background image

R.A. Salvatore 

1

 

Wektor pierwszy 

2

 

 

 

 

WEKTOR PIERWSZY 

 

 

R.A. SALVATORE 

 
 

Przekład 

MACIEJ SZYMAŃSKI 

 
 

 

 

background image

R.A. Salvatore 

3

Tytuł oryginału  

VECTOR PRIME 

 
 

Redakcja stylistyczna  

AGNIESZKA WESELI 

 
 

Redakcja techniczna  

ANNA BONISŁAWSKA 

 
 

Korekta  

JOANNA CHRISTIANUS 

 
 

Ilustracja na okładce  

CLIFF NIELSEN 

 
 

Opracowanie graficzne okładki 

STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER 

 
 

Skład  

WYDAWNICTWO AMBER 

 
 

Copyright © 1999 by Lucasfilm, Ltd. & TM 

All rights reserved. 

 
 

For the Polish translation  

Copyright © 2000 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 

 
 

ISBN 83-7245-311-X 

 
 
 
 
 
 

Wektor pierwszy 

4

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Ukochanej Dianie oraz dzieciakom: 

Bryanowi, Geno i Caitlin, 

dzięki którym mogłem wczuć się w rolę Hana Solo! 

 

 
 

background image

R.A. Salvatore 

5

R O Z D Z I A Ł  

PĘKAJĄCE WŁÓKNA 

Było zbyt spokojnie. Ciszę kosmicznej pustki zakłócał jedynie ciągły szmer bliź-

niaczych silników jonowych. Choć Leia Organa Solo lubiła takie chwile, uważała je za 
swoistą pułapkę emocjonalną- żyła już wystarczająco długo, by wiedzieć, że na końcu 
tej podróży czeka ją niełatwe zadanie. 

Wszystkie jej podróże kończyły się ostatnio „niełatwymi zadaniami". 
Zatrzymała się na moment, nim weszła na mostek „Miecza Jade" - nowego promu, 

który jej brat, Luke, zbudował dla żony, Mary Jade. Mara i Jaina, najwyraźniej nie-
świadome obecności księżniczki, rozmawiały beztrosko, siedząc ramię w ramię za ste-
rami statku. Leia przyjrzała się córce, zaledwie szesnastoletniej, a już dojrzałej, spokoj-
nej jak pilot-weteran. Jaina bardzo przypominała matkę: miała długie, ciemne włosy i 
brązowe oczy, mocno kontrastujące z gładką,  śmietankową skórą. Leia bez trudu do-
strzegała w dziewczynie to podobieństwo. Nie, nie w dziewczynie- poprawiła się w 
myślach - w młodej kobiecie. W jej oczach igrały te same iskry, znamionujące figlarną 
i awanturniczą, ale i zdecydowaną naturę. 

To spostrzeżenie nieco zbiło Leię z tropu. Zdała sobie sprawę, że patrząc na Jainę 

nie dostrzegała odbicia samej siebie, a tylko obraz dziewczyny, którą była dawno temu. 
Na myśl o teraźniejszości poczuła lekkie ukłucie smutku: była dyplomatą, biurokratą i 
mediatorem, wiecznie próbującym łagodzić polityczne niesnaski i nieustannie pracują-
cym na rzecz pokoju i dobrobytu Nowej Republiki. Czy brakowało jej tych dni, kiedy 
słyszała wokół siebie huk strzałów z blasterów i świst mieczy świetlnych? Czy żałowa-
ła, że zastąpił je basowy pomruk jonowych silników i swarliwe głosy tłumu urażonych 
ambasadorów i emisariuszy? 

Być może - przyznała w myślach, lecz zawadiackie błyski w oczach Jainy były dla 

niej wielkim pocieszeniem. 

Po chwili usłyszała, że Mara i Jaina śmieją się z szeptanego żarciku i poczuła jesz-

cze jedno delikatne ukłucie - może zazdrości? Odsunęła od siebie tę absurdalną myśl. 
Jej bratowa, żona Luke'a i przewodniczka Jainy na ścieżce Jedi, nie zastępowała dziew-
czynie matki, lecz była raczej jej starszą siostrą. Patrząc na ogniki płonące w zielonych 

Wektor pierwszy 

6

oczach Mary, Leia rozumiała, że ta cenna przyjaźń może dać Jainie coś, czego sama nie 
mogła ofiarować córce. Wysiłkiem woli pokonała uczucie zazdrości i po prostu cieszy-
ła się, że jej dziecko znalazło taką przyjaciółkę. 

Zrobiła krok w kierunku sterowni i znowu zatrzymała się, wyczuwając za sobą ja-

kiś ruch. Zanim się obejrzała, wiedziała już, że to Bolpuhr, Noghri, jej ochroniarz. Ob-
darzyła go jedynie przelotnym spojrzeniem, gdy przesunął się za jej plecami z lekkością 
i wdziękiem, które skojarzyły jej się z falowaniem koronkowej zasłonki na wietrze. 
Właśnie dlatego zgodziła się, by Bolpuhr stał się jej cieniem: był najbardziej dyskretną 
ochroną, jaką potrafiła sobie wyobrazić. Zdumiewało ją, że pod gracją bezszelestnych 
ruchów młodego Noghriego kryje się śmiercionośna sprawność wytrenowanego zabój-
cy. 

Leia uniosła dłoń, nakazując Bolpuhrowi, by pozostał w korytarzu. Choć przez 

obojętną zwykle twarz obcego przemknął grymas zawodu, wiedziała, że wykona roz-
kaz. Jak każdy Noghri, spełniał wszystkie jej życzenia. Gdyby zechciała, skoczyłby w 
przepaść lub w rozpaloną dyszę silnika jonowego. Niezadowolenie okazywał tylko 
wtedy, gdy rozkazy księżniczki utrudniały mu jej właściwą ochronę. 

Leia podejrzewała, że tak właśnie czuł się w tej chwili, choć za nic w świecie nie 

mogła pojąć, co - zdaniem Bolpuhra - mogłoby jej grozić na pokładzie prywatnego 
promu jej bratowej. Noghri bywał niekiedy aż przesadnie oddany. 

Kiwając głową w jego stronę, Leia wkroczyła na mostek. 
- Daleko jeszcze? - zapytała i ze zdziwieniem zauważyła,  że Mara i Jaina pode-

rwały się z miejsc, zaskoczone jej nagłym wejściem. 

W odpowiedzi Jaina powiększyła obraz na centralnym ekranie. Plamki światła 

zmieniły się w dwie planety: błękitno-białą i czerwoną, które unosiły się w przestrzeni 
tak blisko siebie, że Leia zastanawiała się jakim cudem ta pierwsza, nieco większa, nie 
pochwyciła mniejszej w swoje pole grawitacyjne i nie zmieniła jej w swój księżyc. W 
połowie drogi między nimi, czyli w odległości mniej więcej pół miliona kilometrów od 
powierzchni, w cieniu błękitno-białej planety błyszczały światła pokładowe „Mediato-
ra", kalamariańskiego krążownika, jednej z najnowszych jednostek Floty Nowej Repu-
bliki. 

- Bliżej już być nie mogą - zauważyła Mara. Miała na myśli położenie planet. 
- Za pozwoleniem - melodyjny głos dobiegł od strony drzwi, w których stanął an-

droid protokolarny C-3PO. - Obawiam, się, że to niezupełnie prawdziwe stwierdzenie. 

- Prawie prawdziwe - mruknęła Mara, odwracając się ku Jainie. - Z technicznego 

punktu widzenia i Rhommamoolanie, i Osarianie stworzyli cywilizacje naziemne.... 

- O tak, Rhommamoolanie niemal wyłącznie naziemną! -wtrącił czym prędzej 

Threepio i nie zważając na jęk, który wydobył się zgodnie z piersi trzech kobiet, rozga-
dał się na dobre. -Choć i flota Osarian może być uważana w najlepszym razie za nie-
wiele znaczącą. Chyba że zastosujemy skalę rozwoju techniki lotniczej opracowaną 
przez Pantanga, która stawia na równi z niszczycielem gwiezdnym nawet pospolity 
śmigacz. Moim zdaniem ta klasyfikacja jest wprost śmieszna. 

- Dziękujemy, Threepio. - Leia przerwała mu tonem wskazującym na to, że usły-

szała już nieco więcej niż wystarczającą ilość informacji. 

background image

R.A. Salvatore 

7

- Mimo to dysponują pociskami, którymi mogą razić się wzajemnie z niewielkiej 

odległości... - Mara próbowała dokończyć myśl. 

- Właśnie! - krzyknął android. - Biorąc pod uwagę bliskość eliptycznych orbit tych 

planet... 

- Dziękujemy, Threepio - powtórzyła Leia. 
-... pozostaną w zasięgu skutecznego ostrzału jeszcze przez jakiś czas - ciągnął an-

droid, nie gubiąc rytmu. - Co najmniej przez kilka miesięcy. Jeśli chodzi o ścisłość, to 
za dwa tygodnie odległość między nimi będzie najmniejsza. Tak blisko siebie nie znaj-
dą się przez następnych dziesięć lat. 

- Dziękujemy, Threepio! - wykrzyknęły zgodnie Mara i Leia. 
- Przez ostatnią dekadę również nie były tak blisko - zdążył dorzucić android, nim 

kobiety podjęły przerwaną konwersację. 

Mara potrząsnęła głową, próbując przypomnieć sobie, o czym mówiła. 
- To dlatego twoja matka chce wkroczyć właśnie teraz. 
- Spodziewasz się wojny? - błyski w oczach Jainy nie uszły uwadze jej towarzy-

szek. 

- „Mediator" utrzyma ich w ryzach - odparła Leia z nadzieją. Istotnie, nowy okręt 

był imponujący: znacznie lepiej uzbrojony i solidniej opancerzony niż wcześniejsze 
modele kalamariańskich krążowników gwiezdnych. 

Mara spojrzała na ekran i z powątpiewaniem pokręciła głową. 
- Trzeba czegoś więcej niż demonstracji siły, żeby zapobiec katastrofie. 
- Według wszelkich raportów konflikt, w rzeczy samej, przybiera na sile - włączył 

się Threepio. - Zaczęło się od zwykłego sporu o prawa do kopalin, a dziś obie strony 
używają retoryki bardziej odpowiedniej na czas religijnych krucjat. 

- To przez przywódcę Rhommamoolan - zauważyła Mara. - Nom Anor wykorzy-

stał najbardziej pierwotne instynkty swoich popleczników. To on przeniósł spór z Osa-
rianami na bardziej ogólną płaszczyznę „ucisku i tyranii". Nie wolno go lekceważyć. 

- Nie będę wymieniać wszystkich podobnych mu tyranów, z którymi się rozprawi-

łam - odparła Leia, z rezygnacją wzruszając ramionami. 

- Dysponuję pełną listą- wypalił Threepio. - Tonkoss Rathba z.... 
- Dziękujemy, Threepio - przerwała mu Leia złowieszczo uprzejmym tonem. 
- Nie ma za co, księżniczko. Na tym polega moja służba. Na czym to ja stanąłem? 

Ach, tak. Tonkoss Rathba z.... 

- Nie teraz, Threepio - ucięła Leia, a po chwili wróciła do przerwanej rozmowy. - 

Widziałam już wielu takich. 

- Niezupełnie takich - odpowiedziała miękko Mara. Nagła słabość w jej głosie 

przypomniała Leii i Jainie, że pod maską brawury i nadmiaru energii kryje się poważna 
choroba. Dziwna -i oby rzadko spotykana - dolegliwość zabiła już dziesiątki ludzi. 
Najlepsi lekarze Nowej Republiki byli wobec niej bezradni. Spośród tych, którzy cier-
pieli na owe „zaburzenia molekularne", przeżyły jak dotąd tylko dwie osoby. Jedną z 
nich była Mara, zaś drugą, umierającą, poddawano teraz na Coruscant intensywnym 
badaniom. 

- Daluba... - C-3PO postanowił kontynuować wątek - ... no i oczywiście Icknya... 

Wektor pierwszy 

8

Leia właśnie odwracała się w jego stronę, by grzecznie, lecz stanowczo, wyłączyć 

go na dłużej, gdy krzyk Jainy osadził ją w miejscu i kazał znów spojrzeć na centralny 
ekran. 

- Statki w polu widzenia! - obwieściła Jaina z niedowierzaniem. Na wyświetlaczu 

sensora bojowego pojawiły się jasne punkciki. 

- Cztery - potwierdziła Mara. W tej samej chwili wyłączyły się brzęczyki alarmo-

we. - To Osarianie - dodała, spoglądając z zaciekawieniem na Leię. - Wiedzą, kim je-
steśmy? 

Leia skinęła głową. 
- Wiedzą też po co przybywamy. 
- W takim razie powinni zostawić nas w spokoju - rozumowała Jaina. 
Księżniczka ponownie kiwnęła głową, ale wiedziała swoje: nie przyleciała tu, że-

by rozmawiać z Osarianami - a przynajmniej nie od razu - lecz z ich największym wro-
giem, Nomem Anorem, charyzmatycznym przywódcą religijnym siejącym zamęt na 
Rhommamool. 

- Powiedz im, żeby się wycofali - poleciła. 
- Grzecznie? - spytała Mara z uśmiechem, a w jej oczach zapaliły się niebezpiecz-

ne iskry. 

- Wzywam prom Nowej Republiki - z komunikatora dobiegł natarczywy głos. - 

Mówi kapitan Grappa z Pierwszej Grupy floty osariańskiej. 

Jednym pstryknięciem przełącznika Mara przerzuciła obraz na duży ekran. Leia 

westchnęła, widząc zieloną skórę, grzebień biegnący przez środek głowy i ryjek podob-
ny do pyska tapira. 

- Cudownie - stwierdziła sarkastycznie. 
- Osarianie wynajęli Rodian? - spytała Jaina. 
- Nie ma to jak paru najemników, kiedy trzeba zaprowadzić porządek - odparła 

drwiąco Leia. 

- Wielkie nieba - mruknął C-3PO i nerwowo oddreptał na bok. 
- Polecicie z nami na Osa-Prime - nalegał Grappa, z niecierpliwością  błyskając 

wypukłymi ślepiami. 

- Zdaje się, że Osarianie chcą z tobą pogadać jako pierwsi -stwierdziła Mara. 
- Boją się,  że moje spotkanie z Nomem Anorem umocni jego pozycję  wśród 

Rhommamoolan i w całym sektorze - domyśliła się Leia. Na temat tych całkiem uza-
sadnionych obaw dyskutowano bez końca jeszcze przed przedsięwzięciem tej misji. 

- Wszystko jedno dlaczego tu są, ale zbliżają się dość szybko - rzuciła Mara i po-

dobnie jak Jaina spojrzała na księżniczkę oczekując instrukcji. Wprawdzie „Miecz Ja-
de" był jej statkiem, lecz wyprawie przewodziła Leia. 

- Księżniczko? - odezwał się mocno zdenerwowany C-3PO. 
Leia przysiadła na fotelu za plecami Mary, intensywnie wpatrując się w ekran, 

który Jaina przełączyła z powrotem na normalny widok przestrzeni przed statkiem. 
Cztery zbliżające się myśliwce widać było jak na dłoni. 

- Trzeba je zgubić - oznajmiła zdecydowanie. Tego polecenia pilotom nie trzeba 

było powtarzać dwa razy. Mara nie mogła się już doczekać sprawdzenia potężnych 

background image

R.A. Salvatore 

9
silników i supernowoczesnego układu sterowania swego promu w warunkach bojo-
wych. 

Z błyskiem w oczach i szerokim uśmiechem na ustach sięgnęła ku sterom, lecz po 

chwili cofnęła dłonie i położyła je na kolanach. 

- Słyszałaś, Jaino? - ponagliła. 
Dziewczyna rozdziawiła usta ze zdumienia; podobnie jak Leia. 
- Naprawdę? - spytała. 
Jedyną odpowiedzią Mary była niemal znudzona mina i dyskretne ziewnięcie, jak-

by cały manewr był prostą sztuczką, która nie powinna sprawić Jainie najmniejszego 
problemu. 

- Tak! - szepnęła Jaina, zaciskając pięści i uśmiechając się od ucha do ucha. Roz-

tarta dłonie i przebiegła palcami po kuli sterującej kompensatorem przyspieszenia. - 
Zapnijcie pasy - zarządziła, zmniejszając skuteczność urządzenia do dziewięćdziesięciu 
pięciu procent. Robili to często piloci myśliwców, którzy chcieli całym ciałem czuć 
manewry statku. Jaina słyszała, że nazywali to „odczytywaniem przyspieszeń". Lubiła 
latać w ten sposób, bo tylko wtedy mogła poczuć, jak błyskawiczne zwroty i zawrotne 
przyspieszenia wgniatają ją w fotel. 

- Tylko bez przesady - pouczyła ją zaniepokojona matka. 
Leia wiedziała jednak, że jej dziecię jest w swoim żywiole i postara się wykorzy-

stać wszystkie możliwości promu. Poczuła silny przechył w chwili, gdy Jaina pociągnę-
ła stery w prawo, omijając zbliżające się od czoła myśliwce. 

- Jeśli spróbujecie uciekać, zestrzelimy was! - odezwał się chrapliwie Grappa. 
-  Łowcy Głów Z-95 - mruknęła Mara drwiąco, przyglądając się, przestarzałym 

maszynom. Wyłączyła komunikator i odwróciła się ku Leii. - Nie zestrzelą, bo nie do-
gonią- wyjaśniła. -Daj ognia - rzuciła w kierunku Jainy, wskazując na dźwignię akcele-
ratora, pewna, że nagły skok naprzód pozwoli „Mieczowi Jade" przemknąć tuż przed 
nosami oszołomionych Rodian i ich przedpotopowych myśliwców. 

W tym momencie na ekranie pojawiły się kolejne dwa punkciki. Pędziły od strony 

cienia planety Rhommamool i ustawiały się na kursie równoległym do trasy promu. 

- Maro... - odezwała się niespokojnie Leia. Właścicielka statku położyła ręce na 

sterach, ale tylko na chwilę. Spojrzawszy Jainie prosto w oczy, przyzwalająco kiwnęła 
głową. 

Leia pochyliła się w fotelu tak daleko, jak pozwalały jej pasy, kiedy Jaina dała całą 

wstecz, jednocześnie szarpiąc sterem w prawo. Za plecami kobiet rozległ się  łomot 
upadającego metalu. C-3PO grzmotnął w ścianę - domyśliła się Leia. 

Kiedy „Miecz Jade" zatrzymał się gwałtownie, przechylając się dziobem na ster-

burtę, Jaina z całych sił pchnęła manetkę akceleratora i gwałtownie operując silnikami 
manewrowymi to w lewo, to w prawo, wykonała dziki zwrot, po czym ustawiła wresz-
cie maszynę rufą do dotychczasowego kierunku podróży. Przed dziobem promu prze-
mknęła błyskawica laserowego strzału. 

- W porządku. Pierwszych czterech mamy teraz na ogonie - obwieściła spokojnie 

Mara. „Miecz Jade" zatrząsł się, trafiony w tylną część kadłuba, ale osłony z łatwością 
zniosły ostrzał. 

Wektor pierwszy 

10

- Spróbuj... - zaczęła Mara, ale słowa - podobnie jak posiłek - stanęły jej w gardle, 

kiedy Jaina położyła statek w dwa szybkie obroty przez prawą burtę. 

- Zginiemy! - Okrzyk Threepia dobiegł z tyłu, spod drzwi. Leia zdołała jakoś od-

wrócić  głowę, w samą porę, by dostrzec, jak android obija się o metalową oścież i z 
żałosnym piskiem odlatuje w głąb korytarza. Jaina znowu szarpnęła sterem, zamiatając 
rufą statku w bok. 

Para  Łowców Głów przemknęła przed iluminatorem. Myśliwce były widoczne 

tylko przez ułamek sekundy, bowiem Jaina ponownie zmieniła kurs, dając pełną moc 
do jednego z silników. Leia opadła na fotel, wtłoczona w oparcie nagłym przyspiesze-
niem. Bardzo chciała powiedzieć coś córce - dodać jej odwagi lub udzielić rady - ale 
słowa uwięzły jej w krtani, i to nie za sprawą przeciążenia. 

Spojrzała na Jainę, na jej brązowe oczy, zaciśnięte w determinacji szczęki i wyraz 

pełnego skupienia malujący się na twarzy. Teraz była już pewna: jej córka była dorosłą 
kobietą, a do tego obdarzoną w dwójnasób twardym charakterem, odziedziczonym i po 
ojcu, i po matce. 

Mara obejrzała się przez prawe ramię, wpatrując się w jakiś punkt leżący między 

Jainą a Leią. Obie znały ją wystarczająco długo, by zrozumieć,  że dwa z pierwotnej 
czwórki myśliwców powtórzyły manewr promu i teraz zbliżały się szybko, bluzgając 
ogniem z laserowych działek. 

- Trzymajcie się - ostrzegła spokojnie Jaina, po czym pociągnęła ster ku sobie, 

unosząc dziób „Miecza Jade", a następnie pchnęła go energicznie. Statek wykonał od-
wróconą pętlę. 

- Jesteśmy zgubieni! - jęknął z korytarza C-3PO. Z sufitu korytarza - pomyślała 

Leia. 

Jaina przerwała pętlę w połowie, wychodząc z niej gwałtowną beczką autorotacyj-

ną, nagłym zwrotem i jeszcze jedną, klasyczną beczką. Tym sposobem powróciła na 
pierwotny kurs i miała grupę pościgową za rufą. Teraz dopiero dała pełną moc w obu 
silnikach jonowych, by przedrzeć się przez prześwit między pozostałymi dwoma my-
śliwcami, które zbliżały się od strony planet. 

Obie maszyny odskoczyły na boki, a po chwili powróciły na kurs. Wprawdzie 

droga ucieczki była teraz szersza, ale myśliwce zyskały dogodniejszy kąt ostrzału i 
mogły szybciej zawrócić za umykającym między nimi promem. 

- Nieźli są - rzuciła ostrzegawczo Mara i urwała, podobnie jak wcześniej Leia, 

bowiem Jaina, zacisnąwszy zęby, aby lepiej znieść przeciążenie, znowu dała gwałtow-
nie całą wstecz. 

- Księżniczko... - błagalny jęk z korytarza urwał się w połowie, zagłuszony przez 

donośny huk padających blach. 

- Wchodzi! - krzyknęła Mara, zauważając myśliwiec przystępujący do ataku z le-

wej burty. 

Jaina nie widziała przeciwnika i nie słyszała ostrzeżenia. Zamknęła się w sobie, 

czując przepływającą Moc. Dzięki niej rejestrowała ruchy nieprzyjaciół i reagowała na 
nie instynktownie, przewidując dalsze posunięcia o trzy ruchy naprzód. Zanim Mara 
zdążyła coś dodać, Jaina odpaliła dziobowe silniki manewrowe, unosząc nos promu, a 

background image

R.A. Salvatore 

11
następnie pchnęła akcelerator i skierowała „Miecz Jade" w prawo, kursem kolizyjnym 
wprost na drugiego Łowcę Głów. 

Sprowokowany Rodianin przyspieszył. Kontrolki systemu obronnego promu roz-

jarzyły się, ostrzegając o zablokowaniu celowników nadlatującego myśliwca na celu. 

- Jaino! - krzyknęła Leia. 
- Namierzył nas! - dodała Mara. 
Znajdująca się bliżej maszyna, atakująca od lewej burty, przemknęła tuż pod brzu-

chem statku. W tym momencie Jaina uruchomiła repulsory. „Miecz Jade" podskoczył w 
górę, zaś odepchnięty polem grawitacyjnym Łowca Głów runął w dół niekontrolowa-
nym korkociągiem. 

Nadlatujący z prawej Rodianin wystrzelił pocisk rozbijający, jednak i rakieta, i 

myśliwiec, przemknęły tuż pod gwałtownie uniesionym promem. 

Zanim trzy kobiety zdążyły odetchnąć, w polu widzenia pojawił się kolejny statek. 

Tym razem był to X-skrzydłowiec, a ściślej - najnowsza wersja tego myśliwca, ozna-
czona kodem XJ. Z działek na końcach jego skrzydeł wystrzeliły smugi laserowych 
wiązek. Ich celem nie był jednak „Miecz Jade", ale nieprzyjacielska maszyna, która 
właśnie pod nim przemknęła. 

- Kto to? - spytała Leia. Jaina, równie zaciekawiona, wykonała statkiem ostry 

zwrot. 

Łowca Głów zanurkował, kładąc się na lewe skrzydło, ale znacznie nowocześniej-

szy myśliwiec typu X bez trudu trzymał się na jego ogonie, raz za razem trafiając go 
laserowymi salwami. Po chwili tarcze w maszynie Rodianina odmówiły posłuszeństwa, 
a sekundę później statek rozpadł się na milion kawałków. 

- To Jedi - stwierdziły równocześnie Mara i Jaina. Kiedy Leia zdołała uporządko-

wać myśli i skupić się na Mocy, przyznała im rację. 

- Prędko, do „Mediatora" - poleciła. Jaina posłusznie wykonała jeszcze jeden na-

wrót. 

- Nie wiedziałam, że któryś z Jedi działa w tym sektorze -zdziwiła się Leia, ale w 

odpowiedzi Mara jedynie wzruszyła ramionami. 

- Załatwił jeszcze jednego - zameldowała Jaina, obserwując  świetlne punkty na 

ekranie. - Dwa pozostałe wycofują się. 

- Nie chcą zadzierać z rycerzem Jedi w bojowym nastroju -skomentowała Mara. 
- Może jednak Rodianie są mądrzejsi niż sądziłam -dorzuciła drwiąco Leia. - Prze-

staw na sto procent - rozkazała, rozpinając klamry pasów i niepewnie stając na nogi. 

Jaina niechętnie przywróciła pełną kompensację przyspieszenia. 
- Ściga nas już tylko jeden - rzuciła za zmierzającą do drzwi Leią. 
- X-skrzydłowiec - dodała spokojnie Mara. Księżniczka skinęła głową. 
Znalazła Threepia w korytarzu prowadzącym na mostek. Android stał na głowie, 

oparty o ścianę, z brodą przyciśniętą do piersi i nogami sterczącymi bezradnie w powie-
trzu. 

- Musisz się nauczyć utrzymywać równowagę - upomniała go Leia, pomagając mu 

wrócić do normalnej pozycji. Spojrzała w przeciwległy kraniec korytarza, gdzie pozo-

Wektor pierwszy 

12

stawiła Bolpuhra. Noghri stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym widziała go 
ostatnio. 

Wcale jej to nie zdziwiło. 
Prom prowadzony pewną  ręką Jainy zmierzał szybkim, ale spokojnym lotem ku 

„Mediatorowi". Dziewczyna regularnie sprawdzała, czy nikt nie ściga „Miecza Jade". 
Wkrótce stało się jasne, że Rodianie, dysponujący przestarzałym sprzętem, nie mieli 
zamiaru walczyć. 

Kiedy Leia powróciła na mostek, Jaina w pełni panowała nad ruchami statku, zaś 

Mara z zamkniętymi oczami odpoczywała w fotelu i nie odpowiadała na pytania 
dziewczyny o procedurę lądowania. 

- Poprowadzą cię - uspokoiła ją Leia. Jakby na potwierdzenie tych słów głośnik 

komunikatora zatrzeszczał, a potem rozległ się  głos oficera z pokładu „Mediatora", 
podający wektor podejścia. 

Jaina z łatwością wprowadziła statek do hangaru. Po tym, co zobaczyła podczas 

pościgu „Łowców Głów" Leia nie była specjalnie zdziwiona, że jej córka bez trudu 
ląduje tak dużą jednostką 

Wstrząs, który towarzyszył wyłączeniu repulsorów osiadającej na płycie startowej 

maszyny, przerwał drzemkę Mary. Otworzyła oczy i natychmiast zerwała się na nogi. 
Niewiele brakowało, a upadłaby zemdlona na pokład, gdyby Leia i Jaina nie podtrzy-
mały jej w porę. 

Mara odzyskała równowagę i odetchnęła głęboko. 
- Może następnym razem ustawisz kompensator na dziewięćdziesiąt siedem, a nie 

dziewięćdziesiąt pięć procent - zażartowała, uśmiechając się z wysiłkiem. 

Jaina zaśmiała się, lecz wyraz głębokiej troski nie zniknął z twarzy Leii. 
- Dobrze się czujesz? - spytała. 
Mara spojrzała jej prosto w oczy. 
- Może poszukamy jakiegoś miejsca, gdzie będziesz mogła odpocząć? - dorzuciła. 
- Gdzie wszyscy będziemy mogli odpocząć - poprawiła Mara z naciskiem. Ton jej 

głosu kazał Leii ustąpić i ostrzegł ją, że wkracza w prywatne sprawy bratowej, do któ-
rych nie mogli się mieszać ani przyjaciele, ani nawet mąż. Mara uważała, że samotnie 
musi zmagać się z chorobą, która zmieniła jej pogląd na życie, przeszłość, teraźniej-
szość, przyszłość i... śmierć. 

Leia wytrzymała jej wzrok. Po chwili dała jednak za wygraną: Mara nie potrzebo-

wała czułości. Chciała żyć, i to tak, by choroba nie zdominowała jej egzystencji. Chcia-
ła żyć jak dawniej, traktując tajemniczą dolegliwość jak drobną niedogodność; nic wię-
cej. 

Oczywiście Leia doskonale wiedziała, że choroba jest czymś więcej - cierpieniem, 

nad którym można było zapanować tylko dzięki wielogodzinnym ćwiczeniom i niewia-
rygodnie wielkiej Mocy, ale pozostawiła ten problem Marze. 

- Mam nadzieję, że jutro spotkam się z Nomem Anorem - powiedziała, wraz z to-

warzyszkami stając u włazu. Tuż za nimi zeszli na pokład C-3PO i Bolpuhr. U podsta-
wy rampy czekał na gości oddział Gwardii Honorowej Nowej Republiki oraz dowódca 
okrętu, komandor Ackdool, Kalamarianin o wielkich, przenikliwych oczach, rybiej 

background image

R.A. Salvatore 

13
twarzy i łososiowej skórze. - Z raportów wnioskuję, że lepiej będzie odpocząć przed tą 
rozmową. 

- I dobrze wnioskujesz - zgodziła się Mara. 
- Zdaje się,  że najpierw czeka mnie spotkanie z naszym wybawcą - dodała po 

chwili Leia, obserwując lądujący za „Mieczem Jade" myśliwiec typu X. 

- Wurth Skidder - stwierdziła Jaina, rozpoznając oznaczenia pod kabiną maszyny. 
- Dlaczego jakoś nie jestem zaskoczona? - mruknęła Leia wzdychając ciężko. 
Ackdool zbliżył się do przybyszy i rozpoczął formalne powitanie dostojnych go-

ści, ale reakcja księżniczki osadziła go w miejscu. Wielu gwardzistów z .Mediatora" 
uniosło w zdziwieniu brwi, słysząc jej ostre słowa. 

- Po co pan go wysłał? - rzuciła Leia, ruchem głowy wskazując X-skrzydłowca. 
Komandor Ackdool usiłował odpowiedzieć, ale przerwano mu w pół słowa. 
- Gdybyśmy potrzebowali pomocy, poprosilibyśmy o nią. 
- Naturalnie, księżniczko Leio - odparł Ackdool kłaniając się potulnie. 
- Więc dlaczego pan to zrobił? 
- A dlaczego zakłada pani, że Wurth Skidder wykonywał mój rozkaz? - Komandor 

Ackdool wreszcie zdobył się na odwagę. -Dlaczego zakłada pani, że on w ogóle słucha 
moich rozkazów? 

- Jeśli Rodianie mieli szczęście, to ich grzebieniaste łby spadają teraz na spado-

chronach na Osarian - zawołał radośnie Wurth Skidder. Butny młodzik zbliżał się szyb-
kim krokiem, zdejmując jednocześnie hełm i przygładzając szopę jasnych włosów. 

Leia wyszła mu naprzeciw. Młody Jedi musiał się gwałtownie zatrzymać. 
- Wurth Skidder - warknęła. 
- Księżniczko - powitał ją mężczyzna kłaniając się lekko. - Niezła zabawa? 
- Jeszcze jaka! - odparł Jedi uśmiechając się szeroko i pociągając nosem. Był 

wiecznie zakatarzony, a jego fryzura zwykle wyglądała tak, jakby przed chwilą przeżył 
burzę piaskową na Tatooine. - Oczywiście dla mnie, nie dla Rodian. 

- A jaka była cena tej zabawy? - spytała Leia. 
Uśmiech znikł z twarzy Wurtha Skiddera, który badawczo spojrzał na księżniczkę, 

najwyraźniej nie rozumiejąc, o co jej chodzi. 

- Cena - powtórzyła. - Ile kosztowała nas twoja beztroska wyprawa? 
- Parę torped protonowych - odpowiedział Wurth wzruszając ramionami. - I trochę 

paliwa. 

- A także rok wysiłków dyplomatycznych, które miały ułagodzić Osarian - rzuciła 

zjadliwie Leia. 

- Przecież to oni zaczęli strzelać - zaprotestował Wurth. 
- Nie rozumiesz, że twoja głupota najprawdopodobniej doprowadziła do eskalacji i 

tak trudnego do rozwiązania konfliktu? -nikt z obecnych nie słyszał dotąd, by Leia 
przemawiała do kogoś tak lodowatym tonem. Jak zwykle nadopiekuńczy Bolpuhr, 
obawiając się kłopotów, bezszelestnie przysunął się bliżej, stając tuż za lewym ramie-
niem księżniczki, by mieć Jedi w zasięgu ciosu. 

- Atakowali was - ripostował Wurth Skidder. - I to w sześciu! 

Wektor pierwszy 

14

- Próbowali sprowadzić nas na planetę - odparła szorstko. -Nie nazwałabym tego 

niespodziewanym posunięciem, biorąc pod uwagę zadanie, jakie mam tu do wykonania. 
Zamierzaliśmy uniknąć kontaktu. Uniknąć! Znasz takie słowo? 

Wurth Skidder nie odpowiedział. 
- Uniknąć kontaktu i w ten sposób nie wzbudzać jeszcze większej niechęci - cią-

gnęła. - I gdybyśmy już to zrobili, nie żądalibyśmy od Shunty Osarian Dharrga żadnych 
wyjaśnień, udając, że nic się nie stało. -Ale.... 

- A to, że nie wspomnielibyśmy o tym pożałowania godnym incydencie, dałoby mi 

pewien kapitał wdzięczności, którego potrzebuję, by osiągnąć kompromis między Osa-
rianami a Rhommamoolanami - kontynuowała Leia, z każdym słowem coraz bardziej 
wściekła. - Nic z tego, prawda? No, ale przynajmniej Wurth Skidder może domalować 
jeszcze jedną czaszkę na burcie swojego X-skrzydłowca, a problem spada na moją gło-
wę! 

- Strzelili pierwsi - powtórzył Wurth Skidder, kiedy stało się oczywiste, że Leia 

skończyła mówić. 

- I szkoda, że nie ostatni - odcięła się księżniczka. - Jeśli Shunta Osarian Dharrg 

zażąda odszkodowania, zgodzimy się i grzecznie przeprosimy, a po pieniądze zgłosimy 
się do Wurtha Skiddera. 

Słysząc to Jedi skrzyżował ręce na piersiach, a wtedy Leia dobiła go jednym cel-

nym zdaniem. - Mój brat tego dopilnuje. 

Wurth Skidder ukłonił się raz jeszcze, popatrzył jej w oczy, obrzucił spojrzeniem 

pozostałych, po czym okręcił się na pięcie i czmychnął. 

- Najmocniej przepraszam, księżniczko Leio - odezwał się Ackdool - ale dopraw-

dy nie mam władzy nad Jedi Skidderem. Kiedy przybył do nas dwa tygodnie temu, 
uznałem to za błogosławieństwo. Jego umiejętności z pewnością przydałyby się w wal-
ce z terrorystami gotowymi zaatakować „Mediatora", a słyszeliśmy,  że takich tu nie 
brakuje. 

- W rzeczy samej, pański okręt znajduje się w zasięgu rażenia naziemnych wy-

rzutni rakietowych - wtrącił C-3PO, ale nie kontynuował  wątku, dostrzegłszy wokół 
wrogie spojrzenia. 

- Nie wiedziałem, że Jedi Skidder okaże się być tak.... - Ackdool zaciął się, szuka-

jąc odpowiedniego słowa - ... niesforny. 

- Chciał pan powiedzieć „uparty" - poprawiła Leia. Kiedy opuszczali pokład star-

towy, Leia zdobyła się na lekki uśmiech, słysząc cichy komentarz Mary, skierowany do 
Jainy. - Nom Anor będzie miał trudnego przeciwnika. 

C-9PO, android protokolarny, którego blachy - niegdyś miedziane w odcieniu - 

pokryły się warstwą czerwonego pyłu, niesionego przez nigdy nie ustające rhommamo-
olskie wiatry, umykał zaułkiem w kierunku głównej alei Redhaven, z niepokojem śle-
dząc narastające za jego plecami zamierzenia. Fanatyczni zwolennicy Noma Anora, 
nazywający siebie Czerwonymi Rycerzami Życia, znowu wyruszyli na ulice, by zapo-
lować na śmigacze. Dosiadali tutakanów - ośmionogich jaszczurek o potężnych kłach, 
które rosły w górę tuż obok oczu i zaginały się do wewnątrz niczym masywne, białe 
brwi. 

background image

R.A. Salvatore 

15

- Używaj zwierząt, darów Życia - wrzasnął jeden z Czerwonych Rycerzy nad 

uchem biednego, pomarszczonego Dressellianina, którego wyciągnięto z kabiny śmiga-
cza i kilkoma ciosami zrzucono na ziemię. 

- Oszustwo! - zakrzyknęło chórem kilku Rycerzy. - Naśladowca Życia! - dorzucili, 

po czym jęli okładać pojazd pałkami z metalowych rur. Rozbili owiewkę, wgnietli bur-
ty, zmiażdżyli stery i tablicę rozdzielczą, a nawet udało im się oderwać jeden z silni-
ków. 

Zamieniwszy  śmigacz w bezużyteczny wrak, zadowoleni z siebie, postawili na 

nogi Dressellianina i nie szczędząc mu szturchańców pouczyli, by dosiadał zwierząt, a 
nie maszyn, a jeszcze lepiej - chodził piechotą, na nogach, które podarowała mu natura. 
Kiedy skończyli, raz jeszcze rzucili ofiarę na ziemię i ruszyli dalej -jedni na grzbietach 
tutakanów, inni zaś biegiem. 

Śmigacz wciąż jeszcze unosił się w powietrzu, choć pozostało mu tylko kilka 

sprawnych repulsorów. Bardziej przypominając bryłę złomu niż pojazd, przechylał się 
z powodu nierównomiernego rozłożenia masy i spadku mocy jednostki napędowej. 

- O, rety - pisnął android protokolarny, kryjąc się przed ciągnącym opodal tłumem. 
Nagle rozległ się cichy brzęk. Metalowy pręt zastukał delikatnie w czerep robota. 

C-9PO odwrócił się z wolna i zauważył nad sobą charakterystyczną, czarną pelerynę i 
farbowane na czerwono szaty. Z piskiem poderwał się z ziemi i próbował uciec, ale 
silny cios pałką w nogę sprawił, że runął twarzą w rdzawy piach. Kiedy uniósł głowę 
podpierając się rękami, dwaj Czerwoni Rycerze z łatwością chwycili go pod ramiona. 

- Mamy Ninepia! - krzyknął jeden z napastników w kierunku jeźdźców. Odpowie-

dział mu gwar uradowanych głosów. 

Android był zgubiony. Wiedział, dokąd go zabiorą: na Plac Nadziei Odkupienia. 

Cieszył się tylko, że nie zaprogramowano mu możliwości odczuwania bólu. 

 
- To była czysta głupota - stwierdziła Leia nieustępliwie. 
- Wurth sądził, że nam pomaga - przypomniała Jaina, ale ten argument nie prze-

mówił do jej matki. 

- Przede wszystkim szukał dreszczyku emocji - poprawiła córkę. 
- Takie wybryki uprawdopodobnią oszczerstwa, które Nom Anor rzuca pod adre-

sem Jedi - dorzuciła Mara. - Nawet i na Osarian nie brakuje jego popleczników - 
stwierdziła, patrząc na leżący na stole plik ulotek, które przekazał im komandor Ack-
dool. Wszystkie zawierały ujętą w barwne słowa propagandę, skierowaną przeciwko 
Nowej Republice, rycerzom Jedi oraz wszelkim osiągnięciom techniki. W jakiś nie-
zwykły sposób zarzuty pod ich adresem łączono z kulturową chorobą, toczącą rzekomo 
społeczeństwo planety Osarian. 
 

- Dlaczego Nom Anor tak bardzo nie cierpi Jedi? - spytała Jaina. - Co możemy 

mieć wspólnego z konfliktem między Osarianami a Rhommamoolanami? Nawet nie 
słyszałam o ich planetach, dopóki nie wspomniałaś, że tu lecimy. 

- Ta walka nie dotyczy Jedi - odparła Leia. - No, przynajmniej nie dotyczyła, za-

nim Wurth Skidder nie zaczął swoich popisów. 

Wektor pierwszy 

16

- Nom Anor nienawidzi Nowej Republiki - dopowiedziała Mara. - Podobnie jak 

rycerzy Jedi, których uważa za jej symbol. 

- A czy jest coś, czego Nom Anor nie nienawidzi? - rzuciła szyderczo Leia. 
- Nie lekceważ go - ostrzegła po raz kolejny Mara. - Jego religijne nawoływania, 

by porzucać nowoczesne technologie i maszyny, szukanie prawdy w surowej przyro-
dzie i żywej sile wszechświata oraz zarzucić obyczaj łączenia się planet w sztuczne 
konfederacje trafiają do wielu serc. Szczególnie skutecznie przemawiają do tych, którzy 
padli kiedyś ofiarą międzyplanetarnych aliansów - na przykład do rhommamoolskich 
górników. 

Leia nie zaprzeczyła. Przed podróżą i w jej trakcie spędziła wiele godzin, czytając 

historię tych dwóch planet. Dobrze wiedziała,  że sytuacja na Rhommamool była bar-
dziej złożona niż mogłoby się wydawać. Wprawdzie wielu górników przybyło na ten 
niegościnny, czerwony glob dobrowolnie, lecz istniała też spora grupa potomków pier-
wotnych „kolonistów" - przymusowych imigrantów, skazanych za wyjątkowo ciężkie 
przestępstwa na pracę w tutejszych kopalniach. 

Pewne było tylko jedno: Rhommamool idealnie nadawał się na poligon doświad-

czalny dla takich fanatyków jak Nom Anor. Nie żyło się tam łatwo - nawet woda bywa-
ła towarem luksusowym -podczas gdy zamożni Osarianie opływali w dostatki, wylegu-
jąc się na plażach u brzegów krystalicznie czystych jezior. 

- Nadal nie rozumiem, co mają do tego Jedi - stwierdziła Jaina. 
- Nom Anor występował przeciwko nim na długo przed przybyciem na Rhomma-

mool - wyjaśniła Mara - ale dopiero tutaj jego nienawiść trafiła na podatny grunt. 

- Odkąd Jedi rozproszyli się po całej galaktyce i działają na własną rękę, nie bra-

kuje mu argumentów - dodała ponuro Leia. - Cieszę się, że mój brat myśli o wskrzesze-
niu Rady. 

Mara w milczeniu skinęła głową, ale Jaina nie wyglądała na przekonaną. - Jacen 

nie uważa, że to najlepszy pomysł - przypomniała. 

Leia wzruszyła ramionami. Jej starszy syn, brat-bliźniak Jainy, rzeczywiście miał 

poważne wątpliwości co do przyszłej roli rycerzy Jedi. 

- Jeśli nie potrafimy zaprowadzić porządku w galaktyce, a zwłaszcza na odizolo-

wanych światach, takich jak Osarian i Rhommamool, to nie jesteśmy lepsi od Imperium 
- zauważyła Mara. 

- A właśnie, że jesteśmy - zaoponowała Leia. 
- Nie w oczach Noma Anora - mruknęła Jaina. 
Mara postanowiła powtórzyć przestrogi, których nie żałowała ostatnio Leii. 
- To najdziwniejszy człowiek, jakiego spotkałam - oznajmiła. Biorąc pod uwagę 

jej dawne kontakty z osobnikami pokroju Jabby czy Talona Karrde'a, było to zaskaku-
jące stwierdzenie. - Próbowałam wybadać go Mocą, ale poczułam... - urwała, zastana-
wiając się, jak właściwie opisać swoje doznania. - Poczułam pustkę - dokończyła - tak, 
jakby Moc nie miała z nim nic wspólnego. 

Leia i Jaina spojrzały na nią z zaciekawieniem. 
- Nie - poprawiła się. - Raczej tak, jakby on nie miał nic wspólnego z Mocą. 

background image

R.A. Salvatore 

17

Całkowicie oderwany od rzeczywistości ideolog - pomyślała Leia i wyraziła gło-

śno swoje odczucia jednym sarkastycznym słowem - Cudownie. 

 
Stał na podium, otoczony przez fanatycznie oddanych Czerwonych Rycerzy. Przed 

nim dziesięć tysięcy Rhommamoolan wypełniało wszystkie zakamarki największego 
placu w Redhaven. Kiedyś był to teren głównego portu kosmicznego planety, jednak 
już na początku powstania zrównano z ziemią wszelkie stojące tu konstrukcje. Ostatnio, 
kiedy na czele rewolucji stanął Nom Anor, spustoszone lądowiska nazwano Placem 
Nadziei Odkupienia. 

To tu obywatele Rhommamoolu zrzucali władzę Osarian i deklarowali niepodle-

głość. 

To tu zwolennicy Noma Anora wyrzekali się Nowej Republiki. 
To tu wyznawcy jego sprawy wiecowali przeciwko rycerzom Jedi. 
Tutaj też fanatycy odprawiali obrzędy ku czci „prostszych czasów", polegające na 

niszczeniu zdobyczy techniki. Marzył im się powrót do korzeni, kiedy to siła nóg, a nie 
grubość portfela, decydowała o tym, jak daleko można podróżować, a o prawie do da-
rów natury rozstrzygały silne i zręczne ręce, a nie zasobność kiesy. 

Nom Anor rozkoszował się pochlebstwami tłumu i jego fanatycznym, niemal sa-

mobójczym oddaniem. Nie dbał wcale o Rhommamool, jego mieszkańców i idiotyczną 
tęsknotę za prostszymi czasami, ale uwielbiał chaos, jaki wywoływały w galaktyce jego 
słowa i czyny jego poddanych. Cieszyła go narastająca w ludziach niechęć do Nowej 
Republiki i przybierający na sile gniew skierowany przeciwko rycerzom Jedi, owym 
„nadistotom galaktyki". 

Czyjego przełożeni nie byliby zachwyceni? 
Nom Anor odrzucił z ramienia błyszczącą, czarną pelerynę i wzniósł w górę pięść, 

wywołując entuzjastyczne krzyki zebranych. Pośrodku placu, gdzie niegdyś stał pawi-
lon zarządcy portu, znajdował się potężny wykop o średnicy trzydziestu i głębokości 
dziesięciu metrów. Dochodziły zeń stłumione piski i gwizdy, a także błagania o litość i 
żałośnie uprzejme protesty - głosy robotów schwytanych przez Rhommamoolan. 

Zewsząd rozległy się okrzyki aprobaty, kiedy dwóch Czerwonych Rycerzy wy-

chynęło z pobliskiej alejki ciągnąc po ziemi androida protokolarnego typu 9PO. Sta-
nąwszy nad krawędzią dołu chwycili go za ręce i nogi, po czym odliczyli do trzech i 
rzucili na stos metalowych ciał: robotów astromechanicznych, poszukiwaczy minera-
łów, czyścicieli ulic, a nawet osobistych lokajów bogatszych mieszkańców Redhaven. 

Gdy głosy tłumu wreszcie umilkły, Nom Anor otworzył  dłoń, w której trzymał 

niewielki kamień. Po chwili znowu zacisnął pięść, z niewiarygodną siłą miażdżąc skal-
ny okruch. Pył i odłamki wysypały się na boki. 

Był to sygnał rozpoczęcia obrzędu. 
Tłum ruszył naprzód. Ludzie podnosili co większe kamienie i spore kawałki gruzu 

ze zrujnowanego pawilonu. Kiedy dotarli do wykopu, jęli rzucać je w kierunku sterty 
automatów. 

Wektor pierwszy 

18

Kamienowanie zajęło im całe popołudnie. Kiedy czerwona kula słońca rozpłynęła 

siew karmazynowa linię biegnącą wzdłuż horyzontu, dziesiątki maszyn były już tylko 
kupą złomu i coraz słabiej iskrzących przewodów. 

Nom Anor stał w milczeniu, pełen godności. Przyglądał się ponuro, jak zwolenni-

cy składają mu wielką ofiarę, publicznie niszcząc znienawidzone roboty. 

background image

R.A. Salvatore 

19

R O Z D Z I A Ł  

SPOJRZENIE PRZEZ GALAKTYKĘ 

Danni Quee wyjrzała przez okno zachodniej wieży stacji ExGal-4, samotnej pla-

cówki wzniesionej na planecie Belkadan, w sektorze Dalonbian, leżącym w Zewnętrz-
nych Odległych Rubieżach. Często tu przychodziła o tej porze - późnym popołudniem - 
żeby podziwiać zachód słońca, które przeświecało przez korony trzydziestometrowych 
drzew dalloralla. Ostatnio, nie wiedzieć czemu, widowiska te były jeszcze bardziej 
spektakularne - do znanych już Danni słonecznych różów i szkarłatów dołączyły prze-
błyski oranżu i zieleni. 

Spędziła na Belkadanie już trzy sezony. Należała do pierwszej załogi ExGal-4, a 

jej związek z wiecznie nie dofinansowanym Stowarzyszeniem ExGal trwał już od sze-
ściu lat. Wstąpiła do niego jako piętnastolatka. Jej ojczysta planeta, jeden ze Światów 
Środka, była dramatycznie przeludniona. Nawet podróżując na sąsiednie globy z natury 
niezależna Danni nie potrafiła wyzbyć się uczucia, że dusi się w nieprzebranych ma-
sach ludzi. Nie popierała władz - ani imperialnych, ani republikańskich - bowiem nie 
znosiła biurokracji. Prawdę mówiąc, uważała „zaprowadzanie porządku w galaktyce" 
za wyjątkowo szkodliwy proces, który pozbawiał ludzi szans na przeżycie przygody i 
miażdżył lokalne kultury prasą ujednoliconej cywilizacji. Dlatego właśnie tak bardzo 
pociągało ją marzenie o odkryciu istot żyjących poza granicami galaktyki. 

Przynajmniej kiedyś tak było. 
Teraz, stojąc na wieży i wpatrując się w monotonny krajobraz - wysmukłe pnie, 

zwarte, zielone sklepienie - młoda kobieta kolejny raz zastanawiała się, czy wybrała 
właściwą ścieżkę życia. Mając dwadzieścia jeden lat, należała do najmłodszych człon-
ków załogi ExGal-4, a przy tym była jedną z zaledwie czterech kobiet rezydujących w 
stacji. Uważano ją za bardzo atrakcyjną: była drobnej budowy, miała długie, kręcone, 
jasne włosy i zielone oczy, w których malowała się wielka ciekawość świata. Ostatnio 
więcej czasu poświęcała na opędzanie się od kilku młodych adoratorów niż na obser-
wację przestrzeni za Odległymi Rubieżami galaktyki. 

Prawdę mówiąc, Danni nie winiła ich za to. Wszyscy przybywali tu pełni nadziei i 

żądzy przygody, niczym prawdziwi pionierzy. W szybkim tempie wznieśli bazę, a ra-

Wektor pierwszy 

20

czej otoczony murem fort, który miał ich chronić przed dzikimi mieszkańcami Belka-
danu. Wkrótce rozstawili sprzęt do nasłuchu i obserwacji: ogromne talerze anten i tele-
skopy, także orbitalne. Pierwszy rok był czasem nadziei, ciężkiej pracy i niebezpie-
czeństw - dwaj członkowie pierwotnej załogi zostali ciężko poturbowani przez kuguara 
czerwono-grzebieniastego, który wspiął się na pobliskie drzewo i przeskoczył przez 
mur. 

Mimo wszystko prace posuwały się naprzód. Dla bezpieczeństwa stacji wycięto 

każde drzewo w promieniu trzydziestu metrów. 

Teraz pracownicy bazy nie mieli nic do roboty. ExGal-4 uczyniono bezpieczną i 

samowystarczalną. Głęboko pod nią znajdowały się źródła wody pitnej, a na jej terenie 
uprawiano wszelkie potrzebne rośliny. Była sprawnie funkcjonującą, spokojną placów-
ką naukową. 

Danni tęskniła za dawnymi czasami. 
Miała już dość nawet widoku twarzy współpracowników, choć połowa z nich nie 

należała do pierwotnego składu. Stopniowo napływali nowi - bądź to z innych stacji, 
bądź też z bazy głównej niezależnego stowarzyszenia ExGal. 

Dolna krawędź słońca znikła już za odległym horyzontem, który niemal na całej 

długości rozświetlały pomarańczowe i zielonkawe błyski. Gdzieś daleko, w dżungli, 
rozległ się niski, przeciągły ryk kuguara, zwiastujący rychłe nadejście zmroku. 

Danni próbowała marzyć, ale biorąc pod uwagą nudą nie kończącego się czekania 

na sygnał, który być może nigdy nie miał nadejść, i nieustannego gapienia się w mię-
dzygalaktyczną otchłań - nie bardzo już wiedziała o czym. 

 
Yomin Carr stojąc przy oknie centralnego budynku stacji obserwował każdy ruch 

dziewczyny. Był nowicjuszem; niedawno dołączył do załogi. Nie potrzebował jednak 
wiele czasu, by zrozumieć, jak wielu pracowników bazy podziwiało Danni Quee, i że 
niejeden mężczyzna pragnął zdobyć jej względy. 

Nie rozumiał tych sentymentów. Uważał Danni - podobnie jak wszystkich ludzi - 

za stworzenie dość odrażające. Choć jego rasa, Yuuzhan Vong, należała do humano-
idalnych (jej przedstawiciele byli średnio o kilkanaście centymetrów wyżsi, sporo ciężsi 
i znacznie mniej owłosieni od ludzi), podobieństwa dotyczyły jedynie budowy ciała. 
Wprawdzie Yomin Carr musiał przyznać, że fizycznie Danni mogła uchodzić za istotę 
w miarę atrakcyjną -a nie było to takie oczywiste, biorąc pod uwagę brak na jej ciele 
blizn i tatuaży  świadczących o dążeniu do doskonałości - różniły ich jednak zasady 
postępowania i postawy, a to różnice dogmatyczne, dotyczące jej zachowania, czyniło 
myśl o ewentualnym związku z nią wręcz niesmaczną. Był Yuuzhaninem, nie człowie-
kiem, a ściślej - Yuuzhaninem-wojownikiem. Na jakąż ironię zakrawał fakt, iż ci żało-
sni ludzie uważali go za jednego ze swoich! 

Mimo uczucia niechęci często obserwował Danni, bowiem była niekwestionowa-

nym liderem tej demokratycznej zbieraniny. Mówiono, że to właśnie ona zabiła kugu-
ara, który w pierwszym roku istnienia bazy wdarł się na jej teren, a kilka miesięcy 
wcześniej osobiście poleciała na orbitę starym, rozklekotanym wahadłowcem typu 

background image

R.A. Salvatore 

21
Spacecaster, by naprawić teleskop orbitalny. Naturalnie sama też opracowała plan tech-
niczny całej akcji. 

Wszyscy ją podziwiali. 
Yomin Carr nie mógł jej zignorować. 
- Znowu tak wcześnie? - usłyszał za plecami. 
Odwrócił się, choć po głosie - a ściślej, po przymilnym tonie - rozpoznał już, Ben-

sina Tomriego. 

- A może siedzisz tu od zeszłej nocy? - dokończył Tomri i zachichotał. 
Yomin Carr uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Nie musiał tego robić. Wiedział 

już, że ludzie często marnują słowa tylko po to, by posłuchać własnego głosu. Poza tym 
Bensin był bliższy prawdy niż mu się wydawało. Yomin Carr wprawdzie nie tkwił tu 
od poprzedniej wachty, ale rzeczywiście więcej czasu spędzał na stanowisku pracy niż 
poza nim. Pozostali uważali to za przejaw zapału nowicjusza. Pamiętali, jak z początku 
sami spodziewali się,  że lada chwila odbiorą pozagalaktyczny sygnał o historycznym 
znaczeniu, jednak ten etap mieli już dawno za sobą. Ich zdaniem Yomin Carr nieco 
przesadzał z nadgorliwością, jednak póki co - nie robił niczego, co mogłoby wzbudzać 
podejrzenia. 

- Niedługo mu się znudzi - odezwał się Garth Breise, kolejny pracownik nocnej 

zmiany, rozsiadając się na galerii rozległego pomieszczenia kontroli, gdzie stały wy-
godne fotele, stoliki do gier, gdzie można było zrobić przekąski. Sala miała eliptyczny 
kształt. W ścianie frontowej znajdował się potężny ekran, w centralnej części pomiesz-
czenia - siedem kapsuł sterujących, rozstawionych w układzie trzy-jeden-trzy, zaś z tyłu 
- galeria rekreacyjna. 

Yomin Carr znowu zmusił się do uśmiechu i zszedł do kapsuły numer 3, pierwszej 

z lewej w przednim rzędzie, gdzie zwykle pracował. Słyszał szepty Gartha i Bensina 
dobiegające z góry, ale zignorował je. W normalnych okolicznościach niewybredne 
ataki na jego honor skończyłyby się pojedynkiem na śmierć i życie, teraz jednak po-
wstrzymywała go myśl,  że wkrótce i tak dowcipnisie przekonają się, z kim mają do 
czynienia. 

Jako następna zjawiła się Danni Quee i natychmiast pomaszerowała do położonej 

centralnie kapsuły numer 4. Obraz na zainstalowanych w niej monitorach obejmował 
część wszystkich sześciu sektorów, które obserwowali operatorzy pozostałych stano-
wisk. Wreszcie przybył ostatni pracownik nocnej zmiany: Tee-ubo Doole, twi'lecka 
kobieta, jedyny spośród piętnastu członków załogi nie należący do rodzaju ludzkiego. 
Tak przynajmniej uważano... 

Tee-ubo posłała w kierunku Yomina Carra powłóczyste spojrzenie, przeciągnęła 

się leniwie i machnęła lekku – mięsistymi naroślami, które wyrastają z tylnej części 
głowy każdego Twi'leka. Nie ukrywała swego zainteresowania nowo przybyłym. Yo-
min Carr był tym faktem szczerze ubawiony. Zaczynał rozumieć istoty, z którymi ze-
tknął się w bazie. Zwykle twi'leckie kobiety, z ich egzotycznymi lekku i zielonkawą 
skórą, stanowiły dla mężczyzn nie lada atrakcję, i to niemal wszędzie - może poza ich 
ojczystą planetą Ryloth. Co więcej, wielce sobie ceniły taki stan rzeczy. Tee-ubo znala-

Wektor pierwszy 

22

zła jednak nie lada konkurencję w osobie... Danni. Nie odrywając oczu od Yomina 
Carra, potrząsnęła niewielką fiolką. 

Znajdował się w niej ryli, lekko narkotyzujący napój, którym pracownicy stacji 

próbowali zabić nudę. 

Yomin Carr zauważył, że na ten widok Danni z odrazą zmarszczyła nos i z dez-

aprobatą pokręciła głową. Przez długi czas zabraniała Tee-ubo przynoszenia tej sub-
stancji do pomieszczenia kontrolnego, jednak z czasem jej opór złagodniał. Teraz już 
tylko gestem przypomniała, że nie życzy sobie narkotyków na stanowisku pracy. 

Bensin i Garth cieszyli się z postawy szefowej. Tee-ubo kończył się ryli i z dnia na 

dzień coraz mniej chętnie dzieliła się resztką zapasów. Przez najbliższych kilka miesię-
cy nie spodziewano się promu z zaopatrzeniem, a poza tym, mimo usilnych starań, Tee-
ubo nie miała pewności,  że na jego pokładzie ktoś zechce przemycić nielegalną sub-
stancję. 

Operatorzy zajęli stanowiska. Po krótkim przeglądzie wszystkich systemów, prze-

prowadzonym z centralnej kapsuły kontrolnej, wrócili na galerię. Danni ustawiła głów-
ny ekran tak, by pokazywał na zmianę obraz z pozostałych sześciu stanowisk, po czym 
dołączyła do pozostałych, rozweselonych dawką ryllu. Zaproponowała im partyjkę 
dejarika, gry planszowej, w której kierowało się holograficznymi potworami, próbując 
zyskać taktyczną przewagę nad przeciwnikami. 

Yomin Carr pozostał w kapsule. Jak zawsze, gdy mógł bez wzbudzania podejrzeń 

wykonywać swą pracę, wyciszył urządzenia tak, by pozostali nie słyszeli ewentualnego 
sygnału. Cichaczem przestawił talerz swej anteny na sektor L30. Wiedział, że właśnie 
tam znajduje się punkt wejścia; tam zaczyna się Wektor Pierwszy. 

- Chcesz zagrać? - zawołał Bensin Tomri godzinę później. Ton jego głosu zdra-

dzał, że naukowiec nie daje sobie zbyt dobrze rady ze strategią walki. 

Jakaś cząstka Yomina Carra bardzo pragnęła przyłączyć się do gry, szczególnie 

przeciwko Danni, która była w niej świetna. Współzawodnictwo było pożyteczne, bo-
wiem rozjaśniało umysł i poprawiało koncentrację. 

-Nie - odpowiedział, podobnie jak każdej nocy w ciągu ostatnich kilku tygodni. - 

Mam robotę. 

- Robotę? - zaśmiał się Bensin Tomri. - Zapewne największa sensacja naukowa ty-

siąclecia rozegra się na twoich oczach już za kilka sekund. 

- Jeśli tak do sprawy podchodzisz, to promem odlecisz następnym może? - odpo-

wiedział grzecznie Yomin Carr. Zaciekawione spojrzenia uświadomiły mu, że znowu 
pomieszał szyk zdania. Zanotował sobie w pamięci,  że musi nad tym popracować ze 
swoim tizowyrm. 

- Nowicjusz - mruknął sarkastycznie Bensin. 
- Ale ma rację - podsumowała Danni, na co Tomri machnął bezradnie rękami i 

odwrócił się od stołu. 

- Jesteś pewien? - zagadnęła Yomina Carra. 
- Lubię to, co robię - odparł ostrożnie, z namaszczeniem wypowiadając każde sło-

wo i poprawiając się w fotelu. 

background image

R.A. Salvatore 

23

Danni nie nalegała. Yomin Carr wiedział, że kobieta szanuje go za sumienność i w 

skrytości ducha ma nadzieję, że i inni pójdą w jego ślady. 

Nocna wachta przebiegała spokojnie. Wkrótce Bensin Tomri chrapał beztrosko, 

Tee-ubo i Garth Breise sprzeczali się o wszystko i o nic, a Danni grała w dejarika z 
trzema przeciwnikami generowanymi przez komputer. 

I wtedy stało się. 
Kątem oka Yomin Carr zauważył malutką plamkę na samym skraju ekranu. Za-

marł, wpatrując się w nią intensywnie, i odrobinę zwiększył głośność. 

Usłyszał rytmiczny sygnał, którego źródłem mógł być jedynie statek kosmiczny. 
Yomin Carr nie mógł złapać oddechu. Po tylu latach przygotowań... 
Wojownik rasy Yuuzhan Vong odsunął od siebie zbędne myśli. Odczekał jeszcze 

chwilę, by potwierdzić koordynaty. Wektor Pierwszy, wrota galaktyki... Yomin Carr 
pospiesznie przestawił antenę na sektor LI, by zyskać choć kilka godzin. Z ulgą zauwa-
żył, że ekran główny nie pokazuje już obrazu z jego kapsuły. Pełny cykl będzie trwał co 
najmniej godzinę, a i wtedy na wyświetlaczu widoczny będzie sektor 25. A migający 
punkt będzie już dużo dalej... 

Przestawiwszy talerz, Yomin Carr podkręcił  głośność aparatury do normalnego 

poziomu, po czym wstał i przeciągnął się, zwracając na siebie uwagę Danni. 

- Się przejść.... - zaczął i zdał sobie sprawę, że znowu ma kłopoty z szykiem zda-

nia. - Muszę się przejść - poprawił się. 

Kobieta skinęła głową. - Jest spokojnie - odpowiedziała. -Jeśli chcesz, możesz so-

bie odpuścić resztę wachty. 

- Nie - odparł. - Potrzebuję tylko rozprostować kości. 
Danni jeszcze raz kiwnęła głową i powróciła do gry, a Yomin Carr wyszedł z po-

mieszczenia kontrolnego. Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, zdjął ciężkie buciory 
i puścił się biegiem. 

Dotarłszy do swojej kabiny musiał odczekać dłuższą chwilę, by uspokoić oddech. 

Nie byłoby dobrze, gdyby egzekutor zobaczył, jak bardzo jest roztrzęsiony. 

Równie nieciekawe wrażenie zrobiłbym na nim ukazując się w ludzkim przebraniu 

- przypomniał sobie. Mniejsza z tym, że ludzie nie ozdabiali swoich skór stosownymi 
wizerunkami i nie okaleczali się, by oddać cześć panteonowi bóstw - gorsze było to, że 
pod ich oczami brakowało apetycznie obwisłych, niebieskawych worów, zaś ich czoła 
były płaskie, a nie stromo sklepione, jak czaszki Yuuzhan. O nie, nawet po miesiącach 
spędzonych w tajnej służbie Praetorite Vong, Yomin Carr z trudem znosił widok nie-
wiernych. 

Rozebrał się szybko i stanął przed wielkim lustrem. Lubił na to patrzeć, bo wzro-

kowa stymulacja potęgowała ból, który towarzyszył metamorfozie. 

Sięgnął  ręką ku mało widocznej kresce, która biegła obok nosa, tuż nad lewym 

nozdrzem. Przebierając palcami rozsunął brzegi szparki i odnalazł punkt kontaktowy z 
ooglithem - żywą maską, czyli maskerem. Wrażliwe na dotyk, doskonale wytresowane 
stworzenie zareagowało niemal natychmiast. 

Yomin Carr zacisnął zęby i z wysiłkiem opanował drżenie całego ciała, które to-

warzyszyło uwalnianiu się tysięcy mikroskopijnych, haczykowatych wici, wczepionych 

Wektor pierwszy 

24

w pory jego skóry. Ooglith rozdzielił się wzdłuż nosa, odsłaniając policzki. Szpara 
sięgnęła po chwili brody, a potem szyi i piersi Yomina. Fałszywa skóra odwijała się w 
dół, aż sięgnęła stóp, a wtedy jej użytkownik po prostu z niej wyszedł. 

Chlupocząc i cmokając, ooglith odpełzł w kierunku pogrążonej w cieniu szafy. 

Yomin Carr wyprostował się przed lustrem, z aprobatą przyglądając się swemu ciału: 
napiętym, potężnym mięśniom, bogatym tatuażom, które pokrywały niemal całą skórę i 
znamionowały jego pozycję w gronie wojowników, a przede wszystkim śladom samo-
okaleczenia - złamanemu nosowi, rozdartym na boki ustom i rozpołowionej powiece. 
Teraz, dumnie prezentując zdobiące go blizny i ornamenty, był gotów zwrócić się do 
egzekutora w najważniejszej sprawie. 

Zbliżył się do szafki stojącej w przeciwległym kącie pokoju. Z podniecenia drżał 

tak silnie, że z trudem wystukał kombinację znaków, która otwierała zamek. Kiedy 
roleta zamykająca szafkę uniosła się ku górze, z wnętrza wysunęła się półka. Leżały na 
niej dwie obłe bryły wielkości piłki, owinięte w płótno. 

Yomin Carr ostrożnie odwinął materiał i przyjrzał się swym villipom. Kusiło go, 

by użyć tego po lewej, połączonego bezpośrednio z villipem prefekta Da'Gary, ale do-
brze znał protokół i nie ośmielił się złamać jego zasad. 

Delikatnie zapukał w kanciasty grzbiet stworzenia. Po chwili w błoniastej tkance 

zarysował się niewielki otwór, przypominający oczodół. 

Yomin Carr nie przestawał dotykać zwierzęcia. Pragnął, by pobudziło do życia 

drugiego villipa, znajdującego się niemal na drugim końcu galaktyki, z którym łączyła 
je nić wspólnej świadomości. Chwilę później poczuł, że daleka istota reaguje. Wiedział 
już, że wezwanie dotarło do egzekutora. 

Cofnął dłoń, kiedy otwór w ciele stworzenia rozszerzył się. Krawędzie niszy po-

częły się odwijać na zewnątrz, aż wreszcie przenicowana istota przyjęła kształt głowy 
egzekutora. 

Yomin Carr skłonił się z szacunkiem. 
- Już czas - powiedział, z przyjemnością używając ojczystej mowy. 
- Uciszyłeś stację? - zapytał egzekutor. 
- Zaraz zacznę. 
- Zaczynaj - polecił przełożony i z właściwą sobie samodyscypliną przerwał połą-

czenie, nie wypytując o szczegóły. Villip Yomina Carra powrócił do zwykłej postaci i 
znowu przypominał nieco kanciastą, skórzastą bryłę. 

Wojownik raz jeszcze oparł się pokusie użycia drugiego stworzenia. Musiał dzia-

łać szybko, bo egzekutor nie wybaczyłby mu niepowodzenia w tak ważnym momencie. 
Szybkim krokiem zbliżył się do szafy i wyciągnął z niej małą kasetkę. Ucałował  ją 
dwukrotnie i zmówił krótką modlitwę, nim poważył sieją otworzyć. W środku znajdo-
wała się niewielka figurka istoty, którą Yomin Carr i inni wojownicy jego rasy uważali 
za najpiękniejszą na świecie. Kształtem przypominała mózg, z jednym, wielkim okiem 
i pofałdowaną żuchwą. Z jej ciała wyrastały liczne macki, jedne krótkie i grube, inne 
długie i wąskie. Tak właśnie wyglądał Yun-Yammka, Zabójca, bóg wojny ludu 
Yuuzhan Vong. 

background image

R.A. Salvatore 

25

Yomin Carr pomodlił się raz jeszcze, zmawiając całą litanię do Yun-Yammki, po 

czym z namaszczeniem ucałował figurkę i schował kasetkę do szafy. 

Nosił jedynie skórzaną przepaskę biodrową, niczym wojownik z zamierzchłych 

czasów, co pozwalało dostrzec imponujące tatuaże i wyraziście zarysowane mięśnie. 
Był uzbrojony tylko w coufee, wielki, prymitywny, ale i nadzwyczaj skuteczny obo-
sieczny nóż. Wybór tej właśnie broni również stanowił ukłon w stronę pradawnej wo-
jowniczej tradycji Yuuzhan. Yomin Carr uważał,  że ceremonialna otoczka pasuje do 
charakteru roli, którą przyszło mu odegrać - roli ogniwa między forpocztą, a trzonem sił 
inwazyjnych. 

Rozejrzawszy się czujnie, ruszył korytarzem. Kroki nagich stóp były niemal bez-

głośne. Wiedział, że wydostanie się z bazy bez ludzkiego przebrania nie będzie łatwe, 
ale był też pewien, że bez maskera nie zostanie rozpoznany jako członek załogi. Poza 
tym doszedł do wniosku, że przypadkowe spotkanie z jednym z naukowców byłoby 
okazją, by złożyć krwawą ofiarę Yun-Yammce. 

Noc była chłodna, ale fakt ten jedynie dodał mu wigoru. Krew pulsowała mu w 

skroniach z podniecenia - nie tylko na myśl o niebezpieczeństwie, ale i o tym, że Wiel-
ka Doktryna wreszcie zostanie wcielona w życie. Yomin Carr wbiegł na drabinkę i 
przeskoczył mur, lądując po drugiej stronie, na otwartej przestrzeni. 

Stłumiony odległością ryk kuguara czerwono-grzebieniastego nie zatrzymał go 

nawet na chwilę. Wkraczał w naturalne środowisko drapieżcy, ale i on był przecież 
myśliwym. Może spotkanie z jednym z tych stuczterdziestokilogramowych zwierząt o 
kłach długości dziesięciu centymetrów, potężnych pazurach i ogonie zakończonym 
kostną maczugą dostarczyłoby mu tej nocy godziwej rozrywki? Yomin Carr był gotów 
podjąć takie wyzwanie. Uczciwa walka ulżyłaby bijącemu niczym młot sercu i burzącej 
się w żyłach krwi. 

Nie teraz - upomniał sam siebie, zauważywszy, że istotnie zbacza w stronę dżun-

gli, oczekując ataku kuguara. Skorygował kierunek i pobiegł wprost ku kratownicy 
wysokiego masztu telekomunikacyjnego; jedynej budowli znajdującej się poza ogro-
dzeniem bazy. Dostrzegł gruby przewód, który łączył stację z podstawą wieży, i machi-
nalnie sięgnął po coufee. 

Zbyt łatwe do naprawienia - pomyślał, unosząc głowę coraz wyżej i wyżej. Meta-

lowe słupy i dźwigary tworzyły dostatecznie gęstą sieć. Yomin Carr błyskawicznie 
wspiął się po nich, zawzięcie pracując wytrenowanymi mięśniami, na sam szczyt stu-
metrowej konstrukcji. Nie patrzył w dół i nie bał się - zresztą nigdy jeszcze nie czuł 
strachu. Skupił się wyłącznie na kablu i skrzynce przyłączowej. 

Silny podmuch zimnego wiatru podsunął mu pewną myśl. Delikatnie obluzował 

jeden z nitów, podtrzymujących osłonę w miejscu, gdzie przewód znikał w skrzynce. 
Jeśli ktokolwiek dotarłby aż tu szukając usterki, pomyślałby, że zawinił wiatr, niemal 
stały element surowego, belkadańskiego klimatu. 

Pewien, że połączenie zostało przerwane, Yomin Carr zaczął pospiesznie schodzić 

z masztu, pamiętając, że sygnał mógł już dotrzeć do sektora L10 - a przecież było jesz-
cze tyle do zrobienia... Ostatnich kilka metrów pokonał skokiem, lądując z przepiso-
wym przewrotem tuż obok masywnego kabla. Tym razem nie mógł się oprzeć: wie-

Wektor pierwszy 

26

dział, że wewnątrz biegły wyłącznie przewody systemów komunikacyjnych, a nie ener-
getycznych. Chwycił kabel zębami i zaczął go żuć z dziką determinacją, czerpiąc per-
wersyjną przyjemność z ukłuć bólu, kiedy rozgryzał izolację i snopy iskier parzyły mu 
twarz. 

Niech znajdą i naprawią tę usterkę - pomyślał. - A potem niech wrócą do bazy i 

stwierdzą, że system nadal nie działa! 

Z ustami, policzkami i brodą umazanymi krwią oraz rozciętym - zresztą i tak od 

dawna już złamanym i spłaszczonym z jednej strony - nosem, wojownik ruszył w stro-
nę stacji. Zatrzymał się po chwili, wyczuwając w pobliżu jakiś ruch. Pospieszył w tym 
kierunku, padł na kolana i uśmiechnął się szeroko, unosząc z ziemi rdzawo-brązowego 
żuka o hakowatych szczypcach i wysuwającym się raz po raz, rurkowatym języku. - 
Mój pieszczoszek - szepnął. Od czasu przybycia na Belkadan nie widział  żadnego z 
żuków, toteż ucieszył się,  że wreszcie pokonały tak wielki dystans wędrując po po-
wierzchni planety. 

Danni Quee już wkrótce miała się dowiedzieć, dlaczego jej ulubione zachody 

słońca nabrały ostatnio nowych kolorów. 

Yomin Carr odłożył dweebita na ziemię, kolejny raz zmuszając się do pośpiechu. 

Puścił się sprintem w kierunku bazy i jednym susem wskoczył na trzymetrowy mur. 
Wbiegł do głównego budynku i bezszelestnie przemknął zaciemnionymi, cichymi kory-
tarzami. Dotarłszy do kabiny, czym prędzej włożył na siebie ooglitha. 

Przeszywający ból wpijających się w skórę wici przyprawił go o kolejną dawkę 

rozkosznych dreszczy. Szybkie spojrzenie w lustro upewniło go, że przebranie prezen-
tuje się należycie. 

Sięgnął do szafy po niewielki pojemnik i ostrożnie odchylił klapkę. We wnętrzu 

wił się nieduży robak. Yomin Carr uniósł pudełko na wysokość skroni i przechylił je. 
Robak zrozumiał zachętę i wypełzł na zewnątrz, by zniknąć w uchu wojownika. Chwilę 
później Yomin sprawdził palcem, czy tizowyrm wszedł dość głęboko, dając mu jedno-
cześnie sygnał, że powinien rozpocząć pracę. Sekundę później poczuł lekkie wibracje. 
Tizowyrmy były biologicznymi dekoderami. Yuuzhańscy alchemicy wyhodowali je, by 
tłumaczyły obce języki. Mimo niewielkich rozmiarów potrafiły przechowywać niewia-
rygodną ilość informacji i przekazywać je użytkownikowi wprost do podświadomości. 
Tym sposobem Yomin Carr, wychodząc z pokoju, pobrał kolejną lekcję najpopularniej-
szego języka galaktyki. 

Kilka minut później był już w pomieszczeniu kontrolnym. Tee-ubo i mocno zanie-

pokojony Garth pochylali się nad ekranami kapsuły numer 3, a Danni właśnie przesta-
wiała systemy stanowiska czwartego na obserwację tego samego sektora. 

- Yominie - zawołała Danni na jego widok. - Prędko, chodź tu. Jak mogłeś to 

przegapić!? 

- Przegapić? - powtórzył Yomin Carr. 
- Sygnał! - wyjaśniła pospiesznie. 
- Zakłócenia - zasugerował, dobiegając do stanowiska. 

background image

R.A. Salvatore 

27

Na ekranie widniał jednak wyrazisty punkt świetlny, którego ruchom towarzyszył 

sygnał dźwiękowy. Coś bardzo dużego przemierzało Rubieże, kierując się ku wnętrzu 
galaktyki. 

- Pozagalaktyczny - stwierdziła Danni poważnie. 
Yomin Carr pochylił się nad przyrządami, przyglądając się odczytom i obliczając 

wektor, choć doskonale wiedział, że kobieta ma rację. Spojrzał jej w oczy i z namasz-
czeniem skinął głową. 

Do sali wpadł jak burza Bensin Tomri, a zaraz za nim kilku innych. Wkrótce w 

pomieszczeniu kontrolnym zebrała się cała piętnastka. Badacze skupili się wokół kap-
suł sterujących i przetwarzali uzyskane dane, porównując je z milionami wcześniej 
zgromadzonych odczytów i próbując jak najszerzej zinterpretować naturę niezwykłego 
zjawiska. 

A potem - co było do przewidzenia - zaczęła się dyskusja. Yomin Carr nie mógł 

się nadziwić temu, że ludzie potrafią debatować - lub nawet prowadzić niekończące się 
spory - dosłownie o niczym. Spostrzeżenie to umocniło jego wiarę w słuszność hierar-
chicznej struktury społeczności Yuuzhan. Nigdy nie ośmieliłby się dyskutować z pre-
fektem, a prefekt nie ważyłby się kwestionować zdania wysokiego prefekta w taki spo-
sób, w jaki ci głupcy podważali teraz autorytet Danni. 

I na tym właśnie polegała słabość systemu, którą jego panowie zamierzali wyko-

rzystać. 

Początkowo debata dotyczyła budowy zbliżającego się obiektu. Jako że nie do-

chodziły z niego sygnały wskazujące na obecność technologii, uznano, że nie jest to 
statek. W takim razie była to asteroida, która jakimś cudem pokonała międzygalaktycz-
ną otchłań. Musiała przebyć rejon dziwnych turbulencji, który zdaniem niektórych 
naukowców znajdował się zaraz za pustką, otaczającą galaktykę. Po drodze w jakiś 
sposób nabrała olbrzymiej prędkości - być może przelatując w pobliżu źródła pola gra-
witacyjnego o wielkiej sile. Nawet przekonanie, że obserwowany obiekt jest zwykłą 
bryłą skalną, i to być może pochodzącą z ich własnej galaktyki, a jedynie ściągniętą z 
powrotem w jej obręb, nie zmniejszyło podniecenia badaczy. Jak dotąd nikomu nie 
udało się zaobserwować wtargnięcia jakiegokolwiek obiektu w obręb galaktyki. Wielu 
uczonych twierdziło wręcz, że jest to po prostu niemożliwe. W ciągu dziejów znalazło 
się kilku śmiałych badaczy i paru uciekających przed władzą desperatów, którzy zde-
cydowali się spenetrować rejony leżące poza obrzeżami galaktyki, ale wszelki słuch o 
nich zaginął. Być może zbliżająca się asteroida niosła wyjaśnienie tej zagadki. A może 
dostarczy kolejną porcję pytań bez odpowiedzi? Z czego się składała? Czy były na niej 
ślady życia? Czyjej przechwycenie i szczegółowe badania pomogłyby wyjaśnić historię 
powstania wszechświata? A może za ich sprawą naukowcy zaczęliby kwestionować 
podstawy tak dobrze poznanej fizyki? 

Po pewnym czasie dyskutanci wzięli na warsztat nowy, nieco mniej głęboki, ale 

równie gorący temat. Zaczęło się od tego, że Bensin Tomri postanowił przygotować 
oświadczenie i przesłać je do kwatery głównej ExGal. 

- Jeszcze nie czas - stwierdził twardo jeden z badaczy. 

Wektor pierwszy 

28

- Musimy ich zawiadomić - odparł Bensin. - Trzeba ściągnąć parę statków, i to jak 

najszybciej. Inaczej nie przeprowadzimy testów asteroidy. 

- A co, ucieknie? - rzucił ktoś sarkastycznie. 
- Znajduje się już w obrębie naszej galaktyki. Jeśli trzeba, możemy ją  śledzić 

choćby do następnego pierścienia - odezwał się inny głos. 

-Nie jesteśmy autonomiczną jednostką- przypomniała Lysire. 
- Czyżby? - rzucił ktoś z powątpiewaniem. 
- Czy my w ogóle wiemy, co namierzyliśmy? - odezwał się tajemniczo Yomin 

Carr. Pozostali spojrzeli na niego z niedowierzaniem. 

- Wiemy? - powtórzył z całą powagą. 
- Obiekt pozagalaktyczny - odezwał się ktoś niepewnie. 
- Z opinią tą nie zgodzę się - odparł Yomin Car i znowu czternaście par oczu popa-

trzyło na niego ze zdziwieniem. 

- Nie mamy pewności - wtrąciła Danni, najwyraźniej biorąc jego stronę. - Stwier-

dziliśmy już, że może to być asteroida z naszej galaktyki, której prawie udało się uciec, 
ale została wciągnięta z powrotem. 

- To naprawdę może być obiekt z naszej galaktyki - podchwycił Yomin Carr, 

uśmiechając się w duchu na myśl, jak ironiczny wydźwięk ma sformułowanie „nasza 
galaktyka". - Szczerze mówiąc, jestem niemal pewien, że tak właśnie jest. 

- O co ci chodzi? - obruszył się Bensin Tomri. 
- O co chodzi? - powtórzył Yomin Carr, głównie po to, by zyskać na czasie i z 

pomocą tizowyrma zrozumieć dziwaczne wyrażenie. - O to, że nie wiemy nawet, czy 
ten obiekt naprawdę przybywa z zewnątrz. 

■ - Przecież widziałeś wektor - upierał się Bensin. 
- Fakt - przyznał Yomin Carr. - Wektor, który może odzwierciedlać jedynie kurs 

powrotny. 

- Absurd - zirytował się Bensin. 
- W takim razie dlaczego nie zarejestrowaliśmy wyjścia tego obiektu? - spytał ktoś 

dociekliwie. 

- Jeszcze nie wiemy, czy nie zarejestrowaliśmy - odparował Yomin Carr i uniósł w 

górę ręce, jakby bronił się przed atakiem. - Próbuję tylko powiedzieć, że powinniśmy 
być absolutnie pewni swego, zanim zaalarmujemy całą galaktykę. 

- Każdy komunikat, który nadamy, trafi do mediów, zanim jeszcze odbierze go 

kwatera główna - przyznała Danni. 

- Właśnie - podchwycił Yomin Carr - a wtedy może się okazać, że nasz sygnał to 

jedynie wynik awarii systemu albo nic nie znaczący kawał skały, który pochodzi z na-
szej galaktyki. Nie wiem, co sobie pomyślą szefowie ExGal. 

- Ta sprawa nas przerasta - nie ustępował Bensin Tomri. 
- To prawda - zgodziła się Danni - ale wysłano nas tu po to, żebyśmy działali nie-

zależnie. Być może Yomin Carr ma rację. Jeśli za wcześnie narobimy hałasu, możemy 
wyjść na głupców. 

- Taki błąd, szczególnie jeśli postawi na nogi połowę Floty, może skończyć się ob-

cięciem funduszy dla ExGal - dodała Tee-ubo kiwając głową. 

background image

R.A. Salvatore 

29

- A jeśli nawet ktoś z nas ma rację, jeśli jest to obiekt powracający albo wędrujący 

z innej galaktyki, a może nawet z międzygalaktycznej pustki - czy jesteś gotów to ogło-
sić? - spytał Yomin Carr, patrząc Bensinowi w oczy. 

Tomri zerknął na niego, zbity z tropu. 
- Chcesz powitać tu armię naukowców Nowej Republiki, a może i paru rycerzy 

Jedi? - zapytał Yomin Carr sarkastycznie. Niektóre spojrzenia podpowiedziały mu, że 
pozostali raczej nie widzą związku między asteroidą, a rycerzami Jedi, ale nie zamie-
rzał zatrzymywać się w połowie. - To nasza wielka chwila. To owoc miesięcy, a dla 
wielu z was nawet lat poświęcenia; służby na tym odludziu. Powinniśmy przynajmniej 
zadbać o to, żeby nie narobić sobie wstydu i żeby nie zapomniano o nas, jeśli okaże się, 
że wykryliśmy obiekt pozagalaktyczny. Jesteśmy to sobie winni. Musimy rozpocząć 
formalne badania. Prześledzić rejestry i sprawdzić, czy nie mamy do czynienia z ciałem 
powracającym. Wyznaczyć bieżący kurs i zebrać wszelkie możliwe dane. 

- Tak trzymaj, nowy - pochwalił go Garth Breise, uśmiechając się kwaśno. 
Dyskusja urwała się równie gwałtownie, jak wcześniej wybuchła. Danni w pełni 

poparła argumentację Yomina. Nawet Ben-sin nie zgłosił zastrzeżeń. 

Yomin Carr raz jeszcze uśmiechnął się w duchu. Jeżeli praktyczne argumenty nie 

działały na tych upartych heretyków, zawsze mógł nimi kierować, grając na ich rozbu-
chanym poczuciu dumy. Spojrzał na pracujących z zapałem naukowców, podnieconych 
myślą o dokonaniu epokowego odkrycia. Gdyby tylko wiedzieli... 

 
Niemal o pół galaktyki dalej Nom Anor usiadł w milczeniu przed villipem, rozwa-

żając słowa swego agenta, Yomina Carra. Zaczęło się. 

Wektor pierwszy 

30

R O Z D Z I A Ł  

POLITYKA 

Jacen Solo podążył za wujem Lukiem do sali Komitetu Doradczego krokiem ra-

czej niepewnym i zdradzającym wewnętrzny niepokój. Wprawdzie znał nowego Szefa 
Państwa i jego sześciu doradców, ale do tej pory utrzymywał z nimi kontakty wyłącznie 
towarzyskie. Tym razem - sądząc po napięciu wyraźnie widocznym w postawie i ru-
chach Luke'a Skywalkera - sprawa była znacznie poważniejsza. Przybyli na Coruscant, 
by przedstawić organowi doradczemu przywódcy Nowej Republiki plany przywrócenia 
Rady Jedi. Luke nie miał wątpliwości, że napotkają twardy opór, i to nawet ze strony 
tych polityków, których uważał za przyjaciół. 

Co gorsza, Jacen miał nadzieję, że przeciwnicy jego wuja odniosą zwycięstwo. 
Sześcioro radnych oraz Szef Państwa, Borsk Fey'lya, siedzieli przy półokrągłym 

stole, twarzami w kierunku drzwi. Dwa krzesła stojące naprzeciwko, były - co skrzętnie 
zauważył Jacen - nieco mniejsze od pozostałych. Uznał, że jest to raczej kiepsko zama-
skowana próba uzmysłowienia zaproszonym wyższości zebranego gremium. 

W tych okolicznościach, należałoby dodać, próba wręcz żałosna. 
Dotyczyło to szczególnie Borska Fey'lyi. Jacen towarzyszył Luke'owi i Leii, kiedy 

dotarła do nich informacja o tym, że Borsk, członek Rady o najdłuższym stażu, nazy-
wany „starszym mężem stanu" Nowej Republiki, został wybrany jej przywódcą, na co z 
pewnością od dawna miał ochotę. 

Zaledwie kilka lat wcześniej Borsk uniknął  długoletniego więzienia wyłącznie 

dzięki łaskawości władz Nowej Republiki. Jako wytrawny polityk nie wahał się nawet 
ujawnić tajnych danych, by pogrążyć swych przeciwników. Niewiele brakowało, a 
doprowadziłby do usunięcia Leii ze stanowiska, wysuwając wobec niej kłamliwe zarzu-
ty. Mimo iż wplątał się w taki skandal, zdołał w sensie politycznym -jak zwykle - spaść 
na cztery łapy. Pracowicie wspinał się na szczyt, służąc przez pewien czas jako zaufany 
doradca Mon Mothmy, a potem staczał w dół, oskarżany o czyny, które mogły go kosz-
tować utratę wolności, a nawet - jak było to w przypadku podejrzeń o zdradę – doży-
wotnie wygnanie. 

background image

R.A. Salvatore 

31

A jednak potrafił znowu powrócić - niczym findryska grypa - i znaleźć miejsce 

pośród nowej generacji deputowanych, wpatrzonych w niego jak w wiekowego mędrca, 
a do tego bohatera nowej Republiki. 

Kiedy rozeszła się wieść o jego kolejnym, najwyższym awansie, matka Jacena 

poważnie zastanawiała się, czy słusznie zrobiła rezygnując z funkcji przywódczyni. 
Doszło nawet do tego, że głośno rozważała, czy nie powinna znowu zająć się polityką. 

Luke zdołał jej to wyperswadować, przypominając, że w ciągu roku od jej rezy-

gnacji zmieniło się coś więcej niż klimat wokół władz - odeszło z nich wiele znanych, 
zaprzyjaźnionych z Leią osób. Nawet szanowani admirałowie Drayson i Ackbar uznali 
stabilizację w Nowej Republice za sygnał do rezygnacji i żaden z nich nie przejawiał 
najmniejszego zainteresowania sprawami polityki. 

Borsk poprosił o ciszę, odczytał porządek obrad i rozpoczął uprzejmą mowę powi-

talną, Zaś Jacen przyglądał się zebranym, zastanawiając się nad ich nastawieniem do 
planu wskrzeszenia Rady Jedi w świetle tego, co opowiadał mu o nich wujek Luke. 
Jako pierwszy z prawej zasiadał Sullustanin, Niuk Niuv. Typowe dla jego rasy cechy 
fizyczne - przerośnięte, zaokrąglone uszy i obwisłe policzki - upodabniały go raczej do 
dziecięcej przytulanki niż poważnego polityka. Jacen wiedział jednak, że Sullusta-nie 
potrafią być wiernymi sprzymierzeńcami i niebezpiecznymi przeciwnikami. Luke miał 
Niuk Niuva za jednego ze swych najbardziej zaciętych adwersarzy. 

Obok niego siedział Cal Omas z Alderaanu, popierający plany Skywalkera - być 

może nawet najpewniejszy sprzymierzeniec mistrza. Odkąd jego ojczysta planeta zosta-
ła unicestwiona przez Imperium, Cal Omas walczył w szeregach Sojuszu Rebeliantów 
we wszystkich ważniejszych bitwach i dobrze znał wartość Jedi. 

Wookie imieniem Triebakk, kolejny potencjalny sojusznik, zajął miejsce między 

Calem a Borskiem. Osobnik o głowie przypominającej kałamarnicę, zasiadający po 
drugiej stronie Bothanina, czyli Quarren Pwoe, wydawał się bodaj najgroźniejszym 
przeciwnikiem Luke'a. Uparty, jak każdy mieszkaniec wodnego świata Kalamaru, 
Pwoe był pierwszym Quarrenem pracującym w Komitecie. Nie spodziewano się tego 
wyboru. Od dawna był przedstawicielem ojczystej planety, bowiem jej wkład w obale-
nie Imperium i ustanowienie Nowej Republiki, w postaci kadry wojskowej i wybornych 
krążowników gwiezdnych, okazał się wprost bezcenny. Do tej pory jednak przestrzega-
no tradycji, zgodnie z którą wybierano do Komitetu Kalamarianina, a nie Quarrena. 
Zresztą trudno było nie zgodzić się z obecnością w niej admirała Ackbara, współtwo-
rzącego władze Nowej Republiki od czasów Rady Tymczasowej. Kiedy jednak pojawi-
ły się naciski, by wprowadzić do ciała doradczego Pwoe -jak podejrzewał Luke, stał za 
nimi sam Borsk Fey'lya - Ackbar zrezygnował z kandydowania i wycofał się z działal-
ności politycznej. 

Pozostali dwaj radni, Fyor Rodan z Kommenoru i Chelch Drawad z Korelii, byli 

ludźmi. To właśnie Rodan zażądał, by Luke stawił się przed tym szacownym gremium. 
Jacen wiedział o jego wrogości. Nie należało mu ufać. 

Pamiętając o wszystkim, co przekazał mu Luke, Jacen usiadł wygodnie i bardzo 

uważnie obserwował rozwój wypadków. 

Wektor pierwszy 

32

Po wstępnej wymianie uprzejmości, zabarwionych lekką hipokryzją, i dopełnieniu 

formalności, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność, Borsk Fey’lya spojrzał Lu-
ke'owi prosto w oczy i zapytał grobowym tonem. - Widziałeś wstępne raporty z 
„Mediatora"? 

- Mówiono mi, że Leia wkrótce ma się spotkać z Nomem Anorem - odpowiedział 

Luke, nie wdając się w oczywiste szczegóły. 

- Sytuacja się skomplikowała - stwierdził Bothanin. 
- Niech wszyscy zaskoczeni radni podniosą  ręce - wtrącił Fyor Rodan. Nawet 

szesnastoletniemu Jacenowi sarkazm jego wypowiedzi wydał się zbyt młodzieńczy i 
zupełnie nie pasujący do klimatu ponurej sali. 

- Słyszałem o... interwencji - przyznał Luke. 
- Osarianie popełnili błąd, próbując przechwycić jednostkę Nowej Republiki - za-

uważył Cal Omas. 

- Gładka wymówka dla Jedi, bohatera, który pospieszył statkowi na ratunek - od-

parował Fyor Rodan. 

- Za bardzo rwą się do walki - stwierdził Pwoe, spoglądając oskarżycielsko w 

stroną Luke'a. 

Jacen nie wierzył  własnym uszom: nie mieli dlań ani krzty respektu, a do tego 

jeszcze tak niezdarnie skrywali swe intencje... Nowa Republika dojrzewała w bólach. 
Wciąż wstrząsały nią pomniejsze konflikty. Wiele z nich miało wiekową tradycję, po-
grzebaną przez lata pod fasadą imperialnej jedności. Teraz jednak, gdy planety i rasy 
odzyskiwały wolność, zadawnione spory powracały z nową siłą. To dlatego włodarze 
Republiki i rycerze Jedi zbierali ostatnio głównie słowa gorzkiej krytyki i stąd właśnie 
brały się wzajemne oskarżenia. 

Gwałtowna wymiana poglądów między radnymi nabierała impetu. Wypominali 

sobie najrozmaitsze klęski - wojny domowe, wendety, rozruchy na planetach rolniczych 
i strajki górników. Wookie Triebakk wyryczał nawet pod adresem Pwoe skargę na sys-
tem nawigacyjny jednego z najnowszych kalamariańskich krążowników. 

Jacen uważał tę dyskusję za nonsens: gadające głowy wylewały żale, ale nie potra-

fiły dojść do prostych rozwiązań. Tym bardziej niepokoiła go myśl o ustanowieniu 
Rady, która w pewnym stopniu miałaby sprawować kontrolę nad Jedi. Na dłuższy czas 
wyłączył się z dysputy, ćwicząc jedną z technik medytacyjnych, aż do chwili, gdy 
Borsk ponownie spojrzał Luke'owi w oczy i zapytał go wprost o plany dotyczące 
wskrzeszenia Rady Jedi. 

Skywalker zwlekał chwilę z odpowiedzią. 
- Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji - odparł w końcu. Odpowiedź ta zasko-

czyła Jacena, który dobrze wiedział,  że jego wuj ma szczery zamiar stworzyć nową 
Radę. 

- Czy to z pomocą Rady, czy też samodzielnie, musisz wziąć w karby tych wałęsa-

jących się Jedi - odezwał się Niuk Niuv z niezwykłą dla niego zapalczywością. 

Triebakk zaryczał w proteście, Cal Omas także dał się ponieść emocjom. 
- Wziąć w karby? - zapytał z niedowierzaniem. - Czy muszę przypominać, że mó-

wimy o rycerzach Jedi? 

background image

R.A. Salvatore 

33

- Niebezpieczna grupa - stwierdził radny Pwoe grobowym głosem, który dodał 

powagi tej mętnej wypowiedzi. 

- Sieje ferment w całej galaktyce - dodał prędko Fyor Rodan. 
Jacen zauważył, że jego wuj bacznie obserwuje najspokojniejszego na razie człon-

ka Rady, Chelcha, którego głos w dyskusji o Jedi mógł okazać się decydującym. Jak 
dotąd jednak Korelianin w żaden sposób nie zdradził swoich intencji. 

- Słyszałem, że walki toczą się nawet na Odległych Rubieżach, w systemie Angor 

- ciągnął Fyor Rodan, wymachując pięścią. - Jedi wkraczają do akcji, kiedy chcą, wysy-
łają torpedy, zabijają niewinnych ludzi... 

- Chciałeś powiedzieć: przemytników - odparował Cal Omas. 
- Z których wielu przyczyniło się do upadku Imperium! -odciął się Rodan. 
- I to ma usprawiedliwić ich obecną działalność? 
- Rycerze Jedi nie stoją ponad prawem - podkreślił Niuk Niuv. 
- I trzeba im o tym przypomnieć - dokończył Fyor Rodan. - Fey'lyo, może powin-

niśmy zastanowić się nad rezolucją przeciwko Jedi? Może trzeba wydać oświadczenie, 
w którym zażądamy od nich wstrzymania wszelkich działań policyjnych, nie autoryzo-
wanych przez naszą Radę lub ambasadorów regionalnych? 

Borsk Fey'lya uniósł głowę. Napotkał twardy wzrok Luke'a, zbladł i w zamyśleniu 

potarł włochaty policzek. 

- Nie postępujmy pochopnie - odezwał się po chwili. 
Jacen zauważył,  że Bothanin zdawał się kurczyć w obliczu silnej osobowości 

Skywalkera. 

- Pochopnie? - zaśmiał się Fyor Rodan. - Ta dzicz zbyt wiele sobie pozwala, bierze 

się za kształtowanie polityki Nowej Republiki. Mamy tolerować takie zachowanie? 

- A czy możemy zrezygnować z pomocy Jedi w dziedzinach, w których sprawdza-

ją się najlepiej? - skontrował wściekle Cal Omas. Odpowiedziało mu pogardliwe parsk-
nięcie Fyora Rodana, pomruk aprobaty Triebakka, jęk Pwoe i potok słów wyjątkowo 
dziś ożywionego Niuk Niuva. 

Krzykliwy spór rozgorzał na nowo. Jacen czym prędzej wyłączył się z niego. Wy-

glądało na to, że Jedi na każdym kroku będą surowo osądzani, i to przez ludzi, którzy 
jego zdaniem, nie mieli do tego prawa. 

Wkrótce potem opuścił salę obrad u boku Luke'a. Kiedy słowne potyczki o 

wszystko i o nic pozostały daleko za ich plecami, Jacen zauważył ze zdziwieniem, że 
jego mistrz uśmiecha się z satysfakcją. 

- Fyor Rodan i Niuk Niuv byli wyjątkowo zgodni w ostatniej części dyskusji - wy-

jaśnił Skywalker zaskoczonemu młodzieńcowi. 

- W tej poświęconej przemytnikom? 
Luke skinął głową i uśmiechnął się. 
- Myślisz, że mają powiązania ze szmuglerami? - nie dowierzał Jacen. 
- Nie byłoby to znowu takie niezwykłe - odparł Luke. -Zapytaj ojca - dodał, szcze-

rząc zęby. Jacen stanął jak wryty, choć przeszłość Hana Solo nie była dla niego tajem-
nicą. 

Wektor pierwszy 

34

- Uważasz, że ich skargi na Jedi mają związek ze spadkiem ich zysków? Że czci-

godni radni współpracują z przemytnikami, którym nasi dają tęgiego łupnia? 

Luke wzruszył ramionami. 
- Nie wiem, czy tak jest - przyznał - ale na to wygląda. 
- Co masz zamiar zrobić? 
Skywalker zatrzymał się. Jacen stanął obok i spojrzał mu w oczy. 
- Stu rycerzy Jedi realizuje własne plany w różnych zakątkach galaktyki - wyja-

śnił. - I na tym polega nasz problem. 

- Nie sądzisz, że wędrujący po Rubieżach Jedi słusznie ścigają szmuglerów? 
- Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że w takim rozproszeniu nie jesteśmy w stanie 

podjąć żadnych wspólnych działań. 

Spojrzenie Jacena sprawiło, że mistrz poczuł się tak, jakby stracił ucznia. 
- Wurth Skidder broni promu Mary, a tym samym w głupi sposób naraża się Osa-

rianom, inni Jedi prześladują przemytników na Odległych Rubieżach, a słyszałem też o 
kłopotach w paru innych sektorach - tłumaczył cierpliwie Luke. - Trudno nad tym 
wszystkim zapanować. Czasem mam wrażenie, że leczę objawy, nie docierając nigdy 
do samego jądra choroby. 

Jacen zamyślił się nad jego słowami. Luke także umilkł, rozważając je w kontek-

ście problemów zdrowotnych żony. 

- To dlatego potrzebujemy Rady Jedi - dodał po chwili. -Dzięki niej zyskamy 

wspólny cel, wspólny kierunek. 

- Czy na tym właśnie polega bycie rycerzem Jedi? - spytał Jacen bez ogródek. W 

ciągu ostatnich kilku miesięcy Luke słyszał to pytanie wiele razy. Co ciekawe, zawsze 
zadawał je właśnie Jacen, a nie jego młodszy brat, Anakin, drugi uczeń mistrza Sky-
walkera. 
 

- Dlaczego tak cię obchodzi opinia radnych? - zapytał młodzian; bardziej po to, by 

zmienić temat, niż z czystej ciekawości. - Przecież nie potrzebujesz ich pomocy, by 
odnowić Radę Jedi. Po co ci oni, z tymi ich nieustannymi kłótniami? 

- Nie potrzebuję ich - przyznał Luke. - Wbrew temu, co myślą Fyor Rodan, Niuk 

Niuv, czy nawet Borsk Fey'lya, Jedi nie są ich podwładnymi. A jednak bez ich zgody 
zrealizowanie moich planów, dotyczących i Akademii, i Rady, może być bardzo trudne, 
szczególnie od strony propagandowej. Musimy trzymać się tych samych zasad, co oni, 
Jacenie. To gra zwana dyplomacją. 

I o to właśnie chodzi - pomyślał Jacen, ale zatrzymał tę uwagę dla siebie. Wszelkie 

formalności dotyczące Jedi, począwszy od Akademii, a skończywszy na Radzie, uważał 
za niepotrzebną biurokrację, tłamszącą duchowe, osobiste przeżycie, za jakie uważał 
przynależność do Zakonu. W oczach szesnastoletniego idealisty każdy z rycerzy, po-
przez sam fakt zaakceptowania filozofii niezbędnej do korzystania z zasobów Mocy, 
powinien być panem własnego losu. Dobrze wyszkolony Jedi, umiejący unikać Ciem-
nej Strony, który dowiódł, że potrafi oprzeć się pokusie nie- właściwego wykorzystania 
swej potęgi, nie potrzebował urzędników kontrolujących każdy jego krok. Jacen był 

background image

R.A. Salvatore 

35
przekonany,  że podporządkowanie rycerzy komukolwiek odarłoby Jedi z intrygującej 
otoczki tajemniczości. 

- Wiemy, że Rodan i Niuk Niuv są przeciwko nam - kontynuował Luke, ruszając z 

miejsca. - Wątpię, czy Pwoe zdobędzie się na jakąkolwiek decyzję, która mogłaby na-
ruszyć jego pozycję, bo Quarrenowie bardzo długo czekali na swoje miejsce w Komite-
cie. Triebakk poprze mnie, cokolwiek postanowię, podobnie jak Cal Omas, który już 
dawno nauczył się ufać Jedi. To oznacza, że decydujący będzie głos Chelcha Drawada. 
Wydaje mi się,  że zdobędę jego przychylność, jeśli uda mi się znaleźć rozwiązanie 
kilku problemów, o których tak trąbili Rodan i Niuk Niuv. 

- A co z radnym Fey'lyą? - spytał Jacen. 
W odpowiedzi Luke machnął ręką, jakby Bothanin wcale się nie liczył. 
- Borsk robi tylko to, co jest dobre dla Borska - wyjaśnił. -Jeśli Chelch poprze Ro-

dana i jego stronników, będzie cztery do dwóch przeciwko mnie, a wtedy Fey'lya 
udzieli im poparcia. Jeżeli głosy podzielą się po połowie, Borsk albo nie rozstrzygnie 
sporu, nie chcąc narażać się Leii i mnie, albo nas poprze, mając nadzieję, że odwdzię-
czymy mu się za tę przysługę. 

- Mama nie poparłaby go za nic w świecie - rzucił drwiąco Jacen, a Luke nie za-

przeczył. - Borsk Fey'lya jest głupcem, jeśli w to wierzy. 

-  Żyje w świecie nieustannie zmieniających się sojuszy -wyjaśnił Skywalker. - 

„Borsk zrobi wszystko, co powinien zrobić Borsk, żeby dogodzić Borskowi". Tak głę-
boko uwierzył w tę egoistyczną filozofię, że uznał ją za powszechnie panującą doktry-
nę. 

Tym razem Jacen zatrzymał się gwałtownie. 
- I ty chcesz zadowolić kogoś takiego? - zapytał sceptycznie. - Chcesz ich naśla-

dować, tworząc własną Radę? 

- Jasne, że nie - odparł zdziwiony Luke. 
- Ale właśnie tak się to skończy - upierał się Jacen. 
Luke zmierzył go twardym wzrokiem, ale młodzik wytrzymał spojrzenie. Nie 

pierwszy raz dyskutowali na ten temat. Jak dotąd - bez skutku. Pełen sprzeczności 
umysł Jacena nie pozwalał mu na otwarte wystąpienie przeciw mistrzowi. Chłopak miał 
za sobą trening w Akademii, którą uważał za realizację niezbyt udanej koncepcji szko-
lenia Jedi. Uznał, że jest ona tworem zbyt sformalizowanym i sztywnym, by zapewnić 
uczniom odpowiednie warunki do kształtowania w sobie Mocy, co uznawał za głębokie 
osobiste przeżycie. Prawdę mówiąc, Luke do pewnego stopnia zgadzał się z nim w tej 
kwestii. Sądził jednak, że Akademia była niezbędnym krokiem na drodze do przywró-
cenia dawnej metody szkolenia, polegającej na bezpośrednim kontakcie ucznia z mi-
strzem. Obecnie sam realizował ów sprawdzony schemat, pracując z Jacenem i Anaki-
nem oraz powierzając Marze nauczanie Jainy. Do tej pory podobny układ był niemoż-
liwy do wprowadzenia, jako że przez długi czas jedynie Luke osiągnął poziom umiejęt-
ności mistrza. Teraz pojawili się także i inni, toteż nadszedł czas sięgnięcia do starych 
metod. Transformacja musiała jednak trochę potrwać. 

Jacen usilnie namawiał wuja, by starał się przyspieszyć proces zmian. Nalegał też 

na usprawnienie systemu doboru uczniów. Zamiast poszukiwania silnych Mocą, mło-

Wektor pierwszy 

36

dych „kandydatów do podążenia ścieżką Jedi", Jacen proponował, by pozwolić im sa-
modzielnie „odnaleźć  własną  ścieżkę Jedi". Luke uważał te pomysły jedynie za grę 
słów, ale jego uczeń traktował je ze śmiertelną powagą. Stanowiły dla niego prawdzi-
wy, głęboki sens bycia rycerzem Jedi. 

- Póki co, moje plany nie przybrały nawet konkretnej formy - powiedział mistrz. 

Jacen wiedział, że nie można liczyć na większe ustępstwo z jego strony. Rozumiał też, 
czego obawia się Skywalker: silni Mocą, potencjalni rycerze Jedi, mogliby wpadać w 
pułapkę Ciemnej Strony, nim znaleźliby drogę do swych mistrzów. Mimo to młody 
Solo uważał wewnętrzną siłę wspartą Mocą za osobistą sprawę i osobisty wybór każde-
go kandydata. 

Wychodząc z budynku Senatu nie odezwali się już ani słowem. Ruszyli ku dokom, 

gdzie Han, Anakin i Chewbacca pracowali przy „Sokole Millenium". 

background image

R.A. Salvatore 

37

R O Z D Z I A Ł  

ZIARNO ZOSTAŁO POSIANE 

- „Miecz Jade" wszedł na orbitę - taką informację Shok Tinoktin przekazał tej no-

cy Nomowi Anorowi. - Leia Organa Solo jest na pokładzie, razem z córką i Marą Jade 
Skywalker. 

- A także z Noghrim - dodał Nom Anor. - Zawsze towarzyszy jej co najmniej je-

den z nich. 

- Noghri są godnymi przeciwnikami - zgodził się Tinoktin -ale bardziej obawiam 

się pozostałych. I pan też powinien. 

Nom Anor spojrzał na niego surowo, przypominając mu, kto tu jest szefem, a kto 

podwładnym. Shok Tinoktin skurczył się w sobie i pobladł. Zadawał się z Nomem 
Anorem wystarczająco długo, by obawiać się tego wzroku tak bardzo, jak bał się śmier-
ci 

- a może nawet bardziej. 
- To Jedi - wyjąkał, precyzując ostrzeżenie i usilnie starając się zamaskować nie-

pewność. Przejawianie zwątpienia w obliczu Noma Anora okazało się być śmiertelną 
pomyłką w przypadku kilku poprzednich doradców. 

- Leia nie jest prawdziwym Jedi, a przynajmniej, z tego co mi wiadomo, nie korzy-

sta ze swego talentu - odparł Nom Anor z przebiegłym uśmiechem, który pozwolił 
Shokowi odetchnąć. 

- Jej córka też nie dowiodła jeszcze, że jest Jedi. 
- Za to Mara Jade zalicza się do najpotężniejszych rycerzy -zauważył Tinoktin. 
- Mara Jade ma własne problemy na głowie - przypomniał Nom Anor. 
Shok Tinoktin uznał to za marną pociechę. Prawdę mówiąc, drżał na samą myśl o 

tym, że śmiertelnie chora Mara znajdzie się tak blisko jego szefa. 

- Już dawno powinna była zdechnąć - wydusił wreszcie. 
Nom Anor uśmiechnął się i podrapał po głowie. Tak długo nosił na sobie ooglith, 

że dosłownie całe ciało zaczynało go swędzieć. Nie miał jednak czasu, by zdjąć maske-
ra, a poza tym nie chciał, by nawet zaufany pomocnik Tinoktin zobaczył jego prawdzi-
wą twarz, ozdobioną bliznami po samookaleczeniach. Twarz, w której błyszczało oso-

Wektor pierwszy 

38

bliwe oko - dowód najwyższego oddania, złożony przez Noma Anora w dniu, kiedy 
nadano mu rangę egzekutora i wysłano z misją zwiadowcy sił inwazyjnych Praetorite 
Vong. 

Wyłupił sobie oko zaostrzonym końcem płonącego kija. Oczywiście wypełnił 

później pusty oczodół plaeryin bole, jeszcze jednym cudownym wynalazkiem biotech-
nologii. Stworzenie to przypominało normalną gałkę oczną Yuuzhanina, tyle że jego 
„źrenica" była w istocie otworem gębowym, przez który celnie pluło kroplą trującej 
mazi nawet na odległość dziesięciu metrów. Do sprowokowania „wystrzału" wystarczył 
prosty sygnał - drgnięcie powieki Noma Anora. 

- Istotnie, jestem zdumiony siłą, z jaką Mara Jade opiera się działaniu zarodników 

- przyznał. 

- Wszyscy, na których je pan testował, żyli najdłużej kilka tygodni, a większość 

umierała już po kilku dniach. 

Nom Anor skinął głową. Zarodniki coomb rzeczywiście były nieprawdopodobnie 

skuteczne. Niszczyły strukturę molekularną organizmu ofiary, powodując szybką i 
straszną  śmierć. Gdyby tylko wymyślił mniej subtelną metodę przenoszenia choroby, 
gdyby zamiast trucizny można było użyć samodzielnie przemieszczających się zarodni-
ków, infekujących całe populacje... 

Nom Anor westchnął i znowu podrapał się po głowie. Eksperymenty ze śmiercio-

nośnymi zarodnikami - takimi jak coomb, brollup, tegnest i tuzin innych odmian - były 
jego pasją, którą zdołał włączyć w rytm oficjalnych obowiązków, polegających między 
innymi na szukaniu skutecznego sposobu zwalczania owych „nadludzi" - rycerzy Jedi. 
Pomyślny wynik testów mógł przesądzić o awansie Noma Anora na stanowisko nad-
prefekta. Na razie jednak zapowiadało się na to, że poniesie klęskę, bowiem Mara Jade 
Skywalker jakimś sposobem pokonała infekcję, a przynajmniej powstrzymała rozwój 
choroby. 

- Przyniosłeś traszkę schlecho? - spytał Nom Anor. 
Shok Tinoktin kiwnął  głową i wydobył z kieszeni małego, brązowo-

pomarańczowego płaza. 

- Postaraj się, żeby znalazła się w pobliżu ust Mary Jade -polecił egzekutor. Shok 

Tinoktin, który słyszał ten rozkaz już kilka razy, skinął głową. Zarodniki coomb, z któ-
rych Nom Anor sporządził śmiercionośną mieszankę, były przysmakiem traszek schle-
cho. Jeśli w powietrzu wydychanym przez Marę Jade znajdowały się choćby śladowe 
ilości trucizny, zwierzę wykryje je bez trudu. 

- Będę im towarzyszył - zaproponował Shok Tinoktin. Uzyskawszy aprobatę sze-

fa, odwrócił się na pięcie i wyszedł. 

Nom Anor rozparł się wygodniej w fotelu, zastanawiając się nad potencjalnym zy-

skiem, jaki mogły mu przynieść negocjacje. Śmieszył go fakt, iż wrogowie Rhomma-
moolan, Osarianie, tak bardzo obawiali się, że rozmowy z Leią wzmocnią jego pozycję. 
Szczerze mówiąc, w tym momencie Nom Anor niewiele dbał o swój prestiż. Zależało 
mu na czymś zgoła odmiennym: owszem, pragnął wykorzystać swoje wpływy, by kon-
trolować  słabeuszy z Rhommamoolu i paru innych światów, na których zamierzał 
wszcząć zamieszanie, ale poza tym - wolał działać anonimowo. 

background image

R.A. Salvatore 

39

Przynajmniej na razie. 
Oczekiwał tego spotkania właściwie tylko dlatego, że mógł wreszcie ocenić skutki 

choroby, która dręczyła Marę Jade, i dowiedzieć się czegoś więcej o Jedi. Dotyczyło to 
szczególnie Leii, która - jak sądził - odegra kluczową rolę w zbliżających się wydarze-
niach, a także Jainy, którą uważał za słaby punkt w obronie przeciwnika. Zakładał, że 
dzięki niej będzie mógł manipulować Leią Solo, a być może także Lukiem Skywalke-
rem i Marą Jade. Było to jedno z głównych zadań, które mu wyznaczono: miał zidenty-
fikować najgroźniejszych nieprzyjaciół i znaleźć sposób na zminimalizowanie ich zna-
czenia. Konflikty takie jak osariańsko-rhommamoolski, dzięki którym Nom Anor mógł 
podsycać niesnaski między ludźmi i ich sprzymierzeńcami, były okazją do bruk tukken 
nom canbin-bu, czyli -jak głosiło popularne w jego ojczyźnie powiedzenie - „osłabienia 
zawiasów u wrót wrogiej twierdzy". Choć i inni agenci prowadzili bardzo podobną 
działalność, nie była ona najważniejszym elementem yuuzhańskich planów podboju. 
Egzekutor wiedział, że w naturze ludzi i innych ras zamieszkujących tę galaktykę leżało 
zajmowanie się wyłącznie własnymi problemami. Wrogowie nie przejawiali nawet 
odrobiny szacunku dla panującego porządku, a w każdym razie nie pojmowali go w tak 
hierarchiczny, ściśle uregulowany sposób, jak czynił to lud Yuuzhan Vong. Nom Anor 
widział na własne oczy, jak polityczni przeciwnicy prowadzili wzajemnie kampanie 
jawnej dezinformacji, a jeden z nich oskarżył wręcz Leię Organę Solo o zdradę! Ob-
serwował też próby przewrotów na wielu planetach, a także poczynania niektórych 
rządów, czerpiących zyski z niezupełnie legalnych działań. Niewierni po prostu nie 
rozumieli prawa i nie czuli najmniejszej potrzeby dostosowywania się do jego wymo-
gów. 

Tym  łatwiejsze zadanie czekało  żołnierzy Praetorite Vong i tym bardziej uspra-

wiedliwiona była ich interwencja. 

Nom Anor zauważył na jednym z monitorów systemu bezpieczeństwa,  że Shok 

Tinoktin powraca w towarzystwie Tamaktisa Breethy - byłego burmistrza Redhaven, a 
obecnie członka niezależnego senatu - oraz Leii, Jainy i Mary. Po chwili dostrzegł jesz-
cze dwie sylwetki: złocistego androida (trzeba będzie ukarać Shoka Tinoktina za 
wpuszczenie robota do tego budynku!) oraz podobną do zjawy, szarą istotę sunącą za 
plecami pozostałych. Trzymający się tuż za Leią obcy sprawiał wrażenie, jakby był nie 
bardziej cielesnym zjawiskiem niż jej cień. Nom Anor wiedział,  że to Noghri, jej 
ochroniarz. Pokiwał  głową i zanotował w pamięci,  że powinien zwracać na niego 
baczną uwagę. Z jakiegoś powodu czuł znacznie większy respekt przed śmiertelnie 
niebezpiecznymi wojownikami Noghri niż przed większością ludzi, nie wyłączając 
Jedi. 

Przeniósł wzrok z powrotem na Marę i analizując jej ruchy szukał śladów osłabie-

nia, które zwiastowałoby rozwój choroby. Spojrzał też na traszkę schlecho, siedzącą na 
ramieniu Shoka Tinoktina, przyglądającą się Marze z szeroko otwartymi oczami i ner-
wowo wysuwającą język. Szkarłatne zabarwienie główki płaza było oczywistym obja-
wem podniecenia. 

Zarodniki jednak zaatakowały organizm Mary. Nom Anor poczuł do niej jeszcze 

większy szacunek. 

Wektor pierwszy 

40

Zbliżył się do szafy i wydobył z niej obszerną, czarną pelerynę. Zarzucił ją na ra-

miona i ukrył twarz pod obszernym kapturem, włożywszy wcześniej czarną maskę. 
Choć był to strój, w którym zwykle występował publicznie, Nom Anor nie mógł poha-
mować chichotu. Dobrze znał historię swoich gości i wiedział, że jego przebranie zrobi 
na nich - a szczególnie na Leii -silne wrażenie. Odziany w nie Nom Anor dziwnie 
przypominał jednego z nieprzyjaciół, z którymi przyszło jej zmierzyć się dawno temu. 

W pudełku na półce ukrytej w głębi szafy egzekutor przechowywał zbiorniczki z 

truciznami. Pomyślał przelotnie, że być może nadarza się okazja zarażenia pozostałych 
dwóch kobiet. Czyż Nowa Republika nie poniosłaby ciężkiej straty, gdyby Leia Organa 
Solo nagle zapadła na tę samą tajemniczą chorobę, na którą cierpiała Mara? Czyż Leia, 
Luke, Mara i zawsze niebezpieczny Han Solo nie byliby załamani, gdyby Jaina Solo 
znienacka podupadła na zdrowiu i zmarła? 

Bez wątpienia były to przyjemne myśli, jednak Nom Anor nie mógł ryzykować. 

Ktoś mógłby powiązać jego osobę z rozprzestrzenianiem się śmiertelnej choroby. Po-
dążając za tym tropem, zaczął zastanawiać się nad technikami sensorycznymi, którymi 
władali Jedi, i nad talentami łowieckimi Noghrich. Doszedł do wniosku, że wpuszcze-
nie gości do prywatnej kwatery byłoby błędem. Pospieszył w kierunku drzwi i przemie-
rzył hol, wychodząc naprzeciw Shokowi Tinoktinowi, który prowadził całą grupę. 

Zauważył, że Mara rozpoznała go natychmiast i wzrokiem dała znak Leii. Tamak-

tis Breetha, idący za nimi, zatrzymał się i ukłonił. 

Nom Anor kiwnął głową w stronę Shoka Tinoktina. Mężczyzna usunął się z drogi, 

przepuszczając Leię. 

Księżniczka z zapartym tchem wpatrywała się w Noma Anora. Dostrzegł w jej 

oczach błysk zrozumienia, zaskoczenia, a nawet przerażenia. Wyglądał jak Darth Va-
der! 

- Przynoszę pozdrowienie od władz Nowej Republiki - powitała go Leia oficjalną 

formułką. Fakt, iż tak szybko odzyskała panowanie nad sobą i odezwała się tak spokoj-
nym tonem, kazał mu z uznaniem ocenić wewnętrzną siłę tej kobiety. Z takim przeciw-
nikiem należało się liczyć. 

- Przede wszystkim przynosisz niepotrzebny zamęt - odparł Nom Anor. Tamaktis 

Breetha sapnął z oburzenia. Nawet Shok Tinoktin był zdumiony nagłą wrogością i ob-
cesowością swego pana. 

- Przybywamy zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami - odpowiedziała spokojnie 

Leia. - Zdaje się, że rozmawiałeś o tym z Borskiem Fey'lyą, Nomie Anorze. 

- Zgodziłem się na wizytę emisariusza - przyznał - choć sam nie wiem, po co. Co 

ty, Leia Organa Solo, możesz wnieść nowego do sporu między Rhommamoolanami a 
Osarianami? Czy potrafisz dać mojemu ludowi iskrę nadziei, że ich desperackie woła-
nie o niepodległość nie zostanie zignorowane przez Nową Republikę, rzekomą ostoję 
wolności? 

- Może przejdziemy w bardziej kameralne miejsce? - zaproponowała Leia. Tamak-

tis Breetha już chciał na to przystać, ale jedno spojrzenie zamaskowanej postaci wyle-
czyło go z tego samobójczego pomysłu. 

- Masz coś do ukrycia? - zakpił Nom Anor. 

background image

R.A. Salvatore 

41

- Zatem w nieco wygodniejsze miejsce - nie ustępowała księżniczka. 
- Czy krzesło wystarczy, by było ci wygodnie? Fizycznie -zapewne tak, ale czy 

przez to prawda przestanie być dla ciebie niewygodna? 

Leia spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
- Tylko tyle mam ci do zaoferowania - ciągnął. - Prawdę. Prawdę, że Osarianie nie 

mają prawa władać ludnością Rhommamoolu. Prawdę,  że wasza Republika słabnie i 
popełnia błędy. A także prawdę o jej fałszywych bohaterach, rycerzach Jedi. 

- Twoją prawdę - wtrąciła Mara. Leia spojrzała na nią wymownie. 
Ciesząc się w duchu, że tyrada wywarła pożądany skutek, Nom Anor uśmiechnął 

się szeroko, choć pod czarną maską jego twarz była niemal niewidoczna. 

- Istnieje tylko jedna prawda - oświadczył spokojnie. - Jedynie ci, którzy nie chcą 

jej poznać, wymyślają korzystniejszą dla siebie wersję rzeczywistości. 

- Za pozwoleniem, księżniczko Leio - zaczął C-3PO, wysuwając się na czoło - bo-

gata historia rycerzy Jedi pokazuje, że są oni prawdziwymi.... 

- Milczeć! - ryknął na niego Nom Anor. Trząsł się przy tym, jakby za chwilę miał 

wybuchnąć. Biedny Threepio również drżał, choć z innego powodu. 

- Może porozmawiamy o sytuacji między Osarianami a Rhommamoolanami? - 

spytała Leia dyplomatycznie. Mówiąc to, delikatnie popchnęła C-3PO w tył, dając Ja-
inie znak, by przypilnowała nazbyt gadatliwego androida. 

- Zdawało mi się, że właśnie to robimy - odparł Nom Anor, w pełni panując nad 

sobą. 

- To nie jest spotkanie - odparowała księżniczka. - To wykład w korytarzu. 
- To i tak za dużo. Borsk Fey'lya nie zasługuje na więcej. Czyż była radna Solo nie 

jest tego samego zdania? 

- Nie spotkaliśmy się tu, żeby dyskutować o Borsku Fey'lyi -odpowiedziała spo-

kojnie Leia. Nom Anor widział jednak, że jej cierpliwość powoli się wyczerpuje. - 
Chodzi o los dwóch światów. 

- Które nie potrzebują hipokryzji władz Nowej Republiki, w szczególny sposób 

rozumiejących pokój i dobrobyt - dokończył egzekutor. - Dla was pokój to pokora niż-
szych klas, które nie są w stanie sięgnąć po władzę i pieniądze, a dobrobyt to bogacenie 
się zaprzyjaźnionych elit. 

Leia pokręciła głową i mruknęła coś niezrozumiałego. 
- Każ waszemu krążownikowi zniszczyć Osarian - rzekł Nom Anor z całą powagą. 

- Strąćcie ich myśliwce, zniszczcie wyrzutnie pocisków i nie pozwólcie na odtworzenie 
broni ofensywnej. 

Leia wpatrywała się w niego intensywnie. Wiedział,  że bardziej niż zaskakujące 

okoliczności spotkania, wyprowadza ją z równowagi wspomnienie dawnego wroga. 

- Kiedy zostawią nas w spokoju - ciągnął - konflikt wygaśnie. Zapanuje pokój i 

dobrobyt. - Przerwał na chwilę, po czym podparł maskę dłonią, przyjmując pozę zamy-
ślenia. - Ach, tak, zapomniałem. Będzie to dobrobyt Rhommamoolan, a nie Osarian, 
ulubieńców Nowej Republiki. 

- Sam nie wierzysz w to, co mówisz - odezwała się drwiąco Leia. 

Wektor pierwszy 

42

- Czyżby? - zapytał sarkastycznie. - Chciałabyś,  żeby tak było. Wyjdź na ulice 

Redhaven i zapytaj, co myślą ludzie. 

- Gdyby ci na nich zależało, zasiadłbyś do negocjacji, żeby zapobiec wojnie - od-

cięła się bezceremonialnie. 

- Zdawało mi się, że właśnie to robimy. 
Leia kolejny raz popatrzyła na niego w zdumieniu. 
- Powiedziałem ci już, jak możesz przerwać konflikt. Wystarczy wydać polecenie 

dowódcy orbitującego nad nami straszaka. .. 

Księżniczka spojrzała w stronę Mary i Jainy, po czym potrząsnęła głową. 
- Nie tego się spodziewałaś? - spytał sarkastycznie. – Ty i twoja Nowa Republika 

nie zasłużyliście nawet na takie traktowanie. Wydaje mi się, że nasze stanowisko jest 
jasne. A teraz rozkazuję wam wrócić na pokład tego śmiesznego, latającego pudełka, 
którym tu przybyliście, i wynieść się z Rhommamoolu. Obawiam się, że straciłem cier-
pliwość do tych waszych głupstw. 

Leia posłała mu długie i twarde spojrzenie, a potem odwróciła się na pięcie i ponu-

ra niczym burzowa chmura odmaszerowała w głąb korytarza, ciągnąc za sobą Jainę i 
Marę. Bolpuhr jeszcze przez chwilę wpatrywał się w Noma Anora z jawną wrogością - 
czym wzbudził jedynie jego szczery uśmiech - po czym podążył za kobietami. 

C-3PO również miał się oddalić, ale zawahał się, przykuty do podłogi spojrzeniem 

Noma Anora - zapewne najzimniejszym, jakim kiedykolwiek go obdarzono. 

- Przepraszam, panie, ale chciałbym spytać... Czy coś się stało? - spytał ostrożnie. 
- Nic, czego nie mógłbym zaraz naprawić - odpowiedział złowieszczo Nom Anor, 

podchodząc niebezpiecznie blisko. 

- Czyja pana obraziłem? - zapytał android uprzejmie, trzęsąc się ze strachu. 
- Twoje istnienie jest dla mnie obrazą! - warknął egzekutor. 
 C-3PO usłyszał wystarczająco wiele - no, może nawet zbyt wiele. Popędził kory-

tarzem, głośno wzywając księżniczkę Leię. -Nie spodziewałem się takiego przebiegu 
spotkania - ośmielił się bąknąć Tamaktis Breetha, stając u boku Noma Anora. 

- Ja też nie. Sądziłem,  że będzie nudno - odparł przywódca. Spojrzał na byłego 

burmistrza i dostrzegł na jego twarzy grymas zwątpienia. 

- Mów szczerze - zachęcił. - Twoja niepewność może mnie tylko umocnić. 
- Rhommamool naprawdę  będzie potrzebować pomocy Nowej Republiki - ode-

zwał się Breetha po dłuższej chwili milczenia. 

Nom Anor zaśmiał się z cicha. Ten człowiek nic nie rozumiał. Przecież nie chodzi-

ło o Rhommamool. Egzekutor prawie nie dbał o to, czy po jego odejściu Osarianie 
zgładzą wszystkich Rhommamoolan, czy nie. Nie był jednak głupcem i nie zamierzał 
głośno wypowiadać takich poglądów. 

- Nasza sprawa to coś więcej niż tylko wojna domowa między parą planet - wyja-

śnił. - To kwestia podstawowych wolności obywateli Nowej Republiki i zwykłej spra-
wiedliwości względem eksploatowanych mas. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, Rhom-
mamoolanie znajdą dość sprzymierzeńców, by zmiażdżyć tych złodziei z Osarian. 

Były burmistrz wyprężył się służbiście, słysząc te słowa, dumny, że przyszło mu 

działać w tak wielkiej, choć może nieco oderwanej od rzeczywistości, sprawie. 

background image

R.A. Salvatore 

43

- Dopilnuję, żeby nasi goście odlecieli stąd niezwłocznie - oznajmił, kłaniając się i 

odchodząc, gdy tylko Nom Anor przyzwalająco skinął dłonią. 

Egzekutor zbliżył się do Shoka Tinoktina i delikatnie pogładził po głowie wciąż 

jeszcze podnieconą traszkę schlecho. 

- Zapach zarodników coomb był bardzo silny - zauważył doradca. 
- W przeciwieństwie do Mary - dodał Nom Anor. - Dostrzegłem słabość w jej po-

stawie i ruchach. - Zadowolony z siebie egzekutor skierował się ku kwaterze, a Shok 
Tinoktin ruszył za nim. 

- Dopilnuj, żeby przelecieli nad Placem - polecił Nom Anor, wiedziony nagłym 

impulsem. - Niech zobaczą na własne oczy, jak oddani są moi ludzie. 

Shok Tinoktin skłonił się i zawrócił. 
Egzekutor wszedł do swojego pokoju i sięgnął po dwa villipy, ukryte głęboko w 

szafie, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Zbliżył się do panelu obserwacyjnego, 
wpatrując się w pojawiające się z wolna gwiazdy. Czy nawiązali kontakt? - zastanawiał 
się. - Czy yammosk założył już bazę kontrolną? 

 
- Wyglądał jak Darth... - zaczęła Jaina. 
- Nawet mi o tym nie mów - przerwała jej Leia. Ton głosu nie pozostawiał miejsca 

na dyskusję. - Pospiesz się, Threepio -rzuciła nieco ostrzej niż zamierzała, kiedy andro-
id wyłonił się zza rogu, pędząc ile sił w nogach, i prawie wpadł na jeden z dźwigarów, 
które opinały korytarz niczym gigantyczne żebra. - I postaraj się nie zabłądzić. 

- Co to, to nie, księżniczko Leio - odparł C-3PO z głębokim przekonaniem i nie-

mal przykleił się do jej boku. 

Kiedy przemierzali kręty labirynt korytarzy i klatek schodowych i pokonywali 

dziesiątki opancerzonych drzwi, uświadomili sobie, jak łatwo bronić się w takim bu-
dynku. Bardziej przypominał bunkier niż siedzibę  władz. Biorąc pod uwagę liczbę 
schodów, po których się wspinali, nim dotarli na powierzchnię, pokoje Noma Anora 
musiały znajdować się dość głęboko pod ziemią. Nie zauważyli tego poprzednio, gdyż 
wędrowali nieco okrężną drogą, korytarzami, które - jak sobie przypominali -były mi-
nimalnie nachylone. 

Bez przeszkód dotarli na lądowisko, gdzie pozostawili „Miecz Jade". Pilnujący go 

strażnicy czym prędzej zeszli im z drogi. 

- Żałuję, że tak to wyszło - zwrócił się Tamaktis Breetha do Leii, kiedy Jaina, Ma-

ra i C-3PO weszli na pokład, by rozpocząć procedurę przedstartową. 

- Lepiej proszę to powiedzieć Nomowi Anorowi - odparła. Mężczyzna o łagod-

nych oczach skłonił się lekko. 

- Proszę zrozumieć: przez dziesiątki lat Osarianie rządzili nami jak kolonią nie-

wolników... - zaczął. 

- Znam i historię, i obecną sytuację- przerwała mu Leia. -Wasz krnąbrny przywód-

ca nie próbuje jej poprawić. 

Tamaktis, najwyraźniej nie przekonany, nie odpowiedział. Leia potrząsnęła głową 

i znikła we włazie. Bolpuhr ruszył za nią, nie odrywając wzroku od Breethy i dwóch 
strażników. 

Wektor pierwszy 

44

- Zmiana kursu - obwieściła Mara, gdy tylko księżniczka zasiadła na swoim miej-

scu, za plecami Jainy. 

- Chcą, żebyśmy przelecieli nad miastem i nabierali wysokości, kierując się na za-

chód - wyjaśniła Jaina. 

- Pułapka? - spytała niespokojnie Leia. 
- Nie widzę sensu - odparła Mara. - Mogli bez trudu zniszczyć prom i schwytać 

nas w budynku, kiedy rozmawialiśmy z Nomem Anorem. 

- Chyba, że próbują załatwić to tak, żeby wyglądało na wypadek - zasugerowała 

Jaina. 

Leia kiwnęła głową, podzielając jej obawy. 
- Nie mają broni, którą mogliby nam zagrozić, kiedy osiągniemy pełną moc i unie-

siemy się w powietrze - stwierdziła twardo Mara. 

- Nie wiemy, czy nie mają - uzupełniła księżniczka. Prawdziwość tych słów ostu-

dziła zapał Mary. 

- Możemy poprosić o eskortę z „Mediatora" - zaproponowała Jaina. 
Leia potrząsnęła głową. 
- Leć wyznaczonym przez nich kursem - poleciła - ale bądź gotowa prysnąć stąd w 

razie najmniejszych kłopotów. 

Z korytarza dobiegło stłumione syknięcie. Bolpuhr najwyraźniej nie był zachwy-

cony decyzją księżniczki. 

- Może twój Noghri też zauważył podobieństwo Noma Anora do Dartha Vadera? - 

spytała Mara z błazeńskim uśmiechem. 

Leia wzdrygnęła się na myśl o irytującym spotkaniu. 
„Miecz Jade" uniósł się nad płytę lądowiska i pomknął w stronę miasta, zgodnie z 

poleceniem kontroli lotów poruszając się tuż nad dachami domów. Chwilę później 
księżniczka zrozumiała przyczynę nagłej zmiany kursu. W polu widzenia pojawił się 
największy plac Redhaven. Fajerwerki oświetlały świętujących Rhommamoolan. 

- Co to może być? - spytała Jaina, wskazując na wielki wykop. Mara, równie za-

ciekawiona, zeszła jeszcze niżej. 

C-3PO jęknął, a trzy kobiety skrzywiły się z odrazą na widok tego, co znajdowało 

się w wykopie. Zmasakrowane, żałosne szczątki robotów, niektóre nadal poruszające 
się lub iskrzące, wyścielały jego dno. Każde ich drgnienie wywoływało kolejną lawinę 
kamieni. Oszalały tłum kłębił się u brzegów jamy. 

- Barbarzyństwo! - zapłakał C-3PO. - To nieludzkie! 
- Zabierz nas stąd - poleciła zdegustowana Leia, lecz Mara już zdążyła unieść 

dziób statku i pchnąć do oporu manetkę akceleratora. Ryk silników sprawił,  że spora 
cześć fanatyków rozpierzchła się, szukając schronienia. Głośnik komunikatora za-
trzeszczał protestem kontroli lotów, ale Mara po prostu go wyłączyła. 

- No cóż - odezwała się, gdy byli już daleko od powierzchni planety - ostrzegałam 

cię przed Nomem Anorem. Nadal uważasz, że przesadzałam? 

- To jeden z najbardziej wkurzających typów, jakiego w życiu spotkałam - zgodzi-

ła się Leia. 

background image

R.A. Salvatore 

45

- I tym razem nie udało mi się wybadać przy użyciu Mocy - dodała Mara. - Nic. 

Próbowałam nawet wezwać go po cichu, ale nie odpowiedział. Nie wiem nawet, czy 
mnie usłyszał. Ignorował mnie całkowicie, więc prawie nic się o nim nie dowiedziałam. 

- Ani ja - przyznała Jaina. - Całkiem jakby był zupełnie odporny na Moc. Ten dru-

gi, Shok Tinoktin, też mi się nie podobał. 

Mara kiwnęła głową. 
- Nie wydaje mi się jednak, żeby Nom Anor blefował. Sprowadził nas tu tylko po 

to, żeby utrzeć nam nosa. Nie sądzę, żeby chciał negocjować, nawet jeśli Osarianie nie 
przestaną naciskać. 

Leia wstała i przetarła oczy, po czym z rezygnacją potrząsnęła głową i westchnęła 

smętnie. 

- Podziwiam cię - zwróciła się do Mary. - Naprawdę. Poznałaś go i odważyłaś się 

spotkać z nim ponownie. Jesteś dzielniejsza ode mnie. 

 
Luke i Jacen odnaleźli „Sokoła Millenium" dokładnie tam, gdzie go zostawili - na 

lądowisku numer 3733. Sądząc po dochodzących z wnętrza odgłosach - dźwięczeniu 
kluczy, szumie turbosprężarek i potoku mamrotanych pod nosem przekleństw - Han i 
Chewie nadal nie zdołali doprowadzić maszyny do porządku. 

Po drodze na Coruscant Han przekazał stery Anakinowi, który robił się coraz bar-

dziej zazdrosny o to, że Mara tak często pozwala Jainie latać „Mieczem Jade". Jak było 
do przewidzenia, piętnastolatek wykonał po drodze kilka karkołomnych manewrów. 
Niestety, mimo iż „Sokół" był zadziwiająco zwrotny -jak na statek przypominający 
wyglądem raczej starą, poobijaną balię niż myśliwiec - jego silniki dysponowały także 
zaskakująco wielką mocą. Nieźle sobie radził z gwałtownymi zwrotami, w które wpro-
wadzał go Anakin - choć przy kompensatorze przyspieszenia, nastawionym na dwa 
procent skuteczności, wszyscy na pokładzie niemal tracili przytomność wskutek prze-
ciążenia - jednak przy którejś z kolei ewolucji chłopiec nieco przesadził. Zanim Han 
odzyskał kontrolę nad frachtowcem, tuż przed końcem podróży „Sokół" nabrał głębo-
kiego przechyłu, a jeden z silników i kilka repulsorów przestało działać w zupełnie 
nieprzewidzianych momentach. Nawet w tej chwili, gdy statek spoczywał bezpiecznie 
w doku, uszkodzony repulsor włączał się od czasu do czasu, unosząc burtę o kilka 
stopni i opuszczając ją gwałtownie. 

Luke i Jacen wymienili uśmiechy, kiedy frachtowiec przechylił się kolejny raz, 

stając niemal na burcie, po czym z impetem i wielkim hukiem powrócił do pozycji 
horyzontalnej. 

Z wnętrza dobiegł rozpaczliwy pisk R2-D2. 
- Chewie! - wrzasnął Han, ukryty gdzieś nad opuszczoną rampą „Sokoła". Rozległ 

się stłumiony  łomot, po nim jedno lub dwa przekleństwa, a chwilę później masywny 
klucz spadł z brzękiem na płytę lądowiska. 

Usmarowany i spocony Solo wychynął z wnętrza, mamrocząc coś pod nosem. 

Schylił się po klucz i w tym momencie zauważył syna i szwagra. 

- Nastolatki - mruknął. 
- Myślałem, że zdążysz skończyć - zdziwił się Luke. 

Wektor pierwszy 

46

- Zrobiłem wszystko, oprócz repulsora numer 7 - wyjaśnił Han. - Mamy gdzieś 

zwarcie. To przez wyczyny smarkacza. Dziadostwo, włącza się i wyłącza, nawet jeśli 
odcinamy zasilanie. Nieźle kopnęło Artoo, kiedy próbował podłączyć się do komputera 
nawigacyjnego. 

Luke uśmiechnął się szeroko. Odkąd znał Hana i pierwszy raz ujrzał „Sokoła", 

czuł, że pilota i jego statek łączy niezwykła, wręcz duchowa więź. I maszyna, i czło-
wiek byli zlepkami z pozoru nie związanych ze sobą umiejętności i cech. Okazali się 
też znacznie bardziej niebezpieczni niż mogłoby się wydawać. Skywalker wiedział 
także, iż naprawa frachtowca wymaga złamania żelaznych praw logiki. 

- Spróbuj teraz! - krzyknął Anakin z wnętrza statku. Odpowiedział mu jęk Wo-

okiego. 

„Sokół" powrócił do życia z basowym pomrukiem. Repulsory startowały w kolej-

ności testowej: pierwszy-dziesiąty, drugi-dziewiąty, trzeci-ósmy, czwarty.... siódmy. 

Siódmy zaskoczył bez najmniejszego problemu. 
- Dzieciak ma talent - zauważył Han. Zanim skończył mówić, coś eksplodowało 

we wnętrzu statku. Smuga gęstego dymu rozpostarła się nad lądowiskiem. R2-D2 raz 
jeszcze wydał z siebie rozpaczliwy pisk, a Chewie znowu jęknął. 

- Za szybko wcisnąłeś! - wrzasnął Anakin. Jęk Chewiego przeszedł w groźny ryk, 

a sekundę później chłopak zbiegł po rampie, odganiając sprzed oczu dym. Był umoru-
sany, jakby przed chwilą nurkował w kadziach smolnych na Tinuvian. 

Z poślizgiem wyhamował przed nachmurzonym ojcem. 
- Za szybko wcisnął... - próbował nieśmiało wyjaśnić. 
- To tobie za bardzo się spieszyło - odparował Solo, czując narastający gniew. 
-Mówiłeś, że.... 
- Mówiłem,  że możesz siąść za sterami - wpadł mu w słowo Han, trącając go 

oskarżycielsko palcem. - Nie pozwoliłem ci na próbę pobicia siostry, bo i tak by ci się 
nie udało. Nie możesz prowadzić „Sokoła" jak zwykłego śmigacza! 

- Ale... - Anakin urwał, szukając wsparcia u brata i wujka. Ci jednak przestali się 

już uśmiechać. Zresztą i tak nie mogli odmówić Hanowi racji. 

Przygnębiony Anakin machnął rękami i z pomrukiem wbiegł z powrotem na ram-

pę. 

- Nastolatki! - wykrzyknął Han. 
Uśmiech powrócił na twarz Luke'a. Potrafił sobie wyobrazić młodego Hana Solo, 

którego wybryki wywoływały u wszystkich nieustanne jęki: „Nastolatek!" Wiele różni-
ło Hana i Anakina - ten ostatni był z natury introwertykiem. Mimo to w wielu sprawach 
- a jedną z nich było najwyraźniej latanie „Sokołem" - Anakin Solo przejawiał nie-
okiełznany temperament ojca. W takich chwilach Luke niemal z przerażeniem dostrze-
gał, jak bardzo są podobni z wyglądu i charakteru. 

 
Chewie powitał powracającego Anakina pełnym dezaprobaty warknięciem. 
- Naprawimy to - odpowiedział chłopak z westchnieniem. - To tylko głupi statek. 
W chwili, gdy wypowiedział ostatnie słowo, znalazł się w powietrzu, z głową nie-

bezpiecznie blisko niezliczonych wiązek kabli głównego systemu energetycznego „So-

background image

R.A. Salvatore 

47
koła". Potężny Wookie z łatwością utrzymał go w górze jedną łapą drugą sięgając do 
pasa Anakina i odpinając jego miecz świetlny. 

- Co ty... - zaczął chłopak. W tym momencie Wookie wprawił go w jeszcze więk-

sze zaskoczenie. Chewie wsadził rękojeść miecza do paszczy, udając, że chce ją prze-
gryźć. 

Wookie mógł podrapać lub uszkodzić cenną broń - nie wspominając już o tym, że 

wybuch ukrytego w niej ogniwa rozerwałby mu głowę na strzępy. Chłopak jeszcze raz 
krzyknął na Chewiego, próbując sięgnąć po miecz. Wookie cofnął łapę, udzielając mu 
głośnej reprymendy. 

- Dobra, już rozumiem - odezwał się Anakin, spuszczając głowę. Porównanie wię-

zi między Chewiem a „Sokołem", do uczuć, którymi darzył swój miecz świetlny, trafiło 
mu do przekonania. - Rozumiem - powtórzył. 

Chewie zawył, nieco już udobruchany. 
- Naprawimy go - zapewnił go Anakin z irytacją. 
 
Przez kilka chwil Luke wyobrażał sobie, jakich kłopotów młody Han mógł przy-

sparzać dorosłym. Solo zauważył jego minę i odezwał się, kiwając głową z głupawym 
uśmiechem: 

- A jak tam wasze spotkanie? 
- Cudownie - odparł Skywalker sarkastycznie. - Czy spotkanie z Borskiem Fey'lyą 

mogłoby wypaść inaczej? 

- Borsk i jego kumple mają kłopoty - stwierdził Han. – Przekonują się, że rządze-

nie galaktyką nie jest takie proste, jak sądzili. 

- I dlatego szukają kozłów ofiarnych - dodał Luke. 
-Czyli...? 
- Chodzi im o to zamieszanie na Zewnętrznych Odległych Rubieżach - wyjaśnił 

mistrz. - Ktoś postrzelał sobie do przemytników - podobno Jedi. Nie spodobało się to 
Fyorowi Rodanowi i Niu Niuvowi. 

- Pewnie stracili dochody - domyślił się Han, uśmiechając się szyderczo. 
- Wszystko jedno, dlaczego; ważne, że Komitet Doradczy nie jest tym zachwyco-

ny. 

- A to oznacza, że zwalili problem na twoje barki. Co robimy? - spytał Solo. Z to-

nu jego głosu można się było domyślić, że nie ma wielkiej ochoty na interwencję. 

- Czy mi się zdaje, czy wspominałeś mi, że Lando kręci się w tamtym rejonie? Ja-

kieś kopalnie na asteroidach, albo coś takiego? - odpowiedział pytaniem Skywalker. 
Han skrzywił się. 

- Zgadza się. Para planet: Dubrillion i Destrillion, w pobliżu grupy asteroid, którą 

z wrodzoną skromnością nazwał Kaprysem Landa. 

- Od czegoś muszę zacząć - rozmyślał na głos Luke. - Na przykład od zdobycia in-

formacji od kogoś, kto był na miejscu. 

- Lando dobrze się nadaje - zgodził się Han, chociaż widać było,  że pomysł nie 

wzbudza w nim zachwytu. 

Wektor pierwszy 

48

Luke wiedział, że powściągliwość to typowa poza jego przyjaciela. Han i Lando 

byli kumplami, prawdziwymi kumplami, ale żaden z nich nie lubił przyznawać się pu-
blicznie do swoich uczuć. 

- Pewnie tak - przytaknął Skywalker. - On zawsze wie, co piszczy w trawie. Jeśli i 

ja poznam prawdę, może uda mi się dzięki niej przekonać kilku radnych do mojej 
sprawy. 

Han kiwnął głową, po czym zamrugał i spojrzał ciekawie na Luke'a. 
- Za długo ze mną przestajesz, stary - zauważył. - A ty z czego się cieszysz? - spy-

tał Jacena, który promieniał szczęściem. 

- Pas - wyjaśnił młodzieniec. - Jaina będzie w siódmym niebie. 
- Pas? - chciał wiedzieć Luke. 
- „Rajd przez pas" - uściślił Jacen, ale jego nauczyciel nadal patrzył pytająco. 
- Lando prowadzi na boku mały interes - wyjaśnił Han. -Nazywa to „Rajdem przez 

pas". To taka gra. Pewnie niezła okazja do niemałych zakładów. Piloci sprawdzają 
swoje umiejętności lawirując między asteroidami. Wygrywa ten, komu najdłużej uda 
się nie rąbnąć w przeszkodę. 

- Raczej nie rozwalić się na kawałki - dopowiedział Luke. -Niezbyt obiecująca 

perspektywa. 

- Jak dotąd tylko jeden zawodnik został ranny - wtrącił Jacen. Skywalker spojrzał 

na niego ze zdziwieniem. - Jaina mówiła, że Lando przerobił kilka maszyn typu TIE. 
Wyposażył je w bardzo silne pola ochronne, więc mogą znieść jedno, dwa, a może i 
dziesięć takich zderzeń. Po prostu odbijają się od przeszkody. 

- Miała to być jedna z największych atrakcji galaktyki -dorzucił Han - ale założę 

się, że rajd jest czymś więcej niż tylko grą. 

Luke skinął głową. Nie potrzebował dalszych wyjaśnień. Nieraz słyszał, że prze-

mytnicy chętnie wlatywali w pasy asteroid, by zgubić pościg. Możliwe,  że zawody 
urządzane przez Landa stanowiły dla nich znakomity trening. 

- Chcesz złożyć mu wizytę? - spytał Solo. - Ostatnio nie jest w najlepszych sto-

sunkach z władzami Nowej Republiki. 

- A czy kiedykolwiek był? 
Han zachichotał, ale już po chwili spoważniał. 
- A co z Marą? Niedługo powinna wrócić. Z tego, co słyszałem, nie poszło im naj-

lepiej. 

Jego słowa trafiły Luke'a w czuły punkt: przypomniały mu o chorobie żony. Naj-

słynniejsi lekarze galaktyki bezradnie potrząsali głowami. Mogli jedynie obserwować, 
jak coś, co ukryło się w organizmie Mary, powoli zmienia strukturę molekularną jej 
ciała. Żadne lekarstwo i żadna terapia nie skutkowały. Tylko dzięki wewnętrznej sile i 
wprawie we władaniu Mocą, Mara potrafiła do pewnego stopnia zapanować nad choro-
bą. Inni nie mieli tyle szczęścia. 

Co oznaczałaby dla niej podróż na drugi kraniec galaktyki? Luke musiał zastano-

wić się nad tym poważnie. Czy nie byłby to dla niej zbyt wielki, może nawet niebez-
pieczny wysiłek? 

background image

R.A. Salvatore 

49

- Ciocia Mara poleciała na Rhommamool - przypomniał Jacen. - To trzy dni drogi 

stąd, a do tego nie miała tam czasu na odpoczynek. 

- Racja - przyznał Han. - Ale może wycieczka do Odległych Rubieży, z dala od 

naszych ulubieńców z Komitetu, dobrze jej zrobi. Mojej żonie pewnie też. 

Luke wzruszył ramionami i w milczeniu skinął  głową, kończąc rozmowę na ten 

temat. 

Nagle usłyszeli gwałtowny świergot R2-D2 i wycie Chewie-go. Zaraz potem re-

pulsor numer siedem ożył. 

Kolejna eksplozja we wnętrzu „Sokoła" przerwała wkrótce jego pracę. 
Anakin zbiegł jak burza po rampie. 
- To już szczyt! - mruczał. - Mam dość! 
Zanim Han zdążył na niego krzyknąć, wielka, włochata łapa chwyciła chłopca za 

ramię i wciągnęła na pokład. Nieśmiały protest Anakina utonął w potężnym ryku Wo-
okiego. 

Han westchnął i cisnął klucz przez ramię, wprost na metalową nawierzchnię. 
- Nastolatki - rzucił Luke, mrugając do Jacena. 

Wektor pierwszy 

50

R O Z D Z I A Ł  

KOORDYNATOR WOJENNY 

Danni Quee znowu ślęczała nad wykresami, sprawdzając współrzędne i obliczając 

wektory. Pracowała w pomieszczeniu kontrolnym. Odkąd wreszcie zaczęło dziać się 
coś interesującego większość naukowców spędzała w nim niemal cały czas, a niektórzy 
nawet tu spali. W tej chwili w sali zgromadziło się dziewięciu z piętnastu członków 
załogi. 

- W systemie Helska - powiedział Garth Breise. – Czwarta planeta. 
Danni skinęła głową. Rzeczywiście, wyglądało na to, że asteroida, poruszająca się 

z większą prędkością niż jakikolwiek inny naturalny obiekt, wkrótce dotrze do systemu 
Helska. Biorąc pod uwagę jej obecny kurs i prędkość (a przecież nie było powodu, by 
miały się one zmienić), zderzy się z czwartą planetą systemu. 

- Co o niej wiemy? - spytała. 
Garth Breise wzruszył ramionami. 
- Niewiele. Żadna z siedmiu planet tego systemu nie nadaje się do kolonizacji i ni-

komu nie chciało się dotąd tego zmieniać. Nie mają nawet nazw, tylko numery: od 
Helska 1 do 7. 

- Skierujcie teleskopy orbitalne na czwartą planetę - poleciła Danni. - Sprawdzimy, 

z czego się składa. 

- Z lodu - rzucił Yomin Carr z kapsuły siódmej, pokazującej w tej chwili najwy-

raźniejszy najczystszy obraz pędzącej asteroidy. 

Pozostali zwrócili się w jego stronę. 
- Sprawdziłem wcześniej - wyjaśnił Yomin Carr. - Kiedy już wiedzieliśmy,  że 

przeleci w pobliżu lub trafi w planetę, zrobiłem parę zdjęć teleskopem orbitalnym. 

- A więc to tylko zamarznięta bryła skalna? - spytał Garth. 
- Albo raczej bryła wody - uściślił Yomin. - Nie wykryłem nic oprócz lodu i pary. 

Żadnych minerałów. - Rzecz jasna, wiedział znacznie więcej o czwartej planecie sys-
temu Helska. Był na niej i badał ją osobiście. Sam też rozstawił villipy sygnałowe, by 
skierować ku niej swych braci, dumnych wojowników Praetorite Vong. 

- Jesteś pewna, że dojdzie do zderzenia? - zapytała Tee-ubo. 

background image

R.A. Salvatore 

51

- Na to wygląda - odpowiedziała Danni. 
- Jak duża jest ta planeta? 
- Niewielka - odezwał się Yomin Carr. - Parę tysięcy kilometrów średnicy. 
- Jeśli rzeczywiście składa się z lodu, to asteroida rozwali ją na kawałki - zauważył 

Bensin Tomri, uśmiechając się szeroko. Odkąd odkryto, że obiekt porusza się kursem 
kolizyjnym, wszyscy badacze byli bardzo podekscytowani. Żaden z nich nie miał dotąd 
okazji obserwować tak rzadkiego zjawiska. Jeśli Yomin Carr nie mylił się co do budo-
wy planety, zapowiadał się zaiste imponujący spektakl. 

- Spróbujmy przyjrzeć się jej bliżej - zaproponowała Danni. - Poza tym chyba już 

czas powiadomić ExGal i władze Nowej Republiki. Niech poślą tam jakąś ekipę. 

- I to jak najszybciej - dodał Bensin Tomri. - Mamy tylko kilka dni do wielkiego... 

- tu zawiesił głos i uśmiechnął się szeroko, po czym wyrzucił ramiona w górę i dokoń-
czył głośno: - ... bum! 

Tee-ubo podeszła do nadajnika, ulokowanego na podwyższeniu, i otworzyła kanał 

dostępu do sieci galaktycznej, przez którą kontaktowali się z ExGalem. 

Urządzenie nie działało. 
 
- Niech dovin basal mocniej chwycą planetę - polecił potężny prefekt Da'Gara 

swej załodze - załodze asteroidy, która w rzeczywistości była ogromną, dziesięciokilo-
metrową bryłą koralu yorik, żyjącym „światostatkiem". 

- Chcesz przyspieszyć, prefekcie? - spytał jeden z wytatuowanych wojowników. 
Da'Gara, nie nawykły do udzielania odpowiedzi, spojrzał na niego z zaciekawie-

niem. 

- Belek tiu - odezwał się inny, krzyżując ramiona i uderzając pięściami w barki, co 

oznaczało prośbę o wybaczenie i pozwolenie zabrania głosu. 

Da'Gara kiwnął  głową. Tu Shoolb należał do jego najbardziej pomysłowych i 

zdolnych podwładnych. Nieraz sprawdził się podczas podróży przez galaktyki. 

- Zmiana prędkości może zaalarmować obserwujących -wyjaśnił Tu Shoolb. - 

Obiekty pochodzenia naturalnego raczej nie przyspieszają. 

- Jakich obserwujących? - zdziwił się Da'Gara. - Czyżbyś nie wierzył, że Yomin 

Carr wykonał swoje zadanie? 

- Nie, prefekcie - odpowiedział Tu Shoolb i ponownie wykonał gest szacunku. - 

Belek tiu - powtórzył. 

Da'Gara odprawił go gestem, nakazując zajęcie się dovin basalami - organizmami, 

które napędzały światostatek. Miały one niezwykłą właściwość: potrafiły koncentrować 
się na wybranych polach grawitacyjnych - nawet odległych o miliony kilometrów - 
ignorując wszystkie inne. Wykorzystując ich moc, dorosłe dovin basale, istoty o kuli-
stym kształcie i średnicy trzech metrów, przyciągały statek w stronę celu, stanowiąc 
niemal nie wyczerpujący się napęd. Im bardziej koncentrowały się na wybranym ciele 
niebieskim, tym szybciej i mocniej ciągnęły ku niemu statek. Tym razem skupiły się na 
planecie, którą mieszkańcy tej galaktyki nazywali Helska 4. Taką informację przekaza-
ły villipy, pozostawione przez Yomina Carra w miejscu, gdzie Wektor Pierwszy prze-
cinał granicę galaktycznego pierścienia. 

Wektor pierwszy 

52

Da'Gara był bliski odwołania rozkazu, którego wykonanie powierzył Tu Shoolbo-

wi. Yomin Carr apelował o spokojny lot ze stałą prędkością, ale... prefekt zaczynał się 
niecierpliwić. Zresztą jeśli Carr należycie wykonał zadanie, to już nikt ich nie obser-
wował. Przyspieszenie mogło, rzecz jasna, wymusić doraźne zmiany kursu, ale cóż z 
tego? Prefekt palił się do działania. Niedawno odwiedził główną ładownię, gdzie znaj-
dował się wielki yammosk, koordynator wojenny. Olbrzymia istota o bulwiastej gło-
wie, płonącej rubinowo z niecierpliwości, niespokojnie przebierała mackami, z których 
jedne były krótkie i grube, inne zaś cienkie niczym włókna, lecz długie na sto kilome-
trów. 

Da'Gara pełnił ważne funkcje prefekta i dowódcy statku, ale koordynator wojenny 

miał znacznie ważniejsze zadanie. Był narzędziem uzyskanym po wiekach genetycz-
nych manipulacji. Stworzono go tylko w jednym celu: miał umożliwiać swemu ludowi 
kolejne podboje. 
 

Yammosk niecierpliwił się. 
Podobnie, jak Da'Gara. 
 
- Ogon - zameldował jeden z badaczy ze stacji ExGal-4, wstając i klepiąc z ucie-

chą konsoletę urządzenia. - Wiedziałem! 

Danni, Bensin i kilkoro innych pognali do ekranu kapsuły numer 7. Widząc smugę 

ciągnącą się za asteroidą zgodnie pokiwali głowami. 

- Niezbyt duży - zauważył jeden z naukowców. Ogon był jednak wyraźnie wi-

doczny. 

- No to mamy kometę - stwierdził w zamyśleniu Bensin Tomri, wywołując burzli-

wą dyskusję. Większość zebranych dowodziła, że poza zewnętrznym pierścieniem ga-
laktyki brak energii słonecznej, bo gdyby było inaczej kometa okryta lodem nie prze-
szłaby przez ten obszar nietknięta. 

Danni i Bensin wymienili szczere uśmiechy. Ten dzień wypełniło wiele nieocze-

kiwanych odkryć, zawsze miłych sercom naukowców. Najpierw dostrzegli, że asteroidą 
nieznacznie przyspieszyła, choć nie wiadomo było, czy jest to skutek nie określonej 
jeszcze siły grawitacyjnej, czy zupełnie innego zjawiska. Teraz zaś stwierdzili, że 
obiekt wcale nie jest asteroidą, lecz kometą, ciągnącą za sobą niewielki, ale widoczny 
ogon. 

- Czy Garth naprawił wreszcie system komunikacyjny? -spytała Danni. 
- Pracuje nad tym - odpowiedział Bensin Tomri. - Coś przegryzło kable. Musi 

zbudować złącze, i to tak duże, żeby pomieściło wszystkie przerwane przewody. 

Yomin Carr z rozbawieniem obserwował wszystko z przeciwległego krańca sali. 

Nie było żadnej komety ani żadnego ogona. Wici wleczone przez światostatek były w 
istocie wielkimi, błoniastymi istotami, na których końcach kotwiczyły małe, załogowe 
myśliwce z korali yorik, nazywane skoczkami. Gdy brakowało pól grawitacyjnych, do 
których mógł podążać statek-matka, błony rozpościerały się niczym kosmiczne żagle, 
chwytając międzygwiezdne wiatry. 

Garth Breise wtoczył się do sali, taszcząc wielkie, metalowe pudło. 

background image

R.A. Salvatore 

53

- Dwa dni - zakomunikował. 
- Postaraj się na jutro - odpowiedziała Danni. - Musimy im dać więcej czasu na 

dotarcie na miejsce. 

Garth westchnął głęboko, ale po chwili kiwnął głową i zniknął w drzwiach. 
Yomin Carr uśmiechnął się, dostrzegając daremność tych zabiegów. Garth Breise 

miał zreperować kable tylko po to, by przekonać się, że system nadal nie działa. Cie-
kawe, ile czasu potrzebują, żeby odnaleźć drugą usterkę: nieznaczne rozsunięcie koń-
cówek przewodów na szczycie wieży - zastanawiał się yuuzhański wojownik. 

- O tak, wiele niespodzianek czeka na te głupie stworzenia. Nie zdołają nawet po-

wiadomić swych współbraci, nim planeta wokół nich stanie w ogniu. 

Tego wieczoru zachód słońca rzucał silne jak nigdy zielone i pomarańczowe od-

blaski. Był to widomy znak, iż dweebity Yomina Carra wykonywały swoje niosące 
śmierć zadanie. 

 
Da'Gara zasiadł wygodnie w swej kolorowej kabinie. Czuł pod sobą wibracje i 

gwałtowniejsze wstrząsy. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Kazał zmniejszyć 
prędkość, by światostatek mógł bezpiecznie osiąść na czwartej planecie, którą yam-
mosk miał zmienić w swą bazę operacyjną. 

Dziesiątki jednoosobowych skoczków uwijały się za rufą koralowego giganta, 

rozciągając membranę  „żagla". Utworzyły z niego półkole, uczepione wierzchołkiem 
do tylnej części światostatku. Dovin basale, posłuszne komendom sterników, przestały 
skupiać się na polu grawitacyjnym planety i skoncentrowały się na ciążeniu innych ciał 
niebieskich, które znajdowały się po przeciwnej stronie statku. Bryła koralu z wolna 
wytracała prędkość. 

Skoczki sprowadziły biologiczny okręt na powierzchnię Helska 4. Lądowaniu nie 

towarzyszyła efektowna eksplozja, której spodziewali się obserwatorzy na Belkadanie, 
a jedynie głuche mlaśnięcie. Błoniaste wici złagodziły skutki uderzenia niczym ol-
brzymi materac. 

Da'Gara, podobnie jak pozostałych pięć tysięcy Yuuzhan zgromadzonych na po-

kładzie, wydobył ze skrytki mięsiste stworzenie, odmianę ooglitha-maskera, nazywane 
ooglithem-okrywaczem. Z niewielką pomocą prefekta istota zaczęła wspinać się po 
jego nogach, okrywając je szczelnie swoim ciałem. Po chwili nastąpił moment bolesnej 
ekstazy - wici połączyły dwa organizmy wpijając się w pory skóry wojownika. W prze-
ciwieństwie do maskera, okrywacz był w części twarzowej przezroczysty, toteż nie 
zasłaniał chwalebnych śladów po okaleczeniach. Kiedy już Da'Gara nacieszył się krót-
ką chwilą rozkosznego cierpienia, sięgnął do zbiornika z wodą i wydobył zeń zwierzę 
kształtem przypominające gwiazdę. Gdy uniósł je na wysokość twarzy, stworzenie 
przywarło do niej ochoczo. Prefekt zakrztusił się nieco, gdy gnullith zapuszczał swą 
główną mackę w głąb jego gardła, i zablokował palcami szczypce istoty zamykające się 
na nozdrzach, by nie odcięły mu dopływu tlenu. 

Sekundę później połączenie było gotowe i stwór zrozumiał, co ma robić. Mógł od-

dychać za niego powietrzem atmosferycznym, lub - wciągając wodę przez nos swego 
gospodarza - odfiltrować z niej tlen. 

Wektor pierwszy 

54

Prefekt ruszył krętym korytarzem o nierównych ścianach w kierunku najniższego 

pokładu statku, gdzie czekali na niego wielki yammosk i legion wojowników. 

Yammosk opuścił światostatek jako pierwszy. Jego najgrubsze macki rozpostarły 

się szeroko i pewnie uchwyciły lodową powierzchnię planety. Po chwili istota obnażyła 
swój ogromny, centralny kieł i z mocą działa jonowego wbiła go w lód. Seria uderzeń 
pogłębiła otwór, a wydzielina kapiąca z zęba przyspieszała kruszenie zmarzliny. 

Po blisko godzinie pracy kieł przebił skorupę planety. Yammosk czym prędzej 

wcisnął w otwór swe wielkie, bezkostne ciało i ześliznął się w lodowate odmęty. 

Da'Gara i jego podwładni ruszyli za nim, zjeżdżając wprost do wody, w której 

gnullithy umożliwiały im oddychanie, a ooglithy-okrywacze zabezpieczały ich ciała 
przed przenikliwym zimnem. 

Wkrótce wydzielina z kła yammoska przestała działać i otwór zaczął szybko zni-

kać pod świeżą warstwą lodu. Wcześniej jednak ze światostatku wysunęła się jednym 
końcem kolejna gigantyczna istota: brązowawy, rurowaty robak. Jego ciało było zbyt 
ciepłe, by wokół niego powstała otoczka lodu. Zwierzę  służyło więc jako bezpieczna 
linia komunikacyjna i zaopatrzeniowa, łącząca Da'Garę i pozostałych ze statkiem. 

Piloci skoczków powrócili do pracy, ostrożnie składając i uwalniając błoniaste 

wypustki koralowej bryły. Gdy skończyli, wprowadzili maszyny do hangaru w górnej 
części światostatku, by tam oczekiwać na rozkazy koordynatora wojennego. 

 
- Pole grawitacyjne jednak ją schwytało! - oznajmił podniecony Bensin Tomri. 

Piętnaścioro badaczy zgromadziło się w pomieszczeniu kontrolnym; wierzyli że przy-
spieszenie, którego nabrała kometa, nie pozwoli jej ominąć czwartej planety systemu 
Helska. 

Wszyscy wpatrywali się w napięciu w niewielki punkt świetlny zbliżający się do 

powierzchni globu i .... 

Nic się nie stało. Lodowa planeta nie rozpadła się na kawałki ani nie wyparowała. 
Nic. 
- Co jest, u diabła? - ozwały się zdumione głosy. Naukowcy w zakłopotaniu drapa-

li się po głowach. Najpierw wszystkie dane na temat składu komety okazały się niedo-
kładne, a teraz jeszcze i to.... 

- Naprawiłeś wreszcie maszt telekomunikacyjny? - spytała ostro Danni. 
- Jedyna rzecz, której jeszcze nie sprawdziłem, to połączenia w puszkach na 

szczycie konstrukcji - odparł Garth cokolwiek zdenerwowanym tonem. 

Spojrzenie Danni nie pozostawiało mu miejsca na dyskusję. 
- Zrobię to, zrobię - mruknął, unosząc ręce w obronnym geście, i pospiesznie opu-

ścił salę. 

- Czy ktokolwiek ma najmniejsze pojęcie, co przed chwilą obserwowaliśmy? - za-

pytała nieco przybita Danni, wpatrując się znowu w centralny monitor. 

Nikt nie odpowiedział. 
- Musimy skontaktować się z ExGalem - stwierdził Bensin. - Albo przez wieżę, 

albo z orbity. 

- Chcesz polecieć Spacecasterem? - spytał ktoś z powątpiewaniem. 

background image

R.A. Salvatore 

55

- Tak właśnie zrobimy - ucięła Danni. - Polecimy nim na tę planetę, a po drodze 

wyślemy sygnał do sieci galaktycznej. 

Nikt nie dyskutował, ale też zebranym nie uśmiechała się perspektywa wyprawy. 

Kiedy po raz ostatni użyto przestarzałego Spacecastera, statek z trudem wydostał się na 
orbitę. Myśl o locie do systemu Helska budziła uzasadnione przerażenie. 

Yomin Carr uznał pokaz niezdyscyplinowania naukowców za wielce pouczający. 

Wektor pierwszy 

56

R O Z D Z I A Ł  

ZABIERZ MNIE DALEKO 

„Miecz Jade" wyskoczył z nadprzestrzeni, zbliżając się do Coruscant. Współrzęd-

ne skoku oraz odpalenia i wyłączenia hipernapędu Jaina obliczyła samodzielnie. Mara 
obserwowała jedynie jej poczynania. Teraz, gdy prom poruszał się z prędkością pod-
świetlną, mogła spokojnie pozostawić dziewczynę za sterami. 

Zaskoczona Leia, wchodząc do sterowni ujrzała córkę rozpartą wygodnie w fotelu 

pilota i.... ani śladu Mary. 

- Gdzie twoja ciotka? - spytała. 
Jaina odwróciła się rozpromieniona. - Powiedziała, że jest zmęczona. 
Leia przysiadła za plecami córki. 
- Daleko jeszcze do Coruscant? 
- Dwie godziny. Mara kazała mi wyjść z nadprzestrzeni trochę wcześniej, ze 

względu na wyjątkowy ruch w tej okolicy. Mam ją obudzić tuż przed podejściem do 
lądowania. 

Księżniczka skinęła głową i usadowiła się głębiej w fotelu. Ona też była zmęczona 

- zmęczona życiem. Szczególnie ostatnim jego okresem, kiedy to rezygnowała z kolej-
nych stanowisk, a potem pozwoliła znowu wciągnąć się w działalność publiczną. Bezu-
stannie powtarzała sobie, że od jej wysiłków może zależeć życie milionów istot. Uwa-
żano ją za najwybitniejszego dyplomatę Nowej Republiki. Reputacja bohaterki, a także 
umiejętności prowadzenia negocjacji i zdolność do szczerej empatii pozwalały jej z 
dobrym skutkiem interweniować w wielu kryzysowych sytuacjach. 

Leia przymknęła oczy i zaśmiała się ironicznie, przypomniawszy sobie, że jej wy-

bitne zdolności i reputacja nie pomogły rozwiązać konfliktu osariańsko-
rhommamoolskiego. Rhommamoolanie mieli do swych pobratymców uzasadnione 
pretensje. Osarianie żyli sobie dostatnio i wygodnie, kosztem górników z sąsiedniej 
planety, których reprezentacja w rządzie była zdecydowanie zbyt skromna. Teraz jed-
nak ktoś próbował wykorzystać  dążenia Rhommamoolan, nadając im nowy, niemal 
religijny wymiar. Bunt pokrzywdzonych robotników lada chwila mógł zmienić się w 
świętą wojnę. 

background image

R.A. Salvatore 

57

Leia rozumiała powagę sytuacji. Przez te wszystkie lata rzadko kiedy miała okazję 

spotkać kogoś tak całkowicie odpornego na perswazję jak Nom Anor. Biorąc pod uwa-
gę fakt, że przywódca i jego - podobno liczni - zwolennicy mieli wkrótce zostać starci 
w proch podczas bratobójczej wojny z Osarianami, jego upór wydawał się co najmniej 
dziwny. Po zupełnie nieudanym spotkaniu z Nomem Anorem Leia wielokrotnie pró-
bowała kontaktować się z nim z pokładu „Mediatora". Za każdym razem udawało jej 
się zamienić z przywódcą Rhommamoolan tylko kilka słów. 

Charyzmatyczny wódz zwykle mówił wprost, że nie ma dla niej czasu. 
Wspominając te denerwujące przejścia Leia zapadła w sen. 
- O, rany - westchnęła Jaina. Jej matka przeczuwając kłopoty natychmiast otwo-

rzyła oczy,. 

- Co się stało? - spytała zaniepokojona. 
- Kalamariański Obrońca Gwiazd - odpowiedziała dziewczyna, wskazując na lewy 

górny róg ekranu. Drgnieniem prawej ręki przesunęła kadr i piękny okręt dał się do-
strzec w całej okazałości. 

Stanowił on imponujący widok. Jak wszystkie kalamariańskie konstrukcje, i ten 

statek był jedyny w swoim rodzaju. Opływowy, subtelnie ukształtowany kadłub krył 
potężny arsenał śmiercionośnej broni. Była to największa jednostka bojowa, jaka kie-
dykolwiek opuściła orbitalne stocznie wodnego świata, niemal dwukrotnie dłuższa od 
krążownika, który pozostał na straży w przestrzeni oddzielającej Osarian od Rhomma-
moolu. Był to także pierwszy okręt nowej klasy Obrońca Gwiazd wyprodukowany dla 
Floty Nowej Republiki. 

- To „Wicehrabia" - stwierdziła Leia. - Wszedł do służby zaledwie przed dwoma 

tygodniami. Pewnie wykonuje przelot próbny, żeby uzyskać aprobatę rady. 

- O rany - westchnęła po raz drugi Jaina, wpatrując się w okręt błyszczącymi 

oczyma. 

Księżniczka zaśmiała się w duchu. Ocknęła się z przekonaniem, że zaczynają się 

kłopoty, z którymi jej córka na pewno sobie nie poradzi. Teraz, gdy przemyślała swój 
brak wiary w jej zdolności, wyrzucała sobie, że jest okropną matką, skoro tak nisko 
ocenia możliwości zdolnej dziewczyny. 

Nie, nie dziewczyny - poprawiła się w myślach. - Młodej kobiety. 
Gdy, skończywszy przygotowywanie raportu z nieudanej misji na Rhommamool, 

ujrzała córkę samą w sterowni, serce podeszło jej do gardła. A przecież Mara, wyborny 
pilot i ze wszech miar odpowiedzialna osoba, nie wahała się powierzyć Jainie kontroli 
nad statkiem. 

Dlaczego Leia nie miałaby obdarzyć własnego dziecka podobnym zaufaniem? 
Uważnie przyglądała się jej pewnym ruchom i spokojnej twarzy. 
- Ile jeszcze? - spytała. 
Jaina wzruszyła ramionami. - Spałaś ponad godzinę, więc przed nami co najmniej 

trzydzieści minut, w zależności od tego, jakim kursem każą nam podchodzić. 

- Pójdę po Marę - zaproponowała Leia, wstając z fotela i przeciągając się, by do 

reszty otrząsnąć się ze snu. 

Wektor pierwszy 

58

- Nie zawracaj jej głowy - rzuciła pospiesznie Jaina. - Mogę sama sprowadzić 

„Miecz Jade" na dół. 

Księżniczka wahała się przez chwilę. Rzeczywiście, dziewczyna mogła bez pro-

blemu wylądować promem. Leia sama była doświadczonym pilotem i pomogłaby jej w 
razie potrzeby... Prawie przystała na ofertę Jainy. 

Prawie - ale zaraz potem znowu ogarnęły ją wątpliwości. Czy tak postępuje mat-

ka? 

- To statek Mary - odezwała się wreszcie. – Niegrzecznie byłoby lądować bez jej 

pozwolenia. 

Zadowolona, że udało się jej znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie, Leia uśmiechnę-

ła się i poklepała córkę po ramieniu. - Wiem, że posadziłabyś prom tak delikatnie, że 
Mara nawet nie obróciłaby się przez sen na drugi bok - dodała, mrugając do Jainy poro-
zumiewawczo. 

Dziewczyna obdarzyła ją szerokim uśmiechem. Leia jeszcze raz klepnęła ją w ra-

mię i wyszła, kierując się prosto do kabiny Mary. 

Zatrzymała się przed drzwiami i uniosła rękę, by zapukać, ale zawahała się, sły-

sząc stłumiony dźwięk dobiegający z wnętrza. Stanęła bliżej, nasłuchując uważnie. 

Do jej uszu doszło jedynie pojedyncze chlipnięcie, ale wszystko było jasne: Mara 

płakała. 

- Maro? - zawołała cicho i ostrożnie zapukała. 
Odpowiedzi nie było. Leia wcisnęła klawisz i zaczekała, aż drzwi rozsuną się do 

końca. Mara, lekko przygarbiona, siedziała na łóżku, plecami do wejścia, jakby dopiero 
co zdołała opanować emocje. 

- Dobrze się czujesz? - spytała księżniczka. Mara skinęła głową. 
Leia podeszła bliżej i usiadła obok bratowej, obejmując ją ramieniem. Zauważyła, 

że jej oczy były jeszcze wilgotne. 

- Co się stało? - zapytała miękko. 
Mara wyprostowała się i odetchnęła głęboko, zmuszając się do uśmiechu. 
- Nic - odpowiedziała. 
Leia spojrzała na nią z powątpiewaniem. 
- Miałam zły sen - wyjaśniła Mara. - A kiedy się ocknęłam, naszły mnie głupie 

myśli. 

- Chcesz o tym porozmawiać? 
Mara wzruszyła ramionami. 
Księżniczka odczekała jeszcze moment, ale nie doczekała się odpowiedzi. 
- Zbliżamy się do Coruscant. Mam pomóc Jainie w lądowaniu? 
- Ja mogę to zrobić - zapewniła ją Mara. Wstała i ruszyła ku drzwiom. Skrzywiła 

się - stawy miała sztywne. 

Leia zerwała się na równe nogi i podtrzymała ją ramieniem. 
- Spałam w niewygodnej pozycji - próbowała się tłumaczyć Mara, ale księżniczka, 

nie dowierzając, nie zwolniła uścisku i delikatnie, acz stanowczo, zmusiła ją do powro-
tu na łóżko. 

- To nie to - stwierdziła Leia. - Chodzi o twoją chorobę, prawda? 

background image

R.A. Salvatore 

59

Mara uniosła głowę i spojrzała jej w oczy, skutecznie powstrzymując łzy. 
- Znowu mnie wzięło - przyznała. 
Leia westchnęła głęboko i pokręciła głową. Gorąco pragnęła pomóc swej bratowej 

i zarazem bliskiej przyjaciółce. 

- Mówiłaś, że to się zdarza często - przypomniała. – Czy tym razem poczułaś coś 

innego? 

Mara odwróciła wzrok. 
- Musisz mi powiedzieć - ponagliła nieco gwałtowniej niż zamierzała. Mara zno-

wu na nią patrzyła, choć bardziej z niedowierzaniem niż z gniewem. Dlaczego miała jej 
cokolwiek mówić? Przecież i tak nie było dla niej ratunku. Ci, których już zmogła ta 
przeklęta choroba, opisali ją najlepszym lekarzom Nowej Republiki. Spowiadali się z 
każdego skurczu i bólu, błagając o jakąkolwiek pomoc, ale prędzej czy później i tak 
umierali. 

- Przepraszam - odezwała się Leia po chwili, bijąc się z myślami. - Nie musisz mi 

niczego mówić. - Pochyliła się i pocałowała Marę w policzek, a potem wstała i podała 
jej rękę. 

Mara chwyciła ją ale zamiast unieść się z posłania, przyciągnęła księżniczkę do 

siebie. Długo patrzyła jej w oczy, zanim odezwała się cicho. - Tym razem macica. 

Leia skrzywiła się, nie rozumiejąc. 
- Ta choroba.... Kiedy spałam, zaatakowała moją macicę - wytłumaczyła Mara. 
Oczy Leii rozszerzyły się ze strachu. 
- Pokonałaś ją? 
Mara kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko. 
- Jeszcze mnie nie załatwiła - odpowiedziała, parskając niepewnie śmiechem. 
Księżniczka kiwnęła głową podziwiając siłę i stoicki spokój tej kobiety. Za każ-

dym razem, gdy choroba dawała o sobie znać, Mara zbierała się w sobie, koncentrowa-
ła Moc na własnym organizmie i odpierała niszczycielskie ataki. 

- Tym razem było trudniej - domyśliła się Leia, próbując wytłumaczyć sobie jakoś 

łzy, które tak bardzo nie pasowały do wizerunku bratowej. 

Mara pokręciła głową. 
- Sam atak to pół biedy. 
- W takim razie co się stało? 
- Mówiłam ci: macica - odpowiedziała Mara, biorąc kolejny głęboki wdech. 
I wtedy Leia zrozumiała. 
- Boisz się, że nie będziesz mogła mieć dzieci - stwierdziła. 
- Nie jestem już młoda - dorzuciła Mara, uśmiechając się do siebie z ironią. 
Miała rację. Podobnie jak Leia i Luke, przekroczyła już czterdziestkę. Jeśli nie li-

czyć tajemniczej choroby, cieszyła się doskonałą kondycją i - z tego, co wiedziała 
księżniczka - nadal była płodna. Leia świetnie rozumiała troskę Mary: zagrożenie doty-
czyło samego jądra jej kobiecości. 

- Rozmawiałam o tym z twoim bratem. Obserwował, jak cudownie rozwijała się 

twoja trójka i... najbardziej na świecie chcielibyśmy mieć własne dzieci. 

- I będziecie - zapewniła ją Leia. 

Wektor pierwszy 

60

- Kto to może wiedzieć? Męczy mnie już ta ciągła walka, a choroba wcale się nie 

cofa. 

- Ale i nie postępuje. 
- Nie poddałam się jeszcze - stwierdziła twardo Mara - ale teraz nie mogę sobie 

pozwolić na macierzyństwo. Nawet nie wiem, czy nie przekazałabym dzieciom tej cho-
roby i czy nie zabiłaby ich w moim łonie. Kto wie, czy kiedy wreszcie wyzdrowieję, 
zmiany w moim organizmie nie będą zbyt głębokie, bym mogła myśleć o potomstwie? 

Leia bardzo chciała jakoś ją pocieszyć, ale w żaden sposób nie potrafiła podważyć 

żelaznej logiki argumentów Mary, więc po prostu objęła ją czule. 

- Musisz mieć nadzieję - powiedziała. 
Mara znowu zdobyła się na uśmiech. - Mam ją i będę mieć -obiecała. - Poza tym 

opiekuję się teraz Jainą. To prawie to samo. Przelotny grymas na twarzy Leii zdradził 
jej uczucia. 

- O co chodzi? - spytała Mara z troską. Księżniczka oblała się rumieńcem i roze-

śmiała głośno. 

- No, co? 
- Czasem bywam okropnie zazdrosna o ciebie i Jainę - przyznała Leia z uśmie-

chem. - Widzę więź, jaka was łączy, i z jednej strony cieszę się, że moja córka znalazła 
taką przyjaciółkę i mentorkę, a z drugiej... czują się okropnie. Kiedy patrzę, jak razem 
pracujecie, chciałabym cię jednocześnie uściskać i udusić! 

Mara wyglądała na bardzo przejętą, dopóki księżniczka nie objęła jej serdecznie. 
- Zwyciężysz - pocieszyła ją. - Zobaczysz, jeszcze urodzisz dzieci, a Jaina być 

może wkrótce po tobie - dodała, odsuwając przyjaciółkę na odległość ramion. - Czyż 
nie będzie zabawnie? Zasiądziemy we trzy i będziemy plotkować, a Luke'a zapędzimy 
do pilnowania maluchów. 

Właśnie takich słów potrzeba było Marze w tej chwili. Kąciki jej ust uniosły się 

lekko w uśmiechu, a w bystrych zielonych oczach pojawił się błysk nadziei. 

Mimo to, kiedy wracały razem na mostek, Leia myślała o tym, jak ulotna jest owa 

nadzieja. Równie dobrze może w przyszłości opowiadać dzieciom Jainy historyjki o 
dzielnej cioci Marze, która od dawna już nie żyje. 

Na szczęście udało jej się powstrzymać  łzy. Jak wszyscy musiała być silna, dla 

dobra Mary. 

 
Zbliżając się do saloniku „Sokoła Millenium" Jacen usłyszał znajome świsty i 

brzęczenie wyładowań elektrycznych. Domyślił się,  że Anakin znowu ćwiczy ciosy 
mieczem świetlnym. Chłopak robił to niemal bez przerwy. 

W normalnych okolicznościach Jacen zostawiłby go w spokoju, wiedząc, że filo-

zoficzna dysputa z bratem nie ma sensu. Tym razem jednak, po spotkaniu z Komitetem, 
był w nastroju do kłótni, toteż bez wahania przekroczył próg. 

Zlany potem Anakin uskakiwał i wykręcał piruety, parując mieczem strzały nie-

wielkiego zdalniaka, który unosił się dookoła niego i poszukiwał  słabych punktów w 
jego obronie. 

background image

R.A. Salvatore 

61

Jacen musiał przyznać,  że jego braciszek radzi sobie coraz lepiej. Anakin serią 

błyskawicznych ruchów odbił dwa niemal jednoczesne strzały, ciągnąc mieczem naj-
pierw z lewej do góry, a potem z prawej. 

Sekwencja ataków zaprogramowanych w pamięci zdalniaka dobiegła końca. 

Urządzenie wyłączyło się, a chłopak stanął nieruchomo i ciężko oddychał. 

Jacen zaczął powoli klaskać, jakby chciał z niego zakpić. 
- Potrafiłbyś tak? - spytał Anakin, zanim jeszcze odwrócił się twarzą do brata. 
- A jakie to ma znaczenie? - odparował Jacen. Anakin skrzywił się pogardliwie. 
- Pół życia spędzasz tańcując z bronią- skomentował starszy. 
- Jesteśmy rycerzami Jedi. Przynajmniej niedługo nimi będziemy. 
- A twoim zdaniem Jedi powinni od rana do nocy uganiać się za zdalniakami - do-

powiedział sarkastycznie Jacen. 

- Ty też ćwiczysz - odparł Anakin. 
- A w dodatku spędzam w samotności więcej czasu niż ty -zgodził się Jacen. 
Anakin spojrzał na niego sceptycznie, jakby chciał zapytać, w czym problem. 
- Istnieje powód, dla którego warto ćwiczyć w odosobnieniu - ciągnął cierpliwie 

młodzieniec. 

- Tak jest: trzeba doskonalić umiejętności - zgodził się  młodszy. Zanim Anakin 

skończył mówić, Jacen już potrząsał głową. - Nie. Trzeba to robić, żeby lepiej rozumieć 
- wyjaśnił. 

- Ty znowu o tym? 
- Jak zawsze - odparł nieustępliwie. - O czym myślisz, kiedy ćwiczysz? 
Anakin ponownie obrzucił go sceptycznym spojrzeniem. 
- Może wyobrażasz sobie, że polujesz na wyjętych spod prawa Gamorrean? - spy-

tał Jacen. - Ratujesz galaktykę przed złem, jak tata? 

- Kiedy trenuję, oczyszczam umysł z takich głupot - bronił się chłopak. Jacen nie-

zadowolony z odpowiedzi pokręcił głową. 

- Zanim zjednoczysz się z Mocą- wyjaśnił - i zaraz potem. O czym wtedy myślisz? 
Anakin spojrzał na niego wściekle. 
- No, o czym? - naciskał Jacen. - Jakie bitwy rozgrywasz wtedy w wyobraźni? 
- A jakie to ma znaczenie? - spytał ostro młodszy z braci. 
- To nie jest prawdziwa natura Mocy - odparł starszy równie zdecydowanym to-

nem. - Ciągle myślisz o niej jak o narzędziu wojny przeciwko wszystkiemu, co uważasz 
za złe. To bardzo ograniczona filozofia. 

- Moc jest bronią- wycedził Anakin. - Potężną bronią i wielką odpowiedzialnością. 
Jacen potrząsnął głową. 
- To tylko jeden z jej mniej ważnych aspektów. Jesteś jednym z wielu, którzy pró-

bują wykorzystać Moc dla zaspokojenia własnej żądzy zwycięstwa. 

Jego brat wyglądał tak, jakby chciał go opluć. 
- Moc jest ścieżką łagodności i prawdy, a nie narzędziem realizacji czyichś prze-

konań o tym, co dobre, a co złe - ciągnął mentorskim tonem. 

- Uważasz, że Nowa Republika jest zła? - spytał drwiąco Anakin. 

Wektor pierwszy 

62

- Ani dobra, ani zła - odparł niezrażony Jacen - ale nie zgadzam się ze wszystkim, 

co robią jej władze. Istnieją społeczności, które cierpią za sprawą Republiki równie 
mocno, jak za czasów Imperium. 

- Tylko że tym razem wojny toczą się w słusznej sprawie -krzyknął zapalczywie 

Anakin, najwyraźniej oburzony porównaniem Nowej Republiki do Imperium. 

Jacen zaśmiał się z cicha, ubawiony słowami brata, który poniewczasie zrozumiał 

ich głębsze, ukryte znaczenie. 

- Zaczynam mieć tego dość - stwierdził Anakin. 
- Będziesz mnie słuchał, dopóki nie poznasz prawdy - oświadczył prędko Jacen. - 

Biorę na siebie tę odpowiedzialność. 

- Wujek Luke ci kazał? 
- On nie ma z tym nic wspólnego. To sprawa między nami. 
- I tak niedługo wskrzesi Radę Jedi - oznajmił dumnie Anakin, jakby te słowa mia-

ły przynieść mu zwycięstwo w sporze z bratem. 

- Musi - odparł Jacen, nie ukrywając niezadowolenia. - Inaczej może dojść do ka-

tastrofy, bo rycerze Jedi, podobni do ciebie, przemierzają galaktykę robiąc to, co im się 
podoba, w imię „naprawiania zła". - Młodzieniec machnął lekceważąco ręką i ruszył do 
wyjścia, ale nim zrobił dwa kroki, Anakin chwycił go za ramię i odwrócił. 

Chłopak dzierżył wysoko rękojeść świetlnego miecza. 
- To - powiedział z naciskiem -jest narzędzie, które stanowi prawa. 
- Nie - odparł Jacen patrząc mu w oczy. - To jest narzędzie, dzięki któremu Jedi 

może wejrzeć w głąb siebie i odnaleźć wewnętrzny spokój. To miara jego otwarcia na 
Moc. 

Po minie Anakina widać było, że nie zrozumiał ani słowa. 
- Jeśli podczas ćwiczenia nie otworzysz się w pełni na Moc, twoja obrona będzie 

zbyt słaba i odczujesz to na własnej skórze - dodał Jacen. - Tu nie chodzi o prowadze-
nie wojen, Anakinie. Chodzi o spokój wewnętrzny i odnalezienie swojego miejsca w 
galaktyce. 

- To tylko piękne słówka, które nic nie znaczą, kiedy trzeba walczyć - odpowie-

dział chłopak buntowniczo. 

- Jedi pojednany z samym sobą jest znacznie lepszym wojownikiem - oświadczył 

Jacen. 

- Udowodnij to - rzucił wyzywająco Anakin, włączając miecz. Brzęczące, jaskra-

we ostrze oświetliło twarz Jacena jasnym blaskiem. 

- Skoro muszę to zrobić, żeby dotrzeć do twojego zakutego łba... - odparł młodzie-

niec, odsuwając się spokojnie. Po chwili stanął twarzą w kierunku brata i uruchomił 
broń. 

Anakin zamknął właz. Ani wujek Luke, ani ojciec nie byliby zachwyceni, gdyby 

zastali ich walczących właśnie tu. Chłopak odwrócił się i wyszedł naprzeciw Jacenowi, 
który zbliżał się powolnym, spokojnym krokiem. 

- Może przyznasz mi rację, kiedy cię pokonam - mruknął, ale jego brat już go nie 

słyszał; pogrążył się w głębokiej koncentracji - był to wstęp do świadomej pustki, peł-
nego otwarcia się na Moc. 

background image

R.A. Salvatore 

63

Obaj odczekali moment, a potem Anakin rzucił się do ataku, tnąc świetlistą klingą 

w górę i w bok, a potem celując w bark przeciwnika. Jacen z łatwością sparował cios, 
blokując jednocześnie miecz brata. 

Anakin był na to przygotowany. Pociągnął ostrze w dół, by uwolnić się z niebez-

piecznego bloku, po czym błyskawicznie pociągnął w górę, by Jacen nie zdążył przyło-
żyć mu miecza do gardła, co oznaczałoby natychmiastowe zwycięstwo. 

Zamachnął się szeroko, zza pleców, i z całych sił uderzył w miecz brata, krzesząc 

fontannę iskier. Atakował raz za razem, jakby chciał wbić przeciwnika w ścianę. 

- Twój gniew cię zdradza - odezwał się spokojnie Jacen. Anakin poczuł dreszcz. 

Brat miał rację: Ciemna Strona, spotkania z którą nie życzył sobie żaden Jedi, była 
niebezpiecznie blisko. 

Anakin natarł nieco spokojniej i z finezją. Zadawał subtelniejsze pchnięcia i cięcia, 

niby od niechcenia broniąc się przed ciosami Jacena. 

Pojedynek trwał już kilkadziesiąt minut. Bracia ścigali się wzajemnie po całym sa-

lonie szybkimi kontratakami, to zyskując, to znów tracąc przewagę. Obaj musieli wie-
rzyć we własne możliwości i ufać przeciwnikowi, bowiem ich mieczy nie można było 
ustawić na tryb ćwiczebny. Najmniejszy błąd w obronie lub zbyt głębokie cięcie mogły 
się skończyć poważnym urazem. 

Mimo to walczyli nadal, z bronią w ręku próbując dowieść  słuszności swoich 

przekonań. Wkrótce, mimo ostrzeżeń Jacena, obaj siekli z pasją, odskakując w porę i 
powracając, by ciąć z dołu i z góry. Już nie parowali ciosów, tylko tłukli mieczami z 
całej siły, by wytrącić przeciwnikowi broń. Jacen opanował się jako pierwszy. Porzucił 
zaciekłą obronę, znów stosował subtelne, piękne uniki i bloki. Prawie zupełnie zanie-
chał ataku. 

Pasywna postawa brata sprawiła, że Anakin zaatakował ze zdwojoną energią. Ude-

rzył trzykrotnie z lewej, a potem wykręcił piruet, zmieniając w locie ułożenie rąk, by 
zadać trzy szybkie ciosy z prawej strony. 

Jacen sparował pierwsze trzy, potem jeszcze dwa i... kucnął. 
Anakin, gotów na przyjęcie trzeciego bloku i kolejny obrót, machnął mieczem nad 

głową brata i przeciął jedynie powietrze, tracąc przy tym równowagę. 

Jacen podniósł się błyskawicznie i jednym krótkim uderzeniem wytrącił mu broń z 

rąk. Chłopak cofnął się, masując zadraśniętą dłoń. 

Jacen wyłączył miecz. 
- Moc jest siłą drzemiącą w naszym wnętrzu i jemu służącą. Nie jesteśmy patrolem 

galaktycznym. 

Anakin obrzucił go wrogim spojrzeniem, zdziwiony, że jego starszy brat, który na 

ćwiczenia z bronią poświęcał znacznie mniej czasu, tak łatwo go pokonał. 

- Wujek Luke użył Mocy, żeby zniszczyć Gwiazdę Śmierci - przypomniał. 
- A Mara dzięki niej walczy z chorobą- odparł Jacen. - Tylko jeśli osiągniesz spo-

kój wewnętrzny, możesz stanąć po właściwej stronie i bronić dobra galaktyki. 

Anakin nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę stał w milczeniu, rozcierając zdrę-

twiałą rękę i przyglądając się bratu. 

Wektor pierwszy 

64

- Jesteś coraz lepszy - przyznał Jacen, po czym mrugnął do niego i ruszył do wyj-

ścia. 

- Następnym razem ci dołożę - rzucił na pożegnanie Anakin. Jacen spodziewał się, 

że usłyszy coś w tym stylu, więc tylko uśmiechnął się szerzej, wychodząc na korytarz. 
Gdzieś pod sobą usłyszał metaliczny szczęk i wiązankę przekleństw w wykonaniu ojca, 
pochłoniętego pracą. 

- Teraz już przesadziłeś - wrzasnął Han. Chewbacca zawył w odpowiedzi. 
- Hej! - krzyknął Solo. 
Głowa Wookiego pojawiła się nad krawędzią włazu do tunelu naprawczego. 
- Wracaj, ty kupo kłaków! - zawołał Han. 
Chewie wyskoczył spod podłogi jednym zgrabnym susem. Tak przynajmniej wy-

dawało się Jacenowi, dopóki nie zauważył, że z otworu wychyla się jego ojciec, dzier-
żący w dłoni iskrzący kabel, a z pośladków Chewbaccy unosi się smużka dymu. 

Nie udało mu się zdusić w sobie chichotu, nawet wtedy, gdy masujący zadek Wo-

okie ruszył w jego stronę. - Aaaaah, aeeaaaaah! - zawył Chewie. 

- To nie moja wina! - zawołał młodzieniec. - To sprawka Anakina. 
Chewie warknął lekceważąco. 
- Nie, nie jesteśmy tacy sami - zaprotestował Jacen. 
Wookie rozłożył bezradnie łapy - na szerokość dobrych trzech metrów - i potrzą-

snął kudłatą głową, mrucząc i porykując. 

- Nigdy nie twierdziłem, że „Sokołem" można zawrócić w miejscu - nie ustępował 

chłopak. - I nigdy nie robiłem takiego zwrotu. Gadaj z Anakinem. 

- Aaaahh-aaah-aaa! 
- Czy mógłbyś z łaski swojej przyjść i pomóc mi przy kompensatorze? - spytał 

Han sarkastycznie, odwracając Wookiego. Trzymał w ręku dwa przewody - jeden z 
nich wciąż jeszcze iskrzył - a na twarzy miał grubą warstwę smaru, pod którą widać 
było błyszczące oczy i zęby. 

Jacen znowu się zaśmiał - a przynajmniej zaczął się  śmiać -ale Chewie natych-

miast odwrócił się i popatrzył na niego. Nic tak nie psuje humoru, jak groźne spojrzenie 
Wookiego. 

-To jak? - spytał Han. 
Rycząc z rezygnacją, Chewie powrócił do otwartego tunelu naprawczego. 
 
Gdy nadeszli Mara, Jaina i C-3PO, Solo i Wookie nadal próbowali doprowadzić 

„Sokoła" do porządku. Leia udała się ze swym raportem wprost do Rady. 

Jaina nie tracąc czasu odciągnęła braci na bok i uraczyła ich opowieścią o tym, jak 

ominęła eskadrę Łowców Głów. Kiedy skończyła mówić, Anakin sapnął z zadowole-
nia. Całą tę historię miał za oczywisty dowód słuszności jego poglądów na istotę Mocy. 

Jacen nawet nie próbował wszczynać dyskusji. 
C-3PO pospieszył na spotkanie z R2-D2, by czym prędzej przekazać mu wszelkie 

detale wizyty u Noma Anora, „nadzwyczaj nieprzyjemnego osobnika", jak go określił. 

background image

R.A. Salvatore 

65

R2-D2 piszczał i pogwizdywał z wrażenia, szczególnie wtedy, gdy jego partner re-

lacjonował ostatnie spotkanie z rhommamoolskim przywódcą, kiedy to stanął z nim 
oko w oko. 

Tymczasem Mara opowiedziała Luke'owi o wyczynach Wurtha Skiddera. 
- To narwaniec - stwierdziła na koniec. 
- Jesteś pewna, że nie próbował po prostu wam pomóc? 
- Nie potrzebowaliśmy pomocy - odparła stanowczo. - I on dobrze o tym wiedział. 

„Miecz Jade" ma dość dział, by rozwalić parę Z-95. Poza tym, kiedy zjawił się Wurth, 
właśnie urywaliśmy się pogoni. On po prostu szukał mocnych wrażeń, a przy tym 
chciał domalować sobie pod kabiną kilka znaczków „trafiony-zatopiony". 

Luke wzruszył ramionami. Czuł, że jest w tej sprawie praktycznie bezsilny. Setka 

rycerzy Jedi przemierzała galaktykę. Jakim cudem miałby sprawować nad nimi kontro-
lę? 

- Pojedynczo - odezwała się Mara. Kiedy Luke spojrzał na nią ciekawie, uśmiech-

nęła się smutno. - Problemy sypią ci się na głowę i masz wrażenie,  że w końcu cię 
zmogą. A tymczasem wystarczy załatwiać je pojedynczo - jeden po drugim. Twoja 
siostra dała Wurthowi niezłą szkołę. Myślę, że przez pewien czas nie będziesz musiał 
się o niego martwić. 

- A co byś powiedziała na małą wycieczkę do Zewnętrznych Odległych Rubieży? 

- spytał Skywalker. Tym razem to Mara popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Uśmiech-
nął się kpiąco. 

Objęli się czule i serdecznie roześmiali. Luke czuł się dużo lepiej, kiedy jego żona 

znajdowała się w pobliżu. 

 
Chewie z łapami założonymi za głowę w milczeniu podpierał ścianę u drzwi sali 

obrad. Kiedy Mara i Jaina zjawiły się przy „Sokole", Han przysłał go tu, by „eskorto-
wał Leię". Prawda była jednak nieco inna: wysłał go, żeby znalazł się jak najdalej od 
frachtowca. Remont nie szedł im najlepiej, więc większą część ostatniej godziny spę-
dzili na kłótniach. Obaj potrzebowali przerwy, toteż Chewie cieszył się nieoczekiwaną 
chwilą spokoju. 

Kiedy jednak jeden z radnych, Fyor Rodan z Commenoru, wyszedł nagle z sali ob-

rad i zaczął grozić Chewiemu palcem, zrzędząc na temat jakichś przywilejów handlo-
wych, którymi rzekomo obdarzono Kashyyyk, ojczystą planetę Wookiech, olbrzym 
poczuł, że powinien był raczej zostać przy wrzeszczącym Hanie. 

Chwilę później Leia opuściła posiedzenie i... ukryła twarz w dłoniach. W szafie, 

po przeciwnej stronie holu, wisiał Fyor Rodan, zaczepiony kołnierzem o wieszak na 
płaszcze. 

- Gratuluję gustu w doborze przyjaciół - wycedził radny. 
- Chewie, zdejmij go - poleciła księżniczka. Chewbacca warknął i potrząsnął łbem. 
- Radny Triebakk dowie się o wszystkim - zagroził Fyor Rodan. - Chyba o nim 

słyszałeś, co? - szydził. 

Wookie zamknął drzwi szafy. 

Wektor pierwszy 

66

- Nie możesz tak po prostu zastraszać radnych – odezwała się Leia z wyrzutem, 

ruszając w stronę schowka. Po chwili zatrzymała się, rozważając w duchu przebieg 
spotkania, z którego właśnie wyszła: niekończące się spory o nieistotne szczegóły i 
otwartą pogardę ze strony dwóch radnych, omawiających jej porażkę w sprawie osa-
riańsko-rhommamoolskiej, a także ich insynuacje na temat rzekomych „powodów poli-
tycznych". 

- Chodźmy - powiedziała, kierując się w stronę korytarza. Bolpuhr bezszelestnie 

sunął za nią. 

- Aaaaah? - zdziwił się Chewie, ale zobaczywszy plecy Leii także ruszył w stronę 

drzwi. 

- Jeśli dopisze nam szczęście, nie znajdą go przed naszym odlotem - wyjaśniła 

Leia. Wookie warknął przyzwalająco i razem wyszli na korytarz. 

Nastrój księżniczki poprawił się znacząco, kiedy wreszcie dotarli do „Sokoła" i 

dostrzegła blask w oczach swego męża. Choć minęło już tyle lat, płomień głębokiej i 
uczciwej miłości, którą darzyli się wzajemnie, nie przygasał. 

- A jednak cię znalazł - zauważył Solo, czule ściskając żonę. - Pewnie twoje wrza-

ski słychać było na trzy piętra w górę i w dół. 

- Mara opowiedziała wam o Nomie Anorze - domyśliła się 
Leia. 
- I o Wurthu Skidderze - dorzucił Luke, schodząc po rampie. Leia westchnęła 

ciężko i pokręciła głową. 

- Musisz z nim coś zrobić - odpowiedziała. 
- Po kolei. Przyjdzie czas i na to - uspokoił ją brat. 
- A teraz co? - spytała rozdrażniona. 
- No... lecimy na małą wycieczkę - odpowiedział Han. 
- Mam nadzieję, że daleką. Han zaśmiał się lekko. 
- Najdalszą z możliwych. 
- Jak dla mnie to i tak zbyt blisko - rzuciła Leia, odwracając głowę w kierunku od-

ległego gmachu Senatu. - Czy komukolwiek uda się kiedyś zadowolić tę klikę? 

Luke zachichotał. Znał odpowiedź. 
- W żaden sposób nie da się dogodzić tak.... - zawiesił głos, szukając odpowied-

niego słowa-.. .tak eklektycznej grupie. 

- Dyplomatycznie to ująłeś - pochwaliła go Leia. - No, więc o co chodzi tym ra-

zem? 

- Opowiem ci po drodze. 
- O Jedi? 
Han parsknął  śmiechem i Leia wiedziała już,  że zgadła. Tym silniej zapragnęła 

opuścić wreszcie Coruscant. Wprawdzie marzyła jej się ucieczka od wszelkich proble-
mów, jednak po incydencie z Wurthem Skidderem zaczęła traktować problem rycerzy 
Jedi bardziej osobiście. Do tej pory nie zaprzątała sobie głowy planami wskrzeszenia 
Rady Jedi, które snuł Luke, uważając, że to nie jej sprawa - w przeciwieństwie do obo-
wiązków nałożonych na nią przez władze Republiki. Teraz jednak zaczynała w pełni 

background image

R.A. Salvatore 

67
dostrzegać sytuację. Zrozumiała, jak bardzo by się ona zmieniła, gdyby Luke zdołał 
doprowadzić do porządku swoich Jedi. 

- Odwiedzimy też starego kumpla - zaproponował Han. Leia spojrzała na niego 

ciekawie. 

- Landa - wyjaśnił. 
To tyle, jeśli chodzi o spokojne wakacje - pomyślała księżniczka. Ilekroć Lando 

pojawiał się na horyzoncie, zaczynały się kłopoty. Prawdę mówiąc, nie była zachwyco-
na, że jej mąż zadaje się z Calrissianem. Ten człowiek wiecznie wciągał Hana w jakieś 
tarapaty... Leia doszła do wniosku, że tym bardziej powinna polecieć. 

- A co z Marą? - spytała Luke'a, z całych sił próbując nie okazać, jak bardzo się o 

nią martwi. 

- Leci z nami - odpowiedział mistrz. - Właśnie zasiadła z Jainą do wyznaczania 

kursu. Zakładam, że w końcu jednak uda się naprawić „Sokoła". 

Leia spojrzała pytająco na Hana. 
- Anakin - wyjaśnił. Nie była ani trochę zaskoczona. 
- Jesteś pewien, że Mara sobie poradzi? 
- Spróbuj ją zatrzymać - odpowiedział Luke. 
Leia uśmiechnęła się z wysiłkiem. Mimo bólu i nieustannego zagrożenia, Mara by-

ła zdecydowana żyć pełnią życia i nie pozwolić, by choroba dyktowała jej warunki. 

Ten fakt jedynie umocnił Leię w przekonaniu, że Mara jest najlepszą nauczycielką 

dla Jainy. 

Wektor pierwszy 

68

R O Z D Z I A Ł  

START 

- Czy ktokolwiek mógł w to wątpić? - spytał sarkastycznie Bensin Tomri, kiedy 

Danni oznajmiła,  że zamierza polecieć Spacecasterem ku czwartej planecie systemu 
Helska. 

- Nie poradzisz sobie sama - stwierdziła Tee-ubo, a Danni nie zaprzeczyła. Osta-

tecznie ustalono, że powinny lecieć trzy osoby, w tym ktoś z wykształceniem geolo-
gicznym oraz Danni jako dowódca misji i pilot archaicznego statku. 

Chwilą później Yomin Carr usłyszał pukanie do drzwi. Na korytarzu czekała nie-

śmiało uśmiechnięta Danni. 

- Przyszłaś prosić, żebym zgłosił się na ochotnika - domyślił się. 
- Doszłam do wniosku, że należy ci się nagroda za pracowitość - odparła kobieta. - 

Tobie powinien był przypaść zaszczyt zauważenia komety. 

- I dlatego teraz oferujesz mi życiową szansę na dokonanie wielkiego odkrycia? - 

spytał śmiertelnie poważnie Yomin Carr. 

Danni skinęła głową i uśmiechnęła się nieco odważniej, jakby chciała dać mu do 

zrozumienia, że powinien być zadowolony. 

- Obawiam się, że muszę odmówić - dodał wojownik ludu Yuuzhan Vong. Tizo-

wyrm ukryty w jego uchu nie przestawał wysyłać delikatnych wibracji, które podpo-
wiedziały Yominowi, że może sobie pozwolić na nieco lżejszy ton. - Prosisz mnie o to, 
bo nikt inny nie jest wystarczająco szurnięty, żeby wsiąść do tego zdezelowanego trupa, 
który szumnie nazywasz wahadłowcem - dorzucił, uśmiechając się sztucznie. 

Danni roześmiała się i nawet nie próbowała odmawiać mu racji. 
- Ale to nie byłoby właściwe z mojej strony - dokończył po chwili, znów poważ-

nym głosem. Dobrze wiedział, co robi. Zgodnie z instrukcją pod żadnym pozorem nie 
wolno mu było zbliżać się do planety, na której yammosk założył bazę. Pod groźbą 
haniebnej  śmierci nie powinien był spotykać się ani komunikować z koordynatorem 
wojennym, chyba że za pomocą jedynego bezpiecznego środka łączności - villipa. - Nie 
pracuję zbyt długo w ExGalu -ciągnął. - Większość z was siedzi na Belkadanie dłużej 
niż ja należę do organizacji. Nie śmiałbym odbierać wam tej sposobności. 

background image

R.A. Salvatore 

69

- Przecież sam powiedziałeś, że oni nie chcą lecieć - nie ustępowała Danni. 
- Chcą- zapewnił ją Yomin Carr. - Podobnie jak mnie, przeraża ich stan techniczny 

statku, ale w głębi duszy wszyscy chcieliby skorzystać z takiej okazji. 

- Wszyscy, z wyjątkiem Yomina Carra - uzupełniła sarkastycznie. 
- Mam swoje zasady - odparł wojownik. Pomyślał z satysfakcją  że, biorąc pod 

uwagę jego dotychczasowe zachowanie, Danni nie mogła mu odmówić racji. Tylko on 
niezmiennie trwał na swoim stanowisku - godzina za godziną dzień za dniem, tydzień 
za tygodniem - podczas gdy inni, w pewnym sensie nie wyłączając nawet Danni, na-
gminnie lekceważyli swoje obowiązki. 

- Dobierz załogę spośród tych, którzy bardziej zasłużyli na ten zaszczyt - zakoń-

czył Yomin Carr. 

Rozstali się, wymieniwszy grzeczne uśmiechy. Gdy tylko Danni wyszła, przyjąw-

szy do wiadomości jego uprzejmą odmowę, twarz Yomina przybrała zatroskany wyraz. 
Zastanawiał się, czy powinien natychmiast zabić wszystkich we śnie, by raz na zawsze 
zażegnać niebezpieczeństwo odkrycia floty inwazyjnej. Upadł na kolana i wygiął plecy, 
tłukąc czołem o posadzkę. Wzywał Yun-Harlę, Ukrytą Boginię, i Yun-Yammkę, Za-
bójcę, prosząc ich o podpowiedz. Jego palce zbielały, gdy z całej siły wbijał je w twar-
de podłoże. 

Po chwili uspokoił się i odzyskał kontrolę nad myślami. Musiał tylko oszacować 

ryzyko niepowodzenia i zrobić coś, co wyrówna szanse. Wydobył z szafy małe pudełko 
i wpuścił do niego wyczerpanego tizowyrma. Gdyby zwierzę pracowało zbyt długo, 
dosłownie zawibrowałoby się na śmierć. 

Wkrótce potem wojownik wymknął się z kabiny i pod osłoną nocy dotarł do nie-

wielkiego Spacecastera. Praca z maszynami była doprawdy najmniej przyjemną częścią 
treningu, który przeszedł Yomin Carr, ponieważ zmusza do porzucenia tradycyjnych 
żywych narzędzi ludu Yuuzhan Vong. Yomin powtórzył w myślach, że najważniejsze 
jest dobro jego rasy i spokojnie wziął się do roboty, podobnie jak czynił to przez lata 
szkolenia. Mógł z dumą przyznać,  że był bodaj najlepszym technikiem w szeregach 
Praetorite Vong. 

Nie próbował się kryć. Zbyt wiele osób kręciło się w pobliżu, by działać ukrad-

kiem. Rozwiesił więc reflektory i śmiało pobrzękiwał narzędziami. 

Gdy po niespełna godzinie zjawiła się Danni Quee, zastała go przy pracy nad 

kompensatorem przyspieszenia. 

- Wysunęła się uszczelka pompy - wyjaśnił uczciwie Yomin Carr. W tym momen-

cie rzeczywiście naprawiał usterkę mechanizmu. Gdyby jednak Danni przyszła kilkana-
ście minut wcześniej, kiedy rozłączał inicjator sygnału wyjściowego w porcie komuni-
kacyjnym, zapewne domyśliłaby się, że coś jest nie w porządku. 

- Odlatujemy za trzy godziny - oznajmiła. 
- Sprawdzam tylko najważniejsze systemy - odpowiedział Yomin Carr. - Hiperna-

pęd nie spełnia norm, ale nie powinien zawieść, tyle, że nie będziecie lecieć zbyt szyb-
ko. Silniki jonowe działają bez zarzutu. 

Danni kiwnęła głową. Wcześniej przeprowadziła identyczne testy. 
- A co z kompensatorem? - spytała. 

Wektor pierwszy 

70

- Tylko ta uszczelka - wyjaśnił Yomin Carr, po czym przeciągnął laserowym 

uszczelniaczem po jej obwodzie i uznał naprawę za zakończoną. 

Danni obejrzała z bliska jego dzieło i z uznaniem kiwnęła głową. 
- Jesteś pewien, że nie chcesz lecieć? - spytała. – Bensin Tomri i Cho Badeleg bę-

dą mi towarzyszyć, ale znajdzie się miejsce i dla ciebie. 

- Doskonały wybór - pochwalił Yomin. - Ale i tak muszę odmówić. Dodatkowy 

członek załogi Spacecastera mógłby zagrozić powodzeniu misji. Kiedy dotrzesz na 
miejsce, będziesz potrzebowała czasu, żeby przeprowadzić badania. Nie starczyłoby ci 
zapasów dla czterech osób - szczególnie, że hipernapęd nie spisuje się najlepiej. 

- Czuć tu baldaviańskim zającem kieszonkowym - odpowiedziała Danni, mając na 

myśli bojaźliwe zwierzątko, często uważane za symbol tchórzostwa. 

Yomin Carr zaśmiał się niepewnie. Rozumiał, że został żartobliwie obrażony, choć 

zupełnie nie pojmował dlaczego. - Idź, prześpij się przed podróżą - polecił, po czym 
odwrócił się ku przyrządom kontrolnym. 

Danni położyła dłoń na jego ramieniu. 
- Doceniam to - powiedziała cicho. 
Yomin Carr skłonił się, powstrzymując uśmiech. Gdybyż ona rozumiała ironię 

własnych słów! 

Wkrótce potem wojownik uruchomił komunikator pokładowy i wysłał sygnał do 

niedalekiej bazy. Urządzenia wskazywały, że emisja przebiegła poprawnie, ale - dzięki 
zabiegom Yomina Carra - w rzeczywistości wiadomość nie została nadana. 

Statek miał znaleźć się w przestrzeni niezdolny do wysłania jakiejkolwiek wieści. 
Ostrożny yuuzhański agent był jednak tylko połowicznie zadowolony. Istniało 

niebezpieczeństwo, że zespół Danni może po drodze przesiąść się na inny statek zmie-
rzający ku nowej siedzibie koordynatora wojennego. Ruch w okolicy był raczej nie-
wielki, ale pojawiało się ryzyko, zwłaszcza  że i inne obserwatoria mogły zauważyć 
nadlatujący światostatek. 

Rozważając tę sprawę, Yomin Carr powrócił do kabiny i sięgnął do szafy po villi-

py. Po chwili nawiązał łączność z prefektem Da'Garą. 

Gdy villip Da'Gary odwrócił się na lewą stronę, Yomin Carr zauważył, że twarz 

prefekta okrywa gnullith. Symbioza była tak pełna,  że villip uznał zwierzę za część 
ciała swego gospodarza i przedstawił jego kształt na swej powierzchni. 

- Niech tu przylecą - odparł Da'Gara, gdy agent poinformował go o misji badaw-

czej. - Dobrze zrobiłeś, wyciszając ich statek. 

- Uważajcie na kobietą zwaną Danni Quee - ostrzegł Yomin Carr. - Jest niebez-

pieczna. 

Na powierzchni villipa, odbijającej twarz prefekta, zajaśniał uśmiech tak szeroki, 

że kąciki ust Yuuzhanina wyjrzały spod gnullitha. 

- Nada się do nawrócenia? 
Agent zastanawiał się nad odpowiedzią przez dłuższą chwilę. Istotnie, z Danni 

byłby niezły wojownik, ale Yomin wątpił, czy jej silna wola dałaby się nagiąć tak, by 
kobieta wystąpiła przeciwko swym pobratymcom. Wyraz jego twarzy, wiernie przeka-
zany przez villipa leżącego przed Da'Garą, zdradzał całą gamę mieszanych uczuć. 

background image

R.A. Salvatore 

71

- A zatem godna ofiara - zaproponował przełożony. - Zabijemy ją w honorowy 

sposób i w odpowiednim czasie. 

- Twoje słowa są dla mnie zaszczytem, prefekcie - odparł Yomin Carr. Była to 

szczera prawda. Składanie ofiary było jednym z najważniejszych rytuałów ludu 
Yuuzhan Vong. Choć niemal wszystkie gatunki istot myślących rozumiały nieuchron-
ność zgonu, kultura yuuzhańska w pełni się z nią pogodziła, postrzegając wręcz samo 
życie jako przygotowanie do śmierci. A skoro każdy musi kiedyś umrzeć, to najważ-
niejszą sprawą staje się sposób, w jaki dokona się żywota. Najbardziej hańbiącą śmierć 
Yuuzhanie fundowali jedynie wrogom. 

- Jak długo utrzyma się obecna sytuacja na Belkadanie? - spytał prefekt. 
-Niedługo - zapewnił go Yomin Carr. Wiedział, co mówi, bo rano sprawdził pew-

ne odczyty i dokonał niezbędnych obliczeń. - Gazy osiągną krytyczną masę w ciągu 
kilku dni. Silne burze zaczną się wkrótce potem. 

- Masz ooglitha-okrywacza? - zapytał Da'Gara. - Nie chciałbym,  żeby ktoś, kto 

przysłużył się nam tak jak ty, Yominie, zginął przypadkiem na jakiejś odległej planecie. 

- Jestem gotów, prefekcie - odpowiedział Carr, prostując się na dźwięk kolejnego 

komplementu. Jego misja dobiegała końca. Po transformacji Belkadanu musiał jedynie 
pozostać na planecie i przetrwać sztormy wywołane efektem cieplarnianym, podczas 
gdy siły Praetorite Vong kontynuowałyby inwazję. -Mam tylko nadzieję,  że znajdzie 
się dla mnie nowe zadanie. 

- Bardzo możliwe - odparł Da'Gara. - Może wykorzystamy informacje z twojej ba-

zy, by ułatwić zadanie kolejnej grupie światostatków. Jeszcze bardziej prawdopodobne 
jest to, że egzekutor Nom Anor usłyszy o twoich sukcesach i zaproponuje ci współpra-
cę. 

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi kabiny Yomina Carra. Wojownik bły-

skawicznie zakrył i wrzucił do szafy villipa, po czym ściągnął koszulę i pobiegł otwo-
rzyć, trąc oczy, jakby przed chwilą się obudził. 

Na korytarzu stał Garth Breise, ze zwiniętą liną przerzuconą przez ramię. 
- Jesteś gotowy? - spytał. 
- Jeszcze ciemno - zauważył Yomin Carr. 
- Wolę niebezpieczeństwa czające się nocą w dżungli niż gniew Danni Quee - od-

parł kwaśno Garth Breise. 

Wojownik wrócił po koszulę. Wszystko układało się wręcz doskonale... 
 
Powietrze o świcie było chłodne, ale nie rześkie, bo przesycone lekko siarkowym 

zapachem. Yomin Carr z ulgą zauważył, że jego towarzysz raz po raz pociągał nosem, 
ale na szczęście nie komentował dziwnego zjawiska. Yuuzhanin pomyślał, że być może 
jest bardziej wyczulony na dziwny zapach, ponieważ spodziewał się,  że go poczuje. 
Garth Breise ledwo wyczuwał obecność gazu. 

- Chcesz ich najpierw odprowadzić? - spytał Yomin, wykonując nieznaczny gest w 

stronę lądowiska, z którego miał odlecieć wahadłowiec. 

- Już się z nimi pożegnałem - mruknął Garth. - Wolę jak najszybciej skończyć tę 

głupią robotę. 

Wektor pierwszy 

72

- Wieża ma zaledwie sto metrów wysokości - zauważył Carr. 
- Zaledwie - powtórzył sarkastycznie jego partner. - A na jej czubku jest zimno i 

wietrznie. 

- Może dopisze nam szczęście i po drodze spotkamy kuguara czerwono-

grzebieniastego? - dodał Yomin, ale Garth Breise jakoś nie chciał się  uśmiechnąć. - 
Oszczędziłoby nam to wspinaczki na maszt. 

Rozważając tę niepokojącą myśl, Breise zatrzymał się przy zewnętrznej wieżyczce 

kontrolnej bazy i skierował najbliższe reflektory w stronę podstawy masztu komunika-
cyjnego. Z szafki z bronią wyciągnął  ręczny blaster i przytroczył go sobie do pasa. 
Drugi chciał wręczyć towarzyszowi, który jednak grzecznie odmówił. 

Po chwili przeszli przez umocnienia otaczające stację, starannie zamykając za sobą 

bramę. Zbliżając się do wieży dostrzegli na ziemi jakiś ruch. Wydawało się, że gleba 
nagle ożyła. 

- Co to za cuda, u licha? - zdziwił się Garth Breise, pochylając się nisko nad nie-

przebraną masą rdzawo-brązowych żuków. 

- Może to one uszkodziły nam nadajnik - zasugerował Yomin Carr. 
- Kabel przegryzło coś znacznie większego. 
- Może kilka z nich weszło pod izolację, kiedy przewód był już rozerwany... - nie 

dawał za wygraną wojownik. Nie dokończył zdania, pozostawiając furtkę dla wyobraź-
ni Gartha. Wiedział, że przyczyna awarii była inna, za to jego partner nie miał o tym 
pojęcia. Gdyby owady rzeczywiście wpełzły do wnętrza, kabel istotnie mógł być w 
proszku. 

-Nie widziałem ani jednego w miejscu, gdzie znalazłem przebicie - przypomniał 

sobie Breise. Yomin zadarł głowę do góry. 

- Nadal sądzisz,  że warto tam wchodzić? - spytał. – Może najpierw sprawdzimy 

przewody na ziemi? 

Garth zastanawiał się przez dłuższą chwilę. Yomin pomyślał,  że udało mu się 

przekonać kolegę do zmiany planów. 

- Warto - odezwał się wreszcie Breise, ściągając z ramienia kłąb sznura. - Załatw-

my to wreszcie. 

Yomin Carr próbował jeszcze odwieść go od zamiaru wspinaczki, ale po chwili 

zreflektował się. Być może z punktu widzenia powodzenia misji lepiej było zatrzymać 
Gartha na ziemi, ale Yuuzhanin czuł, że z każdą chwilą coraz bardziej pali się do dzia-
łania. Po prostu chciał wdrapać się na górę. 

Tak też się stało. Weszli ostrożnie, asekurując się liną, badając każdy uchwyt, 

uważnie stawiając stopy i mozolnie pokonując kolejne piętra. Gdy dotarli na szczyt, 
było jeszcze ciemno. Garth Breise znalazł się tam jako pierwszy. 

- No proszę - zawołał, chwytając obluzowaną skrzynkę przyłączową. - To wiatr. 
Yomin Carr stanął tuż za nim. - Możliwe - zgodził się. 
Gdzieś z tyłu rozległ się potężny ryk: Danni i dwaj śmiałkowie ruszali w niebez-

pieczną podróż. Yomin i Garth odprowadzili wzrokiem, wznoszącego się ku niebu 
Spacecastera, który na chwilę przesłonił gwiazdy. 

- Wolę być tu niż tam - stwierdził Breise. 

background image

R.A. Salvatore 

73

- Tutaj stanowisz zagrożenie - odparł Yomin Carr. 
- Co? - spytał Garth, odwracając się ku niemu z zaciekawieniem. 
Patrząc mu w oczy, yuuzhański wojownik chwycił badacza za gardło i wbił dwa 

palce w jego tchawicę. Nie mogąc złapać tchu, Breise jedną  ręką próbował uwolnić 
szyję. Yomin Carr, znowu używając jedynie dwóch palców, uderzył w nadgarstek dru-
giej ręki przeciwnika, którą kurczowo trzymał się kratownicy masztu. 

Garth machnął gwałtownie ramionami, szukając oparcia, ale sprawne ręce wojow-

nika skutecznie mu w tym przeszkadzały. W tym momencie Yomin Carr nie wiadomo 
skąd wydobył małe, błyszczące ostrze i skierował je w stronę twarzy naukowca. Ma-
newr ten sprawił,  że Breise odruchowo zasłonił  rękami głowę, a wtedy Yuuzhanin 
szybkim pociągnięciem przeciął linę w miejscu, gdzie została zahaczona o konstrukcję 
masztu. 

Garth jak szalony zataczał ramionami kręgi, daremnie usiłując odzyskać równo-

wagę. 

- Dlaczego? - sapnął. 
Yomin Carr mógł zakończyć walkę jednym pchnięciem, ale wolał cofnąć się o 

krok i z prawdziwą przyjemnością przyglądać się, jak mężczyzna, rozpaczliwymi ru-
chami i z wykrzywioną przerażeniem twarzą, balansuje na skraju platformy. 

Z przeraźliwym okrzykiem Garth Breise runął w dół. W locie zahaczył o jedną z 

belek i poszybował dalej, koziołkując bezradnie. 

Yomin Carr był zadowolony, że jego towarzysz skierował szperacze na podnóże 

wieży. Dzięki temu obserwował jak na dłoni ostatnią fazę lotu ofiary i widział, z jak 
wielką siłą ciało uderzyło o ziemię. Dlatego, że dałeś mi powód - odpowiedział bezgło-
śnie yuuzhański wojownik na ostatnie pytanie Gartha. 

Żałował swego czynu tylko przez chwilę: gdy pomyślał o tym, że spadające ciało 

mogło zgnieść kilku z jego ulubieńców, dweebit. 

 
Danni Quee spojrzała przez tylny iluminator na szybko oddalający się dysk Belka-

danu. Po chwili wyraz zamyślenia na jej twarzy ustąpił miejsca czystej ciekawości. 

- Zawróć - poleciła Bensinowi Tomriemu, siedzącemu za sterami. 
- Im prostszy kurs na Helska, tym lepiej - odparł pilot, który najwyraźniej nie ufał 

możliwościom wahadłowca. - Właśnie mieliśmy skoczyć w nadprzestrzeń. 

- Musisz to zobaczyć - nie ustąpiła Danni. 
Trzeci członek załogi, niski, ciemnoskóry mężczyzna o wełnistych włosach, Cho 

Badeleg, stanął za nią. 

- Cholerna burza - stwierdził, widząc chmury kłębiące się na obrzeżu tarczy plane-

tarnej. 

Bensin Tomri sapnął ze złością, zmieniając kurs Spacecastera. Po chwili wszyscy 

troje z przerażeniem obserwowali niebywałe rozmiary zjawiska. Zielonkawe zabarwie-
nie chmur przypomniało Danni o dziwnych zachodach słońca, które ostatnio oglądała. 

- Wywołaj bazę i powiedz, żeby zabezpieczyli sprzęt - rozkazała. 
- Pewnie nie zdążyli jeszcze naprawić masztu - przypomniał Cho Badeleg. 
Danni sięgnęła po podręczny komunikator. 

Wektor pierwszy 

74

- Zejdź niżej - poleciła. Bensin Tomri usłuchał, ale już po chwili wszyscy troje 

zwątpili w słuszność tego kroku: powracając w atmosferę statek zatrząsł się tak potęż-
nie, jakby za chwilę miał się rozlecieć na kawałki. 

- Tee-ubo? - zawołała Danni i skrzywiła się, słysząc w zazwyczaj cichym głośniku 

komunikatora burzę statycznych trzasków. - Słyszysz mnie? 

- Danni? - odpowiedział przerywany głos. Tee-ubo dodała coś jeszcze, ale szumy 

zagłuszyły wszystko oprócz słów: Garth Breise. 

- Od południa zbliża się burza - Danni starała się mówić głośno i wyraźnie. - Bar-

dzo silna. Zrozumiałaś? – Powtórzyła komunikat kilka razy, a Tee-ubo próbowała od-
powiedzieć, ale z głośnika przez gąszcz trzasków dobiegały jedynie pojedyncze słowa 
lub sylaby. 

- To pewnie przez tę burzę - zauważył Cho Badeleg. Danni poddała się i wyłączyła 

komunikator, spoglądając pytająco na towarzyszy. 

- Chcesz wrócić - domyślił się Cho Badeleg. 
- Jeśli wylądujemy, prawdopodobnie nieprędko uda nam się znowu wystartować - 

odezwał się Bensin Tomri. - Szczególnie, że zaczyna się nawałnica. I tak mamy szczę-
ście, że dotarliśmy chociaż na orbitę. 

Cho Badeleg od dłuższej chwili obserwował szalejącą nad planetą burzę. 
- Nie wygląda na dobrze rozwiniętą - rzucił. - Nie widać trąby powietrznej, brak 

oka... 

- Myślisz, że nic im nie będzie? - spytała Danni. 
- Kiedy wydostaniemy się poza strefę zakłóceń, wyślemy im komunikat z nadajni-

ka pokładowego - zaproponował Bensin Tomri. - Czas podjąć decyzję. Lecimy czy 
wracamy? 

Danni zamyśliła się głęboko. W końcu jednak zwyciężyła w niej natura badacza - 

przecież i tak załoga wahadłowca podejmowała znacznie większe ryzyko niż ci, którzy 
pozostali w stacji. 

- Tee-ubo wspomniała coś o Garthu - zastanawiała się głośno. - Pewnie zdążył już 

naprawić nadajnik. 

- W takim razie lecimy - podsumował Bensin Tomri, ponownie wykonując zwrot 

niezgrabnym Spacecasterem i raz jeszcze rozpoczynając niezbędne obliczenia, by wy-
konać skok nad-przestrzenny. 

Kiedy ekspedycja oddaliła się od planety, Danni nadała szczegółowy raport o bu-

rzy nadciągającej z zachodu i przez jakiś czas czekała na odpowiedź - ale na próżno. 
Miała tylko nadzieję, że wiadomość dotarła do stacji, i że brak odpowiedzi był spowo-
dowany jedynie nie ukończoną naprawą masztu. 

 
W oczach Noma Anora odbijały się  błyski silników rakietowych pocisków wy-

strzelonych w kierunku nieprzyjacielskiego miasta Osa-Prime. Międzyplanetarny atak 
planowano od wielu tygodni. Tamaktis Breetha był mu przeciwny, bo wiedział, że roz-
pocznie on otwartą wojnę między dwoma światami. Kiedy jednak znaleziono ciała 
kilku zamordowanych oficjeli rhommamoolskich, jego argumentacja przestała się li-
czyć. 

background image

R.A. Salvatore 

75

Nom Anor miał nadzieję, że sensory „Mediatora" nie wykryją rakiet na tyle wcze-

śnie, by myśliwce Republiki zdążyły je przechwycić, ale i w tej sprawie nie wszystko 
było dziełem przypadku. Egzekutor i Shok Tinoktin przez długie godziny badali tory 
obu planet i zmiany pozycji krążownika Nowej Republiki. W końcu odpalono pociski 
w chwili, gdy ślady startu były najmniej widoczne. Po dotarciu na orbitę ich silniki 
miały zostać wygaszone i uruchomione ponownie dopiero przy wejściu do osariańskiej 
atmosfery, kiedy na ich przejęcie przez myśliwce z „Mediatora" byłoby już za późno. 

Chcąc zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu, Nom Anor spędził mnóstwo cza-

su na rozmowach z komandorem Ackdoolem. Uśmiechając się pojednawczo wyjaśniał, 
że teraz, gdy wścibska Leia Solo opuściła system, jest skłonny zawrzeć z dowódcą 
okrętu układ, który na dobre zakończy konflikt. Umówili się nawet na spotkanie na 
pokładzie krążownika, podczas którego Nom Anor i jego delegaci mieli wymienić po-
glądy z przedstawicielami Osarian. 

Egzekutor wiedział,  że Ackdool z zadowoleniem myśli o tym niespodziewanym 

sukcesie dyplomatycznym. Mówiono, iż komandor tylko dlatego został dowódcą „Me-
diatora",  że był Kalamarianinem - przedstawicielem rasy, która po odejściu Ackbara 
była nie dość licznie reprezentowana w kadrach Floty. Ackdool zdawał sobie sprawę z 
faktu, iż szemrano przeciwko jego nominacji i tym mocniej pragnął zaprezentować się z 
jak najlepszej strony. Co więcej, czuł się pewny przewagi militarnej swego okrętu nad 
wątłymi flotami obu planet, że nie spodziewał się żadnego podstępu. 

Niepokoje wywołane zdradzieckim atakiem mogły zmusić Noma Anora do 

ucieczki z Rhommamoolu. Był na to przygotowany. Jego misja i tak dobiegała końca. 
Gdyby rakiety spadły na Osa-Prime, rozpętując tym samym totalną wojnę, mógłby ze 
spokojnym sumieniem ruszyć dalej. Jego zadanie polegało na sianiu dywersji, na od-
wracaniu uwagi władz Nowej Republiki, by -zajęte tłumieniem niepokojów pośród 
Światów Środka - nie dostrzegały chmur gromadzących się na obrzeżu galaktyki. 

Im dłużej prefekt Da'Gara mógł działać w ukryciu, tym mocniejszą pozycję mogli 

zdobyć ludzie Noma Anora i tym więcej światostatków mogło dotrzeć na miejsce akcji. 

Trzy godziny później Nom Anor otrzymał pilną wiadomość od rozwścieczonego 

komandora Ackdoola. W osariańskiej atmosferze pociski wykryto. 

Egzekutor wziął na siebie pełną odpowiedzialność za atak, nazywając go „uspra-

wiedliwionym odwetem za zamordowanie rhommamoolskich oficjeli" - których, na-
wiasem mówiąc, osobiście kazał pozbawić życia - po czym bezceremonialnie przerwał 
połączenie. 

Wraz z Shokiem Tinoktinem skupił uwagę na ekranie z podglądem jednego z osa-

riańskich kanałów informacyjnych. Usłyszeli nerwowy głos reportera z Osa-Prime, 
który szczegółowo opisywał panikę panującą w mieście. Po chwili dziennikarz zamel-
dował, że dostrzega rakiety. 

Obiektyw holokamery uniósł się w górę, by ukazać widzom dobrze widoczne na 

nocnym niebie, opadające ku ziemi smugi ognia. 

Na ich spotkanie ruszyły pociski ziemia-powietrze oraz nieliczne myśliwce; nie 

zdołały one jednak powstrzymać ataku. 

Chwilę później Osa-Prime stanęło w płomieniach. 

Wektor pierwszy 

76

Nom Anor uznał, że dokonał niezwykle chwalebnego czynu. 

background image

R.A. Salvatore 

77

R O Z D Z I A Ł  

WARSTWY 

- Znowu starłeś się z Anakinem - stwierdził Luke, odnalazłszy swego starszego 

ucznia. Siedział on na murze otaczającym lądowisko, na którym spoczął „Sokół Mille-
nium", kawał zwykłego podwórza na planecie Reecee. Han i Chewie przyprowadzili tu 
frachtowiec wprost z Coruscant, wyjaśniając pasażerom - Jace-nowi, Anakinowi, C-
3PO i Leii - że będzie to jedyny przystanek w drodze do Zewnętrznych Odległych Ru-
bieży. Księżniczka jakimś cudem zdołała pozbyć się Bolpuhra, pozostawiając go w 
rodzinnym klanie. Nie potrzebowała nadopiekuńczości Noghriego; szczególnie teraz, 
gdy gorąco pragnęła chwili wytchnienia i ucieczki od intryg biurokratów. Bolpuhr, 
choć -jak każdy Noghri - pełen dobrych intencji, bywał niekiedy nieco kłopotliwy. 
Wyrwanie się spod jego skrzydeł Leia uznała za swe małe, osobiste zwycięstwo: sym-
bol chwilowego wyzwolenia z pęt odpowiedzialności związanej z pełnieniem obowiąz-
ków negocjatora. 

„Miecz Jade", pilotowany przez Marę i Luke'a, wylądował na sąsiednim placu. 

Wszyscy czekali teraz na przybycie Jainy, która - ku swej nieopisanej radości - leciała 
wraz z R2-D2 osobistym X-skrzydłowcem Skywalkera. 

- Zastałem go ćwiczącego walkę mieczem – odpowiedział uczciwie Jacen. - Obaj 

chcieliśmy się przekonać, jakie zrobił postępy. 

- Nie chodzi mi o walkę na miecze - wyjaśnił Luke - choć, szczerze mówiąc, nie 

uważam, żeby wasz ojciec był szczęśliwy, gdyby wiedział, że wymachujecie bronią w 
salonie jego statku. Miałem na myśli walkę na słowa. 

Zaskoczony Jacen wpatrywał się w swego wuja i mentora, próbując odgadnąć jego 

prawdziwe nastawienie do tej sprawy. 

Twarz Luke'a nie zdradzała jednak żadnych uczuć. 
- To była zwykła różnica poglądów - bąknął młodzieniec odwracając głowę. 
- Poglądów dotyczących roli rycerzy Jedi - uzupełnił Skywalker. 
- Dotyczących roli Mocy - poprawił Jacen, znowu patrząc mu w oczy. 
- Może mógłbyś mnie nieco oświecić? - spytał Luke. W jego głosie nie było sarka-

zmu ani kpiny. 

Wektor pierwszy 

78

Jacen, zdumiony wszechwiedzą swego mistrza, nawet tego nie zauważył. Wes-

tchnął i potrząsnął głową, raz jeszcze odwracając wzrok. 

Skywalker podskoczył, żeby usiąść na murku obok ucznia. 
- Wiesz, że czeka mnie trudna decyzja - odezwał się po chwili. 
- Zdawało mi się, że już ją podjąłeś - odparł Jacen. 
Luke skinął głową. 
- Prawie. Ale jeśli masz mi do powiedzenia coś, co może odwieść mnie od zamia-

ru wskrzeszenia Rady Jedi, to czas, żebyś mi o tym powiedział. 

Jacen spojrzał mu głęboko w oczy i ku swemu zaskoczeniu odnalazł w nich szcze-

ry szacunek. Liczył sobie zaledwie szesnaście lat i tak często miał inne zdanie niż doro-
śli, że nie przywykł, by traktowano go z respektem. Nawet Luke, którego tak podziwiał, 
był zwykle raczej surowym nauczycielem. 

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć - zaczął młodzieniec. 
- Po prostu mów, co ci leży na sercu - zachęcił go mistrz. 
- Chodzi o to, że.... - Jacen zaciął się i znowu westchnął. W uśmiechniętej z zadu-

mą, nieco chłopięcej twarzy Luke'a dostrzegł jedynie spokój i zadowolenie. Mimo 
straszliwych przeżyć, które miał za sobą, i niełatwych zadań, które przed nim stały, 
Skywalker wydawał się cieszyć pełną duchową równowagą i harmonią. Z tym właśnie 
człowiekiem, uosobieniem cech, które powinny charakteryzować rycerza Jedi, Jacen 
miał teraz spierać się na temat istoty Mocy. - Moc jest dla mnie rzeczą niesłychanie 
czystą; jest całą prawdą o mnie i o wszystkich innych istotach - podjął po chwili. - Na-
kładanie na Jedi ograniczeń biurokratycznej władzy kojarzy mi się z zamykaniem w 
klatce najpiękniejszego ptaka albo nawet z zabiciem go i wypchaniem, by dłużej cieszył 
czyjeś oczy. 

Luke trawił jego słowa przez dłuższą chwilę. 
- Nie jestem pewien, czy nie masz racji - odezwał się w końcu. 
- Podzielam twoje obawy i podobnie jak ty rozumiem Moc... ale dodał, unosząc w 

górę palec, nim Jacen zdążył podskoczyć z radości i dumy - Jedi posiedli potęgę, która 
przekracza pojęcie innych ludzi ,i wymyka się ich kontroli. Z tak wielką siłą wiąże się 
wielka odpowiedzialność. 

- Wobec osobników pokroju Borska Fey'lyi? - spytał Jacen ironicznie. 
- Tak - odpowiedział Luke bez ogródek. - Wobec tych, których decyzje mają 

wpływ na losy tak wielu istot. 

- Borsk Fey'lya nie zasługuje nawet na to, żebyś poświęcał mu swój czas - rzucił 

chłopak buntowniczo. Reakcja mistrza zaskoczyła go. 

- Twoje słowa i sposób, w jaki je wypowiadasz, budzą we mnie lęk - rzekł poważ-

nie Skywalker, patrząc na niego ze szczerą troską. 

Jacen nie zrozumiał. 
- Duma - wyjaśnił Luke, potrząsając głową. 
Młodzieniec powtórzył to słowo na głos, nadając mu bardziej pytające niż twier-

dzące brzmienie, a wsłuchawszy się w nie - zrozumiał. 

- Duma? - Lekceważąc Borska Fey'lyę tym samym wywyższył się nad Bothanina. 

background image

R.A. Salvatore 

79

- To niebezpieczna cecha - ostrzegł mistrz. - Wszyscy ją posiadamy - zwykle w 

nadmiarze - i wszyscy powinniśmy pracować nad tym, by nie zdominowała naszej oso-
bowości. 

- Boję się tylko... - zaczął Jacen. 
- Kontroli - dokończył za niego Luke. - Rygoru. Z tego, co mówił mi twój brat, 

wnioskuję, że Akademia też już ci się nie podoba. 

- Mój brat ma zbyt długi jęzor - odparł młodzian. 
Luke zaśmiał się, ale nie zaprzeczył. 
- Nie lubię Akademii -przyznał Jacen. 
- Dzięki niej zdobyłeś większość umiejętności, którymi dziś dysponujesz - przy-

pomniał Skywalker. 

- Czyżby? - obruszył się uczeń. - Zawsze byłem silny Mocą. Mam ją we krwi. O 

ile byłaby czystsza, gdybym od początku ćwiczył tak jak ty z Yodą, indywidualnie? 

Luke nie próbował się spierać, spojrzał jedynie na Jacena z podziwem. Wiedział, 

że kwestionowanie nakazów dobrze służy rycerzom. Dyscyplina była niezbędna, ale 
bezmyślne posłuszeństwo ograniczało rozwój Jedi. Argument o indywidualnym szko-
leniu był celny: Skywalker sam czuł, że Akademia zbyt daleko odeszła od tego modelu 
nauki. Tym sposobem wielu potencjalnych rycerzy Jedi pozbawiono opieki, która mo-
głaby im pomóc w pełni rozwinąć wrodzony talent, a co ważniejsze - oprzeć się poku-
som Ciemnej Strony. To dlatego zaczęto powracać do klasycznej metody treningu, a 
Luke był jednym z niewielu mistrzów, którzy szkolili więcej niż jednego ucznia na raz. 

- Nie powiem ci nawet, że jesteś w błędzie - rzekł Skywalker, kładąc dłoń na ra-

mieniu Jacena. - Ale zapewniam cię, że z wiekiem zaczniesz postrzegać sprawy w zgo-
ła inny sposób. 

- Będę miał pełniejszy obraz? - spytał chłopak z nutą sarkazmu w głosie. 
- Sądzisz, że lubię mieć do czynienia z Borskiem Fey'lyą? -odpowiedział mu pyta-

niem Luke, rozładowując atmosferę wybuchem śmiechu. Poklepał Jacena po ramieniu i 
odszedł. Gdy dotarł do rampy „Sokoła", osadził go w miejscu głos Jacena. 

- Wujku Luke'u! - Gdy mistrz obrócił się na pięcie, młodzieniec dodał z powagą. - 

Obyś dokonał właściwego wyboru. 

 
- Ostrożnie, lady Vader - odezwał się C-3PO, naśladując w słowach, tonie i geście 

wiernego Bolpuhra, jak wszyscy Noghri tytułującego księżniczkę w tak niecodzienny 
sposób. 

Leia odwróciła się ze złością i ponuro spojrzała na androida; zachmurzyła się jesz-

cze bardziej, słysząc za plecami śmiech Mary. 

- Nazwij mnie tak jeszcze raz, a zafunduję ci kąpiel w oleju. Płonącym - obiecała z 

cichą furią. 

- Ależ sama pani powiedziała,  że podczas tej misji mam być jej „ochroniarzem 

Noghri" - zaprotestował z całą powagą C-3PO. 

- Tylko po to, żebyś nie wygadał Bolpuhrowi, że mam zamiar mu zwiać - odparo-

wała księżniczka. Choć jego metalowa twarz nie była w stanie odzwierciedlać uczuć, 

Wektor pierwszy 

80

Threepio naprawdę wyglądał na zmieszanego. Leia nie mogła powstrzymać się od 
śmiechu. Czasami - nie, właściwie zawsze! - C-3PO brał jej słowa zbyt dosłownie. 

- Zaczyna ci przeszkadzać, że ciągle jesteś w centrum uwagi - odezwała się współ-

czująco Mara, zasiadając w fotelu po przeciwnej stronie sterowni „Miecza Jade". 

Leia kiwnęła głową, odwracając się ku niej. 
- Sama już nie wiem - dodała po chwili, potrząsając włosami. - Może po prostu 

doszłam w życiu do punktu, w którym chcę zacząć myśleć o sobie po prostu jako o 
„Leii". Nie o „księżniczce Leii", nie o „radnej Leii", nie o „przywódczyni Leii" i nie... – 
tu spojrzała oskarżycielsko na C-3PO - nie o „lady Vader". Chcę być Leią. 

Mara ze zrozumieniem pokiwała głową. 
- Uważasz, że to samolubne? - spytała Leia. 
Jej bratowa uśmiechnęła się szeroko. 
- Myślę, że to ludzkie - odpowiedziała. - Kiedy już skończymy zbawiać galaktykę, 

musimy zrobić coś dla siebie. 

W ustach Mary, balansującej na krawędzi życia i śmierci, stwierdzenie to nabiera-

ło szczególnej wagi. 

- Jesteś w moim wieku - nieśmiało zauważyła Leia - a mimo to chcesz mieć teraz 

dzieci. A ja... nie wyobrażam sobie, że miałabym przechodzić przez to jeszcze raz. 

- Bo masz to już za sobą - odparła Mara. - Ostatnio doszłam do wniosku, że wiek i 

etapy życia to dwie zupełnie różne sprawy. 

Leia umilkła na moment, uderzona prawdziwością tych słów. Zastanowiła się nad 

sobą: nad tym, że z wielką chęcią uciekała przed obowiązkami, opuszczając  Światy 
Środka i pozostawiając tam swego ochroniarza, a także nad tym, jak bardzo pragnęła 
choć trochę nacieszyć się spokojem i dobrobytem galaktyki, do przywrócenia których 
się przyczyniła. A potem, dla kontrastu, pomyślała o Marze, która dopiero zaczynała 
marzyć o przygodzie z macierzyństwem i nadal chciała pozostać w centrum wydarzeń, 
szkoląc Jainę i znajdując spełnienie w tej roli. 

Odkrywszy tę różnicę, Leia ani przez chwilę nie czuła zazdrości - jedynie smutek. 

Bardzo chciała pomóc Marze w przezwyciężeniu choroby i osiągnięciu wszystkiego, o 
czym marzyła - i na co zasługiwała. 

- Zdobędziesz to - powiedziała cicho. 
Mara spojrzała na nią z zaciekawieniem. 
- Wszystko, czego zapragniesz - wyjaśniła księżniczka. - Ta choroba, czy co to 

tam jest, nie odbierze ci rozpędu. 

Uśmiech Mary odbijał jej wewnętrzny spokój i odwagę. - Wiem. 
 
- Osłaniaj mnie z tyłu - mruknął Han do Chewiego, gdy razem wchodzili do knaj-

py Riebolda zwanej „Piana i Zgiełk", ulubionej speluny zabójców, oszustów i wszel-
kich innych mętów. Lokal był wyjątkowo hałaśliwy i pełen zbirów z co najmniej kilku 
światów - w tym ludzi, Bothan, Rodian, Tervigów, Vuvrian i Sniwian - kłócących się i 
próbujących albo orżnąć się wzajemnie przy ubijaniu interesów, albo ubić się, podrzy-
nając jeden drugiemu gardło. Jeśli w „Pianie i Zgiełku" załatwiłeś przeciwnika w bez-
krwawy sposób i po cichu pozbyłeś się ciała - nikt nie zaszczycił cię nawet spojrze-

background image

R.A. Salvatore 

81
niem. Jeśli nabrudziłeś w trakcie porachunków - musiałeś zostawić parę groszy na po-
krycie kosztów sprzątania. 

Han spojrzał na przyjaciela i uspokoił się, widząc w oczach Wookiego niecierpli-

we błyski, które tyle razy oglądał przez wszystkie wspólnie spędzone niespokojne lata. 
Solo i Chewie nie pierwszy raz wchodzili do mordowni, ale od ich ostatniej wizyty w 
podobnym przybytku minęło sporo czasu, a przecież nie stawali się coraz młodsi. 

Pijany Gamorreanin zatoczył się i wpadł wprost na parę nowych gości. Han pole-

ciał do tyłu, wprost na Chewiego, który jednak nie cofnął się nawet o centymetr. Wo-
okie spojrzał w dół na wieprzowatego napastnika i ryknął donośnie. Gamorreanin od-
toczył się o kilka kroków i padł na podłogę. Nawet nie próbował wstać, tylko ile sił w 
rękach i nogach na czworaka umknął przed rosłym kudłaczem. 

Han lubił, kiedy Wookie stał u jego boku. 
Chewie spojrzał na niego i wydał z siebie serię pełnych protestu chrząknięć i 

warknięć. 

- Wiem, wiem - przyznał Han. Ta knajpa podobała mu się nie bardziej niż jego 

włochatemu przyjacielowi. - Ale nie polecę do Landa nie wiedząc nic o tym, co się u 
niego dzieje. To musi być coś poważniejszego niż wydobywanie surowców. Biorąc pod 
uwagę jego koneksje, mógłby dostać lukratywną koncesję na eksploatację tysiąca in-
nych działek, znacznie bliższych Światom Środka. Na pewno znowu coś kombinuje, a 
zanim właduję mu się na głowę z całą rodziną - muszę wiedzieć, co zamyśla. 

Han strzelił palcami i uśmiechnął się szeroko. 
- Bagy - powiedział, wskazując ręką na Sullustanina siedzącego w drugim końcu 

sali. 

Chewie rozpoznał cel - bandziora znanego jako Dugo Bagy -i mruknął bez entu-

zjazmu. 

Razem pożeglowali przez tłum, a kiedy wreszcie Sullustanin ich zauważył, na-

tychmiast dopił drinka i ruszył w kierunku wyjścia. 

Solo gestem odesłał Chewiego na lewo, a sam skręcił w prawo. Dugo Bagy, naj-

wyraźniej skupiając uwagę właśnie na Hanie, zahamował gwałtownie i ruszył w lewo, 
wpadając wprost na Wookiego. Jego twarz znajdowała się na wysokości brzucha Che-
wiego. Choć Sullustanin rąbnął weń z całym impetem, Wookie ani drgnął. 

- O, Han Solo - odezwał się Bagy, kiedy Korellianin stanął obok niego. - Cieszę 

się, że cię widzę. 

- Siadaj, Dugo -odpowiedział Han, wyciągając krzesło spod sąsiedniego stolika. 
- Ja siadam, ty stawiasz - zaśmiał się nerwowo Dugo Bagy, korzystając z zapro-

szenia. Han i Chewie zasiedli obok niego. 

- Czemu tak się denerwujesz? - spytał Han, gdy wszyscy trzej usadowili się wy-

godnie. 

- Denerwuję się? - zdziwił się Dugo Bagy. 
Han obrzucił go „tym spojrzeniem". Dzieciaki nazywały tak ów wzrok pełen nie-

dowierzania, którym mierzył je, gdy zdarzyło im się okłamać ojca w wyjątkowo oczy-
wisty sposób. Bagy zamilkł natychmiast i nerwowo rozejrzał w poszukiwaniu kelnerki. 

- Hej - zawołał Han, przywołując go do porządku. 

Wektor pierwszy 

82

- Wybacz - pisnął potulnie Sullustanin. - Podobnie jak wielu innych gości, jestem 

zaskoczony, że cię tu widzę. To, że z tobą gadam, czyni mnie podejrzanym. 

- Nie jest ze mną aż tak źle - zapewnił Solo przemytnika. -Nikomu z nich nie zala-

złem za skórę. Prawdę mówiąc, w ciągu ostatnich paru lat parę razy wstawiałem się za 
niektórymi - ostatnie zdanie wypowiedział  głośniej, by usłyszała je gromada dobrze 
znających go łotrów, którzy siedzieli w pobliżu. 

- Nie przyleciałem tu, żeby przysparzać wam kłopotów -dorzucił poważnie. - Po-

trzebna mi tylko garść informacji o starym kumplu. 

Dugo Bagy nadstawił uszu i pochylił się ku niemu z nagłym zainteresowaniem. 

Han wiedział, że Sullustanin oczekuje zapłaty za współpracę. 

- Będę twoim dłużnikiem - powiedział Solo, pamiętając o swych pustych kiesze-

niach. 

Dugo Bagy wyprostował się i bezradnie rozłożył ręce. 
- Jestem przedsiębiorcą - wyjaśnił. Chewie pochylił się nad nim i warknął groźnie. 
- Ale lubię mieć dłużników - dodał pospiesznie Sullustanin. 
- Zamierzam odwiedzić Landa - zaczął Han. - Chcę wiedzieć, czym się teraz zaj-

muje. 

Dugo Bagy odetchnął z ulgą słysząc tak banalne pytanie. 
- Prace wydobywcze na asteroidach - wyrecytował. Han raz jeszcze posłał mu „to 

spojrzenie". 

- Naprawdę - nie ustępował Bagy. -I.. - naprowadził go Han. 
- I co jeszcze miałby robić? - spytał przemytnik. - To bardzo dochodowa działal-

ność. 

-I... - powtórzył Solo. 
Dugo Bagy westchnął i pochylił się nad stolikiem. Han i Chewie nadstawili uszu. 
- Lando szuka nowych technologii - wyjaśnił Sullustanin. -Jest interes do zrobie-

nia. 

- To znaczy? 
- Kaprys Kerane'a. 
- Asteroida? - zdziwił się Han. 
- W systemie Hoth - potwierdził Bagy. - Czysta platyna, ale zbyt duże zagęszcze-

nie odłamków, żeby dało się do niej dolecieć. Wielu zginęło próbując. Lando pracuje 
nad nową metodą. 

- Zdawało mi się, że ta asteroida znikła obserwatorom z oczu - zauważył Han. 
Przemytnik uśmiechnął się drwiąco. 
- A zatem Lando wykorzystuje swoją działalność jako poligon doświadczalny? 

Opracowuje skuteczniejsze techniki i narzędzia wydobywcze, żeby wciskać je kompa-
niom górniczym z całej galaktyki - podsumował Solo. To miało sens. Taki właśnie był 
Lando-przedsiębiorca, którego tak dobrze znał. 

- To nie wszystko - dorzucił Dugo Bagy. Mrugnął przy tym, co niezupełnie paso-

wało do jego sullustańskiej twarzy. 

- „Rajd przez pas"? - domyślił się Han. - Gra? 
- Dla jednych gra - poprawił Bagy. - Dla innych.... 

background image

R.A. Salvatore 

83

- Trening - dokończył Solo, chwytając ideę. - Zatem Lando współpracuje z prze-

mytnikami. Pozwala im brać udział w rajdzie przez pas, żeby uczyli się pewnego spo-
sobu ucieczki przed łowcami... 

- Łowcami szkolonymi przez Luke'a - dopowiedział Dugo Bagy. Ton jego głosu 

wyjaśniał, dlaczego Sullustanin był tak nerwowy. Przemytnicy z pewnością stali się 
ostatnio nieco drażliwi na punkcie owych bojowych Jedi, którzy działali w Odległych 
Rubieżach, a związki Hana z Jedi i ich Akademią - za sprawą szwagra, żony, a nawet 
dzieci - były niezaprzeczalne. 

- Kto? - spytał. 
- Kyp Durron - odparł Dugo Bagy. - I jego kolesie: Tuzin i Dwaj Mściciele - dodał 

dramatycznie, przewracając oczami. -Kłopot z nimi. Mamy straty. 

Han skinął głową. Dobrze znał Kypa i wiedział, że opowieść Sullustanina ma sens. 

Durron zawsze był nieco porywczy, a co gorsza, jego rodzice zginęli po części na sku-
tek działań znanego przemytnika, Morutha Doole'a. 

- Po co chcesz odwiedzić Landa? - spytał Dugo Bagy. 
- Lecę na wakacje - odparł Solo kpiąco i wstał. Chewie uczynił to samo, ale gdy i 

Bagy próbował podnieść się z krzesła, Wookie położył mu na ramieniu ciężką łapę. 

- Będzie niezła zabawa - mruknął Han, gdy wreszcie opuścili knajpę Riebolda. 
Chewie zawył donośnie w odpowiedzi, jakby chciał spytać: „A czy kiedykolwiek 

było inaczej?" 

Wektor pierwszy 

84

R O Z D Z I A Ł  

ZASZCZYT ŚMIERCI 

Niosąc na grzbiecie ciężki plecak - zaskakująco ciężki jak na zwykły tornister ra-

kietowy - Tee-ubo wyprowadziła czteroosobowy zespół poza obręb zabudowań. W 
normalnych warunkach nie opuszczaliby stacji. ExGal-4 zniosłaby niemal wszystkie 
naturalne kataklizmy, jakie mogły wydarzyć się na Belkadanie. Wiadomość od Danni 
uświadomiła jednak badaczom, że naciągająca burza była zjawiskiem wyjątkowym i 
wymagała bliższej analizy. 

Choć nikt z czworga naukowców nie przyznawał się do tego otwarcie, udział w 

wyprawie pomógł im też przezwyciężyć szok po nagłej śmierci Gartha Breise'a. Każdy 
z nich podejmując pracę w bazie na odległej i niezbadanej planecie, zdawał sobie spra-
wę z ryzyka, a mimo to utrata towarzysza była dla nich ciężkim przeżyciem - szczegól-
nie dla Tee-ubo. Istota wiedziała, że gdyby tylko udało się w jakiś sposób skontaktować 
z dalekim Spacecasterem, wiadomością tą byłby najbardziej zdruzgotany Ben-sin Tom-
ri. 

W przeciwieństwie do pozostałych trzymała blaster w kaburze. Luther De'Ono, 

dwudziestokilkuletni twardziel o kruczoczarnych włosach i ciemnych oczach, strzegł 
lewej flanki. Bendodi Ballow-Reese, najstarszy, pięćdziesięciotrzyletni członek załogi 
ExGal-4, były agent do zadań specjalnych w Sojuszu Rebeliantów, uważnie obserwo-
wał teren po prawej. Jerem Cadmir, Korellianin, stanowił tylną straż. Szedł praktycznie 
tyłem, osłaniając przedzierającą się przez gęstą  dżunglę grupkę. Jerem najmniej ze 
wszystkich przywykł do noszenia broni; smukły i delikatny, nie miał w sobie nic z wo-
jownika. Wybrano go do udziału w ekspedycji, bo znał się najlepiej na geologii i klima-
tologii. Jeśli nadciągająca burza, o której mówiła Danni Quee, rzeczywiście mogła 
zagrozić bazie, Jerem Cadmir najprędzej zidentyfikowałby niebezpieczeństwo. 

- Najbardziej niebezpieczne będą noce - stwierdził Bendodi późnym popołudniem. 

Drużyna z wielkim mozołem przedzierała się przez gąszcz. - Kuguary czerwonogrze-
bieniaste polują po zmroku. Zaatakują, bo zaciekawi je nasz niecodzienny zapach. -
Pozostali spojrzeli wymownie na jego pooraną zmarszczkami i bliznami, na swój spo-

background image

R.A. Salvatore 

85
sób przystojną twarz. Nie mogli zlekceważyć ostrzeżenia, które dawał im doświadczo-
ny żołnierz. 

- Kiedy wydostaniemy się z dżungli, skorzystamy z plecaków rakietowych - przy-

pomniała Tee-ubo. 

- W takim razie ruszajmy - ponaglił nerwowo Jerem. 
- To i tak jeszcze dwa dni marszu - mruknął Bendodi. 
Tee-ubo spojrzała na niego z niechęcią. Zażarta dyskusja na ten temat rozpoczęła 

się jeszcze w bazie. Bendodi i Luther chcieli wziąć po kilka plecaków rakietowych i 
wystartować wprost z muru okalającego stację, nie zważając na obliczenia, z których 
wynikało, że paliwa starczy ledwie na przeskoczenie pasa niebosiężnej dżungli, a póź-
niej trzeba będzie maszerować przynajmniej przez tydzień. 

Plan Tee-ubo był rozsądniejszy. Zaakceptowali go wszyscy członkowie załogi, 

prócz dwóch twardzieli. Zakładał on przebycie dżungli piechotą i skorzystanie z pleca-
ków dopiero na skraju niecki, która znajdowała się dwadzieścia kilometrów na południe 
od granic bazy. Biorąc pod uwagę kąt i prędkość wiatru, mogliby wtedy pokonać trzy-
stukilometrową dolinę zużywając mniej więcej taką samą ilość paliwa, jakiej wymaga-
łoby dotarcie do jej brzegów. 

Mając logikę po swojej stronie, Tee-ubo wygrała, ale już od pierwszych chwil po 

wymarszu wiedziała,  że ani Luther ani tym bardziej Bendodi nie mają zamiaru po-
wstrzymywać się od komentarzy. 

Póki co - parli naprzód, pocąc się w gorącym i parnym powietrzu. Tuż przed na-

dejściem nocy znaleźli na jednym z drzew zaciszny kąt, w którym rozbili prowizorycz-
ny obóz. 

Nie spali zbyt długo. Dżungla rozbrzmiewała przerażającymi dźwiękami, z któ-

rych większość, o dziwo, zdawała się dobiegać zza pleców wędrowców. Atak jednak 
nie nastąpił. Mimo to czwórka śmiałków spała na tyle niepewnie, że już o świcie byli 
gotowi wyruszyć w dalszą drogę, by przed zmrokiem dotrzeć do brzegów niecki. Tak 
też się stało - kilka godzin wcześniej niż zakładali znaleźli się na skraju dżungli, nad 
skalistym urwiskiem, u stóp którego rozciągała się rozległa dolina. 

Nie marnowali czasu. Szybko sprawdzili plecaki, które -jak każdy element wypo-

sażenia stacji ExGal-4 - nie były w najlepszym stanie, po czym skoczyli w przepaść, 
rozpościerając szeroko skrzydła umocowane do tornistrów, by wykorzystać porywisty 
wiatr, w plecy. 

Lecieli przez cały wieczór. Woleli znosić ciemność i świst zimnego wiatru niż 

spotkać się z dzikimi mieszkańcami przepływającej pod nimi gęstwiny. O ile wiedzieli, 
na Belkadanie nie było dużych latających drapieżników. Tee-ubo mierzyła czas. Biorąc 
pod uwagę najniższe zużycie paliwa, możliwe do uzyskania dzięki temu, że szybowali 
przy sprzyjającym wietrze, obliczyła, że miną cztery standardowe godziny, nim spalą 
połowę zapasu. 

Gdy nadeszła pora lądowania, Bendodi odpalił rakietnicę w gąszcz. Kierując się 

jej  światłem, ekipa bezpiecznie wylądowała pośród drzew. Mimo strachu, który po-
większały ryki i skrzeki dobiegające z ciemności, obyło się bez wypadków. Szybka 
kontrola systemu namiarowego upewniła podróżników,  że pokonali niemal całą  dłu-

Wektor pierwszy 

86

gość doliny. Jeśli pozycja podana przez Danni była właściwa, w ciągu kilku dni powin-
ni dotrzeć w rejon ogarnięty burzą. Mieli nadzieję, że uda im się zebrać potrzebne dane, 
dotyczące głównie prędkości wiatru, i czym prędzej wynieść się stąd. Pokrzepieni na 
duchu, ułożyli się na spoczynek. 

Sen trwał krócej niż się spodziewali. 
Tee-ubo otworzyła oczy słysząc czyjś ciężki i mokry kaszel. W pierwszej chwili 

wydawało jej się, że z ziemi uniosła się gęsta mgła, ale chwilę później poczuła dziwny 
odór, kojarzący się ze smrodem zgniłych jaj. Działo się coś niedobrego. 

Nim zdążyła usiąść -już kaszlała, plując gęstym śluzem. 
- Brać skafandry! - rozległ się przeraźliwy krzyk Bendodiego. Choć oczy piekły ją 

i łzawiły, Tee-ubo zaczęła na oślep szarpać swój plecak. Wreszcie wydobyła ze środka 
niewielki kaptur i zbiornik. 

- Rękawice też! - szczeknął Bendodi. Kaptur skafandra stłumił nieco jego głos. - 

Unikać kontaktu ze skórą, dopóki nie wiemy, co to jest. 

Chwilę później Tee-ubo pełzła po plątaninie konarów, w której nocowali, w stronę 

Bendodiego i Luthera. Oczy wciąż ją piekły, a w ustach czuła nadal ohydny smak gazu, 
ale oddychała już czystym powietrzem z butli. Jerem Cadmir siedział na bocznej gałęzi 
z prętem oświetleniowym w dłoni i przyglądał się liściom. 

- Prawdopodobnie wulkan - stwierdził Luther. – Zapewne to właśnie dostrzegła 

Danni z orbity. Wulkan wyrzucający gazy. Musimy nawiązać kontakt z bazą i kazać im 
uszczelnić budynki. 

Bendodi i Tee-ubo kiwnęli głowami. Stacja była całkowicie samowystarczalna. 

Trujące wyziewy nie stanowiły problemu. Niektóre bazy ExGalu, dysponujące iden-
tycznym sprzętem, zakładano na znacznie bardziej niegościnnych planetach, czasem po 
prostu na wirujących w przestrzeni skałach, pozbawionych atmosfery. Jeśli chmura 
istotnie okaże się efektem aktywności wulkanicznej, to prawdopodobieństwo pojawie-
nia się niszczycielskiego huraganu będzie bardzo niewielkie. 

- To nie wulkan - odezwał się Jerem, siedząc okrakiem na konarze i badając uważ-

nie liść. Pozostali spojrzeli w jego kierunku. - To drzewa - wyjaśnił. 

Zdumieni badacze zbliżali się pojedynczo i za jego radą unosili na moment kaptu-

ry, by powąchać zerwany przez niego liść. 

- Złaźmy stąd - zaproponował Luther. 
- Nie - sprzeciwił się nieoczekiwanie Bendodi, gdy pozostali ruszyli w stronę 

głównego pnia. Towarzysze spojrzeli na niego pytająco. 

- Nie znam bezpieczniejszego miejsca - stwierdził weteran. - Mamy skafandry, 

więc zostajemy tu, gdzie nie wejdą kuguary. 

Logika tej wypowiedzi była oczywista. Dopóki mieli na sobie kombinezony, byli 

bezpieczni. 

- Ile do świtu? - spytał Luther. Tee-ubo zerknęła na chronometr. 
- Dwie godziny. 
- W takim razie siedzimy i czekamy - zarządził Bendodi. 
Kiedy wstało słońce, eksplodując jaskrawo nad wschodnią częścią horyzontu, nie-

pokój czworga badaczy jeszcze się pogłębił. Cały otaczający ich las zdawał się płonąć, 

background image

R.A. Salvatore 

87
wysyłając w powietrze słupy zielonkawo-pomarańczowego dymu. Wszystkie liście 
zżółkły. 

Wkrótce stało się jasne, że to nie ogień. Trujący gaz wydobywał się wprost z liści. 
- Jak to możliwe? - spytała Tee-ubo, wraz z Bendodim i Lutherem spoglądając w 

zdumieniu na Jerema. 

Młodzieniec wpatrywał się w liść z wybałuszonymi oczami, kręcąc głową. 
- Transformacja molekularna? - zastanawiał się na głos. 
- Luther, właź na górę. My schodzimy na ziemię - polecił Bendodi i ruszył przo-

dem. 

Powietrze na dole było gęste i parszywe - nawet trawa, kwiaty i mchy emitowały 

gaz. Jerem podszedł do jednego z krzaków i wykopał go z ziemi wraz z korzeniami. 
Kiedy wyciągał go z gleby, z otworu wybiegło kilka czerwonawo-brązowych żuków. 

Na polecenie Jerema Tee-ubo schwytała jeden z okazów. 
- Co to? - spytał Bendodi. 
- Może nic - odparł Jerem - a może klucz do zagadki. 
Zanim Bendodi zdążył wycisnąć z niego coś więcej, z drzewa zeskoczył Luther. 

Przeturlał się po trawie i omal nie upadł ze zmęczenia, podnosząc się z ziemi. 

- Przesunęło się nad nami - wyjaśnił, machając rękaw stronę północy. -Pędzi dalej. 

Widziałem jak drzewa zmieniają kolor i zaczynają dymić. 

- Wynośmy się stąd - zasugerowała Tee-ubo, wsuwając żuka do torebki na brzu-

chu i rozkładając drążek sterowniczy plecaka rakietowego. Niemal natychmiast odpali-
ła silniki. 

A raczej próbowała. 
Plecak szarpnął, minimalnie unosząc obcą istotę, po czym zgasł. 
- Brakuje tlenu - domyślił się Bendodi. 
Nim przebrzmiały jego słowa, badacze usłyszeli szelest. Wszyscy zamarli w na-

pięciu, a Luther i Bendodi sięgnęli po blastery, bowiem z gęstwy wynurzył się kuguar 
czerwonogrzebieniasty. Nie musieli strzelać. Wielki drapieżca z trudem dyszał, a jego 
boki nadaremnie unosiły się i opadały ze świstem. Nie zareagował na widok potencjal-
nej zdobyczy. Na oczach zdumionych naukowców zrobił jeszcze kilka niepewnych 
kroków, po czym padł na ziemię i zdechł. 

- Wynośmy się stąd - powtórzyła Tee-ubo, spoglądając ponuro na ciało kuguara. 

Zaczęła pospiesznie odpinać plecak, ale Bendodi powstrzymał ją gestem. 

- Zostaw - przykazał. - Będą nam potrzebne, kiedy wydostaniemy się z... - prze-

rwał, spoglądając ciekawie na pozostałych - ... z tego diabelstwa, cokolwiek by to było 
- dokończył. 

Jerem Cadmir sięgnął po komunikator i próbował wywołać bazę, ale statyczne 

trzaski stanowiły dla słów zbyt gęstą zaporę. 

Badacze pospiesznie ruszyli piechotą. Po godzinie, zużywszy połowę zapasu tlenu, 

wciąż jeszcze znajdowali się w skażonej strefie. Bendodi ponownie wysłał Luthera na 
wierzchołek drzewa, zaś pozostali wydobyli komunikatory i rozeszli się, próbując zna-
leźć choćby niewielką przerwę w polu zakłóceń. 

Wektor pierwszy 

88

Bez skutku. Kiedy spotkali się u podnóża drzewa, zniechęcony Luther zeskoczył 

na ziemię i pokręcił głową. Nie dostrzegł nic, poza gęstniejącą zaporą gazów. 

Sytuacja była beznadziejna. Ta świadomość zagęściła atmosferę nie gorzej niż 

toksyczny opar. 

Bendodi Ballow-Reese zaskoczył wszystkich, odłączając swój zbiornik z tlenem i 

rzucając go Jeremowi Cadmirowi. 

- Biegnij - rozkazał. Pociągnął nosem i skrzywił się z odrazą. - Biegnij. Jeden z 

nas musi wrócić i ostrzec pozostałych. 

Jerem stał nieruchomo, zupełnie ogłupiały, podobnie jak Luther i Tee-ubo. 
- Biegnij - ponaglił Bendodi. Gdy Jerem zaczął protestować, weteran ruszył sprin-

tem ku zaroślom. Po chwili zniknął w gąszczu, a jego obecność zdradzał jedynie stłu-
miony odgłos kaszlu. 

- Oszalał! - zawołał Luther, ruszając pędem ku chaszczom. Nim dobiegł do ich 

skraju, huknął strzał z blastera. Luther padł na plecy z przestrzeloną piersią. 

-Biegnij! -zawołał z ukrycia Bendodi. Tee-ubo i Jerem pospieszyli w stronę Luthe-

ra, ale było już za późno. Mężczyzna był martwy. Obca istota chwyciła jego zbiornik z 
tlenem, po czym pociągnęła za sobą sparaliżowanego przerażeniem Jerema i ruszyła 
biegiem na północ. 

Po chwili do ich uszu dobiegł odgłos jeszcze jednego strzału. Wiedzieli już,  że 

Bendodi także nie żyje. 

Po godzinie Jerem musiał wymienić zbiornik. Nadal nie było widać końca strefy 

skażenia. Młodzieniec gestem nakazał Tee-ubo, by sprawdziła u siebie poziom zapasu 
tlenu. 

Twi'lekanka nawet nie drgnęła. 
- Potrzebujesz tlenu? - spytał Jerem. 
Tee'ubo rzuciła mu zapasowy zbiornik. 
- Biegnij - powiedziała. - Przez ostatnią godzinę niepotrzebnie zwalniałeś przeze 

mnie. W tobie cała nadzieja - dodała, odpinając sakwę ze schwytanym żukiem i rzuca-
jąc ją zdumionemu towarzyszowi. 

- Nie zostawię cię - oznajmił Jerem. W jego głosie nie było nawet cienia wahania. 

Ze zbiornikiem w dłoni ruszył ku Twi'lekance, ale zatrzymał się jak wryty, widząc wy-
celowany w siebie blaster. 

- Jedno z nas musi użyć pozostałych zbiorników - wyjaśniła. 
- Jesteś szybszy... i lepiej wykształcony... Będziesz umiał... rozgryźć tę zagadkę.... 

Dlatego... składam ci tę .... propozycję. -Przerwy między słowami świadczyły o tym, że 
kończy jej się tlen. 

- Ostatnia szansa... - dorzuciła, wskazując blasterem ku północy. 
- Razem - upierał się Jerem. 
Tee-ubo zdarła z głowy kaptur i odrzuciła go najdalej jak mogła. Potem, ku prze-

rażeniu Jerema, wzięła głęboki wdech i zaciągnęła się trującymi wyziewami. Jej oczy 
natychmiast nabrały rdzawo-żółtawej barwy, a z nosa trysnęła spieniona ciecz. 

- Marnujesz czas - wykrztusiła. - I tlen. 

background image

R.A. Salvatore 

89

Jerem ruszył w jej stronę, ale strzał, który niemal musnął jego głowę, osadził go w 

miejscu. 

Pobiegł na północ, oślepiony śmiercionośną mgłą i własnymi łzami. Zanim zrobił 

tuzin kroków, usłyszał jeszcze jeden strzał. 

Pędził przez dżunglę ile sił w nogach. Nadzieją napawał go fakt, że opary stawały 

się jakby rzadsze. Wkrótce musiał przejść na ostatni zbiornik z tlenem. Nim zdążył się 
znowu rozpędzić, stanął przed litą  ścianą skalną, wysoką na dziesięć metrów i zbyt 
gładką, by mógł się na nią wspiąć. 

Nie miał czasu, by spróbować ją obejść. W desperacji sięgnął ku drążkom sterow-

niczym tornistra rakietowego. Zanim uruchomił silnik, zaświtała mu w głowie pewna 
myśl. 

Wyciągnął z kieszeni zbiornik z tlenem i wyrwał z kaptura prowadzącą do niego 

rurę. Jej koniec wetknął w otwór wlotowy plecaka. 

Dopiero wtedy odpalił silnik. Maszyna zakrztusiła się i znowu ruszyła, unosząc Je-

rema w powietrze. Znalazłszy się powyżej krawędzi urwiska mężczyzna stwierdził, że 
powietrze jest tu dużo czystsze, jakby skalna bariera na pewien czas powstrzymała 
niosący śmierć obłok. Iskra nadziei przygasła, gdy wzniósł się nieco wyżej i obejrzał za 
siebie. W tyle kłębiła się „burza", o której mówiła Danni: żółto-zielona toksyczna 
chmura w pełnej krasie, rosnąca z każdą chwilą i rozprzestrzeniająca się we wszystkich 
kierunkach. 

Lecąc na północ, Jerem kilkakrotnie spoglądał wstecz i mierzył prędkość obłoku. 

Obliczył, że chmura zagarnia co godzinę dalsze dziesięć kilometrów dżungli. 

Stacja ExGal-4 mogła spodziewać się katastrofy za niecałe dwa dni. 
Jerem posuwał się z maksymalną prędkością. Jeszcze przed zmrokiem wydostał 

się nad krawędź niecki, ale zamiast przedzierać się przez gęstwinę, postanowił unieść 
się nad wierzchołki drzew, by do ostatka wykorzystać paliwo. Upadek nie był przyjem-
ny: mężczyzna przeleciał między konarami i wylądował w gęstych krzakach, gubiąc po 
drodze blaster. 

Był sam w dżungli, bez broni. Zapadał zmierzch. 
Jerem zaczął biec w stronę bazy. 
 
Kiedy wychodzili z nadprzestrzeni, czwarta planeta systemu Helska, szara lodowa 

kula o średnicy kilku tysięcy kilometrów, rosła w oczach. Nie spowijała jej mgła, nie 
widać było chmur ani nawet szczątkowej atmosfery. Glob wyglądał na zupełnie mar-
twy. 

Danni Quee i jej koledzy wiedzieli, rzecz jasna, że nie należy ufać pozorom. Ist-

niało wiele światów, na których pod grubą warstwą lodu tętniło  życie. Powierzchnia 
planety – przynajmniej z tej strony - wyglądała jednak na idealnie gładką. Nie było 
widać śladów katastrofalnego zderzenia z kometą. 

- Może nie trafiła? - rzucił Bensin Tomri. 
- Przelecieliśmy pół sektora w tym trzęsącym się pudle, a ona nie trafiła?! - Cho 

Badeleg nie ukrywał niesmaku. 

Wektor pierwszy 

90

Danni spojrzała twardo na Bensina - najwyraźniej nie podobał się jej ten sarka-

styczny ton. 

- Mówię poważnie - bronił się Tomri. - Gdyby kometa przyłożyła w tę bryłę lodu, 

to czy oglądalibyśmy ją w całości? Planeta powinna była rozlecieć się w ruchomy wir 
miliona kawałków. 

Danni spojrzała w iluminator. Ma rację - pomyślała. A przecież z obserwacji pro-

wadzonych przez ExGal-4 wynikało, że kometa zderzyła się z planetą... 

- Odbieram dziwne sygnały z powierzchni - oznajmił Cho Badeleg, manipulując 

przy sensorach. Zerknął na pozostałych. Patrzyli na niego z nadzieją. - Energia. 

- Może odbita energia słoneczna? - zasugerował Bensin. Cho Badeleg pokręcił 

głową. - Nie, to coś innego. 

- Niby co? - spytała Danni, stając za nim. 
- Spektrum inne niż to, które daje odbite światło - wyjaśnił mężczyzna. Odsunął 

się, by Danni mogła spojrzeć na wskaźniki. Czujniki nie wykryły stałego źródła energii; 
raczej pulsującą emanację, ale nie był to sygnał, jaki mogłaby emitować bryła lodu. 

- Organiczna? - spytała, ale Cho jedynie wzruszył ramionami. 
- Może kometa była tylko kulą gazu? - podsunął Bensin Tomri. - To by wiele wy-

jaśniało. 

- Jak to sobie wyobrażasz? - zainteresowała się Danni. 
- Planeta nadal by istniała - ciągnął Tomri - a kombinacja gazów mogłaby dać 

niemal dowolny odczyt. 

- Niby jakim cudem chmura miałaby sienie rozproszyć, przelatując przez pola 

grawitacyjne? - powątpiewał Cho. 

- Załóżmy, że to nie tylko gazowy obłok gazu - wtrąciła Danni, chwytając myśl 

Bensina. - Niewielkie ciało stałe pośrodku. 

- O wystarczającej sile przyciągania, żeby utrzymać tak wielką kulę gazu? - spytał 

sceptycznie Badeleg. 

- Wirująca z ogromną prędkością? - raczej spytała niż stwierdziła Danni, głosem 

drżącym z podniecenia. Jej zapał udzielił się pozostałym. W ich oczach pojawiły się 
radosne błyski. 

- Wywołaj bazę - poleciła Bensinowi. 
- Nie łapię ich - odparł mężczyzna. - Pewnie nie zdążyli jeszcze naprawić masztu. 
Danni zastanawiała się przez chwilę. - W takim razie nadaj informację na ogólno-

dostępnym paśmie. Będziemy potrzebowali pomocy. 

Bensin spojrzał na nią niechętnie. 
- Zanim ktoś tu dotrze, skończymy wstępne badania - wyjaśniła. - To nasze odkry-

cie. Nikt nam go nie odbierze, choćby zleciała się tu cała flota Nowej Republiki. Śledź 
wskazania sensorów - zwróciła się do Cho Badelega - a ja przeprowadzę statek na dru-
gą stronę planety. 

Bensin uśmiechnął się z zadowoleniem i przestawił komunikator na kanał otwarty, 

po czym nadał wiadomość o bieżącej pozycji wahadłowca i domniemanym odkryciu. 

background image

R.A. Salvatore 

91

- Co to takiego? - spytała Danni chwilę później, gdy Spacecaster znalazł się po 

przeciwnej stronie globu. Gromada niewielkich meteorów umknęła przed nimi i znikła 
za krzywizną planety. 

- Mam odczyt - potwierdził zaciekawiony Cho. - Były ich setki. 
- Setki czego? - zapytał Tomri. 
Danni przyspieszyła. 
- Okruchów? - spytała, spoglądając na towarzyszy z promiennym uśmiechem. - 

Panowie, zdaje się, że naprawdę coś tu mamy. 

- Okruchy wyrzucone na orbitę w chwili zderzenia - uzupełnił Cho Badeleg, kiwa-

jąc głową. 

Po chwili znowu je ujrzeli, tuż nad zakrzywionym horyzontem. Wyleciały poza 

strefę cienia planety i znikły na tle oślepiająco jasnej kuli słonecznej. 

Danni zmrużyła oczy i jęknęła. 
- Wciąż je widzę - pocieszył  ją Cho. –Są przed nami. Poruszają się szybko... - 

urwał i zmarszczył brwi. - ... szybciej -dokończył bez sensu. 

- Mam tu coś jeszcze - dorzucił po chwili. - Na dole, po lewej. Na powierzchni. 
Wysłuchawszy wskazówek Cho, Danni zawróciła niezbyt zwinnego Spacecastera i 

przywołała na ekrany obraz powierzchni planety - płaską jeśli nie liczyć sporego pa-
górka, pokrytego cienką warstewką połyskliwej substancji, która nie wyglądała na lód. 
Okrywa przypominała raczej mleko i szczelnie osłaniała kanciastą bryłę wielobarwnej 
skały lub kości. 

- Oto i źródło energii - obwieścił podniecony Cho Badeleg. 
Danni powoli obniżała pułap. 
- Nie powinniśmy najpierw polecieć za tymi meteorami? -spytał wyraźnie zanie-

pokojony Bensin Tomri. Poczucie zagrożenia udzieliło się także pozostałym. 

- Jeśli to jakieś stworzenie, jest nadal żywe - ostrzegł Cho Badeleg, wpatrując się 

we wskazania sensorów. Nie bardzo wiedział, jak ma interpretować sygnały dochodzą-
ce z dziwnego obiektu. 

- Wracajmy do meteorów - zaproponował Tomri bardziej zdecydowanym tonem. 
Danni spojrzała najpierw na niego, a potem na Cho. Obaj sprawiali wrażenie za-

hipnotyzowanych -jeden widokiem niezwykłego pagórka, a drugi wskazaniami przy-
rządów. Po chwili przeniosła wzrok na powierzchnię planety, a później nad horyzont. 

- O, nie - wymamrotała. 
- Wracajmy do meteorów - powtórzył Bensin. 
- Meteory wróciły do nas - odpowiedziała Danni. Unieśli głowy i zrozumieli co 

miała na myśli. 

Meteory zmierzały w stronę Spacecastera, choć prawdę mówiąc nazwa„meteory" 

przestała do nich pasować, bowiem w locie uformowały klin, klasyczny szyk bojowy. 

- Zabierz nas stąd - wrzasnął Tomri. 
Danni walczyła ze sterami, odbijając wahadłowcem w dół i w bok. - Przygotować 

się do skoku w nadprzestrzeń! - zawołała. 

- Za mało czasu! - krzyknął Bensin. Jakby na potwierdzenie jego słów Spacecaster 

zatrząsł się od uderzenia. 

Wektor pierwszy 

92

- Po prostu skacz! - włączył się Cho Badeleg. 
Danni skierowała nos maszyny w górę, szukając miejsca, by runąć na oślep w 

nadprzestrzeń, ryzykując kolizję z jakimś obiektem miliony kilometrów dalej. 

Iluminator był jednak pełen przypominających meteory stateczków, które przemy-

kały we wszystkie strony niczym rasowe myśliwce. Jeden z nich podszedł bardzo bli-
sko. Troje naukowców z zaciekawieniem i niepokojem obserwowało niewielki wyro-
stek na jego dziobie. Miniaturowy wulkan wybuchł po chwili, wyrzucając w przestrzeń 
kulą ognia i pojedynczą kroplę roztopionej skały, której uderzenie potężnie szarpnęło 
Spacecasterem. 

- Przepala się na wylot! - zawołał Bensin Tomri. 
- Danni, uruchom hipernapęd! -jęknął błagalnie Cho. 
- Już próbowałam - odpowiedziała spokojnie, niemal z rezygnacją. Hipernapęd nie 

działał. Danni domyśliła się, że pierwszy atak musiał trafić właśnie w ten czuły punkt, 
tak, jakby te... obiekty, które ich otoczyły, dobrze wiedziały, co robią. 

Troje naukowców instynktownie rzuciło się w tył, gdy kropla dziwnej substancji 

uderzyła wprost w panel widokowy. Bezradnie i z przerażeniem obserwowali, jak roz-
pływa się, przenikając przez transpastalowy iluminator, a potem zawisa we wnętrzu 
statku. 

Nagle w pulsującej, okrytej błoną kropli pojawił się otwór. Mężczyźni krzyknęli, a 

Danni rzuciła się w stronę schowka z bronią. 

Kula zaczęła się nicować, jakby połykała sama siebie. To, co się z niej wyłoniło - 

a raczej to, czym teraz w istocie była - przypominało głowę liumanoida, zniekształconą 
i przerażającą, a przy tym pokrytą tatuażem. 

- Dobrze, że przylecieć, Danni Quee, Bensin Tomri i Cho Badeleg - odezwała się 

bryła. To nie ona przemawia – Danni domyśliła się, że ma przed sobą jedynie stworze-
nie służące jako komunikator, które przybrało wygląd rozmówcy. Nie potrafiła rozpo-
znać akcentu obcego, który mylił się i jąkał niemal przy każdym słowie. - Ja, Da'Gara - 
ciągnął. - Prefekt i doradca yammoska, koordynatora wojennego Pra... Prae... Praetorite 
Vong. Witam w mój dom. 

Troje ludzi, zdumionych faktem, że komunikator Da'Gary ich rozpoznał, i że 

przybysz znał nawet ich imiona, nie mogło wykrztusić z siebie ani słowa. 

- Widzieć mój dom, jak są... są... sądzę - kontynuował uprzejmie Da'Gara. - Wy 

przylecieć w mój dom. Ja pokazać chwałę Yuuzhan Vong. 

- Co to było? - spytał Bensin Tomri, spoglądając na Danni. 
- Zdaje się, że zaproszenie - odpowiedziała, wzruszając ramionami. 
- Widzieć villip - wyjaśnił prefekt Da'Gara. - Zwierzę domowe Yuuzhan Vong. 
Zrozumieli, że mówi o stworzeniu, które wdarło się do Spacecastera. 
- Do rozmowa z daleka - dokończył Da'Gara. 
- Żywy komunikator - stwierdził Cho Badeleg. Instynkt naukowca chwilowo za-

triumfował nad strachem. 

- Skąd jesteście? - wydusiła Danni. 
- Miejsce wy nie znać. 
- Po co przylecieliście? 

background image

R.A. Salvatore 

93

Da'Gara odpowiedział śmiechem. 
- Zabierz nas stąd -jęknął  błagalnie Tomri, zwracając się do Danni. Dziewczyna 

spojrzała na niego, a potem wróciła do sterów, zdecydowana przebić się przez blokadę. 

Meteory - a raczej przypominające skały myśliwce - otaczały Spacecastera całą 

chmarą, raz po raz atakując lepkimi pociskami najważniejsze systemy wahadłowca. 
Zanim Danni rozpoczęła uniki, sprawny pozostał tylko jeden silnik; i to ten najmniej-
szy. Niemal wszystkie pomieszczenia zostały rozszczelnione. System podtrzymywania 
życia trafiono kilkakrotnie. 

Danni wyprostowała się i spojrzała bezradnie na towarzyszy. 
- Nie mieć wybór - zauważył villip prefekta Da' Gary. - Pol... polecieć za koralo-

wymi skoczkami. Natychmiast. Jeśli nie, my roztopić statek i wziąć honorowy dar dla 
Yun-Yammka. 

- Po prostu leć - poprosił Cho Badeleg, trzęsąc się ze strachu tak gwałtownie, że z 

trudem wymówił te trzy słowa. 

- Nie mieć wybór - ostrzegł Da'Gara. 
Danni, wściekła i załamana -jakiś koszmarny obcy rozbijał właśnie w proch i pył 

jej naukowe marzenia - z trzaskiem otworzyła schowek i wyciągnęła blaster. Jednym 
strzałem rozbryzgała villipa po całym iluminatorze, po czym zerwała się na równe nogi 
i znowu rzuciła ku sterom. 

I wtedy się zaczęło. Statek znowu zatrząsł się od strzału, potem jeszcze raz i zno-

wu... Chwilę później spadał już, koziołkując bezwładnie, ku planecie, która za chwilę 
miała go połknąć. 

A potem.... nie było już nic. 
 
Zapadła noc, a wyczerpany Jerem Cadmir nadal biegł, potykając się w mroku, 

przerażony tym, co widział, i tym, co mogło czaić się w ciemnościach wokół niego. 
Ryki kuguarów towarzyszyły mu przez cały czas. W pewnej chwili wydawało mu się 
nawet, że jeden z nich leżąc wysoko, na potężnym konarze przygląda mu się obojętnie. 

Jerem nie miał się nigdy dowiedzieć, czy rzeczywiście go widział, czy tylko mu 

się wydawało. Po prostu biegł, bo stawką było  życie jego i tych, którzy pozostali w 
bazie. Jeśli nie liczyć urządzenia lokacyjnego, miał przy sobie tylko trzy przedmioty: 
żuka, liść i odrobinę trującego oparu, którą szczęśliwie - i przypadkowo - zamknął w 
jednej z torebek z próbkami. 

Świt napełnił go otuchą. Wprawdzie nocą wydawało mu się, że biegnie we wła-

ściwym kierunku i mniej więcej po prostej, ale urządzenie lokacyjne zaczynało szwan-
kować - najprawdopodobniej wskutek kontaktu z zabójczymi wyziewami - więc nie był 
tego pewien. 

- Byłoby wprost cudownie, gdybym z tego wszystkiego minął stację-jęknął. Zda-

wało mu się,  że rozpoznaje drzewo o splątanych gałęziach, ale, prawdę mówiąc, 
wszystkie one wyglądały podobnie. 

Jakąż ulgę poczuł, gdy, przebiwszy się przez kolejną warstwę chaszczy, bogatszy 

o następną setkę zadrapań na ramionach, wypadł wprost na jednego z kolegów z ExGa-
lu. 

Wektor pierwszy 

94

- Do bazy? - sapnął. 
- Tamtędy - odparł Yomin Carr, pomagając Jeremowi wstać. 
Gdzie pozostali? 
- Nie żyją- wykrztusił, z trudem łapiąc oddech. - Wszyscy. 
Yomin Carr wyprostował go i spojrzał mu twardo w oczy. 
- Dotarliśmy ... do tej burzy.... ale to wcale nie była burza -próbował wyjaśnić Je-

rem. - To jakaś zaraza.... katastrofa biologiczna. .. ogarnęła nas... 

- Ale ty uciekłeś - stwierdził Yomin. 
- Oddali mi swój tlen - odparł mężczyzna i znowu zaczął drżeć. 
Carr potrząsnął nim brutalnie. 
- Jeden z nas musi wrócić - podjął Jerem - i ostrzec pozostałych. Trzeba odpalić 

joliański frachtowiec i wynieść się stąd. 

- Joliański frachtowiec? - zaśmiał się Yomin Carr. - Ten statek nie był w prze-

strzeni, odkąd założono bazę. Połowa części została wymontowana na potrzeby stacji. 
Nigdy go nie ruszymy. 

- Musimy! - zawołał Jerem, chwytając go za barki. - Nie mamy wyboru. 
- Zaraza, powiadasz? - spytał, Yomin Carr. Podekscytowany Jerem energicznie 

pokiwał głową. - No cóż... Może znajdziemy na nią jakiś sposób. Albo odizolujemy się 
od niej. 

- Możemy się odizolować - zgodził się Jerem i próbował ominąć Yomina. Ku jego 

zdziwieniu potężny mężczyzna osadził go w miejscu. 

- Kiedy nas przykryje, nie będziemy mogli wysłać sygnału - Jerem próbował wy-

jaśniać i uwolnić się jednocześnie. -Opary... 

- Opary? - spytał łagodnie Yomin Carr. 
- Nie mam czasu na tłumaczenie - uciął Jerem. - Musimy stąd pryskać. 
Mężczyzna chwycił go w pół i cisnął nim o najbliższe drzewo. Jerem osunął się na 

ziemię bez ruchu, z niedowierzaniem wlepiając wzrok w silniejszego niż zwykle - i 
jakby potężniejszego - towarzysza. 

- Mógłbym pozwolić ci wrócić - rzekł miękko Yomin Carr. - Mógłbym wbiec do 

bazy zaraz za tobą, wrzeszcząc jak szalony, że musimy uruchomić joliański frachto-
wiec. 

- Nic nie rozumiesz - przerwał mu Jerem. - Zaraza szerzy się w zastraszającym 

tempie. Dotrze tu za kilka godzin. 

- Ściślej mówiąc: za trzy - zauważył Carr. 
Jerem właśnie miał odpowiedzieć, kiedy dotarł do niego sens ostatniej wypowiedzi 

towarzysza. Słowa zamarły mu na ustach. 

- Gazy otoczą stację za trzy godziny - oznajmił Yomin. -A całą planetę w ciągu 

dwóch dni, a może nawet wcześniej, jeśli pogoda będzie sprzyjająca. 

- Sprzyjająca pogoda? - powtórzył mężczyzna. - Skąd o tym wiesz? 
Yomin Carr odnalazł palcem rozcięcie u podstawy nosa, kryjące wrażliwy punkt 

na ciele ooglitha, i delikatnym naciśnięciem rozkazał maskerowi, by się zwinął. 

Jerem Cadmir próbował się cofnąć. Z całych sił przycisnął się do pnia drzewa, gdy 

brzegi istoty rozsunęły się, odsłaniając okaleczoną i wytatuowaną twarz Yomina Carra. 

background image

R.A. Salvatore 

95

Yuuzhański wojownik stał zupełnie nieruchomo, jak zwykle rozkoszując się bó-

lem rozstania z maskerem, który zwijał się pod jego luźną odzieżą. 

- Mógłbym zaprowadzić cię do bazy i czekać na waszą zgubę - kontynuował Yo-

min Carr. - Uszkodziłem frachtowiec tak, że nie zdołacie go naprawić. Zresztą nie ode-
rwalibyście się od ziemi tą pordzewiałą kupą złomu. Mógłbym pozwolić ci zmagać się 
z przemianą którą nazywasz zarazą i umrzeć niegodnie, nie z rąk wojownika, lecz z 
banalnego braku tlenu. 

Jerem potrząsał głową poruszając ustami, jakby chciał odpowiedzieć, ale nie wy-

dusił z siebie ani słowa. 

- Czuję jednak, że jestem ci coś winien, w uznaniu dla twojej wytrzymałości i po-

mysłowości, których dowiodłeś, powracając do bazy - ciągnął wojownik. 

Jerem zebrał siły i skoczył w bok, ale Yomin, którego mięśnie ukształtowały lata 

ćwiczenia sztuki wojennej, złapał go bez trudu, chwytając jedną  ręką brodę, a drugą 
włosy mężczyzny. Z przerażającą łatwością Carr przydusił  młodzieńca do ziemi i za-
darł jego głowę ku górze, by patrzył wprost na straszliwie zniekształconą twarz prze-
śladowcy. 

- Rozumiesz, jaki zaszczyt ci proponuję? - spytał poważnie. 
Jerem nie odpowiedział. 
- Ofiarowuję ci śmierć wojownika! - zawołał Yuuzhanin. - Yun-Yammka! 
Nagłym skrętem potężnych ramion skręcił kark Jerema Cadmira. 
Pozwolił bezwładnemu ciału opaść na ziemię. Postał nad nim dłuższą chwilę, mo-

dląc się żarliwie do Zabójcy, by zechciał przyjąć ofiarę. Był przekonany, że naprawdę 
okazał Jeremowi niesłychany szacunek. Do pewnego stopnia postąpił wręcz wbrew 
rozkazom, bowiem polecono mu zostawić w spokoju zmagających się z zarazą uczo-
nych. 

Wojownik miał jednak usprawiedliwienie: Jerem widział zbyt wiele i wiedział, że 

nie ma szans obrony przed trującą chmurą. Zmusiłby pozostałych do podjęcia despe-
rackiej próby ucieczki, a nie do walki z zarazą. Yuuzhanin pokiwał  głową uznając 
słuszność  własnego rozumowania, po czym obszukał swą ofiarę. Znalazł trzy cenne 
przedmioty. 

Postanowił zanieść je pozostałym sześciu badaczom, by mogli popracować nad an-

tidotum. W ten sposób wykonałby zadanie, bowiem jednym z celów jego misji było 
stwierdzenie, czy naukowcy potrafią znaleźć sposób na zneutralizowanie potężnej broni 
biologicznej ludu Yuuzhan Vong. 

Tym sposobem usprawiedliwiłby okazanie szacunku Jeremowi Cadmirowi. 
Zadowolony z siebie ruszył w kierunku stacji. Racjonalne wytłumaczenie było bez 

zarzutu, ale w głębi serca i tak wiedział swoje. 

Zabił Jerema Cadmira, ale nie z szacunku, nie dlatego, że mężczyzna zasługiwał 

na śmierć wojownika, tylko dlatego, że chciał to zrobić i sprawiło mu to przyjemność. 
Yomin Carr zbyt długo żył pośród niewiernych, mówiąc ich językiem i akceptując ich 
świętokradcze zwyczaje. Teraz, kiedy zbliżał się dzień chwały rasy Yuuzhan Vong, 
zaczynał być niecierpliwy. Bardzo niecierpliwy. 

 

Wektor pierwszy 

96

Z początku Danni myślała, że nie żyje, ale gdy stopniowo powracała do przytom-

ności, wiedziała już, że tak nie jest. Zanim jeszcze otworzyła oczy, poczuła ból. Pod-
świadomie czuła, że znajduje się we wnętrzu dziwnego pagórka, który widzieli w ilu-
minatorze Spacecastera i... przerażała jata myśl. 

Czuła, że ma zwichnięty prawy bark. Jej ręce zostały rozkrzyżowane. Silne dłonie 

trzymały ją za nadgarstki, a nagie ramiona okrywało lekkie poncho. Wokół stóp czuła 
wilgoć, jakby stała w kałuży lepkiego błota. 

Usłyszała stłumiony okrzyk i rozpoznała głos Bensina Tomriego. Zmusiła się, by 

otworzyć oczu. 

Ujrzała wielokolorowe, nierówne ściany i potężnych mężczyzn. Nie, nie mężczyzn 

- pojęła instynktownie - humanoidy. Wojownicy o celowo okaleczonych i fantazyjnie 
wytatuowanych ciałach rozciągali jej ramiona tak mocno, że nie mogła się ruszyć. Z 
boku dostrzegła Bensina, którego odrzuconą do tyłu głowę przytrzymywał jeszcze je-
den mocarz. Wojownik uniósł wysoko rękę, zakrzywił palce niczym szpon drapieżnego 
ptaka i wbił je w gardło Tomriego. Napastnicy puścili ofiarę. Bensin upadł bezwładnie i 
Danni aż za dobrze wiedziała, że nie żyje. 

Potężny wojownik, z dłonią obryzganą krwią naukowca, zbliżył się do niej z roz-

myślną powolnością. Kobieta próbowała walczyć, lecz dwaj przytrzymujący ją strażni-
cy nagle skręcili jej ramiona. Fala bólu ze zwichniętego barku rozeszła się po ciele 
Danni, ale kość wskoczyła na swoje miejsce. Bliska omdlenia, odrzuciła głowę do tyłu. 
Olbrzym stanął przed nią i wtedy go rozpoznała. To jego twarz wyobrażała istota, która 
przeniknęła przez panel widokowy Spacecastera. 

- Yomin Carr żądać szacunek dla Danni Quee – obwieścił prefekt Da'Gara. - Ro... 

rozu...- urwał, krzywiąc się i próbując wymówić nowe słowo. 

- Rozumieć - rzuciła przez zaciśnięte zęby. Da'Gara skinął głową i uśmiechnął się. 
- Ty rozumieć honor? 
Danni spojrzała na niego bezradnie. 
Potem poczuła mrowienie i kłucie w stopach, gdy maź, w której stała, zaczęła 

wdrapywać się po jej nagich nogach. Oczy Danni rozszerzyły się ze strachu i z bólu, 
gdy ooglith wpinał się w jej skórę, pełznąc pod luźnym poncho coraz wyżej i wyżej. 
Znowu spróbowała wyrwać się napastnikom. 

Da'Gara wymierzył jej siarczysty policzek. 
- Nie waż się ośmieszyć decyzja Yomina Carra - ryknął jej prosto w twarz. - Oka-

zać odwaga albo ja wystawić cię na powierzchnia, na śmierć! 

Krzyk otrzeźwił Danni. Nadal cierpiała katusze - a jakżeby inaczej, skoro zwierzę 

wbijało swe wypustki w pory jej skóry? -Ale zagryzła wargę i stała twardo, patrząc 
Da'Garze w oczy. 

Prefekt z uznaniem pokiwał głową. 
- Ja cieszyć się, że Danni nie zginąć, jak Cho Badeleg, kiedy my was strącić - ode-

zwał się po chwili. - Ja zamierzać zabić ciebie honorowo, natychmiast, dziś. 

Danni nawet nie mrugnęła. 

background image

R.A. Salvatore 

97

- Zmienić zdanie - wyjaśnił Da'Gara. - Może lepiej ty zostać przy mnie i ujrzeć 

zhaetor-zhae... - prefekt pokręcił głową, zdając sobie sprawę, że użył mowy Yuuzhan. - 
Ujrzeć chwałę Praetorite Vong. 

Dziewczyna pokręciła głową. Nie rozumiała, o co mu chodzi. 
- Ty chcieć zobaczyć, jak galaktyka umierać? – zapytał wprost. - My postanowić 

dawno temu. Ty widzieć nasz lot. Światostatek. Początek końca. 

Danni skrzywiła się. Zaczynała pojmować, o czym mówi Da'Gara i ta myśl wydała 

jej się absurdalna. 

- Tak - rzekł w zamyśleniu prefekt, delikatnie klepiąc ją po policzku, co sprawiło, 

że odskoczyła znacznie dalej niż gdyby uderzył pięścią. - Zostać ze mą. Zobaczyć 
prawdę. Zobaczyć zhaetor, chwałę Yuuzhan Vong. Może ujrzeć, uwierzyć i przyłączyć 
się. Może czuć viccae - duma i gniew - i umrzeć. Wszystko jedno. Ja uradować Yun-
Yammka. 

Danni miała ochotę spytać, kim lub czym jest Yun-Yammka, ale zamiast tego je-

dynie potrząsnęła głową, przytłoczona wydarzeniami. 

Da'Gara odwrócił się plecami do oszołomionej kobiety i gestem przywołał jednego 

z wojowników, który zbliżył się do niej, trzymając w dłoni miękki strzęp mięsa, przy-
pominający gwiazdę. Instynktownie cofnęła się przed nim, zapierając się z całej mocy. 
Strażnicy byli jednak zbyt mocni. Okrzyk protestu stłumiła mięsista istota, którą wci-
śnięto w jej usta. Jeszcze większy ogarnął ją strach, gdy w gardło opuściła się macka, 
najpierw dławiąc ją, a potem wnikając w płuca i stając się częścią systemu oddechowe-
go. 

Wytrzeszczając oczy z zaskoczenia i bólu, Danni dała się poprowadzić przez licz-

ne komnaty światostatku ku obszernej sali z pokaźną, okrągłą dziurą w podłodze. Śred-
nica otworu była znacznie większa niż rzeczywisty prześwit, gdyż jego brzegi skuł lód. 
Kobieta nie pojmowała, jakim cudem wszyscy dookoła nie marzną na kość i dlaczego 
właściwie w ogóle nie czuje obniżenia temperatury. 

Myśl tę wyparło jednak nagłe przerażenie, które ogarnęło ją, gdy Da'Gara stanął za 

nią i bezceremonialnie wepchnął  ją wprost w wodną otchłań, wypełniającą wnętrze 
olbrzymiego, rurowatego robaka. 

Prefekt skoczył zaraz za nią. 

Wektor pierwszy 

98

R O Z D Z I A Ł  

10 

RAJD PRZEZ PAS 

- Nie spodziewałbym się po nim niczego skromniejszego -zauważył Han, gdy 

„Sokół Millenium" wyszedł z nadprzestrzeni opodal planet, które Lando Calrissian 
wybrał na swój dom i siedzibę firmy. Przestrzeń wokół dwóch światów była pełna naj-
rozmaitszych maszyn - od małych myśliwców po ogromne frachtowce i jeszcze więk-
sze statki-tarcze, których Lando używał w czasach eksploatacji Nkllonu, planety poło-
żonej zbyt blisko słońca. 

- Większy ruch niż na Światach Środka - rozległ się z głośnika głos Luke'a, gdy 

„Miecz Jade" wyskoczył z nadprzestrzeni tuż obok „Sokoła". 

Do kompletu brakowało jeszcze tylko Jainy i jej X-skrzydłowca. Zerkając na żonę, 

Han dostrzegł w jej twarzy niepokój. Przelot z Reecee trwał tydzień. O ile dla pasaże-
rów „Sokoła Millenium" i „Miecza Jade" fakt ten nie stanowił problemu, o tyle dla 
pilota myśliwca typu X - i zapasów upakowanych na pokładzie myśliwca - mogła to 
być zbyt długa podróż. Jedi pokonujący długie dystanse zwykle wprowadzali się w 
trans hibernacyjny, spowalniając metabolizm swego organizmu i na wszelki wypadek 
przesypiając całą drogę. Jaina znała tę technikę i szkoląc się pod okiem Mary nieraz 
udowodniła, że dobrze ją opanowała. 

Tyle, że wykonanie ćwiczenia w sali treningowej było czymś zgoła innym niż po-

wtórzenie go podczas długiej samotnej wyprawy X-skrzydłowcem. 

Nawet Luke wielokrotnie pytał żonę, czy Jaina na pewno jest gotowa, żeby podo-

łać wyzwaniu. Mara upierała się, że tak, a przy tym nikt nie wątpił, że Jaina jest dosko-
nałym pilotem. Jako że to właśnie Mara była oficjalnym nauczycielem Jainy, nie było 
mowy o sprzeciwie, nawet ze strony Leii i Hana, którzy nie byli zachwyceni perspek-
tywą narażenia córki na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. 

Jaina leciała więc X-skrzydłowcem Luke'a, tym samym kursem, do tego samego 

celu i z tą samą prędkością, co pozostałe dwa statki. 

W takim razie dlaczego jeszcze nie wyszła z nadprzestrzeni? To pytanie wisiało w 

powietrzu między Leią i Hanem, lecz żadne z nich nie musiało wypowiadać go głośno. 

background image

R.A. Salvatore 

99

- Pozwólcie, że zgadnę, na której planecie znajdziemy Landa - rzucił Luke sarka-

stycznie. Odpowiedź była oczywista. Jeden ze światów był brązową, o niegościnnym 
wyglądzie skałą, zaś drugi, zielono-błękitny, spowijały białe chmury. Widok ten przy-
pomniał Leii i Marze dwa globy, które niedawno miały okazję oglądać: przyjemny dla 
oka Osarian i surowy Rhommamool. 

- Luke'u, gdzie jest Jaina? - spytała Leia, starannie unikając niespokojnej nuty w 

głosie. W odpowiedzi usłyszała śmiech Mary. 

- Dlaczego jeszcze nie wyskoczyła? - nie ustępowała księżniczka. 
- Dlatego, że Mara podała Artoo błędne koordynaty - odparł Luke. 
- To taki mały test - włączyła się Mara. - Jaina jest w pobliżu, a jednocześnie na 

tyle daleko, że będzie miała niewiele punktów odniesienia, według których może sko-
rygować kurs. 

- Pewnie wpadła w panikę - zmartwiła się Leia. Wyobraziła sobie szeroki uśmiech, 

który pojawił się w tej chwili na urodziwej twarzy Mary. 

- Na chwilę tak, bez wątpienia - potwierdziła Mara. - Ale wystarczy, że spojrzy w 

głąb siebie, skoncentruje się na Mocy łączącej ją z nami, a szczególnie z Jacenem, i bez 
problemu znajdzie drogę. 

- Poza tym Artoo na wszelki wypadek zna właściwą drogę -dodał szybko Luke. 
- Wiesz, bywasz czasem wredna - mruknęła Leia, wzdychając bezradnie. 
- Dla Jainy czy dla ciebie? - spytał Luke. Leia i Han znowu usłyszeli śmiech jego 

żony. 

- Fakt! - odpowiedziała Mara. 
Księżniczka znowu westchnęła. 
- Jeśli coś się stanie pani Jainie, osobiście zbesztam Artoo-Detoo - wtrącił zdener-

wowany C-3PO. - Ciągle są z nim jakieś kłopoty. W dodatku jestem pewien, że to mu 
sprawia uciechę. 

Leia spojrzała przelotnie na złocistego androida. - Marze raczej nie - mruknęła. 

Biorąc pod uwagę, że bardzo się bała, nie do końca był to żart. 

- Nic jej nie jest - odezwał się Luke. - Jeśli sięgniesz ku Jainie Mocą, droga sio-

strzyczko, na pewno poczujesz, że jest cała i zdrowa. 

Leia właśnie miała to zrobić, ale w tej samej chwili odezwały się brzęczyki senso-

rów „Sokoła", a zaraz potem w polu widzenia pojawił się X-skrzydłowiec jej córki. 

- Długo ci zeszło - zawołała Mara, nadając na otwartym kanale, tak, by słyszeli ją 

także pasażerowie „Sokoła". 

- Miałam mały problem z Artoo - odparowała z przekąsem Jaina. Z głośników do-

biegły natarczywe piski protestującego 

R2-D2. 
Mara poleciła podopiecznej sprowadzić konwój do lądowania. Jaina uczyniła to w 

nieco okrężny sposób, szerokim łukiem omijając Dubrillion, planetę Landa, by przyj-
rzeć się pracom prowadzonym na powierzchni drugiego świata, Destrillionu. W stronę 
brązowej powierzchni globu kierował się sznur niewielkich jednostek, które wiozły 
minerały wydobyte na asteroidach do zakładów przetwórczych wzniesionych przez 

Wektor pierwszy 

100

Calrissiana. Nieco mniej gęsty strumień większych statków podążał w przeciwnym 
kierunku - ku orbicie, gdzie dryfowały ogromne frachtowce. 

Całe towarzystwo, nie wyłączając Hana, który przecież dobrze znał wyczyny Lan-

da, obserwowało ten widok z niedowierzaniem. Jakim cudem Calrissian mógł rozkręcić 
gigantyczne przedsięwzięcie w tak krótkim czasie? Urzędował tu zaledwie od roku, a 
wyglądało na to, że jego firma jest w stanie zaopatrywać w surowce pół galaktyki! 

Pracownik kontroli lotów błękitno-zielonej  planety przywitał ich uprzejmie - a 

nawet entuzjastycznie, gdy tylko usłyszał nazwy zbliżających się statków i nazwiska 
przybyszów - po czym podał współrzędne lądowiska. Gdy zeszli poniżej pułapu chmur, 
przekonali się, że nowa siedziba Landa na Dubrillionie jest nie mniej imponująca niż 
jego górnicze przedsięwzięcie. Zabudowa była ciasna, nad miastem górowały strzeliste 
wieże i wysoko położone platformy portów kosmicznych. Luke zauważył, że większość 
lądowisk jest pusta. Domyślał się, że Lando przyjmuje gości, którzy wpadają tu nagle i 
na krótko. Na przykład przemytników. 

Gdy „Miecz Jade" szybował nad miastem ku wyznaczonej platformie, Skywalker 

zauważył na jednym z lądowisk parę X-skrzydłowców, a ściślej maszyn klasy XJ - 
najnowszych myśliwców tego typu; takich samych, jak ten, którego sam używał. Jed-
nostek tych nie spotykało się często - prawie nigdy z dala od eskadr przydzielanych 
niszczycielom  gwiezdnym i krążownikom. Istniał tylko jeden wyjątek od tej reguły: 
takimi maszynami latali rycerze Jedi. 

Trzy statki osiadły na zawieszonych wysoko nad powierzchnią planety okrągłych 

płytach lądowisk, wokół których leniwie przesuwały się chmury. Platformy połączono 
wąskimi chodnikami, które prowadziły do centralnej kopuły. Czwarta kładka wiodła do 
sąsiedniej wieży. 

Podróżni spotkali się przy centralnej budowli. R2-D2 i Jaina, która musiała mu 

pomóc przy opuszczaniu statku, przybyli jako ostatni. Dołączyli do pozostałych tuż 
przed tym, jak zza drzwi kopuły wybiegł Lando. Mężczyzna uśmiechał się szeroko, a w 
jego oczach jak zwykle igrały awanturnicze błyski, które kazały domyślać się,  że za 
każdym słowem i gestem kryje się coś więcej. 

- Ha! - zaśmiał się gospodarz, ściskając potężnie Hana i Leię. Ów drugi uścisk 

trwał nieco dłużej i wywołał u Solo zazdrosny pomruk. Potem przyszła kolej na Luke'a 
i Marę. Lando stanął przed nią i potrząsnął głową. - Wspaniale wyglądasz -oświadczył 
otwarcie. Kobieta uśmiechnęła się, a Calrissian niemal zgniótł ją w potężnym uścisku. 

- Niewielu ludzi waży się to robić - zauważyła Mara. 
- Dzięki temu więcej zostaje dla mnie - odparował Lando wybuchając śmiechem. 

Po chwili urwał nagle i spojrzał na Luke’a, ale Jedi skinął głową z aprobatą, uśmiecha-
jąc się szczerze. Powitanie, z jakim spotkała się Mara, nie mogło być serdeczniejsze. 

Znacznie chłodniejsze pozdrowienie czekało Chewbaccę, a R2-D2 i C-3PO - jedy-

nie salut. Na koniec Calrissian zwrócił się ku młodzieży. 

- Macie zamiar dalej rosnąć? - spytał, z niedowierzaniem rozkładając ramiona. - 

Minął zaledwie rok i proszę-jesteście dorośli! 

Odpowiedziały mu grzeczne, acz najwyraźniej zakłopotane uśmiechy. 

background image

R.A. Salvatore 

101

- Co was tu sprowadza? - zapytał Lando, odwracając się w stronę Hana. - I dlacze-

go nie uprzedziliście mnie o swoim przybyciu? Mogłem przygotować coś specjalne-
go.... 

- Wydaje mi się, że i tak nie będziemy się nudzić - odparł kpiąco Solo. 
Lando zachichotał, lecz umilkł po chwili, mierząc przyjaciela wzrokiem i zasta-

nawiając się, czy usłyszał właśnie komplement, czy zniewagę. Beztroski uśmiech szyb-
ko powrócił na jego twarz, gdy obróciwszy się na pięcie energicznym krokiem powiódł 
gości w głąb wieży. Zafundował im długą wycieczkę, poczynając od wytwornych pokoi 
gościnnych, a kończąc na sterowniach zautomatyzowanych przetwórni, które działały 
na sąsiedniej planecie. Przy okazji z dumą i bardzo szczegółowo opowiadał o wielkości 
wydobycia i liczbie frachtowców, które dostarczały surowce Światom Środka. Obchód 
zakończył się w wielkiej sali monitoringu, mieszczącej się w samym sercu miasta. Było 
to owalne pomieszczenie, które miało przypominać kształtem tutejszy pas asteroid - 
Kaprys Landa. Ściany sali były jednym gigantycznym panelem widokowym, ukazują-
cym w czasie rzeczywistym obraz z pasa asteroid. Lando poprowadził przyjaciół w 
kierunku innego, tym razem prostokątnego ekranu. Mężczyzna zasiadający przy pulpi-
cie kontrolnym odsunął się z szacunkiem. 

Pokaz, który rozpoczął się chwilę później, nie zawiódł oczekiwań widzów. Calris-

sian wybrał do obserwacji jeden z sektorów pasa i powiększył go do takiej skali, by 
widać było niewielkie, zrobotyzowane statki wydobywcze, które badały skały, prowa-
dziły próbne odwierty i wydobywały minerały, a następnie przeskakiwały na sąsiednie 
asteroidy. 

- Ile z tego masz? - spytał Han. - Ale szczerze. 
- Większość asteroid nie jest dochodowa - przyznał Lando. - Ale od czasu do cza-

su.... - dodał chytrze, rozcierając dłonie i błyskając zawadiacko oczami. 

Demonstracja trwała jeszcze chwilę. Gospodarz odpowiedział na kilka pytań doty-

czących wielkości i ceny całego kompleksu, a potem poprowadził przyjaciół do sąsied-
niej wieży, na sam jej szczyt, do hangaru, w którym stało kilka niewielkich maszyn. 
Każda z nich miała pojedynczą, centralnie położoną kapsułę pilota, sterczące z niej 
symetrycznie dwa wsporniki oraz bliźniacze, załamane do wewnątrz pod kątem czter-
dziestu pięciu stopni, płaty baterii słonecznych. 

Goście Landa - szczególnie ci starsi - bez trudu je rozpoznali: były to doświad-

czalne modele x 1 myśliwców typu TIE; ulubione maszyny elity pilotów Imperium, 
oraz Dartha Vadera. Na widok charakterystycznych sylwetek Luke i Leia zmienili się 
na twarzy, a Han spojrzał na Calrissiana wilkiem. 

- To najlepsze statki do naszych celów - wyjaśnił uczciwie Lando. 
- Czyli do rajdu przez pas? - spytał Luke. 
- Ze specjalnymi ruchomymi fotelami antywstrząsowymi -wyjaśnił gospodarz, 

podchodząc do jednej z maszyn. Dopiero teraz można było zauważyć, że w głębi han-
garu stoją podobne do myśliwców, lecz większe, dwukadłubowe pojazdy: bombowce 
typu TIE. - Piloci tych cacek mogą znieść naprawdę solidny łomot. 

- Myślisz, że o tym nie wiemy? - mruknął drwiąco Han. 

Wektor pierwszy 

102

- Mówisz, że to te maszynki latają przez pas? - spytała Jaina. Wyraz jej twarzy i 

ton głosu wskazywały, że jest mocno zaintrygowana. 

- Nie przez, tylko wzdłuż Kaprysu Landa - poprawił ją Lando. - Pod prąd. A przy 

tym zaznaczyliśmy na mapie parę naprawdę ciężkich rejonów. - Ciemnoskóry mężczy-
zna przez dłuższą chwilę patrzył w płonące z niecierpliwości oczy dziewczyny. - 
Chcesz spróbować? 

Jaina spojrzała najpierw na rodziców, a potem na Marę. Było jasne, że błaga o po-

zwolenie. 

Przygotowania zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Jaina, choć nie mogła do-

czekać się startu, starała się uważnie słuchać wyjaśnień techników, którzy opowiadali o 
sposobie pilotowania zmodyfikowanych maszyn typu TIE. O ile obsługa pedałów i 
drążków sterowych nie stanowiła problemu, o tyle podskakujący, luźno zawieszony, 
ruchomy fotel antywstrząsowy znacznie różnił się od stabilnego siedzenia w kabinie X-
skrzydłowca czy śmigacza. Jednak najważniejszą nowością, jak twierdził jeden z tech-
ników, był kompensator bezwładnościowy. W przeciwieństwie do podobnych urządzeń 
instalowanych w większości myśliwców i dużych jednostek, kompensatory zmodyfi-
kowanych maszyn typu TIE nie miały regulatorów. Poziom niwelacji przyspieszenia 
ustawiano na stałe, dzięki czemu pilot dobrze czuł maszynę i skutki zbyt ostrej jazdy, a 
jednocześnie był dobrze zabezpieczony przez skutkami przeciążeń. 

- Na początku piloci zapinali ciasno pasy i skręcali kompensator na dziewięćdzie-

siąt pięć procent skuteczności – wyjaśnił młodzieży technik. - Wywijali łamańce aż do 
nieuniknionej pierwszej kolizji, a wtedy maszyna odbijała się rykoszetem od asteroidy, 
wpadając w niekontrolowany korkociąg. Kiedy docieraliśmy do pilotów, najczęściej 
byli nieprzytomni. Mało brakowało, a jeden z nich straciłby życie. 

Usłyszawszy ostatnie zdanie, Leia wyraźnie zaczęła obawiać się o córkę. Jaina 

wiedziała, że matka jest niemal gotowa zabronić jej tej próby. 

Na szczęście technik zapewnił ją i pozostałych, że problem został usunięty. 
- W tej chwili kolizja ze skałą zafunduje ci najlepszą karuzelę, jakiej w życiu do-

świadczyłaś, ale na pewno przeżyjesz, żeby się tym pochwalić. 

Chcąc dodatkowo pocieszyć niespokojnych rodziców, mężczyzna wspomniał o 

potężnych polach repulsorowych, które stanowiły podstawową ochronę statku, stero-
wanych nie przez pilota i zasilanych nie przez generatory pokładowe, lecz przez stację 
kosmiczną „Szybkobiegacz I". 

Ta wiadomość zdumiała Luke'a. Istniały technologie, które pozwalały uodpornić 

myśliwce i bombowce typu TIE na zderzenia z asteroidami za pomocą kombinowanej 
pracy pól ochronnych i wzmocnionych repulsorów, ale inżynierowie zarówno dawnego 
Imperium, jak i Nowej Republiki przez długie lata bezskutecznie usiłowali opracować 
metodę wykorzystywania zewnętrznych  źródeł energii. Dzięki takiemu rozwiązaniu 
małe jednostki mogłyby korzystać z całej mocy własnych generatorów i silników, wy-
korzystując ją wyłącznie do manewrowania, przyspieszania i prowadzenia ostrzału. Jak 
dotąd poczyniono w tym kierunku niewielkie postępy. Luke doskonale rozumiał,  że 
jeśli Lando zdoła dopracować nową technologię do perfekcji, będzie ona warta więcej 

background image

R.A. Salvatore 

103
niż wszystkie skarby, które kiedykolwiek udałoby się mu wydobyć z okolicznych aste-
roid. Być może taki właśnie był prawdziwy cel jego działalności. 

- A do tego - ciągnął technik, poklepując czule połyskujący metalicznie garb, 

umieszczony w tylnej części kabiny - te maleństwa mają hipernapęd. 

Luke z podziwem skinął głową. Lando i jego ludzie naprawdę dokonywali rzeczy 

niezwykłych. 

- Będą bezpieczni - zakończył Calrissian, wyręczając technika, po czym mrugnął 

porozumiewawczo do Leii. 

Jaina i jej bracia odbyli następnie próbny lot zmodyfikowanymi maszynami, pod-

czas którego zderzyli się ze zboczem góry przy pięćdziesięciu procentach mocy silni-
ków. Po raz pierwszy mieli okazję naprawdę poczuć skuteczność osłon antykolizyj-
nych. 

Nawet to doświadczenie nie zaspokoiło rozbudzonego apetytu Jainy. Lando za-

prowadził wszystkich do holu głównej wieży miasta, w którym na centralnym miejscu 
umieszczono tablicę wyników. Z długiej listy nazwisk i czasów dziewczyna rozpoznała 
tylko dwa: Miko Reglia był sklasyfikowany na siódmej pozycji, a Kyp Durron, z cza-
sem jedenastu minut i trzynastu sekund, prowadził w tabeli. 

Rycerze Jedi: mistrz Kyp i jego uczeń Miko. 
Jaina musiała tu coś załatwić. 
Sunęła powoli kursem naprowadzającym, kierując swój myśliwiec wprost na 

punkt startowy u wejścia do pasma asteroid. Jacen był na trasie od niemal pięciu minut, 
co było zupełnie dobrym wynikiem. Nie widziała jego maszyny, ale słyszała nawoły-
wania - przynajmniej te, które dochodziły ze stacji kontrolnej, bo jej brat bliźniak mil-
czał. Rozumiała, że pogrążył się w medytacji, szukając spokoju w Mocy. 

Po pięciu i pół minutach miał już rezultat dający mu miejsce w tabeli mistrzów. 
- Naprzód - szepnęła Jaina i w tej samej chwili usłyszała głośny okrzyk Jacena, 

który przeszedł stopniowo w przeciągły, dziki wrzask. 

- Wyleciał - odezwał się kontroler ze stacji „Szybkobiegacz I". - Przywalił jak cho-

lera. 

Jaina wreszcie spostrzegła myśliwiec brata: światła maszyny wirowały jak szalo-

ne, umykając w otwartą przestrzeń. 

- Jacenie!? - zawołała. Nie uzyskała odpowiedzi, więc dosięgła go Mocą, co było 

dla niej tym łatwiejsze, że łączyła ją z bliźniakiem wyjątkowo silna więź. Natychmiast 
wyczuła, że nic mu się nie stało, jeśli nie liczyć tego, że był nieco wstrząśnięty. 

Przerwała kontakt i skoncentrowała się na Anakinie, który właśnie startował. Ja-

ina, śledząc błyski silników jego statku, które pojawiały się w gąszczu wirujących skał, 
słyszała w głośnikach oddech młodszego brata i od czasu do czasu jego okrzyki. Chło-
pak sprawiał wrażenie znacznie bardziej ożywionego niż Jacen, i mocniej skoncentro-
wanego na własnych zmysłach. Jaina dobrze rozumiała różnicę w życiowych filozo-
fiach braci. Każdy w inny sposób poszukiwał równowagi między Mocą a fizjologią, 
toteż wcale nie dziwiły jej ich zgoła odmienne reakcje na stres. 

Wektor pierwszy 

104

- Mamy go - zameldował pilot jednego z holowników Landa, a zaraz po nim Jacen 

zapewnił wszystkich, że nic mu nie jest. Jaina wyobraziła sobie wyraz ulgi na strapionej 
twarzy matki. 

- Chcę spróbować jeszcze raz - dodał natychmiast chłopak, a jego siostra miała już 

przed oczami groźną minę Leii, 

Holownik i myśliwiec typu TIE przesunęły się przed dziobem statku Jainy. Ma-

szyna Jacena wyglądała na nietkniętą, a mimo to była holowana. Dziewczyna wzięła 
głęboki wdech, próbując zapanować nad nerwami. 

Usłyszała pisk Anakina i kątem oka zauważyła jego myśliwiec ślizgający się nie-

mal po powierzchni olbrzymiej skały. 

Wyłączyła fonię, skupiając uwagę na czekającym ją zadaniu i odnajdując wyci-

szenie w łagodnej pustce Mocy. Ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robi, poruszała 
pedałami w przód i w tył, by lepiej wyczuć reakcje pojazdu, a potem zdecydowanie 
pchnęła manetkę akceleratora. Przyspieszenie wcisnęło ją głęboko w fotel. 

Mijały sekundy, a Jaina pogrążała się coraz głębiej w medytacji. 
Usłyszała jeszcze informację od kontrolera lotów, że Anakin poprawił wynik Ja-

cena, i pomyślała, że będzie się z czego pośmiać po powrocie. Później znowu skupiła 
się na tym co ją otaczało i przełączyła komunikator na częstotliwość nadajnika Anakina 
- w samą porę, by usłyszeć jego przechwałki. 

- Dołożyłem ci, Jac.... - zaczął butnie. 
Jaina dobrze widziała, co się stało. Myśliwiec Anakina zanurkował pod obracającą 

się błyskawicznie asteroidą, a potem wystrzelił świecą w górę tuż przed następną bryłą 
skały. 

Trzeciej nie można było uniknąć. Chłopak nawet jej nie widział, dopóki maszyna 

na nianie wpadła. 

Po czołowym zderzeniu stateczek odbił się prosto w górę i pomknął w przestrzeń, 

koziołkując w niewiarygodnym tempie. Oddalał się coraz bardziej, aż w końcu przestał 
wirować: Anakin musiał odpalić ładunek kompensujący. Od tego momentu myśliwiec 
dryfował spokojnie, niczym martwa skorupa. 

- Anakinie? - rozległ się w głośniku zdenerwowany głos Leii. 
Brak odpowiedzi. 
Jaina mocniej ścisnęła drążki sterownicze, słysząc po raz drugi wołanie matki. 

Pomyślała,  że mogłaby dotrzeć do brata najszybciej, choć nie bardzo wiedziała, jaki 
byłby z tego pożytek. Zanim jednak zdążyła przyspieszyć, usłyszała roztrzęsiony głos 
Anakina. 

- Niesamowite - wykrztusił chłopak. Wydawało się, że albo jest mu bardzo, bardzo 

niedobrze, albo dopiero przed sekundą pokonał mdłości. 

- Jesteś cały? - spytali równocześnie Leia i Lando. 
- Tak mi się wydaje. 
- Pokonałeś Jacena - wtrąciła Jaina. 
- No to co? - odpowiedział pytaniem Anakin. 

background image

R.A. Salvatore 

105

W tym momencie jego siostra pojęła, jak bardzo musiał być poruszony. W nor-

malnych okolicznościach zwycięstwo nad starszym bratem byłoby spełnieniem marzeń 
- życiowym sukcesem. 

- Dosyć tego - odezwała się Leia, najwyraźniej myśląc o tym samym. - Wracaj, Ja-

ino. 

- Gotowa do startu! - zawołała dziewczyna, przełączając się na inny kanał i udając, 

że nie słyszy. Nie miała zamiaru pozwolić, by pech brata przeszkodził jej w pobiciu 
rekordu. - Mogę zaczynać? - rzuciła przez komunikator. 

- Naprzód - odpowiedział kontroler ze stacji „Szybkobiegacz I". 
- Jaino! - zawołała Leia. Matczyna intuicja podpowiedziała jej, na który kanał cór-

ka przełączyła komunikator. 

Jaina jednak szybko przyspieszyła, sunąc w stronę punktu startowego. Większość 

pilotów rozpoczynała konkurencję od zerowej prędkości, korzystając jedynie z silników 
manewrowych do poruszania się w opływającej ich masie asteroid. W końcu nie liczył 
się tu pokonany dystans, tylko czas. 

Tymczasem Jaina, obawiając się, że matka może ją powstrzymać, wleciała w pas 

asteroid ze sporą prędkością. 

Gdy tylko minęła pierwsze skały, wiedziała już, że popełniła błąd. Zanim zdążyła 

zapamiętać układ nadlatujących brył, musiała energicznie pchnąć stery, sprowadzając 
maszynę pionowo w dół, a potem kładąc ją w skręt przez lewą burtę, by uniknąć zde-
rzenia. Zdołała wykręcić trzy czwarte obrotu, nim musiała wyrwać ukosem w bok, 
umykając przed następną asteroidą. Niewiele brakowało, a zahaczyłaby przy tym o 
drugą półkulę tej, którą przed sekundą ominęła. Nim dziewczyna zdążyła wziąć głębo-
ki, uspokajający oddech, przed iluminatorem myśliwca pojawiła się kolejna para skał. 
Jaina przechyliła maszynę na skrzydło i jakimś cudem przemknęła między nimi, po 
czym dokończyła półobrót i czym prędzej pociągnęła stery ku sobie, nurkując tam, 
gdzie jeszcze przed chwilą był dół. Zanim odezwał się brzęczyk alarmowy, ostrzegają-
cy o niebezpiecznym zbliżeniu do krawędzi pasa, Jaina zawróciła stateczek, ruszając w 
poprzek strumienia asteroid. Zyskała cenne ułamki sekund - musiała tylko pilnować, by 
prąd nie poniósł jej wstecz, co równałoby się dyskwalifikacji. 

W tej samej chwili zrozumiała,  że daleko nie zajedzie, jeśli będzie polegać wy-

łącznie na reakcjach swego organizmu. Tu trzeba było przewidywać wypadki, działać z 
wyprzedzeniem. To dlatego czterej Jedi, którzy próbowali tu swoich sił - a byli wśród 
nich jej bracia, piloci o niewielkim doświadczeniu - uzyskali tak doskonałe wyniki. 
Jaina przestała zwracać uwagę na mrugające i popiskujące wskaźniki instrumentów i 
spokojnie patrzyła na coraz bliższą  ścianę skał, bardziej wyczuwając niż widząc jej 
układ. 

Ustawiła myśliwiec „dziobem do wiatru", jak powiedzieliby starożytni  żeglarze, 

po czym ruszyła wprost ku nadlatującym kamiennym bryłom. 

 
Han usłyszał cichy pomruk, który wyrwał się Leii, gdy maszyna typu TIE skoczy-

ła w stronę asteroid. Delikatnie objął żonę ramieniem. 

- Słyszała mnie - stwierdziła Leia lodowatym tonem. 

Wektor pierwszy 

106

Han przytulił ją nieco mocniej. Oczywiście, że Jaina słyszała. I oczywiście udawa-

ła, że nie słyszy. Po prostu musiała stawić czoło wyzwaniu, o którym myślała bez prze-
rwy od kilku dni. Solo wiedział, że Leia wkrótce się opanuje, i że gdyby dziewczyna 
usłuchała jej polecenia, rezygnując ze swego marzenia, napięcie między matką a córką 
trwałoby znacznie dłużej. 

- Nic jej nie będzie - oświadczył. Jednak i on skrzywił się nerwowo, gdy doskona-

le widoczny na wielkich ekranach myśliwiec Jainy dosłownie w ostatniej chwili prze-
rwał obrót i prysnął w bok przed nalatującą bryłą. - Jest najlepszym pilotem z całej 
trójki. 

Zielone oczy Mary, stojącej tuż obok Hana i Leii, płonęły z podniecenia. 
- Zanurz się w niej, Jaino - szepnęła. - Niech Moc cię prowadzi. 
Masujący jej barki i kark Luke uśmiechnął się ciepło, wspominając podobne rady, 

których udzielał mu duch Obi-Wana Kenobiego podczas ataku na Gwiazdę  Śmierci. 
Nie próbuj rejestrować tego, co pokazują ci oczy i inne zmysły. Nie zwracaj uwagi na 
wskazania instrumentów - wyłącz je, jeśli to możliwe. Pozwól, by Moc pokazała ci 
drogę. Niech powie ci, kiedy skręcić, kiedy obrócić maszynę i jak znaleźć cel. 

Jaina czuła to samo. Widać było, że zwroty jej myśliwca -choć ostre - są już mniej 

gwałtowne, jak gdyby dziewczyna przewidywała bieg wydarzeń. 

Luke spojrzał na zawieszony wysoko stoper. Cztery minuty. 
Maszyna parła naprzód, skręcając i obracając się w locie, opadając gwałtownie i 

znowu wznosząc się ku luźniejszym rejonom pasa asteroid.. Spojrzawszy w przestrzeń 
przed myśliwcem Luke dostrzegł problem: zaporę nie do przebycia. Dwie zwarte gro-
mady skalnych brył zbliżały się do siebie, formując z wolna ścianę, przez którą TIE nie 
miał szans się przecisnąć. 

- Ścisła formacja! - krzyknął jeden z obserwatorów. Te właśnie słowa migały na 

jego monitorze, bowiem komputer obliczający z wyprzedzeniem trajektorię lotu Jainy 
nie znalazł sposobu na ominięcie bariery bez opuszczania pola asteroid. 

- Pech - stwierdził Lando. - To się zdarza raz na jakiś czas. 
- Poradzi sobie - powiedziała z naciskiem Mara. 
- Naprzód, Jaino - szepnęła stojąca obok niej Leia. 
 
Jaina widziała formującą się zaporę, która przypominała szczelnie splatające się ze 

sobą palce, i natychmiast zwolniła lot maszyny. Desperacko rozglądała się dookoła, 
szukając przesmyku. 

Nie znalazła go. 
Przelotnie spojrzała na przyrządy, które chaotycznym popiskiwaniem i mruganiem 

ostrzegały przed nieuchronną kolizją. Zdenerwowana, rąbnęła pięścią w udo, do reszty 
tracąc zimną krew - i szansę na sukces. 

I wtedy usłyszała Marę, która nakazywała jej zanurzyć się w Mocy, a potem słowa 

matki; niewyraźne, nie do końca zrozumiałe głosy, pełne miłości i dodające jej otuchy. 

Spojrzała twardo przed siebie i zwiększyła ciąg silników, lecąc wprost ku zwartej 

masie głazów. Musiała zyskać na czasie; nic więcej, a wtedy szybciej poruszająca się 
grupa asteroid wyprzedzi wolniejszą, otwierając drogę w głąb pasma. 

background image

R.A. Salvatore 

107

Zbliżyła się do pierwszej przeszkody, schodząc nieco w dół i w ostatniej chwili 

uruchomiła cewki repulsorów. Statek bez kłopotu odbił się od skały i wszedł w lekki 
ruch wirowy. Jaina znowu włączyła grawitator, rykoszetem muskając dolną część na-
stępnego gigantycznego głazu. Każde odbicie cofało ją nieznacznie, ale technicznie 
rzecz biorąc nie był to dyskwalifikujący „lot w kierunku zgodnym z ruchem pasa aste-
roid". 

Myśliwiec typu TIE, wprawnie prowadzony przez Jainę, podskakiwał niczym pił-

ka. Włączane w odpowiednim momencie repulsory pozwalały uniknąć kolizji, prze-
mieszczając statek płynnie w bok lub wstecz. Mijały cenne sekundy. Skalna ściana 
przesuwała się stale, od czasu do czasu roztrącając na boki pomniejsze asteroidy. 

Dziewczyna wyczuła wreszcie szczelinę, tak jak wiatr odnajduje drogę między 

wysokimi budowlami. Jeszcze raz odbiła myśliwiec od skały, po czym położyła go na 
skrzydło i zanurkowała, a następnie pociągnęła ostro w górę, tuż przed następną bryłą. 
Znalazłszy się nad nią wyrównała kurs i wystrzeliła wprost w prześwit, obracając ma-
szynę tak, by płaty bezpiecznie przeszły przez nieregularny otwór. 

Lecąc z półprzymkniętymi oczami wyczuwała układ skał. Jej myśliwiec przyspie-

szał, zwalniał i skręcał wcześniej niż docierał do niej sens wykonywanych manewrów. 

Nie czuła też upływu czasu, nie widziała nic, prócz drogi, która otwierała się przed 

nią. 

 
Wycie Chewiego, które rozległo się w momencie, gdy wbrew obliczeniom kompu-

tera Jaina przedostała się przez zwartą zaporę asteroid, w pełni zgadzało się z nastro-
jem, jaki udzielił się wszystkim widzom, nawet podwładnym Landa. Wookie podsko-
czył, a potem chwycił najbliżej stojącego technika i potrząsnął nim radośnie z taką siłą, 
że niemal słychać było, jak dzwonią mu zęby, po czym wzniósł włochatą pięść wysoko 
nad głowę. 

- Czy to dobrze? - spytał z całą powagą C-3PO, najwyraźniej nie rozumiejąc sytu-

acji. 

R2-D2 zapiszczał do niego, a Leia mocniej ścisnęła rękę Mary. 
- Mała potrafi latać - zauważył Han, pękając z dumy i... podziwu. Spojrzał w górę, 

na czasomierz. 

Pięć minut i trzydzieści dwie sekundy. Jacen wszedł do sali cokolwiek niepewnym 

krokiem. Spojrzał na stoper, a potem stanął za plecami pozostałych. 

- Odnalazła wewnętrzny spokój - powiedział. 
- A ty? - spytał Luke. 
Młodzieniec pokiwał głową. - Zabrakło mi wprawy w pilotażu - przyznał. - Jaina 

ma i jedno, i drugie. 

Rzeczywiście, na to wyglądało. Pilotowany przez nią TIE płynął bez wysiłku 

przez labirynt latających głazów. 

Rajd trwał już siedem minut, a to dawało Jainie wysoką pozycję na tabeli wyni-

ków. 

Wektor pierwszy 

108

- Jest co najmniej trzecia - obwieścił Lando. - A nikt jeszcze nie pokonał tak trud-

nej trasy, jak ona - dodał, po czym zwrócił się do jednego ze swoich ludzi. - Przerzuć 
obraz do sieci informacyjnej - polecił. - Niech cała planeta zobaczy. 

- Zaraz zaczną się zakłady - szepnął Han do ucha Leii. Uśmiechnęli się jednocze-

śnie. 

- Jakiś czas wcześniej przełączyłem wizję do innych pomieszczeń kontrolnych i na 

monitory wokół lądowisk - odpowiedział technik. 

- Widziałem po drodze - potwierdził Jacen. - Kyp Durron jest na swojej platformie 

i śledzi każdą sekundę przekazu. 

Wzmianka o Kypie przypomniała Luke'owi, że przybył tu w ważnej sprawie. Nie 

teraz - pomyślał. Przyjrzał się sytuacji na ekranie, a potem kolejny raz popatrzył na 
stoper. 

- Kyp przegra - oświadczył zdecydowanie. 
 
Moc przepływała przez umysł Jainy coraz intensywniej. Jej niemal namacalny na-

cisk wzmagał się z każdą sekundą. Obraz w iluminatorze stał się rozmytą plamą, a z 
pozoru przypadkowe ruchy sterów prowadziły statek dosłownie o włos od powierzchni 
koziołkujących skał. Myśliwiec miotał się w dzikich zwrotach; to wpadł w lot nurkowy, 
to znów wspinał się ku istniejącej tylko w wyobraźni „górze", nieustannie poszukując 
bezpiecznego szlaku. 

Mijały minuty, ale dla pogrążonego w głębokim transie pilota upływ czasu nie 

miał żadnego znaczenia. 

Mimo wszystko napięcie w podświadomości Jainy również rosło, systematycznie 

osłabiając jej koncentrację. 

Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze strachu, gdy po ominięciu kolejnej asteroidy 

jej myśliwiec lekko zahaczył o następną, wyjątkowo małą skałkę i minimalnie schodząc 
z kursu, uderzył w trzecią, znacznie większą. 

Statek odbił się od niej i zaczął obracać się bezwładnie wokół własnej osi. Kiedy 

Jaina wyprowadziła maszynę z niekontrolowanego korkociągu, ujrzała tuż przed sobą 
spiętrzoną, nieprzebytą masę skał. 

Tym razem obroty myśliwca były tak szybkie, że nawet ich nie rejestrowała, ma-

jąc przed oczami jedynie rozmyte, błyskające w zawrotnym tempie obrazy. Mocno 
odczuła zderzenie z następnym głazem, a potem.... 

Znalazła się poza pasem. Udało jej się zapanować nad sobą i zaczęła gorączkowo 

pracować sterami, by ustabilizować lot maszyny. Nie wiedziała, ile czasu minęło od 
startu, prawie nic nie pamiętała z całego rajdu. 

 
W pomieszczeniu kontrolnym panowało milczenie. Milczenie i oszołomienie. Sto-

per zatrzymał się w chwili, gdy myśliwiec Jainy opuścił pasmo asteroid. 

Dwadzieścia siedem minut i dwadzieścia siedem sekund. - Mała potrafi latać - 

powtórzył cicho Han. 

background image

R.A. Salvatore 

109

R O Z D Z I A Ł  

11 

BUM! 

Yomin Carr miał już tylko sześciu przeciwników: czterech mężczyzn i dwie kobie-

ty. Jedna z nich, ubrana w hermetyczny skafander, pracowała właśnie na platformie 
masztu komunikacyjnego, próbując naprawić uszkodzoną skrzynkę przyłączową. 

Yuuzhanin wiedział, że jej wysiłki i tak nie zdadzą się na nic. Molekularna zaraza 

przetoczyła się nad stacją ExGal-4 i objęła już prawie cały Belkadan. Żółto-zielone 
chmury toksycznych gazów były teraz zbyt gęste i zbyt wzburzone, by jakikolwiek 
sygnał mógł przebić się przez nie w otwartą przestrzeń. Naukowcy, pojąwszy rozmiary 
zniszczeń, skupili wysiłki na przygotowaniu do startu niewielkiego frachtowca. Yomin 
Carr z łatwością przeprowadził mały sabotaż tak już zrujnowanego statku. Wystarczyło 
rozpiąć parę pordzewiałych złączy i wywołać zwarcie, stykając kilka przewodów, któ-
rych zetlała izolacja rozpadała się w rękach. 

Badacze szybko porzucili pomysł ucieczki, koncentrując się na próbach wezwania 

pomocy. I na to było jednak zbyt późno: śmierć Gartha Breise'a i zaufanie, jakie pokła-
dali w osobie Yomina Carra, przypieczętowały ich los. 

Mimo iż hermetycznie zamknięta stacja mogła przetrwać w pozbawionej tlenu at-

mosferze, jej załoga, uwięziona pod okrywą śmiercionośnych gazów, była w potrzasku; 
wydana na ciosy Yomina Carra, niczym kalamariański wielkogłów w beczce. 

Yuuzhański wojownik przechadzał się swobodnie wokół bazy, korzystając z przy-

pominającego rozgwiazdę, organicznego aparatu tlenowego. Nie mógł się przemóc, by 
zaufać osprzętowi, który wbudowano w skafandry. Podziwiając z radością dzieło znisz-
czenia, którego bezlitośnie dokonali jego mali ulubieńcy, dotarł do podnóża wieży i 
spojrzał w górę, z trudem dostrzegając w gęstych oparach pracującą na platformie 
dziewczynę. 

- Jak idzie? - krzyknął. Biologiczna maska nieco stłumiła jego głos. 
- Znalazłam usterkę! - rozległ się w górze kobiecy głos. -Jeszcze tylko jedno połą-

czenie... 

Wektor pierwszy 

110

Yomin Carr wydobył zza pasa nieduży toporek i z całych sił uderzył nim w odsło-

nięty fragment przewodu u podstawy masztu, rozcinając go gładko. Wsunął broń na 
miejsce i przez chwilę w spokoju napawał się chorobliwą rozkoszą zwycięstwa. 

Kilka minut później Lysire Donabelle, przedostatnia żywa kobieta na Belkadanie, 

zeszła z wieży. 

- Teraz będzie działać - oświadczyła, zeskoczywszy na ziemię, po czym zaczęła 

wyplątywać się z uprzęży zabezpieczającej. - To tylko skrzynka... - zaczęła wyjaśniać, 
lecz umilkła w pół słowa, wybałuszając oczy na widok żywego aparatu tlenowego który 
zakrywał twarz Yomina Carra. 

Yuuzhanin wyciągnął przed siebie rękę i wskazał na świeżo rozcięty przewód. 
Lysire przyglądała się uszkodzeniu dłuższą chwilę. Wizjer hełmu zaparował od jej 

ciężkiego oddechu. Wreszcie odwróciła się w stronę Yomina z niedowierzaniem pokrę-
ciła głową. 

A potem rzuciła się do ucieczki, próbując ominąć obcego. 
Wojownik podbił jej zakroczną nogę i jednym płynnym ruchem wyrwał rurę apa-

ratu tlenowego z tylnej ściany jej hełmu. Lysire runęła na ziemię twarzą w dół, a Yomin 
Carr przytrzymał ją w tej pozycji, stając na jej plecach. 

Kobieta wiła się szaleńczo, próbując złapać oddech, nim żółta mgła wedrze się 

pod ochronny kombinezon. Desperackie wysiłki przyniosły w końcu rezultat: Lysire 
uwolniła się. Odpełzła kilka metrów, po czym wspięła się na kolana i chwiejnie stanęła 
na nogi. Yomin Carr mógł  ją bez trudu złapać, ale tego nie uczynił, poznając po jej 
niepewnych ruchach, że już zwyciężył. 

Lysire zataczała się i chwiała, podążając zygzakami w stronę wejścia do stacji. Po 

kilku ostatnich niepewnych krokach padła bez sił na pokrywę  włazu. Jej zmysły już 
prawie nie funkcjonowały, po omacku próbowała znaleźć klawisz otwierający wrota. 

Yomin Carr nawet się nie ruszył. Nie musiał. Obserwował, jak kobieta osuwa się 

bezwładnie na ziemię. 

Potem stanął za nią, nieco z boku, spokojnie przyglądając się kotłującym się 

chmurom i wciąż gęstniejącym wyziewom. 

Ze względów bezpieczeństwa badacze podzielili się na trzy grupy: dwie dwuoso-

bowe i jedną trzyosobową. Dwaj partnerzy Yomina Carra byli przekonani, że śpi on w 
swojej kabinie, za to towarzyszka Lysire musiała wiedzieć,  że jej koleżanka jest na 
zewnątrz. Dlatego właśnie Yomin nie był ani trochę zaskoczony, gdy pół godziny póź-
niej właz począł się otwierać. 

Ciało Lysire Donabelle osunęło się na bok. 
- Lysire! - krzyknęła jej partnerka, padając na kolana. 
Sekundę później spojrzała w górę, dostrzegłszy kątem oka jakiś ruch. Jej oczy roz-

szerzyły się z przerażenia na widok Yomina Carra i jego błyskawicznie opadającego 
topora. 

Yuuzhański wojownik uważał,  że było coś symbolicznego w akcie pozbawienia 

życia ostatniej kobiety na Belkadanie. Był to znak zwycięstwa; znak, iż ludzie - i 
sprzymierzone z nimi istoty inteligentne - przegrali pierwsze starcie z przedstawicielem 
rasy Yuuzhan Vong. 

background image

R.A. Salvatore 

111

Yomin wyrwał toporek z piersi kobiety i pozwolił jej ciału upaść tuż obok zwłok 

Lysire, po czym wrócił do bazy przez wciąż jeszcze otwarty właz. 

Pozostało już tylko czterech wrogów. Yomin Carr wiedział,  że dwaj z nich naj-

prawdopodobniej śpią. 

 
Nom Anor nie czuł się dobrze. Był przypięty pasami do fotela, a za plecami miał 

wielotonowy  ładunek niestabilnego, ciekłego materiału wybuchowego. Yuuzhański 
egzekutor, przybysz z odległej galaktyki, nie bał się podróży kosmicznych. Rzecz w 
tym,  że leciał prymitywną, dwustopniową rakietą zbudowaną na Rhommamoolu, 
znacznie gorszą nawet od zwykłych pojazdów z silnikami jonowymi, które nie wy-
trzymywały porównania z żywymi  światostatkami i koralowymi skoczkami stworzo-
nymi przez jego rasę. 

Siedzący obok niego Shok Tinoktin wyglądał na odrobinę spokojniejszego, choć i 

on zaciskał zęby, z trudem znosząc przeciążenie towarzyszące wejściu rakiety na orbitę. 

W końcu jednak pojazd wyrównał lot. Pierwsza faza podróży dobiegła końca. 

Shok mógł teraz skierować wielki i niezgrabny pojazd w stronę oczekującego „Media-
tora". 

- Wywołują nas - zameldował swemu dowódcy chwilę później. Nom Anor uniósł 

dłoń i pokręcił głową. 

- Najpierw skończ wpisywanie kursu - polecił. Opóźnienie tej czynności mogło 

oznaczać trudności w naprowadzeniu rakiety na cel. Na dyskusje z „Mediatorem" bę-
dzie dość czasu, gdy egzekutor i jego pomocnik przesiądą się do kabiny przemyślnie 
zamaskowanego A-winga. 

- Lecimy wprost na cel - oświadczył po chwili Shok. 
Nom Anor uwolnił się z niewygodnej uprzęży pasów. Jego towarzysz uczynił to 

samo i obaj zaczęli przeciskać się na klęczkach ciasnym korytarzem. Egzekutor za-
trzymał się tylko na moment, by umieścić w fotelu pilota i ucałować na pożegnanie 
jednego ze swych ulubionych villipów oraz zmówić krótką modlitwę do Yun-Harli, 
Ukrytej Bogini, zwanej Oszustką. 

Rhommamoolska rakieta wyrwała się z orbity, kierując się wprost ku „Mediatoro-

wi" i gubiąc po drodze drugi człon. W istocie tego silnika nigdy nie odpalano, a z tech-
nicznego punktu widzenia nie był nawet członem rakiety, a jedynie pustą kapsułą 
sprytnie kryjącą myśliwiec. 

Z powiększonej kabiny myśliwca typu A, przystosowanego do pomieszczenia 

dwuosobowej załogi, Nom Anor i Shok Tinoktin obserwowali coraz to nowe błyski 
pocisków, które wystrzeliwano z powierzchni Osarian i Rhommamoolu. Myśliwce z 
„Mediatora" uwijały się w atmosferze obu planet, a szczególnie wokół Osarian, próbu-
jąc strącić jak największą liczbę rakiet. Niektóre ładunki docierały jednak do po-
wierzchni globu. Gdy kapsuła z myśliwcem wykonała kolejne pół obrotu, Nom Anor 
ujrzał na tarczy planety kilka rozległych, czerwonawych plam -chmur powstałych po 
eksplozji głowic termonuklearnych. 

Wektor pierwszy 

112

Nic dziwnego, że oferta przybycia na pokład „Mediatora" i przeprowadzenia 

uczciwych negocjacji z Osarianami, którą  złożył komandorowi Ackdoolowi, została 
przyjęta tak ochoczo. 

Kapsuła znowu się obróciła, odsłaniając pasażerom widok na olbrzymi krążownik. 

Choć okręt znajdował się znacznie dalej, pędząca ku niemu rhommamoolska rakieta 
wydawała się wręcz mikroskopijna, 

- Utrzymaj bieżący kurs - polecił Nom Anor. Shok dotknął manetki silników ma-

newrowych. Powolny ruch obrotowy kapsuły ustał, a obraz „Mediatora" w iluminatorze 
ustabilizował się. 

- Otwórz kanał. 
Shok skinął  głową i zdalnie uruchomił komunikator w oddalającej się rakiecie. 

Przekaźnik nie retransmitował obrazu na pokład myśliwca typu A, bo mogłoby to zdra-
dzić misterny podstęp, ale Nom Anor z łatwością wyobraził sobie profesjonalnie 
uśmiechniętą twarz Kalamarianina, wygłaszającego typowe, dyplomatyczne frazesy 
powitalne. 

- Witam, komandorze Ackdool - odpowiedział Nom Anor przez swego villipa. 

Niewielkie stworzenie, wiernie przedstawiające twarz egzekutora, a umieszczone na 
szczycie bezgłowego ciała umocowanego w fotelu rhommamoolskiej rakiety, przekaza-
ło jego słowa z identyczną intonacją. 

Ackdool zdążył jedynie rozpocząć litanię nieszczerze ciepłych pozdrowień, gdy 

grupa maszyn wychynęła z ciemności, zmierzając wprost ku rakiecie. 

Kalamarianin zaklął i nakazał natychmiastowy start myśliwców. Nom Anor i Shok 

Tinoktin usłyszeli w tle głośny okrzyk radości. 

- Rycerz Jedi - stwierdził Shok. 
Nom Anor kiwnął  głową, nie bez ironii pomyślawszy,  że to właśnie maszyny z 

„Mediatora" utorują drogę rakiecie z niespodzianką. 

Shok Tinoktin starał się utrzymać stabilny kurs kapsuły, tak, by i krążownik, i ra-

kieta były widoczne. Wraz ze swym przełożonym podziwiał spektakl: myśliwce z po-
kładu okrętu Nowej Republiki rozpędzały formację osariańskich Łowców Głów Z-95. 

- Pańscy przyjaciele Osarianie nie wyglądają na zainteresowanych negocjacjami, 

komandorze Ackdool - odezwał się spokojnie Nom Anor. 

- Osa-Prime stoi w ogniu - odparł Kalamarianin. Na masce dyplomatycznego 

chłodu, pod którą ukrył własne uczucia, pojawiła się pierwsza rysa. 

- Zgodziliśmy się wstrzymać ogień - powiedział egzekutor. 
- Zapewnię panu ochronę w drodze do „Mediatora" i z powrotem na Rhommamo-

ol, po zakończeniu rozmów - zapewnił go Ackdool. Ton jego głosu dowodził, że ko-
mandor zdążył się już opanować. - Ma pan na to moje słowo. 

- Jak pan sobie życzy - odpowiedział Nom Anor, świadom faktu, iż jego villip nie 

jest w stanie kiwnąć  głową. - Wyłącz wizję - polecił szeptem Shokowi Tinoktinowi. 
Mężczyzna zaczął kręcić gałką zmiany częstotliwości w tę i z powrotem. Na ekranie 
pojawiły się zakłócenia. 

- Komandorze Ackdool? - odezwał się villip Noma Anora, wiernie oddając drżący 

głos swego pana. 

background image

R.A. Salvatore 

113

- Słyszę pana - odpowiedź Ackdoola zniekształciły głośne trzaski. - Nie mamy ob-

razu. 

- Obawiam się, że to awaria mojego sprzętu - wyjaśnij egzekutor. - Nie widzę nic 

poza statkami Osarian. Nie panuję nad maszyną. Nie mogę ich ominąć! 

- Spokojnie, Nomie Anorze - odparł Ackdool. - Moje myśliwce pana obronią. 
Istotnie, już po chwili Yuuzhanin i jego zastępca z uśmiechem patrzyli, jak dosko-

nałe myśliwce Republiki przechwytują i bez trudu rozpędzają osariańskie maszyny. 
Jeden z nieprzyjaciół zdążył odpalić torpedę, ale błyskawiczny manewr X-skrzydłowca, 
który wyłamał się z formacji i strzałem z działa laserowego zniszczył pocisk, uratował 
bezbronną kapsułę rakiety przed unicestwieniem. Podmuch eksplodującej torpedy ze-
pchnął jednak rakietę z kursu i nadał jej gwałtowną rotację. 

- Nigdy w pana nie wątpiłem - wycedził spokojnie Nom Anor. 
Cisza, która zapadła po drugiej stronie, dowodziła,  że opanowanie egzekutora w 

obliczu śmierci zaskarbiło mu jeszcze większy szacunek komandora. Nom Anor niemal 
zapragnął naprawdę znaleźć się w rakiecie, mknącej na spotkanie z Ackdoolem i Osa-
rianami. 

Niemal. 
- Utraciłem sterowność - warknął. - Nie mogę wyłączyć silników ani zmienić kur-

su. Bodaj byś skończył w smolnych kadziach Alurionu, Ackdool. Przyrzekłeś mi bez-
pieczeństwo. 

- Przechwycimy pana - zapewnił go Kalamarianin. 
Sekundę później rakieta przestała się obracać i, mimo iż silniki pchały ją naprzód 

zupełnie innym kursem, poczęła dryfować w stronę „Mediatora". 

- Promień ściągający - wyjaśnił Shok Tinoktin. - Silniki rakiety są zbyt słabe, by 

mu się oprzeć. Wciągną ją do środka i przytrzymają, dopóki nie uda im się wyłączyć 
napędu. 

Nom Anor z uśmiechem delektował się widowiskiem, nie trudząc się nawet od-

powiadaniem na nieustające wezwania Ackdoola. Rakieta, w asyście myśliwców, była 
już bardzo blisko hangaru krążownika. 

Myśliwiec typu A podskoczył nagle, a kryjąca go kapsuła znowu zaczęła się obra-

cać. 

- Ocieramy się o skrajną warstwę atmosfery – zameldował Shok Tinoktin. 
Nom Anor spojrzał na niego wymownie. Shok zaczął jeszcze energiczniej manipu-

lować sterami, by utrzymać „Mediatora" w polu widzenia. Wolał nie myśleć, co by się 
stało, gdyby przez niego egzekutor nie mógł na własne oczy podziwiać chwili swego 
zwycięstwa. 

Rakieta znikła w dolnym hangarze krążownika. Shok Tinoktin przywrócił wizję. 
- Bum - powiedział Nom Anor, uśmiechając się do niego. 
- Bum - powtórzył jego villip komandorowi Ackdoolowi. 
Ładunek nuklearny upakowany w rakiecie eksplodował, zamieniając w parę całą 

sekcję pokładów startowych, wyrywając ogromny kawał dolnej części poszycia i gene-
rując potężną falę uderzeniową. Uniesiona nią chmura rozpalonych do białości strzę-
pów metalu ogarnęła znajdujące się najbliżej myśliwce. Odrzut pchnął rufę krążownika, 

Wektor pierwszy 

114

wznosząc ją o dziewięćdziesiąt stopni, nim dysze silników manewrowych zdołały usta-
bilizować pozycję okrętu. 

Nom Anor i Shok Tinoktin bezpiecznie dryfowali w szybującej po coraz niższej 

orbicie kapsule, którą pochwyciło pole grawitacyjne Rhommamoolu. Gdy byli już wy-
starczająco daleko od „Mediatora", poza zasięgiem jego sensorów, Shok odstrzelił ścia-
ny metalowej skorupy działkami laserowymi. Uciekinierzy, zasiadający w kabinie 
zmodyfikowanego myśliwca typu A, znaleźli się w przestrzeni kosmicznej po przeciw-
nej strome planety. Byli pewni, że komandor Ackdool i jego załoga są zbyt zajęci rato-
waniem statku, by zauważyć ich manewr. 

Wkrótce potem skoczyli w nadprzestrzeń, pozostawiając Rhommamool daleko w 

tyle. Nom Anor zdołał pchnąć lokalny konflikt poza punkt krytyczny i rozwiać wszel-
kie nadzieje na pokojowe rozwiązanie, a to oznaczało,  że jego misja w tym systemie 
dobiegła końca. Pozostawił wszystkich w przekonaniu, iż zginął w eksplozji na pokła-
dzie „Mediatora", do końca walcząc o swoją sprawę. Niech wzburzony motłoch, który 
opłakuje go na powierzchni Rhommamoolu, weźmie z niego przykład... 

Gdy kilka godzin później myśliwiec typu A powrócił do normalnej przestrzeni, 

Nom Anor wciąż jeszcze rozpamiętywał swój genialny plan i efektownie upozorowaną 
śmierć. Shok Tinoktin spał w fotelu pilota, tuż przed siedziskiem swego szefa, odrobinę 
poniżej niego, oddychając miarowo i spokojnie. Współrzędne celu zostały już wprowa-
dzone: były to koordynaty planety, na której egzekutor znowu miał zagrzewać do walki 
uciśnionych, siać zamęt pośród zwolenników Nowej Republiki i skutecznie odwracać 
uwagę niezliczonych zastępów głupców od wydarzeń toczących się na obrzeżach ga-
laktyki, gdzie rodziło się znacznie poważniejsze niebezpieczeństwo. 

Nom Anor wiedział,  że konflikt osariańsko-rhommamoolski wybuchnie teraz ze 

zdwojoną siłą, a Komitet Doradczy Nowej Republiki wyśle w ten region połowę Floty, 
by powstrzymać siły skłóconych planet. Tymczasem radni będą spędzać niezliczone 
godziny na wykłócaniu się o nieistotne szczegóły, przy czym co najmniej połowa z nich 
postara się wyciągnąć osobiste korzyści z tej wojny. 

Egzekutor bardzo się starał, by pogarda dla władz Nowej Republiki nie przeszko-

dziła mu obiektywnie patrzeć na sytuację. Nie mógł sobie pozwolić na optymizm. Pra-
etorite Vong, zbrojne ramię cywilizacji Yuuzhan Vong, przystępujące do podboju no-
wej galaktyki, nie była formacją na tyle liczną, by jej przywódcy mogli pozwolić sobie 
na luksus lekceważenia przeciwnika. 

Nom Anor popatrzył przez chwilę na Shoka Tinoktina, upewniając się, czy męż-

czyzna rzeczywiście  śpi, a potem sięgnął do torby upakowanej obok oparcia fotela i 
wydobył z niej villipa Da'Gary. Po chwili stworzenie przenicowało się, imitując wiernie 
głowę prefekta wraz z jego gwiazdokształtnym aparatem oddechowym. 

- Jak przebiega misja Yomina Carra? - spytał egzekutor, gdy wymienili stosowne, 

formalne uprzejmości. Cieszył się, że wreszcie może użyć znajomej, yuuzhańskiej mo-
wy. 

- Dla naszych wrogów Belkadan jest martwy - zapewnił go Da'Gara. - Yomin Carr 

wciąż tam pozostaje. Jest moimi oczami w tej części galaktyki. 

background image

R.A. Salvatore 

115

- Przestawił teleskopy orbitalne tak, by śledziły interesujące nas obiekty? - zainte-

resował się Nom Anor. 

- W rzeczy samej, egzekutorze - odparł Da'Gara. - Dokończy dzieła, kiedy miną 

burze. Jednak nawet i teraz nie jesteśmy  ślepi. Koordynator wojenny bada okoliczne 
sektory. 

- Jesteś zadowolony z jego obserwacji? 
- Region jest raczej słabo zaludniony - odpowiedział prefekt z nutką żalu w głosie. 

- Z analiz koordynatora wojennego, podobnie jak z wcześniejszych raportów, wynika, 
że nie powinniśmy napotkać silnego oporu. 

Nom Anor skinął głową z aprobatą - i z ulgą. Pozycja Praetorite Vong była chwi-

lowo dość  słaba, biorąc pod uwagę,  że Yuuzhanie dysponowali zaledwie jedną bazą, 
założoną na lodowej planecie. Pomoc yammoska, koordynatora wojennego, okazała się 
w tej sytuacji wielkim atutem. Potężna energia umysłu tej istoty pozwalała współdzia-
łać trzem światostatkom stanowiącym korpus ekspedycyjny oraz całym formacjom 
skoczków, które wykonywały dzięki niej w pełni skoordynowane w czasie, a więc wie-
le skuteczniejsze manewry. Rozwiązanie to miało jednak i wadę: gdyby Nowa Repu-
blika zdołała zgromadzić flotę wystarczająco silną, by zniszczyć ukrytego pod płasz-
czem lodu koordynatora, chaos w szeregach Praetorite Vong mógłby zakończyć się 
kompletną katastrofą. Dlatego z początku wskazane było powolne i rozważne działanie, 
postępowanie, które pozwoliłoby yammoskowi wzmocnić obronę planety i doczekać 
przybycia kolejnych dwóch światostatków wypełnionych myśliwcami. 

- Wybrałeś już następny cel? - spytał Nom Anor. 
- Sernpidal - odpowiedział Da'Gara. - Trzecia planeta systemu Julevian; najgęściej 

zaludniony glob w całym sektorze. 

- Ambitne posunięcie. 
- To gniazdo oporu - wyjaśnił prefekt. - Yammosk jest zaniepokojony dużą liczbą 

obiektów, które przekraczają granicę atmosfery, i mnogością transmisji pochodzących z 
powierzchni tej planety. 

- Jeśli ktoś ma was odkryć, prawdopodobnie będą to mieszkańcy tego świata - 

zgodził się Nom Anor. 

- Spróbujemy załatwić sprawę po cichu - zadeklarował Da'Gara. - Może zafundu-

jemy im katastrofę, podobną do tej molekularnej zarazy, którą sprowadziliśmy na Bel-
kadan. Zagłuszenie  łączności tak gęsto zaludnionej planety, jak Sernpidal, nie będzie 
łatwym zadaniem. Niewiele lepiej wygląda plan powstrzymania ucieczki wrogów z 
powierzchni globu. Koordynator ocenia szanse wykonania tego pierwszego zadania na 
jeden do siedmiu i trzech dziesiątych, a drugiego -jeden do jednego; i to przy założeniu, 
że zaatakujemy dwoma pełnymi formacjami skoczków. 

Nom Anor przez dłuższą chwilę rozważał te słowa. Szanse nie były zbyt wielkie, 

ale nie miał wątpliwości, że Sernpidal musi zostać zniszczony. Pomyślał o alternatyw-
nych metodach walki. 

- Musimy znaleźć sposób ataku, który nie wywoła skojarzenia z inwazją, a już w 

żadnym wypadku nie wolno nam zdradzać liczebności choćby części naszych sił - 
oznajmił. Zastanawiał się właśnie, jakie problemy ma w tej chwili Komitet Doradczy 

Wektor pierwszy 

116

Nowej Republiki i jaki procent Floty zostanie w związku z tym uwiązany w pobliżu 
Światów Środka. - Nie róbmy tego po cichu - dodał po chwili. - Zniszczmy Sernpidal, 
zabijając tylu wrogów, ilu się da, ale niech ta katastrofa przywabi tu choć trochę nie-
przyjacielskich okrętów. Jako spójna formacja, Flota Nowej Republiki może stanowić 
poważne zagrożenie dla Praetorite Vong, ale jeśli uda nam się niszczyć ją etapami, jej 
przewaga nie będzie miała znaczenia. 

- Nie po cichu? - powtórzył sceptycznie Da'Gara. 
- A jednocześnie nie ujawniając się - dokończył Nom Anor. 
Znowu zapadła cisza. Obaj zastanawiali się nad rozwiązaniem tej pozornej 

sprzeczności. Wreszcie villip leżący przed Nomem Anorem błysnął radośnie oczami, 
wiernie naśladując wyraz twarzy prefekta. 

- Jądro Yo'ganda? - zaproponował Da'Gara. 
Pomysł był tak zaskakujący, że w pierwszej chwili egzekutor odrzucił go jako zbyt 

niedorzeczny. Potem jednak zastanowił nieco głębiej, uczciwie kalkulując szanse po-
wodzenia. Yo'gand był legendarnym generałem yuuzhańskich sił zbrojnych. To właśnie 
jemu przypisywano dokonane przed wiekami odwrócenie losów Wojny Cremleviań-
skiej, a tym samym - zjednoczenie licznych plemion rasy Yuuzhan Vong. Jego, jądro-
wa" taktyka umożliwiła przeprowadzenie decydującego ataku, zakończonego zniszcze-
niem Ygziir, ojczystej planety najsilniejszego ze szczepów, a przy okazji - wybiciem 
niemal wszystkich przywódców sprzeciwiających się zawarciu pokoju. Yo'gand wyko-
rzystał wielkiego dovin basala -jednej z istot zapewniających napęd yuuzhańskim świa-
tostatkom. Zrzucił go mianowicie na powierzchnię Ygziir, gdzie stworzenie skoncen-
trowało swą moc najądrze planety i na orbitującym wokół niej księżycu. 

Yuuzhanie szybko nauczyli się przeciwdziałać podobnym atakom, za to niewierni, 

nie rozumiejący biotechnologii wykorzystywanych przez najeźdźców z innej galaktyki i 
nie dysponujący własnymi dovin basalami, nie wiedzieliby nawet, co wywołało kata-
strofę i nie byliby w stanie jej zapobiec. 

Nawet zespoły śledcze wysłane przez władze Nowej Republiki nie potrafią ziden-

tyfikować źródła tajemniczej siły. A kiedy wreszcie tego dokonają- będzie już za póź-
no. 

- Czyń swą powinność, prefekcie Da'Gara - odezwał się w końcu Nom Anor. - 

Zniszcz Sernpidal i planuj dalszą ekspansję. Będę czekał na sygnał. 

- Na co? - mruknął zaspany Shok Tinoktin, przecierając oczy. 
Villip przenicował się i stał się bezkształtną masą. Egzekutor szybko ukrył go w 

torbie. 

- Na sygnał - powtórzył Nom Anor. - Na sygnał od uciśnionych, którzy błagają o 

litość bezdusznych włodarzy Nowej Republiki. 

- Przygotowujesz następną mowę? - spytał Shok Tinoktin.  
Nom Anor uśmiechnął się. Rzeczywiście, wkrótce znowu miał się zabrać do pracy 

nad płomiennym przemówieniem do motłochu - a potem nad kolejnymi... 

Wiedział jednak, że już niedługo wygłosi zgoła inną mowę: ultimatum dla Nowej 

Republiki, w którym pod groźbą jej unicestwienia zażąda pełnego posłuszeństwa wobec 
nowych panów galaktyki. 

background image

R.A. Salvatore 

117

R O Z D Z I A Ł  

12 

RZECZYWISTOŚĆ I GRA 

- To było.... dziwne - przyznała wreszcie Jaina. W towarzystwie braci podziwiała 

niezwykłe królestwo Landa. Jedną z lokalnych atrakcji były tunele pneumatyczne, słu-
żące do błyskawicznego przemieszczania się między wieżami. Inną -' otwarte szyby, 
którymi można było zeskoczyć z trzydziestego piętra na poziom ziemi: wystarczyło 
włożyć kask, rzucić się w otwór i spadać, a potem bezpiecznie wyhamować nad stru-
mieniem powietrza, wyrzucanego przez gigantyczne śmigło. 

- Odnalazłaś spokój - podsumował Jacen. 
- Użyłaś nabytej umiejętności pilotażu - zripostował natychmiast Anakin. Bracia 

zmierzyli się wzrokiem. Kolejny raz spierali się o to, czy ważniejsza jest sama Moc, 
czy umiejętności, które można dzięki niej udoskonalić. Starcie trwało już od chwili, 
gdy Anakin - opuściwszy w dość nagły sposób Kaprys Landa - zastał Jacena i pozosta-
łych w pomieszczeniu kontrolnym, stojących w milczeniu, oszołomionych jej wyczy-
nami i oczekujących na potwierdzenie, że nic się jej nie stało. 

Jaina potrząsnęła głową i zachichotała, słysząc po raz kolejny tę idiotyczną dysku-

sję. 

- Miałaś świadomość tego co robisz? - spytał Jacen. 
- Prowadząc statek w pasie asteroid? - upewniła się. - Nie pamiętam nawet, co się 

działo. 

- To dlatego, że zjednoczyłaś się z Mocą- wyjaśnił bliźniak, pewien zwycięstwa. 
- To dlatego, że użyła Mocy jako dodatku do własnych umiejętności - powtórzył z 

uporem Anakin. - Reagowała automatycznie, bo cały czas ćwiczy pilotaż. 

- To coś więcej - nie ustępował Jacen. 
- W takim razie dlaczego nie poszło ci lepiej? 
- Bo nie osiągnąłem właściwej głębi medytacji. 
- Bo za mało  ćwiczysz - poprawił Anakin. - I dlatego cię pokonałem - dodał, 

pstrykając palcami. - Wiem, jak stosować Moc do praktycznych celów, a nie tylko sie-
dzieć w ciemnym pokoju i zagłębiać się w siebie. 

- Więc dlaczego przegrałeś nasz ostatni pojedynek? - spytał 

Wektor pierwszy 

118

Jacen. 
- Za to teraz ci dołożę... - odparł Anakin, sięgając po miecz. 
- Jak na przyszłych Jedi zachowujecie się dość głupio - rzuciła kpiąco Jaina. 
- Wręcz przeciwnie. - Słysząc nowy głos cała trójka odwróciła się w stronę nad-

chodzącego żwawym krokiem mężczyzny z mieczem świetlnym u pasa. 

- Kyp! - powitał go Anakin. 
Kyp Durron zbliżył się, pozdrawiając młodzieńców skinieniem głowy i wpatrując 

się w Jainę. 

- Niezły lot - przyznał po namyśle. 
- Niezły? - spytał Jacen ze śmiechem. 
Kyp spojrzał na niego krytycznie, a potem uśmiechnął się szeroko. 
- Niech ci będzie. Nawet lepszy niż niezły - przyznał. - Wiedziałem, że mój rekord 

jest zagrożony, kiedy tylko usłyszałem, że startujesz, Jaino. Będę musiał wystartować 
jeszcze raz, żeby odzyskać prowadzenie. 

- Teraz? - spytał z podziwem Anakin, stając oko w oko ze starszym Jedi. 
- Nie teraz - wyjaśnił Kyp. - Odlatuję stąd... opuszczam ten system, jeśli chodzi o 

ścisłość. Mam robotę do wykonania. Moja eskadra już na mnie czeka. Chciałem tylko 
przywitać się z wami. 

- Twoja eskadra? - spytali równocześnie bracia; Jacen sceptycznie, Anakin z na-

dzieją. 

- Przyjaciele, którzy ze mną latają- odparł wymijająco Kyp. 
- Miko Reglia? - zapytała Jaina. 
- I inni. 
- Ale nie Jedi - bardziej spytał niż stwierdził Jacen. 
- Po prostu przyjaciele - powtórzył Kyp. - Jeśli zechcecie nas kiedyś wesprzeć... 

To znaczy, jeśli wasz ojciec i wujek Luke pozwolą wam... będziecie bardziej niż mile 
widziani. 

- Wesprzeć w czym? - Jacen po prostu musiał o to zapytać. 
- W pracy - odpowiedział Durron. 
- W pracy? - sceptycyzm Jacena nie zmalał ani o jotę. 
- W ukrócaniu nielegalnego handlu, rozstrzyganiu sporów -uściślił Kyp. W jego 

głosie nie pobrzmiewała pyszałkowata nuta. Mówił z ponurą determinacją, intensywnie 
przyglądając się całej trójce. 

- Czy taka jest dziś rola Jedi? - spytał Jacen. - Ściganie przemytników? - Jaina i 

Anakin spojrzeli na niego z niedowierzaniem, zdumieni, że ośmielił się wyzwać na 
słowny pojedynek starszego i bardziej doświadczonego Rycerza Jedi. 

- A nie jest? - parsknął Durron. 
- Był czas, kiedy przemytników uważało się za przyjaciół Jedi - rzucił śmiało Ja-

cen. 

- Na przykład twojego ojca - dopowiedział Kyp. 
- To dawne dzieje - wtrąciła Jaina, stając między nimi, by choć trochę rozładować 

napięcie. - Wtedy galaktyką rządzili ludzie, którzy nie mieli do tego prawa. 

Jacen pokręcił głową, najwyraźniej nie przekonany. 

background image

R.A. Salvatore 

119

- Sądzisz, że to poniżej naszej godności? - zapytał Durron, grzecznie, acz stanow-

czo, odsuwając Jainę i stając przed młodym Solo. - Kiedy niewinni ludzie tracą swój 
majątek albo dostają się do niewoli, a może nawet są torturowani, czyż Jedi nie mają 
obowiązku nieść im pomocy? - spytał, podnosząc głos z każdym słowem. 

- To prawda - zgodził się Anakin. 
- Istnieje różnica między napotkaniem na problem, a szukaniem go - odparował 

Jacen. - Nie jesteśmy policją galaktyczną. 

- Słyszałem to od twojego wuja - rzekł Kyp. 
- A czy jest lepsze źródło mądrości Jedi niż on? 
- Mimo to nie zakazał mi wykonywania zadania, które sam sobie powierzyłem - 

dokończył szybko Durron, akcentując każde słowo kiwnięciem palca. - Poprosił, żebym 
ostrożniej dokonywał wyboru, ale nie próbował mnie powstrzymać - oznajmił, po czym 
skinął głową i odwrócił się ku dziewczynie. - Wspaniały lot, Jaino. Kiedy wrócę, spró-
bują pobić twój rekord, a ty, jak sądzą, nie pozostaniesz mi dłużna. 

- Nigdy mnie nie dogonisz - zażartowała Jaina. 
Kyp poklepał japo plecach, znowu uśmiechając się  łagodnie, po czym ruszył w 

stronę wyjścia. 

- Ruszamy - wyjaśnił, odwróciwszy się w marszu. – Moja oferta jest aktualna. Do-

łączcie, kiedy urwiecie się wujowi i ciotce. W mojej eskadrze zawsze przydadzą się 
Jedi. 

Durron mrugnął do nich, a potem odszedł w stronę lądowiska, na którym pozosta-

wił swego X-skrzydłowca. Anakin zaproponował - a Jaina namówiła opornego Jacena - 
żeby udali się we troje na najwyższe piętro wieży i wyszli na balkon, by popatrzeć na 
odlot eskadry. Czuli, że Kyp Durron nie zawiedzie ich oczekiwań. 

Zaczęło się od muzyki: z głośników wokół okolicznych lądowisk rozległy się 

dziarskie „Shwock Dubllon", utworu znanego kalamariańskiego kompozytora, Demba-
line'a. Melodyjny początek nagrania zmienił się w kakofonię, lecz już po chwili dźwię-
ki znowu poczęły tworzyć przemyślany układ, podobnie jak unoszące się z wolna my-
śliwce z eskadry Kypa. Były to przeważnie starsze maszyny: myśliwce typu B oraz A, a 
nawet para Łowców Głów i trio nie pierwszej młodości X-skrzydłowców. Tuzin my-
śliwców kreślił na nocnym niebie czerwone linie, jakby piloci tańczyli w takt potężnie-
jącej z każdą chwilą muzyki. 

I wtedy, w szczytowym momencie wzniosłej kompozycji, dwa myśliwce typu X z 

serii XJ, należące do Kypa i Mika, przemknęły przez środek formacji. Pozostałe ma-
szyny w idealnym porządku błyskawicznie ruszyły za nimi. 

Jacen spojrzał na Anakina, który, jak porażony, bez mrugnięcia okiem wpatrywał 

się w niknące w oddali pióropusze ognia. Wiedział, że młodszy brat myśli w tej chwili 
o przygodzie i sławie zdobywanej w heroicznej walce ze złem. 

Anakin nie rozumiał jeszcze, że życie rzadko kiedy bywa czarne albo białe. 
- Kyp zebrał niezłą eskadrę myśliwską - zauważyła Jaina, gdy wreszcie ucichła 

muzyka. Spojrzała na braci, potrząsając głową. - I wie, co znaczy odlot z fasonem. 

- Właśnie takie popisy utwierdzą wujka Luke'a w przekonaniu, że należy odtwo-

rzyć Radę Jedi - odparł Jacen. 

Wektor pierwszy 

120

- Która byłaby z nich bardzo zadowolona - dorzucił Anakin. 
- Zadowolona, że cała galaktyka ujrzy chwałę Jedi? - spytał sceptycznie Jacen. 
- Zadowolona, że przeciwnicy Nowej Republiki poczują strach, a ci, którzy pragną 

spokoju i praworządności, odnajdą nadzieję - odpowiedział chłopak. 

- Wystarczy! - zarządziła Jaina. 
Młodzieńcy usłuchali, w milczeniu potrząsając głowami. Po chwili potulnie poma-

szerowali za siostrą w kierunku wieży. Żaden z nich w głębi duszy nie był pewny swo-
ich racji, choć starali się tego nie okazywać. 

 
- Ale start - odezwała się Leia, wraz z Hanem, Marą, Lukiem, Landem i Chewiem 

oraz dwoma androidami obserwując z balkonu prywatnej siedziby Calrissiana efektow-
ny odlot Kypa. 

- Jeśli chodzi o styl, na Kypa zawsze można liczyć- stwierdził Han, po czym dodał 

nieco ciszej. - Pewnie nieźle go ubodło, że przegrał z Jainą. 

- Trzeba Jedi, żeby pokonać Jedi - zauważył Lando, po czym spojrzał na Luke'a, 

przybierając pozę zamyślenia. - Znam jeszcze jednego Jedi, który jest niezłym pilotem - 
wycedził powoli i - jak mu się wydawało - chytrze. Na te słowa pozostali również od-
wrócili się w stronę Skywalkera. 

Luke uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru konkurować z dzie-

ciakami Solo. To, że Calrissian, próbuje zachęcić rycerzy do współzawodnictwa, tylko 
umocniło go w postanowieniu wskrzeszenia Rady. Uważał,  że Jedi powinien przede 
wszystkim zmagać się z samym sobą. Mógł zrozumieć i wybaczyć zapalczywość mło-
dzików, którzy chcieli ujrzeć swoje imiona na tablicy rekordów, ale Kyp, mający za 
sobą dziesięć lat szkolenia i praktyki, powinien być rozsądniejszy. 

- Dla maszyn dwumiejscowych prowadzimy zupełnie odrębną klasyfikację - do-

rzucił Lando. - I nie ma w niej ani jednego Jedi. 

Luke spojrzał na Marę z powątpiewaniem. Nie miał ochoty na „Rajd przez pas". 

Nie musiał niczego udowadniać - ani jako pilot, ani jako Jedi. Rozumiał jednak, że 
Mara może podchodzić do tej sprawy inaczej. Być może potrzebowała pewności,  że 
mimo pogarszającej się kondycji nadal potrafi normalnie żyć. Możliwe, że udany prze-
lot przez pole asteroid utwierdziłby ją w przekonaniu, iż jej dalszy udział w szkoleniu 
Jainy i w innych ważnych przedsięwzięciach, nie zagraża bezpieczeństwu najbliższych. 

- Chcesz spróbować? - spytał Luke. Lando nadstawił uszu. 
- Już to zrobiłam - odpowiedziała Mara, tak cicho, że tylko mąż mógł ją usłyszeć. 

Luke pojął,  że do osiągnięcia całkowitego spokoju i odzyskania pewności siebie wy-
starczył jej niesamowity pokaz umiejętności Jainy. . 

Luke nie mógł się nadziwić, że tak dobrze się zrozumieli i że Mara bezbłędnie wy-

czuła, że nie wywiera na nią najmniejszego nacisku. Pozostawia pełną wolność wyboru. 
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią z podziwem. 

Zresztą podziwiał j ą niemal nieustannie. 
- Sądzę, że nie skorzystamy z oferty - odezwała się Mara, 
Lando chciał zaprotestować. Pojawiła się przecież szansa ustanowienia rekordu, 

którego żadna para pilotów nie zdołałaby nawet wyrównać. W ostatniej chwili spojrzał 

background image

R.A. Salvatore 

121
jednak w kierunku Hana i Leii, którzy delikatnym skinieniem głów przypomnieli mu o 
nie najlepszej kondycji Mary. 

- No cóż... Jeśli kiedyś zmienicie zdanie... - mruknął z żalem. 
Luke rozumiał jego reakcję. Lando byłby zachwycony, gdyby na czele klasyfikacji 

maszyn dwumiejscowych widniały imiona małżeństwa Skywalkerów, tak jak w tabeli 
myśliwców jednomiejscowych prym wiodło dwoje młodych Jedi. Cóż za niezwykła 
reklama planety należącej do Calrissiana! A co ważniejsze, jego interesy zyskałyby 
opinię legalnych. 

- A wy? - spytał Lando, zwracając się do Hana i Leii. 
- Wystarczy mi manewrowanie na posiedzeniach rady -odpowiedziała bez wahania 

księżniczka, potrząsając głową i unosząc rękę. Całym ciałem dawała do zrozumienia, 
że nie interesują jej zmagania o przetrwanie w pasie asteroid. 

- W takim razie Han i Chewie! - zakrzyknął Calrissian. -Zawsze chełpili się, że są 

najlepszym duetem pilotów w galaktyce. Niech to udowodnią! 

- Jestem za stary i za wolny - odparł Han, otaczając Leię ramieniem. 
Chewie zawył krótko. 
Do sali weszli Jacen, Jaina i Anakin. 
- Widzieliście odlot Kypa? - spytał w podnieceniu najmłodszy z rodzeństwa, stając 

u boku Luke'a. - Ta muzyka.... i ta ciasna formacja.... 

Skywalker skinął głową. 
Jaina rozejrzała się uważnie, przypatrując się najpierw Landowi i rodzicom, potem 

Chewiemu - który wyglądał na podnieconego - a na końcu swojej ciotce. 

- Lando chce, żeby Chewie i Han spróbowali swoich sił za sterami bombowca - 

wyjaśniła Mara. - Moim zdaniem to dobry pomysł. 

Leia odsunęła się od męża, który uraczył ją jednym ze swoich słynnych błagalnych 

uśmieszków. Prawdę mówiąc, nie była zachwycona pomysłem, by Han brał udział w 
tej grze, nawet jeśli Calrissian gwarantował niemal całkowite bezpieczeństwo. Jednak 
głos jej instynktu opiekuńczego zamilkł jakby z przekory, gdy ujrzała rozbrajającą miną 
Hana. Solo najwyraźniej nie miał ochoty lecieć, co było wystarczającym powodem, 
żeby skłonić go do podjęcia próby. - Też tak sądzę - zgodziła się z Marą. 

Z gardzieli Wookiego wyrwała się seria ryków. Chewie wydawał się w widoczny 

sposób zaintrygowany perspektywą udziału w zabawie. 

- To dziecinada - prychnął Han. - Już mówiłem: jestem za stary, za wolny i zbyt 

wnerwiony. 

- I za bardzo zalatujesz zającem kieszonkowym - dorzucił kpiąco Anakin, roz-

śmieszając wszystkich, oprócz ojca, rzecz jasna. 

- W tej chwili rekord należy do Mossa Deeversa i Twinga - odezwał się Lando. 

Byli to dwaj przemytnicy, znani z tego, że większe ciężary przenosili codziennie w 
swoich kieliszkach niż w ładowni statku. O Bothaninie i jego sullustańskim kolesiu 
mówiło się, że gdyby przeszmuglowali choć jedną setną tego, czym się chełpili, byliby 
najbogatszymi bandziorami w galaktyce, a gdyby zniszczyli lub uszkodzili choćby 
jedną setną z rzekomo unieszkodliwionych okrętów Imperium, Imperator nie miałby 
floty na długo przed ostateczną bitwą z Sojuszem Rebeliantów. 

Wektor pierwszy 

122

Ta para bufonów nie należała do ulubieńców przemytniczej braci, którą Han i 

Chewie uważali za grono swoich przyjaciół. Solo nigdy nie miał też żadnego nich po-
żytku - a już szczególnie z Mossa. 

Skoro akurat ten duet przewodził w tej chwili w tabeli rekordów dla maszyn dwu-

miejscowych, do Landa uśmiechnęło się szczęście. 

- Nie zmieścisz się w bombowcu typu TIE - mruknął Han w stronę Wookiego. - 

Nogi musiałyby ci sterczeć przez dolny właz i zaczepiałbyś nimi o asteroidy. 

Chewie uniósł potężne kułaki na wysokość  głowy, naśladując nimi wielkie uszy 

Sullustanina i wykrzywił twarz w idiotycznym grymasie. Po chwili wydał stanowczy 
ryk, przypominając partnerowi, że Moss i Twingo do końca życia nie daliby im spoko-
ju, gdyby teraz stchórzyli. Zapewne dowodziliby zawzięcie,  że Korelianin i Wookie 
odmówili tylko dlatego, że ich umiejętności są nieporównywalnie mniejsze. 

- Tak, wiem.... - przyznał Han. Spojrzał na twarze przyjaciół. Wszyscy przyglądali 

mu się z uśmiechem. -No, co? - spytał niewinnie. 

Ich uśmiechy stały się jeszcze szersze, gdy ludzie Landa usiłowali wcisnąć Hana i 

potężnego Wookiego w ciasne fotele anty-wstrząsowe bombowca. Pechowy technik 
zgiął nogę Chewiego w niewłaściwym kierunku, na co olbrzym zareagował energicz-
nym klapsem na odlew. Choć cios nie należał do najsilniejszych, nieszczęśnik przele-
ciał ładnych kilka metrów. Wreszcie przygotowania dobiegły końca. Chewie wyglądał 
dość zabawnie z włochatymi kolanami niemal sięgającymi brody. 

- Gotowi? - zapytał kontroler lotów. 
- Mamy tak lecieć? - zaprotestował Han, spoglądając z powątpiewaniem na partne-

ra. 

Wookie zawył przeraźliwie. 
- Nie, nie wyglądasz najlepiej - odpowiedział mu Solo. 
- To nie ma znaczenia - wtrącił Lando. - I tak nawet się nie zbliżycie do rekordu 

Mossa i Twinga: cztery czterdzieści jeden. 

Chewie znowu ryknął. 
- Gotowi! - zawołał Han. 
- Zawsze staraj się zagrać na jego ambicji - szepnął Lando, mrugając porozumie-

wawczo w stronę Leii i pozostałych. Gdy tylko Han i Chewie opuścili hangar, cała 
grupa skierowała się ku pomieszczeniu kontrolnemu, by podziwiać widowisko. Naj-
młodsi wymieniali po drodze uwagi, dochodząc do wspólnego wniosku, iż ich ojciec i 
Wookie mają szansę na pobicie poprzedniego rekordu, ale nic ponadto, bowiem nie 
umieją wykorzystać Mocy. Zdaniem Jainy, która dzięki umiejętnościom Jedi pokonała 
z pozoru nieprzebytą ścianę skał, praktycznie lecieli na oślep. 

Zarówno Jacen, jak i Anakin - choć różnili się w najważniejszej kwestii - zgodzili 

się z jej oceną. 

Luke przysłuchiwał się ich dyskusji z niejakim rozbawieniem. Żadne z nich nie 

pojmowało jeszcze w pełni ani potęgi, ani ograniczeń Mocy. Żadne z nich nie oceniało 
też właściwie błyskotliwości ich ojca. Skywalker nauczył się już, iż nie należy lekce-
ważyć ani Mocy, ani Hana Solo. 

background image

R.A. Salvatore 

123

Wiedział też, że Han i Chewie mają sporo doświadczenia w lotach przez pola aste-

roid. 

Nim grupa widzów zdążyła dotrzeć do otoczonego ekranami pomieszczenia kon-

trolnego, śmiałkowie zdołali już przećwiczyć podstawowe manewry bombowcem typu 
TIE i ustawili maszynę na pozycji wyjściowej. 

Kontrolerzy ze stacji „Szybkobiegacz I" poinformowali pilotów, że osłony ich 

statku zostały włączone, po czym dali sygnał do startu. 

- Świetnie - mruknął Han sucho, wywołując u widzów salwę śmiechu. 
Niewielki prostokątny monitor ukazywał zbliżenie bombowca, lawirującego mię-

dzy asteroidami niczym iskra w morzu ciemności. Statek sunął, jak się wydawało, 
gładko i płynnie, sprawnie omijając przeszkody i pokonując bez wysiłku jedno skupi-
sko skał po drugim, jak duch przenikający zwały skalnej materii. 

- Pięknie - stwierdził Jacen. 
 
Han był nieco odmiennego zdania. Prawdę mówiąc, od chwili, gdy wraz z Che-

wiem znaleźli się w obrębie pasa asteroid, z jego gardła wydobywał się niemal nieprze-
rwany ryk przerażenia. To, co z powierzchni planety zdawało się być przemyślanym i 
dobrze skalkulowanym lotem, było w istocie serią desperackich reakcji. Pilotom po-
mógł też szczęśliwy zbieg okoliczności: Chewie, uniósłszy łokcie wysoko w górę, osu-
nął się z fotelem w bok, uderzając Hana w skroń. 

Solo miał  właśnie zamiar skierować statek pionowo w dół, by ominąć dorodną 

asteroidę. Manewr ten doprowadziłby do czołowego zderzenia z innym odłamem skały, 
którego nie zauważył. Wookie rąbnął jednak z taką siłą, że Han wypuścił stery z rąk. 
Bombowiec leciał więc nie zmienionym kursem, jakimś cudem prześlizgując się mię-
dzy dwoma bryłami, które - nie tylko zdaniem pilotów, ale i obserwatorów - znajdowa-
ły się zbyt blisko siebie. 

Manewr zaiste wyglądał na genialny. 
- Kudłaczu! - wrzasnął Han na Chewiego. 
Wookie odwrócił się, tak że jego włochaty pysk znalazł się zaledwie o centymetr 

od twarzy Hana, i ryknął donośnie. Gdy po chwili obaj zerknęli w przedni ekran, zoba-
czyli błyskawicznie zbliżającą się powierzchnię kolejnej asteroidy. Wrzasnąwszy ze 
strachu, odruchowo zasłonili oczy rękami. 

W tym momencie wysoko podciągnięte kolano Chewiego pchnęło drążek w bok. 

Bombowiec typu TIE wykonał gwałtowny przewrót na skrzydło, odbijając w bok i w 
ostatniej chwili unikając zderzenia. 

W opinii obserwatorów było to posunięcie równie fenomenalne jak poprzednie. 
Z głośnika pokładowego rozległ się głos Landa. 
- Dzieciaki podziwiają was z otwartymi ustami. 
Han pstryknął włącznikiem komunikatora. 
- Żaden problem - rzucił beztrosko, po czym błyskawicznie wyłączył mikrofon i 

ryknął - chyba żartujesz! - widząc wyrastającą przed statkiem ścianę skał. 

Wektor pierwszy 

124

Han pociągnął stery w lewo, a Chewie w prawo, więc bombowiec ani drgnął. Obaj 

zauważyli, co się stało, i czym prędzej szarpnęli drążki w przeciwne strony, toteż statek 
wciąż leciał po prostej. 

- W lewo, śmierdząca kupo kłaków! - wykrzyknął rozpaczliwie Han, ze zdener-

wowania omyłkowo ciągnąc stery w prawo. Chewie bezbłędnie usłuchał rozkazu. Ma-
szyna nie zmieniła kursu. 

- Twoje lewo, nie moje! - wrzasnął Han, co było o tyle zabawne, że siedzieli twa-

rzami w tym samym kierunku. 

Wookie sięgnął  łapą do tyłu i chwycił  dłonie przyjaciela razem z drążkiem, po 

czym szarpnął oba stery w jedną stronę. Zwinny statek wystrzelił w lewo, niemal ocie-
rając się o zwartą masę asteroid. Han pchnął dźwignię akceleratora do końca. Maszyna 
z trudem prześliznęła się nad krawędzią przeszkody, po czym pomknęła w prawo, z 
powrotem w głąb nurtu wirujących skał. Bez wątpienia i ten prosty manewr musiał 
wyglądać na dzieło geniusza pilotażu. 

Bombowiec przeciskał się przez pas asteroid ze zdecydowanie zbyt dużą prędko-

ścią. W głośniku raz po raz trzeszczał głos Landa, ale piloci nie mieli czasu go słuchać. 
Usiłowali odzyskać panowanie nad statkiem. Przed dziobem maszyny błyskawicznie 
wyrosła sylwetka kolejnej wirującej skały. Tym razem zareagowali w idealnie zsyn-
chronizowany sposób. Maszyna typu TIE zanurkowała pod asteroidą i wyleciała prze-
pisową pętlą. Grawitacja kamiennego olbrzyma nieco zmniejszyła prędkość bombowca. 

Po ominięciu tej przeszkody piloci mogli odetchnąć, mając przed sobą fragment 

względnie czystej przestrzeni, w której bez większego trudu dało się lecieć. Han spoj-
rzał na stoper; głównie po to, żeby przekonać się, czy już mogą wynieść się do wszyst-
kich diabłów z tego przeklętego miejsca. 

Czasomierz nie działał. 
- Co jest? — mruknął do siebie, tłukąc pięścią w instrument. 
Bez skutku. 
Solo włączył komunikator. - Chronometr stoi - zawołał. -Jaki mamy czas? 
 
Gdy jego przerywany trzaskami głos dobiegł z głośników rozstawionych w po-

mieszczeniu kontrolnym, wszyscy jak na komendę popatrzyli na wielki, ścienny stoper. 
Trzy minuty i trzydzieści trzy sekundy. Coraz bliżej nowego rekordu w kategorii ma-
szyn dwumiejscowych. 

- Trzy trzydzieści trzy. Prawie ich macie - odpowiedział Lando. - Tylko że twoje 

dzieciaki nadal biją was na głowę - dodał szybko, by zachęcić pilotów do jeszcze efek-
tywniejszej pracy. 

- Jaki mamy czas? - powtórzył Han. Tym razem zakłócenia były jeszcze silniejsze. 
- Nie słyszał cię - zauważył Luke. Twarz Calrissiana nagle przybrała grobowy wy-

raz. Uśmiechy szybko znikły z twarzy obserwatorów. Technicy zasiadający w kapsu-
łach sterujących pochylili się nad przyrządami. Niektórzy już wywoływali stację 
„Szybkobiegacz I". 

- Trzy czterdzieści siedem - zawołał głośno Lando. 
- Czas? - spytał ponownie Han, nie słysząc odpowiedzi. 

background image

R.A. Salvatore 

125

- To tylko problemy z łącznością- uspokoił widzów Calrissian. 
- To coś poważniejszego - odezwał się jeden z kontrolerów. - Nie odbierają żad-

nych sygnałów ze stacji. 

- Żadnych? - upewnił się Lando. 
- Żadnych - potwierdził mężczyzna. 
- Co to oznacza? - spytała Leia, chwytając Calrissiana za łokieć. 
- To znaczy, że statek jest głuchy - odpowiedział ponuro. -I że ma wyłączone 

osłony. 

Gdy obserwatorzy zrozumieli, co to oznacza, wszystkie oczy rozszerzyły się ze 

strachu. Luke biegiem opuścił pomieszczenie kontrolne. 

 
Tymczasem na pokładzie bombowca zapanował względny spokój. Han i Chewie z 

łatwością prowadzili maszynę przez rzadszą strefę pasa asteroid. Byli pewni, że nie 
grozi im żadne niebezpieczeństwo, i zaczynali rozumieć, jak mogą wykorzystać nie-
zwykłe własności statku dla swoich potrzeb. 

Przy założeniu, że wszystkie systemy funkcjonowały prawidłowo. 
- Odbijemy się od tej - polecił Han, wskazując palcem na dużą asteroidę o gład-

kich krawędziach, która zbliżała się z prawej. Po chwili zakreślił ramieniem łuk, szki-
cując w powietrzu przewidywany kurs statku i przyjrzał się bliżej szczelinie, przez 
którą po wykonaniu manewru mieli przecisnąć się na drugą stronę nadlatującej ściany 
głazów. 

Chewie wykonał rozkaz. Skierował maszynę w stronę asteroidy, próbując prze-

mknąć nad jej powierzchnią tak, by tarcze zachowały się jak odbijacze repulsorowe o 
wielkiej mocy. 

Istotnie, bombowiec odbił się od skały, ale uderzając w nią prawym płatem, a nie 

ochronną poduszką pola siłowego. Statek nabrał gwałtownej rotacji. Han i Chewie in-
stynktownie spojrzeli w prawo, by ocenić stopień uszkodzenia: połowa panelu baterii 
słonecznej została oderwana, a jej wspornik mocno wygięty. 

Niemal jednocześnie chwycili za stery, próbując odzyskać kontrolę nad maszyną. 

Klamra jednego z pasów, którymi przypięty był Han, nie wytrzymała szarpnięcia. Solo 
poleciał wprost na stery, bombowiec błyskawicznie skręcił w dół. 

Chewie zareagował natychmiast, wyłączył konsoletę przyjaciela i przejął pełną 

kontrolę nad maszyną, a następnie - z rykiem skutecznie zagłuszającym wrzaski Hana - 
szarpnął sterami, próbując opanować sytuację. 

Kamienna ściana wypełniła cały ekran. 
- W dół! W dół! - ryczał Lando, obserwując spektakl. Myśliwiec typu TIE zdawał 

się go słuchać: zanurkował przed czołem asteroidy i.... 

Zniknął. 
- Brak sygnału! - zawołał jeden z kontrolerów. 
- „Szybkobiegacz I" też ich nie widzi - dodał inny. 
Nagle obraz gwiazd na prostokątnym ekranie znikł, a sekundę później pojawił się 

w jego miejsce przekaz z hangaru, z którego z maksymalną prędkością wyskoczył my-
śliwiec typu TIE. 

Wektor pierwszy 

126

- Znajdź ich - szepnęła Leia bezgłośnie, kierując te słowa i cichą modlitwę do Lu-

ke'a, pilota maszyny, która za chwilę miała zniknąć pośród asteroid. 

background image

R.A. Salvatore 

127

R O Z D Z I A Ł  

13 

O TRZYNASTU MNIEJ 

Eskadra, którą Kyp Durron nazwał Tuzinem i Dwoma Mścicielami, spokojnie 

mknęła przez pustkę. Jej dowódca miał nadzieję,  że wkrótce nazwę  tę  będą znali 
mieszkańcy całej galaktyki. Wszyscy jego podwładni nieraz pokonywali Kaprys Landa 
w zmodyfikowanych myśliwcach typu TIE i spisywali się naprawdę nieźle. Kilku z 
nich trafiło nawet na tablicę rekordów. Co ważniejsze, ostre szkolenie, którym surowy 
dowódca dręczył swych pilotów niemal bez przerwy, nauczyło ich latania w zespole. 
Teraz uzupełniali się wzajemnie i raczej przewidywali posunięcia kolegów niż na nie 
reagowali. Póki co, Mściciele nie mogli równać się z bardziej znanymi formacjami 
myśliwców, takimi jak Eskadra Łobuzów, ale z dnia na dzień stawali się coraz lepsi, a 
przy tym uczestniczyli w akcjach bojowych częściej niż inni piloci. Być może wkrótce 
nazwa „Tuzin i Dwaj Mściciele" będzie wymawiana z równym szacunkiem, jak ma-
giczne słowa „Eskadra Łobuzów"... 

Właśnie taką nadzieję żywił Kyp. 
Oczywiście gdyby rodzeństwo Solo, lub choć jedno z nich - najlepiej Jaina - dołą-

czyło do eskadry, sytuacja zmieniłaby się diametralnie. Dzieci Hana i Leii przyciągnę-
łyby uwagę obserwatorów w stronę Tuzina i Dwóch Mścicieli... Choć wtedy - pomyślał 
Kyp - należałoby zmienić tę nazwę. Tylko czy to dobrze? Czy czternastu członków tej 
formacji było gotowych, by znaleźć się w centrum uwagi? Sława bez wątpienia pomo-
głaby im walczyć, bo wystraszony przeciwnik rzadko kiedy potrafi działać w skoordy-
nowany sposób, ale - z drugiej strony - z pewnością zyskaliby także grono potężniej-
szych wrogów. 

Czy byli na to gotowi? Czy sam Kyp czuł się gotów? A co z dowództwem nad 

Mścicielami? Kyp musiał się nad tym poważnie zastanowić. Jaina pokonała go w „Raj-
dzie przez pas" i, choć nadrabiał miną dobrze rozumiał, jak sromotną poniósł klęskę. 
Choćby próbował sto razy, nie mógł nawet marzyć o zbliżeniu się do uzyskanego przez 
nią rezultatu. Jego piloci wiedzieli o tym równie dobrze. A zatem kto miałby przejąć 
komendę, gdyby Jaina i jej bracia dołączyli do grupy? W tej chwili jedynym rywalem 
Durrona był inny rycerz Jedi, Miko Reglia, drugi na liście najlepszych. Cichy i skrom-

Wektor pierwszy 

128

ny, spędzał większość czasu ćwicząc walkę mieczem lub siedząc samotnie i podziwia-
jąc gwiazdy. Nie zdradzał przywódczych aspiracji. W gruncie rzeczy był jedynie 
uczniem Kypa, szkolącym się pod okiem bardziej doświadczonego Jedi. 

Takie właśnie myśli towarzyszyły Durronowi w czarnej otchłani kosmosu, od 

chwili, gdy wraz z towarzyszami opuścił Dubrillion. Perspektywa zmian nie napełniała 
go niepokojem. Przemyślawszy sprawę, doszedł do wniosku, że korzyści znacznie 
przewyższyłyby ewentualne straty. Gdyby rodzeństwo Solo dołączyło do Mścicieli - 
wtedy już zapewne Tuzina i Pięciorga -eskadra stałaby się jednostką elitarną. Zlecano 
by jej misje trudniejsze i bardziej niebezpieczne, a więc, co za tym idzie, znacznie 
istotniejsze dla dobra mieszkańców Nowej Republiki. Tuzin i Pięcioro - dwunastu do-
brych pilotów i piątka rycerzy Jedi - tworzyłoby najwspanialszą eskadrę w galaktyce. 

Kyp, rzecz jasna, nie wierzył w to, że młodzi Solo mogliby dołączyć do jego for-

macji, a już na pewno nie uczyniłaby tego cała trójka. Luke Skywalker jak zwykle za-
chowywał się dyplomatycznie i z szacunkiem, gdy rozmawiał z nim na Dubrillionie, 
choć jednocześnie był surowy i krytyczny. Kyp nie był pewien, czy mistrz uważa po-
lowanie na przemytników za zajęcie nie licujące z godnością rycerzy Jedi, czy po pro-
stu ma zastrzeżenia natury osobistej - wszak w swoim czasie Han Solo należał do naj-
bardziej znanych szmuglerów... Tak czy owak, Durron nabrał po tym spotkaniu prze-
konania, iż Luke nie popiera jego obecnej działalności. 

Z drugiej jednak strony Skywalker nie zażądał odeń wstrzymania akcji przeciwko 

przemytnikom. Dlatego też Kyp wiódł teraz swą eskadrę ku sektorowi Veragi, odle-
głemu wycinkowi przestrzeni, całkowicie pozbawionemu systemów gwiezdnych. Był 
to szmat kosmicznej pustki, jeśli nie liczyć boi obserwacyjnej, którą  Mściciele pozo-
stawili w pobliżu skrzyżowania szlaków nadprzestrzennych. 

Podążając za sygnałem, który nadawano na tajnym, rzadko używanym kanale, 

Kyp prowadził eskadrę wprost do celu. Miko Reglia ustawił pozostałe maszyny w szy-
ku ochronnego pierścienia wokół X-skrzydłowca swego mistrza. Durron zacumował 
przy boi. Jego robot astromechaniczny, R5-L4, nazywany pieszczotliwie Elfour, na-
tychmiast zaczął ładować przechwycone informacji, pomijając długie okresy całkowi-
tego bezruchu w okolicy i wyświetlając dane na ekranie w kabinie. 

Kyp westchnął i ułożył się wygodniej w fotelu. Przemytnicy nigdy nie dawali się 

łatwo wytropić, ale w tym regionie Zewnętrznych Odległych Rubieży ściganie ich było 
szczególnie trudnym zadaniem - nie licząc, rzecz jasna, tych szmuglerów, którzy od-
wiedzali planety Landa w celach handlowych lub szkoleniowych. Durron nie mógł ich 
jednak nękać na terenie należącym do Calrissiana, bowiem pragmatyczny biznesmen 
natychmiast wykorzystałby swe znajomości - na przykład z Hanem i Lukiem - by ukró-
cić działalność Mścicieli. 

Przez całą nudną godzinę jedynym obrazem na monitorze był wizerunek wolno 

przesuwających się gwiazd. Kyp ożywił się na chwilę, gdy R5-L4 zwolnił prędkość 
odtwarzania do rzeczywistej, by pokazać na ekranie podejrzany frachtowiec, który 
wyszedł z nadprzestrzeni, zmienił kurs i znikł, ponownie włączywszy hipernapęd. Obli-
czenia dokonane przez robota wskazywały, że statek skoczył w stronę Destrillionu. 

background image

R.A. Salvatore 

129

Mijała godzina za godziną, a zapis z boi nie wykazywał niczego interesującego, 

poza nie obserwowanymi poprzednio asteroidami, kilkoma frachtowcami i nieliczną 
grupką małych jednostek, które jednak pojawiały się tak szybko i w tak dużej odległo-
ści, że nie sposób było przyjrzeć się im uważnie. Dopiero pod koniec nagrania pojawił 
się statek, który nie pasował do zarejestrowanego wcześniej obrazu. R5-L4 ustalił, że 
był to przestarzały wahadłowiec typu Spacecaster. 

- Prześledź wstecznie jego kurs, Elfour - polecił Kyp. Kąt podejścia do rejonu 

znajdującego się w zasięgu działania boi mówił, że statek nie przybył od strony jądra 
galaktyki. 

Na ekranie rozbłysło słowo „Belkadan", a tuż obok niego współrzędne punktu le-

żącego w pobliskim sektorze Dalonbian. 

- Szczegóły? - spytał Kyp. Zanim skończył mówić, miał przed sobą historię i aktu-

alną sytuację planety Belkadan, a także dane dotyczące stacji ExGal-4. 

- Dlaczego mieliby stamtąd odlecieć? 
Na ekranie pojawił się znak zapytania. R5-L4 najwyraźniej nie zrozumiał reto-

rycznego pytania. 

Na polecenie Durrona robot skupił się na części nagrania, która poprzedzała po-

nowne zniknięcie Spacecastera w nadprzestrzeni. Na podstawie kursu wahadłowca 
robot obliczył, że skok musiał zakończyć się w systemie Helska. 

Po chwili R5-L4 przystąpił do prezentacji nagrania audio, złożonego głównie ze 

zwyczajnej, podprzestrzennej gadaniny, związanej przede wszystkim z działalnością 
Landa. Podążając za kolejnymi rozkazami Kypa, robot wyliczył przybliżony czas startu 
wahadłowca z Belkadanu. Następnie zaczął badać nagrania dźwiękowe z tego właśnie 
okresu, a przede wszystkim sygnały, które docierały z okolicy Belkadanu. 

Uwagę Durrona przykuło jedno z kilku zrozumiałych słów, które udało się wydo-

być spośród trzasków: „burza". Czy stacja ExGal-4 na Belkadanie miała kłopoty? Kyp 
poczuł, że w jego krwi powoli rośnie stężenie adrenaliny, która przyprawiała go o ów 
dobrze znany dreszcz emocji, zwiastujący zbliżającą się przygodę. Musiał dokonać 
wyboru: Belkadan znajdował się dość daleko od systemu Helska... Po krótkim zasta-
nowieniu Jedi podjął decyzję. Cokolwiek wydarzyło się na Belkadanie, przynajmniej 
niektórzy naukowcy zdołali uciec, choć nie wiadomo dlaczego skierowali się w stronę 
Helska, a nie ku Światom  Środka, planetom Landa czy niezbyt odległemu sektorowi 
Moddell. - Podaj mi wszystkie wiadomości na temat systemu Helska - rozkazał Kyp. 
Zawartość niewielkiego pliku natychmiast została wyświetlona. 

W obrębie systemu Helska nie było ani zarejestrowanych kolonii, ani nawet zdat-

nych do zamieszkania planet. 

- Dlaczego? - spytał cicho Kyp. 
- Ponieważ prosił pan o te dane - odpisał posłusznie robot, sądząc, że to jego pyta-

no. 

Kyp zmarszczył brwi i skasował informacje z ekranu. 
- Lecimy do systemu Helska - zawołał do Mika i pozostałych. - Przygotować 

współrzędne skoku. 

Wektor pierwszy 

130

Gdy piloci zabrali się do pracy, sklecił naprędce raport w sprawie Belkadanu, pro-

sząc o sprawdzenie, czy pracownicy bazy nie potrzebują pomocy. 

 
Luke nawet nie zwolnił, gdy jego myśliwiec znalazł się w obrębie pasa asteroid. 

Nie słyszał też komunikatu nadanego przez stację „Szybkobiegacz I", ostrzegającą, że 
generator dopiero się rozgrzewa i na razie nie jest w stanie zapewnić mu ochronnego 
pola energetycznego. 

Skywalker okrążył jedną ze skał i natychmiast zanurkował pod dwiema kolejnymi, 

które wyłoniły się spoza niej. Nie używał instrumentów pokładowych; nie miał też przy 
sobie R2-D2, który zawsze towarzyszył mu w podróżach X-skrzydłowcem. Polegał na 
instynkcie i na Mocy. Wyczuwał każdą z przepływających opodal asteroid i bezustan-
nie szukał między nimi najmniejszego śladu emanacji umysłów Hana i Chewiego. 

Myśliwiec uskoczył przed następnym głazem i wystrzelił w górę, umykając przed 

nadciągającą ścianą wirujących skał. Gdy tylko w zaporze pojawiła się luka, przemknął 
przez nią i zanurzył się głębiej w morzu asteroid. Wkrótce znalazł się w okolicy, gdzie 
po raz ostatni widziano bombowiec Hana i Chewiego, ale Luke nie był jeszcze w stanie 
rozpoznać poszczególnych brył, które przesuwały się przed jego oczami. 

Mimo to wiedział, że jest już blisko. 
- Tarcze znowu działają - zameldował kontroler z „Szybkobiegacza I". 
- Dotyczy to także i osłony bombowca? - spytał Luke. Miał nadzieję, że usłyszy 

odpowiedź twierdzącą i będzie mógł nadal wierzyć, iż Han i Chewie jeszcze żyją. 

- Jeśli jeszcze tam jest i nie doznał zbyt poważnych uszkodzeń, tak - odezwał się 

po chwili niezbyt pewny głos. 

Luke energicznie manewrował maszyną. Pocieszał go nieco fakt, iż nigdzie nie by-

ło widać szczątków bombowca typu TIE. 

I wtedy tuż przed myśliwcem przeleciał zmiażdżony fragment panelu baterii sło-

necznych. 

Luke odetchnął głęboko i spróbował się uspokoić. Usłyszał głos Leii, która doma-

gała się wiadomości. Jak miał jej o tym powiedzieć? 

W tym momencie zrozumiał, że gdyby doszło do najgorszego jego żal byłby rów-

nie głęboki jak rozpacz Leii. Przyjaźń z Hanem, choć z początku niełatwa, trwała już 
wiele burzliwych lat. Mimo iż zdarzały im się  kłótnie i wyznawali zgoła odmienne 
filozofie  życiowe,  łączyła ich bardzo głęboka więź, równie prawdziwa jak braterska 
miłość. 

Czy to możliwe, żeby Han zginął? 
Leia nie przestawała mówić. Luke wyłączył komunikator, dochodząc do wniosku, 

że lepiej będzie porozmawiać z nią w cztery oczy. 

Zmusił myśliwiec do wykonania beczki, ale przerwał ewolucję w połowie. Leciał 

teraz zgodnie z kierunkiem ruchu asteroid. 

I w tym momencie zobaczył ich statek, przyklejony do tylnej ściany skalnej bryły 

niczym mucha piaskowa do wilgotnej powierzchni skraplacza na Tatooine. Han i Che-
wie zdołali jakimś sposobem posadzić bombowiec na sporej asteroidzie. Wyczyn ten 

background image

R.A. Salvatore 

131
zakrawał wręcz na cud, biorąc pod uwagę fakt, że maszyna została pozbawiona jednego 
z paneli bocznych. 

Luke zbliżył się bardzo wolno, operując silnikami jonowymi tak delikatnie, że my-

śliwiec dosłownie pełznął tuż nad powierzchnią skały. Obawiając się o los przyjaciół i 
czując respekt przed ogromem przesuwającej się pod nim asteroidy, powoli podprowa-
dził maszynę tak blisko wraku, że mógł zajrzeć do kabiny. 

Chewie i Han siedzieli w środku, kłócąc się jak zwykle. Solo, z plamą krwi na 

czole, wymachiwał ręką w jedną stronę, a Wookie w przeciwną, przy czym obaj gwał-
townie potrząsali głowami. Chewie pierwszy zauważył Luke'a w kabinie zbliżającego 
się myśliwca i natychmiast wydał z siebie potężny ryk. Skywalker domyślił się tego 
widząc, że Han nagle zatkał uszy. 

- Są cali i zdrowi! - zawołał Luke, włączywszy komunikator. 
- Ale gdzie? - krzyknęła Leia. 
- Dlaczego ich nie widzimy? - spytał równocześnie Lando. 
- Wylecieli poza pas? - dorzuciła Mara. 
Luke odpowiedział kolejno siostrze, Calrissianowi i żonie, a potem znowu Leii i... 

roześmiał się widząc daremność swoich wysiłków. Pomyślał, że Han i Chewie jak zaw-
sze dokonali rzeczy niemożliwej. Kolejny raz jednym genialnym posunięciem zdołali 
wymknąć się ze szponów śmierci. 

- Hanie, słyszysz mnie? - spytał Skywalker, przełączając komunikator na kolejne 

kanały. 

Solo, który odbierał go doskonale, ale nie mógł odpowiedzieć, uniósł przed siebie 

mikrofon, dyndający na urwanym kawałku przewodu. 

Luke skinął głową, po czym powoli obleciał rozbity bombowiec dookoła, by oce-

nić zniszczenia. Niemal od razu wiedział, że maszyna nie poleci, a przynajmniej nie da 
się nią sterować. Jakim cudem dwaj śmiałkowie zdołali posadzić  ją bezpiecznie na 
powierzchni asteroidy - tego mógł się jedynie domyślać. Silniki statku wyglądały na 
zniszczone, Luke wątpił, czy pojazd dysponuje choćby szczątkowym polem ochron-
nym. 

Jak w takim razie miał stąd wyciągnąć Hana i Chewiego? 
- Lando - zawołał. - Odbieracie mój sygnał? 
- Bardzo wyraźnie - odparł Calrissian. - Wisisz tuż za tą wielką asteroidą. Czy tam 

właśnie ich znalazłeś? 

- Wiszą na tylnej ścianie - potwierdził Luke. - Masz jakiś pomysł, jak ich stąd 

ściągnąć? 

- Pomoc jest już w drodze - zapewnił Lando. - Użyjemy holownika. 
Skywalker spojrzał w dół, na kabinę bombowca, i widząc minę Hana oraz ryczącą 

paszczę Wookiego, domyślił się, że słyszeli rozmowę. Uśmiechnął się znowu, wyobra-
żając sobie, jak bardzo zawstydzony czuje się przyjaciel: zapewne nigdy nie wybaczy 
Calrissianowi, że musiał wyciągać go z tarapatów. 

Luke pozostał przy wraku do chwili, gdy pojawił się holownik Landa. Ekipa ra-

tunkowa sprawdziła stan pól ochronnych bombowca za pomocą  długiego ramienia 
chwytaka, po czym rozpoczęła instalowanie liny. 

Wektor pierwszy 

132

- Będzie trzęsło - ostrzegł pilot holownika. 
Luke spojrzał jeszcze na kwaśną minę Hana, a potem zawrócił i pomknął swym 

myśliwca typu TIE w stronę granicy pasa. 

- Odliczymy czas, który spędziłeś pilnując Hana i Chewiego - zaproponował Lan-

do. -Jedenaście minut lotu pod prąd i ustanowisz nowy rekord. 

Skywalker uśmiechnął się, ale nie miał nawet zamiaru zastanawiać się nad tą ofer-

tą. Nie pociągało go takie współzawodnictwo. Czym prędzej znalazł wyjście z pola 
asteroid i popędził w jego stronę. Znalazłszy się w otwartej przestrzeni, wziął kurs na 
Dubrillion. Dotarł na lądowisko na długo przedtem, nim rozpoczęła się operacja holo-
wania wraku. 

Zastał Landa i pozostałych w pomieszczeniu kontrolnym. Calrissian miał na gło-

wie słuchawki i pochylał się nad panelem sterującym, mówiąc z ożywieniem do mikro-
fonu. 

- Jak zwykle bohater - powitała Mara przybysza, uśmiechając się i obejmując go 

czule. Leia stanęła obok niej i chwyciła brata za rękę. 

- Muszę zwrócić honor Hanowi i Chewiemu - powiedział Luke. - Nadal nie mam 

pojęcia, jak udało im się posadzić tę kupę złomu na powierzchni asteroidy. 

- Zawsze znajdą jakiś sposób - skomentowała Leia. 
- Zawinił zmodyfikowany transmiter wiązki - obwieścił Lando, odkładając słu-

chawki na pulpit i zbliżając się do grupki gości. - Generatory jonowe na „Szybkobiega-
czu I" działały bez zarzutu, tyle że moc nie była przekazywana na statki znajdujące się 
w polu. Poleciałeś tam całkiem bezbronny, przyjacielu. 

Luke skinął głową, nie okazując ani śladu gniewu czy pretensji. 
- Nadal uważam, że tarcze zasilane z zewnątrz to słuszna koncepcja - zadeklarował 

Calrissian. - Obrona planetarna zyska na skuteczności, kiedy myśliwce będą w stanie 
znieść salwy z krążowników. 

- To bardzo ograniczające rozwiązanie - odparł spokojnie Luke. - Utrzymywanie 

systemu zabezpieczającego, który wykluczyłby zaniki pola ochronnego, byłoby bardzo 
kłopotliwe. A gdyby naprawdę doszło do awarii, statki znalazłyby się w poważnych 
tarapatach. 

- Przecież i tak miałyby własne tarcze - nie ustępował Lando. 
- Tak, ale znikłoby poczucie bezpieczeństwa - wyjaśnił Skywalker, mając na myśli 

kondycją psychiczną załóg. - Ludzie nie wiedzieliby, co robić. Tylko nieustanne balan-
sowanie na granicy śmierci sprawia, że stajemy się naprawdę dobrymi pilotami. 

Lando pokręcił głową szykując ripostę, ale po chwili pojął, że niełatwo będzie mu 

bronić swych poglądów. Luke przeleciał przecież przez pas asteroid bez pól ochron-
nych. Zanim wymyślił stosowną odpowiedź, Chewbacca i Han - ten ostatni wciąż tro-
chę poruszony i z bandażem wokół rozciętego czoła - wkroczyli do sali. 

- Ta blaszanka, którą po nas wysłałeś, obijała się po drodze o każdą napotkaną 

skałę-poskarżył się Solo. Pozostali czuli jednak tak głęboką ulgę, widząc pechową za-
łogę w dobrym zdrowiu, że zamiast się roześmiać -jedynie uśmiechnęli się z lekka. 

Chewie miał jednak znacznie więcej do powiedzenia. Jak to zwykle bywa u Wo-

okiech, jego pretensje przybrały formę czynną. Olbrzym ruszył w kierunku Landa z 

background image

R.A. Salvatore 

133
szeroko rozpostartymi ramionami, jakby chciał go zdusić w morderczym uścisku. Luke, 
Mara, Leia i rodzeństwo Solo zgodnie zastąpili mu drogę, lecz po chwili rozstąpili się 
na boki, bo Chewie nie zamierzał się zatrzymać. 

Wookie opanował się dopiero wtedy, gdy Calrissian zaczął się cofać, nie pozwala-

jąc mu zmniejszyć dystansu. 

- Wygraliśmy z Mossem i Twingiem? - spytał Han, przerywając moment napięte-

go milczenia. 

Lando spojrzał w stronę stanowisk techników. 
- Straciliśmy ich z oczu po czterech minutach i czterdziestu jeden sekundach - od-

powiedział ironicznie jeden z jego ludzi. Był to wynik identyczny z tym, który uzyskali 
dotychczasowi rekordziści. Lando zamierzał już ogłosić remis, ale napotkał wzrok 
wciąż jeszcze rozwścieczonego Wookiego i... rozmyślił się. -Dodamy pięć sekund na 
zejście na powierzchnię asteroidy. Cztery czterdzieści sześć. Nowy rekord. 

- Kogo obchodzi rekord? - obruszyła się Leia. - Luke twierdzi, że samo dolecenie 

do tej asteroidy jest nie lada wyczynem. 

- To był najlepszy lot w ich wykonaniu, jaki kiedykolwiek widziałem - potwierdził 

Skywalker. 

Pozostali dołączyli z gratulacjami, nie żałując pechowej załodze takich słów, jak 

„genialne" i „zdumiewające". 

Han zamierzał właśnie wyjaśnić wszystkim, że uderzenie w głowę pozbawiło go 

zdolności do działania na tych kilka krytycznych sekund, i że to Chewie zasługuje na 
słowa uznania, lecz Wookie przeszkodził mu, przeciągłym wyciem potwierdzając, iż 
nowy rekord jest ich wspólną zasługą. Byli przecież załogą partnerami, najbliższymi i 
najbardziej zaufanymi przyjaciółmi, a więc z definicji wszelkie sukcesy jednego z nich 
były jednocześnie zwycięstwami drugiego. 

Han poprzestał więc na mrugnięciu w stronę Wookiego. 
- Żaden problem - mruknął do rodziny i przyjaciół, uśmiechając się krzywo. 
Zmarszczył brwi dopiero wtedy, gdy napotkał wzrok Landa. Przez moment w jego 

spojrzeniu pojawiły się uczucia, które naprawdę targały nim w tej chwili: strach i ból 
ściśniętego niepokojem żołądka. 

Zaiste, żaden problem. 
 
Tuzin i Dwaj Mściciele wyskoczyli z nadprzestrzeni i weszli do systemu Helska, 

płynnie zmieniając formację. Zajmowali miejsca w klasycznym szyku klina, wykonując 
doskonale skoordynowane beczki i ciasne pętle. Ryzykowali życie, ale jednocześnie 
utrudniali ewentualnym obserwatorom ocenę liczebności zespołu. Kyp Durron prowa-
dził eskadrę, a jego skrzydłowym był lecący nieco w tyle i po prawej Miko Reglia. 

System nie był duży: składał się z siedmiu planet, położonych w stosunkowo nie-

wielkich odstępach. R5-L4 rzucał na ekran nieprzerwany strumień danych, informując 
na bieżąco o parametrach mijanych przez eskadrę planet - najpierw siódmej, potem 
szóstej... 

Wektor pierwszy 

134

Piąta z nich była gazowym gigantem, istnym piekłem, nie nadającym się do za-

mieszkania, toteż Kyp niemal nie zwrócił na nią uwagi, koncentrując się na czwartym 
globie: intrygującej kuli lodu. 

- Mam odczyt z czwartej - odezwał się Miko sekundę później. 
Naśladując poczynania dowódcy, eskadra zwolniła. Co to może być? - zastanawiał 

się Durron. - Kryjówka przemytników? Jeszcze jedna placówka naukowa? A jeśli tak, 
to dlaczego wbrew przepisom obowiązującym w Nowej Republice nie jest zaznaczona 
na mapach? Wszystko razem nie miało sensu, a jednak wiedział,  że Spacecaster nie 
mógł opuścić systemu. Boja zarejestrowałaby manewr. 

- Włączyć osłony i załadować torpedy - rozkazał Kyp, nadając na otwartej często-

tliwości. - Przeformować klin. Drugi do prawej. 

Szybki myśliwiec typu A, lecący po lewej, wykonał beczkę autorotacyjną i dołą-

czył do formacji, ustawiając się za ostatnią maszyną tworzącą prawe skrzydło klina. 

- Ruch nad planetą - zawołał Miko. W tym samym momencie raport potwierdził 

robot astromechaniczny Kypa, i rzeczywiście, już po chwili Durron zobaczył ów ruch 
na własne oczy: dziesiątki... dziesiątki.... 

No właśnie, czego? Asteroid? 
Instrumenty nie pokazywały precyzyjnych danych. Chaotyczne sygnały zdradzały 

jedynie obecność jakiejś formy życia. 

- Trzymajcie się z tyłu i osłaniajcie mnie - polecił Kyp przyspieszając. Przez mo-

ment zdawało mu się, że to naprawdę asteroidy; dość ciekawe, bo wielokolorowe. Kie-
dy jednak zbliżył się do nich, po plecach przeszły mu ciarki. 

R5-L4 zapiszczał w proteście, wysyłając na ekran ostrzeżenie o znajdujących się 

przed dziobem myśliwca żywych istotach. Uwagę Kypa przykuło jednak inne, znacznie 
ważniejsze zjawisko: sensory wykryły obecność niewiarygodnie silnej osłony energe-
tycznej, która otaczała czwartą planetę. 

Durron znowu spojrzał na barwne asteroidy, zauważając ich niecodzienne geome-

tryczne kształty. Nie było wśród nich dwóch identycznych obiektów, ale wszystkie 
wykazywały wiele podobieństw: miały stożkowate dzioby i aerodynamicznie ukształ-
towane boki. 

Pojazdy. Myśliwce! 
Kyp pchnął akcelerator do końca i zadzierając jednocześnie dziób statku ku górze 

wszedł w ciasną  pętlę. W szczytowym punkcie ewolucji wyrównał lot i półobrotem 
wrócił do poprzedniego położenia, jednak leciał teraz w przeciwnym kierunku. 

Grupa pościgowa była tuż za nim. Jej wygląd można by opisać jako „rój". 
- Wróg! - krzyknął Kyp. W tym momencie jego X-skrzydłowiec zatrząsł się od 

trafienia, a R5-L4 zaskrzeczał rozpaczliwie. 

Jedi wykonał całą serię uników, uciekając w dół i na prawo, a potem półobrotem 

odbijając w lewo - a wszystko to przy maksymalnej prędkości. Zbliżając się do eskadry 
poczuł się nieco pewniej. Zespół zbliżał się ciasną formacją, dając ognia z dział lasero-
wych i wypuszczając salwy torped. 

- Dobij z lewej, Miko - zawołał, po czym ostro skręcił w prawo, wykonując zwrot 

o sto osiemdziesiąt stopni. Uczeń posłusznie ustawił się na jego skrzydle. 

background image

R.A. Salvatore 

135

Miko nie oszczędzał dział, a Kyp wyrównawszy lot, dołączył do desperackiej ka-

nonady. Trafił najbliższy z nieprzyjacielskich statków, ale miejsce wybitego z formacji 
myśliwca zajął następny. Dopiero z bliska Durron dostrzegł,  że przeciwnik używał 
pojazdów załogowych, których kabiny błyszczały jak mika, nie jak transpastal. Pod 
przezroczystą osłoną widać było pilota: humanoida o barbarzyńskim wyglądzie i twa-
rzy przypominającej ochłap pulsującego mięsa. 

Kyp wyrzucił z myśli ten widok i poprowadził Mika w prawo, ku pozostałym ma-

szynom eskadry. 

Mściciele wpadli w gąszcz nieprzyjaciół, odpalających swe pociski z dziwacznych 

wyrzutni dziobowych i burtowych, które przypominały miniaturowe wulkany. Uwijali 
się jak w ukropie, raz za razem trafiając przemykające obok pojazdy. Większość z po-
strzelonych myśliwców wpadała w rotację i wypadała z szyku, lecz tylko po to, by po 
chwili znowu przyłączyć się do bitwy. 

- Potrafią znieść tęgie lanie - zauważył Miko. 
- Ale nie umieją odpowiedzieć ciosem - stwierdził Kyp, widząc, jak kilka nieprzy-

jacielskich pocisków odbija się od tarcz lecącego opodal myśliwca typu B. - Uwaga, 
Tuzin i Dwaj - zawołał. - Nasze pola ochronne ich załatwią. Weźmy się do tego syste-
matycznie. Strącimy jednego po drugim - dodał, po czym zwrócił się do robota. - Elfo-
ur, spróbuj ich wywołać na wszystkich kanałach. Może dadzą się skłonić do kapitulacji. 

Ledwo tylko skończył mówić, w słuchawkach rozległ się krzyk pilota maszyny ty-

pu B: 

- Straciłem osłony! 
Zanim Durron zdążył odpowiedzieć, grupa nieprzyjacielskich pojazdów ruszyła do 

ataku, zasypując bezbronny myśliwiec lawiną „wulkanicznych" pocisków. Myśliwiec 
typu B rozpadał się na kawałki, aż wreszcie pozostała z niego jedynie chmura tysięcy 
wirujących cząstek, która przesłoniła czerń kosmosu. 

Po chwili kolejny pilot zgłosił utratę tarcz, a sekundę później jego Łowca Głów 

przestał istnieć. 

Pozostali Mściciele utrzymali ciasną formację i nie przestali atakować. Kilka nie-

przyjacielskich myśliwców zostało rozbitych na kawałki skoncentrowanym ogniem 
dział laserowych. Salwy, kierowane w to samo miejsce, odłupywały niewielkie frag-
menty kadłubów, aż wreszcie dziwne pojazdy rozpadały się na części. Niestety, w miej-
sce każdej zniszczonej maszyny pojawiał się tuzin nowych, a z powierzchni planety 
startowały kolejne eskadry. 

- Nie mam tarcz! - krzyknął Miko. 
Zdumiony Kyp obejrzał się na skrzydłowego. Jak to możliwe? Przecież nie został 

trafiony; ba, nie wdarli się nawet w największy gąszcz nieprzyjaciół! 

- Studnia grawitacyjna! Poczułem szarpnięcie, jakby ogromne przeciążenie wycią-

gało mnie z fotela - wyjaśniał pospiesznie Miko. - Zobaczyłem, że mam dziurę w osło-
nie, a potem tarcza całkiem znikła... Mój robot plecie coś o polach magnetycznych. Nic 
z tego nie rozumiem! 

- Wynosimy się stąd! - zawołał Kyp do Mika i pozostałych. Jednocześnie skiero-

wał dziób maszyny w sam środek bitwy; chciał osłaniać odwrót. X-skrzydłowiec leciał 

Wektor pierwszy 

136

wirując i plując ogniem dział. Jeden z wrogich myśliwców eksplodował, trafiony lase-
rową salwą, a następnie i torpedą protonową, skierowaną wprost w wyrąbany laserem 
otwór. X-skrzydłowiec wyprzedził kolejne dwa pojazdy, przyjmując na rufowe tarcze 
kilka lekkich trafień. Kyp nagłym szarpnięciem zawrócił maszynę. R5-L4 zajęczał 
przeciągle, a przeciążenie niemal pozbawiło pilota przytomności, choć kompensator 
nastawiony był na dziewięćdziesiąt siedem procent. Myśliwiec zawrócił niemal w miej-
scu, a Kyp z zimną krwią strącił parę nieprzyjacielskich pojazdów, które minął przed 
chwilą. 

Tuż obok niego przemknął zwinny myśliwiec typu A. Pilot manewrował w panice, 

daremnie próbując uniknąć dziwnych, półpłynnych pocisków, które przylepiały się do 
kadłuba. 

- O, nie... - jęknął Kyp, widząc, jak dziwaczna masa roztapia pancerz statku i 

wdziera się do środka, kierując się wprost ku konektorom napędu jonowego. 

Myśliwiec typu A rozpadł się na kawałki. 
Durron przyspieszył, by dogonić rój nieprzyjacielskich maszyn. Tarcze X-

skrzydłowca przyjęły ledwie kilka ciosów, a działa zdążyły strzelić tylko parę razy, nim 
się z nimi zrównał. 

Kyp podprowadził myśliwiec nieco bliżej dziobu jednej z wrogich maszyn. Ujrzał 

na nim trochę inną od pozostałych wypustkę, a może raczej sztucznie dołączony ele-
ment. Była to żywa, pulsująca istota, która przypominała wyrwane z ciała serce. Odczyt 
na przyrządach pokładowych X-skrzydłowca nie kojarzył się Durronowi z niczym zna-
nym. 

Nagle Jedi poczuł gwałtowne szarpnięcie i od razu wiedział, że osłony myśliwca 

zniknęły, porażone niezwykłą - być może magnetyczną lub supergrawitacyjną - siłą 
tego stworzenia. Na nieznanej istocie skupił się cały gniew, który wzbudziła w Kypie 
niespodziewana i błyskawiczna utrata grupy przyjaciół. Wystrzelił torpedy. 

Pociski nie dotarły nawet w pobliże celu. Zatrzymały się w locie, jakby ich głowi-

ce oparły się o niewidzialną barierę, a potem zderzyły się ze sobą i eksplodowały. 

- Co jest? - wrzasnął Kyp, ale nie odważył się zwolnić, by zbadać niezrozumiałe 

zjawisko. Bez tarcz był praktycznie bezbronny, a pędziła za nim gromada pojazdów 
wroga. 

- Dostałem! - krzyknął Miko. 
Kyp zawracał, nurkował i krążył, próbując odnaleźć przyjaciela i niemal bez prze-

rwy strzelając z dział, choć poruszał się zbyt szybko, by precyzyjnie celować. 

- Silniki padły! - rozległ się głos Miko. - Brak mocy! Brak mocy! 
A potem cisza. 
Po chwili dowódca ujrzał kolejną maszynę ze swej eskadry; nieco przestarzały X-

skrzydłowiec rozpadał się pod nawałnicą pocisków. W tym momencie Kyp skierował 
dziób statku ku otwartej przestrzeni i włączył pełny ciąg silników. Czuł, że ma na karku 
grupę pościgową, toteż z szaleńczą prędkością przygotowywał koordynaty skoku w 
nadprzestrzeń. Wiedział, że nie czas na bohaterstwo. Chciał tylko przetrwać, powrócić 
do bazy i złożyć raport. 

background image

R.A. Salvatore 

137

Nagle obok jego skrzydła pojawił się myśliwiec typu A. Szybka maszyna zaczęła 

go wyprzedzać. 

- Są tuż za nami! - krzyknął pilot. 
- Leć pełną mocą, prosto przed siebie! - odkrzyknął Kyp. Wyglądało na to, że obce 

pojazdy nie dorównują prędkością republikańskim myśliwcom. 

- Zostaliśmy tylko my dwaj! -jęknął pilot. 
- Prosto i jak najszybciej! 
Rzeczywiście, wróg nie był w stanie doścignąć uciekających maszyn, ale to nie 

oznaczało końca pogoni. Na czele roju pojawiły się nowe pojazdy o wyglądzie owal-
nych skałek. Z ich otwartych przedziałów dziobowych wyłoniły się mierzące pół metra 
długości stworzenia o czarnych skrzydłach, przypominające nieco opancerzone darnio-
skoczki. 

Kyp spostrzegł, że nowi napastnicy szybko się zbliżają. 
- Hipernapęd! - krzyknął do skrzydłowego. 
- Brak współrzędnych! 
- Teraz! - rozkazał Kyp, uruchamiając motywator. Pilot myśliwca typu A uczynił 

to samo, lecz do jego maszyny zdążyły przyczepić się trzy owadokształtne istoty. Sub-
stancja, którą wydzielały, bez trudu przepalała pancerne płyty kadłuba, otwierając stwo-
rom drogę do wnętrza. 

W chwili, gdy kosmos zamarł na ułamek sekundy, przyjmując postać rozmaza-

nych smug, Kyp stracił skrzydłowego z oczu. Rozumiał jednak, że ostatni z jego ludzi 
nie przeżył skoku. Aktywacja potężnej jednostki hipernapędu musiała rozedrzeć uszko-
dzoną maszynę na strzępy. 

Durron wyskoczył z nadprzestrzeni niemal natychmiast, obawiając się kolizji z 

planetą lub gwiazdą. Nie zdążył jeszcze ustalić swojej pozycji, gdy zauważył, że i jego 
myśliwiec nie wyszedł cało z pułapki: do kadłuba przyczepiła się para nieproszonych 
gości. 

Jeden z nich, wściekle pracując imponującymi szczypcami, wgryzał się właśnie w 

kabinę maszyny, tuż za głową pilota. 

 
- Sernpidal? - powtórzył Han z niedowierzaniem. - Chcesz,  żebym poleciał na 

Sernpidala? 

- Proszę tylko o przysługę - odpowiedział niewinnie Lando. - W końcu pozwoli-

łem ci na rajd przez pas za darmo.... - urwał w pół  słowa. Han zmarszczył brwi. 
Wzmianka o niedawnym wypadku nie była najlepiej dobranym argumentem. 

- To tylko dwa dni - przekonywał Calrissian. - Gdybym miał wysłać jeden z moich 

frachtowców, straciłbym więcej niż wart jest ładunek. 

- W takim razie nie sprzedawaj im rudy - poradził Solo. 
- Muszę - wyjaśnił Lando. - Póki zaopatruję odległe kolonie w surowce, władze 

Nowej Republiki przymykają oko na moje... Jak by to powiedzieć?... Mniej jawne dzia-
łania. 

- Takie są koszta robienia interesów - zakończył temat Han, rozkładając ramiona. 

Za plecami Landa, w holu, dostrzegł Leię, stojącą z założonymi rękami i ściągniętymi 

Wektor pierwszy 

138

brwiami. Jej poza i mina przypomniały mu, że Calrissian może być w tej chwili bardzo 
cennym sprzymierzeńcem. Jego kontakty znacznie uprościłyby badanie ewentualnych 
związków między członkami Komitetu Doradczego a grupami przemytniczymi. Tak 
czy owak, pomoc Landa ułatwiłaby i Leii, i Luke'owi przejrzenie zależności rządzących 
chwiejną, polityczną areną Republiki. 

- Chociaż nie poszło wam zbyt dobrze - a następną próbę macie u mnie za darmo - 

to przecież pobiliście z Chewiem rekord, podobnie jak Jaina.... - przymilał się Calris-
sian. 

Solo uśmiechnął się krzywo, bardziej do żony niż do Landa. 
- Sernpidal? - powtórzył, jakby sama myśl o takiej wycieczce wydawała mu się 

niedorzecznością, lecz wydawał się już częściowo przekonany. 

Calrissian uśmiechnął się od ucha do ucha i ruszył w stronę pomieszczenia kontro-

li. 

- Wrócisz, zanim ktoś zauważy, że poleciałeś. 
Jeden z techników wyszedł mu naprzeciw, niosąc w dłoni elektroniczny notes. Do-

strzegłszy Landa, pospieszył ku niemu, nerwowo rozglądając się na boki. 

- Kłopoty? - spytał Calrissian, spoglądając na wydruk. 
- To od Kypa Durrona - odpowiedział mężczyzna. 
Lando popatrzył na nagłówek wiadomości i zachichotał. 
- Tuzin i Dwaj Mściciele - odczytał, parskając śmiechem. Nawet jemu, który sły-

nął ze skłonności do efekciarstwa, radosna twórczość Kypa wydawała się dość preten-
sjonalna. 

- W czym problem? - spytała Leia, zbliżając się z Hanem do przyjaciela. 
- Chodzi o Belkadan w sektorze Dalonbian - wyjaśnił Lando. - Coś się tam dzie-

je... - dodał, spoglądając na technika. -Próbowaliście ich wywołać? 

- Odbieramy tylko zakłócenia. 
- Belkadan? - spytała Leia. 
- Mała planetka z placówką naukową - odparł Calrissian. -Kilkunastu badaczy. 
- Co to może znaczyć? 
- Pewnie wysiadł im nadajnik albo aktywność  słoneczna zakłóca  łączność. Nic 

ważnego. - Lando spojrzał na Hana i uśmiechnął się złośliwie. - A skoro i tak miałeś 
gdzieś lecieć... - zaczął. 

- Belkadan? - powtórzył Solo z jeszcze większym niedowierzaniem niż wtedy, gdy 

proponowano mu wyprawę na Sempidala. 

- To tylko kilka dni drogi - wyjaśnił niewinnie Calrissian. 
- Na razie jeszcze nie zgodziłem się lecieć na Sernpidala -przypomniał mu Han. 
- Luke i Mara wybiorą się na Belkadan - zaproponowała Leia. - I tak mieli ochotę 

urwać się gdzieś we dwoje. 

Lando skinął głową, w zupełności usatysfakcjonowany. Jego statki przynosiły do-

chód, więc każda przerwa w ich pracy oznaczała stratę. 

Spotkali się wszyscy jeszcze tego samego dnia. Luke i Mara rzeczywiście byli za-

chwyceni perspektywą wycieczki na Belkadan, a Han i Chewie w końcu zgodzili się 
przewieźć „Sokołem Millenium" towar Landa na Sernpidala. Leia wyłgała się jakoś z 

background image

R.A. Salvatore 

139
udziału w tej wyprawie. Uparła się za to, by Han zabrał ze sobą Anakina, a może nawet 
znowu pozwolił mu sterować frachtowcem. 

Solo spojrzał na żonę bezradnie, rezygnując z oporu. Wiedział, że ma do czynienia 

z mistrzynią mediacji, która prędzej czy później i tak znalazłaby sposób na naprawienie 
stosunków między ojcem i synem, które zaogniły się po akrobatycznych wyczynach 
Anakina nad Coruscant. 

Następnego ranka Han i Chewie zeszli na lądowisko, na którym stał „Sokół". Ła-

downia statku była szeroko otwarta, a w jej wnętrzu znikały kolejne platformy z towa-
rem. 

- Jaka część ładunku jest legalna? - zwrócił się Solo do Calrissiana, nadzorującego 

pracę. 

- Całość - zapewnił Lando, mrugając konspiracyjnie. 
Chewie zawył. 
- Luke potrzebuje twojej pomocy - odezwał się Han. – Ma jakąś sprawę do Kypa 

Durrona i jego przyjaciół, a poza tym szuka informacji o działalności przemytników. 

Lando ukłonił się nisko. 
- Do usług - odparł, błyskając w uśmiechu zębami. 
Han wiedział, co to znaczy, i wcale nie był pewny, czy to dobrze. 
Po chwili na sąsiedniej płycie startowej zjawił się Luke. Jedi pomachał im i razem 

z Marą wszedł na pokład „Miecza Jade"; a R2-D2 wtoczył się tam zaraz za nimi. Kilka 
minut później, po uzyskaniu zezwolenia z wieży kontrolnej, zielony statek wystrzelił w 
niebo, znikając obserwatorom z oczu już po paru sekundach. 

- Szybka maszyna - zauważył Lando. 
- Sądzisz, że Luke ofiarowałby Marze coś gorszego? - spytał Han. 
Calrissian spojrzał na puste niebo, gdzie jeszcze przed chwilą widać było prom 

Mary, i pokiwał głową. 

Godzinę później „Sokół Millenium" wystartował w jednodniowy lot, który miał 

się okazać najokropniejszą podróżą w całym życiu Hana Solo. 

Wektor pierwszy 

140

R O Z D Z I A Ł  

14 

BLISKO, CORAZ BLIŻEJ 

R5-L4 zaskrzeczał i jęknął  żałośnie, a z jego kopułki wystrzelił snop iskier, gdy 

ociekające kwasem szczypce owadostwora przerżnęły ją na części, wgryzając się w 
metal niczym w miękką ziemię. 

Kyp, siedzący w kabinie tuż przed skazanym na zagładę robotem, uwijał się jak w 

ukropie, próbując wcisnąć się w skafander próżniowy, nim ostateczne cięcie rozpłata 
kabinę i wypuści powietrze w przestrzeń. Słyszał wołanie R5-L4, rozpaczliwy głos 
robota ranił mu serce. Czuł się tak, jakby tracił bliskiego przyjaciela, ale nie mógł nic 
zrobić, dopóki nie włożył kombinezonu. 

Iskry opływały kabinę myśliwca i gasły. W końcu z korpusu robota buchnął nie-

wielki płomień, który niemal natychmiast zniknął, wyczerpawszy zapas tlenu. To był 
koniec R5-L4. Piski robota umilkły. 

Kyp został sam. 
Rozpiął pasy i odwrócił się, w samą porę by ujrzeć owadopodobne stworzenie 

ucztujące na przewodach i płytkach drukowanych, które wyrwało z wnętrza automatu. 
Drugi z napastników uczepił się dolnego prawego płata i zmierzał pomału w kierunku 
jednego z silników jonowych. 

Kyp gorączkowo zastanawiał się, co robić. W końcu wyłączył napęd myśliwca i 

pociągnął dźwignię zwijającą płaty skrzydeł. Kadłub X-skrzydłowca jęknął, gdy meta-
lowe płaszczyzny zbliżyły się do siebie. Intruz został unieruchomiony, ale nie zmiaż-
dżony. Durron kilkakrotnie powtórzył manewr. Uchylał i cofał płaty, próbując pozba-
wić oparcia lub zgnieść nieustępliwe zwierzę. Stwór trzymał się jednak uparcie, więc 
Kyp po prostu zamknął go na dobre we wnętrzu skrzydła. 

Drugi napastnik, uczepiony tylnej części kadłuba, właśnie skończył ucztę i skie-

rował mokre od kwasu szczypce w stronę osłony kabiny. 

Jedi czekał na niego z palcem na spuście. Szczypce przebiły transpastal. W tym 

momencie Kyp wcisnął guzik i z całych sił chwycił pasy bezpieczeństwa, zapierając się 
w fotelu. Osłona kabiny została odstrzelona. Potężne szarpnięcie skierowało dziób X-
skrzydłowca w dół, myśliwiec leciał teraz w pozycji pionowej. 

background image

R.A. Salvatore 

141

Durron odwrócił się, myśląc intensywnie, jak pozbyć się intruza uwięzionego 

między płatami i... zamarł z wrażenia. Insektoid uczepiony tylnej części kadłuba nie 
odleciał w przestrzeń wraz z owiewką kabiny. Cztery tylne nogi nadal obejmowały 
pancerz, zaś dwie przednie były uniesione w górę. Stworzenie wyginało się, szczypce 
tkwiły w odstrzelonej osłonie kabiny. Niewiele myśląc, przerażony Kyp wyprostował 
kolana, odpiął od pasa miecz i uaktywnił energetyczną klingę. Pierwsze cięcie pozbawi-
ło istotę jednej pary kurczowo zaciśniętych odnóży. Drugie przepołowiło pozostałe 
dwie kończyny. Wczepiony w owiewkę kabiny potwór poszybował w przestworze. 

Na myśl o stratach, jakie poniósł tego dnia, i na widok zmasakrowanych szcząt-

ków R5-L4, Durron poczuł falę gniewu. Wiedział, że z całej eskadry Tuzina i Dwóch 
Mścicieli tylko jemu udało się przeżyć. Jednak i on nie mógł być pewien swego losu. 
Myśliwiec zatrząsł się od eksplozji - uparte stworzenie wciśnięte między płaty skrzydeł 
dosięgło szczypcami jednostki napędu jonowego i przebiło ją. 

Jedi wypełzł z kabiny, kurczowo trzymając się kadłuba. Dobrze wiedział, że jeden 

nieuważny krok może oznaczać utratę kontaktu ze statkiem i bezradny dryf w głębokiej 
przestrzeni. X-skrzydłowiec wirował bezwładnie; choć w stanie nieważkości nie dało 
się wyczuć tego ruchu, Kyp zdał sobie z niego sprawę zauważywszy przesuwanie się 
układu gwiazd. Trzymał się więc jak najmocniej, nie pozwalając, by siła odśrodkowa 
wyrzuciła go na zewnątrz. 

Nigdy dotąd nie był w tak desperackiej sytuacji: dryfował w kosmosie niczym 

rozbitek na tratwie, otoczony największym ze wszystkich oceanów. A przecież był 
wyszkolonym i sprawdzonym w boju rycerzem Jedi.... Opanował gniew i zaczął myśleć 
logicznie. 

Owadopodobny stwór spojrzał na niego i żarłocznie kłapnął szczypcami. 
Kyp wraził ostrze miecza świetlnego w sam środek jego ciała, przebijając czaszkę 

pałającą wiązką energii. Dreszcz agonii wstrząsnął napastnikiem. X-skrzydłowiec za-
czął wirować jeszcze szybciej, wywijając przy tym pętlę przez dziób i rufę. Durron 
stracił na moment kontakt z kadłubem maszyny i zaczął się odeń oddalać. Miecz 
świetlny wypadł mu z ręki, ale Jedi instynktownie przywołał go Mocą. Choć broń nie 
była mu teraz pomocą, czuł się pewniej, trzymając własnoręcznie wykonaną rękojeść. 

Odzyskawszy miecz, Kyp skoncentrował się na wirującym myśliwcu. Uchwycił 

maszynę Mocą równie silnie, jakby już obejmował  ją muskularnymi ramionami i z 
wolna zaczął płynąć w jej kierunku. Wreszcie znalazł się na tyle blisko, że mógł złapać 
rufę statku i wspiąć się na kadłub. 

Uwięzione między płatami zwierzę spoczywało nieruchomo. 
Kyp przypiął miecz do pasa i zaczął oglądać uszkodzony silnik, zastanawiając się 

od czego - i czy w ogóle - warto było zacząć naprawę. 

Po chwili z ciężkim westchnieniem wsunął się z powrotem do kabiny. Ustabilizo-

wał lot statku silnikami manewrowymi i spróbował ustalić swą pozycję oraz rozmiary 
zniszczeń. Hipernapęd wyglądał na sprawny, ale bez owiewki Durron nie odważył się 
go uruchomić. Odruchowo sięgnął po zestaw naprawczy, ale powstrzymał się w pół 
drogi - nie było czego łatać, skoro cała owiewka poszybowała w kosmos. 

Wektor pierwszy 

142

Co robić? Nawet jeśli w pobliżu znajdowała się planeta o odpowiednich dla czło-

wieka warunkach, Kyp nie zdołałby wylądować z otwartą kabiną. Tymczasem skafan-
der próżniowy mógł utrzymać go przy życiu przez kilka godzin, a może parę dni, gdyby 
Kyp wprowadził się w hibernacyjny trans Jedi. 

Durron odłożył te myśli na później. Nadszedł czas próby: powoli uruchomił napęd 

jonowy. Silniki zaskoczyły, krztusząc się co chwila. Jedynie dzięki miarowym ruchom 
dźwignią akceleratora dało się utrzymać w miarę stabilny, choć minimalny ciąg. 

Kyp spojrzał w bok, na martwe stworzenie, i chciał otworzyć skrzydła myśliwca. 

Powstrzymał się jednak, rozumiejąc, że obca forma życia wymagała szczegółowej ana-
lizy. Nawet jeśli nie zdołałby się uratować, ci, którzy odnaleźliby kiedyś wrak jego 
statku, powinni zobaczyć truchło insektoida. Nawet jeśli nie zdołałby się uratować... 
Niepokojąca myśl wciąż kołatała mu się po głowie. Usiadł wygodniej w fotelu i uspo-
koił oddech. Po chwili odprężył się i przekroczył granicę świadomości, jednocząc się z 
Mocą. Oczyma wyobraźni ujrzał swój myśliwiec i spróbował wyjść myślą poza prostą 
mechanikę składających się nań urządzeń; wkroczył w królestwo filozofii, by zrozu-
mieć system zależności łączących części X-skrzydłowca. Wreszcie znalazł rozwiązanie 
- może nie najlepsze, ale dające mu szansę przeżycia. 

Pracując bez asysty robota astromechanicznego i mając do pomocy jedynie pod-

stawowy schemat budowy statku, przełączył zasilanie napędu jonowego do generatora 
osłon. Wstrzymując oddech, uruchomił systemy pokładowe. Silniki nie ruszyły, za to 
wokół kadłuba utworzył się bąbel pola siłowego, który - Kyp miał nadzieję - pozwoli 
mu przetrwać podróż w nadprzestrzeni. Ustaliwszy kurs na Dubrillion, Durron jeszcze 
raz przejrzał bazę danych i znalazł nieco bliższy cel: planetę Sernpidal. 

Choć wiedział, że u Landa z pewnością może liczyć na pomoc, po długim wahaniu 

postanowił polecieć w stronę Sernpidala - wybór uzasadniały niepokojące wstrząsy i 
spadki mocy uszkodzonego generatora. Zmienił więc wcześniej ustalony kurs i ostroż-
nie uruchomił hipernapęd, skupiając całą uwagę na drżeniu i odgłosach uszkodzonej 
maszyny. 

Wyskoczył do normalnej przestrzeni niemal w tym samym momencie, ułamek se-

kundy przed spadkiem mocy, który doprowadził do zniknięcia ochronnego bąbla. Zasi-
lanie błyskawicznie wróciło do normy, a Durron pokręcił  głową na myśl o tym, jak 
wyczerpujące zadanie ma przed sobą. Krótkie skoki nadprzestrzenne miały wypełnić 
mu całą drogę na Sernpidala - oczywiście przy założeniu, że cały system nie wysiądzie. 

Kyp znowu uruchomił hipernapęd, przymykając oczy i czując za plecami narasta-

jące wibracje. Po chwili pchnął dźwignię w przeciwnym kierunku, by nie dopuścić do 
przeciążenia generatora. Jego oddech był coraz wolniejszy, a serce coraz leniwiej tło-
czyło krew, oszczędniej gospodarując tlenem. Jedi powoli tracił świadomość, pozosta-
jąc przytomnym tylko na tyle, by wyczuwać wibracje myśliwca i stosownie do sytuacji 
włączać i wyłączać hipernapęd. Miarowo poruszał dźwignią, jakby próbował ukołysać 
niespokojne dziecko. 

 
Danni Quee siedziała w kopulasto sklepionej sali o lodowych ścianach. Tuż obok 

niej otwierała się przerażająco zimna toń, a wysoko nad głową piętrzyła się gruba na 

background image

R.A. Salvatore 

143
setki metrów czapa lodowa. Danni ubrana jedynie w luźne poncho, bowiem pozostałe 
części stroju - ohydna, mięsista istota, która spowijała jej ciało, oraz gwiazdokształtne 
stworzenie, które okryło jej twarz i przemocą wdarło się do płuc - zostały jej odebrane. 
Mimo braku odzieży nie czuła chłodu. Podłoże pokrywał  gęsty dywan dziwacznych 
porostów, wytwarzających ciepło i światło, a prawdopodobnie jak się domyślała także i 
tlen, bowiem bez trudu mogła tu oddychać. 

Ci, którzy ją więzili, byli najpotworniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek widzia-

ła. Dotyczyło to szczególnie owego wielkiego stworzenia, przypominającego mózg 
opatrzony niezliczonymi mackami, które sprawiało wrażenie duchowego przywódcy 
najeźdźców. A jednak napastnicy przejawiali pewną szlachetność -jak dotąd nie próbo-
wali torturować Danni ani jej wykorzystać. Da'Gara, polegając na słowie Yomina Car-
ra, obwieścił, że jest dla nich godnym przeciwnikiem, toteż traktowali ją z widocznym 
szacunkiem. 

Mimo to zamierzali złożyć ją w ofierze. 
Od wielu godzin była sama. Co pewien czas na powierzchni wody pojawiały się 

bąble powietrza, a potem para wytatuowanych barbarzyńców wychodziła na brzeg. 
Jeden trzymał broń w pogotowiu, a drugi podawał jej jedzenie - wijące się, podobne do 
węgorzy stworzenia - oraz wodę. Zastanawiała się, co mogło się dziać na większej głę-
bokości, gdzie spoczywało ciało koordynatora wojennego, a woda za sprawą aktywno-
ści wulkanicznej planety była cieplejsza. Ciekawiło ją także, co się wydarzyło i wyda-
rzy na zewnątrz, z dala od tej lodowej pustyni, w galaktyce, która była jej domem. Da-
'Gara obiecał jej, że zobaczy na własne oczy upadek galaktyki i chwałę ludu Yuuzhan 
Vong. 

Danni odnosiła wrażenie, że Da'Gara ma nadzieję, iż opuści ona szeregi niewier-

nych, jak nazywał przedstawicieli wszystkich ras galaktyki, i ujrzy światłość oraz 
prawdę cywilizacji Yuuzhan Vong. 

Ona sama nie uważała tego za możliwe. 
Bulgotanie wody zapowiedziało kolejną wizytę. Danni z zaciekawieniem uniosła 

głowę. Spodziewała się gości: Da'Gara wspominał, że wkrótce wyląduje drugi świato-
statek i że będzie jej wolno podziwiać chwałę zbierającej się armady... Wydawało jej 
się, że „chwała" jest centrum, wokół którego obracają się myśli i czyny Yuuzhan. Z tą 
myślą zaczęła przygotowywać się psychicznie na kontakt z mięsistym, biologicznym 
skafandrem i upiorną, żywą maską tlenową. 

I wtedy ujrzała coś, czego nie spodziewała się ani trochę: dwaj rośli barbarzyńcy, 

którzy wyłonili się z wody, ciągnęli między sobą pokiereszowanego mężczyznę. 

Da'Gara wyszedł z wody tuż za nimi. Stanął przy Danni, podczas gdy jego pod-

władni rzucili nowego więźnia na podłogę. Organiczny skafander błyskawicznie zsunął 
się z ciała nieprzytomnego człowieka. 

- Jacyś wojownicy wystąpili przeciwko nam - wyjaśnił prefekt. Jego głos pod ma-

ską bulgotał dziwacznie. - Zdaje się, że to jedni z najlepszych. - Da'Gara urwał i skinął 
głową w stronę leżącego. - Pokonaliśmy ich z łatwością. 

Danni spojrzała na niego ciekawie, zaintrygowana raczej formą niż treścią jego 

wyjaśnień. Przedtem fleksja i wymowa wypowiedzi prefekta były wręcz fatalne, nie 

Wektor pierwszy 

144

mówiąc już o strukturze zdań, zaś teraz posługiwanie się językiem basie przychodziło 
mu znacznie łatwiej. 

- Wątpisz w naszą potęgę? - spytał Da'Gara, widząc wyraz jej twarzy. 
- Nauczyłeś się naszego języka - stwierdziła w odpowiedzi. 
Prefekt przekrzywił głowę i puknął palcem w ucho. Danni ujrzała koniec niewiel-

kiego stworzenia, które wiło się nerwowo niczym robak. 

- Mamy swoje sposoby, Danni Quee. Przekonasz się. 
Danni nie wątpiła w jego słowa, Yuuzhanie stawali się w jej oczach jeszcze strasz-

liwszymi przeciwnikami. Prefekt spojrzał na nią twardo. 

- On nie jest godny - oświadczył, wskazując nowego towarzysza niedoli, po czym 

gwałtownym ruchem ręki polecił strażnikom skoczyć do wody. Wpatrywał się w Danni 
przez dłuższą chwilę, nim sam zniknął w mrocznej głębinie. 

Kobieta podbiegła do rannego. Nie miał żadnego identyfikatora, a ubrany był je-

dynie w obcisłe szorty. Miał na ciele wiele świeżych blizn, jakby wojownicy Da'Gary 
kaleczyli go, a potem szybko leczyli rany. Danni aż za dobrze rozumiała słowa prefek-
ta, który nazwał więźnia niegodnym. 

Mężczyzna miał zostać złożony w ofierze koordynatorowi wojennemu. 
Danni odetchnęła głęboko, by się uspokoić. I ona stanęła już przed obliczem 

yammoska. Dwie z jego najcieńszych macek otoczyły ją i przyciągnęły w pole widze-
nia czarnych oczu bestii, tuż obok jego zębatej żuchwy. 

A jednak koordynator wojenny nie chciał jej. Miał widać inne plany. Jak zapew-

niał potem prefekt Da'Gara, był to niesłychany zaszczyt, czego trzęsąca się z przeraże-
nia i z trudem trzymająca się na nogach Danni nie była w stanie docenić. 

Dziewczyna była jednak pewna, że yammosk postąpi z nowym więźniem zgoła 

inaczej: otoczy go muskularnymi mackami i w spokoju skonsumuje. 

Mężczyzna drgnął i powoli, z widocznym bólem, uchylił powieki. 
- Gdzie? - wymamrotał. 
- Na czwartej planecie - odpowiedziała Danni. 
- Myśliwce... podobne... do skał - wyjąkał ranny. 
- Skoczki koralowe - wyjaśniła, pamiętając nazwę, którą podał jej Da'Gara. Deli-

katnie opuściła głowę mężczyzny na podłoże. - Odpoczywaj. Jesteś bezpieczny. 

Mniej więcej godzinę później - Danni nie bardzo zdawała sobie sprawę z upływu 

czasu - więzień obudził się z krzykiem. 

- Przebijają pancerz! - zawołał i umilkł, przypomniawszy sobie, gdzie się znajduje, 

po czym spojrzał ciekawie na swą towarzyszkę. - Czwarta planeta? - spytał. 

Danni kiwnęła głową. 
- Systemu Helska? 
Dziewczyna znowu skinęła i potem podeszła do mężczyzny, by pomóc mu usiąść. 
- Nazywam się Danni Quee - zaczęła. - Przyleciałam ze stacji ExGal na Belkada-

nie.... - Nagły błysk zrozumienia w oczach przybysza sprawił, że urwała w pół zdania. 

- Wahadłowcem typu Spacecaster - dokończył. 
Danni popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

background image

R.A. Salvatore 

145

- Prześledziliśmy wasz kurs - wyjaśnił. - Aż do Helska. Próbowaliśmy was odna-

leźć. 

- My? Kto taki? 
Mężczyzna uśmiechnął się z wysiłkiem i wyciągnął rękę. 
- Miko Reglia, z Tuzina i Dwóch Mścicieli - przedstawił się. 
Danni uścisnęła jego dłoń, choć jej mina zdradzała,  że nie ma pojęcia, o czym 

mowa. 

- Jesteśmy eskadrą.... - Miko urwał, zastanawiając się przez moment, czego eska-

drą byli Mściciele. - Eskadrą pilotów myśliwskich - dokończył. - Dowodzoną przez 
mistrza Jedi Kypa Durrona i mnie. 

- Jesteś rycerzem Jedi? - spytała Danni z błyskiem nadziei w oczach. 
Miko skinął głową i w widoczny sposób uspokoił się, jakby przypomnienie tego 

faktu nagle odmieniło stan jego umysłu. 

- Tak - potwierdził z powagą. - Szkoliłem się w Akademii pod okiem samego 

Luke'a Skywalkera i choć mój trening jeszcze nie dobiegł końca, bo nadal pozostaję 
uczniem Kypa Durrona, w rzeczy samej jestem rycerzem Jedi. 

Danni popatrzyła na czarną powierzchnię wody. Wierzyła w słowa Mika i zasta-

nawiała się, czy będzie on w stanie znaleźć u nieprzyjaciela słaby punkt. Da'Gara na-
zwał nowego więźnia niegodnym - ale czy rycerz Jedi mógł nie być godnym przeciw-
nikiem dla jakiegokolwiek wojownika? Może prefekt i jego zausznicy nie docenili po-
tęgi przybysza? Może dałoby się jakoś wykorzystać ten błąd? 

Spojrzała znowu na Mika. Mężczyzna siedział spokojnie, z zamkniętymi oczami, 

w pozie medytacyjnej. 

- Co robisz? - zagadnęła. 
Miko otworzył oczy. 
- Wołam - wyjaśnił. - Wysyłam myślowy sygnał, próbując wyczuć w pobliżu 

obecność innego rycerza Jedi. 

- Czy to działa? - spytała niecierpliwie, przysuwając się bliżej. Miko wzruszył ra-

mionami. 

- Jedi są spojeni więzią. Jednoczy nas zrozumienie Mocy. 
- Tak, ale czy to działa? - nie ustępowała Danni. Mężczyzna znowu wzruszył ra-

mionami. 

- Nie wiem - przyznał. - Nie wiem, czy Kypowi udało się uciec i nie wiem, czy on 

lub inny Jedi jest w pobliżu. 

Ta odpowiedź wiele jej wyjaśniła. Wiedziała już, że mistyczny „sygnał myślowy" 

nie przyniesie im żadnego pożytku i trzeba zacząć obmyślać własny plan ucieczki. 

- Co to za jedni? - spytał po chwili Miko. - Przemytnicy? 
Danni nie umiała powstrzymać wybuchu śmiechu. Przemytnicy? Och, gdybyż 

sprawa była tak prosta... 

- Być może Yuuzhanie są przemytnikami - odparła – ale w swojej galaktyce. 
Miko otworzył usta, ale nie zdążył się odezwać: zamarł, gdy dotarł do niego sens 

tych słów. 

- Przybyli z innej galaktyki - wyjaśniła nieco konkretniej Danni. 

Wektor pierwszy 

146

- Niemożliwe - zaoponował Miko. - Powiedzieli tak, bo chcieli cię przestraszyć. 
- Śledziliśmy ich wejście - ciągnęła. - Gdy statek Yuuzhan przeciął pierścień ga-

laktyczny, sądziliśmy, że to asteroida lub kometa. Potem odkryliśmy, dokąd zmierza i 
wyruszyliśmy we troje, żeby zbadać sprawę na miejscu. 

- Gdzie są twoi towarzysze? - spytał Miko, ale Danni tylko potrząsnęła głową. 
Pomyślała o Bensinie Tomrim i Cho Badelegu, a potem o strasznej śmierci Bensi-

na i o tym co Da'Gara powiedział o Miko... Nie chciała po raz drugi oglądać takiej eg-
zekucji. 

- Co oni tu robią? 
- Lud Yuuzhan Vong chce panować - wyjaśniła zwięźle Danni. Miko spojrzał na 

nią sceptycznie. 

- Podbój? 
- Całej galaktyki. 
Jedi prychnął pogardliwie. 
- Czeka ich niespodzianka. 
- Albo nas - odparła grobowym głosem. 
- Ilu ich jest? Ile zajęli planet? Na ilu kometach czy asteroidach tu przylecieli? 
- Jest tylko jeden statek - odpowiedziała Danni. - Na razie -dodała po chwili, nim 

Miko zdążył się odezwać. - Pozostałe na pewno są w drodze. 

- Potrzebują dziesięć tysięcy razy więcej. 
- Tu nie chodzi o przewagę liczebną- sprzeciwiła się Danni. - Mają swoje sposoby 

walki i broń, które są dla nas tajemnicą. Wydaje mi się,  że wykorzystują wyłącznie 
żywe organizmy. Szkolą je lub przekształcają tak, by służyły określonym celom. 

- Jak skafandry, w które nas ubrali - zauważył Miko. Oboje poczuli dreszcze na 

samo wspomnienie tego przeżycia. 

Danni skinęła głową. 
- Mają swoje sposoby - powtórzyła. 
Miko lekceważąco machnął ręką. 
- Byliśmy od nich trzy razy lepsi - pochwalił się. - A przecież lataliśmy zwykłymi 

myśliwcami, do tego w większości przestarzałymi. Te ich skoczki nie miałyby, szans w 
starciu z niszczycielem czy krążownikiem gwiezdnym.^ 

- Wygrywaliście, ale nie wygraliście - przypomniała Danni. 
- Tylko dlatego, że znaleźli jakiś sposób na wyłączenie naszych pól ochronnych... 

- zaczął Miko i umilkł w pół zdania. Zapadła złowróżbna cisza. 

-Nie lekceważ ich - skarciła go Danni. Pomyślała, że chyba już odkryła przyczynę, 

dla której Da'Gara nie darzył Mika uznaniem. - Mają narzędzia, broń i technologię zu-
pełnie obce naszemu poznaniu. Niełatwo będzie z nimi walczyć. Są pewni siebie i znają 
nas lepiej, niż my ich. 

Miko zaczął chwiejnie stawać na nogi, Danni pospieszyła mu z pomocą. Chwilę 

później mężczyzna odepchnął ją delikatnie i rozpoczął przypominające taniec ćwicze-
nie - układ doskonale wyważonych ruchów i kroków. Kiedy skończył, zdawało się, że 
na dobre odzyskał równowagę. 

background image

R.A. Salvatore 

147

- Musimy się stąd wydostać - stwierdził, rozglądając się dokoła i uważnie przypa-

trując się lodowemu sklepieniu. 

- Kopuła musi mieć kilkaset metrów grubości - zauważyła Danni. 
- Znajdziemy inną drogę - oświadczył Jedi z determinacją. - Nie wiem, czy z mojej 

eskadry ocalał ktoś jeszcze, ale jedno jest pewne: trzeba ostrzec władze Nowej Repu-
bliki. Zobaczymy, co ci obcy - jak ich nazwałaś, Yuuzhan Vong? - potrafią zdziałać 
przeciwko prawdziwej potędze militarnej. 

Danni  śmiało kiwnęła głową podniesiona na duchu widoczną siłą rycerza Jedi. 

Starała się wierzyć, że prefekt Da'Gara rzeczywiście nie docenił swego nowego jeńca. 

 
- Straciliśmy ponad tuzin - przyznał Da'Gara. Oczy villipa imitującego twarz No-

ma Anora zwęziły się niebezpiecznie. – Ale kiedy odkryliśmy ich słaby punkt i użyli-
śmy dovin basali do zablokowania pól ochronnych, bitwa potoczyła się po naszej myśli 

- dodał czym prędzej. - Teraz możemy ich pobić; wszystko jedno, jak: jeden na 

jednego czy jeden na dziesięciu. 

- Ilu? - spytał sucho egzekutor. 
- Zniszczyliśmy jedenastu wrogów - zameldował Da'Gara. 
- Dwunasty został zmuszony do lądowania. Wprawdzie dwaj niewierni próbowali 

uciec, ale grutchiny natychmiast wyruszyły w pogoń. Uważamy, że i oni zostali znisz-
czeni. 

- Uważacie? - powtórzył sceptycznie Nom Anor. 
- Przekroczyli prędkość światła, czyli, jak mówią skoczyli w nadprzestrzeń - wyja-

śnił Da'Gara. - Jednakże zanim znikli, do ich maszyn przyczepiło się po kilka grutchi-
nów. Nie mieli prawa przeżyć. 

Nom Anor zamyślił się i umilkł na dłuższą chwilę, a Da'Gara nie ważył się mu 

przeszkadzać. Prefekt dobrze rozumiał, na czym polega problem: wypuszczenie gru-
tchinów było wielce ryzykownym posunięciem. W przeciwieństwie do większości ho-
dowanych przez Yuuzhan istot, owadopodobne monstra nie potrafiły logicznie myśleć i 
nie dawały się tresować. Te, które nie zdołały uczepić się umykających myśliwców 
przed skokiem w nadprzestrzeń, musiały zostać zniszczone, bowiem chwytanie dojrza-
łego grutchina było zbyt niebezpieczne. Nie była to poważna strata, gdyż zwierzęta te 
rozmnażały się w niewoli w błyskawicznym tempie. Większym zmartwieniem mogły 
być stwory, które pozostały na wolności. Najprawdopodobniej udało im się zniszczyć 
uciekające myśliwce i teraz włóczyły się swobodnie po galaktyce. Nie było wśród nich 
płodnej królowej, toteż nie potrafiły się mnożyć, za to wrodzona agresja z pewnością 
nakazywała im tropienie i niszczenie innych statków. Sygnały o ich atakach mogły 
zwrócić uwagę władz Nowej Republiki na to, co dzieje się w tym sektorze Zewnętrz-
nych Odległych Rubieży. Taki rozwój sytuacji nie byłby korzystny dla Praetorite Vong. 

To właśnie był powód całkiem słusznego zmartwienia Noma Anora, ale z drugiej 

strony, czy wojownicy Da'Gary mieli wybór? Nie mogli ścigać nieprzyjaciół w nad-
przestrzeni, bo nawet najczulsze dovin basale koralowych skoczków nie potrafią wy-
trzymać takich przyspieszeń. 

- Podobno twój nowy więzień jest rycerzem Jedi - zagaił po chwili Nom Anor. 

Wektor pierwszy 

148

Da'Gara odprężył się, z przyjemnością potwierdzając dobrą wiadomość. 
- Tak, egzekutorze. 
- Uważaj na niego - ostrzegł dowódca. 
- Jest z tą kobietą - wyjaśnił prefekt. - Nie mają szans na ucieczkę. 
- Zacząłeś go już łamać? 
- Wykorzystujemy kobietę przeciwko niemu - potwierdził Da'Gara. - Obojgu po-

wiedzieliśmy, że nie jest godny. W wyobraźni będzie umierał nawet i tysiąc razy, jeśli 
okaże się to konieczne. A kiedy znajdzie się w uścisku koordynatora wojennego, o włos 
od wielkiej paszczy, spodziewając się rychłej śmierci, jego wola ugnie się. 

Villip Noma Anora wiernie oddał chichot egzekutora. Da'Gara dobrze wiedział, co 

czuje jego przełożony. Tak zwane łamanie było typową procedurą stosowaną przeciw-
ko jeńcom; bardziej psychiczną niż fizyczną  męczarnią która miała odrzeć ofiarę z 
wszelkich uczuć, a przede wszystkim pozbawić ją determinacji. Więzień poddany takiej 
„kuracji" mógł jedynie szlochać jak dziecko, leżąc bezwładnie na podłodze swojej celi, 
porażony myślą o zapowiedzianej - ale wciąż odwlekanej - straszliwej śmierci. 

- Zbadamy siłę jego woli, egzekutorze - zapewnił Da'Gara. - Dowiemy się, gdzie 

leżą granice potęgi Jedi i jak należy je przekraczać. 

Villip przedstawiał teraz twarz naprawdę zadowolonego Yuuzhanina, a prefekt 

dobrze wiedział, że stworzenie wiernie naśladuje minę egzekutora. Jakie to szczęście, 
że tak szybko udało im się schwytać rycerza Jedi! Teraz, gdy Nom Anor badał jedno-
cześnie ich zdolność do obrony przed chorobą - obiektem jego testów była Mara Jade - 
Da'Gara i yammosk mieli szansę naprawdę dogłębnie poznać psychiczny potencjał tych 
rzekomych „nadistot". 

- Przede wszystkim starajcie się go poniżyć - zasugerował Nom Anor. - „Nie jesteś 

godny". Taka ma być wasza litania. W ten sposób pozbawicie go siły woli. Bardzo 
dobrze, że używacie kobiety, poleconej przez Yomina Carra, jako miary waszych po-
stępów. Ona jest godna, a on nie. Taka wiadomość powinna podkopać pewność siebie 
jeńca. 

- Cieszę się, że jesteśmy tego samego zdania - zapewnił Da'Gara. 
- Nasza tajna działalność dobiega końca - ciągnął egzekutor. - Teraz, gdy uciekły 

nam te dwa pojazdy... 

- Nie uciekły - ośmielił się przerwać prefekt. W normalnych warunkach nie odwa-

żyłby się na taki czyn, teraz jednak uważał za konieczne dobitne potwierdzenie swojej 
racji. Odetchnął z ulgą, gdy Nom Anor przyznał mu słuszność. 

- Mogły jednak nadać sygnał ostrzegawczy - dorzucił Nom Anor. - A nawet jeśli 

nie, to działalność grutchinów może zwrócić uwagę na wasze poczynania. Trzeba się 
też zastanowić, co właściwie sprowadziło wam na kark eskadrę myśliwców. 

Da'Gara nie znał odpowiedzi. Miał nadzieję,  że był to po prostu niekorzystny 

zbieg okoliczności. 

- Znajdujecie się daleko od jądra galaktyki - przypomniał Nom Anor.- Nowa Re-

publika ma dość problemów w systemach leżących znacznie bliżej  Światów  Środka. 
Konflikt osariańsko-rhommamoolski zmienił się w wojnę. W kilku miejscach doszło do 
wystąpień o skali zarówno międzyplanetarnej, jak i wewnętrznej, skierowanych prze-

background image

R.A. Salvatore 

149
ciwko rządom lojalnym wobec Nowej Republiki. Możliwe, że eskadra nie znalazła się 
tu bez powodu - zakładając, że podlegała czyimś rozkazom. Spróbuj wyciągnąć tę in-
formację od pojmanego Jedi. 

- Taki mam zamiar. 
- I strzeż się, prefekcie Da'Garo - dorzucił groźnie Nom Anor. - Kiedy mają się 

zjawić dalsze jednostki Praetorite Vong? 

  
 
- Drugi światostatek ma tu dotrzeć jeszcze dziś, a trzeci w ciągu tygodnia - odparł 

Da'Gara. 

- Przygotujcie się do obrony i nie traćcie czujności - ostrzegł egzekutor. - Jeśli 

Nowa Republika już o was wie, lub choć jednemu myśliwcowi udało się uciec, w ciągu 
kilku dni możecie się spodziewać przybycia bardzo niebezpiecznych przeciwników. 

- Będziemy gotowi. 
- Dopilnuj tego. 
Villip przenicował się błyskawicznie, gdy tylko połączenie zostało przerwane. Pre-

fekt Da'Gara odprężył się i potarł kark, który nieświadomie zginał podczas rozmowy z 
wielkim egzekutorem. Nieco wcześniej odbył naradę z koordynatorem wojennym. 
Yammosk zapewnił go, że nie należy obawiać się ludzi i ich żałosnej broni energetycz-
nej. Planeta była teraz fortecą, otoczoną polem energetycznym, które emitował sam 
koordynator i nieustannie podtrzymywały dovin basale. Po przybyciu drugiego i trze-
ciego światostatku miała stać się twierdzą nie do zdobycia. 

Da'Gara uśmiechnął się przewrotnie na myśl o innym zadaniu, które go jeszcze 

czekało: miał  złamać wolę rycerza Jedi. Uczestniczył w podobnych próbach podczas 
szkolenia na prefekta, ale teraz po raz pierwszy będzie osobiście nadzorować cały pro-
ces. 

Wojownikowi, nieustannie szukającemu u wroga słabych punktów, zajęcie to wy-

dawało się zaiste rozkoszne. 

 
Danni i Miko wstali, gdy na powierzchni wody pojawiły się pierwsze zmarszczki. 

Spojrzeli na siebie, upewniając się, czy nadszedł już czas działania. Niemal jednocze-
śnie skinęli lekko głowami i stanęli w przeciwległych końcach sali, zastygając w ocze-
kiwaniu. Miko przykucnął, z całych sił ściskając przed sobą dłonie. 

Danni również przysiadła, obserwując burzącą się z wolna taflę wody. Po chwili 

uniosła jednak wzrok i przyjrzała się z uznaniem sylwetce szykującego się do walki 
Mika. Wydatne mięśnie jego ramion drżały od napięcia. Był gotów w każdej chwili 
zerwać się do działania. 

Z odmętów wyłoniła się  głowa Yuuzhanina, okryta zmierzwionymi, czarnymi 

włosami, mięsista gwiazda zasłaniająca twarz, a potem ramiona. Przybysz, dzierżący w 
dłoni krótką pałkę, oparł się o brzeg i jednym pociągnięciem muskularnych rąk wydo-
stał się na pokryte porostami podłoże, 

Danni zaczęła biec, klucząc i chwytając się nierówności  ścian, jakby próbowała 

uciec, zwracając na siebie uwagę humanoida. 

Wektor pierwszy 

150

Z wody wynurzył się drugi wojownik, a zaraz po nim trzeci. 
Miko zerwał się na równe nogi i skoczył naprzód, obracając się tak, że jego ciało 

leciało poziomo. Jeden z przeciwników, trafiony nogami, wleciał z powrotem do wody, 
zaś dwaj pozostali runęli na ziemię. 

Danni pochyliła się nad tym, który upadł najbliżej niej, i oburącz chwyciła jego 

broń, przyciskając jednocześnie przedramię do gardła strażnika. Napierała całą swą - 
niemałą przecież - siłą, ale jej przeciwnik był Yuuzhaninem: potężne ramiona uniosły ją 
w górę w ułamku sekundy. 

W desperackim wysiłku, jedną ręką unieruchomiła pałkę, a drugą próbowała się-

gnąć do twarzy wojownika, by - unikając kontaktu z jego ostrymi zębami - zedrzeć mu 
z twarzy maskę tlenową. 

Miko i jeden z jego przeciwników zerwali się na nogi, sposobiąc się do walki, zaś 

drugi strażnik jednym skokiem wydostał się z wody i wylądował z pałką gotową do 
ciosu. 

- Niegodny - powtarzali nieustannie Yuuzhanie, krążąc wokół więźnia i wymachu-

jąc bronią. Wymierzali jednak zbyt krótkie, niecelne ciosy, które miały raczej zbadać 
możliwości Jedi niż wyrządzić mu krzywdę. 

Reglia obserwował ich, zachowując spokój i równowagę. Kątem oka dostrzegł, że 

Danni nadal walczy z trzecim strażnikiem. Barbarzyńca zdobył zdecydowaną przewa-
gę: przygniatał ją do ziemi, trzymając za ręce. 

Miko wyrzucił z umysłu ten obraz, powtarzając sobie w duchu, że nie pomoże 

dziewczynie, dopóki nie pomoże sam sobie. Stojący za nim Yuuzhanin rzucił pałką jak 
włócznią. Jedi rzucił się w przód i nieco w bok, unikając trafienia. Stojący przed nim 
wojownik ujrzał sposobność do zadania ostatecznego ciosu. Miko zdążył jednak cofnąć 
się o pół kroku i odwrócić bokiem do napastnika, a uderzenie sparował bez trudu otwar-
tą ręką. Ułamek sekundy później zaatakował jak wąż, unosząc wysoko łokieć i mierząc 
w gardło wroga kantem tej samej dłoni, którą przed chwilą osłonił się przed ciosem. 

Jedi nie dokończył jednak rozprawy z chwiejącym się na nogach strażnikiem. Po-

czuł uderzenie w plecy i niechętnie odwrócił się w stronę drugiego przeciwnika. Z wy-
siłkiem odbił serię szybkich ciosów pałką, choć nie udało mu się uniknąć bolesnego 
uderzenia w klatkę piersiową. 

Danni słyszała jego ciężki oddech, sama nie była w lepszej sytuacji. Masywny 

Yuuzhanin, trzymając pałkę oburącz, z całych sił wciskał Danni w podłoże; trzonek 
broni był coraz bliżej jej gardła. Szarpiąc się z siłą spotęgowaną przez rozpacz, dziew-
czyna zdołała uwolnić jedną z nóg i natychmiast wbiła kolano w krocze barbarzyńcy. 
Gdy humanoid sapnął ciężko i zamarł bez ruchu - Danni nie była pewna, czy z bólu, 
czy ze zdziwienia -wyszarpnęła broń z jego rąk i zadała mu serię ciosów w głowę, 
używając naprzemiennie obu końców pałki. 

Yuuzhanin próbował zablokować uderzenia przedramieniem, ale kobieta zaatako-

wała po raz ostatni i wijąc się zaciekle wydostała się spod niego. Oparłszy pałkę na 
podłożu uniosła się na kolana i z wysiłkiem wstała, a potem chwyciła broń za koniec i z 
półobrotu rąbnęła wojownika w bark i - rykoszetem - w skroń, posyłając go bez zmy-
słów na miękki kobierzec porostów. 

background image

R.A. Salvatore 

151

Tymczasem Miko walczył zażarcie, broniąc się jedną ręką przed ciosami Yuuzha-

nina, walczył mieczem świetlnym przeciwko zdalniakowi. Pogrążony w medytacji 
bitewnej, raczej przewidywał poczynania przeciwnika niż na nie reagował; starał się 
odczytywać najmniejsze drgnięcia Mocy, tak jak wodne istoty wyczuwają prądy wzbu-
dzone ruchem innych stworzeń. 

Próbował też odmiennej strategii: sondować Mocą psychikę wroga, by lepiej zro-

zumieć jego taktykę i zamiary. 

Równie dobrze mógłby próbować odczytać intencje kosmicznej pustki. 
A jednak, mimo iż nie mógł skorzystać z tej techniki, antycypował ruchy Yuuzha-

nina na tyle skutecznie, by z powodzeniem blokować ciosy i od czasu do czasu próbo-
wać chwycić jego broń. Początkowo starał się oszczędzać siły, chcąc jednocześnie, by 
przeciwnik poczuł się pewny zwycięstwa. 

Niestety, wojownik, którego przed chwilą powalił uderzeniem w gardło, zaczął 

podnosić się z ziemi. Miko miał coraz mniej czasu. 

Pałka Yuuzhanina kolejny raz pomknęła w stronę brzucha Reglii. Jedi już trzy ra-

zy błyskawicznym skrętem bioder uniknął podobnego ciosu. Tym razem jednak wsunął 
rękę pod pałkę i sparował cios ku górze. Broń przeszyła powietrze tuż nad jego bar-
kiem. Przysunął się o krok bliżej w stronę barbarzyńcy, stając w dogodnej pozycji do 
ataku na jego zamaskowaną twarz. 

Nie zadał jednak ciosu. Zamiast tego przełożył rękę między ramionami wojownika 

i chwycił pałkę za koniec, drugą dłonią sięgając do jej przeciwległego końca. Pociągnął 
mocno, jakby próbował wyrwać mu broń, a gdy Yuuzhanin odpowiedział równie ener-
gicznym szarpnięciem w swoją stronę, Jedi błyskawicznie zmienił kierunek ruchu. 
Pchnięty z podwójną siłą koniec pałki trafił prosto w czoło strażnika. 

Kolejne brutalne szarpnięcie pozbawiło oszołomionego wojownika broni, a mocny 

cios jej grubszego końca zamknął mu jedno oko i niemal pozbawił przytomności. 

Za plecami Yuuzhanina czaiła się już Danni Quee. Gdy Miko odwrócił się, by 

stawić czoło ostatniemu przeciwnikowi, który wciąż masował obolałe gardło, dziew-
czyna z całych sił trzasnęła pałką w głowę zamroczonego barbarzyńcy. Wojownik padł 
jak kłoda. 

Trzeci strażnik rzucił się w kierunku lodowatej toni, lecz Miko zdążył kopnąć go 

w kostkę i przewrócić na miękkie podłoże. 

Danni dopadła Yuuzhanina, nim zdążył się pozbierać, i brutalnie podłożyła mu 

pod brodę pałkę, dusząc go w morderczym uścisku. Humanoid próbował wyrwać jej 
broń lub chociaż uderzyć, ale zapas powietrza skończył mu się już po kilku sekundach. 
Bezwładnie osunął się na ziemię. 

- Zdejmij mu okrywacz - poleciła, ale Miko już próbował wydobyć nieprzytomne-

go wojownika z jego drugiej skóry. 

Yuuzhanin, którego Danni ogłuszyła na początku, zaczął się budzić. Kobieta spo-

kojnie podeszła do niego i potężnie grzmotnęła pałką w tył głowy, znowu pozbawiając 
go świadomości. 

Gdy więźniowie wreszcie odnaleźli wrażliwy punkt ooglithów, zwierzęta zwinęły 

się posłusznie. Nieco dłuższych przygotowań - i kilku dodatkowych ciosów w głowy 

Wektor pierwszy 

152

budzących się barbarzyńców - wymagało skłonienie okrywaczy, by rozwinęły się na 
ciałach jeńców. Procesowi połączenia ooglithów ze skórą towarzyszył jak zwykle doj-
mujący ból. 

Wreszcie przyszedł czas, by założyć  żywe maski tlenowe. Przez dłuższą chwilę 

zbierali się na odwagę, nim zdecydowali się przytknąć istoty do twarzy. Danni dławiła 
się kilkakrotnie, walcząc z odruchem wymiotnym, gdy stworzenie zapuszczało w jej 
tchawicę i płuca swoje macki. 

Gdy skończyła, zauważyła, że i Miko jest już gotowy. 
- W porządku? - spytał Jedi nieco stłumionym głosem. 
Danni skinęła głową. - W tych strojach nie rozpoznają nas od razu. Musimy zba-

dać teren... 

- Znaleźć lądowisko statków - uściślił Reglia. Nie musiał wypowiadać głośno my-

śli, która obojgu nie dawała spokoju: jeśli nawet znajdą statki, jak zdołają je urucho-
mić? 

Danni zdawała sobie sprawę, co ich czeka, ale śmiało skoczyła w lodowatą topiel. 

Znalazłszy się pod wodą, dostrzegli w oddali poświatę centralnej części bazy Yuuzhan. 
Wiedzieli,  że właśnie tam rezydował yammosk i nie zamierzali się do niego zbliżać. 
Ominąwszy szerokim łukiem źródło bladego światła, ruszyli ku odległemu, ciemnemu 
punktowi na powierzchni lodu. Bardziej idąc na rękach niż  płynąc wzdłuż szorstkiej 
ściany, dotarli w pobliże dolnego końca robakowatego stworzenia, które łączyło zbior-
nik wodny ze statkiem spoczywającym na powierzchni. 

Ku ich zaskoczeniu wlot do żywego tunelu okazał się niestrzeżony. Podpłynąwszy 

pod krawędź, zatrzymali się na moment, spoglądając na siebie z niepokojem. Danni 
zaczęła już schodzić niżej, by wsunąć się do wnętrza, ale Miko chwycił ją za ramię i 
przytrzymał. Zamknął na moment oczy, koncentrując się, a potem ruszył przodem, 
trzymając przed sobą zdobyczną pałkę. 

Danni wstrzymała oddech i już miała podążyć za nim, gdy Miko wystawił głowę 

spod krawędzi rury. Droga była wolna. 

Pokonali w żółwim tempie mniej więcej dwudziestometrowy odcinek tunelu, nim 

dotarli do powierzchni wody. Teraz dopiero mogli w pełni docenić genialną konstruk-
cję  żywego tunelu: bez trudu posuwali się dalej w górę po otaczających go żebrach, 
które tworzyły wygodne schody. Woleli nie myśleć o tym, dlaczego i tu nikt nie pró-
bował ich zatrzymać. 

Idący przodem Miko pierwszy zauważył rozszerzający się wylot tunelu i odblaski 

wielobarwnej substancji, z której zbudowany był światostatek. Jedi prowadził tym ra-
zem bez wahania, a Danni podążała tuż za nim. Dotarłszy na brzeg spostrzegli, że znaj-
dują się w wielkiej sali, ale musieli odczekać chwilę, nim wzrok przyzwyczaił się do 
zmiany oświetlenia. Przez moment wydawało im się,  że są sami, potem jednak oczy 
Danni rozszerzyły się ze strachu; wskazała ręką na niewielką niszę, ukrytą w ścianie 
nieco na lewo od miejsca, w którym się zatrzymali. Stał w niej w milczeniu wytatu-
owany wojownik. 

background image

R.A. Salvatore 

153

- Nie potrzebujecie tu gnullithów - rzekł prefekt Da'Gara. Nie miał na twarzy ma-

ski, toteż widać było, że uśmiecha się z dumą. - Światostatek produkuje własną atmos-
ferę. 

Danni spojrzała na Miko, a potem omiotła wzrokiem całą salę, szukając strażni-

ków. 

- Zabrało wam to więcej czasu niż się spodziewałem - stwierdził spokojnie Da'Ga-

ra. 

Jedi ruszył do ataku, kręcąc pałką młynka nad głową. 
Prefekt zareagował  błyskawicznie: wyrzucił przed siebie ramiona, ciskając pod 

stopy Mika placek kleistej substancji i wypuszczając z dłoni kulkowatą istotę, która 
zawzięcie brzęczała skrzydełkami. 

Reglia uskoczył szczupakiem w bok, wykonując przewrót by odzyskać równowa-

gę i natychmiast stanął na nogi. Miał nadzieję pokonać ostatnich kilka metrów dzielą-
cych go od Da'Gary. Maź pomknęła za nim, rozszerzając się niczym kałuża zasilana 
bystrym strumieniem, a na jej powierzchni pokazały się zmarszczki. Jedi cofnął się o 
krok i skręcił w lewo, ale kleista substancja była szybsza. Miko postanowił ominąć je 
górą, wykręcając w powietrzu przepisowe salto. 

Nie miał szczęścia. Jęzor mazi uniósł się nad ziemię i chwycił go za stopę. Zwinny 

Jedi wylądował wprawdzie w pozycji stojącej, ale został unieruchomiony na dobre. 
Zamachnął się pałką, chcąc cisnąć ją niczym dziryt, lecz lepka substancja zareagowała 
z przerażającą szybkością, wspinając się po jego nogach i tułowiu, otaczając ramiona, a 
nawet chwytając pocisk, który właśnie rzucił. 

Danni chciała krzyknąć, ale zabrakło jej powietrza: nie zdołała uchylić się przed 

trzecim atakiem latającego stworzenia, które wypuścił Da'Gara. Tym razem filigranowy 
napastnik zdawał się przewidywać jej ruchy. Ominął jej wyciągnięte ręce i uderzył w 
piersi z taką siłą,  że dziewczyna padła bez tchu na plecy. Przez bardzo długą chwilę 
leżała nieruchomo, wpatrując się w wielobarwne sklepienie. A potem usłyszała szyder-
czy śmiech Da'Gary. 

Wiedziała, że musi teraz wstać i pomóc rycerzowi. Przewróciła się na bok i pod-

parła na łokciu. 

Nagle wróciła do pionu, uniesiona przez dwóch rosłych barbarzyńców. Zanim 

pomyślała o oporze, poczuła dotyk czegoś mokrego i lepkiego na nadgarstkach. Straż-
nik wykręcił jej ramię do tyłu i mocno przycisnął do jej pleców. Klej natychmiast za-
stygł, unieruchamiając rękę dziewczyny. To samo zrobił jej z drugim ramieniem. Wo-
jownicy szarpnęli nią, ustawiając ją twarzą do Da'Gary i uwięzionego Mika. 

- Wydawało ci się,  że macie szansę? - spytał  łagodnie prefekt, zbliżając się do 

unieruchomionego Jedi. - Powiedziałem ci uczciwie, że nie jesteś godny. Nie możesz 
nawet myśleć o stawianiu oporu. 

Gdy Miko bezskutecznie próbował uwolnić się z uścisku lepkiej substancji, z jego 

gardła dobiegł cichy warkot. Da'Gara, uśmiechając się jeszcze szerzej niż zwykle, pod-
szedł o krok bliżej. Jedną ręką zdjął z twarzy Reglii gnullitha, a drugą dotknął nasady 
nosa więźnia. Dreszcz bólu wstrząsnął ciałem jeńca, gdy ooglith zaczął się odrywać od 
jego skóry. 

Wektor pierwszy 

154

- Zbyt łatwo - szepnął prefekt wprost w jego ucho. 
Da'Gara skinął dłonią i dwaj rośli wojownicy ruszyli za nim do niszy, w której stał 

poprzednio, wlokąc ze sobą Danni. 

- Dobrze, że tu jesteś - odezwał się, gdy skręcili za załom tunelu. Ściana zamyka-

jąca wnękę była przezroczysta, a za nią rozpościerała się wspaniała panorama zamarz-
niętej powierzchni planety i niezmierzonej połaci gwiazd. 

Jedna z nich właśnie zaczęła się zbliżać, dosłownie rosnąc w oczach. 
Oczy Danni rozszerzyły się, gdy zrozumiała, co się dzieje: ogromny światostatek 

rozwijał swój błoniasty spadochron. Lodowa okrywa, na której miał wylądować, gwał-
townie parowała. 

- Będzie nas jeszcze więcej, Danni Quee - szepnął Da'Gara. - Czy teraz już widzisz 

prawdę? Dostrzegasz daremność oporu? 

Danni nie odpowiedziała; nawet nie mrugnęła. 
- Możesz do nas dołączyć - dorzucił prefekt. 
Dziewczyna uparcie trwała w bezruchu. 
- Nauczysz się - obiecał Da'Gara. - Pojmiesz chwałę Praetorite Vong. Zrozumiesz, 

gdzie twoje miejsce - wyjaśnił, po czym zwrócił się do strażników. - Poproście prefekt 
Ma'Shraid,  żeby do nas przyszła. Z przyjemnością popatrzy, jak yammosk pochłania 
niegodnego. 

Danni wytężyła wszystkie siły, by nie zgubić rytmu oddechu i nie zdradzić, jak 

bardzo się boi. Nie odezwała się ani słowem i nie próbowała stawiać oporu - bo i po 
co? - gdy wciągnięto ją z powrotem do głównej sali, gdzie grupa wojowników zajmo-
wała się Miko i jego lepkimi kajdanami. 

To, co działo się z Danni później, zlało się w jej wspomnieniu w jeden ciąg zda-

rzeń i scen, o których wolała myśleć jako o koszmarnym śnie. Wrzucono ją z powrotem 
do podwodnego tunelu. Ślizgając się i obijając o krawędzie, czuła szczypanie lodowatej 
wody, obmywającej jej ciało w miejscach, gdzie ooglith-okrywacz nie przylegał nale-
życie do skóry. Ciągnący ją w głąb otchłani strażnicy zdjęli jej pęta i przytroczyli do 
ciała obciążniki, a potem poprowadzili dalej, w stronę poświaty otaczającej serce 
yuuzhanskiej bazy. Danni kolejny raz z podziwem pomyślała o chroniącym ją ooglithu 
- nie czuła wzrostu ciśnienia; tak, jakby żywy skafander w jakiś sposób niwelował siły 
działające na nią w głębi podziemnego oceanu. 

Olbrzymie macki yammoska, koordynatora wojennego i żywego ośrodka decyzyj-

nego Praetorite Vong, wiły się wokół niej, niczym flagi zapraszające do udziału w uro-
czystości. Funkcję trybun pełniły wyrastające z dna kanciaste rafy, pokryte fosforyzują-
cymi żyjątkami. Na nich, w ciszy i skupieniu, stanęli wojownicy Da'Gary. Przez gnulli-
thy, zakrywające ich wytatuowane i pokryte bliznami twarze, widać było jedynie oczy 
o stalowym spojrzeniu. Danni stanęła w tylnym rzędzie, z dala od korpusu yammoska. 

Mimo to przez krystalicznie czystą wodę widziała ohydne oblicze, parę wyłupia-

stych, czarnych oczu, przepastną paszczę i pojedynczy, umieszczony pośrodku ząb 
koordynatora. 

background image

R.A. Salvatore 

155

Nikt nie zwracał na nią uwagi. Żołnierze stali w milczeniu, z wzrokiem utkwio-

nym przed siebie, lecz dwaj barbarzyńcy stojący po bokach Danni mocno trzymali ją 
pod ramiona. 

Wielki yammosk wyrzucił z siebie olbrzymi bąbel powietrza, który obracał się z 

wolna i rozszerzał, obejmując stopniowo Danni i wszystkich stojących wokół niej 
Yuuzhan. Ku jej zdumieniu, banka trzymała się blisko dna, skutecznie wytrzymując 
napór wody. Wojownicy zaczęli zdejmować gnullithy, a jeden ze strażników ściągnął 
żywą maskę także i z jej twarzy. 

Po chwili zjawił się Da'Gara, odziany w czerwone, ceremonialne szaty, których 

Danni wcześniej nie widziała. Wspiął się na platformę wzniesioną tuż przed yammo-
skiem i uniósł ręce w stronę zebranych. 

Nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, a mimo to dziewczyna wiedziała, że ko-

munikuje się z podwładnymi. Gdy zastanowiła się głębiej nad tym fenomenem, zamy-
kając oczy i koncentrując uwagę, sama zaczęła rozumieć myśli prefekta. Po chwili 
pojęła, że wołanie nie pochodzi bezpośrednio od Da'Gary, lecz jest wzmacniane i prze-
kazywane wojownikom przez umysł potężnego yammoska. Stwór miał najwyraźniej 
możliwości telepatyczne, a jego potencjał mentalny był tak wielki, że mógł ustanowić 
łączność między wszystkimi zebranymi. 

Gdy telepatyczne wołanie o spokój ucichło, Da'Gara stanął na skraju platformy i 

zaczął przemawiać na głos. Danni, rzecz jasna, nie rozumiała mowy, ale skupiając się 
na falach energii emitowanych przez yammoska, podświadomie pojmowała z grubsza 
jej sens. Prefekt mówił o chwale, o Praetorite Vong i o wielkim podboju, który miał być 
jej dziełem. Entuzjastycznie wyrażał się o Ma'Shraid i przyprowadzonym przez nią 
drugim światostatku oraz o trzecim, który miał się tu zjawić już wkrótce. Opowiedział 
też o potyczce z myśliwcami i nawiązał do wizji ostatecznego zwycięstwa. 

Potem wrócił do wychwalania Ma'Shraid. Danni zrozumiała wkrótce dlaczego: 

najpierw całym ciałem poczuła wibrację, a chwilę później wszystkie głowy zwróciły się 
w bok. W kierunku bocznej ściany bąbla z powietrzem wytworzonego przez yammoska 
osuwała się potężna rura, przypominająca tę, która łączyła  światostatek z ukrytą pod 
lodem otchłanią; wreszcie przebiła niewidzialną osłonę gdzieś na tyłach zgromadzenia. 

Wyłoniły się z niej zastępy yuuzhańskich wojów, liczniejsze niż legion Da'Gary. 

Barbarzyńcy obojga płci, atletycznie zbudowani, pokryci bliznami po samookalecze-
niach i ornamentami tatuaży, maszerowali wpatrzeni w jeden punkt płonącymi fana-
tycznie oczami. Jako ostatnia pojawiła się kobieta w czerwonych szatach, podobnych 
do tych, które miał na sobie Da'Gara. Czterech mocarzy niosło ją w lektyce. Podczas 
gdy ich pobratymcy sprawnie wpletli swe szeregi w formację żołnierzy Da'Gary - ów 
pokaz karności nie umknął uwadze Danni - tragarze donieśli swoje brzemię do platfor-
my. Ma'Shraid stanęła u boku gospodarza. 

Da'Gara ustąpił jej miejsca, by mogła wznieść modły do bogów. Skończywszy, 

uraczyła zebranych długą mową, której głównym tematem były znowu „chwała i obo-
wiązek". Mówiła też o honorze służby w Praetorite Vong oraz o zaszczycie, którego 
mieli doświadczyć wszyscy ci, którzy zginą w walce o panowanie nad galaktyką. 

Wektor pierwszy 

156

Przedstawienie ciągnęło się przez długie godziny, a Danni nie dostrzegła ani jed-

nego objawu znudzenia. Przytłaczała ją energia, którą niemal czuło się w powietrzu. 
Tak ogromne oddanie nieczęsto przejawiali przedstawiciele jej rasy. 

Wreszcie przemowy dobiegły końca. Da'Gara wezwał yammosk i chwilę później 

Danni poczuła, że jej ciało drży, jakby miało się rozpaść. 

Niejako w odpowiedzi na ową falę energii ukazała się druga lektyka. Nie wynie-

siono jej z tunelu, lecz spoza raf. Jej kabina była szczelnie zasłonięta, toteż Danni nie 
była w stanie dostrzec pasażera. 

Mimo to - wiedziała. 
Czterej wojownicy zanieśli lektykę na sam koniec placu i ustawili ją między 

dwoma nieco szerzej rozstawionymi rzędami  żołnierzy; mniej więcej sto metrów od 
platformy, na której znajdowali się Da'Gara i Ma'Shraid. 

Zasłony opadły i oczom zebranych ukazał się Miko Reglia, przykuty do podstawy 

lektyki. 

Danni znowu odbierała wibracje. Tym razem czuła emanujące z yammosk uczucie 

beznadziei i rozpaczy. Skierowane było do Miko - mówiły o tym nagła zmiana wyrazu 
twarzy i bezradne załamanie raje. Dziewczyna z przerażeniem patrzyła, jak dwie wą-
skie macki wystrzelają z otworów po bokach paszczy koordynatora i mkną między 
rzędami wojowników wprost ku lektyce. Błyskawicznie chwyciły Mika i z budzącą 
przerażenie siłą wyrwały go z pęt. 

Z początku Jedi próbował walczyć, jednak szybko pojął daremność swoich wysił-

ków. Zamknął oczy i - jak domyślała się Danni - usiłował pogrążyć się w medytacji. 

Umysł yammoska znowu zaczął emitować potężne fale emocji, które miały złamać 

wolę jeńca. 

Danni zrozumiała, o co chodzi. Istota chciała, by Jedi okazał strach i stracił na-

dzieję, pogrążając się bezpowrotnie w rozpaczy. 

- Walcz, Miko - szepnęła, żałując, że nie umie władać Mocą, bo tylko tak mogłaby 

nawiązać kontakt z rycerzem i podzielić się z nim swoją siłą i pomóc mu umrzeć z 
honorem. 

 
Miko próbował patrzeć w bok lub w dół albo zamknąć oczy, by zebrać we-

wnętrzną siłę. Postanowił czekać na śmierć z odwagą i spokojem, ale... yammosk zmu-
sił go do otwarcia oczu. Jedi wiedział,  że to już koniec - straszliwy, bolesny koniec. 
Widział przed sobą groźny pysk, rosnący z każdą chwilą, a w nim - rzędy mniejszych 
zębów ukryte za widocznym na zewnątrz, wielkim kłem. Gdy znalazł się jeszcze bliżej, 
dostrzegł też mięsiste wnętrze paszczy. 

Nigdy nie bał się śmierci - był rycerzem Jedi - ale nigdy też nie wyobrażał sobie, 

że spotka go coś podobnego. Wypełniało go mroczne poczucie pustki, której nie mogła 
przezwyciężyć nawet głęboka wiara. Logika podpowiadała mu, że źródłem tego uczu-
cia jest yammosk, przewrotny telepata, ale chłodne myślenie ustępowało przerażeniu i 
obezwładniającej pewności rychłego kresu egzystencji. 

Blisko, coraz bliżej. Paszcza otwierała się i zamykała, jakby już przeżuwała zbli-

żający się kęs pożywienia. 

background image

R.A. Salvatore 

157

Blisko, coraz bliżej. 

Wektor pierwszy 

158

R O Z D Z I A Ł  

15 

CZEKAJĄC NA PRZYBYCIE BOGINI 

- Czy ktoś mógłby nam pomóc? - spytał sarkastycznie Han i westchnął ciężko. 

Anakin właśnie posadził „Sokoła Millenium" na powierzchni Sernpidala, co nie było 
takie proste, jako że sieć portów kosmicznych nie była najmocniejszą stroną planety. 
Krótko mówiąc, wylądowali na placku nagiej ziemi otoczonym murem, w samym 
środku rozległego miasta o niskiej zabudowie. Wprawdzie wokół statku wiele się działo 
- przez lądowisko przewalały się tabuny przedstawicieli najrozmaitszych ras – jednak 
owa aktywność była cokolwiek chaotyczna, a w każdym razie nie miała nic wspólnego 
z rozładunkiem frachtowca. 

Han postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Skierował się ku bramie w murze 

okalającym płytę startową, a dokładnie w stronę stojących tam dwóch tubylców - męż-
czyzn o bladej skórze i czerwonych oczach, odzianych w tradycyjne sernpidalskie stro-
je: pasiaste, biało-czerwone szaty z olbrzymimi kapturami. 

- Kto rządzi tym portem? - spytał. 
- Tosi-karu! - wrzasnął fanatycznie jeden z albinosów, po czym wraz ze swym 

kompanem próbował rzucić się do ucieczki. 

- Gdzie go znajdę? - indagował dalej Solo, zwinnie zastępując mu drogę. 
- Tosi-karu! - ryknął znowu tubylec, wskazując palcem na niebo. Gdy Han spró-

bował go chwycić za koszulę, mężczyzna odbił jego ręce i ruszył biegiem przed siebie. 

- Tosi-karu! - krzyknął za nim Korelianin. - Gdzie? 
- Obawiam się, że powinieneś raczej popatrzeć w górę - odezwał się ktoś spokoj-

nie. 

Han odwrócił się i ujrzał wspartego na kiju starego człowieka, który nie wyglądał 

na typowego sernpidalskiego albinosa. 

- On lata? - spytał sceptycznie Solo. 
- Bardziej właściwe byłoby słowo „orbituje" - odparł starzec. - Choć istotnie potra-

fiłaby latać, jeśli tutejsze legendy dotyczące tej bogini są prawdziwe. 

- Bogini? - powtórzył Han, kręcąc głową. - Cudownie. Wpakowaliśmy się w sam 

środek jakiegoś święta. 

background image

R.A. Salvatore 

159

- Nic podobnego. 
Solo rozejrzał się dookoła, przyglądając się dokładniej biegającym chaotycznie i 

przewracającym oczami tubylcom. 

- W takim razie nie chciałbym tu trafić w święto - mruknął. - Jesteś zarządcą por-

tu? 

- Ja? - mężczyzna zaśmiał się z niedowierzaniem. - Jestem tylko starym człowie-

kiem, który przybył tu, by spędzić w spokoju ostatnie dni życia. 

- A gdzie znajdę zarządcę? 
- Nie wiem, czy w ogóle go znajdziesz. Nie mamy tu wielkiego ruchu. 
- Wspaniale - wymamrotał Han. - Przywiozłem pełno towaru... 
- Nie sądzę, żebyś miał kłopoty z rozładunkiem - przerwał mężczyzna śmiejąc się 

z cicha. 

 
- Powinniście nam pomóc - powiedział Anakin do grupy Sernpidalian, stojąc przy 

bramie po drugiej stronie lądowiska. Do sugestii tej dołożył ogromną presję Mocy, 
szczególnie dobitnie akcentując słowo „powinniście". 

Tubylcy zwolnili, oglądając się w stronę chłopca i Wookiego. Przez chwilę wyda-

wało się, że zatrzymają się, lecz jeden z nich wrzasnął „Tosi-karu!" i cała grupka rzuci-
ła się do ucieczki. 

Chewie zawył. 
- Jak to „Luke robi to lepiej"? - spytał Anakin. - Nie widziałeś, że byli zajęci? 
Wookie wydał z siebie serię ryków i warknięć. 
- Owszem, to ma znaczenie! - upierał się chłopak. 
Nieczęsto miał okazję  słyszeć rechot Chewiego - tym bardziej nieprzyjemny, że 

olbrzym śmiał się właśnie z niego. - Zatrzymam tego - rzucił, ruszając w stronę prze-
chodzącego opodal Sernpidalianina. 

Chewie powstrzymał go swą wielką łapą i sam stanął naprzeciwko tubylca. Gdy 

albinos spróbował go ominąć, Wookie osadził go w miejscu jednym ze swych popiso-
wych ryków. 

Nie na długo. Sernpidalianin obrócił się na pięcie i uciekł z krzykiem. 
- O, tak - mruknął złośliwie Anakin. - To było znacznie lepsze. Chewie odwrócił 

się do niego, niebezpiecznie mrużąc ślepia. 

 
Han popatrzył na starca sceptycznie. 
- Duży - zauważył mężczyzna, zwracając szeroko otwarte oczy na Chewiego, któ-

ry pojawił się za plecami przyjaciela. Han odwrócił się i ujrzał Wookiego i Anakina, 
spierających się o coś zawzięcie. 

- Nie zatrzymują się nawet, żeby nas wysłuchać - poskarżył się młodzieniec. - Nie 

mam pojęcia, czy tu w ogóle istnieje jakaś władza. Chewie nastraszył paru, ale ci tylko 
krzyczeli coś po swojemu i dawali nogę. 

Han przez chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał, a potem spojrzał na starca i 

utkwił wzrok w swoim synu. 

- Co czujesz? - spytał. 

Wektor pierwszy 

160

Anakin wybałuszył oczy ze zdziwienia. Zaskoczyło go, że ojciec pyta o Moc. Han 

był na nią równie głuchy, jak Anakin wrażliwy, i niezwykle rzadko prosił o opinię Jedi, 
polegając zwykle na własnym instynkcie i szczęściu. 

Chłopak na dłuższą chwilę zamknął oczy. 
- Strach - powiedział powoli. 
- O, tak. Tego tu nie brakuje - potwierdził starzec. - To chyba zrozumiałe? 
- I coś jeszcze... - dorzucił Anakin, wpatrując się w ojca. -Więcej niż strach - do-

dał. - Dotyczy to szczególnie takich, jak oni - uściślił, wskazując gestem grupę tubyl-
ców pędzących przeciwną stroną alei. Pasiaste stroje powiewały za nimi w obłokach 
kurzu. - To uczucie jest prawie.... 

- Religijne? - spytał starzec, znowu chichocząc pod nosem. 
- Tak - odpowiedział Anakin, a Han rzucił mężczyźnie wrogie spojrzenie. - Du-

chowe. Boją się, a jednocześnie są pełni nadziei. 

- Tosi-karu - rzucił starzec odchodząc. 
- „Tosi-karu"? - spytał Anakin. - Właśnie to krzyczeli tamci przy bramie. 
- Hej! - zawołał Han, ale mężczyzna nie zatrzymał się. Szedł powoli, śmiejąc się i 

potrząsając głową. 

- Tosi-karu? - powtórzył chłopak. 
- To jakaś bogini - wyjaśnił mu ojciec. - Dzieje się tu coś dziwnego. Nie wiem, w 

co nas wrobił Lando, ale mam.... 

- Złe przeczucia? - dokończył Anakin, z niewinnym uśmiechem kradnąc ojcu jego 

ulubione powiedzonko. 

- Sporo do zrobienia - poprawił Han. - Chcę jak najszybciej opróżnić ładownie i 

odlecieć stąd. 

Chewie ryknął na znak protestu - zapowiadała się naprawdę ciężka robota. 
- Będziemy sami rozładowywać? - spytał z niedowierzaniem Anakin. 
- Nie - odparł Han z bezlitosnym sarkazmem. - Poprosimy kogoś o pomoc. 
Zanim chłopak zdążył bezradnie westchnąć, gdzieś w głębi ulicy z setki gardeł 

wyrwał się potężny krzyk. 

- Tosi-karu! 
- Bogini gdzieś tu jest - zauważył Anakin. 
- W takim razie sprawdźmy; może to ona tutaj rządzi - odpowiedział Han i ruszył 

przodem. Za najbliższym rogiem znowu natknęli się na starca, który siedział wygodnie 
na progu domostwa, z dłońmi splecionymi na wierzchołku kija. 

- Postanowiliśmy spotkać się z boginią - poinformował go kpiąco Solo. 
- W takim razie nie musicie iść dalej - odparł mężczyzna.  
Trzej przybysze stanęli jak wryci, a Han spojrzał podejrzliwie na starucha. 
- Ty nią jesteś? - spytał. 
Nieznajomy roześmiał się i wskazał palcem na wschodnią część nieboskłonu, 

gdzie na wciąż jeszcze błękitnym niebie ukazał się księżyc. 

I to jaki! Wydawał się dorównywać rozmiarami Sernpidalowi. Han próbował 

przypomnieć sobie informacje o układzie tutejszych planet i księżyców, które wkładał 
Anakinowi do głowy, przygotowując go do samodzielnego lądowania. Sernpidal miał 

background image

R.A. Salvatore 

161
dwa księżyce: jeden z nich był spory - zaledwie pięć razy mniejszy od samej planety - 
zaś drugi znacznie mniejszy: jego średnica nie przekraczała dwudziestu kilometrów. 

Han, Anakin i Chewbacca w zdumieniu obserwowali satelitę, błyskawicznie uno-

szącego się nad horyzont. Wkrótce księżyc znalazł się nad ich głowami. 

- Jest wyjątkowo szybki - zauważył Solo. 
- Szybszy z każdą godziną- odparł starzec. Trzej przybysze spojrzeli na niego ze 

zdumieniem. 

- Który to księżyc? - spytał Anakin. Na jego twarzy coraz wyraźniej malował się 

strach. - Dobido, prawda? 

- Dobido to ten mniejszy - sprzeciwił się Han. 
- To rzeczywiście jest Dobido - przytaknął mężczyzna. 
Han i Anakin spojrzeli na siebie, rozważając w milczeniu tajemnicze słowa: „z 

każdą godziną szybszy"... Chewie chwycił się łapami za głowę i ryknął gromko. 

- Twierdzisz, że Dobido spada? - powtórzył Han słowa przyjaciela. 
- Ja też tak uważam - stwierdził starzec. - Zdaje się, że wymysły tubylców o rze-

komym zstąpieniu Tosi-karu są nieco naciągane. 

Księżyc nad głowami rozmawiających minął już szczytowy punkt orbity i szybko 

przesuwał się ku zachodowi. 

- Ile czasu? - spytał resztką tchu Anakin. 
Jego ojciec zaczaj w myśli pospieszne obliczenia, ale nie mając niemal żadnych 

punktów odniesienia, szybko zrezygnował. Do głowy przyszła mu znacznie bardziej 
nagląca myśl. 

- Biegiem do „Sokoła"! - zawołał i rzucił się w kierunku lądowiska. Anakin i 

Chewie ruszyli jego śladem. 

- Możliwe, że jest już rozładowany! - krzyknął za nimi niezmiennie spokojny sta-

rzec, po czym uśmiechnął się z głębokim smutkiem. Anakin zatrzymał się i popatrzył 
mu w oczy. 

- Wybrali mnie swoim burmistrzem - wyjaśnił  mężczyzna wzdychając ciężko. - 

Miałem ich chronić. 

- Pospiesz się! - zawołał Han niemal rozpaczliwym tonem. 
Gdy dotarli w pobliże frachtowca, rozładunek był niemal ukończony. Tłumy 

osobników najrozmaitszych gatunków kłębiły się wokół statku. Większość z nich po-
magała w wyrzucaniu skrzyń z towarem, choć znalazło się i kilku oportunistów, którzy 
gorączkowo przeszukiwali przywiezione dobra. 

- Hej! - ryknął Han, gorączkowymi ruchami ramion rozgarniając tłum. 
Zignorowano go całkowicie, nawet wtedy, gdy bezceremonialnie wyciągnął na 

zewnątrz kilka osób. 

- Odsunąć się od mojego statku! - pokrzykiwał raz za razem, biegając nerwowo. 

Spóźniał się ciągle o pół kroku, bo rozkradający zawartość skrzyń tubylcy natychmiast 
umykali na jego widok. 

Chewbacca zastosował bardziej bezpośrednią metodę perswazji. Pobiegł w kie-

runku rampy, wszedł po niej do góry i zatrzymał się przy śluzie, by wydać jeden ze 
swych donośnych ryków, które zawsze dotąd skutkowały. Usłyszała go spora grupa 

Wektor pierwszy 

162

nieproszonych gości. Nawet ci, którzy nie uciekli w popłochu, omijali szerokim łukiem 
miejsce, z którego dobiegł głos Wookiego. 

Anakin użył jeszcze innego sposobu. Przechadzał się spokojnie między rabusiami, 

„sugerując" im łagodnie, że będzie dla nich lepiej, jeśli się oddalą. Tego dnia jego sło-
wa, wsparte potęgą Mocy, zjednały mu wielu przyjaciół, którzy skwapliwie skorzystali 
z dobrej rady. 

Opróżnianie lądowiska z niepożądanego towarzystwa trwało ponad pół godziny. 

Drugie tyle trzeba było poświęcić na wyłuskanie - przy użyciu zdolności Anakina - 
wszystkich pasażerów na gapę, którzy zdążyli zadekować się w licznych skrytkach na 
pokładzie „Sokoła". 

Dopiero wtedy Han, nie tracąc czasu na zdobywanie pozwolenia na start, skiero-

wał statek wprost na orbitę, w pościg za mknącym coraz prędzej księżycem. 

- Jest - odezwał się do syna, gdy nad horyzontem ukazał się ciemny kształt sateli-

ty. - Dziesięć bilionów ton niebezpieczeństwa. 

- Torpedy? - spytał Anakin. 
Han spojrzał na niego ze zdziwieniem. 
- Równie dobrze mógłbyś strzelać wykałaczką do banthy. Tu potrzeba co najmniej 

niszczyciela gwiezdnego, zresztą szczątki rozbitego księżyca i tak zmasakrowałyby 
powierzchnię Sernpidala. 

- W takim razie co robimy? 
- Że też nigdy nie ma pod ręką Gwiazdy Śmierci, kiedy jest najbardziej potrzebna - 

mruknął Solo i spojrzał przez ramię na Chewiego, który gorączkowo sprawdzał odczyty 
i obliczał coś pospiesznie. 

Wookie popatrzył uważnie na ekran, podrapał się parę razy po głowie i jęknął 

przeciągle, pukając palcem w monitor. 

- Na co mam patrzeć? - zirytował się Han, obracając się z fotelem. 
Chewie zaryczał stanowczo. 
- Siedem godzin? - powtórzył z niedowierzaniem Korelianin. - Pokaż - rzucił, od-

pychając  łapy Wookiego, i umilkł, ujrzawszy na ekranie linię, którą wskazywał mu 
przyjaciel. 

- Przed nami wspaniały dzień - stwierdził, spoglądając na Anakina. - Sernpidalowi 

zostało jeszcze siedem godzin. 

Chłopak rozdziawił usta ze zdziwienia. 
- Cała nadzieja w tym, że księżyc odbije się od górnych warstw atmosfery i oddali 

się na jakiś czas - wyjaśnił Han. 

Zanim jeszcze dokończył zdanie, uderzyła go nielogiczność całej tej sytuacji. 
- Przecież orbituje tu od milionów lat - odezwał się po chwili, potrząsając głową. - 

Dlaczego tak nagle... I dlaczego akurat teraz? - Przez jego umysł przemknął cień podej-
rzenia. Wiedział już, że na pewno będzie chciał porozmawiać z pewnym podejrzanym 
przedsiębiorcą, który wrobił go w tę podróż. 

- Sądzisz, że Lando wiedział? - spytał sceptycznie Anakin. 
Han nie odpowiedział. Zastanawiał się, czy wśród kontrahentów Calrissiana nie 

było takich, którym nie podobały się jego kontakty z tą kolonią. Ale czy któryś z nich 

background image

R.A. Salvatore 

163
znał sposób na kontrolowane wybicie księżyca z jego orbity? Cała ta sprawa wyglądała 
na kompletnie niedorzeczną. 

Dla Hana, który większość z ostatnich trzydziestu lat spędził w walce, posługując 

się zwykle kompletnie niedorzecznymi planami działania i równie niedorzecznym 
sprzętem, żaden pomysł nie zasługiwał na miano niewykonalnego. 

Głośnik przy ekranie na konsolecie Anakina pisnął cicho. 
- Co znalazłeś? - spytał Han. 
Anakin pochylił się nad wyświetlaczem. 
- Satelitę meteo. 
Solo spojrzał na toczącą się przed „Sokołem" bryłę księżyca. 
- Podejdź bliżej - polecił synowi, po czym zwrócił się do Chewiego. - Załadujesz 

jego dane. Spróbujemy ustalić kurs Dobido. Może coś wymyślimy. 

Kilka chwil później Anakin podprowadził frachtowiec burtą do korpusu satelity. 

Był to jeden ze starszych modeli, Thunder-storm 63. Chewie natychmiast ustanowił 
zdalną  łączność między jego bankami pamięci a komputerem pokładowym „Sokoła 
Millenium". 

Han przejął od Anakina stery. Gdy tylko Chewbacca zakończył transfer danych, 

Solo zręcznie poprowadził statek nad powierzchnię księżyca. Okrążyli go kilkakrotnie, 
szukając jakichkolwiek śladów ingerencji - na przykład dobrze ukrytych, potężnych 
silników jonowych. Drobiazgowe badanie nie przyniosło jednak żadnych rezultatów. 

- Miej oczy otwarte - polecił Chewiemu, który właśnie zamienił się miejscami z 

Anakinem, powracając na swój fotel po prawej stronie kabiny. 

Wookie zawył cicho i natychmiast wziął się do pracy, pomagając Hanowi prowa-

dzić „Sokoła" tak wolno i tak blisko powierzchni księżyca, jak tylko było to możliwe. 

- Siedem godzin - mruknął Korelianin. - W jaki sposób mamy ewakuować tylu lu-

dzi w ciągu siedmiu godzin? – wypowiadając to czysto retoryczne pytanie, nadał w 
przestrzeń sygnał ratunkowy, który wzywał na pomoc Sernpidalowi wszystkie jednost-
ki znajdujące się w pobliżu. 

Wiedział jednak, że niewiele statków w porę odpowie na tę prośbę. 
- Widzisz coś? - spytał Chewiego. 
Wookie warknął i potrząsnął łbem. 
- Źródło jest na planecie! - krzyknął za ich plecami Anakin. Obaj instynktownie 

spojrzeli w dół, ku powierzchni, po czym zwrócili zaciekawione spojrzenie na mło-
dzieńca. 

Anakin pospieszył do nich, trzymając w rękach wydruk danych, które Chewie 

ściągnął z satelity meteorologicznego. 

- Patrzcie - powiedział, wskazując palcem na diagram ilustrujący zmiany orbity 

Dobida w ciągu ostatnich dwóch tygodni. 

Jeszcze kilka dni wcześniej księżyc poruszał się po elipsie. Potem jednak nagle za-

czął nurkować w stronę planety. 

- Spójrzcie na opadanie kursu - odezwał się Anakin. – Za każdym razem, gdy 

przelatuje nad tą częścią planety, schodzi coraz niżej. Coś go ściąga. 

Wektor pierwszy 

164

Han i Chewie przez chwilę analizowali wykres. Istotnie, widać wyraźnie, że prze-

latując nad Sernpidal City, Dobido przenosi się na ciaśniejszą orbitę. 

- Może wzywają ją swoimi modłami? - mruknął Han. 
- Coś tam musi być... - szepnął Anakin. Zbyt podekscytowany, by zwrócić uwagę 

na żart ojca. Postukał palcem w wydruk. - I znajduje się to dokładnie w połowie tego 
łuku - dodał, dojeżdżając na mapie do punktu niezbyt odległego od wschodnich przed-
mieść miasta. 

Han spojrzał na Chewiego, a Wookie wyciągając łapę po wydruk spojrzał na Ana-

kina. 

- Gdzieś tu - wskazał Anakin raz jeszcze, gdy olbrzym pochylił się nad diagra-

mem. 

Chewie znowu popatrzył na chłopaka, a potem warknięciem potwierdził jego do-

mysły. 

Han skierował „Sokoła" wprost na cel. Frachtowiec śmignął pod wirującym Dobi-

do i niemal natychmiast wszedł w atmosferę. Obaj piloci uważnie wpatrywali się w 
powierzchnię planety, szukając jakiejś wskazówki lub czegoś, jak krążownik klasy 
Interdyctor, którego emitery grawitacyjne były w stanie symulować obecność dużego 
ciała niebieskiego, uniemożliwiając w ten sposób znajdującym się w pobliżu statkom 
ucieczkę w nadprzestrzeń. 

Tymczasem Anakin uważnie badał kurs Dobida, który po raz kolejny wszedł w 

strefę największego obniżenia orbity. Księżyc znowu opadł w widoczny sposób. Ana-
kin uzupełnił kalkulację Chewiego o nowe dane. 

Han usłyszał cichy jęk syna. 
- Co nowego? 
- Nie ma mowy, żeby księżyc odbił się od atmosfery - wyjaśnił chłopak. - Przycią-

ganie jest zbyt silne. Sądzę, że zostało nam niecałe sześć godzin, a nie siedem, bo obni-
żenie orbity jest za każdym razem coraz większe. I jeszcze jedno... - tu przerwał, czeka-
jąc, aż Han i Chewie spojrzą na niego. - Może to nieważne, ale Dobido uderzy w Sern-
pidal City. 

- Cóż za zbieg okoliczności - stwierdził ironicznie Solo. 
Chewbacca zawtórował mu rykiem. Han pomyślał,  że po raz pierwszy słyszy w 

głosie Wookiego tyle sarkazmu. 

Chwilę później, po kolejnym zwrocie, na horyzoncie ukazała się stolica planety. 
- Tylko w tym jednym mieście żyje co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ludzi - przy-

pomniał Solo. 

- A mają pewnie nie więcej niż setkę statków - dorzucił Anakin. 
W sterowni zapadła złowróżbna cisza. 
- Musimy znaleźć źródło przyciągania - stwierdził stanowczo Han. 
„Sokół" skierował się prosto na lądowisko. Jego kapitan nastawił się psychicznie 

na kłótnię z kontrolerem lotów i udzielenie mu kilku celnych rad, ale wieża nie wysłała 
żadnego sygnału. Po chwili stało się jasne, dlaczego: potężne trzęsienie ziemi targnęło 
miastem.  Ściany budynków i nawierzchnie ulic pękały, a uciekający w panice prze-
chodnie nie byli w stanie utrzymać się na nogach. 

background image

R.A. Salvatore 

165

- Dobrze, że miasto nie leży nad oceanem - zauważył Anakin. 
Han natychmiast zareagował, zawracając maszynę i kierując ją na południe, ku 

wybrzeżu. Tam, w dolinie u podnóża łańcucha górskiego, znajdowała się spora osada, 
licząca kilka tysięcy mieszkańców. 

Anakin jęknął, gdy „Sokół" wzniósł się nad pierwszy rząd górskich szczytów. Han 

nie musiał pytać co się stało. Chłopak był wyjątkowo czuły na zaburzenia Mocy i wła-
śnie odebrał impuls, który oznaczał zagładę ludności miasteczka. 

Gdy statek minął ostatnie pasmo wzniesień, jego załoga ujrzała cały ogrom znisz-

czeń: wzburzony ocean z furia wdarł się w dolinę, zmywając po drodze domy, drze-
wa.... dosłownie wszystko. Nawet bez schodzenia na niższy pułap trzej przybysze wie-
dzieli, że w tej okolicy nikt nie pozostał żywy. 

Han znowu zawrócił „Sokołem"; tym razem na północ. Przyspieszył, kierując 

frachtowiec w stronę  lądowiska w Sernpidal City. Na widok zbliżającego się statku 
przez bramy portu kosmicznego wlały się  tłumy ludzi, którzy, ocknąwszy się, nagle 
dostrzegli nadciągającą katastrofę i w panice szukali drogi ucieczki. 

Han spojrzał na Chewiego. 
- Pakuj ich na pokład - polecił. - Tak ciasno, jak tylko się da. 
- Trzeba się skontaktować z pozostałymi statkami - dorzucił Anakin. -Nie wolno 

im odlecieć, dopóki nie będą pełne. 

Solo skinął głową. 
- To i tak nie wystarczy - przypomniał. - Musimy odnaleźć i zniszczyć  źródło 

przyciągania. 

- Mogę je odszukać - zaoferował chłopak. 
Han zamarł i spojrzał na niego twardo. 
- Znajdę źródło - powtórzył Anakin. - A wtedy ty i Chewie podlecicie „Sokołem" i 

rozwalicie je. 

Korelianin przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad propozycją syna. Rozumiał, 

że lepiej niż on poradzi sobie ze zorganizowaniem ewakuacji. By opanować tłum nale-
żało mieć doświadczenie, charyzmę, lub - w ostateczności - twardą rękę. Anakin może 
byłby w stanie tego dokonać - przecież władał Mocą -ale nie sposób przewidzieć dal-
szego rozwoju wypadków. Gdyby władze Sernpidala przysłały na lądowisko swych 
przedstawicieli, a z nimi szczwanych prawników, doświadczenie Hana mogło okazać 
się decydującym czynnikiem w obronie statku. 

Lecz mimo wszystko przerażała go myśl o wysłaniu Anakina na poszukiwanie 

niezidentyfikowanego źródła przyciągania, które zdolne było wyrwać z orbity księżyc. 

A jednak musiał zaufać synowi. 
- Zdobędziemy dla ciebie śmigacz - odezwał się w końcu. - Znajdziesz źródło i na-

tychmiast prześlesz mi współrzędne. Nie próbuj działać na własną rękę. 

Anakin kiwnął głową i szybko ruszył w stronę schowka na broń. Przypiął blaster 

do pasa, po drugiej stronie niż miecz świetlny. 

- Nie rób niczego sam - powtórzył Han. - Wezwij nas i wynoś się stamtąd. 
Chłopak spojrzał mu prosto w oczy. I dostrzegł w nich zaufanie. 

Wektor pierwszy 

166

W Sernpidal City panował większy chaos niż można było się spodziewać. Wielu 

tubylców wyległo na ulice i padło na kolana, płacząc i modląc się o przybycie Tosi-
karu. 

Ponura ironia tej sytuacji nie umknęła uwadze Hana. 
Tłum ludzi kłębił się przy bramach portu kosmicznego. Od czasu do czasu rozlegał 

się huk strzału z blastera. Solo przypuszczał,  że gdyby załadować do maksimum 
wszystkie dostępne statki, można by uratować większość mieszkańców miasta. Kiedy 
jednak zszedł po rampie na płytę lądowiska i ujrzał na własne oczy skalę chaosu i pani-
ki, zwątpił, czy plan ten ma szanse powodzenia. 

Z pobliskiego pasa startowego wystrzelił w powietrze niewielki wahadłowiec i 

pomknął prosto ku niebu. Załoga „Sokoła" z przerażeniem obserwowała malejące syl-
wetki ludzi uczepionych kurczowo podwozia stateczku. Nieszczęśnicy spadali jeden po 
drugim, ich wrzask kończył się wraz życiem. 

Kolejny wstrząs targnął miastem. Jedna ze ścian okalających lądowisko upadła 

wprost na pancerz frachtowca. Na szczęście bryły gruzu, jak się wydawało, nie wyrzą-
dziły żadnych szkód. 

- Oczyść go! - krzyknął Han do Chewiego. Wookie zniknął we wnętrzu statku. Po 

chwili ożyły działka pokładowe i z resztek ściany zostały jedynie drobne kawałeczki. 

- Nigdy tam nie dotrzesz - zwrócił się Han do Anakina. 
- Muszę spróbować. 
Ojciec spojrzał na niego uważnie... Nie chciał wysyłać chłopca w sam środek pie-

kła paniki, wzmożonej dodatkowo przez niedawne trzęsienie ziemi, ale wiedział, że to 
konieczne. Jeśli nie uda się znaleźć źródła pola grawitacyjnego, zginą dziesiątki, a mo-
że i setki tysięcy istot. 

Solo chwycił syna za ramię i zbiegł razem z nim po rampie, wymachując blaste-

rem, by rozpędzić napierający tłum. Wydostawszy się na otwartą przestrzeń dostrzegli 
śmigacz, a tuż za nim znajomą sylwetkę starca, rozpartego wygodnie na ławce. 

- To moja maszyna! - zaprotestował jakiś mężczyzna, widząc, jak Korelianin po-

maga synowi wdrapać się do kabiny. 

- W takim razie leć z nim, jeśli chcesz - odparował Han. -Albo pomóż mi upako-

wać choć część tego tłumu na pokład mojego statku. 

Nieznajomy podjął decyzję w ułamku sekundy: ruszył biegiem w stronę „Sokoła". 
- Co robisz? - spytał Solo burmistrza, widząc, że ten kuśtyka w stronę śmigacza 

niosąc na plecach wielki wór. 

Starzec postawił pakunek na ziemi i wzruszył ramionami. 
- Czekam na przybycie bogini, jak mi się wydaje - odpowiedział, chichocząc z ci-

cha. - Wiedziałem, że wrócisz. 

Han spojrzał na niego ze zdziwieniem. 
- Jesteś typem bohatera - wyjaśnił spokojnie mężczyzna. -Potrafisz powstrzymać 

opadanie księżyca? 

- Nie mam odpowiedniej broni - odparł uczciwie Han. 
- Coś go tu ściąga, prawda? Studnia grawitacyjna... Może krążownik klasy Inter-

dyctor? - zastanawiał się burmistrz z zaskakującym znawstwem tematu. 

background image

R.A. Salvatore 

167

Han popatrzył na niego z niedowierzaniem. 
- Nie mieszkam tu od zawsze - wyjaśnił starzec. - Znam się trochę na dużych stat-

kach - dorzucił,  śmiejąc się z własnych słów. - Może właśnie dlatego Sernpidalianie 
wybrali mnie na burmistrza? 

Han kiwnął rękaw jego stronę. 
- Leć z moim synem - polecił. 
- Dokąd? 
- Leć - warknął Han. - Wyjaśni ci wszystko po drodze. 
Starzec wspiął się na burtę śmigacza. Anakin podał mu mapę, a sekundę później 

maszyna z największą prędkością mknęła ku obrzeżom miasta. 

Ryk Chewiego uświadomił Hanowi, że we wnętrzu „Sokoła" szykują się kłopoty. 

Powtarzając sobie w pamięci, że będzie musiał serdecznie podziękować Lando, puścił 
się biegiem w stronę statku. 

Wektor pierwszy 

168

ROZDZIAŁ 

16 

GODNY PRZECIWNIK 

„Miecz Jade" zbliżał się do żółto-zielonej obecnie planety znanej jako Belkadan. 

Pasażerowie milczeli. Luke i Mara nie próżnowali podczas podróży. Dowiedzieli się o 
globie wystarczająco dużo, by już na pierwszy rzut oka dostrzec, że zdarzył się tam 
straszliwy kataklizm. 

Nie chodziło nawet o to, że jedyną odpowiedzią na sygnały, które wysyłali w kie-

runku stacji ExGal-4, była kakofonia statycznych trzasków. Prawdę mówiąc, byliby 
zaskoczeni odzewem. Jedno wiedzieli na pewno: dla Jedi Belkadan był martwy. 

- Czym się zajmowali? - spytała Mara. 
- Prowadzili obserwację - odparł Luke. - Gapili się w gwiazdy tworzące zewnętrz-

ne ramię galaktyki. 

- Może taką wersję wmawia ludziom ExGal - mruknęła sceptycznie. 
Skywalker spojrzał badawczo na żonę. 
- Sądzisz, że to skutki nieudanego eksperymentu? 
- A cóż innego mogłoby spowodować taką katastrofę? Czytałeś raporty: Belkadan, 

planeta ogromnych drzew; niewielkie morza, czyste powietrze i błękitne niebo. Jedyny 
minus to dość niebezpieczne zwierzęta. 

- Fakt, baza jest otoczona solidnym ogrodzeniem - zgodził się Luke. 
- Gdyby jednak zwierzęta zdołały je pokonać, brak odzewu z Belkadanu nie byłby 

taki dziwny - rozumowała dalej Mara. - Ale czy znasz jakieś stworzenia, które potrafi-
łyby zrobić coś takiego? - dokończyła, machając ręką w stronę iluminatora, za którym 
rysowała się zakrzywiona linia belkadańskiego horyzontu i przewalające się nad nim 
złowrogie chmury. 

- Raporty z centrali ExGalu na Coruscant i z tutejszej stacji nie zawierały nawet 

sugestii, jakoby prowadzono tu inną działalność poza obserwacyjną- zaoponował Luke, 
lecz w jego głosie nie było pewności. I nie mogło jej być, biorąc pod uwagę przerażają-
cy dowód, który mieli przed oczami. Na powierzchni planety musiało dojść do gwał-
townych wydarzeń, a Skywalker aż za dobrze wiedział, że zwykle takie katastrofy są 
dziełem istot rozumnych. 

Mara spojrzała na mniejszy ekran na pulpicie sterowniczym i odczytała skład 

chemiczny chmur. 

background image

R.A. Salvatore 

169

- W większości dwutlenek węgla i metan - stwierdziła po chwili. Ta wiadomość 

raczej nie była zaskoczeniem. - Nieprawdopodobne stężenie. Nawet jeśli pod spodem 
znajduje się warstwa powietrza, jest tam zbyt gorąco, by mogła przetrwać jakakolwiek 
forma życia. 

Luke pokiwał głową. 
- Musimy zejść na dół i przekonać się. 
Mara nie sprzeciwiła się, ale jej zaniepokojone spojrzenie nie umknęło uwadze 

męża. Podobnie jak jej bladość, gdy statek dotarł do celu podróży. Czuł, że żona słab-
nie. Przelot z Dubrillionu nie był żadnym wyczynem, ale Skywalker zaczynał się oba-
wiać, że cała ta wyprawa do Odległych Rubieży, zwiedzanie miasta Landa i wycieczka 
na Belkadan to jednak zbyt wiele dla chorej Mary. 

- Możemy zebrać trochę wyników i zawrócić - zaproponował. - ExGal wyśle od-

powiednio przygotowane statki, żeby zbadał sytuację. 

- Nie po to przylecieliśmy - przypomniała Mara. 
Luke pokręcił głową. 
- Nie mamy sprzętu - wyjaśnił. - Możemy zrobić wstępne skanowanie i przesłać 

dane dalej, ale „Miecz Jade" nie jest stworzony do latania w takich warunkach. 

Zaskoczenie malujące się na twarzy Mary zmieniło się we wściekłość, gdy tylko 

zrozumiała, że mąż próbuje ją chronić. 

-, Miecz Jade" może przelecieć choćby i przez morze ognia -odparła. - Jest w sta-

nie strącać myśliwce i kręcić piruety wokół niszczycieli gwiezdnych. To najlepszy 
prom, jaki potrafię sobie wyobrazić, a już na pewno lepszy od tych, którymi dysponuje 
ExGal. 

- Nie jesteśmy przeszkoleni w... - próbował się wtrącić Luke. 
- Możliwe, że tam są ludzie - przerwała mu szorstko Mara. - Może nawet słyszą 

nasze wezwania, ale nie są w stanie odpowiedzieć? A my mamy tak po prostu wrócić 
na przytulną i bezpieczną planetkę Landa? 

- Nic, co ma związek z Landem, nie jest bezpieczne - mruknął Skywalker uśmie-

chając się słabo, by rozładować nieco atmosferę. 

- Ale lekarzy ma, prawda? - dorzuciła Mara sarkastycznie. -Bo tego właśnie nam 

trzeba: lekarzy. 

- Lekarzy... - powtórzył zdziwiony Luke i urwał. Wiedział już, że nieudolnie za-

maskowana próba okazania troski ojej zdrowie została wykryta, i że właśnie ten dowód 
uczucia tak bardzo wzburzył niezależną z natury kobietę. Mógł na nią krzyczeć, mógł 
nawet ją obrazić podczas rzadkich chwil kłótni i spotkałby się co najwyżej z dziesięcio-
krotnie silniejszą ripostą, ale nigdy i pod żadnym pozorem nie wolno mu było trakto-
wać Mary Skywalker protekcjonalnie. Owszem, była chora, ale nie znosiła, gdy uważa-
no ją za niezdolną do normalnego życia. Od tej chwili stało przed nim jasno określone 
zadanie: należało zejść na powierzchnię planety, uratować  żywych lub zebrać ciała 
martwych naukowców oraz zdobyć informacje na temat katastrofy, która dotknęła Bel-
kadan. 

Luke zapiął ciasno pasy. 

Wektor pierwszy 

170

- Jazda będzie raczej ostra - zauważył. Rozumiał przy tym doskonale, że jest to i 

tak drobnostka w porównaniu z przejściami, które czekałyby go, gdyby upierał się przy 
pomyśle powrotu na Dubrillion. 

Gdy tylko „Miecz Jade" przekroczył granicę atmosfery Belkadanu, Luke przeko-

nał się, że użył zbyt słabego określenia. Porywiste wiatry miotały promem, a niewytłu-
maczalne anomalie elektromagnetyczne skutecznie oślepiły sensory i instrumenty, po-
wodując falę bezsensownych komunikatów i fałszywych alarmów. Systemy pokładowe 
padały po kolei, by po chwili wrócić do życia. Jeden z gwałtownych, zupełnie przypad-
kowych zwrotów w prawo wywołał tak wielkie przeciążenie, że Luke i Mara zaczęli się 
obawiać, czy pasy bezpieczeństwa nie potną ich na kawałki. R2-D2, umocowany w 
tylnej części sterowni, w gnieździe podobnym do tego, jakie dobrze znał z X-
skrzydłowca, skrzeczał i popiskiwał nerwowo. 

Po kilku sekundach - które zdawały się być godzinami -statek wyrwał się z war-

stwy skłębionych chmur i trafił w dziurę powietrzną. Spadał niemal tysiąc metrów, nim 
udało się wprowadzić go z powrotem na stabilny kurs. 

Dopiero wtedy załoga ujrzała prawdziwe rozmiary katastrofy. Nad rdzawo-

brązowym lasem unosił się gęsty, pionowy słup trujących oparów. Mara zasypała Luk-
e'a gradem pytań o skład powietrza, pułap lotu i prędkość wiatru, lecz jej towarzysz nie 
odpowiadał. Kręcił głową, bezskutecznie starając się wydobyć z instrumentów pokła-
dowych wiarygodne dane. Po chwili odwrócił się w stronę R2-D2 i polecił, by spróbo-
wał doszukać się sensu w sprzecznych informacjach wypływających z czujników. Od-
powiedź robota, która pojawiła się na ekranie, składała się z przypadkowo ułożonych 
liter i symboli. 

- Wszystko w porządku? - spytał Skywalker. 
R2-D2 zagwizdał jak pijany pirat. 
- Widziałeś to? - przerwała mu Mara, wskazując palcem jakiś punkt na ekranie. 

Luke przysunął się bliżej i przeczytał uważnie. - Siarka - orzekł i spojrzał znacząco na 
żonę. - Czyżby wulkan? 

- Jeśli mamy wyjść na zewnątrz, to tylko w maskach - przypomniała Mara. 
Przeszli na sterowanie ręczne, polegając wyłącznie na własnych zmysłach i wy-

czuciu. Mara wyłączyła opcję podawania komunikatów na główny ekran, pozostawia-
jąc na nim czysty obraz przestrzeni przed dziobem statku. Teraz zwinny prom mknął 
tuż nad wierzchołkami drzew. 

- Masz jakiś pomysł, gdzie szukać tej stacji? - spytała Mara. 
Luke, pogrążony w Mocy, odpowiedział jej nie otwierając oczu. 
- Mamy współrzędne, ale bez pomocy przyrządów nie na wiele się zdadzą. 
- Czujesz coś? 
- Belkadan nie jest martwy - odparł Skywalker. - Jest tylko... inny. 
Mara wiedziała o tym równie dobrze - za iluminatorem przesuwały się rzędy dy-

miących drzew. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna zanurzyć się w Mocy, 
ale widząc wyraz niepewności na twarzy męża, zdecydowała,  że skoncentruje się na 
prowadzeniu maszyny. 

background image

R.A. Salvatore 

171

Skierowała prom na północ, zwiększając prędkość i pułap lotu. Mknęli teraz tuż 

pod warstwą chmur. 

- Niczego tu nie znajdziemy - zawyrokował Luke. - Nie odbierzemy nawet sygnału 

alarmowego. - Zamilkł, zrozumiawszy plan Mary. W miarę, jak statek zbliżał się do 
północnego bieguna planety gęste od oparów powietrze zaczęło się przerzedzać. Czapa 
lodowa była dużo mniejsza niż wynikało z wcześniejszej dokumentacji. Wyglądało na 
to, że ocieplenie klimatu zdążyło już wywołać spore zmiany. 

- Sprytna dziewczyna - pochwalił Luke uśmiechając się lekko. 
Lot stawał się coraz płynniejszy, okrywa chmur rzedła, a instrumenty na chwilę 

powróciły do życia i para podróżnych zdążyła wprowadzić do pamięci systemu współ-
rzędne bieguna. Używając ich jako podstawy obliczeń, ponownie zawrócili, tym razem 
lecąc w stronę stacji ExGal. Wypatrywali po drodze charakterystycznych punktów tere-
nu i porównywali z mapami widok mijanych gór. R2-D2 na bieżąco kontrolował kurs, 
mierząc prędkość - a pośrednio i przebytą drogę. Po kilku minutach robot podał przy-
puszczalną pozycję statku. Dotarli w pobliże bazy. 

Mara prowadziła prom zygzakiem, próbując wypatrzyć pod sklepieniem dżungli 

choćby  ślad zabudowań. Luke posługiwał się na przemian wzrokiem i Mocą. Minęło 
sporo czasu, nim się odezwał. 

- W lewo - polecił. - Jakieś trzydzieści stopni. Mara bez słowa zmieniła kurs. 
- Wolniej - rozkazał Luke. Cieplej, coraz cieplej... 
- Za tym wzniesieniem - obwieścił w końcu, otwierając oczy. I rzeczywiście, gdy 

tylko „Miecz Jade" przeleciał nad pagórkiem, dostrzegli smukłą wieżę i otoczoną mu-
rem bazę. 

- ExGal-4 - stwierdziła Mara. 
 
Yomin Carr, cierpliwie oczekujący, by skierowano go do bezpośredniej akcji, 

usłyszał gwizd potężnych silników „Miecza Jade", gdy tylko prom po raz pierwszy 
przemknął nad zabudowaniami. Zdążył doskoczyć do okna w samą porę,  żeby zoba-
czyć drugi przelot maszyny. Choć - jak wszyscy Yuuzhanie -nie popierał wytworów 
techniki w ich czystej postaci, musiał przyznać, że ten statek, o smukłych, nieco rybich 
kształtach, wysuniętym do tyłu ogonie i brzuchatych osłonach silników jonowych, któ-
re zainstalowano po bokach kadłuba, należał do najpiękniejszych. Prom poruszał się 
zwinnie i pewnie, niemal nie pozostawiając zawirowań w chmurze toksycznych gazów. 

Znudzony dotąd wojownik uśmiechnął się z satysfakcją, zapiął na piersiach zbroję 

z pancerza kraba vonduun, przepasał się bandolierem z ładownicami pełnymi latających 
pluskiew thud i sprawdził, czy sakwa z myślącą mazią blorash jest na swoim miejscu. 
Potem chwycił w dłoń jeszcze jedną żywą istotę: amphistaff, czyli gada-włócznię. Był 
to niebezpieczny wąż, który umiał w okamgnieniu uczynić swoje ciało sztywnym i 
twardym jak skała, jednocześnie zwężając kark i ogon tak, że stawały się ostre jak brzy-
twa. W razie potrzeby potrafił być giętki i elastyczny niczym bicz. W rękach wprawne-
go wojownika, takiego jak Yomin Carr, stawał się także groźną bronią do walki na 
dystans. Mógł służyć jako włócznia lub tryskać z pyska jadem, celnie rażąc przeciwni-

Wektor pierwszy 

172

ka nawet z odległości dwudziestu metrów. Trucizna, sącząca się do ciała przez pory 
skóry i rany, powodowała natychmiastowe oślepienie i powolną śmierć ofiary. 

Powróciwszy do okna, Yomin Carr podziwiał  lądowanie smukłego promu. Ma-

szyna powoli znikała tuż za ogrodzeniem bazy. 

Yuuzhanin uśmiechał się ze szczerym zadowoleniem: zanosiło się na porcję moc-

nej rozrywki. 

 
Rozglądając się niepewnie, opuścili bezpieczne wnętrze „Miecza Jade". R2-D2 był 

tak przejęty nieznanym i niebezpiecznym otoczeniem, że co chwila wpadał na Luke'a. 
Wiedzieli, że nie mogą pozostać na powierzchni planety zbyt długo. Choć maski tleno-
we pozwalały oddychać, nieznośny upał, błyskawicznie wysysający wilgoć z ich ciał, 
wręcz zwalał z nóg. 

Mara zaczęła iść w stronę wrót bazy, ale Luke dostrzegł coś niepokojącego w oko-

licy masztu i ruszył w tamtą stronę, ciągnąc ją za łokieć. Zbliżywszy się do wieży, 
stwierdzili,  że cała ziemia wokół niej usiana jest dziwacznymi, rdzawo-brązowymi 
żukami. 

- Wszystkie są martwe - zauważył Luke, stąpając ostrożnie po chrupiących zwa-

łach owadzich szczątków. R2-D2 gwizdnął w proteście, odmawiając jazdy po takim 
podłożu. Dopiero gdy z głębi dżungli dobiegł donośny ryk, mały robot przemknął przez 
dziwne cmentarzysko, rozpryskując kołami resztki zmiażdżonych pancerzyków. 

- To chyba jednak nie powietrze - zastanawiała się  głośno Mara, spoglądając w 

stronę lasu. - Niektóre zwierzęta jednak przetrwały. 

- Skoro tak, to przynajmniej część personelu stacji musiała przeżyć. 
- O ile to, co słyszeliśmy, nie było głosem stworzenia, które zdołało się przysto-

sować do nowych warunków - dopowiedziała Mara. Spojrzawszy na wskaźnik umoco-
wany w kołnierzu, potrząsnęła głową. Może i daliby radę oddychać tutejszym powie-
trzem, ale z pewnością było ono fatalnej jakości. 

Cała trójka ruszyła w stronę pokrytej plamami, metalowej bramy zamykającej 

przejście przez mur. 

- Krew - stwierdziła Mara. 
Luke otworzył klapkę kryjącą zamek szyfrowy. 
- Zajmij się kodem - rozkazał R2-D2. Zanim robot dojechał do zamka, Mara wy-

rwała z kabury blaster i jednym strzałem spaliła całe urządzenie. Z wnętrza masywnych 
drzwi rozległ się stłumiony brzęk cofających się blokad. 

- Proste a skuteczne - stwierdził Luke sarkastycznie. 
- A komu to zaszkodzi? - spytała Mara. 
Luke odpowiedział wzruszeniem ramion, a potem kopniakiem otworzył drzwi i 

wszedł do środka. Dziedziniec był pusty. Sceneria wydawała się tym bardziej nieprzy-
jemna,  że jaskrawe światło przefiltrowane przez warstwę chmur wywoływało nieco-
dzienne kontrasty. 

- Puste lądowisko - mruknął Skywalker, wskazując na miejsce, skąd niedawno wy-

startował Spacecaster. 

- Może służyło tylko statkom z zaopatrzeniem? - zasugerowała Mara. 

background image

R.A. Salvatore 

173

R2-D2 wydał z siebie serię pisków i świstów. 
- Racja - zgodził się Luke. - Musieli mieć jakiś pojazd, żeby móc konserwować sa-

telity i opuścić planetę w razie konieczności. 

- Nie wyobrażam sobie bardziej palącej konieczności - rzuciła kpiąco Mara. 
- Bez względu na to, czy odlecieli, czy nie, musieli zostawić bazy danych - zauwa-

żył Luke, kierując się w stronę głównego budynku stacji. - Dowiemy się czegoś. 

R2-D2 ruszył jego śladem, a zaraz za nim Mara. Zatrzymała się jednak po kilku 

krokach i schyliła, widząc kolejnego dziwacznego żuka. Ten okaz był jeszcze żywy, 
choć poruszał się powoli i ociężale. Podniosła go ostrożnie i z bliska dostrzegła kroplę 
przezroczystego płynu, wiszącą na końcu kleszczy. 

- O co chodzi? - spytał Luke, widząc,  że jego żona wpatruje się intensywnie w 

trzymane w dłoni stworzenie. 

Mara powoli pokręciła głową, nie spuszczając z oczu przebierającego nerwowo 

odnóżami i kłapiącego szczypcami owada. 

- Myślisz, że to robactwo ma jakiś związek z katastrofą? -spytał po chwili. Z nie-

pokojem zauważył,  że Mara, zamiast odpowiedzieć, delikatnie przeciera palcem 
szczypce żuka, zbierając odrobinę wydzieliny i przygląda jej się badawczo. 

- Coś w tym jest... - wymamrotała powoli. 
- Zapewne trucizna - domyślił się Luke. 
Mara znowu nieznacznie pokręciła głową. 
- Coś innego - zaczęła wyjaśniać lekko łamiącym się głosem. - Sama nie wiem.... 
Skywalker dostrzegł, że jej oczy są nienaturalnie puste, jakby niepozorny owad - a 

może cały ten dziwny glob - pozbawiał ją życiowej siły. Chciał zapytać, czy nic jej nie 
jest, ale ugryzł się w język, przypominając sobie, że jego żona nie znosi, kiedy się o nią 
martwi. 

Wnętrze stacji było ciche, ciemne i chłodne, a uwięzione w nim powietrze - 

znacznie czystsze. Nadal paliło się wiele świateł; głównie kontrolki najrozmaitszych 
przyrządów. Spokój mącił jedynie niemal niedostrzegalny szum komputerów i paneli 
jarzeniowych. 

- Jak w grobie - podsumowała Mara. Na dźwięk jej głosu, który brutalnie wdarł się 

w monotonne brzęczenie maszynerii, oboje instynktownie drgnęli. 

- Poszukajmy końcówki głównego komputera, żeby Artoo mógł się podłączyć - 

zasugerował Luke. 

- Wygląda na to, że wszystkie urządzenia wciąż jeszcze działają- zauważyła Mara, 

gdy szybkim krokiem maszerowali w głąb pogrążonego w mroku korytarza. Nie mieli 
ochoty zostawać tu ani chwili dłużej niż było to konieczne. Skręcali wielokrotnie, bez 
wahania przechodząc przez kolejne drzwi. Oboje trzymali w dłoniach rękojeści mieczy 
świetlnych, ale gdy zdali sobie sprawę z faktu, że podświadomie spodziewają się ataku, 
spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Logika podpowiadała,  że nie powinno grozić im 
niebezpieczeństwo. 

A jednak było coś niepokojącego w atmosferze tych mrocznych sal, rozświetla-

nych jedynie bladą poświatą paneli kontrolnych. 

- Jest - zawołał Luke, otwierając drzwi do obszernego, okrągłego pomieszczenia. 

Wektor pierwszy 

174

- Piękny zestaw - pochwaliła Mara, widząc ustawiony centralnie zespół siedmiu 

kapsuł sterujących. 

- Wszystko działa - dodał Skywalker. - Tylko gdzie się podziała załoga? 
R2-D2 wtoczył się do sali po rampie biegnącej obok galerii rekreacyjnej. Podje-

chał do najbliżej stojącej kapsuły i natychmiast wysunął wtyczkę systemu informatycz-
nego, by połączyć się z tutejszym komputerem. 

-  Ładuj wszystko, co mają - polecił Luke. Robot krótkim piskiem potwierdził 

przyjęcie rozkazu. 

Skywalker przypiął miecz do pasa i wszedł do jednej z kapsuł. Mara uczyniła to 

samo, tyle, że zajęła miejsce w środkowym stanowisku dowodzenia. Natychmiast za-
brali się do pracy, próbując ustalić, w jakim stanie jest sprzęt. Wszystkie systemy były 
sprawne, mimo to ani z satelitów krążących nad planetą ani z innego źródła zewnętrz-
nego nie docierały do nich żadne sygnały. 

- To przez te chmury - stwierdził Luke. - Nic się nie może przebić. 
- Wołanie o pomoc zapewne też nie - dorzuciła ponuro Mara. 
Luke skinął głową. 
- Potrwa to jeszcze ładnych parę minut - odezwał się po chwili, spoglądając na za-

pracowanego robota. - Chodź, może znajdziemy kogoś z załogi. 

Czuli się już w bazie na tyle pewnie, że bez wahania pozostawili R2-D2 w po-

mieszczeniu kontrolnym, a opuściwszy je rozdzielili się, by objąć poszukiwaniami 
większą liczbę sal. Artoo był jednak niespokojny. Pogwizdywał bardziej nerwowo niż 
melodyjnie, pracowicie kopiując informacje i starając się wszelkimi sposobami przy-
spieszyć transfer danych. 

Czy pogwizdywanie mogło pomóc? 
 
W bazie nie było nikogo. Pamiętając o śladach krwi przy wejściu do stacji, Mara 

śmiało zaglądała do prywatnych kabin naukowców. Sprawdzała zawartość szafek, biu-
rek i szuflad, a nawet kieszeni znalezionych ubrań. W jednym z pokojów natknęła się 
na odręczne notatki, w staromodnym, brulioplastowym zeszycie, sporządzone zaledwie 
przed tygodniem. Ich autor pisał o stale pogarszającej się jakości powietrza i niemożno-
ści nawiązania łączności międzyplanetarnej, a nawet odebrania przekazów z orbity. 

Później następował szczegółowy opis prowadzonych badań. Kończyła go 

wzmianka o niejakim Yominie Carrze, który uparcie powtarzał, że katastrofalne zmiany 
są jedynie anomalią pogodową. Tekst urywał się w połowie złowróżbnie brzmiącego 
zdania: „Może jest to zjawisko naturalne, ale moim zdaniem jest raczej związane z...." 

- Z czym? - spytała głośno zdenerwowana Mara. Przekartkowała brulion do końca, 

ale nie znalazła ani słowa więcej. Zirytowana, zaczęła przetrząsać szufladę. Odkryła w 
niej zapas czystych zeszytów, kilka metalowych spinaczy, przybory do pisania, kilka 
kart danych oraz parę małych buteleczek. 

Sięgnęła najpierw po karty, w nadziei, że znajdzie na nich więcej informacji, lecz 

jej uwagę przykuł jeden ze zbiorniczków. Obróciła go, by lepiej przyjrzeć się zawarto-
ści. 

Żuk. 

background image

R.A. Salvatore 

175

Mara wyjęła z torebki przy pasie okaz, który wypatrzyła przed wejściem do bazy, i 

porównała go z nowym znaleziskiem. Niewątpliwie należały do tego samego gatunku. 
Czy ich obecność nie miała aby bezpośredniego związku z kataklizmem? Czy nauko-
wiec, który do niedawna zajmował tę kabinę, był podobnego zdania? 

Mara wyszła na korytarz, zabierając ze sobą dziennik i buteleczkę, po czym ruszy-

ła na poszukiwanie Luke'a. 

Zawróciła niemal natychmiast, słysząc przeraźliwy pisk R2-D2, pozostawionego 

samotnie w pomieszczeniu kontrolnym. 

 
Robot nie próbował zrozumieć danych, które pochłaniał. Skupił się na maksymal-

nym przyspieszeniu transferu. Miał za sobą już ponad siedemdziesiąt procent pracy, 
gdy nagle, obracając kopułką, dostrzegł ciemną, okrytą płaszczem sylwetkę, która unio-
sła się nad balustradę biegnąc wzdłuż ściany. Natychmiast zrozumiał, że nie jest to ani 
Luke, ani Mara. Z nadzieją pomyślał, że widzi może przed sobą jednego z zaginionych 
badaczy. 

Nie miał szczęścia. Przekonał się o tym, gdy postać wysunęła się z cienia i wsko-

czyła na dach jednej z kapsuł, tworzących pierwszy rząd stanowisk roboczych. Pierś 
obcego zakrywał ciemny pancerz, wykonany z nieznanego robotowi materiału, a dłonie 
dzierżyły włócznię z głową węża. 

Przybysz obrzucił R2-D2 stekiem wyzwisk i przekleństw. 
- Niewierny! Wypaczenie! Świętokradztwo! - zakrzyknął, po czym z hukiem ude-

rzył stopą w konsoletę, wzbudzając fontannę iskier. 

R2-D2 próbował uciec, ale zapomniał rozłączyć się z centralnym komputerem. 

Gdy ruszył gwałtownie przed siebie, wygiął jedynie końcówkę systemu informatyczne-
go i stanął w miejscu. Gwałtownymi gwizdami i piskami zaczął wzywać pomocy. 

Okutany płaszczem nieprzyjaciel wydobył z ładownicy niewielki przedmiot i ci-

snął go - a raczej po prostu wypuścił - w stronę robota. 

R2-D2 właśnie zmienił kierunek ruchu. W połowie drogi wtyczka puściła, a barył-

kowaty robot z impetem runął na bok. W samą porę - pocisk przemknął tuż nad nim i 
wbił się głęboko w ścianę kapsuły. Robot astromechaniczny zaskrzeczał w panice. Ob-
rócił kopułkę, by spojrzeć do góry i... ujrzał wojownika stojącego nad nim z bronią 
wzniesioną do ciosu. 

- Iiiooouuu! - zaświergotał przeraźliwie, tocząc się w bok. 
Drzwi w tylnej części sali otworzyły się z hukiem i wpadła przez nie Mara. 
- Stój! - zawołała. - Nie jesteśmy twoimi wrogami! 
Nim przebrzmiały jej słowa, napastnik wyskoczył spomiędzy kapsuł i stanął na-

przeciwko niej w pełnej krasie. Jego pancerz błyszczał złowrogo, a bezlitosne oczy w 
zeszpeconej twarzy wpatrywały się w nią nieprzyjaźnie. 

Najbardziej zbijało Marę z tropu na pół uświadamiane wrażenie, że ten wojownik, 

ten potwór, jakimś cudem ją zna. 

Przeciwnicy przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem, szacując wzajemnie 

swoje siły i szykując się do nieuchronnego starcia. Tymczasem R2-D2 zdołał wreszcie 
ustawić swój korpus tak, by powoli wysuwając chwytak i zapierając się o podstawę 

Wektor pierwszy 

176

konsolety wrócić do pozycji pionowej. Gdy tylko stanął na kołach, zaczął umykać. 
Zaalarmowany hałasem wojownik odwrócił się i rzucił kolejny pocisk - czyżby rodzaj 
owada? - który wbił się w pulpit tuż za pędzącym robotem, zasypując go deszczem 
iskier. Artoo znowu zapiszczał z przerażenia. 

Mara sięgnęła po miecz, ale przypomniawszy sobie, że jest osłabiona, zmieniła 

zamiar. Dobyła blastera i wycelowała go w kierunku obcego, nim ponownie stanął 
twarzą do niej. 

- Ohydne wypaczenie! - ryknął wojownik. 
- Nie, to robot - sprostowała Mara. 
- Właśnie - zagrzmiał jej przeciwnik. Uśmiechał się przewrotnie. - Ohydne wypa-

czenie, oznaka słabości waszego ludu. 

- Naszego ludu? - spytała podejrzliwie. - A kim ty jesteś? 
- Jestem Yomin Carr, zwiastun zagłady - odpowiedział, śmiejąc się złowrogo. - Je-

stem początkiem końca twojej rasy! 

Mara skrzywiła się z niedowierzaniem. 
- Nie kpij ze mnie! - ryknął Yomin Carr i wypuścił w jej stronę kolejną pluskwę 

wydobytą z ładownicy na bandolierze. 

Mara strzeliła, ale cel zmienił kurs i przyspieszył atak, zmuszając ją do wykonania 

uniku, a potem zawrócił i powtórzył nalot. Gdy szykował się do trzeciego podejścia, 
dosięgnęła go blasterowa błyskawica. 

Yomin Carr nie przestawał się śmiać. 
Kobieta zwróciła broń w jego stronę. 
- Myślę, że pójdziesz ze mną- powiedziała. 
Wojownik roześmiał się jeszcze głośniej i ponownie sięgnął do ładownicy. 
- Nie zmuszaj mnie... - ostrzegła, unosząc groźnie lufę blastera. 
Wróg, nie przestając się śmiać, wciąż manipulował przy bandolierze, więc strzeli-

ła. Niezwykły pancerz z łatwością odbił potężną wiązkę energii. 

Mara ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Natychmiast musiała zacząć działać, 

bowiem jej przeciwnik ciskał w powietrze jedną pluskwę po drugiej. Przezornie odrzu-
ciła blaster i sięgnęła po miecz świetlny. A potem rozpoczęła niesamowity taniec, 
uskakując przed napastnikami, odbijając ich i rozcinając w powietrzu. 

Śmiech Yomina Carra przeszedł stopniowo w gardłowy warkot. Bandolier był 

niemal pusty, a wokół kobiety kłębił się już tuzin agresywnych pluskiew. 

Pałające ostrze krążyło we wszystkie strony, brzęcząc wściekle. Gdy jeden z poci-

sków mknął tuż przy ziemi, Mara przeskoczyła nad nim zwinnie, przelatująca górą 
pluskwa ledwo o centymetr minęła jej policzek. Odwróciła się  błyskawicznie, pozio-
mym cięciem strącając parę rozpędzonych stworzeń i przykucnęła, by rozpłatać jeszcze 
jedno, nurkujące na nią z góry. Szybkim unikiem zmusiła ostatni pocisk do nagłej 
zmiany kursu. Zwierzę próbowało ostro skręcić, ale siła bezwładności wbiła je w ścia-
nę. 

Mara odwróciła się w kierunku Yomina Carra i rzuciła się na ziemię, by dzięki 

przewrotowi w przód uniknąć ewentualnego ataku i szybko odzyskać równowagę. Ze-

background image

R.A. Salvatore 

177
rwała się na równe nogi z mieczem gotowym do ciosu, ale następny pocisk spadł na 
ziemię o kilka metrów przed nią. Z tej strony przestała się spodziewać ataku. 

Opancerzony wojownik skoczył naprzód i przysiadł na balustradzie odgradzającej 

go od przeciwniczki. Kobieta ruszyła w jego stronę, wodząc klingą za ruchami włóczni. 

Rozpłaszczony na podłodze kleisty pocisk ożył nagle i chwycił jej stopy. Zarea-

gowała instynktownie i zwinnie jak kot, rzucając się saltem w tył i natychmiast zwięk-
szając dystans jeszcze jednym akrobatycznym skokiem. 

Galareta poruszała się jednak równie szybko. Ponownie pochwyciła stopy Mary i 

od razu wspięła się wyżej, na kostki. Yomin Carr zawył triumfalnie, przeczuwając ry-
chłe zwycięstwo. 

Klinga świetlnego miecza ze świstem opadła w dół, bez trudu dzieląc kałużę gala-

rety na dwie części, jednak każda z połówek kontynuowała ruch, uparcie pnąc się w 
górę. 

- Nie uwolnisz się - zapewnił Marę Yomin Carr. Rzeczywiście, lepka substancja z 

każdą chwilą coraz silniej oplatała jej nogi. 

 
R2-D2 popędził w kierunku korytarza. Widział, co się przytrafiło Marze i rozu-

miał, że nie jest w stanie jej pomóc. 

Za to Luke mógł to zrobić. Robot wiedział o tym doskonale, toteż mknął koryta-

rzem piszcząc i skrzecząc najgłośniej jak potrafił. Widok kamery przemysłowej, zain-
stalowanej wysoko na ścianie, podsunął mu pewną myśl. R2-D2 pospieszył w stronę 
konsoli systemu bezpieczeństwa i czym prędzej się podłączył,  łamiąc po drodze kod 
dostępu. Przeglądał obraz za obrazem, przełączając się na kolejne kamery, aż wreszcie 
dostrzegł Luke'a w jednej z prywatnych kabin, pochylonego nad ekranem komputera. 

Załadowawszy kompletny schemat stacji, Artoo znalazł najkrótszą drogę do kabi-

ny i popędził w jej stronę, nie przestając piszczeć. 

 
Maź sparaliżowała ruchy Mary, ale z pewnością nie jej wolę walki. Kobieta starała 

się zachować spokój. Energicznie cięła galaretowatą substancję, niemal dotykając klin-
gą nogawek spodni. Jej ruchy, na pozór chaotyczne, w istocie były nadzwyczaj precy-
zyjne. Wkrótce udało jej się rozdrobnić maź na niezliczoną ilość kawałeczków, a w 
międzyczasie zdołała jeszcze obronić się przed atakiem kolejnej pluskwy. 

Wojownik ruszył naprzód, tnąc poziomo ostrzem włóczni. Mara schyliła się w 

ostatniej chwili i natychmiast rozprostowała, wyprowadzając miecz szerokim łukiem 
nad głowę, by uderzyć z góry. 

Yomin Carr przyklęknął i chwycił broń oburącz nad głową, żeby zablokować cię-

cie. 

Mara była pewna, że jej potężny miecz bez trudu przepołowi włócznię i walka do-

biegnie końca, jednak ku jej zdumieniu niezwykłe drzewce wytrzymało cios bez 
szwanku, a wojownik z łatwością odepchnął klingę na bok, zrywając się na nogi. 

Powinna była cofnąć się i pomyśleć nad zmianą strategii, lecz galareta - a raczej 

jej liczne kawałki - nadal mocno trzymała się jej stóp, nie pozwalając na szybki odwrót 
i utrudniając obronę. 

Wektor pierwszy 

178

Yomin Carr cisnął w jej kierunku włócznię, która na oczach wstrząśniętej Mary 

zmieniła się w węża, o szeroko rozwartych szczękach i ociekających jadem zębach. 
Odbiła włócznię przedramieniem, celując tuż za głową gada, i błyskawicznie cofnęła 
rękę, gdy zwierzę odwróciło paszczę, by zaatakować. 

Świetliste ostrze miecza zatoczyło krąg, zmuszając Yomina Carra do cofnięcia się 

o kilka kroków. Korzystając z okazji, Mara odcięła ostatni kawałek mazi, który zatrzy-
mywał ją jeszcze w miejscu, a potem odskoczyła do tyłu, choć niezbyt daleko - miała 
wrażenie, jakby ktoś posmarował jej podeszwy klejem. 

- Jesteś godnym przeciwnikiem - pochwalił Yomin, kiwając z uznaniem głową. 

Potem znienacka zaatakował, a jego włócznia nagle zmieniła się w elastyczny bicz. 

Mara próbowała uskoczyć, ale maź spowolniła jej ruchy, toteż zdążyła jedynie 

zrobić wykrok i ustawić miecz w pozycji obronnej. 

Bicz owinął się wokół ostrza. Uderzenie było doskonale wymierzone, głowa węża 

miała dość swobody ruchu, by głęboko rozciąć kłami ramię kobiety. 

Yomin Carr zawył zwycięsko, lecz Mara dzielnie zniosła bolesny cios i natych-

miast skoncentrowała się na uszkodzonej tkance. Zmusiła swoją krew, by chlusnęła z 
rany, trucizna nie mogła rozejść się po całym organizmie. Pogodziła się już z faktem, że 
jej przeciwnik używa broni, której działania nie była w stanie przewidzieć, i postanowi-
ła przejść do natychmiastowej ofensywy. Seria pchnięć i cięć skłoniła obcego do od-
wrotu; gorączkowo próbował przywrócić biczowi postać włóczni, by mieć czym paro-
wać potężne uderzenia. 

Przewaga Mary nie trwała długo. Wojownik zamachnął się szeroko nie stwardnia-

łą jeszcze częścią bicza, zakończoną wężową głową. 

Kobieta opadła na lewe kolano, odsuwając się nieznacznie od barbarzyńcy, po 

czym uniosła miecz i wepchnęła klingę wprost w nadlatującą, rozdziawioną paszczę 
gada. Zaraz potem zerwała się na nogi, wiercąc zaciekle ostrzem w gardle węża i rozci-
nając jego łeb od wewnątrz. 

Yomin Carr przerwał jej atak, uderzając z boku sztywnym końcem broni. Cios w 

bark był tak silny, że Mara zachwiała się i skuliła, lecz natychmiast wyprowadziła po-
ziome cięcie na wysokości kolan przeciwnika. 

Wojownik przeskoczył nad ostrzem i powtórzył ten manewr ułamek sekundy póź-

niej, by uniknąć ciosu z przeciwnego kierunku. Stanąwszy pewnie na nogach, Yomin 
wymierzył z góry potężne uderzenie w nieosłoniętą głowę kobiety. Mara zdążyła jed-
nak unieść ramiona i przyjąć cios poziomo ustawionym mieczem. 

Yomin Carr nie przerwał ataku. Pchał  włócznię z mocą, która przerażała Marę. 

Przy całej swej determinacji i silnej woli nie była w stanie dłużej trzymać miecza nad 
głową. Sięgnęła po Moc, próbując zmienić taktykę, i mało brakowało, a załamałaby 
ręce, bowiem... nie wyczuła absolutnie nic. 

Tylko w ten sposób mogła opisać to wrażenie: nic. Zupełnie jakby Moc nie była 

częścią tego wojownika, jakby do tego stopnia negował jej istnienie, że w rzeczy samej 
nie istniała dla niego. 

Mara musiała więc polegać wyłącznie na swym kunszcie wojennym, stawiając 

szybkość i precyzję przeciwko brutalnej sile nieprzyjaciela. Nagłym, desperackim 

background image

R.A. Salvatore 

179
szarpnięciem skrzyżowała ręce, klingą miecza sprowadzając włócznię z jej dotychcza-
sowej trajektorii, po czym rzuciła się w górę, próbując zaatakować głowę przeciwnika. 

Galareta, która przywarła do jej kolana, osadziła ją gwałtownie w miejscu, a impet 

szarpnięcia nieomal rzucił Marę na podłogę. Okazało się to zbawienne, bowiem Yomin 
Carr zareagował z nieprawdopodobną szybkością: wyprostował się i machnął włócznią 
na odlew. Gdyby jego przeciwniczka stała, cios trafiłby ją w głowę lub szyję. 

Improwizując naprędce, Mara wbiła miecz w kolano zaskoczonego wojownika. 

Gdy zawył z bólu, pociągnęła ostrzem po jego drugiej nodze, powalając go z hukiem na 
plecy. Barbarzyńca zwinął się gwałtownie, próbując przetoczyć się bliżej i zadać cios 
włócznią. Mara zdążyła jednak wycelować czubek miecza wprost w jego pierś. Yomin 
Carr z impetem nadział się na świetlistą klingę, która znalazła słaby punkt w spojeniu 
pancerza i dokonała tego, czego nie zdołał uczynić blaster: przebiła ciało i sięgnęła do 
serca Yuuzhanina. 

Wojownik zamarł, wpatrując się w Marę. 
- Jesteś godna - powtórzył. Przez chwilę mierzył  ją wzrokiem. Miała nieodparte 

wrażenie, że wie, z kim walczył. - Jedi... - szepnął. 

Zaraz potem błysk zrozumienia w oczach Yomina Carra zgasł, a jego ciało spoczę-

ło nieruchomo. 

Drzwi otworzyły się gwałtownie i Luke wbiegł do sali, a zaraz za nim wtoczył się 

popiskujący R2-D2. 

I wtedy Mara poczuła, jak bardzo jest wyczerpana, jak bardzo bolą rany i jak fa-

talnie działa na nią atmosfera tej skażonej planety; tak, jakby tocząca ją choroba czerpa-
ła nowe siły z wynaturzenia, którym dotknięty był Belkadan. 

- Zabierz mnie stąd - szepnęła do Luke'a, próbując wstać. 
Potrzebowała pomocy, szczególnie przy uwalnianiu się z resztek uparcie trzyma-

jącej galarety. 

- Skończ transfer danych - polecił Skywalker robotowi, pomagając Marze usiąść w 

fotelu. - Wiesz, kto to był? - spytał, podchodząc do ciała wojownika i uważnie ogląda-
jąc jego tatuaże, blizny po samookaleczeniach oraz niezwykły pancerz i broń. 

- Nazywa się Yomin Carr - odparła Mara, potrząsając głową. - Zdaj e się, że mnie 

znał - dodała. Luke spojrzał na nią ciekawie, ale w żaden sposób nie mogła odpowie-
dzieć na to pytające spojrzenie. 

Jedi znowu pochylił się nad wojownikiem. 
- Artoo, wyświetl podobizny wszystkich członków załogi - rozkazał. - Zobaczymy, 

czy był jednym z nich. 

Robot gwizdnął i wykonał polecenie. Żaden z badaczy nie okazał się jednak nawet 

trochę podobny do barbarzyńcy. Luke jeszcze raz spojrzał na ciało i pokręcił głową. 

- Musiał być rdzennym mieszkańcem planety - zasugerował. - Albo mamy do czy-

nienia z inwazją. 

R2-D2 wkrótce zakończył pracę i cała trójka opuściła salę. Luke niósł na plecach 

ciało potężnego wojownika, a Mara, stąpając niepewnie, podpierała się jego włócznią. 
Bez przeszkód dotarli na pokład „Miecza Jade", gdzie Luke pomógł wyczerpanej żonie 
usadowić się wygodnie w fotelu. 

Wektor pierwszy 

180

- Poradzicie sobie sami przez parę minut? - spytał. 
Mara spojrzała na niego ze zdziwieniem i skinęła głową. 
- Musimy dowiedzieć się więcej - wyjaśnił. 
- Miał nietypową broń - przypomniała. - Żywe pociski, upartą galaretę.... i tę 

włócznię - dodała, wskazując na truchło wężopodobnej istoty. - Może ich być więcej. 

Skywalker kiwnął głową i ruszył w stronę włazu. 
- Luke'u - zawołała za nim. - Nie mogłam wysondować go Mocą. Możliwe,  że 

przeszedł szkolenie w blokowaniu technik Jedi. Jeśli jego kumple też to potrafią, bę-
dziesz ich miał na głowie, zanim wyczujesz ich obecność. 

Luke zatrzymał się, rozważając jej słowa. 
- Startuj - zadecydował. - Lataj dookoła bazy i bądź gotowa wyrąbać dziurę w 

ścianie, kiedy poproszę o wsparcie. 

- Tylko czy komunikatory w ogóle będą działać? - spytała niepewnie. 
- Sprawdźmy - odpowiedział Jedi i wyszedł na zewnątrz. Po chwili uruchomił na-

dajnik. Mara i R2-D2 słyszeli go, choć sygnał był słaby i pełen zakłóceń. 

Luke ostrożnie powrócił do głównego budynku stacji, podczas gdy R2-D2, z nie-

wielką pomocą wycieńczonej Mary, zaczął patrolować nad niskimi zabudowaniami 
bazy. 

Poszukiwania nie trwały długo. Skywalker powrócił na pokład, niosąc worek. Dwa 

wypukłe kształty wewnątrz worka przypominały wierzgające kule Taikawaka. 

Mara zerknęła na niego pytająco. 
- Znalazłem je w kabinie B7 - wyjaśnił Luke, spoglądając w stronę R2-D2, który 

natychmiast przejrzał zdobyczny schemat stacji i wyświetlił na ekranie nazwisko: Yo-
min Carr. 

Luke zanurzył dłoń w worku i wyciągnął brązowy, skórzasty przedmiot, przywo-

dzący na myśl zszytą z pasków piłkę. 

- Hełm? - spytała Mara. 
Luke wzruszył ramionami. 
- Leżały na półce w szafie - wyjaśnił i spojrzał twardo prosto w oczy żony. - Wy-

daje mi się, że są żywe. 

Mara, zetknąwszy się wcześniej z żywą włócznią i najwyraźniej myślącą galaretą, 

nie była specjalnie zdumiona. 

- Schowaj je w bezpiecznym miejscu - poradziła. - To pewnie bomby. 
Luke zachichotał, ale szybko zrozumiał,  że Mara nie żartuje. Zaniósł wypchany 

worek do mocnej szafki w tylnej części sterowni „Miecza Jade" i starannie zamknął 
drzwiczki. 

Odlot z Belkadanu nie był ani trochę  łatwiejszy niż podróż w przeciwną stronę. 

Skywalker widział,  że jego żona bardzo źle znosi lot. Nawet gdy wyrwali się ponad 
okrywę chmur i poza niespokojną atmosferę planety, twarz Mary pozostała blada, a jej 
głowa kiwała się niemal bezwładnie. 

- Poważnie cię zranił? - spytał Luke. 
- Nie. 
Jedi popatrzył na nią, nie kryjąc troski. 

background image

R.A. Salvatore 

181

- To wina samej planety... - próbowała wyjaśnić. - Zaczęłam czuć się gorzej, gdy 

tylko zbliżyliśmy się do Belkadanu. Na powierzchni... - urwała, potrząsając bezradnie 
głową. - Miałam wrażenie,  że moja choroba zaczęła rozwijać się szybciej pod wpły-
wem zarazy, która zniszczyła planetę. 

- A co z tymi żukami? - spytał Luke, ruchem głowy wskazując dwa słoje, które 

Mara ustawiła na półce obok pulpitu sterowniczego. 

Jego żona uniosła pojemnik, w którym znajdował się żywy owad, i przybliżyła go 

do oczu. 

- Uważasz, że są w jakiś sposób związane z tragedią Belkadanu - stwierdził Sky-

walker. 

Mara skinęła głową, choć nie umiała podać ani konkretnej odpowiedzi, ani jedno-

znacznych dowodów. 

Nie opuszczało ją jednak wrażenie, że stworzenia te są zbyt obce, że nie pasują do 

naturalnego środowiska planety, a Luke całkowicie zgadzał się z tą opinią. 

Ale czy to możliwe, żeby sprawy Belkadanu, żuków, barbarzyńskiego wojownika 

i choroby Mary miały ze sobą związek? I skąd to dziwne wrażenie, że tajemniczy prze-
ciwnik nie był wrażliwy na Moc - a może raczej wyłączony spod jej działania? Czyż 
Mara nie miała niedawno podobnego doświadczenia z pewnym wichrzycielem, uwikła-
nym w konflikt międzyplanetarny? 

- Ten wojownik, z którym walczyłam... Yomin Carr... - zaczęła i znowu potrząsnę-

ła głową, jakby nie mogła znieść słów. - Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy 
to choroba upośledza moją wrażliwość na Moc, czy może.... 

- Odbierałaś to samo, co w obecności tego rebelianta z Rhommamoolu, Noma 

Anora - podpowiedział Luke, a żona potwierdziła skinieniem głowy. 

- Przy obu nie czułam absolutnie nic. 
- Mówiłaś, że Jaina i Leia podzielały twoje spostrzeżenia co do Noma Anora... 
- A może padły ofiarą mojej słabości? - zastanowiła się Mara. - Może nieświado-

mie otoczyłam go jakąś tarczą Mocy, próbując odczytać jego emocje? 

Luke nie pytał dalej, ale i nie wierzył w to wyjaśnienie. Podejrzewał zresztą,  że 

towarzyszka też nie mówi tego z przekonaniem. Działo się coś dziwnego, coś znacznie 
poważniejszego niż dramat Belkadanu i rebelia na Rhommamoolu. Coś, co mogło mieć 
wpływ nawet na chorobą Mary. 

Czuł, że tak właśnie jest. 
Odwrócili się oboje niemal równocześnie, słysząc za sobą głos. Najpierw pomy-

śleli,  że to R2-D2, lecz robot spoczywał na swoim miejscu, wciąż analizując ogrom 
zdobytych danych. 

Głos rozległ się po raz drugi. Dobiegał z zamkniętej szczelnie szarki i choć słowa 

były stłumione i bełkotliwe, obojgu wydawało się, że słyszeli wyraźnie nazwisko Carr. 

Luke podbiegł do schowka i otworzył drzwiczki, pospiesznie wysypując zawartość 

worka na podłogę. 

Podskoczył ze zdumienia, a Mara krzyknęła cicho na widok pozbawionej ciała 

głowy, w którą zamieniła się jedna ze skórzastych kul. 

Wektor pierwszy 

182

- Torug bouke, Yomin Carr - odezwała się głowa w nieznanym języku. - Dowin tu 

gu. 

- Nie jest prawdziwa - zauważyła Mara, podchodząc bliżej i ustawiając dziwaczny 

przedmiot bardziej pionowo. Choć nie widniało na nim oblicze wojownika, z którym 
niedawno walczyła, to mozaika szpecących ją blizn i tatuaży wyglądała bardzo podob-
nie. 

Treść przemowy była zupełnie niezrozumiała, ale oczy i usta poruszały się zgod-

nie z rytmem słów. Mówca zdawał się akcentować w szczególny sposób tylko jedną 
frazę: Praetorite Vong. 

Gdy głowa skończyła mowę, przenicowała się szybko i znowu była skórzastym 

worem, nie różniącym się niczym od drugiego, leżącego obok. 

- Odpowiednik przekazu holograficznego - zasugerowała Mara, odważywszy się 

szturchnąć martwe z pozoru stworzenie. 

- Dla Yomina Carra - zgodził się Luke. - Moim zdaniem - od przełożonego. 
- Zatem mamy tu urządzenia komunikacyjne - wywnioskowała Mara. - Ciekawe, 

kto jest nadawcą. 

- Zapisałeś wszystko, Artoo? - spytał Skywalker. Robot pisnął potwierdzająco. 
- Potrafisz przetłumaczyć? - zaciekawiła się Mara. 
- U-uu - gwizdnął smutno R2-D2. 
- Threepio to zrobi, jak tylko Artoo przekaże mu nagranie. Kobieta skinęła głową. 
- Praetorite Vong? - zastanawiał się Luke. 
- O co tu chodzi? 
Jedi nie miał w zanadrzu odpowiedzi na pytanie żony. 
- Artoo, masz już dane na temat aktywności w przestrzeni wokół Belkadanu? 
Artoo-Detoo gwizdnął i zaskrzeczał w odpowiedzi. 
- Sprawdź ruch statków wewnątrz systemu w ciągu ostatnich kilku dni - zasuge-

rował Luke. 

R2-D2 znów gwizdnął i zaskrzeczał. Tym razem Skywalker zrozumiał,  że robot 

próbuje mu coś powiedzieć, i wraz z Marą podszedł do jego stanowiska. Na małym 
ekranie zawieszonym nad kopułką robota pojawiło się nagranie dokonane przez tele-
skopy stacji ExGal-4 podczas śledzenia superszybkiej komety, która zmierzała ku Ru-
bieżom spoza galaktyki. 

Luke westchnął, zastanawiając się, czy nie powinni wrócić na Belkadan, by po-

szukać bardziej szczegółowych danych. 

- Przejdź do wniosków - polecił. 
R2-D2 przyspieszył odtwarzanie, ukazując płynny ruch komety aż do chwili, gdy 

zniknęła z pola widzenia. Potem wyświetlił wynik obliczeń dokonanych w bazie. Ce-
lem podróży tajemniczego obiektu była czwarta planeta systemu Helska... 

Luke i Mara przyglądali się z niedowierzaniem. Mieli zbyt wiele do przemyślenia. 

Przyszły im do głowy zupełnie nowe hipotezy, ale żadna z nich nie wróżyła nic dobre-
go. 

Lodowa okrywa czwartej planety zdawała się mrozić serce nieustannie torturowa-

nego rycerza Jedi. Miko siedział skulony na ciepłych, świecących porostach, które wy-

background image

R.A. Salvatore 

183
ścielały podłoże. Głowę ukrył w ramionach, daremnie usiłując pogrążyć się w medyta-
cji. Drogę ku dającej wytchnienie wewnętrznej pustce zamykały mu straszliwe wspo-
mnienia. 

Widział poruszające się szczęki, ostre zęby i czuł przytłaczającą potęgę umysłu 

yammoska, która obracała wniwecz całe szkolenie Jedi i łamała siłę jego woli. 

Żadne życiowe doświadczenie nie mogło przygotować Mika do walki z podstępną 

yuuzhańską techniką niszczenia umysłu. Podczas nauki w akademii zetknął się z Ciem-
ną Stroną Mocy i sięgnął do najbardziej przerażających zakątków własnej duszy, ale 
nawet te przeżycia bladły w obliczu złowrogiej potęgi yammoska. 

Ile to już razy ta przerażająca istota markowała jego egzekucję? Ile razy przyciąga-

ła go ku sobie, zatrzymując o włos od potężnych kłów? Za każdym razem, wbrew logi-
ce, był pewny, że nadeszła jego ostatnia godzina. 

Kolejne powtórki tego scenariusza wcale nie zmniejszały paraliżującego strachu 

przed śmiercią. 

Co gorsza, każdą niedoszłą egzekucję Miko odtwarzał w pamięci tysiące razy, a 

wspomnienia były nie mniej żywe niż samo doświadczenie. Nie mógł spać i wmuszał w 
siebie tylko tyle jedzenia, by przeżyć. 

Siedząc po przeciwnej stronie sali, Danni obserwowała go bezradnie, wiedząc, że 

towarzysz jest już bliski załamania. Próbowała wszelkich sposobów, by go pocieszyć - 
przytulała, gdy rzucał się przez sen, znajdowała słowa otuchy i pozwalała się wypła-
kać... 

Wiedziała jednak, że to nie ma znaczenia. Wojownicy rasy Yuuzhan Vong, kim-

kolwiek byli, najwyraźniej postanowili już, że z jakiejś przyczyny - której Danni Quee 
wciąż nie potrafiła pojąć - rycerz Jedi Miko Reglia nie stanowi dla nich godnego prze-
ciwnika. Dlatego właśnie zamierzali zniszczyć go doszczętnie: najpierw serce, potem 
umysł, a na końcu ciało. 

A ona mogła jedynie patrzeć... 

Wektor pierwszy 

184

R O Z D Z I A Ł  

17 

OSTATNI BUNT 

Ziemia huczała i drżała, gdy ogromna fala odłamków skalnych zwaliła się na jeden 

z budynków, przewracając go na ulicę. Anakin odbił śmigaczem w bok i przyspieszył, 
sprawnie omijając grupy rozwrzeszczanych ludzi oraz spadające i odbijające się od 
ziemi kamienie. Kilku żołnierzy z Gwardii Miejskiej Sempidal City, którzy strzegli 
północnych rogatek stolicy, próbowało zatrzymać pędzący pojazd. 

Na próżno. 
Poza miastem wstrząsy były jeszcze bardziej gwałtownie. Wiał silny wiatr. Anakin 

pomyślał z obawą że pod wpływem zbliżającego się księżyca rośnie ciśnienie atmosfe-
ryczne. Znał wyniki obliczeń i wiedział, do zderzenia jeszcze kilka godzin, ale zasta-
nawiał się, czy planeta wytrzyma tak długo. Potężne ruchy tektoniczne, huraganowe 
wiatry i występujące z brzegów fale mórz mogły zniszczyć powierzchnię globu. Spada-
jący satelita nie miałby już kogo zabić. 

Dlatego właśnie chłopak nie oszczędzał silników śmigacza. Czuł się niemal tak, 

jakby znowu mknął przez pas asteroid: polegał na instynkcie i raczej przewidywał po-
jawiające się niebezpieczeństwa niż na nie reagował. Na sąsiednim fotelu rozsiadł się 
wygodnie milczący i spokojny burmistrz. Nie poruszał go nawet widok spadających 
dokoła głazów i lawin pyłu, które niemal zmiatały pojazd z kursu. Anakin prawie o nim 
nie myślał. Od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenie w bok lub sondował umysł 
pasażera Mocą. Wiedział już, że starzec nie udaje - istotnie był spokojny, jakby z poko-
rą zaakceptował zbliżającą się nieuchronnie śmierć. 

Anakin wykorzystał opanowanie towarzysza podróży, by ostudzić własne emocje. 

Jeszcze raz sprawdził współrzędne, by upewnić się, czy trafili we właściwą okolicę. 

Tylko czego szukali? 
Olbrzymiej maszyny? Krążownika przechwytującego z jego potężnymi emiterami 

grawitacyjnymi? Nie widział żadnej jednostki. A może szczeliny w powierzchni plane-
ty? Jedynymi rozpadlinami były świeże pęknięcia, wywołane trzęsieniem ziemi. 

Chłopak zwolnił bieg pojazdu i zamknął oczy, starając się odebrać otaczające go 

fale emocji: poczuł spokój starca, drżenie planety, wywołane przez przelatujący nisko 

background image

R.A. Salvatore 

185
księżyc, strach rozumnych i bezrozumnych istot. Młody Jedi niemal czuł w ustach 
smak ich przerażenia. 

Anakin coraz bardziej zagłębiał się w sobie. Źródło siły zdolnej ściągnąć z nieba 

naturalnego satelitę planety nie mogło pozostawać niewidzialne w polu Mocy. 

Olbrzymi księżyc znowu pojawił się nad horyzontem. Wicher ryczał nieprzerwa-

nie, a grunt był coraz mniej stabilny. 

I nagle Anakin poczuł ogromne przyciąganie wymierzone w jeden punkt - w sate-

litę Sernpidala. Nie tracąc koncentracji, powoli otworzył oczy i w tym momencie „zo-
baczył" wiązkę, która ściągała księżyc ku planecie. 

Śmigacz przyspieszył i prześliznął się  wąwozem między dwoma drgającymi od 

wstrząsów wzgórzami. Był to niebezpieczny manewr. Jeden z toczących się po zbo-
czach głazów wbił się w ziemię tuż za pojazdem. Lawina skalnych odłamków runęła z 
taką szybkością,  że jedynie moc silnika uratowała maszynę i jej pasażerów przed 
zmiażdżeniem. Gdy dotarli do końca wąskiej doliny, uderzyła ich ściana potężnego 
wiatru. Fala powietrza była gorąca i gwałtowna, jakby powstała po wpływem ogrom-
nego nacisku. Anakin spojrzał na przelatujący księżyc i dostrzegł za nim ognistą smu-
gę. Satelita wszedł w kontakt z atmosferą. 

- Stoimy prawie w miejscu - zauważył spokojnie burmistrz. 
Młodzieniec szarpnął sterami, prowadząc maszynę wąską ścieżką w kierunku na-

wisu skalnego. Potężny podmuch wichru niemal rozpłaszczył  śmigacz na ścianie. Ja-
kimś cudem uniknęli kraksy i pojazd ruszył mozolnie wąskim tunelem, a gdy ponownie 
wynurzył się spod skały, wiatr osłabł na tyle, że można było dalej przeć naprzód. 

Opuściwszy przełęcz, dotarli na otwartą przestrzeń. Była to dolina między niskimi 

pasmami gór, nagie pustkowie, pokryte kamieniami i pyłem. Anakin natychmiast do-
strzegł pośrodku krater. Nie potrzebował Mocy, by zrozumieć, że właśnie tu znajduje 
się źródło przyciągania. Szybko i ostrożnie podprowadził maszynę na odległość kilku-
nastu metrów, po czym wyłączył silnik i zeskoczył na ziemię. Nie wiedząc, czego wła-
ściwie ma się spodziewać, pochylił się nisko i podkradł do krawędzi krateru. 

Otwór nie był duży - miał najwyżej kilkadziesiąt metrów średnicy i dziesięć głę-

bokości. Pośrodku leżało coś, co wyglądem przypominało ciemnoczerwone, wielkie, 
pulsujące serce, z granatowymi wypustkami. Anakin przyglądał się uważnie, szukając 
modułu sterującego czy choćby połączenia ze źródłem zasilania. 

- Co to jest? - spytał starzec, dołączając do chłopca na brzegu krateru. 
Anakin spojrzał raz jeszcze, tym razem używając Mocy. Dość prędko doszedł do 

wniosku, że ma przed sobą nie tylko przyczynę nieuchronnego kataklizmu, ale także... 
żywą istotę. Oddychając głęboko, sięgnął po blaster. 

- Więc to ściąga nam na głowę Dobida? - zapytał z niedowierzaniem mężczyzna. 
- Cofnij się - rozkazał Anakin, składając się do strzału. Burmistrz nawet nie 

drgnął, ale chłopak, całkowicie skoncentrowany na niezwykłej, obcej i potężnej formie 
życia, nawet tego nie zauważył: wycelował starannie i strzelił. 

Energetyczna błyskawica pomknęła w głąb krateru i... zniknęła. Po prostu zgasła, 

niczym płomyk  świecy na silnym wietrze. Anakin strzelił jeszcze kilka razy, ale bez 
widocznego efektu. 

Wektor pierwszy 

186

- Co to jest? - spytał ponownie starzec, tym razem z większym naciskiem. 
- Biegnij do śmigacza i wracaj po mojego ojca - polecił młody Jedi, odpinając od 

pasa miecz. 

- To ten brzydki czy ten kudłaty? 
Anakin zignorował żart i stanął jedną nogą na samej krawędzi krateru. 
W tym momencie obaj znaleźli się w powietrzu, podrzuceni nagłym i wyjątkowo 

gwałtownym wstrząsem. Młody Jedi pozbierał się pierwszy: zobaczył wylatujące z 
krateru kamienie i chmurę pyłu. Przypominało to erupcję wulkanu, ale nie pojawiła się 
lawa. 

Zjawisko ustało nagle, więc Anakin pognał z powrotem ku krawędzi. W miejscu, 

gdzie przed chwilą znajdowała się tajemnicza istota, pojawił się przepastny otwór. 
Chłopak zrozumiał: stworzenie poczuło,  że jest atakowane i odwróciło działanie pola 
grawitacyjnego, koncentrując się zapewne najądrze Sernpidala. Prawdopodobnie znaj-
dowało się teraz głęboko pod powierzchnią planety. 

Co robić? 
Anakin zadarł głowę ku niebu, słysząc znajomy ryk silników „Sokoła Millenium", 

który wyłaniał się  właśnie spoza grzbietu górskiego. Frachtowiec wylądował wkrótce 
na pokrytej żwirem równinie i niemal natychmiast na ziemię opadła rampa głównego 
włazu. Han podbiegł do syna, a ze statku wysunęło się kilka głów należących do naj-
bardziej ciekawskich sempidaliańskich uchodźców. 

- Musimy wracać! - zawołał Solo. - Chewie organizuje ewakuację, ale może za-

braknąć statków! 

- Źródło przyciągania jest tam - odpowiedział Anakin, wskazując na krater. - To 

żywa istota! 

Han potrząsnął głową. 
- To już nie ma znaczenia - odparł, uśmiechając się kwaśno. Anakin zrozumiał. 

Dla Sernpidala było już za późno. Nawet gdyby zdołali jakoś zabić stworzenie lub prze-
rwać jego oddziaływanie, Dobido nie powróci już na wyższą orbitę, tylko spadnie na 
powierzchnię planety. 

- Każda sekunda zwłoki może oznaczać czyjąś  śmierć - przypomniał mu ojciec. 

Anakin popędził w stronę rampy. Starzec nie ruszył się z miejsca. Dopiero po chwili 
zbliżył się do krawędzi krateru. 

- Muszę się upewnić, że ten diabeł nie ucieknie, by znowu zniszczyć jakąś planetę 

- wyjaśnił z uśmiechem, po czym wydobył spod płaszcza metrowej długości rurę. - 
Detonator termiczny - dodał. - Chyba powinniście już lecieć. 

- Jesteś szalony... - zaczął Han, ale burmistrz Sernpidal City bez słowa podszedł do 

krawędzi urwiska i skoczył. 

„Sokół" zaledwie zdążył oderwać się od ziemi, gdy detonator eksplodował, wy-

rzucając w powietrze tony pyłu; nad doliną wyrósł gigantyczny grzyb. 

- Dziwny staruszek - mruknął oszołomiony Han. 
Anakin spojrzał przez iluminator w stronę nie istniejącego krateru. Nie czuł już 

ciążenia generowanego przez obcą istotę. 

- Załatwił ją- poinformował ojca. 

background image

R.A. Salvatore 

187

Han skinął głową. Starzec nie kupił im swoim czynem ani minuty czasu. Nie ura-

tował też Sernpidala, a jednak.... Obaj czuli, że dokonał czynu ważnego i bohaterskie-
go. 

 
Dla prefekta Da'Gary był to moment najwyższej chwały, honoru i duchowego 

spełnienia. Takie chwile uważał za cel swego życia, nagrodę za wysiłki, i wyczekiwał 
ich z upragnieniem. 

Stał samotnie na podwyższeniu przed obliczem yammoska, a wielkie oczy wpa-

trywały się w niego badawczo. Nucąc modlitwy do Yun-Yammki, uniósł ramię, by 
delikatnie przyłożyć dłoń między oczami yammoska, w miejscu transferu, gdzie pulso-
wała wielka, niebieskawa żyła. 

Połączyli się. Świadomość yammoska całkowicie zdominowała osobowość Da'Ga-

ry. Prefekt poczuł jednoczącą Yuuzhan potęgę koordynatora wojennego, powód jego 
istnienia. Dzięki mocy jego umysłu sięgnął myślą ku swym pobratymcom, żołnierzom 
grupy uderzeniowej Praetorite Vong. 

Da'Gara jeszcze głębiej zapadł w przytłaczającą osobowość yammoska. Odbierał 

wszystkie jego uczucia i oddał mu własne. Wiedzieli, że nadszedł czas ekspansji; czas 
podboju i zagarnięcia olbrzymich połaci galaktyki. 

Najpierw jednak trzeba było zwabić tu część sił przeciwnika; zniszczyć okręty wo-

jenne Nowej Republiki na własnym terenie, na którym yammosk sprawował pełną kon-
trolę i gdzie najskuteczniej koordynował poczynania swych żołnierzy. 

Prefekt wrócił ze spotkania równie rozradowany, co wyczerpany. Zastrzyk psy-

chicznej energii rekompensował mu w pełni fizyczne wycieńczenie. Poszedł wprost do 
swej prywatnej kwatery, z zamiarem użycia villipa Yomina Carra, lecz w ostatniej 
chwili zmienił zdanie i nawiązał kontakt z Nomem Anorem. 

Egzekutor odpowiedział niemal natychmiast. 
- Dzisiaj zaczynamy - obwieścił Da'Gara. 
- Idźcie po chwałę i zwycięstwo - odpowiedział zgodnie ze zwyczajem Nom Anor. 

- Umierajcie jak wojownicy. 

Da'Gara wyprężył się służbiście. 
- Nie splamimy honoru ludu Yuuzhan Vong - wyrecytował tradycyjną formułkę. - 

Koordynator wojenny wysłał już cztery grupy bojowe z zadaniem przechwycenia ucie-
kinierów. Mają rozkaz podążać za nimi do następnej zamieszkanej planety i tam rozpo-
cząć otwarte działania wojenne. 

- Do-ro 'ik vongpratte - rzekł Nom Anor. 
Prefekt wstrzymał oddech, słysząc te śmiałe słowa. Było to zawołanie bojowe 

Yuuzhan; hasło rozbudzające nieokiełznane okrucieństwo i uwalniające najprymityw-
niejsze instynkty wojowników. Słysząc taki rozkaz Yuuzhanie stawali się myśliwymi 
podążającymi tropem zwierzyny, drapieżnymi zabójcami. 

- Do-ro 'ik vongpratte - powtórzył za egzekutorem Da'Gara. - Biada naszym wro-

gom. 

 

Wektor pierwszy 

188

Gdy Han doprowadził „Sokoła" do Sernpidal City, port kosmiczny już nie istniał. 

Potężny wstrząs przewrócił  ściany otaczające lądowiska. Dokoła biegała gromadka 
tubylców, a kilku innych leżało krzyżem na pobliskich ulicach, modląc się do Tosi-
karu. 

Większość mieszkańców miasta udało się jednak uratować. Dziesiątki statków, od 

jednomiejscowych - z dwoma pasażerami w kabinie - po zatłoczone do granic możli-
wości frachtowce, unosiły się już w powietrzu, przygotowując do odlotu. 

Han natychmiast wypatrzył Chewiego. Wookie machał ku niemu, drugą  łapą 

trzymając dwoje dzieci. 

- Pomóż mu - polecił synowi. Anakin popędził do wyjścia, rozpychając ludzi stło-

czonych w korytarzu i czym prędzej opuścił rampę. Han powoli i uważnie sprowadzał 
statek na ziemię, starając się opierać podmuchom niewiarygodnie silnego wichru. - 
Szybciej, szybciej... - mruczał do siebie. Kawałki gruzu i śmieci pędziły z wiatrem, 
cudem nie zasypując Chewiego i dwóch malców. 

Solo zszedł „Sokołem" jeszcze niżej, zaledwie kilka metrów nad ziemię, i ostroż-

nie podleciał do Chewbaccy. 

- Dzieciaki są w środku - zameldował Anakin przez interkom. - Czekam na Che-

wiego. 

Potężna eksplozja wstrząsnęła miastem. Kilka budynków dalej spod szczątków 

powalonego muru podnosił się niewielki prom, jednak jego napęd nie wytrzymał obcią-
żenia i statek runął na ziemię. 

Han trzasnął pięścią w konsoletę. 
- Masz Chewiego, mały? - zawołał. 
- Biegnie do wahadłowca - odkrzyknął Anakin. - Ja też. Spotkamy się tam. - Nim 

chłopak skończył mówić, Solo dostrzegł Wookiego, który w biegu zdejmował z ramie-
nia kuszę. 

Anakin dogonił go, gdy Chewie zwolnił, by jednym strzałem wybić dziurę w ścia-

nie, która odgradzała ich od unieruchomionego statku. 

- Musimy to odgarnąć - krzyknął młodzieniec, gdy znaleźli się po drugiej stronie 

muru i ujrzeli stertę gruzu pokrywającą ogon promu. Uruchomienie pojedynczego sil-
nika jonowego, w który wyposażono niewielką maszynę, groziło przeciążeniem. 

Chewie zaczął strzelać z kuszy, krusząc większe kawałki rozbitego muru. Wolną 

ręką zgarniał odłamki i rozrzucał je na boki. 

- Prędzej! - w otwartym włazie pojawiła się kobieta. – Mam pełen statek ludzi; 

wszyscy zginiemy! 

Anakin przyjrzał się stercie gruzu i postępom Wookiego. Słyszał już ryk silników 

„Sokoła", wyłaniającego się zza ściany, którą przed chwilą przebili. Przez moment 
zastanawiał się, czy nie poprosić ojca, żeby rozniósł tę kupę szczątków kilkoma salwa-
mi z pokładowych dział laserowych. 

Potrząsnął głową, wyrzucając z głowy ten niedorzeczny plan, po czym sięgnął po 

wewnętrzne źródło siły: używając Mocy, kolejno unosił w powietrze i odrzucał na bok 
większe kawałki kamienia i muru. Kolejny wstrząs zakołysał miastem, gdy nad 
wschodnią częścią horyzontu ukazał się spadający księżyc. Wydawało się,  że znowu 

background image

R.A. Salvatore 

189
urósł; ciągnął za sobą imponujący, ognisty ogon. Wicher wzmógł się jeszcze bardziej. 
Pędząca masa powietrza wydawała z siebie ogłuszający ryk. 

Anakin zachował jednak spokój i metodycznie przerzucał gruz. 
Wookie zaryczał z aprobatą, pracując bez wytchnienia bardziej konwencjonalną 

metodą. Po chwili odwrócił się w stronę kobiety stojącej we włazie i kilkakrotnie wark-
nął w jej stronę. 

- Startuj! - przetłumaczył Anakin. - Natychmiast startuj! - Cofnęli się z Chewiem o 

kilka kroków. Prom oderwał się od ziemi i wystrzelił ku niebu. 

Nim zdążył wznieść się na wysokość dziesięciu metrów, uderzył weń potężny po-

dmuch wiatru, który porwał także Anakina i Chewiego i przetoczył ich po ziemi. 

Potężne silniki „Sokoła Millenium" utrzymały go w miejscu. Han wybiegł na 

opuszczoną rampę wiszącego tuż nad ziemią statku, wyciągając rękę do syna i przyja-
ciela. 

- Chodźcie! - krzyknął. - To już koniec! 
Rosły Wookie ze wszystkich sił walczył z napierającym wichrem, ale posuwał się 

bardzo wolno. Anakin unosił się nad ziemią, używając Mocy, by zbliżyć się do statku. 

Nagle przez ryk nawałnicy przebił się czyjś  płacz. Rozejrzeli się dookoła. Spod 

przewróconej, na poły rozbitej ściany, patrzyły na nich wielkie, pełne łez oczy. 

Anakin skręcił gwałtownie, a Wookie zerknąwszy szybko na Hana, ruszył za nim. 
- Wracaj na statek - polecił Anakin, krzycząc najgłośniej jak potrafił. Jego głos był 

ledwie słyszalny poprzez wycie wichru. 

Chewie warknął i potrząsnął włochatym łbem. 
- Użyję Mocy, żeby przyciągnąć nas do statku – zawołał Anakin. W rumowisku 

znowu rozległ się płacz. - I jego też! 

Czym prędzej zabrali się do dzieła, pracując ze wszystkich sił. Wreszcie Chewie 

sięgnął łapą do jamy i wydobył z niej małego chłopca. We trzech ruszyli w stronę „So-
koła", zmagając się z narastającą nawałnicą. Ziemia pękała przy akompaniamencie 
ogłuszającego ryku wichru, a silniki frachtowca z najwyższym trudem utrzymywały go 
we właściwej pozycji. 

Byli tuż, tuż, tak blisko, że Han mógł prawie dotknąć wyciągniętej ręki Anakina, 

gdy kolejny podmuch wiatru pchnął w ich stronę chmurę mniejszych kawałków gruzu. 
Chewie odwrócił się, osłaniając dzieciaka swym wielkim ciałem. Anakin nie zdążył 
uskoczyć i jeden z kamieni uderzył go w skroń. Chłopak stracił koncentrację i natych-
miast został porwany przez prąd powietrza. 

Han patrzył na to z przerażeniem. Nim zdążył się ruszyć, Chewbacca cisnął malca 

wprost w jego ręce, a sam odwrócił się i na poły biegnąc, na poły lecąc z wiatrem, po-
pędził za toczącym się po rumowisku Anakinem. 

Han przekazał dziecko pasażerom i runął do sterowni. Wiedział, że Chewie i Ana-

kin nie będą w stanie dotrzeć z powrotem do „Sokoła" bowiem burza wciąż przybierała 
na sile. Szybko i pewnie poprowadził statek nad miejsce, w którym Wookie dopadł 
Anakina i właśnie podnosił go z ziemi. 

Han zablokował stery i raz jeszcze pobiegł do rampy, rozpychając uchodźców, 

którzy tłoczyli się, próbując pomóc. Frachtowiec nie był jednak w stanie utrzymać po-

Wektor pierwszy 

190

zycji. Przy dźwięku wyjących z wysiłku silników i repulsorów zdryfował nieco w bok - 
a może to ziemia zaczęła się poruszać? 

- Chewie! - krzyknął Solo, wychylając się poza krawędź rampy. Kilku pasażerów 

przysiadło tuż za nim, trzymając go mocno za nogi. Z desperacją wyciągnął  ręce ku 
Wookiemu, ale „Sokół" był zbyt wysoko. 

Chewbacca posłał przyjacielowi spojrzenie pełne spokojnej rezygnacji, a potem 

rzucił Anakina prosto w jego ręce. 

Ziemia znowu zadrżała i nagle Chewie znalazł się bardzo daleko od statku. 
Han ułożył syna na pokładzie, ale chłopak już odzyskał przytomność i próbował 

wstać, by pospieszyć za ojcem do sterowni. 

Solo zaciekle walczył ze sterami, zawracając potężną maszyną i klucząc między 

zrujnowanymi budynkami. Głośnik komunikatora aż trzeszczał od chaotycznych krzy-
ków; załogi innych statków nie wiedziały dokąd mają lecieć. 

Han zignorował to i skupił się na ratowaniu przyjaciela. 
Anakin opadł na fotel obok, w którym zwykle zasiadał Chewie. 
- Gdzie on jest? - zawołał Han. 
Chłopak wziął głęboki, uspokajający oddech. Dobrze znał Chewbaccę, więc mógł 

bez trudu odnaleźć go dzięki Mocy. I zrobił to. 

- W lewo! - krzyknął. Han szarpnął sterami. - Za tamtym rogiem - dodał Anakin. 
- Kieruj! - rozkazał Solo i pomknął w kierunku rampy. -Zawiesisz statek obok nie-

go! 

Anakin miotał się za sterami jak szalony. Kadłub frachtowca drżał, jakby miał się 

rozpaść na kawałki. Jedi położył statek na burtę, by przemknąć wąską aleją i skręcił za 
zrujnowanym budynkiem. 

- O, nie... - jęknął, widząc Chewiego. Wookie stał tyłem do „Sokoła", wpatrując 

się w ognisty księżyc, który szybko spadał ku powierzchni planety. 

- Bliżej! - krzyknął Solo. 
Chewie odwrócił się i zrobił krok w stronę Hana i „Sokoła", lecz w tym momencie 

potężne uderzenie gorącego wiatru rzuciło nim o ziemię. Pozostałości okolicznych 
budynków zaczęły się walić. Wielki kawał gruzu rozbił się o górny pancerz frachtowca. 
Generatory pól jęknęły z wysiłku, a dziób statku uniósł się ku górze. 

Anakin robił wszystko, by wyrównać lot. Zawrócił, aby rozejrzeć się w poszuki-

waniu Wookiego, lecz zamiast niego zobaczył tuż nad ziemią piękny i złowrogi księ-
życ, lub - jak woleli wciąż modlący się do niej na ulicach wierni - „Tę, która przycho-
dzi", boginię Tosi-karu. 

Anakin w jednej chwili pojął, że nie mają już czasu. Jeśli wróci po Chewiego, jeśli 

natychmiast nie zdecyduje się na odwrót, podmuch, który powstanie przy zderzeniu 
księżyca z planetą rozedrze statek na strzępy. 

Usłyszał jeszcze ojca, który krzyczał, by zabrać go do Chewiego, a potem skiero-

wał dziób „Sokoła Millenium" ku niebu i pchnął dźwignię akceleratora. 

 
Han widział. 

background image

R.A. Salvatore 

191

Widział wyczerpanego i zakrwawionego Chewiego, który podniósł się z ziemi, 

stanął na stercie gruzu i obserwował spadający księżyc, wymachując potężnymi ramio-
nami i wydając bojowy ryk. 

Scena malała w oczach, ale Han nie przestawał patrzeć. Każdy szczegół ostatnich 

chwil życia jego przyjaciela na zawsze wrył mu się w pamięć. Zobaczył jeszcze począ-
tek kataklizmu: moment, w którym Dobido uderzył w miasto... 

Rampa zamknęła się nagle, uszczelniając kadłub statku - Han wiedział, że uniósł 

ją Anakin-a chwilę później „Sokół" przyspieszył i wpadł w rotację, pchnięty podmu-
chem eksplozji. 

Solo nie myślał w tym krytycznym momencie o bezpieczeństwie - ani o własnym, 

ani uciekinierów, ani nawet syna. Miał przed oczami tragiczny obraz Wookiego, wy-
grażającego pięściami przeciwnikowi, którego nie mógł pokonać. 

Był to zaiste wspaniały bunt - ale nawet ta myśl nie mogła ukoić rozdartego serca 

Hana Solo. 

Wektor pierwszy 

192

R O Z D Z I A Ł  

18 

NADCHODZI BURZA 

- Zostań na wysokiej orbicie - polecił Luke Marze, zasiadając w kabinie swego X-

skrzydłowca. Niewielki myśliwiec spoczywał w tylnym luku towarowym „Miecza 
Jade". - Jeśli zaczną się kłopoty, skoczę w nadprzestrzeń i spodziewam się, że zrobisz 
to samo. 

- Zaraz po tobie - zapewniła go żona. W jej głosie nadal wyczuwało się zmęczenie. 
- Tuż przede mną- poprawił Luke. Wyobrażał sobie jej krzywy uśmiech. Wysłu-

chała tego polecenia po raz dziesiąty w ciągu ostatniej godziny. 

Weszli do systemu Helska po cichu, wykorzystując jego słońce jako naturalną 

osłonę. Nie mieli pojęcia, co się może dziać na czwartej planecie; nie wiedzieli, czy 
zabity przez Marę miał coś wspólnego z obiektem, który wtargnął do galaktyki i zde-
rzył się z lodowym globem; nie wiedzieli też, czy tutaj właśnie odnajdą źródło zarazy 
niszczącej Belkadan. Być może wszystko to okaże się jedynie zbiegiem okoliczności... 
Może Yomin Carr padł ofiarą tej samej metamorfozy, która odmieniła drzewa skażonej 
planety? 

Luke był innego zdania. Wyczuwał tu głębokie, groźne zakłócenia, jakby zło-

wróżbne drżenie Mocy. Obawiał się, że dziwna i niebezpieczna choroba, podobna do 
tej, na którą cierpiała Mara może zaatakować całą galaktykę, a niestety istniał tylko 
jeden sposób na rozwianie wątpliwości. Skórzaste kule, które znaleźli na Belkadanie, 
zdawały się potwierdzać najbardziej ponure przypuszczenia. Ktoś chciał skontaktować 
się z Yominem Carrem, używając języka, którego Mara i Luke nigdy przedtem nie 
słyszeli, a R2-D2 nie był w stanie nawet podjąć próby tłumaczenia. 

Skywalker sądził, że dokona tego C-3PO, którego oprogramowanie zawierało za-

pisy mowy wszystkich ras galaktyki, nie wyłączając języków archaicznych i nie uży-
wanych w praktyce. Na myśl o tym, że w tym przypadku nawet android protokolarny 
nie umie sobie poradzić, Luke poczuł dreszcze. Ale czy po tym, co przeżyli na Belka-
danie, mogli być pewni, że rasa, do której należał Yomin Carr pochodzi z tej galaktyki? 

Nawet jeśli tak nie było, Mistrz Jedi wierzył w możliwości niezawodnego Thre-

epia. 

background image

R.A. Salvatore 

193

- Otwieraj, Artoo - polecił siedzącemu za nim astromechowi. R2-D2 przesłał od-

powiednią instrukcję komputerowi pokładowemu myśliwca, a ten przekazał  ją obwo-
dom logicznym „Miecza Jade". Ogon promu rozchylił się niczym olbrzymie nożyce. 
Chwilę później X-skrzydłowiec wysunął się gładko w otwartą przestrzeń i przez chwilę 
unosił się swobodnie obok statku Mary. Gdy prom nieco się oddalił, Luke śmignął pod 
nim i przyspieszył, a wyprzedzając go, pozdrowił gestem żonę. Postanowili, że Sky-
walker poleci w stronę czwartej planety zwinnym myśliwcem, zaś statek Mary odegra 
rolę zwiadowcy dalekiego zasięgu i w razie potrzeby zapewni mu osłonę. 

Skrzydła X-skrzydłowca pozostały złożone, nadając mu wygląd dwupłatowego 

myśliwca. Luke pobieżnie sprawdził wszystkie systemy i skontaktował się z Marą, 
podając jej planowaną trasę przelotu. 

A potem skierował się wprost na słońce systemu Helska. 
- Śledzisz ruch planety? - spytał androida. 
R2-D2 zagwizdał, najwyraźniej oburzony tak oczywistym pytaniem. Mimo zde-

nerwowania, Luke uśmiechnął się lekko. 

- Daj znać, kiedy będzie ci za gorąco - powiedział, po czym delikatnie pchnął ma-

netkę akceleratora. Prędkość maszyny zwiększyła się dodatkowo za sprawą pola grawi-
tacyjnego gwiazdy. 

Luke poczuł na piersiach narastający nacisk, więc przestawił kompensator przy-

spieszenia na dziewięćdziesiąt dziewięć procent skuteczności. Słońce na monitorze 
puchło w oczach, ale Skywalker wiedział, co robi, i bez reszty ufał zdolnościom nawi-
gacyjnym R2-D2. 

Gdy zbliżyli się do gwiazdy, temperatura kadłuba statku i częstotliwość skarg an-

droida gwałtownie wzrosły. Luke położył myśliwiec w ostry skręt w prawo, wchodząc 
na dość ciasną orbitę, a potem, polegając na wyliczeniach dokonanych przez R2-D2, z 
ogromną prędkością wyprowadził maszynę na niemal prostoliniowy kurs ku czwartej 
planecie. W tym momencie mieli gwiazdę za plecami. Jeśli na lodowym globie czaił się 
wróg, najprawdopodobniej nie był w stanie namierzyć nadlatującego pojazdu -
zwłaszcza tak małego i szybkiego, jak lecący w polu grawitacyjnym słońca X-
skrzydłowiec. 

Wkrótce Luke dostrzegł cel podróży. Planeta rosła błyskawicznie: najpierw była 

zaledwie kropką, potem powiększała się do rozmiarów pięści, by kilka chwil później 
wypełnić sobą całą transplastalową taflę. Pilot rozsunął płaty skrzydeł i znowu przechy-
lił stery w prawo, wchodząc na orbitę i pomału obniżając pułap lotu, by przyjrzeć się 
bliżej lodowemu pustkowiu planety. 

Nagle poczuł, że otacza go pole czystej energii. Czuł mrowienie w cebulkach wło-

sów, słyszał trzaski w komunikatorze, a wokół instrumentów pokładowych zaczęły 
skakać zygzakowate linie wyładowań. 

R2-D2 gwizdnął ostrzegawczo, ale nawet ten dźwięk zanikł w połowie pod wpły-

wem interferencji. 

Luke wyłączył większość przyrządów. Polegając na własnych oczach i instynkcie, 

zszedł jeszcze niżej. Statek zakończył już pierwsze okrążenie wokół planety, ale leciał z 
coraz mniejszą prędkością. Podczas drugiej rundy Luke mógł dowiedzieć się więcej. 

Wektor pierwszy 

194

- Luke'u - rozległ się przerywany głos Mary. Mówiła dalej, ale tylko kilka słów 

przebiło się przez zakłócenia. - Jest.... tyłu.... punktów. 

- Odtwórz wiadomość - polecił Skywalker robotowi. - Spróbuj odfiltrować trzaski 

i zrozumieć, co powiedziała. 

Jedi sprowadził X-skrzydłowiec tuż nad powierzchnię globu. Wytężył wzrok i 

użył Mocy, by zrozumieć co się dzieje. Czuł bardzo wyraźnie, że coś jest nie w porząd-
ku. Narastała w nim dręcząca świadomość niebezpieczeństwa... 

I wtedy poczuł szarpnięcie. Dziób myśliwca opadł, jakby maszyna zaczepiła nim o 

lustro wody. 

R2-D2 zapiszczał, a większość instrumentów - przede wszystkim nawigacyjnych - 

po prostu się wyłączyła. 

Naga, mroźna pustynia zdawała się biec na spotkanie ze spadającym statkiem. 
 
Długi korowód frachtowców, promów i wszelkich innych maszyn, jakie można 

znaleźć na zapomnianych planetach Zewnętrznych Odległych Rubieży, oddalał się z 
wolna od Sempidala. Wszystkie statki były pełne wyczerpanych i przerażonych 
uchodźców: kobiet i mężczyzn, którzy na własne oczy widzieli, jak ich domy przestają 
istnieć; kobiet i mężczyzn, którzy stracili rodziny i przyjaciół w niewytłumaczalnej, 
tragicznej katastrofie. 

Za nimi pozostał Sernpidal - martwa, obracająca się z wolna w próżni planeta, po-

zbawiona atmosfery, wybita ze swojej orbity, przesłonięta z jednej strony chmurą pyłu, 
która przypominała z daleka gigantyczny siniak. 

Teraz glob ten był już martwy, obojętny na ból i śmierć swych mieszkańców, i ta-

kim miał pozostać na wieki. 

Han Solo bardzo, bardzo długo wpatrywał się w drgającą jeszcze planetę, jakby 

próbując potwierdzić wzrokiem straszną prawdę, z którą jego serce nie mogło się pogo-
dzić. 

- Konwój składa się ze stu jedenastu statków – powiedział Anakin, nerwowo prze-

stępując z nogi na nogę za plecami ojca. Nie wiedział, czy powinien go uściskać, czy 
raczej uciekać. 

Han rzucił synowi niewidzące spojrzenie, jakby nie słyszał jego słów. 
- Mamy sto jede... - zaczął Anakin. 
- Zostawiłeś go - powiedział Han cicho i spokojnie. Oskarżenie uderzyło w mło-

dzieńca mocniej niż najstraszniejszy cios. 

Anakin zająknął się. Miał na końcu języka co najmniej kilka odpowiedzi. Chciał 

krzyknąć na ojca. Przecież uratował „Sokoła Millenium" i ludzi, którzy znaleźli w nim 
schronienie. 

- Musieliśmy uciekać - wydusił w końcu. - Księżyc spadał.... 
- Zostawiłeś go - powtórzył Solo dużo ostrzejszym tonem. 
Anakin przełknął  ślinę, z trudem znosząc twardy wzrok Hana. Pamiętał,  że na 

Sernpidalu nie miał wyboru i, ojciec powinien o tym wiedzieć. Chewie był za daleko, a 
księżyc zbyt blisko, Dobido spadał tak szybko, że... Nie mogli podlecieć do Wookiego i 
wciągnąć go na pokład. Anakin chciał to wszystko powiedzieć i poprzeć swoje rozu-

background image

R.A. Salvatore 

195
mowanie zapisem danych z instrumentów pokładowych -wiedział, że suche fakty po-
twierdzą jego rację, ale.... 

Nie był w stanie. Nie mógł zdobyć się na żadną odpowiedź. Patrzył w bezradnym 

milczeniu na pustą i przepełnioną bólem twarz ojca. Nigdy go takim nie widział. Wielki 
Han Solo, bohater, który zawsze był dla niego uosobieniem siły i odpowiedzią na 
wszystkie pytania, wyglądał teraz jak... żałosny strzęp człowieka, pusta skorupa. 

- Zostawiłeś go - powtórzył Han po raz trzeci, znowu cichym i spokojnym głosem. 

Minął już moment zaskoczenia, oskarżenie zabolało Anakina jeszcze mocniej. - Ucie-
kłeś, a Chewie został do końca i zginął. 

- Nie mogłem.... - zaczął chłopak, lecz w pół  słowa przygryzł wargę i zamrugał 

pełnymi łez oczami. 

- Zostawiłeś Chewiego, który zrobił wszystko, żeby cię uratować - warknął Han, 

wbijając palec w pierś syna. - Zostawiłeś go! 

Anakin odwrócił się i pobiegł w głąb statku. 
Solo rozejrzał się, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tuzin oczu śledził całą 

scenę. Spojrzał ponuro na mimowolnych świadków zdarzenia i bez słowa powrócił na 
swoje miejsce w sterowni. 

Jakże samotny czuł się patrząc na pusty fotel drugiego pilota... 
 
- Artoo, co się dzieje? - zawołał Luke. Jego X-skrzydłowiec spiralnym torem spa-

dał ku powierzchni planety. Robot nie potrafił odpowiedzieć. Skywalker ponownie 
uruchomił sensory, ale nie udało mu się namierzyć ani wiązki promienia ściągającego, 
ani nawet silnego źródła energii. 

Luke oczyścił umysł z emocji i w spokoju obliczył, ile czasu pozostało mu do zde-

rzenia. Głośnik rozbrzmiewał nawoływaniami zaniepokojonej Mary, ale przekaz był tak 
zniekształcony, że Jedi po prostu wyłączył komunikator. Kątem oka zauważył dziwny 
garb na gładkiej powierzchni planety, ale nie miał czasu przyjrzeć mu się dokładniej. 

Skierował maszynę dziobem ku górze i dał pełną moc wszystkich silników, próbu-

jąc siłą wyrwać się ze ściągającej go w dół wiązki. Chciał przekonać się o możliwo-
ściach nieprzyjacielskiego sprzętu. Nie sądził, że uda mu się uwolnić, ale ku swojemu 
zdziwieniu stwierdził, że osiągnął pewien postęp. 

- Pełna moc tarcz - rozkazał robotowi, gdy tylko stało się jasne, że sama tylko siła 

nie wystarczy. 

Pola ochronne włączyły się ułamek sekundy później i niemal natychmiast zostały 

rozdarte, lecz moment, w którym tajemnicza wiązka skupiła się na tarczach, pozwolił 
statkowi skoczyć naprzód. Nie wystarczyło to, by wydostać się poza jej zasięg. Niewi-
dzialna siła chwyciła myśliwiec jeszcze mocniej. Generatory uległy takiemu przeciąże-
niu, że Luke musiał zapomnieć o ponownym użyciu takiej taktyki. 

Teraz jednak miał już nowy plan. 
Mimo protestów R2-D2 Skywalker znowu obrócił maszynę, tym razem dziobem 

do dołu, po czym pchnął manetkę akceleratora. Powierzchnia globu zbliżała się w nie-
samowitym tempie. 

- Przygotuj osłony - polecił robotowi. 

Wektor pierwszy 

196

R2-D2 znowu pisnął i jęknął protestujące 
- Zrób to, powiedział Luke. Cały czas szukał źródła niewidzialnej energii, ale nie 

dostrzegł niczego podejrzanego. Instrumenty pokładowe także milczały. Mimo to wie-
dział, rzecz jasna, gdzie się ono znajduje - przecież ściągało go ku sobie. Szarpnął nagle 
dźwignią, odwracając ciąg silników, w nadziei, że nagła zmiana prędkości pozwoli mu 
zyskać na czasie. Jeden po drugim, opróżnił trzy magazynki po trzy torpedy protonowe 
każdy. Dziewięć pocisków pomknęło ku planecie, wyprzedzając go znacznie. 

- Osłony! - krzyknął Luke, ostro ściągając ku sobie stery i dając pełną moc na 

wszystkie cztery silniki. 

X-skrzydłowiec zatrząsł się od podmuchu eksplodujących torped, a jego tarcze na-

tychmiast znikły, zniszczone przez tajemniczą wiązkę, lecz Luke był pewny, że tym 
razem uda mu się wyrwać. I miał rację: statek skoczył do przodu, uwalniając się zaled-
wie dwadzieścia metrów nad powierzchnią lodowej skorupy. 

- Sprawdź uszkodzenia - polecił robotowi Skywalker. Zawrócił maszynę szerokim 

łukiem, oglądając uważnie rejon ostrzału na wypadek, gdyby źródło wiązki jednak się 
ostało, a potem skierował się w stronę dziwnego pagórka, który wcześniej wypatrzył. 

Instynkt podpowiadał mu, że nie było to naturalne wzniesienie. Sięgnąwszy myślą 

głębiej pod lód, napotkał na przeszkodę: pustą przestrzeń w polu Mocy. 

Włączył komunikator, w nadziei, że Mara pomoże mu wyjaśnić tę zagadkę, lecz 

nagle horyzont za ośnieżonym pagórkiem ożył. Pojawiła się tam chmura ruchliwych 
punkcików, które mogły być jedynie statkami. 

Zbliżając się do wzniesienia, zaczął zawracać, i w połowie skrętu odpalił repulso-

ry, by dzięki odbiciu od stoku przyspieszyć manewr. Przeciążenie wykrzywiło mu 
twarz, ale maszyna leciała już w przeciwnym kierunku, wznosząc się coraz wyżej. Do-
piero teraz Luke zrozumiał, jaką cenę przyszło mu zapłacić za wyrwanie się z objęć 
wiązki. Jeden z prawych silników zakrztusił się i zgasł, a skrzydła myśliwca pozostały 
nieruchome, gdy próbował złożyć je do lotu w przestrzeni kosmicznej. 

Punkciki na horyzoncie rosły z każdą chwilą. Zbliżały się, a Luke nie miał już tor-

ped. 

 
Wracam - pomyślał Han. - Chewie na pewno wydostał się z tej planety... 
Logika podpowiadała mu, że to niemożliwe. Widział, jak Wookie śmiało staje 

twarzą w twarz ze spadającym Dobidem, i nie miał wątpliwości, że chwilę później ży-
cie na Sernpidalu przestało istnieć. 

Tylko że głos logiki cichł w emocjonalnym zamęcie, w którym pogrążył się Han. 

Chewie na pewno się wydostał - powtarzał sobie i wierzył, że naprawdę tak się stało. 

Wywołał przez komunikator statek lecący tuż za „Sokołem" i przekazał jego pilo-

towi współrzędne Dubrillionu, a potem położył frachtowiec w ostry skręt. Wracał na 
Sernpidala. Wracał po Chewiego. 

- .... trzebujemy pomocy! - rozległo się nagle wołanie na wszystkich częstotliwo-

ściach, nim Han zdążył wykonać połowę zwrotu. - Szybko! - krzyknął pilot któregoś ze 
statków. - Przebijają się do środka!... Wyglądają jak wielkie robale! 

background image

R.A. Salvatore 

197

Solo wymamrotał sporą porcję przekleństw, ale nie mógł zignorować wezwania. 

Ustalił położenie zagrożonej jednostki – był nią wahadłowiec lecący w zewnętrznej 
tylnej części konwoju -i natychmiast skierował „Sokoła" w jej stronę. 

- Insekty - mruknął sarkastycznie, ale zaraz potem, gdy cel znalazł się w zasięgu 

wzroku, krzywy uśmieszek powątpiewania zniknął z jego twarzy. 

Insekty. Wielkie, podobne do darnioskoczków stworzenia, z łatwością wgryzały 

się w płyty pancerne z tytanowego stopu. 

- Przebicie! - zawołał rozpaczliwie pilot wahadłowca. 
Han zbliżył się „Sokołem", włączywszy pola ochronne na pełną moc, i strzelił z 

przedniego działka laserowego, roznosząc jednego z intruzów na miliony kawałków. 
Los zaatakowanego statku był już jednak przesądzony. Han zauważył, że parę insekto-
idów wbija się w osłony silników jonowych wahadłowca, i krzyknął ostrzegawczo, 
wzywając załogę do ewakuacji. 

W odpowiedzi usłyszał jedynie odgłosy walki toczącej się we wnętrzu pojazdu. 
A potem... wahadłowiec eksplodował i zniknął w kuli ognia i deszczu iskier. 
Han przeczesał kilkakrotnie pobliską przestrzeń, poszukując kolejnych napastni-

ków. Nawiązał  łączność z pozostałymi statkami konwoju i polecił, by utrzymywano 
stałą komunikację na otwartym kanale, tak, by każda z maszyn zawsze pozostawała w 
kontakcie z co najmniej dwoma sąsiednimi jednostkami. Nakazał utrzymanie ciaśniej-
szego szyku i rozwinięcie maksymalnej prędkości, nie przekraczającej jednak osiągów 
najwolniejszego ze statków. 

Musiał podjąć decyzję. Serce nakazywało mu wracać po Chewbaccę, ale czy mógł 

pozostawić tylu ludzi bez opieki, gdy w okolicy grasował nieznany przeciwnik. 

Sensory „Sokoła Millenium" zlokalizowały jeszcze jeden statek, poruszający się 

wolno w sporej odległości od konwoju. Znajdował się na tyle daleko, że identyfikacja 
czy odebranie automatycznego sygnału wywoławczego były niemożliwe. Założywszy, 
że skoro widzi obcą jednostkę, to i ona musiała zauważyć kawalkadę uciekinierów z 
Sernpidala, Solo włączył komunikator i zażądał, by pilot się przedstawił. 

Bez odpowiedzi. 
Han spróbował jeszcze raz, a potem przełączył urządzenie na odbiór wszystkich 

częstotliwości. 

- Kyp... uszkodzenia.... pomocy - usłyszał po chwili. 
Solo krzyknął odruchowo, rozpoznając głos Kypa Durrona, lecz w odpowiedzi 

usłyszał znów te same słowa. Zrozumiał, że wiadomość została zarejestrowana i odtwa-
rza ją automat. Z przerażeniem pomyślał, że Kyp może już być martwy. Czym prędzej 
wywołał statek prowadzący konwój. 

- Macie tę maszynę na ekranach sensorów? 
- Tak jest - odpowiedział pilot. - Odbieramy wezwanie o pomoc, prawdopodobnie 

nadawane automatycznie. 

- Ja też je słyszę. Utrzymujcie stały kurs i formację. Niech szybsze jednostki patro-

lują flanki konwoju. Uważajcie na robale. 

- To one załatwiły „Juliuppera"? - spytał pilot. 

Wektor pierwszy 

198

- Tak. Robale - powtórzył Han. - Lecę na spotkanie z tą jednostką. To może być 

mój przyjaciel. Trzymajcie się. Niedługo wracam. 

Wyłączył nadajnik i po chwili uruchomił interkom. Przez chwilę siedział w mil-

czeniu, wpatrując się w panel urządzenia, a potem westchnął ciężko. 

- Anakinie - powiedział. - Przydałby mi się drugi pilot. 
Wkrótce do sterowni niepewnie wszedł jego syn. Chłopak bez słowa zasiadł w fo-

telu po prawej stronie. 

- Odebraliśmy wołanie o pomoc - wyjaśnił Solo chłodno i spokojnie, ani jednym 

słowem nie zdradzając, czy wybaczył Anakinowi, czy też przywołał go wyłącznie z 
konieczności. - Myślę, że to Kyp. Zdaje się, że ma kłopoty - z robalami, jak sądzę. 

Chłopak spojrzał na niego pytająco. 
- Widziałbyś je, gdybyś tu był - rzekł Han, zarówno treścią, jak i tonem wypowie-

dzi uświadamiając młodzieńcowi,  że jego dziecinna ucieczka pozbawiła na godzinę 
frachtowiec drugiego pilota. 

Anakin chciał wykrzyczeć wszystko, co myślał i czuł:  że odleciał z Sernpidala, 

żeby uratować „Sokoła", że nie było ani chwili do stracenia, że nic już nie mogli zrobić, 
by ocalić Chewbaccę. .. Ale nawet dla niego te słowa brzmiały pusto w obliczu strasz-
nej prawdy. Chewie odszedł. Zginął, ratując mu życie. 

Ciężar tej ponurej świadomości uginał kark Anakina. 
Luke nie potrzebował wiele czasu, by zorientować się, że dziwaczne myśliwce nie 

mają pokojowych zamiarów: od razu zasypały go rojem małych, półpłynnych poci-
sków. 

X-skrzydłowiec Skywalkera nie posiadał już osłon energetycznych. 
Jedi położył maszynę w lot nurkowy i zaczaj wychodzić z niego pętlą, lecz prze-

rwał w połowie. Utrzymywanie przewidywalnego kursu mogło skończyć się tragicznie. 

I rzeczywiście, gdy wydobył się beczką z ostatniej ewolucji, chmara pocisków 

przemknęła tuż za nim, przecinając poprzedni kurs myśliwca. 

Luke wyrównał lot. R2-D2 skrzeczał za jego plecami jak szalony, a działa lasero-

we X-skrzydłowca nieprzerwanie pluły ogniem. Żaden z nieprzyjacielskich statków nie 
został trafiony, ale udało się zniszczyć pociski. Niestety, nie wszystkie. Skywalker 
gwałtownie ściągnął stery w prawo i sekundę później powtórzył manewr. Nie był pe-
wien, czy maszyna wytrzyma choć jedno trafienie, zaś piski robota wskazywały, że i on 
nie zniesie celnego strzału. 

Jedi wykonał trzeci ostry skręt w prawo i natychmiast odbił w lewo, biorąc na cel 

dwa nieprzyjacielskie myśliwce lecące w jednej linii. Strzelił salwą, rozbijając bliższy 
na kawałki i odłupując potężny fragment dalszego. Uszkodzony skoczek zawirował i 
odleciał w przestrzeń. 

Luke wyczuł niebezpieczeństwo zbliżające się z boku i raz jeszcze skręcił w pra-

wo, uchodząc w jedynym bezpiecznym kierunku. Pchnął drążek do oporu, by uzyskać 
maksymalne przyspieszenie. 

Sprawne silniki zawyły w proteście i nie dostarczyły pełnej mocy wyjściowej. 
Skywalker wciąż jeszcze uciekał, ale nieprzyjaciele zbliżali się ze wszystkich 

stron. 

background image

R.A. Salvatore 

199

 
- To Kyp - stwierdził Han, gdy ujrzeli znajomą sylwetkę uszkodzonego najwyraź-

niej X-skrzydłowca, model XJ. - O, nie... - dodał, gdy rozległy się alarmujące dźwięki 
czytników. Jeden rzut oka wyjaśnił mu wszystko. 

Do X-winga i „Sokoła" zbliżała się gromada insektoidów. 
- Zwabiły nas - zawołał Solo. - Użyły Kypa jako przynęty. 
- Sądzisz, że są inteligentne? - spytał z powątpiewaniem Anakin. 
- Sądzę, że im się udało - uciął Han. - Przygotuj się na ostre latanie, mały! 
Chłopak pochylił się nad instrumentami. 
- Biegnij do górnej wieżyczki - polecił ojciec. „Sokół Millenium" miał dwa stano-

wiska artyleryjskie, umieszczone w wieżyczkach po obu stronach kadłuba, oraz poje-
dyncze działo z przodu, w centralnie położonej niszy, którym można było sterować z 
kabiny. 

Zrywając się z fotela, Anakin usłyszał szept ojca. 
- Bądź tylko żywy, Kyp... 
Chłopak popędził korytarzem. Musiał roztrącić na boki parę osób, nim dotarł do 

drabinki wiodącej do wieżyczki. Przemknęło mu przez głowę, że warto by zapytać, czy 
któryś z uchodźców ma doświadczenie w obsłudze dział laserowych, ale zrezygnował. 
Gdyby ojciec chciał obsadzić drugie stanowisko artyleryjskie, powiedziałby mu o tym. 

Anakin wdrapał się po drabince i wcisnął w obrotowy fotel, pospiesznie zapiął pa-

sy i ułożył palce na rękojeściach i językach spustowych. Uwielbiał to miejsce. Uważał 
obsługiwanie potężnych dział za świetny sprawdzian umiejętności i refleksu; co więcej, 
biorąc pod uwagę szybkość, z jaką zwykle pojawiały się cele, była to także próba intu-
icji, zespolenia z Mocą. Teraz, gdy miał szansę sprawdzić się w warunkach bojowych, z 
trudem panował nad podnieceniem. 

Uczucie euforii nie trwało jednak długo. Wydarzenia na Sernpidalu zbyt głęboko 

wbiły się w myśli chłopca. 

- Nie pozwól im się zbliżyć - ostrzegł Han ponuro, wyrywając syna z zamyślenia. 

Anakin potarł spoconymi dłońmi szorstkie rękojeści. Przyjrzał się uważnie atakującym 
stworzeniom, a potem uszkodzonemu X-skrzydłowcowi. Miał nadzieję, że Kyp jeszcze 
żyje. 

- I nie rozwal Durrona na kawałki! - dorzucił nagle Han. Anakin skrzywił się, jak-

by ta uwaga odnosiła się do jego niedawnego niepowodzenia. Usłyszał, że ojciec mam-
rocze coś jeszcze pod nosem, i pilnie nadstawił uszu. 

- Do licha, Chewie - szeptał Han. - Jak mam go wziąć na hol bez twojej pomocy? 
Anakin odchylił się w fotelu, czując się tak, jakby wdarł się przemocą w nienależ-

ne mu miejsce. Skarga ojca pod adresem nieżyjącego przyjaciela mocno go zabolała, 
lecz mimo to postarał się skoncentrować na tym, co robił. Wziął głęboki wdech, a wy-
raz cierpienia zniknął z jego twarzy, zastąpiony grymasem ponurej determinacji. Obró-
cił się wraz z fotelem i wziął na cel zbliżającą się grupę owadopodobnych stworzeń. 
Nie otwierał ognia, spokojnie czekając, aż skrócą dystans. 

- Zaczniesz strzelać, kiedy przez nas przelecą? - zawołał Han. 

Wektor pierwszy 

200

Anakin zignorował docinek i cierpliwie czekał. Insektoidy znalazły się tuż nad 

„Sokołem". Widział żądzę zniszczenia, płonącą w ich wyłupiastych oczach. 

Wystrzelił ze wszystkich czterech luf, które cofały się parami po każdej salwie. 

Rozbłyski  światła i części ciał intruzów przelatywały przed okrągłym iluminatorem. 
Młody Jedi błyskawicznie obrócił działo, nie przestając strzelać i rozrywając na kawał-
ki kolejne stworzenia. 

Napastnicy pojawiali się jednak coraz liczniej i coraz szybciej. Anakin jeszcze raz 

zmienił kąt ostrzału i posłał w przestrzeń szybką salwę, po czym wrócił do poprzedniej 
pozycji i znowu zaatakował. Jeden z insektoidów zdołał zejść z linii ognia, lecz chłopak 
wychylił lufy dział niemal równolegle do kadłuba statku i jednym trafieniem rozniósł 
zwierzę na strzępy. 

To nie wystarczyło. 
- Są na poszyciu! - krzyknął ostrzegawczo Han. 
Anakin zsunął się po drabince na pokład i rozpychając tłum uchodźców popędził 

w stronę jednego z dolnych pomieszczeń magazynowych, by przygotować hol. Słyszał 
nawoływania ojca: tarcze z trudem wytrzymywały szturm owadopodobnych monstrów, 
ale starał się zachować spokój. Gdy „Sokół" przepływał tuż nad dryfującym X-
skrzydłowcem, wystrzelił hak, trafiając w skrzydło myśliwca. 

Znowu usłyszał głos zdenerwowanego Hana: stwory przebijały kadłub. Raz jesz-

cze rzucił się biegiem, lecz nie w kierunku sterowni, ale ku niszy, w której stał główny 
przetwornik mocy. Pracował przy nim.... z Chewbaccą... po owym nieszczęsnym lądo-
waniu na Coruscant, więc dość dobrze znał budowę i funkcje urządzenia. 

Trzasnął  głównym wyłącznikiem, unieruchamiając wszystkie systemy statku 

oprócz układu podtrzymania życia. Słyszał krzyki przerażonych pasażerów, ale starał 
się o nich nie myśleć. Insektoidy siedziały już na pancerzu.... Anakin wyszarpnął z 
zacisków końcówkę  głównego przewodu zasilającego i ponownie włączył generator. 
Trzymając w ręku iskrzący kabel, wspiął się  aż do górnego włazu. Powoli i bardzo 
ostrożnie umieścił końcówkę w miniaturowej śluzie, która służyła do podawania na 
zewnątrz narzędzi, a potem pomału zaczął przepychać przewód. Gdy kabel zagiął się i 
opadł z powrotem w stronę pancerza, chłopak wstrzymał oddech. 

Nagie druty dotknęły płyt poszycia i przesłały we wszystkie strony potężny impuls 

elektryczny. Kadłub „Sokoła" rozjarzył się błyskami wyładowań. 

- Co ty wyrabiasz?! - zawołał z dołu Han. - Mamy zanik mocy! 
- Oczyściłem kadłub - odparł Anakin i czym prędzej zsunął się na dół. - Idź, zo-

bacz, czy się udało. 

Han spojrzał na niego twardo i ruszył w stronę sterowni. Przyrządy wskazywały, 

że owadopodobne stwory zostały zmyte z pancerza. Większość unosiła się bez ruchu w 
próżni. Może nie były martwe, ale na pewno w głębokim szoku. 

Światła zamigotały i po chwili na całym statku wróciło zasilanie. 
- Niezły ruch, mały - szepnął bezgłośnie Han. 
Sekundę później górne działo ożyło, niszcząc grupę dryfujących w bezruchu istot. 
Han uśmiechnął się wbrew sobie, sprawdził czy lina holownicza solidnie trzyma 

myśliwiec Kypa i wrócił do sterowni. Skierował statek z powrotem w stronę konwoju, 

background image

R.A. Salvatore 

201
by w ładowni któregoś z frachtowców sprawdzić, czy skulony w kabinie X-
skrzydłowca Jedi jeszcze żyje. 

 
Luke leciał polegając wyłącznie na swym instynkcie, który był połączeniem prze-

widywania i reagowania. Rój nieprzyjacielskich myśliwców próbował naśladować 
wszystkie jego karkołomne ewolucje. R2-D2 nie przestał zawodzić żałośnie, nawet w 
chwili, gdy dwie jednostki wroga zderzyły się ze sobą. Skywalker działał zbyt szybko. 
Robot nie nadążał z wprowadzaniem poprawek do kursu kluczącej maszyny. 

X-skrzydłowiec wyszedł właśnie z szerokiego łuku z dwoma prześladowcami na 

ogonie. Z gracją unikał nadlatujących pocisków. Jeden otarł się o wewnętrzną po-
wierzchnię górnego prawego skrzydła. 

- Proszę, nie zawiedź mnie - szepnął Luke do swej maszyny, pchając manetkę ak-

celeratora do oporu. 

Wrogowie nadal się zbliżali. 
Skywalker znowu szarpnął  dźwignię, odwracając ciąg silników. Wyczuł niebez-

pieczeństwo kolizji i w ostatniej chwili skierował myśliwiec nieco ku dołowi. Nieprzy-
jacielskie maszyny przemknęły górą, a wtedy cztery działa laserowe myśliwca typu X 
rozbiły je w pył. 

Luke nie miał nawet czasu się cieszyć, bowiem ze wszystkich stron zbliżały się 

podobne do skał stateczki. Jęknął i znowu rzucił swój statek w serię nieprawdopodob-
nych łamańców, dając ognia ze wszystkich luf i błyskawicznie reagując na posunięcia 
przeciwnika. 

Kątem oka zanotował eksplozję gdzieś po lewej stronie, a moment później następ-

ną. „Miecz Jade" pojawił się nagle w polu widzenia i zaczął roznosić nieprzyjacielską 
formację. 

- Wskakuj w locie! - zawołała Mara. 
Luke przyspieszył, widząc nad sobą rozwarty przedział rufowy wyprzedzającego 

go promu. Wprowadził X-skrzydłowiec z największą prędkością, na jaką mógł się od-
ważyć, natychmiast wyłączając silniki jonowe i uruchamiając wszystkie repulsory. Gdy 
myśliwiec znalazł się we wnętrzu i wytracił przyspieszenie, Skywalker po prostu odłą-
czył wszystkie systemy. Maszyna gruchnęła na pokład z donośnym łoskotem. 

- Już jestem! - krzyknął. Obejrzał się do tyłu i dostrzegł, że wrota śluzy właśnie się 

domykają. 

Poczuł kołysanie. „Miecz Jade" został  właśnie trafiony nieprzyjacielskimi poci-

skami, lecz tę jednostkę skonstruowano tak, by potrafiła znosić ciosy. Wyskoczył czym 
prędzej z kabiny i pobiegł korytarzem w głąb statku, wpadając na ściany przy każdym 
kolejnym uniku wykonanym przez Marę. Gdy wreszcie dotarł do sterowni, jego żona w 
pełni panowała nad sytuacją: prom zbliżał się do piątej planety układu Helska, by na-
brać prędkości w jej polu grawitacyjnym. Wystrzelił w otwartą przestrzeń, nieprzyja-
cielskie stateczki zostały daleko w tyle. 

- Dzieje się tu coś bardzo niedobrego - stwierdziła Mara. 
- I ma to związek z Belkadanem i tym wojownikiem - zgodził się Luke. - Teraz je-

stem już tego pewien. 

Wektor pierwszy 

202

- Ktoś wysłał przeciw tobie dobry tysiąc statków. Luke zastanawiał się przez dłuż-

szą chwilę. 

- Wracamy do Landa - odezwał się w końcu. 
Mara wprowadzała już kurs, kierując się tą samą myślą: jeśli w okolicy czwartej 

planety znajdowało się tyle myśliwców, ile jeszcze mogło wałęsać się po całym sekto-
rze? Ile dotarło do Belkadanu? Ile do Sernpidala? 

A może i do Dubrillionu? 
 
Kilka godzin później Kyp Durron wszedł do sterowni „Sokoła Millenium", poko-

nawszy elastyczny tunel, łączący frachtowiec, w którym umieszczono jego uszkodzoną 
maszynę, z górnym włazem statku Hana Solo. 

- Elfour zginął - powiedział cicho, głęboko zmartwiony. 
Anakin współczuł mu. Podobnymi uczuciami darzył R2-D2 i C-3PO. Gdyby miał 

stracić któregoś z nich, ból byłby może równie wielki, jak rozpacz po śmierci Chewie-
go. Han jednak tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo, jakby żal za robo-
tem nie mógł równać się z tym, co czuł po stracie Wookiego. 

- Co to było? - zapytał po chwili. 
Tym razem to Kyp wzruszył ramionami. 
- Podążaliśmy tropem statku, który opuścił Belkadan i poleciał ku czwartej plane-

cie systemu Helska - wyjaśnił. - No i wpadliśmy. .. - urwał, z trudem przełykając ślinę. 
Han i Anakin spojrzeli na niego z zaciekawieniem. 

- Straciłeś pozostałych trzynastu? - spytał Solo. Teraz dopiero szczerze współczuł 

Kypowi, a rysy jego twarzy złagodniały. 

Durron ponuro skinął głową. 
- Przez to robactwo? - upewnił się Han. 
- Robale pojawiły się - odparł Kyp, po czym opowiedział szczegółowo o walce z 

przypominającymi skały myśliwcami i o tym, jak jedno po drugim neutralizowano pola 
ochronne republikańskich maszyn. - A te stwory uczepiły się mnie i jeszcze jednego 
pilota, gdy włączaliśmy hipernapęd - zakończył. 

- Potrafią przetrwać w nadprzestrzeni?! - zdumiał się Anakin. Kyp wzruszył ra-

mionami. Odpowiedź była oczywista. Han chciał coś powiedzieć, ale zamknął usta, 
spojrzawszy uważnie na jeden z ekranów. 

- Co się dzieje? - spytali równocześnie Anakin i Kyp, przysuwając się nieco bliżej 

konsolety. Na wyświetlaczu zespołu sensorów pojawiła się grupa silnych sygnałów. 
Były znacznie wyraźniejsze niż te, które dawały insektoidy. 

- Opowiedz mi jeszcze raz o tych myśliwcach - mruknął Han. 
Natychmiast skontaktowali się z konwojem. Solo polecił rozbić formację; każda 

jednostka miała dotrzeć do Dubrillionu na własną  rękę, z maksymalną prędkością. 
Większość statków zgłosiła gotowość skoku w nadprzestrzeń; były jednak i takie, które 
- po latach zaniedbywania prac konserwacyjnych - nie mogły tego dokonać. Trzeba 
było holować je promieniami ściągającymi, co musiało znacznie spowolnić ruchy kon-
woju. Han rozkazał kilku mniejszym, szybkim jednostkom ruszyć przodem i uprzedzić 
Landa, by przygotował obronę planety, a potem zaczął krążyć „Sokołem" wokół pozo-

background image

R.A. Salvatore 

203
stałych maszyn, organizując pary do holowania słabszych jednostek i mobilizując ucie-
kinierów do działania. Piloci holujących maszyn ustalili wreszcie wspólną prędkość 
lotu, wprowadzili współrzędne celu i jeden po drugim skoczyli w nadprzestrzeń. 

Anakin nieustannie śledził wskazania przyrządów, notując kurs i prędkość nie-

przyjacielskich myśliwców -jeśli to rzeczywiście one zbliżały się do konwoju - i na 
bieżąco obliczając, kiedy zostaną przez nie dopędzeni. 

Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy oznajmił,  że uda się dotrzeć do planety Landa 

wcześniej niż uczyni to wróg. 

Niewiele wcześniej. 

Wektor pierwszy 

204

R O Z D Z I A Ł  

19 

ZGRANE TRIO 

- Mamy więcej dział niż ludzi do ich obsadzenia - rzekł Lando, uśmiechając się 

krzywo. - Większość z odzysku. Zdemontowane z wypalonych wraków niszczycieli 
klasy Imperial. 

Han nie był zaskoczony. Calrissian należał do najbardziej przedsiębiorczych ludzi, 

jakich w życiu spotkał. A ze wszystkich rzeczy i osób we wszechświecie, o które dbał 
Lando, najważniejszymi były... on sam i jego prywatne interesy. 

- Rozładowaliśmy twój towar - rzucił Solo. 
Lando spojrzał na niego ze zdziwieniem. 
- Na Sernpidalu - wyjaśnił Han. - Rozładowaliśmy tuż przed tyra, jak spadł na nas 

księżyc. Sądzisz, że twoi kontrahenci będą zadowoleni? 

- Daj spokój, stary, to nie była moja wina... - odpowiedział Lando, machając bez-

radnie rękami. 

- Twoja wina, że w ogóle tam trafiliśmy! - ryknął Solo. 
- Za to dwadzieścia tysięcy ludzi cieszy się, że tak się stało! - odparował Calris-

sian. Śmierć Chewiego była wysoką ceną; Han, Anakin i Wookie uratowali życie całej 
rzeszy Sernpidalian. 

Han przygryzł wargę, na przemian zaciskając i rozluźniając pięści. Starcie z Lan-

dem było nieuniknione. Zastanawiał się tylko, czy rozpocząć je teraz, czy może raczej 
poczekać, aż minie niebezpieczeństwo inwazji. 

- Nie ma sensu rozwodzić się nad przyczynami tej sytuacji - powiedział cicho 

Lando, kręcąc głową. - Gdybym cię nie poprosił, żebyś poleciał na Sernpidal, Chewie 
pozostałby z nami, ale zginęłoby mnóstwo ludzi. Wśród nich byłby prawdopodobnie 
Kyp, a my nadal nie wiedzielibyśmy o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Wtedy 
wszyscy, nie wyłączając Chewiego, znaleźlibyśmy się w poważnych tarapatach. 

Han musiał w duchu przyznać, że jego słowa brzmiały logicznie, ale to wcale nie 

zmniejszyło bólu. 

- Będą przylatywać całymi rojami - odezwał się po chwili. - Ile masz myśliwców? 
Mina Landa nieco zrzedła. 

background image

R.A. Salvatore 

205

- Maszyn mamy dość, brakuje nam tylko pilotów. 
- A „Rajd przez pas"? 
- Wiesz, kogo przyciąga ta rozrywka - mruknął Calrissian. -Myślisz, że chcieli tu 

zostać, usłyszawszy, że zbliża się armada obcych? 

Han trawił przez chwilę jego słowa. Wiedział, że Lando mówi prawdę. Przez całe 

życie miał do czynienia z przemytnikami i rozumiał,  że większość z nich stawia na 
pierwszym miejscu siebie i własne potrzeby. Być może w tej sytuacji była to zresztą 
całkiem słuszna polityka. Czy rzeczywiście nie należało uciec z Dubrillionu i schronić 
się w Światach Środka, gdzie łatwiej zebrać potężną flotę? Nadal rozważał tę myśl, gdy 
jeden z ludzi Landa przywołał ich do ekranu komputera. Calrissian przez dłuższą chwi-
lę czytał wiadomość, coraz mocniej marszcząc brwi. 

- Możliwe, że będziemy mieli więcej pilotów niż się spodziewałem - powiedział, 

odwracając konsolę w stronę Hana. 

Solo zerknął na nią przelotnie i znów spojrzał na przyjaciela. 
- Nasi wrogowie patrolują cały sektor - wyjaśnił Lando. -Właśnie dostaliśmy wia-

domość od kilku pilotów, którzy odlecieli stąd przed waszym przybyciem. Zostali za-
atakowani przez jakieś kolorowe myśliwce. Twierdzą, że wyglądały jak kawałki skał. 

- To te, o których mówił Kyp - rzucił posępnie Han. 
- Chyba jednak lepiej będzie trzymać się blisko planety -zauważył Lando. - Od-

damy im niebo, a sami schronimy się w bunkrach. Mam tu narzędzia górnicze. Może-
my zagrzebać się pod ziemią tak głęboko, że ich broń nam nie zagrozi. 

Han nie mógł z miejsca odrzucić tego pomysłu, lecz... widział, co się stało z Sern-

pidalem, i sądził, że wszystkie niespodziewane i tragiczne zdarzenia, ostatniego czasu, 
były ze sobą powiązane. Gdyby obrońcy cofnęli się na umocnione pozycje, być może 
nieprzyjacielskie myśliwce nie byłyby w stanie im zagrozić, ale Dubrillion miał księ-
życ, i to duży... 

- Natychmiast roześlij patrole po całej planecie. Niech szukają kraterów, pól ener-

getycznych i wiązek ściągających. 

Calrissianowi, który znał już tragiczną historię Sernpidala, nie trzeba było tego 

powtarzać dwa razy. 

- Hanie! - rozległ się krzyk z korytarza, a po chwili w drzwiach ukazała się Leia. 

Tuż za nią wbiegł do sali C-3PO. – Słyszałam już - zawołała, biegnąc ku mężowi i 
rzucając mu się na szyję. - Anakin mi powiedział. 

Han zanurzył twarz w ciemnych włosach Leii, ukrywając swoje uczucia i zamęt, 

który czuł w sercu. Gniew na Anakina i zdenerwowanie związane z ewakuacją Sernpi-
dala jeszcze w nim nie opadły - a przynajmniej nie całkowicie, mimo bohaterskiej po-
stawy chłopca w starciu z insektoidami. Zbyt wcześnie było na to. by pogodził się ze 
stratą najbliższego przyjaciela, zaufanego towarzysza i niezawodnego drugiego pilota. 
Nie mógł nawet o tym mówić. Ciężar tragedii przytłaczał go, odbierając zdolność walki 
z nadciągającym niebezpieczeństwem. Uścisk Leii przypomniał mu jednak, że ma przy 
sobie rodzinę, żonę i troje dzieci, i że wszyscy oni mogą zginąć, jeśli nie da z siebie 
wszystkiego, jeśli nie stanie na wysokości zadania. 

Leia odsunęła go od siebie na odległość wyciągniętych ramion. 

Wektor pierwszy 

206

- Zginął, ratując Anakina - przypomniała cicho. Solo kiwnął  głową, zaciskając 

usta. 

- Mały strasznie to przeżył - dodała z troską. 
Han miał już na końcu języka twardą odpowiedź, że zasłużył na to, ale powstrzy-

mał się. Nie udało mu się jednak opanować przelotnego grymasu, który nie uszedł 
uwadze spostrzegawczej Leii. 

- O co chodzi? - spytała. 
Han spojrzał na Landa. 
- Pospieszcie się z tymi poszukiwaniami - ponaglił. Calrissian zrozumiał. Skłonił 

się lekko, mrugnął do przyjaciela i odszedł. 

- O co chodzi? - powtórzyła księżniczka, uważnie patrząc w oczy męża. Delikatnie 

pociągnęła w dół jego brodę, by i on spojrzał na nią. 

- Trzeba przeszukać planetą. Względy bezpieczeństwa - odparł wymijająco. 
- Mówię o Anakinie - uściśliła Leia. - Co się stało? Han westchnął głęboko i popa-

trzył na nią ponuro. 

- Mała różnica zdań na temat naszej ewakuacji - wyjaśnił. 
- Co to ma znaczyć? 
- Zostawił go - wyrzucił z siebie Han. Ostatnie słowo niezauważalnie przeszło w 

cichy pomruk bezsilnej wściekłości. Mężczyzna potrząsnął głową i stanowczym gestem 
odsunął żonę na bok. - Musimy przygotować się do ataku - powiedział. 

Leia chwyciła go za ramię i odwróciła ku sobie. 
- Zostawił go? - powtórzyła pytająco. 
- Anakin zostawił Chewiego! 
Leia, zbyt wstrząśnięta, by odpowiedzieć, puściła rękę męża. Han wybiegł z sali, 

pozostawiając ją w niepewności i strachu. 

 
- Nic więcej nie mogłem zrobić. 
Jacen zatrzymał się przed drzwiami. Wiedział już o katastrofie na Sernpidalu. Wi-

dział, jak matka płacze, usłyszawszy o śmierci Chewiego i podejrzewał - choć nie miał 
jeszcze żadnych dowodów, jeśli nie liczyć dziwnych spojrzeń ojca - że Anakin miał coś 
wspólnego z tą sprawą. 

- Jesteś pewien? - Głos jego siostry przerwał ciszę, która zaległa w pokoju. 
- Księżyc opadał bardzo szybko - odparł Anakin. - Powietrze zaczynało się palić. 
- Wskutek wzrostu ciśnienia - domyśliła się Jaina. 
- Nie wiedzieliśmy nawet, dokąd zwiało Chewiego i czy w ogóle jeszcze żyje. 
- Tata twierdzi, że go widział - odparła Jaina. Jacen drgnął, zaniepokojony myślą, 

że jego młodszy brat może coś ukrywać. 

- Wtedy było już za późno - odpowiedział Anakin. - Odlatywaliśmy już z planety. 

Do zderzenia pozostały może ze cztery sekundy. Jakim cudem mieliśmy wrócić i za-
brać go stamtąd w tak krótkim czasie? 

Jacen otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Popatrzył uważnie na brata, raczej ze 

współczuciem niż z wyrzutem. Sądząc po zatroskanych minach, rodzeństwo nie do 
końca rozumiało jego intencje. 

background image

R.A. Salvatore 

207

- Nie mogliście - odezwał się wreszcie Jacen. Anakin wyglądał na zaskoczonego 

poparciem brata. - Jeśli powietrze zaczynało się palić, „Sokół" nie zdołałby utrzymać 
się nad ziemią. Prawdopodobnie spadlibyście na Chewiego albo tuż obok i wszyscy 
byście zaginęli. 

Anakin zamrugał energicznie. Jacen wiedział,  że chłopak próbuje powstrzymać 

łzy. Rozumiał jego uczucia. Sam rozpaczał po stracie Chewbaccy, którego uważali za 
starszego brata lub zawsze skorego do zabawy wujka. Ojca łączyły z potężnym Wo-
okiem więzy mocniejsze nawet niż przyjaźń z Lukiem. Jacen pojmował jednak i to, że 
smutek w połączeniu z poczuciem winy był dla Anakina znacznie trudniejszy do znie-
sienia. 

- Tata tak nie uważa - odezwała się Jaina, spoglądając współczująco na młodszego 

brata. - Jest mocno poruszony. 

- Jest po prostu wściekły - zawtórował jej Jacen. Siostra skarciła go wzrokiem. 
- Odchodzi od zmysłów z wściekłości - drążył dalej Jacen -bo stracił najlepszego 

przyjaciela. Nie chodzi o to, co zrobiłeś. Chodzi o śmierć Chewiego. 

- Aleja... - zaczął Anakin. 
Jacen podszedł do niego, położył dłonie na jego ramionach i surowo spojrzał mu w 

oczy. 

- Czy mogłeś podlecieć i zabrać go na pokład? - spytał. Jego głos, wyrazisty i su-

gestywny, był przesycony Mocą. 

Anakin wyglądał tak, jakby miał się załamać pod ciężarem pytania. Jeszcze raz 

rozpamiętywał tragedię Sernpidala, najstraszliwsze wydarzenie w jego życiu. 

- Nie - odpowiedział uczciwie. 
Jacen poklepał go po ramionach i odsunął się o krok. 
- Zatem postąpiłeś słusznie - rzekł po chwili. - Ocaliłeś pozostałych. 
- Ale tata... - zaczął znowu Anakin. 
- Tata nie jest nawet w połowie tak zrozpaczony i wściekły, jak byłby Chewie, 

gdyby wiedział, że zginęliście wszyscy, próbując go ratować - wypalił Jacen, nim chło-
pak zdążył zebrać myśli i dokończyć zdanie. - Wyobrażasz sobie, że mógłbyś mężnie 
stawić czoło śmierci wiedząc, że przez ciebie zginą najlepsi przyjaciele? Jak czułby się 
Obi-Wan Kenobi, gdyby Luke pospieszył mu z pomocą w ostatniej walce z Darthem 
Vaderem? Byłby przerażony, że ostatnia szansa w walce Sojuszu Rebeliantów z Impe-
rium może przepaść. Chewie uratował ciebie, syna swego najlepszego przyjaciela, i 
zapłacił za to życiem. Zginął, ciesząc się tą świadomością. 

Jacen odwrócił się i spojrzał na Jainę, która słuchała go z otwartymi ustami, oszo-

łomiona elokwencją brata. Usłyszał, że za jego plecami Anakin zaczyna pociągać no-
sem i wiedział już, że za chwilę poleją się łzy zbyt długo skrywanego poczucia winy. 

Sam też miał ochotę zapłakać, ale nie w obecności brata, a już na pewno nie na 

oczach siostry. 

Skinąwszy głową ku Jainie, Jacen energicznym krokiem wymaszerował z pokoju. 
Dziewczyna podeszła do Anakina i objęła go czule, a chłopiec nawet nie próbował 

się wysunąć z uścisku. Ukrył twarz w jej gęstych włosach, a jego barkami wstrząsnął 
szloch. 

Wektor pierwszy 

208

 
- „Eliksir Młodości" orbituje nad Ord Mantell – powiedziała Leia, unosząc głowę 

znad konsolety komunikatora. - Może tu być za trzy dni. 

Lando spojrzał na Hana, niezbyt podbudowany tą wiadomością. Księżniczka od 

rana siedziała przy stanowisku łączności, próbując znaleźć w pobliżu liczące się siły 
Floty. Dubrillion leżał jednak daleko od Jądra i rejonów wzmożonych działań Nowej 
Republiki. „Eliksir Młodości" okazał się najbliższym operującym z dużych okrętów 
liniowych. Niestety, jeśli rój nieprzyjacielskich statków utrzymałby obecną prędkość i 
kurs, mógł dotrzeć do celu już za dwa dni. 

Han wiedział, że nawet to Jeśli" było bardzo niepewne. Jednostki śledzące zbliża-

jących się nieprzyjaciół sygnalizowały, że wróg przyspiesza. Na myśl o tym Solo po-
czuł w ustach gorzki smak. Dlaczego nie zrobił tego wcześniej, gdy mógł przechwycić 
konwój uchodźców? Han czuł, że wraz z innymi uciekinierami padł ofiarą fortelu, który 
pomógł siłom inwazyjnym trafić wprost na Dubrillion. 

- Wezwij ten niszczyciel - poprosił Lando, a potem odwrócił się w stronę Hana. - 

Powstrzymamy ich do czasu przybycia „Eliksiru Młodości". 

- Masz jakieś wieści od brata? - spytał Solo, ale Leia potrząsnęła głową. Podejrze-

wali, że Luke i Mara dotarli już na Belkadan, a może nawet byli w drodze powrotnej, 
ale nie mogli tego w żaden sposób potwierdzić. 

- Moglibyśmy się ewakuować- zaproponowała Leia. - Weźmiemy najszybsze stat-

ki i polecimy na Ord Mantell. Wezwiemy „Eliksir", żeby spotkał się z nami w połowie 
drogi. 

- Ten niszczyciel nie dysponuje nawet połową tej siły rażenia, którą mamy na Du-

brillionie - sprzeciwił się Lando. - Jeśli szykuje się walka, to moim zdaniem powinna 
rozegrać się tutaj. 

Leia spojrzała na Hana, który przytaknął skinieniem głowy. 
- Mówię wam: zatrzymamy ich, a „Eliksir Młodości" przyjdzie nam z odsieczą - 

ciągnął dalej Lando, już nieco pewniejszym tonem, jakby na bieżąco układał plan całej 
bitwy. - A jeśli poprosimy o przekazanie naszej prośby dalej, w ciągu tygodnia może-
my tu mieć pół Floty. 

- O ile ktoś nas wysłucha - przypomniała mu Leia. - Nowa Republika ma inne 

problemy, i to znacznie bliżej stolicy. Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał wysyłać pół 
Floty do Odległych Rubieży, bo wystąpił tu jakiś niewielki problem. 

- Niewielki?! - powtórzył z niedowierzaniem Lando, a Han skrzywił się, jakby do-

stał w twarz. Bądź co bądź widział na własne oczy śmierć całej planety. Leia rozumiała 
jednak aż za dobrze, że radni inaczej patrzą na tę sprawę. W każdym z większych miast 
Światów  Środka  żyło więcej ludzi, niż na którejkolwiek z planet w promieniu trzech 
sektorów. Każdego dnia na Coruscant docierały wieści o „straszliwym kataklizmie", 
jaki dotknął któryś z odległych globów. Władze wysyłały, rzecz jasna, jakąś pomoc: 
zwykle w postaci statku badawczego lub eskadry X-skrzydłowców, ale wcale nie wy-
dawało się pewne, czy Dubrillion będzie miał choć tyle szczęścia. 

background image

R.A. Salvatore 

209

- „Eliksir Młodości" ma jako osłonę zespół uderzeniowy: kilka niniejszych krą-

żowników, kanonierek i transportowców, a nawet barkę desantową - powiedziała Leia. 
- Zaraz wyślę wiadomość. Niech przybywają tak szybko, jak to możliwe. 

- Oczyścimy im drogę,  żeby mogli bez kłopotu połączyć się z naszymi siłami - 

Lando, najwyraźniej odzyskawszy pewność siebie, spojrzał na Hana. - Co zamierzasz? 

- Będę walczył - odparł Solo, a w jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. 

Po raz pierwszy odkąd go znała, widziała na jego twarzy tak groźny wyraz. Czuła, że 
mąż stara się zamienić rozpacz w gniew. Wrogowie zapłacą za śmierć jego najbliższego 
przyjaciela. 

Patrząc na niego, poczuła dreszcze wzdłuż kręgosłupa. 
W tym momencie Jacen, Jaina i Anakin wkroczyli do pomieszczenia kontrolnego. 

Na wszystkich trzech twarzach także malowały się gniew i nieustępliwość. 

- My też weźmiemy udział w walce - obwieścił Jacen. 
- O, nie - sprzeciwił się Han. 
- Jesteśmy rycerzami Jedi - przerwał mu syn. - Nie zabronisz nam walczyć. 
- Nie potrzebuję trzech drugich pilotów - odparował Solo. 
- Szczególnie, że jednego już masz, bo lecę z tobą- zadeklarowała Leia. Wszyscy 

obecni spojrzeli na nią z zaskoczeniem. Dawno już porzuciła żywot wojowniczki, odda-
jąc się bez reszty dyplomacji. Jej mina wskazywała jednak, że nie zamierza z kimkol-
wiek dyskutować na ten temat. 

- No, widzicie? - podchwycił potulnie Han. - Wasza matka leci ze mną. 
Troje młodych Jedi zgodnie potrząsnęło głowami, dając Leii do zrozumienia, że 

ojciec nie pojął ich prawdziwych intencji. 

- Nie chcę być twoim drugim pilotem - zgodziła się Jaina. -Lepiej radzę sobie w 

myśliwcu. 

- O, nie - zaprotestował znowu Han, zdecydowanie potrząsając głową. 
- Przecież masz mnóstwo statków - zwrócił się Anakin do Landa. 
- A na Dubrillionie nie ma lepszych pilotów niż my - dorzucił Jacen. - Jeśli prze-

gramy w przestrzeni, bitwa natychmiast przeniesie się na powierzchnię planety. 

- Wolę walczyć tam, u góry, gdzie naprawdę mam przewagę - zawtórowała mu Ja-

ina. Leia wiedziała,  że przez jej dzieci przemawia nie młodzieńcza zuchwałość, lecz 
uzasadniona pewność siebie; uzasadniona zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę wynik uzy-
skany przez Jainę w „Rajdzie przez pas". Kolejny raz księżniczka miała okazję przeko-
nać się, jak doskonale Mara wywiązała się z obowiązku szkolenia Jainy, i to zarówno 
pod względem fizycznym, jak i emocjonalnym. 

- Wszyscy troje potrafimy walczyć - dodał Jacen. – Wiesz o tym dobrze. I potrze-

bujesz pilotów. 

Han chciał odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. Wziął głęboki wdech i spojrzał 

na Landa. 

- Możesz zapewnić ich statkom pola ochronne z powierzchni planety? - spytał. - 

Takie, jakie mieli w pasie asteroid. 

- Sprowadzam „Szybkobiegacza I" na powierzchnię - odparł Lando. - To potężna 

stacja, ale nie ma żadnego uzbrojenia, więc byłaby dla obcych łatwym celem. Posadzę 

Wektor pierwszy 

210

ją w doku bez wyłączania systemów. Będzie mogła chronić wszystkie odpowiednio 
wyposażone myśliwce, o ile nie oddalą się zbytnio od planety. 

- Ile myśliwców możemy do tego przystosować? - wypytywał dalej Han, mrużąc 

oczy, jakby obmyślał jakiś plan. 

Calrissian pokręcił głową, rozwiewając jego nadzieje. 
- To nie takie proste. W dodatku w jednostce trzeba wygospodarować sporo miej-

sca. Nie dałbym rady okablować „Sokoła", choćbym miał na to cały tydzień. Musiał-
bym wyrzucić połowę systemów pokładowych, żeby przystosować jego układ zasilania 
do odbierania naszej wiązki. 

- A zatem masz tylko parę myśliwców i bombowców typu TIE - podsumował Han. 
- Dla dzieciaków wystarczy - odparł Lando, wzruszając ramionami. 
- Przecież one nie mają uzbrojenia - zaprotestowała Jaina. Rodzeństwu najwyraź-

niej nie podobał się kierunek, w którym zmierzała ta dyskusja. 

- Teraz już mają- odpowiedział Calrissian, uśmiechając się szelmowsko. 
Jaina spojrzała na niego z powątpiewaniem. 
- Niezbyt silne - przyznał. - Po jednym działku laserowym i po jednej serii torped. 

Będziecie musieli naprawdę się postarać, jeśli chcecie wyrządzić wrogowi poważniej-
sze szkody... 

Urwał w tym momencie, a Leia zauważyła, że - sądząc po ich minach - dzieci za-

częły knuć jakąś intrygę. Znowu spojrzała na Landa, jakby nie była pewna, czy ma być 
wdzięczna, czy wściekła, że tak zręcznie zagrał na ambicji całej trójki. Rzecz w tym, że 
księżniczka, choć dobrze wiedziała, na co stać jej potomstwo i doskonale rozumiała, w 
jak rozpaczliwej sytuacji się znaleźli, wcale nie była zachwycona perspektywą udziału 
młodzieży w poważnej bitwie. Spojrzała na Hana. Wydawał się wyraźnie zakłopotany, 
co nie pomogło w podjęciu decyzji. W rzeczywistości nie miała zresztą wyboru. Z do-
niesień zwiadowców wiedzieli, że zbliża się ogromna armada. 

- Będziecie się trzymać blisko planety - przykazała Leia. 
- Wszyscy troje! - dodał Han głośno i wyraźnie, grożąc im palcem. 
- W zasięgu pól „Szybkobiegacza I" i pod osłoną turbolaserów planetarnych - do-

kończyła jego żona. 

Jaina i Jacen rozpromienili się na wieść, że tym razem nie ominie ich walka. 
Anakinowi nie było jednak do śmiechu. Wpatrywał siew oczy ojca, szukając w 

nich błysku przebaczenia. 

Nie znalazł go. 
Bliźnięta ruszyły w stronę wyjścia, zgarniając po drodze młodszego brata. 
- Myślisz, że mama będzie umiała pomóc tacie? – spytał Jainę szczerze zatroskany 

Jacen. - Ostatnio niewiele latała. Może jedno z nas powinno ją zastąpić? 

Jaina zastanawiała się przez chwilę, a potem potrząsnęła głową, pamiętając, że ich 

matka nie jest nowicjuszką. To jasne, że Leia i Han nie są już  młodzi, ale nadal nie 
stracili zapału do walki. 

- Zobaczysz, jak dołożą wrogowi - zapewniła brata. - A zresztą, czy Lando ma sta-

tek, który może się równać z „Sokołem Millenium"? 

background image

R.A. Salvatore 

211

Jacen odpowiedział siostrze uśmiechem i zmienił temat, powracając do strategii, 

jaką mieli przyjąć w zbliżającej się bitwie. Oboje spojrzeli wyczekująco na Anakina, 
ale chłopak, zatopiony w myślach, w ogóle nie zwracał na nich uwagi. 

Rozmyślania, w których się pogrążył, obracały się wokół niedawnej przeszłości. 

Po raz kolejny rozpamiętywał trudne chwile na Sernpidalu, zastanawiając się, czy rze-
czywiście popełnił błąd i czy w jakikolwiek sposób mógł ocalić Chewbaccę. 

Na pytanie to nie było logicznej odpowiedzi. Anakin musiał wierzyć, że postąpił 

słusznie, ratując „Sokoła" i tłum ludzi zgromadzonych na jego pokładzie. Chłodna lo-
gika nie mogła jednak nakazać jego sercu, by z pokorą znosił wyrzuty ojca, by pogodził 
się z faktem, że Chewie naprawdę zginaj i już nic nie może tego zmienić. 

 
- Wtargnęli do systemu - zameldowała Leia. Siedziała w fotelu drugiego pilota, w 

sterowni „Sokoła", tuż obok Hana. Za nimi stał bardzo zdenerwowany C-3PO, paplając 
o wszystkim i o niczym jednocześnie. 

- Być może mogą państwo przechwytywać ich łączność -zasugerował android. - Z 

przyjemnością przetłumaczę, jeśli wróg posługuje się niezrozumiałym dla państwa 
językiem... - C-3PO nie milkł ani na chwilę. Han popatrzył na żonę, krzywiąc się bole-
śnie. 

- Nie mogliśmy go zostawić? - spytał. 
Leia uśmiechnęła się i spojrzała przelotnie na androida - przyjaciela, i dobrego za-

zwyczaj towarzysza - a potem znowu zapatrzyła się w przestrzeń za iluminatorem. 

- ... mógłbym też na bieżąco kodować nasze komunikaty... - ciągnął niestrudzony 

Threepio, nie zważając na to, że nikt go nie słucha. 

Han skinął  głową ku Leii. Słyszał już pierwsze odgłosy walki, którą prowadziła 

grupa myśliwców, wyznaczonych przez Landa do patrolowania orbit zewnętrznych 
planet systemu. Piloci opisywali zbliżające się statki, a ich słowa niemal pokrywały się 
z tym, co opowiadał o nich Kyp Durron. 

- Słyszysz, mały? - spytał Han, uruchamiając łączność interkomową z górną wie-

życzką artyleryjską. 

- Czeka nas ostra jazda - odparł Kyp, sadowiąc się wygodniej w fotelu. Zgłosił się 

na ochotnika do służby w charakterze strzelca. Jeszcze nie całkiem doszedł do siebie po 
dramatycznej ucieczce... w każdym razie nie na tyle, by samodzielnie zasiąść za sterami 
myśliwca. Poza tym Lando nie dysponował jednostkami, które odpowiadałyby jego 
potrzebom. 

Leia uruchomiła komunikator, nasłuchując na wszystkich częstotliwościach po ko-

lei. W głośniku rozległy się nakładające się na siebie nawoływania. Jedni piloci prosili 
o pomoc, inni krzyczeli z radości, strąciwszy nieprzyjacielski statek, a jeszcze inni 
ostrzegali, że wróg posuwa się w stronę wewnętrznych globów systemu, Dubrillionu i 
Destrillionu. 

- Robi się gorąco - mruknął Han. 
Leia rozumiała, czym się denerwuje. Podobnie jak ona sama, Han bał się nie tyle o 

siebie, co o trójkę dzieci, które w swych myśliwcach czekały na wroga na niskiej orbi-
cie Dubrillionu. 

Wektor pierwszy 

212

Na konsolecie „Sokoła" odezwały się brzęczyki alarmowe. Leia i Han spojrzeli w 

dół, na niewielki ekran. Pojawiły się na nim zielone punkty - pierwsza fala powracają-
cych myśliwców patrolowych. 

A potem, nagle, wyświetlacz rozjarzył się niezliczoną ilością czerwonych punk-

tów, które pędziły za zielonymi. 

- Za dużo ich! - krzyknął jeden z pilotów, a załoga „Sokoła" nie mogła się z nim 

nie zgodzić. 

Han wziął  głęboki oddech. Spodziewał się,  że Leia zaraz zaproponuje przejęcie 

sterów i wygoni go do dolnej wieżyczki artyleryjskiej, ale czuł jednocześnie,  że tego 
dnia jego miejsce było tu, w sterowni. 

- Przekazuj mi dane na bieżąco - rzucił, by uprzedzić jej prośbę. Ku jego zasko-

czeniu, Leia wstała. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- Będę w dolnej wieżyczce - zapowiedziała. Han zdumiał się jeszcze bardziej. 
- Mam ochotę postrzelać - dodała. Choć był to oczywiście  żart dla rozluźnienia 

nieco napiętej atmosfery, żadne z nich nawet się nie uśmiechnęło. 

Han popatrzył przez chwilę na twarz żony, zastygłą w ponurym grymasie, a potem 

skinął głową. Leia pocałowała go w policzek i ruszyła w stronę korytarza. Wprawdzie 
pilot „Sokoła" mógł razić przeciwnika z dziobowych działek laserowych, ale jego naj-
ważniejszym zadaniem było ustawienie maszyny tak, by strzelcom ulokowanym w 
wieżyczkach nie zabrakło celów do niszczenia. 

- Słyszysz mnie? - spytała Leia przez interkom. 
- Słyszę. Pilnuj lewej flanki. Kyp, prawa jest twoja. 
- Już ja ich nauczę śpiewać... - odpowiedział Durron. 
Han potrząsnął głową, podziwiając niezmienną pewność siebie młodego Jedi. Na 

co dzień i jemu nie brakowało zuchwałości, ale tym razem, co dziwne, wcale nie był w 
dziarskim nastroju. Spojrzał na ekrany sensorów, które pałały czerwienią niesłychanej 
liczby wrogich maszyn. I wcale nie czuł się pewnie. 

 
Troje młodych Solo również  słyszało pierwsze odgłosy bitwy i z bólem dowie-

działo się o śmierci kilku znajomych pilotów. Mimo to spokojnie przemykali między 
najwyższymi wieżami miasta, prowadząc osłonięte zewnętrznymi tarczami myśliwce 
typu TIE. Stacja „Szybkobiegacz I" pracowała bez zarzutu, ale już po pierwszych chwi-
lach lotu, gdy na moment wyszli poza atmosferę planety, przekonali się, że moc emito-
wanych przez nią pól ochronnych gwałtownie się zmniejszyła. 

Rozkazy ojca były łatwe do przewidzenia i stanowcze: młodzi mieli przeczekać bi-

twę, patrolując powierzchnię Dubrillionu. Nie okazali zachwytu, choć, prawdę mówiąc, 
jedyną przewagą ich maszyn nad zwykłymi myśliwcami typu TIE były zewnętrzne 
tarcze zasilane przez stację. Jeśli chodzi o uzbrojenie, ustępowały wyraźnie seryjnie 
produkowanym jednostkom. 

- Uważaj na skrzydło! - rozległ się okrzyk w słuchawkach komunikatora. 
- Mam go na ogonie! - zawołał inny pilot. 
- Kruuny, wynoś się stąd! - krzyknął trzeci. 

background image

R.A. Salvatore 

213

- Spokojnie, chłopcze - odezwał się znajomy głos Hana. -I utrzymuj kurs. Jestem 

za tobą. 

- Nie mogę go zgubić! - denerwował się Kruuny. 
Rodzeństwo Solo usłyszało po chwili znajomy ryk poczwórnych działek lasero-

wych „Sokoła Millenium". 

- Dzięki - odezwał się z wyraźną ulgą Kruuny. 
- „Sokół", masz jednego na ogonie! - zawołał nerwowy pilot. 
- Widzimy go - odparł spokojnie Han. 
Jaina nieświadomie gniotła dłońmi drążki sterowe, aż zbielały paznokcie. Zaciska-

ła też zęby, od czego porządnie bolała ją szczęka. 

- Wchodzę w czarną przestrzeń - zawołała do braci. 
- Znasz rozkazy taty - zaprotestował Jacen, ale siostra już poprowadziła maszynę 

ku górze. Anakin pomknął tuż za nią. 

- Pozostaniemy na skraju atmosfery - wyjaśniła dziewczyna. - Chcę zobaczyć, co 

się dzieje. 

Kilka sekund później trzy myśliwce wyskoczyły w czarną przestrzeń - cienką war-

stwę graniczną między atmosferą a otwartym kosmosem. Dopiero teraz ponad jasnym 
kokonem powietrza, który spowijał Dubrillion, widać było błyski szalejącej bitwy; 
uzupełniał je zgiełk krzyków i komend, dochodzących z komunikatorów. Słuchając 
jednocześnie głosu Hana i wpatrując się w poruszające się błyskawicznie światła dale-
kich statków, Jaina doszła do wniosku, że widzi w oddali „Sokoła". 

- Kilkanaście myśliwców przebiło się nad Dubrillion! - zawołał nagle Jacen. Jaina 

spojrzała na brata, który leciał tuż obok, a potem podążyła za jego wzrokiem. Na hory-
zoncie widać było eskadrę nieprzyjacielskich statków, które wchodziły właśnie w at-
mosferę. 

- Nadlecą nad miasto z południowego wschodu - oceniła dziewczyna. - Za mną! 
Trzy maszyny zanurkowały w jasne, błękitne niebo planety Landa. 
- Wraca zasilanie tarcz - zameldował Anakin. 
Myśliwce z wyciem przemknęły nad miastem, lawirując między wieżami. Jacen 

pierwszy zauważył formację nieprzyjaciół, którzy ostrzeliwali powierzchnię z dziw-
nych, przypominających wulkany działek. 

Trójka obrońców wyleciała poza południowo-wschodni kraniec miasta, wycho-

dząc naprzeciw atakującej eskadrze. 

W tym momencie działa planetarne ożyły. Oślepiające błyskawice błękitnych bły-

sków energii pomknęły ku niebu. 

- Wycofujemy się! - krzyknęła Jaina, wprowadzając maszynę w ciasną pętlę, która 

skierowała ją z powrotem ku miastu. Jej bracia powtórzyli ten sam manewr. Obejrzaw-
szy się za siebie, zobaczyli to, co Jaina dostrzegła już na ekranach: napastnicy zostali 
zniszczeni. 

Żądni walki młodzi Solo powrócili do czarnej przestrzeni. 
- Rozciągnąć formację - rozkazała Jaina. - I miejcie oczy szeroko otwarte. Następ-

ne musimy przechwycić, zanim dotrą w zasięg dział Landa. 

Wektor pierwszy 

214

Ledwie to powiedziała, mniejsza grupa nieprzyjacielskich myśliwców pomknęła 

ku Dubrillionowi. Trzy myśliwce typu TIE natychmiast pospieszyły jej na spotkanie. 
Jaina leciała środkiem, a bracia, sunąc w szerokim szyku, osłaniali jej flanki. Zbliżając 
się do wrogiej formacji, młodzieńcy zacieśnili szyk i pędzili teraz niemal skrzydło w 
skrzydło z maszyną siostry. Pracowali zgodnym rytmem, ostrzeliwując się ze wszyst-
kich luf- bardziej jak jeden myśliwiec niż trzy oddzielne maszyny. 

Para nieprzyjacielskich statków zniknęła za ścianą ognia, za to pozostałe zareago-

wały błyskawicznie, wyrównując lot i mknąc na spotkanie z nowym zagrożeniem. Ich 
działka zaczęły wypluwać pociski, lecz rodzeństwo Solo nie zmieniło kursu, przyjmu-
jąc trafienia na tarcze. 

Pola ochronne wytrzymały. 
Trzy torpedy i laserowa salwa wystarczyły, by zlikwidować zagrożenie. 
Ściślej mówiąc - jedno z zagrożeń, bo w tym momencie w okrzyki pilotów wal-

czących w otwartej przestrzeni kosmicznej wmieszały się nawoływania z powierzchni 
Dubrillionu. Nad miasto spływały coraz liczniejsze grupy nieprzyjaciół. Troje młodych 
pilotów wiedziało, że artylerzyści Landa przeżywają ciężkie chwile. 

- Tu Gauch z TB-1 - zgłosił się jeden z pilotów bombowców typu TIE. - Mamy 

ich. 

Jaina znowu wyprowadziła braci w czarną przestrzeń. Kątem oka zauważyła nad-

latujący znad miasta bombowiec, który walczył z kilkoma wrogami naraz. Dzięki ze-
wnętrznym osłonom bez problemu znosił trafienia. 

Tymczasem miasto zaczynało odczuwać skutki ataku. W kilku budynkach pojawi-

ły się błyski pożarów. Turbolasery nie przerywały celnego ostrzału, ale wydawało się, 
że w miejsce każdego strąconego przeciwnika pojawia się tuzin nowych. 

- Wchodzimy! - krzyknęła Jaina. 
- Tu „Szybkobiegacz I"! - krzyknął ktoś rozpaczliwie. -Dostaliśmy! Wyłączamy 

pola energetyczne! 

- Jesteśmy odsłonięci! - potwierdził Anakin. Jacen i Jaina również zerknęli na in-

strumenty. Tarcze rzeczywiście przestały istnieć. - Co robimy? 

- Nie dajemy się trafić - odparła ponuro dziewczyna. Sprowadziła formację na dół, 

pomiędzy budynki, unikając „wulkanicznych" pocisków i potężnych salw ze stanowisk 
naziemnych, a jednocześnie bluzgając ogniem z laserów. 

- Dostałem! - krzyknął Gauch. - Nie utrzymam się!... Nie.... 
Wielka kula ognia, która ukazała się nad wschodnią częścią miasta, brutalnie 

przypomniała młodym pilotom, że tym razem walka toczy się naprawdę. 

Pierwszy atak powiódł się Jacenowi. Wyskoczył zza zaokrąglonej wieży, szczę-

śliwie uniknął ognia przeciwnika i strzelił niemal na oślep. 

W tej samej chwili znalazł się na linii strzału innego wroga i krzyknął ostrzegaw-

czo. 

Jaina śmignęła tuż nad nim, odpalając torpedę. Drugi przeciwnik również przestał 

istnieć. 

- Dzięki, siostrzyczko - mruknął Jacen, podążając za nią w dół i na lewo. 

background image

R.A. Salvatore 

215

Anakin właśnie ścigał jednego z wrogów, lecz i za nim pędziły trzy koralowe my-

śliwce. Wcisnął swój myśliwiec TIE w prześwit między dwoma wieżami i ostro pocią-
gnął stery ku sobie, widząc,  że nieprzyjaciel wpada w smugę turbolaserowej salwy i 
dosłownie rozpada się na atomy. Wspinając się pionowo w górę, minął się z bratem i 
siostrą, którzy pędzili w dół, plując ogniem z działek laserowych. 

Chłopak skręcił ostro w lewo i nagle przełączył silniki na wsteczny ciąg. Przez 

moment maszyna zawisła nieruchomo, a potem runęła w dół. Anakin pchnął manetkę 
akceleratora do oporu, jednocześnie naciskając stopami pedały steru wysokościowego - 
najpierw lewy, a potem prawy. Dziób myśliwca opadł ostrym łukiem. Delikatna po-
prawka kursu nurkującego sprawiła, że znalazł się na ogonie ostatniego z trzech ściga-
jących go przed chwilą pojazdów. Anakin zniszczył go za trzecim strzałem. 

Potem wzniósł się za Jacenem i Jainą, i wszyscy troje - zestrzeliwszy jeszcze jed-

nego przeciwnika - spotkali się nad głównym budynkiem siedziby Landa. Usłyszeli 
gratulacje od innych pilotów, a po nich głośne „Dajcie im popalić!" w wykonaniu Cal-
rissiana. Zdawało się,  że miasto chwilowo jest bezpieczne. Większość atakujących 
pojazdów została zniszczona, a naziemne stanowiska artyleryjskie nie przerywały ka-
nonady, wybijając resztki nieprzyjacielskiej formacji. 

- Tata mówił, żebyśmy trzymali się nisko ze względu na zasięg tarcz - odezwała 

się do braci Jaina. Zanim zdążyli odpowiedzieć, skierowała maszynę ku niebu. - Osłon i 
tak już nie ma. Przyłączmy się do prawdziwej bitwy - wyjaśniła. 

- Nie możemy... - zaczął Jacen, ale umilkł w połowie zdania.  
Jaina uśmiechnęła się. Wiedziała, że ojciec nie zgodziłby się z tym, co powiedziała 

przed chwilą. 

Tyle, że tę walkę mogła odłożyć do jutra. 
Trzy myśliwce typu TIE wyrwały się z atmosfery Dubrillionu i pomknęły w 

otwartą przestrzeń. Ich piloci z daleka dostrzegli błyski w miejscu, gdzie toczyła się 
bitwa. Patrząc na ekrany przyrządów wiedzieli też, jak wielka jest przewaga przeciwni-
ka. 

 
Wielobarwny koral eksplodował w deszczu iskier. Po chwili jeszcze jeden pojazd 

padł ofiarą poczwórnych działek laserowych frachtowca. 

Han skupił się  właśnie na tym wycinku przestrzeni, widząc drogę ucieczki dla 

„Sokoła". Leia nie próżnowała w dolnej wieżyczce strzelniczej, próbując pozbyć się 
wyjątkowo upartego przeciwnika. Prawa burta statku została kilkakrotnie trafiona pół-
płynnymi pociskami, nim Kyp uporał się z myśliwcami nadciągającymi od czoła i mógł 
zająć się ostrzeliwaniem flanki. 

- O, rety... -jęknął C-3PO, gdy jeszcze jeden celny strzał wstrząsnął „Sokołem". - 

Doprawdy, wydaje mi się, że jest ich zbyt wie....eeee.... le! - dodał, przewracając się od 
kolejnego trafienia. Przez cały czas wymachiwał histerycznie rękami i choć jego oczy 
nie mogły się rozszerzyć z przerażenia, gdy Leia sprawdzała, czy trzeba mu udzielić 
pomocy, odniosła wrażenie, że istotnie są większe. - Wszyscy zginiemy! 

- Wyłącz go albo zaraz stąd wyleci - ostrzegł Han. 

Wektor pierwszy 

216

Mimo protestów Kypa, który prosił, by „prowadził spokojniej", Solo wykonał 

„Sokołem" ćwierć obrotu, wpadając w grupkę kilku nieprzyjacielskich myśliwców. Po 
lewej dostrzegł X-skrzydłowca, strzelającego przed siebie ze wszystkich czterech luf, a 
tuż za jego ogonem - chmarę prześladowców. 

- Nie dam rady! - krzyknął pilot. - Pryskam na Dubrillion! 
- Leć - mruknął pod nosem Han. Po przeciwnej stronie „Sokoła" pojawił się my-

śliwiec typu A. Maszyna próbowała odskoczyć, ale zasypała ją lawina podobnych do 
kamieni, półpłynnych pocisków, które przepalały kadłub. Kobieta-pilot błagała o po-
moc, lecz Han nie mógł zdążyć na czas. Próbując jeszcze jednego uniku, popełniła 
błąd: skręciła zbyt ostro i wpadła na jedną z pędzących za nią maszyn. Oba myśliwce 
eksplodowały, rozpadając się na drobniutkie kawałeczki. 

- Mamy coraz mniej statków - ostrzegła Leia. 
- Straciłem osłony! - krzyknął pilot jednego z X-skrzydłowców. W ciągu ostatnich 

paru minut kilka razy słyszeli podobne meldunki. Wszystko przebiegało dokładnie tak, 
jak opisane przez Kypa pierwsze starcie z tajemniczym nieprzyjacielem. 

Han skręcił w stronę zagrożonego myśliwca. 
- Rozbij pościg! - krzyknął do Durrona, gdy tylko gromada podobnych do kamieni 

pojazdów znalazła się w polu widzenia. 

- Mam ich! - zapewnił Kyp. Poczwórne działo bluznęło ogniem i stateczki znajdu-

jące się na linii strzału przestały istnieć. Pozostałe kontynuowały jednak pogoń i wy-
dawało się, że losy X-skrzydłowca są już przesądzone. Nagle, od strony rosnącego w 
iluminatorze „Sokoła" Dubrillionu, pojawiły się błyski laserowych strzałów. Trzy mi-
gotliwe wiązki dosięgły nieprzyjacielskie myśliwce, uwalniając X-skrzydłowiec, który 
natychmiast pomknął w kierunku planety. 

Han i Leia tylko przez chwilę cieszyli się niespodziewanym rozstrzygnięciem star-

cia. Już po kilku sekundach poznali wybawców: trzy zmodyfikowane myśliwce typu 
TIE. 

- Wracajcie nad planetę! - zawołał Han do swych dzieci. -Schrońcie się pod tar-

czami Landa! 

- „Szybkobiegacz I" jest uszkodzony - odpowiedziała Jaina. - Pole już nie istnieje. 
- Wracać! - wrzasnął Han. 
- Jest ich za wielu - dorzuciła Leia. - Wszyscy szykujemy się do powrotu. Zajmą 

się nimi turbolasery obrony planetarnej -nim skończyła mówić, trzy myśliwce typu TIE 
przemknęły nad „Sokołem". 

- Lećcie - odezwała się Jaina. - Będziemy osłaniać wasz odwrót. 
- Powiedziałem: wracać! - ryknął Solo, trzęsąc się z wściekłości. Leia wywołała 

go przez interkom, rozumiejąc - i podzielając -jego niepokój. Wiedziała jednak, że Han 
jest w gorszym stanie i opanowuje się z najwyższym trudem, bo rozpacz po stracie 
Chewbaccy potęguje jego strach o los dzieci. Nie zdziwiła się, gdy „Sokół" zawrócił 
ciasnym skrętem i pomknął w ślad za myśliwcami typu TIE. Już po chwili dały się 
słyszeć nawoływania trojga młodych pilotów, którzy właśnie dopadli grupy nieprzyja-
cielskich maszyn. 
 

background image

R.A. Salvatore 

217

Właściwie były to typowe okrzyki, które pomagały utrzymać w walce właściwą 

formację i skoordynować działania, lecz dało się w nich usłyszeć coś jeszcze. Coś, co 
zaniepokoiło i jednocześnie podniosło na duchu. 

Ton. 
Dzieciaki rzuciły się bowiem w bój z pasją doświadczonych wojowników. Czuły 

tę bitwę sercem i duszą, walczyły z zapałem i fantazją. Han i Leia słyszeli okrzyki dzi-
kiej radości, gdy kolejny wrogi myśliwiec znikał w gęstwinie iskier. 

Mimo to miny mieli raczej ponure. Widzieli już wiele bitew i wiedzieli, że radosne 

okrzyki mogą zmienić się w jęk rozpaczy, gdy choć jedna ze zmodyfikowanych maszyn 
zostanie zniszczona. Ze wskazań instrumentów oraz z układu pojawiających się w od-
dali błysków wynikało,  że element zaskoczenia przestał działać, a nieprzyjacielskie 
myśliwce zacieśniają szyki, zbliżając się do walczącej z animuszem trójki. 

- Prędzej... prędzej.... - mruczał Han przez zaciśnięte zęby,  rozpędzając „Sokoła" 

do granic możliwości. 

Nagle frachtowiec został trafiony - lecz nie pociskiem, tylko wiązką  ściągającą. 

Sekundę później światełko na konsolecie ostrzegło, że pola ochronne „Sokoła" słabną. 

Kyp robił, co mógł, ostrzeliwując się z górnej wieżyczki, lecz pojedyncze uderze-

nia od strony burty, które Han dotąd ignorował, zaczęły coraz mocniej nadwerężać 
pancerz statku. 

Han i Leia usłyszeli, że ich dzieci wymieniają głośno uwagi o liczebnej przewadze 

wroga. 

- Wracamy na Dubrillion - zawołała Jaina. Dla jej rodziców słowa te zabrzmiały 

jak najcudowniejsza muzyka. 

W tym momencie rozległ się jednak spokojny i chłodny głos Anakina. 
- Nie. Lećcie za mną. 
- Jest ich zbyt wielu! - poskarżył się Jacen. 
- My już lataliśmy przez pas, a oni nie - wyjaśnił posępnie Anakin. 
Oczy Leii rozszerzyły się ze strachu. 
- Nie mają tarcz... - szepnęła do siebie. Zdała sobie sprawę, że ktoś jeszcze usły-

szał jej słowa, gdy odpowiedział jej jęk Hana. 

Seria strzałów z górnego stanowiska artyleryjskiego przypomniała im, że dzieci 

znalazły się poza ich zasięgiem, zaś oni sami nie mają tarcz i znajdują się w najwięk-
szym gąszczu nieprzyjacielskich statków. Nie byli w stanie pospieszyć z pomocą  pę-
dzącym ku asteroidom myśliwcom. 

Han z całych sił przyciągnął ku sobie mikrofon. 
- Wracać! - ryknął. 
Odpowiedziała mu cisza, przerywana statycznymi trzaskami. Jego dzieci zniknęły 

już w kamiennym piekle Kaprysu Landa. 

 
Jacen wszedł w pas asteroid trzeci, ale mało brakowało, by zginął pierwszy. Nie-

mal natychmiast musiał nurkować pod wirującą skałą, pędzącą wprost na niego. Ominął 
ją, lecz nie dane mu było odetchnąć z ulgą. Z lewej nadlatywał nieprzyjacielski myśli-
wiec. Obcy strzelił, a Jacen nie miał szans na uniknięcie trafienia. 

Wektor pierwszy 

218

Pocisk utkwił w kolejnej asteroidzie, która nagle pojawiła się w polu widzenia pi-

lota. Sekundę później następny odłamek zniszczył statek zdezorientowanego wroga. 

Jedi nie mógł się odprężyć: tuż za jego plecami pojawiła się znienacka cała horda 

nieprzyjacielskich myśliwców, którzy omijali głazy w fanatycznym skupieniu. 

Anakin, lecący między bratem a siostrą, zauważył kłopoty Ja-cena. Jemu trafił się 

nieco  łatwiejszy szlak, ale rozumiał,  że trzeba jak najszybciej opuścić pole asteroid. 
Ryzyko było zbyt wielkie. 

Wszyscy troje manewrowali jak szaleni. Anakin niemal zderzył się z Jainą i tylko 

zręczność siostry uratowała ich przed niechybną  śmiercią. Tymczasem nieprzyjaciele 
byli coraz bliżej. Choć kolejny dziwaczny myśliwiec rozbił się o przelatującą opodal 
skałę, pozostałe kontynuowały pościg. 

- Jaina, zabierz nas stąd - odezwał się Jacen błagalnym tonem. 
Anakin zignorował jego słowa i pogrążył się w głębszej medytacji. Coś kazało mu 

tu przylecieć, coś go wzywało, obiecując większe szanse zwyciężenia przeważających 
sił wroga... 

Moc. 
Wiedział, że to właśnie ona. Poprzez Moc młodzi Jedi mogli wzajemnie wspoma-

gać się swoimi zmysłami, a nieprzyjaciele, kimkolwiek byli, nie dysponowali takim 
atutem. Anakin wiedział to instynktownie, lecz teraz, w rozszalałym żywiole pędzących 
głazów, pocisków i obcych statków, powoli ogarniały go wątpliwości. Spojrzał przed 
siebie, na Jainę, która popisową beczką przemknęła między dwoma asteroidami i na-
wróciła tuż przed czołem trzeciej, otwierając ogień i trzema strzałami niszcząc jednego 
z przeciwników. 

Anakin nie miał wątpliwości, że siostra była w transie. Gdybyż tylko mógł się ja-

koś z nią połączyć... 

Usłyszcie mnie - wezwał telepatycznie rodzeństwo. -Zjednoczmy siły. 
- Anakinie? - rozległ się w słuchawkach głos Jacena. Jaina nie odpowiedziała, lecz 

młodszy brat wyczuł, że przyjęła jego wezwanie. 

Troje jak jedno - zasugerował myślą najmłodszy Jedi. - Odprężcie się. Użyczcie 

mi swoich oczu. 

Wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund. Troje pilotów połączyła silna, tele-

patyczna więź. Teraz każde z nich postrzegało otoczenie także i oczami rodzeństwa, 
zyskując zupełnie nową perspektywę. Młodzi przestali reagować na zmiany sytuacji, 
zdając się wyłącznie na przewidywanie zdarzeń poprzez Moc. 

Działali z niewiarygodną precyzją- zmieniali szyk i kąt ataku w takim tempie, że 

przeciwnicy nie byli w stanie za nimi nadążyć. 

Z  łatwością omijali asteroidy, otwierając ogień, zanim - logicznie rzecz biorąc - 

byli w stanie dostrzec kryjących się za nimi wrogów. Strzelali ze stuprocentową celno-
ścią, unicestwiając myśliwiec za myśliwcem, lub wciągali nieprzyjaciół w gąszcz wiru-
jących skał, w którym ginęli. 

Współdziałali coraz ściślej. Anakin, którego umysł ogniskował niesamowitą więź, 

czuł, że wraz z bratem i siostrą weszli na taki poziom zjednoczenia z Mocą, o jakim do 
tej pory nawet nie śnił. Byli eskadrą idealną, zjednoczoną poprzez wspólne myśli i 

background image

R.A. Salvatore 

219
wspólny cel, połączoną systemem komunikacyjnym działającym tak szybko, jak po-
zwalały drogi nerwowe w mózgu. 

Nieprzyjaciele nie mieli szans. Ci, którzy odważyli się zbliżyć, ginęli od laserów 

lub rozbijali się o asteroidy. 

Anakin poprowadził formację z powrotem ku głównej grupie wrogich myśliwców. 

Niszczył je po kolei, unikając jednocześnie kolizji. 

Coraz głębiej zapadał się w Moc. Obrazy przepływały przez j ego mózg w osza-

łamiającym tempie, a ręce poruszały się tak szybko, że wyglądały jak rozmazana pla-
ma. Jego myśliwiec TIE pędził jak strzała, przemykając pod jedną, drugą, trzecią, 
czwartą asteroidą. Sprawnie unikał pocisków i błyskał działkiem laserowym tylko po 
to, by celnym strzałem roznieść kolejnego przeciwnika. 

Walka toczyła się coraz szybciej. Anakin drżał z wysiłku pod naciskiem koncen-

trujących się coraz głębiej umysłów Jacena i Jainy. Toczyli bój marzeń, osiągając per-
fekcję współdziałania, dziesiątkując szeregi wroga za każdym przelotem i stopniowo 
zmuszając pozostałych do ucieczki z pułapki Kaprysu Landa. 

Umysł Anakina przetwarzał zbyt wielką ilość informacji. Chłopak trząsł się gwał-

townie, choć prawie tego nie czuł. Przed jego oczami przemknął pocisk, potem astero-
ida i znowu pocisk... a może widział je Jacen? Za wiele danych - pomyślał. - To szaleń-
stwo. 

Zadrżał i wezwał telepatycznie brata i siostrę, rozpaczliwie próbując podtrzymać 

więź. 

- Anakinie! - zawołała Jaina przez komunikator. Młody Jedi zrozumiał,  że prze-

kroczył granicę własnych możliwości i kontakt został przerwany. 

- Nie.... wy.. .trzy.. .mam... - wydusił przez zaciśnięte zęby, targany strasznymi 

konwulsjami. Z coraz większym trudem bronił się przed utratą świadomości. 

- Pryskaj stąd! - krzyknęła Jaina, a Jacen wysłał zwięzły komunikat myślowy: za-

wracaj i skacz w nadprzestrzeń. 

Gdy Anakin zaczął zakręcać, brat śledził ruch jego maszyny oraz okolicznych 

asteroid i na bieżąco podawał mu zmieniający się wektor skoku. 

Myśliwiec Anakina zahaczył o jeden z głazów. Uszkodzenia były niewielkie, ale 

statek nabrał silnej, niekontrolowanej rotacji. 

Teraz! - Jacen nadał telepatyczną wiadomość, wspierając ją niemal magiczną siłą 

perswazji, którą dawała mu Moc. 

Anakin rozpaczliwie manipulował sterami, próbując wyrównać lot. Starał się 

skoncentrować, nie zważając na wirujące wokół gwiazdy, zbliżające się asteroidy i 
nieprzyjacielskie statki. Nie udało mu się ustabilizować lotu. Od nieuchronnej katastro-
fy dzieliły go już tylko sekundy i wtedy.... 

Zniknął, w mgnieniu oka wystrzeliwszy z Kaprysu Landa w otwartą przestrzeń. 
Przez moment słyszał jeszcze wołanie Jainy, a potem otoczyła go ciemność. 
 
Jaina i Jacen zdołali wydostać się z pasa asteroid dzięki połączeniu niezłej znajo-

mości pilotażu z przyzwoitą dawką szczęścia. 

Wektor pierwszy 

220

Han i Leia, która zdążyła już wrócić do sterowni „Sokoła", patrzyli w zdumionym 

milczeniu. Nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli przed chwilą: piękno precyzyjnych 
ewolucji oraz zniknięcie najmłodszego dziecka. 

Walka dobiegła końca - przynajmniej na razie - bowiem niedobitki nieprzyjaciel-

skiej armady wycofywały się ku zewnętrznym planetom i dalej. 

- Gdzie on jest? - zawołał Han do Jainy i Jacena. 
- Skoczył w nadprzestrzeń - próbował wyjaśnić Jacen. -Maszyna dostała rotacji. 

Musiał uciekać, bo... 

- Zapamiętałeś współrzędne? - przerwał mu ojciec. 
Nastała głucha cisza, która uświadomiła Hanowi i Leii prawdę: Anakin skoczył w 

nadprzestrzeń na oślep, nie wiedząc, dokąd zmierza i czy na jego kursie nie znajdują się 
żadne ciała niebieskie. 

Teraz mógł być dosłownie wszędzie. Niewykluczone, że atomy, które były kiedyś 

jego ciałem, rozproszyły się po całym sektorze. 

- Wracajcie na Dubrillion - polecił Han. - Ruszamy na poszukiwania. 
- Polecimy z wami... - zaczęła Jaina. 
- Na Dubrillion! - ryknął Solo. Leia nigdy przedtem nie widziała, a jego dzieci nie 

słyszały, by do tego stopnia stracił panowanie nad sobą. 

Wyłączył komunikator i skierował „Sokoła" w dół, poniżej Kaprysu Landa, wpa-

trując się bezradnie w ziejącą za pasmem asteroid pustkę kosmosu. Nie miał pojęcia, 
czy chłopak i jego statek przetrwali ten ryzykowny skok. 

Nie musiał mówić tego na głos. 
Leia i tak wiedziała. 

background image

R.A. Salvatore 

221

R O Z D Z I A Ł  

20 

PUNKT WIDZENIA 

Przyjęcie, jakie zgotowano Jamie i Jacenowi na Dubrillionie, . było zaiste owacyj-

ne. Dziesiątki ludzi pospieszyły na miejsce lądowania, wiwatując z zapałem. Gdyby 
młodzi Jedi nie wciągnęli znaczącej części sił nieprzyjaciela w pole asteroid, Dubrillion 
zostałby może zdobyty, a już na pewno doszłoby do znacznie większych zniszczeń na 
powierzchni planety. 

Genialny lot rodzeństwa Solo, który pokazywały ekrany w całym mieście, stał się 

najjaśniejszym punktem tego ponurego dnia. 

I oto powrócili. Sprowadzili maszyny na jedno z niżej położonych lądowisk i z 

trudem wyszli z kabin. Spieszyła już ku nim grupa rozentuzjazmowanych techników, a 
poniżej, na poziomie ziemi, zebrał się spory tłum uradowanych mieszkańców miasta. 
Ani Jacen, ani Jaina nie mieli jednak nastroju do świętowania. Zastanawiali się, gdzie 
może się znajdować ich brat - i czy w ogóle przeżył skok. Nawet jeśli nic mu się nie 
stało, skutki bitwy i tak były bardzo poważne: obrońcy ponieśli ciężkie straty w lu-
dziach, w mieście wciąż jeszcze płonęło kilka budynków, wiele stanowisk turbolaserów 
planetarnych przestało istnieć, a sprowadzony z orbity „Szybkobiegacz I" właśnie się 
dopalał. W tym momencie, zdaniem bliźniąt, koszt zwycięstwa wydawał się niewspół-
miernie wysoki do zysku. 

- Nic mu nie jest - odezwała się Jaina, podchodząc do brata. - Czuję to. 
Jacen przytaknął skinieniem głowy, ale nie poczuł się lepiej. Prowadził  właśnie 

wewnętrzną walkę. Sposób wykorzystania Mocy, jaki pokazał mu dziś Anakin, zupeł-
nie go zaskoczył. Walcząc w pasie asteroid, zachowywali się praktycznie jak części 
jednego organizmu, jak idealna eskadra. Owszem, zdarzało mu się od czasu do czasu 
nawiązywać myślową  łączność z Jainą, używając Mocy do spotęgowania naturalnej 
więzi łączącej go z siostrą bliźniaczką, ale nigdy nie przypuszczał, że można osiągnąć 
aż taki poziom zjednoczenia. A przecież młodszy brat podczas wielogodzinnych spo-
rów filozoficznych nieraz próbował go przekonać, że koncepcja zespołowego działania 
jest ze wszech miar słuszna. W obliczu dzisiejszych wydarzeń Jacen musiał wreszcie 
zrewidować własne poglądy. Do tej pory wierzył, że Moc jest narzędziem samodosko-

Wektor pierwszy 

222

nalenia, pomagającym Jedi w odnalezieniu własnego miejsca we wszechświecie. Do-
piero dziś Anakin uświadomił mu -i to dobitnie - jak ograniczona jest to koncepcja. 
Moc jako czynnik łączący umiejętności wielu jej użytkowników okazała się zbyt potęż-
ną bronią, by można ją było zignorować. 

A jeżeli Moc mogła jednoczyć uzupełniających się wzajemnie wojowników, to 

czyż ich obowiązkiem nie było utrzymanie porządku w galaktyce? 

Jacen zerknął na siostrę, a ona uważnie popatrzyła mu w oczy. 
- Możliwe, że popełniłem błąd, ćwicząc samotnie - przyznał. 
Jaina nie spuszczała z niego wzroku. Po chwili uśmiechnęła się i kiwnęła głową, 

jakby dopiero teraz nadążyła za tokiem jego myśli. 

- Anakin myślał o takim zjednoczeniu już od dawna - wyjaśniła. - Często wspomi-

nał o planach stworzenia eskadry Jedi, której siłą byłyby koordynacja i zgranie. 

Jacen spojrzał ponad jej głową, na ekran wiszący na ścianie. W tej chwili widniała 

na nim panorama Kaprysu Landa. 

- To dobry plan - orzekł. 
- I wcale nie jest niezgodny z twoimi przekonaniami - zauważyła Jaina. 
Jej brat wzruszył ramionami, najwidoczniej nie przekonany. 
- Od ponad roku obserwuję, jak sami siebie ograniczacie - wyznała, uśmiechając 

się ciepło i dobrotliwie klepiąc go po ramieniu. 

Przerwali tę prywatną rozmowę, gdy wreszcie dotarła do nich chmara pracowni-

ków obsługi. 

- Zaczynasz wątpić w siebie, bo obawiasz się o Anakina -zawołała, gdy porwał ich 

tłum. - Mama i tata znajdą go. 

Jacen skinął głową i zmusił się do uśmiechu, żeby sprawić przyjemność cisnącym 

się ku niemu ludziom. W jego duszy jednak nadal toczył się filozoficzny bój. Powtarzał 
sobie uparcie, że „Sokół Millenium" wkrótce powróci, ciągnąc na holu maszynę Ana-
kina. Może wtedy poważnie porozmawia z młodszym bratem i razem znajdą równowa-
gę między dwoma z pozoru sprzecznymi poglądami. 

 
Wycieńczonego Anakina prześladowały podobne myśli. Z jego punktu widzenia - 

a zatem z punktu widzenia pokonanego Jedi -filozofia wykorzystania Mocy jako narzę-
dzia skierowanego na zewnątrz umysłu okazała się pomyłką. Gdyby był silny psy-
chicznie jak Jacen, gdyby ćwiczył koncentrację i medytację, a nie czysto bojowe umie-
jętności, wspólna walka w pasie asteroid nie przekroczyłaby szybko możliwości jego 
umysłu. 

Teraz, dryfując w pustej przestrzeni, Anakin zastanawiał się, czyjego porażka nie 

oznaczała też katastrofy dla brata i siostry. Nie wiedział, ile kosztował jego błąd. Czy 
czeka go samotna śmierć? Czy bliźniaki zdołały wydostać się z Kaprysu Landa? Czy 
udało im się utrzymać telepatyczną więź - a wiedział, że potrafią to robić - czy też jego 
nagłe zniknięcie wyprowadziło ich z transu w samym środku walki? A co z nieprzyja-
cielem? Czy droga ku Dubrillionowi stanęła dla niego otworem? 

background image

R.A. Salvatore 

223

Najbardziej jednak Anakin martwił się o Jainę i Jacena. Potrafił pogodzić się z 

własną śmiercią, jeśli taki miał być jego los, ale dlaczego siostra i brat mieli płacić za 
jego słabość? 

Odetchnął głęboko, przytłoczony prawdą zawartą w tej myśli. Jeśli siostra i brat 

przeżyli, bezpiecznie opuścili pas asteroid i rzeczywiście uratowali planetę, był gotów 
zaakceptować swoje przeznaczenie. 

Tak jak Chewbacca zaakceptował swoje na Sernpidalu. 
Anakin rozparł się wygodnie w fotelu i zamknął oczy. Sięgnął myślą daleko, ku 

Jainie i Jacenowi, próbując zapomnieć o dzielących ich tysiącach kilometrów; poczuć, 
że są cali i zdrowi. 

Czuł jednak tylko pustkę kosmosu. Bał się, że umrze w samotności, jednak jeszcze 

boleśniejsza była myśl, że jego brat i siostra być może już nie żyją. 

 
- Tankują paliwo i dozbrajają statki - poinformował Da'Gara prefektów Ma'Shraid 

i Dooje Brolo - dowódcę trzeciego i ostatniego światostatku należącego do Praetorite 
Vong, który wylądował tego ranka. 

- Ale sama planeta Dubrillion, jak ją nazywają, przetrwała -ośmieliła się wtrącić 

Ma'Shraid. 

- Wiedzieliśmy, że tak będzie - zapewnił Da'Gara. - To był tylko test. Chcieliśmy 

sprawdzić, jak silna jest obrona kolejnej planety, którą zamierzamy podbić. W starciu z 
niegodnym i jego towarzyszami poznaliśmy małe myśliwce przeciwnika. Teraz wiemy 
już, jak wyglądają większe jednostki obronne. Widzieliśmy też, co potrafią najlepsi 
piloci spośród niewiernych. 

- Czy te jednostki... mogą być dla nas groźne? - zaniepokoił się Dooje Brolo. - I 

czy umiejętności pilotów były rzeczywiście wysokie? 

Da'Gara parsknął lekceważąco. 
- Statek, który zapewniał silne pola ochronne myśliwcom określonego typu, został 

zniszczony, podobnie jak połowa baterii naziemnych. Z floty myśliwskiej Dubrillionu 
pozostała zaledwie garstka maszyn. 

- Czy koordynator wojenny życzy sobie, żeby skoczki z mojego światostatku 

wzięły udział w bitwie? - spytał niecierpliwie Dooje Brolo z wojowniczym błyskiem w 
ciemnych oczach. 

Da'Gara potrząsnął głową. 
- Skoczki powrócą tylko po to, żeby siać zniszczenie na sąsiedniej planecie, De-

strillionie - wyjaśnił. -Nie pozostaną tam długo; mają tylko odegrać rolę przynęty. Nie 
chcemy, by wróg poznał naszą prawdziwą siłę. - Prefekt wstał i spojrzał twardo na 
swych rozmówców. - Koordynator wojenny pokazał mi znacznie potężniejsze okręty, 
które spieszą na pomoc Dubrillionowi. Chcemy zwabić je tutaj. 

Wyjaśnienie wywołało uśmiechy na twarzach słuchaczy. System obronny lodowej 

planety działał już i z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Teraz, gdy dołączył do 
niego światostatek Dooje Brolo, z prawie tysiącem skoczków i sporą liczbą większych 
pojazdów bojowych wyhodowanych z koralu yorik, Yuuzhanie mogli być pewni, że 

Wektor pierwszy 

224

Praetorite, zjednoczona wolą potężnego yammoska, jest w stanie stawić czoło każdemu 
przeciwnikowi. 

Da'Gara poczuł lekkie uczucie niepokoju. Od pewnego czasu nie dostawał wiado-

mości od Yomina Carra. Agent nie odpowiedział nawet na wiadomość przekazaną 
przez villipa na Belkadan. Prefekt postanowił jednak nie martwić się na zapas - teraz 
liczyły się inne sprawy, którym powinien poświęcić całą uwagę. 

- To będzie dzień chwały - stwierdziła Ma'Shraid. 
- Po którym znowu zajmiemy się Dubrillionem i Destrillionem - dorzucił Dooje 

Brolo. 

- A później sięgniemy dalej, w stronę Jądra galaktyki - zapewnił Da'Gara. - Yam-

mosk i ja przewidzieliśmy, że tak się stanie. A jeśli chodzi o te dwa światy, skorzysta-
my z ich zasobów i być może założymy tam nową bazę. 

Ma'Shraid wstrzymała oddech z wrażenia, a Dooje Brolo, zrozumiawszy, wybału-

szył oczy. 

- Koordynator wojenny będzie się rozmnażał?! - spytała Ma'Shraid. 
- Wcześniej niż się spodziewaliśmy - potwierdził Da'Gara. - Dzięki psychicznej 

więzi z rodzicem, drugi yammosk zostanie błyskawicznie wyszkolony. Założymy bazę, 
gdy tylko wyeliminujemy zagrożenie. Dzięki temu nasz wielki koordynator wojenny 
będzie miał czas, by skupić się na powtórzeniu procesu rozmnażania. Poza tym - choć 
nie miałem ostatnio kontaktu z moim agentem - sądzę, że przemiana planety Belkadan 
została już zakończona i wkrótce będziemy mogli założyć tam hodowlę szybko rosną-
cego koralu yorik. 

Prefekci Ma'Shraid i Dooje Brolo spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się szeroko. 

Praetorite Vong miała wkrótce przystąpić do realizacji drugiej fazy podboju: utrwalenia 
władzy yammoska. Gdy wykona swe zadanie, żałosne i rozproszone ludy galaktyki nie 
będą stawiać oporu. 

- Tak się stanie - wyrecytowali zgodnie prefekci. 
„Sokół Millenium" oddalał się od bliźniaczych planet Landa i od całego systemu, 

mijając pojedyncze myśliwce wroga, które ewakuowały się z rejonu bitwy w ślad za 
głównymi siłami. Kilka z nich próbowało go nawet atakować, lecz statek rozwinął już 
prędkość, o jakiej piloci koralowych maszyn mogli jedynie marzyć. 

Kyp Durron, nadal siedzący w górnej wieżyczce strzelniczej „Sokoła", zdążył je-

dynie niecierpliwie zawołać „Mam ich!", a potem z - nie skrywanym rozczarowaniem - 
„Hej!", gdy frachtowiec przemknął tuż obok grupki nieprzyjacielskich myśliwców. 

- Jak on mógł tak ryzykować? - zżymał się Han, wyładowując swój gniew na Leii i 

całkowicie ignorując Kypa. - I jak oni mogli pójść za nim? Zdawało mi się, że wycho-
wywaliśmy nasze dzieci na rozumnych ludzi, a rozumni ludzie nigdy w życiu nie wle-
cieliby w pole asteroid z chmarą nieprzyjacielskich myśliwców na ogonie! 

- Szanse udanego pokonania takiej przeszkody wynoszą mniej więcej... - zaczął C-

3PO, lecz Solo uciszył go jednym groźnym spojrzeniem. 

Mimo powagi sytuacji i świadomości niebezpieczeństwa, w jakim znalazł się 

Anakin, Leia nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, a nawet cichego chichotu. Po-
trząsnęła głową z niedowierzaniem. 

background image

R.A. Salvatore 

225

- Ciekawe, skąd im się to wzięło - mruknęła. 
Han spojrzał na nią pytająco. 
- Znam paru lekkomyślnych pilotów, którzy bez wahania podejmowali najbardziej 

niewiarygodne wyzwania – przypomniała Leia. - Jest nawet taki jeden, który wleciał w 
pole asteroid z eskadrą imperialnych myśliwców na ogonie. 

Solo nie mógł nie zauważyć aluzji. Dobrze wiedział, że o nim mowa. 
- To było co innego - zaoponował. 
Leia pokręciła głową, rozmyślając nad absurdalnością tej sytuacji, a Han popatrzył 

na nią spode łba. Postanowiła dać mu spokój, rozumiejąc, że targają nim silne emocje, 
przede wszystkim strach - nie o siebie, lecz o dzieci - oraz poczucie winy w stosunku 
do Anakina. Z pewnością nie czuł się zbyt dobrze, wspominając konfrontację z naj-
młodszym synem i gorzkie słowa, których nie żałował mu od śmierci Chewiego. 

- Wkrótce trzeba będzie skoczyć w nadprzestrzeń - mruknął, nie kryjąc zdener-

wowania. Dokąd mieli polecieć? W jakim kierunku i jak daleko? Nie byli w stanie śle-
dzić Anakina, gdy uruchomił hipernapęd, a liczba możliwości zdawała się być wręcz 
nieskończona... 

- Jeśli wykorzystał szóstą planetę jako ogólny wskaźnik kierunku wyjścia z pola 

asteroid, zapewne skoczył mniej więcej w kierunku Dantooine... - Solo mówił raczej do 
siebie, niż do Leii. Rozważając najrozmaitsze możliwości i nie przestając mruczeć pod 
nosem, położył  rękę na panelu komputera nawigacyjnego, jakby próbował czerpać z 
niego natchnienie. 

Nagle Leia chwyciła jego dłoń i podniosła ją, nim zdążył wprowadzić kurs. Spoj-

rzał na jej wciąż jeszcze piękną twarz; żona wyglądała na nieobecną. 

- Co jest? - spytał. 
- Słyszę go - odpowiedziała. Kiedy dotarł do niej sens własnych słów, usta Leii 

rozszerzyły się w uśmiechu. 

Wektor pierwszy 

226

R O Z D Z I A Ł  

21 

CISZA PRZED BURZĄ 

- Skłamałbym, gdybym ci powiedział, że nie byliśmy zaskoczeni - zapewnił Luk-

e'a Lando, porywając go, gdy tylko „Miecz Jade" wylądował na Dubrillionie, czyli 
wieczorem tego dnia, w którym rozegrała się bitwa. Mara została z Jainą i Jacenem, by 
wysłuchać opowieści o przebiegu walki, a Calrissian nalegał, by mistrz Jedi poszedł 
razem z nim. - Znaleźliśmy go na przedmieściach - wyjaśnił Lando. - Pilot był już mar-
twy, ale i tak namierzyliśmy statek detektorem form życia. 

Luke, który maszerował energicznie by dotrzymać kroku podnieconemu gospoda-

rzowi, spojrzał na niego z zainteresowaniem. 

- Statek - powtórzył Calrissian. - To żywy organizm, nie maszyna. A przy tym jest 

piękny - i z estetycznego i z praktycznego punktu widzenia. 

Luke pozostał sceptyczny, lecz nie zadawał dalszych pytań. Korytarz urywał się 

zaraz za zakrętem. Zamykało go ogromne okno, a za nim rozpościerał się hangar, w 
którym umieszczono zdobyczny myśliwiec. 

- To ma być żywy organizm? - spytał Skywalker. Ze zdumieniem zauważył, jak 

bardzo statek ten przypomina dziwaczne pojazdy, z którymi wraz z Marą walczyli na 
orbicie czwartej planety systemu Helska. Nie mógł jednak nie zgodzić się z Landem: 
myśliwiec istotnie był piękny. Teraz, gdy spoczywał spokojnie w doku, a nie śmigał w 
przestrzeni ostrzeliwując się zaciekle, można było w pełni docenić jego urodę. Kadłub 
miał z grubsza trójkątny kształt i przypominał miniaturkę niszczyciela gwiezdnego 
klasy Imperial. Luke myślał, że statki te mają po prostu gładkie poszycie, jeśli nie li-
czyć wylotów „wulkanicznych" działek. Okazało się jednak, że cały zdobyczny pojazd 
wygląda tak, jakby wykonano go z jednego kawałka żywego koralu. 

Lando kiwnął głową. - To najpiękniejsze cacko, jakie kiedykolwiek dostali w ręce 

moi naukowcy - wyjaśnił. - Szybkie, zwrotne jak myśliwiec typu A i uzbrojone lepiej 
niż inne maszyny tej wielkości. 

Luke uważnie przyglądał się wielobarwnemu pojazdowi. Poszycie pokryte było 

rurkowatymi wyrostkami, które sterczały we wszystkie strony i skręcały się pod róż-

background image

R.A. Salvatore 

227
nymi kątami. Nie przypominały dział, ale dobrze pamiętał, jakie dziwne półpłynne 
pociski wyrzucały w jego stronę podobne pojazdy. 

- Pilot - notabene kobieta - miał na twarzy maskę - ciągnął Lando. - Nie, właściwie 

to coś więcej... Połączenie z towarzyszem walki. 

- Z towarzyszem? 
- Tak, bo to nie jest tylko statek - próbował wyjaśnić Calrissian, szukając gorącz-

kowo odpowiednich słów. Nawet jego uczeni mieli kłopoty z opisaniem niezwykłego 
myśliwca. - Pilot był połączony z pojazdem. Bardziej dosiadała go niż pilotowała. Mo-
że tak, jak Ludzie Piasku na Tatooine dosiadają banthów? 

Luke spojrzał na niego z wyrzutem. Sprawa była zbyt poważna, by pozwalać sobie 

na zgadywanki. 

- Jeszcze nie jesteśmy pewni - przyznał Lando. - Testujemy to cudo, ale jak dotąd 

nikt nie odważył się włożyć maski. 

- Ja to zrobię - odparł Luke, patrząc na dziwaczny statek, i ruszył ku drzwiom. 
Lando spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, pojąwszy zamiary mistrza. 

Dogonił go dopiero w chwili, gdy wspinał się do kabiny maszyny. Zgromadzeni dokoła 
naukowcy patrzyli na niego w niemym zdumieniu. Calrissian chwycił Luke'a pod ramię 
i odwrócił ku sobie. 

- Nie wiemy o niej jeszcze za dużo - przypomniał. – Nie mamy na przykład poję-

cia, co to może być - dodał, wskazując na dziób myśliwca. W miejscu, gdzie fragment 
wielokolorowego pancerza został odłupany, widać było ciemnoczerwoną, błoniastą 
kulkę wielkości kciuka. 

Luke zszedł na płytę lądowiska i zbliżył się do dziobu stateczku. 
- To żyje - wyjaśnił Lando. - A przynajmniej żyło do niedawna. Skywalker znowu 

spojrzał na niego z zainteresowaniem. 

- Ta kulka nie jest częścią myśliwca. W każdym razie nie bardziej niż pilot. Na-

wiasem mówiąc, szkoda, że nie widziałeś tej kobiety: muskularna, wytatuowana, pełno 
blizn na twarzy i ten nos... złamany pewnie kilkanaście razy. 

Ten opis jedynie utwierdził Luke'a w podejrzeniu, że wydarzenia na Belkadanie, w 

systemie Helska i na Dubrillionie miały ze sobą  ścisły związek. Doskonale pamiętał 
wygląd Yomina Carra... Podobieństwo między nim a kobietą-pilotem tego statku nie 
mogło być przypadkowe. 

- Widziałeś już ciało, które przywieźliśmy z Belkadanu? 
- Jeszcze nie - odparł Lando. - Ta sama rasa? 
Skywalker skinął  głową i zapatrzył się w błoniastą kulkę ukrytą w dziobie my-

śliwca. Była martwa. Nie wyczuwał w niej więcej energii życiowej niż w litej skale. 
Potem spojrzał przelotnie na Calrissiana, powrócił do burty statku i zaczął wspinać się 
na górę, nie zważając na protesty gospodarza. Bez namysłu wskoczył do przestronnej 
kabiny. Tuż przed sobą zobaczył maskę, o której wspomniał Lando. Sięgnął po nią z 
wahaniem. Zanim jej dotknął, wiedział już, że była żywa i rzeczywiście stanowiła część 
większego organizmu. Calrissian mówił prawdę: dziwny stateczek żył i pełnił funkcję 
wierzchowca. 

Wektor pierwszy 

228

Nie zwlekając ani chwili dłużej, Luke włożył na głowę hełm wraz z maską i na-

tychmiast poczuł, że nastąpiło połączenie. A potem usłyszał... głos, a właściwie daleki 
szept w obcym języku, tym samym, w którym odezwała się skórzasta kula, spoczywa-
jąca w schowku „Miecza Jade". 

Luke starał się skupić wszystkie zmysły i instynkty na zrozumieniu tych słów. 

Choć nie był w stanie pojąć znaczenia pojedynczych wyrazów, starał się przynajmniej 
wychwycić jakiś stały element. 

Po chwili ściągnął z twarzy maskę i opuścił kabinę. 
- Jesteś szalony - zauważył Lando. 
- Potrzebujemy Threepia - odpowiedział Luke, spoglądając raz jeszcze na niesa-

mowity pojazd. Miał nadzieję, że android będzie w stanie przetłumaczyć ten język. Za 
wszelką cenę musieli dowiedzieć się jak najwięcej o tych statkach oraz istotach, które 
nimi latały. 

 
Wyszli na korytarz i Luke nagle zapomniał o ekscytującym znalezisku i możliwo-

ściach, które zdawało się obiecywać: kilka kroków przed nim stała Mara. Patrzyła mu 
w oczy i coś w jej wzroku mówiło mu, że stała się rzecz straszna. 

Skywalker odwrócił się w stronę Landa i zrozumiał,  że ciemnoskóry mężczyzna 

czegoś mu nie powiedział. 

- Musiałem ci to pokazać - stwierdził Calrissian takim tonem, jakby go przepra-

szał. - Ja.... Uznałem, że to ważne. Sądziłem, że i tak już wiesz, że odebrałeś wiado-
mość w drodze powrotnej... 

- Co się stało? - przerwał mu Luke niecierpliwie. 
- Ona ci powie - odparł Lando, klepiąc przyjaciela po ramieniu. 
 
Były to chwile łez i wspomnień, rozpamiętywania bolesnej straty, wspominania 

radosnych dni spędzonych z Wookiem i dramatycznych momentów, kiedy dobroduszny 
olbrzym ratował życie im lub ich bliskim. 

Wciąż mieli wrażenie, że to nie może być prawda. Luke doświadczył już podob-

nego uczucia bezradności i małości, gdy bezsilnie patrzył, jak Obi-Wan Kenobi ginie w 
walce z Darthem Vaderem. Poznał owo poczucie braku kontroli nad losem, podobnie 
jak poczucie własnej  śmiertelności. Wraz z Marą zwrócili się ku Mocy, spajającej 
prawdę życia i śmierci, szukając w niej pocieszenia. Obi-Wan i Yoda na zawsze pozo-
stali z Lukiem, Chewie miał na zawsze zamieszkać w sercach wszystkich, którzy go 
kochali. 

Były to chwile łez i wspomnień, które - oboje dobrze to wiedzieli - nie mogły 

trwać zbyt długo. Były to również chwile lęku o Anakina, zagubionego gdzieś w ot-
chłani kosmosu, lecz i te obawy starali się od siebie odsunąć. 

Działy się rzeczy ważne i bardzo, bardzo złe... Musieli brać się do roboty. 
 
- Ta planeta jest kluczem - wyjaśnił Luke. Lando pokazał mu jeszcze dwie niespo-

dzianki, wydobyte ze strąconego myśliwca: kombinezon, który wyglądał jak druga 
skóra, oraz gwiazdokształtne stworzenie z długą wypustką, bardzo przypominające 

background image

R.A. Salvatore 

229
maskę wyrastającą z kabiny. Były to bez wątpienia istoty żywe. Luke odważył się na 
ryzykowny eksperyment: pozwolił, by biologiczny kombinezon zespolił się z jego cia-
łem i przyłożył zwierzę-maskę do twarzy, krztusząc się i z trudem powstrzymując od-
ruch wymiotny. Dopiero teraz pojął całą prawdę na temat czwartej planety systemu 
Helska: wrogowie nie zamieszkiwali jej lodowej powierzchni, lecz skryli się pod nią, w 
mroźnej głębinie. 

- Na tej kuli lodu? - mruknął sceptycznie Lando, gdy Skywalker podzielił się z nim 

swoimi podejrzeniami. 

Luke skinął głową. - To ich baza. Muszę tam polecieć. 
- Już tam byłeś - przypomniał mu Calrissian. 
- Nie - odparł Jedi. - Muszę zejść pod powierzchnię. 
Na twarzy Landa malowały się coraz większe wątpliwości. 
-Na zewnątrz nic nie znajdziemy, ale tam właśnie mieści się ich baza - wyjaśnił 

Luke. - Jestem tego pewien. Schronili się pod lodem. 

Lando skinął głową i nerwowo potarł brodę. 
- Miałbym pewien sposób - przyznał. 
- Zajmowałeś się już górnictwem na lodowych planetach? -domyślił się Luke. 
- Na wszelkiego rodzaju planetach - uzupełnił Calrissian. -Istnieją statki zdolne 

przebić się przez lodową skorupę; zarówno jednoosobowe, jak i dla całych ekspedycji. 

- Gdzie możemy je znaleźć? 
Lando o mało się nie roześmiał. Na sąsiedniej planecie, Destrillionie, zgromadził 

kolekcję niemal wszystkich rodzajów pojazdów górniczych, które były dostępne na 
rynku. Prawie połowę zbiorów nazywał „flotą prototypów"; w jej skład wchodziły ma-
szyny zbudowane w oparciu o -jak mówił - „wartą uwiecznienia technologię". Starał się 
zdobyć co najmniej jeden egzemplarz każdej nowinki w tej dziedzinie, by badać jego 
osiągi i - w razie potrzeby - wykorzystywać co najciekawsze rozwiązania. 

- Mogę mieć jeden rano - odpowiedział Luke'owi. – Nie wiem tylko, w jakim bę-

dzie stanie. 

- Ale będziesz mógł go naprawić? - naciskał Luke. Lando wzruszył ramionami. 
- Raczej tak. 
Skywalker oddalił się zadowolony z przebiegu rozmowy i wyczerpany fizycznymi 

oraz emocjonalnymi trudami ostatnich kilku dni. Wrócił do swojej kwatery. Widok 
śpiącej spokojnie Mary podniósł go na duchu. Dobrze wiedział, jak bardzo potrzebowa-
ła odpoczynku. Jej ciało i umysł cofnęły się o jeden krok w walce z pustoszącą jej or-
ganizm chorobą, do czego przyczyniły się ostatnie przejścia na Belkadanie. Również i 
rozpacz po stracie Chewiego oraz niepokój o los Anakina mogły być przeszkodą w 
śmiertelnym boju o własne zdrowie. 

Nie chcąc jej przeszkadzać, Luke wyszedł z pokoju, a potem opuścił budynek, by 

pospacerować pod gwiaździstym niebem Dubrillionu. Dostrzegł pojawiający się na 
wschodzie  łuk Destrillionu i uderzył go niezwykły spokój tego widowiska, dziwnie 
kontrastujący z nerwową atmosferą ostatnich dni. 

Wektor pierwszy 

230

Luke stał spokojnie i w milczeniu, na dłuższy czas jednocząc się z galaktyką. Czuł 

jej rytmy, jej wiecznotrwałość, a także pozorną obojętność wobec poczynań śmiertel-
nych istot. 

Zespolony z wszechświatem, usłyszał nagle wezwanie. Wiedział, że nadał je Ana-

kin - cały i zdrowy, lecz samotny i szukający pomocy. 

W pierwszym odruchu Skywalker chciał biec do „Miecza Jade" i ruszyć na poszu-

kiwanie. 

Po chwili jednak zwalczył w sobie tę chęć i uśmiechnął się lekko. Skoro słyszał 

wołanie, to i Leia musiała je odebrać, tak jak odebrała niegdyś jego wezwanie, gdy 
wisiał - ranny i zrozpaczony - na jednej z anten pod Miastem w Chmurach. Leia spro-
wadzi swego syna do domu. 

 
I rzeczywiście - w tej właśnie chwili „Sokół Millenium" pędził w stronę dryfują-

cego myśliwca typu TIE. Leia wyraźnie słyszała wołanie; co więcej, zapamiętała też 
układ gwiazd widziany oczami Anakina. Korzystając z map zapisanych w pamięci 
komputera nawigacyjnego, bez problemu znalazła właściwy sektor. 

Pozostawała już tylko obawa, czy systemy podtrzymywania życia w maszynie 

Anakina nie przestaną działać, nim nadejdzie pomoc, i czy w pobliżu nie kręcą się 
przypadkiem nieprzyjacielskie myśliwce. Han i Leia odetchnęli więc z ulgą, gdy po 
wyjściu z nadprzestrzeni na ekranach sensorów pojawił się nieruchomo wiszący w 
próżni stateczek, a po chwili ich syn nadał telepatycznie wiadomość, że nic mu się nie 
stało. 

Wkrótce potem, gdy chłopak był już na pokładzie „Sokoła", w ramionach matki, 

Han wziął jego myśliwiec na hol i skierował statek w stronę Dubrillionu. 

Z zapałem znacznie mniejszym niż ten, z którym powitał nie odstępującej go teraz 

matki, Anakin wchodził do sterowni „Sokoła", gdzie czekał na niego ojciec. 

Han odwrócił się i spojrzał synowi głęboko w oczy. Nie wytrzymał zbyt długo: su-

rowy wyraz znikł z jego twarzy i ojciec rzucił się, by serdecznie uściskać chłopca. Za-
raz potem cofnął się jednak o krok i trzepnął syna w ramię. 

- Zrób jeszcze kiedy coś takiego, a kopnę cię tak, że dolecisz na Coruscant! 
Szorstkie słowa ojca były dla uszu Anakina najpiękniejszą muzyką. 
Następnego ranka lądowali już na Dubrillionie. Chwilę wcześniej przyholowano 

do miasta dziwny pojazd, o którym Lando opowiadał Luke'owi. Nazywano go lodo-
wiertaczem lub po prostu „rylcem", jako że istotnie przypominał to narzędzie: był długi 
i smukły, a jego dziób zwężał się w szpic. Pilot musiał leżeć głową do przodu we wnę-
trzu częściowo przezroczystego kadłuba. 

Zdaniem Luke'a statek nie wyglądał obiecująco. 
- Nie nadaje się do lotów długodystansowych – wyjaśnił Lando. - Trzeba go bę-

dzie zaholować do systemu Helska. 

- Jakim sposobem przebija się przez lód? 
Calrissian stanął obok dziobu maszyny. 

background image

R.A. Salvatore 

231

- Dość prostym - odparł. - Tutaj znajduje się kumulacyjny ładunek termiczny. 

Trzeba go odpalić tuż nad powierzchnią planety. Pocisk drąży dziurę w lodzie, a pojazd 
wlatuje w nią, zanim woda w otworze zdąży zamarznąć. 

- Żartujesz, prawda? - parsknął Luke. 
- Trzeba umieć tym kierować - ciągnął nie zrażony Lando, uśmiechając się szel-

mowsko. - Powrót wygląda podobnie... Bo przecież masz zamiar wrócić, prawda? - 
spytał tylko na poły żartobliwym tonem. - Trzeba pomału przebijać się przez lód. Kiedy 
sensory wskażą, że jego warstwa jest już cienka, odpala się drugi, słabszy ładunek. 

Rozmowę przerwał okrzyk Jacena. 
- Wrócili! - Młodzieniec z impetem wbiegł do pokoju i zatrzymał się u boku Luke-

'a. - Rodzice sprowadzili Anakina! 

Skywalker skinął głową, lecz wcale nie był zaskoczony. - I Threepia - uzupełnił z 

ożywieniem, spoglądając na Landa. - Chodźmy. Pora usłyszeć kilka odpowiedzi. 

 
- To zupełnie prosty język, panie Luke'u - obwieścił po chwili C-3PO, przerywając 

Hanowi i Luke'owi dyskusję na temat strategii. Stojący w kącie niewielkiej kabiny R2-
D2 zapiszczał, dodając własną interpretację słów, które usłyszał przed chwilą android 
protokolarny. - Przypomina dialekt barbarzyńskich leśnych plemion z Janguiny.... 

- Co powiedział? - przerwał mu niecierpliwie Han. 
C-3PO odwrócił się w jego stronę. 
- Przetłumacz wiadomość dla Yomina Carra - uściślił polecenie Luke. 
- Oczywiście. Najpierw jednak pozwolę sobie pochwalić pański słuch; wszak zdo-

łał pan wyłowić to imię z potoku bełkotliwych. 

- Co powiedział? - powtórzył Han, tym razem ze znacznie większym naciskiem. 
- „Praetorite Vong kroczy naprzód. Twoja misja jest zakończona. Dobra robota" - 

wyrecytował posłusznie C-3PO. 

- „Praetorite Vong"? - spytali równocześnie Han i Luke. 
- Gdzieś to już słyszałem - dodał po chwili Skywalker. 
- Jakaś banda najemników? - zasugerował Solo. 
- Jeśli tak, to wyjątkowo duża. 
- Z Janguiny? - spytał Han z powątpiewaniem, spoglądając na androida. 
- Nie sądzę, proszę pana - odpowiedział Threepio. - Barbarzyńcy z tamtejszej 

dżungli wyginęli mniej więcej trzysta lat temu. Elementy ich języka już dawno zostały 
przejęte przez górskie plemiona moolooliańskie... 

- W takim razie skąd? - nie ustępował Han. - W którym zakątku galaktyki używa 

się jeszcze tej mowy? 

- Możliwe, że w żadnym - odparł złowieszczo Luke, patrząc mu prosto w oczy. - 

Chodź, Threepio - zawołał. - Jeszcze nie skończyliśmy. 

Cała czwórka opuściła kabinę i podążyła krętymi korytarzami w stronę laborato-

riów badawczych Landa. Nie zatrzymywani przez pracujących tam ludzi, dotarli do 
burty nieprzyjacielskiego myśliwca. Jeden z techników ukłonił się nawet Hanowi i 
Luke'owi, nim w pośpiechu zniknął im z oczu. 

- Wejdziesz do środka, Threepio - odezwał się Skywalker. 

Wektor pierwszy 

232

- Słucham?! Panie Luke'u, do środka?! – zaprotestował C-3PO, ale na próżno: 

Moc już uniosła go w powietrze, kierując w stronę otwartej kabiny równie pewnie, jak 
najlepszy promień ściągający. - Panie Luke'u! - zawołał jeszcze kilkakrotnie, nim zna-
lazł się w środku. 

Jedi wspiął się na kadłub i sięgnął do wnętrza po maskę. -Załóż to - polecił andro-

idowi. 

- Ależ, panie Luke'u! 
- To nie boli - zapewnił go Skywalker, błyskając zębami we wciąż jeszcze chło-

pięcym uśmiechu, i pomógł androidowi założyć hełm. - A teraz słuchaj uważnie i za-
pamiętaj każde słowo. 

- Nazywają to koralowym skoczkiem - odezwał się po chwili C-3PO, kręcąc się 

nerwowo w kabinie. - Hodują te istoty, by służyły im jako statki kosmiczne. Nie tylko 
myśliwce, ale i większe... 

- Co je napędza? - spytał Luke. Android przemówił do maski w jej dziwnym języ-

ku. 

Po chwili otrzymali dwie odpowiedzi: jedną w miarę normalną, a drugą wykracza-

jącą poza ich możliwości pojmowania. Skoczek poruszał się na podobnej zasadzie, jak 
strzelał - „plując" kawałkami materii. Uzupełniał „paliwo" i „amunicję", jedząc skały. 
Prostota i wydajność tego rozwiązania oszołomiły Skywalkera. 

- Skąd to wszystko wiesz? - przerwał androidowi Han. 
- Właśnie powiedział,  że jest głodny! - odparł C-3PO, dramatycznie podnosząc 

głos przy ostatnim słowie. 

- Nie zje cię - uspokoił go Luke, klepiąc go łagodnie po plecach. - Dalej, Threepio. 

Potrzebujemy informacji. 

Android spędził jeszcze dłuższą chwilą, rozmawiając ze statkiem, a potem wyja-

śnił,  że dodatkowy system napędowy zapewnia ów niewielki stwór ukryty w dziobie 
myśliwca, który podobno potrafi skupiać i wzmacniać pola grawitacyjne. 

Luke wrócił myślą do starcia w systemie Helska, podczas którego nagle stracił tar-

cze. Czyżby te istoty potrafiły działać tak precyzyjnie, że ich moc dosłownie rozrywała 
pola ochronne myśliwców? 

Oparł się mocniej o burtę skoczka i wziął kilka bardzo głębokich oddechów. 

Sprawa wyglądała coraz gorzej. Miał już pewność, że doszło do konfrontacji z inteli-
gentnymi istotami z innej galaktyki; stworzeniami wrogo nastawionymi i w dodatku 
korzystającymi z biotechnologii znacznie bardziej zaawansowanej niż ta, którą mogła 
im przeciwstawić Nowa Republika. 

Belkadan, system Helska, Dubrillion i Sernpidal.... To nie były przypadki. 
Wkrótce potem cała czwórka dołączyła do grona pozostałych gości Landa, którzy 

zgromadzili się w głównym pomieszczeniu kontrolnym, by przekazać im niewesołe 
nowiny. 

Jedyną dobrą wiadomością tego dnia był meldunek o przybyciu „Eliksiru Młodo-

ści", niszczyciela gwiezdnego klasy Imperial II, a wraz z nim imponującego zespołu 
uderzeniowego, w skład którego wchodziło między innymi sześć supernowoczesnych 
kanonierek klasy Ranger. 

background image

R.A. Salvatore 

233

R O Z D Z I A Ł  

22 

KONTRATAK 

- To się nie uda - stwierdziła Mara, przyjrzawszy się uważnie niepozornemu lodo-

wiertaczowi. Statek-rylec wyglądał na zbyt delikatny, by mógł podołać zadaniu, które 
wyznaczał mu Luke. 

- Lando już wypróbował tę metodę - odparł Skywalker. 
- Na planecie pełnej wrogów? - spytała lakonicznie, po czym uniósłszy dłoń do 

góry, wyliczyła wady niezwykłej maszyny. -Brak uzbrojenia, brak tarcz, jeśli nie liczyć 
czołowej osłony termicznej i antywstrząsowej, a przy tym jeszcze prędkość, przy której 
nie dałoby się przegonić nawet Łowcy Głów, a co dopiero koralowego skoczka... 

Luke przyglądał się żonie z coraz szerszym uśmiechem. Odkąd powrócili z Belka-

danu, Mara nie wychodziła z pokoju, powoli odzyskując siły. Choroba przypominała o 
sobie w dotkliwy sposób, a mimo to Mara nadal troszczyła się o swego mężczyznę. 

- To ja powinnam nim polecieć - dorzuciła po chwili. 
Luke przestał się uśmiechać. Wiedział, dlaczego to powiedziała: chciała dać mu do 

zrozumienia, że jej życie jest mniej warte, bo jej ciało toczy choroba; choroba, której 
śmiertelności dowiodły pozostałe przypadki infekcji. 

- Nie ma mowy - odpowiedział. 
Mara spojrzała na niego twardo. 
- Jeśli tam, na dole, będziesz miała atak, misja skończy się fiaskiem - dodał kate-

gorycznie, przenosząc dyskusję na tę płaszczyznę, by nie zdradzić się zbyt łatwo ze swą 
troską o stan żony. 

- A jeśli będę miała atak, pilotując statek, który ma cię tam zawieźć? - spytała Ma-

ra sarkastycznie. 

- Nie będziesz - odparł Luke z niezachwianą pewnością siebie, po czym zaśmiał 

się z cicha i odszedł. 

Mara potrząsnęła głową i przez chwilę spoglądała na męża, a potem spojrzała kry-

tycznie na delikatny kadłub lodowiertacza i westchnęła ciężko. 

 

Wektor pierwszy 

234

- Prawie skończyli - poinformowała braci Jaina. Cała trójka przyglądała się ostat-

nim naprawom, którym poddawano dziwny stateczek. 

- Wujek Luke naprawdę zamierza polecieć czymś takim? -nie przestawał się dzi-

wić Anakin. - I w dodatku chce włożyć kombinezon i maskę obcego? 

Jacen i Jaina wymienili niespokojne spojrzenia. 
- Właśnie przymierza skafander - wyjaśniła Jaina. – Może pójdziesz popatrzeć? 
Nie dostrzegając ukrytej w jej słowach sugestii, Anakin popędził na poszukiwanie 

Luke'a, ciekaw niezwykłego znaleziska. 

- Wujek Luke nie powinien lecieć - odezwał się Jacen, gdy zostali sami. 
- Bardziej martwi mnie ciocia Mara. Przespała prawie cały dzień, a i tak była wy-

czerpana, gdy przyszła na kolację. Widziałeś cienie pod jej oczami? Choroba zaczyna 
wygrywać, bo Mara za bardzo przejmuje się tym wszystkim. 

Patrzyli sobie w oczy przez dłuższą chwilę. Wiedzieli, że przyszła im do głowy ta 

sama myśl, choć żadne z nich nie miało jeszcze w sobie dość odwagi, by wypowiedzieć 
ją głośno. 

- Nie możemy pozwolić, żeby Mara poleciała – stwierdziła Jaina. 
-Nie zatrzymamy jej, jeśli poleci wujek Luke- odparł Jacen. 
- Myślisz, że zaczekają na „Eliksir Młodości" i jego zespół uderzeniowy? 
- Sądzę, że wystartują pierwsi. Słyszałem, jak wujek Luke mówił o tym tacie. Nie 

chce czekać na wsparcie. Zamierza wydostać się z lodowej planety w momencie, gdy 
pojawi się nasza flota. 

Jaina skinęła głową. Podobne wiadomości udało się jej wyciągnąć od Threepia. 
- A to co? - spytał Jacen, wskazując na pojazd, który suwnica ustawiała właśnie 

tuż obok rusztowania otaczającego lodowiertacz. 

- Statek-matka - wyjaśniła Jaina, która zdążyła już wypytać techników Landa. - 

Nie można zacumować „rylca" przy burcie innego statku ani umieścić w ładowni. Jest 
mało zwrotny, nie dałoby się bezpiecznie nim manewrować. Ładuje się go do wyrzutni 
pocisków statku-matki. Potem trzeba tylko wymierzyć w stronę celu i wystrzelić lodo-
wiertacz. 

- To znaczy, że jej pilot musi przesiedzieć we wnętrzu całą podróż? 
- Całą - potwierdziła dziewczyna. - Podłącza się do niego rurę z powietrzem i 

przewody zasilające, żeby oszczędzić zapasy, ale ten, kto zdecyduje się na ten lot, bę-
dzie musiał wytrzymać we wnętrzu przez całą drogę do systemu Helska. 

Jacen uśmiechnął się do niej i skinął głową. Jaina przez dłuższą chwilę przyglądała 

mu się badawczo, upewniając się, czy rzeczywiście myślą o tym samym. 

- Ja mogę to zrobić - odezwała się w końcu. 
- Myślę, że twoje umiejętności bardziej przydadzą się na pokładzie statku-matki. 
Dziewczyna analizowała przez moment jego wypowiedź i w duchu przyznała mu 

rację. Jeśli mieli w szybkim tempie opuścić system Helska, to lepiej, żeby ona zasiadła 
za sterami statku. 

- Gdzie jest Artoo? - spytał Jacen. - Powinniśmy zostawić wiadomość. 
 

background image

R.A. Salvatore 

235

Luke przechadzał się po pokoju, a Han, Leia i Lando siedzieli przy małym, okrą-

głym stoliku, sprzeczając się, czy należało atakować natychmiast, czy też poczekać na 
posiłki. Na blacie ustawiono niewielki ekran, na którym widniała twarz komandora 
Warshacka Roja, dowódcy niszczyciela gwiezdnego „Eliksir Młodości". Miał on gład-
ko ogoloną głowę, nastroszone brwi i diamentowy kolczyk w uchu. 

- Powinniśmy natychmiast ruszać do Helska - nalegał Rojo. - Kanonierki klasy 

Ranger poradzą sobie z każdym mniejszym pojazdem, takim jak te... jak je nazywali-
ście?... koralowe skoczki. „Eliksir" zajmie się w tym czasie bazą, o ile ci barbarzyńcy w 
ogóle ją mają. To będzie czysta robota, po której spokojnie wrócimy do znacznie waż-
niejszych zadań. Jeśli chcecie, wasze siły mogą dołączyć do mojego zespołu. 

Han i Leia wymienili zatroskane spojrzenia. Nie byli do końca pewni, czy koman-

dor Rojo pojął rozmiary i powagę wyzwania, które stanęło przed Nową Republiką. 
Buta dowódcy zespołu uderzeniowego nie zaskoczyła księżniczki. 

- Potrzebujemy sześciu dni - przekonywała. - Zgromadzimy trzy ciężkie krążow-

niki, Interdyktora, jeszcze jeden niszczyciel oraz towarzyszące im grupy bojowe. 

- Nie musimy czekać - odparował uparty Korelianin. - Mam dość dział,  żeby 

zrównać z ziemią bazę nieprzyjaciela, albo i całą powierzchnię planety, jeśli będzie 
trzeba. 

Leia westchnęła bezradnie i spojrzała na brata, przechodzącego właśnie koło okna. 

Aż za dobrze wiedziała, jak uparci potrafią być Kordianie. Luke ostrzegał ją, że nie uda 
jej się przekonać komandora, by zaczekał na posiłki. Odkąd zrezygnowała ze stanowi-
ska w radzie, nie mogła też wydawać rozkazów wojskowym. Wiadomość na Coruscant 
została już wysłana, lecz nie należało spodziewać się rychłej odpowiedzi. Leia podej-
rzewała, że w najlepszym razie stolica odezwie się za sześć dni, a Rojo miał nadzieję, 
że do tego czasu zdąży już zrobić porządek z nieproszonymi gośćmi. Jego pewność 
siebie nie wróżyła dobrze planom zebrania większej armady. Księżniczka była niemal 
pewna, że oficer zdążył już przekonać sceptycznie nastawionych przedstawicieli władz, 
że poradzi sobie doskonale bez angażowania dodatkowych sił Floty. 

- Lecimy - stwierdził zdecydowanie Rojo. - Jeśli musimy atakować sami, to trud-

no. 

Leia znowu westchnęła. 
Luke chciał  właśnie odpowiedzieć upartemu dowódcy, gdy nagle jego uwagę 

przykuł błysk za oknem. Podszedł bliżej, wpatrując się w mrok. Zobaczył pojazd startu-
jący z hangaru i unoszący się szybko ku niebu. Od razu wiedział, co to za maszyna: 
statek-matka, „Wesoły Górnik" z lodowiertaczem w wyrzutni. 

- Maro? - powiedział cicho, zastanawiając się przez moment, czy to jego żona po-

stanowiła wziąć na siebie tę niebezpieczną misję. 

Zadanie wymagało jednak udziału dwóch osób, a nie sądził, by Mara poprosiła Ja-

inę o pomoc w tak niebezpiecznej misji, nie pytając Leii o zdanie. Myśl o potencjalnej 
wspólniczce jego żony sprawiła,  że zrobiło mu się  słabo. Wiedział już, kto pilotuje 
„Wesołego Górnika" i kto zasiadł za sterami„rylca". 

Odwrócił się ku pozostałym, nie kryjąc niepokoju. 
- Co się stało? - spytała Leia. 

Wektor pierwszy 

236

Skywalker przebiegł obok niej i zniknął w korytarzu. 
- Dobry wieczór panu - odezwał się uprzejmie C-3PO, którego Luke z całym im-

petem odrzucił na przeciwległą ścianę. 

- Nie teraz - rzucił Skywalker, schodząc z drogi R2-D2 i puszczając się pędem w 

głąb korytarza. 

- Ależ proszę pana, Artoo... 
- Nie teraz! - krzyknął Luke. 
- Wiadomość od panicza Jacena - zawołał w panice Threepio. Luke zatrzymał się 

w miejscu i wrócił biegiem. Leia właśnie pochylała się nad kopułką astromechaniczne-
go robota, uruchamiając rzutnik holograficzny. 

- Wujku Luke'u - przemówił miniaturowy wizerunek młodzieńca. - Wybacz, że cię 

nie uprzedziliśmy, ale wydało nam się oczywiste, że bardziej będziesz potrzebny w 
głównym zespole uderzeniowym. Wiemy, że chciałeś rozpoznać siłę i zamiary prze-
ciwnika. Ja... to znaczy my... możemy to zrobić, wujku Luke'u. 

Han wydał z siebie cichy pomruk, a Leia zawtórowała mu jękiem. 
- Każ cioci Marze odpoczywać; potrzebuje tego - kontynuował hologram Jacena. - 

Jaina i ja poradzimy sobie doskonale. Obiecujemy. 

Obraz zniknął. 
- Skopię mu... - zaczął Solo. 
- Jacen ma rację - przerwał mu Luke. Han, Leia i Lando spojrzeli na niego z nie-

dowierzaniem. - Żałuję tylko, że nie przyszli z tym do mnie - ciągnął Jedi. - Szkoda, że 
nie uzgodnili z nami swoich zamiarów. 

- Ale uważasz, że wysłanie Jacena na tę planetę byłoby słusznym posunięciem - 

dokończyła za Luke'a księżniczka. 

- Równie słusznym, jak każde inne - odparł bez wahania. Chwycił za ramię Hana, 

który właśnie zerwał się z miejsca, w jego oczach Luke odczytał zamiar ruszenia „So-
kołem Millenium" w natychmiastowy pościg. 

- Wychowujesz rycerzy Jedi - przypomniał mu poważnie. -Wojowników. Pionie-

rów. Nie mogą rezygnować z zadań, które stawia przed nimi los, tylko dlatego, że 
chcemy mieć spokój. 

- To jeszcze dzieci - zaoponował Solo. 
- Podobnie jak my, gdy Imperium stworzyło Gwiazdę Śmierci 
- odparł spokojnie Luke. 
- Mów za siebie - warknął Han i spojrzał na przyjaciela, mrużąc oczy. - Właśnie 

przeleciałem pół galaktyki, żeby odszukać jedno, a teraz dwoje pozostałych zwiewa mi 
w drugą stroną 

- wymamrotał przez zaciśnięte zęby. 
Luke popatrzył na Leię. Jego mina wywołała na twarzy siostry mimowolny 

uśmiech. 

- Lepiej przyzwyczaj się do tego - zwrócił się do Hana. - I ciesz się, póki możesz. 

Już niedługo nie będziesz w stanie dotrzymać im kroku. 

background image

R.A. Salvatore 

237

Han wyszarpnął ramię z uścisku, mrucząc pod nosem przekleństwa. Luke dopiero 

teraz zrozumiał, jak głębokie były gniew i rozpacz przyjaciela. Han niedawno stracił 
Chewbaccę i nie miał zamiaru żegnać się z nikim więcej. 

- A zatem wszystko ustalone - odezwał się z pokoju głos komandora Roja. - Za-

częło się. 

- Nie musimy wysyłać tam całej floty tylko dlatego, że „Wesoły Górnik" ruszył do 

akcji - sprzeciwiła się Leia. - Han, Luke i ja możemy polecieć „Sokołem". 

- Pańskie plany zostaną pokrzyżowane, komandorze - dorzucił Skywalker. - Gdy 

przeciwnik wykryje statek-matkę, będzie oczekiwał przybycia całej floty. 

- Banda przemytników - wybuchnął pogardliwie Rojo - albo nędzna grupka bun-

towników. Wygrzebali gdzieś nieznaną technologię i myślą, że mogą stawić czoło No-
wej Republice. Nie mają szans w walce z „Eliksirem Młodości". Ruszam do akcji. 

I tak właśnie zrobił, skłoniwszy się lekko i przerwawszy połączenie. 
Han i Luke dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 
- Czy musiałeś zrobić z nich Jedi? - spytał Solo. Z jego tonu - a także z faktu, iż 

zapomniał o swoim typowym krzywym uśmieszku - wynikało, że wziął sobie do serca 
słowa przyjaciela. 

- Lecisz z nami? - spytał Landa. 
- Pomyślałem, że lepiej zostanę tu i dopilnuję, żeby obrona planetarna działała jak 

należy - wystękał zmieszany Calrissian, ochłonąwszy z pierwszego zaskoczenia. 

- Cieszę się, że lecisz z nami - rzekł Solo, ignorując odpowiedź. - Idź po Anakina - 

zwrócił się do Leii. - Zajmie się działem laserowym. 

- Ty, Leia, Anakin i Kyp - nie ustępował Lando. - Czworo w zupełności wystar-

czy. 

- Ja, Anakin, Leia i ty - poprawił Han. - Kyp poprowadzi eskadrę myśliwców z 

„Eliksiru". Uzgodniłem to z Rojem. 

- Czasy, kiedy walczyłem... - bąknął Calrissian. 
- Dopiero nadchodzą - uciął Solo. 
Lando z rezygnacją uniósł  ręce. Po chwili korytarz opustoszał. Luke postanowił 

obudzić Marę. Uznał, że zadanie jest zbyt poważne, by - mimo jej wyczerpania - odsu-
wać od niego żonę. Pozostali odnaleźli Anakina i zaczęli przygotowywać „Sokoła" do 
lotu. Wkrótce potem koreliański frachtowiec w towarzystwie „Miecza Jade" opuścił 
Dubrillion, a zaraz za nim wystartowała armada zdatnych do walki maszyn, jakie udało 
się znaleźć. Na orbicie cała grupa dołączyła do zespołu uderzeniowego komandora 
Roja. Leia jeszcze raz spróbowała odwieść dowódcę od zamiaru natychmiastowego 
zaatakowania wroga, a gdy i tym razem spotkała ją odmowa, cała formacja ruszyła 
pełną mocą w stronę systemu Helska. 

 
Podobnie, jak parę dni wcześniej uczynił to „Miecz Jade", pilotowany przez Jainę 

statek-matka wyszedł z nadprzestrzeni w idealnym miejscu - w prostej linii między nim 
a czwartą planetą płonęła kula słońca. 

Wektor pierwszy 

238

- Wujek Luke wprowadził wszystkie współrzędne do komputera nawigacyjnego - 

zawołała dziewczyna do brata, rozciągniętego płasko na brzuchu we wnętrzu lodowier-
tacza. - Może być gorąco, przelecimy dość blisko słońca. 

- Opalę się ze wszystkich stron - mruknął Jacen, w niezbyt subtelny sposób przy-

pominając, że wpełzł do wnętrza „rylca" praktycznie nagi, jeśli nie liczyć luźnej spód-
niczki,  ściągniętej z ciała zabitego nieprzyjaciela. Co gorsza, właz stateczku był tak 
wąski, że siostra musiała przyklęknąć za nim i dość brutalnie wepchnąć go do środka. 
Miał przy tym upokarzającą świadomość, że jest ubrany tylko w tę nieszczęsną spód-
niczkę. Spódniczkę! Jaina nieprędko pozwoli mu zapomnieć o tym epizodzie. 

- Mogę oblecieć gwiazdę i wypuścić cię od razu, zanim wydostaniemy się z jej tła 

- zaproponowała dziewczyna. 

- To za daleka droga dla takiego chuchra - zauważył Jacen. 
- Polecisz siłą odrzutu, a nie na własnych silnikach. 
- Jasne, tylko że będę bezbronny - odparł sarkastycznie. Mówił aż nazbyt lekkim 

tonem próbując rozładować niepokój. 

- Podpuścisz ich na krótki dystans i odpalisz ładunek termiczny - zaśmiała się Ja-

ina i dodała zupełnie poważnie - Jesteś gotów? 

- Tylko strzelaj celnie - upomniał ją Jacen. 
Jaina poprowadziła „Wesołego Górnika" dookoła słońca, polegając wyłącznie na 

przyrządach - zwykle nie lubiła tego robić -wykorzystując współrzędne wprowadzone 
do komputera nawigacyjnego przez Luke'a. Skupiła wzrok na środku iluminatora, gdzie 
z każdą sekundą rosła bryła czwartej planety. 

- Jesteśmy na miejscu, Jacenie - poinformowała brata. -Ustawiam się na pozycji do 

strzału. Jeśli odpalisz w locie silniczki manewrowe, mogą cię zobaczyć, więc lepiej nic 
nie rób i zaufaj mojemu oku. 

- Zaczynajmy - odpowiedział Jacen. 
- I pamiętaj: nie siedź tam dłużej niż kilka minut - dorzuciła dziewczyna. - „Gór-

nik" jest praktycznie bezbronny. 

- Jeśli cię znajdą, wracaj na Dubrillion - zalecił Jacen z całą powagą. 
Te słowa - zupełnie niedorzeczne, bo przecież nigdy nie zostawiłaby brata wła-

snemu losowi - kołatały się niepokojąco w jej umyśle, gdy precyzyjnie naprowadzała 
wyrzutnię na cel i delikatnie wciskała spust. 

„Rylec", niosąc we wnętrzu leżącego na brzuchu Jacena, wystrzelił w kierunku 

planety. 

Lot był idealnie płynny i cichy. Silniki milczały, a przezroczysty w większej czę-

ści kadłub sprawiał,  że Jacen miał wrażenie,  że swobodnie szybuje w przestrzeni. 
Ogarnął go niezwykły spokój, uczucie dość nieoczekiwane w sytuacji rosnącego nie-
bezpieczeństwa. Czym prędzej otrząsnął się z rozmarzenia. Jaina przypomniała mu, by 
pozostał pod powierzchnią globu tylko kilka minut. Jeśli oboje mieli wyjść cało z tej 
próby, musiał jej usłuchać. 

Nadszedł czas, by zrobić to, czego Jacen obawiał się najbardziej , już od chwili, 

gdy opuścili Dubrillion. Nagim palcem u nogi trącił zdobyczny skafander - ooglitha-
okrywacza, jak nazwał go Threepio - i wstrzymał oddech. Zwierzę posłusznie wpełzło 

background image

R.A. Salvatore 

239
na jego stopy, a potem dalej, na nogi, dokładnie tak, jak opisywał Anakin, który obser-
wował eksperymenty Luke'a. 

Jacen wił się z bólu i daremnie próbował pogrążyć się w medytacji, by odsunąć od 

siebie przykre doznanie tysięcy drobnych ukłuć. Niestety, aż nadto wyraźnie czuł każde 
z nich. Gdy trudny do zniesienia proces wkładania skafandra dobiegł końca, młody Jedi 
przypomniał sobie, że najgorsze jeszcze przed nim. Powoli, cofając rękę kilka razy, 
zbliżył do twarzy podobnego do rozgwiazdy gnullitha. Kiedy istota zapuściła w jego 
gardło swoją mackę, gwałtownie zaparł się o ścianę z wrażeniem, że się dusi. 

Skończywszy, zobaczył przed sobą ogromniejącą z każdą chwilą czwartą planetę. 

Wiedział, że wujek Luke obliczył parametry lotu tak, by lodowiertacz przebił zmarzlinę 
w pobliżu dziwnego pagórka, który uważał za bazę nieprzyjaciela, i tam właśnie zmie-
rzał w tej chwili pojazd. 

W tym momencie Jacen usłyszał w umyśle wezwanie - okrzyk rozpaczy, błaganie 

o pomoc, którego nie mógł zignorować. 

Skupił się, próbując zlokalizować jego źródło. Przymknął oczy i pozwolił, by 

prowadziła go Moc. Niewiele myśląc, pchnął delikatnie drążek systemu sterującego 
silniczkami manewrowymi. Krótki błysk z dysz wystarczył, by dziób maszyny zboczył 
nieco z kursu i zarazem tak, jak obawiał się Jacen - by nieprzyjaciele spostrzegli intru-
za. 

„Rylec" mknął w dół, a jego pilot widział pojawiające się nad dalekim horyzontem 

planety niewielkie błyski - startujące skoczki. 

- Prędzej, prędzej - mruknął do siebie, nie ośmielając się jednak odpalić kolejnego 

silnika. 

Po chwili szaro-biała powierzchnia lodowego globu wypełniła całe pole widzenia. 

Jacen spojrzał w bok i zobaczył rój koralowych stateczków, a potem, kilkaset metrów 
przed celem, rzucił okiem za siebie. 

Mało brakowało, a zapomniałby odpalić  ładunek. W ostatniej chwili nacisnął 

spust. Pocisk kumulacyjny pomknął w dół, wbił się w lód i eksplodował jaskrawym 
światłem. „Rylec" zatrząsł się od podmuchu. Jacen zobaczył tylko chmurą pary i 
odłamków lodu; nie wiedział nawet, czy ładunek przebił się do wody. 

Nie mógł jednak zatrzymać się i poczekać. Runął w czeluść w ślad za pociskiem, 

przebijając się przez tunel o poszarpanych brzegach. Niemal stracił przytomność, gdy 
pojazdem zarzuciło gwałtownie, najpierw w lewo, a potem w prawo. 

I wreszcie... zapadła cisza. Lodowiertacz zanurzył siew zimne, spokojne wody 

podziemnego oceanu. Otwór błyskawicznie wypełnił się  świeżym lodem. Jacen miał 
nadzieję,  że piloci skoczków pomyślą, iż zginął w katastrofie albo uznają,  że obiekt, 
który uderzył w planetę, nie był statkiem, a jedynie pociskiem wymierzonym w ich 
bazę. 

Zresztą i tak nie miało to żadnego znaczenia. Zmysły samotnego Jedi rejestrowały 

jedynie spokój mrocznej głębiny. 

I dobiegający gdzieś z bliska telepatyczny krzyk. 
 

Wektor pierwszy 

240

- No, ładnie - szepnęła Jaina. Instrumenty pokładowe „Wesołego Górnika" zareje-

strowały niespodziewany błysk silników manewrowych pojazdu Jacena i natychmia-
stową reakcję koralowych skoczków. Dziewczyna widziała potężną eksplozję na po-
wierzchni czwartej planety, lecz mogła jedynie mieć nadzieję, że wszystko przebiegło 
zgodnie z planem i jej brat znalazł się pod skorupą lodu. Teraz jednak nie miała czasu 
na rozmyślania - zanosiło się na kłopoty. Myśliwce, lecące od strony planety, zwróciły 
się w jej kierunku. Wiedziała,  że jej nie widzą - nawet na tarczach przyrządów - bo 
miała za plecami jaskrawe słońce systemu Helska. 

Nieprzyjacielskie maszyny podążały jednak domniemanym kursem „rylca", by 

sprawdzić, kto wystrzelił ów pocisk, a to oznaczało,  że gwiazda wkrótce przestanie 
chronić statek-matkę. 

„Wesoły Górnik" nie był uzbrojony i mimo przeróbek, dokonanych przez techni-

ków Landa, nie należał do szybkich jednostek. 

Jaina zawróciła maszynę, spuszczając pancerz na czołowy iluminator, gdy wypeł-

nił go jaskrawy blask gwiazdy. Nie mogła pozwolić sobie na błąd. Należało lecieć tak 
blisko słońca, by piloci skoczków nie byli w stanie dostrzec „Wesołego Górnika" i nie 
odważyli się podążyć jego śladem. Jedyną zaletą statku-matki było solidne wykonanie. 
Zbudowano go tak, by mógł dotrzeć na każdą planetę, która obiecywała cenne rudy. 
Pozwalał się poprowadzić bardzo blisko tarczy słonecznej - z całą pewnością bliżej niż 
jakikolwiek typowy myśliwiec. 

Nie odrywała oczu od instrumentów nawigacyjnych. Starała się jednocześnie igno-

rować wskazania innych sensorów, ostrzegających o niebezpiecznie rosnącej tempera-
tury poszycia, a także doniesienia własnego ciała. Nawet we wnętrzu statku robiło się 
coraz goręcej. 

Silniki jonowe zawyły, walcząc z gwałtownie rosnącym przyciąganiem gwiazdy. 

Mimo rolet pancerza, w iluminatorze błyskały oślepiające smugi słonecznego światła. 

Statek wykonał zwrot, ustawiając się na niskiej orbicie, by -jak uczynił to wcze-

śniej prom Mary i Luke'a - wykorzystać grawitację gwiazdy do nabrania dodatkowego 
przyspieszenia. Jaina ani na chwilę nie przestawała walczyć ze sterami. Musiała wy-
równywać narastające przyciąganie, by utrzymać „Wesołego Górnika" z dala od słońca 
systemu Helska. 

Nagły skręt, którym statek wyrwał się z orbity po przeciwnej stronie gwiazdy, 

wywołał  jęk przeciążonych silników, sterów i przede wszystkim samej Jainy. Ze 
wszystkich sił chwyciła się fotela, gdy pojazd skoczył do przodu, pokonując potężne 
pole magnetyczne, ale i tak wylądowała na podłodze. Natychmiast zerwała się na rów-
ne nogi, dobiegła do konsoli i uniósłszy zasłonę iluminatora przystąpiła do oceny 
uszkodzeń. 

- No, ładnie - powtórzyła po chwili. Choć „Wesoły Górnik" spisał się na medal, 

wychodząc z ryzykownego manewru praktycznie bez szwanku, zwinne skoczki nie 
zrezygnowały z pościgu, mknąc wyższą, ale i szybszą orbitą okołosłoneczną. 

Jaina wiedziała, że teraz ją widzą a co gorsza, nie miała już w zanadrzu żadnych 

sztuczek. 

background image

R.A. Salvatore 

241

Jacen podziwiał genialną w swej prostocie konstrukcję lodowiertacza. Nawrócił fi-

ligranowym stateczkiem i używając małych składanych chwytaków ukrytych w pance-
rzu, przytwierdził go do spodniej strony okrywy lodowej. Potem nabrał powietrza w 
płuca. Miał nadzieję, że nie będzie to ostatni oddech w jego życiu i że wujek Luke nie 
mylił się co do przeznaczenia gnullitha i ooglitha. Wcisnął sekwencję trzech klawiszy, 
która otwierała śluzę i cofnął rękę, gdy wodoszczelna przegroda osłoniła panel sterow-
niczy. Dookoła leżącego młodzieńca uniosły się pozostałe grodzie, zamykając go w 
hermetycznej klatce. Po chwili do jej wnętrza zaczęła wlewać się woda. Jej ciśnienie 
zwiększało się stopniowo, osiągając wreszcie poziom panujący na zewnątrz. 

Z początku Jacen wstrzymywał oddech, potem jednak, na wszelki wypadek trzy-

mając dłoń na klawiszu przerywającym procedurę zatapiania, odważył się wciągnąć 
wodę do płuc. 

Poczuł w ustach jej smak. Nie było to przyjemne wrażenie, ale stwierdził,  że 

dziwna, gwiazdo kształtna istota rzeczywiście dostarcza mu wystarczającej ilości tlenu. 
Nie czuł też zimna. Zatrzymał się na chwilę, podziwiając niewiarygodne właściwości 
swego stroju. 

Właz wodoszczelnej komory uchylił się i Jacen natychmiast wypełzł na zewnątrz. 

Przez chwilę sprawdzał sprzęt - miecz świetlny i miniaturowy czujnik, który miał do-
prowadzić go z powrotem do statku - a potem skupił uwagę na otaczającym go wod-
nym  świecie. W oddali, na nieco większej głębokości, dostrzegł zamglone światła. 
Przez chwilę sądził, że są zjawiskiem naturalnym, być może wulkanicznym. Pomyślał 
nawet, czy nie za wcześnie pochwalił w duchu cudowne właściwości ooglitha-
okrywacza. Może tutejsze wody wcale nie są takie zimne? Powoli ruszył naprzód, od-
pychając się rękami od szorstkiego, lodowego sklepienia, by spojrzeć na daleki poblask 
pod nieco innym kątem. Teraz widział już wyraźnie: miał przed sobą bazę! 

Jacen poczuł narastający niepokój. Wiedział,  że z wyglądu przypomina pilota 

skoczka. Miał na sobie maskę i ciasny niczym druga skóra skafander, a nawet spód-
niczkę, zdjętą z ciała martwej Yuuzhanki. Modlił się w duchu, żeby obcy-mężczyźni 
nie różnili się strojem od kobiet. Ale jak miał się z nimi porozumieć? Jakim sposobem 
miał minąć wartowników? 

Wziął na uspokojenie głęboki wdech, przypominając sobie po raz kolejny, że jest 

Jedi, a rycerze potrafią improwizować nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Pomagało 
mu,  że tajemnicze wołanie o pomoc nie zanikało, a wręcz przeciwnie, wydawało się 
coraz bliższe i silniejsze. 

Ku jego zaskoczeniu i uldze, źródło telepatycznego krzyku nie znajdowało się w 

dalekiej, oświetlonej bazie, ale nieco wyżej, we wnętrzu lodowej skorupy. 

Jacen przyspieszył, pamiętając o tym, że liczy się czas. Płynął dalej, tuż pod zmar-

zliną, kierując się w stronę, z której dobiegało wołanie. Nagle zatrzymał się. Przez lo-
dowatą toń mknął ku niemu rząd sześciu świateł. 

 
Jaina przygryzła wargę, zmuszając „Wesołego Górnika", by rozwinął maksymalną 

prędkość, choć statek nie miał szans uciec przed skoczkami. Przez chwilę myślała o 
powrocie w bezpieczne sąsiedztwo gwiazdy, ale i ta możliwość przestała wchodzić w 

Wektor pierwszy 

242

rachubę, gdy grupka myśliwców uprzedziła jej zamiary, odcinając ostatnią drogę 
ucieczki. 

- Mają mnie - mruknęła dziewczyna i pierwszy raz, odkąd zaczęła szkolić się pod 

okiem Mary, poczuła się naprawdę bezradna. Cały trening Jedi nie mógł jej pomóc w 
tak beznadziejnej sytuacji. 

Zaczęła już wysyłać bliskim telepatyczne pożegnanie, gdy nagle, czując zmianę w 

otoczeniu, otworzyła oczy i.... osłabła od nagłego uczucia ulgi. 

Tuż przed dziobem „Wesołego Górnika" z nadprzestrzeni wyłonił się „Eliksir 

Młodości". Zanim Jaina zdążyła uruchomić komunikator i nadać ostrzeżenie, pojawiły 
się i inne jednostki -krążowniki i kanonierki, a potężny niszczyciel ruszył do ataku. Z 
jego hangarów wysypały się X-skrzydłowce i inne myśliwce, zaś potężne działa lase-
rowe baterii czołowych ożyły, wysyłając świetliste smugi tuż nad stateczkiem Jainy. 

- Hej tam, „Wesoły Górniku" - odezwał się znajomy głos. Jaina nigdy nie przy-

puszczała, że będzie kiedyś tak szczęśliwa, słysząc Kypa Durrona. - Potrzebujesz może 
pomocy? 

Eskadra X-skrzydłowców, kołysząc skrzydłami dla otuchy, ominęła statek-matkę. 
- Bardziej będziesz jej potrzebować, kiedy wrócimy do domu - rozległ się inny 

głos: głos ojca Jainy. Po chwili do „Wesołego Górnika" zbliżył się „Sokół Millenium", 
a zaraz po nim „Miecz Jade". 

- Schowaj się za nami - polecił Luke. - Zajmiemy się nimi. 
Jaina usłuchała go z ochotą, pozwalając, by cała flotylla minęła ją i zaatakowała 

grupkę koralowych skoczków. Błyskawicznie topniejącą grupę skoczków - pomyślała, 
zawracając „Wesołym Górnikiem" tak, aby mieć w polu widzenia całą bitwę. Przeciw-
nik był najwyraźniej zaskoczony nagłym szturmem. Nieprzyjacielskie myśliwce jeden 
po drugim rozpadały się na tysiące iskrzących kawałków. Niektórym udało się nawró-
cić w stronę czwartej planety, lecz wtedy, na wszystkich kanałach, rozległ się nowy 
głos. 

- Mówi Rojo. Złóżmy im wizytę w domu. 
Jaina pchnęła akcelerator, by dołączyć do atakującej floty. Nie mogła, rzecz jasna, 

przydać się w walce, ale ani na chwilę nie zapomniała o bracie, którego pozostawiła 
pod lodem. 

 
Jacen nie wiedział, czy powinien uciekać, czy stanąć do walki. Sytuacja wyjaśniła 

się sama, gdy jeden z przybyszów machnął ręką, nakazując mu zająć miejsce w szere-
gu. 

Sądzą,  że jestem jednym z nich - pomyślał Jacen, odzyskując pomału pewność 

siebie. Skinął głową i ruszył naprzód. 

Obcy patrzył na niego z gniewną pogardą, a młodzieniec w lot pojął, o co chodzi. 

Możliwe, że uznali go za swojego, ale coś w jego stroju lub postawie kazało im sądzić, 
że jest niższy stopniem. Przez moment przyglądał się barbarzyńcom, próbując dostrzec 
ową różnicę. 

Oczy - domyślił się po chwili. Ten, który wyglądał na dowódcę i wezwał go ge-

stem, miał tylko jedno oko. W miejscu drugiego znajdował się dziwny, biologiczny 

background image

R.A. Salvatore 

243
implant. Skóra wokół jego oczodołów -jedyny fragment ciała widoczny spod ooglitha i 
gnullitha - była bogato wytatuowana. Jacen zauważył,  że każdy kolejny wojownik w 
szeregu miał w tym miejscu mniej blizn i tatuaży. 

Martwa kobieta-pilot znaleziona na Dubrillionie oraz potężny mężczyzna, którego 

zwłoki Luke przywiózł z Belkadanu, mieli liczne okaleczenia i wyjątkowo efektownie 
ozdobione ciała. Jeśli się nie mylił, oboje musieli być w tej dziwnej społeczności wyso-
ko postawionymi osobistościami. 

Jacen postanowił  iść za głosem intuicji. Potulnie dołączył do oddziału, zajmując 

ostatnią pozycję w szeregu. Popłynął za pozostałymi w górę, ku okrywie lodowej, i 
jeszcze wyżej - do otworu, który okazał się prowadzić do obszernej sali, przykrytej 
wyrżniętą w lodzie kopułą. Od razu wyczuł, że właśnie stąd nadano wołanie o pomoc. 
Wypłynął powoli na powierzchnię i niepewnie wytknął  głowę ponad wodę. Ledwo 
zapanował nad przerażeniem, dostrzegłszy w kącie komnaty znajomą sylwetkę  męż-
czyzny, rycerza Jedi! Pierwsi wojownicy z szeregu dotarli już do skulonego Mika Re-
glii i natychmiast zaczęli szturchać go i ciągnąć za ręce, próbując postawić na nogi. 

Jacen spojrzał w bok i zobaczył kobietę, bezradnie stojącą między dwoma rosłymi 

strażnikami. Była piękna i najwyraźniej nie straciła jeszcze bojowego ducha. 

Ku swemu zdumieniu stwierdził, że to ona, a nie Miko Reglia, nadała telepatyczne 

wezwanie. 

Wyszedł na brzeg i stanął obok ostatniego z wojowników; najniższego stopniem, 

jak sądził, jeśli nie liczyć jego samego. 

Barbarzyńca spojrzał na niego z ukosa i wskazał ręką na ciemny wlot kanału. 
- Yuth ugh! - warknął. Jacen zrozumiał, że powinien wrócić do wody. 
Był ostatnim, najmniej znaczącym z nich, toteż wyznaczono mu rolę strażnika. Te-

raz naprawdę znalazł się na szarym końcu. Odwrócił się i ruszył w stronę wody. 

- Chodź, Miko - usłyszał za plecami głos dowódcy oddziału. Zdumiał się, że po-

kryty bliznami barbarzyńca bez kłopotu posługuje się językiem basie. - Pora umierać. 

Jacen zatrzymał się wbrew własnej woli. 
- Zostawcie go! - krzyknęła kobieta. - Znowu będziecie tylko udawać! Miko, oni 

tego nie zrobią! 

Urwała nagle i zgięła się w pół, trafiona w brzuch potężnym ciosem jednego ze 

strażników. 

- Yuth ugh! - wrzasnął na Jacena zniecierpliwiony wojownik. Solo podniósł głowę 

i zauważył, że oczy obcego rozszerzyły się ze zdziwienia. 

- Bos sos sil - spytał groźnie barbarzyńca, wskazując na miecz świetlny kołyszący 

się u pasa młodego Jedi. 

Jacen spojrzał w prawo, gdzie dwaj Yuuzhanie nadal brutalnie szarpali Mika, a po-

tem w lewo, skąd nadchodzili dwaj inni, zaciekawieni widokiem dziwnego przedmiotu. 

Odpiął miecz i włączył go, uderzając natychmiast w kolano znajdującego się bliżej 

wojownika. Jarzące się ostrze gładko odcięło nogę, a powalony napastnik ryknął z bólu. 

- Miko, naprzód! - zawołał Jacen, lecz nawet nie spoglądając w stronę umęczone-

go Jedi wiedział, że w strzępie człowieka, którym się stał, nie było już ducha walki. 

Ten bój należał więc do niego. 

Wektor pierwszy 

244

R O Z D Z I A Ł  

23 

W MATNI 

Oczami koordynatora wojennego prefekt Da'Gara zobaczył, jak kolejny skoczek 

eksploduje w deszczu iskier. 

- Chwała ci, wojowniku - mruknął z szacunkiem, żegnając żołnierza, który zginął 

w glorii walki. 

Utrata jeszcze jednego pilota w bitwie po przeciwnej stronie słońca Helska nie 

zmartwiła go zbytnio. Śmierć w boju była najwyższym honorem, jakiego mógł dostąpić 
Yuuzhanin. 

Prefekt nie przejmował się też tym, że niewielki zespół koralowych skoczków, 

wysłany przez koordynatora na spotkanie z nadciągającą flotą, przegrywa w starciu. 
Takie było jego zadanie - przegrać, upozorować odwrót i zwabić przeciwnika tam, 
gdzie czeka prawdziwa potęga Praetonte Vong: tysiące myśliwców i statków o wielo-
krotnie większej sile ognia, wyrzutnie pocisków rozlokowane na powierzchni planety, 
biologiczne emitery studni grawitacyjnych, a przede wszystkim energia umysłu samego 
yammoska, która koordynowała poczynania wojowników Yuuzhan Vong i mogła 
zniszczyć statki wroga, które zapuściły się zbyt blisko lodowego globu. 

Niedobitki grupy pościgowej okrążyły gwiazdę i mknęły ku bazie. Tuż za nimi 

podążały siły Nowej Republiki: ponad tuzin większych jednostek, w tym jeden potężny 
okręt, a także mrowie znacznie mniejszych maszyn. 

Złośliwy uśmiech wykrzywił twarz prefekta. Zanosiło się na wielkie zwycięstwo, 

znacznie ważniejsze niż zniszczenie Belkadanu czy Sernpidala. 

Czy już się połączyli? - wysłał pytającą myśl do koordynatora wojennego. 
Potężna istota była tak pewna swej siły, że Da'Gara uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

W tym momencie poczuł, jak wytwarzana przez yammoska więź spaja umysły 
yuuzhańskich wojowników - i tych, którzy pilotowali powracające skoczki, i tych, któ-
rzy tysiącami startowali teraz z ciemnej strony globu. Na tym polegało główne zadanie 
koordynatora: zapewniał błyskawiczną łączność między formacjami i zgranie walczą-
cych żołnierzy. Prefekt wyczuł też głębokie zaufanie, które yammosk pokładał w plane-
tarnym systemie obrony: składał się on z pola energetycznego, wzbudzonego wolą 

background image

R.A. Salvatore 

245
koordynatora, potężnych, „wulkanicznych" dział trzech światostatków, czerpiących 
energię z samej planety, a także rozmieszczonych w strategicznych miejscach dovin 
hasali. Potężne wiązki  ściągające tych ostatnich były w stanie wyrwać z orbity cały 
księżyc, a co dopiero lekki myśliwiec. Nieco bardziej rozproszone studnie grawitacyjne 
miały zakłócać łączność między sztucznie stworzonymi urządzeniami oraz pracę senso-
rów. 

Prefekt Da'Gara z niecierpliwością oczekiwał wizyty. 
 
Han zwolnił nieco lot „Sokoła", puszczając przodem główne siły floty. Luke, pilo-

tujący „Miecz Jade", powtórzył jego manewr, mogli by wspólnie bronić bezbronnego 
statku-matki. Sądząc po początkowej fazie bitwy, komandor Rojo właściwie ocenił siły 
przeciwnika. 

Korzystając z chwili wytchnienia, Han postanowił dowiedzieć się czegoś o swym 

starszym synu. 

- Gdzie jest twój brat? - zawołał do Jainy. Jej milczenie z powodzeniem zastąpiło 

wszelkie wyjaśnienia. 

- Luke'u, potrzebuję cię - odezwał się po chwili. 
- Słyszałem - odpowiedział Skywalker. - Zbliżymy się do planety, gdy tylko „Elik-

sir Młodości" i jego eskorta zrobią porządek z... - urwał w połowie. Spojrzawszy w 
przód, na nabierającą tempa bitwę, Han natychmiast pojął, dlaczego Luke umilkł. 

Tysiące koralowych skoczków pędziło na spotkanie z nadciągającą flotą, dosłow-

nie zalewając formację republikańskich myśliwców. Pościg za niedobitkami przeisto-
czył się w straszliwy chaos bitwy. 

- Zostań tutaj! - polecił Han Jainie, przyspieszając „Sokołem", a „Miecz Jade" ru-

szył za nim. - Nie żałuj dział, mały -zawołał do Anakina. 

- Nie jestem mały - odezwał się kwaśno Lando z dolnej wieżyczki. Ostatnie słowo 

przeszło w krzyk, gdy dwa skoczki przemknęły tuż pod kadłubem frachtowca. 

Han i Leia zignorowali brawurowy przelot yuuzhańskich statków, skupiając się 

całkowicie na ścianie koralowych pojazdów, która zagrodziła drogę  głównym siłom 
Floty. Daleko w przodzie para kanonierek klasy Ranger otworzyła ogień. Linie lasero-
wych wystrzałów rozbłysły we wszystkich kierunkach, zmuszając  śmigające opodal 
skoczki do desperackich, w większości nieudanych uników. 

- Imponujące - przyznał Han. 
- Są najnowsze i najlepsze - zaczęła Leia, lecz urwała nagle i drgnęła odruchowo, 

gdy lecący równoległym kursem krążownik zniknął w kuli ognia. 

Jeden z większych koralowych statków ruszył natychmiast w stronę najbliższej 

kanonierki. Komunikator „Sokoła" rozbrzmiał odgłosami gorączkowej wymiany zdań 
między dowódcami pary kanonierek. Ten, do którego okrętu zbliżał się yuuzhański 
statek, prosił drugiego o osłonę, bowiem zwracał wszystkie działa w kierunku nadcią-
gającego niebezpieczeństwa. 

Kanonierka zatrzęsła się, gdy z wszystkich luf bluznął ogień, skierowany przeciw-

ko koralowemu stateczkowi.... 

Bluznął i znikł. 

Wektor pierwszy 

246

- Studnia grawitacyjna - mruknął Han. - Tak samo, jak na Sernpidalu. 
Leia krzyknęła, a jej mąż prawie wypadł z fotela, gdy skręciła stery, stawiając 

„Sokoła" na burcie i nurkując pod parą pędzących z przeciwka skoczków. 

- Wytwarzają studnię grawitacyjną... - próbował wyjaśnić Solo. - I to potężną... 
Ledwie skończył, księżniczka znowu zawróciła, tak, że walczące kanonierki wró-

ciły w pole widzenia. Koralowy stateczek nie przestawał w jakiś sposób absorbować 
niosących ogromną energię  błyskawic, uginając je mocarnym polem grawitacyjnym 
tak, że zdawały się znikać. Przeleciał tuż obok ostrzeliwującego się okrętu i znalazł się 
w połowie drogi między nim a drugą kanonierką, która również otworzyła ogień ze 
wszystkich dział. 

I wtedy nieprzyjacielski pojazd zaczął się obracać, coraz szybciej i szybciej, ugina-

jąc smugi laserowych promieni. 

Han i Leia usłyszeli,  że wszyscy piloci w okolicy każą im się ewakuować. Do-

wódcy kanonierek próbowali uciec - przerwali ogień i odwrócili swoje statki rufą do 
celu, lecz nie byli w stanie wyrwać się na wolność. Potężne maszyny zaczęły krążyć 
wokół obracającego się skoczka. 

Pędziły coraz szybciej, zacieśniając orbitę. 
Trzy jednostki zderzyły się i w tym samym momencie studnia grawitacyjna prze-

stała istnieć. Skoczek i dwie kanonierki zniknęły w jaskrawym rozbłysku energii. 

Han spojrzał nerwowo na żonę. Kanonierki były drugimi co do wielkości okręta-

mi, jakimi dysponowali, a właśnie przed sekundą stracili jedną trzecią z ich formacji. 

Z głośnika dobiegły nawoływania Kypa i innych pilotów myśliwskich, którzy 

zmagali się z rojem nieprzyjacielskich statków. Nie były to jednak okrzyki zwycięstwa, 
lecz zaskoczenia. 

- Są lepsi niż się spodziewaliśmy - zauważyła Leia, obserwując i nasłuchując od-

głosów bitwy. X-skrzydłowce najnowszego typu z trudem znosiły szturm. 

- „Eliksir Młodości", potrzebujemy wsparcia! - zawołał błagalnie Kyp. 
Załoga niszczyciela miała jednak pełne ręce roboty. Koralowe skoczki atakowały 

ze wszystkich stron, unikając salw z potężnych dział okrętu. 

- Atakujemy planetę - obwieścił komandor Rojo na wszystkich kanałach jednocze-

śnie. Ogromny niszczyciel przyspieszył, zbliżył się do lodowej kuli i otworzył ogień z 
dziobowych baterii. 

Han i Leia drgnęli na ten widok - Jacen nadal znajdował się pod powierzchnią 

globu. 

Przed iluminatorem „Sokoła Millenium" przeniknął „Miecz Jade", błyskając lase-

rami i opędzając się od siedzących mu na ogonie skoczków. 

- Jestem z tobą, mały - zawołał Han do Luke'a, ale nim zdążył zmienić kurs i po-

pędzić na ratunek przyjacielowi, musiał gwałtownie skręcić, by uniknąć ostrzału nie-
przyjacielskich myśliwców, które nadlatywały z przeciwka. 

Poczwórne działo laserowe w górnej wieżyczce „Sokoła" ożyło. 
- Atakują! - krzyknął ostrzegawczo Anakin. 
- Spokojnie - odezwał się Lando. - Zdejmiemy ich. 

background image

R.A. Salvatore 

247

Pół sekundy później Calrissian wrzasnął ze strachu, gdy frachtowiec podskoczył, 

trafiony kilkakrotnie w lewą burtę. 

- Skąd?! - krzyknął zaskoczony Lando. 
Han i Leia wykonali już bodaj wszystkie możliwe manewry „Sokołem", obracając, 

skręcając i nawracając statkiem tak ciasno, jakby pilotowali zwinny myśliwiec. Każdej 
ewolucji towarzyszyły jęki ciężko przerażonego Threepia. 

Piloci skoczków byli jednak zdumiewająco sprawni. Wciąż idealnie skoordyno-

wani reagowali na każdy ruch umykającego frachtowca. 

Nagle  łomot z górnej wieżyczki artyleryjskiej ustał, a błękitno-białe błyski wy-

strzałów, które migały dotąd nad sterownią „Sokoła", znikły. 

- Anakinie? - krzyknął Han, spodziewając się najgorszego. - Anatemie! 
 
Komandor Rojo wkrótce zrozumiał, że ma poważne kłopoty. Koordynacja działań 

atakujących statków nieprzyjaciela wydawała się wprost niewiarygodna. Myśliwce, 
których zadaniem było osłanianie „Eliksiru Młodości", z największym trudem osłaniały 
siebie. 

Studnie grawitacyjne, w które wpadał niszczyciel, nie mogły rozerwać jego potęż-

nych pól ochronnych. Jednak zdumiewająca precyzja ostrzału, który prowadziły kora-
lowe skoczki, atakując te same punkty okrętu pod najróżniejszymi kątami, poważnie 
osłabiła jego systemy obronne. 

Rojo zmrużył oczy, wpatrując się uparcie w rosnącą na panelu widokowym plane-

tę. Dziobowe baterie „Eliksiru" nie przestawały zasypywać ogniem lodowego pustko-
wia. 

Komandor był pewien, że wróg musi mieć jakiś słaby punkt. 
Ze wszystkich stron dochodziły raporty o coraz liczniejszych uszkodzeniach okrę-

tu i rosnących stratach całej flotylli. Po chwili na mostku niszczyciela rozległ się 
dźwięk syreny alarmowej: statek został uwięziony w niezidentyfikowanym polu ener-
getycznym, które otaczało planetę. Po chwili wszystkie sygnały alarmowe spoza ste-
rowni, utonęły w szumie elektrostatycznych wyładowań. 

Komandor Rojo miał coraz mniej czasu. 
 
Anakin nie był ranny, ale nie zamierzał odpowiadać. Siedział w wieżyczce, ob-

serwując perfekcyjnie zsynchronizowane poczynania koralowych skoczków. Ich piloci 
nie mogli improwizować wzajemnie uzupełniających się manewrów. Nie mogli też w 
takim tempie się komunikować i reagować na swoje ruchy. Sytuacja wydała się Anaki-
nowi dziwnie znajoma. 

- Są zjednoczeni - zawołał do ojca i matki. - Jak Jaina, Ja-cen i ja w pasie asteroid. 
- To po prostu dobrzy piloci - odparła Leia. 
- Widziałem lepszych - dorzucił Han. 
Anakin z dezaprobatą kręcił głową. Podziwiał taniec myśliwców wokół „Sokoła", 

„Miecza Jade" i całej reszty sił republikańskich - bał się coraz bardziej, bo rozumiał, co 
się dzieje. 

Wektor pierwszy 

248

Nie tylko działania małej grupki statków, atakującej frachtowiec i prom, wydawa-

ły się nadzwyczajnie zgrane. Dotyczyło to całej nieprzyjacielskiej floty! Anakin 
wstrzymał oddech. Przypomniał sobie, jakie efekty osiągnęli z bratem i siostrą, złą-
czywszy się dzięki Mocy, a przecież było ich tylko troje... 

Armada koralowych skoczków liczyła setki, jeśli nie tysiące statków. 
Wszystkie zachowywały się tak, jakby stanowiły jedno ciało. Anakin czuł, że łą-

czy je coś podobnego do Mocy - jednak z pewnością nie była to Moc. 

Nagle skojarzył sobie, że ojciec i Lando wrzeszczą na niego od dłuższej chwili, 

więc czym prędzej wziął się do roboty. 

 
Bitwa trwała, a siły Nowej Republiki ponosiły coraz cięższe straty. Głównym ce-

lem nieprzyjacielskich ataków był, rzecz jasna, „Eliksir Młodości". Otaczała go chmara 
koralowych skoczków, które systematycznie przeciążały jego tarcze i pomału niszczyły 
poszycie. 

- Musimy przebić się do Roja - zawołał Luke. - Trzeba odciągnąć od niego my-

śliwce; dać mu więcej czasu. 

- Coś pięknego - mruknął sarkastycznie Han. - Będę robił za ochroniarza niszczy-

ciela gwiezdnego - dodał, spoglądając z ukosa na Leię. - Nie sądzisz, że to wariactwo? 

 
Jacen nieomalże rozpłatał pierś drugiego Yuuzhanina, lecz wojownik okazał się 

szybszy niż można się było spodziewać: błyskawicznie wygiął się do tyłu i klinga led-
wie go musnęła. Pozostali otoczyli kręgiem młodego Jedi. Dwaj wydobyli z ładownic 
pluskwy thud, dwaj inni - maczugi, przymocowane dotąd do bandolierów. 

Młodzieniec zatoczył mieczem obszerny krąg, zmuszając zbliżających się barba-

rzyńców do cofnięcia się. Szukając wyjścia, przeskoczył nad wejściem do tunelu, w 
nadziei,  że Yuuzhanie powtórzą jego manewr. Dwaj przeciwnicy wypuścili za nim 
żywe pociski. 

Miecz świetlny błysnął, krojąc w powietrzu obie pluskwy. 
Czterej wojownicy pobiegli brzegiem otworu, zaś piąty znowu sięgnął do ładow-

nicy. Zanim wydobył pocisk, Danni wskoczyła mu na plecy, wczepiając się palcami w 
jego twarz. Obcy ryknął gniewnie i wbił łokieć w podbrzusze dziewczyny, która zaci-
snąwszy zęby z bólu nie przestała sięgać  rękami do gnullitha przeciwnika. Wreszcie 
mocarny Yuuzhanin chwycił ją za dłoń, uniemożliwiając zdarcie maski. 

Danni musiała improwizować. Wcisnęła palec w podstawę nosa wojownika, by 

pobudzić ooglitha-okrywacza. Gdy zwierzę zaczęło się zwijać, olbrzym puścił jej ręce. 
Kobieta zeskoczyła na miękkie podłoże, cofnęła się o krok i z całych sił pchnęła go 
barkiem w kierunku wody. 

Strażnik wpadł głową w dół w ciemną otchłań. Choć maska częściowo trzymała 

się jeszcze na miejscu, woda wdarła się do jego gardła i płuc, a przy rym, chroniący 
ciało ooglith nie przestawał się zwijać. Mroźna toń błyskawicznie wydzierała ciepło z 
nagiego ciała Yuuzhanina, który desperacko próbował wydostać się na brzeg. 

Za późno. Stygnące ramiona odmawiały mu posłuszeństwa. Był zdezorientowany; 

w dodatku jedna z macek gnullitha przesłoniła mu oczy. 

background image

R.A. Salvatore 

249

W ostatnim rozpaczliwym odruchu rzucił się naprzód, drapiąc oślizły brzeg, a po-

tem osunął się w lodowate odmęty. 

Danni już tego nie widziała: inny Yuuzhanin rzucił w jej stronę pluskwę. Nie mo-

gła usunąć się z drogi i nie miała czym zablokować ciosu. Stworzenie uderzyło ją w 
środek piersi, pozbawiając przytomności i powalając na ciepły kobierzec porostów. 

 
Działa „Sokoła Millenium" nie milkły ani na chwilę. Większość udanych trafień 

była dziełem Anakina. Jak szalony kręcił się wraz z fotelem w górnej wieżyczce artyle-
ryjskiej, bez wytchnienia mierząc i strzelając - trzeba przyznać, że z imponującą sku-
tecznością. 

Tuż obok leciał „Miecz Jade". Miał lepszy system kontroli ognia, zlokalizowany w 

sterowni i wprawnie obsługiwany przez Luke'a i Marę. Nowsze, mocniejsze i spraw-
niejsze silniki promu również dawały im przewagę, lecz mimo to dość wolno posuwali 
się w stronę oblężonego „Eliksiru Młodości". Komandor Rojo raz po raz rozpaczliwie 
domagał się pomocy. Jego głos z trudem przebijał się przez szczelną zasłonę zakłóceń. 
Jedna z burt niszczyciela rozjarzyła się od kolejnych ciosów, które zadawały mu śmiga-
jące dokoła myśliwce wroga. 

Na powierzchni planety ukazały się stożkowate wypustki, przypominające kratery, 

i plunęły w przestrzeń salwą znacznie większych pocisków. 

Rojo krzyknął po raz ostatni. 
Potem umilkł. Statek stanął w płomieniach i bezwładnie runął naprzód, mijając 

czwartą planetę. Niszczycielem targnęły wewnętrzne eksplozje, do których dołączyła 
nieustająca kanonada wciąż atakujących skoczków... 

Zupełnie niepotrzebnie. „Eliksir Młodości" był już wrakiem. 
Jacen zablokował cios maczugi i obrócił się w miejscu, by odbić uderzenie z prze-

ciwnej strony. W połowie drogi zatrzymał miecz, by szybkim cięciem przepołowić 
kolejną latającą pluskwę. 

Dokończywszy obrót i blokadę, ruszył do kontrataku. Kręcąc młynka świetlistym 

ostrzem, skłonił przeciwnika do odwrotu. Drugi Yuuzhanin zaatakował z boku, zmu-
szając Jacena do przerwania natarcia. Zresztą chłopak i tak musiał się odwrócić, by 
odparować ciosy dwóch innych przeciwników - wyprowadzili je z niezwykłą synchro-
nizacją; jeden nisko, drugi wysoko. Schylił się instynktownie, schodząc z drogi nadlatu-
jącej pluskwie. Wystawił w górę czubek miecza i rozpłatał pędzące stworzenie. 

Seria błyskawicznych obrotów i cięć pozwoliła Jacenowi odeprzeć niemal jedno-

czesny atak trzech barbarzyńców. 

Była to wspaniała obrona, ale Jedi - choć bardzo się starał - nie był w stanie osią-

gnąć przewagi. Wojownicy zostali świetnie wyszkoleni. Jacen mógłby może pokonać 
każdego z nich w walce jeden na jednego. Przy odrobinie szczęścia powaliłby nawet 
dwóch. 

Ale nie czterech. Na pewno nie czterech. 
Rzucał się jak szalony, wymachując mieczem, ale cały czas jedynie bronił się 

przed ciosami. Wspierała go Moc, lecz i tak atak oznaczał pewną śmierć. Kolejny raz 

Wektor pierwszy 

250

odbił potężne uderzenie pałką, po czym odwrócił się błyskawicznie, spodziewając się 
napaści zza pleców. 

Rzeczywiście, dwaj obcy byli już bardzo blisko i z wysiłkiem parli ku niemu. Do-

piero po chwili spostrzegł, dlaczego z wysiłkiem: ich twarze zakrywały nagie, ludzkie 
dłonie, które próbowały zerwać z nich maski. 

 
Miko Reglia walczył wytrwale, bez skargi przyjmując ciosy i uparcie sięgając rę-

kami w stronę wrażliwych punktów na ciele ooglithów-okrywaczy, które okrywały 
ciała dwóch barbarzyńców. Gdy wreszcie posłuszne stworzenia zaczęły się zwijać, 
wyczerpany Jedi zaparł się o podłoże i resztką sił pociągnął za sobą zaskoczonych wro-
gów, wpadając wraz z nimi w ziejący chłodem wylot podwodnego tunelu. 

Poczuł, jak lodowata woda wysysa z niego życiową energię. W ostatnim akcie 

oporu wobec Yuuzhan, którzy chcieli złamać jego wolę, Miko uparcie czepiał się 
wierzgających i bijących na oślep wojowników, uniemożliwiając im wydostanie się na 
brzeg. Postanowił, że nie umrze wcześniej niż oni. 

 
Jeden z dwóch Yuuzhan, którzy pozostali w lodowej sali, popełnił błąd: rzucił się 

na pomoc wpadającym do wody towarzyszom. 

Jacen nie tracił czasu. Skoczył naprzód, mierząc świetlistą klingą w stronę wytrą-

conego z równowagi przeciwnika. Drugi Yuuzhanin zaatakował niemal w tym samym 
momencie, ale było już za późno: Jedi powalił wroga głębokim pchnięciem w okolice 
serca. 

Miecz gładko wyszedł z ciała, w samą porę, by odtrącić pałkę i odciąć w nadgarst-

ku rękę ostatniego wojownika, nim ten zdążył przyjąć postawę obronną. Jacen wstrzy-
mał ostrze na ułamek sekundy, a potem zakończył walkę tnąc barbarzyńcę przez pierś. 

- Miko! - dopiero teraz do uszu młodego Jedi dotarł krzyk Danni, która pełzła z 

wysiłkiem w kierunku wylotu tunelu. - Miko! 

Jacen rozejrzał się dokoła. 
- Mieli dla niego skafander i maskę - odezwał się po chwili. - Ubieraj się! - polecił, 

i skoczył do wody. 

Danni założyła yuuzhański strój, chwyciła „pochodnię" z porostów, którą przynie-

śli strażnicy, i zanurkowała. Z przerażenia omal nie wyskoczyła z ooglitha-okrywacza, 
gdy nagle tuż przed nią ukazał się Jacen. Ponuro pokręcił głową. Miko Reglia już nie 
żył. 

 
W sterowniach „Sokoła Millenium" i „Miecza Jade" na wszystkich częstotliwo-

ściach rozległy się okrzyki zdumienia i przerażenia. Gdy „Eliksir Młodości" umilkł na 
zawsze, Kyp Durron potężnym głosem zaczął nawoływać do odwrotu. 

- Skaczcie w nadprzestrzeń! - rozkazywał. - Wracamy na Dubrillion! 
- Wykonać! - wtórował mu Luke, nadając na wszystkich kanałach jednocześnie. - 

Natychmiast! 

- Tu „Wesoły Górnik" - odezwał się w komunikatorze głos Jainy. - Wujku Luke'u, 

Jacen wciąż jest na dole! 

background image

R.A. Salvatore 

251

Skywalker skrzywił się -jednak nie na dźwięk jej słów, lecz na widok kolejnej ka-

nonierki klasy Ranger rozpadającej się na kawałki. 

- Będziemy cię osłaniać - odpowiedział. - Ustaw się między „Sokołem" a „Mie-

czem". Sprowadzimy cię na dół. 

Bitwa dogasała na ich oczach. Republikańskie krążowniki, kanonierki i myśliwce 

w pośpiechu oddalały się od lodowego świata,  ścigane przez roje koralowych skocz-
ków. W przeciwnym kierunku pomknęły trzy statki. Dwa z nich, lecące na czele, bezu-
stannie bluzgały ogniem z dział laserowych. Cała formacja zanurkowała w atmosferę 
planety, gęstą od mgły wzbudzonej ciężkim ostrzałem turbolaserów „Eliksiru Młodo-
ści". 

Gdy tylko trzy maszyny znalazły się w polu energetycznym yammoska, ich załogi 

poczuły dziwne mrowienie, które przenikało tarcze, pancerze statków i żywe tkanki. 
Studnie grawitacyjne wywoływały tak silne turbulencje, że nawet Luke i Mara Jade 
Skywalker - bodaj najlepszy duet pilotów w galaktyce - mieli problemy z utrzymaniem 
promu na kursie. Mistrz Jedi pamiętał współrzędne, które sam wprowadził do kompute-
ra nawigacyjnego lodowiertacza, toteż prowadził grupę wprost na miejsce spotkania. 
Jaina próbowała  łamiącym się  głosem tłumaczyć mu, że Jacen zmienił kurs tuż nad 
powierzchnią globu, ale Luke wiedział,  że to nie ma znaczenia. Spróbował nawiązać 
kontakt z siostrzeńcem poprzez Moc i... serce mu zamarło. Nie uzyskał odpowiedzi. Po 
chwili jednak pojął, że pole energetyczne paraliżuje łączność nawet na tak osobistym 
poziomie. Zamknął oczy i sięgnął jeszcze głębiej. Dopiero gdy jego umysł przekroczył 
barierę fizycznie istniejącej energii, usłyszał to, na co czekał. 

Z góry i z dołu nadleciały grupy koralowych skoczków. Kanonada rozgorzała na 

nowo. Trzy maszyny nadal utrzymywały kurs, choć piloci dobrze wiedzieli, że w takich 
warunkach nie wytrzymają zbyt długo. Gdy obniżyli pułap lotu, planeta przemykała 
pod nimi jeszcze szybciej. 

- Wprowadzić współrzędne skoku w nadprzestrzeń! - zawołał kilkakrotnie Luke. 
-... nie zostawię go! - dotarł do niego fragment odpowiedzi Hana. 
Skywalker powtórzył rozkaz głośno i wyraźnie. 
- Skoczymy, gdy tylko Jacen wydostanie się na powierzchnię - wyjaśnił, ale Han, 

krzyczał znowu; nawet nie wysłuchawszy go do końca. 

Z głośników dobiegł wysoki krzyk Jainy. 
- Dostałam! - wyjaśniła natychmiast. 
- Jaino! - zawołała Leia. 
- Wytrzymam - z determinacją odpowiedziała dziewczyna. 
Daleko w przodzie lodowa skorupa planety pękła, a nad otworem błysnął  wąski 

kadłub startującego statku. Zanim Luke, Han, Leia czy Mara zdążyli cokolwiek powie-
dzieć, „Wesoły Górnik" wysunął się na czoło i dosłownie złapał w locie unoszący się 
coraz wyżej lodowiertacz. Zanim ktokolwiek zdążył pogratulować Jainie niewiarygod-
nej precyzji manewru, statek-matka skoczył w nadprzestrzeń. 

W sterowni „Miecza Jade" Mara jaśniała z dumy i z podziwem kręciła głową. 
Tymczasem w sterowni „Sokoła Millenium" zapanowała głucha cisza. Dopiero po 

chwili Han ocknął się i szepnął: 

Wektor pierwszy 

252

- Mała potrafi latać. 
Bliska eksplozja wstrząsnęła kadłubem frachtowca, a zaraz potem kolejna studnia 

grawitacyjna nieomalże  ściągnęła statek na powierzchnię, przypominając załodze,  że 
najwyższy czas opuścić czwartą planetę systemu Helska. 

Nieprzyjacielskie myśliwce zbliżały się ze wszystkich stron, zasypując republikań-

skie maszyny gradem pocisków. Baterie na powierzchni planety nie milkły, a umiesz-
czone pod lodem dovin basale uparcie próbowały chwycić intruzów w grawitacyjne 
kleszcze. Dla czwórki pilotów, a szczególnie dla Hana Solo, nie były to jednak zaska-
kujące nowości. Najpierw „Sokół", zaraz potem „Miecz Jade" wymknęły się pogoni, 
weszły na orbitę i bezpiecznie skoczyły w nadprzestrzeń. 

Wszystkim udało się szczęśliwie uratować, jednak nikt nie zamierzał nazywać 

kończącego się dnia zwycięskim. 

background image

R.A. Salvatore 

253

R O Z D Z I A Ł  

24 

JEDYNE WYJŚCIE 

Gdy tylko „Wesoły Górnik" opuścił rejon bitwy, a Jaina potwierdziła, że „Miecz 

Jade" i „Sokół Millenium" wyszły z akcji bez szwanku, Jacen odetchnął z ulgą. Ścią-
gnął maskę tlenową, starając się nie opluć przy tym przyciśniętej do niego towarzyszki 
podróży, a potem uwolnił ciało z żywego kombinezonu. Mimo dość dramatycznych 
okoliczności był zażenowany, gdy ooglith odsłaniał jego pierś, brzuch, luźną spódnicz-
kę zakrywającą biodra, a potem nogi i stopy. 

Czuł się nagi i miał niepokojącą świadomość faktu, że Danni także, idąc w jego 

ślady, pozbyła się gnullitha i okrywacza. Leżała teraz tuż obok, odziana jedynie w coś 
w rodzaju cieniutkiego poncho. 

Zapominając na chwilę o narastającym w nim napięciu, Jacen zauważył, że jej ra-

mionami wstrząsa bezgłośny szloch. 

- Już po wszystkim - powiedział łagodnie, a potem spojrzał na nią bardzo uważnie 

i.... na moment zaparło mu dech w piersiach. Była bardzo piękna. To prawda, że na 
twarzy miała siniaki, a jasne włosy były matowe i splątane, ale chłopak nie zwracał na 
to uwagi, wpatrując się intensywnie w jej zielone oczy. Odnalazł w nich jednocześnie 
delikatność i wewnętrzną siłę. Sięgając do jej umysłu i duszy pamiętał, że to ona, a nie 
Miko Reglia, wysłała telepatyczne wołanie o pomoc. A przecież nie była rycerzem 
Jedi... 
 

Mogłaby być - zdał sobie sprawę Jacen. - I to wspaniałym. 
Coraz mocniej przeszkadzała mu świadomość,  że niemal nadzy leżą  ściśnięci w 

ciasnym wnętrzu statku-rylca. 

- Jesteś bezpieczna - szepnął. Ostrożnie, starając się nie dotknąć jej ciała, uniósł 

rękę i delikatnie pogładził dziewczynę po policzku. 

- Miko -jęknęła cicho. 
Jacen skinął głową ze zrozumieniem. Domyślał się, jak mocno wstrząsnął nią los 

Mika Reglii i co sama przeszła na lodowej planecie. Ośmielił się przełożyć  dłoń za 
głowę Danni, zanurzając palce w jej gęste włosy, i delikatnie przyciągnąć ją do siebie. 

Wektor pierwszy 

254

Nie opierała się. Wtuliła twarz w silne ramię Jacena i przestała powstrzymywać 

łzy. 

 
Gdy tylko trzy statki wyskoczyły z nadprzestrzeni, spory kawałek drogi od Dubril-

lionu, Luke włączył komunikator. Jaina przekazała połączenie do pojazdu Jacena, a 
Han zamierzał sprząc sygnał zewnętrzny z interkomem „Sokoła", ale zrezygnował, gdy 
zobaczył, że Lando i Anakin właśnie wchodzą do sterowni. 

Zaczęła się dyskusja - analiza tego, co zaszło, i wymiana poglądów na temat wciąż 

nieznanego przeciwnika, który z taką  łatwością rozprawił się z najlepszymi okrętami 
Floty Nowej Republiki. 

Wciąż nieznanego? 
Gdy do rozmowy włączył się nowy głos, zapadła cisza. Danni Quee szczegółowo 

opowiedziała historię inwazji Praetorite Vong -od chwili, gdy pierwszy światostatek 
wdarł się w Odległe Rubieże, poprzez wydarzenia na Belkadanie, aż po bolesne do-
świadczenia niewoli. 

Tylko Luke przerwał raz tę dramatyczną historię, by wyjawić dziewczynie dalsze 

losy stacji ExGal-4 i całej planety. 

Danni z trudem przełknęła ślinę, ale pogodziła się z prawdą i z ponurą determina-

cją, którą wszyscy słyszeli w jej głosie - a Jacen widział w oczach - mówiła dalej. 

Młody Jedi podjął opowieść, gdy doszła do dramatycznej ucieczki i śmierci Mika 

Reglii. Gdy skończył, na dłuższą chwilę zapadła cisza, jeśli nie liczyć cichej konwersa-
cji między Lukiem a Marą, ledwie słyszalnej w głośnikach na pokładzie „Sokoła" i 
„Wesołego Górnika". 

- Może dopuścicie nas do tajemnicy? - spytała Leia. 
- Rozmawiamy o tej istocie, o której wspomniała Danni -odparł Luke. - O yammo-

sku, koordynatorze wojennym - dodał, zniżając znacząco głos. 

- Rzeczywiście, tak go nazwała - rzucił lekceważąco Han, do którego nie dotarła 

powaga, przebijająca z tonu mistrza. 

- To dzięki niemu walczyli tak dobrze - wypalił Anakin. 
- Sądzisz, że ten yammosk jakimś sposobem trzymał ich razem? - spytała Leia. 
- Wiem, że ich działania wydawały się zbyt zsynchronizowane - stwierdził z prze-

konaniem Luke. - Zbyt skoordynowane, a nie było między nimi żadnej wykrywalnej 
lub wyczuwalnej łączności. 

- Yuuzhanie bez przerwy gadali o tym, że jednoczy ich potęga koordynatora wo-

jennego - wtrąciła Danni. 

- Czuliście jego moc, gdy wchodziliśmy w atmosferę - dodał Skywalker. Mara 

przytaknęła mu skinieniem głowy. 

- Oczywiście - potwierdziła księżniczka. 
- Ja nie czułem - odparł Han. - Wiem tylko, że instrumenty trochę wariowały. 
- A ja czułam - dorzuciła Jaina. - Już w sporej odległości od planety. Tuż nad po-

wierzchnią wrażenie było niesamowicie silne, wręcz przytłaczające. 

- Zatem ta istota daje naszym wrogom tak niezwykłą sprawność - rozumowała 

Leia. - Sprawia, że walczą tak, jakby byli jednym ciałem. 

background image

R.A. Salvatore 

255

- Tak jak Jacen, Jaina i ja w pasie asteroid - wtrącił Anakin. 
- Więc musimy ją zniszczyć - podsumował Luke. 
- Bez armii żołnierzy nawet nie uda ci się do niej zbliżyć -stwierdziła Danni bez 

wahania. - A jeśli zdołasz przebić się pod lód, czeka cię walka z setkami yuuzhańskich 
wojowników. 

Prawdę mówiąc, Skywalker właśnie o tym myślał. Gdyby udało mu się powrócić 

„rylcem" na czwartą planetę i w jakiś sposób dotrzeć do wielkiego yammoska... 

- A potem powstrzymałby cię sam koordynator – dorzuciła Danni. - Jest ogromny, 

a energia, którą wyczuliście nad powierzchnią, to nic w porównaniu z tym, co się dzieje 
w pobliżu yammoska. 

- Wujek Luke jest Jedi - odezwał się lekko oburzony Anakin. 
- Podobnie jak Miko Reglia - odparowała dziewczyna. - A mimo to yammosk 

złamał jego wolę; i to nie raz. 

- Jest mistrzem Jedi - rzucił wyzywająco Anakin. Luke postanowił rozładować sy-

tuację, zmieniając temat. 

- Czy możemy  ściągnąć tu wystarczającą siłę ognia, by roznieść całą planetę? - 

spytał. Wahanie w jego głosie wiernie odbijało wątpliwości, które nim targały. Ile stat-
ków potrzeba do wykonania takiego zadania? Ile z nich zostałoby zniszczonych, nim 
udałoby się unicestwić lodowy świat? 

- Musielibyśmy mieć tu pół Floty - ocenił Han. 
- Albo i więcej - dodała ponuro Leia. - Nie wyrządziliśmy im dzisiaj poważniej-

szych szkód. A co będzie z obroną Światów Środka, jeśli sprowadzimy tu Flotę i prze-
gramy? 

- Praetorite Vong przejdą przez całą galaktykę, podbijając jedną planetę po drugiej 

- odpowiedziała Danni. Jako że była jedynym ekspertem w sprawach dotyczących na-
jeźdźców, jej słowa zabrzmiały wyjątkowo złowieszczo. 

- Jak inaczej możemy pokonać yammoska? - zapytał poważnie Luke. - Co da się 

zrobić tu i teraz? 

- Mam trochę ładunków termicznych, które mogłyby skruszyć pokrywę lodową - 

zaproponował Lando. 

- O ile zdołamy dostarczyć je na miejsce, unikając studni grawitacyjnych - mruk-

nął Han. 

- Niewiele to by dało - rzuciła sceptycznie Danni. - Yammosk znajduje się na du-

żej głębokości, tam gdzie woda jest cieplejsza dzięki aktywności wulkanów. 

- Szkoda, że nie możemy ich wyłączyć i po prostu zamrozić drania - dodał Jacen. 
Znowu zapadło milczenie. Luke chciał zapytać Danni i jej wybawcę, czy efekt 

salw z turbolaserów „Eliksiru Młodości" dawał się odczuć pod powierzchnią lodu, ale 
uprzedził go wyjątkowo ożywiony Anakin. 

- Możemy - stwierdził chłopak. Ojciec spojrzał na niego z pytającym „hę?", więc 

dorzucił: - możemy wyłączyć wulkany. A przynajmniej zamrozić wodę wokół nich. 

- Niby jak mielibyśmy to zrobić? - spytał Han. - Planeta już jest straszliwie zimna. 
- Straszliwie - podchwycił chytrze Anakin - ale mogłaby być jeszcze zimniejsza. 
- Zero absolutne? - zainteresował się Luke. - Jak chciałbyś je osiągnąć? 

Wektor pierwszy 

256

- Przez parowanie - odparł chłopak. 
- Hę? - powtórzył Han. 
- Nie ma szybszego sposobu na wyssanie skądś energii -przytaknął Jacen, przy-

pominając sobie lekcje fizyki, na które wraz z rodzeństwem uczęszczał w Akademii 
Jedi. 

- Jeśli przyspieszymy parowanie powierzchni planety, schłodzimy ją- stwierdził 

Anakin. 

- Potrzebujemy tylko sporej dawki energii - wyjaśniła Jaina. - Kałuże też wysycha-

ją dzięki energii słonecznej. 

Han parsknął niecierpliwie. 
- Gdybyśmy mieli pod ręką tak potężne źródło mocy, moglibyśmy po prostu roz-

walić cały glob. 

- Chyba, że zwrócimy energię yammoska przeciwko planecie - odezwała się znie-

nacka Danni. Han, co było do przewidzenia, zareagował kolejnym „hę?", zaś pozostali 
umilkli, rozważając logiczne aspekty tej koncepcji. 

- Lando? - zawołał po chwili Luke. 
- Dlaczego akurat ja? 
- Na Nkllonie zajmowałeś się problemem odbijania energii -przypomniał Skywal-

ker. Szelmowska nuta w jego głosie zdradzała, że być może jest o krok od rozwiązania 
problemu. 

- Mówisz o energii słonecznej? - upewnił się Calrissian. - Raczej ukrywaliśmy się 

przed nią niż  ją odbijaliśmy. Trzeba było latać pod parasolami ochronnymi statków-
tarcz, a poza tym... - Lando urwał i zebrani ujrzeli, jak na jego twarzy pojawia się sze-
roki uśmiech. 

- Statki-tarcze - powtórzył spokojnie. 
- Zdawało mi się, że wszystkie uległy zniszczeniu - wtrąciła Danni, która słyszała 

o nich, ale nie widziała żadnego na orbicie Destrillionu. 

- Musiałem zbudować kilka nowych - odparł Lando. Luke wyobrażał sobie jego 

cwaniacki uśmieszek. - Szkoda byłoby zmarnować taką technologię. 

- Sprowadź je tak szybko, jak się da - polecił Skywalker. -Po ostrzale z „Eliksiru 

Młodości" planeta jest otoczona mgłą. Jeśli zjawimy się tam zaraz po klęsce, mamy 
szansę zaskoczyć nieprzyjaciela; może większość myśliwców będzie rozproszona po 
sektorze w poszukiwaniu resztek naszej floty. 

- Trzeba też wezwać Kypa, jego eskadrę i całą resztę maszyn - dodał po chwili. - 

Statkom-tarczom przyda się ochrona. 

- Już próbuję ich łapać - odezwał się Lando. 
Gdy wylądowali, załoga „Wesołego Górnika" mogła wreszcie opuścić pokład. Ja-

cen zajął miejsce Landa w dolnej wieżyczce „Sokoła", a Danni i Jaina dołączyły do 
Mary w sterowni „Miecza Jade". Luke przeszedł tymczasem do ładowni promu, by 
przygotować swego X-skrzydłowca do walki. 

Minęło sporo czasu, nim niezgrabne statki-tarcze przybyły z doków Destrillionu 

na miejsce. Formacja myśliwska, która miała je osłaniać, okazała się znacznie skrom-
niejsza niż Luke się spodziewał. Kyp Durron i jego nowi podkomendni nie zawiedli, za 

background image

R.A. Salvatore 

257
to dowódcy ocalałych kanonierek zrezygnowali z walki i postanowili czekać na posiłki 
z Floty Nowej Republiki. 

Skywalker wiedział, że to zły plan. Biorąc pod uwagę rozmiary klęski w systemie 

Helska, zgranie nieprzyjacielskich oddziałów oraz potęgę pola chroniącego planetę, 
rozumiał, że Nowa Republika nigdy nie zbierze armady, która mogłaby wygrać walną 
bitwę. Poza tym ci, którzy postanowili pozostać na orbicie Destrillionu, mogli się spo-
dziewać znacznie cięższej przeprawy z krążącymi po okolicy Yuuzhanami, niż nielicz-
ny oddział śmiałków wyruszających z Lukiem, mający zaskoczyć wroga. 

Mimo wszystko mistrz brał pod uwagę ewentualność wycofania się na Dubrillion, 

zorganizowania obrony i biernego oczekiwania na pojawienie się republikańskich krą-
żowników i niszczycieli. Jeśli jednak okręty liniowe przybędę w niewielkich grupkach, 
Yuuzhanie mogą wykorzystać szansę i zniszczyć je jeden po drugim. Dużo lepszy był-
by kontratak całą Flotą, lub przynajmniej tak dużą jej częścią, jaką dysponowała w tej 
chwili rada. Luke wiedział jednak, że sparaliżowana biurokracją i służąca wyłącznie 
sobie samej rada raczej nie podejmie rozsądnej decyzji. 

Mimo tych wątpliwości Skywalker był przekonany, że należy działać, i to jak naj-

szybciej. Obcy najwyraźniej spodziewali się pierwszego ataku. Tym razem warunkiem 
powodzenia planu miał być element zaskoczenia. 

 
Flotylla wyszła z nadprzestrzeni w niebezpiecznie ciasnym szyku, nieomalże na 

orbicie czwartej planety. Formacja była tak ścisła,  że jedyny lekki krążownik, który 
dołączył do atakujących, oraz jeden z myśliwców rozbiły się na powierzchni lodowego 
globu, zaś para X-skrzydłowców zahaczyła skrzydłami i eksplodowała, strącając przy 
okazji jeszcze jedną maszynę. 

Luke, który wydał rozkaz wykonania tak ryzykownego skoku, mógł jedynie 

skrzywić się na widok poniesionych strat. Należało się liczyć z podobnymi wypadkami, 
jeśli plan miał mieć choćby cień szansy na powodzenie. 

Nim Yuuzhanie zorientowali się,  że ktoś ich atakuje, republikańskie jednostki - 

między nimi sześć potężnych, parasolowa-tych statków-tarcz - zaczęły zajmować pozy-
cje wyjściowe, schodząc na coraz niższą orbitę. 

Początkowo piloci statków-tarcz meldowali o niskim poziomie energii, potem jed-

nak - nagle, jakby koordynator po prostu wcisnął jakiś guzik - aż krzyknęli z zaskocze-
nia, gdy odczyty poziomu energii, pochłanianej przez przypominające plastry miodu 
kadłuby ich pojazdów, gwałtownie wzrosły. Yammosk zdał sobie sprawę z zagrożenia. 

W przestrzeń uniosła się chmara koralowych skoczków. Było ich jednak znacznie 

mniej niż poprzednim razem - nadzieje Luke^ okazały się więc uzasadnione: większość 
żywych myśliwców udała się na łowy. 

- Osłaniać statki-tarcze! - zawołał Skywalker na wszystkich częstotliwościach. - 

Musimy dać im czas. - Wolał nie mówić pilotom, że ani on sam, ani Anakin, który 
wymyślił całe przedsięwzięcie, ani nawet naukowcy Landa, nie mieli pojęcia, ile czasu 
potrzeba na wykonanie zadania. 

Jego X-skrzydłowiec poprowadził „Sokoła" i „Miecz Jade" na pozycje wokół jed-

nego z dziwacznych statków, które odbijały energię w kierunku lodowej skorupy 

Wektor pierwszy 

258

czwartej planety. Pozostałe myśliwce również zajęły swoje miejsca - niektóre ustawiły 
się w szyku obronnym, inne zaś przyjęły rolę przynęty: dopuszczały pojazdy wroga na 
krótki dystans, a potem zaczynały uciekać, odciągając je od statków-tarcz. 

Luke również postanowił  użyć tej taktyki, tyle że na większą skalę. Gdy tylko 

frachtowiec i prom dotarły na miejsca, zanurzył się w atmosferę planety. Jego X-
skrzydłowiec, targany turbulencjami i przebijający się z trudem przez pole energetycz-
ne, miał odciągnąć dużą grupę myśliwców, symulując atak na samo serce nieprzyjaciel-
skiej bazy. 

 
Prefekt Da'Gara połączył się z yammoskiem, gdy tylko usłyszał o drugim ataku. 

Początkowo obawiał się,  że pierwsze uderzenie było jedynie podstępem, teraz zaś - 
wbrew doniesieniom wywiadu o braku znaczących formacji Floty Nowej Republiki w 
tym sektorze - Yuuzhanom przyjdzie zmierzyć się ze znacznie potężniejszymi siłami. 

Kiedy jednak koordynator przekazał mu informacje na temat zaskakująco nielicz-

nej flotylli, która pojawiła się nad lodowym globem - a jedyną nowością w jej składzie 
były gigantyczne statki-tarcze, uznane przez jednostki atakujące Destrillion za pozba-
wione wartości bojowej - Da'Gara nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. 

Po co wracali? 
Jedyną logiczną odpowiedzią było powiązanie akcji militarnej z ucieczką więźnia, 

Danni Quee. Ekspedycja ratunkowa? A więc kobieta nadal przebywała na planecie? 

Czyżby cały ten atak stanowił jedynie przykrywkę dla poczynań zbiega? 
W takim razie po co sprowadzono statki-tarcze? 
Yammosk miał własną teorię: wróg próbował zapewne zniwelować pole energe-

tyczne wokół planety, użyć jego mocy do rozproszenia studni grawitacyjnych, tworzo-
nych przez dovin basale, lub zakłócić działanie systemów celowniczych dział rozloko-
wanych na powierzchni. Koordynator wojenny nie martwił się tym zbytnio. Mimo bli-
skości wielkich, parasolowatych pojazdów oraz faktu, iż rzeczywiście udawało im się 
kierować strumienie energii z powrotem ku planecie, nadal bez kłopotu kontrolował 
świadomość koralowych statków, a zatem - mógł prowadzić bitwę. 

Pewność siebie koordynatora udzieliła się prefektowi Da'Garze. Na wszelki wypa-

dek yammosk nakazał jednak powrót do bazy znajdującym się względnie blisko eska-
drom skoczków, które działały na własną rękę w całym sektorze. 

Tak czy owak, według szacunków koordynatora, nawet bez ich pomocy nieprzyja-

cielska flota miała zostać wkrótce odparta lub kompletnie zniszczona. Największym 
niebezpieczeństwem wydawała się więc perspektywa udanej ucieczki Danni Quee. 
Prefekt Da'Gara byłby doprawdy niepocieszony, bowiem kobieta pociągała go coraz 
mocniej i szczerze pragnął poznać ją nieco bliżej. 

Ta sprawa nie miała jednak wielkiego znaczenia. Zdesperowany przeciwnik, naj-

wyraźniej nie chcąc przyznać się do kompletnej klęski w poprzednim starciu, powrócił. 
Tym razem wynik bitwy wydawał się być jeszcze pewniejszy. 

Dlatego też, gdy tylko pojawiły się raporty o samotnym myśliwcu typu X, który 

zanurkował w atmosferę planety i mknął teraz tuż nad jej powierzchnią, Da'Gara skie-
rował do jego przechwycenia znaczną liczbę skoczków. Wydał także rozkaz, by staran-

background image

R.A. Salvatore 

259
nie przeszukano lodowe pustkowie, na którym zapewne ukryła się oczekująca ratunku 
uciekinierka. 

Prefekt miał nadzieję, że i tym razem zwycięży, a przy okazji - zatrzyma Danni. 
 
Sensory zamontowane w kadłubie maszyny, podobnie jak wewnętrzne czujniki 

R2-D2, sygnalizowały nieznaczny, ale zauważalny spadek temperatury otoczenia. Po-
wietrze zdawało się drżeć od nadmiaru energii, którą emitował yammosk i odbijały 
statki-tarcze. Nad równomiernie ogrzewanymi, białymi równinami coraz szybciej uno-
siła się mgła, która - ku radości Luke'a -błyskawicznie się rozpraszała, przyspieszając 
proces parowania. 

Mleczny opar, który spowijał planetę, służył też Luke'owi jako zasłona dymna. 

Mimo swych niezwykłych umiejętności Skywalker przeżywał ciężkie chwile, atakowa-
ny ze wszystkich stron przez rój koralowych stateczków, działających w niewiarygod-
nie skoordynowany sposób. 

Prawie nie używał dział laserowych i torped. Taktyka, którą wybrał, polegała na 

unikach, toteż dokonywał zaiste ekwilibrystycznych sztuk, nurkując, wznosząc się 
gwałtownie i wywijając ciasne pętle w tumanach mgły. Większość instrumentów nawi-
gacyjnych stała się w polu energetycznym zupełnie bezużyteczna. Leciał więc polega-
jąc tylko na własnych oczach, instynkcie oraz Mocy -jedynym narzędziu, którego pracy 
yammosk nie był w stanie do końca zakłócić. 

Sunąc w gęstym obłoku pary, nawet w kabinie czując opadającą na zewnątrz tem-

peraturę i nasłuchując chaotycznych pisków i gwizdów R2-D2, Luke skręcił gwałtow-
nie w prawo, cudem unikając kolizji z nadlatującym z przeciwka skoczkiem, a potem, 
w połowie zwrotu, zanurkował pionowo w dół. 

Mknął wprost na spotkanie z twardą, lodową czapą, która za chwilę mogła zrobić z 

niego miazgę. Z całej siły pociągnął stery, próbując przejść w ciasną pętlę, w nadziei, 
że uda mu się wyrównać lot, nim z największą prędkością uderzy w powierzchnię pla-
nety. 
 

 
Jaina poczuła gwałtowny przypływ adrenaliny, gdy „Miecz Jade" wpadł w chmarę 

koralowych myśliwców. Siedziała za sterami, podczas gdy Mara zajęła się obsługą 
dział, a Danni Quee starała się pomagać, gdzie tylko mogła. 

Chcąc skoordynować ruchy promu z działaniami swej eskorty, czyli „Sokoła Mil-

lenium", prowadzonego pewną ręką Hana, Jaina musiała używać raczej konwencjonal-
nych metod pilotażu -nie Mocy. Jej ojciec był wybitnym pilotem, ale do tej pory nie 
wiedziała, jak bardzo wybitnym. „Miecz Jade" sunął tuż za koreliańskim frachtowcem. 
Jaina odnosiła wrażenie,  że każdy, najdrobniejszy nawet manewr Hana ma na celu 
ustawienie statku tak, by Jacen lub Anakin mogli roznieść kolejny myśliwiec wroga. 

A jednak, mimo talentu i umiejętności pilota, „Sokół" nie miał szans w walce z 

szarżującymi skoczkami. Jeśli chciał umknąć nieprzyjacielskim pojazdom, odciągając 
je tym samym od statków-tarcz, Solo musiał teraz polegać na chyżości swej maszyny - 
i wierzyć, że Jaina, prowadząca jeszcze szybszy prom Mary, dotrzyma mu kroku. 

Wektor pierwszy 

260

Obserwując niezgrabnego olbrzyma, którego przyszło jej chronić, oraz pozostałe 

siostrzane jednostki, doszła do wniosku, że obrona przebiega zadziwiająco gładko, 
jakby wróg nie dostrzegał potencjalnego niebezpieczeństwa. Mimo to naszły ją wątpli-
wości. Czy plan w ogóle ma szanse powodzenia? Czy poziom energii okaże się wystar-
czająco wysoki? Czy parowanie będzie dość szybkie? Czy uda się schłodzić wodę, 
którą podgrzewają wulkany? 

Nie miała zbyt wiele czasu na rozmyślania - „Sokół" odskoczył w bok, zostawia-

jąc „Miecz Jade" osamotniony. Teraz Jaina musiała pokazać klasę. Z zapałem wzięła 
się do roboty, wycinając szybką beczkę i wychodząc z niej prostopadle do kursu jedne-
go ze skoczków. Działa, prowadzone ręką Mary, zaśpiewały, roznosząc bryłę koralu na 
kawałki. 

Jaina skręciła o trzydzieści stopni, przelatując przez chmurę szczątków, i ruszyła 

wprost na kolejny cel. Tym razem przeciwnik zdążył kilka razy wystrzelić. Tarcze 
„Miecza Jade" zniosły cios, a salwa z dział laserowych zakończyła kontakt bojowy. 

Kolejny zwrot i jeszcze jeden strzał. Lot nurkowy, świeca i znowu strzał. 
Następna ciasna pętla wyprowadziła prom burtą do nieprzyjacielskiego myśliwca 

i.... 

Nic. 
Pole ochronne wytrzymało kilka trafień, a potem „Miecz Jade" odbił w bok. Leciał 

teraz równolegle do „Sokoła Millenium", który właśnie wyłonił się zza statku-tarczy. 

- Czemu go nie zdjęłaś? - spytała Jaina. Nie słysząc odpowiedzi, spojrzała w bok. 
Mara leżała bezwładnie, z głową zwieszoną na ramię. 
Jaina zdrętwiała. Krzycząc: „Ciociu Maro!" pochyliła się nad kobietą. Sytuacja by-

ła jednak zbyt groźna, by pozwalać sobie na takie chwile nieuwagi. 

Prom trząsł się od kolejnych trafień. Nim Jaina znowu chwyciła za stery, tarcze 

niemal przestały działać, jeden z silników głównych zadławił się, a burtowy zestaw 
dysz manewrowych w ogóle odmówił posłuszeństwa. 

Planeta zbliżała się coraz szybciej. 
Jaina walczyła ze wszystkich sił, by zapanować nad statkiem. Danni wpadła do 

sterowni, pytając, czy może pomóc. 

„Miecz Jade" wpadł w niekontrolowany korkociąg. 
Luke ściągnął stery ku sobie i krzyknął do R2-D2, prosząc o pomoc. Odpowiedź 

robota była dziwnie powolna i zupełnie niezrozumiała. Znajdując się poza kabiną, robot 
astromechaniczny zaczął po prostu zamarzać. 

Skywalker zamknął oczy. Nadal mocował się ze sterami, ale spodziewał się, że la-

da moment maszyna uderzy w lód. 

Dziób myśliwca bardzo powoli powracał do poziomu. X-skrzydłowiec wyszedł 

wreszcie z lotu nurkowego, nieomalże musnąwszy powierzchnię planety. Widząc twar-
dą powierzchnię lodu ledwie kilka stóp pod brzuchem statku, Luke nie mógł jeszcze 
odetchnąć z ulgą. 

Odpalił repulsory, by zyskać nieco na wysokości, a potem skierował dziób maszy-

ny lekko ku górze, nad warstwę mgły i wprost w rój koralowych skoczków. I tym ra-

background image

R.A. Salvatore 

261
zem nie myślał o użyciu lasera. Koncentrując się na unikach i zwrotach, z trudem od-
najdywał drogę w gąszczu nieprzyjaciół. 

Czuł, że temperatura otoczenia obniża się coraz szybciej, choć - bez przyrządów - 

nie był w stanie zmierzyć rzeczywistego tempa zmiany ani określić dolnej granicy 
spadku, ani nawet przewidzieć jego skutków. 

Mógł mieć jedynie nadzieję. 
I wtedy serce przestało mu bić: zobaczył wirujący bezwładnie „Miecz Jade", który 

przekraczał właśnie granicę atmosfery. 

 
Han i Leia wyprowadzili bluzgającego ogniem ze wszystkich dział „Sokoła" zza 

rozległego kadłuba statku-tarczy, nurkując pod zewnętrzną stronę jego parasola, która 
rozjarzyła się od odbitej energii. 

Zanim zdążyli skomentować stan poszycia ogromnej maszyny, ich uwagę przykuł 

inny widok: zdrętwiali z przerażenia patrzyli, jak „Miecz Jade" pędzi na spotkanie 
spowitego mgłą globu. 

Nie mogli zrobić absolutnie nic, by uratować Marę, Danni i własną córkę. 
 
X-skrzydłowiec Luke'a prawie z maksymalną prędkością gnał kursem przechwytu-

jącym w stronę spadającego statku. Skywalker widział, że prom jeszcze walczy - ciąg 
jednego z silników zmieniał się gwałtownie, jakby pilot próbował wyrwać maszynę z 
niekontrolowanego korkociągu - a to oznaczało, że ktoś na pokładzie przeżył i siedzi za 
sterami. 

Wiedział jednak, że ktokolwiek to jest, jego wysiłki są skazane na niepowodzenie. 

Moc jednego silnika jonowego nie mogła wystarczyć, by uratować maszynę od kata-
strofy. 

Chyba że.... 
Luke przyspieszył jeszcze bardziej, korygując kurs tak, by znaleźć się poniżej spa-

dającego statku. W ostatniej chwili odwrócił myśliwiec brzuchem do góry i, przecho-
dząc pod lecącym bezwładnie „Mieczem Jade" ułamek sekundy przed kolizją, odpalił z 
pełną mocą wszystkie repulsory, posyłając w stronę promu potężny impuls antygrawi-
tacyjny. 

Odwróciwszy maszynę do normalnej pozycji uszczęśliwiony zauważył, że „Miecz 

Jade" wspina się na coraz wyższy pułap, oddalając się szybko od lodowej kuli. Śmiały 
manewr kosztował jednak myśliwiec utratę wysokości - X-skrzydłowiec z ogromną 
prędkością mknął ku powierzchni. Skywalker był mimo wszystko pewien, że uda mu 
się wyrównać lot, lecz nagle sytuacja przestała wyglądać optymistycznie: atmosfera 
czwartej planety zaczęła się zmieniać. 

Mgła ustępowała, po części parując, a po części koagulując w kryształy lodu, wi-

szące w powietrzu niczym zaporowy ogień artylerii przeciwlotniczej. Skrzydła maszy-
ny przecięły kilka długich sopli, reszta zaś kurczyła się gwałtownie, dosłownie znikając 
w oczach. 

Reakcja osiągnęła punkt krytyczny. Parowanie przebiegało teraz samoistnie, i to z 

zatrważającą prędkością. 

Wektor pierwszy 

262

 
Coraz więcej koralowych skoczków dołączało do bitwy. Niektóre startowały z ba-

zy, inne zaś powracały z przestrzeni na wezwanie yammoska. Ulga, którą Han, Leia i 
Lando poczuli na widok oddalającego się od planety „Miecza Jade", ustąpiła miejsca 
niepokojowi, gdy jeden z gigantycznych statków-tarcz eksplodował. 

Na wszystkich kanałach krzyżowały się nawoływania pilotów myśliwców eskortu-

jących, którzy prosili o wsparcie i meldowali o zaniku pól ochronnych. 

W kolejnej oślepiającej eksplozji, doskonale widocznej ze sterowni „Sokoła", 

zniknął jeden krążownik, a zaraz potem w nieco mniejszą kulę ognia zmienił się repu-
blikański myśliwiec. 

- Dlaczego to tak długo trwa? - warknął Han, wyładowując zdenerwowanie na 

Calrissianie. 

Lando bezradnie uniósł ręce. 
- Sam nie wiem, co właściwie chcemy osiągnąć - odparł spokojnie. 
- Threepio, może ty znasz odpowiedź... - zaczęła Leia i w połowie zdania wrzasnę-

ła dziko. Han zawtórował jej okrzykiem „W lewo!", bowiem tuż przed dziobem frach-
towca wyrosła znienacka cała formacja skoczków. 

Działa górnej wieżyczki zagrzmiały w odpowiedzi, po chwili także Jacen zaliczył 

dwa trafienia. Wrogich pojazdów było jednak zbyt wiele, wymieniały się pozycjami z 
tak fenomenalnym zgraniem, że strzelcy „Sokoła" mieli małe szanse na oddanie pew-
nego strzału. 

Han skrzywił się, kiedy statek podskoczył od kolejnego trafienia. 
- No, dalej! - warknął pochylając się nad konsoletą, gdy pole ochronne frachtowca 

znikło na moment, a światło w sterowni przygasło. 

Kolejny statek-tarcza, tym razem ukryty po przeciwnej stronie globu, przestał ist-

nieć. 

- Powinniśmy przerwać akcję - stwierdził Lando. 
- Nie możemy - rzuciła ostro Leia. - To jedyna szansa. 
Trzeci statek-tarcza rozpadł się na części. W tym momencie wydawało się już, że 

szansa zmniejsza się z każdą sekundą... 

I wtedy para skoczków, nadlatujących z przeciwnych stron tuż przed dziobem 

„Sokoła", zderzyła się i zniknęła w potężnej eksplozji. 

- Ładny strzał - skomentował Solo. 
- Ale nie mój - odpowiedział Anakin. 
- Mój też nie - dorzucił Jacen. 
Han i Leia spojrzeli na siebie, a potem na Landa. 
Kolejna para koralowych stateczków przemknęła tuż obok, wirując w szaleńczym 

tempie. Anakin zestrzelił błyskawicznie trzy myśliwce z rzędu, a Jacen rozprawił się z 
jeszcze jednym. 

Sądząc po okrzykach dobiegających z komunikatora, wszyscy piloci nagle zaczęli 

odnosić sukcesy. 

- To działa - odetchnęła z ulgą Leia. 

background image

R.A. Salvatore 

263

- Nadal mają przewagę liczebną - przypomniał Han. Jakby na potwierdzenie jego 

słów, czwarty statek-tarcza rozpadł się na miliony kawałeczków. 

„Sokół Millenium" skręcił gwałtownie ku górze i z największą prędkością, strzela-

jąc nieprzerwanie z dział, przeleciał przez rój skoczków. 

- Zawracaj! - krzyknął Anakin. - Możemy załatwić je wszystkie, zanim dobiorą się 

do statku-tarczy! 

Nikt go nie słuchał. Nawet Jacen wstrzymał ogień, wpatrując się wraz z pozosta-

łymi w lodową planetę. 

Mgła uniosła się, odsłaniając lodową powierzchnię globu. Po kilku sekundach w 

atmosferze nie było ani śladu pary. 

Han i Leia wreszcie odetchnęli, gdy znajomy kształt „Miecza Jade" pojawił się u 

boku „Sokoła". Nim jednak zdążyli odezwać się do Jainy, obraz planety nagle zamazał 
się, jakby patrzyli na nią przez szklaną kulę. 

- Fala Mezzicanleya! - zawołał Anakin. - Czwarty stan materii! Woda we wnętrzu 

musi teraz zamarzać! 

- To dlatego ich ataki stały się nieskładne! - dodał Jacen. -Zamroziliśmy koordyna-

tora! 

Rzeczywiście, w ogólnym zamęcie wiele skoczków zawracało w stronę planety, 

zapewne z zamiarem obrony bazy. Rotacja globu stawała się coraz powolniejsza. 

- Nie do wiary - mruknął Solo. 
- To już nie potrwa długo - wyjaśnił Jacen. - Źródło energii zniknęło, więc i paro-

wanie się zatrzyma. 

- A co się stanie, jeśli planeta znowu przyśpieszy? - spytał ponuro Han. 
- Biorąc pod uwagę rozszerzalność zamarzającej wody.... -zaczął Jacen, ale jego 

ojciec, jak zwykle pełen najgorszych przeczuć, nie słuchał dalej. 

- Luke'u - szepnęła Leia. 
- Wynosimy się stąd! - ryknął Solo, włączając jednocześnie wszystkie kanały ko-

munikatora. - Odwrót! - Mimo rozpaczliwych krzyków Leii, przerażonej losem brata, 
Han odwrócił „Sokoła" rufą do czwartej planety - która właśnie zaczynała nabierać 
rotacji - po czym pchnął manetkę akceleratora do końca, odczekawszy jedynie, aż wy-
przedzi go „Miecz Jade". 

W tym momencie zrozumiał. Zachowywał się w tej chwili tak samo, jak Anakin, 

który zostawił Chewiego na Sernpidalu. Niewiele brakowało, a zawróciłby frachtowiec 
w desperackiej próbie odszukania Luke'a. 

Niewiele brakowało. 
A jednak tego nie zrobił. Gdyby był sam, nie wahałby się ani chwili. Ale teraz cią-

żyła na nim odpowiedzialność za życie innych. 

Podobnie, jak przedtem na Anakinie. 
Resztki floty w pośpiechu opuszczały rejon bitwy. Piloci statków-tarcz odłączali i 

pozostawiali na orbicie czasze gigantycznych parasoli, salwując się ucieczką w sterow-
niach połączonych z modułami napędowymi. 

Potężne wstrząsy targały lodowym światem. Na powierzchni ukazała się rozpadli-

na, która z naddźwiękową prędkością rozszerzała się w kierunku biegunów. 

Wektor pierwszy 

264

A potem planeta rozleciała się na miliardy kryształów lodu, które pomknęły w 

przestrzeń z ogromną szybkością, wirując i błyszcząc wszystkimi kolorami tęczy w 
promieniach gwiazdy Helska. 

Z połyskującej chmury wyłonił się pojedynczy, czarny punkcik, ślizgający się po 

grzbiecie niszczycielskiej fali uderzeniowej, rozpędzony X-skrzydłowiec. 

background image

R.A. Salvatore 

265

R O Z D Z I A Ł  

25 

PRZYPADKOWY SPLOT ZDARZEŃ 

- Wyduś to wreszcie! - usłyszał Luke, zbliżając się do pokoju, którego użyczył mu 

Lando na Dubrillionie. Gdy wyszedł zza zakrętu korytarza, zauważył dwa automaty. C-
3PO właśnie tłukł R2-D2 w srebrzystą kopułkę. 

Astromechaniczny robot odpowiedział czymś, co miało brzmieć jak przeciągłe 

„uuuuu", ale wyszło bardziej jak „uu... uu... uu... ii." 

- Jest okropnie uparty, panie Luke'u - poskarżył się C-3PO, zamierzając się do ko-

lejnego uderzenia. Jedi, z trudem tłumiąc uśmiech, chwycił go za rękę. 

- Zdaje się, że Artoo jeszcze nie doszedł do siebie po tej przeprawie na lodowej 

planecie - wyjaśnił spokojnie. 

- Biiuu... ii... uu - przytaknął R2-D2. 
- A może po prostu ma czkawkę? - dodał Luke, puszczając oko do Threepia, po 

czym ruszył w stronę pokoju. Walka z rozproszonymi siłami yuuzhańskimi przebiegała 
dość gładko. Wiele koralowych statków uległo zniszczeniu podczas eksplozji planety. 
Ich piloci, którzy sądzili, że spieszą na pomoc bazie, zginęli bezsensowną i niepotrzeb-
ną śmiercią. Co ważniejsze, koordynator wojenny, którego moc była siłą nieprzyjaciel-
skich wojsk, przestał istnieć. Rozrzucone po całym sektorze grupki myśliwców nie 
stanowiły już zagrożenia. Kyp Durron i inni weterani bitwy w systemie Helska, 
wzmocnieni posiłkami z Floty Nowej Republiki, wyruszyli na łowy. 

Wiadomo przynajmniej, że zadanie wymiecenia resztek Praetorite Vong trafiło się 

właściwym ludziom - pomyślał Luke, wchodząc do pokoju. Nie zastał w nim Mary i 
przez chwilę walczył z pokusą odszukania żony. Nie wróciła jeszcze do formy po wy-
darzeniach ostatnich tygodni, a szczególnie po kryzysie, który przeżyła podczas finało-
wej bitwy. Luke wiedział, że choroba zaczyna pomału wygrywać, jednakże Mara nadal 
uważała swą wewnętrzną walkę za prywatną sprawę. Bezsilność wobec nieznanej in-
fekcji, która niszczyła ciało ukochanej kobiety, przejmowała Skywalkera głębokim 
bólem. 

Luke wybiegł myślą dalej. Nie mógł pomóc w osobistej walce - czy był równie 

bezradny wobec spraw ważnych dla całej galaktyki? Ścisnął w dłoni fiolkę z żukiem 

Wektor pierwszy 

266

znalezionym na Belka-danie, jednym z miliardów owadów, które doprowadziły do 
molekularnej transformacji ekosystemu planety. Mara czuła, że jakaś siła ciągnie ją ku 
temu stworzeniu, jakby jej choroba miała z nim coś wspólnego. Luke zdawał sobie 
sprawę, że to wrażenie może być z gruntu fałszywe. Kto wie, czy nie było podświado-
mą reakcją na to, że właśnie w nieprzyjaznym klimacie Belkadanu nasiliły się objawy 
tajemniczej choroby. Z drugiej strony, istniała i taka możliwość,  że te dwie sprawy 
mają ze sobą ścisły związek. Czy można uznać za przypadkowy fakt, iż choroba zaata-
kowała Marę i kilkanaście innych osób akurat w przededniu międzygalaktycznej inwa-
zji? A jeśli pojawienie się dziwnej infekcji było mimowolnym - a może i celowym - 
skutkiem działań Yuuzhan? 

Luke nie znał odpowiedzi na te pytania, ale zamierzał zrobić wszystko, by je zna-

leźć. Jeśli istniał jakiś sposób na ulżenie cierpieniom ukochanej żony - musiał spróbo-
wać. 

Postanowiwszy to, spuścił głowę i przymknął oczy. Miał do wykonania mnóstwo 

zadań. Jednym z ważniejszych było wskrzeszenie Rady Jedi. Musiał działać jednocze-
śnie jako mąż stanu, dyplomata, wojownik, naukowiec i... mąż. Mara zastanawiała się 
poważnie nad wyprawą w jakieś dzikie, przepełnione Mocą miejsce, na przykład na 
Dagobah, gdzie mogłaby osiągnąć jeszcze głębszy poziom medytacji i lepiej zrozumieć 
procesy, które zachodziły w jej słabnącym ciele. Luke, rzecz jasna, chciał, by polecieli 
razem, ale grzecznie - acz stanowczo - odmówiła. 

Ta walka należała wyłącznie do niej. 
Z piersi Skywalkera wyrwało się głębokie, bezradne westchnienie. 
 
W jednym z pokojów w głębi korytarza Leia Solo pakowała swoje rzeczy. Na nią 

także czekały poważne zadania. Miała okazję przekonać się osobiście, co potrafią wo-
jownicy rasy Yuuzhan Vong, i choć pochód wroga przez Odległe Rubieże zakończył 
się wielką klęską, nie można było ignorować jego potęgi. Mogły przecież istnieć inne 
zespoły sił inwazyjnych i inni koordynatorzy wojenni, zawiadujący jeszcze potężniej-
szymi wojskami. Kto wie, czy następnym razem wróg znów okaże się tak nierozważny, 
by założyć bazę pod lodową czapą wodnego świata... 

Leia doskonale widziała, jak niewiele dzieliło obrońców od katastrofy. Gdyby nie 

udało się zniszczyć planety, Praetorite Vong przemaszerowałaby przez całą galaktykę, 
zajmując kolejne sektory, a władze Nowej Republiki nigdy nie zdołałyby skoncentro-
wać potęgi militarnej, która mogła ją powstrzymać. Uparci ignoranci należący do rady 
zrozumieliby powagę sytuacji dopiero wtedy, gdy byłoby już za późno. 

Choć Leia szczerze pragnęła trzymać się z dala od takich spraw, musiała podjąć 

się misji otworzenia im oczu. Miała troje dzieci, które - choć w kryzysowej sytuacji 
wykazały się odwagą, a może nawet bohaterstwem - wciąż bardzo jej potrzebowały. 
Miała bratową walczącą o życie oraz brata, który jak nigdy dotąd oczekiwał teraz jej 
wsparcia. 

Miała też męża, zdruzgotanego stratą najbliższego przyjaciela. 

background image

R.A. Salvatore 

267

Czyż jednak wszystkie te sprawy miałyby jakiekolwiek znaczenie, gdyby Yuuzha-

nie powrócili, jeszcze liczniejsi i lepiej przygotowani, a Nowa Republika nie była go-
towa do wojny? 

- Ambasador Leia - szepnęła do siebie. Nie podobał jej się ten tytuł, ale musiała go 

przyjąć. Decyzją rady miała reprezentować władze Nowej Republiki na Dubrillionie i 
w okolicznych sektorach Zewnętrznych Odległych Rubieży, włącznie z systemem Hel-
ska. 

Miała tylko nadzieję, że Borsk Fey'lya i jego poplecznicy zechcą jej słuchać. 
Tymczasem, gdzieś w centrum galaktyki, ktoś jeszcze rozmyślał o czekających go 

zadaniach. 

Nom Anor wiedział już o klęsce Praetorite Vong. Dotarły do niego wieści z Ru-

bieży, a przy tym od dłuższego czasu nie mógł nawiązać kontaktu ani z Yominem Car-
rem, ani z Da'Garą. Uznał to za wystarczające potwierdzenie informacji o porażce for-
poczty yuuzhańskich sił inwazyjnych. 

Teraz jego bracia-wojownicy rozpierzchli się po całej galaktyce i nie był w stanie 

odzyskać nad nimi kontroli. Wykonał swoją część misji. Pomógł Da'Garze i yammo-
skowi zatrzymując trzon Floty Nowej Republiki w pobliżu  Światów  Środka; władze 
niemal wcale nie interesowały się wydarzeniami zachodzącymi w Odległych Rubie-
żach. Mimo to koordynator wojenny i cała Praetorite Vong zawiedli. 

Z początku Nom Anor obawiał się, że jego lud nie docenił przeciwnika. Później 

jednak, gdy poznał szczegóły militarnej katastrofy, zrozumiał, że po prostu nie dopisało 
im szczęście. 

Wiedział jednak, że to jeszcze nie koniec. O, nie... Praetorite Vong była zaledwie 

ułamkiem sił, które jego pobratymcy zamierzali rzucić do walki o panowanie nad tą 
galaktyką. 

Egzekutor powrócił do pracy. Znajdował się na małej i zupełnie nieznanej planet-

ce, na której zanosiło się na wojnę domową. Nienawiść mieszkańców do Nowej Repu-
bliki wzrastała z każdym dniem. 

Nom Anor wiedział, jak ją podsycać. 

Wektor pierwszy 

268

R O Z D Z I A Ł  

26 

HYMN 

„Sokół Millenium" sunął powoli i bezszelestnie nad powierzchnią rozkołysanej, 

wyrwanej z orbity kuli Sernpidala. 

Leia stała obok Hana, w milczeniu dzieląc z nim chwilę samotności i refleksji. 
Potrzebował tego. Od kilku dni wynajdywał sobie dodatkowe zajęcia, odwlekając 

ten moment w nadziei, że czas uśmierzy ból. 

Nie uśmierzył. Ani odrobinę. Spoglądając w dół, na miejsce, gdzie po raz ostami 

widział Chewbaccę  żywego, nie był w stanie myśleć o niczym innym. Dopiero teraz 
przypominał sobie wszystkie chwile spędzone z przyjacielem, jego miny, zabawne 
porykiwania, a także szczegóły, których nigdy nie uważał za istotne: modulację głosu 
Wookiego i jego spojrzenia - czasem kłótliwe, ale zawsze pełne szacunku i szczerej 
miłości. 

Han popatrzył na pusty fotel Chewiego i zobaczył przyjaciela oczami wyobraźni, 

tak wyraźnego, tak rzeczywistego... Przez chwilę wydawało mu się,  że Wookie po-
wstanie z martwych tylko dlatego, że on, Solo, nie potrafi pogodzić się z tak wielką 
stratą, że to niemożliwe... 

Możliwe. Chewbacca odszedł na zawsze. 
Obrazy przewijały się przed oczami Hana: Chewie wraca z wieżyczki artyleryj-

skiej; Chewie ściga Anakina po rampie po kolejnej nieudanej naprawie repulsora; Che-
wie podrzuca wysoko w górę całą trójkę dzieciaków... Przecież było to tak niedawno. 
Dzieci już podrosły, a Wookie zrobił to, bo chciał udowodnić sobie, że nadal potrafi... 
Han dostrzegł pod konsoletą drugiego pilota swoją ulubioną czapeczkę. Dostał  ją od 
Leii wkrótce po narodzinach bliźniaków. Na przedzie zdobił ją błyszczący napis: „Gra-
tulacje, masz parkę!" Ileż to razy Chewie wykradał mu ostatnio tę wyświechtaną czap-
kę i wciskał ją sobie na łeb, rozciągając pasek... 

Han podniósł ją i odwrócił. W środku znalazł jasnobrązowy włos Wookiego. 
Wszystkie wspomnienia odpływały w nicość, pozostawiając po sobie wciąż tę sa-

mą, trzeźwą refleksję: to już koniec, księga jest zamknięta. Chewie nigdy nie zostawi w 
czapce swojego włosa. 

background image

R.A. Salvatore 

269

Pełne troski myśli Hana zwróciły się ku dzieciom. W ciągu ostatnich kilku dni 

wiele razy widział jak ukradkiem ronią łzy, zapatrzone w przestrzeń. Nie musiał pytać, 
co ich smuci. Jaina i Jacen przeżywali tę tragedię znacznie głębiej. Z początku dziwiło 
go to, ale potem zrozumiał. Piętnastoletni Anakin osiągnął wiek, w którym myśli się 
przede wszystkim o sobie, więc choć gnębiło go poczucie winy, był zbyt zajęty wła-
snymi problemami, by w pełni zdawać sobie sprawę z poniesionej straty. Bliźnięta 
przeszły już fazę egocentryzmu i miały znacznie lepiej rozwiniętą zdolność współod-
czuwania. Han powtarzał każdemu z osobna wszystkie te frazesy, które zawsze wciska 
się młodym ludziom, gdy stracą kogoś bliskiego. 

Jak pusto brzmiały teraz, gdy wypowiadał je własnymi ustami! 
Po każdej z takich sesji z jedną z latorośli, Han marzył przez chwilę, by znowu 

stać się dzieckiem. Chciał, by ojciec czy nauczyciel powtórzył i jemu te komunały, 
pragnął słuchać pocieszających słów kogoś mądrzejszego niż on sam... 

W pewnym sensie nawet miał kogoś takiego: wspaniałą żonę, która stała teraz u 

jego boku. Leia kochała Chewiego równie mocno jak on. I choć nie przebywała z Wo-
okiem tak często, jak jej mąż i nie wiązała z nim tak wielu wspomnień, Solo wiedział, 
że bardzo cierpi. Umiała jednak pogrzebać uczucia głęboko w duszy, zapomnieć o nich 
i pomóc Hanowi znieść ciężar tej bolesnej chwili. 

Wiedział o tym. 
- Jak blisko chcesz podlecieć? - spytała. Dopiero w tej chwili mężczyzna skupił 

wzrok na obrazie pojawiającym się przed iluminatorem; na ogromnej tarczy Sernpidala. 
Nie przybyli tu, by odnaleźć ciało Chewiego. To zadanie przekraczało ich możliwości, 
a w gruncie rzeczy... przekraczało czyjekolwiek możliwości. 

Solo przyleciał tutaj - a żona zgodziła się mu towarzyszyć -tylko dlatego, że po-

trzebował tej chwili. 

- Co powiemy rodzinie Chewiego? - zapytał. 
- Prawdę - odpowiedziała krótko. - Że zginął jak bohater. 
- Nigdy nie sądziłem... - zaczął cicho Han, ale jego głos załamał się w połowie 

zdania. 

Leia spojrzała na niego czule, dając mu chwilę na zebranie myśli. 
- Zbudowałem wokół nas klosz - starał się wyjaśnić Han. - Wokół nas wszystkich: 

ciebie, mnie, Chewiego, dzieciaków, Luke'a, Mary, nawet Landa... Do licha, nawet 
wokół tych durnych androidów! Wszyscy znaleźliśmy się w środku, niczym jedna ro-
dzina, bezpieczna, kochająca się... 

- Nieśmiertelna? - spytała domyślnie Leia. 
Solo skinął głową. 
- Nic nie mogło nas nawet poważniej zranić - dodał. Urwał raz jeszcze i potrząsnął 

głową, mrugając oczami, by powstrzymać  łzy. Gdy to nie pomogło, wytarł je wierz-
chem dłoni i zapatrzył się w rozkołysany czerep Sernpidala. Wiedział, że Leia rozumie; 
że nie musi mówić nic więcej. Nie zaprzeczyła, choć jego słowa nie miały sensu. To, co 
przytrafiło się Chewiemu, powinno było wydarzyć się już dawno, dawno temu. A jeśli 
nie jemu, to komuś innemu z grona najbliższych; najpewniej Hanowi. Przecież wszyscy 
od dawna żyli balansując na krawędzi katastrofy, tocząc bitwy, umykając przed łowca-

Wektor pierwszy 

270

mi nagród czy najemnymi mordercami. A ich pierwsze spotkanie? Na pokładzie 
Gwiazdy Śmierci, w bloku więziennym, tuż przed egzekucją! Tyle razy wychodzili cało 
z sytuacji, w której co najmniej jedno z nich powinno było zginąć! 

A jednak, dziwnym sposobem, nieustający flirt ze śmiercią coraz bardziej utwier-

dzał Hana w przekonaniu, że są nieśmiertelni.  Że uskoczą przed każdym strzałem z 
blastera, że wylądują na każdej asteroidzie, że wyjdą z każdego zgniatacza śmieci lub.... 

Nigdy więcej. Nie po tym, co się stało. Bezpieczny klosz zniknął nagle, jakby 

zmiażdżył go spadający księżyc. 

- Nawet Mara - dorzucił Han. Leia spojrzała na niego, lecz on nie przestał patrzeć 

tępo przed siebie. - Ta choroba nie mogła jej zabić - ciągnął. - Wiedziałem, że tak się 
stanie. Nawet, gdy słyszałem, że inni chorzy umierają, Mara musiała żyć, bo tamci nie 
mieścili się pod moim kloszem, a ona tak. Nie mogła przegrać. 

- I nie przegra - stwierdziła twardo Leia. 
Han nie był tego taki pewny. Nagle z przerażeniem zdał sobie sprawę,  że Mara 

naprawdę umiera i że nikt - a zwłaszcza dzieci - nie może już czuć się bezpiecznie. 
Tym, co pokazali w starciu z najeźdźcami, Jaina, Jacen i Anakin ponad wszelką wąt-
pliwość udowodnili, że są godni tytułu Rycerzy Jedi. Wyrwali się spod skrzydeł ojca, 
ale Han i tak wiedział, że bez względu na to, czy pozostaną pod jego opieką, czy wyru-
szą swoją drogą, zawsze już będzie nad nimi wisiało jakieś niebezpieczeństwo. 

Klosz zniknął. 
Wydawało się, że groźba inwazji obcej rasy została zażegnana. Jednak dla Hana 

Solo galaktyka przestała być tym samym, co kiedyś, bezpiecznym miejscem. 

background image

R.A. Salvatore 

271

P O D Z I Ę K O W A N I A  

Ta książka, jak wszystkie poprzednie, jest owocem pracy zespołowej. Zaniedbał-

bym swoje obowiązki, gdybym nie wspomniał ojej współtwórcach. Mam na myśli 
przede wszystkim Shelly Shapiro, która poprowadziła mnie za rękę przez labirynt 
Gwiezdnych Wojen i pomogła odświeżyć niemłodą już opowieść. Jestem też wdzięcz-
ny Jenni Smith za jej wsparcie, entuzjazm i znajomość tematu. Dziękuję pracownikom 
Lucasfilmu, Sue Rostoni, Lucy Autrey Wilson i Howardowi Rofrmanowi, za szczerą i 
nieustającą troskę o jakość mojej pracy, którą dopingowali mnie do wysiłku. Wypada 
mi także wspomnieć o dwóch kolegach po piórze: o Mike'u Stackpole'u, którego wska-
zówki pomogły mi wejść w nowy dla mnie świat, oraz o Terrym Brooksie, który przy-
pomniał mi, że powiedzieć „nie" Gwiezdnym Wojnom byłoby piramidalną głupotą.