background image
background image

Podziękowania

Zarys tej książki mógł powstać w próżni, ale skończony projekt nie mógłby zaistnieć bez

pomocy  innych.  Jest  wielu  ludzi,  którym  jestem  za  nią  wdzięczna.  Na  całym  świecie  nie
wystarczyłoby dla nich podziękowań.

Chciałabym  więc  wyrazić  wdzięczność  mojej  wspaniałej  agentce,  Lucienne  Diver,  która

wierzyła w to moje pisanie, i która wydobyła ze mnie historię Alex, dostarczywszy ją potem
we właściwe ręce.

Jestem  nieopisanie  zobowiązana  redaktorce,  Jessice  Wade,  która  wzięła  tę  historię  pod

swoje skrzydła i nadała jej perfekcyjne szlify. Specjalne podziękowania całego zespołu Roc,
który pomógł mi doprowadzić pracę do końca.

Bardzo  dziękuję  też  mojej  cudownej  grupie  krytyków,  Modern  Myth  Makers.  Christy,

Nikki, Sarah, Vert, Vikko - ta książka nie byłaby tym, czym jest, bez waszych zachęt i gróźb.
Ufam, że powiecie mi, co sprawia, że chcecie ją czytać, a co - że chcecie ją wyrzucić przez
okno. Nie zawiedźcie mego zaufania. Dziękuję!

Specjalne  podziękowania  dla  Meredith,  Gail  i  Matta,  którzy  pomogli  mi  stworzyć  plan

harmonijnie  łączący  pisanie  i  pracę.  Dziękuję  również  Cruxshadows,  mojej  muzycznej
inspiracji,  dotrzymującej  mi  towarzystwa  podczas  wielu  samotnych  twórczych  godzin.
Oczywiście,  żadne  podziękowania  nie  byłyby  kompletne  bez  tych  dla  rodziny,  która  zawsze
mnie  wspierała,  i  przyjaciół,  którzy  mnie  zachęcali  do  dalszej  pracy  i  znosili  moje  humory.
Wiecie, kim dla mnie jesteście. Bez was nie osiągnęłabym tyle. I, na koniec, dziękuję Tobie,
Czytelniku. Mam nadzieję, że spodoba ci się historia Alex!

 

background image

Zagrożenie

Wysoki, przeszywający uszy krzyk rozdarł powietrze. Podniosłam dłonie do uszu. Co za...
Odskoczyłam do tyłu, gdy cień wyzwolił się z ciała. Widmowa głowa i ramiona wysunęły

się z worka na zwłoki. Krzyk przybrał jeszcze na sile. Wykręcił twarz, jakby agonia dosięgła
ją nawet poza grobem.

- Ucisz się - rozkazałam cieniowi, ale jęki nie ustały i nie zmieniły natężenia. Zagryzłam

zęby. Okay, czas na zmianę podejścia. - Jak się nazywasz?

Cień  wciąż  krzyczał.  Uniósł  dłonie  do  twarzy,  jakby  chciał  wydłubać  sobie  oczy.

Chwyciłam go za nadgarstki, ściągając je w dół. Zachwiał się w moim uścisku.

-Alex? - John przysunął się bliżej.
Krawędź  okręgu  zadrżała,  gdy  ją  przekroczył,  a  moją  skórę  połaskotała  zmiana  w

natężeniu  otaczającej  nas  mocy.  Wstrzymałam  oddech,  niepewna,  czy  osłabiony  pierścień
wytrzyma. Miał za zadanie powstrzymywać przed wtargnięciem do środka magię, a nie Johna,
który  był  z  niej  doszczętnie  wyprany.  Prawdopodobnie  nic  nie  poczuł.  Ja  zakłócenia  mocy
odczuwałam nawet w kościach.

Zachwiałam  się.  Cień  zdołał  wyrwać  nadgarstek  z  mojej  dłoni  i  uderzył  na  oślep,

przecinając powietrze paznokciami niczym kosą.

Odskoczyłam.  Popękany  cement  pod  stopami  ustąpił,  wybijając  mnie  z  rytmu.  John

podtrzymał  mnie,  zanim  uderzyłam  o  ziemię.  Następny  cios  cienia  przeszedł  przez  niego,
uderzając w moje ramię i zadając mi ból.

-  Co  jest,  do  cholery?  -  John  obrócił  się,  by  go  złapać.  Cały  wysiłek  poszedł  na  marne.

Jego ręka przeszła przez nadgarstek cienia na wylot.

background image

1

Pierwszy  raz,  gdy  spotkałam  się  ze  Śmiercią  twarzą  w  twarz,  rzuciłam  w  niego  kartą

chorób  mojej  matki.  Jeśli  dobrze  pamiętam,  nie  trafiłam,  ale  miałam  tylko  pięć  lat,  więc  w
końcu  mi  wybaczył.  Czasami  chciałabym,  żeby  stało  się  odwrotnie  -  zwłaszcza  teraz,  gdy
zdarza nam się razem pracować.

-  Pani  Craft,  takiego  zachowania  nie  mogę  tolerować.  -  Henry  Baker  zaakcentował  to

stwierdzenie  przecięciem  powietrza  przed  sobą  za  pomocą  pulchnej  dłoni.  Za  jego  plecami
widziałam zbliżającego się Śmierć.

Osiemnaście  lat  praktyki  pozwoliło  mi  nie  skupiać  wzroku  na  ubranym  w  dżinsy

kolekcjonerze  dusz,  a  na  moim  kliencie,  którego  twarz  nagle  pociemniała  i  zmieniła  kolor,
przechodząc  od  wiśniowej  czerwieni  do  fioletu  siniaka.  Pomacałam  spray  z  aromatem
cmentarnych  lilii,  który  zawsze  noszę  u  boku,  w  obawie,  do  czego  może  doprowadzić
rozmowa.

- W kontrakcie ustaliliśmy, że przywołam cień. I tak się stało.
Baker zlekceważył moje słowa.
- Obiecałaś mi rezultaty.
- Powiedziałam jedynie, że mogę zadać pana pytania -oparłam się o trumnę jego ojca. Nie

było to może okazanie należnego szacunku, ale wciągnęłam cień pana Bakera z powrotem do
ciała na dwie godziny przed pogrzebem. Szacunek w tej pracy nie przydawał się do niczego. A
pieniądze to pieniądze.

Baker  obrócił  się  na  pięcie  i  powędrował  wzdłuż  nawy.  Czekałam.  Wiedziałam,  co  się

stanie. Baker szukał oszczędności. Bezskutecznie. Ale zdarzało mi się już z takimi pracować.

Śmierć  podążał  za  nim.  Karykaturalnie  stawiał  stopy,  naśladując  niezdarne  ruchy

pulchnego mężczyzny. Cały czas uśmiechnięty, nie spuszczał ze mnie wzroku.

Niech  to  będzie  tylko  towarzyska  wizyta,  wymieniłam  z  nim  spojrzenia.  Bezgłośnie

prosiłam,  ostrzegałam  -  nie  dbałam  o  szczegóły  -  by  zostawił  mojego  klienta  w  spokoju.
Błysnął rzędem idealnie prostych zębów. Niewiele mi to powiedziało.

Baker kontynuował spacer.
Cóż, najlepiej będzie załatwić to szybko.
-  Zgodnie  z  kontraktem,  może  mi  pan  zapłacić  gotówką,  czekiem  lub  przelewem.  Czy

potrzebuje pan fakturę?

Baker nagle się zatrzymał. Oczy wyszły mu z orbit, zwisająca z policzków skóra zaczęła

się trząść.

- Nie zapłacę.
No i tyle. Odsunęłam się od trumny.
-  Proszę  posłuchać.  Chciał  pan  przywołania  cienia.  Przywołałam  go.  Jeśli  tatulek  nie

wyartykułował  dokładnie,  tego  czego  pan  oczekiwał,  to  już  pana  problem,  nie  mój.
Podpisaliśmy legalny kontrakt i jeśli...

Opuścił pięść, a jego powieki zaczęły trzepotać w zdumieniu.
To  było  prostsze,  niż  myślałam.  Wypuściłam  powietrze,  by  zebrać  myśli,  i  przybrałam

twarz w profesjonalny uśmiech.

- Potrzebny będzie panu rachunek?
Baker  złapał  się  za  pierś  i  zaczął  świszczeć.  Raz.  Dwa.  Wolnym  ruchem,  wygiął  szyję  i

spojrzał ponad swoim ramieniem. Z twarzy

background image

Śmierci zniknął wyraz rozbawienia. Cholera.
Anioł Śmierci, Zbieracz Dusz, Ponury Kosiarz - jakkolwiek by go nie nazywać, większość

ludzi widzi go tylko raz. Wysunął się teraz naprzód, a Baker zatoczył do tyłu.

Cholera. Zeskoczyłam z katafalku.
- Nie rób tego. Za późno.
Śmierć sięgnął w głąb tłustego torsu Bakera i z twarzy biznesmena zniknął wszelki kolor.

Mężczyzna zachwiał się. Śmierć cofnął się lekko, a Baker zamrugał jeszcze raz i osunął się na
podłogę.

W  rogu  sali  podniósł  się  krzyk,  załomotały  krzesła.  Przedsiębiorca  pogrzebowy  biegł

nawą,  za  nim  podążali  żona  Bakera  i  jego  nastoletni  syn.  Jego  asystentka,  której  oczy  już
błyszczały od łez, sięgnęła po komórkę zaczepioną przy pasku.

-  Dziewięć-jeden-jeden  -  powiedziała,  gdy  Baker  III  pompował  powietrze  do  płuc  ojca.

Biedny dzieciak.

Odpełzłam  od  zbiegowiska.  Danie  tej  rodzinie  odrobiny  przestrzeni  było  jedynym,  co

mogłam  dla  niej  zrobić.  Śmierć  zabrał  już  duszę  Bakera  i  nie  było  sposobu,  by  wrócić  mu
życie. Ja jednak nie zamierzałam nikomu o tym mówić.

Śmierć oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersi. Uśmiechnął się w całej swojej

demonicznej niewinności.

Spojrzałam na niego i podniosłam torebkę z podłogi. Nie mogłam obwiniać go o zabranie

duszy Bakera. W końcu to tylko praca, ale...

- Mogłeś poczekać, aż mi zapłaci. Otrząsnął się lekko.
- Nie wyglądało, że ma taki zamiar.
Okay. Możliwe. Zbiorowisko wokół ciała Bakera zafalowało.
To naprawdę niepomyślny obrót spraw dla mojej firmy.
Wsunęłam  rękę  do  torby  i  pomacałam  dno.  Zignorowałam  portfel  -  wiedziałam,  że  jest

pusty.  Pod  tubką  kredy  do  zakreślania  okręgów,  ceramicznym  nożem  rytualnym,  komórką  i
licencją odkryłam trzy pensy, dziesiątkę, zgniecione foliowe opakowanie i spinacz do papieru.
Śmierć spojrzał na wyciągnięte skarby. - Planujesz zakup gumy balonowej?

- Raczej zakup biletu na autobus do domu.
Oboje patrzyliśmy na moją dłoń. Trzynaście centów nie mogło wystarczyć. No cóż, nagła

wizyta  u  weterynarza  wyczyściła  moje  konto.  Zanim  nie  dostanę  następnej  wypłaty,  jestem
całkowicie spłukana.

- Czy nie pracujesz nad procesem Amandy Holliday z prokuratorem okręgowym?
Wrzuciłam drobne do torby.
- Cień nie wstanie aż do jutra, a i tak muszę czekać na Radę Miasta albo kogokolwiek, kto

zechce mi zapłacić.

Dostarczałam oskarżeniu najważniejszego świadka, ponieważ ten jedyny raz śmierć ofiary

nie  przeszkodziła  w  oskarżeniu  mordercy.  Jak  dotąd  media  nie  wiedziały,  czy  określać  mnie
jako „głos uciszonych", czy „hienę cmentarną", ale jedno było

pewne - temat był ważny.
Co  jeszcze  ważniejsze,  dopóki  nie  zniszczy  mnie  obrona,  mogę  się  załapać  jako  doradca

miasta  Nekros  na  etacie,  a  nie  jako  okazjonalny  policyjny  konsultant.  Wtedy  nie  musiałabym
bawić się z ludźmi pokroju Bakera. - Zostajesz? - Śmierć skinął głową w stronę ciała.

Syn  Bakera  wciąż  uciskał  klatkę  piersiową  nieboszczyka,  walcząc  o  jego  życie,  ale

wdowa straciła już nadzieję. Przytuliła się do przedsiębiorcy pogrzebowego, który prowadził

background image

ją w kierunku ławki w pierwszym rzędzie. Nigdzie nie widziałam asystentki.

- Tak, zostaję. Nie chciałabym być oskarżona o ucieczkę z miejsca zbrodni.
Śmierć wzruszył odzianymi w czerń ramionami. Gdy opadły, zniknął. Nie znosiłam, gdy to

robił. W jednej sekundzie był tu, w drugiej już go nie było. Ale znowu się pojawi. Zawsze się
pojawiał.

W  mojej  torebce  Freddie  Mercury  zaśpiewał  We  Will  Rock  You.  Wzdrygnęłam  się.

Poczułam  na  sobie  wzrok  wdowy  -  twarde  spojrzenie  oczu  obwiedzionych  kręgami
rozmazanego tuszu.

Może to i nie najlepszy dzwonek w obecnej sytuacji.
Odwracając  się,  wyciągnęłam  telefon  i  spojrzałam  na  wyświetlacz.  Nie  znałam  numeru.

Niech to będzie zlecenie pracy, a nie windykacja! Otworzyłam klapkę.

- Tutaj Języki Umarłych. Przy telefonie Alexis Craft.
- Alexis?
Ponownie  popatrzyłam  na  wyświetlacz.  Wciąż  nie  poznawałam  numeru.  Kto  by  do  mnie

dzwonił...

- Alexis... - zaczął znów kobiecy głos. - Jesteś tam? Potrzebuję twojej pomocy.
- Casey?
Zatkała cicho. Moja siostra nigdy do mnie nie dzwoniła. Co miałam jej powiedzieć?
- Czego potrzebujesz? - zapytałam i skrzywiłam się. Pytanie w moich myślach zabrzmiało

o wiele delikatniej.

- Widziałaś dzisiejszą gazetę?
- Dzisiejszej nie.
Głos Casey zamarł i dopiero po dwóch próbach udało jej się wykrztusić:
- Znaleźli Teddy'ego. Teddy?
Zbliżało się do mnie wściekłe postukiwanie wysokich obcasów, rozlegające się echem po

sali. Oj. Odwróciłam się i przykryłam telefon dłonią. Wdowa może i była o głowę ode mnie
niższa, ale ponad dwukrotnie szersza. Wyglądała, jakby na jej nadwagę składała się wyłącznie
czysta nienawiść.

- To twoja wina. - Wbiła palec głęboko w moje ramię. No tak.
Znalazła kozła ofiarnego.
Odchrząkując, pochyliłam głowę i powiedziałam:
- Bardzo mi przykro z powodu pani straty. Jakby mnie nie słyszała.
- Mówiłam mu, żeby nie zatrudniał czarownicy - powiedziała piskliwie i zatoczyła się na

ścianę. - Mówiłam mu.

Odsunęłam  się,  pozwalając,  by  przedsiębiorca  pogrzebowy  pomógł  pani  Baker  usiąść.

Gdzieś  w  oddali  słyszałam  dźwięk  policyjnych  syren.  Telefon  w  mojej  dłoni  zadźwięczał
ponownie. - Alexis, jesteś tam?

- Tak, jestem. Mówiłaś coś o jakimś Teddym.
Cisza  w  słuchawce  trwała  tak  długo,  że  zaczęłam  już  się  zastanawiać,  czy  Casey

przypadkiem się nie rozłączyła. Wreszcie moja siostra powiedziała:

-  Theodore  Coleman.  Na  pewno  o  nim  słyszałaś.  Policja  znalazła  wczoraj  jego  ciało.

Muszę wiedzieć, kto go zastrzelił i co robił Teddy podczas ostatnich dwóch tygodni.

Niemal  upuściłam  telefon.  To  jakiś  żart.  Starający  się  o  stanowisko  wiceprezydenta

gubernator Theodore Coleman?

Kamera  ochrony  przy  restauracji  złapała  wprawdzie  obraz  strzelaniny,  ale  Coleman

background image

zniknął.  Jeśli  ktoś  znalazłby  jego  ciało,  sprawa  byłaby  wielka.  Zważywszy  na  związki
gubernatora z Pierwszą Partią Ludzi - i otwartą niechęć stronnictwa do wiedźm - mój udział
nie byłby mile widziany.

- Casey, nie sądzę...
-  Proszę.  -  Jej  głos  znów  się  załamał.  -  Policja  myśli,  że  tata  jest  w  to  zamieszany.  Już

kilka razy byli w domu.

Przewróciłam  oczami.  Policja  mogła  szukać,  ale  nic  nie  mogła  znaleźć  na  gubernatora

porucznika George'a Caine'a.  Cóż, chyba jest  teraz gubernatorem? Nasz  ojciec miał szerokie
plecy i równie długie ręce. Ułatwił mi w końcu kamuflaż i zmianę nazwiska z Caine na Craft i
ukrył fakt, że jego córka zarabia na życie jako wiedźma tak głęboko, iż media nic nie zdołały
wywęszyć.  Aż  do  teraz,  nie  tylko  podczas  jego  kampanii.  Poza  tym,  od  kiedy  skończyłam
osiemnaście  lat,  rzadko  z  nim  rozmawiałam.  Częściej  widywałam  go  w  gazetach  i  telewizji,
lobbującego  za  Pierwszą  Partią  Ludzi,  niż  osobiście.  Dlaczego  teraz  miałabym  się
angażować?

- Casey, to naprawdę nie jest...
- Proszę. To przecież tym się zajmujesz, prawda? Jesteś kimś w rodzaju Widzącej?
Zacisnęłam  zęby.  „Widząca"  było  slangowym  określeniem  licencjonowanego  prywatnego

detektywa,  który  nie  wykonywał  realnych  czynności  śledczych.  Zazwyczaj  nie  śledziłam
nikogo w ciemnych alejkach, a moje dochodzenia ograniczały się do przepytywania umarłych.
Ale znajdowałam potrzebne odpowiedzi.

Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do uśmiechu.
-  Przepraszam,  ale  nie  mogę  ci  pomóc.  -  Moje  słowa  były  mdląco  słodkie,  ale  nie

rozmawiałam  z  nią  na  tyle  często,  by  rozpoznała  sztuczny  ton.  -  Nie  mogę  się  angażować  w
aktualne dochodzenia policyjne.

- Mogę ci zapłacić.
Zamarłam  przy  telefonie.  Ostatnio  słyszałam,  że  Casey  wkupiła  się  w  antywiedźmowe

stanowisko  w  Pierwszej  Partii  Ludzi.  Jeśli  chciała  mnie  zatrudnić,  naprawdę  musiała  być
zdesperowana.

- Proszę, Alexis. Proszę. Potrzebuję twojej pomocy.
-  Okay.  -  Cholera.  Nie  będę  dla  niej  pracować,  ale  sprawie  mogę  się  przyjrzeć.  Z

głębokim  westchnieniem  zaczęłam  typową  firmową  gadkę,  wyrecytowałam  wysokość  gaży  i
powiedziałam,  żeby  spodziewała  się  kopii  kontraktu  wysłanej  e-mailem.  Podczas  mojej
rozmowy  dźwięk  syren  przybliżył  się.  Zawiesiłam  torebkę,  z  trzynastoma  centami,
opakowaniem po gumie i spinaczem, na ramieniu.

- Kiedy zamierzasz porozmawiać z duchem?
Z duchem? Powstrzymałam jęk, ale wolałam jej nie poprawiać. Po tych wszystkich latach,

jeśli  nie  zrozumiała  prostej  różnicy,  że  duchy  to  pojmujące,  wędrujące  dusze,  a  cienie  to
wyłącznie  wspomnienia,  najwyraźniej  nie  zwracała  na  moje  słowa  najmniejszej  uwagi.
Powiedziałam więc:

- Jeśli chcesz zadać cieniowi Colemana pytanie, musimy poczekać, aż policja odda ciało

rodzinie i zostanie ono złożone w ziemi. Jeśli chcesz szybszych odpowiedzi, może będę mogła
zapytać go w kostnicy. Ale nie możesz brać udziału w rytuale.

W słuchawce zapadła cisza, nie licząc oddechów. Dałam Casey chwilę na zebranie myśli.

Syreny były coraz bliżej.

-  Kostnica.  -  Głos  Casey  znów  się  obniżył.  -  Jak  szybko  będziemy  mogły  się

background image

skontaktować?

Dostanie  się  do  ciała  tak  wysoko  postawionej  osoby  podczas  trwającego  śledztwa,

wymaga  nie  lada  umiejętności,  ale  po  trzech  latach  prowadzenia  firmy  Języki  Umarłych
miałam swoje koneksje.

- Znajomy pracuje na Posterunku. Zadzwonię do niego, ale nie mogę nic obiecać. Odezwę

się  wieczorem,  jeśli  uda  mi  się  załatwić  wejście  do  kostnicy  na  jutro.  W  innym  przypadku
wpadnę do ciebie jutrzejszym popołudniem.

Skończyłam rozmowę i zachowałam numer Casey w pamięci telefonu. Ruszyłam w stronę

drzwi, żeby otworzyć ratownikom. Karetka właśnie się zatrzymała, a zaraz za nią przycupnął
czarno-biały  samochód  policyjny.  Fajnie,  może  chłopaki  zechcą  mnie  podwieźć.  Na  moich
ramionach zawisło ponownie chłodne spojrzenie pani Baker. Najchętniej przejechałabym się
na przednim siedzeniu, a nie z tyłu, jako aresztant.

Gdy  ratownicy  wbiegali  po  schodach,  przejrzałam  listę  kontaktów  w  telefonie,  szukając

numeru mojego zaprzyjaźnionego sąsiada - detektywa z wydziału zabójstw. Po trzecim sygnale
usłyszałam jego zrzędliwy głos.

- Hej, John - powiedziałam, dając ratownikom wolną drogę. - Potrzebuję małej przysługi.
Drzwi  do  Centralnego  Komisariatu  Nekros  otworzyły  się,  pozwalając  uciec  ze  środka

nagrzanemu  powietrzu.  Pot  przyklejony  do  mojej  skóry,  wyprodukowany  podczas  krótkiej
przechadzki,  ochłodził  się  niemal  momentalnie.  Była  szósta  po  południu,  a  temperatura  nie
spadała. Południe latem - musisz je kochać.

Wsunęłam  kilka  luźnych  kosmyków  przyklejonych  do  twarzy  blond  włosów  z  powrotem

pod gumkę nieporządnego kucyka i pomachałam na pożegnanie dwóm policjantom, którzy mnie
podwieźli.  Nie  zostałam  aresztowana  w  związku  ze  śmiercią  Bakera,  ale  w  budynku
przedsiębiorstwa  pogrzebowego  przeżyłam  kilka  niemiłych  chwil.  Na  moje  szczęście,  gdy
przybyła Tamara - koroner, mogła potwierdzić, że do zgonu nie doszło wskutek jakichkolwiek
ingerencji  magicznych,  co  pozwoliło  mi  wybrać  się  z  Johnem  do  kostnicy.  Mój  znajmy
detektyw  zgodził  się  zabrać  mnie  do  ciała  Colemana,  ale  pod  warunkiem,  że  mu  się
zrewanżuję. W tym przypadku rewanż oznaczał przywołanie dodatkowego cienia.

Policjanci pojechali na parking, a ja weszłam przez otwarte drzwi i podeszłam do bramki.

Zanim  torebka  trafiła  pod  czujniki,  wydobyłam  z  niej  ceremonialny  nóż.  Gdy  zniknęła  w
urządzeniu,  położyłam  nóż  w  koszyku  podanym  mi  przez  strażnika.  Oddałam  mu  go  razem  z
otwartym portfelem, w którym trzymałam licencję detektywa i magiczny certyfikat wystawiony
przez  Organizację  dla  Magicznie  Uzdolnionych  Ludzi  -  w  skrócie  OMUL.  Przed
skonfiskowaniem  noża  (czego  się  spodziewałam),  mężczyzna  spojrzał  na  moje  dane.
Przeszłam przez wykrywacz metalu.

Nie  zadźwięczał,  w  przeciwieństwie  do  wykrywacza  magii,  który  rozwrzeszczał  się  na

dobre.

Strażnik kazał mi się zatrzymać i wyciągnął różdżkę do sprawdzania czarów.
- Ręce przed siebie, dłonie otwarte.
Zrobiłam, jak chciał, na przemian to kurcząc, to rozkurczając ukryte w butach palce stóp.

Gdy  przesuwał  różdżką  z  podstawowym  czarem  detekcyjnym  po  moim  ciele,  wykrył  magię
nad  moją  prawą  dłonią,  gdzie  noszę  zbierający  ją  obsydianowy  pierścień.  Zieleń  końcówki
różdżki oznacza magię, ale nie aktywny czar. Nad lewym nadgarstkiem różdżka zabarwiła się
na żółto, wskazując, że wykryła aktywność czaru chroniącej mnie bransolety (magia aktywna,
niezłośliwa). Złośliwe czary, nawet nieaktywne, zabarwiały końcówkę różdżki na czerwono.

background image

Tym razem czerwieni nie było.

Skinieniem  głowy  strażnik  pozwolił  mi  opuścić  ręce.  Odłożył  różdżkę  na  miejsce.

Wzięłam torebkę, portfel i pokwitowanie na nóż i poszłam do windy.

Posterunek  Centralny  był  odludnym,  ale  pełniącym  wiele  funkcji  budynkiem  w  centrum

Nekros,  w  okolicy,  którą  mieszkańcy  nazywali  Dzielnicą  Sądową  z  powodu  bliskości  Sądu
Najwyższego, Urzędu Stanowego i właśnie Posterunku. Choć na jego tyłach - czyli tam, skąd
weszłam - nie było tego widać, parter budynku zajmowało również biuro zastępcy szeryfa. Na
wyższych  piętrach  mieściły  się  laboratoria  sądowe  i  adwokatura,  gdzie  nie  miałam  żadnych
interesów do załatwienia. Poziom - I zaś - biuro koronera i, oczywiście, kostnica.

John  Matthews,  najlepszy  detektyw  wydziału  zabójstw,  jakiego  Nekros  mogłoby  sobie

wymarzyć - przynajmniej w mojej opinii - a przy okazji jeden z moich najlepszych przyjaciół,
czekał  przy  głównych  drzwiach  do  kostnicy.  Niezgrabną  posturą  bardzo  przypominał
niedźwiedzia. Siedział przewieszony przez oparcie pomarańczowego krzesła. Jego podbródek
dotykał klatki piersiowej, a oczy miał zamknięte. Najwyraźniej nie jest mu niewygodnie, skoro
daje  radę  spać.  Musiał  pracować  w  nocy,  bo  zmarszczki  na  brązowej  skórzanej  kurtce  były
głębsze niż zazwyczaj - Maria nigdy nie pozwoliłaby mu wyjść z domu w takim stanie.

-  Wszystko  okay,  John?  -  zapytałam  i  przyczepiłam  identyfikator  do  ramiączka  koszulki.

Nie  podniosłam  głosu,  a  przynajmniej  nie  za  bardzo.  Mimo  wszystko  rozległ  się  całkiem
donośnie, odbijając się od ścian. Echo sprawiło, że się skrzywiłam.

Głowa  Johna  podskoczyła,  a  raport  z  jego  kolana  spadł  na  podłogę  i  rozsypał  się  na

pojedyncze strony.

- Alex? Jezu, nie rób mi tak.
Okay, może powinnam była zbudzić go delikatniej.
Przyklękłam i zaczęłam zbierać kartki z podłogi; było wśród nich kilka zdjęć. Sięgnęłam

po  to,  które  powędrowało  pod  krzesło.  Dominowały  na  nim  czarne  torby  na  śmieci,  a  obok
nich, silnie kontrastując z tłem, leżało ramię o jasnej skórze. Bezwładna dłoń wysunęła się z
plastiku.  Długi  nadgarstek  był  delikatny,  kobiecy.  Podałam  fotkę  i  kartki  Johnowi.  -
Wysypisko?

Przytaknął, pocierając dłońmi ciemne cienie pod oczami.
- Już trzecia dziewczyna w tym miesiącu. Taki sam modus operandi.
Trzecia?  Gliny  musiały  trzymać  buzie  na  kłódkę,  by  prasa  nie  podjęła  gorącego  tematu

potrójnego  morderstwa,  możliwe,  że  seryjnego.  Bardzo  chciałam  spojrzeć  w  ten  raport  -
nieszczęsna ciekawość jest być może jedną z moich głównych wad, ale w końcu zarabiałam na
życie rozmowami z umarłymi. Nie naciskałam Johna - przynajmniej na razie.

Niech powie mi tyle, ile uzna za niezbędne. Skinęłam głową w stronę kartek.
- To jest ten dodatkowy cień? Przytaknął.
- Tak. Specjalność domu w czarnym worku. Jane Doe.
- Pozwolę sobie zgadnąć. Nie macie żadnych śladów?
- Układ nie byłby fair, gdybyśmy mieli cokolwiek. -Głos brzmiał lekko, ale ramiona nieco

opadły. - Masz może coś do pisania?

Wyjęłam  długopis  zwinięty  recepcjoniście,  który  kazał  mi  podpisać  listę  gości  poziomu

minus  jeden.  John  przejrzał  kartki  na  kolanie,  oddzielając  moje  papiery  od  akt  sprawy.
Podpisałam  normalny  kontrakt  i  oficjalne  dokumenty.  Jednak  moją  podstawową  stawkę
wykreślono  -  zamiast  niej  widniały  nakreślone  czerwonym  długopisem  słowa  pro  bono.
Zagryzłam  wargi.  Trochę  zabolało,  ale  John  robił  mi  dużą  przysługę,  pozwalając  obejrzeć

background image

ciało  Colemana.  Dzięki  temu,  że  pracowałam  przy  oficjalnej  sprawie,  mój  pobyt  w  kostnicy
był  całkowicie  legalny.  Mimo  to  wielkie  zero  na  koncie  nie  wydawało  się  ani  odrobinę
mniejsze.

Podałam  podpisane  dokumenty  Johnowi,  by  je  schował.  Następnie  otworzył  ciężkie

dwuskrzydłowe  drzwi.  Szmer  jarzeniówek  zmieszał  się  z  szuraniem  naszych  butów  po
linoleum. Tace ze sterylnymi narzędziami otaczały puste stoły operacyjne po dwóch stronach
sali. W głębi czekała chłodnia - lub ciałownia, jak ją nazywałam. Za nią przez okno do biura
koronera wpadało żółte światło.

Drzwi do biura otworzyły się i pojawił się w nich naukowiec o rozczochranych włosach,

w oczywistym białym kitlu.

- Detektywie Matthews, panno Craft. Czy mogę w czymś pomóc? - przesunął spojrzenie z

Johna wprost na mnie. Panno Craft?

Zdziwiłam się nieco. W końcu był to Tommy Stewart, który spędził kilka ostatnich lat jako

zastępca  koronera  i  nie  nazywał  mnie  po  nazwisku  od  drugiego  tygodnia  swojej  pracy.  W
sumie  to  gdzieś  z  miesiąc  temu  poszliśmy  na  kilka  drinków  i  pod  koniec  wieczoru
wylądowaliśmy  w  łóżku,  ale  nie  było  to  nic  poważnego.  A  przynajmniej  ja  tak  sądziłam.  -
Tommy - powiedział John. - Może pójdziesz na papierosa?

To nie było pytanie.
Tommy włożył ręce do kieszeni i wzruszył ramionami.
- Potrzebujecie jakiegoś ciała?
- Poradzimy sobie. - John wciąż czekał. - I jak z tą przerwą na papierosa?
Tommy potrząsnął głową.
- Detektyw Andrews powiedział... John przerwał.
- Zajmę się Andrewsem.
Usta Tommy'ego wygięły się nieznacznie.
- Tak, przerwa na papierosa.
Ruszył w kierunku drzwi, ale w ostatniej chwili przystanął w drzwiach i popatrzył na mnie

wrogo.  Cóż,  naprawdę  umiem  zniszczyć  przyjaźń.  Gdy  drzwi  się  w  końcu  za  nim  zamknęły,
westchnęłam.

- Kim jest detektyw Andrews? - zapytałam, gdy John zniknął w chłodni.
Nawet się nie obejrzał.
- Nie martw się nim.
Dreptałam  w  miejscu,  czekając.  Za  grubą  framugą  widać  było  kilka  przykrytych

prześcieradłami  wózków  -  w  kostnicy  mieli  pracowity  tydzień.  Między  ciałami  chodziła
niemal przezroczysta postać, mamrocząc coś do siebie. Workowate dżinsy i flanelowa koszula,
które  miała  na  sobie,  były  niemal  bezbarwne;  połyskiwały  z  każdym  jej  krokiem.  Gdybym
opuściła osłony, mogłabym zobaczyć kolor ubrań i usłyszeć to, co mówiła, ale nie byłam aż tak
ciekawa.  Duchy,  a  przynajmniej  prawdziwe  wędrujące  dusze,  bywały  rzadkością,  choć  w
sumie  stanowiły  dość  odpychającą  bandę.  W  końcu,  by  sprzeciwić  się  Śmierci,  trzeba  było
naprawdę upartej duszy. Niestety, większość duchów, które spotykałam na swojej drodze, nie
należało do zadowolonych. Chodziły wkurzone, że mimo starań nie wróciło w nie życie.

Musiałam  wywołać  jakiś  hałas,  bo  duch  podniósł  głowę  i  zobaczył,  że  patrzę  na  niego.

Wepchnął  parę  połyskujących  okularów  głębiej  na  nos  i  machnął  ręką,  jakbym  mu
przeszkadzała.  Kretyn.  Odwzajemniłam  gest.  Aż  otworzył  usta  ze  zdziwienia.  Nie  umiałam
czytać  z  ust,  ale  powolne  pytanie:  „To  ty  mnie  widzisz?"  było  na  tyle  oczywiste,  że

background image

przytaknęłam.

Następne  słowa  nie  były  już  tak  łatwe  do  odczytania  -  duch  zaczął  mówić  naprawdę

szybko. Jego ręce latały w powietrzu, akcentując niemą mowę przesadzonymi ruchami. Cudnie
- podniecony duch. „Jak długo jestem martwy?". Większości duchów zajmowało trochę czasu
zorientowanie się, że nikt ich nie widzi. Oprócz grobowych wiedźm.

Mogłam opuścić gardę, choć troszkę, by usłyszeć, co mówi, ale John wybrał ten właśnie

moment,  by  znów  się  pojawić.  Właściwie  najpierw  pojawił  się  wózek  i  przesunął  się
dokładnie  przez  środek  sylwetki  wędrującej  duszy.  Zjawa  mężczyzny  spojrzała  w  dół,
zobaczyła wyłaniającą się z własnego brzucha platformę na kółkach i wreszcie zamknęła usta.

Gdy  przez  ducha  przeszedł  również  John,  odwróciłam  wzrok.  Trudno  było  mi  na  to

patrzeć.

- A to kto? - zapytałam, wskazując głową na figurę pod prześcieradłem.
-  Może  ty  mi  powiesz.  -  John  zatrzymał  się  pośrodku  sali.  Uśmiechnął  się,  a  jego  wąsy

uniosły  się  do  góry.  -Zdążysz  z  tym  do  kolacji?  A  tak,  dziś  wtorek.  Przytaknęłam.  -
Podwieziesz mnie? - Oczywiście.

Wypchnął  drugi  wózek.  Tym  razem  ciało  było  odziane  w  czarny  worek.  Duch  gdzieś

zniknął. John ustawił wózki jeden za drugim.

- Maria przygotowuje kotlety wieprzowe. Kilku chłopaków z Posterunku wpada z wizytą.
Zaburczało  mi  w  żołądku,  więc  przycisnęłam  ręce  do  brzucha,  starając  się  go  uciszyć.

Tylko ty potrafisz tak dobitnie oznajmić otoczeniu, że ominęło mnie śniadanie. I lunch.

Położyłam torebkę przy stopach i wyciągnęłam z niej opakowanie po czarnej szmince, w

którym  nosiłam  olejną  kredę.  Przykucnęłam  i  przycisnęłam  kredę  do  linoleum.  Zakreśliłam
krąg wokół obydwu wózków.

John  tymczasem  skalibrował  kilka  urządzeń.  Kamera  służyła  zwykle  do  nagrywania

autopsji, ale detektyw pożyczał mi ją za każdym razem, gdy przywoływałam cień dla policji.

- Słyszałem, że możesz być podejrzana. Upuściłam kredę.
- Co słyszałeś? Nie, ja... - opakowanie potoczyło się w stronę kratki w podłodze, więc się

podczołgałam w jej kierunku. - Znaczy wdowa myślała, że ja... Ale Tamara mnie oczyściła.

Od powstrzymywanego śmiechu wąsy Johna zadrżały tak mocno, że niemal uciekły z jego

twarzy. Zatrzymałam się w pół kroku i usłyszałam dziki wybuch radości.

To nie było zabawne.
Za to śmiech był zaraźliwy. Gdy kończyłam okrąg, uśmiechałam się pod nosem.
-  Okay,  a  teraz  serio  -  powiedziałam,  chowając  kredę.  -  Gdyby  Tamara  nie  była  koro

nerem i nie znalazła się na miejscu zbrodni, mogłabym teraz siedzieć w areszcie. Czekając na
autopsję. Aresztowanie pod zarzutem magii śmiercionośnej nie było jednym z moich marzeń. A
ludzie mają wystarczające kłopoty z odróżnieniem magii śmiercionośnej od grobowej - mojej
nieszczęsnej  specjalizacji.  Na  szczęście,  oprócz  zajmowania  swojego  stanowiska,  Tamara
była  certyfikowanym  Wykrywaczem.  Mogła  zlokalizować  czar  o  wiele  szybciej,  niż  zwykły
urok  wykrywający,  no  i  mogła  odkryć  jego  cel.  Jedyny  rodzaj  magii,  jaki  wyczuła  przy
Bakerze  to  ten,  którego  użyłam  do  przywołania  cienia.  A  i  jeszcze  uroki  przedłużające
świeżość kwiatów. Żaden z tych czarów nie przyczynił się do jego śmierci.

Okrąg był gotowy. Wstałam z kolan i schowałam kredę clo torebki.
John wcisnął przycisk i kamera ożyła. - Gotowa?
Przytaknęłam,  zamykając  oczy  i  oczyszczając  umysł.  Obsydianowy  pierścień  na  prawej

dłoni  drgał  od  zebranej  energii.  Mentalnie  stworzyłam  dogodne  warunki  do  przepływu,

background image

wyciągając  z  niej  wirujący  strumień  magii.  Nie  było  tego  dużo.  Nie  miałam  czasu,  by
naładować  pierścień  po  rytuale  przeprowadzonym  dla  Henry'ego  Bakera,  ale  powinno
wystarczyć.  Przeniosłam  energię  do  okręgu,  a  ten  zabrzęczał  jasnobłękitną  siłą  poza  moimi
zamkniętymi powiekami.

Teraz będzie zabawnie.
Zwalniając  połączenie  z  magią  zebraną  w  obsydiano-wym  pierścieniu,  odpięłam  srebrną

bransoletkę  z  małym  amuletem  i  schowałam  ją  do  kieszeni.  Dodatkowa  ochrona,  którą  mi
dawała,  zniknęła.  Grobowe  zimno  przycisnęło  się  do  moich  mentalnych  barier.  Odczuwałam
to tak, jakby lodowata woda obmywała brzegi mojej świadomości. Wzięłam głęboki oddech i
zapadłam  w  trans.  Esencje  duchowe,  wydobywające  się  z  ciał  w  obrębie  okręgu,  trwały,
uderzając gwałtem w mój umysł. Przyzywające. Złośliwe. Wymagające.

Opuściłam osłony.
Przez  moje  ciało  przeszedł  nieprzyjemny  wiatr,  a  na  skórze  poczułam  wilgotny  dotyk

grobu. Otworzyłam oczy.

Moje  pole  widzenia  zawęziło  się,  a  świat  pokryła  patyna  szarości.  Wykonaną  ze  stali

nierdzewnej  powierzchnię  wózków  oblepiły  płatki  rdzy.  Wystrzępione  i  połatane
prześcieradło  okrywające  ciało  po  lewej  trzepotało  na  wiejącym  przeze  mnie  wietrze.
Linoleum pod moimi stopami popękało, a cement pod nim skruszał. Poza granicą okręgu John
jaśniał  światłem,  ale  jego  kurtka  była  dziurawa  jak  sito.  Poblask  pochodził  z  błyszczącej  na
żółto duszy. Odwróciłam wzrok.

Wiatr przybrał na sile, wypełniając uszy rykiem i blokując każdy inny dźwięk. Zaatakował

mnie chłód. Wpełzł mi pod skórę, połączył się z krwią.

Bolało.
A jednak żyłam. Byłam ciepła, a nie zimna i sztywna, i oddychałam. Nie pozostawałam w

mocy  Śmierci.  Moja  siła  życiowa  płonęła,  zwalczając  ziąb  i  grobowe  esencje  wijące  się  w
centrum umysłu. Pot wystąpił mi na czoło; zadrżałam.

Potrzebowałam ulgi.
Zawołała  mnie  pozbawiona  duszy  łupina  w  czarnym  worku.  Nie  musiałam  już  sterować

energią.  Przestałam  z  nią  walczyć  i  moje  ciepło  przelało  się  w  oczekujące  ciało.  Kończyny
opanował grobowy chłód. Ryk wiatru ucichł. Zamrugałam. W obrębie okręgu wyczułam tylko
jedno ciało - kobietę w czarnym worku.

Dziwne.
Sięgnęłam  ku  niej  umysłem,  a  magia  podążyła  śladem  wypalonym  wcześniej  przez  moje

ciepło.  Cień,  nawet  wypełniony  moją  siłą  życiową,  który  dotknął  ciała,  był  bardzo  słaby  i
wyczerpany.  Czy  to  możliwe,  by  cień,  który  nigdy  jeszcze  nie  został  przywołany,  znikał  tak
szybko?

Moja  magia  podążała  za  sporymi  nacięciami  na  powierzchni  niestabilnego  cienia.

Nacięcia te niemal poszarpały ją na części. Nigdy jeszcze nie czułam czegoś podobnego.

Wlałam w ciało magię, pozwalając, by wypełniła brakujące miejsca. Wciąż wydawała się

słaba - jakby nikt o niej nie pamiętał. Jednak utrzymywana w całości moimi ciepłem i mocą,
wydawała się wystarczająco realna, bym spróbowała przywołania.

Wzięłam  głęboki  oddech  i  delikatnie  popchnęłam  cień.  Moc  wypchnęła  go  z  ciała,

prowadząc  nad  rozpadliną  oddzielającą  świat  żywych  od  świata  umarłych.  Powróciła  pełna
krzyku.

background image

2

Wysoki, przeszywający uszy krzyk rozdarł powietrze. Podniosłam dłonie do uszu. Co za...
Odtoczyłam się w tył, gdy cień wyzwolił się z ciała. Widmowa głowa i ramiona wysunęły

się  z  worka  na  zwłoki.  Krzyk  jeszcze  przybrał  na  sile.  Twarz  była  nim  wykręcona,  jakby
agonia śmierci dosięgła ją także poza grobem.

Wciąż zakrywając uszy, wydusiłam z siebie:
- Bethany?
Cień nie odpowiedział na wezwanie. Zajrzałam mu w twarz. Ostry podbródek i wysokie

kości  policzkowe  były  częścią  twarzy  starszej  niż  ta,  którą  pamiętałam,  ale  surowe,  niemal
okrutne piękno rysów, jak u dworskich ślicznotek, wciąż było na miejscu. To musiała być ona.

Odwróciłam się do Johna:
- Znam ją.
Wąsy mężczyzny opadły w dół, ku podbródkowi.
- Możesz ją zidentyfikować? Kto to jest?
- To Bethany Lane. Chodziłyśmy razem do akademii. Jest... była... wiedźmą wyrd. - Nigdy

wcześniej nie przywoływałam cienia osoby, którą znałam za życia. Nie, żebym znała Bethany
dobrze. Ale nawet w mieście takim, jak Nekros, wiedźmy stanowiły małą część populacji, a
wiedźm wyrd - tych, które zamiast uczyć się dosięgania Eteru dla zebrania magicznej energii,
uczyły  się  nieużywania  magii  -  tych  było  jeszcze  mniej.  -  Ona  władała  psychometrią,  mogła
widzieć przeszłość, a czasem i przyszłość dotykanego przedmiotu.

John  otworzył  raport,  który  trzymał  w  zaciśniętej  pięści  i  coś  zanotował.  Mrugnął,  gdy

krzyk Bethany wzniósł się o kolejną oktawę.

Niedługo wokół nas zacznie pękać szkło.
- Co się z nią dzieje? Zrób coś, by przestała krzyczeć.
-  Ucisz  się  -  rozkazałam  cieniowi,  ale  wycie  nie  zmniejszyło  się  ani  o  jotę.  Zagryzłam

zęby. Moja magia nadała mu formę, sprawiła, że stał się widoczny i dało się go słyszeć. Nie
miał  wyboru  -  musiał  mnie  posłuchać.  Najwyraźniej  nikt  mu  tego  wcześniej  nie  powiedział.
Okay, czas na inną taktykę. - Podaj nam swoje imię.

Cień  Bethany  nie  przestawał  krzyczeć.  Jego  dłonie  podniosły  się  do  twarzy,  celując  w

oczy. Złapałam za widmowe nadgarstki, ściągając je w dół. Zachwiał się w moim uścisku.

- Alex? - John zrobił krok naprzód.
Krawędź  okręgu  zadrżała,  gdy  ją  przekroczył,  a  drganie  mocy  przesunęło  się  po  mojej

skórze.

Krąg  miał  zatrzymać  magię,  ale  nie  Johna,  który  był  jej  doszczętnie  pozbawiony.

Prawdopodobnie  nawet  nic  nie  poczuł.  Ja  zaś  poczułam  zakłócenia  aż  w  kościach.
Wstrzymałam oddech, niepewna, czy osłabiony okrąg wytrzyma.

Zachwiałam się i cień wyrwał się z mojego uścisku. Zamachnęła się, jej ostre paznokcie

przecięły powietrze jak małe brzytwy.

Odskoczyłam w tył. Skruszały cement pod moimi stopami ustąpił i straciłam równowagę.

John złapał mnie, zanim uderzyłam o podłogę, i następny cios cienia przeszedł przez niego, ale
trafił w moje ramię, na którym otworzyły się trzy płytkie rany.

-  Co  to,  do  cholery?  -  John  odwrócił  się,  by  go  złapać.  Zbędny  wysiłek.  Ręka  chwyciła

powietrze.

Cień  zaatakował  ponownie,  a  ja  odchyliłam  się  w  tył.  To  nie  jest  normalne.  Przecięłam

background image

strumień  magii  zasilający  napastnika,  a  jego  oczy  natychmiast  wyszły  z  orbit.  Zimny  wiatr
znów  zaczął  przenikać  moje  ciało,  ale  cień  nie  znikał.  Drżałam  od  nadmiaru  mocy.  Krzyk
Bethany  znów  poszedł  w  górę  o  kilka  tonów  i  zamilkł  znienacka,  zostawiając  w  powietrzu
najwyższą nutę. Cienia nigdzie nie było. Nagła cisza raniła moje uszy.

Przełknęłam ślinę. Kiedy przestałam oddychać? Rany na ramieniu piekły żywym ogniem -

zakryłam je dłonią. Wilgotna. Opuściłam rękę i spojrzałam. Skórę plamiły trzy cienkie strużki
krwi.

Stojący za mną John wypuścił powietrze w długim wydechu.
- Co się stało?! Cholera!
Nie  mam  pojęcia.  Cienie  nie  powinny  atakować.  Nie  są  tak  realne,  tak...  emocjonalne.

Potrząsnęłam głową.

- To tylko wspomnienia. Bez woli czy bólu. A przynajmniej tak mnie uczono. - Spojrzałam

na czarny worek. Był idealnie nieruchomy, spokojny.

Wytarłam  dłoń  o  dżinsy.  Dzisiaj  wyślę  kilka  wiadomości  fejsem.  Może  ktoś  w  Klubie

Śmierci będzie wiedział, co poszło nie tak. Byłam jednak pewna, że nigdy nie słyszałam, żeby
cień krzyczał. Odwróciłam się w stronę drugiego ciała.

Ciała-nieciała,  bo  dla  moich  zmysłów  było  ono  zdecydowanie  czymś  innym.  Spojrzałam

ponownie,  dokładniej.  Miało  odpowiedni  kształt.  Lodowata  kropla  potu  spłynęła  mi  po
kręgosłupie.  Sięgnęłam  do  niego  magią,  przesuwając  dłońmi  nad  prześcieradłem.  Moja  moc
obmyła ciało - czy cokolwiek to było; nie dotykałam go.

To  naprawdę  dziwne.  Zagryzłam  wargi  i  spróbowałam  dotrzeć  doń  zmysłem,  którego

używałam do kontaktów z umarłymi. I znowu nic.

Poziom  mocy  okręgu  wzrósł,  aż  dostałam  gęsiej  skórki.  Gdy  bariera  została  naruszona,

podskoczyła  mi  głowa.  Duch.  Odwrócił  się  i  uderzył  ramieniem  w  krawędź  okręgu  po  raz
drugi. Zadrżała, ale wytrzymała nawet trzeci atak. Napastnik odskoczył jak porażony prądem,
a jego sylwetka stała się jeszcze bardziej przeźroczysta.

-  Co  to  jest?  -  zapytał  John,  zbliżając  się  do  wózka.  Odwróciłam  uwagę  od  ducha.  Jeśli

dotąd nie udało mu się przełamać bariery, pewnie mu się już nie uda. Miałam inne

problemy, na przykład to coś na wózku. - Jesteś pewien, że to ciało?
John  odciągnął  prześcieradło  i  po  plecach  przeszedł  mi  dreszcz.  Twarz  Colemana

pozbawiona była wyrazu, blada i... bez śladów rozkładu. Zamrugałam. Skruszały cement pod
stopami. Rdza na wózku. Mój grobowy wzrok działał, ale...

- On wygląda tak samo, jak w telewizji! John przytaknął.
- Całkiem dobrze, jak na dwutygodniowego nieboszczyka, prawda?
Zatrzymałam się w pół kroku. Widywałam już umarlaków o podobnym stażu. Ba, niekiedy

także ich wąchałam.

Niezabalsamowany i w temperaturze, jaka panowała na zewnątrz, Coleman powinien być

półpłynny. A tymczasem można go było wystawić w otwartej trumnie.

- Jakie były wyniki autopsji?
John wyciągnął z kieszeni mały notatnik.
- Jeden z pocisków przebił śledzionę. To był zabójczy strzał. Ciało samo się zatruło. Nie

ma  żadnych  wskazówek,  dlaczego  zachowało  się  tak  długo  bez  śladów  rozkładu  -potrząsnął
głową. - Gdy dowiedzą się o tym media, zaczną uważać go za świętego. Niezniszczalne ciało i
takie rzeczy...

Cudnie.  Tego  właśnie  potrzebowałam!  Wiedźma  świętych.  Westchnęłam,  a  razem  z

background image

oddechem opuściły mnie siły. Baker i Bethany. Za dużo dzisiaj tych grobów. Najwyższa pora
zmusić Colemana do gadania, skończyć i zgarnąć wypłatę.

Przyjrzałam się jego zastygłym rysom. Nawet nietknięty rozkładem, powinien źle wyglądać

w grobowym wzroku. Jak wszystko co naturalne. John podniósł prześcieradło, by zakryć twarz
Colemana, ale powstrzymałam jego dłoń. A to co?

Wychylając  się  do  przodu,  zmusiłam  Johna,  by  zdjął  prześcieradło  niemal  całkowicie.

Grube,  błękitne  i  zielone  linie  zakrzywiały  się  wokół  ramion  nieżywego,  wypełniając
zagłębienia obojczyków.

- Czy to tatuaż? Chcę obejrzeć jego pierś.
John zamarł na chwilę, ale ściągnął prześcieradło aż po biodra trupa. Wzory dekorowały

ramiona  i  górną  część  korpusu  gubernatora  węzłami  kolorów  i  kształtów.  Zakrzywione  linie
nie  przypominały  mi  niczego.  Jakby  artysta  próbował  przypomnieć  sobie  starożytne  runy  lub
przedziwną i zapomnianą sztukę plemienną.

Przybliżyłam się jeszcze bardziej.
Nie spodziewałam się czegoś takiego na ciele urzędnika publicznego.
John gapił się na mnie, nie na ciało. Mój żołądek wykonał woltę.
- Nie widzisz tego? Przecząco potrząsnął głową.
O,  cholera.  Rysunku  wzorów  nie  zakłóciło  nacięcie  w  kształcie  litery  Y  zrobione  przez

koronera. Zwyczajny tatuaż zostałby zniszczony. Odwróciłam się i spojrzałam na znaki kątem
oka. Patrząc w ten sposób, niemal dostrzegałam ich przesłanie, ale gdy tylko usiłowałam się
na nich skupić, skakały mi przed oczami. Magiczne glify?

- Czy Tamara sprawdziła ciało, albo cokolwiek to jest, pod kątem czarów?
John przytaknął.
-  Sprawdziła  wszystko.  Nic  nie  znalazła.  Przełknęłam  ślinę  i  żołądek  zacisnął  mi  się

jeszcze  bardziej.  Tamara  była  urodzonym  wykrywaczem  czarów.  Po  wykonanej  przez  nią
detekcji nawet ja nie potrafiłam niczego znaleźć. Nie przegapiłaby czegoś tak wielkiego, choć
ja nadal nie wiedziałam, co to tak naprawdę jest. Za moimi plecami otworzyły się drzwi.

- Co ona, do cholery, wyprawia z moim ciałem?
Do  sali  wpadł  mężczyzna,  dudniąc  butami  w  sterylnej  przestrzeni.  W  grobowym  wzroku

był  zaledwie  oślepiającym  srebrnym  blaskiem  -  jego  dusza  połyskiwała  pod  powierzchnią,
jakby nie mieściła się w skórze. - Cholera - zaklął John.

Wsunął wózek z powrotem do chłodni, ale czar na ciele zatrzymał się na krawędzi okręgu.

Energia połaskotała moją skórę, a ściśnięty żołądek powędrował w górę, dławiąc gdy obręcz
próbowała zatrzymać obcą magię.

- John, to nie jest najlepszy... Za późno.
John pchnął ponownie i było po okręgu. Wyzwolona energia zdawała się rozrywać moje

ciało,  zatrzymywać  krew.  W  ustach  czułam  smak  wymiocin.  Nie  jest  dobrze.  Zatrzęsły  się
pode mną kolana.

Żwir wbił mi się w dłonie i zorientowałam się, że patrzę na porwane linoleum. John i ja

znów  będziemy  musieli  odbyć  małą  pogawędkę  na  temat  magicznych  kręgów.  Odepchnęłam
się od ziemi.

Zimny wiatr przewiał mnie na wskroś. Zadrżałam. O, nie. Dosięgła mnie grobowa esencja

innych  ciał  w  kostnicy.  W  powietrzu  furkotały  papiery,  a  wyposażenie  na  tackach  zaczęło
poszczękiwać.

-  Co  ona  robi,  do  cholery?  -  wywrzeszczał  obcy  przybysz.  Zignorowałam  go.  Nie  było

background image

czasu,  by  na  nowo  wykreślać  okrąg.  Zamykając  oczy,  skoncentrowałam  się  na  najdalszej
obronie  mentalnej.  Wizualizowałam  ścianę  porośniętą  winoroślą,  która  powoli  wzrastała
dokoła  mnie,  blokując  ekstrakt  magii.  Wiatr  się  uspokoił,  przechodząc  w  lekki  zefirek  i
nareszcie  mogłam  ponownie  zaczerpnąć  powietrza.  Większość  wiedźm  budowała  zasłony  z
kamienia lub metalu, ale już dawno zdałam sobie sprawę, że żyjące ściany lepiej bronią mnie
przed umarłymi. Odwróciłam się w stronę drugiego wózka.

Gdy  wyciągałam  ramię,  by  fizycznie  i  mentalnie  sięgnąć  po  siłę  życiową,  którą

zmagazynowałam  w  ciele,  drżała  mi  dłoń.  Energia  powróciła,  wypalając  znane  wyłącznie
sobie ścieżki w moim wnętrzu. Zamgliło mi oczy, grobowy wzrok osłabł, powróciło odczucie
zimna.  Miałam  gęsią  skórkę.  Ciepło,  które  odzyskałam,  wystarczyło  zaledwie,  bym  poczuła,
jak bardzo mi zimno.

Swędziało mnie ramię, więc podrapałam ranki, zanim wyciągnęłam z kieszeni bransoletkę.

Zapięłam  ją  na  nadgarstku  i  ostatnie  przebłyski  grobowej  esencji  znikły.  Rozłączenie  z  nią
zostawiło mnie drżącą i ślepą. Nie znosiłam tej części przedstawienia.

- Proszę o odznakę! - zawołał nieznany głos. Skuliłam się. Cóż, na pewno zdążyłam kogoś

wkurzyć.

Gdybym  tylko  mogła  zobaczyć  kogo!  Gdzieś  obok  zaskrzypiało  kółko  od  wózka.

Zamrugałam wściekle. Głupi okres adaptacyjny.

Zmrużyłam  oczy,  ale  to  nic  nie  dało.  Postrytualny  wzrok  był  gorszy  niż  zazwyczaj,  może

dlatego, że użyłam dwukrotnie grobowego.

Niecierpliwie uklękłam na podłodze i sięgnęłam po torebkę. Pod palcami linoleum znów

było gładkie i nienaruszone. Gdzie ta torebka?

Cienie  się  rozstąpiły  i  po  prawej  zauważyłam  plamę  czerwieni.  Jest!  Złapałam  torebkę  i

wyciągnęłam etui na okulary.

- To otwarte dochodzenie!
Odwróciłam się, pragnąc, by zmęczone oczy przejrzały. Obcy pochylał się nad wózkiem z

Colemanem,  jakby  sprawdzał,  czy  dobrze  się  obchodziliśmy  z  trupem.  Kosmyk
platynowoblond  włosów  spadł  mu  na  ramię,  więc  odgarnął  go  ręką.  Spojrzał  w  górę  i
wyprostował  się,  gdy  John  odwiózł  Bethany  do  chłodni.  Zapiął  marynarkę  i  obszedł  wózek;
drogi  jego  i  Johna  przecięły  się;  zastygłam  w  miejscu.  Dopasowany  garnitur  opinał  robiącą
wrażenie  figurę  godną  olimpijskiego  pływaka  i  przy  okazji  wskazywał,  że  mężczyzna  jest
wyżej w hierarchii policyjnej niż zwykły glina. Nie znałam wszystkich policjantów w Nekros,
ale chyba wszystkich ważnych w sprawie Colemana.

Knykcie Johna pobielały od ściskania rączki wózka, ale jego spojrzenie nie wznosiło się

wyżej  niż  czarny  worek  na  zwłoki.  Przewiesiłam  torebkę  przez  ramię.  Może  teraz  uda  się
wyjść w miarę dyskretnie. John sobie z tym poradzi. Poszłam w stronę drzwi.

- Wiedźmo, zostań tam gdzie jesteś - warknął na mnie detektyw.
Odwróciłam się. Złapana na gorącym uczynku.
Jak  nazywał  się  ten  superglina,  którego  bał  się  wcześniej  Tommy?  Andrews?  To  musiał

być on. Nie zamierzałam wpędzać Johna w kłopoty.

Detektyw  położył  ręce  na  biodrach.  Marynarka  rozchyliła  się,  ukazując  śnieżną  biel

oksfordzkiej koszuli i matową czerń pistoletu.

- Jeśli twoja pseudowidząca zakłóciła moje dochodzenie...
Pseudowidząca? Lepiej byłoby, gdyby tego nie powiedział.
Myśli  o  zlaniu  się  z  tłem  zniknęły  z  mojego  umysłu  i  postanowiłam  zakłócić  jego

background image

przestrzeń intymną.

- Detektyw Andrews, jak sądzę?
Odwrócił się do mnie, zaciskając szczęki, nie odpowiedział. Ale nie wycofał się.
Byłam  całkiem  wysoka,  a  w  tych  butach  miałam  chyba  z  metr  osiemdziesiąt,  ale  i  tak  z

bliska musiałam spojrzeć w górę, by nasze spojrzenia się spotkały. Wpatrywał się intensywnie
tymi  swoimi  oczami  w  kolorze  błękitnego  mrozu,  teraz  płonącymi  nienawiścią.  Podniosłam
podbródek i wytrzymałam spojrzenie.

-  Detektyw  Andrews?  -  zapytałam  i  w  odpowiedzi  usłyszałam  chrząknięcie.  O  tak,

genialny rozmówca.

- Jestem Alex Craft z Języków Umarłych - wyciągnęłam rękę i pozwoliłam, by zawisła w

przestrzeni  między  nami.  Byliśmy  znacznie  bliżej  niż  potrzeba;  mężczyzna  spojrzał  na  dłoń,
zanim nią potrząsnął.

Przez  krótki  moment  nie  rozumiałam,  skąd  wzięło  się  wrażenie,  że  dotyka  mnie  przez

materiał.  Rękawiczki.  Miał  na  sobie  rękawiczki.  Gdy  ścisnął  moje  kości,  uścisk  z  mocnego
zrobił się bolesny.

Uśmiechnęłam  się.  Nie  byłam  mężczyzną  i  nie  byłam  zainteresowana  grą  w  kto  ściśnie

mocniej. Miałam własne gierki.

Zmniejszyłam  grubość  osłony,  wizualizując  pełznącą  winorośl  tworzącą  małe  otwory

między  moją  psyche  a  światem  umarłych.  Wciąż  miałam  na  sobie  uroczną  bransoletkę,  ale
przekroczyłam  jej  możliwości  obronne,  gdy  sama  sięgnęłam  po  grobową  esencję.
Wyciągnęłam  tyle  zimna,  by  podniosło  mi  włosy  na  karku  i  zstąpiło  po  ramieniu,  dłoni...  W
końcu w dłoń detektywa.

Jego  błękitne  oczy  rozszerzyły  się,  gdy  poczuł  na  skórze  niespodziewany  dotyk  grobu.

Wyrwał rękę z uścisku i zatoczył się w tył. Mój uśmiech nie zmienił się ani odrobinę, znów
postawiłam osłony jak trzeba.

-  Skoro  jestem  tylko  pseudowidzącą,  może  ty  umiesz  wytłumaczyć,  dlaczego  ciało

Colemana nigdy nie było żywe? Czyż nie?

Zamrugał, ale nie czekałam na odpowiedź. Odwróciłam się na pięcie i wymaszerowałam z

sali.

Tym razem mnie nie zatrzymywał.
John  zrównał  się  ze  mną  przy  windzie.  Mały  łysy  placek  na  jego  głowie  błyszczał

czerwienią, a jego spojrzenie omiatało podłogę.

- To nie było mądre - szept był surowy i twardy, jakby przełknął to, co naprawdę chciał

powiedzieć.

Rzuciłam  identyfikator  na  ladę  recepcji  i  odwróciłam  się  do  niego.  -  Dlaczego  nie

prowadzisz  tej  sprawy?  Nie  odpowiedział.  Za  mną  ktoś  zakasłał.  Zaskrzypiał  czyjś  but.
Cholera,  mówiłam  o  wiele  za  głośno.  Gdy  otworzyły  się  drzwi  windy,  wzięłam  głęboki
oddech.

Poczekałam, aż wejdziemy do wnętrza. Drzwi zamknęły się za nami, zanim znów zaczęłam

mówić.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to nie twoje dochodzenie?
- Nie twoja sprawa. Masz szczęście, że cię nie aresztował - John spojrzał mi w oczy. - O,

nareszcie zaczęłaś nosić okulary.

Dotknęłam grubych, czarnych ramek.
-  Lubię  widzieć.  Potrzebuję  ich  jedynie  przez  godzinę  lub  dwie  po  używaniu  grobowego

background image

wzroku - zrobiłam pauzę. Zmienił temat. Dwukrotnie. Czy naprawdę chciałam to ciągnąć? Tak,
chciałam. - Kim jest ten Andrews?

John  wyślizgnął  się,  zanim  jeszcze  drzwi  otworzyły  się  do  końca  i  szybko  poszedł  do

policyjnego lobby. Sięgnął do drzwi i zatrzymał się na chwilę.

- Falin Andrews został przeniesiony do tego departamentu półtora tygodnia temu. Chcesz

wiedzieć, jak dostał tę sprawę, to zapytaj komisarza. A tak w ogóle, to co z naszą kolacją? -
spojrzał  przez  ramię  i  poruszył  wąsem.  -  Może  Maria  pozwoli  nam  na  trochę  ciasta  przed
posiłkiem - mrugnął okiem i potarł swój wystający nieco brzuch.

Mimowolnie się uśmiechnęłam. Takie zachowanie było bardzo w stylu Johna - gwałtownie

przechodził od złości do głodu. Musiałam jednak przyznać, sama myśl o cieście była kusząca.
Nawet zmieniłam krok. Ciasto mogłoby poprawić ten dzień.

Spojrzałam  przez  szybę  w  drzwiach  i  mój  optymizm  zmarł  na  miejscu.  Na  zewnątrz

tłoczyli się reporterzy. Vany stacji telewizyjnych stały po obu stronach drogi.

- Może spróbujemy przekraść się od tyłu? John potrząsnął głową.
- Zaparkowałem od frontu. Pamiętasz magiczne słowa?
- Tak, „bez komentarza". - Od dnia gdy prasa dowiedziała się o moim udziale w procesie

Amandy  Holliday,  miałam  sporą  praktykę  w  ich  używaniu.  Ale  wyjść  pod  ostrzał
mikrofonów?  To  już  nie  była  zabawa.  John  czekał,  obserwując  mnie  w  milczeniu.  Po  raz
ostatni  przygładziłam  włosy  i  wymusiłam  grymas,  mając  nadzieję,  że  będzie  to  najlepszy  z
możliwych  uśmiech  do  kamery.  Przynajmniej  byłam  przyzwoicie  ubrana  w  parę  ukochanych
czarnych  rurek  i  czerwony  koronkowy  top  -  więc  nie  będę  wyglądać  strasznie.  -  Jestem
gotowa.

Otworzył drzwi i reporterzy wlali się do środka.
- Detektywie Matthews, czy mamy jakieś nowe ślady w sprawie Colemana? - zadzierżysta

rudowłosa podniosła mikrofon. John obszedł ją bez słowa.

- Czy policja szuka magicznego wsparcia w sprawie śmierci gubernatora?
Przed moją twarzą pojawił się mikrofon, a trzymający go ciemnoskóry mężczyzna zapytał:
- Czy udało się pani porozmawiać z duchem Colemana? Zgadywali.
Szukali sensacji. Nie zamierzałam niczego podpowiadać. Odsunęłam mikrofon.
- Bez komentarza - warknął John, pomagając mi zejść po schodach.
Reporterzy zostawili nam tylko wąskie przejście. Rozdzielały nas mikrofony, więc szłam

kilka kroków przed Johnem. Pytania zawisły w powietrzu. Z tłumu wystrzeliwało coraz więcej
mikrofonów i kamer.

Byłam już w połowie schodów, gdy temperatura powietrza za mną spadła o dziesięć stopni

i  trupiozimne  palce  dotknęły  moich  ramion.  Zostałam  popchnięta,  i  to  mocno.  Wyleciałam
naprzód,  wyrzucając  przed  siebie  ręce,  by  uchronić  się  przed  skutkami  upadku.  Podczas
lądowania  zatrzeszczał  nadgarstek,  ale  to  mnie  nie  zatrzymało.  Przekoziołkowałam  przez
ramię  i  na  następnym  stopniu  uderzyłam  głową  o  cement.  Kolana  także  w  niego  uderzyły.
Resztę  schodów  pokonałam  w  przyśpieszonym  tempie  i  wylądowałam  na  pupie  na  czas,  by
zobaczyć, jak bezcielesną klatkę piersiową Śmierci przebija pocisk.

background image

3

-  Proszę  ze  mnie  zejść  -  odepchnęłam  rękę  ratownika  medycznego  i  nagły  atak  bólu

przeszył mi ramię, gdy tylko nim poruszyłam. Gorąca ślina wypełniła przestrzeń pod językiem,
przynosząc palący smak wymiocin.

Przełknęłam je. Nie było czasu na rzyganie. Nie było czasu na ból. Musiałam się ruszyć.

Razem  z  wózkiem.  Pilnować  strumienia  magii.  Coś  ciepłego  i  lepkiego  wpadło  mi  do  oka.
Wytarłam  to  wierzchem  dłoni,  zostawiając  na  przedramieniu  świeżą  krew.  Plama  nie  była
warta uwagi w porównaniu z inną krwią, którą również miałam na sobie, a która w większości
nie należała do mnie.

Nie, nie moja. Krew z wymierzonego we mnie pocisku.
-  Proszę  pani...  Proszę...  -  ratownik  znów  do  mnie  mówił.  Przytrzymał  mnie  za  ramię.  -

Proszę za mną iść...

Otrząsnęłam się.
- Jeśli wypuszczę ten urok, będziemy mieć tutaj tętniczy gejzer. Znowu. Proszę się cofnąć.
- Pani...
Przestałam  słuchać.  Całą  uwagę  skupiłam  na  trzymaniu  palców  przy  amulecie.  Na

szczęście,  jeden  z  reporterów  miał  go  przy  sobie.  Jego  wewnętrzny  urok  trzymał  Johna  przy
życiu,  gdy  czekaliśmy  na  ratowników,  ale  nie  został  stworzony  do  powstrzymywania
krwotoków tętniczych.

Ponad  moją  ręką  twarz  Johna  była  bardzo  blada  i  wilgotna.  No,  działaj.  Wyciągałam  z

opróżnionego już pierścienia nową moc, ładując urok raz po raz.

Czas mijał w nieskoordynowanych odstępach, gdy schowałam się za wózkiem, byle dalej

od  schodów  Posterunku,  a  bliżej  ulicy.  Obok  stała  karetka.  Ratownicy  wnosili  Johna  do
środka.  Poszłam  za  nim,  wślizgując  się  za  metalową  ławkę  naprzeciwko  personelu.  Drzwi
zatrzasnęły się i ambulans zaczął pędzić. Jego gwizdki wypełniły uszy hałasem.

Gdy medyk założył Johnowi maskę tlenową, wyciągnęłam resztki energii z pierścienia. Już

nic nie mogłam zrobić.

Krew zabulgotała wokół krawędzi amuletu. Cholera.
- Potrzebuję czaru tamującego.
-  Myślałem,  że...  -  ratownik  spojrzał  na  zużyty  urok  i  chwycił  w  dłonie  wielki  bandaż  z

symbolem OMUL-u na froncie. - Na trzy. Raz, dwa... - Trzy.

Szybkim  ruchem  zabrałam  amulet.  Rana  w  gardle  Johna  trysnęła  krwią  na  chwilę

przedtem, zanim medyk przyłożył uroczny bandaż.

Nie powinno być tyle krwi. Jasny strumień z tętnicy.
Monotonny pisk wypełnił powietrze. Kreska na monitorze biegła płasko.
Nie.
Medyk rozdarł koszulę Johna. Odwrócił się, sięgając po łyżki defibrylatora. Przycisnął je

do skóry.

- Dawaj!
Ciało Johna podskoczyło. Z nieszczelnego uroku na szyi pociekła krew.
Język  wypełnił  mi  usta.  Był  za  duży,  bym  mogła  przełykać,  bym  mogła  oddychać.

Monotonny  pisk  nie  ustawał.  Proszę,  nie.  Nie  mogłam  patrzeć,  ale  nie  mogłam  też  przestać
patrzeć. Chwyciłam Johna za rękę. Była wilgotna i zimna. - Dawaj!

Ratownik odepchnął mnie i znów przyłożył łyżki do ciała.

background image

Pierś  Johna  wygięła  się.  Powróciło  monotonne  popiskiwanie  aparatury,  najpierw

nieregularne. Po chwili powrócił stały rytm.

Wypuściłam  powietrze  z  płuc  i,  jak  na  komendę,  klatka  piersiowa  Johna  także  się

podniosła. Maskę tlenową pokryły kropelki mgły. Jego oddech był nierówny, piersi poruszały
się nagłymi skokami, ale oddychał sam. Spojrzałam w dal.

- Ten nabój był dla mnie.
- Co takiego? - ratownik spojrzał na mnie, dokładając nowy opatrunek do szyi Johna.
Potrząsnęłam  głową.  Nie  mówiłam  do  niego.  Spojrzenie  skupiłam  na  ciemnej  figurze  w

najdalszym rogu karetki. Śmierć opierał się o drzwi z założonymi rękami. Powieki skryły jego
oczy, ale czułam, że na mnie patrzy.

- Nie rób tego - powiedziałam.
Nie poruszył się. Medyk pochylił się nad ciałem Johna. Podążył za moim spojrzeniem do

miejsca, gdzie stał Śmierć, ale dla niego było ono puste.

Wyciągnął małą latarkę i zaświecił mi w oczy.
- Proszę spojrzeć na mój palec.
Zrobiłam to, ale tylko przez moment; potem wróciłam do obserwowania Śmierci.
- On nie umrze - powiedziałam.
- Robimy wszystko, co w naszej mocy - powiedział ratownik, badając ranę na moim czole.
Napotkałam jego spojrzenie, wciąż trzymając w dłoni dłoń Johna. - On nie umrze.
- Potknęłam się. Mówiłam.
- Chcesz, żebym uwierzył, że po prostu potknęłaś się i uniknęłaś pocisku? - oficer Hanson

postukał długopisem o notatnik.

Ciaśniej  otuliłam  się  szpitalnym  kocem.  Kilka  godzin  temu  był  to  podgrzewany  koc,  ale

urok  dający  ciepło  zużył  się,  a  tkanina  była  zbyt  cienka,  by  ochronić  mnie  przed  zimnym
szpitalnym  powietrzem.  Koc  był  jednak  lepszy  niż  rozcięta  z  tyłu  koszula.  Zimno,  niestety,
popsuło  mój  i  tak  zły  nastrój,  więc  zmusiłam  się  do  głębokiego  oddechu,
zanim odpowiedziałam Hansonowi.

- Upadłam. Nie wiem, jak to inaczej wyjaśnić.
- Pani Craft, połowa z kamer w tym mieście była w panią wycelowana, gdy padł ten strzał.

Widziałem nagranie. Pani zrobiła unik.

Głowa mi podskoczyła.
-  Czy  wydaje  się  panu,  że  miałabym  te  ślady  -  podniosłam  zagipsowany  nadgarstek  -  i

tuzin szwów na czole, gdybym świadomie uniknęła postrzału, jak pan sugeruje?

Pochylił się nade mną i postukał długopisem o okładkę notatnika. Staccato taniego plastiku

uderzającego o papier.

Nie byłam pod wrażeniem. Nie bałam się go. Byłam tylko zirytowana.
Naprawdę, miałam dość jego zawoalowanych gróźb.
Przerzuciłam  nogi  przez  łóżko  i  wstałam.  Mięśnie  ud  zabolały,  kręgosłup  także  zgłosił

protest. Ale, wyprostowana i bosa, mogłam spojrzeć oficerowi Hansonowi prosto w oczy.

- Powiedziałam już. Upadłam.
Jego  długopis  zawisł  na  chwilę  w  powietrzu,  by  za  moment  znów  uderzyć  o  notatnik.

Wtedy opuścił wzrok. Zamknął okładki notesu.

- Posłuchaj, Alex, nie sądzimy, żebyś miała z tym cokolwiek wspólnego. Próbujemy tylko

odkryć,  co  się  tam  stało.  Słyszałaś  wystrzał?  Widziałaś  coś?  Podejrzany  samochód,  cień  na
dachu? Co sprawiło, że dałaś nura?

background image

- Ja... - Co miałam powiedzieć? Ze Śmierć mnie popchnął? To było trochę poza zakresem

obowiązków Zbieracza Dusz. Nikt by w to nie uwierzył. Cholera, ja sama w to nie wierzyłam.
- Powiedziałam panu wszystko, co wiem.

Wydął  wargi,  ale  od  wysłuchania  jego  odpowiedzi  uratowało  mnie  nadejście  lekarza.

Obszedł dokoła zasłonę oddzielającą mnie od reszty ostrego dyżuru i uśmiechnął się.

- Mam dobre wieści, pani Craft. Tomografia mózgu jest czysta, więc dostaje pani wypis. -

Zanotował  coś  na  karcie  choroby.  -  I  niech  pani  przez  kilka  tygodni  nosi  ten  gips.  Szwy  się
rozpuszczą,  więc  nie  trzeba  będzie  ich  zdejmować.  Tylko  proszę  dbać  o  tę  ranę.  Ma  pani
jakieś pytania?

Uśmiechnęłam się.
- Tak, jedno. Czy może mi pan przepisać podwózkę do domu?
Żartowałam, a tak mi się przynajmniej wydawało, ale oficer Hanson odchrząknął.
- Szeryf sądzi, że strzelanina miała coś wspólnego z procesem Amandy Holliday. Pomysł

wykorzystania cienia jako świadka spowodował sporo kontrowersji. Szeryf oddelegował do
pani oficera, by zawiózł panią do domu i eskortował do budynku sądu jutrzejszego ranka.

-  Hm.  Dziękuję.  Mógł  wspomnieć  o  tym  wcześniej.  Wtedy,  gdy  wypytywał  mnie  jak

podejrzaną.  Potarłam  ramię  zdrową  ręką.  Zadrapania  wciąż  swędziały,  ale  lekarz  zapewnił
mnie, że to nic poważnego.

Spojrzałam na Hansona. Miałam nadzieję, że to nie on będzie mnie woził. Lekarz zawiesił

kartę na oparciu łóżka i uśmiechnął się ponownie.

- Niedługo zajrzy do pani pielęgniarka. Dobranoc. I proszę już nie skakać ze schodów.
Pokazałam mu zęby.
- Obiecuję.
Czy każdy myśli, że naprawdę unikałam tego postrzału? Wątpiłam, czy miałabym odwagę

wziąć  na  siebie  czyjkolwiek  postrzał,  ale  gdybym  wiedziała,  co  się  wydarzy,  na  pewno
zrobiłabym wszystko, by ostrzec Johna.

Lekarz  zasunął  za  sobą  zasłonę  i  wróciłam  do  Hansona,  oczekując  na  dalszy  ciąg

przesłuchania.

Wyglądał na równie zmęczonego, co ja.
- Jeśli pani sobie coś przypomni, zadzwoni pani na Posterunek? - Oczywiście - obiecałam.

I  zrobiłam  to  szczerze.  John  jest  moim  przyjacielem.  Zrobię  wszystko,  by  pomóc  odnaleźć
tego, kto go postrzelił. Cholera, w moim interesie było, żeby strzelec znalazł się za kratkami,
jeśli  naprawdę  celem  byłam  ja.  Zadzwonię,  jeśli  tylko  na  coś  wpadnę.  Na  cokolwiek.  Nie,
żebym  o  czymkolwiek  zapomniała,  ale  gdy  następnym  razem  spotkam  Śmierć,  będę  mieć  do
niego sporo pytań.

Hanson potarł oczy i włożył notatnik do kieszeni na piersi.
-  Proszę  iść  do  domu  i  odpocząć.  W  poczekalni  czeka  na  panią  oficer.  -  Gdy  zniknął  za

zasłoną, jego kroki odbijały się echem po linoleum.

-  Czekaj,  a  moje  ubranie?  -  Zostało  skonfiskowane  jako  dowód.  Odsunęłam  zasłonę.  -I

chcę zobaczyć się z Johnem.

Hansona nigdzie nie było, ale zaalarmowałam idącą w moją stronę pielęgniarkę. Jej oczy

rozszerzyły się, ale uśmiech nie zszedł z twarzy.

Podała mi małą paczkę.
- To powinno się przydać.
Pięć minut później miałam już na sobie purpurowy pielęgniarski komplecik w groszki, w

background image

którym  wyglądałam  jak  w  poszewce  na  poduszkę.  Na  szczęście  policja  zostawiła  mi  buty.
Wysoka do kolan czarna skóra ukrywała fakt, że spodnie kończyły się gdzieś pomiędzy kostką
a łydką.

Bez  czytania  podpisałam  formularze  wypisu,  które  podała  mi  pielęgniarka.  Czy  ta

przedłużona  wizyta  okazała  się  kosztowna?  Oczywiście.  Czy  było  mnie  na  nią  stać?  Nie.
Napisałam swoje nazwisko przy kolejnym czerwonym X.

-  Pani  Craft,  przykro  mi,  ale  pani  ubezpieczenie  jest  nieaktualne.  Westchnęłam.

Przypuszczałam, że tak będzie - przestałam je opłacać kilka miesięcy temu. Jednak warto było
spróbować. Zabrałam bezwartościową kartę i wrzuciłam ją do torebki.

- Może mi pani wystawić rachunek?
Dała  mi  więcej  formularzy.  Gdy  podpisałam  się  już  na  wszystkich,  zwróciłam  jej

podkładkę z papierami. Do zrobienia została mi tylko jedna rzecz.

-  Czy  może  mi  pani  wskazać  drogę  do  sali,  gdzie  leży  detektyw  Matthews?  Uśmiech

pielęgniarki zbladł, a mój żołądek znów się zacisnął.

Nie, on nie mógł... Śmierć nie mógłby... Mógłby. To była jego praca. Przełknęłam gulę w

gardle.

- Detektyw John Matthews. Policjant, z którym przyjechałam. Ten z raną szyi. Przytaknęła,

ale wciąż stała w miejscu.

-  Był  operowany.  Godziny  wizyt  już  się  skończyły.  Wypuściłam  długo  wstrzymywany

oddech.

- Pani żartuje. - Kto przejmuje się godzinami wizyt? Najwyraźniej ona.
- Może go pani odwiedzić jutro pomiędzy dziewiątą rano a szóstą po południu. Rozumiem,

że oficer, który miał panią zawieźć do domu, czeka w poczekalni? - wskazała dwuskrzydłowe
drzwi.

Racja.  Błysnęłam  krótkim  uśmiechem  i  odwróciłam  się  na  pięcie.  Znajdę  intensywną

terapię sama.

Przeszłam  przez  poczekalnię  na  drewnianych  nogach.  John  był  operowany.  To  dobrze.

Teraz będzie zdrowy.

Zagryzłam dolną wargę i zacisnęłam w dłoni sztywną koszulę.
Może będzie dobrze. Może. Gdy Śmierć zostawia duszę w ciele, nie znaczy to, że osoba

przestaje umierać. Już to widziałam.

Podczas otwierania drzwi do kolejnej poczekalni, dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Na

którym  piętrze  mogła  być  intensywna  terapia?  Na  jednej  ze  ścian  czekała  para  błyszczących
wind; zapewne udałoby mi się wślizgnąć do jednej

z  nich  niepostrzeżenie.  W  najgorszym  razie  zobaczyłabym  się  z  żoną  Johna,  Marią.

Musiałam z nią porozmawiać. Powiedzieć jej, wytłumaczyć... Ale co? Ja uniknęłam postrzału,
a  pocisk  uderzył  jej  męża?  Kolejny  dreszcz  zaatakował  moją  skórę,  tworząc  wilgotny  ślad  z
tyłu szyi.

To coś więcej niż szpitalne przeciągi.
Odwróciłam się gwałtownie, oczekując znajomego widoku Śmierci.
- Mam do ciebie kilka pytań... To nie był on.
Za mną stał duch. Jego bezcielesna sylwetka lśniła nieziemskim światłem. W sumie szpital

nie  był  specjalnie  dziwnym  miejscem  na  takie  spotkania.  Rozpoznałam  tę  figurę.  Duch  z
kostnicy? Co on, do cholery, tutaj robi?

Zatrzymał  się.  Jego  twarz  zastygła,  gdy  zauważył,  że  go  zobaczyłam,  choć  intensywność

background image

jego spojrzenia świadczyła, że mnie obserwuje. Dlaczego za mną chodzi?

Nie  miałam  czasu,  by  się  dowiadywać.  Zniknął,  wślizgując  się  w  świat  zmarłych.  Moja

dusza  zawsze  patrzyła  nad  rozpadliną  dzielącą  ten  świat  od  krainy  duchów,  ale  żeby  za  nim
pójść,  musiałabym  zniwelować  wszystkie  swoje  osłony.  Wolałam  nie  odsłaniać  umysłu  w
miejscu publicznym, zwłaszcza w szpitalu, gdzie między życiem a śmiercią przebywało wiele
dusz.

- Pani Craft?
Głos zatrzymał mnie w miejscu. Nie myśląc już o duchu, odwróciłam się w poszukiwaniu

tego, kto mnie zaczepił.

O, nie. Nie mogłam mieć aż tak złej karmy.
Detektyw  Andrews  przestał  podpierać  ścianę  i  podszedł  do  mnie.  Pokonał  dzielącą  nas

odległość i uśmiechnął się, co, o dziwo, nieco złagodziło jego rysy. Uśmiech nie sięgał jednak
oczu. Nie zamierzałam odwdzięczać się czymś równie fałszywym.

- Rozumiem, że to pan ma mnie odwieźć do domu -powiedziałam, próbując unieść jedną

brew. Rana na czole zapobiegła jednak tej impertynencji.

W  odpowiedzi  otrzymałam  jedynie  stęknięcie  wydane  w  momencie,  gdy  mnie  mijał.  To

będzie  ciekawa  podróż.  Nie  powinnam  była  źle  życzyć  Hansonowi.  Poprawiłam  torbę  na
ramieniu  i  poszłam  za  Andrewsem.  Od  kiedy  detektywi  śledczy  bawili  się  w  ochronę
świadków,  czy  jakkolwiek  mnie  tam  nazywali?  Wciąż  chciałam  zobaczyć  Johna  i  Marię,  ale
miałam wrażenie, że gdybym poprosiła detektywa Andrewsa o spędzenie jeszcze kilku chwil
w  poczekalni,  ponieważ  chcę  wślizgnąć  się  na  oddział  intensywnej  terapii,  zaprowadziłby
mnie do samochodu w kajdankach.

Detektyw  minął  szklane  drzwi.  Gdzie  my  idziemy?  Nie  może  przecież  tu  mnie

przesłuchiwać. Znowu.

- Nie powinniśmy wychodzić? Nie zwolnił kroku.
-  Ostatnia  osoba,  która  wyszła  z  tobą,  gdy  na  zewnątrz  czekał  tłum  reporterów,  została

postrzelona.

Aż  podskoczyłam,  słysząc  te  słowa.  Co  za  facet?  Kretyn.  Nie  mógł  powiedzieć,  że

będziemy  uciekać  przed  reporterami.  Nie,  musiał  wspomnieć  Johna.  Skuliłam  ramiona,
otulając się za dużą koszulą pielęgniarskiego kombinezonu.

Andrews pchnięciem otworzył drzwi do słabo oświetlonego korytarza. Hall obramowany

był  szarymi  ścianami;  jego  narożniki  ginęły  w  cieniu.  Zawahałam  się.  Lata  używania
grobowego  wzroku  zepsuły  mi  zwykły  wzrok,  a  chodzenie  po  nieznanych  korytarzach  w
ciemności  nie  było  moją  ulubioną  czynnością.  Niestety,  detektyw  parł  naprzód  bez
zatrzymywania i w ciągu kilku sekund niemal znikł w

panującym tu mroku. Przyśpieszyłam, by go dogonić.
-  Jak  to  się  stało,  że  został  pan  moją  eskortą?  -  Nie  interesowała  mnie  odpowiedź,  ale

musiałam jakoś wypełnić przestrzeń brzmiącą jedynie echem naszych kroków na cemencie.

- Poprosiłem o to - powiedział bez wahania. - To nasze drzwi - otworzył je.
Drzwi  wychodziły  na  kilkupiętrowy  garaż,  bardzo  dobrze  oświetlony,  dzięki  Bogu.  Gdy

opuściłam  korytarz  i  drzwi  zamknęły  się  za  mną,  ziemiste  powietrze  garażu  zmieniło  się  na
moment.

Czar.
Odskoczyłam  w  bok  i  moje  obolałe  ramię  uderzyło  w  ciało,  którego  przed  chwilą  tu  nie

było. Albo, przynajmniej, nie widziałam go wcześniej.

background image

Mało brakowało, a wskoczyłabym w czar, zamiast od niego odskoczyć.
Zatoczyłam  się  w  tył.  Czar  ukrywający  został  przerwany,  a  schowana  za  nim  drobna

kobieta  -  którą  potrąciłam  -  zwęziła  oczy  i  przeczesała  dłonią  ciemne  włosy.  Opadły  na  jej
ramiona  w  idealnym  porządku,  bez  jednego  wystającego  kosmyka.  Uśmiechnęła  się,
podstawiając  mi  mikrofon  pod  nos.  -  Pani  Craft,  jak  pani  sądzi,  dlaczego  została  pani  dziś
postrzelona?

Zdziwiona  patrzyłam  na  Lusę  Duncan,  reporterską  gwiazdę  „Witch  Watch".  Za  nią  stał

operator kamery, na której migało czerwone światełko. Nagrywali to.

Moją  pierwszą  myślą  było,  czy  podziękowałam  jej  za  czar  leczący,  który  dała  mi

wcześniej. To ona była właścicielką amuletu, który pozwolił Johnowi zatamować krwawienie
na schodach Posterunku.

Wtedy  dotarło  do  mnie,  o  co  dokładnie  zapytała,  i  trochę  mnie  zamurowało.  Miałam

pojawić się w najpopularniejszym programie informacyjnym Nekros w paskudnym mundurku
pielęgniarki.

Rzuciłam  desperackie  spojrzenie  w  stronę  detektywa  Andrewsa.  Odpiął  pistolet  i  zakrył

go płaszczem. Wszedł między mnie i Lusę, odsuwając mikrofon.

- Bez komentarza - powiedział, obejmując mnie ramieniem i odwracając od reporterki.
Lusa nie poddawała się łatwo. Jej obcasy zastukały na cemencie. Goniła nas.
- Czy nadal jesteś zdolna do przywołania cienia Amandy Holliday jutro rano?
- Tak. Nie ma sposobu, żeby jakiś rewolwerowiec o zamkniętym umyśle powstrzymał mnie

przed przywołaniem Amandy.

Moja odpowiedź zachęciła Lusę do zadania kolejnych pytań.
- Czy myślisz, że strzelanina miała cokolwiek wspólnego z tym, czego dowiedziałaś się od

cienia Colemana?

Palce detektywa Andrewsa zagłębiły się w moim ramieniu. Ostrzeżenie? Zmusiłam się, by

się  nie  odwracać  i  iść  dalej.  Nie  byłam  idiotką.  Lusa  szukała  sensacji.  Nie  miała  pojęcia,
kogo przywołałam w kostnicy. Tylko John i Andrews mieli pewność, że widziałam wyłącznie
ciało  Colemana.  John  był  na  intensywnej  terapii,  a  co  do  Andrewsa  -  miałam  poważne
wątpliwości, czy komukolwiek powiedział. A już na pewno nie prasie.

Detektyw Andrews wyciągnął z kieszeni kluczyki i nacisnął przycisk. Stojący przed nami

samochód  błysnął  reflektorami,  pisnął  i  odblokował  drzwi.  Pomyliłam  krok.  To  pozwoliło
zbliżyć się Lusie, ale nie mogłam nic na to poradzić. Sufitowe lampy oświetlały połyskliwy,
czerwony lakier na małym kabriolecie z opuszczonym dachem i nieskazitelną czarną, skórzaną
tapicerką.

To nie był policyjny samochód.
Niestety,  nie  miałam  czasu,  by  się  dziwić.  Wsunęłam  się  na  siedzenie  pasażera  i  otuliła

mnie  czarna  skóra.  Andrews  usiadł  na  fotelu  obok.  Samochód  ruszył  z  delikatnym
mruknięciem. - Ładne auto. - Spore niedomówienie.

Andrews  wrzucił  bieg,  a  ja  przesunęłam  dłonią  po  gładkim  lakierze.  Chyba  świeżo

wyjechał  z  fabryki  -  nie  to,  co  mój  stary  hatchback,  złożony  w  tej  samej  dekadzie,  w  której
wiedźmy wyszły ze schowków na miotły.

Głośne  echo  obcasów  Lusy  odbiło  się  od  cementowej  kolumny,  gdy  skręciła  obok  nas  i

wyciągnęła mikrofon.

-  Pani  Craft,  czy  Coleman  powiedział,  kto  go  zastrzelił?  Czy  myśli  pani,  że  do  pani

strzelała ta sama osoba?

background image

Andrews zawrócił samochód jednym płynnym ruchem, zmuszając Lusę do odskoczenia. Jej

mikrofon uderzył o posadzkę. Detektyw wrzucił kolejny bieg.

Samochód przyśpieszył.
-  Zadzwoń  do  mnie!  -  zawołała  za  nami  Lusa.  Spojrzałam  we  wsteczne  lusterko  i

zobaczyłam, że czymś rzuca.

Niemożliwe, żeby nas trafiła.
Mała  kropka  rosła  w  moich  oczach.  Samochód  zawrócił  w  kącie  garażu,  a  to,  czym

rzuciła, po chwili zmieniło kierunek i poleciało za nami.

Obróciłam  się  na  siedzeniu.  Mały  różowy  żuraw,  origami,  przeleciał  nad  tylnym

zderzakiem  i  nad  pustym  tylnym  siedzeniem.  Jego  małe,  trójkątne  skrzydełka  uderzały
powietrze z dziką prędkością, ale Andrews wciąż przyśpieszał. Żuraw zaczął tracić prędkość.
Wyciągnęłam rękę, by go schwytać.

Gdy  znów  usiadłam  prosto,  rozwinęłam  papierową  układankę.  Na  małym  karteluszku

widniał  napis:  „Lusa  Duncan,  »Witch  Watch«",  i  numer  telefonu.  Samonaprowadzające  się
ptaszysko  było  wymagającym  czarem,  jak  na  wizytówkę  firmową,  ale  zgadywałam,  że  Lusa
używała go do ścigania niechętnych rozmówców. Teraz znów był to zwykły papier. Fakt, że nie
próbowała  przemycić  do  samochodu  żadnego  czaru  szpiegowskiego,  no  i  że  pomogła,  gdy
John  został  postrzelony,  sprawił,  że  myślałam  o  niej  trochę  cieplej.  Wrzuciłam  kartkę  do
torebki.

- Mieszkam w Glen - powiedziałam, gdy dojechaliśmy do bramki garażu.
Andrews  bez  słowa  skręcił  w  lewo.  Niebo  błyszczało  rdzawą  czerwienią  miejskich

świateł,  ale  przy  moim  słabym  wzroku  cienie  panowały  nad  masywnymi  drapaczami  chmur
centralnego Nekros. Założyłam ręce i odsunęłam się od Andrewsa. Mogłam podać tylko jeden
powód,  dla  którego  mógł  chcieć  odwieźć  mnie  do  domu,  a  ja  nie  byłam  w  nastroju  do
odpowiadania na kolejne pytania. Nie żeby go to obchodziło.

- Co pani zobaczyła, gdy spojrzała pani na ciało Colemana? - zapytał, zanim dotarliśmy do

autostrady.

O nie, nie będzie wyciągał ze mnie informacji po wykopaniu mnie z kostnicy. Poprawiłam

się w siedzeniu i zaczęłam gapić się w ciemność przed nami.

- Wie pan, gdzie jest róg Chimney Swift i Robin? Rzucił mi szybkie spojrzenie.
- Wiem, gdzie pani mieszka. Powiedz mi o Colemanie.
- Chce pan coś wiedzieć o Colemanie? Proszę obejrzeć to, co nagrał John.
Światło latarni omiotło jego kwadratową szczękę.
- Widziałem je. Straciła pani kontrolę nad jednym z cieni i przysięgała, że ciało Colemana

było zaklęte, mimo  że certyfikowany wykrywający  nie znalazł czaru.  W końcu przekonywała
pani, że jego ciało wcale nie było ciałem.

Wzdrygnęłam się, ale próbowałam to ukryć, wzruszając ramionami. - Ma pan rację. Muszę

być beznadziejną widzącą. Po co te pytania?

Wcisnął hamulce i samochód zatrzymał się niemal w miejscu. Mój pas się zablokował, ale

i tak zdążyłam zaprzeć się ramionami o dach. Ramię znów zabolało. Po tym nagłym manewrze
Andrews skierował samochód na pobocze.

Staliśmy między latarniami, a budynki dokoła nas były ciemne, więc mogłam widzieć tylko

sylwetkę  siedzącego  koło  mnie  detektywa,  podświetlonego  błękitnymi  światełkami  deski
rozdzielczej. Przełknęłam ślinę. Głośno.

Andrews  popatrzył  na  mnie  zwężonymi  oczami,  co  w  tym  świetle  wyglądało  naprawdę

background image

nieprzyjemnie.

-  Albo  jesteś  oszustką,  która  trochę  za  długo  pasła  się  w  świetle  reflektorów,  albo

znalazłaś  coś,  czego  inni  nawet  nie  zauważyli.  Spojrzałam  mu  w  oczy.  Wytrzymałam
spojrzenie.

- A w co pan wierzy?
Zmarszczył  brwi,  ale  nic  nie  powiedział.  Trwała  cisza.  Wypełniła  przestrzeń  między

naszymi  fotelami,  stała  się  realna.  Obok  przejechał  samochód,  zalał  nas  światłami.
Zamrugałam. Gdy powróciła ostrość widzenia, Andrews patrzył w dal.

- Zacznijmy od nowa - skórzane siedzenie zapiszczało, gdy się obracał. - Jestem detektyw

Falin Andrews, główny śledczy w sprawie Colemana.

Między  nami  pojawił  się  zacieniony  zarys  jego  wyciągniętej  dłoni.  Za  pierwszym  razem

uścisk nie wyszedł nam najlepiej. Mimo to uścisnęłam jego urękawicznioną dłoń -w gorącym
samochodzie było to nawet przyjemne wrażenie. Gest był silny, ale profesjonalny.

- Falin - powiedziałam, skoro podał imię. Jego palce zacisnęły się wokół moich.
- Alex - puścił moją dłoń. - A teraz: co możesz mi powiedzieć o ciele Colemana?
- Przepraszam, ale pojedynczy uścisk dłoni nie wymazuje złego wrażenia.
-  Jedno  zdanie  powiedziane  w  gniewie  -  usprawiedliwionym  gniewie,  spowodowanym

tym, że ktoś babrał się w dowodach mojego śledztwa - psuje wszystko?

Uśmiechnęłam się.
- Pierwsze wrażenie najłatwiej zepsuć. Opuścił ramiona.
- Masz za dużo informacji o mojej sprawie. Mogę cię aresztować za utrudnianie śledztwa.
I tyle jeśli chodzi o brak gróźb.
Westchnęłam  i  popatrzyłam  na  zegarek  na  desce  rozdzielczej.  Już  nawet  nie  było  późno.

Dziś  nie  zadzwonię  do  Casey.  Wieści  dla  niej  będą  musiały  poczekać.  Teraz  chciałam  tylko
dotrzeć do domu, nakarmić psa i założyć wątek na forum Klubu Umarłych, by zorientować się,
czy ktoś kiedyś spotkał się z przypadkiem tak agresywnego cienia, jak Bethany, czy też czegoś
takiego  jak  wzory  na  ciele  Colemana.  Nie  wspominając  o  fakcie,  że  musiałam  naładować
pierścień  przed  jutrzejszym  procesem,  co  zajmowało  -  o  ile  wszystko  szło  prawidłowo  -
około siedmiu godzin.

Cóż, równie dobrze można z tym skończyć. Powstrzymując ziewnięcie, potarłam swędzące

ślady  po  paznokciach  Bethany.  Wtedy,  biorąc  głęboki  oddech,  spróbowałam  wyjaśnić  czar,
który zobaczyłam na ciele gubernatora - te wijące się glify... i niepowodzenia mojej magii przy
zwłokach Colemana. Zaczęłam mówić, a Falin z powrotem wjechał na szosę.

- I nie masz pojęcia, co robi ten czar?
- Ktoś mi przerwał. Nie odpowiedział.
- Czy detektyw Matthews zatrudnił cię do sprawy Colemana?
Zagryzłam  dolną  wargę.  Czy  John  byłby  w  większych  tarapatach,  gdyby  przywołanie

cienia gubernatora było jego pomysłem? Musiałam zastanawiać się trochę za długo, bo Falin
znów zaczął przyglądać mi się badawczo.

Popatrzyłam na wprost.
-  Coleman  to  była  przysługa.  Jedyny  cień,  o  którego  podniesienie  poprosił  mnie  John,  to

Bethany.

- Ofiara rytuału.
Rytuału?  Miał  na  myśli  metodycznego  seryjnego  zabójcę,  czy  jednak  to,  że  dziewczyna

straciła  życie  wskutek  jakiegoś  czaru?  John  nie  wspomniał  o  jakichkolwiek  magicznych

background image

powiązaniach,  ale  coś  bardzo  uszkodziło  cień  Bethany...  Zapamiętałam  tę  informację.  Może
pomoże mi w określeniu, dlaczego, jak to ujął Andrews, „straciłam kontrolę".

Przez  chwilę  jechaliśmy  w  ciszy.  Gdy  drapacze  chmur  zniknęły  w  oddali,  niskie

brzęczenie magii powoli przeniknęło powietrze wokół samochodu. Nie była to aktywna magia,
ale tak wyczuwało się Glen.

Glen, albo Wiedźmowe Glen, jak niektórzy je nazywali, było zbiorowiskiem podmiejskich

domków otaczających Dzielnicę Magiczną. Dzielnica była nie tylko najlepszym miejscem do
kupowania czarów i magicznych składników, ale również siedzibą prywatnej szkoły wiedźm,
magicznego baru i lokalnej siedziby OMUL-u.

Kabriolet  przejechał  przez  most  nad  rzeką  Sionan,  oddzielającą  Nekros  od  Dzielnicy

Magicznej i Glen.

Jeśli jedziecie na zachód od Sionan i nie wyjeżdżacie z miasta, jesteście związani z magią

lub  jej  szukacie.  Nie  wiadomo,  czy  wiedźmy  zbudowały  Glen  z  powodu  magicznego
rezonansu,  czy  rezonans  powstał  z  powodu  skoncentrowanej  w  tej  okolicy  magii.  W  żadnym
mieście nie czułam się podobnie i odprężyłam się, gdy poczułam, że jesteśmy blisko.

- Kto cię wynajął? - zapytał Falin, gdy wjechaliśmy w moją okolicę. - Klient. - Klient ma

jakieś nazwisko?

Nie odpowiedziałam. W normalnym okolicznościach nigdy nie podawałam danych moich

klientów.  A  na  pewno  nie  zamierzałam  wysypać  Casey  Andrewsowi.  Nie  tylko  dlatego,  że
była  z  rodziny.  Jeśli  ktokolwiek  by  się  dowiedział.  ..  Mój  ojciec  i  ja  mogliśmy  się  nie
widywać, ale nie zamierzałam prowokować skandali.

Falin  wjechał  na  mój  podjazd;  otworzyłam  drzwi,  zanim  zatrzymał  samochód.  Nie

chciałam mówić mu nic więcej.

Detektyw złapał mnie za ramię, a potem zacisnął palce na moim przedramieniu.
- Kto cię wynajął do obejrzenia ciała Colemana? - To poufne.
- Kto wiedział, że widziałaś jego ciało?
- Oprócz ciebie?
Zmarszczenie  brwi  pogłębiło  jego  rysy  i  sprawiło,  że  cienie  pod  policzkami  stały  się

ostrzejsze.

- Pani Craft, jestem pewien, że pani czarująca osobowość zjednuje pani wszystkich wokół,

ale czy jest ktoś, kto chciałby panią zabić?

Zamarłam i dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie.
- Szeryf sądzi, że strzelanina miała coś wspólnego z procesem Holliday. - To możliwe. Kto

jest klientem? Kto wie, że patrzyłaś na inne ciało?

Odsunęłam jego rękę i wyszłam z samochodu. Lista ludzi, którzy wiedzieli, że wybieram

się  do  kostnicy,  była  krótka  -  policjanci,  którzy  mnie  podwieźli,  John,  Tommy,  Falin  i,
oczywiście, Casey - i może mój ojciec, jeśli mu powiedziała. Nikt z nich raczej nie celowałby
do mnie z pistoletu w tłumie przed Posterunkiem. Strzelanina faktycznie musiała być związana
z procesem tej Holliday. Jakiś wariat nie chciał, żebym występowała w sądzie.

- Dziękuję za podwiezienie, detektywie - powiedziałam, zamykając drzwi.
Niestety, to, że zamknęłam je po swojej stronie, nie powstrzymało Falina od otwarcia tych

drugich. Wyszedł z samochodu.

- Kto cię wynajął? Nie zmuszaj mnie, żebym postarał się o nakaz pokazania mi twojej listy

klientów!

Więcej gróźb? Okay, w sumie to babrałam się w jego sprawie. Ale naprawdę?

background image

Odwróciłam się, gotowa, by wyrecytować oficjalne regułki na temat klientów i ich prawa

do prywatności, ale nie wypowiedziałam ani słowa, ponieważ wiatr podniósł włoski na moim
karku.  Wciąż  panowała  wysoka  temperatura  i  nie  wiał  wiatr.  Więc  uczucie,  którego  właśnie
doznałam, było nie na miejscu.

Okręciłam się na pięcie i kątem oka ujrzałam parę zwieszonych, okrytych flanelą ramion i

parę  grubych  okularów.  Wtedy  duch  zniknął.  Duch,  ten  sam.  Z  kostnicy,  a  potem  ze  szpitala.
Tutaj. Na moim podwórku. Odsłoniłam się troszkę, żeby mój grobowy wzrok omiótł świat, ale
go  nie  zmienił.  Gdy  patyna  rozkładu  obmyła  podwórko,  trawa,  w  jednej  chwili  soczyście
zielona, stała się zrudziała, ale nie było śladu ducha. Głęboko wszedł. - Pani Craft!

-  Dobrej  nocy,  detektywie  -  powiedziałam,  biegnąc  przez  podjazd.  Na  szczęście  nie

pogonił za mną.

Ominęłam  frontowe  drzwi;  dla  wygody  miałam  też  boczne.  Ścieżka  równo  ułożonych

kamieni  odchodziła  od  głównego  chodnika,  zakręcając  za  ścianą.  Czar  położony  na  płaskich
kamieniach  dźwięczał  z  cicha.  Gdy  weszłam  na  pierwszy,  następny  w  kolejności  zaświecił.
Czar był zeszłorocznym prezentem urodzinowym od współlokatorów obawiających się, że nie
zobaczę  ścieżki  moimi  uszkodzonymi  oczami.  Byłam  im  bardziej  wdzięczna,  niż  to
okazywałam.

Światła uliczne nie sięgały tej ściany domu. Jako że nie zamierzałam wracać tak późno, nie

włączyłam  żarówki  na  ganku,  więc  podświetlone  kamienie  były  tak  naprawdę  jedynym
źródłem światła. Przystanęłam o dwa kroki za rogiem

domu.  Nie  mogłam  być  daleko  od  schodów  prowadzących  na  moje  piętro,  ale  następny

kamień  był  tylko  małym  świetlnym  kołem.  Zamrugałam.  Magiczne  światło  absorbowało  coś
ciemnego. Ta odrobina, która pozostała, ujawniała w mroku parę dużych łap o bardzo długich
pazurach.

- Mówiłam już o blokowaniu przejścia - powiedziałam, schodząc z mojego kamienia.
Światło przybladło, zostawiając mnie w całkowitej ciemności - a przynajmniej dla moich

oczu  była  to  ciemność.  Wyciągnęłam  rękę  i  dotknęłam  zimnej,  kamiennej  głowy  gargulca,
Freda, niemal metrowego, uskrzydlonego kota. Polubił czar na kamieniach chodnika, co o tej
porze  potrafiło  być  dosyć  przykre.  Używając  gargulca  jako  punktu  zaczepienia,  obeszłam  go
dokoła, aż pod moimi stopami ścieżka ponownie rozbłysła światłem.

Błyszczące  kamienie  doprowadziły  mnie  prosto  do  podstawy  schodów.  Obolałe  mięśnie

protestowały  podczas  wspinaczki  na  pierwsze  piętro.  Gdy  dotarłam  do  drzwi,  moje  ciało
czuło się jak zbyt rozciągnięta gumka recepturka. Lepki pot przylegał do skóry i przyklejał do
niej  uniform  pielęgniarki.  Wyciągnęłam  klucze.  Nacisnęłam  klamkę  i  poczułam  kolejny
dreszcz. Duch? Odwróciłam się.

Duch stał dokładnie za mną, ale zauważyłam tylko zarys jego sylwetki i znowu zniknął. Co

się tutaj dzieje?

Powoli  otworzyłam  drzwi,  czując,  jak  opuszczają  mnie  lęki.  Pecet,  mój  lojalny  -  i

ostatnimi  czasy  całkiem  kosztowny  -  towarzysz  przywitał  mnie  merdaniem  ogona  i
entuzjastycznym szczekaniem. Bezwłose chińskie grzywacze były nieco śmieszne, ale w uroczy
sposób. Ten do tego miał jedną łapkę w jasnoniebieskim gipsie, przez co był jeszcze bardziej
godny pożałowania. Podniosłam go niezgrabnie; zawadzał mi mój własny gips.

-  Przepraszam,  że  jestem  tak  późno  -  powiedziałam,  gdy  lizał  mój  podbródek.  -  Spójrz,

teraz oboje mamy założony gips.

Okay, to nie był najlepszy tekst na powitanie. Postawiłam go na podłodze i patrzyłam, jak

background image

chodzi.  Jak  na  psa,  który  złamał  nogę  tydzień  temu,  był  w  bardzo  dobrej  formie.  Gips
powinien być zdjęty za kilka dni - na długo przedtem, zanim lekarz pozwoli mi zdjąć mój. Gdy
wzmocni się działanie leczenia magią, naprawdę dzieją się cuda.

Po spędzeniu kilku minut na podziwianiu Peceta, odwróciłam się do drzwi i przekręciłam

zamek. Drzwi zamknęły się z trzaskiem i lekkim buczeniem, a moje myśli wróciły do tematu
ducha.  Jestem  ciekawa,  czy  takie  drzwi  wystarczą,  by  go  zatrzymać?  Nie  były  stworzone  do
zatrzymywania duchów, choć one składały się głównie z siły woli i energii, więc jeśli nie był
złośliwy, powinny dać radę. Duch próbował powiedzieć mi coś w kostnicy, ale teraz chował
się, ilekroć go zauważałam. Czego chciał?

I dlaczego czuję się tak, jakby mnie nawiedzał?
 

background image

4

-  Wstawaj,  słoneczko!  -  zawołał  nadzwyczaj  entuzjastyczny  głos  i  drzwi  na  moje  piętro

zostały otwarte.

Zarzuciłam na głowę poduszkę.
- Jeśli nie jesteś seksownym facetem niosącym kawę, odejdź.
- Cóż, chyba nie jestem taki najgorszy - powiedział Kaleb, właściciel mieszkania i dobry

przyjaciel. - A to faktycznie jest świeża kawa. Czarna. Bez cukru.

Podniosłam  jeden  z  rogów  poduszki,  by  spojrzeć  na  niego  zaspanymi  oczami.  -  Jesteś

moim wujkiem-dobrą wróżką?

Jego usta wygięły się w uśmiechu; podniósł mój szlafrok z podłogi. Rzucił nim we mnie.
-  Wstawaj  -  powiedział  z  udawanym  zniecierpliwieniem,  ale  w  jego  głosie  dało  się

słyszeć ciepły uśmiech.

Wujek-dobra wróżka to była długa historia. Cóż, był fae.
- A tak w ogóle, to która jest godzina? - spytałam, gdy niechętnie uniosłam się na kolana i

założyłam szlafrok.

- Ósma czterdzieści pięć.
Stęknęłam. Spałam mniej niż cztery godziny. Gdy dotarłam do domu, musiałam naładować

pierścień i później spędziłam zbyt wiele czasu na przeszukiwaniu Internetu w odpowiedzi na
pytanie, dlaczego cień Bethany zareagował tak gwałtownie, i jakiejkolwiek wzmianki na temat
glifów,  które  widziałam  na  ciele  Colemana  -  albo  czymkolwiek  ono  było.  W  tradycji  ustnej
było mnóstwo opowieści o fae zabierających do siebie śmiertelników i podkładających w ich
miejsce kamienie lub drewno wyrzeźbione na kształt człowieka. Ale jaki fae chciałby zabrać
Colemana? To było bez sensu. Więcej snu zdecydowanie ułatwiłoby mi myślenie. Padłam na
materac.

- Daj mi jeszcze godzinę - wyszeptałam, zamykając oczy.
Kaleb  wyciągnął  przed  siebie  kubek,  pozwalając,  by  cudowny  zapach  palonej  kawy

przeszedł przez moje zmysły.

-  Wiesz...  -  powiedział.  -  Holly  wyszła  godzinę  temu.  Holly,  moja  współlokatorka  i

asystentka  prokuratora  okręgowego,  wierzyła  we  wczesne  wstawanie,  niezależnie  od  liczby
przespanych godzin.

- Holly jest pracoholiczką.
- A na dole czeka na ciebie policjant. I mówi, że przyjechał, by cię podwieźć.
Podwieźć?
- O, cholera. Proces. Muszę do sądu.
Wytoczyłam  się  z  łóżka,  przechwytując  parujący  kubek  z  rąk  Kaleba,  gdy  moje  stopy

dotknęły  podłogi.  Nie,  żebym  miała  czas  cieszyć  się  jej  smakiem  -  byłam  zbyt  zajęta
bieganiem po pokoju w poszukiwaniu ubrań, które wczoraj wybrałam. Kaleb był zbyt dobrze
wychowany, by się ze mnie śmiać.

Moje  powitanie  pani  prawnik  na  schodach  sądu  można  streścić  w  siedmiu  słowach  -

oskarżający wzrok pod bardzo mocno wydepilowanymi brwiami - i pytanie:

- Pani Craft, naprawdę, czy nie ma pani żelazka?
Dwadzieścia  minut  później  stałam  w  damskiej  łazience  spryskana  sprayem

rozprostowującym  zagniecenia,  z  włosami  ściągniętymi  do  tyłu  w  ciasny  kok  i  grubą  na  trzy
centymetry warstwą makijażu na twarzy.

background image

Moja opiekunka z OMUL-u, która naprawdę nazywała się Patricia Barid, odłożyła pędzel

do różu i wymanikiurowanymi palcami wzięła mnie pod brodę.

- Myślę, że zrobiłam, co mogłam - powiedziała, ale nagle jej oczy się zwęziły. - Gdybyś

tylko nosiła urok pięknej cery... Znów potrząsnęłam głową.

-  Nie  przywołam  cienia  z  obcą  magią  na  ciele  -  nie  chciałam  ryzykować

nieprzewidzianych interakcji magicznych przy obserwującej mnie sali. Zwłaszcza po tym, co
się stało wczoraj.

-  Jak  wolisz  -  odsunęła  się  i  zaczęła  szukać  wzrokiem  czegoś,  do  czego  mogłaby  się

przyczepić.

Pomacałam biodro w poszukiwaniu kieszeni, ale, oczywiście, takowej nie było. Markowe

ciuchy  nigdy  nie  mają  żadnego  praktycznego  elementu,  jak  na  przykład  kieszeni,  a  te  były
markowe,  zanim  ktoś  oddał  je  do  Goodwill,  skąd  je  wzięłam.  Moje  najlepsze;  sądziłam,  że
wyglądam w nich całkiem dobrze. Tak było do momentu, gdy spotkałam Patricię Barid.

-  Nie  sądzę,  żeby  ktokolwiek  miał  na  mnie  skupiać  uwagę.  -  W  końcu  byłam  tylko

czarownicą zza kurtyny tego procesu. Trudne pytania, w stylu „czym jest cień?" czy „dlaczego
cień  nie  może  kłamać?",  zostały  już  zadane  biegłemu.  Ja  tylko  musiałam  przywołać  cień  i
pozwolić adwokatowi zrobić swoje.

Partricia odchyliła głowę i zachichotała.
-  Tak  ci  się  tylko  wydaje.  Dzisiaj  dzieje  się  historia,  a  ty,  moja  droga,  jesteś  twarzą

OMUL-u.

Ze  spojrzenia,  które  mi  rzuciła,  wynikało,  że  wolałaby  widzieć  kogoś  innego  na  moim

miejscu.  Cóż,  miała  pecha.  Byłam  częścią  tej  sprawy  od  momentu,  gdy  znaleziono  ciało
Amandy, i to ja miałam przywołać jej cień.

Od  czasu  Magicznego  Przebudzenia  minęło  już  siedemdziesiąt  lat.  Wtedy  fae  uznali,  że

ogłoszą światu, iż dobre duszki z podań naprawdę istnieją. W erze nauki i technologii nikt nie
wierzył  już  w  duchy  i  gobliny  -  a  nawet  coraz  mniej  dzieci  potrafiło  zaklaskać  w  ręce  i
wykrzyczeć:  „A  ja  wierzę  we  wróżki!",  by  podtrzymać  legendę.  Powoli  znikały  więc  one  z
pamięci i ze świata. Nagle wyszły z czarciego kręgu, jak niektóry lubili mówić. Następne były
wiedźmy  i  ich  organizacja.  Wymiarów  zrobiło  się  więcej.  Magia  rozkwitła.  Historia  się
zmieniła  po  raz  kolejny,  a  ja  po  prostu  miałam  nadzieję,  że  moja  część  też  się  do  czegoś
przyda.

Ktoś  zapukał  w  drewniane  drzwi.  Aż  podskoczyłam  ze  strachu.  Kończył  nam  się  czas.

Musiałam iść. Patricia wydęła wargi, ale przytaknęła.

- Wyglądasz okay. - Zebrała rozsypane kosmetyki do wielkiej torby. - Nie używaj zbędnej

magii, gdy będziesz przywoływać cień. Po prostu to zrób. I nic nie mów, chyba że ktoś cię o
coś zapyta. I pamiętaj...

Otworzyłam drzwi.
- Tak, wiem. - Już odbyłyśmy tę rozmowę. Dwukrotnie.
Strażnik czekał pod drzwiami z podniesioną ręką, przygotowaną do kolejnego walnięcia w

drzwi. Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało i poprosiłam, by pokazał mi drogę. Postukałam
obcasami w hallu i już byliśmy na miejscu.

Wzięłam głęboki oddech. No to jestem.
Strażnik  otworzył  przede  mną  wielkie  dębowe  drzwi  i  gdy  weszłam  do  środka,  sala

ucichła.  Ludzie  zajmowali  niewygodne  drewniane  ławki.  Było  ich  zbyt  wielu  i  było  zbyt
gorąco. Kropla potu potoczyła się po mojej szyi. Może to nie była temperatura; może to fakt,

background image

że wszyscy na mnie patrzyli.

Poczułam  nagły  powiew  wiatru  i  ulgę,  przynajmniej  do  momentu  gdy  zorientowałam  się,

że  to  nie  było  ziemskie  zjawisko.  Duch  z  kostnicy  przeszedł  przez  moją  ścieżkę,  patrząc  na
salę sądową, zanim powrócił do mnie spojrzeniem.

Co on tutaj robi?
Nie miałam czasu, by się nad tym zastanawiać. Prokurator wyszedł mi na spotkanie.
- Wszystko dobrze, Alex?
Przytaknęłam, uśmiechnęłam się i straciłam ducha z oczu. Szybko obejrzałam salę. Zniknął

bez  śladu.  Zauważyłam  jednak  kilku  znanych  policjantów,  włączając  detektywa  Jensona,
partnera  Johna.  Skinęłam  mu  głową  na  przywitanie.  Po  procesie  muszę  z  nim  porozmawiać,
dowiedzieć  się,  co  u  Johna.  Nadal  patrzyłam  na  salę.  Mój  wzrok  zatrzymał  się  nagle  na
kobiecie z zapuchniętymi, czerwonymi oczami.

Ubrania  wisiały  na  niej  tak,  jakby  ostatnio  straciła  dużo  na  wadze.  Mimo  zapadniętych

policzków, rozpoznałam jej twarz.

Niemal zaklęłam. Zamiast tego dogoniłam obrońcę i zapytała go szeptem:
- Pozwalacie rodzinie to oglądać? Nawet się nie obejrzał.
- Będzie dobrze. Po prostu rób swoje.
Wrócił  na  miejsce,  siadając  obok  swojego  pomocnika.  Holly,  asystentka  i  moja

pracoholizująca współlokatorka, ukryła płomiennorude włosy w ciasnym koku. Miała na sobie
garsonkę. Wyglądała bardzo władczo i surowo, przynajmniej do momentu gdy mnie zauważyła
i pokazała mi szybciutko dwa uniesione kciuki.

Uśmiechnęłam  się  -  Holly  zawsze  potrafiła  poprawić  mi  humor  -  i  reszta  trasy  była  już

łatwiejsza. Podeszłam do bramki, ale nie usiadłam. Krzesło zostało zabrane, by zrobić miejsce
na  trumnę  Amandy  Holliday.  Jakaś  wiedźma,  zapewne  Patricia  Barid  lub  ktoś  z  jej
pomagierów,  naszkicowała  okrąg  wokół  bramki  i  trumny,  zanim  jeszcze  sala  się  wypełniła.
Wszystko, co musiałam zrobić, to go aktywować.

Zamknęłam oczy. Cichy szept rozsnuł się po sali; tuziny drobnych słów zebrane w jedno.

Zastanawiało  mnie,  jak  wielu  z  obecnych  naprawdę  znało  Amandę,  a  ilu  było  tu  po  to,  by
zobaczyć jej cień. Sprawienie, by zeznawał on w sądzie, od dawna było zastanawiającą ludzi
opcją.  Cienie  to  tylko  wspomnienia,  bez  odrobiny  osobowości.  Nie  mogły  kłamać,  ale
pamiętały  życie  dokładnie  tak,  jak  wyglądało  w  momencie  ich  śmierci.  Jednak  żadnemu
cieniowi nie udało się zostać świadkiem. Do dzisiaj.

Wyłączyłam dźwięki tłumu i skupiłam się na karmieniu okręgu energią, aż był pełen życia.

Wtedy poszłam głębiej, opuszczając osłony.

Na miejscu oskarżonego siedział najbliższy sąsiad Amandy. Przeciwko niemu świadczyły

tylko  dwa  dowody:  pojedynczy  blond  włos  znaleziony  w  jego  łóżku  pasował  kolorem  do
włosów  Amandy,  ale  brakowało  przy  nim  skóry,  więc  nie  można  było  porównać  DNA,  i
paragon za gaz z hrabstwa, w którym znaleziono ciało. Biuro prokuratora mogło udowodnić,
że sąsiad miał środki i motyw, ale zeznanie Amandy było jedynym sposobem, by można było
go  skazać  bez  żadnych  wątpliwości.  Natura  tej  zbrodni  i  mała  liczba  dowodów  przekonała
prokuratora,  żeby  przywołać  cień  nieżyjącej.  No  i  jeszcze  drobiazg.  Jeśli  ława  miała  z  kimś
sympatyzować, to właśnie z nią.

Wlałam  energię  w  jej  cień,  próbując  nadać  mu  fizyczną  formę,  tak  realną,  jak  to  było

możliwe. Znienacka rozległ się dziki krzyk i na chwilę stanęło mi serce.

Czy przywołałam jeszcze jeden?

background image

Nie, to nie Amanda krzyczała. To tłum. Wrzeszczeli ludzie.
Otworzyłam  oczy.  Grobowy  wzrok  pozwolił  mi  zobaczyć  Amandę  Holliday  siedzącą  na

pokrywie trumny, otoczoną przez potrzaskane deski bramki. Została pochowana w najlepszej
sukience,  ale  umarła  w  poplamionym  t-shircie  i  tak  zapamiętało  ją  jej  ciało.  Tak  więc  też
wyglądał jej cień.

Sędzia uderzył młotkiem, próbując przywrócić porządek; zawodząca matka musiała zostać

wyprowadzona z sali. Nie ona jedna tak zareagowała. Niewidzące oczy Amandy przyglądały
się  tłumowi,  twarz  była  całkiem  bez  wyrazu.  Jako,  że  już  nie  żyła,  horror  śmierci  jej  nie
dotyczył.  Miał  wpływ  jednak  na  ławę  przysięgłych,  sędziego,  tłum  i,  najwyraźniej  również,
oskarżonego. Ten był bledszy niż przywołany cień, a jego wytrzeszczone oczy gapiły się bez
mrugania na ciało zmarłe pięć lat temu, uśmiechające się krwistym uśmiechem spod gardła.

-  To  chyba  najkrótsza  narada  w  historii  -  Holly  podniosła  piwo.  Tamara  uniosła  swoją

butelkę.

- Za zamykanie złych kolesi!
Stuknęłam się z nimi i łyknęłam. Gdy postawiłam butelkę na stole, dreszcz przebiegł mi po

ramionach. Otuliłam się swetrem. Chyba jako jedyna w mieście nosiłam długie rękawy, ale w
końcu  trzymałam  przywołany  cień  przez  niemal  godzinę.  Chłód  miał  nieprzyjemny  zwyczaj
trwania nieco dłużej.

Holly  i  Tamara  już  nie  miały  na  sobie  garsonek.  I  -  na  znak  prawdziwego  zwycięstwa  -

Holly  rozpuściła  swoje  rude  włosy.  Już  nie  miała  koka.  Sądziła,  że  sprawia  on,  iż  wygląda
bardziej  profesjonalnie,  ale  przy  metrze  pięćdziesięciu  wzrostu  (na  obcasach)  i  z  twarzą  w
kształcie  serca  zawsze  wyglądała  bardziej  na  ślicznotkę  niż  kogoś  wzbudzającego  strach.
Chyba że właśnie zacząłeś zeznawać.

Kątem  oka  złapałam  stojący  za  mną  połyskujący  kształt.  Ten  przeklęty  duch.  Nie

zamierzałam  się  odwracać.  Gdybym  to  zrobiła  i  tak  by  zniknął,  a  nikt  inny  poza  mną  go  nie
widział. Głupi nawiedzacz. Zignorowałam go.

-  Tworzymy  dobry  zespół  -  powiedziałam  do  moich  towarzyszek,  wypijając  kolejny  łyk

piwa.

-  O,  za  to  wypiję!  -  Tamara  przeczesała  brązowe  włosy  dłonią  i  odsunęła  je  na  ramię,

zanim podniosła butelkę do ust.

Holly przytaknęła.
- Za wspólną pracę!
Znów  się  stuknęłyśmy.  Holly  była  przedstawicielką  biura  prokuratora.  To  ona

przygotowała  proces.  Tamara  przeprowadziła  autopsję,  a  ja  przywołałam  świadka.  Praca
zespołowa w najlepszym wydaniu. Brakowało tylko detektywa śledczego. Mój żołądek ścisnął
się  na  myśl  o  Johnie;  wciąż  był  nieprzytomny.  Rozmawiałam  z  Jensonem  po  procesie.  Jak
wiele stracił krwi?

Jakby wyczuwając pogorszenie nastroju, Holly pochyliła się i dotknęła mojego ramienia.
Myślę, że jesteśmy na celowniku. Pokazała mi kogoś ruchem głowy.
Było  wczesne  popołudnie  i  bar  stał  niemal  pusty,  więc  nie  było  zbyt  wielu  możliwości.

Mężczyzna  przy  stoliku  siedział  do  mnie  tyłem.  W  ciemności  i  bez  okularów  -  straciłam  je
podczas  upadku  ze  schodów  -  widziałam  tylko  światło  odbijające  się  od  jego  długich  blond
włosów.

Zacisnęłam  szczęki.  Dlaczego  miałby...  Potrząsnęłam  głową.  To  nie  mógł  być  detektyw

Andrews. Jemu podobni nie przychodzą do miejsc takich jak Mac's.

background image

Mac's  to  bar  w  stylu  „tylko  dla  bywalców".  Zlokalizowany  przy  krótkim  odcinku  State

Street,  kilka  przecznic  od  budynku  sądu.  Z  jednej  strony  graniczy  z  księgarnią  sprzedającą
używane książki, a z drugiej - z artystyczną kawiarenką. Prowadzą do niego czerwone drzwi
bez  żadnego  szyldu.  Jeśli  Andrews  przeniósł  się  do  Nekros  dwa  tygodnie  temu,  nie  mógłby
nawet słyszeć o tym miejscu.

Ilu  mężczyzn  mogło  mieć  włosy  w  tym  kolorze?  Mrugnęłam,  ale  oczy  nie  rozróżniały

szczegółów. Nie, żebym bardzo się starała. To nie było istotne. Odwróciłam się.

- Sprawdź go - powiedziałam Holly, gdy skończyłam piwo.
-  Nie  ma  mowy  -  Tamara  odstawiła  butelkę.  -  Gdybym  wiedziała,  że  idziemy  na

polowanie, nie przyszłabym.

Z  naszej  trójki  jedynie  ona  nosiła  niemagiczną  biżuterię;  był  to  pierścionek  z  ogromnym

diamentem.  Jako  uroczna  wiedźma  zapewne  nie  mogła  powstrzymać  się  przed  zaklęciem
pierścienia, ale z narzeczonym jeszcze nie ustalili daty, więc na razie trzymała fason. Holly i
ja założyłyśmy się, jak długo to jeszcze potrwa.

Uśmiechnęłam się do Tamary.
- Nie martw się. To tylko drink dla uczczenia sprawy.
Dokładnie. I wygląda na to, że potrzebujemy następnej kolejki - Holly pomachała ręką w

powietrzu  i  Mac  przyniósł  kolejne  trzy  butelki,  nowy  koszyk  chipsów  i  salsę.  Podniosłam
piwo.

- Za pionierskie zeznanie Amandy!
-  Niech  się  uda  -  Tamara  stuknęła  się  ze  mną  butelką.  Butelka  Holly  wydała  delikatny

dźwięk, gdy uderzyła o moją, ale ten ruch był ostrożny.

- Alex, wiesz, że to zajmie sporo czasu. Będzie apelacja. Pierwszy wyrok skazujący oparty

na zeznaniu cienia?

Tak,  wiedziałam.  Przez  kolejne  lata  prawnicy  będą  cytować  werdykt,  ale  nikt  nie  będzie

znać szczegółów. Niestety, biuro prokuratora nie pozwoli mi pracować nad innymi sprawami,
dopóki  nie  będzie  znany  wyrok  sądu  wyższej  instancji.  Co  oznaczało,  że  przez  dłuższy  czas
będę skazana na prywatnych klientów.

Westchnęłam  nad  piwem  i  rozmowa  zeszła  na  inne  dochodzenia,  którymi  się  ostatnio

zajmowaliśmy. Prawdopodobnie byłam nieco zbyt cicha, bo gdy zapadła cisza, dwie pary oczu
skierowały się prosto na mnie.

-  Cóż,  tak  naprawdę  miałam  nadzieję,  że  pomożesz  mi  w  najnowszym  dochodzeniu  -

powiedziałam, patrząc na Tamarę. - Chciałabym przyjrzeć się bliżej ciału Colemana. Możesz
to załatwić?

- To warte więcej niż moja praca? A, i jeśli dlatego wczoraj byłaś w kostnicy, nie chcę nic

o tym wiedzieć.

Moja butelka zawisła w powietrzu, w połowie drogi do ust.
- Nie widziałaś nagrania?
Nie  było  nagrania.  Przeszukałam  twardy  dysk.  Nie  ma  nawet  dowodu,  że  John  włączył

kamerę - zapatrzyła się w swoje piwo. - Co, jak sądzę, wiedząc, co zrobiłaś, jest raczej dobrą
informacją.

Opuściłam  wzrok  na  miseczkę  z  salsą  i  skoncentrowałam  się  na  nabraniu  jej  za  pomocą

chipsa. Jakim cudem nagranie mogło zniknąć?

Wzięłam drugiego chipsa. Przecież Falin je widział, przyznał się.
Holly przechwyciła chipsa, po którego sięgałam.

background image

-  Alex,  powiedz,  że  tego  nie  zrobiłaś?  -  jej  głos  obniżył  się  do  spiskowych  tonów.  -

Coleman spisał testament. Zastrzegł, by nie używać na nim magii. Przed lub po jego śmierci.

Nie miałam pojęcia, ale jakoś mnie to nie zdziwiło. Zamieszałam w salsie.
- Zidentyfikowałam Jane Doe. Nazywała się Bethany Lane.
- Dzięki Bogu! - powiedziała Tamara, przypuszczając, lub przynajmniej mając nadzieję, że

byłam w kostnicy wyłącznie z powodu sprawy Johna. Nie wyprowadziłam jej z błędu.

Wokół  stołu  zapadła  cisza.  Tamara  gapiła  się  na  w  połowie  pustą  butelkę,  jakby  ta

skrywała na dnie jakieś niesamowite sekrety. Potrząsając głową, odsunęła szkło.

- Powinnam już iść. Mam na stole kilka ciał, a to, że już są martwe, nie oznacza, iż mogą

czekać - wstała i przysunęła stołek do baru.

Umiałam zepsuć imprezę.
Pomachałyśmy  jej  razem  na  do  widzenia.  Holly  skończyła  piwo.  Z  hukiem  odstawiła

butelkę i trąciła mój łokieć.

- Cały czas jesteś obserwowana.
Ponownie  obejrzałam  się  przez  ramię.  Mężczyzna  uciekł  wzrokiem,  co  nie  było

najsubtelniejszym  z  odruchów.  On  naprawdę  wygląda  jak  detektyw  Andrews,  a  jednak  nie
mógł nim być. Jakim cudem?

Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się do Holly.
- Wątpię, żeby patrzył akurat na mnie. - Chyba że to Andrews.
- Ależ patrzy. Próbowałam pochwycić jego spojrzenie -i nic. Powinnaś spróbować.
- Nie zapomniałaś o czymś? - wskazałam na moją podrapaną twarz, całą w siniakach.
Holly  zakręciła  pierścieniem  na  palcu  wskazującym.  Na  jej  nosie,  policzkach  i  wzdłuż

linii  włosów  pojawiły  się  piegi.  Mnóstwo  piegów.  Widziałam  już  ją  bez  nałożonego  uroku,
ale  ta  liczba  piegów  zawsze  mnie  zadziwiała.  Przesunęła  pierścień  po  stole  i  wyciągnęła  z
torebki puderniczkę.

Gdy  nie  założyłam  pierścienia,  zrobiła  obrażoną  minę  -jedną  z  tych  małych  min,  które

zmieniały układ jej piegów. Z westchnieniem wcisnęłam pierścionek na mały palec. Czar mnie
łaskotał,  ale  próbowałam  się  nie  krzywić.  Nie  lubiłam  obcej  magii  na  skórze.  Holly
specjalizowała się w czarach ognia, ale ten urok czuło się jak jej magię. Nawet znając czar i
ufając czarującemu, nie czułam się komfortowo. Spojrzenie Holly omiatało moją twarz, a po
sposobie, w jaki zwęziły się jej oczy, widziałam, że urok nie podziałał tak dobrze, jak sądziła.
Wyciągnęła lusterko.

Po makijażu pani  prawnik i nałożonym  przez Holly uroku  wyglądałam niemal normalnie.

Niemal.  Wciąż  miałam  na  czole  szwy  i  widać  było  opuchliznę,  ale  nie  przypominałam  już
ofiary przemocy domowej.

Okręcając  się  na  stołku,  zamrugałam.  Mężczyzna  znów  podziwiał  ścianę.  Na  oparciu

krzesła  wisiała  szara  kurtka.  Rękawy  koszuli  miał  podwinięte  niemal  po  łokcie.  Z  mojego
miejsca mogłam zobaczyć kaburę jego broni. Cholera. To jest Andrews. Czy mnie śledzi?

Mogłam się o tym przekonać tylko w jeden sposób. Wstałam i zawahałam się, patrząc na

Holly.

- Nie pójdziesz sobie?
Holly  miała  mnie  podwieźć  do  domu.  Gdyby  wyszła,  miałabym  kłopoty.  Mój  samochód

został  w  garażu.  Ta  cała  sprawa  pod  tytułem  „nie-widzę-za-dobrze-po-użyciu-grobo-wego-
wzroku" naprawdę przeszkadzała w życiu. Zwłaszcza jeśli chodziło o samochody.

- Nie pójdę, chyba że będziesz chciała - mignęła znajomym uśmiechem.

background image

Po  przywoływaniu  cieni  miałam  tendencje  do  zabierania  mężczyzn  do  siebie.  Nic  nie

zwalczało  zimna  lepiej  niż  mocny  drink  i  gorące  ciało  obok.  Ale  na  pewno  nie  zabiorę  do
domu  Andrewsa.  Holly  strzeliła  palcami,  pośpieszając  mnie  do  działania.  Gdyby  tylko
wiedziała!  Nie  zamierzałam  jej  jednak  mówić,  kim  on  jest,  a  przynajmniej  -  jeszcze  nie.
Najpierw chciałam się dowiedzieć, co stało się z nagraniem. Miałam naprawdę ciężkie stopy,
ale gdy już usiadłam na krześle koło Andrewsa, udało mi się uśmiechnąć.

Spojrzał  w  górę  i  uniósł  brew  -  zazdrościłam  mu  tej  umiejętności,  mnie  nie  pozwalały

szwy - ale nie wydawał się zaskoczony tym, że dosiadłam się do stolika.

- Pani Craft, czy mogę w czymś pomóc?
Uśmiech, który przykleił sobie do warg, był krótki i denerwujący. Jak Holly może uważać,

że ten koleś jest interesujący? Okay, jest przystojny. Ale tak cholernie irytujący!

-  Falin  -  użyłam  imienia,  by  go  wkurzyć.  -  Zastanawiałam  się,  czy  jest  coś,  czego  ci

potrzeba? Wydaje mi się, że za mną chodzisz - błysnęłam zębami.

- Po prostu wpadłem na drinka - podniósł szklankę, wypełnioną głównie lodem.
Zdobił ją zakrętas ze skórki limonki, ale wątpiłam, żeby było w niej coś więcej. Mac był

dobrym barmanem i trzeba go było naprawdę wkurzyć, by w szklance wylądowała taka ilość
lodu. Oczywiście, tak też mogło być. Przestałam się uśmiechać.

- Co stało się z nagraniem?
Nawet  nie  mrugnął.  Nie  zmienił  się  też  wyraz  jego  twarzy.  Tylko  rysy  mu  stężały,  jakby

wcisnął pauzę. Zmrużył oczy i przesunął podbródek na jedną stronę.

- Nagraniem Colemana? Przytaknęłam.
- Wiem, że nie ma nawet zapisu włączenia kamery. Falin gwałtownie postawił szklankę na

stole i wstał. Nic nie powiedział, ale odwrócił się do mnie plecami i jednym ruchem

założył kurtkę. Poszedł w stronę drzwi. Wstałam z krzesła.
- Hej, ja nie skończyłam! Bez odpowiedzi.
Naprawdę nie wiedział, że nagranie zaginęło? Holly była zdziwiona.
- Nie poszło zbyt dobrze?
Wskazałam na drzwi, które właśnie się zatrzasnęły.
- To główny śledczy w sprawie Colemana.
Jej  usta  uformowały  wielkie  „O",  brwi  zbiegły  się  na  czole.  Ona  też  go  nie  zna?  Skąd

przeniósł się Falin?

Zdjęłam  uroczny  pierścień  z  dłoni  i  oddałam  go  Holly.  Już  uregulowała  rachunek,  więc

zebrałam resztę chipsów do serwetki. Podeszłam do drzwi.

- Po drodze wszystko ci opowiem.
- O, cholera - powiedziała Holly, dając po hamulcach. Spojrzałam przez okno. Nie trzeba

było  geniusza,  by  odkryć,  do  czego  odnosiła  się  ta  „cholera".  Przed  domem  było  pełno
fotoreporterów.  Zebrali  się  na  chodniku  i  otaczali  dom  jak  żałobnicy  grób.  Zobaczyłam  logo
kilku stacji informacyjnych.

-  Kaleb  mnie  zabije  -  wyszeptałam,  gapiąc  się  na  ustawione  wokół  kamery.  Kaleb  lubił

prywatność.  Moja  ostatnio  nabyta  umiejętność  zabierania  ze  sobą  reporterów  do  domu  na
pewno go nie uszczęśliwi.

Obniżyłam się w siedzeniu, próbując nie zwracać na siebie uwagi.
-  Nie  było  ich  tak  wielu  pod  budynkiem  sądu,  prawda?  Holly  potrząsnęła  głową  i

podjechała  powoli.  Gdy  tak  skradałyśmy  się  ku  podjazdowi,  kilkoro  nas  zauważyło.  Wtedy,
jak  jeden  mąż,  zaatakowali  wszyscy.  Wywrzaskiwali  pytania  w  kierunku  zamkniętych  okien.

background image

Samochód  poruszał  się  powoli,  lecz,  próbując  wjechać,  Holly  omal  nie  zniszczyła  wozu.
Reporterzy  pilnowali  się  przepisów  i  nie  schodzili  z  chodnika.  Oczywiście,  nie  musieli
wchodzić na podwórko, by wykrzykiwać pytania czy celować w nas kamerami.

-  Ty  właź  do  środka,  a  ja  zastosuję  tutaj  małą  dywersję  -powiedziała  Holly  i  wyłączyła

silnik. Spojrzała we wsteczne lusterko, jej palce musnęły nieskazitelną garsonkę.

Przytaknęłam.  Holly  była  prawnikiem;  takie  zwroty  akcji  i  działania  PR  były  clou  jej

życiorysu.  Otworzyłyśmy  drzwi  jednocześnie,  zaatakowały  nas  pytania.  Gdy,  okrążając  w
kucki  maskę  samochodu,  próbowałam  iść  w  stronę  swojego  piętra,  uśmiech  Holly  pracował
już na pełnych obrotach.

- Pani Craft, czy skomentuje pani...
- ...dowiedziała się, że Coleman... -.. .opisała wzór, który pani widziała...
- .. .fae odpowiedzialni za czar...
Zatrzymałam  się.  Rozumiałam  tylko  część  pytań,  które  brzmiały,  jakby  wiedzieli  o...

Odwracając się. zauważyłam w tłumie twarz Lusy.

Wskazałam na nią.
- O co pani pytała?
Lusa wystąpiła naprzód, oddzielając się od pola mikrofonów.
- Czy może pani zidentyfikować czar na ciele Colemana? To robota fae czy wiedźm?
Świat  się  zachwiał.  Mogłam  tylko  patrzeć  na  uśmiech  Lusy,  podczas  gdy  moje  wargi  się

rozdzieliły i opadła mi szczęka.

- Alex, idź do domu! - krzyknęła Holly.
Zamknęłam  buzię  i  zamrugałam.  Skąd  Lusa  wie  o  czarze?  Ogarnęłam  tłum  spojrzeniem.

Skąd oni wszyscy o tym wiedzą?

Nagranie.
Obróciłam  się  na  pięcie  i  pobiegłam  wzdłuż  ściany  domu,  niemal  wpadając  na

zaprzyjaźnionego gargulca, Freda.

Gargulec  nie  nazywał  się  Fred,  ale  jak  większość  magicznych  stworzeń,  nie  chciał

powiedzieć,  jak  ma  naprawdę  na  imię.  Zaczęłam  nazywać  go  „Fred"  kilka  lat  temu,  by  go
zirytować  i  zmusić  do  wyjawienia  tajemnicy.  Ku  mojemu  zdziwieniu,  stworzeniu  spodobało
się brzmienie tego słowa albo po prostu nie dbało o to. jak będzie nazywane.

Choć  nigdy  nie  widziałam,  by  Fred  się  poruszał,  gargulec  chodził  w  okolicy  domu.  Ale

zawsze  trzymał  się  w  pobliżu  garażu.  Na  ogół  zostawiałam  mu  miseczkę  pełną  mleka,  które
zdawało się mu smakować. Miałam wrażenie, że pilnował terytorium przed innymi gargulcami
i  że  nasze'  podwórko  było  dla  nich  smakowitym  kąskiem.  Magia  wzywała  magię,  a  Kaleb
zużywał  jej  całkiem  sporo.  Oczywiście,  większość  mniejszych  magicznych  stworzeń,  żyjąca
poza Faerie Knowe, mieszkało w Glen.

Zielony  Mężczyzna  nie  lubi  zwracać  na  siebie  uwagi,  powiedział  Fred  wewnątrz  mojej

głowy.

-  Powiedz  mi  coś,  czego  nie  wiem  -  wymamrotałam.  „Zielony  Mężczyzna"  było

przezwiskiem,  jakie  gargulec  nadał  Kalebowi.  Bez  zatrzymywania  się  ominęłam  kamiennego
stwora i wbiegłam na schody, przeskakując po dwa naraz.

Pecet skakał u moich stóp - czego nie powinien robić w swoim stanie - ale gdy wbiegałam

do  środka,  nie  zwróciłam  na  niego  uwagi.  Nie  zatrzymałam  się.  Przebiegłam  przez  pokój  i
przycisnęłam resztki tego, co niegdyś było włącznikiem telewizora. Ekran zahuczał i wypełnił
się kolorami. Na wizji pojawiła się Lusa Duncan z moim domem w tle. - ...gdzie Alex Craft

background image

właśnie  dojechała.  Na  razie  nie  uzyskaliśmy  komentarza  do  szokujących  odkryć  na  temat
zmarłego  gubernatora,  ujawnionych  w  nagraniu,  które  pojawiło  się  w  Internecie  na  wielu
stronach. - Nastąpiło cięcie montażowe i na ekranie pojawiła się moja twarz. Moje oczy lśniły
grobowym wzrokiem, gdy patrzyłam na odsłoniętą głowę i klatkę piersiową Colemana.

Mój  obraz  w  TV  spojrzał  na  kogoś  poza  ekranem  i  powiedział  to,  co  ja  wczoraj  w

kostnicy, ale nie mogłam rozróżnić słów. Dźwięki paniki wypełniły uszy, pochłaniając fonię.
Ekran  znów  się  zmienił,  tym  razem  pokazując  schody  Centralnego  Posterunku,  w  momencie
gdy przechodził przez nie detektyw Andrews, podnosząc ramię, by ochronić się przed armią z
mikrofonami.

-  W  tym  momencie  policja  Nekros  nie  skomentowała,  czy  przedstawione  przez  nas

nagrania są autentyczne -dobiegł z offu głos Lusy, gdy Falin dotarł do pierwszego stopnia.

Spojrzał w tył. Operator kamery zrobił zbliżenie, skupiając się na jego twarzy. Lodowato

niebieskie oczy zdominowały ekran. Były naprawdę wkurzone.

Byłam pewna, że były wkurzone z mojego powodu.  
 

background image

5

- Ty głupia strono!
Wpisałam kolejne polecenie, ale bez skutku. Nie mogłam się tu włamać. Przełączyłam się

na  inną.  Przez  ponad  dwie  godziny  próbowałam  znaleźć  oryginalną  wersję  nagrania,  które
przeciekło  do  Internetu,  ale  plik  był  wszędzie.  Jak  wirus.  Stacje  informacyjne,  błogi,  fora,
torrenty - wszędzie.

Zadzwoniła  komórka.  Spojrzałam  na  wyświetlacz,  ale  nie  znałam  numeru.  Nacisnęłam

przycisk,  by  skierować  dzwoniącego  bezpośrednio  do  skrzynki  głosowej,  która  była  pewnie
już  całkiem  zapełniona.  Prawdopodobnie  każdy  reporter  w  tym  kraju  miał  już  mój  numer.
Byłam  zaskoczona,  że  do  tej  pory  nie  odezwała  się  Casey.  Zapewne  w  ciągu  kliku  godzin
zobaczy nagranie, o ile jeszcze go nie widziała. Przed rozmową z nią musiałam zdobyć więcej
informacji.

Pecet, do tej pory śpiący na moich kolanach, podniósł swoją okoloną białą sierścią głowę

i  spojrzał  na  mnie,  najwyraźniej  niezadowolony  z  mojego  zachowania.  Wstał  i  zaczął  się
kręcić, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, ale nie mógł się ułożyć, bo chyba przeszkadzał
mu gips. Zgiął tylne łapki, jakby chciał zeskoczyć.

- A nie, tego ci akurat nie wolno - powiedziałam nieprzytomnie, złapałam go i postawiłam

na podłodze. Jego pazurki stukały po drewnie, gdy szedł sprawdzić zawartość miseczki. Pustej
miseczki - już skończył wszystkie chipsy, które przeszmuglowałam z Mac's.

- Obiad będzie później - powiedziałam i wróciłam do komputera.
Zimny wiatr zatańczył na moich odsłoniętych ramionach.
Ten przeklęty duch.
Miałam  go  naprawdę  dość.  Znów  się  odwróciłam.  Duch  stał  bezpośrednio  za  mną,

pochylony,  jakby  chciał  przeczytać  to,  co  pisałam  na  komputerze.  Fotel  się  okręcił,  a  moje
kolana dotknęły jego nogi. Oczy miał rozszerzone.

Myślałam, że zniknie, ukryje się głęboko w krainie umarłych, jak już to robił wiele razy w

ciągu  ubiegłej  doby.  Teraz  wkurzył  mnie  jednak  tak  bardzo,  że  mogłabym  przejść  rozpadlinę
razem z nim.

Ale nie zniknął. Skupił wzrok w miejscu, gdzie stykały się nasze nogi, a potem na mojej

twarzy. Wtedy zaczął poruszać wargami. Potrząsnęłam głową. Więc teraz chce porozmawiać?

Wyciągnął dłoń i objął mój nadgarstek lodowatymi palcami.
Krzyknęłam, spadając z fotela. Mebel zachwiał się i wywrócił dokładnie w miejscu, gdzie

stał duch, uderzając mnie przy okazji w łydkę. Uścisk ducha nie zelżał. Mój gość przesunął się
nieco,  żeby  nie  stać  w  pozostałościach  fotela.  Jego  usta  nie  przestały  się  poruszać.  Nie
rozumiałam go.

- Weź te ręce albo wyegzorcyzmuję twój żałosny tyłek! - Okay, nie umiałam tego zrobić.

Ale on o tym nie wiedział.

Albo może i wiedział? Jego uścisk przybrał na sile, palce zagłębiły się w moje ciało. Jego

wargi poruszały się powoli, przesadnie podkreślając słowa. Wskazywał na mnie wolną ręką.

Jasne - chciał, żebym coś dla niego zrobiła. Cóż, ja chciałam tylko, żeby mnie puścił.
Skoncentrowałam  się  na  wzmocnieniu  osłon,  wizualizując  ścianę  żyjącej  winorośli

otaczającą  moją  psyche  i  oddzielającą  mnie  od  świata  umarłych.  Między  liśćmi  rośliny
zawsze były małe prześwity, przez które mogłam patrzeć na rozpadlinę i rozmawiać z duchami
i Zbieraczami Dusz. Całkowite zamknięcie wyczerpywało i było czymś w rodzaju zasłonięcia

background image

oczu rękami i wetknięcia palców w uszy. Ale nie było niemożliwe.

Zwizualizowałam  winorośl  nieco  inaczej;  tym  razem  wiła  się  nieco  gęściej.  Z  zielonych

pędów wyrosły długie jak sztylety ciernie, czerwone jak ostrzeżenie.

Palce  ducha  przeszły  przez  mój  nadgarstek,  zostawiając  w  kościach  grobowe  zimno.

Połyskliwa  postać  zmieniła  się  w  niemal  przeźroczystą.  Zmarszczyła  brwi  i  zaczęła
obserwować własną dłoń. Znów ją wyciągnęła i znów dłoń przeszła na wylot.

Uśmiechnęłam  się.  Sądząc  po  sposobie,  w  jaki  duch  się  cofnął,  nie  był  to  mój  najmilszy

uśmiech. Podniósł ręce i coś powiedział, coś, co mogło być równie dobrze „przepraszam", jak
i „proszę, pomóż".

Któregoś dnia muszę nauczyć się czytania z ruchu warg. Ale nie dzisiaj.
Założyłam ręce i cofnęłam się o krok.
-  Ustalmy  zasady.  Po  pierwsze,  na  ogół  nie  pomagam  wędrującym  duszom  w  ostatecznej

zemście czy przekazywaniu wiadomości zza grobu ukochanym. Okay?

Duch zmarszczył się bardziej, ale przytaknął.
- Dobrze. Zgaduję, że zacząłeś za mną chodzić w kostnicy. Czy wiesz coś o którymś z ciał?
Jego  wargi  się  rozdzieliły  i  przytaknął  tak  energicznie,  że  aż  musiał  poprawić

niematerialne okulary. Okay, dochodzimy do czegoś.

- O którym?
Jego  usta  znów  zaczęły  się  poruszać;  gestykulował  z  rozmachem.  Podniosłam  rękę,  by

zatrzymać  tę  pantomimę  i  duch  opuścił  ręce.  Usłyszałam  nawet  coś  w  rodzaju  westchnienia,
które wzburzyło mu włosy.

Racja. Pytania na „tak" i „nie", Alex. Odchrząknęłam.
-  Czy  wiesz  coś  o  śmierci  gubernatora  Colemana?  Duch  przechylił  na  bok  głowę,  jakby

rozważał treść pytania. Przytaknął pojedynczym, powolnym ruchem głowy.

Cóż, nie była to najbardziej entuzjastyczna odpowiedź, ale oznaczała więcej niż nic.
Kropla potu spadła mi z linii włosów, wilgotna linia zaznaczyła ścieżkę aż do podbródka.

Nie mogłam trzymać osłon tak długo. Wskazałam głową na róg pokoju i skłoniłam ducha, żeby
poszedł  za  mną  do  naszkicowanego  na  podłodze  okręgu.  Na  jego  krawędziach  brzęczała
energia, mimo że bariera była teraz uśpiona.

-  I  do  środka  -  powiedziałam,  wskazując  na  ducha.  Nie  spodobał  mu  się  ten  pomysł.

Skurczył się i schował pięści do przednich kieszeni workowatych dżinsów.

-  Hej,  jeśli  chcesz  ze  mną  pogadać,  wejdź  do  okręgu.  Albo  to,  albo  będziesz  musiał

znaleźć sobie inną grobową wiedźmę do nawiedzania.

Miałam  nadzieję,  że  nie  wybierze  drugiej  możliwości,  jeżeli  wiedział  cokolwiek  o

Colemanie. Ale on już niestety pojął, że jest w stanie mnie skrzywdzić, a jeśli opuszczę osłony
na  tyle,  żeby  go  usłyszeć,  staniemy  się  dla  siebie  nawzajem  zbyt  realni.  Nie  zamierzałam
ryzykować, dopóki nie znajdzie się w pułapce.

Jego  niesłyszalne  niezadowolenie  sprawiło,  że  ramiona  opadły  mu  jeszcze  bardziej,  ale

wszedł w granice okręgu. Przesłałam energię z pierścienia do bariery, zanim zmienił zdanie.
Gdy między nami powstała przezroczysta błękitna ściana, uśmiechnęłam się i puściłam osłony.
Moje  mentalne  winorośle  rozluźniły  zwoje  i  pozwoliłam  im  na  stworzenie  mniej  ścisłego
muru, wystarczającego, by nie narazić się na zbytnie niebezpieczeństwo, ale pozwalające mi
na sięgnięcie całkiem daleko nad rozpadliną.

Zamrugałam,  włączyłam  grobowy  wzrok  i  rozkładający  się  świat  nałożył  się  na  widok

mojego  mieszkania.  Rozbity  gips  i  szare,  słabe  światło  zmieszały  się  z  beżowymi  ścianami,

background image

realne czy nie. Skupiłam uwagę na duchu.

Jego  włosy  okazały  się  orzechowobrązowe,  a  ramki  okularów  grube  i  plastikowe.  Ich

czerń  pojawiała  się  w  mo-dowych  annałach  i  znikała  z  nich;  ostatnio  były  noszone  przez
artystów  i  emo.  Flanelowa  koszula  była  tak  samo  bezbarwna,  jak  wcześniej,  ale  dżinsy
przybrały ciemnoniebieską barwę.

- Jak masz na imię? - zapytałam.
Duch zmarszczył brwi. Na początku nie wyglądało na to, że odpowie.
Byłaby to doprawdy ironia, jako że wcześniej, gdy nie mogłam go słyszeć, dopraszał się

uwagi. W końcu jednak wzruszył ramionami i powiedział:

- Roy Pearson.
Skinęłam  głową,  ale  nie  znałam  tego  nazwiska.  Nie  było  powodu,  dla  którego  miałabym

znać wszystkich denatów, którzy trafiali do kostnicy.

Duchy  łatwiej  przystosowywały  się  do  sytuacji  niż  cienie,  a  ich  wygląd  bardziej

odpowiadał temu, co o sobie myśleli niż faktycznemu stanowi ich ciała w chwili śmierci. Jeśli
więc Roy rzeczywiście był mężczyzną około trzydziestki w pełni zdrowia - no cóż, wyłączając
fakt, że umarł - znalazł się w kostnicy wskutek czyjegoś złośliwego działania.

Grzecznie  byłoby  zapytać,  jak  żył  i  jak  umarł  Ale  ponieważ  zaczął  mnie  nawiedzać,

strzelano  do  mnie,  a  mój  dom  otaczali  reporterzy,  więc  nie  czułam  się  w  obowiązku  być
grzeczna.

- Roy, co wiesz o ciele Colemana? Podejrzewam, że to podrzutek, tak? Coś urocznego lub

inaczej zaklętego, co wyglądało jak Coleman?

-  Coleman.  -  Jego  usta  ledwo  mogły  wypowiedzieć  nazwisko.  -  Wszyscy  gadają  o

gubernatorze  Colemanie.  -  Spojrzał  na  mnie  jasnymi  oczami.  -  Przynosisz  sprawiedliwość
umarłym, prawda? Tak, jak tej małej dziewczynce.

Zatrzymałam  się  na  chwilę.  „Mała  dziewczynka"  to  zapewne  Amanda  Holliday.  Już

mówiłam Royowi, że nie zajmuję się pozagrobową zemstą.

Duchy czuły, więc mogły i kłamać. Przekupne nie bywały.
- Posłuchaj, chciałabym ci pomóc, ale... Przerwał mi.
-  To  ciało,  o  którym  wszyscy  mówią?  Jest  całkiem  realne.  Po  prostu  nie  należy  do

Colemana. Jest moje.

 

background image

6

- Stop. Co to znaczy: twoje? - Przez głowę przelatywały mi tysiące możliwych odpowiedzi

na to pytanie.

- To, co powiedziałem - duch schował pięści do kieszeni. - To ja jestem martwy i leżę na

tym przeklętym wózku.

Zaczęłam  myśleć.  Od  kiedy  zobaczyłam  ciało  Colemana,  miałam  mnóstwo  pytań  -  i  ani

chwili, żeby je przemyśleć. Ale teoria podrzutka miała sens z dwóch powodów. Po pierwsze,
ponieważ  moja  grobowa  magia  nie  pozwalała  mi  się  dostać  do  ciała,  i  z  powodu  wielu
opowieści.  Oczywiście,  większość  z  nich  stanowiła  bełkot,  ale  zdarzały  się  w  nim  ziarna
prawdy.  Nawet  teraz,  siedemdziesiąt  lat  po  Przebudzeniu  i  wyjściu  fae  z  czarciego  kręgu,
nigdy  nie  zaprzeczono  istnieniu  podrzutków.  Mogę  się  założyć,  że  każdy  przypadek  śmierci
łóżeczkowej  niemowlęcia  jest  teraz  badany  dwukrotnie  dokładniej.  Tę  teorię  mogłam  też
wyłożyć Casey, aby się usprawiedliwić.

Ale  miałam  z  tym  problem.  Jeśli  to  fae  byliby  odpowiedzialni  za  śmierć  gubernatora,

dlaczego trzymali jego ciało, a potem podkładali takie coś? To nie miało sensu. Oczywiście,
Roy nie dyskutował z faktem, że ciało nie zostało podłożone - albo może raczej z tym, że to
było coś zaklętego tak, żeby wyglądało na coś innego. Mówił jedynie, że to było ciało. Tyle że
nie ciało Colemana. Co wciąż nie wyjaśniało, dlaczego nie liczyło się jako umarłe.

Zagryzłam wargę i spojrzałam na Roya. Obserwował mnie, jakby czekał, aż przemyślę te

rewelacje, zanim powie mi więcej.

Cokolwiek  zobaczył  w  mojej  twarzy,  spodobało  mu  się,  bo  zadowolony  wypuścił

powietrze.

- Wierzysz mi. Wiesz, jak długo czekałem, by ktoś mi uwierzył?
- Coś około dwóch tygodni?
Wtedy kamera nagrała strzelaninę. Teraz, gdy dobrze przyjrzałam się Royowi, uznałam, że

mógły  robić  za  z  lekka  zaniedbanego  młodszego  kuzyna  Colemana.  Miał  odpowiednią
sylwetkę,  a  włosy,  gdyby  zostały  odpowiednio  przycięte,  byłyby  identyczne.  Kolor  oczu
również się zgadzał. To miało sens - znaleźć ciało osoby wystarczająco podobnej do tego, z
którego robisz podrzutka. Biedny facet, zamordowany dlatego, że kogoś przypominał...

Roy potrząsnął głową.
- Dwa tygodnie? Raczej dwanaście lat. - Poczekaj. Co?
- Ten skurczybyk dwanaście lat chodził po świecie, używając mojego ciała. Dostał kulkę i

po prostu je porzucił. Ale czy ktoś wie, co mnie się przydarzyło? Nie. Pogrzebali mnie w jego
grobie, a moja rodzina, dziewczyna... Zawsze będą się mogli tylko domyślać...

Nagły  zawrót  głowy  sprawił,  że  się  cofnęłam.  Uderzyłam  udami  o  łóżko  i  padłam  na

materac.  Dwanaście  lat?  To  wtedy,  gdy  Coleman  pojawił  się  na  politycznej  scenie  Nekros.
Jeśli  Roy  powiedział  prawdę,  wszystko,  co  reprezentował  sobą  Coleman,  wszystko,  w  co
zdawał się wierzyć, było kłamstwem. Jeśli zaufam duchowi.

-  Udowodnij  to.  -  Głos  miałam  cichy  i  skupiony,  i  byłam  dumna,  że  nie  słychać  w  nim

niepewności, którą miałam w głowie.

Roy popatrzył na mnie.
- Jakim cudem mam ci coś takiego udowodnić? To było dobre pytanie. - Jak to się stało?
-  Nie  wiem.  Jestem...  Byłem  człowiekiem.  Coleman,  wtedy  nazywał  się  Aaron,  ustawił

mnie  w  kręgu  i  wydarł  dziurę  w  rzeczywistości.  Przez  otwór  przeszło  widmo  jakiejś

background image

dziewczyny  i  przeprowadzili  rytuał  we  dwoje.  Nie  pamiętam  całej  ceremonii,  tylko  takie
potworne wrażenie rozrywania, gdy wyciągali mnie z ciała. Wtedy Aaron upadł, a moje ciało
wstało i chodziło beze mnie. Skurczybyk jest złodziejem ciał!

Roy  chodził,  gdy  mówił;  widziałam  grobowym  wzrokiem,  jak  powietrze  wokół  niego

brzęczy i migoce. Byłam zadowolona, że go okrążyłam. Był naprawdę silnym duchem.

Mój mózg był jakby o krok do tyłu za tą rozmową. Każda odpowiedź udzielona przez Roya

prowokowała  co  najmniej  pół  tuzina  nowych  pytań.  Kim  był  Coleman?  Nieważne.  Ważne,
czym był. I jaki czar mógł wydrzeć duszę z ciała i pozwolić wejść w nie innej?

Wzięłam  głęboki  oddech,  próbując  uspokoić  myśli.  Wszystko,  co  powiedział  Roy,

wydawało się niemożliwością, a w każdym razie - całkowitym nieprawdopodobieństwem. A
przed  Przebudzeniem  jedynymi  prawdami  były  nauka  i  logika.  Nawet  dzieci  nie  wierzyły  w
czary. Wypuściłam oddech.

-  Okay,  wierzę  ci.  Czy  to  oznacza,  że  Coleman  jest  naprawdę  martwy,  czy  że  zamienił

ciała?

Roy spojrzał na swoje stopy.
- Oszukał kolejnego. - Kogo?
Wzruszył ramionami.
- Cóż, to przynajmniej - jak wyglądał?
Twarz  Roya  aż  się  skurczyła  w  wysiłku  przypomnienia  sobie  delikwenta.  Wzruszył

ramionami.

- Koleś w średnim wieku. Brązowe włosy.
Cudnie.  Opisał  właśnie  połowę  mężczyzn  w  mieście.  Spojrzałam  w  dal  i  omiotłam

wzrokiem  telewizor.  Trudno  było  oglądać  telewizję  grobowym  wzrokiem,  bo  odbiornik
wydawał  się  strzaskany,  ale  mogłam  rozróżnić  nieostry  wizerunek  mojego  ojca,  porucznika
gubernatora Caine'a. A właściwie to już gubernatora Caine'a, skoro Coleman nie żyje. Wieki
temu  wyłączyłam  fonię,  ale  teraz  podeszłam  i  podkręciłam  potencjometr.  Nie  mogłam  się
doczekać, co kochany tatuńcio powie o moim filmowym debiucie.

Nie miałam, niestety, szczęścia. Gdy dźwięk był już odpowiedni, Caine przestał mówić i

na tle zdjęcia mojego ojca pojawił się reporter.

Uśmiechnął się do kamery tak szeroko, że jego usta niemal się nie poruszały.
- Wygląda na to, że gubernator Caine zamierza kontynuować politykę zmarłego gubernatora

Colemana.

Usta mi wyschły. Mój ojciec był w średnim wieku. Miał brązowe włosy. Odwróciłam się i

spojrzałam na Roya, wskazując jednocześnie na ekran.

- Czy to ten? Czy to było ciało gubernatora Caine'a?
Duch zmrużył oczy. Potrząsnął przecząco głową i świat gwałtownie wrócił w swoje tory.

Dopóki  Roy  nie  zdjął  ze  mnie  tego  ciężaru,  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  bardzo  byłam
zdołowana. Kłóciłam się z ojcem, nawet ostatnio nie rozmawialiśmy, i tak naprawdę zostałam
wydziedziczona, ale to nie znaczyło, że chciałam, aby wydarto mu duszę z ciała i skazano ją na
wędrówkę.

Roy skończył potrząsać głową i wzruszył ramionami.
- Nie wiem. To mógł być on. Znów poczułam napięcie.
- Jak możesz nie wiedzieć?
- Nie żyję od dwunastu lat. Po jakimś czasie wszyscy żyjący zaczynają wyglądać dla nas

tak samo - wydął dolną wargę.

background image

Fajnie. Wkurzający duch. To, czego mi potrzeba.
Reporter przeszedł do następnej informacji i znów wyciszyłam TV. Podeszłam do łóżka i

usiadłam. Ten bezsensowny ruch dał mi chwilę na zebranie myśli.

-  Okay,  więc  wszystko  wygląda  tak  -  powiedziałam,  podciągając  nogi  na  materac  i

siadając  po  turecku.  -Chodziłeś  za  mną,  bo  chciałeś,  żebym  powiedziała  ludziom,  że  twoje
ciało zostało skradzione. Mówisz, że Coleman ukradł nowe ciało przed porzuceniem twojego,
ale znasz co najwyżej pobieżny rysopis nowej ofiary. Coś pominęłam?

Roy się uśmiechnął.
-  Mogę  nic  nie  wiedzieć  o  najnowszej  ofierze,  ale  wiem,  gdzie  nastąpił  ostatni  rytuał.

Mogę ci pokazać.

Zapisałam adres. Plus minus znałam okolicę, ale gdy odpaliłam samochód, nie pojechałam

prosto  do  celu.  W  końcu,  o  ile  mogłam  wierzyć  Royowi,  właśnie  planowałam  włamanie  do
miejsca zbrodni. Musiałam być pewna, że nie pojedzie za mną prasa.

Pojeździłam więc trochę po mieście, ciągle patrząc w lusterko, by sprawdzić, czy jadą za

mną samochody. Wjechałam na obwodnicę prowadzącą na wschód, do Georgii. Przez dziesięć
mil kręciłam się trochę. Minęłam Nekros, kierując się ku granicy z Alabamą. Dwadzieścia mil
od miasta zjechałam z obwodnicy i trafiłam na starą, wiejską drogę. Tutaj nikt nie mógł mnie
śledzić niezauważony.

Mówi się, że przed Magicznym Przebudzeniem technologia zmniejszyła świat. Myślę, że to

powiedzenie  miało  coś  wspólnego  z  komunikacją  i  nie  należało  go  rozumieć  dosłownie.
Jednej rzeczy byłam jednak pewna - odrodzenie magii świat powiększyło. Fae nazywali nowe
rejony  złożonymi  wymiarami  i  uważali,  że  te  lądy  były  tam  od  zawsze  -  tyle  że  śmiertelnicy
nie mogli ich dostrzec. Nekros zostało zbudowane w środku takiego wymiaru.

Miasto i otaczające je przedmieścia przypominały każde inne, ale na wsi rzecz wyglądała

inaczej.  Lasy  nawiedzały  dziksze  legendy,  a  na  podmiejskich  mokradłach  żyły  stworzenia  ze
starych opowieści. Powietrze wydawało się żywe, niechętne ludzkiej ingerencji.

Drzwi  samochodu  były  zamknięte,  a  ja  podskakiwałam  na  nierównej  drodze.  Gdy

przekroczyłam stary, kamienny mostek na rzece Sionan (o którym mówiono, że jest starszy od
Przebudzenia),  skręciłam  na  północ  i  znów  wjechałam  do  miasta.  Wtedy  skręciłam  po  raz
kolejny - na drogę prowadzącą do magazynowej dzielnicy na południu miasta.

Zanim dotarłam na miejsce, minęły niemal dwie godziny, ale przynajmniej byłam pewna,

że nikt mnie nie śledził. Gdy

wyszłam  z  samochodu,  spojrzałam  na  telefon.  Chciałabym  móc  zadzwonić  do  Johna  i

wszystko  zostawić  w  jego  rękach.  Ale  nie  mogę.  Nawet  gdyby  wyszedł  ze  szpitala,  nie
wiedziałby, co zrobić z historią Roya. Ja nie wiedziałam.

Patrząc  w  górę,  na  spory  magazyn,  przekroczyłam  żwirowy  parking,  na  którym

zatrzymałam  samochód.  Zawsze  mówiłam  ludziom,  że  jestem  prywatnym  detektywem,  a  nie
widzącą, więc czas na śledztwo.

Roy powiedział mi, że kontenery pokrywał aluminiowy siding i że jedna z metalowych płyt

jest  luźna,  co  zapewnia  łatwy  dostęp  do  miejsca  rytuału.  Znalezienie  miejsca  nie  było
problemem,  ale  przesunięcie  panelu  z  jedną  ręką  w  gipsie  nie  było  tak  łatwe,  jak  mogło  się
wydawać.

Przesuwany  po  cemencie  panel  zatrzeszczał,  ale  nie  mogłam  uchylić  go  na  więcej  niż

trzydzieści  centymetrów.  Przecisnęłam  się  przez  otwór  i  pochłonął  mnie  panujący  w
magazynie mrok. Zamrugałam, próbując dać oczom czas na przyzwyczajenie się do ciemności.

background image

Powoli  zaczynałam  widzieć  góry  zniszczonych  i  zapomnianych  skrzyń.  Podeszłam  do
najbliższej. Musiało leżeć na niej z pięć lat kurzu. Czy ktoś odwiedza to miejsce?

Uklękłam,  patrząc  w  kurz  przy  kolanach.  Na  podłodze  zobaczyłam  ślady  stóp.  Nie  tylko

moje.  Mogły  należeć  do  chroniących  się  tu  przed  deszczem  bezdomnych.  Albo  Roy  mówił
prawdę.

Pochodziłam dokoła kilku innych skrzyń. W mroku nic się nie poruszało. Nie było słychać

niczego,  poza  szuraniem  moich  butów  po  cemencie.  Weszłam  na  kawałek  starego  drewna.
Wszędzie zalegały cienie, ale miejsce wydawało się spokojne.

Nagle po karku przebiegł mi dreszcz, aż podskoczyłam. Odwróciłam się i znalazłam twarz

w twarz z Royem.

- Zastanawiałam się, czy do mnie dołączysz - powiedziałam.
Uśmiechnął  się  i  powiedział  coś,  czego  nie  mogłam  usłyszeć.  Wyglądało  to  trochę  na

„tędy".  Zważywszy,  że  obszedł  mnie  dokoła  i  podszedł  do  drzwi  w  wewnętrznej  ścianie,  to
chyba było to.

- Okay, ty prowadź - powiedziałam, idąc kilka kroków za nim.
Nie  wiedziałam,  co  możemy  znaleźć  w  następnym  pomieszczeniu.  Może  zwłoki?  Choć

takie zgadywanki nie miały sensu, jako że ciało Colemana/Roya zostało już odnalezione, zaś
drugie  ciało  chodziło  sobie  po  świecie.  Nie  spodziewałam  się  za  to,  że  nie  znajdę  niczego.
Dosłownie niczego. W pomieszczeniu nie było skrzyń. Żadnego potrzaskanego drewna.

Nie  było  nawet  kurzu  na  podłodze.  Wielka  sala  była  po  prostu  pustą  pieczarą,

podświetloną przez kilka świetlików w dachu.

Roy wszedł do środka i wskazał na podłogę w geście „to tutaj". Potrząsnęłam głową. To

nie miało sensu. To było... nic. Wielka, pusta sala.

Przeszłam się trochę dalej i poczułam ukłucie magii, które zatrzymało mi oddech w piersi.

Dotyk był oleisty, zły, ale nieaktywny. Cokolwiek czułam, był to ślad po rytuale. Magia znów
się  o  mnie  otarła,  jakby  próbując,  jak  smakuję.  Zadrapania  na  ramieniu  znów  zaczęły  boleć.
Nie podobało mi się to. Co oczywiście oznaczało, że muszę wejść w to głębiej.

Byłam urodzoną wykrywającą, może nie na poziomie Tamary, ale umiałam zlokalizować i

odkryć  cel  danego  czaru.  Gdybym  tylko  umiała  rzucić  połowę  tych  czarów,  które  umiałam
wyczuć!  Czar,  który  został  użyty  tutaj,  nie  podobał  mi  się.  Może  moja  podświadomość  jest
mądrzejsza ode mnie? Przeszłam kilka kroków. Magia owinęła się wokół mnie. Była oślizgła
jak wodorosty.

Zmarszczyłam  nos  i  zamknęłam  oczy,  skupiając  uwagę  na  magii,  którą  zaabsorbowały

ściany  i  podłoga.  Owiewał  mnie  jej  zapach.  Był  tu  więcej  niż  jeden  czar,  więcej  niż  jeden
rytuał.  Chaotyczne  uderzenie  magii  niszczyło  moje  osłony,  każdy  dotyk  zostawiał  nalot
ciemności.  Przede  mną  widniała  iskra  nieaktywnego  okręgu.  Chciałam  go  przekroczyć.  Nie
powinnam była.

Magia,  która  poprzednio  była  tylko  w  powietrzu,  w  okręgu  grzmiała  jak  burza.  Wciąż

nieaktywna. Wciąż już wydana. Ale i tak zwaliła mi się na głowę. Zżerało mnie przerażenie.
Nie  moje  przerażenie,  jeszcze  nie,  ale  coś  próbowało  się  do  mnie  dostać.  Echa  krzyków
wdzierały  się  do  moich  uszu,  a  zadrapania  na  ramieniu  były  lodowato  zimne,  jakby  ciało
rozdzierał lodowy sztylet, zagłębiając się w mojej duszy.

Usta  wypełnił  mi  smak  wymiocin.  Otworzyłam  oczy.  Wciąż  byłam  w  pustym

pomieszczeniu.  Nic  w  nim  nie  było.  Nic,  poza  wspomnieniem  czaru,  który  próbował  mnie
zniszczyć. A nawet nie był aktywny.

background image

Cofnęłam się aż pod drzwi, poza zasięg magii. Oddychałam bardzo ciężko, zmuszając się

do każdego oddechu. Przytrzymać, doliczyć do trzech. Wypuścić. Powtórzyłam ćwiczenie trzy
razy, zanim poczułam się wystarczająco pewnie, by przemówić.

- Widziałam dosyć.
Roy zamarł. Jeśli cokolwiek powiedział, na pewno protestował.
Założyłam ręce na piersi, wciąż czując zimno.
- Wierzę ci, okay? Już czas iść - bo na pewno nie zamierzałam tu pozostać. Jakakolwiek

magia tu działała, była wielka. Wielka i mroczna, i bardzo, bardzo zła.

Pecet  czekał  na  mnie  przy  drzwiach,  merdając  ogonem.  Rzuciłam  torebkę  na  podłogę  i

podniosłam  go  do  góry.  Potrzebował  kąpieli.  Sebum  pokrywało  jego  szarą  skórę,  a  biała
grzywa wisiała w strąkach. Wpisałam wykąpanie go na mentalną listę rzeczy do zrobienia po
telefonie  do  Casey,  zobaczeniu  się  z  Johnem  i  sprawdzeniu  historii  Roya.  A,  i
wykoncypowania,  jakiego  czaru  można  użyć  do  kradzieży  ciała.  Niekoniecznie  w  tej
kolejności.

Pies zaczął się kręcić w moich ramionach. Postawiłam go na podłodze. Pobiegł do miski,

wymownie patrząc na panującą w niej pustkę. Nie był fanem ostatnio wprowadzanych przeze
mnie zmian w porach podawania posiłków.

-  Tak,  ja  też  jestem  głodna  -  powiedziałam.  Było  trochę  za  wcześnie  na  obiad,  ale  nie

zjadłam  śniadania,  a  na  lunch  jadłam  chipsy.  Złapałam  za  torbę  z  psim  jedzeniem,  która
ostatnio  robiła  się  coraz  lżejsza,  i  odmierzyłam  pół  miseczki.  Wtedy  otworzyłam  lodówkę.
Miałam tam pusty karton po śmietance, konserwowego ogórka i małą parówkę.

Postanowiłam zjeść parówkę.
Pecet  już  skończył  jedzenie,  więc  oderwałam  jedną  trzecią  kiełbaski,  rzuciłam  w  jego

stronę  i  sama  wzięłam  dużego  gryzą.  Mmm,  przetworzony  i  niezidentyfikowany  produkt
mięsny.

Ugryzłam po raz drugi. Przy moich stopach znów szczekał Pecet.
- Ważę więcej niż ty, kundelku.
Podniósł przednie łapki i poruszał nimi w powietrzu. Jedna zwisała zabawnie, wyglądając

z błękitnego gipsu.

- Okay - rzuciłam mu kolejny kawałek.
Włożyłam  resztkę  parówki  do  ust,  otworzyłam  laptopa  i  wpisałam  w  wyszukiwarkę

nazwisko Roya Pearsona. Przejrzałam wyniki, szukając mandatów za przekraczanie prędkości,
aktów  małżeństwa,  zakupów  ziemi  -  czegokolwiek,  co  byłoby  wrzucone  w  sieć  jako  rekord
publiczny.  Gdy  przeszukiwałam  wyniki,  nie  mogłam  przestać  myśleć  o  Riannie,  mojej
współlokatorce  i  najlepszej  przyjaciółce  z  lat  spędzonych  w  akademii,  którą  ta  sprawa  by
zafascynowała. Obie byłyśmy grobowymi wiedźmami i zdecydowałyśmy się otworzyć agencję
detektywistyczną po zakończeniu nauki, ale jej zależało na zostaniu superdetektywem. Podobał
mi  się  ten  pomysł,  bo  nie  mogłam  ot  tak  sobie  przywoływać  cieni,  więc  wymyśliłam,  że
równie dobrze mogą mi za to płacić. Gdy skończyłam akademię, Rianna zniknęła. Szukanie jej
było  wyzwaniem  dla  moich  umiejętności  detektywistycznych,  ale  nigdy  nie  trafiłam  na
jakikolwiek  jej  ślad.  Czasami  ludzie  po  prostu  ginęli,  co  na  ogół  znaczyło,  że  nie  żyją.  Jak
Roy.  Jedyny  prawdziwy  trop  w  jego  sprawie  to  raport  o  jego  zaginięciu.  Wypełniony
dwanaście lat temu. Cholera, wszystko, co powiedział, może być prawdą!

Trzy głośne stuknięcia w drzwi oderwały mnie od komputera. Jeśli to reporter...
Pecet  zawarczał,  podbiegł  do  drzwi  i  zaczął  szczekać.  Ciekawe,  kto  się  przestraszy

background image

małego  pieska  ze  śliczną  białą  grzywą  na  głowie  i  obłoczkami  sierści  przy  łapkach?  Psiak
tego  jednak  nie  wiedział.  Wyjrzałam  przez  zasłonę  w  drzwiach  i  jęknęłam.  Uśmiechając  się
sztucznie, otworzyłam.

- W czym mogę pomóc, detektywie?
Falin wszedł bez pytania. Jego oczy omiotły pokój.
- Hej, nie mówiłam, że można wejść.
Chrząknął  i  obszedł  pokój.  Spojrzał  na  ubrania  spiętrzone  przed  bieliźniarką,  niezasłane

łóżko  i  naczynia  w  zlewie,  aż  w  końcu  stanął  przy  laptopie.  Odchylił  ekran  tak,  by  lepiej
widzieć, co jest na ekranie.

-  Hej!  -  zaniknęłam  komputer.  -  Czego  chcesz?  Rozmawiałam  z  Holly  i  miałyśmy  już

pewność,  że  nie  mogłam  zostać  aresztowana  za  próbę  przywołania  cienia  Colemana.  Okay,
jego prawnicy mogli mnie pozwać, ale co by zabrali? Mój zepsuty telewizor? Nie wydawało
mi się, żeby Falin chciał mnie aresztować. A przynajmniej miałam taką nadzieję.

Zacisnął  zęby,  wydął  usta  i  znów  zaczął  oglądać  pokój.  To  zaczynało  wyglądać  na

nielegalne  przeszukanie  i  rewizję.  Pecet  obwąchał  nogę  Falina,  spojrzał  na  wysokiego
mężczyznę,  powąchał  znowu  i  uznał,  że  przybysz  nie  stanowi  zagrożenia,  bo  podniósł  się  i
wskoczył na łóżko.

Zwinął się pośrodku poduszki i zamknął oczy.
Cóż, dobrze wiedzieć, że mój wierny towarzysz nie jest zmartwiony.
- Detektywie Andrews, czego pan chce? Odwrócił się i spojrzał na mnie.
- Proszę się trzymać z dala od sprawy Colemana.
-  Okay.  -  Dowiedziałam  się,  ile  chciałam,  z  ciała  w  kostnicy.  Nie  chciałam  mieć  nic

wspólnego z czarem, którego działanie poczułam. Gdy tylko potwierdzę, że mój ojciec nie był
ostatnią  jego  ofiarą,  przekażę  wszystko  policjantom  z  Jednostki  Czarnej  Magii  albo  FBF,
Federalnemu Biuru Fae.

Zabrzęczał  telefon.  Bez  patrzenia  na  wyświetlacz  przełączyłam  rozmowę  na  pocztę

głosową.

Falin spojrzał mi w twarz, jakby szukał w niej kłamstwa, ale chyba zdałam test.
- Czy wyjawisz mi nazwisko swojego klienta, czy mam poczekać, aż prasa mi je poda?
- Dlaczego jesteś przekonany, że mój klient miał cokolwiek wspólnego ze... - o, cholera! -

...strzelaniną. Jeśli Coleman ukradł ciało mojego ojca, a Casey powiedziała mu, że zatrudniła
mnie  do  spojrzenia  na  porzucone  ciało,  mógł  obawiać  się  tego,  co  mogłabym  znaleźć.  Falin
mógł  mieć  rację,  nie  zgadzając  się  z  policjantami  na  temat  motywu  strzelca.  Ta  strzelanina
faktycznie mogła nie mieć nic wspólnego z procesem Holliday i wszystko z Colemanem.

Próbowałam nie pokazać po sobie, co dzieje się w mojej głowie. Byłam w tym naprawdę

dobra. Udałam, że po prostu się zacięłam.

Falin zmarszczył brwi, ale przytaknął i poszedł w stronę drzwi.
Zatrzymał się chwilę przed sięgnięciem do klamki i odwrócił się do mnie.
Uważaj. Ściągnęłaś na siebie spore zainteresowanie. Wiem. Jakby ta masa reporterów na

zewnątrz nie zwrocila mojej uwagi!

Telefon znow zabrzęczal. Jakiś natręt? Spojrzałam na wyswietlacz i nagle przypomniała mi

się  zjedzona  niedawno  parówka.  Na  ekraniku  widniało  imię  Casey.  Cholera.  Nie  miałam
pojęcia, co powinnam jej powiedzieć.

Falin  zauważył  zmianę  w  moim  nastroju  i  zaczął  wyglądać  na  zbyt  zainteresowanego.

Błysnęłam krótkim uśmiechem.

background image

- To osobiste, detektywie. Jeśli pan może - wskazałam mu drzwi.
Znów zacisnął szczęki, ale wyszedł. Zamknęłam za nim i otworzyłam klapkę telefonu.
-  Casey  -  powiedziałam  na  przywitanie,  trzymając  telefon  w  pewnej  odległości  od  ucha.

Spodziewałam się awantury.

Nie zawiodła mnie.
- Alexis, co to ma wszystko znaczyć? Do mnie nie dzwoniłaś, ale widziałam nagranie w

telewizji i...

Przerwałam jej.
- Myślę, że jest to coś, co powinnyśmy omówić w cztery oczy.  

background image

7

Mój  stary  hatchback  zakasłał,  splunął  i  oddał  życie  pod  kutą,  żelazną  bramą.  Nie

zamierzałam  jej  otwierać,  ale  wychyliłam  się  przez  okno  i  przekręciłam  się  tak,  żeby  użyć
prawej ręki do przyciśnięcia przycisku domofonu.

Czekałam, stukając palcami w kierownicę i gapiąc się na bramę. Nie byłam tutaj od lata,

gdy  skończyłam  osiemnaście  lat.  To  był  czas,  gdy  ojciec  przyłączył  się  do  Pierwszej  Partii
Ludzi. Miałam nadzieję, że mój hatchback właśnie obniża wartość jego własności.

Wreszcie domofon zatrzeszczał, wypełniając ciszę statycznym hałasem, zanim niegrzeczny

głos warknął: - Nazwisko i cel wizyty.

Przyjemny strażnik. Mój ojciec takich lubił.
- Cześć, jak zdrówko? - uśmiechnęłam się do ekranu. Strażnik nie odpowiedział.
- Upał dzisiaj. Jestem umówiona z Casey Caine. Pudełko znów zatrzeszczało.
- Nazwisko?
- Alex Craft.
Hałas  ustał  i  krótki  dźwięk  oznajmił  otwarcie  bramy.  Cóż,  przynajmniej  Casey

zapowiedziała  mnie  strażnikowi,  zreanimowałam  samochód  i  pojechałam  wzdłuż
wysadzanego magnoliami podjazdu. Dróżka zakręciła i zobaczyłam dom. Nie, to nie był dom.
To była rezydencja. Normalne domy nie miały sali balowych.

Zaparkowałam  w  kręgu  obok  głównego  wejścia  i  popchnęłam  drzwi,  ale  się  zacięły.

Znowu.  Miałam  iść  z  tym  do  mechanika,  ale  to  było  w  czasach,  gdy  jadałam  regularnie.
Rzuciłam się na nie całym ciężarem i w końcu wysiadłam z samochodu.

Kamerdyner,  siwiejący  mężczyzna  z  wielkim,  czerwonym  nosem,  który  zdradzał  jego

wieczorne grzeszki, otworzył przede mną drzwi. Dał mi przejść, wskazując ręką kierunek, jak
na  dobrego  kamerdynera  przystało,  ale  niestety  drzwi  zostały  otwarte  tylko  w  połowie.  -
Panna Alex? - Jak się masz, Rodger? Jeszcze wytrzymujesz z ojcem?

Uśmiechnął  się,  a  powietrze  wypełnił  zapach  sfermentowanych  owoców.  Najwyraźniej

Rodger nie ograniczał się już tylko do wieczorów.

- Pan Caine to pan Caine. Jest zajęty. Jest teraz w ratuszu. Dzięki Bogu za małe przysługi!
Kilka szybkich kroków na marmurowej podłodze za drzwiami.
- Alexis?
Rodger wyprostował się, gdy usłyszał ten głos, i przesunął w bok, więc mogłam przejść.

Casey  była  młodsza  ode  mnie  o  cztery  lata,  ale  nie  mogłybyśmy  bardziej  się  różnić.  Ja  -
wysoka i chuda jak tyczka, ona - niska i zaokrąglona. Normalnie wyglądała bardzo szykownie,
ale dzisiaj jej blond włosy wisiały w strąkach wokół twarzy, a błękitne oczy były zabarwione
czerwienią  i  podpuchnięte.  Jednak  w  czarnym  jedwabnym  topie,  czarnych  rybaczkach  i
sandałach od Gucciego sprawiała wrażenie, jakby magazyn o modzie poświęcił jej kolumnę o
modzie pogrzebowej.

Poza  śladami  kilku  godzin  spędzonych  na  płaczu,  wciąż  była  sobą.  Stała  u  szczytu

schodów z jedną ręką wspartą na balustradzie, a drugą na biodrze.

- Rodger, czy mógłbyś podać nam kawę? Wypijemy w moim apartamencie - odwróciła się,

nie czekając na odpowiedź, i zastukała obcasami po marmurze.

Stary  dom  niemal  nie  zmienił  się  przez  te  lata.  Gdy  dotarłyśmy  na  drugie  piętro,

zignorowałam  pierwsze  drzwi  na  lewo,  które  prowadziły  do  moich  pokoi,  kiedy  jeszcze  tu
mieszkałam.  Nie,  żebym  spędzała  tam  dużo  czasu.  Gdy  stało  się  jasne,  że  nie  mogę  ukryć

background image

umiejętności  grobowej  wiedźmy,  mój  ojciec  przekazał  mnie  do  akademika.  Od  tego  czasu
tylko lato spędzałam w domu.

Casey wskazała mi drogę do salonu w jej apartamencie i gdy tylko tam weszłam, szczęka

mi  opadła.  Ostatni  raz,  gdy  tu  byłam,  ona  miała  czternaście  lat.  Dziś  nie  pozostał  ślad  po
boysbandowej obsesji.

Wszystko odzwierciedlało osobowość wyrafinowanej debiutantki, którą, w rzeczy samej,

była.

Pokój  urządzono  minimalistycznie.  Wszystko  było  szklane,  czarne  albo  białe,  a  jedyną

dekorację stanowiła mała, czarna statuetka stojąca na szklanym stoliku. Figurka wydawała się
być  zrobiona  ze  starego  drewna  i  miała  wyryty  jakiś  symbol.  Sięgnęłam  po  nią,  a  Casey
odchrząknęła.

- Alexis, co się dzieje? - usiadła na białym tapczaniku i wskazała mi miejsce naprzeciwko.
Patrzyła na mnie i czekała. Zagryzłam wargę i usiadłam. Jak jej to wytłumaczyć?
Myślałam  o  tym  po  drodze,  ale  nie  znalazłam  dobrego  rozwiązania.  Nie  mogłam  jej

powiedzieć, że podejrzewałam Colemana, głównego aktora Partii Ludzi - partii, która chciała
ograniczyć prawa fae i wiedźm – o bycie czymś nieludzkim i pełnym mrocznej magii. A tak. I
gdybym zapytała: „Czy zauważyłaś, że ojciec zachowywał się ostatnio jakoś dziwnie? Myślę,
że  Coleman  mógł  ukraść  jego  ciało".  Sądzę,  że  takie  przymilanie  się  nie  wchodziło  w  grę.
Chyba po prostu prawda nie wchodziła w grę.

Oczy  Casey  skupiły  się  na  miejscu  na  mojej  wardze,  które  niszczyłam  zębami  -  nawyk  z

dzieciństwa  -  więc  zmusiłam  się,  by  przestać.  Mieszkałyśmy  daleko,  ale  nie  byłyśmy  sobie
kompletnie obce. Dopóki nie skończyłam osiemnastu lat, spędzałyśmy razem każde lato. Casey
była  córką  bez  skazy,  ja  przywołałam  ducha  jej  papużki,  gdy  miałam  dwanaście  lat,  a  nasz
starszy  brat  Brad...  Cóż,  o  Bradzie  nie  rozmawiałyśmy.  Zniknął,  gdy  miałam  jedenaście  lat.
Gdy skończyłam naukę, zmieniłam nazwisko i zostawiłam ten dom na dobre. Wymieniałyśmy
czasem z Casey niezobowiązujące mejle, pisałyśmy do siebie na święta i raz, trzy lata temu, na
moje  urodziny,  spotkałyśmy  się  na  kawie.  Nie  nienawidziłyśmy  się;  po  prostu  nie  miałyśmy
zbyt wiele wspólnego.

Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:
- Ktoś lub coś bawiło się z ciałem. Nie mogłam przywołać cienia.
Jej wymodelowane brwi podskoczyły.
- Oczywiście. Cały świat to wie. Zrobiłaś wszystko, żeby tak było.
Na chwilę straciłam rezon. Ona sądzi, żc to ja wypuściłam nagranie? Powstrzymałam jęk.

Sporo  ludzi  pewnie  tak  właśnie  myślało.  Pewnie  potwierdzenia  tego  faktu  szukał  Falin  w
moim mieszkaniu.

Ktoś  zapukał  do  drzwi  i  zostałam  uratowana  od  odpowiedzi.  Wszedł  Rodger  z  kawą,

umieścił tacę na stoliku i wyszedł bez słowa.

Casey pochyliła się, wsypując cukier do filiżanki. Podniosła dzbanuszek. - Śmietanki?
Uratowałam  swoją  kawę,  zanim  ją  zepsuła.  Wciągnęłam  zapach  ciemnej  mieszanki  i

zatopiłam się z zadowoleniem w miękkim siedzeniu. Czułam na sobie spojrzenie Casey.

-  Chciałabym  wiedzieć,  co  robi  ten  czar,  który  widziałaś?  Kto  go  rzucił?  Jakaś

czarownica, na pewno, ale jakiego typu?

I  nagle  zrozumiałam.  Pierwsza  Partia  Ludzi  postrzegała  fae  jako  wrogów:

niebezpiecznych,  nieprzewidywalnych  i,  co  najważniejsze  -  niepoddających  się  kontroli.
Wiedźmy nie były dla nich lepsze. Wypiłam łyk kawy, ale zadowolenie minęło i nie było co

background image

wspominać tej chwili. Postawiłam filiżankę na stoliku. Trzeba zagrać.

-  To  duża  sprawa,  ale  uważam,  że  ciało  jest  nieprawdziwe.  Jest  tylko  zaklęte  tak,  żeby

wyglądało jak Coleman.

Okay, to nie było dokładnie to, w co wierzyłam, ale nie było też nieprawdą.
Filiżanka  Casey  uderzyła  o  dzbanuszek.  Jasnobrązowy  płyn  -  za  dużo  śmietanki  -  przelał

się przez brzegi. Spojrzała i odstawiła oba naczynia na stolik.

- Uważasz więc, że Teddy może żyć? -Tak. Niestety.
Casey opadła na siedzenie, jakby ktoś wypuścił z niej powietrze, ale po jej twarzy błąkał

się  uśmieszek.  Był  tak  słaby,  jakby  ktoś  wyłączył  jej  umiejętność  odczuwania  szczęścia  i
trochę czasu musiało zająć jej nauczenie się tego od nowa.

Powierciłam się w  fotelu, założyłam nogę  na nogę. Czekałam,  oczekując większej liczby

pytań,  ale  pytań  nie  było.  Napiłam  się  kawy  i  skorzystałam  z  możliwości  skierowania
rozmowy na inne tory.

-  Jak  ojciec  radzi  sobie  ze  zniknięciem  Colemana  i  podejrzeniami  w  sprawie  jego

śmierci?

- Ciężko mu. Wszystkim nam... ciężko - popatrzyła w dal. - To takie dziwne. Ta myśl, że

Teddy  może  nie  żyć.  Widziałam  go  niedługo  przedtem  -  wiedziałaś?  Byliśmy  na  kolacji
charytatywnej  u  Harriet.  Jest  senatorem,  przy  okazji.  To  było  jakieś  spotkanie  dla  dzieci
zamienionych magicznie, czy coś. W każdym razie, siedziałam naprzeciwko niego przy stole.
Był taki żywy, tak interesujący...

Taaak. Wyglądało na to, że moja siostra się zakochała.
- Więc ojciec dobrze sobie radzi?
Oczy Casey odzyskały zdolność koncentracji.
- Dlaczego wciąż pytasz o ojca?
- Wcale nie pytam. Ja... - złapała mnie. Cholera. - Po prostu się martwię.
Wstała.
- Myślę, że powinnaś już iść.
Przeszła  przez  pokój  i  otworzyła  drzwi  z  zaciśniętymi  ustami.  Zanim  za  nią  poszłam,

dopiłam  kawę.  Eskortowała  mnie  aż  do  drzwi  frontowych.  Sięgnęłam  po  klamkę,  ale  jej  nie
przekręciłam.  Przeklinałam  Falina  za  poddanie  mi  tej  myśli,  bo  teraz  musiałam  się
dowiedzieć.

Casey wyczuła moje wahanie i westchnęła.
-  Zapomniałam,  Alexis.  Poczekaj,  wezmę  torebkę  -podeszła  do  bocznej  szafki  i  mocniej

stuknęła obcasami.

Poczekałam, aż wróci, i dopiero wtedy zapytałam.
- Komu jeszcze powiedziałaś, że mam obejrzeć ciało Colemana?
-  Nikomu.  Tacie.  Ale  tylko  jemu.  Dlaczego  pytasz?  -  nie  zaczekała  na  moją  odpowiedź,

tylko wyciągnęła banknoty z torebki i wsunęła mi je w dłoń. - To wszystko, co mam w torebce,
ale skoro nie przywołałaś cienia, zapewne nie kosztowało cię to dużo czasu. Teraz, proszę, idź
już.

Schowałam  pieniądze  i  wyszłam.  Gdy  dotarłam  do  dołu  schodów,  usłyszałam  na

podjeździe  koła  samochodu.  Spojrzałam  w  górę.  Pod  dom  podjeżdżało  srebrne  porsche.  O,
cholera. Tatuńcio wraca do domu.

Zbiegłam na dół i schowałam się w hatchbacku. Zatrzasnęłam drzwi i włożyłam kluczyk w

stacyjkę.

background image

Silnik zakasłał.
No proszę.
Zakasłał  ponownie  i  zaskoczył.  Porsche  zatrzymało  się  tuż  za  mną.  Wrzuciłam  bieg  i

dodałam gazu. Mały samochodzik wyskoczył naprzód, jadąc w dół podjazdu. Nie zamierzałam
dziś mierzyć się ze złem - ani z własnym ojcem.

Zatrzymałam  się  na  czerwonym  i  położyłam  torebkę  na  kolanie.  Pieniądze  od  Casey

wrzuciłam na wierzch, gdy wychodziłam. Teraz je wyciągnęłam i policzyłam.

Trzydzieści dwa dolary.
Zabulgotałam  w  chichocie.  Śmiałam  się,  aż  łzy  pociekły  mi  z  oczu.  John  był  na

intensywnej terapii, ja miałam dwanaście szwów, skręcony nadgarstek i rachunek ze szpitala,
którego nie mogłam zapłacić, a Casey wyceniła mój czas na trzydzieści dwa dolary. Wytarłam
oczy i schowałam banknoty do portfela.

Nie  powinnam  była  się  w  to  mieszać.  Powinnam  powiedzieć  jej  „nie"  i  iść  do  domu.

Potrzebowałam teraz bogatego klienta, albo i dwóch.

Sprawy o ubezpieczenie zawsze były niezłe. Może jakiś walnięty psychiatra, który sądzi,

że pacjent potrzebuje rozmowy ze zmarłym członkiem rodziny? Te sprawy z kolei były dziwne,
ale trwały w czasie, co znaczy, że były opłacalne. Oczywiście, jeśli chciałam, żeby ktoś mnie
zatrudnił, musiałam zacząć odbierać telefony.

Zabębniłam  palcami  po  kierownicy  i  zapatrzyłam  się  na  czerwone  światło.  Było  długie.

Sięgnęłam po gałkę radia. Może będę miała szczęście i zadziała? Mój samochód wyrwał do
przodu, a ja uderzyłam głową o sufit. Czułam ostry ból w czole i miałam łzy w oczach.

Popatrzyłam przed siebie. Co za cholera?
Front białego vana wypełniał całą przestrzeń wstecznego lusterka. Jak to...? Poczułam na

brwi coś mokrego. Cholera. Przycisnęłam dłoń do szwów. Palce miałam mokre od krwi.

To był naprawdę pechowy dzień. Wyskoczyłam z samochodu. Torebka spadła mi z kolana i

uderzyła o chodnik. Cudnie. Zgarnęłam wszystko z powrotem do środka i przerzuciłam pasek
przez ramię.

Zderzak  mojego  biednego  hatchbacka  tkwił  zgnieciony  pod  spodem  ciężkiej  maski  vana.

Tamten  kierowca  wrzucił  wsteczny  i  odsunął  się  o  pół  metra.  Spojrzałam  na  straty  i  po
policzku  spłynęła  mi  gorąca  łza.  Cholera.  Płakałam  tylko  wtedy,  gdy  byłam  zła,  co  jeszcze
dodatkowo  mnie  wkurzało.  Wytarłam  oczy  i  poszłam  pogadać  z  wysiadającym  z  vana
mężczyzną.

-  Przepraszam  za  to,  proszę  pani  -  powiedział,  idąc  w  moją  stronę.  -  Hej,  czy  ja  nie

widziałem pani w telewizji? Jest pani tą martwą wiedźmą.

Ze  zdziwienia  aż  otworzyłam  usta.  Ale  zamknęłam  je,  zanim  powiedziałam  coś,  czego

potem mogłam żałować. Wzięłam głęboki oddech. - Grobową wiedźmą.

Jak,  do  cholery,  mógł  uderzyć  mój  samochód,  skoro  było  czerwone?  Za  nami  stała  już

kolejka wozów.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się, pokazując krzywe zęby. Zdjął bejsbolówkę i podrapał

się po głowie, pochylając się nad zniszczonym zderzakiem.

- Pewnie można to wyklepać.
Tak, jasne. Wyjęłam telefon z torebki.
- Zamierzam zgłosić ten wypadek. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Okay, okay. Niech tylko wyjmę ubezpieczenie - wrócił do wozu. Światła się zmieniły i

wokół  nas  zaczęły  powoli  przejeżdżać  samochody.  Podeszłam  do  vana,  żeby  inni  nie

background image

przejechali  mi  po  palcach.  Jeśli  ja  jechałabym  obok  wypadku,  ruch  zwolniłby  o  wiele
bardziej,  bo  ludzie  oglądaliby  każdy  jego  szczegół.  Takie  to  moje  typowe  szczęście.  Lecz
skoro  to  ja  brałam  w  nim  udział,  samochody  śmigały  dokoła  i  robiły  wiatr.  Facet,  wciąż
pochylony  nad  siedzeniem  i  grzebiący  w  schowku,  spojrzał  na  mnie  i  uśmiechnął  się
ponownie.

Za  mną  trzasnęły  drzwi  samochodu.  Zapiszczały  koła.  Odwróciłam  się  akurat,  by

zobaczyć,  jak  mój  mały  samochodzik  jest  spychany  z  drogi.  Co,  do  cholery!  Pobiegłam  do
niego.

Drapiąc asfalt i strzelając iskrami, odpadła połowa zderzaka. Złodziej przyśpieszył.
Zatrzymałam się na skrzyżowaniu. - Wracaj, ty...!
Operator  numeru  911  odebrał,  odcinając  mi  możliwość  przeklinania.  -  Czy  jest  pani

bezpieczna?

- Tak, ale mój samochód został zepchnięty... Ktoś wyrwał mi telefon z ręki.
Palce  o  zbyt  wielu  stawach  zamknęły  się  wokół  mojego  ramienia  i  moje  ciało

zaalarmowało umysł. Odskoczyłam, starając się uwolnić. Uścisk przybrał na sile. Starszy facet
uśmiechnął się i odrzucił mój telefon na szosę.

Przełknęłam ślinę. Szok, którego doznałam chwilę wcześniej, umościł się w moim żołądku

i trwał tam w najlepsze. Przynajmniej nie krzyknęłam.

- Czego chcesz?
Znów się uśmiechnął. Jego krzywe zęby zaczęły się prostować, zmarszczki - wygładzać, a

jego twarz - nabierać ostrych rysów fae.

Błysnął ostro zakończonymi zębami i pociągnął mnie za ramię, kierując do vana. Teraz już

krzyczałam.

Przesuwne  drzwi  vana  otworzyły  się  i  wyszedł  z  nich  kolejny  fae.  Wrzasnęłam,  jakbym

miała  w  sobie  krew  banshee,  i  spróbowałam  wbić  nogi  w  ziemię,  by  utrudnić  napastnikom
ruchy. Nie udało się.

Uderzyłam  obcasem  buta  w  twarz  tego  drugiego.  Krzyknął  i  pociągnął  mnie  za  ramię.

Straciłam równowagę i upadłam na kolana w cieniu vana.

Gdy ponownie dosięgną! mnie drugi fae, rozkręciłam torebkę, celując w jego żołądek. Nie

przejął się.

Fae  przycisnął  coś  do  mojego  czoła,  dokładnie  w  miejscu,  gdzie  krwawiły  otwarte  rany.

Próbowałam  się  wyrwać,  ale  warknął  coś  w  dziwnym  gardłowym  języku  i  owinął  mnie
lepkim sznurem magii.

Zdrętwiały mi nogi, potem ręce. Straciłam głos.
Starszy  fae  powiedział  coś  w  tym  samym  języku.  To  nie  była  już  magia,  ale  rozkaz.  Ten

drugi pochylił się i złapał mnie pod kolana.

Podniósł moje nogi. Zawisłam w powietrzu między nimi. Nie mogłam się ruszać. Zanieśli

mnie do vana.

Dokoła  nas  śmigały  samochody.  Nikt  się  nie  zatrzymał.  Nikt  nic  nie  zauważył.  Pierwsza

Partia Ludzi mówiła, że fae mogą popełniać zbrodnie w świetle dnia i nikt ich nie zauważy z
powodu  rzucanych  przez  nich  uroków  -  magii  iluzji  tak  silnej,  że  mogła  zmieniać
rzeczywistość. Nigdy w to nie wierzyłam. Chyba właśnie zaliczyłam przebudzenie.

Nie  mogłam  mrugać.  Nie  mogłam  nawet  przełykać.  Fae  wrzucili  mnie  do  wnętrza

samochodu.

- Nie ruszać się! Nie posłuchali.

background image

- Puśćcie ją - rozkazał znajomy głos.
Fae  spojrzeli  po  sobie,  ale  kontynuowali.  W  zamkniętą  przestrzeń  wpadł  głośny  huk

wystrzału.  Ten  trzymający  moje  ramiona  odskoczył,  upuszczając  mnie.  Pośrodku  jego  klatki
piersiowej wykwitła fontanna krwi.

O podłogę samochodu najpierw uderzyłam ramionami, a potem głową. Wciąż nie mogłam

się ruszać. Drugi fae uwolnił moje nogi. Podniósł ręce i powrócił w czeluści auta.

-  Alex,  wyjdź  z  vana  -  powiedział  rozkazujący  głos.  Ha,  gdybym  tylko  mogła!  Nie

widziałam, kto mnie ratuje, ale już prawie pamiętałam jego głos. Musiał domyślić się mojego
stanu, gdyż pojawiła się ręka i wyciągnęła mnie z samochodu. Pojechałam na pupie.

Wylądowałam na chodniku jak worek z ziemniakami. Ręce w rękawiczkach przesunęły się

po czole, zrywając urok. Czucie wypełniło ciało tysiącami łaskoczących skórę igieł.

-  Do  samochodu  -  rozkazał  Falin,  stawiając  mnie  na  nogi.  Jedną  ręką  wskazał  czerwony

kabriolet, bez zdejmowania z celownika drugiego fae.

Nie  trzeba  było  mi  tego  dwa  razy  powtarzać.  Zabrałam  torebkę  z  miejsca,  w  którym  ją

upuściłam, gdy uderzył mnie czar, i pobiegłam do samochodu. Wskoczyłam na fotel pasażera i
przysunęłam  kolana  do  klatki  piersiowej.  Otuliło  mnie  skórzane  siedzenie.  Uderzenia  serca
dudniły  mi  w  uszach,  pulsując  za  oczami  tak  mocno,  że  zaburzały  wzrok.  Albo  może  łzy
zasłaniały mi widok? Wytarłam oczy wierzchem dłoni.

Falin stał na ulicy, wciąż mierząc z pistoletu. Z vana zwisała para nieruchomych nóg. Nie

widziałam drugiego fae.

- To żelazne kule - powiedział detektyw, robiąc krok w stronę furgonetki. - Jeśli więc nie

chcesz skończyć jak twój kumpel, zacznij gadać.

Samochody  po  obu  stronach  ulicy  zwolniły.  Z  vana  dobiegł  nas  śmiech  przypominający

krakanie wrony. Zadrżałam.

- Myślę, że będziesz musiał się bardziej tłumaczyć niż ja - powiedział fae.
Za nami zatrzymał się czarny samochód. Kobieta wewnątrz zaczęła bacznie przyglądać się

całej sytuacji. Kolejne auto także przystanęło.

Jego kierowca wyciągnął telefon komórkowy.
Najwyraźniej urok został zdjęty.
Uciekając  przed  badawczymi  spojrzeniami,  skurczyłam  się  w  fotelu.  Ponad  jego

krawędzią zobaczyłam, że Falin biegnie do auta ze schowanym pistoletem.

Zatrzasnął drzwi, i przekręcając się w powietrzu, wylądował w fotelu kierowcy. W innej

sytuacji byłabym pod wrażeniem. Przełknęłam gulę w gardle, próbując dać drogę powietrzu.
Falin  wrzucił  bieg  i  kabriolet  ruszył  z  miejsca.  Wykonał  zwrot  o  sto  osiemdziesiąt  stopni
stopni.  Uderzyłam  ramieniem  w  drzwi  i  po  raz  kolejny  straciłam  i  tak  nierówny  oddech.
Moszcząc się z powrotem w siedzeniu, złapałam za pas bezpieczeństwa.

Wymijaliśmy samochody. Nagle Falin przyśpieszył w takim tempie, że nie zdążyłam nawet

mrugnąć. Obejrzałam' się za siebie. Van ruszył, znikając za rogiem.

Minęło kilka długich minut, zanim serce przestało mi bić w gardle i znów mogłam mówić.
- Próbowali mnie porwać.
Falin spojrzał na mnie kątem oka, ale nie odpowiedział. Spojrzałam na niego.
- Zastrzeliłeś go. Wciąż nic nie mówił. Przeczyściłam gardło.
- Nie powinieneś zadzwonić, by zabezpieczono to miejsce?
Zastrzeliłeś go.
Falin  przydeptał  hamulce  i  obrócił  kierownicą.  Samochód  zakręcił,  przechylając  się  na

background image

jedną stronę. Ścisnęłam drzwi, aż pobielały mi kostki. - Co się z tobą dzieje? - wrzasnęłam,
gdy opony uderzyły w chodnik.

Falin wyprostował samochód.
- Większość ludzi dziękuje, kiedy ratuje się im życie. Zagryzłam zęby, przełykając krzyk.

Pokierował autem na pustawy parking przy sklepie spożywczym i wjechał na wolne miejsce.
Zaciągnął wsteczny i samochód zatrzymał się z piskiem.

Falin  obrócił  się,  zanim  pęd  spowodował,  że  lekko  nas  zarzuciło.  Otaksował  mnie

spojrzeniem i wykrzywił usta.

Pochylił  się  i  sięgnął  do  schowka.  Wyciągnął  małe,  czerwone  pudełko,  przejrzał  jego

zawartość i wyciągnął bandaż grubości mojego nadgarstka.

- Na twoje czoło - rzucił opatrunek na moje kolano i sięgnął do tyłu, między fotele. Szukał

czegoś na podłodze.

Podniosłam bandaż. Małe  tknięcie intuicji ostrzegło  mnie o nieaktywnym  czarze. Nie był

na  tyle  mocny,  bym  zorientowała  się  w  jego  właściwościach,  ale  skoro  znajdował  się  na
bandażu, zapewne był leczniczy. Zerknęłam w lusterko od strony pasażera. Puściło tylko kilka
szwów, ale, niestety, krwawiłam w miejscu, gdzie zostały naderwane.

Usunęłam  papier  z  opakowania  opatrunku  i  przycisnęłam  go  do  rany.  Krew  aktywowała

czar i po moim czole rozlało się ciepło, łagodząc ból. Nieźle.

Falin wyprostował się wreszcie. W ręce trzymał białą koszulę. Rzucił ją na moje kolana

razem z paczką nawilżanych chusteczek.

- Zmień ten zakrwawiony top.
Spojrzałam na t-shirt. Cała byłam pokryta małymi, czerwonymi plamkami. Wspaniale, już

się nie spiorą. Odciągnęłam materiał od skóry.

O,  cudownie!  Była  mokra  od  potu.  Wzdrygnęłam  się.  Już  drugi  dzień  pod  rząd

lądowałam pokryta krwią, która nie była moja.

Sięgnęłam do drzwi i rozważyłam opcję sklepu spożywczego. Bez znaków, bez świateł -

był pusty. Cudownie. Na pewno nie dostanę się do łazienki. Obejrzałam się przez ramię. Falin
czyścił broń i nie zwracał na mnie uwagi.

A, co mi tam. Zdjęłam koszulkę.
Na drugim siedzeniu Falin się zakrztusił. Widocznie jednak mnie obserwował. Nie żeby to

coś zmieniało.

- Twoje wyczucie czasu, choć idealne, jest bardzo mało prawdopodobne - powiedziałam,

otwierając paczkę chusteczek. -

Śledziłeś mnie.
Nie odpowiedział.
Chusteczka była zimna, ale przetarłam nią klatkę piersiową i brzuch, choć nie widziałam

tam żadnej krwi. Dopiero wtedy wbiłam się w koszulę. Była za duża. Zapięłam dwa guziki na
piersi, a resztę związałam w supeł. Jedyne, co mogłam zrobić.

Gdy się odwróciłam, Falin gapił się na mnie. Odchrząknął i opuścił oczy. Wyciągnął rękę.
Z westchnieniem podałam mu koszulkę. To chyba jest dowód. Policja wciąż nie zwróciła

mi ubrań, które wczoraj miałam na sobie. Jeśli dalej tak pójdzie, będą dysponowali całą moją
garderobą popakowaną w małe, brązowe torebki.

Falin otworzył drzwi i wyjął z kieszeni spodni zapalniczkę. Bez słowa podstawił płomień

pod moją koszulkę.

- Hej! Co ty wyra... Top zajął się ogniem, a powietrze wypełnił zapach palonej bawełny.

background image

Wyskoczyłam z samochodu.
-  Wariat!  -  zatrzasnęłam  drzwi.  -  Kim  ty  jesteś?  Zastrzeliłeś  gościa,  a  teraz  niszczysz

dowody. Powinnam zadzwonić pod 911!

Tyle że nie mogłam. Nie miałam już telefonu.
Zawiesiłam  torebkę  wyżej  na  ramieniu  i  spojrzałam  na  pusty  parking.  Co  miałam  teraz

robić? Poszłam w stronę ulicy.

Za mną zamruczał kabriolet. Gdy Falin się do mnie zbliżał, żwir chrzęścił pod kołami.
- Mówiłem, żebyś przestała zwracać na siebie uwagę. Spojrzałam ze zdziwieniem. Co ja

takiego  zrobiłam,  żeby  cokolwiek  na  siebie  zwracać?  No,  może  poza  ujawnieniem  istnienia
naprawdę  paskudnego  czaru,  który  przerastał  umiejętności  uzdolnionej  wiedźmy.  Ale  coś
innego?  Okay,  od  chwili  obejrzenia  miejsca,  gdzie  dokonano  zamiany  ciał.  A,  tak!  Możliwe
jeszcze, że byłam w domu ostatniej ofiary. Wzruszyłam ramionami i poszłam dalej.

-  Co  powiedziałaś  córce  gubernatora?  -  zapytał  Falin,  wciąż  podążając  za  mną

samochodem.

- Casey nie ma z tym nic wspólnego.
- Nie widzisz nic cholernie podejrzanego w tym, że zostałaś zaatakowana kilka minut po

opuszczeniu domu gubernatora?

Tak,  widziałam.  Ale  nie  zamierzałam  mu  tego  mówić.  Od  mojej  rozmowy  z  Royem  cały

czas  gnębiły  mnie  kolejne  pytania  i  podejrzenia.  Chyba  mogłabym  powiedzieć  Falinowi
wszystko,  co  wiedziałam,  i  rzucić  na  tę  sprawę  trochę  światła  -  pod  warunkiem,  że  by  mi
uwierzył - ale co, jeśli moje podejrzenia są błędne? Nie chciałam się dowiedzieć, co zrobiłby
mój ojciec, gdybym fałszywie oskarżyła go o mroczną magię.

Oprócz tego, próby wyjaśnienia mojego udziału w tej sprawie mogłyby ujawnić skrywany

fakt,  że  lider  Pierwszej  Partii  Ludzi  ma  wspólne  ze  mną  DNA.  I  wydał  na  utrzymanie  tego
faktu  w  tajemnicy  dużo  pieniędzy.  Jeśli  chodziłoby  o  kogokolwiek  innego,  uwierzyłabym,  że
zobowiązywały do tego przysięgi tajności...

Nie odpowiedziałam, a Falin podjechał bliżej, skręcając lekko koła. - Wsiadaj.
- Pójdę piechotą, dzięki,
- Wsiadaj - pochylił się, otwierając drzwi od strony pasażera, i zablokował mi drogę.
Spojrzałam  na  niego  kątem  oka.  Zachodzące  słońce  zmieniło  mu  kolor  włosów  w

przedziwną czerwień i lekko złagodziło rysy. Uniósł brew i wskazał na siedzenie.

Był niebezpieczny.
Właśnie ocalił mi życie.
Zawahałam się, zmęczona, a on się uśmiechnął. Nie był to szeroki uśmiech, ale zmienił mu

twarz, zmiękczył tę ostrą krawędź, o którą tak bałam się skaleczyć. Potrzebuję podwiezienia.

Usiadłam.
- Zabieram cię na Posterunek, żebyś mogła zgłosić kradzież samochodu - powiedział, gdy

zamknęłam drzwi. - A porwanie?

- Tylko samochód.
Cholera. On właśnie zastrzelił fae. Aby mnie ratować. I nie chciał, by ktoś o tym wiedział.

Spojrzałam na dymiący kopczyk, który kiedyś był moją koszulką.

Co to za detektyw?

background image

8

Poranna  gazeta  wydrukowała  na  pierwszej  stronie  moje  wielkie  zdjęcie.  Musiało  zostać

zrobione  na  chwilę  przedtem,  zanim  zorientowałam  się,  że  wyciekło  nagranie,  bo  miałam
wyraz twarzy „o, cholera!". Niezbyt fotogeniczny.

Złożyłam  gazetę  i  rzuciłam  ją  na  blat.  Potarłam  wciąż  swędzące  zadrapania  na  ramieniu.

Było  wczesne  popołudnie,  lecz  jak  na  razie  opuściłam  dom,  tylko  aby  w  napięciu  odbyć  z
Pecetem  mały  spacer.  Część  mnie  wątpiła  wprawdzie,  że  fae,  który  próbował  mnie  porwać,
zrobiłby cokolwiek otoczony przez pół tuzina vanów stacji informacyjnych, ale druga część, w
której  zapewne  znajdował  się  mój  instynkt  samozachowawczy,  przypominała,  że  historia
zdarzyła się na ruchliwej ulicy.

Tak  więc  zostałam  w  domu.  Za  spuszczonymi  roletami.  I  zamkniętymi  drzwiami.

Zamknęłam nawet wewnętrzne drzwi, które oddzielały moje piętro od reszty domu, choć do tej
pory zawsze były otwarte. Teraz musiałam zmierzyć się z największym problemem.

Ogóreczka już nie było.
Lodówka  oficjalnie  ogłosiła  upadłość,  a  Peceta  nakarmiłam  ostatnią  porcją  karmy.  Jeśli

trzydzieści dwa dolary

Casey i ja nie wylądujemy w spożywczaku, wkrótce razem z moim psem będziemy bardzo

głodni.

- Jak myślisz, co powinnam zrobić?
Pecet spojrzał znad swojej poduszki, przekonał się, że nie mam w ręku jedzenia, i zamknął

oczy. Westchnęłam. Psu nie smakowało pół ogóreczka.

-  Okay,  to  ja  wyjdę  -  ale  nawet  nie  drgnęłam.  To  bez  sensu.  Nie  mogę  się  ukrywać  do

końca  życia.  Wstałam,  ale  stopy  miałam  ciężkie  jak  ołów.  Musiałam  mocno  chwycić  za
krawędź blatu, bo pobielały mi kostki palców.

Weź się w garść, Alex. Odetchnęłam głęboko i puściłam blat. To tylko sklep spożywczy.
Chwyciłam  chustkę  i  duże  okulary  przeciwsłoneczne  z  dolnej  szuflady  bieliźniarki  i

obejrzałam się w lustrze. Wyglądałam, jakbym chciała uniknąć paparazzich. Gdyby wyłącznie
prasa stanowiła problem! Zamykałam właśnie szufladę, gdy moją uwagę przyciągnął kawałek
ciemnej skóry.

Przyklękłam, wyciągając mały sztylet w skórzanej pochwie. Niemal o tobie zapomniałam!

Zaklęty sztylet, czekając, aż go wyciągnę, przekazał mojej dłoni moc. Właśnie dlatego został
schowany. Stworzony przez fae, podobnie jak jego bliźniaczy egzemplarz, mógł przebić niemal
wszystko.  Dała  mi  go  Rianna  po  ukończeniu  akademię.  Drugi  zatrzymała  dla  siebie.
Przebiegłam  palcami  po  zaklętej  skórze.  Faktycznie,  lepiej  czułabym  się  z  odrobiną
dodatkowej ochrony.

Gdzieś tutaj mam pasek... Przejrzałam zawartość szuflady, aż znalazłam. Teraz już mogłam

przymocować broń do nogi pod cholewką buta. Przypięłam sztylet, wzięłam torebkę i zeszłam
po schodach do głównej części domu.

- Holly? Kaleb? - zawołałam, gdy dotarłam do podstawy schodów.
- Tutaj - odpowiedział mi głęboki głos. Przeszłam przez hall w stronę garażu, który Kaleb

przekształcił w studio-pracownię.

Jego  okrąg  był  aktywny,  więc  nie  mogłam  przejść  przez  otwarte  drzwi,  ale  Kaleb

faktycznie  znajdował  się  w  centrum  pomieszczenia,  z  dłutem  w  jednej  dłoni,  młotkiem  w
drugiej i kawałkiem marmuru przed sobą. Jego zielonkawe ramiona pokrywał kamienny pył -

background image

zdjął z siebie urok - a gdy spojrzał przez ramię, jego oczy nie miały białek. Wynajmowałam u
Kaleba piętro od pierwszego roku na akademii, ale nigdy nie widziałam go bez żadnego uroku.
Siłą  rzeczy,  po  wczorajszej  próbie  porwania  widok  ten  rozstroił  mnie  bardziej  niż  w
warunkach zwyczajnych.

Musiał  coś  wyczuć,  albo  po  prostu  nie  lubił,  gdy  ludzie  oglądali  go  w  tej  formie  -

naprawdę  rzadko  nie  nakładał  uroków  -  bo  jego  skóra  pociemniała,  a  oczy  zmieniły  się  w
ludzkie. Wyglądał już jak zwykły facet, którego można minąć na ulicy i nie spojrzeć na niego
więcej niż raz. No, może jednak nie każdego przechodnia pokrywa marmurowy pył.

-  Nowe  zlecenie?  -  zapytałam,  wskazując  głową  kamień.  Kaleb  był  wykształconym

rzeźbiarzem i artystą. Ludzie zlecali mu pracę nie tylko z powodu siły jego zaklęć, ale także
dlatego, że robił przepiękne przedmioty.

Potrząsnął głową.
- To tylko coś, nad czym pracuję. Czy kamery wciąż celują w mój dom?
-  Hm...  -  nie  musiałam  wyglądać  na  zewnątrz,  żeby  odpowiedzieć  na  pytanie.  -  Tak.

Przep... - przerwałam.

Nie  wolno  przepraszać  fae.  -  Zastanawiałam  się...  Czy  jeśli  uznasz,  że  czas  na  przerwę,

mógłbyś podrzucić mnie do sklepu?

- A co się stało z twoim samochodem? - Chyba gremliny.
Odłożył dłuto i młotek i wytarł dłonie o dżinsy.
- Taaak. Najpierw wezmę szybki prysznic. Czy powiedziałaś „gremliny"?
Gdy postawiłam na podłodze dwie torby jedzenia, Pecet pokłusował wokół moich stóp.
- Hej, tęskniłeś? - zapytałam, uśmiechając się i zamykając kopniakiem drzwi.
Opowiedziałam Kalebowi o  porwaniu. Nie był  zadowolony i chciał,  żebym trzymała się

od  tego  wszystkiego  z  daleka  -  co  i  tak  miałam  w  planach,  więc  nie  robiłam  z  tego  żadnej
sprawy.  Dzięki  kontaktom  wśród  fae  obiecał  dowiedzieć  się,  czego  tylko  będzie  mógł,  i
zobaczyć, czy uda mu się podsłuchać cokolwiek z moim imieniem w roli głównej. Nie pytał o
dochodzenie, więc się nie wyrywałam się z informacjami.

Cóż,  przeżyłam  wyprawę  do  sklepu  i  nie  zdarzyło  się  nic  złego,  jedynie  jakiś  reporter

złapał mnie w alejce z płatkami śniadaniowymi. Czułam się więc całkiem dobrze. Głupio było
tak się chować w domu przez cały ranek. Jak powiedzieli Falin i Kaleb, po prostu powinnam
działać  trochę  spokojniej.  Co  znaczyło,  że  muszę  o  wiele  dyskretniej  zajmować  się  sprawą
Colemana,  i  tylko  po  to,  by  dowiedzieć  się,  czy  mój  ojciec  jest  w  nią  wplątany.  Ale  nie
mogłam  przecież  przestać  żyć.  Poza  tym,  po  zakupach  zostało  mi  zaledwie  dwanaście
dolarów, więc musiałam szybko znaleźć nowego klienta.

Pecet podskoczył, machając łapkami w powietrzu, migając niebieskim gipsem i wyraźnie

dając  do  zrozumienia,  bym  go  podniosła.  Więc  podniosłam.  Natychmiast  postawił  uszy  i
zapominając o mnie, zanurkował w torbie.

Mały zdrajca.
Pogłaskałam go po głowie, bo skomlał jak oszalały, atakując torbę z psim żarciem.
- Okay, okay. Daj mi chwilę.
Napełniłam  jego  miseczkę,  zostawiłam  go  przy  niej  i  wzięłam  się  za  rozpakowywanie

zakupów.  Nabyłam  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy,  głównie  przetworzone  lub  zamrożone
posiłki,  które  nie  przypominały  za  bardzo  jedzenia,  ale  były  tanie  i  dawały  się  przełknąć.
Wzięłam w rękę dwie paczki makaronu i otworzyłam szafkę.

Jeśli  miałabym  przestać  interesować  się  Colemanem,  muszę  skontaktować  się  z  FBF  i

background image

powiedzieć  im,  co  wiem.  Nie  musiałam  mówić  o  swoich  podejrzeniach  na  temat  ostatniej
ofiary,  choć  pewnie  doszliby  do  podobnych  wniosków.  Wzięłam  paczkę  hot  dogów  i
wrzuciłam  je  do  dolnej  szuflady  lodówki.  Jeśli  opowiedziałabym  o  złodzieju  ciał,  FBF
zaczęłoby  własne  śledztwo.  A  co,  gdyby  odkryli,  że  Falin  postrzelił  tego  fae?  Nie  zrobiłam
niczego złego. Cholera, chcieli mnie porwać! Ale nie zgłosiłam strzelaniny. To oznaczało, że
jestem współwinna. Już sama myśl o tym przyprawiała mnie o dreszcze.

- Jeśli zamknęłabyś lodówkę, nie byłoby ci tak zimno. Podskoczyłam, gdy usłyszałam ten

głos, i niemal upuściłam karton mleka, który właśnie wstawiałam do lodówki.

Powietrze za mną wypełnił głęboki męski śmiech. Odwróciłam się powoli.
W  kuchni,  oparty  o  blat,  stał  Śmierć.  Kciuki  miał  zatknięte  w  kieszeniach  dżinsów.  Ben

Franklin powiedział kiedyś: „W tym świecie nic nie jest pewne, oprócz śmierci i podatków".
Śmierć  był  zdecydowaną  stałą  w  moim  życiu.  Czarny  t-shirt  eksponował  jego  umięśnioną
klatę.  Włosy  kończyły  mu  nierówno  z  podbródkiem.  Jego  ciemne  oczy  obserwowały  mnie  z
czymś,  co  wyglądało  na  uśmiech,  choć  w  sumie  się  nie  uśmiechał...  Dokładnie  tak  samo  jak
wtedy,  gdy  spotkaliśmy  się  po  raz  pierwszy  osiemnaście  lat  temu.  Przychodził  i  odchodził,
kiedy  chciał,  czasem  na  pogaduszki,  czasem,  by  mnie  wyszydzać.  Swoje  sekrety  trzymał  dla
siebie i nigdy się nie wtrącał.

Aż do teraz.
Ocalił mi życie. Nie tylko nie wziął mojej duszy, ale wypchnął mnie ze strefy śmiertelnego

zagrożenia. Nie miałam pojęcia, co o tym myśleć, jak i czy mu dziękować.

W rękach wciąż miałam karton z mlekiem. Spojrzałam na niego i wstawiłam do lodówki,

na górną półkę. Wnętrze wciąż wyglądało na puste. Zamknęłam drzwiczki.

- Myślałam, że przyjdziesz wcześniej.
Wiem, że przysunął się, bo poczułam za sobą zimno jego skóry.
- Musiałem się zająć paroma sprawami.
Sprawami. Więc ktoś kogoś stracił... Usta mi wyschły i odwróciłam się gwałtownie.
- Nie John?
Śmierć  przecząco  potrząsnął  głową  i  nieświadomie  wstrzymany  oddech  uwolnił  się  z

moich płuc. Pytałam wczoraj na Posterunku i powiedziano mi, że John wciąż jest nieprzytomny
na  intensywnej  terapii.  Nie  podobał  mi  się  jednak  ton,  jakiego  używali  policjanci.  Spał  zbyt
długo. Zaczynały się plotki o uszkodzeniu mózgu.

- Powinnaś go odwiedzić.
- Wiem. Chciałam iść wczoraj, ale miałam wariacki dzień, a dzisiaj... - spojrzałam w dół,

omijając  Śmierć  spojrzeniem.  Znał  mnie  zbyt  dobrze.  To  było  nie  fair,  bo  ja  nie  wiedziałam
nawet, jak on naprawdę ma na imię, jeśli w ogóle je miał. I doskonale zdawał sobie sprawę,
że nie lubię szpitali, a zwłaszcza pacjentów w śpiączce. - Dziękuję ci za - machnęłam ręką w
powietrzu - wszystko. Nie przekroczyłeś przypadkiem swoich uprawnień?

Śmierć  wzruszył  ramionami,  ale  się  uśmiechnął.  To  był  malutki  uśmiech,  którego  pełnia

widniała dopiero w oczach.

- Najwyżej zbiorę w centrali ochrzan.
Moje  spojrzenie  poleciało  w  górę.  Centrala?  On  zdradza  tajemnice?  Lekkie  skrzywienie

warg wskazywało na to, że się ze mną droczy, ale mnie to nie przeszkadzało. Mówiłam dalej.

-  Więc  będziesz  miał  z  mojego  powodu  kłopoty?  Uśmiechnął  się  szerzej.  -  Zrobisz  mi

kawę i będziemy kwita.

Zaśmiałam  się.  Poczęstowałam  go  kawą  w  ramach  eksperymentu,  gdy  byłam  jeszcze

background image

nastolatką.  Rianna  i  ja  zauważyłyśmy,  że  moja  grobowa  magia  łączy  świat  żywych  i  każdy
wymiar,  w  którym  aktualnie  przebywa  Śmierć.  To  była  jedyna  rzecz,  którą  ja  potrafiłam
zrobić, a ona nie.

Rianna,  dwa  lata  starsza  ode  mnie,  była  moją  współlokatorką,  idolką,  najlepszą

przyjaciółką  i  największą  rywalką.  Ja  niemal  oblałam  tradycyjne  rzucanie  czarów,  podczas
gdy  ona  mogła  rzucić  czar,  jaki  chciała  -  i  wiele  innych,  których  jej  nie  uczono  i
prawdopodobnie  nawet  nie  chciałaby  się  nauczyć.  Ale  żeby  porozmawiać  ze  Śmiercią,
musiała dotknąć grobu. A i wtedy nie objawiał się jej zbyt wyraźnie.

Zapewne  niezbyt  dobrze  świadczyło  o  mnie  to,  że  ja  widziałam  go  z  taką  ostrością.

Oznaczało to niechybnie, że nigdy nie nauczyłam się odpowiednio stawiać barier i oddzielać
psyche od rozpadliny między światem żywych a umarłych. Nie dbałam o to. Mogłam to robić.
To  był  taki  nasz  wspólny  sekret.  I  nie  tylko  mogłam  widzieć  Śmierć.  Kiedy  wchodziłam  w
interakcję z przedmiotami, on również mógł w nią wchodzić.

Pewnego  dnia  dałam  mu  kubek  kawy.  Wyszło  na  to,  że  mu  posmakowała.  Gdyby  tylko

pozwolił  mi  potraktować  się  jak  projekt  na  konkurs  magiczny,  na  pewno  miałabym  wyższe
oceny.

Teraz też zrobiłam dwa kubki kawy. Czarną dla siebie, z mlekiem - dla niego. Dopiero gdy

podniosłam  pełny  kubek,  by  mu  go  podać,  zorientowałam  się,  że  będzie  problem.  Miałam
tylko jedną sprawną rękę.

Druga tkwiła w gipsie.
- Hm, napiję się później - powiedziałam, podając Śmierci kawę.
Otulił kubek dłońmi, otaczając palcami moje. Ciepło kawy przeszło w moje dłonie, ostro

kontrastując  z  zimnym  dreszczem  na  kręgosłupie.  Z  błyszczącymi  oczami,  utkwionymi  w
moich,  Śmierć  dmuchnął  w  parujący  płyn.  Jego  oddech  pachniał  rosą  i  świeżą  ziemią,  i
mieszał się z aromatem kawy. - Możemy podzielić się moją.

Sprawdziłam,  czy  wciąż  bije  mi  serce.  Tak,  wciąż  żyłam.  Choć  przez  moment  miałam

wrażenie, że się zatrzymało. Odchylając głowę, zmarszczyłam nos.

- Twoją kawą? Nie dotknęłabym jej.
- Oczywiście - uśmiechnął się i odsunął dłonie. Byłam wysoka, ale on był wyższy. Różnica

wzrostu sprawiała, że niewygodnie było tak trzymać ten kubek, bo Śmierć musiał się schylać,
a  ja  podnosić  ramię  nienaturalnie  wysoko.  Jego  dłonie  osunęły  się  na  moją  talię.  Podniósł
mnie  na  blat  bez  wysiłku.  Zadrżałam  pod  jego  palcami.  Tylko  w  połowie  była  to  reakcja  na
zimno jego skóry.

Gdy siedziałam na blacie, byliśmy niemal równi wzrostem. Śmierć znów chwycił kubek i

wziął  długi  łyk,  wciąż  patrząc  mi  w  oczy.  Jego  dotyk  był  naprawdę  zimny  -  nie  grobowym
zimnem, ale takim nienaturalnym, które paliło, gdy weszło pod skórę. Wiedziałam, że to działa
także w drugą stronę. Moja skóra też go pali.

- Tak więc... Powiesz mi coś o tym strzelcu, od którego mnie ocaliłeś?
Kształt uśmiechu pozostał ten sam, ale od razu wiedziałam, że pytanie go przyćmiło. Nie

odpowiedział, tylko zamknął oczy. Pił kawę. Gdy otworzył powieki, w jego źrenicach tańczyły
małe  światełka.  Znów  się  uśmiechnął,  a  ja  miałam  wrażenie,  że  wcześniej  był  tylko
przesłonięty jakąś chmurą. Omiótł mnie spojrzeniem.

Zmienił wyraz twarzy. Odstawił kubek i zmarszczył brwi.
-  Co  się  stało?  -  W  jego  głosie  nie  było  śladu  wygłupów.  Patrzyłam  na  niego,  nie

rozumiejąc. Wyciągnął palce i dotknął mnie w okolicy obojczyków.

background image

Spojrzałam w dół, na zadrapania na ramieniu.
-  Zaatakował  mnie  cień.  To  było  dziwne.  Gdy  próbowałam  go  przywołać,  czułam  się,

jakbym  była  w  młynku  do  mięsa.  Wtedy  on  wyszedł,  cały  krzyczący  i  mściwy.
Widziałeś kiedyś cień, który krzywdzi?

Śmierć przysunął się bliżej, ale nie dotknął rany.
-Alex, to bardzo ważne. Gdzie zostało znalezione ciało? W magazynie? - W śmietniku - nie

miałam pojęcia, gdzie zamordowano Bethany. Policja także nie wiedziała. Wiedziałam coś o
magazynie. Działa się tam zła magia. Jeśli Śmierć nawiązywał do tego miejsca... - Co wiesz?
Nie odpowiedział. - Straszysz mnie.

Spojrzał mi w oczy, lecz teraz nie było w nich śmiechu.
- Rana jest zainfekowana czarem. Rozszerza się jak wirus.
Niemal  upuściłam  swoją  kawę.  Zainfekowana  czarem?  Wirus?  Przełknęłam  ślinę  i

skupiłam się na odstawieniu kubka. Gdy odsunęłam drżącą rękę, porcelana zabrzęczała.

Wzięłam  głęboki  oddech.  Wypuściłam.  Dam  sobie  z  tym  radę.  Do  każdego  czaru  istniał

czar mu przeciwny. Musiałam go tylko poznać. - Co to za czar?

Śmierć zacisnął wargi. Po raz pierwszy wyglądał niepewnie. Odsunął się ze zmrużonymi

oczami i zniknął. Zeskoczyłam z blatu.

- Cholera! Co robi ten czar! Jak go odwrócić?
Pecet  spojrzał  na  mnie  znad  miseczki,  ale  Śmierć  nie  odpowiadał.  Nie  wiedziałam,  czy

odszedł, czy też po prostu stał się niewidzialny. Nie miałam pojęcia, czy nie zna odpowiedzi,
czy nie wolno mu nic powiedzieć. Nie wiedziałam więc nic. Ponieważ, jak długo go znałam,
tak naprawdę nie wiedziałam o nim nic.

background image

9

Siedziałam w centrum aktywnego kręgu ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczami,

próbując  znaleźć  trochę  spokoju.  Nie  było  to  łatwe.  Używałam  transu  medytacyjnego,  by
dotrzeć do Eteru, wymiaru magicznego, ale w obecnej sytuacji wolałabym, żeby mój rytuał był
bardziej aktywny, coś jak taniec czy śpiew. Albo krzyk. Strzelano do mnie, grupa fae chciała
mnie porwać, możliwe, że mojemu ojcu ukradziono ciało, a w moim własnym buszował jakiś
nieznany czar. O, tak... Naprawdę mogłabym sobie teraz pokrzyczeć.

Skoncentrowałam się na oddechu i spróbowałam oczyścić myśli, ale bez skutku. W mózgu

mi brzęczało. Okay, plan B.

Przerzuciłam energię z pierścienia w pasywny czar na bransolecie, aktywując ją. Spłynął

na  mnie  fałszywy  spokój  i  następny  oddech  był  już  równiejszy.  Wszystkie  moje  myśli,  lęki,
osobowość  zostały  zamknięte  w  małym  bąbelku  i  zabrane  poza  zasięg  umysłu  który  się
oczyścił.

Wpadłam w trans.
Kolejny oddech był pełen kolorów i światła. Dotarłam do Eteru.
Nitki  magii  fruwały  w  powietrzu.  Przesunęłam  palcami  przez  pasek  niebieskiej  energii.

Zwinęła się wokół mojej dłoni. Przysunęłam ją bliżej ciała. W Eterze moje ciało błyszczało
magią i ciepłem. Zaśmiałam się, czując ich dotyk. Dźwięk zmienił się w jasnobłękitne nutki.

Zatańczyłam  pośrodku  wirów  energii,  szukając  niebieskich  i  zielonych  nitek,  kolorów,

które najlepiej ze mną rezonowały. Ciągnęłam energię, aż cała od niej błyszczałam. Niestety,
numer z bąbelkiem nie zawsze wychodził. Miewałam problemy z magią medytacyjną.

Wyszłam  z  siebie,  patrząc  na  własne  eteryczne  ciało.  Było  identyczne  z  ziemskim,  może

oprócz  tego  całego  połysku  i  świecenia.  Teraz  mogłam  widzieć  magię.  Każdą  magię.
Obsydianowy pierścień na palcu zmienił kolor, naładowany do pełna. Zbierająca moje osłony
srebrna  bransoletka,  z  powodu  mnogości  nieaktywnych  czarów,  które  w  niej  nosiłam,
stanowiła motek kolorów. Obie części biżuterii były jasne, czyste i zdrowe. Patrzyłam dalej.

Zadrapania na ramieniu były czarne. Wyglądały jak odłamki próżni wciągające otaczającą

je  magię.  Nigdy  nie  widziałam  tak  czarnej  magii.  Od  ran  biegły  czarne  pędy,  podobne
spragnionym  korzeniom  sięgającym  do  mojego  mostka  i  w  dół  ramienia.  Skrzywdzona  skóra
wokół nich lśniła purpurą. Gdy je obserwowałam, z rany wystrzelił cienki pęd. Miał zaledwie
kilka  centymetrów,  ale  w  miejscach,  których  dotykał,  umierało  światło.  Śmierć  miał  rację  -
czar był złośliwy i rósł.

Sięgnęłam  do  przepływającego  zawijasa  zielonej  energii  i  oplotłam  go  wokół  dłoni.

Myślą  zmieniłam  w  połyskliwą,  zieloną  kulkę.  Skoncentrowałam  się  na  czarnym  czarze,
próbując  wyciągnąć  go  spod  skóry  i  wdusić  go  w  eteryczną  kulkę  sposobem,  którym
zajęłabym się każdą spaczoną magią.

Czar opierał się,  więc podziałałam mocniej.  Wokół mnie zapaliły  się czerwone świetlne

iskry  energii,  reagując  na  mój  wysiłek.  Wciąż  ciągnęłam.  Coś  się  stało  i  Eter  zawirował  w
jasnych błyskach pomarańczu, czerwieni i agonii.

Gdy wszystko wróciło do normy, spojrzałam po sobie. Czar wciąż tkwił w moim ramieniu,

ale  czułam  się  lekko  wytrącona  z  równowagi.  Zamrugałam  i  spojrzałam  znowu.  Jak  mogłam
cokolwiek wyciągnąć z siebie tak krzywo? Mogłam, ponieważ czar trzymał się czegoś. Czegoś
w moim wnętrzu.

Przełknęłam ślinę. Nie miałam pojęcia, czy Śmierć może widzieć magię, ale wiedziałam,

background image

co widział na pewno. Dusze.

Jeśli ten czar wysysał moją duszę, byłam w poważnych tarapatach.
Chodziłam między kuchenką a łóżkiem. To było tylko trzynaście kroków - zbyt mało, żeby

rozładować  nerwową  energię.  Pecet  patrzył  na  mnie  z  bezpiecznego  miejsca  na  poduszce.
Rzuciłam czar uzdrawiający na nadgarstek i na zadrapania. Nie miałam dużych nadziei, ale coś
musiałam zrobić.

Nosiłam w sobie złośliwy czar. Nawet nie chciałam myśleć, co mógł mi robić. Szczytem

jego  możliwości  było  wyssanie  duszy.  Potarłam  wacik,  który  zawierał  czar  leczący,
przykrywający zadrapania. Paliły bardziej, niż powinny.

Przestałam chodzić. Rana bolała najbardziej podczas wizyty w magazynie. Więc: czy czar

przeniósł  się  z  cienia  na  mnie,  czy  też  wykorzystał  zadrapania  i  wlał  się  w  nie  w  pustym
baraku?  Obie  możliwości  były  nieprawdopodobne,  może  nawet  niemożliwe  -  jednak  Śmierć
powiedział, że czar wywodzi się z zadrapań. Sama to wywnioskowałam z obserwacji z Eteru.
Szkoda,  że  Śmierć  nie  powiedział  nic  więcej.  Niech  go  cholera.  Znikać,  gdy  tak  bardzo
potrzebuję odpowiedzi!

To naprawdę nie było fair; wiedziałam o tym. Jeśli Śmierć nie powiedziałby mi o czarze,

wciąż nie miałabym o nim pojęcia. Chciałabym tylko, żeby był jakiś sposób na skontaktowanie
się  ze  Śmiercią.  Moja  lista  pytań  rosła.  Zapewne  mogłabym  spróbować  śmierci  klinicznej.
Wydałam z siebie chropawy chichot.

W  Eterze  nie  mogłam  wyciągnąć  czaru.  Potrzebowałam  odtrutki.  W  Dzielnicy  Magicznej

znajdowało  się  Centrum  Antyklątwowe.  Niestety,  nie  zapłaciłam  tam  ostatniego  rachunku  po
tym,  jak  zostałam  przeklęta  przez  starą  wdowę,  która  najęła  mnie  do  przywołania  cienia
swojego  męża.  Nie  była  zachwycona  odkryciem,  że  jej  zmarły  mąż  miał  romans.  Nie
wiedziałam,  dlaczego  przeklęła  mnie,  ale  centrum  odwiedzić  nie  mogłam.  Gdybym  tylko
mogła  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  tym  czarze,  może  udałoby  mi  się  samej  znaleźć
kontrzaklęcie. Tamara.

Była najlepszą wykrywającą, jaką znałam. Jeśli ktokolwiek miał odkryć, co to za czar, to

tylko ona. To znaczy, jeśli zechce ze mną rozmawiać po tej całej sprawie z Colemanem.

Pobiegłam  do  torebki,  zanim  przypomniałam  sobie,  że  właśnie  została  zniszczona  i  teraz

zapewne dekorowała chodnik. Racja - nie mam telefonu. Holly wciąż była w pracy, ale Kaleb
powinien być w studiu. Pozwoli mi użyć swojego aparatu.

Podeszłam  do  wyjścia  prowadzącego  do  głównej  części  domu,  gdy  usłyszałam  głośne

pukanie  do  frontowych  drzwi.  Podskoczyłam,  a  Pecet  podniósł  się  z  łóżka.  Sięgnęłam  po
sztylet szybciej, niż zdałam sobie z tego sprawę. Podeszłam i wyjrzałam  przez  zasłonę.  Nie,
znowu.

- Czego potrzeba, detektywie?
Wstawiłam  nogę  za  drzwi,  żeby  Falin  nie  mógł  ich  otworzyć,  ale  nawet  nie  spróbował.

Zamiast tego uśmiechnął się; jego pełne wargi otoczyły idealne zęby.

- Wpuść mnie, Alexis Caine. - Skąd znasz moje nazwisko?
Nikt nie miał możliwości sprawdzić, czy i że je zmieniłam. Wybrałam „Craft" dla ironii i

żeby zdenerwować ojca, ale gdy zmiana stała się faktem, tatuś pochował dosłownie wszystkie
papiery.  Nie  miałam  pojęcia,  jak  to  zrobił,  ani  jak  głęboko  je  ukrył,  ale  nikt  wcześniej  nie
znalazł  powiązania  -  żaden  reporter,  żadna  plotkarska  grupa  internetowa  ani  nawet  żaden
detektyw wynajęty do szukania brudów podczas kampanii wyborczej.

Falin  zmarszczył  brwi,  ale  nie  odpowiedział.  Patrzył  na  sztylet,  który  trzymałam  w  ręku.

background image

Ukryłam dłoń za plecami.

- Cóż - powiedział. - Cieszę się, że w końcu zaczęłaś dbać o ochronę. Ale nie byłaś tak

spięta, gdy ostatnio cię widziałem.

-  Za  to  ty  byłeś  tak  samo  denerwujący.  Przynajmniej  jedno  z  nas  ma  stały  charakter  -

zaczęłam zamykać drzwi.

Wyciągnął rękę, by je przytrzymać drzwi, ale nie wchodził, jak poprzednio. - Wpuść mnie,

Alex, proszę.

To  „proszę"  zadziałało.  Odsunęłam  się  od  drzwi,  pozwalając  mu  przejść.  W  końcu  mógł

się  wywyższać  i  być  zaborczy,  ale  uratował  mi  życie.  Mogłam  go  wysłuchać.  Poza  tym,
powinnam oddać mu koszule.

Patrzył  na  mnie,  gdy  przyklękłam  i  schowałam  sztylet  w  bucie,  i  udał  się  na  małą

wycieczkę po moim mieszkanku, gdy szukałam w stercie ubrań jego koszuli. Ignorowałam go.
Powinnam zatrzymać ją w zamian za moją. Oczywiście, tak naprawdę nie miałam co zrobić z
męską koszulą - zwłaszcza dopasowaną do szerokich ramion Falina. W końcu ją znalazłam i
złożyłam, nie dbając o zagniecenia.

Falin  stał  przy  blacie,  gapiąc  się  na  dwa  kubki  z  zimną  kawą.  Jeszcze  ich  nie  umyłam.

Poniósł jeden.

- Miałaś gościa?
- Czy moje prywatne życie to twój interes?
- Powinnaś obejrzeć wiadomości.
Co to za odpowiedź? Co teraz wygrzebali reporterzy? Uśmiechnął się.
Odłożyłam koszulę na blat i włączyłam telewizor.
Pojawił się komisarz.
-...aktualnie szukająźródła przecieku. Alepozwolę sobie przypomnieć, że miasto zatrudniło

panią  Craft  z  powodu  tajemniczych  okoliczności  śmierci  i  wcześniejszego  zaginięcia  byłego
gubernatora. Jest ona uznanym ekspertem na swoim stanowisku, choć musimy potwierdzić jej
odkrycia u innych wiedźm. To wszystko - odwrócił się, a montażysta przełączył plan na Lusę.

Uśmiechnęła się do kamery, nie patrząc na leżące przed sobą notatki.
- To był oficjalny raport, złożony godzinę temu na konferencji prasowej zwołanej przez...
Wyłączyłam  dźwięk  i  zastanawiałam  się,  komu  było  wygodniej  przyznać  się  do  tego,  że

miasto  mnie  zatrudniło  i  ponieść  konsekwencje  złamania  ustawy  „»Nie«  dla  magii",  niż
powiedzieć, że dostałam się do kostnicy bez pozwolenia. Odwróciłam się do Falina.

-  Więc  jestem  oficjalnie  zatrudniona?  Dostanę  pensję?  Otworzył  usta,  a  jego  twarz

wyrażała i rozbawienie, i zdziwienie. Naraz. - Nie zostaniesz aresztowana.

- Cudnie. Przyszedłeś, by powiedzieć mi to osobiście. Jak słodko - udałam się w kierunku

drzwi, ale nie poszedł za mną.

-  Nie.  Jestem  tutaj,  bo  łaziłaś  po  mojej  sprawie  i  myślę,  że  wiesz  więcej,  niż  mówisz.

Nawet  jeśli  tak  nie  jest,  ktoś  z  pewnością  tak  myśli  -  zatknął  kciuki  za  pasek  gestem,  który
ujawnił  koszulę  pod  marynarką.  -  Masz  przydatne  dla  mnie  umiejętności,  więc  proponuję,
żebyśmy pracowali razem. Coś w rodzaju partnerstwa.

Jeśli miałabym unieść brew, nie byłoby lepszego momentu. Cholerne szwy. Oparłam się o

ścianę i założyłam ręce na piersi.

-  Przepraszam,  ale  skończyłam  z  Colemanem.  Mam  inne  problemy  na  głowie  -  jak  ten

przeklęty czar. - Musisz znaleźć sobie kogoś innego do pomocy.

- Nie szukam jego zabójcy. Nie sądzę, aby Coleman był martwy. Raczej zamienił ciała.

background image

Próbowałam  nie  pokazać,  jak  bardzo  zszokowały  mnie  jego  słowa.  Naprawdę,

próbowałam, ale z jego wrednego uśmieszku widziałam, że mi się nie udało.

- A ty już to wiedziałaś? - zapytał.
Kim,  do  cholery,  jest  ten  facet?  Wydawało  się,  że  nie  ufa  wiedźmom  i  fae,  ale  istnienie

magii,  która  mnie  przeraziła  do  imentu,  przyjął  bez  mrugnięcia  okiem.  I  skąd  wiedział  o
złodzieju ciał?

Co jeszcze wiedział?
Moja  ręka  powędrowała  w  okolice  opatrunku  na  ramieniu.  Mała  wymiana  informacji

mogłaby być dobra, ale musiałam wiedzieć troszkę więcej.

- Jaki masz plan?
-  W  domu  gubernatora  jest  dziś  kolacja  charytatywna.  Pojawią  się  na  niej  wszyscy

najważniejsi ludzie. Jeśli nowe ciało Colemana wciąż jest w mieście, przybędzie i ono. Chcę,
żebyś tam ze mną była i pomogła znaleźć je w tłumie. I może trochę je zdenerwować.

- Innymi słowy, chcesz mnie użyć jako przynęty -potrząsnęłam głową.
- Nie mogę tak po prostu przyjść na przyjęcie do domu mojego ojca.
Nigdy nie wpuszczą mnie poza główną bramę.
Falin uśmiechnął się i poszedł do drzwi.
- Przyjadę po ciebie o szóstej - i drzwi się zamknęły. Cholera. Nie zgodziłam się na nic,

ale  pójdę.  Wiedziałam,  że  pójdę.  Przyjęcie  da  mi  pretekst,  żeby  przyjrzeć  się  ojcu,  choć  nie
było gwarancji, że będę w stanie określić, czy to on, czy nie.

Teraz już naprawdę musiałam zadzwonić do Tamary. I musiałam pożyczyć sukienkę.

background image

10

-  To  nie  jest  randka  -  warknęłam  i  potrząsnęłam  głową,  odmawiając  użycia  czerwonej

szminki  w  nieco  za  bardzo  dziwkarskim  odcieniu,  którą  Holly  wyciągnęła  z  pudełka  na
kosmetyki.

- Przyjeżdża po ciebie, tak? - Tak, ale...
Machnęła ręką w powietrzu i wyciągnęła nieco bardziej akceptowalną pomadkę.
- I idziesz na modną kolację?
- To spotkanie zawodowe - wzięłam od niej pudełko i sama zaczęłam szukać właściwego

odcienia.

Uśmiechnęła się tym rodzajem uśmiechu, który świadczył, że skończyła dyskusję. Rozległo

się  pukanie  i  Holly  podskoczyła,  żeby  otworzyć.  Do  środka  wparowała  Tamara  z
przewieszonymi przez ramię dwiema sukienkami.

- Przepraszam, dotarłam tak szybko, jak tylko mogłam. Nie byłam pewna, czego dokładnie

potrzebujesz, więc przyniosłam sukienkę koktajlową i moją suknię wieczorową.

Przytrzymała je w powietrzu, a ja wskazałam czarną, wąską kieckę na wieczór. Wzięłam

ją i pobiegłam do łazienki.

-  Jestem  bardzo  podekscytowana.  Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  Alex  kiedykolwiek  była  na

tak oficjalnej randce -powiedziała Tamara.

- To nie jest randka! - zawołałam przez ramię. - Poza tym, zdarzyło mi się na nich bywać.
- Zbieranie facetów z baru nie liczy się jako randka! -odkrzyknęła Tamara. - To też nie -

zamknęłam drzwi, a one zaczęły chichotać.

Zdjęłam  szlafrok,  który  miałam  na  sobie,  gdy  Holly  zajmowała  się  moim  makijażem  i

fryzurą.  Wciąż  nosiłam  na  ramieniu  bawełniany  opatrunek.  Kreacja  miała  gorsetową  górę,
więc  oba  ramiona  będą  widoczne.  Zdjęłam  bandaż  i  obejrzałam  zadrapania.  Nie  chciały  się
goić. Z westchnieniem wyrzuciłam opatrunek do śmieci i włożyłam sukienkę.

Z Tamarą byłyśmy tego samego wzrostu, ale ona miała krągłości, których jej zazdrościłam,

więc  nie  do  końca  wypełniałam  kieckę.  To,  co  powinno  być  obcisłym  ciuchem,  wisiało  na
mnie żałośnie. Spojrzałam na zegarek: piąta trzydzieści siedem. Nie miałam czasu na kolejne
przymiarki.  Poza  tym,  Holly  i  Tamara  to  moje  jedyne  przyjaciółki,  a  Holly  jest  ode  mnie  o
głowę niższa. Wyszłam z łazienki. - Na pomoc?

- Nie martw się, damy radę - powiedziała Holly, biegnąc do mnie.
- Mam przy sobie agrafki - dodała Tamara i obie zabrały mnie z powrotem do łazienki.
Stałam jak manekin, gdy upinały na mnie suknię.
- Wiesz może coś więcej o tym, w jaki sposób wyciekło to nagranie?
Tamara zrobiła grymas ustami pełnymi agrafek i powiedziała:
- To nic oficjalnego, ale Tommy zniknął.
- Twój praktykant? - zapytała Holly. Przytaknęłam, chyba tylko po to, żeby mnie skrzyczały

za poruszanie się.

- To nie mógł być Tommy. - Choć ostatnim razem był raczej szorstki.
- Też tak nie myślę, ale to zniknięcie nie wygląda dobrze - Tamara skłoniła mnie do obrotu.
Spokojnie. Stać spokojnie. Westchnęłam.
- Tak więc, jeśli komisarz mówi, że jestem oficjalnie zatrudniona, to kiedy mogę ponownie

zobaczyć ciało Colemana?

Tamara  spojrzała  na  mnie  w  lustrze  dość  nieprzyjemnie,  ale  nie  odpowiedziała.  Nie

background image

spodziewałam  się,  że  to  zrobi.  Wszyscy  wiedzieli,  że  to  moje  „zatrudnienie"  to  tylko
przykrywka. Nie spojrzę po raz drugi na ciało, chyba że do kostnicy dowiezie mnie Falin.

Tamara odstąpiła ode mnie.
- Myślę, że jesteś gotowa.
- Jesteśmy super - powiedziała Holly. Jej lustrzane odbicie promieniało dumą.
Obróciłam  się  przed  lustrem  o  trzysta  sześćdziesiąt  stopni.  Miała  rację.  Nie  można  było

określić, czy sukienka trzyma się dzięki mnie, czy agrafkom.

- Moje wybawczynie! - przycisnęłam dłonie do serca. Palcami zawadziłam o zadrapania

na ramieniu i poczułam ból. Zmrużyłam oczy. - Tamara, czy mogę cię prosić o jeszcze jedną
przysługę?

Ktoś zapukał do drzwi. Cholera. Czy Falin nie wie, że spóźnianie się jest w modzie?
- Ja otworzę - powiedziała Holly, wychodząc z zatłoczonej łazienki.
-  A  ja  zrobię,  czego  potrzebujesz,  i  to  bez  proszenia  -powiedziała  Tamara.  -  Włóż  to  i

zmień buty.

Wyciągnęła  cieniutki  srebrny  łańcuszek  z  pięknym  urokiem  w  kształcie  ducha.  Urok

brzęczał lekką magią.

Wyczuwałam,  że  to  urok  kosmetyczny,  ale  taki  bardziej  wyspecjalizowany,  jakby  został

zaprojektowany, by...

- Siniaki i zadrapania? Zrobiłaś go sama?
- Tak. I musisz go aktywować osobiście — podała mi malutkie ostrze.
Fuj. Nie znosiłam czarów, które trzeba było aktywować krwią. Ale nie mogłam odrzucić

takiego prezentu.

Gdy urok był już aktywny, Tamara pomogła mi zapiąć łańcuszek. Zamrugałam do odbicia

w lustrze. Sińce, które dzisiaj zmieniły kolor na zielonkawy, były całkiem niewidoczne. Ślady
po szwach także.

- Robi wrażenie. Nie wiem, jak ci dziękować. Uśmiechnęła się.
- Po prostu baw się dobrze - udała, że ociera łzę. -Czuję się tak, jakbym wyprawiała córkę

na pierwszy bal.

-  Cicho!  Usłyszy  cię  -  szepnęłam.  -  To  nie  jest  randka.  -  Pociągnęłam  za  spódnicę,  ale

przypomniałam  sobie  o  agrafkach  i  zrezygnowałam  z  tego  pomysłu.  -  Chciałam  cię  o  coś
zapytać. Czy możesz spojrzeć na czar na moim ramieniu?

Tamara zmarszczyła brwi.
- Na twoim ramieniu nie ma żadnych czarów. Zastygłam, a oddech utknął mi się w płucach.

Jakby próbując nadrobić stracony czas, z moich ust wyleciały słowa.

-  Jest.  Widziałam  w  Eterze.  Miał  takie  dziwne  czarne  pędy  i...  przerwałam  na  widok

bardzo zdziwionej i zmartwionej - twarzy Tamary. - Oprócz biżuterii, jedyny czar, jaki masz na
sobie, to czar leczący w bransoletce na nadgarstku. Używałaś go, swoją drogą. Nie wiem, czy
zauważyłaś.

Spojrzałam w dół. Tamara nie spostrzegła sztyletu ani czaru. A ja coś widziałam w Eterze.

Śmierć także widział czar. Jak ona mogła go przeoczyć?

- Alex? - Holly zawołała z pokoju.
- Lepiej stąd wyjdź - powiedziała Tamara, wyganiając mnie z łazienki.
- I zmień buty!
- Albo te, albo trampki - wymamrotałam. Nie byłam pewna, czy to usłyszała, bo właśnie

zauważyłam  Falina.  Oglądał  zdjęcia  zatknięte  za  lustro  na  bieliź-niarce  i  jeszcze  mnie  nie

background image

zauważył,  więc  miałam  chwilę,  by  go  poobserwować.  Chwila  jednak  okazała  się  za  krótka.
Miał  smoking  z  czarnej  satyny,  dopasowany  tak,  że  uwydatniał  najlepsze  fragmenty  jego
sylwetki - szerokie ramiona i wąskie biodra. Jeśli był uzbrojony, dobrze to ukrywał, bo kabura
nie  zmieściłaby  się  pod  marynarką.  Jego  włosy  lśniły  w  wieczornym  słońcu  przesiewanym
przez  rolety  i  wyglądały  jak  delikatne  włókna  magii  w  Eterze.  Dopadła  mnie  głupia
zachcianka, by podejść i przeczesać je palcami.

Holly nachyliła się do mnie.
-  Ale  jestem  zazdrosna!  -  wyszeptała  i  przeplotła  ramiona  z  Tamarą.  W  milczeniu

pomachały  mi  na  do  widzenia  i  zeszły  na  dół,  do  głównej  części  domu.  Zaczną  obmawiać
mojego „partnera", zanim dotrą do podstawy schodów.

Falin  nie  spojrzał  za  wychodzącymi,  ale  podniósł  dłoń  odzianą  w  białą  rękawiczkę  i

wyciągnął jedno ze zdjęć zza lustra.

- A ty co robisz?
Odwrócił się, wciąż trzymając zdjęcie. Uśmiechnął się lekko i wrócił do jego oglądania.
Wow, nawet nie dał mi drugiej szansy. Pauza. Och, jak ja nienawidzę sposobu, w jaki mnie

to denerwuje! Falin pokazał zdjęcie.

- Ona wygląda znajomo.
Podeszłam i przejęłam fotografię. Wycięłam ją z gazety i już pożółkła ze starości.
- Cóż, powinna. Przez wiele tygodni była w wiadomościach.
Uśmiechnął  się,  patrząc  na  kolekcję  za  lustrem.  Wyciągnął  kolejne  zdjęcie,  tym  razem

prawdziwe.

-  Znowu  ona?  Rianna  McBride,  prawda?  Zniknęła  jakieś  cztery  lata  temu.  Zaraz  po

przywołaniu  cieni  z  miejsca,  gdzie  wybuchła  bomba.  Chodziło  o  zlokalizowanie  i
zidentyfikowanie ofiar, jeśli dobrze przypominam sobie informacje z prasy?

Wzięłam  od  niego  zdjęcie  i  włożyłam  zarówno  je,  jak  i  wycinek  z  gazety  do  górnej

szuflady bieliźniarki.

- Czy mógłbyś nie dotykać moich rzeczy?
Falin  wzruszył  ramionami,  odchodząc  nareszcie  od  lustra.  Spojrzał  na  mnie  ponownie  i

usta mu zadrżały, jakby nie mógł się zorientować, czy uśmiechnąć się, czy jednak nie. Czułam,
że  za  chwilę  zacznę  się  rumienić.  Holly  udało  się  ułożyć  moje  włosy  w  ścisłe  pierścionki,
urok  zniwelował  siniaki,  a  sukienka  była  naprawdę  ładna.  Byłam  pod  wrażeniem,  ale  on
wyglądał lepiej ode mnie.

Spojrzałam w przestrzeń i obciągnęłam sukienkę.
- Jak myślisz, do której nam zejdzie? Teraz się uśmiechnął.
-  Masz  wyznaczoną  godzinę  policyjną?  -  gdy  spojrzałam  na  niego  wilkiem,  zaśmiał  się  i

potrząsnął głową. - Od kogo pożyczyłaś sukienkę? - Taki jesteś pewien?

Przytaknął i obszedł mnie dokoła. Wyciągnął dłoń i złapał za kieckę. Odskoczyłam.
- Hej, a ty co... - Stój spokojnie - jego dłonie pracowicie wyłuskiwały agrafki.
Po kilku sekundach zniszczył ciężką pracę Holly i Tamary. Odsunął się. Pokiwał głową z

aprobatą i pokazał gestem, żebym się obróciła.

Ze strachem podeszłam do lustra. Moja szczęka niemal uderzyła o podłogę, gdy spojrzałam

na swoje odbicie i zobaczyłam, że sukienka przylega do mojego ciała tak jakby była na mnie
szyta.

- Okay, wygrałeś. Masz magiczne dłonie.
- Czułaś, żebym używał magii?

background image

Potrząsnęłam  przecząco  głową  i  przesunęłam  rękami  po  talii  i  biodrach.  Nie  czułam  ani

szwów, ani naddanego materiału. Tamara zrobiła świetną robotę, ale to...

-  Jestem  pod  wrażeniem.  -  Teraz  wyglądałam  jak  część  przyjęcia.  I  zupełnie  jak  nie  ja.

Może  to  wystarczy,  żebym  przeszła  niezauważona.  Warto  przynajmniej  spróbować.
Odwróciłam się do Falina. - Spóźnimy się.

-  Przestań  się  kręcić  -  szepnął  Falin,  gdy  wchodziliśmy  do  sali  balowej  w  posiadłości

Caine'ów.

Dotknęłam naszyjnika. W samochodzie zdjęłam leczącą bransoletkę z lewego nadgarstka.

Tamara  miała  rację  -  używałam  tej  ręki.  Wciąż  była  nadzwyczaj  czuła,  ale  przynajmniej  nie
wyróżniałam się w tłumie. Nie, żebym tutaj pasowała. Mężczyźni w smokingach stali razem,
dyskutowali  i  podejmowali  decyzje,  sącząc  szkocką.  Kobiety  uśmiechały  się  do  siebie  bez
ciepła,  wybierały  przyjaciółki  ze  względu  na  wartość  ich  biżuterii.  Okay,  może  byłam  nieco
zbyt  cyniczna,  ale  to  oni  rządzili  Nekros:  politycy,  dyrektorzy  najważniejszych  firm  i  leniwi
bezrobotni.

Nie sądziłam, że uda mi się wejść. Byłam w pełni przygotowana, że strażnik przy bramie

każe  mi  odejść.  Bez  względu  na  to,  czy  mam  bilet,  czy  nie.  Ale  mnie  przepuścił.  I  człowiek
przy wejściu do domu także. I nie był to Rodger. Teraz znaleźliśmy się razem w sali balowej.

- To chyba miała być okazja? - wyszeptałam, nachylając się do ramienia Falina.
- Najpierw wmieszamy się w tłum. Potem zjemy. Cudnie. Mieszanie się z tłumem.
Falin wziął mnie pod ramię i poprowadził w głąb pokoju. Nałożyłam uśmiech na twarz. Z

kim mam się tu mieszać? Z jedynymi osobami, które tu znam, jestem spokrewniona, a one mnie
wyrzuciły.  Nie,  żeby  ktoś  poza  rodziną  wiedział,  kim  jestem.  Nawet  teraz,  gdy  moja  twarz
widniała  w  gazetach,  rozpoznałaby  mnie  pod  tym  makijażem,  z  upiętymi  włosami  jedynie
osoba, która naprawdę dobrze mnie zna. Pewnie nawet mój własny ojciec by mnie nie poznał.
Nie czułam się sobą.

I wyszło na to, że niepotrzebnie się martwiłam, czy będę miała się z kim wymieszać. Falin

obszedł  całą  salę,  zatrzymując  się  od  czasu  do  czasu,  by  porozmawiać  z  tym  czy  tamtym,
zabierając mnie chyba tylko jako uciechę dla oka.

- Detektywie Andrews! - ktoś zawołał i Falin podprowadził mnie w jego kierunku.
-  Komisarzu  Reynolds,  jak  się  pan  ma?  -  zapytał,  puszczając  moje  ramię,  by  móc  się

przywitać.

Komisarz przedstawił go małej grupie mężczyzn, prawdopodobnie bardzo ważnych. Mimo

że  moja  twarz  była  w  każdej  gazecie  i  Reynolds  sam  o  mnie  wspomniał  na  konferencji
prasowej  kilka  godzin  temu,  gdy  skończył  rundkę  zapoznającą,  spojrzał  na  Falina  z
oczekiwaniem.  Tak,  makijaż  i  sukienka  wystarczają,  żeby  zmylić  głupców.  Falin  go  nie
zawiódł.

-  To  Alexis  Caine  -  powiedział,  biorąc  mnie  pod  ramię.  Zamrugałam  ze  zdziwienia,  ale

udało mi się nie stracić uśmiechu. A ten co wyprawia?

Kobieta z czymś martwym owiniętym wokół szyi pochyliła się w moją stronę.
-  Jesteś  może  spokrewniona  z  naszym  sławnym  gospodarzem?  Włączyłam  uśmiech  na

pełną moc.

- Tak, ze strony ojca.
To wzbudziło w grupie poszeptywanie, co pozwoliło mi przyciągnąć Falina bliżej siebie. -

Muszę z tobą porozmawiać.

Uśmiechnął  się.  Po  chwili  mała  sensacja,  którą  wzbudziło  moje  nazwisko,  została

background image

zapomniana, a rozmowa potoczyła się dalej.

Komisarz Reynolds poklepał mego towarzysza po ramieniu.
-  Falin  przeniósł  się  właśnie  do  naszego  wydziału  i  naprawdę  dobrze  go  u  nas  mieć.

Dałem mu sprawę Colemana. To naprawdę obiecujący kandydat...

Wyłączyłam się, uśmiechając się i naśladując język ciała rozmówców, bez słuchania tego,

o  czym  mówiono.  Skupiłam  się  na  czytaniu  innych  zmysłów,  skanując  tłum  na  magię.  Jak  na
grupę  składającą  się  w  większości  z  popleczników  Pierwszej  Partii  Ludzi,  było  tu  sporo
kosmetycznych uroków. Na cerę, przeciw łysieniu i nawet kilka powiększających piersi.

- Wyczuwasz coś? - zapytał Falin, gdy wyprowadził mnie z grupy.
Potrząsnęłam głową, zgrzytając zębami. Nie byłam różdżką. Nie wiedziałam nawet, czego

szukam.

Nagle poczułam coś  niepokojącego. Jakby igiełki  w okolicach łopatek.  Takie uczucie, że

ktoś  na  ciebie  patrzy.  Fala  złej  energii  obmyła  mój  umysł;  zadrżałam  i  ugięły  się  pode  mną
kolana., Gdy wysysający duszę czar zareagował z tą lodowatą energią, ból wciął się w moje
ramię. Mocniej chwyciłam  rękę Falina, nie  chciałam upaść w  środku przyjęcia. Zachwiałam
się, a jego ramię przeszło w okolice mojej talii. Dzięki temu wciąż stałam.

- Kto to? - szepnął.
Niemal tak szybko, jak sam atak, uczucie odpuściło. Jak odpływ morza. Przygotowałam się

na kolejne natarcie, ale nie nadeszło. Odwróciłam się. Dokładnie za nami znajdowała się duża
grupa ludzi, a w jej centrum, otoczony przez pomagierów, stał mój ojciec.

Nasze  spojrzenia  spotkały  się,  lecz  po  chwili  jego  oczy  powróciły  do  osoby,  z  którą

rozmawiał.  Nie  zmienił  wyrazu  twarzy,  tylko  złapał  dłoń  kobiety,  która  go  uścisnęła.  Ten
uścisk  trwał  wystarczająco  długo,  by  stać  się  osobistym  i  wywołać  wrażenie,  że  coś  ją  z
gubernatorem  połączyło.  Wtedy  odwrócił  się  do  nas  tyłem  i  dotknął  ramienia  jednego  z
mężczyzn za sobą, wyprowadzając go z towarzystwa. Powiedział coś, a tamten skierował na
mnie wzrok.

Fajnie. Obstawa niedługo mnie znajdzie. Chyba jednak nie zostanę na kolacji.
Ojciec  uśmiechnął  się  i  wrócił  do  grupki,  która  zdawała  się  już  za  nim  tęsknić.  Drogę

zastąpił  mu  okrągły  facet,  wyglądający  na  biznesmena.  Zasłonił  mi  go.  Chyba  to  czyniło  go
podejrzanym. Czy Roy nie mógł mu poświęcić ani odrobiny więcej uwagi? Westchnęłam.

- Kto to? - ponownie zapytał Falin.
Potrząsnęłam  głową.  Nie  miałam  pewności,  raczej  obawy.  Dopóki  nie  potwierdzę,  że  to

mój  ojciec,  nic  nie  powiem.  Skanowałam  tłum.  Gdy  ojciec  na  mnie  spojrzał,  nie  wyczułam
czarnej magii, ale nie czułam jej też od nikogo innego. Więc Coleman może się ukrywać. To
utrudni sprawę.

- Kto to? - zapytałam, tym razem ja, ruchem głowy wskazując na faceta pod pięćdziesiątkę,

z  jasnobrązowymi  włosami,  który  właśnie  oderwał  się  od  grupki  otaczającej  mojego  ojca.
Przeszedł  przez  salę  i  wyszedł  bocznym  wyjściem.  Trzasnęły  drzwi,  rozmowa  została
przerwana, ale szybko powróciła na stare tory.

Falin popatrzył za facetem.
-  Pratt  Bartholomew,  nowy  zastępca  gubernatora.  To  dobry  koleś,  ale  narwaniec.  Jego

szukamy?

-  Odczep  się.  Jeszcze  nie  wiem.  Usiłuję  znaleźć  kogoś  odpowiadającego  opisowi.  -

Opisowi?

Racja. Nie powiedziałam mu o Royu.

background image

- Później ci wyjaśnię.
Kilka lekko oszołomionych twarzy wciąż patrzyło na drzwi. Biznesmen był postawny, ale

przesunął  się  na  tyle,  że  mogłam  już  widzieć  ojca.  Jeden  z  jego  pomocników,  podobny  do
wiewiórki  mężczyzna  w  grubych  okularach,  pochylił  się  i  mówił  coś  szybko.  Cokolwiek  to
było, mój ojciec przytaknął i pomocnik odszedł. Bez wątpienia poszedł za Bartholomew.

Moją  uwagę  przyciągnął  stojący  za  grupą  mężczyzna.  Głównie  dlatego  że  mnie

obserwował.  Miał  ponad  czterdzieści  lat,  a  na  głowie  pełno  brązowych  włosów.  Gdy
zorientował  się,  że  i  ja  na  niego  patrzę,  podniósł  w  cichym  toaście  szklankę  z  brandy.
Uśmiechnęłam się zaciśniętymi ustami i wróciłam do Falina. - A to kto?

- Jefferson Wilks Trzeci. Senator partii opozycyjnej. Członek Partii
Równych Praw? Tutaj? Oczywiście, i ja byłam tutaj... I zdecydowanie byłam najbardziej

znaną - na dobre i na złe - wiedźmą w Nekros. Falin wziął mnie za rękę.

- Pójdziemy się przedstawić?
Potrząsnęłam  głową  i  wskazałam  na  stolik  z  przystawkami.  Potrzebowałam  czegoś,  co

ustabilizuje moją formę. Nie zamierzałam udawać uśmiechów i prowadzić rozmów o niczym,
zanim się nie najem.

Falin podprowadził mnie do stolika, ale gdy tylko do niego doszliśmy, ktoś zawołał go po

imieniu.

- Zostaw mnie tutaj - powiedziałam, machając, by sobie poszedł.
Obserwował mnie przez chwilę; przytaknął. Niemal odetchnęłam z ulgą. Nareszcie byłam

sama. A przede mną stało jedzenie.

Wzięłam ze stolika kilka truskawek w czekoladzie i przesunęłam się w stronę krakersów.

Jaka szkoda, że nie wzięłam ze sobą torebki!

Załadowałam na krakersa kawior i usłyszałam znajomy, przypominający gdakanie, chichot.

Podeszłam do małej grupy debiutantek, w centrum której znajdowała się Casey. Nie było już
śladu  czarnych  ubrań  i  zapuchniętych  oczu.  Dzisiaj  miała  na  sobie  olśniewającą  czerwoną
suknię, zaprojektowaną tak, by ściągała spojrzenie każdego mężczyzny - głęboki dekolt, złota
nitka.  Śmiała  się  z  czegoś,  co  powiedziała  jedna  z  jej  przyjaciółek  i  śmiech  brzmiał
prawdziwie. Była pełna życia i w najmniejszym stopniu w swej radości nieprzymuszona.

Udałam zachwyt nad rzeźbą z lodu i podeszłam bliżej. Gapiłam się teraz na rzeczywistych

rozmiarów  lodową  parę.  Pozwoliłam  sobie  wejść  w  kontakt  z  podświadomością,  żeby
przeskanować  dzieło  magicznie.  Pierwszą  magią  był  urok  nałożony,  by  uchronić  figurę  od
roztopienia.

Szłam  dalej.  Każda  dziewczyna  miała  na  sobie  przynajmniej  jeden  urok,  ale  to  Casey

dzierżyła  w  tej  konkurencji  palmę  pierwszeństwa.  Większość  czarów  była  słaba.  Gdzie  ona
kupiła  tak  źle  wykonany  towar?  Przeskanowałam  ją  jeszcze  raz  i  zrezygnowałam.  Wielki
diament  pomiędzy  jej  piersiami  był  zaklęty  urokiem  sprawiającym,  że  ją  zauważano  i
adorowano. To była szara magia - nielegalna w sprzedaży i skupie. Gdzie ją dostała?

Kątem  oka  zauważyłam  kilku  mężczyzn  podchodzących  do  grupy,  z  którą  „mieszał  się"

Falin. Jednym z nich był mój ojciec. Kierował się na Andrewsa. Cholera.

Rozejrzałam  się.  Ochronę  łatwo  było  rozpoznać  -  zbiry  w  smokingach  wciąż  wyglądały

jak zbiry. Zauważyłam, że kilku z nich zaczyna się zbliżać.

Odeszłam  od  bufetu.  Byłam  przy  nim  zbyt  widoczna.  Ludzie  patrzyli  na  mnie,  gdy

przechodziłam, więc uśmiechnęłam się, zmuszając do wolniejszego chodu. Gdybym wybiegła
z sali, ściągnęłabym na siebie większą uwagę.

background image

Udało  mi  się  dojść  do  końca  sali,  tam,  gdzie  zasłona  chroniła  wejście  do  bocznego

pomieszczenia używanego przez dostawców.

Przypuszczałam, że wciąż go używają. Weszłam bez zbytniego ociągania, zaskakując jedną

z kelnerek.

Gdy  mnie  zobaczyła,  krzyknęła,  próbując  ukryć  w  połowie  pusty  kieliszek  za  plecami.

Taca  z  pozostałymi  napełnionymi  winem  kieliszkami,  które  miała  rozdać,  stała  na  krześle.
Uśmiechnęłam się niepewnie.

- Zgubiłam się. Gdzie jest toaleta?
Odstawiła wino i pokazała mi drogę - zresztą złą - do łazienki. Nie wspomniałam o fakcie,

że  próbuje  najlepszych  trunków  gospodarza  i  miałam  nadzieję,  że  z  wdzięczności  zrobi  to
samo.

Gdy dziewczyna podniosła tacę i zniknęła za zasłoną, poszłam w dól hallu. Kilka zakrętów

i już byłam w głównej części domu.

Skradanie  się,  żeby  cię  nie  wykopano.  Cudnie,  Alex.  Strząsnęłam  z  siebie  tę  myśl.  W

końcu, gdyby Coleman mógł schować się przede mną, cały pomysł z „mieszaniem się" spaliłby
na panewce. Mogłam sobie powęszyć.

Weszłam po schodach na drugie piętro. Szukałam biura mojego ojca, ale zatrzymałam się

w apartamencie Casey. Nie podobało mi się, że miała na sobie szary urok. Klamka poruszyła
się bezgłośnie. Zamknęłam za sobą drzwi.

Salon. Nic ciekawego. Sięgałam już do klamki od sypialni, ale się zawahałam. Poczułam

dotknięcie delikatnej magii. Tutaj? Co jej pozostałości robią w apartamencie Casey?

Otworzyłam drzwi i włączyłam światło.
Sypialnia  była  większa  niż  moje  mieszkanie.  Łoże  z  baldachimem,  okryte  tiulowymi

zasłonami  w  kremowym  kolorze,  stało  pośrodku  pokoju;  czerwone,  satynowe  pokrycia  na
poduszki  stanowiły  niezły  kontrast.  Mały,  plazmowy  telewizor  wisiał  na  ścianie  niedaleko
łóżka,  a  po  drugiej  stronie  stał  mały  stolik  z  nocną  lampką.  Dębowa  skrzynia  w  nogach,
bieliźniarka  i  mała  półka  na  książki.  Jedynymi  drobiazgami  były  świece  na  dużym,  stojącym
kandelabrze.

Zmarszczyłam na ich widok brwi. Cztery kandelabry ustawiono w czterech kątach pokoju.

Co zamierza Casey? Podeszłam bliżej. Łaskotanie magii stało się silniejsze i zmieniło się w
niskie  brzęczenie,  które  poczułam  w  całym  ciele.  Zanim  zorientowałam  się,  czym  dokładnie
było, przekroczyłam krawędź nieaktywnego okręgu.

Okay, ktoś tutaj bawił się w czary.
Podeszłam  do  bieliźniarki.  Oprawione  w  srebro  fotografie  były  w  tym  pokoju  jedynym

osobistym akcentem. Jedna z nich pokazywała moją siostrę w grupie przyjaciółek ubranych w
sukienki, w których wyglądały jak bezy. Na kolejnej stała pomiędzy ojcem a Colemanem, na
jeszcze jednej -w grupie senatorów. Ostatnia pokazywała moją siostrę wraz z bratem, Bradem.
Podniosłam ją i poczułam na palcach ślady magii. Urok?

Urok  ukrywający.  Ponownie  zmarszczyłam  brwi.  Co  Casey  próbuje  zataić?  Dla

wykrywającego  uroki  ukrywające  są  na  ogół  wielkimi  drogowskazami,  mówiącymi:  „Do
sekretu tędy". Gdy się już wiedziało, że są, były bardzo łatwe do obejścia.

Zamknęłam oczy. Przesunęłam palcami po tylnej ściance ramki i wymacałam małą, ukrytą

kieszonkę.  Sięgnęłam  głębiej  i  wyciągnęłam  cienką  książeczkę  rozmiaru  dłoni.  Skórzana
oprawa,  zmiękczona  przez  czas,  była  pozbawiona  tytułu.  Brzęczała  delikatnie,  jakby
pochłaniała magię z otaczającego ją świata. Tyle że magia ta była lepka. Otworzyłam książkę.

background image

Strony  wypełniało  odręczne  pismo.  Ciasne  literki  były  zbyt  małe  i  nieregularne,  jak  na

dzieło  mojej  siostry.  Przewróciłam  stronę  i  zobaczyłam  diagram  ozdobnego  okręgu  z
zaznaczonym  punktem  serca  i  czterema  punktami  strażniczymi.  Książka  magiczna?
Kartkowałam dalej. Czar, na który natrafiłam, miał za zadanie wzbudzać strach we wrogu. To
nie zwykła magia, to szare czary! Za mną otworzyły się drzwi. - Co ty tu robisz? Odwróciłam
się, ukrywając książkę za plecami.

Casey  stała  w  drzwiach  z  zarumienionymi  ze  złości  policzkami,  idealnie  komponującymi

się ze szkarłatną suknią. Zwinęła dłonie w pięści i podparła nimi boki, jakby próbując zająć
jak najwięcej miejsca. - Zapytam ponownie. Co tutaj robisz?

- Tutaj, na przyjęciu, czy...
- Tutaj, w moim pokoju, Alexis - weszła, ale zatrzymała się przy łóżku.
W dłoni wciąż miałam książkę. I co ja, do cholery, mam z nią zrobić? Odchrząknęłam, nie

patrząc w oczy Casey. - Jak mnie znalazłaś?

-  Wiedziałam,  że  jesteś  na  przyjęciu,  bo  cię  zobaczyłam.  Wiedziałam,  że  jesteś  w  moim

pokoju, bo przekroczyłaś okrąg.

Spojrzałam  na  niewidzialny  okrąg  z  czterema  punktami  zaznaczonymi  za  pomocą

kandelabrów.

- Jesteś...
-  Wiedźmą?  -  uniosła  idealną  brew  i  założyła  ręce  na  piersi.  -  Tak.  Jeśli  powiesz  ojcu,

przysięgam, że obrzydzę ci życie. Wyprę się wszystkiego.

-  Ale...  -  Mnie  przecież  wydziedziczył  za  to,  że  jestem  wiedźmą!  Jestem  bastardem.  A

teraz Casey, jego ulubienica, jego córeczka! Jak mógł tego nie zauważyć?

Usiadła na łóżku. Czerwień sukienki odbijała się od kremowych zasłon i pościeli jeszcze

bardziej niż poszewki na poduszki.

-  Proszę  cię.  Ojciec  jest  najgorszym  wykrywającym  na  świecie.  Mama  musiała

praktykować pod jego nosem przez lata.

- A co z Bradem? - zapytałam, a Casey uciekła spojrzeniem w bok.
Czy to on dał jej książeczkę? Była schowana za jego zdjęciem. Casey wciąż na mnie nie

patrzyła, więc przyklękłam i schowałam książkę do buta. Nie było mi wygodnie. Próbowałam
wepchnąć  ją  głębiej,  ale  moja  siostra  poruszyła  się,  a  łóżko  stęknęło.  Wstałam,  prostując
spódnicę i próbując zachować neutralny wyraz twarzy.

- Nic nie wiem o Bradzie. Nikt nic nie wie. Nie sądzisz, że ojciec by do ciebie zadzwonił,

gdyby  miał  wiedzę  na  ten  temat?  Więc,  gdziekolwiek  jest  nasz  brat,  on  nic  nie  wie,  a  ja  nie
mam pojęcia, czy jest wiedźmem, czy też nie. Po tobie, wiesz...

Tak,  wiedziałam.  Gdy  moja  umiejętność  wyrd  dała  o  sobie  znać,  a  ja  nie  umiałam  jej

ukryć, nasz ojciec posłał mnie do szkoły z internatem tak prędko, jak to tylko było możliwe.
Miałam osiem lat, gdy po raz pierwszy pakowałam walizki i wchodziłam na pokład samolotu,
by polecieć do akademii. Casey miała wtedy cztery lata. Byłam pod wrażeniem.

- Kiedy zdałaś sobie sprawę? Wzruszyła ramionami.
-  Chyba  zawsze  wiedziałam,  że  jestem  wrażliwa.  Nauczyciela  znalazłam  jednak  dopiero

kilka miesięcy temu.

- To ty zaklęłaś ten diament, który nosisz na szyi? Jej ręka powędrowała do naszyjnika, ale

Casey nań nie spojrzała. -Tak.

- Siostrzyczko, to szara magia. Kimkolwiek jest twój nauczyciel, powinien ostrzec cię ojej

skutkach...

background image

- Nie pytałam cię o zdanie, Alexis. To moja sprawa. Nie wtrącaj się - spojrzała na mnie

tak, jak w dzieciństwie. I tym samym tonem, którego używała wcześniej, powiedziała: -Wyjdź
z mojego pokoju. - Casey, ja...

-  Zadzwonię  po  ochronę,  jeśli  tego  nie  zrobisz.  Rozpatrzyłam  tę  możliwość.  Tak  dla

zabawy.  Jeśli  teraz  krzyknęłaby:  „Tato!",  na  przedmieścia  odprowadziliby  mnie  strażnicy.
Odwróciłam się i wyszłam. Nie uszłam daleko.

W holu spora dłoń chwyciła mnie za ramię. Zamarłam. Złapana na gorącym uczynku.
Nie  rozpoznałam  mężczyzny  o  kwadratowej  szczęce,  ale  on  znał  mnie.  Popchnął  mnie

przed sobą i niestety musiałam mu na to pozwolić. Wprowadził mnie do gabinetu mojego ojca.
Cóż, w końcu i tak chciałam tam pójść - tylko nie w takich okolicznościach.

Ojciec siedział za dużym, mahoniowym biurkiem i trzymał palce przy wargach. Gdy tylko

mnie  zobaczył,  omiótł  ciemnym  spojrzeniem,  ale  nic  nie  powiedział.  Wielki  strażnik  -  albo
asystent,  albo  jakkolwiek  mój  ojciec  go  nazywał  -  wepchnął  mnie  w  stojący  przed  biurkiem
skórzany fotel. Odchyliłam się do tyłu, próbując zachować spokój.

Mój ojciec wciąż nie odezwał się ani słowem.
Testuje  mnie.  Próbowałam  unieść  brew,  ale  mimo  że  szwy  były  niewidoczne,  wciąż

pozostawały  na  swoim  miejscu.  Skończyło  się  na  tiku.  Ojciec  tylko  mnie  obserwował.  Nie
zmienił wyrazu twarzy.

Założyłam  nogę  na  nogę,  szeleszcząc  sukienką.  Okay,  jeśli  nie  rozmawiamy,  zrobię  coś

innego.  Skupiłam  się  na  innych  zmysłach  i  znalazłam  wielkie  nic.  Nie  miał  na  sobie  nawet
uroku  pozwalającego  na  zachowanie  świeżości  smokingu  przez  cały  długi  wieczór.
Przeskanowałam  jego  dwóch  pomagierów  -  byli  w  końcu  w  jego  grupie.  Jeden  miał  czar  -
zwykłe przejście - ale nie była to złośliwa magia. Drugi nie miał nic.

Wciąż panowała cisza.
Zmieniłam nogę i wytarłam dłonie o suknię. - No? - zapytałam w końcu.
Ojciec potrząsnął głową.
- Zawsze byłaś niecierpliwa - opuścił dłonie i sięgnął po pióro. Zaczął przeglądać leżący

przed sobą dokument. Jakby mnie tu wcale nie było.

Nigdy nie umiał mnie ogłupić. Nie podnosząc wzroku, powiedział:
- Jesteś tu już drugi raz w ciągu ostatniego czasu. Czego chcesz, Alexis?
W milczeniu gapiłam się na czubek jego głowy. Cisza była ostra i cięła powietrze między

nami. W końcu ojciec odłożył pióro i spojrzał na mnie. Niecierpliwa czy nie, byłam jednak tak
samo uparta jak on, więc trzymałam język za zębami.

Mijały minuty. Zacisnął zęby.
- Alexis, mam powód, by zachowywać się tak, a nie inaczej. Plan. Czy możesz powiedzieć

to samo o sobie? -spojrzał przez ramię. - Wyprowadźcie ją. I upewnijcie się, że strażnik jej
ponownie nie wpuści.

Musiałam wyjść. Pomagier za mną ścisnął moje ramię; nie potrzebowałam innego powodu

do wstania. Gdy wychodziłam z gabinetu, odwróciłam się jeszcze, by spojrzeć ojcu w twarz.

-  Swoją  drogą,  George,  świetna  impreza.  Ale  jedna  rzecz  mnie  zastanawia.  Dlaczego

Pierwsza Partia Ludzi nienawidzi wiedźm, ale jej sympatycy pozwalają sobie na uroki iluzji
w stylu miniliftingu czy powiększonych piersi?

Okręcając  się  na  pięcie,  wyszłam  z  pokoju  z  takim  impetem,  że  pomagier  musiał  za  mną

pobiec.

Schody  pokonałam  co  drugi  stopień,  potrząsając  głową.  To  miała  być  ta  moja  wielka

background image

riposta?  Powiększone  cycki?  Po  tych  wszystkich  latach  wciąż  umiał  mną  sterować.  Ale
jednego byłam pewna: ten mężczyzna z pewnością był moim ojcem.

background image

11

Oparłam się o bramę i uśmiechnęłam w kierunku strażnika. Mogłam jedynie mieć nadzieję,

że Falin wie, iż na niego czekam, albo było przede mną błaganie o podwózkę. Wątpiłam we
własne szczęście w tej kwestii.

Nie  powinnam  była  się  martwić.  Wystartowałam  już  jakieś  dwadzieścia  minut  później  -

kabriolet Falina mruczał przy bramie. Zaciśnięte szczęki świadczyły, że prawdopodobnie nie
był zachwycony, iż ominęła go kolacja. Cóż mogłam powiedzieć? Nigdy wcześniej nie byłam
na randce. Nie znałam zasad.

- Gdzie byłaś? - zapytał, biorąc zakręt nieco zbyt ostro.
- Szukałam śladów.
- Wykopali nas przez ciebie.
Osunęłam się w fotelu i założyłam ręce na piersi.
- To i tak by się stało. Może przeoczyłeś tę wiadomość, ale ja i ojciec nie za dobrze się

rozumiemy.  O  co  chodziło  z  użyciem  mojego  prawdziwego  nazwiska?  Tak  naprawdę,  to  ty
poprosiłeś ojca o wykopanie mnie.

Falin odchrząknął, co można było zinterpretować jako rozbawienie albo niesmak.
- Czy mogę ci zadać pytanie teoretyczne? - nie czekałam na odpowiedź. Teraz ja pytałam,

bo po dzisiejszej nocy

była  szansa,  że  detektyw  Andrews  więcej  się  do  mnie  nie  odezwie.  -  Jeśli  znałbyś  czar

wysysający czyjąś duszę, jakbyś go powstrzymał?

Depnął po hamulcach i samochód zatrzymał się na czerwonym świetle. Czekałam.
Światło  zmieniło  się  na  zielone,  ale  auto  się  nie  poruszyło,  a  on  wciąż  nie  odpowiadał.

Okay, czemu dzisiaj wszyscy milczą? Jakaś nowa zabawa towarzyska, czy co?

Miękka  skóra  jęknęła  pode  mną,  bo  zaczęłam  się  wiercić.  Kierowca  za  nami  zatrąbił.

Kabriolet popędził naprzód.

- Nie mówisz o wyciąganiu duszy, mówisz o jej konsumowaniu - jego głos był ostrożny i

śmiertelnie poważny.

Zważywszy na to, że chodziło o moją duszę, podejście nie było mi obce. -No?
Jego  telefon  zapiszczał,  ale  zignorował  to,  odwrócił  się  do  mnie.  Uliczne  światła

podświetliły jego rysy.

- A dlaczego mam ci odpowiadać?
Telefon znów zapiszczał. Falin wyciągnął go z kieszeni przy pasku jedną ręką.
- Andrews - warknął do słuchawki na powitanie.
Bo wydaje się, że zbyt dużo wiesz, pomyślałam, ale w milczeniu potarłam zadrapania na

ramieniu  i  odwróciłam  się,  by  spojrzeć  w  ciemność  za  oknem.  Dawałam  mu  tak  dużą  iluzję
prywatności,  jak  tylko  mogłam.  Jeśli  mój  ojciec  nie  jest  Colemanem,  to  kto  nim  jest?  Zbyt
wielu ludzi stało wokół niego, gdy odebrałam falę mrocznej magii. Mógł być nim każdy z nich.
Potrząsnęłam głową.

-  Jestem  niedaleko.  Będę  za  chwilę.  -  Falin  wyłączył  telefon  i  przełączył  reflektory  na

długie,  wypełniając  nocne  niebo  błękitem  świateł.  -  Zmiana  planów  -  powiedział.  -
Było morderstwo. Jeden z oficerów cię odwiezie.

Myślałam do tej pory, że Falin prowadzi nieostrożnie, ale teraz, gdy błękitne światło dało

mu możliwość nie patrzenia na prędkościomierz, naprawdę przycisnął gaz do dechy. W ciągu
kilku  chwil  byliśmy  na  żwirowym  parkingu  razem  z  innymi  radiowozami.  Przełknęłam  ślinę.

background image

Nie widziałam dobrze, a migające światła mi nie pomagały, ale zorientowałam się, że miejsce
jest mi znajome. - Falin, czy to opuszczony magazyn?

- Tak. - Zatrzymał samochód i wyskoczył, zatrzaskując drzwi. - Zostań w wozie.
- Czekaj! Ja...
- Zostań w wozie.
Usiadłam  więc,  poprawiłam  sukienkę  i  położyłam  nogi  na  desce  rozdzielczej.  Wyjęłam

książkę z buta i włożyłam do torebki. Wtedy zaczęłam czekać, licząc pod nosem. Doliczyłam
do pięćdziesięciu. Musiał już być w środku.

Rozejrzałam się, ale nie zobaczyłam wiele. Cóż, albo teraz, albo nigdy. Wyszłam z wozu i

zamknęłam za sobą drzwi. Poszłam w stronę świateł na końcu parkingu.

Budynek  był  wystarczająco  oświetlony,  żebym  na  nic  nie  weszła,  ale  jego  kąty  pożerała

ciemność. Unikałam ich, gdy podchodziłam do żółtej taśmy.

- Alex, dziecinko, to ty?
Odwróciłam  się.  W  moim  kierunku  toczył  się  jakiś  mężczyzna,  prawdopodobnie  glina.

Może  jednak  się  nie  toczył?  Może  miał  słabe  kolana?  Patrzyłam  zbyt  długo,  próbując
odszyfrować cienie na znajomej twarzy.

- To ty, Alex. Niemal cię nie poznałem, tak jesteś ubrana. Nareszcie rozpoznałam głos.
- Detektyw Jenson! Jak się pan ma?
Wzruszył  ramionami,  ale  twarz  miał  bledszą  niż  powinien.  Był  w  wydziale  zabójstw

dopiero od niecałych pięciu lat, a już miał przegrane spojrzenie. W chwili przeniesienia został
partnerem Johna; nikt nie spodziewał się, że wytrzyma dłużej.

-  Tak  więc  się  teraz  ubierasz  na  wizytę  na  miejscu  zbrodni?  Stałaś  się  sławna?  -

powiedział Jenson. Cienie na jego twarzy uniemożliwiały zorientowanie się, czy jego uśmiech
jest krzywy, czy nie.

Lubiłam  tego  Jensona.  Bywał  we  wtorki  u  Johna  na  obiadach  i  na  ogół  szanował  moje

poczynania. Wiatr się zmienił, przynosząc ze sobą kwaśny odór wymiocin.

Zmarszczyłam nos.
- Niezbyt tam ładnie pachnie, prawda? Spojrzał przez ramię na budynek za sobą.
-  Chwilę  temu  widziałem  detektywa  Andrewsa.  Znalazłaś  inną  drogę,  gdy  John  leży  w

szpitalu, tak? Taką z gatunku przyjemnych?

Mrugnęłam  ze  zdziwieniem  i  ciaśniej  założyłam  ręce  na  piersi,  żeby  przypadkiem  go  nie

spoliczkować.

- Nie wierzę, że rozmawiamy o moich sprawach osobistych, detektywie.
- Nie wiedziałem, że masz w ogóle jakieś życie osobiste.
Odór wymiocin nie niósł się z wiatrem, był w jego oddechu. Cokolwiek stało się w środku

magazynu,  musiało  być  straszne.  Nie  będę  przecież  tak  stać  i  pozwalać  się  obrażać.  I  żeby
jeszcze jakiś koleś blokował mi wejście!

- Dobranoc, detektywie - odeszłam, nie oglądając się za siebie. Dupek! Wymyślił sobie, że

może...

Potrząsnęłam głową. Martwiło mnie wystarczająco wiele spraw, żeby jeszcze przejmować

się  Jensonem.  Musiałam  przyjrzeć  się  fasadzie  budynku,  ale  i  tak  wiedziałam  swoje.  Długie
ręce  przerażenia  już  zatopiły  pazury  w  moim  sercu.  Wiedziałam.  To  ten  sam  magazyn,  do
którego  zabrał  mnie  Roy.  I  wiedziałam,  że  cokolwiek  jest  w  środku,  jest  o  wiele  gorsze  niż
Jenson mógłby przypuszczać.

Wylądowałam  teraz  na  tyłach  budynku.  Światełko  brzęczało  w  upalnym  powietrzu,

background image

oświetlając trzy załadowane palety; centralna miała poluzowaną obudowę. Chciałam wycofać
się,  jak  tylko  potwierdzę  swoje  przypuszczenia.  Naprawdę,  chciałam.  Czułam  magię,  która
była  użyta  w  magazynie.  Nie  musiałam  oglądać  tego,  co  się  tam  stało.  Ale  na  przedzie
środkowej palety stały trzy sylwetki, widoczne tak wyraźnie, jak w dziennym świetle. Jedną z
nich był Śmierć.

Zważywszy,  że  glina  stojący  między  trzema  postaciami  i  ja  byliśmy  skryci  w  cieniu,

widziałam  właśnie  mentalnych  towarzyszy  Śmierci.  Co  oznaczało,  że  wszyscy  byli
Zbieraczami  Dusz.  Jak  na  razie  w  całym  życiu  widziałam  tylko  jednego  Zbieracza,  Śmierć.
Nigdy nawet nie słyszałam o wiedźmie mającej kontakt z więcej niż jednym Zbieraczem naraz.
Zanurkowałam pod taśmą.

Byłam  już  w  połowie  drogi,  gdy  przypomniałam  sobie  o  patrolującym  teren  strażniku.

Tylko dlatego że złapał mnie za ramię.

- Przepraszam panią. Musi pani zostać po drugiej... A, pani Craft. Nie poznałem pani.
Spojrzałam na mężczyznę, który chyba był młodszy ode mnie i prawdopodobnie świeżo po

Akademii  Policyjnej.  Nowi  policjanci  dawali  się  podzielić  na  dwie  kategorie:  „wszystko
zgodnie  z  regulaminem"  albo  „niepewni  i  sikający  po  butach".  Liczyłam  na  bramkę  numer
dwa.

- Dobry wieczór - powiedziałam z uśmiechem. -Przywiózł mnie tutaj detektyw Andrews.
Mówiłam  prawdę.  To  Falin  mnie  podrzucił.  A  oficer  mógł  to  rozumieć,  jak  tylko  chciał.

Puścił moje ramię.

- Och, przepraszam, pani Craft. Nikt nie powiedział mi, że pani tu będzie. Jeśli jeszcze jej

pani nie widziała, łatwiej dostać się od frontu. Jej?!

- Tylko się trochę rozejrzę, dzięki - błysnęłam kolejnym uśmiechem. Przydał się skandal, w

którym  brałam  udział  -  wszyscy  w  wydziale  znali  moje  nazwisko  i  wiedzieli,  że  przywołuję
cienie. Ale jeśli oficer sprawdziłby moją historię, miałabym kłopoty. Przyśpieszyłam kroku.

Gdy podchodziłam, Śmierć patrzył na mnie, ale dwóch pozostałych Zbieraczy chyba mnie

nie zauważyło. Albo nie dbali o to. Cóż, jeśli ludzie cię nie widzą, nie musisz się ukrywać.

Nie  mogli  się  różnić  bardziej.  Śmierć,  jak  zwykle,  miał  na  sobie  spłowiałe  dżinsy  i

obcisły, czarny podkoszulek. Zawsze sądziłam, że czerń jest zwyczajowym kolorem Zbieraczy,
ale  kobieta  po  jego  prawej  miała  na  sobie  jasno-pomarańczowy  top  bez  ramiączek  i  białe,
skajowe rurki, a do tego wysokie buty do kolan. Jej dredy, ufarbowane na ten sam kolor, co
top,  opadały  do  połowy  pleców.  Słyszałam  już  o  Kobietach-Zbieraczach,  ale  ta  wyglądała,
jakby wybierała się na imprezę techno, a nie po dusze.

W kontraście do fanki sztucznej skóry, trzeci Zbieracz był elegancki. Miał na sobie szary

garnitur, a w butonierce - szary kwiat. Siwe włosy zaczesał do tyłu, a przy boku trzymał laskę
ze srebrną czaszką na rączce.

Gdy podeszłam, Śmierć dotknął ramienia kobiety, uciszając ją, zanim mogłam cokolwiek

podsłuchać.  Spojrzała  na  niego  i  przeniosła  wzrokiem  na  mnie.  Ledwie  zaszczyciła  mnie
spojrzeniem, ale Mężczyzna w szarym ubraniu zaszedł mi drogę.

Zawahałam  się.  Śmierć  miał  zwyczaj  przechodzenia  przez  śmiertelników,  przyprawiając

ich o dreszcze. Pozwalając, by Pan w szarym wszedł na moją ścieżkę, nie miał żadnego planu.
Odeszłam  kilka  kroków  w  bok  ze  spojrzeniem  wbitym  w  jego  oczy.  Uniósł  brwi,  a  ja
zauważyłam, że twarz otoczona morzem szarości była raczej młoda.

Kobieta położyła dłonie na biodrach, przyciskając jasne paznokcie do skóry. Spojrzała na

Śmierć.

background image

- Co? Dawałeś ogłoszenie?
Zignorował  ją  i  wyciągnął  rękę.  Uścisków  dłoni  nie  mieliśmy  w  zwyczaju.  Społeczna

norma  wśród  Zbieraczy,  tak?  Nie  wiedziałam,  więc  na  wszelki  wypadek  odpowiedziałam
uściskiem.  Jego  lodowate  palce  zamknęły  się  wokół  moich  i  przeszedł  mnie  dreszcz,  mimo
upalnej pogody.

Przyciągnął mnie bliżej.
- Dlaczego jesteś tutaj, Alex?
Mogłam mu zadać to samo pytanie. W sumie jednak miałam konkretne podejrzenia.
- Zebrałeś duszę ofiary?
Ofiara techno zawyła. Dźwięk był podobny raczej do wydawanego przez tygrysy niż przez

ludzi.  Oczywiście,  to,  że  ja  postrzegałam  ją  jako  człowieka,  nie  oznaczało,  że  nim  była.
Spojrzała na moją dłoń, wciąż w uścisku Śmierci, i wydęła usta.

-  Jesteś  głupcem.  -  Odsunęła  się  i  spojrzała  na  Mężczyznę  w  szarości.  -  Wiecie  co?  Idę

stąd. Wy możecie załatwiać to między sobą. - Zniknęła.

A  tej  o  co  chodziło?  Spojrzałam  na  Śmierć.  Jego  usta,  tak  często  uśmiechnięte,  miały

bardzo poważny wyraz, a w oczach nie było śladu iskier.

Pochyliłam  się,  by  zbliżyć  się  jeszcze  bardziej,  mimo  przejmującego  zimna,  niemal

sprawiającego ból i przyprawiającego o gęsią skórkę, i zapytałam:

- O co tutaj chodzi?
Spojrzał na mnie zmęczonym, ciężkim wzrokiem. Oczy powędrowały niżej, potknęły się o

zadrapania na ramieniu i zawahały, powracając do twarzy.

- Myślę, że możesz nam pomóc.
Mężczyzna w szarym garniturze potrząsnął głową.
- Nie chcę brać w tym udziału.
-  Wtedy  wszyscy  odejdziemy  i  to  będzie  koniec  -powiedział  Śmierć,  ale  zacisnął  palce

wokół moich.

Laska  zataczała  powolne  kręgi,  niczym  wahadło,  pod  zaciśniętymi  dłońmi  siwego

mężczyzny. Potrząsnął głową, ale był to powolny, niepewny ruch.

-  Nie,  nie.  Myślę,  że  możemy  to  zrobić  -  laska  przestała  się  poruszać.  -  Trzeba  jednak

wziąć pod uwagę środki zapobiegawcze - powiedział, przenosząc wzrok na mnie.

Śmierć przytaknął, a jego uścisk lekko się zmienił. Podszedł do mnie i pokierował moim

ramieniem tak, że nasze dłonie zostały ściśnięte przez nasze ciała.

- Musisz mi przysiąc, że nikomu nie powiesz, że braliśmy udział w tym, co się wydarzy.

Ani o tym, o czym się dzisiaj dowiesz.

Pochylił się. Jego twarz znalazła się o kilka centymetrów przed moją.
Zrobiło się niemal intymnie, ale nie drażnił się ze mną.
- To może być niebezpieczne. Nie musisz się zgadzać -wyszeptał.
Przełknęłam  ślinę.  Niebezpieczne  i  nie  mogę  nikomu  powiedzieć?  Era  wiedźmowych

sekretów dawno się skończyła. OMUL popularyzował dzielenie się wiedzą, więc tak robiono.
Ale już dwukrotnie Śmierć nie zebrał duszy, bo go o to poprosiłam. I uratował mi życie. Nigdy
nie  pytał  o  nic.  Mogłam  to  zrobić,  cokolwiek  to  było  i  jakiekolwiek  miały  wystąpić
zagrożenia. Przytaknęłam.

Śmierć  uśmiechnął  się,  ale  ten  uśmiech  nie  był  szczęśliwy,  odebrałam  go  raczej  jako

potwierdzenie mojej zgody. Jego dłoń przesunęła się ku mojej twarzy, wysyłając dreszcze w
dół szyi.

background image

- Przysięga.
Otworzyłam usta, lecz usłyszałam za sobą kroki.
- Pani Craft, wszystko w porządku? - zapytał młody strażnik.
Śmierć zmarszczył brwi, czego oficer nie mógł zauważyć.
Prawdopodobnie  wyglądałam  jak  wariatka,  stojąc  tutaj  i  rozmawiając  z  powietrzem.

Odwróciłam się.

- Wszystko w porządku. Dziękuję. Po prostu... przygotowuję się do wejścia do środka.
Przytaknął, ale nie przestawał być podejrzliwy. Widziałam to w jego oczach.
Zaczekałam, aż sobie pójdzie, zanim mogłam powrócić do Śmierci.
- Nic nie powiem.
Mężczyzna w szarym garniturze prychnął, a Śmierć potrząsnął głową. Jego dłoń chwyciła

palce mojej wolnej ręki i podniosłą ją, aż zobaczyłam własny obsydianowy pierścień.

- Prawdziwa przysięga, Alex - powiedział.
Cholera.  Nienawidzę  składania  przysiąg.  Wszystko  jest  zawarte  w  słowach.  Jeśli

przysięgnę za dużo, nie będę mogła z nikim porozmawiać o szczegółach. Trzeba negocjować.
Biorąc głęboki oddech, włączyłam energię pierścienia i dodałam do głosu magię.

-  Przysięgam  na  moc  nie  dyskutować  bez  twojego  pozwolenia  o  tym,  co  dziś  zobaczę,

ponieważ są to sekrety Zbieraczy Dusz.

Przytaknął.
-  Akceptuję  i  obiecuję  dzielić  się  tymi  sekretami,  których  będziesz  potrzebować,  aby

zrozumieć zajścia tej nocy.

Jego moc spotkała się z moją, zimno zmieszało się z ciepłem. Niemal namacalnie wyginały

się i zmieniały. Podbudowana mocą przysięga wsiąkła w moją skórę i w mój umysł, serce i
duszę. Zamknęłam oczy i wygięłam plecy, czując jej ciężar. Niedługo się przyzwyczaję.

Śmierć  puścił  moje  dłonie  i  odwrócił  się.  Przytaknął  Mężczyźnie  w  szarości  i  obaj

przeszli  do  magazynu.  Taaak,  to  są  goście!  Ja  nie  mogę  przechodzić  przez  ściany.  Tak
naprawdę to nie chciałam zrzędzić. Nie prosiłam Śmierci o cokolwiek w zamian za przysięgę,
ale sam obiecał mi pomoc. Mogłam tylko mieć nadzieję, że jego słowa odnosiły się także do
czaru wysysającego moją duszę.

Panel  był  wciąż  otwarty,  więc  prześlizgnęłam  się  przez  otwór,  jak  poprzednio,  próbując

nie zniszczyć sukienki Tamary. Ostatnim razem byłam tu wczesnym popołudniem, więc światło
z okien oświetlało mi drogę. Ale o zmroku wszystko było ciemne.

Śmierć i jego towarzysz stali już po drugiej stronie. Z wewnętrznego pomieszczenia, gdzie

znajdowało  się  ciało,  przenikała  odrobina  światła,  ale  była  niezbyt  pomocna.  Wyciągnęłam
ręce  przed  siebie  i  szłam  powoli,  ale  uszłam  zaledwie  kilka  kroków  i  uderzyłam  się  o
skrzynię. Cholera.

Śmierć spojrzał i widząc problem, podszedł do mnie. Wiedział o mojej przypadłości, choć

tak  naprawdę  nawet  ktoś  o  doskonałym  wzroku  miałby  problemy  w  tak  ciemnym  miejscu.
Wziął mnie za rękę.

- Idź za mną.
Łatwiej  powiedzieć  niż  zrobić.  Nie  wspominając  o  przewodniku,  który  w  normalnych

warunkach  nie  musi  martwić  się  o  twarde  przedmioty  na  drodze.  Śmierć  wciąż  zapominał
ostrzegać  mnie  o  czymś,  na  co  mogłam  nadepnąć,  lub  o  czymś,  co  zastawiało  nam  drogę.  I,
oczywiście,  nie  brał  pod  uwagę  zniszczenia  sukienki,  jeśli  zaczepiłabym  o  którąś  ze  skrzyń.
Gdy dotarliśmy do drzwi, podziękowałam opatrzności, że wysokie buty ochroniły moje kostki

background image

i łydki. Bałam się jedynie o stan kiecki.

Drugi Zbieracz cierpliwie czekał w drzwiach, wirując laską jak kapelmistrz pałeczką.
- Więc twoja dziewczynka wejdzie do środka i odprawi swoją magię?
Śmierć zmarszczył brwi i nie odpowiedział. Spojrzał na mnie.
- Jesteś gotowa?
Nie  miałam  pojęcia,  co  zobaczę  w  środku,  ale  wyczuwałam  już  złośliwość  czaru.

Wyciekał z pomieszczenia jak rozszerzająca się ciemność. Miałam dreszcze, jakby moje ciało

próbowało  uciec  od  tej  magii.  Jakaś  część  mnie  krzyczała,  bym  się  odwróciła  i  uciekła.

Zignorowałam  ją.  Przytakując,  obeszłam  Mężczyznę  w  szarości  i  Śmierć  i  pomaszerowałam
na miejsce rytualnego mordu.

background image

12

Najpierw 

zauważyłam 

poruszających 

się 

policjantów. 

Zadziałał 

instynkt

samozachowawczy  -  gdy  się  boisz,  twój  wzrok  zawsze  najpierw  wyłapuje  przedmioty  w
ruchu.  Policjanci  pracowali  w  małych  zespołach,  kładąc  markery,  robiąc  zdjęcia  i  zbierając
dowody. Falin stał w głębi pomieszczenia, rozmawiając z koronerem.

Później  zauważyłam  meble.  Wczoraj  w  tym  pokoju  nie  było  niczego,  może  z  wyjątkiem

pokrywającego  podłogę  kurzu.  Dziś  leżały  na  niej  grube  dywaniki.  Na  nich  z  kolei  stało
mnóstwo świec, w większości jeszcze płonących. Zostały ustawione wokół ozdobnego łóżka
pośrodku  pokoju.  I  w  centrum  okręgu.  Na  małym,  okrągłym  stoliku  przy  łóżku  zobaczyłam
butelkę szampana i dwa kieliszki. Biały, jedwabny sznur owinięty wokół jednej z nóg mebla
do spania wołał do mnie; w miejscu, gdzie był przyczepiony do szkarłatnego przedmiotu, biel
zmieniała się w czerwień. Patrzyłam, wiedząc, że nie będzie dobrze, gdy mój mózg dokładnie
rozpozna sytuację.

Zakrwawiona stopa.
Wzięłam głęboki oddech w nadziei, że pomoże mi roz-plątać supeł w żołądku. Nie udało

się,  ale  zmusiłam  oczy,  by  się  poruszyły.  By  powędrowały  wzdłuż  zakrwawionej  nogi,  nad
nagim  biodrem.  Mój  wzrok  prześlizgnął  się  nad  tym,  co  według  praw  logiki  powinno  być
torsem,  gdy  tymczasem  wszystko,  co  widziałam,  było  mokre,  ciemne  i  wypływające  z
czerwonej  skóry.  Wymioty  podkradły  się  do  mojego  gardła  i  teraz  paliły  mnie  w  język.
Popatrzyłam wyżej. Unurzana w szkarłacie kobieca twarz, puste, utkwione w przestrzeni oczy.
Wygięte w ostatnim krzyku usta. To było ponad moje siły.

Zachwiałam  się.  Pochyliłam  się  na  ugiętych  kolanach  i  tylko  ramię  Śmierci  wokół  mojej

talii  utrzymało  mnie  w  pozycji  pionowej.  Mój  żołądek  zareagował  gwałtownie,  więc
zagryzłam zęby, walcząc ze skurczami przełyku. Nie zwymiotuję przecież na miejscu zbrodni.
Zimna dłoń Śmierci powędrowała na mój kark.

- Oddychaj, Alex. Po prostu oddychaj.
Zimno pomogło mi zwalczyć nieznośne gorąco, więc przytaknęłam, przełykając powietrze.

Podczas  gdy  ja  walczyłam  ze  swoim  ciałem,  magia  w  pomieszczeniu  próbowała  przeniknąć
przez moje osłony. Okrąg był nieaktywny, ale ciemna, niebezpieczna magia wciąż żyła.

Muszę stąd wyjść.
Wyprostowałam się, gotowa do biegu, gdy tylko moje nogi odzyskają siłę. Uciec i nigdy tu

nie  wrócić!  Śmierć  mnie  powstrzymał.  Otoczył  mnie  ramionami,  przyciągnął  do  szerokiej
klatki piersiowej. -Alex, daj spokój. Głębokie oddechy.

Drugi Zbieracz wydał jakiś niegrzeczny dźwięk. - To twoja idea pomocy?
Lodowato zimny dotyk Śmierci zanikał, zmieniając się w brak czucia.
Wpełzało  ono  do  mojego  policzka,  klatki  piersiowej,  nóg.  To  jest  dobre...  Chyba  że  to...

śmierć?

Śmierć  wypuścił  mnie  z  objęć  i  odsunął  się  trochę.  Przesunął  ręką  w  kierunku  mojego

ścierpniętego policzka i odchylił mi głowę do tyłu. Spojrzałam mu w oczy. Od ciemności w
jego  oczach  odbijały  się  zimne  głębie  grobu.  Chłód,  który  przejął  już  sporą  część  mojego
ciała, wsiąkał głębiej, wyciągając na wierzch tę część, która dotykała umarłych. Moje osłony
roztrzaskały się i uciekło ze mnie ciepło, zastąpione przez powlekającą wszystko szarą patynę.
Bez  okręgu,  w  pokoju  pełnym  złośliwej  magii,  szłam  przez  rozpadlinę  między  światami
żywych a umarłych. Śmierć opuścił dłoń. Na jego twarzy pojawił się bolesny wyraz.

background image

Oglądany  grobowym  wzrokiem  nie  zmienił  się  ani  o  jotę  -  był  dokładnie  taki  sam  -  ale

ściany  za  nim  skruszały  i  ujawniły  przerdzewiałe  wsporniki.  Głęboko  zaczerpnęłam
powietrza.  Było  ciepłe,  ale  mój  oddech  materializował  się  w  postaci  obłoczków  pary.
Odwróciłam się.

Mężczyzna w szarym ubraniu gapił się na pas. Laska zawisła w pół obrotu.
-  To  było  ryzykowne  -  wyszeptał,  a  ja  nie  miałam  pojęcia,  czy  mówi  wyłącznie  do

Śmierci.

Śmierć  tymczasem  przysunął  się  znowu,  ale  już  mnie  nie  dotykał.  Wskazał  na  środek

pokoju.

-  Pytałaś,  czy  zebraliśmy  duszę  ofiary.  Nie.  Nie  mogliśmy.  Żeby  znaleźć  to,  co  zostało  i

wyciągnąć to z ciała, potrzebujemy ciebie.

Zamrugałam.
-  Dusza  wciąż  przebywa  w  ciele?  -  odwróciłam  się  do  Śmierci.  Wśród  morza  krwi  i

wnętrzności  coś  niebiesko  pobłyskiwało.  Mała,  słaba  dusza  wciąż  uwięziona  w  martwym
ciele. Nawet przeniknięta spokojnym zimnem grobu, miałam kłopoty z żołądkiem.

Potrząsnęłam głową. -Nie.
Śmierć uniósł brew.
- Co „nie"?
- Ona wciąż czuje... - nie mogłam skończyć zdania. Kobieta - nie oddychająca, bez serca w

piersi, ze skórą w strzępach - wciąż pozostawała wśród żywych. Na pewnym poziomie czuła
wszystko, co jej zrobiono.

Zacisnęłam  powieki,  nie  pomogło.  W  moim  widzeniu  dominowała  psychika,  więc  tak

naprawdę zamknięcie oczu tylko wyostrzyło obraz. Spojrzałam na podłogę, potem na cement
pod stopami, i zdałam sobie sprawę, że czegoś brakuje. Dywaniki!

Podniosłam  wzrok.  Nie  było  ani  dywaników,  ani  świec,  ani  stolika  z  szampanem.

Popatrzyłam  na  ciało.  Kobieta  wciąż  była  po  tej  stronie.  Puls  jej  duszy  uderzał  anemicznie.
Ozdobne łóżko, do którego została przywiązana, okazało się tanim, składanym stolikiem.

- Nie rozumiem. Co teraz oglądam?
-  Teraz  Widzisz  -  powiedział  Śmierć,  jakby  coś  to  miało  znaczyć.  -  Widzisz  poprzez

wymiary rzeczywistości, poprzez prawdę.

Nic nie istniało w tym pomieszczeniu? Okay, nic. Był w nim stolik i policyjne markery, w

grobowym wzroku może zniszczone i podgniłe, ale prawdziwe.

Podeszłam i zatrzymałam się przed przekroczeniem nieaktywnego kręgu. Został przerwany,

ale nie otwarty. Czułam w jego resztkach pozostałości magii. Przerwany rytuał?

Przekroczyłam krawędź i to było jak wejście w wir. Każda mroczna, złośliwa fala energii,

która  spadła  na  mnie  podczas  pierwszej  wizyty,  okazała  się  małą  kroplą  deszczu  w
porównaniu  z  ulewą,  w  której  znienacka  się  znalazłam.  Moje  ciało  drżało.  Widziałam  w
powietrzu chore, czarne pęki i niebezpieczne czerwone węzły magii i przez moment myślałam,
że weszłam do Eteru. Ale nie. Po prostu wniknęłam w naprawdę wielkie skupisko magii.

Zrobiłam  jeszcze  krok.  Magia  sprawiała  wrażenie,  że  mnie  wyczuwa.  Popełzły  do  mnie

czarne i czerwone macki. Jedna z nich sięgnęła i owinęła się wokół mojej nagiej łydki.

Gdy  magia  atakowała  to,  co  zostało  z  moich  osłon,  moja  skóra  eksplodowała  bólem.  Po

chwili  ból  zamienił  się  w  ogień  i  wyszłam  z  okręgu.  Śmierć  przyklęknął,  sięgnął  ku  mojej
nodze i magia zniknęła, zostawiając za sobą puste dudnienie nieistniejącego cierpienia.

- Musimy ją przeprowadzić - powiedział Śmierć, patrząc na drugiego Zbieracza.

background image

- Obawiałem się, że to powiesz - Szary podniósł laskę, jakby chciał się nią obronić przed

złem. Przeszedł przez krawędź okręgu. - Chodźmy więc. Nasz czas dobiega końca.

Niepewnie spojrzałam na Śmierć.
- Idź tam, gdzie on i trzymaj się go blisko. Będę pilnował tyłów - powiedział.
Okay.  Następnym  razem,  zanim  obiecam  Śmierci  cokolwiek,  zapytam  o  więcej

szczegółów.

Szłam  krok  w  krok  za  drugim  Zbieraczem,  krocząc  dokładnie  tam,  gdzie  on.  Znów

poczułam  magiczny  atak.  Pozostawił  na  mojej  skórze  oleiste  ślady,  ale  tym  razem  macki  do
mnie nie dotarły. Pływały wokół nas, tworząc przed mężczyzną rodzaj tunelu. Śmierć szedł za
moimi plecami, wyciągając ręce. I wędrowaliśmy tak, jak w ochronnym bąblu.

-  Hej,  a  kim  ty  jesteś?  -  krzyknął  na  mnie  policjant.  Zbieracze  jednak  nie  zatrzymali  się,

więc ja też nie mogłam tego zrobić.

- Wy dwoje! Nie macie prawa tu być! Oboje? To on widzi Śmierć? - Alex Craft!
Głos  należał  do  Falina.  Zdecydowanie.  Nadal  szłam  naprzód.  -  Oficerze,  oni  przeszli

przez stolik...

Ups.  Musiało  chodzić  o  ten  stolik  z  szampanem.  Grobowy  wzok  widzi  co  innego  niż

zwykły.

- Co tu się, do cholery, dzieje? - znów Falin. Policjanci najbliżej nas wyciągnęli broń.
- Nie strzelać! - wrzasnął Falin. - Alex, chodź tutaj. Ale już! Nasz pochód dotarł do łóżka,

czy też składanego stolika, jak teraz widziałam go grobowym wzrokiem.

- I co teraz? - wyszeptałam.
- Wyrzuć ją z jej ciała - powiedział Śmierć, wciąż za moimi plecami.
Jak ja, do cholery, mam to zrobić?
Spojrzałam  na  zwłoki  i  zmrużyłam  oczy,  gdy  zobaczyłam  wycięte  w  ciele  kobiety

błyszczące  glify.  Gdy  widziałam  tylko  krew  i  wnętrzności,  pomyślałam,  że  atak  na  nią  był
okrutny,  ale  teraz  dostrzegłam,  że  był  ponadto  precyzyjny  i  przemyślany.  Każde  cięcie  miało
sens. Jeden symbol powtarzał się po wielokroć. Obce glify były zarazem podobne i różne od
tych, które widziałam na ciele Colemana.

Patrzyłam, jak blednie niebieskawy poblask światełka duszy.
Szkarłatne glify zalśniły mocniej. Zbieracz Dusz chwycił mnie za ramię.
- Jeśli możesz ją uwolnić, zrób to natychmiast.
Przytaknęłam  i  wpuściłam  w  ofiarę  moją  energię.  W  ciele  toczyła  się  walka  między

życiem a śmiercią. Zycie nie wygrywało. Chciałam ją uleczyć, ale nie mogłam wiele zdziałać.
Moja moc pochodziła z grobu.

Czułam,  że  magia  na  jej  ciele  pali  także  moją  skórę.  Lodowaty,  tnący  ciało  czar.  Ból

wgryzał  się  w  moje  ramię  i  wiedziałam,  że  mój  osobisty  czar  rośnie,  pożerając  mnie,
wycofałam się więc i zabrałam moc z powrotem. Wtedy poczułam jej duszę.

W tych ciemnościach jej dusza była jedynym obiektem ciepłym i świecącym. Sięgnęła ku

niej moja moc - jak ćma schwytana przez blask lampy. Ale dusze i groby nie chadzają parami.
Dusza, osłabiona zwalczaniem czaru, wsiąkła głębiej w istotę ofiary. Ukryła się.

Wlałam  w  denatkę  wszystko,  co  mogłam.  Spadła  mi  temperatura,  ale  ledwie  to

zauważyłam.  Nie  mogłam  przekazać  ciału  więcej  ciepła,  więcej  witalności,  więc  dałam  mu
zimno  grobu.  Moja  moc  ścigała  duszę,  która  zapadła  głęboko  w  miejsce,  gdzie  powinien
znajdować się jej cień; znalazłam go w końcu. Był zmięty i podarty. Jak Bethany. Moja moc
wypełniła przestrzeń i dusza uciekła jeszcze dalej. Podążałam za nią uparcie.

background image

Czar był precyzyjny i metodyczny. Ja nic. Moja moc wchodziła coraz głębiej, obawiając

się czarów i ścigając duszę. Dotarłam już do rdzenia jej istoty i wypełniłam ją wszystkim, co
tylko mi pozostało. Każdą uncją energii.

Dusza wyskoczyła z ciała, a ja opadłam na kolana. Wisiała nade mną, błyszcząc słabym,

niebieskim  płomieniem.  Krzyczała,  osłabła  po  walce,  ale  wypełniona  moją  mocą.  Nigdy  nie
rozumiałam, jak powstawały duchy. Teraz patrzyłam na jednego. I nie był to twór zdrowy na
umyśle.

Dusza  łkała  bijąc  Mężczyznę  w  szarym  garniturze.  Czar  wyszedł  razem  z  nią.  Glify  na

ciele  kobiety  zostały  odwzorowane  jako  ciemne  obszary,  otoczone  czarnymi  mackami.  Jak
moje zadrapania. Ale - przeciwnie do mojego - ten czar rósł bardzo szybko.

Drugi Zbieracz wyciągnął rękę i zamknął palce na jednym z czarnych znaków. Szarpnął, a

duch  zawył  głośniej,  ciągnąc  go  za  rękę.  Mężczyzna  użył  siły,  wydzierając  glif  razem  z
korzeniami. Wolny od duszy czar zniknął. Szary Zbieracz złapał za kolejny symbol. Dołączył
do niego Śmierć.

Żaden z nich mnie nie pilnował, więc magia znów podpełzła. Muszę stąd wyjść. Wstałam,

ale kolana się pode mną ugięły i niemal upadłam po raz kolejny. Spróbowałam zapanować nad
ciałem i postawiłam kolejny krok. Teraz poszło lepiej. Ciemna macka poruszyła w się w moją
stronę; ruszyłam niezgrabnym truchtem.

Przekroczyłam  krawędź  okręgu,  ale  nie  zatrzymałam  się,  dopóki  nie  dotarłam  do  końca

pomieszczenia.  Wtedy  oparłam  się  o  ścianę  i  przyciągnęłam  drżące  kolana  do  klatki
piersiowej. Śmierć i drugi mężczyzna wciąż stali pośrodku pokoju i wyciągali z duszy glify.
Zbliżali  się  do  końca.  Z  każdym  wyrwanym  symbolem  duch  błyszczał  mocniej  i  stawał  się
bardziej wyraźny. Ale nie przestawał krzyczeć.

Na  podłodze,  zakrywając  dłońmi  uszy,  klęczało  kilku  gliniarzy.  Jeden  zemdlał,  dwóch  z

wciąż  wyciągniętą  bronię  gapiło  się  na  ducha.  Falin  stał  po  drugiej  stronie  pomieszczenia  i
jako  jedyny  patrzył  na  mnie.  Traciłam  wzrok,  właśnie  mijało  moje  grobowe  widzenie,  więc
zauważałam  jedynie  słaby  połysk  jego  duszy.  Ale  nie  musiałam  dostrzec  całej  postaci,  żeby
wiedzieć, że jest wkurzony.

Śmierć wyciągnął z ducha ostatni glif. Drugi Zbieracz zasalutował, odwrócił się i wszedł

w czystą duszę. Jej krzyk unosił się w powietrzu, dopóki oboje nie zniknęli.

Śmierć odwrócił się do mnie i uśmiechnął, a trans, w którym trwali policjanci, odpuścił.

Jeden z nich kazał nam się zatrzymać. Drugi zaczął strzelać.

Próbowałam  wstać,  ale  nogi  mnie  nie  posłuchały  i  ponownie  wylądowałam  na  ścianie.

Uciekł ze mnie oddech. Naprawdę traciłam wzrok, ale mimo to widziałam Śmierć. Wyglądał
na  zaskoczonego.  Jego  ręka  zakrywała  żołądek.  Gdy  odsunął  dłoń  i  jego  palce  zalśniły
czerwienią, czas spowolnił gwałtownie.

Nie!,  chciałam  krzyknąć,  ale  nie  miałam  sił.  Śmierć  osunął  się  na  kolana.  Głosy

policjantów zmieniły się w brzęczenie, gdzieś z tyłu mojej głowy.

Spróbowałam wstać, ale moje ciało było jak nie z tego świata. Próbowałam trzy razy. Nie

oddychałam,  nie  miałam  sił,  ale  musiałam  próbować.  On  nie  może  umrzeć!  To  przecież
Śmierć!

Za moimi plecami poruszył się jakiś cień.
- Cholerni faceci! Nic nie potrafią zrobić dobrze!
Do pomieszczenia weszła wielbicielka techno. Postukiwała paznokciem o paznokieć.
- Rozumiem, że to twoja wina? - zapytała.

background image

Nie  miałam  pojęcia,  co  robić,  więc  po  prostu  zamrugałam.  Nie  było  już  we  mnie  magii.

Nie  było  sił.  Kobieta  potrząsnęła  głową  i  zadrżały  jej  neonowe  dredy.  Wmaszerowała  do
środka, przerzuciła ramię Śmierci przez swój bark i na wpół wyniosła, na wpół wyciągnęła go
na zewnątrz okręgu. Gdzieś za nią o cement uderzyła broń.

- Chodź! - Kobieta złapała mnie za ramię i pociągnęła, wciąż dźwigając Śmierć, w stronę

drzwi. Szłam za nią, potykając się co chwila.

-  No,  zaczynaj!  -  powiedziała,  ustawiając  mnie  pod  ścianą  i,  przynajmniej  na  razie,

chroniąc przed wzrokiem policjantów.

- Co mam zaczynać? - Zamieniliście się na energie życiowe. Zabieraj swoją - przysunęła

Śmierć bliżej mnie.

Wyciągnęłam  dłoń  i  dotknęłam  jego  włosów  za  uchem.  Zawsze  chciałam  to  zrobić,  ale

jakoś nigdy nie miałam odwagi. Dotknęłam jego policzka; skóra wydawała się bardzo gorąca.
Otworzył oczy i spojrzał na mnie. - Przepraszam, Alex.

Niemal się zaśmiałam. Postrzelili go, a to jemu jest przykro?
Potrząsnęłam głową.
Przysunął ku mnie rękę, przycisnął moją dłoń do policzka. - Drżysz.
Mrugnęłam, żeby odgonić napływające łzy.
- Nie martw się o mnie - słowa paliły mnie w gardle.
- No, już! - warknęła kobieta.
Przytaknęłam. Nie miałam pojęcia, co robię, podobnie jak przy uwalnianiu duszy. Mogłam

tylko mieć nadzieję, że nie wykorzystałam jeszcze dziennej dawki szczęścia.

Nie  dysponowałam  jakąkolwiek  mocą,  by  się  nią  podeprzeć,  ale  okazało  się,  że  jej  nie

potrzebuję. Otworzyłam umysł i całą siebie, i moje ciepło, moja witalność powróciły do mnie
natychmiast.  Wypełniły  całe  ciało.  Nie  oddziaływały  zbyt  silnie,  ale  wystarczyło,  żebym
poczuła chłód.

Wtedy dotarł do mnie ból.
Świat  wokół  mnie  poczerwieniał.  Ból  był  wszędzie,  był  wszystkim.  Umierałam.  Czułam

każdą zdychającą komórkę mojego ciała.

Zdałam  sobie  sprawę,  że  mam  drgawki.  O,  nie!  Konwulsje.  Poczułam,  jak  otaczają  mnie

silne ramiona.

- To przejdzie - wyszeptał Śmierć, wsuwając dłoń w moje włosy. - To przejdzie.
Delikatnie  ułożył  mnie  na  ziemi;  leżałam  tak,  próbując  oddychać.  Ból  przeszedł,  choć

wciąż czułam, że umieram.

- Umieram.
Musiałam powiedzieć to na głos, bo Śmierć przecząco potrząsnął głową.
- Jesteś śmiertelna. Umierasz od chwili urodzin.
- Powinniśmy już iść - powiedziała kobieta. Śmierć spojrzał przez ramię.
-  Jeszcze  coś  muszę  zrobić.  -  Odwrócił  się  do  mnie  i  odsunął  opadające  na  moją  twarz

włosy.  Jego  palce  nie  były  już  gorące,  ale  wciąż  zachowywały  część  ciepła.  Szczątkowa
świadomość nie pozwalała mi zapomnieć, że ciepły dotyk Śmierci to niezbyt dobry znak.

-  Ten  czar  na  twoim  ramieniu...  -  zaczął,  ale  kobieta  mu  przerwała.  -  Co  ty,  do  cholery,

wyprawiasz?

- Zostałem związany przysięgą. Muszę jej pomóc. Posłuchaj, Alex - zwrócił się do mnie -

Nie możesz wyciągnąć tego czaru, gdy twoja dusza wciąż pozostaje w ciele. Musisz wyśledzić
i zniszczyć tego, kto go rzucił.

background image

To jedyny sposób.
Cudnie.
-  Czar  jest  złośliwy  i  zaraźliwy,  ale  o  bardzo  ograniczonym  działaniu  -  kontynuował.  -

Twoja  dusza  jest  silna.  Wciąż  walczy.  Ale  jeśli  czar  cię  osłabi  lub  rozprzestrzeni  się  zbyt
szybko, przyjdę po ciebie. Nie pozwolę, by cię pochłonął.

Zabije mnie? To chyba lepsze niż bycie zjedzoną żywcem?
Śmierć pochylił się nade mną tak, że w końcu widziałam już tylko jego. Jego ciemne oczy

emanowały ciepłem, Bliski oddech pieścił moją skórę.

- Ale proszę, Alex, znajdź czarownika. Kobieta odchrząknęła.
- To tak słodkie, że chyba dostanę próchnicy. Chodźmy stąd. Śmierć zmarszczył brwi, ale

posłuchał. I zniknęli.

background image

13

Leżałam  w  ciemności  i  drżałam,  próbując  zebrać  siły,  by  wstać.  Nie  mogłam.  Leżałam

więc  na  zakurzonej  podłodze.  W  pożyczonej  sukience.  Niedaleko  pomieszczenia  pełnego
dziko wkurzonych glin.

- Co ty, do cholery, robisz na miejscu zbrodni? Myliłam się. Najbardziej wkurzony glina

stał tuż obok. Gdy przestał działać mój grobowy wzrok, stałam się kompletnie ślepa, ale nie
potrzebowałam oczu, by rozpoznać właściciela głosu. Falin krzyczał na mnie już tyle razy w
ciągu naszej krótkiej znajomości, że ten ton wrył mi się w świadomość.

Chciałam  zaprezentować  nonszalancję,  ale  wymieniłam  energie  ze  Śmiercią,  zostałam

zaatakowana przez złośliwy czar, stworzyłam ducha, otrzymałam własną energię z powrotem i
zaliczyłam  atak  drgawek.  Ostatnie  dziesięć  minut  mojego  życia  było  raczej  niełatwe.  Nie
miałam nastroju na kłótnię. Cholera! Ledwie oddychałam!

Więc po prostu kontynuowałam to, co robiłam wcześniej. Leżałam i drżałam.
- Wstawaj - rozkazał Falin. - Natychmiast.
Sięgnął  w  dół  i  złapał  mnie  za  ramię.  Jego  dłoń  w  rękawiczce  paliła  moją  skórę  jak

żelazko. Krzyknęłam; ból sprawił, że zapłakałam.

Falin odskoczył.
- Cholera, ty zamarzasz!
Słyszałam jego kroki. Po chwili przykucnął i odezwał się ponownie.
- Co się tutaj stało? Kim był ten mężczyzna i gdzie on się podział?
Nic nie odpowiedziałam.
- Alex Craft, pomóż mi... Albo, na Boga... - zostawił resztę groźby mojej wyobraźni.
- Nie mogę.
Potem długi czas trwała cisza.
- Okay - usłyszałam niespodziewanie.
Znów  dotknął  mojego  ramienia,  ale  tym  razem  dotyk  nie  był  już  tak  koszmarnie  gorący.

Przecież  moja  temperatura  nie  mogła  wzrosnąć  tak  szybko...  Jakim  cudem...?  Jeden  mój
nadgarstek,  potem  drugi  otoczyło  coś  twardego  i  metalowego.  Kajdanki?  O  żesz...  On  mnie
aresztował!

- Wstawaj - powiedział i podciągnął mnie do pozycji siedzącej.
Spróbowałam, ale to było bez sensu. Miałam nogi jak z galarety i nie mogłam opanować

drgawek. Falin chyba zdał sobie sprawę z mojej bezsilności, bo oparł mnie o ścianę.

- Widziałem, jak wyglądałaś po przywołaniu cienia. Nie było aż tak źle.
- To nie był cień. - Nie mogłam powiedzieć nic więcej. Wiązała mnie przysięga. Zrobiłam

duży wdech i mocniej wsparłam się o ścianę. Miałam lepkie policzki. Z oczu wciąż ciekły mi
łzy  i  mieszały  się  z  kurzem.  Chciałam  otrzeć  twarz,  ale  ręce  miałam  skute  za  plecami.  Z
wysiłku niemal się przewróciłam. Falin pomógł mi odzyskać równowagę.

Usłyszałam  jakiś  dźwięk  naprzeciwko  i  wokół  ramion  poczułam  materiał.  Marynarka  od

smokingu? Falin mnie nią otulił? Nie czułam się przez to lepiej.

- Nic nie widzisz, prawda? - zapytał. - Tu jest ciemno. - Alex, świecę ci w oczy latarką.
Zmrużyłam oczy. Świecił na mnie? Widziałam wyłącznie kompletną ciemność. Nigdy nie

byłam aż tak ślepa po dotknięciu grobu. Nigdy.

- Zabieram cię do szpitala.
-  Nie!  -  Ostatnia  rzecz,  jakiej  teraz  potrzebowałam,  to  kolejny  rachunek.  Chciałam  tylko

background image

odzyskać wzrok i żeby nie było mi tak zimno, i zapragnęłam stać o własnych siłach, i... Poza
tym,  nawet  jeśli  Falin  zabrałby  mnie  do  szpitala  w  Dzielnicy  Magicznej,  wątpiłam,  czy
kiedykolwiek  mieli  tam  już  kogoś,  kto  wymienił  się  energią  ze  Zbieraczem  Dusz.  -Po  prostu
chcę do domu.

- Nie możesz, Alex. Włamałaś się na miejsce zbrodni i bawiłaś się z dowodami.
-  Musiałam.  Ofiara...  -  przysięga  znów  nie  pozwoliła  mi  mówić.  -  Po  prostu  musiałam.

Uwierz  mi.  I  nie  pozwól  nikomu  dotykać  ciała.  Potrzebujesz  tu  jednostki  antymagicznej.  Ze
specjalizacją z czarnej magii.

- Już tu byli.
Opadła mi szczęka. Jak to: „Już tu byli"?
-  Ale  czary  są  wciąż  aktywne.  A  meble...  Tu  nic  nie  ma,  oprócz  kobiety  i  składanego

stolika.

Nie  byłam  pewna,  czy  uda  mi  się  wypowiedzieć  ostatnią  część  zdania,  ale  przejrzenie

iluzji najwyraźniej nie było włączone w sekrety Zbieraczy.

Kroki  Falina  oddaliły  się  ode  mnie;  przeszedł  do  innego  pomieszczenia.  Mijały  minuty.

Jeśli  przestanę  się  trząść,  prawdopodobnie  zasnę.  Nie,  żeby  spanie  na  zakurzonej  podłodze
było najlepszym pomysłem, ale byłam naprawdę zmęczona. Ba, było mi naprawdę zimno. Nie
pamiętałam,  żeby  kiedykolwiek  było  mi  aż  tak  zimno.  Usłyszałam  hałas  rozmów  w
pomieszczeniu obok. Wychodzili stamtąd ludzie. Falin kazał im odejść?

Gdy ponownie usłyszałam jego kroki, wokół panowała cisza.
- Jednostka antymagiczna jest w drodze. Zabieram cię stąd.
Falin  wziął  mnie  na  ręce  i  wyniósł  miejsca  zbrodni.  Wciąż  miałam  na  sobie  jego

marynarkę i przeguby skute kajdankami.

-  Gdzie  jesteśmy?  -  zapytałam,  gdy  usłyszałam  brzęk  kluczy.  Mój  towarzysz  zdjął  mi

kajdanki  w  samochodzie,  ale  gdziekolwiek  teraz  byliśmy,  miejsce  było  zbyt  ciche  na
Posterunek.

- W moim mieszkaniu - powiedział i usłyszałam, jak otwiera drzwi. Pomógł mi wejść do

środka i usiąść na kanapie. - A dlaczego tu jestem?

- Bo nie pozwoliłaś się zabrać do szpitala, a w twoim stanie nie mogę zostawić cię samej.

Siedź tutaj.

Usadowiłam się wygodniej. Nie miałam pojęcia, gdzie według niego mogłabym pójść; nie

znałam tego miejsca, nic nie widziałam i ledwie trzymałam się na nogach. Niezbyt odpowiedni
stan, by węszyć.

W powietrzu rozniósł się zapach kawy i pisnął zawias kuchennej szafki. Gdy Falin usiadł,

przesunęła się poduszka kanapy. Podniósł moją dłoń i wsunął w nią kubek z kawą.

Był gorący. Dużo za gorący. Zmarszczyłam się i wyciągnęłam rękę przed siebie. Poduszka

znów się przesunęła. Delikatny brzęk oznajmił, że kubek wylądował na jakimś stoliku.

Gdzieś po mojej lewej otworzyły się drzwi. Podskoczyłam, mrugając w otaczającej mnie

ciemności.  Na  moje  ramiona  opadło  coś  dużego  i  miłego  w  dotyku?  Koc?  Falin  mnie  nim
owinął i przyłożył mi rękę do czoła.

- To nie może być naturalne.
- Jest okay. Po prostu potrzebuję... - Nie byłam pewna, czego potrzebowałam. Pasowałoby

mi kilka drinków i może inne gorące ciało obok, ale tego nie mogłam powiedzieć na głos.

Znów gdzieś poszedł; usłyszałam szum wody. Gdy wrócił, przycisnął mi do policzka coś

mokrego. Odsunęłam się.

background image

- Spokojnie - powiedział i starł mi z twarzy wilgotnym ręcznikiem żwir. Ten z magazynu.
- Nie jestem inwalidką - powiedziałam, próbując przejąć ręcznik. Zaczynałam się go bać.
- Okay. - Oddał mi szmatkę; zaczęłam czyścić policzki, aż poczułam, że niemal odarłam je

ze skóry. Wtedy ją otrzepałam i zaczęłam pocierać także ramiona i barki.

Gdy skończyłam, zdałam sobie sprawę, że nie wiem, co zrobić z ręcznikiem. Falin wyjął

mi go z rąk i zamienił na suchy.

- Dlaczego jesteś dla mnie taki miły? - zapytałam. Długo nie odpowiadał.
- Może po prostu chcę kilku odpowiedzi.
W  to  akurat  mogłam  uwierzyć.  Podciągnęłam  kolana  do  piersi  i  ciaśniej  owinęłam  się

kocem.

- Powiem to co, co mogę.
- A tak, powiesz - jego ręka przesunęła się po mojej twarzy, dotykając policzka.
Najpierw  chciałam  się  odsunąć,  ale  jego  dłoń  była  ciepła,  a  ja  naprawdę  desperacko

potrzebowałam się rozgrzać.

- Dlaczego wkroczyłaś na miejsce zbrodni?
- Bo rozpoznałam magazyn. To ten sam, którego użył Coleman, kiedy ukradł swoje nowe

ciało.

- A skąd to wiesz?
Opowiedziałam  mu  o  Royu  i  pierwszej  wyprawie  do  magazynu.  Gdy  skończyłam,

zmarszczyłam brwi; zdradziłam więcej, niż chciałam. O wiele za dużo. Praktycznie wyłożyłam
na stół wszystkie karty.

- Używasz na mnie czaru prawdomówności?
-  Tak.  -  Nie  przerwał  go.  -  Powiedziałaś,  że  to  była  pierwsza  przyczyna.  A  jaka  była

draga?

Otworzyłam  usta.  Zamknęłam  je.  Czar  chciał,  żebym  odpowiedziała.  Przysięga  wiązała

moje  słowa.  Poczułam  jakby  miały  ze  mnie  wyjść,  a  zaraz  zostały  zawiązane  w  węzełki.
Zagryzłam zęby. Jak on śmiał użyć na mnie czaru?! Ale nie mogłam nie odpowiedzieć.

- Przysługa dla przyjaciela. Dlaczego nie mogę wyczuć czaru, którego używasz?
-  To  moja  prywatna  magia.  Nie  znasz  jej.  Nie  jesteś  na  nią  nastrojona.  Odpowiedział

szczerze?  Więc  to  czar  dwustronny.  Falin  zadał  kolejne  pytanie,  zanim  mogłam  cokolwiek
powiedzieć.

- Czy ten przyjaciel to mężczyzna z magazynu?
- Jestem związana przysięgą. Nie mogę powiedzieć. Jak...
Zagadał mnie i przerwał.
- Czy ten mężczyzna miał coś wspólnego z morderstwem?
- Nie. Był tam, żeby pomóc. Pomogliśmy jej. Jak... Zakrył mi usta dłonią.
-  Przytaknij  na  tak,  potrząśnij  głową  na  nie.  Czy  to  przysięga  cię  powstrzymuje  od

powiedzenia mi o tym mężczyźnie i o tym, w jakim celu tam był?

Przytaknęłam,  jakbym  nie  miała  nad  sobą  kontroli.  Cholera.  Złapałam  go  za  nadgarstek,

próbując  odsunąć  jego  rękę  z  ust,  ale  wciąż  drżałam.  Naprawdę  byłam  słaba.  Jego  dłoń  nie
drgnęła. Cholera. Teraz ja chcę odpowiedzi! Ale nie miałam na nią szans, skoro Falin nie mógł
usłyszeć pytania. - Wiesz, jaki cel miał ten rytuał?

Przytaknęłam,  a  potem  potrząsnęłam  głową.  W  końcu  wzruszyłam  ramionami.  Miałam

nadzieję, że dobrze wyraziłam niezdecydowanie.

Falin warknął ze źle ukrywaną frustracją i zdjął rękę z moich ust.

background image

- Wyjaśnij.
- Wiem, co robił jeden z czarów, ale w okręgu było ich więcej. I nie wiem, dlaczego ten

czar  został  rzucony.  -Przerwałam.  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym  wcześniej,  ale  musiała
istnieć  jakaś  przyczyna,  dla  której  ktoś  rzucił  czar  pochłaniający  duszę.  John  powiedział,  że
ciało  Bethany  było  trzecim,  które  znaleziono  w  tych  samych  okolicznościach.  Miałam
pewność,  że  gdyby  rytuał  nie  został  dzisiaj  przerwany,  ofiara  zostałaby  wyczyszczona  i
podrzucona w jakieś inne miejsce, jak poprzednie trzy. W ciągu tak krótkiego czasu już cztery
ofiary!  To,  że  Coleman  wykorzystał  ten  sam  magazyn,  nie  mogło  być  przypadkiem.  Ten  sam
okrąg dla zamiany ciał.

-  Sprawa,  nad  którą  pracował  John,  te  trzy  znalezione  ciała...  Kiedy  odkryto  pierwszą

ofiarę?

Falin przez chwilę nic nie mówił, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
- Pracował nad nią, gdy zostałem przeniesiony... Musiało to być co najmniej dwa tygodnie

temu.

Zanim zastrzelono Colemana. Jego palce na mojej twarzy stężały.
- Co jest? O czym myślisz?
-  Te  ciała  prawdopodobnie  miały  na  sobie  glify.  Symbole  znajdziesz  także  na  dzisiejszej

ofierze. Czar... - Przysięga nie pozwalała mi nic powiedzieć o czarze pożerającym dusze. Ale
dusze  były  pełne  życia  i  energii.  Jeśli  ta  energia  została  pochłonięta,  musiała  gdzieś  się
akumulować. - Myślę, że te morderstwa to tylko uwertura. Myślę, że niebawem odbędzie się
naprawdę wielki, paskudny rytuał. Sądzę, że już niedługo.

Ręka Falina odsunęła się od mojej twarzy, a poduszka znów poruszyła się, gdy oparł się

wygodniej.

-  Nigdy  nie  powinienem  nazywać  cię  pseudowidzącą.  Uśmiechnęłam  się,  głupio

zadowolona z tego, że moje przemyślenia mu zaimponowały. - To niemal przeprosiny.

Miałam nadzieję, że racja jest po mojej stronie. Skrzywiłam usta. Albo może nie miałam

nadziei?  Jeśli  wysysające  duszę  czary  miały  prowadzić  do  czegoś  paskudnego,  nie  chciałam
znaleźć się zbyt blisko burzy, która rozpęta się niebawem.

Potarłam  zadrapania  na  ramieniu.  Oczywiście,  może  mi  się  to  nie  udać.  Miałam  teraz

nałożony limit czasowy. I sama karmiłam ten przeklęty rytuał. Znów owinęłam się kocem.

- Oboje powinniśmy się przespać - powiedział Falin i usłyszałam, jak idzie przez pokój.

Otworzył szufladę i wyciągnął jakąś rzecz z materiału. - Mam kilka koszulek. .. Mogę ci dać
którąś do spania.

- Dziękuję. - Wzięłam ubrania, bo włożył mi je w dłonie, ale, ku własnemu zażenowaniu,

potrzebowałam pomocy przy zdjęciu sukienki i ich założeniu.

Zapadła cisza. Poszedł już spać? Odezwał się jednak.
- Czy pomogłoby ci ciepło mojego ciała? W nocy? Wydałam z siebie ni to śmiech, ni to

kaszel.

- To dopiero ciekawa propozycja!
- Tak czy nie?
Przytaknęłam. Naprawdę potrzebowałam ciepła. Od odejścia Śmierci minęła już godzina,

a ja wciąż się trzęsłam.

Poczułam  ciało  Falina  na  kanapie.  Jego  ramię  wsunęło  się  pod  moje  nogi;  obrócił  mnie,

przesuwając dalej. Zwinął się za moimi plecami, przyciągając do klatki piersiowej ramieniem
ułożonym przy talii. Był ciepły. Tak przyjemnie ciepły! Ale leżeć w ten sposób z kimś, z kim

background image

wcześniej  nie  uprawiało  się  seksu?  Dziwne  uczucie.  I  te  poduszki  kanapy  z  przodu,  a  on  z
tyłu? Trochę to klaustrofobiczne.

- Nie byłoby nam wygodniej w łóżku? - Nie mam łóżka. -Co?
Gdy ziewnął, zatrzeszczała mu szczęka.
- Pozbyłem się go. Śpij, Alex.
Obudziłam  się  nagle.  Wciąż  widziałam,  jak  ciemne  glify  wysysają  moją  duszę  z  ciała,

cienkiego  i  nierzeczywistego.  Sen.  Ale  nie  taki,  który  daje  się  zapomnieć  w  słabym  świetle
poranka padającym z dużego, przesuwnego okna. Przetarłam oczy i zamrugałam, patrząc przed
siebie na nieznaną zieloną poduszę z mikrofibry. Gdzie ja jestem?

Aha, mieszkanie Falina. Ale na kanapie leżę sama.
Wstałam.  Prawdopodobnie  za  szybko,  bo  zakręciło  mi  się  w  głowie.  Po  chwili  znów

odzyskałam pion i zobaczyłam mieszkanie wyraźnie. Uśmiechnęłam się. Wzrok to jednak fajna
rzecz.

Rozejrzałam się; nie było tu dużo sprzętów. Kanapa, na której spałam, zajmowała niemal

całą długość jednej ściany. Naprzeciwko stała komoda z ustawionym na górze telewizorem. W
jednym rogu biurko z komputerem, w drugim -mały stolik z dwoma krzesłami. Widziałam także
drzwi,  zza  których  dochodził  mnie  zapach  kawy  i...  bekonu?  Za  mną  też  były  drzwi;  miałam
nadzieję, że to łazienka.

Spróbowałam  ponownie  wstać.  Nogi  zaprotestowały,  drżąc  pode  mną,  ale  w  końcu  dały

radę. Ciało miałam spięte i obolałe, jakbym za dużo ćwiczyła; moje ruchy nie miały zwykłej
płynności. Chciałam wziąć gorący prysznic, ale raczej mogłam o tym zapomnieć. Weszłam do
łazienki.  Po  umyciu  twarzy,  wypłukaniu  ust  i  próbie  ułożenia  włosów  (wkrótce
zrezygnowałam i związałam je w kucyk), poszłam do kuchni.

Falin stał przy kuchence. Spojrzał na mnie.
- Dzień dobry. Jak się czujesz?
-  Lepiej.  Ja...  -  przerwałam.  Jeszcze  wilgotne  po  kąpieli  włosy  Falina  opadały  na  białą

koszulę, blond pasma zmoczyły materiał. Niedopięte guziki pozwalały mi zobaczyć jego klatkę
piersiową.  Nie  potrafiłam  określić,  czy  to  napięta  na  mięśniach  skóra  jest  tak  gładka,  czy
wrażenie  to  sprawiają  cienkie  i  jasne  w  tym  miejscu  włosy.  Wyobraziłam  sobie,  jak
przeciągam po niej dłońmi... By się przekonać. Falin zmarszczył brwi.

- Dzisiaj już widzisz?
O,  tak.  Widziałam.  Wzrok  powrócił  definitywnie.  Przytaknęłam  i  przestałam  się  gapić.

Poszłam  po  kawę,  żeby  nie  zauważył,  jak  się  rumienię,  napotkałam  jednak  problem.  Nie
wiedziałam, gdzie są kubki.

- Szafka nad tobą - powiedział Falin, zanim musiałam zapytać. - Jaką lubisz jajecznicę?
Nalałam sobie kawy.
-  Słuchaj...  To  naprawdę  miłe  z  twojej  strony,  że  tak  się  mną  wczoraj  zająłeś  i  nie

aresztowałeś  -  ale  teraz  to  już  naprawdę  niezręczna  sytuacja.  Jeśli  pokażesz  mi,  gdzie  jest
przystanek  autobusowy,  po  prostu  wyjdę.  -  Miałam  dużo  do  zrobienia,  a  Pecet  od  dawna
czekał na spacer i jedzenie.

- To tylko śniadanie. Zjedz coś, a ja podrzucę cię do domu, zanim pojadę na komisariat.
Pachniało  cudownie.  Jak  tu  odmówić  prawdziwemu  jedzeniu,  jeśli  pełny  żołądek  mógł

tylko pomóc w przemyśleniu sprawy Colemana? Tyle że musiałam jeszcze zrobić jedną rzecz.
Nie  wiedziałam,  która  jest  godzina,  ale  musiałam  kogoś  odwiedzić.  Na  wszelki  wypadek.
Potarłam zadrapania na ramieniu.

background image

Uśmiechnęłam się do Falina znad kubka z kawą.
- Okay, zjedzmy to śniadanie.
 

background image

14

Półtorej godziny później, już umyta i w czystym ubraniu, siedziałam pod słabym światłem

na intensywnej terapii.

- Naprawdę, przydałaby mi się twoja rada... - wyszeptałam, kręcąc się na niewygodnym,

składanym krześle obok łóżka Johna.

Miał  woskowobladą  twarz.  I  nie  odpowiedział.  Nie  żebym  na  to  czekała.  John  był

nieprzytomny  od  wtorku,  a  dziś  był  już  piątek.  Siedziałam  tam  więc  i  trzymałam  go  za  rękę.
Nie robiło mu to różnicy. I tak nie wiedział, że tu jestem.

Wstałam i ułożyłam jego dłoń na kołdrze.
- Obudź się - rozkazałam, ale nawet ja usłyszałam, jak to zabrzmiało. Sama niepewność.
Odwróciłam  się  i  niemal  wpadłam  na  Śmierć.  Wciągnęłam  gwałtownie  powietrze  i

odskoczyłam o krok. Ten krok niewiele zmieniał, jeśli przyszedł po duszę.

- Jesteś tu po mnie czy po... - spojrzałam na łóżko. Śmierć potrząsnął głową.
- Przyszedłem po ciebie.
Po mnie. Jak to: po mnie? Jak to: po moją duszę? Położyłam dłoń na podrapanym ramieniu.

Nie wiedziałam, że czar działa tak szybko.

Śmierć ponownie potrząsnął głową i leciutko się uśmiechnął. Wyciągnął rękę, ale tylko po

to, by pogłaskać mnie po twarzy.

- Jestem tylko moralnym wsparciem. Wiem, jakie to wszystko jest dla ciebie trudne.
Odsunął  się  i  założył  ręce  za  plecami.  Przypomniałam  sobie  o  oddechu.  Odgłos

wydychanego powietrza zabrzmiał jak westchnienie ulgi i Śmierć wzdrygnął się lekko na ten
dźwięk.  Patrzył  na  Johna.  Nie  chciałam  tu  dłużej  zostać.  Nie  chciałam  widzieć  Johna  tak
słabym i nieporadnym przy najlżejszej emocji.

Nie  chciałam  jednak  zostawiać  go  samego,  a  w  poczekalni,  gdy  przechodziłam,  nie

widziałam Marii. Poddała się?

Usiadłam  na  krześle  i  wzięłam  Johna  za  rękę.  Śmierć  nic  nie  powiedział.  Zresztą

milczeliśmy oboje.

Przyszła  pielęgniarka  i  zanotowała  coś  na  podkładce.  Zanim  poszła  dalej,  lekko  się  do

mnie uśmiechnęła. - Patrzyłaś na niego? Zmarszczyłam brwi. - O co ci chodzi?

- Popatrz na niego. Zobacz. - Śmierć zaakcentował ostatnie słowo. Jak zeszłej nocy.
Oznaczało to tyle, że mam użyć grobowego wzroku. Po wielu godzinach całkowitej ślepoty

wcale  mi  się  to  nie  uśmiechało.  Chciałam  nie  używać  tej  magii  przez  możliwie  długi  czas.
Wczoraj  złamały  się  moje  osłony  i  nie  zadziałała  bransoletka,  więc  nie  dość,  że  czułam  się
niepewnie,  to  jeszcze  wyczuwałam  ciała  kilka  pięter  niżej,  w  kostnicy.  Ale  Śmierć  nie
sugerowałby niczego, co nie jest ważne.

Uchyliłam  osłony  tylko  odrobinę.  Wystarczyło.  Szara  patyna  grobowego  wzroku  obmyła

moje pole widzenia.

Dusza  Johna  błyszczała  czerwienią  z  ledwie  kilkoma  żółtymi  zawirowaniami.  Puściłam

jego dłoń i skoczyłam na równe nogi. Jego dusza powinna być żółta! Wyłącznie żółta!

Patrzyłam  tak  i  nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  źle  patrzę.  To  skóra!  Żółta  barwa  duszy

przebijała się między szkarłatnymi plamami, z których najciemniejsza widniała wokół rany na
gardle. Sięgnęłam tam zmysłami, wiedząc, co znajdę. Ciemność. Czarną magię.

Spojrzałam na Śmierć.
- Pocisk był zaklęty?

background image

Przytaknął.  Coleman.  To  musiał  być  on.  W  końcu  oba  ciała,  które  widziałam  we  wtorek,

były  z  nim  powiązane.  Naprawdę  zamierzał  mnie  zabić.  Albo  tym  pociskiem,  albo  w  inny
sposób.

Jeśli go znajdę to go za...
Nie musiałam dobitnie określać, o kogo mi chodziło. Śmierć to rozumiał. Przytaknął.
- Jeśli zostanie zniszczony, wszystkie jego czary ulegną zniszczeniu. Jakbym potrzebowała

nowej motywacji! Znów usiadłam w fotelu. - Tak mi przykro - wyszeptałam.

Nie  żeby  to  miało  znaczenie.  Ważne  było  odnalezienie  Colemana.  Puściłam  rękę  Johna  i

otarłam łzy z policzków. Spojrzałam na Śmierć. - Wiesz, kim on jest?

- Nie rób tego, Alex. Nie pytaj mnie. - Czyli wiesz. Proszę...
Pochylił się nade mną i uciszył przytuleniem ust do moich warg. Nie dotykał mnie. Tylko

ten delikatny i niewymagający niczego nacisk... Poczułam, jakby każdy mój nerw przeniósł się
w okolice ust. Zniknął.

Przyłożyłam dwa palce do warg i zamrugałam ze zdziwienia.
Pocałował mnie? Czekałam, jakby miał pojawić się znowu. Nic z tego.
Wiedziałam,  że  tak  będzie.  Pocałunek  Śmierci  -  pocałunek  na  „zamknij  się".  Nie  chciał

albo nie mógł mi odpowiedzieć.

Zamknęłam  oczy,  zamknęłam  usta  i  jeszcze  raz  powróciłam  do  tej  chwili.  Pocałunek  nie

był zimny. Nie był też ciepły, ale nie wiało od niego chłodem. Był miły. Ukłucie podniecenia
przebiegło od moich ust do brzucha. Okay, może bardziej niż miły.

Westchnęłam  i  otworzyłam  oczy.  To  nie  miało  znaczenia.  Najważniejsze,  żeby  odnaleźć

Colemana, zanim drań obejmie we władanie kolejną duszę.

-  Jakaś  cicha  jesteś  -  powiedział  Kaleb  po  wjeździe  na  podjazd.  Gdy  Falin  mnie

podwiózł,  tylko  on  był  w  domu,  został  więc  zatrudniony.  Podrzucił  mnie  do  szpitala,  ale  w
drodze do domu byłam zbyt zamyślona, żeby z nim rozmawiać.

-  Tak,  przepraszam.  Mam  sporo  na  głowie.  Hej,  zapytam  cię  o  coś,  ale  nie  obraź  się,

dobrze?

Kaleb  zmarszczył  brwi,  a  ja  zdałam  sobie  sprawę  z  własnej  pomyłki.  Wyglądał,  jakby

właśnie skończył studia, ale był starszy. O wiele starszy. Nie byłam pewna, o ile, bo o takie
rzeczy nie pyta się fae. Nie prosi się ich także o głupie przysięgi.

- Nie o to mi chodziło. - Wzięłam głęboki oddech. Przyjaźniłam się z Kalebem, od kiedy

zaczęłam wynajmować od niego mieszkanie na pierwszym roku. Zachowywał się jak wiedźm,
więc często zapominałam, że muszę z nim rozmawiać w inny sposób. - Chciałam powiedzieć,
że chcę cię o coś zapytać, ale nie chcę cię tym pytaniem obrazić.

- Al, jeśli tak długo przygotowujesz grunt pod jedno pytanie, musi ono być ważne.
Przytaknęłam. Byłam już gotowa.
-  Jeśli  fae  przygotowałby  mroczny  rytuał  i  użyłby  glifów...  Takich,  których  ja  nigdy  nie

widziałam,  być  może  charakterystycznych  dla  swojej  magii...  Czy  mógłbyś  rozpoznać  czar,
widząc symbol?

- Ja? Nie.
Cholera.  Fae  nie  kłamali,  Kaleb  też  nie,  a  z  tak  prostą  odpowiedzią  trudno  było

kombinować. Oczywiście, on tylko powiedział, że to on nie może.

- A inny z was dałby radę? - Nie byłam pewna, czy glify pochodziły z magii fae, ale nigdy

nie widziałam czaru, ani nawet o nim nie słyszałam, który działałby w ten sam sposób, co czar
Colemana.  Byłam  niemal  pewna,  że  Coleman  jest  czymś  w  rodzaju  fae.  Albo  czymś  jeszcze

background image

innym. Kaleb jeszcze bardziej zmarszczył brwi.

- Może. Al, w cokolwiek się wplątałaś, musisz przestać. Te pytania są niebezpieczne.
-  Okay,  dzię...  -  złapałam  to  „dziękuję",  zanim  skończyłam  je  wymawiać.  Omal  nie

naruszyłam jednej z obowiązujących w jego domu zasad. Nie dziękować. Słowa podzięki dla
fae  generowały  dług,  a  Kaleb  nie  życzył  sobie  kolekcji  pokus.  -  Do  zobaczenia  -
powiedziałam zamiast tego i wysiadłam z samochodu.

- Uważaj na siebie, Al. - Kaleb zamyknął drzwi.
On  udał  się  do  głównej  części  domu,  a  ja  pomachałam  mu  na  do  widzenia  i  poszłam  na

piętro.  Byłam  wdzięczna  losowi,  że  to  Kaleb,  a  nie  na  przykład  Holly,  był  w  pobliżu,  by
zawieźć mnie do szpitala. Holly zażądałaby zaraz wszystkich pikantnych szczegółów. I byłaby
bardzo zawiedziona relacją. Wróciłam myślami do widoku oglądanej rano klatki piersiowej...
No, może nie tak bardzo.

Weszłam do środka po długim spacerze z Pecetem i kątem oka zobaczyłam w rogu pokoju

jakiś  ruch.  Mężczyzna.  Ukucnęłam,  wyciągnęłam  sztylet  z  buta  i  wtedy  zauważyłam,  że  mój
gość jest przeźroczysty.

Schowałam nóż.
-  Roy,  co  ty  tutaj  robisz?  -  zadałam  bardzo  głupie  pytanie.  Nie  słyszałam,  co  mówię,  bo

adrenalina  pompowała  moją  krew  tak,  że  aż  tłukła  się  w  uszach.  Można  było  mi  wybaczyć
jeden czy dwa głupie teksty.

Duch się odwrócił.
- Alex. Wszędzie cię szukałem.
Byłam zbyt zaskoczona, by się poruszyć, więc tylko zamrugałam oczami. Przycisnęłam do

nich  dłonie.  Moje  osłony  były  na  miejscu,  nie  stwierdziłam  dodatkowych.  Nie  powinno  to
mieć  aż  takich  skutków!  Rozejrzałam  się  wokół.  Mój  grobowy  wzrok  był  nieaktywny,  ale
widziałam brązowe włosy Roya i jego niebieskie dżinsy.

- Myślę, że muszę usiąść... - wymamrotałam.
Roy  zmarszczył  brwi  i  zaczął  odstawiać  szarady.  Podszedł  do  mojego  kręgu,  przystanął

pośrodku. Wyrzucił ręce w powietrze, jakby chciał wskazać na wszystko wokół siebie. Dawał
mi znaki palcami, że chce rozmawiać.

Pochyliłam się i spuściłam Peceta ze smyczy. Psiak od razu poprosił o jedzenie.
- Mów, Roy. Słyszę cię. - Nie rozumiałam, dlaczego go słyszę, ale tak właśnie było.
Jego grube brwi zetknęły się za oprawką okularów.
- Jesteś pewna? Bo przedtem... - Tak, jestem pewna.
-  O,  to  fajnie!  Powinnaś  chyba  wiedzieć,  że  policja  pracuje  z  dwiema  innymi

czarownicami...

- Naprawdę? - powiedziałam, napełniając miseczkę Peceta.
Wiedziałam, że szukali innej wiedźmy. Potrzebowali niezależnej opinii.
- Obie się z tobą nie zgodziły.
Upuściłam torbę i karma rozsypała się po podłodze.
- Co? Kim są? Co powiedziały? Roy wzruszył ramionami.
-  Obie  zgodziły  się,  że  cień  nie  może  zostać  przywołany  i  że  ciało  opierało  się  magii

grobowej.  Dzisiaj  rano  jedna  z  nich  użyła  terminu  „oporne".  Ale  żadna  nie  znalazła  śladu
czarów czy symboli, o których mówiłaś.

- Ze wszystkich niekompetentnych... - przerwałam, bo nie znalazłam słów, by wyrazić swą

frustrację. Wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatnich czterech dni, żywo mnie obchodziło,

background image

ale  teraz  to  uczucie  chciało  mnie  zadusić.  Nie  mogłam  oddychać.  Paliło  mnie  w  klatce
piersiowej, płuca wyrywały się między żebrami, pragnąc powietrza.

Oczy Roya rozszerzyły się gwałtownie.
- Może powinienem po prostu... - wskazał na coś ponad ramieniem i zniknął.
Oczywiście,  że  zniknął.  Roy  mógł  zniknąć,  Coleman  mógł  maskować  swoją  złośliwą

obecność. A co mogłam zrobić ja? Mogłam mieć atak i duszę wyssaną przez pieprzony czar.

Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam je bez sprawdzania, kto stoi po drugiej stronie.
- Czego? - wrzasnęłam.
Falin odskoczył ze zdziwieniem i zrobił poważną minę.
- Przyszedłem nie w porę?
- Nie, ja... - przerwałam i pomasowałam skronie. -Przepraszam, to był długi dzień.
- Jest dopiero południe. Spojrzałam na niego przytomniej.
- Pewnie jesteś tutaj, by powiedzieć mi, że eksperci nie zgadzają się z moją analizą ciała

Colemana i mam się trzymać z dala od twojej sprawy? - A skąd to... - przerwał. - Nieważne.
Myślę, że to eksperci się mylą. Mogę wejść?

Zagapiłam się na niego, ale ciśnienie w moich płucach wróciło do normy. - Naprawdę?
Zmarszczył  brwi  i  wszedł  do  środka.  Zamknął  drzwi,  odwrócił  się  i  spojrzał  na  skutki

eksplozji karmy, którą z prędkością odkurzacza zajmował się Pecet. O wiele za dużo jedzenia
jak dla dwukilogramowego psiaka.

-  Aha,  tutaj  było...  -  przerwałam  ponownie.  Dlaczego  właściwie  miałam  się  tłumaczyć?

Bo  jego  mieszkanie  było  bez  skazy?  Uciszyłam  w  sobie  wewnętrznego  krytyka  i  zaczęłam
szukać szczotki. - Sądzę, że nie jest to wizyta towarzyska?

- Nie. Nie widziałaś żadnego ciała powiązanego ze sprawą Johna, prawda?
Potrząsnęłam głową i zmiotłam psie chrupki, z jak najmniejszą ilością kurzu, z powrotem

do torby. Widziałam cień Bethany, ale jej ciało pozostawało w czarnym plastiku.

-  Powiedziałaś,  że  na  nowej  ofierze  znajdę  glify.  Możesz  je  opisać?  Postawiłam  torbę  z

karmą na blacie.

- Mogę zrobić coś lepszego. - Na kopercie naszkicowałam symbol, który pojawiał się na

ciele  najczęściej.  Miałam  o  nim  koszmary.  Znałam  jego  kształt  na  pamięć.  Na  wszelki
wypadek opuściłam jeden znak. Niektóre glify były na tyle potężne, że mogły działać same. A
ponieważ  nie  wiedziałam,  za  co  dokładnie  odpowiada  ten  rysowany  -  używany  w  czarnej
magii,  więc  można  przypuszczać,  że  za  nic  dobrego  -  nie  chciałam  przypadkowo  go
uruchomić.

Podniosłam  rysunek  do  góry,  mimo  że  go  nie  skończyłam.  Falin  podszedł  do  mnie.

Popatrzył  zmarszczył  brwi  i  wyciągnął  z  marynarki  kopertę.  Przerzucił  jej  zawartość,
wyjął zdjęcie. Rzucił je na blat.

Podniosłam  fotografię.  To  było  zbliżenie  torsu.  Na  skórze  wycięto  glif,  który  właśnie

narysowałam. Falin zabrał zdjęcie.

- Nie mogłaś go zobaczyć pod krwią.
- Zaraz... Czy jestem o coś oskarżona, detektywie? Zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
-  Zaginęły  wszystkie  dowody  z  ostatniej  nocy.  Wszystkie  świece,  oba  kieliszki,  sznury,

którymi była związana ofiara, prześcieradła, wszystko. Niczego nie ma.

- Nie mam z tym nic wspólnego. Zresztą, byłeś ze mną całą noc.
- Jasne! - schował kopertę do kieszeni. - Chcę tylko wiedzieć... Kim ty naprawdę jesteś,

Alexis Caine?

background image

15

Ten  głupi,  arogancki...!  -  chciało  mi  się  krzyczeć.  Tyle  że  krzyk  nie  byłby  wystarczający.

Dźwięk  drzwi  zatrzaśniętych  za  wyrzuconym  z  domu  Falinem  wciąż  dźwięczał  w  moich
uszach. A może był to mój puls?„Kim jesteś, Alexis Caine?". Niech go cholera!

Zatrzymałam się przed lustrem i popatrzyłam w swoją twarz.
-  Myśli,  że  jesteś  dziwna  -  powiedziałam  do  dziewczyny  w  lustrze.  Wyglądała  na

wkurzoną,  więc  ten  tekst  niewiele  zmienił.  Oczywiście,  że  jestem  dziwna!  Jestem  wyrd.
Byłam córką Caine'a, która z kolei była odmieńcem i nie umiała ukryć tego, co potrafi. Byłam
tą, która musiała rzucać czary i nie mogła nie przywoływać umarłych. Jeśli między rytuałami
upływało  zbyt  wiele  czasu,  magia  eksplodowała  we  mnie  i  lądowała  na  przypadkowych
ciałach. Wyrd.

A teraz Falin myśli, że jestem dziwadłem. Gorszym niż wyrd. „Kim jesteś, Alexis Caine?".

Byłam wkurzona. Byłam wyczerpana. I... marnowałam czas.

Wzięłam  głęboki  oddech  i  wypuściłam  powietrze.  To  nie  pomoże  mi  znaleźć  Colemana.

Nie,  ale  samooskarżanie  było  takie  łatwe!  Tyle  że  tu  nie  chodziło  wyłącznie  o  moje  życie.
Musiałam znaleźć Colemana dla Johna.

Moje spojrzenie powędrowało w górę i zogniskowało się na zdjęciu Rianny. W akademii

nie  uważałyśmy  się  za  dzi-wadła.  Ale  tylko  nawzajem.  Na  fotografii  patrzyła  w  aparat
wielkimi,  zielonymi  oczami.  Wyglądała  zza  jakiejś  książki  w  miękkiej  okładce  -  zapewne
powieści  detektywistycznej.  Agencja  o  nazwie  Języki  Umarłych  to  było  jej  marzenie.  Nie
moje.

- Co byś zrobiła na moim miejscu? - spytałam zdjęcie.
Nie  odpowiedziało.  Nie  żebym  spodziewała  się  odpowiedzi.  Umiejętność  rozmowy  ze

zmarłymi nie oznaczała, że potrafiłam sprawić, by fotografia przemówiła. Ale wiedziałam, co
zdecydowałaby  Rianna.  Napisałaby  raport  o  wszystkim,  o  czym  się  dowiedziałyśmy,  i
wypisała wszystkich podejrzanych. Nie miałam cierpliwości na tworzenie całego dokumentu,
ale lista podejrzanych nie była złym pomysłem.

Włączyłam laptopa i użyłam pustego szablonu.
Oparłam  się  na  spisie  gości  z  charytatywnego  przyjęcia.  W  grupie,  w  której  wyczułam

Colemana,  nie  wszyscy  mężczyźni  byli  mi  znajomi.  Z  tego,  co  pamiętałam,  opisowi  Roya
odpowiadało  sześciu  z  nich:  biznesmen,  dwóch  pomocników,  porucznik  gubernator
Bartholomew, senator Wilks i, oczywiście, mój ojciec.

Moim zdaniem ojciec był czysty. I nie chodziło o jego działalność, a o fakt, że widziałam

go  na  pół  godziny  przed  odwołaniem  Falina  na  miejsce  zbrodni.  Nie  miał  dość  czasu,  by
opuścić przyjęcie i popełnić morderstwo. Coleman prawdopodobnie chciał odzyskać władzę,
więc stawiałam na Bartholomew. W końcu wcześnie wyszedł z przyjęcia.

Zyskał  na  czasie,  więc  dał  radę  dostać  się  do  magazynu  i  odprawić  rytuał.  Postawiłam

przy nim gwiazdkę i w cudzysłowie napisałam: „Główny podejrzany".

Teraz tylko musiałam to udowodnić.
Patrzyłam na migający kursor. U mych stóp zaskomlał Pecet. Spojrzałam na niego. - Co ty

na to? Chciał wskoczyć na moje kolana.

Musiałam dowiedzieć się więcej o Bartholomew. Kliknęłam na ikonę przeglądarki. Jako

stronę  startową  ustawiłam  kiedyś  swą  skrzynkę.  Teraz  jęknęłam,  widząc  liczbę
nieprzeczytanych  wiadomości.  Przejrzałam  je,  kasując  natychmiast  te  niepotrzebne  lub

background image

nieważne. Większość pochodziła od dziennikarzy. Jedna była inna.

Kliknęłam  i  otworzyłam.  Nieznana  mi  para  młodych  ludzi  chciała,  bym  przywołała  cień

rodziców  kobiety.  Czytałam  dalej.  Mieli  problem  z  poczęciem  dziecka,  a  lekarz  powiedział
im,  że  powinni  poznać  historię  chorób  w  rodzinie.  Dziewczyna  jej  nie  znała,  bo  jej  rodzice
zginęli w wypadku samochodowych, gdy była dzieckiem.

Miałam  klienta.  I  sprawa  wyglądała  na  łatwą.  Zmarszczyłam  brwi.  Brakowało  mi  czasu,

ale  nie  mogłam  przecież  przestać  pracować.  I  tak  już  zalegałam  z  opłatą  za  mieszkanie,  nie
miałam samochodu, a w kieszeni raptem dwanaście dolarów. Nic z tego nie będzie, jeśli nie
znajdę Colemana.

Uciszyłam  negatywne  myśli  i  spojrzałam  na  datę  wysłania  wiadomości.  Dwa  dni  temu.

Pisząc szybką odpowiedź, załączyłam swój standardowy kontrakt i dodałam do niego wiersz o
wypłaceniu mi połowy wynagrodzenia z góry. Miałam dosyć niepłacących klientów.

Wcisnęłam „WYŚLIJ".
Następną  godzinę  spędziłam,  czytając  artykuły  o  Bartholomew.  Falin  miał  rację  -  gość

miał  gorącą  krew  i  czasem  robił  głupoty,  ale  czytanie  o  jego  wybuchach  w  ratuszu  i  jego
zdaniu na temat tego czy owego nie dało mi zbyt wiele. A oczy zaczęły mi łzawić.

Oparłam się na fotelu i przeciągnęłam. Kręgosłup chrupnął przyjemnie. Pecet uniósł łebek.
- Myślę, że siedzimy tutaj nieco zbyt długo.
Chyba się ze mną nie zgodził, bo położył się z powrotem i zamknął oczy. Podrapałam go za

uszami i wróciłam do listy podejrzanych, do której pod nazwiskiem Bartholomewa dopisałam
mnóstwo niepotrzebnych wiadomości.

Jeśli Coleman kradł energię duszom, w jakimś celu ją magazynował. Prawdopodobnie w

materiale,  który  mógł  utrzymać  wysoką  koncentrację  magicznej  energii.  W  grę  wchodziły
klejnot,  obsydian  lub  srebro.  Nie,  klejnot  nie.  Nie  przy  takiej  liczbie  dusz.  W  czymkolwiek
kumulował  tę  energię,  to  coś  musiało  mieć  słuszne  gabaryty.  Nie  widziałam  niczego
podobnego  w  magazynie,  co  oznaczało,  że  Coleman  prawdopodobnie  trzyma  przedmiot  w
domu lub biurze ciała, na którym pasożytuje.

Wychodziło  na  to,  że  rozmyślam  nad  włamaniem  się  do  domu  lub  gabinetu  porucznika

gubernatora.  O  tak,  żaden  problem.  Pochyliłam  się  i  oparłam  brodę  na  dłoni.  Ratusz  był
budynkiem  publicznym,  ale  nie  biura.  Miały  zdecydowanie  większą  ochronę.  Oczywiście,
magia mogła obejść technologię. Znałam genialną wiedźmę od uroków.

Wcisnęłam „HOME", by wrócić do skrzynki pocztowej przed zamknięciem przeglądarki.

Miałam jedną nową wiadomość. Mrugnęłam. Para już odpowiedziała.

Otworzyłam  wiadomość.  Kobieta  podpisała,  zeskanowała  i  wysłała  mi  kontrakt.  Miała

spotkanie  w  klinice  leczenia  bezpłodności  w  poniedziałek  rano,  więc  zależało  jej  na  czasie.
Kończyła pracę o szóstej i zastanawiała się, czy mogłybyśmy się spotkać o szóstej trzydzieści
na cmentarzu Śpiącego Pagórka?

Zagryzłam  dolną  wargę  i  spojrzałam  na  zegarek.  Była  za  dwadzieścia  pierwsza.  Jeśli

miałam  włamać  się  do  ratusza,  czekało  mnie  sporo  pracy.  Ale  wydawało  mi  się,  że  się
wyrobię.  Ile  może  mi  zająć  taka  historia  chorób?  Pół  godziny,  godzinę?  To  będą  łatwe
pieniądze. O ile znów nie oślepnę.

Zważywszy wszystkie okoliczności, pozostawało mi upewnić się, że nie będę uczestniczyć

w przywołaniu sama.

Napisałam  krótką  wiadomość  potwierdzającą  spotkanie  i  że  z  góry  zainkasuję  połowę

honorarium.  Zamknęłam  laptopa,  złapałam  torebkę  i  sukienkę  Tamary  i  poszłam  wyżebrać

background image

kolejną podrzutkę u Kaleba. Ratusz odwiedzę po szybkiej wizycie w kostnicy.

Położyłam torebkę na pasie, ale nie zdążyłam przejść przez detektor metali, gdy urządzenie

pisnęło. Strażnik wysypał jej zawartość i złapał za różdżkę wykrywającą czary. Co mogło... O,
cholera. Książeczka. Wczorajsze wydarzenia sprawiły, że zapomniałam o małej książeczce z
czarami.

Rozejrzałam  się,  mając  nadzieję,  że  Centralny  Posterunek  jest  pusty.  Nie  dość,  że

poczekalnia była pełna ludzi, ale jedną z obecnych w niej osób była Lusa Duncan, reporterka
„Witch Watch". I, oczywiście, głośne piszczenie zwróciło jej uwagę. Obserwowała mnie teraz
jak śledzący czar Chowaniec.

Odwróciłam się do niej plecami i popatrzyłam na strażnika. Przejeżdżał właśnie różdżką

nad  książeczką.  Końcówka  przyrządu  zaświeciła  się  na  czerwono.  Mało,  że  magia.  Magia
złośliwa. I nielegalna.

-  Pani  Craft,  muszę  panią  poprosić  o  pozostanie  tutaj  i  poczekanie  kilka  minut  -  strażnik

sięgnął po radio.

- To nie moje.
Popatrzył  na  mnie  miną  „już  to  wcześniej  słyszałem"  i  warknął  coś  do  radia,  a  ja

otworzyłam  usta.  I  zaraz  je  zamknęłam.  Co  teraz?  Spojrzałam  za  siebie.  Lusa  już  mnie  nie
obserwowała.  Wręcz  przeciwnie  -  miała  zamknięte  oczy.  Po  ruchu  jej  ust  rozpoznałam,  że
odmawia  inkantacje.  Prawdopodobnie  sprawdzała  mnie  w  Eterze.  Zobaczy  czar  na  mojej
duszy, czy nie? To by się źle skończyło.

-  Chciałabym  rozmawiać  z  detektywem  Falinem  Andrewsem.  Musiałam  czekać  na  niego

ponad  kwadrans.  Odzyskałam  zawartość  torebki  -  z  wyjątkiem,  oczywiście,  książeczki  -  ale
nakazano  mi,  abym  się  nie  ruszała  z  bardzo  niewygodnego  pomarańczowego  krzesła,  które
wskazał  mi  strażnik.  Lusa  zapewne  wciąż  siedziała  w  poczekalni,  obserwując  wszystko
uważnie. Straciłam rachubę, ilu ludzi mijało mnie i gapiło się, gdy tak siedziałam i marnie się
czułam.

Gdy  pojawił  się  Falin,  strażnik  próbował  mu  wytłumaczyć,  jak  znalazł  książeczkę,  ale  z

szorstkim: „Ja się tym zajmę" detektyw odebrał mu przedmiot.

Andrews  podbiegł  do  mnie,  a  ja  podskoczyłam.  Złapał  mnie  za  biceps  i  wyciągnął  z

poczekalni.

-Ja... - Bądź cicho.
Przeprowadził  mnie  krętym  korytarzem  i  wepchnął  do  pokoju.  W  małym  pomieszczeniu

stał stolik i dwa krzesła. Przysunęłam do siebie torebkę.

- To pokój przesłuchań?
- W rzeczy samej. - Zatrzasnął drzwi. - Co tu się, u diabła, dzieje? Jesteś szarą wiedźmą? -

Nie!

- A to co? - rzucił książeczkę na stół.
- To nie jest to, na co wygląda. Nie jestem aż tak głupia, by babrać się w szarej magii. -

Zwłaszcza gdy mam na sobie czarny czar.

- Może mi wytłumaczysz...? - To skomplikowane.
- Opowiedz to zatem prosto.
Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w dzielące pokój duże weneckie lustro.
- Ktoś nas obserwuje? - Nie twój interes.
- To możesz zdjąć rękawiczki i użyć swojego cza... -przerwałam, bo podszedł do mnie z

rozszerzonymi oczami.

background image

W  następnej  chwili  wyglądał  już  normalnie.  Czyli  po  prostu  na  wkurzonego.  Założył

ramiona na piersi i oparł się o ścianę.

- Nikt nas nie słucha.
- Naprawdę? Więc mogę spokojnie mówić o nielegalnym czarze prawdomówności, który

zastosowałeś na mnie tej nocy?

Tym  razem  zdołał  się  opanować,  ale  co  widziałam,  to  moje.  Najpierw  zareagował,  a

dopiero potem pomyślał.

- Czy próbuje mnie pani podejść, pani Craft?
-  Nie.  -  Chcę  się  tylko  upewnić,  że  jesteśmy  sami.  Usiadłam  na  krześle.  -  Ukradłam  tę

książeczkę wczoraj. Z pokoju Casey. Podniósł brew.

- Córki gubernatora? Twojej siostry?
-  Mówiłam,  że  to  skomplikowane.  -  I  śmierdzące  skandalem.  Mogły  cieszyć  mnie

ewentualne  problemy  ojca,  ale  ich  koniec  mógł  być  żałosny.  I  to  dla  wszystkich
zaangażowanych. - Chciałam ją zniszczyć, ale po incydencie w magazynie... Zapomniałam, że
mam ją przy sobie.

Falin  usiadł  na  krześle  naprzeciwko  i  rozmasował  nasadę  nosa  dwoma  palcami.  Gdy

przestał już wyglądać na wkurzonego, wydawał się po prostu zmęczony.

- Dlaczego tu jesteś, Alex?
- Szłam do kostnicy...
- Nie wolno ci tutaj przywoływać cieni. Nie teraz. Zmarszczyłam brwi.
- Szłam oddać sukienkę Tamarze.
- Mnie ją daj. Zaniosę na dół. - Wyciągnął rękę.
- Hm... Tyle że ona nie jest w najlepszym stanie. Powinnam chyba zrobić to sama.
Mówiłam  prawdę.  Kiecka  była  cała  w  kurzu  i  żwirze  z  magazynu,  więc  wrzuciłam  ją

dzisiaj rano do pralki Kaleba, a poniewczasie zorientowałam się, że lepsza byłaby pralnia.

Falin odepchnął się od stolika i schował książeczkę do kieszeni. Wtedy otworzył drzwi.
- Okay. I tak miałem tam iść. Odprowadzę cię. Tylko nie podchodź do żadnych ciał!
- Naprawdę przepraszam za tę sukienkę.
-  Nic  się  nie  stało.  Odpiszemy  ją  jako  ofiarę  na  rzecz  poprawy  twojego  życia

towarzyskiego - Tamara uśmiechnęła się lekko. - Ale dam ci radę.

Nocy nie powinno się kończyć w kajdankach... Chyba że cię to kręci.
- Tamara! - syknęłam, ale obie się zaśmiałyśmy.
Stałyśmy  w  korytarzu  na  zewnątrz  kostnicy,  czyli  w  najmniejszej  odległości  od  ciał,  w

której Falin zachowywał spokój. Jakbym nie mogła powstrzymać się przed przywoływaniem
cieni,  gdy  tylko  zobaczę  zwłoki!  Jeśli  miałam  być  szczera  -  z  uszkodzonymi  osłonami  i
sposobem,  w  który  grobowa  esencja  dosięgała  mnie  z  hallu  -  byłam  mu  wdzięczna  za
utrzymanie odległości. Ale nie było powodu, by mu zaraz o tym mówić.

- Odkupię ci tę kieckę - powiedziałam, unikając widoku skurczonej, czarnej szmatki, którą

oddałam  Tamarze.  I  naprawdę  zamierzałam  to  zrobić.  Gdy  tylko  przyjdzie  czek  z  ratusza,
sukienka będzie numerem jeden na liście zakupów.

- Alex, nie martw się. Miałam ją na sobie tylko raz.
- O dziwo, nie czuję się lepiej. Tamara potrząsnęła głową z uśmiechem.
-  Dzięki,  ale  lepiej  mi  powiedz  po  co  naprawdę  przejechałaś  taki  kawał  drogi?  Co  się

dzieje?

Złapana na gorącym uczynku.

background image

-  Potrzebuję  przysługi.  -  Spięłam  się,  oczekując  odmowy.  Tamara  tylko  przewróciła

oczami i wsparła rękę na biodrze, czekając na ciąg dalszy. - Pamiętasz problemy z tym wide-
opodglądaczem.  I  urok,  który  sprawił,  że  stałaś  się  niewidzialna  dla  kamery?  Zmarszczyła
brwi.

- O co ci dokładnie chodzi, Alex?
-  O  t  o  wszystko  -  machnęłam  ręką.  -  Jestem  już  zmęczona  widokiem  własnej  twarzy  w

wieczornych wiadomościach i na pierwszych stronach gazet.

To akurat było prawdą. Choć nie zamierzałam używać uroku w tej męczącej sytuacji.
Tamara  przyjrzała  mi  się  uważnie,  więc  uśmiechnęłam  się  do  niej  moim  najbardziej

niewinnym  uśmiechem.  Po  minucie  przytaknęła  i  odpięła  mały,  srebrny  urok  z  bransoletki.
Wyglądał jak mała kłódka.

- Używaj go rozsądnie. A jeśli zostaniesz aresztowana, ja nie brałam w tym udziału.
- Dzięki! Zwrócę ci go tak szybko, jak będę...
Drzwi  do  kostnicy  otworzyły  się,  więc  zapadła  cisza.  W  drzwiach  pojawił  się  Falin.

Zanim  się  zorientował,  przypięłam  urok  do  mojej  bransoletki.  Nie  żebym  się  martwiła,  co
pomyśli.  Rozmawiał  z  nieznanym  mi  mężczyzną  w  moim  wieku.  Osobnik  nosił  zwyczajne
ubranie,  co  oznaczało,  że  nie  był  policjantem.  Identyfikuje  ciało?  Mrużył  oczy  w  jasnym
świetle,  jakby  miał  problemy  z  widzeniem.  Gdy  spojrzał  na  mnie,  uśmiechnął  się  szeroko,
wyciągnął rękę i przerwał Falinowi perorę. Podszedł do Tamary i do mnie.

- Przepraszam... Pani Alex Craft, jeśli się nie mylę? Co miałam odpowiedzieć?
Ukłonił się.
-  Nazywam  się  Ashen  Hughes  i  jestem  zaszczycony,  mogąc  panią  poznać  -  przyjęłam

wyciągniętą dłoń, ale nie doczekałam się uścisku. Zamiast tego mężczyzna uniósł ją i przesunął
ustami  po  kostkach  palców.  -  Robi  pani  cudowne  rzeczy  w  naszym  małym,  wyrdowym
światku.

Grobowy wiedźmin? Spojrzałam na niego uważniej. Nie znałam go, ale to akurat nie było

dziwne. Nawet pośród talentów wyrd grobowa magia była rzadkością - jedynie jasnowidzenie
było  rzadsze  -  i  nie  spotykaliśmy  się  na  konferencjach  naukowych  co  roku.  Przebywanie  w
pobliżu  Falina  nie  służył  jego  aparycji,  ale  miał  ładne  oczy.  Bardzo  jasnozielone,  jakby
używanie  grobowego  wzroku  wyprało  z  tęczówek  cały  barwnik.  Jego  ciemne  włosy  były
wystarczająco długie, by było widać, że się kręcą. Czesał się do tyłu.

-  Jeśli  wybaczy  mi  pani  śmiałość...  -  powiedział,  gdy  puścił  już  moją  rękę.  -  Byłbym

zaszczycony, mogąc usiąść i porozmawiać z panią przez chwilę. Rzadko można spotkać kogoś
tak  utalentowanego,  w  kim  talent  łączy  się  z  czymś  tak  przyjemnym  dla  oka.  Czy  mógłbym
zaprosić panią na kolację?

- Cóż, hm... Mam już pewne plany. - Czy on mnie podrywa? Mrugnęłam do Tamary.
Stała zaraz za Ashenem, a jej usta bezgłośnie wymawiały słowo „idź". Łatwo jej mówić!

Ale w końcu poświęciła sukienkę, by polepszyć moje życie towarzyskie, jak to ładnie ujęła.

Roy przepłynął przez drzwi.
- Ja też bym poszedł - powiedział. - On potwierdził wszystko, co powiedziałaś o czarach

na moim ciele.

Oczy  Ashena  uniosły  się,  jakby  usłyszał  Roya,  ale  się  nie  odwrócił.  Pochylił  głowę,

przyjmując do wiadomości moją odmowę.

- Wiem, że robię z siebie głupca, ale czy mogę zapytać o pani plany na czas jutrzejszego

lunchu?  Chciałbym  usłyszeć  pani  zdanie  na  temat  procesu  Holliday  i,  oczywiście,

background image

przedyskutować  ten  przedziwny  i  zastanawiający  czar  na  ciele  zmarłego  gubernatora.  Magia
fae, sądząc po glifach.

Rozpoznał glify?
- Fae? - zapytałam.
-  O,  tak.  Widzi  pani,  jestem  zafascynowany  ich  magią.  Spędziłem  więcej  czasu,  niż

chciałbym  przyznać,  nad  studiowaniem  zarówno  ich  sztuki,  jak  i  ich  opowieści.  Aktualnie
skupiam się właśnie nad starożytnymi glifami. Rozpoznałem kilka z nich, choć ich ułożenie i
cel - w tym przypadku - są mi nieznane.

- Ale te, które pan rozpoznał? Wie pan, do jakiego typu czarów są używane?
- Mogę zgadywać. - Ashen przysunął się bliżej. -Lunch, pani Craft?
Porozmawiamy o tym, ale muszę najpierw zajrzeć do pewnych źródeł.
Tamara już machała rękami za jego głową. Falin oparł się o ścianę, założył ręce i patrzył

wzrokiem  zbitego  psa.  Ashen  -  ekspert  od  glifów  fae?  Nie  mogłam  przepuścić  okazji
nauczenia  się  czegoś  o  czarach,  z  którymi  przychodziło  mi  walczyć.  Może  powie  mi  coś  o
czarze  użytym  na  ciele  z  magazynu?  Może  nawet  będzie  wiedział,  jak  zwalczyć  skutki  tego,
który noszę na sobie? Albo przynajmniej zna sposób na spowolnienie jego działania?

- Lunch to świetny pomysł. Czy mogę zaproponować miejsce?
Aspen  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  To  był  ładny  uśmiech,  który  dotarł  także  do  jego

oczu. - Właściwie to słyszałem dużo o Wiecznym Kwiecie. Miałem zamiar tam wpaść, zanim
opuszczę miasto.

Bar fae? Zważając na moją aktualną sytuację, to chyba nienajlepszy pomysł. Bywałam tam

już  wcześniej,  ale  jeśli  chodzi  o  drinki,  wolałam  Mac's.  Zwykle  Kwiat  był  pełen  turystów
mających  nadzieję  na  zobaczenie  prawdziwego  fae.  Tamci  zresztą  o  tym  wiedzieli  i  dlatego
pojawiali się w nim rzadko.

Ciągle tkwiący pod ścianą Falin potrząsnął głową i wbił we mnie spojrzenie. To nie jego

decyzja.  Nie  stała  się  również  moim  udziałem,  bo  nieoczekiwanie  Tamara  przejęła
konwersację. - Alex uwielbia Wieczny Kwiat, prawda?

Hm. Cholera. Tamara nic nie wiedziała o próbie porwania, a ja nie mogłam teraz mówić.

Uśmiechnęłam się do Ashena.

- Okay. Południe?
-  Jesteśmy  umówieni.  -  Ukłonił  się  i  podążył  do  windy.  Gdy  wyszedł,  Tamarę  ogarnął

słowotok.

- Och, to było ekscytujące! Potrzebujesz czegoś do ubrania?
-  To  po  prostu  lunch.  Nie  zapytałaś  mnie  jeszcze,  jak  było  wczoraj.  Spojrzała  na  Falina,

wciąż przyklejonego do ściany. Powiedziała szeptem:

-  Skończyłaś,  wycierając  sukienką  zakurzoną  podłogę  na  miejscu  zbrodni.  Chyba  nie

wyszło.  Ale  to...  -  uśmiechnęła  się  i  uściskała  mnie  lekko.  -  Cóż,  muszę  wracać  do  pracy.
Jestem zarobiona.

- Tommy wciąż się nic pokazał? Tamara potrząsnęła głową.
- Sally też nie. Pamiętasz ją?
Przytaknęłam. Sally była empatką wyrd, która lubiła pracować z umarłymi, ponieważ nie

musiała  wtedy  osłaniać  się  przed  ich  emocjami.  Wiedźm  wyrd  nie  było  zbyt  wiele,  więc
znałam większość osobiście. Ale Sally i ja nie byłyśmy przyjaciółkami. Kiedyś uznała, że nie
przepadam za własnymi emocjami i zachowuję się jak suka.

- Pracowała wczoraj na nocnej zmianie. Kiedy dziś rano wychodziła do domu, mówiła, że

background image

czuje się niezbyt dobrze. Nie zdziwię się, jeśli dziś nie przyjdzie. - Tamara westchnęła. - Więc
powinnam wrócić do pracy... Pomachałam jej na do widzenia. I odwróciłam się do Falina.

- Chyba chcesz eskortować mnie do wyjścia?
Uniósł brew w geście, który zdążyłam już znienawidzić. W tym momencie oznaczał: „Tak i

nic nie możesz z tym zrobić". Pokazałam mu zęby.

- Jeszcze tylko jedna rzecz.
Roy  zajmował  się  swoimi  sprawami  w  odległym  kącie.  Podeszłam  do  niego,  by  Falin

mnie nie podsłuchał. Nie żeby mnie nie obserwował.

- Alex, zamierzasz rozmawiać ze ścianą? - zapytał.
-  Tak.  To  fajna  ściana  -  zawołałam  przez  ramię  i  odwróciłam  się  do  Roy  a.  -  Słuchaj,

potrzebuję małej przysługi.

- Pani Craft, chwilka pani cennego czasu! - zawołała Lusa, gdy wkroczyłam do poczekalni

Centralnego Posterunku.

Jęknęłam,  ale  się  nie  zatrzymałam.  Lusa  szła  za  mną  razem  ze  swoim  operatorem.

Chciałam aktywować urok Tamary, ale jeśli ratusz używał wykrywaczy czarów, aktywny urok
naprawdę dałoby się zauważyć. A ja miałam już dość przejść z ochroną na dzisiaj. Opuściłam
tylko głowę i pozwoliłam, by przestrzeń między nami urosła.

-  Pani  Craft,  czy  zechciałaby  pani  skomentować  fakt,  że  zdecydowała  się  pani  na  użycie

szarej magii?

Zatrzymałam się w pół kroku. Nie powinnam była, ale...
- Nie używam szarej magii.
- Mamy nagranie z konfiskaty szaromagicznej książeczki. I ma pani na duszy czarny znak.

Dowody są silne.

Przeniosłam spojrzenie z Lusy na jej operatora. Czerwone światełko nagrywania błyskało

jak małe, bijące serce.

- To idzie na żywo? Lusa się uśmiechnęła.
- W poniedziałek. Chyba że znajdę lepszy temat... Cholera.
- A jeśli zaproponuję pani wyłączność, na którą trzeba będzie trochę poczekać?
- Mam deadline, pani Craft.
Zmarszczyłam  brwi.  Nie  mogłam  nic  powiedzieć  i  nie  mogła  jej  niczego  podrzucić  do

poniedziałku. Była w końcu reporterką. Jeśli pomacham jej przed nosem historią, ugryzie. Bez
spoglądania w bok, powiedziałam:

-  Roy,  chcesz  być  w  telewizji?  Duch  gapił  się  na  mnie.  -  Mogę?  Znaczy,  nikt  mnie  nie

zobaczy...

- Podaj mi dłoń. Tylko nie mów nic poufnego. Wzięłam go za rękę i zebrałam z powietrza

grobową  esencję.  Przesunęłam  ją  od  siebie  ku  niemu.  Nigdy  wcześniej  nie  próbowałam
uczynić ducha widzialnym, ale ponieważ Lusa gwałtownie wciągnęła powietrze, wiedziałam,
że zadziałało.

Otrząśnięcie się z szoku i powrót do profesjonalnej postawy „jestem przed kamerą" zajęły

jej zaledwie chwilę.

- Okay, duch. Co to za historia?
- Wiem więcej o ciele na dole niż każda żyjąca osoba... - powiedział Roy.
-  O  ciele  zmarłego  gubernatora?  -  zapytała  Lusa.  Gdy  przytaknął,  odwróciła  się  do

operatora. - Widać go na filmie?

Operator wcisnął jakiś przycisk.

background image

- Tak, trochę błyszczy, ale go widzę. Lusa zwróciła się do mnie.
- Okay, więc jak to ma wyglądać? Wywiad z duchem w zamian za niepokazywanie tego, co

mam?

Wypuściłam grobową esencję i rękę Roya.
- On nazywa się Roy Pearson, a umowa jest taka: gdy wszystko wyjdzie na jaw - ale nie

wcześniej! - dostaniesz wyłączność na wywiad.

Ja chcę za to oryginał filmu z Posterunku i wszystkie istniejące kopie.
Przytaknęła.
- Umowa stoi. Ale zatrzymuję nagranie aż do wywiadu, i jeśli się wycofasz, puszczam.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie. Pozostała mi nadzieja, że uda mi się z Colemanem i nie dam

Lusie szansy na zniszczenie po mojej śmierci mojego dobrego imienia.

background image

16

-  Nad  fotelem  Przewodniczącego  Kongresu  widzimy  portret  Greggory'ego  Delane'a,

naszego  pierwszego  gubernatora  po  deklaracji  pięćdziesiątego  czwartego  stanu.  Został
wybrany w czasie gdy ludność nie rozprzestrzeniła się jeszcze w nowo odkrytych wymiarach.
Był jednym z trzech gubernatorów fae w historii naszego stanu.

Z trzech, o których wiadomo. A ja wiem jeszcze o jednym. Jednak nie powiedziałam tego

głośno  i  starałam  się  trzymać  z  dala  od  wycieczki.  Przez  „wycieczkę"  rozumiałam
przewodniczkę,  rodzinę  z  dwójką  dzieci  i  samą  siebie.  Będzie  mi  trudniej  ich  zgubić,  niż
sądziłam.

- Czy naprawdę żyjący robią to dla zabawy? - zapytał Roy.
- Cśśś... - syknęłam. Głupio wyszło, w końcu tylko ja go słyszałam. Odeszłam nieco dalej i

zapytałam szeptem. -Znalazłeś biura?

- Tak. Powinniście koło nich przejść, jeśli ona oprowadzi was po całej tej sali. W środku

jest dwóch ludzi.

Potwierdziłam  skinieniem  głowy.  Przewodniczka  odwróciła  się  do  mnie  i  powiedziała

szorstko:

- Proszę się trzymać grupy. Do mnie.
Wyszłam  więc  posłusznie  z  pomieszczenia  za  rodziną.  Para  z  dwójką  dzieci.  Starsze,

chłopak, miało najwyżej sześć lat. Mały szedł korytarzem, powłócząc nogami. Nagle zatrzymał
się  i  wypluł  gumę  w  rękę.  Rozejrzał  się  i  podszedł  do  marmurowego  pomnika  gubernatora
Delane'a.

- Danny, nie... - zaczął jego ojciec, ale nie zdążył. Chłopiec przykleił gumę do pomnika, w

momencie gdy przewodniczka się odwróciła.

Spojrzała z przerażeniem.
- Czy on właśnie...?
-  On  nie  chciał  zrobić  nic  złego...  -  tłumaczył  ojciec,  ale  przewodnika  już  biegła  do

pomnika.

Wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i zdjęła gumę.
- Pomnik został wykonany na zlecenie przez... Lepszego momentu nie będzie. Odłączyłam

się  od  zgromadzenia  i  poszłam  za  Royem.  Aktywowałam  już  urok  blokujący  mój  obraz  na
kamerach,  więc  musiałam  martwić  się  jedynie  dwojgiem  ludzi,  których  Roy  widział  w
biurach.  Duch  podprowadził  mnie  do  dużych,  dębowych  drzwi.  Przepłynął  przez  nie,  a  ja
czekałam  na  zewnątrz,  opierając  się  o  ścianę  i  próbując  wyglądać  normalnie.  Roy  wytknął
głowę przez drewno.

- Jeden sobie poszedł. Została tylko recepcjonistka. Okay, jedna przeszkoda mniej. Trzeba

zobaczyć,  z  kim  przyjdzie  mi  się  mierzyć.  Uśmiechnęłam  się  i  weszłam  do  środka.  -  Ciocia
Margie?

Kobieta spojrzała w górę i poprawiła okulary w purpurowych ramkach. Jej usta wygięły

się w uśmiechu.

- Alexis Caine! No proszę. Jak się masz, kochanie? -obeszła biurko i objęła mnie cienkimi

ramionami.

Margie nie była moją prawdziwą ciotką. Byłą asystentką mojego ojca, gdy urzędował jako

Wielki Pan Prokurator. Po hospitalizacji mojej matki, zanim jeszcze poszłam na studia, nawet
podczas  letnich  wakacji,  Margie  prowadzał  mnie  do  lekarza,  a  całej  naszej  trójce  pomagała

background image

wybierać ubrania na nowy rok szkolny. Prawdopodobnie wyłącznie ona, spoza rodziny, znała
moją  prawdziwą  tożsamość.  Wiedziała,  ponieważ  znała  mnie  jeszcze  przed  akademią.  Lista
wtajemniczonych nie zawierała wielu ludzi.

-  Całkiem  dobrze  -  powiedziałam,  wciąż  lekko  oszołomiona  jej  widokiem.  Nie

wiedziałam,  że  wciąż  pracuje  dla  mojego  ojca.  To,  że  zdobył  lojalność  takiej  kobiety  -  nie
mówiąc  o  milczeniu  -  po  prostu  nie  mieściło  mi  się  w  głowie.  Spojrzałam  na  jej  biurko  i
zauważyłam duże, brązowe pudełko ze zdjęciami wnuków i kolorowym kubkiem w środku. -
Pakujesz się?

- Ach. Emerytura. - Lekceważąco machnęła ręką w powietrzu, ale jej oczy powiedziały co

innego. - Poróżniłam się z szefem sztabu, ale to nic ważnego. - Rysy jej twarzy złagodniały. -
Widziałam cię w wiadomościach. Jestem z ciebie taka dumna! Pomagasz policji.

Zarumieniłam  się.  Tak...  Margie  była  jedyną  osobą,  która  siedząc  w  biurze  Pierwszej

Partii Ludzi, mówiła, że jest dumna z wiedźmy.

- Margie, jak cudownie znowu cię zobaczyć! Mogę wejść do gabinetu ojca?
- Znowu ze sobą rozmawiacie? - Margie zawsze zależało na porozumieniu stron. - Dobrze

to słyszeć, ale teraz go nie ma. Nie mogę cię wpuścić.

Wow,  nie  mogę  nawet  wejść  za  drzwi,  których  pilnuje  znajomy  strażnik!  Margie

powiedziała  coś  o  potrzebie  dalszego  pakowania,  podniosła  małą  plakietkę  i  schowała  do
pudełka ruchem bardziej nerwowym, niż chciała to okazać.

Podeszłam do biurka i położyłam ręce na granicy podkładki.
- Mogę powiedzieć ci coś, co nie wyjdzie poza ściany tego biura?
Pochyliła się w moją stronę, jak zawsze gotowa na plotki. Zastanawiałam się kiedyś, czy

mój ojciec nie założył wszystkim pracownikom przysiąg, by uciszyć ewentualne spekulacje na
mój temat.

-  Będę  szczera  -  powiedziałam  szeptem.  -  Węszę  tutaj.  Wiesz,  że  pracuję  dla  policji,

prawda?  -  Właśnie  mi  o  tym  powiedziała,  ale  celowo  odświeżyłam  tę  informację.  -Wiesz
wobec  tego  zapewne,  że  przesłuchiwano  mojego  ojca  w  związku  ze  śmiercią  Colemana.
Sprawdzam  dochodzenie  i  myślę,  że  może  być  w  to  zamieszany  twój  szef  sztabu.  Szukam
dowodów.

Wszystko  było  niemal  prawdą.  Szef  sztabu  był  wprawdzie  na  mojej  liście  podejrzanych,

ale sugerowałam dużo więcej, niż mówiłam. Widziałam, jak w umyśle Margie przesuwają się
puzzle.

-  Graham?  Może  za  tym  stać  ten  ohydny  człowiek?  -Najwyraźniej  nie  oczekiwała

odpowiedzi, więc milczałam. - I mógłby szantażować pana Caine'a? Nie mogę na to pozwolić!
Więc chcesz powęszyć?

Przytaknęłam.
Margie rozejrzała się, spojrzała na biurko i podniosła pudełko.
-  Wiesz  co?  Myślę,  że  dziś  wyjdę  godzinę  wcześniej.  Co  mi  zrobią?  Wyleją?  -

Przechodząc obok mnie, szepnęła:

Biura gubernatora i Grahama masz za drzwiami po lewej.
- Mrugnęła i już jej nie było.
- Okay. Roy, mówiłeś coś o drugim strażniku...?
- Tak. Za drzwiami po prawej.
Cholera.  Tam  mieściło  się  biuro  porucznika  gubernatora,  i  właśnie  tam  chciałam  iść!

Nieistotne,  co  naopowiadałam  biednej  Mergie,  to  Bartholomew  był  celem.  Nie  zaszkodzi

background image

jednak sprawdzić szefa sztabu. Jeśli będę miała szczęście, strażnik zniknie z pomieszczenie po
prawej przed końcem roboty tutaj.

- Roy, pilnuj drzwi.
Kiwnął  głową,  a  ja  weszłam  przez  drzwi  po  lewej.  Myślałam,  że  wyląduję  w

przedpokoju, ale pierwszy pokój -w amfiladzie - był już biurem Grahama. Na odległej ścianie
znajdowały  się  drzwi  najprawdopodobniej  prowadzące  do  gabinetu  mojego  ojca.  Zaczęłam
się rozglądać.

W  biurze  szefa  sztabu  nie  było  niczego  osobistego.  Żadnych  zdjęć,  żadnych  gadżetów.

Żadnych  dodatkowych  długopisów,  oprócz  standardowego  niebieskiego  i  czarnego.  Szuflady
biurka  zostały  zamknięte,  podobnie  jak  szafki,  a  skrzynka  na  wiadomości  ziała  pustką.
Przełączyłam się na inne zmysły, ale oprócz zamków nic nie było zaklęte, a czary okazały się
całkiem  zwyczajne.  Nie  zauważyłam  niczego,  co  mogłoby  robić  za  magazynujący  skradzione
dusze artefakt.

Sprawdziłam u Roya, czy pomocnik Bartholomewa jest wciąż w drugim biurze. Był.
Cóż, Coleman był gubernatorem dosyć długo. Może coś zostawił. Coś, co mogło być teraz

w biurze mojego ojca. Muszę tam zajrzeć! W końcu warto coś zrobić, czekając.

Wróciłam  do  gabinetu  ojca.  Urzędował  tu  zaledwie  od  dwóch  i  pół  tygodnia,  ale,  w

odróżnieniu od swojego szefa sztabu, miał przynajmniej zdjęcie na biurku. Casey. Raczej nie
spodziewałam się swojego wizerunku. Na blacie leżało też kilka teczek, więc je przejrzałam.
Raporty, budżety. Nic ciekawego.

Zamykając oczy, otworzyłam inne zmysły. Coleman siedział w tym biurze przez kilka lat,

więc  oczekiwałam  przynajmniej  czarnomagicznego  rezonansu,  ale  niczego  takiego  nie
wyczułam. Nie było nawet uroków. Zmarszczyłam brwi. Coleman na pewno używał tu czarów.
Obeszłam pokój, szukając śladów starej magii. Zajrzałam nawet do małej łazienki. Nic.

-Alex!
Roy  zmaterializował  się  w  pokoju.  Aż  podskoczyłam.  -  Nie  rób  tego.  -  Musisz  zmykać!

Idzie tu dwóch mężczyzn.

Do  pokoju  docierały  echa  rozmowy;  jeden  z  głosów  był  mi  bardzo  dobrze  znany.  Mój

ojciec.  O,  cholera.  Byli  jeszcze  w  biurze  Grahama,  ale  nie  miałam  wątpliwości,  gdzie  idą.
Rozejrzałam  się  dookoła  i  schowałam  w  łazience.  Między  drzwiami  a  framugą  zostawiłam
małą przestrzeń...

-  ..  .i  dlatego  wracam  do  tego.  Myślę,  że  powinno  się  go  puścić  -  powiedział  pomocnik

ojca o twarzy wiewiórki, gdy razem weszli do biura. Graham, bez wątpliwości.

-  Poparłeś  ten  plan,  gdy  podjąłem  decyzję,  Graham.  Pomocnik  stropił  się;  kąciki  ust

wyginała mu frustracja.

Ojciec  usiadł,  a  towarzyszący  mu  mężczyzna  uniósł  dłonie-Tak,  ale  w  świetle  ostatnich

wypadków... Ten facet jest jak naładowany pistolet. Nie wiemy, co zrobi.

Właśnie dlatego... - ktoś zapukał do drzwi, przerywając ojcu.
- Wpuszczę pańskiego gościa. - Graham wyślizgnął się z pokoju.
Wprawdzie  nie  mogłam  zobaczyć  twarzy,  ale  sylwetka  ojca  skurczyła  się  w  sobie,  gdy

wypuścił  powietrze.  Zdałam  sobie  sprawę,  że  widzę  zmęczonego  człowieka.  Dziwne,  ale
nigdy nie myślałam o nim w kategoriach zwykłych ludzkich słabości. Za drzwiami zabrzmiały
kroki, więc plecy się wyprostowały, a jedna z teczek została otwarta.

Drzwi się uchyliły, ale ojciec nie od razu spojrzał na gościa. Ktokolwiek to był, jeszcze go

nie widziałam. Musiał zatrzymać się przy wejściu.

background image

- Wejdź, proszę - powiedział ojciec, ale nie wykonał żadnego gestu.
Wrócił do czytania raportu.
Drzwi się zamknęły i do biura wszedł Falin Andrews.
Wciągnęłam  gwałtownie  powietrze  i  zatkałam  usta,  próbując  powstrzymać  ulatujący

dźwięk.  Spojrzenie  Falina  powędrowało  ku  mojej  kryjówce,  więc  cofnęłam  się  w  głąb,  w
ciemność, próbując uspokoić serce.

Co on tutaj robi?
Falin usiadł, ale nic nie powiedział. Ojciec wciąż czytał raport. Gdy wreszcie spojrzał na

detektywa  i  zamknął  teczkę.  Przez  cały  czas  sprawiał  wrażenie,  że  Falin  przerwał  mu  jakieś
ważne zajęcie.

- Chcę od ciebie sprawozdania - powiedział, pochylając się i zaplatając palce.
Falin przytaknął pojedynczym, ostrym ruchem głowy.
- Badam kilka śladów. Mieliśmy trochę sukcesów. - Sukcesów? Jak moja córka?
- Proszę?
Siedziałam  w  ciemności  kompletnie  skołowana.  Co  się  wydarzyło  między  Falinem  a

Casey? Czyżby ojciec coś wiedział o szaromagicznej książeczce? Jakim cudem?

- Twoi pracodawcy wyrażają się o tobie bardzo dobrze - ojciec otworzył szufladę i wyjął

z niej kopertę. - Muszę przyznać, że nie jestem pod aż tak dobrym wrażeniem, zwłaszcza po
tym, na co naraziłeś Alexis.

- Położył kopertę na biurku przed detektywem. Alexis? Mówił o mnie?
-  Musi  mi  się  to  śnić...  -  wymamrotałam,  a  oczy  Falina  znów  powędrowały  w  kierunku

szpary w drzwiach łazienki. Cholera.

Czekałam,  aż  obaj  podejdą  i  wyrwą  drzwi  z  zawiasów,  ujawniając  moją  obecność,  ale

Andrews  po  prostu  wziął  kopertę.  Nie  mogłam  wiedzieć,  co  jest  w  środku,  ale  zobaczyłam
jego reakcję. Rysy mu się wyostrzyły; spojrzał na ojca.

- Mam pewne oczekiwania i... - ojcu przerwało pukanie. Graham.
- Proszę pana... Ojciec wstał.
- Proszę mi wybaczyć.
Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Do moich uszu dotarły stłumione dźwięki jego

rozmowy z pomocnikiem; były zbyt niewyraźne, by coś zrozumieć.

Falin odchylił się w fotelu z oczami skupionymi na mojej kryjówce.
Nagle wstał i ruszył w moim kierunku. O, cholera.
Drzwi otworzyły się i Falin zatrzymał się w pół kroku.
Obawiam się, że muszę zakończyć nasze spotkanie -powiedział ojciec od progu.
Andrews odwrócił się i odszedł od łazienki. Uratowana dzięki ojcu?
Nieczęsta sytuacja.
Przez zamknięte drzwi do gabinetu usłyszałam jeszcze:
- Ale, Andrews, nie zawiedź mnie... - I głosy zmieniły się w pogłos, aż w końcu ucichły.
Czekałam w ciemności. Od kucania bolały mnie łydki i kolana. Wstałam, rozciągając się,

ale nie opuszczałam łazienki.

- Poszli sobie - powiedział Roy. Dzięki Bogu.
- Wychodzimy!
Aż do poczekalni nie rozważałam tego, że w końcu nie weszłam do biura Bartholomew. A

co,  jeśli  już  mi  się  nie  uda?  Byłam  już  przy  głównych  schodach,  gdy  na  ramieniu  poczułam
dłoń.

background image

-Alex Craft! Co ty, do cholery, robisz?  
 

background image

17

Odwróciłam się gwałtownie.
- Zdejmij ze mnie rękę, Andrews.
Nie zrobił tego. Przeciwnie, nachylił się nade mną i wyszeptał przez zaciśnięte zęby:
- Włamałaś się do biura gubernatora? Zdajesz sobie sprawę, jaka to głupota?
- No i co, aresztujesz mnie? - Nawet nie jesteś gliną, Oszukańcu Andrews.
Odskoczył w tył, jak porażony prądem. Zdjął wreszcie dłoń z mojego ramienia i odetchnął

głęboko.

- Chodź, podwiozę cię do domu. Cofnęłam się.
- Nigdzie z tobą nie jadę. Nie wiem nawet, kim jesteś.
- Naprawdę chcesz o tym rozmawiać tutaj? - wskazał dłonią na bardzo publiczne miejsce.

- Tutaj, na schodach ratusza? Założyłam ręce na piersi.

- Taaak. Może i chcę. Więc pracujesz dla mojego ojca? Po co cię zatrudnił?
Falin  przyglądał  mi  się  przez  chwilę.  Mięśnie  jego  szczęk  zagrały,  odwrócił  się  i  zaczął

schodzić po schodach. Po dwa stopnie naraz.

- Hej! Hej, mówię do ciebie!
Nie zatrzymał się.
Fajnie. Teraz muszę za nim pobiec albo zrezygnować. Byłam zbyt wkurzona, by pozwolić

mu odejść. Pobiegłam.

Podstawę  schodów  oblegali  demonstranci.  Trzymali  w  górze  transparenty  głoszące,  że

„Czary to robota demonów" i „Coleman zamordowany przez fae! Kto ich teraz powstrzyma?".
Ktoś w tłumie mnie rozpoznał.

-  Zostaw  naszych  umarłych  w  spokoju!  -  wrzasnął,  a  ktoś  inny  podjął  okrzyk.  Wkrótce

ryczał już cały tłum.

Demonstranci  podeszli  bliżej  i  nagle  poczułam,  że  za  chwilę  mnie  pochłoną.  Biegłam,

trzymając  głowę  w  dole.  Za  ramię  złapała  mnie  czyjaś  dłoń.  Odciągnęła  do  tyłu.  Przestrzeń
przede mną wypełniła czerwona, nieznajoma twarz. - Policja. Zabieraj ręce. Falin.

Mężczyzna zawarczał. Dźwięk, który wydał, nawet w połowie nie był ludzki. Ale puścił.

Detektyw otoczył mnie ramieniem. Poprowadził z dala od tłumu, dookoła budynku. Gdy tylko
dotarliśmy na parking, odsunęłam się od niego.

Puścił mnie i zatknął kciuki za pasek.
- Nie pracuję dla Caine'a.
- O! To w takim razie co tam było? - wskazałam na ratusz. Wciąż łapałam powietrze po

starciu z demonstrantami, więc i jadu w moim głosie było o wiele mniej niż na schodach.

Falin zmarszczył brwi.
Caine  podpisał  papiery,  dzięki  którym  zostałem  głównym  śledczym  w  sprawie  śmierci

Colemana.  Jestem  z  FBF,  Alex.  Federalne  Biuro  Fae?  -  A  niby  dlaczego  powinnam  w  to
wierzyć?

Biuro mogło przejąć każdą sprawę, w którą zamieszani byli fae.
Wcześniej mówił mi o tym John.
Andrews wskazał kierunek, z którego właśnie przyszliśmy.
-  Widziałaś  demonstrantów,  Alex?  Ci  ludzie  się  boją.  Został  zamordowany  gubernator.

Wyobrażasz  sobie,  co  by  się  stało,  gdyby  wyszło  na  jaw,  że  sprawę  przejęło  FBF?  Wciąż
istnieją  ludzie,  którzy  pamiętają  Przebudzenie.  Ci,  którzy  przeżyli  lub  stracili  przyjaciół  w

background image

zamieszkach krótko potem. W Nekros mieszka największa populacja fae i wiedźm w kraju, ale
w  ciągu  wielu  lat  nie  wybrano  spośród  nich  gubernatora,  a  wszystkie  najważniejsze
stanowiska w rządzie trzyma Pierwsza Partia Ludzi.

No  cóż,  partia  prawdopodobnie  zyskała  setki  wyborców  od  czasów  nagrania,  na  którym

mówiłam  o  zaklęciu  ciała  Colemana.  To  podejrzane  zabójstwo  było  chyba  najlepszą  rzeczą,
która zdarzyła się w całej jej historii. Ale...

- Ale nie szukasz zabójcy? Falin potrząsnął głową.
- Więc FBF wie, czym był Coleman! Tak? Falin po prostu patrzył w moją twarz.
Na parking wjechał biały van. Rękawiczki, czar prawdomówności, wiedza o Colemanie...
- Jesteś fae, prawda?
Falin  zmarszczył  brwi.  Ani  nie  zaprzeczył,  ani  nie  potwierdził.  Przeskoczył  spojrzeniem

ode mnie w kierunku nadjeżdżającego vana i bez ostrzeżenia mnie popchnął.

- Padnij! - krzyknął. Drzwi vana odsunęły się i pojawiła się w nich broń.
Detektyw  przycisnął  mnie  do  ziemi;  na  dłoniach  i  policzku  poczułam  żwir.  Ciężar

męskiego  ciała  przygwoździł  mnie  do  podłoża,  a  powietrze  wokół  mnie  wypełniły  strzały.
Jeden. Dwa. Trzy. Stłukły okno samochodu. Moją wyciągniętą dłoń obsypało szkło.

I  wtedy  Falin  podniósł  się  z  pistoletem  gotowym  do  strzału.  Spojrzałam  w  tył,  między

oponami auta w pobliżu, ale zobaczyłam wyłącznie tylny zderzak odjeżdżającego vana. Falin
wystrzelił. Pociski odbijały się od metalu. Jeden z nich przebił oponę.

Samochód nie tylko się nie zatrzymał, ale przyśpieszył, sypiąc skrami.
Skręcił na najbliższym zakręcie i oddalił się bocznym wyjazdem.
- Wszystko w porządku, Alexis? - zawołał Falin w przestrzeń.
Podniosłam  się  na  kolana.  Wciąż  czułam  uderzenie  adrenaliny  i  trzęsły  mi  się  ręce,  ale

odpowiedziałam.

- Tak, wszystko okay.
O  moją  nogę  otarło  się  coś  cylindrycznego.  Coś  magicznego.  Zdjęłam  z  głowy  szarfę  i

podniosłam przedmiot poprzez kawałek tkaniny.

Falin, nie chowając pistoletu do kabury, sięgnął wolną ręką w moją stronę.
- Jedziemy!
- Tak. - Złapałam go za rękę i pobiegliśmy do samochodu.
Oni strzelali do mnie czy do ciebie? - zapytałam, patrząc na leżącą na blacie naprzeciwko

nas strzałkę.

- Do ciebie.
Zaczęłam  się  zastanawiać,  przytulając  Peceta  tak  mocno,  że  aż  zapiszczał.  Nie  puściłam

go.

- Skąd ta pewność? Przecież to ty zastrzeliłeś jednego z nich.
Zdjął  jedną  rękawiczkę  i  podniósł  strzałkę.  Przyjrzał  się  płynowi  w  środku  i  zważył

pocisk w dłoni.

- Ten wyciąg tutaj to czar nieprzytomności i czar samozadowolenia. Nie przyszli po mnie.

- Włożył rękawiczkę z powrotem.

Ale jak mnie znaleźli? Zadrżałam. Teraz, gdy minęło już działanie adrenaliny, zrobiło mi

się zimno. Czując lekkie oszołomienie, przeszłam przez pokój i usiadłam na brzegu łóżka.

Falin zmarszczył brwi.
- Powinnaś coś zjeść.
Przytaknęłam,  choć  nie  potrafiłam  określić,  czy  jestem  głodna,  czy  nie.  Spojrzałam  na

background image

zegar; było po szóstej. Pora posiłku. Zaraz, zaraz... Po szóstej?

Poderwałam się na nogi. - Cholera, mam klienta.
- Zwariowałaś? Odwołaj go natychmiast.
Chciałabym.  Ale  siedemnaście  po  szóstej  moi  zleceniodawcy  najprawdopodobniej  byli

już w drodze na cmentarz. Nie mogłam tak po prostu się nie pojawić.

Postawiłam Peceta na łóżku i sięgnęłam po torebkę.
A... - przerwałam, patrząc na Falina. - Idziesz ze mną?
- Jako szofer?
Czemu nie? Byłam naprawdę przestraszona. Lepiej będę czuła się z nim niż z Kalebem czy

Holly. Mrugnęłam.

- Proszę?
Spóźniliśmy  się  czternaście  minut.  Na  parkingu  dla  gości  stał  już  duży  zielony  sedan,  a

młoda para czekała opodal bramy.

-  To  muszą  być  Feeganowie  -  powiedziałam,  kiwając  im  głową  na  powitanie.  Ale  nie

wyszłam z samochodu. Przestań, Alex, skarciłam się w duchu. Klienci nie powinni widzieć, że
się trzęsiesz. Wzięłam głęboki oddech. I wypuściłam powietrze.

Falin  wyjął  kluczyki  ze  stacyjki,  ale  nie  otworzył  drzwi.  Obserwował  mnie,  jakby

czekając na mój znak. Nawet fajnie. Przywoływałam cień. To było moje terytorium.

Wciąż jednak drżałam. Cholera. Przełączyłam się na amulet medytacyjny.
Mój umysł się oczyścił i uspokoił.
- Alex? - Falin potrząsnął mną za ramię.
Bąbelek pękł. Podniosłam głowę, już spokojniejsza. Mogłam to zrobić. Uśmiechnęłam się

i sięgnęłam do drzwi. Zatrzymałam się w pół ruchu.

- Co mam im powiedzieć o tobie?
- Nieważne. - Zmarszczył brwi. - Wymyśl coś. Jasne. Przeszłam przez trawnik z Falinem w

charakterze tylnej straży. Miałam nadzieję, że to ich nie odstraszy.

Przedstawili się jako Ann i Mark Feeganowie i spojrzeli wyczekująco na Falina.
To Falin Andrews. Mój... - Ochroniarz? Menedżer? Chłopak? -
...wspólnik. Będzie dziś obserwatorem.
Ann  kiwnęła  głową  mu  na  powitanie;  jej  ciemne  włosy  spadły  na  ramiona.  Uśmiechnęła

się. Frank wyciągnął rękę.

Po  tradycyjnych  formułkach,  których  wymagał  ode  mnie  OMUL,  Ann  wypisała  mi  czek  i

mogliśmy już porozmawiać o umarłych. Poszliśmy do grobu. Cmentarne ścieżki przemierzało
kilka  duchów,  tak  wyblakłych,  że  ledwie  istniejących.  Żaden  nie  był  tak  wyraźny,  jak  Roy.
Zignorowałam je, pozwalając im zająć się czymkolwiek chciały - i musiały - na tym świecie.

- To tutaj  - powiedziała Ann,  zatrzymując się przed  podwójnym nagrobkiem  ozdobionym

świeżymi stokrotkami.

Kiwnęłam głową, pochylając ją na chwilę. Rodziny lubiły szacunek dla zmarłych.
- Jeśli wszyscy mogą stanąć wokół grobu, narysuję okrąg i możemy zaczynać.
Feeganowie posłusznie przeszli na prawo, ale Falin udał się w drugą stronę. Odszedł kilka

rzędów dalej. Nie spodobało mi się to, ale zmilczałam. Nie było ważne, gdzie stoi, jak długo
trzyma się z dala od kręgu.

Otworzyłam  torbę  i  poszukałam  ceramicznego  noża.  Dla  rytuałów  przeprowadzanych  we

wnętrzach używałam kredy, ale nie działała ona tak dobrze na ziemi i na trawie. Na zewnątrz
musiałam wycinać okrąg. Dlatego właśnie zawsze nosiłam nóż. Pomijając ten drobny fakt, że

background image

teraz  nie  mogłam  go  znaleźć.  Zdenerwowana,  przeszukałam  torbę  do  dna  i  znalazłam  mały
żeton. Cholera, nóż został we wtorek u strażnika.

Zamierza  pani  narysować  okrąg?  -  zapytał  Frank.  Nie  potrafiłam  określić,  czy  był

zainteresowany, czy go narysuję, czy też dlaczego tego nie robię.

Uśmiechnęłam się, próbując nie okazać zdenerwowania.
-  Tak.  Nigdy  nie  pracuję  bez  okręgu.  -  Chyba  że  wokół  jest  mnóstwo  złych  czarów,  a  ja

jestem ze Śmiercią. Zamaskowałam grymas, ponownie sięgając do torebki. -Nie martwcie się.
To nie wpłynie na możliwość rozmowy z cieniem.

Co  ja  zrobię  bez  noża?  Chociaż  jeden  miałam;  ukryty  w  bucie  zaklęty  sztylet.  Będzie

musiał  wystarczyć.  Nie  narysowałam  jeszcze  okręgu,  ale  położyłam  torebkę  przy  nagrobku  i
pozwoliłam sobie nieco poszerzyć świadomość.

Ciała  pode  mną  nie  obróciły  się  jeszcze  w  proch  i  pył,  czułam  w  nich  drobne  iskry.

Wystarczające,  żeby  mieć  pewność,  że  mogę  przywołać  ich  cienie.  Nie  znajdowały  się  w
centrum grobu, ale to akurat była niemal norma. Oczywiście, znaczyło to także, że groby wokół
nich nie były porządne. Poszerzyłam świadomość jeszcze bardziej i obeszłam okrąg, zanim go
narysowałam. Nie chciałam w nim uwięzić żadnych obcych ciał. Szłam i zostawiałam za sobą
mały ślad mocy. Takie ślady szybko znikają, ale na razie pomogą właściwie skierować nóż.

Gdy  dotarłam  do  początku  śladu,  zatrzymałam  się,  spojrzałam  i  zobaczyłam  za  sobą

bardziej owal niż okrąg. Uklękłam i wbiłam nóż w ziemię. Zaczęłam kreślić. Nóż lubił, jak go
wyciągałam. Nie lubił dotyku ziemi.

Zignorowałam jego zachcianki i skończyłam robotę. Wstałam, weszłam do środka okręgu i

aktywowałam go.

- Teraz przywołam cienie - powiedziałam do klientów.
Patrzyli na siebie, lekko zmartwieni. Uśmiechnęłam się, próbując wyglądać profesjonalnie

i sięgnęłam po grobową esencję. Przyszła do mnie szybko, wślizgując się pod moją skórę jak
zimny,  ale  znajomy  kochanek.  Wepchnęłam  ją  w  ziemię  dokoła.  Chciałam  zacząć  od  kobiety,
ale czułam oba ciała i dysponowałam zapasem mocy. Przywołałam więc dwa cienie, o silnych
i rześkich formach. No i fajnie. Zadziałało.

Próbowałam nie wyglądać na zaskoczoną, ale spojrzałam na parę i samokontrola puściła.
- Co się stało? - spytała Ann.
W  patynie  grobowego  wzroku  jej  uśmiechnięta  twarz  wyglądała  zupełnie  inaczej.

Delikatna  kobieta  zniknęła,  a  w  jej  miejscu  stało  dziwne,  o  wiele  bardziej  niebezpieczne
stworzenie.  Powiększone  czarne  źrenice  nie  pozostawiały  miejsca  na  białko  czy  tęczówki.
Włosy  były  podobne  do  kępy  dzikiego  wrzosu  i  sięgały  do  kolan.  Palce  Franka  dotykały  jej
zapadniętego brzucha na poziomie talii. Cierniowa fae.

Frank także się zmienił. Nie był już niskim, pospolitym mężczyzną. Jego twarz rozszerzyła

się  i  spłaszczyła,  usta  miał  nadnaturalnie  szerokie,  z  grubymi  spierzchniętymi  wargami
otaczającymi zaostrzone zęby. Małe oczka świeciły zbyt blisko środka twarzy, a duże uszy były
porośnięte  włosami  -  jedynymi  na  jego  głowie.  Ciało  miał  pogięte,  kolana  również.  Nie
wiedziałam,  jaki  to  typ  fae,  ale  na  oko  pochodził  z  rodziny  goblinów.  Uśmiechnął  się,
pokazując zęby jak kolce. Zrobiłam grymas. Cholera. Co teraz?

Spojrzałam  przez  ramię.  W  grobowym  wzroku  Falin  objawił  się  w  martwej  trawie,

patrząc  na  skruszałe  nagrobki.  Jego  włosy  były  nawet  jaśniejsze  niż  normalnie,  podobne  do
błyszczącego  w  słońcu  śniegu.  Odwróciłam  spojrzenie  i  skupiłam  się  na  fae,  o  których  mój
towarzysz nie wiedział.

background image

Nie wszystkie fae są złe, musiałam sobie przypomnieć. W końcu Kaleb i Falin to też oni.

Ale Kaleb był moim przyjacielem i nigdy mnie nie oszukał. A Falin... Cóż, wciąż próbowałam
go  rozgryźć.  Wydawało  mi  się  jednak,  że  należy  do  dobrego  gatunku.  Feeganowie  -
kimkolwiek  byli  naprawdę  -  przywiedli  mnie  tutaj  podstępem.  Przywołane  cienie  niegdyś  z
pewnością  należały  do  ludzi.  Wzięłam  głęboki  oddech.  Jestem  wewnątrz  okręgu,  jestem
bezpieczna. Nic mi nie będzie. Miałam nadzieję, że tak już zostanie. Dotknęłam pierścienia i
wzmocniłam barierę.

- Czy coś nie tak, pani Craft? - zapytał Frank. Potrząsnęłam głową.
-  Możecie  zadawać  pytania.  -  Mój  głos  był  zdenerwowany.  Może  pomyślą,  że  to  przez

magię.

Jakoś zaczęło mi się wydawać, że nie kupili mojego przedstawienia.
-  Gapiła  się  pani  jakoś  dziwnie  -  powiedział  Frank.  Spróbowałam  się  uśmiechnąć,

wiedząc, że mi się to nie uda.

- Mam nienajlepszy wzrok.
- Co się dzieje? - zapytał Falin.
Nareszcie.  Odwróciłam  się  do  niego  i  bezdźwięcznie  powiedziałam  „fae".  Oczy  mu  się

rozszerzyły, a ręka powędrowała do pistoletu.

- Wynajęliśmy tę wiedźmę - warknęła Ann.
- Więc zadawaj swoje pytania i kończymy spotkanie -odparł Falin.
Mierzyli się groźnym spojrzeniem.
- Czy pani Widzi, pani Craft? - zapytał Frank, podkreślając słowo „widzi" tak samo, jak

wcześniej Śmierć.

Przełknęłam  ślinę.  Widzieć.  Niemal  jak  „przejrzeć  urok".  Nie  odpowiedziałam.  Ludowe

podania  były  pełne  historii  o  ludziach,  którzy  stracili  oczy,  bo  przejrzeli  urok  fae.  Para
ponownie spojrzała po sobie. Frank skinął głową. Ann podeszła o krok; gdy się poruszała, jej
włosy szeleściły. Podeszła do okręgu, a ja zatoczyłam się w tył. Dotarłam niemal do krawędzi,
ale  zmusiłam  się  do  zatrzymania.  Jeśli  wyszłabym  z  okręgu  lub  dotknęła  bariery,  ta  znikłaby
jak sen złoty. A wtedy między mną a fae nie byłoby nic, co by mnie chroniło.

Falin wyciągnął broń i wycelował ją w cierniową fae. Zignorowała go.
Jej palce tańczyły po krawędzi okręgu, wysyłając płomyki rozjaśniającej błękitną barierę

jasnej magii.

-  Dziewczyna  z  Cieni  wysyła  ostrzeżenie  -  powiedziała.  -  Dziewczyna-duch  z  krwi  jest

cennym  skarbem  w  łańcuchach,  a  jeśli  jest  głupcem,  pozna  mój  ból.  Ona  widzi  i  zna  puste
oczy,  i  po  siedmiu  razach  będzie  wiedziała,  co  on  zabrał.  Krwawy  księżyc  wschodzi  nad
moim smutkiem, a Złote Sale są rządzone przez jutrzejsze koszmary.

- Co to znaczy? - zapytałam. Cierniowa fae się uśmiechnęła.
- Dam ci radę. Uciekaj, Alex Craft. Zmień nazwisko. Zmień twarz. Biegnij szybko.
Odwróciła się. Dwójka fae, jakby posłuszna własnym radom, rzuciło się do biegu.
- Nie możesz sobie, ot tak, zdecydować, że u mnie zostajesz!
Usta Falina wygięły się lekko w sarkastycznym uśmieszku.
-  Właśnie  mogę.  I  zostaję.  W  ciągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  weszłaś  na

miejsce  zbrodni,  zostałaś  złapana  na  szmuglowaniu  szaromagicznej  książeczki  na  Posterunek
Centralny, strzelano do ciebie i zaakceptowałaś parę fae jako klientów. Zagrażasz sama sobie.
- Zamknął za sobą drzwi.

-  To  wszystko  nieprawda!  -  No,  może  nie  wszystko.  Zagrażałam  również  ludziom  wokół

background image

siebie.  Pecet  biegał  w  ósemkę  między  naszymi  nogami.  Podniosłam  go.  -  Nie  wychodzę  już
dzisiaj. Będzie dobrze.

- I, oczywiście, znów jesteś przemarznięta. Co oznacza, że on znowu wlezie mi do łóżka.
- Myśl o tym jak o ochronie policyjnej - uśmiechnął się szeroko.
Przewróciłam oczami, ale tak naprawdę, nie chciałam być sama.
- Biorę Peceta na spacer. Pogadamy o tym po powrocie. Gdy wróciliśmy, Falin przeglądał

moje szafki.

- Jak możesz żyć wśród tych śmieci? Odpięłam smycz Pecetowi.
- Hej, to nie nalot. Jedzenie to jedzenie. Falin zamknął drzwi od lodówki.
- Nie zdejmuj butów. Idziemy na zakupy.
Dwie  godziny  później  moje  mieszkanie  wypełniał  cudowny  zapachem  czosnku  i  cytryny.

Aromat odciągnął mnie od komputera. Podreptałam do kuchni z rękami w tylnych kieszeniach
spodni i spróbowałam zajrzeć Falinowi przez ramię.

- Myślałam, że steki potrzebują grillowania? - zapytałam o to samo, gdy wybierał mięso w

supermarkecie. Potrząsnął wtedy głową i wrzucił porcje wołowiny do

wózka. Nie żebym się skarżyła. Od czasu do czasu jadałam z Holly i Kalebem, ale jedyne

mięso na ogół pochodziło z puszki.

Falin przewrócił skwierczące steki.
- Przysmażam je, nie grilluję. Idź stąd, chyba że chcesz pokroić warzywa na sałatkę.
Nie  obraziłam  się.  Nie  całkiem.  Gdy  sałatka  była  gotowa,  Falin  zdjął  mięso  z  patelni  i

ułożył je na talerzach obok parujących pieczonych ziemniaków.

- Gdzie jemy? - rozejrzał się po mieszkaniu.
-  O...  -  Cholera.  Nie  pomyślałam  o  tym.  Na  ogół  jadałam  przed  komputerem  lub  nad

blatem. Nie miałam drugiego krzesła. Wzruszyłam ramionami. - Piknik na podłodze?

Potrząsnął  głową  i  obejrzał  moje  cztery  kąty  na  nowo,  jakby  szukał  ukrytego  stolika.  Po

chwili wypuścił powietrze.

- Piknik na łóżku - powiedział i wystartował z talerzami. Pecet tańczył wokół nóg Falina,

skacząc i prosząc.

Zaczepiłam go nogą i odciągnęłam do tyłu. Zaskomlał.
- Steki nie są dla ciebie.
Pies znów pisnął, rozpoznając słowo „nie". Przerzucił się na Falina. Gdy tylko Andrews

usiadł na łóżku, Pecet wskoczył mu na kolano. Mały zdrajca.

Wzięłam  w  ręce  sztućce,  podczas  gdy  Falin  bronił  kolacji  przed  łakomym  chińskim

grzywaczem.

- Czego chcesz się napić? - zapytałam, otwierając lodówkę. - Piwa.
Wzięłam dwie butelki - jeszcze jeden zakup Falina w spożywczym - i podeszłam do łóżka.

Przehandlowałam piwo za moją porcję. Byłam podejrzliwa. W końcu stek pachniał za dobrze,
żeby być prawdziwy; co zrobię, jeśli będzie nijaki w smaku?

Odkroiłam mały kawałek. Nóż łatwo wszedł w mięso. A ono samo rozpłynęło się w moich

ustach. Ledwie udało mi się powstrzymać jęk rozkoszy.

-  Zmieniłam  zdanie.  Możesz  się  wprowadzić.  O  ile  będziesz  gotował.  Falin  przerwał

jedzenie.

-  Hm...  -  odwróciłam  wzrok  i  chwyciłam  za  piwo.  -Żartuję,  oczywiście.  Chciałam

powiedzieć, że... Kolacja jest cudowna!

Uśmiechnął się leciutko.

background image

- To niemal podziękowanie.
- Żeby ci to do głowy nie uderzyło. - Skupiłam się na talerzu, ale gdy przestawałam się na

nim koncentrować, uśmiech sam pojawiał się na mej twarzy.

Gdy  spojrzałam  w  górę,  okazało  się,  że  Falin  też  obserwuje  mnie  z  uśmiechem.  Okay,

może  sytuacja  jest  nieco  niezręczna,  ale  za  to  jedzenie  -  super!  Gdzie  on  się  nauczył  tak
gotować?

- Więc jesteś z FBF, tak? - powiedziałam, czując lekki dyskomfort, gdy tak jadłam, a on się

gapił.  Co  zresztą  było  nieco  dziwne.  -  Co  wiedzą  o  Colemanie  albo  jakiejkolwiek  istocie,
która się za niego podaje? Przestał się uśmiechać.

-  Jest  stary.  Bardzo  stary.  Fae  marnieli  od  stuleci,  ale  teraz,  gdy  ludzie  znów  w  nie

uwierzyli, starsze legendy, niektóre już zapomniane w piaskach czasu, pojawiają się na nowo.
„Coleman" to złodziej ciał, znany od stuleci. Nie jestem pewien, czym był na początku.

Skinęłam głową.
- Więc ty... - zatrzymałam się. Falin był fae. Jeszcze nie do końca przyzwyczaiłam się do

tej  myśli,  ale  będę  musiała.  W  rozmowie  z  fae  powinny  obowiązywać  reguły,  pewne  tabu
nigdy  nie  mogły  zostać  poruszone,  a  słowa  wypowiedziane.  Kaleb  był  moim  przyjacielem  i
ostrzegłby  mnie,  gdybym  zaszła  w  rozmowie  za  daleko,  ale  nawet  mimo  naszej  przyjaźni
zdarzyły nam się niebezpieczne rozmowy. Falin nie dawał mi takiej gwarancji.

- Czy mogę zapytać cię o glify? Odłożył widelec.
-  Wolałbym,  żebyś  tego  nie  robiła,  ale  nie  sądzę,  że  cię  to  powstrzyma.  Cokolwiek

zobaczyłaś  na  ciele  w  kostnicy,  ja  tego  nie  widziałem.  I  tak  samo  nie  znam  glifów,  które
zostały wycięte w ciałach ofiar rytuału. To zresztą nie jest temat na rozmowę przy kolacji.

- Racja. - Skupiłam się na jedzeniu i znów zapanowała cisza.
Zamierzałam zostawić trochę steku dla Peceta, ale zanim się zorientowałam, mój talerz był

pusty. Opierając się o poduszki, pomasowałam żołądek. - To było niesamowite.

Gdy  mieszkasz  samotnie,  często  mówisz  do  siebie.  Naprawdę  często.  Na  krótko

zapomniałam,  że  Falin  siedzi  obok.  Gdy  jednak  się  odwrócił  i  po  swojemu  krzywo
uśmiechnął, nie mogłam już zapomnieć o jego obecności.

Zarumieniłam się, więc wstałam.
- Mogę zabrać twój talerz? - zapytałam, wyciągając rękę.
Dał mi go, ale również wstał.
- Pomogę ci pozmywać.
Zamierzałam  wstawić  naczynia  do  zlewu  i  zostawić  zmywanie  na  później,  ale  Falin

nalegał, więc skończyliśmy, stojąc bok w bok. Ja myłam, on wycierał. Zostawił marynarkę na
krześle,  a  rękawy  białej  koszuli  zawinął  aż  do  łokci.  Pracowaliśmy,  a  nasze  ramiona  się
dotykały.  Podałam  mu  widelec  i  przypadkowo  dotknęłam  jego  długich  palców.  Mój  żołądek
zrobił salto.

To było szaleństwo. Był skryty, lubił rządzić i w ogóle był nie do zniesienia. Kilkukrotnie

uratował mi życie. I naprawdę dobrze wyglądał w mojej kuchni.

Zakręciłam kran i wytarłam ręce o dżinsy.
-  Teraz  chcę...  -  Co?  Uciec?  Ukryć  się?  Odchrząknęłam  i  wskazałam  na  dalszy  kąt

mieszkania. - Wezmę prysznic, zanim się położę. - I pomaszerowałam do łazienki.

Oczywiście,  zapomniałam  wziąć  cokolwiek  do  przebrania  się  po  kąpieli.  Owinięta  w

wielki  ręcznik  sięgnęłam  po  szczoteczkę  do  zębów  i  przeżyłam  moment  zakłopotania,  gdy
natrafiłam  na  tę,  która  nie  była  moja.  Falin  kupił  sobie  kilka  rzeczy  podczas  zakupów  i  jego

background image

nowa szczoteczka stała sobie teraz oparta o moją. Popatrzyłam na nią i nagle po kręgosłupie
przebiegł mi dreszcz. Nigdy z nikim nie mieszkałam. Nigdy nawet nie byłam na drugiej rance.
Od  kiedy  skończyłam  szkołę.  Wolałam  mówić  rano  „do  widzenia"  bez  poznawania  imienia
kolesia.  A  teraz  w  kubku  stała  druga  szczoteczka,  podczas  gdy  nawet  z  facetem  nie  spałam!
No, okay, może technicznie spałam, ale nie...

Czyściłam  zęby,  aż  zaczęły  mi  krwawić  dziąsła.  Wtedy  rozczesałam  włosy,  zaplotłam  i

rozplotłam.  To  głupie.  Muszę  kiedyś  wyjść  z  tej  łazienki.  Jeśli  będę  to  odkładać,  zrobi  się
tylko jeszcze bardziej niezręcznie. Owinęłam się ciaśniej ręcznikiem i opuściłam kryjówkę.

Falin  siedział  przy  komputerze.  Nie  spojrzał  na  mnie,  gdy  weszłam,  więc  nie  zwracałam

na  siebie  uwagi.  Grzebiąc  w  szufladzie  z  nocną  bielizną,  wyciągnęłam  prostą  koszulkę  i
słodkie  jedwabne  szorty  -  zeszłoroczny  prezent  od  Holly.  Fakt,  że  szorty  były  naprawdę
urocze,  strasznie  mnie  wkurzył.  Nie  znaczyło  to  jednak,  że  ich  nie  nosiłam.  Gdy  szukałam  w
górnej  szufladzie  czystych  fig,  Falin  zamknął  komputer.  -  Też  wezmę  prysznic  -  powiedział,
wstając.

Przytaknęłam  i  odwróciłam  się,  żeby  się  ubrać.  Przełożyłam  koszulkę  przez  głowę,

usłyszałam  zamykane  drzwi  łazienki,  opuściłam  więc  ręcznik  i  przymierzyłam  się  do  dołu.
Ktoś za mną zakasłał.

Świat zwolnił do milisekund. Odwróciłam głowę, z bielizną wciąż na poziomie ud. Gdy w

końcu zobaczyłam Falina, paliły mnie policzki. Wychylał się z łazienki, grzecznie odwracając
oczy, ale uśmiechał się paskudnie. - Czysty ręcznik? - zapytał. Wciągnęłam majtki i spojrzałam
na  wilgotny  ręcznik  u  moich  stóp.  Ten  jedyny,  który  był  w  łazience.  Wskazałam  palcem  w
kierunku szafki. Otworzył ją bez pytania, a ja wreszcie wciągnęłam szorty.

Policzki  wciąż  mnie  paliły,  więc  wdrapałam  się  na  łóżko  i  zagwizdałam  na  Peceta.

Wskoczył na swoje normalne miejsce. Na poduszkę.

- Myślę, że Falin też będzie chciał tu spać - powiedziałam mu i przesunęłam psa w nogi.
Spojrzał na mnie i zanim się położył, zrobił trzy pełne kółka. Polizał się po zagipsowanej

łapce, jakby chciał mi pokazać, że jest ranny i potrzebuje poduszki. Dopiero wówczas zamknął
oczy i zasnął.

- Chciałabym zasypiać tak szybko - powiedziałam do psiaka.
Nawet na mnie nie spojrzał.
Wślizgnęłam  się  głębiej  pod  kołdrę  i  zamknęłam  oczy,  ale  gdy  drzwi  do  łazienki  się

otworzyły,  wciąż  nie  spałam.  Łóżko  ugięło  się  pod  ciałem  Falina,  a  ja  poczułam  korzenny
zapach mydła, które sobie kupił. Przełożył ramię ponad moją talią. Serce chciało mi uciec z
piersi  i  powędrować  na  plecy,  w  kierunku  ciepła.  Próbowałam  nie  dyszeć  w  ciemności;
sytuacja odebrała mi oddech.

- Dobranoc, Alexis - wyszeptał Falin, ogrzewając skórę z tyłu mojej szyi.
Nie odważyłam się na odpowiedź albo choćby na przesunięcie jego palców. Leżałam po

ciemku i słuchałam. Długo trwało, zanim jego oddech się uspokoił i spłynął na niego sen, który
w końcu znalazł drogę i do mnie.  

 

background image

18

-  Ale  jakie  jest  powiązanie  między  ofiarami?  Kim  były  dwie  pierwsze  kobiety?  -

zapytałam, odkładając widelec na talerz.

-  Alex,  nie  pracujesz  nad  sprawą.  -  Falin  włożył  do  ust  kolejną  porcję  jajka,  ignorując

moją minę.

- Dlaczego? Bo mój ojciec tak powiedział?
Niemal zakrztusił się jajkiem. Sięgnął przez łóżko po stojącą na stoliczku obok kawę.
Dałam mu chwilę na odzyskanie sił.
- Znasz jakieś powiązanie? - Miałam na myśli to, że Coleman nie porwał ich z ulicy i nie

przywiązał  do  łóżka.  Pokój  był  przygotowany  jak  na  romantyczną  randkę.  Znał  te  kobiety,
zanim je zabił.

- Widzieliśmy tylko jedno miejsce zbrodni. Alex, cały czas pamiętaj, że nie pracujesz nad

sprawą.

-  Okay.  -  Oddałam  ostatni  pasek  bekonu  Pecetowi  i  zaniosłam  talerz  do  zlewu.  Nie

wiedziałam, co robić. Nie przywykłam do dzielenia się przestrzenią. W pokoju było tłoczno,
ale cicho.

Włączyłam telewizor. Na ekranie pojawił się prezenter ze zdjęciem młodej kobiety w tle.

Przyjrzałam się dokładnie.

- Znam ją. To Helena. Włączyłam dźwięk.
- ...zostało znalezione dwie doby temu. Policja nie podaje informacji, ale potwierdziła, że

jest to dochodzenie w sprawie o morderstwo. Inne wiadomości...

Przesunęłam się, żeby widzieć twarz Falina.
- Mówił o ofierze w magazynie, prawda? Czy nazywała się Helena Brothers?
Falin spojrzał na mnie, a ja próbowałam sobie coś przypomnieć. Nie zanalizowałam tego,

co  widziałam  w  magazynie.  To,  co  pozostało  z  tej  kobiety,  było  straszne,  ale  teraz,  gdy
wróciłam myślą do jej szklistych oczu i wykrzywionej bólem twarzy, mogłam rozpoznać rysy
Heleny. Usiadłam na łóżku.

-  Znałaś  ją?  -  zapytał  Falin.  Przytaknęłam.  -  Znałaś  także  Bethany  Lane.  To  ty  pierwsza

rozpoznałaś ciało.

- Świat wyrd jest mały... - przerwałam i spojrzałam na niego nagle rozszerzonymi oczami.

- Czy wszystkie ofiary były wyrd?

Falin  nie  odpowiedział.  Wstał  i  obszedł  mnie  dokoła,  odnosząc  talerz  do  zlewu.

Zagapiłam się na jego plecy.

- To jest to, prawda? Kim były dwie inne ofia...
Znienacka  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Aż  podskoczyłam.  Zresztą  nie  zapukano  do

głównych drzwi, tylko do wewnętrznych. Bez czekania na odpowiedź weszła Holly.

-  Właśnie  dzwoniła  Tamara  -  powiedziała,  przysiadając  na  brzegu  łóżka.  -  I  ona...  -

przerwała,  bo  zobaczyła  stojącego  w  mojej  kuchni  Falina,  ubranego  jedynie  w  dżinsy  i
rękawiczki. - Och, nie wiedziałam, że masz towarzystwo.. . Ja tylko... - podskoczyła i wróciła
do drzwi.

-  Holly,  jest  okay,  naprawdę.  Co  się  dzieje?  Ponownie  spojrzała  na  mojego  gościa,  a  ja

podążyłam  za  jej  spojrzeniem.  Falin  chciał  dać  nam  złudzenie  prywatności  i  zajął  się
naczyniami. Widać było cały tył jego sylwetki, którą Holly,

oblizując się, właśnie podziwiała.

background image

- Mam dać ci śliniak? - szepnęłam. - Co mówiła Tamara?
- A, tak. Tamara ma ciężki dzień. Zadzwoniła z płaczem. Musiała zrobić autopsję jednej ze

swoich współpracowniczek, którą  znaleziono dziś rano  w jej mieszkaniu.  Myślałam, żeby ją
zabrać na lunch... Jakoś rozweselić.

Zmarszczyłam brwi. Dopadły mnie obawy.
- Powiedziała, kto to?
- Tak. Sally - przerwała na chwilę. - Och, Alex, ty prawdopodobnie też ją znałaś! Tak mi

przykro. - Otoczyła mnie ramionami, ale od razu się odsunęła. - Alex, wszystko okay? Jesteś
przemarznięta.

Przytaknęłam  bezmyślnie.  Byłam  zmęczona,  bo  miałam  kilka  ciężkich  dni  i  mało  spałam

zeszłej nocy. O wiele bardziej przejęłam się tym, co usłyszałam od Tamary - że Sally źle się
czuła po nocnej zmianie.

To mogło nie mieć związku, ale...
- Czy Tamara powiedziała, jak zmarła Sally?
- Nikt tego nie wie. - Holly zamknęła usta. - Więc? Lunch dziś po południu? Ja stawiam?
Chciałam potwierdzić udział, ale przypomniałam sobie o spotkaniu z Ashenem.
- Czy możemy to zmienić na wczesną kolację? Mam już plany na lunch. - Naprawdę?
Zasępiłam  się.  Nie  musiała  być  aż  tak  zaskoczona.  Holly  spojrzała  na  Falina.  I  skinęła

głową.

-  Tak,  kolacja  będzie  okay.  Zawsze  to  więcej  czasu  na  przegadanie  wszystkiego  i

popłakanie sobie nad piwem. To co, około czwartej?

Pożegnałyśmy się i zamknęłam za nią drzwi. Potarłam zadrapania na ramieniu. Zakaziły się

wysysającym  duszę  czarem,  którym  zabito  cień,  a  od  którego  to  złapałam.  Teraz  Sally,  też
wiedźma  wyrd,  zrobiła  autopsję  kolejnej  ofiary  i  zmarła.  Ale  dlaczego  zmarła  ona,  nie  ja?
Sprawdziłam się dziś rano w Eterze. Macki sięgały już do nadgarstka i do połowy torsu. Czar
się rozprzestrzeniał, ale nie tak szybko, żeby zabić w ciągu jednego dnia.

Muszę zobaczyć ciało.
Odwróciłam się i odkryłam, że Falin mi się przygląda.
- Myślę, że nie powinnaś iść - powiedział z kuchni. Zamrugałam, tak zatopiona w myślach,

że nie od razu go zrozumiałam. Nie powinnam iść? Gdzie? Do Tamary? To tyle, jeśli chodzi o
niepodsłuchiwanie mojej rozmowy z Holly.

-  Po  pierwsze,  to  nie  twoja  decyzja.  Po  drugie,  dlaczego  miałabym  nie  zobaczyć  się  z

Tamarą? Nie mogę ukrywać się w domu przez resztę życia. - Choć jeśli nie znajdę Colemana,
reszta mojego życia będzie o wiele krótsza niż oczekiwałam.

Falin  patrzył  na  mnie.  Oparł  się  obiema  rękami  o  zlew.  Znalazł  gdzieś  żółte,  gumowe

rękawiczki,  w  których  wyglądałby  nieco  komicznie,  gdyby  słońce  nie  oświetlało  jego  klatki
piersiowej w tak rozpraszający sposób...

- Mówiłem o Wiecznym Kwiecie.
-  A,  tak.  -  Okay,  znów  niezręcznie  wypadło.  Gapiłam  się  na  niego  podczas  rozmowy  o

randce z innym. - O tym też nie ty będziesz decydował.

- To zbyt niebezpieczne - powiedział, a ja poczułam, że, niestety, chodzi mu tylko o moje

bezpieczeństwo.

Rób swoje, Alex. Falin jest nieproszonym gościem naruszającym moją przestrzeń. Fae na

cmentarzu nie chciały mnie skrzywdzić. Przekazały mi tylko dziwną wiadomość i uciekły. Ale
fae  w  vanie  to  już  inna  historia.  Wizyta  w  barze  fae  jest  niebezpieczna.  Ukrywanie  się  jest

background image

jednak  najlepszym  pomysłem.  I  nie  jestem  tu  sama.  Mam  spotkać  się  z  Ashenem.  Jeśli  będę
miała  szczęście,  ujawni  mi  coś  ciekawego  o  glifach  na  ciele  Colemana.  Być  może,  gdybym
dała radę odrysować glify z ciała Heleny, pomógłby mi i z tym czarem.

Falin obserwował moją twarz i wyczuł, że podjęłam decyzję. - I tak pójdziesz.
- Tak. Ashen widział czar na ciele Colemana. Ile wiedźm widziało to ciało?
- Pięć.
- A jak wiele zobaczyło czar? Falin się żachnął. - Tylko dwie.
- Ashen wspomniał, że glify były związane z magią fae. On coś wie. Co ci powiedział?
-  Najwyraźniej  nie  tak  dużo,  jak  uważasz  -  powiedział,  a  gdy  zauważył,  że  nie

zrozumiałam,  kontynuował.  -Potwierdził  twoje  obserwacje,  wskazał,  że  czar  był  natury  fae,
ale  w  końcu  powiedział,  że  nie  zna  celu  tego  czaru.  Co  nam  to  dało?  Nic  ponad  to,  co  już
wiemy. Potrząsnęłam głową.

-  Ale  on  wie  coś  o  glifach.  -  Nie  wie,  co  znaczą,  ale  mówił,  że  je  studiował.  I  może

wyczuł więcej niż ja.

To warte ryzyka. - I może wiedzieć, dlaczego trzy inne wiedźmy nie mogły zobaczyć czaru,

ale ja i on mogliśmy.

-  Myślisz,  że  warto  ryzykować  życie  dla  wiedzy  o  czarze  związanym  z  kradzieżą  ciała

dokonaną przez Colemana? Alex, to głupie.

Obraziłam się trochę. Okay, jeśli tak się to powie, brzmi głupio. Ale nie rozmawiałam z

Falinem o czarze wysysającym duszę. Podobnie ryzykowałam, zostając w domu i czekając na
unicestwienie.  Jeśli  Ashen  zdekoduje  glify,  może  będzie  w  stanie  pomóc  mi  przejrzeć  plany
Colemana.

Falin musiał zobaczyć na mojej twarzy determinację, bo potrząsnął głową.
- Okay, ale idę z tobą - powiedział. - Nie ma mowy.
Przeszedł obok blatu i otworzył laptopa. - Nie idziesz.
- To miejsce publiczne.
Fajnie. Będę miała niańkę. Zmieniłam temat.
- Sally robiła autopsję ciała Heleny. Falin nie zareagował.
- Była wiedźmą wyrd. Empatką. Zmarła. A mówiłam, że magia na ciele Heleny jest wciąż

aktywna.

Ściągnął brwi.
- Jednostka antymagiczna czyściła zarówno magazyn, jak i ciało Heleny. Dwukrotnie.
-  Tak,  zrobiono  to,  zanim  zobaczyłam  całą  tę  aktywną  magię.  Chcę  obejrzeć  ciało  Sally.

Może będę mogła powiedzieć, czy zmarła od tego samego czaru, co Helena.

- Czaru, którego nie umiesz wytłumaczyć.
Popatrzyłam na niego i odruchowo sięgnęłam do ranki na ramieniu. Jego wzrok podążył za

moim ruchem, więc opuściłam rękę. Za późno.

Wstał  i  szybko  pokonał  dzielącą  nas  przestrzeń.  Cofnęłam  się,  wpadłam  na  blat,  a  on

zablokował  mi  drogę.  Nachylił  się  ku  mnie  i  przebiegł  odzianymi  w  rękawiczki  dłońmi  po
wrażliwej skórze, tuż obok ran. Wciąż się nie zabliźniły, nie zaczęły goić.

- Przestań.
Nie posłuchał. Zdjął rękawiczkę z prawej dłoni i potarł kciukiem rankę. Przeszył mnie ból,

ostre  ukłucie  w  samym  wnętrzu,  aż  ugięły  się  pode  mną  nogi.  Przetoczyła  się  po  mnie  fala
nudności,  która  napełniła  usta  gorącą  śliną.  Zamknęłam  oczy,  próbując  przełknąć  chorobę.
Falin odstąpił o krok.

background image

- To czarna magia - powiedział. - Jak długo pozostajesz pod wpływem tego czaru?
-  Od  dnia,  gdy  się  spotkaliśmy.  Od  kostnicy.  Złapałam  go  od  cienia  Bethany.  -  Zabieram

cię do szpitala.

Potrząsnęłam głową, wciąż walcząc z nudnościami.
- Nie pomogą mi.
- Alex, czy ty wiesz, co to za czar? Co on ci robi? Przytaknęłam.
- I? Co to jest? Jak go odwrócić? Otworzyłam oczy. - Czy wszystkie ofiary to wyrd?
- Nie - westchnął i odszedł jeszcze kilka kroków. Przeszedł przez kuchnię i oparł się o blat

naprzeciwko  mnie.  -  Pierwsza  ofiara  to  Rosa  Banks.  Była  zwyczajną  kobietą  i  nawet  nie
mieszkała  w  Nekros.  Odwiedzała  jednak  miasto  przez  cztery  miesiące  poprzedzające
morderstwo. Druga ofiara, Michelle Ford, także nie była stąd. Była za to wyrd. O Bethany i
Helenie wiesz. Kiwnęłam głową. Więc Coleman nie skupiał się na wiedźmach wyrd, ale nikt
inny z kostnicy, tylko Sally, nie padł trupem po autopsji jednego z ciał. Śmierć powiedział mi,
że czar był zaraźliwy, ale działał wybiórczo.

Dlaczego przeszedł na mnie? I co łączyło wszystkie ofiary?
Musiałam się dowiedzieć, czy Sally zmarła od czaru. Falin włożył koszulę przez głowę i

złapał kaburę. - Gdzie idziesz?

Założył kaburę i sięgnął po kluczyki.
- Na Posterunek. Muszę wiedzieć, od czego zmarła Sally.
- Idę z tobą. - Wzięłam torebkę.
- Nie. Zostajesz tutaj. Założyłam ręce na piersi.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić.
- Mogę ci zabronić mieszania się do śledztwa. - Jeden kącik jego ust uniósł się do góry. - I

mogę odmówić podwiezienia.

Zagryzłam zęby. Ze wszystkich denerwujących ludzi... Wyciągnął dłoń i dotknął moich ran

palcem w rękawiczce. Delikatnie, żeby nie bolało.

-  Jeśli  czar  jest  aktywny,  nie  chcę,  żebyś  była  blisko.  Zamrugałam,  a  on  się  nachylił.  Na

jedną chwilę nasze oczy się spotkały i zaparło mi dech. Coś mi zatrzepotało w żołądku. Falin

rozchylił wargi i spojrzał w bok. Odchrząknął.
-  Zostań  tutaj  i  nie  rób  problemów.  Wrócę,  zanim  będziesz  musiała  wyjść  do  Wiecznego

Kwiatu. - Zdjął rękę z mojego ramienia.

 

background image

19

Patrzyłam  na  zamknięte  drzwi  i  wciąż  od  nowa  przeżywałam  pocałunek,  który  się  nie

zdarzył.  Pecet,  nie  rozumiejąc  mojego  nagłego  zainteresowania  drzwiami,  podszedł,  usiadł  i
czekał,  żebym  go  wyprowadziła.  Gdy  wciąż  się  nie  ruszałam,  zaskomlał  i  podrapał  łapką
drewno.

Podniosłam go.
- Pecet, jesteś jedynym mężczyzną, którego potrzebuję, prawda?
Pomachał ogonkiem i polizał mnie w podbródek. W moich ramionach wydawał się bardzo

gorący. Czy pożeranie mojej duszy wysysa ze mnie całe ciepło?

Nie miałam pojęcia. Nie mogłam nawet nikogo zapytać. Spojrzałam na psa; znów polizał

mnie w podbródek i wskazał łebkiem na drzwi.

- Okay. Spacer - powiedziałam.
Podniósł ogon i zaczął nim szybko machać, gdy tylko usłyszał to magiczne słowo. Wzięłam

smycz.  Pecet  wyskoczył  przez  drzwi,  próbując  zrzucić  mnie  ze  schodów,  ale  jego  trzy  i  pół
kilo entuzjazmu nie wystarczyło, by dopełnić misji.

U podstawy schodów psiak zatrzymał się, by powąchać gargulca Freda.
„Niech  to  coś  na  mnie  nie  dmucha",  ostrzegł  pomnik,  a  telepatyczny  głos  wszczynał

niewidoczny na jego kamiennej twarzy alarm. Podniosłam Peceta, zanim złapał statuę za nogę.

- Przepraszam, Fred. Nie wiedziałam, że jesteś tak blisko schodów.
„Był tu z wizytą Sleagh Maith". Głos Freda był już normalny. Po prostu relacjonował fakt,

że  odwiedził  mnie  fae.  Nie  jakiś  tam  zwykły  fae,  a  członek  Sleagh  Maith,  dobrego  ludu,
których według Kaleba można było nazwać „dworskimi fae".

Mogło chodzić o Falina albo... Znów zacisnął mi się żołądek. Było dziwnie, ale ponownie

poczułam  podniecenie  sprzed  kilku  minut.  Spojrzałam  na  ulicę,  czy  nie  jedzie  po  mnie  biały
van,  ale  było  pusto.  Reporterzy  znudzili  się  i  zajęli  się  innymi  historiami,  więc  po  raz
pierwszy od kilku dni chodnik przed domem był czysty.

- Kiedy był tu ten fae? Fred nie odpowiedział.
-  Bo  pozwolę  Pecetowi  na  ciebie  nasikać.  -  By  podkreślić,  że  nie  żartuję,  podniosłam

wiercącego się psa do góry.

„Gdy  cię  nie  ma,  nie  ma  śmietanki".  Niezadowolenie  gargulca  było  oczywiste.

Zmarszczyłam brwi.

To  nie  miało  sensu.  Nie  wychodziłam  z  domu,  a  zeszłej  nocy  dolałam  mu  mleka  do

miseczki.  Czekałam,  ale  Fred  nie  powiedział  nic  więcej.  Te  stworzenia  mają  reputację
prekognitów.  Może  chodzi  mu  o  to,  że  gdzieś  wyjadę?  Nie  przewidywałam  w  najbliższej
przyszłości żadnych wakacji.

Znów pomyślałam o fae w vanie i zadrżałam.
- Chodź, Pecet. Kończymy ten spacer.
Odwróciłam  się  i  przeszłam  na  tylne  podwórko.  Głos  Freda  znów  zabrzmiał  w  moim

umyśle. „Musisz Widzieć pod Krwawym Księżycem. Musisz wiedzieć, że to, co Widzisz, jest
prawdziwe". Aż mnie obróciło.

- Co to oznacza? Fred nie odpowiedział.
- Cholera. Co to jest Krwawy Księżyc?
Cierniowa fae mówiła o Krwawym Księżycu w Złotych Salach. To miało być ostrzeżenie

od Dziewczyny z Cieni. Wtedy wypowiedziała przesłanie. Przesłanie, które nie miało sensu.

background image

Spojrzałam  na  gargulca.  Miałam  dość  tajemniczych  wiadomości.  Już  czas,  żeby  znaleźć

odpowiedzi.

Falin  wrócił  o  jedenastej  ze  zmęczonymi  oczami  i  zwichrzonymi  włosami;  wciąż

przeczesywał  je  dłonią.  Zdjął  buty  przy  drzwiach.  Gdy  tylko  wszedł,  cisnął  na  blat  białą,
papierową torbę.

- Jesteś głodna? - wskazał na pakunek.
- Zaraz idę na lunch. - Przypomniałam mu. - Czego się dowiedziałeś o Sally?
Nie odpowiedział, tylko przeszedł do kuchni i wyciągnął z torby kanapkę. Odwinął ją ze

srebrnej  folii,  a  mnie  pociekła  ślinka.  Patrzyłam,  jak  je,  wiedząc,  że  mój  lunch  nawet  w
połowie nie będzie tak smaczny. Wieczny Kwiat miał bardzo ograniczone menu, głównie dania
z grilla. Frytki i hamburger były chyba najlepszą opcją i jedynym, czego mogłam oczekiwać.

Spojrzałam do torby. Leżała tam jeszcze jedna kanapka. Może, jeśli zjem połowę, a potem

przy Ashenie zamówię frytki... ? Gdy wyciągałam sandwicza, zobaczyłam, uśmiech Falina zza
jego porcji. Zignorowałam to i cieszyłam się doznaniem.

Smak  tej  kanapki,  choć  wyborny,  raczej  mnie  nie  rozproszy.  Czego  dowiedziałeś  się  o

Sally?

-  Właśnie  wróciłem  z  Posterunku,  Alex.  Daj  mi  zjeść  lunch.  -  Podszedł  do  lodówki.  -

Chcesz coś do picia?

Nie, nie chciałam żadnego jego napoju z mojej lodówki. Chciałam, żeby odpowiedział na

pytanie albo wyniósł się z domu. Zawinęłam niezjedzoną część kanapki i otworzyłam laptopa.
Jeśli nie zamierza mi powiedzieć, co wie, zrobię własny research.

- Pełnia będzie w następną środę - powiedziałam, nie patrząc na niego. Falin wydał jakiś

dźwięk,  ni  to  potwierdzenie,  że  mnie  słyszy,  ni  to  pomruk  kanapkowej  rozkoszy.  Mówiłam
więc dalej. - Będzie zaćmienie.

Księżyc będzie czerwony.
Wciąż milczał.
-  Myślę,  że  Krwawy  Księżyc  to  ostrzeżenie.  -  Ale  czym  są  Złote  Sale?  Ratusz?

Dziewczyny-duchy mogą dokładnie odpowiadać swojej nazwie. Mogą być żeńskimi duchami.
Albo grobowymi wiedźmami. Tyle że pierwszy wers brzmiał: „Dziewczyna-duch z krwi jest
cennym  skarbem  w  łańcuchach",  więc  jeśli  „dziewczyna-duch"  to  grobowa  wiedźma,  co
oznacza  to:  „z  krwi"?  Krew  i  ciało?  Jak  w  człowieku?  Zmarszczyłam  brwi.  Druga  połowa
tego  wiersza  była  jeszcze  mroczniejsza.  „Krwawy  księżyc  wschodzi  nad  moim  smutkiem,  a
Złote Sale są rządzone przez jutrzejsze koszmary". Czy to groźba Dziewczyny z Cieni?

Falin podszedł do mnie i spojrzał na dokument na ekranie.
- Pracowałaś nad tą zagadką, gdy poszedłem?
-  W  rzeczy  samej.  -  Znalazłam  wiadomość  o  zaćmieniu  Księżyca  i  pomyślałam,  że

znalazłam coś, co pomoże mi zrozumieć tę łamigłówkę.

Sprowadziło jednak na mnie wyłącznie ból głowy.
Pochylił się nade mną i położył mi rękę na plecach.
- Złote Sale to Sąd Najwyższy w świecie Faerie. Zamrugałam.
-  Naprawdę?  -  Zapisałam  to.  Jeśli  Złote  Sale  w  części:  „Krwawy  księżyc  wschodzi  nad

moim  smutkiem,  a  Złote  Sale  są  rządzone  przez  jutrzejsze  koszmary"  odnoszą  się  do  sądu
Faerie, po co Dziewczyna z Cieni - kimkolwiek była - miała mi wysyłać ostrzeżenie? Chyba
że  to  coś  o  rytuale  Colemana.  Czy  on  próbuje  zagrozić  Faerie?  Ale  skąd  w  tym  wszystkim
moja skromna osoba?

background image

Drugi wiersz był najbardziej czytelny. „Ona widzi i zna puste oczy". Śmierć i fae używali

słowa „widzieć" w znaczeniu „przeglądać urok". „I po siedmiu razach będzie wiedziała, co on
zabrał". Jeśli „on" to Coleman, wiedziałam już, co „zabrał". Dusze.

-  Druga  połowa  drugiego  wiersza  może  oznaczać  siedem  ofiar...  -  powiedziałam.

Oczywiście,  nie  było  gwarancji,  że  te  słowa  miały  cokolwiek  wspólnego  z  czarem.  Albo  z
czymkolwiek innym. Mógł to być nonsens.

Falin cofnął się, krzywiąc twarz.
- Na ciele Sally były ślady czarnej magii.
- Tamara ją wyczuła?
Potrząsnął głową. Zmarszczyłam brwi. Tamara nie wyczuła także magii w ranie na moim

ramieniu.  Jeśli  czar  pożerający  dusze  zabił  Sally,  dlaczego  zadziałał  tak  szybko?  Ja  byłam
zarażona już od czterech dni, a ona umarła po jednym.

Co... - Falin przerwał, bo zabrzęczał jego telefon, każąc mu odebrać wiadomość. - Muszę

iść. Nie wybieraj się do Wiecznego Kwiatu beze mnie.

Spojrzałam na zegarek. Była już jedenasta trzydzieści.
- Co się dzieje?
- Znaleziono kolejne ciało.
Wysiadając  z  samochodu  Holly,  zawahałam  się.  Zaparkowała  go  od  frontu  Wiecznego

Kwiatu.

- Chcesz wejść do środka na drinka, zanim wrócisz? Holly potrząsnęła głową.
-  Mam  sprawę.  Wczoraj  wylądowała  na  moim  biurku.  Robię  research  dla  prokuratora,

jestem strasznie zajęta. Poza tym - jeszcze dziś się widzimy. Baw się dobrze!

Zamknęłam drzwi, bo oprócz nieudanej prośby o wsparcie, nie miałam jej nic więcej do

powiedzenia.  Stałam  na  zewnątrz  Wiecznego  Kwiatu  i  naprawdę  chciałam,  żeby  ktoś  mnie
wspierał.  Ale  byłam  tutaj  sama.  Miałam  zamiar  wejść  i  dowiedzieć  się,  co  Ashen  wie  o
glifach fae. Poprawiłam torebkę i wspięłam się po schodkach.

Za głównymi drzwiami znajdowała się mała recepcja; zbyt mała dla trolla-wykidajły. Stał

przygięty  pomimo  naprawdę  wysokiego  sufitu,  a  kostkami  palców  ręki  dotykał  podłogi  i
okolic nagich, błękitnych stóp.

-  Proszę  zdać  wszystkie  żelazne  przedmioty  -  powiedział.  Jego  głos  wzbudzał  w

niewielkiej przestrzeni głośne echo.

Zastanowiłam się. Żelazo zawierały kluczyki, ale zostały skradzione razem z samochodem.

Miałam  przy  sobie  sztylet,  ale  przedmiot  został  wykonany  przez  fae,  więc  nie  miał  w  sobie
żelaza. Poza tym, troll nie wspomniał ani słowem o broni.

- Nie mam przy sobie żelaza - powiedziałam z uśmiechem. Pokiwał wielką, łysą głową.
- Proszę się wpisać do książki.
Rozejrzałam  się,  ale  nie  zobaczyłam  żadnej  książki.  Pamiętałam,  że  było  tu  jakieś

podwyższenie. Troll obserwował mnie ze skrzywioną miną; pokazał dwa dolne kły. Odsunął
się na bok.

Racja. Ta książka. Ta za trollem. Wpisałam swoje nazwisko, całkowicie świadoma, że w

kark dmucha mi ogromny fae .

- Al-lex Ca-raft - przeczytał na głos troll. Spojrzał w swój notatnik. - Ma pani status VIP.
Odsunął  się  jeszcze  bardziej  i  ujawnił  drzwi,  o  których  nawet  nie  wiedziałam.

Zmarszczyłam brwi.

- Nie, nie mam - zaprzeczyłam, a troll spojrzał na mnie jakoś dziwnie. - Nie jestem VIP-

background image

em. - A przynajmniej nigdy nie chciałam nim być.

Troll podrapał się w głowę palcem grubości mojej talii. -AlexCraft. VIP.
- Nie jestem VIP-em. Wpuść mnie do publicznej części baru.
Troll zmarszczył się jeszcze bardziej. Spojrzał na drzwi, na notatnik, na książkę i znów na

notatnik. Potrząsnął głową.

Okay. Wyglądało na to, że wystawię Ashena do wiatru. Nie podobał mi się ten awans na

VIP-a. Wychodzę.

Otworzyłam drzwi, wyszłam z baru i... wpadłam na kogoś. Odskoczyłam.
Przepraszam, ja...
- To ja przepraszam, pani Craft, za to, że musiała pani czekać - Ashen skłonił się dwornie.

- Nie znam tego miasta. Nie chciałem spóźnić się aż tak bardzo.

Oczywiście! Jeśli już mam na kogoś wpaść, musi to być mój potencjalny randkowicz!
-  Nie  jest  pan  spóźniony.  Sama  dopiero  dotarłam  -  powiedziałam  i  natychmiast  tego

pożałowałam. Ashen uśmiechnął się i poprowadził mnie do drzwi.

- Poszukamy naszego stolika?
- Ja... - Spojrzałam na bar. - Szczerze mówiąc, to mam mały kłopot z ochroniarzem. Może

zjemy gdzie indziej?

-  Z  ochroniarzem?  Zajmę  się  tą  sprawą.  -  Wyciągnął  portfel  i  podał  mi  ramię.  -  Zielone

papierki przemawiają do fae tak samo jak do ludzi.

-  Proszę  oddać  wszystkie  żelazne  przedmioty  -  powiedział  troll,  gdy  Ashen  otworzył

drzwi.

-  Nie  mam  żadnego  żelaza,  mój  dobry  fae  -  odpowiedział  i  wcisnął  w  łapę  trolla

dwudziestkę.  -  Moja  przyjaciółka  i  ja  chcielibyśmy  cichy  stolik,  przy  którym  można
porozmawiać. Nie będzie problemu, prawda?

Troll skinął głową.
- Widzisz? - szepnął Ashen. Przepchnął mnie przez drzwi, których tak starałam się uniknąć,

prowadząc mnie do strefy dla VIP-ów.

 

background image

20

- Proszę wpisać się do książki - powiedział słaby głos, gdy za Ashenem i za mną zamknęły

się drzwi.

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  małą  fae  o  skrzydłach  podobnych  do  ćmy,  siedzącą  na

krawędzi podwyższenia.

- Wpisałam się na zewnątrz - powiedziałam.
- Książka - odparła. - Nazwisko, data, godzina.
Spojrzałam na Ashena, ale on tylko wzruszył ramionami. Okay, co mi tam! Podpisałam się

ponownie.  Ale  ledwie  mój  towarzysz  zdążył  się  rozejrzeć,  zasugerowałam  zmianę  miejsca  -
zanim wydarzy się cokolwiek dziwnego.

Sala dla VIP-ów w Wiecznym Kwiecie była większa i mniejsza zarazem od tego, czego się

spodziewałam. Na pewno przebywało tu więcej fae bez nałożonych uroków niż w publicznej
części  baru.  Fae  w  części  publicznej  byli  jak  na  wystawie,  a  tutaj  mogli  się  zrelaksować.
Większość nawet nie zauważyła naszego wejścia. Ashen zaprowadził mnie do pustego stolika
w  rogu.  Zgodziłam  się  usiąść  pod  ścianą.  Nie  chciałam  mieć  za  plecami  jakiegokolwiek
bywalca  baru.  Obserwowałam  fae,  którzy  zauważyli  nasze  wejście.  W  ich  spojrzeniach  nie
było niczego złego.

Rozglądałam  się  wokół,  niepewna,  co  jest  prawdą,  a  co  urokiem.  Niczym  nieozdobione

drewniane  ściany  były  zapewne  prawdziwe,  ale  nie  byłam  już  tak  pewna  mistrzowsko
wykonanych  stolików  i  krzeseł  bez  jakichkolwiek  metalowych  części.  Urok  był  magią
wierzenia tak silną, że potrafiła zmieniać otoczenie. Ale ponieważ widziałam krzesło i czułam
pod  sobą  krzesło,  więc  to  musiało  być  prawdziwe  krzesło.  Spojrzałam  na  rosnące  pośrodku
sali  stare  drzewo.  Z  zewnątrz  wcale  go  nie  widać!  Spojrzałam  w  dół.  Gałęzie  tworzyły
fałszywy sufit, zaczynający się jakieś sześć metrów nad moją głową. Między nimi błyszczały
gwiazdy.

- To nie może być realne... - wyszeptałam. To musiał być urok.
- Wygląda bardzo autentycznie - powiedział Aspen. Popatrzyłam na niego. W ciemnawym

barze jego oczy lśniły jasną zielenią.

- Używasz grobowego wzroku? Uśmiechnął się.
- Świat jest ciekawszy, gdy jego zepsucie jest w pełni widoczne. Nie robisz podobnie?
Gdybym  nie  wiedziała,  że  mogę  przejrzeć  urok,  gdy  używam  grobowego  wzroku,

pomyślałabym,  że  facet  naprzeciwko  mnie  jest  szalony.  Zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie
próbował mi powiedzieć więcej, niż mówił. Niebezpieczna rzecz w barze wypełnionym fae.
Na pewno bawił się pomysłem podwójnego znaczenia.

- Więc nie jesteś fanem ładnych kłamstw.
Pochylił  głowę  i  uznałam,  że  mówimy  o  tym  samym.  Mógł  Widzieć.  Czy  mogła  każda

wiedźma?  Czy  tylko  my  dwoje  umieliśmy  wykryć  czar  na  ciele  Colemana?  Dodałam  to
zagadnienie do rosnącej listy pytań bez odpowiedzi.

- Pewnie dlatego ten bar tak się nazywa - powiedział Ashen, wskazując głową na wielkie

drzewo. - Amarantyn. Piękny.

Spojrzałam na wielkie płatki nad naszymi głowami. Połyskiwały delikatnie, poruszając się

na  niewyczuwalnym  wietrze.  Gdy  tak  patrzyłam,  wydało  mi  się,  że  czuję  jakiś  egzotyczny
zapach. Wciągnęłam go w nozdrza. Kwiaty. Słodki zapach, który wypełnił mój umysł światłem
Księżyca i śmiechem.

background image

- Na twoim miejscu nie patrzyłabym na te kwiaty... -szepnęła staruszka przechodząca obok

naszego stolika.

Oderwałam  wzrok  od  rośliny  i  zapach  zelżał.  Kwiaty.  Kwiaty,  które  niemal  mnie

oczarowały! Już otwierałam usta, by podziękować kobiecie, ale zamilkłam, gdy spojrzałam na
nią po raz drugi.

Nie  była  człowiekiem.  Wiek  przygiął  ją  wpół;  miała  obrzękniętą  skórę,  tak  cienką,  że

niemal  przeźroczystą.  Nie  jak  duch,  ale  sprawiała  wrażenie,  jakby  jej  zewnętrzna  powłoka
była  tylko  membraną  owiniętą  dokoła  ciemnej  jamy  w  środku  ciała.  Nosiła  prostą,  czarną
sukienkę,  a  w  ręce  trzymała  wymalowaną  ręcznie  tabliczkę  z  napisem:  „Pragnienia.  Kupno  i
sprzedaż". Poznałam ten napis. Gdy chodziłam z Pecetem na spacery po Dzielnicy Magicznej,
widywałam  czasami  tę  kobietę,  jak  siedziała  na  ławce.  Na  ogół  miała  na  sobie  urok  i
wyglądała bardziej jak człowiek.

Skinęłam  głową,  by  podziękować  jej  za  ostrzeżenie,  a  ona  uśmiechnęła  się  bezzębnie.  I

ona, i jej tabliczka poszły dalej w poszukiwaniu pustego stolika.

-  Nie  sądzę,  żeby  to  było  miejsce  przyjazne  wiedźmom  -szepnęłam,  przysuwając  się  do

Ashena. - Może powinniśmy zmienić lokal.

-  Ten  bar  mnie  fascynuje...  -  powiedział,  jakby  nie  dosłyszał.  -  Spójrz  tam,  na  tę  małą

przestrzeń. Widzisz tancerki?

Widziałam. Poruszały się płynnie, szybując i kręcąc się wokół skrzypka. Gdy usłyszałam

pierwszą nutę, odwróciłam wzrok. Nie chciałam dać się złapać jak przy kwiatach.

- Tańczą taniec bez końca - powiedział Ashen, wciąż patrząc. - Żadna z nich nie wyjdzie z

kręgu, aż pękną struny skrzypiec i pieśń będzie musiała się skończyć. Absolutnie fascynujące! -
Odwrócił  się  do  mnie.  -  Proszę  mi  wybaczyć,  pani  Craft.  Intryguje  mnie  wszystko,  co  jest
związane  z  fae.  Prawdopodobnie  panią  nudzę.  Mieliśmy  przedyskutować  przypadek  ciała
zmarłego gubernatora. - Uśmiechnął się.

-  Na  imię  mi  Alex.  Właściwie  po  obejrzeniu  ciała  Colemana,  sama  zainteresowałam  się

magią fae. Wspomniałeś, że rozpoznałeś niektóre glify. Szukałeś czegoś o czarze?

-  Niestety,  nic  o  nim  nie  mam.  Warstwy  czaru  były  złożone  i  dodatkowo  pokryte  czarem

zniekształcającym, więc trudno było się na nim skupić. Pudło - obejrzał się. - Czy mogę coś
dla ciebie zamówić?

Jak  na  komendę  pojawiła  się  przy  nas  fae  w  długiej  spódnicy,  z  wystającymi  spod  niej

ptasimi stopami. Postawiła przed nami dwie szklanki złocistego płynu i chciała odejść.

- Nie zamawiałam tego - powiedziałam.
Spojrzała przez ramię i przymrużyła kocie oczy. Wskazała na stolik obok. Siedziała przy

nim kobieta w szkarłatnej sukni. Podniosła szklankę, także wypełnioną złotym płynem.

Ashen uniósł swoją w niemym toaście.
Złapałam go za ramię.
- Jesteś tego pewien?
Łypnął na szklankę i wzruszył ramionami.
- Według mnie wygląda okay. - Skinął głową w kierunku kobiety i pociągnął długi łyk. -

Wyśmienity.

Chwyciłam  szklankę  w  obie  dłonie,  nie  piłam  jednak.  Złoty  płyn  był  gęsty  niemal  jak

syrop. Co to jest? Odstawiłam naczynie z powrotem na stół i spojrzałam na Ashena.

- Znasz wiele glifów fae?
- Sporo. Studiuje je od dawna.

background image

Dobrze.  Glif  z  ciała  Heleny,  który  narysowałam  Falinowi,  wciąż  spoczywał  w  mojej

torebce;  naszkicowałam  obok  niego  także  inne  zapamiętane  elementy.  Wyciągnęłam  kartkę  i
spróbowałam  wygładzić  papier,  zanim  przesunęłam  ją  po  stoliku.  Jeśli  Ashen  miał  jakieś
pojęcie o glifach, być może dowiem się czegoś więcej o czarze, którego używał Coleman, i o
tym,  co  właściwie  planował.  Zagryzłam  dolną  wargę,  gdy  mój  towarzysz  uniósł  papier  ku
oczom.

-Alex, to dosyć obszerna kolekcja. Widziałaś te wszystkie glify na ciele gubernatora? - Nie

wszystkie. - A serio to żadnego. - Rozpoznajesz jakieś? Ashen wygładził leżący między nami
papier i wskazał na jeden z symboli.

- Ten jest na ogół używany w celach ochronnych, ten do zakładania pułapek lub budowania

klatek. Ten to ścieżka lub połączenie. A ten... - wskazał na glif, który na ciele Heleny pojawiał
się najczęściej. Zmarszczył brwi. Odwrócił papier.

- To jest dusza - powiedział znienacka zachrypnięty kobiecy głos z dziwacznym akcentem.

Brzmiało to jak: „Do jezd duża".

Kobieta  w  szkarłatnej  sukni  przysunęła  krzesło  do  pleców  Ashena  i  zaglądała  mu  teraz

przez ramię. Postawiła szklankę na stole i wyjęła mu z ręki rysunek. Nie spodobało mu się to,
ale zmilczał.

-  Nie  widziałam  tego  symbolu  już  od  dawna...  -  powiedziała  szkarłatna  dama.  -  Ta

kombinacja...  Znam  ten  czar.  -  Przekazała  mi  kartkę.  -  Mam  nadzieję,  że  ciało,  na  którym
znalazłaś te glify, nie należało do nikogo bliskiego...

Zamarłam, jakby w moim żołądku nagle zmaterializowała się gruda lodu.
- Skąd wiesz o ciele?
- To przez ten czar. Jego działanie uśmierca.
- Więc wiesz, co on robi?
-  Tak,  wiem.  Wiem,  że  będzie  siedem  ofiar.  I  nie  podoba  mi  się,  że  niedługo  pojawi  się

Krwawy Księżyc.

Znowu  Krwawy  Księżyc.  I  siedem  ofiar.  „Po  siedmiu  razach  będzie  wiedziała,  co  on

zabrał".  O  tym  właśnie  musiało  być  ostrzeżenie  Dziewczyny  z  Cieni.  O  Colemanie  i
przygotowanym przezeń czarze.

Spojrzałam  na  Ashena.  Spijał  z  ust  kobiety  każde  najdrobniejsze  słówko.  Zagryzłam

wargę. Choć nasza nowa znajoma nie miała wyglądu stuprocentowej fae, było w niej coś ze
stworzenia nie z tego świata. Nie zadawała pytań, podczas gdy ja zadałam jej już dwa, i kupiła
nam drinki. Jeśli nie będę ostrożna, niebawem popadnę w długi.

Wygładziłam  leżący  przede  mną  papier,  zyskując  na  czasie.  Musiałam  wymyślić

odpowiednie słowa. Żadnych pytań.

-  Mówiono  mi,  że  ten  czar  wybiera  swoje  ofiary.  Myślałam,  że  są  nimi  wyłącznie

czarownice wyrd, ale to chyba nie jest dobre powiązanie...

Kobieta uśmiechnęła się uśmiechem kota, który zapędził mysz do rogu i zamierza się nią

trochę pobawić.

- Wiedźmy wyrd? Nie, cel tego czaru jest o wiele bardziej... genetyczny.
Genetyczny?  Miała  chyba  na  myśli  „standardowy"?  Angielski  zdecydowanie  nie  był  jej

ojczystym językiem.

Wciąż się uśmiechała. Nawet jeśli kot tylko bawi się z myszą, mysz zawsze na końcu ginie.

Idziemy. Zerknęłam na Ashena. Gapił się na kobietę zafascynowany. Zastanawiałam się, co on
tak  naprawdę  widzi  poprzez  grobową  patynę?  Sięgnęłam  przez  stolik  i  dotknęłam  jego

background image

ramienia. Spojrzał na mnie czystymi i rozjarzonymi mocą oczami. Okay, nie jest pod wpływem
żadnego czaru. Mogę opuścić to miejsce bez wyrzutów sumienia.

- Powinnam już iść - powiedziałam, odsuwając krzesło.
- Już? - zapytał. - Nawet nie wypiłaś drinka. Spojrzałam na gęsty płyn. - Możesz go wypić.

Muszę  już  lecieć.  -  Zaczęłam  wstawać,  ale  nogi  mnie  nie  posłuchały.  Co  się  dzie...?
Spojrzałam  w  dół,  poruszyłam  palcami  u  stóp  i  założyłam  nogę  na  nogę.  W  drugą  stronę.
Wszystko było okay, oprócz tego, że nie mogłam wstać. Jakby mnie przyklejono do krzesła.

- Co się dzieje?
-  Nikt  nie  idzie,  aż  wszystkie  napoje  nie  zostaną  wypite  -  powiedziała  kobieta  z

uśmiechem tak szerokim, że niemal przeorał jej twarz. - Zasada baru. Odpowiedziałam już na
trzy pytania. Co dla mnie zrobisz, mała czarownico?

- Nie działam wstecz.
Potrząsnęła głową, ale jej piekielny uśmiech nawet nie przybladł.
- To szkoda. - Wyciągnęła dłoń ni to w zachęcającym, ni to w żebraczym geście.
Zmarszczyłam brwi. Wokół mnie zafalował w powietrzu lekki dotyk magii.
- Co ty robisz?
Magia była coraz bliżej, a ja poczułam na karku ciepłe łaskotanie. Nie mogłam wstać ani

odsunąć  się  od  stolika.  Spojrzałam  na  wypełnioną  złotym  płynem  szklankę.  Jeśli  to  wypiję,
będę mogła uciec z baru. A może kobieta straszy mnie magią, żebym to wypiła?

Nie podniosłam szklanki.
Oślizgły uścisk magii zacieśnił się, wgryzając się w moją szyję jak zbyt ciasny naszyjnik. -

Bądź posłuszna - powiedziała kobieta.

Pragnienie  wykonania  rozkazu  przebiegł  po  moim  umyśle  z  taką  mocą,  że  oczy  niemal

wyszły mi z orbit. Zepchnęłam je w dół, ale niemal rozerwało mi gardło. Nic. Nic tam nie ma.
Walczyłam z czarem, a serce obijało mi się o płuca, wypychając z nich powietrze.

- Jest zbyt silna. Wyssij z niej energię - usłyszałam. Ashen sięgnął w moją stronę, ale mnie

nie dotknął.

Przynajmniej nie fizycznie. I wtedy spadła na mnie moc. Nie zwykły czar, a czysta, surowa

energia. Grobowe zimno uderzyło tak mocno, że odskoczyła mi głowa. Moje osłony zadrżały i
uderzyłam  w  pierścień.  Wtedy  przypomniałam  sobie,  że  nie  mam  już  dodatkowych  barier.
Rzeź była blisko. Ashen zastosował na mnie czystą moc. Nie samą magię -połączył grobową
esencję z bronią. Moje bariery zadrżały ponownie.

- Bądź posłuszna - rozkazała kobieta.
- Idź do diabła.
Odważne  słowa,  ale  cóż,  koniec  walki  był  bliski.  Jeśli  Ashen  przełamie  moje  osłony,

zostanę  zraniona  i  całkiem  bezbronna.  Zrobiłam  więc  jedyną  rzecz,  która  mi  pozostała  -
otworzyłam je z własnej woli.

Zaatakowała  mnie  grobowa  esencja.  Mój  talent  podniósł  się  nieco,  czerpał  z  chłodu,

którym władał mój wróg. Nie było czasu na prowadzenie energii. Wypiłam zimny dotyk grobu.
Wiatr  zwiał  włosy  z  mojej  twarzy.  Moje  własne  ciepło  płonęło  we  mnie,  poszukując  drogi
wyjścia z ciała.

Ashen je pochwycił. Poczułam jego moc; mimo że ją przejmowałam, on ciągał i ciągnął.

Wyciągnął  już  ciepło,  ale  nie  przestawał,  próbując  przeciągnąć  mnie  ze  świata  żywych  do
świata umarłych.

Widziałam  już  za  pomocą  grobowego  wzroku.  Naprzeciwko  mnie  siedział  trup.  Poblask

background image

obecnej duszy podświetlał krawędzie ciała. Nic żyjącego nie powinno znajdować się w takim
stopniu rozkładu! To spostrzeżenie pozbawiło mnie kolejnej porcji ciepła; uciekła ode mnie do
niego.  Ohydne  pozostałości  skóry  na  twarzy  Ashena  napięły  się,  jego  przegniłe  oczy
wypełniły.  Zniszczone  usta  wygięły  się  w  uśmiechu.  Oddychał  głęboko.  Przyjął  ciepło,  o
którego istnieniu nawet nie wiedziałam, i na jego policzki powrócił kolor.

Gdy uderzył mnie lodowaty wiatr, zadrżałam. Nigdy w życiu podczas czynnego połączenia

z grobem nie było mi tak zimno! Nigdy. Jakbym nigdy już nie miała poczuć ciepła. Obciążał
mnie lód w moich kończynach. Spowalniał ruchy. Męczył.

Kobieta kłapnęła zębami jak rekin łapiący ofiarę.
- Bądź posłuszna.

background image

21

Słowa huczały w mojej głowie. Przymus. Chciałam jej posłuchać. Musiałam. Nie!
Walczyłam z tym naciskiem, odsuwałam go od siebie, jak mogłam. Kobieta zagryzła piękne

usta. Jej wygląd, w przeciwieństwie do Ashena, w grobowym wzroku niemal się nie zmienił.
Jeśli w ogóle, to stała się jeszcze bardziej urocza. Dworska fae.

W  jej  dłoni  pojawiła  się  srebrna  nić.  Kobieta  owinęła  nią  pięść  i  szarpnęła.  W

odpowiedzi  na  ten  gest  moja  klatka  piersiowa  uniosła  się.  Grobowym  wzrokiem  widziałam
połączenie między naszymi ciałami.

Sięgnęłam po nić, ale choć ją widziałam, nie mogłam jej dotknąć.
- Bądź posłuszna.
Spojrzałam  na  kobietę,  na  chwilę  zaprzestając  walki.  Uśmiechała  się.  Taka  piękna  i

potężna! Moja pani. Podobał mi się jej uśmiech. Chciałam, żeby była ze mnie zadowolona.

- Tak silna... - szepnęła. - Tak... cenna. - Wskazała na szklankę stojącą przede mną. - Wypij

to i możemy iść.

Podniosłam szklankę i spojrzałam pod światło. Drżały mi palce, więc drgała powierzchnia

złotego płynu. Pływały w nim błękitne ogniki czaru. To mi się nie spodobało. Nie lubiłam, gdy
ktoś próbował rzucić na mnie czar. Odstawiłam naczynie.

- Wypij. Ręka mi drgnęła. Nie chciałam jej zawieść. Nie lubiłam czarów. -Alex!
Spojrzałam  w  górę.  Przez  ciemny  bar  ktoś  do  mnie  biegł.  Włosy  miał  błyszczące  jak

świeży śnieg, jego skóra połyskiwała. Znałam go. Ale nie wiedziałam skąd.

- Wypij - powtórzyła rozkaz moja pani.
Znów podniosłam szklankę. Mężczyzna dobiegł do nas i wyjął mi ją z dłoni. Postawił na

stoliku i złapał mnie za ramię.

-  Zabieram  cię  stąd  -  powiedział.  Chciał  mnie  pociągnąć,  ale  moje  ciało  pozostało  na

miejscu. - Alex?

Moja  pani  spojrzała  na  mężczyznę.  Falin.  Tak,  to  było  jego  imię.  Uśmiechnęła  się  do

niego, więc ja zrobiłam to samo. Nawet trup się uśmiechnął.

- Zasada baru - powiedziała.
Falin  spojrzał  na  wypełnione  po  brzegi  naczynie,  podniósł  je,  zakręcił  nim  w  powietrzu.

Odchylił i wypił płynny czar jednym, długim łykiem.

- Idziemy - powiedział, odstawiając pustą szklankę na drewniany stolik.
- Alex nie ma ochoty. Chce zostać ze mną. Prawda, kochanie? - Moja pani wyciągnęła rękę

i przeciągnęła gorącą dłonią po moim policzku.

-  Ja...  -  Stwierdzenie,  że  pragnę  z  nią  zostać,  smakowało  jak  kłamstwo.  Wiedziałam,  że

ona chce mojej deklaracji, i chciałam ją zadowolić, ale słowa nie wychodziły z moich ust.

Zmarszczyła brwi. Falin spojrzał na nas obie.
- Jesteś łowcą niewolników - powiedział.
-  I  właśnie  udało  mi  się  złapać  najlepszych.  -  Wstała.  -  Chodźcie,  moje  pieski,  mamy

spotkanie z ważnymi klientami.

Trup wstał natychmiast. Ja poruszałam się raczej powoli.
- Alex - powiedział Falin. - Alex, przypomnij sobie, kim jesteś.
Nie rozumiałam go. Mieszał mi w głowie. Nie lubiłam tego.
Denerwowało mnie łaskotanie przy kostce. Zaklęty sztylet chciał najwyraźniej, żebym go

wyciągnęła. Czułam jego pragnienie gdzieś na dnie umysłu.

background image

- Pośpiesz się - powiedziała moja pani, idąc w stronę wielkiego drzewa.
Zamrugałam,  czując  rozkaz;  wiedziałam,  że  muszę  go  wykonać.  Ale  czułam  także  sztylet.

Coraz  mocniej;  on  chciał  być  wyciągnięty.  Gdybym  go  wyciągnęła,  przestałby  mnie
denerwować.

Rękojeść pasowała do mojej dłoni i kierowała w skórę ukłucia magii. Przedmiot wiedział,

czego  chcę,  więc  pozwoliłam  mu  kierować  swoją  dłonią.  Jednym  gładkim  ruchem  ostrze
przecięło srebrną nić.

- Nie! - krzyknęła dworska fae, odwracając głowę. Nić zwisała luźno.
Westchnęłam.  Mój  umysł  był  czysty,  w  żyłach  poczułam  adrenalinę  zmywającą  skutki

czaru.  Sztylet  w  dłoni  łaskotał.  Chciał  zagłębić  się  w  ciało,  wyciągnąć  krew.  Ścisnęłam  go
mocniej, powstrzymując go i nie pozwalając, by użył mnie po raz drugi.

- Co to jest? - zapytał Ashen, gapiąc się na dworską fae.
- Zepsułam jej zabawkę - powiedziałam. - Falin?
Był przy mnie. Sądziłam, że wyciągnął już pistolet, ale okazało się, że musiał go zdać przy

wejściu. Przesunął dłonią po moim ramieniu. Czy próbował mnie przed czymś powstrzymać?
Zachwiał się. Nie, on się o mnie opierał.

Wypił zaklęty płyn.
-  Myślę,  że  zyskałam  nowego  wroga  -  powiedziała  kobieta.  -  Ale  nie  masz  jeszcze  dość

siły, feykin. Chodź, Ashen.

Oboje podeszli do drzewa. Zadrżałam. Zimno w moim ciele rozrywało mnie na pół. Nie,

Ashen nie mógł odejść. Nie z moim ciepłem.

Użyłam  ogromnej  mocy,  wysyłając  nieskończone  zimno  jak  wielką  dłoń.  Ashen  był

wprawdzie  poruszającym  się  ciałem,  ale  wciąż  pozostawał  trupem.  To  widziałam.  I  czułam
jego pokrewieństwo z umarłymi. Gdy mnie zaatakował, uderzył energią jak wielkim młotem.
Ja sięgnęłam jak włócznią; moja moc przesączała się przez szwy w jego osłonach.

Spojrzał  przez  ramię  rozszerzonymi  oczami.  Zacisnął  osłony,  ale  ona  już  była  w  środku.

Wlewała  się  w  niego.  Wślizgiwała  się  w  jestestwo.  Szukała  mojego  ciepła.  Siły  życiowej,
którą  ukradł.  Ashen  krzyknął  i  zaczął  biec.  Kobieta  dotarła  do  drzewa  pierwsza.  I  zniknęła.
Portal.

Nie mogłam pozwolić uciec trupowi z moim ciepłem. Zdesperowana, złapałam rdzeń jego

istnienia  całą  swoją  mocą.  Ciało  zatrzymało  się  i  upadło.  Teraz,  zamiast  mężczyzny
biegnącego do drzewa, podążał w kierunku portalu duch.

Dotarł  do  drzewa  i  zniknął.  Przygryzłam  wargę.  Zabiłam  go?  Przełknęłam  ślinę.  Nie,  on

przecież  był  martwy.  Albo  coś  w  tym  rodzaju.  Puste  ciało  na  podłodze  rozkładało  się,  na
moich  oczach  zmieniając  się  w  pył.  Fae  przy  okolicznych  stolikach  siedzieli  cicho.
Obserwowali nas uważnymi oczami. Niektórzy się bali.

Odtoczyłam  się  w  tył  i  zatrzasnęłam  osłony,  odpychając  od  siebie  grób.  Kolana  mnie

zawiodły,  przestałam  widzieć.  Upadłam.  Uderzyłam  o  ziemię,  trzęsąc  się  z  zimna.  Zimno.
Mogłam od niego umrzeć.

Zwinęłam się w kłębek na podłodze i przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej. Czułam

się tak, jakby moje organy stały się małymi soplami, a mięśnie - zamarzniętym drewnem.

-  Jesteś  zimna  jak  lód  -  szepnął  Falin,  wsuwając  ręce  pod  moje  ramiona.  -  Musimy  stąd

wyjść. Ale sam niezbyt pewnie trzymał się na nogach.

Za  trzecim  razem  udało  mi  się  wstać.  Przytuliłam  się  do  Falina,  a  on  do  mnie.  Powoli

szliśmy  naprzód  -  ja  ślepa  i  drżąca,  on  -  zataczający  się  i  potykający  co  krok.  Nikt  nas  nie

background image

zatrzymał, ale i nikt nie pomógł.

- Słyszysz muzykę? - zapytał, przystając.
Słyszałam. Skrzypce. Do ich melodii mogłabym zatańczyć. Falin zmienił kurs, ledwo idąc,

szukając źródła dźwięku. Co ja ostatnio słyszałam o skrzypcach?

Niekończący się taniec.
- Nie... - próbowałam odciągnąć Falina.
Zaśmiał się głębokim śmiechem pełnym czystej radości.
- Zatańcz ze mną, Alexis - powiedział. Jego ręka, ta z mojej talii, ześlizgnęła się i sunęła

wzdłuż mojego ramienia. Pobiegł.

Zdążyłam go złapać. Muzyka była wszędzie dokoła, słyszałam śmiech tancerzy. Wtem dłoń

Falina opuściła moją dłoń... I już go nie było.

Zakręciło  mi  się  w  głowie.  Przeszukałam  ciemność,  którą  miałam  przed  oczami.  Krąg

tancerzy był gdzieś przede mną. Gdzieś w jego środku pląsał Falin, zaklęty do posłuszeństwa,
złapany w nieskończonym tańcu. Wypił czar za mnie. Nie mogłam wyjść bez niego.

Zrobiłam  to,  co  mogłam  -  sięgnęłam  po  niego  mocą.  Gdy  skupiłam  się  na  sylwetkach

tancerzy, grobowy wzrok zastąpił zwykły. Piękni i monstrualni zarazem, tańczyli, kręcąc się i
szybując. W centrum stał skrzypek, grający na gnijącym instrumencie. „Tańczą, aż pękną struny
skrzypiec...".

Musiałam dosięgnąć grajka.
Wyszłam naprzód, ignorując muzykę, skupiona na skrzypku. A tancerze tańczyli. Cierniowy

fae  uśmiechnął  się  do  mnie  i  zacisnął  karbowane  palce  wokół  mojego  nadgarstka.  Ciągnął
mnie  ku  sobie,  kręcąc  mną  i  przekazując  mnie  kobiecie  z  pływającymi  wokół  głowy,
sprawiającymi  wrażenie  żywych,  włosami.  Mojego  ciała  dotykały  dłonie  -  zbyt  gorące,
parzące zmrożoną skórę. Krzyczałam, ale nikt nie reagował. Fae przekazała mnie dwukrotnie
niższemu ode mnie krasnoludowi, który rzucił mną w powietrze. Złapał mnie troll i zakręcił,
zanim przekazał następnemu tancerzowi. Ku swojemu zdziwieniu ujrzałam ludzką twarz. I do
tego znajomą. - Tommy?

-  Dołączyłaś  do  tańca,  Alex?  Czyż  nie  jest  niesamowicie?  -  Tommy  przekazał  mnie

kolejnemu w kręgu. Twarze zaczęły się zacierać.

Szerokie, szczupłe, piękne, okropne, błękitne, zielone, kamienne, z kory. Miałam zawroty

głowy i nie byłam już pewna, gdzie stoi skrzypek. Skóra mnie paliła od zbyt wielu dotknięć.
Musiałam znaleźć grajka.

Moich  dłoni  dotknęły  inne,  błyszczące,  ale  dotyk  nie  bolał.  Spojrzałam  w  roześmianą

twarz Falina.

-  Alexis  -  szepnął  i  objął  mnie  w  talii.  Podniósł  mnie  i  zakręcił.  Gdy  stawiał  na  ziemi,

przycisnął do siebie i pocałował.

Jego  usta  smakowały  miodem  i  śmiechem,  a  już  pierwszy  ich  dotyk  ogrzał  moje  ciało,

płynąc  od  warg  do  środka.  Falin  oderwał  się  ode  mnie  i  złapały  mnie  nowe,  gorące  dłonie,
próbując  odciągnąć  do  innego  partnera.  Złapała  mnie  fae  z  włosami  z  ognia,  a  moje  ciało
wybuchnęło bólem.

Zobaczyłam pręgi na ramieniu i odskoczyłam, zataczając się jak pijana. Chwiałam się.
I  nagle  znalazłam  się  w  środku  kręgu.  Tancerze  przepływali  obok,  ale  ta  część  podłogi

była czysta. Przestrzeń dla muzyka. Wstałam.

Stał  do  mnie  plecami,  a  mimo  to  widziałam  delikatne,  cienkie  struny.  Wyjęłam  sztylet  z

pochwy i podeszłam. Podłożyłam ostrze pod struny i grobowym wzrokiem obserwowałam, jak

background image

kruszeją.

Muzyka  zamilkła.  Oszołomiony  grajek  patrzył  na  skrzypce,  a  tancerze  przystanęli  w  pół

kroku. Śmiali się i klaskali, a ja, pochylona, szukałam w tłumie Falina.

Najpierw  znalazłam  Tommy'ego.  Złapałam  go  za  nadgarstek.  Jego  skóra  paliła,  ale  nie

puściłam.

- Chodź. Musimy stąd wyjść.
- Dopiero co przyszedłem, Alex.
- Naprawdę? Kiedy? Tommy zmarszczył brwi.
- Może dwadzieścia minut temu? Zjadłem lunch z ochroniarzem porucznika gubernatora i

zacząłem tańczyć. Przetańczyłem zaledwie jedną piosenkę.

-  Pewnie.  -  Odnalazłam  Falina  i  złapałam  go  mocno.  Wciąż  drżąc,  zaciągnęłam  obu  do

drzwi.

- Proszę wpisać się do książki - powiedziała mała fae z podwyższenia. Zignorowałam ją,

wypuszczając  ramię  Tommy'ego,  aby  otworzyć  drzwi.  -  Teraz  nie  wolno  wychodzić!  -
krzyknęła jeszcze za nami.

My jednak opuściliśmy lokal, mijając zakłopotanego trolla. Pogrążyliśmy się w zmierzchu.
 

background image

22

Zmrok?  Zmarszczyłam  brwi.  Do  baru  weszłam  w  południe.  Za  mną  Tommy  gwałtownie

wciągnął powietrze, patrząc w ciemne niebo.

- Chyba byłem w środku nieco dłużej, niż myślałem -powiedział.
- Tak, wszyscy byliśmy. - Jak mogłam zgubić w barze całe popołudnie? - Powinniśmy już

iść.

W końcu nie mogliśmy tak siedzieć na schodach. Spojrzałam w dół.
W  grobowym  wzroku  stopnie  były  trudną  przeszkodą  -  spękany,  skruszały  cement  i

przegniła drewniana poręcz. To, że wciąż się trzęsłam, nie pomagało. Najlepiej powoli.

Trzymałam  Falina  za  rękę,  choć  on  już  się  nie  chwiał.  Taniec  wyczyścił  mu  głowę.

Weszłam na pierwszy stopień; załamał się pod moimi stopami. Złapałam się poręczy. Drewno
pękło, gdy tylko poczuło mój ciężar. Falin i Tommy złapali mnie za przedramiona i wciągnęli
na górę.

-  Hm...  Alex,  nie  wiem,  jak  ci  to  powiedzieć,  ale  właśnie  zniszczyłaś  stopień  i  poręcz  -

powiedział Tommy.

Zamrugałam ze zdziwienia.
-  To  niemożliwe.  -  Spojrzałam  na  zniszczenia.  Gdy  używałam  grobowego  wzroku,

widziałam wprawdzie różne wymiary, ale one się nigdy nie stykały. Zagapiłam się na efekty.
Teraz już się najwyraźniej stykają. Tommy zmrużył oczy i puścił moje ramię.

- Twój wzrok znów wyprawia te dziwne rzeczy - powiedział, odsuwając się nieco.
Zdziwiłam się tym nagłym brakiem zaufania i odwróciłam się plecami. Zdziwko i zdziwko

- oto cała ja. Pomyślałam o schodach. Nie uda mi się z nich zejść, jeśli każdy stopień będzie
pękać. Już lepiej przestać widzieć. Spojrzałam na Falina.

- Gdy przestanę używać grobowego wzroku, będę jak ślepy kot.
Przytaknął  i  przesunął  dłoń  w  okolice  mojej  talii.  Wzięłam  już  głęboki  oddech,

przygotowując się do wkroczenia w ciemność, gdy znienacka Tommy odchrząknął.

- Jako że Alex najwyraźniej nas sobie nie przedstawi... Jestem Tommy.
-  Spotkaliśmy  się  już  -  odparł  Falin,  nie  patrząc  na  Tommy'ego.  Objął  mnie  drugą  ręką  i

przyciągnął do siebie. Przesunął dłonie na moje ramiona, pocierając je energicznie.

- Jesteś jak mała, lodowa księżniczka. - Pochylił się, jakby znów chciał mnie pocałować.

Odsunęłam się.

Tommy przeczesał włosy palcami, drapiąc się w potylicę.
- Okay, czuję się jak piąte koło u wozu, więc zostawię państwa. Fajnie było cię zobaczyć,

Alex. - Zeskoczył ze schodów i nie oglądając się, pomaszerował chodnikiem.

- Zadzwoń do Tamary! Martwi się o ciebie! - krzyknęłam za nim.
Palce  Falina  zatoczyły  krąg  od  mojego  ucha  aż  do  obojczyka.  Zadrżałam,  ale  z  całkiem

innego powodu niż zimno. Odwróciłam się do niego.

- Jesteś pijany.
- Wino chochlików - zgodził się.
Cudnie. Jak dostaniemy się do domu? Na ulicy stała żółta - i na moje oczy przerdzewiała -

taksówka z podświetlonym kogutem. Wskazałam na nią.

- Bierzemy.
Falin skinął głową. Puściłam dotyk grobu, zamykając osłony. Na oczy padła ciemność, zaś

zimno objęło mnie jeszcze ciaśniej. Przytuliłam się do Falina, pozwalając mu sprowadzić się

background image

ze schodów. Drżałam zbyt mocno, by utrzymać równowagę. Falin także miał z nią problemy.

Drzwi się otworzyły i Falin wsadził mnie na tylne siedzenie taksówki. Wsunął się za mnie,

a  ja  przytuliłam  kolana  do  klatki  piersiowej,  próbując  złapać  trochę  ciepła.  Nie  pomogło.
Wciąż szczękałam zębami, a ciałem wstrząsały dreszcze.

- Gdzie? - zapytał zachrypnięty głos z przedniego siedzenia.
- Mhm... - wymamrotałam, a Falin podał mój adres.
-  W  tej  dzielnicy  zapłatę  biorę  z  góry  -  powiedział  taksówkarz.  Falin  fuknął  coś  pod

nosem, ale siedzenie się poruszyło; sięgnął po portfel.

-  Zatrzymaj  resztę  -  powiedział  i  objął  mnie  ramieniem.  Taksówkarz  szorstko

podziękował, a Falin popukał w coś plastikowego koło mojej głowy.

- Proszę to zamknąć, dobrze?
W  odpowiedzi  rozległo  się  chrząknięcie.  Włączył  się  mały  silniczek  i  odgłosy  z

przedniego siedzenia przycichły. Gdy Falin usiadł głębiej, pisnął plastik siedzenia.

- Zatrzymałaś taniec - wyszeptał.
Wzruszyłam  ramionami,  nie  do  końca  przejęta.  Teraz,  gdy  bezpiecznie  i  szybko

oddalaliśmy  się  od  baru,  adrenalina,  która  mi  pomagała  i  zapewniała  przynajmniej  fałszywe
źródło  ciepła,  wyparowała  i  trzęsłam  się  bardziej  niż  wcześniej.  Ramię  Falina  grzało  mnie
miło, więc przysunęłam się bliżej i przytuliłam.

Naprawdę, chciałam jedynie, by było mi ciepło, ale jego ramiona objęły moją talię i już

siedziałam  na  jego  kolanach.  Kosmyki  włosów  Falina  opadły  na  moje  policzki,  jedwabiście
miękkie  i  ogrzane  od  skóry.  Pachniały  czystością  i  korzeniami.  Uniosłam  ku  nim  dłoń  i
prowadziłam ją w górę, aż dotknęłam jego twarzy. Pociągnęłam palcami od ucha w kierunku
szczęki  i  dotykałam  policzka,  aż  znalazłam  usta.  Obrysowałam  ich  kształt.  Jego  dłoń
przewędrowała z moich pleców na szyję.

Poczułam  we  włosach  palce.  Popchnął  mnie  do  przodu,  aż  poczułam  pod  wargami  jego

oddech. I zamknął tę przestrzeń.

Pocałunek  był  delikatny,  usta  Falina  jędrne,  ale  miłe,  a  ja  wreszcie  czułam  ciepło.

Westchnęłam.  Dłoń  we  włosach  przyciągnęła  mnie  bliżej.  Zanurzył  język  w  moich  ustach,
dzieląc się posmakiem miodowego wina chochlików.

Wino chochlików?
Próbowałam  się  odsunąć,  a  Falin  warknął,  przyciągając  mnie  ponownie.  Teraz  był

bardziej wymagający... Jego język bawił się w moich ustach, drażnił, sprawiał, że chciałam za
nim podążać, gdy uciekał. Nie powinnam tego robić. Ale był taki ciepły...

No i w końcu mogłam zbadać szerokie, nieznane mi obszary jego klatki piersiowej.
Zsunęłam dłonie, śledząc zarysy mięśni, aż dosięgnęłam miejsca, gdzie koszula znikała w

spodniach. Uwalniając ją, przesunęłam palce po ciepłej skórze brzucha. Falin wydał gardłowy
dźwięk,  a  moje  serce  zgubiło  jedno  uderzenie.  Jak  obdarzone  własną  wolą,  moje  dłonie
przesunęły  się  wyżej,  nareszcie  znajdując  odpowiedź  na  niewypowiedziane  pytanie  z  wizyty
w  kuchni.  Gładki!  Materiał  koszuli  plątał  nadgarstki,  utrudniając  mi  ruchy.  Pociągnęłam  za
tkaninę. Falin uniósł się nieco...

Nie wiedziałam, że rozpiął moją bluzkę, dopóki nie przesunął ręki i nie dotknął mnie przy

krawędzi  żeber.  Skóra  na  brzuchu  napięła  się,  gdy  dotykał,  budząc  mnie  znacznie  niżej,  niż
odczuwałam jego dotyk. Gdy kciuk Falina zniknął pod paskiem dżinsów, jęknęłam.

Silne  palce  złapały  mnie  za  ramię,  odciągając  do  tyłu.  Krzyknęłam  i  wygięłam  plecy,  bo

dłoń zapaliła moją skórę przez cienką warstwę materiału.

background image

-  Starczy  tego  dobrego!  -  zawołał  taksówkarz,  nie  wypuszczając  mojego  ramienia.  -

Poczekajcie, aż wyjdziecie z samochodu!

Nawet  nie  zauważyłam,  że  taksówka  się  zatrzymała.  Z  lewej  strony  usłyszałam  dźwięk

otwieranych  drzwi  i  mężczyzna  w  końcu  puścił  moje  ramię.  Wciąż  siedziałam  na  kolanach
Falina, więc musiałam się trochę postarać, by wyjść z taksówki. W moją bluzkę zaplątał się
nocny  wiatr,  przypominając  mi,  że  jest  rozpięta.  Chwyciłam  ją  jedną  ręką.  Drugą  wciąż
trzymałam się samochodu.

Naprzeciwko czułam znajomą obecność magii Kaleba, ale bez pomocy nie dałabym rady

wejść na schody.

Falin na to nie pozwolił. Zatrzasnął drzwi auta i otoczył mnie ramionami.
Odepchnęłam go.
- Powinniśmy wejść do środka.
Włosy opadły mu na twarz, ocierając się o mój policzek. Przytaknął?
Podniósł mnie. Chwiał się lekko, ale szedł powoli po schodach.
- Mogę chodzić. Nie postawił mnie.
Dotknęłam guzików bluzeczki, próbując zapiąć je jedną ręką.
- Przestań - powiedział Falin niemal szeptem. - Patrzę na nie.
Potrząsnął  mną  delikatnie.  Gdy  mocniej  chwyciłam  go  za  szyję,  materiał  rozchylił  się

jeszcze bardziej.

- Teraz lepiej - potwierdził, a ja poczułam ciepło w policzkach.
On naprawdę patrzy na moje piersi? Nic nie widziałam, więc nie mogłam być pewna, ale

na samą myśl o tym moje zdradliwe ciało zapłonęło.

Na  górze  schodów  postawił  mnie  na  nogi.  Przeszukałam  torebkę,  by  odnaleźć  klucze.

Próbowałam wyczuć zamek, Trzęsłam się, a klucze brzęczały. Falin zaciągnął mnie do środka.
Przesunęły się po mnie wszystkie domowe bariery...

Jego usta odnalazły moje, zanim zamknęłam drzwi. Oparł mnie o ścianę i dotykał mojego

brzucha  dłońmi.  Jego  nagie  palce  pieściły  moje  ciało,  usta  nie  opuszczały  moich  warg.  Jego
kciuki  zawędrowały  pod  fiszbinę  stanika  i  zadrżałam.  Boże,  potrzebuję  tego.  Ale...
Odepchnęłam

Falina, szukając powietrza. Nie posłuchał. Gdy odwróciłam twarz, zaczął drażnić ustami

moją szczękę, zostawiając po sobie małe pocałunki.

- Jesteś pijany - wyszeptałam.
- No i...? - ugryzł delikatną skórę pomiędzy szczęką a szyją. Przesuwające się po skórze

zęby wzbudziły we mnie nowy dreszcz i wyczyściły mi umysł.

Naparłam na niego ramionami. Z plecami opartymi o ścianę musiało mi się chociaż trochę

udać. Nie był przecież tak silny jak drzewo.

-  W  winie  był  czar.  Zaburzający  ocenę  sytuacji.  Zaklął  pod  nosem  i  złapał  mnie  za

nadgarstki,  odciągając  dłonie  od  swoich  ramion.  Pochylił  się,  aż  poczułam  jego  słowa  na
wargach. W rytmie oddechu. - Myślisz, że nie zrobiłbym tego, gdybym nie był pijany?

Aby  zademonstrować,  co  miało  oznaczać  to  „to",  ponownie  zamknął  mi  usta.  Pocałunek

był ostrożny i kończył się niemal w momencie gdy się zaczął. W pragnieniu pożądania sprzed
chwili ścisnął mi się żołądek. To głupie, Alex. To zły pomysł.

Potrząsnęłam głową. Nie. Jeśli byłby trzeźwy, nie bylibyśmy tutaj.
Pocałował mnie znowu, zanurzając język w moich ustach. i znów przerwał.
-  Zrobiłbym  to  -  wyszeptał  prosto  w  moje  usta.  Jęknęłam.  Byliśmy  tak  blisko,  że  w

background image

odpowiedzi na moją reakcję poczułam uśmiech.

Kciuki  Falina,  zaczepione  za  fiszbinami  stanika,  uniosły  się,  by  zakreślić  okrąg  wokół

moich piersi.

- Przestań... - Bardziej westchnęłam, niż poprosiłam.
Przestał mnie dotykać, ale palce pozostały tam, gdzie poprzednio. - Dlaczego?
- Nie powinniśmy... Jeśli nie byłbyś pijany, nie chciałbyś...
- Nie mów mi, co chciałbym, a czego nie chciałbym robić - powiedział, zbliżając wargi do

mojej szyi.

Jego  ręka  wyślizgnęła  się  z  mojego  biustonosza  i  powędrowała  na  plecy.  Palce

wylądowały na haftce odpięły ją jednym ruchem. Druga dłoń skorzystała z okazji i pochwyciła
moją pierś, zataczając kciukiem kółka wokół sutka.

Westchnęłam  ponownie;  moje  wargi  poruszały  się  bezgłośnie.  Falin  potraktował  to  jako

zaproszenie i znów zatańczył językiem w moich ustach, nie pozwalając mi na protest.

Spróbowałam wydostać się z uścisku.
- Kawy? - zapytałam bez oddechu, próbując go rozproszyć.
Nie poddał się, tylko złapał mnie za ramię.
- Wiesz, jak na kogoś o takiej reputacji, bardzo trudno zaciągnąć cię do łóżka.
Otworzyłam usta i wystrzeliłam ręką w przód. Dosięgnęłam jego ramienia, nie robiąc mu

żadnej krzywdy. Zaśmiał się, wciągając mnie w krąg swoich ramion. Popchnęłam go, a on się
zachwiał. Racja. Zapomniałam, że jest pijany.

Szybko  powrócił  do  pionu  i  podrzucił  mnie  w  powietrze;  poczułam  lekki  powiew.

Wylądowałam na łóżku. Gdy położył się tam zaraz po mnie, materac uniósł się do góry.

- Czy to znaczy, że różnię się od innych pijanych, których podrywałaś? - zapytał, zdejmując

mi z ramion bluzkę.

Od  dotyku  jego  palców  na  ramieniu  i  obojczyku  dostałam  gęsiej  skórki.  Za  palcami

podążyły usta, ostrożnie omijając zadrapania.

-Nie. To...
Poczułam  na  skórze  jego  zęby  i  nagle  przestałam  się  odzywać.  Dotykał  mnie  po  obu

bokach... Nagle odkleił jedną rękę. Spojrzał w górę, a ja ponownie poczułam ruch powietrza.
Wolna dłoń powędrowała do mojego podbródka, odchylając mi głowę. Teraz mógł zajrzeć w
moje ślepe oczy.

- Jeśli nie jestem inny, to jestem tylko kolejnym facetem, którego poderwałaś, by odegnać

grobowe  zimno  za  pomocą  jego  ciepła.  A  ty  jesteś  tylko  kobietą,  której  ciało  pomoże  mi
uwolnić się od czaru penetrującego moją duszę.

Ścisnął  mi  się  żołądek.  Tylko  kobieta?  Tylko  ciało?  Ale  Falin  miał  rację.  Byliśmy

dokładnie tym, czym potrzebowaliśmy być w danej chwili. Niczym więcej.

Przytaknęłam,  uwalniając  się  od  bluzki.  Ześlizgnęłam  się  na  krawędź  łóżka  i  zajęłam  się

sznurówkami od butów.

Jego dłonie prześlizgnęły się w dół moich ramion i zatrzymały moje palce.
- Co ty wyprawiasz? Zamarłam na chwilę.
-  Buty.  A  zwłaszcza  takie.  Nigdy  nie  ma  odpowiedniej  chwili,  by  je  zdjąć  podczas

spontanicznego seksu. Nie będą nam przeszkadzać.

Powinieneś zrobić to samo.
- Alexis - szepnął. - Zamknij się.
Zdziwienie  rozszerzyło  moje  źrenice,  a  on  ponownie  zamknął  mi  usta  pocałunkiem,

background image

ucinając  protesty.  Czy  raczej  moją  wolę  protestu.  Przesunął  dłonie  do  tych  nieszczęsnych
butów,  zdejmując  je  zdecydowanie  zbyt  powoli.  Im  szybciej  pozbędziemy  się  ubrań,  tym
szybciej  będzie  za  nami  niezręczność  tej  sytuacji.  Uporał  się  wreszcie  z  butami  i  przesunął
mnie na środek łóżka. Materac zaskrzypiał w rytm jego ruchów. Sięgnęłam palcami do guzika
dżinsów, ale Falin złapał mnie za ręce.

- Ja to zrobię.
Rozpinał  suwak,  bardzo  powoli,  i  całował  linię  ciała  ukazującą  się  między  materiałem

spodni. Czułam na sobie jego włosy; otulały mnie zapachem. Serce, już niemal spokojne, znów
przyśpieszyło. Falin zatrzymał się przy moich piersiach, nakrywając jedną z nich dłonią, gdy
zacisnął  zęby  na  sutku  drugiej.  Jęknęłam  i  pociągnęłam  za  dżinsy,  chcąc  pozbyć  się  ich  jak
najszybciej. Złapał mnie za nadgarstek, odciągając moją rękę od spodni, i znów ułożył mnie na
łóżku.

Przycisnął  moje  dłonie  do  materaca,  nie  tracąc  kontaktu  z  piersią.  Ssał  dalej,  dotykając

ustami  i  zębami  delikatnej  skóry  sutka  i  sprawiając,  że  gwałtownie  wciągałam  powietrze.
Wiłam się w jego uścisku. Chciałam czuć więcej jego skóry, ale na to oboje powinniśmy mieć
na  sobie  mniej  ubrań.  I  to  szybko.  Nie  puścił  mnie  jednak,  tylko  wciąż  przy-szpilał  do
materaca. Nawet gdy zajął się drugim sutkiem.

Zajęczałam  cichutko.  Jego  usta  opuściły  moją  pierś  i  powróciły  na  brzuch.  Okrążył

językiem pępek i ruszył ku dołowi. Przebiegły przeze mnie ostatnie łaskotki świadomości, gdy
wargi trafiały na zagłębienia w moich biodrach. Puścił wreszcie moje dłonie, tylko po to, by
zdjąć mi figi. Gdy nareszcie odzyskałam wolność, zapragnęłam go dotykać. Całego. Mogłam
jednak dosięgnąć jedynie jego włosów i ramion. Pociągnęłam, próbując zdjąć z niego koszulę.
Usiadłam, mocując się z guzikami, ale znów popchnął mnie na materac.

- Leż spokojnie - rozkazał. - Chcę na ciebie popatrzeć.
- To nie fair.
Nie odpowiedział. Zdjął ze mnie już wszystko, więc zadrżałam. Gdy zabrał dłonie, znów

poczułam zimno. Zwalczyłam pokusę zwinięcia się w kłębek.

- Jesteś taka piękna! - szepnął zachrypniętym głosem. Zamrugałam.
Nie  nawykłam  do  takich  sytuacji  i  nie  mogłam  dłużej  uleżeć  bez  ruchu.  Usiadłam  więc  i

przekręciłam się na

kolana,  sięgając  po  niego.  Podążyłam  za  jego  dłońmi  aż  do  ramion  i  w  dół,  w  kierunku

klatki piersiowej, rozpinając po drodze guziki koszuli. Szukałam jego ciała... Chciałam go tak
dużo, jak tylko mogłam ogarnąć.

Zeszłam ustami w dół napiętego mięśnia na jego szyi. Środkowy guzik koszuli sprawiał mi

kłopoty,  więc  pociągnęłam  za  niego,  aż  się  urwał.  Zdejmując  z  Falina  koszulę,  gładziłam
dłońmi jego mięśnie.

Dotyk  zdecydowanie  mi  nie  wystarczał.  Ustami  odnalazłam  zagłębienie  na  szyi  i

posmakowałam je językiem, biorąc w posiadanie delikatną skórę. Falin wydał niski, gardłowy
dźwięk, więc zrobiłam to znowu.

Złapał mnie za włosy, kierując moją twarz ku swojej. Nasze języki spotkały się, tańcząc w

ustach.  Pocałowałam  go  tak,  jakby  jego  wargi  pilnowały  mojego  życia.  Dla  tej  chwili  -  dla
niego  -  opuściłam  siebie.  Dziś,  tylko  dziś.  Nie  mogła  mnie  zaspokoić  żadna  liczba
pocałunków.

Dłoń Falina dotykała mojego brzucha, pieściła uda, aż w końcu odnalazła miejsce, gdzie

się  łączyły.  Zanurzył  we  mnie  palec,  kciukiem  muskając  clitoris.  Jęknęłam.  Jego  usta

background image

pochłonęły dźwięk; wsunął we mnie drugi palec.

Dyszałam mu w usta.
-  Proszę...  -  szeptałam.  Potrzebowałam  więcej.  Więcej  dotyku.  Więcej  Falina.

Przyśpieszył ruch w moim wnętrzu; zadrżałam. Jego usta wypiły moje westchnienia.

Pociągnęłam  za  guzik  dżinsów,  zdejmując  mu  je  z  bioder  z  imponującą  prędkością.  Nie

nosił bielizny. Zeszłam palcami po jego pośladkach, delikatnie naciskając skórę paznokciami.
Wspięłam  się  na  kości  bioder  i  przeciągnęłam  dłońmi  po  podbrzuszu.  Dosięgnęłam  drobno
kręconych włosków i ujęłam go w obie dłonie. Uczucie, które mnie opanowało - on, twardy i
gotowy,  w  moich  rękach!  -  sprawiło,  że  wydałam  kolejny  dźwięk.  Falin  zawtórował,  na
chwilę gubiąc rytm ruchów. Chciałam tego. Chciałam go.

Opuściłam  osłony,  pozwalając  grobowi  powrócić  do  mojego  ciała.  Świat  znów  się

rozkładał,  ale  ja  skupiłam  wzrok  na  Falinie  i  jego  pięknym,  błyszczącym  nieziemskim
blaskiem  ciele.  Był  niemal  nierealny,  by  nie  patrzeć  na  niego  bez  nałożonego  uroku.  Nie
wyglądał  inaczej,  tylko  bardziej.  Bardziej  prawdziwy,  bardziej  przystojny.  Bardziej.  Sleagh
Maith.

- Co robisz? - szepnął, dając dłoni nieco odpoczynku.
-  Chcę  widzieć.  -  Musiałam  widzieć.  Przesunęłam  palcami  w  dół  klatki  piersiowej,

patrząc, jak napina się jego skóra. Pod palcami miałam włosy jasne jak śnieg; dotknęłam  go
lekko, używając najlżejszego z dotyków. Zajęczał i złapał mnie za rękę.

Jego palce połączyły się z moimi. Podniósł moją dłoń do ust, całując palce.
- Walczymy z zimnem, pamiętasz? Nie chcemy go więcej.
Nie rozumiał. Ja chciałam widzieć. Potrzebowałam go widzieć. Uniosłam ku niemu usta,

patrząc  mu  w  oczy,  gdy  się  całowaliśmy...  W  oczy  tak  lodowato  błękitne,  a  ciepłe.  Gdy
przerwaliśmy, oblizałam dolną wargę, wciąż czując jego smak.

Położył mnie na łóżku.
- Przestań. Zaufaj mi i przestań.
Porzuciłam dotyk grobu, poddając się ciemności wypełnionej dotykiem Falina.
Całował  całe  moje  ciało,  aż  oddech  oparł  się  o  moje  biodra.  Wtedy  poczułam  w  sobie

język. Moje serce zatrzepotało w piersi, a w dole zaczęło budzić się ciepło.

-  Proszę,  Falin,  proszę...  -  szeptałam,  a  jego  język  sprawiał,  że  moje  ciało  zaczęło  się

skręcać z pożądania.

- O co prosisz? - zapytał, gdy byłam już pewna, że pęknę na dwoje.
Nie mogłam myśleć. Nie mogłam mówić pełnymi zdaniami.
- Proszę... - wyszeptałam bez tchu. Uśmiechnął się.
- Co moja lodowa księżniczka rozkaże...
Poczułam na sobie jego ciało. Skradł mi pocałunkiem tę odrobinę powietrza, którą jeszcze

miałam. Przylgnął do mnie, a ja wygięłam plecy, by go powitać.

Byłam gotowa na niego więcej niż bardziej, ale on wsunął się powoli. To było coś więcej

niż proste wypełnienie mego wnętrza.

Tak.
Poczułam falę ciepła, a on wszedł głębiej. Westchnęłam. Przestał się poruszać. -Boli?
Po raz kolejny zawiodły mnie słowa. Potrząsnęłam głową. Znów się wygięłam.
- Więcej...
Powoli  uniósł  biodra,  w  zdecydowanie  zbyt  wolnym  rytmie.  Zbyt  delikatnie.  Wbiłam

paznokcie  w  jego  pośladki  i  pchnęłam  go  głębiej.  By  go  spotkać.  Jęknął,  zaskoczony,  ale

background image

dopasował rytm. Do mojego.

Moje ciało było napięte jak struna. Nacisk budował przyjemność tak wielką, że graniczyła

z bólem. Wygięłam plecy, a on ponownie przyśpieszył.

Nowe taktowanie doprowadziło mnie na krawędź.
Doszłam,  krzycząc.  Przechodziły  przeze  mnie  kolejne  fale  rozkoszy.  Falin  przykrył  moje

usta swoimi, spijając moje krzyki. Zgubił rytm. Spadł na mnie po raz ostatni, głęboko.

Leżeliśmy obok siebie, dysząc. Moje ciało drżało, czułam każdy nerw. Reszta się nie liczy.

Czegoś takiego nie dokonałby żaden pijany facet. Pocałowałam go w ramię, smakując sól jego
potu.  Raz  w  życiu...  Wciąż  czułam  najlepszy  orgazm  w  życiu,  a  jednocześnie  czułam  lekki
smutek.

Nie  bądź  głupia,  Alex.  To  tylko  dzisiaj.  Oboje  wiemy,  że  to  tylko  dzisiaj.  Falin  mnie

pocałował  i  przesunął  dłońmi  w  dół  mojego  ciała.  Przeciągnęłam  palcami  po  jego
kręgosłupie. Wciąż pozostawał we mnie, jego ciało się napięło. Poczułam, że twardnieje.

- Jeszcze raz? - zapytałam głosem chropawym z rozkoszy. Zatrzymał dłonie.
- Jeśli wytrzymasz...
- O, tak. - Może jednak więcej niż raz w życiu?
Wiele godzin później leżeliśmy w łóżku. Czułam jego ciało zawinięte wokół mojego. Jego

palce  bawiły  się  kosmykiem  moich  włosów,  a  oddech  miał  płytki  i  regularny.  Niemal
zasypiałam,  wyczerpana  szczęściem.  I  ciepła.  Wtedy  usłyszałam  słowa.  Ledwie  dosłyszalny
szept. Poczułam na czole dotyk jego ust.

- Nie jestem tylko ciepłym ciałem.
Potem zasnęliśmy.  
 

background image

23

Zamrugałam  w  jasności  południa.  Nade  mną  wisiał  jakiś  cień  i  kilka  mglistych  chwil

zajęło mi skupienie wzroku, żebym mogła rozróżnić rysy twarzy Falina.

- Patrzyłeś na mnie, gdy spałam? Uśmiechnął się.
- Troszkę.
-  Okay.  -  Spojrzałam  na  jego  klatkę  piersiową  i  niżej,  ku  biodrom  ukrytym  pod

prześcieradłem. Przełknęłam ślinę.

- Wezmę... hmm... prysznic. - Wytoczyłam się z łóżka, chwytając po drodze prześcieradło.

Nogi mi się trzęsły i miałam obolały krzyż. Dawno już tak się nie czułam. Krew napłynęła mi
do  policzków,  bo  wróciło  do  mnie  -  bardzo  wyraźne!  -  wspomnienie,  jak  do  tego  doszło.
Rozejrzałam się za ubraniami. Sporo leżało na podłodze, i jego, i moich, ale te moje nie leżały
koło łóżka.

Bez oglądania się ściągnęłam prześcieradło z materaca i wyszłam z pokoju. Falin mruknął

coś pod nosem, ale szumiało mi w uszach tak bardzo, że nic nie usłyszałam.

W łazience włączyłam prysznic na pełną moc. Znad wody uniosły się obłoczki pary. Zanim

odważyłam się sprawdzić temperaturę, przekręciłam kurek ciepła w dół.

Odchylając rękę, skierowałam strumień na pierś. Wciąż za gorąca.
- On mi się nie podoba - powiedział za mną głęboki głos.
Odwróciłam  się.  Śmierć  opierał  się  o  umywalkę  i  gapił  się  na  mnie.  Wyginając  piekącą

rękę, chwyciłam ręcznik i owinęłam go wokół siebie. -Co?

Machnął ręką w stronę drzwi.
- On mi się nie podoba.
Wzruszyłam ramionami, próbując być nonszalancka, ale dziewczyna w lustrze za plecami

Śmierci wyglądała na trochę przestraszoną.

-  Ja  nie  komentuję  twojego  życia  erotycznego.  Śmierć  mnie  pocałował,  a  potem  zniknął,

więc na pewno nie miał prawa komentować mojego.

Uśmiechnął się, jakbym powiedziała coś śmiesznego, ale uśmiech nie dotarł do jego oczu.

Opuścił wzrok, spoglądając wzdłuż mojego ciała.

Pogratulowałam sobie w duchu pomysłu z ręcznikiem.
Śmierć zmienił wyraz twarzy. Nie wyglądał już tak szyderczo.
- Rozszerza się. - Wskazał na moje ramię. Dotknął skóry tuż za raną.
- Nie jesteś zimny. - Nie był też ciepły. Jak tamtego dnia w szpitalu, temperatura jego ciała

odpowiadała mojej.

Zmarszczył brwi i przesunął dłoń na mój kark.
- Ty też nie jesteś najcieplejsza. Nie jest ci zimno?
Potrząsnęłam  głową.  Obudziłam  się  w  cieple  objęć  Falina,  w  mieszkaniu  też  było

przyjemnie. Było mi całkiem dobrze. Może trochę głupio, ale dobrze.

- Efektu uboczny czaru Colemana? - zapytałam. Śmierć potrząsnął głową.
- Twoja dusza nigdy do niego nie dotrze. Zabiorę ją siłą, zanim... Nie pozwolę, by zdobył

nawet część ciebie.

Spojrzałam  na  niego.  Zanim?  Więc  czar  nie  był  aktywny.  Musiał  zakończyć  działanie,

zanim wróci do mistrza. Dobrze wiedzieć. Pukanie do drzwi.

- Alex... Wszystko okay? Podskoczyłam.
- Hm... - Dziewczyna w lustrze pobladła. Pożałowałam jej i odchrząknęłam. - Będę tutaj

background image

przez chwilkę. Pewnie musisz zajrzeć na Posterunek. - Miałam nadzieję, że Śmierć dziś musi
pracować. Założyłam ręce na piersi. - Powinieneś pojechać do siebie i się przygotować.

Oczekiwałam sprzeciwu i dyskusji, nic takiego jednak nie nastąpiło. Nie słyszałam nawet,

jak  podszedł  od  drzwi.  Po  kilku  chwilach  odwróciłam  się;  Śmierć  stał  za  mną,  uśmiechając
się  lekko.  Wyciągnął  ręce  i  położył  mi  dłonie  na  ramionach.  Kciukami  pogładził  moją  nagą
skórę, jakby zdziwiony, że może mnie dotknąć.

Zmarszczyłam brwi.
- Musisz mi odpowiedzieć na pytanie. Przysięgam, że jeżeli się uśmiechniesz i znikniesz,

już nigdy z tobą nie pogadam. Wykrzywił usta.

- Twoje pytanie?
Patrzyłam  na  jego  dłoń.  Był  Śmiercią.  Powinien  być  zimny.  To  żyjący  są  ciepli.

Spojrzałam mu w oczy.

-  Czy  dusze  zdrowieją?  Czy,  po  odszukaniu  Colemana,  na  zawsze  pozostanie  w  mojej

duszy wielka dziura?

Śmierć  przestał  się  uśmiechać;  po  prostu  patrzyliśmy  na  siebie  nawzajem.  Po  chwili

spuścił wzrok i spojrzał w dal.

- To zależy od duszy.
On  nie  wie,  co  się  stanie  z  moją.  Przytaknęłam  i  zmusiłam  się  do  wzięcia  głębokiego

oddechu.  Śmierć  się  odsunął.  Zdjął  ręce.  Zniknął  bez  słowa,  zostawiając  mnie  samą  w
łazience.

Opierałam  się  o  blat,  patrząc  na  zaparowane  lustro.  Szary  całun  zakrył  moje  odbicie,

zamazując niepewne oczy i zmartwione wargi. W końcu pozbyłam się ręcznika i weszłam pod
prysznic. Pozwoliłam wodzie masować skórę, aż stała się różowa.

Z  łazienki  wyciągnął  mnie  zapach  mocnej  kawy.  Konkurował  z  owocowym  zapachem

szamponu  przez  niemal  godzinę  i  nie  mogłam  mu  się  dłużej  opierać.  Poza  tym,  jeśli  Falin
jeszcze nie wyszedł, dłuższy pobyt w łazience wskazywałby na to, że się chowam - a ja się nie
chowałam. No, może nie bardzo.

I  znów  wyszłam  z  łazienki  bez  ubrania.  Owinęłam  się  ręcznikiem  i  wyjrzałam  zza  rogu.

Falin  stał  przy  zlewie,  ubrany  jedynie  w  dżinsy  i  te  nieprawdopodobne,  żółte,  gumowe
rękawiczki. Potrzebowałam ubrania. Nie mogłam stawić mu czoła tylko w ręczniku.

Podreptałam do bieliźniarki i wyciągnęłam pierwszą parę spodni i koszulkę, które wpadły

mi  w  ręce.  Gdy  się  odwróciłam,  Falin  patrzył  na  mnie  z  twarzą  pełną  emocji,  których
nie  mogłam  odczytać.  Przycisnęłam  ubrania  do  piersi,  pochyliłam  głowę  i  pobiegłam  z
powrotem do łazienki.

Ubrana  czułam  się  bardziej  przygotowana  na  dzienne  wyzwania.  I  na  Falina.  Dotknęłam

uroku na bransoletce. Musiałam najpierw naładować osłony.

Wślizgnęłam  się  do  kuchni  i  zaczęłam  skradać  się  do  ekspresu.  Mój  kubek  stał  za

czajnikiem, aż po krawędź wypełniony czarną kawą. Biorąc go w obie dłonie, wypiłam długi
łyk.

- Jest już zimna - powiedział Falin, nie podnosząc głowy.
Podskoczyłam,  plamiąc  palce  kawą.  Nie  była  bardzo  zimna,  ale  mogłaby  być  cieplejsza.

Falin, zanim skierował się do kuchenki, zdjął rękawiczki i rzucił je na blat. Wyciągnął talerz z
naleśnikami. Odwrócił się i założył ręce na piersi.

-  Zrobiłem  śniadanie.  Godzinę  temu  mogło  być  dobre.  Teraz  nie  jestem  pewien,  czy  jest

choćby jadalne.

background image

-  Mówiłam,  że  zajmie  mi  to  dłuższą  chwilę...  -  wymamrotałam  w  kubek.  -  Nie  jestem

głodna.

-Ale ja jestem.
Wyciągnął z szafki dwa talerze i podzielił naleśniki. Zdziwiłam się na widok małej porcji,

jaką  przede  mną  postawił.  Mimo  jego  słów,  pachniały  cudownie,  więc  przekornie  chciałam
ich jeszcze mniej. Skupiłam się na kawie i odsunęłam talerz.

Falin podniósł brew. Jego widelec zawisł w połowie drogi między ustami a daniem.
- Nie jesteś głodna?
Nie odpowiedziałam. Skrzywił się.
- Okay, miejmy to za sobą - odstawił swoją porcję. Zwalczyłam pokusę cofnięcia się, gdy

zrobił krok naprzód i wszedł w moją strefę intymną. Górował nade mną.

-  Chcesz  to  przegadać?  Czy  wolisz  zapomnieć,  o  tym,  co  się  wydarzyło?  Tak  czy  siak,

masz  na  sobie  rozszerzający  się  czarnomagiczny  czar,  więc  wątpię,  żebyś  przestała  szukać
Colemana.

Pracujemy razem. Przestań mnie zbywać.
Mówił  i  coraz  bardziej  pochylał  się  nade  mną.  Ruch  o  złowrogim  wydźwięku  sprawił

jednak, że Falin znalazł się wystarczająco blisko na pocałunek. Zacisnęłam pięści i obeszłam
go szerokim łukiem.

- Muszę nakarmić Peceta - powiedziałam, chwytając za torbę z psim jedzeniem.
-Alex...
Zamarłam, przeszukując oczami mieszkanie. - Gdzie jest Pecet? -Co? Moje serce stanęło.
- Gdzie mój pies? - Podbiegłam do łóżka i uklękłam. Podniosłam kapę, zajrzałam między

pudełka.

-Pecet?! Psiaka nie było.
Czy  widziałam  go,  jak  wstawałam?  Nie  pamiętałam.  Głowa  pracowała  mi  jak  na

zawiasach. Przeglądałam całe mieszkanie.

Odwróciłam się do Falina. - Widziałeś go? Potrząsnął głową.
- Nie stój tak!
Odwrócił się, otworzył szafki. Nie wyskoczył z nich żaden szaro-biały piesek.
Strach pochwycił mnie za gardło. I jeszcze wzmocnił uścisk. Jak mogłam zgubić Peceta?

Czy  aż  tak  odleciałam  wczorajszej  nocy?  Czy  wybiegł,  jak  uchyliłam  drzwi?  Otworzyłam  je
szeroko.

Na progu stał Fred, ale bez Peceta. Gargulec wiedział, że ma do mnie przyjść, jeśli pies

sam latał po dworze. Wiedział.

- Widziałeś Peceta? - zapytałam, głaszcząc kamienną głowę.
Nie  odpowiedział.  Zatrzasnęłam  drzwi,  cofając  się  do  mieszkania,  żeby  ponownie

dokładnie je obejrzeć.

Strach  się  rozprzestrzenił,  umocnił,  wypełnił  mi  żołądek,  przesączył  się  do  krwi.  Peceta

nie było. Nie było go nigdzie.

Sprintem pokonałam krótki dystans i otworzyłam wewnętrzne drzwi prowadzące do domu

Kaleba. Podczas biegu ledwie dotykałam stopami schodów. Gdy otworzyłam je gwałtownie,
drzwi odbiły się od ściany,. - Kaleb?

Z pracowni dochodził metaliczny dźwięk. O ziemię uderzyło jakieś narzędzie. Zaszczekał

pies. Kaleb nie miał psa.

Zajrzałam  za  róg  i  ujrzałam,  jak  Pecet  przeskakuje  przez  krawędź  okręgu.  Przerażenie,

background image

które przepełniało moje zmysły, zmieniło się w falę nagłej ulgi tak szybko, że się zachwiałam.
Opadłam na kolana, a Pecet skoczył na mnie. Podniósł uszy, język zwisał mu z pyska. W ciągu
kilku sekund moje policzki zaznały dokładnej psiej łaźni.

Na krawędzi okręgu pojawił się Kaleb.
- Al? - Przesunął rękę przez krąg, dezaktywując go, i w dwóch długich susach znalazł się

przy mnie. Podniósł mnie i zamknął w silnym uścisku. - Holly wychodzi z siebie z niepokoju, a
Pecet... Cóż... - wskazał na dyszącego w moich ramionach psa. - Gdzieś ty była, dziewczyno,
do cholery?

Zmarszczyłam brwi. Kaleb nigdy nie przeklinał. Co tu się wczoraj działo?
Opuściłam obiad z Tamarą.
Nic dziwnego, że Holly się zmartwiła.
-  Przeproszę  ją  -  obiecałam.  Nie  przeprosiłam  za  to  Kaleba.  Fae  się  nie  przeprasza.  -

Dlaczego Pecet jest tutaj? Kaleb uniósł brwi.

- Dziewczyno, co ty... - zaczął, ale przerwał znienacka. Podniósł głowę, patrząc gdzieś za

moje ramię.

Odwróciłam się i zobaczyłam pustkę. Co on...?
Z  przejścia  wyłonił  się  Falin,  wciąż  bez  koszuli,  z  rozpiętym  górnym  guzikiem  przy

dżinsach,  odsłaniającym  w  całej  okazałości  jego  płaski  brzuch.  Szybko  omiótł  spojrzeniem
pokój.  Jego  spojrzenie  spoczęło  na  Kalebie  i  na  mnie.  Gdy  zauważył  ręce  Kaleba  na  moich
ramionach,  trochę  opuścił  dolną  wargę,  ale  nie  skomentował  sytuacji.  Wskazał  głową  na
Peceta.

- Znalazłaś go.
Przycisnęłam pieska do piersi.
- Tak. Był z Kalebem.
Ogonek Peceta zamachał Falinowi na powitanie, ale ja się od niego odwróciłam. Miałam

nadzieję, że jeśli nie zaoferuję się z propozycją przedstawiania, Falin wróci na górę, a Kaleb
o  nim  zapomni.  Powinnam  była  wiedzieć  lepiej.  Kaleb  gapił  się  na  mojego  gościa  z
zafrasowaną  miną.  Otworzył  usta  i  ujawnił  zielone  zęby.  Zawodzi  go  urok.  Albo  sam  go
puszcza.

- Kaleb?
Wciągnął  mnie  za  siebie.  Jego  palce  wygięły  się  dziwnie,  jakby  miały  dodatkowy  staw,

zmieniła mu się cera.

- Idź do pracowni, Alex. Aktywuj okrąg. - Kaleb, co...
- Zrób to! - warknął, zgrzytając zębami. Zatoczyłam się do tyłu, a
Pecet  zapiszczał,  wyczuwając  nagłą  zmianę  poziomu  emocji  w  pomieszczeniu.  Złapałam

pieska  mocniej  i  zagapiłam  się  na  obu  fae.  Falin  stał  z  rękami  w  tylnych  kieszeniach,
zrelaksowany, ze spojrzeniem twardym jak lód. Kaleb cofnął się o krok. Usta miał wywinięte,
obnażone dziąsła. Wbiegłam między nich.

-  Kaleb,  jest  dobrze.  On  jest  ze  mną.  Kaleb  tylko  potrząsnął  głową.  -  Wiesz,  co  stoi  w

moim domu?

Zerknęłam  na  Falina  przez  ramię.  Nasze  spojrzenia  się  spotkały,  w  jego  lodowatych

oczach odbiło się pytanie. Coś wewnątrz niego zdawało się krzyczeć: „Czy ty mnie znasz?",
coś schowanego w przepełnionym bólem miejscu. Ten widok wywoływał cierpienie. Znałam
takie  głosy,  miałam  taki  głos.  I  wiedziałam,  że  cokolwiek  powiem,  zostanie  przez  ten  głos
usłyszane i wzbudzi echo w smutnym zakątku jego duszy. Ale czy ja naprawdę wiem, kim jest

background image

Falin?  Domyślałam  się,  że  dworskim  fae,  najprawdopodobniej  z  zimowego  dworu.
Wiedziałam, że ma sekrety. Zdawałam sobie sprawę, że więcej niż raz ocalił mi życie. Ze jest
zimny, ale potrafił być czuły.

Cofnęłam się, dopóki moje ramiona i plecy nie oparły się o jego pierś. Napiął mięśnie.
- Ufam mu - szepnęłam i poczułam, jak zaskoczony wciąga powietrze.
Jego ręka przesunęła się ku mojej talii. Niepewnie. Starałam się nie drgnąć, dla dobra jego

i  Kaleba.  Nie  byłam  pewna  fruwających  po  pokoju  emocji,  ale  wiedziałam,  że  Kaleb  się
broni. Był niezależnym fae bez związków z dworem czy porą roku. To było jego terytorium, a
Holly i ja byłyśmy jego przyjaciółkami. Jego wiedźmami. Musiałam mu udowodnić, że Falin
nie jest zagrożeniem.

Kaleb potrząsnął głową. Pociemniały mu oczy. - Odejdź od niego, Alex. On cię zaklął.
- Nie zrobił tego, Kaleb. Daję ci słowo.
-  Nikt  nigdy  nie  wszedł  między  ciebie  a  Przystojnego  Cuda.  On  musiał  rzucić  na  ciebie

urok.

- Przystojny Cud? - zapytał Falin głosem cichszym od szeptu.
-  A  myślałeś,  że  od  czego  pochodzi  jego  imię?  Od  „Politycznego  Cudaka"?  -

odpowiedziałam, nie patrząc za siebie. - O czym ty mówisz? - zwróciłam się do Kaleba. -Jak
Falin mógł wejść pomiędzy mnie a Peceta? Dlaczego pies jest tutaj? - zrozumiałam, że jeszcze
coś się zmieniło. - I co się stało z jego gipsem?

- Zdjął go weterynarz. Ktoś musiał się nim zająć, gdy ciebie nie było.
- Nie było mnie dziesięć godzin, Kaleb.
- Al, zniknęłaś w sobotę. A dziś jest środa.
 

background image

24

Nie upuściłam Peceta, ale dużo nie brakowało. Środa? Straciłam trzy dni?
- To nie może być prawda... - wyszeptałam i potrząsnęłam głową. To musiała być prawda.

Caleb nie kłamie.

- Odejdź od niego, Al. Rzucił na ciebie urok.
- Nie - puściłam Peceta na podłogę. - To nie Falin. Byłam w Wiecznym Kwiecie.
- Holly cię tam szukała. I nie znalazła.
- Sala dla VIP-ów. Wydłużona szczęka Kaleba opadła.
- Zwariowałaś? Sekcja VIP jest tylko dla Faerie!
- Tak, domyśliłam się tego. - Co powiedziała ta przy drzwiach? Nie, że nie możemy wyjść,

ale że nie możemy wyjść teraz.

- Sądzę, że to on cię tam zabrał. - Kaleb wskazał głową na Falina.
- Tak naprawdę - Falin wtrącił się do rozmowy - próbowałem ją przekonać, żeby tam nie

szła. Potem mówiłem, żeby nie szła beze mnie. Ale ona jest uparta. Kaleb spojrzał uważniej.
Znienacka jego rysy złagodniały. - Tak... Jest strasznie uparta.

I jakby ten mój upór był punktem porozumienia, napięcie zniknęło. Mimo że Kaleb wciąż

nie ufał gościowi, skinął głową i opuścił nas, znikając w swojej pracowni.

Przed aktywowaniem kręgu zatrzymał się na chwilę.
-  Zgłosiłem  twoje  zaginięcie.  Wczoraj,  w  OMUL-u.  Musisz  się  z  nimi  skontaktować.  I

lepiej nie mów im, gdzie byłaś.

Fajnie. Byłam zaginiona. I znałam' sekret Faerie.
Środa.  Nie  wierzyłam  w  to  nawet  po  powrocie  do  siebie.  Środa.  Dzień  Krwawego

Księżyca. Późne popołudnie. Musieliśmy znaleźć Colemana, zanim rozpęta koszmar, z którym
było związane to gromadzenie dusz!

Gdy  Falin  brał  prysznic,  użyłam  jego  telefonu,  by  zadzwonić  do  Tamary  i  Holly.  Oba

połączenia zostały przekierowane na pocztą głosową. Mój gość wyszedł z łazienki, ubrany, ale
wciąż suszący włosy ręcznikiem, w momencie gdy uzupełniałam listę podejrzanych.

- Wczoraj Tommy powiedział, że pomocnik porucznika gubernatora zabrał go do baru... -

powiedziałam, spoglądając na niego zza komputera. A porucznik gubernator Bartholomew już
był  moim  głównym  typem  na  nowe  ciało  dla  Colemana.  Zresztą  historia  Tommy'ego  była
niezłym  dowodem  przeciwko  niemu.  Byłam  tego  pewna.  -Pomocnik  Bartholomew  nie
odpowiada  opisowi  ciała,  które  ukradł  Coleman,  ponieważ  ona...  Cóż,  to  jest  ona.  Ostatnia
ofiara. Myślę, że Coleman w ciele Bartholomew dowiedział się, że przywołałam cień. Kazał
pomocnikowi porozmawiać z Tommym i przekonać go do kradzieży nagrania. I wtrącić go w
niekończący się taniec.

Falin zastanowił się i potrząsnął głową.
- Jakim cudem Coleman dowiedział się, że byłaś w kostnicy?
- Z powodu... - Zamierzałam powiedzieć „strzelaniny", ale zdałam sobie sprawę, że to nie

mogło być to. Pocisk został zaklęty, więc Coleman wiedział o mojej wizycie w tym miejscu
już wcześniej. Aby zakląć broń i ustawić pułapkę, musiał czekać, aż opuszczę pomieszczenie.
Potrząsnęłam głową.

-  Tommy  opowiedział  mi  o  przywoływaniu  cienia  Colemana.  -  Falin  usiadł  na  łóżku,

wkładając buty. - A zeszłej nocy zachowywał się tak, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział.
Byłem w wydziale dwa dni po tym, jak postrzelono Colemana. Gdy zaczynałem, Bartholomew

background image

nie był jeszcze porucznikiem gubernatorem.

Teraz ja się zastanowiłam. Tommy nie mógł tkwić w Wiecznym Kwiecie przez ponad dwa

tygodnie. Widziałam go tego dnia, gdy zatrudniła mnie Casey. Mógł to natomiast być Coleman
z narzuconym urokiem. To wyjaśniałoby jego dziwne zachowanie.

- Okay, Coleman rzuca na siebie urok i staje się Tommym. Obserwuje swoje dawne ciało i

upewnia,  że  nikt  nie  pozna  prawdy.  -  Tyle  że  mnie  się  to  udaje.  -  Gdy  mnie  rozpoznaje,
rozmawia  z  tobą,  a  potem  wychodzi  na  zewnątrz,  by  zaplanować  zasadzkę,  gdy  już  mnie
wyrzucisz. - Trochę to naciągane, ale wszystko się zgadzało. Umykała mi tylko jedna rzecz. -
Jesteś fae. Jak mogłeś nie zauważyć, że Coleman udaje Tommy'ego?

Falin zmarszczył brwi.
-  Coleman  jest  mistrzem  uroków.  Nawet  fae  niełatwo  mogą  go  wykryć  lub  przejrzeć,

zwłaszcza gdy już zaakceptuje się iluzję jako rzeczywistość.

- Aha. - Odwróciłam się od niego i powróciłam do listy podejrzanych. Bartholomew nie

był  wtedy  w  biurze,  co  oznaczało,  że  człowiekiem  z  opowieści  Tommy'ego  był  Graham,
podobny do wiewiórki pomocnik ojca. Ojca już skreśliłam.

Ale nie skreśliłam Grahama.
Odpowiadał wiekiem opisowi Roya i miał odpowiedni kolor włosów. Z jego rozmowy z

ojcem wiedziałam, że zmienił swoją opinię o Falinie i jego przydziale do sprawy Colemana.
Stał  na  przyjęciu  obok  mojego  ojca,  gdy  poczułam  moc,  i  opuścił  przyjęcie  zaraz  po
Bartholomew, co dawało mu możliwość spotkania się z Heleną i zamordowania nieszczęsnej.

Wszystko pasowało. Moje serce odtańczyło taniec radości.
Wiedziałam już, czyje ciało i tożsamość skradł Coleman.
Powtórzyłam wszystko Falinowi, a on zaczął dzwonić, zanim skończyłam analizować listę.
-  Dzień  dobry,  tu  detektyw  Andrews  z  policji  Nekros.  Chciałbym  rozmawiać  z  szefem

sztabu,  Tolverem  Grahamem  -  powiedział.  Gdy  usłyszał  odpowiedź  po  drugiej  stronie  linii,
twarz  mu  pociemniała.  Skurczył  się,  zakończył  rozmowę.  -  Graham  ma  wolne.  Wypadek  w
rodzinie.

Nie czułam już triumfu, serce uderzało głucho.
- Przygotowuje się do rytuału? - Prawdopodobnie.
- Powinniśmy sprawdzić magazyn? - zadałam pytanie szybciej, niż zorientowałam się, że

Coleman nie wróci do magazynu. Nie po wizycie policji.

-  Zadzwonię  na  Posterunek  i  dowiem  się,  co  mnie  ominęło  w  ciągu  tych  kilku  dni.

Zobaczę, kim mogę się posłużyć, by odnaleźć Grahama.

Przytaknęłam. A ja? Co mam robić? Gdzie poszedłby Coleman?
Włączyłam  przeglądarkę.  Dowiedzenie  się,  co  wydarzyło  się  w  ciągu  minionych  trzech

dni,  nie  było  złym  pomysłem.  Znaleziono  kolejne  dwa  ciała.  Podejrzewałam,  że  pierwsze  -
kobieta,  Emily  Greene  -  było  tym,  o  którym  Falin  dostał  wiadomość  w  sobotę,  zanim
wybrałam  się  do  Wiecznego  Kwiatu.  Druga  ofiara,  Caitlin  Sikes,  została  odkryta  w
poniedziałek.  Artykuł  nie  zawierał  wielu  przydatnych  informacji.  Obie  kobiety  były  ludźmi,
choć Emily ostatnio brała lekcje magii dla niemagicznych.

Razem  sześć  ofiar.  Siedem,  włączając  Sally.  „Ona  widzi  i  zna  puste  oczy,  i  po  siedmiu

razach  będzie  wiedziała,  co  on  zabrał".  Siedem  to  liczba  dusz  z  ostrzeżenia  Dziewczyny  z
Cieni,  potwierdzona  przez  łowcę  niewolników.  Ale  Coleman  nie  ukradł  siedmiu.  Pomogłam
przecież uwolnić duszę Heleny - gdy czar został zdjęty, zabrał ją Mężczyzna w szarym ubraniu.
Zbieracz przyszedł też zapewne po Sally, bo jej dusza nie była osłonięta i zamknięta glifami.

background image

To oznaczało, że Coleman miał pięć z siedmiu dusz. Jeśli jeszcze nie zdążył kogoś zabić.

Falin  zamknął  telefon,  zabrał  z  blatu  kaburę  i  odznakę.  Odwróciłam  się,  by  powiedzieć

mu, co odkryłam. Wtedy zobaczyłam jego twarz.

- Co się stało?
Spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. Jego wargi tworzyły wąską linię.
- Wezwano mnie do biura komisarza. W trybie natychmiastowym.
- O, Craft! Próbowaliśmy się z tobą skontaktować! -zawołał do mnie sierżant przy biurku,

gdy tylko weszłam do budynku Posterunku Centralnego.

Pojechałam  z  Falinem,  mając  nadzieję,  że  złapię  Tamarę,  zanim  wyjdzie  z  kostnicy.

Chciałam  ją  uspokoić  i  przekonać,  że  nic  mi  nie  jest.  Planowałam  również  wydobyć  z  niej
kilka  wiadomości.  Gdy  Graham  zniknął,  jedyną  szansą  odkrycia  Colemana  była  próba
odnalezienia nowego miejsca rytuału. I jak największa ilość informacji o ostatnich ofiarach.

Stanęłam  przy  recepcji  i  pomachałam  Falinowi  na  do  widzenia.  Albo  raczej  plecom

Falina,  jako  że  się  nie  zatrzymał,  a  popędził  przez  Posterunek  galopem.  Odwróciłam  się  do
sierżanta, który chyba nazywał się Holt.

- Gdzie byłaś? - zapytał. - Próbowałem się z tobą skontaktować.
- Ukradziono mi dowód osobisty, pamiętasz?
- Tak, ale znaleźliśmy twój samochód...
W końcu jakaś dobra wiadomość. Czyżby wreszcie dopisało mi szczęście?
- ...znaleźliśmy go na szrocie. Niedużo z niego zostało, ale twój ubezpieczyciel powinien

potwierdzić, że to był staroć.

Za szybko się ucieszyłam.
- No i dobrze - powiedziałam, uśmiechając się krzywo. Gdybym miała to ubezpieczenie, to

byłaby  nawet  przydatna  informacja.  Wzdychając,  zmusiłam  się  do  pewniejszego  uśmiechu.  -
Czy wiadomo coś nowego o Johnie?

Holt zmarszczył brwi.
Wciąż  nieprzytomny.  Ale  słyszałem  ostatnio,  że  zrobili  mu  skan  mózgu  i  dostrzegli  jakąś

aktywność. Może się obudzić lada dzień.

Mimo tych optymistycznych wieści, opuścił wzrok. Jego wargi wygięły się w dół.
Skinęłam  głową.  John  wciąż  żyje  i  to  się  liczy.  Ale  ja  musiałam  znaleźć  Colemana.

Machając na do widzenia Holtowi, powiedziałam, że idę do kostnicy.

Przeszłam przez kontrolę - tym razem żadnej szarej magii - i zeszłam do piwnicy. Tamara

właśnie  pochylała  się  nad  ciałem.  Spojrzała  w  górę  i  szeroko  otworzyła  oczy.  Uśmiechnęła
się. I nie upuściła serca, które właśnie wyjmowała z klatki piersiowej denata. -Alex!

-  Hej,  Tamara  -  odpowiedziałam,  chowając  ręce  w  kieszenie  i  kuląc  nieco  ramiona.

Wchodzenie  ludziom  przed  nos  po  wieściach  o  twoim  zaginięciu  lub  domniemanej  śmierci
było dosyć niezręczne. Aż do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo. Wbiłam but w
podłogę. - Ja... Wszystko dobrze.

Tamara  rozejrzała  się,  nagle  niepewna,  co  zrobić  z  trzymanym  w  ręce  organem.  Jej  oczy

patrzyły  wściekle,  a  zarazem  z  ogromną  ulgą.  Odłożyła  serce  do  miski  i  zdjęła  rękawice.
Obeszła stolik i złapała mnie za ramiona. - Tak bardzo się bałam, że wrócisz tutaj w worku! -
Nie  uścisnęła  mnie,  nie  tak  do  końca.  Wciąż  była  ubrana  do  autopsji.  Ale  ścisnęła  mnie  za
ramiona  tak  mocno,  jakby  był  to  jedyny  sposób  na  upewnienie  się,  że  naprawdę  tu  stoję.
Odsunęła  się,  zdejmując  w  końcu  ze  mnie  bardzo  gorące  dłonie.  -  Jesteś  tak  zimna,  że
mogłabyś leżeć na jednym z moich stołów. Co się stało? Gdzie ty byłaś?

background image

- To trochę skomplikowane. Ulga na twarzy Tamary zniknęła.
- Nie mogłaś odebrać telefonu? Alex, grasuje szaleniec zabijający kobiety w ich łóżkach.

Nie pomyślałaś, żeby kogoś zawiadomić, że wszystko jest w porządku?

Skrzywiłam  się.  Przez  większość  czasu,  który  spędziłam  w  Wiecznym  Kwiecie,  nic  nie

było w porządku, ale tego Tamarze nie powiedziałam. Popatrzyłam tylko w dół, na rynienkę w
linoleum.  Chciałam  przyjść  i  powiedzieć,  że  przepraszam  za  zniknięcie.  Nieprawda,  nie
chciałam. Naprawdę nie wiedziałam, jak długo mnie nie było!

Spojrzałam  w  górę.  Tamara  wygięła  wargi  i  odwróciła  się  plecami.  Złapała  nową  parę

lateksowych rękawiczek, strzelając nimi, gdy wyciągała je z pudełka. I bez słowa wróciła do
ciała.

Nie  poszłam  za  nią.  Miałam  szacunek  dla  zmarłych,  ale  nie  mogłabym  wykonywać  jej

pracy.

Gdy  cisza  się  przeciągała,  rozejrzałam  się  dokoła.  Nawet  ze  sprawnymi  osłonami

wyczuwałam bliskie ciała. Bez grobowej esencji pozwoliłam, by moja świadomość wsiąkła
w  to,  co  pozostało  z  kobiety  leżącej  na  stole  Tamary.  I  znalazłam  dokładnie  to,  czego
oczekiwałam.

Pustą przestrzeń z porwanym cieniem w środku.
- Kolejna ofiara rytuału?
- Znaleziona dzisiaj rano przez siostrę. - Tamara spojrzała w górę ze zwężonymi oczami. -

Masz pojęcie, jak bardzo się martwiłam? Nie było cię przez cztery dni, a ty nagle wchodzisz i
mówisz: „Przepraszam, to skomplikowane"! Ja się z tym nie zgadzam! Przyjaciele sobie tego
nie robią! Po prostu...

- Byłam w świecie Faerie.
...zniknęłaś i... - zatrzymała się w pół słowa. - Że co?
-  Powiedziałam  ci,  że  to  skomplikowane.  Byłam  w  świecie  Faerie.  Raptem  przez  kilka

godzin,  ale  straciłam  trzy  dni.  -  Obiecałam  Kalebowi,  że  nie  opowiem  szczegółów  OMUL-
owi ani mediom, ale Holly i Tamara były moimi najlepszymi przyjaciółkami. Ostatnio miałam
przed  nimi  wiele  sekretów.  Zbyt  wiele.  Tamara  patrzyła  na  mnie,  więc  kontynuowałam.  -
Wszystko  teraz  jest  skomplikowane.  Gdy  się  to  skończy,  obiecuję,  że  przy  kilku  piwach
opowiem ci wszystko. - To tak samo szalone, jak historia Tommy'ego.

O,  cholera!  Tommy.  Stracił  w  Kwiecie  niemal  trzy  tygodnie.  Na  pewno  był  bardziej  niż

zmieszany... I nikt go nie ostrzegł, żeby nie mówił, co się stało.

- Co on ci powiedział?
-  Słyszałam  tylko  plotki.  Gdy  tu  szedł,  zatrzymała  go  ochrona.  Powiedział,  że  nie  ma

pojęcia, o jakim nagraniu mówią. I że nie wie o tym, iż Coleman został zabity. Przesłuchiwali
go cały dzień.

Biedny Tommy.
Uśmiechnęłam się blado. Wskazałam głową na ciało, którym zajmowała się Tamara. - A to

kto?

- O nie, tak łatwo nie zmienisz tematu. - Moja przyjaciółka zgięła nadgarstki i oparła je o

biodra.  Patrzyłam  na  nią,  gdy  wydmuchiwała  powietrze  przez  zęby.  -  Naprawdę  byłaś  w
Faerie?

Przytaknęłam.
-  Dziewczyno,  w  co  ty  się  wpakowałaś?!  -  Potrząsnęła  głową  i  znów  pochyliła  się  nad

ciałem. - To Julie Staton, prekog. Mam nadzieję, że tego nie przewidziała.

background image

Zgodziłam się z tym, krzywiąc usta. Prekognicja, umiejętność przewidywania przyszłości,

była  najrzadszym  talentem  wyrd.  Nie  istniały  osłony  zdolne  zablokować  wizje  prekogów;
uczono  ich  tylko,  jak  się  z  nimi  godzić.  Skutek  był  taki,  że  spędzali  mnóstwo  czasu  w
poradniach,  bo  ich  wizje  zawsze  opisywały  przyszłość.  Jeśli  zobaczyli  coś  strasznego  i
próbowali  temu  zapobiec,  wizja  włączała  ich  działania  w  swój  tok  i  ulegała  zmianie.  Jeśli
Julie zobaczyła, że skończy na stole do autopsji jako bezduszna skorupa... Zadrżałam.

Tamara potrząsnęła głową, patrząc w klatkę piersiową trupa.
- Klnę się na wszystko, co kocham, że nie mogę znaleźć przyczyny jej śmierci!
- Nie było na niej glifów?
-  Były.  Te  same,  co  u  innych,  ale  wszystkie  rany  były  płytkie.  Nie  straciła  tyle  krwi,  by

mogło to tłumaczyć jej śmierć. To tak, jakby ją pocięto, a ona się poddała i umarła. Tak samo
wyglądały ostatnie trzy ofiary.

- Emily, Caitlin i Julie?
Tamara przytaknęła. Zaczęłam myśleć. Wiedziałam, jak umarła Julie. Jej duszę wyssano z

ciała. Jak ostrygę. Potarłam rany na ramieniu. Więc Coleman miał już sześć dusz. Brakowało
mu jeszcze jednej. Miałam przeczucie, że weźmie ją sobie podczas Krwawego Księżyca.

-  Wiesz,  co  jest  najdziwniejsze?  -  zapytała  Tamara.  Dłubała  we  wnętrzu  ciała,  a  ono

odpowiadało ohydnym, bulgoczącym odgłosem. Wzdrygnęłam się i popatrzyłam gdzie indziej.
- Te glify. To nonsens. Nie ma w nich śladu magii. - Zamilkła.

Więc myślisz, że to nie czar zabił te kobiety? - zapytałam. Musiałam przerwać tę ciszę, a

nie mogłam jej oznajmić: „Przykro mi, ale nie jesteś wrażliwa na magię fae. A, i przy okazji,
to czar wysysający dusze".

-  Czar  zabijający  pozostawiłby  czarne  plamy.  A  tu  nie  ma  nic.  Caitlin  miała  na  sobie

więcej  szarej  magii  w  naszyjnikach,  pierścieniach  i  bransoletkach  niż  widziałam  w  ciągu
całego życia, ale nie była to dawka śmiertelna.

Może by jej to nie zabiło, ale...
- Caitlin była normalna. Była człowiekiem, prawda? Odpowiedź
Tamary  pochłonęło  uderzenie  drzwiami  kostnicy  o  ścianę.  Odwróciłam  się  w  stronę

Falina. Spojrzał na mnie.

- Idziemy! - warknął. Obrócił się na pięcie i wyszedł. Okay. Spotkanie z szefem nie poszło

dobrze.

- Muszę... Hm... - spojrzałam na Tamarę. Znów miała rozszerzone oczy, ale tym razem jej

usta wyrażały prawdziwe zmartwienie. Wskazałam w kierunku, w którym zniknął Falin.

-Alex! - zawołała za mną, a ja odwróciłam się w drzwiach. - W cokolwiek się bawisz...

Uważaj.

background image

25

Roy zaatakował mnie przy drzwiach kostnicy.
- Alex, gdzie ty się podziewałaś? Szukałem cię po wszystkich światach!
Oczywiście. Jak znikam na trzy dni, muszę się wszystkim tłumaczyć.
Nawet umarłym.
Uśmiechnęłam się, choć nie byłam w nastroju.
- Cześć, Roy. To nie jest najlepszy czas na takie pytania.
- Ale musisz coś zrobić! Chcą pogrzebać moje ciało! I jak niby miałabym temu zapobiec?
- Wierz lub nie, ale mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż ciało, które już nie żyje.
Roy poprawił okulary.
- Obserwowałem go, jak używa mojego ciała przez dwanaście lat. Dwanaście lat. - Roy

podszedł  o  krok,  akcentując  słowa  gestem  dłoni.  -  I  teraz  mają  pochować  mnie  pod  jego
nazwiskiem?  Nie.  Nie,  stanowczo  odmawiam.  -  Jeden  z  gestów  był  naprawdę  szeroki  i
skończył się złapaniem za rękę. - Musisz coś zrobić!

Spojrzałam na jego dłoń.
- Puść mnie. Nie puścił.
Zamknęłam  osłony,  dbając  o  najmniejsze  prześwity.  Kolor  jednak  nie  odpłynął  z  ciała

Roya  i  duch  wcale  nie  stał  się  bardziej  przezroczysty.  Cholera.  Chyba  byłam  już  zbyt  blisko
świata umarłych. Czy to oznacza, że jestem tylko częściowo żywa?

- Roy, powiem to tylko raz... - mówiłam bardzo cicho. Gdybym zaczęła krzyczeć na kogoś,

kogo nikt nie widzi, zwróciłabym na siebie uwagę. - Twojego ciała nie wydadzą wieczorem.
Jeśli nie znajdę dzisiaj Colemana, jeśli nie przeszkodzę mu przed wschodem Krwawego

Księżyca, on dokończy rytuał. Wtedy koszmar który tworzy podbije świat Faerie. A tam już

nie  będę  mogła  do  niego  dotrzeć.  I  umrę.  Kto  ci  wtedy  pomoże?  Co?  Kto  wysłucha  twojej
historii?

Puścił rękę.
- Chcesz znaleźć Colemana?
- Tak. - Wiedziałam, że wyglądam na rozdrażnioną, lecz nie dbałam o to. Roy marnował

mój czas. Poszłam w stronę wind. Falin już wyszedł.

Roy podążał za mną krok w krok i, chyba po raz pierwszy, trzymał wysoko głowę.
- Skopmy ten kradnący dusze tyłek.
Mój pomocnik-duch i ja złapaliśmy Falina na parkingu. Zauważyłam, że brakuje mu dwóch

bardzo ważnych rzeczy: odznaki i pistoletu. Cholera.

- Rozumiem, że nie mamy już wsparcia policji? - zapytałam.
- Wejdź do samochodu.
Racja.  Usiadłam  na  fotelu  pasażera,  a  Falin  wrzucił  wsteczny,  zanim  zdążyłam  zamknąć

drzwi. Wyjechaliśmy z parkingu. Ostry zakręt w lewo i włączyliśmy się do ruchu.

Ręka poleciała mi na oparcie, paznokciami zadrapałam skórę.
- Może ja powinnam poprowadzić? Aż się uspokoisz? Spojrzał na mnie kątem oka, ale nie

odpowiedział.  Roy  obijał  się  po  tylnym  siedzeniu,  choć  nie  wiedziałam  do  końca,  co
przeżywa,  jako  że  samochód  nie  był  dla  niego  specjalnie  materialny.  Gdy  Falin  zwolnił,
zdjęłam  ręce  z  podłokietników.  Wciąż  jechał  ze  dwadzieścia  kilometrów  ponad  limit,  ale
przynajmniej nie przyśpieszał.

- Powiesz mi, co się stało? - zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie.

background image

- Za sprawą góry dostałem tę sprawę i za sprawą góry mnie z niej usunięto.
Czyli jego zawieszenie wymógł mój ojciec. Cholera. - Gdzie jedziemy?
- Do domu Grahama.
- Myślisz, że tam jest?
- Nie. - Zacisnął wargi. Wiedziałam, że ma rację. Musieliśmy dowiedzieć się o Grahamie

tak  dużo,  jak  to  tylko  możliwe,  i  nie  mogliśmy  zignorować  szansy.  Może  przygotowywał
rytuału w domu? - Po wyeliminowaniu domu, przyjrzymy się temu.

Wyjął  spomiędzy  siedzeń  dużą  kopertę  i  rzucił  mi  ją  na  kolana.  W  środku  było  kilka

brązowych teczek. Naklejkę na górnej podpisano.

„STATON, JULIE".
Ostatnia ofiara.
- Powinnam spytać, jak dostałeś te teczki? - zapytałam i przeliczyłam. Siedem, włączając

Helenę.

Uśmiech  zrobił  się  odrobinę  bardziej  krzywy,  ale  Falin  nie  odpowiedział.  Mimo  to

wiedziałam swoje. Zawieszony agent FBF nie mógł wyjść z budynku Posterunku Centralnego
Nekros z siedmioma teczkami otwartej sprawy. To znaczy - nie mógł legalnie.

Otworzyłam  teczkę  Julie.  Nie  było  tego  dużo.  Większość  stanowiły  zdjęcia  z  miejsca

zbrodni i odręczne notatki zrobione przez głównego śledczego. Detektywa Jensona. Zdziwiłam
się.  Naprawdę?  Sprawę  rytualnego  seryjnego  zabójstwa  przydzielono  Jensonowi?
Odczytałam, co mogłam z jego notatek i przejrzałam zdjęcia.

Julie  została  znaleziona  we  własnym  domu.  Dowody  wskazywały  na  to,  że  została

przywiązana  do  łóżka.  Łóżko  stało  pośrodku  pokoju  i  było  to  jedyne  podobieństwo  w
aranżacji  pomieszczenia  ze  sprawą  Heleny.  Nie  było  świec  ani  szampana.  Przynajmniej  nie
wówczas,  gdy  została  znaleziona.  Uroki  rzucone  czasowo  na  ogół  trwały  tylko  do  wschodu
słońca.

Następna  była  teczka  Caitlin  Sikes.  Podobnie  jak  Julie,  została  znaleziona  we  własnym

domu, we własnym łóżku. Emily też.

Najwyraźniej,  odkąd  policja  odkryła  magazyn,  Coleman  odprawiał  rytuały  w  domach

swych ofiar. To oznaczało, że i ten dzisiejszy będzie miał podobny scenariusz. Jakaś kobieta,
gdzieś w tym mieście, miała umrzeć. Ale jaka?

- Jakie jest powiązanie? - zapytałam w powietrze.
Falin  pokręcił  głową.  Tego  nie  wie  nikt.  Ale  nie  była  to  prawda.  Wiedział  łowca

niewolników, ale on był zajęty swoimi sprawami.

Cztery wiedźmy wyrd i trzy zwykłe kobiety bez śladu magii w duszy. Siedem ofiar i dwie

kolejne wiedźmy wyrd, włączając Sally i mnie. Co my mamy wspólnego?

Samochód  zwolnił  i  Falin  zaparkował.  Za  bramą  najbardziej  elitarnego  apartamentowca

rozciągała  się  panorama  Nekros.  Detektyw  Andrews,  zanim  dotarł  do  budynku  ochrony  od
frontu, przystanął. Ręka przesunęła się w puste miejsce, gdzie na ogół nosił odznakę. Skrzywił
usta.

Brak  odznaki  oznaczał,  że  Falin  nie  mógł  pobawić  się  w  policjanta  i  wpuścić  nas  do

środka.  Był  teraz  zwykłym  obywatelem.  Szczerze  wątpiłam,  że  strażnik  wpuści  do  wnętrza
prywatnego detektywa i najzwyklejszego obywatela miasta Nekros.

Przekręciłam się na fotelu, żeby mieć lepszy widok do tyłu. - Roy, możesz się rozejrzeć?
- Alex? - Falin zamienił moje imię w pytanie. Gapił się na mnie z dziwną miną.
Racja. On nie widzi duchów. - Roy, daj mi rękę.

background image

Tak  jak  wtedy,  dla  Lusy,  przekazałam  Royowi  trochę  energii.  Falin  aż  podskoczył,

uderzając ramieniem o kierownicę. Zawył klakson, a strażnik wyszedł z budynku.

- Falin, Roy - przedstawiłam ich sobie. Odwróciłam się do ducha. - Musimy wiedzieć, czy

Graham jest w domu. Jeśli jest, przyjdź po nas, znajdziemy jakiś sposób na tego ochroniarza.
Jeśli go nie ma, poszukaj jakichś wskazówek o miejscu jego aktualnego pobytu.

Roy  przytaknął.  Zniknął,  wchodząc  głębiej  w  krainę  umarłych,  gdzie  mógł  poruszać  się

szybciej. Odwróciłam się.

Strażnik  podszedł  do  samochodu.  Okay,  jak  by  mu  wyjaśnić,  co  tutaj  robimy?  Miałam

wrażenie, że prawda o czekaniu na ducha, może nie wystarczyć.

Falin wskazał na schowek.
- Podaj mi odznakę.
Odznakę?  Otworzyłam  schowek.  Na  dowodzie  rejestracyjnym  leżało  skórzane  etui,  a  w

nim bardzo realistycznie wyglądająca odznaka. Potarłam palcami wypukłe litery.

- Nie wiedziałam, że można mieć duplikat.
- Bo nie można. - Wziął odznakę i przypiął ją do paska. - Jeśli dotknie czegoś żelaznego,

będziemy mieli kłopoty.

Urok?,  zdziwiłam  się,  ale  nie  miałam  czasu  zapytać.  Falin  wyszedł  z  samochodu

naprzeciw  strażnikowi.  Może  nieco  przedwcześnie  wysłałam  Roya  na  zwiad?  Ale  wtedy
myślałam, że to dobry pomysł.

Mężczyzna zaplótł ręce pod wielkim brzuchem, próbując wyeksponować przyczepiony do

paska paralizator. W odpowiedzi na pytanie potrząsnął głową. Jego podbródek zadygotał. Nic
nie słyszałam, ale wyraz twarzy Falina świadczył, że rozmowa poszła nie po jego myśli.

Mój towarzysz powrócił do samochodu i zatrzasnął drzwi.
- Co się stało?
- Nie możemy wejść bez nakazu.
A więc wysłanie Roya nie było wcale takie przedwczesne.
- Nie możemy tak po prostu odjechać - powiedziałam. -Roy nie będzie mógł nas odnaleźć.
Falin wcisnął hamulec. Ochroniarz, który zaczął już wracać do stróżówki, odwrócił się ze

zdziwieniem. Zignorowałam go. Roy wkrótce powinien tu być.

Skupiłam  się  na  zawartości  rozłożonych  na  kolanach  teczek  i  zdziwiłam  się,  gdy

zobaczyłam  zdjęcia  z  domu  Caitlin.  Jak  na  zwyczajną  kobietę  miała  mnóstwo  magicznych
rzeczy.  Tamara  powiedziała,  że  miała  na  sobie  dużo  szaromagicznych  uroków.  Czy  Caitlin
zrobiła  je  sama?  Nie.  Każda  ludzka  kobieta  była  niemagiczna.  Niektóre  ewentualnie  mogły
nauczyć się dosięgania Eteru.

Drążyłam dalej. Byłam tylko na miejscu zabójstwa Heleny i pamiętałam je aż za dobrze.

Szybko  przejrzałam  zdjęcia  i  zatrzymałam  się  na  jednym.  Fotograf  uchwycił  mnie  w  kręgu  z
oczami  płonącymi  zielenią  tak  mocno,  że  prześwietliły  mi  twarz.  Wyglądałam  niemal  tak
samo, jak walczący za mną Śmierć. Nic dziwnego, że ludzie nie mieli pojęcia, co się dzieje.

Zanim przeszłam do Michelle Ford, drugiej ofiary, przejrzałam teczkę
Bethany.  Raport  określał  ją  jako  wiedźmę  wyrd  z  umiejętnościami  telekinezy,  choć  w

notatkach znalazłam dopisek (wykonany ręką Johna). „Bez certyfikatu".

Jak  wiedźma  wyrd  mogła  nie  posiadać  certyfikatu?  Przecież  wszystkie  kończyłyśmy

szkoły.

Chyba że nie uczęszczała do akademii? Albo z niej wyleciała. Sama byłam od tego o włos,

za słabe oceny z rzucania czarów.

background image

- To nie może być to... - szepnęłam. -Co?
Spojrzałam  na  Falina.  Otworzyłam  usta.  Zamknęłam.  To  nie  może  być  powiązanie,  zbyt

trudno je znaleźć! Potrząsnęłam głową.

Falin podniósł brew.
- Nie kąpiemy się tu w pomysłach, Alex. Jeśli coś ci chodzi po głowie, chcę to poznać.
- To może być przypadek... Ale druga ofiara była niecertyfikowaną wiedźmą, a Bethany i

ja  znałyśmy  się  z  akademii,  gdzie  razem  byłyśmy  w  klasie  rzucania  czarów  ochronnych.
Helena  mówiła,  że  nie  umie  nawet  zakreślić  kręgu.  Czwarta  ofiara  była  ludzką  kobietą
pobierającą  lekcje  magii.  A  piąta  najwyraźniej  bawiła  się  szarą  magią,  choć  też  była
człowiekiem. Włączając w to mnie, sześć z dziewięciu zainfekowanych czarem osób używało
magii  na  niższym  niż  standardowy  poziomie.  Falin  uniósł  brew.  -  Widziałem,  jak  używasz
magii. Nie jesteś na niższym poziomie.

Byłam pewna, że to komplement, więc twarz rozjaśnił mi mały, głupiutki uśmieszek. Ale to

nie była prawda.

-  Widziałeś  magię  grobową,  moją  specjalność.  Mówię  o  czarach,  które  powinna  rzucić

każda wyrd. Albo normalny człowiek. Ja tutaj wcale nie błyszczę.

Zdziwił się, a ja wzruszyłam ramionami.
-  Jak  powiedziałam  -  to  może  być  przypadek.  W  jaki  sposób  zebrać  taką  grupę?  -

Spojrzałam na porozrzucane na kolanach papiery i zamknęłam teczkę Michelle. - Nawet jeśli
znajdziemy  powiązanie,  skąd  mamy  wiedzieć,  kto  będzie  następny?  W  tym  mieście  żyją
tysiące.

Zgięłam w rękach teczkę. Nie znajdziemy go. Do Krwawego
Księżyca pozostało nie więcej niż pięć godzin.
Falin  wyciągnął  dłoń.  Spojrzałam  na  zniszczony  raport.  Cholera.  Próbowałam  wygładzić

papier, zanim mu go podałam, ale nie o to chodziło. Wziął mnie za rękę, przełożył palce przez
moje. Miał szorstkie rękawiczki.

Zesztywniałam, zaskoczona. Spojrzałam na nasze dłonie. - Co robisz?
Wyciągnął dłoń i odchylił moją głowę tak, by spojrzeć mi w oczy.
-  Znajdziemy  go.  -  Spojrzenie  było  tak  intensywne,  jakby  chciał  pochwycić  Colemana

własnymi rękami.

- Okay. - Nie przywykłam do tego. Nie wiedziałam, jak zareagować.
- Chyba źle wybrałem moment... - powiedział Roy, pojawiając się na tylnym siedzeniu.
Odskoczyłam, odsuwając się od Falina.
- Roy... - zaczęłam, ale zdałam sobie sprawę, że brakuje mi powietrza.
Jak to się stało? Spróbowałam znowu. - Co znalazłeś? Był tam?
Duch potrząsnął głową.
-  Miejsce  jest  nieskazitelne.  Wygląda  jak  modelowe  mieszkanie.  Meble,  ale  nic

osobistego.

Powtórzyłam wszystko Falinowi.
-  Coleman  zabrał  wszystko,  co  ważne.  Nie  zamierza  wracać  -  powiedział,  uruchamiając

silnik.

Przytaknęłam.  Tak  to  wyglądało.  Złapałam  skoroszyt  Michelle  ze  sterty,  na  którą  Falin

rzucił wszystkie teczki. Teraz pozostała nam jedyna szansa - coś, czego być może dowiemy się
od  ofiar  Colemana.  Pierwszy  raz  od  czasu  pojawienia  się  we  mnie  grobowej  magii
rozmawiający  ze  mną  umarli  nie  dzielili  się  tajemnicami.  A  my  musieliśmy  je  poznać,

background image

musieliśmy  znaleźć  powiązanie,  kolejną  wyznaczoną  ofiarę.  Coleman  potrzebował  jeszcze
jednej duszy.

 

background image

26

Zatrzymałam się na najwyższym stopniu schodów małego, błękitnego bliźniaka.
- Tamara powiedziała, że Julie była prekogiem.
- Taaak? - mruknął Falin, zdecydowanie nie nadążając. Zdziwiłam się. - Na drzwiach nie

ma ochrony.

Niemal  wszystkie  wiedźmy  zakładały  przy  drzwiach  bariery.  Oczywiście,  większość

wiedźm mieszkała w Glen. Dom Julie stał daleko od Dzielnicy Magicznej i samego Glen, w
sąsiedztwie ludzkich siedzib, ale brak ochrony zadziwiał. Nie umiała? Bo ja nie umiałam.

Nasze bariery zakładał Kaleb.
-  Wchodzimy?  -  zapytał  Falin,  przecinając  policyjną  taśmę.  Przekręcił  klamkę,  a  ja

poczułam małe ukłucie magii.

Przydatna sztuczka.
Otworzył  drzwi.  Weszłam  do  ciemnego  domu.  Włamywanie  się  na  miejsce  zbrodni  kilka

dni po tym, jak Falin chciał aresztować mnie za to samo, zakrawało na ironię. Chyba mu lepiej
o tym nie wspominać...

- Czego szukamy? - zapytał Roy, przepływając przez drzwi w bocznej ścianie.
- Wszystkiego, co może powiązać ze sobą ofiary. Zanim otworzyłam drzwi, wiedziałam, że

znalazłam  sypialnię.  Ukłucia  sączącej  się  przez  ścianę  czarnej  magii  nie  można  było
zignorować.  Policja  zdjęła  z  łóżka  pościel,  proszek  do  zbierania  odcisków  palców  wciąż
pokrywał  większość  powierzchni,  ale  oprócz  tego  pokój  wyglądał  normalnie.  Na  komodzie
wciąż stały zdjęcia, a na krześle przy oknie leżało kilka książek.

Zamknęłam oczy, wyczuwając przebieg magii w pomieszczeniu. Obecne tu niegdyś czary

pozostawiły  po  sobie  tylko  oleiste  ślady.  Łaskotały  mnie  pod  skórą  i  paliły  ramię,  ale  nie
wyczuwałam niczego złośliwego.

Pocierałam  nagie  ramiona,  jakbym  mogła  zetrzeć  z  siebie  tę  ohydną,  pomagiczną  maź.

Weszłam głębiej, z Falinem za plecami. Przesunął zdjęcia, używając długopisu, by ustawić je
w dogodnym dla siebie kierunku. Obeszłam cały pokój i użyłam rąbka koszulki, by otworzyć
szafę.  Była  to  mała  garderoba  z  ubraniami  umieszczonymi  tylko  po  jednej  stronie.  Druga
połowa  była  czysta.  Z  wyjątkiem  wyrysowanego  na  podłodze  kręgu.  Tutaj  rzucała  czary?
Jakby się przed kimś chowała. Spojrzałam na ograniczoną kolekcję materiałów magicznych i
zmarszczyłam brwi. Rezonowały niedawnym użyciem. Szara magia?

Wyszłam  z  garderoby  i  zlustrowałam  pokój  do  końca.  Paliło  mnie  ramię.  Czarna  magia

wołała do czaru pożerającego moją duszę. Nie mogę tu zostać. Wyszłam z sypialni i w kącie
spostrzegłam Roya.

- Znalazłeś coś? - zapytałam.
Odwrócił się i odszedł kilka kroków, żebym mogła zobaczyć klatkę, na którą patrzył.
- Papużki. Chyba powinniśmy je wypuścić.
-  Mają  ziarno  i  wodę?  Pokiwał  błyszczącą  głową.  -  To  zostaw  je  w  spokoju.  -Ale...  -

zaczął. Przestałam go słuchać i podeszłam do błękitnych i szarych ptaków.

-  Przeżyły  w  tej  klatce  całe  życie.  Wypuścisz  je  na  wolność,  to  umrą.  Zadzwonimy  do

opieki nad zwierzętami.

Mina mu się wydłużyła, a ja przewróciłam oczami. Fochy zza grobu na mnie nie działają.

Odchodziłam  już,  ale  nagle  zwróciłam  uwagę  na  drobne  zaburzenie  w  rezonowaniu  magii.
Otworzyłam  zmysły,  próbując  odróżnić  tę  czarną,  sączącą  się  z  sypialni  od  uroku

background image

ukrywającego. Co ona ukrywała?

Czar  był  w  klatce  z  ptakami.  Wyciągnęłam  rękę,  wkładając  palec  pod  plastikową

podstawę. Mój paznokieć złapał za krawędź przyklejonej do dna małej koperty.

Wyciągając,  przekręciłam  ją  adresem  do  góry.  Na  froncie  napisano  „A.  C".  List?

Cokolwiek  było  w  środku,  okazało  się  cięższe  od  papieru,  ale  nie  miało  nierównej
powierzchni. Otworzyłam kopertę, rozklejając jej trzy brzegi.

Droga A. C.
Nie znasz mnie, więc zacznę od tego, że cię Widziałam. Przyszłaś tutaj, szukając czegoś.

Nie  jestem  pewna  dlaczego,  ale  odpowiedzią  jest  krew.  Jeśli  pokażesz  załączone  zdjęcie
blondynowi,  który  jest  z  tobą,  on  zrozumie,  co  oznacza  fotografia.  Może  mnie  też  zdoła  co
nieco rozjaśnić.

Wygląda uroczo. Powodzenia, Julie.
Gapiłam się na krótki list, czytając go trzy razy. Julie była prekogiem, więc „Widziałam"

oznaczało  zapewne,  że  zobaczyła  przyszłość.  A.  C.  to  Alex  Craft,  ale  jakim  cudem
odpowiedzią mogła być krew?

Czy czar przenosił się przez krew? Ja zaraziłam się przez zadrapanie, a dusza Heleny od

ran  na  jej  skórze.  Ale  co  z  Sally?  Może  zacięła  się  w  trakcie  wykonywania  autopsji?  Czar
związany z krwią?

Śmierć  powiedział  mi,  że  czar  jest  zaraźliwy  tylko  dla  szczególnych  ludzi.  Oczywiście,

łowca  mówił,  że  rzecz  nie  dotyczy  wyłącznie  wiedźm  wyrd.  Właściwie  powiedział
„genetyczna".  Myślałam,  że  popełnił  pomyłkę,  ale  mogła  to  być  kolejna  interpretacja  słowa
„krew".

Ostrzeżenie  Dziewczyny  z  Cieni  także  mówiło  o  krwi.  „Dziewczyna-duch  z  krwi  jest

cennym  skarbem  w  łańcuchach".  Miałam  już  pojęcie,  co  oznaczały  srebrne  łańcuchy,  dzięki
łowcy zresztą, ale myślałam, że krew oznacza „ciało i krew". A może to było nawiązanie do
przodków?

Sięgnęłam do koperty i wyciągnęłam z niej zdjęcie. Julie, w nakryciu głowy maturzystki,

stała  między  dwojgiem  starszych  ludzi,  zapewne  rodziców.  Czy  wszystkie  ofiary  miały
niemagicznych rodziców?

- Co znalazłaś? - zapytał Falin.
List  mówi,  że  mam  mu  to  pokazać.  Podałam  mu  zdjęcie.  Spojrzał  na  nie  i  wzruszył

ramionami.

- Powiedziała, że odpowiedzią jest krew.
Zmrużył oczy i popatrzył uważniej. Zerknął na moją twarz, jakby to w niej były wszystkie

odpowiedzi.

- Krew - powiedziałam. - Genetyka. Rodzina, prawda?
- Feykin - powiedział. - Wszystkie ofiary są potomkami fae. Pierwsze pokolenie, najwyżej

drugie.

-  Akurat.  Złapałam  to,  pamiętasz?  -  Wskazałam  na  ramię.  Poza  tym  mój  ojciec  nie

poślubiłby  fae.  Potrząsnęłam  głową.  -  Słyszałam  już  to  słowo.  Łowca  cię  tak  nazwał.  W
Kwiecie.

- Nie mnie, Alex. Ciebie. Mnie? Zaśmiałam się nieszczerze. Falin podszedł bliżej.
-  Pasuje.  Pasuje  nawet  to,  co  powiedziałaś  w  samochodzie.  Ludzie  z  krwią  fae  nie  będą

umieli operować energiami Eteru, bo fae i magia nie działają w ten sam sposób. Wiedziałem,
że  dwie  ofiary  były  feykin,  a  Julie  jest  trzecią.  Jeśli  dobrze  poszukamy,  pewnie  znajdziemy

background image

przodków fae u każdej z nich.

- Poza mną. - Czyż nie byłam wystarczająco dziwna bez tej teorii o mieszanej krwi? - Mój

ojciec nigdy nie miał nic wspólnego z fae. Jest w Pierwszej Partii Ludzi, do cholery.

- Tak samo Coleman. - Falin wyciągnął rękę i poprawił mi kosmyk włosów. - Alexis, ty

umiesz przeglądać uroki. Ja nawet ich nie widzę, dopóki nie wiem, że tam są...

Odsunęłam się, odpychając jego rękę i założyłam ramiona na piersi.
- Myślę, że potrzebujesz innej teorii.
Wbiegłam  do  sypialni.  Od  jego  pomysłów  bezpieczniejsza  jest  nawet  czarna  magia!

Podeszłam  do  książek,  zaledwie  zwracając  uwagę  na  to,  co  dzieje  się  wokół.  Jak  mógł
pomyśleć...!  Widziałam  przez  uroki,  ale  to  była  nowość.  Musiało  istnieć  jakieś  inne
wytłumaczenie. Moją uwagę przyciągnął mały kawałek rzeźbionego drewna. Rozpoznałam glif
wycięty w figurce. Widywałam go we snach. Symbol fae dla duszy.

Po co Julie trzymała figurkę z symbolem fae? Gdzie ją znalazła? Glify nie były szczególnie

częste, a ten był nawet rzadszy niż inne, jeśli uwzględnić reakcję Ashena na jego widok. Więc
skąd Julie to wytrzasnęła?

Od  zabójcy?  Inaczej  zakrawałoby  to  na  zbyt  duży  zbieg  okoliczności.  Patrzyłam  na  małą

figurkę  i  myślałam.  Wyglądała  znajomo.  Widziałam  ją  na  jakimś  zdjęciu  z  innego  miejsca
zbrodni?  Pamiętałam  tylko  statuetkę  na  środku  szklanego  blatu.  W  minimalistycznie
urządzonym pokoju...

Upuściłam drewniany przedmiot.
- Falin! - podbiegłam do niego. - Potrzebuję twojego telefonu. Natychmiast!
Zdziwił się, ale podał mi aparat. Zagapiłam się na wyświetlacz. Przypomnij sobie numer!

Szybciej! Przycisnęłam klawisze.

Sygnał.
Znów sygnał.
Przełączono mnie na pocztę głosową.
- „Dodzwoniłaś się do Casey Caine...". Zamknęłam klapkę. Moja siostra nie odpowiadała.

Co teraz? To mogło być nieważne. Mogła znaleźć gdzieś tę figurkę... Tylko statuetek z glifem
fae dotyczącym duszy nie znajduje się na kamieniu... To na pewno nic ważnego... Lub wręcz
przeciwnie.

Odkładając  aspekt  feykin  na  półkę,  można  było  przyjąć,  że  czar  jest  genetyczny.  Wtedy

mogłaby  być  potencjalną  ofiarą.  No  i  dwie  ofiary  używały  szarej  magii...  A  Casey  ostatnio
znalazła sobie mentora. Od szarej magii właśnie.

- Musimy jechać do domu mojego ojca - powiedziałam, idąc do drzwi.
- Co się dzieje? - Proszę. Ja tylko... Myślę, że następna będzie moja siostra.
Na swoje szczęście Falin nie zadawał więcej pytań. Pobiegliśmy do samochodu. Gdy auto

poszorowało  po  asfalcie,  owinęłam  pasek  torebki  wokół  ręki.  Ponownie  spróbowałam
zadzwonić.

Brak odpowiedzi.
Miałam  natłok  myśli,  przyśpieszany  jeszcze  przez  bicie  serca.  Co  będzie,  jeśli  Coleman

zabierze  następną  duszę  przed  wzejściem  Krwawego  Księżyca?  Słońce  już  zachodziło  za
wyższe budynki. Już mogło być za późno. Nie mogłam myśleć w ten sposób, nie powinnam.

Pisk  opon  zwrócił  uwagę  na  wyjeżdżającego  z  bocznej  ulicy  białego  vana.  Samochód

przyśpieszał. Jak w zwolnionym tempie zobaczyłam, że

Falin też patrzy na obcą furgonetkę i depcze po gazie. Było za późno.

background image

Falin złapał mnie za ramię. Powietrze przeszyła zimna magia. Wtedy van uderzył w drzwi

od strony kierowcy.

Mój  krzyk  zmieszał  się  ze  zgrzytem  metalu  i  świstem  otwierających  się  poduszek

powietrznych.  Świat  wypełnił  się  ruchem.  Samochód  zatańczył  wokół  własnej  osi,  w  moje
drzwi uderzyła latarnia. Posypało się szkło.

Świat się zatrzymał.
Cholera. Kaleb mnie zabije, gdy się okaże, że znów musi się zająć Pecetem. Krew.
-  Falin?  -  mój  głos  był  poszarpany.  Nie  miałam  w  płucach  powietrza.  Spróbowałam  się

poruszyć. Złapałam za pas.

- Falin? - zapytałam znowu.
Cisza.
Przekręciłam  się,  próbując  odróżnić  górę  od  dołu.  Dach  kabrioletu  był  rozerwany.

Patrzyłam na pomarańczowy odblask zachodzącego słońca. Zatrzymaliśmy się. Jak...?

Poczułam  na  ramionach  dłonie.  Dłonie  ze  zbyt  dużą  liczbą  palców.  Wyciągnęły  mnie  ze

zgniecionego samochodu i zobaczyłam twarz z ostrymi zębami. Ukłucie czaru w szyi.

I ciemność.  
 

background image

27

- Alex.
Wokół mnie wirowała ciemność.
- Alex, obudź się.
Za  ciemnością  był  ból.  Olbrzymi,  rozdzierający.  Przytuliłam  się  do  ciemności,  ale  głos

ciągnął mnie nieubłaganie. W ból.

-  Alex,  teraz  jest  najlepsza  pora  na  wstanie.  Zmusiłam  się  do  otworzenia  oczu.  Z

czerwonej mgły powoli wyłoniła się twarz Roya. - Odejdź.

-  Cśśś...  -  zasyczał  duch,  zasłaniając  mi  usta  ręką.  Obudził  mnie,  by  mnie  uciszać?

Jęknęłam i przewróciłam się na bok. Dlaczego czułam się jak ofiara wypadku?

Van. Zgnieciony samochód. Miałam wypadek. Wstałam.
- Falin?
Świat zawirował. Pole widzenia wypełniały czarne plamy, a żołądek próbował wywrócić

się na drugą stronę. Zanim upadłam, Roy złapał mnie za ramiona.

- Może nie tak szybko - powiedział. - I bądź cicho, bo są o kilka metrów stąd.
Oni? Zamrugałam i przycisnęłam dłoń do czoła.
- Co się stało?
- Cóż, zostawiliście mnie w obcym domu. Dopadłem was na chwilę przedtem, jak w wasz

samochód  uderzył  wielki  van  z  mnóstwem  złych  fae.  Wyciągnęli  cię  z  wraku,  zaklęli  i
przynieśli tutaj. Poszedłem za wami i próbowałem cię dobudzić przez całą godzinę. W końcu
domyśliłem się, ze muszę zabrać z twojej szyi ten przeklęty dysk.

Co to jest „tutaj"? Rozejrzałam się dokoła.
Pod stopami rozciągała się cienka, czerwona bariera. Otaczała mnie ze wszystkich stron.

Wyciągnęłam  dłonie  i  poczułam  magię.  Przecisnęłam  się  przez  to  uczucie.  Napotkałam  na
zaklęty w przejrzystym świetle duży opór. Okrążyli mnie.

Obserwacja świata za kręgiem nie była prosta. Myślałam, że widzę krawędź łóżka i byłam

niemal  pewna,  że  również  duży  kandelabr.  Za  nimi  była  kolejna  ochrona.  Krąg  w  kręgu?
Opadłam  na  kolana  i  pochyliłam  się  nad  barierą,  ignorując  magię,  która  przepłynęła  przez
moje ciało, gdy przykryłam oczy dłońmi i spojrzałam przez otaczającą mnie energię.

To  na  pewno  łóżko.  Byłam  w  sypialni?  Na  materacu  coś  się  poruszyło.  W  powietrzu

zadrżał głośny jęk, sprawiając, że skóra na kręgosłupie zaczęła mnie swędzieć.

- Hej! - krzyknęłam, uderzając dłońmi o barierę.
- Co to było? - zapytał kobiecy głos. Brzmiał znajomo.
- Nic - odpowiedział mężczyzna. - Mam dla ciebie niespodziankę.
Nad  krawędzią  materaca  pojawiło  się  męskie  ramię,  a  potem  zobaczyłam  pokryte  potem

plecy.  Osobnik  przekręcił  się,  patrząc  na  mnie,  a  ja  zorientowałam  się,  że  widzę
twarz gubernatora Colemana.

Odtoczyłam się, lądując na pupie. Ciało Roya nie żyło. Jego twarz to urok. Wiedziałam to,

ale  ten  mężczyzna  wyglądał  jak  Coleman.  Sięgnął  w  dół,  chwytając  w  dłonie  powietrze.
Znienacka pojawiły się w nich jedwabne sznury. O, cholera.

Łóżko. Jedwabne sznury. Kobieta. On znów zabije.
- Przestań. - Uderzałam pięściami o barierę. Skupiłam się na jedynej części ciała kobiety,

którą widziałam. Na nagiej nodze. - Uciekaj, do cholery!

- Zwariowałaś? - Roy odciągnął mnie od krawędzi okręgu. - Tam jest zabójca, a ty ledwo

background image

możesz siedzieć prosto.

- On ją zabije.
-  Ja  coś  słyszałam...  -  Kobieta  podparła  się  ramionami.  Na  jej  ramiona  opadły  blond

włosy. Casey.

-  To  nic  takiego  -  odparł  Coleman,  wspinając  się  na  nią.  Jego  dłoń  przesunęła  się  po

twarzy mojej siostry, odwracając ją ode mnie.

Coś  ścisnęło  mi  żołądek.  Wyrwałam  się  z  uścisku  Roya  i  wstając,  wpadłam  na  barierę.

Każde obrażenie z wypadku zostało zwielokrotnione, moje ciało przeszył ból. Casey nawet nie
spojrzała. Ona mnie nie słyszy!

Coleman  owinął  sznur  wokół  jej  nadgarstka  i  sprowadził  ją  z  powrotem  na  materac.

Cholera.

- Casey! Idź stamtąd.
Nie zareagowała. Coleman rozpoczął wiązanie nóg. Okay, Alex, myśl.
Rozejrzałam  się.  Byłam  w  niemal  idealnie  wytłumionym  dźwiękowo  kręgu.  Razem  z

duchem.

Na  pewno  rzucono  na  mnie  urok  niewidzialności,  bo  Casey  o  niczym  nie  miała  pojęcia.

Coleman  wiedział.  Patrzył  prosto  na  mnie.  Po  co  mnie  tu  przyprowadził?  Musiałam  uciec.
Musiałam go dosięgnąć, zanim zacznie rytuał.

- Pomóż mi przeładować ten krąg - powiedziałam do Roya i uderzyłam w swój pierścień.

Nie mogłam ciągnąć magii z zewnątrz, przez krąg zakreślony przez kogoś innego, ale nikt nie
zdjął ze mnie moich uroków.

- Nie sądzę...
- Z zabójcą jest moja siostra.
Roy  niechętnie  dołączył  do  mnie  na  krawędzi  okręgu.  Przytulił  się  do  czerwonej  mgły

oddzielającej  nas  od  reszty  pokoju  i  w  barierze  zapaliły  się  małe  iskry.  Jego  rysy  się
wyostrzyły. Duchy były czystą energią trzymaną w całości przez wolę i osobowość. Prosiłam
Roya rzecz niebezpieczną, ale musiałam dotrzeć do Casey, zanim będzie za późno.

Przelałam  całą  energię  z  pierścienia  do  bariery.  Pojawiło  się  więcej  iskier,  mgła

zachwiała  się,  ale  nie  zniknęła.  Cholera.  Zsuwając  bransoletkę,  przycisnęłam  do  zapory
srebrne uroki. Jeśli uderzę w to wystarczającą ilością magii...

Nie  runęła.  Co  jeszcze  mogę  wykorzystać?  Spojrzałam  w  dół.  Na  podłodze  leżał  mały

okrągły  dysk  -  czar,  którego  fae  użyli,  by  pozbawić  mnie  przytomności.  Popchnęłam  go
czubkiem buta, wciskając w barierę. Wciąż za mało.

Roy już się odsunął, bardziej przeźroczysty niż zazwyczaj. Mój pierścień ział pustką, uroki

na bransoletce nie działały. Co jeszcze? Sztylet.

Wciąż  czułam  magiczne  łaskotanie  przy  kostce.  Cole-man  go  nie  zabrał.  Schylanie  się

wywołało  protest  żeber,  gdy  przysiadłam,  zawirował  świat,  ale  palce  odnalazły  rękojeść.
Dźgnęłam przed siebie.

Ostrze  weszło  aż  po  rękojeść.  Barierę  rozświetliły  miko-rowyładowania,  broń  zalśniła,

rozrywając skórę na dłoni. Odskoczyłam. Sztylet drgał, powietrze wokół przecinały świetlne
błyski.

- Wracaj! - krzyknęłam do Roya. Jakby znajdował się nie wiadomo w jakiej odległości.
Przyklękłam tak blisko środka okręgu, jak tylko mogłam, i zakryłam głowę dłońmi. Magia

świsnęła w powietrzu, sprawiając, że włosy stanęły mi dęba. Okrąg implodował.

Szaleństwo  wokół  nas  przewróciło  mnie  na  ziemię.  Kobieta  krzyknęła,  Coleman  zaklął.

background image

Sztylet spadł na dywan.

Chwyciłam  go.  Rękojeść  paliła  dłoń,  ale  na  ostrzu  nie  czułam  żadnej  magii.  Urok  nie

istniał, ale to wciąż była broń.

Wstałam.  Moje  ciało  zaprotestowało.  Zignorowałam  wysyłane  przez  nie  sygnały.

Zmusiłam nogi do stania prosto.

- Alex? - Casey spróbowała usiąść, ale z jedną wolną ręką nie było to łatwe.
-  Niech  cię  cholera!  -  powiedział  Coleman.  Złapał  Casey  za  nadgarstek  i  skrępował  go.

Odwrócił się do mnie. - Bądź posłuszna.

Jego  głos  przewalił  się  przez  moją  świadomość,  a  strach  zdławił  oddech.  Nie.  Sztylet

wyślizgnął mi się z palców. Nie widziałam niewolniczego łańcucha, ale czułam wiążącą mnie
wolę. Opadłam na kolana i złapałam się za obolałe żebra w nadziei, że jeśli będę je ściskać
wystarczająco  mocno,  wystarczy  mi  sił,  by  pozostać  wewnątrz  własnego  ciała,  a  rozkazy
Colemana utrzymać na zewnątrz. Nie pomogło.

Wciągnęłam  powietrze  i  zgodziłam  się  na  ból,  pozwalając  mu  przypominać,  że  żyję  i

jestem  sobą.  Musiałam  się  skupić.  Casey  coś  krzyknęła.  Głos  miała  zabarwiony  strachem.
Powinnam skupić na sobie uwagę Colemana, aż...

Aż  co?  Gwarancje,  że  pomoc  jest  już  w  drodze,  nie  istniały.  Falin...  Nowy  ból,  nie

związany  z  ciałem,  ale  przyszywający  na  wskroś.  Nie  wiedziałam,  co  z  Falinem.  Nie
wiedziałam, czy umarł, czy żyje. Tył mojego gardła płonął. Nie będzie pomocy. Nikt nie wie,
że  Casey  jest  w  niebezpieczeństwie.  Nikt  nie  wie,  gdzie  jestem.  Jednak  jedyną  szansą  było
opóźnienie działań zabójcy. Przynajmniej do momentu, aż zabraknie mi sił.

-  Czego  chcesz?  -  wyszeptałam  drżącym  głosem,  próbując  zachować  moje  myśli  dla

siebie.

Na  dywanie  zaszeleściły  kroki.  Duża  dłoń  złapała  mnie  za  włosy  i  odchyliła  mi  głowę.

Zobaczyłam twarz Colemana z odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów.

- Czego ja chcę? - powtórzył. Zaśmiał się, ale jakoś tak twardo, a jego wargi odchyliły się

w grymasie wściekłości. -Czego ja chcę? Chcę strachu i szacunku, na który zasługuję. Na który
zasługują fae. Król Faerie jest starym głupcem, a to jego gadanie o równości i braterstwie...
Niedorzeczność. Czas, by jego rządy się skończyły! A ty, moja droga, bardzo mi się przydasz.

Potrząsnęłam głową, wywołując nową falę bólu w skórze głowy.
Coleman nadal trzymał mnie za włosy.
- Nie pomogę ci... Nawet gdybym mogła. - Już prędzej wolę umrzeć!
-  O,  tak.  Pomożesz  -  powiedział.  W  jego  źrenicach  lśniło  mroczne  światło,  usta  wygięły

się w okrutnym uśmiechu.

W oczach nie miał ani odrobiny dobra. Pochylił się jeszcze bardziej. - Możesz mi pomóc. I

zrobisz to.

Puścił włosy, rzucając mną o ziemię. Wyciągnął rękę i wydarł dziurę w przestrzeni. Przez

otwór przeszedł ubrany w szarość cień.

- Nie pozwól jej przeszkodzić - powiedział Coleman do przybyłej. - To ona... - wyszeptał

Roy.

Spojrzałam w górę. Postać podniosła przejrzystą rękę i poczułam magię strzelającą wokół

jej skóry. Przełknęłam ślinę. Dziewczyna z Cieni.

- Teddy, co się dzieje? - Casey szarpnęła się w więzach. - Podnieś mnie. Wypuść.
Coleman ją zignorował. Z torby za łóżkiem wyciągnął zakrzywiony nóż. Nie! Podniosłam

się  na  nogi.  Dziewczyna  z  Cieni  podeszła,  przycisnęła  mi  do  czoła  dwa  palce  i  moje  ciało

background image

przeszył  ból.  Mięśnie  zmieniły  się  w  galaretkę.  Padłam  na  podłogę,  uciekło  ze  mnie
powietrze.

Oddychanie było bolesne i wymagało więcej siły, niż miałam.
Coleman spojrzał w górę.
- Już czas. Otwórz bramę.
Dziewczyna z Cieni skinęła głową. Uniosła dłonie i moje ciało obmyła magia. Owinęła się

wokół  mnie.  Jej  złośliwe  pasma  przepłynęły  dokoła  mojego  gardła,  grożąc  uduszeniem.  Nie
wyobrażałam sobie, że ktoś może przekazywać tak wiele magii, ale ona była studnią bez dna.
Pełzająca po suficie ciemność rozdarła się nagle jak stara zasłona i pojawiło się nocne niebo.
Księżyc,  w  pełni  i  bliższy  niż  kiedykolwiek,  wisiał  dokładnie  nad  pokojem.  Jego  fragment
przesłonił cień zaćmienia, ukazując czerwoną koronę. Krwawy Księżyc.

Ale na tym widowisko się nie skończyło. Patrzyłam na gwiazdy, których nigdy wcześniej

nie widziałam. Na niebo, którego mogłabym dotknąć. Niebo Faerie.

Coleman powrócił na krawędź łóżka. Uniósł wygięty nóż i zaśpiewał, a Casey krzyknęła.

Zacisnęłam  oczy  i  podniosłam  się  na  czworaki.  Dziewczyna  z  Cieni  znów  się  przysunęła.
Przekoziołkowałam,  próbując  uciec  spod  jej  rąk.  Nie  zadziałało.  Złapała  mnie  i  ponownie
przeszył mnie ból.

Dyszałam na dywanie, po ręce spływał mi ciepły płyn. Zamrugałam.
Woda? Nie, łzy.
Dziewczyna  z  Cieni  płakała  cichymi  łzami.  „Dziewczy-na-duch  z  krwi  jest  cennym

skarbem w łańcuchach, a jeśli jest głupcem, pozna mój ból". Ten wiersz nie był groźbą! Był
ostrzeżeniem i wyjaśnieniem jednocześnie. Ona była niewolnicą.

Casey wrzasnęła. Po jej żebrach popłynęła krew. Musiałam coś zrobić. I to natychmiast! -

Pomóż mi - szepnęłam.

Dziewczyna z Cieni opuściła zakapturzoną głowę. Uniosła dłoń. Wokół jej palców iskrzyła

magia.  Wiadomość  była  jasna  -  nie  mogła.  Cokolwiek  jej  zostało  z  tego,  kim  była  kiedyś,
zostało pogrzebane. Musiała być posłuszna Colemanowi. Co oznaczało - niewolnica czy nie -
że jak długo pozostawała pomiędzy mną a nim, była moim wrogiem.

Otworzyłam zmysły. Mroczna magia w powietrzu ruszyła na mnie, próbując wślizgnąć się

do  mojego  umysłu.  Zignorowałam  ją.  Niech  się  dzieje.  Mogłam  tylko  walczyć.  Tu,  w  tym
kręgu. Umrzeć lub zwyciężyć.

Nie miałam w sobie magii, byłam odcięta od jej źródeł, ale sięgnęłam ku niej zmysłami.

Musiało  być  coś,  czego  mogłam  użyć.  Coś  zamkniętego  w  kręgu  razem  ze  mną.  Otworzyłam
osłony.  W  powietrzu  była  grobowa  esencja.  I  ciała.  Ukryte  przed  wzrokiem  przez  urok,  ale
wyczuwalne.  Pozwoliłam,  by  wsiąkła  we  mnie  moc.  Napełniła  mnie  zimnem.  Zaczęłam
widzieć  inaczej.  Świat  uległ  rozkładowi,  magia  stała  się  fizyczna;  wirowała  w  powietrzu.
Urok  zniknął.  Wokół  pojawiły  się  niewidzialne  dotąd  ciała.  Rodgera  znałam,  ale  dwa  inne
widywałam  tylko  przelotnie.  Strażnicy  ojca.  Nie  miałam  czasu  na  skupianie  się  na  umarłych
Spojrzałam  na  Colemana  i  zobaczyłam  odarte  z  uroku  ciało  Grahama.  Skradzioną  skórę
pokrywały linie glifów. Obrócił się, a jego twarz przeciął uśmiech.

-  Tak,  Alex  Craft...  -  powiedział,  a  jego  szalone  oczy  zalśniły.  -  Tak,  zbieraj  moc.  Łącz

wymiary. Zaistnieję we wszystkich. Będę nimi rządzić.

 

background image

28

Cholera.
Spróbowałam odciąć napływ grobowej esencji, ale zimno wciąż nadchodziło. Nie!
-  Przekrocz  wymiary,  Alex.  Zmieszaj  rzeczywistości.  Rozkazy  Colemana  niszczyły  mój

umysł, wibrowały w moim ciele. Przeze mnie wiał zimny wiatr, grób powstawał do życia. Nie
mogłam  zatrzymać  tego  procesu,  nie  mogłam  go  kontrolować.  Moc  wgryzła  się  we  mnie  i
krzyknęłam, zaciskając powieki. - Alex?

Roy.  Dosięgnęłam  go  mocą.  Nie  żył,  był  duchem.  Ale  go  znałam,  a  poza  tym  miałam  za

dużo grobowej esencji. O wiele za dużo.

Cofnął się, jakby wyczuwał nadciągającą energię, ale i tak go w niej utuliłam. Wlałam w

niego zimno, sprawiając, że stał się zbiornikiem mocy, której nie umiałam zatrzymać. Głowa
Dziewczyny  z  Cieni  podskoczyła  znienacka.  Jej  uwaga,  do  tej  pory  skupiona  wyłącznie  na
mnie, przeniosła się częściowo na widzialnego ducha. Roy spojrzał po sobie. Podniósł rękę -
która nie była już przeźroczysta - i uśmiechnął się szeroko. Zawinął się w stronę Dziewczyny z
Cieni i stali się

kłębowiskiem kończyn.
Nie miałam czasu,  by się przyglądać.  Do przelania mocy  potrzebowałam czegoś jeszcze;

wyostrzyłam zmysły w poszukiwaniu. Z trzech ciał na podłodze powstały cienie.

Moc wciąż mnie paliła.
- Nie ruszaj się, Coleman! - ktoś krzyknął od drzwi.
Falin?  Odwróciłam  się.  W  grobowym  wzroku  jego  srebrna  dusza  błyszczała  pod  skórą.

Kulał  trochę,  ale  wyciągnął  broń.  Żyje!  Poczułam  ogromną  ulgę,  jakaś  przestrzeń  we  mnie,
poprzednio  zgnieciona,  nagle  się  wyprostowała,  a  ja  stałam  się  lżejsza.  Przestrzeń  tę  jednak
szybko zapełniała energia, która nie miała ujścia.

Powietrze przeszył nagły hałas; przysiadłam, zakrywając dłońmi uszy. Niemagiczny pocisk

przeszedł przez okrąg. Coleman podskoczył.

Na jego piersi zakwitł szkarłatny, krwawy kwiat. Coleman upadł. Uderzył w podłogę. Do

krawędzi okręgu podszedł Falin. Dziewczyna z Cieni uciekła od Roya i podbiegła do kręgu,
jakby  oczekiwała,  że  się  zawali.  Niestety,  tak  się  nie  stało.  Zatrzymała  się  i  odwróciła;
wszyscy patrzyliśmy na róg łóżka.

Czy to już koniec? Tak po prostu?
Po  dywanie  przetoczył  się  śmiech  Colemana,  a  on  sam  odepchnął  się  od  podłogi.  Jego

rany nie krwawiły.

Jak... Jego serce nie biło. On nie żył.
Tyle, że to go nie powstrzymało.
Spojrzał na Falina.
-  O!  Kochanek  i  zabójca  Zimowej  Królowej?  Zawsze  była  mi  przeciwna.  -  Jego  rysy

wykrzywił mroczny grymas. - Jak już zostanę królem, sprowadzę twoją panią do parteru.

Kochanek  Zimowej  Królowej?  Zerknęłam  na  Falina,  ale  nie  odpowiedział  spojrzeniem.

Jego twarz była pozbawiona wyrazu, ale nie zaprzeczył.

Zamknęłam  oczy.  Zimno  wdarło  się  do  mojego  wnętrza,  jakbym  była  wypełnioną  lodem

otwartą  raną.  Objęłam  to  uczucie,  pragnąc,  by  zimno  mnie  utuliło.  Nie  udało  się,  wciąż
narastało, a ja generowałam więcej mocy, niż mogłam utrzymać.

Musiałam coś z nią zrobić.

background image

Falin opuścił broń. Trzy kolejne strzały. Coleman zachwiał się wprawdzie, ale wciąż się

śmiał.

- Zniszcz to ciało, zabójco. W ciągu kilku minut będę miał nowe. Z czystej energii, z mocy.

- Coleman odwrócił się do mnie. - Alex, zmieszaj ten świat z Eterem.

Krwawiłam  mocą.  Krzyknęłam,  a  dźwięk  zmienił  się  w  ostre  drzazgi  energii.

Zmaterializowały się wiry magii. Pojawiła się błękitna nić, potem zielona, potem purpurowa.
O, cholera! Eter. Coleman wyciągnął rękę po jedno z pasm magii i wciągnął je do ciała.

- Wspaniale. - Zbliżały się do niego czarne wiry, wsiąkając pod jego skórę.
Upił się mocą.
Ale nie skończył. Casey wciąż wiła się pod nim. Jej dusza, jasnobłękitne światło, miała na

sobie  kilka  szybko  rozszerzających  się  ciemnych  plamek.  Musiałam  coś  zrobić.  Księżyc  nad
nami stawał się coraz bardziej czerwony. Kończył się czas.

Magia  wciąż  wylewała  się  ze  mnie,  szukając  rezerwuaru.  Ciało  Colemana  jest  martwe!

Olśniło mnie. Sięgnęłam do niego, sterując energią. W grobowym wzroku już się rozkładało,
ale moc tylko prześlizgnęła się po czarach na jego skórze. Cholera!

- Alex, myślę, że powinnaś teraz coś z tym zrobić -szepnął Roy.
- Nie mów. Naprawdę? - wstałam.
Dziewczyna z Cieni odwróciła się do mnie i podbiegła, podnosząc dłonie. Magia tańczyła

wokół jej palców.

Wewnątrz  kręgu  Colemana  Eter  był  częścią  rzeczywistości.  Wyciągnęłam  moc,  zbierając

błękitne wiry z powietrza. Nigdy nie trzymałam jednocześnie grobowej magii i energii Eteru.
Energia  paliła,  ciepło  walczyło  z  zimnem  grobu  o  dominację.  Czułam  się  tak,  jakby  gorąca
para  zastąpiła  krew.  Moja  skóra  błyszczała.  Dziewczyna  z  Cieni  zawahała  się  przez  chwilę.
Nie zwracając uwagi na styl, posługując się dużą ilością wkurzonej woli, wypuściłam moc.

Wystrzeliła  z  mojego  ciała  i  spadła  na  Dziewczynę.  Złapała  ją  za  tors,  unosząc  ją  w

powietrze. Szara postać poleciała w tył, a ja aż się skurczyłam pod wpływem siły strumienia.
Dziewczyna wylądowała jakiś metr od łóżka. Spadł jej kaptur, a spod niego wychynęły rude
loki i zapadnięte zielone oczy. Rianna. Nie. To nie może być prawda.

Patrzyła  na  mnie  moja  była  współlokatorka.  Jej  policzki  były  mokre  od  łez,  ale  uniosła

dłoń.  Wokół  jej  palców  zebrała  się  moc.  Roy  wyskoczył  naprzód.  Jakikolwiek  czar
przygotowywała Rianna, prysnął, prześlizgując się obok ducha. Napięłam mięśnie widząc, że
Roy  uderza  ją  pięścią  w  szczękę.  Nie  jest  już  moją  najlepszą  przyjaciółką,  przypomniałam
sobie.

Jest Dziewczyną z Cieni Colemana.
Spojrzałam  gdzie  indziej.  Na  ostatnie  uderzenie  zużyłam  mnóstwo  mocy,  ale  grobowa

esencja  wciąż  się  we  mnie  wlewała.  Muszę  to  przerwać!  Jedyny  sposób  to  pokonać
Colemana.

Falin uderzył w barierę telefonem.
- Alex, jak mogę dostać się do środka?
- Nie możesz. - Jeśli okrąg zawiedzie, skutki będą nieprzewidywalne.
Czy rzeczywistość zaczęłyby się mieszać w całym mieście? Na całym świecie?
Esencja  wciąż  sączyła  się  w  moje  ciało.  Musiała  znaleźć  ujście.  Wyciągnęłam  rękę,

szukając  zbiornika,  czegoś  do  przelania  mocy.  Nie  mogłam  dotknąć  Colemana,  a  już
przywołałam cienie ciał. Czułam jedynie walczącą z czarem duszę Casey, ale odciągnęłam od
niej energię. Potrzebowałam innego źródła.

background image

Moja moc obmyła coś, czego nie mogłam zobaczyć. Została tam przez chwilę, ale kazałam

jej  wrócić  do  siebie.  Tymczasem  powietrze  w  pokoju  rozdarł  nowy  krzyk,  potem  następny  i
następny.  Z  przedmiotu  leżącego  u  stóp  Colemana  uciekło  sześć  widmowych  kobiet.  Dusze.
Albo raczej sześć wkurzonych i szalonych duchów.

Wypełnione moją mocą stały się realne. Ich wrzaski przerażenia i nienawiści wybuchły w

Eterze czerwienią. Zwróciły się w jedną stronę jak jedno ciało. Rzuciły się na Colemana jak
pół tuzina wściekłych kotów, rozrywając go widmowymi paznokciami.

- Zatrzymaj je! - wrzasnął Coleman.
Odczułam jego głos jako rozkaz, ale tylko się uśmiechnęłam.
- Nie mogę. One są teraz częścią naszej rzeczywistości. Z pewnością nie lubiły Colemana.

Niszczyły  jego  ciało,  wściekłe  i  milczące.  Ich  krzyki  drgały  i  trzeszczały  w  naładowanym
magią powietrzu.

-Alex!
Odwróciłam się. Na zewnątrz bariery stał Śmierć, a towarzyszyli mu mężczyzna w szarym

ubraniu i wielbicielka techno. Obejrzał sobie panujący dokoła chaos, błysnął oczami, ale nie
wszedł do okręgu. Nie mógł przekroczyć zapory.

- Alex, kończy ci się czas. - Wskazał na łóżko.
Casey  leżała  nieprzytomna  na  zniszczonych  prześcieradłach.  Nie  była  martwa,  ale  bliska

śmierci.  Jej  dusza  tliła  się  słabym  światełkiem.  Nie.  Spojrzałam  w  górę.  Nad  nami  wisiał
spuchnięty i czerwony Księżyc. Krwawy Księżyc.

Coleman  także  na  niego  patrzył.  Wyszła  z  niego  magia,  którą  zbierał  i  związała  sześć

duchów łańcuchami ciemności.

- Już czas. Nie.
Rozejrzałam  się.  Falin  i  Śmierć  stali  na  zewnątrz  okręgu.  Roy  walczył  z  Rianną.  Duchy

zostały związane. Pozostałam już tylko ja. Co jeszcze mogę zrobić?

W  grobowym  wzroku  Coleman  był  rozkładającym  się  ciałem.  Falin  zabił  Grahama.

Czarownik  nie  miał  czasu  zebrać  wszystkich  czarów,  które  rzucił  na  ciało  Roya,  w
najnowszym  ciele,  ale  nic  mi  po  tym.  Nie  mogłam  dosięgnąć  go  tak,  jak  Ashena.  Nie  z  tymi
czarami na skórze. A gdyby jej nie miał? Jeśli to, co widziałam, było prawdą, jeśli naprawdę
był  tylko  trupem...  „Musisz  Widzieć  pod  Krwawym  Księżycem.  Musisz  wiedzieć,  że  to,  co
Widzisz, jest prawdą". Słowa gargulca. Fred, mam nadzieję, że to była przepowiednia.

Podbiegłam. Coleman chce, żebym zmieszała rzeczywistości. Zatem - do dzieła!.
Złapałam go za nadgarstek i popchnęłam mocą. Zimno wyszło ze mnie, przeszło w niego.

Pod palcami zaczęła odpadać martwa skóra.

- Nie! - Druga ręka Colemana nadlatywała w moją stronę z zaciśniętym w pięści nożem. W

brzuchu wybuchł ból.

Zaczęłam  widzieć  na  czerwono  i  nagle  zabrakło  mi  powietrza.  Ale  uderzenie  Colemana

przyszło za późno. Rozkład rozszerzył się na jego ramię. Skóra niszczała, kości zmieniały się
w pył.

-  Witaj  w  krainie  umarłych  -  szepnęłam,  próbując  wziąć  oddech.  Spojrzałam  w  dół,  na

rękojeść  ceremonialnego  noża  wyłaniającą  się  spod  moich  żeber,  ale  to  tylko  spotęgowało
ból.  Zatoczyłam  się  w  tył  i  padłam  na  łóżko.  Nie  wyciągaj  go.  Nie  wyciągaj,  będzie  tylko
gorzejl Ale ja go w sobie nie chciałam.

Nie  miałam  czasu.  Zniszczenie  ciała  Grahama  nie  dobije  Colemana.  Zastępcza  powłoka

wprawdzie  znikła,  ale  została  czarna  plama  prawdziwego  Colemana.  Niestrzeżona  dusza.

background image

Sięgnęłam do niej umysłem. Zamiast wlewać w nią energię, zaczęłam ją wyciągać.

Coleman  wrzasnął.  Jego  esencja  była  jak  maź  z  dna  najgorszego  bagna,  ale  nie

przestawałam. Casey już niemal nie miała duszy. Musiałam go powstrzymać i musiałam zrobić
to właśnie teraz.

Pociągnęłam mocniej i jego dusza zmalała, niknąc powoli w tej rzeczywistości. W każdej

rzeczywistości. Zmienił się w cień, a jego krzyk w echo. I nie pozostało już nic.

Zniknęło  zimno,  które  kazał  mi  ciągnąć.  Wypuściłam  z  ciała  jego  nadmiar.  Nie  puściłam

jednak wszystkiego. Chciałam widzieć.

Przynajmniej jeszcze przez chwilę.
Okrąg  Colemana  był  strzaskany,  jego  czary  znikały.  Sześć  dusz  znów  krzyknęło,

uwolnionych,  pozbawionych  celu  dla  swojej  wściekłości.  Rianna  oderwała  się  od  Roya.
Słyszałam,  że  mówi  coś  o  pozostawaniu  pod  kontrolą  Colemana,  ale  nie  mogłam  jej
zrozumieć.  Zwinęłam  się  w  kłębek  wokół  sztyletu  w  brzuchu,  próbując  pamiętać  o
oddychaniu. Casey wciąż była nieprzytomna, ale jej dusza mocno błyszczała.

-Alex! - zawołały jednocześnie dwa męskie głosy.
Śmierć dobiegł do mnie pierwszy. Ukląkł przy łóżku z twarzą obok mojej.
-Alex... - Powstrzymałam go - szepnęłam.
Ciemne  oczy  były  zmartwione,  jego  dłoń  przesuwała  się  po  mojej  twarzy.  Wydawał  się

ciepły, co oznaczało, że we mnie było za dużo zimna.

- Tak, powstrzymałaś go - powiedział, dotykając mojego policzka.
Tuż za Śmiercią pojawił się Mężczyzna w szarym ubraniu.
- Już czas. Śmierć wstał.
- Nie. Nie, zostaw ją. Mężczyzna poklepał czaszkę na lasce.
-  Zajmiemy  się  najpierw  innymi.  Ale  musimy  ją  zabrać.  -  Odwrócił  się,  kręcąc  laską,  i

odszedł  w  kierunku  zagubionych  dusz.  Za  nim  poszła  kobieta.  Zaczęli  zbierać  dusze
wrzeszczących duchów.

Śmierć znów przyklęknął, a do łóżka dotarł Falin. Miał bardzo zmartwioną twarz. Obszedł

Śmierć, bojąc się Zbieracza, który teraz tkwił u wezgłowia łóżka.

-  Alexis.  -  Przesunął  nade  mną  dłonie,  jakby  się  bał,  że  uszkodzi  mnie  swym  dotykiem.

Usiadł w pobliżu moich ramion. - Karetka jest w drodze - szepnął.

- Nie zdążą. - Świat powoli spowijała mgła. Spojrzałam na Śmierć. - Zdążą?
Śmierć  potrząsnął  głową  i  zamknął  oczy.  Wziął  mnie  za  rękę  i  przycisnął  usta  do  mojej

skóry.

- Na końcu nie ma bólu - obiecał.
Dobrze  wiedzieć.  Zamrugałam  i  w  ciemności  straciłam  poczucie  czasu.  Gdy  otworzyłam

oczy, dłonie Falina nadal spoczywały na mojej twarzy.

- Nie zasypiaj. Zostań ze mną.
Próbowałam się uśmiechnąć, ale tylko skrzywiłam się w grymasie, którego nie mogłam już

kontrolować. Oddychanie stało się za trudne.

- Nie mogę dłużej czekać - powiedział Mężczyzna w szarości, pojawiając się za Śmiercią.
-Nie.
Ręka Falina przesunęła się ku broni. Wyciągnął ją, celując w niego i w Śmierć.
- Odejdźcie od niej.
- Nie możesz ich zastrzelić - szepnęłam.
Wyglądał  jednak,  jakby  bardzo  tego  pragnął.  Jakby  tego  potrzebował.  Ale  nie  było  już  z

background image

kim walczyć. Jego ramię opadło. Palcami popieścił moje włosy.

Zamknęłam oczy. Byłam taka zmęczona! Taka zmęczona. .. I tak bardzo mnie bolało.
- Już czas - powiedział ponownie Mężczyzna w szarym ubraniu, kładąc dłoń na ramieniu

Śmierci.

- Nie. Nie zrobię tego. Ja ją kocham.
Aż otworzyłam oczy. Śmierć mnie kocha?
Palce mężczyzny rozluźniły uścisk na ramieniu Śmierci.
- Więc odsuń się, przyjacielu.
- Nie - usłyszałam kobiecy głos. - Odsuńcie się od niej. Dwaj
Zbieracze  odwrócili  się,  a  Falin  wstał.  Wyciągnął  broń  i  trwał  tak  pomiędzy  Rianną  a

łóżkiem. Z pistoletem wycelowanym w jej pierś. Rianna spojrzała na pistolet.

- Proszę... Ja mogę jej pomóc. - Spojrzała na Zbieraczy. - Dajcie mi szansę.
- Pracowałaś z Colemanem - powiedział Falin bez zmrużenia powiek.
Przesunął palec na spust.
- Nie miałam wyboru.
- Rianna... - Jej imię wydostało się z mojego gardła jak westchnienie.
- Alex. - Obeszła Falina i jego pistolet i stanęła obok Śmierci. - Próbowałam cię ostrzec,

coś powiedzieć. Tak mi przykro. Coleman zabronił mi ujawniać komukolwiek jego plany, a już
zwłaszcza  tobie.  Wymyślanie  tego  zaszyfrowanego  wiersza  to  była  tortura.  I  nie  pytaj,  jak
przekonałam tę cierniową fae, by ci go dostarczyła.

-  Śpiesz  się  -  powiedziała  wielbicielka  techno,  odwracając  się  plecami  do  miejsca,  z

którego zabrała ostatnią duszę.

Rianna spojrzała w górę.
- Będę potrzebować kogoś do wyciągnięcia noża i kogoś do przytrzymania jej za ramiona.
- Ja ją przytrzymam - powiedział Śmierć, obchodząc łóżko. Podniósł Casey, odsuwając ją

dalej. Wszedł na materac od strony moich ramion. Falin popatrzył na Riannę.

- Ona potrzebuje uzdrawiacza.
-  Cóż,  zamiast  niego  ma  mnie.  Wyjmij  nóż.  Bądź  gotów,  gdy  tylko  powiem.  -  Rianna

skierowała go na drugą stronę łóżka.

Złapał  mnie  za  rękę,  ściskając  ją,  a  potem  jego  palce  przesunęły  się  na  rękojeść  noża.

Rianna spojrzała w dół.

- Przepraszam, Al, to będzie bolało. - Eter i rzeczywistość wciąż były zmieszane. Rianna

zebrała błękitne pasma magii. Położyła dłonie na moich żebrach. - Teraz.

Falin  wyciągnął  nóż.  Wrzasnęłam.  Bolało  tak,  jakby  przesuwała  się  przeze  mnie

rozżarzona  włócznia.  Wygięłam  plecy  i  zwinęłam  się  z  bólu.  Śmierć  mnie  przytrzymał;
przycisnął do łóżka, ale i tak się wiłam. Nóż jednak wyszedł. Skurczyłam się, mokra od potu.

Zimna  magia  Rianny  wlewała  się  we  mnie,  tłumiąc  ból  do  zwykłego  ćmienia.  Wokół

naszej czwórki krążyły błękitne wiry eterycznej energii. Wsiąkały w moje ciało jednocześnie z
magią Rianny. Zawsze była dobra w rzucaniu czarów. Nie wiedziałam, że jest uzdrawiaczem.
Gdy przestała, pozostało we mnie tylko wspomnienie bólu.

Falin  podniósł  koszulkę  i  przesunął  dłonią  po  moim  brzuchu.  Uśmiechnął  się,  a  uśmiech

stopił napięcie w jego lodowatych oczach. Pochylił się nade mną. Z jego ust nawet na moment
nie  schodził  ten  wspaniały  uśmiech.  -  Będziesz  zdrowa  -  wyszeptał,  gdy  się  odsunął.
Spojrzałam  uważnie.  Jeden  mały  uśmiech,  a  zmienił  całą  jego  twarz.  Zabójca  na  usługach
Zimowej  Królowej?  Jej  kochanek?  Zwróciłam  wzrok  ku  Śmierci.  Patrzył  na  Falina,  wciąż

background image

trzymając ręce na moich ramionach. Jakbym była jego własnością.

Jakim cudem to wszystko tak się skomplikowało?
Ale wygraliśmy. Nad moją głową, nad czerwonym cieniem, pojawiały się pierwsze ślady

srebra. Colemana już nie było, John przeżyje, a ja zatrzymam swoją duszę. Żyła Casey. Rianna
była wolna. Wygraliśmy.

Uśmiechnęłam  się  lekko.  W  oddali  usłyszałam  syreny.  Rianna  spojrzała  w  górę,

zaalarmowana dźwiękiem.

- Muszę już iść. - Cofnęła się.
- Iść? Gdzie? - zapytałam. Dopiero co ją odnalazłam i już musiała iść?
Chciała usiąść, ale nie miała siły.
Blade usta Rianny wykrzywił smutek.
-  Do  Faerie.  Jestem  inna.  I  tak  upłynęło  dla  mnie  tutaj  zbyt  wiele  lat...  Jeśli  księżyc

zajdzie, a ja tu zostanę, zmienię się w pył. - Zebrała magię i otworzyła sobie portal. -Odwiedź
mnie w Wiecznym Kwiecie, Al. Mamy sporo do nadrobienia. - Przeszła przez otwór i już jej
nie było. Syreny przestały wyć. Na dole otworzyły się drzwi.

- Alex? - Śmierć i Falin zareagowali równocześnie. Zamknęłam oczy.
Byłam taka zmęczona. - Myślę, że sobie zemdleję.
 

background image

29

Noc spędziłam w areszcie.
Prawdopodobnie  powinnam  iść  do  szpitala,  ale  czar  Rianny  wyleczył  większość  moich

obrażeń.  Zostałam  znaleziona  w  towarzystwie  zawieszonego  agenta  FBF,  nieprzytomnej  i
zakrwawionej siostry oraz trzech ciał. Prawdopodobnie powinnam cieszyć się, że nie trafiłam
do miejsca gorszego niż areszt.

Siedziałam w małej izolatce, czekając na to, co ze mną zrobią. Spałam przez cały czas. Za

każdym razem, gdy się budziłam, Śmierć siedział naprzeciwko, wpatrując się we mnie oczami
pełnymi napięcia. Gdy zauważył, że odzyskałam przytomność, zniknął bez słowa.

Słodkie,  ale  nieco  dziwne.  Powiedział,  że  mnie  kocha.  Ta  myśl  sprawiła,  że  się

uśmiechnęłam. I zapragnęłam uciec.

Leżałam na łóżku i gapiłam się w sufit - albo przynajmniej w coś, co powinno nim być. Od

wypuszczenia  grobowej  magii  byłam  ślepa.  Chyba  opuściłam  też  rzeczywistość.  Nie
zauważyłam  tego,  bo  chwilowo  odbierałam  świat  innymi  zmysłami.  Aktualnie  wokół  mnie
wirował  Eter,  podświetlając  celę  pasmami  energii.  Gdy  mrugnęłam,  kolor  zniknął  i
pomieszczenie zszarzało. Ściany zaczęły się kruszyć. Kraina umarłych. Mrugnęłam i cela znów
zabłysła  zapamiętaną  energią.  Ściany  odbijały  frustrację  i  strach  tych,  którzy  byli  tu  przede
mną. Nawet nie znałam nazwy tego wymiaru. Westchnęłam.

To było rozstrajające, ale w sumie sama nabroiłam. Przekazałam za dużo energii. Takie są

skutki uboczne. Mogłam tylko mieć nadzieję, że wszystko wróci do normy. - Alex?

Roy? Usiadłam i spojrzałam na ducha.
- Gdzie zniknąłeś? Nie widziałam cię od chwili, gdy Rianna oderwała się od ciebie.
Wzruszył ramionami i poprawił okulary jednym palcem.
- Zbieracze Dusz zabierali duchy. Musiałem się ulotnić. - Uśmiechnął się. - Ale wiesz co?

Moje ciało znów wygląda jak ja. Byłem w kostnicy. Ono tam jest! Znaczy wyglądam tak, jak
powinienem.

- Gratulacje. Czyli niedługo będziesz się przeprowadzać? Pójdziesz tam, gdzie idą duchy?
Skulił ramiona.
- Zobaczymy... Wciąż mam ten wywiad, pamiętasz? I myślałem, żeby tu na trochę zostać.

Mam teraz z kim porozmawiać... Bycie duchem nie jest już takie złe.

„Mam z kim porozmawiać...". To znaczy ze mną. Cudnie. Naprawdę zyskałam duchowego

pomocnika. Jeśli tylko wyjdę z więzienia.

Jakby  wezwany  przez  moje  myśli,  zadzwonił  elektryczny  dzwonek.  Roy  zniknął,  gdy  do

celi wszedł policjant.

- Alex Craft, jesteś wolna - powiedział.
Wstałam  z  małego  łóżka  i  przeszłam  za  oficerem  do  korytarza.  Poprowadził  mnie  do

drzwi, gdzie kolejny policjant wręczył mi papierową torbę z moimi rzeczami.

- To wszystko? Mogę już iść?
Policjant wydął wargi. Po całej akcji nie spodziewałam się tak szybko zobaczyć słoneczne

światło. Ale drzwi przede mną zabrzęczały i wyszłam.

Za drzwiami czekał mężczyzna. Poprawił niezręcznie kosztowny garnitur.
- Alex Craft? Policjant przytaknął. - Jest wolna.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Proszę za mną.

background image

Spojrzałam  na  policjanta,  który  mnie  eskortował.  Pod  czyją  opiekę  mnie  oddawali  i  pod

jakimi  warunkami?  Jego  twarz  nie  zdradzała  niczego.  Cóż,  nie  mogę  tu  zostać  na  zawsze.
Ruszyłam  za  nerwusem.  Wyprowadził  mnie  z  budynku,  podszedł  do  limuzyny  i  otworzył  mi
drzwi. Okay. To nie było normalne.

Pochyliłam się i zajrzałam do środka. Na fotelu siedział mój ojciec. Z raportem w jednej

dłoni, a kieliszkiem czerwonego wina w drugiej. Spojrzał na mnie i odłożył papiery.

- Wejdź, Alexis.
Omal tego nie zrobiłam. Omal nie odwróciłam się na pięcie i nie wróciłam do aresztu. Ale

ciekawość zwyciężyła; weszłam do środka. Tak będzie lepiej. W końcu miałam do niego kilka
pytań.

Wizja przełączyła mi się na Eter. Mój ojciec był srebrną duszą światła otoczoną pasmami

koloru, ale żadne z nich go nie dosięgało. Pasma niemal go unikały. Fae?

Zamrugałam. To on? W mojej krwi?
- Siostra o ciebie pytała - powiedział, splatając palce i opierając przedramiona o kolana.
Potrząsnęłam  głową,  zbyt  zszokowana,  by  zrozumieć  znaczenie  słów.  Musiałam

kilkukrotnie zamrugać i obserwować, jak świat zmienia mi się przed oczami, zanim pojęłam, o
co mu chodzi.

- Co powiedziała Casey?
- Tylko tyle, że ją ocaliłaś. Nie chce mówić o tym, co się stało. Nie zapytasz, jak się czuje?

-  Gdy  tego  nie  zrobiłam,  kontynuował.  -  Jest  rozkojarzona.  Będzie  potrzebowała
psychoterapii, ale to silna dziewczyna. Zostaną jej blizny, ale dostanie uroki do ich zakrycia.
Jest okay.

Była pocięta i potrzebowała psychoterapii, ale nie było problemu. „Jest okay". Mój ojciec

zdecydowanie używał innej definicji tego słowa niż reszta świata.

Odchylił  się  i  popatrzył  na  mnie.  Czekałam.  Ponieważ  na  ogół  ze  mną  nie  rozmawiał,

myślałam, że ma jakiś powód, ale go nie zdradził. Powierciłam się w fotelu, nagle świadoma,
że  przeżyłam  wypadek  samochodowy,  magiczną  bitwę  i  noc  w  areszcie,  a  on  wygląda  jak  z
okładki.

Przedłużające się milczenie zaczęło mnie denerwować.
- Zamierzałeś nam powiedzieć, że jesteś fae? Dworskim fae, jeśli mnie wzrok nie myli.
Ojciec nie miał nawet tyle przyzwoitości, by wyglądać na zaskoczonego. Siedział tylko i

mnie obserwował.

Pod urokiem jego krótko obcięte włosy były dłuższe i jaśniejsze. Miał ostrzejsze rysy. Nie

tylko ludzkie, ale i piękne. I młodo wyglądał, na niewiele starszego ode mnie. Znajomo.

Zmarszczyłam  brwi,  próbując  dopasować  tę  twarz.  I  nagle  mnie  olśniło.  Portret

Greggory'ego  Delane'a  w  ratuszu.  Pierwszym  gubernatorem  Nekros  był  mój  ojciec?  Ponad
pięćdziesiąt  lat  temu.  Moja  i  tak  obolała  głowa  zaczęła  pulsować,  więc  potrząsnęłam  nią,
jakby ten ruch mógł mi pomóc ułożyć myśli. Nie pomógł. A ojciec wciąż siedział cicho.

Spojrzałam na niego.
- Nie sądziłeś, że bycie feykin jest na tyle ważne, żeby przekazać tę informację dzieciom?
- Feykin. - Jego usta owinęły się wokół tego słowa, jakby mu nie smakowało. Potrząsnął

głową.  -  Są  ludzie  z  krwią  fae,  Alexis.  Są  też  fae  z  krwią  ludzką.  Różnica  jest  w  duszy.  -
Nachylił się ku mnie. - Krwawy

Księżyc wołał dusze Faerie. Obudził wielu, którzy jeszcze spali, a to tylko przyśpieszyło

nadejście nieuniknionego.

background image

A ja myślałam, że to już koniec zaszyfrowanych wiadomości!
- A to co miało znaczyć?
-  Ta  gra  trwa  już  naprawdę  długo,  Alexis.  -  Uśmiechnął  się,  jakby  moje  zmieszanie  go

bawiło.  Sięgnął  do  kieszeni  na  piersi  i  wyciągnął  mały  kawałek  papieru.  Podał  mi  go.  -
Chciałbym  cię  zatrudnić  -  wstecznie,  naturalnie  -  do  rozpracowania  zabójstwa  mojego  szefa
sztabu i zapobieżenia planom megalomaniaka.

Wyjęłam  papier  z  jego  palców  i  rozprostowałam.  Czek.  Czek  z  dużą  liczbą  zer.  Czy  się

zgodzę? Trudno było odmówić, zwłaszcza, że od zeszłego tygodnia i kilku dni pracowałam za
darmo. Ale nie ufałam jego motywacji.

- Czego chcesz w zamian? - To pieniądze za usługę. Nic więcej.
Spojrzałam na niego. Był fae. Nie mógł kłamać. Schowałam czek.
- Okay.
Nie  powiedział  nic  więcej,  więc  wyszłam  z  limuzyny.  Gdy  odwróciłam  się,  by  zamknąć

drzwi, usłyszałam jeszcze jego głos.

-  Alex,  czy  możesz  zamknąć  portal  w  moim  domu?  Czy  powinienem  zamknąć  drzwi  i

wyrzucić klucz?

Wzdrygnęłam się. Nie mogłam naprawić rzeczywistości, więc okrągła przestrzeń pośrodku

posiadłości  Caine'ow  była  teraz  miejscem,  gdzie  krzyżowały  się  wymiary  Eteru  i  naszej
rzeczywistości. Pewnie nie było to bezpieczne, ale nie miałam pojęcia, jak to zmienić.

Spojrzałam ojcu w oczy.
- Zadzwoń do dobrego ślusarza.
Stałam,  gapiąc  się  na  odjeżdżającą  limuzynę.  I  nie  wiedziałam,  co  robić.  Ciekawe,  czy

policjanci  pozwolą  mi  zadzwonić  po  kogoś  z  samochodem?  Odwróciłam  się,  by  wejść  z
powrotem na schody.

-Al!
Obróciłam się na pięcie. Z samochodu, z przedniego fotela dla pasażera wyskoczył Kaleb.

Otoczył mnie wielkimi ramionami, ściskając żebra.

- Tak się o ciebie martwiliśmy, dziewczyno. My?
Tuż za nim wyskoczyły Holly i Tamara i nagle znalazłam się w środku grupowego uścisku.

Byli ciepli, zbyt ciepli, ale w tym momencie o to nie dbałam.

- Dzięki, że przyszliście po mnie, ludzie - powiedziałam, mrugając, by odpędzić łzy.
- Nie tylko my tu jesteśmy - powiedziała Holly. - Mamy dla ciebie niespodziankę.
Otworzyła tylne drzwi samochodu.
- John!
Poruszał się powoli i sztywno, ale jego wąsy skrzywiły się w uśmiechu.
- Obudziłeś się... - powiedziałam, podchodząc.
-  Zeszłej  nocy.  Może  to  ta  pełnia?  -  Mrugnął  do  mnie.  Tak,  pełnia.  Chciałam  ukryć

skrzywienie warg za kaszlem, który był tylko w połowie wymuszony.

John ścisnął mnie za ramiona.
-  Powiedziałbym,  że  dobrze  wyglądasz,  ale  chyba  sporo  przeszłaś.  Jak  się  trzymasz?

Zmusiłam się do uśmiechu. - Jest okay.

-  Myśleliśmy,  że  zabierzemy  cię  na  lunch,  ale...  -Tamara  przerwała,  patrząc  na  mój  strój

wprost z horroru.

Tak. Wszyscy chcemy iść tylko do domu.
- Alex - szepnęła Holly, trącając mnie ramieniem. Wskazała głową na szczyt schodów.

background image

Falin właśnie wyszedł. Jego dłoń wciąż spoczywała na klamce, ale zatrzymał się z oczami

wbitymi  w  moich  przyjaciół.  Rozejrzałam  się.  Jego  nikt  nie  witał.  Nikt  nie  zabierał  go  do
domu.

-  Zaraz  wrócę  -  powiedziałam  i  podeszłam  do  schodów.  Spotkał  się  ze  mną  w  połowie

drogi. Otulił uściskiem, czułym i współczującym, ale gdy poczuł, że napinam mięśnie, odsunął
się.

Popatrzył mi w twarz i - cokolwiek w niej zobaczył - nie uszczęśliwił go ten widok.
- Chyba nie mamy już powodu, by pracować razem? Potrząsnęłam głową.
- Nie, nie mamy.
Coleman powiedział, że Falin był kochankiem Zimowej Królowej. Myśl o tym sprawiała,

że bolało mnie serce, jakby tkwił w nim kolejny nóż. Nie podobało mi się to uczucie. Lepiej
byłoby się teraz pożegnać. Nie widzieć go już. Ale ten pomysł też mi się nie podobał.

Nie  muszę  teraz  o  tym  decydować.  Nie  powiedział  mi  prawdy,  ale  ja  też  miałam  swoje

sekrety. Musiałam przestać z nim sypiać - w każdym znaczeniu tego słowa. To wszystko psuło.

I  jeszcze,  jakby  wszystko  nie  było  już  wystarczająco  skomplikowane,  w  różnych

wymiarach rzeczywistości zobaczyłam, że mój ojciec jest fae. Jedyny pewniak w moim życiu,
Śmierć, był koszmarnie niestały. I powiedział, że mnie kocha. Wciąż nie wiedziałam, co z tym
zrobić  ani  co  do  niego  czuję.  Zatrzymanie  Falina  było  prostą  receptą  na  katastrofę,  podczas
gdy tak naprawdę potrzebowałam odrobiny normalności.

A mimo to nie chciałam się z nim żegnać.
- Podrzucić cię? - zapytałam, wskazując samochód Holly.
- Potrzebuję lunchu. A ty? Byłam głodna, ale... - Ja prysznica.
- Możesz wziąć prysznic, gdy będę gotował... - Jasny uśmiech stopił lód w jego oczach.
I już miałam kłopoty.
-  Będziesz  gotował  dla  sześciu  osób.  -  Objęłam  go  i  poprowadziłam  ze  schodów  w

kierunku moich przyjaciół. - A tak przy okazji... Zabierz z mojej łazienki swoją szczoteczkę.

background image

 

 
 
 
 

***KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ***

 
 
 
 

background image

Table of Contents

Podziękowania
Zagrożenie
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29


Document Outline