background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

Włodzimierz Kalicki, Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z 

Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego Towarzystwa 

numizmatycznego, [w] „Duży Format”, 28.01.2005, [w:] 

http://wyborcza.pl/1,75480,2518105.html (I.2010).

Włodzimierz Kalicki

W   zeszłym   tygodniu   złapano   pierwszego   w   Polsce   fałszerza   euro.   Naszych   fałszerzy   dogoniła 
globalizacja - nie opłaca się już podrabiać złotówek 

Dał się Pan kiedyś oszukać fałszerzom pieniędzy?

Na początku lat 70. Znajomy numizmatyk ze Związku Radzieckiego przywiózł mi srebrną tetradrachmę 
syryjską   z   II   wieku   p.n.e.   Opowiadał,   że   jej   autentyczność   potwierdziło   trzech   profesorów   z   Moskwy. 
Ponieważ spotkaliśmy się w kawiarni, nie miałem możliwości sprawdzenia monety. Ale budziła zaufanie. 
Miała głębokie bicie, czysty rysunek, dobry dźwięk srebra. I, jak mawiają kolekcjonerzy, siedziała w epoce, 
czyli zgadzały się z oryginałami jej rozmiar, głębokość bicia i ogólny artystyczny wyraz, rzecz na pozór 
nieuchwytna, ale dla kolekcjonera dostrzegalna od pierwszego spojrzenia. Nie wzbudziła moich podejrzeń. 
No i kupiłem ją.

Kiedy dowiedział się Pan, że kupił, jak mówią kolekcjonerzy, falsa?

Dwie godziny później. W domu od razu zacząłem ją badać. To nie było srebro, tylko jakiś nieznany mi stop, 
który srebro bardzo dobrze udawał. Stempel, którym monetę wybito, zrobiono ręcznie, techniką rytowniczą. 
Tymczasem   w   starożytności   używano   przy   produkcji   tłoków   menniczych   maleńkich   stempelków 
wybijających   litery  -   i   litery  na   oryginalnych   monetach  antycznych   zawsze   są   takie   same.  A  na   mojej 
tetradrachmie niemal niezauważalnie, ale jednak się różniły.

Jakie to uczucie, gdy zostało się oszukanym przez fałszerza?

Złość. Że dałem się tak dziecinnie podejść. Bo przecież podstawowa zasada w numizmatyce brzmi: nie ma 
okazji! Jeśli ktoś proponuje bardzo rzadki numizmat, trzeba spokojnie, dokładnie go sprawdzać. A w razie 
cienia wątpliwości - rezygnować z kupna.

Po drugiej takiej wpadce złość na siebie jest dużo większa?

Nie było drugiego razu. Kilka lat później Polskę zalała fala bardzo dobrych technicznie podróbek antycznych 
monet   ze   Związku   Radzieckiego.   Trafiały   do   mnie   różne   cudeńka,   ale   już   byłem   ostrożny.

Na sfałszowane złotówki nigdy się Pan nie dał nabrać?

To było krótko przed denominacją. W sklepie wydano mi resztę banknotem o nominale miliona złotych, z 
Reymontem. Byłem objuczony zakupami, śpieszyłem się, wziąłem. Później, gdy wyciągnąłem ten milion z 
portfela,   osłupiałem:   papier   wyraźnie   był   lewy,   koło   twarzy  Reymonta   schodziła   farba.  To   była   druga 
nauczka: zawsze, nawet w banku, trzeba sprawdzać, jakie pieniądze się dostaje.

Więcej nie próbowano Panu wcisnąć falsa?

Ba, wciśnięto. W warzywniaku wziąłem fałszywe 100 000 zł, z Moniuszką. Muszę przyznać, nawet bardzo 
dobrze zrobione. Nie popatrzyłem uważnie, bo to nie był wielki pieniądz, na dzisiejsze - raptem 10 zł.

Te obiegowe falsy się nie zmarnowały. Dziś są materiałem poglądowym dla zbieraczy.

Naciąć żółwia, ugryźć sowę

Jaki pieniądz sfałszowano po raz pierwszy?

1

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

W drugiej połowie VI w p.n.e. Polikrates, tyran wyspy Samos, wynajął Spartan jako wojsko zaciężne, a po 
wygranej przez nich kampanii wojennej zapłacił im ustaloną z góry sumę złotymi monetami. Tyle że polecił 
je sfałszować.

Wybito je ze złota podłej próby?

Nie, w starożytnej Grecji monetę fałszowano najczęściej techniką platerowania. Krążek z miedzi lub cyny 
otaczano cienką   blaszką  ze  złota   lub  srebra  i  takiego  metalowego  sandwicza  bito stemplem.   Polikrates 
polecił wykonać jądra fałszywych monet z ołowiu, by nie można było odróżnić ich po mniejszej wadze. 
Dzielni Spartanie wrócili do domu i tak przekonali się, że za przelaną przez nich krew sprytny tyran Samos 
zapłacił blaszkami bez wartości.

Nie zorientowali się w fałszerstwie od razu?

To nie było proste. Monety nie miały napisów - zamiast nich wybijano tak zwane symbole mówiące. Na 
monetach ateńskich od czasów Hippiasza, ok. 520 r. p.n.e., na rewersie bito wizerunek sowy, bo ten ptak 
poświęcony był bogini Atenie, na awersie zaś głowę bogini Ateny w hełmie. Z kolei wyspa Egina leżąca 
niedaleko Aten w końcówce VII w. biła monetę z wizerunkiem żółwia morskiego, który był symbolem jej 
panowania na morzach. Naprawdę nie było trudno wybić fałszywe egzemplarze. Na dobitkę w antycznej 
Grecji własne monety biło każde państewko. W tym galimatiasie fałszerze czuli się jak ryby w wodzie.

Nie rozumiano potrzeby silnej, uniwersalnej monety?

Praktyczni Grecy rozumieli to doskonale. I pieniądz taki mieli. Dolarem antyku były ateńskie tetradrachmy, 
monety bite w dużych ilościach, w dobrym srebrze, a przy tym bardzo piękne. Potem ich rolę przejęły 
monety Aleksandra Wielkiego.

Jak starożytni bronili się przed fałszerstwami?

Najczęściej   nacinali   brzegi   otrzymywanych   jako   zapłata   monet.   W   ten   sposób   sprawdzali,   czy   nie   są 
nadziewane ołowiem.

Dość destrukcyjne to testy.

Innych nie znano. Jeszcze w średniowieczu jakość monet sprawdzano, przebijając je ostrzem sztyletu. Złote 
monety gryziono, ale nie była to metoda powszechna z uwagi na fatalny stan uzębienia naszych antycznych 
praszczurów. W kolekcjach numizmatycznych nierzadkie są złote dukaty z ewidentnymi śladami zębów.

A jak sprawdzano próbę kruszcu?

Tu starożytni byli bezradni. Aż do odkrycia przez Archimedesa prawa nazwanego później jego imieniem.

Oto   grymas   historii:   podstawowe   prawo   hydrostatyki   zostało   odkryte   jako   metoda   ujawniania 
fałszerstw metali szlachetnych. Genialny uczony zauważył - ponoć, unosząc się w kąpieli - że ciało 
zanurzone w płynie traci tyle ciężaru, ile płyn przez nie wypchnięty, czyli ile waży taka sama jak one 
objętość płynu. Stąd już tylko krok do ustalenia ciężaru właściwego stopu metali i zawartości w stopie 
metalu szlachetnego.

Posiłkując się prawem Archimedesa, można było ustalić zawartość srebra czy złota w monecie. Do tego 
potrzebny   był   jednak   wykształcony   specjalista   i   większa   ilość   monet   tej   samej   emisji,   gdyż   badanie 
pojedynczej sztuki było zbyt subtelne i obciążone sporym błędem. 

A  czy   ratunkiem   przed   fałszerstwami   nie   mogły   być   coraz   bardziej   wyrafinowane   metody   bicia 
monety, coraz trudniejsze do skopiowania wizerunki na nich?

Prawdziwymi   arcydziełami   były   monety   syrakuzańskie,   moim   zdaniem   najpiękniejsze   monety   antyku. 
Tworzyli   je   i   podpisywali   się   na   nich   wielcy  rzeźbiarze:   Sosios,   Eumenes,   Euklideas   i   wielki   Kimon. 
Sfałszować na wysokim poziomie taki pieniądz było w czasach antyku bardzo trudno, ale mnogość monet w 
obiegu   i   ich   słaba   znajomość   pozwalały   skutecznie   oszukiwać   i   psuć   rynek   nawet   mało   udolnymi 
artystycznie podróbkami.

Na skuteczny sposób wzięli się Rzymianie. Srebrne denary były w Rzymie fałszowane powszechnie. Cienką 
srebrną skórkę faszerowano nadzieniem z podłych metali, najczęściej miedzi - takie monety zwano nummi 
subaerati.

Gdy w obiegu pojawiło się bardzo dużo takich platerowanych fałszywek, Rzymianie w czasach republiki 
wprowadzili do obiegu denary z ząbkowanymi brzegami, tzw. nummi serrati. Takie monety przy ówczesnych 

2

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

stanie zaawansowania technologicznego było trudno sfałszować metodą platerowania. Ale cóż z tego, skoro 
fałszywe denary produkowano masowo w rzymskich mennicach państwowych. Nieuczciwi przedsiębiorcy 
bili je na swój rachunek - i na swój zysk. Fałszowanie denarów usiłowano bezskutecznie ukrócić od czasów 
republiki aż do III wieku n.e. Wtedy to fałszerstwa ustały.

Denarów z III wieku nie dało się podrobić?

Już się nie opłacało. Były bite z tak kiepskiego srebra, że należałoby mówić o monetach miedzianych z 
nieznaczną domieszką srebra.

Ołów w złocie i w gardle

W starożytności, średniowieczu i jeszcze długo w czasach nowożytnych fałszowanie pieniądza karano 
śmiercią. Odstraszało?

A skądże. Wiek po wieku odbywały się dziesiątki tysięcy egzekucji fałszerzy pieniądza. Tylko w Rosji, i 
tylko w XVII wieku, stracono 7 tysięcy fałszerzy, a 3 tysiącom obcięto ręce.

Obcinano ręce, gotowano w oleju, wyrywano język, na Rusi wlewano w gardło roztopiony ołów. W 
średniowiecznej Polsce karze spalenia na stosie podlegał zarówno fałszerz monety, jak i jej posiadacz, 
o ile nie potrafił dowieść, że padł ofiarą oszustwa. Dlaczego tak powszechnie za fałszowanie pieniądza 
karano równie okrutnie jak za zabójstwo?

Skoro atrybutem sprawowania władzy było prawo emisji pieniądza, to jego fałszowanie od najdawniejszych 
czasów traktowane było jako crimen lese  majestatis,  zbrodnia obrazy majestatu.  Jako taka  musiała  być 
karana z najwyższą surowością.

Od kiedy fałszerze mogli liczyć na ocalenie głowy?

Pod koniec XVIII i na początku XIX wieku. Wynikało to z rozwoju cywilizacyjnego w Europie i ogólnego 
obniżania okrucieństwa kar. Ale proszę zauważyć, że do dziś fałszowanie pieniądza zagrożone jest karami 
więzienia bardzo wysokimi. W Stanach Zjednoczonych, jeśli skala fałszerstwa jest duża, można posiedzieć 
nawet kilkadziesiąt lat.

Zawsze jednak istniała kategoria fałszerzy, którzy mogli liczyć na bezkarność. To władcy. W roku 1810 
Napoleon   Bonaparte   polecił   fałszować   rosyjskie   ruble   papierowe   we   francuskich   państwowych 
wytwórniach.  Trzeba   przyznać,   że   Francuzi   robili   znakomite   fałszywki.   Cesarz   chciał   zdezorganizować 
ekonomicznie Rosję przed planowaną inwazją.

Ofiarą wojny ekonomicznej prowadzonej za pomocą fałszowania pieniądza padła także Polska. W latach 
1436-38 kraj zalewały tak zwane orliki, fałszywe denary jagiellońskie masowo produkowane na Morawach, 
w Czechach i na Śląsku. Długosz zapisał w swych "Rocznikach" pod rokiem 1437, że rozważano w Polsce 
nawet zaprzestanie w ogóle bicia denarów, bo ludzie nie odróżniali już monet fałszywych od dobrych. 

Trzy wieki później fala zagranicznych fałszerstw całkowicie zdewastowała polską gospodarkę. Gdy król 
Prus Fryderyk II zajął Śląsk i Saksonię, wpadły mu w ręce mennice króla Polski i elektora Saksonii Augusta 
III, a w mennicach - oryginalne stemple. Fryderyk natychmiast polecił bić fałszywe polskie monety. Bito je 
w   Lipsku,  Wrocławiu,   Berlinie,   Szczecinie,   Stuttgarcie.   Prawie   nie   zawierały  srebra,   na   zewnątrz   były 
bielone srebrem lub całkiem ordynarnie - cynkiem. Do Polski wwożono ich potworne ilości. Pruscy kupcy 
wieźli wielkie beki wypełnione fałszywymi monetami i wykupywali za nie polską żywność, drewno, metale.

Nie można było zatrzymać ich na granicy?

Próbowano - ale bez skutku. Słaba Rzeczpospolita nie była w stanie przeciwstawić się naciskowi króla Prus.]

Odwet   wzięliśmy   po   ponad   dwóch   wiekach,   masowo   fałszując   hitlerowskie   banknoty   okupacyjne.
Pod  koniec  1939 roku  generalny  gubernator  Hans  Frank  ogłosił  obowiązek złożenia  przez  Polaków  do 
depozytu okupanta banknotów o nominałach 100 i 500 zł, które wkrótce potem przestały być prawnym 
środkiem płatniczym. Zastąpiono je polskim banknotem 100-złotowym emisji z 1932 roku i 1934 roku z 
umieszczonym na nim nadrukiem: "Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete", Generalne 
Gubernatorstwo dla zajętych polskich obszarów. Naturalnie Polacy nie kwapili się do oddawania grubych 
przedwojennych banknotów do niemieckiego depozytu, a po wprowadzeniu do obiegu opieczętowanych 
setek natychmiast pojawiły się sfałszowane stemple z niemieckim nadrukiem. W Warszawie na Kercelaku za 
drobną opłatą można było sobie zachowane bezwartościowe setki z Józefem Poniatowskim opieczętować.

3

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

Po wprowadzeniu do obiegu okupacyjnych banknotów drukowanych w warszawskiej Państwowej Wytwórni 
Papierów Wartościowych, tzw. młynarek, do gry włączyła się AK. W PWPW stworzono konspiracyjną grupę 
pod kryptonimem PWB-17 (Podziemna Wytwórnia Banknotów), która przemycała do tajnych drukarń w 
Warszawie składniki niezbędne do druku banknotów: odbitki, rysunki giloszy, papier, farby. W podziemiu 
drukowano   fałszywe   młynarki   metodą   litograficzną.   W   samej   PWPW   konspiratorzy   wykorzystywali 
fałszywki nader dowcipnie. Podmieniali paczki falsyfikatów na paczki oryginalnych banknotów, a potem 
falsy oficjalnie zgłaszali jako druki nieudane, do komisyjnego zniszczenia.

Akcja ta trwała do końca 1942 roku. W sumie podziemie zyskało dzięki niej 18 mln okupacyjnych złotych.

Nie tylko AK fałszowała młynarki.

Fałszował je, kto tylko mógł. W czasie okupacji wszystkie chwyty były dozwolone, a w dodatku fałszowanie 
młynarek traktowano jako mały sabotaż.

Najchętniej   produkowano   banknoty  50-złotowe   i   500-złotowe,   słynne   okupacyjne   górale.   Jakość   wielu 
podróbek górali produkowanych poza strukturami AK często pozostawiała sporo do życzenia. Obawiając się 
wpadki, AK przesłała materiały do produkcji fałszywych banknotów do Wielkiej Brytanii. Tam w szacownej 
firmie Thomas de la Rue za zgodą Churchilla rozpoczęto druk fałszywych górali. Pierwsze partie banknotów 
AK  otrzymała   ze  zrzutów  lotniczych  w połowie  1943  r.  Niestety,   nie  przerzucono  do  Londynu  próbek 
oryginalnej farby i Anglicy nie potrafili rozgryźć jej receptury. Na produkowanych przez nich pięćsetkach z 
czasem wycierała się czarna farba wokół postaci górala.

Londyńskie młynarki podmieniali na młynarki oryginalne pracownicy lokalnych banków. W kilku bankach, 
między innymi w Piotrkowie, doszło do wpadek i konspirujących pracowników aresztowało gestapo.

Brytyjczycy nie wpadli na pomysł drukowania hitlerowskich reichsmarek?

Oficjalnie nic na ten temat  nie wiadomo. Praktyczne wnioski z sukcesów w fałszowaniu okupacyjnych 
młynarek wyciągnęli natomiast hitlerowcy. W ostatnich latach wojny RSHA, Główny Urząd Bezpieczeństwa 
Rzeszy,   zgromadził   w   obozie   koncentracyjnym   Sachsenhausen   pracowników   drukarni   emisyjnych   i 
najlepszych   fałszerzy   z   okupowanej   Europy.   W   od-izolowanym   bloku   18/19   hitlerowcy   zorganizowali 
drukarnię fałszywych funtów brytyjskich i dolarów. Podrabiano tam wszystko: papier, farby, matryce. To 
arcytajne   przedsięwzięcie   nosiło   kryptonim   "Operacja   Bernhard".   Jego   celem   była   destabilizacja 
brytyjskiego systemu monetarnego. Eksperci SS wybierali dla siebie nie więcej niż dziesiątą część produkcji 
bloku 18/19. 

Najlepsze funty z Sachsenhausen były zrobione wręcz kongenialnie. Pierwszą serię Niemcy wysłali okrężną 
drogą do Szwajcarii z prośbą o ekspertyzę. Szwajcarski bank wydał orzeczenie, że to dobre, oryginalne 
banknoty.

Niemiecki wywiad płacił nimi swemu najlepszemu szpiegowi, znanemu jako "Cicero".

Był to Albańczyk o nazwisku Elyas Bazna, zatrudniony jako służący w brytyjskiej ambasadzie w 
Stambule.   Wykradał   on   z   sejfu   ambasadora   najtajniejsze   brytyjskie   dokumenty   polityczne   i 
wojskowe.   Niemcy   zapłacili   mu   300   tys.   funtów.   Po   wojnie   jednak   wypłacone   mu   pięciofuntowe 
banknoty wyprodukowane w Sachsenhausen rozpoznano jako fałszywe.

Dopiero brytyjscy eksperci rozpoznali fałszywe funty, bo Niemcy nie mieli wiedzy o korelacji numerów 
drukowanych na banknotach. Tymczasem w dwóch numerach umieszczonych na banknotach zakodowane 
były daty produkcji  papieru użytego do wytworzenia każdego banknotu i daty druku tego banknotu.  Z 
rozkodowanych   numeracji   niemieckich   podróbek   wynikało,   że   wydrukowano   je   szybciej,   niż   został 
wyprodukowany papier użyty do ich produkcji.

W Sachsenhausen drukowano nie tylko dolary i funty.

Niemcy wytwarzali tam także fałszywe banknoty partyzantów jugosłowiańskich wprowadzane do obiegu w 
strefach wyzwolonych zamiast waluty okupacyjnej. Na początku lat 70. płetwonurkowie znaleźli na dnie 
austriackiego   jeziora   Hallstättersee   pięć   worków   z   30   milionami   fałszywych   koron   słowackiego, 
zaprzyjaźnionego z Berlinem rządu księdza Tiso. "Operacja Bernhard" kryje  jeszcze wiele tajemnic, bo 
esesmani   wymordowali   wszystkich   zmuszonych   do   udziału   w   niej   więźniów.   Urządzenia   do   produkcji 
fałszywych   banknotów   zniszczono   albo   ukryto,   a   zapasy   angielskich   funtów   zatopiono   w   alpejskich 
jeziorach   na   terenie   Austrii.   W   1962   roku   na   dnie   jeziora   Töplitz   odnaleziono   wielkie   ilości   walut 
wyprodukowanych w Sachsenhausen.

4

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

Zbawienie ojczyzny cenniejsze od metalu

Jaka była pierwsza sfałszowana moneta polska?

W czasie wykopalisk na wzgórzu wawelskim w Krakowie znaleziono denar krzyżowy z XI wieku wykonany 
z   miedzianej   płytki   pokrytej   cienką   blaszką   srebrną.   Oryginalne   denary  bito  rzecz   jasna   w  srebrze.   Za 
czasów   króla   Ludwika   Węgierskiego   w   1380   r.   głośno   było   o   warsztacie   fałszerskim   w   zameczku   w 
Szaflarach   na   Podhalu.   Wedle   Długosza   należał   on   do   klasztoru   Cystersów   w   Szczyrzycu.   Zakonnicy 
wydzierżawili zameczek pewnemu Żydowi, który bił w nim na wielką skalę fałszywą monetę złotą, srebrną i 
miedzianą, czyli - jak wówczas mawiano - klepacze albo klepańce. Wiele wskazuje na to, że proceder 
prowadził on w porozumieniu z klasztorem, z którym dzielił się zyskami. Na królewski dwór dochodziło tak 
wiele skarg, że Ludwik nakazał opatowi cystersów wyrzucić najemcę z zamku. Opat zwlekał jednak tak 
długo, że na rozkaz królewski starosta zdobył zameczek szturmem. Żyda spalił na stosie, zaś włości zakonu 
skonfiskowano.

Kto jeszcze fałszował monetę w dawnej Polsce?

Wszyscy. Żydzi, duchowni, możni panowie, a nawet starostowie, było nie było - urzędnicy królewscy. Na 
zamku w Starym Drawsku od początku XV wieku działała nielegalna mennica wyposażona w ponad 20 
fałszywych   tłoków.   Przez   wiele   lat   wybito   tam   ponad   100   tys.   denarów   i   półgroszy   koronnych   od 
Władysława Jagiełły do Jana Olbrachta, mnóstwo monet miast pomorskich i monet krzyżackich.

Fałszowano monetę także w oficjalnych mennicach. Półgrosze Kazimierza Jagiellończyka bite były przez 
podskarbiego koronnego Piotra Kurozwęckiego w dwóch wersjach - urzędowej, z uczciwego srebra, i na 
rachunek   prywatny,   ze   stopu   znacznie   podlejszej   próby.   Fałszywe   półgrosze   nazywano   piorunkami,   od 
przezwiska Piorun, jakie nosił podskarbi. W końcu skazano Kurozwęckiego na utratę dóbr. Sam podskarbi 
uciekł z Polski.

Ale gardła nie dał.

Gardła dawało pospólstwo i fałszerze, którzy nie mieli możnych protektorów. Wpływowi i bogaci zwykle 
uchodzili cało, choć goło.

Włos z głowy nie spadł Tytusowi Liwiuszowi Boratiniemu, Włochowi, który za zasługi w czasie potopu 
szwedzkiego otrzymał szlachectwo i dzierżawę mennicy koronnej. W latach 1659--66 masowo bił w niej 
szelągi   miedziane   wprowadzane   do   obiegu   po   kursie   przymusowym,   znacznie   wyższym   od   wartości 
kruszcu.   Zwano   je   pogardliwie   boratynkami.   Samego   Boratiniego   pociągnięto   do   odpowiedzialności   za 
nadmierne, krociowe zyski, ale wykpił się i został uniewinniony.

W tym samym czasie co Boratini fałszował masowo polską monetę inny dzierżawca mennic koronnych - 
Andrzej Tymf. Bił pierwsze polskie srebrne złotówki. Pięknie, tyle że srebra była w nich ledwie trzecia część 
wartości nominalnej. Tymf dość bezczelnie wybijał na nich napis: "Wartość tej monecie nadaje zbawienie 
ojczyzny, które jest więcej warte niż zawarty w niej metal". Jego oszukańcze złotówki zwano powszechnie 
tymfami. Złotówki Tymfa doprowadziły polską gospodarkę do ruiny. Z obiegu wycofał je dopiero Stanisław 
August Poniatowski.

Panowanie Jana Kazimierza było czasem ostatecznego upadku monety. Fałszerze przestali skrywać się za 
zamkowymi murami, bili klepańce dosłownie wszędzie. Pamiętnikarze zapisywali, że z każdego lasu niósł 
się ku gościńcom łomot młotów kujących fałszywe monety. Co dziesiąty szeląg w obiegu był sfałszowany.

Aż   do   rozbiorów   nie   potrafiono  dać   sobie   rady  z   podrobionymi   monetami   w   obiegu.  W  XVIII   wieku 
cesarzowa austriacka Maria Teresa, nie mogąc wyrugować klepańców, poleciła wymieniać w cesarskich 
kantorach   fałszywe   polskie   złote   monety   na   uczciwe   austriackie   złoto.   To   był   prawdziwy   triumf 
niezliczonych rzesz polskich i ościennych fałszerzy.

Ile czasu potrzebowali fałszerze, by podrobić europejskie banknoty?

Rok. Pierwszym banknotem obiegowym był papierowy talar szwedzki z roku 1661. Banknoty tej pierwszej 
emisji nie zachowały się, ale w zbiorach Banku Narodowego Szwecji przechowywano egzemplarz z emisji 
roku 1662. W latach 60. XX wieku zbadano go nowoczesnymi technikami i okazało się, że jest to ówczesna 
podróbka.

Pierwsze   polskie   banknoty,   tak   zwane   bilety   skarbowe,   zabezpieczone   na   dobrach   narodowych, 
wprowadzono   do   obiegu   podczas   powstania   kościuszkowskiego.   Czy   znalazł   się   nicpoń,   który   je 

5

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

sfałszował?

Nic   o   tym   nie   wiadomo.   Pod   względem   jakości   zabezpieczeń   bilety   kościuszkowskie   należały   do 
europejskiej czołówki. Drukowano je na najwyższej jakości, specjalnie farbowanym papierze banknotowym 
holenderskiej   firmy   Hoening,   zastosowano   w   druku   wyrafinowane   techniki   drzeworytnicze   i 
miedziorytnicze.   Prócz   znaków   wodnych   miały  one   zabezpieczenia   chemiczne   w   postaci   liter   i   innych 
znaków drukowanych specjalnymi, trudnymi do podrobienia metodami.

Wprowadzono je 16 sierpnia, a już 6 listopada 1794 roku Warszawa padła. I też z tego powodu nie zdążono 
ich podrobić. Równie efemeryczny żywot miały banknoty powstania listopadowego emisji 1831 roku.

Carskie ruble emitowane po powstaniu listopadowym dla Królestwa Polskiego pozostawały w obiegu 
na tyle długo, że fałszerze mieli czas, by się z nimi rozprawić.

I   rozprawili   się.   Bank   Polski   od   1841   roku   wprowadzał   kolejno   do   obiegu   nowe   emisje   banknotów 
wzorowanych na rosyjskich banknotach rublowych. Miały nominały 1, 3, 10 i 25 rubli srebrem, ale bez 
podania   równowartości   w   złotych,   a   chociaż   nosiły   napis   "Królestwo   Polskie",   to   herb   Orzeł   Biały 
znajdował się na piersi dwugłowego orła rosyjskiego. Fałszowano je na ziemiach polskich masowo i bardzo 
skutecznie.   Z   tego   powodu   upowszechniła   się   praktyka   zaopatrywania   przez   Bank   kas   i   kantorów   w 
specjalnie drukowane wzory banknotów do porównywania z nimi banknotów z obiegu. Pomogło to niewiele. 
Po 16 latach od wprowadzenia do obiegu Bank Polski zmuszony był, z powodu mnóstwa udanych podróbek, 
wycofać   banknot   o   nominale   1   rubla   i   wprowadzić   nowy,   z   innym   wzorem   i   kolorem   zmienionym   z 
zielonego na perłowy.

Po   powstaniu   styczniowym   carskie   władze   zamknęły   warszawską   mennicę,   odebrały   Bankowi 
Polskiemu prawo emisji pieniądza. Jedynym prawnym środkiem płatniczym w zaborze rosyjskim stał 
się   rosyjski   rubel.   Banknoty   rublowe   uważano   za   najlepiej   w   świecie   zabezpieczone   przed 
fałszerstwami,   zwłaszcza   od   czasu,   gdy   genialny   rosyjski   projektant   banknotów   Orłow   wynalazł 
metodę druku offsetowego, czyli płaskiego, pozwalającą uzyskać efekt płynnego przechodzenia koloru 
w jednej linii ciągłej w inny kolor. Fałszerze dali radę Orłowowi?

Ruble miały bardzo mocne zabezpieczenia, ale też w XIX wieku najwięcej afer fałszerskich, także tych 
największych,   najgłośniejszych,   było   z   fałszowaniem  rubli.   Rosyjska   prowincja,   zwłaszcza   wieś   i   małe 
miasteczka, były bardzo zacofane i tam fałszerze skutecznie wprowadzali do obiegu podróbki nawet dalekie 
od ideału.

Jak fałszerze na ziemiach polskich wykorzystali czas I wojny światowej?

Pracowicie.  Wojna   była   czasem  emisji   przez   zaborców   banknotów   tymczasowych   oraz   ogromnej   ilości 
lokalnych   emisji   biletów   zastępczych.   Zwłaszcza   te   ostatnie   były  fałszowane   na   gigantyczną   skalę.   Na 
przykład stowarzyszenie kupców w Łodzi wyemitowało bilety zastępcze, bo w lokalnym obiegu brakowało 
drobnych pieniędzy. Bilety te miały określony z góry czas pozostawania na rynku, po którym łódzcy kupcy 
zobowiązali się je wykupić. I wykupili - tylko że dwa razy więcej biletów, niż wyemitowali. Drugie tyle 
dorobili ich zaradni krajanie.

Ile czasu potrzebowali fałszerze na rozprawienie się z pieniędzmi II Rzeczypospolitej?

Największą aferę fałszerską wykryto w 1933 roku. Wywiadowcy policji nakryli kolporterów fałszywych 
banknotów   20-złotowych   emisji   1926  i   1929   roku.   Okazali   się   nimi   kasjerzy  na   Dworcu   Głównym   w 
Warszawie,   którzy   wydawali   podróbkami   resztę   należności   za   bilety.   Dalsza   obserwacja   zaprowadziła 
policjantów do jednego z bagażowych na Dworcu Głównym, który sprzedawał fałszywki kasjerom po 5 
złotych.   Kolejnym   ogniwem   łańcuszka   był   uliczny  sprzedawca   zapałek   sprzed   dworca,   który  fałszywe 
dwudziestki   dostarczał   bagażowym.   I   w   końcu   policja   dotarła   do   wytwórcy.   Dwudziestki   podrabiał   na 
wielką skalę w swoim mieszkaniu przy ul. Ogrodowej niejaki Tomczyk, fałszerz niewątpliwie utalentowany, 
bo jego produkcja była bardzo dobrej jakości.

Rok 1933 był rokiem prawdziwej ofensywy fałszerzy. Policja ujawniła aż 5,5 tys. przestępstw podrabiania 
pieniądza,  najwięcej  w  czasie  międzywojennego  dwudziestolecia.  Policyjna   kartoteka  polskich  fałszerzy 
znaków pieniężnych liczyła w tym roku aż 1422 nazwiska!

Także w tym roku miało miejsce największe międzywojenne fałszerstwo monet. Do obiegu trafiła wielka 
ilość znakomicie podrobionych techniką odlewu srebrnych monet 10-złotowych. Policja ujęła jednego z 
kolporterów   i  po  sznureczku  dotarła   do  tajnej   mennicy  przy Twardej   62  prowadzonej   przez   niejakiego 

6

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

Lewadowskiego.

Monety obiegowe fałszowano w II Rzeczpospolitej często. Zwykle podrabiano srebrne 1-, 2-, 5- i 10-
złotówki.   Najchętniej   fałszowano   je   techniką   odlewu.   Do   odlewania   podróbek   stosowano   miękkie 
metale, najczęściej cynk i ołów, które potem srebrzono. Trudniejszą metodą było bicie falsyfikatów. W 
tym wypadku trzeba było wykonać w miękkim metalu - a potem utwardzić - precyzyjny stempel cięty 
od   ręki,   czyli   wykonany   przez   fałszerza   technikami   rytowniczymi.   Próbowano   też,   choć   bardzo 
rzadko, stosować metodę galwaniczną.

Fałszywych monet było w obiegu tak dużo, że w roku 1933 przebojem rynkowym stała się malutka, prosta w 
obsłudze waga do sprawdzania autentyczności monet skonstruowana przez Edmunda Lipinera z Królewskiej 
Huty.

Bułgarski złoty ślad

Czy fałszowanie starych, kolekcjonerskich monet to fałszowanie pieniądza, czy raczej dzieł sztuki?

W   zasadzie   i   jedno,   i   drugie.   Pierwsze   emisje   fałszywych   monet   bili   renesansowi   archeolodzy,   ludzie 
wykształceni i kompetentni. Od razu więc podróbki były wysokiej jakości. Najsłynniejszym fałszerzem tego 
czasu był Giovanni Cavino z Padwy, architekt, malarz i archeolog. Odlewał głównie duże rzymskie monety z 
brązu.   Fałszował   je   solidnie,   radząc   się   u  innych   archeologów.   Dziś   zwane   są   padowanami,   od  miasta 
Padwy,   gdzie   Cavino   uprawiał   swój   proceder,   i   same   są   przedmiotem   kolekcjonerstwa.   Autentyczne 
padowany, czyli, było nie było, falsyfikaty, osiągają na aukcjach wysokie ceny.

Podobnie jak falsyfikaty bodaj największego w historii fałszerza monet - Niemca Carla Beckera, żyjącego na 
przełomie XVIII i XIX wieku. Jego monety nazywa się potocznie bekerami. Sam wykonywał znakomite 
stemple   rzadkich   antycznych   monet,   sam   je   wybijał   w   srebrze,   sam   postarzał   je.   Jego   false   kupowali 
najwięksi światowi zbieracze, bo jako wybitny antykwariusz cieszył się nieposzlakowaną opinią.

Czy fałszerze numizmatów oszukują na szlachetnym kruszcu tak jak starożytni fałszerze?

Oni   biją   fałszywki   z   najlepszych   kruszców.   Zarabiają   na   rzekomej   wartości   historycznej   podrobionych 
monet.

W  literaturze   fachowej   dawne   fałszerstwa   monet   antycznych   opisywane   są   co   rusz   jako   świetne, 
znakomite, prawie doskonale. Jak je zatem rozpoznano?

Nie ma fałszerstwa doskonałego. Robienie matryc odlewniczych i potem odlewów minimalnie pomniejsza 
rozmiary kopii monety. Cięcie stempla z ręki zawsze zostawia jakieś ślady, które nie miały prawa powstać w 
antycznej mennicy. Zawartość złota w wielu starożytnych monetach, zwłaszcza rzymskich, zmieniała się. Z 
czasem minimalnie obniżano ilość szlachetnego kruszcu w kolejnych emisjach - aż do czasu jakiejś reformy 
uzdrawiającej pieniądz. Kruszec niektórych emisji zawiera charakterystyczne zanieczyszczenia.

Czasami trudną sytuację kolekcjonerów i badaczy ratuje ujawnienie fałszerskich stempli. Tak stało się w 
przypadku   oryginalnych   stempli   Beckera,   które   po   jego   śmierci   wdowa   sprzedała   do   muzeum.   Ale 
najważniejsza jest patyna. Moneta bita w XIX czy XX wieku nie ma oryginalnej, głębokiej, praktycznie 
niezdzieralnej patyny jaka powstaje przez 2 tysiące lat powolnego utleniania się metalu na powierzchni. 
Fałszywe

 

patyny

 

 

powierzchowne,

 

widać

 

to

 

gołym

 

okiem.

Nie wymyślono jeszcze doskonałej imitacji patyny?

Mimo postępu nauk ścisłych i technologii patynę ciągle podrabia się tak samo - sikając na monety. Długo, 
tygodniami,   miesiącami.   Mniejszościowa   szkoła   fałszerzy   topi   na   długo   falsyfikaty   w   gnojówce.

Mieliśmy wybitnych fałszerzy antycznych numizmatów?

O, tak. W połowie XIX wieku działał najwybitniejszy fałszerz, z pochodzenia Niemiec, Józef Majnert. Był 
cenionym   medalierem   warszawskiej   mennicy   państwowej,   projektował   m.in.   polsko-rosyjskie   monety 
rublowe i wspaniałe medale. A wieczorami zamieniał się, niczym dr Jekyll w Mr. Hyde'a, w fałszerza starych 
polskich monet, głównie talarów. Podrabiał je kongenialnie, rozmaitymi technikami, z odcisku, z odlewu. 
Wytwarzał   je,   korzystając   z   urządzeń   warszawskiej   mennicy.   Wyprowadził   w   pole   najlepszych 
numizmatyków. Sfałszował około 100 monet, które udało mu się rozprowadzić po całej Europie. Trafiły do 

7

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

największych i najlepszych kolekcji. W XIX wieku fałszywe  polskie talary nazywano w Niemczech po 
prostu majnertami.

Co ciekawe, Majnert stworzył bodaj dziesięć starych polskich monet, które nigdy nie istniały. Po prostu 
powymyślał   talary  na   podstawie   przekazów  z   epoki.  Wybił   np.   rzekomego   talara   koronnego  Zygmunta 
Augusta z 1547 roku, nieprzeciętnie zresztą pięknego.

W połowie XIX wieku we Lwowie i w Mińsku działała spółka trzech fałszerzy, Hausmana, Fajna i Igla, 
wyspecjalizowana w doskonałym podrabianiu polskich złotych dukatów. W Niemczech fałszywe polskie 
dukaty  kolekcjonerzy  nazywali   po  prostu  iglami.   Były  tak  znakomicie   podrobione,   że   kupowano  je   do 
najlepszych   polskich   i   światowych   kolekcji.   Kupiło   je   m.in.   lwowskie   Ossolineum.

Jak fałszerstwa te odkryto?

To historia płaszcza i szpady. Jeden z najwybitniejszych polskich numizmatyków, działający w połowie XIX 
w. Karol Beyer, pierwszy wpadł na trop fałszerstw Majnerta. Ścigał je wytrwale przez całe życie i w końcu 
doprowadził   do  zaniechania   fałszerskiego   procederu.   Zmusił   bowiem  Majnerta   do   odsprzedania   99   par 
fałszerskich stempli, które potem, komisyjnie, zalał smołą w wielkiej beczce, by nigdy z nich już nie bito 
falsów.

Nie zniszczył ich?

Nie niszczy się świadectw epoki. Beyer  wykrył  także i zaciekle tropił fałszerstwa  Igla i spółki. Chciał 
wytoczyć Iglowi proces za sprzedanie falsów Ossolineum, ale kurator Lubomirski nie zgodził się. Bał się 
skandalu. False Igla, rozpoznane, nadal są w zbiorach Ossolineum.

Dziś też gdzieś w ukryciu pracują wielcy fałszerze miary Beckera, Majnerta, Igla?

Dziś fałszowanie numizmatów to wielki przemysł. W połowie lat 80. fałszerstwo stało się eksportowym 
przemysłem w Bułgarii. Bułgarscy fałszerze zalali świat doskonałymi imitacjami antycznych monet, bardzo 
trudnymi   do   wykrycia,   bo   zwykle   bitymi   na   innych,   oryginalnych,   lecz   zniszczonych   monetach 
starożytnych. Na temat tych fałszerstw ukazał się w Niemczech specjalny katalog. Niestety, autorzy wydali 
tylko pierwszy tom. Z drugim dali sobie spokój z obawy o własne życie. Bułgarska mafia ma długie ręce. 
Autorzy katalogu udowodnili, że w latach 1990--95 tylko w jednym warsztacie bułgarskim wybito około 300 
tysięcy fałszywych monet antycznych. To był warsztat słynnego Petera Sławeja. On sam już nie żyje, został 
zamordowany.

Bułgarskie false są bodaj we wszystkich kolekcjach na świecie, w poważnej części nierozpoznane. Nacięła 
się na nie między innymi brytyjska premier Margaret Thatcher, która kupiła ich mnóstwo do swego zbioru.

A dziś pałeczkę od Bułgarów przejęli nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy. Oni wyspecjalizowali się w 
podróbkach na gigantyczną skalę dawnych monet polskich.

Fałszywe monety są wszędzie. Jak wobec tego być dziś numizmatykiem?

Kolekcjonerstwo monet to teraz droga przez mękę i łzy. Niedawno warszawski kolekcjoner pokazał mi 
numizmaty kupione za ponad 20 tys. dolarów w renomowanych antykwariatach w Nowym Jorku. Wszystkie 
były fałszywe. A ja w swoim czasie zauważyłem na aukcji w znanym niemieckim antykwariacie naszego 
majnerta wystawionego jako moneta autentyczna. Gdy zwróciłem antykwariuszowi uwagę, odparł: " Dziś 
jest dużo Japończyków, kupią to sobie i będą szczęśliwi, więc po co robić aferę?".

A Polacy fałszują dziś numizmaty?

A  owszem,   ale   nie   antyczne.   Masowo   podrabia   się   u   nas   okupacyjne   monety   z   getta   łódzkiego,   bo 
przyjeżdżający do Polski Żydzi kupują je chętnie jako pamiątki. Od lat podrabia się też, i to znakomicie, 
monety   międzywojennego   Wolnego   Miasta   Gdańska.   Te   namiętnie   kupują   turyści   niemieccy.

Zrób złotówkę sam, z garnka i gazety

Jak zahartowane w czasie okupacji kadry fałszerzy poradziły sobie zaraz po wojnie z  banknotami 
komunistycznymi?

Starzy fachowcy nie mieli trudnego zadania. Bardzo brzydkie banknoty pierwszej emisji, wydrukowanej w 
Moskwie, o nominałach od 50 groszy do 500 zł, pozbawione były skutecznych zabezpieczeń. Ulubionym 

8

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

łupem fałszerzy stała się już od pierwszych dni po wprowadzeniu do obiegu pięćsetka, którą wytwarzało aż 
27 szajek.

Brak wysokich nominałów w obiegu skłonił NBP już we wrześniu 1945 roku do emisji nowego banknotu o 
wartości 1000 zł. Równie brzydką jak banknoty moskiewskie i drukowaną na równie kiepskim papierze 
tysiączłotówkę podrabiano masowo. Tylko jeden z fałszerzy w ciągu sześciu miesięcy wprowadził do obiegu 
106 000 fałszywych tysiączłotówek!

Wymiana pieniędzy w 1950 roku dotkliwie uderzyła Polaków po kieszeniach. Czy nowe banknoty stały 
się skuteczną zaporą przed fałszerstwami?

Pierwsze podrobione pięćdziesiątki z rybakiem i setki z robotnikiem pojawiły się w obiegu dopiero w 1955 
roku, więc chyba rzeczywiście fałszerze mieli z nimi kłopot. Pod koniec lat 50. przerzucili się na podrabianie 
monet.   W   obiegu   były   wówczas,   mające   dużą   wartość   nabywczą,   aluminiowe   5-złotówki   z   rybakiem 
ciągnącym sieć. Były słabo zabezpieczone, a na dobitkę fałszerze odkryli, że bite były z blachy takiej samej 
grubości,   jaką   stosowano   do   produkcji   kuchennych   garnków.   W   zakładach   metalowych   w   Skarżysku 
fałszerze najpierw zrobili stempel z odlewu monety, co w fabryce nie jest trudne, i po godzinach tłukli je na 
maszynach fabrycznych w niesamowitych ilościach.  To było całkiem zgrabne fałszerstwo, udało im się 
nawet zrobić karbowany brzeg, choć jego jakość pozostawiała wiele do życzenia. Oryginalne karbowania 
wykonywane przez maszyny mennicze mają między ząbkami płaskie dno, a fałszerze ze Skarżyska nie 
potrafili tego zrobić i wycinali między ząbkami literę V. W końcu wpadli, mieli proces, ale piątki z rybakiem 
podrabiał, kto tylko mógł. Rada Ministrów musiała odgórnie określić grubość blachy, z której można w 
PRL-u produkować garnki, tak by nie można było bić z niej piątek z rybakiem.

Kolejne emisje peerelowskich monet były trudniejsze do podrobienia?

Dużo trudniejsze, ale wzrosły też umiejętności i możliwości naszych fałszerzy. Masowo bito fałszywe 10-
złotówki   z   Kościuszką   i   z   Kopernikiem   oraz   20-złotówki   z   wieżowcem   i   z   Nowotką.   Zwłaszcza   te 
dwudziestki z Nowotką były wysokiej jakości, bardzo trudne do odróżnienia od oryginałów. Bito je świetnie 
zrobionymi stemplami w miedzi i niklowano. W dziesięcioleciu 1970-79 wykryto w obiegu ponad 128 tys. 
fałszywych monet!

Fałszowanie banknotów nie było bardziej opłacalne od lewego bicia takiego Nowotki?

Bicie w miarę udanych podróbek monet z lat 60. i 70. nie było trudne. Zwłaszcza dla kogoś, kto miał 
doświadczenie z technikami odlewniczymi i galwanizerskimi. Na monety mniej zwraca się uwagę niż na 
banknoty o dużych nominałach, łatwiej więc i bezpieczniej wprowadzano je do obiegu. A przy masowym 
biciu lewych monet zyski były ogromne.

I nadal są?

Pamięta pan, jak wkrótce po wprowadzeniu do obiegu dwójek i piątek bimetalicznych, z centralną częścią z 
żółtego metalu, ludzie kręcili nimi bączki?

Pamiętam, sam kręciłem. Mówiono, że w ten sposób wykryć można fałszywkę. Jeśli nie kręciła się 
długo, lecz zaraz przewracała się, miała być podróbką.

Tak naprawdę to podróbki poznawało się po tym, że żółte środki po naciśnięciu wypadały.  Bo monety 
bimetaliczne produkowane są w mennicy bardzo trudną technologią, opracowaną właśnie po to, by utrudnić 
fałszerstwa. Żółta część środkowa jest wkręcana w korpus monety pod dużym ciśnieniem. Tej technologii 
fałszerze nie opanowali, stąd podróbki były bardzo nieudolne. Albo je wklejano, albo wręcz środkową część 
tylko malowano.

Ale to wszystko nie znaczy, że w obiegu nie ma dziś fałszywych monet. Są bimetaliczne piątki i dwójki, są 
złotówki, są 50-, 20- i 10-groszówki.

Opłaca się podrabiać 10 groszy?

Dziś już nie, podobnie jak 20-groszówek. Ale stare falsy 10- i 20-groszowe jeszcze krążą z rąk do rąk.

A banknoty?

W 1985 roku pojawiły się w obiegu znakomicie wykonane drukiem offsetowym, zaopatrzone w znaki wodne 
fałszywe banknoty o nominale 5000 zł, z Chopinem. Kolportowano je przede wszystkim na południu Polski. 
Potem masowo podrabiano kolejne nominały. Prawdziwym zaproszeniem do tańca było dla fałszerzy

9

background image

Lewe bicie. Rozmowa o fałszerzach i fałszowaniu pieniędzy z Lechem Kokocińskim, twórcą i honorowym prezesem Polskiego 

Towarzystwa numizmatycznego

200 000 zł emisji 1989 r oku. Oryginalny banknot drukowano w uproszczonej technice, jedynie offsetem, 
bez znaków wodnych. Emisję oficjalną fałszerze uzupełnili tak skutecznie, że banknot ten szybko wycofano 
z obiegu.

W sumie jednak w latach 80. więcej niż polskich banknotów fałszowano walut obcych, przede wszystkim 
dolarów i marek zachodnioniemieckich.

Jak długo sfałszowany banknot krążył w obiegu?

To zależało od jakości fałszerstwa. 5000 z Chopinem, podrobione wręcz znakomicie, mogło krążyć długie 
miesiące, lata nawet. Zdaje się jednak, że większość fałszerstw ujawniano już podczas próby wprowadzenia 
do obiegu. Bo większość polskich fałszerstw to były prymitywne, ordynarne przewały. Drukowano je byle 
jak, na byle jakim papierze, na którym znaki wodne imitowano plamami tłuszczu. W swoim zbiorze falsów 
mam   banknoty   rysowane   kredkami   na   papierze   kratkowanym   ze   szkolnego   zeszytu,   mam   banknoty 
dwudolarowe, które kredką i gumką przerobiono na studolarówki. No, nie wiadomo, czy śmiać się, czy 
jednak płakać, bo czasem na taką hucpę nabierano starszych, naiwnych ludzi.

Szczytem   fałszerskiej   bezczelności   w   PRL-u   była   afera   z   tysiączłotówkami   wyciętymi   z   tygodnika 
satyrycznego "Szpilki". W 1971 roku redakcja w ramach żartu wydrukowała reprodukcje banknotów,  a 
czytelnicy całkiem serio wycięli je i poszli na zakupy. Tomasz K., którego opisywała potem ówczesna prasa, 
z wyciętym z gazety tysiącem poszedł do oddziału NBP i poprosił o rozmienienie na drobne. Nie wiem, co 
bardziej   u   pana   Tomasza   B.   podziwiać:   odwagę   czy   poczucie   humoru.

Czy mieliśmy polskiego fałszerza pieniędzy tak genialnego, jak genialny był van Meegeren, fałszerz 
obrazów.....

Tak,   ale   nie   w   Polsce.   W   październiku   1963   roku   kasjer   głównego   urzędu   pocztowego   w   Paryżu 
zaalarmował policję, że pewien osobnik nazwiskiem Chuvaloff zapłacił za obligacje frankami, do których 
właściwie nie można mieć zastrzeżeń, ale które budzą u niego jakiś niepokój. Policja zaczęła go śledzić i tak 
dotarła do willi znanego i cenionego architekta Czesława Bojarskiego. Tam znaleziono prawdziwe obligacje 
i złoto wartości miliona franków. I nic więcej. Już wychodząc, inspektor policji dojrzał w jednym z pokoi 
malutką fałdkę na dywanie. Pod dywanem był sęk. Policjant przekręcił go i automatycznie otworzyły się 
drzwi do sezamu zaprojektowanego i zbudowanego przez Bojarskiego. O podziemnej wytwórni banknotów 
nie   wiedział   nikt,   nawet   służba   i   mieszkająca   z   nim   żona.   Bojarski   sam   produkował   w   podziemiach 
doskonały papier banknotowy, z bibułki papierosowej i bielonej chlorkami kalki maszynowej. Sam idealnie 
podrobił matrycę stufrankówki z Napoleonem - po długich studiach eksperci odkryli, że od prawdziwego 
banknotu setkę Bojarskiego różnił tylko jeden jedyny włos mniej w grzywce cesarza. W końcu genialny 
fałszerz został skazany na 20 lat więzienia, a francuski bank centralny,  nie potrafiąc wyłapać z obiegu 
fantastycznych   fałszywek   Bojarskiego,   zdecydował   się   wycofać   w   ogóle   banknot   z   Bonapartem   i 
wprowadzić nową stufrankówkę z wizerunkiem Corneille'a.

A czy teraz nie siedzi gdzieś w piwnicy następca Bojarskiego i nie drukuje setek z Jagiełłą, którym do 
ideału brakuje jednego włoska nad królewskim karkiem?

Nie sądzę. Banknoty, które mamy w portfelach, są bardzo dobrze zabezpieczone. Chyba fałszerzom nie 
opłaca się inwestować w ich podrabianie na tak wysokim poziomie. Tym bardziej że zapewne wkrótce 
złotówki zastąpi euro.

Koniec polskich fałszerzy?

Bynajmniej. Raczej początek wolnego fałszerskiego rynku. Naszych fałszerzy też dogoniła globalizacja. 
Teraz będą musieli rywalizować z fałszerzami euro z całej Europy. Bo chyba nie myśli pan, że przestaną?

 

10


Document Outline