background image

Wszystko co dziwne w reprywatyzacji

Rozmawiała Iwona Szpala

2008-05-08

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,49510,5194867.html?as=1&ias=4&startsz=x

 

Zwroty z dekretu Bieruta już się kończą. W tym roku prezydent stolicy podpisze ponad 300 
decyzji o zwrocie nieruchomości, potem tylko 100, na koniec zostaniemy z 1/3 Warszawy 
zablokowaną przez roszczenia - mówi Marcin Bajko, dyrektor Biura Gospodarki 
Nieruchomościami. 

Fot. Jacek Łagowski / AG 
Marcin Bajko

Iwona Szpala: Chcę zapytać pana o mentalność...

Marcin Bajko: ...słucham?

Niedawno Tadeusz Koss, któremu zwracacie działkę na pl. Defilad, kiedy zapytałam go o ciągnącą 

background image

się latami reprywatyzację w Warszawie, powiedział mi, że ludzie, którzy zajmowali się 
reprywatyzacją w Warszawie, zaczynali kariery w PRL, a w ich głowach jest tak: "z każdym 
oddanym budynkiem władza staje się biedniejsza". 

- Nie będę komentował działań poprzednich ekip. Co do mnie, to jakoś nie znajduję miejsca na 
mentalność. Jest prawo. Dekret Bieruta, który mówi: odebrałeś, ale teraz zwróć, co możliwe.

Tak po wojskowemu 

- Nie do końca. Zdarza się, że widząc po jednej stronie 40 rodzin, a po drugiej właściciela, który za 
chwilę zrobi z nimi, co będzie chciał, pojawia się w człowieku jakaś nutka, chęć gry. Po 60 latach 
nie ma prostych spraw. Ale skoro jesteśmy przy mentalności, to może zastanówmy się, jaka ona 
była w latach 40. i 50., bo z tamtego czasu pochodzi najwięcej decyzji bezprawnie odmawiających 
właścicielom ich majątku.

Po 1989 r. tempo reprywatyzacji było różne. Najwięcej oddała ekipa UW-SLD

Lech Kaczyński

, 

mimo że reprezentował prawicową partię, przeniósł swój gabinet do budynku, o który od lat starali 
się dawni właściciele. Raczej nie należał do zwolenników reprywatyzacji, np. w 2004 r.oddał 32 
nieruchomości. 

- Była zapaść z wielu powodów. Za rządów 

PiS

 zmienił się ustrój miasta, przyszli nowi ludzie, 

musieli uczyć się dekretu. W 2003 r. wybuchła afera z ogródkami działkowymi przy Waszyngtona. 
Ponieważ Lech Kaczyński nie wiedział o tej reprywatyzacji na gigantyczną skalę, zdymisjonował 
urzędnika, który pilotował sprawę, zawiadomił prokuraturę, wysłał kontrolę. W ludziach pojawiła 
się refleksja, by być bardziej roztropnym.

Czyli przeciągać sprawy, by nie narazić się na gniew Lecha Kaczyńskiego? 

- Poniekąd tak. Inna sprawa, że skończyły się proste historie: czyli kamienica stoi tak jak w 1945 r., 
nie ma zbyt wielu lokatorów, sprzedanych mieszkań. W zwrotach zaczęło być ekstremalnie. 
Zmieniła się też sytuacja lokatorów. Po roku 2000 zarówno Samorządowe Kolegium Odwoławcze, 
jak i sądy zaczęły odmawiać im praw strony w postępowaniu reprywatyzacyjnym. Ludzie stracili 
więc kontrolę nad tym, co dzieje się z ich budynkiem. Od 2005 r. prywatni właściciele mogą 
dyktować im czynsze.

Sądy stały się bardziej radykalne? 

- O tak, wszystko poszło w kierunku zimnej analizy prawnej: przepis i zero wątpliwości.

Czyli twierdzi pan, że ekipa PiS to przyjaciele reprywatyzacji. 

- Tego nie powiedziałem, proszę nie naciągać mnie na politykę.

Dlaczego? 

- Bo to, co dzieje się w Warszawie, nie ma związku z polityką. A jest tak, że za chwilę skończą się 
możliwości zwrotów z dekretu Bieruta.

O czym pan mówi? 

- O rzeczywistości, której nie da się przejść, np. o dekretowych wnioskach Polaków pochodzenia 
żydowskiego, złożonych przez ich pełnomocników prawnych w 1946 r., o ludziach, po których nie 

background image

został ślad i których mam wciąż traktować jako żywych.

Nie rozumiem. 

- Prawnie jest tak, że niezależnie od tego, czy ktoś w tym momencie stara się o zwrot 
nieruchomości, jeśli chcę odblokować grunt - muszę skutecznie dostarczyć decyzję dawnemu 
właścicielowi.

Czyli za pokwitowaniem. 

- Dokładnie. A jestem bezradny, bo nie wiem komu i gdzie miałbym ją wręczyć.

I co pan robi? 

- Idę do sądu, by ten wyznaczył kuratora, który w imieniu osoby nieżyjącej przyjmie ode mnie 
urzędową decyzję. Tyle że w tego typu sprawach sąd wyznacza kuratora szalenie rzadko. 
Częściej wyznacza takiego kuratora dla osób, których adresu nie można ustalić.

Dlaczego? 

- Za każdym razem muszę przekonać sąd, że taka osoba faktycznie nie żyje, a my zrobiliśmy 
wszystko, żeby to potwierdzić. Tymczasem mam przed sobą wniosek złożony w 1946 r., z 
wyliczeń wychodzi mi, że właścicielka, która go złożyła, dziś powinna mieć 117 lat. Przyzna 
pani, że prawdopodobieństwo, że nadal żyje, nie jest duże. Ale ja muszę nadal szukać.

Tymczasem nasz urząd nie jest przygotowany do poszukiwań osób, które zaginęły w czasie II 
wojny światowej, tylko do wydawania decyzji. Nie mamy uprawnień śledczych, ślemy więc 
pytania do biura adresowego, ambasad, zagranicznych przedstawicielstw. Przychodzi 
odpowiedź: "Z przykrością informujemy, że nie mamy żadnych danych". Sędziego takie 
ustalenie nie przekonuje i mówi tak: "Jeśli ustanowię kuratora i tak nie zakończy to sprawy". Na 
moje biurko trafia odmowa, ja odkładam teczkę na stos spraw niezałatwionych.

Dużo jest takich spraw? 

- Kilka tysięcy, np. dawne tereny getta - zniknęły dawne ulice, zniknęli ludzie, ale są wnioski.

Zakłada pan, że zaginęli podczas wojny, ale ktoś musiał złożyć wnioski po 1945 r. 

- W dwudziestoleciu międzywojennym kamienicami zarządzali często pełnomocnicy 
właścicieli. A taki porządny, przedwojenny adwokat to choćby zza grobu, ale złożył dekretowy 
wniosek. Czasem, co może się wydawać niewiarygodne, wnioski składali urzędnicy magistratu. 
Ci sami, którzy byli wykonawcami bierutowskiego dekretu.

A mogli? 

- To bez znaczenia. Jeśli nawet dekretowy wniosek złożyła osoba nieuprawniona, żeby 
odmówić zwrotu, muszę doręczyć decyzję byłemu właścicielowi.

To niedorzeczność. 

- Co pani odpowiedzieć? Ani dekret Bieruta, ani polskie prawo nie przewidują, co z takimi 

background image

przypadkami zrobić. Więc, powiedzmy, w tym roku prezydent 

Gronkiewicz-Waltz

 podpisze 

ponad 300 decyzji, potem już tylko 100, na koniec zostaniemy z 1/3 Warszawy, która będzie 
zablokowana przez roszczenia.

Liczy pan, że to aż 1/3? Co prócz terenów getta? 

- Niestety, ścisłe centrum.

Czyli plac Defilad? 

- Wolny jest tylko kawałek pod Kupieckimi Domami Towarowymi. A tak roszczenia są 
wszędzie, nawet pod Pałacem Kultury.

Ale to działka zabudowana, więc roszczenie raczej bezskuteczne. 

Co z tego, że zabudowana. Dekret nie przewiduje, że w takim przypadku mogę odmówić 
zwrotu.

Pańscy poprzednicy odmawiali. 

- Ale od tego czasu sporo się zmieniło. Przede wszystkim inaczej sprawy traktowane są w 
sądach, do których skarżą się przedwojenni właściciele. To, co opowiadam o placu Defilad, albo 
inne historie brzmią absurdalnie. Mamy rok 2008, a rozpatrujemy wciąż roszczenia sprzed 63 
lat. Dekret ma się nijak do rzeczywistości. Autor zakładał, że będą załatwione w dwa, trzy lata. 
A musiał kończyć dobrą, przedwojenną szkołę, bo zadanie wykonał idealnie. Dziewięć 
artykułów, w nich prosty mechanizm: wywłaszczeni mają pół roku na złożenie wniosku o 
przyznanie własności czasowej. Wszędzie, gdzie nie jest to sprzeczne z planem 
zagospodarowania, budynki wracają do właścicieli. Ci, których działki poszły np. pod drogi, 
dostają odszkodowania. Tak miało być w 1945 r.

Tyle że reguł odszkodowań nigdy nie spisano, ludzie zostali z niczym. 

- Bo zaczął się stalinizm i dekret, który miał służyć odbudowie stolicy, posłużył do wykuwania 
nowego ustroju, bez własności prywatnej.

Czyli autor dekretu miał dobre intencje? 

- Wywłaszczanie ludzi z ich własności nie może być dobrą intencją. Opowiadam o samym 
dekrecie. Łamanie prawa zaczęło się potem. Prosty przykład. Początkowo wywłaszczani z 
kolejnych kwartałów ulic musieli podpisać dokument na działce, którą tracili. Później 
stalinowscy urzędnicy uznali, że wystarczy dać ogłoszenie w dzienniku urzędowym. Proszę 
sobie wyobrazić, kto w tych zgliszczach śledził dziennik urzędowy?

Wróćmy do roszczenia pod PKiN. 

- To zadam pytanie: Czy kawałek Pałacu Kultury może być prywatny? Czy teatr w Pałacu może 
być prywatny? Czy stołówka w Pałacu może być prywatna? Na każde z tych pytań odpowiem - 
tak.

Wie pan, że kilka lat temu, gdy urzędnicy w sążnistych decyzjach rozpisywali się o celu 
publicznym, który wykluczał zwrot takiej nieruchomości, byłby pan uznany za heretyka. 

background image

- Przyznam, że nie od razu myślałem tak jak dziś, Tadeusz Koss musiał się odwoływać w 
nieskończoność, żeby do nas doszło, że działka z parkiem może być prywatna. Ale z 
roszczeniem pod Pałacem Kultury nie pójdzie nam tak łatwo.

Bo? 

- By zwrócić nieruchomość według jej przedwojennych granic muszę być w zgodzie z prawem 
geodezyjnym i obecnymi zasadami podziału nieruchomości.

To problem? 

- I to dość spory, bo budynki można dzielić tylko po ścianach ogniowych. Jest oczywiste, że 
nikt nie postawi takich ścian na środku Teatru Dramatycznego, bo tam przebiega granica 
przedwojennej działki. Ale one muszą być. Inaczej nie mogę wynająć geodety. Wiem, jak to 
brzmi, ale współczesne prawo geodezyjne nie przewiduje istnienia dekretu z 1945 r.

Jak można oddać kawałek sceny? 

- Ludzi nie obchodzi, że ich dawny majątek to dziś teren Teatru Dramatycznego. Piszą do mnie: 
"Proszę mi zwrócić przedwojenną nieruchomość". Co robię? Zawieszam postępowanie do czasu 
dokonania podziału przez geodetę. Więc ludzie się skarżą, idą do Samorządowego Kolegium 
Odwoławczego. Wiem, że jestem przegrany.

Przecież to absurd. 

- Absurd? Nie, po prostu w Kolegium czytają przepisy. Te mówią, że miasto nie może zawiesić 
decyzji, które samo ma obowiązek wykonać. A wynajęciem geodety mam zająć się właśnie ja. 
Kiedy minie termin wyznaczony do zwrotu pani prezydent po raz kolejny dostaje 5 tys. karę 
grzywny.

W przeszłości w takich przypadkach urzędnicy odmawiali zwrotu. Pan nie może?

- Nie za bardzo, bo sąd wyznacza mi terminy wydania decyzji. I to jest ten kres, do którego 
dotarliśmy. Proszę pani, jeżeli ktoś skarży się na opieszałość urzędu, który od 60 lat nie wydał mu 
decyzji, choć ma wniosek, przeprowadził postępowanie spadkowe, to w końcu idzie do sądu.

Płacicie już kary za urzędową bezczynność przy sprawach beznadziejnych? 

- Właśnie zaczynamy płacić. A kar będzie coraz więcej. Myśli pani, że ta scena w teatrze to 
wyjątek? Otóż nie. Wszystko co najdziwniejsze wymyśli sobie pani na temat nieruchomości, 
znajdzie się w Warszawie.

I ludzie, którzy według prawa nigdy nie stracili kamienic, choć o tym nie wiedzieli, i fałszywe 
wnioski dekretowe pisane kilka lat temu. Jest nawet roszczenie do kawałka Wisły. Wiadomo, że 
rzeka się przesuwa, więc mamy pana, którego część działki jest dziś pod wodą.

Nie powie mi pan, że można oddać Wisłę. 

- Nigdzie nie jest napisane, że Wisła to cel publiczny, na razie chroni mnie prawo wodne, według 
którego wody płynące pozostają przy skarbie państwa. Ale dekret na to nie zważa. Więc jeśli ten 
człowiek poszedłby do sądu, myślę, że nie od razu, ale miałby szanse na rzekę.

background image

Porozmawiajmy o projekcie ustawy reprywatyzacyjnej. W mieście kończycie pisać projekt. 
Dlaczego 

Warszawa

 nie znalazła się w dużej ustawie, którą zapowiada premier 

Donald Tusk

? 

- To opinia ekspertów. Ze względu na skalę roszczeń, która finansowo jest porównywalna do tego, 
co trzeba będzie wypłacić poszkodowanym innymi powojennymi dekretami w Polsce. Mówimy o 
80-100 mld zł. Inny temat to zawiłość warszawskich spraw.

I co miasto proponuje? 

- Zdrowy rozsądek. Czyli ci, którzy czekają na kawałek PKiN, będą mogli wybrać odszkodowanie, 
albo inną działkę, co dziś jest niemożliwe. Wszędzie, gdzie to się da, chcemy zwracać w naturze.

A co z tymi, którzy nie złożyli dekretowych wniosków w 1945 r. i krótko potem. 

- Zacznijmy od tego, że nie mają nic: odszkodowań, prawa do gruntu, chcemy dać im rekompensaty 
jako sprawiedliwość dziejową wyliczone procentowo.

Dużo jest takich ludzi? 

- Przynajmniej 8 tys.

I jak pan szacuje procent od krzywd, których nie można naprawić w naturze? 

- Mogę mówić jedynie o filozofii, chciałbym, by ustawa była porozumieniem społecznym między 
państwem a środowiskiem przedwojennych właścicieli. Nie mnie decydować o zaangażowaniu 
finansowym, bo wypłata rekompensat to obowiązek skarbu państwa. Ale to już rozmowy 
polityczne, podobnie jak decyzja o tym, czy projekt wyjdzie z gabinetu Donalda Tuska, czy od 
posłów.

Jak byłoby lepiej? 

- W obu wariantach mam obawy. W wersji rządowej boję się opinii ministra finansów, w poselskiej 
- zbyt słabego lobbingu posłów warszawskich i powtórki argumentów z sejmowych głosowań nad 
pieniędzmi dla metra: "Co nas to obchodzi, to jest ich lokalny kłopot". Dlatego wychodzę do 
polityków z przesłaniem: Nie tylko zabieramy innym, ale też coś wkładamy, jako miasto chcemy 
wziąć udział w kosztach reprywatyzacji.

Jak pan chce wspomóc budżet państwa? 

- Np. powołując specjalny fundusz, który dostanie w zarząd setki miejskich nieruchomości. Ma na 
nich zarabiać, bez obciążania budżetu miasta.

Zarabiać, jak? 

- Na wszelkie sposoby: dzierżawiąc, sprzedając, biorąc kredyty, wejść na giełdę. Słowem, szybko 
ściągać pieniądze, z których będą zaspokajani przedwojenni właścicieli. Szacujemy, że rocznie 
będzie to ok. 300 mln zł, ale ile by nie zarobił taki fundusz, będzie ulgą dla skarbu państwa. To 
niejedyny pomysł, o konkretach będę mógł powiedzieć za kilka tygodni.

A co z lokatorami tych zwracanych kamienic? 

background image

- Wszelkie prawa odebrały im sądy.

Pana to nie obchodzi? 

- Obchodzi, ale spójrzmy na problem historycznie. Czy przed wojną ktoś przejmował się ochroną 
lokatorów? Raczej nie, a miasto jakoś funkcjonowało. Były różne kamienice, wtedy już nazywały 
się czynszówkami. Nie każdy musiał mieszkać w centrum miasta, gdzie czynsze są najwyższe.

Po prostu los? 

- Rzeczywistość, za którą wszyscy po trosze odpowiadają.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna


Document Outline