background image
background image

 

background image

Tytuł oryginału:

I STUNDENS HETTA

Redakcja

Krystyna Podhajska

Projekt okładki

Paweł Skupień

Zdjęcia na okładce:

© Klubovy/istock, © Dash_med/istock

Zdjęcie autorki:

© Anna-Lena Ahlström

Korekta:

Małgorzata Denys, Maciej Korbasiński

 

Copyright © Viveca Sten 2012

First published by Forum, Sweden.

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

 

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-8015-121-5

  

  

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl 

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: 

sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej ukochanej córce

 Camilli

 

background image

 

 Port szczelnie wypełniały białe łodzie. Na pokładzie większości 
z nich   tłoczyli   się   imprezowicze.   Gromady   pijanych 

nastolatków przetaczały się przez pomosty. Wieczór był ciepły, 
mimo to dziewczyna, która chwiejnym krokiem przeciskała się 

przez tłum, drżała z zimna.
  Całkowicie obcy ludzie otaczali ją ze wszystkich stron. Śmiali 

się i rozmawiali podekscytowanymi głosami. Dźwięki wdzierały 
się   w nią,   więc   zasłoniła   uszy   dłońmi,  by   się   odciąć   od   tego 

hałasu.
  Zrozpaczona   zmrużyła   oczy,   rozglądała   się,   szukając 

znajomej twarzy.
  Grupka   nastolatków   siedziała   na   piasku   i grillowała 

kiełbaski, mimo że rozstawione tabliczki informowały o zakazie 
palenia   ognisk.   Dalej   stało   kilku   policjantów   w żółtych 

kamizelkach. Kolejnych kilku przyjechało czerwonym quadem 
i zatrzymało się przy Restauracji Żeglarskiej.

  Dziewczyna na pomoście ich nie dostrzegała. Jej jasne włosy 
były   rozczochrane,   oczy   nienaturalnie   rozszerzone.   Lekko 

utykała, bo nie miała buta na jednej nodze.
  Ktoś popchnął ją niechcący i wpadła na kosz na śmieci.

  Błądziła wzrokiem wokoło. Oparła się o hydrant i z jej gardła 
wyrwał się szloch. Nikt nie zwracał na nią uwagi, gwar wokół 

narastał   i cichł,   dudniąca   muzyka   zagłuszała   jej   ciche 
pojękiwania.

  – Muszę znaleźć łódź – wymamrotała płaczliwie.
  Popchnęła   ją   kolejna   osoba.   Tym   razem   dziewczyna 

przewróciła się na pomost. Dość szybko usiadła, ale była tak 
wyczerpana,   że   nie   mogła   wstać.   Na   brudnych   policzkach 

widniały ślady łez. Mruczała coś, czego nie rozumiał nikt prócz 
niej samej.

  Zadrżała i objęła się ramionami, jakby chciała się ogrzać.
  – Co ci jest?

  Zatrzymała się przed nią para w średnim wieku.

background image

  – Jak   się   czujesz?   – spytała   kobieta,   przyjaźnie   kładąc   jej 
dłoń na ramieniu.

  Dziewczyna zerwała się i bez słowa uciekła na długi pomost 
pontonowy, jak najdalej od tych ludzi.

  – Muszę znaleźć Victora – wymruczała sama do siebie.
  Muzyka stała się teraz głośniejsza.

  Z ogromnych czarnych głośników na dużej łodzi motorowej 
dobiegały   rytmy   techno.   Dźwięki   ją   ogłuszały,   wibracje 

rozchodziły   się   po   betonie   pod   jej   stopami.   Na   tylnym 
pokładzie łodzi zobaczyła niski mahoniowy stół i stojące na nim 

kufle i puste butelki. Na szerokiej białej sofie siedział opalony 
chłopak   z nagim   torsem,   palił   papierosa.   Omiótł   wzrokiem 

ciało dziewczyny.
  – Czujesz   się   samotna?   – Wyszczerzył   zęby   i znacząco 

wysunął język. – Mogę ci pomóc.
  Znów się wzdrygnęła, cofnęła kilka kroków i rzuciła biegiem 

z powrotem na ląd.
  Przed   nią   widniał   las   białych   masztów.   Bezradnie 

wypatrywała między nimi znajomej sylwetki.
  – Victorze   – wyszeptała,   a do   oczu   znów   napłynęły   jej   łzy. 

– Gdzie jesteś?
  Potem nogi ugięły się pod nią i osunęła się na piasek.

 

background image

Poniedziałek, 16 czerwca 2008

1

  – Chyba   miło   będzie   odwiedzić   Larssonów   w noc 
świętojańską?

  Madeleine Ekengreen odwróciła się w stronę swojego syna, 
Victora, ale on zignorował jej pytanie.

  Dochodziła   siódma   wieczorem.   Warkot   silnika   za   oknem 
zdradzał, że jaguar ojca właśnie wjechał na podjazd. Madeleine 

przejrzała   się   w srebrzystych   drzwiach   lodówki   i poprawiła 
fryzurę.

  Wydaje ci się, że kogoś oszukasz? – pomyślał Victor. Botoks, 
rozjaśnione włosy… Żebyś nie wiem jak się starała, nikt już nie 

uwierzy, że masz trzydzieści pięć lat.
  – Victor?

  – Nie chcę z wami jechać.
  – Przecież zawsze tam jeździmy – odparła Madeleine i w jej 

oczach   pojawiło   się   jakieś   napięcie,   jakby   nie   do   końca 
rozumiała, dokąd zmierza ta rozmowa.

  Postawiła na stole miskę z sałatą i spojrzała na syna.
  – A co chciałbyś robić?

  Victor wpatrywał się w talerz.
  – Chcę   się   wybrać   do   Sandhamn   z Tobbem   i paroma 

kumplami.   Christoffer   pożyczył   od   ojca   motorówkę,   będzie 
zajebiście spokojnie.

  – Nie   mów   tak   – upomniała   go   automatycznie   Madeleine. 
– To nieładnie.

  Było oczywiste, że nie zachwycała jej myśl, że miałby spędzać 
noc świętojańską bez nich.

  – Tata Tobbego wybiera się z wami? – spytała po chwili.
  Victor pokręcił głową.

  – Nieee. Chyba do Falsterbo.

background image

  – A Felicia?
  Tym razem pokiwał głową.

  – Oczywiście, że się z nami wybiera.
  – Co na to jej rodzice?

  Popatrzyła   na   niego   trochę   zaniepokojona,   ale   Victor 
wiedział, że Madeleine lubi jego dziewczynę.

  – Są cool.
  Właściwie Felicia mówiła, że pojedzie z Ebbą na wieś. A Ebba 

twierdziła, że wybiera się tam z Felicią.
  Po Madeleine było widać, że nie jest do końca przekonana. 

Bez słowa podeszła do wyspy kuchennej i przyniosła półmisek 
z grillowanym   kurczakiem.   Wtedy   rozległ   się   trzask   drzwi 

prowadzących z garażu do domu.
  Oto nadchodzi wielki Johan Ekengreen, pomyślał Victor.

  – Jesteś   pewien,   że   rodzice   Felicii   się   na   to   zgadzają? 
– spytała Madeleine, stawiając kurczaka na stole.

  – Przestań wreszcie marudzić!
  Victor sięgnął po karton z mlekiem i napełnił szklankę.

  Madeleine milczała. Victor wiedział, że poczuła się urażona, 
ale nie zamierzał jej przepraszać. Przecież i tak nigdy nie miała 

dla niego czasu. Dlaczego musiała zacząć zrzędzić akurat teraz, 
gdy choć raz miał własne plany?

  Kiedy   jesienią   wyjechałaś   ze   starym   do   Paryża,   mogłem 
robić, co chciałem, pomyślał.

  – Mam szesnaście lat, poradzę sobie – stwierdził. – Poza tym 
jedziemy tam zajebiście dużą paczką.

  Wiedział,  że   pewnie   znów  zareaguje   na   słowo   „zajebiście”, 
i spojrzał na nią wyzywająco.

  Madeleine się poddała.
  – Nie złość się – poprosiła. – Nie rozumiem, dlaczego stałeś 

się taki przewrażliwiony. Ciągle się złościsz, cokolwiek powiem.
  – Przestań wreszcie marudzić – powtórzył Victor.

  Drzwi   się   otworzyły   i do   kuchni   wszedł   Johan   Ekengreen. 
Pogwizdywał wesoło i wydawał się nie dostrzegać, że przy stole 

panuje napięta atmosfera.
  Ojciec Victora miał niedługo skończyć sześćdziesiąt trzy lata. 

Był opalony, kilka razy w tygodniu chodził na siłownię. Jego 

background image

włosy zaczęły się przerzedzać i Victor wiedział, że potajemnie je 
farbuje, by ukryć siwiznę.

  – Cześć wam.
  Z szerokim   uśmiechem   postawił   aktówkę   na   podłodze 

i poluzował   krawat.   Potem   zdjął   marynarkę   i powiesił   ją   na 
oparciu krzesła.

  – Victor   nie   chce   jechać   z nami   w noc   świętojańską 
– oświadczyła   bez   wstępu   Madeleine,   patrząc   znacząco   na 

męża,   jakby   chciała   mu   dać   do   zrozumienia,   że   musi 
przeprowadzić z synem poważną rozmowę.

  – A to dlaczego? – Johan Ekengreen zwrócił się do Victora.
  Zanim Victor zdołał odpowiedzieć, Madeleine dodała:

  – Zamiast jechać do Larssonów, wybiera się z kolegami do 
Sandhamn.

  Johan się roześmiał, jakby nie słyszał pretensji w jej głosie.
  – Chłopak   dorasta.   Chce   imprezować   w Sandhamn   tak   jak 

wszyscy. W jego wieku też bym tak wolał.
  Johan sięgnął po otwartą butelkę z winem stojącą na środku 

stołu i napełnił swój kieliszek. Automatycznie powąchał wino, 
zanim go skosztował.

  – Całkiem   niezłe   – stwierdził   i zaczął   czytać   informacje   na 
etykietce.

  – Johan, posłuchaj mnie – poprosiła Madeleine.
  Zirytowana, zamaszystymi ruchami wycierała blat.

  – Czyli   mogę   jechać,   tato?   – spytał   Victor,   nim   Johan 
zareagował.

  Cholera,   miałby   przerąbane,   gdyby   matka   pokrzyżowała 
plany wyjazdu do Sandhamn. Zebrał całkiem sporo pieniędzy, 

bo   ojciec   dał   mu   kopertę   z paroma   tysiakami   w nagrodę   za 
oceny na koniec roku, które mimo wszystko wypadły naprawdę 

przyzwoicie.   Dałoby   się   za   to   załatwić   naprawdę   zajebiste 
rzeczy na noc świętojańską.

  – Jest   na   to   za   młody.   – Matka   broniła   swojego   zdania. 
– Dopiero co skończył szesnaście lat. Jeszcze za wcześnie na 

samodzielne wyjazdy.
  – Zakładam,   że   Felicia   też   się   z wami   wybiera?   – spytał 

Johan.

background image

  – Tak.
  Victor pokiwał głową, nie podnosząc wzroku. No dalej, stary, 

pomyślał, no dalej.
  – O, proszę – Johan Ekengreen zwrócił się do żony. – Pozwól 

chłopakowi jechać. Człowiek tylko raz w życiu jest młody.
  Upił   kolejny   łyk   wina,   które   lśniło   krwistą   czerwienią 

w cienkiej czarce kieliszka.
  – Chodzi przecież tylko o kilka dni na szkierach.

 

background image

 

Sobota

2

  Gdy Wilma Sköld zeszła na parter willi Brandów, Nora Linde 
mimowolnie   wstrzymała   oddech   i z trudem   zachowała 

milczenie.
  Czternastolatka   pomalowała   powieki   ciemną   kredką 

i nałożyła na rzęsy grubą warstwę tuszu. Króciutka dżinsowa 
spódniczka   przypominała   raczej   szorty,   przez   cieniutki   biały 

top prześwitywał biustonosz.
  Wilma chodziła dopiero do ósmej klasy. Taki makijaż był dla 

niej   zbyt   ostry,   a strój   – zbyt   wyzywający.   Nora   napomniała 
jednak   samą   siebie,   że   zwracanie   Wilmie   uwagi   należy   do 

Jonasa.   Byli   razem   dopiero   od   ośmiu   miesięcy   i nie   mogła 
przecież wychowywać Wilmy jak własnego dziecka.

  Podczas posiłku dziewczyna siedziała jak na szpilkach, jakby 
każda   minuta   spędzona   z dala   od   przyjaciół   była   dla   niej 

męczarnią.   Zaraz   potem   znikła   w łazience,   żeby   się 
przygotować do wyjścia.

  Wilma   minęła   kuchnię   i przeszła   do   jadalni,   gdzie   Jonas 
ciągle siedział z Adamem i Simonem. Adam skończył jeść, ale 

Simon wciąż pałaszował młode ziemniaki. Uwielbiał pierwsze 
delikatne   bulwy,   które   pojawiały   się   w czerwcu,   i wziął   już 

trzecią dokładkę.
  – Tato   – oświadczyła   Wilma.   – Spadam.   Jestem   cholernie 

spóźniona.
  Nora ruszyła za nią, ale zatrzymała się w otwartych drzwiach 

i oparła o framugę. Było widać, że Jonas również wzdrygnął się 
na widok córki. Czasem sprawiał wrażenie, że nie przyjmuje do 

wiadomości   faktu   dorastania   córki.   Tak   przynajmniej 
wydawało się Norze.

  – Może wzięłabyś kurtkę? – zaproponowała ostrożnie Nora. 

background image

– Pod wieczór na pewno zrobi się chłodno. Wiesz, jak to bywa 
na szkierach.

  Wilma   nie   zwróciła   na   nią   uwagi.   Zrobiła   kilka   kroków 
w stronę Jonasa.

  – Mogę dostać trochę pieniędzy?
  – Przecież dostałaś kieszonkowe na ten miesiąc.

  – Noooo…  – Wilma przeciągnęła  to  słowo.  – Ale skończyła 
mi się kasa.

  Jonas uniósł brwi, lecz sięgnął do tylnej kieszeni po portfel. 
Otworzył go z wahaniem. Zupełnie jakby się zastanawiał, czy to 

mądre, żeby dawać dodatkowe pieniądze nastoletniej córce.
  – Tato, proszę. Jak mam się bawić bez kasy?

  Wilma zawisła nad oparciem krzesła. Nagle jej głos zabrzmiał 
dziecinnie i błagalnie. Przez chwilę Nora wyobraziła sobie, jak 

musiała   wyglądać   jako   mała   dziewczynka,   szczerbata 
i z kucykami.

  Trudno   się   dziwić,   że   Jonas   skapitulował.   Wyjął   trzy 
stukoronowe banknoty, położył je na stole i podsunął córce.

  – Jeśli coś ci zostanie, chcę, żebyś mi to oddała – oświadczył.
  Ton jego głosu i zadowolona mina Wilmy świadczyły o tym, 

że nic takiego się nie zdarzy.
  Adam   podniósł   wzrok   znad   talerza   i posłał   Wilmie   długie 

spojrzenie.
  Był od niej młodszy zaledwie o rok, ale nie interesowało go 

wychodzenie   wieczorami.   Wolał   siedzieć   w domu   i grać   na 
komputerze z kolegami albo sam. Nora wiedziała, że niedługo 

i on zacznie wychodzić i imprezować, na razie cieszyła się tym, 
że   to   jeszcze   nie   teraz.   Jej   rozwód   z Henrikiem   zbiegł   się 

w czasie z dojrzewaniem Adama. Ani jedno, ani drugie nie było 
proste.

  – Może   mnie   chociaż   przytulisz,   zanim   sobie   pójdziesz? 
– poprosił Jonas, wsuwając portfel z powrotem do kieszeni.

  Wilma szybko podeszła i przytuliła się do ojca. Potem cofnęła 
się o kilka kroków i spytała podejrzanie nonszalanckim tonem:

  – Wystarczy, jeśli będę w domu o drugiej?
  Jonas zmarszczył czoło.

  – Umawialiśmy   się   przecież,   że   masz   wrócić   o dwunastej. 

background image

Wiesz, że twoja mama i ja jesteśmy co do tego zgodni.
  – Ale czy… jest przecież noc świętojańska. Wszyscy zostaną 

o wiele dłużej. Tylko ja jedna muszę wrócić wcześniej? To nie 
fair.

  Nie ustępuj, pomyślała Nora, równocześnie ciesząc się, że nie 
musi   toczyć   tej   walki.   Miała   aż   nadto   własnych   utarczek 

z synami.
  Czekała, co Jonas odpowie córce, i nie wtrącała się. Nawet 

Simon milczał, skupiony na ziemniaczkach.
  – Tato, proszę…

  Wilma  przekrzywiła   głowę   i – o ile   to  możliwe   – wyglądała 
jeszcze bardziej dziecinnie.

  Jonas odsunął talerz.
  – Umówmy   się   na   pierwszą.   Tylko   ten   jeden   jedyny   raz. 

Przez resztę lata nie chcę słyszeć o tym, że chciałabyś wrócić 
później.

  Na   twarzy   Wilmy   malowały   się   sprzeczne   uczucia.   Czy 
powinna dalej naciskać, ryzykując, że ojciec się rozzłości, czy 

też zadowolić się połowicznym zwycięstwem?
  Powrót   o pierwszej   był   lepszy   niż   nic.   Podeszła   do   ojca 

tanecznym krokiem i powiedziała:
  – Obiecuję. Dziękuję, tato. Jesteś najlepszy.

  Przytuliła się do niego jeszcze raz. Tym razem szczerze. Jonas 
spróbował   pogłaskać   ją   po   włosach,   ale   zgrabnie   mu   się 

wywinęła.
  W przelocie nawet Norę obdarzyła uśmiechem.

  – No to cześć! Widzimy się jutro.
  – Uważaj na siebie. Wzięłaś komórkę?

  – Tak,   tak,   wzięłam   – mruknęła   zniecierpliwiona,   bo 
myślami była już gdzie indziej.

  – Pamiętaj, żeby była włączona – rzucił Jonas. – Musisz mi 
obiecać, że odbierzesz, kiedy zadzwonię.

  Wilma stała w drzwiach. Nie odwróciła się.
  – Okej, okej. Obiecuję. Przestań marudzić.

  Wilma owinęła sobie Jonasa wokół palca. Nora westchnęła. 
Wydawało się jej, że z nią dziewczyna nie poradziłaby sobie tak 

łatwo.   Chyba   dobrze,   że   wciąż   mieszkali   osobno   – ona 

background image

z Adamem   i Simonem   w nowym   mieszkaniu   w Saltsjöbaden, 
Jonas z Wilmą w trzypokojowym apartamencie w mieście.

  Tu   w Sandhamn   Jonas   wynajmował   stary   dom   Nory, 
z którego   wyprowadziła   się   w zeszłym   roku.   Teraz   razem 

z chłopcami   mieszkała   w willi   Brandów,   pięknym   domu 
z przełomu stuleci, który odziedziczyła po swojej sąsiadce, cioci 

Signe. Dzięki temu, że zdecydowała się na wynajem, poznała 
Jonasa.

  W ten weekend wyjątkowo mieszkali razem w willi Brandów, 
bo   z powodu   awarii   u Jonasa   nie   było   prądu.   Miły   elektryk 

z wyspy obiecał, że zajmie się tym następnego dnia.
  Drzwi wejściowe trzasnęły. Wilma wyszła.

 

3

  Wilma nawet nie zauważyła, że nie zamknęła za sobą furtki. 
Uśmiechnęła się, zadowolona.

  Jej komórka zapiszczała.
  Będziesz zaraz? Jestem już w porcie/Malena

  Szybko wstukała odpowiedź.
  Spoko idę/W

  Zupełnie   nie   miała   ochoty   spędzać   nocy   świętojańskiej   na 
Sandhamn z ojcem i Norą. Kiedy się jednak dowiedziała, że jej 

przyjaciółki   z miasta   zamierzają   tu   przyjechać,   zaczęła 
z niecierpliwością wyczekiwać chwili wyjazdu mimo Nory i tych 

jej   dzieciaków.   Simon   potrafił   być  nawet   słodki,   lubił,   kiedy 
Wilma oglądała z nim kreskówki. Ale Adam był beznadziejny. 

Ślęczał   tylko   przy   komputerze   i grał   w te   swoje   nudne   gry 
– sam albo ze swoimi równie beznadziejnymi kumplami.

  Tata i Nora byli jeszcze gorsi. Ciągle się obmacywali, kiedy 
wydawało   im   się,   że   nikt   nie   widzi.   Wstrętne.   Obrzydliwe. 

Dlaczego musiał ją poznać?
  Telefon znów zapiszczał.

  Masz coś?
  Wilma   z zadowoleniem   poklepała   swoją   torbę.   U Nory 

w piwnicy   stało   kilka   kartonów   z winem.   Wilma   odkryła   je 

background image

przypadkiem i wzięła dwie butelki z kartonu w samym kącie.
  Przez cały tydzień zastanawiała się, co włożyć, i raz po raz 

przymierzała wszystkie ubrania. W końcu zdecydowała się na 
krótką   spódniczkę   z białego   dżinsu   i prosty   top   na 

ramiączkach. Chciała wyglądać elegancko, ale bez przesady.
  W H&M-ie zobaczyła nowy tusz do rzęs, na który właściwie 

nie było jej stać. Kiedy nikt nie patrzył, wsunęła go do kieszeni. 
Wiedziała, że źle zrobiła, ale skoro niczego nie zauważyli, sami 

byli sobie winni.
  Wilma zaczęła się zadawać z nową paczką podczas semestru 

wiosennego. W jej klasie wszyscy byli tacy dziecinni, non stop 
się   wygłupiali.   Chłopacy   byli   pryszczaci,   głupawi   i śmieszni 

– w jednej chwili mówili niskim głosem, w następnej falsetem.
  Jej   nowi   przyjaciele   byli   o wiele   bardziej   interesujący. 

Zwłaszcza   Mattias,   brat   przyrodni   jej   przyjaciółki   Maleny, 
która chodziła do równoległej klasy. Między rodzeństwem było 

dwa   i pół   roku   różnicy.   Mattias   chodził   do   gimnazjum 
w centrum miasta.

  Brat   Maleny   był   wysoki,   miał   ciemną   karnację   i włosy   do 
ramion.   Zazwyczaj   wsuwał   je   za   uszy,   tak   by   końcówki   się 

zawijały. Wilma marzyła, żeby ich dotknąć. Mattias ubierał się 
elegancko w postarzane dżinsy i zamszowe mokasyny, na szyi 

nosił   srebrny   łańcuszek.   Był   o wiele   przystojniejszy   niż 
chłopaki   z jej   klasy   w tych   swoich   brzydkich   bluzach 

z kapturami   i tenisówkach.   Przypominali   jej   przebrane   stado 
małp.

  Wilma   niemal   natychmiast   zakochała   się   w Mattiasie.   Na 
razie wyglądało na to, że on nic nie zauważył. Prawie z nią nie 

rozmawiał, choć za każdym razem, gdy się pojawiał, usiłowała 
zwrócić na siebie jego uwagę.

  Po   każdym   takim   spotkaniu   Wilma   potrafiła   siedzieć 
godzinami   i rozpamiętywać   każde   jego   słowo.   Analizowała 

zdanie   po   zdaniu   i sposób,   w jaki   je   wypowiadał,   jak   na   nią 
patrzył, gdy coś mówił.

  Wiedziała, że nie jej jednej podoba się Mattias. Ciągle kręciły 
się   wokół   niego   inne   dziewczyny,   jego   komórka   nieustannie 

piszczała.   Od   czasu   do   czasu   wybuchał   głośnym   śmiechem 

background image

i pokazywał   innym   chłopakom   jakiś   SMS.   Czasem   rzucał   też 
przy tym jakiś ironiczny komentarz.

  Wilma   oblizała   usta,   by   sprawdzić,   czy   wciąż   jest   na   nich 
błyszczyk.   Nazywał   się   Spring   Blossom   i był 

różowopomarańczowy. Błyszczyk również zwędziła w H&M-ie. 
Uważała,   że   dzięki   niemu   wygląda   na   starszą   i bardziej 

doświadczoną.
  Dziś wieczorem Mattias zwróci na nią uwagę. Wilma czuła to 

w całym ciele. Dziś wieczorem zrozumie, że nie jest już taka 
mała,   że   nie   jest   jakąś   smarkulą,   z którą   włóczy   się   jego 

młodsza siostra.
  Butelki   wina   w torbie   to   jej   przepustka   do   innego   życia. 

Mattias zrozumie, że Wilma nadaje na tych samych falach i że 
potrafi być częścią paczki.

  Była gotowa zrobić wszystko, byle tylko z nim być.
  – Napijemy   się   kawy   przy   pomoście?   – spytała   Nora, 

spoglądając na Jonasa.
  Choć dochodziła ósma wieczorem, słońce wciąż stało wysoko. 

Od   dawna   w noc   świętojańską   nie   było   tak   pięknej   pogody 
i ciepło zdawało się cudowne po długiej, ciemnej zimie.

  Jonas przyciągnął ją do siebie. Całował jej włosy i mruczał:
  – Zostaliśmy sami w domu.

  Nora wtuliła się w niego, delektując się jego bliskością.
  – Chłopcy   są   u kolegów,   Wilma   wróci   o pierwszej 

– wyszeptał jej do ucha Jonas.
  Kącik   jego   ust   uniósł   się   w uśmiechu.   Nora   od   razu 

zareagowała na to zaproszenie. Poczuła ciepło poniżej pępka 
i łaskotanie   w całym   ciele.   Pocałowała   Jonasa,   ale   prawie 

natychmiast znieruchomiała.
  – A co, jeśli Adam i Simon wrócą? Sytuacja będzie wyjątkowo 

głupia.
  Wywinęła   się   z objęć   Jonasa,   udając,   że   nie   widzi 

rozczarowania w jego oczach.
  – Później będziemy mieli dużo czasu – dodała.

  Pochyliła się, by wyjąć tacę z dolnej szafki. Postawiła na niej 
dwa kubki, cukier i dzbanuszek z mlekiem.

  – Chcesz   coś   jeszcze?   – spytała.   – Może   trochę   koniaku 

background image

z okazji nocy świętojańskiej?
  Nie wydawał się urażony. Wciąż się uśmiechał w taki sposób, 

że niemal była gotowa mu ulec. Przez chwilę przyglądała mu 
się, gdy tak stał oparty o kuchenny blat, w dżinsach, zielonym 

T-shircie   i żeglarskich   butach   na   gołych   stopach.   Myśl 
o chłopcach ją powstrzymała.

  – Wystarczy mi kawa – zapewnił Jonas. – Jeśli ty masz na 
coś ochotę, nie krępuj się.

  Nora się zastanowiła. Ma ochotę na koniak czy może na coś 
innego?

  Jednak koniak. Do kolacji wypili butelkę czerwonego wina, 
do   kawy   przydałoby   się   coś   mocniejszego.   Wyjęła   butelkę 

armaniaku i nalała odrobinę do kieliszka. Potem wzięła tacę, 
przeszła   przez   przeszkloną   werandę   i ruszyła   po   długich 

schodach prowadzących nad wodę.
  Działka   wciąż   była   skąpana   w słońcu,   z sąsiedniego   domu 

dobiegały   wesołe   śmiechy.   Przy   pomoście   sąsiadów 
zacumowano   kilka   żaglówek.   W ogrodzie   stał   długi   stół, 

w powietrzu   wciąż   unosił   się   zapach   grillowanych   potraw. 
Kawałek   dalej   śpiewano   jakąś   piosenkę   biesiadną,   która 

zakończyła się donośnym „na zdrowie!”.
  Uśmiechnęła   się,   słysząc   brzęk   kieliszków.   To   była   taka 

typowa   noc   świętojańska   w Sandhamn:   wszyscy   siedzieli   na 
powietrzu przy dobrym jedzeniu i piciu.

  Postawiła   tacę   na   białym   drewnianym   stoliku.   Gdy   Jonas 
odkręcał   termos,   wzięła   z niej   kubki   i tabliczkę   ciemnej 

czekolady, którą połamała na kawałki.
  Nad ich głowami zaświergotały ptaki. Gdy spojrzała w górę, 

zobaczyła stado jaskółek. Latały wysoko, co było oznaką wyżu. 
Ciepło   powinno   się   utrzymać   co   najmniej   przez   kilka 

następnych dni.
  Nora   z zadowoleniem   opadła   na   krzesło   i sięgnęła   po 

filiżankę z kawą. To niemal zbyt piękne, żeby było prawdziwe, 
pomyślała.

background image

4

  Elin   leżała   na   plecach,   zaciskała   maleńkie   usteczka   na 
smoczku,   który   poruszał   się   w rytm   jej   oddechu.   Drobne 

paluszki,   które   wcześniej   ze   złością   zaciskała   w piąstki, 
spoczywały   teraz   na   cienkiej   kołderce.   W kącie   dziecięcego 

łóżeczka   leżał   pluszowy   miś,   nad   poduszką   wisiał   pręt 
z kolorowymi motylkami.

  Inspektor policji kryminalnej Thomas Andreasson stał przy 
białym łóżeczku w domku letniskowym na Harö i przyglądał się 

swojej córeczce. Przez zasłony, które powiesili ze względu na 
nią, sączyła się wąska smuga światła. To wystarczało, by mógł 

rozróżniać jej drobne rysy. Brwi miała tak jasne, że zdawały się 
prawie niewidoczne, włoski lekko kręcone.

  Dotknął   ostrożnie   delikatnej   rączki.   Paznokcie   były   małe 
i różowe,   nie   do   pojęcia,   jak   małe   w porównaniu   z jego 

własnymi.   Brzuszek   dziecka   unosił   się   regularnie   i Thomas 
poczuł rozluźnienie.

  Jego córeczka spała i miała się dobrze.
  Gdy jej starsza siostra Emily zmarła w wieku trzech miesięcy, 

ból po stracie był tak ogromny, że niemal się poddał. Utrata 
dziecka sprawiła, że jego małżeństwo  z Pernillą się rozpadło. 

Odsunęła   ich   od   siebie   rozpacz,   z którą   nie   potrafili   sobie 
poradzić, i dopiero w zeszłym roku ponownie się odnaleźli.

  To Pernilla odezwała się do niego pierwsza i chciała się z nim 
spotkać.   Thomas   się  wahał;   bał  się   rozdrapywać   zabliźnione 

rany.   Ale   gdy   znów   ją   zobaczył,   przypomniały   mu   się   tylko 
piękne   chwile:   letni   wieczór   w Sztokholmie,   gdy   się   w sobie 

zakochali,   uśmiech   Pernilli   podczas   ich   ślubu   w kościele 
w Djurö,   szczęście,   gdy   urodziła   się   Emily.   Było   tak,   jakby 

nigdy się nie rozstali.
  Dostali nową szansę. Pernilla ponad rok temu pomogła mu 

dojść   do   siebie   po   tym,   jak   niemal   stracił   życie   na   lodzie 
w pobliżu   Sandhamn.   Popadł   wówczas   w odrętwienie.   Życie 

wydawało mu się jałowe, nie miał nawet pewności, czy zostanie 
w policji.   Atmosfera   w wydziale   śledczym   przytłaczała   go, 

wszędzie piętrzyły się papiery, brakowało pieniędzy nawet na 

background image

rutynowe działania.
  Potem pojawiły się wyrzuty sumienia i zwątpienie we własne 

możliwości.
  Gdyby jednak przestał być policjantem, kim by wtedy był?

  Wielka   zmiana   nadeszła   wraz   z pojawieniem   się   Elin. 
Świadomość,   że   znów   będzie   ojcem,   osłabiła   duszący   uścisk 

depresji. W marcu, gdy się urodziła, przebudził się z długiego 
letargu, jakby ktoś starł cienką warstewkę kurzu z okna i szyba 

znów stała się przejrzysta.
  Niedługo   Elin   będzie   w takim   wieku,   w jakim   była   Emily 

tamtej nocy, gdy zmarła we śnie.
  Do   końca  życia   będzie   w sobie   nosił  obraz   martwego  ciała 

córeczki z tamtego ranka. Ani on, ani Pernilla nie mogli temu 
zapobiec.

  – Thomas, gdzie się podziewasz? – dobiegał z werandy głos 
Pernilli. – Kawa stygnie.

  Thomas zauważył, że mimowolnie mocniej zacisnął dłoń na 
ramie łóżeczka. Siłą woli rozluźnił palce i ostrożnie pogłaskał 

Elin po mięciutkim policzku. Zakwiliła cicho. Smoczek wysunął 
jej   się   z buzi,   więc   szybko   wsunął   go   z powrotem   między 

malutkie wargi.
  Spojrzał jeszcze raz i poszedł do Pernilli.

5

   Adrian Karlsson poprawił ciężki pas, przy którym na biodrze 
wisiały radio policyjne, pałka i służbowa broń. Sam pas ważył 

ponad pięć kilogramów, sprzęt i ubrania ważyły razem ponad 
piętnaście.

  Gdy po raz  pierwszy  go zapinał, niemal ugiął się pod tym 
ciężarem,   teraz   doceniał   pewność,   że   ma   w zasięgu   ręki 

wszystko, czego potrzebuje. Jednak dziś całe  to wyposażenie 
sprawiało,   że   jeszcze   bardziej   się   pocił   pod   granatowym 

mundurem.
  Nie   po   raz   pierwszy   wysłano   go   do   Sandhamn   na   noc 

świętojańską, ale nigdy nie trafił na tak piękną pogodę. Choć 

background image

był dopiero dwudziesty pierwszy czerwca, wydawało się, że jest 
pełnia   lata.   Po   kilku   godzinach   Adrian   miał   przepocony 

podkoszulek i mokre plecy, a krótko ostrzyżone brązowe włosy 
mocno wilgotne.

  Stał ze swoją koleżanką Anną Miller na nadmorskim deptaku 
przed   szeregiem   rdzawoczerwonych   sklepików.   Minęła   ósma 

wieczorem; byli na służbie od dziesiątej rano. Zdążyli jedynie 
zjeść szybki lunch, późnym popołudniem napili się tylko kawy 

w ośrodku kontaktowym policji, który mieli do dyspozycji na 
czas całego długiego weekendu.

  Anna   była   podoficerem   policji   i zaledwie   kilka   lat   temu 
ukończyła wyższą szkołę policyjną. Miała dwadzieścia siedem 

lat, o pięć mniej niż Adrian. On mierzył metr osiemdziesiąt pięć 
wzrostu; Anna była prawie o dwadzieścia centymetrów niższa. 

O jej koreańskim pochodzeniu świadczyły wąskie oczy i proste 
jak drut czarne włosy, które związała w kucyk.

  Mimo młodego wieku szybko się odnalazła w pracy w policji. 
Pogodnie przyjmowała docinki, potrafiła rozbroić uśmiechem 

nawet agresywnych zatrzymanych.
  Za każdym razem, gdy zauważali kogoś, kto trzymał w ręce 

otwartą   butelkę,   upominali   go,   by   wylał   zawartość.   W noc 
świętojańską   picie   alkoholu   w miejscach   publicznych   było 

w Sandhamn   zakazane.   Adrian   i Anna   mówili   uprzejmie,   ale 
jasno: Musisz wylać wszystko. Już.

  W czasie   tej   służby   natrafiali   nawet   na   trzynasto- 
i czternastolatków. Widok zataczających się dzieciaków mocno 

ich przygnębiał.
  Z jakiegoś powodu wśród sztokholmskiej młodzieży stało się 

niemal   tradycją,   by   na   noc   świętojańską   wybierać   się   na 
szkiery.   Ta   wizyta   miała   tylko   jeden   cel:   upicie   się   do 

nieprzytomności   na   pokładzie   łodzi   albo   w jakimś   innym 
miejscu na wyspie.

  W wigilię   Dnia   Świętego   Jana   wybierano   się   na   Möję, 
w północnej części szkierów. W Dniu Świętego Jana wyruszano 

na południe, do Sandhamn. Niczym chmara szarańczy.
  To był na wyspie najgorszy dzień w roku.

  Dudniące   dźwięki   muzyki   pop   niosły   się   z portu   aż   do 

background image

pomostu   Nory.   Od   wczesnego   popołudnia   wartkim 
strumieniem   cieśniną   zmierzały   do   Sandhamn   łodzie 

motorowe,   w większości   pełne   młodych   ludzi.   Za   każdym 
razem, gdy Nora podnosiła wzrok znad książki, miała wrażenie, 

że zbliża się jeszcze więcej motorówek.
  Oby tylko  nie doszło  do żadnej  awantury.  W zeszłym  roku 

wywiązała   się   poważna   bójka   i młody   chłopak   z przebitym 
płucem   został   przetransportowany   helikopterem   do   szpitala. 

Udało się udzielić mu pomocy w ostatniej chwili.
  Przed  oczami  Nory pojawiła  się Wilma.  Dziewczyna  chyba 

będzie   potrafiła   o siebie   zadbać?   Wyszła   tylko   w cienkiej 
bluzeczce   na   ramiączkach.   Jej   kurtka   wisiała   na   wieszaku 

w przedpokoju.
  Jonas odezwał się, jakby czytał w jej myślach:

  – Myślisz, że za łatwo ustępuję Wilmie?
  Nora   uniosła   do   ust   kubek,   zwlekała   z odpowiedzią. 

Starannie dobierała słowa, by nie zepsuć miłego nastroju.
  – Dajesz jej dużo przestrzeni – stwierdziła w końcu.

  – Chcesz powiedzieć, że ją rozpuszczam?
  Jonas opadł na oparcie krzesła i uśmiechnął się słabo, jakby 

zdawał   sobie   sprawę,   że   nie   jest   wystarczająco   stanowczy 
wobec córki.

  – Taaak. Można tak chyba powiedzieć.
  Umilkła i jej spojrzenie powędrowało w stronę wody. Słońce 

chyliło   się  w stronę   Harö  i za  parę   godzin   zniknie   za  lasem. 
Kilka   mew   krążyło   nad   pomostami,   szukając   czegoś   do 

jedzenia.   Od   strony   działki   sąsiadów   rozległo   się   kolejne 
gromkie „na zdrowie!”.

  – Wilma dokładnie wie, jakie guziki naciskać, żeby dostać to, 
czego chce. Jest dość… – Nora szukała właściwego słowa – …

dość dojrzała jak na swój wiek.
  Mogła   powiedzieć   „wyzywająca”,   ale   nie   chciała,   żeby 

zabrzmiało   to   dosadnie.   Potem   przypomniała   sobie,   że   nie 
rozmawia   przecież   z Henrikiem,   swoim   byłym   mężem, 

któremu   tak   szybko   zmieniał   się   humor.   Z Jonasem 
rozmawiało się łatwiej. Uświadomiła sobie, że mimowolnie się 

spięła, zanim otworzyła usta. Trudno było zerwać ze starymi 

background image

nawykami.
  Jonas przerwał jej rozmyślania:

  – Oczywiście   masz   rację,   ale   trzymanie   jej   ciągle   w ryzach 
wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza teraz.

  Pochylił się ku Norze, ujął jej dłoń i odwrócił wnętrzem do 
góry.   Palcem   zaczął   delikatnie   głaskać   przecinające   je   linie. 

Jego skóra była miękka w dotyku.
  – Musimy dać jej czas, by się przyzwyczaiła. Teraz, gdy stałaś 

się częścią mojego życia, wiele rzeczy jest dla niej nowych.
  Nora przyglądała się Jonasowi w wieczornym słońcu. W jego 

brązowych   oczach   w ciepłym   świetle   pojawiały   się   zielone 
refleksy.   Brązowe   włosy,   dłuższe   na   karku,   lśniły.   Twarz 

wyrażała   otwartość,   nie   było   w nim   nic   skomplikowanego. 
Z początku martwiło ją, że Jonas jest o siedem lat młodszy od 

niej   – wkrótce   miała   skończyć   czterdzieści   jeden   lat.   Teraz 
niezbyt często o tym myślała.

  Jego   delikatny   dotyk   sprawił,   że   poczuła   łaskotanie 
w brzuchu.   Dlaczego   tak   się   upierała,   żeby   wypili   kawę? 

Nadarzyła   się wspaniała  okazja,   ale  ona zawsze   musiała   być 
taka beznadziejnie porządna.

  Gdy   ma   się   w domu   troje   dzieci,   trzeba   korzystać 
z nadarzających się okazji.

  – To dla niej ogromna zmiana – ciągnął Jonas.
  – Dla   moich   chłopców   też.   – Nora   zdała   sobie   sprawę,   że 

zabrzmiało   to   ostrzej,   niż   zamierzała.   Dodała   łagodniej: 
– Wszyscy potrzebują trochę czasu, rozumiem doskonale. Ten 

rok pod wieloma względami był przełomowy. Ale to dobrze, że 
mamy   mniej   więcej   zbliżone   poglądy   na   pewne   sprawy 

związane z dziećmi.
  – Co chcesz przez to powiedzieć?

  Jonas ostrożnie ułożył dłoń Nory na jej kolanach i odchylił 
się na krześle. Nora pragnęła być z nim szczera, nie raniąc go 

przy   tym.   Niełatwo   było   z „moimi   dziećmi”   i „twoim 
dzieckiem”, minionej zimy musiała to zrozumieć.

  – Adam jest tylko o rok młodszy od Wilmy – powiedziała po 
chwili milczenia. – Niedługo on też zacznie marudzić, żebym 

pozwoliła   mu   wychodzić   wieczorami.   Nie   chciałabym,   żeby 

background image

wracał o pierwszej w nocy. Jest na to o wiele za młody, a ja nie 
mogłabym spać z nerwów.

  Jonas milczał, więc mówiła dalej:
  – Po   prostu   nie   chciałabym,   żebyśmy   wysyłali   dzieciom 

sprzeczne sygnały.
  Jonas się wyprostował. Znikła beztroska, która malowała się 

na jego twarzy jeszcze kilka minut temu, jakby nagle ogarnął go 
niepokój. Nora żałowała, że zaczęli o tym rozmawiać.

  W pobliżu   pomostu   z dużą   prędkością   przemknęła 
motorówka.   Wpłynęła   w cieśninę,   nie   przejmując   się 

ograniczeniami   prędkości   do   pięciu   węzłów.   Mały   jachcik 
niemal   przewrócił   się   od   wywołanej   tym   fali.   Przechylił   się 

i samotny żeglarz miał pełne ręce roboty z kontrowaniem fal. 
Zdawało   się,   że   krzyknął   coś   ze   złością   za   sterującym 

motorówką.
  Jonas oderwał wzrok od żeglarza, wyjął z kieszeni komórkę 

i włączył   ją.   Na   wyświetlaczu   pojawiła   się   twarz   Wilmy, 
opalonej i uśmiechniętej. Jasne włosy opadały miękkimi falami 

na ramiona, lekko mrużyła oczy, patrząc pod słońce.
  – Masz   rację   – stwierdził   niespodziewanie   Jonas.   – Nie 

powinienem był jej mówić, że może wrócić tak późno.
  Wcisnął przycisk, zdjęcie Wilmy zniknęło. Włożył komórkę 

na   miejsce.   Potem   uśmiechnął   się   pojednawczo,   niemal 
psotnie,   jak   mały   chłopczyk,   którego   przyłapano   na   jakimś 

wybryku.
  – Poprawię się, obiecuję.

  Mrugnął i znów wziął dłoń Nory w swoje dłonie. Delikatnie 
przysunął ją do ust i pocałował. Poczuła jego gorący oddech na 

opuszkach palców.
  – Jesteś zupełnie pewna, że chcesz teraz pić kawę?

 

6

  Adrian stał z Anną na deptaku nadmorskim i rozglądał się po 
okolicy.   Na   prawo,   na   wielkim   pomoście   przed   hotelem 

żeglarskim,   stała   duża   grupa   ludzi   z kieliszkami   w rękach. 

background image

Ponad pół godziny temu zgodnie z tradycją rozległ się wystrzał 
z pistoletu sygnalizujący, że należy opuścić flagę. Robiono to 

dokładnie o godzinie dziewiątej wieczorem.
  Temperatura   nie   spadała.   Adrian   tęsknił   za   chłodnym 

prysznicem,   ale   do   końca   zmiany   pozostało   jeszcze   wiele 
godzin.

  W ich stronę zbliżała się jakaś para w średnim wieku z psem 
na smyczy.

  – Przepraszam   bardzo   – odezwała   się   jasnowłosa,   krótko 
ostrzyżona kobieta.

  W jej   oczach   otoczonych   delikatną   siateczką   zmarszczek 
widać było troskę. Mężczyzna, z wyglądu jej rówieśnik, uparcie 

patrzył w jeden punkt.
  – Tak? – spytał z ociąganiem Adrian.

  – Widzi   pan   dziewczynę   tam   dalej?   – zapytała   kobieta, 
wskazując miejsce, na które patrzył mężczyzna. – Chyba źle się 

czuje. Trochę się o nią niepokoimy.
  Adrian   przeszukał   wzrokiem   tłum.   I wtedy   zrozumiał,   co 

miała na myśli.
  Młoda dziewczyna w różowej bluzce opadła na kolana przy 

długim   drewnianym   pomoście.   Kucnęła,   obejmując   rękoma 
szczupłe ciało.

  – Może   powinni   państwo   sprawdzić,   co   się   z nią   dzieje 
– ciągnęła   kobieta.   – Wpadliśmy   na   nią   jakąś   godzinę   temu 

i zapytaliśmy,   jak   się   czuje.   Wtedy   po   prostu   uciekła.   Przed 
chwilą znów się na nią natknęliśmy. Spacerowaliśmy z Tequilą. 

– Wskazała na pięknego golden retrievera, który szarpał smycz. 
Kobieta ze sporym wysiłkiem trzymała go w miejscu. – Siad, 

Tequila. Siad! – poleciła surowym tonem.
  Po kilku kolejnych upomnieniach pies grzecznie usiadł obok 

niej.
  – Dobry piesek – pochwaliła. – Jesteś taka ładna i mądra.

  Adrian   przyglądał   się   dziewczynie   w promieniach 
wieczornego słońca.

  Coś   przykuło   jego   uwagę.   Sprawiała   wrażenie,   jakby 
znajdowała   się   w przezroczystej   bańce,   odcięta   od   otoczenia. 

Adrian   wystarczająco   często   widywał   ludzi   pod   wpływem 

background image

alkoholu i narkotyków, by rozpoznawać takie objawy.
  Mimo   tłumu   wokół   nikt   się   nią   nie   przejmował,   żadni 

znajomi ani chłopak.
  Była zupełnie sama.

  – Przyjrzymy się jej – zapewnił starszą parę. – Dziękujemy za 
informację.

  – Mam   nadzieję,   że   to   nic   takiego   – odparła   sympatyczna 
kobieta.   –   Dziewczyna   wygląda   na   młodą.   – Poklepała   psa. 

– Mam synów w jej wieku. Nie chcielibyśmy, żeby stało się coś 
złego; zwłaszcza w taki wieczór jak ten.

  Adrian kiwnął głową do Anny i ruszyli w stronę dziewczyny. 
Gdy byli zaledwie kilka metrów od niej, osunęła się na ziemię. 

To   był   powolny,   niemal   nierzeczywisty   ruch,   jak   na   filmie 
w zwolnionym   tempie.   Straciła   jakąkolwiek   kontrolę   nad 

swoim ciałem i przewróciła się na bok.
  Jakiś pijany chłopak potknął się o jej stopę, ale nawet się nie 

zatrzymał.
  Dziewczyna leżała tuż przy drewnianym pomoście, z lewym 

policzkiem   wciśniętym   w piasek.   Jasne   włosy   rozsypały   się 
wokół głowy jak zniszczona aureola.

 

background image

 

Niedziela

7

  Przewróciła się na bok, bo coś ją obudziło. Wyciągnęła rękę 
do Jonasa i stwierdziła, że go nie ma. Przez szczelinę między 

roletą a parapetem zobaczyła, że na dworze jest ciemno.
  Spojrzała   na   stare   radio   z zegarem   stojące   na   stoliku   przy 

łóżku.   Cyfry   lśniły   biało.   Właśnie   minęła   pierwsza   – Wilma 
powinna wrócić.

  Nora przymknęła oczy i spróbowała nasłuchiwać. Czy Wilma 
wróciła? W domu panowała cisza.

  Nora leżała jeszcze kilka minut, potem sięgnęła po szlafrok. 
Boso podeszła do schodów i znów nasłuchiwała.

  Nic.
  Przez uchylone drzwi do pokoju Simona słyszała jego lekki 

oddech.   Jak   zwykle   ściskał   pod   pachą   misia.   W półmroku 
widziała   zarysy   jego   wciąż   pulchnych   policzków. 

W październiku miał skończyć dziewięć lat.
  Szybko zajrzała do pokoju Adama. Spał równie głęboko, na 

plecach,   z kołdrą   zsuniętą   na   brzuch.   Jakiś   czas   temu 
zrezygnował z piżamy i zaczął sypiać w samych slipach.

  Naprzeciw   pokoju   Adama   był   pokój   gościnny,   ale   jeszcze 
zanim otworzyła drzwi, wiedziała, że nikogo tam nie zobaczy.

  Zeszła po schodach. W kuchni żywego ducha. Ruszyła więc 
na   werandę.   Zastała   tam   Jonasa   siedzącego   w jednym 

z rattanowych   foteli.   Spoglądał   na   morze,   podpierając 
podbródek ręką. Na horyzoncie majaczyły zarysy ławicy chmur, 

w oddali mrugała latarnia na Getholmen.
  Nora   przystanęła   w drzwiach   i otuliła   się   szczelniej 

szlafrokiem.
  – Co tam?

  – Wilma nie wróciła do domu.

background image

  Nora   podeszła   bliżej   i przykucnęła   obok   Jonasa.   Dotknęła 
lekko jego ramienia.

  – Może  zapomniała   o upływie   czasu.   Nietrudno   o to,  kiedy 
człowiek się dobrze bawi.

  Jonas pomasował sobie kark. Włożył T-shirt i dżinsy. Poczuła 
jego zapach i pomyślała o chwilach spędzonych z nim wcześniej 

tego wieczoru.
  – Powinna już być w domu – powiedział.

  W półmroku dostrzegła napięcie na jego twarzy.
  – Próbowałeś do niej dzwonić?

  – Nie odbiera. Próbowałem co najmniej pięć razy.
  – Może zostawiła gdzieś komórkę?

  – Wilma nie ruszy się na krok bez swojego telefonu.
  – A może się rozładował?

  Sama słyszała, jak to brzmi. Dokładnie rozumiała, co czuje 
Jonas. Gdyby chodziło o Adama, martwiłaby się tak samo jak 

on.
  – Akurat dzisiaj? – Jonas uderzył ręką w oparcie fotela. – To 

nie w porządku. Powiem jej do słuchu, kiedy wróci do domu.
  Norze   zaczynały   drętwieć   nogi,   wstała.   Wzdrygnęła   się 

w chłodnym nocnym powietrzu.
  – Masz ochotę napić się herbaty? Zobaczysz, niedługo wróci.

  – Połóż się. – Głos Jonasa złagodniał. – Nie musisz ze mną 
siedzieć, kiedy będę czekał na moją nieposłuszną córkę.

  Nora pogłaskała go po policzku.
  – To   żaden   problem.   Mogę   zostać   z tobą.   Zobaczysz,   lada 

chwila tu będzie.

8

  W oddali   przez   port   przetaczali   się   ludzie   niczym 

bezkształtna ameba. Od czasu do czasu tłum się rozpraszał, ale 
zaraz ponownie się łączył, jakby jego części nie mogły pozostać 

oddzielone na dłużej.
  Zrobiło się znacznie chłodniej. Od morza nadciągnęła lekka 

mgła, w świetle reflektorów hotelu żeglarskiego płynęły cienkie 

background image

jej pasemka. Powietrze stało się wilgotne
  Słychać   było   muzykę   dobiegającą   z dyskoteki.   Intensywne 

basy sprawiały, że cała okolica wibrowała. Długa kolejka ludzi, 
którzy nie stracili jeszcze nadziei, ustawiła się przed wejściem 

na   wydzielony   obszar,   pilnowany   przez   dwóch   ponurych 
ochroniarzy.

  Adrian   i Anna   byli   na   służbie   ponad   piętnaście   godzin. 
Zostawili młodą dziewczynę w ośrodku policyjnym, gdzie zajęła 

się nią kobieta z organizacji „Matki na Mieście”, i znów ruszyli 
w tłum.

  Między   Gospodą   a KSSS   policja   patrolowała   rejon   portu 
dwójkami.   W ciągu   ostatnich   godzin   Adrian   i Anna   chodzili 

w tę   i z powrotem   deptakiem   nadmorskim.   Ich   obecność 
wydawała   się   wpływać   na   ludzi   uspokajająco.   Raz   za   razem 

pokonywali ten odcinek, mierzący niecałe pięćset metrów.
  Adrian przystanął i poprawił ciężki pas. Był zmęczony, bolały 

go biodra.
  Anna to zauważyła.

  – Wszystko w porządku? – spytała.
  – Mhm.

  Odsunął ręce od pasa i znów ruszył w stronę Gospody.
  Cały   czas   podchodzili   do   nich   młodzi   ludzie   i zadawali 

pytania:  Kiedy odchodzi ostatni prom do miasta? Na pewno  
jest ten dodatkowy rejs o drugiej? Gdzie są toalety?

  Dotarli   właśnie   do   kiosku   przy   przystani   dla   parowców 
pośrodku portu, gdy w ich słuchawkach zatrzeszczało. Adrian 

zerknął szybko w stronę hotelu żeglarskiego i odwrócił się.
  – Awantura   między   załogami   dwóch   łodzi   – powiedział   na 

głos, choć Anna słyszała tę samą wiadomość. – Przy pierwszym 
pomoście pontonowym KSSS.

  Rzucili się biegiem w stronę hotelu.
  Z daleka   Adrian   usłyszał   podniesione   głosy.   Wydawały   się 

dobiegać z dwóch stojących obok siebie łodzi po lewej stronie 
długiego   pomostu.   Na  rufie   dużej   motorówki   z doczepionym 

silnikiem tłoczyła się grupka młodych ludzi. Na sąsiedniej łodzi 
siedzieli   faceci   z gangu   motocyklowego   ubrani   w czarne 

skórzane kurtki. Wielu miało ogolone głowy.

background image

  Z głośników obu łodzi dudniła muzyka, nie zagłuszała jednak 
sypiących się przekleństw. Adrian zobaczył dwóch mężczyzn, 

którzy stali na pomoście i wpatrywali się w siebie.
  – Ty   cholerny   kretynie!   – wrzasnął   jeden,   trzydziestolatek 

w wytartych   dżinsach,   z nagim   torsem   i czarnymi   włosami 
związanymi w kucyk.

  Drugi miał około dwudziestu lat, może nawet mniej. Stał na 
szeroko rozstawionych nogach z uniesionymi pięściami, jakby 

wiedział,   jak   boksować.   Napiął   mięśnie   i przyjął   pozycję 
obronną.

  W chwili gdy Adrian dotarł do pomostu, rozległ się piskliwy 
dziewczęcy głos:

  – Proszę, przestańcie. Słyszycie, co mówię? Przestańcie.
  Schodziło   się   coraz   więcej   gapiów   i zablokowali   drogę 

policjantom. Nagle  dwudziestolatek  rzucił się do przodu. Na 
chłodno   wykonał   markowany   atak   lewą   ręką   i dokładnie 

w chwili gdy wydawało się, że zada nią cios, uderzył prawym 
łokciem.

  Zaskoczył   tym   przeciwnika   i trafił   go   łokciem   dokładnie 
w podbródek. Trzydziestolatek runął na ziemię z taką siłą, że aż 

zakołysał się pomost.
  – Teraz się zamknąłeś, co?

  Dwudziestolatek   się   odwrócił   i z zadowoleniem   wyszczerzył 
zęby   do   zaniepokojonej   dziewczyny.   Uniósł   pięść   w geście 

zwycięzcy, odpowiedziały mu wesołe okrzyki kolegów.
  – Cholerna   banda   – powiedział,   ocierając   czoło   grzbietem 

dłoni.
  Tamten wciąż leżał nieruchomo, twarzą do ziemi. Potem się 

poruszył,   podźwignął   na   jedno   kolano   i potrząsnął   głową. 
Splunął krwią. Mimo panującego chłodu jego skóra lśniła od 

potu.
  Sekundę później trzymał w ręce  nóż. Dzikim, chaotycznym 

ruchem, wciąż  klęcząc  na jednym kolanie, zamachnął  się na 
młodszego   mężczyznę.   Nim   ten   zdążył   zareagować,   ostrze 

przecięło   nogawkę   spodni.   W jednej   chwili   biały   materiał 
zabarwił się na czerwono.

  Ranny odwrócił się ze zdumieniem na twarzy, jakby nie do 

background image

końca rozumiał, co się dzieje.
  Adrian poczuł, jak jego mięśnie się napinają.

  – Natychmiast   przestańcie!   Policja!   – wrzasnął   najgłośniej, 
jak potrafił, próbując roztrącić stojących przed nim ludzi.

  Choć   znajdował   się   w tłumie,   wyciągnął   broń   i szturchnął 
łokciem w bok wysokiego mężczyznę stojącego mu na drodze.

  Mężczyzna z nożem znów zaatakował, celując w lewe ramię 
dwudziestolatka. Ostrze przecięło powietrze i bezgłośnie trafiło 

dokładnie   w miejsce,   gdzie   kończyła   się   koszulka   z krótkim 
rękawem.

  Młody   mężczyzna   wpatrywał   się   w swoje   ramię. 
Instynktownie   spróbował   przycisnąć   dłoń   do   rany,   by 

zatamować krwawienie, ale krew dalej płynęła między palcami 
i ciemnymi kroplami kapała na ziemię.

  Dokładnie w chwili gdy Adrianowi udało się przedrzeć przez 
tłum, mężczyzna z kucykiem znów uniósł nóż. Adrian rzucił się 

w jego stronę i wolną ręką chwycił go za ramię.
  – Puść nóż! – krzyknął. – Jestem z policji! Natychmiast odłóż 

nóż! Słyszysz, co mówię!
  Wcisnął lufę pistoletu w nagi bark mężczyzny i poczuł pot na 

górnej wardze.
  – Wypuść   broń!   – wrzasnął   jeszcze   raz   w ucho   mężczyzny, 

ściskając kolbę pistoletu.
  Upłynęła   sekunda,   dwie,   potem   rozległ   się   dźwięk   metalu 

uderzającego o ziemię.
  Sekundę   później   Anna   była   tuż   obok   niego   i chwyciła 

mężczyznę   za   drugie   ramię.   Wspólnie   zmusili   go,   by   się 
położył, i przycisnęli jego ręce i nogi do wilgotnego pomostu.

  Adrian, zdyszany, chwycił mocno ręce  mężczyzny  i spiął je 
kajdankami na plecach.

  – Wszystko w porządku? – spytała cicho Anna.
  Adrian   skinął,   choć   trochę   kręciło   mu   się   w głowie.   Od 

wezwania upłynęło najwyżej kilka minut, ale zdawało mu się, 
że minęło znacznie więcej czasu. Wstał i podszedł do rannego 

nastolatka.   Chłopak   pozieleniał   na   twarzy   i drżał   na   całym 
ciele.

  – Usiądź,   żebyś   nie  zemdlał   – powiedział   Adrian.  – I unieś 

background image

rękę.
  Chłopak bez słowa kiwnął głową. Z bliska było widać jeszcze 

wyraźniej, jaki jest młody.
  Na miejsce zdążyli dotrzeć kolejni policjanci i teraz silnymi 

latarkami oświetlali ludzi na łodziach.
  Adrian   chciał   zabrać   stąd   sprawcę,   zanim   któryś   z jego 

kolegów wpadnie na pomysł, by zrobić coś głupiego. Z gangami 
motocyklowymi   nie   było   żartów.   Któryś   z tych   typków   mógł 

spróbować zrobić to, co nie udało się nożownikowi.
  Postawił mężczyznę na nogi i sprowadził go z pomostu.

  – Idę z nim na posterunek – rzucił do Anny.
  Na pomoście zrobiło się zaskakująco spokojnie, gapie szybko 

się rozeszli. Adrian przystanął w półmroku.
  – To było cholernie niepotrzebne – rzucił i mocno szturchnął 

w plecy skutego mężczyznę.
 

9

  – Gdzie   ona   może   być?   Jeszcze   nigdy   się   tak   bardzo   nie 

spóźniła.
  Z niepokoju   Jonas   mówił   ochrypłym   głosem.   Wstał 

z wiklinowego fotela i podszedł do wielkiego okna z widokiem 
na morze.

  Nora po raz kolejny spojrzała na zegarek. Od ostatniego razu 
wskazówki   prawie   się   nie   przesunęły.   Czas   wlókł   się 

w nieskończoność, niepokój narastał.
  Niebo pojaśniało, na wschodzie lekko się zaróżowiło. Łodzie 

przycumowane przy pomoście sąsiadów unosiły się na lśniącej 
powierzchni wody.

  – Tak się dalej nie da. Idę jej poszukać.
  Jonas   przeczesał   ręką   włosy.   Zwykle   był   uosobieniem 

spokoju, ale gdy odwrócił się od okna, Nora dostrzegła strach, 
nad którym starał się zapanować.

  – W takim razie idę z tobą. Tylko włożę dżinsy.
  Adam i Simon spali w swoich pokojach. Mogła zostawić ich 

samych   na   jakieś   pół   godziny.   Miasteczko   było   takie   małe, 

background image

a ona będzie tuż obok, niecałe dziesięć minut drogi od domu. 
Przeszukanie rejonu portu nie mogło przecież trwać długo.

  Jonas pokręcił głową.
  – Lepiej, żebyś została tutaj. Na wypadek gdyby się pojawiła. 

Mogłabyś do mnie zadzwonić, gdyby wróciła do domu.
  – Jesteś pewny?

  Stanowczo pokiwał głową. Nora ustąpiła.
  – Dobrze. Ale chociaż ty nie zapomnij komórki.

  Wyciągnęła   rękę   i pogłaskała   go   po   policzku.   Świetnie 
zdawała sobie sprawę, ilu pijanych młodych ludzi włóczy się po 

wyspie. Większość mieszkańców Sandhamn unikała w tę noc 
chodzenia do portu.

  Jeśli Wilma piła alkohol, mogła być zbyt pijana, by zadbać 
o swoje   bezpieczeństwo.   To   samo   dotyczyło   zresztą   jej 

przyjaciół.   Mieli   dopiero   po   czternaście   lat,   choć   usiłowali 
sprawiać wrażenie starszych.

  Żeby uspokoić samą siebie i Jonasa, powiedziała na głos:
  – Na   pewno   jest   na   jakiejś   łodzi   i straciła   poczucie   czasu. 

Wiesz, jak to bywa z nastolatkami. – Widziała, że jej słowa nic 
nie zmieniły. – Chcesz to zgłosić na policję? – spytała szybko. 

– Mogę zadzwonić do Thomasa. Jest przecież na Harö.
  – Nie, jest środek nocy. Na pewno masz rację, musiała zostać 

na jakimś jachcie i imprezuje.
  Bez   słowa   przeszedł   do   przedpokoju   i sięgnął   po   kurtkę. 

Zaraz potem zamknęły się za nim drzwi.
 

10

  Adrian   poprawił   słuchawkę   w uchu;   szedł  w stronę   dużego 

samochodu   kempingowego,   który   pełnił   funkcję   mobilnego 
posterunku policji. Stał tuż za hotelem żeglarskim na początku 

alejki   biegnącej   równolegle   do   promenady.   Stąd   kierowano 
pracą policji podczas nocy świętojańskiej.

  Anna poszła do toalety; wróci dopiero za parę minut. Miał 
nadzieję,   że   na   płytce   elektrycznej   będzie   na   niego   czekać 

gorąca kawa. Cokolwiek, co by go trochę orzeźwiło.

background image

  Czuł zmęczenie, powieki miał ciężkie, choć adrenalina jeszcze 
nie   wyparowała.   Uporanie   się   ze   skutkami   bójki   zajęło   im 

niecałą   godzinę.   Adrian   i Anna   dopiero   co   opuścili   pomost 
celny, gdzie jedna z policyjnych łodzi przejęła nożownika, by 

przewieźć go do aresztu na Söder. Na szczęście łódź pogotowia 
wodnego   pojawiła   się   prawie   równocześnie   i ratownicy 

natychmiast zajęli się opatrzeniem rannego chłopaka. Dwóch 
pijanych   niepełnoletnich   przekazano   opiece   społecznej   oraz 

spisano   nazwiska   i numery   PESEL   wszystkich   obecnych   na 
miejscu zdarzenia.

  Ochota   do   składania   zeznań   była   zwykle   niewielka, 
z przypomnieniem sobie czegokolwiek sensownego było jeszcze 

gorzej,   ale   przynajmniej   zebrali   informacje,   które   będą 
potrzebne podczas mającego się rozpocząć śledztwa. Teraz ktoś 

inny musi się zająć kolejną fazą.
  Adrian nie widział żadnych oznak, które świadczyłyby o tym, 

że impreza dobiega końca. Lokale miały się zamknąć dopiero 
za kwadrans, o drugiej. Ostatni prom do miasta odchodził o tej 

samej porze. Zwykle robiło się wtedy spore zamieszanie, goście 
tłumnie wychodzili z lokali i razem z setkami pijanych młodych 

ludzi usiłowali dostać się na prom.
  Potem   sytuacja   powinna   się   uspokoić.   Na   całe   szczęście 

kolejna noc świętojańska będzie dopiero za rok.
  Właśnie   miał   wejść   do   samochodu   kempingowego,   gdy 

usłyszał za plecami jakiś dźwięczny głos.
  – Przepraszam.

  Adrian zszedł z pierwszego stopnia, odwrócił się i spojrzał.
  Jakiś metr od niego stała szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, 

na   oko   szesnastolatka,   ubrana   w niebieską   pikowaną   kurtkę 
z lśniącymi klapami. Skrzyżowała ręce na piersi, jakby marzła.

  – Tak?
  – Szukam   moich   kolegów   – powiedziała   niepewnie 

dziewczyna.   – Nigdzie   nie   mogę   ich   znaleźć.   Może   mi   pan 
pomóc?

  I nagle wybuchnęła płaczem. Przycisnęła dłoń do ust, jakby 
próbowała zapanować nad sobą, i wyszlochała:

  – Szukam   ich   od   kilku   godzin.   Z początku   myślałam,   że 

background image

wrócili do miasta, ale teraz tak strasznie się niepokoję. Kiedy 
dzwoniłam, nikt nie odbierał… i rozładowała mi się komórka.

  Adrian przemógł zmęczenie.
  – Spokojnie – powiedział. – Chodź ze mną i opowiedz, co się 

stało.
  Wskazał na wóz kempingowy. Dziewczyna weszła do środka, 

Adrian za nią.
  – Usiądź   – poprosił   uprzejmie,   wskazując   na   brązową 

skórzaną sofę pod okienkiem.
  Przestrzeń w środku była urządzona prosto, ale wyposażona 

we   wszystko,   co   najpotrzebniejsze.   Naprzeciw   sofy   stało 
biurko,   na   nim   dwa   otwarte   laptopy.   Na   białej   tablicy   ktoś 

odnotował   liczbę   aresztowanych   tej   nocy   oraz   liczbę 
zatrzymanych, którzy  znajdowali  się pod wpływem alkoholu. 

Było ich ponad tuzin.
  Kierujący   operacją   Jens   Sturup   siedział   przy   biurku 

i rozmawiał   ściszonym   głosem   przez  telefon,   sprawdzając   na 
ekranie czyjś numer PESEL. Gdy weszli, nie podniósł wzroku, 

ale na powitanie uniósł prawą rękę.
  Adrian   oderwał   kawałek   papierowego   ręcznika   z rolki   przy 

ekspresie do kawy i podał go dziewczynie.
  – Chcesz kawy? – spytał, nalewając sobie.

  Pachniała   trochę   spalenizną,   pewnie   zbyt   długo   stała   na 
płytce, ale innej nie mieli.

  Dziewczyna wytarła nos i pokręciła głową.
  – To może wody?

  Tym razem skinęła potakująco. Adrian napełnił plastikowy 
kubek i podał jej.

  – Jak się nazywasz?
  – Ebba – odparła cicho. – Ebba Halvorsen.

  – Ile masz lat, Ebbo?
  – Szesnaście. Właśnie skończyłam dziewiątą klasę.

  Adrian usiadł obok niej na jedynym wolnym krześle.
  – No więc co się stało, Ebbo?

  Dziewczyna wciąż zdawała się bliska płaczu, ale udało jej się 
przełknąć kilka łyków wody.

  Powiedziała cicho:

background image

  – Przypłynęliśmy tu łodzią wczoraj wieczorem.
  – Czyja to łódź, twoja?

  – Nie, Christoffera. Jego taty. Pożyczył nam ją na weekend. 
Z początku było całkiem fajnie, wczoraj poszliśmy pod drzewko 

świętojańskie, tańczyliśmy i zrobiliśmy sobie piknik na trawie. 
– Ebba   ścisnęła   kubek.   – Potem   imprezowaliśmy   przez   cały 

wieczór, ale nie jakoś strasznie. Właściwie to było naprawdę 
w porządku. W każdym razie przez jakiś czas.

  Adrian   przyglądał   jej   się   w zamyśleniu.   Siedziała   na 
podkurczonej   nodze.   Włosy   zwisały   swobodnie,   trochę 

potargane.
  – Kiedy przestało być fajnie? – spytał ostrożnie.

  – Dzisiaj.   Po   południu.   Chłopaki   zaczęli   pić   zaraz   po 
obudzeniu. Pili coraz więcej, nie dało się z nimi gadać. W końcu 

miałam tego dość i sobie poszłam.
  – Która była wtedy godzina?

  Ebba odwróciła głowę.
  – Nie wiem dokładnie. Szósta albo siódma.

  – Dokąd poszłaś?
  – Na   plażę,   nie   tę   w Trouville,   tylko   na   tę   drugą,   bliżej 

miasteczka.
  – Fläskberget – wyjaśnił Adrian.

  – Mhm. Posiedziałam tam trochę, potem zasnęłam. Kiedy się 
obudziłam,   właściwie   chciałam   wracać   do   domu,   ale   prom 

odpływał dopiero za kilka godzin, więc wróciłam, żeby znaleźć 
moich   kumpli,   ale   nikogo   tam   nie   było.   Łódź   stała   pusta 

i zamknięta na klucz.
  Do oczu znów napłynęły jej łzy.

  – Co wtedy zrobiłaś? – spytał Adrian.
  – Usiadłam   na   rufie   i czekałam.   Potem   znów  zaczęłam   ich 

szukać.   Próbowałam   też   dzwonić,   ale   nikt   nie   odbierał 
i w końcu rozładowała mi się bateria.

  – O której to było?
  – Jakoś po jedenastej. Już po zachodzie słońca.

  – Co potem?
  – Poszłam do ochroniarzy pod lokalem, by spytać, czy ktoś 

ich widział, ale nie chcieli mi pomóc. Nie pozwolili mi wejść ani 

background image

się rozejrzeć. Przez ostatnie godziny chodziłam po pomostach 
i próbowałam ich znaleźć.

  Ebba znów pociągnęła nosem. Adrian wstał, podał jej kolejny 
kawałek papierowego ręcznika.

  – Dziękuję – powiedziała cicho.
  – Ilu was było? Jak się nazywają twoi przyjaciele?

  – Przypłynęliśmy w pięcioro.
  Umilkła, jakby nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć.

  – Christoffer i jego młodszy brat Tobbe – dodała po chwili. 
– I Felicia, moja najlepsza przyjaciółka, i jej chłopak Victor.

  Adrian się zastanawiał.
  Koledzy dziewczyny znajdowali się zapewne na jakiejś innej 

łodzi i imprezowali, być może z jakimiś nowymi przyjaciółmi. 
Po   pijanemu   szybko   nawiązywało   się   nowe   kontakty   i łatwo 

było się znaleźć przy innym pomoście. Albo poszli na plażę przy 
Skärkarlshamn   lub   na   pole   kempingowe   zaraz   obok.   To 

miejsce   było   popularne   wśród   młodzieży.   Patrole   policyjne 
chodziły   tam   regularnie,   w tym   roku   nie   doszło   do   żadnych 

incydentów.
  Jeśli byli bardzo pijani, może nie słyszeli komórki. Mimo to 

wydawało się dziwne, że wszyscy równocześnie zniknęli.
  W otwartych drzwiach pojawiła się Anna.

  – To jest Ebba – wyjaśnił Adrian. – Jej koledzy zniknęli. Nie 
widziała ich od kilku godzin, od szóstej.

  Ebba otarła łzy grzbietem dłoni.
  – Nie   martw   się   – powiedziała   Anna.   – Na   weekend 

przyjechało tu mnóstwo ludzi, łatwo zgubić swoich przyjaciół, 
zwłaszcza   teraz,   po   ciemku.   Możesz   ich   trochę   dokładniej 

opisać? Może natknęliśmy się na nich dziś wieczorem.
  – Tobbe   jest   rudy,   natychmiast   przyciąga   uwagę 

– powiedziała Ebba. – Ma strasznie lokowate rude włosy, od 
razu   rzuca   się   w oczy.   Christoffer   ma   dwadzieścia   lat 

i kasztanowe włosy, ale prostsze. Ale są do siebie podobni.
  – A pozostali? – spytała Anna.

  Ebba przesuwała palcami po obiciu sofy.
  – Victor jest wysoki, mocno zbudowany. Ma jasne włosy, tak 

samo   jak   Felicia,   ale   ona   jest   niższa,   mniej   więcej   takiego 

background image

wzrostu   jak   ja.   Victor   wydaje   się   znacznie   starszy,   ludzie 
zawsze myślą, że chodzi do gimnazjum.

  – Co miała na sobie Felicia? – spytała Anna.
  – Chyba dżinsową spódniczkę.

  – Pamiętasz może coś jeszcze?
  – Różową bluzkę i białą dżinsową kurtkę.

  Anna wymieniła spojrzenia z Adrianem, Ebba to dostrzegła. 
Jej oczy błysnęły.

  – Coś się stało? – wyszeptała.
 

11

  Nora zasnęła na wiklinowej sofie. Gdy się obudziła, słońce za 

oknem stało znacznie wyżej, więc musiały upłynąć prawie dwie 
godziny, odkąd Jonas wyszedł szukać Wilmy.

  Pewnie za dużo wypiła i boi się wrócić do domu, zanim trochę 
nie wytrzeźwieje, próbowała tłumaczyć sobie Nora, choć czuła 

coraz większy ucisk w żołądku. Może gdzieś zasnęła?
  Nie   sposób   było   nie   zauważyć   podziwu   Wilmy,   jakim 

obdarzała   starszych   kolegów.   Przypomniało   jej   to,   ile   może 
oznaczać jeden rok różnicy w wyższych klasach podstawówki. 

Gdy chodziło się do ósmej klasy, wszyscy z dziewiątej wydawali 
się   o wiele   bardziej   interesujący   niż   koledzy   z własnego 

rocznika. Właściwe ciuchy i właściwi koledzy nigdy nie byli tak 
ważni jak w tym wieku.

  Nora wstała, wolno poszła do kuchni. Za oknem świergotały 
jakieś   małe   ptaszki,   poza   tym   było   cicho   i spokojnie. 

W rdzawoczerwonych   domkach   położonych   poniżej   willi 
Brandów  rolety   były  opuszczone;  sąsiedzi  o tej  porze  jeszcze 

spali.
  Rower Simona leżał niedbale porzucony za płotem. Na nic się 

zdały   jej   upomnienia,   że   takie   niedbalstwo   to   zachęta   dla 
złodzieja.   Mimo   pięknego   poranka   Nora   czuła   się   zziębnięta 

i nie   w humorze.   W domu   panował   chłód,  ale   to   nie   dlatego 
zadrżała.

  Nagle rozległ się przenikliwy sygnał telefonu.

background image

  Jonas wszedł do portu przy Strindbergsgårdens Café. Tutaj 
przy pomoście mieli swoje miejsca mieszkańcy wyspy; łodzie 

były   znacznie   skromniejsze   niż   eleganckie   jachty   przy 
pomostach KSSS.

  W porcie   było   pusto.   Jonas   się   rozglądał,   ale   nie   widział 
znaku życia. Płuca bolały go od wysiłku. Pochylił się, by złapać 

dech.
  Było   po   czwartej   rano   i panował   chłód,   a mimo   to   on   się 

pocił.
  Najpierw   szybko   obszedł   port   i przeszukał   wąskie   uliczki 

w starej   części   miasteczka.   Potem   szukał   w okolicy   Domu 
Misyjnego i dalej w stronę cmentarza, aż do Fläskberget. Kiedy 

tam dotarł, plaża była pusta. Zobaczył tylko trochę puszek po 
piwie, które unosiły się na wodzie przy brzegu.

  W drodze   powrotnej   przeszedł   przez   Adolfs   Torg,   gdzie 
trzydzieści   sześć   godzin   wcześniej   postawiono   drzewko 

świętojańskie.   Wtedy   setki   ludzi   tańczyły   wokół   niego   przy 
dźwiękach   akordeonu,   a Wilma   miała   wianek   na   głowie. 

Uplotła go przed południem, choć wcześniej oświadczyła, że to 
porąbane: nosić kwiaty we włosach.

  Przed oczami Jonasa pojawił się obraz  córki, gdy śpiewała 
z innymi   tradycyjne   pieśni.   Jasne   włosy   kołysały   się,   gdy 

skakała przy  Małych żabkach, na przemian unosząc ręce nad 
głowę i klaszcząc za plecami. Gdy mijała go w tańcu, posłała 

mu całusa. Stał wtedy, obejmując Norę, i wesoło jej pomachał.
  A teraz zniknęła.

  Po raz kolejny rozejrzał się po okolicy. Zupełnie jakby Wilma 
miała się nagle przed nim pojawić.

  Obok niego przeszedł jakiś szorstkowłosy pies i zaczął grzebać 
w plastikowym worku. Szczeknął radośnie i odbiegł, niosąc coś 

w pysku. Wyglądało to jak resztki kurczaka z grilla.
  Jonas   wyprostował   się   i ruszył   szybkim   krokiem   w stronę 

przystani   KSSS.   Po   chwili   minął   kiosk   i dotarł   do   długiego 
drewnianego nabrzeża ze sklepikami.

  Tam przystanął.
  W słabym  świetle  świtu  widział  zaśmiecony   port.  Kosze   na 

śmieci po obu stronach promenady były przepełnione, odpadki 

background image

walały   się   po   ziemi.   Puste   puszki,   opakowania   po   chipsach, 
kubki po kawie. Czuł kwaśną woń alkoholu.

  Jonas przysiadł na jednej z drewnianych ławek i spróbował 
zebrać   myśli.  Wilma  chyba   wspominała,   że   łódź  jej   kolegów 

stoi przy pomoście Via Mare, na końcu przystani KSSS?
  Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć, jak nazywali 

się  koledzy.  Wilma  wspominała  ich   tylko  po imieniu.  Z taką 
wiedzą nie mógł zadzwonić do ich rodziców ani zdobyć numeru 

niczyjej komórki.
  Był zły na siebie. Jak mógł być taki nierozważny? Nie miał 

żadnego punktu zaczepienia, zupełnie nic. Co z tego, że Wilma 
ma komórkę, skoro jej nie odbiera?

  Telefon po prostu się rozładował, nie musiało zdarzyć się nic 
złego. Mogła go zgubić albo gdzieś zostawić. Ale choć próbował 

znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie, wyobraźnia podsuwała mu 
najgorsze wersje wydarzeń.

  Czy   powinien   zadzwonić   do   Margot?   Nie,   najpierw   musi 
znaleźć Wilmę. To nic nie pomoże, że obudzi swoją byłą i ją też 

wystraszy.
  Kątem oka dostrzegł jakiś ruch na jednym z pomostów. Jakiś 

zaspany chłopak w slipach wspiął się na rufę jachtu, żeby się 
wysikać.

  Jonas podbiegł do niego.
  – Przepraszam! – zawołał półgłosem.

  Żadnej reakcji.
  – Halo! – krzyknął, tym razem głośniej. – Halo!

  Teraz chłopak go usłyszał i się odwrócił.
  – Widziałeś  może blondynkę, czternastolatkę, z włosami do 

ramion?
  Chłopak się żachnął.  – Co?

  Jonas   powtórzył   pytanie,   ale   w odpowiedzi   chłopak   tylko 
potrząsnął głową. Potem bez słowa zniknął w kajucie.

  Jonas stał na pomoście.
  Wokół   cumowały   setki   łodzi.   Jeśli   Wilma   poszła   z jakimś 

nieznajomym, mogła się znajdować na pokładzie którejkolwiek 
z nich.

  Jak miał ją odnaleźć?

background image

 

12

  Nora   szybkim   krokiem   podeszła   do   telefonu   stojącego   na 
stoliku w przedpokoju. To był staromodny, czarny bakelitowy 

telefon, taki, jakiego od kilkudziesięciu lat nie można już było 
kupić.

  Telefon  znów  zadzwonił;   Norze   ścisnął   się  żołądek.   To  nie 
mógł być Jonas; on dzwoniłby na komórkę.

  Zmusiła się, by podnieść słuchawkę. I usłyszała znajomy głos:
  – Noro, tu Monica.

  – Monica?
  Nora nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Jej była teściowa nie 

dzwoniłaby   o czwartej   nad   ranem,   gdyby   nie   stało   się   coś 
poważnego.

  Chodziło o Henrika?
  Nora   z trudem   zapanowała   nad   głosem,   mocniej   ścisnęła 

słuchawkę.
  – Coś się stało z Henrikiem?

  Sekunda milczenia. Nora wstrzymała oddech.
  – Z Henrikiem? Nie, nie. Dlaczego tak myślisz? Nie dlatego 

dzwonię.
  Gdy   napięcie   ustąpiło,   Norze   nie   udało   się   powstrzymać 

nerwowego śmiechu. Była przekonana, że chodzi o Henrika.
  – Potrzebuję   twojej   pomocy   – ciągnęła   władczym   tonem 

Monica.   – Wnuczka   naszych   bliskich   przyjaciół   została 
zatrzymana przez policję. Wyobrażasz to sobie? Przez policję!

  Pełen oburzenia wdech.
  – Pamiętasz   Karin   i Holgera   Grimstadów?   Poznałaś   ich 

u nas,   jestem   tego   prawie   pewna.   Holger   jest   konsulem 
honorowym   Islandii,   bardzo   ważną   osobą.   Mają   cudowny 

domek   w Torekov,   nad   samym   morzem,   z przepięknym 
widokiem.

  Gdy   Monica   mówiła,   Nora   próbowała   zapomnieć 
o niepokoju, że coś mogło się stać z Henrikiem, i skupić się na 

przyczynie tej rozmowy.

background image

  W końcu musiała przerwać byłej teściowej.
  – Monico, proszę. Co się stało?

  – Wnuczkę   Grimstadów   zatrzymała   policja.   Ponoć   jest 
w opłakanym stanie, a rodzice wyjechali na noc świętojańską 

do   Torekov.   Przed   chwilą   dzwoniła   Karin,   była   kompletnie 
zrozpaczona. Nikogo z rodziny nie ma w okolicy Sztokholmu.

  – Ach tak?
  Nora wciąż nie miała pojęcia, czego chce Monica.

  – Musisz skontaktować się z policją i zająć się ich wnuczką, 
dopóki nie będą tego mogli zrobić jej rodzice. W tej chwili jest 

z nią koleżanka.
  Monica przerwała, by zaczerpnąć tchu, ale nim Nora zdołała 

coś z siebie wydusić, ciągnęła:
  – Córka   i zięć   Karin   wsiądą   dziś   w pierwszy   samolot,   ale 

najwyraźniej jest niewiele lotów z Ängelholm do Sztokholmu.
  – Dziewczyna jest w Sandhamn? – spytała Nora.

  Monica   westchnęła   ze   zniecierpliwienia.   Nora   przymknęła 
oczy. Podobnie jak to się często zdarzało w przeszłości, Monice 

udało   się   sprawić,   że   Nora   poczuła   się   kimś   gorszym.   Była 
teściowa była mistrzynią w traktowaniu z góry ludzi w swoim 

otoczeniu   i przez  lata   przeżyte  z Henrikiem  Nora  zdążyła  się 
o tym przekonać.

  – Tak, oczywiście, że jest na wyspie. Inaczej po co miałabym 
do ciebie dzwonić?

  Nora   bardzo   chciała   okazać   wyrozumiałość,   ale   jak   zwykle 
tylko ją to rozdrażniło. Monice naturalnie nawet nie przyszło 

do głowy, by przeprosić, że tak wcześnie dzwoni. Było dla niej 
oczywiste, że Nora, podobnie jak reszta świata, będzie tańczyć 

tak, jak jej zagra.
  – A teraz   posłuchaj   – podjęła   Monica,   zanim   Nora   zdążyła 

zaprotestować. – Dziewczyna nie jest w stanie się sobą zająć, 
a ty jesteś moją jedyną znajomą, która znajduje się w tej chwili 

na Sandhamn. – Głośno westchnęła. – O ileż wszystko byłoby 
łatwiejsze,   gdybyś   dalej   była   z Henrikiem.   Wtedy   mogłabym 

liczyć na to, że on zająłby się tą przykrą sprawą.
  Nora pomyślała o Wilmie. W głowie pojawił się obraz Adama 

i Simona.   To   Adam   mógł   za   dużo   wypić   i pochorować   się 

background image

gdzieś,   gdzie   nikogo   nie   zna.   Albo   coś   złego   mogło   się   stać 
Simonowi.

  Musiała pomóc.
  – Co chcesz, żebym zrobiła?

  – Byłoby dobrze, gdybyś odebrała dziewczęta i zatrzymała je 
u siebie, póki nie pojawią się rodzice. Policja najwyraźniej chce 

się ich jak najszybciej pozbyć. Co za bezczelność!
  To było typowe, że Monica oburza się zarówno tym, że policja 

zatrzymała dziewczynę, jak i tym, że nie chce jej przetrzymywać 
dłużej. Nora uśmiechnęła się pod nosem.

  – Mówiłaś, że kiedy przyjadą jej rodzice?
  – Najszybciej, jak będą mogli. Najwcześniej w porze lunchu.

  Nora szybko pomyślała.
  Jeśli   wylądują   na   lotnisku   w Brommie,   przejazd   do   portu 

w Stavsnäs zajmie im co najmniej godzinę. Stamtąd odpływały 
promy   do   Sandhamn.   Podróż   promem   trwała   jakieś 

czterdzieści pięć minut.
  – Jak się nazywają? – spytała.

  – Matka   ma   na   imię   Jeanette.   Jeanette   i Jochen 
Grimstadowie.

  – Masz do nich telefon?
  – Nie, tylko do Karin. Ale dostali twój numer, więc na pewno 

niedługo się odezwą.
  – Jak ma na imię ich córka?

  – Felicia.
 

13

  Gdy   Adrian   wrócił   do   samochodu   kempingowego,   Jensa 

Sturupa zdążył zastąpić przy biurku pochodzący  z Norrlandii 
Harry Anjou, którego prawie nie znał.

  Adrian podszedł do ekspresu i nalał sobie resztkę smakującej 
spalenizną   kawy.   Wypił   ją   na   stojąco.   Wszystko   go   bolało 

z niewyspania. Pracował prawie osiemnaście godzin.
  Wykończony opadł na sofę. Dochodziła czwarta rano, zbliżał 

się   koniec   operacji   policyjnej.   W miarę   jak   nocne   życie 

background image

stopniowo   się   uspokajało,   większość   policjantów   mogła   się 
odmeldować. Teraz została ich na służbie tylko garstka.

  – Udało mi się dodzwonić do rodziców tej dziewczyny, która 
jest   w ośrodku   kontaktowym   – powiedział   Adrian   do   Anjou; 

ten   siedział   odwrócony   do   niego   plecami   i czytał   coś   na 
ekranie.

  Na   tablicy   ogłoszeń   nad   jego   głową   liczby   aresztowanych 
i zatrzymanych znacznie wzrosły.

  – Są w drodze? – spytał Harry, odrywając wzrok od ekranu.
  Adrian pokręcił głową.

  – Są   na   drugim   końcu   kraju.   W południowej   Szwecji.   Ale 
mają znajomą, która ma dom tu na wyspie. Obiecała, że gdy 

tylko   będzie   mogła,   odbierze   dziewczynę.   Anna   została 
w ośrodku i czeka na nią.

  – Co z tą dziewczyną?
  Gdy Ebba odnalazła koleżankę, znów zaczęła płakać. Potem 

położyła się obok Felicii. Ta ostatnia wciąż  była zamroczona 
i prawie nie zwróciła na nią uwagi.

  – Prawie nie kojarzy – odparł Adrian. – Ale do rana pewnie 
jej   przejdzie.   – Dopił   ostatnie   krople   kawy   i mimowolnie   się 

skrzywił,   czując   jej   smak   na   języku.   – Co   robimy   z ich 
kolegami? – spytał. – Ktoś ich widział?

  – Pewnie gdzieś leżą i odsypiają imprezę – stwierdził Anjou. 
– Tak jak wszyscy, którzy nie mieli dość rozumu, by wrócić do 

domu ostatnim promem. Ochleje.
  Anjou wydawał się nie przejmować zdumioną miną kolegi. 

Wcześniej   pracował   w policji   w Norrlandii,   w Nacce   służył 
dopiero od pół roku. Najwyraźniej na północy policjanci mniej 

ważyli słowa.
  Adrian zastanawiał się, czy powinien przejść się jeszcze raz 

i poszukać   kolegów   Ebby.   Ale   Anjou   prawdopodobnie   miał 
rację:   oni   mogli   zasnąć   właściwie   gdziekolwiek.   Na   pewno 

pojawią się przed południem, skacowani, z zaczerwienionymi 
oczami. I pewnie nie będą zgrywać takich chojraków jak wtedy, 

gdy biedna Ebba ich zostawiła.
  Wyprostował się i szeroko ziewnął.

  – No   to   pójdę   się   położyć   – oświadczył.   – Spotykamy   się 

background image

o dziesiątej, tak?
  Statek, którym miano przewieźć ich wyposażenie na stały ląd, 

odpływał   około   pierwszej.   Przedtem   musieli   wszystko 
spakować. A to oznaczało niewiele godzin snu.

  Anjou kiwnął głową na potwierdzenie. Również wydawał się 
zmęczony, powieki mu opadały.

  – Zaraz tu wszystko pozamykam – rzucił przez ramię. – Jeśli 
coś wyskoczy, będę pod telefonem.

  Wskazał na komórkę wiszącą przy pasie.
  Adrian nie był w stanie stłumić kolejnego ziewnięcia. Wstał 

i odstawił kubek.
  – No to widzimy się rano. – Zerknął na zegar. – Czyli za kilka 

godzin.
  – Dobra   – powiedział   Anjou,   nie   odrywając   wzroku   od 

ekranu.
 

14

  Molly skomlała od dłuższej chwili. W końcu nie dało się tego 

dłużej ignorować. Pelle Forsberg westchnął i odrzucił kołdrę.
  Oczy   piekły   go   z niewyspania.   Potrząsnął   głową,   by   się 

rozbudzić; była dopiero czwarta rano.
  – No   chodź   – powiedział   przyjaźniej,   niż   miał   naprawdę 

ochotę.
  Właściwie  było o wiele  za wcześnie  na poranny spacer, ale 

Molly miała sporo lat i problemy z pęcherzem. Pelle wiedział, 
że to tylko kwestia czasu, nim pójdzie z nią na ostatnią wizytę 

u weterynarza. Spędzili ze sobą jednak wiele lat i czasem, gdy 
rozwód ciągnął się w nieskończoność, a on i Linda najbardziej 

się kłócili, ten pies był dla niego największym pocieszeniem.
  Prawdę   mówiąc,   jedynym,   gdy   żona   i córka   zwróciły   się 

przeciw niemu.
  Uśmiechnął się na widok błysku w oczach Molly, gdy pojęła, 

że zamierza z nią wyjść.
  – Już dobrze, moja dziewczynko – powiedział i pogłaskał ją 

po miękkim nosie. – Wygrałaś. Przejdziemy się trochę.

background image

  Spróbował spojrzeć na nią surowo.
  – A potem się jeszcze położymy. Słyszysz?

  Molly   z zapałem   pomachała   ogonem.   Pelle   Forsberg 
naciągnął dżinsy, które leżały przy łóżku. Sięgnął po wiszący na 

oparciu krzesła T-shirt i wsunął na nogi stare tenisówki.
  Kiedy wrócą, spróbuje trochę odpocząć. Czuł taką potrzebę, 

wieczorem z trudem zasypiał.
  Dom   stał   w pewnej   odległości   od   portu,   tuż   przy   kortach 

tenisowych.   Mimo   to   w nocy   słyszał   dudniące   dźwięki 
dyskoteki. Basy przenikały aż do szpiku kości, takie w każdym 

razie  miał  wrażenie,   gdy  położył poduszkę   na głowie,  by  się 
odciąć od tych hałasów.

  Pelle Forsberg wziął smycz z wieszaka tylko dla formalności. 
O tej   porze   nie   przypinał   Molly.   Komu   by   to   miało 

przeszkadzać? Natomiast porządnie zamknął za sobą drzwi na 
klucz.   Zazwyczaj   tego   nie   robił,   ale   akurat   w ten   weekend 

ostrożność nie zawadzi.
  Molly pobiegła w stronę plaży przy Skärkarlshamn i niemal 

natychmiast przykucnęła. Pelle Forsberg prawie czuł jej ulgę 
i było   mu   trochę   wstyd,   że   musiała   się   tak   długo   naczekać. 

Teraz, gdy się rozbudził na dobre, zobaczył, że jest naprawdę 
piękny poranek. Słońce wstało nad wieżą na Korsö, zapowiadał 

się kolejny dzień przepięknej pogody. Powietrze było klarowne 
i rześkie.

  Molly   zaczęła   coś   obwąchiwać,   więc   przystanął   i poszperał 
w kieszeni.   Zapalił   papierosa.   Rozkoszując   się   pierwszym 

machem, na chwilę zamknął oczy. Potem bez pośpiechu ruszył 
za Molly.

  Niech   sobie   pobiega,   myślał.   Niech   też   się   nacieszy.   Po 
powrocie do domu trochę się prześpimy.

  Uśmiechnął   się   pod   nosem   na   myśl   o tym,   jaki   jest 
sentymentalny.

  Kawałek dalej zobaczył kilka namiotów w rzadkim sosnowym 
lesie.   Szare   płótno   namiotowe   wtapiało   się   w żółtozielone 

połacie   mchu   i krzaczki   jagód.   Roślinność   przypominała 
wysepki na piasku, których centralnym punktem często była 

skarłowaciała   sosna   z pniem   otoczonym   opadłym   igliwiem 

background image

i szyszkami.
  Zszedł   na   plażę,   skręcił   w prawo.   Kilkaset   metrów   dalej, 

blisko  końca plaży,  widział  płot  dochodzący   do  samej wody. 
Zgodnie z tradycją zwykle  nie ogradzano działek  nad samym 

morzem   i ten   płot   doprowadzał   miejscowych   i letników   do 
białej gorączki.

  W Pellem  Forsbergu  budził tylko   chęć, by  demonstracyjnie 
przespacerować się przez teren działki.

  Molly   coś   zwietrzyła   i odbiegła   spory   kawałek   dalej. 
Niespiesznie   ruszył   za   nią,   zastanawiając   się,   czy   skoro   już 

wyszli, to czy nie przejść się kawałek dalej do Trouville.
  Zaciągnął się papierosem i potknął o korzeń ukryty w piasku. 

Złapał   równowagę   i wtedy   usłyszał,   że   suczka  zaczęła   głośno 
szczekać.   Znajdowała   się   około   stu   metrów   dalej   przy 

rozłożystej   olsze   z grubym   pniem.   Drzewo   rosło   dokładnie 
w miejscu, gdzie piaszczysta plaża przechodziła w skały, jakieś 

dwadzieścia metrów przed tym irytującym płotem.
  Szczekanie echem zakłócało poranną ciszę.

  – Szsz!   – syknął   Pelle.   – Bądź   cicho,   Molly.   Ludzie   jeszcze 
śpią.

  Przyśpieszył   kroku   i przeszedł   nad   grubymi   korzeniami 
jakiegoś drzewa, wystającymi z piasku.

  Molly wciąż szczekała.
  – Dość tego!

  Podniósł   głos   i ostry   ton   sprawił,   że   pies   wreszcie   ucichł. 
Teraz cicho i gardłowo skomlał, ale wciąż stał w tym samym 

miejscu i nie chciał się ruszyć.
  Pelle podszedł bliżej. Przez zieleń przeświecało coś białego. 

Odsunął kilka gałęzi i przykucnął, by lepiej widzieć.
  Nagle pojął, dlaczego suczka tak zareagowała.

  Zobaczył   wyzierającą   spod   ziemi   bladą   twarz   o martwych 
oczach.

  Poczuł   na   policzku   zimny   nos   Molly   i zerwał   się   na   nogi. 
Serce łomotało mu w piersi, gdy biegł z powrotem do domu, 

gdzie na stoliku przy łóżku zostawił telefon.
 

background image

15

  Nora zdjęła z wieszaka żeglarską kurtkę. Obaj chłopcy wciąż 
głęboko spali. Pewnie się nie obudzą, gdy jej nie będzie, ale na 

wszelki   wypadek   napisała   karteczkę   i położyła   ją   na   stole 
w kuchni.

  Nie chciała tracić czasu na zrobienie sobie kanapki, chociaż 
była głodna. Zamiast tego nalała szklankę jogurtu i wypiła ją na 

stojąco. Potem zamknęła za sobą drzwi wejściowe i otworzyła 
białą drewnianą furtkę. W przelocie zauważyła, że przydałoby 

jej się malowanie.
  Gdy   szybkim   krokiem   schodziła   z Kvarnberget,   wyciągnęła 

z kieszeni komórkę i wybrała numer Jonasa.
  Odebrał po pierwszym sygnale.

  – Wróciła do domu?
  Norze ścisnęło się serce, gdy usłyszała nadzieję w jego głosie. 

Musiał się strasznie niepokoić o Wilmę.
  – Nie,   niestety   – odparła,   mocniej   przyciskając   telefon   do 

ucha. – Nie dlatego dzwonię. Stało się coś innego.
  Szybko wyjaśniła sytuację.

  – Właśnie idę do ośrodka policyjnego, gdzie są dziewczyny. 
Obiecałam Monice, że na razie wezmę je do domu. – Zawahała 

się. – Zgłaszałeś na policję, że Wilma zaginęła?
  – Nie.

  – Nie uważasz, że powinieneś to zrobić?
  – Nie widziałem żadnych policjantów.

  Oddychał głośno i mówił o wiele szybciej niż zwykle.
  – Jak   uważasz,   może   powinnam   spytać   policjantów 

z ośrodka, czy ją widzieli, skoro i tak już tam idę? To przecież 
chyba nie zaszkodzi.

  Usłyszała, że Jonas kilka razy głęboko wciąga powietrze.
  – Masz rację – odparł po chwili. – Na pewno nie zaszkodzi.

  – Gdzie jesteś? – spytała Nora.
  – Na   samym   końcu   najdalszego   pomostu   pontonowego, 

naprzeciw   pomostu   Via   Mare.   Próbuję   zajrzeć   na   większe 
łodzie, ale to na nic. Wszyscy o tej porze jeszcze śpią, nie widać 

żywej duszy.

background image

  Via Mare był przy stacji benzynowej, obok przystani KSSS. 
Był to długi pomost, zarezerwowany dla ważniejszych członków 

klubu, i żeby otworzyć furtkę, trzeba było wprowadzić kod.
  Nora bardzo pragnęła móc powiedzieć coś, co by uspokoiło 

Jonasa, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów.
  – Na   pewno   lada   chwila   się   odezwie   – zapewniła   bez 

przekonania w głosie. – Zobaczysz, że jak tylko się rozłączymy, 
zadzwoni telefon.

  Wsunęła   komórkę   z powrotem   do   kieszeni.   Szła   szybkim 
krokiem   przez   wąskie   uliczki   z białymi   i czerwonymi 

sztachetami   po   obu   stronach.   Kwitł   dziki   bez   i na   widok 
pięknych kremowobiałych baldachów przypomniała sobie, jak 

ślicznie   wyglądała  Wilma poprzedniego  dnia  pod drzewkiem 
świętojańskim.

  Przeszła tyłami Baru dla Nurków i znalazła się w porcie, tuż 
przy jasnym budynku, w którym mieścił się sklep spożywczy.

  Jonas   miał   rację,   było   tu   zupełnie   pusto.   W kiosku   obok 
przystani   dla   parowców   szare   blaszane   żaluzje   były 

opuszczone, sklepik odzieżowy naprzeciw też był zamknięty na 
cztery spusty.

  Kawałek dalej w porannej mgiełce krążyła para nurogęsi.
  Słońce   stało   sporo   ponad   wieżą   na   Korsö,   ale   Norze 

wydawało się, że wcale nie grzeje.
  Zadzwoniła do drzwi ośrodka. Niemal natychmiast otworzyła 

jej śliczna policjantka o azjatyckich rysach.
  – Nazywam   się   Nora   Linde.   Mam   chyba   odebrać   dwie 

dziewczyny…
  Sama słyszała, jak niepewnie to zabrzmiało, ale policjantka 

nie zareagowała na jej ton. Wyciągnęła rękę na powitanie.
  – Anna Miller,  czekałam  na panią.  Są na  piętrze. Ma pani 

jakiś dowód tożsamości?
  – Eee… tak.

  Lekko speszona Nora pokazała jej swoje prawo jazdy. Anna 
rzuciła na nie okiem.

  – Dziękuję. Ojciec  Felicii   wspominał,  że się  pani zjawi, ale 
muszę przecież potwierdzić, że to pani.

  Wskazała na schody.

background image

  – Proszę za mną. Pokażę pani drogę.
  Jakie one są młode. Ta myśl natychmiast uderzyła Norę, gdy 

Anna otworzyła drzwi, pokazując jej dziewczyny.
  Szczupłe ramiona, półdługie włosy, smukłe ciała i cieniutkie 

ubrania. Leżały tuż obok siebie na pryczy, częściowo przykryte 
kocem.

  Jedna wstała, żeby się przywitać. Ostrożnie przedstawiła się 
jako Ebba i pośpiesznie dygnęła. Na jej twarzy widać było ślady 

łez.   Druga   dziewczyna,   zapewne   Felicia,   wyglądała   dość 
kiepsko.   Dalej   leżała,   miała   rozczochrane   włosy.   Nora 

mimowolnie pomyślała o Wilmie.
  Spontanicznie się pochyliła i uścisnęła Ebbę.

  – Jestem   Nora   Linde,   mieszkam   tu   w Sandhamn 
– powiedziała. – Moja teściowa zna rodzinę Felicii, to dlatego 

tu jestem. Jak się czujesz? Co z twoją koleżanką?
  – Nie za dobrze – odparła cicho Ebba.

  Nora   pogłaskała   ją   po   włosach   tak   jak   Simona,   gdy 
potrzebował pocieszenia.

  – Teraz pójdziecie ze mną do domu i prześpicie się trochę, 
póki nie zjawią się wasi rodzice. Wszystko się ułoży, zobaczysz, 

nie martw się.
  Ebba   bez   słowa   kiwnęła   głową.   Felicia   była   zupełnie   bez 

kontaktu,   miała   zamglone   oczy.   Gdy   Nora   próbowała   z nią 
rozmawiać, mruczała coś niezrozumiale.

  – Zajmie się pani dziewczynami? – upewniła się Anna.
  Kilka   ciemnych   kosmyków   wysunęło   się   z jej   kucyka 

i opadało   na   kark.   Zsunęła   gumkę,   zebrała   włosy   i znów   je 
ściągnęła.

  – Mam zrobić coś konkretnego? – spytała Nora, którą nagle 
ogarnęła niepewność.

  – Proszę pozwolić im się wyspać i dojść do siebie – odparła 
Anna. – Byłoby dobrze, gdyby za jakiś czas coś zjadły i wypiły.

  – Zatruła się alkoholem? – spytała cicho Nora, spoglądając 
na Felicię.

  – Aż   tak   źle   nie   jest.   W takim   wypadku   musielibyśmy   ją 
wysłać do szpitala. Ale zdecydowanie za dużo wypiła, zupełnie 

nie kontaktowała, kiedy ją znaleźliśmy.

background image

  – Rozumiem – powiedziała Nora, choć wcale nie rozumiała.
  Dziewczyny   były   niewiele   starsze   od   Adama.   Czy   jemu   też 

mogłoby   się   coś   podobnego   przytrafić?   Zatrzymany   przez 
policję, niezdolny zająć się samym sobą?

  Nie   potrafiła   wyobrazić   sobie   syna   nietrzeźwego,   a tym 
bardziej pijanego do nieprzytomności.

  – Naprawdę   tak   wcześnie   zaczynają   pić?   – spytała   mimo 
woli.

  – Nie   ma   pani   pojęcia.   Znajdujemy   dzieciaki   z czwartej, 
piątej, szóstej klasy kompletnie odurzone piwem i winem.

  – Jak to możliwe? – spytała Nora. – Skąd mają alkohol?
  Anna   spojrzała   na   nią,   jakby   Nora   żyła   w jakimś   innym 

świecie.
  – Podkradają rodzicom albo proszą starsze rodzeństwo, żeby 

im kupiło. Inna możliwość to dealerzy, w piątki kręcą się pod 
szkołami.

  Pobłażliwy uśmiech.
  – Zamyka   pani   na   klucz   alkohol   w domu?   – spytała   Anna, 

choć znała odpowiedź.
  Nora   zakłopotana   pokręciła   głową.   Wręcz   przeciwnie,   na 

blacie  w kuchni butelki  leżały  na stojaku z oliwnego drewna, 
który kupiła kiedyś w Hiszpanii. Otwarty karton białego wina 

stał w lodówce.
  Nawet nie przeszło jej przez myśl, by go schować, choć sama 

widziała, jak Wilma szykuje się na wieczór.
  Była taka naiwna.

  Przerwała im Ebba:
  – Przepraszam   – odezwała   się   nieśmiało.   – Zastanawiałam 

się… Znaleźliście moich kumpli?
  – Niestety nie – odparła Anna. – Ale nie martw się o nich. Na 

pewno gdzieś śpią. Wy też potrzebujecie snu.
  Wydaje  się  wykończona,   pomyślała  Nora.  Miała  zaschnięte 

usta i mętne oczy.
  Dotknęła ramienia policjantki.

  – Muszę panią o coś zapytać.
  Odeszły   kilka   metrów   dalej   i stanęły   pod   oknem 

wychodzącym na północ, żeby Ebba i Felicia ich nie słyszały.

background image

  – Moja…
  Nora   urwała.   Jak   powinna   nazwać   Wilmę?   Pasierbica 

brzmiało   tak   obco;  nie   mieszkała   przecież   nawet   z Jonasem. 
Może lepiej będzie „przybrana córka”?

  Zaczęła jeszcze raz:
  – Córka mojego partnera nie wróciła do domu na noc. Ojciec 

poszedł   jej   szukać.   Trochę   się   niepokoimy,   jak   pewnie   pani 
rozumie.

  Anna zmarszczyła czoło i do Nory dotarło, że miała nadzieję 
na inną reakcję. Przyjazny uśmiech, parę uspokajających słów 

o nastolatkach,   które   wychodzą   na   imprezę   i zapominają 
o czasie. Że nie ma się czym przejmować.

  Zamiast tego policjantka spytała:
  – Kiedy zniknęła?

  – Miała wrócić o pierwszej.
  – Próbowaliście do niej dzwonić?

  – Nie odbiera komórki.
  Anna spojrzała badawczo na Norę.

  – Proszę tego źle nie odebrać – powiedziała – ale chciałabym 
wiedzieć,  czy  nie pokłóciliście   się,  zanim  wyszła.  Miała  jakiś 

powód, żeby nie chcieć wrócić do domu?
  – Absolutnie   nie   – zapewniła   Nora,   bardziej   kategorycznie, 

niż   zamierzała.   – Miała   tylko   obchodzić   noc   świętojańską 
z grupą znajomych.

  – Jest pani tego pewna?
  – Oczywiście.

  Pytanie   nie   było   zadane   w nieprzyjemny   sposób,   ale   Nora 
i tak poczuła się winna. Jakby powinna być uważniejsza.

  Anna miała więcej pytań:
  – Nie   zauważyła   pani   nietypowych   oznak?   Na   przykład   że 

dziewczyna była smutna albo czymś zdenerwowana?
  – Nie, przecież mówiłam.

  Nora sama słyszała w swoim głosie defensywny ton, ale nie 
mogła nic na to poradzić.

  – W porządku,   zostawmy   to   – stwierdziła   Anna.   – Jak 
dziewczyna wygląda? Ma jakieś znaki szczególne?

  Nora   najlepiej,   jak   potrafiła,   opisała   Wilmę,   jej   ubranie 

background image

i kolor włosów.
  – Są   do   siebie   dość   podobne   – powiedziała   na   koniec, 

spoglądając w stronę Ebby i Felicii.
  Pomyślała   o zdjęciu   Wilmy,   które   Jonas   miał   na   tapecie 

w swoim telefonie. Beztroski uśmiech, jasne włosy.
  – Ich   znajomi   też   zaginęli   – powiedziała   Anna,   wskazując 

w stronę dziewczyn. – Mówiła pani, że jak ona się nazywa?
  – Wilma.   Wilma   Sköld.   Jej   ojciec   nazywa   się   Jonas   Sköld 

i wynajmuje ode mnie dom.
  Nie   miała   pojęcia,   dlaczego   dodała   to   ostatnie,   nie   było 

przecież żadnych powodów, by informować o tym policję.
  – Ile ma lat?

  – Czternaście.
  – Zna dobrze wyspę?

  – Nie jestem tego pewna.
  – Czyli tylko czternaście lat – powtórzyła Anna.

  Norze nie spodobał się ton jej głosu.
 

16

  Adrian powiedział Anjou, że pójdzie się położyć, ale wybrał 

się   na   pomost   pontonowy,   przy   którym   stała   łódź   kolegów 
Ebby. Chciał jeszcze raz się rozejrzeć; może ktoś do tej pory 

wrócił.
  Łódź   stała   prawie   przy   samym   końcu.   Był   to 

czterdziestodwustopowy   sunseeker   z dużym   pokładem 
słonecznym i białymi skórzanymi meblami na rufie. Pierwszą 

rzeczą,   jaką   zobaczył   Adrian,   była   zaschnięta   plama   na 
pokładzie. Pewnie po czerwonym winie. Ebba wspominała, że 

łódź należy do ojca jednego z kolegów; nie będzie mu pewnie 
do śmiechu, kiedy to zobaczy.

  Wyglądało  na to, że drzwi  do kajuty  są niedomknięte. Czy 
ktoś tam był?

  Adrian   wszedł   na   pokład   i nacisnął   klamkę.   Drzwi   się 
otworzyły. Wsunął głowę do środka.

  – Halo?! – zawołał półgłosem.

background image

  Żadnej odpowiedzi.
  Gdy już przyzwyczaił się do półmroku, ujrzał mesę ze stołem. 

Wyposażenie   było   luksusowe:   lśniące   drewno,   piękna 
mahoniowa podłoga. W zlewie walały się puste puszki po piwie, 

na stole stało kilka butelek. Napój energetyczny potoczył się do 
kąta.

  Na   wielkiej   skórzanej   sofie   spał   na   brzuchu   jakiś   chłopak. 
Miał rude, kędzierzawe włosy, był ubrany.

  – Halo! – powtórzył Adrian, tym razem głośniej.
  Zero reakcji.

  Po chwili wahania Adrian zszedł do przestronnej kajuty. Na 
regale   stało   kilka   książek   o żeglarstwie,   na   podłodze   leżały 

poduszki z wzorem we flagi sygnałowe.
  Drzwi ze szlachetnego drewna z mosiężną klamką prowadziły 

do kajuty z podwójną koją na samym dziobie. Adrian zobaczył 
tam   parę   młodych   ludzi   pogrążoną   w głębokim   śnie. 

Dziewczyna   miała   na   sobie   tylko   majtki,   kołdra   zsunęła   się 
i zaplątała   między   jej   nogami.   Chłopak   leżał   na   plecach 

i z otwartymi ustami.
  W ciasnym pomieszczeniu czuć było woń alkoholu.

  Adrian   się   wycofał.   Położył   rękę   na   ramieniu   śpiącego   na 
sofie nastolatka i nim potrząsnął.

  Gdy chłopak nie zareagował, zrobił to jeszcze raz, mocniej.
  – Co jest, kurwa – mruknął nagle chłopak i otworzył oczy.

  Odwrócił   głowę   i spojrzał   na   Adriana.   Zamrugał   na   widok 
munduru.

  – Nic nie zrobiłem – powiedział automatycznie.
  Zaspany usiadł na sofie. Rude włosy sterczały na wszystkie 

strony. Jeszcze raz spojrzał na Adriana.
  – Czego pan chce? Coś się stało?

  Adrian pojął, że go wystraszył, i cofnął się trochę.
  – Jak się nazywasz?

  – Tobbe. Tobias Hökström.
  – Znasz dziewczynę o imieniu Ebba Halvorsen?

  Chłopak pokiwał głową, wciąż zdezorientowany. Obicie sofy 
odcisnęło   pręgi   na   jego   policzku,   na   którym   widniał   wielki 

siniak.

background image

  – Tak, chodzimy do tej samej klasy.
  – Wiesz, że przez całą noc szukała ciebie i twoich kolegów?

  – A to dlaczego? To przecież ona sobie od nas poszła.
  – Przypłynęliście tutaj razem. Chyba byłoby fair, gdybyś się 

do niej odezwał i powiedział, dokąd idziecie. Tak się martwiła, 
że skontaktowała się z nami.

  – Poszła na policję?! Odbiło jej?!
  Adrian nie wiedział, jak zareagować na ten wybuch.

  – Gdzie byliście? – zapytał w końcu.
  Tobbe podrapał się po karku i ziewnął.

  – Imprezowaliśmy   na   innej   łodzi.   Ze   znajomymi   mojego 
brata.

  – Byliście tam cały czas?
  – Chyba tak.

  Kolejne ziewnięcie.
  – Nie   przyszło   ci   do   głowy,   żeby   zadzwonić   do   Ebby 

i powiedzieć, gdzie jesteście?
  – Eee – mruknął Tobbe, patrząc pusto przed siebie.

  – Kiedy wróciliście?
  – Nie wiem dokładnie. Nie pamiętam.

  Adrian wskazał głową w stronę kajuty dziobowej.
  – A tamci to co za jedni?

  Tobbe uniósł się trochę i zajrzał przez szczelinę w drzwiach.
  – To mój starszy brat.

  – A dziewczyna?
  – Poznał ją na tej drugiej łodzi. – Tobbe znów ziewnął. – Nic 

nie zrobiłem. Mogę dalej spać?
  Adrian się zastanawiał.

  – Zajęliśmy   się   waszą   koleżanką   Felicią.   Według   Ebby 
szukała swojego chłopaka, Victora. Wiesz, gdzie on jest?

  – Victor nie wrócił?
  – Chyba lepiej niż ja potrafisz odpowiedzieć na to pytanie.

  Tobbe niechętnie się podźwignął i wsunął głowę do drugiej 
kabiny,  gdzie  na  materacu  leżały   torba i niechlujnie   rzucona 

kurtka.
  – Nikogo   tam   nie   ma   – zauważył   Adrian,   choć   było   to 

zbyteczne.

background image

  Tobias opadł na sofę i wyglądało na to, że znów zasypia.
  – Pewnie jest z Felicią.

  Adrian zaczynał mieć tego dość.
  – Nie   słyszałeś,   co   mówiłem?   Felicia   została   zatrzymana 

przez policję.
  Do   chłopaka   wreszcie   dotarło,   co   usłyszał.   W jego   oczach 

pojawił się błysk zdziwienia.
  – Jest teraz z Ebbą – dodał Adrian. – Zastanawiam się, gdzie 

się   podział   Victor.   Poszedł   z wami   na  tę   imprezę  na   drugiej 
łodzi?

  – Chyba nie.
  – Kiedy widziałeś go ostatni raz?

  Tobbe   wydawał   się   zagubiony.   Przeczesał   ręką   włosy 
i spojrzał niepewnie na Adriana.

  – W sumie to nie wiem.
 

17

  Anna obracała  w dłoni policyjne  radio, jakby  nie  do końca 

wiedziała,   co   robić.   Nora   wyczuwała   narastający   niepokój. 
Wyglądało na to, że Anna podjęła decyzję, bo przysunęła usta 

do   małego   mikrofonu   przypiętego   do   kurtki   i mruknęła   coś, 
czego Nora nie dosłyszała.

  Gdy   słuchała   odpowiedzi,   jej   spojrzenie   nic   nie   mówiło. 
Zakończyła rozmowę i zwróciła się do Nory:

  – Według mojego kolegi jeden z tych młodych ludzi wciąż się 
nie odnalazł.

  Wskazała ręką na dziewczyny. Norze ścisnął się żołądek.
  – Pewnie   nie   ma   się   czym   przejmować   – podjęła   Anna. 

– Takie rzeczy zdarzają się ciągle. Nie ma pani pojęcia, ile osób 
się do nas zwraca, bo zgubiło przyjaciół. Ale ponieważ córka 

pani   partnera   wciąż   się   nie   znalazła,   mimo   wszystko 
sprawdzimy parę rzeczy. Może pani tu chwilę poczekać?

  – Oczywiście.
  Nora   kiwnęła   głową.   Słowa   policjantki   ani   trochę   jej   nie 

uspokoiły.

background image

  – Mam poprosić, żeby jej ojciec tu przyszedł?
  – Jeśli pani chce.

  – Myśli pani, że stało się coś poważnego?
  Anna   nie   odpowiedziała,   tylko   znów   zaczęła   mówić   do 

mikrofonu.
  Adrian   zamknął   kajutę   i zszedł   na   ląd.   Tobias   Hökström 

zdążył już zasnąć.
  – Halo, proszę chwilę poczekać!

  Adrian odwrócił głowę, by sprawdzić, kto go woła, i zobaczył 
mężczyznę   po   trzydziestce,   który   biegł   w jego   stronę,   nie 

patrząc pod nogi, choć deski pomostu były zdradziecko śliskie 
od porannej rosy.

  – Proszę   poczekać!   – zawołał   jeszcze   raz,   wymachując 
rękoma.

  Gdy   się   zbliżył,  miał   taką   zadyszkę,   że   ledwie   był  w stanie 
mówić. Mimo to z jego ust popłynęły słowa:

  – Przepraszam. Czy mogę z panem porozmawiać? Nazywam 
się   Jonas,   Jonas   Sköld.   Moja   córka   zaginęła,   szukam   jej   od 

wielu godzin.
  Nie dało się nie zauważyć, jak zaniepokojony jest mężczyzna. 

Wzrok miał rozbiegany.
  – Szukałem wszędzie.

  Adrian pojął, z kim rozmawia.
  – To   pańska   partnerka   miała   się   zająć   tą   znalezioną 

dziewczyną i jej koleżanką? – spytał.
  – Tak.   – Mężczyzna   wydawał  się   zdziwiony.   – Skąd   pan   to 

wie?
  – Właśnie rozmawiałem z koleżanką o pańskiej córce. Proszę 

ze mną, spróbujemy to wyjaśnić.
  Nora   siedziała   na   krześle   przy   długim   stole   w ośrodku 

policyjnym,   gdy   drzwi   się   otworzyły.   Ciążyły   jej   powieki 
i musiała się bardzo starać, żeby nie zasnąć. Na stole stało kilka 

pustych   kubków   po   kawie,   których   nikt   nie   miał   siły 
posprzątać.

  Dziewczęta czekały  na piętrze. Nora wyjaśniła im, że zaraz 
pójdą   do   niej   do   domu,   ale   najpierw   musi   coś   zrobić.   Nie 

protestowały, Ebba położyła się obok Felicii i obie drzemały.

background image

  Do   pomieszczenia   wszedł   wysoki   policjant   w wieku   około 
trzydziestu lat. Miał popielatoblond włosy i sympatyczną twarz. 

Za   nim   pojawił   się   Jonas.   Był   rozczochrany,   poszarzały   na 
twarzy.   Brązowe   żeglarskie   buty   miał   zabrudzone.   Nora 

natychmiast wstała i go objęła. Uśmiechnął się smutno, ale nic 
nie powiedział.

  Anna   zeszła   na   parter.   Właśnie   miała   wyciągnąć   rękę,   by 
przywitać   się   z Jonasem,   gdy   w słuchawkach   obojga 

policjantów zatrzeszczało.
  Nora zauważyła, że oboje zesztywnieli.

  Wysoki policjant się odwrócił, żeby nie widziała jego twarzy. 
Powiedział   coś   do   mikrofonu,   przez   chwilę   słuchał,   i znów 

zaczął mówić.
  Nie   dało   się   dosłyszeć   słów,   ale   Nora   czuła   narastający 

niepokój, gdy co chwilę zerkał na nią i na Jonasa.
  – Przepraszamy   na   chwilę   – powiedział   nagle   i pociągnął 

Annę do wnęki kuchennej, gdzie zaczęli cicho rozmawiać.
  – Co się dzieje? – rzucił półgłosem Jonas do Nory.

  – Nie wiem. Nic z tego nie rozumiem.
  Do jej oczu napłynęły łzy. Nie potrafiła powiedzieć, czy to ze 

strachu, czy po prostu z wyczerpania.
  Policjanci wrócili.

  – Musimy   państwa   na   chwilę   zostawić.   Chyba   będzie 
najlepiej, jeśli weźmiecie dziewczyny do domu. Skontaktujemy 

się z państwem później.
  Jonas   zrobił   krok   do   przodu   i powiedział   tonem,   którego 

Nora nigdy przedtem nie słyszała:
  – Musicie   mi   powiedzieć,   co   się   dzieje.   To   moja   córka 

zaginęła.
  Wpatrywał   się   w wysokiego   policjanta.   Anna   była   już 

w drzwiach,   ale   przystanęła,   gdy   usłyszała   jego   podniesiony 
głos.

  – Niestety, w tej chwili nie możemy nic powiedzieć – odparł 
policjant. – Przykro mi.

  – Będzie najlepiej, jeśli państwo wezmą teraz dziewczyny do 
domu   –   powiedziała   Anna   do   Nory.   – Odezwiemy   się   do 

państwa.

background image

 

18

  Adrian   wsiadł   za   kierownicę   policyjnego   jeepa   i włączył 
silnik. Anna usiadła obok niego.

  – Zgłaszający   czeka   na   was   przy   kortach   tenisowych! 
– zawołał za nimi Jens Sturup. – Nazywa się Pelle Forsberg.

  Samochód   szarpnął   i ruszył.   Adrian   zawrócił.   Potem 
skierował   się   w stronę   stromego   wzgórza   za   hotelem 

żeglarskim, ku Skärkarlshamn.
  Szybko dojechali do wysokiego płotu otaczającego dwa korty 

tenisowe. Przy furtce czekał na nich wysoki, chudy mężczyzna. 
Adrian zahamował i zatrzymał się obok niego.

  – To od pana przyjęliśmy zgłoszenie?
  – Tak, ode mnie. – Mężczyzna wyciągnął lekko drżącą rękę. 

– Pelle Forsberg.
  – Może nas pan tam zaprowadzić? – spytał Adrian.

  – Jasne.
  – Niech pan wsiada.

  Adrian wskazał na psa, który biegał dokoła, a przed chwilą, 
gdy zbliżał się policyjny jeep, radośnie szczekał.

  – Byłoby dobrze, gdyby wziął pan psa, żeby nie wbiegł nam 
pod koła.

  Suczka zaskomlała cicho. Uspokoiła się, gdy pan wziął ją na 
kolana i mocno przytrzymał.

  – Proszę podjechać do tego dużego żółtego domu, tam dalej 
– powiedział Pelle Forsberg i pokazał ręką.

  W kilka   minut   jeep   dotarł   do   olchy   na   plaży.   Adrian 
zaparkował i wysiedli.

  – To tutaj – oświadczył Pelle Forsberg.
  Wskazał na niedbale ułożoną stertę gałęzi  i liści. Coś z niej 

wystawało.
  Adrian   podszedł,   by   się   przyjrzeć   z bliska.   Więcej   nie   było 

trzeba.
  Uniósł do ust radio.

  Jonas wpatrywał się w drzwi, których nie zamknęli za sobą 

background image

policjanci. Pochylił się, jakby chciał ruszyć za nimi biegiem, ale 
w ostatniej chwili się powstrzymał.

  Nora   miała   ochotę   wyciągnąć   rękę   i go   dotknąć,   ale   się 
zawahała.   Dotarło   do   niej,   że   nie   ma   pojęcia,   jak   reagował 

w sytuacjach kryzysowych.
  Jest pilotem, pomyślała. Przeszedł setki godzin szkolenia, by 

umieć sobie radzić z trudnymi sytuacjami. Zachowanie spokoju 
pod presją to jego praca.

  Ale teraz chodziło o jego własną córkę. O Wilmę. Co wtedy 
pomaga szkolenie?

  Przypomniała sobie słowa Anny: to normalne, że ludzie gubią 
przyjaciół w taki weekend jak ten. Musieli się tego trzymać.

  Ucisk w żołądku nie mijał. Skoro tak, to dlaczego policjanci 
wyszli? Dlaczego nagle im się tak bardzo śpieszyło?

  Za oknem ptaki witały świt uporczywym ćwierkaniem. Ktoś 
nazbierał   bukiet   polnych   kwiatów   i postawił   na   stole 

konferencyjnym   obok   drzewka   świętojańskiego   w kolorach 
szwedzkiej flagi.

  – Posłuchamy   rady   policjantów   i weźmiemy   dziewczyny   do 
domu? – spytała Nora. – Nie ma sensu tutaj dłużej siedzieć. 

I tak   nic   nie   możemy   zrobić,   a Felicia   i Ebba   powinny   się 
położyć, obie są wyczerpane.

  Okrągły stalowy zegar na ścianie wskazywał za dwadzieścia 
piąta. Z niewyspania Nora drżała na całym ciele, czuła ucisk 

w skroniach.
  Adam   i Simon   wciąż   byli   sami   w domu.   Nie   chciała   o tym 

wspominać,   ale   zostawiła   ich   samych   znacznie   dłużej,   niż 
zamierzała. Simon się wystraszy, jeśli nie będzie jej przy nim, 

gdy się obudzi.
  Jonas przysiadł na krawędzi drewnianego stołu i splótł ręce 

na karku, jakby próbował zebrać myśli. Wciąż miał szarą twarz. 
Norę bolało, że widzi go w takim stanie.

  Westchnął głęboko i opuścił głowę.
  – Idź do domu z dziewczynami. Ja będę dalej szukać Wilmy.

  Zadzwonił   telefon   i Thomas   natychmiast   usiadł   na   łóżku. 
Odkąd   urodziła   się   Elin,   miał   bardzo   lekki   sen.   Zaspany 

zamrugał oczami, złapał telefon i ściszył sygnał.

background image

  Na zewnątrz było jasno. Za oknem kołysały się jasnozielone 
liście dużej brzozy rosnącej przy domu. Pojawiły się zaledwie 

kilka   tygodni   wcześniej.   Na   szkierach   wegetacja   była 
opóźniona, dopiero co przekwitły bzy.

  Obok niego spała na brzuchu Pernilla. Jej jasne włosy urosły. 
Opadały na kark i rozsypały się na niebieskiej poszewce w małe 

kotwice.   Thomas   cieszył   się,   że   zapuściła   włosy   – kiedy   się 
poznali, miała długie.

  Pernilla   się   nie   poruszyła,   przenikliwy   sygnał   telefonu   nie 
przerwał jej snu. Przekręciła się tylko na bok i wtuliła twarz 

głębiej   w poduszkę.   Elin   dalej   leżała   na   plecach,   przez   sen 
musiała   poruszyć   misia,   bo   biały   pluszak   wciskał   nos 

w materac przy jej główce. Ona też spała w najlepsze.
  Z telefonem w ręce Thomas wyszedł na werandę i zamknął za 

sobą   drzwi.   Przez   cały   weekend   miał   dyżur   pod   telefonem 
i spodziewał się takich rozmów.

  Słuchał   przez   kilka  minut i dotarło  do  niego, że  dłużej   nie 
pośpi.

 

19

  Ciężkim krokiem Nora wyszła na werandę i odstawiła tacę na 
stół. Każdy ruch wymagał wysiłku, ale wiedziała, że nie zaśnie, 

była za bardzo roztrzęsiona. Zrobiła więc sobie kubek herbaty 
i kanapkę.   Padła   na   wiklinową   sofę.   Odgryzła   kęs   razowego 

chleba. Może po jedzeniu poczuje się trochę lepiej?
  Dziewczęta   zasnęły   w pokoju   gościnnym.   W tym   samym 

łóżku,   w którym   od  dawna   powinna   leżeć   Wilma,   pomyślała 
mimowolnie. Zapadły w sen natychmiast, przytulone do siebie, 

zanim Nora zdążyła opuścić rolety i zamknąć drzwi.
  Chwilę później zadzwonił ojciec Felicii, a po paru minutach 

matka Ebby, Lena Halvorsen. Również ona była o kilka godzin 
drogi od Sandhamn.

  Oboje mówili trochę wymuszonym tonem, jakby ulżyło im, że 
dziewczynki są całe i zdrowe, ale jakby jednocześnie nieco się 

wstydzili.

background image

  – Strasznie przepraszam za tyle kłopotów – powtarzała raz za 
razem Lena Halvorsen. – Byłam przekonana, że Ebba nocuje 

u rodziny Felicii. Nie miałam pojęcia, że wybrała się na szkiery.
  Nora zapewniła ją, że nic się nie stało.

  – Ja   też   mam   dzieci,   synów.   Rozumiem,   jakie   to   uczucie. 
Dziewczynkom   tu   będzie   dobrze,   dopóki   pani   się   nie   zjawi. 

W tej chwili śpią. Zobaczymy się za kilka godzin. Cieszę się, że 
mogę państwu pomóc.

  Nora westchnęła i podwinęła nogi. Jonas jeszcze nie wrócił. 
Nie   chciała   nawet   myśleć   o tym,   jak   strasznie   musiał   się 

niepokoić. Czuła się zziębnięta. Ogrzała dłonie o kubek.
  W porannej mgle zobaczyła łódź zbliżającą się od północnego 

zachodu.   Wydawało   się,   że   kieruje   się   do   jej   pomostu. 
Odstawiła   herbatę   i wstała,   by   lepiej   widzieć.   To   chyba 

motorówka   Thomasa,   pięciometrowy   buster   z lśniącym 
aluminiowym kadłubem.

  Natychmiast ścisnęło jej się serce. Na pewno wydarzyło się 
coś   poważnego,   inaczej   nie   wezwano   by   Thomasa,   jej 

przyjaciela z czasów dzieciństwa. Nie przychodził jej do głowy 
żaden powód, dla którego Thomas miałby o tej porze wybrać 

się na Sandhamn, jeśli nie byłoby to związane z jego pracą.
  Musiało   chodzić   o Wilmę.   Nora   przypomniała   sobie 

zachowanie   policjantów   z ośrodka,   którzy   nagle   wyszli, 
zostawiając ją i Jonasa. Dobry Boże!

  Bez   zastanowienia   włożyła   buty   i kurtkę   i wybiegła 
Thomasowi   na   spotkanie.   Dotarła   na   pomost   dokładnie 

w chwili, gdy zdławił silnik i opłynął szczyt pomostu.
  Aluminiowa   łódź   gładko   dobiła   do   środkowego   kesonu 

pomostu.   W tej   samej   chwili   Thomas   ją   zauważył.   Najpierw 
wydał się zdziwiony, zaraz potem podniósł rękę i pomachał na 

powitanie.
  – Możesz odebrać?! – zawołał i rzucił Norze cumę dziobową, 

którą szybko uwiązała do pachołka.
  Odruchowo sprawdziła, czy węzeł dobrze trzyma.

  Thomas umocował w ten sam sposób cumę rufową i wyszedł 
na pomost.

  – Znaleźliście Wilmę? – spytała bez wstępów Nora. – Coś jej 

background image

się stało?
  Podniosła   wzrok,   by   widzieć   jego   twarz.   Wydawało   jej   się 

tylko   czy   malowało   się   na   niej   współczucie?   A może   coś 
gorszego?

  Ogarnięta paniką, z której nawet nie zdawała sobie sprawy, 
krzyknęła:

  – Dlaczego   nikt   nam   nic   nie   powiedział?!   Thomas,   musisz 
być ze mną szczery.

  Cofnął   się   o krok.   Niedbale   ogolony   zarost   zdradzał,   że 
opuszczał dom w pośpiechu. Nora chwyciła go za ramiona.

  – Musisz   mi   powiedzieć,   dlaczego   tu   jesteś   – powiedziała. 
– Proszę.

  Bez słowa przytulił ją do siebie. Panika zniknęła równie nagle, 
jak się pojawiła. Nora rozluźniła się w jego objęciach, zmusiła 

się, by spokojniej oddychać.
  – Co się stało? – spytał, gdy zauważył, że się uspokoiła.

  – Wilma   nie   wróciła   przez   całą   noc   – wymruczała   w jego 
kurtkę. – Nie możemy jej znaleźć. Tak strasznie się boję, że coś 

jej się stało.
  Thomas delikatnie odsunął ją od siebie i zobaczyła jego twarz.

  – Wilma zaginęła?
  Wydawał się szczerze zdziwiony.

  – Jonasa nie ma, poszedł jej szukać – odparła Nora. – Szukał 
przez   całą   noc   i kiedy   przypłynąłeś,   tak   okropnie   się 

wystraszyłam…
  Głos   jej   się   załamał.   Przełknęła   ślinę.   Po   jakiejś   minucie 

odzyskała kontrolę.
  – Przepraszam – szepnęła. – Jestem taka zestresowana tym 

z Wilmą, miałam ciężką noc, nie masz nawet pojęcia.
  Thomas objął ją ramieniem. Zaczęli iść w stronę brzegu. Nora 

opowiedziała   mu   o rozmowie   z Monicą   i o tym,   że   odebrała 
Felicię i Ebbę z ośrodka policyjnego.

  Zeszli na ląd. Thomas przystanął.
  – Posłuchaj – powiedział – na razie wiem o Wilmie tyle co ty 

i naprawdę muszę już iść. Odezwę się, jak tylko będę mógł.
  To z niewyspania, pomyślała Nora. Dlatego tak przesadnie na 

wszystko   reaguję.   Muszę   tylko   przespać   parę   godzin   i znów 

background image

poczuję się dobrze.
  – Poradzisz sobie? – spytał.

  Nora kiwnęła głową. Wciąż drżały jej kolana.
  – A tak w ogóle – powiedział Thomas, wskazując na bustera 

– czy łódź może tam zostać na kilka godzin? Do portu w tej 
chwili trudno się wcisnąć.

  Zmusiła się do uśmiechu.
  – Oczywiście   – odparła.   – Nie   pytaj   mnie   nawet   o takie 

rzeczy.
  Odprowadziła Thomasa do furtki. Dopiero tam przyjrzał jej 

się badawczo.
  – Spałaś w ogóle dziś w nocy?

  – Nie za dużo.
  – Idź do domu i spróbuj trochę odpocząć. Zadzwonię później. 

Obiecuję.
  Thomas oddalił się szybkim krokiem.

  Dopiero   gdy   już   zniknął,   Nora   zdała   sobie   sprawę,   że   nie 
powiedział jej, dlaczego jest na wyspie.

 

20

  Chcąc   najszybciej   dostać   się   z willi   Brandów   do 
Skärkarlshamn,   trzeba   było   przejść   obok   budynku   dawnej 

szkoły i przez wydmy.
  Żwir trzeszczał pod butami Thomasa, gdy mijał Dom Misyjny 

i ruszył drogą na skróty przez wzgórze nad piaskownią.
  Zadzwoniła komórka. Zerknął na wyświetlacz i zobaczył, że to 

z centrali hrabstwa.
  – Andreasson.

  Męski głos w słuchawce. Ze słabym gotlandzkim akcentem.
  – Tu   Malmqvist.   Technicy   są   już   w drodze.   Helikopter 

wyleciał   dwadzieścia   minut   temu.   Niedługo   powinni   być   na 
miejscu.

  – Ja też. Kto to będzie?
  – Poczekaj, sprawdzę. Staffan Nilsson. Poul Anderberg.

  Thomas pracował wcześniej z Nilssonem. Był doświadczonym 

background image

technikiem   kryminalistyki,   dobrze   znał   Sandhamn   i okolice. 
W zeszłym   roku,   gdy   na   wyspie   odnaleziono   poćwiartowaną 

dziewczynę, również wezwano Nilssona. Wtedy razem spędzili 
na mrozie wiele godzin w lesie.

  – Powiedz pilotowi, żeby leciał prosto do Skärkarlshamn. Nie 
ma sensu, żeby siadał na lądowisku.

  Oficjalne lądowisko dla helikopterów w Sandhamn mieściło 
się przy pomoście celnym, tuż obok gospody. Gdyby Nilssona 

wysadzono tam ze sprzętem, dotarcie na miejsce zajęłoby im co 
najmniej kwadrans. Lepiej było wylądować od razu na plaży. 

Oznaczało to co prawda obudzenie wszystkich w okolicy, ludzie 
domyślą się, że coś się stało, ale i tak nie dało się tego uniknąć.

  Nie   da   się   utrzymać   niczego   w tajemnicy   na   tak   małej 
wysepce jak Sandhamn.

  – Dobra, załatwię to.
  – Dzięki.

  Po   chwili   Thomas   usłyszał   znajomy   dźwięk   wirnika 
zbliżającego   się   helikoptera.   Dudnienie   narastało   i zobaczył 

przelatujący   nad   swoją   głową   śmigłowiec,   który   oddalił   się 
w stronę miejsca zbrodni.

  Przyśpieszył kroku.
  Wydmy   przeszły   w sosnowy   las,   ziemię   pokrywały   krzaczki 

jagód i miękki zielony mech. Wszędzie rosły wrzosy.
  Thomas wiedział, że sto lat temu z jednego końca wyspy dało 

się zobaczyć drugi, ale w tej chwili trudno w to było uwierzyć. 
Sosny   rosły   tak   blisko   siebie,   że   równie   dobrze   mógł   się 

znajdować głęboko w smalandzkich lasach.
  Obok   kortów   tenisowych   zauważył   jeepa   i ciemnowłosego 

policjanta, który do niego pomachał.
  Czekali na niego.

  Thomas podszedł do kolegi i uświadomił sobie, że go zna.
  – Jens Sturup, kierujący operacją na Sandhamn i Möi na czas 

weekendu – powiedział nieco młodszy od Thomasa policjant 
i wyciągnął rękę. – Mówili, że jesteś w drodze, więc wyszedłem 

ci naprzeciw. Chodź, pokażę ci zwłoki.
  Thomas się rozejrzał.

  Stali  przy  płocie   otaczającym  dużą  i piękną  kupiecką   willę. 

background image

Poniżej ciągnęła się Skärkarlshamn, północno-wschodnia plaża 
wyspy   z widokiem   na   Korsö.   Przychodziło   tu   wielu 

mieszkańców Sandhamn, którzy nie lubili bardziej znanej plaży 
Trouville,   gdzie   przesiadywali   turyści.   Miejsce   było   też 

popularne wśród windsurferów, świadczyły o tym deski leżące 
na piasku przy brzegu.

  Plażą szło się trudno i po kilku krokach Thomas miał piasek 
w butach. Po chwili dotarli na miejsce.

  Duży   obszar   został   odgrodzony.   Niebiesko-biała   taśma 
policyjna była rozpięta między pniami drzew, wydzielając teren 

kilkuset metrów kwadratowych. W cieniu jednej z sosen leżała 
zapomniana   pomarańczowa   dziecięca   kamizelka   ratunkowa. 

Na jej widok pomyślał o Elin.
  Życie i śmierć tuż obok siebie.

  Helikopter, z którego wysiedli technicy, zdążył odlecieć. Teraz 
był tylko małym punkcikiem na niebie, zmierzającym w stronę 

stałego lądu.
  Thomas   i Jens   Sturup   przeszli   pod   taśmą   i dołączyli   do 

Staffana   Nilssona,   stojącego   przy   gęstej   olsze.   Zdążył   wyjąć 
z torby   aparat   fotograficzny.   Drugi   technik   stał   trochę   dalej, 

pochłonięty badaniem najbliższego otoczenia.
  – Cześć,   Andreasson   – przywitał   go   Staffan   Nilsson. 

– Przyjrzymy się temu?
 

21

  Nora usłyszała, że otwierają się drzwi wejściowe, i pobiegła 

do przedpokoju. Jonas stał ze spuszczoną głową. Podeszła do 
niego i mocno go uścisnęła. Przez chwilę stali tak w milczeniu. 

Potem wypuściła go z objęć i cofnęła się.
  – Znalazłeś ją? – spytała, choć znała odpowiedź.

  – Nie.
  Zdjął   kurtkę,   wszedł   na   werandę   i usiadł   na   fotelu.   Nagle 

uderzył pięścią w podłokietnik.
  – Gdzie ona może być?! – krzyknął.

  Nora wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.

background image

  – Na   pewno   niedługo   się   znajdzie   – mruknęła   bez 
przekonania.

  – Muszę   zadzwonić   do   Margot   – westchnął   ciężko   Jonas. 
– Zacznie   odchodzić   od   zmysłów.   – Jęknął.   – Przespałaś   się 

trochę? – spytał i przyciągnął Norę do siebie.
  Usiadła na brzegu fotela i oparła głowę na ramieniu Jonasa. 

Jego brązowe włosy były trochę wilgotne i pachniały morzem.
  Pokręciła głową.

  – Odpoczęłam chwilę tu na sofie, to wszystko. Nie mogłam 
się rozluźnić.

  Wskazała   w stronę   pomostu   przy   domu,   gdzie   stała 
aluminiowa   łódź.   Szarpnęło   cumami,   gdy   przyszły   fale 

wywołane przez pierwszy poranny prom.
  – Thomas tu jest. Zostawił łódź.

  – Thomas   tu   jest?   – powtórzył   Jonas   i wyprostował   się. 
– A to dlaczego?

  Zareagował dokładnie tak jak ona, gdy zobaczyła zbliżającą 
się motorówkę. Niepokój czaił się tuż pod powierzchnią.

  – Nie wiem – szepnęła. – Nie powiedział mi.
  Odruchowo spojrzała na zegar. Dochodziło wpół do ósmej, 

minęła niecała godzina od jej rozmowy z Thomasem.
  Jonas  się  poruszył, jakby   zdenerwowanie   sprawiało,  że nie 

mógł usiedzieć na miejscu.
  – Pytałam, czy słyszał coś o Wilmie – powiedziała Nora. – Ale 

nic nie wiedział. Obiecał, że się odezwie.
  – Wiesz, kiedy wróci?

  Jonas   wstał   i podszedł   do   okna.   Bez   słowa   wpatrywał   się 
w łódź   Thomasa.   Nora   stanęła   za   nim,   objęła   go   w pasie 

i ostrożnie wtuliła się w niego.
  – Spróbujesz się trochę przespać? Nie zmrużyłeś oka przez 

całą noc, musisz być kompletnie wykończony.
  – Nie wiem, czy będę w stanie.

  – Może   coś   zjesz?   Zrobię   ci   kanapkę   z serem,   jeśli   masz 
ochotę.

  – Byłoby miło.
  Jonas się otrząsnął. Potem powiedział cicho, jakby do siebie, 

nie zwracając uwagi na Norę: – Cholerny dzieciak.

background image

 

22

  Pernilla   przeczytała   karteczkę,   którą   Thomas   zostawił   na 
stole w kuchni.

  „Coś   się   stało   na   Sandhamn,   zadzwonię,   jak   dowiem   się 
więcej”.

  Uśmiechnęła   się   pod   nosem.   Pismo   było   okropne,   prawie 
nieczytelne, ale z biegiem lat nauczyła się je rozszyfrowywać.

  Coś na Sandhamn… co to mogło znaczyć?
  Co prawda Thomas miał dyżur przez cały długi weekend, ale 

do tej pory, wbrew temu, czego się można było spodziewać, 
panował   spokój.   Mogli   razem   spędzić   noc   świętojańską   na 

Harö.
  Elin   znów   zasnęła   po   porannym   karmieniu   i Pernilla 

rozkoszowała się spokojem.
  Każda minuta z Elin była cenna, ale Pernilla czuła, że nie jest 

młodą   mamą.   W listopadzie   skończy   czterdzieści   jeden   lat 
i nieprzespane   noce   nadwątliły   jej   siły.   Thomas   próbował   ją 

zastępować, ale to przecież ona miała pokarm.
  Tęskniła   za   tym,   by   móc   po   prostu   usiąść   i mieć   czas   dla 

siebie, choć nie śmiała się do tego przyznać. To było jak zdrada 
zarówno wobec Elin, jak i Emily.

  Włączyła   ekspres   i wyjęła   kubek   ze   staromodnej   szafki 
w kuchni.

  Domek   letniskowy   był   przebudowaną   starą   stodołą   na 
działce,   którą   rodzice   Thomasa   wydzielili   z własnej 

nieruchomości   kilka   lat   wcześniej.   Wtedy,   gdy   planowali 
przebudowę, otwarty dół i przestronne poddasze do spania, do 

tego   z widokiem   na   morze,   wydawały   się   idealnym 
rozwiązaniem.

  Teraz z małym dzieckiem było jasne, że muszą wymyślić coś 
innego, by mieć porządne sypialnie dla siebie i dla Elin.

  Pernilla wyjęła z lodówki karton z mlekiem. Kawa zaczynała 
kapać do dzbanka.

  W ciągu   tych   trudnych   lat,   gdy   ona   i Thomas   osobno 

background image

opłakiwali śmierć Emily, nie pozwalała sobie na myśli o domku 
na Harö.

  Spędzili   tu   swoje   najlepsze   chwile   i po   rozwodzie 
postanowiła,   że   nigdy   więcej   tu   nie   przyjedzie.   Ani   do 

Sandhamn, to było za blisko. Czuła ból za każdym razem, gdy 
słyszała nazwy tych miejsc.

  Po   rozwodzie   Thomas   zachował   domek,   a ona   mieszkanie 
w Sztokholmie.   To   był   naturalny   podział.   Żadne   z nich   nie 

chciało przedłużać tego bolesnego procesu kłótniami o to, co do 
kogo   należy.   Wynajęła   mieszkanie   i przeprowadziła   się   do 

Göteborga,   gdzie   dostała   pracę   jako   kierownik   projektu 
w biurze reklamowym.

  Ponure wspomnienia wciąż czaiły się tuż pod powierzchnią, 
mimo to ona i Thomas znów się odnaleźli. Mieli Elin i Pernilla 

była   zdeterminowana,   by   nie   dopuścić   przeszłości   do   głosu. 
Gdy   powiedziała,   że   jest   w ciąży,   Thomas   niemal   jej   nie 

uwierzył. Emily była owocem wieloletnich prób i zastosowania 
in   vitro.   Żadnemu   z nich   nie   przyszło   do   głowy,   że   Pernilla 

w naturalny sposób może zajść w ciążę.
  Nie   uszło   jej   uwadze,   jak   długo   trwało,   nim   do   Thomasa 

naprawdę  to dotarło. Dopiero gdy położna pokazała im Elin 
z pomarszczoną   buzią   i zaciśniętymi   powiekami,   po   raz 

pierwszy odważył się okazać radość.
  Usłyszała głos córki i podeszła do niej. Elin leżała w łóżeczku 

z otwartymi ustami i uśmiechała się, pokazując różowe dziąsła. 
Pernilla wzięła ją na ręce i wtuliła twarz w jej mięciutkie ciało.

  – Nic ci się nie może stać – wyszeptała. – Nic nigdy ci się nie 
stanie. Przysięgam.

23

  Staffan   Nilsson   ostrożnie   odgarniał   gałęzie,   pod   którymi 
ukryto zwłoki.

  Rozłożysta   olcha   o grubych   konarach   rosła   zaledwie   kilka 
metrów od wody. Ziemię pod nią pokrywała bujna nadmorska 

roślinność. W górę strzelały wysokie łodygi pokryte różowymi 

background image

kwiatami.
  Nilsson odsunął się, żeby Thomas mógł lepiej widzieć.

  Zwłoki leżały na plecach. Głowa była nieco przekręcona, tak 
że jeden policzek dotykał ziemi. Ręka w łokciu była wygięta za 

plecami pod nienaturalnym kątem.
  W porannej mgiełce brzęczały muchy. Kilka zdążyło usiąść na 

zwłokach.   Thomas   widział,   jak   grzebią   nóżkami   w zastygłej 
krwi.

  Nilsson   przyglądał   się   ciału.   Podobnie   jak   Thomas   włożył 
lateksowe rękawiczki. Sięgnął po coś do czarnej torby.

  – Ma od piętnastu do osiemnastu lat – stwierdził. – Prawie 
dziecko. Paskudna sprawa.

  Thomas   powoli   odwrócił   wzrok   w stronę   długiego 
drewnianego płotu, który kończył się nad samą wodą. Za nim 

stało kilka szarych drewnianych domów, w największym były 
zamknięte   okiennice,   jakby   przez   długi   weekend   stał   pusty. 

Nikt nie poruszał się na działce ani nie wyglądał przez okno.
  Mimo wszystko Thomas miał nadzieję, że ktoś tu był tej nocy. 

Potrzebowali wszelkich świadków, jakich tylko mogli znaleźć.
  Staffan   Nilsson   skończył   robić   zdjęcia.   Teraz   odgarnął 

ostatnie gałęzie, odsłaniając całe ciało.
  – Patrz – powiedział, wskazując na głowę.

  Policzek   ofiary   nie   dotykał   teraz   ziemi.   Jasna   grzywka   się 
zsunęła,   ukazując   dużą   ranę   na   lewej   skroni.   Na   policzku 

widniała ciemna smuga, włosy przykleiły się do krwi.
  W szeroko otwartych oczach nie było nic ludzkiego.

  Wydawało   jej   się,   że   dopiero   zasnęła,   gdy   zaczął   dzwonić 
telefon.   Nora   zerknęła   na   zegar.   Wskazywał   dwadzieścia   po 

ósmej, więc spała najwyżej trzynaście minut.
  Zmęczona odwróciła głowę. Jonas drzemał na plecach obok 

niej. To dobrze, był zmęczony jeszcze bardziej niż ona.
  Chwyciła telefon, syknęła:

  – Proszę   poczekać   – i zbiegła   po   schodach   ze   słuchawką 
w ręce. – Halo, tu Nora – powiedziała, wchodząc do kuchni.

  Słońce świeciło z południowego wschodu. Było raczej ciepło.
  – Noro, co ty wyprawiasz? Dlaczego tak dziwnie odebrałaś?

  Monica.

background image

  Oczywiście   musiała   się   odezwać   akurat   wtedy,   gdy   Nora 
próbowała trochę się przespać, zanim przyjadą rodzice Felicii 

i Ebby.   Niedługo   obudzi   się   Simon   i będzie   chciał   wiedzieć, 
dlaczego w pokoju Wilmy śpią dwie obce osoby.

  To będzie długi dzień.
  – Dzień dobry, Monico.

  – Zajęłaś   się   dziewczętami?   Czemu   nie   zadzwoniłaś   i nie 
powiedziałaś mi, jak poszło?

  Do Nory dotarło, że Monica też  musiała  się niepokoić, ale 
w ciągu   ostatnich   godzin   zupełnie   zapomniała   o swojej   byłej 

teściowej. Ich relacje po rozwodzie wciąż były bolesne i Nora 
usiłowała   jej   unikać,   kiedy   tylko   mogła,   by   nie   wróciły 

wszystkie przykre wspomnienia.
  Otworzyła okno i wdychała świeże powietrze.

  – Dziewczynki śpią na piętrze. Rozmawiałam z ich rodzicami. 
Panuję nad wszystkim.

  – Jestem zawiedziona, że nie zadzwoniłaś. Nie rozumiesz, że 
przez całą noc siedziałam i czekałam?

  Nora miała na końcu języka jakąś kwaśną uwagę, ale wzięła 
kilka   głębokich   oddechów,   żeby   nie   stracić   panowania   nad 

sobą.
  – Nie chciałam, żebyś się niepokoiła – powiedziała w końcu. 

– Po prostu miałam dużo na głowie.
  – Dopiero co rozmawiałam z Henrikiem i on też nie rozumie, 

dlaczego nie oddzwoniłaś.
  Czy ona wciągnęła w to jeszcze Henrika?

  – Monico, nie rozumiem do końca, co z tym ma wspólnego 
Henrik, ale staram się, jak mogę. Musisz po prostu zdać się na 

mnie.
  – Wypływamy   promem   o jedenastej.   Przynajmniej   tyle 

w tych   okolicznościach   mogę   zrobić.   Jestem   to   winna   moim 
drogim przyjaciołom.

  – Wybierasz się tutaj?
  Nora wysunęła białe kuchenne krzesło ze starymi plamami, 

które zdradzały upodobanie Simona do keczupu.
  – Oczywiście,   że   przyjedziemy.   Harald   i ja   chętnie   ci 

pomożemy.   I możemy   skorzystać   z okazji,   żeby   odwiedzić 

background image

Adama i Simona. Naprawdę miło będzie się z wami zobaczyć, 
a ty absolutnie nie musisz się fatygować. Wystarczy nam jakiś 

lekki lunch z odrobiną białego wina.
  Nora   usiłowała   wymyślić   jakiś   uprzejmy,   lecz   stanowczy 

sposób odmowy.
  – Monico, posłuchaj mnie: naprawdę nie ma takiej potrzeby. 

Za kilka godzin przyjadą rodzice dziewczynek i naprawdę nic 
nie pomoże, że ty i Harald też przyjedziecie do Sandhamn.

  – Nonsens,  moja  droga.   Już   zdecydowaliśmy.   Byłoby   miło, 
gdybyś odebrała nas przy pomoście o dwunastej.

  Monica   się   rozłączyła.   Nora   przymknęła   oczy.   Na   próżno 
usiłowała znaleźć w sobie spokój.

 

24

  Thomas przykucnął i przyglądał się zwłokom.
  – Poznajesz go? – spytał Nilsson.

  – Nie mam pojęcia, kto to.
  Nastolatek miał jasne włosy i niebieskie oczy. Prosty nos był 

trochę   zaczerwieniony,   jakby   od   długiego   przebywania   na 
słońcu.   Miał   beżowe   polo   Lacoste,   szorty   poplamione   trawą 

i na   lewym   przegubie   zegarek   przypominający   model   dla 
nurków.

  – Drogi gadżet – stwierdził Nilsson.
  – Mhm.

  Thomas   obszedł   ciało,   by   lepiej   mu   się   przyjrzeć.   Potem 
cofnął   się   o jakiś   metr   i odwrócił   w stronę   skał   po   drugiej 

stronie  drzewa.  Kolega  Nilssona, Anderberg,  przechadzał  się 
tam z pochyloną głową, studiując grunt.

  Thomas podszedł do niego.
  – Znaleźliśmy   ręcznik   z wymiocinami   – poinformował   go 

Anderberg.   – Za   wcześnie,   żeby   powiedzieć,   czy   to   ma   coś 
wspólnego ze sprawą. W każdym razie nie mają zapachu, więc 

są świeże.
  – Dobra.

  – I tu   coś   mamy   – powiedział   Andersson,   wskazując   na 

background image

spiczasto zakończony kamień jakieś pół metra od skał.
  Miał   około   osiemdziesięciu   centymetrów   wysokości 

i czterdziestu szerokości. Na szarym granicie widać było kilka 
ciemnych plam.

  – To krew? – spytał Thomas.
  – Na to wygląda.

  Thomas   się   pochylił,   by   lepiej   widzieć   powierzchnię 
kamienia.

  – Jeśli   chłopak   się   przewrócił   albo   został   pchnięty,   mógł 
uderzyć o tę skałę  skronią – stwierdził. – To może wyjaśniać 

ranę na głowie. Była po lewej stronie, w takim razie musiał stać 
plecami do wody.

  Stanął w tej samej pozycji i uważnie rozejrzał się wokół. Na 
ukos   po   lewej   stronie   stał   duży   szary   dom,   przed   nim   był 

sosnowy las.
  – I co potem? – powiedział z namysłem.

  Znów odwrócił się do Anderberga i sam odpowiedział sobie 
na to pytanie:

  – Chłopak umiera albo jest ranny; może traci przytomność.
  Thomas   zrobił   kilka   kroków   w stronę   rozłożystego   drzewa. 

Rośliny   były   zgniecione,   jakby   ktoś   ciągnął   po   ziemi   coś 
ciężkiego.  Ślad  kończył  się dokładnie  w miejscu, gdzie  leżało 

ciało.
  – A więc   sprawca   zaciąga   chłopaka   pod   drzewo,   żeby   go 

ukryć.
  – Na to wygląda – zgodził się Anderberg.

  – Czy   ktoś   próbowałby   ukryć   zwłoki,   gdyby   to   był   zwykły 
wypadek? – zastanawiał się na głos Thomas. – Wtedy chyba 

wzywa się pomoc?
  – Według   mnie   – odezwał   się   Anderberg   zza   jego   pleców 

– sprawca zrobił to niedbale. Odkrycie zwłok było tylko kwestią 
czasu. Zgarnął trochę gałęzi, żeby przykryć ciało. Za dwa dni 

wszystko i tak by zwiędło i nici z kamuflażu.
  – Inaczej mówiąc, to nie było dobrze zaplanowane.

  – Nie za bardzo.
  – To   by   świadczyło   o tym,   że   sprawcy   się   śpieszyło 

– stwierdził   Thomas.   – Chciał   jak   najszybciej   ukryć   zwłoki 

background image

i odejść.
  Zmarszczył czoło i przyjrzał się powierzchni gruntu.

  – Dałoby się zabezpieczyć jakieś odciski butów?
  – Mam   nadzieję,   że   tak   – odparł   Anderberg   – chociaż 

warunki nie są idealne. Zrobię, co mogę.
  Staffan   Nilsson   wciąż   klęczał   za   drzewem   i badał   ciało 

martwego chłopaka.
  – Thomas, chodź tu na chwilę! – zawołał.

  Nilsson przesunął ciało tak, żeby stał się widoczny tył głowy. 
Wskazał na kolejną ranę nad prawym uchem.

  – Kilka uderzeń – stwierdził znacząco. – Sprawca się starał, 
żeby zabić ofiarę. Rana na skroni mu nie wystarczyła, uderzył 

go też tutaj czymś twardym.
  Nilsson   wyjął   szkło   powiększające   i przyglądał   się 

obrażeniom.
  – To nie od tego kamienia, założę się o miesięczną pensję.

  – A myślisz, że od czego? – spytał Thomas.
  W głosie technika brzmiało powątpiewanie:

  – Trudno powiedzieć… Prawdopodobnie od jakiegoś tępego 
narzędzia, może kolby broni.

  Spojrzenie   Thomasa   padło   na   kamienie   przy   brzegu.   Na 
Sandhamn były wszędzie i we wszelkich możliwych kształtach. 

Wielu   mieszkańców   wyspy   używało   ich   do   układania 
ozdobnych krawężników w ogródkach.

  – Czy to mógł być zwykły kamień?
  – Niewykluczone.

  Thomas zapatrzył się w morze.
  – Ciekawe, czy potem go wyrzucił… W każdym razie ja bym 

tak zrobił.
  – Chyba będziesz   musiał  poprosić kogoś  z młodszych,  żeby 

zdjął   buty   i zamoczył   sobie   nogi   – stwierdził   Nilsson.   – Nie 
zaszkodziłoby   trochę   tutaj   pobrodzić.   Chyba   po   to   się 

przyjeżdża   do   Sandhamn:   żeby   nacieszyć   się   morskimi 
kąpielami i świeżym powietrzem.

  W słowach   Nilssona   słychać   było   ironię,   ale   miał   twarz 
pokerzysty.

  – Powiesz coś o porze zgonu? – spytał Thomas, wstając.

background image

  – Na  pewno   upłynęło   jakieś   dziesięć,  dwanaście   godzin   od 
chwili śmierci. Może więcej. Zwłoki są zimne. Ale to wynika też 

z nocnych temperatur, wiesz przecież.
  Thomas spojrzał na zegarek. Była za kwadrans dziewiąta.

  – Czyli wczoraj wieczorem?
  – Pewnie  tak.   Ale   jeśli   chcesz   precyzyjniejszą   porę,   musisz 

poczekać na orzeczenie lekarza sądowego.
  Blisko   brzegu   przepływał   mały   jacht;   w porannej   bryzie 

zatrzepotały żagle. Dźwięk niósł się w powietrzu.
  – Dlaczego   ukrył   ofiarę   akurat   tutaj?   – zastanawiał   się   na 

głos Thomas.
  – Może   mu   się   śpieszyło?   Oczywiście   o ile   miejsce   zbrodni 

jest niedaleko – podsunął Nilsson. – To dość odludny zakątek.
  Thomas odwrócił głowę.

  Po   drodze   zauważył   kilka   namiotów.   Teraz   stwierdził,   że 
z miejsca,   w którym   stoi,   ich   nie   widać.   Znajdowali   się 

właściwie   na  uboczu.  Kawałek   dalej   stały   tylko   puste  domki 
letniskowe.

  Jeśli   ktoś   chciał   ukryć   zwłoki   na   plaży   Skärkarlshamn, 
prawdopodobnie   nie   znalazłby   lepszego   miejsca.   W każdym 

razie jeśli nie chciał taszczyć ciała gdzieś dalej.
  – Inaczej mówiąc, tak było najprościej.

  – Chyba można tak powiedzieć.
  Thomas miał ruszyć w stronę szarego domku letniskowego, 

gdy Nilsson znów go zawołał:
  – Znalazłem coś! Chodź, zobacz!

  Technik ostrożnie wysunął komórkę z szortów chłopaka. To 
był ericsson, drogi model.

  – Tu masz coś, dzięki czemu go zidentyfikujesz.
  Thomas zważył w ręce komórkę.

  Kim jesteś? – pomyślał. Skąd się tutaj wziąłeś?
 

25

  Telefon   od   babci   oczywiście   obudził   Simona.   Mimo   to 

chłopiec był w dobrym humorze i chętnie pobiegł do piekarni 

background image

po   zakupy.   Po   chwili   wrócił   ze   świeżymi   bułkami 
i drożdżówkami z kremem.

  – Lecę do Fabiana – powiedział z pełnymi ustami.
  Nora   była   wdzięczna   za   chwilę   wytchnienia.   W całym   tym 

chaosie   zajmowanie   się   rozmownym   synkiem   wydawało   się 
ponad jej siły.

  Siedziała   w kuchni   z drożdżówką   i kubkiem   bardzo   mocnej 
kawy, choć kwaśne uczucie w ustach świadczyło o tym, że nie 

powinna   jej   więcej   pić.   Liczyła   jednak,   że   kawa   odpędzi 
znużenie. Wciąż trochę szumiało jej w uszach.

  Jak   zwykle   na   wszelki   wypadek   strzepnęła   cukier   z jeszcze 
ciepłej drożdżówki z kardamonem. Zmierzyła już sobie poziom 

cukru   i wzięła   insulinę.   Kalorie   zamiast   snu,   pomyślała. 
Niezbyt wymienne wartości.

  Usłyszała   kroki   na   schodach.   Ku   swojemu   zdziwieniu 
zobaczyła   w drzwiach   Adama.   O wiele   za   wcześnie   na   jej 

lubiącego sobie pospać syna.
  – Cześć,   przyjacielu   – powiedziała,   siląc   się   na  wesoły   ton. 

– Wstałeś?
  Miał na sobie za krótkie spodnie od piżamy. Będzie wysoki, 

tak jak Henrik.
  – Kto śpi w pokoju Wilmy? Czemu jej tam nie ma?

  Skąd   mógł   to   wiedzieć?   Nora   przypomniała   sobie,   że 
zostawiła uchylone drzwi. Na wszelki  wypadek, żeby słyszeć, 

kiedy dziewczyny się obudzą.
  – Mamy   za   sobą   dość   niespokojną   noc   – odparła, 

postanawiając,   że   poda   mu   złagodzoną   wersję   prawdy. 
– Felicia i Ebba to wnuczki przyjaciół babci. Nocowały u nas, 

żeby rodzice mogli przyjechać je odebrać.
  – Upiły się?

  – Dlaczego tak myślisz?
  – Bo w pokoju śmierdzi, a tu w noc świętojańską wszyscy są 

pijani.
  Dlaczego wciąż jej się wydawało, że jest małym dzieckiem? To 

przecież oczywiste, że zaczyna dorastać.
  – No i gdzie jest Wilma? – spytał Adam, otwierając lodówkę.

  Nora   się   zawahała.   Jak   powinna   postąpić?   Nie   chciała   go 

background image

przestraszyć, ale nie miała innego wyjścia, musiała powiedzieć 
prawdę.

  – Wilma nie wróciła jeszcze do domu.
  – Oj – mruknął Adam i usiadł przy stole z kartonem mleka 

w ręce. – Coś się stało?
  Nora położyła rękę na jego dłoni.

  – Mam nadzieję, że nie. Pewnie śpi u jakiejś koleżanki.
  Nora zaproponowała mu ostatni kęs drożdżówki. Wepchnął 

ją do ust i powiedział:
  – To chyba Jonas się wkurzył?

  – Przede wszystkim bardzo się niepokoi. Teraz śpi, szukał jej 
przez całą noc. Wilma na pewno się zjawi, jak tylko się obudzi.

  Adam wyszczerzył zęby.
  – Ale byś była na mnie zła, gdybym tak się spóźnił.

  – Tak.   – Nora   mimowolnie   odpowiedziała   mu   uśmiechem. 
– Byłabym naprawdę wściekła. Musisz mi obiecać, że nigdy tak 

nie zrobisz.
  Wstała i podeszła do blatu, gdzie na desce leżał świeży chleb.

  – Chcesz kanapkę?
  – Mhm.

  Adam głośno ziewnął.
  – Wygląda   na   to,   że   babcia   z dziadkiem   się   tu   dzisiaj 

wybierają – rzuciła Nora.
  – Po co?

  – Chcieli was odwiedzić. Dawno się nie widzieliście.
  – Tata   mówił,   że   w przyszłym   tygodniu,   kiedy   u niego 

będziemy, wybierzemy się na Ingarö.
  Monica i Harald Linde mieli domek letniskowy na Ingarö pod 

Sztokholmem. Nora musiała przeżyć tam wiele świąt. To była 
jedna   z tych   tradycji,   za   którymi   nie   tęskniła   po   rozwodzie 

z Henrikiem.
  – Ach tak? Marie pojedzie z wami?

  Dlaczego o to zapytała? Natychmiast pożałowała swoich słów. 
Nie chciała być matką, która wypytuje dzieci o nową kobietę 

byłego męża. Odkroiła grubą kromkę chleba i posmarowała ją 
pasztetem z wątróbki.

  – Nie wiem.

background image

  Adam   wzruszył   ramionami,   a Nora   pośpiesznie   zmieniła 
temat.

  – Wilma   nie   mówiła   ci,   z kim   miała   się   spotkać   wczoraj 
wieczorem?

  – Nie.
  Odpowiedź   padła   szybko.   Może   za   szybko?   Nora   położyła 

kanapkę na stole i usiadła naprzeciw Adama.
  – Może   jednak   coś   wspominała?   Jeśli   tak   było,   to   bardzo 

ważne, żebyś mi powiedział.
  Był zakłopotany?

  – Wiesz, gdzie jest? – spytała poważnie Nora.
  – Nie. – Adam ociągał  się z odpowiedzią.  – Wiem tylko, że 

lubi jednego chłopaka. Chciała się z nim spotkać.
  – Kto to taki?

  – Jakiś Mattias.
  – Skąd to wiesz?

  Teraz był wyraźnie zażenowany.
  – No  wiesz,  wczoraj  dużo   gadała   przez   telefon…  tam,   przy 

pomoście. Siedziała i cały czas coś pisała na gazecie. Ciągle to 
samo imię.

  Nagle   wyglądał,   jakby   czuł   się   winny,   że   wtrąca   się   w nie 
swoje sprawy.

  – Zobaczyłem   to,   kiedy   kazałaś   mi   pozbierać   rzeczy 
i posprzątać   –   wyjaśnił   pośpiesznie.   – Chyba   ze   dwadzieścia 

razy napisała na marginesie „Mattias”.
  – Wiesz, jak ten Mattias ma na nazwisko?

  – Pewnie tak jak Malena, to jej starszy brat.
  Nora wiedziała, że Wilma ma się spotkać z Maleną, ale nie że 

to jest rodzeństwo.
  – Jak się nazywa Malena?

  – Nie wiem. Sprawdź w internecie.
  Nora mimo wszystko poczuła się spokojniejsza na myśl, że 

Wilma była z Maleną i jej starszym bratem.
  Adam   dojadł   kanapkę.   Bez   słowa   wstał   i wyszedł   z kuchni. 

Nie   odstawił   talerza   do   zlewu.   Kilka   sekund   później   Nora 
usłyszała telewizor w sąsiednim pokoju.

  Spojrzała na zegar. Za kilka godzin zjawi się Monica. Czuła, 

background image

że   nie   ma   sił   na   wizytę   teściowej.   Mogła   zrobić   tylko   jedną 
rzecz, bo gorzej już chyba być nie mogło.

  Sięgnęła   po   komórkę   i wybrała   numer   Henrika.   Słysząc 
kolejne sygnały, pożałowała swojej decyzji. Ale było za późno.

  – Tu Henrik.
  – Cześć, tu Nora.

  – Dzień   dobry.   – Zabrzmiało   to   tak,   jakby   Henrik   był 
w dobrym   humorze.   –   Co   u ciebie?   Słyszałem,   że   mama 

męczyła cię po nocy.
  – Można tak to ująć. Mam tu dwie nastolatki, które w środku 

nocy musiałam odebrać na policji, i nie zmrużyłam oka.
  – No tak, to podobne do mojej kochanej mamusi.

  Powiedział   to   z uśmiechem?   Nora   nie   poznawała   swojego 
byłego męża.

  Krótko   zrelacjonowała   mu,   co   się   stało.   O Wilmie   nie 
wspomniała. To go nie dotyczyło.

  – Nie   to   jest…   – Chciała   powiedzieć   „najgorsze”,   ale 
w ostatniej   chwili   ugryzła   się   w język.   – Nie   tylko   o tym 

chciałam z tobą porozmawiać.
  – No dobra, o co chodzi?

  – Twoi rodzice wybierają się do Sandhamn. Monica uparła 
się, żeby przyjechać mi pomóc, chcą za kilka godzin wsiąść na 

prom w Stavsnäs.
  Żeby tylko Henrik się nie rozzłościł. Nie miała na to sił.

  – Oj, chyba nie tego ci w tej chwili potrzeba.
  W jego głosie usłyszała współczucie. To było niepodobne do 

Henrika, który zawsze stawał po stronie matki.
  – Nie – przyznała. – Nie do końca.

  Zebrała się w sobie.
  – Zastanawiałam   się,   czy   nie   mógłbyś   do   niej   zadzwonić 

i przekonać ją, żeby dała sobie spokój.
  Henrik roześmiał się cicho.

  – Spokojnie, zaraz do niej zadzwonię. Co tam u chłopców?
  Nora uśmiechnęła się na myśl o synach.

  – Wszystko dobrze. Simon właśnie pobiegł do Fabiana, Adam 
wyleguje się przed telewizorem. Chcesz z nim pogadać?

  – Nie, nie przeszkadzaj mu. Ale pozdrów ich ode mnie. I nie 

background image

przejmuj się mamą, namówię ją, żeby została w domu.
  Nora   odłożyła   telefon   na   stół.   Przyglądała   mu   się.   Czyżby 

Henrik naprawdę stanął po jej stronie, tak po prostu?
 

26

  Thomas wszedł do ośrodka policyjnego. Jens Sturup siedział 

tam ze Staffanem Nilssonem i Poulem Anderbergiem. Na stole 
przed   nimi   stał   talerz   ze   świeżymi   drożdżówkami, 

w pomieszczeniu pachniało kawą. Zegar ścienny pokazywał, że 
dochodzi jedenasta.

  Na   piętrze   policjanci   z patroli   kończyli   pakować   sprzęt. 
Miano   go   przewieźć   z powrotem   na   posterunek.   Samochód 

kempingowy   odprowadzono   na   przystań   i tam   czekał   na 
transport.

  Dokładnie w chwili gdy Thomas usiadł przy stole, drzwi się 
otworzyły.   Weszli   Adrian   Karlsson   i Anna   Miller.   Za   nimi 

pojawił się policjant z ciemnym zarostem.
  Jens Sturup kiwnął głową nieznajomemu.

  – To   Harry   Anjou.   Jutro   zaczyna   pracę   u was,   w wydziale 
śledczym.   Ma   służbę   rotacyjną   i właśnie   skończył   sześć 

miesięcy u nas.
  Harry Anjou podał Thomasowi rękę na powitanie.

  – Masz informacje o tym, co się stało na wyspie – powiedział 
Thomas. – Bardzo się nam przydadzą, jeśli mamy wyjaśnić tę 

sprawę.
  Przed chwilą potwierdzono, że rodzice zabitego chłopaka są 

w drodze.   Thomas   miał   przed   oczami   jego   twarz,   włosy 
rozrzucone między liśćmi.

  Idąc   z miejsca   zbrodni   do   ośrodka,   zastanawiał   się   nad 
sytuacją. Na Sandhamn panował niemal nierzeczywisty spokój, 

ale   wiedział   z doświadczenia,   jaki   chaos   ogarnął   wyspę 
poprzedniego wieczoru.

  Gdzieś   na   jednej   z tych   setek   łodzi   byli   ludzie,   którzy 
dokładnie   wiedzieli,   co   się   wydarzyło   dwanaście   godzin 

wcześniej,   gdy   zamordowano   nastolatka.   Jak   zdążą   ich 

background image

odnaleźć,   zanim   pomosty   opustoszeją   i wszyscy   wrócą   do 
domu?

  To   było   niewykonalne.   Jens   Sturup   odchrząknął   i wyrwał 
Thomasa z zamyślenia. Pora rozpocząć spotkanie.

  – No   dobrze   – powiedział   Thomas.   – Spróbujemy 
podsumować   to,   co   na   razie   wiemy.   Ofiara   nazywa   się 

najprawdopodobniej Victor Ekengreen. Znaleźliśmy komórkę 
należącą do osoby o takim imieniu i nazwisku. Poza tym wiek 

się zgadza. Miał szesnaście lat.
  – Victor – powtórzył Adrian Karlsson. – Tak  samo miał na 

imię chłopak, którego zaginięcie zgłoszono dziś w nocy.
  Thomas odwrócił się w jego stronę.

  – Co powiedziałeś?
  – Wczoraj   wieczorem   znaleźliśmy   młodą   dziewczynę. 

Zupełnie   nie   kontaktowała   i zgubiła   swoich   kolegów.   Trochę 
później zjawiła  się jej  przyjaciółka  i wypytywała  o nią. W ten 

sposób   dowiedzieliśmy   się,  kim   była   ta   pierwsza.   Ma   ponoć 
chłopaka o imieniu Victor.

  Adrian przerzucał kartki w notesie. Dodał:
  – Łódź,  którą  przypłynęły   dziewczyny,  stoi   przy  pierwszym 

pomoście pontonowym KSSS. Byłem tam kilka godzin temu, 
koło   piątej,   ale   zastałem   tylko   dwóch   braci   i dziewczynę 

starszego. Tego Victora nie było na pokładzie.
  – Gdzie one są teraz? – spytał Thomas.

  – Ich   rodzice   przebywają   w południowej   Szwecji,   w Skanii, 
ale   znają   jakąś   kobietę   na   wyspie,   która   zaopiekowała   się 

dziewczynami.
  O czym wspominała mu rano Nora? Thomas usiłował sobie 

przypomnieć.   Coś   o dwóch   młodych   dziewczynach,   które 
w środku nocy odebrała na policji. Czy to się mogło zgadzać? 

Cóż za nieprawdopodobny zbieg okoliczności!
  – Musimy zadbać, żeby nikt z tej paczki nie wyjechał, zanim 

z nimi nie porozmawiamy.
  Adrian wstał.

  – Idę na łódź.
  – Zrób  tak  – powiedział  Jens  Sturup.  – Weź   ze  sobą  Annę 

i przeprowadź tu wszystkich, których zastaniesz na pokładzie.

background image

  – Musimy z nimi wszystkimi pogadać – dodał Thomas.
  Przed chwilą dostał SMS. Margit Grankvist, jego partnerka 

z posterunku   w Nacce,   była   w drodze.   Zanim   ona   dotrze   na 
Sandhamn, Thomas musiał się zdać na kolegów będących na 

miejscu.
  Adrian Karlsson przystanął w drzwiach.

  – Wczoraj   wieczorem   w porcie   była   bójka   z użyciem   noża. 
Gang   motocyklowy.   Czy   nie   powinniśmy   tego   sprawdzić 

z uwagi na to, co się stało?
  – Kiedy to było? – spytał Thomas.

  – Koło północy – odparł Jens Sturup. – Zadbam, żebyś dostał 
wszystkie dokumenty.

  Thomas kiwnął głową i zanotował to sobie. Potem odwrócił 
się do Staffana Nilssona.

  – Chcesz coś dodać?
  – Przeprowadziliśmy   badanie   w miejscu,   gdzie   znaleziono 

zwłoki,   które   jest   też   miejscem   zbrodni.   Victor   Ekengreen 
zmarł   wskutek   kilku   uderzeń   w głowę.   Śmierć   nastąpiła 

wczoraj  wieczorem, na razie  nie wiemy, o której. Zakładamy 
wstępnie, że stało się to przed dwudziestą drugą.

  – Gdzie są teraz zwłoki? – spytał Sturup.
  – Zabraliśmy  je ze Skärkarlshamn. Są w jednym z domków 

hotelu   żeglarskiego.   Policja   wodna   czeka   na   sygnał,   by 
przewieźć   je   do   Stavsnäs.   Równie   dobrze   możemy   chyba 

przeprowadzić identyfikację tutaj?
  Rozejrzał się, jakby spodziewał się protestów, a gdy nikt się 

nie odezwał, dodał:
  – Oczywiście mam na myśli rodziców Ekengreena, nie tych 

nastolatków. Nie chcę, żeby ci młodzi ludzie mieli traumę na 
całe życie.

  Nilsson zwrócił się do Thomasa:
  – Mówiłeś, że rodzina jest w drodze?

  – Tak   – potwierdził   Thomas.   – Mają   dom   na   wyspie,   na 
północ od Sandhamn. Będą tu za pół godziny.

  – Biedacy – mruknął Anderberg.
  Był niepozornym mężczyzną zbliżającym się do sześćdziesią-

tki. Na jego łysinie lśnił pot.

background image

  – Będziemy musieli się skontaktować ze wszystkimi, którzy 
mieszkają   w pobliżu,   i sprawdzić,   czy   ktoś   coś   widział   albo 

słyszał   – stwierdził   Thomas.   – W lesie   stało   kilka   namiotów. 
Ludzi z nich też trzeba przesłuchać, zanim się zwiną.

  – Mamy jakichś naocznych świadków? – spytał Harry Anjou.
  – Na razie nic nam o tym nie wiadomo. Miejsce zbrodni jest 

położone na uboczu.
  Thomas spojrzał na Jensa Sturupa.

  – Zajmiesz się sąsiadami i biwakowiczami? Zadbaj, żeby ktoś 
z nimi   pogadał   i spisał   ich   dane   kontaktowe.   Ja   muszę   się 

spotkać z rodzicami chłopaka, kiedy tylko się tu zjawią. Potem 
pogadam też ze wszystkimi jego kolegami. Możemy skorzystać 

z tego pokoju?
  – Załatwię   to   – zapewnił   Sturup.   – Mocno   przekroczymy 

pułap nadgodzin, ale to już inna historia.
  Uśmiechnął się krzywo.

  – Jest na wyspie jakiś pastor? – spytał Thomas, rozglądając 
się po zebranych. – Dobrze by było mieć go pod ręką, kiedy 

zjawią się rodzice.
  – Nie mam pojęcia – powiedział Sturup.

  – W porządku – stwierdził Thomas. – Mogę spytać znajomą.
  Może Nora wiedziała, czy uda się tu znaleźć jakiegoś pastora. 

I tak   musiał   przejść   się   do   willi   Brandów,   by   porozmawiać 
z dziewczyną Victora i jej koleżanką.

  Zupełnie jakby Nora wyczuła, że Thomas o niej myśli, jego 
komórka   zapiszczała.   Zerknął   pośpiesznie   na   wyświetlacz. 

Przysłała mu SMS.
  Słyszałeś coś o Wilmie?

  Wilma wciąż nie wróciła? Thomasowi wyleciało z głowy, że 
córka Jonasa też zaginęła.

  Czy te sprawy były jakoś powiązane?

27

  Opalony mężczyzna stojący za kołem sterowym dużej łodzi 

motorowej   miał   ciemne   okulary   lotnicze.   Mimo   to   Thomas 

background image

natychmiast go poznał.
  Johan   Ekengreen   był   jednym   z najbardziej   znanych 

inwestorów   kapitału   wysokiego   ryzyka   w Szwecji.   Wcześniej 
prowadził   wielką   firmę.   Zasłynął   jako   twardy   biznesmen,   ze 

świetnym   zmysłem   do   interesów.   Miał   około   sześćdziesiątki, 
ale jego jasne włosy wciąż były gęste. Sprawiał wrażenie silnego 

człowieka, choć właśnie dowiedział się o śmierci syna.
  Thomas zrozumiał, że te dramatyczne wydarzenia odbiją się 

echem w prasie. Do tej chwili się z tym nie liczył; dopóki nie 
zobaczył   ojca   zabitego   chłopaka,   nie   domyślił   się   związku 

zabójstwa ze znanym wszystkim Johanem Ekengreenem.
  Czekał   na   pomoście,   gdy   dwóch   strażników   portowych 

w czerwonych   kurtkach   KSSS   pomagało   przycumować   deltę 
42.   Szybkimi   ruchami   wyłożyli   wszystkie   odbijacze   między 

pomostem a kadłubem, by ten się nie porysował.
  Potężne silniki ostatni raz warknęły i zgasły.

  Johan Ekengreen wciąż stał przy kole sterowym, jakby zbierał 
siły przed tym, co go czeka. W końcu wyjął kluczyk ze stacyjki, 

pochylił się i coś zawołał.
  Na   górnym   stopniu   pojawiła   się   kobieta   o bardzo   jasnych 

włosach,   w białych   dżinsach   i czarnej   bluzce   bez   rękawów. 
Podobnie jak  mąż nosiła ciemne okulary.  Nagle  przystanęła, 

jakby się zawahała.
  Thomas podszedł w ich stronę. Podmuch wiatru przyniósł ze 

sobą woń benzyny ze stacji przy sąsiednim pomoście.
  – Thomas   Andreasson   – przedstawił   się,   wyciągając   rękę. 

– Inspektor policji kryminalnej z Nacki. Dobrze, że zjawili się 
państwo tak szybko.

  Johan Ekengreen wyskoczył na ląd i pomógł wysiąść żonie. 
Z bliska   widać   było   wyraźnie,   że   nie   jest   młody.   Świadczyły 

o tym zwiotczała szyja i plamy wątrobowe na dłoniach.
  Również   Madeleine   Ekengreen   z bliska   wyglądała   starzej, 

choć   różnica   wieku   między   małżonkami   według   Thomasa 
musiała wynosić co najmniej piętnaście lat, jeśli nie więcej.

  Madeleine Ekengreen załkała i ścisnęła rękę męża. Nie zdjęła 
ciemnych   okularów,   a mimo   to   pochyliła   głowę,   jakby   nie 

chciała patrzeć Thomasowi w oczy.

background image

  – Wiadomo, że to on? – spytał ochryple Johan Ekengreen. 
– Nie   zaszła   jakaś   pomyłka?   Takie   rzeczy   się   zdarzają,   nie 

mielibyśmy   żadnych   pretensji.   – Przeczesał   ręką   włosy. 
– Policja   ma   dużo   roboty.   Może   to   jednak   nieporozumienie 

– dodał. – Może to wcale nie Victor. Przecież to możliwe?
  Thomasa   ogarnęło   współczucie,   ale   nic   nie   mógł   zrobić. 

Musiał ich poprosić, by poszli z nim i obejrzeli zwłoki. Pośpiech 
był   wskazany,   ponieważ   należało   je   przewieźć   na   sekcję   do 

zakładu medycyny sądowej w Solnie.
  Nie   zdążył   zapytać   Nory,   czy   na   wyspie   jest   jakiś   pastor. 

Miała  jednak  dołączyć   do   nich  Anna  Miller.   Będą  we   dwoje 
i tym   razem   Thomas   cieszył   się,   że   będzie   mu   towarzyszyć 

kobieta, przede wszystkim ze względu na matkę Victora.
  Poczuł   irracjonalne   pragnienie,   by   mieć   obok   Margit.   Ona 

radziła sobie z takimi sytuacjami o wiele lepiej niż on. Thomas 
zawsze   czuł   się   nieswojo   w obliczu   obnażonego   bólu   ludzi, 

którzy stracili kogoś bliskiego. Bez względu na to, jak bardzo 
się starał, nigdy nie mógł znaleźć właściwych słów, wszystko 

brzmiało kulawo i niezręcznie.
  Johan Ekengreen wyglądał tak, jakby czekał, aż Thomas coś 

powie.
  – Przykro mi – powiedział Thomas. – Niestety, nie sądzę, by 

doszło do pomyłki.
  Twarz Ekengreena drgnęła, ale nic nie powiedział.

  Spod   ciemnych   okularów   Madeleine   płynęły   łzy.   Thomas 
chciał ją jakoś pocieszyć, poklepać po ramieniu… Nie mógł się 

jednak przemóc, żeby wyciągnąć rękę.
  Powiedział tylko:

  – Proszę ze mną. Pokażę państwu drogę.
  Hotel   żeglarski   udostępnił   policji   jeden   z mniejszych 

czerwonych domków. Po wstępnym badaniu przeniesiono tam 
zwłoki. Teraz leżały w worku na pryczy.

  Gdy   dotarli   do   budynku,   przy   drzwiach   stały   Anna   Miller 
i jakaś   nieznana   mu   kobieta,   która   przedstawiła   się   jako 

Gunilla   Apelkvist,   pastor   z parafii   Oscara.   Skontaktował   się 
z nią ktoś z hotelu żeglarskiego. Co prawda przyjechała tu tylko 

w odwiedziny, ale mogła zostać kilka godzin dłużej i pomóc.

background image

  Thomas   podejrzewał,   że   pastor   pewnie   nie   ma   jeszcze 
pięćdziesiątki. Choć jej długie, spięte spinką włosy były siwe, na 

twarzy nie dało się dostrzec ani jednej zmarszczki. Obecność tej 
kobiety sprawiła, że poczuł ulgę.

  – Są   państwo   gotowi?   – zapytał   i zwrócił   się   do   Johana 
Ekengreena: – Wejdą państwo oboje czy tylko pan…?

  Pytanie zawisło w powietrzu.
  Madeleine Ekengreen zachwiała się lekko. Pastor podeszła do 

niej i wsunęła rękę pod jej ramię.
  – Może   woli   pani   zaczekać   tu   ze   mną?   – Wskazała   na 

ławeczkę przy narożniku domku. – Możemy na chwilę usiąść, 
żeby doszła pani do siebie. Tak będzie chyba najlepiej.

  Johan Ekengreen zwrócił się do żony:
  – Zrób tak. Zostań tu na razie.

  Po   chwili   Thomas   spojrzał   na   Johana   Ekengreena. 
Mężczyzna pogłaskał żonę po policzku i wziął głęboki oddech. 

Kiwnął głową do Thomasa, który na ten znak wsunął klucz do 
zamka i go przekręcił. Drzwi się otworzyły.

  Na   zewnątrz   świeciło   słońce,   tu   panował   półmrok.   Zwłoki 
leżące na prowizorycznej pryczy wydzielały słabą woń. A może 

tylko mu się wydawało?
  Johan Ekengreen zawahał się na progu, ale wszedł do środka.

  Thomas   rozsunął   zamek   błyskawiczny   biegnący   wzdłuż 
plastikowego worka. Ostrożnie zsunął górną część, by odsłonić 

twarz martwego chłopaka, i stanął z boku.
  Johan Ekengreen wyciągnął rękę, by dotknąć syna, ale dłoń 

zawisła w powietrzu. Zacisnął palce, potem zgiął się wpół.
  Thomas tylko patrzył. Nie mógł powiedzieć ani zrobić nic, co 

złagodziłoby ten ból.
  Po kilku sekundach Johan Ekengreen chwycił się krawędzi 

pryczy i ciężko osunął na kolana.
  – Victor – wyszeptał zduszonym głosem. – Tata tu jest.

  Pochylił się tak bardzo, że jego twarz niemal dotknęła twarzy 
zmarłego.

  Drżącą   ręką   przesunął   po   podbródku,   ustach,   nosie 
i policzkach   syna.   Zatrzymał   się   przy   świeżym   ukąszeniu 

komara,   ale   po  chwili   jego   palce   przesunęły   się   dalej,   jakby 

background image

głaskał niemowlę, które ma zaraz zasnąć i trzeba je uspokoić.
  Johan   Ekengreen   odwrócił   głowę   i popatrzył   na   Thomasa. 

W jego spojrzeniu kryły się tysiące pytań. Potem znów zwrócił 
się do syna:

  – Dlaczego to musisz być ty? Dlaczego akurat ty? – wyszeptał 
i przycisnął usta do czoła Victora.

  Potem coś w nim pękło, z oczu popłynęły łzy. Przycisnął pięść 
do ust, próbując nad sobą zapanować.

  Thomas czekał w milczeniu.
  – Nie   wolno   panu   pokazywać   go   Madeleine   – z trudem 

powiedział   Johan   Ekengreen.   – Ona   nie   może   go   zobaczyć 
w takim stanie. Niech mi pan to obieca.

  Thomas pokiwał głową.
  Johan   Ekengreen   dopiero   teraz   dostrzegł   głęboką   ranę   na 

głowie   Victora.   Z niedowierzaniem   przesunął   palcami   po   jej 
krawędziach,   głaskał   jasne   włosy   sklejone   zakrzepłą   krwią. 

Zaschnięte   strużki   biegły   po   policzku,   uchu   i dalej   na 
poplamiony kołnierz koszulki.

  Opuszkami   palców   ojciec   jakby   odczytywał   ciosy,   które 
odebrały życie jego synowi.

  Oczy Ekengreena pociemniały. Zacisnął pięści tak mocno, że 
aż pobielały kostki.

  – Pożałuje   tego   – szepnął   w ucho   Victora   tak   cicho,   że 
Thomas ledwie dosłyszał te słowa. – Obiecuję ci, Victor. Ten, 

kto to zrobił, jeszcze tego pożałuje.
  Kiedy Johan Ekengreen wyszedł na słońce do zrozpaczonej 

żony, wydawał się przygarbiony.
  Na   widok   męża   Madeleine   zerwała   się   z ławeczki.   Zanim 

zdążył cokolwiek powiedzieć, krzyknęła:
  – Nie, nie!

  Szybko   skierowała   się   w stronę   drzwi   domku.   Mąż   ją 
zatrzymał,   a wtedy   uderzyła   go   w twarz.   Pierścionek   rozciął 

skórę, pociekła krew.
  – Puść mnie, chcę do Victora! Muszę go zobaczyć!

  Trzymał   ją,   póki   nie   przestała   się   z nim   szarpać.   Wreszcie 
znieruchomiała   i niemal   jednocześnie   wybuchnęła 

gwałtownym,   rozpaczliwym   płaczem.   Pastor   spróbowała   ją 

background image

przytulić. Johan też płakał.
  Thomas stał z boku całkowicie bezradny.

 

28

  Jonas   spał,   gdy   Nora   zakradła   się   do   sypialni,   żeby   wziąć 
laptop. Powinna go  obudzić?  Nie, to  była trudna noc, lepiej 

pozwolić mu spać.
  Niedawno   minęło   południe,   a Wilma   wciąż   nie   wróciła. 

Thomas się nie odezwał, choć Nora wysłała mu dwa SMS-y.
  Felicia i Ebba nie dawały znaku życia. Nora zajrzała do ich 

pokoju   i zobaczyła,   że   są   pogrążone   w głębokim   śnie.   Ich 
rodzice mieli przypłynąć promem z Waxholmu za ponad dwie 

godziny. Piętnaście po drugiej.
  Z laptopem pod pachą Nora zeszła do kuchni i podłączyła się 

do   internetu.   Oporny   modem   zadziałał   dopiero   po   dłuższej 
chwili,   zasięg   na   szkierach   pozostawiał   wiele   do   życzenia. 

Wreszcie usłyszała sygnał.
  – Adam! – zawołała.

  Wciąż leżał na sofie przed telewizorem, tylko dziś nie miała 
siły się tym przejmować.

  – Adam! – zawołała jeszcze raz. – Chodź tu na chwilę!
  – Co jest?!

  – Chodź tutaj, zamiast wrzeszczeć!
  – Ty przecież też wrzeszczysz! – odkrzyknął.

  Minutę później pojawił się jednak w drzwiach.
  – Jesteś znajomym Wilmy na Facebooku?

  Pokręcił głową.
  – Nie. Dlaczego miałbym być jej znajomym?

  Nora   poczuła,   jak   ogarnia   ją   zniechęcenie.   Może   jej   plan 
odnalezienia   Maleny   i jej   brata   Mattiasa   wcale   nie   był   taki 

genialny?
  Adam   odwrócił   się,   by   znów   usiąść   przed   telewizorem. 

Usłyszała melodię z jego ulubionego amerykańskiego serialu.
  – Simon   jest   jej   znajomym   – rzucił   przez   ramię   i zniknął 

w korytarzu.

background image

  – Jesteś pewien?! – zawołała za nim.
  – Chyba tak.

  – Czekaj. Wróć tu.
  Adam pojawił się znowu z niezadowoloną miną.

  – Co znowu?
  – Ty chyba jesteś znajomym Simona?

  – Taaa… – odparł z ociąganiem.
  – W takim razie to zadziała, jeśli wyświadczysz mi przysługę. 

Musimy zostać znajomymi na Facebooku.
  Adam wydawał się przerażony.

  – Przecież jesteś moją matką. Nie mogę cię tam mieć.
  – Kochanie, wiem o tym. Nie rób teraz problemów.

  Łagodnie przyciągnęła go do komputera.
  – Obiecuję,   że   jak   tylko   skończę,   pozwolę   ci   mnie   usunąć. 

Dobrze?
  Adam wciąż był podejrzliwy.

  – Dlaczego chcesz być moją znajomą na Facebooku?
  – Jeśli   dodasz   mnie   do   znajomych,   dotrę   do   znajomych 

Simona. I do Wilmy. W ten sposób znajdę nazwisko Maleny.
  To   był   jedyny   sposób   na   skontaktowanie   się   z rodziną 

Maleny,   jaki   przychodził   jej   do   głowy.   Może   Margot   byłaby 
w stanie pomóc, ale Jonas się do niej nie dodzwonił. Wczoraj 

miała wyłączoną komórkę.
  – No dobra.

  Adam szybko wstukał swoje hasło i dodał ją do znajomych.
  – Teraz mogę już iść?

  – Tak. Bardzo ci dziękuję.
  Pochyliła się nad klawiaturą. Oby tylko się udało.

 

29

  Thomas   i Christoffer   Hökströmowie   byli   na   posterunku. 
Harry   Anjou   siedział   naprzeciw   nich   przy   długim   stole 

konferencyjnym. Widząc Thomasa, wstał i podszedł do niego.
  – Starszy   skończył   dwadzieścia   lat   – powiedział   cicho, 

wskazując   głową   na   braci.   – Jeśli   będziemy   rozmawiać 

background image

z jednym i drugim równocześnie, może unikniemy czekania na 
rodziców.

  Niepełnoletnich nie można przesłuchiwać, jeśli w pokoju nie 
jest   obecny   ich   opiekun   prawny.   Ale   to   właściwie   nie   jest 

przesłuchanie,   pomyślał   Thomas.   Raczej   coś   w rodzaju 
rozmowy.

  Trzeba   się   było   śpieszyć,   niedługo   wszyscy   imprezowicze 
opuszczą wyspę.

  Podjął decyzję. Podszedł, żeby się przywitać.
  – Ktoś chce wody, zanim zaczniemy? – spytał, przeszedł do 

wnęki kuchennej i odkręcił kran.
  – Ja   poproszę   – powiedział   młodszy   z braci,   który 

przedstawił się jako Tobbe.
  Jego kręcone rude włosy przypominały kudłatą czapkę. Na 

prawym policzku miał świeży siniak, sięgający aż do ucha.
  Kto ci to zrobił? – zastanawiał się Thomas.

  Włosy starszego brata były raczej pofalowane niż kręcone, ale 
byli do siebie podobni, mieli taki sam kształt podbródka i takie 

same piegi na nosie.
  Sprawiali   wrażenie   zdezorientowanych,   jakby   nie   mieli 

pojęcia, dlaczego zgarnęła ich policja.
  Thomas podał Tobbemu plastikowy kubek z wodą i usiadł.

  – Musimy   z wami   porozmawiać   w związku   ze   zgonem,   do 
którego doszło wczoraj wieczorem na wyspie.

  Bracia patrzyli na niego speszeni.
  – Dlaczego? – zapytał Christoffer.

  Nie istniał żaden sposób złagodzenia prawdy.
  – Z przykrością   muszę   was   poinformować,   że   wasz   kolega, 

Victor Ekengreen, został znaleziony martwy.
  – Victor nie żyje? – wyjąkał Tobbe. – Odbiło panu?

  – Niestety,   to   prawda   – odparł   Thomas.   – Dziś   rano 
znaleziono jego zwłoki.

  – Wczoraj   byliśmy   razem   – zaprotestował   starszy   brat, 
zrywając się z miejsca. – To niemożliwe, był wczoraj z nami. To 

jakaś pomyłka.
  – Naprawdę   bardzo   mi   przykro   – powiedział   Thomas. 

– Może usiądziesz?

background image

  Wstał   i poszedł   po   drugi   kubek   wody.   Podsunął   go 
Christofferowi.

  – Masz, napij się trochę.
  Christoffer   Hökström   odebrał   kubek.   Nic   nie   rozumiejąc, 

wpatrywał   się   w brata.   Tobbe   siedział   jak   skamieniały.   Jego 
twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

  Nagle   Tobbe   przycisnął   ręce   do   brzucha   i pochylił   się   nad 
stołem.

  – Co się dzieje? Niedobrze ci? – spytał Thomas.
  – Tak – wydusił chłopak, opierając czoło o stół.

  – Będziesz wymiotował? Chcesz się położyć?
  Tobbe pokręcił głową i głośno wciągnął powietrze.

  Po chwili powiedział:
  – To   na   pewno   Vic…   To   on?   – Głos   mu   się   załamał,   gdy 

próbował wymówić imię przyjaciela.
  – Tak. Byli tu rodzice Victora. Zidentyfikowali go.

  – Jak umarł? – spytał Christoffer.
  Zaciskał oczy, mrugał, ale nie udało mu się powstrzymać łez.

  Thomas nie chciał wdawać się w szczegóły.
  – Ma obrażenia głowy – odparł krótko.

  – Przewrócił   się?   – wyszeptał   Tobbe,   wciąż   z głową   opartą 
o stół.

  – Sądzimy,   że   został   zamordowany   – powiedział   cicho 
Thomas.

  Christoffer Hökström rozdziawił usta.
  – Chce pan powiedzieć, że ktoś go zabił?

  – W każdym   razie   to   jedna   z wielu   możliwości,   które   w tej 
chwili sprawdzamy.

  Tobbe się wyprostował. Otworzył usta, ale nie wypowiedział 
ani słowa. W końcu wykrztusił:

  – Wiecie, kto to zrobił?
  – Niestety   nie.   Dlatego   musimy   z wami   porozmawiać. 

Skontaktujemy się ze wszystkimi z waszej grupy, żeby ustalić, 
co Victor robił przed śmiercią. Musimy się dowiedzieć, co się 

wydarzyło w ostatnich godzinach jego życia.
  Z gardła   Tobbego   wyrwał   się   szloch.   Chłopak   ukrył   twarz 

w dłoniach.

background image

  Czy powinienem był poczekać na ich rodziców? – pomyślał 
Thomas. Nie, nie było na to czasu.

  Podsunął   zszokowanemu   chłopakowi   pudełko   chusteczek 
higienicznych.

  Tobbe wziął jedną i wytarł nos.
  – Dobrze się czujesz? Powinniśmy kontynuować, ale jeśli nie 

dasz rady, możemy to odłożyć na później.
  Harry Anjou miał taką minę, jakby chciał zaprotestować, ale 

się nie odezwał.
  Tobbe jeszcze raz wytarł nos.

  – Nic mi nie jest – powiedział i przełknął ślinę.
  Brat poklepał go niezdarnie po ramieniu.

  – Kiedy   po   raz   ostatni   widzieliście   Victora?   – zapytał   po 
chwili Thomas.

  – Wczoraj wieczorem – odparł Tobbe.
  – Możesz   być   trochę   bardziej   konkretny?   Musimy   się 

dowiedzieć,   co   Victor   robił   w ostatnim   dniu   życia.   Każdy 
szczegół może być ważny.

  Tobbe odwrócił głowę, pociągnął nosem i zaczął opowiadać.
 

Tobbe

  Było po dwunastej, kiedy Tobbe obudził się na łodzi w Dzień 
Świętego Jana.

  Rany,   ale   dziś   wieczorem   będzie   melanż,   pomyślał   i się 
przeciągnął. Był spocony, choć miał na sobie tylko slipy. Ale 

spał w puchowym śpiworze, a za oknem kajuty świeciło słońce.
  Dziewczyny   już   się   ubrały.   Victor   wciąż   spał   w kajucie   na 

rufie.
  – No   chodźcie!   – zawołała   do   nich   z pokładu   Felicia. 

– Chcemy   iść   do   piekarni   i zjeść   jakieś   śniadanie.   Umieram 
z głodu.

  Wracając,   zauważyli,   że   port   zaczął   zapełniać  się   jachtami. 
Victor i Tobbe przybili pionę, gdy kawałek dalej przycumował 

wielki jacht z laskami w bikini.
  Później siedzieli wyluzowani na rufie. Z głośników sączyła się 

muzyka.   Mieli   zamiar   stopniowo   ją   podgłaśniać,   przejść   na 

background image

mocniejszą   muzykę   klubową,   żeby   podgrzać   atmosferę.   Na 
razie idealnie się sprawdzały stare dobre przeboje, mieszanka 

Coldplay i Beyoncé.
  Od czasu do czasu piszczał czyjś telefon – przychodziły SMS-

y   od   przyjaciół,   którzy   też   wybierali   się   do   Sandhamn.   Stół 
zapełnił się szklankami i butelkami.

  Chyba   koło   wpół   do   piątej   ktoś   zawołał   z pomostu.   Tobbe 
zobaczył, że stoją tam trzy  dziewczyny, które znał ze szkoły. 

Spytały, czy mogą trochę z nimi posiedzieć. Dopiero skończyły 
ósmą klasę, ale były z nich niezłe laski.

  Victor wyszczerzył zęby w uśmiechu.
  – Chcecie wejść na pokład? – zapytał i wykonał zapraszający 

gest, choć Felicia wyraźnie nie miała ochoty na powiększenie 
się towarzystwa. Nawalony Victor bywał dość brutalny.

  Dziewczyny   weszły   na   pokład   i usiadły.   Na   rufie   wielkiej 
motorowej   łodzi   było   mnóstwo   miejsca.   Powiedziały,   że 

przypłynęły w porze lunchu promem z Waxholmu. Zatrzymały 
się na wyspie w domku rodziców jakiejś swojej koleżanki.

  Popijali   sobie   na  luzie.   Fajnie   było   tak   siedzieć   na  słońcu. 
Z łodzi mieli świetny widok. Wszędzie roiło się od ludzi, jakby 

w porcie   odbywał   się   jakiś   wielki   festiwal,   coś   w stylu 
Stockholmsveckan   na   Gotlandii.   Albo   jakby   byli   w Båstad 

w lipcu.
  Tobbe uniósł szklankę i stuknął się z Victorem.

  Nowe   dziewczyny   prawie   cały   czas   chichotały.   Tessan,   ta, 
która najwięcej gadała, była naprawdę niezła. Miała czerwoną 

górę od bikini z wąskimi ramiączkami i postrzępione dżinsowe 
szorty.

  Zauważył, że zerkała na niego.
  Po chwili wyciągnęła paczkę papierosów i spytała go, czy ma 

ochotę.
  Zapalił   zapałkę,   a ona   przysunęła   się   do   niego,   włożyła 

papierosa  do   ust  i pochyliła   się   nad   jego   ręką.   Przy   każdym 
ruchu   jej   piersi   nieznacznie   się   kołysały,   a nawet   otarły   się 

o niego przez ułamek sekundy.
  Victor   śledził   to   przedstawienie   spod   półprzymkniętych 

powiek. Felicia siedziała obok niego i było wyraźnie widać, że 

background image

jej się to nie podoba.
  Tessan zaciągnęła się i opadła na oparcie, dotykając Tobbego 

udem.   Miała   ciepłe,   opalone   ciało.   Wypuściła   dym 
i uśmiechnęła się do niego zza ciemnych okularów.

  Ebba siedziała najbliżej kajuty. Była wyraźnie skwaszona. Od 
czasu do czasu zerkała ze złością na Tobbego.

  Wciąż ją lubił, chociaż zerwali ze sobą. Inaczej się jednak nie 
dało,   bo   zaczęła   strzelać   straszne   fochy.   Właściwie   nie 

przypuszczał,   że   wybierze   się   z nimi   do   Sandhamn.   Pewnie 
Felicia ją namówiła. Wszystko robiły razem.

  Tessan naprawdę była chętna. Cały  czas niby przypadkiem 
ocierała   się   o niego.   Gasząc   papierosa,   spojrzała   mu   w oczy 

i spytała, czy mają coś do picia.
  Z tym nie było żadnego problemu. Christoffer załatwił sporo 

alkoholu,   a Tobbe   dokupił   jeszcze   wódkę   z samochodu 
stojącego pod szkołą, zanim wyjechali z miasta.

  Tobbe   migiem   przyniósł   czerwoną   fantę   z kabiny   i zrobił 
mocne   drinki   dla   siebie   i Tessan.   Ebbą   się   nie   przejmował, 

niech sama sobie zrobi drinka.
  Godziny mijały. Nie czuł się nawalony, raczej naspeedowany, 

ale   jasne,  że nie  był  trzeźwy.  Musiał  się oprzeć  o stół, kiedy 
wstał, żeby zrobić kolejnego drinka. Nie przewrócił się jednak 

ani nic takiego.
  Po jakimś czasie Tessan siedziała mu już na kolanach. Kilka 

razy   się   pocałowali.   Obejmował   ją,   jej   miękka   pierś   ciasno 
przylegała do jego ciała. Trochę się napalił. Spocił się, czując 

ciepło jej ciała. Zajebiście było tak siedzieć z nią na słońcu.
  Widział,   że   Ebba   się   strasznie   wkurza,   kiedy   obmacywał 

Tessan. Rzucała kąśliwe uwagi, wredne zdania o gówniarach, 
które zrobią wszystko dla starszego chłopaka.

  Do   diabła   z tym,   nie   on   się   wycofał.   To   Ebba   zrobiła   się 
dziwna.   Nie   chciała   z nim   być?   Trudno.   Są   inne 

zainteresowane.
  Na przykład Tessan.

  Na   tę   myśl   wyszczerzył   zęby   i dalej   się   z nią   obściskiwał. 
W pewnym   sensie   czuł   satysfakcję,   robiąc   to   przy   Ebbie. 

Tessan   nadawała   na   tych   samych   falach,   ona   również   była 

background image

nieźle pijana. Ale to w niczym nie przeszkadzało.
  Nagle Ebbie odwaliło na dobre.

  – Kurwa, jesteś obrzydliwy! – wrzasnęła na niego. – Jesteś po 
prostu obleśny!

  Tessan   nic   z tego   nie   rozumiała,   siedziała   mu   tylko   na 
kolanach i gapiła się na nich.

  W jednej chwili Ebba zeskoczyła na ląd i zniknęła w tłumie. 
Felicia zrobiła ruch, jakby chciała za nią pójść. Victor wyciągnął 

rękę i ją powstrzymał.
  – Zostaw   ją   w spokoju.   Po   prostu   się   wkurzyła,   że   Tobbe 

zarwał laskę.
  Victor   też   był   mocno   nawalony.   Sączył   drinki   przez   całe 

popołudnie i poruszał się chwiejnie. Teraz spróbował posadzić 
sobie   Felicię   na   kolanach   i ją   pogłaskać.   Bez   skutku.   Felicia 

nadąsała się po odejściu Ebby. Ciągle o niej ględziła i w końcu 
warknęła na Victora, żeby przestał ją obmacywać.

  – Pieprzyć to – zaklął Victor.
  Odwrócił   się   do   Felicii   plecami   i zaczął   gadać   z koleżanką 

Tessan.
  Wszystko się pochrzaniło. Tobbe miał tego dość. Przyjechali 

tu   przecież   na   fajny   melanż.   Dlaczego   wszystko   musi   być 
zawsze takie skomplikowane?

  Felicia   się   najeżyła.   Coraz   bardziej   czepiała   się   Victora. 
Z początku ją olewał, potem się pokłócili.

  Tobbe widział to nie po raz pierwszy.
  Wiosną   Victor   zaczął   mieć   humory.   Niewiele   potrzebował, 

żeby się wkurzyć. Felicii, gdy sobie popiła, też czasem odwalało.
  – Jesteś   pojebana,   ty   głupia   krowo!   – wrzasnął   Victor   na 

Felicię.
  Pokazał jej środkowy palec. Odpowiedziała mu tym samym.

  – Jesteś, kurwa, chory.
  Victor wyglądał, jakby miał ochotę jej przywalić.

  – Zamknij się!
  – Sam się zamknij!

  Victor   walnął   szklanką   o stół   tak   mocno,   że   pękła.   Wstał 
i zszedł z pokładu.

  Wtedy Felicia się rozpłakała.

background image

  – Victor, czekaj! – zawołała i pobiegła za nim.
  Tobbe nie rozumiał, co się dzieje. Wszystko to było cholernie 

niepotrzebne,   spieprzyli   cały   klimat.   Czasem   nie   wyrabiał 
z Victorem, Felicia zresztą też.

  Chwilę   po   tej   kłótni   wrócił   Christoffer.   Poszedł   po 
hamburgery  – stary  dał mu sporo kasy. Ponoć spora paczka 

jego kumpli z Wyższej Szkoły Handlowej przypłynęła tu własną 
łodzią. Tobbe, jako brat Christoffera, mógł przyprowadzić na tę 

łódź swoich znajomych.
  Czemu nie, pomyślał Tobbe.

  Dziewczyny   były   chętne.   Szczerze   mówiąc,   nie   miał   siły 
przejmować się całą resztą. Victor i Felicia pewnie wyjaśniają 

sobie swoje sprawy gdzie indziej. Ebba się skwasiła i sama jest 
sobie winna.

  Łyknął   drinka,   stanowczo   przyciągnął   do   siebie   Tessan 
i pocałował ją w usta.

  Zjedli   hamburgery,   wzięli   ze   sobą   trochę   alkoholu 
i powędrowali na łódź kumpli Christoffera. Stała spory kawałek 

dalej, przy pomoście Via Mare. Christoffer dostał kod do furtki, 
więc weszli bez problemu.

  Tobbe   był   tam,   dopóki   nie   wyłączyli   muzyki   w hotelu 
żeglarskim. Kiedy wrócili na swoją łódź, natychmiast urwał mu 

się film.
  Potem obudził go policjant, który stał nad nim w kajucie.

 

30

  Tobbe   unikał   spojrzenia   Thomasa.   Zaczął   obgryzać 
paznokieć.   Thomas   zauważył,   że   poobgryzał   już   wszystkie. 

Zostało   z nich   tak   niewiele,   że   opuszki   palców  wydawały   się 
napuchnięte.

  Wyglądało na to, że Tobbe wolałby być zupełnie gdzie indziej. 
Jego mina była równocześnie nieufna i nieszczęśliwa.

  Pięcioro   młodych   ludzi   przypłynęło   do   Sandhamn,   żeby 
bawić się w święto przesilenia letniego. W ciągu zaledwie kilku 

godzin troje z nich gdzieś sobie poszło i wieczór zakończył się 

background image

katastrofą.
  Przez   Tobbego   jego   była   dziewczyna   zrozpaczona   opuściła 

łódź   i przez   cały   wieczór   błąkała   się   po   Sandhamn.   Potem 
Felicia   straciła   przytomność   w porcie,   a jej   chłopak   został 

zamordowany   na   plaży.   Wyglądało   na   to,   że   dwaj   bracia 
siedzący naprzeciw Thomasa niczego nie zauważyli ani nawet 

nie zastanawiali się, czy przypadkiem coś się nie stało.
  Zamiast tego imprezowali w najlepsze z nowymi znajomymi.

  Thomas   nie   miał   pojęcia,   jak   to   możliwe,   ale   tego   nie 
skomentował. Harry Anjou był bardziej wzburzony.

  – Nie   zastanawiałeś   się,   dokąd   poszli   twoi   przyjaciele? 
– spytał ostrym tonem. – Czy miałeś to po prostu gdzieś, bo 

byłeś pijany?
  Tobbe jeszcze bardziej skulił się na krześle. Wreszcie odezwał 

się drżącym głosem:
  – Próbowałem   skontaktować   się   z resztą   i powiedzieć,   że 

idziemy   do   kumpli   Christoffera.   Nikt   nie   odbierał   telefonu. 
Wysłałem SMS-a do Victora. Nie odezwał się. Nie chciałem go 

olać, dziewczyn też nie. Kumplujemy się przecież.
  Wyglądał tak, jakby zaraz miał się rozpłakać.

  – Skąd miałem wiedzieć, że on nie żyje? Myślałem, że jest 
z Felicią, że przyjdą później. Przysięgam.

  Wsunął   do   ust   paznokieć   kciuka,   a raczej   to,   co   z niego 
zostało.

  – O ile cię dobrze zrozumiałem, Ebba, Felicia i Victor zniknęli 
około   dziewiętnastej   w Dzień   Świętego   Jana   – stwierdził 

Thomas. – I nawet nie przyszło wam do głowy, że coś się mogło 
stać?

  Patrzył   pytająco   na   starszego   z chłopaków.   Przy   szczupłym 
Tobbem Christoffer wydawał się dorosłym mężczyzną, zielona 

koszulka tenisowa opinała się na jego szerokich ramionach.
  Jego spojrzenie było puste.

  Harry Anjou zwrócił się bezpośrednio do Christoffera:
  – Nie   sądzisz,   że   powinieneś   był   jakoś   zareagować,   kiedy 

zniknęło   tyle   osób   z waszej   paczki?   Twój   brat   i jego   koledzy 
dopiero skończyli dziewiątą klasę. Jesteś jedynym pełnoletnim 

w tym gronie?

background image

  Tym razem Christoffer pokręcił głową.
  – Nie pomyślałem o tym. Wszędzie było tyle ludzi, wszyscy 

imprezowali. Jakoś do mnie nie dotarło, że ich nie ma – mówił 
z coraz większym zdenerwowaniem.

  Przerwał i przełknął kilka razy ślinę.
  – To   znaczy…   żałuję,   że   nie   miałem   lepszej   kontroli   nad 

sytuacją… Myślałem, że z nimi wszystko w porządku, że prędzej 
czy później się zjawią.

  Dalsze obwinianie braci niczemu nie służyło. Zapewne i bez 
tego będą się zmagać z wyrzutami sumienia. Thomas pochylił 

się ku nim.
  – Chłopcy, musicie spróbować nam pomóc. Żaden z was nie 

wie, gdzie mógł być wczoraj  wieczorem  wasz  kolega? Dokąd 
mógł pójść?

  – Nie – odparł Tobbe i zerknął ukradkiem w bok.
  Thomas zdążył wychwycić szybki ruch jego oczu. Czy Tobbe 

niemo   zadawał   pytanie   swojemu   bratu,   czy   tylko   mu   się 
wydawało?

  Zanim zdążył coś powiedzieć, wtrącił się Harry Anjou:
  – Czy   Victor   był   komuś   winny   pieniądze?   Miał   jakichś 

wrogów?
  – Nie wydaje mi się – odparł Tobbe.

  Thomas znów przyjrzał się siniakowi na jego policzku. Czy 
chłopcy się pokłócili?

  – Skąd masz ten siniak? – spytał.
  Dłoń Tobbego mimowolnie powędrowała do policzka.

  – Przewróciłem się – powiedział.
  – Jak to się stało?

  – Pośliznąłem się na skale.
  – Aha – powiedział Thomas, czekając na dalszy ciąg.

  Ale Tobbe wbił spojrzenie w stół i milczał.
  Anjou stracił cierpliwość.

  – Chyba możecie powiedzieć nam coś więcej?! – wybuchnął.
  Thomas   dostrzegł,   jak   nastolatek   reaguje   na   ten   ton.   Dał 

Anjou znak spojrzeniem, żeby się uspokoił. To, że bracia będą 
jeszcze   bardziej   zdenerwowani,   w niczym   nie   pomoże. 

Wyglądało na to, że Anjou nie zauważył sygnału.

background image

  – Twój   najlepszy   przyjaciel   został   zamordowany 
– powiedział. – Pomóż nam jakoś, zamiast siedzieć i mruczeć 

pod nosem. Przecież musisz coś wiedzieć.
  Tobbe   znów   złapał   się   za   brzuch.   Thomas   doszedł   do 

wniosku, że pora kończyć rozmowę.
  – Możecie   iść   – powiedział.   – Natomiast   chcemy,   żebyście 

dzisiaj zostali na wyspie na wypadek, gdybyśmy mieli więcej 
pytań.

  Christoffer wstał. Jego brat nawet nie drgnął. Dalej siedział 
skulony. Christoffer go szturchnął.

  – No chodź.
  Tobbe bez słowa ruszył za nim do drzwi. Po kilku krokach 

odwrócił się i spojrzał błagalnie na Thomasa.
  – Jest pan pewien, że on został zamordowany?

 

31

  – Co robisz?
  Głos Jonasa zaskoczył Norę. Podskoczyła przed komputerem, 

siedząc   przy   kuchennym   stole.   Stał   w drzwiach,   miał 
rozczochrane włosy i oczy jak szparki.

  – Wstałeś?
  – Powinnaś   mnie   była   obudzić   dawno   temu   – powiedział 

Jonas, ale bez przekonania. – Wilma wciąż nie wróciła?
  – Nie, niestety. Wtedy natychmiast bym ci powiedziała.

  Nora wskazała na ekspres.
  – Jest świeżo zaparzona kawa, jeśli masz ochotę. I pieczywo 

z piekarni. Powinieneś coś zjeść.
  Sama   usłyszała,   że   zabrzmiało   to   tak,   jakby   mówiła   do 

któregoś ze swoich synów. Zmieniła ton:
  – Próbuję znaleźć nazwiska przyjaciół Wilmy, żebyśmy mogli 

się z nimi skontaktować. Może w ten sposób uda nam się ją 
znaleźć.

  Wskazała na laptop. Jonas usiadł na krześle obok niej.
  Przesunęła myszką po ekranie. Kliknęła kilka razy i pojawiła 

się   uśmiechnięta   twarz   Wilmy.   Jonas   wzdrygnął   się   na   ten 

background image

widok.
  Nora szybko kliknęła na znajomych tuż pod zdjęciem Wilmy. 

Miała ich kilkuset.
  Pojawiła   się   lista   wszystkich   przyjaciół   wraz   ze   zdjęciami. 

Była ułożona według imion, w porządku alfabetycznym. Nora 
przewinęła w dół do litery M.

  M jak Malena i Mattias.
  Pojawiło się zdjęcie dziewczyny o brązowych włosach.

  – Tu ją mamy – powiedziała Nora. – Wassberg, Malena ma 
na nazwisko Wassberg. A jej starszy brat… – przewinęła trochę 

w dół – …jest tu.
  Kliknęła zdjęcie siedemnastoletniego chłopaka i natychmiast 

pojawił się profil Mattiasa Wassberga.
  Ponoć   grał   w koszykówkę   i dopiero   skończył   drugą   klasę 

w Östra Real, gimnazjum w centrum Sztokholmu. On też miał 
kilkuset znajomych i lubił jakiś zespół, o którym Nora nigdy nie 

słyszała.
  Był   przystojny,   musiała   to   przyznać.   Błysk   w jego   oku 

sugerował, że Mattias świetnie zdawał sobie sprawę z tego, jak 
wygląda.   Nawet   Nora   potrafiła   zrozumieć,   że   dla   nastolatek 

musiał być strasznie cool.
  Czy to dlatego Wilma się w nim zakochała?

  Miał   siedemnaście   lat,   Wilma   dopiero   czternaście.   Nora 
pomyślała   o tym,   że   w tym   wieku   to   duża   różnica,   i żołądek 

ścisnął jej się z niepokoju.
  – Znasz któregoś z jej znajomych? – spytała Jonasa.

  – Nie,   nie   ma   tu   nikogo   z jej   dawnych   przyjaciół.   – Potarł 
podbródek.   –   Wcześniej   wiedziałem,   z kim   się   zadawała, 

znałem rodziców tych dzieciaków. To się zmieniło, gdy poszła 
do   siódmej   klasy.   W nowej   szkole   było   już   inaczej.   O wiele 

mniej kontaktów z klasą i z rodzicami.
  Nora   otworzyła   nowe   okno   i weszła   na   hitta.se.   Szybko 

wpisała w wyszukiwanie Malenę Wassberg. Nic.
  Spróbowała   wyszukać   Mattiasa   Wassberga.   Wyświetliło   się 

dwadzieścia pięć osób, z których cztery mieszkały w okolicach 
Sztokholmu.

  – Bingo   – powiedział   Jonas.   Podszedł   do   ekspresu   i nalał 

background image

sobie kawy do kubka. – Chcesz też?
  – Nie,   dziękuję.   I tak   za   dużo   jej   wypiłam.   Jeśli   napiję   się 

jeszcze, mój żołądek tego nie wytrzyma.
  Nora sięgnęła po telefon.

  – Sprawdzimy?
  Nie   czekając   na   odpowiedź,   wybrała   pierwszy   numer. 

Włączyła   funkcję   głośnomówiącą,   żeby   Jonas   też   słyszał 
rozmowę.

  Odczekała   kilka   sygnałów,   potem   włączyła   się   skrzynka 
głosowa.

  – Witaj,   dodzwoniłeś   się   do   Mattiasa.   Zostaw   nazwisko 
i numer telefonu, oddzwonię do ciebie, jak tylko będę mógł.

  – Brzmi jak facet w średnim wieku – stwierdził Jonas. – Nie 
jak młody chłopak.

  Na   wszelki   wypadek   Nora   nagrała   wiadomość   i poprosiła 
mężczyznę, by do niej oddzwonił.

  Kolejny   Mattias   Wassberg   okazał   się   ojcem   rodziny   i gdy 
spytała   go   o Wilmę   Sköld,   nie   miał   pojęcia,   o kogo   chodzi. 

Uprzejmie przeprosiła i zakończyła rozmowę.
  – Zostało nam dwóch – powiedziała do Jonasa, który wciąż 

stał przy ekspresie.
  Wybrała trzeci numer. Przebrzmiewały kolejne sygnały, nikt 

nie   odbierał.   Nora   spodziewała   się,   że   włączy   się   skrzynka 
głosowa, ale po prostu ją rozłączyło.

  – Dziwne – stwierdziła. – Spróbować jeszcze raz?
  – Zrób tak.

  Wcisnęła ponowne wybieranie i przeczekała kilka sygnałów. 
Chciała   się   rozłączyć   i wtedy   ktoś   odebrał.   Młody   chłopak 

o zaspanym głosie.
  – Halo, tu Mattias.

  Usłyszała coś w tle. Ptaki? Brzmiało to prawie jak mewy. Jeśli 
był na szkierach, możliwe, że znaleźli właściwą osobę.

  Przedstawiła się szybko.
  – Chciałam zapytać, czy znasz dziewczynę o imieniu Wilma? 

Wilma Sköld? Próbuję się dowiedzieć, gdzie jest.
  – Wilma? Nie mam pojęcia.

  Zapadła   cisza.   Potem   w słuchawce   kliknęło   i połączenie 

background image

zostało przerwane.
  Nora   wpatrywała   się   w telefon.   To   nie   miało   sensu.   Przez 

chwilę   wydawało   jej   się,   że   znalazła   właściwego   Mattiasa 
Wassberga.

  Powoli wybrała ostatni numer.
  Po dwóch sygnałach odebrał jakiś starszy mężczyzna, głos był 

trochę gderliwy.
  – Wassberg.

  Z Nory uszło powietrze.
  – Przepraszam – powiedziała tylko. – Pomyłka.

  Jonas odwrócił się, by odstawić kawę na blat. Kubek trafił na 
krawędź, spadł i roztrzaskał się o podłogę.

  – Niech to wszyscy diabli! – wybuchnął Jonas. – Kurwa mać!
  Nora zamknęła laptop i wstała.

  – Pójdę   do   ośrodka   policyjnego   znaleźć   Thomasa 
– oświadczyła.   –   Najwyższa   pora,   żeby   policja   coś   z tym 

zrobiła.
 

32

  Po wyjściu braci Hökströmów Thomas i Harry Anjou zostali 

w ośrodku. Była pora lunchu.
  – Oni   udają   niewiniątka   – żachnął   się   Anjou.   – Od   razu 

widać,   co   to   za   gówniarze.   Upić   się   na   motorówce   tatusia, 
proszę bardzo. Ale żeby wziąć się w garść i pomóc policji, to już 

nie.
  Potarł oczy i przeciągnął się.

  – Choćby ten siniak u rudego. Ani trochę bym się nie zdziwił, 
gdyby się okazało, że pobił się z Ekengreenem.

  – Chodzi ci o to, że coś wymknęło się spod kontroli?
  Anjou wzruszył ramionami.

  – Pijane   dzieciaki   robią   głupie   rzeczy.   Sam   słyszałeś,   co 
mówił.   Pili   cały   dzień.   Może   potem   wieczorem   też   sobie 

popalali, skąd mogę wiedzieć? Na razie mamy tylko jego słowo 
na to, że jego przyjaciel sobie poszedł i potem go nie widział.

  Drzwi się otworzyły. Wszedł Adrian Karlsson.

background image

  – Mam przekazać od Jensa, że dwa patrole pukają teraz do 
drzwi w porcie. – Mówiąc to, zrobił palcami znak cudzysłowu. 

– O ile można tak  powiedzieć, kiedy  chodzi  się po pomoście 
i rozmawia   z właścicielami   łodzi.   Za   pół   godziny   zjawią   się 

kolejni ludzie, którzy zmienią chłopaków przy barierkach. Jens 
mówi, że możesz do niego dzwonić, jeśli będziesz potrzebował 

czegoś jeszcze.
  – Dzięki – powiedział Thomas. – Będę o tym pamiętał.

  – My się zwijamy – ciągnął Adrian. – Nowi zostaną na cały 
dzień.

  Stłumił ziewnięcie i Thomas zdał sobie sprawę, że facet musi 
być na nogach od ponad dwudziestu czterech godzin. Jeśli się 

nad tym dokładniej zastanowić, to Harry Anjou też co chwila 
pocierał oczy. To była bardzo długa noc świętojańska.

  – Ty też wracasz z transportem na posterunek czy zostajesz? 
– Adrian zwrócił się do Anjou.

  Ten   wydawał   się   rozdarty   między   poczuciem   obowiązku 
a zmęczeniem. Zwlekał z odpowiedzią i zanim zdążył cokolwiek 

powiedzieć, Thomas rozstrzygnął sprawę.
  – Byłeś na nogach przez całą noc – powiedział do Harry’ego. 

– Jedź do domu i prześpij się parę godzin. Widzimy się jutro 
rano w Nacce.

  Nie   miało   sensu   wykańczanie   go,   zanim   zacznie   pracę 
w wydziale śledczym.

  Thomas  zerknął  na zegar  i zdał sobie sprawę,  że za chwilę 
Margit dotrze na wyspę. Zamierzał od razu pójść z nią do Nory 

i porozmawiać z dziewczyną Victora i jej koleżanką.
  Wstał i rozprostował plecy.

  – Mogę   was   odprowadzić   na   przystań.   Moja   koleżanka 
przypływa za kilka minut.

  Właśnie   miał   nacisnąć   klamkę,   gdy   rozległ   się   dzwonek. 
Thomas otworzył drzwi. Na progu stała Nora. Była blada, włosy 

miała niedbale związane w kucyk i koszulkę wciśniętą w sprane 
szorty.

  – Thomas   – wyrzuciła   z siebie   zestresowana   i złapała   go 
mocno   za   ramię.   – Wilma   wciąż   nie   wróciła.   Próbowaliśmy 

znaleźć Mattiasa Wassberga, chłopaka, z którym ponoć miała 

background image

się wczoraj spotkać, ale nie możemy go namierzyć. Musicie coś 
zrobić.   Niedługo   minie   dwanaście   godzin,   odkąd   powinna 

wrócić do domu.
  Nora   zrobiła   krok   do   przodu   i zauważyła   pozostałych 

policjantów.
  – Przepraszam – powiedziała zażenowana.

  Było widać, że nie miała pojęcia o ich obecności.
  Adrian uniósł rękę na powitanie.

  – Spotkaliśmy   się   w nocy,   kiedy   przyszła   pani   odebrać 
dziewczyny.

  – No tak, właśnie. Przepraszam, że pana nie poznałam.
  Wyciągnęła rękę i przywitała się z nim i z Harrym Anjou.

  – W ostatnich   godzinach   sporo   się   działo   – powiedziała. 
– Zaginęła córka mojego partnera i nie możemy jej odnaleźć.

  – Właśnie się do ciebie wybierałem – powiedział Thomas.
  – Dlaczego?

  W jej oczach znów pojawił się strach i Thomas pojął, że źle go 
zrozumiała.

  – To nie ma nic wspólnego z Wilmą – spróbował ją uspokoić. 
– Wciąż uważam, że gdzieś odsypia imprezę.

  – Nie ma pani  pojęcia,  jak  często  zdarzają  się takie   rzeczy 
– stwierdził Harry Anjou. – Nie jest pani pierwszym rodzicem, 

który kontaktuje się z nami w ten weekend.
  – Jednak w nocy coś się stało – podjął Thomas. – Muszę jak 

najszybciej porozmawiać z Ebbą i z Felicią.
  – Czemu? To coś poważnego? – spytała Nora.

  Jej głos zadrżał. Do Thomasa dotarło, że ani trochę jej nie 
uspokoił. Wysunął dla niej krzesło, potem usiadł obok niej.

  – Nie   rozgłaszaj   tego   w miasteczku,   ale   doszło   do 
morderstwa.   Rano   znaleziono   w Skärkarlshamn   zwłoki 

nastolatka.
  Okrzyk przerażenia. Nora zasłoniła usta dłonią.

  – Wygląda na to, że to chłopak Felicii Grimstad; dlatego się 
do   ciebie   wybierałem.   Pewnie   rozumiesz,   że   musimy   z nią 

porozmawiać?
  Twarz Nory pobladła.

  – Nic ci nie jest? – zatroszczył się Thomas.

background image

  – Jesteś pewien, że to nie ma nic wspólnego z Wilmą? A jeśli 
jej też coś się stało…

  Ostatnie słowa przeszły w szloch.
  Thomas zrozumiał, że swoimi słowami pogorszył sytuację, ale 

co więcej mógł powiedzieć? Musiał się zdać na instynkt. A ten 
podpowiadał mu, że Wilmie nic się nie stało.

  Adrian   Karlsson   wstał.   Podniósł   czarną   torbę   z rzeczami 
osobistymi, stojącą w kącie przy wnęce kuchennej.

  – Musimy iść – oświadczył.
  Anjou kiwnął Thomasowi głową i wyszedł za Adrianem.

  Thomas wstał.
  – Byłoby dobrze, gdybyśmy poszli do ciebie – zwrócił się do 

Nory. – Prom Margit lada chwila przypłynie. Ona też pójdzie 
z nami.

  Pogłaskał Norę po policzku, żeby jej dodać otuchy.
  – A gdzie jest Jonas?

  – Został   w domu.   Próbuje   dzwonić   do   znajomych   Wilmy, 
żeby   się   dowiedzieć,   czy   odzywała   się   do   kogoś.   Naprawdę 

mam nadzieję, że masz rację…
  W jej głosie słychać było powątpiewanie.

  Ja też mam taką nadzieję, pomyślał Thomas.
 

33

  Margit   zeszła   na   ląd   jako   pierwsza.   W silnym   słońcu   jej 

krótkie włosy wydawały się jeszcze bardziej rude niż zwykle. 
Dostrzegła Thomasa z Norą i uniosła rękę na powitanie.

  – Cześć,   Noro   – powiedziała,   podchodząc   do   nich.   – Jak 
rozumiem,   ty   też   zostałaś   wciągnięta   w tę   sprawę.   Co   za 

tragiczna historia. To zawsze jest trudne, gdy chodzi o młodych 
ludzi.

  Nora w milczeniu pokiwała głową. Spotkała Margit wiele razy 
i wiedziała,   jak   bardzo   Thomas   ceni   jej   doświadczenie 

i stanowczość.
  Ruszyli w stronę willi Brandów. Thomas cicho relacjonował 

Margit, co się wydarzyło dziś rano.

background image

  Urywki tej rozmowy docierały do uszu Nory, która szła kilka 
kroków  przed   nimi.  Ucisk   w żołądku   narastał.   Skąd  Thomas 

mógł być taki pewny, że Wilmie nic się nie stało? A jeśli się 
mylił i Wilma była w to w jakiś sposób zamieszana?

  Skręcili   przy   Gospodzie   i ruszyli   wąską  uliczką  prowadzącą 
obok   Barnberget.   Wąska   rynna   łącząca   szczyt   tego   pagórka 

z jego podnóżem świadczyła o tym, że przez całe lata zjeżdżały 
tędy na tyłkach tysiące dzieciaków. Powierzchnia skały stała się 

z tego   powodu   niemal   idealnie   gładka.   Nawet   teraz   kilkoro 
czterolatków   bawiło   się   w ten   właśnie   sposób.   Ich   wesołe 

śmiechy   sprawiły,   że   Nora   poczuła   się   jeszcze   bardziej 
nieswojo. Kontrast był zbyt wielki. Zwolniła, żeby zrównać się 

z Thomasem   i z Margit.   Usiłowała   przy   tym   myśleć   o czymś 
innym.

  Po kilku chwilach dotarli do willi.
  Jonas siedział w kuchni. Usłyszał ich i natychmiast przybiegł 

do przedpokoju. Dostrzegła, jak zareagował na widok Thomasa 
i Margit.   To   był   ten   sam   strach,   jaki   czuła,   gdy   Thomas 

opowiedział jej o zamordowanym chłopaku.
  Od razu spróbowała go uspokoić.

  – To nie ma nic wspólnego z Wilmą. Thomas i Margit przyszli 
porozmawiać z dziewczynami w zupełnie innej sprawie.

  Thomas uścisnął dłoń Jonasa i po przyjacielsku poklepał go 
po ramieniu. Spotkali się kilka razy zimą. Potem urodziła się 

Elin i nie nadarzyły się kolejne okazje. W ostatnich miesiącach 
Nora i Thomas rozmawiali tylko przez telefon. Latem na pewno 

będzie mnóstwo czasu na pogawędki, powtarzała sobie wtedy 
Nora.   Dziecko   trochę   podrośnie,   a Thomas   i Pernilla   będą 

lepiej wiedzieli, jak sobie z nim radzić.
  Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że spotkają się w takich 

okolicznościach.
  Thomas, zupełnie nieświadomy rozważań  Nory, zwrócił  się 

do Jonasa:
  – Przed   chwilą   mówiłem   Norze,  że  Wilma   pewnie   zaspała. 

Zapewniam   cię,   dzisiaj   wszędzie   leżą   pokotem   skacowane 
nastolatki.

  Wydawało się, że Jonas trochę się rozluźnił, i Nora poczuła 

background image

ulgę.
  – Miała wrócić do domu o pierwszej – powiedział. – Cholerny 

dzieciak.  Mam   nadzieję,  że  się  nie  mylisz  i ona niedługo  się 
tutaj przywlecze. Po tym numerze na kilka lat wstrzymam jej 

kieszonkowe.
  Blady uśmiech.

  Odwrócili   się,   słysząc   podekscytowany   głos   od   strony 
werandy:

  – Mamo, gdzie jesteś? Mogę iść z Fabianem na lody?
  To był Simon. Thomas odpowiedział za Norę:

  – To małym chłopcom wolno teraz kupować lody? Wydawało 
mi się, że policja tego zabroniła.

  – Thomas?
  Simon pojawił się w drzwiach, podszedł do ojca chrzestnego 

i serdecznie go uściskał. Thomas wyjął portfel z tylnej kieszeni 
spodni.

  – Pozwól mi – rzucił do Nory i wyjął stukoronowy banknot.
  – Mogę za wszystko kupić lody?

  – Możesz zaprosić brata.
  – Strasznie dziękuję.

  Simon   zerknął   na   Norę,   jakby   nie   był   pewien,   czy   może 
przyjąć   pieniądze.   Pokazała   mu   uniesiony   kciuk,   więc 

zachwycony wziął banknot i wybiegł.
  – Rozpieszczasz go – powiedziała Nora.

  Thomas   przepraszająco   wzruszył   ramionami,   ale   wyglądał 
tak, jakby wcale tego nie żałował.

  Margit odchrząknęła.
  – To co, porozmawiamy z dziewczynami?

  Zwróciła się do Nory:
  – Moglibyśmy usiąść na werandzie?

  – Oczywiście. Dziewczyny jeszcze śpią. Mam je obudzić?
  – Poproszę.

  Niedługo Thomas będzie musiał im powiedzieć, co się stało, 
pomyślała   Nora,   idąc   po   schodach   do   pokoju   gościnnego. 

Najbliższe godziny będą dla dziewcząt trudne.
  Przystanęła   na   najwyższym   stopniu,   bo   uderzyła   ją   pewna 

myśl: trudne, chyba że dziewczyny wiedzą, jak się sprawy mają.

background image

 

34

  Ebba   już   się   obudziła.   Leżała   na   plecach   i wpatrywała   się 
w sufit.   Felicia   spała   nakryta   kołdrą   tak   dokładnie,   że 

wystawały spod niej tylko kosmyki włosów.
  Słońce   prześwitywało   przez   cienką   białą   roletę,   która 

wpuszczała   do   pokoju   dużo   światła.   Za   oknem   rozległ   się 
ostrzegawczy   sygnał   promu   z Waxholmu,   przepływającego 

przez cieśninę.
  Na widok Nory Ebba się wzdrygnęła.

  – Jak się czujesz? – spytała Nora, siadając na brzegu łóżka 
obok niej.

  Dziewczyna   wciąż   sprawiała   wrażenie   zagubionej   i Nora 
pragnęła   poprawić   jej   trochę   humor.   Niedługo   usłyszy 

wiadomość, która wstrząśnie nią jeszcze bardziej.
  – Jesteś głodna?

  – Trochę.
  Ebba usiadła na łóżku.

  – Zjesz coś?
  – Tak, poproszę.

  Widać było, że próbuje się uśmiechnąć.
  – Wie pani, która godzina?

  Nora zerknęła na zegarek.
  – Dochodzi wpół do drugiej.

  – Tak późno?
  – Tak.   Twoja   mama   zjawi   się   za   jakieś   trzy   kwadranse. 

Rodzice   Felicii   też   są   w drodze,   mieli   płynąć   tym   samym 
promem.

  Ebba wbiła wzrok w kołdrę.
  – Są na nas źli?

  Nora wyciągnęła rękę i poklepała ją po ramieniu.
  – Na   twoim   miejscu   nie   martwiłabym   się   o to.   Na   pewno 

przede wszystkim im ulżyło, bo nic się wam nie stało.
  Ebba poruszyła się niespokojnie.

  Jak Nora powinna to rozegrać?

background image

  – Musimy obudzić Felicię – powiedziała ostrożnie. – Przyszła 
policja, chcą z wami porozmawiać.

  – Policja? Dlaczego?
  W oczach Ebby pojawił się strach.

  – Będzie  najlepiej,   jeśli  sami   wam   powiedzą.   Powinnaś   się 
ubrać i jak najszybciej zejść na dół. Na parterze czeka dwoje 

policjantów.
  Nora wstała i wskazała na ręczniki, które ze sobą przyniosła.

  – Jeśli chcesz się umyć, łazienka jest naprzeciw. Położyłam 
szczoteczki do zębów dla ciebie i dla Felicii.

  Odwróciła   się,   żeby   wyjść.   Przystanęła,   słysząc   szept   za 
plecami.

  – Dziękuję, jest pani taka miła.
  Nora zeszła do kuchni i wyjęła kilka drożdżówek dla Thomasa 

i Margit.   Przygotowała   tacę,   postawiła   na   niej   kubki   z kawą, 
położyła   talerz   z drożdżówkami   i dwie   kanapki   z serem   dla 

Ebby.
  Codzienne   czynności   trochę   ją   uspokoiły.   To   była   ulga 

zaparzać kawę, zamiast zamartwiać się o Wilmę.
  Czuła, że jest na granicy załamania. Niepokój o Wilmę cały 

czas czaił się z tyłu głowy, w domu miała pełno ludzi, którymi 
powinna   się   zająć.   Musi   się   skupić   na   jednej   rzeczy, 

w przeciwnym razie straci kontrolę.
  Wysłali   Adama   do   miasteczka,   żeby   szukał   Wilmy.   Jonas 

siedział  w sypialni  i obdzwaniał  jej  przyjaciół.   Kiedy  ostatnio 
tam zajrzała, miał tak zaciętą minę, że wycofała się bez słowa.

  Nora   wiedziała,   że   nie   ma   sensu   znów   poruszać   sprawy 
Wilmy z Thomasem, całkowicie pochłaniało go śledztwo.

  Czuła się tak jak w domu wariatów. Ledwie pojmowała, że to 
jej własny głos brzmi tak spokojnie, gdy rozmawiała z Ebbą.

  Odruchowo wytarła blat. Po jednej rzeczy naraz, pomyślała, 
wyżęła   szmatkę   i powiesiła   ją   na   kranie.   Wytarła   ręce 

o czerwono-biały kuchenny ręczniczek, który pamiętał jeszcze 
czasy Signe. Wyhaftowano na nim jej inicjały – S.B.

  Thomas   i Margit   mieli   zacząć   od   rozmowy   z Ebbą.   Nora 
obiecała, że w tym czasie spróbuje obudzić Felicię. Dziewczyna 

musiała   wziąć   prysznic   i się   ubrać,   niedługo   zjawią   się   jej 

background image

rodzice. Nora miała wyjść po nich na przystań.
  Musiała jeszcze trochę wytrzymać.

 

35

  Felicia   wymiotowała   w łazience.   Nora   słyszała   to   wyraźnie 
i nie wiedziała, co począć. Powinna dać dziewczynie spokój czy 

otworzyć drzwi i spróbować jej pomóc?
  Ostatni odgłos wymiotów, potem dźwięk spuszczanej wody.

  – Jak się czujesz?! – zawołała Nora przez zamknięte drzwi.
  – Zaraz wyjdę – usłyszała słabą odpowiedź.

  – Dobrze. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, powiedz.
  Nora   poczekała   kilka   minut.   Wreszcie   usłyszała   szum 

prysznica i wróciła do kuchni. Przez drzwi dobiegały stłumione 
głosy, ale nie słyszała, czego dotyczy rozmowa. Wydało jej się, 

że słyszy szloch Ebby.
  Jak mogło do tego dojść? Szesnastoletni chłopak leżał martwy 

na plaży, a jego dziewczynę  znaleziono  tak  pijaną, że prawie 
nieprzytomną…

  Nora   przypomniała   sobie   uczucie,   którego   doznała,   po   raz 
pierwszy   trzymając   na   ręku   Adama.   Mała   twarzyczka, 

czerwona   i pomarszczona,   która   szybko   się   wygładziła,   gdy 
znalazł   pierś   i zaczął   ssać.   Zaopiekuję   się   tobą,   obiecała   mu 

wtedy. Jesteś u mnie bezpieczny.
  Czy matka Victora Ekengreena złożyła podobną obietnicę?

  Jak stworzyliśmy społeczeństwo, w którym nasze dzieci mogą 
spotkać takie rzeczy? – pomyślała. Chcemy je ochronić przed 

całym złem, ale to nam się nie udaje. Same szukają zła.
  Jak pokierować kimś, kto nie chce, by nim kierowano?

  Oczy  Nory stały  się wilgotne. Oparła  czoło  o chłodne drzwi 
lodówki.

  Usłyszała kroki na schodach. Otworzyła lodówkę i udała, że 
czegoś   w niej   szuka,   żeby   nie   było   widać,   że   przed   chwilą 

płakała.
  W drzwiach pokazała się Felicia.

  – Chodź, zjedz coś – powiedziała Nora.

background image

  Przełknęła z trudem ślinę i zamknęła lodówkę.
  Odwróciła   się,   by   postawić   na   stole   talerz   z kanapkami. 

W pośpiechu   prawie   przewróciła   mały   wazonik   z białymi 
i żółtymi   kwiatami,   które   zerwał   dla   niej   Simon   w noc 

świętojańską.
  To   było   zaledwie   dwa   dni   temu,   a wydawało   się   tak 

nieskończenie odległe.
  – Napijesz się herbaty? – spytała Felicię. – Czy może jesteś 

zziębnięta i wolisz gorącą czekoladę?
  – Może być herbata.

  Felicia usiadła ostrożnie na krawędzi krzesła. Nora pożyczyła 
jej   podkoszulek.   Wesoły   turkusowy   kolor   tylko   podkreślał 

bladość jej twarzy.
  Dziewczyna   wpatrywała   się   z nieszczęśliwą   miną   w kanapki 

z pasztetem i ogórkiem.
  – Nie wiem, czy mogę coś zjeść. Trochę mi niedobrze.

  – Powinnaś spróbować coś zjeść. Człowiek zawsze  czuje się 
lepiej, kiedy ma coś w żołądku.

  Mówię jak moja mama, pomyślała.
  Felicia odgryzła maleńki kęs i odłożyła kanapkę na talerz.

  – Mama i tata są pewnie strasznie źli. – Drżała jej warga. – 
Powiedziałam im, że spędzę noc świętojańską u Ebby na wsi. 

Ona zrobiła tak samo.
  – Wszystko   się   ułoży,   zobaczysz   – zapewniła   Nora, 

zastanawiając   się,   ile   razy   powtórzyła   ten   frazes   w ciągu 
ostatnich dwunastu godzin.

  Nalała   mleka   do   brązowego   ceramicznego   kubka,   nasypała 
cukru, wrzuciła torebkę herbaty i zalała wrzątkiem.

  – Tu masz herbatę. Możesz jej chociaż skosztować?
  – Dziękuję.

  Na twarzy Felicii pojawił się cień uśmiechu i szybko zniknął. 
Obracała w palcach kanapkę. Po chwili spytała nieśmiało:

  – Przepraszam,   wie   pani   może,   gdzie   są   nasi   przyjaciele, 
Victor i Tobbe? Wiedzą, że nocowałyśmy u pani?

  Norę   uratował   Jonas,   który   zawołał   ją   z góry.   Pośpiesznie 
wstała od stołu, wdzięczna, że nie musi odpowiadać.

  – Siedź tutaj i jedz, zaraz do ciebie wrócę.

background image

  Wbiegła   po   schodach,   przeskakując   po   dwa   stopnie.   Jonas 
stał w sypialni z komórką w ręce i podsunął ją Norze, by mogła 

zobaczyć wyświetlacz.
  – Wilma właśnie to przysłała.

  Nora   przeczytała.   Wiadomość   składała   się   tylko   z jednego 
słowa:

  Przepraszam.
  – Boże, jak to dobrze.

  Zdała   sobie   sprawę,   że   obawiała   się   najgorszego,   choć   nie 
śmiała się przyznać do tego nawet przed sobą.

  Twarz Jonasa wciąż była napięta, ale odetchnął głęboko.
  – Tak, całe szczęście.

  Opadł na nieposłane łóżko i oparł się plecami o ścianę. Nora 
usiadła   obok   i wtuliła   się   w niego.   Po   chwili   Jonas   szepnął 

jakby do siebie:
  – Ale gdzie ona jest?

 

36

  Ebba   przywitała   się   z Thomasem   i Margit   i usiadła   na 
wiklinowym fotelu. Thomas wskazał na talerz z kanapkami.

  – Chcesz coś zjeść? Są dla ciebie.
  Zerknęła na talerz, bez słowa wzięła kanapkę i odgryzła kęs. 

Potem sięgnęła po kubek z herbatą i wypiła kilka łyków. Wciąż 
milcząc, odstawiła go i odgryzła kolejny kęs.

  Margit i Thomas nie chcieli jej poganiać. Zależało im, by nie 
poczuła   się   zaszczuta.   Dopiero   gdy   Ebba   zjadła   i jej   twarz 

nabrała kolorów, Thomas powiedział przyjaźnie:
  – Chcielibyśmy,   żebyś   nam   opowiedziała,   co   się   działo 

wczoraj wieczorem, zanim zgłosiłaś się na policję.
  Koszulka,   którą  Nora  pożyczyła   Ebbie,  była   trochę   za  duża 

i rękawy zasłaniały połowę dłoni. Mimo to Ebba wydawała się 
zziębnięta.

  – Powiedziałam   już   wszystko   temu   drugiemu   policjantowi. 
Temu   z samochodu   kempingowego,   który   znalazł   Felicię 

w porcie.

background image

  – Chcielibyśmy,   żebyś   nam   też   opowiedziała   – poprosił 
Thomas. – Żebyśmy mogli wyrobić sobie własne zdanie.

  Ebba już nie protestowała. Ale trzymała  przed sobą kubek, 
jakby próbowała się za nim schować.

  Przez   szerokie   okno   werandy   widać   było   jachty   płynące   ku 
stałemu lądowi.

  – Zacznij   od   początku   – powiedziała   spokojnie   Margit. 
– Spróbuj   nam   podać   jak   najwięcej   szczegółów.   To   ważne, 

żebyś opowiedziała o wszystkim.
  Dziewczyna zagryzła wargę, jakby bała się o coś spytać.

  – Znaleźliście   naszych   kolegów?   Tobbe,   on   ma  rude   włosy. 
Wiecie, gdzie jest?

  W tym pytaniu kryło się tak wiele nadziei.
  Thomas i Margit wymienili spojrzenia.

  – Tak – odparł Thomas. – Ale najpierw chcielibyśmy usłyszeć, 
co masz do powiedzenia. Tym zajmiemy się później.

  Uśmiech Ebby zgasł.
  – Co się stało wczoraj wieczorem? – zapytała Margit.

 

Ebba

  Gdy Tessan usiadła na kolanach Tobbego, Ebba nie wiedziała, 

że cokolwiek może ją aż tak zaboleć. Bolało gorzej niż wtedy, 
gdy   jako   dziesięcioletnia   dziewczynka   usłyszała   o rozwodzie 

rodziców, a tata powiedział jej, że się wyprowadza. Wtedy czuła 
się tak, jakby już jej nie było, jakby była rysunkiem na kartce 

papieru,  którą zgniata  się  w kulkę  i wyrzuca,   bo  nie  wyszedł 
tak, jak się chciało.

  Tata posadził ją sobie wówczas na kolanach i zapewnił, że ona 
i jej młodsza siostra wciąż będą dla niego równie ważne jak do 

tej pory, tyle tylko, że on i mama już się nie kochają. Przytulił ją 
i w końcu ośmieliła się uwierzyć, że mówił prawdę.

  Tata   dotrzymał   obietnicy,   ale   teraz   nie   było   nikogo,   kto 
mógłby ją pocieszyć.

  Ebba świetnie rozpoznawała to, co łączyło ją z Tobbem. Oboje 
mieli   rozwiedzionych   rodziców,   ich   ojcowie   założyli   nowe 

rodziny. Różniło ich to, że ona i jej siostra mieszkały u taty co 

background image

drugi tydzień. On tak po prostu nie zniknął jak ojciec Tobbego.
  Tobbe   nigdy   nie   mówił   o rozwodzie   rodziców.   Wszystkiego 

dowiedziała się z komentarzy, które czasem mu się wyrywały. 
Na   przykład   że   nie   tylko   jest   rudy,   ale   jeszcze   ma 

rozwiedzionych rodziców. Nic dziwnego, że jest skazany na to, 
żeby wszystko spieprzyć.

  Mówiąc   tak,   zawsze   się   śmiał,   to   było   tak   pół   żartem,   pół 
serio,   ale   wyczuwała   gorycz,   która   kryła   się   tuż   pod 

powierzchnią.
  Ona  i Tobbe   zaczęli   do   siebie   lgnąć   wiosną  w ósmej   klasie, 

chociaż on wpadł jej w oko znacznie wcześniej.
  Przed nim nie miała żadnego chłopaka na poważnie, czasem 

tylko przelotnie na jakiejś imprezie. W Tobbem dostrzegła coś 
szczególnego,   co   wzbudziło   jej   zainteresowanie.   Był   taki 

zabawny, nie dało się przy nim zachować powagi.
  Po wakacjach stali się parą.

  Dziewiąta klasa była pod wieloma względami trudna, mimo to 
Ebba codziennie rano, gdy się budziła, czuła w ciele przyjemne 

łaskotanie.   Chociaż   Tobbe   był   wariatem,   lubiła   jego   szalone 
pomysły. Pociągała ją jego beztroska. Gdy na nią patrzył, robiło 

jej się gorąco. Był jej pierwszym prawdziwym facetem.
  Potem nadszedł ten wieczór, gdy Victor i Felicia zaczęli być ze 

sobą.   Wpadli   sobie   w oko   dużo   wcześniej.   Felicia   potrafiła 
mówić   tylko   o najlepszym   kumplu   Tobbego   i o tym,   jakie 

z niego ciacho.
  Wszyscy w doskonałym nastroju szli do Victora. Miał akurat 

wolną   chatę,   bo   jego   rodzice   polecieli   do   Paryża.   W torbie 
Tobbego dzwoniły butelki.

  – Załatwiłem trochę fajnego towarku – oznajmił.
  Włosy miał ułożone na żel, uśmiechał się szeroko. Pocałował 

Ebbę w usta i zdjął kurtkę. Przeszli do salonu, usiedli na białej 
skórzanej sofie.

  – Przyniesiesz jakieś szklanki? – spytał Tobbe Victora.
  Felicia zerwała się od razu.

  – Pomogę ci je przynieść – zaproponowała.
  Tobbe   mrugnął   do   Ebby,   gdy   Victor   zniknął   w kuchni 

z Felicią.   Trwało   to   ponad   pół   godziny,   nim   wrócili   ze 

background image

szklankami i dwoma miskami chipsów.
  Wkrótce  na parterze   domu dudniła muzyka,  we  wszystkich 

pomieszczeniach kłębili się jacyś ludzie. Wtedy po raz pierwszy 
Ebba widziała Victora w takim stanie. Ale nie po raz ostatni. 

Tamtego wieczoru był jak odmieniony, śmiał się po wariacku 
i ciągle obmacywał się z Felicią. Bez przerwy gadał i tańczył tak, 

że przepocona koszula lepiła mu się do pleców.
  Ktoś go szturchnął i Victor oblał Felicię drinkiem. Zaskoczona 

krzyknęła.   Alkohol   wylał   się   na   górę   jej   topu,   spod   którego 
wystawał obszyty koronką stanik.

  – Przepraszam, nie chciałem – powiedział Victor.
  – Nie szkodzi. – Felicia zachichotała. – Ale mi teraz mokro.

  – Jak chcesz, mogę ci pożyczyć jakiś ciuch. Chodź.
  Victor   wziął   Felicię   za   rękę.   Idąc   za   nim   na  piętro,   Felicia 

uśmiechnęła się do Ebby.
  Po   tamtym   weekendzie   zawsze   trzymali   się   razem,   cała 

czwórka.
  Zimą   Victor   i Tobbe   zaczęli   więcej   imprezować.   Victor   na 

trzeźwo   był   właściwie   dość   spokojny,   niemal   nieśmiały. 
Alkohol całkowicie go zmieniał. Tobbego także.

  Tobbe po alkoholu tracił wszelkie zahamowania, Victor stawał 
się agresywny.

  Kilka   razy   Tobbe   zrobił   prawdziwe   głupoty.   Na   przykład 
wchodził na tory po opuszczeniu szlabanu. I pewnej nocy po 

prostu usiadł na środku jezdni. Mało brakowało, a przejechałby 
go   wtedy   samochód.   Na   szczęście   Tobbe   w ostatniej   chwili 

uskoczył.   Potem   tylko   się   roześmiał   i objął   Ebbę,   jakby 
wszystko było świetnym żartem.

  Kilka razy próbowała z nim pogadać. Co z tego? Nie chciał jej 
słuchać.   Poza   tym   Victor   wywierał   na   niego   presję.   Miał 

mnóstwo swobody, bo jego rodzice nie interesowali się tym, co 
robił.   Często   zapraszał   Tobbego   do   siebie.   W semestrze 

wiosennym   zaczął   imprezować   także   w ciągu   tygodnia,   nie 
tylko w weekendy, i nalegał, żeby Tobbe się do niego przyłączał. 

Ebba  próbowała  protestować:   byli   w dziewiątej   klasie,  oceny 
końcowe stały się ważne.

  Ponieważ Tobbe nadal robił głupoty, zaczęła się wycofywać. 

background image

Myślała,   że   może   wtedy   Tobbe   się   opamięta.   Zamiast   tego 
usłyszała, że jest kwasiarą i ciągle marudzi.

  Oddalali się od siebie coraz bardziej.
  Kilka razy, gdy nie poszła na jakąś imprezę, Tobbe dobierał 

się do innych lasek.
  Dowiedziała   się   o tym   okrężną   drogą.   Czuła   się   zraniona. 

Wkurzyło ją to. Próbowała z nim rozmawiać. Bronił się, że był 
pijany i nic nie pamięta. Powtarzał, że tamto nie miało żadnego 

znaczenia. Potem przez jakiś czas był dla niej wyjątkowo miły, 
więc   nie   wracała   do   tematu.   Oczywiście   dręczyło   ją   to,   nie 

wiedziała, czy może mu ufać.
  Próbowała porozmawiać także z Felicią, ale ona unikała tego 

tematu i nie chciała jej zrozumieć. Zakochała się do szaleństwa 
w Victorze i robiła wszystko, czego chciał. Tylko wtedy, kiedy 

się porządnie upiła, potrafiła mu wygarnąć. Poza tym zawsze 
trzymała   z Victorem.   Zawsze   znajdowała   wymówkę,   żeby   się 

wykręcić od rozmowy z Ebbą.
  Ebbie coraz trudniej przychodziło zwierzanie się Felicii. Od 

siódmej   klasy   były   najlepszymi   przyjaciółkami   i zawsze 
trzymały się razem, ale teraz również Felicia zaczęła się od niej 

odsuwać.
  Po zerwaniu z Tobbem Ebba miała ochotę tylko ciągle płakać.

  Z początku   nie   chciała   wybierać   się   na   Sandhamn   na   noc 
świętojańską.   Potem   pomyślała,   że   to   mogłaby   być   dobra 

okazja; wciąż  miała nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży, że 
ona i Tobbe znów się zejdą.

  Tak strasznie chciała z nim być.
  Potem   na   pokład   weszła   ta   dziewczyna.   Tessan   ze   swoimi 

wielkimi cyckami. Od razu było widać, czego chce. Tobbe się 
nie   żenował,   olewał   to,   że   Ebba   tam   jest.   Zupełnie   jakby 

sprawiało mu przyjemność macanie tej gówniary, kiedy ona na 
to patrzyła. Zupełnie otwarcie ją pieścił.

  Za   ciemnymi   okularami   Ebba   próbowała   powstrzymać   łzy. 
Widziała   każdy   ruch,   każdą   pieszczotę.   Gdy   Tobbe   wsunął 

język   do   ust   Tessan,   zamknęła   oczy.   Niemal   nie   mogła 
oddychać. Tobbe za żadne skarby nie mógł zobaczyć, jaka była 

nieszczęśliwa.   Chyba   zapadłaby   się   wtedy   ze   wstydu   pod 

background image

ziemię.
  Przez   chwilę   się   zastanawiała,   czy   z zemsty   nie   zacząć   się 

dobierać   do   brata   Tobbego.   Ale   nie   mogła.   Poza   tym 
Christoffer zawsze był dla niej w porzo.

  Mimo to coś w niej pękło.
  Nie pamiętała, co do nich wykrzykiwała, tylko tyle, że potem 

nie poczuła się ani trochę lepiej.
  Biegła po nabrzeżu ze ściśniętym gardłem. Dotarła na całkiem 

pustą   plażę   kawałek   dalej   i wtedy   popłynęły   łzy.   Siedziała 
zupełnie sama nad morzem i nie mogła przestać ryczeć.

  Cholerny Tobbe, pieprzony rudzielec. Powinna go olać, była 
kretynką, która się za bardzo przejmuje.

  Minęło dużo czasu, nim się uspokoiła. Zmęczona położyła się 
na   piasku   i musiała   zasnąć,   bo   gdy   się   obudziła,   słońce 

zachodziło i zrobiło się jej zimno.
  Po jakimś czasie wróciła do portu i poszła do toalety.

  Zdumiona zobaczyła swoje odbicie  w lustrze. Wyglądała jak 
wariatka: tusz do rzęs się rozmazał, włosy były rozczochrane 

i pełne   piasku.   Spróbowała   doprowadzić   się   do   porządku, 
uczesała się i umyła twarz.

  Nie miała ochoty wracać na łódź, ale zostały tam przecież jej 
rzeczy.  Tylko że  łódź  była zamknięta na klucz, a jej kolegów 

nikt nie widział. Próbowała dzwonić do Felicii i do Tobbego, ale 
nie odbierali.

  W końcu, po kilku godzinach poszukiwań, poszła na policję do 
samochodu kempingowego.

 

37

  Ebba skończyła opowiadać i skuliła się zapłakana na fotelu.
  Margit   mimowolnie   przytuliła   ją.   Na   chwilę   twarda, 

doświadczona policjantka zmieniła się we współczującą matkę 
nastolatki.

  Jej córki, Anna i Linda, były tylko kilka lat starsze od Ebby. 
Margit   dobrze   znała   ból,   jaki   potrafi   sprawić   dziewczynie 

nieszczęśliwa pierwsza miłość.

background image

  Thomas odruchowo pomyślał o Elin. Oby nigdy nie siedziała 
tak wśród obcych ludzi, kompletnie załamana.

  Margit   ścisnęła   ramię   Ebby   i wyjęła   z kieszeni   chusteczki 
higieniczne.

  Musimy   jej   powiedzieć,   że   Victor   Ekengreen   nie   żyje, 
pomyślał Thomas.

  Wolałby   się   z tym   wstrzymać,   dopóki   nie   porozmawiają 
z Felicią. Reakcji dziewczyn nie dało się przewidzieć.

  Rozległo się pukanie i zajrzała do nich Nora.
  – Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam tylko powiedzieć, 

że idę na pomost odebrać rodziców Ebby i Felicii. Felicia już 
wstała, siedzi w kuchni.

  Margit zerknęła na Thomasa. Zrozumiał, o co jej chodzi. Czy 
powinni porozmawiać z Felicią, zanim zjawią się jej rodzice?

  Kiwnął głową.
  Ebba ściskała kubek z herbatą. Ciekło jej z nosa. Wytarła go 

pogniecioną chusteczką.
  – Czyli rodzice Tobbego i Victora nie wiedzieli o tym, co się 

dzieje? – spytała Margit. – Że tyle imprezowali? Niczego nie 
zauważyli?

  – Nie   wiem.   – Ebba   pociągnęła   nosem.   – Tobbe   mieszka 
z matką, rodzice Victora ciągle gdzieś wyjeżdżają.

  – Niedługo   mama   cię   odbierze   – powiedziała   cicho   Margit. 
– Będziesz   mogła   wrócić   do   domu   i wyspać   się   we   własnym 

łóżku. Za kilka dni poczujesz się lepiej, obiecuję.
  Ebba spojrzała na nią z nieszczęśliwą miną.

 

38

  Wrócił Adam. Niedbale oparł rower o płot i podszedł do furtki 
akurat w chwili, gdy Nora otworzyła drzwi.

  – Cześć, kochanie – powiedziała. – Nie znalazłeś jej, co?
  Adam pokręcił głową.

  – Dziękuję, że próbowałeś. To bardzo miłe z twojej strony.
  Adam zwlekał przy furtce.

  – Dlaczego Thomas tu jest? – zapytał.

background image

  – Chciał   porozmawiać   z dziewczynami,   które   u nas   dzisiaj 
nocowały.

  – Przy   Skärkarlshamn   jest   strasznie   dużo   policjantów. 
Rozpięli taśmę między drzewami…

  Nora udała, że nie zauważa niewypowiedzianego pytania.
  – Muszę iść odebrać rodziców tych dziewczyn.

  Wzięła swój rower i poklepała Adama po ramieniu.
  – Jonas   jest   na   górze   – rzuciła.   – W mojej   sypialni.   Wciąż 

obdzwania kolegów Wilmy.
  Adam rysował nogą linie na piasku.

  – Czy   Wilma   jest   zamieszana   w to,   co   się   stało 
w Skärkarlshamn? I dlatego nie wraca do domu?

  Jadąc do portu, Nora czuła się coraz bardziej nieswojo. Nie 
potrafiła się otrząsnąć z tego uczucia.

  W ogródku Gospody tłoczyli się ludzie, stały wózki dziecięce, 
kilka osób czekało w kolejce przy schodkach prowadzących na 

drewniany taras. Na stolikach  lśniły kufle z piwem i kieliszki 
z różowym winem. Ale przycumowane przy pomoście celnym 

dwie łodzie policyjne przypominały o tym, co stało się w nocy.
  Wydawało jej się nierzeczywiste, że Thomas i Margit siedzą na 

jej werandzie, przesłuchując Ebbę i Felicię.
  Z niewyspania i stresu pulsowało jej w skroniach. Kiedy tylko 

wróci do domu, musi wziąć tabletkę od bólu głowy.
  Niepokój   nie   znikał.   Czy   Wilma   mogła   być   zamieszana 

w śmierć Victora Ekengreena? A jeśli ktoś zabrał jej komórkę 
i wysłał ten SMS? Ktoś, kto być może przetrzymywał ją wbrew 

jej woli?
  Przestań, upomniała się. Nie ma sensu, żebyś się zadręczała, 

zwłaszcza że Thomas się nie niepokoi.
  Dotarła   do   przystani   dokładnie   w chwili,   gdy   biały   prom 

z Waxholmu   przepływał   przez   cieśninę.   To   był   „Sandhamn”, 
jeden z największych kursujących na wyspę. W czwartek, gdy 

przypłynęła   tu   z Jonasem   i dziećmi,   pokład   zapełniali 
podekscytowani imprezowicze.

  Zobaczyła, że na przystani zebrało się mnóstwo ludzi. Kolejka 
chętnych do wejścia na prom mijała kiosk i ciągnęła się jakieś 

pięćdziesiąt metrów dalej. Nora rozpoznała wielu mieszkańców 

background image

Sandhamn.
  Prom dobił do nabrzeża, wysunięto trap. Niewielu pasażerów 

szykowało   się   do   zejścia   na   ląd.   Uwagę   Nory   natychmiast 
przykuły trzy osoby: dwie kobiety i mężczyzna.

  Obie   kobiety   włożyły   białe   dżinsy,   przez   ramię   miały 
przewieszone duże torebki. Mężczyzna był ubrany w niebieskie 

spodnie i białą koszulkę polo.
  Domyśliła się, że to matka Ebby i rodzice Felicii. Pomachała, 

żeby ją zobaczyli.
  Co powinna im powiedzieć? Czy musi wspomnieć o Victorze? 

Czy w ogóle wolno jej to robić?
  Felicia  zerkała  ukradkiem   na Thomasa i Margit.  Została na 

werandzie   sama   z dwojgiem   policjantów,   bo   Ebba   poszła   do 
toalety.

  – Nie   możemy   poczekać   na   mamę   i tatę?   – spytała   cicho. 
– Niedługo tu będą.

  Thomas żałował, że to powiedziała. Lepiej byłoby przesłuchać 
dziewczynę   bez   rodziców,   a potem   wyjaśnić   to   pośpiechem. 

Istniało duże ryzyko, że w ich obecności nie będzie swobodnie 
mówić. Niestety, wiedział, jakie obowiązują przepisy.

  Dźwięk otwieranych drzwi przesądził sprawę.
  – Felicio! – zawołała kobieta.

  To   wystarczyło,   by   dziewczyna   zerwała   się   z wiklinowego 
fotela.

  – Mamo!
  Felicia rzuciła się w objęcia matki. Zaczęła głośno, gwałtownie 

szlochać,   matka   próbowała   ją   uciszyć,   a dziewczyna   nie 
potrafiła zapanować nad sobą.

  Chwilę później pojawił się barczysty mężczyzna w wieku około 
czterdziestu pięciu lat.

  To   musi   być   Jochen   Grimstad,   ojciec   Felicii,   pomyślał 
Thomas. Córka jest bardzo podobna do niego.

  Otworzyły   się   drzwi   toalety   i wyszła   Ebba.   Gdy   zobaczyła 
matkę, też wybuchnęła płaczem.

  – Przepraszam   – wyszlochała.   – Już   nigdy   więcej   tak   nie 
zrobię. Przepraszam.

  Po   dziesięciu   minutach,   gdy   dziewczyny   się   uspokoiły, 

background image

Thomasowi udało się posadzić wszystkich w jadalni.
  Ogarnęły go wyrzuty sumienia, gdy Nora wniosła kolejną tacę 

z kawą. Zmienili jej dom w prowizoryczny posterunek policji. 
Nora,   delikatnie   mówiąc,   wydawała   się   wykończona. 

Przypomniało mu się, że miała w tej chwili własne problemy.
  – Wilma   wróciła?   – spytał   cicho,   gdy   Nora   przyniosła 

z kuchni dzbanuszek z mlekiem i talerz z ciasteczkami.
  – Nie, ale wysłała SMS-a do Jonasa.

  – Jak to dobrze.
  Thomas odetchnął. To znaczyło, że po prostu się upiła i gdzieś 

zasnęła, dokładnie tak jak przypuszczał.
  Zanim   Nora   zdążyła   coś   dodać,   zadzwoniła   komórka 

Thomasa. Jens Sturup.
  – Chciałem   ci   tylko   powiedzieć,   że   zwłoki   są   w drodze   do 

zakładu   medycyny   sądowej.   Staffan   Nilsson   z ekipą   zostali 
jeszcze na miejscu zbrodni.

  – Dobra.
  – Chcę   cię   też   uprzedzić,   że   zjawił   się   reporter.   Z TV4.   Na 

pewno będą o tym wspominać w wieczornych wiadomościach, 
takie rzeczy szybko się roznoszą.

  Nie tego im było trzeba, ale Thomas nie miał czasu teraz się 
nad   tym   zastanawiać.   Ludzie   odpowiedzialni   za   kontakty 

z prasą będą musieli się tym zająć.
  Zakończył   połączenie   i wrócił   do   jadalni.   Rodzice 

i wyczerpane dziewczyny siedzieli przy stole.
  Obie matki rozmawiały ze sobą szeptem. Wyglądało na to, że 

mówią   o rodzinie   Ekengreenów,   zabrzmiało   to   tak,   jakby 
któraś   z nich   próbowała   się   dodzwonić   do   Madeleine 

Ekengreen, ale nikt nie odbierał.
  Thomas natychmiast zauważył wiszące w powietrzu napięcie 

graniczące z irytacją.
  Trzeba było jak najszybciej porozmawiać z Felicią.

  – Sprawa wygląda tak – zaczął. – Chcielibyśmy zadać Felicii 
kilka   pytań,   najlepiej   w cztery   oczy.   Potem   poinformujemy 

państwa o tym, co się stało.
  – To nie może poczekać? – zaprotestował Jochem Grimstad.

  – Niestety   nie   – odparł   Thomas.   – Bardzo   nam   zależy,   by 

background image

porozmawiać z nią od razu.
  – Jak   pan   widzi,   moja   córka   jest   bardzo   zmęczona 

– powiedział Jochen Grimstad, obejmując Felicię. – Chcemy ją 
jak najszybciej zabrać do domu.

  Spojrzał podejrzliwie na Thomasa, jakby wyczuwał, że stało 
się coś poważnego, i miał zaraz zażądać wyłożenia wszystkich 

kart na stół.
  Thomas rozważał wady i zalety  powiedzenia im prawdy. Po 

raz kolejny doszedł do tego samego wniosku: lepiej przesłuchać 
Felicię, zanim się dowie o śmierci Victora.

  O ile już nie wiedziała.
  Margit go ubiegła. Zwróciła się do ojca Felicii:

  – To   naprawdę   nie   potrwa   długo   i bylibyśmy   naprawdę 
wdzięczni   za   taką   możliwość   – powiedziała.   – Przed   chwilą 

rozmawialiśmy z Ebbą. Jeśli nie mają państwo nic przeciwko 
temu,  chcielibyśmy   teraz  przez  kilka   minut  porozmawiać   na 

osobności z państwa córką.
  Felicia odgarnęła włosy z czoła i wstała.

  – W porządku – powiedziała. – O ile zaraz potem będę mogła 
wrócić do domu. Obiecujecie mi to?

  Thomas uspokajająco pokiwał głową. Felicia ruszyła przodem 
na werandę.

 
Felicia

  Dlaczego   tak   na   niego   nawrzeszczała?   Kochała   przecież 

Victora. Bardzo, ale to bardzo mocno.
  Jednak   nigdy   nie   widziała   go   tak   rozwścieczonego   i to   ją 

przestraszyło. Gdy zszedł z łodzi, pobiegła za nim. Szedł bardzo 
szybko   i w pierwszej   chwili   go   zgubiła,   ale   zaraz   dostrzegła 

w tłumie   jego   plecy.   Oddalał   się   od   portu   w stronę   pola   do 
minigolfa. Minął je i zaczął się wspinać na stromy stok.

  – Victor! – zawołała Felicia. – Poczekaj na mnie.
  Dogoniła go na szczycie wzgórza.

  – Możesz trochę poczekać?
  Wydawało jej się, że syknął „pieprzona cipa”, i miała nadzieję, 

że się przesłyszała.

background image

  – Victor…
  Wyciągnęła   rękę   i złapała   go   za   koszulkę.   Wyszarpnął   się 

i dalej szedł przed siebie. Rozpłakała się, nie potrafiła nad tym 
zapanować. To nie mógł być koniec, wtedy by umarła.

  Zrobię   wszystko,   byle   tylko   mnie   nie   rzucił,   pomyślała 
spanikowana. Co tylko będzie chciał.

  – Proszę.   – Pociągnęła   nosem.   – Możemy   przecież 
porozmawiać.

  Trochę   zwolnił,   ale   wciąż   się   nie   odzywał.   Nie   śmiała   go 
dotknąć   i musiała   niemal   biec,   żeby   dotrzymać   mu   kroku. 

Milczała, żeby jeszcze bardziej go nie rozdrażnić.
  Minęli wzgórze, za lasem otworzył się widok na morze. Jakaś 

paczka urządziła tam sobie piknik, ale Victor szedł dalej. Minął 
długi   szereg   domów   i ruszył   leśną   ścieżką   przy   jakiejś   dużej 

kupieckiej willi. Nagle skręcił w dół w stronę wody, na plażę, na 
której nigdy dotąd nie była.

  Szedł tak jeszcze spory kawałek, prawie do końca plaży.
  – Moglibyśmy na chwilę usiąść? – wydusiła z siebie Felicia.

  Była zdyszana i ledwie dotrzymywała mu kroku.
  Victor   zatrzymał   się   bez   słowa   między   dużym   drzewem 

a szczeliną w skałach. Gałęzie ich osłaniały, nie widziała stąd 
żadnych  ludzi, tylko  kawałek  dalej  jakieś szare  domki, które 

wydawały się zamknięte na cztery spusty.
  Byli sami.

  Felicia lękliwie usiadła obok Victora. Wciąż się bała, że powie 
coś,   co   znów   go   zdenerwuje.   Z całych   sił   starała   się 

powstrzymać   łzy,   czuła,   że   gdyby   zaczęła   ryczeć,   jeszcze 
bardziej by się rozzłościł. Nie chciała się z nim kłócić, chciała 

tylko, żeby znów było dobrze.
  Po dłuższej chwili wzięła go za rękę. Pozwolił jej na to. Poczuła 

się trochę lepiej. Victor nawet się uśmiechnął. Wtedy zrobiło jej 
się   niedobrze   i poczuła,   że   musi   zwymiotować.   Victor   znów 

wpadł w złość, nawrzeszczał na nią, chociaż go przepraszała.
  Po jakimś czasie chyba zasnęła. Gdy się obudziła, nie było go, 

a ona nie pamiętała, gdzie się znajduje. Strasznie źle się czuła, 
była   zmarznięta,   chciało   jej   się   pić,   dudniło   jej   w głowie. 

Ledwie była w stanie ustać na nogach.

background image

  Z początku nie wiedziała, co począć. Później odnalazła drogę 
do portu.

  Tyle że Victora ani reszty tam nie było.
 

39

  Thomas otworzył drzwi do jadalni, gdzie czekali rodzice Felicii 

z Ebbą i jej matką. Wskazał na krzesło obok Jeanette Grimstad.
  – Usiądź, Felicio.

  Musi im teraz powiedzieć, nie dało się tego dłużej odkładać.
  Podejrzewał,   że   siedzącej   przy   stole   grupce   wcale   się   nie 

spodoba, że nie poinformował ich od razu o śmierci Victora. 
Ale to było konieczne. Felicia nigdy nie rozmawiałaby z nim tak 

otwarcie, gdyby wiedziała, co się stało.
  Odczekał, aż dziewczyna usiądzie, i powiedział:

  – Niestety, mam dla państwa bardzo smutną wiadomość.
  Ebba zasłoniła usta ręką. Domyśliła się, co się stało? A może 

się bała, że chodziło o jej byłego chłopaka?
  Felicia wydawała się zupełnie nieświadoma tego, że Victor nie 

żyje. Podczas ich rozmowy nic nie świadczyło o tym, że wie, co 
się stało.

  Margit weszła do pokoju i stanęła obok Thomasa. Próbował 
znaleźć właściwe słowa.

  – Niestety,   Victor   Ekengreen   dziś   rano   został   znaleziony 
martwy   – Thomas   zwrócił   się   przede   wszystkim   do   obu 

dziewczyn. – To dlatego musieliśmy porozmawiać z wami teraz 
i nie mogliśmy czekać.

  – Victor   – wydusiła   z siebie   Felicia   i osunęła   się   w ramiona 
matki.

  – Kochanie   – powiedziała   drżącym   głosem   Jeanette 
Grimstad.

  Jochen Grimstad odłożył telefon.
  – Co mu się stało? – zapytał.

  – Niestety,   obawiamy   się,   że   popełniono   przestępstwo 
– odparła Margit. – Victor został dziś rano znaleziony na plaży 

w Skärkarlshamn  i wygląda  na to,  że  ktoś  z premedytacją  go 

background image

zabił.
  Przerwała   na   chwilę,   by   jej   słowa   do   nich   dotarły.   Potem 

dodała:
  – Śledztwo dopiero się zaczęło, w tej chwili niewiele wiemy.

  Felicia   się   nie   poruszyła.   Wpatrywała   się   w Thomasa. 
Wyglądała tak, jakby zapadła się w siebie.

  – Co to znaczy? – spytał Jochen Grimstad, marszcząc czoło. 
– Dlaczego nie powiedzieliście nam o tym od razu?

  – Doszliśmy   do   wniosku,   że   lepiej   będzie   porozmawiać 
z dziewczętami,   zanim   się  o tym  dowiedzą   – odparł  Thomas. 

– Mam nadzieję, że państwo to rozumieją.
  Grimstad spojrzał ze złością na policjantów. Głośno zabębnił 

palcami w stół.
  – Chcę   wiedzieć,   czy   moja   córka   jest   o coś   podejrzewana. 

Możemy już stąd wyjechać?
  Thomas   próbował   zapanować   nad   emocjami.   Jak   chcesz 

złożyć skargę, to złóż, pomyślał. Mamy w tej chwili na głowie 
sprawy ważniejsze  niż twoje  zranione uczucia. Ale gdyby się 

odgryzł, pewnie by później tego żałował.
  Margit przybyła mu na ratunek.

  – W tej chwili Ebba ani Felicia nie są o nic podejrzewane. Ale 
w najbliższym   czasie   musimy   mieć   możliwość   się   z nimi 

kontaktować,   więc   byłoby   dobrze,   gdyby   nie   opuszczali 
państwo okolic Sztokholmu.

  Jochen Grimstad nie dał się udobruchać.
  – Będziemy w naszym domku na wsi na Vindalsö. Numer jest 

w książce   telefonicznej,   możecie   go   sobie   znaleźć.   A teraz 
zabieram stąd Felicię.

  Ebba była blada jak ściana.
  – A co z Tobbem? – wyszeptała.

  – On i jego brat są wciąż na łodzi – odparła Margit. – Nic im 
się nie stało, nie martw się.

  Thomas zdążył zobaczyć ulgę na twarzy Ebby, nim pochyliła 
głowę.

  Nora zaproponowała, że odprowadzi wszystkich do portu, ale 
ojciec Felicii upierał się, że nie ma takiej potrzeby.

  Mimowolnie zastanawiała się, dlaczego był taki nieuprzejmy, 

background image

niemal   nieokrzesany.   Może   czuł   wstyd,   bo   córka   się   upiła 
i zatrzymała   ją   policja,   ale   działy   się   przecież   gorsze   rzeczy. 

Mógł   sobie   choćby   wyobrazić,   w jakiej   sytuacji   jest   teraz 
rodzina Ekengreenów. Ale może w ten sposób odreagowywał 

szok?
  Jochen   Grimstad   zamienił   z Norą   może   dwa   słowa   i nie 

marnował   czasu   na   pogawędki,   gdy   czekali,   aż   skończy   się 
przesłuchanie   Felicii.   Teraz   poganiał   córkę   i żonę,   żeby   jak 

najszybciej wyszły z willi.
  Matka Ebby, Lena Halvorsen, była o wiele sympatyczniejsza.

  – Nie wiem, jak się pani za to odwdzięczymy – powiedziała, 
żegnając   się   z Norą   na   progu.   – Jestem   taka   wdzięczna,   że 

przyjęła pani moją córkę, kiedy tego bardzo potrzebowała. Jest 
pani wspaniałą kobietą.

  Nora uśmiechnęła się do niej blado. Nie potrafiła powiedzieć 
prawdy. Z jej ust posypały się niewinne kłamstwa.

  – To   nic  takiego   – zapewniła.   – Mam   synów  w tym   samym 
wieku. Cieszę się, że mogłam pomóc. Miejmy nadzieję, że teraz 

dziewczęta odpoczną. W ich wieku to musi być trudne.
  Wyciągnęła   rękę,   by   się   pożegnać,   ale   Lena   Halvorsen 

pochyliła się i serdecznie ją uścisnęła.
  – Musimy   pani   w jakiś   sposób   podziękować   – odparła. 

– Naprawdę nalegam. Ale jeszcze do tego wrócimy.
  – Naprawdę, nie trzeba – upierała się Nora. – Do widzenia, 

Ebbo – powiedziała i przytuliła dziewczynę. – Dbaj o siebie.
  Już miały odejść, gdy Ebba lekko pociągnęła matkę za rękaw.

  – Moje rzeczy zostały na łodzi. Musimy je zabrać.
  – Zdążymy? – spytała Lena.

  Nora spojrzała na zegar. Dochodziła czwarta. Prom odchodził 
o piątej i o wpół do szóstej.

  – To   zależy,   którym   promem   zamierzacie   płynąć.   Dziś 
odchodzą prawie co godzinę.

  – Proszę   – powiedziała   Ebba,   niespokojnie   przestępując 
z nogi   na   nogę.   –   Możemy   chociaż   sprawdzić,   czy   Tobbe 

i Christoffer wciąż są w porcie?
 

background image

40

  Thomas i Margit wyszli z willi Brandów i wrócili do ośrodka 
policyjnego.   W budynku   było   pusto.   Po   całym   tym   chaosie 

i mocnych   słowach,   jakie   padły   w domu   Nory,   czuli   ulgę, 
mogąc usiąść w ciszy.

  Zanim wyszli, Jochen Grimstad jeszcze raz ich skrytykował za 
to,   że   –   jak   to   ujął   – „umyślnie   przemilczeli   informację 

o śmierci   Victora”.   Było   wyraźnie   widać,   że   Grimstad   szuka 
kogoś, na kim mógłby wyładować swoją frustrację.

  Thomasa to rozdrażniło. Poczuł się zmęczony. Wskazał głową 
na ekspres we wnęce kuchennej.

  – Napijesz się kawy? – spytał Margit.
  Tym razem odmówiła.

  – Nie mamy punktu  zaczepienia  – powiedziała  z namysłem, 
wyjmując   notes   i długopis.   – Victor   mógł   spotkać   sprawcę, 

kiedy jego dziewczyna była wyłączona z gry. W takim wypadku, 
gdy się obudziła, był już prawdopodobnie martwy i ukryty pod 

drzewem.   Gdy   go   nie   znalazła,   wpadła   w panikę.   Nie   mając 
pojęcia, że on leży tuż obok, ruszyła do portu.

  Narysowała drzewo, kółko i strzałkę po tej stronie, gdzie było 
pusto.

  – Albo Victor wrócił później i wtedy natknął się na sprawcę 
– dodał   Thomas.   – Może   przyszedł   sprawdzić,   co   się   dzieje 

z jego dziewczyną. Mogli się rozminąć.
  – Zastanawiam się, czy Felicia kłamie – powiedziała Margit. 

– Myślisz,   że   wymyśliła   tę   historię   dlatego,   że   jest   w to 
zamieszana?

  Thomas zmarszczył czoło.
  – Nigdy   nie   dałaby   rady   zaciągnąć   go   pod   tamto   drzewo. 

Spójrz   na   nią,   ledwie   byłaby   w stanie   podnieść   walizkę. 
W takim wypadku ktoś musiałby jej pomóc.

  – Ebba? – spekulowała Margit.
  – Chcesz powiedzieć, że obie mogłyby być w to zamieszane?

  Thomasowi   trudno   było   sobie   wyobrazić,   że   dziewczyny 
mogłyby być tak wyrachowane.

  – A co,   jeśli   historia   Felicii   jest   częściowo   prawdziwa? 

background image

– zastanawiała się Margit. – Poszła z Victorem na plażę, żeby 
wszystko naprawić, zamiast tego się pokłócili i coś poszło nie 

tak.
  – Chodzi   ci   o to,   że   Ebba   zobaczyła,   jak   jej   najlepsza 

przyjaciółka bije się z chłopakiem, i spróbowała jej pomóc?
  – Mniej więcej. Victor był dla nich za silny i w końcu któraś 

z dziewczyn podniosła kamień i go uderzyła. Oczywiście nie po 
to, żeby go zabić. Kiedy dotarło do nich, co zrobiły, wystraszyły 

się i spróbowały jak najlepiej ukryć zwłoki.
  Margit wstała, podeszła do okna i otworzyła je. Do dusznego 

pokoju wpadło świeże powietrze.
  – Felicia opuściła plażę, tak jak mówi – dodała. – Ale później, 

po śmierci Victora. Podała tylko inną porę.
  – A Ebba?

  – Co robiła Ebba? – Margit wróciła na swoje miejsce i usiadła. 
– Snuła się po okolicy. Tak jak Felicia, była w szoku. Zgubiły się 

i po jakimś czasie wpadła w rozpacz. Wtedy poszła na policję 
i w ten sposób zapewniła sobie też alibi.

  – Myślisz,   że   ludzie   w tym   wieku   potrafią   być   tacy 
wyrachowani?

  – Są dowody, że bywa nawet gorzej – odparła oschle Margit.
  Thomas wiedział, że miała rację. Takie rzeczy nie zdarzały się 

często, ale istnieli nastoletni mordercy popełniający potworne 
zbrodnie.

  – A jak   do   tego   pasują   chłopcy?   – spytał   Thomas. 
– Zastanówmy się nad nimi przez chwilę.

  – Bracia Hökströmowie? To ty z nimi rozmawiałeś.
  – Dali sobie nawzajem alibi – stwierdził Thomas.

  Przypomniał sobie, jak przejęty wydawał się młodszy z braci. 
Czy   to   było   tylko   przedstawienie?   Harry   Anjou   niemal 

natychmiast nabrał wobec niego podejrzeń.
  Skąd się właściwie wziął ten wielki siniak na policzku?

  – Chłopak miałby zabić najlepszego przyjaciela? – zastanowił 
się na głos Thomas.

  – Takie   rzeczy   się   zdarzają.   Za   dużo   alkoholu,   awantura 
o dziewczynę… Ebba przecież wspominała, że chłopcy za dużo 

imprezowali. Felicia zresztą też.

background image

  Odłożyła długopis i pomasowała kark.
  – Może nawet mamy do czynienia z podobnym scenariuszem 

– podjęła. – Tobias mógł zobaczyć, że Victor i Felicia się kłócą. 
Próbował powstrzymać przyjaciela i coś poszło nie tak.

  Tobias   Hökström   wydawał   się   głęboko   wstrząśnięty,   gdy 
Thomas poinformował go o śmierci Ekengreena. Czy wynikało 

to z tego, że o tym nie wiedział, czy też dopiero wtedy dotarło 
do niego, co zrobił?

  Żadnej z tych możliwości nie dało się wykluczyć.
  Thomas wiedział: wszystkie statystyki przemawiają za tym, że 

morderca i ofiara się znali. Sprawcy nieznający ofiary zdarzali 
się bardzo rzadko.

  – Co jeszcze mamy?
  – No   cóż.   W tej   chwili   niewiele.   – Margit   się   skrzywiła. 

Intensywny kolor jej włosów raczej podkreślał, niż łagodził, jej 
ostre rysy. W głęboko osadzonych oczach malowała się troska. 

– Nie   żyje   szesnastoletni   chłopak.   Nie   mamy   pojęcia,   co   się 
stało.   Właściwie   nie   wiem,   w co   trudniej   uwierzyć: 

w nieznanego sprawcę czy w to, że zabił go ktoś z jego paczki.
  Powietrze   w pomieszczeniu   mimo   otwartego   okna   nagle 

wydało się ciężkie.
 

41

  Nora   siedziała   na   werandzie.   Teraz,   gdy   w domu   nie   było 

obcych ludzi, powinna pójść na górę i porozmawiać z Jonasem. 
Wciąż tkwił w sypialni.

  Musi zebrać siły i wstać.
  Posiedzę   tu   tylko   pięć   minut,   pomyślała,   i potem   do   niego 

pójdę. Pięć minut.
  Oparła głowę o ścianę i kilka razy głęboko odetchnęła. Dwie 

tabletki   od   bólu   głowy,   które   wzięła   kilka   godzin   wcześniej, 
niewiele pomogły; wciąż czuła tępe pulsowanie w skroniach.

  Musimy znaleźć Wilmę. W tej chwili to jest najważniejsze.
  Komórka zapiszczała. Wysunęła ją z kieszeni.

  Mam   nadzieję,   że   z Grimstadami   dobrze   poszło.   Masz  

background image

pozdrowienia od mamy, jest na Ingarö i tam zostanie/H
  Henrik.

  Zupełnie   zapomniała   o Monice.   Najwyraźniej   udało   mu   się 
namówić ją, by zrezygnowała z wizyty.

  Błogosławiony Henrik.
  Naprawdę tak pomyślałam? – zastanawiała się zdziwiona. To 

musiała być pierwsza życzliwa myśl, jaką po raz pierwszy od 
wielu miesięcy posłała byłemu mężowi.

  Zobaczyła w wyobraźni jego twarz, ciemne włosy i klasyczny 
profil. Kiedyś tak bardzo go kochała.

  Nie przywykła do tego, by uważać go za sojusznika.
  Szły   w stronę   przystani   KSSS.   Ebba   wyobrażała   sobie,   jak 

zareaguje   Tobbe   na   jej   widok.   W pierwszej   chwili   będzie 
zdziwiony, potem zobaczy wdzięczność w jego oczach.

  Wróciła.
  Tak   bardzo   mu   ulży,   gdy   zrozumie,   że   ona   jest   gotowa 

zapomnieć o tym, co się stało. Śmierć Victora tego wymagała. 
To wszystko było straszne, potworne, ale teraz  staną się dla 

siebie nawzajem pocieszeniem.
  Victor był najlepszym przyjacielem Tobbego. Tobbe może się 

przed   nią   wypłakać.   Będą   go   razem   opłakiwać.   Ebba   będzie 
przy nim.

  Bo kto inny? Przecież nie jego ojciec, który odtrącił Tobbego 
i jego brata.

  Pragnęła   się   w niego   wtulić.   Była   gotowa   wszystko   mu 
wybaczyć, nawet to z Tessan.

  Tak wiele się zmieniło…
  – Tam stoi łódź, mamo.

  Ebba podniosła wzrok i wskazała na sunseekera, który wciąż 
był przycumowany przy jednym z pomostów KSSS.

  Połowa  miejsc  w porcie   opustoszała,   przy   pomostach   widać 
było spore luki, rząd łodzi przy długim nabrzeżu znacznie się 

przerzedził.
  Kilku   strażników   portowych   w czerwonych   kurtkach 

opróżniało kosze na śmieci.
  Czy Tobbe wciąż był na pokładzie? – zastanawiała się szybko 

Ebba. Wiedział w ogóle o śmierci Victora?

background image

  Nie przyszło jej do głowy, by zapytać o to tych policjantów. 
Powinna   była   to   zrobić.   Ale   do   tej   pory   on   pewno   poznał 

prawdę.
  – Poczekaj tu, mamo – powiedziała Ebba. – Zaraz wrócę.

  Zanim Lena Halvorsen zdążyła cokolwiek powiedzieć, Ebba 
wbiegła   na   pomost,   kierując   się   ku   łodzi,   którą   opuściła 

zrozpaczona dobę wcześniej.
  Na   sofie   na   rufie   leżała   jakaś   koszulka,   ale   nie   było   widać 

Christoffera   ani   Tobbego.   Nagle   Ebba   poczuła,   że   postępuje 
niewłaściwie, zakradając się na pokład.

  – Halo?! – zawołała ostrożnie. – Jest tu kto?!
  Milczenie.

  – Halo?! – zawołała jeszcze raz.
  Wciąż żadnej odpowiedzi.

  Rozejrzała się, potem zeszła na pokład i na dół, do kokpitu. 
Przez uchylone drzwi kajuty zobaczyła Christoffera.

  Siedział na sofie, przed nim stał biały kubek. Nie zauważył jej.
  Ebba wsunęła głowę do środka.

  – Cześć – powiedziała ostrożnie. – Słyszałeś, co się stało?
  Zgubiła   wątek.   Nie   wiedziała,   co   jeszcze   powiedzieć,   ale 

Christoffer pokiwał głową.
  – To okropne. Nie rozumiem…

  Nie   dokończył   zdania.   Ebbie   wydawało   się,   że   próbował 
zdusić szloch, ale nie była pewna.

  Christoffer   wydawał   się   taki   zagubiony.   Wczoraj   był 
w wyśmienitym   humorze,   fajny   starszy   brat,   całkowicie 

w porzo   wobec   Tobbego   i jego   paczki.   Teraz   wydawał   się 
bezradny.

  – Wezmę   tylko   swoje   rzeczy   – wyjaśniła   szybko   i ruszyła 
w stronę kajuty, gdzie leżała jej torba.

  – Ebba?
  W głosie Christoffera brzmiało napięcie. Przystanęła.

  – Tak?
  – Felicia wie, co się stało? Nie widziałem jej, odkąd wczoraj 

sobie poszła.
  Unikał jej spojrzenia.

  – Obie   sobie   poszłyście.   Czy   ona   wie,   że…   – przełknął   – …

background image

Victor nie żyje?
  Ebba kiwnęła głową. Nie chciała nic mówić, bo nie wiedziała, 

czy głos by jej się nie załamał. Wzięła torbę Felicii i swoją.
  – Felicię zabrali rodzice – powiedziała w końcu. – Obiecałam, 

że wezmę też jej rzeczy.
  Uniosła żółtą torbę Felicii.

  Przez cały czas rozglądała się za Tobbem. Zamknięty skrajnik 
dziobowy.   Czy   Tobbe   tam   był?   Jeśli   tak,   to   dlaczego   nie 

wyszedł?
  – Jak długo zostajecie w Sandhamn? – spytała, żeby zyskać 

na czasie.
  Christoffer opadł na oparcie sofy.

  – Niedługo. Policja ma do nas jeszcze jakieś pytania. Dzwonili 
przed chwilą i prosili, żebym przyszedł. Spadamy do domu, jak 

tylko nam pozwolą.
  Wóz albo przewóz. Ebba odstawiła obie torby na jasny dywan.

  – Gdzie jest Tobbe?
  – Poszedł sobie na trochę.

  – Ach tak?
  Christoffer przeczesał ręką kasztanowe włosy, takie podobne 

do włosów Tobbego, a jednak nie.
  – Może jest z tą dziewczyną, Tessan – powiedział. – Była tu 

przed chwilą i pytała o niego. Mam mu coś przekazać?
  Ebba   pochyliła   głowę,   żeby   nie   zobaczył   grymasu   na   jej 

twarzy. Wydusiła z siebie:
  – Nie ma takiej potrzeby. Nie chciałam nic konkretnego.

  Podniosła torby i uciekła.
 

42

  Simon   rozpłaszczył   buzię   na   dolnej   szybie   drzwi   werandy. 

Zniekształcone   rysy   nasunęły   Norze   na   myśl   odbicie 
w krzywym zwierciadle w wesołym miasteczku.

  Głośno pukał ręką w szybę.
  – Simon! – zawołała Nora. – Przestań. Chodź tutaj.

  Najpierw wyszczerzył zęby, ale zaraz zrobił to, co mu kazała. 

background image

Wyciągnęła do niego ręce, a gdy do niej podszedł, mocno go 
uścisnęła.   Pomyśleć   tylko,   że   to   Adam   albo   Simon   mogliby 

leżeć martwi w Skärkarlshamn. Oczy jej się zaszkliły i jeszcze 
mocniej przytuliła Simona.

  – Jesteś smutna? Pokłóciłaś się z tatą?
  To tak synowie odbierali jej relacje z ich ojcem? Jeśli miała 

łzy w oczach, to znaczy, że znów się pokłócili?
  Kolejny powód do wyrzutów sumienia. Miała ich tak wiele.

  Nora pokręciła głową.
  – Nie, kochanie. Zupełnie nie o to chodzi. Tata był naprawdę 

strasznie miły i pomógł mi w czymś dziś rano.
  Simon uśmiechnął się, zachwycony.

  – Czyli   teraz   jesteście   przyjaciółmi?   – zapytał   z nadzieją 
w głosie.

  Nora wiedziała, że niczego bardziej nie pragnął niż tego, by 
znów zamieszkali razem.

  – Tak, kochanie. Ale nie w ten sposób.
  Uśmiech zniknął, ale Simon został na jej kolanach. Położył 

głowę   na   jej   ramieniu.   Niedługo   będzie   za   duży,   żeby   tak 
siedzieć. Jego szyja pachniała słońcem i morzem. Nora wtuliła 

w nią twarz i pragnęła móc tak siedzieć przez wiele godzin, nie 
musieć wstawać ani nic robić.

  – Mamo?
  – Mhm?

  – Dlaczego Wilma siedzi w budce na sieci?
  Jego   głos   był   tak   cichy,   że   w pierwszej   chwili   Nora   nie 

dosłyszała. Potem podniosła głowę i przyjrzała się synowi.
  – Co powiedziałeś?

  – Dlaczego Wilma siedzi w budce na sieci?
  Jego mina była równocześnie niewinna i pełna wyczekiwania, 

jakby czuł, że Nora w jakiś sposób powinna zareagować na tę 
informację.

  – Dobry   Boże,   Simon!   – wybuchnęła   Nora.   – Dlaczego   od 
razu   mi   nie   powiedziałeś?   Szukamy   jej   przecież   przez   cały 

dzień. Jonas się tak strasznie martwi.
  Zdjęła z kolan Simona i przyjrzała mu się poważnie.

  – Ona naprawdę tam jest?

background image

  – Tak! – Chłopiec popatrzył na nią ze złością. – Nie musisz 
się tak wściekać! Przepraszam, że coś powiedziałem.

  Nora uklękła przy nim.
  – Słodziaczku, to dobrze, że powiedziałeś. Naprawdę.

  – Przecież jesteś zła.
  – Nie jestem, przysięgam. – Uścisnęła go, żeby to podkreślić. 

– Jestem po prostu zaskoczona. Kiedy ją znalazłeś?
  – Chwilę   temu.   Poszliśmy   z Fabianem   po   wędki.   Siedzi   na 

podłodze i jest strasznie smutna.
  Thomas   otworzył   drzwi   policyjnego   ośrodka   i wpuścił 

Christoffera Hökströma. Chłopak był ponadprzeciętnie wysoki, 
ale niższy od niego.

  – Dobrze,   że   przyszedłeś   – przywitał   go   Thomas.   – Wejdź. 
– Wskazał   na  Margit,   która   wstała,   żeby   się   przywitać.   – To 

moja   koleżanka,   inspektor   policji   kryminalnej   Margit 
Grankvist. Będzie uczestniczyć w rozmowie.

  Christoffer spojrzał podejrzliwie na Margit.
  – To przesłuchanie?

  – Formalnie nazywa się to „złożenie wyjaśnień”.
  – Powinienem mieć adwokata?

  – Oczywiście, jeśli chcesz, masz prawo do adwokata, ale nie 
jesteś o nic podejrzany – wyjaśniła po prostu Margit. – Chcemy 

tylko zapytać cię o parę rzeczy. Nie prościej byłoby zrobić to 
teraz, kiedy jesteś w Sandhamn? Wolisz stawić się w tygodniu 

na posterunku w Nacce?
  Christoffer Hökström chyba uznał, że to logiczne, bo usiadł.

  – Chcesz coś do picia, zanim zaczniemy? – spytała Margit.
  Pokręcił głową.

  Thomas   przyglądał   się   dwudziestolatkowi   siedzącemu   przy 
stole. Rano miał kaca, może wciąż był nietrzeźwy i na pewno 

w szoku.   Teraz   zdążył   wziąć   prysznic,   ogolił   się   i przebrał 
w inną   koszulkę.   Nosił   jasnobrązowe   chinosy   z plecionym 

skórzanym paskiem. Wciąż był przejęty, ale panował nad sobą.
  Miał zamyślone spojrzenie, najwyraźniej nie był tak skory do 

śmiechu jak jego brat.
  Kto się tobą zajmował, kiedy byłeś mały?

  Ta myśl zjawiła się jakby sama z siebie. Thomas przypomniał 

background image

sobie słowa Ebby o nieobecnym ojcu.
  – Możesz opisać, jak spędziliście wczorajszy dzień? – spytała 

Margit.
  Christoffer założył ręce.

  – Co chcecie wiedzieć?
  – Jak   najwięcej.   Jak   trafiłeś   na   Sandhamn   z bratem   i jego 

paczką?
  – Zawsze   zajmowałem   się   Tobbem   – odparł   spontanicznie 

Christoffer. – Odkąd byliśmy mali.
  – Stało się tak z jakiegoś konkretnego powodu?

  – Chyba można tak powiedzieć.
  Christoffer   odwrócił   głowę,   wyglądał,   jakby   dopadły   go 

wspomnienia.
 

Christoffer

  Pierwszą rzeczą, jaką Christoffer pamiętał z dzieciństwa, był 
policyjny wóz, który zaparkował przed ich domem. Musiał mieć 

wtedy   niecałe   cztery   lata.   Pojechali   na   wieś   na   noc 
świętojańską.   Johanna   miała   dwa   i pół   roku.   Dziewczyna 

z sąsiedztwa   miała   się   nimi   zająć,   gdy   mama   i tata   pojadą 
zrobić zakupy.

  Z jakiegoś   powodu   Christoffer   nie   chciał   zostać   w domu, 
marudził, dopóki nie zgodzili się wziąć go ze sobą. Opiekunka 

i jej koleżanka zabrały Johannę na plażę.
  Potem nie wróciły.

  Zobaczył policjantów przez okno w kuchni. Wciąż pamiętał, 
jaki był podekscytowany, kiedy zadzwonili do drzwi. Pobiegł do 

przedpokoju, żeby im otworzyć.
  Christoffer   nie   pamiętał   już,   jak   wyglądała   jego   młodsza 

siostra. Nigdzie w domu nie było jej zdjęć.
  Tobbe urodził się ponad rok później. Nigdy nie spuszczano go 

z oka, ale i tak przed niczym nie można go było powstrzymać. 
To   było   tak,   jakby   próbował   żyć   za   siebie   i za   Johannę. 

W wieku dziewięciu miesięcy nauczył się chodzić, od początku 
był szalony i bez przerwy trzeba mu było zakładać jakieś plastry 

i opatrunki.

background image

  Jako siedmiolatek złamał sobie rękę. Wspiął się na drzewo, 
żeby   nakraść   jabłek   u sąsiada.   Chociaż   mieli   własny   ogród 

pełen   jabłoni.   Raz   złamał   sobie   duży   palec   u nogi   i musiał 
chodzić o kulach. Na obozie żeglarskim dostał bomem w czoło 

i trzeba   go   było   przewieźć   helikopterem   do   szpitala.   Rok 
później rozciął sobie łuk brwiowy na takim samym obozie.

  Matka ciągle się bała, że coś się Tobiasowi stanie. Nieustannie 
go napominała i od pierwszej chwili Christoffer czuł, że to on 

odpowiada   za   młodszego   brata,   żeby   mama   mogła   być 
spokojna.

  Christoffer   miał   dziewięć   lat,   a Tobbe   pięć,   kiedy   Arthur 
został   wspólnikiem   w dużej   kancelarii   adwokackiej.   Dobrze 

zarabiał, przeprowadzili się do większego domu. Bracia dostali 
własne   pokoje,   Arthur   zaś   przestronny   gabinet   na   parterze, 

gdzie nikomu nie wolno było wchodzić.
  Wieczorami często tam przesiadywał.

  Matka   rzuciła   pracę   nauczycielki.   Zawsze   była   w domu. 
Christoffer   pamiętał,   że   kiedy   był   mały,   matka   piekła   dużo 

ciast. Później coraz częściej leżała w swoim pokoju.
  – Mama   musi   odpocząć   – mawiała.   – Mógłbyś   odebrać 

Tobbego z przedszkola?
  W szafce   w łazience   stały   białe   opakowania,   na   etykietkach 

był tekst drobnym druczkiem i czerwony trójkąt. Czasem było 
widać, że matka płakała.

  Arthur coraz częściej wyjeżdżał służbowo. Poza tym pracował 
do późna. Kiedyś, gdy Christoffer miał trzynaście lat, przyłapał 

ojca   pod   garażem.   Arthur   wyszedł,   żeby   porozmawiać   przez 
telefon.   Christoffer   musiał   wynieść   worek   ze   śmieciami,   nie 

chciał podsłuchiwać, mimo to usłyszał głos zza węgła.
  To   było   tylko   kilka   zdań,   ale   dało   się   wyczuć,   że   Arthur 

rozmawia z kimś, kogo lubi. Głos był zupełnie inny niż wtedy, 
gdy   rozmawiał   z matką   Christoffera.   Brzmiał   łagodnie 

i weselej.
  Christoffer nienawidził ojca za ten ton.

  Wyjazdy   służbowe   były   coraz   dłuższe.   Przybyło   fiolek 
z tabletkami w szafce w łazience.

  Tobbe   większość   czasu   spędzał   z kolegami.   Zawsze   łatwo 

background image

zdobywał   przyjaciół,   już   w przedszkolu   mieli   zgraną   paczkę. 
Tobbe często nocował u swojego najlepszego kumpla, Victora. 

Czasem   wyjeżdżał   z Ekengreenami   na   urlopy   albo   do   ich 
domku letniskowego na szkierach.

  To   dobrze,   myślał   Christoffer.   Kiedy   Tobbe   był 
u Ekengreenów,   Christoffer   nie   odczuwał   takiej   presji   i nie 

musiał   martwić   się   o niego.   Ale   w pewnym   sensie   niepokój 
zawsze gdzieś się czaił.

  Tobbe wydawał się nie zauważać napiętej atmosfery w domu. 
To   było   tak,   jakby   nawet   na   sekundę   nie   potrafił   zachować 

powagi.
  A może się tego bał.

  Christoffer poszedł do gimnazjum i nie mógł się doczekać, by 
zdać   maturę   i wyprowadzić   się   z domu.   Unikał   rodziców, 

niezdarnych   prób   ojca,   by   się   do   niego   zbliżyć,   i udręczonej 
miny matki, kiedy wychodził.

  W ostatniej   klasie   non   stop   kuł.   Żeby   dostać   się   do   szkoły 
handlowej, musiał mieć naprawdę świetne oceny. To była dla 

niego   ulga   móc   skupić   się   na   nauce.   Zapełniał   głowę 
matematyką i fizyką i odsuwał od siebie całą resztę.

  Zaraz po maturze wyprowadzi się z domu.
  Tydzień   po   maturze   Christoffera   obudził   rozpaczliwy   płacz 

matki.   Siedziała   w kuchni   w samej   nocnej   koszuli,   obok   niej 
leżał telefon. Jej oczy były szkliste.

  Przed   chwilą   dzwonił   Arthur.   Chciał   się   rozwieść,   jak 
najszybciej. Powiedział jej o tym przez telefon.

  Matka przestała wstawać z łóżka. Nie myła się, włosy miała 
przetłuszczone   i wstrętne.   W sypialni   zaczęło   brzydko 

pachnieć.
  Christoffer   aż   kipiał   ze   złości,   kiedy   próbował   się   nią 

zajmować. Miał ochotę wrzasnąć: Weź się w garść! Nie jestem 
twoją matką, jestem twoim dzieckiem! Nie radzę sobie z tym!

  Gardził nią równie mocno, jak wstydził się własnej reakcji.
  W jakiś   sposób   udało   się   załatwić   mieszkanie   w pobliskim 

bloku. Przeprowadzili się tam w sierpniu. Christoffer spakował 
ich najlepiej, jak umiał, i zniósł kartony do furgonetki.

  Okolicę,   w którą   się   przeprowadzili,   ludzie   nazywali 

background image

Rozwodówka.   To   tam   mieszkały   wszystkie   rozwiedzione 
kobiety,   których   nie   było   stać   na   mieszkanie   dalej   w ich 

pięknych willach. Teraz oni też tu zamieszkali.
  Gdy   Christoffer   zapytał,   dlaczego   muszą   się   wyprowadzić, 

Arthur wpadł w złość.
  – A jak   myślisz,   czy   twoją   matkę   będzie   stać,   żeby   tutaj 

mieszkać?! – wrzeszczał. – Ona przecież nie pracuje. To ja ją 
utrzymuję! Chcę móc chociaż mieszkać we własnym domu, za 

który płacę!
  Po tym zdarzeniu Christoffer znienawidził go jeszcze bardziej.

  Teraz nie mógł wyprowadzić się z domu, choć dostał się do 
szkoły handlowej. Matka by sobie nie poradziła.

  Żeby   nie   musieć   wracać   po   zajęciach   do   trzypokojowego 
mieszkania,   zostawał   dłużej   w szkole.   Czasem   dorabiał   jako 

barman w klubie przy Stureplan. Zdarzało  się, że zabierał ze 
sobą Tobbego, pod warunkiem że brat nie będzie wchodził mu 

w drogę.   Tobbe   to   lubił,   a Christoffer   chciał   mu   sprawić 
przyjemność.

  Tobbe   zaczął   być   z Ebbą   i wszystko   się   uspokoiło.   To   była 
dobra dziewczyna dla niego. Christofferowi podobało się to, że 

jest   taka   zrównoważona.   Ebba   też   miała   rozwiedzionych 
rodziców, ale jej matka i ojciec się dogadywali.

  Czasem ojciec wciskał im pieniądze albo mówił, że Christoffer 
może   pożyczyć   samochód.   Christoffer   podejrzewał,   że   ojciec 

ma wyrzuty sumienia. Jego nowa kobieta, Eva, wprowadziła się 
z wielkim   brzuchem   do   ich   dawnego   domu.   Będzie   miał 

przyrodnie   rodzeństwo,   młodsze   o dwadzieścia   lat.   Brzydziła 
go ta myśl.

  Wiele razy nie odbierał telefonu, kiedy Arthur dzwonił.
  Nie   spotykali   się   zbyt   często.   Christoffer   i Tobbe   byli   zbyt 

dorośli na to, by mieszkać tydzień u każdego z rodziców, poza 
tym   Christoffer   nie   chciał   bywać   w swoim   dawnym   domu. 

Nadkładał nawet drogi, żeby nie musieć przechodzić obok.
  Raz bracia poszli na kolację z Evą i Arthurem. Wybrali się do 

dobrej   restauracji,   ale   przez   cały   wieczór   atmosfera   była 
napięta. Eva była tylko o dziesięć lat starsza od Christoffera. 

Czuł się dziwnie, siedząc naprzeciw niej przy stole. Od czasu do 

background image

czasu opierała rękę na wystającym brzuchu.
  Tobbe   jak   zwykle   robił   z siebie   pajaca,   ale   tym   razem 

Christoffer   był   mu   za   to   wdzięczny.   W przeciwnym   razie   ta 
kolacja   okazałaby   się   katastrofą.   Odwracał   wzrok,   gdy   Eva 

i Arthur się dotykali, nie chciał, żeby ta kobieta kleiła się do 
jego ojca.

  Dzień   Świętego   Jana   zawsze   był   trudny.   Matka   miała 
strasznego   doła,   Arthur   wolał   wyjeżdżać,   by   uciec   przed 

wspomnieniami.   Powiedział,   że   mogą   pożyczyć   jego   wielki 
jacht   motorowy,   jeśli   mają   ochotę   wybrać   się   na   szkiery. 

Christoffer uznał, że to całkiem fajny pomysł. Miał kumpli ze 
szkoły   handlowej,   którzy   wspominali,   że   wybierają   się   do 

Sandhamn.
  Tobbe   i jego   paczka   mogą   się   z nim   zabrać,   zaproponował 

Christoffer.   Nie   miał   nic   przeciwko   temu,  wręcz   przeciwnie; 
dzięki temu nie musiałby się martwić o brata.

  Zimą  Christoffer  zauważył,   że  Tobbe  dość  ostro  imprezuje. 
Zastanawiał się czasem, czy młodszy brat z tym nie przesadza. 

Ciuchy Tobbego śmierdziały dymem, w weekendy często miał 
kaca. Potem Ebba z nim zerwała. Tobbe zamknął się w sobie, 

gdy Christoffer próbował go wypytywać, co się stało.
  Poza tym posprzeczali się z Victorem, choć przyjaźnili się od 

tak   dawna.   Pewnego   wieczoru   porządnie   się   upalili   i prawie 
pobili. Potem Tobbe nie chciał powiedzieć dlaczego.

  Christofferowi   wydawało   się,   że   Victor   też   zachowuje   się 
inaczej. Wydawał się niespokojny, stał się strasznie porywczy. 

Czasem   Christoffer   słyszał,   jak   warczy   na   Felicię.   Kiedyś 
rozpłakała się u nich w domu i schowała w toalecie.

  Pewnego   ranka   po   tym,   jak   Tobbe   wrócił   do   domu   późno 
w nocy, Christoffer zapytał go, co się z nim dzieje. Tobbe zbył 

to szerokim uśmiechem. Tak jak większość spraw.
  – Upaliłem się ziołem. Kto tego nie robił?

  Christoffer zostawił ten temat. W semestrze wiosennym miał 
bardzo dużo nauki i na tym chciał się skupić. Ale cieszył się, że 

będzie mógł mieć na oku Tobbego w noc świętojańską.
 

background image

43

  Wyłania   się   z tego   przygnębiający   obraz,   uznał   Thomas. 
Wiedział z własnego doświadczenia, jak łatwo pozwolić, by ból 

po   stracie   dziecka   odcisnął   piętno   na   związku.   Ale 
Hökströmowie mieli więcej dzieci.

  Thomas mimowolnie się zastanawiał, czy Christoffer wyrzucił 
kiedyś   z siebie   wściekłość   na   rodziców:   na   ojca,   który 

mentalnie   opuścił dzieci   na długo  przed rozwodem,  i matkę, 
która skapitulowała jeszcze wcześniej.

  Musiało   ci   brakować   ojca,   kiedy   dorastałeś,   pomyślał 
Thomas. Zwłaszcza wieczorami, kiedy matka nie dawała rady 

się wami zajmować, a młodszego brata ogarniał smutek. To nie 
do ciebie należało naprawianie wszystkiego.

  – Wasi rodzice wiedzą o tym, co się stało? – spytała Margit, 
starając się spojrzeć Christofferowi w oczy.

  – Nie.
  – Nie powinieneś do nich zadzwonić i im powiedzieć?

  Wzruszenie ramion. Więcej nie trzeba. Ten pełen rezygnacji 
gest poruszył Thomasa.

  – W każdym   razie   byłoby   dobrze,   gdybyś   skontaktował   się 
z ojcem – powiedział. – To ułatwi pracę również nam, bo twój 

brat jest niepełnoletni.
  – Dobra.

  – Co   się   stało   później   tego   wieczoru?   – spytała   po   chwili 
Margit. – Po tym, jak Victor i Felicia już poszli?

  – Imprezowaliśmy na drugiej łodzi, u moich kumpli.
  – Mógłbyś wyrazić się trochę konkretniej? – Margit odchyliła 

się na krześle. – Kto jest jej właścicielem, kto cię zaprosił i kto 
tam był?

  Christoffer   Hökström   przeczesał   ręką   faliste   włosy. 
Przypominał   studenta,   który   właśnie   ma  zabrać   głos   na  sali 

wykładowej. Uprzejmy i konkretny.
  – To fairline 46 należąca do Carla Bianchiego.

  Thomas   znał   to   nazwisko   z gazet.   Carl   Bianchi   zarobił 
ogromne pieniądze na giełdzie i bez oporów chwalił się tym, ile 

posiada.   Doszło   do   nagłośnionego   sporu   z urzędem 

background image

skarbowym,   chodziło   o sposób,   w jaki   Bianchi   wyprowadził 
z kraju wiele milionów, by nie płacić podatku. Urząd przegrał 

z nim w sądzie, ale o sprawie sporo pisano, a Bianchi wygłosił 
kilka kontrowersyjnych opinii na temat szwedzkiego systemu 

podatkowego.
  Dziwny   to   świat,   w którym   dwudziestolatek   i jego   kumple 

mogą korzystać z łodzi, która kosztowała znacznie  więcej niż 
przeciętny   szwedzki   dom   jednorodzinny.   Mimo   wszystko 

Thomas   nie   był   zdziwiony.   Przez   lata   napatrzył   się 
w Sandhamn na różne rzeczy.

  – Jest   przepiękna,   z wielkim   flybridge’em   i mocnymi 
silnikami.   –   Christoffer   chwilowo   się   ożywił,   jakby 

wspomnienie wielkiego jachtu stłumiło niepokój.
  – Flybridge’em? – powtórzyła Margit.

  – To coś w rodzaju otwartej sterówki na dachu – wyjaśnił jej 
Thomas. – Można siedzieć na zewnątrz i sterować łodzią. To 

daje lepszą widoczność przy dobijaniu.
  – Aha.

  Wydawało się, że Margit nie zrozumiała, o co chodzi, ale nie 
drążyła tematu.

  – Która była godzina, kiedy tam poszliście? – spytała.
  – Nie wiem dokładnie. Może ósma, może wpół do dziewiątej? 

Koło   wpół   do   ósmej   przyniosłem   hamburgery,   zjedliśmy, 
a potem tam poszliśmy.

  – Kto taki?
  – Ja i Tobbe, Tessan i jej koleżanki. Pozostali przecież sobie 

poszli. Nie mieliśmy pojęcia dokąd.
  – Szukaliście ich? – spytała Margit.

  Christoffer pokręcił głową.
  – Nie, nie było sensu.

  – Dlaczego?
  – Szczerze   mówiąc,   miałem   wrażenie,   że   Victor   i Felicia 

powinni trochę pobyć sami. Tak było nawet lepiej, bo Victor 
powinien   się  uspokoić.  Już   w noc  świętojańską   był  strasznie 

nawalony. Naprawdę porządnie.
  – A Ebba? – wypytywała Margit.

  Christoffer unikał jej spojrzenia.

background image

  – To   było   skomplikowane.   Ona   i Tobbe   kleili   się   przecież 
trochę do siebie… – Umilkł na chwilę. – Wydawało mi się, że to 

nie ja powinienem jej pilnować.
  – Ma   tylko   szesnaście   lat,   a ty   dwadzieścia   – powiedziała 

Margit. – Gdy Ebba opuszczała łódź, była bardzo wzburzona, 
sam to powiedziałeś. Nie sądzisz, że ktoś z was powinien się 

trochę   poczuwać   do   odpowiedzialności?   Pójść   za   nią 
i sprawdzić, czy wszystko w porządku?

  Christoffer zarumienił się lekko.
  – Tak, to jasne. Po prostu o tym nie pomyślałem, w każdym 

razie nie wtedy.
  Wyważasz   otwarte   drzwi,   pomyślał   Thomas   i spojrzał 

znacząco   na   Margit.   Anjou   próbował   już   pójść   tym   tropem. 
Margit chyba zauważyła spojrzenie, bo zostawiła ten temat.

  – Wspominałeś,   że   Tobbe   i Victor   pokłócili   się   wiosną 
– powiedziała.

  Christoffer poruszył się niespokojnie na krześle.
  – Tylko ten jeden raz.

  Odpowiedź   padła   szybko.   Thomas   próbował   wyczytać   coś 
z jego twarzy. Odnosił silne wrażenie, że Christoffer żałował, że 

w ogóle im o tym wspomniał.
  – O co poszło? – spytała Margit.

  – Właściwie   nie   wiem.   Przyszedłem   do   domu   z imprezy 
i zastałem ich pod klatką.

  – Bili się?
  Chłopak wzruszył sztywno ramionami.

  – Niezupełnie. Wrzeszczeli i się popychali. Obaj byli podpici.
  – Co się stało potem? – chciał wiedzieć Thomas.

  – Powiedziałem   im,   że   jest   noc   i żeby   się   uspokoili.   Victor 
zwinął się do domu, Tobbe poszedł ze mną na górę. Kilka dni 

później znów się kumplowali.
  Christoffer Hökström nagle wydawał się zmęczony.

  – Mogę dostać trochę wody?
  – Oczywiście.

  Margit   wstała   i przyniosła   mu   kubek.   Thomas   odczekał,   aż 
chłopak wypije parę łyków.

  – Co się stało, kiedy dotarliście na łódź Bianchiego?

background image

  – Trwała impreza. Muzyka, drinki, fajny klimat.
  Wydawało się, że Christoffer poczuł ulgę, gdy zmienili temat.

  – Wszędzie   siedzieli   ludzie,   na   pokładzie   dziobowym   i na 
flybridge’u.

  – Spotkałeś tę paczkę w Sandhamn, zgadza się?
  – Tak,   to   byli   moi   kumple   ze   szkoły   handlowej.   Ale 

umówiliśmy się wcześniej.
  – Będziemy potrzebować ich nazwisk i danych kontaktowych 

– wtrącił Thomas.
  Christoffer pokiwał głową.

  – Czyli   przyszedłeś   tam   około   ósmej,   w sobotę   wieczorem. 
Jak długo tam byłeś?

  – Nie wiem dokładnie. Do drugiej w nocy, może do trzeciej.
  – Kiedy wyszedłeś z imprezy, było ciemno?

  – Tak.
  – Dyskoteka wciąż była otwarta? Słyszałeś muzykę?

  – Chyba nie.
  – No to w każdym razie po drugiej – stwierdził Thomas.

  – Czy ktoś może poświadczyć, że przez cały czas tam byłeś? 
– zapytała Margit.

  – Tak.   Prawie   cały   wieczór   spędziłem   z dziewczyną.   Potem 
poszła ze mną na naszą łódź i została na noc.

  Christoffer   uśmiechnął   się   słabo,   niemal   z zakłopotaniem. 
Pewnie   ta   dziewczyna   znaczyła   dla   niego   więcej   niż   tylko 

towarzystwo na jedną noc, pomyślał Thomas.
  – Jak się nazywa? – spytał.

  – Sara. Sara Lövstedt. Studiuje w szkole handlowej tak jak ja. 
Jesteśmy w tej samej grupie.

  Thomas jeszcze raz przeczytał swoje notatki.
  – To ona była z tobą dziś rano, gdy przyszedł do was  nasz 

kolega?
  – Tak, zgadza się.

  – I może poświadczyć, że przez cały ten czas byliście razem?
  – Jak najbardziej.

  W jego głosie brzmiał zapał, może nawet odrobina dumy.
  W pokoju robiło się coraz goręcej. Thomas poczuł, że się poci. 

Wstał i otworzył jeszcze jedno okno, żeby zrobić przeciąg.

background image

  – Możesz   powiedzieć,   co   tego   wieczoru   robił   twój   brat? 
– spytała Margit.

  – Tobbe?
  – Tak.

  – Był ze mną.
  – Przez cały czas?

  – Poszliśmy tam razem. Był z Tessan, tą dziewczyną, na którą 
tak wkurzyła się Ebba.

  – Z Tessan? – powtórzyła Margit.
  – Tak. Nie wiem, jak ma na nazwisko. Chyba chodziła do jego 

starej szkoły.
  – Nie   rozumiem   – powiedziała   z ociąganiem   Margit. 

– Spędziłeś tam około sześciu godzin i mówisz, że byłeś z jakąś 
fajną dziewczyną. Chcesz powiedzieć, że nawet na chwilę nie 

spuściłeś Tobbego z oczu?
  Christoffer Hökström natychmiast stał się czujny.

  – To znaczy… – Umilkł i zaczął jeszcze raz. – Oczywiście nie 
widziałem go non stop, ale wiem, że tam był.

  – Gdzie siedziałeś? – spytała Margit.
  – Na   rufie,   przynajmniej   na   początku.   Potem   leżeliśmy   na 

pokładzie dziobowym.
  – Ty i Sara.

  – Tak.
  – To skąd wiesz, gdzie był Tobbe? – drążyła Margit. – Skoro 

jacht   jest   taki   duży,   jak   mówisz,   nie   mogłeś   mieć   na   oku 
wszystkich na pokładzie. Musiał tam panować niezły zamęt.

  – Tobbe   był   tam   cały   wieczór   – powtórzył   Christoffer. 
– Jestem tego pewien. Zauważyłbym, gdyby sobie poszedł.

  – Mógłbyś   przysiąc,   że   tak   było?   – zapytał   Thomas. 
– Powtórzyć to pod przysięgą w sądzie?

  – Nie – odparł z namysłem chłopak.
  – W takim razie nie wiesz, co robił twój brat między wpół do 

dziewiątej a drugą w nocy?
  Oddech Christoffera stał się cięższy.

  – Nie, nie wiem.
 

background image

44

  Czerwona   szopa  na  sieci   stała   na  skałach   kilka   metrów  od 
pomostu należącego  do willi  Brandów. Dwa pomalowane  na 

biało   okienka   wpuszczały   dzienne   światło,   budynek   miał 
najwyżej kilka metrów kwadratowych.

  Jonas zbiegł ścieżką, Nora szła kilka metrów za nim. Czuł ulgę 
i jednocześnie niepokój. Wilma wróciła, tylko dlaczego ukryła 

się w szopie, zamiast przyjść do domu?
  Coś się musiało stać.

  Nora przystanęła przed szopą.
  – Poczekam   tutaj   – powiedziała.   – Lepiej,   żebyś   sam   z nią 

najpierw porozmawiał.
  – Dobra.

  Jonas zauważył, że Nora zareagowała na jego szorstki ton. Nie 
miał czasu jej przepraszać, teraz musiał zająć się córką.

  Wydawało mu się, że Nora chciała go uścisnąć. Zanim zdążyła 
to   zrobić,   nacisnął   klamkę   i otworzył   drzwi.   Rozejrzał   się 

w półmroku.
  Wilma siedziała oparta plecami o ścianę pod jakimiś starymi 

sieciami na okonie, wiszącymi na wieszakach. Podciągnęła nogi 
pod brodę i mocno je obejmowała. Mimo słabego światła Jonas 

zobaczył, że jej twarz jest napuchnięta od płaczu.
  – Kochanie! – zawołał. – Co tu robisz?!

  – Tato!
  Jonas dopadł do niej i przykucnął.

  – Tato   – załkała   Wilma.   – Przepraszam,   nie   chciałam. 
Przepraszam.

  Rzuciła mu się w ramiona, jej ciałem wstrząsnął szloch.
  Jonas przytulił ją mocno.

  – Już dobrze, kochanie, już dobrze. Uspokój się.
  Wilma   wtuliła   twarz   w jego   koszulkę.   Miała   rozczochrane, 

zapiaszczone   włosy,   bose   i brudne   stopy.   Jej   ubranie 
śmierdziało jakby starymi wymiocinami.

  – Chodź, przyjrzę ci się – powiedział ostrożnie Jonas.
  Uniósł jej podbródek, lecz Wilma się odwróciła. Wyglądała na 

udręczoną.

background image

  Jonas   usiadł   na   zakurzonej   podłodze   i ostrożnie   pogłaskał 
Wilmę po policzku. Zobaczył zadrapanie  na łokciu, do ranki 

przylgnęło trochę piasku.
  – Co się stało?

  Ogarnął   go   wstydliwy   lęk,   do   którego   nie   chciał   się   nawet 
przyznać.   Tym   bardziej   nie   chciał   usłyszeć   potwierdzenia. 

Musiał jednak zadać to pytanie. Ścisnął mocniej dłonie Wilmy.
  – Kochanie,   czy   ktoś   ci   zrobił   krzywdę?   Wiesz   przecież,   że 

możesz mi powiedzieć wszystko. Czy ktoś cię w jakiś  sposób 
napadł… to znaczy fizycznie?

  Jak   mam   sprawić,   by   nie   myślała,   że   to   jej   wina? 
– zastanawiał się gorączkowo, usiłując panować nad głosem.

  Wilma   załkała.   Jonas   spróbował   się   przygotować   na   to,   co 
usłyszy.

  – Nie   – wyszeptała.   – Przysięgam,   tato.   Nie   jest   tak,   jak 
myślisz.

  – Na pewno?
  Jonas nie śmiał odetchnąć z ulgą.

  – Nie bój się. Możesz mi opowiedzieć o czymś takim.
  – Przysięgam – wyszeptała jeszcze raz, nie patrząc na niego.

  Czując, jak wilgotnieją mu oczy, przyciągnął córkę do siebie 
i uścisnął.

  Wciąż   jesteś   taka   mała,   pomyślał,   nie   masz   nawet   jak   się 
bronić, gdyby ktoś chciał ci zrobić krzywdę.

  Mijały kolejne minuty.
  Jonas kołysał Wilmę w ramionach. Zdrętwiały mu nogi, ale 

nie zmieniał pozycji.
  – Gdzie byłaś?

  – W lesie…
  – W lesie?  – powtórzył,   ale  Wilma   milczała.   – Dlaczego  nie 

odbierałaś komórki? Ani nie oddzwoniłaś? Próbowałem się do 
ciebie dodzwonić mnóstwo razy, nie zauważyłaś tego?

  – Nie było sensu – wydusiła w końcu.
  – Dlaczego nie?

  – Byłeś przecież u Nory…
  – A co to ma za znaczenie?

  Jonas odgarnął jasny kosmyk z czoła Wilmy. Miała chłodną 

background image

skórę, powinna położyć się do łóżka pod ciepłą kołdrą. I wziąć 
prysznic.

  Na jej szczupłej szyi pulsowała cieniutka żyłka.
  – Teraz przejmujesz się tylko nią – wyszeptała Wilma.

  – To nieprawda, kochanie.
  Jonas przycisnął ją mocniej do siebie.

  – Nienawidzę   tu   być   – mruknęła   Wilma,   wtulając   twarz 
w jego pierś.

  – Cicho już.
  Mięśnie jej pleców były bardzo napięte, ostrożnie masował je 

prawą ręką.
  Tak   bardzo   nie   lubiła   Nory.   Dlaczego   wcześniej   tego   nie 

zauważył?
  – Teraz  – powiedział   w końcu   – pójdziemy  do  domu, żebyś 

mogła   się   umyć.   Potem   porozmawiamy   jeszcze   o tym,   kiedy 
sobie odpoczniesz i coś zjesz. Pewnie jesteś głodna?

  Wilma słabo pokiwała głową.
  – No to chodź, kochanie.

  Jonas się podźwignął i postawił Wilmę na nogi. Zanim zdążył 
otworzyć drzwi, przystanęła.

  – Mówiłeś coś mamie?
  Jej głos brzmiał żałośnie.

  – Tak, oczywiście, że mówiłem.
  – Jest zła?

  Jonas w końcu dodzwonił się do Margot kilka godzin temu. 
Bardzo  się zdenerwowała i oskarżyła go, że zaniedbał opiekę 

nad córką. Nie przebierała w słowach. Tylko to, że przebywała 
w Dalarnie, powstrzymało ją od tego, by wybrać się na wyspę 

i samej zacząć szukać Wilmy.
  – Strasznie się o ciebie niepokoiła – odparł. – Zaraz do niej 

zadzwonię i powiem, że nic ci nie jest.
  Wilma wytarła nos grzbietem dłoni.

  – Nie   chcę   iść   do   Nory   – powiedziała   cicho.   – Nie 
moglibyśmy pójść do nas?

  – Nie wiem, czy już mamy prąd – powiedział Jonas.
  – Nic nie szkodzi, bylebyśmy tylko nie musieli jej widzieć.

  Te słowa go zabolały. Ale to nie było odpowiednie miejsce na 

background image

tę dyskusję.
  – Dobrze, tak zrobimy.

  Wilma   wyszła   ze   spuszczoną   głową,   nie   patrząc   na   Norę, 
która czekała na nich na zewnątrz.

  – Musi   wziąć   prysznic   i trochę   się   położyć   – powiedział 
Jonas.

  Norze wystarczyło jedno spojrzenie na Wilmę, by zrozumieć, 
jak się sprawy mają.

  – Dobrze – powiedziała. – Pójdę tylko po coś i zaraz będę.
  – Idziemy   do   nas   – odparł   Jonas.   – Tak   będzie   najlepiej. 

Musimy trochę pobyć sami.
  Potem odwrócił się bez słowa i odszedł.

 

45

  Nora odprowadziła Jonasa wzrokiem. Wydawał się taki pełen 
rezerwy. Miała wrażenie, że coś straciła, ale nie wiedziała co.

  To było dziwne uczucie patrzeć, jak oddala się w stronę jej 
dawnego domu. Dał jej do zrozumienia, że nie jest tam mile 

widziana.
  Dwadzieścia   cztery   godziny   temu   była   szczęśliwa,   siedzieli 

razem   przy   pomoście   i wszystko   wydawało   się   proste 
i oczywiste.

  Dlaczego teraz czuła się inaczej?
  Nora   przysiadła   na   starej   ławce   zrobionej   z drewna 

wyrzuconego przez morze, która opierała się na dwóch dużych 
kamieniach   przy   szopie   na   sieci.   Siadywała   tu   wiele   razy, 

oglądając zachód słońca.
  Wąskie pomosty przed nią były wyblakłe i jasnoszare, stapiały 

się   ze   skałami.   Przy   brzegu   leżały   stare   gałązki   morszczynu, 
wplątane   w jasnozielone   wodorosty.   Przy   niektórych 

pomostach   było   tak   płytko,   że   nawet   płaskodenna   łódka 
ocierała się o dno. Wypiętrzanie lądu sprawiło, że żelazne kółka 

przymocowane   do   skał   znalazły   się   zbyt   wysoko,   by   łodzie 
mogły z nich korzystać.

  To   było   takie   spokojne   miejsce,   a jednak   dziś   nie   potrafiła 

background image

odnaleźć w sobie spokoju.
  Łódź   Thomasa   wciąż   była   przycumowana   do   jej   pomostu, 

a w takim razie wciąż musiał być na wyspie.
  Czy wieści już się rozeszły? Czy w telewizji pojawią się teraz 

obrazy   ze   Skärkarlshamn   z policyjną   taśmą   wokół   miejsca, 
gdzie znaleziono tego zabitego chłopaka?

  Bolał ją brzuch i czuła się roztrzęsiona. Na pewno spadł jej 
poziom cukru i powinna zjeść coś słodkiego. Nie wolno jej było 

tego zaniedbać, miała cukrzycę i powinna dbać o siebie.
  Nora   wstała   i spróbowała   odsunąć   od   siebie   nieprzyjemne 

uczucia. Ruszyła w stronę domu.
  Niedługo   wreszcie   będzie   mogła   się   położyć,   ale   Adam 

i Simon   muszą   dostać   kolację.   W kieszeni   miała   dwa 
pogniecione, stukoronowe banknoty. Może  chłopcy  pójdą na 

grilla i kupią sobie hamburgery. Wtedy nie będzie musiała stać 
w kuchni i przygotowywać jedzenia.

  W kieszeni szortów zaczęła wibrować komórka. Nora wyjęła 
telefon. „Monica” – widniało na wyświetlaczu. Nie odebrała.

  Thomas ziewnął i zerknął na zegar. Pięć po szóstej. Policyjny 
ośrodek   pogrążył   się   w cieniu,   sąsiednie   budynki   zasłaniały 

słońce.
  On   i Margit   wciąż   byli   tu   sami.   Jutro   zjawią   się   cywilni 

pracownicy  i będą odbierać telefony i maile o przestępstwach 
z całego kraju. Przy każdym stanowisku stały dwa monitory, ale 

jak na razie było tu cicho i spokojnie.
  – Jak   odbierasz   młodszego   z braci?   – spytała   Margit. 

– Ciekawe, że on i Victor  wcześniej się pokłócili. – Wskazała 
długopisem   na   swoje   notatki.   – Poza   tym   nie   ma   alibi, 

a w każdym razie brat nie może mu go dać.
  – Zanim będziemy mogli coś stwierdzić na pewno, musimy 

sprawdzić tę dziewczynę, Tessan – zauważył Thomas.
  Margit się zastanawiała.

  – Może wkurzył się na przyjaciela i go poniosło?
  – To możliwe, ale myślisz, że prawdopodobne?

  Thomas sięgnął po tabliczkę czekolady, którą kupili w kiosku 
przy   przystani,   i odłamał   sobie   spory   kawałek.   Potrzebował 

świeżej energii.

background image

  – Mamy   troje   młodych   ludzi,   którzy   nie   mają   alibi 
– powiedział. – Nikt nie może potwierdzić tego, co opowiadali 

nam   Ebba,   Felicia   i Tobbe.   Wszyscy   troje   mogą   być   w to 
zamieszani.

  Przekrzywił głowę, aż chrupnęło mu w karku.
  – Tak   czy   inaczej,   analiza   techniczna   będzie   interesująca 

– stwierdziła   Margit.   – Jutro   dowiemy   się   więcej.   Mam 
nadzieję, że znajdą dla nas jakiś punkt zaczepienia. Mówiłeś, że 

kiedy odpływa następny prom?
  – Koło siódmej.

  – Spróbujemy się na niego załapać i przeprawić się na ląd?
  – Ja   nie.   – Thomas   potrząsnął   głową.   – Wracam   na   Harö. 

Przypłynę jutro pierwszym promem.
  Tęsknił za Pernillą i Elin. To było bolesne patrzeć na Johana 

Ekengreena, gdy obejmował martwego syna. Thomas pragnął 
wziąć w ramiona córeczkę.

  – Nie sądzisz, że powinniśmy jeszcze raz przesłuchać Tobiasa, 
zanim się stąd zwiniemy? – spytała Margit. – Zobaczmy, co ma 

do   powiedzenia   o tej   kłótni   z Victorem   Ekengreenem. 
I musimy spisać nazwisko Tessan.

  Thomas  się  wahał.   Już  raz   go  przesłuchiwali   bez  opiekuna 
prawnego. Nie mogli przekraczać granicy, zwłaszcza że ojciec 

chłopaka był adwokatem.
  Ale dobrze byłoby skorzystać z okazji, póki Tobias wciąż był 

na wyspie.
  Kiwnął głową, a Margit wyjęła telefon.

  – Dziwne – stwierdziła po chwili. – Nie odbiera.
  – Spróbuj do brata.

  Przerzuciła stronę w notesie i znalazła numer.
  – On też nie odbiera – powiedziała zdziwiona.

  – No   to   będziemy   musieli   przejść   się   na   łódź   i go 
przyprowadzić – powiedział Thomas i wstał.

  Przejście z policyjnego ośrodka do przystani KSSS zajęło im 
tylko kilka minut. Teraz w porcie było jeszcze mniej łodzi.

  Luka po jachcie braci Hökströmów była wyraźnie widoczna.
 

background image

46

  Johan Ekengreen siedział przy stole w swojej willi na Lidingö. 
Wielka kuchnia wyglądała tak jak zwykle. Na parapetach stały 

zielone   rośliny,   w oknie   wykuszowym   zioła   w donicach. 
W półmisku   na   owoce   leżały   nektarynki   i brzoskwinie. 

Madeleine   ułożyła   w wazonie   piękną   kompozycję   z ciętych 
kwiatów.

  Wszystko było dokładnie tak jak zawsze.
  Tylko Victor nie żył.

  Johan objął się rękoma i kołysał się na krześle. Z jego gardła 
wydobył się cichy jęk.

  Nie   potrafił   odpędzić   obrazu   zwłok   leżących   na   pryczy. 
Martwa twarz syna, włosy sklejone zakrzepłą krwią.

  W tle cicho szumiała lodówka. Poza tym było zupełnie cicho.
  Madeleine spała na piętrze. Jej bliska przyjaciółka, lekarka, 

przepisała jej mocne leki nasenne.
  Johan czuł dla niej za to wielką wdzięczność.

  Gdy wracali z Sandhamn, Madeleine była tak zrozpaczona, że 
bał się, by nie skoczyła za burtę. Wreszcie dotarli do domu. Na 

szczęście  ich znajoma czekała pod domem. Johanowi  ulżyło, 
gdy Madeleine zasnęła i nie musiał dłużej nad nią czuwać.

  Siedział przy niej, póki nie upewnił się, że głęboko zasnęła. 
Mimo tabletek jej ciałem wstrząsał szloch jeszcze długo po tym, 

jak zapadła w sen.
  Johan   nie   potrafił   sobie   poradzić   z bezgraniczną   rozpaczą, 

jaką okazywała Madeleine. Ból wykrzywiał jej rysy i zmieniał 
jego   piękną   żonę   w niepocieszoną   kobietę   w średnim   wieku. 

Obcą kobietę o drżących ustach i łamiącym się głosie.
  Johan   nienawidził   tego,   że   żona   zupełnie   straciła   kontrolę 

nad sobą. To było niegodne. To, że sam panował nad bólem, 
nie znaczyło, że mniej cierpi. Ale nie mógł pozwolić sobie na 

ryk, który mógłby rozerwać go na strzępy.
  Nie miał na to odwagi.

  Podniósł   się   ze   znużeniem   i nalał   sobie   lodowatej   wody 
z kranu   w drzwiach   lodówki.   Wypił   kilka   łyków,   wrócił   na 

krzesło i podparł głowę rękoma.

background image

  W kuchni   panował   półmrok,  wzdłuż   ścian   kładły   się  długie 
cienie.   Nie   miał   sił   wstać,   by   zapalić   światło.   Musi   się 

skontaktować z Ellinor, zanim będzie za późno. Spędzała noc 
świętojańską   u przyjaciół   w Skanii   i miała   wrócić   do   domu 

dopiero jutro.
  W pewnym sensie telefon do Nicole był dla niego łatwiejszy. 

Najstarszą   córkę   i jej   zamordowanego   przyrodniego   brata 
dzieliło   piętnaście   lat.   Mógł   rozmawiać   z nią   jak   z dorosłą 

osobą.
  Nicole   zaproponowała,   że   wsiądzie   w pierwszy   samolot 

i przyleci   do   domu.   Johan   zapewnił   ją,   że   nie   ma   takiej 
potrzeby, wystarczy, jeśli zdąży na pogrzeb.

  Nie   wiedział,   kiedy   to   będzie.   Nie   wiedzieli   nawet,   kiedy 
oddadzą im ciało. Gdy Madeleine to usłyszy, załamie się jeszcze 

bardziej.   Była   katoliczką,   według   rodzinnej   tradycji   pogrzeb 
musiał się odbyć od pięciu do sześciu dni po śmierci.

  Nie miał sił zastanawiać się teraz nad tym. Bał się rozmowy 
z Ellinor.

  Na myśl, że ma opowiedzieć swojej osiemnastoletniej córce 
o tym, co się stało, robiło mu się niedobrze.

  Jego piękna Ellinor zawsze zajmowała się młodszym bratem. 
Łączyła ich szczególna więź. Choć na przestrzeni lat przez ich 

dom przewinęło się wiele opiekunek, to Ellinor zawsze czytała 
Victorowi bajkę na dobranoc, gdy jego i Madeleine nie było.

  Tak często wyjeżdżali.
  Odkąd   Ellinor   przeniosła   się   do   internatu   w Lundsbergs 

Skoli, Victor musiał spędzać wieczory sam.
  Johan rozejrzał się po wielkiej kuchni. Pomalowane na biało 

pomieszczenie   wydawało   się   bezosobowe.   Było   tu   pięknie 
i elegancko, ale bynajmniej nie przytulnie.

  Ile   razy   Victor   siedział   tu   zupełnie   sam   przy   podgrzanym 
w mikrofalówce   jedzeniu,   gdy   Johan   i Madeleine   gdzieś 

wyjechali?
  Johana   przytłoczyły   wyrzuty   sumienia.   Jego   twarz   się 

wykrzywiła. Zacisnął pięść i uderzył nią mocno w dębowy stół.
  Fizyczny ból był lepszy niż ten w piersi.

  Tyle rzeczy mogli zrobić inaczej, tylu wyborów teraz żałował.

background image

  Johan poczuł słone łzy, ale nie chciało mu się ich ocierać. To 
i tak nie miało znaczenia.

  Nic nigdy nie będzie dobrze.
  Po długiej chwili wyjął z kieszeni komórkę. Nie mógł dłużej 

odkładać tej rozmowy.
  Palce mu drżały, gdy wybierał numer Ellinor. W głębi ducha 

miał nadzieję, że nie odbierze, że będzie miał jeszcze chwilę 
wytchnienia.

  Już po dwóch sygnałach usłyszał głos córki:
  – Cześć, tato.

  Wydawała się taka wesoła. Przez chwilę miał wrażenie, że nie 
da rady oddychać.

  – Nie   mogę   – szepnął   cicho   i ramiona   zadrżały   od 
wstrzymywanego  płaczu.  Potem  coś w nim puściło. – Ellinor 

– powiedział ciężko – muszę ci powiedzieć coś strasznego.
  Ebba   leżała   w łóżku.   Niczego   tak   bardzo   nie   pragnęła,   jak 

zasnąć, po prostu się wyłączyć i nie musieć myśleć o tym, co 
stało   się   w ciągu   ostatniej   doby.   Ale   ręce   zaciskały   się   pod 

kołdrą, a mięśnie karku tak się napięły, że aż bolały.
  W żaden sposób nie mogła się uspokoić.

  Przewracała   się   na   łóżku,   nie   mogąc   znaleźć   wygodnej 
pozycji. Poduszka wydawała się zbyt twarda, kołdra za cienka. 

Choć czerwcowy wieczór był ciepły i miała na sobie flanelową 
nocną koszulę, marzła. Po chwili przyniosła narzutę i przykryła 

się nią, ale nie zrobiło się jej cieplej.
  Przed jej oczami pojawiały się kolejne obrazy.

  Tobbe   obściskujący   Tessan,   Victor,   który   wściekle   walnął 
szklanką o stół, płacz Felicii.

  Przypomniała   sobie   słońce   na   twarzy,   uczucie,   że   jest 
najbardziej samotna na świecie.

  Jak wszystko mogło aż tak źle się potoczyć?
  Tęskniła za Tobbem i wiedziała, że to bez sensu. Był w domu 

czy wciąż na Sandhamn? To bez znaczenia, i tak mu na niej nie 
zależało.

  Na stoliku przy łóżku leżała komórka. Czy powinna wysłać mu 
SMS?

  Wyciągnęła rękę, ale zaraz ją cofnęła. Przecież i tak nie chciał 

background image

jej znać.
  Zamknęła oczy, ale wciąż widziała Victora. Leżał na piasku, 

miał zakrwawioną twarz i puste oczy.
  Victor   nie   żył,   nic   nie   mogło   tego   zmienić.   Nie   żył   i na 

wszystko było za późno.
 

47

  Christoffer rozpoznał tę postać z daleka, gdy za przesmykiem 

pojawiły się pomosty. Na nabrzeżu czekał ojciec.
  Prawą   ręką   Christoffer   zmniejszył   prędkość.   Zostało   tylko 

jakieś   sto   metrów   do   portu,   w którym   między   dwoma   y-
bomami   cumowali   zwykle   sunseekera.   Port   był   pięć   minut 

spacerem od ich domu.
  Powrót   z Sandhamn   zajął   im   prawie   półtorej   godziny. 

Podczas rejsu Tobbe prawie się nie odzywał, przez większość 
czasu siedział i wpatrywał się w wodę.

  Na wodzie panował duży ruch, wszyscy wracali do domów po 
nocy świętojańskiej. Christoffer musiał się bardzo skupić, by 

sterować   i utrzymywać   odpowiedni   dystans   do   pozostałych 
jachtów.   W oczy   świeciło   silne   wieczorne   słońce,   co   też   nie 

ułatwiało sprawy.
  Po   przesłuchaniu   wziął   telefon   i bez   entuzjazmu   wybrał 

numer ojca, tak jak kazali mu policjanci. Gdy opowiedział, co 
się stało podczas ostatniej doby, Arthur Hökström polecił im 

natychmiast opuścić wyspę.
  Christoffer próbował protestować.

  – Policjanci mówili, że mamy zostać. Wygląda na to, że chcą 
jeszcze raz porozmawiać z Tobbem.

  – Nie słyszysz, co mówię? – przerwał mu Arthur Hökström. 
– Natychmiast opuśćcie Sandhamn. Bez dyskusji.

  Christoffer przełknął ślinę. Czego właściwie się spodziewał? 
Głos ojca brzmiał sztywno i chłodno jak w sądzie. Pozostawało 

im tylko go posłuchać.
  I Arthur czekał na nich teraz.

  Nie  sposób  było  się  domyślić,   o czym  myśli  ojciec.  Ciemne 

background image

okulary zasłaniały oczy. Miał surową minę.
  Do miejsca przy pomoście zostało tylko pięćdziesiąt metrów 

i Christoffer,   przekrzykując   pomruk   silnika,   zawołał   do 
Tobbego:

  – Możesz pójść pilnować dziobu, gdy będziemy dobijać?!
  Brat   nie   zareagował.   Christoffer   wyciągnął   rękę   i go 

szturchnął. Tobbe jak lunatyk podniósł się z miejsca, przeszedł 
przez owiewkę i dalej na dziób. Miał zaczerwienione oczy.

  Christoffer   jeszcze   bardziej   zmniejszył   prędkość.   Po   chwili 
silniki pracowały na jałowym biegu. Odległość coraz bardziej 

malała.   Kadłub   wsunął   się   powoli   między   bomy,   a wtedy 
Christoffer wrzucił wsteczny i łódź zatrzymała się niecałe pół 

metra od nabrzeża.
  Tobbe kucnął przy relingu i sięgnął po linę z pomostu, którą 

podał   mu   Arthur.   Gdy   ją   umocował,   zeskoczył   na   pomost 
i znalazł się tuż przy ojcu.

  – Co   powiedziałeś   na   policji?   – rzucił   niemal   natychmiast 
Arthur. W jego głosie słychać było wzburzenie.

  Mówił   tak   głośno,   że   Christoffer   słyszał   go   aż   na   rufie. 
Właśnie zamocował cumę.

  Przypomniało   mu   się,   jak   Tobbe   wybił   okno   u sąsiadów. 
Ojciec spoliczkował go wtedy tak mocno, że dziewięciolatek się 

przewrócił. Tobbe był zrozpaczony i przez resztę dnia chował 
się   w garażu.   Christoffer   miał   wtedy   trzynaście   lat,   niewiele 

brakowało do czternastych urodzin. Zaczynał dorastać, ale nie 
ośmielił się interweniować.

  – Tato – powiedział Tobbe.
  Christoffer słyszał, że jego brat jest bliski płaczu.

  – Odpowiedz mi. Co powiedziałeś na przesłuchaniu?
  Arthur   chwycił   go   za   ramię   i mocno   nim   potrząsnął. 

Wyglądało to tak, jakby zaraz miał go uderzyć.
  Christoffer puścił cumę i ruszył na dziób. Twarz ojca niemal 

dotykała twarzy brata.
  – Jak, kurwa, mogłeś być aż tak głupi, żeby gadać z policją 

beze mnie?! – ryknął.
 

background image

48

  Jonas   siedział   przy   Wilmie   w nogach   łóżka,   dopóki   nie 
zasnęła. Nawet się nie zorientował, kiedy sam się zdrzemnął 

z głową opartą o ścianę.
  Obudził   się   pod   wpływem   jakiegoś   sennego   obrazu. 

Dochodziła   dziesiąta   wieczorem   i na   zewnątrz   zaczynało   się 
robić ciemno. Za pół godziny zajdzie słońce.

  Zaspany potrząsnął głową. Wilma była pogrążona w głębokim 
śnie, okryta kołdrą aż po szyję. Gdy pogłaskał ją po policzku, 

nie zareagowała. Wtedy ostrożnie wstał z łóżka.
  Zamknął   drzwi   jej   pokoju,   zszedł   do   kuchni   i otworzył 

lodówkę.   Było   w niej   prawie   pusto,   ale   na   półce   stało   kilka 
butelek   piwa.   To   musiało   wystarczyć.   Na   szczęście   nie   czuł 

silnego głodu.
  Z butelką   w ręce   poszedł   do   dużego   pokoju   i usiadł   na 

narożnej sofie. Znów mieli prąd, ale nie zapalił światła. Wolał 
siedzieć w półmroku.

  Czy nie chciał, by Nora zobaczyła, że nie śpi? Nie był tego 
pewien. Ale widział, że w oknie jej kuchni pali się światło.

  Upił łyk piwa i zważył w ręce butelkę.
  Dręczyło go wciąż to samo pytanie: Dlaczego nie zauważył, co 

Wilma czuje do Nory?
  Próbował sobie przypomnieć, jak to było wiosną. Czy Nora źle 

się odnosiła do Wilmy? Pokręcił głową. Próbowała dogadać się 
z jego   córką   tak   samo,   jak   on   starał   się   poznać   Adama 

i Simona.
  Odkąd powiedzieli dzieciom, że są ze sobą, oboje starali się 

z całych   sił,  żeby   wszystko   wypadło   jak   najlepiej.   Z początku 
czuli się trochę niepewnie, ale ogólnie szło całkiem dobrze. Byli 

zgodni co do tego, by z niczym się nie śpieszyć.
  Wielkanoc Jonas spędził z Norą i dziećmi w Sandhamn. Nie 

mieszkali   wtedy   w tym  samym   domu,  natomiast  jedli   razem 
posiłki. Wilma była marudna i nadąsana, ale nie bardziej niż 

inne nastolatki.
  Teraz się zastanawiał, czy już wtedy nie powinien zauważyć 

znaków.

background image

  Poczuł   się   bardzo   nieswojo   na   myśl,   że   siedziała   w lesie 
dlatego,   że   on   był   z Norą.   Dlaczego   wcześniej   się   nie 

zorientował?   Wilma   to   jeszcze   dziecko,   on   jest   dorosłym 
facetem.

  W uszach wciąż brzmiały ostre słowa Margot:
  – Jak mogłeś ją tak puścić? Ma dopiero czternaście lat. Nie 

spodziewałam się tego po tobie, Jonas. Naprawdę się na tobie 
zawiodłam. Musisz odpowiadać za własną córkę!

  Wyobraził sobie Wilmę: zagubioną i zziębniętą, samą w nocy, 
tak zrozpaczoną, że nie odbierała telefonów.

  Ogarnął go niepokój.
  Znów pojawiła się twarz Nory. Czy przez ostatnie miesiące żył 

w jakiejś bańce mydlanej?
  Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę się zakochał. Może to 

dlatego   pozwolił,   by   go   poniosło.   Wilma   zaczynała   dorastać 
i dobrze wiedział, że niedługo nie będzie chciała spędzać z nim 

czasu.   Zostało   mu   jeszcze   tylko   kilka   lat.   Potem   ona 
wyprowadzi się z domu i zacznie żyć własnym życiem.

  Co   będzie   później?   Gdy   zbliży   się   do   czterdziestki,   a jego 
jedyne dziecko wyprowadzi się z domu?

  Kiedy się urodziła, Jonas nie skończył jeszcze dwudziestu lat. 
Został ojcem wcześniej niż inni. Wtedy wypadł z rytmu i teraz 

też było podobnie. Jego przyjaciele dopiero wiele lat później 
zaczęli zakładać rodziny i urodziły im się dzieci. Teraz narzekali 

na nieprzespane noce i na kolkę, a on zmagał się z problemami 
nastolatki i wieku dojrzewania.

  Ponad czternaście lat budował swoje życie wokół Wilmy. Ale 
narastała w nim tęsknota za jakimś stałym związkiem. Czymś 

więcej   niż   krótkie   spotkania   z innymi   kobietami   w ciągu 
ostatnich dziesięciu lat.

  Otworzył się na Norę tak, jak dawno tego nie robił. To było 
fantastyczne uczucie móc sobie na to pozwolić i naprawdę się 

zakochać.
  Nora.

  Na samą myśl o niej poczuł tęsknotę. Ale nie mógł pozwolić, 
by jego nowa miłość była ważniejsza niż córka.

  Thomas usiadł na łóżku zlany zimnym potem. Cienka kołdra 

background image

stała się wilgotna w miejscach, gdzie dotykała jego ciała.
  Elin żyje?

  Odwrócił głowę i poczuł delikatny oddech.
  Sny mieszały się ze sobą. W jednej chwili widział Elin, która 

uśmiechała się do niego, różowiutka i zdrowa. Potem zmieniała 
się w Emily i zaczynała się dusić. Szarpała się, jej twarz stawała 

się sina. Thomas próbował jej pomóc, ale to nic nie dawało, 
dalej   nie   mogła   złapać   tchu,   choć   próbował   wdmuchiwać 

powietrze  w jej maleńkie  usta. Był zrozpaczony, gdy we śnie 
córka wyśliznęła się z jego objęć i zniknęła.

  Obraz   dziecka   duszącego   się   na   jego   rękach   wciąż   był 
rzeczywisty.

  Thomas zmusił się, by spokojniej oddychać, to przecież tylko 
sen.

  W półmroku   widział   swoją   rodzinę.   Elin   leżała   w łóżeczku, 
Pernilla spała na boku. Wszystko tak jak zwykle.

  W ciemności lśniły cyfry budzika. Za trzy godziny musi wstać, 
żeby zdążyć na pierwszy prom do Stavsnäs.

  Naprawdę  przydałoby mu się więcej snu, ale lęk nie chciał 
odejść. Serce biło mocno. Poprawił poduszkę i odwrócił ją na 

drugą stronę, by nie leżeć na wilgotnej.
  Usiłował się rozluźnić, przewrócił się na plecy i wsunął rękę 

pod   głowę.   Ciszę   przerywały   tylko   regularne   oddechy.   Jakiś 
owad wpadł przez okno i latał nad nim, cicho bzycząc.

  Pernilla przysunęła się do niego przez sen. Thomas musnął 
ustami jej nagie ramię w miejscu, gdzie nocna koszula zsunęła 

się trochę. Jej świeżo umyte włosy pachniały kwiatem jabłoni.
  Poczuł falę wdzięczności, że nie musi już być sam.

  – Kocham cię – wyszeptał.
 

background image

 

Poniedziałek

 49

  Norę   obudziły   uderzenia   młotka   dobiegające   z sąsiedniej 
działki. Po nocy świętojańskiej miano zawiesić wszelkie prace 

budowlane w miasteczku, ale ten czy inny grzesznik nie wyrobił 
się na czas i ignorował tę zasadę.

  Leżała z głową na prześcieradle. Przez sen zrzuciła poduszkę 
na podłogę. W domu panowała cisza, chłopcy na pewno jeszcze 

spali.
  Czterdzieści   osiem   godzin   wcześniej   obok   niej   leżał   Jonas. 

Teraz jego miejsce było puste.
  Nora zsunęła kołdrę i podeszła do wysokiego okna. Wstawał 

piękny   dzień.   Obok   przepływała   mała   płaskodenna   łódka   ze 
splątanymi sieciami na dziobie, ale stąd nie widziała, czy jej 

właścicielowi dopisało szczęście podczas połowu.
  Nora wpadła w melancholijny nastrój. Oparła czoło o szybę, 

chłodną i trochę wypukłą.
  Wczoraj wieczorem Jonas się nie odezwał. Wyglądała przez 

okno w kuchni, by sprawdzić, czy pali się u niego światło, ale 
nie dostrzegła żadnych oznak życia. On nie przyszedł, a ona nie 

chciała mu przeszkadzać.
  Zupełnie rozbudzona wiedziała, że już nie zaśnie, choć minęła 

dopiero siódma rano.
  W ciągu ostatnich sześciu miesięcy czuła się najszczęśliwsza 

od wielu lat. Nie zasługuję na to, myślała czasami.
  Troskliwość   i nieskomplikowany   charakter   Jonasa   dawały 

ukojenie   po   latach   spędzonych   z Henrikiem.   Pomogło   jej   to 
dojść do siebie po rozwodzie, nie czuła się już zmęczona ani 

odrzucona. Bardzo poprawił jej się nastrój i przestała bez końca 
rozpamiętywać   nieudane   małżeństwo.   Nie   ogarniała   jej   już 

rozpacz,   gdy   ktoś   w tym   samym   zdaniu   wymieniał   Henrika 

background image

i Marie.
  Przy   Jonasie   zaczęła   wierzyć,   że   może   żyć   inaczej.   Że   ona 

i Henrik znajdą szczęście, choć każde z nich osobno.
  Jonas   dał   jej   siłę,   by   zacząć   od   nowa.   Stopniowo   zaczęła 

postrzegać   siebie   i swoich   synów   jako   pełnowartościową 
rodzinę.

  Z Jonasem czy bez niego wreszcie stała na własnych nogach. 
Pomógł jej dotrzeć do tego punktu.

  Ale nie chciała go teraz stracić.
  Lekarz sądowy Carl-Henrik Sachsen bez pośpiechu naciągnął 

białe   lateksowe   rękawiczki.   Przed   chwilą   skończył   jeść 
śniadanie;   praca   to   nie   powód,   by   zaniedbać   najważniejszy 

posiłek dnia.
  Dwie   kanapki   z serem   i szynką,   jogurt   z owocami   i mocna 

kawa. Pierwszy z wielu kubków tego dnia, bo rzadko wypijał 
mniej niż osiem, często nawet więcej.

  Proste jak drut, trochę za długie włosy sięgały do kołnierzyka 
białego fartucha. Łysina na czubku głowy świadczyła o tym, że 

nie był młody, niedługo miał skończyć pięćdziesiąt dziewięć lat. 
Zostało mu sześć lat do emerytury i sam nie wiedział, czy się 

tego boi, czy nie może się doczekać.
  – Jesteś   gotów?!   – zawołał   do   swojego   asystenta   Axela 

Ohlina, niepozornego szczupłego mężczyzny, który od pół roku 
pracował w zakładzie medycyny sądowej.

  – Przywieziesz chłopaka?! – zawołał do niego Sachsen
  Zegar wskazywał kwadrans po siódmej rano, Sachsen należał 

do typowych skowronków.
  Ohlin   pojawił   się   po   kilku   minutach,   popychając   wózek. 

Ustawił go pośrodku pomalowanego na szaro pokoju, w którym 
czekał Sachsen.

  Na stole pod ścianą stał włączony komputer.
  – No dobra – rzucił Sachsen. – Przyjrzyjmy mu się.

  Zsunął płachtę zakrywającą nagie ciało.
  – Wszystkie zdjęcia zrobione? Możemy zaczynać?

  Axel Ohlin kiwnął głową w odpowiedzi.
  Sachsen z dyktafonem w ręce obszedł zwłoki. Zawsze zwracał 

szczególną uwagę na pierwsze wrażenie, to, czego nie dało się 

background image

odtworzyć, gdy skalpel naruszy stawy i mięśnie.
  – Teraz ci się przyjrzymy – powiedział, ujmując w dwa palce 

skórę.
  Niedługo   przetną   tkanki,   zbadają   płyny   ustrojowe,   pobiorą 

próbki   i wyślą   je   do   laboratorium   kryminalistycznego 
w Linköping. Wyjmą narząd po narządzie, zważą je i zmierzą.

  – Potem  cię   załatam   – mruknął  Sachsen  do  siebie. – Znów 
będziesz ładny. Zupełnie jak nowy.

  Młody   chłopak,   prawie   dziecko,   pomyślał   i na   chwilę 
zapomniał o zawodowym podejściu. Biedni rodzice. Odpędził 

tę myśl i rzucił szorstko do swojego asystenta:
  – No dobra, jedziemy. Opisz, co tu mamy.

  Jego   pomocnik   podszedł   trochę   bliżej   i stanął   tuż   przy 
Victorze Ekengreenie.

  Zmarły   leżał   na   boku   z odsłoniętą   szyją   i widocznym 
ciemieniem. Część jasnych włosów opadła do tyłu. Pod bladą 

skórą biegły niebieskawe żyłki, tworząc delikatny wzór.
  Sachsen spojrzał wyczekująco na Ohlina.

  – Co widzisz?
  – Ma   złamanie   przebiegające   przez   większą   część  sutura 

coronaria i w dół, do sinus frontalis.
  – Zgadza się, ma poważne obrażenia głowy. Mów dalej.

  Asystent postarał się najlepiej, jak potrafił, opisać obrażenia.
  Gdy   Ohlin   w pewnym   momencie   podniósł głowę  martwego 

chłopaka, Sachsen dostrzegł coś, czego przedtem nie zauważył.
  Podszedł bliżej i pochylił się nad Victorem.

  – Co my tutaj mamy? – mruknął.
 

50

  – Cześć,   Thomas   – powiedziała   Karin   Ek,   gdy   wszedł   do 

podłużnej   sali   konferencyjnej   na   trzecim   piętrze.   – Wracasz 
prosto z Harö?

  – Pierwszym promem.
  Był  w Stavsnäs   za  kwadrans   siódma, potem w zaledwie   pół 

godziny dojechał na posterunek w Nacce.

background image

  – Co słychać u Pernilli i Elin?
  Dla   Karin,   ich   asystentki,   rozmowy   o sprawach   rodzinnych 

były   czymś   naturalnym.   Miała   trzech   uwielbiających   sport 
nastoletnich   synów,   których   bez   przerwy   woziła   na   jakieś 

treningi. Kiedy urodziła się Elin, Karin podarowała Thomasowi 
pięknie zapakowany kombinezonik.

  – Wszystko   dobrze   – odparł   Thomas.   – Obie   spały,   kiedy 
wyjeżdżałem.

  Przerwało im czyjeś przekleństwo.
  – Jasna cholera!

  To była Margit. Jej kubek się przewrócił i kawa zalała stół.
  – Masz   – powiedziała   Karin   i podała   jej   rolkę   papierowych 

ręczników.
  Thomas obszedł stół i usiadł obok koleżanki.

  – Wszystko w porządku?
  Margit   nie   odpowiedziała.   Dalej   wycierała   stół,   nim   kawa 

zaleje wszystkie papiery.
  Drzwi się otworzyły i weszło dwóch młodszych inspektorów 

policji kryminalnej, Erik Blom i Kalle Lidwall. Erik jak zwykle 
nałożył   na   ciemne   włosy   żel.   Zdążył   się   już   całkiem   mocno 

opalić.
  – Cześć   wam   – rzucił   wesoło   i wsunął   okulary 

przeciwsłoneczne do kieszeni na piersi.
  Kalle Lidwall, najmłodszy z zebranych, milcząco uniósł rękę 

na powitanie. Rzadko się zdarzało, by wspominał coś o swoim 
prywatnym   życiu.   Thomas   wiedział   o koledze   zaskakująco 

niewiele, choć pracowali razem od dobrych kilku lat. Rzucało 
się jednak w oczy jego zamiłowanie  do porządku. Na biurku 

Kallego   nie   leżał   ani   jeden   niepotrzebny   papierek.   Thomas 
zauważył to już wielokrotnie z pewną zazdrością.

  – Widziałaś   nowego,   tego   Anjou?   – Thomas   zwrócił   się   do 
Karin.

  – Jest teraz u Dziadka.
  Szefa   sekcji   śledczej,   Görana   Perssona,   wszyscy   nazywali 

Dziadkiem.
  Drzwi się otworzyły i stanął w nich Dziadek. Za nim wyłonił 

się Anjou. Wciąż wyglądał na zmęczonego. Thomas uśmiechnął 

background image

się do niego, jakby chciał mu dodać otuchy.
  – Dzień   dobry   wszystkim   – powiedział   Dziadek   i wysunął 

krzesło. Usiadł naprzeciw Thomasa i Margit. – To jest Harry 
Anjou   – dodał,   wskazując   na   nowego   członka   ich   zespołu. 

– Wcześniej   pracował   w sekcji   porządkowej,   dziś   zaczyna 
u nas.   Ponieważ   brał   udział   w operacji   na   Sandhamn   w noc 

świętojańską, dobrze się składa, że został przydzielony do tego 
śledztwa.

  Dziadek   sięgnął   do   półmiska   z bułeczkami,   który   przed 
spotkaniem   postawiła   na   stole   Karin.   Jest   tak   gruby,   że   to 

pewnie ostatnia rzecz, jaką powinien jeść, pomyślał Thomas. 
Musi   mieć   niebotycznie   wysoki   poziom   cholesterolu. 

Zaczerwieniona twarz  świadczyła o tym, że Dziadek  w każdej 
chwili może dostać wylewu.

  Thomas   doceniał   drożdżówki   – w domu   nie   zdążył   zjeść 
śniadania. Po tym, jak ponownie zasnął, nie usłyszał budzika 

i o mało nie spóźnił się na prom. Drzemał przez całą drogę do 
Stavsnäs.

  – Harry,   może   powiesz   coś   o sobie   nowym   kolegom? 
– zaproponował Dziadek.

  Ten kiwnął głową zebranym. Przesunął dłonią po policzku, 
mimo wczesnej godziny pokrytym cieniem zarostu. Miał ostrą 

linię   szczęki,   ciemne   brwi   odcinały   się   wyraźnie   na   bladej 
skórze.   Thomas   pomyślał   o Walonach,   którzy   przybyli   do 

Szwecji   w siedemnastym   wieku.   Pokrewieństwa   z nimi 
dowodziły i nazwisko, i krępa budowa ciała nowego kolegi.

  – No   więc   jestem   Harry   Anjou   – powiedział.   – Mam 
trzydzieści dwa lata i od jesieni mieszkam w Sztokholmie.

  Nie   dało   się   nie   zauważyć   norrlandzkiego   akcentu.   Anjou 
wymawiał słowa bez pośpiechu, z charakterystycznym „l”. Jego 

waloński przodek musiał osiedlić się na północy.
  – Niedawno odsłużyłem sześć miesięcy w sekcji porządkowej. 

Ponieważ   mam   służbę   kombinowaną,   przydzielono   mnie   do 
was. Bardzo się z tego cieszę.

  – Skąd pochodzisz? – spytała Margit.
  – Z Ånge.   Przez   kilka   lat   po   wyższej   szkole   policyjnej 

pracowałem w dystrykcie Ånge. Jak wiadomo, większość ludzi 

background image

próbuje się stamtąd wyrwać.
  Wzruszył   ramionami,   jakby   zakładał,   że   wszyscy   zebrani 

wiedzą o wyludnianiu się Norrlandii.
  – Chciałem   spróbować   pracy   w wielkim   mieście.   Polowanie 

na łosie musi poczekać.
  Uśmiechnął się krzywo.

  – Masz rodzinę? – chciała wiedzieć Karin.
  Harry Anjou pokręcił głową.

  – Nie, jeszcze nie.
  – Jesteś tu mile widziany – zapewnił go Thomas. – Ja i Harry 

spotkaliśmy się wczoraj w Sandhamn – wyjaśnił reszcie grupy.
  Znów zwrócił się do Anjou:

  – Wykonaliście   tam   kawał   dobrej   roboty.   W weekend 
musieliście tam mieć niezły młyn.

  – Tak, chyba tak – odparł Anjou i zmęczonym gestem potarł 
nos.

  – No   dobra   – stwierdził   Dziadek   – to   mamy   z głowy. 
Spróbujemy teraz podsumować sytuację? Cholera jasna, że też 

to się musiało stać tuż przed sezonem urlopowym.
  Thomas   zrelacjonował   wydarzenia   z ostatnich   dwudziestu 

czterech godzin. Przed spotkaniem Karin przypięła na ścianie 
zdjęcia   z miejsca   zbrodni.   Wskazał   na   zbliżenie   Victora 

Ekengreena, leżącego pod drzewem.
  – Większość   przesłanek   wskazuje   na   to,   że   Victor   został 

zamordowany – powiedział. – Ale niełatwo będzie nam ruszyć 
tę sprawę z miejsca. Podczas weekendu przez wyspę przewinęły 

się   tłumy   ludzi,   większość   przypłynęła   tylko   na   noc 
świętojańską. Znalezienie świadków będzie bardzo trudne.

  Zamilkł i zwrócił się do Margit:
  – Chcesz coś dodać?

  – Tak   jak   wspominałeś,   nie   mamy   za   dużo   punktów 
zaczepienia,   jeśli   chodzi   o motyw   i sprawcę   – powiedziała. 

– Do   tej   pory   wiemy   tylko,   że   denat   pokłócił   się   ze   swoim 
najlepszym   przyjacielem,   Tobiasem   Hökströmem,   który 

również spędzał noc świętojańską na wyspie.
  – Kiedy sekcja? – chciał wiedzieć Kalle.

  – Liczymy na to, że już dziś.

background image

  – Przefaksowałam   wszystkie   dokumenty   do   zakładu 
medycyny sądowej – odezwała się Karin.

  – A ja,   jak   tylko   tu   skończymy,   zadzwonię   do   Sachsena 
– dodał Thomas.

  – Zaczęliśmy przesłuchiwać paczkę przyjaciół, którzy spędzali 
noc świętojańską na Sandhamn – powiedziała Margit. – Jeśli 

mielibyśmy się trzymać starej dobrej teorii o bliskiej osobie, to 
na razie najbardziej interesujący są dla nas Tobias Hökström, 

o którym   przed   chwilą   wspominałam,   i dziewczyna   Victora, 
Felicia Grimstad.

  Thomas   przypomniał   sobie   pośpieszne   spojrzenie,   jakie 
bracia wymienili  między sobą. Strach  w oczach  Tobiasa, gdy 

szukał oparcia u Christoffera. Muszą w tym podrążyć.
  Na głos powiedział:

  – Trzeba   się   wybrać   do   Sandhamn   i pogadać   z ludźmi. 
Powinien   się   tam   znaleźć   ktoś,   kto   coś   widział   albo   słyszał. 

Wiem,   że   wczoraj   spisano   sporo   danych   kontaktowych,   ale 
jeszcze nie skończyliśmy.

  – Ja się mogę tym zająć – zaoferował Erik Blom. Zwrócił się 
do nowego kolegi: – Chcesz się wybrać ze mną?

  Harry Anjou nie tryskał entuzjazmem. Zapewne wynikało to 
z faktu, że Anjou, podobnie jak on sam, dopiero co wrócił na 

stały ląd po kilku intensywnych dobach na szkierach.
  – Weź   Kallego   – zdecydował   Dziadek.   – Niech   Harry   tu 

dzisiaj   zostanie.   Trzeba   zrekonstruować   historię   Victora. 
Musimy się porządnie przyjrzeć jego życiu. Zabierz się do tego 

jak najszybciej.
  – Oczywiście – odparł Harry Anjou.

  Thomas mógłby przysiąc, że widzi wdzięczność w jego oczach.
  – Przydzielili   nam   prokurator   Charlotte   Ståhlgren 

– poinformował   Dziadek.   – Margit,   Thomas,   możecie   ją 
informować na bieżąco?

  Margit pokiwała głową.
  – Dobra – stwierdził Dziadek i wstał. – No to do roboty.

 

background image

51

  Erik Blom mrugnął do ładnej dziewczyny, która trzymała za 
rękę pięcioletnie dziecko i czekała, aż prom dobije do brzegu.

  Na dziobie promu stało mnóstwo ludzi, którzy mieli wysiąść 
w Sandhamn. Do trapu ustawiła się długa kolejka. Mężczyzna 

przed nimi taszczył reklamówki z zakupami, trzymał po dwie 
w każdej ręce.

  – Ile   wózków   z dziećmi   może   płynąć   na   jednym   promie? 
– mruknął   Kalle,   gdy   musiał   się   przycisnąć   do   ściany,   by 

przepuścić matkę z niemowlęciem.
  Przez całą podróż miał kiepski humor, ale Erik nie zapytał go 

dlaczego. Szanse na to, że małomówny kolega mu coś zdradzi, 
i tak były marne.

  – Już   prawie   jesteśmy   – powiedział   jakby   dla   odwrócenia 
uwagi.

  Wciąż   przyglądał   się   matce   z dzieckiem.   Nosiła   obcisły 
wzorzysty top i białe szorty. Miała ładne piersi.

  Wcześniej Kalle kupił bilety i dał mu jeden. W końcu przyszła 
ich   kolej.   Erik   pokazał   bilet   i zszedł   na   szare   betonowe 

nabrzeże. Po lewej stronie zobaczył kiosk, a na wprost sklepik 
z ubraniami,   przed   którym   stały   donice   pełne   kwiatów.   Nad 

wejściem   wisiał   ozdobny   szyld   z napisem   „Letni   Sklepik”. 
Przed kioskiem stało kilkoro dzieciaków z lodami.

  – Jak   myślisz,   od   czego   powinniśmy   zacząć?   – spytał   Erik, 
rozpinając suwak niebieskiej wiatrówki.

  Kalle przed chwilą założył okulary przeciwsłoneczne. Z krótko 
ostrzyżonymi   włosami   przypominał   twardego   policjanta 

z amerykańskich seriali.
  – Może od miejsca zbrodni?

  Naprawdę   jest   tak   małomówny   jak   te   postacie   z telewizji 
– pomyślał Erik i też nałożył okulary przeciwsłoneczne.

  – No dobra – powiedział na głos.
  Nie   po   raz   pierwszy   dostali   zadanie,   by   pukać   do   drzwi 

w Sandhamn,   i Erik   wiedział   z doświadczenia,   że   brak 
normalnych adresów nie ułatwia sprawy.

  Na   wyspie   nie   używano   tabliczek   z nazwami   ulic   i dróg, 

background image

stosowano lokalne określenia, których nie dało się znaleźć na 
żadnej mapie. Ludzie mieszkali na „Zachodzie”, na „Północy” 

albo przy „Cyplu Oxudden”. Turysta nie miał szans się w tym 
zorientować,   potrafili   to   tylko   ludzie,   którzy   znali   wyspę   od 

dziecka. Za pierwszym razem, gdy uczestniczył w śledztwie na 
Sandhamn, doprowadzało go to do białej gorączki. Poza tym 

jedynymi dozwolonymi środkami transportu były rowery lub 
własne   nogi.   W miasteczku   widywało   się   jedynie   pojedyncze 

quady, czasem traktor.
  – Idziemy?   – spytał.   – Chyba   nie   ma   sensu   czekać   na 

autobus?
  Szybkim krokiem ruszyli w stronę Skärkarlshamn i w niecałe 

dziesięć   minut   dotarli   do   odgrodzonego   policyjną   taśmą 
terenu. Miejsca nikt już nie pilnował.

  Na   drugim   końcu   plaży   siedzieli   jacyś   windsurferzy. 
Najwyraźniej nie mieli ochoty się zbliżać.

  Obaj koledzy przeszli pod biało-niebieską taśmą i podeszli do 
miejsca, gdzie znaleziono zwłoki. Przystanęli przy olsze. Erik 

się   rozejrzał.   Kilka   godzin   wcześniej   dokładnie   studiował 
zdjęcia z miejsca zbrodni, ale to nie było to samo.

  Ponieważ technicy sprawdzili wszystko co trzeba, Erik i Kalle 
nie musieli się martwić, że zatrą ślady. Mimo to Erik poruszał 

się ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, czy czegoś nie będzie trzeba 
sprawdzić jeszcze raz.

  Chłonął widok okolicy skąpanej w słońcu.
  Thomas   wspominał,   że   miejsce   zbrodni   jest   położone   na 

uboczu,   ale   dopiero   teraz   do   Erika   dotarło,   jak   bardzo 
odosobniony jest ten zakątek.

  Plaża   Skärkarlshamn   miała   kształt   łuku,   ale   akurat   w tym 
miejscu morze wcinało się głębiej w ląd. Za drzewem, którego 

gałęzie opadały tak nisko, że dotykały roślinności przy gruncie, 
powstał zakątek niewidoczny z innych miejsc na plaży.

  Erik   musiał   odgarnąć   te   gałęzie,   by   zobaczyć   miejsce, 
w którym leżał Victor.

  Roślinność wciąż była przygnieciona. Erik ukląkł i przyglądał 
się   śladom   na  ziemi.   Bez  problemu   potrafił   sobie  wyobrazić 

zarysy ciała.

background image

  Wstając,   zauważył   coś  między   konarami   po   drugiej  stronie 
drzewa.

  Thomas   wspominał,   że   domy   na   najbliższej   działce   stały 
puste.  Wtedy  nikogo nie widział.  Teraz   ktoś poruszał  się na 

działce,   białe   okiennice   otwarto.   Chyba   Thomas   mówił,   że 
wczoraj były zamknięte?

  – Kalle! – zawołał półgłosem Erik.
  Kalle stał pochylony po drugiej stronie olchy i oglądał jakiś 

spiczasty kamień wystający na kilkanaście centymetrów z traw 
porastających   plażę.   Musiał   się   spocić   podczas   szybkiego 

spaceru,   bo   zdjął   kurtkę,   a na   plecach   pasiastej   tenisowej 
koszulki widniały wilgotne plamy.

  Erik wykonał znaczący gest w stronę domów.
  – Chyba wrócili właściciele. Chodź, pogadamy z nimi.

 

52

  Erik i Kalle podeszli do płotu i zaczęli  szukać furtki, ale na 
próżno. W końcu dotarli do miejsca, gdzie płot kończył się kilka 

metrów od brzegu. Przy ostatnim słupku na piasku leżały sterty 
wyrzuconego przez morze brązowego morszczynu.

  Erik   zobaczył,   że   na   działce   stoi   kilka   domków   dla   gości. 
Główny budynek miał wielkie, panoramiczne okno z widokiem 

na   morze.   Na   drewnianym   tarasie   stała   wysoka,   mocno 
zbudowana kobieta około sześćdziesiątki. Właśnie przesadzała 

pelargonie do nowej donicy. Szerokie szorty miała poplamione, 
dłonie osłoniła rękawicami ogrodniczymi.

  – Halo! – zawołał Erik, zdejmując okulary przeciwsłoneczne.
  Podskoczyła i upuściła roślinę.

  – Proszę się nie bać – szybko dodał Erik. – Jesteśmy z policji. 
Chcielibyśmy z panią chwilę porozmawiać, jeśli nie ma pani nic 

przeciwko temu.
  Kobieta   odstawiła   donicę   na   ogrodowy   stół   i zeszła   po 

szerokich   schodach   z tarasu.   Otarła   pot   z czoła   i przy   tym 
ubrudziła sobie włosy ziemią.

  Erik i Kalle się przedstawili, Erik pokazał legitymację.

background image

  – Ann-Sofie Carlén. – Zdjęła jedną rękawicę i wyciągnęła rękę 
na powitanie. – Nie rozumiem, dlaczego panowie tu są. W tym 

roku nie składałam żadnego zgłoszenia. – Skrzyżowała ręce na 
piersi   i ciągnęła:   –   Ale   oczywiście   powinnam   była   to   zrobić. 

Łobuzów jest coraz więcej i nikt nie chce się tym na poważnie 
zająć. To smutne, jak niewiele policja robi w tej sprawie.

  Erik stwierdził, że nie udało im się jeszcze nawet powiedzieć, 
z czym przyszli, a ona zdążyła się poskarżyć.

  Kalle  spochmurniał. Erik postanowił zdać się na swój urok 
osobisty.

  – To pani jest właścicielką? – spytał z szerokim uśmiechem. 
– Naprawdę przepiękne miejsce. Fantastyczny widok.

  Ann-Sofie Carlén rozpromieniła się w uśmiechu.
  – Pięknie tu, prawda? – powiedziała. – Mamy to miejsce od 

kilku   lat.   To   znaczy   ja   i mój   mąż.   Ale   wymagało   solidnego 
remontu.

  – Pani mąż też tu jest? – spytał uprzejmie Erik, uśmiechając 
się jeszcze szerzej.

  – Nie, poszedł na zakupy do miasteczka. Przyjeżdżają do nas 
wnuczki.

  Nie   było   żadnych   wątpliwości,   że   Ann-Sofie   Carlén   jest 
dumna ze swoich potomków.

  – Mamy dwie córki – ciągnęła z zapałem. – Obie mają dzieci 
i dziś   po   południu   przyjeżdża   nasza   najstarsza 

z dziewczynkami.
  Wskazała   w stronę   plaży   na   wąską   łachę   piasku   obok 

pomostu.  Widać  było,   że   ktoś   w tym   miejscu  zgrabił   gałązki 
morszczynu.

  – Uwielbiają się tutaj bawić.
  Kalle   odchrząknął   tak   mocno,   że   jego   jabłko   Adama   aż 

podskoczyło.
  – Mamy   kilka   pytań   w sprawie   wydarzeń,   które   zaszły 

podczas nocy świętojańskiej – powiedział.
  – I nic   dziwnego   – zaperzyła   się   Ann-Sofie   Carlén. 

– Rozejrzyjcie   się   tylko,   panowie.   Wszędzie   sterty   śmieci, 
a gmina nic z tym nie robi. To naprawdę godne pożałowania. 

– Przerwała   na   chwilę,   żeby   nabrać   tchu.   – I do   tego   te 

background image

policyjne taśmy. Co się właściwie tutaj dzieje?
  Oburzenie na jej twarzy zmieniło się teraz w podejrzliwość.

  – Może wy dwaj możecie mi to powiedzieć?
  Ann-Sofie   Carlén   najwyraźniej   nie   słyszała   jeszcze 

o morderstwie   na   plaży   Skärkarlshamn.   Erik   widział 
wiadomość   o śmierci   Victora   Ekengreena   w porannych 

gazetach,   ale   nie   nagłośniono   tego   aż   tak   bardzo,   jak   się 
obawiali.   Nagłówki   zdominował   karambol   w Dalarnie 

z kilkoma   ofiarami   śmiertelnymi   i wieloma   rannymi. 
W gazetach   zaroiło   się   od   artykułów   o groźnych   wypadkach 

w okresie nocy świętojańskiej i opublikowano zbliżenia „drogi 
śmierci”, jak ochrzcili tę trasę dziennikarze.

  – Na wyspie doszło do morderstwa – powiedział.
  – Co pan mówi?

  Ann-Sofie Carlén zgubiła wątek.
  – Podczas   weekendu   na   plaży   zginął   młody   człowiek 

– wyjaśnił Kalle. – Dokładniej mówiąc, w Dzień Świętego Jana. 
To dlatego teren jest odgrodzony. Próbujemy się dowiedzieć, 

czy któryś z sąsiadów coś widział albo słyszał.
  – Okropne   – stwierdziła   Ann-Sofie   Carlén.   W jej   głosie 

brzmiały przerażenie i ciekawość. – To ktoś z Sandhamn?
  Kalle się żachnął.

  – Nie, żaden ze stałych mieszkańców. Ofiara przypłynęła tu 
łodzią.

  Ann-Sofie Carlén uniosła lekko podbródek.
  – Nie   mogę   powiedzieć,   by   mnie   to   dziwiło.   W noc 

świętojańską wyprawiają tutaj dzikie harce. Wiedziałam, że to 
tylko kwestia czasu, kiedy stanie się coś okropnego. Oczywiście 

był pijany?
  Erik postanowił zignorować to pytanie.

  – Zastanawiamy  się, czy  ktoś przebywał u państwa w domu 
w Dzień   Świętego   Jana.   Zwrócili   państwo   na   coś   uwagę? 

– spytał.
  – Niestety,   nie.   – Ann-Sofie   Carlén   stanowczo   pokręciła 

głową. – Wyjechaliśmy na cały weekend. Wróciliśmy dopiero 
dziś rano.

  – Szukamy osób, które mogły coś widzieć po godzinie siódmej 

background image

wieczorem   w sobotę,   czyli   w Dzień   Świętego   Jana   – wyjaśnił 
cierpliwie Kalle. – Nie mieliście państwo żadnych gości w tych 

domkach?
  Wskazał głową na pozostałe budynki, które wydawały się na 

tyle duże, by móc pomieścić jedną, dwie rodziny.
  – Przykro   mi   – odparła   Ann-Sofie   Carlén.   – Tak   jak 

mówiłam,   nie   było   nas   tutaj.   Na   noc   świętojańską   zawsze 
wyjeżdżamy,   za   dużo   tu   hałasu   i awantur.   Człowiek   boi   się 

wyjść poza teren działki przez tych wszystkich łobuzów, którzy 
rozbijają namioty i palą ogniska w lesie.

  Jedyne domy, z których widać było miejsce zbrodni, należały 
do Carlénów. Erik chciał się upewnić.

  – Czyli w weekend było tu zupełnie pusto? – spytał.
  Ann-Sofie   Carlén   jakiś   czas   temu   podniosła   okulary 

przeciwsłoneczne   na   czoło.   Teraz   powoli   zsunęła   je   na   nos 
i odparła:

  – Przecież mówiłam.
  Naciągnęła   ogrodową   rękawicę,   jakby   nagle   zaczęło   jej   się 

śpieszyć.
  – A teraz   wybaczcie,   panowie,   mam   mnóstwo   roboty   przed 

przyjazdem wnuczek.
  Erik spojrzał znacząco na Kallego. Ukrywała coś?

  Kalle   stał   jakieś   pół   metra   od   Ann-Sofie   Carlén.   Był   co 
najmniej dwadzieścia pięć centymetrów wyższy od niej.

  – To pytanie w ramach prowadzonego śledztwa – powiedział 
chłodno. – Zginął młody człowiek. O ile ktoś tutaj przebywał 

podczas nocy świętojańskiej, musimy o tym wiedzieć.
  Ann-Sofie Carlén wydawała się zakłopotana. Otworzyła usta, 

jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.
  Erik odniósł wrażenie, że miała coś na końcu języka.

  – Niestety, nie potrafię panom pomóc – rzuciła, odwróciła się 
i ruszyła w stronę domu.

  Erik dogonił ją w kilku szybkich krokach.
  – Jeśli ma pani jakieś informacje, które mogą mieć znaczenie 

dla śledztwa, powinna nam pani o tym powiedzieć.
  Kobieta zatrzymała się. Odwróciła się powoli.

  – Nie wiem, czy to takie ważne – powiedziała – ale chyba ktoś 

background image

był w jednym z domków dla gości.
  – Dlaczego   pani   tak   sądzi?   – Erik   starał   się,   by   jego   głos 

brzmiał   jak   najprzyjaźniej,   przed   chwilą   Kalle   zachował   się 
wystarczająco obcesowo. – Są ślady włamania?

  – Nie, ale kiedy tam weszłam, dziwnie pachniało. – Skrzywiła 
się z niesmakiem. – Zauważyłam to, kiedy szykowałam domek 

dla córki. I pościel była w nieładzie. Nie wyglądało to tak jak 
zwykle.

  Zacisnęła usta, jakby natychmiast pożałowała, że cokolwiek 
powiedziała.

  – To pewnie nic takiego – oświadczyła. – Poza tym nie chcę 
być w nic zamieszana.

  – Możemy obejrzeć ten domek? – zapytał Erik.
  Kobieta ruszyła w stronę schodów.

  – Jeśli   chcecie   – stwierdziła.   – Ale   już   wszystko 
wyszorowałam.   Znów   jest   porządek.   I dzięki   Bogu   przestało 

śmierdzieć.
 

53

  Thomas   wybrał   numer   Carla-Henrika   Sachsena.   Słuchając 

kolejnych   sygnałów,  kołysał  się  na biurowym  krześle,   tak   że 
plecy dotykały regału. Po południu, gdy przygrzewało słońce, 

w pokoju robił się straszny upał, ale na razie panował tu chłód.
  – Halo? – odebrał ktoś po piątym sygnale.

  Czy to był Carl-Henrik Sachsen? Brzmiało to tak, jakby miał 
kluski w ustach.

  – Co robisz? – spytał Thomas.
  – Jem. Siedzę w socjalnym. Po robocie jemy sobie szarlotkę. 

A co, przepisy tego zabraniają?
  – Nie,   nie   – odparł   pośpiesznie   Thomas.   – Jak   tam, 

zdążyliście się przyjrzeć Victorowi Ekengreenowi?
  – Tak – potwierdził Sachsen, z pełnymi ustami. – Nie martw 

się.   Rano   zbadaliśmy   twojego   chłopaka.   Papierkową   robotą 
zajmiemy się później.

  – Doceniam   to   – odparł   Thomas.   – Możesz   mi   coś 

background image

powiedzieć?
  – Chłopak   zmarł   wskutek   potężnych   ciosów   tępym 

narzędziem   w głowę.   Ma   sporo   krwotoków   z ran   tłuczonych, 
złamanie   kości   sklepienia   czaszki,   obrażenia   mózgu   wskutek 

urazu   i krwotoki   nadtwardówkowe.   Zgon   musiał   nastąpić 
niemal natychmiast.

  – Możesz trochę dokładniej wyjaśnić przebieg wydarzeń?
  – Ktoś walił tego młodego człowieka w głowę czymś okrągłym 

i twardym.
  – Czy to mógł być kamień? – spytał od razu Thomas, któremu 

przypomniała się plaża i kamienie na brzegu.
  – Jeśli wziąć pod uwagę ślady, to całkiem niewykluczone.

  Było   tak,   jak   podejrzewał.   W takim   razie   morderca   działał 
spontanicznie.

  – Miał kilka różnych ran na głowie – zauważył Thomas.
  – Zgadza się, ale tylko te późniejsze były śmiertelne. Ta na 

skroni   nie   jest   specjalnie   głęboka   ani   groźna,   tylko   wygląda 
paskudnie.

  – Czy   pierwszy   uraz   wystarczył,   żeby   chłopak   stracił 
przytomność? – spytał Thomas.

  – Może, ale najwyżej na krótką chwilę. Gdyby nic więcej mu 
się nie stało, bez problemu doszedłby do siebie.

  Thomas usiłował poskładać kawałki układanki.
  – Czyli Victor Ekengreen przewraca się lub zostaje pchnięty 

i uderza głową o kamień. Ma krwawiącą ranę na skroni i traci 
przytomność albo jest zamroczony.

  – Właśnie tak. – Sachsen chyba odstawił kubek do zmywarki, 
bo   w tle   rozległ   się   dźwięk   naczynia   uderzającego   o metal. 

– Przejrzałem   zdjęcia   z miejsca   zbrodni   i tę   powierzchowną 
ranę   spokojnie   mógł   spowodować   ten   kamień,   na   którym 

znaleźliśmy   ślady   krwi.   Powierzchnia   i kształt   zgadzają   się 
z fizycznymi obrażeniami.

  – Mówiłeś, że potem stało się coś jeszcze, zadano mu kolejne 
obrażenia,   te,   które   doprowadziły   do   śmierci?   – dopytywał 

Thomas.
  – Właśnie.

  – Chodzi o bójkę? Walczył z kimś?

background image

  – Powiedziałbym, że tak. Ma trochę zadrapań na twarzy. Co 
prawda płytkie, ale są. Ma też siniaki na ramionach, jakby ktoś 

mocno go złapał, i siniak na klatce piersiowej, pośrodku.
  – Jak myślisz, co się stało?

  – To   chyba   raczej   twoje   zadanie.   – Sachsen   milczał   przez 
chwilę.   – Ale   powiedzmy   tak:   pierwsza   rana   mogła   powstać 

wskutek   wypadku,   kolejne   już   nie.   Nie   wystarczyło   jedno 
uderzenie, żeby go zabić. Obstawiałbym co najmniej dwa, może 

nawet trzy.
  Czyli morderstwo. Czy z premedytacją?

  – Co możesz powiedzieć o napastniku? – zapytał Thomas.
  – To   najprawdopodobniej   osoba,   która   miała   sporo   siły. 

Czaszka jest porządnie wgnieciona.
  Thomas   pomyślał   o Ebbie   i Felicii.   Żadna   z nich   nie   miała 

więcej niż metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, obie były smukłe, 
o szczupłych   nadgarstkach.   Statystyki   przemawiały   za 

mężczyzną,   ale   w rozpaczliwych   sytuacjach   kobiety   potrafiły 
dać z siebie więcej, niż można by przypuszczać.

  – Da się powiedzieć, pod jakim kątem zadano ciosy?
  – To trochę skomplikowane – odparł Sachsen. – Ale uważam, 

że ofiara znajdowała się oko w oko ze sprawcą. Kamień, jeżeli 
to   faktycznie   był   kamień,   trafił   ukośnie   za   prawe   ucho. 

Wygląda na to, że cios spadł z boku, ofiara i sprawca mogli obaj 
leżeć na ziemi.

  – Prawe   ucho   – powtórzył   Thomas.   – Czyli   jeśli   byli 
naprzeciw  siebie, sprawca  powinien  trzymać  kamień  w lewej 

ręce.
  – Zgadza się.

  Leworęczny? – zanotował szybko Thomas.
  Spróbował wyobrazić sobie Victora po pierwszym uderzeniu. 

Czy był zbyt zamroczony, żeby się bronić? Ile czasu trwało, nim 
sprawca znalazł dostatecznie duży kamień, żeby go zabić?

  Mocny chwyt, uniesiona ręka. Śmiertelny cios, potem jeszcze 
kilka. Więcej nie było trzeba.

  – To wszystko? – spytał Thomas, zerkając na zegar.
  Za pięć minut miał się spotkać z Margit, ale nic się nie stanie, 

jeśli trochę się spóźni.

background image

  – Niezupełnie. – Sachsen odchrząknął. – Jak się domyślasz, 
analiza   chemiczna   jeszcze   nie   jest   gotowa.   Trochę   potrwa, 

zanim pracownia chemii sądowej przyśle wyniki. Ale znalazłem 
jeszcze coś, co powinno cię zainteresować.

  – Co takiego?
  – Wygląda   na   to,   że   twoja   ofiara   przez   dłuższy   czas   brała 

narkotyki.   Dokładniej   kokainę.   Znalazłem   ślady   białego 
proszku w nosie i uszkodzenia śluzówki. Niewiele tego, ledwie 

widać   gołym   okiem,   ale   są   uszkodzenia   przegrody   nosowej. 
Poza tym miał zastój krwi i wodę w płucach, więc możliwe, że 

brał coś jeszcze. Nie potrafię powiedzieć co konkretnie, dopóki 
nie dostaniemy wyników z SKL.

  – Kokaina – powtórzył Thomas.
  Trawił tę informację.

  Victor   Ekengreen   używał   narkotyków.   Nikt   nie   wspomniał 
o tym podczas przesłuchania.

 

54

  Gdy Thomas wszedł do pokoju Margit, siedziała pochylona 
nad stołem i obierała lekko przejrzałego banana.

  – Rozmawiałem   z Sachsenem.   Przeprowadzili   sekcję   przed 
południem.

  – To świetnie. Co miał ci do powiedzenia?
  Thomas   usiadł   naprzeciw   niej   i podsumował   rozmowę 

z Sachsenem.
  – A więc wszystko wskazuje na to, że Victora zamordowano 

z premedytacją   – zakończył.   – Nie   da   się   inaczej 
zinterpretować tych informacji.

  – Czyli inaczej mówiąc, tak jak przypuszczaliśmy.
  – I jest   jeszcze   coś   – dodał   Thomas.   – Według   Sachsena 

Victor Ekengreen przed śmiercią brał kokainę.
  Margit odłożyła banana.

  – Miał przecież dopiero szesnaście lat. Wcześnie na kokainę, 
zwłaszcza jak na kogoś z tak dobrej rodziny.

  – To chyba bardzo typowe na takich przedmieściach.

background image

  Thomas nie mógł się powstrzymać, ale uśmiechnął się, żeby 
złagodzić ironiczną wymowę.

  – Kokainę,   mówisz   – powtórzyła   Margit,   ignorując 
komentarz Thomasa. – To imprezowy narkotyk.

  – Ale może również sprawiać, że ludzie stają się agresywni, 
zwłaszcza   że   często   używa   się   jej   razem   z alkoholem 

– powiedział   Thomas.   – Victor   przez   cały   weekend   wlewał 
w siebie wódkę, wszyscy tak zeznali. Tobbe mówił, że Victor był 

naprawdę nawalony.
  – Nie   wspomniał   tylko,   że   nie   chodziło   o sam   alkohol. 

– Margit zabębniła palcami w stół. – Alkohol i narkotyki, co za 
świetne połączenie.

  – Sachsen   uważał,   że   Victor   brał   coś   jeszcze,   znalazł 
wskazówki, które o tym świadczyły.

  – Co to mogło być?
  – Za wcześnie, żeby powiedzieć. Ale to nie musi być żaden 

nielegalny narkotyk. Równie dobrze może chodzić o jakiś lek.
  Thomas się zastanawiał.

  – Kokaina   jest  droga  – stwierdził.  – Jeśli   skończyły  mu  się 
zapasy, może wybrał tańsze rozwiązanie.

  – I niekoniecznie lepsze – zauważyła Margit.
  – Niekoniecznie.

  Thomas przypomniał sobie przypadek sprzed wielu lat, gdy 
pewien   mężczyzna   pomieszał   tabletki   na   ból   głowy 

z alkoholem,   rzucił   się   na   swoją   rodzinę   i zdemolował 
mieszkanie.   Kiedy   Thomas   i jego   koledzy   przyjechali, 

mężczyzna był kompletnie szalony i trzeba było trzech ludzi, by 
go obezwładnić. Następnego dnia nic nie pamiętał. Nie potrafił 

pojąć, że wpadł w taki dziki szał.
  – Dodzwoniłam się do tej dziewczyny, na którą mówią Tessan 

– powiedziała   Margit.   – Do   tej,   która   była   z Tobiasem 
Hökströmem. Jej pełne nazwisko brzmi Therese Almblad, ma 

czternaście   lat   i skończyła   ósmą   klasę.   Dopiero   odłożyłam 
słuchawkę.

  Po   minie   Margit   poznał,   że   zdobyła   jakieś   ciekawe 
informacje.

  – No to słucham – powiedział Thomas.

background image

  – Twierdzi,   że   rozstała   się   z Tobiasem   krótko   po   tym,   jak 
przyszli na tę drugą łódź.

  – Była tego pewna?
  – Tak.   Według   Therese   przyszli   tam   razem   koło   ósmej 

i wcisnęli się na rufę z resztą towarzystwa. Najwyraźniej sporo 
ich tam było. Mieli ze sobą wódkę i zaczęli pić drinki, ale po 

jakimś czasie Tobbe powiedział, że chce zejść na ląd. Mówił, że 
musi   pójść   do   kibla.   Dziewczyna   twierdzi,   że   nie   wrócił. 

W końcu   znudziło   jej   się   czekanie   i znalazła   sobie   inne 
towarzystwo.

  – O której widziała go po raz ostatni?
  – Koło ósmej, wpół do dziewiątej.

  – Czyli chłopak na wiele godzin zniknął z radaru – stwierdził 
Thomas.

  – Właśnie.   Nie   ma   alibi,   a poza   tym   okłamał   nas   w tej 
sprawie.

  – Interesujące, zwłaszcza w świetle tego, co mówił Sachsen. 
Victor przed śmiercią brał udział w bójce.

  Margit zmarszczyła czoło.
  – Tobias Hökström miał wielki siniak na policzku.

  Pochyliła   się   nad   koszem   na   śmieci,   wzięła   w dwa   palce 
skórkę od banana i wrzuciła ją do środka.

  – Jedna rzecz mnie zastanawia – powiedziała po chwili.
  – Co takiego?

  – Jeśli założymy, że Hökström znalazł się tam, by przerwać 
kłótnię   Victora   i Felicii,   to   wystarczyłoby   chyba,   żeby   stanął 

między nimi. Dlaczego miałby zabijać Victora, tak jak opisuje 
to Sachsen? I to kilkoma uderzeniami. To się nie trzyma kupy.

  Thomas spróbował wyobrazić sobie scenę na plaży.
  Felicia,   zrozpaczona,   wołała   o pomoc,   pojawił   się   Tobbe. 

Może udało jej się wysłać SMS-a, że Victorowi odbiło. Tobbe 
się   zbliża,   słyszy   jej   krzyki   i rzuca   się   biegiem.   Desperacko 

szarpie   przyjaciela   za   ramię,   w tym   zamieszaniu   Victor   się 
przewraca i uderza w głowę.

  – Zastanawiam się, czy po tym uderzeniu Victorowi coś się 
nie   stało   –   powiedział   powoli   Thomas.   – W połączeniu 

z alkoholem  i narkotykami.   Narkotyki   mogły  sprawić,   że   stał 

background image

się   agresywny,   zachowywał   się   jak   obcy   człowiek   wobec 
najlepszego  przyjaciela.  Może Tobbe  po  prostu  próbował  się 

bronić i znalazł jakiś kamień…
  – Powinniśmy   jak   najszybciej   przesłuchać   Tobiasa 

– zdecydowała   Margit.   –   Felicię   też.   Na   pewno   mają   nam 
więcej do powiedzenia.

  Thomas   zerknął   na   zegar.   Niedługo   miało   się   zacząć 
popołudniowe spotkanie.

  – To pierwsze, co zrobimy jutro rano – stwierdził.
 

55

  Wydawało się, że powietrze stoi w miejscu. Thomas siedział 

przy stole konferencyjnym i próbował wachlować się notesem. 
W pomieszczeniu   było   co   najmniej   dwadzieścia   pięć   stopni. 

Dziadek, siedzący u szczytu stołu, miał ciemne plamy potu pod 
pachami. Jego czoło lśniło.

  Cała   grupa,   z wyjątkiem   Erika   i Kallego,   którzy   wciąż 
przebywali na Sandhamn, zebrała się, by podsumować sytuację 

przed zakończeniem dnia.
  – Czego dowiedziałeś  się na temat ofiary?  – spytał dziadek 

Harry’ego Anjou, przed którym leżała sterta papierów.
  Victor   Ekengreen   miał   szesnaście   lat   i w czerwcu   skończył 

dziewiątą   klasę,   z przyzwoitymi   ocenami.   – Anjou   wertował 
dokumenty. – Rodzina mieszka w dużej willi na Lidingö. Ojciec 

ma na imię Johan, a matka Madeleine nie pracuje. Pobrali się 
dziewiętnaście lat temu, jest to drugie małżeństwo ojca. Starsza 

siostra ma osiemnaście lat, jest też znacznie starsze przyrodnie 
rodzeństwo, oboje mieszkają za granicą.

  – Rodzinie chyba nie brakuje pieniędzy – rzuciła półgłosem 
Margit.

  I może właśnie na tym polegał problem, pomyślał Thomas, 
skoro   szesnastolatka   było   stać   na   regularne   kupowanie 

kokainy.
  – Ekengreen   lubił   sporty   wodne   i narciarstwo   zjazdowe 

– ciągnął   Harry   Anjou.   – Kontaktowałem   się   z kilkoma   jego 

background image

kolegami z klasy. Różnie go opisują. Niektórzy uważali go za 
wysportowanego faceta, może trochę nieśmiałego. Inni mówią, 

że zadzierał nosa i nie zawsze był miły.
  – Co masz na myśli? – spytała Margit.

  Harry Anjou zajrzał do swoich papierów.
  – Zwłaszcza   jeden   chłopak   mówił,   że   Ekengreen   był 

zarozumiałym   typem.   Na   przykład   wykorzystywał   nazwisko 
ojca.   – Rozejrzał   się   po   zebranych.   –   Nie   muszę   chyba 

wyjaśniać, kim jest Johan Ekengreen?
  Dziadek pokręcił głową. Anjou dalej czytał z notatek.

  – Według tego samego informatora zdarzało się, że czepiał się 
kolegów z klasy, których nie lubił.

  – Chodzi ci o to, że narobił sobie wrogów? – spytał Thomas. 
– Może powinniśmy się temu dokładniej przyjrzeć.

  Harry Anjou wzruszył ramionami.
  – Aż tak mocno bym tego nie określił. Ale parę osób za nim 

nie   przepadało.   Dwa   inne   określenia,   które   padły,   to 
„humorzasty” i „kłótliwy”.

  – Wygląda na to, że nie był za fajny – zauważyła Karin Ek.
  – A co z jego dziewczyną? – Dziadek zwrócił się do Margit. 

– Miałaś z nią porozmawiać.
  – Nazywa   się   Felicia   Grimstad   – powiedziała   Margit. 

– Chodzili do tej samej klasy i mieszkali niedaleko. Ma dwoje 
rodzeństwa   i opinię   porządnej,   ale   trochę   niesamodzielnej. 

Zaczęła   być   z Victorem   jesienią   i od   tego   czasu   trzymali   się 
razem.   Ojciec   pracuje   w agencji   rekrutacyjnej,   matka   jest 

bibliotekarką w szkole.
  – Przychodzi tu jutro rano – wtrącił Thomas. – Podobnie jak 

Tobbe Hökström.
  Dziadek   otarł   czoło   chustką.   Plamy   pod   pachami   się 

powiększyły, twarz była czerwona.
  – A billingi? – spytał. – Co wiemy o jego kontaktach?

  – Już   ich   zażądałem   – odparł   Thomas.   – Przyjdą   w tym 
tygodniu.   Przeglądamy   też   jego   SMS-y,   ale   na   razie   nic   nie 

znaleźliśmy.
  – Odzywali   się   z medycyny   sądowej?   – spytał   Dziadek, 

wpychając chustkę do kieszeni. – Jak poszło Sachsenowi?

background image

  – Sekcję przeprowadzono dziś rano – odparł Thomas.
  Podsumował   rozmowę   z Sachsenem   i streścił   spostrzeżenia 

lekarza   sądowego.   Już   prawie   kończył,   gdy   przerwało   mu 
głośne   wycie   syreny   za   otwartym   oknem.   Gdy   przenikliwy 

dźwięk ucichł w oddali, ciągnął dalej.
  – Zobaczymy, co wykaże analiza chemiczna – podsumował.

  Dziadek się zastanowił.
  – Czyli Victor używał narkotyków. Dowiedzmy się więcej na 

ten temat.
  – Tak   – zgodził   się   Thomas.   – Poruszymy   temat   jutro   na 

przesłuchaniach.
  – Ekengreen   musiał   mieć   dealera   – ciągnął   Dziadek. 

– Musimy   się   dowiedzieć,   u kogo   kupował.   To   może   być 
ciekawe.

  Harry Anjou pochylił się, jakby chciał coś powiedzieć.
  – Tak? – Dziadek spojrzał na niego.

  – W tym roku na Sandhamn było znacznie więcej narkotyków 
niż   dotąd   –   powiedział   Harry.   – Powinniśmy   pogadać 

z wywiadowcami z wydziału do walki z narkotykami, przez cały 
weekend   mieli   na   Sandhamn   sześciu   tajniaków.   Po   raz 

pierwszy przeprowadzili tam operację na tak dużą skalę. Kilka 
osób z kręgów narkotykowych widziano w porcie.

  Anjou odchrząknął.
  – Słyszeliście   o Goranie   Minosevitchu?   – spytał   po   chwili. 

– Był tam w sobotę.
  Thomas słyszał, że Minosevitch ma około pięćdziesięciu lat 

i jest   powiązanym   z gangami   dealerem.   Kilka   razy   siedział 
w więzieniu za przestępstwa związane z narkotykami.

  – Paskudny   typ   – podjął   Harry   Anjou.   – Wysoki,   potężny, 
mnóstwo tatuaży. Był na wyspie ze sporą grupą, siedzieli na 

jachcie   w samym   środku   portu.   Całe   towarzystwo   wyglądało 
tak jak on.

  Dziadek zwrócił się do Thomasa i Margit:
  – Skontaktujcie   się   z wydziałem   do   walki   z narkotykami 

i spróbujcie się czegoś dowiedzieć. To może być coś. Ale nie 
zapominajcie o przyjaciołach Victora.

  Thomas   zapisał   to   sobie   w notesie.   Wciąż   jest   wiele   teorii, 

background image

pomyślał.   Nie   możemy   wykluczać   żadnej   możliwości.   Mogło 
chodzić o coś tak banalnego jak kłótnia o narkotyki.

  Odsunął   od   siebie   wcześniejsze   obrazy   z plaży.   Wszystko 
trzeba sprawdzić bez żadnych uprzedzeń.

  Nora   stała   przy   kuchennym   oknie   w willi   Brandów. 
Mimowolnie   zerkała   w stronę   swojego   starego   domu,   gdzie 

teraz   znajdowali   się   Jonas   i Wilma.   Drzwi   wejściowe 
znajdowały   się   w cieniu.   Choć   zwykle   Jonas   zostawiał   je 

otwarte, teraz były zamknięte.
  Jonas nie odzywał się przez cały dzień. Gruda w gardle rosła 

coraz bardziej. Nora pragnęła, żeby pojawił się na schodach, bo 
wtedy miałaby powód, by tam podejść i porozmawiać.

  Wystarczyłoby kilka minut rozmowy, może pogłaskałby ją po 
policzku albo na chwilę przytulił.

  Chciała   go   dotknąć,   poczuć,   że   fizyczny   kontakt   wciąż   jest 
naturalny i oczywisty, że nic się nie zmieniło. To by odpędziło 

złe przeczucia.
  Ale w jej dawnym domu nikt się nie poruszał, a nie chciała 

tam pójść bez jakiegoś powodu.
  Na parapecie leżało kilka martwych much. Nora zgarnęła je 

kawałkiem   papierowego   ręcznika.   Gdy   miała   je   wyrzucić, 
zauważyła, że worek na śmieci jest przepełniony. Jak zwykle 

chłopcy nawrzucali do niego mnóstwo rzeczy. Wypadło kilka 
zużytych torebek z herbatą i ogryzek po jabłku. Ostatnie krople 

z przewróconego   kartonu   po   mleku   wyciekły   na   dno   szafki, 
tworząc żółtawą plamę.

  Westchnęła i pochyliła się, żeby zawiązać worek i zmienić go 
na nowy. Po kolacji będzie musiała pójść do zsypu w porcie.

  Może   wtedy   wpadnie   na   Jonasa?   Ta   myśl   poprawiła   jej 
humor.

  Wystawiła worek do przedpokoju, żeby o nim nie zapomnieć, 
i wymacała   w kieszeni   komórkę.   Może   powinna   mu   wysłać 

krótki   SMS   z pytaniem,   jak   się   czuje   Wilma?   To   chyba   nic 
dziwnego,   że   chciała   się   upewnić,   czy   jego   córka   dobrze   się 

czuje. Nie mógł przecież pomyśleć inaczej. Ona też troszczyła 
się o Wilmę.

  Zanim   zdążyła   zmienić   zdanie,   wybrała   numer   Jonasa 

background image

i napisała krótką wiadomość.
  Co z Wilmą? Czuje się już dobrze? Ściskam, Nora.

  Telefon zapiszczał, gdy wcisnęła „wyślij”.
 

56

  Po   spotkaniu   Margit   poszła   z Thomasem   do   jego   pokoju 

i usiadła   na   krześle   dla   gości.   Thomas   sięgnął   po   telefon 
i włączył funkcję głośnomówiącą.

  Znalazł   numer   do   Torbjörna   Landina,   szefa   oddziału 
specjalnego   do   walki   z narkotykami,   który   odpowiadał   za 

operację na Sandhamn. Miał nadzieję, że Landin wciąż będzie 
na posterunku, choć było już po godzinach.

  W słuchawce odezwał się głęboki, szorstki głos:
  – Landin. – Nazwisko i nic więcej.

  – Chodzi o martwego nastolatka znalezionego na Sandhamn 
– zaczął Thomas i wyjaśnił, po co dzwoni.

  – Słyszeliśmy,   że   Goran   Minosevitch   był   na   wyspie   w noc 
świętojańską – dodała Margit.

  – Z nim nie ma żartów – rzucił natychmiast Landin.
  – Co na niego masz?

  – A co chcesz wiedzieć?
  Thomas wiedział, że Landin w ciągu ostatnich dni miał służbę 

niemal  bez   przerwy,   ale   podejrzewał,   że  za  jego   zmęczonym 
tonem kryje się coś więcej niż brak snu. Ludzie w wydziale do 

walki   z narkotykami   byli   sfrustrowani   i nie   było   to   żadną 
tajemnicą. Dźwigali wielki ciężar, a środków nie wystarczało.

  – Na Minosevitcha mam, ile tylko chcesz – ciągnął Landin. 
– Tak   jak   większość   ludzi   z tych   kręgów   nie   płaci   żadnych 

podatków.   O ile   pamiętam,   przynajmniej   raz   był   na 
długoterminowym   zwolnieniu   chorobowym.   Wiele   razy 

siedział,  najczęściej  za przestępstwa związane  z narkotykami. 
Ale też za handel bronią i długi.

  – Jest agresywny?
  – Był   skazany   za   pobicie   i grożenie   urzędnikowi.   Prawie 

wszyscy oni tacy są.

background image

  – Skąd pochodzi? – spytała Margit.
  – Z byłej Jugosławii.

  Landin   nie   musiał   im   więcej   wyjaśniać.   W ciągu   ostatnich 
trzydziestu   lat   przestępcy   z krajów   bałkańskich   przejęli 

większość   nielegalnych   interesów.   Przetrwali   policyjną 
infiltrację i rywalizację z innymi grupami przestępczymi.

  – Ten   Goran   Minosevitch…   Wiesz,   czy   sprzedaje   narkotyki 
dzieciakom? – spytał Thomas.

  – To zależy, jak zdefiniujesz sprzedaż. Jeśli pytasz, czy robi to 
osobiście,   to   odpowiedź   brzmi   „nie”.   Ale   jego   dealerzy   jak 

najbardziej.
  – O czym mówimy? – spytała Margit.

  – Ma   większość   rzeczy.   Marihuanę,   benzodiazepiny, 
oczywiście   kokainę,   zwłaszcza   w Sztokholmie,   i amfetaminę. 

Ecstasy   też   jest   powszechne.   Wszystkiego   jest   mnóstwo, 
w miejsce każdej substancji, która zostanie sklasyfikowana jako 

narkotyk, pojawia się nowa i niewiele możemy na to poradzić.
  Thomas poznawał w jego głosie własne zniechęcenie, ale nie 

cynizm.
  – Dzieciaki chyba najczęściej palą marihuanę? – spytał.

  – Tak. Na drugim miejscu jest amfetamina, potem kokaina.
  – A jak to wygląda z mieszaniem używek? Tabletki i alkohol? 

– spytała Margit.
  Landin wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.

  – To   częste,   ale   naprawdę   niebezpieczne.   Ludzie   stają   się 
bardzo   apatyczni   albo   nienaturalnie   ożywieni,   dochodzi   do 

zatruć,   utraty   przytomności.   Czasem   stają   się 
w niekontrolowany   sposób   agresywni   i skłonni   do   przemocy. 

To piekielny koktajl.
  – Większość leków jest chyba na receptę? – spytała Margit.

  – To   żadna   przeszkoda.   Leki   przeciwbólowe,   takie   jak 
tradolan i citodon, albo uspokajające, jak sobril, można dostać 

bez   problemu.   Rohypnol   czy   efedrin   kupują   sobie   przez 
internet. Niestety, lekomania bardzo rośnie, zwłaszcza wśród 

nastolatków.
  Thomas   rozumiał   dlaczego.   Nie   można   było   skazać   za   ich 

używanie czy posiadanie osób poniżej osiemnastego roku życia, 

background image

więc nie dało się nic z tym zrobić.
  – Brzmi to alarmująco – zauważyła Margit.

  – Można tak powiedzieć.
  – Jak wygląda sprzedaż narkotyków uczniom starszych klas? 

– chciał wiedzieć Thomas.
  – Sprzedaż na ulicy?

  – Tak.
  Landin parsknął.

  – Znaleźlibyśmy zajęcie dla całej armii policjantów w samym 
tylko hrabstwie sztokholmskim. Cały czas pojawiają się nowi 

dealerzy   z nowymi   numerami   telefonów,   które   podaje   się 
dzieciakom. Niektórzy  sprzedają alkohol, inni cięższe  rzeczy. 

W ostatnich   latach   to   się   znacznie   nasiliło,   zwłaszcza 
w gminach otaczających Sztokholm.

  – Podczas nocy świętojańskiej mieliście pewnie na oku tego 
Minosevitcha i jego towarzystwo, zgadza się? – spytała Margit.

  – Tak – potwierdził Landin.
  – Podejrzewamy,   że   ofiara   mogła   się   pokłócić   ze   swoim 

dealerem i sytuacja wymknęła się spod kontroli – powiedział 
Thomas. – Chcemy się dowiedzieć, co robił Minosevitch i jego 

ludzie w określonych godzinach.
  – W takim razie proponuję, żebyśmy spotkali się jutro rano. 

Zajrzyjcie   koło   ósmej,   zbiorę   całą   ekipę,   która   była   na 
Sandhamn.

  Podczas   rozmowy   Margit   robiła   notatki.   Thomas   zwrócił 
uwagę, że podkreśliła potrójną linią słowa „mieszanie używek” 

i „agresywni”.
  Koledzy   Victora   wspominali   o jego   zmiennych   humorach. 

W wyobraźni Thomasa znów pojawił się obraz dwóch młodych 
ludzi, którzy się biją.

 

57

  Tobbe leżał na sofie w dużym pokoju. Telewizor był włączony, 
ale nie miał pojęcia, jaki kanał czy program ogląda.

  Jutro rano miał się stawić na posterunku policji w Nacce.

background image

  Kobieta, z którą rozmawiał przez telefon, ucinała końcówki. 
Brzmiała jak jego dawna nauczycielka niemieckiego.

  Dlaczego tak szybko wzywali go drugi raz?
  Może   ich   rozzłościł   tym,   że   razem   z Christofferem   opuścili 

Sandhamn. To nie była jego wina, ojciec tak zdecydował. Ale 
gdy zadzwonili z policji, Arthura oczywiście nie było w pobliżu 

i Tobbe nie miał odwagi się przeciwstawić. Obiecał, że będzie 
tam o dziesiątej.

  Był sam w mieszkaniu. Christoffer poszedł do jakichś kumpli, 
matka   poszła   po   zakupy.   Wczoraj   czekała   na   nich 

z przerażeniem   w oczach,   ale   Tobbe   minął   ją   i bez   słowa 
poszedł do swojego pokoju.

  Przecież i tak nic nie rozumiała.
  Arthur miał zawziętą minę, gdy podwoził ich do mieszkania.

  – Od   tej   pory   nie   powiecie   ani   słowa   na   policji   bez 
wcześniejszego uzgodnienia ze mną.

  To była ostatnia rzecz, jaką im powiedział, zanim odjechał. 
W ogóle nie wspomniał o śmierci Victora. Nie zapytał nawet, 

jak Tobbe się czuje.
  – Cholerny   stary   – mruknął   Tobbe.   – Przejmuje   się   tylko 

tym, co ludzie pomyślą. Ma gdzieś mnie i Christoffera, przecież 
zawsze tak było. Potrafi tylko płacić.

  Dla ojca pieniądze nigdy nie były problemem. Po rozwodzie 
Tobbe  dostawał  kasę,  kiedy  udało   mu  się  coś  w szkole.  Pięć 

stów za „dobry”, tysiaka za „bardzo dobry”. Takimi rzeczami 
Arthur się przejmował.

  To była kupa kasy, znacznie więcej, niż miała większość ludzi 
w klasie. Victor był pod wrażeniem, kiedy się dowiedział, ile 

dostał Tobbe. Siedzieli wtedy na ławce na szkolnym podwórzu 
i dopiero co poznali wyniki pierwszego egzaminu z matematyki 

w semestrze jesiennym.
  Tobbe dostał dobry.

  – No to pięć stów do kieszeni – oświadczył zadowolony.
  – Twój   stary   musi   mieć   straszne   wyrzuty   sumienia 

– zauważył Victor, zapalając papierosa. – Prawdziwy guilt trip.
  Podsunął mu paczkę, z której Tobbe wyjął marlboro, i zapalił 

zapałkę.

background image

  – Raczej spłaca to w ratach. – Tobbe wyszczerzył zęby.
  To było osiem miesięcy temu. Wydawało mu się, że minęło 

sto lat.
  Tobbe apatycznie sięgnął po dużą coca-colę stojącą na stoliku 

i napił się prosto z butelki. Napój był letni, ale miał to gdzieś. 
Nic nie jadł przez cały dzień, nie był głodny.

  Victor nie żyje, nie mógł tego pojąć.
  Tobbe przełknął i smak coli zmieszał się ze słonymi łzami.

 

58

  Zbliżała się pora kolacji, ale Jonas nie był głodny. Przez cały 
dzień ledwie zamienił parę słów z Wilmą, choć ze względu na 

nią został w domu. Spała do późna, a kiedy już wstała, wzięła 
kanapki, które jej przygotował, i wróciła do swojego pokoju.

  Gdy   pukał,   udawała,   że   śpi;   przypuszczał,   że   chciała   jak 
najbardziej odwlec rozmowę.

  W sumie to i lepiej, on też czuł się wykończony, zmęczył go 
niepokój ostatniej doby. Miło było mieć trochę spokoju, on też 

musiał dojść do siebie.
  Sądząc   po   dźwiękach   komórki,   które   słyszał   przez   drzwi 

Wilmy,   SMS-owała   ze   znajomymi.   Nie   mogła   być   aż   tak 
strasznie wyczerpana.

  Jonas wziął popołudniówkę  i wyszedł do ogrodu z kubkiem 
kawy. Usiadł na białym ogrodowym krześle, które wciąż stało 

w słońcu, ale niedługo miało znaleźć się w cieniu domu.
  Wertując   gazetę,   znalazł   całą   stronę   z nagłówkiem: 

„Morderstwo   w Sandhamn”.   Poniżej   było   duże   zdjęcie 
z Skärkarlshamn,   przedstawiające   teren   ogrodzony   policyjną 

taśmą.
  „Policja poszukuje świadków”, brzmiał podtytuł.

  Zadzwoniła   komórka.   Jonas   wyjął   telefon   i zerknął   na 
wyświetlacz. To była Margot.

  Znów chciała na niego nawrzeszczeć?
  Jonas odstawił kubek i odebrał bez większego entuzjazmu.

  – Cześć, Margot.

background image

  – Jak tam?
  – Tak sobie. Siedzę w ogrodzie, Wilma jest w swoim pokoju. 

Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że mnie unika.
  – Przed chwilą z nią rozmawiałam.

  Jej głęboki głos brzmiał poważnie, był cichszy niż zwykle.
  Jonas   usłyszał   jakiś   szelest.   Wyobraził   sobie,   jak   Margot 

zbiera lśniące brązowe włosy w koński ogon, pamiętał ten gest 
jeszcze   ze   szkoły.   Zaczęli   być   ze   sobą   w ostatniej   klasie 

gimnazjum,   a Margot   zaszła   w ciążę   mniej   więcej   w czasie 
egzaminów   maturalnych.   Gdy   przeprowadzali   się   do 

maleńkiego   mieszkanka,   nie   mieli   pojęcia,   co   ich   czeka. 
Wkrótce   po   drugich   urodzinach   Wilmy   Jonas   dostał   się   na 

szkolenie   dla   pilotów   w Ljungbyhed.   Jakiś   czas   później   ich 
związek się rozpadł.

  Rozstanie   nie   przebiegło   jednak   dramatycznie.   Sprawowali 
naprzemienną   opiekę   nad   Wilmą   – wyjątek   stanowiły   lata, 

które Jonas spędził w Skanii.
  Od dawna się nie zdarzyło, by skrzyczała go tak jak wczoraj. 

Z biegiem lat stali się serdecznymi przyjaciółmi i zdarzało się, 
że   spędzał   święta   Bożego   Narodzenia   z Margot   i jej   nową 

rodziną.
  – Gdzie była? – spytał. – Co się stało?

  Margot zwlekała z odpowiedzią.
  – Musiałam jej obiecać, że nic ci nie powiem. Przykro mi, ale 

jeśli z nią porozmawiasz, zrozumiesz.
  Nastąpiła chwila milczenia. Jonasowi nie spodobały się słowa 

Margot, ale słyszał z jej tonu, że nie ma sensu na nią naciskać.
  Zaczęła coś mówić, ale urwała. Spróbowała jeszcze raz:

  – Słuchaj, przepraszam, że wczoraj tak na ciebie najechałam. 
Po prostu tak strasznie się martwiłam, że coś się stało Wilmie.

  Jonas nie mógł mieć jej za złe tych ostrych słów, bo w sumie 
się z nią zgadzał.

  – W porządku – powiedział. – Zapomnijmy o tym.
  Margot nie chciała zmieniać tematu.

  – Jesteś   dobrym   ojcem   i też   masz   prawo   poznać   kogoś 
nowego.   Naprawdę   się   cieszę,   że   znalazłeś   Norę.   Sprawia 

strasznie sympatyczne wrażenie.

background image

  Nora była u Jonasa pewnego wieczoru, gdy Margot przyniosła 
kilka rzeczy, których potrzebowała Wilma. Przez kilka minut 

rozmawiały w przedpokoju i przyszło im to naturalnie.
  Margot roześmiała się w trochę wymuszony sposób.

  – Uwierz   mi   – powiedziała.   – Chcę,   żebyś   ty   też   kogoś 
znalazł. Może żebyś miał więcej dzieci, tak jak ja. Wcale nie 

jesteś jeszcze taki stary.
  Od tych słów zrobiło mu się ciepło na sercu. Ale w tej chwili 

nowa rodzina wydawała się czymś bardzo odległym.
  Jakiś trzmiel krążył wesoło wokół gęstego krzewu czerwonej 

porzeczki,   rosnącego   pod   samym   płotem.   Drobne   jasnożółte 
owocki zwisające z gałęzi świadczyły o tym, że w tym roku będą 

dobre zbiory.
  Czy   to   Nora   zasadziła   tę   porzeczkę?   Na   tę   myśl   Jonasowi 

ścisnęło się gardło.
  – W każdym   razie   chciałam   ci   to   powiedzieć.   Żebyś   o tym 

wiedział – zakończyła Margot.
  – Dobrze. Dzięki.

  Chwila milczenia.
  – Gdybym   była   na   twoim   miejscu   – odezwała   się   Margot 

– dziś wieczorem dałabym Wilmie spokój i pogadałabym z nią 
jutro.   Musicie   chyba   nabrać   trochę   dystansu   do   tego 

wszystkiego.
  Bzyczący trzmiel ostatni raz okrążył porzeczkę i odleciał do 

ogrodu sąsiadów.
  – To   chyba   dobry   pomysł   – stwierdził   Jonas.   – Na   pewno 

masz rację. – I bez śladu ironii w głosie dodał: – Jak zwykle.
  Margot roześmiała się ciepło.

  – Dbaj o siebie – powiedziała i się rozłączyła.
  Jonas wsunął telefon do kieszeni. Porozmawia z Wilmą jutro, 

kiedy oboje będą wypoczęci.
 

59

  Pernilla odebrała dopiero po czterech sygnałach, gdy Thomas 

już   się   szykował,   by   nagrać   wiadomość.   Wciąż   był   na 

background image

posterunku.   Ostatnie   godziny   spędził,   siedząc   przy   telefonie 
i próbując dowiedzieć się jak najwięcej o Tobbem Hökströmie.

  Powoli zaczynał się wyłaniać pewien obraz.
  – Halo?

  Głos   był   zdyszany,   jakby   biegła   do   telefonu.   Było   pięknie, 
może wciąż siedziała przy pomoście w wieczornym słońcu.

  Thomas   w wyobraźni   zobaczył   spokojną   zatoczkę,   pale,   na 
których odpoczywają mewy, pomost kąpielowy na końcu.

  – Cześć, to ja.
  – Dobry wieczór, mój panie.

  Uśmiechnął się, słysząc ten staromodny zwrot. Cała Pernilla.
  – Co   u ciebie   słychać?   – ciągnęła.   – Pozwól,   że   zgadnę. 

Siedzisz w pracy i wiesz, że nie zdążysz na ostatni prom. Nie 
przypłyniesz dzisiaj.

  Pernilla dobrze go znała.
  Thomas   miał   właśnie   odpowiedzieć,   lecz   nagle   usłyszał 

okropny  wrzask   w słuchawce.   Choć  Elin   miała   dopiero  kilka 
miesięcy, można było powiedzieć, że ma zdrowe płuca.

  – Twoja   córka   jest   dzisiaj   nie   w humorze   – powiedziała 
Pernilla,   przekrzykując   hałas.   – Porozmawiamy   później. 

Zadzwonię do ciebie, kiedy zaśnie.
  Thomas odłożył telefon i w tej samej chwili usłyszał pukanie 

do drzwi. Harry Anjou wsunął głowę do pokoju.
  – Masz chwilę czy zbierasz się do domu?

  – Chodź.   – Thomas   wskazał   głową   na   krzesło   dla   gości. 
– Usiądź sobie.

  Odsunął na bok papierki po hamburgerze, którego zjadł na 
kolację. Harry Anjou usiadł i potarł się po podbródku. Szorstki 

zarost był teraz wyraźnie widoczny.
  – Zastanawiałem się nad tymi narkotykami. – Harry opadł na 

oparcie.   –   Jeśli   Victor   Ekengreen   chciał   porządnie 
poimprezować   w noc   świętojańską,   pewnie   zabrał   ze   sobą 

spore zapasy. Ale może coś się stało. Ktoś go okradł albo zgubił 
je   w morzu,   kto   to   może   wiedzieć.   W każdym   razie   to   go 

strasznie wkurzyło. Poza tym wiemy, że był pijany.
  – Z tego,   co   mówili   jego   przyjaciele,   chyba   źle   tolerował 

alkohol – stwierdził Thomas.

background image

  – Właśnie – powiedział Anjou. – Myślę, że szukał dealera na 
wyspie, żeby kupić więcej, i skończyło się tym, że nadział się na 

jednego z ludzi Minosevitcha.
  – Tak jak mówiliśmy na zebraniu – stwierdził Thomas.

  Zastanawiał się, do czego dążył kolega.
  – Właśnie – powiedział Anjou. – Pamiętasz, jego dziewczyna 

wspominała, że Ekengreenowi się śpieszyło, gdy dogoniła go na 
wzgórzu   za   Restauracją   Żeglarską.   Może   to   wcale   nie   był 

przypadek. Mógł się umówić na spotkanie z dealerem.
  – Felicia   mówiła,   że   Victor   nie   chciał   jej   znać   – przyznał 

Thomas. – Musiała go prosić, żeby pozwolił jej ze sobą pójść.
  – To mi przyszło do głowy. Może dziewczyna myślała, że idą 

do Skärkarlshamn bez żadnego powodu, ale to miejsce, gdzie 
znaleziono Ekengreena, jest na uboczu. Idealnie nadawało się 

na spotkanie, żeby kupić narkotyki tak, żeby nikt nie zwrócił na 
to uwagi.

  Krzywy uśmiech.
  – Wierz mi – ciągnął – w całym porcie roiło się od policji, ale 

tam się prawie nie zapuszczaliśmy. Najwyżej jakiś pojedynczy 
patrol,  który   od  czasu  do  czasu   sprawdzał,   czy  nikt  nie  pali 

ogniska w lesie.
  – Więc gdybyśmy się dowiedzieli, z kim Ekengreen  umówił 

się na spotkanie… – zaczął z namysłem Thomas.
  – …może   znaleźlibyśmy   świadka   albo   nawet   potencjalnego 

sprawcę.   Założę   się,   że   daleko   zajdziemy   z tą   sprawą,   jeśli 
dotrzemy do jego dealera. Może Ekengreen nie chciał zapłacić 

ceny,   której   zażądał   dealer,   i spróbował   go   wykiwać.   To 
przecież twarde typy.

  – Landin też tak mówił.
  Anjou pochylił się z zapałem w stronę Thomasa.

  – Wyobraź sobie, że kiedy ma dojść do transakcji, Ekengreen 
zaczyna   szukać   zaczepki.   W końcu   zaczynają   się   bić 

i Ekengreen   traci   przytomność.   Wtedy   dealer   zaczyna   się 
martwić, nie chce ryzykować, że Ekengreen się ocknie i zgłosi 

to na policję, więc go zabija.
  – Chcesz   powiedzieć,   że   zabił   go   na   wszelki   wypadek? 

– spytał Thomas. – To trochę naciągane.

background image

  Anjou pokręcił głową.
  – Niekoniecznie. Wielu z tych dealerów nie ma pozwolenia na 

stały   pobyt.   Jeśli   wpadną   za   jakieś   przestępstwo   związane 
z narkotykami, niemal zawsze po odsiedzeniu kary czeka ich 

deportacja. To wysoka cena, wielu zrobi wszystko, byle tylko 
nie musieć opuszczać kraju.

  Anjou rozłożył ręce.
  – W każdym razie mam taką hipotezę.

  – Zobaczymy,   co   jutro   powie   Landin.   – Thomas   wyciągnął 
ręce przed siebie i się zamyślił.

  Sprawdzili   zamieszanych   w bójkę   z użyciem   noża,   ale   nie 
znaleźli żadnego związku. Ale dobrze będzie się dowiedzieć, czy 

koledzy z wydziału do walki z narkotykami zwrócili uwagę na 
Victora albo coś innego, co mogło się wiązać z jego śmiercią.

  W każdym razie wyglądało na to, że Anjou zaczynał czuć się 
pewnie w nowym miejscu.

  – Poza   tym   co   słychać?   – spytał   Thomas.   – Od   razu 
rzuciliśmy cię na głęboką wodę.

  – Można tak powiedzieć. Ale wolę to, niż przekładać papierki. 
Myślałem, że będę musiał zacząć od drobnych wykroczeń i tym 

podobnych.
  Thomas   uśmiechnął   się   pod   nosem   na   myśl   o Anjou 

otoczonym stertami nakazów zapłacenia grzywny.
  – Jak ci się podoba w Sztokholmie? – spytał.

  – Jest   w porządku.   Szybsze   tempo   niż   w Norrlandii.   Lubię 
wielkie miasta, to, że ludzie nie wściubiają ciągle nosa w nie 

swoje   sprawy.   – Anjou   się   skrzywił.   – Wiesz,   jak   to   jest 
w małych   miasteczkach,   ciągle   jakieś   plotki.   Każdy   sukinsyn 

ma o tobie coś do opowiedzenia. Tutaj czuję się o wiele lepiej.
  Thomas   zerknął   na   zegar.   Dochodziło   wpół   do   dziesiątej. 

Ziewnął.  – Spadamy? – rzucił i od razu wstał.
 

60

  Thomas   wsiadł   do   volvo   i zapiął   pasy.   Pernilla   się   nie 

odezwała,   ale   do   tej   pory   Elin   powinna   już   zasnąć.   Wyjął 

background image

komórkę.
  – Cześć, to ja – powiedział, gdy odebrała. – Usnęła już?

  – Tak. Na szczęście – odparła Pernilla i roześmiała się cicho, 
ale zaraz spoważniała. – Zastanawiam się, czy nie miała ataku 

kolki, strasznie krzyczała. Może powinniśmy zapytać w aptece 
o jakiś   środek   na   kolkę?   Wydaje   mi   się,   że   długo   tego   nie 

wytrzymam.
  Znów dały o sobie znać wyrzuty sumienia. Powinien być na 

Harö i zajmować się córką. Zamiast tego przesiadywał w biurze 
po dwanaście godzin dziennie.

  – Jak wam idzie?
  – Tak  sobie – przyznał Thomas. – Ale jesteśmy dopiero na 

początku śledztwa. Trzeba zrobić mnóstwo rzeczy, zawsze tak 
jest.

  – Czytałam o tym w gazetach. Przejęłam się, choć nie znam 
Johana Ekengreena ani jego żony.

  Thomas   usłyszał   odgłos   zamykanych   drzwi   i silnik 
przepływającej   gdzieś   w oddali   motorówki.   Pewnie   Pernilla 

usiadła przy pomoście.
  – Ciężko wam?

  W głosie   Pernilli   słyszał   tylko   zaangażowanie,   ani   cienia 
wyrzutów, że został w mieście. Thomas kochał ją za to.

  – Wiesz, jak jest – odparł. – Tysiące rzeczy do sprawdzenia 
i mało   ludzi,   którzy   mogą   to   zrobić.   Pożyczyli   nam   kilku 

z wydziału   porządkowego,   zajmują   się   przyjmowaniem 
telefonów, sprawdzają różne rzeczy i tak dalej. Wszystko długo 

trwa.
  Thomas   minął   Danvikstull   i zbliżał   się   do   Folkungagatan, 

gdzie   miał   skręcić,   żeby   dojechać   do   mieszkania   na   Söder. 
Musiał   się   zatrzymać   na   czerwonym   świetle.   Przy   terminalu 

promowym   po   prawej   stronie   stał   wielki   oświetlony   prom 
kursujący do Finlandii.

  – Przeprowadzili   sekcję.   Dziś   mieliśmy   kilka   zebrań.   Na 
pierwszy   rzut   oka   wszystko   wygląda   dobrze,   te   dzieciaki   są 

dobrze wychowane, z bogatych rodzin. Ale jak tylko się zajrzy 
pod powierzchnię…

  Światło zmieniło się na zielone i Thomas skręcił w lewo.

background image

  – Pieniądze   to   naprawdę   nie   wszystko   – powiedział.   – To 
przygnębiające.

  – A ty czym się zajmujesz? – spytała Pernilla.
  – Przez ostatnie godziny sprawdzałem najlepszego przyjaciela 

zabitego   chłopaka.   Byli   razem   w Sandhamn.   Próbujemy 
zrozumieć, co tam się stało.

  Obraz   Tobbego   wyłaniał   się   stopniowo,   gdy   Thomas 
rozmawiał   z nauczycielami   i ludźmi,   którzy   go   znali. 

Najczęściej opisywali Tobbego jako wesołego lekkoducha, który 
zawsze   ma   w zanadrzu   jakąś   bystrą   uwagę.   Chłopaka,   który 

chciał   zwrócić   na  siebie   uwagę,   szukał   potwierdzenia.   Wielu 
uważało, że Tobbe za dużo imprezuje, mimo to cieszył się sporą 

sympatią.
  – Jesteś tam? – spytała Pernilla.

  Thomas zdał sobie sprawę, że pogrążył się w rozmyślaniach.
  – Myślałem o tych dzieciakach.

  – I co, doszedłeś do czegoś?
  – Za wcześnie, żeby coś powiedzieć. Musimy zrekonstruować, 

co   robili   wszyscy,   którzy   byli   tam   z Victorem   podczas   tej 
ostatniej doby, a to trochę potrwa.

  Usłyszał, że Pernilla smutno wzdycha.
  – Miał   dopiero   szesnaście   lat   – powiedziała   z ociąganiem. 

– To tak niewiele.
  – Tak.

  Umilkli, Thomas wiedział, że oboje myślą o Elin.
  – Spróbuję   przypłynąć   jutro   – powiedział   i zakończył 

rozmowę.
  Jego myśli powróciły do Tobbego.

  Wydawał   się   zagubiony.   Thomas   na   podstawie   tego,   co 
usłyszał, wyciągnął wniosek, że chłopak nie wiedział za dobrze, 

czego   chce.   Miał   przyzwoite   oceny,   lecz   wielu   nauczycieli 
uważało, że jest gadatliwy, że trudno mu usiedzieć spokojnie 

i się   skupić.   Większość   była   zgodna,   że   rozwód   rodziców 
wywarł na niego negatywny wpływ. W ostatniej klasie stał się 

jeszcze bardziej niespokojny.
  Victor zażywał narkotyki. Bez wątpienia Tobbe też to robił.

  Czy   on   również   stawał   się   wtedy   agresywny?   Czy   tego 

background image

wieczoru na plaży dwóch naćpanych chłopaków skoczyło sobie 
do gardła?

 

61

  Nora i chłopcy siedzieli przed telewizorem w dawnej szwalni 
Signe, w której urządzili sobie pokój wypoczynkowy. Wtulili się 

w siebie   na   pięknej   aksamitnej   sofie   z barwnymi   haftami, 
która, odkąd Nora sięgała pamięcią, zawsze tu stała. To był ten 

sam mebel, na którym kiedyś prawie się udusił młodszy brat 
Signe, gdy sofa przez przypadek się złożyła, a on utknął pod 

materacem.
  Nora słyszała tę historię wiele razy. Zawsze gdy tu siadała, 

mimowolnie myślała o Signe i jej bracie. Na wszelki wypadek 
wzięła   młotek   i gwoździe   i unieruchomiła   mechanizm.   Jej 

synowie nie będą narażeni na to, żeby udusić się pod jakimś 
materacem.

  Na ścianie nad sofą wisiał jeden z ulubionych obrazów Signe, 
piękny   olejny   pejzaż   Axela   Sjöberga,   malarza   kochającego 

szkiery.   Przez   większą   część   życia   mieszkał   na   Sandhamn, 
w porcie przed muzeum szkierów stał jego pomnik.

  Dochodziła   jedenasta.   Niebo   przybrało   granatowy   odcień. 
W całym   domu   pachniało   popcornem,   Adam   go   uwielbiał 

i zrobił dwie wielkie miski.
  Głowa Simona spoczywała na jej kolanach, Adam siedział tuż 

obok nich. Nora próbowała rozkoszować się tą chwilą. Ostatnie 
dni   były   przytłaczające,   teraz   pragnęła   odciąć   się   od   całego 

świata i po prostu być z chłopcami.
  Tak bardzo was kocham, pomyślała i pogłaskała Simona po 

policzku. Ledwie to zauważył, obaj jej synowie byli całkowicie 
skupieni   na   akcji   filmu.   Adam   jadł   popcorn,   nie   odrywając 

wzroku od ekranu. Kilka białych ziarenek upadło na dywan.
  Nora położyła rękę na szyi Simona. Był trochę spocony i jej 

też   zaczynało   się   robić   gorąco,   ale   cieszyła   ją   ta   bliskość. 
Przypominało jej to pierwsze lata dzieciństwa chłopców, gdy 

przed zaśnięciem leżeli jak żabki wtuleni w jej pierś. Wtedy nie 

background image

chcieli być nigdzie indziej, tylko u mamy.
  Napięte mięśnie Nory powoli się rozluźniały. Lampa naftowa 

na pomalowanym na szaro kredensie płonęła ciepłym żółtym 
światłem, kilka zbłąkanych owadów krążyło wokół niej. Okno 

było uchylone, cienkie koronkowe firanki unosiły się w ciepłej 
wieczornej bryzie.

  Choć próbowała skupić się na filmie, jej myśli powracały do 
Jonasa. Nie odpisał na jej SMS ani nie odezwał się przez cały 

dzień. Czy była naiwna, sądząc, że wszystko się ułoży, bo tak 
bardzo się w sobie zakochali? Może wiosną wszystko działo się 

za szybko?
  Nora czuła, że te zmiany były zbyt wielkie dla Wilmy.

  Ebba  zgasiła  nocną lampkę  i podciągnęła  kołdrę  pod szyję. 
Powinna   spać,   ale   nie   potrafiła   przestać   myśleć   o Tobbem. 

Przez cały czas zastanawiała się, jak się czuje i co robi. Wczoraj 
długo leżała w łóżku i zasnęła dopiero nad ranem.

  Przypomniała   sobie   łobuzerski   uśmiech   Tobbego,   gdy 
próbował   ją   rozśmieszyć   podczas   nudnego   wykładu   w auli. 

Ciepło, gdy trzymali się za ręce na przerwach. Uczucie, że są 
tylko we dwoje.

  Przypomniała   sobie,   jak   po   raz   pierwszy   u niej   nocował. 
Matka   wyjechała   i Ebba   powiedziała   jej,   że   będzie   mieszkać 

u Felicii.   Zamiast   tego   zaprosiła   Tobbego   do   domu   i zasnęli 
razem w jej łóżku.

  Nigdy nie była tak szczęśliwa jak wtedy, gdy rano otworzyła 
oczy, a on był obok. Jego rude włosy rozsypały się na poduszce.

  Tobbe w najlepszym wydaniu, pomyślała.
  Zapiszczała   komórka   na  nocnym   stoliku.   Ebba   sięgnęła   po 

nią,   nie   zapalając   lampki.   Gdyby   matka   zauważyła,   że 
esemesuje o tej porze, byłaby wściekła.

  Wbrew wszystkiemu miała nadzieję, że to Tobbe się odezwał. 
Niestety, SMS przysłała Felicia z Vindalsö.

  Ebba miała zostać na Lidingö przez cały tydzień, aż do dnia, 
w którym zaczynał się urlop jej matki. Później na czternaście 

dni pojadą na Gotlandię.
  Ebba odczytała krótką wiadomość.

  Tobbe ma jutro iść na policję, ja też.

background image

  Poczuła grudę w gardle. Przełknęła kilka razy ślinę.
  Dlaczego?

  Odpowiedź przyszła natychmiast.
  Nie wiem.

  Upłynęło kilka sekund, potem telefon znów zapiszczał.
  Litery lśniły w półmroku.

  Widziałam Tobbego na plaży, kiedy zginął Victor. Co mam  
powiedzieć policji?

 

62

  W bibliotece   paliła   się   samotna   lampa.   Johan   Ekengreen 
siedział na brązowym skórzanym fotelu. Lampa rzucała słaby 

krąg   światła,   regały   pod   ścianami   okrywał   cień.   Płyta   CD 
z Johnnym   Cashem   dawno   przestała   grać,   ale   Johan   nie 

potrafił znaleźć w sobie siły, by wstać i włączyć nową. W ręce 
trzymał   kieliszek   z koniakiem,   butelka   na   stole   była   prawie 

pusta.
  Ellinor   wylądowała   dziś   po   południu,   blada   i zdruzgotana. 

Gdy   go   zobaczyła   w hali   przylotów,   zaczęła   płakać.   Johan 
zacisnął   zęby,   nie   mógł   się   rozkleić   przy   wszystkich   tych 

ludziach. Zauważył, że wiele osób go rozpoznaje. Zamiast tego 
zacisnął szczęki tak mocno, że jego głos zabrzmiał szorstko:

  – Daj mi walizkę. Samochód czeka.
  Szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi, by zdążyć stamtąd 

wyjść,   zanim   przestanie   panować   nad   sobą.   Ellinor   musiała 
prawie za nim biec.

  Pontus, jego najstarszy syn, wciąż przebywał na Ibizie. Tylko 
jego ta wiadomość nie załamała. Będzie zadowolony, byle tylko 

mógł grać w golfa i jeździć na nartach, pomyślał cierpko Johan.
  Pontus żył, a Victora już nie było.

  Bez sensu tak myśleć. To niesprawiedliwe. Ale nie potrafił się 
powstrzymać. To nie z Pontusem wiązał największe nadzieje. 

Najstarszy syn był wesoły, czarujący i… niewiele ponadto. Nie 
wyrósł na gracza dużego kalibru, pod tym względem upodobnił 

się do matki. Tak wyglądała gorzka prawda.

background image

  W półmroku Johan przyznał się sam przed sobą, co naprawdę 
czuł.   To   w najmłodszym   synu   poznawał   samego   siebie,   to 

Victor miał kontynuować jego dzieło.
  A jednak   warunki,   w jakich   dorastał   Victor,   były   zupełnie 

inne. Johan niczego nie dostał za darmo. Rodzice pracowali na 
roli,   by   utrzymać   jego   i starsze   siostry.   Matkę   nieustannie 

bolały zęby, ale nie starczało pieniędzy na wizytę u dentysty. 
W końcu musiała usunąć je co do jednego.

  Wciąż   prześladowało   go   wspomnienie   sztucznej   szczęki   na 
stoliku przy łóżku.

  Wcześnie stało się jasne, że Johan ma głowę do nauki. Choć 
brakowało   pieniędzy,   matka   nalegała,   by   poszedł   do 

gimnazjum   i nie   kończył   na   podstawówce,   tak   jak   reszta 
chłopaków z ich małej miejscowości.

  Johan jako pierwszy w rodzinie zdał maturę.
  Powinienem wspominać ten dzień z radością, pomyślał nie po 

raz pierwszy. Ale jedyne, co zapamiętał, to upokorzenie. Wstyd, 
jaki czuł, kiedy stał na szkolnym podwórku z rodzicami. Ojciec 

w znoszonej   czapce   z daszkiem,   matka   w starym   swetrze 
i sukience w kwiatki.

  Został zaproszony na przyjęcia maturalne kolegów z klasy. To 
było  jak  żart,  ponieważ  nie  mógł  się zrewanżować i zaprosić 

kogoś do siebie.
  Zaraz   po   szkole   trafił   do   wojska.   Służył   w jednostce 

komandosów piechoty morskiej. To był najlepszy czas w jego 
życiu. Gdy zaczynał studia na uniwersytecie, naprawdę za tym 

tęsknił.  Ale nauka przychodziła  mu łatwo,  miał dobre oceny 
i z pewnym   zdziwieniem   zauważył,   że   jest   popularny   wśród 

koleżanek z roku.
  Otworzył się przed nim nowy świat.

  Dopasował   się   jak   kameleon.   Ukradkiem   obserwował 
bogatych przyjaciół i ich zwyczaje. Jak mężczyzna dotrzymuje 

towarzystwa   kobiecie,   jak   młodszy   zwraca   się   do   starszego. 
Przyswajał sobie to wszystko.

  Dyskretnie dodał kilka liter do swojego nazwiska, żeby lepiej 
brzmiało.   Z Ekgrena   stał   się   Ekengreenem.   Dzięki   nowym 

kontaktom   dostał   dobrą   pracę,   do   której   chodził   w białej 

background image

koszuli   i wyglansowanych   butach.   Kiedy   miał   trzydzieści   lat, 
zarabiał takie kwoty, o jakich jego rodzice nawet nie marzyli.

  Rzadko ich odwiedzał.
  Stopniowo   awansował,   dostał   nową   pracę,   potem   kolejną. 

Wkrótce   po   trzydziestce   po   raz   pierwszy   został   dyrektorem 
zarządzającym.   Zaczęto   go   zapraszać   na   dyskusje   panelowe, 

udzielał   wywiadów   w prasie   biznesowej.   Po   kilku   latach 
zadzwonił do niego prezes zarządu notowanej na giełdzie dużej 

firmy. Szukał szefa koncernu.
  Johan zaczął zarabiać jeszcze więcej, ale nigdzie nie czuł się 

u siebie.   Starannie   to   ukrywał,   zamieszkał   w luksusowym 
domu   na   bogatych   przedmieściach,   nosił   szyte   na   miarę 

garnitury.
  Matka Nicole i Pontusa przez jakiś czas towarzyszyła mu w tej 

podróży.   Wiele   lat   przymykała   oczy   na   plotki   o innych 
kobietach. W końcu miała dość i od niego odeszła.

  Kika   lat   później   poznał   Madeleine   na   kolacji   u znajomych. 
Była   idealna:   o szesnaście   lat   młodsza,   ze   znanej   rodziny 

finansistów,   jej   matka   wywodziła   się   z polskiej   szlachty. 
Najpierw   urodziła   się   Ellinor,   potem   Victor.   Oboje   byli 

jasnowłosi i eleganccy jak matka.
  Ellinor i Victor.

  Mocniej ścisnął kieliszek z koniakiem.
  Na półce nad kominkiem stały zdjęcia dzieci. Jego  czworga 

dzieci. Teraz zostało tylko troje. Victor nigdy nie wróci. Śmierć 
była jedyną nieodwołalną rzeczą.

  Po raz pierwszy w życiu Johan poczuł się stary.
  Upił duży łyk i poczuł na języku palący trunek.

  Niepewność związana ze śmiercią Victora dręczyła go o wiele 
bardziej,  niż  przypuszczał.  Nagle  zrozumiał,  dlaczego   krewni 

ludzi, którzy zginęli w katastrofach morskich, potrafili walczyć 
przez całe lata o wydobycie ciał.

  Potrzeba   dowiedzenia   się,   co   się   stało,   była   fizyczna; 
niepewność   sprawiała   ból.   To   było   jedyne,   o czym   myślał 

w ciągu ostatniej doby.
  Kto zamordował jego syna?

  Po   południu   zadzwonił   na   policję,   by   dowiedzieć   się 

background image

o postępach w śledztwie, ale odpowiedź była niezadowalająca.
  – Skontaktujemy   się,   gdy   dowiemy   się   więcej   – powiedział 

mu Thomas Andreasson.
  To nie wystarczy.

  Johanowi ścisnął się żołądek na myśl o tych pustych słowach. 
Czy   będzie   musiał   czekać   na   odpowiedź   tygodniami,   może 

nawet miesiącami?
  – Chyba musicie coś wiedzieć? – spróbował.

  – Skontaktujemy się z panem – powtórzył policjant.
  Johan czuł, jak niepewność go dusi. Frustracja narastała. Nie 

mógł tak po prostu siedzieć i czekać.
  Stanowczo   odstawił   kieliszek   i wstał   z fotela.   Zrobił   parę 

kroków, nie wiedząc, dokąd idzie. Podszedł do biurka, oparł się 
o blat.

  Jego spojrzenie przesuwało się po pokoju.
  W najdalszym   regale   na   przedostatniej   półce   stała   księga 

jubileuszowa   komandosów   piechoty   morskiej,   elitarnej 
jednostki z Korsö pod Sandhamn. Johan ukończył szkolenie na 

trzecim miejscu w swoim roczniku.
  Harował jak wół, pogłoski o twardych komandosach nie były 

przesadzone. Ale nauczył  się  zaciskać  zęby  i nigdy nie  tracić 
z oczu   celu.   Ta   zdolność   okazała   się   bezcenna   w jego 

późniejszej   karierze.   Komandosów   łączyło   skrajne   poczucie 
solidarności, nic nie mogło naruszyć lojalności wobec kolegów.

  Johan się wahał. W końcu wyprostował plecy i podszedł do 
regału.   Zdjął   książkę   i przerzucił   kilka   stron,   by   odnaleźć 

własny rocznik.
  Tamtego   roku,   w połowie   lat   sześćdziesiątych,   szkolenie 

ukończyło   ich   trzydziestu   sześciu.   Utrzymywał   regularny 
kontakt tylko z kilkoma osobami, ale wiedział, że zawsze może 

poprosić kolegów o pomoc bez względu na to, o co chodziło.
  Z książką w ręce obrócił głowę i spojrzał na zdjęcie Victora.

  Syn   uśmiechał   się   do   niego,   blond   włosy   miał   trochę 
rozczochrane.   Rozpięta   pod   szyją   jasnoniebieska   koszula 

odsłaniała   srebrny   krzyżyk,   który   dostał   od   rodziców   na 
konfirmację.   Victora   konfirmowano   dopiero   rok   temu,   na 

obozie żeglarskim na szkierach.

background image

  Ze zdwojoną siłą powróciło wspomnienie nieruchomej twarzy 
Victora leżącego na pryczy z włosami sklejonymi krwią.

  Oddychanie bolało.
  Z księgą   jubileuszową   w ręce   Johan   wrócił   do   biurka 

i wysunął   górną   szufladę,   w której   leżała   stara   książka 
telefoniczna.   Palce   jakby   same   z siebie   odszukały   numer. 

Szybko wybrał go na komórce.
  – Tu   Johan   Ekengreen.   Potrzebuję   twojej   pomocy 

– powiedział cicho do słuchawki.
 

background image

 

Wtorek

63

  Wilma   wciąż   spała.   Jonas   uznał,   że   w sumie   to   dobrze. 
Poprzedniego wieczoru zostawił ją w spokoju, tak jak radziła 

mu Margot, ale dzisiaj musieli porozmawiać.
  Bezgłośnie   zamknął   drzwi   jej   pokoju   i zszedł   po   schodach. 

Wprawnymi ruchami zasznurował buty do joggingu i wyszedł 
na schody. Na zewnątrz było ciepło, choć dopiero minęła ósma 

rano.
  Tuż obok, na Kvarnberget, piętrzyła się willa Brandów, ale 

unikał patrzenia na ten żółty budynek. Ruszył biegiem w stronę 
Domu Misyjnego, w głąb lasu.

  Jego   trasa   prowadziła   na   drugą   stronę   wyspy,   potem 
południową   plażą,   dalej,   aż   do   Trouville   i z powrotem   przez 

wydmy.   Dwie   rundy   zajmowały   niecałą   godzinę,   czterdzieści 
pięć minut, jeśli się przyłożył.

  To   było   wyzwalające   uczucie   znaleźć   się   wśród   tchnących 
spokojem   sosen.   Wysokie   korony   drzew   szumiały   cicho 

w porannej   bryzie,   słyszał   tylko   odgłos   swoich   stóp 
uderzających   o pokrytą   igliwiem   ścieżkę,   wijącą   się   wśród 

krzaczków jagód i wrzosów.
  Skupił się na stawianych kolejno krokach. Oddychał równo, 

próbował oczyścić głowę ze wszystkich myśli.
  Przez   całą   noc   przewracał   się   z boku   na   bok.   W tej   chwili 

niczego nie pragnął bardziej niż tego, by wysiłkiem rozładować 
stres.

  Przyśpieszył   i skręcił   w ścieżkę   prowadzącą   w dół,   na 
południową   plażę.   Leżała   bardziej   na   uboczu   niż   popularne 

plaże   Trouville,   a piasek   miała   równie   delikatny.   Ale   była 
ładniejsza.

  To   właśnie   tutaj   po   raz   pierwszy   rozmawiał   z Norą.   Tak 

background image

naprawdę z nią rozmawiał.
  Wybrała się wtedy na samotny spacer i przypadkiem natknęli 

się na siebie. We wrześniu, tylko pół roku po jej separacji.
  Wtedy wydawała się taka przybita, uśmiechała się, lecz oczy 

miała smutne. W pewnej chwili była nawet bliska płaczu.
  Wzruszyło   go   to   spotkanie   na   plaży,   kiedy   jej   usta   drżały. 

Udało mu się sprawić, by się uśmiechnęła, gdy schylił się po 
kamień i puścił kaczkę.

  Potem   wrócili   razem   do   miasteczka.   Zanim   się   rozstali, 
usłyszał samego siebie, jak pyta ją, czy chciałaby zjeść z nim 

kolację. Te słowa go zaskoczyły, padły, zanim do końca zdążył 
sformułować   tę   myśl,   ale   poczuł   się   absurdalnie   szczęśliwy, 

kiedy się zgodziła.
  Spędzili   długi,   swobodny   wieczór   w Barze   dla   Nurków, 

tydzień   później   znów   przypadkiem   na   siebie   wpadli.   Oboje 
w ten weekend nie mieli dzieci i skończyło się tym, że spędzili 

ze sobą noc.
  Prawie natychmiast się w niej zakochał.

  To   jest   kobieta,   z którą   mógłbym   żyć,   pomyślał 
instynktownie.

  Po raz pierwszy od wielu lat czuł się dobrze, gdy nie obudził 
się sam. Nie wychodził w pośpiechu, zażenowany, zostawiając 

partnerkę, z którą spędził noc.
  Pot   spływał   mu   po   plecach;   Jonas   przyśpieszył   jeszcze 

bardziej.   To   było   wyzwalające   uczucie,   móc   się   skupić   na 
napiętych   mięśniach   i bólu   w płucach.   Musiał   znaleźć 

odpowiednią odległość od wody, nie za daleko, bo wtedy ciężko 
się   biegło,   ale   też   nie   za   blisko   liżących   buty   fal.   Niedługo 

dotrze   do   terenów   zielonych   i boiska,   na   którym   dzieciaki 
z wyspy od lat grywały w piłkę.

  Kawałek dalej nad brzegiem stały dwie kobiety we frotowych 
szlafrokach   i szykowały   się   do   porannej   kąpieli   w morzu. 

Przebiegając obok, Jonas uniósł rękę na powitanie.
  W zasięgu wzroku pojawiły się dwa charakterystyczne domy 

z wieżyczkami   i skały.   Żeby   nie   przeszkadzać   właścicielom, 
skręcił   w las.   Zaczął   się   wspinać   na   niewielki   pagórek. 

Świadomie   wyciskał   z siebie   wszystko,   wreszcie   poczuł 

background image

w ustach metaliczny posmak.
  Gdzieś   w oddali   szczekał   pies.   Jonas   skręcił   w stronę 

drewnianej   kładki   prowadzącej   do   szerokiej   drogi   do 
miasteczka.   Proste   deski   uginały   się   pod   nim.   Po   kilku 

minutach znalazł się na długim prostym odcinku.
  Krew   tętniła   mu   w żyłach.   Pot   zalewał   oczy   i kapał   na 

koszulkę, która była już zupełnie przemoczona.
  Choć biegł najszybciej, jak mógł, myśli i tak go dogoniły.

  Czy będzie zmuszony wybierać między swoją córką a Norą? 
Naprawdę było aż tak źle?

 

64

  Wydział do walki z narkotykami mieścił się piętro wyżej nad 
wydziałem   śledczym   w ceglastoczerwonym   budynku 

posterunku.   Thomas   i Margit   dotarli   tam   schodami.   W tym 
czasie   Thomas   opowiedział   jej   o wczorajszej   rozmowie 

z Harrym Anjou.
  Gdy   weszli,   Torbjörn   Landin   zebrał   troje   kolegów   przy 

okrągłym stole w mniejszej sali konferencyjnej bez okien. Był 
wysokim mężczyzną o rumianej cerze, wyglądało to nawet tak, 

jakby miał trądzik różowaty na nosie i policzkach. Przywitał się 
z nimi mocnym uściskiem dłoni.

  – Witajcie – powiedział, wskazując dwa wolne krzesła.
  Thomas   poznawał   twarze   pozostałych,   mimo   to   Landin 

przedstawił ich wszystkich, dwóch mężczyzn i kobietę: Haralda 
Riméra, Kurta Ögrena i Emmę Hallberg.

  – To   połowa   ekipy   tajnych   agentów,   którzy   w noc 
świętojańską znajdowali się na Sandhamn – wyjaśnił Landin. 

– Pozostali   są   na   urlopie   wyrównawczym,   ale   możecie 
porozmawiać z nimi później, jeśli będzie taka potrzeba.

  Thomas przywitał się i wyjął notes.
  – Opowiadałem   o waszym   śledztwie   – powiedział   Landin 

– więc wszyscy są poinformowani. Czego konkretnie chcecie się 
dowiedzieć?

  Wszystkiego, co mogłoby rzucić światło na ostatnie godziny 

background image

Victora Ekengreena, pomyślał Thomas, ale nie powiedział tego 
na głos.

  Wyjął zdjęcie Victora, przekazane im przez rodziców. Zostało 
zrobione   na   morzu.   Victor   był   opalony   i miał   na   sobie 

kamizelkę   ratunkową   w czerwone   pasy.   Spoglądał   na   coś   za 
obiektywem.

  Thomas nagle odniósł wrażenie, że na tym zdjęciu Victor jest 
smutny.   A może   mrużył   tylko   oczy   w słońcu?   Trudno 

powiedzieć.
  – To Victor  Ekengreen  – zaczął. – Zastanawialiśmy  się, czy 

ktoś z was zwrócił na niego uwagę podczas nocy świętojańskiej.
  Policjanci przekazywali sobie zdjęcie z rąk do rąk, ale wszyscy 

pokręcili głowami.
  – Dobrze wyglądał – powiedziała cicho Emma Hallberg.

  – Jedna z naszych hipotez zakłada, że Victor umówił się ze 
swoim   dealerem   na   miejscu   zbrodni   – powiedziała   Margit. 

– I że potem coś poszło nie tak.
  – Zastanawiamy się, czy któraś z osób, jakie śledziliście, może 

być w to zamieszana – dodał Thomas.
  – Znaleziono   go   w Skärkarlshamn,   tak?   – Emma   odłożyła 

zdjęcie.
  Thomas i Margit pokiwali głowami.

  – Za daleko – stwierdziła Emma.
  – Co masz na myśli? – spytała Margit.

  – Handel   odbywał   się   głównie   w porcie.   To   nienaturalne, 
żeby   kupujący   i dealer   poszli   tak   daleko   ubić   interes,   skoro 

wystarczyło skręcić za róg i załatwić to w pięć minut.
  – Emma   ma   sporo   racji   – zauważył   Landin.   – Większość 

handlu odbywa się na jachtach. Plotka szybko się rozchodzi, 
ludzie   po   niedługim   czasie   orientują   się,   gdzie   coś   można 

kupić.   To   nie   sprzedający   się   przemieszcza,   tylko   kupujący. 
Trwałoby   to   za   długo,   gdyby   dealerzy   mieli   się   spotykać 

z każdym klientem w innym miejscu.
  – W weekend zrobiliśmy sporo nalotów na jachty – odezwał 

się Harald Rimér. Był ostrzyżony prawie na zero i miał mocno 
opaloną głowę. – Nietrudno zgadnąć, gdzie się odbywa handel, 

kiedy już człowiek wie, na co zwracać uwagę.

background image

  Landin wygiął palce tak, że aż zatrzeszczały.
  – Na niektóre łodzie przychodzą nowi goście mniej więcej co 

kwadrans   –   wyjaśnił.   – Zostają   najwyżej   dziesięć   minut. 
Kupujący wchodzi na łódź, wita się i znika pod pokładem. Po 

pięciu, dziesięciu minutach znów się pojawia i dziękuje. Chwilę 
później zjawia się następny klient. Wtedy wiadomo, że coś jest 

na rzeczy.
  Inni mruknęli na potwierdzenie.

  – Więc   dlaczego   dealer   miałby   się   fatygować   i iść   aż   do 
Skärkarlshamn, skoro wystarczyło tylko poczekać, aż zjawią się 

klienci? – spytał Thomas.
  Myślał   o rozmowie   z Harrym   Anjou.   Anjou   uważał,   że 

Skärkarlshamn   to   idealne   miejsce   na   handel   narkotykami. 
W odpowiedniej odległości od portu.

  – Odniosłem wrażenie, że Skärkarlshamn to dobre miejsce, 
by handlować tam narkotykami – powiedział.

  Emma pokręciła głową.
  – Zdecydowanie za dużo fatygi.

  – Powiedz mi jedną rzecz  – odezwał się Kurt Ögren. – Czy 
denat miał przy sobie jakieś „amsterdamskie koperty”?

  Thomas   znał   to   wyrażenie.   Najprostszym   sposobem   na 
przewiezienie   kilku   gramów   kokainy   było   zawinięcie   jej 

w prostokąt   papieru   wielkości   karteczki   samoprzylepnej. 
Składano ją tak, że wyglądała jak koperta.

  – Nic nam o tym nie wiadomo – odparł.
  – A kulki? – spytał Landin.

  Szef oddziału miał na myśli foliowe kulki, których używano 
do   przewozu   większej   ilości   narkotyków.   Stykało   się   kciuk 

z palcem   wskazującym   i owijało   cienką   folią,   tworząc 
kieszonkę, do której można było nasypać proszek.

  – Nie – odparła Margit. – Czemu pytasz?
  – Myślałem   tylko,   że   jeśli   ofiara   miała   nieotwarte 

opakowania, nie miałaby potrzeby kupować więcej.
  Tej   logice   nic   nie   można   zarzucić,   pomyślał   Thomas,   ale 

w pobliżu   ciała   Victora   nie   znaleźli   nic,   z wyjątkiem   małej 
koperty, którą wysłali do analizy.

  Czy trop narkotykowy był ślepą uliczką? Czy powinni zarzucić 

background image

pomysł,   że   śmierć   Ekengreena   miała   coś   wspólnego 
z dealerami z Sandhamn?

  Było na to za wcześnie. Thomas chciał dowiedzieć się więcej.
  – Jak długo śledziliście tego Minosevitcha tamtego wieczoru? 

– spytał. – W porcie zgromadziło się mnóstwo ludzi. Cały czas 
kontrolowaliście, gdzie przebywał?

  – Ja mogę na to odpowiedzieć – odezwała się Emma. – On 
i jego ludzie ucztowali w Restauracji Żeglarskiej.

  – Jesteś tego pewna? – spytała Margit.
  – Tak. Zajmowali  cały  długi stół we wschodniej części. Nie 

mogę   przysiąc,   ale   wygląda   na   to,   że   zebrało   się   całe 
towarzystwo. Co najmniej dziesięć, dwanaście osób; jedli, pili… 

– Przerwała   na   chwilę.   – Można   powiedzieć,   że   rzucali   się 
w oczy. Bynajmniej nie zachowywali się dyskretnie.

  – Co możesz powiedzieć o czasie? – spytał Thomas.
  – No cóż. – Emma wzruszyła ramionami. – W każdym razie 

byli   tam   jeszcze,   kiedy   spuszczano   flagę.   Znajdowałam   się 
akurat w restauracji, gdy usłyszałam strzał.

  – Dziewiąta   – powiedział   automatycznie   Thomas.   – Wtedy 
opuszcza się flagę.

  – W takim razie o dziewiątej.
  A więc Minosevitch i jego ludzie jedli kolację na wschodniej 

werandzie   mniej   więcej   w tym   samym   czasie,   gdy   Victor 
Ekengreen został zabity na plaży. Wystarczyło, żeby w kolacji 

nie   brała   udziału   tylko   jedna   osoba.   Albo   żeby   dołączyła 
później. Nie wiedzieli, ilu ludzi wchodziło w skład tej grupy.

  Dlaczego Victor poszedł akurat do Skärkarlshamn? To wciąż 
pozostawało kluczowym pytaniem. Może to czysty przypadek, 

a może…
  Margit zabrała głos.

  – Zapytam tak – powiedziała. – Czy to prawdopodobne, żeby 
któryś z tych facetów zabił nastolatka z powodu kłótni o kilka 

gramów   kokainy?   –   Zwróciła   się   bezpośrednio   do   Landina: 
– Co ty o tym sądzisz?

  Landin   podrapał   się   po   zaczerwienionym,   łuszczącym   się 
nosie.

  – Nie   brzmi   to   zbyt   wiarygodnie   – stwierdził.   – Rzadko 

background image

napadają na dzieciaki.
  Nora   zeszła   do   kuchni,   żeby   zrobić   śniadanie.   Dochodziła 

dziewiąta,   wstała   później   niż   zwykle.   Czuła   się   sztywna 
i ociężała, zupełnie nie miała energii.

  Chłopcy spali i na pewno nie obudzą się jeszcze przez jakiś 
czas.   Adam,   jak   większość   nastolatków,   potrafił   spać   do 

lunchu,   jeśli   go   nie   obudziła.   Simon   wciąż   był   rannym 
ptaszkiem, ale wczoraj do północy oglądał film.

  Zachmurzyło   się,   mimo   to   w kuchni   w południowo-
zachodniej części domu nie musiała zapalać lampy. Dom stał 

na   szczycie   Kvarnberget,   więc   nic   nie   zasłaniało   światła. 
Z okien Nora miała widok prawie do Stavsnäs, w każdym razie 

tak sobie wmawiała.
  W oddali,   przy   Eknö,   pojawił   się   biały   prom   z Waxholmu 

zmierzający na Sandhamn. Za nim jakiś duży tankowiec zaczął 
zbaczać z kursu, by opłynąć wyspę od zachodu, kierując się na 

Bałtyk.
  Komórka Nory leżała na stole w kuchni. Kiedy wzięła ją do 

ręki, natychmiast zobaczyła, że ma nową wiadomość. Musiała 
przyjść po tym, jak się położyła.

  To był SMS od Jonasa.
  Wilma czuje się dość dobrze. Dziękuję, że pytasz. Odezwę  

się./J
  Stała z komórką w ręce. Jeszcze raz przeczytała wiadomość.

  Odezwie się. Co to miało znaczyć?
  To było takie dziwne, mieszkali niecałe pięćdziesiąt metrów 

od siebie, ale nie mógł do niej przyjść i porozmawiać. To było 
aż tak trudne?

  Ze złością skasowała wiadomość.
 

65

  Niebo   było   zachmurzone.   Był   wtorek   rano,   dochodziła 

dziewiąta   i Felicia   Grimstad   miała   niedługo   stawić   się   na 
posterunku.   Thomas   nie   mógł   powiedzieć,   że   czeka 

niecierpliwie na spotkanie z jej aroganckim ojcem.

background image

  Wyjął   notes   i przejrzał   notatki   ze   spotkania   z Landinem. 
Powinni   porozmawiać   z pozostałymi   ludźmi   z oddziału   do 

walki z narkotykami, którzy dyżurowali na Sandhamn. Landin 
mówił, że wracają do pracy w czwartek rano. Do tego czasu nie 

zabraknie mu spraw, z którymi musi się uporać.
  Zadzwonił telefon – numer wewnętrzny.

  – Halo?
  – Tu Nilsson – powiedział technik kryminalistyki.

  – Dzień dobry. Jak leci?
  – Przygotowaliśmy to, co mamy wysłać do SKL, ale najpierw 

trzeba   wyjaśnić   jedną   sprawę.   Przy   zwłokach   znaleźliśmy 
skrawek żółtej tkaniny, ma niecałe pół centymetra.

  – I co z nim?
  – Zastanawiam się, czy ten materiał nie pochodzi z kamizelki 

odblaskowej jednego z policjantów oddziału porządkowego.
  Thomas odstawił kubek.

  – Ach tak?
  – Pewnie któryś z mundurowych po prostu zahaczył o gałąź. 

To oznacza, że musimy zebrać wszystkie  ich kamizelki, żeby 
poznać pochodzenie skrawka. Nie chcę niepotrzebnie wysyłać 

próbki do analizy, na pewno to rozumiesz.
  – Zajmę się tym – zapewnił Thomas. – Poproszę Anjou, żeby 

jak najszybciej to załatwił. Dopiero stamtąd wrócił.
  – No dobra – zakończył Nilsson. – To do usłyszenia.

  Thomas wstał i przeszedł do pokoju Harry’ego Anjou. Harry 
siedział przy komputerze i skupiony klikał myszką.

  Do   połowy   pełen   kubek   kawy   stał   obok   kilku   innych 
z resztkami płynu na dnie, przy nich leżało pudełko ze snusem.

  – Możesz mi w czymś pomóc? – spytał Thomas.
  – Jasne. – Anjou podniósł wzrok.

  – Nilsson   chce,   żebyśmy   zebrali   wszystkie   kamizelki 
odblaskowe   z operacji   na   Sandhamn.   Mógłbyś   to   od   razu 

załatwić?
  – Po co mu one?

  – Znalazł   skrawek   żółtego   materiału   na   miejscu   zbrodni 
i chce go wykluczyć z materiału dowodowego. Pewnie pochodzi 

z kamizelki   któregoś   z policjantów,   którzy   byli   tam,   gdy 

background image

znaleziono Victora.
  – Załatwię to – zapewnił Anjou, odkładając myszkę.

  Zrobił   to   tak   niezgrabnie,   że   strącił   ze   stołu   snus. 
Ciemnobrązowy proszek rozsypał się po podłodze.

  – Szlag by to trafił!
  Thomas   usiłował   ukryć   uśmiech.   Uratował   go   telefon 

dzwoniący w jego pokoju.
  – Muszę iść.

  – Zajmę   się   tymi   kamizelkami   – powiedział   Anjou,   nie 
podnosząc wzroku.

  Próbował przy tym zgarniać snus czubkiem buta.
  Dzwonił dyżurny z informacją, że przyszła Felicia Grimstad. 

Thomas wsunął głowę do pokoju Margit.
  – Idziemy? Felicia jest w recepcji. Karin zaraz przyprowadzi 

ją na górę.
  Kiedy   Thomas   i Margit   otworzyli   drzwi   do   pokoju 

przesłuchań,   Felicia   Grimstad   siedziała   skulona   na   krześle. 
Włosy   związała   w kucyk,   ubrała   się   w krótką   spódniczkę 

i bawełniany top, który starannie wpuściła za pasek.
  Tym razem, na całe szczęście, była z nią tylko matka. Jeanette 

Grimstad przywitała się uprzejmie z dwójką policjantów.
  Felicia spojrzała podkrążonymi oczami na Thomasa i Margit.

  – Znaleźliście mordercę Victora?
  – Śledztwo dopiero się zaczęło – odparł Thomas. – Właśnie 

dlatego poprosiliśmy cię, żebyś przyszła.
  – Jak się czujesz? – spytała Margit.

  – Nie za dobrze.
  Jeanette   Grimstad   grzbietem   dłoni   pogłaskała   córkę   po 

policzku.
  – Kochanie – powiedziała czule.

  – Odpoczęłaś trochę? – spytał Thomas.
  Felicia potrząsnęła głową.

  – Trochę, ale trudno mi zasnąć.
  Thomas chciał poprowadzić to ostrożnie. Nie było sensu na 

początku zaszczuć dziewczyny.
  – Chcielibyśmy z tobą jeszcze raz porozmawiać o tym, co się 

stało ostatniego wieczoru, kiedy byłaś z Victorem.

background image

  – Zanim umarł – powiedziała powoli.
  – Właśnie.

  Felicia splotła ręce na kolanach.
  – Zastanawiamy   się,   czy   na   plaży   byli   jeszcze   jacyś   ludzie, 

którzy   mogli   coś   widzieć   – powiedziała   Margit.   – Pamiętasz, 
jak wyglądała okolica, kiedy byłaś tam razem z Victorem? Czy 

w pobliżu zauważyłaś jakichś ludzi? Może namioty? Wszystkie 
szczegóły   są   ważne,   mamy   trudności   ze   znalezieniem 

świadków.
  Jeanette Grimstad otoczyła ramieniem córkę.

  – Spróbuj się zastanowić, kochanie.
  Thomas był wdzięczny za jej spokój. Gdyby musiał się zmagać 

z drażliwym Jochenem Grimstadem, to by nie ułatwiło sprawy.
  – Nie wiem nic więcej – powiedziała Felicia. – Pytaliście już 

przecież o to wszystko.
  – Spróbujmy po kolei – zaproponowała Margit. – Czy kiedy 

przyszłaś do Skärkarlshamn, był jeszcze ktoś w pobliżu?
  Felicia zagryzła wargę i zastanawiała się przez kilka sekund.

  – Chyba na początku siedziała jakaś paczka – powiedziała.
  – Chcesz powiedzieć, na początku plaży?

  – Tak.
  – A gdzie dokładnie?

  – Przy   dużym   domu   z długim   płotem.   Takim   żółtym.   Byli 
dość daleko od nas.

  Czyli   w północnej   części   plaży,   pomyślał   Thomas.   Kilkaset 
metrów   od   tego   miejsca.   Najdalej   jak   się   dało   od   miejsca 

zbrodni.
  Liczył na inną odpowiedź.

  – Nie znasz ich? – podjęła Margit.
  – Nie.

  – Poznałabyś ich, gdybyś zobaczyła ich teraz?
  – Nie wydaje mi się.

  Margit spróbowała inaczej.
  – Mówiłaś nam, że ty i Victor przystanęliście i usiedliście pod 

dużym   drzewem.   W tym   samym   miejscu,   gdzie   później 
znaleziono zwłoki twojego chłopaka.

  Felicia wzdrygnęła się na dźwięk słowa „zwłoki”. Przełknęła 

background image

głośno i powiedziała cienkim głosem:
  – Tak.

  – Jak długo tam byliście, zanim zasnęłaś?
  – Nie wiem. Trochę.

  – Nie   miałaś   w ogóle   żadnego   poczucia   czasu?   – spytał 
Thomas. – To dla nas ważna informacja.

  – Nie.
  – Czy to była godzina, czy raczej pół? Może dłużej?

  – Nie wiem.
  Jaką   długość  ma  sznurek?  Dwa razy  taką  jak   pół sznurka, 

pomyślał Thomas. Ona nie ma pojęcia, ile czasu tam spędziła. 
Fakt, że była nietrzeźwa i roztrzęsiona, też nie ułatwiał sprawy.

  Lekarz   sądowy   podał   im   ramy   czasowe,   nie   dało   się 
dokładniej ustalić chwili śmierci. Musieli zawęzić te ramy albo, 

jeszcze lepiej, poznać dokładną porę.
  Thomas uśmiechnął się uspokajająco do Jeanette Grimstad, 

która wyglądała, jakby za chwilę zamierzała się wtrącić.
  – To   niełatwe.   Musimy   jednak   zadać   pani   córce   pewne 

pytania.
  – Rozumiem  – odparła  Jeanette   Grimstad  i zwróciła   się  do 

Felicii: – Policja wykonuje tylko swoją pracę. Na pewno zaraz 
skończymy.

  Pytania o narkotyki nie dało się uniknąć. Thomas przeczuwał, 
że   matka   dziewczyny   będzie   przerażona.   Ale   nie   było   sensu 

tego odkładać.
  – Musimy   porozmawiać   o innej   sprawie   – powiedział. 

– Wiemy,   że   na   łodzi   piliście   alkohol,   wódkę   mieszaną 
z różnymi   napojami,   o ile   dobrze   pamiętam.   – Utkwił   wzrok 

w twarzy   Felicii.   – Mamy   podstawy   sądzić,   że   braliście   też 
narkotyki.

  Jeanette Grimstad się żachnęła, Felicia zasłoniła ręką usta.
  – Narkotyki? – powtórzyła Jeanette.

  Margit nie spuszczała Felicii z oczu.
  – Sekcja zwłok wykazała, że twój chłopak brał tego wieczoru 

kokainę. Wiedziałaś o tym?
  Usta Felicii drżały.

  – Wiedziałaś o tym? – powtórzyła Margit.

background image

  – Tak.
  Odpowiedź była tak cicha, że ledwie ją dosłyszeli.

  – Możesz   powtórzyć   odpowiedź,   żeby   nagrała   się   na 
magnetofon?

  – Tak – powiedziała Felicia ze spuszczoną głową.
  – Teraz   musisz  powiedzieć prawdę  – podjęła Margit.  – Czy 

zdarzało   się,   że   ty   też   brałaś   kokainę?   Na   przykład   w noc 
świętojańską?

  – Tak – szepnęła Felicia, nie patrząc na matkę.
  Jeanette Grimstad wciągnęła powietrze tak gwałtownie, że się 

rozkaszlała.   Zasłoniła   usta   ręką   i odwróciła   głowę.   Kaszel 
przeszedł   chyba   w zduszony   szloch,   ale   trudno   było   to 

stwierdzić na pewno.
  Thomas odczekał kilka sekund.

  – Od jak dawna braliście narkotyki? – zapytał Felicię. – Co 
cię skłoniło, żeby zacząć?

 
Felicia

 
To   miała   być   pierwsza   impreza   po   przerwie   świątecznej. 

Temperatura spadła do minus dziesięciu stopni, na ziemi leżał 
śnieg.   Gdy  wysiedli   z autobusu,   było   strasznie   zimno,  Felicii 

marzły stopy, choć włożyła uggi.
  Impreza odbywała się w domu Filipa. Ebba i Tobbe wybrali 

się   z nimi.   Dochodziła   jedenasta.   W całym   domu   dudniła 
muzyka. Ludzie tańczyli w najlepsze w salonie i w jadalni, gdzie 

odsunięto pod ścianę duży stół.
  Zostawili   wierzchnią   odzież   w przedpokoju.   Felicia   chciała 

zacząć się bawić, ale Victor wydawał się niespokojny. Wyglądał, 
jakby   czegoś   szukał.   Kiedy   próbowała   z nim   rozmawiać, 

odpowiadał półsłówkami.
  Wciąż był opalony po gwiazdkowym wyjeździe z rodziną do 

Meksyku. Słońce musiało tam nieźle prażyć.
  – Pytałam, czy zatańczymy.

  Felicia   szturchnęła   Victora   w bok   i przygładziła   czarną 
sukienkę. Dostała ją na Gwiazdkę, była zawrotnie  droga, ale 

Victor w ogóle jej nie skomentował.

background image

  – Nie teraz – mruknął i rozejrzał się.
  – Czemu nie?

  – Muszę najpierw coś zrobić.
  – Co?

  – Nieważne. Za chwilę przyjdę.
  Felicia zrobiła markotną minę, żeby zwrócił na nią uwagę.

  – Chcę iść z tobą.
  Oblizała wargi lśniące od różowego błyszczyku i spróbowała 

go sobą zainteresować.
  Oczy   Victora   błyszczały,   nie   rozumiała   dlaczego.   Wzruszył 

ramionami i odgarnął włosy. Zapuścił je, sięgały mu teraz do 
ramion. Felicii się to podobało, wyglądał cool, kiedy wsuwał je 

za uszy.
  – No dobra. Chodź ze mną.

  Na   prawo   od   salonu   mieściła   się   biblioteka.   Ściany   miała 
zastawione   regałami   pełnymi   książek,   pod   oknem   stały   dwa 

fotele obite zieloną skórą.
  Victor   wszedł   pierwszy,   Felicia   za   nim.   Starannie   zamknął 

drzwi i usiadł na jednym z foteli. Potem zmierzył ją wzrokiem.
  Bez słowa wyjął lusterko kieszonkowe i cieniutką kopertę.

  Felicia  domyślała  się, co robili  z Tobbem, gdy  od czasu  do 
czasu   wychodzili   podczas   imprez.   Za   każdym   razem   wracali 

z blaskiem w oczach, ich ruchy znów wydawały się sprężyste. 
Nagle byli w wyśmienitym nastroju. Jednak Victor nigdy z nią 

o tym nie rozmawiał.
  Ostrożnie   wysypał   biały   proszek   na   lusterko   i uformował 

cienką   kreskę.   Potem   pochylił   się   nad   stołem   i wprawnym 
ruchem ją wciągnął.

  Jego ciało szybko zareagowało na narkotyk. Przyciągnął do 
siebie Felicię i mocno pocałował.

  Po chwili ją puścił i wskazał na kopertę z kokainą.
  – Starczy też dla ciebie. Chcesz?

  Felicia   była   rozdarta   między   ciekawością   a ostrzeżeniami 
rodziców, które tłukły się jej gdzieś z tyłu głowy.

  Victor zaczął pieścić jej pierś przez cienką sukienkę i znów ją 
pocałował. Potem uśmiechnął się z wyższością, dotknął lekko 

nosa i podsunął jej lusterko.

background image

  – Spróbujesz?
  Felicia się wahała, wierciła w fotelu.

  – No dalej – ponaglił ją Victor. – Chciałaś iść ze mną.
  – No dobra – mruknęła.

  Wprawnym ruchem przygotował jej kreskę.
  – To na pewno nie jest niebezpieczne?

  Wcześniej Felicia uważała, że to ekscytujące, ale teraz straciła 
tę pewność.

  – Nie wydziwiaj. Przecież widzisz, że dobrze się czuję. Nawet 
świetnie.

  Znów przyciągnął ją do siebie i namiętnie pocałował. Felicia 
ustąpiła.   Bez   dalszych   protestów   pochyliła   głowę,   zacisnęła 

palcem   prawe   nozdrze,   tak   jak   wcześniej   robił   to   Victor, 
i wciągnęła   proszek.   Czubek   jej   nosa   niemal   ocierał   się 

o lusterko.
  Pojawiły   się   zupełnie   nowe   doznania.   Znów   wszystko   było 

dobrze. Nie było ani trochę strasznie, nie rozumiała, dlaczego 
przedtem się wahała.

  Victor   wpatrywał   się   w nią   z wyczekiwaniem. 
Rozpromieniona uśmiechnęła się do niego.

 

66

  Felicia   nie   patrzyła   na   matkę,   która   siedziała   z rękoma 
zaciśniętymi na kolanach.

  – Jak   często   braliście   kokainę?   – spytała   Margit   po   chwili 
milczenia.

  Thomas zauważył, jak Jeanette Grimstad wzdrygnęła się na te 
słowa. Margit często od razu przechodziła do rzeczy.

  – To   znaczy…   różnie.   Głównie   na   imprezach.   – Felicia 
zwiesiła głowę. – Victor i Tobbe brali o wiele częściej niż ja. To 

na pewno.
  – A Ebba? – spytał Thomas.

  – Ona   nie   chciała.   Pokłócili   się   o to   z Tobbem,   zanim   się 
rozstali.

  – Jak   było   was   na   to   stać?   – chciała   wiedzieć   Margit. 

background image

– Kokaina   nie   jest   tania,   gram   kosztuje   siedemset,   osiemset 
koron, czasem nawet więcej.

  Felicia skuliła się jeszcze bardziej, jej włosy opadły i zasłoniły 
oczy. Powiedziała cicho:

  – Victor   dostawał   od   rodziców   pieniądze   na   jedzenie. 
Strasznie   często   wyjeżdżali.   Zwykle   mówił,   że   postawił   pizzę 

całej paczce. Tobbe chyba dostawał coś ekstra od ojca.
  – I to naprawdę starczało? – spytała powoli Margit.

  Dziewczyna się zawahała.
  – Czasem Victor brał kasę… od rodziców.

  – To znaczy kradł?
  – Tak – szepnęła Felicia.

  – Ty też tak robiłaś? – spytał Thomas.
  Felicia przesunęła się trochę na krześle, jakby chciała być jak 

najdalej od matki.
  – Tak – mruknęła. – Kilka razy.

  Jeanette Grimstad zacisnęła usta. Patrzyła z przerażeniem na 
córkę.

  – Brałaś pieniądze… z mojego portfela?
  Felicia nie próbowała nic powiedzieć na swoją obronę. Po jej 

policzku spłynęła łza i spadła z podbródka.
  – Braliście   coś   jeszcze   prócz   kokainy?   – spytał   po   chwili 

Thomas. – Nie mówię o alkoholu.
  Dziewczyna spuściła oczy.

  – Co to było? – dopytywała Margit.
  Ton   był   teraz   życzliwszy,   jakby   wyczuwała,   że   Felicia   jest 

bliska załamania.
  – Nie wiem dokładnie – powiedziała to tak cicho, że ledwie 

usłyszeli.   –   Kilka   razy   Victor   podkradł   leki   matce.   I czasem 
kupował jakieś tabletki, ale nie wiem jakie.

  Margit sięgnęła po dzbanek i nalała Felicii wody. Dziewczyna 
chwiała się na krześle.

  – Napij się trochę. Jesteś zielona na twarzy.
  Thomas odczekał, aż Felicia wypije kilka łyków. Gdy odstawiła 

szklankę, spytał:
  – Od kogo kupował narkotyki?

  – Na początku od kumpla Christoffera z pracy. Tobbe go znał 

background image

i załatwiał   towar.   Victor   chyba   chciał   mieć   pewność,   nie 
ryzykować,   że   ktoś   go   wykiwa.   Potem   znalazł   kogoś   innego 

i zaczął kupować od niego.
  – Byłaś przy tym? – spytała Margit.

  – Niezupełnie.
  – Co to znaczy?

  – Zwykle czekałam kawałek dalej.
  – Widziałaś, jak ubijali interes? – spytał Thomas. – Jak to się 

odbywało?
  Felicia zamrugała kilka razy.

  – Victor   wysyłał   SMS-a.   Potem,   po   szkole,   jakiś   facet 
podjeżdżał czarnym samochodem. Victor dawał mu kasę przez 

okno i dostawał to, co zamówił. Strasznie szybko to szło.
  – Christoffer wiedział o tym, co się dzieje?

  Dziewczyna uniosła ręce.
  – Wydaje mi się, że się nie zorientował. Naprawdę. Nie robi 

takich rzeczy, nie lubi narkotyków.
  – Wiesz,   co   twój   chłopak   załatwił   na   noc   świętojańską? 

– spytała Margit.
  – Nie. Wtedy mnie przy tym nie było. I nie pytałam.

  – Jak to?
  Felicia zaczęła rozdrapywać strupek na łokciu.

  – Nie było między nami za dobrze – odparła po chwili. – Poza 
tym   był   zły,   że   Ebba   wybiera   się   z nami,   ale   inaczej   nie 

mogłabym przecież jechać.
  Ze strupka zaczęła się sączyć krew.

  – Myślałam,   że   znów   będzie…   miły   – powiedziała.   – Kiedy 
przypłyniemy   do   Sandhamn.   Że   znów   będzie   między   nami 

dobrze.
  Margit pochyliła się nad stołem.

  – Dlaczego mieliście problemy?
  – Strasznie dużo imprezował. Czasem przeginał… Często się 

kłóciliśmy.
  Jeanette   Grimstad,   która   do   tej   pory   siedziała   jak 

sparaliżowana, nagle zaatakowała córkę:
  – Dlaczego po prostu nie odmówiłaś? Jak mogłaś pozwolić, 

żeby   Victor   namówił   cię   na   narkotyki?   Rozmawiałyśmy 

background image

przecież o tym! Obiecałaś mi, że nigdy tego nie zrobisz.
  Twarz Felicii się zmarszczyła.

  – Kochałam go – wyszlochała. – Bałam się, że mnie rzuci.
  – Chcesz powiedzieć, że rzuciłby cię, gdybyś nie brała z nim 

narkotyków? – spytała z niedowierzaniem Margit.
  Felicia, zrozpaczona, pokiwała głową.

  – Potrafił się wściekać o nic. Czasem był najlepszy na świecie, 
czasem   wredny.   Mówił   złośliwe   rzeczy,   że   jestem   głupia 

i w ogóle.
  Po raz pierwszy od rozpoczęcia przesłuchania Felicia zwróciła 

się bezpośrednio do matki:
  – Tobbe rzucił Ebbę, bo nie chciała spróbować! Co by było, 

jeśli Victor też by tak zrobił?
  Oparła się o stół i zaczęła szlochać z twarzą ukrytą w dłoniach. 

Jeanette   Grimstad   przesunęła   ręką   po   włosach,   jakby   nie 
wiedziała, co począć z tym, co właśnie usłyszała.

  – Musimy kończyć – powiedziała. – Tak się dalej nie da.
  – Zaraz   skończymy   – zapewniła   Margit.   – Zostało   nam   już 

tylko   kilka   pytań.   To   ważne,   żebyśmy   mogli   doprowadzić 
rozmowę do końca.

  Z Jeanette   uszło   powietrze.   Bez   słowa   opadła   na   oparcie 
krzesła.

  Thomas pomyślał, że matka i córka są do siebie podobne. Tyle 
że   Jeanette   miała   pełniejsze   kształty   i pasemka   siwizny 

w jasnych włosach. Najwyraźniej czuła się teraz nieswojo, bo jej 
czoło przecinała głęboka zmarszczka.

  – Chcesz   wytrzeć   nos?   – spytała   Margit,   podsuwając   Felicii 
opakowanie papierowych chusteczek.

  Dziewczyna nie podniosła głowy.
  – Felicio   – zaczął   Thomas   – chcę   cię   o coś   zapytać.   To 

niezwykle ważne, żebyś powiedziała prawdę.
  Widział, że niemal się skuliła.

  – Czy na plaży był ktoś jeszcze, kogo ty i Victor znaliście?
  Felicia   odwróciła   głowę   i popatrzyła   przez   otwarte   okno. 

Popołudniowy   deszcz   nie   złagodził   zaduchu.   W powietrzu 
wisiała burza.

  Ma się na baczności, pomyślał Thomas. Wie coś, ale nie chce 

background image

nam powiedzieć. Chroni kogoś?
  – Kiedy   Victor   wpadł  w złość  i zaczął   na  ciebie   krzyczeć   na 

plaży, czy ktoś nie przyszedł ci na pomoc? – spytał Thomas.
  – Zastanawiamy   się,   czy   nie   dzwoniłaś   do   Ebby   albo   do 

Tobbego   – dodała   Margit.   – Prosiłaś   któreś   z nich,   żeby 
przyszło?

  Dziewczyna mocno potrząsnęła głową.
  – Nie – powiedziała. Jej głos stał się mocniejszy. – Do nikogo 

nie dzwoniłam. Na pewno.
  Margit drążyła dalej.

  – Nie wysłałaś SMS-a do któregoś z przyjaciół?
  – Nie. Przysięgam.

  Zmiana   w jej   zachowaniu   zaskoczyła   Thomasa.   W jednej 
chwili Felicia wydawała się kompletnie zagubiona, teraz była 

stanowcza.
  Wtedy zrozumiał.

  Margit   zadała   pytanie   w taki   sposób,   że   Felicia   mogła 
zaprzeczyć   i nie   skłamać.   Do   nikogo   nie   dzwoniła   ani   nie 

wysłała   SMS-a.   Niemniej   widziała   kogoś   tego   wieczoru   na 
plaży. To o tym nie chciała powiedzieć.

  Thomas   przyglądał   się   jej   badawczo.   Sięgnęła   po   kolejną 
chusteczkę i wytarła nos, jakby nie chciała nic dodać.

  – Ale  przecież   spotkałaś   kogoś   na plaży   tuż   przed   śmiercią 
Victora – powiedział.

  – Nie   – wyszeptała   ze   spuszczoną   głową,   zasłaniając   usta 
chusteczką. – Nikogo nie spotkałam.

  – To jak było?
  Oczy Felicii zdawały się puste.

  – Opowiedz   – poprosił   cicho   Thomas.   Nie   chciał   jej 
przestraszyć.

  – Zobaczyłam go.
  – Kogo?

  – Tobbego.   – Z jej   rzęsy   spadła   łza.   – Poznałam   go   po 
włosach.

  – Felicio.   – Głos   Margit   brzmiał   bardzo   poważnie,   jakby 
tonem   chciała   przekazać   dziewczynie,   jakie   to   ważne,   by 

powiedziała   prawdę.   – Czy   Tobbe   próbował   ci   pomóc,   gdy 

background image

pokłóciłaś się z Victorem?
  – Nie   wiem.   – Felicia   objęła   się   rękoma.   – Nie   wiem,   nie 

pamiętam więcej, mówiłam przecież.
  – Spójrz na mnie – powiedziała Margit.

  Felicia z ociąganiem popatrzyła jej w oczy.
  – Wtedy,   kiedy   się   źle   poczułaś,   a Victor   stracił   panowanie 

nad sobą. Czy Tobbe tam wtedy był?
  – Nie pamiętam.

  Wydawało się, że Jeanette Grimstad usiłuje zapanować nad 
sobą i nie wtrącić się do rozmowy. Przyciskała pięść do ust.

  Naprawdę  niczego  się  nie  domyślałaś?  – pomyślał  Thomas. 
Jak to możliwe, by wiedzieć tak mało o własnym dziecku?

  Obiecał sobie, że z Elin nigdy tak nie będzie.
  – Sądzimy – Thomas wymawiał słowa powoli, by dotarły do 

Felicii  – że   naćpany   Victor   przestał   być  sobą.   – Przerwał   na 
chwilę,   po   czym   ciągnął:   – Sądzimy,   że   Tobbe   próbował   ci 

pomóc i doszło do bójki z Victorem. Sądzimy, że skończyło się 
tym, że Tobias Hökström zabił twojego chłopaka. Czy to mogło 

stać się w ten sposób?
  – Nie   pamiętam   – powiedziała   Felicia   i znów   zaczęła 

rozpaczliwie szlochać. – Mówiłam przecież! Nie wiem.
 

67

  Felicia wyszła z matką z posterunku. Skierowały się do białego 

audi zaparkowanego na ulicy. Jeanette otworzyła drzwi. Odkąd 
opuściły pokój przesłuchań, nie odezwała się ani słowem.

  – Mamo,   przepraszam   – powiedziała   Felicia,   gdy   tylko 
znalazły się w samochodzie.

  Siedzenie   było   rozgrzane   i jej   nagie   nogi   przykleiły   się   do 
skórzanego   obicia.   Pas   się   zacinał.   Szarpała   go   spoconymi 

palcami i w końcu udało jej się zatrzasnąć metalową końcówkę.
  Wydawało   się,   że   matka   jej   nie   słyszy.   Przekręciła   kluczyk 

w stacyjce,   uruchomiła   silnik,   wrzuciła   bieg.   Ale   zamiast 
ruszyć, siedziała z ręką na kierownicy.

  Felicia zerknęła na nią. Nie pojadą do domu?

background image

  Matka wpatrywała się przed siebie pustym wzrokiem.
  Na ulicy prawie nie było samochodów. Kilka metrów dalej stał 

szary   parkomat.   Felicia   zauważyła   martwą   muchę,   która 
utknęła między wycieraczką a szybą.

  Upłynęło  kilka   minut. Felicia   zerkała   ukradkiem  na  matkę. 
Nie śmiała się odezwać.

  – Jak mogłaś?
  Felicia   nigdy   nie   słyszała   takiego   rozczarowania   i zranienia 

w głosie matki.
  – Przepraszam – powtórzyła. – Przykro mi. Tak strasznie mi 

przykro za to wszystko.
  Jeanette potarła czoło. Lśniło od potu.

  – Nigdy   bym   się   tego   po   tobie   nie   spodziewała.   Tata   i ja 
wierzyliśmy, że umiesz o siebie zadbać. Okazaliśmy ci zaufanie. 

Okłamałaś nas, brałaś narkotyki i kradłaś mi pieniądze…
  Głos uwiązł jej w gardle.

  Felicia   zacisnęła   ręce.   Twarz   matki   była   jak   sparaliżowana 
bólem.

  Chcę   umrzeć,   pomyślała   bezradnie.   Tak   jak   Victor.   Byłoby 
lepiej, gdybym też umarła. Już nigdy nie będzie dobrze.

  Przełknęła ślinę.
  – Zamierzasz powiedzieć tacie?

  Felicia   sama   słyszała,   jak   błagalnie   brzmi   jej   głos,   ale   nie 
potrafiła   się   powstrzymać.   Na   myśl   o reakcji   ojca   żołądek 

ściskał jej się ze strachu. Ojciec czasem tak strasznie się złościł.
  Jeanette się otrząsnęła, jakby próbowała się obudzić. Uniosła 

ręce i przycisnęła palce do skroni.
  – Muszę   to   przemyśleć   – powiedziała   półgłosem,   nie 

odpowiadając   na   pytanie   Felicii.   – Muszę   spróbować 
zrozumieć, co się stało.

  Bez   ostrzeżenia   uderzyła   pięścią   w deskę   rozdzielczą   tak 
mocno, że Felicia aż podskoczyła.

  – Powiedziałaś wszystko? Możesz mi obiecać, że nie ma nic 
więcej, o czym powinnam wiedzieć?

  Złapała   córkę   za   ramię.   Bolało,   ale   Felicia   była   zbyt 
zszokowana, żeby zaprotestować. To ojciec zwykle się wściekał, 

nie matka. Z reguły Jeanette stawała między nimi, gdy ojciec 

background image

wpadał w złość. Prawie nigdy nie podnosiła głosu.
  – Mamo, proszę!

  Jeanette  puściła Felicię, ale wciąż  wpatrywała się w nią jak 
w obcą osobę. Usta miała zaciśnięte.

  Potem   pochyliła   się   i wyłączyła   silnik.   Ścisnęła   w ręce 
kluczyki.

  – Opowiedz   mi   o tym,   jak   ostatni   raz   byłaś   z Victorem 
– powiedziała.   –   Chcę   dokładnie   wiedzieć,   co   się   stało   tego 

wieczoru. I już żadnych kłamstw, Felicio.
 

Felicia

  Leżeli na piasku, zasłaniały ich drzewa. Victor wciąż był zły. 
Felicia zaczęła głaskać go po brzuchu, jej dłoń wędrowała coraz 

niżej,   w okolice   krocza.   To   był   zwykle   dobry   sposób,   żeby 
poprawić mu humor.

  Próbowała nie myśleć o tym, jakie to tanie.
  Rozsunęła   suwak   jego   szortów,   ale   Victor   odsunął   jej   rękę 

i usiadł.
  – Nie chcesz? – spytała zdezorientowana.

  – Zrobimy tak, żeby było ciekawiej – uśmiechnął się.
  Z kieszeni szortów wyciągnął małą kopertę. Felicia poruszyła 

się   niespokojnie.   Victor   już   był   nieobliczalny.   Jeśli   wciągnie 
kolejną ścieżkę, sytuacja pewnie zmieni się na gorsze.

  – Musisz? – spytała ostrożnie.
  Zmrużył oczy.

  – Co muszę?
  Felicia dała sobie spokój.

  – Myślałam, że i tak jest nam fajnie. Nie musimy więcej brać…
  – Mam trochę nowych towarków.

  Wytrząsnął na otwartą dłoń dwie tabletki i mrugnął do niej.
  – Jedna dla ciebie, druga dla mnie.

  – Co to takiego?
  – Zaczyna się na „e” – uśmiechnął się.

  Felicia nigdy dotąd nie brała ecstasy. Ze strachu jednak nie 
zaprotestowała.

  Posłusznie   wzięła   tabletkę   i popiła   wódką   z piersiówki 

background image

Victora. Zrobiła to dla niego.
  Po chwili poczuła się naprawdę świetnie. Wieczorne światło 

wydało się jej takie piękne, leżała i nuciła pod nosem. Victor 
chciał się kochać, ale mu nie stawał.

  Z początku   się   obawiała,   że   to  go  zdenerwuje.   Na  szczęście 
chyba się tym nie przejął. Leżeli obok siebie i patrzyli w niebo.

  Musiała pójść za drzewo, żeby  się wysikać.  Wtedy dalej  na 
plaży zobaczyła Tobbego. Czuła się jednak tak ociężała, że nie 

miała siły go zawołać. Nie wspomniała też o tym Victorowi.
  Po   jakimś   czasie   źle   się   poczuła,   miłe   wrażenia   zniknęły 

i zrobiło jej się niedobrze. Trzęsły jej się ręce, czuła się dziwnie.
  Mdłości się nasilały i nagle zwymiotowała.

  Ochlapała przy tym trochę Victora. On też zaczynał mieć zjazd 
i wtedy  się wściekł. Krzyczał na nią i klął. Felicia się skuliła. 

Nigdy dotąd tak się go nie bała.
  Ktoś się zbliżał, pamiętała jakiś cień za plecami Victora.

  Potem wszystko się rozpłynęło.
 

68

  Mężczyzna,   który   przyszedł   na   przesłuchanie   z Tobiasem 

Hökströmem, miał na sobie niebieski garnitur, białą koszulę 
i jasnoniebieski krawat w wąskie ciemniejsze prążki.

  Przedstawił się jako Arthur Hökström, ojciec Tobiasa. Miał 
mocny uścisk dłoni. Thomas zdał sobie sprawę, że to również 

człowiek, który przywykł, że dostaje to, czego chce – tak jak 
ojciec Felicii.

  – Jestem   adwokatem   – powiedział.   – Wspólnikiem 
w kancelarii   Zetterlings   Advokatbyrå,   może   słyszeliście 

państwo o niej.
  – Jest pan karnistą? – spytała Margit.

  – Nie,   bynajmniej.   Specjalizuję   się   w prawie   handlowym. 
Głównie w przejęciach spółek i tego typu transakcjach.

  Powiedział   to   tak,   jakby   to   było   coś   oczywistego.   Prawo 
handlowe  było  znacznie  bardziej   cenione niż  karne, Thomas 

o tym wiedział. Poza tym było o wiele bardziej dochodowe.

background image

  Widywał   takich   jak   on.   Sztywnych   adwokatów,   którzy   nie 
mieli do czynienia z prawem karnym od czasów studiów. Mimo 

to wydawało im się, że wiedzą więcej niż gliniarze prowadzący 
przesłuchanie.

  – Proszę   usiąść.   – Margit   wskazała   dwa   krzesła   po   drugiej 
stronie stołu w pomalowanym na biało pokoju.

  Pochyliła   się   w stronę   magnetofonu   i szybko   nagrała 
wymagane dane.

  Arthur Hökström wyjął komórkę i położył ją na blacie.
  – Proszę to schować – poleciła Margit.

  – Jak to?
  Uniósł brwi, ale wsunął telefon z powrotem do kieszeni.

  Margit   zwróciła   się   do   chłopaka,   który   siedział   skulony   na 
krześle. Poklepała go po ręce.

  – Jak się czujesz, Tobias?
  – Proszę mi mówić Tobbe – mruknął. – Wszyscy tak mówią.

  Był bardzo blady, pod oczami miał niebieskawe cienie.
  – Nie   wyglądasz   za   dobrze   – stwierdziła   Margit.   – Spałeś 

w ostatnich dniach?
  – Nie za dużo.

  Tobbe się wzdrygnął. Dżinsy wyglądały, jakby były na niego 
o rozmiar za duże, i znad paska wystawały slipy. Biały T-shirt 

niemal wisiał na szczupłym ciele.
  – Mam koszmary – powiedział Tobbe.

  – A co ci się śni?
  Zsunął się na krawędź krzesła.

  – Victor.   Jak   umarł   i takie   tam.   Czy   to   bolało,   kiedy   on… 
– Głos uwiązł mu w gardle. Spróbował jeszcze raz: – To znaczy, 

kiedy on…
  Nie dał rady.

  – Są  jakieś   szczególne  powody,  by  ci   się   śniło  coś   takiego? 
– Margit wpatrywała się w jego twarz. – Jest coś, co chciałbyś 

nam powiedzieć?
  Tobias   Hökström   poruszył   ustami.   Próbował   znaleźć 

odpowiednie   słowa  – na  próżno.   Skubał   palcami   jakąś   nitkę 
przy spodniach.

  – Poczułbyś się lepiej, gdybyś porozmawiał z nami o tym, co 

background image

się   stało   –   ciągnęła   Margit.   – Czasem   dobrze   jest   zrzucić 
z siebie ciężar.

  Chłopak bez słowa odwrócił głowę i popatrzył na ojca. Zanim 
zdążył odpowiedzieć, ojciec zabrał głos:

  – Czemu właściwie mają służyć te pytania?
  Margit się wyprostowała.

  – Dwie   doby   temu   został   zamordowany   młody   człowiek. 
Musimy o tym porozmawiać z pańskim synem.

  Znów zwróciła się do Tobbego:
  – Chciałeś coś powiedzieć?

  Chwila bezpowrotnie minęła.
  – Nie, nic szczególnego.

  Thomas powiedział bezpośrednio do chłopca:
  – Chcemy   z tobą   porozmawiać   o tym,   gdzie   przebywałeś 

w sobotę między wpół do dziewiątej wieczorem a drugą w nocy.
  Twarz Tobbego nic nie wyrażała.

  – Byłem na tej łodzi z moim bratem. Mówiłem wam przecież.
  – Czy ktoś może to potwierdzić?

  – Mój brat i ta dziewczyna, Tessan. Byliśmy tam razem.
  Thomas odparł z naciskiem:

  – Rozmawialiśmy   z twoim   bratem   i z Therese   Almblad. 
Twierdzą, że wcale cię tam nie było. Therese mówi, że około 

wpół do dziewiątej zszedłeś na ląd, żeby pójść do toalety, i nie 
wróciłeś. Zeznała, że potem cię nie widziała.

  Ramiona Tobbego obwisły.
  – Tessan tak powiedziała?

  – Tak.
  – Był z bratem – wtrącił Arthur Hökström. – To ustalone.

  – Nie   był   – stwierdziła   Margit.   – Pański   najstarszy   syn   nie 
może tego potwierdzić. Christoffer spędził noc z koleżanką ze 

studiów   o imieniu   Sara   i nie   ma   pojęcia,   gdzie   w tych 
godzinach przebywał jego młodszy brat.

  – W takim   razie   pamięć   go   myli   – odparł   bez   zająknięcia 
Arthur Hökström.

  – Możliwe – powiedział Thomas – ale mało prawdopodobne. 
Trudno   mi   uwierzyć,   żeby   pański   starszy   syn   kłamał   nam 

prosto   w oczy.   A może   chodzi   panu   o to,   że   teraz   zmieni 

background image

zeznania? To by oznaczało, że wcześniej zeznał nieprawdę.
  W pierwszej   chwili   wydawało   się,   że   Arthur   Hökström 

zaprotestuje,   ale   tylko   skrzyżował   ręce   na   klatce   piersiowej 
i zacisnął usta.

  Thomas się zastanawiał, jak przyjmie wiadomość, że jego syn 
brał   narkotyki.   Czy   podobnie   jak   Jeanette   Grimstad   nic   nie 

wiedział o uzależnieniu?
  – Możemy kontynuować? – spytał Thomas.

  Adwokat bez słowa pokiwał głową.
  – No dobrze, Tobbe – podjął Thomas. – Dowiedzieliśmy się, 

że ty i twoi przyjaciele przez ostatni rok braliście narkotyki. Na 
przykład kokainę i inne rzeczy.

  Arthur Hökström, skonsternowany, zwrócił się do syna:
  – Co wyście, u diabła, wyprawiali?

  Tobbe skulił się na krześle.
  – Ćpaliście?

  – Niestety, na to wygląda.
  Thomas miał nadzieję, że ojciec nie będzie się więcej wtrącał. 

Zwrócił się znów bezpośrednio do chłopaka:
  – Wiemy,   że   ty   i Victor   byliście   w noc   świętojańską   pijani 

i pod wpływem narkotyków. Wiemy też, że byłeś na plaży tego 
wieczoru, gdy zabito Victora.

  Tobbe bezradnie kręcił głową.
  – Sądzimy, że na plaży Skärkarlshamn coś wymknęło się spod 

kontroli i doprowadziło to do śmierci twojego przyjaciela. Może 
próbowałeś   pomóc   Felicii,   kiedy   Victor   wpadł   w złość. 

Zaczęliście   się   bić   i skończyło   się   na   tym,   że   uderzyłeś   go 
kamieniem?

  – Odruchowo – dodała Margit. – Bez premedytacji.
  Tobbe patrzył z przerażeniem w oczach na Thomasa i Margit.

  – Tato… – jęknął.
  Arthur Hökström ścisnął krawędź stołu.

  – Nie mówicie chyba poważnie?! – wybuchnął.
  – Nie byłoby lepiej, gdybyś nam opowiedział, jak to się stało? 

– zwróciła się Margit do Tobbego. – Potem poczujesz się lepiej, 
zawsze tak jest.

  – Poszedłem szukać Ebby – powiedział ochryple Tobbe. – Nie 

background image

zrobiłem nic Victorowi. Przysięgam.
  Zwrócił się do ojca:

  – Przysięgam, tato, nic nie zrobiłem. To nie byłem ja.
  – Dość tego – powiedział Arthur Hökström. – Nie odpowiadaj 

na ani jedno pytanie więcej.
  Wstał tak gwałtownie, że wywrócił krzesło.

  – To   jakieś   głupoty.   Mój   syn   nie   popełnił   żadnego 
przestępstwa.   A teraz   kończymy   to   przesłuchanie 

i wychodzimy.
  – Proszę usiąść! – warknął Thomas.

  Arthur Hökström wydawał się zaskoczony tym ostrym tonem.
  – Proszę się zastanowić – dodał łagodniej Thomas. – Będzie 

lepiej dla wszystkich, jeśli to wyjaśnimy. Zażądaliśmy zrzutu 
danych  z masztu w Sandhamn. To znaczy, że będziemy mieć 

wgląd   we   wszystkie   rozmowy   przychodzące,   wychodzące 
i SMS-y na wyspie, również te z komórki pańskiego syna.

  Arthur Hökström stał w miejscu. Znieruchomiał.
  – Mogę pana zapewnić – ciągnął Thomas – że jeśli Tobias nie 

miał z tym nic wspólnego, to się wyjaśni. Ale ze względu na 
wszystkich   musimy   to   wyjaśnić   jak   najszybciej.   Przeciąganie 

sprawy   nic   nie   pomoże,   wtedy   będziemy   musieli   wzywać 
pańskiego syna na kolejne przesłuchania.

  – Zaraz   skończymy   – dodała   Margit.   – Ale   to   naprawdę 
ważne,   byśmy   poznali   prawdę   o tym,   co   wydarzyło   się   tego 

wieczoru.   Sam   pan   powinien   to   rozumieć,   zna   pan   przecież 
prawo.

  Wydawało   się,   że   Arthurowi   Hökströmowi   słowa   uwięzły 
w gardle.

  Wahał   się   i Thomas   to   wyczuł.   Doświadczony   specjalista 
w dziedzinie   prawa   handlowego   powinien   wiedzieć,   że 

w obecnych   okolicznościach   policja   miała   nieograniczone 
możliwości przesłuchiwania jego syna bez względu na to, czy 

był pełnoletni, czy nie. Pozostawało tylko pytanie, jakie środki 
przymusu zastosują funkcjonariusze.

  Hökström   przygładził   ręką   proste   szpakowate   włosy. 
Wyglądało na to, że Tobbe nie po nim odziedziczył intensywnie 

rude loki.

background image

  – Nie dajecie nam wyboru – rzucił krótko.
  Odwrócił   się   i niechętnie   podniósł   z podłogi   przewrócone 

krzesło.
  – To tylko dzieciak, nie naciskajcie za mocno.

  Hökström ścisnął ramię syna. Po raz pierwszy od początku 
przesłuchania   Thomasowi   zdawało   się,   że   dostrzega   błysk 

czułości w jego oczach.
  Tobbe patrzył na nich lękliwie. Margit położyła rękę na jego 

ramieniu.
  – Opowiedz   teraz,   co   się   naprawdę   stało   tego   wieczoru 

w Sandhamn – powiedziała. – Powiedz prawdę, Tobias.
 

Tobbe

  Tobbe   poszedł   z Christofferem   na   fairline   Carla   Bianchiego 
przy pomoście Via Mare. Tessan kleiła się do niego, ale był nie 

w humorze. Nie miał ochoty wciągnąć kolejnej działki, alkohol 
zaczynał się ulatniać.

  Wciąż   miał   przed   oczami   Ebbę,   która   zbiegła   z pokładu   ze 
łzami w oczach.

  Próbował się opędzić od wyrzutów sumienia, wkurzyć się na 
nią. Cholerna Ebba próbowała decydować za niego. Nie była 

przecież jego matką.
  I tak nie dawało mu to spokoju.

  Minęli estradę przy dużym pomoście i szli dalej, ku ostatnim 
pomostom   pontonowym.   Kawałek   przed   stacją   benzynową 

stało kilka rodzin z dziećmi. Czekali w kolejce na prom KSSS 
kursujący na wyspę Lökholmen. Jakaś mała dziewczynka lizała 

lody, które kapały jej na szorty.
  Tessan cały czas coś paplała. Spróbowała wziąć go za rękę, ale 

nie pozwolił.
  Dotarli wreszcie na pomost Via Mare. Christoffer wstukał kod 

i przeszli   przez   furtkę.   Łódź   jego   kumpla   stała   po   prawej 
stronie.   Wyglądała   na   cholernie   drogą:   piętnaście   metrów, 

lśniący   biały   kadłub,   pokład   z mahoniu.   Z dwóch   głośników 
dudniła muzyka, na pokładzie kręciło się mnóstwo ludzi.

  Christoffer przywitał się z Dantem Bianchim i zawołał „siema” 

background image

do   jakiejś   ślicznej,   dość   wysokiej   dziewczyny,   na   oko 
dwudziestolatki.   Miała   gęste,   brązowe   włosy   uczesane 

z przedziałkiem   pośrodku,   nosiła   niebieską   koszulkę   i białe 
obcięte dżinsy.

  Christoffer   jakby   się   rozpromienił,   gdy   do   nich   podeszła. 
Przedstawił ją jako Sarę, koleżankę ze szkoły handlowej. Tobbe 

od razu się zorientował, że nie była tylko koleżanką. Zrozumiał 
też, że chcą, by zostawiono ich w spokoju.

  – Tobbe,   tutaj!   – zawołała   Tessan,   wskazując   miejsce   obok 
siebie.

  Nie miał na to ochoty, ale mimo wszystko podszedł i usiadł 
przy   niej.   Wydawało   mu   się   to   głupie.   Spojrzał   w stronę 

Christoffera,   który   uśmiechał   się   i trzymał   za   rękę   Sarę.   Był 
całkowicie nią pochłonięty.

  Tobbe przypomniał sobie, jak dobrze było mu z Ebbą.
  Zwykle   czekała   na   niego   pod   bramą   szkoły.   Zawsze   się 

spóźniał   i musieli   biec,   żeby   zdążyć   na   pierwsze   zajęcia. 
W zimie   nosiła   śmieszną   czapkę   z pomponem   z futra,   który 

kołysał   się,   gdy   się   poruszała.   Droczył   się   z nią   i mówił,   że 
wygląda jak jego babcia na wycieczce w górach.

  Gdy  w grudniu  spadł  pierwszy   śnieg,  ulepili   bałwana   u niej 
w ogrodzie. Potem ściągnął jej tę czapkę i przewrócił Ebbę na 

ziemię. Wyciągnęła ręce i pociągnęła go ku sobie. Mimo mrozu 
jej usta były gorące.

  Leżeli obok siebie w śniegu, póki nie zaczęli szczękać zębami 
z zimna.

  – Tobbe?
  Głos   Tessan   przywrócił   go   do   rzeczywistości.   Miała 

niezadowoloną minę i powiedziała, że chce coś do picia.
  – Nie mają tutaj żadnego alkoholu?

  Tobbe wyjął z plecaka butelkę wódki, zorganizował szklanki 
i więcej fanty. Tessan wypiła łyk i pochyliła się. Przylgnęła do 

niego piersiami i rozchyliła usta.
  Nie wytrzyma tego. Szybko wstał i mruknął, że musi iść do 

toalety w porcie.
  – Zaraz wrócę – skłamał i odszedł szybkim krokiem.

  Tessan zawołała coś za nim, ale udał, że nie słyszy.

background image

  Idąc   do   męskiej   toalety   za   nadmorskim   deptakiem, 
zastanawiał   się,   co   on   właściwie   wyprawia.   Przygnębiony 

wszedł do budynku i ustawił się w kolejce. Kiedy wyszedł umyć 
ręce, zobaczył w lustrze swoją nieszczęśliwą twarz. Do toalety 

weszło jakichś dwóch zachowujących się głośno facetów. Nie 
było   papierowego   ręcznika,   więc   wytarł   ręce   o spodnie 

i wyszedł.
  Przystanął pod budynkiem. Nie miał ochoty wracać na łódź, 

ale nie wiedział, co z sobą począć. Była za kwadrans dziewiąta. 
Sięgnął   po   komórkę   i wysłał   SMS   do   Victora,   żeby   go 

namierzyć. Minęło trochę czasu, odkąd on i Felicia sobie poszli.
  Znów zerknął na telefon.

  Ebba była taka smutna, kiedy uciekła z jachtu. Powinien do 
niej   zadzwonić   i sprawdzić,   czy   wszystko   w porządku.   Ale 

dlaczego miałaby z nim gadać? To on zachował się jak dupek.
  W głębi   serca   dokładnie   wiedział,   dlaczego   się   rozstali.   To 

z narkotykami posunęło się za daleko, o wiele za daleko.
  Zaczęło   się   od   żartów.   Nigdy   nie   miał   oporów   przed 

próbowaniem   nowych   rzeczy   i gdy   nadarzyła   się   okazja,   by 
spróbować   kokainy,   nie   potrafił   się   powstrzymać.   Kierowała 

nim   głównie   ciekawość;   kolega   mu   powiedział,   że   po   koce 
można imprezować całą noc.

  Victor   też   chciał   spróbować.   Zanim   Tobbe   się   zorientował, 
wciągali prawie co weekend. Victor nalegał. Poza tym dlaczego 

Tobbe miałby się powstrzymywać? Lubił to uczucie, choć nigdy 
nie było tak intensywne jak za pierwszym razem.

  Victor znalazł nowe dojście i kupował wszystko, co tylko mógł. 
Kokę albo inne rzeczy. Wkrótce zaczął załatwiać kokainę dla 

osób z paczki. Brał coraz więcej. Tobbe nie był głupi, rozumiał, 
że Victora nie byłoby stać na tyle dragów, gdyby nie zaczął sam 

dealować.
  Czasem  Victor   był spięty  i nie  w sosie, czasem   poirytowany 

i drażliwy. Tobbe zaczął się zastanawiać, czy tego nie odstawić, 
ale z Victorem nie dało się o tym pogadać. Poza tym Tobbe nie 

chciał   dać   Ebbie   tej   satysfakcji.   Był   na   nią   taki   cholernie 
wkurzony przez całą wiosnę. Odstręczała go myśl, że miałby 

przyznać jej rację.

background image

  Zachowanie Victora go niepokoiło.
  W lipcu ojciec wynajął domek na Majorce, Christoffer i Tobbe 

mieli tam spędzić kilka tygodni. Wydawało mu się, że to dobra 
okazja, żeby odstawić dragi.

  W noc świętojańską ostatni  raz  wciągnie  ścieżkę, obiecał to 
sobie.

  Wsunął   komórkę   do   tylnej   kieszeni,   przeszedł   na   tyły 
Restauracji   Żeglarskiej   i zaczął   się   wspinać   na   wzgórze. 

W pewnym sensie liczył, że natknie się na Ebbę. Że będą mogli 
usiąść i pogadać.

  Po chwili dotarł do punktu widokowego. Przy starej żelaznej 
kotwicy   na   skale   siedziała   jakaś   para   około   trzydziestki 

i trzymała się za ręce.
  Tobbe żałował, że nie siedzi tutaj z Ebbą.

  Bez planu szedł dalej wzgórzem, aż  dotarł do płaskich  skał 
nad brzegiem. Szedł dalej wzdłuż wody i dotarł na plażę, gdzie 

przy ognisku siedziała jakaś paczka. Słyszał ich śmiechy, więc 
podszedł bliżej. Nikogo z nich nie znał.

  Ebby tam nie było.
  Po jakimś czasie wrócił do płaskich kamieni i położył się na 

nich.   Obojętnie   patrzył   w niebo.   Nie   miał   ochoty   wracać   na 
jacht Bianchiego, Tessan na pewno wciąż tam na niego czekała.

  Musiał   zasnąć,   bo   gdy   się   obudził,   słońce   zaszło.   W oddali 
słyszał   dudniącą   w porcie   muzykę.   Pośliznął   się   po   ciemku 

i uderzył   w twarz.   Cholernie   bolało,   prawie   się   popłakał,   ale 
jakoś udało mu się dotrzeć na ich łódź. Tam na sofie urwał mu 

się film.
 

69

  Głos Tobbego stał się ochrypły. W końcu ucichł.

  Thomas i Margit wymienili spojrzenia. Tobias Hökström nie 
mógł   udowodnić,   gdzie   przebywał   w krytycznym   momencie. 

Chociaż mieli naocznego świadka, nie chciał się przyznać, że 
był w pobliżu miejsca, w którym znaleziono Victora.

  Nie   oczyścił   się   z podejrzeń.   Pozostawało   pytanie,   co   teraz 

background image

zrobią.
  – Utrzymujesz, że nie masz nic wspólnego z zamordowaniem 

Victora? – spytał Thomas.
  Tobbe spojrzał na niego z nieszczęśliwą miną.

  – Nie miałem pojęcia, co się stało, póki nie powiedziała mi 
policja. Przysięgam – powiedział szybko, rwącym się głosem. 

– Powiedziałem wam wszystko.
  To,   co   mówisz,   nie   jest   dowodem,   pomyślał   Thomas, 

wpatrując się w Tobbego. I wiele przemawia przeciwko tobie.
  – Mamy   potwierdzenie,   że   przebywałeś   na   plaży 

Skärkarlshamn   w czasie,   gdy   zabito   twojego   przyjaciela, 
wspominaliśmy   o tym   – powiedział.   –   Felicia   cię   widziała. 

Rozumiesz   teraz,   dlaczego   uważamy,   że   byłeś   zamieszany 
w śmierć Victora?

  Tobbe zerknął na ojca. Arthur Hökström lekko pobladł. Obaj 
się nie odzywali.

  – Przyznajesz   się,   że   byłeś   na   plaży,   kiedy   zamordowano 
twojego przyjaciela? – spytała Margit.

  – Nie było go tam, kiedy przyszedłem – zaprotestował Tobbe. 
Jego   głos   przeszedł   prawie   w falset.   – Ani   jego,   ani   Felicii. 

Dlaczego mi nie wierzycie?
  Thomas nie spuszczał go z oka.

  – Sądzimy, że doszło między wami do bójki. Gdy Victor już 
nie żył, uciekłeś w jakieś ustronne miejsce. Rozpadliny skalne 

pod   Dansberget   są   świetną   kryjówką.   Może   to   prawda,   że 
zasnąłeś, napięcie zrobiło swoje. Kiedy się obudziłeś, myślę, że 

nie   wiedziałeś,   dokąd   pójść,   więc   z braku   lepszego   pomysłu 
wróciłeś na łódź.

  Podczas wywodu Thomasa Arthur Hökström znów zerwał się 
z miejsca.   Jego   szczęki   się   poruszały,   jakby   chciał   coś 

powiedzieć, ale nie udało mu się wydobyć głosu. Usiadł. Drżały 
mu ręce, gdy oparł je o stół.

  – Mam rację? – spytał Thomas, patrząc na Tobbego.
  Nastolatek kręcił tylko głową. Pobladł. Siniak na policzku stał 

się teraz jeszcze bardziej widoczny.
  – Ten   siniak   – rzucił   Thomas.   – Rozmawialiśmy   o tym 

wcześniej   i nie   umiałeś   podać   żadnego   sensownego 

background image

wyjaśnienia. Skąd się naprawdę wziął?
  – Przecież   mówiłem.   Potknąłem   się   po   ciemku   na   skałach 

i uderzyłem się w twarz.
  – Z nikim się nie pobiłeś?

  – Nie.
  – Nie   pobiłeś   się   z Victorem?   To   wygląda   jak   ślad   po 

uderzeniu pięścią.
  – Przestańcie! Mówiłem, że się przewróciłem.

  Margit znów położyła mu rękę na ramieniu.
  – Rozumiesz,   jak   poważna   jest   twoja   sytuacja?   – spytała. 

– Właśnie przyznałeś, że nas okłamałeś, kiedy rozmawialiśmy 
z tobą   na   Sandhamn.   Przemilczałeś,   że   ty   i Victor   braliście 

narkotyki.   Możesz   mi   podać   choć   jeden   powód,   dla   którego 
teraz mielibyśmy ci uwierzyć?

  Nastolatek wpatrywał się w Margit i Thomasa rozszerzonymi 
oczami.

  – Nie chciałem skłamać, kiedy mnie pani poprzednio pytała. 
Nie   chciałem   tylko   powiedzieć,   że…   – zarumienił   się   – …że 

próbowałem znaleźć Ebbę.
  – Dlaczego? – spytał Thomas.

  – To   była   przecież   moja   wina,   że   sobie   poszła.   Dlatego 
powiedziałem, że byłem z resztą ludzi na łodzi Bianchiego.

  Zarumienił się jeszcze bardziej.
  – Czułem   się   okropnie   z tym,   że   poszła   na   policję,   bo   nie 

mogła nas znaleźć… Że tak strasznie się bała.
  Głos uwiązł mu w gardle. Zaczął obgryzać resztkę paznokcia 

na kciuku.
  – Było mi wstyd.

  Arthur Hökström pochylił się i ostrożnie odsunął rękę syna od 
ust.

  – Zostaw to.
  Thomas  obserwował  ojca i syna. Sytuacja Tobbego nie była 

zbyt dobra. Okłamał ich, nie miał alibi, nie potrafił wyjaśnić, 
skąd   ma   siniak   na   policzku.   Nie   mieli   jednak   dowodów 

technicznych.
  Na razie.

  Będą   musieli   zbadać   ubrania,   które   miał   na   sobie   w ten 

background image

weekend, ale do tego potrzebowali nakazu prokuratora.
  Wyczuł, że myśli Margit biegną podobnym torem.

  Thomas podjął decyzję:
  – Przerywamy   na   chwilę   przesłuchanie.   Zanim   będziemy 

kontynuować, chcę coś omówić z prokuratorem.
  Wyłączył magnetofon i oboje wyszli.

  Tobbe był bardzo blady, gdy Thomas i Margit po dziesięciu 
minutach   wrócili   do   pokoju.   Usiedli.   Thomas   włączył 

magnetofon.
  – Rozmawialiśmy   z prokuratorem   – zaczął   Thomas   i umilkł 

na chwilę, by znaleźć właściwe słowa.
  Był tylko jeden sposób, by to powiedzieć.

  – Niniejszym   informujemy   cię,   że   jesteś   podejrzany 
o morderstwo bądź nieumyślne spowodowanie śmierci. Masz 

prawo do obrońcy z urzędu na koszt państwa.
  – Tato! – zawołał piskliwie Tobbe. – Proszę. Zrób coś.

  Arthur   Hökström   objął   syna   i przyciągnął   do   siebie. 
W pierwszej   chwili   wydawało   się,   że   Tobbe   nie   przywykł   do 

fizycznych   kontaktów   z ojcem,   potem   ukrył   twarz   w piersi 
Arthura, wcisnął rude włosy w szorstki materiał garnituru.

  – Będzie dobrze – powiedział cicho Arthur Hökström do syna, 
nie przejmując się obecnością Thomasa i Margit. – Wszystko 

się   ułoży.   – I,   jakby   próbował   przekonać   też   samego   siebie, 
powtórzył głośniej: – Wszystko się ułoży.

  – Prokurator   podjęła   decyzję   o przeprowadzeniu   rewizji 
u ciebie w domu i skonfiskowaniu ubrań, które nosiłeś w noc 

świętojańską   – powiedział   Thomas.   – Zanim   stąd   wyjdziesz, 
zostaną też od ciebie pobrane próbki DNA.

  – Przecież nic nie zrobiłem – ledwo wyszeptał Tobbe.
  – Byłoby   o wiele   lepiej,   gdybyś   z nami   współpracował 

– powiedziała   Margit.   – Przeciągając   to,   nic   nie   zyskasz. 
– Pochyliła się. – Nie uważamy, że chciałeś to zrobić – ciągnęła 

przyjaznym tonem. – Mógłbyś nam powiedzieć, w jaki sposób 
doszło   do   bójki   z Victorem?   Wiemy,   że   wcześniej   się 

pokłóciliście, twój brat nam o tym powiedział.
  – Christoffer – szepnął Tobbe.

  Oczy Arthura Hökströma stały się szkliste. Thomas trochę się 

background image

spodziewał,   że   adwokat   przerwie   przesłuchanie   i zażąda,   by 
jego syn natychmiast dostał obrońcę z urzędu. Ale najwyraźniej 

ojciec był zbyt wstrząśnięty, by o tym pomyśleć.
  – Victor   był   moim   kumplem   – wyjąkał   Tobbe.   – Dlaczego 

miałbym go zabić?
  – Nieumyślnie   – powiedziała   Margit,   jakby   chciała   go 

zachęcić. – Ile wypiłeś w sobotę?
  – Nie pamiętam dokładnie.

  – Spróbuj sobie przypomnieć. Trzy drinki z wódką czy więcej? 
Ile alkoholu wypiłeś tego dnia?

  – Jakieś cztery, pięć drinków, nie więcej.
  – Brałeś też kokainę? – naciskała Margit.

  Żałośnie pokiwał głową.
  – Tak.

  – Kiedy?
  – Po południu.

  – O której?
  – Nie wiem, jakoś koło czwartej.

  – Więc   tego   wieczoru   byłeś   pijany   i pod   wpływem 
narkotyków.

  – Ale go nie zabiłem. Nie zrobiłem tego!
  Głos Tobbego przeszedł w krzyk.

  – Jesteś   pewien,   że   dobrze   wszystko   pamiętasz?   – spytała 
poważnie Margit. – Gdybym wlała w siebie pół butelki wódki 

i do tego brała narkotyki, wątpię, czy w ogóle cokolwiek bym 
pamiętała. Dlaczego się upierasz?

  – Nic nie zrobiłem – wyszlochał Tobbe.
  Wierzchem dłoni wycierał sobie nos.

  Thomas dotknął ramienia Margit. Chłopak był zdruzgotany, 
należało zakończyć przesłuchanie.

  – Dziś chyba dalej nie zajdziemy – stwierdził. – Jak wspomi-
naliśmy, konfiskujemy twoje ubranie, komórkę również.

  Powietrze w ciasnym pomieszczeniu wydawało się gęste.
  – Porozmawiam   z prokurator   i poinformuję   cię,   czy 

zostaniesz   zatrzymany   – poinformował   Thomas,   wstając. 
– Poczekaj tu chwilę z ojcem.

  – Nie mogę jechać do domu? – wyszeptał Tobbe.

background image

 

70

  – No dobra, co teraz zrobimy? – spytała Margit.
  Siedzieli   w pokoju   Thomasa   i próbowali   przeanalizować 

przesłuchania, które odbyły się przed południem.
  – Sama   słyszałaś,   co   mówiła   – odparł   Thomas.   – To,   co 

mamy, nie wystarczy, żeby go aresztować.
  Prokurator   Charlotte   Ståhlgren   nie   chciała   podjąć   decyzji 

o zatrzymaniu Tobiasa Hökströma. Uznała, że nie ma ku temu 
wystarczających   powodów.   W przypadku   zatrzymania   i tak 

jako   niepełnoletni   zostałby   natychmiast   przekazany   opiece 
społecznej. Lepiej było się zatem wstrzymać.

  – W każdym   razie   zdobyliśmy   jego   ubranie   – stwierdziła 
Margit. – I komórkę.

  Zerknęła na zegar i wstała.
  – Wyjdziemy   na   lunch?   Może   spytamy   Harry’ego,   czy   ma 

ochotę iść z nami?
  Wybrali   restaurację   kilka   minut   spacerem   od   posterunku 

w stronę plaży w Nacce.
  Thomas   wziął   gotowanego   dorsza   w sosie   jajecznym, 

wspaniałe domowe danie, może niezbyt wyszukane, ale pyszne. 
Margit wolała porządną porcję lazanii. Ładnie pachniały, ale 

okazały się nieco za miękkie. Harry Anjou zdecydował się na 
spaghetti bolognese.

  Z tacą w ręce Thomas ruszył za Margit, która skierowała się 
na zewnątrz.

  Wyszli na otoczony płotkiem drewniany taras, na którym stały 
stoliki   z obrusami   w czerwoną   kratę.   Mimo   zachmurzonego 

nieba prawie wszystkie miejsca były tu zajęte. Widać wszyscy 
woleli   jeść   na   powietrzu,   a sezon   urlopowy   jeszcze   się   nie 

zaczął.
  Thomas postawił swoją tacę obok tacy Harry’ego.

  – Zimno ci? – zażartował, bo nowy kolega miał na sobie grubą 
kurtkę z ciemnobrązowej skóry.

  Thomas na koszulę nie narzucił nawet swetra.

background image

  – Tak, trochę – przytaknął Harry.
  Nie   wygląda   zdrowo,   pomyślał   Thomas.   Anjou   miał 

podkrążone, zaczerwienione oczy. Czyżby nie doszedł jeszcze 
do siebie po nocy świętojańskiej?

  – Mam nadzieję, że się nie pochorujesz – zauważyła Margit. 
– W tej chwili potrzebujemy wszystkich.

  Rozmowa automatycznie zeszła na sprawę, jak to często bywa 
podczas toczącego się śledztwa. W takiej sytuacji trudno odciąć 

się od pracy.
  – Musimy   znaleźć   więcej   świadków   – stwierdziła   Margit. 

– Kalle   i Erik   nie   znaleźli   ani   jednej   osoby,   która   by   coś 
widziała   albo   słyszała.   Z wyjątkiem   tamtej   sąsiadki,   ale   ona 

miała niewiele do powiedzenia.
  – Dziwi   cię   to?   – spytał   Thomas.   – Inne   dzieciaki,   które 

przebywały na plaży, na pewno nielegalnie kupiły alkohol. Poza 
tym   większość   nie   miała   zgody   rodziców   na   wyjazd   do 

Sandhamn. W tych okolicznościach trudno się dziwić, że nikt 
nie chce się ujawnić.

  Margit   podniosła   widelec.   Thomas   widział,   że   wciąż   myśli 
o sprawie.

  – Wydawało   mi   się,   że   mamy   dosyć,   żeby   go   zatrzymać 
– stwierdziła. – Z zeznaniami Felicii i tym, co powiedział sam 

Tobbe,   możemy   dowieść,   że   był   na   miejscu   zbrodni,   kiedy 
zginął   Victor.   Poza   tym   wiemy,   że   chłopcy   wcześniej   się 

pokłócili   i że   obaj   byli   pod   silnym   wpływem   narkotyków 
i alkoholu.

  – Ale Felicia nie wie dokładnie, co się stało – przypomniał jej 
Thomas.   – Też   była   pod   wpływem   narkotyków,   a Tobbe 

zaprzecza, że miał z tym cokolwiek wspólnego.
  – Owszem. Musisz jednak przyznać, że jego sytuacja wygląda 

kiepsko. Pewnie był na takim haju, że nie pamięta, co robił.
  – I ma ten siniak na policzku – dodał Harry, który do tej pory 

skupiał się na jedzeniu.
  – Jakoś   trudno   mi   uwierzyć,   że   się   pośliznął   i uderzył 

– zauważyła Margit.
  – Tak, nie brzmi to zbyt przekonująco – przyznał Thomas.

  Margit poszła do restauracji zamówić kawę i po chwili wróciła 

background image

z trzema kubkami.
  – Po lunchu zadzwonię do Nilssona i trochę z nim pogadam 

– powiedział   Thomas.   – Zobaczymy,   czy   powie   nam   coś 
nowego.

  – Bardzo   ciekawe,   co   wykaże   analiza   ubrania   – stwierdziła 
Margit.   –   Niestety,   pewnie   minie   co   najmniej   tydzień,   nim 

dostaniemy wyniki.
  – O ile   chłopak   wcześniej   się   nie   załamie   i nie   przyzna 

– zauważył   Harry   Anjou,   wyjmując   z kieszeni   pudełeczko   ze 
snusem.   – Uważam,   że   powinniśmy   jeszcze   mocniej   go 

przycisnąć. Założę się o miesięczną pensję, że to on.
 

71

  Co za  ulga:  wyjść  na  kilka  godzin  z domu,  pomyślał  Johan 

Ekengreen,   wyjeżdżając   na   autostradę.   Kiedy   Madeleine   nie 
spała po tabletkach, snuła się po domu jak widmo.

  Nie wytrzymywał tego.
  Zebranie   zarządu   zaczynało   się   o drugiej,   za   pięćdziesiąt 

minut. Miał dużo czasu, ale wolał czekać w samochodzie, niż 
siedzieć w domu.

  W przegródce na rękawiczki leżało pudełko cygar. Johan palił 
tylko sporadycznie, teraz sięgnął do niego i zapalił.

  Zadzwoniła komórka. Pomacał ręką w wewnętrznej kieszeni 
i wydobył telefon. Odruchowo zerknął na wyświetlacz.

  Nagle obudowa komórki wydała mu się lodowata.
  – Tak.

  – Rozmawiałem   z prowadzącymi   śledztwo.   – Głos 
komendanta policji brzmiał niemal tak samo jak czterdzieści 

trzy lata temu, gdy razem służyli na Korsö. Stał się może trochę 
bardziej   władczy.   – Wygląda   na   to,   że   są   silne   podejrzenia 

wobec jednego z kumpli twojego syna.
  Johan mocniej ścisnął telefon.

  – Masz nazwisko?
  – Tobias Hökström. Wiesz, który to?

  Cygaro   wysunęło   się   z palców   Johana.   Żar   natychmiast 

background image

wypalił dziurę w spodniach po wewnętrznej stronie uda. Johan 
poczuł   swąd   żarzącej   się   tkaniny   i ból   oparzonej   skóry.   Po 

omacku odszukał cygaro.
  – Halo, jesteś tam?

  Gdy Johan się odezwał, jego głos brzmiał szorstko.
  – Tak. Tobias Hökström jest… był… najlepszym przyjacielem 

Victora.
  Samochód   przed   nim   przyhamował   i Johan   o mało   w niego 

nie wjechał. Skręcił na lewy pas tuż przed żółtą taksówką.
  – Nie rozumiem – powiedział zdezorientowany. – Tobbe jest 

w to zamieszany?
  – Na   to   wygląda.   Prowadzący   śledztwo   uważają,   że   między 

chłopakami   doszło   do   bójki.   Najwyraźniej   obaj   byli   pod 
wpływem narkotyków.

  – Co mówisz?!
  – Znaleźli ślady kokainy w ciele twojego syna.

  Ten policjant, Thomas Andreasson, wspominał coś podczas 
wczorajszej rozmowy przez telefon, że Victor był pod wpływem 

narkotyków. Johan nie chciał w to uwierzyć.
  – Przykro mi, myślałem, że wiedziałeś – ciągnął komendant. 

– Wygląda   na   to,   że   chłopacy   rzucili   się   na   siebie   na   plaży 
i skończyło   się  tym, że  Hökström  zabił  twojego  syna.  Potem 

ukrył go pod drzewem. W panice. Jakiś  facet  z psem znalazł 
zwłoki już po paru godzinach.

  Johan   nie   zauważył,   że   dodał   gazu.   Jechał   teraz   sto 
pięćdziesiąt na godzinę. Krajobraz przemykał za szybą o wiele 

za szybko. Zmusił się, żeby zdjąć nogę z gazu.
  – Tobbe się przyznał? – spytał z wysiłkiem.

  – Jeszcze nie. Ale był dzisiaj z ojcem na przesłuchaniu.
  Arthur   Hökström.   Johan   znał   go   tylko   powierzchownie. 

Madeleine go nie lubiła.
  – Został   formalnie   powiadomiony,   że   jest   podejrzany 

o morderstwo   lub   nieumyślne   spowodowanie   śmierci. 
Prokurator   wydała   decyzję   o rewizji   w domu.   Skonfiskowano 

jego ubranie. Przygotowują zatrzymanie, ale prokurator chce 
mieć więcej dowodów technicznych, a analiza trwa co najmniej 

tydzień,   może   nawet   dłużej.   Poza   tym   jest   niepełnoletni,   to 

background image

zawsze komplikuje sytuację.
  – Rozumiem – szepnął Johan.

  – Niedługo   znów   go   wezwą.   W tej   chwili   sprawdzają   jego 
ubranie   i komórkę.   – Komendant   przerwał   na   chwilę. 

– Zadzwonię, jak dowiem się więcej.
  – Dzięki.

  Johan   odłożył   telefon   na   siedzenie   pasażera.   Serce   mocno 
biło.   Kawałek   dalej   zobaczył   stację   benzynową.   Nie   patrząc 

w lusterko wsteczne, zmienił pas, skręcił i zjechał na parking.
  Kiedy wyłączał silnik, czuł zimny pot na karku.

  Tobbe. Czy to on zamordował jego syna? Ten sam chłopak, 
który   wyjeżdżał   z nimi   na   urlopy   i do   domku   letniskowego? 

Wesoły gnojek, który dostał trochę w kość, kiedy jego rodzice 
rozwiedli się jakiś rok temu.

  Policja musiała się pomylić.
  Johan Ekengreen zaczął drżeć na całym ciele. Serce biło mu 

jak szalone. Ścisnął kierownicę, żeby nad sobą zapanować.
  Co Thomas Andreasson powiedział mu przez telefon? Johan 

dzwonił   do   niego,   żeby   się   dowiedzieć,   kiedy   będą   mogli 
odebrać   zwłoki   po   sekcji.   Madeleine   bez   przerwy   mówiła 

o pogrzebie, uczepiła się myśli, że muszą pochować syna jak 
najszybciej, zgodnie ze starą rodzinną tradycją.

  Johan znów usłyszał głos Andreassona, głośno i wyraźnie:
  – Niestety,   pana   syn   w chwili   śmierci   był   pod   wpływem 

narkotyków.   To   sprawiło,   że   badania   się   przeciągają. 
Odezwiemy   się,   gdy   tylko   będziemy   coś   wiedzieć.   Mam 

nadzieję, że to nie potrwa długo.
  Narkotyki.

  Johan   nie   chciał   w to   uwierzyć;   jego   syn   nie   był   jakimś 
ćpunem.   Odsunął   to   od   siebie,   ani   słowem   nie   wspomniał 

o tym Madeleine.
  Oczywiście słyszał, że w okolicy, w której mieszkali, pojawiały 

się narkotyki. To była jedna z wad mieszkania w takim miejscu. 
Dzieciaki   były   rozpuszczone   i nie   wiedziały,   co   robić 

z pieniędzmi. Niektóre przekraczały granice i szukały mocnych 
wrażeń.   Johan   liczył   na   to,   że   jego   dzieci   będą   się   trzymać 

z dala od tego świństwa. Tak wiele im przecież zapewniał.

background image

  W kabinie nadal pachniało spalenizną. Zaczęło mżyć, drobne 
kropelki deszczu spadały na szybę i spływały po szkle.

  Ktoś   musiał   namówić   Victora,   żeby   spróbował   kokainy.   To 
jedyne sensowne wytłumaczenie.

  Johan sięgnął po telefon. Musi się dowiedzieć. Szybko wybrał 
numer na policję.

  – Thomas Andreasson – usłyszał po kilku sygnałach.
  Brzmiało to tak, jakby policjant był gdzieś na zewnątrz, w tle 

zatrąbił samochód.
  – Tu   Johan   Ekengreen.   Mówił   pan   wczoraj,   że   sekcja 

wykazała obecność narkotyków w organizmie Victora. Co pan 
miał na myśli?

  Słowa padły o wiele za szybko. Johan próbował się uspokoić. 
Jeśli będzie słychać, że jest podenerwowany, nie dowie się tego, 

co chce.
  – Niestety,   to   prawda   – odparł   Thomas.   – Lekarz   sądowy 

znalazł podczas sekcji ślady kokainy.
  – Jesteście tego pewni?

  – Nie   sądzę,   żeby   doszło   do   pomyłki.   Są   też   świadkowie, 
którzy zeznali, że pana syn brał w sobotę kokainę.

  – Kto tak twierdzi?
  Johan   czuł,   że   wciąż   mówi   zbyt   gorączkowo.   Uspokój   się, 

pomyślał.
  – Osoby, które były z Victorem na Sandhamn.

  Thomas   Andreasson   najwyraźniej   nie   chciał   wdawać   się 
w szczegóły.

  – Może   pan   podać   jakieś   konkrety?   Z kim   rozmawialiście? 
Czy te osoby są wiarygodne? – Johan wyrzucił z siebie pytania 

i w napięciu czekał na odpowiedź.
  – Rozmawialiśmy   z jego   dziewczyną   i najlepszym 

przyjacielem.
  Więc Felicia i Tobbe potwierdzili, że Victor ćpał.

  Drobne   kropelki   na   szybie   sprawiały,   że   świat   zaczął   się 
zamazywać. A może to coś z jego oczami?

  – Wiecie dlaczego? – spytał. – Jak to się stało, że zaczął ćpać?
  Andreasson zwlekał z odpowiedzią, jakby się zastanawiał, ile 

może zdradzić. W końcu odparł:

background image

  – Wygląda   na   to,   że   jego   kolega   zaczął   pierwszy   brać 
narkotyki. Ale wszyscy troje robili to od dłuższego czasu.

  Po drugiej stronie zapadła cisza.
  – Przykro mi – dodał Thomas Andreasson – jednak pana syn 

był prawdopodobnie poważnie uzależniony.
  Brzmiało   to   tak,   jakby   chciał   zakończyć   rozmowę.   Johan 

musiał dowiedzieć się więcej.
  – Ostatnie   pytanie   – powiedział.   – Macie   jakiegoś 

podejrzanego?
  – Niestety, nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.

  – Mówimy o moim synu – wydusił Johan. – Proszę.
  Teraz był zdesperowany, nie potrafił tego ukryć. Najwyraźniej 

to sprawiło, że Thomas Andreasson ustąpił.
  – Powiadomiliśmy   pewną   osobę,   że   jest   podejrzana 

o popełnienie morderstwa. Na tym etapie nie mogę powiedzieć 
więcej.

  Johan zakończył rozmowę. Był jak sparaliżowany.
  Tobbe.

  To   przez   niego   Victor   zetknął   się   z narkotykami.   Najpierw 
doprowadził Victora do uzależnienia, a potem go zabił.

  Bez ostrzeżenia Johan poczuł w ustach smak żółci. Szarpnął 
drzwi samochodu i zwymiotował wszystko, co miał w żołądku. 

Na czarnym asfalcie utworzyła się różowa kałuża.
  Mdłości szybko minęły. Wtedy Johan oparł się o kierownicę 

i patrzył pustym wzrokiem przed siebie.
  Skurwysyn.

 

72

  W pokoju  Wilmy  na podłodze leżały  porozrzucane  ubrania, 
spod łóżka wyglądało czerwone bikini i jakiś wilgotny ręcznik. 

Na stoliku przy łóżku stały brudne naczynia.
  Ale Jonas nie przyszedł poprosić ją, by posprzątała.

  Wilma siedziała na łóżku, oparta plecami o pomalowaną na 
żółto ścianę. Z laptopa leżącego na jej brzuchu płynęła muzyka, 

komórka leżała w zasięgu ręki na pogniecionym prześcieradle.

background image

  Wciąż  miała na sobie nocną koszulę, choć było po drugiej. 
W pokoju   panował   zaduch,   jakby   od   wielu   dni   nikt   tu   nie 

wietrzył.
  Jonas przysiadł na skraju łóżka.

  – Cześć, kochanie. Jak się czujesz?
  Wilma wciąż wpatrywała się w ekran, nie podnosząc wzroku.

  – Nie   uważasz,   że   przyszła   pora,   żebyśmy   chwilę 
porozmawiali?

  Nie przejmując się brakiem reakcji z jej strony, pochylił się 
i ostrożnie pogłaskał ją po policzku.

  – Wiem,   że   rozmawiałaś   z mamą,   ale   ja   też   muszę   się 
dowiedzieć,   co   się   stało   w sobotę.   Kiedy   mieszkasz   u mnie, 

musisz przestrzegać moich reguł. Chyba to rozumiesz?
  Wilma wciąż była skupiona na laptopie. Muzyka się zmieniła, 

skończył   się   jakiś   ognisty   kawałek.   Jonas   nie   znał   żadnego 
z nich.

  Czy w ogóle słyszała, co mówił?
  – Odłóż to, proszę.

  Jego córka bez entuzjazmu odsunęła laptop. Zapiszczała jej 
komórka i Wilma odruchowo wyciągnęła rękę.

  Jonas delikatnie ją powstrzymał.
  – Czy to może chwilę poczekać?

  – Po co?
  Wilma nie patrzyła mu w oczy. Jonas poczuł, że ma na końcu 

języka jakąś ostrą uwagę, ale się powstrzymał.
  – Bo cię o to proszę.

  Wilma niechętnie odłożyła telefon.
  Od czego miał zacząć? Musiał ważyć każde słowo, bo były jak 

miny,   które   mogą   wybuchnąć,   jeśli   zrobi   fałszywy   ruch. 
Powinna   być  tutaj  Margot.   Powinni   razem   przeprowadzić   tę 

rozmowę.
  Targały   nim   złość   i niepokój.   Szukał   właściwych 

sformułowań.
  – To   bardzo   nie   w porządku.   Mam   nadzieję,   że   rozumiesz, 

o czym mówię. Miałaś wrócić o określonej porze, umawialiśmy 
się. Ja i Nora strasznie się o ciebie niepokoiliśmy, baliśmy się, 

że stało się coś złego.

background image

  – Nory to chyba nie dotyczy. – Głos Wilmy nieoczekiwanie 
zadrżał. – Nie jest moją matką.

  Jonas za późno pojął, że nie należało wspominać o Norze.
  – Naprawdę   się   martwiłem,   myślałem,   że   stało   ci   się   coś 

strasznego.
  Teraz zaakcentował, że to on się o nią martwił. Wilma uniosła 

lekko podbródek, ale jej mowa ciała świadczyła o tym, że wciąż 
jest nastawiona negatywnie.

  Jonas spróbował jeszcze raz znaleźć właściwe słowa.
  – Kiedy przyszła policja, pomyślałem, że chodzi o ciebie. Nie 

rozumiesz   tego?   Że   stało   ci   się   coś   złego.   Poza   tym   nie 
odbierałaś   telefonu.   Nie   rozumiesz,   jak   mnie   nastraszyłaś? 

Szukałem cię przez pół nocy.
  Kiedy   Jonas   wypowiedział   te   słowa,   zdał   sobie   sprawę,   że 

strach czaił się tuż pod powierzchnią. Próbował zamaskować 
niepokój racjonalnymi wytłumaczeniami. Wszystko, byle tylko 

nie   myśleć,   że   doszło   do   najgorszego.   Szczerze   mówiąc,   był 
kompletnie przerażony.

  Ściskało   mu   się   gardło   na   myśl   o wszystkim,   co   mogło   się 
stać.   Nie   potrafił   zapomnieć   o tym,   że   tej   samej   nocy   inna 

rodzina straciła syna.
  – To   było   naprawdę   nie   w porządku   – powtórzył,   nie 

przejmując się tym, że jego głos brzmi ochryple.
  Wilma załkała i Jonas z trudem zapanował nad sobą. Nagle 

wtuliła się w niego.
  – Przepraszam, tato, przepraszam.

  – Musisz mi obiecać, że nigdy więcej tak nie zrobisz. Nigdy, 
słyszysz?

  Jonas mocno przytulił córkę.
  Po dłuższej chwili powiedział jej do ucha:

  – Teraz   musisz   mi   opowiedzieć,   dlaczego   tak   okropnie   to 
wyszło.

  – Muszę?
  Jej głos lekko zadrżał i znów ogarnął go niepokój. Pogłaskał ją 

delikatnie po policzku.
  – Co się właściwie stało, Wilmo? Jeśli spotkało cię coś złego, 

musisz mi o tym powiedzieć.

background image

 
Wilma

  Malena czekała przy Strindbergsgården. Wilma uśmiechnęła 

się   triumfalnie   i otworzyła   torbę,   w której   miała   ukradzione 
wino.

  – Kurde, super – zachwyciła się Malena. – Chodź, spadamy.
  – Dokąd idziemy?

  – Na plażę przy kortach. Reszta już tam jest.
  Ramię  w ramię  minęły  port.  Gdy przechodziły  obok  grupki 

pijanych   facetów   stojących   pod   Barem   dla   Nurków,   kilku 
rzuciło   za   nimi   pochlebne   komentarze.   Wilma   udała,   że   nie 

słyszy, ale to było ekscytujące.
  Po   dziesięciu   minutach   dołączyły   do   pozostałych   na   plaży. 

Pośrodku kręgu paliło się ognisko.
  Natychmiast dostrzegła Mattiasa. Leżał na plecach z rękoma 

pod głową, obok stała otwarta butelka piwa.
  Na jego widok poczuła łaskotanie w brzuchu. Naprawdę był 

cholernie przystojny. Udała, że go nie widzi, i kiwnęła głową 
reszcie   grupy.   Usiadła   na   piasku   jakiś   metr   od   Mattiasa. 

Wydawało jej się, że omiótł ją wzrokiem, ale nic nie powiedział.
  Wyprężyła się i wyciągnęła wino.

  – Ktoś ma ochotę? – spytała i niby przypadkiem zwróciła się 
do Mattiasa.

  Uniósł się na łokciu.
  – Małe   dziewczynki   przyniosły   coś   do   picia   – wyszczerzył 

zęby. – Jak to otworzysz?
  Wilma   zażenowana   zrozumiała,   że   nie   ma   korkociągu.   Jak 

mogła być taka głupia? W piwnicy były też butelki z nakrętką.
  Zaczerwieniła   się   i gorączkowo   myślała,   co   powiedzieć,   by 

ukryć zakłopotanie.
  – Weź to – powiedział chłopak, który siedział naprzeciwko.

  Miał   na   imię   Micke.   Trzymał   w ręce   metalowy   korkociąg 
z czerwoną rączką.

  – Otworzyć ci?
  Uczynnie wyciągnął rękę i wziął od niej butelkę.

  – Dzięki – mruknęła Wilma.

background image

  Zerkała   na   Mattiasa.   Teraz   pewnie   pomyślał,   że   jest 
skończoną siksą, która o niczym nie ma pojęcia. Miała ochotę 

kopnąć się za własną nieporadność.
  Mattias  nie zwracał już na nią uwagi.  Znów położył się na 

plecach i gadał z jakąś starszą dziewczyną. Jego brązowe włosy 
leżały   na   piasku.   Wilma   miała   ochotę   wyciągnąć   rękę   i ich 

dotknąć.
  Dziewczyna   zachichotała   i Wilma   poczuła,   że   rozmawiają 

o niej. Na pewno się nabijali z jej niezdarnej próby, by wypaść 
cool.

  Micke wyciągnął korek i podał jej butelkę.
  – Masz, otwarta.

  – Dzięki – mruknęła, wciąż patrząc na Mattiasa, który nadal 
zupełnie się nią nie interesował.

  Siedząca obok Malena szturchnęła ją w bok.
  – Dasz spróbować?

  Wzięła butelkę i łyknęła, Wilma zrobiła to samo. O mało się 
nie   skrzywiła,   gdy   poczuła   cierpki   smak   na   języku.   Szybko 

zmusiła się, by przełknąć, i upiła jeszcze jeden duży łyk, by nikt 
nie zauważył, że pierwszy raz naprawdę pije wino.

  Półtorej   godziny   później   w obu   butelkach   prawie   nic   nie 
zostało. Wilma stopniowo przysuwała się coraz bliżej Mattiasa 

i teraz   siedziała  tylko   kilka  centymetrów  od  niego. Ta  druga 
dziewczyna nagle wstała i poszła się wysikać do lasu.

  Wilma oparła się o Mattiasa. Trochę kręciło jej się w głowie 
i musiała podeprzeć się ręką. Ale teraz nadarzała się okazja.

  – Wymyślimy coś?
  Mówiła trochę niewyraźnie, ale miała nadzieję, że Mattias nie 

zwróci na to uwagi. Sam też przecież pił, butelka po piwie była 
pusta, w ręce trzymał nową. Butelka wódki kilka razy przeszła 

przez ręce wszystkich.
  Mattias jej się przyglądał. Był opalony na czole, skóra pewnie 

się złuszczy w zaczerwienionych miejscach. Wyszczerzył zęby.
  – Na przykład co?

  Wzruszyła   ramionami   i spróbowała   uśmiechnąć   się 
zachęcająco. Oby tylko nie miała na zębach czerwonych śladów 

po winie.

background image

  – Może coś wymyślimy, ty i ja? – powiedziała.
  Teraz   naprawdę   jej   się   przyglądał.   Wilma   ledwie   śmiała 

oddychać.
  – No to chodź – powiedział nagle i wstał.

  Szybko   się   podniosła   i ruszyła   za   nim.   W pierwszej   chwili 
zakręciło jej się w głowie, ale zaraz przeszło.

  – Wrócimy! – zawołał przez ramię do pozostałych.
  Mattias wyciągnął do niej rękę. Wydawało jej się, że umrze ze 

szczęścia.   Przeszli   kawałek   plażą   i dotarli   do   ogrodzenia,   za 
którym stał jakiś szary dom. Mattias przeszedł przez płot, jakby 

to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
  Wilma została po drugiej stronie. Kręciło jej się w głowie, ale 

starała się skupić na Mattiasie.
  – Co robisz? – spytała niepewnie.

  – Moja ciotka tu mieszka. Ciotunia Ann-Sofie.
  Wilma nic z tego nie rozumiała.

  – Idziemy do twojej ciotki? Po co?
  – Nikogo nie ma w domu, ale wiem, gdzie są zapasowe klucze 

– odparł. – Chodź.
  Skierował   się   do   głównego   budynku.   Wilma   z wahaniem 

ruszyła za nim. Po jednej stronie leżała wielka sterta drewna na 
opał. Mattias do niej podszedł i poszukał czegoś ręką na rogu. 

Zalśnił jakiś metalowy przedmiot.
  – Twoja   ciotka   się   nie   wkurzy,   jak   się   dowie?   – szepnęła 

Wilma.
  – A kto jej o tym powie?

  Mattias wziął pęk kluczy i ruszył w stronę jednego z domków 
dla gości stojących na działce. Bez wahania wsunął klucz do 

zamka i otworzył.
  Nagle   usłyszeli   kawałek   dalej   jakiś   głos.   Wilma   odwróciła 

głowę, by zobaczyć, kto to.
  – Shit, to gliniarz – szepnęła.

  – W tym   roku   jest   ich   pełno   na   wyspie   – odparł   Mattias. 
– Nie przejmuj się tym. Nic do nas nie mają.

  Schylił głowę i pociągnął ją za sobą do domku.
  – Widzieli nas? – spytała.

  – Nie mam pojęcia, ale pieprzyć to. Jeśli spytają, powiem po 

background image

prostu, że moja ciotka tu mieszka.
  Zamknął   drzwi   i przez   kilka   sekund   wyglądał   przez   okno. 

Wilma czekała w napięciu.
  – W porządku, poszedł sobie – powiedział Mattias.

  Odwrócił się do Wilmy i naparł na nią ciałem.
  W mgnieniu   oka   ściągnął   jej   przez   głowę   top   i została 

w samym   staniku.   Wsunął   palce   za   pasek   jej   spódniczki 
i rozpiął   zamek   błyskawiczny.   Spódniczka   zsunęła   się   na 

podłogę.
  Wilma wpatrywała się w spódniczkę. Zażenowana odsunęła ją 

nogą, ale czuła się głupio, stojąc tak półnaga.
  – No i dobra – powiedział Mattias i ścisnął jej pierś.

  Zaczął ją całować, ale przerwał.
  – Zabezpieczyłaś się?

  Z nieszczęśliwą miną pokręciła głową.
  – Nie.

  Westchnął  zniecierpliwiony.  Wilma czuła  się coraz  bardziej 
nieswojo.   Nie   tak   wyobrażała   sobie   wieczór   z Mattiasem. 

Wszystko działo się za szybko.
  Myślała, że będą siedzieć, rozmawiać, że poznają się trochę 

lepiej,   może   trochę   poprzytulają   na   plaży.   Tysiące   razy 
wyobrażała  sobie, jak  będzie  ją po  raz  pierwszy  całował,  ale 

nigdy nie przyszło jej do głowy coś takiego. Że złapie ją za pierś 
tak mocno, aż ją zaboli.

  Mattias pchnął ją w stronę łóżka. Kolana ugięły się pod nią. 
Wylądowała na plecach. Opadł na nią ciężko. Wsunął palce pod 

jej majtki.
  Łzy cisnęły się jej do oczu. Wszystko wyszło nie tak. Kręciło 

jej się w głowie, mdliło ją po winie. Ale nie śmiała protestować.
  Mattias przycisnął usta do jej ust, siłą rozsunął jej wargi. Gdy 

poczuła jego język, zemdliło ją jeszcze bardziej.
  – Nie   – spróbowała.   – Nie   chcę.   Muszę   wracać   do   domu. 

Przestań, Mattias.
  Nie przejmując się jej protestami, jedną ręką zsunął stanik 

i znów zaczął ugniatać pierś.
  – Przestań – powiedziała.

  Zrozpaczona,   spróbowała   się   wyrwać,   ale   przygniatał   ją  do 

background image

łóżka całym ciałem.
  – Daj spokój – mruknął i dalej ją całował.

  Smakował   piwem   i papierosami,   nie   była   w stanie   dłużej 
powstrzymywać mdłości.

  – Muszę   zwymiotować  – wydusiła  i ledwie  zdążyła   wysunąć 
głowę   za   krawędź   łóżka.   Z ust   trysnął   strumień   czerwonej 

cieczy.
  – Ożeż   kurwa!   – krzyknął   Mattias,   zrywając   się   na   nogi. 

– Jebana suko, patrz, co narobiłaś!
  Trochę   trafiło   w niego,   większość   w stertę   jej   ubrań. 

Wymiociny rozpływały się po podłodze.
  – Jak   to,   kurwa,   wyjaśnię?!   Zastanawiałaś   się   nad   tym?! 

– wrzasnął.
  Wilma wpatrywała się w niego jak sparaliżowana. Chwyciła 

swoje ciuchy i szarpnęła drzwi.
  Wypadła   na   zewnątrz   i rozejrzała   się.   Musi   stąd   iść. 

Natychmiast.
  Najszybciej, jak potrafiła, rzuciła się biegiem w stronę drzew. 

Oby   tylko   jej   nie   gonił.   Potknęła   się   o korzeń   i prawie 
przewróciła,   ale   złapała   równowagę   i zdyszana   dalej   biegła 

w głąb lasu. Paliło ją w piersiach, wiedziała, że zaraz zabraknie 
jej sił. Oddaliła się jeszcze trochę i upadła na ziemię.

  Zaczęła przeciągle szlochać. Czuła się taka głupia i naiwna. Co 
ona sobie myślała?

  Usłyszała jakiś dźwięk i wzdrygnęła się. Czy to Mattias? Znów 
wpadła w panikę, ale wyglądało na to, że w pobliżu nikogo nie 

ma.
  Po   chwili   zrobiło   jej   się   zimno,   więc   naciągnęła   ubranie, 

chociaż   śmierdziało.   Potem   musiała   zasnąć,   bo   gdy   znów 
otworzyła oczy, była noc. Nie wiedziała, gdzie jest, strasznie źle 

się czuła i nie miała siły się ruszyć ani odebrać telefonu.
  Przeleżała tam całą noc, zupełnie sama.

  O świcie się obudziła i zakradła do miasteczka. Zbliżyła się do 
willi   Brandów,   ale   nie   śmiała   wejść.   Wiedziała,   że   tata   się 

domyśli, co się stało, i tak strasznie się wstydziła. Nie mogła się 
pokazać w zarzyganych ciuchach. Zwłaszcza Norze.

  Spróbowała dostać się do ich domu, ale drzwi były zamknięte, 

background image

a ona nie miała klucza. Szczękała zębami z zimna. Gdzie miała 
się podziać?

  Wtedy przypomniała sobie o szopie na sieci.
 

73

  Wilma ukryła twarz w dłoniach.

  – Czuję   się   taka   głupia   – wyszlochała.   – Jak   skończona 
debilka.

  – Co za cholerna świnia – syknął Jonas, próbując panować 
nad głosem. Tak się zdenerwował, że aż dyszał. – Jak dorwę 

tego całego Mattiasa, skręcę mu kark!
  – Myślałam, że go kocham – powiedziała Wilma łamiącym się 

głosem. – Myślałam, że on mnie naprawdę lubi.
  Musiał   się   uspokoić.   Teraz   przede   wszystkim   ma   się   zająć 

Wilmą. Zmusił się, by mówić ciszej.
  – Kochanie – powiedział i przyciągnął do siebie córkę.

  Jak   miał   sprawić,   by   zrozumiała,   że   ten   cały   Mattias   był 
pijanym, napalonym nastolatkiem, któremu ktoś powinien dać 

po   pysku?   Właściwie   powinien   to   zgłosić   na   policję.   Wilma 
miała   dopiero   czternaście   lat.   Mattias   molestował   nieletnią. 

Pociemniało   mu   przed   oczami,   gdy   pomyślał   o tym,   co   się 
mogło stać, gdyby Wilma nie zwymiotowała i nie uciekła.

  – To   nie   była   twoja   wina.   Nic   z tego   nie   było   twoją   winą 
– spróbował ją pocieszyć.

  Gdyby   to   zgłosili   na   policję,   Wilma   byłaby   narażona   na 
upokarzające   wypytywanie,   wiedział   o tym.   Jej   słowo 

przeciwko   słowu   Mattiasa.   Doszłoby   do   przesłuchania, 
zadawania   szczegółowych   pytań.   Wstydziłaby   się   jeszcze 

bardziej.
  Nie było mowy, by ją na to naraził.

  Oby   tylko   Wilma   zrozumiała,   że   nie   ona   ponosi 
odpowiedzialność za to, co się stało. Mattias był dupkiem, ale 

to nie miało nic wspólnego z nią.
  – Zapomnij o tym idiocie. Jeśli kiedykolwiek go dorwę, to… 

– Umilkł. – To tego pożałuje, obiecuję ci – dodał w końcu.

background image

  Plecy   zaczynały   go   boleć   od   niewygodnej   pozycji.   Wstał 
i rozprostował kości.

  – Może weźmiesz prysznic i się ubierzesz? Moglibyśmy tu tro-
chę wywietrzyć. Zjemy dziś kolację w Gospodzie, tylko ty i ja.

  – Bez Nory?
  Jonas westchnął cicho.

  – Bez Nory.
 

74

  Johan   Ekengreen   siedział   w bibliotece.   Zadzwonił,   że   nie 

może przyjść na zebranie zarządu, i wrócił do domu. Zamknął 
się w pokoju z butelką whisky.

  Od jakiegoś czasu nie trzeźwiał, ale nie miał problemu z tym, 
by jasno myśleć. Raz po raz analizował krótką rozmowę przez 

telefon,   informację,   która   sprawiła,   że   jego   świat   stanął   na 
głowie.

  Wciąż nie chciał w to uwierzyć. Ale dawny towarzysz z wojska 
był pewny swego. Tobbego oficjalnie poinformowano, że jest 

podejrzany o morderstwo.
  Johanowi ścisnęło się gardło na myśl o tej zdradzie.

  Coś tłukło mu się w pamięci. Wyjazd na narty do Chamonix 
w ferie zimowe, gdy wybrał się z nimi Tobbe. Przez cały tydzień 

chłopcy byli niespokojni i nie umieli się zachować, zwłaszcza 
Victor wydawał się drażliwy i rozkojarzony. Pewnego wieczoru 

poszli   na   dyskotekę,   nazajutrz   żaden   nie   chciał   jeździć   na 
nartach.

  Powiedzieli   Madeleine,   że   czymś   się   zatruli,   ale   Johan   był 
przekonany, że mieli kaca. Wtedy uśmiechnął się pod nosem 

na myśl o chłopakach, którzy nie nauczyli się jeszcze tolerować 
alkoholu. Pijane nastolatki.

  Teraz rozumiał to lepiej. Naćpali się, potem źle się czuli. Jak 
mógł tego nie zauważyć? Tak niewiele rozumiał. Mimo to wciąż 

miał wątpliwości. Tobbe był najlepszym przyjacielem Victora, 
jeszcze niemal dzieckiem.

  Ktoś zadzwonił do drzwi i usłyszał, że Ellinor otwiera. Cichy 

background image

pomruk. Rozmawiała z kimś. Po chwili ostrożne pukanie.
  – Tato   – powiedziała,   uchylając   drzwi.   – Przyszedł   ojciec 

Tobbego, chce z tobą porozmawiać.
  Minęło kilka sekund, nim do Johana dotarło, co usłyszał.

  – Arthur? – spytał zaskoczony.
  Kiwnęła głową i odsunęła się.

  Do   biblioteki   wszedł   Arthur   Hökström   ubrany   w garnitur 
i krawat. Strój świadczył o tym, że przyszedł prosto z kancelarii.

  – Witaj, Johan – powiedział, wyciągając rękę.
  Johan odruchowo wstał i ją uścisnął.

  – Mogę usiąść? – spytał Arthur.
  Nie   czekając   na   odpowiedź,   opadł   sztywno   na   fotel 

naprzeciwko.
  – Moje   kondolencje.   Ja   i moja   rodzina   bardzo   lubiliśmy 

Victora.
  Ciężko było znieść te banalne frazesy. Johan czuł narastającą 

niechęć. Czego Arthur tu szuka? Jego syn przecież żyje.
  Arthur wskazał na torbę, którą przyniósł ze sobą.

  – To rzeczy Victora, zostały na łodzi.
  – Na co nam one? – uciął Johan. – Victor nie żyje.

  Nie potrafił ukryć goryczy w głosie.
  Arthur Hökström umilkł, jakby nauczył się na pamięć, co chce 

powiedzieć, i teraz zgubił wątek.
  Zebrał się w sobie.

  – Chciałem z tobą porozmawiać o Tobiasie.
  – Dlaczego? – spytał Johan, sięgając po kieliszek.

  Wyglądało   na   to,   że   gość   ma   problemy   z wyduszeniem 
z siebie, czego chce. W końcu powiedział:

  – Dziś byliśmy na przesłuchaniu na policji.
  – Ach tak?

  Wiem, miał ochotę powiedzieć. Wiem o wszystkim.
  – To było… stresujące.

  Arthur przerwał, poluzował trochę krawat, miał pot na czole.
  – Mówili, że Tobbe był na plaży tego wieczoru. Tam, gdzie 

znaleziono Victora. Najwyraźniej Felicia go widziała. Ona też 
była przesłuchiwana.

  Dlatego policja była pewna, że Tobbe zamordował Victora? 

background image

Dzięki zeznaniom Felicii?
  Po   tym   wyjaśnieniu   Johanowi   zrobiło   się   niedobrze,   ale 

zapanował nad sobą.
  – Policja myśli, że Tobbe to zrobił – wydusił z siebie Arthur. 

– Że   Tobbe   zabił   Victora.   Zrobili   nawet   rewizję   w domu 
i skonfiskowali jego ubranie. Oczywiście to absurd.

  Arthur potarł wilgotne czoło.
  – Tobbe   i Victor   byli   najlepszymi   przyjaciółmi   od 

przedszkola. Mój chłopak nigdy nie mógłby skrzywdzić twojego 
syna. Na pewno to rozumiesz.

  Głos Arthura przeszedł w falset.
  – Johan, proszę. Musisz powiedzieć policji, że się mylą… Że 

chłopacy byli najlepszymi przyjaciółmi. On jest niewinny.
  Znów   zaczęło   mżyć.   Przez   otwarte   okno   dobiegł   dźwięk 

padających kropelek. Kiedy Victor był mały, lubił pluskać się 
w kałużach.   Johan   pamiętał,   jak   syn   wybiegał   na   dwór 

i wskakiwał w nie, a potem wracał cały przemoczony i z wodą 
w butach.

  – Wiem,   że   popełniłem   błędy   – powiedział   cicho   Arthur 
Hökström. – Ostatnie lata dla nikogo nie były łatwe. Wiem, że 

nie   byłem   dobrym   ojcem,   nie   zajmowałem   się   moimi 
chłopakami.   Ale   jestem   tylko   człowiekiem…   A teraz   chcą 

ukarać za to Tobbego…
  Spuścił głowę, jakby zabrakło mu sił.

  – To   straszne,   że   Victor   nie   żyje,   ale   od   tego,   że   mój   syn 
zostanie uznany za jego mordercę, nic nie będzie lepiej. Tobbe 

nie ma z tym nic wspólnego. Obaj o tym wiemy.
  Ostatnie słowa wypowiedział szeptem.

  – Tylko   ty   możesz   sprawić,   by   policja   zrozumiała,   jaki 
popełniła błąd. Zrobię wszystko, jeśli nam pomożesz.

  Dźwięk pękającego szkła zaskoczył ich obu.
  Johan   wpatrywał   się   w gruby   kryształowy   kieliszek,   który 

nieświadomie   zgniótł   w dłoni.   Na   dywanie   leżały   odłamki. 
Whisky wsiąkła w czerwony orientalny wzór.

  – Twój   syn   żyje   – powiedział   beznamiętnie   Johan.   – A ty 
przychodzisz tu i prosisz mnie, żebym bronił mordercę mojego 

syna.

background image

  Odłamek szkła wbił się we wnętrze dłoni, po której spływała 
cienka strużka krwi.

  Wargi  Johana  były  sztywne,  odmawiały   mu  posłuszeństwa. 
Musiał wydusić z siebie słowa, sylaba po sylabie:

  – Wynoś się stąd. Wyjdź.
 

75

  Nora odkręciła ogrodowy kran i podsunęła zieloną plastikową 

konewkę pod strumień wody. Trzeba podlać pelargonie, ziemia 
w donicach była sucha i spękana.

  Nad stałym lądem wciąż wisiały chmury, lecz nad Sandhamn 
się przejaśniło. Na zewnętrznych szkierach często była lepsza 

pogoda niż w Sztokholmie.
  Szła z ciężką konewką w ręce i kątem oka zobaczyła za furtką 

Jonasa. Przywołała  na twarz  neutralny  uśmiech, odstawiając 
konewkę na najniższy stopień schodów.

  – Cześć – powiedziała z wahaniem.
  – Cześć.

  Stał przy płocie, nie chciał wejść do ogrodu.
  – Co słychać?

  – Wszystko   dobrze.   Nawet   bardzo   dobrze   – zapewniła 
wesoło. – Jak się czuje Wilma?

  – W porządku. Dużo spała, teraz ma się chyba lepiej.
  – Miło to słyszeć.

  Nora zerwała kilka pożółkłych liści z najbliższej pelargonii.
  – Co się stało?

  – Chłopak. I alkohol, oczywiście.
  Jonas   mimowolnie   zacisnął   pięść,   ale   nic   więcej   nie 

powiedział.   Dało   się   wyraźnie   wyczuć,   że   nie   chce   wnikać 
w szczegóły. Nora nie chciała być natarczywa.

  Umilkli.
  – Chcesz się napić kawy? – spytała z braku lepszego pomysłu.

  – Nie w tej chwili – odparł cicho. – Muszę się skontaktować 
z Thomasem.

  – Dlaczego? – wyrwało się jej.

background image

  – Wygląda   na   to,   że   Wilma   i jej   koledzy   siedzieli   na 
Skärkarlshamn   wtedy,   kiedy   zamordowano   tego   chłopaka. 

Policja powinna się o tym dowiedzieć. Czytałem w gazecie, że 
szukają świadków.

  – Ach tak.
  Głupio to zabrzmiało. Chciała tylko, by zrozumiał, jak bardzo 

go   lubi.   Oczywiście,   że   córka   jest   dla   ciebie   najważniejsza, 
chciała   powiedzieć.   Ja   też   mam   dzieci,   świetnie   rozumiem, 

jakie   to   uczucie.   Nie   musisz   mnie   jednak   z tego   powodu 
wykluczać. Dlaczego musi być albo – albo?

  W tej   chwili   nie   potrafiła   wyrazić   żadnej   z tych   myśli. 
Zerknęła na jego żeglarskie buty i powiedziała:

  – Sznurówka ci się rozwiązała.
  – Co?

  Jonas spojrzał w dół i stwierdził, że jeden rzemyk luźno zwisa.
  – Dzięki.

  Przykucnął, żeby zasznurować but.
  Stali zaledwie dwa metry od siebie, ale wrażenie było takie, 

jakby   wyrosła   między   nimi   szklana   ściana.   Każda   próba 
rozmowy   odbijała   się   od   niewidocznych   przeszkód.   Nora 

pomyślała o tancerzach z teatru pantomimy w białych strojach, 
z pomalowanymi   na   czarno   ustami.   Udawali,   że   dotykają 

dłońmi   ścian,   które   nie   istniały.   Nierzeczywiste,   mimo   to 
prawdziwe.

  Numer Thomasa. Sięgnęła do kieszeni po komórkę, nacisnęła 
kilka   przycisków.   Podsunęła   telefon   Jonasowi,   który 

wprowadził numer do swojej komórki.
  – Muszę wracać do Wilmy. Może później napijemy się kawy?

  Wyciągnął   rękę,   jakby   chciał   ją   pogłaskać   po   policzku,   ale 
akurat   wtedy   przyjechał   na   rowerze   Simon.   Zahamował   tak 

gwałtownie,  że  żwir  obsypał  nogi  Jonasa i powstały  głębokie 
koleiny.   Niedbale   odstawił   rower,   przemknął   obok   Jonasa 

i podszedł do Nory.
  – Zjemy niedługo kolację? Jestem strasznie głodny.

  Nastrój prysł.
  – Muszę się zabrać za kolację – powiedziała Nora i ruszyła po 

schodach do drzwi, nie oglądając się za siebie.

background image

 

76

  – Tato?
  Ellinor otworzyła drzwi biblioteki. Johan Ekengreen siedział 

tam,   odkąd   wyszedł   Arthur   Hökström.   Córka   miała 
napuchnięte   oczy,   srebrzystoblond   włosy   niedbale   spięła 

spinką. Kilka kosmyków opadało jej na twarz. Na nadgarstku 
miała bransoletkę ze splecionych plastikowych paciorków.

  – Co robisz? – spytała.
  – Siedzę i myślę.

  Mimowolnie   popatrzył   na   zdjęcie   Victora   na   półce   nad 
kominkiem.  Nie  umiał   się  powstrzymać.   Ellinor   podążyła   za 

jego spojrzeniem i załkała.
  Ściskała w ręce chusteczkę higieniczną.

  – Zjemy kolację?
  – Nie jestem głodny, kochanie. Zjedzcie same z mamą.

  – Mama leży i śpi. – Ellinor wykonała bezradny gest. – Poza 
tym w lodówce nie ma jedzenia, nikt nie zrobił zakupów.

  Johan wyciągnął portfel i wyjął z niego pięćset koron.
  – Może pójdziesz na targ i coś kupisz? Weź to, na co masz 

ochotę. Dobrze ci zrobi, jeśli na chwilę wyjdziesz.
  Z tego mauzoleum, pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.

  Jakaś część niego chciała płakać razem z Ellinor, ale nie mógł 
pozwolić sobie na to, by zawładnął nim ból. Jeszcze nie teraz, 

wcześniej musiał czymś się zająć.
  Ellinor   wzięła   pieniądze   i wsunęła   do   tylnej   kieszeni 

jasnoniebieskich spodni.
  – Nie chcesz nic? – spytała, skubiąc bransoletkę.

  – Nie chce mi się jeść.
  – W porządku.

  Miała się odwrócić, gdy Johan ją zatrzymał.
  – Poczekaj chwilę. Muszę cię o coś zapytać.

  Jego córka przystanęła.
  – Rozmawiałem z policją. Zastanawia mnie jedna rzecz.

  – Co takiego?

background image

  Nie miała pojęcia, do czego zmierzał. Johan widział to po jej 
twarzy. Czy nawet Ellinor nie domyśliła się, co się dzieje?

  – Twierdzą,   że   Victor   używał   narkotyków   – powiedział. 
– Mówią, że w chwili śmierci miał w organizmie kokainę.

  Ellinor chwyciła oparcie jednego z foteli.
  – Och, tato.

  Johan   nie   odrywał   od   niej   oczu.   Twarz   Ellinor   się 
zmarszczyła.

  – Wiedziałaś o tym?
 

Ellinor

  Gdy   Victor   obudził   się   w Nowy   Rok,   Ellinor   siedziała   na 
skraju   łóżka.   Związała   włosy   w kucyk,   miała   na   sobie   swoje 

nowe   niebieskie   bikini.   Zza   okna   dobiegały   śmiechy   znad 
basenu. Był środek dnia.

  Victor wyglądał naprawdę kiepsko.
  – Ile wczoraj wypiłeś?

  Nigdy dotąd nie widziała brata tak pijanego jak poprzedniego 
wieczoru.   Pił   tyle   tylko   dlatego,   że   nie   zostali   w domu, 

w Szwecji? W ostatnich latach zawsze wyjeżdżali na Gwiazdkę. 
W tym roku wybrali się do Meksyku i trafili na falę upałów.

  – Jesteście   tacy   duzi   – powiedzieli   rodzice,   gdy   po   raz 
pierwszy   wspomnieli   o wyjeździe.   – Nie   byłoby   miło   pobyć 

w słońcu zamiast na tym mrozie?
  Ellinor wiedziała, że Victor zdecydowanie wolałby obchodzić 

Gwiazdkę w Szwecji. Zawsze uwielbiał Wigilię. Kiedy był mały, 
zbiegał do salonu i podniecony przeglądał wszystkie paczki pod 

choinką. Potem potrafił siedzieć godzinami i oglądać prezenty, 
póki reszta rodziny się nie obudzi.

  Madeleine   zwykle   brała   ze   sobą   paczki,   które   otwierali 
dwudziestego czwartego, ale to już nie było to samo. Nie to, co 

w zimowej Szwecji.
  – Za dużo pijesz – powiedziała teraz Ellinor.

  Spodziewała się, że brat nie zaprotestuje, wiedział, że miała 
rację.

  – Był przecież sylwester – jęknął.

background image

  – Daj spokój.
  Dzieliło  ich  tylko  dwadzieścia miesięcy, ale  zawsze  się nim 

zajmowała. Jednak tej jesieni prawie nie bywała w domu, cały 
czas zabierała jej szkoła. Przyjechała tylko na kilka weekendów, 

a wtedy najczęściej spotykała się z dawnymi przyjaciółmi. Nie 
było czasu, by zajmować się młodszym bratem.

  Victor o wiele za często siedział sam w domu. Kiedy dzwoniła, 
wydawał   się   zdołowany.   Miała   wrażenie,   że   matka   i ojciec 

ciągle gdzieś wyjeżdżają.
  Na całe szczęście jesienią zaczął być z Felicią; gdyby nie to, 

niepokoiłaby się o niego jeszcze bardziej. Felicia była strasznie 
miła, Victor miał z kim się spotykać, kiedy rodzice wyjeżdżali.

  W ostatni weekend, gdy Ellinor przyjechała do domu przed 
przerwą   świąteczną,   była   u nich   Felicia.   Ellinor   ukradkiem 

pokazała   podniesiony   kciuk   i gdy   zobaczyła,   jak   Victor   się 
z tego ucieszył, ogarnęło ją poczucie  winy. Domyślała się, że 

brat   tęsknił   za   nią   bardziej,   niż   sądziła.   Wiedziała,   że   musi 
przykładać się do nauki, że ojciec dużo od niego wymaga. Nie 

przypuszczała jednak, że Victor traktował to aż tak poważnie.
  Teraz zszokowało ją to, ile pił.

  – Kiedy zacząłeś tak przeginać?
  Ellinor   poprawiła   ramiączko   stanika.   Pod   nim   widać   było 

biały pasek na opalonej skórze. Szturchnęła brata, który wbił 
głowę w poduszkę.

  – Daj   mi   spokój   – mruknął   w pościel.   – Nie   mam   siły   na 
przesłuchanie.

  – Victor   – Ellinor   nie   ustępowała.   – Co   ty   wyprawiasz?   Co 
będzie, jak mama z tatą coś zauważą?

  – Mmm…
  Rodzice zjedli kolację z innymi rodzinami, które wybrały się 

w podróż, i nikt się nie wtrącał w to, jak „dzieciaki” obchodzą 
sylwestra.

  Późną   nocą   Ellinor   zobaczyła   ojca,   który   wyszedł   na   taras 
zapalić cygaro. Obok stał ktoś, kto nie przypominał Madeleine.

  – Victor   – powtórzyła   Ellinor.   – Co   się   dzieje?   Odkąd   tu 
przyjechaliśmy, codziennie pijesz.

  Mieszkali   w hotelu   z pełnym   wyżywieniem,   barkiem 

background image

i wszystkim. Bez problemu brało się także alkohol z któregoś 
z wielu barów. Ale czy to wszystko? Parę dni temu czuła chyba 

w pokoju jakiś słodkawy zapach.
  – Palisz   trawkę?   – spytała   i sama   usłyszała,   że   brzmi   jak 

matka. – Masz dopiero piętnaście lat.
  – Za   miesiąc   będę   miał   szesnaście   – usłyszała   słabą 

odpowiedź.
  – Robisz  takie   rzeczy,  kiedy   chodzisz   do  szkoły?  – I dodała 

łagodniej: – Martwię się o ciebie, nie rozumiesz tego?
  – Nie będę tego więcej robił.

  Wtedy   zabrzmiało   to   szczerze.   Było   oczywiste,   że   Victor 
paskudnie się czuł.

  – Muszę do łazienki – mruknął.
  Przez drzwi słyszała, jak wymiotuje.

  Gdy   wrócił,   Ellinor   siedziała   na   łóżku   z kolanami 
podciągniętymi pod brodę i śledziła go wzrokiem.

  – Masz   problemy   w szkole?   Pokłóciłeś   się   z Felicią?   Czy 
chodzi o coś innego?

  – Po prostu mam dość tego wszystkiego.
  – Co się stało?

  Milczał.
  – Victor?

  – Co chcesz wiedzieć? – mruknął po dłuższej chwili. – Starzy 
ciągle są zajęci jakimś gównem. Przejmują się tylko tym, jakie 

mam oceny, resztę mają gdzieś. Nie wiesz nic o tym, jak się 
czuję.

  Przewrócił się na plecy i zapatrzył w sufit.
  – Mniejsza z tym, nigdy nie będę taki wspaniały jak ty. Jest 

tylko jedna osoba w rodzinie, która umie sprostać wszystkim 
oczekiwaniom.

  – Victor!
  Ellinor wystraszyła się bijącej od niego goryczy. Nigdy dotąd 

nie   słyszała,   by   brat   mówił   w ten   sposób.   Zacisnął   szczęki 
i wyglądał tak, jakby chciał komuś przyłożyć.

  – Co z tobą?! – wybuchnęła. – Dlaczego jesteś taki zły?
  Przerwał im czarny hotelowy telefon stojący na stoliku przy 

łóżku.

background image

  Ellinor   odebrała,   słuchała   przez   kilka   sekund,   a potem   się 
rozłączyła.

  – To była mama. Mamy zjeść brunch w tym klubie golfowym, 
o drugiej. Musisz natychmiast wziąć prysznic, spotykamy się za 

kwadrans w lobby.
  Przez resztę pobytu Victor jej unikał.

  Potem nie miała już okazji, by z nim porozmawiać.
 

77

  – Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tak pił – powiedziała 

Ellinor. – Nie wiem, czy brał też kokainę, ale jestem prawie 
pewna, że palił marihuanę, kiedy byliśmy w Meksyku.

  Potarła czoło.
  – Nie mieści mi się w głowie, że ani ty, ani mama niczego nie 

zauważyliście. Był przecież pijany prawie co wieczór.
  Johana zabolały te słowa.

  – Dlaczego nic nam nie powiedziałaś?
  Wyczytał   odpowiedź   z jej   zrezygnowanego   spojrzenia:   i tak 

nie chcielibyście słuchać.
  Bez słowa wstała i wyszła. Drzwi zamknęły się za jej plecami.

  Jesteś  taka  podobna  do  Victora,  pomyślał Johan. Ten  sam 
kolor włosów, te same niebieskie oczy. Moje piękne dziecko. 

Które Tobias Hökström mi odebrał.
  Ogarnęła   go   rozpacz.   Szybko   ją   stłumił   i skupił   się   na 

wściekłości.   Wstał,   podszedł   do   zabytkowego   biurka   pod 
oknem. Wiele lat temu wylicytował je na aukcji. Wielu gości 

sądziło, że to rodzinna pamiątka, bawiło go niewyprowadzanie 
ich z błędu.

  Z górnej   szuflady   wyjął   książkę   telefoniczną.   Wiedział 
dokładnie,   z kim   powinien   porozmawiać.   Carl   Tarras,   szef 

ochrony   z koncernu,   w którym   Johan   kiedyś   był   dyrektorem 
zarządzającym.   Dawny   wojskowy,   który   zmienił   zawód   po 

redukcji   kadr.   Teraz   prowadził   odnoszącą   sukcesy   firmę 
konsultingową   zajmującą   się   wszystkim   – od   zagadnień 

związanych z bezpieczeństwem aż po osobistą ochronę wysoko 

background image

postawionych ludzi.
  Carl Tarras miał kontakty we wszystkich kręgach.

  Johan wyjął komórkę. Ręka ciążyła mu jak odlana z ołowiu. 
Wybrał numer, lecz zanim usłyszał pierwszy sygnał, przerwał 

połączenie.
  Wszystko było zbyt chaotyczne. Musiał się zastanowić.

  Przyniósł   z barku   nową   butelkę   whisky,   powoli   odkręcił 
zieloną   nakrętkę.   Nalał   porcję   do   szklanki   i dolał   wody 

z dzbanka   stojącego   na   stole.   Wrócił   na   fotel,   osunął   się   na 
oparcie i zamknął oczy.

  Po raz kolejny analizował to, co usłyszał przez telefon, siedząc 
w samochodzie.

  Słowo po słowie, zdanie po zdaniu.
  Informator miał całkowitą pewność. Wszystko wskazywało na 

Tobiasa   Hökströma.   Arthur   to   potwierdził,   gdy   mówił 
o zeznaniach   Felicii.   Tobbe   był   na   plaży,   na   której   umarł 

Victor. Felicia go widziała.
  Narkotyki, to one spowodowały całe zło. Ale Victor uzależnił 

się z winy Tobbego.
  Tobbe był zarówno przyczyną, jak i skutkiem.

  Lada moment policja aresztuje Tobbego. Szczegół formalny, 
jak stwierdził komendant policji. Wtedy chłopak znajdzie się 

poza zasięgiem. Prawdopodobnie trafi do zamkniętego zakładu 
poprawczego   na   jakiś   rok,   najwyżej   dwa.   Niedługo   wyjdzie 

i będzie żył dalej.
  Victor odszedł na zawsze.

  Znów powróciło wspomnienie martwej twarzy Victora. Ciało 
leżące   na   pryczy   w małym   domku   na   Sandhamn.   Słońce   na 

zewnątrz,   potem   półmrok   w przedpokoju,   gdy   Johan   musiał 
wejść zidentyfikować zwłoki.

  Rozpaczliwy płacz Madeleine.
  Nie byli przy Victorze, kiedy żył. Świadomość tego nie opuści 

Johana  do  końca  jego   dni.  Ale   teraz   nie   potrafił   bezczynnie 
siedzieć i się przyglądać.

  Miał dług do spłacenia.
  Arthur   Hökström   błagał   go   o pomoc,   a Johan   miał   ochotę 

jedynie przywalić mu w pysk.

background image

  Jego   wściekłość   była   silniejsza   od   wszystkiego   innego,   co 
kiedykolwiek czuł. Pulsowała w żyłach, dudniła w głowie.

  Jak,   u diabła,   ten   człowiek   mógł   sądzić,   że   Johan   kiwnie 
choćby palcem, by pomóc jego synowi?

  Dlaczego Tobbe miał żyć, skoro Victor umarł?
 

78

  Thomas miał właśnie minąć Mölnvik, gdy zadzwonił telefon. 

Zostało mu dokładnie dwadzieścia minut, by zdążyć na ostatni 
prom   ze   Stavsnäs.   Kiedy   dotrze   na   miejsce,   Elin   na   pewno 

będzie spała, ale przynajmniej zobaczy ją i Pernillę.
  Na   wyświetlaczu   pojawiło   się   nazwisko   Staffana   Nilssona. 

Thomas po południu dzwonił do niego, ale Nilsson nie odebrał.
  – Co   z tymi   kamizelkami?   – spytał   Nilsson   bez   żadnego 

wstępu.
  – Z kamizelkami? – powtórzył Thomas.

  Minął ostatnią fotokomórkę i pozwolił sobie dodać gazu.
  – Mieliście   zebrać   kamizelki   odblaskowe   policjantów   sił 

porządkowych,   którzy   brali   udział   w operacji   w noc 
świętojańską. Rozmawialiśmy o tym rano.

  – Tak,   właśnie.   Poprosiłem   Harry’ego   Anjou,   żeby   się   tym 
zajął. Myślałem, że już je dostaliście.

  – Jeszcze nie. – W głosie Nilssona brzmiała irytacja. – Chodzi 
o to, że na zwłokach jest mnóstwo innych włókien, które trzeba 

zbadać. Przydałoby się załatwić to jak najszybciej.
  – Oczywiście. Jutro rano od razu spytam o to Anjou. Może 

być?
  – Chyba musi.

  – Znaleźliście   coś   jeszcze?   – spytał   Thomas.   – Jak   poszło 
z ubraniami Tobiasa Hökströma?

  – Badamy je. Wiesz, że to trochę trwa. Odezwę się.
  W słuchawce   kliknęło   i Thomas   zrozumiał,   że   Nilsson   się 

rozłączył.
  Thomas  przyśpieszył  na  tyle,  na  ile   miał  odwagę   na  krętej 

drodze przy klubie golfowym w Värmdö i Fågelbro.

background image

  Zegar cyfrowy na desce rozdzielczej wskazywał dziewiętnastą 
dwadzieścia   trzy,   gdy   droga   się   zwęziła   i przed   oczami 

Thomasa pokazał się kanał Strömma. W ciasnym kanale kilka 
jachtów czekało, aż zostaną przepuszczone. Czerwony szlaban 

na szczęście jeszcze nie opadł.
  Sygnał   ostrzegawczy   zapowiadający   otwarcie   mostu   rozległ 

się  dokładnie   w chwili,  gdy  Thomas   nim  przejeżdżał.   Ale  on 
znalazł się już po właściwej stronie. Dotarcie ze Strömmy do 

Stavsnäs zajmowało najwyżej dziesięć minut.
  Znów zadzwoniła komórka. Thomas odebrał, nie patrząc, kto 

to.
  – Cześć Thomas, tu Jonas Sköld.

  Jonas.   Dlaczego   dzwonił?   Thomas   nie   wiedział   nawet,   że 
Jonas ma numer jego komórki.

  – Cześć – odparł po chwili wahania.
  – Dostałem   twój   numer   od   Nory   – wyjaśnił   Jonas,   jakby 

czytał mu w myślach. – Chodzi o Wilmę.
  Ukłucie wyrzutów sumienia. W ostatnich dniach Thomas nie 

poświęcił   Wilmie   ani   jednej   myśli.   Jakoś   nie   było   kiedy. 
Oczywiście   powinien   był   odezwać   się   do   Nory,   ale   tego   nie 

zrobił.
  – Jak ona się czuje po tym, co się stało?

  – Tak sobie. – Jonas odchrząknął. – Między innymi dlatego 
do ciebie dzwonię.

  Za chwilę Thomas dotrze do Stavsnäs. Będzie miał tylko kilka 
minut, żeby zaparkować samochód.

  – O co chodzi?
  – Wilma   mi   powiedziała,   że   w sobotę   wieczorem   była 

z paczką   znajomych   na plaży   w Skärkarlshamn.   Pomyślałem, 
że   w tych   okolicznościach   powinieneś   się   o tym   dowiedzieć. 

– Chwila   milczenia.   – Czytałem   w gazecie,   że   szukacie 
świadków.

  – Rozumiem.
  Thomas szybko to przemyślał. „Rybitwa” kursująca na Harö 

płynęła   i na   Sandhamn.   Jeśli   się   tam   wybierze,   od   razu 
porozmawia z Wilmą. Może potem Nora podrzuci go na Harö 

motorówką?

background image

  Pernilla się nie ucieszy, ale to powinno potrwać najwyżej kilka 
godzin.

  Rzecz na pewno warta fatygi.
  – Właśnie   płynę   na   szkiery.   Mogę   z nią   porozmawiać   dziś 

wieczorem?
  – Pewnie. O której?

  – Prom   powinien   być   na   miejscu   koło   wpół   do   dziewiątej. 
Mogę pójść prosto do was.

  – Dobra. – Jonas odchrząknął. – Jesteśmy z Wilmą u siebie, 
w dawnym domu Nory.

  Czy nie mieszkał ostatnio w willi Brandów? Jeśli się nad tym 
chwilę zastanowić, głos Jonasa nie brzmiał wesoło. Thomas nie 

chciał jednak zadawać zbyt osobistych pytań.
  Zakończył rozmowę i niczego właściwie się nie dowiedział.

  Przed   nim   pojawiło   się   Stavsnäs.   Skręcił   na   parking, 
błyskawicznie kupił bilet w parkomacie i rzucił go za szybę na 

deskę   rozdzielczą.   Potem   pobiegł   na   prom.   Szyper   właśnie 
zwalniał cumy.

  – Miał   pan   szczęście.   – Wyszczerzył   zęby   do   Thomasa. 
– Zdążył pan w ostatniej chwili.

  Thomas   zdyszany   kiwnął   głową   i szybko  wszedł   na   pokład. 
Bez   problemu   znalazł   wolne   miejsce   i usiadł   w saloniku   na 

rufie. W tym czasie prom odbił od nadbrzeża. Miło było przez 
chwilę spokojnie posiedzieć. Miał za sobą kolejny długi dzień. 

Oparł   się   o ścianę   i przymknął   oczy,   ale   zaraz   zdał   sobie 
sprawę, że musi powiedzieć Pernilli o spóźnieniu. I powinien 

też   sprawdzić,   czy   Nora   podrzuci   go  do   domu   po  rozmowie 
z Wilmą.

  Wysłał do niej SMS i już po minucie dostał odpowiedź.
  Nie   wiedziałam,   że   przyjeżdżasz,   ale   chętnie   cię  

podrzucę/Nora
  Dziwne,   że   Jonas   nie   wspomniał   jej   o moim   przyjeździe, 

pomyślał.
  Wybrał numer Pernilli z nadzieją, że jego późniejszy powrót 

bardzo jej nie rozczaruje.
 

background image

79

  Jonas   przywitał   Thomasa   na   schodach.   Miał   mokre   włosy, 
jakby dopiero co brał prysznic.

  Weszli do kuchni. Na pozór wyglądała tak jak wtedy, kiedy 
gospodarowała   w niej   Nora.   A jednak   nie.   Jonas   usunął 

podniszczone   ścierki   i rękawice   kuchenne,   na   ich   miejsce 
powiesił własne, czerwone i zielone. Na blacie ustawił butelki 

z różnymi rodzajami oliwy, na okrągłej tacy na stole tłoczyły się 
donice z bazylią i rozmarynem.

  – Napijesz   się   kawy?   – spytał   Jonas.   – Czy   wolisz   zimne 
piwo?

  Teoretycznie   nie   był   na   służbie,   ale   najpierw   chciał 
porozmawiać z Wilmą.

  – Piwo brzmi nieźle – odparł Thomas – o ile najpierw mogę 
porozmawiać z twoją córką.

  – Jasne.
  Jonas podszedł do schodów na piętro.

  – Wilmo! – zawołał. – Thomas tu jest. Możesz, proszę, zejść 
na dół?

  Po kilku minutach Wilma weszła do kuchni. Miała na sobie 
koszulkę z długim rękawem wypuszczoną na niebieskie szorty. 

Chodziła po domu boso tak jak jej ojciec.
  – Cześć – powiedziała trochę zakłopotana.

  – Cześć   – powiedział   Thomas,   wyciągając   rękę.   – Jak   to 
dobrze, że mogliśmy się tak szybko spotkać.

  Zwrócił się do Jonasa:
  – Zostajemy tutaj?

  – To zależy od ciebie. Jeśli wolisz, możemy przejść do dużego 
pokoju.

  – Wolę kuchnię.
  Zawsze   lubił   przestronną   kuchnię   Nory,   gdzie   za   oknem 

świeciło wieczorne słońce.
  Wilma   wysunęła   jedno   z białych   krzeseł.   Podwinęła   jedną 

nogę,   podciągnęła   wysoko   kolano   drugiej   i oparła   na   nim 
podbródek.

  Potem oplotła nogę rękoma.

background image

  Thomas   usiadł   naprzeciw   niej.   Jonas   wciąż   stał   oparty 
o kuchenny blat.

  Powiedział przyjaźnie do córki:
  – Opowiedz  teraz   Thomasowi,  z kim spotkałaś   się w sobotę 

na plaży.
  – Musi wiedzieć o wszystkim?

  W jej głosie wyraźnie pobrzmiewała niechęć.
  – No dalej, dziewczyno – zachęcił córkę Jonas. – Musisz tylko 

powiedzieć, kto tam był i co widziałaś tamtego wieczoru. Dla 
Thomasa to może być ważne.

  Gdy  Wilma  skończyła  swoją  opowieść, zerknęła  na  Jonasa. 
Uśmiechnął się, by dodać jej otuchy.

  – Bardzo   nam   pomogłaś   – zapewnił   ją   szczerze   Thomas. 
– Świetnie, że mogłem z tobą porozmawiać.

  Nagle  miał dostęp do całej  grupy świadków, którzy  inaczej 
pewnie by się nie ujawnili.

  Wilma złożyła na pół karteczkę, na której wypisała nazwiska 
i numery telefonów. Podała ją Thomasowi. Wsunął karteczkę 

do kieszeni.
  Podziękował i od razu zwrócił się do Jonasa:

  – Teraz chętnie napiję się piwa, jeśli nie masz nic przeciwko 
temu.

  – Jasne.
  Jonas podszedł do lodówki i otworzył ją. Wyjął dwie puszki, 

jedną dla siebie, jedną dla Thomasa.
  – Mieliśmy   trudności   ze   znalezieniem   świadków   na 

Sandhamn.   Nikt   się   nie   rwał,   żeby   zadzwonić   – powiedział 
Thomas. – A gdzie podziałeś Norę? Obiecała, że podrzuci mnie 

na Harö, kiedy tu skończymy.
  Jonas stał plecami do drzwi. Odwrócił głowę.

  – Chyba jest u siebie w domu – powiedział.
  Wilma wstała.

  – Mogę już iść?
  – Myślę, że tak – odparł Thomas. – Tylko ostatnie  pytanie. 

Ten policjant, o którym wspomniałaś, ten, którego widziałaś, 
gdy wchodziliście do domku. Pamiętasz, jak wyglądał?

  Pokręciła głową.

background image

  – Nie bardzo.
  – Jesteś pewna, że był sam?

  Pokiwała głową.
  – Miał włosy ciemne czy jasne? Był wysoki czy niski? Gruby 

czy chudy?
  Wilma się zawahała.

  – To się działo tak szybko… Może Mattias będzie pamiętał, 
widział go o wiele lepiej niż ja.

  – I nie przypominasz sobie nic więcej?
  Thomas   próbował   mówić   lekkim   tonem,   bo   nie   chciał 

wywierać presji na dziewczynę. To, co powiedziała, wydało mu 
się jednak dziwne. Dlaczego nikt z mundurowych nie zgłosił, że 

był na Skärkarlshamn w tych krytycznych godzinach?
  Thomas odstawił puszkę.

  – Wyświadcz mi przysługę – poprosił Wilmę. – Zamknij oczy 
i spróbuj sobie wyobrazić tę sytuację.

  Wilma zamknęła oczy.
  – Wyobraź sobie, jak się poczułaś, kiedy się zorientowałaś, że 

w pobliżu jest policjant. Co zobaczyłaś?
  Wilma zamrugała i spojrzała prosto na Thomasa.

  – Miał na sobie żółtą kamizelkę.
 

80

  Znajdziesz go w pizzerii Salvatore’s, na rogu Paradistorget,  

niedaleko od stacji kolejki podmiejskiej. Przyjdź o dwudziestej 
drugiej,   będzie   tam   wtedy.   Przynieś   dziesięć   tysięcy   koron  

w gotówce, żeby pokazać, że masz poważne zamiary. Żąda,  
żebyś przyszedł osobiście, to jego zabezpieczenie
.

  Instrukcje byłego szefa ochrony były jasne.
  Johan   z tylnego   siedzenia   taksówki   zobaczył   stację   kolejki 

podmiejskiej   w Huddinge.   Wypił   za   dużo,   by   siadać   za 
kierownicą,   zdawał   sobie   z tego   sprawę.   Musiał   pojechać 

taksówką, nie mógł ryzykować, że natknie się na jakąś kontrolę.
  Nie dziś wieczorem.

  Na   wszelki   wypadek   zamówił   taksówkę,   która   najpierw 

background image

zawiozła go do centrum. Tam wysiadł i zapłacił gotówką. Gdy 
tylko   samochód   odjechał,   Johan   poszedł   na   dworzec   przy 

Vasagatan   i ustawił   się   w kolejce   po   taksówkę   pod   głównym 
wejściem. Gdy przyszła jego kolej, wybrał wóz innej firmy niż 

ta, którą przed chwilą jechał.
  Przed wyjściem z domu włożył niebieską czapkę z daszkiem 

i okulary   przeciwsłoneczne.   Mimo   upału   nosił   cienkie 
rękawiczki, by nie zostawić odcisków palców.

  To   jak   z kiepskiego   filmu,  pomyślał.   Ale   nie   był   głupi.   Nie 
mógł pozwolić, by go rozpoznano. Nie zamierzał ryzykować.

  – Na   stację   kolejki   w Huddinge   – mruknął   ze   spuszczoną 
głową.

  Po   chwili   zostawił   za   sobą   stolicę.   Taksówka   skręciła 
w Söderleden   i jechała   w stronę   drogi   226,   czyli 

Huddingevägen. Po kwadransie dotarli na miejsce.
  Johan   stanął   pod   dużym   drzewem   i poczekał   na   odjazd 

taksówki. Wtedy stanowczym krokiem skierował się w stronę 
Paradistorget.

  Po   drugiej   stronie   ulicy   dostrzegł   restaurację.   Brudny 
neonowy szyld powiedział mu, że trafił we właściwe miejsce. 

Na chodniku przy wejściu umieszczono biały plastikowy trójkąt 
z nazwami różnych rodzajów pizzy.

  Trochę   dalej,   po   drugiej   stronie   torów,   stało   kilka   bloków 
z zagraconymi balkonami. Jakaś kobieta w chuście na głowie 

szybko   przeszła   obok   niego,   pchając   wózek.   Starała   się   nie 
patrzeć w stronę chłopaków na motorowerach, którzy stali pod 

budką z hamburgerami jakieś sto metrów dalej.
  Podróż   w to   miejsce   z obsadzonej   drzewami   dzielnicy 

willowej Johana trwała nie więcej niż godzinę, ale on czuł się tu 
równie obco, jak czułby się w nieznanym kraju.

  To nie jego świat, chciał się stąd wydostać. Teraz żałował, że 
nie   poprosił   taksówkarza,   by   na   niego   zaczekał.   Ale   z tym 

wiązało   się   ryzyko,   którego   chciał   uniknąć:   facet   mógłby   go 
zapamiętać.

  Drzwi obskurnej pizzerii się otworzyły i na ulicę wyszedł jakiś 
wysoki   mężczyzna.   Zapalił   papierosa.   Żar   był   wyraźnie 

widoczny   w półmroku   ulicy.   Johan   się   wahał,   ciągle   stał 

background image

w cieniu.
  Wciąż mógł zrezygnować, odwrócić się i pójść do kolejki. Za 

godzinę byłby znowu z żoną i córką.
  Ale powrócił obraz okaleczonej twarzy syna.

  Mężczyzna   skończył   palić.   Rzucił   niedopałek   na   chodnik 
i przydepnął go butem. Potem wszedł do środka.

  Johan zerknął na zegarek. Pięć po dziesiątej. Musiał wejść.
  W kieszeni   miał   kopertę   z pieniędzmi.   Zawsze   trzymał 

w domu   gotówkę.   W piwnicy   miał   wbudowany   sejf   i wyjął 
z niego tyle, ile potrzebował.

  Dłoń   zacisnęła   się   na   kopercie.   Kwota   duża,   plik   bardzo 
cienki. Dziesięć banknotów po tysiąc koron.

  Za tę kwotę mógł zapewnić ochronę sobie i swojej rodzinie. 
Tyle wystarczyło, by wysłać ostrzeżenie: nie tykaj tej rodziny. 

Wiedział   o tym,   podobnie   jak   wielu   ludzi   na   wysokich 
stanowiskach.

  Teraz chodziło o coś zupełnie innego, więc kwota była tylko 
pierwszą ratą. Biletem wstępu.

  Usłyszał   zgrzytliwy   dźwięk   trochę   dalej   i odwrócił   głowę 
w stronę stacji. Właśnie wjechał na nią pociąg, który niedługo 

odjedzie do Sztokholmu. Dość czasu, żeby zawrócić.
  Mocniej ścisnął plik banknotów.

 

81

  Nora wysadziła Thomasa na pomoście na Harö. Fala za jej 
łodzią   przecięła   wodę,   poza  tym   w zatoczce   panował   spokój. 

Przy   drabince   kąpielowej   leżały   zapomniane   ręcznik   frotté 
i różowy smoczek.

  – Chcesz wejść i przywitać się z Pernillą?
  – Muszę   wracać   do   chłopców.   Czy   możemy   się   zobaczyć 

w weekend? Wpadnijcie na kawę, jeśli macie ochotę.
  Silnik   pracował   na   jałowym   biegu.   Nora   trzymała   się 

krawędzi pomostu, żeby łódź nie odpłynęła. Thomas przerzucił 
kurtkę przez ramię.

  – Zobaczymy,   dobrze?   To   zależy   od   tego,   jak   potoczy   się 

background image

śledztwo.
  – Pewnie. Możemy się zdzwonić w piątek. – Nora odepchnęła 

łódź   od   pomostu.   – Pozdrów   ode   mnie   rodzinę!   – zawołała, 
przekrzykując silnik.

  Opłynęła   Harö   i jej   oczom   ukazało   się   Sandhamn.   Nora 
obrała kurs na żółte i czerwone domki przy wejściu do portu. 

Nad koronami sosen wznosiła się wysoka wieża pilotów. Przez 
wiele dziesięcioleci ktoś ciągle stamtąd śledził morze. Bosmani 

się   zmieniali,   by   nigdy   nie   stała   pusta.   Teraz   wszystko 
skomputeryzowano, wieża była pusta.

  Bączek nie miał świateł, ale ich nie potrzebowała. Wieczorne 
niebo było pogodne, wcześniejsze chmury się rozwiały i słońce 

za jej plecami zachodziło jak wielka pomarańczowa kula.
  Kierowana impulsem zgasiła silnik i pozwoliła łodzi dryfować.

  Thomas   wydawał   się   speszony,   gdy   przyszedł   do   willi 
Brandów po wizycie u Jonasa i Wilmy. Nora udawała, że nie 

widzi   pytania   w jego   oczach.   Sięgnęła   po   kurtkę,   przyniosła 
kluczyki od łodzi i ruszyła przodem na pomost, żeby uruchomić 

silnik
  Motorówka kołysała się na drobnych falach. Nora oparła się 

o reling  i zanurzyła   rękę  w wodzie  – dość zimnej, jak  zawsze 
w tym miejscu archipelagu. Chłód na opuszkach palców spra-

wiał jej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili wyjęła rękę.
  Na   zachód   od   Sandhamn   płynął   duży   prom   pod   estońską 

banderą. Zachód słońca odbijał się w jego oknach, wyglądało to 
tak, jakby wszystkie szyby pomalowano na czerwono.

  Powróciła myśl, którą próbowała od siebie odsunąć.
  Thomas   odwiedził   Jonasa   w jej   dawnym   domu,   a ona   nie 

została zaproszona.
 

82

  Johan Ekengreen nacisnął klamkę i wszedł.

  W podłużnej sali stało kilkanaście stolików. Ściany osłaniała 
ciemna   boazeria.   Lokal   był   większy,   niż   wydawał   się 

z zewnątrz, po lewej stronie znajdowała się otwarta kuchnia, 

background image

a naprzeciw niej kilkoro pomalowanych na czarno drzwi.
  Przy   stolikach   pod   oknem   siedzieli   pojedynczy   goście. 

W lokalu   unosiła   się   intensywna   woń   sosu   pomidorowego 
i świeżo upieczonej pizzy. W głębi restauracji plecami do ściany 

siedział   potężny   mężczyzna   o ciemnych,   bardzo   krótko 
ostrzyżonych włosach. Na szyi miał wąski srebrny łańcuszek, 

na   kciuku   szeroki   pierścień   ze   szczotkowanej   stali. 
Towarzyszyło   mu   trzech   innych   mężczyzn,   bardzo   do   niego 

podobnych.  Patrzył czujnie spod krzaczastych brwi.
  Nazywa się Wolfgang Ivkovac. Wie, że przyjdziesz. Więcej  

nie mogę zrobić.
  Johan podszedł do okrągłego stolika.

  Przed Ivkovacem stała niedojedzona pizza calzone.
  Johan uniósł podbródek i spojrzał mu w oczy.

  – Wiesz, dlaczego tu jestem – powiedział cicho.
  Ivkovac   poruszył   głową.   Jeden   z mężczyzn   wstał   i zrobił 

miejsce Johanowi.
  Johan   usiadł   ciężko.   Nagle   poczuł   się,   jakby   miał   zaraz 

zemdleć,  język   zmienił się  w bezkształtną  grudę. Ale  było  za 
późno, by zmienić zdanie.

  – Mój syn nie żyje – powiedział powoli.
  – Przykro mi – odparł Ivkovac, odsuwając talerz. – W czym 

mogę ci pomóc?
  Skup   się,   pomyślał   Johan.   Spróbował   przywołać   uczucie, 

które pamiętał z wojska. Ten chłód pojawiający się, gdy każda 
komórka ciała jest nastawiona na jakiś cel. Gdy cały świat znika 

i liczy się tylko jedno.
  – Wiem, kto jest winny – powiedział.

  Z zewnętrznej kieszeni wyjął zdjęcie Tobbego i położył je na 
stole. Podsunął je Ivkovacowi.

  Ivkovac wziął fotografię i dokładnie jej się przyjrzał.
  – Jest młody – stwierdził.

  – Mój syn też był.
  Ivkovac z namysłem pokręcił głową.

  – Mam   własne   dzieci   – powiedział.   – Dwóch   synów   i dwie 
córki. Rodzice nie powinni żyć dłużej niż ich dzieci.

  Uniósł kufel i dopił resztkę piwa. Gdy przełykał, na jego szyi 

background image

poruszyła się wyblakła blizna.
  Johan wskazał na zdjęcie.

  – Na odwrocie jest jego nazwisko i adres.
  – Przyniosłeś pieniądze?

  Johan   wysunął   z kieszeni   kopertę,   żeby   mężczyzna   mógł   ją 
zobaczyć.

  – Tak.
  – To cię będzie kosztować więcej.

  Napisał   liczbę   na   karteczce   i pokazał   Johanowi.   Cena   była 
znacznie niższa niż koszt wyjazdu na narty do Chamonix.

  Znów poczuł smak żółci w ustach.
  – Dostaniesz numer konta w zagranicznym banku. Nie może 

być   widać,   skąd   przyszły   pieniądze.   – Znaczący   gest. 
– Rozumiesz, tak?

  – Załatwię to jutro rano.
  Johan przez wiele lat robił interesy w Turcji. Miał tam starego 

znajomego,   któremu   ufał.   Jeśli   Johan   do   niego   zadzwoni, 
znajomy   bez   zbędnych   pytań   przeleje   tę   kwotę   na   konto 

Ivkovaca.   Po   jakimś   czasie   do   jednej   ze   spółek   Johana 
przyjdzie faktura za usługi konsultacyjne. Nikomu nie uda się 

wyśledzić powiązania między tymi faktami.
  Jestem   zręczny,   pomyślał.   Nawet   w tych   okolicznościach. 

Mam kontakty, które pozwalają mi osiągnąć to, czego chcę.
  Ta wiedza nie przyniosła mu żadnej radości.

  – Kiedy chcesz to mieć załatwione? – spytał Ivkovac.
  – Jak najszybciej.

  Johan   dyskretnie   wyjął   kopertę   z pieniędzmi   i podał 
Ivkovacowi   pod   stołem.   Jugosłowianin   równie   dyskretnie   ją 

schował.
  – Jeszcze jedno – powiedział Johan. – To musi wyglądać jak 

wypadek.
  Ivkovac wymienił spojrzenie z jednym z ochroniarzy.

  – To ważne?
  – Tak, tak jest dla mnie bezpieczniej.

  Johan wstał i wsunął krzesło.
  Jego głos był spokojny, decyzja została podjęta.

  – Chcę, żeby to się stało na oczach jego ojca.

background image

 

Środa

83

  W pokoju było gorąco, Tobbe nie mógł zasnąć. Miał na sobie 
tylko slipy, mimo to się pocił. Kołdra leżała zsunięta na bok.

  Tuż po drugiej skończył oglądać jakiś film akcji; powinien być 
senny, ale nie potrafił się odprężyć.

  W mieszkaniu było cicho, za cicho. Matka dawno temu wzięła 
jedną   ze   swoich   tabletek   nasennych,   Christoffer   był   u Sary. 

Proponował, że zostanie w domu, ale Tobbe powiedział, że nie 
ma takiej potrzeby.

  Teraz tego żałował. Chciał, żeby Christoffer tu był, nie miał 
jednak ochoty dzwonić do niego w środku nocy.

  Stary pytał, czy nie chciałby trochę u niego pomieszkać, ale 
Tobbe   podziękował.   Nic   nie   będzie   lepiej   od   tego,   że 

przeprowadzi   się   do   ojca   i Evy.   Tobbe   wiedział,   że   matka 
potraktuje   to jak  kolejną zdradę.  Nie  miał  siły  na znoszenie 

kolejnych smutnych spojrzeń i pretensji.
  Wystarczały mu własne wyrzuty sumienia.

  Za każdym razem, gdy próbował zasnąć, przypominało mu się 
przesłuchanie   na   policji.   Ta   policjantka   patrzyła   na   niego, 

jakby   był   jakimś   potworem.   W ich   oczach   był   kryminalistą, 
młodocianym przestępcą…

  Mordercą.
  Czy   teraz   trafi   do   więzienia?   Miał   dopiero   szesnaście   lat, 

w sierpniu   zamierzał   pójść   do   gimnazjum.   Próbował   myśleć 
o tym,   że   tylko   w Stanach   Zjednoczonych   zamykano 

nastolatków   w prawdziwych   więzieniach.   Ale   żołądek   i tak 
ściskał   mu   się   ze   strachu.   A jeśli   się   mylił   i zamkną   go 

z dorosłymi, którzy będą go gwałcić?
  Drżały mu wargi.

  Tak  wielu  rzeczy  żałował, tak wiele rzeczy zrobiłby inaczej, 

background image

gdyby   miał   taką   możliwość.   To   wszystko   było   jego   winą 
i niczego nie mógł zmienić.

  W pokoju   wciąż   panował   bałagan   po   wizycie   policji.   Kiedy 
wrócił do domu, stali i grzebali w jego szufladach i w koszu na 

pranie. Wydawało mu się to nierzeczywiste, wóz policyjny na 
ulicy,   płacz   matki   w kuchni.   Na   dole   stało   kilku   sąsiadów 

i zerkali w stronę ich okien. Spuścił głowę i szybkim krokiem 
wszedł na klatkę schodową.

  Gdyby tylko miał z kim porozmawiać.
  Ebba.

  Ona   by   zrozumiała,   jak   się   czuł.   Był   takim   idiotą,   że   ją 
odtrącił.

  Policja   zabrała   mu   laptop,   więc   poszedł   do   dużego   pokoju 
i usiadł   przed   komputerem   stacjonarnym,   którego   zwykle 

używała matka. Wszedł na Facebooka i wyszukał profil Ebby. 
W każdym razie go nie zablokowała. Ta myśl go w jakiś sposób 

pocieszyła.
  Powoli przejrzał zmiany statusu Ebby w ostatnim czasie. Było 

ich niewiele, po nocy świętojańskiej ani jednej.
  Jego  uwagę  przykuł  album  ze  zdjęciami.   Dawniej   na wielu 

z nich byli oboje. Teraz wszystkie takie  zdjęcia zniknęły. Nie 
mógł mieć jej tego za złe, a jednak żałował, że nie zostawiła 

choć kilku. Lubił patrzeć na zdjęcia Ebby, to go uspokajało.
  Po chwili dotarł do zdjęć Victora z Felicią. Świat zakołysał mu 

się   przed   oczami   i szybko   je   przewinął,   by   nie   patrzeć   na 
przyjaciela.

  Ostatnie zdjęcie Ebby zostało zrobione podczas zakończenia 
roku szkolnego, w czerwcu. Nosiła białą bawełnianą sukienkę 

z brzegiem obszytym haftem i wąskimi ramiączkami. Z uśmie-
chem patrzyła w obiektyw, trzymając kopertę ze świadectwem.

  Przypomniał   sobie,   jak   proste   wydawało   się   tamtego   dnia 
życie. Radość z rozpoczynających się wakacji, lekki żal, bo nie 

będą już w klasie z dawnymi kolegami.
  Stali w słońcu na szkolnym podwórzu i nie chcieli się rozejść.

  Szybko, zanim zdąży się rozmyślić, kliknął na „Opublikuj”. Na 
monitorze pojawiło się okienko. Litery napisały się same.

  – Przepraszam.

background image

 

84

  Thomas   zaparkował   pod   posterunkiem   w Nacce   i ruszył 
szybkim   krokiem   do   wejścia.   Przed   chwilą   minęło   wpół   do 

ósmej. Prom z Harö spóźnił się kilka minut, do tego most na 
kanale w Strömmie był akurat zamknięty.

  Za   chwilę   miało   się   zacząć   poranne   spotkanie.   Zostawił 
w pokoju   kurtkę   i szybko   ruszył   do   sali   konferencyjnej. 

Siedzieli   tam   już   Erik,   Kalle   i Karin.   Margit   nadeszła 
równocześnie   z drugiej   strony,   przystanął   i przepuścił   ją 

w drzwiach.
  – W windzie   natknęłam   się   na   Nilssona   – powiedziała, 

siadając   przy   stole.   – Wspominał,   że   rozmawialiście 
o kamizelkach odblaskowych, tych, które miał zebrać Anjou.

  – Tak, właśnie. Kilku brakuje.
  Przerwał im dźwięk otwieranych drzwi. Na salę wszedł Harry 

Anjou z kubkiem kawy w ręce. Wciąż nie wyglądał rześko, miał 
obwisłe policzki i ziemistą cerę.

  – Świetnie   – powiedziała   Margit.   – Właśnie   rozmawialiśmy 
o tobie. Jak poszło z kamizelkami?

  Harry odstawił kawę i wysunął krzesło.
  – Oddałem je – powiedział. – Dopiero co zaniosłem ostatnie.

  – Doskonale.   – Margit   przyjrzała   się   jego   zapadniętym 
oczom. – Jak się czujesz?

  – Tak sobie.
  Karin podniosła wzrok znad notesu.

  – Mam   w szufladzie   alvedon,   jeśli   chcesz   – zaproponowała 
życzliwie.

  Anjou kiwnął głową.
  – Jeszcze jedno – powiedział Thomas. – Sachsen się odezwał. 

Dziś rodzice  będą mogli odebrać ciało, pogrzeb odbędzie się 
jutro, o ile dobrze zrozumiałem.

  – Szybka piłka – stwierdziła Margit.
  – Matka jest katoliczką.

  Margit ostrzegawczo uniosła palec.

background image

  – No to miejmy nadzieję, że Sachsen nie będzie musiał czegoś 
później sprawdzić. Nie byłoby przyjemnie, gdyby coś takiego 

stało się po pogrzebie.
  Tuż po zakończeniu spotkania zadzwoniła Nora.

  – Cześć, masz minutę?
  – O ile to będzie tylko minuta.

  Roześmiał się, żeby złagodzić te słowa.
  – Aha.   – Nora   i tak   zgubiła   wątek.   – Chciałam   tylko 

sprawdzić, czy bez problemu dotarłeś do domu.
  Thomas   natychmiast   wyczuł,   że   zamierzała   powiedzieć   coś 

zupełnie innego.
  – Przecież   sama   świetnie   wiesz;   wysadziłaś   mnie   na 

pomoście.
  – No tak. Mniejsza z tym. To cześć, na razie.

  Zdecydowanie coś jej leżało na sercu.
  – Poczekaj chwilę, wejdę do swojego pokoju.

  Wszedł i zamknął drzwi.
  – Coś   się   stało?   – spytał,   wysuwając   krzesło.   – Chyba   nie 

tylko po to dzwonisz?
  Smutne   westchnienie   w słuchawce.   Thomas   przypomniał 

sobie, jak brzmiał jej głos, kiedy pokłóciła się z Henrikiem.
  – W tej   chwili   między   mną   a Jonasem   nie   jest   za   dobrze 

– powiedziała po chwili.
  – Tak   myślałem.   Zastanawiałem   się,   czemu   cię   nie   było 

z nami wczoraj wieczorem.
  – Jonas coś o mnie mówił?

  – Nie,   nie,   nic   – odparł   zgodnie   z prawdą   Thomas. 
– Spytałem   go   tylko,  gdzie   się   podziewasz.   Odpowiedział,   że 

jesteś u siebie w domu.
  Zapadło milczenie.

  – Powiesz mi, co się dzieje?
  – Chodzi   o Wilmę   – odparła.   – Ona   mnie   nie   lubi,   od 

początku było trudno. Pewnie nie potrafi się przyzwyczaić, że 
Jonas ma nową partnerkę.

  – Tak bywa – stwierdził Thomas.
  – W sobotę, kiedy nie było jej przez całą noc, Jonas strasznie 

się niepokoił. Odkąd  wróciła w niedzielę, prawie  ze sobą nie 

background image

rozmawialiśmy. Wydaje mi się, że Jonas w jakiś sposób mnie 
obwinia. Nie wiem, co mam robić.

  Nagle Nora umilkła.
  – Myślę,   że   teraz   Jonas   musi   się   skupić   na   Wilmie 

– powiedział ostrożnie Thomas. – Dziewczyna potrzebuje ojca.
  Wywnioskował   z opowieści   Wilmy,   że   spotkało   ją   coś 

nieprzyjemnego. Choć nie wdawała się w szczegóły, można to 
było wyczytać między wierszami. Gdy Wilma wyszła z kuchni, 

Jonas   zasugerował,   że   Mattias   posunął   się   za   daleko.   Dał 
jednak jasno do zrozumienia, że nie chce zgłaszać sprawy na 

policję.
  To   nie   Thomas   powinien   opowiedzieć   o tym   Norze.   Jonas 

musiał to zrobić sam.
  – Przecież   nie   wiem,   co   jej   się   stało!   – wybuchnęła   Nora. 

– On nic mi nie mówi.
  Thomas próbował znaleźć jakiś kompromis.

  – Noro,   nie   mogę   się   wdawać   w to,   co   mówiła   Wilma,   ale 
w tej chwili jest rozbita. Chodzi o chłopaka; coś poszło nie tak. 

Nic dziwnego, że Jonas się nią zajmuje.
  – To dlaczego mi tego nie powie?

  – Sama przecież wiesz, jak działają faceci. – Thomas starał się 
mówić lekkim tonem. – Potrafimy się skupić tylko na jednej 

rzeczy naraz.
  – Czyli myślisz, że nie powinnam się tak bardzo przejmować?

  – Znasz   Jonasa   o wiele   lepiej   niż   ja.   Ale   sam   bym   pewnie 
zareagował podobnie.

  – Naprawdę? Strasznie ci dziękuję. Nie masz pojęcia, ile to 
dla mnie znaczy, że tak mówisz.

  Wyraźnie słyszał ulgę w jej głosie. Ale przypomniał sobie cień, 
który przemknął po twarzy Jonasa, gdy zapytał go o Norę.

 

85

  Dochodziła   dziesiąta.   Thomas   wyszukał   profil   Mattiasa 
Wassberga na Facebooku i studiował twarz siedemnastolatka. 

Na   zdjęciu   Wassberg   miał   biały   T-shirt   z krótkim   rękawem. 

background image

Mięśnie   rysujące   się   pod   jego   opaloną   skórą   dowodziły,   że 
uprawia sport.

  Chłopak   był   przystojny,   bez   dwóch   zdań,   ale   coś   w jego 
uśmiechu   sprawiało,   że   Thomasowi   wydawał   się 

niesympatyczny.   Może   się   do   niego   uprzedził   po   tym,   co 
usłyszał wczoraj?

  Thomas wiedział aż za dobrze, ilu jest dupków, którzy już jako 
nastolatki   źle   traktują   dziewczyny.   Miał   nadzieję,   że 

w przypadku Wilmy skończyło się na strachu.
  Wybrał numer Wassberga, który podała mu Wilma. Po pięciu 

sygnałach usłyszał zaspany głos.
  – Halo?

  Thomas się przedstawił.
  – Musimy ci zadać kilka pytań w związku z wydarzeniami na 

Sandhamn podczas weekendu.
  – Jestem na jachcie – mruknął niewyraźnie głos.

  – Gdzie?
  – Niedaleko Gotlandii.

  – Kiedy   wracasz   do   Sztokholmu?   – spytał   Thomas. 
– Chcielibyśmy się z tobą spotkać.

  – Nie wiem.
  Thomas   usłyszał   szumy.   Mattias   Wassberg   zakaszlał, 

powiedział coś, czego Thomas nie dosłyszał. Połączenie zostało 
przerwane.

  Zadzwonił jeszcze raz, ale tym razem odezwał się metaliczny 
głos: „Abonent jest czasowo niedostępny”.

  Zasięg na morzu nie był najlepszy, Thomas o tym wiedział. 
Spróbował jeszcze raz, ale bez powodzenia.

  Mattias Wassberg był nadal czasowo niedostępny.
  Staffan   Nilsson   stał   pochylony   nad   stołem   ze   stali 

nierdzewnej   w dużym   jasnym   pomieszczeniu   w wydziale 
techników.

  Na stole leżała sterta żółtych kamizelek odblaskowych, każda 
starannie   oznaczona   nazwiskiem   policjanta,   do   którego 

należała. Do pojemnika na podłodze włożono te, które zostały 
zbadane.

  – Zobaczmy, co my tu mamy.

background image

  Nilsson   mruczał   pod   nosem,   metodycznie   sprawdzając 
kamizelki   jedną   po   drugiej.   Zawsze   mruczał.   Jego   żona 

mawiała, że przypomina jej wtedy starego dziadka.
  Sprawdził już siedemnaście.

  Sięgnął   po  osiemnastą.   Na   białym   identyfikatorze   widniało 
imię i nazwisko: Adrian Carlsson.

  Nilsson   natychmiast   zauważył,   że   w rogu   brakuje   małego 
skrawka żółtej tkaniny.

  – Gdzie ja położyłem pęsetę?
  Odwrócił się i znalazł ją na biurku. Wysunął nią żółty skrawek 

materiału   z woreczka   strunowego   oznaczonego   numerem 
katalogowym śledztwa.

  Starannie   przysunął   skrawek   do   ubytku   w kamizelce,   by 
sprawdzić, czy pasuje.

  – A niech mnie! – zawołał cicho.
  Johan   oddychał   lżej.   W domu   panowała   cisza   – Madeleine 

odpoczywała, Ellinor poszła do przyjaciółki.
  Od razu po wyjściu z restauracji w Huddinge poczuł się lepiej. 

Kawałki układanki zaczęły wpadać na właściwe miejsca. Dług 
wobec Victora zostanie spłacony.

  W tym   przeświadczeniu   wrócił   do   willi   i choć   się   tego   nie 
spodziewał,   udało   mu   się   przespać   kilka   godzin   obok 

Madeleine.
  Wszystko było lepsze niż bezczynne siedzenie i pogrążanie się 

w rozpaczy.
  Po   śniadaniu   poczynił   kroki,   by   załatwić   ostatnią   sprawę. 

Rozmowę   telefoniczną   do   Turcji   miał   z głowy:   zadzwonił 
z samego   rana,   na   wszelki   wypadek   z telefonu   na   kartę 

kupionego w kiosku.
  Tak   jak   przewidział,   nie   było   żadnego   problemu.   Stary 

przyjaciel chętnie mu pomógł i nie zadawał żadnych pytań.
  Za   kilka   miesięcy   przyjdzie   faktura.   Zupełnie   legalna,   za 

usługi analityczne w związku z planowanym przejęciem spółki, 
które nie doszło do skutku.

  Plan,   realizacja,   analiza.   Tego   się   nauczył   w szkole 
komandosów morskich i od tego czasu stosował. Pomagało mu 

to w całej karierze. Nigdy nie oglądać się za siebie, gdy decyzja 

background image

zostanie podjęta.
  Już   wtedy   świadomość   dobrze   przeprowadzonej   operacji 

zapewniała mu spokój ducha. Nigdy jednak nie przypuszczał, 
że zastosuje te umiejętności w najtrudniejszej sytuacji w swoim 

życiu.
  Pogrzeb   miał   się   odbyć   jutro,   w katolickiej   katedrze   przy 

Folkungagatan.   Madeleine   podtrzymywało   na   duchu 
planowanie ceremonii i wszystkich dekoracji. Potem miała się 

odbyć   stypa,   Madeleine   na   to   nalegała,   choć   Johan 
powątpiewał, czy wytrzyma takie napięcie. Mimo to pozwolił 

jej,   by   postawiła   na   swoim   we   wszystkim,   co   dotyczyło 
pogrzebu ich syna. Zażądał tylko, żeby nie było żadnych białych 

kwiatów.
  Białe lilie są dla starych ludzi, którzy umarli po spełnionym 

życiu.
  – Johan.

  Podniósł wzrok i zobaczył Madeleine stojącą w drzwiach. Jej 
włosy na skroniach były przetłuszczone i oklapnięte. Poza tym 

krzywo zapięła guziki białej bluzki z krótkim rękawem.
  – Johan   – powtórzyła,   podnosząc   granatowy   garnitur. 

– Muszę przekazać ubranie do zakładu pogrzebowego. Pytają, 
w co Victor ma być jutro ubrany.

  Johan   spojrzał   na   ubranie   na   wieszaku.   Na   jednej   z klap 
marynarki wisiał krawat z szarego jedwabiu.

  – Może   lepsze   byłyby   dżinsy   i koszula   – powiedziała 
Madeleine. – Takie ubrania, jakie nosił na co dzień. Ta różowa 

koszula,   którą   kupił   sobie   za   własne   pieniądze.   To   tutaj   nie 
pasuje do Victora.

  W jej oczach  zalśniły  łzy. Przełknęła kilka razy ślinę i znów 
spróbowała:

  – Jak uważasz?
  Johan pokręcił głową. Jakie to miało znaczenie, w co Victor 

będzie  ubrany? Za dwadzieścia  cztery  godziny trumna z nim 
zostanie przykryta ziemią. Nikt go już nigdy nie zobaczy.

  – W garniturze   wyglądałby   godniej   – dodała   Madeleine. 
– Tak chyba będzie lepiej.

  Jej głos się załamał.

background image

  – Pomóż mi – poprosiła. – Nie wiem, co będzie najlepsze.
  Oparła się o framugę.

  – Proszę, Johan.
  Pośpiesznie wstał i wyjął wieszak z garniturem z jej dłoni.

  – Może   chciałabyś   odpocząć?   – powiedział   przyjaznym 
tonem,   choć   pragnął   tylko   tego,   by   sobie   poszła.   – Idź   się 

trochę położyć. Ja to odwieszę. Możemy zadecydować później.
  Madeleine   wypuściła   wieszak   z ręki,   a Johan   niezręcznie 

poklepał ją  po  ramieniu.  Musi  spróbować  być  dla  niej miły, 
choć ledwie mógł znieść przebywanie z nią w jednym pokoju.

  Nie miał sił ani na własną rozpacz, ani na rozpacz żony.
 

86

  Drzwi pokoju służbowego Staffana Nilssona były zamknięte, 

więc Thomas zapukał.
  – Proszę – dobiegł go stanowczy głos.

  – Szukałeś mnie – powiedział Thomas, wchodząc.
  – Tak,   chciałem   ci   coś   pokazać.   – Nilsson   wstał   z krzesła. 

– Chodź ze mną.
  Ruszył przodem do laboratorium. Na metalowym stole leżała 

duża   sterta   żółtych   kamizelek   odblaskowych.   Nilsson   wziął 
jedną z nich i podsunął Thomasowi. Przy dolnej krawędzi była 

rozerwana.
  – Czyli sprawa z głowy? – spytał Thomas.

  – Niezupełnie.
  – Co chcesz przez to powiedzieć?

  – Brakuje tu małego skrawka materiału. Porównałem ubytek 
ze   skrawkiem   znalezionym   na   miejscu   zbrodni.   Coś   się   nie 

zgadza.
  – Możesz to dokładniej wyjaśnić?

  Nilsson   się   odwrócił.   Przyniósł   plastikową   torebkę   ze 
skrawkiem materiału i podał ją Thomasowi.

  – Sam zobacz.
  – Nie   pasują   do   siebie?   – Thomas   nie   rozumiał,   do   czego 

Nilsson zmierza.

background image

  – Przyjrzyj się krawędzi dziury w kamizelce.
  Thomas pochylił się i dokładnie obejrzał syntetyczną tkaninę.

  – Krawędź jest prosta.
  – Właśnie.

  Nilsson wziął torebkę od Thomasa i położył ją obok kamizelki 
odblaskowej Adriana Karlssona tak, żeby skrawek znalazł się 

tuż obok dziury.
  – W torebce   widzisz   materiał,   który   został   wyrwany,   jakby 

o coś zahaczył. Przy pobieżnych oględzinach można pomyśleć, 
że ten fragment pochodzi z kamizelki Karlssona. Ale to, czego 

brakuje   w kamizelce,   zostało   najpierw   częściowo   odcięte, 
a dopiero na koniec oderwane.

  Technik pochylił się nad stołem i skrzyżował ręce na piersi. 
Thomas wpatrywał się w jego twarz.

  – Co o tym myślisz?
  – Ktoś   manipulował   przy   kamizelce,   żeby   wyglądała   na 

podartą. Ktoś chce, byśmy myśleli, że ten skrawek  pochodzi 
właśnie z tej kamizelki.

  Thomas próbował zrozumieć, co to oznacza.
  – Chcesz   powiedzieć,   że   Adrian   Karlsson   chce,   żebyśmy 

myśleli, że skrawek pochodzi z jego kamizelki? Sam ją naciął 
i wyrwał ten skrawek?

  – Coś w tym stylu.
  – Dlaczego miałby to zrobić?

  – Tak   właśnie   brzmi   moje   pytanie   – odparł   technik. 
– Dlaczego miałby to zrobić?

  Coś   się   tutaj   nie   zgadzało,   Nilsson   ma   rację.   Dlaczego 
Karlsson miałby pociąć własną kamizelkę? Schodząc na piętro 

zajmowane   przez   wydział   porządkowy,   Thomas   intensywnie 
myślał.

  Postanowił zajrzeć do Jensa Sturupa, który kierował operacją 
na Sandhamn w noc świętojańską. Drzwi były uchylone, więc 

wszedł. Sturup siedział przy biurku, przed nim leżał otwarty 
duży   segregator.   Na   biurku   stał   niebieski   kubek   z kawą 

z napisem „Ordnung muss sein”.
  – Cześć – powiedział Thomas. – Szukam Adriana Karlssona. 

Wiesz może, gdzie jest?

background image

  Sturup spojrzał na zegar.
  – Dziś chyba na drugiej zmianie, zaczyna o piętnastej. A o co 

chodzi?
  – Mam   do   niego   kilka   pytań   w związku   z tym   chłopakiem, 

którego zamordowano na Sandhamn. Możesz go poprosić, żeby 
przyszedł do mnie na górę, jak tylko się zjawi?

  – Załatwię   to   – powiedział   Sturup   i znów   zajął   się 
segregatorem.

  Thomas wciąż stał na progu.
  – Masz chwilę?

  Sturup podniósł głowę.
  – Podczas   operacji   na   Sandhamn   wszyscy   mundurowi 

chodzili   parami,  prawda?   Tylko   koledzy   z wydziału  do  walki 
z narkotykami pracują na własną rękę?

  – Technicznie rzecz biorąc, tak jest – odparł szef wydziału.
  – Co masz na myśli?

  – Zasadniczo jest tak, jak mówisz, ale istnieją wyjątki. Jeśli 
jest względnie spokojnie albo na przykład jeden z policjantów 

musi pójść od toalety, może się zdarzyć, że ktoś robi obchód 
sam.

  – Więc mogło tak być, że ktoś patrolował teren bez partnera?
  – Raczej tak.

  Wilma wspominała, że widziała jednego policjanta. W żółtej 
kamizelce.

  Gdyby   Adrian   Karlsson   przypadkiem   rozdarł   kamizelkę   na 
miejscu   zbrodni,   mógł   to   najzwyczajniej   zgłosić.   Wtedy   nie 

byłoby sprawy. To, że postanowił postąpić inaczej, musiało coś 
znaczyć.

  W śledztwie   w sprawie   morderstwa   takie   rozbieżności   były 
interesujące. Wszystko, co odbiegało od wzorca. Czy to właśnie 

jedna z takich sytuacji?
  – Znasz   go   dobrze?   – spytał   z namysłem   Thomas. 

– Karlssona.   Poznałem   go   przelotnie   w niedzielę   na 
Sandhamn.

  – Trochę – odparł Sturup. – Pracujemy  razem od kilku  lat. 
W zeszłym roku też brał udział w operacji w noc świętojańską.

  – Jakim jest człowiekiem?

background image

  Sturup zamknął segregator.
  – Staranny,   uczciwy,   dość   spokojny.   Porządny   facet,   jest 

dobrym policjantem.
  – Ile ma lat?

  – Trzydzieści cztery, może trzydzieści pięć.
  – Ma rodzinę?

  – Partnerkę   i dziecko.   Chyba   jesienią   ma   się   im   urodzić 
drugie.

  – Powiedz mi jedną rzecz. – Thomas starał się, by słowa nie 
zabrzmiały zbyt dramatycznie. – Wiesz może, czy nie było na 

niego jakichś skarg? Zdarzyły mu się jakieś wybryki?
  – Jak to?

  – Tylko pytam.
  Jens Sturup podniósł okulary na czoło.

  – Nie, teraz musisz mi powiedzieć, o co chodzi. To oczywiste, 
że nie pytasz bez powodu.

  Thomas   się   zawahał.   W końcu   postanowił   wszystko 
załagodzić.

  – To pewnie nic takiego, tylko jedna rzecz jest trochę dziwna. 
Na pewno uda się to wyjaśnić, kiedy z nim porozmawiam. Nie 

zapomnij mu przekazać, żeby się ze mną skontaktował – dodał, 
zanim wyszedł z pokoju.

  „Abonent jest czasowo niedostępny”.
  Thomas   przerwał   połączenie   i wciąż   siedział   z telefonem 

w ręce. Mattias Wassberg musiał nadal być na morzu.
  Nagle   ktoś   zapukał   i do   pokoju   wszedł   Adrian   Karlsson 

w mundurze.
  – Szukałeś mnie. O co chodzi?

  – Usiądź.
  Thomas odłożył telefon, później będzie ścigał Wassberga.

  – Za   parę   minut   zaczynam   zmianę   – powiedział   Karlsson. 
– Czy to długo potrwa?

  Spojrzał znacząco na zegarek, ale usiadł naprzeciw Thomasa.
  – Raczej   nie.   Muszę   tylko   coś   sprawdzić.   – Thomas 

postanowił od razu przejść do rzeczy. – Chciałem cię zapytać 
o tę   kamizelką   odblaskową,   którą   wczoraj   zdałeś.   Jest 

rozerwana   i wygląda   to   tak,   jakbyś   z niej   wyciął   kawałek. 

background image

Dlaczego to zrobiłeś?
  – O czym ty mówisz?

  Adrian Karlsson naprawdę wyglądał na zdumionego. Thomas 
przyglądał mu się badawczo.

  – Twoja kamizelka odblaskowa jest uszkodzona, wydaje się, 
że umyślnie. Chcę wiedzieć, jak to się stało.

  – Kiedy   oddawałem   ją   wczoraj,   była   cała   – odparł   Adrian. 
– Mogę przysiąc, że tak było.

  Thomas próbował zwrócić na siebie uwagę Margit. Siedziała 
w pokoju socjalnym z kilkunastoma osobami. Karin Ek miała 

urodziny i zaprosiła wszystkich kolegów na kawę i tort.
  Wreszcie Margit go zauważyła. Odstawiła talerz i przeprosiła 

wszystkich   na   chwilę.   Odeszli   kilka   metrów,   by   koledzy   nie 
słyszeli, o czym rozmawiają.

  – Adrian   Karlsson?   – spytała   Margit,   gdy   tylko   do   niego 
podeszła.

  – Przed chwilą z nim rozmawiałem.
  – Jak poszło?

  – Zaklina się, że jego kamizelka była cała, kiedy ją oddawał.
  – Co?

  – Zadałem proste pytanie i otrzymałem prostą odpowiedź.
  Thomas oparł się o ścianę.

  – Karlsson   twierdzi,   że   jej   nie   uszkodził.   Próbowałem   go 
przycisnąć i wtedy się zdenerwował, stał się niemal agresywny. 

Spytał, czy ktoś próbuje go wrobić.
  – Strasznie   dziwnie   to   brzmi   – stwierdziła   Margit. 

– Kamizelka jest uszkodzona. Nilsson jest pewny, że ktoś przy 
niej manipulował.

  – Tylko   dwie   osoby   miały   do   niej   dostęp,   zanim   trafiła   do 
Nilssona.

  – Skoro Adrian mówi, że to nie on, pozostaje Harry.
  – Właśnie to mnie niepokoi.

  Z pokoju socjalnego dobiegła ich salwa śmiechu. Pewnie Erik 
zabawiał towarzystwo, zawsze miał niezłe gadane.

  – Nie lubię, kiedy sprawy się komplikują – powiedziała cicho 
Margit.   –   Zwłaszcza   jeśli   chodzi   o kogoś   z nas…   Czy   da   się 

zamienić   nazwisko   na   kamizelce   tak,   żeby   nie   pozostawić 

background image

śladów?
  – Nilsson od razu by się zorientował.

  – Mamy za dużo roboty, żeby zajmować się jeszcze własnym 
bagnem.   Mimo   to   musimy   się   dowiedzieć,   o co   chodzi   z tą 

kamizelką.
  – Pogadam z Harrym.

  – Nie ma go w socjalnym. Właściwie nie widziałam go przez 
całe popołudnie.

 

87

  Po kolacji Johan Ekengreen siedział na tarasie z kieliszkiem 
czerwonego wina.

  Przywiózł   dla   wszystkich   kilka   tajskich   dań   z restauracji 
w centrum.   Madeleine   dłubała   na   talerzu,   ale   trochę   zjadła. 

Ellinor i Nicole też.
  Nicole,   jego   najstarsza   córka,   przyjechała   po   południu. 

Starała się jakoś pomóc, przede wszystkim zajęła się Ellinor. 
Johan był jej za to wdzięczny.

  Pontus   miał   problemy   ze   zdobyciem   biletu,   ale   on   też   był 
w drodze. Miał wylądować późnym wieczorem; dotrze do domu 

pewnie koło północy.
  Kiedy   to   się   skończy,   Johan   zamierzał   wybrać   się   na   ich 

wyspę. Sam. Tam mógł pozwolić, by dopadła go rozpacz.
  Raz   za   razem   analizował   wczorajsze   wieczorne   spotkanie. 

Z jakiegoś powodu to go uspokajało. Nieodmiennie dochodził 
do wniosku, że układ jest idealny, wszystko zostało zapięte na 

ostatni guzik. Teraz pozostawało tylko potwierdzenie zapłaty.
  Telefon na kartę zapiszczał w jego kieszeni. Wyjął go, wstał 

i zszedł na wypielęgnowany trawnik.
  Na wyświetlaczu sprawdził numer kierunkowy. Turcja.

  – My friend – powiedział łamanym angielskim znajomy głos. 
– The payment has gone through exactly as you wished. The  

bank has faxed its confirmation. Everything has been taken  
care of.

  – I understand.

background image

  Johan   usiadł   na   jednej   z żeliwnych   ławek.   Na   czarnej 
powierzchni   widać   było   kilka   plam   rdzy.   Ławki   trzeba   było 

malować co trzecie lato, w tym roku znów przyszła na to pora.
  – I am in your debt – powiedział cicho.

  – This is what old friends do for each other. I am happy to 
help you. You know that.

  – Thank you.
  Johan zakończył rozmowę.

  Przed nim w wieczornym słońcu lśniła woda. Przy pomoście 
stała delta 42, łódź, którą zwykle pływali do swojego domku 

letniskowego.
  Pamiętał tę radość, gdy ją dostał prawie dokładnie rok temu. 

Wybrali   się   do   stoczni   we   dwóch.   W drodze   do   Lidingö 
sterowali  na zmianę i płynęli naprawdę szybko. Kiedy Victor 

stawał za sterem, jego jasne włosy powiewały na wietrze.
  Johan   wpatrywał   się   w czarną   obudowę   telefonu.   Po   kilku 

minutach wybrał kolejny numer. Dziesięć cyfr, które dostał na 
karteczce   poprzedniego   wieczoru   i których   nauczył   się   na 

pamięć, zanim wyszedł z pizzerii.
  Po trzech sygnałach usłyszał znajomy głos.

  – Pieniądze   są   na   koncie   – powiedział   Johan,   nie 
przedstawiając się. – Tak jak się wczoraj umówiliśmy.

  Zakończył połączenie i wstał. Powoli ruszył wysypaną żwirem 
ścieżką na pomost. Drewniane deski uginały się lekko pod jego 

butami. Dotarł do delty zacumowanej na samym końcu. Przy 
mniejszej   boi   stał   skuter   wodny   Victora,   jak   zwykle 

przycumowany   trochę   niedbale.   Koniec   cumy   był   zanurzony 
w wodzie.

  Na   ten   widok   Johan   poczuł   ucisk   w piersi.   To   było   takie 
typowe   dla   Victora:   zrobić   niedbały   węzeł,   który   mógł   się 

poluzować,   jeśli   zacznie   wiać.   Pochylił   się,   poprawił   cumę. 
Potem   się   wyprostował,   zrobił   kilka   kroków   i stanął   na 

krawędzi pomostu. Zamachnął się i cisnął telefon najdalej, jak 
mógł. W tym miejscu głębokość wynosiła dwadzieścia metrów; 

nigdy go nie znajdą.
  Telefon z cichym pluskiem zniknął pod wodą. Obok pomostu 

sunęły dwa łabędzie z wysoko uniesionymi głowami. Ich białe 

background image

pióra odcinały się od gładkiej jak lustro wody, za parą rodziców 
płynęło puszyste pisklę o szczupłej szyi.

  Przyglądał   się   tym   pięknym   ptakom.   Piekły   go   oczy. 
Wściekłość i ból tworzyły w gardle szorstką grudę. Nie było łez, 

które mogłyby złagodzić ten ból.
  Jeszcze nie.

 

88

  Thomas potarł oczy. Od kilku godzin siedział w swoim pokoju 
i przeglądał różne wydruki.

  Miał nadzieję, że Nilsson się odezwie. Liczył na to, że wstępne 
badanie ubrań Tobbego coś wykaże.

  W pokoju było zdecydowanie za gorąco, latem klimatyzacja 
naprawdę kiepsko działała.

  Sfrustrowany   wstał,   żeby  rozprostować   kości.  Miał  sztywne 
plecy.   Poruszył   głową,   żeby   rozluźnić   kark.   Odwrócił   się 

i zobaczył Margit.
  – Co tam?

  – Skontaktowałam   się   z matką   Mattiasa   Wassberga. 
Twierdziła, że syn jest u kolegi, który ma domek letniskowy na 

Utö.
  – Na   Utö   – powtórzył   Thomas.   – To   na   północ   od 

Nynäshamn. Wcześniej mówił, że jest w pobliżu Gotlandii.
  Dochodziło   wpół   do   ósmej   wieczorem.   Zaczynało   się   robić 

późno.
  – Co ty na to, żebyśmy pojechali  tam jutro rano? – spytał. 

– Chcę z nim jak najszybciej pogadać.
  Thomas przypomniał sobie wyraz twarzy Adriana Karlssona, 

gdy   spytał   go   o uszkodzoną   kamizelkę.   To,   jak   Karlsson 
wszystkiemu zaprzeczył.

  – Chciałbym   się   dowiedzieć,   jak   wyglądał   ten   policjant, 
o którym wspominała Wilma – dodał. – Może Mattias będzie 

mógł nam podać lepszy rysopis.
  Obszedł biurko i usiadł.

  – Rozmawiałaś z siostrą Mattiasa?

background image

  – Jest na obozie jeździeckim na zachodnim wybrzeżu. Matka 
próbuje się z nią skontaktować.

  – A co   z pozostałymi,   o których   wspominała   Wilma?   W tej 
paczce były jeszcze co najmniej cztery osoby.

  – Kalle   i Erik   próbują   do   nich   dotrzeć.   Ale   zaczęły   się 
wakacje, trochę to trwa.

  – Ktoś z tej paczki musiał zwrócić uwagę na Victora i Felicię – 
powiedział   Thomas.   – Musieli   być   nie   więcej   niż   czterysta 

metrów dalej.
  Margit wzruszyła ramionami i odwróciła się, żeby wyjść, ale 

przystanęła na progu.
  – Rozmawiałeś z Harrym.

  – Nie. Nie odbiera komórki.
  – Myślisz, że się pochorował? Rano kiepsko wyglądał.

  – Jeśli tak, powinien to chyba zgłosić.
  Thomas   wyjął   komórkę   i wybrał   numer   Harry’ego   Anjou. 

Znów od razu włączyła się skrzynka głosowa.
  – Dziwne, dzwonię czwarty raz.

  Thomas sięgnął po wiszącą na oparciu kurtkę.
  – Wiesz co, pojadę do niego do domu.

  Margit kiwnęła głową.
  – Chcesz, żebym pojechała z tobą?

  – Nie ma takiej potrzeby.
  Harry Anjou mieszkał niedaleko Älta Centrum, na południe 

od posterunku w Nacce. Dojazd tam nie powinien zająć więcej 
niż   dwadzieścia   minut.   Telefon   zadzwonił   w chwili,   gdy 

Thomas wjechał na rondo przed wjazdem na autostradę. Na 
wyświetlaczu pojawiło się nazwisko Staffana Nilssona.

  Wreszcie.
  Nilsson od razu przeszedł do rzeczy. Wydawał się przejęty.

  – Odkryłem coś.
  Ubranie Tobbego, pomyślał od razu Thomas. Znalazł coś.

  – Mów   – poprosił   Thomas,   wjeżdżając   na   autostradę   po 
szybkim zerknięciu w boczne lusterko.

  – Poinformowano nas, że w operacji na Sandhamn podczas 
długiego   weekendu   brało   udział   dwudziestu   ośmiu 

funkcjonariuszy. Tak jest na liście.

background image

  Te słowa zaskoczyły Thomasa.
  – To się może zgadzać. Nie liczyłem ich tak dokładnie.

  – Przejrzałem wszystkie kamizelki i okazało się, że dostałem 
tylko dwadzieścia siedem. Jednej brakuje. Bardzo mi się to nie 

podoba w kontekście naszej rozmowy.
  Thomas nagle pojął, do czego zmierza Nilsson.

  – Wiesz, kto nie zdał swojej kamizelki?
  – Tak. Harry Anjou.

 

89

  Przed   Thomasem   stało   kilkanaście   identycznych   bloków. 
Anjou   mieszkał   w trzecim   od   ulicy.   Thomas   zaparkował 

samochód przed budynkiem.
  Idąc,   myślał   o tym,   że   słabo   zna   swojego   nowego   kolegę. 

Prawie nie rozmawiali prywatnie od czasu, gdy poznali się kilka 
dni temu na Sandhamn.

  Żeby otworzyć drzwi i wejść na klatkę schodową, trzeba było 
wprowadzić   kod.   Na   szczęście   akurat   wychodził   z niej   jakiś 

facet koło trzydziestki.
  Thomas szybko pokonał dwa piętra i na drzwiach na wprost 

schodów   zobaczył   przyklejoną   taśmą   karteczkę   z odręcznym 
napisem „Harry Anjou”.

  Nacisnął   dzwonek.   Wyraźnie   słyszał   jego   dźwięk.   I cisza. 
Nacisnął ponownie.

  Zadzwonił po raz trzeci. Wtedy zamek szczęknął. W drzwiach 
pojawił się Anjou. Nie wyglądał zdrowo. Thomas poczuł bijącą 

od niego woń alkoholu. Nie mógł uwierzyć, że to prawda.
  – Siedzisz w domu i pijesz?

  Anjou   otworzył   szerzej   drzwi.   Wydawał   się   zmęczony,   jego 
podbródek pokrywał jeszcze ciemniejszy zarost.

  – Dlaczego   nie   odbierasz   telefonu?   Próbuję   się   do   ciebie 
dodzwonić   przez   cały   dzień.   Prowadzimy   śledztwo,   nie 

zauważyłeś?
  – Wejdź.

  Anjou ruszył przodem do jasnej kuchni. Na podłodze leżała 

background image

czarno-biała   korkowa   wykładzina,   środek   zajmował   okrągły 
stół otoczony krzesłami.

  Na blacie stała opróżniona do połowy butelka smirnoffa.
  – Co ty wyprawiasz? – spytał Thomas.

  Anjou wysunął sobie krzesło i wskazał na drugie.
  – Siadaj – powiedział i westchnął zrezygnowany. – Zrobiłem 

coś cholernie głupiego.
  – Na to wygląda.

  Anjou   stał   oparty   o poręcz   krzesła.   Po   chwili   odwrócił   się, 
otworzył   szafkę,   wyjął   z niej   szklankę   i napełnił   w jednej 

trzeciej wódką.
  Thomas obserwował go bez słowa. Alkohol niczego nie ułatwi, 

ale bez sensu było o tym wspominać.
  – Harry – zaczął – nie zdałeś swojej kamizelki odblaskowej. 

Kamizelka Karlssona jest podarta. On się upiera, że oddał ją 
nienaruszoną. Co się dzieje?

  W szklance   Anjou   zostało   tylko   kilka   kropel.   Odstawił   ją 
i patrzył na Thomasa. Z jego miny nic nie dało się wyczytać.

  – Kamizelki – roześmiał się gorzko. – Poprosiłeś mnie, żebym 
zebrał kamizelki.

  – Tak.
  – Spanikowałem.

  Umilkł   i przeczesał   ręką   włosy   przyklejone   do   wilgotnego 
czoła.

  – Czyli ten skrawek pochodzi z twojej kamizelki?
  Harry Anjou ponuro pokiwał głową.

  – Nilsson od razu by odkrył, że to moja była podarta.
  – Więc   wyrwałeś   skrawek   z kamizelki   Adriana   Karlssona, 

żeby nas zmylić?
  Jedyną odpowiedzią było mroczne spojrzenie Anjou.

  – Dlaczego? – spytał Thomas.
  – To   idiotyczne,   wiem.   – Anjou   pokręcił   głową.   – Ale 

szukałem jakiegoś sposobu… Karlsson był pierwszy na miejscu, 
mógł zahaczyć o gałąź i podrzeć kamizelkę. Nikt by się nad tym 

więcej nie zastanawiał.
  Thomas zrozumiał. Wszyscy myśleli, że Harry Anjou pojawił 

się na miejscu zbrodni dopiero wtedy, kiedy Nilsson skończył 

background image

badać okolicę, bo wcześniej, gdy technicy przeczesywali teren, 
siedział   w policyjnym   wozie   kempingowym.   Skąd   zatem 

skrawek   z kamizelki   Anjou   wziął   się   przy   zwłokach   Victora 
Ekengreena?

  – Harry – powiedział z troską w głosie – co się stało tamtego 
wieczoru?   Dlaczego   obok   zwłok   Victora   był   skrawek   twojej 

kamizelki? Co ty zrobiłeś?
 

Harry Anjou
 

Nie   wyobrażał   sobie,   jak   wyczerpująca   będzie   operacja   na 
Sandhamn.   Po   południu   w Dzień   Świętego   Jana   zaczął 

żałować, że na ochotnika zgłosił się do służby.
  Pracował   prawie   bez   przerwy,   niemal   nie   miał   czasu   na 

jedzenie  ani  odpoczynek.  Przez  cały   czas  coś  wymagało  jego 
uwagi. Gdy zbliżała się dziewiąta wieczorem, padał z nóg.

  Jens   Sturup   zastąpił   go   w samochodzie   kempingowym 
i przejął   koordynowanie   działań.   Anjou   skorzystał   z okazji, 

żeby trochę się przejść. Po wielu godzinach spędzonych przy 
komputerze czuł ogromną potrzebę ruchu. Postanowił pójść na 

plażę Skärkarlshamn.
  Normalnie chodzili parami, ale ponieważ tak długo siedział 

w wozie, nie miał partnera. To mu nie przeszkadzało, miło było 
pobyć trochę samemu.

  Szybkim   krokiem   minął   Dansberget   i korty   tenisowe. 
Wkrótce   dotarł   do   drogi   do   Trouville,   a potem   do   ścieżki 

prowadzącej w dół, na Skärkarlshamn. Szedł przez las, ścieżkę 
pokrywało   igliwie,   od   czasu   do   czasu   spod   ziemi   wystawał 

sękaty  korzeń. Dotarł  do miejsca, w którym plażę  przecinało 
drewniane ogrodzenie.

  Trochę dalej zauważył ruch. Przy dużej olsze niedaleko brzegu 
zataczał się jakiś facet. Gdy Anjou podszedł bliżej, zauważył też 

dziewczynę leżącą nieruchomo na ziemi. Zemdlała?
  Chłopak   nie   miał   jeszcze   dwudziestu   lat,   był   wysoki, 

jasnowłosy i dobrze zbudowany. Wyglądał na mocno pijanego. 
W ręku trzymał butelkę z wódką.

  Anjou przydałoby się teraz towarzystwo, ale nie było czasu na 

background image

wzywanie posiłków. Przyśpieszył kroku. Chciał sprawdzić, czy 
z dziewczyną wszystko w porządku. Miał przeczucie, że coś tu 

jest nie tak.
  Przystanął   kilka   metrów   od   nastolatka.   Teraz   widział 

wyraźnie agresywny wyraz jego twarzy.
  Później dowiedział się, że to był Victor Ekengreen.

  – Co   jej   się   stało?   – spytał   Anjou,   pokazując   głową   na 
nieprzytomną dziewczynę na piasku.

  Leżała na plecach i nie zareagowała, gdy podszedł. Miała na 
sobie   tylko   cienką   koszulkę   i krótką   spódniczkę,   która   się 

zawinęła i odsłoniła całe uda.
  Czy to była napaść? Czy ten chłopak chciał ją zgwałcić? Harry 

myślał gorączkowo, poczuł uderzenie adrenaliny.
  Blondyn nie odpowiedział. Anjou zbliżył się jeszcze bardziej 

do niego. Teraz stali zaledwie jakiś metr od siebie.
  – Co  się   tutaj   dzieje?  – spytał  ostrzejszym   tonem. – Co  się 

stało tej dziewczynie? Zrobiłeś jej coś?
  Jednocześnie   zastanawiał   się,   czy   powinien   teraz   wezwać 

przez radio pomoc.
  Tamten próbował skupić na nim wzrok. Źrenice miał czarne, 

oddychał   ciężko.   Jego   nozdrza   drżały,   były   spierzchnięte 
i zaczerwienione.

  Jesteś naćpany, nie tylko pijany, pomyślał Anjou.
  Położył   rękę   na   pałce.   Po   narkotykach   ludzie   bywali 

nieobliczalni,   wiedział   to   z doświadczenia.   Co   ten   chłopak 
wyrabiał?

  – Spierdalaj, glino! – zawołał chłopak, unosząc pięść. – Nie 
wtrącaj się w to!

  – Spokój!   – powiedział   Anjou,   nie   dając   się   sprowokować. 
– Co tu się stało?

  Miał nikłą nadzieję, że zaraz pojawią się jacyś inni policjanci. 
Zdawał sobie jednak sprawę, że ta część plaży jest częściowo 

niewidoczna, zasłonięta przez drzewo.
  Bez   ostrzeżenia   chłopak   zaatakował.   Wymachując   rękoma, 

rzucił się całym ciężarem na Anjou, żeby powalić go na ziemię. 
Mniej   więcej   dorównywał   mu   wzrostem,   do   tego   okazał   się 

nadspodziewanie   silny.   Anjou   z trudem   się   bronił.   Wreszcie 

background image

zdołał podnieść ręce i mocno pchnąć napastnika w pierś.
  Ten stracił równowagę. Padając, obrócił się i trafił głową na 

kamień wystający z piasku.
  Anjou usłyszał chrupnięcie.

  Nie wydawszy żadnego dźwięku, Victor bezwładnie przetoczył 
się na bok i leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Ze skroni 

ciekła mu krew.
  Do diabła! Anjou natychmiast pojął, co się stanie, jeśli ktoś go 

zobaczy. Rozejrzał się niespokojnie, ale nikogo nie zauważył. 
Nieprzytomna dziewczyna przecież go nie zidentyfikuje.

  Nie wiedząc, co właściwie  zamierza zrobić, Anjou opadł na 
kolana   obok   Victora   i przyjrzał   się   jego   ranie.   Z bliska   nie 

wyglądała raczej na powierzchowną.
  Chłopak oddychał normalnie.

  – Nie  jest  źle  – mruknął Anjou  do  siebie.  – Tylko  zemdlał. 
Zaraz się ocknie.

  Nerwowo jeszcze raz omiótł wzrokiem okolicę. Pusto. Nagle 
usłyszał śmiechy z drugiego końca plaży. Znów poczuł strach, 

że ktoś go nakryje. Wstał i ze spuszczoną głową ruszył szybkim 
krokiem tą samą drogą, którą przyszedł.

 

90

  – Żył,   kiedy   stamtąd   odchodziłem.   Musisz   mi   uwierzyć, 
Thomas.  Nigdy   bym   go  nie   zostawił,   gdybym  myślał,   że   ma 

poważne obrażenia.
  Sięgnął po butelkę i dolał sobie wódki.

  – To on mnie napadł, nie na odwrót. Pech, że upadł na ten 
kamień. Próbowałem tylko się bronić.

  – I tak   po   prostu   sobie   poszedłeś?   – Thomas   nie   próbował 
ukryć oburzenia. – Victor mógł być w poważnym stanie. Felicia 

zresztą też.
  Słońce   schowało   się   za   chmurami,   w pokoju   zrobiło   się 

ciemniej. W słabym świetle cienie pod oczami Anjou stały się 
wyraźniejsze.

  – Dlaczego   nie   powiedziałeś   o tym   wcześniej?   Cholernie 

background image

kiepsko   to   wygląda…   Sam   chyba   rozumiesz.   Oprócz   tego 
przemilczałeś też ważne dla śledztwa informacje.

  Wódka w butelce się zakołysała, gdy Anjou odstawił szklankę 
na   stół.   Było   na   niej   wyraźnie   widać   ślady   jego   spoconych 

palców.
  – Zdarzyło   się   parę   rzeczy   w Ånge   – powiedział,   znów 

siadając. – To dlatego chciałem się przenieść do Nacki.
  – Co takiego?

  – Było na mnie kilka skarg.
  Umilkł, odkaszlnął.

  – Jedna, stara, była zupełnie bezpodstawna. Odbiło jakiemuś 
ćpunowi. Ale jakiś rok temu stało się coś gorszego.

  – Co takiego?
  – Straciłem kontrolę.

  Anjou   mówił   ciszej,   stał   się   bardziej   spięty.   Najwyraźniej 
wciąż przeżywał tamto wydarzenie.

  – Kilku   nastolatków   rzucało   kamieniami   w mojego   kolegę. 
Celnie. Prawie stracił wzrok w jednym oku. Następnego dnia 

rozpoznałem ich na mieście. Strasznie się wkurzyłem. W tym 
czasie   odeszła   ode   mnie   dziewczyna,   nie   sypiałem   dobrze, 

piłem…   Za   bardzo   ich   przycisnąłem,   zwłaszcza   jednego. 
Chodził dopiero do dziewiątej klasy, ale był wysoki. Nie dotarło 

do mnie, że jest taki młody. Gdyby dotarło, może bym nad sobą 
zapanował.

  – Złożył na ciebie skargę?
  – Tak, oczywiście.

  – I co się stało?
  – Przeprowadzono śledztwo. Uwolnili mnie od zarzutów. Mój 

kolega zeznał, że nic nie widział, a chłopak musiał się pośliznąć 
i uderzyć. Sprawę zamknięto z braku dowodów.

  Pomasował skroń. Thomas wyczuwał jego gorycz.
  – Potem   nikt   nie   chciał   ze   mną   pracować.   Nawet   związek 

zawodowy nie stanął po mojej stronie.
  – I to wciąż jest w twoich aktach?

  – Tak.   Nie   dokopano   się   do   tego,   kiedy   szukałem   pracy 
w innym dystrykcie, ale gdyby wyszło na jaw, że pobiłem się 

kiedyś z nastolatkiem, który odniósł poważne obrażenia…

background image

  Thomas zrozumiał. Trzecie  śledztwo wewnętrzne w związku 
z nieuzasadnionym   użyciem   przemocy   najprawdopodobniej 

zakończyłoby policyjną karierę Anjou.
  – Nie jestem złym policjantem. Są o wiele gorsi, wiesz o tym.

  Jego oczy zapłonęły.
  – Daj mi szansę to wyprostować. Nie musisz o niczym mówić. 

Możesz powiedzieć, że kiedy tu przyjechałeś, byłem chory i to 
dlatego   nie   odbierałem   telefonu.   Inni   nie   muszą   poznać 

prawdy. Victor Ekengreen i tak nie żyje, jakie to ma znaczenie, 
że   się   pobiliśmy?   Najważniejsze,   żebyśmy   znaleźli   dowody 

obciążające Hökströma.
  Chwycił Thomasa za ramię.

  – Jeśli staniesz po mojej stronie, będę dzień i noc harować 
przy śledztwie, przysięgam.

  Thomas cofnął rękę.
  Pierwsza   rana   była   powierzchowna,   pomyślał.   Tak   orzekł 

lekarz sądowy. To kolejne ciosy zabiły Victora.
  Jak   do   tego   wszystkiego   pasował   Tobbe?   Czy   Harry   mówi 

prawdę?   Twierdził,   że   gdy   odchodził,   Victor   był   tylko 
nieprzytomny. A może teraz też kłamał?

  – Manipulowałeś   przy   kamizelce   Adriana   Karlssona 
– powiedział Thomas. – Próbowałeś wrobić kolegę.

  Anjou nerwowo strzelał oczami na boki.
  – Spanikowałem.   Chciałem   zyskać   na   czasie,   póki   nie 

znajdziemy sprawcy. Przecież nikt by nie uwierzył, że Adrian 
ma z tym coś wspólnego.

  – A ta twoja teoria, że Victor pokłócił się z dealerem? To też 
wymyśliłeś, żeby oddalić od siebie podejrzenia?

  Anjou zrezygnowany pokiwał głową.
  Thomasa przeszły ciarki. Poczuł, że nie wytrzyma ani sekundy 

dłużej w jednym pomieszczeniu z Anjou. Wstał.
  – To, co zrobiłem, nie ma wpływu na śledztwo – upierał się 

Anjou.
  On również wstał i zagrodził Thomasowi drogę do wyjścia.

  – Nie zabiłem Victora Ekengreena, mimo że był nieobliczalny 
i agresywny. Zrobił to jego kumpel, ten rudy. Tobias Hökström 

tam był, sam się do tego przyznał. Musiał się na niego natknąć 

background image

już po mnie. Wszyscy wiedzą, że zabił Hökström.
  Agresja   w oczach   Anjou   zniknęła,   błagalnie   patrzył   na 

Thomasa.
  – Do licha, przecież jesteśmy kolegami.

  Thomas odsunął go i ruszył do drzwi.
  – Przykro mi. Muszę to zgłosić. Wszystko.

  Nacisnął klamkę, odwrócił się i spojrzał na kolegę.
  – Co ty sobie właściwie myślałeś?

 

91

  Thomas   zakończył   rozmowę   z Dziadkiem   i niemal 
natychmiast   telefon   zadzwonił.   Policyjny   numer.   Śledczy 

z wewnętrznego nie mogli się odezwać tak szybko.
  Odebrał.

  – Tu Landin. Jesteś jeszcze na posterunku?
  – Nie, siedzę w samochodzie.

  – No   to   powiem   ci   przez   telefon.   Na   jedno   wyjdzie. 
Dowiedziałem się o czymś, co może dotyczyć twojego śledztwa.

  – Tak?
  – Od   jakiegoś   czasu   śledzimy   pewnego   faceta 

z jugosłowiańskiej   mafii.   Zajmuje   się   mnóstwem   różnych 
rzeczy:   narkotyki,   ochrona,   egzekucje…   W sprawie   bierze 

udział Rikskrim.
  – Jak się nazywa?

  – Wolfgang Ivkovac.
  Thomas   zwolnił.   Wieczorne   słońce   wciąż   stało   wysoko 

i oślepiało go.
  – Wczoraj   wieczorem   odwiedził   go   ktoś,   kto   cię   może 

zainteresować.
  – Mów dalej.

  – Johan Ekengreen, ojciec tego zamordowanego nastolatka, 
spotkał się z Ivkovacem w pizzerii w Huddinge. Przyszedł koło 

dziesiątej i siedział z nim przy stoliku przez jakieś dwadzieścia 
minut.

  – Ekengreen – powtórzył Thomas. – Czego on tam szukał?

background image

  – Właśnie nad tym się zastanawiamy. Nic na niego nie ma 
w takim kontekście, sprawdzałem w rejestrze. Nie ma żadnych 

znanych powiązań między nim a Ivkovacem.
  – Myślisz, że bawi się w prywatnego detektywa?

  – Nie   wiem.   Ale   uznałem,   że   powinieneś   się   o tym 
dowiedzieć.

  – Czy może obwinia Ivkovaca, że sprzedawał narkotyki jego 
synowi? Chce się zemścić?

  – To by była katastrofa. Nie wydaje mi się, żeby Ekengreen 
miał   jakiekolwiek   pojęcie,   jakiego   kalibru   gościem   jest   ten 

Ivkovac.
  – Wiesz, o czym rozmawiali?

  – Nie mam pojęcia, nasi ludzie nic nie słyszeli, ale rozpoznali 
go.

  Thomas prawie dojechał do domu. Zatrzymał się na ostatnim 
czerwonym świetle przed swoją ulicą.

  – Co zrobił po spotkaniu? – spytał.
  – Nie wiem. Nasi ludzie śledzili Ivkovaca. Widzieli tylko, że 

Ekengreen odszedł w stronę stacji kolejki podmiejskiej.
  W słuchawce zapadła cisza.

  – To   niebezpieczni   kolesie   – powiedział   Landin.   – Nie   ma 
z nimi żartów. Ekengreen może źle skończyć, jeśli spróbuje się 

do niego dobrać. Musisz mieć go na oku.
  Thomas zakończył rozmowę i odłożył komórkę na siedzenie 

pasażera.   Światło   zmieniło   się   na   zielone,   więc   ruszył.   Ku 
swojemu   zaskoczeniu   znalazł   miejsce   parkingowe   bardzo 

blisko   mieszkania.   Wyłączył   silnik.   Teraz   poczuł,   jaki   jest 
zmęczony.

  Wstrząsnęło nim wyznanie Anjou. Nigdy by nie przypuszczał, 
że jest aż tak źle. Próba wrobienia Adriana Karlssona nie dała 

się w żaden sposób wytłumaczyć. Anjou mógł się spodziewać 
postawienia zarzutów i zwolnienia.

  Słowa   Landina   też   nie   dawały   mu   spokoju.   Co   wyprawiał 
ojciec   Victora?   Na   rodzinę   i tak   spadło   wielkie   nieszczęście, 

prywatna   wendeta   wymierzona   w handlarzy   narkotyków   nie 
była im potrzebna.

  Czy powinien przemówić do rozsądku ojcu chłopaka?

background image

  Jeśli tak, zrobi to po pogrzebie. Jutro nie mógł im przecież 
przeszkadzać.

  Tobbe leżał na plecach na zmiętej narzucie i gapił się w sufit. 
Roleta była opuszczona, w pokoju panował półmrok. Przez cały 

wieczór nic nie jadł, ale nie miał siły wstać i pójść do kuchni.
  Za   każdym   razem,   gdy   dzwonił   telefon,   Tobbe   myślał,   że 

przyjdzie   po   niego   policja.   To   była   tylko   kwestia   czasu. 
Ukradkiem spakował szczoteczkę do zębów, T-shirt i slipy na 

zmianę,   żeby   być   przygotowanym,   kiedy   po   niego   przyjdą. 
Wepchnął pod łóżko. Matka nie powinna zobaczyć torby, bo 

zrobiłaby scenę.
  Pociągnął nosem. Gdyby w noc świętojańską nie wybrali się 

do Sandhamn, gdyby nie wziął narkotyków, gdyby poszedł na 
plażę  trochę  wcześniej…   To było  bez  sensu, nic się nie  dało 

zmienić.   Mimo   to   nie   potrafił   przestać   tego   roztrząsać.   Pod 
powiekami ciągle przewijały się obrazy.

  Co on zrobił?
  Na drzwiach szafy na czarnym plastikowym wieszaku wisiał 

ciemny garnitur, który miał włożyć jutro na pogrzeb. Dostał go 
od Arthura kilka tygodni wcześniej na wiosenny bal uczniów 

z dziewiątej klasy. W tym garniturze wydawał się starszy, jakby 
chodził już do gimnazjum. Czuł się w nim strasznie elegancki.

  Teraz to nie miało żadnego znaczenia.
  Matka   wyprasowała   białą   koszulę   i powiesiła   na   drzwiach 

obok   garnituru.   Pojedzie   do   kościoła   z nią   i z Christofferem. 
Wyjdą z domu o dwunastej, żeby spokojnie zdążyć.

  Arthur   też   miał   przyjść,   ale   Tobbe   nie   chciał   jechać   z nim 
i Evą.   Z jakiegoś   powodu   wolał   się   zjawić   w towarzystwie 

Christoffera i matki.
  Czy ludzie będą na niego patrzeć i myśleć, że jest mordercą?

  Czy   plotka   o podejrzeniach   policji   już   się   rozniosła?   Czy 
wszyscy wiedzieli, że u niego w domu była rewizja?

  Skulił się. Nie potrafił odsunąć myśli o trumnie, pod której 
ciężkim wiekiem leżał Victor. Jak mógł tak leżeć w ciemności 

zupełnie sam?
  Gruda w gardle zdawała się coraz większa. Bolała go głowa.

  Ciąg  na kokainę  znikł. Już nigdy więcej, obiecał sobie. Ani 

background image

alkoholu, ani narkotyków. To wszystko była jego wina. To przez 
niego Victor zaczął.

  Pierwszy raz kupił kokę przez kumpla Christoffera, tuż przed 
jesiennymi feriami. Siedzieli w domu u Victora, wyluzowali się. 

Tobbe   wyjął   cienką   kopertę   i pokazał   ją   Victorowi.   Wysypał 
biały proszek na kieszonkowe lusterko.

  Dotąd kilka razy palili zioło, a to było coś nowego.
  Tobbe przypomniał sobie, że wyjął scyzoryk i ostrzem zgarnął 

proszek na kupkę. Potem się pochylił i wciągnął ją ostrożnie.
  To było najintensywniejsze ze wszystkiego, co dotąd przeżył. 

Pamiętał, jak Victor wpatrywał się w białe drobinki.
  – Stary   mnie   zabije,   jeśli   kiedykolwiek   się   o tym   dowie 

– powiedział.
  Tobbe pamiętał, co na to odpowiedział, jakby to było w innym 

świecie.
  – So   what?  – rzucił   i beztrosko   wyszczerzył   zęby.   – To 

przecież   odjazdowe!   Musisz   spróbować.   Teraz   nie   możesz 
stchórzyć.

 

background image

 

Czwartek

92

  Rano Thomas podjechał po Margit. Prom na Utö odchodził 
o wpół do dziewiątej z Årsta Havsbad.

  Mattias   Wassberg   mógł   być  jedynym   naocznym   świadkiem 
tego, co się stało. Jeśli tamtego wieczoru to Harry’ego Anjou 

widziała   przelotnie   Wilma,   Wassberg   mógł   być   świadkiem 
tego,   co   stało   się   później.   O ile   potem   ktoś   jeszcze   się   tam 

pojawił.
  Pora dokładnie się zgadzała.

  Anjou   został   już   zawieszony,   śledczy   z wewnętrznego 
natychmiast podjęli działania.

  W oddali   Thomas   zobaczył   biały   prom   zbliżający   się   do 
nabrzeża.   Trasę   obsługiwała   linia   Waxholmsbolaget.   Równie 

dobrze mogliby wybierać się na Sandhamn. Taki sam prom, 
podobni   ludzie   w kolejce.   Thomas   i Margit   stanęli   za   jakąś 

młodą   rodziną   z wózkiem   i grupką   niemieckich   turystów 
z rowerami.

  Podczas   jazdy   samochodem   Thomas   opisał   swoją   wizytę 
u Harry’ego Anjou.

  – A co, jeśli on kłamie? – rzuciła Margit, gdy stali obok siebie 
na przystani.

  Świeciło słońce, ale poranne powietrze było wilgotne.
  – Co?

  – Co, jeśli   Harry  kłamie?  – Kichnęła   głośno.  – Może  to  się 
zgadza,   że   Ekengreen   najpierw   się   pośliznął   i uderzył 

– ciągnęła, gdy wytarła nos – ale skąd mamy wiedzieć, że to nie 
Harry potem go zabił, żeby sprawa się nie wydała? Może mimo 

wszystko się mylimy, podejrzewając Tobbego?
  – Dziś możemy poznać odpowiedź – odparł Thomas.

  Liczył na zeznania Mattiasa Wassberga.

background image

  – Wsiadacie   państwo?!   – zawołał   marynarz   stojący   przy 
trapie.

  Kiedy   rozmawiali,   pozostali   pasażerowie   zdążyli   wsiąść   na 
pokład.

  Thomas i Margit pośpiesznie weszli na prom.
  Podróż   na   Utö   trwała   niecałą   godzinę.   Kiedyś   na   wyspie 

kopano rudę  żelaza.  W dziewiętnastym   wieku  pewien  bogaty 
biznesmen wykupił cały ten kram i zmienił Utö w wakacyjny 

raj dla artystów i zamożnych mieszkańców Sztokholmu.
  Pod   wieloma   względami   wyspa   przypomina   Sandhamn, 

pomyślał Thomas. Ale krajobraz był bardziej zielony, nie tak 
surowy   jak   na   zewnętrznych   szkierach.   Poza   tym   Utö   była 

znacznie większa, miała też asfaltowe drogi.
  Powinni   wysiąść   na   przystani   o nazwie   Gruvbyn,   według 

matki Mattiasa tam stał dom jego kolegów.
  Thomas zerknął na zegarek. Dochodziło wpół do dziesiątej. 

W tej samej chwili  głos z trzeszczącego głośnika oznajmił, że 
zaraz   przybiją   do   Gruvbyn.   Potem   prom   płynął   dalej   do 

Sprängi.
  Wysiedli przy szerokim nabrzeżu, przy którym stały czerwone 

sklepiki   z czarnymi   dachami.   Po   obu   stronach   betonowego 
pomostu   kołysały   się   szeregi   jachtów.   Na   rdzawoczerwonym 

budynku   naprzeciw   widniał   duży   szyld   wypisany   białymi 
literami, informujący, że przybyli do mariny na Utö.

  Przed   nimi   droga   się   rozwidlała.   Od   tego   miejsca   ścieżka 
wiodła bardzo stromym stokiem do Gospody na Utö.

  – Wiesz, jak tam dotrzeć? – spytał Thomas.
  Margit wyciągnęła z kieszeni zapisaną kartkę.

  – Zobaczmy…   Mamy   skręcić   w prawo   i minąć   piekarnię. 
Potem będzie dom po lewej stronie. To niedaleko.

  Kawałek   dalej   Thomas   dostrzegł   szyld   piekarni   na 
przypominającym sporą stodołę budynku.

  – Chodź, idziemy.
  Dom był tak dobrze ukryty za wysokim żywopłotem z bzu, że 

prawie go przeoczyli.
  – To   tutaj?   – spytała   z powątpiewaniem   Margit,   patrząc   na 

biały drewniany budynek z narożami pomalowanymi na szaro. 

background image

Nieźle zarośnięty.
  – Sprawdźmy – powiedział Thomas.

  Otworzył furtkę i ruszył wysypaną żwirem ścieżką prowadzącą 
do   drzwi   wejściowych.   Nie   było   dzwonka,   więc   kilka   razy 

zapukał.   Nikt   nie   odpowiedział,   więc   zapukał   jeszcze   raz, 
mocniej. Nagle na piętrze otworzyło się okno.

  – Kto tam? – odezwał się jakiś zaspany głos.
  Dziewczyna   o jasnych   rozczochranych   włosach   wysunęła 

głowę.
  – O co chodzi?

  – Szukamy Mattiasa Wassberga! – zawołał Thomas.
  – Nie   ma   go   tu,   jest   pewnie   na   łodzi   – powiedziała 

dziewczyna i zatrzasnęła okno.
  Thomas   się   skrzywił   i jeszcze   raz   zapukał.   W oknie   znów 

ukazała się dziewczyna.
  – Nie ma go tu, mówiłam przecież.

  – Jesteśmy z policji – wyjaśnił Thomas. – Proszę otworzyć.
  Upłynęło kilka chwil, potem rozległ się dźwięk przekręcanego 

w zamku   klucza.   Na   progu   stała   jasnowłosa   dziewczyna 
w zielonym T-shircie i białych majtkach. Miała zaspane oczy, 

a na policzku odgniecenia od poduszki.
  Najwyraźniej poprzedniego wieczoru była tu impreza.

  – Coś się stało? – spytała, patrząc nerwowo na Thomasa.
  Margit podeszła do schodów prowadzących na ganek.

  – Nic  takiego  – zapewniła.  – Ale  musimy  zadać  Mattiasowi 
kilka pytań. Gdzie go znajdziemy?

  – Eee…
  Blondynka przeczesała włosy, zastanawiała się.

  – Łódź stoi naprzeciw kiosku przy nabrzeżu.
  – Jak wygląda?

  – To żaglówka. Nie wiem, jak się taka nazywa.
  – Możesz ją opisać.

  Najpierw pokręciła głową, ale zaraz powiedziała:
  – W sumie to tak. Ma czerwony kadłub.

  – No dobrze – stwierdził Thomas. – Dziękujemy za pomoc. 
Przepraszamy, że cię obudziliśmy.

  Odwrócił się i ruszył do furtki.

background image

  W niecałe dziesięć minut wrócili do portu. Gdy zbliżali się do 
kiosku, Thomas rozejrzał się po nabrzeżu. Nagle dostrzegł jakiś 

ruch na łodzi przycumowanej jakieś sto metrów dalej. Kadłub 
lśnił   ciepłym   kolorem,   który   chyba   można   było   uznać   za 

czerwony.
  Na   pokładzie   dziobowym   pojawił   się   jakiś   młody   chłopak. 

Zeskoczył na ląd, rozejrzał się pośpiesznie i pobiegł w stronę 
wzgórza, na którym stała Gospoda.

  Thomas natychmiast zrozumiał, kto to jest.
  – To chyba Wassberg! – zawołał do Margit i pobiegł za nim.

  – Dlaczego   ucieka?!   – odkrzyknęła   zza   jego   pleców   i też 
zaczęła biec. – Chcemy przecież z nim tylko pogadać.

  Thomas pobiegł skosem przez trawnik przy sklepikach. Kiedy 
zadyszany   dotarł   na   szczyt   wzgórza,   znalazł   się   przy   białym 

budynku Gospody. Tutaj droga się rozwidlała. Którędy pobiegł 
Wassberg – prosto czy w lewo?

  Na werandzie  siedziała przy śniadaniu  grupka gości. Jeden 
z nich   musiał   się   domyślić,   co   się   dzieje,   bo   uniósł   rękę 

i wskazał na wschód.
  – Tam pobiegł! – zawołał.

  Thomas znów rzucił się biegiem. W tej samej chwili pojawiła 
się Margit. Przebiegli  jeszcze  jakieś  sto metrów i przed nimi 

wyłonił się wysoki płot. Za nim po obu stronach drogi zobaczyli 
duże   stawy   otoczone   poszarpanymi   skałami   – wyrobiska 

kopalni, które zalano wodą.
  Thomas   przystanął   i spróbował   zajrzeć   za   ogrodzenie. 

Powierzchnię   stawów   porastały   nenufary,   gęste   krzewy 
zasłaniały światło i ograniczały widoczność.

  – Gdzie zniknął? – zapytał.
  Margit zmrużyła oczy. Nagle ciszę przerwał dźwięk kamienia 

spadającego do wody.
  Thomas dostrzegł jakiś ruch przy skale.

  – Tam! – krzyknął i rzucił się w stronę dalszej części stawu. – 
Przeszedł przez płot, próbuje się tam schować.

 

background image

93

  Ogrodzenie miało co najmniej dwa metry wysokości, tabliczki 
ostrzegały  nieuprawnione  osoby, żeby nie zapuszczały  się na 

ten teren. Na szczycie płotu w blasku słońca niepokojąco lśnił 
drut kolczasty.

  Thomas   biegł   wzdłuż   ogrodzenia,   szukając   miejsca,   gdzie 
mógłby przejść na drugą stronę. W końcu natknął się na kilka 

dużych   kamieni.   To   musiało   wystarczyć;   jeśli   stanie   na 
największym, powinien dać radę.

  Wspiął się i sięgnął ręką do krawędzi płotu, starając się nie 
trafić na drut kolczasty.

  Podciągnął   się   na   rękach   i zeskoczył   po   drugiej   stronie. 
Zahaczył   o drut   dżinsami   i rozdarł   sobie   tylną   kieszeń,   ale 

wylądował na wąskiej ścieżce tuż przy płocie. Miała tylko pół 
metra szerokości. Gdyby stracił równowagę, wpadłby do stawu.

  Wiedząc,   że   ryzykuje,   rzucił   się   biegiem   za   Mattiasem 
Wassbergiem, który chyba się zorientował, że Thomas jest już 

po   tej   stronie   ogrodzenia.   Opuścił   swoją   kryjówkę   i teraz 
poruszał się wąską ścieżką biegnącą wzdłuż płotu.

  Dzieliło ich jakieś dwadzieścia metrów.
  – Mattias! – zawołał Thomas. – Stój! Policja! Chcemy tylko 

z tobą porozmawiać.
  Płot się kończył. Nie było dokąd uciekać. Wassberg przystanął 

na chwilę, obejrzał się przez ramię.
  – Stój! – powtórzył Thomas.

  Był   już   prawie   przy   nim,   gdy   chłopak   rzucił   się   do   wody. 
Najpierw zniknął pod powierzchnią, potem znów się wynurzył 

i zaczął płynąć na drugą stronę stawu.
  Margit, która dotąd biegła za płotem, błyskawicznie odwróciła 

się   i ruszyła   w drugą   stronę,   by   odciąć   Wassbergowi   drogę. 
Thomas   po   sekundowym   zawahaniu   wskoczył   do   wody. 

Okazała się bardzo zimna. Z daleka staw nie wydawał się duży, 
ale to było złudzenie. Musi być tu bardzo głęboko, pomyślał, 

gdy silnymi ruchami zagarniał wodę.
  Dopadł Mattiasa przy samym brzegu.

  – Stój! – zawołał po raz trzeci.

background image

  Wassberg go zignorował, ale Thomas był lepszym pływakiem. 
Jeszcze dwa ruchy i się z nim zrównał.

  Wyciągnął rękę i chwycił Wassberga.
  – Nie   słyszysz,   co   mówię?!   – wrzasnął.   – Jestem   z policji. 

Uspokój się.
  Wassberg   wpadł   w panikę.   Zaczął   wymachiwać   rękoma 

i uderzać   Thomasa.   Potem   rzucił   się   desperacko   i spróbował 
wepchnąć Thomasa pod wodę.

  Zanim   Thomas   zdołał   zareagować,   znalazł   się   pod 
Wassbergiem.   Zimna   woda   wdzierała   mu   się   do   nosa,   gdy 

próbował zrzucić z siebie chłopaka. Na szczęście dopłynęła do 
nich   Margit,   szarpnęła   Wassberga   z drugiej   strony   i Thomas 

wynurzył się na powierzchnię.
  Razem   udało   im   się   uchwycić   rozpaczliwie   szarpiącego   się 

Mattiasa. Na wpół płynąc, na wpół ciągnąc go ze sobą, dotarli 
do występu czarnej skały. Udało im się wyjść z wody. Dysząc, 

Thomas wyjął kajdanki. Zatrzasnął je Wassbergowi na rękach. 
Wtedy osunął się na skałę obok niego.

  Mattias Wassberg oddychał ciężko. Milczał.
  Kątem oka Thomas dostrzegł, jak ktoś męczy się, by otworzyć 

furtkę. Po chwili podszedł do nich ochroniarz w mundurze.
  – Co   wy,   u diabła,   wyprawiacie!   – powiedział   wzburzony. 

– To teren zamknięty! Nie umiecie czytać?
  – Jesteśmy z policji – wydyszał Thomas i powoli wstał.

  Margit też wstała. Woda lała się jej z rękawa, gdy wyciągnęła 
rękę i wskazała na Wassberga.

  – Patrz, Thomas.
  Odwrócił się i podążył za jej spojrzeniem.

  Po raz pierwszy zobaczył Wassberga od przodu i odkrył, że 
twarz chłopaka jest okropnie pokiereszowana. Te podrapania 

i rany nie mogły powstać podczas szarpaniny przed chwilą.
  Chusta,   którą   Mattias   Wassberg   nosił   na   szyi,   teraz   się 

zsunęła i odsłoniła wielkie siniaki. Musiały mieć co najmniej 
kilka dni, bo zaczęły zmieniać kolor na żółtoniebieskawy.

  Bez   wątpienia   niedawno   ktoś   mocno   ścisnął   Mattiasa 
Wassberga za gardło.

 

background image

94

  Telefon   zadzwonił   dokładnie   w chwili,   gdy  Nora  wróciła   ze 

sklepu i otworzyła drzwi willi Brandów. Henrik.
  Nie   widziała   rowerów   Adama   i Simona,   pewnie   gdzieś 

pojechali.   Przyszła   pora   lunchu,   ale   nie   było   sensu   niczego 
przygotowywać, zanim chłopcy nie wrócą.

  Z komórką w ręce Nora wyszła na werandę i usiadła. Dopiero 
wtedy odebrała.

  – Halo?
  – Co   tam   u was   słychać?   – spytał   z entuzjazmem   Henrik. 

– Dziś na Sandhamn musi być przepięknie.
  Norę zaskoczył jego wesoły ton.

  – Całkiem dobrze – powiedziała. – Znów jest świetna pogoda.
  – Zdecydowanie wolałbym być na szkierach, niż sterczeć przy 

zdjęciach rentgenowskich.
  – Zastanawiałam   się   nawet,   czy   nie   wybrać   się   dziś   po 

południu na Alskär i się nie wykąpać.
  – Alskär. – Henryk powiedział to przeciągle.

  Nora   gotowa   była   przysiąc,   że   usłyszała   w jego   głosie   ton 
autentycznej tęsknoty.

  – Tam jest naprawdę pięknie – dodał.
  Zapadła cisza.

  – Słuchaj   – odezwał   się   znów   Henrik.   – Zastanawiałem   się 
nad jedną rzeczą w związku z piątkową wymianą.

  Żeby tylko Henrik nie nawalił. To w tej chwili ostatnie, czego 
jej   było   trzeba.   Pierwszy   raz   od   dawna   Nora   nie   czuła   się 

nieszczęśliwa, że oddaje na dwa tygodnie dzieci. Wręcz czekała 
na to, że będzie mogła spędzić czas sam na sam z Jonasem. 

Teraz nie wiedziała, na czym stoi. Jonas się nie odezwał, a ona 
nie miała ochoty do niego pójść i spytać, co dalej.

  To jej przypomniało, jak bardzo była rozczarowana rozwojem 
sytuacji w ostatnich dniach.

  – Tak – powiedziała z ociąganiem.
  – Jeśli   chcesz,   mogę   przyjechać   do   Sandhamn   i odebrać 

chłopców. Żebyś nie miała z tym tyle fatygi.

background image

  Zupełnie nie tego się spodziewała.
  – Co powiedziałeś? – zdziwiła się.

  – Pomyślałem   tylko,   że   dzięki   temu   nie   musiałabyś   się 
wybierać   aż   do   Saltsjöbaden   z chłopcami.   W piątek   po 

południu mogę wsiąść na prom i ich odebrać.
  Wciąż nie opuszczała jej podejrzliwość.

  – Dlaczego? – spytała. – Dlaczego miałbyś tak robić?
  – Pomyślałem, że będzie ci miło.

  Roześmiał   się   do   słuchawki   i poznała   jego   dawny   śmiech. 
Ten, w którym się zakochała, gdy studiował medycynę, a ona 

prawo. W tych czasach, kiedy wciąż szukali swojego dotyku.
  – Daj spokój – powiedział Henrik. – Dlaczego uważasz, że we 

wszystkim musi kryć się jakiś haczyk? Chyba nie jestem aż taki 
okropny?

  Nora mimo woli uśmiechnęła się.
  – Nie   przeczę,   że   tak   byłoby   mi   łatwiej   – powiedziała 

cieplejszym tonem.
  – Może zjedlibyśmy razem kolację? – zaproponował Henrik. 

– Chłopcom   by   się   pewnie   spodobało.   Jeśli   chcesz,   możemy 
wybrać się do Gospody. Lubisz przecież ich zupę rybną.

  Nora nie wiedziała, co o tym myśleć.
  – Co na to Marie? A może chcesz ją ze sobą zabrać?

  Usłyszała lekką zmianę w głosie Henrika.
  – Postanowiliśmy w tym roku spędzić urlop osobno. Myślę, że 

tak będzie lepiej. Potrzebujemy trochę przerwy.
  – Aha – wyrwało się Norze.

  Henrik udał, że nie zauważył jej zaskoczenia.
  – I co powiesz? Zjemy w piątek kolację w Gospodzie?

  – Pewnie. Chętnie.
  Wciąż   zdumiona   Nora   przeszła   do   kuchni   i zaczęła 

rozpakowywać zakupy.
  Henrik brzmiał naprawdę miło, od dawna nie przeprowadzili 

tak cywilizowanej rozmowy. Chłopcy oczywiście ucieszą się ze 
wspólnej kolacji.

  Przez otwarte okno zobaczyła, że drzwi jej dawnego domu się 
otwierają. Na schody wyszedł Jonas. Wydawał się wykończony 

i przybity.

background image

  Stał przez kilka sekund, a potem ruszył w stronę Nory i willi 
Brandów.

 

95

  Dostali   do   dyspozycji   pomieszczenie   w Gospodzie, 
w okazałym   budynku   naprzeciw   restauracji   o nazwie 

Societetshuset.
  Thomas i Margit usiedli na sofie na dużej werandzie. Hotel 

pożyczył   im   suche   ubrania   z zapasów   dla   personelu,   ich 
przemoczone upchnięto w dwa plastikowe worki.

  Margit miała dość przytomności umysłu, by wyjąć komórkę, 
zanim wskoczyła do wody. Telefon Thomasa nadawał się do 

wyrzucenia.
  Przed nimi morze lśniło w porannym słońcu. Societetshuset 

była   położona   w najwyższym   punkcie   wyspy   i na   wszystkie 
strony   rozciągał   się   widok   na  szkiery.  Wysokie   szczeblinowe 

okna wychodziły na zachód.
  Upłynie wiele godzin, nim do środka zacznie zaglądać słońce, 

ale drzwi werandy uchylono, by wpuścić świeże powietrze.
  Mattias   Wassberg   siedział   skulony   na   wiklinowym   krześle 

plecami   do   okien.   Jego   włosy   wciąż   były   trochę   mokre, 
a kołnierzyk pożyczonej koszulki wilgotny.

  Pewny   siebie   nastolatek   ze   zdjęcia   na   Facebooku   zupełnie 
zniknął. Siedział zgarbiony, prawie się nie odzywał.

  W jasnym   świetle   wyraźnie   widzieli,   jak   bardzo   jest 
poturbowany.

  Odcisk   ręki,   która   kilka   dni   temu   mocno   zacisnęła   się   na 
gardle   Wassberga,   był   upiornie   wyraźny.   Kciuk   i pozostałe 

palce   pozostawiły   sine   ślady   na   skórze.   Jeden   policzek 
pokrywały   drobne   rysy,   w stronę   podbródka   biegło   kilka 

głębokich zadrapań.
  Na   ramionach   Margit   leżał   biały   frotowy   ręcznik   z logo 

Gospody. Wytarła włosy i powiedziała:
  – Teraz chcemy się dowiedzieć, co się stało na Sandhamn.

  Mattias Wassberg spojrzał na nich wzrokiem człowieka, który 

background image

się poddał.
  – To nie była moja wina – powiedział.

 
Mattias

  Cholerna dziewucha. Najpierw go obrzygała, a potem uciekła.

  Mattias patrzył na wymiociny na podłodze. Zastanawiał się, 
czy tego nie olać. Niech ciotka się zastanawia, co się stało. Ale 

pewnie   by   się   domyśliła,   kto   się   za   tym   kryje.   Sama   mu 
pokazała, gdzie leżą zapasowe klucze. Kiedy wróci na wyspę, 

Mattias będzie pierwszym, którego zacznie podejrzewać.
  Zdecydował się na kompromis.

  Wziął   z wieszaka   ręcznik   i wytarł   wymiociny   najlepiej,   jak 
umiał. Potem wyrzuci ręcznik w lesie. Ciotka pewnie nawet nie 

zauważy, że jednego brakuje.
  Sprzątając, przeklinał w duchu Wilmę.

  Co   za   suka!   Podkładała   mu   się   przez   cały   wieczór   jak 
prawdziwa dziwka. W ostatniej chwili zmieniła zdanie.

  Skończył.   W domku   wciąż   śmierdziało   wymiocinami,   ale 
przynajmniej na podłodze niewiele zostało.

  Za oknem usłyszał jakieś wzburzone głosy. Ktoś krzyczał.
  Mattias odłożył ręcznik i wyjrzał. Było ciemniej, ale dostrzegł 

plecy kogoś, kto oddalał się szybko; mignął mu jakby policyjny 
mundur.

  W tę   noc   świętojańską   na   wyspie   roiło   się   od   policjantów. 
Nigdy dotąd nie widział ich tu tak wielu.

  Z obrzydliwym   ręcznikiem   w ręce   wyszedł   i zamknął   drzwi. 
Szybko odłożył klucze na miejsce, by nikt się nie zorientował, 

że ktoś wchodził do domu.
  Ktoś go zawołał. Jasnowłosy chłopak w jego wieku stał przy 

skałach kilkanaście metrów dalej i trzymał się za czoło.
  Mattias przeszedł przez płot i zbliżył się do niego.

  – Chcesz coś? – spytał zdziwiony.
  Nie znał go.

  Tamten   zamrugał.   Odsunął   rękę   od   głowy,   odsłaniając 
krwawiącą skroń.

  – Jebany gliniarz! – krzyknął nagle i rzucił się na Mattiasa. – 

background image

Pożałujesz tego!
  – Co ty robisz?! – zdążył zawołać Mattias.

  Napastnik   był   wyższy   od   niego   o co   najmniej   dziesięć 
centymetrów. Mattias upadł na ziemię i posypały się na niego 

ciosy. Nieznajomy z wściekłym wrzaskiem chwycił jego głowę 
i walnął nią o ziemię. Mattias zobaczył gwiazdy.

  Potem poczuł ręce zaciskające się na szyi i usłyszał wrzask:
  – Ja ci pokażę!

  Mocny ucisk na krtani, zatrzymany oddech. Mattias próbował 
podważyć palce napastnika. Kręciło mu się w głowie.

  – To nie ja – próbował wydusić z siebie. – Pomyliłeś się.
  Brakowało   mu   jednak   powietrza,   nie   był  w stanie   wydobyć 

z siebie żadnego dźwięku. Chwyt stawał się coraz silniejszy.
  To szaleniec, zdążył pomyśleć niemal mdlejący Mattias. On 

mnie zabije.
  Wyciągnął rękę i rozpaczliwie szukał na ziemi czegoś, czym 

mógłby się bronić. I wtedy jego palce natrafiły na coś twardego.
  Kamień.

  W jakiś sposób uniósł go i uderzył chłopaka w głowę.
  Chwyt nieco osłabł.

  Mattias  uderzył jeszcze raz i jeszcze. Wreszcie  mógł zrzucić 
z siebie   napastnika.   Wykończony   przetoczył   się   na   bok 

i próbował   złapać   dech.   Rzęził.   Szyję   miał   poranioną,   język 
suchy i opuchnięty, ledwie mógł przełykać.

  Po dłuższej chwili odwrócił głowę.
  Blondyn leżał na plecach, jego oczy były martwe. Mattias zdał 

sobie sprawę, że wciąż trzyma w ręce zakrwawiony kamień.
  O Boże, on nie żyje. Co ja narobiłem?

  Mattias drżał na całym ciele. Wypuścił kamień, jakby parzył 
go w rękę.

  Po chwili podźwignął się na kolana. Gdy wstał, szumiało mu 
w głowie i prawie zemdlał.

  Wtedy   zauważył   jakąś   dziewczynę   leżącą   na   piasku. 
Wydawała   się   zupełnie   nieprzytomna.   Zdał   sobie   również 

sprawę   z głosów   dobiegających   od   strony   ogniska   płonącego 
trochę dalej na plaży. Ludzie z jego paczki wciąż tam siedzieli. 

Do jego uszu dotarł cichy śmiech.

background image

  Co robić? A jeśli ten policjant wróci?
  Jak   we   śnie   chwycił   zwłoki.   Były   o wiele   cięższe,   niż   się 

spodziewał, ale udało mu się zataszczyć je pod wielkie drzewo. 
Pozrywał   mnóstwo   roślin   i przykrył   nimi   ciało.   Odszukał 

zakrwawiony kamień. Z całych sił cisnął go do morza.
  Dziewczyna się nie poruszyła. Nikt go nie widział.

  Potykając się, Mattias wszedł do lasu.
 

96

  Na promie usiedli na uboczu w miejscu wskazanym im przez 

personel. Thomas zdjął Mattiasowi kajdanki. Ocenił, że ryzyko 
kolejnej próby ucieczki jest niewielkie.

  Z nastolatka zupełnie uszło powietrze. Siedział apatycznie na 
narożnej sofie.

  Prom miał przybić do Årsta Brygga około pierwszej. Stamtąd 
pojadą prosto na posterunek policji  w Nacce, gdzie mieli się 

spotkać z rodzicami Wassberga i ludźmi z opieki społecznej.
  – Chcesz coś do picia? – spytała Margit.

  Poszła do kafeterii i po chwili wróciła z dwoma kubkami kawy 
i puszką coca-coli. Postawiła napój przed Wassbergiem, potem 

podała kubek Thomasowi.
  – W pewnym  sensie  cały  czas  mieliśmy  rację   – powiedziała 

cicho,   żeby   Mattias   jej   nie   słyszał.   – Zrobił   to   rówieśnik 
Victora.   Pod   wpływem   chwili.   Tyle   tylko,   że   nie   był   to   jego 

najlepszy przyjaciel.
  Thomas   skosztował   kawy.   Miała   lekki   posmak   plastiku 

z jednorazowego kubka, mimo to wypił ją do dna. Potrzebował 
kofeiny.

  Chciał na Harö, do Pernilli i Elin.
  – Liczyłam   się   z tym,   że   analiza   techniczna   da   nam 

dostateczne podstawy do zatrzymania Tobbego – powiedziała 
w zamyśleniu Margit. Wzruszyła ramionami, uniosła kubek do 

ust i podmuchała na kawę. – Byłam przekonana, że odbyło się 
to mniej więcej tak, jak on to opisał.

  Lekko wskazała głową w stronę Wassberga. Otworzył colę, ale 

background image

siedział z pochyloną głową i wpatrywał się w stół. Nie zwracał 
uwagi na rozmowę policjantów.

  – Czyli myśleliśmy dobrze, myliliśmy się tylko co do osoby. 
– Margit   odstawiła   kubek.   – Musimy   powiadomić   rodzinę 

Ekengreena, że sprawca został zidentyfikowany i się przyznał.
  – Zapomniałem ci powiedzieć, że wczoraj wieczorem dzwonił 

Landin – wtrącił Thomas. – Śledzili siatkę przestępczą i nakryli 
ojca   Victora   w towarzystwie   jakiejś   grubej   ryby.   Chodziło 

o Wolfganga Ivkovaca.
  Margit opadła szczęka.

  – Co ty mówisz?
  – Ekengreen spotkał się z nim w restauracji w Huddinge.

  – Po co?
  – Landin  nie  wiedział,  ale   martwił   się,  że  może  Ekengreen 

chce się zemścić. Ivkovac zajmuje się handlem narkotykami, 
może   po   tym,   co   się   stało   z Victorem,   Ekengreen   chce   go 

dorwać. Zamierzałem z nim o tym porozmawiać po pogrzebie.
  Jakaś myśl kołatała się Thomasowi po głowie.

  Co powiedział Harry Anjou?
  Wszyscy wiedzą, że ten rudy to zrobił.

  Prawie wszystko wskazywało na Tobiasa Hökströma. Prawdę 
mówiąc on i Margit też byli przekonani, że winny jest przyjaciel 

Victora.   Thomas   w rozmowie   z Ekengreenem   właściwie   to 
potwierdził.

  Czy znów się pomylili…?
  Margit dopiła kawę i spojrzała na zegar. Nie miała pojęcia, 

jakim torem biegną myśli Thomasa.
  – Powinniśmy   się   skontaktować   z rodziną   po   pogrzebie 

i powiedzieć,   że   znaleźliśmy   sprawcę.   Uroczystość   ma   się 
zacząć za chwilę, prawda?

  Thomas poczuł zimny pot na karku, gdy dotarło do niego, jak 
mogło być naprawdę. Ekengreen nie spotkał się z Ivkovacem, 

by go oskarżać i obarczać odpowiedzialnością za śmierć syna. 
Zamówił egzekucję. Landin mówił przecież, że Ivkovac zajmuje 

się wszystkim, od handlu narkotykami po egzekucje.
  Johan   Ekengreen   nie   chciał   dorwać   Jugosłowianina,   chciał 

pomścić   swojego   syna.   Zemsta   była   wymierzona   w tego, 

background image

którego wszyscy uważali za mordercę.
  – Potrzebuję   twojego   telefonu   – powiedział   do   Margit. 

– Musimy   się   natychmiast   skontaktować   z Johanem 
Ekengreenem. Musi się dowiedzieć, kim jest sprawca.

  Margit gapiła się na niego.
  – Pogrzeb zaczyna się za pięć minut. Nie możesz mu teraz 

przeszkadzać.
  – Daj mi telefon, to ważne. – Thomas wstał zdesperowany. 

– Myślę, że zlecił zabójstwo Tobbego Hökströma.
 

97

  Ebba   wyszła   z parkingu   kilka   kroków   przed   matką.   Nosiła 

granatową   sukienkę   i czarne   czółenka.   Taki   ubiór   w letnim 
upale wydawał się dziwny, mimo to pasował do sytuacji.

  Włosy miała zebrane w kucyk, w ręce trzymała długą różę.
  Ebba nigdy dotąd nie była na katolickim pogrzebie. Wcześniej 

matka   wyjaśniła   jej,   że   trwa   on   dłużej   niż   w kościołach 
protestanckich, a ceremonia ma inny przebieg.

  Dotarły   do   okazałej   katedry.   Ebba   poszukała   wzrokiem 
Felicii. Równocześnie rozglądała się za Tobbem. Musiał tu być.

  Myślała   o nim   bez   przerwy,   odkąd   dostała   wiadomość   na 
Facebooku, wysłaną przedwczoraj późno w nocy.

  „Przepraszam” – napisał. Nic więcej.
  Co to znaczyło?

  Chciała zadzwonić i go zapytać, ale się bała. Może zrobił to po 
pijanemu   i potem   żałował?   Jeśli   naprawdę   chciał   z nią   być, 

powinien się znów odezwać.
  Nic   nie   zrobiła.   Lepiej   było   wciąż   mieć   nadzieję,   niż 

potwierdzić swoje podejrzenia.
  Jednak   mimowolnie   odwracała   głowę,   stojąc   wśród   innych 

uczestników pogrzebu, którzy rozmawiali ściszonymi głosami 
przed wejściem do kościoła.

  Przyszło mnóstwo ludzi. Prawie cała klasa i równie wiele osób 
z równoległych klas.

  Dyrektor szkoły. I nauczyciele Victora.

background image

  Jej   matka   przywitała   jakichś   znajomych   i przystanęła,   by 
zamienić z nimi parę słów.

  Ebba  dostrzegła  Felicię.  Razem z rodzicami  stała trochę  na 
uboczu, pod wielkim dębem o grubym pniu.

  Jej oczy już były napuchnięte od płaczu, w ręce ściskała białą 
chusteczkę.   Miała   na   sobie   trochę   za   dużą   czarną   bluzkę 

i ciemną spódnicę przed kolana.
  Ebba   poczuła   napływające   do   oczu   łzy,   gdy   objęła   Felicię. 

Przez dłuższą chwilę stały przytulone.
  – Ebbo. – Matka ostrożnie dotknęła jej ramienia. – Musimy 

wejść do środka.
  Uścisnęła   Felicię   i kiwnęła   głową   Jochenowi   i Jeanette 

Grimstadom.
  – Idziesz? – spytała Ebbę.

  Ruszyły   w stronę   wejścia   kościoła   z wypalanej   cegły. 
Wewnątrz było ciemno i Ebba musiała mrugać oczami, by jej 

wzrok   się   przyzwyczaił.   Gdy   dotarły   do   połowy   przejścia 
prowadzącego do ołtarza, zauważyła rude włosy Tobbego.

  Siedział w ławce po lewej stronie, na samym końcu, z matką 
i Christofferem. Nie poruszył się, ale gdy go mijała, odwrócił 

głowę i ich spojrzenia się spotkały.
  – Ebbo.

  Bez namysłu usiadła obok niego. Matka, która szła tuż za nią, 
zawahała się, ale  odeszła do następnej ławki  i zajęła  miejsce 

przed nimi.
  Tobbe był wychudzony, miał zapadnięte, smutne oczy.

  – Jak się czujesz? – spytała cicho.
  – Nie za dobrze.

  Pochyliła się bliżej, ich skronie się zetknęły.
  – Dlaczego tak napisałeś na Facebooku?

  Spuścił wzrok.
  – Bo   to   prawda   – szepnął.   – Byłem   cholernie   głupi. 

Przepraszam. Tak bardzo tego żałuję.
  Palce   Ebby   odnalazły   jego   rękę.   Ostrożnie   przesunęła 

opuszkami po jego piegowatej skórze. Potem ujęła jego dłoń. 
Po wewnętrznej stronie była trochę spocona. Ebba mocno ją 

ścisnęła.

background image

  – Policja myśli, że to ja – powiedział przez ściśnięte gardło.
  – Ciii.

  Tobbe skulił się trochę, oparł skroń o jej głowę.
  – Kocham cię – powiedziała.

  Słowa przyszły same.
  Musnął ustami jej policzek. Cichy szept.

  – Ja też.
  W tle zaczęły grać organy. Ebba skądś znała tę melancholijną 

melodię,   ale   nie   umiała   powiedzieć   skąd.   Przycisnęła   dłoń 
Tobbego do ust.

  Ksiądz   czytał   ostatnie   błogosławieństwo.   Madeleine   płakała 
zrozpaczona w ławce obok Johana.

  Ujął i uścisnął jej dłoń. Po raz pierwszy, odkąd dowiedział się 
o śmierci syna, dotknął jej z własnej woli. Nie wiadomo skąd 

pojawiła się pewność. Przebrniemy przez to.
  Trumna   z Victorem   spoczywała   przed   ołtarzem   otoczona 

wieńcami w ciepłych barwach lata. Na małym stoliku obok stał 
duży   portret   syna,   przy   nim   migotał   płomień   świecy 

w srebrnym świeczniku.
  Na zdjęciu Victor był opalony i szczęśliwy, jego jasne włosy 

rozwiewał wiatr. Zrobiono je w piękny lipcowy dzień przy ich 
domku letniskowym.

  Johan poczuł, jak coś w nim pęka.
  Jego syn nie żył. Nic na całym świecie nie mogło tego zmienić.

  Odwrócił   głowę   i kątem   oka   zobaczył   rude   włosy   Tobbego. 
Dziwne, ale nie poczuł gniewu. Razem opłakiwali Victora, teraz 

to zrozumiał. Nie byli wrogami.
  Nic nie będzie lepiej od tego, że pomści śmierć syna. Musi 

istnieć jakieś wyjaśnienie, którego nie znał. Tobbe nie był zły.
  – Co ja zrobiłem? – powiedział do siebie Johan.

  Wsunął   rękę   do   kieszeni   i dotknął   komórki.   Zaraz   po 
pogrzebie zadzwoni do Ivkovaca i wszystko odwoła.

  Czuł   się,   jakby   obudził   się   z jakiegoś   złego   snu,   jakby 
w ostatnich   dniach   przejął   nad   nim   kontrolę   ktoś   obcy 

i zmuszał   go   do   robienia   rzeczy   wbrew   jego   naturze.   Teraz 
znów był sobą.

  Nic więcej nie mogło się wydarzyć, najgorsze już się stało.

background image

  Nie   byłem   sobą,   pomyślał   Johan   i szepnął:   „Przepraszam”, 
nie wiedząc, kogo właściwie prosi o wybaczenie.

  Ból był równie trudny do zniesienia jak wcześniej, a jednak 
inny.

  Do oczu Johana napłynęły łzy, ukrył twarz w dłoniach i płakał 
razem z Madeleine.

 

98

  Tobbe mocno ścisnął dłoń Ebby, gdy po pogrzebie wyszli na 
słońce. Był równie przejęty jak ona.

  Wyjście na świeże powietrze przypominało wyzwolenie.
  – Wybierasz się na stypę? – spytał cicho Tobbe.

  – Oczywiście.   – Ebba   uśmiechnęła   się   smutno.   – Chyba 
wszyscy idą? Ty nie?

  – Też   idę   – powiedział   i przyjrzał   się   jej   niepewnie. 
– Chciałbym pójść z tobą, jeśli mogę.

  Ebba ścisnęła jego dłoń. Więcej nie potrzebował.
  Podeszli   do   dębu,   pod   którym   Ebba   stała   z Felicią,   zanim 

zaczął się pogrzeb.
  – Pójdę   tylko   kupić   coś   do   picia   – powiedział   Tobbe, 

wskazując na kiosk po drugiej stronie ulicy. Strasznie chce mi 
się pić. Chcesz coś?

  Ebba pokręciła głową.
  – Poczekam   tutaj.   Muszę   powiedzieć   mamie,   że   idziemy 

razem na stypę.
  Tobbe się odwrócił, ale wciąż zwlekał.

  – Wiesz…
  – Tak?

  – Nie, nie, nic.
  Wciąż stał obok niej. Nieśmiało wyciągnął rękę i pogłaskał ją 

powoli po policzku.
  – A właściwie to tak. Jesteś wspaniała.

  – Ty też.
  – Zaraz wrócę.

  Mimo smutnej chwili Ebba poczuła przepełniającą ją radość. 

background image

Oparła się o pień drzewa i śledziła go wzrokiem.
  Kilka metrów dalej z kościoła wychodzili goście pogrzebowi.

  Rodzice   Victora   stali   na   schodach,   Johan   kilka   kroków   od 
Madeleine.   Christoffer,   Arthur   i Eva   wyszli   na   wysypaną 

żwirem ścieżkę, Lena szła za nimi.
  Ebba   mimowolnie   zwróciła   uwagę,   że   Johan   ma   komórkę 

przy uchu. To musiało być coś ważnego, bo wyjął ją zaraz po 
pogrzebie.   Wyglądał,   jakby   odsłuchiwał   jakąś   wiadomość, 

potem   nagle   podniósł   wzrok   na   Tobbego,   który   szedł   już 
w stronę ulicy.

  Zapaliło się czerwone światło. Tobbe to zignorował. Cały on.
  Dźwięk silnika dobiegł jakby znikąd.

  W jednej   chwili   na   ulicy   pod   kościołem   było   pusto, 
w następnej z jakiegoś zakamarka wyjechał czarny samochód.

  Tobbe zatrzymał się na jezdni.
  Ebba   zobaczyła,   że   Johan   upuszcza   komórkę   i rzuca   się 

biegiem. Z powodu hałasu nie słyszała, co woła, ale widziała, że 
gwałtownie gestykuluje.

  – Z drogi, z drogi! – wydawał się krzyczeć.
  Tobbe   wciąż   stał   na   przejściu   dla   pieszych,   jakby   nie 

rozumiał, co się dzieje.
  Ebba to pojęła.

  Uważaj! – chciała krzyknąć, ale nie mogła wydobyć z siebie 
żadnego dźwięku.

  Stała jak sparaliżowana, a samochód przyśpieszał, kierując się 
prosto na Tobbego.

  Z początku   gapił   się   tylko   na   błyskawicznie   zbliżający   się 
pojazd, potem wyciągnął obie ręce w obronnym geście.

  Wtedy dopadł do niego Johan i pchnął go z całych sił.
  Rozległ się trzask. Johan uniósł się w powietrze, samochód 

zniknął z rykiem silnika. Ciało z głuchym odgłosem upadło na 
asfalt. Tobbe leżał przy krawężniku, nie ruszał się.

  Nierzeczywista cisza.
  Ebba patrzyła przerażona na oba ciała. Z ust Johana ciekła 

cienka strużka krwi.
  Paraliż minął.

  – Tobbe! – krzyknęła i rzuciła się biegiem przez trawnik.

background image

  Roztrącała ludzi stojących jej na drodze.
  – Przepuśćcie mnie!

  W końcu   znalazła   się   przy   Tobbem.   Krwawił   z nosa   i miał 
podrapany policzek.

  Opadła na kolana obok niego.
  – Jesteś ranny?

  – Chyba nie.
  Zdezorientowany pokręcił głową i podniósł rękę, jakby chciał 

sprawdzić, czy wciąż jest sprawna.
  Ebba chwyciła go w ramiona.

  – Myślałam, że nie żyjesz.
  W oddali przeraźliwie wyły syreny karetki. Kilka metrów od 

Ebby   i Tobbego   zahamował   wóz   policyjny.   Wybiegł   z niego 
wysoki mężczyzna i przyklęknął przy Johanie.

  Ebba   poznała   tego   policjanta   z Sandhamn,   miał   na   imię 
Thomas.

  Nagle wszystko ucichło.
  – Żyje? – usłyszała pytanie Thomasa.

  Nie wiedziała, kto mu odpowiedział.
  – Nie wiem.

 

background image

 

Piątek 19 września 2008

  Sune   Svensson   otworzył   furtkę   katolickiego   cmentarza 
w Solnie.   Mężczyzna   na   wózku   inwalidzkim   już   tu   był.   Jak 

zwykle.
  Sune od dawna pracował w administracji cmentarza, widział 

wiele zrozpaczonych rodzin przy grobie kogoś bliskiego. Ale na 
widok   tych   zgarbionych   ramion   ściskało   mu   się   serce.   Ból 

otaczający tę samotną postać był tak silny, że wydawał się żyć 
własnym życiem.

  Mężczyzna   miał   spojrzenie   utkwione   w prostym   nagrobku 
z szarego granitu.

  Sune znał inskrypcję na pamięć:

  Victor Ekengreen
  1992–2008

  Ukochany syn i brat

  Ojciec   Victora   Ekengreena   potrafił   tkwić   przy   grobie 
godzinami   bez   względu   na   pogodę.   Odbierał   go   samochód 

z gminy przeznaczony do transportu osób niepełnosprawnych, 
od czasu do czasu to córka odwoziła go do domu.

  Dzisiejszy   pogrzeb   miał   się   odbyć   o jedenastej,   prawie 
wszystko zostało już przygotowane. Sune Svensson spojrzał na 

zegarek; nie ma pośpiechu. Nowy grób był położony nie dalej 
niż sto metrów od grobu Victora.

  Nagle   słońce   przebiło   się   przez   chmury.   Rano   padało 
i powietrze wciąż było wilgotne, ale nie czuło się chłodu. Jak to 

się często zdarza we wrześniu, mieli kilka dni babiego lata.
  Sune   znów   zerknął   w stronę   Johana   Ekengreena.   Jego 

sparaliżowane nogi przykrywał koc. Siwe włosy przydałoby się 
ostrzyc, a szpakowaty jednodniowy zarost ogolić.

  Sune   przyjaźnie   kiwnął   mu   głową,   choć   wiedział,   że   nie 

background image

doczeka się odpowiedzi.
  Nigdy jej nie dostawał.

  Ruszył w stronę szopki na narzędzia, żeby przynieść to, czego 
potrzebował.

  Tego   ranka   ukazał   się   w gazecie   kolejny   artykuł   o procesie 
Ekengreena.   Miał   się   rozpocząć   w przyszłym   tygodniu, 

oskarżano   go   o podżeganie   do   zamordowania   najlepszego 
przyjaciela jego syna.

  Choć ten przyjaciel, dzięki interwencji  samego Ekengreena, 
wyszedł z tej historii tylko z kilkoma otarciami, prokurator był 

stanowczy. Poinformował, że zamierza domagać się surowego 
wyroku.

  Na ścieżce leżał jakiś zgnieciony papier, Sune pochylił się i go 
podniósł,   wszystko   musi   wyglądać   porządnie   podczas 

pogrzebu.   Przekręcił   klucz,   wszedł   do   niewielkiej   szopki 
i zapalił światło pod sufitem.

  Według   gazety   Ekengreen   przyznał   się   do   popełnienia 
przestępstwa.   Prasa   upajała   się   tą   historią,   znany   dyrektor 

przedsiębiorstwa,   który   wynajął   płatnego   mordercę,   by 
pomścić syna.

  A przecież   nie   było   morderstwa   ani   mordercy,   tylko   seria 
nieszczęśliwych   okoliczności.   Co   prawda   zamieszanego 

w sprawę   policjanta   skazano   za   poważne   niedopełnienie 
obowiązków   służbowych,   ale   uwolniono   go   od   zarzutu 

spowodowania  śmierci  Victora.  Jego czyn   uznano za obronę 
konieczną,   tak   jak   w przypadku   nastolatka,   z którym   Victor 

Ekengreen również się pobił.
  Sune   nic   nie   mógł   na   to   poradzić,   że   żal   mu   było   Johana 

Ekengreena   mimo   wszystkiego,   co   się   stało.   Stracił 
najmłodszego syna, a żona chyba też go opuściła, o ile wierzyć 

popołudniówkom.
  To było jak grecka tragedia, w której wszyscy przegrywają.

  Biedaczysko.
 

background image

 

Podziękowania Autorki

  Ta   historia   zaczęła   się   w noc   świętojańską   2010   roku. 
Wskutek nieporozumienia musiałam przejść przez port bardzo 

późno   w nocy.   To   był   przygnębiający   widok   – wszędzie 
zataczali   się   pijani   młodzi   ludzie,   a policja   robiła,   co   mogła, 

żeby  opanować sytuację.  Sama mam troje  nastolatków,  więc 
przestraszyłam się i byłam niemile poruszona.

  Z tych   doświadczeń   narodziła   się   książka  Pod   wpływem 
chwili
.

  Pozwoliłam  sobie czasem  na dokonywanie  drobnych  zmian 
w rzeczywistości: na plaży Skärkarlshamn stoi rozłożysta olcha, 

ale nie ma żadnej spiczastej skały ani szarych domów. Stawy 
w dawnych   wyrobiskach   kopalni   na   Utö   bynajmniej   nie   są 

takie duże, jak je opisałam, a tuż za płotem nie biegnie żadna 
wąska   ścieżka.   W Huddinge   nie   ma   pizzerii   o nazwie 

Salvatore’s, a przy katolickiej katedrze nie rośnie wielki dąb.
  Odpowiedzialność za wszystkie inne błędy ponoszę ja i tylko 

ja.
  Wszystkie   postacie   są   całkowicie   fikcyjne,   ewentualne 

podobieństwa z rzeczywistymi osobami są czysto przypadkowe.
  Wielu życzliwych ludzi pomogło mi w pracy nad tą książką.

  Chcę bardzo podziękować Thomasowi Byrbergowi, zastępcy 
dowódcy operacji na Sandhamn, i Lisie Hall, podoficer policji, 

którzy w noc świętojańską 2011 roku pozwolili mi przyglądać 
się   swojej   pracy.   Pomógł   mi   również   Magnus   Carmelid, 

dowódca   operacji   na   Sandhamn   i Möi   w 2011   roku.   A Lars 
Sandgren,   inspektor   policji   kryminalnej   z wydziału   do   walki 

z narkotykami w dystrykcie policyjnym Nacka, podzielił się ze 
mną wiedzą o narkotykach i walce z nimi.

  Komisarz policji Rolf Hamsson bardzo mi pomógł w sprawie 
wszelkich możliwych zagadnień związanych z pracą policji.

  Lekarz   sądowy   Petra   Råsten   Almqvist   wspaniałomyślnie 

background image

podzieliła   się   ze   mną   swoją   fachową   wiedzą,   natomiast 
adwokat   Johan   Eriksson   pomógł   mi   zrozumieć,   jak 

przeprowadzane   są   przesłuchania   niepełnoletnich.   Theréz 
Randqvist   wyjaśniła   mi   pojęcia   związane   z obrzędami 

pogrzebowymi w tradycji katolickiej.
  Z Fredrikiem   Klerfeltem,   właścicielem   klubu   nocnego 

w Laroy,   i Filipem   Börgessonem,   uczniem   gimnazjum   Norra 
Real, omówiłam wszelkie możliwe aspekty życia nastolatków. 

Moja córka Camilla, która zdała maturę w 2011 roku, aktywnie 
uczestniczyła w całym tym procesie i nawet pomogła mi znaleźć 

właściwe wyrażenia, charakterystyczne dla języka nastolatków.
  Rodzina,   przyjaciele   i sąsiedzi   z Sandhamn   czytali   różne 

wersje   tej   powieści   i dzielili   się   ze   mną   mądrymi 
przemyśleniami.   Byli   to:   Lisbeth   Bergstedt,   Anette   Brifalk, 

Helen   Duphorn,   Per   Lyrvall,   Gunilla   Pettersson   oraz 
oczywiście Camilla i Lennart Sten. Po tysiąckroć im dziękuję.

  Jestem   winna   ogromne   podziękowania   swojemu 
fantastycznemu   wydawcy   –   Karin   Linge   Nordh   – i równie 

fantastycznemu   redaktorowi   Johnowi   Häggblomowi,   który 
nieustannie   mnie   motywuje,   bym   stała   się   lepszą   pisarką. 

Dziękuję   również   Sarze   Lindegren   i wszystkim   pozostałym 
z Forum,   którzy   pracują   nad   moimi   książkami.   Anniko 

i Dennisie z Bindefeld, wy też jesteście wspaniali!
  Ogromnie   doceniam   zaangażowanie   moich   przyjaciół 

z Nordin   Agency:   Joakima   Hanssona,   Anny   Frankl,   Liny 
Salazar i Anny Österholm, oraz pozostałych, którzy sprawiają, 

że moje pisarstwo trafia też do innych krajów na świecie!
  I na koniec – już o tym wspominałam, ale muszę to powtórzyć 

– nigdy   by   mi   się   to   wszystko   nie   udało   bez   mojej   rodziny. 
Lennarcie,   Camillo,   Alexandrze   i Leo,   dziękuję,   że   jesteście. 

Bardzo was kocham.
  Viveca Sten

 

Sandhamn, 9 maja 2012

 

background image