background image

Dave Pelzer  

 

Dziecko zwane "niczym" - czyli dziecięca wola przetrwania 

 

Tytul oryginału: 

A CHILD CALLED "IT" 

Copyright (c) 1995 Dave Pelzer 

Published under arrangement 

with HEALTH COMMUNICATIONS INC., 

Deerfield Beach, Florida, U.S.A. 

Ali rights reserved 

Projekt okładki: Anna Troszczyńska 

Redakcja: Lucyna Łuczyńska 

Redakcja techniczna: Anna Troszczyńska 

Korekta: 

Agata Mickiewicz 

Łamanie: Anna Pianka 

ISBN 83-7180-443-1 

Wydawca: 

Prószyński i S-ka SA 

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 

Druk i oprawa: 

Łódzka Drukarnia Dziełowa SA 

90-215 Łódź, ul. Rewolucji 1905 r. nr 45 

książkę tę dedykuję synowi mojemu  Stephenowi, który, dzięki Bogu, nauczył  mnie korzystania  z 

daru  miłości  i  radości  oraz  patrzenia  oczyma  dziecka.  Dedykuję  ją  również  nauczycielom  i 

pracownikom administracyjnym Szkoły Podstawowej im. Thomasa Edisona, zwłaszcza: Stevenowi 

E.  Zieglerowi,  Athenie  Konstan,  Peterowi  Hansenowi,  Joyce'owi  Woodworthowi,  Janice  Woods, 

Betty  Howell,  i  szkolnej  pielęgniarce.  Wam  wszystkim,  za  Waszą  odwagę  i  za  to,  że  owego 

pamiętnego dnia, 5 marca 1973, naraziliście się na utratę zawodowego prestiżu i uratowaliście mi 

życie. 

 

Wyrazy wdzięczności  

Po  latach  wyczerpującej  pracy,  poświęceń,  zawodów,  kompromisów  i  wybiegów,  książeczka  ta 

nareszcie ujrzała światło dzienne i znajduje się wszędzie w sprzedaży. Korzystając z okazji pragnę 

background image

złożyć hołd tym wszystkim, którzy całym sercem wierzyli w tę krucjatę. 

Jackowi Canfieldowi, współautorowi fenomenalnego bestsellera, "Rosołu dla duszy", za wyjątkowo 

ludzkie  nastawienie  i  otwarcie  przede  mną  pewnych  szczelnie  zamkniętych  drzwi.  Jack  jest 

naprawdę rzadkim okazem człowieka, który w ciągu dnia potrafi pomóc większej liczbie ludzi, niż 

niejednemu z nas udaje się to uczynić przez całe życie. Niech Bóg ma Pana w swej opiece. 

Nancy  Mitchell  i  Kim  Wiele  z  Grupy  Canfielda  za  ich  zaraźliwy  entuzjazm  i  bezcenne  rady. 

Dziękuję Paniom. 

Peterowi  Vegso  z  Health  Communications,  Inc.,  jak  również  Christinie  Belleris,  Matthew 

Dienerowi,  Kimowi  Weissowi  i  całemu  sympatycznemu  personelowi  tej  instytucji  za  uczciwość, 

profesjonalizm  i  uprzejmość  na  co  dzień,  sprawiającą,  że  proces  wydawania  książki  staje  się 

przyjemnością.  Biję  czołem  przed  Irenę  Kanthos  i  Lori  Golden  za  ich  niewyczerpany  upór  i 

pilnowanie  tempa  prac.  Gargantuiczne  podziękowania  dla  całego  Bloku  Humanistycznego  za 

wysiłki i oddanie sprawie. 

Szczególnie  gorąco  dziękuję  Marshy  Donohoe,  superredaktorce,  za  całe  godziny  spędzone  na 

wylewaniu z tego tomu wiader wody, by czytelnik nie miał kłopotów ze zrozumieniem i odczuciem 

te  widzianej  oczyma  dziecka  opowieści.  Marsha  uznała  to  za  sprawy  "zaufania  do  prostego 

człowieka". 

Patti Breitman z breitman Publishing projects, za prace wstepne i solidny zastrzyk finansowy. 

Cindy Adams za niezachwianą wiarę, której tak bardzo wtedy potrzebowałem 

Gorące dzięki dla Rica i Dona z Rio Villa Resort, wówczas mojego domu poza domem, za to, że 

stworzyli mi doskonale zacisze na czas prac nad realizacją tego projektu. 

Nakońcu  dziękuję  Phyllis  Colleen.  Życzę  Pani  szczęścia.  Życzę  spokoju.  Niech  Panią  Bóg 

błogosławi. 

Najserdeczniejsze życzenia dla wszystkich tych, którzy robią coś dla drugiego człowieka. 

Dave Pelzer 

nota autora 

niektóre imiona i nazwiska zostały w tej książce zmienione, tak by nie naruszać godności i spokoju 

bliźnich. 

Jest  to  pierwsza  część  trylogii,  w  której  starałem  się  posługiwać  językiem  dziecka.  Jej  ton  i 

słownictwo odzwierciedlają mądrość człowieka w takim właśnie wieku. 

Książka ta osnuta jest na motywach życia pewnego dziecka, od wieku lat czterech do dwunastu. 

Druga  część  tejże  trylogii,  "Stracony  chłopiec",  opisuje  perypetie  tego  samego  chłopca  od 

dwunastego do osiemnastego roku życia. 

 

 

background image

 

                                                               Rozdział 1 

                                                                Ocalenie 

Marca  1973  Pały  City,  stan  Kalifornia.  -  Już  późno. Trzeba  zdążyć  ze  zmywaniem,  bo  nie  będzie 

śniadania. Nie jadłem wczoraj kolacji, więc muszę koniecznie coś zjeść. Mama gania we wszystkie 

strony  i  wrzeszczy  na  braci.  Słyszę  jej  ciężkie  kroki  na  korytarzu  prowadzącym  do  kuchni. 

Zanurzam  z  powrotem  ręce  we  wrzącej  wodzie  i  płuczę  talerze.  Za  późno.  Przyłapała  mnie  z 

założonymi rękami. 

SŁAST! Mama bije po twarzy i przewracam się na podłogę. Wolę nie stać i nie narażać się na ciosy. 

Odczułem  na  własnej  skórze,  że  ona  uznaje  to  za  bezczelność,  dlatego  bije  dalej  i  co  najgorszy 

wyznacza karę - dzień bez jedzenia. Wstaję i unikam jej wzroku, gdy tak wrzeszczy mi za uszami. 

Udaję wystraszonego i przytakuję jej pogróżkom.  

-Proszę  -  mówię  do  siebie  -  daj  mi  tylko  jeść.  Możesz  mnie  zbić,  ale  muszę  coś  zjeść.  Kolejne 

uderzenie  rzuca  mnie  na  kuchenny  blat  z.  kafelków.  Po  twarzy  płyną  strumieniami  łzy  udawanej 

kapitulacji  a  ona  wypada  z  kuchni,  zdaje  się  i  jest  z  siebie  zadowolona.  Odliczywszy  kroki  i 

upewniając się, że nie wróci wzdycham z ulgą. Udało się. Może zbić mnie na kwaśne jabłko ale nie 

dałem odebrać sobie woli przetrwania. 

Kończę myć naczynia potem wykonuję inne prace. W nagrodę dostaję śniadanie  - resztki zlane z 

miski jednego z braci. Dzisiaj płatki Lucky Charms. W połowie miski mleka pływa zaledwie parę 

wiórków, ale spieszę się jak mogę zanim Matka nie zmieni zdania. Ona to potrafi. Z przyjemnością 

wykorzystuje jedzenie jako broń. Nigdy w życiu nie wyrzuciłaby resztek do kosza. Wie, że bym je 

potem odgrzebał. Zna wiele moich sztuczek. 

Po chwili siedzę już w rodzinnym kombi. Zeszło mi bardzo długo i trzeba zawieźć mnie do szkoły. 

Zwykle  biegnę  i  wpadam  akurat  na  początek  lekcji,  tak  że  nie  mam  czasu,  by  ukraść  kolegom 

drugie śniadanie. 

Mama wypuszcza najstarszego brata, a mnie wygłasza kazanie na temat swoich jutrzejszych wobec 

mnie planów. Zawiezie mnie do swojego brata. Mówi, że wujek Pan się mną "zajmie". To mają być 

pogróżki. Patrzę na nią przerażony jakbym się naprawdę czegoś bał. Wiem, że wujek jest surowy 

ale na pewno nie potraktuje mnie tak jak Matka. 

Jeszcze  zanim  kombi  zdąży  się  zatrzymać,  pędzę  do  szkoły.  Matka  drze  się  żebym  wracał. 

Zapomniałem zmiętego woreczka z drugim śniadaniem, w którym od trzech lat jest to samo: dwie 

kanapki z masłem orzechowym i parę marchewek. Jeszcze zanim znowu wyrwę się z samochodu, 

upomina:  

-"Powiedz... powiedz, że uderzyłeś się o drzwi". Potem rzadko używanym wobec mnie tonem głosu 

życzy  mi  miłego  dnia.  Zaglądam  w  jej  zaczerwienione  opuchnięte  oczy.  Cały  czas  ma  kaca.  Jej 

background image

niegdyś  piękne,  lśniące  włosy  wyglądają  jak  nadpalone  strąki.  Jak  zwykle  jest  bez  makijażu. Ma 

nadwagę i aż za dobrze o tym wie. Jednym słowem i wygląda jak zawsze. 

Spełniłem  się  i  muszę  zgłosić  się  do  biura  administracji.  Siwowłosa  sekretarka  wita  mnie 

uśmiechem.  Po  chwili  zjawia  się  pielęgniarka,  która  zabiera  mnie  do  swojego  gabinety  gdzie 

robimy to, co zwykle. Najpierw ogląda mi twarz, i ręce.  

-"Co to takiego nad okiem?" 

Kiwam bojaźliwie głową  

-"h, to... Uderzyłem się o drzwi na korytarzu, przypadkiem". 

Jeszcze raz się uśmiecha i zdejmuje z szafki jakąś teczkę. Przewraca parę stron, pochyla się nade 

mną i coś mi pokazuje. 

- "Patrz - wskazuje palcem kartkę - to samo mówiłeś w zeszły poniedziałek. Pamiętasz?" 

Wymyślam na poczekaniu inną historyjkę.  

-"Grałem  w  baseball  i  kolega  uderzył  mnie  kijem.  Przypadkiem".  Przypadek.  Mam  to  zawsze 

powtarzać. /Ale pielęgniarka nie daje się nabrać. Namawia żebym mówił prawdę. W końcu i tak się 

załamię i do wszystkiego przyznany chociaż, wolałbym bronić Matki. 

Pielęgniarka przekonuje, że wszystko będzie dobrze i każe zdjąć ubranie. Dzieje się tak już od roku, 

więc słucham  bez szemrania. W koszuli z długim rękawem  jest więcej  dziur niż w szwajcarskim 

serze.  Chodzę  w  niej  dwa  lata.  Mama  każe  ją  zakładać,  żeby  mnie  upokorzyć.  Spodnie  są  w 

podobnym  staniej  w  czubkach  butów  też  są  dziury.  Jak  chcę,  to  potrafię  wyjąć  na  wierzch  duży 

palec. Stoję w samej bieliźnie, a pielęgniarka opisuje wszystkie znaki i siniaki zauważone na moim 

ciele.  Liczy  ślady  jak  od  cięcia  nożem  na  twarzy,  zapisując  nawet  takie,  które  mogła  dawniej 

przeoczyć.  Robi  to  bardzo  metodycznie.  Następnie  otwiera  mi  usta  i  ogląda  zęby;  ukruszone  po 

uderzeniu głową w kuchenny blat. Jeszcze coś zapisuje. Dłuższą chwilę ogląda bliznę na brzuchu. 

- A czy tutaj - pytaj przełykając ślinę - tutaj cię dźgnęła? 

- Zgadza się - odpowiadam. "Nic z tego - mówię sam sobie. - Znowu coś zbroiłem". Pielęgniarka z 

pewnością  zauważyła  moją  strapioną  minę.  Odkłada  teczkę  i  obejmuje  mnie.  "O  Boże  -  myślę  - 

jaka  ona  ciepła".  Nie  chcę  od  niej  odchodzić,  wolę  na  zawsze  zostać  w  jej  objęciach.  Zaciskam 

powieki i przez chwilę zapominam o bożym świecie. Klepie mnie po głowie. Wzdragam się, gdy 

dotyka opuchniętego siniaka, powstałego dzisiaj rano od uderzenia Matki. Pielęgniarka wypuszcza 

mnie z uścisku i wychodzi. Ubieram się pospiesznie. Ona o tym nie wie, że zawsze robię wszystko 

możliwie najszybciej. 

Pielęgniarka wraca po chwili w towarzystwie pana Hansena dyrektora, i dwojga nauczycieli., panny 

Woods  i  pana  Zieglera.  Pan  Hansen  doskonale  mnie  zna.  Przesiedziałem  w  jego  gabinecie  więcej 

niż  wszyscy  inni  uczniowie.  W  miarę  jak  pielęgniarka  odczytuje  swoje  spostrzeżenia,  dyrektor 

spogląda na papiery. Bierze mnie za podbródek i unosi głowę. Unikam  jego wzroku, co stało się 

background image

nawykiem po starciach z Mamą. Ale i tak nie mam zamiaru o niczym mu opowiadać. Mniej więcej 

rok temu wezwał Matkę na rozmowę w sprawie tych siniaków. Nie miał wtedy jeszcze pojęcia, co 

się  święci.  Wiedział  tylko  tyle,  że  mam  kłopoty  i  kradnę  jedzenie.  Kiedy  wróciłem  nazajutrz  do 

szkoły od razu dojrzał ślady po laniu, jakie spuściła mi Matka. Już nigdy więcej jej nie wzywał. 

Burczy, że ma już tego serdecznie dość. Nie wiem, gdzie podziać się ze strachu. "Znowu  wezwie 

Mamę!" - wrzeszczy jakiś głos w moim mózgu. Wybucham płaczem. Trzęsę się cały jak galaretka, 

bełkoczę jak małe dziecko prosząc żeby pan Hansen nie wzywał Mamusi. 

- Byle nie dzisiaj - skamlam - dziś jest piątek! 

Pan Hansen obiecuje, że nie będzie wzywał Matki i odsyła mnie na lekcję. Już za późno na godzinę 

wychowawczą,  więc  pędzę  na  lekcję  angielskiego  z  panią  Woodworth.  Dzisiaj  sprawdzian  z 

pisowni wszystkich stanów i ich stolic. Nie jestem przygotowany. Jestem dość pilnym uczniem, ale 

przez  kilka  ostatnich  miesięcy  całkiem  sobie  odpuściłem,  przestałem  nawet  uciekać  przed  swoim 

losem w naukę. 

Gdy wchodzą wszyscy zatykają nosy i syczą, patrząc w moją stronę. Nauczycielka na zastępstwie, 

jakaś  młoda  kobieta  macha  ręką.  Nieprzyzwyczajona  do  mojego  zapachu.  Podaje  mi  test  w 

wyciągniętej  ręce,  ale  nie  zdążam  nawet  usiąść,  gdy  znowu  wzywa  mnie  do  siebie  dyrektor. 

Wszyscy zaczynają wyć - jestem wyrzutkiem z piątej klasy. 

Po  biura  administracji  docieram  w  mgnieniu  oka.  Mam  czerwone  gardło.  Czuję  pieczenie  po 

wczorajszej  "grze",  którą  ćwiczyła  na  mnie  Matka.  Sekretarka  wpuszcza  mnie  do  pokoju 

nauczycielskiego. Wzrok dopiero po chwili przyzwyczaja się do panującego tu oświetlenia. Wokół 

stołu  siedzą:  mój  wychowawca,  pan  Ziegler,  pani  od  matematyki,  panna  Moss,  szkolna 

pielęgniarka, pan Hansen i jakiś policjant. Uginają się pode mną nogi. Nie wiem, czy mam uciekać, 

czy  czekać,  aż  zawali  mi  się  na  głowę  dach.  Sekretarka  zamyka  drzwi  za  moimi  plecami,  pan 

Hansen daje ręką znać, żebym wchodził śmiało. Siadam u szczytu stołu, tłumacząc się, że przecież 

niczego  nie  ukradłem...  dzisiaj.  Na  przygnębionych  twarzach  pojawiają  się  uśmiechy.  Nawet  nie 

podejrzewam, że mają zamiar zaryzykować swoje posady, aby mnie uratować. 

Policjant wyjaśnia, po co wezwał go pan Hansen. Czuję, jak zapadam się w krzesło. Funkcjonariusz 

prosi, żebym opowiedział o Mamie. Potrząsam głową. Zbyt wielu już ludzi poznało naszą tajemnicę 

i Mama wcześniej czy później o wszystkim się dowie. Uspokaja mnie jakiś ciepły głos. To chyba 

panna  Moss.  Mówi,  że  nie  ma  powodu  do  zmartwienia.  Wzdycham  głęboko,  trę  ręce  i  w  końcu 

opowiadam im o Matce i sobie. Po chwili pielęgniarka każe mi wstać i pokazać bliznę na piersiach. 

Natychmiast  mówię,  że  to  był  przypadek;  naprawdę  -  Mama  nie  chciała  mnie  dźgnąć.  Robiąc  w 

portki  płaczę,  przekonując,  że  Mama  karze  mnie  dlatego,  bo  jestem  niedobry.  Powinni  zostawić 

mnie  w  spokoju.  Czuję  się  jak  oślizła  glista.  Przecież  wiem,  że  po  tylu  latach  nikt  nic  na  to  nie 

poradzi. 

background image

Mija  kilka  minut,  a  potem  każą  mi  wyjść  i  poczekać  w  sąsiednim  pokoju.  Gdy  zamykam  drzwi, 

wszyscy  dorośli  patrzą  w  moją  stronę  i  kiwają  głowami.  Wiercę  się  na  krześle,  podczas  gdy 

sekretarka  przepisuje  na  maszynie  jakieś  dokumenty.  Cała  wieczność  upływa,  zanim  pan  Hansen 

zawoła  mnie  z  powrotem.  Panna  Woods  i  pan  Ziegler  wychodzą.  Widzę,  że  są  szczęśliwi,  ale 

jednocześnie się martwią. Panna Woods przyklęka i obejmuje mnie. Chyba na zawsze zapamiętam 

woń perfum w jej włosach. Puszcza mnie i natychmiast się odwraca, abym nie widział, że płacze. 

Zaczyna  mnie  to  wszystko  niepokoić.  Pan  Hansen  podaje  mi  tacę  z  obiadem  ze  stołówki.  "Jezus 

Maria! Już pora obiadowa" - przychodzi mi do głowy. 

Pochłaniam wszystko tak szybko, że nie czuję nawet smaku posiłku. Biję rekord świata. Po chwili 

dyrektor wraca z tacą ciastek, przestrzegając, żebym jadł wolniej. Nie wiem, co się dzieje. Myślę 

sobie, że może przyjechał po mnie ojciec, żyjący z matką w separacji. Policjant pyta mnie o adres i 

numer  telefonu.  "No  to  klops!  -  Przebiega  mi  przez  myśl.  -  Witamy  w  piekle.  Znowu  da  mi 

popalić". 

Policjant  coś  sobie  zapisuje,  zaś  pan  Hansen  i  pielęgniarka  siedzą  i  przyglądają  się  nam  w 

milczeniu.  Oficer  zamyka  notes  i  mówi  panu  Hansenowi,  że  ma  już  wszystkie  potrzebne 

informacje.  Spoglądam  na  dyrektora. Twarz  zraszają  mu  wielkie  krople  potu.  Czuję,  jak  zaczyna 

kurczyć mi się żołądek. Mam ochotę wyjść do łazienki i zwymiotować. 

Pan Hansen otwiera drzwi i wszyscy nauczyciele korzystający z przerwy obiadowej wytrzeszczają 

oczy. Tak mi wstyd. "Wiedzą. Znają całą prawdę o Matce". Są zadowoleni, bo przekonali się, że nie 

jestem urwisem. Tak strasznie pragnę miłości, sympatii. Idę korytarzem. Pan Ziegler podtrzymuje 

pannę  Woods.  Ta  płacze.  Słyszę,  jak  pociąga  nosem.  Jeszcze  raz  mnie  obejmuje  i  raptownie 

odwraca głowę. Pan Ziegler ściska mi dłoń. 

- Bądź dobrym dzieckiem - mówi. 

- Dobrze, proszę pana, będę się starał. - Tylko tyle potrafię z siebie wykrztusić. 

Pielęgniarka nic nie mówiąc stoi obok pana Hansena. Wszyscy się ze mną żegnają. Widzę już, że 

biorą mnie do więzienia. "To i dobrze - myślę. - Przynajmniej tam ona mnie nie dopadnie". 

Razem z policjantem mijam stołówkę i wychodzę z budynku. Widzę, jak grupa kolegów z klasy gra 

w dwa ognie. Niektórzy przerywają zabawę. 

-  Wylali  Davida!  Wylali  Davida!  -  Wrzeszczą.  Policjant  dotyka  mojego  ramienia  i  zapewnia,  że 

wszystko jest w porządku. Gdy jedziemy jego samochodem i oddalamy się od szkoły podstawowej 

im. Thomasa Edisona, widać, że część dzieci niepokoi mój wyjazd. Pan Ziegler mówił, że powie 

wszystkim  dzieciom  prawdę  -  całą  prawdę.  Wiele  oddałbym  za  to,  żeby  znaleźć  się  w  klasie  w 

chwili, gdy będą dowiadywać się, że nie jestem niedobry. 

Po  chwili  zatrzymujemy  się  przed  komendą  w  Paly  City.  Nie  wiedzieć  czemu  spodziewam  się 

zastać tu Matkę. Nie chcę wysiąść z samochodu. 

background image

Policjant  otwiera  drzwi,  łagodnie  bierze  mnie  za  łokieć  i  prowadzi  do  jakiegoś  wielkiego  biura. 

Siada  na  krześle  przy  stoliku  w  kącie  i  zapisuje  na  maszynie  kilka  stron  papieru.  Uważnie  go 

obserwuję.  Cały  czas  jedząc  ciastka.  Jem  bardzo  powoli  napawając  się  smakiem.  Kto  wie  kiedy 

znowu dostanę coś do zjedzenia? 

Gdy policjant kończy formalności jest już po pierwszej. Ponownie pyta mnie o numer telefonu. 

- Po co? - skamlam. 

- Muszę do niej zadzwonić - przekonuje mnie łagodnie. 

-  Nie!  -  zabraniam  mu.  -  Chcę  wracać  do  szkoły!  Czy  pan  nic  nie  rozumie?  Nie  może  się 

dowiedzieć, że wszystko wygadałem. 

Uspokaja mnie kolejnym ciastkiem i powoli wykręca numer 7-5-6-2-4-6-0. Patrzę na obroty czarnej 

tarczy, wstaję i idę w jego stronę, zamieniając się w słuch i usiłując dosłyszeć dzwonek telefonu po 

drugiej  stronie  linii.  Odbiera  Mama.  Na  dźwięk  jej  głosu  wzdragam  się  z  przerażenia.  Policjant 

macha ręką, żebym nie podchodził, robi głęboki wdech i dopiero wtedy zaczyna: 

- Pani Pelzer, tu posterunkowy Smith z komendy policji w Paly City. Pani syn David nie wróci dziś 

do  domu.  Będzie  przebywał  pod  pieczą  ludzi  z  Działu  Nieletnich  w  San  Mateo.  Jeżeli  ma  pani 

jakieś wątpliwości proszę się z nimi skontaktować. 

Odkłada słuchawkę i uśmiecha się. 

- Nieźle nam poszło, no nie? - Ale z jego miny widać, że bardziej dodaje otuchy sobie niż mnie. 

Przejeżdżamy parę mil i znajdujemy się na autostradzie 280, kierując się ku granicom Paly City. Po 

prawo widzę napis: (NAJPIĘKNIEJSZA AUTOSTRADA NA ŚWIECIE). Gdy  wyjeżdżamy poza 

granice miasta, policjant uśmiecha się z ulgą. 

- Davidzie Pelzer - obwieszcza - jesteś wolny. 

- Co? - dopytuję się kurczowo ściskając w ręku ciastka.- Nic nie rozumiem. To nie zabiera mnie pan 

do jakiegoś więzienia? 

-  Nie,  David  naprawdę  nie  masz  powodów  do  umartwienia.  -  Znowu  uśmiecha  się  i  delikatnie 

ściska mnie za ramię.- Matka już nigdy w życiu cię nie skrzywdzi. 

Rozsiadam  się  wygodniej  na  fotelu.  Oślepia  mnie  odbijające  się  słońce.  Odwracam  się  unikając 

jego promieni, a po policzku cieknie mi łza. 

- Wolny? 

                                                           Rozdział 2  

                                                        Dobre czasy 

Zanim  matka  zaczęła  się  nade  mną  znęcać,  nasza  rodzina  stanowiła  oazę  sielskiego  życia 

rodzinnego  lat  sześćdziesiątych.  Ja  i  moi  dwaj  bracia  mieliśmy  bardzo  dobrych  rodziców,  którzy 

spełniali wszystkie nasze zachcianki, nie szczędząc miłości i starań. 

Mieszkaliśmy w skromnym domku w tak zwanej "dobrej dzielnicy" Daly City. Do dziś pamiętam, 

background image

jak w pogodne dni wyglądałem przez wykusz w salonie i widziałem pomarańczowe wieże mostu 

Golden Gate i piękny widnokrąg od strony San Francisco. 

Ojciec, Stephen Joseph, zarabiał na życie pracując w straży pożarnej w samym sercu San Francisco. 

Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ważył siedemdziesiąt pięć kilogramów. Był szeroki w barach, 

a  mięśni  przedramienia  nie  powstydziłby  się  żaden  atleta.  Gęste,  czarne  brwi  miał  tego  samego 

koloru  co  włosy.  Czułem  się  jak  wybraniec  losu,  gdy  mrugał  do  mnie  okiem  i  wołał  na  mnie 

"Tygrys". 

Matka,  Catherine  Roerva,  była  kobietą  pod  każdym  względem  przeciętną.  Nigdy  nie  pamiętałem 

koloru  jej  oczu  lub  włosów,  ale  zawsze  promieniała  macierzyńską  miłością.  Największą  zaletą 

Matki był upór. Miała ciągle różne pomysły i cały czas dzierżyła ster życia domowego. Zdarzyło się 

kiedyś, gdy miałem chyba cztery albo pięć lat, że Mama oświadczyła, iż jest chora, a mnie wydała 

się  od  tej  chwili  zupełnie  inną  osobą.  Akurat  tego  dnia  Ojciec  był  w  pracy.  Mama  po  kolacji 

wybiegła  z  domu  i  zabrała  się  do  malowania  schodków  prowadzących  do  garażu.  Gorączkowo 

pokrywając  każdy  stopień  czerwoną  farbą,  bez  przerwy  kaszlała.  Farba  nie  zdążyła  jeszcze 

wyschnąć,  gdy  zaczęła  przybijać  pinezkami  do  schodów  gumowy  chodniczek.  I  chodniczek,  i 

Mamę  zachlapała  czerwona  farba.  Po  pracy  weszła  do  domu  i  padła  na  wersalkę.  Pamiętam,  że 

zapytałem, dlaczego położyła chodniczek na mokrą farbę. Uśmiechnęła się i powiedziała: 

- Chciałam zrobić tacie niespodziankę. 

Miała obsesję na punkcie sprzątania i czystości. Gdy już nakarmiła Staną, Ronalda i mnie, zabierała 

się do odkurzania, dezynfekowania i szorowania dosłownie wszystkiego. Nie przepuściła żadnemu 

pomieszczeniu.  W  miarę  jak  dorastaliśmy,  pilnowała,  żebyśmy  utrzymywali  w  czystości  własne 

pokoje.  Skrupulatnie  pielęgnowała  maleńki  ogródek  kwiatowy,  którego  zazdrościła  nam  cała 

okolica. Wszystko, czego się dotknęła, zamieniało się w złoto. Nie było mowy o tym, żeby czegoś 

nie dokończyć. Powtarzała, że cokolwiek się robi, zawsze i w każdej dziedzinie trzeba dokładać do 

tego wszelkich starań. 

Była naprawdę dobrą kucharką. Zdaje mi się, że najbardziej ze wszystkiego lubiła przyrządzać dla 

swojej rodziny nowe i egzotyczne potrawy. Szczególnie starała się we dnie, gdy w domu zostawał 

Ojciec.  Przesiadywała  w  kuchni  większą  część  dnia,  przygotowując  którąś  z  tych  swoich 

niesamowitych potraw. Czasem, gdy Tata był w pracy, zabierała nas na bardzo ciekawe wycieczki 

po mieście. Pewnego razu pojechaliśmy do Chinatown w San Francisco; opowiadała nam wówczas 

o  kulturze  i  historii  Chin.  Po  powrocie  nastawiła  adapter  i  dom  napełnił  się  pięknymi  tonami 

muzyki  orientalnej.  Wtedy  też  ozdobiła  jadalnię  chińskimi  lampionami.  Wieczorem  założyła 

kimono  i  podała  jakiś  egzotyczny,  wyśmienity  posiłek.  Po  kolacji  rozdała  ciasteczka  szczęścia  i 

odczytała każdemu towarzyszące im wróżby. Sądziłem, że ciasteczkowa wróżba jest przepowiednią 

mojego  losu.  Po  latach,  kiedy  umiałem  już  czytać,  odnalazłem  jedną  z  przepowiedni.  Było  tam 

background image

napisane: "Kochaj i czcij matkę swoją, albowiem jest ona życiodajnym owocem". 

W  tamtych  czasach  w  domu  roiło  się  od  zwierzaków  -  kotów,  psów,  akwariów  pełnych 

egzotycznych  rybek,  był  też  żółw  zwany  "Thor".  Jego  zapamiętałem  najdokładniej,  ponieważ 

Mama pozwoliła mi wybrać dla niego imię. Byłem dumny, bo bracia już zdążyli wybrać imiona dla 

innych  zwierzaków,  a  teraz  nareszcie  przyszła  moja  kolej.  Obdarzyłem  gada  imieniem  ulubionej 

postaci z filmów rysunkowych. 

Można  było  odnieść  wrażenie,  że  wszędzie  poustawiane  są  dwudziesto-  i  czterdziestolitrowe 

akwaria. Były co najmniej dwa w salonie, a jedno z gupikami w naszej sypialni. Mama wkładała 

sporo  twórczego  zapału  w  ozdabianie  tych  podgrzewanych  zbiorników  barwionym  żwirem  oraz 

kolorowym  złotkiem,  i  w  ogóle  wszystkim,  co  upodabniało  akwaria  do  prawdziwych  zbiorników 

wodnych. Często siadaliśmy przy akwarium, gdy Mama opowiadała o różnych gatunkach ryb. 

Bardzo  pouczające  było  na  przykład  jedno  dość  dramatyczne  wydarzenie,  które  miało  miejsce  w 

pewne niedzielne popołudnie. Jeden z kotów zachowywał się dziwacznie. Mama kazała nam przy 

nim  usiąść  i  zaczęła  objaśniać  proces  narodzin.  Nieważne,  co  się  działo,  ona  zawsze  umiała 

wyciągnąć z tego jakieś budujące wnioski, chociaż nie zawsze orientowaliśmy się, że nas uczy. 

W naszej rodzinie - w owych dobrych czasach - Boże Narodzenie rozpoczynało się od Halloween. 

Pewnej październikowej nocy, gdy na niebie wisiał ogromny księżyc w pełni, Mama zabrała nas na 

dwór, żebyśmy obejrzeli sobie "wielką dynię" na niebie. Gdy wróciliśmy do sypialni, kazała nam 

zajrzeć  pod  poduszki,  gdzie  odkryliśmy  wyścigowe  samochodziki.  Piszczeliśmy  z  radości,  a  na 

twarzy Mamy wykwitł rumieniec dumy. 

Nazajutrz po Święcie Dziękczynienia Mama schodziła do piwnicy, by wynurzyć się z olbrzymimi 

pudłami ozdóbek na choinkę. Wchodziła na drabinę i przypinała do belek sufitu kolorowe łańcuchy. 

W sumie w każdym pomieszczeniu znalazł się jakiś świąteczny akcent. W jadalni ustawiała na swej 

cennej,  dębowej  szafce  różnej  wielkości  czerwone  świeczki.  Wszystkie  okna  w  jadalni  i  salonie 

przyozdobione  były  śniegowymi  płatkami;  przy  oknach  w  naszej  sypialni  zawieszono  choinkowe 

lampki.  Co  noc  zasypiałem  wpatrzony  w  łagodny  blask  zapalających  się  i  gasnących, 

bożonarodzeniowych światełek. 

Nasza choinka zawsze miała co najmniej dwa i pół metra, i cała rodzina godzinami ją ubierała. Co 

rok inne dziecko trzymane mocnymi rękami Taty, dostępowało zaszczytu umieszczenia na samym 

czubku  anioła.  Po  ubraniu  choinki  i  zjedzeniu  wigilijnej  kolacji  ładowaliśmy  się  do  kombi  i 

objeżdżaliśmy  okolicę,  podziwiając  ozdoby  na  domach  sąsiadów.  Mama  nieustannie  sypała 

pomysłami  na  przyszłoroczne  święta,  gdzie  wszystko  będzie  lepsze  i  większe,  chociaż 

wiedzieliśmy,  że  nasz  dom  i  tak  zawsze  będzie  bezkonkurencyjny.  Po  powrocie  siadaliśmy  przy 

kominku  i  Mama  dawała  nam  ko-gel-mogel.  Opowiadała  różne  historie,  a  z  magnetofonu  płynął 

głos Binga Crosby'ego, który śpiewał "White Christmas". W czasie świąt byłem tak podniecony, że 

background image

nie mogłem zasnąć. Od czasu do czasu Mama kołysała mnie do snu, a ja słuchałem trzaskania ognia 

na kominku.  

W  miarę  zbliżania  się  świąt  narastało  nasze  rozgorączkowanie.  Z  każdym  dniem  rosła  sterta 

prezentów pod choinką, aż w końcu każdy miał ich kilkadziesiąt. 

W  Wigilię,  po  uroczystej  kolacji  i  śpiewaniu  kolęd,  wolno  nam  było  rozpakować  po  jednym 

prezencie.  Potem  musieliśmy  iść  spać.  Leżąc  w  łóżku  nastawiałem  uszu  i  nasłuchiwałem  brzęku 

dzwonków  przy  saniach  Świętego  Mikołaja.  Zawsze  jednak  zapadałem  w  sen,  zanim  na  dachu 

pojawiły się renifery. 

Jeszcze przed świtem do pokoju wchodziła na paluszkach Mama i budziła nas słowami "Przyszedł 

Mikołaj!".  Kiedyś  podarowała  każdemu  po  twardym,  żółtym,  plastikowym  hełmie  i  rozkazała 

wmaszerować  do  salonu.  Wieki  całe  zajmowało  nam  zrywanie  kolorowego  papieru  z  opakowań 

naszych  nowych,  bożonarodzeniowych  zabawek.  Mama  kazała  nam  zakładać  nowe  ubrania  i 

wybiegać na podwórko, żeby obejrzeć przez okno choinkę. Jednego roku zobaczyłem, jak płacze. 

Gdy spytałem, czemu się smuci, odparła, że płacze z radości, że ma prawdziwą rodzinę. 

Ojciec  często  pracował  po  dwadzieścia  cztery  godziny,  więc  Matka  zabierała  nas  na  całodzienne 

wycieczki  na  przykład  do  parku  Golden  Gate  w  San  Francisco.  Jechaliśmy  powoli  przez  teren 

parku.  Mama  objaśniała  nam  różnice  pomiędzy  poszczególnymi  jego  fragmentami  i  opowiadała, 

jak  bardzo  chciałaby  mieć  u  siebie  takie  piękne  kwiaty.  Na  koniec  zostawialiśmy  wizytę  w 

akwarium  Steinharta.  Wpadaliśmy  razem  z  braćmi  na  schody  i  nacieraliśmy  na  masywne  drzwi. 

Dreszczyk emocji przeszywał nas, gdy tak staliśmy oparci o mosiężną balustradę w kształcie konika 

morskiego  i  spoglądaliśmy  pod  nogi  na  maleńki  wodospad,  w  którym  żyły  aligatory  i  wielkie 

żółwie. Swego czasu było to moje najulubieńsze miejsce w całym parku. Kiedyś przeraziłem się na 

myśl, że mogę pośliznąć się i wpaść do wody. Mama musiała chyba wyczuć ten strach, bo spojrzała 

na mnie i delikatnie ścisnęła mnie za rękę. 

Wiosną  zaczynały  się  majówki.  Dzień  wcześniej  Mama  przygotowywała  ucztę  złożoną  ze 

smażonych kurczaków, sałatek, kanapek i mnóstwa deserów. Nazajutrz wcześnie rano gnaliśmy w 

stronę parku Junipero Serra. Biegaliśmy tam sobie po trawie i coraz wyżej się huśtaliśmy. Czasami 

zapuszczaliśmy  się  na  niezbadane  dotąd  tereny.  Gdy  nadchodziła  pora  obiadu,  Mama  zawsze 

przerywała  nam  zabawę.  Przełykaliśmy  żarłocznie  jedzenie,  nie  czując  prawie  jego  smaku,  i 

pędziliśmy w poszukiwaniu przygód na nowe szlaki. Rodzicom wystarczało, że leżeli obok siebie 

na kocu, sączyli czerwone wino i patrzyli, jak się bawimy. 

Wielkim  wydarzeniem  były  również  letnie  wakacje.  Cały  ich  plan  obmyślała  jak  zwykle  Mama. 

Zajmowała  się  każdym  szczegółem  i  aż  puchła  z  dumy,  że  wszystko  wychodzi  jak  trzeba. 

Zazwyczaj  jechaliśmy  do  Portoli  lub  do  Memorial  Park  i  przez  jakiś  tydzień  mieszkaliśmy  pod 

swoim  gigantycznym,  zielonym  namiotem.  Lecz  za  każdym  razem,  gdy  Ojciec  wiózł  nas  przez 

background image

most Golden Bridge, wiedziałem, że zmierzamy do mojego ulubionego miejsca - do Russian River. 

Najmocniej  zapadła  mi  w  pamięć  wycieczka  nad  tę  rzekę,  którą  odbyliśmy,  gdy  chodziłem  do 

przedszkola. W ostatni dzień przed wakacjami Mama zwolniła mnie pół godziny wcześniej. Ojciec 

trąbił,  a  ja  gnałem  na  szczyt  pagórka,  gdzie  oczekiwał  samochód.  Rozpierała  mnie  radość,  bo 

wiedziałem,  dokąd  pojedziemy.  Po  drodze  nie  mogłem  oderwać  wzroku  od,  zdawałoby  się, 

niekończących się winnic. Gdy dojeżdżaliśmy do spokojnego miasteczka Guerneville, opuszczałem 

szybę i wchłaniałem słodki zapach sekwoi. 

Każdy dzień niósł z sobą nowe przygody. Albo oddawaliśmy się wspinaczce na stary, spalony pień 

drzewa, robiąc to w specjalnych traperskich butach, albo kąpaliśmy się w rzece przy Johnson's Be-

ach. Kąpielom towarzyszyły atrakcje, których starczało na cały dzień. Wyruszaliśmy o dziewiątej, a 

wracaliśmy do swojego domku o trzeciej. Mama uczyła nas pływać w dołku wydrążonym w rzece. 

Tego lata nauczyła mnie pływać na grzbiecie. Była bardzo dumna, gdy w końcu to opanowałem. 

Każdy dzień był  jakby nasycony magią. Pewnego dnia po kolacji poszliśmy z rodzicami oglądać 

zachód słońca. Trzymając się za ręce minęliśmy bezszelestnie domek pana Parkera i skierowaliśmy 

się ku rzece. Zielona woda była gładka jak szkło. Sójki naigrawały się z innych ptaków, we włosach 

igrał nam delikatny wietrzyk. Staliśmy w milczeniu i patrzyliśmy na ognistą kulę słońca, tonącą za 

drzewami; na niebie pozostawały po niej jasnoniebieskie i pomarańczowe smugi. Poczułem, że ktoś 

ściska  mnie  za  ramiona.  Sądziłem,  że  to  Ojciec;  odwróciłem  się  i  aż  zarumieniłem  się  z  dumy 

widząc, że to Mama. Czułem bicie jej serca. Nigdy w życiu nie czułem się tak bezpiecznie jak w 

tamtej chwili nad Russian River. 

                                                           Rozdział 3 

                                                             Nicpoń 

Moje stosunki z Mamą zmieniły się drastycznie: nie chodziło już tylko o utrzymywanie dyscypliny; 

cała  sytuacja  zaczęła  wymykać  się  spod  kontroli.  Bywało  tak,  że  nie  miałem  już  siły  uciekać  - 

choćby od tego zależało moje życie. 

Miałem  szczególnego  pecha:  często  przyłapywano  mnie  na  gorącym  uczynku,  mimo  że  razem  z 

braćmi  dopuszczaliśmy  się  częstokroć  tych  samych  "występków".  Z  początku  odsyłano  mnie  do 

kąta w sypialni. Wtedy to zacząłem się już bać Mamy. I to bardzo. Nigdy nie prosiłem o pozwolenie 

wyjścia na dwór. Czekałem, aż któryś z braci wejdzie do sypialni, po czym prosiłem, żeby poszedł 

do Mamy i spytał, czy David może się iść pobawić. 

W tym okresie głębokiej przemianie zaczęło też ulegać zachowanie Mamy. Czasami, gdy Ojciec był 

w pracy, leżała całymi dniami na wersalce, ubrana tylko w szlafrok, i oglądała telewizję. Podnosiła 

się tylko do łazienki, po kolejnego drinka, albo żeby odgrzać resztki jedzenia. Gdy się na nas darła, 

jej głos troskliwej matki zmieniał się w pisk wiedźmy. Wówczas przebiegały mi ciarki po plecach. 

Nawet  kiedy  ofuknęła  brata,  biegłem  ukryć  się  do  sypialni,  w  nadziei,  że  za  chwilę  wróci  na 

background image

wersalkę,  by  zająć  się  piciem  i  oglądaniem  telewizji.  Po  pewnym  czasie  z  jej  ubrania 

"odczytywałem",  co  mnie  czeka  danego  dnia.  Oddychałem  z  ulga,  gdy  wychodziła  z  pokoju  w 

ładnej sukience i umalowana. Wówczas zawsze miała dla nas uśmiech. 

Gdy uznała, że "leczenie w kącie" już nie skutkuje, przeszliśmy do fazy "leczenia przed lustrem". Z 

początku nie było w tym żadnej metody. Matka po prostu mnie łapała i pchała na lustro, rozmazując 

na  śliskim  szkle  cieknące  po  moich  policzkach  łzy.  Potem  miałem  powtarzać:  Jestem  niedobry! 

Jestem  niedobry!  Jestem  niedobry!",  stojąc  i  wpatrując  się  w  lustro.  Stałem  z  rękami 

wyprostowanymi wzdłuż boków i z lękiem oczekiwałem pory nadawania drugiego zestawu reklam. 

Wiedziałem, że z tą chwilą w korytarzu rozlegną się ciężkie kroki Matki, która przyjdzie sprawdzić, 

czy cały czas tkwię przyklejony do lustra, i powtórzyć, jaki to ze mnie nieznośny dzieciak. Bracia 

wchodząc  do  tego  pokoju  zerkali  w  moją  stronę,  wzruszali  ramionami  i  nie  przerywali  zabawy  -

jakbym  był  powietrzem.  Z  początku  im  zazdrościłem,  lecz  wkrótce  zrozumiałem,  że  robili  to  po 

prostu ze strachu o własną skórę. 

Gdy  Ojciec szedł  do pracy, Matka zbierała nas i wrzeszcząc nakazywała przetrząsać cały  dom  w 

poszukiwaniu  jakiejś  zguby.  Poszukiwania  rozpoczynały  się  zazwyczaj  rano  i  trwały  całymi 

godzinami. Po chwili posyłała mnie do garażu, położonego, jak i piwnica, pod częścią domu. Nawet 

tam drżałem, słysząc krzyk Matki. 

Poszukiwania  ciągnęły  się  miesiącami;  wreszcie  ja  jako  jedyny  miałem  za  zadanie  je  prowadzić. 

Raz  nawet  zdarzyło  się,  że  zapomniałem,  czego  szukam.  Gdy  spytałem  pokornie,  co  właściwie 

mam znaleźć, uderzyła mnie po twarzy. Leżała akurat na wersalce i nawet nie oderwała wzroku od 

ekranu. Z nosa poleciała mi krew, zacząłem płakać. Złapała serwetkę ze stolika, urwała kawałek i 

wetknęła mi w nos. 

- Aż za dobrze wiesz, czego szukasz! - wrzasnęła. - A teraz wynocha! 

Pomknąłem  do  piwnicy,  hałasując  na  tyle  głośno,  żeby  Matka  trwała  w  przekonaniu,  iż  jestem 

posłuszny  jej  poleceniu.  Im  częściej  słyszałem  to  jej  "wynocha",  tym  częściej  zacząłem  sobie 

wyobrażać,  że  znalazłem  zgubę.  Przedstawiałem  sobie,  jak  wchodzę  po  schodach  trzymając  tę 

rzecz,  a  Mama  wita  mnie  pocałunkami  i  obejmuje.  Na  koniec  wszyscy  w  tym  śnie  żyli  długo  i 

szczęśliwie. Jednak nigdy niczego nie znalazłem, a ona nigdy nie dała mi zapomnieć, co ze mnie za 

niezdara. 

Dość wcześnie zorientowałem się, że Matka diametralnie się zmienia, kiedy tylko w domu pojawia 

się  Ojciec.  Gdy  uczesała  włosy  i  zrobiła  makijaż,  wyraźnie  czuła  się  swobodniej.  Strasznie 

cieszyłem się na te chwile. Nie było wtedy mowy o biciu, "leczeniu" przed lustrem, czy szukaniu 

zagubionych  przedmiotów.  Ojciec  stał  się  moim  obrońcą.  Gdy  szedł  pracować  nad  czymś  do 

garażu, nie odstępowałem go jak cień. Gdy siadał na ulubionym krześle i czytał gazetę, siadałem u 

jego stóp. Po kolacji zmywał naczynia, a ja je wycierałem. Wiedziałem, że dopóki jest przy mnie, 

background image

nie stanie mi się żadna krzywda. 

Pewnego  razu  przed  wyjściem  ojca  do  pracy  przeżyłem  wielki  wstrząs.  Gdy  pożegnał  się  już  ze 

Stanem  i  Ronem,  przykląkł  przy  mnie,  chwycił  mnie  mocno  w  ramiona  i  przykazał,  żebym  był 

"grzeczny".  Za  jego  plecami  stała  Matka,  zakładając  ręce  na  piersi  i  podstępnie  się  uśmiechając. 

Zajrzałem  Ojcu  w  oczy  i  natychmiast  uświadomiłem  sobie,  jaki  to  jestem  "niedobry".  Przez  całe 

ciało przebiegł mi lodowaty dreszcz. Miałem ochotę spróbować go zatrzymać, ale nie zdążyłem go 

nawet objąć, gdy wyprostował się, odwrócił i wyszedł bez słowa. 

Przez  pewien  czas  po  udzieleniu  mi  przez  Ojca  przestrogi  między  mną  i  Matką  zapanował 

względny spokój. Gdy Ojciec był w domu, bawiłem się z braćmi w pokoju albo na dworze do mniej 

więcej  trzeciej  po  południu.  Potem  Mama  włączała  telewizor,  żebyśmy  pooglądali  trochę  filmów 

animowanych.  Ta  pora  była  dla  rodziców  wytęsknioną  godziną.  Ojciec  zastawiał  kuchenny  blat 

butelkami  alkoholi  i  wymyślnymi,  wysokimi  kieliszkami.  Kroił  cytryny  i  lemonki,  układając  w 

miseczkach obok słoiczka wiśni. Często pili, aż do momentu, gdy dzieci szły spać. Pamiętam, że 

raz  widziałem,  jak  tańczą  w  kuchni  przy  dźwiękach  płynącej  z  radia  muzyki.  Tulili  się  do  siebie, 

wyglądali  na  takich  szczęśliwych.  Myślałem,  że  można  już  zapomnieć  o  złych  czasach.  Myliłem 

się. One dopiero nadchodziły. 

Parę  miesięcy  później,  gdy  Ojca  nie  było  w  domu,  bawiliśmy  się  u  siebie  w  pokoju,  gdy 

usłyszeliśmy, jak Matka pędzi korytarzem i już na nas wrzeszczy. Ron i Stan pobiegli skryć się w 

salonie, ja odruchowo zastygłem na krześle. Matka runęła na mnie z uniesionymi rękami. W miarę 

jak  się  zbliżała,  ja  odsuwałem  krzesło,  aż  w  końcu  moja  głowa  dotknęła  ściany.  Matka  miała 

zamglone i zaczerwienione oczy, zalatywało od niej alkoholem. Skuliłem się, gdy zaczęły na mnie 

spadać ciosy. Usiłowałem zakryć twarz rękami, ale natychmiast je oderwała. Uderzenia zdawały się 

nie mieć końca. Nareszcie jakoś udało mi się dosięgnąć lewą dłonią twarzy. Matka złapała mnie za 

rękę, po czym nagle straciła równowagę i zrobiła krok w tył; szarpnęła przy tym gwałtownie moją 

rękę, a ja usłyszałem jakiś trzask i poczułem przeszywający ból ramienia. Wyraz przerażenia na jej 

twarzy powiedział mi, że także usłyszała ten odgłos, ale po prostu mnie puściła i jakby nigdy nic 

wyszła  z  pokoju.  Próbowałem  ruszać  ręką,  która  zaczynała  rwać.  Nie  zdążyłem  jej  się  dobrze 

przyjrzeć, gdy Matka zawołała nas na kolację. 

Usiadłem  przy  tacy  i  próbowałem  coś  zjeść,  ale  gdy  chciałem  wyciągnąć  rękę,  lewa  kończyna 

odmówiła posłuszeństwa. Palce się ruszały, ale ramię tylko szczypało i nie reagowało. Spojrzałem 

błagalnie na Matkę. Nie zwracała na mnie  uwagi.  Pomyślałem,  że stało  się coś bardzo złego, ale 

bałem się powiedzieć słowa. Siedziałem i gapiłem się w jedzenie. W końcu Matka pozwoliła mi iść 

do  siebie,  każąc  położyć  się  na  najwyższym  łóżku.  Z  reguły  spałem  na  najniższym.  Gdzieś  nad 

ranem zapadłem wreszcie w sen, troskliwie podtrzymując lewą rękę. 

Niedługo potem Matka obudziła mnie mówiąc, że spadłem z najwyższego łóżka. Chyba zmartwiła 

background image

się moim stanem, bo zawiozła mnie do szpitala. Gdy opowiadała lekarzowi, jak to spadłem z łóżka, 

domyśliłem  się  z  jego  spojrzenia,  że  nie  wierzy  w  żaden  wypadek.  Znowu  bałem  się  cokolwiek 

powiedzieć. W domu Matka zmyśliła na użytek Ojca jeszcze tragiczniejszą historyjkę. W tej nowej 

wersji znalazło się miejsce również dla niej, gdy usiłowała złapać mnie, zanim spadnę na podłogę. 

Siedząc na jej kolanach i wysłuchując tych kłamstw zorientowałem się, że jest chora. Ale ze strachu 

zachowałem owo zdarzenie w tajemnicy. Wiedziałem, że gdybym komukolwiek o tym opowiedział, 

następny "wypadek" będzie o wiele poważniejszy. 

Oazą  spokoju  stała  się  szkoła,  gdzie  nareszcie  mogłem  się  schronić  przed  Matką.  Na  przerwach 

szalałem. Goniłem po przysypanym korą placu zabaw w poszukiwaniu nowych przeżyć i przygód. 

Łatwo  zawierałem  nowe  znajomości  i  w  ogóle  bardzo  się  cieszyłem.  Kiedyś  późną  wiosną,  gdy 

wróciłem do domu, Matka zaciągnęła mnie do swojej sypialni. Zaczęła się drzeć, że nie pójdę do 

szkoły,  bo  jestem  niedobry.  Nic  z  tego  nie  rozumiałem.  Wiedziałem,  że  mam  najwięcej  dobrych 

stopni w klasie. Byłem posłuszny i czułem, że nauczycielka mnie lubi. Ale Matka wrzeszczała, że 

jestem zakałą rodu i muszę zostać srodze ukarany. Postanowiła, że już przez całe życie nie będzie 

mi wolno oglądać telewizji. Nie będę dostawał kolacji, będę za to wykonywał wszelkie prace, jakie 

uda  jej  się  dla  mnie  wymyślić.  Jeszcze  raz  dostałem  w  skórę  i  powędrowałem  do  garażu,  gdzie 

miałem stać do chwili, gdy trzeba będzie pójść do łóżka. 

Tego lata, jadąc na wakacje, bez żadnego uprzedzenia zostawili mnie u cioci Jose. Nikt mi nic nie 

mówił i niczego z tego nie rozumiałem. Patrząc za oddalającym się kombi, byłem niczym wyrzutek 

społeczeństwa.  Czułem  taki  smutek  i  taką  wielką  pustkę  w  środku.  Próbowałem  uciec.  Chciałem 

odnaleźć swoją rodzinę i, nie wiedzieć czemu, być przy Matce. Nie zaszedłem daleko, a ciotka nie 

omieszkała powiadomić o moim wybryku Matki. Przy najbliższej okazji, gdy Ojciec pracował całą 

dobę, odpokutowałem za swój grzech. Matka biła mnie i kopała, dopóki nie leżałem na podłodze 

jak  szmata.  Starałem  się  powiedzieć  jej,  że  uciekałem,  bo  chciałem  być  przy  niej  i  rodzinie. 

Chciałem  przekonać  ją,  jak  strasznie  do  niej  tęskniłem,  ale  nie  dawała  mi  dojść  do  słowa.  Nie 

przestawałem mówić, a Matka pobiegła do łazienki, wzięła mydło i wpakowała mi je do gardła. Od 

tego czasu wolno mi było odezwać się tylko na wyraźne polecenie. 

Powrót do pierwszej klasy był okazją do ogromnej radości. Znalem podstawowe wiadomości, więc 

natychmiast  ochrzczono  mnie  klasowym  geniuszem.  Z  powodu  jednorocznego  opóźnienia 

znalazłem  się  w  tej  samej  klasie  co  Stan.  Na  przerwach  razem  się  bawiliśmy;  w  szkole  byliśmy 

kumplami, ale brat zdawał sobie sprawę, że w domu nie należy przyznawać się do znajomości ze 

mną. 

Pewnego razu popędziłem do domu pochwalić się dobrą oceną. Matka zamknęła mnie u siebie w 

sypialni, krzycząc o jakimś liście, który dostała z bieguna północnego. Twierdziła, iż w liście było 

napisane, że jestem "niedobry" i Święty Mikołaj niczego mi nie przyniesie. Stałem oszołomiony, a 

background image

Matka wyżywała się nade mną. Poczułem, że tkwię w stworzonym przez nią koszmarze i prosiłem 

Boga, żeby się jakimś cudem zbudziła. Tego roku przed świętami pod choinką leżało zaledwie kilka 

prezentów  dla  mnie,  a  wszystkie  z  nich  pochodziły  od  dalszych  krewnych.  W  Boże  Narodzenie 

rano Stan ośmielił się spytać Matkę, dlaczego Mikołaj przyniósł mi tylko dwa obrazki. Pouczyła go, 

że "Mikołaj przynosi prezenty tylko dobrym chłopcom i dziewczynkom". Spojrzałem ukradkiem na 

Stana. Miał smutną minę i widać było, że orientuje się w szaleńczych zabawach Matki. Jako że cały 

czas  odbywałem  jakąś  tam  karę,  w  dzień  Bożego  Narodzenia  musiałem  przebrać  się  w  robocze 

ubranie  i  odrabiać  domową  pańszczyznę.  Sprzątając  łazienkę  przypadkowo  podsłuchałem  kłótnię 

rodziców. Matka była zła, że kupił mi obrazki "za jej plecami". Upomniała Ojca, że to ona zajmuje 

się  dyscypliną  "chłopaka"  i  że  nadszarpnął  jej  autorytet,  dając  mi  prezenty.  Im  Ojciec  dłużej 

oponował,  tym  w  większą  wpadała  wściekłość.  Zorientowałem  się,  że  przegrał  i  że  czeka  mnie 

coraz większa izolacja. 

Po  paru  miesiącach  Matka  została  opiekunką  klubu  skautów.  Ugaszczała  innych  chłopaków  po 

królewsku. Niektórzy mówili mi, jak bardzo chcieliby mieć taką właśnie mamę. Nic im na to nie 

odpowiadałem,  tylko  zastanawiałem  się  w  duchu,  co  by  powiedzieli,  gdyby  poznali  całą  prawdę. 

Matka  sprawowała  nad  nimi  opiekę  jedynie  przez  kilka  miesięcy.  Bardzo  się  cieszyłem,  bo 

oznaczało to, że będę mógł w środy chodzić na spotkania do kolegów. 

Pewnej środy wróciłem ze szkoły i zacząłem przebierać się w złoto-błękitny strój skauta. W domu 

była tylko Matka i jeden rzut oka wystarczył, by domyśleć się, że szuka ofiary. Pchnąwszy mnie na 

lustro w sypialni,  złapała za rękę i  zawlokła do  samochodu. Po drodze powiedziała, co mi zrobi, 

gdy wrócę ze spotkania. Odsunąłem się na brzeżek fotela, ale nic nie pomagało. Wyciągnęła rękę, 

ujęła  mnie  pod  brodę  i  uniosła  głowę  w  swoją  stronę.  Miała  przekrwione  oczy,  wyglądała  jak 

opętana.  Gdy  dojechaliśmy  na  miejsce,  pobiegłem  z  płaczem  pod  drzwi.  Skamlałem,  że  jestem 

niedobry i nie zasługuję na to spotkanie. Opiekunka uprzejmie się uśmiechnęła mówiąc, że wobec 

tego mogę przyjechać na następne. Już jej więcej nie zobaczyłem. 

W  domu  Matka  kazała  mi  się  rozebrać  i  stanąć  przy  kuchence.  Cały  się  trząsłem  ze  strachu  i 

wstydu. Wtedy odkryła przede mną moją straszliwą zbrodnię. Opowiedziała, że często jeździła do 

szkoły przyglądać się, jak w czasie przerwy obiadowej bawię się z braćmi. Jednego dnia zobaczyła, 

że  bawię  się  na  trawie,  co  oznaczało  złamanie  jej  najsurowszych  nakazów.  Bez  wahania 

odpowiedziałem, że nigdy w życiu nie bawiłem się na trawie. Byłem przekonany, że na pewno się 

pomyliła. W nagrodę za słuchanie jej nakazów i mówienie prawdy dostałem po buzi. 

Potem  włączyła  gazowe  palniki  na  kuchence.  Mówiła,  że  czytała  gdzieś  artykuł  o  matce,  która 

zmusiła syna do położenia się na rozgrzanej kuchni. Sparaliżował mnie strach. Mózg stanął dęba, 

ugięły się pode mną nogi. Chciałem rozwiać się w powietrzu jak dym. Zamknąłem oczy, pragnąc, 

żeby gdzieś sobie poszła. Poczułem absolutną piąstkę w głowie, gdy Matka złapała mnie żelaznym 

background image

chwytem za ramię. 

-  Przez  ciebie  moje  życie  stało  się  piekłem!  -wyrzucała  mi.  -Ale  teraz  pokażę  ci,  jak  wygląda 

prawdziwe piekło! 

Wzięła  mnie  za  rękę  i  przystawiła  ją  do  pomarańczowo-niebieskiego  płomienia.  Czułem  się  tak, 

jakby wybuchała mi skóra. Rozniósł się swąd przypalanych włosków. Mimo wysiłków nie mogłem 

uwolnić ręki. Po chwili opadłem na czworaki i próbowałem dmuchać na poparzenia. 

- Szkoda, że nie może uratować cię twój zapijaczony ojciec - syknęła. 

Kazała  mi  położyć  się  na  kuchence,  żeby  mogła  obejrzeć  sobie,  jak  się  palę.  Nie  chciałem  jej 

posłuchać,  płakałem,  błagałem.  Byłem  taki  przerażony,  że  na  znak  protestu  tupałem  nogami. Ale 

Matka już pchała mnie na ogień. Wpatrywałem się w płomyki, modląc się, żeby skończył się gaz. 

Zacząłem zdawać sobie sprawę, że jakiekolwiek szansę przeżycia mam tylko wówczas, jeśli będę 

unikał  kuchenki.  Wiedziałem,  że  niedługo  ze  spotkania  skautów  wróci  Roń,  a  Matka  nigdy  nie 

zachowuje się jak stuknięta w czyjejś obecności. Musiałem grać na zwłokę. Ukradkowo zerknąłem 

na kuchenny zegar za moimi plecami. Wskazówka minutowa zdawała się pełznąć powoli jak żółw. 

Chcąc wytrącić Matkę z równowagi, zacząłem zadawać żałosne pytania. To wprawiło ją w jeszcze 

większą wściekłość i zaczęła zasypywać mnie uderzeniami. Im mocniej biła, tym jaśniej zdawałem 

sobie sprawę, że wygrałem! Wszystko, byle nie upiec się na ogniu! 

W  końcu  usłyszałem  odgłos  otwieranych  drzwi.  To  Roń.  Serce  wezbrało  mi  radością  i  ulgą,  z 

twarzy Matki odpłynęła cała krew. Zorientowała się, że przegrała i zastygła na chwilę w bezruchu. 

Skorzystałem  z  tej  chwili,  złapałem  ubranie  i  rzuciłem  się  do  garażu,  gdzie  błyskawicznie  się 

ubrałem. Stałem oparty o ścianę i jęczałem, aż wreszcie uświadomiłem sobie, że ją przechytrzyłem. 

Zyskałem kilka cennych minut. Sam to wykombinowałem. Po raz pierwszy w życiu zwyciężyłem! 

Stojąc tak w mrocznym  i  wilgotnym  garażu wiedziałem,  że potrafię przetrwać. Postanowiłem,  że 

będę  wykorzystywał  wszelkie  możliwe  strategie,  by  pokonać  Matkę,  lub  żeby  wytrącić  ją  z  tego 

ponurego opętania. Wiedziałem, że jeśli chcę żyć, muszę ruszyć głową. Nie wolno mi już płakać jak 

bezbronnemu  niemowlakowi.  Nie  mogę  się  przed  nią  uginać.  Tego  dnia  przyrzekłem  sobie,  że 

nigdy więcej nie dam tej suce satysfakcji i nie będę błagał, żeby przestała mnie bić. 

W zimnym powietrzu garażu całe moje ciało drżało od chłodnej złości i głębokiego lęku. Lizałem 

oparzenie i  bolące  ramię. Miałem ochotę wrzasnąć, ale nie  chciałem  sprawić jej swym  lamentem 

przyjemności. Stałem hardo. Słyszałem, jak mówi na górze Ronowi, że jest z niego bardzo dumna i 

nie musi się przejmować, że stanie się jak David - niedobry. 

                                                         Rozdział 4 

                                                   Walka o żywność 

Latem, po incydencie z kuchenką szkoła stała się dla mnie jedynym miejscem schronienia. Oprócz 

wycieczek  na  ryby,  podczas  których  panował  względny  spokój,  reakcje  Matki  były  trudne  do 

background image

przewidzenia  -  szczególnie  wobec  mnie,  gdy  po  kolejnym  laniu  musiałem  uciekać  do  garażu. We 

wrześniu otwierała swe podwoje szkolna oaza. Dostawałem nowe ubranie i nową, lśniącą menażkę 

na  obiad.  Matka  zmuszała  mnie  do  noszenia  całymi  tygodniami  tych  samych  rzeczy  i  już  w 

październiku ubranie stawało się znoszone, dziurawe i zaczynało śmierdzieć. Nie starała się nawet 

ukrywać  moich  siniaków  na  twarzy  i  rękach.  Na  wszystkie  pytania  miałem  gotowe  odpowiedzi, 

które wpoiła mi Matka. 

Coraz  częściej  zaczynała  "zapominać"  o  kolacji  dla  mnie.  Niewiele  lepiej  rzecz  miała  się  ze 

śniadaniem.  W  pomyślne  dni  dostawały  mi  się  resztki  płatków  po  braciach,  ale  jedynie  pod 

warunkiem, że przed pójściem do szkoły spełniłem wszystkie swoje obowiązki. 

Nocą  byłem  strasznie  głodny,  w  brzuchu  burczał  mi  jakiś  rozeźlony  niedźwiedź.  Leżałem  z 

otwartymi  oczami  i  skupiałem  wszystkie  myśli  najedzeniu.  "Może  jutro  dostanę  kolację"  - 

myślałem.  Wiele  godzin  upływało,  zanim  zapadałem  w  sen,  cały  czas  marząc  o  jedzeniu. 

Najczęściej  śniły  mi  się  olbrzymie  hamburgery  ze  wszystkimi  dodatkami.  We  śnie  chwytałem 

zdobycz  i  wkładałem  ją  do  ust.  W  najdrobniejszych  szczegółach  wyobrażałem  sobie  każdy  cal 

kanapki. Mięso ociekało tłuszczem, na wierzchu leżały pęczniejące plasterki sera. Spomiędzy sałaty 

i pomidorów wyciekały przyprawy. Przystawiałem hamburgera do ust, które na próżno otwierałem. 

Ponawiałem wysiłki, ale pomimo starań nie byłem w stanie urwać ani kęsa swoich 

marzeń. Po chwili budziłem się z jeszcze większą pustką w żołądku. Nie mogłem zaspokoić głodu 

nawet w marzeniach. 

Niedługo  po  pierwszych  snach  o  jedzeniu  zacząłem  kraść  śniadania  kolegom  ze  szkoły.  Żołądek 

kurczył  się  z  lęku  i  nadziei.  Nadziei,  bo  wiedziałem,  że  za  chwilę  będę  miał,  co  włożyć  do  ust. 

Lęku,  bo  zdawałem  sobie  sprawę,  że  ktoś  może  przyłapać  mnie  na  gorącym  uczynku.  Kradłem 

zawsze przed lekcjami, gdy koledzy z klasy bawili się na podwórku. Przemykałem się pod ścianą, 

stawiałem naczynie na obiad koło innych i klękałem, żeby nikt nie widział, co tam wyprawiam. Z 

początku  szło  jak  po  maśle,  ale  po  paru  dniach  uczniowie  zaczęli  odkrywać,  że  nie  mają  na 

przykład  Twinkies  albo  innych  słodyczy.  Niedługo  wszyscy  serdecznie  mnie  znienawidzili. 

Nauczyciel powiadomił dyrektora, który z kolei doniósł Matce. Walka o jedzenie nie miała końca. 

Rozmowy z dyrektorem powodowały, że byłem jeszcze częściej bity i dostawałem coraz mniejsze 

porcje. 

W weekendy Matka w ogóle nie dawała mi jeść, za karę za te kradzieże. W niedzielę w nocy ślinka 

mi ciekła, gdy obmyślałem nowe, niezawodne i bezkarne sposoby kradzieży żywności. Miałem na 

przykład zamiar kraść w innych salach, pierwszoklasistom, którzy nie znali mnie aż tak dobrze. W 

poniedziałek wysiadałem pośpiesznie z samochodu i pędziłem do jakiejś klasy, gdzie przetrząsałem 

teczki,  zabierając  drugie  śniadania  kolegom.  Przez  pewien  czas  uchodziło  mi  to  na  sucho,  ale 

dyrektor wkrótce mnie wytropił. 

background image

W  domu  bez  przerwy  wymierzano  mi  podwójną  karę  głodówki  i  bicia.  Właściwie  przestałem 

należeć już do rodziny. Żyłem, ale nikt się ze mną nie zadawał. Matka przestała nawet odzywać się 

do mnie po imieniu i określała mnie mianem  "chłopaka". Nie wolno mi było jeść ze wszystkimi, 

bawić  się  z  braćmi  i  oglądać  telewizji.  Byłem  skazany  na  dom,  bez  pozwolenia  na  kontakty  z 

kimkolwiek z zewnątrz. Po szkole od razu zabierałem się do różnych wynalezionych przez Matkę 

prac.  Potem  wysyłano  mnie  do  piwnicy,  w  której  stałem  do  czasu,  gdy  zawołała  mnie,  żebym 

posprzątał po kolacji. Dała mi jasno do zrozumienia, że jak przyłapie mnie w piwnicy na siedzeniu 

lub leżeniu, to srodze popamiętam. Zostałem niewolnikiem własnej Matki. 

Cała  nadzieja  w  Ojcu,  który  przemycał  dla  mnie  ochłapy  jedzenia.  Próbował  upijać  Matkę  w 

nadziei, że to wprawi ją w lepszy humor. Usiłował przekonać ją, że trzeba dawać mi jeść. Próbował 

iść  z  nią  na  jakieś  układy,  w  zamian  obiecując  gwiazdkę  z  nieba. Ale  na  nic  się  to  zdało,  Matka 

miała serce z kamienia. Pijaństwo tylko pogarszało jej stan. Zmieniała się w potwora. 

Wiedziałem, że interwencje Ojca stają się przyczyną napięć między rodzicami. Wkrótce zaczęły się 

nocne  kłótnie.  Leżąc  w  łóżku  słyszałem,  jak  nabierają  tempa  i  kończą  się  ogłuszającym  finałem. 

Byli  oboje  zalani  w  pestkę,  Matka  klęła  na  czym  świat  stoi.  Każdy  pretekst  był  dobry  do  kłótni. 

Stałem się przedmiotem wojny między nimi. Wiedziałem, że Ojciec przychodzi mi z pomocą, ale i 

tak trząsłem się ze strachu. Domyślałem się, że przegra, a ja odczuję to nazajutrz na własnej skórze. 

Po  pierwszej  awanturze  Matka  wsiadła  w  samochód  i  pojechała  gdzieś,  ruszając  z  piskiem  opon. 

Zwykle  wracała  po  niecałej  godzinie.  Rano  zachowywali  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Byłem 

wdzięczny, że Ojciec wykorzystuje wszelkie okazje, by wymknąć się do piwnicy i przemycić dla 

mnie kromkę chleba. Zawsze obiecywał, że nie ustanie w wysiłkach. 

W miarę jak kłótnie stawały się częstsze, w Ojcu zaczynało się coś zmieniać. Bywało, że w środku 

nocy  pakował  torbę  i  wychodził  do  pracy.  Wtedy  Matka  wyrzucała  mnie  z  łóżka  i  zaciągała  do 

kuchni.  Ja  drżałem,  a  ona  miotała  mną  z  jednego  końca  pomieszczenia  w  drugi.  Usiłowałem  się 

opierać leżąc na podłodze i udając, że nie mam sił wstać. Nie na wiele się to zdało. Brała mnie za 

uszy  i  stawiała  na  nogi,  po  czym  wrzeszczała,  dysząc  przesiąkniętym  winem  oddechem.  Zawsze 

powtarzała, że to przeze mnie mieli z Ojcem kłopoty. Często ogarniało mnie znużenie, czułem, jak 

drżą  mi  nogi.  Pozostawało  tylko  wpatrywać  się  w  podłogę  i  mieć  nadzieję,  że  Matce  zabraknie 

niedługo tchu. 

Gdy byłem w drugiej klasie, zaszła po raz czwarty w ciążę. Nauczycielka, panna Moss, zaczynała 

się  mną  interesować  w  sposób  szczególny.  Najpierw  pytała,  czemu  nie  uważam.  Kłamałem 

wmawiając  jej,  że  długo  w  nocy  oglądałem  telewizję.  Nie  przekonywało  jej  to  i  wypytywała  nie 

tylko o przyczyny mojej senności, lecz także o stan ubrania i siniaki na całym ciele. Matka zawsze 

uczyła mnie, co mam w takich wypadkach mówić, więc najzwyczajniej w świecie powtarzałem jej 

historyjki. 

background image

Mijały  kolejne  miesiące,  a  panna  Moss  nie  ustępowała.  W  końcu  podzieliła  się  swoimi 

podejrzeniami  z  dyrektorem.  Znał  mnie  jak  zły  szeląg,  więc  bez  wahania  wezwał  Matkę.  Owego 

dnia  w  domu  panowała  atmosfera  jak  po  spuszczeniu  bomby  atomowej.  Matka  wściekała  się 

jeszcze  bardziej  niż  zwykle,  że  jakaś  "hipisowska"  nauczycielka  zarzuciła  jej  znęcanie  się  nad 

dzieckiem.  Oświadczyła,  że  nazajutrz  pójdzie  do  dyrektora  i  oczyści  się  z  wszelkich  fałszywych 

zarzutów. Po zakończeniu naszej rozmowy z nosa leciała mi krew i miałem wybity ząb. 

Następnego dnia,  gdy  wróciłem  ze szkoły, Matka chodziła rozpromieniona, jakby wygrała milion 

dolarów.  Opowiadała,  jak  to  porządnie  się  ubrawszy  poszła  z  dzieckiem  na  rękach  do  dyrektora. 

Wytłumaczyła  mu,  że  David  ma  zbyt  bujną  wyobraźnię.  Robi  wszystko,  byle  tylko  zwrócić  na 

siebie  uwagę,  zwłaszcza  od  chwili  narodzin  braciszka,  Russella.  Widziałem,  jak  uruchamia  swój 

zabójczy wdzięk osobisty i chcąc pokazać się z jak najlepszej strony, szczególnie przed dyrektorem, 

pieści  niemowlę.  Na  koniec  oznajmiła,  że  zależy  jej,  by  pozostawać  ze  szkołą  w  kontakcie.  Jeśli 

David  będzie sprawiał jakiekolwiek kłopoty, prosi  o natychmiastowe powiadomienie. Mówiła, że 

pouczyła  grono  pedagogiczne,  żeby  nie  słuchało  tych  niestworzonych  historii  o  tym,  jak  to  mnie 

bije, czy nie daje mi jeść. Gdy tak stałem w kuchni i słuchałem jej przechwałek, czułem w sobie 

kompletną  pustkę.  Matce  wracała  pewność  siebie,  a  ja  zacząłem  obawiać  się  o  własną  skórę. 

Miałem ochotę raz na zawsze rozpłynąć się w powietrzu i już nigdy w życiu nie spotkać żadnego 

człowieka. 

Latem pojechaliśmy na wakacje nad Russian River. Mimo że z Matką układało mi się nieco lepiej, 

owo  magiczne  odczucie  szybko  rozwiało  się  jak  dym.  Jazda  na  furach  z  sianem,  mikroskopijne 

porcje pieczonego mięsa i bajki odeszły w zapomnienie. Coraz więcej czasu spędzaliśmy w domku 

i rzadko robiliśmy wypady na Johnson Beach. 

Ojciec  próbował  urozmaicić  nam  czas  zabawami  na  nowej  super  zjeżdżalni.  Russell,  który  był 

jeszcze za mały, zostawał z Matką w domku. Pewnego razu, gdy bawiliśmy się z Ronem i Stanem 

przy sąsiednim domku, Matka wyszła na ganek, krzycząc, żebyśmy natychmiast wracali. Dostałem 

burę, że za bardzo hałasuję. Za karę nie wolno mi było iść z Ojcem i braćmi na super zjeżdżalnię. 

Siedziałem na krześle w kącie, cały się trząsłem i żyłem nadzieją, że zdarzy się coś, co zatrzyma ich 

w domu. Domyślałem się, że Matka ma jakieś obrzydliwe zamiary. Zaraz po ich wyjściu przyniosła 

jedną  z  brudnych  pieluch  Russella.  Wytarła  ją  o  moją  twarz.  Starałem  się  siedzieć  bez  ruchu. 

Wiedziałem, że jeżeli się poruszę, to tylko pogorszę swoje położenie. Nie podnosiłem głowy. Nie 

widziałem Matki, ale słyszałem, jak ciężko dyszy. 

Po jakiejś godzinie przyklękła i kazała mi jeść. Patrzyłem prosto przed siebie, unikając jej wzroku. 

"Nigdy  w życiu!"  - myślałem.  Doświadczenie powinno mnie było  nauczyć, że niepatrzenie jej w 

oczy nie jest dobrym wyjściem. Zaczęła mnie walić na odlew po twarzy. Trzymałem się kurczowo 

krzesła, bojąc się, że gdybym spadł, rzuciłaby się na mnie. 

background image

- Kazałam ci zjeść! - wykrzykiwała. 

Zmieniłem taktykę i rozpłakałem się. "Niech się uspokoi" - przekonywałem siebie. Zacząłem liczyć 

w  myślach,  próbowałem  się  skupić.  Moim  jedynym  sprzymierzeńcem  był  upływający  czas.  Na 

płacz Matka zareagowała jeszcze gęstszym gradem ciosów, który ustał dopiero wtedy, gdy usłyszała 

płacz Russella. 

Pomimo rozmazanych po twarzy odchodów byłem zadowolony. Pojawiała się szansa powodzenia. 

Usiłowałem zetrzeć gówno i zrzucić je na drewnianą podłogę. Słyszałem, jak coś nuci niemowlęciu, 

oczyma wyobraźni  widziałem,  jak nosi małego na rękach i  kołysze. Prosiłem Boga, żeby Russell 

nie zasnął. Moje szczęście nie trwało długo. 

Matka wróciła na pole walki z tryumfalnym uśmiechem. Schwyciła mnie za kark i zaprowadziła do 

kuchni.  Tam  zobaczyłem  następną,  leżącą  na  blacie,  pełną  pieluchę.  Od  smrodu  zrobiło  mi  się 

niedobrze. 

- A teraz masz to wszystko zeżreć! - zapowiedziała. 

Patrzyła tak samo jak w dniu, w którym chciała położyć mnie na zapalonych palnikach kuchenki. 

Nie poruszając  głową zacząłem rozglądać się za  zegarem  o barwie stokrotek, który  powinien był 

wisieć na ścianie. W mgnieniu oka zorientowałem się, że jest za moimi plecami. Bez jego pomocy 

czułem  się  bezradny.  Wiedziałem,  że  muszę  skupić  na  czymś  wzrok,  żeby  zyskać  szansę  na 

zapanowanie nad sytuacją. Nie zdążyłem go jeszcze dojrzeć, a Matka złapała mnie za kark i znowu 

kazała  jeść  kupę.  Wstrzymałem  oddech.  Smród  był  straszliwy.  Starałem  się  skoncentrować  na 

jednym  z  górnych  rogów  pieluchy.  Sekundy  wlokły  się  w  nieskończoność.  Matka  najwidoczniej 

mnie przejrzała. Wepchnęła mi twarz w pieluchę i przesunęła mną tam i z powrotem. 

Przewidziałem to. Gdy łapała mnie za kark, zamknąłem oczy i zacisnąłem usta. Najpierw przyszła 

kolej  na  nos.  Poczułem,  jak  wylewa  się  zeń  coś  ciepłego.  Usiłowałem  wstrzymać  krwotok 

wciągając oddech. Kawałki odchodów utknęły  razem  z krwią w nosie. Złapałem rękami za blat i 

próbowałem  jej  się  wyrwać.  Miotałem  się  na  wszystkie  strony,  ale  miała  zbyt  dużą  przewagę. 

Raptem mnie puściła. 

- Wrócili! Wrócili! - wydyszała. Złapała ścierkę do wycierania naczyń i rzuciła nią we mnie. 

-  Ścieraj  to  z  gęby  -  ryknęła,  zmywając  z  blatu  brązowe  plamy.  Możliwie  najstaranniej  wytarłem 

twarz,  wydmuchując  przy  tym  z  nosa  kawałki  gówna.  Po  chwili  Matka  wetknęła  mi  do  nosa 

kawałek serwetki i odesłała na krzesło w kącie. Przesiedziałem tak resztę wieczoru, cały czas czując 

ślady pozostawione przez pieluchę. 

To była ostatnia wycieczka nad Russian River. 

We wrześniu wróciłem do szkoły w zeszłorocznym ubraniu i z zardzewiałą, zieloną menażką. Aż 

żal  było  patrzeć.  Matka  jak  co  dzień  pakowała  mi  takie  samo  drugie  śniadanie:  dwie  kanapki  z 

masłem  orzechowym  i  parę  zwiędłych  marchewek.  Nie  należałem  już  do  rodziny,  a  zatem  nie 

background image

miałem prawa jeździć w rodzinnym kombi. Matka kazała mi biegać do szkoły. Wiedziała, że będę 

się spóźniał i nie zdążę niczego ukraść. 

W  klasie  byłem  wyrzutkiem.  Nikt  nie  chciał  się  ze  mną  zadawać.  Podczas  przerwy  obiadowej 

zapychałem usta kanapkami i słuchałem, jak dawni koledzy układają o mnie piosenki. Hitami placu 

zabaw stały się "David złodziejem naszych śniadań" i "Ence pence, w czyje ręce - Pelzer". Byłem 

sam, nie miałem z kim się bawić, ani pogadać. 

W  domu,  gdy  wystawałem  godzinami  w  garażu,  czas  zajmowało  mi  wyobrażanie  sobie  nowych 

sposobów  zdobycia  jedzenia.  Ojciec  od  czasu  do  czasu  próbował  coś  mi  podrzucić,  ale  bez 

większego powodzenia. Zrozumiałem, że jeżeli chcę przetrwać, muszę liczyć wyłącznie na siebie. 

W  szkole  nie  sposób  było  już  nic  wykombinować.  Wszyscy  albo  chowali  swoje  menażki,  albo 

zamykali je w szafkach z ubraniami. Nauczyciele i dyrektor znali mnie i uważnie obserwowali. 

Nareszcie  wpadłem  na  pomysł,  który  miał  szansę  powodzenia.  W  czasie  przerwy  obiadowej 

uczniom  nie  było  wolno  schodzić  z  placu  zabaw,  więc  nikt  nie  będzie  podejrzewał  mnie  o  takie 

zamysły.  Chciałem  się  wtedy  cichaczem  wymknąć  do  pobliskiego  sklepu,  gdzie  mógłbym 

podwędzić ciastka, chleb, w ogóle cokolwiek jadalnego. W myślach szczegółowo opracowywałem 

tę akcję. Biegnąc rano do szkoły, liczyłem kroki, aby móc dobrze rozłożyć tempo w czasie biegu do 

sklepu. W ciągu kilku tygodni miałem wszystkie niezbędne informacje. Pozostawało jedynie zebrać 

się na odwagę i przystąpić do działania. Przewidywałem, że droga do sklepu zajmie mi dłużej, bo 

znajdował się on na wzgórzu, więc dołożyłem na to kwadrans. Powrót w dół zbocza pójdzie łatwiej, 

i  na  to  przeznaczałem  dziesięć  minut.  Czyli  że  w  samym  sklepie  zostanie  mi  zaledwie  dziesięć 

minut. 

Każdego dnia starałem się biec do szkoły coraz szybciej, wkładając w to tyle wysiłku, jakbym był 

jakimś maratończykiem. W miarę jak plan nabierał kształtów, głód ustępował miejsca marzeniom. 

Śniłem przy pracy w domu. Szorując na czworakach płytki podłogi w łazience wmawiałem sobie, 

że jestem królewiczem z opowieści "Królewiecz i żebrak". Jako królewicz wiedziałem, że w każdej 

chwili  mogę  przerwać  tę  komedię  pomyłek.  W  piwnicy  stałem  jak  wmurowany  i  marzyłem,  że 

jestem  bohaterem  komiksowym.  Ale  marzenia  zawsze  zakłócały  skurcze  głodu  i  w  myślach 

powracałem do planów kradzieży jedzenia. 

Byłem przekonany, że plan jest dopięty na ostatni guzik, lecz bałem się go wprowadzić w czyn. W 

czasie przerwy obiadowej chodziłem po placu i wymyślałem powody, tłumaczące mój brak odwagi. 

Przekonywałem siebie, że na pewno mnie złapią, albo że źle wyliczyłem czas. Podczas tych sporów 

samym sobą żołądek burczał i nazywał mnie tchórzem. Na koniec, po kilku dniach bez kolacji i na 

resztkach  śniadania,  zdecydowałem  się.  Zaraz  po  dzwonku  na  obiad  wyleciałem  ze  szkoły  i 

popędziłem ulicą; serce waliło mi w piersi, a płuca chciwie łykały powietrze. Do sklepu dotarłem 

dwa razy szybciej niż planowałem. Chodząc pomiędzy półkami miałem wrażenie, że wszyscy się 

background image

na mnie gapią. Wydawało mi się, iż słyszę rozmowy klientów na temat cuchnącego, obszarpanego 

dzieciaka. Uświadomiłem sobie, że plan nie może się powieść, bo w ogóle nie wziąłem pod uwagę 

swojego  wyglądu.  Im  bardziej  się  tym  przejmowałem,  tym  większy  ogarniał  mnie  strach. 

Zastygłem  w  bezruchu,  nie  bardzo  wiedząc,  co  robić.  Zacząłem  powoli  odliczać  sekundy. 

Przypomniały  mi  się  wszystkie  chwile,  w  których  odczuwałem  największy  głód.  Znienacka 

chwyciłem  pierwszą  z  brzegu  rzecz  i  wypadłem  ze  sklepu.  W  ręku  trzymałem  zdobycz:  paczkę 

razowych krakersów. 

Gdy znalazłem się blisko szkoły, ukryłem ciastka pod koszulą, od strony, w której nie było żadnych 

dziur, wszedłem do środka i wyrzuciłem je do kosza w świetlicy dla chłopców. Parę godzin później 

zwolniłem się na chwilę z lekcji i poszedłem do świetlicy. Zaczynała mi już cieknąć ślinka, ale na 

widok pustego kosza zdrętwiałem. Wszystko na marne, całe misterne plany i bolesne wmawianie 

sobie, że nareszcie się najem. Woźny wyrzucił śmieci. 

Tego  dnia  mi  się  nie  udało,  ale  przy  kolejnych  próbach  miałem  więcej  szczęścia.  Raz  nawet 

zdołałem ukryć swój skarb pod własnym stolikiem, lecz nazajutrz zostałem przeniesiony do szkoły 

po przeciwnej stronie ulicy. Właściwie tego nie żałowałem. Nikt mnie tu nie znał, mogłem kraść do 

woli.  Nie  tylko  podkradałem  jedzenie  kolegom,  ale  także,  mniej  więcej  raz  w  tygodniu,  robiłem 

wypady  do  sklepu.  Od  czasu  do  czasu,  gdy  coś  zwęszyłem,  odchodziłem  z  pustymi  rękami.  W 

końcu  mnie  przyłapali.  Kierownik  wezwał  Matkę.  W  domu  dostałem  porządne  lanie.  Rodzice 

wiedzieli,  dlaczego  kradnę  jedzenie,  ale  w  dalszym  ciągu  mi  go  nie  dawali.  Im  większy  dręczył 

mnie głód, tym usilniej wymyślałem strategie kradzieży. 

Zazwyczaj po kolacji Matka zeskrobywała resztki do małego kosza na śmieci. Wtedy wołała mnie z 

piwnicy, gdzie stałem, podczas gdy wszyscy jedli. Moje zadanie polegało na umyciu naczyń. Gdy 

tak stałem z rękami w gorącej wodzie, czułem dolatujący z kosza zapach resztek. Z początku robiło 

mi  się  niedobrze,  ale  z  czasem  pomysł  mi  się  nawet  spodobał.  Był  to  jedyny  sposób  zdobycia 

jedzenia.  Myłem  jak  najszybciej  talerze  i  wyrzucałem  zawartość  kosza  do  garażu.  Na  widok 

jedzenia ciekła mi ślinka, ale uważnie wybierałem co lepsze kąski, odrzucając strzępy papieru czy 

niedopałki. 

Wszystko  skończyło  się  jak  zwykle  nagle,  gdy  Matka  przyłapała  mnie  na  gorącym  uczynku.  Nie 

zbliżałem się do kosza przez parę tygodni, ale żołądek nie dawał mi spokoju i musiałem wrócić do 

tego zwyczaju. Kiedyś zjadłem w ten sposób trochę wieprzowiny. Po kilku godzinach złapały mnie 

straszliwe bóle. Biegunkę miałem przez tydzień. W trakcie choroby Matka zdradziła, że umyślnie 

zostawiła mięso w lodówce przez dwa tygodnie, i dopiero potem je wyrzuciła. Dobrze wiedziała, że 

nie  oprę  się  takiej  pokusie.  Z  czasem  Matka  nakazywała  mi  przynosić  kosz,  żeby  mogła  leżąc  na 

wersalce  obejrzeć  jego  zawartość.  Nie  odkryła,  że  zawijałem  jedzenie  w  papierowe  ręczniki  i 

chowałem  je  na  samym  spodzie.  Wiedziałem,  że  nie  będzie  się  chciała  zabrudzić  i  grzebać  w 

background image

śmieciach, więc póki co, uchodziło mi płazem. 

Wyczuła, że jakimś cudem gdzieś zdobywam jedzenie, dlatego zaczęła skrapiać kosz amoniakiem. 

Od tej chwili dałem sobie spokój z domowymi śmieciami i na powrót skupiłem się na szkole. Gdy 

raz  jeszcze  przyłapano  mnie  na  kradzieży  jedzenia  kolegów,  zacząłem  podprowadzać  mrożone 

obiady na stołówce. 

Tak  ułożyłem  sobie  rozkład  zajęć,  że  nauczyciel  zwalniał  mnie  do  świetlicy  zaraz  po  tym,  jak 

ciężarówka  przywiozła  świeży  zapas  mrożonych  obiadów.  Zakradałem  się  do  stołówki  i  łapałem 

kilka  lodowatych  tac.  W  świetlicy  mało  nie  dławiłem  się  zimnymi  hot  dogami  i  ziemniakami. 

Napełniwszy brzuch wracałem do klasy, dumny z tego, że sam się nakarmiłem. 

Biegnąc  z  powrotem  do  domu,  myślałem  o  tym,  jak  to  nazajutrz  znowu  ukradnę  jedzenie  ze 

stołówki. Matka niebawem zmusiła mnie do zaniechania owych praktyk. Zawlokła mnie do łazienki 

i  walnęła  w  żołądek,  aż  się  zgiąłem  wpół.  Zaciągnęła  mnie  do  sedesu  i  kazała  wetknąć  palec  w 

gardło.  Stawiłem  opór.  Uciekłem  się  do  starej  sztuczki,  czyli  liczenia  w  myślach  i  patrzenia 

nieruchomo  w  porcelanową  muszlę  klozetu.  Nie  doszedłem  do  trzech.  Matka  wepchnęła  mi  do 

gardła  swój  palec,  jakby  chciała  przewlec  żołądek  przez  usta.  Wiłem  się,  chcąc  się  wyrwać.  W 

końcu mnie puściła, ale pod warunkiem, że sam zwymiotuję. 

Przeczuwałem, co się za chwilę stanie. Zamknąłem oczy, nie chcąc oglądać spływających do muszli 

kawałków czerwonego mięsa. Matka stała za mną z rękami na biodrach. 

- Wiedziałam! Zobaczysz, powiem o wszystkim ojcu. 

Naprężyłem się w oczekiwaniu gradu uderzeń, który jednak nie nastąpił. Po chwili odwróciłem się i 

zobaczyłem,  że  Matki  nie  ma  w  łazience.  Domyślałem  się,  że  czeka  mnie  jakiś  ciąg  dalszy.  Po 

chwili wróciła z miseczką, do której kazała zebrać na poły strawione jedzenie z muszli. Ojca akurat 

nie było, więc zbierała dla niego materiał dowodowy. 

Tego dnia wieczorem, gdy już poi obiłem wszystko w domu, Matka kazała mi stać przy kuchennym 

stole  i  czekać,  aż  skończy  naradzać  się  z  Ojcem  w  sypialni.  Przede  mną  postawiła  miseczkę  ze 

zwymiotowanymi  hot  dogami.  Nie  mogłem  na  nie  patrzeć,  zamknąłem  oczy  i  próbowałem 

wyobrażać sobie, że jestem gdzieś daleko stąd. Po chwili wpadli obydwoje do kuchni. 

-  Patrz, Steve  -  warknęła Matka, pokazując na  miseczkę.  - A ty myślałeś,  że  chłopakowi przeszły 

już ciągoty do kradzieży jedzenia! 

Po minie Ojca sądziłem, że naprawdę ma dość tego ciągłego wyliczania występków, jakich dopuścił 

się "chłopak". Potrząsnął niezadowolony głową i bąknął: 

-Wiesz co, Roerva, może po prostu daj chłopakowi coś do jedzenia. 

Na  moich  oczach  rozegrała  się  gwałtowna  potyczka  na  słowa,  z  której  jak  zwykle  zwycięsko 

wyszła Matka. 

- DO JEDZENIA? Chcesz dać chłopakowi  jeść? Nie ma sprawy, zaraz coś ZJE! Może zjeść to!  - 

background image

Matka wrzasnęła ile tchu w piersiach, pchnęła w moją stronę miskę i wypadła do sypialni. 

W  kuchni  zrobiło  się  tak  cicho,  że  słyszałem  przyspieszony  oddech  Ojca.  Delikatnie  położył  mi 

rękę na ramieniu i powiedział: 

- Poczekaj, Tygrys, spróbuję coś zrobić. 

Po  chwili  wrócił,  mając  za  sobą  próby  wyperswadowania  Matce  jej  nakazu.  Z  przygnębionego 

wyrazu twarzy natychmiast poznałem, że nic nie wskórał. 

Usiadłem  na  krześle  i  zacząłem  wyciągać  ręką  kawałki  hot  doga.  Gdy  wkładałem  je  do  ust,  po 

palcach  spływały  mi  krople  gęstej  śliny.  Usiłując  to  wszystko  przełknąć,  zacząłem  jęczeć. 

Zwróciłem  się  do  Ojca,  który  stał  z  kieliszkiem  w  ręku  i  patrzył  na  mnie  pustym  wzrokiem. 

Ruchem głowy zachęcił mnie, bym nie ustawał. Nie mieściło mi się w głowie, że może sobie tak po 

prostu stać i patrzeć, jak pochłaniam odrażającą zawartość miseczki. Wiedziałem już, że dzieli nas 

przepaść. 

Próbowałem przełknąć bez odczuwania smaku, gdy nagle na karku zacisnęła mi się twarda ręka. 

- Żuj! - warknęła Matka. - Zjadaj! Zjedz wszystko! - dorzuciła, wskazując ślinę. Przesunąłem się na 

krześle. Po policzkach płynęły mi strugi łez. Przeżułem wszystko, co zostało w misce i odchyliłem 

do  tyłu  głowę,  żeby  nie  zwymiotować.  Zamknąłem  oczy  i  w  myślach  nakazywałem  sobie 

zatrzymać  to  w  żołądku.  Oczy  otworzyłem  dopiero,  gdy  poczułem,  że  echo  posiłku  ze  stołówki 

pozostanie  w  żołądku.  Gdy  je  otworzyłem,  mój  wzrok  padł  na  Ojca,  który  odwrócił  się,  by  nie 

widzieć mojego cierpienia. W tej chwili Matki nienawidziłem bezgranicznie, ale nienawiść do Ojca 

była jeszcze silniejsza. Mężczyzna, który kiedyś mi pomagał, stał teraz jak wmurowany i patrzył, 

jak jego syn je coś, czego nie tknąłby nawet pies. 

Gdy  skończyłem  przetworzony  posiłek,  pojawiła  się  Matka  w  szlafroku  i  rzuciła  mi  stos  gazet. 

Powiadomiła  mnie,  że  odtąd  będą  mi  służyć  za  koc,  a  łóżko  znajdę  sobie  pod  stołem.  Ponownie 

rzuciłem okiem na Ojca, ale on zachowywał się tak, jakby niczego nie widział. Powstrzymując łzy 

wgramoliłem się w ubraniu pod stół i przykryłem gazetami; siedziałem jak szczur w klatce. 

Pod stołem, obok pudełka z kociętami, spałem wiele miesięcy i niedługo nauczyłem się korzystać z 

gazet. Gdy się nimi owinąłem, było mi ciepło. W końcu Matka powiedziała, że nie zasługuję już, 

aby  spać  na  piętrze  i  zostałem  wygnany  do  garażu.  Za  łóżko  służyła  mi  teraz  stara  wojskowa 

prycza. Usiłowałem spać jak najbliżej gazowego pieca. Po kilku nocach, gdy zmarzłem, doszedłem 

do  tego,  że  najlepiej  trzymać  ręce  pod  pachami,  a  nogi  podkurczyć  pod  pośladki.  Czasami  się 

budziłem  i  wyobrażałem  sobie,  że  jestem  normalnym  człowiekiem,  który  śpi  pod  elektrycznym 

kocem, wie, że nic mu nie grozi i ktoś go kocha. To trochę pomagało, ale zimne noce sprowadzały 

mnie na ziemię. Wiedziałem, że znikąd nie ma pomocy. Ani ze strony nauczycieli, ani tak zwanych 

braci, ani Ojca. Byłem zupełnie sam i co noc prosiłem Boga, żeby dał siłę duszy i ciału. Leżałem na 

pryczy w ciemnym garażu, i drżałem z zimna, zanim nadszedł niespokojny sen. 

background image

Kiedyś, gdy marzyłem w środku nocy, wpadłem na pomysł, że będę żebrał o jedzenie po drodze do 

szkoły. Mimo że co dzień przeprowadzano teraz w domu kontrolę wymiocin, przypuszczałem, że 

jedzenie spożyte rano zostanie do tego czasu strawione. Biegłem do szkoły jeszcze szybciej, żeby 

zaoszczędzić więcej czasu na starania o jedzenie. Zbaczałem z drogi i pukałem do drzwi różnych 

domów. Osobę, która mi otwierała, pytałem, czy nie natrafiła przypadkiem na menażkę z obiadem. 

W większości przypadków taka metoda się sprawdzała. Od razu było widać, że panie mnie żałują. 

Starannie wszystko zaplanowałem i zawsze podawałem fałszywe imię, żeby zatrzeć po sobie ślady. 

Wszystko  było  w  porządku,  aż  kiedyś  znalazłem  się  w  domu  kobiety,  która  znała  Matkę. 

Sprawdzona  już  metoda  -"Zgubiłem  obiad.  Czy  mogłaby  mi  pani  jakoś  pomóc?"  -  straciła  sens. 

Zaraz domyśliłem się, że pani zadzwoni do Matki. 

Tego dnia w szkole modliłem się o koniec świata. Wiedziałem, że Matka leży na wersalce, ogląda 

telewizję i coraz bardziej się upija, cały czas myśląc, co by mi tu zrobić po powrocie do jej domu. 

W drodze powrotnej czułem się tak, jakbym miał zabetonowane nogi. Przy każdym kroku modliłem 

się,  żeby  owa  kobieta  nie  zadzwoniła  do  Matki,  albo  żeby  jakimś  cudem  pomyliła  mnie  z  kimś 

innym.  Niebo  było  błękitne,  a  promienie  słońca  grzały  mi  plecy.  Gdy  zbliżałem  się  do  domu, 

spojrzałem na słońce z myślą, czy będę miał jeszcze okazję je zobaczyć. Ostrożnie uchyliłem drzwi 

wejściowe i podreptałem na paluszkach do garażu. Sądziłem, że Matka może w każdej chwili zbiec 

po  schodach  i  stłuc  mnie  na  cementowej  podłodze.  Nie  przychodziła.  Przebrałem  się  w  ubranie 

robocze i poszedłem na górę zmywać po obiedzie. Nie wiedziałem, gdzie jest, i uszy zmieniły mi 

się w anteny radarowe, za pomocą których starałem się jak najdokładniej ją namierzyć. Ze strachu 

zaczął  boleć  mnie  napięty  grzbiet.  Trzęsły  mi  się  ręce,  nie  mogłem  się  skupić.  Nareszcie 

usłyszałem,  jak  Matka  wychodzi  z  sypialni  i  kieruje  się  w  stronę  kuchni.  Spojrzałem  przelotnie 

przez okno. Słyszałem krzyki i śmiech bawiących się dzieci. Przez chwilę wyobraziłem sobie, że do 

nich należę. Zrobiło mi się ciepło wokół serca. Uśmiechnąłem się. 

Zamarłem  z  przestrachu,  gdy  poczułem  na  karku  oddech  Matki.  Z  ręki  wypadł  mi  talerz,  ale 

zdążyłem go schwycić w locie. 

- Bystry jesteś, co? - drwiła. - Umiesz też szybko biegać i znajdujesz czas na żebry. No dobra... to 

się dopiero okaże, na co cię stać. 

Skuliłem się w oczekiwaniu na cios. Gdy nie padł, myślałem, że pójdzie sobie oglądać telewizję. I 

to  przypuszczenie  się  nie  sprawdziło.  Matka  stała  z  tyłu,  śledząc  każdy  mój  ruch.  Widziałem  jej 

odbicie w oknie kuchni. Sama też je dojrzała i uśmiechnęła się. Mało co nie narobiłem w portki. 

Po  zmywaniu  zabrałem  się  do  sprzątania  łazienki.  Gdy  szorowałem  wannę,  Matka  siedziała  na 

klozecie.  Gdy  myłem  na  czworakach  podłogę,  stała  bez  słowa  za  moimi  plecami.  Myślałem,  że 

podejdzie  od  przodu  i  da  mi  kopniaka  w  twarz,  ale  tak  się  nie  stało.  Narastał  we  mnie  niepokój. 

Wiedziałem, że mnie zbije, ale nie miałem pojęcia jak, kiedy i gdzie. Sprzątanie łazienki trwało całą 

background image

wieczność.  Ręce  i  nogi  drżały  mi  z  niepewności.  Skupiała  na  sobie  wszystkie  moje  myśli.  Gdy 

zbierałem się na odwagę i na nią spoglądałem, tylko się uśmiechała, zachęcając: 

- Szybciej, młody człowieku, musisz włożyć w to o wiele więcej energii. 

Byłem  wyczerpany  ze  strachu.  Mało  co  nie  zasnąłem,  zamiast  czekać,  aż  Matka  zawoła,  żebym 

sprzątnął  ze  stołu  i  pozmywał  po  kolacji.  Gdy  stałem  w  garażu,  wnętrzności  zaczęły  odmawiać 

posłuszeństwa i miałem wielką ochotę pobiec na górę do łazienki; niestety, bez pozwolenia Matki 

byłem uwięziony. "Może właśnie o to jej chodziło. Może chce, żebym pił własne siki". Z początku 

coś  tak  obrzydliwego  zupełnie  nie  mieściło  mi  się  w  głowie,  ale  przecież  musiałem  być 

przygotowany na wszystko, co ona mi zgotuje. Im bardziej skupiałem się na wymyślaniu różnych 

możliwości, tym szybciej opuszczały mnie siły. Potem mnie olśniło: wiedziałem już, czemu Matka 

chodzi za mną krok w krok. Chciała mnie trzymać w stałej niepewności i niewiedzy, kiedy i w jaki 

sposób  uderzy. Nie zdążyłem  jeszcze obmyślić sposobów obrony,  gdy zawołała mnie na  górę. W 

kuchni oznajmiła, że muszę osiągnąć prędkość światła, bo inaczej będzie ze mną krucho. 

-  Rzecz  jasna  -  ciągnęła  -  nie  muszę  dodawać,  że  dzisiaj  nie  dostajesz  kolacji.  Ale  tym  się  nie 

martw, już my coś wymyślimy. 

Gdy skończyłem, Matka kazała mi zejść na parter. Stałem oparty o twardą ścianę i zastanawiałem 

się, jakie ma wobec mnie zamiary. Oblewał mnie zimny pot, który zdawał się przesiąkać do szpiku 

kości. Zmęczyło mnie to tak bardzo, że usnąłem na stojąco. Gdy poczułem, jak głowa opada mi do 

przodu,  poderwałem  ją  do  góry  i  w  ten  sposób  się  obudziłem.  Na  nic  się  zdały  wszystkie  próby, 

głowa  opadała  w  dół  i  w  górę  niczym  kawałek  korka  na  wodzie.  Pogrążony  w  swego  rodzaju 

transie czułem, jak dusza opuszcza ciało, jakbym unosił się w stanie nieważkości. Byłem lekki jak 

piórko, dopóki głowa raz jeszcze nie poleciała do przodu; wtedy się przebudziłem. Wiedziałem, że 

powinienem  czuwać,  by  nie  zapaść  w  głęboki  sen.  Groziło  to  strasznymi  konsekwencjami,  więc 

odpędzałem senność gapiąc się przez okno garażu, słuchając odgłosów przejeżdżających samocho- 

dów i wypatrując czerwonych świateł samolotów. W głębi duszy pragnąłem także stąd odlecieć. 

Gdy Ron i Stan dawno spali, Matka kazała mi wejść na górę. Każdy stopień był czymś strasznym. 

Wiedziałem, że nadszedł mój czas. Wyczerpała mnie psychicznie i fizycznie. Nie miałem pojęcia, 

co dla mnie szykuje. Chciałem po prostu, żeby wreszcie mnie zlała i dała spokój. 

Gdy otworzyłem drzwi, ogarnął mnie niespodziewany spokój. W całym domu paliło się tylko mdłe 

światełko  w  kuchni. Widziałem  Matkę  siedzącą  przy  stole.  Stałem  jak  wmurowany.  Uśmiechnęła 

się,  i  po  obwisłych  ramionach  poznałem,  że  jest  w  alkoholowym  dołku.  Jakiś  siódmy  zmysł 

podpowiadał  mi,  że  tym  razem  nie  będzie  bicia.  Miałem  jakieś  niejasne  przeczucia,  ale  stan 

uniesienia prysnął, gdy Matka podeszła do zlewu. Uklękła, otworzyła dolną szafkę i wyciągnęła z 

niej  butelkę  amoniaku.  Nie  wiedziałem,  co  się  dzieje.  Nalała  go  trochę  na  łyżeczkę.  Cały  byłem 

roztrzęsiony i nie mogłem zebrać myśli. 

background image

Matka zaczęła zbliżać się w moją stronę z łyżeczką w ręce. Gdy rozlała nieco amoniaku na podłogę, 

zacząłem  się  odruchowo  odsuwać,  dopóki  głową  nie  uderzyłem  w  blat  przy  kuchence.  I  to 

wszystko? Tyle? Da mi tylko łyżeczkę tego czegoś? - myślałem. 

Nie bałem się. Byłem na to zbyt zmęczony. Przez głowę przebiegała tylko jedna myśl: No dobrze 

już, dobrze, im prędzej, tym lepiej. Pochylając się nade mną, Matka powtórzyła, że uratować mnie 

może tylko szybkość. Nie pojmowałem sensu jej zagadkowych słów. 

Otwarłem  bez  wahania  usta,  a  matka  wsadziła  mi  zimną  łyżeczkę  głęboko  do  gardła.  Znowu 

pomyślałem,  że  to  strasznie  proste,  ale  po  chwili  odebrało  mi  dech.  Ścisnęło  w  gardle.  Stałem 

chwiejnie przed Matką, czując się tak, jakby oczy miały mi za chwilę wyskoczyć z orbit. Upadłem 

na czworaki. Bańka! - wrzeszczałem w myślach. Waliłem z całej siły w podłogę, usiłując przełknąć 

i skupić się na bańce powietrza, która stanęła mi w przełyku. Ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Łzy 

zalewały  mi  twarz.  Po  paru  sekundach  zaczęły  słabnąć  uderzające  w  podłogę  pięści.  Drapałem 

paznokciami podłogę, od której nie odrywałem też oczu. Zaczęły mi się zlewać kolory. Poczułem, 

jak gdzieś odpływam. Wiedziałem, że umieram. 

Doszedłem do siebie, gdy poczułem, jak Matka wali mnie po plecach. Siła uderzeń sprawiła, że mi 

się odbiło i odzyskałem oddech. Gdy zacząłem łykać wielkie hausty powietrza, Matka wróciła do 

kieliszka. Zdrowo sobie pociągnęła i skierowała w moją stronę strumień wilgotnego powietrza. 

- Nie było tak źle, co? - zapytała i dopiła alkohol, po czym kazała mi odmaszerować na pryczę. 

Nazajutrz wieczorem odbyła się druga próba, tym razem w obecności Ojca. 

- Na pewno chłopak oduczy się złodziejstwa - przechwalała się. 

Wiedziałem,  że  robi  to  dla  swojej  zboczonej  przyjemności.  Ojciec  przyglądał  się  z  założonymi 

rękami, jak Matka daje mi łyżeczkę amoniaku. Tym razem jednak nie dałem tak łatwo za wygraną. 

Musiała  mi  siłą  otwierać  usta;  kręcąc  głową  sprawiłem,  że  rozlała  większą  część  płynu.  Trochę 

jednak /zstało i raz jeszcze padłem na podłogę, zacisnąłem pięści i waliłem nimi w podłogę. Niemo, 

błagalnym wzrokiem wzywałem na pomoc Ojca. On zaś najzwyczajniej w świecie stał nade mną i 

przyglądał się, jak biję u jego stóp pięściami o podłogę. Matka znowu przyklękła i uderzyła mnie 

po plecach, jakbym był jakimś domowym pieskiem; potem straciłem przytomność. 

Następnego  dnia  rano,  gdy  sprzątałem  łazienkę,  obejrzałem  w  lustrze  swój  poparzony  język. 

Wypalone zostały warstwy żywego mięsa, reszta była czerwona i podrażniona. Stałem ze wzrokiem 

wbitym w zlew i myślałem, iż mam wielkie szczęście, że żyję. 

Matka  już  nigdy  więcej  nie  dawała  mi  amoniaku,  ale  parę  razy  wlewała  we  mnie  Clorox. 

Najbardziej zaś upodobała sobie zabawę z płynem do mycia naczyń. Wyciskała mi prosto do gardła 

tani, różowy płyn, po czym odsyłała do garażu. Zasychało mi w ustach, więc pędziłem do kranu i 

piłem do syta wody. Na okropne konsekwencje nie trzeba było długo czekać; zaczęła się biegunka. 

Krzyczałem błagając, żeby po/woli la mi pójść do łazienki na górze. Stałem w bezruchu, czując, jak 

background image

porcje wodnistej masy przesiąkają przez majtki, spodnie i spadają na podłogę. 

Po  takim  upokorzeniu  płakałem  jak  malutkie  dziecko.  Straciłem  we  własnych  oczach  wszelką 

wartość.  Chciało  mi  się  do  ubikacji,  ale  bałem  się  ruszyć  z  miejsca.  Wreszcie  zdobyłem  się  na 

odruch ludzkiej godności, poszedłem okrakiem do zlewu w garażu, wziąłem duże wiadro i w nie się 

wypróżniłem. Zamknąłem oczy i zacząłem zastanawiać się, jak by tu można się umyć i uprać swoje 

rzeczy, gdy znienacka za moimi plecami otworzyły się drzwi do garażu. Odwróciwszy się ujrzałem 

Ojca, który beznamiętnie przyglądał się "drugiej twarzy" syna, podczas gdy brązowa ciecz lała się 

do wiadra. Czułem się gorzej sponiewierany niż pies. 

Matce nie zawsze udawało się ze mną wygrać. Podczas jednego tygodnia, gdy nie pozwolono mi 

chodzić do szkoły, nalała mi w usta płynu i kazała sprzątać w kuchni. Nie zauważyła, że wcale nie 

połknąłem. Z upływem czasu w ustach tworzyła się mieszanka płynu i śliny. Za wszelką cenę nie 

chciałem tego przełknąć. Dokończywszy kuchnię zbiegłem na dół ze śmieciami. Uśmiechnąłem się 

od  ucha  do  ucha,  gdy  wreszcie  zamknąłem  za  sobą  drzwi  i  mogłem  wypluć  zawartość  tego,  co 

miałem  w  ustach.  W  śmietniku  przy  garażu  znalazłem  zużyty  papierowy  ręcznik  i  starannie 

wytarłem  nim  wnętrze  ust,  tak  żeby  nie  został  w  nich  nawet  ślad  po  płynie.  Czułem  się  jak 

zwycięzca Maratonu Olimpijskiego. Byłem dumny, że udało mi się pokonać Matkę w wymyślonej 

przez nią samą grze. 

Mimo że przeważnie przyłapywała mnie na różnych próbach zdobycia żywności, nie udawało jej 

się to zawsze. Po miesiącach wielogodzinnego stania w garażu zdobyłem się na odwagę i zacząłem 

wykradać z zamrażarki w garażu kawałki mrożonek. Aż za dobrze wiedziałem, że mogę za to drogo 

zapłacić, więc każdy kęs łykałem tak, jakby miał być ostatni w życiu. 

W  mroku  zamykałem  oczy  i  marzyłem,  że  jestem  królem  we  wspaniałych  szatach,  zajadającym 

najlepsze  potrawy,  jakie  wymyślił  kiedykolwiek  człowiek.  Trzymając  w  ręku  kawałek  placka  z 

dynią  lub  nadziewanej  tortilli,  byłem  faktycznie  królem  i,  jak  przystało  na  króla,  spoglądałem  z 

góry najedzenie i dobrotliwie się uśmiechałem. 

                                                          rozdział 5 

                                                          Wypadek 

Lato 1971 roku nadało ton reszcie czasu spędzonego z Matką. 

Nie miałem jeszcze jedenastu lat, a znałem na pamięć wszelkie możliwe rodzaje kar. Dodatkiem do 

limitów  czasowych,  jakie  Matka  wyznaczała  na  kolejne  codzienne  zajęcia  w  domu,  był  brak 

jedzenia.  Gdy  spojrzałem  na  nią  lub  jednego  z  jej  synów  bez  pozwolenia,  dostawałem  policzek. 

Gdyby przyłapała mnie na kradzieży żywności, wiedziałem, że albo zastosuje jedną z poprzednich 

kar, albo wymyśli nową i jeszcze bardziej potworną. Sprawiała wrażenie kobiety, która wie, co robi, 

stąd też była dość obliczalna. Niezależnie od tego zawsze miałem się na baczności i natężałem całą 

uwagę na wypadek, gdybym się na nią natknął. 

background image

Z początkiem  lipca moje poczucie  godności  zaczęło  się załamywać. Sprawę jedzenia należało by 

już  praktycznie  włożyć  między  bajki.  Z  rzadka  dostawałem  choćby  resztki  śniadania,  a  nigdy, 

przenigdy nie powąchałem obiadu. Kolację dostawałem mniej więcej raz na trzy wieczory. 

Pewien  lipcowy  dzień  rozpoczął  się  jak  każdy  inny  w  moim  niewolniczym  życiu.  Jedzenia  nie 

widziałem  od  trzech  dni.  W  wakacje  trudno  było  o  inne  okazje  do  jego  zdobycia.  Jak  zawsze 

podczas kolacji siedziałem u dołu schodów z rękami pod pośladkami i słuchałem, jak je "rodzina". 

Matka wymagała, żebym siadał na rękach z głową odrzuconą do tyłu, w pozycji "jeńca wojennego". 

Opuściłem  głowę  do  przodu,  marząc,  że  stałem  się  jednym  z  nich,  członkiem  "rodziny".  Pewnie 

zasnąłem, bo zbudziło mnie warknięcie Matki: 

- Wstawaj! Rusz dupę! 

Na  dźwięk  jej  głosu  podniosłem  głowę,  zerwałem  się  i  pobiegłem  po  schodach.  Prosiłem  Boga, 

żeby dzisiaj dostać coś, co zaspokoiłoby głód; 

Zacząłem gorączkowo zbierać talerze po kolacji, gdy Matka zawołała mnie do kuchni. Z pochyloną 

głową słuchałem, jak wyrzuca z siebie czas, jaki przeznacza mi na każdą czynność. 

- Masz dwadzieścia minut! Sekunda więcej, a nie dostaniesz nic do jedzenia. Zrozumiano? 

- Tak jest. 

- Patrz w moją stronę, jak do ciebie mówię! - burknęła. 

Posłuszny rozkazowi, uniosłem powoli głowę. Widziałem, jak Russell buja się na jej lewej nodze. 

Opryskliwość Matki najwyraźniej mu nie przeszkadzała. Po prostu wytrzeszczał na mnie te swoje 

zimne oczy. Miał dopiero cztery czy pięć lat, ale zdążył już zostać "małym gestapowcem" Matki, 

śledzącym  każdy  mój  ruch,  pilnującym,  czy  nie  podkradam  jedzenia.  Czasami  zmyślał  jakąś 

historyjkę,  żeby  móc  popatrzeć,  jak  Matka  mnie  karze.  Nie  była  to  rzecz  jasna  jego  wina. 

Wiedziałem, że Matka nauczyła go tego wszystkiego, ale i tak go nienawidziłem. 

-  Słyszysz?  -  ryknęła  Matka.  -  Patrz  na  mnie,  jak  do  ciebie  mówię.  -  Gdy  podniosłem  głowę, 

zobaczyłem, jak łapie za tasak z kuchennego blatu. -Jak nie zmieścisz się w czasie, zarżnę jak psa! 

Nie przejąłem się zbytnio tą pogróżką. Powtarzała ją mniej więcej od tygodnia. Russell też pozostał 

obojętny. Bujał się na jej nodze, niczym na koniu na biegunach. Najwidoczniej nie była zadowolona 

ze swej własnej strategii, bo bez przerwy marudziła, podczas gdy czas upływał i mój limit czasowy 

się  kurczył.  Wolałem,  żeby  się  wreszcie  zamknęła  i  dała  zająć  się  robotą.  Bardzo  mi  na  tym 

zależało, bo chciałem dostać coś do zjedzenia, bojąc się kolejnej nocy o pustym żołądku. 

Coś  było  nie  w  porządku.  I  to  bardzo!  Wytężyłem  wzrok.  Zaczęła  wymachiwać  trzymanym  w 

prawej  ręce  nożem.  Niezbyt  się  tym  przejmowałem.  "Oczy  -  zauważyłem.  -  Spójrz  na  jej  oczy". 

Wyglądały jak zwykle, na poły zamglone i szkliste. Intuicja jednak podpowiadała mi, że coś jest nie 

tak.  Nie  obawiałem  się  lania,  ale  czułem  jakieś  napięcie.  Stopniowo  zacząłem  się  orientować  w 

grozie  sytuacji.  Po  części  przez  kołyszącego  się  Russella,  częściowo  w  wyniku  wymachiwania 

background image

nożem, ciało Matki bujało się w tył i w przód. Przez chwilę zdawało mi się, że upadnie. 

Chciała  utrzymać  równowagę,  warknęła  na  Russella,  żeby  zszedł  jej  z  nogi,  cały  czas  przy  tym 

wrzeszcząc  na  mnie.  Przypominała  fotel  bujany,  który  wymknął  się  spod  kontroli.  Przestałem 

zwracać  uwagę  na  czcze  pogróżki  i  wyobraziłem  sobie,  jak  stara  pijaczka  pada  na  pysk.  Całą  

uwagę skupiłem właśnie na jej twarzy. Kątem oka dostrzegłem, jak coś wypada jej z ręki. Poczułem 

rozdzierający ból tuż powyżej żołądka. Usiłowałem nie upaść, ale nogi się pode mną i objęła mnie 

nieprzenikniona ciemność. 

Gdy  odzyskałem  przytomność,  poczułem  bijące  z  okolicy  piersi  ciepło.  Po  chwili  zorientowałem 

się,  gdzie  jestem.  Siedziałem  na  ubikacji,  oparty  o  ścianę.  Russell  stał  przede  mną  i  powtarzał: 

"David  umrze,  chłopak  umrze".  Spojrzałem  w  stronę  żołądka.  Klęcząca  na  podłodze  Matka 

przykładała  tampon  z  gazy  do  miejsca,  z  którego  tryskała  czerwona  krew.  Próbowałem  coś 

powiedzieć.  Wiedziałem,  że  to  tylko  wypadek.  Chciałem  powiedzieć,  że  jej  wybaczam,  ale  nie 

mogłem wydusić z siebie ani słowa. Głowa raz po raz opadała mi na piersi. Ponownie zapadłem w 

ciemność. 

Gdy  się  ocknąłem,  Matka  wciąż  jeszcze  owijała  mi  dolną  część  klatki  piersiowej  jakimś 

ręcznikiem. Trzeba przyznać, że się na tym znała. Wielokrotnie opowiadała dzieciom, jak jeszcze 

przed  poznaniem  Ojca  miała  zamiar  zostać  pielęgniarką.  Zawsze  dawała  sobie  radę  z  różnymi 

urazami, jakich doznawali domownicy. Nie wątpiłem, że jest w tym dobra. Po prostu czekałem, aż 

wsadzi mnie do samochodu i zawiezie do szpitala. Byłem pewny, że zaraz to nastąpi. Odczuwałem 

dziwną ulgę, wiedziałem, że zaraz się to wszystko skończy. Skończy się niewolnicze życie. Nawet 

Matka nie zdoła teraz ukryć prawdy. Wypadek będzie początkiem mojej wolności. 

Opatrzenie rany zajęło jej niemal pół godziny. Nie sprawiała wrażenia osoby dręczonej wyrzutami 

sumienia. Myślałem, że będzie się przynajmniej starała mnie pocieszyć. Obrzucając mnie chłodnym 

wzrokiem  wstała,  umyła  ręce  i  oznajmiła,  że  mam  trzydzieści  minut  na  zmycie  naczyń. 

Potrząsnąłem  głową,  bo  nie  dotarł  do  mnie  sens  tych  słów.  Po  chwili  zrozumiałem.  Tak  jak 

wypadek z ręką przed kilkoma laty, teraz też miała zamiar zignorować całe zdarzenie. 

Nie było czasu na użalanie się nad sobą. Czas biegł szybko. Wstałem, zachwiałem się na nogach i 

skierowałem  do  kuchni.  Przy  każdym  kroku  żebra  rozdzierał  ból,  a  przez  podartą  koszulkę 

przesiąkała krew. Doszedłszy do zlewu, oparłem się i zacząłem dyszeć jak zniedołężniały pies. 

Słyszałem, jak Ojciec przegląda w stołowym gazetę. Mimo bólu zaczerpnąłem tchu, licząc, że uda 

mi się do niego dostać. Zamiast tego upadłem na podłogę. Zorientowałem się, że powinienem brać 

krótkie,  urywane  wdechy.  Wszedłem  do  stołowego.  Na  końcu  wersalki  siedział  mój  bohater. 

Wiedziałem, że poradzi sobie z Matką i zawiezie mnie do szpitala. Stanąłem przed nim, czekając, 

aż skończy stronę i mnie dostrzeże. Wtedy wyjąkałem: 

- Tato, Ma... Ma... Mama mnie nożem. 

background image

- Dlaczego? - spytał, nie unosząc nawet brwi. 

-  Powiedziała,  że  jak  nie  pozmywam  na  czas,  to  mnie  zabije.  Czas  stanął  w  miejscu.  Słyszałem 

dochodzący zza gazety, pełen wysiłku oddech Ojca. Odchrząknął i odezwał się wreszcie: 

- No... to... lepiej wracaj do kuchni i zmywaj te naczynia. 

Nachyliłem się, jakbym chciał go lepiej dosłyszeć. Nie wierzyłem własnym uszom. Musiał wyczuć 

moją dezorientację, bo odłożył gwałtownie gazetę i uniósł głos: 

-Jezus  Maria!  Czy  Matka  wie,  że  tu  stoisz  i  ze  mną  gadasz?  Idź  już  do  kuchni  zmywać.  Słuchaj, 

mały, nie wolno nam jej denerwować. Chcę mieć spokój przynajmniej dzisiaj... - Urwał, zaczerpnął 

tchu i zszedł do szeptu: -Wracaj do kuchni i pozmywaj, a ja obiecuję, że nie zdradzę, że się przede 

mną  wygadałeś.  Może  tak  być?  To  będzie  nasza  mała  tajemnica.  Ale  teraz,  zmykaj  do  kuchni, 

zanim nas obu tu przyłapie. 

Stałem jak sparaliżowany. Nawet na mnie nie spojrzał. Myślałem, że gdyby nieco opuścił gazetę i 

zajrzał mi w oczy, od razu dowiedziałby się całej prawdy; poczułby moje cierpienie, zorientowałby 

się, jak strasznie potrzebuję pomocy. Ale i tak wiedziałem, że był pod władzą Matki, która trzymała 

rękę na wszystkim, co działo się w jej domu. Chyba obaj znaliśmy "rodzinny" szyfr: jeśli się nie 

przyznać do istnienia problemu, to problemu takiego nie ma. Gdy tak przed nim stałem nie wiedząc, 

co  począć,  spuściłem  głowę  i  zauważyłem,  jak  kropelki  krwi  plamią  rodzinny  dywan.  W  głębi 

duszy czułem, że najchętniej wziąłby mnie w ramiona i zabrał daleko stąd. Nawet przedstawiłem 

sobie, że zdziera koszulę, po czym wzbija się w powietrze i szybuje niczym Superman, pokazując 

mi swoje prawdziwe ja. 

Odwróciłem się. Ojciec utracił cały mój szacunek. To była karykatura zbawcy, którego w nim się 

dopatrywałem. Złościłem się bardziej na niego niż na Matkę. Chciałem ulecieć gdzieś daleko, ale 

pulsujący ból sprowadzał mnie z powrotem na ziemię. 

Umyłem naczynia tak szybko, jak tylko pozwolił mi stan mojego ciała. Błyskawicznie odkryłem, że 

każde  poruszenie  przedramieniem  powoduje  przenikliwy  ból  w  okolicach  brzucha.  Gdy 

przesuwałem  się  w  bok,  od  zbiornika  do  mycia,  do  zlewu,  w  którym  płukałem,  ciało  przeszywał 

jeszcze  jeden  rodzaj  bólu.  Czułem,  że  opuszczają  mnie  resztki  sił. W  miarę  jak  wyczerpywał  się 

ustalony przez Matkę czas, malały szansę na wieczorny posiłek. 

Miałem  ochotę  najzwyczajniej  w  świecie  położyć  się  na  ziemi  i  poddać,  ale  nie  wolno  mi  było 

złamać złożonej przed laty obietnicy. Chciałem pokazać tej suce, że pokona mnie dopiero w chwili 

mojej  śmierci  poddam  się  dopiero  wtedy.  Doszedłem  do  wniosku,  że  upierając  ciężar  ciała  na 

palcach i nachylając się w kierunku blatu zmniejszam nacisk na dolną część klatki piersiowej. Nie 

przechodziłem już za każdym razem od zlewu do zlewu, lecz myłem kilka talerzy naraz po czym 

pochylałem  się  i  je  płukałem.  Najgorsze  było  układanie  na  półkach  po  wytarciu.  Szafki  wisiały 

nade  mną  i  wiedziałem,  że  wyciąganie  tam  rąk  będzie  bardzo  bolało.  Wziąłem  jeden  talerz, 

background image

stanąłem  na  palcach  i  usiłowałem  możliwie  najwyżej  wyciągnąć  rękę.  Prawic  mi  się  udało  -  nie 

wytrzymałem bólu i upadłem na podłogę. 

Cała  koszulkę  miałem  już  przesiąkniętą  krwią.  Próbowałem  stanąć  z  powrotem  na  nogach. 

Poczułem, jak pomagają mi silne ręce Ojca. Chciałem go odepchnąć. 

- Podawaj talerze - powiedział. - Ułożę je w szafce. Ty idź na dół i się przebierz. 

Odwróciłem  się  bez  słowa.  Spojrzałem  na  zegar.  Zmywanie  zajęło  mi  niemal  półtorej  godziny. 

Kurczowo  trzymając  się  prawą  ręką  poręczy,  schodziłem  po  schodach.  Z  każdym  stopniem 

wypływała ze mnie krew. 

U  stóp  schodów  natknąłem  się  na  Matkę.  Koszulkę  zdjęła  ze  mnie  najdelikatniej  jak  umiała,  ale 

poza tym  w ogóle nie starała się mi ulżyć. Robiła to  machinalnie. Swego czasu widziałem,  jak z 

większym współczuciem zajmowała się zwierzętami. 

Zrobiło  mi  się  tak  słabo,  że  oparłem  się  o  nią,  gdy  przebierała  mnie  w  starą,  za  dużą  koszulkę. 

Myślałem, że mnie uderzy, ale zniosła to przez kilka sekund, po czym usadowiła mnie na stopniu i 

odeszła. Po chwili wróciła niosąc szklankę wody, którą w pośpiechu przełknąłem. Oznajmiła, że na 

razie nie może dać mi jeść, ale dostanę coś za kilka godzin, gdy poczuję się lepiej. Głos miała cały 

czas monotonny, wyprany z wszelkich uczuć. 

Rzuciłem  okiem  przez  okno  i  zobaczyłem,  jak  kalifornijski  półmrok  ustępuje  miejsca  ciemności. 

Matka  powiedziała,  że  mogę  pobawić  się  z  chłopcami  na  dworze,  przed  drzwiami  garażu.  Nie 

bardzo rozumiałem, co ona do mnie mówi. 

- No już, David, zmykaj - powtarzała. 

Pomogła mi wykuśtykać z garażu na podjazd. Bracia obrzucili mnie obojętnym wzrokiem, znacznie 

bardziej interesowały ich sztuczne ognie, które dostali z okazji Święta Niepodległości. Z upływem 

czasu Matka okazywała mi coraz więcej współczucia. Trzymała mnie za ramiona, gdy patrzyliśmy, 

jak bracia rysują sztucznymi ogniami ósemki. Matka spytała, czy też bym chciał puścić taki ogień. 

Przytaknąłem. Trzymając mnie za rękę przyklękła i odpaliła. Przez chwilę w wyobraźni powróciła 

woń jej dawnych per fum. Już jednak od dawna nie używała kosmetyków i nie robiła makijażu. 

Bawiąc się z braćmi cały czas myślałem o zmianie, jaka zaszła w postępowaniu Matki. Chce się ze 

mną pogodzić? - zastanawiałem się -Czy to koniec życia w piwnicy? Powrót na łono rodziny? Na 

razie było mi wszystko jedno. Bracia chyba pogodzili się z moją obecnością, i czułem w stosunku 

do nich sympatię, co mnie nawet zdziwiło. 

Po chwili mój fajerwerk wystartował. Zwróciłem oczy w kierunku zachodzącego słońca. Od dawna 

nie oglądałem takiego widoku. Zamknąłem oczy, by chłonąć jak najwięcej ciepła. Na ulotną chwilę 

zniknęły cierpienie, głód i żałosne życie. Otworzyłem oczy, chcąc na zawsze utrwalić ten moment. 

Przed  pójściem  spać  Matka  dała  mi  jeszcze  wody  i  trochę  jedzenia.  Czułem  się  jak  okaleczone 

zwierzę, które wraca do formy, ale było mi to obojętne. 

background image

W garażu położyłem się na starej wojskowej pryczy. Usiłowałem zapomnieć o bólu, który jednak 

ogarniał  całe  ciało.  Na  koniec  pokonało  go  wyczerpanie  i  zapadłem  jakoś  w  sen.  Dręczyły  mnie 

koszmary. Obudziłem się zlany zimnym potem. Zza pleców doszedł mnie przerażający odgłos. To 

Matka.  Nachyliła  się  i  położyła  mi  na  czole  zimny  kompres,  zmoczywszy  ściereczkę  do  naczyń. 

Powiedziała,  że  w  nocy  miałem  gorączkę.  Niemoc  i  zmęczenie  nie  pozwoliły  mi  zdobyć  się  na 

jakąkolwiek reakcję. Wszystkie myśli skupiły się na bólu. Później Matka wróciła do sypialni braci 

na dole, bliżej garażu. Czułem się bezpiecznie, wiedząc, że jest w pobliżu i ma nade mną dozór. 

Niebawem  pogrążyłem  się  w  ciemność  i  niespokojne  sny,  z  których  najokropniejsza  była  wizja 

ulewnego, czerwonego deszczu ognia. Padał na mnie, przemaczając do szpiku kości. Próbowałem 

zmyć  z  siebie  krew,  która  wkrótce  na  nowo  zalewała  ciało.  Gdy  się  nazajutrz  przebudziłem, 

popatrzyłem szeroko otwartymi oczami na pokryte zakrzepłą krwią dłonie. Koszulka na piersi była 

cała czerwona. Krew zaschła też na twarzy. Usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi i odwróciwszy 

się zobaczyłem idącą do mnie Matkę. Oczekiwałem z jej strony jakiegoś większego współczucia, 

ale  były  to  próżne  nadzieje.  Była  obojętna.  Chłodnym  głosem  kazała  mi  się  umyć  i  zabrać  do 

roboty. Słysząc jej kroki, gdy schodziła po schodach wiedziałem już, że nic się nie zmieniło. Byłem 

wciąż zakałą rodziny. 

Gorączka  trwała  przez  trzy  dni  po  "wypadku".  Nie  śmiałem  prosić  Matki  choćby  o  aspirynę, 

zwłaszcza kiedy Ojciec był w pracy. Wiedziałem, że Matka jest znowu sobą. Sądziłem, że gorączka 

jest  wynikiem  rany.  Kwiecie  na  brzuchu  wielokrotnie  się  otwierało.  Powoli  podkradałem  się  do 

kranu w garażu, nie chcąc, żeby usłyszała mnie Matka. Z kupy swoich podartych i brudnych łachów 

wybrałem  najczystszy.  Siadłem  i  podwinąłem  czerwoną,  wilgotną  koszulkę.  Dotknąłem  rany  i  aż 

wzdrygnąłem się z bólu. Zaczerpnąłem tchu i możliwie najdelikatniej ścisnąłem rozcięcie pomiędzy 

dwoma  palcami.  Ból  był  tak  nieznośny,  że  opadłem  głową  na  zimną,  betonową  podłogę,  niemal 

tracąc  od  tego  uderzenia  przytomność.  Gdy  ponownie  spojrzałem  na  brzuch,  z  czerwonego, 

rozpalonego nacięcia ciekła żółtobiała substancja. Nie bardzo się na tym znałem, ale wiedziałem, że 

wdało  się  zakażenie.  Próbowałem  wstać,  żeby  pójść  do  Matki  i  poprosić  ją  o  opatrzenie  rany. 

Zatrzymałem się w pół drogi. Nie - pomyślałem - nie będę prosił tej suki o pomoc. Zdawałem sobie 

sprawę, iż należy jak najszybciej opatrzyć ranę i zrozumiałem, że jestem zdany tylko na własne siły. 

Chciałem sam panować nad sytuacją i nie zdawać się na Matkę. 

Zmoczyłem  szmatę  i  dotknąłem  rany.  Ręce  trzęsły  mi  się  ze  strachu,  po  policzkach  płynęły  łzy. 

Czułem się jak małe dziecko i wcale mi się to nie podobało. Zapłaczesz się na śmierć - strofowałem 

siebie. - No już, zabieraj  się za tę ranę. Wierzyłem,  że uraz nie zagraża życiu. Wmówieniem  tego 

stworzyłem sobie blokadę bólu. 

Działałem szybko, żeby wykorzystać resztki motywacji. Złapałem jeszcze jedną szmatę, zwinąłem 

ją  i  zatkałem  sobie  usta.  Całą  uwagę  skupiłem  na  kciuku  i  pierwszym  palcu  lewej  ręki, 

background image

chwytających skórę w okolicach rany. Drugą ręką wytarłem ropę. Powtarzałem tak długo ten sam 

zabieg,  aż  z  rany  wylatywała  tylko  krew.  Wycisnąłem  większość  białej  cieczy.  Nie  mogłem  już 

dłużej  znieść  straszliwego  bólu.  Z  całej  siły  zagryzałem  zęby  na  szmacie,  która  tłumiła  krzyk. 

Czułem się jak człowiek zwisający z urwiska nad morzem. Górę koszulki miałem przemoczoną od 

łez. 

Bojąc się, żeby Matka nie przyłapała mnie w takim miejscu, wytarłem  krew i  ropę, po  czym  pół 

idąc, pół czołgając się dotarłem do swojego punktu u stóp klatki schodowej. Obejrzałem koszulkę: 

prowizoryczny  bandaż  zaplamiło  zaledwie  kilka  kropel  krwi.  Rozkazywałem  ranie  się  zagoić. 

Jakimś  siódmym  zmysłem  wiedziałem,  że  mnie  posłucha.  Odczuwałem  dumę.  Byłem  niby  jakaś 

komiksowa postać, która pokonała piętrzące się przeszkody i przeżyła. Po chwili głowa opadła mi 

na  piersi  i  zasnąłem.  We  śnie  leciałem  przez  kolorowe  powietrze.  Miałem  na  sobie  czerwoną 

pelerynę... byłem Supermanem. 

                                                                  Rozdział 6 

                                                    Gdy Ojca nie ma w domu 

Po  incydencie  z  nożem  Ojciec  coraz  rzadziej  zaglądał  do  domu  i  spędzał  coraz  więcej  czasu  w 

pracy.  Wymyślał  różne  powody,  ale  nic  a  nic  mu  nie  wierzyłem.  Często  siedziałem  w  garażu  i 

trząsłem  się  ze  strachu,  licząc  jednocześnie,  że  z  jakiegoś  powodu  zostanie  w  domu.  Pomimo 

wszystkiego, co między nami zaszło, wciąż traktowałem go jak swego obrońcę. W jego obecności 

Matka nie wyrządzała mi tyle krzywdy. 

Zaczął mi też regularnie pomagać wieczorem w zmywaniu naczyń. On mył, a ja wycierałem. Przy 

pracy rozmawialiśmy cicho, żeby nie dosłyszała nas Matka, ani chłopcy. Czasami okresy milczenia 

trwały  po  kilka  minut.  Musieliśmy  mieć  pewność,  że  na  horyzoncie  nie  czai  się  żadne 

niebezpieczeństwo. Ojcu przypadała zazwyczaj rola zagajającego rozmowę. 

-Jak tam u ciebie, Tygrys? 

- Nieźle. - Stary przydomek, którego Ojciec używał, gdy byłem mały, zawsze wywoływał na mojej 

twarzy uśmiech. 

-Jadłeś coś dzisiaj? - pytał. Odpowiedź była zwykle przecząca. 

- Nie przejmuj się - pocieszał. - Przyjdzie dzień, kiedy obydwaj wyrwiemy się z tego wariatkowa. 

Wiedziałem, że Ojciec nie znosi chwil spędzanych w domu, i to z mojego powodu. Mówiłem mu, 

że  będę  już  grzeczny  i  nie  będę  kradł,  że  będę  się  jeszcze  bardziej  starał  pilnie  wypełniać  swoje 

domowe obowiązki. Zawsze przy tym się uśmiechał i powtarzał, że to nie moja wina. 

Czasami gdy wycierałem talerze, zaczynałem odczuwać nowy przypływ nadziei. Domyślałem się, 

że  Ojciec  nie  wystąpi  otwarcie  przeciw  Matce,  ale  w  jego  obecności  czułem  się  przynajmniej 

bezpieczny. 

Tak jak zwykle, to Matka położyła kres pomocy Ojca. Upierała się, że "chłopak" da sobie radę sam. 

background image

Mówiła, że Ojciec poświęca za dużo uwagi mnie, kosztem reszty rodziny. Ustąpił bez walki. Matka 

odzyskała stuprocentową kontrolę nad wszystkimi w domu. 

Po pewnym czasie Ojciec przestał wracać do domu nawet w dni wolne od pracy. Wpadał tylko na 

chwilę.  Zaglądał  do  chłopców,  po  czym  odnajdywał  mnie,  zamienialiśmy  parę  słów  i  wychodził. 

Trwało  to  wszystko  jakieś  dziesięć  minut,  po  których  wracał  do  swej  samotni,  którą  bywał 

przeważnie bar. W czasie rozmów ze mną powtarzał, że knuje plany wspólnej ucieczki. Zawsze się 

wtedy uśmiechałem na tę myśl, ale w głębi serca wiedziałem, że to tylko sen. 

Pewnego razu ukląkł przy mnie i wyznał, że jest mu bardzo żal. Popatrzyłem mu w oczy. Przeraziły 

mnie  zmiany,  które  dostrzegłem  w  jego  wyglądzie.  Oczy  miał  podcienione  głębokimi,  ciemnymi 

półkolami, twarz i  szyja przybrały barwę ćwikłowego buraka. Niegdyś sztywne barki teraz jakby 

oklapły.  Kiedyś  lśniące  czarne  włosy  przyprószyła  siwizna.  Tego  dnia  objąłem  go  w  pasie,  nie 

wiedząc, kiedy się znowu spotkamy. 

Po odrobieniu swojej pańszczyzny zbiegłem na dół. Kazano mi uprać swoje łachmany i stos innych 

śmierdzących  szmat.  Jednak  pożegnanie  z  Ojcem  tak  mnie  przygnębiło,  że  tylko  przypadłem  do 

kupy  ubrań  i  rozpłakałem  się.  Płacząc  prosiłem,  żeby  wrócił  i  zabrał  mnie  ze  sobą.  Po  chwili 

wziąłem się za pranie ubrań, pełnych dziur jak szwajcarskie sery. Tarłem, aż zaczęły krwawić kostki 

rąk. Już mi na niczym nie zależało. Dom Matki stał się nie do zniesienia. Pragnąłem znaleźć jakiś 

sposób ucieczki z tego piekła. 

Podczas jednej z dłuższych nieobecności Ojca Matka głodziła mnie przez dziesięć kolejnych dni. 

Żadnym sposobem nie udawało mi się wykonać zadanych prac w ustalonym przez nią czasie. Za 

karę  nie  dostawałem  jeść.  Matka  wykluczyła  wszystkie  możliwości  kradzieży.  Sama  sprzątała  ze 

stołu  i  wyrzucała  resztki  na  śmietnik.  Co  rano,  jeszcze  zanim  wyrzuciłem  śmieci,  przetrząsała 

starannie kosz. Zamrażarkę w garażu zamykała na klucz, który trzymała przy sobie. Zdążyłem się 

już przyzwyczaić do trzydniowych głodówek, ale ten wydłużający się okres stawał się nieznośny. 

Przy  życiu  trzymała  mnie  tylko  woda.  Po  napełnieniu  wodą  metalowego  pojemnika  na  lód  z 

zamrażalnika,  przystawiałem  go  do  ust  i  przechylałem.  Potem  podczołgiwałem  się  do  kranu  i 

odkręcałem  kurek.  Modląc  się  w  myślach,    żeby  drżenie  rury  nie  wzbudziło  czujności  Matki, 

ostrożnie ssałem zimny metal, dopóki prawie nie pękał mi żołądek. 

Szóstego  dnia  byłem  taki  osłabiony,  że  obudziwszy  się  nie  mogłem  wstać  ze  starej  wojskowej 

pryczy.  Obowiązki  wypełniałem  w  żółwim  tempie.  Myślałem  mętnie.  Zrozumienie  każdego 

wykrzyczanego przez Matkę zdania zajmowało mi chyba dłuższą chwilę. Gdy powoli usiłowałem 

podnieść na nią oczy, dostrzegałem, że dla niej to zabawa - i to całkiem niezła. 

- Ooo, biedactwo - gruchała drwiąco. Pytała, jak się czuję i śmiała się z moich błagań o jedzenie. 

Pod koniec szóstego i kolejnych dni pragnąłem tylko, żeby dała mi cokolwiek do jedzenia. Było mi 

wszystko jedno, co to będzie. 

background image

Pewnego  wieczoru  pod  koniec  tej  "zabawy"  Matka  z  trzaskiem  postawiła  przede  mną  talerz 

jedzenia. Zimne okruchy ze stołu były prawdziwą ucztą dla oka. Miałem się jednak na baczności: 

wyglądało to zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe. 

- Dwie minuty! - warknęła. - Masz, dwie minuty na zjedzenie tego. Ani chwili dłużej. 

Z  szybkością  błyskawicy  porwałem  widelec  i  chciałem  nabrać  jedzenia,  ale  złapała  talerz  i 

wyrzuciła resztki do kosza. 

- Spóźniłeś się! - szydziła. 

Stałem  oszołomiony,  nie  wiedząc,  co  powiedzieć  czy  zrobić.  Przychodziło  mi  do  głowy  jedynie 

pytanie:  dlaczego?  Nie  pojmowałem,  dlaczego  mnie  w  ten  sposób  traktuje.  Byłem  tak  bliski 

szczęścia,  że  już  czułem  zapach  każdego  kąska.  Na  pewno  chciała  wymusić  kapitulację,  ale  ja 

stałem w bezruchu i powstrzymywałem płacz. 

Leżąc w pustym garażu czułem, że przestaję panować nad sytuacją. Pragnąłem jedzenia. Tęskniłem 

za  Ojcem.  Ale  przede  wszystkim  chciałem  minimum  szacunku,  odrobiny  godności  dla  siebie. 

Siedząc  na  rękach  słyszałem,  jak  bracia  otwierają  lodówkę  i  wyjmują  desery;  nie  mogłem  tego 

znieść.  Oglądałem  swoje  ciało.  Skóra  miała  żółtawy  odcień,  mięśnie  zwiotczały  i  skurczyły  się. 

Słysząc  śmiech  któregoś  z  braci  oglądających  telewizję,  przeklinałem  ich  imiona.  "Szczęściarze! 

Powinna dla odmiany brać czasem  któregoś z nich i  łoić mu  skórę". Z płaczem  wyładowywałem 

nienawiść. 

Głodowałem prawie dziesięć dni. Po wieczornym myciu naczyń Matka ponowiła swoją zabawę w 

"dwie  minuty  na  zjedzenie  wszystkiego".  Tym  razem  na  talerzu  było  zaledwie  parę  ochłapów. 

Czułem, że mi je znowu zabierze, więc obmyślałem każde posunięcie. Złapałem szybciutko talerz i 

połknąłem  jedzenie  w  ogóle  go  nie  przeżuwając.  W  ciągu  kilku  sekund  zjadłem  wszystko  i 

wylizałem talerz. 

- Żresz jak świnia! - warknęła Matka. Pochyliłem głowę, jakby mnie to dotknęło. Ale w duchu się z 

niej śmiałem. "Spierdalaj! Gadaj, co chcesz! Ja coś zjadłem!" 

Na czas nieobecności Ojca przygotowała dla mnie jeszcze jedną grę. Kazała mi sprzątać łazienkę, 

ustalając zwykły limit czasowy. Tym razem jednak napełniła kubeł mieszaniną amoniaku i Cloroxu, 

wstawiła  go  do  pomieszczenia  i  zamknęła  za  mną  drzwi.  Za  pierwszym  razem  mówiła,  że  chce 

wypróbować coś, o czym wyczytała w gazetach. Pomimo pozorów, jakie stwarzałem, nie bałem się. 

Nie miałem pojęcia, co się stanie. Martwić zacząłem się dopiero wtedy, gdy Matka zamknęła drzwi 

i  zabroniła  mi  je  otwierać.  Powietrze  w  zamkniętym  pomieszczeniu  zaczęło  się  zaraz  zmieniać. 

Upadłem  na  czworaki  i  wpatrywałem  się  w  wiadro.  Unosiły  się  nad  nim  wiry  drobnej,  białej 

mgiełki.  Wchłonąwszy  te  opary  upadłem  i  zacząłem  pluć.  Czułem  się  tak,  jakby  paliło  mi  się  w 

gardle. Gaz powstający z reakcji amoniaku i Cloroxu działał jak gaz łzawiący. Myśl o tym, że nie 

posprzątam w ustalonym przez Matkę czasie, doprowadzała mnie do szaleństwa. 

background image

Wydawało mi się, że razem z kaszlem pozbędę się wnętrzności. Wiedziałem, że Matka nie ustąpi i 

nie otworzy drzwi. Jeśli chcę przeżyć, muszę ruszyć głową. Rozłożyłem się na płytkach podłogi i 

nogą odsunąłem kubeł  w stronę drzwi. Robiłem to  z dwóch powodów:  po pierwsze chciałem  jak 

najdalej  odsunąć  go  od  siebie,  po  drugie  -  żeby  Matka  otwierając  drzwi  nawdychała  się  swojego 

własnego specyfiku. Skuliłem się w przeciwległym kącie i zakryłem całą twarz ścierką do mycia, 

uprzednio  zmoczywszy  ją  w  muszli  klozetowej.  Nie  śmiałem  odkręcać  wody,  bo  Matka  mogła 

usłyszeć szum. Oddychając przez materiał patrzyłem, jak mgła z wolna opada na ziemię. Czułem 

się jak w komorze gazowej. Przypomniałem sobie o niewielkiej kratce wentylacyjnej, znajdującej 

się  tuż  nad  podłogą.  Wiedziałem,  że  włącza  się  co  parę  minut.  Przysunąłem  do  niej  twarz  i 

nabrałem w płuca powietrza. Po półgodzinie Matka otworzyła drzwi i kazała mi wylać wiadro do 

kanału  przy  garażu,  żebym  nie  zasmrodził  jej  całego  domu.  Przez  godzinę  kaszlałem  i  plułem 

krwią. Ze wszystkich zabaw "komory gazowej" nienawidziłem najbardziej. 

Pod  koniec  lata  Matkę  najwidoczniej  znudziły  tortury  domowe.  Pewnego  dnia,  gdy  odrobiłem 

poranną  pańszczyznę,  kazała  mi  kosić  u  ludzi  trawniki.  Już  to  kiedyś  robiłem,  podczas  ferii 

wielkanocnych  w  zeszłym  roku.  Ustaliła  pewien  kontyngent  zarobków  i  kazała  mi  je  sobie 

skrupulatnie oddawać. Był niemożliwie wielki, więc -w rozpaczy nie wiedząc, co zrobić - ukradłem 

jednej dziewczynce z sąsiedztwa dziewięć dolarów ze skarbonki. Po paru godzinach zjawił się u nas 

jej ojciec. Matka rzecz jasna oddała te pieniądze i zwaliła całą winę na mnie. Po wyjściu mężczyzny 

zbiła mnie na kwaśne jabłko. Pieniądze ukradłem, żeby sprostać jej wymaganiom. 

Koszenie  tego  lata  skończyło  się  równie  fatalnie  jak  w  tamtą  Wielkanoc.  Pytałem  ludzi,  czy 

chcieliby,  żebym  skosił  im  trawniki.  Nikt  nie  chciał.  Ubranie  w  strzępach  i  wynędzniałe  ciało 

musiały  być  zaiste  żałosnym  widokiem.  Jedna  pani,  wiedziona  współczuciem,  dała  mi  obiad  w 

brązowej  torbie  i  odesłała  dalej.  Kilkanaście  domów  dalej  jakieś  małżeństwo  poleciło  mi  skosić 

trawnik. Potem wziąłem torbę z obiadem i zacząłem gnać do domu Matki. Chciałem ukryć jedzenie 

jeszcze gdzieś przed jej ulicą. Nic z tego. Krążyła samochodem po okolicy. Zatrzymała się i zabrała 

mnie razem z obiadem. Nie zdążyła zahamować, a już podniosłem ręce do góry jak złoczyńca. Nie 

chciałem, żeby taka historia, jak z tą życzliwą panią jeszcze się kiedyś powtórzyła. 

Matka wypadła z samochodu, jedną ręką schwyciła torbę, drugą dała mi kuksańca. Cisnęła mnie do 

wozu  i  pojechaliśmy  do  pani,  która  przygotowała  mi  obiad.  Nie  było  jej  w  domu.  Matka  była 

przekonana,  że  wszedłem  tam  ukradkiem  i  sam  wziąłem  jedzenie.  Wiedziałem,  że  posiadanie 

żywności  to  najcięższe  przestępstwo.  W  duchu  karciłem  się  za  to,  że  nie  schowałem  wcześniej 

obiadu. 

W domu po zwyczajowej rundzie leżałem rozpłaszczony na podłodze. Matka kazała mi siedzieć na 

podwórku  za  domem,  gdy  ona  zawiezie  "swoich"  synów  do  zoo.  Miejsce,  w  którym  kazała  mi 

usiąść,  pokryte  było  warstwą  kilkucentymetrowych  kamieni.  Gdy  tak  siedziałem  w  pozycji  jeńca 

background image

wojennego, w wielu  odcinkach organizmu  ustało krążenie krwi. Traciłem wiarę w  Boga. Czułem, 

że mnie znienawidził. Jaki mógłby być sens takiego życia?" Wszelkie wysiłki, aby najzwyczajniej 

w świecie przeżyć, wydawały się zdawać na marne. Na nic okazały się starania, by zawsze o krok 

wyprzedzać plany Matki. Zawisnął nade mną czarny cień. 

Nawet słońce jakby mnie unikało, kryjąc się za grubą warstwą chmur. Skuliłem się i uciekłem  w 

marzenia. Nie mam pojęcia, ile upłynęło czasu, ale usłyszałem wreszcie odgłos wjeżdżającego do 

garażu  kombi  Matki.  Skończyło  się  siedzenie  na  kamieniach.  Zastanawiałem  się,  co  Matka  teraz 

wymyśli. Błagałem, żeby tylko nie następną komorę gazową. Ryknęła z garażu, żebym wszedł za 

nią  na  górę.  Zaprowadziła  do  łazienki.  Straciłem  otuchę.  Wdychałem  wielkie  porcje  świeżego 

powietrza, zdając sobie sprawę, że będzie mi go bardzo brakowało. 

Co dziwne, w łazience nie było żadnych wiader ani butelek. Ujdzie mi płazem? - pomyślałem. To 

by  było  zbyt  piękne.  Patrzyłem,  jak  Matka  odkręca  zimną  wodę  w  wannie.  Dziwiłem  się,  że 

zapomniała o ciepłej. Gdy wanna napełniała się wodą, Matka zerwała ze mnie ubranie i kazała do 

niej wchodzić. Wszedłem i położyłem się. Sparaliżował mnie strach. 

- Niżej-wrzasnęła. - Zanurz twarz! 

Nachyliła się, złapała mnie za kark i wepchnęła głowę pod wodę. Odruchowo machałem rękami i 

nogami,  usiłując  wychylić  głowę  nad  powierzchnię  i  zaczerpnąć  tchu.  Jej  chwyt  był  za  mocny. 

Otworzyłem  pod  wodą  oczy.  Widziałem,  jak  z  ust  wydostają  się  bańki  i  ulatują  ku  powierzchni. 

Miotałem się, widząc, że bańki stają się coraz mniejsze. Zacząłem słabnąć. W szaleńczym wysiłku 

wyciągnąłem ręce i złapałem ją za ramiona. Musiałem wczepić się w nie palcami, bo mnie puściła. 

Patrzyła, jak łapię oddech. 

- Zanurz się pod wodę, bo następnym razem potrzymam cię tam dłużej. 

Pogrążyłem  się  w  wodzie,  tak  by  nozdrza  wystawały  nieco  ponad  powierzchnię.  Czułem  się  jak 

aligator  na  mokradłach.  Gdy  Matka  wyszła  z  łazienki,  zacząłem  pojmować  jej  plan.  Gdy  tak 

leżałem na wznak, temperatura wody stawała się nieznośnie niska. Czułem się jak w lodówce. Za 

bardzo bałem się Matki, więc tkwiłem nieruchomo pod wodą. 

Mijały godziny, zaczynała zbiegać mi się skóra. Brakło odwagi, by dotknąć i ogrzać którąś z części 

ciała.  Wychynąłem  nieco  nad  wodę,  żeby  lepiej  słyszeć.  Gdy  tylko  ktoś  przechodził  korytarzem 

koło łazienki, zanurzałem się znowu. 

Zazwyczaj  kroki  należały  do  jednego  z  braci,  idącego  do  siebie.  Czasem  któryś  przychodził  do 

łazienki  się  załatwić.  Wytrzeszczali  tylko  na  mnie  oczy,  kręcili  głowami  i  odwracali  się. 

Próbowałem wyobrazić sobie, że jestem gdzie indziej, ale zbytnie napięcie nie pozwalało mi śnić na 

jawie. 

Tuż  przed  kolacją  Matka  przyszła,  kazała  mi  wyłazić  z  wanny  i  ubierać  się.  Usłuchałem  bez 

wahania, łapiąc jakiś ręcznik, żeby się wytrzeć. 

background image

- Nic z tego! - rozdarła się. - Ubieraj się taki, jaki jesteś. 

Posłuchałem  i,  zbiegając  do  garażu,  miałem  na  sobie  ociekające  wodą  ubranie.  Słońce  zaczynało 

już zachodzić, ale kawałek podwórka był wciąż skąpany w jego promieniach. Chciałem usiąść w 

słonecznym  miejscu,  ale  matka  kazała  mi  przejść  do  cienia.  Siedziałem  w  kącie  podwórka  w 

pozycji  jeńca  i  cały  się  trząsłem.  Potrzeba  mi  było  ciepła,  ale  z  każdą  minutą  malały  szansę  na 

wysuszenie się. Z okna na piętrze dochodziły głosy rodziny, która posilała się z pełnych półmisków. 

Od  czasu  do  czasu  wybuchał  śmiech.  Ojciec  był  w  domu,  więc  potrawy  musiały  być  znakomite. 

Miałem ochotę odwrócić głowę i popatrzeć, jak jedzą, ale brakowało mi odwagi. Żyłem w innym 

świecie. Nie zasługiwałem nawet, by popatrzeć na lepsze życie. 

Pobyt  w  wannie  i  na  podwórku  rozszerzyły  repertuar  moich  zajęć.  Zdarzało  się,  że  bracia 

przyprowadzali  kolegów,  żeby  mogli  sobie  popatrzeć  na  leżącego  w  wannie,  nagiego  brata. 

Koledzy często się ze mnie nabijali: 

- Co on przeskrobał tym razem? 

- Nie wiemy - odpowiadali przeważnie bracia, potrząsając przy tym głowami. 

Z początkiem roku szkolnego zaświtała dla mnie nadzieja na wyrwanie się z tego ponurego życia. 

Przez  pierwsze  dwa  tygodnie  klasą  czwartą  zajmowała  się  inna  nauczycielka.  Mówili,  że  nasz 

dotychczasowy  wychowawca  jest  chory.  Zastępczyni  była  młodsza  niż  inni  nauczyciele  i  mniej 

surowa.  Pod  koniec  pierwszego  tygodnia  rozdawała  uczniom  lody  za  dobre  sprawowanie.  Tym 

razem  nic  nie  dostałem,  ale  starałem  się  jeszcze  bardziej  i  na  koniec  drugiego  tygodnia  moje 

marzenia  się  spełniły.  Nowa  nauczycielka  puszczała  z  adaptera  "popowe  przeboje"  i  sama  nam 

śpiewała.  Bardzo  ją  polubiliśmy.  W  piątek  po  południu  nie  chciałem  wracać  do  domu.  Gdy  już 

wszyscy sobie poszli, pochyliła się nade mną i powiedziała, że będę już musiał  iść. Wiedziała, że 

sprawiam  kłopoty.  Powiedziałem,  że  wolę  zostać  z  nią.  Przez  chwilę  mnie  obejmowała,  potem 

puściła mi ulubioną piosenkę. Wyszedłem. Byłem już spóźniony, więc biegłem ile sił w nogach i 

pośpiesznie  wypełniałem  domowe  obowiązki.  Gdy  skończyłem,  Matka  kazała  mi  siedzieć  na 

zimnym cemencie podwórza za domem. 

W  to  popołudnie  spoglądałem  na  zakrywającą  słońce  gęstą  mgłę  i  w  głębi  serca  płakałem. 

Nauczycielka  na  zastępstwie  była  dla  mnie  taka  dobra.  Podeszła  do  mnie  jak  do  prawdziwego 

człowieka, a nie leżącego w rynsztoku śmiecia. Siedząc tak i użalając się nad sobą myślałem, gdzie 

ona teraz jest i co robi. W owej chwili nie miałem o tym pojęcia, ale się w niej zadurzyłem. 

Zdawałem sobie sprawę, że ani tego, ani następnego wieczoru nikt mnie tu nie nakarmi. Ojca nie 

było,  więc  weekend  szykował  się  fatalny.  Siedząc  na  zimnych  stopniach  schodów  słuchałem,  jak 

Matka  przygotowuje  braciom  posiłek.  Było  mi  wszystko  jedno.  Pod  zamkniętymi  powiekami 

widziałem  uśmiechniętą  twarz  nowej  nauczycielki.  Tego  wieczoru  ogrzewała  mnie  jej  uroda  i 

sympatia. 

background image

W październiku moje ponure życie zaczęło się na dobre. W szkole brakowało jedzenia. Miejscowi 

siłacze  bijali  mnie  do  woli.  Po  szkole  pędziłem  do  domu  i  wymiotowałem,  żeby  Matka  mogła 

obejrzeć  zawartość  żołądka.  Czasami  kazała  mi  od  razu  zabierać  się  do  roboty.  Gdy  była  w 

naprawdę  świetnym  nastroju,  szykowała  łazienkową  mieszankę.  Gdy  jej  się  znudziło,  wysyłała 

mnie w poszukiwaniu pracy przy strzyżeniu trawników, rzecz jasna uprzednio spuszczając mi lanie. 

Parę razy obiła mnie łańcuchem dla psa. Bardzo bolało, ale po prostu zaciskałem zęby i znosiłem 

wszystko w milczeniu. Najgorsze było uderzenie w tył nóg kijem od szczotki. Czasami bolało tak, 

że  leżałem  na  podłodze  niezdolny  do  jakiegokolwiek  ruchu. Wielokrotnie  szedłem  ulicą,  pchając 

starą, drewnianą kosiarkę, i starałem się zarobić dla niej trochę pieniędzy. 

Nadszedł  wreszcie  czas,  gdy  obecność  Ojca  nie  pomagała,  bo  Matka  zabroniła  mu  się  ze  mną 

widywać. Opuszczała mnie nadzieja, nabierałem przekonania, że moje życie nigdy się nie zmieni. 

Sądziłem, że aż do śmierci będę niewolnikiem Matki. Z każdym dniem słabła we mnie siła woli. 

Nie  marzyłem  już  o  Supermanie  czy  innym  bohaterze,  który  by  przybył  i  mnie  uratował. 

Domyślałem się, iż ojcowskie przyrzeczenie, że mnie stąd zabierze, to tylko wybieg. Przestałem się 

modlić i przeżywałem swe życie z godziny na godzinę, nie myśląc o jutrze. 

Pewnego dnia kazano mi się zgłosić do szkolnej pielęgniarki. Wypytywała mnie o odzież i siniaki, 

które  pokrywały  całe  ręce  i  ramiona.  Z  początku  powtarzałem  historyjkę  zmyśloną  przez  Matkę. 

Ale z czasem, gdy coraz więcej ufałem pielęgniarce, zacząłem odsłaniać przed nią całą prawdę o 

Matce. Notowała i namawiała, żebym przychodził, gdy tylko poczuję ochotę na rozmowę. Później 

dowiedziałem  się,  że  pielęgniarka  zainteresowała  się  moją  osobą  ze  względu  na  pewne  raporty, 

sporządzane przez nauczycielkę na zastępstwie. 

Pod koniec października w domu Matki bracia tradycyjnie robili rzeźby z dyni. Mnie przedtem nie 

dana była taka okazja, bo miałem zaledwie siedem czy osiem łat. Gdy przyszedł wieczór rzeźbienia, 

Matka błyskawicznie nalała wody do wanny. Jak zwykle przestrzegła, że mam trzymać głowę pod 

wodą. Wypadła z łazienki, gasząc po drodze światło. Przez maleńkie okienko po lewo widziałem, 

że zapada już noc. Poświęcałem czas na odliczanie w myślach. Kończyłem na tysiącu, po czym z 

powrotem zaczynałem od jedynki. Po pewnym czasie poczułem, że ubywa wody, a mnie jest coraz 

zimniej.  Złożyłem  ręce  i  ścisnąłem  je  między  nogami,  a  całe  ciało  przytuliłem  do  prawego  boku 

wanny. Słyszałem płytę na Halloween, jaką Matka kupiła parę lat temu Stanowi. W powietrzu roiło 

się  od  duchów  i  widm,  słychać  było  skrzypienie  drzwi.  Gdy  skończyli  wycinać  dynie,  Matka 

opowiedziała  im  swym  łagodnym  głosem  przerażającą  historię.  Im  dłużej  ich  słuchałem,  tym 

mocniej  każdego  nienawidziłem.  Nie  dość,  że  siedziałem  na  kamieniach  za  domem  jak  pies  i 

patrzyłem, jak zajadają kolację, to jeszcze musiałem leżeć w wannie i trząść się z zimna, gdy oni 

raczyli się popcornem i słuchali opowiadań Matki. Chciało mi się wyć. 

Tego  wieczoru  barwa  głosu  Matki  przywiodła  mi  na  myśl  ukochaną  Mamusię  sprzed  lat.  Teraz 

background image

moją  obecność  ignorowali  już  nawet  bracia.  Byłem  dla  nich  czymś  mniej  znaczącym  niż  duchy 

wyjące  na  płycie  Staną.  Gdy  poszli  w  końcu  spać,  do  łazienki  zawitała  Matka.  Na  widok  mnie, 

leżącego cały czas w wannie, chyba się trochę przeraziła. 

-  Zimno  ci?  -  szydziła.  Kręciłem  głową,  co  miało  oznaczać,  że  jestem  przemarznięty  do  szpiku 

kości. - Niech rozkoszny synalek bierze dupę w troki i zagrzeje się w łóżeczku tatusia. 

Wygramoliłem  się  z  wanny,  założyłem  bieliznę  i  wpełzłem  do  łóżka  Ojca,  mocząc  całą  pościel. 

Matka nie wiedzieć czemu postanowiła, że niezależnie od obecności czy nieobecności Ojca mam 

sypiać w największej sypialni. Ona spała razem z braćmi w sypialni na górze. Było mi właściwie 

wszystko jedno, ważne, że nie musiałem już spać na starej, wojskowej pryczy w piwnicy. Tej nocy 

Ojciec wrócił, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zapadłem w sen. 

Boże  Narodzenie  oznaczało  kompletny  dołek.  Dwutygodniowe  ferie  były  nie  do  zniesienia, 

wyczekiwałem powrotu do szkoły. W prezencie dostałem parę wrotek. Bardzo się zdziwiłem, że coś 

w  ogóle  dla  mnie  jest,  ale  wkrótce  okazało  się,  że  nie  jest  to  tak  naprawdę  prezent  gwiazdkowy. 

Matka użyła wrotek, by zadać mi kolejne tortury i pozbyć się mnie z domu. W weekendy kazała mi 

jeździć  na  wrotkach  po  ulicach,  gdy  wszystkie  dzieci  siedziały  z  powodu  zimna  w  domach. 

Jeździłem po okolicy nawet bez kurtki. Tony, jeden z naszych sąsiadów, widział mnie parę razy po 

południu,  gdy  zabierał  spod  drzwi  gazetę.  Uśmiechał  się  do  mnie  życzliwie,  po  czym  zmykał  w 

ciepło  domowego  zacisza.  Chcąc  się  jak  najskuteczniej  rozgrzać  jeździłem  możliwie  najszybciej. 

Widziałem,  jak  nad  niektórymi  domami  unosi  się  dym.  Marzyłem  o  wejściu  do  takiego  domu,  i 

znalezieniu  się  w  pokoju  przed  kominkiem.  Matka  zmuszała  mnie  do  wielogodzinnej  jazdy  na 

wrotkach. Do domu wołała mnie tylko wtedy, gdy czekała na mnie jakaś praca. 

W marcu tego roku podczas ferii wielkanocnych Matka pojechała do szpitala rodzić. Gdy Ojciec ją 

odwoził,  prosiłem  Boga,  żeby  nie  była  to  żadna  ciąża  urojona.  Tak  strasznie  pragnąłem,  żeby 

wyniosła  się  z  domu.  Wiedziałem,  że  wtedy  Ojciec  da  mi  jeść.  Uniknąłbym  w  takich 

okolicznościach bicia. 

Podczas  pobytu  Matki  w  szpitalu  Ojciec  pozwalał  bawić  mi  się  z  braćmi.  Zaakceptowali  mnie  w 

mgnieniu oka. Bawiliśmy się w "Star Trek" i Stan powierzył mi zaszczytną rolę kapitana Kirka. W 

pierwszy dzień na obiad były kanapki, które mogłem sobie dobierać. Gdy Ojciec pojechał do Matki 

do  szpitala,  poszliśmy  we  czterech  bawić  się  do  sąsiadki  z  naprzeciwka,  Shirley.  Traktowała  nas 

bardzo dobrze, jak swoje własne dzieci.  Urządzała na przykład grę w ping-ponga, albo  po prostu 

puszczała na dwór. Przypominała mi trochę Mamę za starych, dobrych czasów. 

Po paru dniach Matka wróciła i pokazała rodzinie nowego braciszka Kevina. Po kilku tygodniach 

nasze  życie  wróciło  do  normy.  Ojca  przeważnie  nie  było,  ja  zaś  stałem  się  na  powrót  kozłem 

ofiarnym, na którym Matka mściła się za wszelkie swoje niepowodzenia. 

Matka rzadko utrzymywała kontakty z sąsiadami i jej zażyłość z Shirley była czymś nienormalnym. 

background image

Codziennie  składały  sobie  wizyty.  W  obecności  Shirley  Matka  odgrywała  rolę  kochającej  i 

troskliwej - tak samo jak w dniu, w którym gościła skautów. Po paru miesiącach Shirley zapytała ją, 

dlaczego  nie  pozwala  Davidowi  bawić  się  z  innymi  dziećmi.  Dziwiła  się  też,  czemu  na  Davida 

spadają tak częste kary. Matka miała na poczekaniu różne wymówki. David albo był przeziębiony, 

albo pisał wypracowanie domowe. Koniec końców wyznała Shirley, że David jest niedobry i należy 

go trzymać bardzo, bardzo krótko. 

Z czasem w ich stosunki wkradło się pewne napięcie. Pewnego dnia Matka bez wyraźnego powodu 

przerwała tę znajomość. Synowi Shirley nie wolno było bawić się z moimi braćmi, a Matka ganiała 

po domu, na cały głos wyzywając sąsiadkę od suk. Mimo że i tak nie było mi wolno bawić się z 

innymi, czułem się bezpieczniej, dopóki trwała ta przyjaźń. 

W  pewną  niedzielę  pod  koniec  letnich  wakacji  Matka  weszła  do  sypialni,  gdzie  siedziałem  na 

rękach w pozycji jeńca wojennego. Kazała mi usiąść na samym rogu łóżka, po czym przyznała się, 

że  ma  już  dość  takiego  sposobu  życia.  Było  jej  przykro  i  chciała  mi  wynagrodzić  cały  utracony 

czas.  Uśmiechnąłem  się  od  ucha  do  ucha,  padłem  jej  w  ramiona  i  mocno  objąłem.  Gdy  gładziła 

mnie  po  włosach,  zacząłem  płakać.  Ona  też  się  rozpłakała  i  już  czułem  się  tak,  jakby  nadszedł 

koniec ciężkich czasów. Zajrzałem jej prosto  w oczy. Musiałem się upewnić. Musiałem usłyszeć, 

jak to powtarza. 

- I to już naprawdę koniec? - zapytałem nieśmiało. 

-  Koniec,  kochany.  Musisz  jak  najszybciej  zapomnieć,  że  coś  takiego  w  ogóle  miało  miejsce. 

Będziesz starał się być grzeczny, prawda? Pokiwałem głową. 

- A ja będę dobrą matką. 

Gdy się pogodziliśmy, matka pozwoliła mi się wykąpać i założyć nowe rzeczy, które dostałem pod 

choinkę.  Potem  pojechaliśmy  z  chłopcami  na  kręgle,  zaś  Ojciec  został  w  domu  z  Kevinem.  W 

drodze  powrotnej  zatrzymaliśmy  się  przed  sklepem  i  Matka  kupiła  każdemu  z  nas  zabawkę.  W 

domu mogłem już bawić się z braćmi, ale wolałem zostać w sypialni i pobawić się w kącie. Po raz 

pierwszy od kilku lat - z wyjątkiem świąt, podczas których mieliśmy gości - jadłem przy wspólnym 

stole. Wszystko toczyło się za szybko i jakoś nie bardzo mogłem w to uwierzyć. Pomimo radości 

czułem się jak człowiek chodzący po ruchomych piaskach. Byłem pewien, że Matka lada chwila 

przebudzi się i stanie na powrót sobą. Ale nic takiego nie następowało. Zjadłem, po czym wolno mi 

było przed pójściem spać oglądać ze wszystkimi telewizję. Dziwiło mnie, że chce, żebym dalej spał 

przy Ojcu, ale mówiła, że woli nie zostawiać dziecka samego. 

Nazajutrz  po  południu  przyszła  do  nas  pani  z  opieki  społecznej.  Matka  posłała  mnie  na  dwór, 

żebym  pobawił  się  z  chłopcami,  i  sama  przyjęła  tę  kobietę.  Rozmawiały  ponad  godzinę.  Jeszcze 

przed odejściem tamtej Matka zawołała mnie do domu. Pani chciała ze mną chwilę porozmawiać. 

Pytała,  czy  czuję  się  szczęśliwy.  Odpowiedziałem,  że  tak.  Pytała,  jak  mi  się  układa  z  mamą. 

background image

Powiedziałem,  że  dobrze.  Na  koniec  spytała,  czy  mama  mnie  bije.  Popatrzyłem  na  Matkę,  która 

uprzejmie  się  uśmiechała.  Czułem  się  tak,  jakby  w  żołądku  wybuchła  mi  bomba.  Zrobiło  mi  się 

niedobrze.  Wreszcie  zorientowałem  się,  co  było  powodem  wczorajszej  zmiany  w  postępowaniu 

Matki i dlaczego była dla mnie taka dobra. Dałem się wystrychnąć na dudka. Tak bardzo pragnąłem 

miłości,  że  bez  wahania  połknąłem  przynętę.  Ręka  Matki  na  ramieniu  przywróciła  mnie  do 

rzeczywistości. 

- Powiedz pani wszystko, kochanie - zachęcała mnie uśmiechnięta. - Powiedz, że cię głodzę i biję 

jak psa. - Zachichotała, chcąc rozśmieszyć tamtą panią. 

Popatrzyłem  na  kobietę.  Czułem,  że  się  czerwienię,  a  na  czoło  występują  mi  kropelki  potu.  Nie 

odważyłem się powiedzieć prawdy. 

- Nie, to jakieś wymysły - powiedziałem. - Mama traktuje mnie całkiem dobrze. 

- I nigdy cię nie bije? - nie ustępowała pani. 

- Nie... hm... chyba że za karę... kiedy jestem niegrzeczny. - 

Starałem się ukryć prawdę. Po minie Matki poznałem, że powiedziałem coś niewłaściwego. Uczyła 

mnie  przez  tyle  lat,  a  ja  źle  wyrecytowałem  lekcję. Widać  też  było,  iż  pani  spostrzegła,  że  się  ze 

sobą porozumiewamy. 

-  No  dobrze  ja  tak  po  prostu  wpadłam  tu  do  was  przy  okazji.  -Gdy  się  ze  mną  pożegnała,  Matka 

odprowadziła ją do drzwi. Gdy pani sobie poszła, Matka zatrzasnęła z furią drzwi. 

- Ty gnojku! - ryknęła. 

Odruchowo zakryłem twarz, gdy zaczęła wymachiwać rękami. Uderzyła mnie kilka razy, po czym 

odesłała do garażu. Gdy dała jeść chłopcom, zawołała, żebym przyszedł posprzątać. W głębi serca 

czułem, że Matka jest dla mnie taka dobra nie dlatego, że pragnie mnie pokochać. Powinienem się 

był domyślić, bo zachowywała się tak samo, jak wówczas gdy babcia przyjeżdżała odwiedzić nas w 

święta.  Przynajmniej  spędziłem  przyjemnie  dwa  dni,  gra  była  więc  w  pewnym  sensie  warta 

świeczki. Wróciłem do normalnych zajęć, a wiarę w życie dawała mi samotność. Nie musiałem żyć 

w domku z kart, zastanawiając się, kiedy dach zawali mi się na głowę. Znowu zostałem służącym -

jak zwykle. 

Chociaż  zaczynałem  już  godzić  się  ze  swym  losem,  największą  samotność  i  bezradność 

odczuwałem w poranki, kiedy Ojciec wychodził do pracy. W dni robocze wstawał około piątej rano. 

Nie miał pojęcia, że ja też już wtedy nie spałem. Słyszałem, jak się goli, a potem idzie do kuchni 

zrobić  sobie  coś  do  jedzenia.  Wiedziałem,  że  po  założeniu  butów  będzie  zbierał  się  do  wyjścia. 

Czasami  zjawiałem  się  w  momencie,  gdy  zakładał  na  ramię  swą  ciemnoniebieską  torbę.  Na 

pożegnanie całował mnie w czoło i mówił: 

- Staraj się jej przymilić i nie wchodź w drogę. 

Tłumiłem łzy, ale nigdy mi się to nie udawało. Nie chciałem, żeby odjeżdżał. Nigdy mu o tym nie 

background image

mówiłem,  ale  na  pewno  to  wiedział.  Po  zamknięciu  drzwi  odliczałem  kroki,  które  dzieliły  go  od 

podjazdu.  Słyszałem,  jak  idzie  ścieżką,  oddalając  się  od  domu.  Oczyma  duszy  widziałem,  jak 

skręca w lewo i idzie na przystanek autobusu do San Francisco. Czasem zbierało mi się na odwagę i 

podbiegałem  do  okna,  żeby  jeszcze  raz  rzucić  na  niego  okiem.  Zazwyczaj  zostawałem  w  łóżku  i 

przytulałem się do ciepłego miejsca, które wygrzał. Zdawało mi się, że słyszę go długo po tym, jak 

odszedł. Czułem narastające we mnie odczucie chłodnej pustki. Tak bardzo go kochałem. Chciałem 

być zawsze przy nim i płakałem w duszy, bo nie miałem pojęcia, kiedy go znowu zobaczę. 

                                                             Rozdział 7 

                                                          OJCZE nasz. 

Mniej  więcej  na  miesiąc  przed  zdaniem  do  piątej  klasy  doszedłem  do  wniosku,  po  wielu 

przemyśleniach, że Bóg nie istnieje. 

Siedząc  samotnie  w  garażu,  lub  czytając  w  pogrążonej  w  półmroku  sypialni  myślałem,  że  moje 

życie już nigdy się nie zmieni. Żaden sprawiedliwy Bóg nie pozostawiłby mnie na pastwę takiego 

losu. Uwierzyłem, że jestem samotny w swojej walce o przetrwanie. 

Gdy tak przekonałem się, że nie ma Boga, zupełnie odizolowałem się od poczucia fizycznego bólu. 

Gdy  Matka  mnie  biła,  wyglądało  to  tak,  jakby  znęcała  się  nad  szmacianą  kukłą.  Nastroje 

przechodziły  wtedy  od  przestrachu  do  gniewu.  Na  zewnątrz  jednak  sprawiałem  wrażenie  robota, 

który okazuje swoje uczucia jedynie w chwilach, gdy sądzi, że sprawiłoby to przyjemność okrutnej 

Matce  i  wyszłoby  mu  na  dobre.  Łykałem  łzy,  bo  nie  chciałem  dawać  jej  satysfakcjonującego 

poczucia tryumfu. 

Nocami nie miałem już marzeń sennych, za dnia nie dawałem się ponieść wyobraźni. Sprawiający 

mi  niegdyś  tyle  radości  obraz  siebie  samego,  latającego  wśród  obłoków  w  migoczącym  barwami 

kostiumie, już się nie pojawiał. Gdy zasypiałem, moja dusza zapadała się w czarną dziurę. Rano nie 

czułem się wypoczęty; byłem zmęczony i wmawiałem sobie, że pozostał mi jeden dzień mniej do 

przeżycia  na  tym  świecie.  Odbębniałem  pańszczyznę,  co  dzień  bojąc  się  każdej  nadchodzącej 

chwili. Przy braku marzeń słowa w rodzaju "nadzieja" i "wiara" stały się literami, zestawionymi w 

niczym nieuzasadniony sposób i mogły mieć jakieś znaczenie tylko w krainie baśni. 

|n /yjr iimn.ści jcd/.ciiia korzystałem niczym bezdomny pies; < lu/.)k.il< m |.ik /.wierzę, zdane na 

laskę i niełaskę Matki. Było mi wszystko jedno czy się ze mnie nabija, bo pożerałem najmniejszy 

k.(M-k.  Nic  nie  znajdowało  się  poniżej  mojej  godności.  Pewnej  so-l)ni\.  gdy  /.mywałem  talerze, 

Matka  wyrzuciła  niedojedzone  naleśniki  do  miski  psa.  Dobrze  dokarmione  pieski  przebierały  w 

jedzeniu,  a/  pr/.rstalo  je  to  bawić  i  odeszły  się  zdrzemnąć.  Gdy  już  ułożyłem  wszystkie  graty 

kuchenne w jednej z szafek na dole, podpełzłem do psiej miski i wyjadłem z niej wszystko, co po 

sprawiedliwości należało się zwierzakom. Czułem psi zapach, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało. 

Zdawałem sobie w pełni sprawę, że gdybym został przyłapany na podkradaniu psiej strawy, drogo 

background image

bym za to zapłacił; ale zdobywanie jedzenia wszelkimi możliwymi sposobami było jedyną metodą 

utrzymania się przy życiu. 

Dusza  oziębła  mi  do  tego  stopnia,  że  nienawidziłem  całego  świata.  Gardziłem  nawet  słońcem, 

wiedząc,  że  nie  będzie  mi  dane  pobawić  się  w  jego  promieniach.  Dreszcz  nienawiści  przeszywał 

mnie  na  dźwięk  śmiechu  dzieci,  które  bawiły  się  na  dworze.  Żołądek  kurczył  się,  gdy  tylko 

poczułem  podawane  komuś  jedzenie.  Za  każdym  razem,  gdy  wzywano  mnie  na  górę,  żeby 

posprzątać po tych próżniakach, miałem ochotę w coś uderzyć. 

Najbardziej nienawidziłem Matki, życząc jej nagłej śmierci. Ale chciałem też, żeby jeszcze przed 

śmiercią odczuła ogrom mojego cierpienia i samotności, wszystkiego co przeżywałem przez te lata. 

Bóg  wysłuchał  moich  próśb  tylko  raz.  Gdy  miałem  pięć  albo  sześć  lat,  kiedyś  Matka  bijąc 

niemiłosiernie, goniła za mną przez cały dom. Wieczorem ukląkłem i zacząłem się modlić. Prosiłem 

Boga, żeby spuścił na Matkę chorobę, tak by nie mogła mnie już więcej bić. Modliłem się długo i w 

skupieniu,  aż  rozbolała  mnie  od  tego  głowa.  Nazajutrz,  ku  mojemu  zaskoczeniu,  Matka  leżała 

chora.  Cały  dzień  leżała  na  wersalce  i  ledwie  się  poruszała.  Ojciec  był  w  pracy,  więc  razem  z 

braćmi zajęliśmy się nią jak lekarze. 

Z upływem lat i w miarę zwiększania się nawału kar, zacząłem zastanawiać się, ile Matka ma lat i 

kiedy może umrzeć. Tęskniłem do dnia, gdy skona i diabli porwą jej duszę; dopiero wtedy bym się 

od niej uwolnił. 

Nienawidziłem także Ojca. Zdawał sobie w pełni sprawę z warunków, w jakich żyję, ale brakło mu 

odwagi, by spełnić tyle razy składane obietnice i mnie uratować. Z drugiej strony rozmyślając nad 

swoimi  stosunkami  z  Ojcem  dostrzegałem,  że  on  poniekąd  uważa  mnie  za  przyczynę  swoich 

kłopotów. Uznał chyba, że go zdradziłem. Często, gdy się kłócili, Matka wciągała do sporu mnie. 

Wyrywając z jakiegoś kąta, kazała powtarzać wszystkie podłe słowa, jakich Ojciec użył w trakcie 

jakiejś ich dawnej kłótni. Doskonale wiedziałem, o jaką stawkę toczy się gra, ale wybór był bardzo 

prosty.  Gniew  Matki  był  o  wiele  gorszy  w  skutkach.  Zawsze  tylko  kiwałem  głową  i  potulnie  jej 

przytakiwałem. Upierała się, że nawet jeśli nie pamiętam dokładnie słów ojca, to mam je zmyślić i 

powtórzyć  w  jego  obecności.  Bardzo  się  tym  martwiłem;  próbując  uniknąć  lania,  gryzłem  często 

rękę, która mogłaby mnie nakarmić. Z początku usiłowałem się przed Ojcem tłumaczyć, dlaczego 

skłamałem  i  stanąłem  po  stronie  przeciwnej.  Najpierw  mówił,  że  mnie  rozumie,  ale  z  czasem 

pojąłem, że przestał mi wierzyć. W sumie, zamiast mu współczuć, coraz bardziej go nienawidziłem. 

Chłopcy na piętrze przestali mi być braćmi. W przeszłości zdarzało im się dodawać mi otuchy. Ale 

latem 1972 roku, jeden po drugim bili mnie, i sprawiało im to ogromną przyjemność. Najwyraźniej 

wywyższali  się  ponad  rodzinnego  niewolnika.  Na  ich  widok  twardniało  mi  serce  i  z  pewnością 

widzieli  malującą  się  na  mej  twarzy  nienawiść. W  chwilach  próżnych  triumfów  szeptałem  słowo 

"gówniarz",  gdy  jeden  z  nich  przechodził  napuszony  obok  mnie.  Robiłem  to  tak,  by  mnie  nie 

background image

słyszeli. W pogardzie miałem sąsiadów, krewnych i wszystkich ludzi, którzy wiedzieli, jak jestem 

traktowany. Została mi już tylko nienawiść. 

W  głębi  duszy  najbardziej  nienawidziłem  samego  siebie.  Nabrałem  przekonania,  że  wszystko,  co 

się  przydarza  mnie  albo  dzieje  się  wokół  mnie,  jest  dowodem  mojej  winy,  gdyż  ja  sam  na  to 

pozwalam.  Chciałem  wszystkiego,  co  mieli  inni,  ale  nie  wiedziałem,  jak  to  zdobyć,  dlatego 

reagowałem  nienawiścią  wobec  nich.  Chciałem  być  silny,  ale  czułem,  że  jestem  szmatą.  Nie 

śmiałem  stawić  czoło  suce,  więc  na  wszystko  sobie  zasłużyłem.  Matka  przez  wiele  lat  robiła  mi 

pranie  mózgu,  każąc  powtarzać:  "Nienawidzę  siebie!  Nienawidzę  siebie!".  Jej  starania  wydały 

owoce. Tuż przed rozpoczęciem piątej klasy znienawidziłem siebie do tego stopnia, że pragnąłem 

umrzeć. 

Szkoła już nie nęciła mnie jak dawniej. Próbowałem się skupić na nauce, ale mój ciągle tłumiony 

gniew wybuchał w nieodpowiednich momentach. Pewnego popołudnia zimą 1973 roku wypadłem 

nie wiedzieć czemu z klasy, wrzeszcząc po drodze na wszystkich. Tak mocno trzasnąłem drzwiami, 

że  o  mało  nie  rozbiłem  znajdującej  się  nad  nimi  szyby.  Poleciałem  do  łazienki  i  waliłem 

czerwonymi pięściami w kafelki podłogi tak długo, aż opuściły mnie wszystkie siły. Później padłem 

bezradny i modliłem się o cud. Nie zdarzył się. 

 

Od  przebywania  w  "piekiełku"  Matki  lepszy  był  tylko  czas  poza  szkołą.  Jako  że  byłem  czarną 

owcą, koledzy często podejmowali dzieło porzucone przez Matkę. Należał do nich między innymi 

Clifford, miejscowy udzielny książę, który często stawał mi na drodze, gdy biegłem do domu. Bijąc 

mnie popisywał się przed kolegami. Padałem na ziemię i zasłaniałem głowę, podczas gdy Clifford i 

spółka, jeden po drugim, wymierzali mi kopniaki. 

Aggie zadawała mi innego rodzaju katusze. Prowokowała przeróżne sytuacje, i mówiła, że życzy 

mi  "nagłej  i  niespodziewanej  śmierci".  Była  snobką  do  kwadratu,  zawsze  musiała  stać  na  czele 

jakiejś dziewczęcej bandy. Wyłącznym celem życia Aggie i jej kliki było, poza dręczeniem mnie, 

popisywanie  się  ciuchami.  Zawsze  wiedziałem,  że  Aggie  mnie  nie  lubi,  ale  głębię  tej  niechęci 

poznałem  dopiero  w  ostatnim  dniu  czwartej  klasy.  Matka Aggie  była  opiekunką  naszej  klasy  i  w 

ostatni dzień przed wakacjami Aggie wpadła do naszej sali, zachowując się tak, jakby zbierało jej 

się na mdłości i powiedziała: 

- Dostałam wychowawstwo klasy z Davidem Pelzerem. 

Każdego dnia pozwalała sobie na jakąś kąśliwą uwagą pod moim adresem. 

Serio  zacząłem  ją  traktować  dopiero  w  piątej  klasie,  gdy  pojechaliśmy  na  wycieczkę  do  San 

Francisco,  obejrzeć  okręt-muzeum  Clipper  Ships.  Gdy  stałem  samotnie  na  rufie  statku,  Aggie 

podeszła  do  mnie  ze  złośliwym  uśmieszkiem,  szeptem  zachęcała,  żebym  wyskoczył  za  burtę. 

Popatrzyłem  na  nią  zdumiony,  próbując  zrozumieć,  o  co  jej  chodzi.  Jej  głos  brzmiał  cicho  i 

background image

spokojnie: 

-  Mówię,  żebyś  śmiało  skakał.  Wiem  o  tobie  wszystko,  Pelzer,  i  jedyną  szansą  ucieczki  jest  dla 

ciebie skok. 

Zza jej pleców dobiegł inny głos, który jak się okazało należał do Johna, jednego z jej maczowatych 

kolesiów: 

- Ona wie, co mówi. 

Spojrzałem  za  reling  na  zieloną  wodę,  uderzającą  w  drewnianą  burtę  statku.  Przez  chwilę 

wyobraziłem sobie, że tam skaczę, i topię się. Była to uspokajająca wizja; w ten sposób uwolniłbym 

się  od  Aggie,  jej  znajomych  i  wszystkiego,  czego  nienawidziłem.  Zwyciężył  jednak  rozsądek; 

uniosłem głowę i spojrzałem na Johna, starając się patrzeć mu prosto w oczy. Pewnie wyczuł mój 

gniew, bo zabrał Aggie i odeszli. 

Pan  Ziegler,  wychowawca  w  piątej  klasie,  nie  miał  pojęcia,  czemu  sprawiam  tyle  kłopotów.  Gdy 

pielęgniarka  wyjawiła  mu,  dlaczego  kiedyś  kradłem  jedzenie  i  dlaczego  chodzę  tak  dziwacznie 

ubrany, pan Ziegler bardzo się przejął i traktował mnie jak osobę normalną. Do jego obowiązków 

opiekuna  szkolnej  gazety  należało  utworzenie  złożonej  z  dzieci  komisji,  która  wymyśli  dla  tej 

gazety  tytuł.  Ułożyłem  sprytne  wyrażenie  i  moja  propozycja  znalazła  się  na  liście  tytułów,  które 

miały wziąć udział w szkolnych  wyborach. Pomysł  przeszedł  przygniatającą  większością  głosów. 

Po wyborach pan Ziegler powiedział, że jest ze mnie bardzo dumny. Chłonąłem każde jego słowo 

jak  gąbka.  Od  tak  dawna  nikt  mnie  nie  chwalił,  że  teraz  o  mało  nie  rozpłakałem  się  z  radości. 

Później, zapewniając, że nic mi nie grozi, pan Ziegler przekazał list, który miałem oddać Matce. 

W  stanie  uniesienia  biegłem  do  domu  Matki  jeszcze  szybciej  niż  zwykle.  Powinienem  był 

przygotować się, że radość będzie krótkotrwała. Suka rozdarła list i szybciutko przebiegła po nim 

oczami. 

-  Pan  Ziegler  pisze,  że  powinnam  być  z  ciebie  dumna,  bo  wymyśliłeś  tytuł  szkolnej  gazetki. 

Twierdzi też, że jesteś jednym z najlepszych uczniów w klasie. Faktycznie, jesteś wyjątkowy.  -Jej 

głos  stał  się  znienacka  lodowato  zimny.  -  Zapamiętaj  to  sobie  na  zawsze,  mały  skurwysynu! 

Niczym  i  nigdy  nie  zdołasz  mi  zaimponować!  Rozumiesz? Jesteś  nikim!  Niczym!  Nie  istniejesz! 

Jesteś bachorem! Nienawidzę cię i życzę ci śmierci! Śmierci! Słyszysz? 

Podarła list na strzępy, po czym odwróciła się ode mnie i zajęła się oglądaniem telewizji. Stałem jak 

wmurowany  i  patrzyłem  na  leżące  u  mych  stóp  śnieżnobiałe  płatki  listu.  Chociaż  tyle  razy 

słyszałem  to  samo,  słowo  "niczym"  wprawiło  mnie  w  osłupienie.  Pozbawiła  mnie  własnego 

istnienia. Zrobiłem wszystko, co w mej mocy, żeby uznała we mnie człowieka. I znowu nic z tego. 

Wpadłem  w  większe  niż  zwykle  przygnębienie.  Jej  słowa  nie  były  wynikiem  działania  alkoholu, 

wypowiedziała je przytomnie i szczerze. Ulżyłoby mi, gdyby przyszła do mnie z nożem i położyła 

temu wszystkiemu kres. 

background image

Ukląkłem i usiłowałem złożyć strzępy listu w całość. Niemożliwe. Wyrzuciłem je do kosza. W tej 

chwili  szczerze  wierzyłem,  że  śmierć  byłaby  lepsza  od  jakichkolwiek  perspektyw  szczęśliwego 

życia. Byłem po prostu "niczym". 

Moje morale podupadło  na tyle, że w samobójczych marzeniach  widziałem,  jak ona mnie zabija, 

czego się zresztą prędzej czy później spodziewałem. Chodziło jeszcze o wybór terminu. Zacząłem 

się więc z nią drażnić, licząc, że w końcu rozzłoszczę ją na tyle, by skończyła moje nędzne życie. 

Pańszczyznę  odrabiałem  niedbale.  Umyślnie  zapominałem  wytrzeć  podłogę  w  łazience,  mając 

nadzieję, że Matka, lub  jeden z jej wasali, pośliźnie się i  coś sobie zrobi,  gdy upadnie na twarde 

płytki.  Zmywając  naczynia,  pozostawiałem  na  nich  kawałki  jedzenia.  Chciałem  pokazać  suce,  że 

już mi na niczym nie zależy. 

Z upływem czasu zacząłem się też coraz bardziej stawiać. Napięcie sięgnęło szczytu, gdy pewnego 

dnia  udaliśmy  się  po  zakupy.  Zazwyczaj  siedziałem  w  samochodzie,  ale  tym  razem  Matka,  nie 

wiedzieć czemu,  postanowiła zabrać mnie z sobą. Nakazała mi zacisnąć rękę na wózku i  spuścić 

głowę. Na złość nie wypełniałem żadnego z poleceń. Wiedziałem, że nie życzy sobie publicznych 

scen, więc celowo szedłem przed wózkiem, w odległości co najmniej metra od niej. Gdy bracia coś 

do mnie mówili,  oddawałem pięknym  za nadobne. Powiedziałem  sobie po prostu,  że nikt już nie 

będzie się na mnie wyżywał. 

Matka zdawała sobie sprawę, że inni klienci  obserwują nas i  słuchają, więc parę razy brała mnie 

łagodnie za ramię i przekonywała, żebym się uspokoił. Bardzo ożywiała mnie myśl, że w sklepie 

mam  nad  nią  przewagę,  mimo  że  wiedziałem,  iż  zaraz  po  wyjściu  ze  sklepu,  słono  za  wszystko 

zapłacę.  Tak  jak  się  spodziewałem,  jeszcze  przed  dojściem  do  samochodu  Matka  spuściła  mi 

solidne  manto.  Wwozie  kazała  mi  się  położyć  na  podłodze  z  tyłu,  tak  by  bracia  mogli  po  mnie 

deptać  za  to,  że  "odszczekiwałem"  Matce  oraz  im.  Po  powrocie  do  domu  sporządziła  specjalną 

mieszankę  Cloroxu  i  amoniaku.  Chyba  domyśliła  się,  że  ściereczka  służyła  mi  jako  maska,  bo 

wrzuciła ją do kubła. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, podbiegłem do kratki wentylacyjnej. Nie 

włączała się i nie wpadało przez nią świeże powietrze. Musiałem siedzieć w łazience z godzinę, bo 

siwe opary napełniły małe pomieszczenie a/, do podłogi. Oczy miałem pełne łez, które stawały się 

jakby  katalizatorem  reakcji  płynu.  Plułem  śluzem  i  o  mało  co  nie  zemdlałem.  Gdy  Matka 

otworzyła,  chciałem  wylecieć  na  korytarz,  ale  złapała  mnie  mocną  ręką  za  kark.  Usiłowała 

wepchnąć mi twarz do wiadra, ale stawiłem opór i dała za wygraną. Plan buntu też się nie powiódł. 

Po  przedłużonym  pobycie  w  "komorze  gazowej"  na  powrót  stałem  się  tchórzem,  choć  w  głębi 

duszy czułem narastające napięcie, niczym wulkan przed wybuchem. 

Przy  zdrowych  zmysłach  pozostałem  chyba  tylko  dzięki  malutkiemu  Kevinowi.  Był  ślicznym 

dzieckiem i wprost za nim przepadałem. Mniej więcej na trzy i pół miesiąca przed jego narodzinami 

Matka dała mi obejrzeć specjalny zestaw filmów rysunkowych na Boże Narodzenie. Po programie z 

background image

jakichś  sobie  tylko  znanych  powodów  kazała  mi  usiąść  w  pokoju  braci.  Po  chwili  wpadła  tam  i 

zaczęła mnie dusić. Miotałem się, usiłując wyrwać się z uchwytu. Gdy zaczęło robić mi się słabo, 

odruchowo kopałem ją po nogach. Niedługo miałem tego pożałować. 

Jakiś  miesiąc  po  próbie  uduszenia  Matka  oznajmiła,  że  kopnąłem  ją  tak  mocno,  że  dziecko 

przyjdzie na świat z niemożliwą do usunięcia wrodzoną wadą. Poczułem się jak morderca. Matka 

nie  ograniczyła  się  do  poinformowania  tylko  mnie.  Przygotowała  odmienne  wersje  tej  historii  na 

użytek różnych słuchaczy. Mówiła, że chciała mnie przytulić, gdy ja albo ją wielokrotnie kopnąłem, 

albo  walnąłem  w  brzuch.  Twierdziła,  że  to  wszystko  z  zazdrości  o  nowe  dziecko.  Podobno 

obawiałem się, że niemowlę pochłonie jeszcze więcej  jej  czasu. Naprawdę kochałem Kevina, ale 

skoro  nie  wolno  mi  było  nawet  na  niego  spojrzeć,  nie  było  szans  na  okazanie  mu  moich 

prawdziwych  uczuć.  Zapadła  mi  w  pamięć  pewna  sobota,  gdy  Matka  zabrała  chłopców  na  mecz 

baseballowy w Oakland, podczas gdy Ojciec zajmował się Kevinem, a ja pracowałem w domu. Gdy 

skończyłem, Ojciec wyjął go z wózka. Patrzyłem z zachwytem, jak raczkuje w swych zabawnych 

ciuszkach. Mnie wydał się piękny. Gdy uniósł główkę i uśmiechnął się do mnie, serce przepełniła 

mi radość. Dzięki niemu na chwilę zapomniałem o swym losie. Jego niewinność pociągała mnie jak 

głos hipnotyzera, tak że chodziłem za nim po całym domu, wycierając mu zaślinione usta. Jeszcze 

przed  powrotem  Matki  pobawiliśmy  się  w  kosi  kosi  łapci.  Śmiech  Kevina  rozgrzewał  mi  serce  i 

zawsze potem w chwilach przygnębienia przypominałem sobie o nim. 

Wrażenie  krótkiego  zetknięcia  z  Kevinem  szybko  się  zatarło,  górę  wzięła  znowu  nienawiść. 

Starałem się skrywać swoje uczucia, ale przychodziło mi  to  z trudem. Wiedziałem,  że nie spotka 

mnie  miłość,  że  nigdy  nie  będziemy  żyli  jak  bracia.  Co  najgorsze,  zdawałem  sobie  sprawę,  że  z 

upływem czasu Kevin znienawidzi mnie tak samo jak inni. 

Tejże  jesieni  Matka  zaczęła  wyładowywać  swoje  frustracje  na  większej  liczbie  osób.  Cały  czas 

mnie nie znosiła, ale teraz na dodatek oddalali się od niej znajomi, mąż, brat, a nawet własna matka. 

Uważała, że wszyscy chcą dyktować jej, jak ma żyć. Szczególnie skrępowana czuła się w obecności 

swojej matki, która również był osobą upartą. Babka zazwyczaj proponowała, że kupi Matce nową 

sukienkę, lub zafunduje jej wizytę u kosmetyczki. Matka nie tylko odmawiała, ale darła się na nią, 

aż w końcu tamta wychodziła z jej domu. Babcia od czasu do czasu próbowała mi pomóc, lecz to 

tylko pogarszało sprawę. Matka powtarzała, że własny wygląd i wychowanie dzieci to ,jej zasrany 

interes". Po kilku takich starciach babcia przestała nas odwiedzać. 

Im bliżej wakacji, tym częściej kłóciły się przez telefon. Matka wyzywała swoją własną rodzicielkę 

od ostatnich. Miało to także ten zły skutek, że wszystko odbijało się na mnie. Pewnego razu siedząc 

w piwnicy słyszałem, jak Matka zbiera wszystkich braci w kuchni i zapowiada im, że od tej chwili 

nie mają już babci ani wujka Dana. 

Równie bezlitosna była w stosunku do Ojca. Gdy tylko pojawiał się w domu, czy to na krótko, czy 

background image

na cały dzień, zaczynała się na niego drzeć od chwili, gdy przestąpił próg. W związku z tym coraz 

częściej przychodził pijany. Unikając jej Ojciec wynajdywał sobie różne drobne zajęcia. Dostawało 

mu się za swoje nawet w pracy. Matka często wydzwaniała do straży i wymyślała mu. Najbardziej 

przypadły  jej  do  gustu  określenia  "ladaco"  i  "pijany  nieudacznik".  Po  kilku  takich  telefonach 

strażak,  który  je  odbierał,  nawet  nie  powiadamiał  o  nich  Ojca. To  doprowadzało  Matkę  do  białej 

gorączki, a ja, jak zwykle, służyłem do wyładowywania wściekłości. 

Matka na jakiś czas zabroniła mu wstępu do domu i widywaliśmy się tylko wtedy, gdy jechaliśmy 

do San Francisco po jego wypłatę. Raz przejeżdżaliśmy przez park Golden Gate. Zapomniałem o 

gniewie i przypomniałem sobie czasy, gdy teren ten tyle znaczył dla całej rodziny. Bracia również 

umilkli.  Chyba  wszyscy  poczuli,  że  park  stracił  dużą  część  dawnego  blasku  i  że  wszystko  się 

nieodwołalnie zmieniło. Bracia chyba pomyśleli, że dla nich też skończyły się już dobre czasy. 

Stosunek Matki do Ojca uległ zmianie, ale na krótko. Którejś niedzieli wsiedliśmy wszyscy do auta 

i  jeździliśmy  po  sklepach  w  poszukiwaniu  pewnej  niemieckiej  płyty.  Matka  chciała  stworzyć  w 

domu szczególną atmosferę na powrót Ojca. Całe popołudnie poświęciła na przygotowanie uczty, w 

którą włożyła cały swój niegdysiejszy zapał. Godzinami układała fryzurę i robiła makijaż. Założyła 

nawet  sukienkę,  która  przypomniała  nam  dobre  stare  czasy.  Myślałem,  że  Bóg  musiał  w  końcu 

wysłuchać  moich  próśb.  Gdy  chodziła  po  domu  i  ustawiała  wszystko  w  należytym  jej  zdaniem 

porządku,  moje  myśli  obracały  się  wyłącznie  wokół  jedzenia.  Przypuszczałem,  że  z  życzliwości 

pozwoli mi jeść razem ze wszystkimi. Próżne nadzieje. 

Czas  wlókł  się  w  nieskończoność.  Ojciec  miał  wrócić  o  pierwszej  i  na  dźwięk  każdego 

nadjeżdżającego  samochodu  Matka  biegła  do  drzwi,  by  móc  powitać  go  z  otwartymi  ramionami. 

Już  dobrze  po  czwartej  Ojciec  wszedł  zataczając  się,  a  z  nim  jakiś  kolega  z  pracy.  Zaskoczył  go 

odświętny  nastrój  i  wygląd  domu.  Słyszałem  pełen  napięcia  głos  Matki,  która  zdobywała  się  na 

wiele cierpliwości. Po chwili Ojciec wtoczył się do sypialni. Uniosłem zadziwiony głowę. Jeszcze 

nigdy nie widziałem go aż tak pijanego. Od razu wyczułem fetor alkoholu. Oczy miał  więcej niż 

przekrwione  i  ograniczał  swoje  wysiłki  do  tego,  by  nie  stracić  przytomności  i  utrzymać  się  na 

nogach.  Jesz-cze  nim  doszedł  do  szafy,  wiedziałem,  po  co  w  ogóle  przyszedł.  Gdy  pakował 

niebieską torbę, zacząłem w duchu płakać. Chciałem skurczyć się na tyle, by wskoczyć do tej torby 

i odejść daleko stąd. 

Po spakowaniu się Ojciec przykląkł i coś do mnie wybełkotał. Im dłużej na niego patrzałem, tym 

bardziej uginały się pode mną nogi. Dręczyły mnie pytania: Gdzie podział się mój Bohater? Co się 

z nim stało? Gdy otworzył drzwi sypialni, pijany kolega wpadł na niego i prawie obalił na ziemię. 

Ojciec potrząsnął głową i powiedział ze smutkiem w głosie: 

-  Dłużej  tego  nie  zniosę.  Wszystkiego.  Matki,  tego  domu,  ciebie.  Po  prostu  nie  zniosę.  -  Zza 

zamykanych drzwi doszły mnie jeszcze mamrotane słowa przeprosin. 

background image

Kolacja w Święto Dziękczynienia była tego roku jedną wielką klapą. W geście dobrej woli Matka 

pozwoliła mi jeść przy stole z całą rodziną. Zasiadłem na krześle i uważałem, żeby nie powiedzieć i 

nie zrobić niczego, co by ją rozdrażniło. Czułem narastające między rodzicami napięcie. Prawie się 

do siebie nie odzywali, a bracia też przeżuwali w milczeniu. Ledwie skończył się posiłek, gdy padły 

pierwsze ostre słowa. Po kłótni Ojciec wyszedł z domu. Matka wyjęła z szafki swoją butelkowaną 

rozkosz  i  usadowiła  się  na  wersalce.  Siedziała  tak  sama  i  nalewała  sobie  kolejne  kieliszki. 

Sprzątając  ze  stołu  i  zmywając  naczynia  orientowałem  się,  że  tym  razem  jej  postępowanie  ma 

pewne  konsekwencje  nie  tylko  dla  mnie.  Bracia  odczuwali  zapewne  lęk,  którego  ja  sam 

doznawałem już od tylu lat. 

Rodzice przez jakiś  czas przestrzegali pewnych form  grzeczności. Do Bożego Narodzenia zdążyli 

się już chyba znużyć tą maskaradą. Nie byli w stanie dłużej znosić prób bycia dla siebie miłymi. 

Siedząc  na  szczycie  schodów,  gdy  bracia  otwierali  swoje  gwiazdkowe  prezenty,  słyszałem  pełne 

złości  słowa.  Modliłem  się,  żeby  jakimś  cudem  pogodzili  się,  przynajmniej  w  tym  szczególnym 

dniu.  Siedząc  tego  ranka  na  schodach  do  piwnicy  byłem  przekonany,  że  jeśli  Bóg  chciał,  żeby 

rodzice byli szczęśliwi, ja musiałbym umrzeć. 

Kilka  dni  potem  Matka  spakowała  rzeczy  Ojca  do  pudeł  i  pojechaliśmy  gdzieś  w  pobliże  straży 

pożarnej.  Przed  jakimś  obskurnym  motelem  czekał  na  nas  Ojciec.  Na  jego  twarzy  widniała  ulga. 

Ogarnęło mnie przygnębienie. Po wielu latach bezskutecznych modlitw wiedziałem, że w końcu do 

tego  doszło  -  rodzice  się  rozchodzą.  Tak  mocno  zacisnąłem  pięści,  że  palce  prawie  wbiły  się  w 

dłonie. Gdy Matka z braćmi poszła do pokoju, ja siedziałem w wozie i przeklinałem imię Ojca. Tak 

strasznie  nienawidziłem  go  za  to,  że  uciekał  od  własnej  rodziny.  Być  może  jeszcze  mocniej  mu 

zazdrościłem,  bo jemu  udało  się wymknąć,  a mnie nie. Musiałem zostać  z Matką. Jeszcze zanim 

odjechaliśmy, Ojciec pochylił się w stronę otwartego okna, za którym siedziałem, i podał mi jakąś 

paczkę. Zawierała informacje, które były mi potrzebne do szkoły. Wiedziałem, że rozstanie z Matką 

niesie mu ulgę, ale na jego twarzy, gdy patrzył, jak się oddalamy, malował się również smutek. 

Powrót  do  Daly  City  odbył  się  w  podniosłym  nastroju.  Bracia  mówili  cicho,  żeby  nie  drażnić 

Matki.  Gdy  dojechaliśmy  do  miasta,  Matka  usiłowała  rozerwać  chłopców,  zabierając  ich  do 

McDonalda. Ja jak zwykle zostałem w samochodzie. Przez opuszczoną szybę patrzyłem na niebo. 

Wszystko  okryte  było  szarością,  na  twarzy  czułem  kropelki  mgły.  Zaczęło  narastać  we  mnie 

przerażenie.  Wiedziałem,  że  teraz  nic  Jej  już  nie  powstrzyma.  Prysły  ostatnie  nadzieje.  Gdzieś 

ulotniła się wola przetrwania. Czułem się jak więzień w celi śmierci, niewiedzący, kiedy nadejdzie 

jego pora. 

Miałem  ochotę  czmychnąć,  ale  odwagi  zabrakło  mi  nawet  do  tego,  by  poruszyć  się  o  centymetr. 

Nienawidziłem się za tę słabość. Mocniej schwyciłem paczkę od Ojca i próbowałem wyczuć w niej 

zapach jego wody kolońskiej. 

background image

Gdy  mi  się  to  nie  udało,  mimowolnie  jęknąłem.  W  tej  chwili  najbardziej  na  całym  świecie 

nienawidziłem  Boga. Przyglądał  się mym  zmaganiom od tylu  lat, a mimo  wszystko  stał z boku i 

patrzył, jak położenie coraz bardziej się pogarsza. Nie pocieszył mnie nawet śladem zapachu Old 

Spice Ojca. Odebrał mi największą nadzieję. W duchu przeklinałem jego imię i żałowałem, że w 

ogóle się urodziłem. 

Z zewnątrz doszły mnie głosy Matki i chłopców, wracających z McDonalda. Szybko otarłem łzy i 

zamknąłem  się  w  swojej  skorupie.  Wyjeżdżając  z  parkingu  Matka  obejrzała  się  w  moją  stronę  i 

zadrwiła: 

- Teraz należysz w całości do mnie. Jaka szkoda, że Ojciec nie będzie cię już mógł obronić. 

Wiedziałem,  że  jestem  bez  szans.  Nie  przeżyję.  Na  pewno  mnie  zabije.  Jak  nie  dziś,  to  jutro. 

Pragnąłem tylko, żeby się zlitowała i zrobiła to jak najszybciej. 

Gdy bracia połykali hamburgery, nie widzieli nawet, jak składam ręce, spuszczam głowę, zamykam 

oczy i z całych sił się modlę. Gdy kombi wjeżdżało na podjazd przed domem, czułem, że przyszła 

moja pora. Zanim otworzyłem drzwi, pochyliłem głowę i wyszeptałem: 

  "... ale nas zbaw ode złego. Amen". 

 

 

 

                                                                         Epilog 

Sonoma Kalifornia 

Żyję taką pełnią życia. 

Stoję  i  napawam  się  pięknem  nieskończonego  Pacyfiku,  łagodna,  popołudniowa  bryza  wieje  od 

strony  wzgórz  za  moimi  plecami.  Jak  zwykle  piękny  dzień.  Zachodzi  słońce.  Zaraz  zacznie  się 

czarodziejska  pora.  Niebo  zapłonie  jasnym  ogniem.  Na  razie  przechodzi  od  łagodnego  błękitu  w 

jaskrawy  pomarańcz.  Patrzę  na  zachód  i  jak  zahipnotyzowany  wpatruję  się  w  fale.  Tworzy  się 

gigantyczny grzywacz, który rozbija się z hukiem o brzeg. Na twarz, spada niewidzialna mgiełka, a 

po chwili stopy obmywa biała, spieniona woda. Piana ustępuje miejsca morskiej wodzie. Znienacka 

na brzeg wynurza się kawałek drewna dziwacznie poskręcany. Jest wyszczerbione, choć długi pobyt 

na słońcu wygładził je i wybielił. Pochylam się po nie. Jeszcze nie złapałem, gdy wyrywa mi go 

morska woda. Przez chwilę odnoszę wrażenie, jakby drewno wolało zostać na brzegu. Zostawiając 

za sobą ślad, dociera do wody, w której przez moment gwałtownie się kołysze i w końcu poddaje 

woli oceanu. 

Rozmyślam o tym drewnie, porównując je do swojego dawnego życia. Z początku było burzliwe, 

pchano i ciągano mnie na wszystkie strony. Im bardziej pogarszało się moje położenie, tym mocniej 

utwierdzałem się w przekonaniu, że wciąga mnie jakiś potężny wir. Opierałem się z całych sił, ale 

background image

cykl zdawał się nie mieć końca. Wreszcie nagle i niespodziewanie się wyswobodziłem. 

Miałem tyle szczęścia. Mroczna przeszłość już nie wróci. Zawsze wiedziałem, że mimo wszystko 

jestem  jednak  kowalem  swego  losu.  Przyrzekłem  sobie,  że  jeśli  uda  mi  się  wyjść  z  tego  cało, 

uczynię  swoje  ży0cie  jak  najbardziej  wartościowe.  Nie  wolno  mi  go  zmarnować.  I  udało  się. 

Uwolniłem  się  do  końca  od  brzemienia  przeszłości,  przekonując  się,  że  pewna  część  życia 

stanowiła  zaledwie  jego  ułamek.  Wiedziałem,  że  czarna  dziura  czeka,  gotowa  mnie  pochłonąć  i 

zadecydować o mym losie - jeśli tylko na to pozwolę. Zapanowałem nad własnym życiem. 

Miałem  tyle  szczęścia.  Ciężkie  przejścia  bardzo  mnie  wewnętrznie  zahartowały.  Błyskawicznie 

przystosowywałem  się  do  nowych  sytuacji,  ucząc  się  w  szkole  przetrwania.  Poznałem  tajemnicę 

motywacji wewnętrznej. Los nauczył mnie takiego spojrzenia na życie, jakiego inni mogą w ogóle 

nie  zaznać.  Doceniam  sprawy,  które  dla  ludzi  bywają  oczywiste.  Popełniłem  przy  okazji  kilka 

błędów, ale jakoś zniosłem ich konsekwencje. Nie koncentrowałem się na przeszłości, zachowując 

to samo skupienie, którego nauczyłem się wiele lat temu w garażu, przekonany, że cały czas czuwa 

nade mną dobry Pan, który w największej potrzebie udziela mi cichej zachęty i użycza siły. 

Podziękuję  Bogu  także  za  to,  że  dane  mi  było  spotkać  tylu  ludzi,  którzy  bardzo  pozytywnie 

wpłynęli  na  moje  życie.  Nieogarnione  morze  twarzy,  pchających  do  przodu,  radzących,  jaki 

poczynić  wybór,  wspierających  na  drodze  do  sukcesu.  Podsycali  we  mnie  głód.  W  innej  z  kolei 

dziedzinie, służba w lotnictwie Stanów Zjednoczonych pozwoliła mi odkryć wartości patriotyczne, 

dała mi poczucie dumy i przynależności, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Po wieloletniej 

walce  odnalazłem  jasny  cel;  przede  wszystkim  zdałem  sobie  sprawę,  że  Ameryka  jest  krainą,  w 

której ktoś zaczynający więcej niż skromnie może stać się duchowym triumfatorem. 

Poczucie rzeczywistości  przywracają mi hałaśliwe wybuchy fal.  Kawałek drewna, który przedtem 

obserwowałem, znika wśród wirów. Bez wahania odwracam się na pięcie i idę do samochodu. Po 

chwili jestem już na serpentynach mojej drogi do tajemniczej utopii. Dawno temu, gdy mieszkałem 

w mroku, marzyłem o tym ustroniu. Teraz, gdy tylko uda mi się oderwać od obowiązków, zawsze 

powracam nad rzekę. Po postoju przy Rio Yilla w pobliskim Monte Rio, skąd zabieram swój cenny 

ładunek,  wracam  na  asfaltową  jednopasmówkę.  Jest  to  dla  mnie  wyścig  z  czasem,  bo  słońce 

zaczyna już zachodzić i zaraz, spełni się jedno z. marzeń mego życia. 

Gdy  wjeżdżam  do  pogodnego  miasteczka  Guerneuille,  czterosilnikowy  truck  zwalnia  i  zaczyna 

sunąć  w  żółwim  tempie.  Naciskam  lekko  hamulec  i  skręcam  w  prawo,  na  podjazd  nad  rzekę. 

Opuszczam szyby i chłonę wonne, oczyszczone powietrze lasów sekwoi, które kołyszą się łagodnie 

na wietrze. 

Zatrzymuję  się  przed  białym  domkiem  letniskowym,  w  którym  moja  rodzina  przed  laty  spędzała 

wakacje.  17426  Riverside  Prive.  Jak  wszystko  inne,  dom  też  się  zmienił.  'Wiele  lat  temu  za 

kominkiem dobudowano dwie małe sypialnie. Przed powodzią w 1986 poczyniono pewne starania, 

background image

w  celu  powiększenia  niewielkiej  kuchni.  Nawet  potężny  pień,  na  który  się  niegdyś  z  braćmi 

wspinaliśmy,  zaczyna  gnić.  Tylko  pociemniały,  cedrowy  sufit,  i  ułożone  z  rzecznych  kamieni 

palenisko pozostały takie same. 

Odczuwam dziwny smutek; odwracam się i przechodzę przez żwirową drogę. Potem cichutko, żeby 

nie zakłócić niczyjego spokoju, wołam syna, Stephena, i prowadzę go przez wąski przesmyk koło 

domu, przez który onegdaj przeprowadzali mnie i chłopców rodzice. Znam właściciela i wiem na 

pewno, że nie miałby nic przeciwko temu. Obracamy wzrok na zachód. Russian River taka sama 

jak zawsze, ciemnozielona i gładka jak szkło, płynąca ku potężnemu Oceanowi Spokojnemu. Sójki 

nawołują się w powietrzu, po czym znikają w sekwojowym gąszczu. Przez niebo przebiegają smugi 

błękitu i pomarańczy. Biorę głęboki oddech i zamykam oczy, jak przed laty sycąc się tą chwilą. 

Gdy  je  otwieram,  po  policzku  toczy  się  łza.  Przyklękam  i  obejmuję  ramieniem  Stephena.  Bez 

wahania się o mnie opiera i całuje. 

- Kocham cię, tato. 

- Ja ciebie też - wtóruję. 

Spogląda na ciemniejące niebo. Oczy rozszerzają mu się, próbując objąć znikające słońce. 

- To moje najbardziej ulubione miejsce na świecie! - oznajmia Stephen. 

Ściska mnie w gardle. Czuję wzbierający potok łez. 

- Moje też! - mówię - Moje też! 

Stephen znajduje się na etapie czarującej niewinności, ale jest nad wiek mądry. Gdy po policzkach 

spływają mi słone łzy, uśmiecha się i w ten sposób chroni moją godność. Wie, czemu płaczę. Wie, 

że to łzy radości. 

- Kocham cię, tato. 

- Też cię kocham, synu. 

Jestem wolny 

 

 

Głosy na temat znęcania się nad dziećmi 

Dave Pelzer, 

który wyszedł z tego cało 

Jako dziecko, mieszkając w świecie mroku, bałem się o własne życie i sądziłem, że jestem sam jak 

palec. Teraz wiem, że to nieprawda. Rodzice znęcają się nad tysiącami dzieci. 

Podawane  są  różne  liczby,  ale  w  naszym  kraju  mniej  więcej  co  piąte  dziecko  jest  fizycznie, 

psychicznie  lub  seksualnie  wykorzystywane.  Na  nieszczęście  są  ludzie,  którzy  uważają,  że 

większość przypadków znęcania się, to najzwyczajniej w świecie wprowadzane przez rodziców w 

życie  próby  egzekwowania  "prawa"  do  wymuszenia  na  dziecku  posłuszeństwa,  ponieważ 

background image

wymknęło  się  ono  nieco  spod  kontroli.  Twierdzą  oni,  że  nadmierna  surowość  nie  odbije  się 

negatywnie na późniejszym życiu dziecka. Popełniają tragiczny w skutkach błąd. 

Każdego właściwie dnia jakiś dorosły, który padał kiedyś ofiarą znęcających się nad nim rodziców, 

może wyładować swoje ukryte frustracje na innych ludziach, a nawet osobach najbliższych. Opinia 

publiczna doskonale wie o najbardziej niezwykłych tego rodzaju wypadkach. Wyjątkowe incydenty 

przyciągają uwagę mediów i zwiększają im nakłady. Słyszeliśmy o prawniku, który przed pójściem 

spać uderzył dziecko pięścią tak, że padło nieprzytomne na podłogę. O ojcu, który wsadził dziecko 

do  muszli  klozetowej.  Dzieci  zmarły.  W  jeszcze  bardziej  osobliwym  przypadku  matka  i  ojciec 

pozabijali  po  jednym  dziecku  i  przez  cztery  lata  ukrywali  ich  zwłoki.  Mamy  inne  nagłaśniane 

przykłady,  jak  choćby  maltretowane  dziecko,  które  potem  wyrosło  na  mordercę  z  McDonalda, 

strzelającego do bezbronnych ofiar, dopóki policja go nie zabiła. 

Powszechniejsze  są  przypadki  nieznane,  na  przykład  chłopiec,  który  śpi  pod  mostem  i  na  noc 

okrywa się tekturowym pudłem. Co roku tysiące wykorzystywanych dziewcząt ucieka z domu na 

ulicę,  gdzie  zarabia  na  życie  sprzedając  swoje  ciało.Inni  odwzajemniają  się  społeczeństwu  jako 

członkowie gangów, oddani przemocy i niszczeniu. 

Wiele  maltretowanych  niegdyś  dzieci  skrywa  swą  przeszłość  w  głębi  duszy,  na  tyle  głęboko,  że 

sami  nigdy  nie  zaczną  znęcać  się  nad  własnym  potomstwem.  Żyją  jak  wszyscy  inni,  zakładają 

rodziny  i  prowadzą  życie  zawodowe.  Wtedy  jednak  codzienne  kłopoty  zmuszają  dawne  ofiary 

okrucieństwa  do  zachowań,  których  wyuczono  je  w  dzieciństwie.  Wyładowują  swe  frustracje  na 

partnerach czy dzieciach i, sami o tym nie wiedząc, wracają do samego początku, włączając się w 

nieskończony krąg zła. 

Niektóre  ofiary  maltretowania  chowają  się  w  swych  szczelnych  skorupach.  Odwracają  głowy  w 

przekonaniu, że gdy zignorują swą przeszłość, odejdzie ona w mroki zapomnienia. 

Agencje ochrony dziecka otrzymują w naszym kraju miliony dolarów. Fundusze przekazywane są 

miejscowym  domom  dziecka  i  świetlicom.  Dotowane  są  tysiące  prywatnych  organizacji,  których 

celem  jest  profilaktyka  i  prowadzenie  poradni  dla  rodziców  i  dzieci.  Liczby  stale  rosną. W  1990 

roku w Stanach Zjednoczonych zanotowano ponad 2,5 min przypadków znęcania się nad dziećmi. 

Po roku liczba ta wzrosła do 2,7 mln. W chwili, gdy to piszę, szacuje się, że takich dzieci jest ponad 

trzy miliony. 

Dlaczego? Skąd biorą się takie tragedie? Dlaczego los dziecka bywa aż tak straszny? Czy można 

przerwać ten proces? A przede wszystkim, jak wygląda świat oczyma maltretowanego dziecka? 

Przeczytali Państwo opowieść o przeciętnej rodzinie, którą rozerwały od środka ukryte tajemnice. 

Cele tej książeczki są dwojakie: po pierwsze ma ona pokazać, jak kochający rodzic może zmienić 

się w bezlitosnego, zimnego potwora, który wyładowuje na bezbronnym dziecku swoje frustracje; 

po  drugie,  jak  dążenie  do  przetrwania  i  duch  człowieczeństwa  pokonują  pozornie  niebotyczne 

background image

przeszkody. 

Niektórzy czytelnicy nie uwierzą w tę historię, nie będzie im ona dawać spokoju; lecz znęcanie się 

nad  dzieckiem,  to  zjawisko  niepokojące,  które  stało  się  w  naszym  społeczeństwie  faktem.  Mamy 

przy  okazji  do  czynienia  z  efektem  domina,  kiedy  to  maltretowanie  ma  wpływ  na  wszystkich, 

którzy  mają  z  nim  styczność.  Najbardziej  cierpi  dziecko  i  najbliższa  rodzina,  kiedy  na  przykład 

małżonek jest rozdarty pomiędzy uczuciem dla potomka i swojego partnera. Skutki odczuwają też 

inne dzieci, które niczego nie rozumieją i czują się zagrożone. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi i 

obejmuje sąsiadów, którzy słyszą krzyki, ale nie reagują, nauczycieli, którzy widzą siniaki i muszą 

poradzić sobie z dzieckiem, które nie może skoncentrować się na nauce, wreszcie krewni, którzy 

chcieliby interweniować, a nie chcą zrywać więzi rodzinnych. 

Jest to opowieść o czymś więcej niż o przetrwaniu. To historia o zwycięstwie i jego świętowaniu. 

Serce bije czule nawet w najbardziej ponurych fragmentach. Ważne jest trwanie ciała, ale jeszcze 

istotniejsza jest przewaga ducha. 

To  historia  tylko  i  wyłącznie  mego  życia.  Latami  siedziałem  zamknięty  w  lochu  własnej  duszy  i 

serca, samotny, żałosny "nieudacznik". Najpierw chciałem być po prostu taki jak inni, ale do głosu 

zaczęły  dochodzić  także  odmienne  motywy.  Pragnąłem  "zwycięstwa".  Przez  ponad  trzynaście  lat 

służyłem  w  wojsku.  Teraz  pomagam  krajowi,  organizując  seminaria  i  warsztaty  dla  ludzi 

potrzebujących, którym staram się pomóc zerwać krępujące ich więzy. Jako naoczny świadek staję 

przed  cierpiącymi  dziećmi  i  ludźmi,  którzy  się  nimi  zajmują.Reprezentuję  punkt  widzenia 

stworzony  w  brutalnym  świecie  znęcania  się  i  wyrosły  z  nadziei  na  lepsze  jutro.  Najważniejsze 

jednak,  że  wyrwałem  się  z  owego  zgubnego  kręgu  i  zostałem  ojcem,  który  wobec  swego  syna 

zawinił jedynie tym, że rozpieszcza go miłością i życzliwością. 

Obecnie w naszym kraju żyją miliony potrzebujących pomocy. Moim zadaniem jest jej niesienie. 

Ludzie powinni zrozumieć, że zawsze mogą otrząsnąć się z ponurej przeszłości i wyjść na radosne 

światło dnia. Można uznać za paradoks fakt, że gdyby nie ówczesne maltretowanie, byłbym teraz 

zupełnie innym człowiekiem. Dzięki mrokom, w jakich pogrążone było moje dzieciństwo, znacznie 

wyżej  cenię  życie.  Miałem  dużo  szczęścia,  że  zmieniłem  tragedię  w  tryumf.  Tak  można  streścić 

moją opowieść. 

Chyba  nigdy  jeszcze  w  dziejach  naszego  kraju  rodzina  nie  miała  aż  tylu  przeciwników. 

Przekształcenia  gospodarcze  i  społeczne  doprowadzają  ją  do  skrajności,  co  z  kolei  rodzi  wiele 

patologii. Problem należy naświetlić, tak by społeczeństwo mogło stawić mu czoło. Dopiero wtedy 

można  będzie  zrozumieć  przyczyny  maltretowania  dzieci  i  rozpocząć  jak  najskuteczniejszą  akcję 

pomocy. Dzieciństwo winno być czasem  beztroski  i  zabaw w słońcu,  a  nie życiem  w mrocznych 

lochach własnej duszy. 

 

background image

E. Ziegler 

We wrześniu 1992 roku zaczął się jak typowy pierwszy miesiąc szkoły. Po dwudziestu dwu latach 

pracy  w  zawodzie  znowu  wracałem  do  gorączkowego,  nieustannego  zamieszania.  Musiałem 

nauczyć się imion i nazwisk około dwustu nowych uczniów, oraz powitać kilku nowych członków 

naszego grona pedagogicznego. Pożegnanie wakacji oznaczało przejęcie dodatkowych obowiązków 

i  zetknięcie  z  ponurymi  prognozami  finansowymi.  Nic  się  właściwie  nie  zmieniało,  aż  do  czasu 

owego telefonu, który dość boleśnie przeniósł mnie o dwadzieścia lat w przeszłość: "Niejaki David 

Pelzer  prosi  o  kontakt  ze  swoim  agentem  w  sprawie  jakichś  raportów  na  temat  maltretowania 

dziecka, z którym miał pan dwadzieścia lat temu coś wspólnego". 

A tak, Davida Pelzera pamiętam jak dziś. Byłem świeżo po collegu, zaczynałem dopiero uczyć; z 

perspektywy  lat  muszę  przyznać,  że  o  swoim  środowisku  zawodowym  wiedziałem  niewiele.  A 

zielonego  pojęcia  nie  miałem  o  znęcaniu  się  nad  dziećmi.  W  tamtych  czasach  nie  byłem  nawet 

pewien, czy takie coś w ogóle istnieje, a jeśli istniało, pozostawało tajemnicą poliszynela, podobnie 

jak wiele innych patologicznych zjawisk. Tyle się od tego czasu nauczyliśmy,  a ile jeszcze przed 

nami. 

Myślami  wróciłem  do  Szkoły  Podstawowej  im.  Thomasa  Edisona  w  Daly  City  w  Kalifornii,  do 

września roku 1972. Na scenę wkracza David  Pelzer, jeden z uczniów piątej  klasy. Byłem wtedy 

naiwny,  lecz  obdarzony  wrażliwością,  która  podpowiadała,  że  w  życiu  Davida  dzieje  się  coś 

okropnego.  Ślady  kradzieży  żywności  wiodły  do  tego  wychudłego,  smutnego  chłopca.  Na 

odkrytych  częściach  ciała  pojawiały  się  podejrzane  siniaki.  Wszystko  wskazywało  na  jedną 

przyczynę:  dzieciaka  bito  i  do  przesady  surowo  karano.  Kilka  lat  później  śniło  się,  że  jestem 

świadkiem jednego z najbardziej makabrycznych  przypadków maltretowania dzieci w całym stanie 

Kalifornia. 

Moja  rola  nie  polega  na  powtarzaniu  wszystkich  szczegółów,  które  wówczas  spostrzegaliśmy  i  o 

których  donosiliśmy  odpowiednim  władzom.  To  przywilej  i  szansa  Davida.  Temu  młodemu 

człowiekowi  nadarzyła  się  rzeczywiście  wspaniała  okazja  do  publicznego  opowiedzenia  historii 

swego  życia,  żeby  dzięki  temu  inne  dzieci  może  mniej  cierpiały.  Żywię  głęboki  podziw  dla  jego 

odwagi. 

David, najlepsze życzenia. Bez wątpienia zaszedłeś bardzo daleko. 

Valse Bivens 

pracownica opieki społecznej 

Jako pracownica Kalifornijskiej Ochrony Dziecka, aż za dobrze zdaję sobie sprawę z częstotliwości 

i  brutalności  przestępstw  przeciw  dzieciom.Książka  niniejsza,  to  opowieść  dziecka  o 

niemieszczących  się  w  głowie  torturach,  jakim  był  poddawany.  Obserwujemy,  jak  przechodzi 

straszliwą  drogę  od  sielankowego  życia  rodzinnego  do  statusu  "jeńca  wojennego"  we  własnym 

background image

domu. Czytelnik poznaje historię z ust człowieka, który przez to wszystko przeszedł, obdarzonego 

odwagą i męstwem. 

Opinia publiczna niewiele wie o skali znęcania się nad dziećmi. Te ofiary mrożących krew w żyłach 

przestępstw  częstokroć  nie  są  w  stanie  opowiedzieć  o  torturach,  czy  ich  potępić.  Zwracają  się 

przeciwko sobie samym, lub przeciw swoim bliskim, i krąg się zamyka. 

Świadomość społeczna jednak wzrasta. Coraz częściej pojawiają się filmy i artykuły na ten temat, 

ale  robi  się  z  tego  sensację  i  z  takiego,  odległego  punktu  widzenia  trudno  jest  nam  pojąć  świat 

dziecka  i  mu  współczuć.  Książka  ta  poucza  i  wychowuje.  W  miarę  jak  przechodzimy  razem  z 

Davidem  przez  stadia  lęku,  osamotnienia,  izolacji,  cierpienia  i  furii,  by  na  koniec  osiągnąć  etap 

nadziei, z bolesną jaskrawością widzimy cały jego świat. Krzyk dziecka słyszymy uszami, oczami i 

całym  ciałem  Davida.  Czujemy  też,  jak  serce  ofiary  bije  w  rytm  nieznośnego  bólu,  a  później 

tryumfu. 

 

Glenn A. Goldberg 

były dyrektor Kalifornijskiego Konsorcjum Zapobiegania Przemocy Wobec Dzieci 

nie wiedziałem 

Historię  Davida  Pelzera  trzeba  opowiedzieć,  tak  by  poruszyć  sumienia Amerykanów  i  zbudować 

kraj,  w  którym  bycie  dzieckiem  nie  będzie  bolesnym  przeżyciem.  Miliony  naszych  dzieci, 

najcenniejszych  zasobów  naturalnych,  padają  ofiarą  tragicznej  i  bezsensownej  epidemii 

okrucieństwa  i  zaniedbania.  W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat  znacznie  nasiliły  się  okrucieństwo  i 

częstotliwość  znęcania  się  nad  dziećmi.  Opowieść  Davida  pomoże  zrozumieć,  że  maltretowanie 

dzieci  nie  sprowadza  się  do  zwykłej  przesady  w  biciu.  Co  roku  setki  tysięcy  bezbronnych  dzieci 

poddawanych jest fizycznym, psychicznym i seksualnym torturom. 

Każdy  przypadek  znęcania  się  nad  dzieckiem  wywołuje  reperkusje.  Gdy  cierpi  dziecko, 

konsekwencje  owego  zdarzenia  możemy  odczuć  wszyscy.  Davidowi  Pelzerowi  udało  się  na 

szczęście  wyjść  z  tego  cało,  a  jego  opowieść  może  być  dla  nas  wszystkich  niewyczerpanym 

źródłem natchnienia. Nie wolno nam jednak nigdy zapominać dziesiątek tysięcy dzieci, na których 

pozostawiło  to  niezatarty  ślad,  i  o  milionach,  które  cały  czas  cierpią.  Jedynym  lekarstwem  na 

maltretowanie dzieci jest profilaktyka; dlatego też wyrażam gorącą nadzieję, że książka ta pomoże 

umocnić ruch ludzi poświęcających się zapobieganiu aktom okrucieństwa wobec dzieci. 

Nie wiedziałem, że jest tak ciężko; słyszałem, że jest coś takiego. Było to dla mnie okropne, że w 

ten sposób kradnie się młodym ich "specjalny" okres. 

Nie  wiedziałem,  jak  bardzo  to  boli;  nikt  nie  widzi  siniaków  i  blizn. A  dlaczego  gdzieś  w  drodze 

życia musiałeś zapłacić za okrutne znęcanie. 

Nie wiedziałem, jak się czujesz, że sam siebie przestajesz szanować. Wiedziałem, że chowasz się w 

background image

kącie i uczuć nie okazujesz. 

Nie wiedziałem,  co można zrobić;  że można jakoś pomóc. Że wystarczy ci  jakiś przyjaciel, ktoś, 

kto zostanie kumplem. 

Lecz teraz wiem, że mogę pomóc; ja też coś mogę zmienić. Stanę przy tobie, krzyknę z tobą, inni 

niech mówią "Nie wiedziałem". 

Cindy M. Adams