zawrót   głowy.   Nikt   w  Constance  Billard   nie   będzie   miał   tej  torebki. 
Wydała   się   o   wiele   cenniejsza,   gdy  Avery  zobaczyła,   że   jest   aż   tak 
rozchwytywana.   Pociągnęła   za   rączkę,   ale   dziewczyna   nie   puściła 
torebki.

- Nawet rozumiem, dlaczego potrzebujesz nowej torebki. Jack 
zerknęła znacząco na znoszoną torebkę od Louisa Vuit-

tona.  Avery  dostała ją na trzynaste urodziny od babci i - jakby to ona 
ujęła - widać było, że torebka była bardzo kochana.

- Może wpadnie ci w oko któraś z tych na zewnątrz.

Avery  zmrużyła   jeszcze   bardziej   niebieskie   oczy   i   złapała   ko-

niakowa torebkę za pasek na ramię. Na zewnątrz? Chodzi o tandetne 
podróbki u sprzedawców na ulicy? Odebrało jej mowę.

- Więc   sprawa   jest   załatwiona   -   mówiła   dalej   Jack,   zaciskając 

mocniej ręce na paskach torebki  Givenchy.  - Możemy się tym zająć? - 
rzuciła wyniośle do Natalie, a jej zielone oczy rozbłysły.

Natalie   wyprostowała   całe   swoje   metr   sześćdziesiąt   wzrostu. 

Wyglądała komicznie stojąc między dziewczynami, które patrzyły sobie 
w oczy ponad dziesięć centymetrów nad jej głową.

- To   jedyny   egzemplarz,   jaki   mamy   -   zaczęła   autorytatywnym 

tonem. - To limitowana seria i dość delikatna, więc jestem pewna, że na 
pewno dojdą panie do porozumienia.

Próbowała podważyć ich palce, zaciśnięte na raczkach torty-

- Nie   sądzę,   żeby   to   było   potrzebne   -   powiedziała  Avery  i 

szarpnęła   zdecydowanie   torebkę,   zaskakując   tym   Jack.   I   )/.iewczyna 
zatoczyła   się   do   przodu   i   puściła   zdobycz.   Udław   się   tym,   jędzo, 
pomyślała Avery, uśmiechając się krzywo.

Nim Jack odzyskała równowagę,  Avery  odeszła szybkim krokiem, 

przyciskając torebkę do piersi jak futbolista zmie-

i

/.ający z piłką do pola 

punktowego. Pierwsza się zjawiła  

i  

pierwsza wyjdzie z torebką, która 

sprawiedliwie   jej   się   należy.   Tylko   dziesięć   metrów   dzieliło   ją   od 
wyjścia. Nie mofla się powstrzymać, żeby nie odwrócić się i nie rzucić 
Jack iiiumfującego spojrzenia. W jej rodzinie to był odpowiednik lanca 
zwycięstwa   po  zdobyciu  punktu.  Blada   twarz  piegowatej   dziewczyny 
straciła wszelkie ślady idealnej opalenizny, a jej zielone oczy wyrażały 
raczej   zmieszanie   niż   złość.  Avery  wyszczerzyła   zęby,   czując   lekki 
zawrót   głowy.   Ale   nagle   wokół   niej   rozległo   się   ohydne   brzęczenie. 
Rozejrzała się rozdrażniona, ale nie wiedziała, skąd się bierze ten hałas. 
Szła dalej, Czując się jak zwycięzca.

- Przepraszam panią.

Przed nią pojawił się krzepki ochroniarz. Na plakietce / nazwiskiem 

miał   napisane   „K

NOWLEDGE

*".  Avery  spojrzała   na   niego,   nic   nie 

rozumiejąc. Próbowała go ominąć, ale z ła-iwością zagrodził jej drogę.

Nie była pierwszą dziewczyną, która próbowała uciec / Bameys!
- Proszę  oddać  mi  tę torbę  i  będzie  po  wszystkim  -  powiedział 

delikatnie i cicho pan Knowledge, łapiąc Avery za szczupłą rękę.

Czuła, jak złote sygnety, które miał na palcach, wgniatają się w jej 

opaloną skórę.

- Zamierzałam za nią zapłacić - upierała się, próbując powiedzieć 

to spokojnie.

Bez  słowa wręczyła  mu torebkę, a  jej błękitne  oczy zrobiły  się 

wielkie z przerażenia. Naprawdę pomyśleli, że chciała ją ukraść?

Natalie  dołączyła do  nich,  zabierając torebkę z  rąk  ochroniarza. 

Avery  czuła, jak czerwone plamy wyskakują na jej dekolcie i twarzy. 
Zawsze się tak działo, gdy się denerwowała. Lada moment wybuchnie 
płaczem.

-

Naprawdę   uważam,   że   powinni   ustalić   limit   wiekowy   na 

niektórych piętrach, nie uważasz? - powiedziała jakaś siwa kobieta 
do przyjaciółki z nadmiernie natapirowanymi rudymi włosami. Ta 
druga   miała   na   sobie   szmizjerkę   w   leopardzie   cętki   od   Normy 
Makali. Avery nagle poczuła się, jakby miała pięć lat.

-

Zamierzałam zapłacić - powtórzyła na głos. - Kasy nie są dobrze 

oznaczone.

Kiedy to powiedziała, skrzywiła się. Kasy? Brzmiało to tak, jakby 

źle skręciła w markecie Target.

Pokręciła głową, próbowała wyglądać na w najwyższym stopniu 

poirytowaną i sięgnęła do torebki z monogramem LV. Chciała wyjąć 
nowiutką kartę American Express z portfela w zielono-czerwone paski 
Gucciego.   Wtedy   wszyscy   zobaczyliby,   że   to   niefortunna   pomyłka. 
Przeprosiliby   ją   i   -   żeby   wynagrodzić   przykrości   -   obrzuciliby   ją 
gratisami od sklepu.

- Na szczęście wyjście jest dobrze oznaczone - odparła lodowato 

Natalie.

Avery  zauważała,   że   sprzedawczyni   świetnie   się   bawi.   Natalie 

zniżyła głos:

- Nie martw się, nie powiadomimy rodziców.

Obróciła się na obcasie czarnych pantofli Prądy i wróciła do Jack, 

która czekała z zimnym, krzywym uśmieszkiem na irytująco piegowatej 
twarzy.

- Po prostu muszę ją mieć na pierwszy dzień w szkole westchnęła 

teatralnie Jack.

Wzięła   torebkę   i   przyjrzała   się   jej   uważnie,   jakby   chciała   się 

upewnić, że Avery nie wybrudziła jej lepkimi palcami.

- Koniec zakupów - oznajmił cicho ochroniarz, wyrywane Avery z 

ponurego zamyślenia.

Dwóch   innych   ochroniarzy   odprowadziło   ją   do   wyjścia   na 

Sześćdziesiątą Pierwszą ulicę.

Drzwi zamknęły się za nią ze stłumionym odgłosem.

Twarz  Avery  płonęła.   Podświadomie   spodziewała   się,   że   zaraz 

wybiegnie za nią tłum z Barneys, ale minęły ją tylko dwie kobiety około 
trzydziestki.   Pchały   czarne   wózki  Bugaboo  przypominające   czołgi   i 
rozmawiały o przedszkolach. ()dźwierni w białych rękawiczkach stali 
przed rzędami luksu

sowych  

apartamentowców. Czerwony dwupiętrowy 

autobus |cchal w stronę Central Parku.  Avery  poczuła, że wreszcie jej 
serce   zaczyna   zwalniać.   Nikt   nie   miał   pojęcia,   kim   jest,   ani   i  

o  

się 

właśnie   stało.   Poprawiła   apaszkę   i   przeszła   przez   ulicę   z   wysoko 
uniesioną   brodą.   To   nie  Nantucket,  gdzie   wszystko   lozgłaszano   w 
nieskończoność. To Nowy Jork, miasto, w którym żyje ponad osiem 
milionów ludzi, gdzie Avery może robić, co jej się spodoba... Albo być, 
kim   jej   się   żywnie   spodoba.   I   co   z   tego,   że   nie   dostała   torebki 
Givenchy?  Nadal   miała   nowe   l.ikierki   bez   pięty   Louboutina,   które 
kupiła wczoraj, i przy no

's 

z ace szczęście perły od babci Avery. Pewnie 

spokojnie jutro będzie mogła pójść do Barneys i nikt jej nie pozna.

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

8

background image

Kiedy przechodziła przez Piątą Aleję, przystojny chłopak w szarej 

koszulce  szkoły średniej  Riverside  i czapce  Yankees  l>r/.ebiegł  obok 

niej, uśmiechając się. Odpowiedziała mu

szerokim uśmiechem, trzepocząc wytuszowanymi rzęsami. Jutro Avery 
Carls  zacznie   nowe   życie   w   nowej   szkole   i   Jack  Laurent  stanie   się 
odległym wspomnieniem - zasmarkana diwa, która ukradła jej torebkę. 
Nikt o niej nigdy więcej nie usłyszy.

Może. Tylko że dowcip polega na tym, że chociaż Nowy Jork jest 

ogromnym miastem, Manhattan jest maleńką wyspą...

to  moie  

być   początek   pięknej 

przyjaźni

Owen   Carls   stał   przed   imponującym   domem   z   czerwonej   Cegły 

między Park  Avenue  i Madison. Z wahaniem nacisnął dzwonek obok 
nazwiska  Sterling.  W zeszłym tygodniu dostał c mail, że ma odebrać 
kostium   członka   drużyny   pływackiej   od   Rhysa   Sterlinga,   kapitana 
drużyny w szkole św. Judy. Mimo to nieco się krępował wpadać bez 
uprzedzenia. Czuł się trochę |ak dzieciak przychodzący po cukierki w 
Halloween.

Jakby kiedykolwiek odmówiono mu cukierka i to o dowolnej porze 

roku!

Zadzwonił raz jeszcze. W białych skrzynkach przy wejściu rosły 

ładne, niebieskie kwiatki. Od niechcenia się pochylił, żeby je powąchać, 
myśląc   o   kimś,   komu   chciałby   dać   te   kwiaty.   Kiedy   zaciągnął   się 
słodkim   zapachem,   drzwi   się   otworzyły.   Stała   w   nich   kobieta   w 
granatowej,   lnianej   sukience   ze   zdumiewającymi,   idealnie   siwymi 
włosami,  chociaż  jej  iwarz  była   kompletnie  pozbawiona   zmarszczek. 
Wyglądała trochę jak Nicole Kidman w siwej peruce.

- Dzień dobry - powiedziała ze sztywnym, brytyjskim akcentem, 

uchylając drzwi i zerkając na niego pytająco. -W czym mogę pomóc?

- Cześć.   Jestem,   ehm,   Owen  Carls...  Przyszedłem   do   Rhysa. 

Jestem   nowym   uczniem   w   drużynie   pływackiej   i   chciałem   odebrać 
swoje rzeczy... - zaczął niezręcznie.

Naprawdę miał nadzieję, że trafił do właściwego domu. Na twarz 
kobiety wypłynął ciepły uśmiech.

- Owen Carls! No oczywiście, bardzo dobrze znałam twoją babcię. 

Cudowna, jedyna w swoim rodzaju kobieta.

Wprowadziła   Owena   do   rozległego   holu.   Czuł   się   niezręcznie, 

trzymając kwiatek, który zerwał przed domem.

- Wiesz, że kilka razy wystąpiła w programie?

Owen   zmarszczył   brwi   nie   rozumiejąc.   Przed   nim   wznosiły   się 

wspaniałe,   przykryte   czerwonym   dywanem   schody,   jakby   żywcem 
wyjęte z  Bulwaru Zachodzącego Słońca,  jednego z ulubionych filmów 
Avery.  Nie miał pojęcia, o czym jest, ale  Avery  oglądała go pewnie 
jakieś czterysta razy.

Herbatka z lady  Sterling  - powiedziała surowo kobieta, jakby go 

poprawiała. - Herbatka ze mną - wyjaśniła z naciskiem.

Owen   nie   miał   pojęcia,   o   czym   do   cholery   mówiła   ta   kobieta. 

Rzadko oglądał telewizję, a jeśli już, to z założenia unikał programów z 
„herbatką" w tytule.

- Miło mi panią poznać. - Wyciągnął niezdarnie rękę. Ściany holu 
wejściowego pomalowano na spokojny szaro-

beżowy kolor. Zdobiły je stare obrazy przedstawiające angielskie sceny 
z   polowania   na   lisy.   Nienagannie   prezentujący   się   chłopak   w 
uprasowanych,   bawełnianych   spodniach   i   nieskazitelnej,   niebieskiej 
koszuli z krótkim rękawem zbiegł po schodach. Wyglądał, jakby się 
wybierał   na   pole   golfowe.   Owen   wsadził   ręce   do   kieszeni 
podniszczonych   szortów   Adidasa   i   zgarbił   się   w   cienkiej,   szarej 
koszulce Nantucket Pirates.

- Rhys!  Masz gościa! - Lady  Sterling  uśmiechnęła się ciepło do 

obu  chłopców.  -  To  Owen  Carls.  Owen,  mój  drogi, powiedz  proszę 
matce, że z przyjemnością się z nią spotkam. Wi-
.1 ziałyśmy się tylko raz, na przyjęciu dobroczynnym, a wiesz, |nk tam 
jest - zawołała Lady Sterling, odchodząc korytarzem.

- Miło   cię   poznać,   stary!   -  Rhys  zdecydowanie   uścisnął  

Błoń 

Owena.

Był nieco niższy od niego, miał ciemnobrązowe włosy 

piwne oczy 

ze złotymi plamkami. Otworzył drzwi do szafy i wyjął bordową torbę 
Speedo.

-

To dla ciebie.

-

Dzięki.

Owen   przejrzał   zawartość   i   znalazł   sześć   batoników 

energetycznych,  bordowy   ręcznik  z   wyhaftowanym  napisem  „S

ZKOŁA

 

św.  

J

UDY

"  i   trzy   pary   maleńkich   kąpielówek   Speedo.   /mieszany 

przyłożył je do bioder. Były jakieś pięć rozmiarów || małe.

- Miło było cię poznać.

Owen wrzucił kąpielówki do torby i odwrócił się, żeby wyjść.

-

Poczekaj - zawołał za nim Rhys. - Jesteś zajęty dziś popołudniu? 

Masz ochotę na  brunch?  U Freda jest niezłe żarcie. Na ostatnim 
piętrze Barneys.

-

Nie! - odpowiedział szybko Owen, jedną nogą już na ulicy.

Ostatnie, na co miał ochotę, to wpaść na Avery w trakcie )• oraczki 

zakupowej.

Rhys wyglądał na zniechęconego.

- W porządku. Owen 
pokręcił głową.

- To znaczy... może byśmy po prostu złapali po bajglu? I poszli do 

parku? - zaproponował speszony.

Chociaż zawsze uganiały się za nim tabuny dziewcząt, ()wen nigdy 

nie miał bliskich kumpli. I to właśnie przez dziew-. /yny. Chłopaki ze 
szkoły   na  Nantucket  zazdrościli   mu   wyglądu   i   pewności   siebie.   I 
wiedzieli, że nie mają szansy na podryw, jeśli on jest w pobliżu. Owen 
starał się tym nie przejmować i nie czuł się samotny ani nic w tym stylu. 
Ale dajcie spokój. W końcu t nie jego wina, że działa jak magnes na 
panienki. Cóż, nie jest łatwo być przystojnym.

- Dla   mnie   spoko.   -   Rhys   pokiwał   głową   i   zsunął   na   oczy 

raybany, gdy wyszli z domu i ruszyli w stronę parku. Po drodze zajrzeli 
do delikatesów. Kupili bajgle i piwo.

Śniadanie mistrzów !

Przeszli   Madison   i   Piątą,   a   kiedy   weszli   do   parku,   Rhys   po-

prowadził ich wijącymi się ścieżkami, kierując się na zachód. W końcu 

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

9

background image

zatrzymali   się   przed   kamienną   budowlą   przypominającą   zamek. 
Wznosiła się dumnie nad maleńkim stawem. Miała jakieś dwa piętra 
wysokości i wyglądała jak średniowieczna twierdza.

-

To jest jedno z moich ulubionych miejsc w mieście - powiedział 

Rhys. - Zamek Belvedere. Kiedy byłem młodszy, myślałem, że to 
prawdziwy   zamek,   i   chciałem   w   nim   zamieszkać.   Mama   miała 
własny program telewizyjny,  Herbatka z lady Sterling.  - Spojrzał 
pytająco na Owena.

-

Aha, wspomniała mi o nim. - Owen kopnął kamyk na ścieżce.

Dziewczyny w  bikini Malia  Mills opalały się na spory trawniku, 

udając, że są w Hamptons, a upaleni chłopcy grali w zośkę albo bawili 
się  frisbee.  To   było   trochę   smutne.   Nowojorczykom   tak   bardzo 
brakowało kontaktu z przyrodą, że musieli udawać, że kawałek trawy to 
plaża.

- Ponieważ mama jest Angielką, uznałem, że powinniśmy mieć 

własny zamek. - Rhys wzruszył z zakłopotaniem ramionami.

Owen się zaśmiał, sadowiąc się na kamieniu, podczas gdy Rhys 

otworzył puszkę Olde English, uważając, żeby pozostało w papierowej 
torbie.   Podał   ją   Owenowi.   Chłopak   upił   łyk

  i  

przyjrzał   się   okolicy. 

Powierzchnię stawu pokrywały stare liście i zielona piana, ale na trawie 
obok   kamiennego   zamku   piknikowało   mnóstwo   dziewcząt   z   idealną, 
sierpniową  opale

ni

/ną. Mimo  stadka  dziewczyn  w  luźno  zawiązanych 

bikini, ()wen łapał się na tym, że rozgląda się, czy gdzieś nie błysną 
bursztynowe włosy. Westchnął sfrustrowany.

Przez   ostatnich   kilka   miesięcy,   niezależnie   od   tego,   gdzie   był, 

myślał tylko o Kat, dziewczynie, którą poznał na ognisku  

na  

początku 

lata. Miała kształtną figurę, figlarne, niebieskie oczy  

i  

włosy w takim 

samym   kolorze   jak   sierść   ich   golden   retrievera,  (!hance'a.   Nie   mógł 
oderwać od niej oczu. Nim podeszła popro

sić,  

żeby otworzył jej piwo 

Corona Light, Owen już był zakocha

ny  

po uszy. A kiedy kilka minut 

później zapytała, czy pokazałby lej latarnię, oboje wiedzieli, czego chcą. 
Tam,   na   piasku,   w   ciemnościach,   stracili   dziewictwo.   To   była 
najbardziej szalona, nieodpowiedzialna i niesamowita rzecz, jaką Owen 
zrobił w życiu.

- Jak masz na imię? - zapytał potem, przesuwając palcem PO łuku 

jej pleców.

Czułby się jak dupek, gdyby tego nie zrobił. Jasne, że umawiał lię 

na prawo i lewo, ale stracić dziewictwo z dziewczyną, której  

nic  

znał 

choćby z imienia, to było za dużo nawet dla niego.

- Mała podpowiedz.

Zdjęła   delikatną,   srebrną   bransoletkę   z   wypisanymi   ozdob-n;| 

czcionką literami: 

Kat.

Resztę nocy spędzili zabawiając się na plaży i kąpiąc się za każdym 

razem, kiedy się za bardzo spocili. Była z Nowego Jorku 

i  

przyjechała 

na Nantucket tylko na jeden dzień. Tak mu powiedziała. Świadomość, 
że jutro już jej nie będzie, sprawiała, że te chwile wydawały się jeszcze 
bardziej   wyjątkowe,   jakby   to   była   icgo   ostatnia   noc   na   ziemi. 
Następnego ranka Owen obudził się 

na  

plaży sam. To mógłby być sen, 

gdyby na dowód nie została mu srebrna bransoletka. Wyjął ją teraz z 
kieszeni szortów i przesunął

kciukiem po nierównościach powierzchni. Przysunął ją do nos jakby 
jakimś cudem mógł poczuć zapach Kat.

-

Co   to?   -   zapytał   zaciekawiony   Rhys,   wyrywając   Owen   z 

romantycznej zadumy.

-

To...   talizman   -   skłamał   Owen,   szybko   chowając   bły   skotkę   z 

powrotem do kieszeni szortów.
Miał   ochotę   zapytać   Rhysa,   czy   zna   Kat,   ale   w   tym   mieście 

mieszkały miliony ludzi, a on nie chciał wyjść na zako| chanego czuba.

Za późno.

-

Och. - Rhys stracił zainteresowanie bransoletką. - Więc Nantucket, 

hę? Jak tam jest?

-

Super. Mała przestrzeń.

Nie   było   mowy,   żeby   powiedział   pierwszemu   poznanemu;   na 

Manhattanie chłopakowi, że faceci w szkole bojkotowali go za to, że 
podrywa   wszystkie   dziewczyny.   Znowu   pociągnął   piwa.   Bąbelki 
podrapały go w gardło, a słońce sprawiło, że! zrobił się śpiący.

- Manhattan to też mała przestrzeń - stwierdził Rhys. - Uczę się z 

tymi samymi chłopakami od przedszkola.

Owen patrzył, jak dwie piegowate dziewczyny przeszły, obok nich, 

zgodnie wymachując torbami z zakupami. Nie mógł uwierzyć, że resztę 
szkolnych dni spędzi w towarzystwie samych chłopaków. Na co będzie 
patrzył?

- Więc jak to jest żyć bez dziewczyn?
Rhys zmrużył złoto-brązowe oczy, jakby naprawdę się zastanawiał 

nad odpowiedzią.

- W porządku. Moja  dziewczyna chodzi do  Seaton Arms,  dalej 

przy tej samej ulicy, więc to nie są ciągle tylko faceci.

Owen westchnął z ulgą. Wyciągnął się na kocu, czując jak słońce 

go grzeje przez T-shirt. Obok nich przebiegł biegacz w obcisłym stroju z 
lycry.

-

No więc... jedna z rzeczy, którą powinienem zrobić |gko kapitan 

drużyny,   to   podrzucić   trenerowi   parę   nieoficjalnych   nowinek   z 
końca lata. - Rhys przerwał ciszę. - Ponieważ Hic o tobie nie wiem, 
pościgajmy się w stawie. Ocenię twój | /as, porównując z moim.

-

Tutaj? - Owen zapytał sceptycznie i się wyprostował.

-

Dlaczego nie?

Rhys stanął na skale, machając na Owena, żeby zrobił to lamo. Zdjął 

koszulę,  odsłaniając  wyrzeźbione   mięśnie  brzucha  

i  

szerokie  ramiona 

pływaka.   Owen   wzruszył   ramionami   i   ściąg-nąl  koszulkę.   Dwie 
dziewczyny przeglądające francuskiego „Vogue'a" na pobliskiej ławce, 
zerknęły sponad pisma.

No proszę, proszę!

- Gotowy? Start!
Owen   bez   chwili   wahania   zanurkował   w   błotnistym   stawie. 

Wyplątał się wodorostów i zaczął płynąć stylem dowolnym, strasząc po 
drodze kaczki. Sunął przez wodę gładkimi, mocnymi pociągnięciami. 
Instynkt rywalizacji wziął górę.

Dotarł do drugiego brzegu ohydnego stawu. Dyszał ciężko, kiedy 

oparł stopy na błotnistym, kląskającym dnie. Miał wrażenie, jakby pod 
stopami miał owsiankę sprzed tygodnia. Zielony szlam przykleił mu się 
do ramion. Na drugim końcu stawu Rhys Stał na kamieniu, popijając z 
torby   i   się   śmiejąc.   Owen   zmrużył   oczy.   Co   do   cholery?   Dwie 
dziewczyny na ławce zachichotały.

- Ej, stary, jesteś naprawdę szybki! - krzyknął wesoło Rhys, idąc 

brzegiem do Owena.

Zza   rogu   zamku   wybiegł   dozorca   parkowy   w   zielonym 

kombinezonie.

- Tu   nie   wolno   pływać!   -   wrzasnął,   szarżując   na   Owena   z 

grabiami.

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

10

background image

Zapominając o koszulce i butach Owen pognał przed siebie. Rhys 

dogonił.go na jednej z krętych ścieżek w parku.
Kiedy dotarli do wyjścia, zatrzymali się i zgięli w pół 

zJ 

śmiechu. Owen 

wziął otwarte piwo od Rhysa. Może życie w Nowym Jorku nie będzie 
takie złe. Świetny kumpel, śliczne dziewczyny, ostre pływanie - czego 
więcej mógłby chcieć? Ej, to Manhattan. Tu zawsze chce się więcej.

voulez-vous coucher avec J?

Jack Laurent wsadziła baletki do obowiązkowego, różowego worka 

amerykańskiej szkoły baletowej. Zignorowała pozostałe tancerki, pijące 
witaminizowaną   wodę   i   flirtujące   ze  indentami  pierwszego   roku   w 
Fordham   wokół   fontanny   przed   I   incoln   Center.   W   tym   roku   Jack 
uczestniczyła   w   prestiżowym   Itażu,  co   oznaczało   kilka   dodatkowych 
zajęć dziennie, w nadziei, że zostanie wybrana do występów z zespołem. 
Tańczyła przez większość życia i przychodziło jej to równie naturalnie |
ak oddychanie. Ale dzisiaj była pół sekundy za muzyką. Po raz pierwszy 
balet wydał jej się trudny, a Mikhail Turneyev, dyrektor stażu, zauważył 
każdy jej najdrobniejszy błąd.

Kiedy szła rozległym marmurowym placem, zauważyła kroplę krwi 

z pęcherza plamiącą nowiutkie, bladobłękitne zamszowe pantofelki na 
płaskim obcasie, które kupiła w Bar-ncys tego ranka.

- Cholera - mruknęła.

Ze wściekłością ściągnęła buty i wyrzuciła je do kosza. Trach.

Dla jednych śmieć, dla innych skarb. Wsunęła na stopy wypłowiałe 
klapki J. Crew, które nosiła w torbie, kiedy wybierała się na pedikiur, i 
usiadła na jednej

z   niskich,   kamiennych   ławek,   okalających   staw   naprzeciwko  Vivian 
Beaumont   Theatre.  Zerknęła   na   Treo   i   zorientowała   się,   że   ojciec 
dzwonił do niej trzy razy, kiedy była na zajęciach. Zgodziła się na lunche 
dwa razy w miesiącu w  Le Cirque,  w czasie których ojciec pytał ją o 
szkołę i taniec, i udawał, że interesują go odpowiedzi. Ale z zasady nie 
dzwonili   do   siebie   na   pogadusz-ki.   Nawet   nie   wiedział,   że   wcześniej 
wróciła z paryskiej szkoły tańca. I zdecydowanie nie miała ochoty mu 
tego tłumaczyć.

Jack   była   nieplanowanym   dzieckiem  Vivienne  Restoin,   sławnej 

francuskiej   primabaleriny   oraz   Charlesa   Laurenta,   sześć-
dziesięcioparoletniego byłego amerykańskiego  ambasadora we  Francji. 
Vivienne zaszła w ciążę, kiedy miała dwadzieścia jeden lat i - jak chętnie 
przypominała  Jack  -  poświęciła  ciało  tancerki  oraz  karierę  dla  swojej 
jedynaczki.   Wyjechali   z   Paryża   jako   rodzina,   tuż   po   pierwszych 
urodzinach Jack, ale rodzice rozwiedli się już po kilku wspólnych latach 
w Nowym Jorku. Ojciec ożenił się potem (kilka razy) i teraz mieszkał z 
nową   żoną   i   pasierbami   w  West   Village.  Jack   wyciągnęła   paczkę 
Meritów   Ultra  Light,  zapaliła   jednego   i   zaciągnęła   się   z   teatralnym 
westchnieniem.

- Myślałem, że rzuciłaś je lata temu.

Jack   obróciła   się   i   zobaczyła   swojego   chłopaka,   J.P.   Cash-mana 

idącego w jej kierunku. Miał na sobie szorty khaki i schludną, różową 
koszulę  Brook  Brothers.   W   ręku   trzymał   podniszczoną   książkę   - 
Niewygodną prawdę. Właśnie wrócił z wyprawy na biegun południowy z 
ojcem,   tytanem   handlu   nieruchomościami,   który   próbował   poprawić 
sobie opinię, zajmując się zanieczyszczeniem środowiska. Jack szybko 
zgasiła papierosa, zgniatając go obcasem klapka. J.P. nienawidził palenia 
i zwykle starała się przy nim powstrzymać, ale skąd miała wiedzieć, że 
zaskoczy ją, pojawiając się po zajęciach? I czy nie zasłużyła sobie na 
maleńką, malusią przerwę, skoro teoretycznie nadal jeszcze trwało lato?

- Cześć, ślicznotko.

J.P.   przyciągnął   ją   do   siebie.   Objęła   jego   mocne   plecy   i   się 

pocałowali.   Smakował   imbirowymi   cukierkami.   Oparł   dłoń   na   |ftj 
pulchniejszym niż zwykle biodrze.

Kiedy   się   uczyła   w   paryskiej   operze,   nabrała   nawyku   zajadania 

croissantów z czekoladą z piekarni obok akademika.

- Masz ochotę na lunch? - zapytał J.P, obejmując ją w talii.

Zesztywniała   pod   jego   dotykiem.   Czuła   się   jak   wyjątkowo   ilusta 

kiełbasa w różowym trykocie.

Przejście z rozmiaru zero do dwójki to prawdziwa tragedia.

- O ile to nie oznacza prawdziwego jedzenia - zgodziła  lic  Jack, 

tuląc się do J.P.

Ruszyli,   trzymając   się   za   ręce,   Broadwayem   w   stronę   Columbus 

Circle.   Na   ulicach   tłoczyły   się   rodziny,   cieszące   się   Ostatnim   letnim 
weekendem, a powietrze wydawało się gęste <

K

upału.

-

Więc...   -   zaczął   J.P.,   jak   dżentelmen   zarzucając   tor-l>ę   Jack   na 

ramię. - Po wyprawie udało mi się skontaktować / lym profesorem z 
Columbii,   który   pracuje   nad   zrównoważonym   rozwojem,   a   ja 
właśnie zaczynam staż...

-

J.P.?   -   przerwała   mu   Jack.   -   Nie   powiedziałeś   mi,   że   Ifldnie 

wyglądam.

Wiedziała, że dla kogoś innego mogłoby to zabrzmieć żałośnie, ale 

J.P.   zawsze   mówił   jej,   że   ładnie   wygląda,   gdy   ją   widział.   To   była 
pierwsza   rzecz,   jaką   mówił,   i   właśnie   to   Jack   najbardziej   w   nim 
uwielbiała.

Czyż kobiety nie są troszkę egocentryczne?

- Właśnie,   że   powiedziałem.   Przywitałem   się,   mówiąc   cześć, 

ślicznotko". To to samo - odpowiedział J.P. prawie
na nią nie patrząc i otwierając dla niej szklane drzwi do Time Warner 

Center.

Racja, pomyślała Jack. Nie cierpiała domagać 

H

\[ 

mentu, ale 

odkąd wywalili ją z zajęć w • operze lraiuu samotne picie muscadeta 
w pokoju w akamdemiku, czuli che roztrzęsiona. Wróciła wcześniej i 
spę=dziła o stal i godnie u przyjaciółki Genevieve wrozlesgłej 
posiadł Maiden Lane w Hamptons. Picie Tanqirueray na pla całkiem 
miłym sposobem na zakończeni* e lata, ale I I rano nie szło jej na 
zajęciach, powróciły vwsponxnionlii w Paryżu i zrobiła się drażliwa.

Pojechali windą do Bouchon Bakery^, zwykłego I drugim 

piętrze, i usiedli przy stoliku z wictJokiem na ('ul Circle. Samochody 
tłoczyły się na rondz::ie, turyści ml wali przy fontannie pośrodku. 
No dobra,   będzie mu 

IM 

sałatki przez kilka tygodni i spędzić parę 

godzi m i więcej w studiu. I co z tego? Kochał ją najl bardzi«ej n 
wany chłopak w Nowym Jorku. Ich przezsnaczemkm h pobrać, 
zamieszkać w jednym z luksusowych bu^dynl 

żących do jego ojca, 

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

11

background image

wyjeżdżać na bajeczne e waksej' począć od równie bajecznego życia. 
Apókzi co on. nadszedł ten rok, kiedy to zrobią. Właśnie t to!

Też jakiś sposób na spalanie kalorii.

Melodia z Dziadka do orzechów Czajko_owski-«ego p ła z 

różowej torby Jack. Wyjęła telefon i spcojrzała* n lacz. Znowu 
ojciec. Skrzywiła się i przerwaała pofc-ąc

-

Kto to? - zapytał J.P., odgryzając kęss kansapl 

wanym serem, 

którą chudy kelner z kozią boródkćj| wli»< stawił na stole. Jack 
poczuła, jak burczy jej ' w brz uchu

-

Charles.

Wzruszyła ramionami i porwała frytkę zz jego talei na jej nie 

zabije.

- Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałaś? • 

- J

.Pl* /.mu brwi.

lack   zmarszczyła   nos.   Tylko   dlatego,   że   on   sam   był   blisko   cm   i 
pojechał   z   nim   na   całe   lato   na   wyprawę   na   Antarkty-akładał,   że 
wszyscy   powinni   mieć   podobne,   dobre   relacje   l/.icami.   J.P.   do 
wszystkiego   podchodził   z   pozytywnym   iiwieniem,   co   Jack 
uwielbiała, ponieważ to równoważyło że ona dostawała furii, nawet 
kiedy ktoś pomylił jej 

zamo

kłe w Starbucks. Ale teraz wolała, żeby 

entuzjazm   skiero-na   jej   osobę.   Mogliby   zacząć   od   siedzenia   w 
luksusowych,   /anych   fotelach   sali   kinowej   w   apartamencie 
Cashmanów,   ilając  Parasolki   z   Cherbourga  albo   inny   idiotyczny 
fran-

1  

film i zdejmując z siebie jedną rzecz za każdym razem, ktoś 

zapalał papierosa.
Wzięła jeszcze jedną frytkę. Już sama myśl o dłoniach J.P j ciele 
sprawiała, że robiła się głodna, lim. Chyba raczej napalona?

Chodźmy stąd - szepnęła ponad stolikiem, przesuwając imi po jego 

opalonym udzie.

Ucieszyła się, gdy zobaczyła, że jego brązowe oczy roz-ly 

podnieceniem. IŁachunek, proszę!

czarowny wieczór R... albo i nie

Rhys zanurkował do basenu o długości dwudziestu pi

ciu 

metrów w piwnicy domu rodziców przy Osiemdziesiątej Czwartej, 
miedzy Madison i Park Avenue. Sunął przez błękitną wodę, 
przecinając ją mocnymi ramionami. Desperacko próbował 
wytrzeźwieć po popołudniu spędzonym na piciu z ty] nowym 
chłopakiem, Owenem Carlsem.

Czy wody nie powinno się pić, jeśli się chce wytrze wieć?

Gdy na chwilę zatrzymał się przy drugim końcu basenu, poczuł 

się,   jakby   dostał   choroby   morskiej.   Nie   pomagał   fakt,   że   basen 
wyłożono włoskimi kafelkami ręcznie malowanymi w rozgwiazdy, 
wodorosty   i   ośmiornice.   Miał   wrażenie,   jakby   tonął   w   jakichś 
bazgrołach wykonanych przez niedorozwiniętego pięciolatka.

Zerknął na wielki, odporny na wilgoć zegar ponad Łękowymi 

drzwiami, które oddzielały basen od reszty pomieszczeń sportowych 
w piwnicy. Siódma trzydzieści pięć. Jego dziewczyna, Kelsey, miała 

pojawić się o ósmej, a nie widzieli się od czerwca. On całe lato 
spędził w Europie w posiadłości w Walii, która od pokoleń należała 
do rodziny ojca. Większość czasu przesiedział w miejscowym pubie 
z kuzynami albo latał
<!<>   Londynu   prywatnym   odrzutowcem   na   mecze   piłki   nożnej. 
Kelsey była w swoim domu na Cape Cod w Orleans. Rozmawiali 
przez   telefon,   ale   rzadziej,   niż   Rhys   by   sobie   życzył.   Zajęcia   i 
różnica czasowa sprawiały, że ciągle się mijali. Ona il/.woniła, gdy 
on spał, on, kiedy ona była na plaży, siedziała pr/.y kolacji albo po 
prostu jej nie było. Teraz wreszcie mieli /ansę pobyć razem. Rhys 
nie chciał być pijany.

Zanurzył   głowę   i   zaczął   szybko   płynąć   stylem   motylkowym. 

Kiedy jego mocne ramiona cięły wodę, wpadł w rytm i wreszcie 
lepiej   się   poczuł.   Styl   motylkowy   zawsze   należał   do   lego 
ulubionych, ponieważ wymagał siły i delikatności zarazem. Trzeba 
było jednocześnie współpracować z wodą i wal-

i

/yć z nią. Zawsze 

uważał, że to przypomina seks.

Nie, żeby miał o tym jakieś pojęcie.

Przez całe lato Rhys myślał o obietnicy, którą złożyli sobie pod 

koniec roku, że kiedy tylko znowu się zobaczą, po raz pierwszy będą 
się kochać.

Kochać? O rety, stary.

Rhys i Kelsey znali się od przedszkola, kiedy wylądowali w lej 

samej grupie w ekskluzywnym ośrodku Ali Souls przy I ,exington. 
Wtedy   zapytał   ją,   czy   zostanie   jego   Walentynką,   |   lady   Sterling, 
która   akurat   nagrała   tę   chwilę,   każdego   czternastego   lutego 
puszczała   to   w   swoim   programie.   Na   poważnie   zaczęli   ze   sobą 
chodzić   w   dziewiątej   klasie   i   teraz   -   jak   jazz  

i  

czerwone   wino   - 

stanowili nierozłączną parę.

Dziś wieczorem miał nadzieję, że nie będzie musiał nic mówić. 

Będą tak podekscytowani tym, że wreszcie się widzą, że to się po 
prostu... stanie.

- Jest tu kto? - Głos rozległ się w parnym powietrzu.

Rhys   zamarł   w   pół   ruchu,   zaskoczony   widokiem   Kel-ley   w 

drzwiach. Przyszła wcześniej. Wyglądała  pięknie. Już  sam widok 
delikatnej,   złotej   bransoletki   Me&Ro,   którą   jej   podarował, 
zwieszającej się z opalonej kostki, sprawiał, ż prawie go rozsadzało.

- Cześć.

Kelsey   podeszła   do   basenu,   krzyżując   ręce   na   piersi.   Rhy 

wyskoczył na brzeg i objął ją mocno. Jej włosy pachniały jab łkami.

- Rhys!   Jesteś   mokry!   -   zaprotestowała,   uśmiechając   się 

słonecznie.

Uśmiech odsłaniał odrobinę nierówne zęby.

- Przepraszam. Odsunął się, wziął ręcznik z ławki i obwiązał 
się w pasie.

- Nie   szkodzi   -   Kelsey   mu   odpuściła,   marszcząc   leciutk 

zadarty nos i całując go delikatnie w usta. Odsunęła się i wy cisnęła 
rąbek długiej do kolana sukienki. - Jak się masz?

- W porządku - mruknął Rhys. - To znaczy teraz tak.

A przynajmniej niedługo tak się stanie. W sypialni miał dwie 

butelki chłodzącego się szampana. Wziął je ze sporego zapasu ojca, 
bankiera. Wiedział, że to tania zagrywka, ale kupił też dwa tuziny 
róż w kwiaciarni na rogu, kiedy wracał do domu z parku.

Nie ma nic lepszego niż butelka piwa, żeby obudzić w 

fi 

cecie 

romantyka.

- Kto   pierwszy?   -   Uniosła   znacząco   brew,   jakby   znała 

smakowity sekret.

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

12

background image

Rhys zapomniał, jak zaraźliwy jest jej entuzjazm. Ni cierpiał 

tych dziewczyn, które udają, że są zawsze wyluzowa-ne i podchodzą 
do wszystkiego z dystansem. Kelsey była ich przeciwieństwem. 
Wszystko, począwszy od Gwieździstej noc w Muzeum Sztuki 
Nowoczesnej, skończywszy na karmel Jacąuesa Torresa, 
wywoływało u niej uśmiech.

Kelsey pobiegła kręconymi schodami na parter, który zdobiły 

szerokie, dębowe dźwigary, dzięki czemu dom Sterlingów
B] /.ypominał bardziej angielski dworek niż dom na Upper East Sicie 
na   Manhattanie.   Wszystkie   meble   były   ciężkie,   ciemne  

funkcjonalne,   uratowane   z   różnych   zamków   w   całej   Europie. 
Wyglądały surowo i ponuro nawet w jasny dzień.

Kiedy   pędzili   szerokimi,   przykrytymi   czerwonym   dywanem 

•.chodami, Rhys nie mógł oderwać oczu od wysportowanych, pie-
gowatych łydek Kelsey i szeleszczącej miękko sukienki. Modlił sic 
w   duchu,   żeby   matka   ich   nie   usłyszała.   Ostatnia   rzecz,   jakiej 
potrzebował, to przydługa rozmowa o trendach wśród nastolatków, 
która nieodzownie stałaby się fragmentem działu Znowu w szkole 
Herbatce z lady Sterling.

Trendy   wśród   nastolatków,   czyli   tracenie   cnoty   na   łóżku 

obsypanym płatkami róż ze sklepu przy Siedemdziesiątej I )/.iewiątej 
i Madison.

Wyprzedził Kelsey na schodach i wpadł do swojej sypialni na 

drugim piętrze. Szybko zapalił białe świece Bond nr 9, któ-

i  

• kupił 

na tę okazję, i puścił Snow Patrol na iPodzie z głośnikami. Przygasił 
światła akurat, kiedy stanęła w drzwiach.

Leżeć, Rhys!

- Boże, nic dziwnego, że jesteś świetnym pływakiem. Te 

Nchody 

to niezłe ćwiczenie. - Kelsey westchnęła teatralnie, udając, że ociera 
pot z czoła.

Rhys pokiwał głową, ale był zbyt zajęty myślami o czym  

innym, 

żeby się uśmiechnąć. Zwykle uwielbiał, jak się wygłu

piała,  

ale teraz 

wolałby, żeby była trochę poważniejsza. Przyj

rzała  

się pokojowi w 

półmroku.

- Co jest grane?
Zerknęła na pokryte płatkami róż łóżko, na głośniki 

i  

świece na 

parapecie. Rhys szybko zaciągnął zasłony, żeby letni zachód słońca 
nie wlewał się do pokoju. Nagle wydało mu się, że trochę przesadził 
aranżując romantyczną noc, kiedy na zewnątrz nadal było jasno.

-

Po co to wszystko?

-

Tęskniłem.

Przeczesał   palcami   nadal   wilgotne   włosy,   a   potem   speszony 

pozwolił im opaść z boków, jakby nie wiedział, co z nimii zrobić. To 
było takie dziwaczne, stać kąpielówkach, podczas gdy Kelsey była 
ubrana. Z jakiegoś' powodu wydawało się td niesmaczne. Żałował, że 
nadal czuje się lekko podchmielony i że tyle wypił z tym nowym 
chłopakiem.

- Chciałem ci pokazać, jak bardzo cię kocham - powiedział, 

przyciągając ją do siebie i całując.

Kiedy musnął wargami jej usta, ostatnie zdanie powróciło do 

niego w myślach. „Chciałem ci pokazać, jak bardzo cię kocham?" 
Czy to nie brzmiało jak klasyczny przypał? Nagle zauważył, że woda 
z kąpielówek zrobiła kałużę na podłodze z orzecha. Miał nadzieję, że 
to nie wygląda, jakby się zsiusiał.

Nie ma nic bardziej seksownego od pielucho-majtek.

- To słodkie.

Kelsey odsunęła się i usiadła na wielkim łóżku. Przyciągnęła 

kolana do piersi.

-

Pamiętasz, jak nocowaliśmy u siebie w pierwszej klasie i twoja 

mama zawsze zaciągała zasłony i udawała, że jest już* północ, 
chociaż była dopiero szósta popołudniu?

-

Pogadamy o tym później - szepnął Rhys, klękając obok niej na 

łóżku.

Delikatnie pocałował jej odsłonięte łopatki, zsuwając centymetr 

po   centymetrze   ramiączko   sukienki.   Może   rzeczywiście   trochę 
przesadził z robieniem nastroju. Właściwie słońce wlewające się do 
pokoju   byłoby   całkiem   miłe.  Kelsey   uśmiechnęła   się   tajemniczo, 
Rhys   poczuł   w   sobie   nerwowe   poruszenie.   Zaczął   całować   jej 
obojczyk i szyję, i wreszcie usta. To się działo. Wreszcie się stanie.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi.

Rhys odsunął się lekko, ale nadal czuł gorący oddech Kel-ey na 

policzku.

-

Tak? - zapytał ostrożnie.

-

Rhys,   kochanie,   przyszła   Kelsey?   Wydawało   mi   się,   że   H 

słyszałam.

Był   to   przenikliwy   głos   lady   Sterling,   okraszony   angiel-ikim 

akcentem,   chociaż   urodziła   się   i   wychowała   w   Green-wich   w 
Connecticut,   a   nie   w   Greenwich   w   Wielkiej   Brytanii.   Kirys 
zastanawiał się, czy wiedziała co robią... a raczej zamie-

zali robić.

- Tak, mamo - wymamrotał, znowu obwiązując się w pa-lie 

ręcznikiem i kręcąc głową.

Jego   matka   uwielbiała   Kelsey.   Na   szczęście   uczucie   było 

odwzajemnione. A nawet jeśli nie, to Kelsey nigdy się nie skarżyła. 
To była jedna z wielu rzeczy, które w niej uwielbiał.

-

Jak cudownie! - Głos lady Sterling wzniósł się o oktawę, w 

sposób,   w   jaki   zwykle   mówiła   przed   kamerą.  -   Byłoby   miło 
zobaczyć   się   z   wami   w   oranżerii   na   herbatce.   Chciałabym 
usłyszeć wasze zdanie na temat działu szkolnego do jutrzejszego 
programu - zagruchała za drzwiami.

-

Świetnie, lady S! - zawołała Kelsey.

Wygładziła   sukienkę   i   założyła   za   uszy   falujące   włosy   w 

kolorze bursztynu.

Słychać   było   oddalające   się   kroki   lady   Sterling;   zeszła 

schodami.

-

Powinniśmy   do   niej   pójść.   -   Rhys   wzruszył   bezradnie 

ramionami. - Przepraszam. Jesteś zła?

-

Nie - odpowiedziała Kelsey i wstała z łóżka. - W porządku. 

Innym razem.

Podeszła do zasłoniętego okna i zdmuchnęła świece.

- Pójdę   pozabawiać   twoją   mamę.   Dołącz   do   nas,   jak   się 

przebierzesz - dodała, całując go w nos.

Rhys   zdmuchnął   pozostałe   s'wiece,   gdy   Kelsey   zamknęła   za 

sobą drzwi. Czy tylko mu się wydawało, czy też w ogóle się nie 
zdenerwowała, że im przerwano? Poszedł do łazienki, odkręcił wodę 
i pozwolił, żeby pomieszczenie wypełniła para. Może tylko to sobie 
wyobrażał. Może nadal był podpity.

Może. Ale wiadomo, że masz kłopoty, kiedy bardziej parno jest 

łazience niż w sypialni.

plotkdrd.net

lematy     na celowniku       wasze e-maile     zapytaj

/ystkie   nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwiska   oraz   wydarzenia   zostały 

zmienione 

lub 

skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

13

background image

hej, ludzie!

Mniej szczęśliwi spośród nas mają jutro wielki, a raczej sądny dzień 
- powrót do szkoły. Po lecie pełnym imprez do piątej nad innem i 
spaniu   do   czwartej   popołudniu   czas   nastawić   budziki   i   spakować 
tornistry.   Kiedy   będziecie   wyciągać   nowiutkie   •.weterki   TSE   i 
zapinać   grzeczniutkie,   lakierowane   pantofelki   na   pasek   Miu   Miu, 
pamiętajcie: nie chodzi tylko o naukę.

końcu tutaj, na Upper East Side, pracujemy ciężko i rów-

Mi. 

■ ostro 

balujemy. Oto prawdziwa lista rzeczy do zrobienia pierwszego dnia 
szkoły:

I.   Zamówcie   masaż   wCornelia   Day   Resort   na   rogu   Pięćdziesiątej 
Pierwszej i Piątej. Wstawanie rano do szkoły to mordęga po tym, jak 
do później nocy tańczyło się w hotelu M.iritime w sali balowej Hiro.
,'.   Załatwcie   sobie   korepetytorów.   Przystojni   chłopcy   ze   studiów 
medycznych   są   rozchwytywani,   więc   się   nie   ociągaj-

110!  

Jest 

mnóstwo   chwilowo   niezatrudnionych   i   tragicznie   pizeuczonych 
frajerów,   ale   przecież   chcecie   też   kogoś,   na  

Kogo  

przyjemnie 

popatrzeć, nie?
|,   Przygotujcie   się   do   zbliżeń.   Niepozowane   zdjęcia   do   rocznika 
zawsze robi się na jesieni, a wszyscy widzieliśmy, co wykopują na 
temat hollywoodzkich gwiazd w „E!". A prze-i  

loż  

sława jest nam 

przeznaczona, prawda?

* Knowledge (ang.) - wiedza (przyp. tłum.)

2 3

14

background image

Niektórzy   z   was   są   już   weteranami   i   mają   w   ręku   gotów   folder   z 
nieformalnymi fotkami. Ludzie z ostatnich klas dos konale wiedzą, co 
robić. Ale tym, którzy  dopiero zaczynają, przypominam:  to ten rok, 
kiedy ludzie wreszcie zwrócą n was uwagę. To czas, kiedy podrobiony 
dowód już nie wy gląda aż tak bardzo na podrobiony, kiedy college nie 
wy   daje   się   tak   odległy,   a   szalony   piątek   nie   sprowadza   się   do 
zwędzenia   ojcu   butelki   ginu   Bombay   Sapphire   i   oglądania   starych 
filmów.   Czas   zadbać   o   swoją   reputację.   Tylko,   żeb;   ludzie   się   nie 
dowiedzieli, jak bardzo się staracie!

na celowniku

Wieczorem  

w mundurku idzie do Constance Billard - ćwi czy. 

Wiemy, że jest bardzo podekscytowana, ale to już na prawdę...  

robi sobie niestosowne zdjęcia na tarasie apa ratem w komórce. Hm, to 
nie jest tak odosobnione miejsce jak może jej się wydawać.  

O  

bez 

koszulki na Piątej Alei. I na Madison. I w moich snach. 

J.R 

z ojcem 

na   inspekcji   nowego,   ekologicznego   budynku   wTribece.   Brawo, 
Kapitanie   Planeto!  

R  

wyrzuca   przez   okno   płatki   róż,   prosto   na 

Osiemdziesiątą Czwartą. 

pakuje podręcznik do matematyki do torby 

Given-chy z limitowanej serii, o której słyszałam, że jest do dostania 
tylko w Europie. Czy jest coś, czego ta dziewczyna nie ma?

Wasze e-maile

E9 

Kochana P!

No   więc   słyszałam,   że   teraz   w   Barneys   robią   rewizję 
osobistą,   bo   ta   laska,   która   wprowadziła   się   do   starego 
mieszkania   Waldorfów,   wpakowała   się   w   jakiś   spory 
przekręt z kradzieżami. Podobno próbowała wrobić 

J. 

Wiesz, 

co się stało? KlientkaBarneys

Droga KB!

Cóż, wszyscy wiemy, że w Barneys bywa, że dziewczynę zaswędzą 
ręce i może nieco ją ponieść. Ale czy nowa miałaby tyle odwagi, 
żeby spróbować coś ukraść i w dodatku podpaść 

J? 

P.

Droga P!

Kręciłam się dziś w Central Parku i widziałam po prostu 
przecudnego chłopaka w kaczym stawie. Chciałabym się z nim 
spotykać, ale nie wiesz, czy od tej wody człowiek nie złapie jakiejś 
dziwnej choroby? Hipochondryczka

Droga H!

Skoro tak bardzo ci zależy, żeby się z nim spotykać, pomyśl, jak 
długa musi być kolejka chętnych. Bardziej bym się martwiła 
konkurencją niż radioaktywnym szlamem ze stawu. R

Kochana P!

Moi rodzice zmuszają mnie do pójścia do idiotycznej szkoły dla 
dziewcząt,   chociaż   właśnie   wróciłam   z   miesięcznej   podróży   po 
Europie, gdzie ludzie mają tyle wolności i mają kontakt ze swoją 
seksualnością. Jestem tak zdołowana, że nie mam pojęcia, co robić. 
Serio. Alienacja wśród nastolatków to temat zgrany do bólu; nie 
jestem w stylu młodej narkomanki, nie piszę poezji i zdecydowanie 
nie kręcę dziwacznych filmów. Ale co mam robić, żeby przestać 
cierpieć? Niezadowolona

Wejście Carlsów

49

ES 

Droga N!

Hm, wygląda na to, że fajna z ciebie dziewczyna. Ale masz 
rację,   alienacja   wśród   nastolatków   to   ograny   temat.   A   więc 

jesteś   młoda,   bogata   i   miejmy   nadzieję,   nie   wyglądasz 
tragicznie, chociaż może szybka sesja z woskiem byłaby na 
miejscu,   bo   wiem,  

że  

Europejczycy   cenią   sobie   naturalny 

wygląd.   Dam   ci   dokładnie   taką   samą   radę   jak   każdej 
szanującej się pięciolatce przed pierwszym dniem w ultra-
eks* kluzywnym przedszkolu - znajdź sobie przyjaciółkęl I 
nie bij chłopców na placu zabaw, no chyba że akurat to cię 
kręci. R

Czas na sen dla urody. Wam też się przyda. Pamiętajcie, jutro 
pierwszy dzień reszty waszego życia. Wykorzystajci go dobrze.

Wiecie, że mnie kochaci 

Plotkar

wszystko o A

- Na   pewno   dasz   sobie   rade?   -  Avery  zapytała   młodszą,  

■ 

M a l e  

siedem   minut,  siostrę,  Baby,  która  s'ciskala  domowej  

inhoty 

ekstra-dużą   porcję   herbaty   z   mlekiem   i   gapiła   się   jak 
zahipnotyzowana w swoje brudne, hawajskie klapki.

Skręciły   w  Madison   i  szły   w  kierunku   budynku   z  czerwonej 

cegły na Wschodniej Dziewięćdziesiątej Trzeciej, gdzie znajdowała 
się szkoła dla dziewcząt Constance Billard.

- Aha - mruknęła poirytowana Baby.

W   końcu   to   jej   siostra   świrowała   i   zmusiła   je  do   wyjs'cia  

siódmej rano, godzinę przed rozpoczęciem zajęć.

- I tak nie sądzę, żebym długo tam została - dodała ta-bmniczo, 

wiążąc  kręcone,  ciemne  włosy   w  niedbały   kucyk  

i  

zwijając   je  w 

węzeł.

Baby miała ten rodzaj włosów, które wyglądały tym lepiej, im 

rzadziej sieje  szczotkowało. Albo myło. Co  oznaczało, że izadko 
robiła jedno i drugie. Gdyby Avery raz w tygodniu nie 

ni 

/ądzała na 

nią zasadzki z mgiełką ułatwiającą rozczesywanie <><l Bumble and 
bumble oraz szczotką z włosia Mason Pearson, 

i" |iiż 

dawno miałaby 

na głowie dredy.

Trzeba dzwonić po doktora Fekkai. Szkoda tylko, że nie 

|l 

/d/i na 

wizyty domowe.

- Możesz zdjąć tę bluzę? Śmierdzi. Avery spiorunowała 
wzrokiem czerwoną bluzę Nantuckel

High, której Baby nie chciała zdjąć, odkąd Tom wyjechał. Ave^ ry 
uwielbiała romantyzm, ale dlaczego Tom nie mógł zostawidf Baby 
na   pamiątkę   czegoś   normalnego,   na   przykład   naszyjnika!   od 
Tiffany'ego?

- Proszę - dodała  Avery,  tym razem nieco milej, widząc, że 

siostra nie zamierza zdjąć bluzy.

Baby zrobiła zeza i pokazała jej język, ale zdjęła bluzę, od-

słaniając farbowany T-shirt Grateful Dead, pamiątkę z czasów, gdy 
ich matka była zapaloną hipiską. Avery westchnęła sfrustro-fl wana. 

1 5

G
B

background image

Czy   jej   siostra   aż   tak   bardzo   chciała,   żeby   ubrane   w   ciul   chy   od 
projektantów koleżanki od razu ją znienawidziły? BabyJ przegrzebała 
ogromną, neonowo-zieloną torbę na ramię Brooklyn Industries i wyjęła 
niebieski blezer Constance Billard.

- Robię   to   tylko   dla   ciebie.   -   Uśmiechnęła   się   promiennie  do 

Avery, wkładając blezer i upychając bluzę do torby.

- Od razu lepiej - westchnęła zadowolona Avery.
Na szczęście blezer zasłaniał tańczące misie na koszulce Baby.

Skręciły   na   rogu   Sześćdziesiątej   Trzeciej   i   zbliżyły   się   do 

dwupiętrowego ceglanego budynku.

- Jesteśmy   na   miejscu   -   mruknęła  Avery,  kiedy   przechodziły 

przez potężne, ciemnoniebieskie, podwójne drzwi! szkoły.

Rozejrzała  się  nerwowo  po  morzu  dziewcząt   w  spódniczkach  z 

krepy ze lśniącymi włosami i świeżo rozjaśnionymi) pasemkami. Skąd 
miała   wiedzieć,   z   którą   z   nich   się   zaprzyjaźnić?   Na   chwilę   straciła 
pewność siebie i prawie żałowała, żel nie jest z powrotem w szkole na 
Nantucket,  gdzie w zeszłym roku w głosowaniu wybrano ją najlepiej 
ubraną   dziewczyną   i   zebrała   najwięcej   komplementów   w   dziale 
pochwał rocznika
• i.ii niej klasy, chociaż była dopiero w klasie dziesiątej. Jakim udem 
ma się wyróżnić tutaj? Cóż, dla chcącego nic trudnego.

- No dobra, dziewiąta klaso! Za pięć minut zaczynamy wycieczkę! 

- rzuciła tubalnym głosem wielka kobieta z okrasi, płaską twarzą jak u 
szmacianej lalki. Złapała  Avery  za iiunię i poprowadziła ją do grupy 
niskich, podenerwowanych 'l/u-wczyn, tłoczących się w kącie.

- Ale ja jestem w jedenastej ! - zaprotestowała Avery. Wyglądała 
aż tak dziecinnie? W czarnej, skórzanej opasce,

zgrabnie trzymającej blond włosy, w granatowych pantoflach 

luv. 

pięty 

Louboutina  i  w  perłach  od  babci z  pewnością  nie  wyglądała  aż  tak 
młodo.   Rozejrzała   się   i   zobaczyła,   że   każ-

il i i  

dziewczyna   miała 

dokładnie   taką   samą   torebkę   od   Louisa  Vuittona  jak   ona.   Torebki 
praktycznie krzyczały: „Bez pomy-

r'! Zarumieniła się.

- Witam w Constance Billard. Jestem dyrektorką szkoły, l|/y wam 

się McLean - huknęła kobieta.

Fioletowe guziki kostiumu opinały się na jej wielkich pierdlach.

- Zaraz   pojawi   się   wasza   przewodniczka   i   opowie   wam   •   > 

wszystkim.

Rozkojarzona, poklepała Avery po głowie, obróciła się na piecie i 

ruszyła   za   drobniutką   nauczycielką   o   ciemnych,   krótko   obciętych 
włosach.

-

Dobrze   wyglądam?   -   szepnęła   niespokojnie  Avery  do   plostry, 

kiedy   już   znalazły   się   w   bezpiecznej   odległości   od   młodszych 
dziewcząt.

-

Pewnie   -   odparła   z   roztargnieniem   Baby,   zatrzymując  

lc, 

żeby 

obejrzeć gablotę z nagrodami pośrodku głównego

lory 

tarza.

- Uciekam do toalety - postanowiła Avery.

Musiała   się   upewnić,   że 

jej makijaż się  nie rozpłyną,I, 
chciała pomalować jeszcze raz 
usta, umyć zęby i zerknąć, czy 
nigdzie   na   głowie   nie   odstają 
jej wicherki.

- Za   pięć   minut   mamy 

francuski!   -   dodała   i   pisnęła 
nerwowo.

Baby tylko machnęła ręką.

Avery

 stanęła   przed 

lustrem   ponad   rzędem 
umywalek   i   umyła   ręce, 
chociaż   nie   musiała.   Po   jej 
prawej   i   lewej   stad   ły 
dziewczyny,   które   -   jak 
zgadywała - są jej koleżankami 
z   roku.   Uśmiechnęła   się   w 
lustrze   do   dziewczyny   o 
prostej, ciemnej grzywce, która 
nakładała   zdecydowanie   za 
dużo   różu   Nars.   To   był 
doskonały odcień dła każdego, 
ale   nie   kiedy

 sii

 nim 

wypacykujesz.

-

Cześć,   nazywam   się 

Avery

 -   wypaliła, 

zaskoczona

 

własną 

odwagą, ale w brązowych 
oczach   dziewczyny   było 
coi przyjaznego.

-

Jiffy.

 

-

 

Tamta 

uśmiechnęła   się   krótko   i 
zaraz   znowu   zmarszczyła 
brwi, patrząc w odbicie.
Avery  szybko   wysuszyła 

ręce   papierowym   ręcznikiem, 
niepewna, czy dziewczyna była 
miła,   czy   całkowicie   ją  zig» 
norowała.

Wyszła z łazienki i miała 

jeszcze   minutę.   Zerknęła   na 
plan   zajęć   w   różowym 
organizerze

 Filofax.

 Sala 

numer   125,   zaawansowany 
francuski   z   madame  Rogers. 
Sala 125 znajdowała się w tym 
korytarzu.  Avery  weszła   i 
minęła   Baby,   która   siedziała 
przy   samych   drzwiach.   Ona 
zamierzała   usiąść   z   przodu   i 
pośrodku.

-

Więc   Jack   wróciła 

wcześniej   z   Paryża   i 
siedziała   aż   do   teraz   w 
Sagaponack?   -   zapytała 
Jiffy,   wchodząc   do   kia-

sy.   Usiadła   obok 
biuściastej dziewczyny w 
kremowej   bluzce   z 
bufiastymi   rękawami  od 
Calvina Kleina.

-

Aha   -   odpowiedziała 

biuściasta   znudzonym 
głosem,   bawiąc   się 
dwiema

 

grubymi, 

emaliowanymi 
bransoletami   u.   nncs   i 
przesuwając je za łokieć. 
-   Byłam   w  Hamptons 
lylko dwa tygodnie. Mam 
już   trochę   dosyć 
wschodniego wy-lir/.eża.

Avery  się   uśmiechnęła. 

Wszyscy wydawali się tu tacy 
wyrafinowani. Ale Jack... czy 
to   nie   imię   tej   jędzy   z   Bar-
Mys?

 Avery

 spokojnie 

przygładziła   blond   włosy.  To 
pewnie   hrdzo   popularne   imie 
na Upper East Side. Jak Chloe 
albo Madison.

Albo Baby?

Rozwinięta   dziewczyna 

zerknęła   w   jej   kierunku 
wyczekująco.

 Avery 

odpowiedziała   uśmiechem, 
czując lekki zawrót głowy.

- Ukradłaś

 

wczoraj 

jeszcze   jakieś   torebki?   - 

usłyszała 

\\rry

 za sobą.

Odwróciła   się   i   spojrzała 

prosto   w   twarz   swojemu 
odbiciu   w   mosiężnej 
sprzączce torby od  Givenchy. 
Powoli   podniosą   wzrok.   Nad 
nią   stała   i   uśmiechała   się   z 
góry

 Jack   Laurent

 w 

beżowych

 

pantoflach 

Christiana   Louboutina   i   w 
idealnie /noszonym krepowym 
mundurku.   Wyglądała   na 
jeszcze   wyż-,/;|   i   jeszcze 
bardziej wredną niż wczoraj.

- Ehm, cześć - 
wymamrotała Avery, 
unikając jej wzro-

ku.

Dwa słowa przebiegły jej 
przez głowę: „o!" i 
„cholera".

- Następnym

 

razem 

może   wypróbuj  Barneys  w 

1 6

background image

New   Jersey   -   stwierdziła   Jack, 
uśmiechając   się   do   dwóch 
dziewczyn   obok  Avery.  -1 
musisz się przesiąść, bo zajęłaś 
moje miejsce.

Jack   wypakowała   zeszyt   i 

elegancki,   srebrny   długopis 
Montblanc   z   torby.   Położyła   je 
na ławce.

- Możesz   usiąść   przy 

drzwiach,   na   wypadek,   gdybyś 
mu-liała uciekać - zasugerowała 
przesłodzonym   głosikiem.   -   Po 
tym,   jak   ukradniesz   torebkę 
madame Rogers.

Z   płonącą   twarzą  Avery 

wzięła   torbę   i   rozejrzała   się   za 
innym   miejscem.   Klasa   szybko 
się   zapełniała   i   wolne   miejsce 
zostało   tylko   obok   Baby,   która 
nie zdjęła ciemnych okularów i 
drapała długopisem po ławce. W 
pogniecionym   blezerze,   z   po-1 
targanymi   włosami   i   w 
ciemnych   okularach   wyglądała 
jak Kate Moss w czasie odwyku. 
Avery  powoli podeszła do niej. 
Kochała   siostrę,   ale   siedzenie 
razem   pierwszego   dnia   szkoły 
trąciło   nieprzystosowaniem, 
jakby   nie   miały   żadnych 
przyjaciół.

A miały?

-

Cześć - powiedziała, 

siadając.

-

Kto   to?   -   zapytała   Baby, 

przesuwając   okulary   na 
głowę,   żeby   przyjrzeć   się 
ładnej,

 

piegowatej 

dziewczynie,   piorunującej 
je obie wzrokiem.
Baby uśmiechnęła się do 

niej nieszczerze i pomachała. Na 
Upper East Side jest pełno jędz, 
pomyślała.

- O co jej właściwie 
chodziło? - zapytała.

Avery czuła, że wszystkie 

dziewczyny gapią się na nie. Nie 
tak chciała się poznać z ludźmi 
ze szkoły.

- Nie wiem - 
odpowiedziała szeptem.
Nie   opowiedziała   Baby   o 

wczorajszej   katastrofie   w  Bar-
neys,  wiedząc,   że   ta   nigdy   nie 
dałaby   jej   o   tym   zapomnieć. 

Wyciągnęła   czarny   sweter   z 
kaszmiru TSE i zapięła go pod 
szyję, na wypadek, gdyby miała 
dostać   pokrzywki.   Madame 
Rogers weszła do sali ubrana w 
elegancki,   czarny   kostiumj 
Tocca.

 

Miała

 

około 

sześćdziesiątki, ale starzała się z 
klasą,   jak  Catherine   Deneuve. 
Położyła   książki   na   biurku   i 
przyjrzała  się  klasie   pełnej 
dziewcząt.

- Witam   ponownie   - 

powiedziała. - Jacqueline, jak za 
wsze   miło   cię   tu   widzieć   - 
dodała,   zauważając   Jack, 
siedzącą w pierwszej ławce po 
środku,   praktycznie   na   biurku 
nauczy   cielki.   Nie   sposób   nie 
zauważyć kogoś, kto wybrał to 
miejsce,   pomyślała   z   goryczą 
Avery.

- Ponieważ mamy w klasie 

nowe dziewczęta, zaczniemy M 
przedstawienia

  się   po 

francusku.   Jack,   możesz   robić 
notatki na tablicy?

Jack wstała.

- Oczywiście.   Jest   jakaś 

kreda,   którą   mogłabym   pod-
kraść? - syknęła w stronę Avery 
i wdzięcznym krokiem, z rożki 
iłysanymi

 

kasztanowymi 

włosami podeszła do tablicy.

Madame Rogers zauważyła 

Avery  i Baby i klasnęła w dło-
nie, jakby zobaczyła najbardziej 
ekscytującą   rzecz   w   swoim 
/.yciu.

- Nos

 

nouvelles 

étudiantes

1

 -  zawołała. -  Peut-

&re

 voulez-vous   vous 

présenter

2

!

Avery

 odchrząknęła, 

starając   się   nie   robić   wrażenia 
zbyt

 

«

 

nluzjastycznie 

nastawionej.

 

Doskonale 

wiedziała, co powie. 

Przez 

cały 

ranek

 

przygotowywała 

prezentację.   „Nazywam   się 
Avery

 Carls.   Właśnie 

1

Nos nouvelles étudiantes! Peut-

être voules-vous vous présenter? 
Iliane.) - Nasze nowe uczennice! 

Może byście się przedstawiły?

2

Nos nouvelles étudiantes! Peut-

être voules-vous vous présenter? 

Iliane.) - Nasze nowe uczennice! 
Może byście się przedstawiły?

przeprowadziłam   się   tutaj   ze 
Sconset, Nantucket i bardzo się 
cieszę,   że   będę   tu   mieszkać. 
Interesuję 

Nię..."

- Peut-être   pourraient-

elles   commencer   par   nous 
parler leurs choix intéressants 
vestimentaires

3

! - zasugerowała 

niewinnie Jack, nim Avery czy 
Baby   zdążyły   powiedzieć 
choćby •.Iowo.

Wzięła   kredę,   jakby 

dziewczyny   mogły   nie 
zauważyć   sarkazmu   i   zacząć 
odpowiadać.

- Quelle  suka! - wyrwała 

się Baby, po części kryjąc sło-
wa za udawanym kichnięciem.

Avery

 obróciła   się 

gwałtownie   i   spiorunowała 
siostrę   w/.rokiem.   Czy   Baby 
właśnie zaklęła?

- Excusez-moiï

 

Arystokratyczna

 

twarz 

madame

 Rogers 

poczerwieniała.

- Excusez-moi 
uśmiechnęła się Baby. 
Szczera skrucha.

- Mais,   comment   dit-on 

suka

4

? - ciągnęła Baby mówiąj 

perfekcyjnym   francuskim.   - 
Parce que je pense que c'est m 
meilleur mot pour décrire cette 
fille. 
- Wskazała na Jack.

Avery

 przeanalizowała 

słowa.   Baby   mówiła   szybko, 
jak   rodowita   Francuzka,   co 
naprawdę   robiło   wrażenie. 
Tylko  żĄ  właśnie   stwierdziła, 
że Jack Laurent jest suką.

-

Je   m  'excuse

5

 -  Avery 

szybko   przerwała   ciszę, 
która   zapadła   wśród 
zszokowanych dziewczyn. 
Nawet   nie   spojrzała  

na 

3

Peut-être pourraient-elles 

commencer par nous parler leurs 

choix intéressants vestimentaires? 
(franc.) - Może mogłyby zacząć, 

opowiadane nam o swoich 
ciekawych wyborach w kwestiach 

stroju?

4

Mais, comment dit-on suka? 

Parce que je pense que c'est le 

meiÙ leur mot pour décrire cette 
fille 
(franc.) - Ale jak powiedzieć 
„suka"? 

Bo 

myślę, że to słowo 

najlepiej pasuje do tej 

dziewczyny.

5

Je m'excuse (franc.) - 

przepraszam.

Baby.   Co   do   cholery 
wyrabiała jej siostra?

-

Sortez

6

  !   -   zażądała 

madame Rogers. - Proszę 
do gabinetu pani McLean 
-   dodała   łagodniej, 
najwidoczniej   próbując 
zachować   spokój   i 
panowanie nad klasą.

-

Au   revoir.  -   Baby 

wyszczerzyła   zęby   i 
zabrała ogromną torbę na 
ramię.

Mrugając do Avery, 
spokojnym krokiem wyszła z 
sali. Avery spojrzała na 
madame Rogers. Bardzo 
chciała naprawić to, co 
popsuła jej siostra.

-

To jej pierwszy dzień w 

szkole   i   dlatego   się 
denerwuje.   To   takie 
zaburzenie.   Coś   w 
rodzaju   francuskiego 
syndromu  Tourette'a  - 
tłumaczyła 
zdesperowana.

-

To była twoja siostra? - 

zapytała madame  Rogers 
zerkając na łistę uczennic 
i  całkiem  zapominając  o 
tym,   że   powinna   mówić 
po francusku.

Avery  pokiwała   głową, 

chociaż   w   tej   chwili   gotowa 
była wyprzeć się Baby.

- A ty jesteś?

W   klasie   zapadła   cisza. 

Jack   nadal   stała   z   kredą   w 
ręku. luk stenotypistka na sali 
sądowej   czekała,   kiedy   ma 
zacząć pinu

7

.

- Avery Carls. I jeszcze raz 

przepraszam. To nie jej wina 
•.kłamała.

Niech   Baby   wyjdzie   na 

dziwadło. Przynajmniej pozo-
tftłe   dziewczyny   będą   jej 
współczuć,

 

bo

 

musi 

wytrzymywać  

I

 

..l

rudnym" 

członkiem rodziny. Kątem oka 

6

Sortez* (franc.) - wyjdź!

7

Mais, comment dit-on suka? 

Parce que je pense que c'est le 
meiÙ leur mot pour décrire cette 

fille (franc.) - Ale jak powiedzieć 
„suka"? 

Bo 

myślę, że to słowo 

najlepiej pasuje do tej 
dziewczyny.

1 7

background image

zauważyła,   że   na   Iwarz   Jack 
wypływa uśmiech.

- Ja

 

też

 

chciałam 

przeprosić,   madame  Rogers  - 
oznajmiła   sztywno   Jack.   -   Nie 
zdawałam   sobie   sprawy,  że   tak 
ją   /denerwuję.   Poznałam  Avery 
wcześniej i gdybym wiedziała, ■ 

 

siostrami,

 

byłabym 

delikatniejsza.   Wiem,   że  Avery 
też

n.i problemy - dodała, 

marszcząc   z   troską   brwi,   jakby 
siostry

 

i

 

'.u

 

Is

 były 

najsmutniejszymi istotami, jakie 
poznała w swoim 

ifciu.

Reszta klasy zachichotała i 
zaczęła się gapić na Avery.

- Proszę o uwagę! - 
Madame Rogers postukała 
linijką

• biurko. - Nie chcę już słyszeć 

ani słowa od was. Zamiast go 
zajmiemy się testem z 
czasowników.

Dziewczyny

 

zgodnie 

jęknęły, podając sobie niebieskie 
książki.  Avery  czuła   na   sobie 
dwadzieścioro   par   gniewnych 
oczu.   Dziewczyna   siedząca 
przed   nią   rzuciła   książki   na   jej 
Inwkę. Część spadła na podłogę. 
Kiedy  Avery  schyliła się, fceby 
je zebrać, zauważyła pospiesznie 
nabazgrany   liścik   wy-lający   z 
podręcznika,   który   był 
przeznaczony   dla   dziewczyny 
liedzącej dalej w jej rzędzie.  

Ta  

nowa   coś   BIERZE?   Myślisz,  

/o 

blondynka   też   jest   pokręcona? 

Pod   spodem   była   odpo-Hl   iedź 
dwa   razy   podkreślona   na 
fioletowo: 

TAK.

Avery  zgniotła   karteczkę   i 

rzuciła   na   podłogę.   Tyle,   jesfll 
idzie o dobre wrażenie. Jej życie 
w Constance już się skori-czyło.

Avery  - 0, Jack - 2. Ale to 

dopiero   pierwszy   dzień.  Będzie 
jeszcze mnóstwo okazji, żeby się 
odegrać.

w   miłości   i   na 
wojnie   wszelkie 
chwyty 
dozwolone

Owen garbił się w ławce w 

małej,   wyłożonej   niebieską 
wykładziną   sali   do   historii 
sztuki   pani   Kendall   w   szkole 
św. ludy dła chłopców. To były 
ostatnie zajęcia przed lunchem 

nie   mógł   się   doczekać,   kiedy 
wyskoczy z klasy i rozepnie  

i

-

uzik   przyciasnego   kołnierzyka 
wyprasowanej,   białej   koszuli. 
Wiercił   się   na   zniszczonym, 
drewnianym   krześle,   a   zbyt 
mocno wykrochmalone spodnie 
khaki drapały go pod kolanami.

- Czy ktoś z was czuł się 

tak kiedyś? - zapytała pani Ken-
dall, młoda, do bólu nieciekawa 
nauczycielka   historii   sztuki, 
patrząc z entuzjazmem na slajd 
z  Nawróceniem św. Pawła  Ca-
iavaggia.

Owen   przyjrzał   się 

obrazowi i wyobraził sobie, jak 
opowiada o nim Kat. Ostatniej 
nocy znowu mu się śniła i teraz 
nie mógł przestać o niej myśleć. 
Popatrzył na obraz jeszcze raz, 
przyjrzał   się   niskiemu   światłu 
sączącemu się przez okno na .w. 
Pawła.   Tak   to   wtedy   czuł.   W 
jednej   chwili   był   po   prostu 
sobą,   a   w   drugiej   ujrzał   ją   i... 
Boże, ale był napalony.

- Panie   Carls,   zechciałby 

pan   powiedzieć   coś   o   najbar-
dziej

 

charakterystycznych 

cechach techniki Caravaggia?

- Chyba Duke by wolał - 

wymamrotał Owen, zerkając na 
nadzwyczaj   chudego   Duke'a 
Randalla,   który   wymachiwał 
ręką w powietrzu jak wariat.

Już   zdążył   usłyszeć,   że 

większość

 

chłopaków 

podkochujc się w pani Kendall. 
Krążyły   nawet   plotki,   że 
zaprasza   ulubieńców   do 
swojego

 

gabinetu

 

na 

„dodatkowe zajęcia". Nie mógł 
uwierzyć,   że   koledzy   byli   tak 
zdesperowani,

 

żeby 

fantazjować*

 

nauczycielkach.   Co   najmniej 
sześć sztywnych włosków 

wjff 

rastało   jej   z   pieprzyka   w 
kształcie gruszki na brodzie.

Cudo.

Kiedy   Duke   -   całe   metr 

sześćdziesiąt   pięć   -   podszedł 
do   wielkiego,   białego   ekranu 
na   przodzie   klasy,   rozbrzmiał 
dzwonek,   sygnalizując   koniec 
lekcji.

- No   dobrze,   panowie. 

Pamiętajcie,   w   sztuce,   jak   w 
życiu,   wszystko   kręci   się 
wokół   pożądania!   -   Pani 
Kendall   klasnęła   w   dłonie, 
rumieniąc się przy tym mocno.

Rhys zatrzymał się przy 

ławce Owena, który właśnie 
się pakował.

- Masz ochotę 

wyskoczyć po coś do jedzenia? 
- zaproponował przyjaźnie.

- Jasne.

Razem wyszli z klasy. Na 

korytarzu pełno było 
chłopaków w identycznych 
niebieskich blezerach ze 
złotymi guzikami.

- Dobra, pójdę do szafki. 
Zaraz wracam. Rhys 
skręcił w prawo. Owen 
szedł dalej korytarzem

Zerknął na dwóch niskich 
chłopaków po obu stronach 
jego świeżo pomalowanej na 
szaro szafki. Wyglądali, jakby 

wyL 

bierali się na spotkanie na 

Wall Street, a nie na zajęcia z 
ma

|T 

my. Jego komórka 

zabrzęczała, kiedy wyciągnął 
ją z kieszeni. Miał nadzieję, że 
Kat jakimś cudem odkryła jego 
numer telefonu.

A co powiesz na imię, tak 
na początek?

NAJGORSZY   DZIEŃ   W 

MOIM   ŻYCIU   brzmiała 
wiadomość

 ml   Avery. 

Uśmiechnął się szeroko, znając 
skłonność siostry do przesady. 
Pewnie odkryła, że w szafkach 
nie ma suszarek albo roś w tym 

stylu.   Oparł   się   o   chłodny 
metal   i   zerknął   na   korytarz. 
Jego   wzrok   padł   na   czyjeś 
nogi.   Dziewczęce   nogi. 
Przesu-

m  

wzrokiem   po 

znajomych kształtach, w górę 
po   piegowatych   udach,   na 
sięgającą   przed   kolana 
spódniczkę   w   kratkę   i   białą, 
wykrochmaloną   koszulę.   I 
wtedy ją zobaczył.

Kat.
Miraż szedł w jego 
kierunku i Owen krzyknął 
mimo woli:

- Kat!

Zerknęła   zaskoczona   i 

nagle   na   jej   twarz   wypłynął 
promienny   uśmiech.   Jej 
bursztynowe   włosy   lśniły,   a 
niebieskie   oczy   były   żywe   i 
błyszczące. Nawet w szarym, 
jarzeniowym

 

Iwietle 

szkolnego

 

korytarza 

wyglądała promiennie.

- Rhys! - pisnęła.

Owen się obrócił. 
Przyjaciel właśnie 
wyszedł zza rogu.

- Cześć!   -   Rhys   objął 

Kat. Owen patrzył na to i czuł 
się,   lakby   obserwował 
wypadek   samochodowy.   - 
Owen,   to   moja   (l/.iewczyna, 
Kelsey - przedstawił ją Rhys, 
obejmując   za   smu-k   le 
ramiona.

Owen popatrzył na 
dziewczynę. To była Kat. 
Jego Kat. Albo, hm, 
Kelsey.

Rhys patrzył to na jedno, 

to   na   drugie.   Kelsey 
wyglądała,   lakby   zobaczyła 
ducha.

Ducha minionych 
wakacji?

-

Znacie się? - zapytał.

-

Nie   znam   go.   -   Kelsey 

odsunęła   się   od   Rhysa, 
jakby |,| spoliczkowano. - 
Chciałam   zrobić   ci 
niespodziankę,   a   on 
pokazał   mi   twoją   szafkę. 
Jak   się   nazywasz?   - 
Spojrzała   na   linoleum 
przed Owenem.

1 8

background image

-

Owen - wydusił z siebie.

Czuł się tak, jakby próbował 

mówić   pod   wodą.   Co   tu   do 
cholery było grane?

- Miło   cię   poznać   - 

powiedziała Kat, wpatrując się w 
swoje stopy.

Owen wiedział, że nie może 

na nią patrzeć. Nie chciał widzieć, 
jak jej szaroniebieskie oczy patrzą 
na Rhysa  w taki  sam  sposób, w 
jaki   przyglądała   mu   się   tamtej 
nocy   na   plaży.   Kłamała,   kiedy 
powiedziała,   że   to   był   jej 
pierwszy raz?

- Więc   chyba   pójdę   na 

lunch razem z Kat... Przepraszam, 
że cię tak wystawiam - powiedział 
Rhys,   kompletnie   nieświadomy, 
że Owen i Kelsey gapią się w ten 
sam punkt na podłodze.

Przysunął dłoń Kelsey do ust 

i   pocałował,   jakby   chciał 
wszystkim pokazać, jak bardzo ją 
kocha.

-

Ej, możemy stąd wyjść? - 

szepnęła nerwowo Kelsey. ] Rhys 

poczuł jej oddech na uchu. 

Przypomniało mu to poprzedni 

wieczór i złapał się na tym, że 

trochę go to podnieciło, chociaż 

była dopiero dwunasta trzydzieści 

i stali właśnie w ponurym 

korytarzu szkolnym z szarymi 

szafkami.

- Jasne   -   odparł   ochoczo   i 

dopiero   wtedy   zauważył,  

że  

jego 

dziewczyna pobladła. - Dobrze się 
czujesz?

Zatroskany dotknął jej czoła. 

Może dopadła ją jakaś choroba.

- Aha.   -   Kelsey   wzruszyła 

ramionami i wygięła w uśmiechu 
pełne   usta.   -   Wiesz,   pierwszy 
dzień szkoły, denerwuję się. 

1

Szkołą, a może zdradą?

-

Miło było cię poznać, Owen 

-   rzuciła   znacząco   Kelsey, 
nie patrząc mu w oczy.

-

Wzajemnie   -   mruknął, 

odchodząc   korytarzem   i   po-
wstrzymując

 

chęć 

przykopania w coś.

Rhys   i   Kelsey   ruszyli   w 

kierunku   betonowych   schodów 
św.   Judy   i   skręcili   w  East   End 

Avenue.  Nie   pytając,   Rhys 
zatrzymał się koło sprzedawcy na 
rogu i kupił im po kubku kawy, 
czarna   dla   siebie   oraz   z 
podwójnym   słodzikiem   i 
jednoprocentowym   mlekiem   dla 
niej. Rhys zawsze czuł się trochę 
bardziej   męsko,  Idy  mógł   się   o 
nią   zatroszczyć,   nawet   jeśli 
chodziło o drobiazgi.

Czego więcej można 
oczekiwać od faceta?

Bez   słowa   podeszli   do 

drewnianej   ławki   w   parku   Carl 
Schurz  i   usiedli   twarzą   do   East 
River.  W   parku   było   pusto,   nie 
licząc   starszej   pani,   drepczącej 
alejką   z   yorkshire   terierem, 
ubranym w czerwony sweterek, i 
kilku   rolkarzy   jeżdżących 
hałaśliwie   w   tę   i   z   powrotem. 
Zwykle rzeka wyglądała ohydnie 
i   naprawdę   można   było   oczami 
wyobraźni   zobaczyć   ciała 
płynące z prądem. Ale z Kelsey u 
boku   widoki   były   niemalże 
mmantyczne.   Rhys   westchnął   z 
zadowoleniem,   obejmując   jej 
smukłe ramiona. Zastanawiał się, 
czy   dałby   radę   zarezerwować 
apartament   w   Mandarinie   zaraz 
po szkole. Z tak niewielkim wy-
przedzeniem...

-

Myślałem o wczorajszym 

dniu - zaczął. - Myślałem...

-

Ja też - weszła mu w słowo 

Kelsey.
Para   unosiła   się   znad   jej 

kawy. Rhys zauważył czerwona-
we pasemka w jej bursztynowych 
włosach.   Nie   mógł   się   już 
doczekać,   kiedy   naleją   sobie   po 
kieliszku   szampana   i   wzniosą 
loast za pierwszą noc reszty ich 
życia.

-

Myślałam właśnie, że 

powinnam ci coś powiedzieć.

-

Co takiego?

Kelsey   mówiła   poważnie. 

York usiadł na ziemi, ale nicze-
go   nieświadoma   staruszka   dalej 
dreptała. Rhys szturchnął Kelsey, 
mając nadzieję, że się roześmieje. 
Nie zauważyła.

- Chyba   nie   powinniśmy 

się   już   widywać   -   oświadczyła 
beznamiętnie   Kelsey,   patrząc 
przed siebie na rzekę.

Zmarszczył opalone czoło i 
ściągnął brązowe brwi.

- Zawsze będę cię kochać - 
powiedziała.

Odstawiła  kawę na  ziemię. 

Kubek   chwiejnie   zakołysał   się 
na kępce trawy.

- Co się stało? - zapytał 
Rhys.

Oczy go piekły i czuł, jak 
uszy mu płoną.

-

Jest ktoś inny - wyrwało 

się Kelsey.

-

Co?!

Rhys upuścił kubek z kawą. 

Brązowa   kałuża   popłynęła   w 
stronę   jej   klasycznych   czarno-
białych   pantofli   na   płaskim 
obcasie   od   Prądy.   Ktoś   inny? 
Ktoś poza nim?

- Ups!

 

-

 

Kelsey 

podciągnęła   kolana   i   zaśmiała 
się nerwowo.

Rhysowi   mignęły   jej 

opalone uda pod spódniczką, ale 
już   nie   miał   prawa   na   nie 
patrzeć.   Należały...   do   kogoś 
innego.   Nie   wiedział,   co 
powiedzieć.   Łza   popłynęła   mu 
po policzku, potem kolejna. Ze 
złością je otarł.

- Jeśli ty będziesz płakać, 

to i ja zacznę - zakwiliła Kelsey. 
-   Dla   mnie   to   też   jest   bardzo 
trudne. Nie chciałam cię zranić, 
ale   ty   byłeś   w   Europie,   a   ja 
przez   całe   lato   na   Cape   Cod, 
więc...

Urwała, patrząc na wodę, a 

potem spojrzała na Rhysa. Miała 
łzy   w   oczach.   Zdał   sobie 
sprawę,   że   jeszcze   nigdy   nie 
widział, żeby płakała.

- Zawsze będę cię kochać, 

ale   to   byłoby   nieuczciwe,   gdy 
byśmy zostali razem.

A potem wstała i odeszła.

Rhys   nadal   siedział   na 

sfatygowanych   deskach   ławki. 
Spojrzał   na   ziemię   i   po   raz 
pierwszy   zauważył,   jaki 
błyszczący jest chodnik, jeśli się 
na   niego   długo   patrzy.   Nie 

bardzo   wiedział,   czy   się 
popłacze,   czy   zemdleje. 
Zamknął   oczy   i   zobaczył 
gwiazdy.

Dobrze,   że   ma   teraz 

przyjaciela i może się wypłakać 
na jego ramieniu.

skoro 

niegrzeczne 
dziewczynki 
lepiej się bawią, 
to czemu B 
czuje 

się 

tak 

beznadziejnie?

Baby   otworzyła   ciężkie, 

dębowe   drzwi   do   biura   pani 
McLean.

 

Spiorunowała 

wzrokiem   złotą   plakietkę   z 
napisem   „gabinet   dyrektorski". 
To   brzmiało   tak   przesadnie, 
jakby   Con-itance   Billard   była 
jakąś   dziewiętnastowieczną 
pensją dla J/iewcząt. Usiadła w 
jednym   z   twardych   foteli   w 
poczekalni,

 

naprzeciwko 

sekretarki,   która   udawała,   że 
jest zajęta przy komputerze. Nie 
mogła   znieść   tego,   jak 
pretensjonalna była ta
/koła   -   począwszy   od 
nauczycielki

 

francuskiego, 

która   wyglądała,   jakby   ją 
przysłali   z   castingu   do   filmu 
klasy   B,   skoń-l   /ywszy   na 
wszechobecnych 
wykończeniach   z   dębu.   Zanim 
lię przeprowadzili, Baby błagała 
matkę, żeby pozwoliła jej /ostać 
na   Nantucket,   ale   Edie 
odmówiła. Wspominała nawet o 
przeprowadzce   na   stałe   do 
brzoskwiniowego   domu   babci, 
kiedy   prawnicy   zrobią   już 
swoje.   Baby   desperacko 

1 9

background image

pragnęła wrócić na Nantucket i do 
Toma,   który   nigdy   niczego   od 
niej nie oczekiwał i pozwalał jej 
po prostu być sobą.

- Pani McLean może cię przyjąć - 

powiedziała chuda

rkretarka w średnim wieku, o 

smętnie wiszących cieniutkich

włosach.   Skinęła   głową   w 
kierunku   drzwi   z   orzecha,   którt 
prowadziły   do   właściwego 
gabinetu.

-

Dzięki - odpowiedziała 

słodko Baby, wstając.

-

Nazywam się McLean.

Onieśmielająco

 

wielka 

dyrektorka   wstała   i   uścisnęła  

dłoń 

Baby   ponad   ogromnym, 
mahoniowym   biurkiem,   rzucając 
na nią cień.

- Ty musisz być Baby.

Baby pokiwała głową i 

opadła na niebieską, dwuosobową 
kanapkę w rogu, podwijając nogi 
pod siebie. Cały wystrój gabinetu 
utrzymano w kolorze niebieskim, 
białym i czerwonym. Baby za4 
stanawiała się, czy dyrektorka nie 
uważa się za prezydenta.

Pani McLean spojrzała 

znacząco na jej nogi, dając do zro-
zumienia, żeby zabrała je z 
kanapy. Baby z westchnienierr 
opuściła stopy na podłogę. Przez 
ostatnie szesnaście lat zbiei ła od 
nauczycieli same pochwały. Ze 
wszystkiego miała pią" od góry do 
dołu, nawet się nie starając. Ale 
teraz wszys wyglądało całkiem 
inaczej. Oczywiście mogłaby 
odwa~ wyjaśnić, że to był po 
prostu pokaz sytuacjonizmu, 
awang dowego ruchu w Europie z 
lat sześćdziesiątych, który prag 
wnieść z powrotem do życia 
autentyczność. Na Nantucket swój 
wybuch mogłaby jeszcze dostać 
pochwałę. Ale w suro wym 
gabinecie pani McLean czuła, że 
energia opuszcza je ciało i w ogóle 
nie chciało jej się tłumaczyć, jak 
się czuje.

- Madame Rogers właśnie 

dzwoniła, bardzo poruszo twoim 
wyskokiem - zaczęła dyrektorka, 
przyglądając się Ba 
mętnobrązowymi oczami. - Myślę, 
że mamy tu do czynieni z 

wyjątkowo niewłaściwą postawą, 
prawda?

Baby   się   skrzywiła.   Nie 

cierpiała,   kiedy   nauczycie 
używali   pierwszej   osoby   liczby 
mnogiej,   choć   tak   napraw 
powinni   użyć   drugiej   liczby 
pojedynczej,   jak   w   zdaniu:   „N 
prawdę   pokpiłaś   sprawę, 
prawda?"

A przecież właśnie o to chodziło. 
Ale nim się tym zajmiemy... 
Masz naprawdę nietypowe imię - 
oznajmiła pani McLean, 
przeglądając akta Baby. I 7v jest 
jakieś bardziej stosowne, którego 
mogłabyś uży-

Wać?
Baby zmrużyła niebieskie oczy. 
Tak się nazywam - powiedziała 
powoli, wyraźnie wy-Biwiając 
każde słowo.

W tej szkole chodziło tylko o 

konformizm.   Jedna   rzecz   to 

iniis

/.ać   uczennice   do   noszenia 

mundurków,   ale   żeby   żądać 
imany imienia?!

- No dobrze. Chciałam tylko 

dać   ci   znać,   że   masz   wybór, 
fcdybyś   szukała   czegoś   bardziej 
stosownego w szkole.

Pani   McLean   zakaszlała,   a 

Baby   zerknęła   na   oprawione   I 
drewniane   ramki   zdjęcie   farmy 
pośród czerwonych i niebie-i Ich 
kubków z ołówkami.

- Ale   oczywiście   to   twój 

wybór.   A   wracając   do   naszej 
Brawy.   Wiem,   że   to   twój 
pierwszy   dzień   w   szkole   i 
sytuacja Boże trochę przytłaczać 
ciebie   i   twoją   siostrę.   Niemniej 
oczekujemy   od   uczennic,   że 
dostosują   się   do   naszych 
warunków

 

1

 

norm 

obowiązujących   w   Constance 
Billard.

Pani   McLean   uśmiechnęła 

się   w   matczyny   sposób   i   na  

hwilę   Baby   poczuła   do   niej 
sympatię.   Dyrektorka   przypo-

minała   trochę   panią   Doreen, 
która   prowadziła   ciastkarnię   na 
Nantucket. Zawsze dawała Baby 
kawałek   rabarbaru   na   koszt 
firmy,   jeśli   Baby   zapomniała 
portfela.

- Wiem,   że   odebrałyście   z 

siostrą   niekonwencjonalne   wy-
ehowanie.   Czy   jest   coś,   co 
chciałabyś mi powiedzieć?

Skrzyżowała   wyczekująco 

ramiona,   jakby   oczekiwała 
•.kąpanego we łzach wyznania.

- Nie.   -   Baby   pokręciła 

głową. Może tylko to, że niena-
widzę   wszystkiego   w   Nowym 
Jorku, pomyślała.

- Dobrze   więc.   Skłonna 

jestem   zapomnieć   o   tym   incy-
dencie,   jeśli   zgodzisz   się 
pracować   społecznie   na   rzecz 
szkoły!   przez   tydzień.   Po 
lekcjach.   I   nie   jest   to   kara. 
Zamierzam  wyj  znaczyć   ci 
zadania,   dzięki   którym   lepiej 
poznasz   tradycje   Con-j   stance 
Billard. Chcę, żebyś' poczuła, że 
to twój drugi dom.

Baby wyobraziła sobie, jak 

poleruje   nagrody   w   korytarzu, 
podczas gdy dziewczyny tratują 
ją, pędząc na wyprzedaż, albo do 
Bameys,   czy   gdzie   tam   chodzą 
po lekcjach.

- Więc, co o tym myślisz? 

- dopytywała się pani McLean. - 
Wykonasz   prace   społeczne   i 
będziesz   się   przez   miesiąc 
grzecznie   zachowywać,   a 
zapomnimy o tym incydencie.

- Zajebiście. - Baby 
ziewnęła.

Dreszczyk   podniecenia 

przebiegł   jej   po   plecach,   gdy 
drobne   jak   u   szmacianej   lalki 
usteczka  dyrektorki ułożyły  siej 
w pełne zaskoczenia „O".

-

Słucham? - Niski głos pani 

McLean   zamienił   się   w 
warknięcie,   ale   Baby   nie 
przestała patrzeć dyrektorce 
prosto w oczy.

-

Dajcie mi tę robotę - 

ziewnęła znowu Baby. - To 
mi, wygląda na to 
„nowatorskie" myślenie, 
które czyni Constance 

Billard tak specjalnym 
miejscem. - Przy ostatnim 
zdaniu prawie zachichotała. 
- Mogę już iść?

-

Nie.   -   Pani   McLean 

zacisnęła usta. - Widziałam 
twoje   oceny   i   wiem,   że 
jesteś   bystra,   ale   to   nie 
wystarczy. W zeszłym roku 
dziewczyna,   która   uległa 
złym   wpływom,   musiała 
znaleźć   sobie   bardziej 
stosowne

 

miejsce 

nauczania,   szkołę   z 
internatem.

To brzmiało znajomo.

Pani   McLean   wyjęła 

niebieską   broszurkę   z   szafki   i 
podała   ją   Baby.

 Kodeks 

zachowania Constance Billard, 
przeczytała na okładce.

Baby wstała i wygładziła 

spódniczkę. Była tak sztywna, 
że miała wrażenie, iż mogłaby 
stać wbrew grawitacji.

- Ostatnia   rzecz   - 

powiedziała   pani   McLean, 
rozsiadając   mv   w   fotelu   i 
patrząc   Baby  prosto   w  oczy.  - 
W   Constance   kultywujemy 
doskonałość,   a   to   oznacza 
zasadę   trzech   minusów,   lir/, 
wyjątków.

Uśmieszek wypłynął na usta 

Baby.   Będzie   łatwiej   niż   się  

N

|

nidziewała.   Jeśli   wyrzucą   ją   z 
Constance, Edie  będzie mu-pla 
przyznać,   że   córka   tam   nie 
pasuje.   Nie   pozostanie   jej   nic 
innego,   jak   odesłać   ją   na 
Nantucket.   Jeszcze   kilka   dni 
przekli

naniu

 

po   francusku   i 

wyląduje   na   promie,   a   bryza 
znad oceanu w/hurzy jej włosy.

-

Powiedziałam

 

coś 

zabawnego? - Pani McLean 

zmie-i/yła   ją   surowym 

wzrokiem.

-

Nie. - Baby ruszyła do 

drzwi.

-

Dobrze   więc.   -   Pani 

McLean   nie   wyglądała   na 
przekonują.   -   Przeczytaj 
broszurkę.   I   pamiętaj, 
dzisiejszy   dzień   liczy   U 
jako pierwszy minus.

2 0

background image

Baby   wyszła   z   gabinetu, 

uśmiechając się triumfalnie. Nigdy 
nie przepadała za baseballem, ale 
teraz zaczęła go doceniać.

Bo   tam   jest   pierwsza   próba, 

druga,   trzecia.   ..iw   końcu 

wylatujesz z boiska.

jak 
zdob
yć 
przyja
cibf   i 
wpły
w   na 
ludzi

Avery

 ulżyło,

 

gdy 

zadzwoni!dzwona  obwieszczający 
koniec   zaawansowanych   zajęć   z 
anielskiego,   bo   oznaczało   to,   że 
nadszedł   czas   na   zebranie 
całejizkoly.   Ruszyła   za   dziew-
czynami, idącymi korytarzem. Ich 
ni^ekiskie ogony podskakiwały, a 
buty od Chloe stukał)wjfokrowane 
podłogi.

Nerwowo wygładziła włosy i 

r.szyh do tłocznego audytorium za 
dwiema   „nadwornymi  sdanTJadc 
Laurent.

-   Słyszałam,   że   ją   wywalili, 

tatów   jest   kompletnie   klepto,  jak 
Winona,

 i   zabronili   jej 

frzychodzid   do   supermarketu   na 
Nantucket  za   kradzież,   no   -iesz. 
chleba

 

dietetycznego

 

powiedziała drobnej  blondyncJiif) 
Bennett,

 odrzucając   długie, 

kręcone, ciemne włosy.

Jiffy była piegowata i nosiła 

ciąką,   gęstą   grzywkę,   która 
okalała   jej   okrągłą   twarz.   Druga 
dłwnjwtrzymała   gazetę   w 
łososiowym   kolorze   i   ciemne 
olairy Prądy, jakby właśnie wyszła 
z zebrania redakcyjnego „VqiieY.

-   Serio?   Nic   o   niej   nie 

słyszałaL  

tyto   olej   drugiej,   która 

nigdy   nie   myje   głowy.   Bo   niby 
wierzie n-turałny zapach ciała to 
afrodyzjak.   Wyobrażasz   sobie 
miećna/?-Wtrąciła

 

głośno 

dziewczyna   w   okularach, 
podsuwającej na małym nosie.

7 2

- A   wiesz,   że   to   trojaczki? 

Moja mama chodziła do szkoły / 
ich matką i powiedziała mi, że ich 
brat jest prześliczny! Podobno był 
modelem  Valentino,  ale  uciekł   i 
postanowił   zostać   w   Stanach. 
Podobno   ma   wziąć   udział   w 
olimpiadzie,   i   zawsze   nosi 
szczęśliwe   kąpielówki   pod 
ubraniem. Cały czas te same
dokończyła przemądrzale Jiffy.

Serce  Avery  zamarło.   One 

rozmawiały   o   jej   rodzinie.   Nikt 
hoża   Owenem   nie   nosił 
kąpielówek   Speedo   zamiast 
bokserek.

Jiffy zerknęła w jej stronę. Jej 

ciemnobrązowe   oczy   rozbłysły, 
poznała   ją.  Avery  odwróciła   się 
gwałtownie   i   szybko   ruszyli!   na 
tył   audytorium,   ignorując 
nerwowe zaciskanie się żołądka. ( 
'hciałaby   się   teraz   znaleźć   w 
zupełnie innym miejscu.

- Ktoś   tu   siedzi?   -  Avery 

wskazała na jedno z nielicznych 
pustych   miejsc   obok   wysokiej, 
szczupłej   dziewczyny   o   po-
targanych,   sięgających   brody 
ciemnych włosach, podpiętych /. 
tyłu w węzeł.

- Ty, prawda?

Avery nie była pewna, czy to 

pytanie,   czy   raczej   polecenie. 
Zawahała   się   nad   krzesłem,   a 
dziewczyna   na   nią   spojrzała. 
Miała   rozpięty   blezer   i   zwykły, 
biały   top   pod   spodem.   Na   nogi 
wsunęła   idiotycznie   wysokie, 
piętnastocentymetrowe   platformy 
w   stylu   striptizerki.  Avery  nie 
była  pewna,  ale  miała  wrażenie, 
że   dziewczyna   ma   kolczyki   w 
sutkach.   Szybko   odwróciła 
wzrok,   nim   tamta   zauważy,   że 
gapi się na jej piersi.

- Siadaj.
Dziewczyna   niecierpliwie 

poklepała   krzesło   i   wróciła   do 

książki.   Kiedy   tylko  Avery 
usiadła,

 

usłyszała,

 

że 

dziewczyny   w   rzędzie   za   nią 
chichoczą   i   szepczą   między 
sobą. Poruszyła się niespokojnie 
i   zerknęła   na   książkę,   którą 
czytała jej sąsiadka. Patrz w obie 

strony   -   biseksualizm.  Avery 
rozejrzała   się   po   sali,   szukając 
miejsca,   gdzie   mogłaby   się 
przesiąść,   nie   zachowując   się 
przy   tym   niegrzecznie,   ale 
nigdzie nie było wolnych

krzeseł. Westchnęła i usadowiła 
się, mając nadzieję, że zebranie 
szybko się zacznie i nie zostanie 
wciągnięta w rozmowę n| temat 
przekłuwania   sutków   czy 
czegoś równie ohydnego.

-

Jesteś   nowa?   -   zapytała 

dziewczyna,   zamykając 
książM Avery nie spojrzała 
w jej stronę.

-

Nazywam się Sydney 

Miller. - Tamta wyciągnęła 
rękę,

-

Avery - wymamrotała i 

uścisnęła podaną dłoń. 
Dziewczyna pokiwała 
znacząco głową.

- Świetne imię. Moi 

rodzice nazwali mnie Sydney, 
bo tam /.ostałam poczęta. 
Oczywiście trzy lata później się 
rofl wiedli i teraz tylko ja 
przypominam o idiotycznym 
łóżkowym szaleństwie w 
Australii.

Przechyliła   wyczekująco 

głowę, jakby spodziewała się, że 
Avery  opowie   o   własnym 
poczęciu.

Avery z trudem się 

powstrzymała, żeby nie 
otworzyć us(; z 
niedowierzaniem. Nie 
zamierzała opowiadać o tym, 
jak jej matka wylądowała na 
jakiejś orgietce po koncercie 
pod chmurka w New Hampshire 
i skończyła z trojaczkami. Tępo 
wpartywaln się w ozdobne litery 
na okładce śpiewnika, leżącego 
przed nią.l

-

A   tak   dla   twojej 

informacji,   ta   szkoła   jest 
beznadziejna   -   zwierzyła 
się jej Sydney. - Nie mogę 
się doczekać, kiedy się stąd 
wyniosę.   -   Westchnęła 
teatralnie   i   zaniosła   się 
kaszl   lem   nałogowego 
palacza. - Miałam nadzieję, 

że   rodzice   wyślą   mnie 
chociaż do którejś ze szkół 
w   centrum,   gdzie 
mogłabym   spotykać   się   z 
ludźmi   z   NYU,   ale   tutaj 
mieszkają   same   wredne 
suki, nie uważasz?

-

Niespecjalnie   -   szepnęła 

Avery,  zakłopotana   tym, 
jak głośno mówiła Sydney.

Może i ten pierwszy dzień 

nie był najlepszy, ale nadal za-
mierzała   poznać   tutejszych 
ludzi i zaprzyjaźnić się z nimi. 
Jak   na   razie   w  Constance 
wszystko   jej   się   podobało, 
począwszy   od   sztywnej 
dyrektorki,   poprzez   widok   z 
ogromnych okien audy

i

un 

na   eleganckie   domy   przy 
Dziewięćdziesiątej Trzeciej
ulicy,   a   skończywszy   na 
chybotliwych,

 

przeżartych 

przez   mole   nlcilzeniach   z 
niebieskiego   aksamitu.  Avery 
wyjęła   pudernicz-kv   MAC   z 
torebki   i   krytycznie   przyjrzała 
się   kościom   policzkowym   i 
odgarniętej   na   bok   grzywce, 
bardzo   twarzowej   przy   |r| 
wysokim   czole.   Co   w   niej 
takiego   było,   że   odsuwały   się 
od Hicj wszystkie dziewczyny z 
wyjątkiem

 

nadmiernie 

przyjaznej   lilscksualistki   z 
kolczykami   w   sutkach?   Kiedy 
się   pochyliła,   /cby   odłożyć 
puderniczkę   do   torby, 
zauważyła   wielką,   niekształtną 
czarną

 

gwiazdę

 

na 

przedramieniu Sydney.

Nie   można   płynąć   pod 

prąd,   jeśli   się   nie   ma 
tatuażu,   który   gląda,   jakby 
go zrobiono mazakiem.

Sydney zauważyła jej 
spojrzenie.

- Zrobiłam sobie tego lata 

tatuaż   w   Hiszpanii.   Moi   głupi 
rodzice   znowu   się   zeszli   i 

2 1

background image

zachciało   im   się   ponownie 
odkrywać 

Hf 

ks w wieku średnim, 

więc   wysłali   mnie   do   Europy. 
Tatuaż   <robił   chłopak,   którego 
poznałam na plaży w Barcelonie i 
oczy-
llcie schrzanił sprawę. Interesuje 

cię sztuka ozdabiania ciała? A 
odwrócony francuski manikiur 
się liczy?

-

Nie.   -  Avery  pokręciła 

głową,   uśmiechając   się 
leciutko  

i   .ia

rając   się   być 

uprzejma.

-

Och.   -   Sydney   była 

rozczarowana.   -   Czasem 
konserwa-Ivwne  dziewczyny 
w   głębi   duszy   są   naprawdę 
perwersyjne.

I wtedy właśnie weszła pani 

McLean  z Baby drepczącą U (ej 
boku.   Drobna   dziewczyna 
wyglądała wręcz komicznie przy 
zwalistej   dyrektorce.   W   auli 
rozległy się szepty, podczas  

1

'dy 

Baby   odprowadzono   do   miejsca 
w   pierwszym   rzędzie.  Avery 
poczuła znajomy żar w piersi. Co 
tym razem zmalowała 

|i-

j siostra?

Jack   zerknęła   do   tyłu   i 

zobaczyła, że  Avery  siedzi obok 
Sydney Miller, dziewczyny, którą 
wszyscy   ignorowali,   odkąd   w 
ósmej   klasie   ujawniła   się   jako 
feminizująca lesbijka i upierała
się,   ze   nie   powinno   się   pisać 
„woraan',   tylko   „womyn"

8

  Jack 

wyjęła   paczkę   gumy   z   torby 
Genevieve,  z   roztargnieniem   za-
stanawiając   się,   czy   piersi   jej 
koleżanki   mogą   urosnąć   jeszcze 
większe.   Już   wyglądały   na 
większe niż wiosną.

Nie żeby planowała je 
mierzyć, czy cokolwiek w 
tym stylu.

Pani   M   wyszła   na   scenę   i 

stanęła   przed   dziewczętami   w 
fioletowym   kostiumie,   który 
wyciągała   tylko   na   specjalne 
okazje.   Spiorunowała   wzrokiem 
tłum, a Jack przewróciła oczami. 
Wszyscy wiedzieli, że pani M jest 

8

Womyn (ang.) - jedna z 

alternatywnych propozycji zapisu 

słowu 

„woman", proponowana 

przez feministki (przyp. tłum.).
76

wyjątkowo cięta pierwszego dnia 
szkoły, bo nie cierpiała wracać z 
farmy w Vermont i rozstawać się 
ze   swoją   partnerką,   Vondą. 
Wolała raczej robić zapiekanki i 
jeździć na traktorze. Powszechnie 
wiadomo było, że pani M miała 
nadzieję przejść na wcześniejszą 
emery

9

 turę, żeby mogły z Vondą 

otworzyć   hodowlę   alpak   na 
północy   i   zająć   się   dzierganiem 
na zamówienie.

Są jeszcze jacyś chętni do 
kółka robótek ręcznych?

-   Moje   panie,   z 

przyjemnością   witam   was 
ponownie,   mimo   pewnych 
kłopotów.   -   Pani

 McLean 

zerknęła   na  Baby   i  serce  Avery 
zabiło   szybciej.   -   Z   radością 
witamy   wszystkie   nowe 
uczennice   w   rodzinie  Constance 
Billard.   -   Uśmiech   wypłynął   na 
wielką,   ciastowatą   twarz 
dyrektorki,   gdy   spojrzała   na 
rzędy   zadbanych   dziewcząt   z 
Upper East Side.

Kilka rzędów z przodu Jack 

szturchnęła   chudą   blondynkę   z 
wielkimi   piersiami,  która   była   z 
nimi   na   francuskim.   Ohio 
zachichotały,   po   czym   spojrzały 
na scenę, gdy zorientowały się, że 
dyrektorka   piorunuje   je 
wzrokiem.

Pani   M   zaczęła   omawiać 

politykę   na   nadchodzący   rok 
szkolny.   Przedłużone   godziny 
otwarcia   gabinetu   doradców   dla 
dziewcząt z ostatniej klasy, które 
potrzebują pomocy z podaniami o 
wcześniejsze   przyjęcie

 do 

college'u;  zakaz   palenia   na 
terenie
,/koły.   Bla,   bla,   bla,   bla.  Avery 
odpłynęła   i   zaczęła   kartkować 
lożowy  organizer.  Nie   chciała 
używać   palmtopa,   bo   uwielbiała 
elegancką   prostotę   zapisywania 
odręcznie dat i wydarzeń. Jak na 
razie cały rok krył się w rządkach 
pustych   różowych   okienek.   ('o 
ma   zrobić,   żeby   zaznaczyć   tu 

9

Womyn (ang.) - jedna z 

alternatywnych propozycji zapisu 

słowu 

„woman", proponowana 

przez feministki (przyp. tłum.).
76

swoją   obecność?   Właściwie   to 
już została zauważona, nie?

- Drogie   panie,   z 

przyjemnością   ogłaszam   nową 
funkcję   w   samorządzie   szkoły 
obok   przedstawicieli   klas   - 
ciągnęła   pani  McLean.   Avery 
nadstawiła ucha. - Wybierzemy 
spośród   was   przedstawiciela 
uczniów przy radzie nadzorczej. 
Jak wie-i'ic, mamy bardzo dobre 
stosunki z naszą radą nadzorczą. 
Niektórzy z jej członków byli z 
Constance

 Billard   od   jej 

założenia  

i  

w związku z tym są 

bardzo   zainteresowani   jej 
przyszłością.   Wybrana   osoba 
będzie reprezentować wszystkie 
uczenni-< e i będzie brała udział 
w   podejmowaniu   wszelkich 
decyzji,

 

/wiązanych

 

zarządzaniem naszą szkołą.

Jack poczuła, jak Jiffy wbija 

palec wskazujący w jej napięty 
bi-eeps.   Zbyła   ją   wzruszeniem 
ramion. Kogo obchodzi pozycja 
przed-lawiciela,   kiedy   ma   się 
tyle   ważniejszych   spraw   na 
głowie?

Na   przykład   myśli   o   J.P., 

zdejmującym koszulę, potem jej 
Imi/.kę,   swoje   spodnie,   jej 
spódnicę...

- Czy   można   by   wreszcie 

zdjąć lustra w stołówce? - wy-
iwała   się   Elise   Wells,   wysoka 
dziewczyna   z   dziesiątej   klasy, 
wymachując   wściekle   ręką   i 
potrząsając gęstymi, równo ście-
mni włosami.

Dwie   inne   dziewczyny 

krzyknęły, popierając ją z takim 
• niiizjazmem, jakby usłyszały o 
wyprzedaży   próbek   u   Prądy. 
Nagle   w   całej   auli   zaczęły   się 
dyskusje.   Wszystkie   dziewczy-
ny   nie   cierpiały   tych   luster, 
przez  które  nie  tylko  czuły  się 
gru-10,  jedząc,   ale   w   dodatku 
nie   mogły   się   przed   nikim 
schować.

- Cisza,   proszę   o   ciszę!   - 

Pani  McLean  machała   rękoma, 
hby się uspokoiły. - To nie jest 
właściwa chwila na rozmowy o 
wystroju

 

szkoły. 

Przedstawicielka   uczniów   w 

radzie   na   zorczej   będzie   miała 
słowo we wszystkich decyzjach, 
tak   dotyczących   kwestii 
dyscyplinarnych   i   imprez 
urządzanyc   przez   szkołę.   To 
zobowiązanie na cały rok, więc 
z   przyj   em»   nością   zapraszam 
uczennice   przedostatnich   klas. 
Jeśli   ktolf   jest   zainteresowany, 
proszę   zgłosić   się   do   mnie   po 
zebraniu

 

po

 

folder 

informacyjny.   Wybory   odbędą 
się   w   czasie   dorocz*   nego 
niedzielnego brunchu w  Tavern 
on the Green.

Pani McLean klasnęła w 

dłonie i sala wypełniała się po 
ekscytowanymi szeptami.

- Zawracanie tyłka i strata 

czasu - rzuciła przeciągle Sy 
ney, obracając srebrny 
pierścionek z czaszką na 
kciuku.

Ale  Avery  praktycznie już 

zapomniała, że obok niej siedzi 
Sydney.   Nie   mogła   uwierzyć 
we   własne   szczęście.   Zostanłl 
przedstawicielem   uczennic.   To 
idealny   sposób,   aby   zauwa* 
żono ją w Constance. W szkole 
na  Nantucket  była   w   radził 
uczniowskiej   i   zorganizowała 
imprezę,   na   której   zbierano 
fun«   dusze   dla   straży 
przybrzeżnej. Nawet opisano ją 
w   „Boston  Common".  To   nie 
mogło   być   dużo   trudniejsze. 
Zaangażuje   się,   pokaże,   że 
czuje ducha szkoły, pozna parę 
osób,   będzie   miału   parę 
ciekawych zajęć pozaszkolnych 
do   wpisania   w   opinii   szkoły. 
Wszystko

 

za

 

jednym 

zamachem.

-

Planowanie imprez może 

być fajne. Jack na pewno 
zo» stanie wybrana, więc 
już powinnyśmy zacząć 
myśleć o zab wie - 
szepnęła niezbyt cicho Jiffy 
do blondynki obok.

-

Widzisz,   co   miałam   na 

myśli, mówiąc o sukach? - 
Syd ney wskazała na Jack, 
która   zawzięcie   pisała   na 
Treo,

 

szepcząc

 

przyjaciółką. - Cała szkoła 

2 2

background image

należy  do   Jack   Laurent  - 
parsknęlai

Ignorując ją,  Avery  wstała i 

sprężystym   krokiem   ruszyła   do 
pani McLean  na podium. Chciała 
zjawić   się   jako   pierwszi   po 
informacje,   żeby   dyrektorka 
widziała,   jak   poważnie   pod« 
chodzi do sprawy.

Z   przodu   sali   Jack   wstała 

powoli, rozciągając mięśnie łydki 
i   z   zadowoleniem   zauważając, 
jakie są elastyczne. Cieszyła się, 
że obudziła się wcześniej i poszła 
do   studia   madame  Walters  na 
ćwiczenia   przy   drążku.   Leniwie 
ruszyła na scenę, pni M stała za 
dębowym   podium   trzymając 
garść   folderów

 

I

 

kolorze 

winogron, idealnie pasującym do 
jej kostiumu. Rola |n/edstawiciela 
zapowiadała się raczej nudno, ale 
będzie   do-

I  

Ee   wyglądała   na 

podaniu  do   college'u,  a   Jack 
wykorzysta   bud/et   szkolny   do 
zorganizowania   jakichś   fajnych 
imprez.   Poza  

ni

 

przyjaciółki 

praktycznie   ją   zmusiły,   żeby   się 
zgłosiła.

Kiedy   szła   pomiędzy 

uczennicami,   wychodzącymi   z 
auli   zauważyła  Elisabeth  Cort, 
dziewczynę   z   jedenastej   klasy, 
klóra   ubiegała   się   o   wszelkie 
możliwe   funkcje   i   za   każdym 
Bem   przegrywała,   odkąd 
zmoczyła się w spodnie w czasie 
wyborów   w   siódmej   klasie. 
Elisabeth biegła do podium. Jack 

|n/  

miała   jej   powiedzieć,   żeby 

sobie   nie   zawracała   głowy,   ale 
baz sobie darowała. Podeszła do 
pani M i się uśmiechnęła. W/ięła 
ze   stosu   pakiet   zgłoszeniowy.   I 
wtedy   zauważyła,   że   ta 
odpychająca  Avery   Carls  idzie 
tuż   za   nią,   a   w   jej   niebieskich 
■Zach   pojawił   się   błysk 
determinacji.   Jack   zagryzła   usta 
wie-il

/i

|c swoje. Elisabeth Cort nie 

miała szansy, tak samo jak ta  

i ii

-

ptomanka   z   wyspy   z   siostrą   z 
francuskojęzycznym   Touret-

(•III. 

To żałosne, że w ogóle próbuje.

Cóż, źle, że nie docenia etyki 

pracy rodem z Nowej Anglii.

plotkard.net

tematy           na   celowniku 

wasze e-maile     zapylut

Wszystkie   nazwy   miejsc,   imiona   i 
nazwiska   oraz   wydarzenia   zostały 
zmieni   lub   skrócone,   po   to   by   nie 
ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Dzwonek jeszcze nie zadzwonił, a 
już tyle się wydarzyło Powinnam 
chyba   zainstalować   na   stronie 
„pasek"   z   naj   ważniejszymi 
wiadomościami...

pierwsze wrażenia

Możesz   stworzyć   sobie   nowy 
wizerunek   latem,   ale   wystarczy 
kilka   sekund,   żeby   wywrzeć 
niefajne   pierwsze   wrażenie,   a   to 
zdecyduje   o   reszcie   roku 
szkolnego.   O   trojaczkach 
zdecydowanie   będzie   się   dużo 
mówić   na   Manhattanie.  

Po 

pierwsze,

 

czy

 

możemy 

porozmawiać   o   tym   cudzie 
wcielO' nym, 

O? 

Plotki okazały 

się   prawdą.   Jest   po   prostu 

przesłod-ki, ale chyba za bardzo 
się skupił na zdobywaniu kumpli, 
żeby zerknąć w stronę pań. Nie 
martwcie się, ja to naprawię.  

nie   jest   żadnym   niewiniątkiem. 
Dowód   nr   1   -   świet>   na 
znajomość

 

francuskich 

przekleństw.   Ale   skąd   ta   złość) 
Francuski to język miłości. Może 
tego jej właśnie trzebć A styl  

jest   rzeczywiście   nienaganny. 
Ale   jak   wszystkie   wifll   my, 
idealny   wygląd   oznacza,   że   ma 
się dużo do ukrycia...

tragiczne zerwanie złotej pary z 
U ES

Ona   była   nieprzewidywalna   i 
histeryczna,   on   mimo   bólu   po-
został   jak   zawsze  uprzejmy.  Od 
dzieciństwa   byli   razem.  

Teflj 

związek   dostał   przyzwolenie 
samej lady S. Więc co się stało? 
Komuś   zgotowano   zimny 
prysznic?   A   może   przeciwnie 
komuś zabrakło żaru?

dłlewczyna, która musi zrobić 
coś z grzywką

■Oja   droga.   Wiem,   że   gęste 

grzywki są w modzie, ale jeśli |

08y prawie sięgają ci oczu, to 
wyglądasz, jakby cię ostrzy-

Iniin od garnka. Wiesz co? Nie 

musisz  tracić  dwóch  cennych  : 
godzin   w   salonie   Elizabeth 
Arden   Red   Door,   żeby   ci 
podcięli  

losy.  

Istnieje   taka 

rzecz,   która   się   nazywa 
nożyczki! Podetnij

ii 

. ywkę sama! Rzeczy własnej 

roboty są teraz przebojem.

wpływowa para prawie jak po 
ślubie

A  

oni  

już, czy jeszcze nie? Lato 

spędzili osobno, on w tym 

. Msie 

poczuł

 

się

 

bardziej 

odpowiedzialnym   obywatelem, 

nii.i  

pokochała   pieczywo.   Nadal 

są   tak   blisko   ze   sobą,  jak  inni 
koniec   zeszłego   roku,   kiedy 
czekał   na   nią   po   zajęciach  
baletu z kwiatami? Czy jeszcze 
bliżej?

Dl 

elowniku

,1 popala Merity w czasie zajęć 
z   fotografii.   Czy   nie   miała   Irh 
rzucić?  

A  

kuli   się   na   tyłach 

klasy   w   czasie   zajęć   z   an-
ulclskiego,   nie   patrząc   na 
nikogo. W ten sposób nie znaj-
dzie   sobie   przyjaciół!

 

odwołuje zamówione róże, które 
nil,ino   przesłać   do   mieszkania 

K. O  

przez całe zajęcia z hi-

ilorii   Ameryki   kręci   się   i 
przytupuje.   Wygląda,   jakby 
chciał   wyskoczyć   ze   skóry. 
Skąd to poruszenie?

No  

dobra,   zmykam   do   salonu 

Elizabeth Arden Red Door. h/ez 
to szybkie pisanie zniszczył mi 
się   odwrócony   francuski 
manikiur.   Ech.   Życie   jest 
ciężkie,   ale   ktoś   musi   je   prze-
być.., Dogłębnie i na wylot!

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara

na psa urok

Baby   zmarszczyła   brwi. 

Siostra   nawet   nie   skinęła   jej 
głową,   kiedy   porwała   folder 
informacyjny   od   pani   McLean 
pe   zebraniu   w   auli.   Baby   nie 
zawracała   sobie   głowy 
zatrzymywa* niem przy szafce, 
tylko od razu wyskoczyła przez 
niebieski*   drzwi   i   zerwała   z 
siebie   idiotyczny,   gryzący, 
granatowy   blezer,   Wybrała 
jedynkę   na   czerwonej,   małej 
Nokii,   nie   mogąc   się   do* 
czekać,   kiedy   usłyszy   głos 
Toma.

-   O   mój   Boże!   No   więc 

musiałam pojechać do Brazyl w 
ramach   tej   wymiany,   na   którą 
zapisali   mnie   rodzice.   Myśli 
łam,   że   wiecie,   będziemy 
siedzieć na plaży i bawić się w 
Ric   A   zamiast   tego   mieliśmy 
budować domy. A ja się pytam, 
kt   niby   wie,   jak   się   buduje   te 
pieprzone   domy?   W   końcu 
jestcn   z   Nowego   Jorku   - 
opowiadała   jakaś   dziewczyna 
koleżanco,   Miała   proste, 
smętnie zwieszające się ciemne 
włosy i idffl cały czas wpadała 
na przyjaciółkę.

Tom nadal nie odbierał, a 

Baby wyobraziła sobie jego pc 
wgniataną,   czerwoną   szafkę   w 
zatłoczonym   korytarzu   szkol 
nym. Po szkole wszyscy pójdą 
coś przekąsić albo posiedzic na 
plaży   kilka   przecznic   dalej. 
Odliczyła   już   piąty   dzwonek 
Klapnęła   na   kamienne   schody 
twarzą   do   Dziewięćdziesiąt 
Trzeciej.   Tłum   dziewczyn 
wylewał   się   przez   niebieskie 
dr/,\
I oblewał ją z obu stron. Jedna 
prawie   uderzyła   ją   w   głowę 
irebrną   torbą   od   Balenciagi, 
akurat gdy Baby otwierała tele-

inii.

- Halo?

Głos Toma zabrzmiał ciepło 

i   leniwie.   Od   razu   przypo-

2 3

background image

mniały jej się letnie pikniki, burze 
i za głośno puszczany Wil-

m

» w 

brązowym   mercurym   cougarze 
rocznik  

'88,  

którego   Tom 

■kupił od dziadka. Wrzucił na tył 
prześcieradła w lamparcie reiki i 
wcisnął   ruszt   pod   maskę,   żeby 
zawsze   można   było   za-
improwizować grilla przy plaży.

To się nazywa auto na 
podryw.

- To ja - powiedziała cicho, 

rzucając   wściekłe   spojrzenie  

11» 

niebiesko-białą spódnicę z krepy, 
która rozłożyła się jej na ■łanach.

Gdyby   była   na  Nantucket, 

miałaby   na   sobie   jedną   z   hipi-
miwskich sukienek z szafy matki, 
w których czuła się najle-Mj, W 
mundurku   było   jej   nieswojo. 
Ostatni   raz,   kiedy   nosiła   luk 
obcisłą   w   talii   spódniczkę   do 
kolan,   miała   pięć   lat   i   szła   na 
herbatkę z babcią Avery w hotelu 
Płaza.

- Co   w   szkole?   -   zapytała, 

starając się ignorować głośne ">- 
mowy wokół.

Angielskiego znowu uczy 

mnie Funkmaster Smith, I 

rąbane, ale przynajmniej mam 
większą salę.

li

 

aby

 

zachichotała, 

przypominając   sobie,   jak 
strasznie   ulatywało   od   pana 
Smitha.   Nawet   tego   jej 
brakowało. Tom 

vdawał się taki 

odległy. Tak bardzo chciała być 
blisko niego, 

a- 

aż bolało.

Usłyszała szelest w 
słuchawce.

- Daj mi telefon! - jęknął 
niecierpliwie dziewczęcy 
głos. To była Kendra, jedna z 
przylep, które zawsze kręciły 
się

I  

pobliżu  paczki.  Baby  znała  ją 

od   przedszkola.   Kiedyś   były  

pi 

/yjaciółkami,   ale   odkąd   Kendra 
zaczęła palić na potęgę,

interesowała ją tylko trawka i 
faceci z college'ów, którzy pr/\ 
jeżdżali na Nantucket 
popracować w restauracji latem i 
nigdy już nie wyjeżdżali.

-

Cześć,   Baby   -   rzuciła 

Kendra przeciągając jej imię 
n|   trzy   sylaby.   Baby   się 
domyśliła,   że   dziewczyna 
musi   być   upalona.   -   No 
więc...   pewnie   masz   tam 
prawdziwe   szaleństwo,   co? 
Jak   się  mieszka   w  Nowym 
Jorku?

-

W porządku - skłamała 

Baby. - Ale pewnie w 
przyszły weekend na 
imprezę na plaży.
A   raczej   na   pewno, 

poprawiła się w myślach, widząfl 
dziewczynę   wrzeszczącą   na 
kierowcę   eleganckiej   limuzyny, 
która   zatrzymała   się   przed 
szkołą.

-

Już? Na pewno w Nowym 

Jorku są o niebo lepsze irrji 
prezy, nie? - rzuciła leniwie 
Kendra.

-

Ej,   możesz   mi   dać   z 

powrotem  Toma?  -  odparła 
krótko Baby.

-

Jasne.   Ale   nie   martw   się, 

jeśli coś ci wypadnie, damy 
sobie radę bez ciebie.

Baby usłyszała śmiech w 

tle. Pewnie już się ładowali di 
samochodu Toma. Z frustracji i 
zazdrości kopnęła obcasem 
kamienny schodek.

-

Naprawdę myślisz, że dasz 

radę   przyjechać   w   piątek? 
Nie   masz   jakiegoś 
kotyliona, opery, czy czegoś 
w tym stylu? - zapytał Tom 
zaspanym

 

głosem 

najaranego faceta.

-

To   Nowy   Jork,   a   nie 

głębokie   południe!   -   Baby 
sio uśmiechnęła.

Uwielbiała Toma za 
krańcową 
bezpretensjonalność. I brak 
podstawowej znajomości 
geografii?

- Pewnie, że przyjadę. Nie 

przegapiłabym pierwszej w tym 
roku   imprezy   na   plaży.   -   Baby 
odliczała   już  godziny.  Nie  mo« 
gła się doczekać, kiedy pójdą z 
Tomem   spać   na   dworze   w  jej 
hamaku, raptem kilka kroków od 
oceanu.

Super. - Baby prawie widziała, 
jak Tom kiwa głową. W 
każdym razie właśnie wszyscy 
jedziemy do portu, więc | i 

lc 

już kończyć. Tęsknię - dodał na 
koniec. 

Ja 

też - odpowiedziała i 

się rozłączyła. Wstała i przeszła 
przez ulicę, nie bardzo wiedząc, 
co zro-

.

ze 

sobą   przez   resztę 

popołudnia.   Zastanawiała   się, 
czy

 

nie

m  /ckać   na  Avery,  ale   siostra 
najwyraźniej   z   rozmysłem   ją 
ig-
....Owała,   więc   Baby 
postanowiła odpowiedzieć tym 
samym.
^terminowana zeszła z 
krawężnika.

Patrz, gdzie leziesz, mała! - 

wrzasnął kurier na rowerze. 

1

eeał w Madison i prawie ją 

rozjechał. Słysząc, jak ktoś 

wrzeszczy na nią ze złością, 

zamiast ode-mflć się ciepło 

delikatnie, poczuła, jak 

rozgrzany do czerwo-iin

-.ci 

gniew - na matkę, na nową 
szkołę, na 

cały 

Nowy Jork 

pi/epłynął przez jej drobne 

ciało.

Odpieprz się! - wrzasnęła, 

wściekła. Grupa starszych pań 

na przystanku autobusowym 

zaczęła 

■•/■piać 

między sobą. 

W Baby aż się krew 

zagotowała. Niena-

Idziła 

Nowego Jorku. Wszyscy byli 

tutaj tacy sami. Te głupie 

1

 !>) 

były dokładnie takie same jak 

Jack Laurent 

jej jędzowa-Ipi 

/.yjaciółeczki, tyle że dwieście 

lat 

starsze.

Zła   na   siebie,   że   w   ogóle 

się   nimi   przejmuje,   wskoczyła 
m  pobliskiego   Starbucksa   i 
kupiła mrożoną herbatę z mle-
h.in   i   przyprawami   u 
ekspedientki,

 

która 

przedawkowała

 

fcfeinę

 

wykrzykiwała

 

wszystkie 

zamówienia. Kiedy 

tylko 

npila 

pierwszy   łyk,   miała   ochotę 
wypluć przesłodzony napój.
■ Nantucket   herbata   już   na 
nią czekała, kiedy zachodziła

■ The Bean, ulubionej 

kawiarenki. Sklepy należące 
do sieci takie jak Starbucks - 
były zakazane na jej 
ukochanej wy-

Me.

Iij, to znaczy, że nie mieli 

tam   też  Barneys.  Ani   niczego 
Mego, wartego uwagi.

Pchnęła drzwi Starbucksa i 

wyszła   na   zalany   słońcij 
chodnik.   Zobaczyła   złocistego 
labradoodle'a,   szarpiąca™   się 
na   smyczy   od   Gucciego   i 
ciągnącego   właściciela,   kldry 
jednocześnie

 

próbował 

poradzić   sobie   z   dwoma 
puggle'aml   w   podobnych 
płaszczykach   Marca   Jacobsa: 
niebieskim   i  ciot*  wonym. 
Pokręciła   głową,   współczując 
psom,   które   czuły  

n

I

c  

w   tych 

strojach równie źle, jak ona w 
mundurku.   WłaścicielaH   był 
sympatycznie   wyglądający 
nastolatek o krótko przyciętych 
brązowych

 

włosach, 

brązowych   oczach   i   szerokich 
ramionach Baby skupiła się na 
jego   szortach.   Miały   odcień 
czerwone)   gliny   -   kolor 
Nantucket - którego nikt by nie 
założył,   nawol   mieszkaniec 
wyspy.   W   każdym   razie   nikt 
normalny.

Patrzyła jak labradoodle z 

rozmysłem   wygiął   grzbiet   i 
zro» bił wielką, brązową kupę 
prosto   na   skórzany   sandał 
chłopaku Prawie jakby to zrobił 
dla   przyjemności   Baby,   która 
wszyslkn obserwowała.

- Nemo! - krzyknął 
chłopak z 
niedowierzaniem.

I wtedy pies się wyrwał i 

ruszył   pędem,   wpadając   na 
wózB  jakiejś kobiety i klucząc 
między   przechodniami   na 
chodniku.

Nie   zastanawiając   się, 

Baby   odstawiła   na   chodnik 
herhalc i popędziła ulicą, żeby 
złapać psa, zanim wpadnie pod 
autobiu albo jakąś limuzynę.

- Łap za smycz! - 
krzyknęła za nią jakaś 

2 4

background image

kobieta. Wreszcie dogoniła 
psa w ostatniej chwili, nim 
zanurkował

między samochody na Piątej. 
Zamrugał smutno, patrząc na ni 
brązowymi oczami.

- Już dobrze - szepnęła do 

niego i mocno złapała psa / 
obrożę.

Wzięła

 

smycz

 

przypomniała   sobie   Annie. 
Sierota Annie zaprzyjaźnia się z 
Sandym,   kochanym   psim 
przybłędą,   który   staje   się   jej 
najlepszym   przyjacielem   i 
wszędzie za nią chodzi,

Przynajmniej miała jakiegoś 
przyjaciela.

- Wiem, że chciałeś od niego 

uciec, ale muszę cię odpro-idzić 

do właściciela, rozumiesz?

Skręciła w stronę przecznicy 

ze   Starbucks.   Przed   kawiar

ni  

., 

stał właściciel psa, bezskutecznie 
próbując   zetrzeć   psią  

i  

rpc  

ze 

stopy   przy   pomocy   czarnej, 
plastikowej torby. Pug-p oplatały 
mu   nogi   smyczami   i   wąchały 
kwiatki   w   skrzynce   |ii/ez 
kawiarnią.

- Twój   pies.   Chociaż   na 

niego   nie   zasługujesz   -   powie-

działa 

i podała mu smycz.

Zaczerwienił się i jego twarz 

przybrała ten sam pomido-ifnwy 
odcień, co szorty. Mógłby być 
interesujący, pomyślała, Hle 
podobaliby jej się przystojni, 
uprzywilejowani, zepsuci . 
hlopcy z Upper East Side.

I gdyby nie miała już 
chłopaka.

Nemo

 

usiadł

 

obok 

właściciela   i   wyczekująco 
przekrzywił

 |0wę.

 Chłopak 

wyciągnął rękę, w której trzymał 
torbę z psią kupą, ale opamiętał 
się i cofnął ją.

Przepraszam,   normalnie 

podałbym   ci   rękę,   ale... 
-Wzruszyła ramionami. - Jestem 
J.P.   Cashman.   A   te   potwory 
Berknął   na   psy,   które   siedziały 
teraz   posłusznie   w   rządku, 
iM/ypatrując się Baby i wcale nie 
wyglądały   na   takie   złe   -   to 

Nemo,   Darwin   i   Shackleton. 
Obiecałem matce, że zajmę się 

ni 

mi 

przez najbliższe tygodnie.

- Jestem Baby. - 
Wyciągnęła drobną dłoń.

Nie chciała dokładać się do 
wszechobecnego grubiaństwa 
Nowym Jorku. Jasne.

- Baby - powtórzył, 
unosząc brwi.

'/mrużyła   oczy.   Dzisiaj   już 

dość   się   nasłuchała   na   temat 
uwojego imienia.

To lepsze imię niż 

Shackleton - odparła, kiwając 
głową 

na 

puggle'a w niebieskim 

płaszczyku.

2 5

background image

- Mój ojciec pasjonuje się odkrywcami. Prawdziwymi i fikcyjnymi.

- Miło.

Baby pogłaskała psa po sierści w kolorze kawy. Pies zatfl nił się z 

radości.

- Chyba źle zaczęliśmy naszą znajomość.
J.P. spojrzał na wypaćkane palce stóp i zaśmiał się,  

skakując 

Baby.   Myślała,   że   bardziej   się   zdenerwuje   z   powody   zniszczonych 
sandałów. Może jednak Czerwone Szorty nil był taki spięty.

No wiesz, czasem się zdarza, że człowiek wdepnie w gów« no...

- Musisz chodzić do Constance. - J.P. zerknął na spód niczkę.

Baby się zarumieniła i pokiwała głową, czując się jak cho dząca 

reklama snobizmu z Upper East Side.

- Ja chodzę  do Riverside.  Na  West Side.  Jedenasta klasa, - J.P. 

spojrzał wyczekująco.

Darwin się do niej wyrywał. Oczy tak wybałuszył, 

wyglądał 

jak pies z kreskówki na koszulkach Urban Ouihi ters.

-

Cześć, psiaku, mnie też miło było cię poznać. - 

Bahy 

poklepała psa i 

spojrzała w jego wielkie, ufne oczy. Szkoda, że z ludźmi nie jest tak 
prosto. - Powodzenia - powiedział* powątpiewająco do chłopaka, 
chcąc odejść.

-

Ej, poczekaj - krzyknął za nią J.P. - Psy najwidoczniJ cię polubiły, 

a ja potrzebuję pomocy... Nasza dziewczyna oj wyprowadzania 
psów uciekła z ogrodnikiem.

Baby   się   zatrzymała.   Żartował   sobie?   Odwróciła   się   do   niego 

zaciekawiona.

- Nie, mówię serio. To właściwie słodkie. Pobrali sil w zeszłym 

tygodniu i wyjechali na miesiąc miodowy nad wo4 lipad Niagara. W 
każdym razie zajmowanie się psami to te-■ I mój obowiązek, ale może 
chciałabyś pomóc?

Baby otworzyła usta, gotowa odmówić. To dopiero typowe liowanie. 
Chciał, żeby odwalała za niego brudną robotę?

- Oczywiście zapłacimy. - J.P. uśmiechnął się szeroko,  

i  

(i by to 

wszystko załatwiało.
liaby się zastanawiała. No dobra, facet nie miał pojęcia, |uk się ubrać, 
ale psy były kochane. Poza tym lepsze to niż li ilzenie w kącie i 
rozczulanie się nad sobą. Albo zawstydzanie siostry przy całej klasie.

- Jasne - zgodziła się Baby. - Ale nie potrzebuję pieniędzy. Uznam 

to za pracę charytatywną.
J.P. się rozpromienił. Znajdę sposób, żeby ci to wynagrodzić - ciągnął 
po-

I  

linie. - Możemy spotkać się jutro u mnie w domu, o trze-

i  

lej? 

Mieszkam na Sześćdziesiątej Ósmej, róg Piątej. - Wy-

iiij-nął z kieszeni 

grubą wizytówkę w kolorze kości słoniowej 

|f| podał.

Ten chłopak miał wizytówki? Zerknęła przelotnie, spodziewając się 

jakiegoś   idiotycznego   tytułu,   który   wyglądałby   nu   zmyślony,   ale 
zobaczyła  tylko  imię  i  nazwisko  oraz  adres, wydrukowane  schludną, 
czarną   czcionką.   Mieszkał   w   pent-linusie   w   Kompleksie   Cashman. 
Oczywiście budynek nosił 

|i7

'.o nazwisko.

No przecież wiadomo.

- To do jutra - powiedziała krótko, odwróciła się na u asie klapka i 

wsunęła wizytówkę do kieszeni spódniczki I. repy.

Za jej plecami rozległo się niskie wycie. Jak nic szczenię-

i .1 

miłość.

czasem trzeba wskoczyć do szafy

Avery nie zawracała sobie głowy szukaniem Baby w szkole. Jeśli 

siostra   zamierzała   zachowywać   się   jak   czubek,   to   niech   to   robi   na 
własny rachunek. Zatrzymała taksówkę i kazała  sif  zawieźć do domu 
babci   przy   Sześćdziesiątej   Pierwszej   i   Park  Avenue.  Był   to 
trzypiętrowy   bladobrzoskwiniowy   budynek   wi   włoskim   stylu,   który 
bardziej pasowałby do Charleston albo San Francisco niż  Upper East 
Side. Avery  uwielbiała  to,  jak  

m.  

wyróżniał spośród otaczających go 

ceglanych   domów.   Przypominał,   jak   jedyna   w   swoim   rodzaju   była 
Avery Carls Pierwsza, Avery Druga miała nadzieję, że odziedziczyła to 
coś po niej. Po* trzebowała tego, zwłaszcza po dzisiejszym trudnym 
poranku.

Pchnęła ciężkie żelazne drzwi i jęknęła, gdy zobaczyła Karen, 

myszowatą asystentkę z kancelarii prawnej, która mil la skłonność do 
noszenia niepasujących do siebie części odkol stiumów z wyprzedaży u 
Ann Taylor. Przysłała ją kancelaria Meyers & Mooreland, która 
zajmowała się majątkiem Carlsów. i urządziła sobie prowizoryczne 
biuro pośrodku frontoweg salonu, żeby skatalogować i wycenić 
rzeczy babci. Avery nit mogła znieść tego, że prawnicy przejęli dom. 
Kiedy się doi wiedziała, że rodzina się przeprowadza, błagała matkę, 
żeby pozwoliła im zamieszkać w tym domu, zamiast w penthousi 

J

By Piątej Alei, ale prawnicy i Edie zgodnie uznali, że najłatwiej będzie, 
jeśli   zamieszkają   gdzie   indziej,   dopóki   majątek   mc   /ostanie 
skatalogowany.   Niezależnie   od   wszystkiego   apar-litinent   z   ledwie 
wyczuwalnym,   ale   jednak   obecnym   smrodem   kociego   moczu   na 
podłodze w sypialni i tandetną, niemożliwą ilo usunięcia naklejką Yale 
w szafce na leki nie miał atmosfe-

I V  

domu. W przeciwieństwie do tego 

budynku, a przynajmniej dopóki nie pojawili się w nim prawnicy. Za 
pierwszym   razem,  

S  

dy   tam   zajrzały   z   matką,  Avery  uratowała 

kilkanaście

 staph

 francuskich   magazynów   „Vogue"   przed 

wylądowaniem ■ mięciach.

Prawdziwa   samarytanka.   Dopóki   nie   sprzeda   ich   na   eBayu   u 

zamian za klasyczną torebkę Hermesa Birkina, o której od iwna marzy.

Cześć!   -   zawołała   wesoło  Karen,  nie   podnosząc   wzroku  nad 

laptopa.

Avery  zignorowała ją i ciężkim krokiem weszła po scho-

■Dh  

do 

wielkiej   sypialni   babci.   Ruszyła   prosto   do   rozległej  l'iiideroby  i 
westchnęła z ulgą, kiedy włączyła dyskretne światłu 

Przed 

nią wisiały 

rzędy kostiumów od Chanel, ułożone we-

ilim  

kolorów i długości. W 

latach osiemdziesiątych nosiło się bwnie obcisłe skórzane spódniczki i 
srebrne topy bez pleców 

Valentino i Niny Ricci, ale w ostatnich latach 

babcia   Ave-iv   nigdy   nie   wychodziła   z   domu   ubrana   inaczej   niż   w 
żakiet ,r spódnicą do kolan i pantofle Ferragamo, z nadgarstkami i uyją 
ozdobionymi   gustowną   biżuterią.  Avery  zamknęła   oczy   .   ipragnęła, 
żeby   obok   pojawiła   się   babcia.   Zawsze   wiedziała,   :   [   pocieszyć 
wnuczkę. Ale kiedy otworzyła oczy, zobaczyła 

•  H o  

garderobę pełną 

pozbawionych życia ubrań.

26

background image

-   Mogę   to   pożyczyć,   jak   będę   duża?   -   zapytała   raz  piccio

li  

ima 

Avery, podnosząc garść zdobionych brylantami wisiorków 

i

.i

.nisoletek, 

które były prezentem od hrabiego Lichtenbergu.

- Nie - stanowczo odpowiedziała babcia i zdjęła wy kowo duży 

pierścionek z brylantami i rubinem z palca Avery - Brylanty są tylko dla 
kobiet po trzydziestce. A jedyne brylan ty, które wyglądają lepiej od 
tych, jakie podaruje ci mężc/y* zna, to te, które kupisz sobie sama.

A   potem   babcia   zabrała   wnuczkę   na   pierwszą   wyciec/i*  do 

Tiffany'ego,  gdzie   pozwolono   jej   podać   platynową   kartf   American 
Express,  po   tym   jak   wybrała   dla   siebie   prosty  

rófl  

ny   wisiorek   w 

platynie.

Avery  musnęła gładki materiał różowego kostiumu i wfl tchnęła. 

Żałowała,   że   nie   ma   tu   babci.  Mogłyby   wypić   filiżan*   kę   herbaty   i 
zaplanować,   co   zrobić,   aby  Avery  wygrała   wyboiy   w   szkole.   Od 
dzisiejszego   zebrania   wiedziała,   że   musi   zostaj   wybrana   na 
przedstawicielkę uczennic przy radzie nadzorc/.  

i  

Ale przedstawicielkę 

wybiorą uczennice, a najwyraźniej pod padła wszystkim po kolei. A w 
dodatku miała tylko tydzień

1

, żeby podbić ich serca.

- Co   zrobić?   -   szepnęła,   przesuwając   palcami   po   rękawlf 

popielatego kostiumu.

„Wypraw   bajeczne   przyjęcie!"   -   prawie   usłyszała,   jfl   szeptem 

odpowiedział kostium.

Avery odsunęła się od żakietu Chanel i rozejrzała się pfl rozległej 

bawialni babci. Wzięła do ręki zdjęcie w srebrno) ramce od Tiffany'ego, 
które przedstawiało babcię, kiedy miai około dwudziestki, przed swoim 
romansem z Chanel. Nosili kanciasty kostium Yves Saint Lamenta i 
pantofle Diora. Z jfl gęstymi, długimi włosami i wielkimi oczami 
wydawała slf dziwnie znajoma. Avery spojrzała w wysokie lustro, 
próbuje naśladować pewne siebie spojrzenie starszej Avery, mówiące: 
„Dostanę wszystko, czego zapragnę". Nieźle. Wyglądała wspaniale i 
kompetentnie - właściwa osoba na właściw miejscu.

Ale czy takim spojrzeniem zdobywa się przyjaciół?

Avery wróciła do sypialni. Dwa wypchane misie siedziały przy małym, 

różowo-białym,   ręcznie   malowanym   stoliku   w   kącie.   Na   blacie 
ustawiono porcelanowy serwis. To nie-lądre i sentymentalne trzymać 
rzeczy   z   pokoju   dziecinnego,   w   którym   bawiła   się   Edie,   a   potem 
trojaczki.   Kiedy   zeszłej   wiosny   choroba   przykuła   babcię   do   łóżka, 
poprosiła,   żeby   za-Ituwki   umieszczono   w   jej   sypialni.   Miały   jej 
przypominać jej własne herbatki. Regularnie zapraszała Annę  Hearst  i 
Senge  Mortimer.  I wygrała ze wszystkimi nowojorskimi gospodynia

mi, 

przebijając je swoimi przyjęciami. Avery wzięła filiżankę. Czy istnieje 
lepszy   sposób   przedstawienia   się   koleżankom   ■u-bie   i   swojej 
przeszłości   -   niż   zaproszenie   ich   na   współ-

i  

/csną,   jedyną   w   swoim 

rodzaju wersję herbatki?

Prawie podskoczyła z radości. Zbiegła po schodach do (iidalni i z 

rozmachem otworzyła drzwi do szafki z porcela-IH|.

- Co   robisz?   -   spytała  Karen,  trzymając   garść   segregatorów   i 

mrużąc na nią niesymetrycznie rozmieszczone, niebie-ukie oczy.

Nosiła pantofle Nine West. Avery miała ochotę ją zdzieli.
- Potrzebuję   ich.   Dasz   mi   coś   do   pakowania?   -   warknęła, 

Wciskając jej delikatną, porcelanową filiżankę.

- Nie wiem... - zawahała się Karen.

-

Mama o nie prosiła. -  Avery  czuła, że zaraz zacznie łupać. W 

końcu te filiżanki należały do jej rodziny, a nie do  Karen.  - Są 
nasze - dodała z uporem.

-

Dobrze - ustąpiła asystentka i poszła poszukać folii bą-

i" 

Ikowej.

Chociaż Avery wiedziała, że to dziecinne i absolutnie niestosowne, 

wywaliła język do pleców Karen. W Constance

27

background image

chodziło o to, żeby iść na przedzie, a nie za innymi, a taka ul., nie 
była babcia. Kiedy już Avery wygra wybory, babcia, gdzi* kolwiek 
teraz jest, będzie bardzo, bardzo dumna z wnuczki. Kiedy?! Nie za 
dużo tej pewności siebie?

biedna mała bogata dziewczynka

Jack rozsiadła się na schodach Metropolitan Museum of rl i dopiła 

resztkę   mrożonej   kawy.   Jiffy   Bennett,  Genevie-Vr   Coursy   i   Sarah 

Jane Jenson przysiadły wokół niej. Paliły Merity i od czasu do czasu 
zerkały w dół na jeżdżących lin deskach chłopców bez koszulek, którzy 
ćwiczyli różne w loczki na schodach poniżej. Koniec końców zawsze 
lądowały tutaj, gdy nie miały innego pomysłu, dokąd pójść. I 

i

jiociaż w 

pewnym sensie to było nudne, Jack czuła się 

n i  

|ak u siebie. To była jej 

jedenasta klasa. Powinna dostać rlnwną rolę w Dziadku do orzechów, 
zostać   gwiazdą   Nowe-B   Jorku,   nadal   mieć   same   piątki   z   plusem   i 
wreszcie pójść 

łóżka z J.P. To było aż nazbyt piękne. I właśnie miało 

się pełnić.

-

Więc   co   z   tą   dziewczyną   z   francuskiego?   -   zapytała   Jif-ly, 

obracając piegowatą twarz do słońca i wydmuchując dym w stronę 
chłopców z deskami.

-

Z Baby Carls? - Sarah Jane zerknęła i poprawiła okulary. - Nie 

wiem. Moja mama znała ich matkę ze szkoły i podob

no  

też była 

niezłym świrem.
Sarah   Jane   miała   niemal   białe   rzęsy   i   brwi,   przez   co   wiecznie 

wyglądała na zdziwioną.

- Ale ich babcia to ta Avery Carls, więc wiecie, nie m wyrzucić 

Avery i Baby z Constance... - Urwała i ciężko tchnęła.

- Ta  Avery   Carls?   Co   to  ma   znaczyć?   -   zapytała   Jac   Cała   ta 
rozmowa o siostrach Carls była potwornie n

Wolałaby porozmawiać o czymś ciekawszym. Na przykład o sobie?

- Nie   wiesz,   kim   była  Avery   Carls?  -   Sarah  Jane  wygi   dała   na 

jeszcze bardziej zdziwioną niż zwykle. - Ona była.,, wiesz, jak te starsze 
panie, zajmujące się filantropią. Trzymali z  Brooke  Astor,  Annette 
de la Renta... z nimi wszystkimi. Je( na z moich ciotek przyjaźniła 
się   z   nią.   Podobno   miała   romi   z   co   najmniej   jednym   członkiem 
rodziny królewskiej każdegB europejskiego kraju. Ciotka mówiła, 
że taki postawiła sobłi cel, czy coś takiego. - Sarah Jane skinęła głową na 
podsumowanie.

Dziękujemy za wyciąg z „Town & Country".

- Aha - mruknęła lekceważąco Genevieve.

Oparła się na łokciach, więc jej piersi były doskonało widoczne dla 

grupki chłopców od św. Judy, przechodzących z frisbee.

- I tak nie wygra wyborów, nie? Ty wygrasz. Genevieve osłoniła 
dłonią oczy i zerknęła na Jack. W zol

szłym roku była najlepszą przyjaciółką Jack. Ale lato spędziła z ojcem, 
producentem, w Los Angeles i miała romans - trwa«| 

jacy 

krócej niż 

pięć minut - z Breckiem O'Dellem, gwiazdki) jakiegoś głupawego 
letniego filmu. I teraz zadzierała nosa. Nic żeby Jack była zazdrosna, czy 
coś takiego. Romans z gwis filmu klasy B graniczył z tandetą.

- Na pewno wygrasz. Wtedy zrobisz coś z audytorium, lustrami i 

mundurkami, no i będziesz odpowiedzialna za wyj darzenia towarzyskie. 
Musimy  urządzić  wielką  imprezę  z  chłolinkami  z  Riverside.  Albo  od 
Świętego  

Judy.  

Co   myślisz?   -   za-

I  

pytała   z   zapałem  

Jiffy,  

wertując 

fioletowy pakiet informacyjny 

i  

dokładną listą obowiązków. Nosiła dwa 

kucyki   po   obu   stro-lliich   głowy   jak   dziewczyna   z   farmy.   Próbowała 
naśladować try styl Anny Sui, ale wyglądała po prostu jak pudel.

-

Pewnie będziesz wolała zrobić imprezę z chłopakami \ i 

Riverside, nie? Ze względu na 

J

.P.?

-

Pewnie tak - uśmiechnęła się 

Jack.

Po 

raz  

pierwszy rola przedstawicielki wydawała się cie-■ luiwsza 

niż 

zwykła   zapchajdziura   potrzebna   do   podania   do  inllege'u.  Załatwienie 
nowych mundurków szkolnych i  

pla-

[ imwanie imprez może  

się  

okazać 

całkiem fajne. A ponieważ i ywalizowała z Elisabeth Cort, dziewczyną o 

słabym   pęcherzu   i   sylwetce   traktora,   której   oddech   zawsze   jechał 
tuńczykiem, oraz kleptomanką  Avery Carls,  wątpiła,  

czy  

musi  

się  

wysilać 

podczas   kampanii   wyborczej.   No   i   funkcja   przedstawicielki  

Udzie   się 

wspaniale   prezentowała   w   liście   polecającym   ze   n/.koły.   Dzięki   temu 
nawet 

nie 

kiwnie palcem, a będzie jeszcze hardziej aktywna społecznie.

-

mój 

Boże, Breck właśnie przysłał mi wiadomość! Pi-. że będzie 

w mieście w 

ten 

weekend! - pisnęła Genevieve,

wyciągając Treo i rumieniąc 

się, 

kiedy Sarah 

Jane 

Jiffy 

stło-

■ Były się nad 

maleńkim ekranikiem. 

Jack 

przewróciła oczami.

- Dobra, spadam.

Wstała, strzepnęła z tyłu spódniczkę. Pójdzie do domu, przebierze 

się 

spędzi   popołudnie   z  

J

.P.   W   przeciwieństwie   do   (icnevieve  miała 

prawdziwego chłopaka.

Jack  

poszła   na   Sześćdziesiątą   Trzecią,   między   Piątą  

i  

Madison. 

Uśmiechnęła  

się, gdy  

zobaczyła porośnięty bluszczem  

dom  

ZC skrzynkami 

na kwiaty przy oknach i artystycznie ozdobionym wejściem. Ale kiedy 

się 

zbliżyła, zamarła. Przed domem stały

2 8

nain 

Jod 

lain

iazdij

background image

dwie ciężarówki do przeprowadzek. Jej matka trzymała się poręczy z 
kutego żelaza przy frontowych schodach i paliła jedncjio  Gitanes'a  za 
drugim, jakby od tego zależało jej życie.

- Mamo? - zapytała.

Ogarnęło   ją   potworne   przeczucie.   Oczy   Vi  vienne  były   równie 

czerwone   jak   jej   włosy,   a   strumyki   tuszu   płynęły   po   jej   bladych 
policzkach. Jack podeszła bliżej i stanęła poniżej matki na schodku.

- Mamo? - zapytała raz jeszcze i się rozejrzała. Postanowiły 
zmienić wystrój domu? Trzech mężczyzn

z   nadwagą   i   bez   koszul   pociło   się   na   wypolerowaną   powierzcli  

nic 

jadalnianego stołu  George'a  Nakashimy o toczonych nóż-kach. Właśnie 
wynosili mebel.

- Twój ojciec... - zaszlochała głośno i boleśnie  Vivien-ne,  jakby 

była   na   przesłuchaniu   do  Fedry,  francuskiej   tragedii,   którą   czytały   w 
zeszłym   roku   na   zajęciach   u   madame   Rogera,   W   dramacie   grecka 
królowa postanawia się zemścić na byłym kochanku, nim całkiem straci 
nad sobą panowanie. - Sprzedał nasz dom i meble. Wszystko. Wszystko 
straciłyśmy. - Wy« dmuchała nos w czerwoną chusteczkę. - Bâtardl

Jej twarz zachmurzyła się złowróżbnie.

Dwóch tragarzy paliło Marlboro niebezpiecznie blisko orzechowego 

łóżka Jack z baldachimem na czterech kolumienkach. To łóżko zawsze 
sprawiało,   że   czuła   się   jak   księżniczka.   Nieskazitelnie   biała,   ażurowa 
narzuta zsunęła się i teraz leżała na popękanym chodniku.

- Jesteśmy... bezdomne? - wykrzyknęła z niedowierzaniem Jack.

Może jej matka przesadzała. Nie byłoby w tym nic zas kującego. Za 

każdym razem, gdy rozmawiała z ojcem Jac rzucała telefonem o ścianę. 
W tym roku sześć razy kupow srebrny aparat Bang & Olufsens.

Będziemy mieszkać na górze na poddaszu - powiedziało Vi vienne. 

-   Jak   za   czasów   gdy   byłam   młodą   dziewczyną,   lieszkałam   w   piątym 

arrondisement  i musiałam iść korytarzem  

|

H

> wodę. I tak musimy teraz 

żyć.   Artysta   zawsze   cierpi   -   dodała   inclodramatycznie,   wymachując 
palącym się papierosem.

Jack zmrużyła oczy. Poddasze było ciągiem pokoi na ostat

ni m 

piętrze 

ich   domu.   W   przeszłości   ojciec,   który   pracował  

1.1/  

jako   doradca 

inwestycyjny w Citigroup, groził Vivien-iir, że tam zamieszka, jeśli nie 
przestanie   trwonić   pieniędzy.   B   siało   się   już   swego   rodzaju   żartem 
między Jack i matką wykorzystywały poddasze jako miejsce na bardziej 
ekstra-• Iganckie i rzadko używane przedmioty, które kupiły za karty
lucilytowe Charlesa.

Ej,   obrębiane   owczą   skórką   kozaczki   z   jaszczurczej   skóry   od 

Gucciego muszą gdzieś powędrować latem.

Ojciec   mówił,   że   próbował   cię   ostrzec,   ale   ani   razu   nie 

nddzwoniłaś. Powiedział, że miałam swoją szansę. Nigdy nie doslrzegał, 
że jestem artystką! A artysta nie może po prostu pracować! Mam iść do 
biura i odbierać telefony? - Vivienne /uwodziła, załamując drobne ręce.

Kiedyś jej drobne ciało tancerki było giętkie i eleganckie, ale teraz 

wyglądało po prostu krucho. Jeden z mężczyzn uniósł brew, zerkając na 
drugiego, który podciągał zjeżdżające z tyłka spodnie.

- Wiedziałaś, że to zrobi? - krzyknęła Jack. Pomyślała o starym 
ojcu, jego znacznie młodszej żonie

I pasierbach mieszkających na Perry Street. Dupki.

- No... tak - przyznała Vivienne. Zmarszczki palacza na jej czole 
się pogłębiły.

- I co mam teraz zrobić? - pisnęła Jack, łapiąc się żelaznej poręczy. 

Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.

- Ach, cherie. - Vivienne wstała i ją objęła.

Jack czuła pod palcami każdy jej kręg i duszący zapach Chanel nr 

5.

- To dobrze, że nauczysz się, co znaczy cierpieć. Vivienne się 
odsunęła i ostentacyjnie zniknęła w porosili

tym bluszczem wejściu dla służby.

Jack z niedowierzaniem patrzyła na oddalającą się, niemi turalnie 

drobną sylwetkę matki.

Jeden z tragarzy sapał, wynosząc z salonu fotel typu ber

10

 gère. Jak 

mogli być tak nonszalanccy? Nie rozumieli, że wł| nie odbierają jej całe 
życie?

Jack   starała   się   zapanować   nad   sobą.   Na   lekcjach  tarte»  miała 

kiedyś   sesje   medytacji,   gdzie   uczyła   się   uspokajać   przed 
przesłuchaniami.   Musiała   wybrać   jedno   słowo   i   powtarzać  

jf  

myślach.   Spróbowała   tego   teraz,   wyobrażając   sobie   prostą   linię 
kręgosłupa i jej słowo: „perfekcja". Instruktorka chciała, żeby wybrała 
coś   innego:   „skupienie",   albo   „walka".   Ostrzegała,   że   nie   da   się 
osiągnąć perfekcji. Ale Jack i tak została przy swoim.

- Cześć!

Jack odwróciła się i zobaczyła drobniutką blondynkę zbiegającą po 

schodach. Wyglądała na pięć lat i nosiła różową tiulową spódniczkę-
paczkę oraz skrzydełka od kompletu z FAO Schwarz. Jack zmrużyła 
oczy, patrząc na to niewiniątko. Nowa rodzina już wprowadziła się do 

10

Satchel (ang.) - dosłownie „torebka".

ich domu? Jej rodzice mogą fundować sobie tyle melodramatycznych 
kłótni,   ile   chcą,   ale   jak   ojciec   mógł   zmusić   Jack   do   mieszkania   na 
poddaszu, jakby była jakimś starym gratem?

Albo kozaczkami z jaszczurczej skórki?

Jack zamknęła oczy i pomasowała skronie, mając nadzieję, że gdy 

je otworzy, dziewczynka zniknie i jej życie powróci do normalności.

- Nazywam się Satchel! I teraz tu mieszkam!

Jack otworzyła oczy. Dziewczynka tańczyła nad nią na I In ulach. 

Jej schodach.
- Satchel

11

?! - jęknęła z niedowierzaniem Jack. Zerknęła na torebkę 

Givenchy. Widok delikatnej skórki po-

i .  

izył ją i dziękowała, że zostało 

jej jeszcze trochę godności obistej. Ściągnęła łopatki i wyprostowała 
szyję. Perfekcja. Po prostu zarezerwuje pokój w hotelu St. Claire. 
Chyba [Jto... chyba że ojciec anulował też jej karty kredytowe? Quelle 
horreur

12

]

 u Świętego Judy wszyscy za 

jednego i jeden za wszystkich...

- Dobra, chłopcy! Wiem, że to pierwszy dzień po wakji cjach, ale 

na moje oko macie kiepską formę! - krzyknął trenc Siegel z chwiejnej 
wieży ratowniczej. Chłopcy od św. Judy co dziennie ćwiczyli pływanie 

11

Satchel (ang.) - dosłownie „torebka".

12

Quelle horreur (fr.) - to horror.

29

98

background image

o trzeciej popołudniu. Dmuchu; w gwizdek, dyskretnie oglądając swoje 
mięśnie   brzucha   od   bijające   się   na   powierzchni   metalu.   Miał 
dwadzieścia   pięć   lat,   raptem   rok   temu   skończył   Stanford   i   nadal 
korzystał z życia, jak wspominał pływakom przy każdej okazji.
Na torze trzecim Rhys płynął apatycznym kraulem. Czu jak Owen go 
wyprzedza, burząc za sobą wodę, gdy sunął ki drugiemu końcowi 
basenu. Chociaż Rhys przyzwyczaił sie, że zawsze jest najszybszy, 
kompletnie się tym nie przejął. Zamiast tego spokojne płynął. - 
Sterling, poczekaj chwilę.

Trener zeskoczył z wieżyczki i podszedł do Rhysa. Adidasy 

skrzypiały na mokrej nawierzchni. Miał kwadratową szczęk kę, chude 
nogi i szeroką pierś, którą - jak twierdził - uwielbiały dziewczyny.

Rhys dźwignął się z basenu na mokry brzeg, czując jak żołądek 

mu się zaciska.

- Sterling. - Trener przeczesał dłońmi zmierzwione, ru-"brązowe 
włosy. - Spóźniłeś się.

Khys pokiwał głową i zerknął na wodę na kafelkach. Jed-

ii i  

/ kałuż 

wyglądała jak serce. Wsadził w nią stopę i woda |fn/|)lynęła się po 
niebieskiej glazurze.

Przepraszam, musiałem coś załatwić - odpowiedział, mc patrząc 

trenerowi w oczy.

Tak naprawdę to pierwsze piętnaście minut treningu spę-il/il płacząc w 

rzadko używanej łazience w pobliżu laborato-| ilow na piętrze, 
przeglądając na telefonie zdjęcia Kelsey zro-

lilone tej wiosny. 

Wyglądała na taką podekscytowaną, gdy ją iilujinował. Co się stało?

Noo dooobrze - rzucił trener Siegel, przeciągając sylaby. Khys 

się skrzywił. Nie dość, że dziewczyna zrównała go 

un ii ą ,  

to 

jeszcze teraz oberwie przez to na treningu?

- Wiem, że to pierwszy dzień szkoły i macie wiele spraw, ule nie 

chodzi tylko o to, że straciłeś pierwszych kilka minut, /uwaliłeś cały 
trening. Ten nowy, Carls, cię prześcignął!

Trener Siegel zmrużył niebieskie oczy, patrząc na niego  

i

. /ekając 

na wyjaśnienie.

- Przykro mi, to sprawy osobiste - wymamrotał Rhys. Cały czas 
po jego głowie krążyły słowa: „Jest ktoś inny".

To prawda? Kto to mógł być? Ktoś z Cape Cod? Chłopak z Ri-\ciside, 
którego Kat poznała na imprezie?

- Kłopoty sercowe? - ożywił się trener.

-

Nie, po prostu... sprawy w szkole - odpowiedział szybko Rhys.

-

No dobra, miejmy nadzieję, że to tylko kiepski począ-i.k. bo nie 

mogę pozwolić, żeby kapitan pływał jak ty dzisiaj.

Rhys skinął głową, a trener klepnął go w plecy.

- I daj mi znać, gdyby to były kłopoty z dziewczyną. One l  

M M

 

rafią zabić człowieka - dodał porozumiewawczo.

Aha, ale dziewczyny są tego warte.

Rhys  powlókł się  do szatni, gdzie Jeff Kohl  i łan  McDfl* niel 

podawali   sobie   srebrną   piersiówkę   z   bourbonem   Maker'i   Mark.   W 
pomieszczeniu   panowała   wilgoć.   Śmierdziało   chlo«   rem,   potem   i 
stopami.

- Dobziee. - łan zrobił idiotyczną minę w stylu 

Bo i .

u podając 

piersiówkę Owenowi.

Owen   pokręcił   głową.   I   wtedy   właśnie   do   szatni   wpadł   Rhys   i 

otworzył z rozmachem szafkę.

- Dałem ciała jak rzadko.

Wyciągnął witaminizowaną wodę z bocznej kieszeni wjffl pchanej 

torby Speedo i pociągnął solidny łyk.

- Moim zdaniem było w porządku.
Rozkojarzony Owen wykręcił ręcznik. Kiedy już wyszdB z basenu, 

nie potrafił przestać myśleć o Kat, Kelsey, czy jak się naprawdę 
nazywała. Jak długo spotykała się z Rhysem? Byli zakochani? Dlatego 
nie podała mu prawdziwego imienia? Czy Rhys wiedział, że zdradziła 
go tego lata?

-

Nie, naprawdę byłem beznadziejny - upierał się Rhys,

-

Ej, stary, trzeba ci piwa - krzyknął Hugh Moore, mu« skularny 

chłopak.

Rzucił budweisera z drugiego rzędu szafek. Puszka uderzyła o 

podłogę i zasyczała, wypuszczając gaz i pianę.

- Nie teraz, dzięki.
Rhys wiedział, że jako kapitan powinien palnąć im mów kę, że nie 

powinni pić w czasie sezonu, już nie wspominając
0szatni. Tylko że naprawdę miał to gdzieś. Chciało mu się płakać.

Znowu.

- Więc... pamiętasz tę dziewczynę, którą ci przedstawiłem w 

czasie lunchu? Kelsey? - zapytał Rhys, krzywiąc twarł:
1siadając ciężko na zniszczonej, drewnianej ławce.

()wen pokiwał głową i odgarnął mokre włosy z oczu. Jak ■lliy 

zapomnieć? Udawał, że grzebie w torbie, żeby nie 

t n / eć  

na kumpla. Na 

drugim końcu szatni Hugh, łan i paru nych chłopaków złapało 

dziewiątoklasistę, Chadwicka Jen-

nsa.

■ Ogolimy ci brwi! - zawołali radośnie, ciągnąc przerażono chłopaka 

do rzędu umywalek.

Zerwała ze mną. Zaraz po tym, jak odszedłeś - powię

zi, 

beznamiętnym głosem Rhys. Nie obchodziło go, kto cze to usłyszy. - 

Powiedziała, że jest ktoś inny. Owen upuścił torbę Speedo na podłogę. 

Kat... Kelsey ze-lwala z Rhysem? Znowu była sama? I był ktoś inny?! 

Miała im myśli...?

- Czekaj, dziewczyna z tobą zerwała? - powtórzył z nie-ierzaniem 
Hugh, puszczając Chadwicka.

Usiadł obok Rhysa na ławce.

- Gadaj!

Przyjacielsko objął go za ramiona i otworzył kolejną puszkę piwa, 

wypuszczając pianę na stopy Owena.

Nie   wiem,   co   powiedzieć.   To   było   jak   grom   z   jasnego   ilba. 

Powiedziała nagle, że jest ktoś inny... Nie wiem, kto to 

M M

i / e  

być, chyba 

że to jakiś dupek, którego poznała na Cape • Dd. Ktokolwiek to jest, 
rozkwaszę mu pysk - warknął Rhys.

Owen musiał powstrzymać uśmiech, który chciał wypły-Bd mu na 

usta.   Czuł   się   jednocześnie   winny   i   rozradowany.   I,al   zerwała   z 
Rhysem, bo chciała być z nim?

A niby faceci nic nie rozumieją.
Hugh pokiwał współczująco głową.

30

98

background image

- Poważna sprawa. - Krople wody z jego ręki spływały 

Ihysowi 

po torsie. - Ej, chłopaki? Chodźcie tutaj.

Owen zerknął na kolegów. Większość była nadal w kąpielówkach, 

niektórzy ze świeżo przyciętymi brwiami.

- Dobra - powiedział Hugh, stając na ławce i wymai I otwartą 

puszką piwa. Zebra tak mu wystawały, że jego pieni wyglądała prawie 
jak wklęsła. - Właśnie się dowiedziałem, Rhys Sterling, nasz kapitan 
i pod każdym względem porządfl facet, ma złamane serce z powodu 
dziewczyny z Seaton Arnu - W szatni rozległ się chóralny jęk. - Wiem 
równie dohr/t jak wy, że to się zdarza nawet najlepszym. Wiemy, że 
Kliyn znajdzie sobie nową dziewczynę. Ale do tego czasu proponuj 
wyzwanie w ramach solidarności. - Odchrząknął. Było widm', że zaraz 
powie coś ważnego. - Dopóki Rhys nie wróci do gfj my nie gramy. I 
damy temu dowód brodami. - Pogłaskał się 

\

H

 

kształtnym podbródku i się 

rozejrzał.

- Pochrzaniło cię? - krzyknął Ken Williams.

Ważył   ponad   dziewięćdziesiąt   kilo   i   bardziej   wyglądał   jnl 

pomocnik w futbolu niż pływak.

- Będziemy zapuszczać brody, dopóki Rhysowi nie po szczęści 

się z panną. Do tego czasu żaden z nas też nie będzie randkował. I 
Jenkins, to oznacza, że nie zabawiasz się też sam' - ryknął Hugh. - Kto 
wchodzi?

Jeden po drugim chłopcy z drużyny pływackiej krzyknęli i przybili 

piątkę z Rhysem, który siedział na ławce i gapił ,slf ponuro na mokrą 
podłogę.

- Nie musicie tego robić - wymamrotał.

Wsparcie  ze   strony  kumpli   było  naprawdę   miłe,   ale  przfll  cież 

powinien zachęcać ich do walki na zawodach, a nic okazywania, jaki z 
niego mięczak w sprawach męsko-dain* skich.

- Póki Rhys nie dostanie, my też nie! - ryknął Hugh. Owen 
przyjrzał się kumplom, chudym rękom Chadwic

i gęstym włosom na torsie Kena. Zastanawiał się, czy któ kolwiek z 
nich w ogóle miał szansę coś dostać. W każd razie miał nadzieję, że to 
raczej   hipotetyczne   rozważania,   l/cczywiste   postanowienie.   Owen 
nigdy  nie  przeżył  tygodnia,  U całując  się  z  dziewczyną. I  za  to  go 
kochamy.

- Dzięki - mruknął do Hugha Rhys.

- Nie ma sprawy - odpowiedział z uśmiechem kumpel. Poza tym 

moja dziewczyna jest w tym roku we Francji, więc
innie też czeka posucha.

Jeden po drugim chłopcy się rozeszli, masując brody, jak-w ten 
sposób mogli przywołać zarost. Rhys zdołał się słabo uśmiechnąć i 
spojrzał na Owena.

- Czułbym się o wiele lepiej, gdybym wiedział, kto to jest przyznał, 

kiedy szatnia opustoszała.

Było tak cicho, że Rhys słyszał brzęczenie jarzeniówki lind głową. 

W tym świetle jego ramiona wydawały się dziwnie 

te.

-

Jeśli   go   spotkasz,   możesz   w   moim   imieniu   obciąć   mu   |nja?   - 

Spróbował się zaśmiać, ale wydał z siebie tylko przy-1

v zgrzyt.

-

Jasne   -   zgodził   się   Owen,   dręczony   wyrzutami   sumie-

ii

.i  

Naprawdę nie znam nikogo...

-

Jasne, wiem, ale gdybyś coś usłyszał. Albo spotkał ją I coś by ci 

powiedziała. Po prostu daj mi znać, jeśli się czegoś dowiesz. To 
wina tego faceta.

Rhys wstał i kopnął w szafkę. Huknęła tak, że echo się rozeszło po 

szatni.

- Sterling,   nie   połam   kości   z   powodu   kobiety   -   ryknął   trener   z 

małego gabinetu po sąsiedzku. - A już na pewno nie łam wiesz czego! - 
Zaśmiał się.

Rhys poczerwieniał. Cholera. Nawet trener wiedział, że go  

i

/uciła. 

Powinien coś zrobić, żeby wieści nie rozniosły się dalej.

Niech drużyna przystojniaków złoży śluby celibatu. Na pewno nikt 

nie będzie się dopytywał dlaczego!

31

98

background image

plotbra.net

tematy     na celowniku       wasze e-maile     zapylm

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały  zmienlOB 
lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Już północ i pierwszy dzień szkoły oficjalnie się zakończył, Czas na 
obowiązki domowe. Wiem, że lato bez mundurków mogło sprawić, że 
niektórzy   trochę   zardzewieli   i   zapomnin   li,   jak   najlepiej   z   nich 
korzystać, więc pozwólcie, że pokroi ce przypomnę wam podstawy.

tak 

nie w świecie mundurków

Im krócej, tym lepiej, ale nie zapomnijcie włożyć coś pod spódniczkę. 
To Nowy Jork, a nie Los Angeles, i chodzeni* bez bielizny La Perlą 
zapewni   wam   jedynie   bardzo   niekon.   fortowy   dzień.   Poza   tym   to 
ryzykowne. I, ehm, ohydne.

Nic   nie   wygląda   mniej   seksownie   niż   plamy   pod   pachami   na 
kaszmirowych sweterkach Chloe, więc ubierajcie slf lekko. na miłość 
boską, nie skąpcie dezodorantu.

Zasadę   „tylko   czarne   obuwie"   można   ominąć   na   tysiąc   sposobów. 
Chodzi o trzy „M": Marni na klinie, Manolo na maleńkim obcasiku i 
Marc Jacobs. Najlepiej wyrazisz siebii poprzez buty. Albo - jak w moim 
wypadku - przez pantoflu od Jimmy'ego Choo.

na celowniku

Ciężarówka do  przeprowadzek przez  domem  

J.  

Czy  to możliwe, że 

księżniczka Upper East Side (ach!) naa

108

r n .

/cza? 

niesie dwie ogromne torby filiżanek do tak-

11. 

Jeszcze 

herbatniczka? 

żłopie Gatorade, idąc li/icwięćdziesiątą Drugą. 

mokrymi włosami i uśmie-iliimi od ucha do ucha. A pan przystojniak 

dlaczego taki 

Ul 

/uśliwy? 

płacze przed apartamentowcem na Piątej. ! 

h/yuotowuje się do międzyszkolnego przedstawienia 

Ro-

Julii, 

czy 

przeżywa prawdziwą tragedię romantycz-

i' 

kupuje nową bieliznę 

Cosabella w Barneys. Wiemy, 

że 

nowa bielizna oznacza tylko jedno - 

albo straci to 

R, 

albo traci 

na rzecz kogoś innego. Matka 

próbuje 

H

.irneys zwrócić moherowe kozaki ponad kolano z ze-•/Infjo sezonu od 

Gucciego. Oczywiście, że to kompletna 

iM

.niyłka, ale nie można się 

spodziewać, że to Barneys nudzie płacić za nasze potknięcia w 

dziedzinie mody. Oj, 11«. źle.

mwe e-maile

Kochana Plotkaro!

Widziałam jak 

zaprzyjaźniła się z tą dziwaczką z tatuażami w 

auli wConstance. Myślisz, że są razem? To znaczy naprawdę 
razem? WeDwie

ŁLa  Droga WeDwie A co, 

zazdrosna?

- "

La Droga P!

Cze. Strona do bani. Steś beznadziejna & tylko udajesz jedną z 
nas. 3maj się mocno, bo dowiem się, kim steś. PrawdziwaUES

32

background image

Droga prawdziwaUES!

Jesteś (steś?) w btędzie i wyczuwam w tobie du. niepotrzebnej 
wrogości. Pokażę ci, że jestem stupm centową dziewczyną z 
Upper East Side - nie zaczrtf się trząść w butach od Christiana 
Louboutina   z  

po«  

wodu   listu   z   fatalną   ortografią.   Jeśli   nie 

potrafisz  stfl  wić  czoła  prawdzie,  to  może  lepiej  zamieszkaj 
gd/li indziej. Na przykład wWeehawken. Ale nie kłóćrflj się! R

A skoro pierwszy dzień już za nami, możemy skupić sil na naprawdę 
ważnych sprawach. Na przykład, kto urząd/l pierwszą imprezę w tym 
roku? Stawiam na J. Chociaż nj gdy nie byłam dobra w zakładach...

Wiecie, że mnie kochacie 

PlofH

podstawowe   strategie   w   kampanii 
wyborczej

We wtorek rano przed zajęciami Avery wyślizgnęła się mieszkania, 
ciesząc się, że Baby jeszcze się nie obudziła. - Panno Carls.

Ubrany w szary uniform odźwierny skłonił się szybko, a Av-

IM

 

nie   mogła   powstrzymać   uśmiechu.   Powietrze   pachniało   wieżością, 
ptaki głośno ćwierkały, chodniki lśniły od wody, [ chociaż  Avery  nie 
pamiętała, żeby padało. Było właśnie tak, |nk jest w Nowym Jorku. 
Każdy dzień zaczyna się od nowa, tł poprzedni został już zmyty.

A   dzisiejszy   dzień   zdecydowanie   był   nowy.   Zeszłego   wieczoru 

zamknęła   się   w   pokoju   i   przygotowywała   zaprosze

niu  

na   herbatkę. 

Wszystkie   wypisała   odręcznie   na   eleganckich   kurteczkach   od 
Tiffany'ego i każde przyczepiała do uszka delikatnej jak skorupka jajka 
filiżanki. Pomyślała, że to będzie zabawne i niepowtarzalne, ale teraz, 
kiedy niosła dwie wielkie, liiwendowe torby z Bergdorfa, wypełnione 
zawiniętą w folię huhelkową porcelaną, nie była już tego taka pewna. 
Czuła się, |nkby niosła materiały na referat z pokazem przed klasą.

Zbliżyła   się   do   rogu   Dziewięćdziesiątej   i   dostrzegła   grupę 

il/iewczyn z jedenastej klasy, które pamiętała z auli. Zebrały się na 
schodach   jakiegoś   domu.   Tam   siadywała   na   papierosa   i   plotki 
śmietanka towarzyska  Constance Biłlard. Dziewczyny trzynuily już w 
palcach   Merity   Ultra  Light,  chociaż   do   pierwszego   dzwon*   ka 
brakowało   jeszcze   pół   godziny.  Avery  poczuła,   jak   jej   żołądjjj 
nerwowo się zaciska, ale uśmiechnęła się szeroko.

- Cześć,   Jiffy   -   przywitała   dziewczynę   o   obrysowanych 

brunatnym cieniem oczach.

Jiffy zerknęła sponad magazynu „W", w którym 

z zai \\  

ciem 

podkreślała coś fioletowym mazakiem. Avery uśmiei I] nęła się ciepło. 
Wiedziała, że Jiffy trzyma z Jack Laurent, |fl jej brązowa grzywka - 
kończąca się tuż nad brwiami - i wiol* kie, brązowe oczy sprawiały, że 
wyglądała na najbardzic| przyjazną dziewczynę w tej grupie.

- O, cześć.

Jiffy odgarnęła grzywkę z oczu i rzuciła pozostałym d/iloczynom 

na schodkach spojrzenie, które Avery dobrze znała, 

ha 

sama przez lata 

rzucała je innym. Mówiło: „Co do diabła?"

Avery zebrała się w sobie i wyjęła pierwsze zaproszeniu z torby.

- Urządzam dziś po szkole spqJkanie. Same dziewczy żebym was 

poznała   i   żebyśmy   pogadały   o   zaczynającym   roku.   -  Avery  się 
skrzywiła. Za dużo w tym było zapału. -prostu, żebyśmy posiedziały 
razem - poprawiła się.

A możemy przynieść nasze misie?

- Nooo dooobra - odparła powoli Jiffy. Avery podała jej filiżankę i 
wyjęła następną.

-

Och, super! - wykrzyknęła Jiffy, gdy przyjrzała się di likatnej 

porcelanie i zauważyła zaproszenie przyczepione 

do 

uszka.

-

Patrzcie tylko, to prześliczne - powiedziała, podając zapro szenie 

dziewczynie obok, której brwi zniknęły gdzie na czole.

-

Cieszę się, że się wam podobają!

Avery odstawiła torbę na popękane, betonowe schody, Itowa rozdać 
resztę. Już zebrał się wokół niej mały tłum. i' lewćzyny z Constance były 
zachwycone zaproszeniami! I

'm 

/ula, że gdzieś, jakoś babcia uśmiecha 

się do niej. Co to? - usłyszała za plecami jakiś głos. ()hróciła się i 
zobaczyła Sydney, dziewczynę, obok której ' U zmuszona siedzieć 
wczoraj w auli. Pod blezerem Constan-Hillard miała brązową koszulkę z 
napisem „Jesteś gópi". Cześć - przywitała ją. Czuła się niezręcznie i 
jednocześ-■ starała się nie stracić zainteresowania pozostałych dziew-

ii 

Urządzam małe spotkanie. W związku z wyborem |n/cdstawicielki przy 
radzie nadzorczej. Nie wiem, czy to cię Biresuje. - Wzruszyła 
ramionami, mając nadzieję, że Sydney . gnuje.

- Dziś?

Aha   -   powiedziała  Avery,  wręczając   zaproszenie   Gene-|   ve, 

dziewczynie z wielkimi piersiami, która przyjaźniła się jlck.

Dzięki.   -  Genevieve  wzięła   filiżankę   i   włożyła   ją   do 

■marańczowej   torby   Longchamps,   nawet   nie   zerkając   na  dolt  /one 
zaproszenie. Rzuciła papierosa na ziemię niebezpiecz-

I|  

blisko czarnych 

bucików za kostkę Avery.

Mogę dostać jedno? - zapytała wyczekująco Sydney, deptując 

papierosa Genevieve klasycznymi martensami.

Jasne - Avery podała jej filiżankę. Nie chciała być nie-

11 

/.na.

W końcu była z nią na jednym roku w Constance i dlacze-: I miała ją 

oceniać? Miała tylko nadzieję, że jeśli Sydney się  

Bawi,  

włoży nieco 

bardziej kobiece buty.

/, mniejszą ilością stali w palcach?

- Dzięki!   -   Sydney   uniosła   filiżankę   i   udała,   że   pije   z   niej  

ni  

li 

hylając mały palec.

-   Do   zobaczenia   wieczorem!   -   Nadal   się   uśmiechają  Avery 

pomachała do dziewczyn i się odwróciła.

Szybko przeszła przez ulicę do niebieskich drzwi szkol Chciała 

rozdać zaproszenia przed pierwszą przerwą. Przfl! lunchem wszystkie 
dziewczyny będą rozmawiały tylko ojlf herbatce.

Jasne, że będą o niej mówić, ale czy dobrze?

0  

zdobywa nowych czworonożnych 

przyjaciół

| Wejście Carlsów

1 1 3

33

background image

Baby ziewnęła głośno na ostatnich zajęciach z filmu u pa-

I Beckhama.   Pozostałe   dziewczyny   zachichotały.   Przewró-•   lin 
oczami, patrząc w ich stronę. Nieważne. To były ostatnie

■Jęcia i szczerze mówiąc, miała serdecznie dosyć Manhattanu Woody 

Allena. Stwierdzenie pana Beckhama, że zachwyt 

N i

.wym Jorkiem 

stanowi integralną część filmu, sprawiło, że ■fila ochotę wstać i rzucić 
kilka ostrych słów. I nie byłby to jej pierwszy raz.

/resztą film był strasznie głupi. Oglądała go kiedyś Biatką i nie mogła 

się przestać dziwić, dlaczego młoda i [dna Mariel Hemingway poleciała 
na Woody Allena, staliwo dziwaka.

Chce pani coś dorzucić do dyskusji, panno Carls? - za-lal 

nauczyciel.

Przysiadł na jej ławce jak przerośnięty ptak i wyszczerzył ■uiliwie 
zęby.

Wygląda na to, że film podsunął komuś sprośne myśli. Dzwonek 
zadzwonił. Baby prawie zepchnęła kościsty ty-

I

I

pana   Beckhama   z   ławki,   wrzuciła   zeszyt   do   limonkowej

li u 

by 

na ramię i wybiegła z klasy.

W ramach kary za zachowanie na francuskim miała ponw  Irene, 

siedemdziesięciotrzyletniej   szefowej   stołówki,   przeji/pC   pomysły   na 
posiłki z pudełka z sugestiami. Baby zatrzyma la na chwilę i zerknęła 
do   prześlicznej   stołówki,   całej   w   lustraill   i   jasnym   drewnie,   żeby 
sprawdzić, czy w ostatniej chwili nti ulegnie pokusie i nie zostanie 
grzeczną   dziewczynką.   Nie   ma   mowy.   Odwróciła   się   na   pięcie   i 
ruszyła   korytarzem   ku   niebli   skim   drzwiom,   które   prowadziły   na 
wolność.

Drugie uderzenie!

Zatrzymała się i spojrzała na tablicę informacyjną w gl< iv nym holu. 
Przejrzała ogłoszenia różnych klubów i zajęć. Stowarzyszenie 
przyszłych prawniczek. Nie. Układanie bukietów. Nie. Plecenie koszy. 
Aha, jasne.

Co? Żadnego klubu dla Pozbawionych Złudzeń i  

Sty.sk  

nionych 

za Chłopakiem? Może powinna wykazać się wrazili wością społeczną i 
sama go założyć. 

p

- Przyłączysz się do któregoś? - Obok niej stanęła A\ 

1

i postawiła na podłodze wielką, lawendową torbę na zakupy Odgarnęła 
blond włosy za ucho i poprawiła brylantowe 

ko| 

czyki na sztyfcie.

- Nie ma niczego w moim guście.

Baby   wzruszyła   szczupłymi   ramionami   i   spojrzała   na  

sl*  

strę. 

Avery była zarumieniona i szczęśliwa. Nawet jej maleń kie brylantowe 
kolczyki w kształcie różyczek jakby jaśnllj błyszczały.

- Jak ci minął dzień?

- Świetnie! - ekscytowała się  Avery.  - Dziś wieczór  

unCK  

dzam 

małe spotkanie w domu babci.

- Mama o tym wie? - Baby zmrużyła oczy.

Jak to możliwe, że  Avery  o niczym jej nie powiedziała wczoraj 

wieczorem? Kiedy wróciła do domu, Avery siedziała
I łebie i nie wyszła nawet, gdy Owen oznajmił, że zamawia  

|i i  

wszą 

autentyczną nowojorską pizzę.

Aha, jasne - szybko odpowiedziała Avery. - W każdym le to są 

zaproszenia.

Wyjęła   porcelanową   filiżankę   z   torby   Bergdorfa,   a   Baby 

natychmiast poznała wzór. Stłukła taką, kiedy miała cztery lulu

- Dzięki, nie potrzebuję filiżanki. - Baby praktycznie •<l> pchnęła 

kruche naczynie.
Więc przyjdziesz? - Avery zmarszczyła brwi. Jasne. - Baby powoli 
pokiwała głową. No dobra, to do zobaczenia - odpowiedziała 
niepewnie ery, jakby były obcymi osobami. Baby skinęła głową i 
udawała, że pochłonęły ją ogłosze

nia, 

dopóki Avery nie odeszła. 

Wreszcie wciskając ręce do 

fi ./cni, ruszyła do niebieskich drzwi. 

Poczuła pod palcami ins s/.tywnego. Wyjęła wizytówkę i przyjrzała się 
jej. Czy ten hlopak mówił poważnie o wyprowadzaniu za niego psów? 
czy miała coś lepszego do roboty? Ruszyła Piątą Aleją i znalazła 
adres z wizytówki. Spoj-< |ła w górę na podwójne, zlepione grzbietami 

złocone „C" linii szklanymi drzwiami budynku. Mosiężne litery 
metrowej wysokości układały się w napis K

OMPLEKS

 C

ASHMANA

 Baby 

marszczyła nos. Wyglądało to tandetniej, niż sobie wyob-lii/ala.

Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.

Portier   siedział   za   imponującym,   polakierowanym   na  

i  

/

I N N O

 

biurkiem.   Miał   na   sobie   niebieski   uniform   ze   złotymi   frędzlami   na 
ramionach i brzuchu. Był starszym mężczyzną I wyglądał, jakby nosił 
ten strój od szesnastego roku życia.

- Przyszłam do tego chłopaka - powiedziała Baby i przemiela po 

biurku pogniecioną wizytówkę.

Nadal nie przywykła do obecności odźwiernych i portij rów. 

Wydawali się pozostałością po innej epoce, jak neoni gumki frotki i 
krzaczaste wąsy.

Nie bądź taka pewna, jeśli idzie o to ostatnie.

- Proszę skorzystać z prywatnej windy w końcu ken rza po lewej.

Portier uśmiechnął się ciepło jak dziadek. Baby odpowie działa 

tym samym. Przycisnęła guzik i aż jej dech zaparło, kiedf winda 
śmignęła dwadzieścia sześć pięter w górę, na ostatnie | 

I

|

I

 

tro. Drzwi się 

otworzyły i wytoczyła się prosto do mieszkam..

J.P.   stał   pośrodku   wyłożonego   złotymi   płytkami   łbyj   i   czekał. 

Założył  spodnie  khaki i  pogniecioną niebieską  kosu lę. Włosy  miał 
potargane, jakby właśnie wyrwano go z drzem ki. Uśmiechał się do 
niej   ciepło.   Złapał   Darwina   akurat,   kiedy   szczeniak   wybiegł   przez 
złocony łuk drzwi. J.P. chwycił łapty psa i pomachał nią do Baby.

-

Przyszłaś. - Ucieszył się.

-

Ze względu na tego małego.

Baby   wzięła   Darwina   z   wielkich   rąk   J.P.   i   pocałowała   go   w 

czarny,   wilgotny   nosek.   Shackleton   i  Nemo  przybiegły   z   odległego 
pokoju. Pazurki zgrzytały i ślizgały się na podln dze, gdy psy pędziły 
do niej.

- Jak można nie kochać takiego pyszczka? - zagruchalu, od razu 

czując się lepiej niż przez cały dzisiejszy dzień.

Postawiła  puggle'a  na   podłodze   obok   reszty   zwierząt.  P«y 

spojrzały na nią wyczekująco, z entuzjazmem machając ogo« nami.

- Otrząsnąłeś się po przygodzie z kupą? - Baby nie mojdii się 

oprzeć pokusie. Ujrzała rumieniec na twarzy J.P.

Należał do tego typu schludnych, zadbanych chłopaków, za 

którymi Avery szalała. Baby zawsze wolała bardziej nil okrzesanych, 
niegrzecznych facetów.

To znaczy wiecznie ujaranych?

Dzięki, że o tym wspominasz - odparł sarkastycznie. Baby 

zerknęła za niego i zobaczyła amfiladę pokoi wypeł-

.....ych ultranowoczesnymi meblami i antykami, kompletny

34

background image

.ni

,/masz. Czy tamte drzwi prowadziły na boisko do koszy-i .w ki? Czy 

to było... złoto?! Baby miała wrażenie, że widzia-I lahlicę z koszem. 
Dzjen-dobryj !

Potężna blondynka weszła przez jedne z licznych lustrza-l li drzwi, 

otaczających imponujące foyer. Rozjaśnione na 

a \ nowy odcień włosy 

miała podpięte w stylu modelek lal osiemdziesiątych. Podeszła w 

porażająco niebieskich litach Prądy i uściskała Baby, prawie dusząc ją 

ostrymi per-imami.

-

Witaj, nasz dom jest twoim domem - oznajmiła wspaniałomyślnie 

z   ciężkim,   rosyjskim   akcentem,   wskazując   na   pikoje   długimi, 
pomalowanymi lakierem Chanel Vamp paznokciami.

-

To moja mama, Tatiana - przedstawił matkę J.P. -Mamo, to Baby 

Carls. Będzie wyprowadzać psy.

-

Tak, jestem jego matką, a on jest moim ślicznym, prze-lu/nym 

synem! - zawołała Tatiana, całując chłopaka i zabawiając na jego 
opalonym policzku ślad czerwonej szminki I lianel.

-

Miło mi panią poznać - powiedziała uprzejmie Baby, / irudem 

opanowując pokusę, żeby zrobić jej zdjęcie aparatem telefonie i 
przesłać fotkę Tomowi. - Ma pani prześliczne hy! - dodała, czując 
się niezręcznie.

-

Wiem!  Kocham  je jak moją  rebiatę.  I  są  takie  cudne, bo One 

zawsze potrzebują mamy, nie to co chłopcy! - Pochyliła Hę, żeby 
przydusić Nemo w pachnących objęciach, wypinając okrągły tyłek.

Baby zerknęła na J.P. Speszony uśmiechnął się leciutko i wzruszył 

ramionami.

- Ja zawsze cię potrzebuję.

Jak na zawołanie zwalisty mężczyzna wyszedł z pokoju po lewej i 

dla żartu klepnął Tatianę w wypiętą pupę. Zachl chotała. Mężczyzna 
nosił   kowbojski   kapelusz,   który   sprawiiil   wrażenie   zbyt   małego   na 
różowej jak landrynka, łysej głowlo

13

  Złapał drobniutką rękę Baby w 

swoją potężną dłoń i uścisnął zamaszyście.

- Dick Cashman - rzucił gromko.

Obrzucił Baby jednym spojrzeniem, zerkając na jej brud ne, białe 

klapki i T-shirt, który założyła pod blezer. Znaki/In go na pchlim targu 
na Cape Cod. Przedstawiał aligatora pożerającego tygrysa.

- Świetna koszulka! I niezły przekaz: „nie karm aligali rów, bo ci 

odgryzą tyłek!" - zawołał Dick szczerząc zęby.

- Cześć, tato, więc to jest właśnie Baby... - zaczął J.P. I

- Baby? Jak w Nobody puts Baby in the eonie rl

14

 Mo by nie 

musieli, gdybyś się ubrała jak człowiek! - ryknął Dick, uderzając się w 
kolano.

Baby   uśmiechnęła   się   uprzejmie,   chociaż   słyszała   ten   tekil   już 

milion razy i nawet nie lubiła Dirty Dancing.

- Więc   będziesz   się   zajmowała   tymi   monstrami?   -   cifl   nął, 

poklepując z zacięciem Nemo po głowie.

- Yhm - odpowiedziała speszona Baby.

Czuła się, jakby wzięła udział w jakimś kiepskim telewl zyjnym reality 
show. Najbogatszy frajer?

- Baby pewnie wolałaby już zacząć - powiedział J.P., 

po» 

dając 

jej trzy smycze od kompletu z monogramami od Louli
Vuillona. - Mam coś dla ciebie w kuchni, a potem odprowa-Uę cię do 
wyjścia.

Uśmiechnął się niezręcznie do rodziców.

13

Nobody puts Baby in the corner (ang.) - „Nikt nie posyła Baby ilu kąta", 

słynny cytat z filmu Dirty Dancing, (przyp. tłum.).
120

14

Nobody puts Baby in the corner (ang.) - „Nikt nie posyła Baby ilu kąta", 

słynny cytat z filmu Dirty Dancing, (przyp. tłum.).
120

-

Przepraszam za to - szepnął do niej, gdy prowadził ją 1

.nym 

labiryntem   korytarzy.  Ściany,   jakby  pokryte   emalią,  obwieszono 
obrazami przedstawiającymi zielone kule, które wyglądały trochę 
jak smarki. Kiedy dotarli do ultranowoczesnej kuchni, J.P. złapał 
kubek z podwójnym „C" i podał Baby.

-

Zauważyłem, że zostawiłaś napój, kiedy goniłaś wczo-

mi 

za psami. 

To czaj - dodał niemal nieśmiało.

-

Dzięki. - Baby uśmiechnęła się poruszona. Pociągnęła łyk. 

Herbata z mlekiem i przyprawami smakowa o wiele lepiej od tej w 
Starbucks, prawie jak domowa.

- Właściwie nie bardzo wiem, co to jest, ale mam nadzieję, że ci 

smakuje - dodał J.P. - Raphael, nasz kucharz, zrobił |0 dla ciebie.

- Och - mruknęła Baby, odsuwając kubek od ust. No jasne, 
kucharz to zrobił.

A niby co w tym złego?

- Mógłbym wyjść z tobą, jeśli chcesz... - zaproponował II'., nadal 

stojąc w drzwiach kuchni.

Baby zrobiła kilka kroków wstecz.

-

Nie, sama dam sobie radę - odpowiedziała stanowczo. Gwizdnęła 

świdrująco i psy przybiegły do niej.

-

Do zobaczenia.

Szybko przypięła smycze do obróż i mszyła korytarzem smarkami 

na obrazach do złotego holu i windą dwadzieścia 

pięter w dół.

Portier uchylił kapelusza z lakierowanej skóry, kiedy prze-

hodziła.

- Do zobaczenia wkrótce, panienko! - zawołał za nią. Miejmy 
nadzieję, że często będziemy się widywać.

| Wejście Carlsów

1 1 3

35

background image

nie truj, tatku

Jack siedziała na niskiej kanapce w Star Lounge w mod nym hotelu 

Tribeca Star. Chociaż dochodziła dopiero pili popołudniu i na zewnątrz 
ulice pełne były ludzi na zakupach, rozkoszujących się popołudniowym 
słońcem, tutaj panował mrok, a od dębowych, ciemnych ścian odbijało 
się migotliwe światło świec. Jack uwielbiała puste sale klubowe. Czuła 
»lf   w   nich   jak   Mata   Hari   albo   jakiś   inny   elegancki   szpieg.   Potrze 
bowała ucieczki od życia, w którym ojciec ignorował jej tell fony, i 
wydawało się coraz bardziej prawdopodobne, że będzie musiała złożyć 
podanie o dofinansowanie college'u.

Quelle horrible!

Wyjęła   puderniczkę   i   przyjrzała   się   sobie  krytycznie.  

iM  

szłej 

nocy była zmuszona  po raz pierwszy nocować w nowym pokoju na 
poddaszu.   Spała   w   maleńkim,   jednoosobowym   łóżku   i   obudziła   się 
zlana potem, ponieważ nie miała klin u tyzacji. Widać było, że jest 
niewyspana. Dwa razy nało/\l. hojną warstwę kremu pod oczy de la 
Mer, ale nadal miała 

sifl) 

worki.

Zupełnie jak Maria Antonina przed pójściem na gilotynę, Jiffy, Sarah 

Jane i Genevieve miały się z nią spotkać, alf po szkole poszły do 

domów się przebrać. Jack wiedziała I

me ma mowy, aby wróciła do domu po co innego, niż żeby pójść spać, 
więc   spakowała   prostą,   dopasowaną   sukienkę   Stelli  McCartney  z 
niegniotącego   się   materiału   do   wielkiej,   ciemnoniebieskiej   torby 
Balenciaga. Miała w niej także ubranie do lanca z porannych zajęć, na 
których   wyładowała   gniew,   per-fcccyjnie   wykonując   arabeski. 
Przebrała się w szatni w szkole, . tając się jak jakiś nomada i właśnie 
pojawiła się w barze, zamierzając się upić. I to bardzo.

Skinęła głową na kelnera po dwudziestce. Kręcone, czarne włosy 

opadały mu na oczy.

- Jeszcze jedna wódka z tonikiem - zamówiła, trzepocząc ■ami.

Nie   prosił   wcześniej   o   dowód,  więc   mało   prawdopodobne,   poprosi 

przy drugiej kolejce.

- Ciężki dzień? - zapytał porozumiewawczo, podając •Innka.

Jack   pokiwała   niezobowiązująco   głową.   Jakaś   tandetna   para 

■raków z Europy głośno rozmawiała z ciężkim, angielskim ak-• .ulem 
na   drugim   końcu   baru   i   sprzeczała   się,   z   czyjej   winy   wy-

i

/ueili   ich 

poprzedniego wieczoru z klubu Pink Elephant.

Kiedy Jack bezmyślnie słuchała kłótni i ignorowała przymulającego 

się jej kelnera,  Genevieve,  Jiffy i Sarah  Jane  •padły, rozchichotane i 
idiotycznie odstawione jak na piątą popołudniu.

- Dostałaś takie?

Siadając, Genevieve podała Jack białą kartkę.

- Wezmę kieliszek Veuve - rzuciła, nawet nie patrząc na kelnera ze 

zmierzwionymi   włosami.   -   W   Los   Angeles   zawsze   (•opołudniu 
wpadaliśmy zBreckiem do Chateau Marmont na
mipana - oznajmiła, nie bardzo wiadomo do kogo. Kelner pojawił się 
błyskawicznie i zebrał zamówienia, il k przyjrzała się kartonikowi od 
Genevieve.

Przyjdź   i   dowiedz się,  ile  dla  mnie  znaczy  

Constarmę  

Herbatka   i 

rozmowa o naszej przyszłości. Dodaj 

mioM 

i zamieszaj \

-

Aha - skłamała Jack. Czy Avery nie zdawała sobie spr|» wy, jak 

poważnym   błędem   było   pominięcie   jej   osoby?   -  Ali  serio 
wybieracie się tam? Dajcie spokój. Herbatka?!

-

A   nie   uważasz,  że   filiżanki   są   prześliczne?   -   zapylała   Jiffy.  - 

Mam ochotę pójść. Zobaczyć, jak się zapowiada 

ry* 

walizacja.

Jack zmarszczyła brwi.

- Avery   Carls  to   żadna   rywalka   -   przypomniała   sztywint 

przyjaciółce, przyglądając się odręcznemu pismu. - Poza tym, to nawet 
nie jest prawdziwa impreza.

Jack   pociągnęła   solidny   łyk   drinka   i   machnęła   ręką   po   nu 

stępnego. Już się czuła lekko wstawiona.

- Więc dlaczego mamy nie pójść? - zapytała Sarah Jani, jakby 

nagle doznała olśnienia.

Okulary Prądy sztywno siedziały jej na nosie. Ubrała \\ w 

wydekoltowaną czarną tunikę Tory Burch, która ledwo z

|i 

słaniała jej 

tyłek. Widać, że starała się wyglądać seksowni Wzięła zaproszenie z 
rąk Jack i mu się przyjrzała.

-

To w domu ich babci. Mama mówi, że podobno 

|i | 

olśniewający.

-

Mam lepszy pomysł - powiedziała szybko Jack.

Nie ma mowy, żeby oglądała olśniewający dom bahcl Avery, bo to 

tylko przypominałoby jej ojej nowym życiu. 

7 \  

ciu w nędzy.

-

Może gdzieś wyjdziemy? To drugi wieczór w roku szklonym i 

jeszcze nie mamy nic ważnego na jutro - pr/.j pomniała.

-

Ja   się   piszę.   -  Genevieve  wzruszyła   ramionami.   -   Szcza*   rze 

mówiąc herbata Avery zapowiadała się nudno.

- No właśnie. Kto do diabła chciałby pić herbatę? - Jack ilorhnęła 

następny łyk drinka, czując, że odzyskuje pewność li hie.

Zawsze wiedziała, czego chce. No, prawie zawsze. Spotkamy się 
najpierw u ciebie? - zapytała Genevieve.

- Nie! - odruchowo zaprotestowała Jack.

W   zeszłym   roku   najlepszą   częścią   wieczoru   zwykle   było 

izykowanie się do wyjścia w ogromnej sypialni Jack. Włą-pła iPoda i 
tańczyły do starych piosenek Madonny i innych , mijących kawałków. 
Umarłyby   ze   wstydu,   gdyby   ktoś   się   Inwiedział,   że   w   ogóle   ich 
słuchają. Piły szampana, robiły  so

ur  

idiotyczne zdjęcia i przymierzały 

różne stroje z garderoby Bk. Zawsze uważała, że to trochę niedojrzałe, 
ale teraz dała-

wszystko, żeby było jak kiedyś.

-

To znaczy... - zawahała się sekundę. - Mamy remont.

-

Serio? - Jiffy wytrzeszczyła oczy.

-

Teraz wszystko nabiera sensu. - Genevieve skinęła zna-ląco głową 

do Sarah Jane, która odpowiedziała tym samym.

-

Co? - zapytała niepewnie Jack.

-

Widziałyśmy   wczoraj   ciężarówkę   przed   twoim   domem.   Pewnie 

ekipa   remontowa?   -   zapytała   Sarah  Jane,  obracając   plasterek 
cytryny w drinku.

-

Aha   -   z   ulgą   przytaknęła   Jack.   -   Beznadzieja.   Prak-leznie 

rozwalony jest cały dół i musimy mieszkać na pod-iluszu.

-

Dlaczego nie zamieszkacie w apartamencie w Regency >  / v  coś 

w tym guście?

-

Znacie   moją   mamę   -   westchnęła   Jack,   jakby   to   wszystko 

wyjaśniało, chociaż z założenia na ile mogła, trzymała matkę /. dala 
od   przyjaciółek.   -   Chce   być   na   miejscu,   żeby   dopilnować 
dekoratorów.

- Możemy się zebrać u mnie - westchnęła teatralnie Gf> nevieve.

Mieszkała   w   skromnym   mieszkaniu   z   dwiema   sypialnia   mi   na 

rogu Piątej i Trzeciej. W porównaniu z domem Jack lii było maleństwo 
i  Genevieve  ciągle   ględziła   na   ten   temat,   przypominając   im,  że   jej 

36

123

background image

matka była aktorką, chociaż grała tylku kiedyś w operze mydlanej, a 
teraz w jakimś dziwnym, awan gardowym musicalu w centrum.

- Dobra. - Jack skinęła na kelnera.
Przyjemna   mgiełka   zaczynała   okrywać   rzeczywistość.   Po-winna 

wpaść   dziś   wieczorem   po   tańcach   z   dziewczynami   dn   J.P.   i   może 
wreszcie coś - to - się wydarzy.

- Jeszcze jedna wódka z tonikiem - powiedziała ostro) nie, kiedy 

zjawił się kelner. Nie żeby była pijana czy coś la* kiego.

No jasne, że nie.

- 1 rachunek - dodała.

Wyjęła czarną kartę z portfela od Gucciego.

- W   tej   chwili   -   oznajmił   kelner   i   obrócił   się   na   pięcie   z   jej 

American Express w ręku.

Wrócił niemal w tej samej chwili.

- Pani karta została odrzucona.
Oddał jej kartę. Jack zamurowało. Poczuła na sobie śwl« drujące, 

pytające spojrzenie Genevieve.

- Ja to załatwię.
Jiffy  litościwie   wyjęła   swoją   kartę  z   zielono-białej  torebki  Kate 

Spade. Pomimo tej torebki w stylu Marysi Gęsiarki, Jack miała ochotę 
uściskać przyjaciółkę.

- W Paryżu używałam innej karty. Pewnie tę zamro

/ i

>n> albo coś 

takiego - skłamała Jack.

Najpierw ojciec zabrał jej dom, a teraz to? Naprawdę |i) odcinał?

-

Więc dokąd idziemy? Zaczniemy w Tenjune? - zapyta-

Jiffy, 

wymieniając znany klub w Meatpacking District.

-

Wiecie co? Właściwie odechciało mi się gdziekolwiek vychodzic - 

oznajmiła nagle Jack. - Jutro rano mam zajęcia

baletu. Ale wy bawcie się dobrze.

- Ale jest tak wcześnie - jęknęła Genevieve.

Jack nawet nie zawracała sobie głowy wyjaśnianiem. Po rostu wybiegła 

z hotelu i przeszła szybko na Houston, żeby łapać taksówkę. Powietrze 

było gorące i klejące, a autobus iicjski przejechał obok i dmuchnął 

spalinami prosto w jej nogi. ukienka od Stelli McCartney wydęła się w 

górę. O Boże. Czy w ogóle stacją na taksówkę? Zakręciło jej się w 

głowie, zalała I lala różnych uczuć i nagle poczuła się bardzo, bardzo 

pija-a Wyciągnęła trochę pogniecionych banknotów z ogromnej 

ii i

/.anej torby w niebieskim kolorze. Za mało na taksówkę. Zauważyła 

wejście do metra i podeszła chwiejnym krokiem, zastanawiając się, co 

znaczą te wszystkie litery i nume-

I V

 

Zielona szóstka wyglądała 

znajomo. Nie jechała na Upper I'nsl Side?

Ruszyła   za   grupą   ludzi   do   zielonej   linii,   udając,   że   wcale   hic 

przygląda się mapie z przystankami nad głową. Jakiś facet |>i/.ydepnął 
ją   mokasynem.   Wreszcie   po   nieskończonej   ilości   |ii/ystanków   w 
towarzystwie   zespołu   mariachi   Jack   wysiadła  

i i

/v   Pięćdziesiątej 

Pierwszej   ulicy.   Pospiesznie   podeszła   do   Imponującego   budynku 
Citigroup   na   rogu   Pięćdziesiątej   Trze-•   lej   i  Park   Avenue,  gdzie 
znajdowało się biuro jej ojca. Słońce /m/.ynało już zachodzić i niebo 
odbijało   się   błękitem   i   poma-

f

linczem   w   nowoczesnej   stalowo-

chromowej   wieży   drapacza  l'hmur.  Ostatni   raz   Jack   była   w   tym 
budynku, gdy miała jede-

i i. i

.iie lat.

Kobiety i mężczyźni w sztywnych, oficjalnych kostiumach krzątali 

się pospiesznie w ogromnym westybulu. Jack natychmiast poczuła, że 
tu nie pasuje w koktajlowej sukierw z niebieską szkolną torbą.

- Jestem  Jacqueline   Laurent.  Mój   ojciec   pracuje   na  dvvil« 

dziestym pierwszym piętrze. Wschodzące rynki - rzuciła szył* ko do 
zwalistego, siwego mężczyzny za biurkiem ochrony.

Natychmiast podniósł słuchawkę telefonu.

- Proszę na górę - odpowiedział z mocnym akcenli n z Bronxu.

Jack weszła do srebrnej windy. Wiedziała, że musi mul sobą 

panować. Skupiła się na prognozie pogody, puszczani) na małym 
ekranie telewizyjnym w windzie. Dzisiejszy wl| czór będzie przyjemny, 
choć zanosi się na burzę.

Zupełnie jak ktoś, kogo znamy. Miła, ale może wybuch

nąć.

Kiedy wysiadła na dwudziestym pierwszym piętrze, chuda kobieta 

z brwiami wyrysowanymi kilkanaście centymetrów nad oczami już na 
nią czekała.

- Dobry wieczór - oznajmiła krótko i machnęła ręka,, żeby Jack 

szła za nią do wielkiego biura w rogu.

- Jacqueline! - zawołał ojciec.

Wstał zza wielkiego dębowego biurka i złapał jej dlo nie w obie 

ręce, ale nie objął jej. Jack spojrzała z góry ni siwą szopę włosów. Nie 
bardzo wiedziała, kiedy przerosła ojca. Wyglądał raczej jak pulchny 
Święty   Mikołaj   niż   jak   wpływowy   biznesmen   i   były   przedstawiciel 
Stanów Zjednfl czonych.

Uśmiechnęła   się,   starając   się   nie   wyglądać   na   wstawioną,   To 

wszystko   pewnie   było   głupim   nieporozumieniem.   Może   oj*   ciec   w 
jakiś   bezmyślny,   typowo   męski   i   zawoalowany   sposób   próbował 
odzyskać  Vivienne,  a  Jack, jej łóżko   z  baldachimem  i  czarna  karta 
American Express po prostu trafiły w ogiert krzyżowy.

Jasne, to wydaje się bardzo prawdopodobne.

- Nie odpowiadałaś na moje telefony.

Ojciec wskazał, żeby usiadła i Jack opadła na jeden z czar-tych, 

skórzanych foteli naprzeciwko ogromnego okna z wido-lem na Park 
Avenue.

- Ty też, tato - odpowiedziała spokojnie. Wygładziła spódnicę na 
kolanach i rzuciła mu bezradne

l»>irzenie zagubionego szczeniaka.

- Matka nie powiedziała ci, co postanowiliśmy - oznajmił Charles. 

Podszedł do srebrnego serwisu do kawy na dru-l

>im  

końcu pokoju. - 

Kawy?

Pokręciła głową. W środku aż się gotowała. To nie było /wykłe 

spotkanie przy kawie. Chodziło ojej przyszłość.

-

Dlaczego moja karta kredytowa nie działa? - wyrzuciła w końcu z 

siebie.

-

Dlaczego wcześniej wróciłaś z Paryża? - odpowiedział pokojnie 

pytaniem Charles.

Nalał sobie herbaty do filiżanki z białej porcelany, a Jack Uugle 

przypomniała sobie o idiotycznym przyjęciu  Avery.  I/siadł obok niej. 
Jego   bystre   oczy   przyglądały   się   jej,   szukając   W   jej   twarzy 
odpowiedzi.

-

Ja... - Jack urwała. - Chciałam się upewnić, że będę miała czas 

wrócić do formy przed stażem. Chciałam zadbać, teby wszystko 
było na swoim miejscu. - Głos jej zadrżał, gdy kłamała.

-

Na swoim miejscu? W Hamptons? - zapytał beznamięt

nie 

Charles.

Jack się zarumieniła. No dobra, i co z tego? Zasłużyła na IŻ tak 

brutalną karę? Na Boga, w końcu musiała tu jechać menem!

Rodzi się nowa Matka Teresa.
Charles wstał i z brzękiem odstawił filiżankę na biurko.

- Jacqueline, robię to dla twojego dobra. Bardzo kochftt lem twoją 

matkę. Nie chcę, żebyś się stała taka jak ona. Ch(fl żebyś znała wartość 
ciężkiej pracy. Dopóki nie udowodnUj mi, że masz poczucie 
obowiązku i potrafisz dotrzymywał zobowiązań, nie będę finansował 
twojego stylu życia. Bffl płacił za szkołę i to wszystko. Ale nie za 
balet. Gdybyś km h| ła balet tak mocno, jak wierzy w to twoja matka, 
zostałabj w Paryżu i skończyła kurs.

37

123

background image

Uśmiechnął się i usiadł za biurkiem, jakby tą surowo

<o

|i nadrobił 

fakt, że nie był obecny w życiu córki.

Jack czuła się, jakby ją spoliczkowano. ł.zy napłynęK  

|i  

do oczu. 

Zauważyła, że bordowy lakier odprysł jej z paznuk cia. Tata nie mógł 
jej odciąć od pieniędzy, prawda?

Właśnie to zrobił.

- A co z domem? - jęknęła, nie przejmując się już, że w

|i 

dać jej 

desperację.

Niech jego dwie asystentki i banda urzędniczek usłys/.ij, jak Jack 
płacze. Może przynajmniej one się nad nią zlitują. Charles przyjrzał się 
Jack i jego twarz złagodniała.

- Musiałem się go pozbyć. To była studnia bez dna, a prawdę 

mówiąc nie potrzebujecie z matką tyle miejsca. Oczywiśi ii możesz 
zamieszkać ze mną, Rebeccą i dziewczynkami - zapru ponował. - 
Byłbym zachwycony, mając cię w swoim domu.

Jack bez słowa pokręciła głową. Rebecca była raptem osiem lat 

starsza od niej. Poza tym nie mogła zostawić matki, Vi  vienne  by się 
załamała. Już była załamana.

- Uznam Paryż za głupią pomyłkę, jeśli udowodnisz mi, że jesteś 

odpowiedzialna   -   ciągnął   Charles,   jakby   prowadził   negocjacje 
dyplomatyczne   z   wyjątkowo   wojowniczym,   ale   niezbyt   potężnym 
krajem. - Jeśli zdołasz to zrobić, z przyjemnością wesprę finansowo 
ciebie i twoje dążenia. Zdołasz,! Jacqueline?

luck musiała dalej uczyć się baletu. Na śliskiej czarnej lnic w Lincoln 

Center czy na lśniącym parkiecie w sali prób Hiiln się tak wolna, jak 

nigdzie indziej w życiu. Balet spra-

iiil 

/.e czuła się kimś specjalnym, 

czynił ją piękną i dodawał I 

i  | K  

przyku. Dzięki niemu była Jack, a nie 

Jacqueline. Spoj-[ 1ul.i ojcu w oczy.

Mam poważne obowiązki w szkole - sprzeciwiła się. 

i i i  

m się 

nazywało? - Jestem... przedstawicielką uczennic 

uul/.ie nadzorczej.

Albo   raczej   będzie   nią   za   kilka   dni.   Spojrzała   na   Charlesa 

lilmnlująco.

Dobrze! - Klasnął w dłonie, jakby to był powód do «\\ lęlowania.

brakowało tylko szampana. Ups, nie, już go dziś piła. Od kiedy? - 
Charles spojrzał na kalendarz na biurku. Zaczynam w przyszłym 
tygodniu. Stała przed biurkiem jak balerina z obrazka - którą zresztą I 
dyla - z kręgosłupem prostym jak spod linijki.

Więc jeszcze oficjalnie nie zaczęłaś? - dopytywał się Charles.

Przysiadł półdupkiem na biurku i zmarszczył siwe brwi.

- Ogłoszą   to   w   niedzielę.   Mamy  brunch  dla   matek   i   córek   v\ 

Tavern on the Green.

-

Przyjdę - oznajmił szarmancko Charles.

-

Nie jesteś moją matką - zauważyła Jack.

Nie dość, że zamierzał zrujnować jej życie, to jeszcze mieszyć na 

szkolnym spotkaniu?

-

A kto płaci czesne? - zapytał spokojnie. - Poza tym nie wygląda na 

to, żeby Vivienne zamierzała się pojawić. Czas, /cby ktoś naprawdę 
zainteresował się twoją przyszłością.

-

Moją   przyszłością   jest   balet   -   przypomniała   ojcu   Jack   przez 

zaciśnięte zęby.

- Skoro   poważnie   myślisz   o   balecie,   to   udowodnij,   że   jl   steś 

odpowiedzialna, a ja wypiszę czek. Jasne?

Jack pokiwała głową. Była zbyt wściekła, żeby się oda* zwać. Nie 

mogła   uwierzyć,   że   klucz   do   całej   jej   przyszłodfll   znajdował   się   w 
ojcowskim portfelu z brązowej skóry od Christiana Lacroix. I w rękach 
koleżanek z  Constance.  Jeśli ojciec nie zapłaci za naukę tańca, będzie 
musiała złożyć podani*
0 stypendium,   a   nie   było   siły,   żeby   dyrektor   od   stażu  

Mikh.ni 

Turneyew,   Trupajew,   czy   jak   się   do   cholery   nazywał,   przyznał   jej 
stypendium.

Wściekła wyszła z biura ojca, minęła chudą jędzę sekn tarkę, która 

kręciła się pod drzwiami, nasłuchując. Wyciągnęli komórkę i wybrała 
numer do J.P., ale przełączyło ją od razu na pocztę głosową. Już miała 
wygadać się ze wszystkiegH co się wydarzyło, powiedzieć, że teraz 
oficjalnie jest biedll
1 będzie   musiała   jeść   tuczące   japońskie   ramen,   żeby   przetrwać!,   i 
poprosić, żeby natychmiast oddzwonił... Nagle zamarła. J.P,  uzna, że 
jest żałosna. Nie przełknie tego, że jest biedna.

- Cześć, to ja... oddzwoń - powiedziała tylko po sygnale, 
Zamknęła komórkę, ściągnęła łopatki i wyprostowała szy»

ję. Perfekcja, powiedziała sobie w myślach. Perfekcja. To się nazywa 

siła pozytywnego myślenia.

iła miłość

Owen   wrócił   do   domu   po   dziesięciomilowym   biegu   w   ra

n i .

u   li 

treningu. Zerwał przepoconą koszulkę Nantucket Pi-

i  

ii<-\  

i rzucił ją na 

skórzany   klubowy   fotel,   który   pojawił   się   I   przedpokoju.  Zauważył 
nową,   niską   kanapę   z   białego   lnu  

i  

łoicie   na   miejscu   zapchlonej 

pomarańczowej sofy w salonie. I 

in 

tam pusto, jeśli nie liczyć dziwnych 

poduszek,   które   wyglądały   jak   z   metalu.   Na  Nantucket  -   chociaż 
mieszkali im akrze ziemi - każdego wieczoru zbierali się w przytulnym 
•mionie, żeby pojadać czekoladowe całuski i dzielić się dro-bla/.gami z 
dnia.

Jest mnóstwo innych dziewczyn, które z radością podzielą

nic 

z nim całuskami!

Owen skierował się do swojego pokoju, gdy zadzwonił

uwonek do drzwi.

- Otworzę! - krzyknął głośno na wypadek, gdyby ktoś

. I w domu.

Na Nantucket ludzie, którzy pojawiali się w ich drzwiach, < /ęsto 

kończyli zamieszkując z nimi. Pewna para - Leon i Ga-i y zatrzymała 
się, żeby zapytać o drogę, a ostatecznie wprowadzili się do nich na 
sześć miesięcy. W końcu postanowili wyprowadzić się do Amsterdamu 
i hodować tulipany. Nadal  w każde Boże Narodzenie przysyłają im 
cztery pary drew n\ ków.

- Dobrze, skarbie! - odkrzyknęła Edie. Owen słyszał silu mione 

dźwięki   buddyjskich   mantr,   dochodzące   zza   zamknie   tych   drzwi 
pracowni.

Ruszył przedpokojem, nie zawracając sobie głowy zaklii daniem 

koszulki. To pewnie Rhys z kolejną torbą Speedo alM czymś w tym 
stylu.

Otworzył drzwi i aż mu dech zaparło. Eteryczna, niebie skooka 

bogini z jego na poły pornograficznych snów stała doi kładnie przed 
nim. Kat.

Chciał powiedzieć Kelsey?

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, milcząc.

- Cześć - powiedziała w końcu, przerywając ciszę. - Słyszałam, 

że tu mieszkasz. Moja matka przyjaźniła się Waliloi fami. Wiesz, z 
rodziną, która tu kiedyś mieszkała? Jesteśmy sąsiadami! Mieszkam na 
Siedemdziesiątej Siódmej!

38

123

background image

Mówiła   z   nadmiernym   entuzjazmem.   Owen   wyczuł,  h  się 

denerwowała.  Spojrzenie   jej   srebrzysto-niebieskich   oczu   wylądowało 
na jego nagim torsie. Uśmiechnęła się lekko onieśmielona. Owen złapał 
koszulkę i z powrotem ją założył. Nadal była wilgotna i kleiła się do 
skóry.

W ten sposób jeszcze lepiej widać kaloryferek  na brzuchu, mój 

drogi.

- Co tu robisz? - wypalił.

To było takie dziwne widzieć ją na progu nowego domu, po tylu 

tygodniach fantazjowania na jej temat. Ale to już nil była po prostu Kat, 
to była Kelsey, a on nie wiedział, kim dziewczyna jest.

- Zabawnie było wpaść na ciebie wczoraj, Kelsey. Chciał, żeby to 
zabrzmiało sarkastycznie, ale wys'

uprzejmie i szczerze.

Za 

dużo czasu spędzał z panem Dobre Maniery.

- Chyba   powinnam   się   przedstawić.   Jestem   Kelsey   Ad-

.......i 

Talmadge. Nigdy nie powiedziałam ci, że nazywam się

zapomniałeś?

Delikatny uśmiech igrał w kącikach jej ust, a potem znik

l i  

|l <'dy 

spoważniała.   Jej   opalona   skóra   cudownie   prezentowała   ile   w 
zestawieniu z wyciętym w serek topem. Mignął mu zarys i'.linych piersi 
- miseczka B. Boże, wyglądała rewelacyjnie.

- Przepraszam, musiałam się z tobą zobaczyć. - Kelsey ba-[ wiła 

się wielkim, srebrnym pierścionkiem na palcu. - Nie mo-
Iflmn przestać myśleć o tamtym wieczorze na plaży. Ale potem . /ułam 
się potwornie winna, bo jeszcze nigdy nie zdradziłam... nie sądziłam, 
że   jestem   do   tego   zdolna.   -   Jej   błękitne   oczy   za-Mysly.   Mówiła 
szczerze.   -   Naprawdę   coś   poczułam,   gdy   cię   pognałam,   ale   to   się 
wydarzyło w niewłaściwym czasie, przestra-»/yłam się, mieszkaliśmy w 
różnych miejscach... Dlatego nie powiedziałam ci, jak mam na imię. 
Dałam ci tylko bransoletkę.  1  'liyba miałam nadzieję, że jakoś mnie 
odnajdziesz.   -   Wzruszyła   liunionami.   W   jej   oczach   malowała   się 
prośba. - Przepraszam, /■• skłamałam. Wcale nie jestem taką złą osobą.
Wyglądała tak pięknie, tak słodko i wydawała się taka n

/izera. 

I nim 

pomyślał, co robi, objął ją mocno. Czuł, jak bije |i'j 

serce. 

Położył dłoń 

na jej policzku i zaciągnął się jabłko-

iii 

zapachem szamponu.

- Cieszę się, że mnie znalazłaś - powiedział po prostu, nie bardzo 

wiedząc, co będzie potem.
W tej chwili zwykłe obejmowanie się było nawet lepsze 

NI 

świńskich 

snów, które miał. Serio?

Telefon   w   kieszeni   Owena   zawibrował.   Wyjął   go   i   spojrzał   lin 

ekran. Równie szybko, jak jego serce wzbiło się w obłoki, | iaz ciężko 
opadło.

- Wiadomość od Rhysa - powiedział patrząc w niebieslffl

oczy Kat.

- Przyjaźnisz się z nim? - zapytała zmieszana.

Owen wzruszył ramionami. Przeczytał w milczeniu SMS | i podał 

Kat telefon. 

CHCE  MI   SIĘ  SKOCZYĆ  Z MOSTU ALE MOGĘ SKOCZYĆ NA 

JEDNEGO.  STEŚ W DOMU?  ST|| W OKOLICY.

Kat się zmartwiła.

- Chyba nie powinno mnie tu być - mruknęła.

Owen pokiwał głową, chociaż niczego nie pragnął buf dziej, niż 

żeby została.

- Kat... to znaczy Kelsey... - poprawił się.

- Przy tobie lubię być Kat - szepnęła. - Dla siebie moifl my być 

kimkolwiek zechcemy.

Owen pokiwał głową. To, co powiedziała, nie miało spfl cjalnego 

sensu, ale zabrzmiało naprawdę romantycznie.

Odezwał się dzwonek z dołu. Oboje zamarli i spojrzeli pit sobie.

Owen zastanawiał się gorączkowo.

- Poczekaj tutaj - rzucił pospiesznie, ciągnąc Kat w stroe nę 

nieskazitelnie urządzonego pokoju Avery, z meblami w cle* ganckich 
odcieniach beżu, bieli i delikatnego różu, które zij mówiła u jakiegoś 
projektanta od razu, gdy się sprowadzili, Wepchnął Kat do środka.

Dzwonek znowu zabrzęczał, a on pochylił się ku nififl W końcu 

się pocałowali. Chciał ją tylko musnąć wargami, uli kiedy ich usta się 
spotkały, pocałunek okazał się tak niecierp. liwy i namiętny, że miał 
ochotę zamknąć drzwi, położyć ją nit łóżku i...

Tak,   bo   to   by   był   idealny   sposób   ochrzczenia   nowiutkich 

prześcieradeł siostry z egipskiej bawełny prosto od Bergdor> fa.

telefon zawibrował kolejną wiadomością.

BTEM PRZY DRZWIACH.  GDZIE JESTEŚ DO CH?

Muszę iść. Poczekaj, aż usłyszysz, że wyszliśmy. W głowie mu 

się kręciło z podniecenia i poczucia winy.

Co zrobimy? - zapytała Kat tonem szlachetnej dziewi-potrzasku, 
dla której Owen zrobi wszystko, aby ją ura-

Coś wymyślimy - odparł z przekonaniem. Pocałował ją jeszcze raz i 

z bijącym sercem zamknął drzwi ilu pokoju Avery.

Cześć, stary! - Owen otworzył drzwi i uśmiechnął się id» Uhysa 

zbyt wesoło.

• tezy kumpla były zaczerwienione, a skóra szara. Chłopak vflaclał, 

jakby nie spał od tygodni, chociaż dopiero dzień upłynął od rozstania z 
Kat.

Czas na drinka? - rzucił zachęcająco Owen. Khys przechylił głowę, 

patrząc na opalonego przyjaciela, 

i >"i V 

uśmiechał się i tak bardzo starał 

się poprawić mu humor. • 'n 

„im 

czuł, że umiera.

Przez godzinę stałem pod jej domem. Widziałem, jak w 

v i  

hodziła i 

poszedłem za nią, aleją zgubiłem, więc postano-lli 

ni 

wpaść do ciebie. 

Wiem, że zachowuję się jak czubek. ()wen się skrzywił. Kat pewnie 

nasłuchiwała w sąsiednim jiukoju. A w zachowaniu Rhysa 

rzeczywiście było coś chorego. Nie mam pojęcia, dokąd mogła pójść. 

To jakaś obsesja - stwierdził Owen, nie do końca przy-

Jrt/nie.

()parł się o mahoniową framugę.

Pewnie poszła do przyjaciółki albo coś takiego. Można to i tak ująć. Po 
prostu chciałem wiedzieć, z kim jest. - Rhys pokrę-

il ('Iową. - 

Powiedziała, że poznała kogoś. Kto to może być?

- Stary, nie mam pojęcia - powiedział bezradnie Owen Wzruszył 
ramionami i nagle poczuł, że przepocona 

kii<

szulka bardzo nieprzyjemnie klei mu się do skóry.

- Wyjdźmy gdzieś'. Po paru piwach wszystko nahicu większego 

sensu.

Ktoś" ma ochotę na terapię drinkową?

herbatka dla dwojga

Zachodzące słońce kładło się wzorami na ciemnoniebie-

11' li 

japońskich dywanach z końca dziewiętnastego wieku, ących na 

lśniących parkietach w domu babci Carls. Avery 

Dlnlziała 

z Sydney 

Miller. Tą, która słynęła z przekłutych sut-

m. Sydney Miller, jedynym 

gościem na herbatce.

39

123

background image

Raptem   rok   temu   ten   pokój   pojawił   się   w   „Vogue"   po   ,  I  \   jęciu 
towarzystwa   Drama  League,  które   urządziła   babcia,   '   draż   -   z 
segregatorami   prawników   ustawionymi   w   niechluj-I   losy   na   ziemi 
przypominał   bardziej   muzealną   wystawę,   klńią   właśnie   rozbierano. 
Tyle, że było mniej ludzi. Podaj mi to.

Avery  wskazała   na   tacę   z   nietkniętymi   mini   tartami,   ozdo-I  m 

mymi   maleńkimi   malinami.   Różowa   taca   idealnie   pasowała   ilu 
kostiumu Chanel, który pożyczyła z szafy babci.

Sydney bez słowa podała tacę. Szklanki mrożonej her-pty domowej 

roboty   stały   nietknięte   na   bocznym   stoliku;  

I  

llgoć   skraplała   się   na 

zimnym   szkle.  Avery  myślała,   że   Opiją   się   zaraz   po   przyjściu   i   że 
podanie mrożonej herbaty ■(Izie fajnym pomysłem na unowocześnienie 
tradycyjnej l| 

halki.

Gdyby tylko tę mrożona herbatę podawali przystojni kol nerzy...

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek przyszedł - powici l w końcu Sydney, 

rozglądając się po pokoju.

Krzesła w stylu chippendale, które Avery przytaszi 

z jadalni, stały 

w   jednej   linii   naprzeciwko   małego   balkomi-z   kutego   żelaza, 
zawieszonego nad oranżerią. Siedziały w binecie na pierwszym piętrze. 
Babcia Avery kazała zbudowwl balkon ze względu na położenie. Kiedy 
słońce zachodziła każdy kto na nim stanął, znajdował się w pięknym 
swicMli* Edie zawsze kpiła, że jej matka wpadła na ten pomysł po 
oht>|   rżeniu   musicalu  Evita.  Mimo   to,   efekt   był   niezwykły   i  

Avfflf 

planowała   wejść   na   balkonik   i   wygłosić   krótką   mowę,  a   poti   fl 
wmieszać się w tłum i poznać lepiej pozostałe dziewczyn)! z Constance.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Avery rzuciła umalowanej 

czitf» 

ną, 

matową szminką Sydney spojrzenie pod tytułem 

„A 

nłf mówiłam" i 

zerwała się z wielkiego fotela. Skrzywiła  | z bólu, gdy jej stopy 
rozmiaru dziewięć próbowały rozepclim' babcine pantofle od 
Ferragamo rozmiaru siedem.

Jeśli buty pasują, noś je, a jeśli nie... to nie noś.

Otworzyła   ciężkie,   dębowe   drzwi   i   zobaczyła   Baby   z  

try

   .fi  

   

m

psami ustawionymi według wzrostu.

-

Niespodzianka! - Baby się uśmiechnęła szelmowsko, a krzyżówka 

pudla z labradorem ocierała się tyłkiem o nogf  Avery,  szczerząc 
zęby   i   straszliwie   się   śliniąc.   Dwa   maleiikii   puggle   okręcały 
smycze wokół łap większego psa.

-

Co ty, do cholery, wyprawiasz? - wydusiła  Avery,  odpyi chając 

psa od kolana.

Czy według Baby to ma być żart?

- Nemo, ty wariacie, nie masz dość po spacerze? - Baby siłowała 

się z psem. - Właśnie wracam z parku. Byłam w p£

Mi/ii 

i pomyślałam, że zajrzę. Mam wrócić, jak już je odpro-

Bdzę?

15 

aby popuściła smycze i wielki pies znowu skoczył ku

l  

v.

- Nie! - wykrzyknęła Avery i zatrzasnęła ciężkie, dębowe jlli/wi. 

Westchnęła umęczona.

- Kto to był? - krzyknęła Sydney.

- Nikt - odpowiedziała głosem bez wyrazu, wróciwszy i- .alonu.

Wzięła następną tarte i skubnęła brzeżek.

- Mówiłam ci, same suki.

Sydney stanęła obok Avery i tacy z deserem i wrzuciła do iim całą 

tarte.  Avery  mignął   srebrny   kolczyk   w   języku,   gdy   il/iewczyna 
przeżuwała. Przynajmniej przyszła, pomyślała.

- I zero procentów - zauważyła Sydney, zjadając kolejną Imię. - 

Cholernie to dobre - zauważyła, biorąc kolejne dwie

u, 

IV.

Beczka piwa nie wydawała mi się stosownym akceso-

iiiiin przy dyskusji na temat wyboru przedstawicielki szkoły

Ddparła z godnością Avery, upinając pasemko blond włosów

- powrotem w koka. Wyczerpana padła na fotel zbrzoskwi-

.......\\ ą, żakardową tapicerką.

- Żartujesz? Na piwo ludzie by przyszli. Herbatka, żeby pogadać o 

szkole? Wiesz, jak beznadziejnie to brzmi? - Syd-I \ /aśmiała się sucho, 
a kiedy zobaczyła urażoną minę  Avery,  dodała łagodniej: - Ogólnie 
rzecz biorąc nowojorskie imprezy oznaczają chłopców, alkohol, kilka 
dziewczyn,   które   straciły   pi/ylomność   w   łazience   i   wyjątkowo 
szemrane parki obmacu-|i|i c się po kątach - stwierdziła rzeczowo. - 
Tam, skąd pocho-i 

i

'./., tak się nie robi?

- Aha, ale to było Nantucket. - Avery zmarszczyła nos

niesmakiem.

Zakładała, że tego typu imprezy ma już za sobą. Czy Nu» Jork nie 

miał być bardziej wyrafinowany? Więc o to chód/ilu wszystkim 
dziewczynom ze szkoły? Macanki i chlanie?

Ujmując rzecz w skrócie - tak. Chociaż jesteśmy  

bani  

wybredne, 

jeśli chodzi o to, z kim się całujemy i co pijemy.

Sydney   pokiwała   głową   i   usiadła   na   jednym   z   krzeseł  

IIN

przeciwko Avery, jakby była przedszkolakiem, czekającym im czytanie 
bajki.

-

A jak myślisz, dlaczego tak bardzo chciałam się stlj wynieść? Bo 

ludzie tutaj są pozbawieni wyobraźni.

-

Więc dlaczego Jiffy i reszta dziewczyn powiedziały, przyjdą? - 

Avery wstała i złapała kanapkę z ogórkiem.

Nie mogła znieść widoku tak pełnych tac.

- Bo zakładały, że będą chłopcy, procenty i wszystko, 

du 

czego 

przywykły na imprezach. Pewnie któraś z nich, wyji|| kowy geniusz, 
tknięta filiżanką przeczytała zaproszenie i 

mu 

powiedziała reszcie.

Avery westchnęła.

- Mogę cię o coś zapytać? -1 nie czekając na odpowieiW, 

Sydney spytała: - Dlaczego tak bardzo chcesz zostać pivi il 
stawicielką?

Avery chwilę się nad tym zastanawiała. Chciała zosta 

przedstawicielką uczennic, bo to było coś, co pewnie zrohj łaby jej 
babcia. Ale z drugiej strony może za czasów baimi ludzie byli inni - 
może uważali, że co innego jest niezbędni' żeby przyjęcie było dobre, 
żeby życie było dobre i żeby dołu się bawić. Pamiętała, jak babcia 
zabrała ją jako osobę towai. szącą na świąteczny bal na cele 
dobroczynne w Metropoli lun Museum. Miała sześć lat i ubrała się w 
ciemnoniebieską, a||> samitną sukienkę od Bergdorfa. Niemożliwie 
wysokie choin ki otaczały parkiet, na którym wirowała babcia w 
objęci, hrabiego von Arnima, eleganckiego bułgarskiego arystokial
i   przyjaciela   babci.   Pamiętała,   jak   wyglądała   na   dwór   i   widziało 
puszyste  płatki śniegu  spadające na  rozległą, ciemną połać  I Vntral 
Parku.   Pomyślała   sobie   wtedy,   że   Manhattan   jest   naj-kdziej 
magicznym miejscem na świecie. Czy ten świat nadal IMniał?

- To dla mnie ważne - powiedziała cicho, obracając na 

\ i 

wisiorek z 

pojedynczym brylantem.

Może   Nowy   Jork   się   zmienił,   a   może   ona   źle   się   zabierała   ilu 

sprawy.

No i strój... jest w porządku, taki w stylu członkini rady tetropolitan 

Museum... - stwierdziła Sydney, wskazując na 

|h 

idnicę Avery. - Ale o 

ile nie planujesz lunchu na cele dobro-

\ ime, 

powinnaś darować sobie 

kostium. Avery westchnęła, zdjęła piękny, różowy żakiet i powieliła go 

na krześle z różowym, haftowanym obiciem. Wyjęła • I al ki z włosów 

i kaskada blond loków opadła jej na ramiona, liii nie wiedziała, co 

zalecałaby babcia.

- Masz   ochotę   na   piwo?   -   zaproponowała   Sydney,   pod-bodzac 

znowu do stołu z przekąskami. - Chciałam zajrzeć
>l" paru klubów ze striptizem w centrum. Myślę o zrobieniu w tym 
semestrze niezależnego studium na temat uprzedmio-ienia kobiety.

40

123

background image

Nie, dzięki - odmówiła Avery, prawie jej nie słuchali

1

W porządku. - Sydney nie przejęła się specjalnie. - Żarn, gdybyś 

zmieniła zdanie. Zaczynam w Scores! Wyszła, zostawiając Avery samą 
w mrocznej już oranżerii urami pełnymi delikatnych tart. Avery złapała 

jedną i spio-In

Kiwała 

wzrokiem pełne szklanki z mrożoną herbatą, 

myśląc I d/iewczynach z Constance, które powinny być tutaj i pić tę I 

ihatę. Zastanawiała się z roztargnieniem, gdzie w tej chwili 

ino

/c być 

Jack Laurent i jej superwredne przyjaciółki. Pewnie

piją   gdzieś   koktajle   i   śmieją   się   z   jej   żałosnej   próby   zdobyciu 
popularności.

I wtedy - równie szybko jak się zaczęło - skończyło 

n|| 

jej użalanie 

nad sobą. Wstała i wyrzuciła całą tacę tart do ko sza. Nie była królową 
zasmarkanych   tart,   tylko  Avery  Carlu,   i   zadba,   żeby   te   jędze 
zapamiętały to raz a dobrze.

Da im popalić!

Impreza, część druga

W środę rano Avery przebrała się w ohydny niebiesko-

1'i

.ily strój 

gimnastyczny Constance na pierwszy w tym roku 

To był dzień po jej 

totalnej klęsce herbacianej. Postano-
ila sobie, że ta drobna wpadka nie przesądzi ojej karierze

olnej.

Wyszła na Dziewięćdziesiątą Trzecią ulicę, gdzie reszta hewczyn 

zebrała się, żeby pobiec nad staw w Central Parku, iuczycielka wf-u, 

trenerka Crawford, kręciła na palcu sznu-P /. gwizdkiem. Miała 

przyklapie, brązowawe włosy z siwy-

pasemkami i nosiła zbyt obcisły 

top, który odsłaniał rowek

.. .,idzy piersiami. Wyglądało to tak, jakby upchnęła pod bluz-

ilwa 

grejpfruty. 
Cześć.

Avery  zdziwiła się, widząc Baby w T-shircie i sportowej i"

H

lnicy 

Constance Billard, zwłaszcza, że ta urwała się z po-
■ Dinego francuskiego. Sportowy strój był za duży na Baby, ale
Wglądał   na   niej   naprawdę   dobrze.  Avery  zerknęła   na   swój   |6j. 
Koszulka niemiło obciskała jej piersi, przez co wygląda-
I |.ik pomponiara ze Środkowego Zachodu. Musiały pomylić

tlmjc.

Co u ciebie? - zapytała siostrę.

Hi    Wejście Carlsńw

145

41

123

background image

- Kolejne zabawne zajęcia z harpiami - odparła z 

hum. 

rem Baby. 

- Mogłoby być lepiej?

Skinęła głową na Genevieve i Jiffy. Co dziwne, Jack ni gdzie nie 

było widać. Trenerka poprowadziła je Dziewięćd/ii> siatą Trzecią w 
kierunku Piątej Alei.

- Więc... pomyślałam, że powinnyśmy urządzić impu w ten 

weekend - stwierdziła Avery, zerkając kątem oka na ( in nevieve i 
Jiffy.

Podobał jej się pomysł drugiej, prawdziwej imprezy. I\n> razem 

będzie miała do pomocy Owena  i Baby, więc będzie ||| za starych, 
dobrych   czasów,  a   Avery  wykorzysta   wieczór,   żeby   zdobyć   głosy 
koleżanek.

-

Żadnych psów, ale musisz przyjść, bo inaczej wyd dzicze cię 

jako siostrę - dodała.

-

Jasne   -   skinęła   głową   Baby,   zastanawiając   się,   jak   urM   dzić 

imprezę, skoro nikogo nie znają.

Jedyna osoba, z którą rzeczywiście rozmawiała w tyifl mieście, 

był J.P. Właściwie to dlaczego nie przyprowadza | na imprezę?

- Wysoka i niska! Chodźcie! - warknęła trenerka, zupfi  dzając 

grupę na zebrę i nadal obracając gwizdkiem.

Wysoka?  Avery  pociągnęła nosem. To się nazywa skupi* nie na 

uczniu   typowe   dla   prywatnych   szkół?   Z   pewnością   im   stąpi   wiele 
zmian, kiedy dojdzie do władzy. Przed nimi hu i  Genevieve dziarsko 
szły przez ulicę.

- Ej, dziewczyny, przykro mi, że nie mogłyście wpa wczorajsze 

spotkanie, ale w sobotę urządzam imprezę, wlfl jeśli chcecie wpaść... - 
oznajmiła Avery, dopadając Jiffy, gd przechodziły do parku i reszta 
grupy zaczynała biec betonowi, ścieżką do stawu. Jiffy wytrzeszczyła 
oczy.

Zerknęła na Genevieve, która uśmiechnęła się kpiąco.

- Kto będzie?

Baby przewróciła oczami i pobiegła ścieżką. Włosy pod-I .ikiwały w 
rytm jej kroków. Jak Avery mogła przestać nienawidzić te suki i stać 

się ich najlepszą przyjaciółką? Nigdy 

air 

znała siostry od tej strony i 

nie była pewna, czy jej się to koba. Baby nic się nie podobało w 

Constance Billard, ani 

Nowym Jorku, skoro już o tym mowa. 

Chociaż staw był rze-• /vwiście ładny. Było coś niesamowitego w 

widoku drapaczy iliinur, wznoszących się ponad gęstwiną zielonych 

koron. To 

i i

/ało wszystkie sprzeczności Nowego Jorku, miasta no-

fczesnego, ale zarazem klasycznego, ogromnego, a jednak 

■ I 

bardzo, 

bardzo małego. Nie żeby zaczynała doceniać to 

mii.isio

, co to, to nie. 

No jasne, że nie. Zapraszam kilka dziewczyn z Constance i paru chło-, 

ków ze świętego Judy. Pomyśleliśmy z bratem, że fajnie 

Idzie 

spędzić 

razem trochę czasu. - Avery improwizowała, 

itrząc, jak Baby pędzi 

ścieżką, jakby rzeczywiście przejmo-

llasię 

bieganiem. Dziewczyny 

wspięły się po kamiennych stopniach prowa-

Łcych 

do stawu i 

zatrzymały się przy fontannie, udając, że 

■i 

/ygotowują się do biegu.

Masz brata? - dopytywała się podekscytowana Jiffy. Avery 

pokiwała głową. Tak samo było na Nantucket. Wy-

i

.ur/yło obiecać 

chłopaka, a dziewczyny waliły drzwiami .i nami.

Aha, Owena, jest w drużynie pływackiej u świętego imly, więc 

pewnie paru jego kumpli też się zjawi - wspomnia-

Jakby nigdy nic.

Roztrzepała jasne włosy w kucyku i spięła je ciaśniej na Ubku 

głowy.

Sarah Jane i Genevieve podeszły do niej ukradkiem. Więc gdzie 

będzie ta impreza?

- W domu mojej babci 

przy Sześćdziesiątej Pici \\ i 
Park Avenue. Mam nadzieję, 
że możecie wpaść. - Avorw 
uśmiechnęła. - Brat naprawdę 
chce poznać moje nowr pi 
jaciółki.

I  

pobiegła   w   ślad   za 

siostrą.   Czuła,   że   Jiffy, 
Geneviève  

i   '

 

ran   Jane 

przyglądają   się   jej   ciekawie, 
jak biegnie wokół  

i.  

i dogania 

Baby.

 

Zdobywanie 

popularności trochę przypomni 
łowienie   ryby.   Najważniejsza 
jest właściwa przynęta.

wasze   e-maile 

zapytaj

i l   m  

nazwy miejsc, imiona i 

nazwiska oraz wydarzenia 
zostały zmienione 

I   l ó c

.one, 

po to by nie ucierpieli 
niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

mną coś nie tak, czy nagle na 

Upper East Side zrobiła 

nerwowa atmosfera? W ciągu 

jednej nocy taka zmia-il 

Zamiast radośnie kręcić się po 

Madison Avenue w naj-jlups/ych 

letnich ciuszkach, wszyscy pędzą 

do szkoły i ze ■fkoły z czołami 

zmarszczonymi jak trzydziestka 

przed bo-llnksem. A jak 

wiadomo, stres oznacza 

problemy ze snem. h/yjrzyjmy 

się najbardziej typowym 

koszmarom szkoły lïodniej, 

żebyśmy spojrzeli na własne 

życie z właściwej rspektywy.

'   Brak   randki   na   doroczny 
ba!  Złoto   i   Srebro.  
Wasi   ro-
dzice

 

powinni

 

mieć 

wystarczająco   dużo   znajomości, 
żeby znaleźć wam kogoś, z kim 
możecie pójść, nawet jeśli to ku-
zyn   drugiego   stopnia   z   New 
Jersey i ma problem z halitosis 

lin 

nieświeży   oddech   -   wyjaśniam 
tym,   którzy   jeszcze   nie  

M I

 

żęli 

kursów   przed   końcowymi 
egzaminami).

I  

Nie   dostaliście   się   do 

żadnego  coilege'u.  Wszyscy 
wiemy,   jak   to   się   kończy   u 
pewnych   osób.   Póki   tatuś   ma 
dość

 

pieniędzy,

 

żeby 

zasponsorować

 

naukę 

wytwarzania   wina  

we  

Francji, 

nic wam nie będzie.

.' 
Prz
ypa
dki
em 
poj
awil
iści

się 
nag
o   w 
jaki
mś 
pot
wo
r-
ny

mie
jsc
u, 
na 
przy
kład 
Met
ropo

42

maty     

na celowniku

plotbra.net

147

background image

litan 
Mus
eum, 
albo

na reklamie na środkach miejskiego 

transportu, czy w tym stylu. Hm. Tak między 

nami, to pewne dziewc/yn. tylko o tym 

marzą... więc przejdźmy do numeru jeden f| 

szej listy lęków.

1. Urządzaliście imprezę, na 
której nikt się nie pojawił

Gdy wydarzy się coś, co tak bardzo osłabia 

pozycję   towi   rzyską,   większość   ludzi 

natychmiast przeprowadza sig 

ni 

wyspę na 

końcu   świata,   chyba   że   właśnie   stamtąd 

priy* 

jechali. Jeśli jednak jesteście tacy 

jak ja, zawsze możooll stwierdzić, że macie 

ich   w   nosie.   Chrzanić  ich   wszystkii  hi   Co 

przypomina mi o pewnym...

króliczku duracella

Znacie tych ludzi, co nigdy się nie poddają? 

To ci, któi przetrwają - Cher naszego świata, 

niezmordowani 

ucztijt 

nicy reality 

show, bokserzy wagi ciężkiej, którzy nie 

rezyf* nują bez walki. Wygląda na to, że n a 

Upper East Side mamy nowego boksera wagi 

ciężkiej, pełną energii nowo przybyłą 

A. 

Po 

katastrofalnej herbatce we dwójkę zeszłego 

wieczoru szybko zebrała się w sobie i 

widziano ją dzisiaj popołudniu na schodach 

pewnego dwupiętrowego budynku szkolnegs 

z czerwonej cegły, jak podekscytowana 

rozsyłała wici o ho* lejnej imprezie, większej 

od poprzedniej. Mam nadzlojl Czapki z głów 

dla niezmordowanej dziewczyny. Zobac/) my, 

na co się zdadzą jej wysiłki...

na celowniku

A  

przed  Constance  Billard  z  nieogolonym 

O  

nakręca

 

zuln<  

teresowanie 

imprezą.  Czy   on   jest   główną  atrakcją?   Jak 

dli  

mnie doskonała strategia. Jej szkolne 

koleżanki  

G,   SJ  

1.1  

pozbawione 

kasztanowłosej szefowej, gapią się łakomił

1  

O.  

Spokojnie,   dziewczęta!  

B  

kupuje 

herbatę z mlekiem w '.tarbucks i natychmiast 

ją wyrzuca.  Ma  coś lepszego na  

Ł? 

ćwiczy battement w Central Parku i wygląda 

przy  lyin,  jakby   chciała  kogoś   kopnąć.  I   to 

mocno!  

R  

z   dziwacz-n.)   kozią   bródką   i 

ledwo   sypiącym   się   wąsem   stara   się   nie 

(ilnkać. Wiem, że kiepska fryzura czy zarost 

mogą   być   poważną   traumą,   ale   to   już 

przesada!

wn*.

ZE

 

e-maile

E9 

Droga P!

Moja dziewczyna mówi, że jest 

feminizującą lesbijką i każe mi nosić 

T-shirty z napisem „Moim celem ży-

ciowym jest skopać tyłek 

patriarchatowi". Czuję się z tym 

niezręcznie. Co mam robić? 

Wrażliwy

Drogi Wrażliwy!

Jeśli   zależy   ci   na   niej, 

powiedziałabym,   noś   je   z   dumą, 

chociaż   osobiście   uważam,   że   T-

shirty   z   hasłami   powinny   być 

prawnie   zabronione.   I   może 

powinieneś zacząć wybierać T-shirty 

dla  niej.   Na  przykład  „Moim   celem 

jest wykastrować mojego chłopaka". 

Brzmi znajomo, co? P.

13 

Droga RP!

Nazywam cię Rzekomą Plotkarą, bo 

nie wierzę, że jesteś prawdziwa. Po 

pierwsze,   dziwne,   że   mówisz,   że 

nadal tu jesteś, bo ja akurat wiem, 

kim była prawdziwa Plotkara, a ona 

wyjechała   do   college'u.   Nawet 

brzmisz inaczej. Jesteś jej młodszą 

siostrą,   czy   co?   Przekazała   ci 

robotę?   A   może   ukradłaś   jej 

komputer?

Zatożę się, że porwałaś 
prawdziwą Plotkarę i torii 
biedaczka siedzi związana w 
jakiejś piwnicy a 11)8 równie 
ponurym miejscu. Niedowiarek

Drogi N!
Na temat powiem tylko, że ludzie 
zawsze kwesti.............................................................................
ją, czy Szekspir napisał te 
wszystkie wspaniałe dzllf ła, 
które mu się przypisuje. Ale 
nigdy się nie down my, jak było? 
Prawda? P (nie R)

ftnnsevoort.   Jest   podgrzewany   i 
pod   szkłem,   i   tam   zatnie-[jam 
spędzać   wszystkie   popołudnia. 
Wpadnijcie siępny-llioćl

Wieci
e,   że 

mnie 
kocha

cie,

Plotkara

Kochana P!

D
z
i
e
w
c
z
y
n
a
 
z
 
m
o
j
e
j
 
k
l
a
s
y
 
b
a
l
e
t
o
w
e
j
 
n
i
e
 
b
y
ł
a
 
j
u
ż
 

M

A

 

k
i
l
k
u
 
z
a
j
ę

43

147

background image

c
i
a
c
h
.
 
M
i
a
ł
a
 
b
y
ć
 
n
a
s
t
ę
p
n
ą
 
p
r
i
m
a
 
b
a
l
e
m
 
a
l
e
 
t
e
r
a
z
 
n
a
s
z
 

-
n
o
w
y
 
d

y
r
e
k
t
o
r
 
a
r
t
y
s
t
y
c
z
n
y
 
j
e
s
t
 
I
n
k
 
w
ś
c
i
e
k
ł
y
 
z
 
p
o
w
o
d
u
 
j
e
j
 
n
i
e
o
b
e
c
n
o
ś

44

147

background image

c
i
,
 
ż
e
 
m
o
ż
e
 
j
ą
 
w
y
 
r
z
u
c
i
ć
.
 
P
o
d
e
j
r
z
e
w
a
m
,
 
ż
e
 
t
o
 
j
a
k
a
ś
 
p
o
d
ł
a
m
k
a
 
z

 
p
o
w
a
 
d
u
 
p
r
e
s
j
i
.
 
Z
a
s
z
y
ł
a
 
s
i
ę
 
g
d
z
i
e
ś
 
i
 
w
y
j
a
d
a
 
s
u
r
o
w
e
 

c
i
a
s
t
o
 

c
z

45

147

background image

e
k
o
l
a
d
o
w
e
 
p
r
o
s
t
o
 
z
 
t
u
b
k
i
.
 
W
i
e
s
z
,
 
c
o
 
j
e
s
t
 
g
r
a
n
e
?
 
P
r
z
y
s
z
ł
a
 
D
i
w
a

Kochana PD!

P
o
d
ł
a
m
k
a
?
 
T
a
k
 
b
a
l
e
r
i
n
y
 
n
a
z
y
w
a
j
ą
 
z
a
ł
a
m
a
n
i
e
 
n
e
r
w
u
 
w
e
?
 
J
e
ś
l
i
 
m

46

147

background image

ó
w
i
m
y
 
o
 
p
e
w
n
e
j
 
d
z
i
e
w
c
z
y
n
i
e
 
j
a
k
 
g
a
z
e
l

.

i

 

i
d
e
a
l
n
i
e
 
w
y
p
r
o
s
t
o
w
a
n
e
j

 
i
 
z
 
n
o
g
a
m
i
,
 
d
l
a
 
k
t
ó
r
y
c
h
 
m
o
ł
 
n
a
 
b
y
 
d
a
ć
 
s
i
ę
 
p
o
k
r
o
i
ć
,
 
t
o
 
m
o
ż
e
 
i

47

147

background image

 
s
i
ę
 
z
a
s
z
y
ł
a
,
 
a
l
e
 
n
l
ł
 
s
ą
d
z
ę
,
 
ż
e
b
y
 
z
a
w
i
e
s
i
ł
a
 
b
a
l
e
t
k
i
 
n
a
 
k
o
ł
k
u
.

 
P
.

N
o
 
d
o
b
r
a
,
 
d
z
i
e
c
i
a
k
i
.
 
O
d
k
r
y
ł
a
m
 
d
o
s
k
o
n
a
ł
e
 
a
n
t
i
d
o
t
u
m
 
n
|
 
p
r
a
w

48

147

background image

i
e
 
j
e
s
i
e
n
n
ą
 
m
e
l
a
n
c
h
o
l
i
ę
 
-
 
b
a
s
e
n
 
n
a
 
d
a
c
h
u
 
h
o
t
e
l
u

49

147